background image

 

JAMES  PATTERSON 

MAXIMUM RIDE 04 

OSTATNIE OSTRZEŻENIE 

background image

Prolog 

Państwowy Las Windsor, w stanie Massachusetts 

- Śśśśśś 

Zbroje  żołnierzy  robiły  dziwnie  syczący  hałas.  Ale  oprócz 

niewielkiego dźwięku blach przesuwanych sprawnie i bez zarzutu nad 

sobą,  oddział  był  nienaturalnie  spokojny  przesuwając  się  przez  las, 

zbliżając do ofiary. 

Cichy dźwięk spowodował, że kierujący zespołem spojrzał w dół 

na  ekran  na  nadgarstku.  Duże  czerwone  litery  przewijały  się  w 

poprzek: ATAK ZA 12 sekund. . . 11. . . 10. . . 

Kierownik  zespołu  wcisnął  przycisk,  a  obraz  na  ekranie  zmienił 

się:  wysoka,  chuda  dziewczyna  z  brudem  rozmazanym  na  twarzy  i 

splątanymi  brązowymi  włosami,  z  piorunującym  wyrazem  twarzy. 

CEL 1 został oznaczony jej twarzą.. . . 9. . . 8. . . 

Jego  ekran  na  nadgarstku  zapiszczał  ponownie,  a  obraz  zmienił 

się na ciemnowłosego, ciemnookiego, nachmurzonego chłopaka. CEL 

2.  

I tak dalej, obraz zmieniał się co pół minuty, kończąc wreszcie na 

portrecie  małego,  brudnego  czarnego  psa,  patrzącego  w  kamerę  ze 

zdziwieniem. 

Kierownik  zespołu  nie  rozumiał,  dlaczego  docelowe  7  było 

zwierzęciem.  Nie  potrzebował  tego  rozumieć.  Wszystko  to  co 

wiedział to to, że cele te zostały wyznaczone do schwytania.. . . 3. . . 

2. . . 1. . . 

background image

Lider  wyemitował  tak  wysoki  dźwięk,  że  tylko  jego  członkowie 

zespołu  mogli  go  usłyszeć.  Skinął  w  stronę  małej  zniżonej  kabiny, 

którą otoczyli w lesie. 

Idealnie zsynchronizowani, jak tylko potrafią być maszyny, ośmiu 

członków  zespołu  niosących  na  ramionach  osiem  przenośnych 

wyrzutni  rakiet,  celujących  prosto  w  kabinę.  Z  awhoosh,  osiem 

dużych sieci wykonanych z plecionego Kevlaru wystrzeliło z armaty i 

rozłożyło  z  geometryczną  dokładnością  w  powietrzu,  obejmujący 

kabinę prawie w całości. 

Kierownik zespołu uśmiechnął się triumfalnie. 

"Łup  został  opanowany,  Szanowny  Panie,"  powiedział  szef 

zespołu monotonnie. 

Duma nie była tolerowana w tej organizacji. 

"Dlaczego tak mówisz?" TheUber - dyrektor zapytał jedwabistym 

tonem.  

"Kabina została zabezpieczona.” 

"Nie.  Nie  do  końca  ",  powiedział  theUber-dyrektor,  który  był 

czymś więcej niż ludzką głową przymocowaną za pomocą sztucznego 

kręgosłupa  na  szeregu  pól  z  pleksiglasu.  Thebioengina  kontrolowała 

przepływ powietrza przez jego struny głosowe, co sprawiało że mógł 

westchnąć, tak też zrobił. "Komin. Świetlik.” 

Kierownik  zespołu  zmarszczył  brwi.  "Kominem  nie  sposób  się 

wspiąć",  powiedział,  opierając  się  na  swojej  wewnętrznej 

encyklopedii. Przewijał szybko zdjęcia celu. 

Nagle ważny szczegół zwróciło jego uwagę, a on zamarł. 

background image

W  rogu  jednej  z  fotografii,  było  widoczne  wielkie,  pierzaste 

skrzydło.  Przywódca  zespołu  wyśledził  je,  zrobił  powiększenie  tylko 

na tej części obrazu. Skrzydła wydają się być związane z łupem. 

Łup potrafił latać. 

Zostawił drogę ewakuacyjną otwartą. 

Zawiódł! 

TheUber dyrektora zamknął oczy, wysyłając w myślach sygnał do 

nanoprocesora  wszczepionego  w  jego  mózgu.  Otworzył  oczy  w 

chwili,  gdy  kierownik  zespołu  i  jego  oddział  wyparowywał  z 

trzaskiem.  Wszystko,  co  po  nich  pozostało,  to  gryzący  w  nos  zapach 

zwęglonego ciała i olej mechaniczny. 

background image

Rozdział 1 

Kolejna część wielkiego obrazu 

W INNYM LESIE. Nie powiem gdzie. 

Dobra,  nie  trzeba  być  geniuszem,  żeby  wyobrazić  sobie,  że 

pogrzeby są do kitu. Nawet jeżeli nie znaliście tej osoby, to wciąż jest 

całkowicie smutne. Kiedy znaliście tę osobę, cóż, powiedzmy że to o 

wiele  gorsze  niż  złamane  żebro.  I  kiedy  dopiero  co  dowiedzieliście 

się, że osoba ta była waszym przyrodnim bratem zanim umarł, to daje 

zupełnie nowy poziom bólu. 

Ari.  Mój  przyrodni  brat.  Mieliśmy  tego  samego  „ojca’’  –  Jeb 

Batchelder, i możecie wierzyć w tamten cudzysłów wokół „ojca’’. 

Najpierw  poznałam  Ari’ego  jako  słodkiego,  małego  dzieciaka, 

który  chodził  za  mną  po  całej  Szkole,  okropnym  więzieniu 

naukowym,  gdzie  się  wychowałam.  Potem  uciekliśmy  ze  Szkoły,  z 

pomocą  Jeba,  i  prawdę  mówiąc  już  później  nie  poświęciłam  mu  ani 

jednej myśli. 

Potem  został  przemieniony  w  groteskowego  pół-człowieka  pół- 

wilka, jego siedmioletnie uczucia krzywo wzmocnione wewnątrz jego 

chemicznie  zmodyfikowanego  genetycznie  mózgu.  Został  zmieniony 

w  potwora,  i  wysłali  go  po  nas,  z  różnymi  nieprzewidywalnymi, 

makabrycznymi wynikami.. 

Następnie  była  ta  walka  w  tunelach  metra  pod  Manhattanem. 

Grzmotnęłam  jego  głowę  w  pewien  sposób,  jego  kark  złamał  się  o 

krawędź peronu…i nagle stał się martwy. Przez jakiś czas, w każdym 

bądź razie. 

background image

W  końcu,  kiedy  zrozumiałam  że  go  zabiłam,  różnego  rodzaju 

wilgotne  emocje  przykleiły  się  do  mojego  mózgu.  Winy,  szok,  żal... 

ale także ulga. Kiedy żył, usiłował nas zabić - mam na myśli stado. Ja 

i  moja  wesoła  banda  mutantów  dzieci  ptaki.  Tak  więc  jeżeli  on  był 

martwy, to było o jednego wroga mniej polującego na moją rodzinę. 

Wszystko  jedno,  czułam  się  okropnie,  że  zabiłam  kogoś,  nawet 

przez przypadek. Jestem po prostu czuła, to dlatego, tak sądzę. Trudno 

jest być czternastoletnią bezdomną z, tak, skrzydłami, bez posiadania 

pęczku kilku wilgotnych emocji pływających w każdym miejscu. 

Ari  teraz  nie  żyje  naprawdę.  Nie  zabiłam  go  tym  razem,  tak 

myślę.  

"Potrzebuję  pożywienia."  Total,  nasz  pies,  węszył,  ocierał  się 

wokół moich kostek tak, jakbym miała w jednej z nich snieckersa. 

Mówiąc o wilgotnych emocjach. 

Kuks  wcisnęła  się  bliżej  mnie  i  wzięła  mnie  za  rękę.  Jej  druga 

ręka znajdowała się na ustach. Jej duże brązowe oczy były pełne łez. 

Żadne  z  nas  nie  jest  dużym  beksą,  nawet  sześcioletnia  Angela  czy 

Gazik, który ma tylko osiem lat. Kuks ma jedenaście a Iggy, Kieł i ja 

czternaście.  

Technicznie rzecz biorąc, wszyscy jesteśmy jeszcze dziećmi. Ale 

trzeba  dużo,  mówię  dużo,  aby  każdy  z  nas  zaczął  płakać.  Mieliśmy 

złamane  kości  bez  płaczu.  Dziś  jednak  to  było  jak  inne  nastanie 

potopu i Noe budował arkę. Gardło mnie bolało od powstrzymywania 

łez, czułam, jakbym połknęła pięść z gliny. 

background image

Angela  wystąpiła  naprzód  i  delikatnie  rzuciła  garść  brudu  na 

zwykłą  drewnianą  skrzynię  w  dole  dużego  otworu.  Otwór,  który 

wymagał od nas wszystkich trzech godzin kopania. 

"Pa, Ari," powiedziała. "Nie znałam Cię zbyt długo i nie lubiłam 

Cię przez większość tego czasu. Ale lubiłam cię na końcu. Pomogłeś 

nam. Uratowałeś nas. Będę tęsknić. I nie mam na myśli twoich kłów 

ani  nic."  Jej  niski  głos  załamał  się  i  odwróciła  się  i  zakopała  swoją 

twarz w mojej piersi. Pogładziłam jej włosy i przełknęłam ślinę. 

Gazik był następny. On także pokropił brud na trumnie. "Przykro 

mi  z  powodu  tego,  co  ci  robili,"  powiedział  cicho.  Jego  kolczaste 

włosy złapały smugę światła słonecznego i wydawało się, że oświetla 

ten mały dół. "To nie twoja wina." 

Rzuciłam  krótkie  spojrzenie  w  kierunku  Jeb’a.  Miał  zaciśnięte 

szczęki,  oczy  pełne  bólu.  Jego  jedyny  syn  leżał  w  pudełku  w  ziemi. 

Pomagał go tam umieścić.  

Dzielnie,  Kuks  podeszła  bliżej  do  grobu  i  rzuciła  na  nią  jakiś 

brud.  Starała  się  mówić,  ale  zaczęła  płakać.  Przyciągnęłam  ją  do 

siebie  i  zamknęłam  w  mocnym  uścisku.  Spojrzałam  na  Iggy’iego. 

Jakby wyczuł, podniósł rękę i upuścił. "Nie mam nic do powiedzenia." 

Jego głos był gruby. 

Następna kolej była Kła, ale machnął mi, żebym szła. Total upadł 

w szloch na moje buty, więc delikatnie odłączyłam go i podeszłam do 

grobu.  Miałam  dwie  cieplarniane  lilie  i  upuściłam  je  na  trumnę 

mojego przyrodniego brata. 

background image

Jako  przywódca  stada,  powinnam  wygłosić  mowę.  Nie  było 

sposobu,  aby  podsumować  to,  co  czułam.  Zabiłam  Ariego  raz,  a 

potem patrzyłam jak ponownie umiera po tym, jak uratował mi życie. 

Znałam  go,  gdy  był  małym,  słodkim  dzieckiem  i  znałam  go  jako 

Eraser  ciężki.  Walczyłam  z  nim  niemal  na  śmierć,  a  zakończyłam 

wybierając  go  najlepszym  przyjacielem,  jakiego  kiedykolwiek  będę 

miała. 

Nienawidziłam  w  nim  wszystkiego,  a  potem  okazało  się,  że 

dzieliliśmy  połowę  naszego  ludzkiego  DNA.  Nie  znajdowałam  na  to 

słów, a ja jestem królową słów. Nie miałam nic.  

Kieł podszedł z tyłu i dotknął moich pleców. Spojrzałam na niego, 

na  jego  ciemne  oczy,  z  których  nie  mogłam  nic  wyczytać.  Pokiwał 

głową i jakoś tak pogłaskał moje  włosy, a następnie przesunął się do 

przodu i rzucił trochę ziemi na trumnę. 

"No,  Ari,  przykro  mi,  że  to  się  tak  zakończyło",  powiedział  tak 

cicho, żel ledwo go usłyszałam, nawet z moim supersłuchem. "Byłeś 

porządnym małym dzieckiem, a potem stałeś się totalnym koszmarem. 

Nie  ufałem  Ci  -  aż  do  samego  końca.  Nie  znałem  Cię  za  bardzo,  nie 

interesowałem  też."  Kieł  przerwał  i  odgarnął  niektóre  zbyt  długie 

włosy  z  oczu.  "Teraz,  czuje  się  to  jako  największą  tragedię  spośród 

wszystkiego ." 

Dobra,  to  mnie  dobiło.  Pan  Skała  bywa  w  pełni  uczuciowy? 

Wyrażania uczuć? Łzy spłynęły mi po policzkach, zakryłam ręką usta, 

starając  się  nie  wydać  żadnego  dźwięku.  Kuks  otoczyła  mnie 

ramieniem,  czułam  drżenie  moich  ramion,  Angela  trzymała  mnie 

background image

mocno.  Wtedy  każdy  mnie  trzymał,  istny  uścisk  stadny,  położyłam 

głowę na ramieniu Kła i zapłakałam. 

 

Rozdział 2 

NIE MA ODPOCZYNKU dla grzeszników. Ale wiesz o tym. 

Jak  tylko  uroczystość  pogrzebowa  się  skończyła  i  Ari  został 

pochowany, Jeb powiedział: 

- Musimy iść. - Jego twarz była blada i smutna. - Dr Martinez i ja 

mówiliśmy  ci  o  tej  podróży  do  Waszyngtonu.  Uważamy,  że  sprawą 

kluczową jest, abyście uczestniczyli w tym spotkaniu.  

Westchnął, nie patrząc na grób Ariego. 

- Jeszcze raz, dlaczego to jest takie ważne? - spytałam, starając się 

odwrócić  uwagę  od  smutku.  Nie  takie  proste.  -  Powiedziałeś  coś  na 

temat rządu, blablabla? 

Jeb  zaczął  wynurzać  się  z  lasu.  Ze  mną  na  czele  i  Kłem 

strzegącym tyły, poszliśmy za nim ostrożnie. 

- Po wszystkim, co się wydarzyło w Niemczech - powiedział Jeb - 

Skontaktowaliśmy 

się 

kilkoma 

bardzo 

ważnymi, 

wyżej 

postawionymi ludźmi w rządzie. Ludźmi, którzy rozumieją, którzy są 

po naszej stronie. 

Miałam  ochotę  zapytać:  „Co  to  znaczy  ‘po  naszej  stronie’, 

kemosabe?”. Ale nie zrobiłam tego. 

- Oni chcą się spotkać z Tobą. - ciągnął dalej. - Szczerze mówiąc, 

to  byliby  ważni  i  cenni  sojusznicy,  którzy  faktycznie  mogliby 

zaoferować  ochronę  i  zasoby.  Ale  są  bardzo  praktyczni,  muszą 

background image

zobaczyć cudowne dzieci na własne oczy. - Odwrócił się i obdarował 

nas smutnym uśmiechem. 

- Jeśli poprzez „cudowne dzieci” masz na myśli niewinne dzieci z 

probówki, których DNA zostało siłą rozplątane i połączone z dwoma 

procentami  ptasiego  genu,  taa,  myślę  że  to  byłoby  o  nas.  - 

powiedziałam.  -  Bo  to  cud,  że  nie  jesteśmy  kompletnymi  świrami  

pracy i mutancką klęską żywiołową. 

Jeb  skrzywił  się  i  krótko  skinął  głową,  akceptując  swoją  rolę  w 

naszym krótkim, trudnym życiu. 

- Cóż, jak już mówiłem, oni chcą cię widzieć. I twoja mama - Dr. 

Martinez - i ja, naprawdę zalecamy ci iść. 

Doszliśmy  do  skraju  lasu,  a tam  znajdowało  się  małe  lądowisko, 

wyskrobane w środku lasu jak rana. Elegancki, prywatny odrzutowiec 

czekał  tam,  dwóch  uzbrojonych  agentów  Secret  Service  stało  na 

schodach wejściowych. 

Zatrzymałam  się  dziesięć  jardów  od  odrzutowca,  robiąc  krótkie 

rozpoznanie.  Siła  przyzwyczajenia.  Nikt  nie  zaczął  do  nas  strzelać. 

Żadnych hord Erasers albo Latających Chłopców wyłaniających się z 

lasów. 

- Nie wiem. – powiedziałam, patrząc na odrzutowiec. - Czuję się 

dziwnie tym, że nikt nie zarzuca mi czarnego kaptura na głowę. 

Kieł parsknął obok mnie.  

Jeb szedł na przedzie, ale teraz się odwrócił. 

-  Max,  rozmawialiśmy  o  tym.  Ten  samolot  naprawdę  przeniesie 

was do Waszyngtonu szybciej niż sami byście polecieli. 

background image

Jesteśmy  młodymi  pilotami?  zapytacie.  Dlaczego  nie.  Jeżeli  jest 

kilku  nowych  czytelników,  zapraszamy!  Ten  mutant,  o  którym 

wspominałam?  Jesteśmy  w  98  procentach  ludźmi,  a  w  dwóch 

procentach  ptakami.  Mamy  skrzydła;  latamy.  Czytaj  dalej.  Już 

wkrótce dostaniesz wszystko. 

- Taa - powiedziałam, ciągle odczuwając wątpliwości. Generalnie 

chciałam  obrócić  się,  biec  i  rzucić  się  w  powietrze.  Ten  słodki  pęd 

wolności, uczucie moich silnych skrzydeł unoszących mnie z dala od 

ziemi…. 

Zamiast  tego,  Jeb  chciał  mnie  zapakować  do  tego  małego 

odrzutowca, jak sardynkę. Ponurą, opierzoną sardynkę. 

- Max - powiedział Jeb bardziej miękko i automatycznie stanęłam 

na baczność. - Nie ufasz mi? 

Sześć  par  oczu  stada  zwróciło  się  do  niego.  Siedem,  jeśli  liczyć 

Totala. 

Psychicznie przejrzałam możliwe odpowiedzi: 

1. Sardoniczny śmiech ( zawsze dobre ). 

2. Wywrócić oczami i prychnąć w niewierze. 

3. Sarkastyczne „ Chyba żartujesz”. 

Każda  z  tych  odpowiedzi  wydawała  się  być  w  porządku.  Ale 

ostatnio  trochę  wydoroślałam.  Mały  zawód  miłosny,  trochę  walki  na 

śmierć i życie, dowiedzenie się, kim byli moi prawdziwi rodzice  - to 

wszystko w wieku dziewczyny. 

Więc spojrzałam na Jeba i powiedziałam: 

background image

- Nie.  Ale ufam mojej mamie, a ona widocznie ufa Tobie. Więc, 

trochę metalowa puszka z tego odrzutowca. 

Szłam  w  kierunku  samolotu,  widząc w  spojrzeniu  Jeba  ból  i  żal. 

Czy kiedykolwiek będę w stanie wybaczyć mu wszystko, co haniebnie 

uczynił mnie, stadu? Miał swoje powody: myślał, że pomaga, że to dla 

większego dobra, myślał, że to pomoże mi w wykonaniu mojej misji. 

Cóż, la-di-dah dla niego. Nie wybaczam tak łatwo. 

I nigdy, przenigdy nie zapominam. 

 

Rozdział 3 

ODRZUTOWIEC  NIE  POSIADAŁ  normalnych  rzędów  siedzeń. 

W środku wyglądało to bardziej jak pokój. Było tutaj więcej agentów 

Secret  Service  i,  szczerze  mówiąc,  przyprawiali  mnie  o  dreszcze  – 

mimo  że  wiedziałam  iż  byli  tymi  samymi  ludźmi,  którzy  czasem 

chronili prezydenta.  

Ale  jest  coś  w  prostym,  czarnym  garniturze,  okularach 

przeciwsłonecznych  i  słuchawkach,  co  automatycznie  przyprawia 

mnie  o  nerwowość.  Połącz  to  z  nieuniknionym  dudnieniem  serca  i 

klaustrofobią,  które  pochodzą  od  zamknięcia  w  małej  przestrzeni, 

więc  byłam  w  zasadzie  gotowa  by  rozerwać  każdego  na  strzępy,  kto 

by się do mnie odezwał. 

Z  drugiej  strony,  jeśli  coś  niebezpiecznego  by  się  stało  podczas 

lotu,  wiedziałam,  że  szóstka  latających  dzieci  wyszłaby  z  tego  bez 

szwanku. 

background image

Zrobiłam  szybki,  360  stopniowy  rekonesans  wnętrza  samolotu. 

Angela i Total zwinęli się razem na małej kanapie, spali. Gazik i Kieł 

grali w pokera, używając żetonów zamiast groszy. Iggy rozwalił się na 

leżaku, słuchając iPoda, którego podarowała mu moja mama. 

-  Jestem  Kevin  Okun,  twój  steward.  Masz  ochotę  na  sodę?  – 

bardzo  przystojny  mężczyzna  trzymający  napoje,  stanął  koło  mojego 

fotela. 

Nie zaszkodzi, jeśli to zrobię, Kevinie Okunie. 

- Uh, colę dietetyczną? Jedną, która nie została jeszcze otwarta.  

Nie bądź zbyt ostrożna. 

Wręczył  mi  zamkniętą  puszkę  i  plastikowy  kubek  z  lodem. 

Naprzeciwko mnie, Kuks usiadła skwapliwie. 

-  Czy  masz  Barq’s?  To  piwo  imbirowe.  Piłam  je  w  Nowym 

Orleanie i jest bajeczne. 

-  Przykro  mi  -  żadnego  Barq’s.  -  powiedział  Kevin  Okun,  nasz 

steward. 

- Ok. - powiedziała Kuks, rozczarowana. - A masz jakiegoś Jolta? 

- Cóż, to ma w sobie dużo kofeiny. - powiedział. 

Spojrzałam na Kuks. 

- Ta, bo po tym wszystkim, przez co przeszliśmy, martwimy się o 

twoje spożycie kofeiny. 

Wyszczerzyła zęby, jej gładka, ciemna twarz rozpogodziła się. 

Steward  postawił  drinka  na  malutkim  stoliku  pomiędzy  mną  a 

Kuks.  

- Dziękuję. - powiedziała Kuks.  

background image

Steward skierował się z powrotem do kuchni, a Kuks sięgnęła po 

puszkę.  Kiedy  jej  ręka  znajdowała  się  jeszcze  kilka  cali  od  napoju, 

puszka przesunęła się prosto w stronę jej palców, chwyciła ją. 

Natychmiast spojrzałyśmy na siebie. 

- Samolot się przechylił. - powiedziała. 

-  Ta,  oczywiście.  -  zgodziłam  się.  -  Ale…tylko  zobaczmy,  tylko 

dla naszej własnej rozrywki, niech… 

Wzięłam  od  niej  puszkę  i  postawiłam  z  powrotem  na  stoliku. 

Sięgnęłam  po  nią.  Pozostała  na  miejscu.  Kuks  sięgnęła  po  nią. 

Przesunęła się do niej.  

Nasze oczy szeroko otwarte, patrzyłyśmy się na siebie. 

- Samolot znowu się przechylił. - powiedziała Kuks. 

-  Hm.  -  powiedziałam.  Wzięłam  puszkę  i  ustawiłam  ja  po  innej 

stronie. Puszka przesunęła się ku niej. 

-  Jestem  magnetyczna.  -  wyszeptała,  na  wpół  przestraszona  i 

przerażona. 

-  Mam  nadzieję,  że  nie  zaczniesz  się  przyklejać  do  lodówki  i 

takich tam. - powiedziałam z niedowierzaniem. 

Kieł  klapnął  obok  mnie,  a  Gazik  dołączył  do  nas  wciskając  się 

obok Kuks. 

- Co się dzieje? - spytał Kieł. 

-  Jestem  Magnetyczną  Dziewczyną!  -  powiedziała  Kuks,  godząc 

się już z jej nowymi umiejętnościami. 

background image

Z  podniesionymi  brwiami  Kieł  wziął  do  ręki  metalowe  pióro  i 

przytrzymał  go  naprzeciw  ramienia  Kuks.  Puścił  je,  a  ten  spadł  na 

podłogę.  

Kuks  zmarszczyła  brwi.  Potem  sięgnęła  po  pióro,  a  to  poleciało 

prosto w jej rękę z odległości kilku cali. 

Gazik wydał niski gwizd. 

- Jesteś czymś w rodzaju magnesu. Super! 

-  Nie,  to  nie  to.  -  powiedział  cicho  Kieł.  -  Potrafisz  przyciągnąć 

metal - może tylko wtedy, gdy tego chcesz. 

Cóż.  Reszta  lotu  minęła  nam  na  zabawie  z  Kuks  i  jej  nowo 

odkrytymi, dziwacznymi zdolnościami. Kiedy zbliżyliśmy się do DC, 

Jeb  przyszedł  dać nam dziesięć  minut przygotowania. Jeden  rzut  oka 

na nasze twarze i jego oczy się zwęziły. 

- Co się dzieje? - To był taki sam ojcowski, poważny ton, którego 

użył  lata  temu,  kiedy  byliśmy  tylko  my  i  on  w  naszym  sekretnym 

domu  w  górach  Kolorado.  Zrobił  dokładnie  taką  samą  minę  jak  tego 

dnia,  kiedy  znalazł  żaby  w  toalecie.  Pamiętam  to  tak  wyraźnie,  ale 

wydawało się trzy okresy życia temu. 

Zanim mogłam powiedzieć „ Nic”, Kuks wygadała się. 

- Mogę sprawić, że metal do mnie przychodzi! 

Jeb usiadł, a Kuks zademonstrowała. 

- Nie wiem, dlaczego potrafisz to robić. - powiedział powoli. - Z 

tego, co wiem nigdy nie było tego w programie. - Rozejrzał się na nas 

wszystkich.  -  Możliwe….  możliwe,  że  wy  ludziska  zaczęliście  się 

mutować we własnym zakresie. 

background image

Rozdział 4 

Czytasz blog Kła. Witaj! 

Jesteś gościem numer: 4792 

Niezależnie  od  tego,  co  mówi  powyższy  licznik,  twój  aktualny 

numer  jest  w  rzeczywistości  o  wiele  wyższy.  Nasz  licznik  jest 

zepsuty, a my zaczęliśmy w końcu działać. Ale znowu zaczynamy od 

zera. W każdym bądź razie, dzięki za wizytę. 

Wszystko  z  nami  w  porządku,  ale  właśnie  pochowaliśmy 

przyjaciela.  Wiem,  że  niektórzy  z  was  tam,  stracili  kogoś  bliskiego, 

teraz rozumiem trochę jak to jest. Ten chłopak, który umarł - znałem 

go przez długi czas, ale nie za dobrze, i przez ostatnie sześć miesięcy 

nienawidziłem  jego  odwagi.  A  potem  nagle  przestałem.  I  wtedy 

umarł. 

Dla mnie, trudniejsze od jego utraty było patrzenie, jak wpłynęło 

to na ludzi wokół mnie. Jedna rzecz, której nie mogę znieść to, kiedy 

Max i inni są w bólu albo zdenerwowani. Nie zdenerwowani w sensie 

gniewu czy  wściekłości, bo Bóg  wie, że jeśli to by mi się przytrafiło 

byłbym  w  pełni  szczęśliwy.  Ale  zdenerwowani,  w  postaci  płaczu, 

smutku, żalu, takich rzeczy.  

Nienawidzę  tego.  To  mnie  zabija.  Wiem  ile  trzeba,  by  sprawić, 

aby te dzieciaki zaczęły płakać, by Max zaczęła płakać, i nienawidzę 

tego, przez co musieli przechodzić. 

Ale  zostawmy  te  wszystkie  emo  rzeczy.  Końcowy  wynik  to: 

Wszyscy  jesteśmy  cali.  Wszyscy  żyjemy.  Jestem  szczęśliwy,  że  jest 

nas szóstka. Oni mają dla mnie znaczenie. Nawet wtedy, gdy Max jest 

background image

uparta,  upartą  dyktatorką  idiotką,  ciągle  jest  tą  jedyną,  którą  chcę  u 

mego  boku.  Chociaż  czuję,  że  dostaję  wrzodów  i  siwych  włosów  z 

powodu jej postępowania. 

Tak  czy  inaczej!  Jesteśmy  w  drodze  na  nasze  tajemnicze 

spotkanie  z  kilkoma  ściśle  tajnymi  grubymi  rybami,  ooh.  Taa,  walka 

na  śmierć  i  życie  jednego  dnia,  picie  zimnych  napojów  w  małym 

prywatnym  odrzutowcu  kolejnego.  To  wystarczy,  aby  przyprawić 

każdego o schizę. 

W  tej  chwili  nie  mam  zbyt  wiele  więcej  do  powiedzenia,  więc 

będę odpowiadał na niektóre pytania wysłane od was. 

 

* * * 

Dylan z Omaha pisze: 

To  takie  super,  że  potraficie  latać. Czy  macie  jeszcze  jakieś  inne 

super moce? 

Cóż, Dylan, mamy. Iggy jest świetnym księgowym tak długo, jak 

ktoś  czyta  mu  numery.  A  Gazik  potrafi  ubijać  ciasto  z  cytrynowych 

bez, jak nikt inny w tym biznesie. 

Nie,  serio,  możemy  posiadać  kilka  dodatkowych  sztuczek  poza 

skrzydłami, ale nie powiemy ci o nich ani nikomu innemu. Im więcej 

ludzie o nas wiedzą, tym więcej wymyślają sposobów do nabijania się 

z nas. Kapujesz? Nic osobistego. 

- Kieł 

Sweetmarie420 z Gainesville pisze: 

Kiedy chcecie dorosnąć, odpocząć lub mieć dzieci? 

background image

Przy  odrobinie  szczęścia  w  ogóle,  ja  wcale  nie  chcę.  Nie  mam 

pewności, co do Max, Kuks i Angeli. W najbliższym czasie, nie chcę 

się tego dowiadywać. 

- Kieł 

Zeroland z Tupelo pisze: 

Chciałbym  być  przy  tej  twojej  dużej  bitwie,  człowieku.  To  takie 

fantastyczne!!! 

Dzieciaku,  potrzebujesz  innej  definicji  dla  "fantastyczny".  Nie 

chciałbyś być gdziekolwiek w pobliżu jednej z naszych bitew. Nawet 

ja  nie  chcę  być  blisko  naszych  bitw.  Niestety,  źli  idioci  zwykle  nie 

pozostawiają mi wyboru. 

- Kieł 

MelysaB z Boulder pisze: 

Wiem, że musisz się czasami ukrywać. Jestem przewodnikiem w 

górach  Colorado  w  pobliżu  Boulder,  i  mogę  pomóc  ci  znaleźć  dobrą 

kryjówkę. 

Dzięki,  MelysaB.  Kochamy  góry  Kolorado.  I  nigdy  nie 

skorzystamy  z  twojej  oferty.  Jeśli  jesteś  jednym  z  Nich,  to  jest  to 

pułapka. Jeśli nie jesteś jednym z Nich, to robienie czegokolwiek dla 

nas wpakuje cię w kłopoty. Tak czy inaczej dzięki. 

- Kieł 

Dobra, muszę iść. Cześć. 

- Kieł 

 

 

background image

Rozdział 5 

MINĘŁO  DOPIERO  kilka  dni  odkąd  ostatni  raz  widziałam  Dr. 

Martinez  -  znana  także  jako  mama  -  ale  wspaniale  było  widzieć  ją 

ponownie. 

Ella,  moja  przyrodnia  siostra,  wróciła  do  domu  w  Arizonie,  ale 

mama przyszła do DC, aby być z nami na naszym ważnym spotkaniu. 

Przytulałyśmy  się  przez  długi  czas,  potem  przytulała  resztę  stada, 

którzy  ją  pochłonęli.  Total  zakaszlał  znacząco  u  jej  stóp,  a  ona 

pochyliła się i także go przytuliła. 

Mama  i  Jeb  zabrali  nas  do  bezpiecznego  domu,  gdzie  mogliśmy 

odpocząć przed spotkaniem. Dla nas, słowa bezpieczny dom ma mniej 

więcej tyle znaczenia, co duża krewetka. Żaden dom nigdy nie będzie 

wystarczająco  bezpieczny.  Może  gdyby  to  był  Mars  i  widzielibyśmy 

rakiety nadlatujące z odległości tysiąca mil… 

Po  wspaniałym,  gorącym  prysznicu  miałam  na  sobie  czyste 

ubrania  i  nieposkręcane  włosy.  Robiły  się  coraz  dłuższe  po  obcięciu 

na  prawie  krótko  w  Nowym  Jorku,  miesiące  temu.  Spojrzałam  na 

siebie w  lustrze i, premia, nie widziałam żadnego Erasera patrzącego 

na  mnie  moimi  oczami.  Tak  się  działo  kilka  razy  w  przeszłości, 

całkowicie mnie wkurzając. 

I już nie wyglądałam na małe dziecko. Wyglądałam doroślej, jak 

nastolatka. 

- Co ty tam robisz, woskujesz swoje wąsy? - krzyknął Iggy, waląc 

w drzwi łazienki. 

background image

Otworzyłam  szarpnięciem  drzwi  i  pchnęłam  go  do  tyłu  tak 

mocno, że wprawiłam go w osłupienie. 

- Nie mam wąsów, idioto! 

Iggy zachichotał i uniósł rękę w obronie, w razie gdybym chciała 

go uderzyć. 

- I wiesz co? - dodałam. - Ty też nie masz żadnych. No, może za 

kilka lat. Zawsze możesz mieć nadzieję. 

Zostawiłam  go  w  korytarzu,  niespokojnie  dotykającego  swojej 

górnej  wargi. W salonie siedziała reszta stada i wyglądała nieswojo i 

nienaturalnie czysto. Jak tylko się pojawiłam, Total podbiegł do mnie, 

jego sierść błyszczała. 

- Zostałem wykąpany! - zrzędził. 

-  Wyglądasz  uroczo.  -  powiedziałam  z  kamienną  twarzą. 

Pogłaskałam  go  po  plecach.  -  Cały  jesteś  puszysty  i  miękki.  -

Zostawiłam  go,  kiedy  podejmował  decyzję  czy  mu  to  pochlebia  czy 

przeraża. 

Kieł stał przy frontowym oknie, patrząc na zewnątrz, zza kurtyny 

prywatności. 

- Coś się tam dzieje? - zapytałam. 

Spojrzał  na  mnie,  potrząsnął  głową,  potem  rzucił  dłuższe 

spojrzenie. 

- Co się stało z twoją opalenizną? 

- To był brud. 

background image

Uśmiechnął  się,  jednym  z  rzadkich  uśmiechów,  które  sprawiają, 

że  świat  wiruje  trochę  szybciej.  Jakby  nie  wiedział  co  robi,  sięgnął  i 

dotknął moich włosów, które leżały mi na ramionach. 

-  Wyglądasz…  jak  dziewczyna.  -  w  jego  głosie  zawarte  było 

speszenie. 

- Jest do tego powód - powiedziałam poważnie. 

-  Nie,  mam  na  myśli  jak  prawdziwa…  -  wyglądał  jakby  się 

zatrzasnął, potrząsnął głową i z powrotem spojrzał w okno. 

Skrzyżowałam ramiona.  

-  Jak  prawdziwa  co?  -  Uważaj  gdzie  stąpasz,  Kieł  pomyślałam 

albo cię zmiażdżę. 

Podczas gdy się wahał, podeszła Kuks. 

-  Ohh  Max,  wyglądasz  wspaniale!  -  powiedziała,  podziwiając 

moje  ubranie.  -  Ten  top  jest  odjazdowy!  Wyglądasz  jakbyś  miała 

przynajmniej szesnaście lat! 

- Dzięki. - mruknęłam, czując się zawstydzona.  

Ponieważ  mój  strój  jest  zwykle  starożytny  i  zazwyczaj  mam 

poplamioną  krwią  koszulkę  i  dżinsy,  zgaduję,  że  wyglądałam  trochę 

inaczej. Dobra, Max. 

Zamrugałam oczami, kiedy usłyszałam Głos w mojej głowie. 

To  spotkanie  jest  bardzo  ważne,  żaden  podejrzany  biznes.  Po 

prostu  pamiętaj  o  swojej  misji,  zachowaj  otwarty  umysł  i  wysłuchaj 

tego, co mają do powiedzenia. 

Ta,  cokolwiek,  Jeb.  pomyślałam.  Uratuj  świat,  ble,  ble,  ble  . 

Możesz już iść. 

background image

Nie jestem Jeb. Powiedział Głos. Myliłaś się, co do tego. 

Hę? Pomyślałam obojętnie. 

Masz  część  obrazu,  Max,  powiedział  Głos.  Nie  cały  obraz. 

Czasami,  kiedy  jesteś  najbardziej  pewna,  to  wtedy  wszystko  to,  co 

wiesz jest błędne. 

O  Boże,  nie  znowu.  Chciałam  krzyczeć.  Całe  moje  życie  miało 

dwa kroki do przodu i krok w tył. Czy kiedykolwiek po prostu pójdę 

naprzód? 

Robisz  postępy  zapewnił  mnie  Głos.  Jesteś  kilka  kroków  do 

przodu. 

Właśnie  wtedy  Jeb  wszedł  do  pokoju.  Zacierał  ręce,  jakby  były 

zimne. 

- Czas na nas, dzieci. 

 

Rozdział 6 

WSZYSCY WIDZIELIŚCIE Kapitol w Waszyngtonie DC, np. na 

pocztówkach, prawda? To ten duży, biały z kopułą na szczycie, który 

nie jest Białym Domem. W każdym razie, jest gigantem.  

Przyjechaliśmy  w  naszych  czarnych  limuzynach,  czując  się  jak 

gwiazdy. Wewnątrz zostaliśmy poprowadzeni przez szereg korytarzy i 

schodów, aż znaleźliśmy się w wielkiej sali konferencyjnej z pięknym 

widokiem na jakieś ogrody. 

W  sali  konferencyjnej  około  dwudziestu  osób  siedziało  wokół 

dużego,  drewnianego  stołu.  Niektóre  z  tych  osób  były  ubrane  w 

background image

mundury  wojskowe.  Wszyscy  usiedli  i  obrócili  się  by  patrzeć  się  na 

nas jak wchodziliśmy, otoczeni przez agentów Secret Service.  

Nie  wiedziałam  nawet  czy  chciałam trzymać  czyjąś  rękę,  dopóki 

mama  splotła  swoje  palce  z  moimi  i  je  uścisnęła.  Nagle  wszystko 

wydawało się lepsze. 

-  Witajcie.  Dziękujemy  za  przybycie.  -  Wysoki  mężczyzna  w 

zielonym  mundurze  wyszedł  naprzód  i  uroczyście  potrząsnął  rękę 

Jeba, potem mamy, a następnie każdemu z nas dzieciaków. 

-  Proszę,  usiądźcie.  Macie  ochotę  na  coś  do  picia?  Mamy  kawę, 

herbatę, 

napoje 

gazowane, 

zimną 

wodę…Oh, 

widzę, 

że 

przyprowadziliście  ze  sobą  swojego  psa.  Słodki,  mały  Scottie.  - 

Uśmiechnął  się  niepewnie,  jakby  zastanawiając  się,  dlaczego  ktoś 

wpuścił zwierzę do budynku.  

Zagryzłam  wargę,  zastanawiając  się,  czy  Total  się  wygada.  Ale 

nie. Po prostu kipiał cicho i skoczył na swoje krzesło przy Angeli. 

Następna godzina była jak „ To jest wasze życie, mutancie dzieci 

ptaki!”. Nie mieli żadnych zdjęć albo filmów z okresu, kiedy byliśmy 

mali i mieszkaliśmy w klatkach dla psów w Szkole. Ale ostatnie sześć 

miesięcy było przyzwoicie udokumentowane.  

Mieli  filmy  jak  lataliśmy  bardzo  wysoko,  i  materiał  z  różnych 

walk  z  ludźmi,  Erasersami  i  najnowsze  haniebne  wcielenie  wrogów, 

Latających Chłopców. Były pewne materiały z nami, po prostu, kiedy 

chłodziliśmy się w domu Anne Walker w północnej Wirginii. 

Znowu przyprawiło mnie to o napięcie i złość. 

background image

Ostatnie,  około  trzy  minuty  były  lekko  wzburzonym,  ziarnistym 

filmem, który został nakręcony wewnątrz Itex’u, malowniczej centrali 

w Niemczech. Pokazało mnie walczącą z Omegą, jak chłopak żałośnie 

przegrał.  Pokazało  bunt,  który  rozpoczęły  niektóre  z  klonów  i 

wściekły tłum dzieci przebijających się przez ściany zamku. 

Pokazało śmierć Ariego. 

Film  zatrzymał  się,  a  przyciemnione  światła  rozbłysły.  Rolety 

automatycznie się podniosły, ponownie odsłaniając duże okna. 

Teraz  byłam  w  zupełnie  kiepskim  nastroju.  Było  wystarczająco 

źle,  że  cała  byłam  ubrana  jak  jakiś modny  palant,  ale  w  końcu udało 

mi  się  nie  myśleć  o  Arim  przez  jakieś  pięć  minut,  a  potem  znowu 

musiałam  patrzeć  jak  on  umiera.  Zerknęłam  na  Jeba,  który  był  biały 

na twarzy, w ręce zaciskał mocno długopis, gdy patrzył na stół. 

-  Wasza  szóstka  jest  najbardziej  imponująca.  -  Kobieta  w 

dopasowanej  szarej  spódnicy  i  marynarce,  wstała  i  poczęstowała  się 

szklanką wody.  

Uśmiechnęła się do nas, ale był to uśmiech, który nie obejmował 

jej oczu. 

-  Poprosiliśmy  was  o  przybycie,  ponieważ  jesteśmy  bardzo 

zainteresowani  waszą  przyszłością  -  powiedział  starszy  pan.  -  My  - 

konkretnie, rząd amerykański - jeszcze do niedawna nie wiedzieliśmy 

o  waszym  istnieniu.  Teraz,  gdy  wiemy,  chcemy  was  chronić  a  także 

zbadać czy możemy być użyteczni dla siebie nawzajem. 

Z  pewnością  wyłożyli  swoje  karty  na  stół.  Zwykle  było  dużo 

bełkotu  o  tym,  jak  wyjątkowi  i  niepowtarzalni  byliśmy  itp.,  ale  to,  o 

background image

co im tak naprawdę chodziło to: Czy możemy wam nakazać robić to, 

co zechcemy? 

Do tej pory odpowiedź zawsze brzmiała „Nie!” 

Mężczyzna  zatrzymał  się,  patrząc na  nas  jedno po  drugim,  jakby 

czekając na odpowiedź. Nie dostał. 

-  Jedynym  sposobem,  w  którym  my  możemy  być  przydatni  dla 

was  byłoby,  naszym  zdaniem,  stworzenie  szkoły,  miejsca,  gdzie 

moglibyście żyć bezpiecznie. 

Młoda blondynka mówiła do nas, ale najwidoczniej jej słowa były 

skierowane  do  Jeba  i  mojej  mamy.  Jakby  to  oni  podejmowali  za  nas 

decyzje czy coś. 

-  Jesteście  bardzo  utalentowani  na  przetrwanie,  ale  istnieją  w 

waszej  edukacji  poważne  luki.  Możemy  wypełnić  te  luki,  pomóc 

zrealizować wasz cały potencjał. 

Znowu  nastąpiła  przerwa,  jakby  ludzie  z  rządu  czekali  aż 

zaczniemy skakać z podniecenia na myśl o pójściu do szkoły. Szkoła 

była, oczywiście, niefortunnym doborem słów w tej części. 

- W jakim celu? - Mój głos był czysty, nie niezdecydowany. 

- Słucham? - Młodsza kobieta spojrzała na mnie. 

-  Co  byście  z  tego  mieli?  -  zapytałam  -  Poza  samą  radością 

pomocy w spełnieniu nam naszych możliwości. 

-  Szczerze,  to  mamy  zamiar  was  uczyć  -  powiedział  wysoki, 

chudy mężczyzna, który, nie żartuję, wyglądał jak Bill Nye z Science 

Guy.  -  Jesteście  czymś,  czego  nigdy  wcześniej  nie  widzieliśmy. 

Pomysł,  że  ludzkie  dzieci  mogą  w  latać  w  rzeczywistości  jest 

background image

fantastyczny.  Dopóki  jesteście  w  szkole,  możemy  was  uczyć, 

zrozumieć zmiany fizyczne, które pozwalają wam na lot. 

-  W  jakim  celu?  -  zapytałam  ponownie.  -  Abyście  mogli  zrobić 

więcej takich jak my? 

Mężczyzna wyglądał na autentycznie zaskoczonego. 

- Nie - powiedział. - Po prostu żeby… zrozumieć. 

Stwierdziłam, że go lubię. Szkoda, że był jednym z Nich. 

-  Dobra,  mówisz,  że  będziecie  nas  uczyć  -  powiedziałam  miło.  - 

Jakoś  chcecie  nam  wmówić,  że  to  nie  będzie  dla  nas  kompletnym 

koszmarem,  kiedy  podłączycie  nas  do  czujników,  gdy  będziemy 

biegać  na  bieżni  lub  będziecie  trzymać  nas  w  tunelach  z  wiatrem  i 

będziecie nagrywać nas w czasie lotu. I co dalej? 

Cisza. 

 

Rozdział 7 

STARSZY  MĘŻCZYZNA  z  generalskimi  gwiazdkami  na 

kołnierzyku mówił, jako następny. 

- Co masz na myśli? 

-  Mam  na  myśli,  co  jeszcze?  -  powiedziałam.  -  Uczycie  nas; 

jesteście  zadowoleni  z  powodu  pomagania  nam  z  całym  tym 

potencjałem,  który  mamy,  leżącym  w  pobliżu.  Czego  jeszcze  od  nas 

chcecie? 

Niebieskie  oczy  generała  były  zimne  i  inteligentne  w  rumianej, 

dziadkowej twarzy. 

- Co sprawia że myślisz, że jest coś jeszcze? - zapytał. 

background image

-  Em,  bo  nie  jestem  skończoną  kretynką?  -  zaproponowałam.  - 

Ponieważ  żaden  dorosły  nigdy  nie  był  całkowicie  z  nami 

uporządkowany?  Bo  nie  wierzę,  nawet  przez  sekundę,  w  tą  całą 

historię.  Nie  wierzyłam  choćby  przez  sekundę,  że  wszystko,  czego 

chcecie  to  nas  uczyć.  Wy  wiecie  i  ja  wiem,  że  w  tych  sztywnych 

rękawach  macie  ukryte  motywy.  Pytanie  tylko,  kiedy  macie  zamiar 

nam pokazać, jakie to motywy? 

Ludzie  z  rządku  wydawali  się  być  zaskoczeni.  To  było  smutne, 

jak  powszechny  dorosły  wydawał  się  zaskoczony,  kiedy  dzieci  nie 

były  całkowicie  ślepe.  Mam  na  myśli,  z  jakimi  dziećmi  mieli  do 

czynienia? 

Czekałam  minutę,  podczas  gdy  oni  się  przegrupowywali.  Moja 

mama  uścisnęła  mi  rękę  pod  stołem.  Jedno  po  drugim  szybko 

spotkałam  oczy  stada:  Kła  były  czujne,  Iggi’ego  były  zwrócone 

bezpośrednio  na  mnie,  Kuks  były  szeroko  otwarte  i  pełne  zaufania. 

Gazika były przepełnione psotą i miałam chwilę obawy, zanim zdałam 

sobie  sprawę,  że  prawdopodobnie  nie  mógł  podkraść  żadnych 

materiałów wybuchowych do tego budynku.  

Angela  patrzała  na  mnie  spokojnie  i  teraz  podarowała  mi  trochę 

uśmiechu. Total położył łapy na stole i pił głośno ze szklanki z wodą. 

Ludzie patrzeli na niego przerażeni, a ja prawie pękłam ze śmiechu. 

-  Jakieś  inne  pytania?  -  zapytałam,  decydując,  że  nadszedł  czas, 

by zakończyć to przedstawienie. 

background image

-  Dlaczego  nie  chcesz  naszej  ochrony?  -  zapytała  kobieta, 

wyglądała na naprawdę wprawioną w zakłopotanie. Domyślam się, że 

nie pracowała tam zbyt długo. 

-  Bo  to powiązane  jest  z  ceną,  ze  sznurami  -  wyjaśniłam.  -  Cena 

jest zbyt wysoka, a sznury są zbyt ciasne. 

-  Jesteście  dziećmi  -  powiedział  mężczyzna  w  średnim  wieku, 

ubrany w niebieski garnitur. - Nie chcecie mieć domu, rodziny? 

-  Z,  na  przykład,  wzmocnionymi  witaminami  zbóż  i  telewizją 

edukacyjną?  -  zapytałam,  moje  oczy  były  szeroko  otwarte.  Mój  głos 

stwardniał.  -  Nie  zaoferowaliście  nam  domu  ani  rodziny. 

Zaoferowaliście  nam  szkołę,  gdzie  moglibyśmy  być  kształceni. 

Następne pytanie. 

-  Byłoby  patriotyczne  z  waszej  strony,  gdybyście  pomogli 

swojemu kraju - powiedziała sztywno blond kobieta. 

- I byłoby miło, gdyby Wielkanocny Zajączek istniał naprawdę. - 

odpowiedziałam.  -  Ale  to  ciekawe,  że  przeszliście  z  pragnienia 

kształcenia  nas  do  potrzebowania  nas  do  pomocy  naszemu  krajowi. 

Następne pytanie. 

Kobieta zaczerwieniła się i zobaczyłam, jak kilku kolegów patrzy 

na nią jakby zawiodła. 

- Szczerze mówiąc, uważamy was za krajowy zasób - powiedziała 

kobieta  w  mundurze.  -  Skarb  narodowy,  jeśli  wolicie.  -  posłała 

nieprzekonujący uśmiech. - To jak Deklaracja Niepodległości. 

Westchnęłam. 

background image

- Która jest przechowywana w zamkniętej gablocie pod kluczem, 

z uzbrojonymi strażnikami. Nie, dzięki. Ktoś jeszcze? 

Generał z chłodnymi oczami ponownie się odezwał. 

-  Faktem  jest,  że  jesteście  nieletni  i  zgodnie  z  prawem  państwa 

musicie  być  pod  nadzorem  osoby  dorosłej  i  opieki.  Oferujemy  wam 

taką opiekę z wieloma innymi przywilejami i korzyściami. Mogło być 

wiele  mniej  atrakcyjnych  opcji.  -  Usiadł  z  powrotem,  wyglądając  na 

zadowolonego  z  siebie  jakby  właśnie  zmiażdżył  przeciwnika  przy 

Battleship. 

Zamrugałam i rozejrzałam się po pokoju z niedowierzaniem. 

-  Żartujesz  -  powiedziałam  -  Uciekliśmy  z  więzienia  o 

zaostrzonym  rygorze,  przeżyliśmy  psychiczne  i  fizyczne  tortury, 

żyliśmy  sami  przez  lata,  załatwiliśmy  tony  dorosłych  mądrali 

wyglądających  jak  głupcy  bez  najmniejszego  wysiłku,  jedliśmy 

skoczki egipskie bez żadnych sosów do befsztyka. A ty i mówisz nam, 

że jesteśmy nieletni i musimy mieć strażników?  

Potrzasnęłam głową, patrząc się na niego.  

- Posłuchaj, kolegowychowywałam się w cholernej, psiej klatce. 

Widziałam  potworne  mutacje  ludzi  w  niepełnym  wymiarze 

umierających  z  wyszarpniętymi  jelitami.  Miałam  ludzi,  mutanty, 

roboty  próbujący  mnie  zabić  24/7  odkąd  pamiętam  i  myślisz,  że 

poddam się prawu państwowemu? Jesteś kopnięty?  

Mój  głos  podnosił  się  miarowo  i  wypełniał  pokój.  Każdy  był 

nieruchomy  i  milczał.  Wreszcie  facet,  który  pierwszy  nas  powitał 

odchrząknął niewygodnie. 

background image

-  Cóż,  być  może  powinniśmy  zrobić  sobie  przerwę  i  spotkać  się 

ponownie  jutro.  -  To  było  tak,  jakby  ktoś  patrząc  na  pole  bitwy  i 

straszne  rany  powiedział:  Połóżmy  bandaż  na  tą  rzecz,  załatajmy  to 

natychmiast! 

Jak  tylko  znaleźliśmy  się  z  powrotem  w  limuzynie,  mama 

poklepała moją rękę i powiedziała pogodnie: 

- Rany, poszło dobrze! - a ja parsknęłam. 

Potem wszyscy zaczęliśmy się śmiać, a ja pragnęłam zostać tak na 

zawsze: wszyscy razem i roześmiani. Oczywiście, nie mogliśmy. 

 

Rozdział 8 

TEGO  WIECZORU  POSTANOWILIŚMY  zamówić  pizzę  jak 

normalni  ludzie.  Mama  miała  menu  z  miejscowego  lokalu  i  każdy  z 

nas  dzieciaków,  mógł  zamówić  własną,  dużą  pizzę.  Nigdy  nie 

przywyknę do tego, że mam wystarczająco dużo jedzenia niż na dzień 

lub  dwa.  To  nie  potrwa  długo,  więc  postanowiłam  się  tym  cieszyć 

dopóki mogłam. 

- Więc, ta cała kontrola rządu na mnie nie działa - powiedziałam, 

gdy czekaliśmy na pojawienie się dostawcy. 

Moja mama spojrzała na mnie. 

-  Będę  czuć  się  lepiej,  jeśli  byłabyś  w  jakiś  sposób  chroniona  - 

powiedziała. 

Widzicie?  Takiego  rodzaju  jest  mamą.  Nie  rozkazuje  mi  czegoś 

wykonać,  nie  próbuje  mnie  przygnieść.  Tak  długo,  jak  nie  kładę 

skarpetek gdzie popadnie, jestem złota. 

background image

- Ich ochrona nigdy nie przetrwa.- powiedział Gazik. - Zmieni się 

w  coś  jeszcze.  Jak  pułapka  albo  koszmar  czy  eksperyment.  Czy 

pamiętałem, żeby zamówić z dodatkowym ananasem? 

Reszta stada skinęła głową. 

-  Nie  chcę  chodzić  do  szkoły  -  powiedziała  Kuks,  odciągając 

swoją uwagę  od telewizji.- Chyba że jest jak szkoła mody lub szkoła 

muzyczna,  np.  jak  być  gwiazdą  rocka.  Ale  lekcje  matematyki,  na  co 

dzień? I ortografii? Ble. 

-  Nie  sądzę,  żeby  ci  ludzie  naprawdę  wiedzieli,  czego  chcą.  - 

powiedziała Angela w zamyśleniu. 

-  Czy  pamiętaliśmy,  aby  wziąć  pieczywo  czosnkowe?  -  zapytał 

Total, a my wszyscy ponownie skinęliśmy głowami. 

-  Ale  nie  wychwyciłaś  całkowitego  zła?  -  zapytałam  Angelę. 

Mając sześcioletniego czytelnika w myślach przydaje się. 

-  Nie  -  powiedziała  Angela,  głaszcząc  plecy  Totala.  -  Czuję 

tajemnice  i  zamieszanie.  Ale  żadnych  rzeczy  jak  szalonych 

naukowców. 

- Coś nowego i innego - powiedział Iggy. 

- Ktoś chce lemoniadę? - zapytał Jeb, wyciągając kartonik. 

- Ja. - Gazik podał mu kubek, a Iggy powiedział: 

- Nie, niebieski jest mój. 

Gazik  podsunął  mu  jego  niebieski  kubek,  a  następnie  spojrzał  w 

górę  jak  wszyscy,  zdając  sobie  sprawę,  że  nikt  nie  wspomniał  o 

kolorze  kubka.  Iggy  wziął  kubek  i  pił,  wydając  się  nie  zauważyć 

niczego dziwnego. 

background image

- Który niebieski kubek, Ig? - spytałam mimochodem. - Jasny czy 

ciemny? 

- Jasny - powiedział. 

Wszyscy milczeliśmy, a następnie Iggy zmarszczył brwi. 

- Hę. Czy powiedzieliście mi, jakie kolory miały kubki? 

- Nie - powiedziałam cicho. 

Wpatrywał się w stół, a potem potrząsnął głową. 

-  Nadal  jestem…  ja  wciąż  nie  widzę.  Żadnych  wizji.  Nic.  - 

Wyciągnął  rękę,  przesuwając  ją  powoli,  aż  poczuł  swój  kubek.  -  Ale 

ten kubek jest niebieski. 

Gazik pchnął inny. 

- A jaki jest ten? 

Iggy dotknął go, a potem zamknął dłonie wokół niego. 

- Żółty? 

- Tak - powiedział Kieł. - A co z tym? - Włożył  w rękę  Iggi’ego 

menu pizzy. - Jakiego koloru to jest? 

- Zielone? - Iggy zapytał. - Czuję to, jako zielone. 

Nikt  nic  nie  mówił  przez  chwilę  trawiąc  te  nowe  informacje. 

Pamiętam,  co  Jeb  powiedział  o  tym,  jak  możemy  mutować  się  we 

własnym zakresie, bez planowania. 

Kuks wydawała się myśleć to samo. Nieśmiało wyciągnęła rękę a 

gdy  dzieliło  ją  kilka  centymetrów  od  jej  widelca,  ten  poleciał  w  jej 

kierunku 

-  Znowu  bawiliście  się  w  toksycznych  odpadach?  -  zapytał 

poważnie Kieł, kładąc ręce na biodrach. 

background image

Kuks zachichotała. 

- Nie. 

- Zostaliście ugryzieni przez radioaktywnego pająka? - Kieł drążył 

dalej. - Uderzył was piorun? Wypiliście serum super-żołnierza? 

- Nie, nie, nie - powiedział Iggy.  

Zaczął  sięgać  po  rzeczy  wokół  stołu,  a  jego  ręka  wylądowała  na 

Totalu. 

- Jesteś czarny. 

-  Wolę  psiego  Amerykanina.  -  powiedział  Total.  -  Kiedy 

przyniosą to ciasto? Umieram z głodu. 

-  Co  ze  mną?  -  zapytała  Kuks,  kładąc  rękę  Iggi’ego  na  swojej 

twarzy. 

Uśmiechnął się. 

-  Jesteś  jakby  czekoladową  kawą  z  mlekiem  -  powiedział  z 

podziwem. 

- Jak mokka - powiedział Gazik. 

No  więc  tak.  Iggy  miał  nową,  niespodziewaną  umiejętność,  jak 

Kuks. Wszyscy będziemy je rozwijać? Na pewno nic więcej nie może 

się zdarzyć Angeli - była trochę za dużo załadowana dla niedźwiedzia 

pod względem szczególnych mocy. 

Reszta z nas będzie musiała poczekać i zobaczyć. 

Wtedy 

zadzwonił 

dzwonek 

drzwi, 

a  my 

wszyscy 

podskoczyliśmy. Kolacja! 

 

 

background image

Rozdział 9 

STADO  STANĘŁO  poza  zasięgiem  wzroku  drzwi,  podczas  gdy 

Jeb  na  to  odpowiedział.  Niski  facet  w  czerwonej  koszuli,  stał  tam 

trzymając  duży  stos  pudełek  pizzy.  Jeb  zapłacił  mu  a  facet  przekazał 

pizzę i pospieszył z powrotem do swojego samochodu. 

Mama wzięła pudełka, a Jeb zatrzasnął i zamknął drzwi na klucz. 

Stado  wyszło  z  ukrycia,  jak  gdybyśmy  byli  manczkin  i  dobra 

czarownica Glinda właśnie się pojawiła. 

- Tak, tak, tak - odetchnęła Kuks, niemal skacząc w górę i w dół. 

Niesamowity zapach pizzy wypełnił pokój. 

Mama postawiła pudełka na stole i otworzyła jedno. 

- Kto zamawiał z dodatkowym pepperoni i grzybami? 

- Ja, ja! - powiedziałam, czując jak mi burczy w brzuchu. 

Mama  sięgnęła  do  pudełka,  a  Gazik  chwycił  ją  za  ramię  i 

powiedział: 

- Czekaj! 

- Uciekaj od tej pizzy! - rozkazałam Gazikowi, podchodząc bliżej. 

- Twoja jest prawdopodobnie następna. 

-  Nie  -  powiedział  Gazik  ze  zbolałą  miną.  -  Patrz!  -  Wskazał  w 

stronę  wnętrza  pudełka  i  kiedy  przyjrzałam  się  uważniej,  mogłam 

dostrzec  maluteńki  kawałek  drutu  wystający  spod  grubego 

sycylijskiego ciasta. 

- Kryć się! - krzyknęłam, a następnie wszyscy zanurkowaliśmy. 

Wszystko rozbłysło błyskotliwą bielą, a potem olbrzymie boom!, 

praktycznie przebiło moje bębenki uszne. Leżałam na podłodze z tyłu 

background image

kanapy,  a  Kieł  był  za  mną,  jego  ramiona  wokół  mnie,  jedna  ręka 

przykrywała  moją  twarz.  Było  trochę  trzasków,  a  potem  dziwna  po 

wybuchowa cisza, która brzmiała o wiele głośniej niż normalna. 

Niewielkie,  trzepoczące  dźwięki  powiedziały  mi,  że  kawałki 

rzeczy spływały na ziemię. 

-  W  porządku?  -  powiedział  Kieł,  ale  moje  uszy  zostały 

wysadzone  i  stłumione,  i  brzmiało  to  tak,  jakby  mówił  przez 

poduszkę. Skinęłam głową i wygramoliłam się. 

- Raport! - powiedziałam, następnie natychmiast zakrztusiłam się 

gryzącym pyłem, który wypełniał powietrze.  

Zaczęłam  ciężko  kaszleć,  łzy  spływały  po  moich  policzkach  i  za 

każdym razem, kiedy brałam oddech bardziej zasysałam się kurzem i 

więcej kaszlałam. 

-  Ze  mną  w  porządku.  -  powiedziała  Kuks,  wypełzając  z 

przedpokoju, gdzie zanurkowała. 

- Ze mną w porządku. - powiedział  Iggy, myśląc, że nie mogłam 

go dojrzeć. 

Następnie  stos  kurzu  i  szczątków  przeniosło  się  na  podłogę  a  on 

wstał, wyglądając jakby był kłaczkiem. Jak choinka. 

- Tutaj w porządku. - powiedział Gazik i też zaczął kaszleć. 

- Co to było? – zapytała mama, zszokowana. 

- Wszyscy cali? – zapytał Jeb, strzepując rzeczy z ramion. 

O dziwo,  wszyscy byliśmy cali, z  wyjątkiem drobnych zadrapań, 

skaleczeń i stłuczeń. Total wyglądał jakby został posypany bułką tartą 

i przygotowany był do smażenia. 

background image

Jeśli  Gazik  nie  zauważyłby  tego  drutu,  wszyscy  bylibyśmy 

podobni do pizzy: płascy i niechlujni. 

-  Ale  co  to  było?  -  zapytała  znowu  mama.  Wyglądała  na 

kompletnie wkurzoną i klepała każdego na złamanie kości. 

-  Wóz  powitalny?  -  powiedziałam,  już  zbierając  nasze  mizerne 

rzeczy. - Ok, wszyscy. Zmywajmy się zanim gliny się pokażą. 

 

Rozdział 10 

ROZSTALIŚMY SIĘ z mamą i Jebem, następnie spotkaliśmy się 

z  nimi  piętnaście  minut  później  w  niepozornym  hotelu  koło 

autostrady.  Jechali,  a  my  lecieliśmy  nad  nimi,  rozglądając  się  czy  są 

śledzeni.  Nikogo  nie  widzieliśmy,  i  zgaduję,  że  ktokolwiek 

skonstruował  tę  bombę  zakładał,  że  zadziała  i  wszyscy  zostaniemy 

wyeliminowani. 

Jak  dotąd  nikt  nie  próbował  nas  wysadzić  w  powietrze,  więc 

wszyscy  byliśmy  trochę  roztrzęsieni.  To  było  przypomnienie,  że 

zagrożenie mogło pochodzić z dowolnego miejsca, od każdego. 

Po  umyciu  się  na  tyle  na  ile  było  to  możliwe,  mama  wynajęła 

pokój,  a  Jeb  wynajął  drugi  obok.  Czekaliśmy  do  momentu  aż 

wybrzeże  było  całkowicie  puste,  następnie  stado  i  Total  wślizgnęło 

się. Może będziemy tu na chwilę bezpieczni. 

Tej  nocy  moja  mama  i  ja  zostałyśmy  i  rozmawiałyśmy,  gdy 

wszyscy  już  poszli  do  łóżek.  Skuliłam  się  na  kanapie  obok  niej  i 

próbowałam  nie  wyobrażać  sobie,  jakie  mogło  by  być  moje  życie, 

gdybym mogła mówić do niej jak teraz, już zawsze. 

background image

-  Kto  mógł  to  zrobić?  -  spytała,  wciąż  wyglądając  na 

zdenerwowaną i zaniepokojoną. 

Wzruszyłam ramionami. 

-  To  może  być  każdy.  Każdy  z  tych  złych  ludzi,  każdy  z  tych 

dobrych  ludzi,  którzy  tak  naprawdę  są  złymi,  każdy  pracujący  dla 

każdego z nich. Może gang rządowy nie chciał przyjąć do wiadomości 

odmowy. 

Potrząsnęła głową. 

- Wciąż czuję, że bez względu na to, jak apodyktyczni oni są, jak 

bardzo nie rozumieją sytuacji, są na poziomie. Nie sądzę, żeby to oni 

za tym stali. 

- Ufasz Jebowi? - zapytałam ją. 

-  Ufam  -  powiedziała  powoli.  -  Ale  myślę  też,  że  powinnaś 

zawsze trzymać się na baczności. Z każdym, przez cały czas. 

Skinęłam głową. 

- Nie wiem co po tym zrobimy. 

- Rządowa szkoła wciąż do ciebie nie przemawia? - uśmiechnęła 

się. 

- Nie. 

-  Zawsze  jesteś  mile  widziana  w  domu  -  powiedziała  i  wzięła 

moją dłoń. 

Pokręciłam głową. 

- Nie zrobiłabym ci tego - przynajmniej nie za często. Każdy, kto 

nam pomaga skończy odnosząc obrażenia. Jak dziś na przykład. 

- Nadal nigdy nie zapomnij, że masz schronienie. 

background image

- Ok - powiedziałam z uśmiechem. - Chciałabym, żebyśmy mogły 

gdzieś częściej wychodzić, jak teraz. 

-  Ja  też.  O  tylu  sprawach  dotyczących  ciebie  chciałabym 

porozmawiać, tak dużo nie wiem. - Zawahała się. - Czy coś się dzieje 

między tobą a Kłem? 

Wytrzeszczyłam oczy i poczułam, że się rumienię. 

- Nie. Co masz na myśli? - powiedziałam nieprzekonywująco. 

Mama  pogładziła  moje  włosy  i  próbowała  nie  wyglądać  na 

zmartwioną. 

-  Po  prostu  bądź  ostrożna  -  powiedziała  i  pocałowała  mnie  w 

czoło. - Istnieją inne rodzaje bólu oprócz fizycznego. 

Och, jakbym tego nie wiedziała. 

 

Rozdział 11 

- YO, MAX. 

Kieł.  Głos  Kła.  Zamrugałam  i  usiadłam  szybko,  chwytając 

pościel. 

- Co? - sapnęłam. - Co, co… 

-  Zróbmy  trochę  korkociągów.  -  Kieł  skinął  na  zewnątrz. 

Rozejrzałam się. 

Dziewczyny  spały  w  tym  pokoju,  chłopcy  w  drugim.  Na 

zewnątrz, noc była głęboka, ale rozświetlona światłem księżyca. 

- Dlaczego? - wyszeptałam. 

Uśmiechnął się niespodziewanie, a moje serce trochę się ścisnęło. 

- Bo możemy. 

background image

Niestety,  zwykle  nie  potrzebuję  lepszego  powodu  do  tego.  Kieł 

wyszedł  przez  drzwi  motelu  i  uciekł  w  noc,  a  ja  szybko  założyłam 

dżinsy  i  kurtkę.  Następnie  podążyłam  za  nim,  pognałam  w  kierunku 

ciemnej części parkingu, wystrzeliłam się w powietrze. 

Moje skrzydła wysunęły się, pełne i mocne, przez duże otwory w 

mojej  kurtce.  Spadałam  kilka  stop  dopóki  moje  pióra  nie  zabrały 

powietrza  jak  żagle,  a  potem  mocno  wzrosłam  nad  dachami  cichej 

dzielnicy  DC.  Uśmiechnęłam  się,  gdy  przecinałam  nocne niebo,  Kieł 

tysiące stóp nade mną, ledwie  zarysowany przez księżyc. W sekundę 

dotarłam do niego, pełna radość pochodząca z wolnego latania, latania 

dla przyjemności. Zamiast ucieczki, na przykład. 

Obracaliśmy  się  w  chłodnym  powietrzu,  nie  mówiąc, 

pozostawiając  miasto  daleko  z  tyłu.  Wkrótce  znaleźliśmy  się  w 

pobliżu  oceanu,  w  pobliżu  Chesapeake  Bay.  Spadając  niżej  w 

szerokich  kręgach,  ujrzeliśmy  mały  nieużywany  dok  wystające  z 

wody.  

Z  niewypowiedzianą  zgodą  rozpędziliśmy  się  w  dół,  w  końcu 

lądując  na  doku.  Ledwie  oddychając  ciężko,  usiedliśmy  na  skraju 

doku,  pozostawiając  nasze  skrzydła  rozpostarte,  aby  się  ochłodziły. 

Nie było miejsca, jedno ze skrzydeł Kła przykryło jedno z moich. 

- To jest ładne. - Moje stopy wymachiwały przynajmniej jard nad 

wodą. 

-  Tak.  Spokojne.  -  Kieł  patrzył  na  wszystko  z  wyjątkiem  mnie.  - 

Jesteśmy z powrotem na torach? 

Spojrzałam na niego. 

background image

- Co masz na myśli? Jakich torach? 

- Ty i ja. My… zerwaliśmy. 

Oh, to. Patrzałam na wodę, zakłopotana. 

- Nie chcę rozdzielać się ponownie - powiedział. 

- Nie, ja też nie chcę. 

- Max… 

Jego twarz była nieczytelna w świetle księżyca. Poczułam lekkie, 

pierzaste  ciepło  jego  skrzydła  leżącego  na  moim.  Co  on  chce  ode 

mnie? Dlaczego nie mógł po prostu pozwolić rzeczom być? 

- Czego chcesz ode mnie? - powiedział. 

-  Czego  ja….Co  masz  na  myśli?  Chcę  zwykłych  rzeczy,  jak 

zawsze.  -  Nienawidziłam  konwersacji  takich  jak  ta,  nienawidziłam 

rozmawiać o moich uczuciach chyba, że byłam, na przykład, wściekła. 

Wtedy słowa przychodziły łatwo. Ale te bzdurne serca i kwiatki? Uhh. 

Jego oczy spotkały moje. 

-  Spójrz,  nie  podobało  ci  się  to,  gdy  zobaczyłaś  mnie  z  tą 

dziewczyną w szkole, w Wirginii. 

Prawda.  Widząc  Kła  całującego  Rudy  Cud  czułam  mdłości  w 

moich wnętrznościach. Pozostałam milcząca, pamiętając. 

-  I  nie  byłem  zachwycony  tobą  i  Samem,  możliwym  zdrajcą, 

również w Wirginii. 

- Tak, właściwie Wirginia była do dupy - zgodziłam się. 

- Dobrze, dlaczego? Dlaczego przeszkadzało nam oglądanie nas z 

innymi ludźmi? 

background image

O  Boże,  dokąd  on  z  tym  zmierza?  Gdybym  miała  więcej  niż 

siostrzane  uczucia  do  Kła,  ledwo  mogłabym  je  do  siebie  dopuścić,  a 

tym bardziej jego. 

- Bo jesteśmy płytcy i samolubni? - spróbowałam, mając nadzieję 

że odpuści. 

Przewrócił  oczami  i  wziął  mnie  za  rękę.  Jego  ręka  była  twarda  i 

zgrubiała, z mięśniami i starymi bliznami. Noc osadziła się wokół nas 

jak koc. Słyszałam wodę obmywającą dok. Byliśmy zupełnie sami. 

- Jesteś…. - zaczął, a ja czekałam, serce pulsowało mi w gardle. - 

Taka zbolała. - doszedł do wniosku. 

-  Co?  -  zapytałam,  właśnie  kiedy  jego  głowa  opadła  i  jego  usta 

dotknęły moich. 

Starałam  się  mówić,  ale  jedna  z  rąk  trzymała  tył  mojej  głowy,  a 

on trzymał swoje usta przyciśnięte do moich, całując mnie delikatnie, 

ale z determinacją Kła. 

Oh, jeju myślałam w roztargnieniu Jezu, to jest Kieł i ja i…. Kieł 

przechylił głowę by pocałować mnie głębiej, a ja poczułam całkowite 

zawroty głowy. Wtedy przypomniałam sobie, by oddychać przez nos, 

i mgła troszkę się rozpłynęła.  

Jakoś napieraliśmy na siebie, teraz ramiona Kła były wokół mnie, 

przesuwając się w dół po moich skrzydłach, jego ręce płasko na moich 

plecach. To było niesamowite. Kocham to. Kocham go. 

To była totalna katastrofa. 

Sapiąc, odsunęłam się. 

background image

-  Ja,  uh…  -  Zaczęłam,  oh,  tak  spójnie,  a  potem  zerwałam  się, 

prawie go uderzając, popędziłam w dół doku. Uciekłam, lecąc szybko, 

jak rakieta. 

 

Rozdział 12 

NO I MASZ. Przeglądałam każdy ostrzegający nagłówek z każdej 

gazety  dla  młodzieży.  „Odepchnęłaś  go?  Jak  się  do  niego  zbliżyć!”, 

„Masz  dość  bycia  chłopczycą?  Jak  uzyskać  dostęp  do  swojej 

wewnętrznej jędzy!”, „Nie jesteś gotowa na związek? Tutaj znajdziesz 

10 sposobów na powiedzenie mu o tym!”  

Sądzę,  że  jedynym  sposobem  można  byłoby  powiedzieć,  że 

wariuję  przez  prosty  pocałunek,  mknięciem  w  nocy,  później  nie 

mogąc  zasnąć  w  łóżku  aż  do  świtu,  dręczona  przez  uczucia,  których 

nie mogłam nawet rozpoznać. Nie wiem - wygląda to jak trop. 

Kiedy  moja  mama  przyszła  rano  i  poklepała  moje  ramię  żeby 

mnie  "obudzić",  moje  oczy  były  suche  i  piaszczyste.  Miałam  około 

dwudziestu minut snu. Bałam się spotkać z Kłem, zastanawiałam się, 

czy był wściekły, zraniony, czy coś. Potem mama powiedziała: 

- Chcesz naleśniki? Obok jest IHOP*. 

I mój dzień właśnie tak się zaczął. 

Zeszłam  z  góry  ponownie  po  naleśniki.  Kieł  był  daleki,  Iggy 

dotykał  rzeczy  i  krzyczał,  jaki  był  ich  kolor,  Kuks  sprawiała,  że 

metalowe  rzeczy  skakały  w  jej  kierunku,  jak  na  przykład  zamek 

błyskawiczny na mojej bluzie z kapturem. Gazik i Angela zajmowali 

się  sobą,  co,  spójrzmy  prawdzie  w  oczy,  jest  wyzwaniem  nawet  w 

background image

dobrym  dniu.  Total  choć  raz  był  przygaszony,  skulony  na  motelowej 

kanapie, lizał plecy.  

A  jednak  nasza  zabawa  Washington  DC  nie  była  zakończona! 

Mama  i  Jeb  przekonali  nas,  by  podtrzymać  nasze  drugie  zebranie, 

które  wplątało  nas  w  paradowanie  przed  specjalną  kongresową 

komisją. 

Myślę, 

że 

to 

było 

jak 

Rozwiązanie 

Komitetu 

Niespodziewanych Mutantów.  

Tak czy inaczej. 

-  Mamy  kilka  ciekawych  nowości  -  powiedział  siwowłosy 

mężczyzna.  -  Mamy  już  przyznane  środki  na  utworzenie  specjalnej 

szkoły  dla  was.  Lokalizacja  nie  została  jeszcze  ustalona.  Ani  też  nie 

została podjęta decyzja, czy zostaniecie połączeni z innymi dziećmi. - 

Wygłosił przesłanie, jakby właśnie powiedział nam, że wygraliśmy na 

loterii. 

- Aha - powiedziałam ostrożnie. 

-  Ciągle  jest  dla  mnie  niejasne,  dlaczego  dzieci  nie  mogą  po 

prostu żyć gdzieś w spokoju, w ukryciu. - powiedziała moja mama.  

Idź dalej, mamo! 

- Cóż, widzi pani, pani Martinez… - zaczęła kobieta. 

- Doktor - powiedziała moja mama. - Doktor Martinez. 

- Ach tak, Doktor Martinez - powiedziała kobieta. 

-  Podobnie  jak  w  programie  ochrony  świadków  -  mama  ciągnęła 

dalej.  -  Rząd  wydaje  miliony  dolarów,  tyle  samo  czasu  i  energii, 

ochraniając  świadków,  którymi  często  są  sami  przestępcy.  Dlaczego 

nie możecie zrobić taki sam wysiłek, aby chronić niewinne dzieci? 

background image

Kuks uścisnęła moją rękę. Każde z nas chciało mieć prawdziwych 

rodziców  przez  całe  nasze  życie  i  po  kilku  katastrofalnych, 

fałszywych  alarmach,  ja  aktualnie  znalazłam  moich.  A  moja  mama 

była najlepszą mamą na świecie, kiedykolwiek. 

Nawet kiedy myślałam, że zaszła trochę za daleko, nazywając nas 

„niewinnymi”.  Być  może  nie  wiedziała  o  sznureczku  skradzionych 

samochodów lub o wandalizmie na pustych domach letniskowych. 

Ale to była dygresja. 

Starsza kobieta w garniturze marynarki wojennej pochyliła się do 

przodu. 

-  Program  ochrony  świadków  jest  ograniczony  i  nie  ma  na  celu 

stworzenia odpowiedniego środowiska dla dzieci. Dlatego myśleliśmy 

więcej  o  sytuacji  szkoły  z  internatem,  z  odpowiednimi  opiekunami  i 

nauczycielami.  -  Uśmiechnęła  się  trochę  chłodno.  -  To  będzie 

najbardziej pożądana sytuacja, zapewniam was. 

-  Nie  jesteśmy  przekonani,  że  zrozumiecie  naturę  tych  dzieci  - 

Powiedział  Jeb,  wypowiadając  się  po  raz  pierwszy.  -  Nie  jesteśmy 

pewni,  dlaczego  uważacie  się  za  najlepszego  z  sędziów,  co  byłoby 

najlepsze dla nich. 

- Nikt z nas nie był związany, jakkolwiek peryferycznie, z Itexem 

lub  jej  różnymi  gałęziami  badań  -  powiedziała  ciemnowłosa  kobieta. 

Wydawało  mi  się,  że  Jeb  zaczerwienił  się  trochę  na  tym.  -  Ale  my 

zrobiliśmy  szczegółowe  analizy  sytuacji,  dzieci  i  różnych  systemów 

rehabilitacyjnych,  które  mogą  mieć  tutaj  zastosowanie.  Wielu  z  nas 

sami są rodzicami. 

background image

- Ale nie jesteście ich rodzicami - powiedziała moja mama. 

- Z całym szacunkiem, dr Martinez, też pani nie jest, ani nie jest 

nim  Jeb  Batchelder  -  powiedział  starszy  mężczyzna  w  okularach.  - 

Rozumiemy  genetyczne komponenty, jak to zostało nam wyjaśnione. 

Ale faktem jest, że te dzieci w zasadzie dorastały bez jakiegokolwiek 

dorosłego, który mógł być w rzeczywistości nazywany rodzicem. 

Jeb  ponownie  się  zaczerwienił,  i  zastanawiałam  się,  jak  bardzo 

winny  mógł  się  czuć,  przez  rozczarowanie  stada.  Mam  nadzieję,  że 

było  tego  wiele.  Poczułam  obok  mnie,  że  mama  się  spięła,  i  nagle 

miałam dosyć. 

Max, nienawidzę tego. Możemy się stąd wydostać? 

Głos  Angeli  przeniknął  do  mojej  głowy.  Obróciłam  się,  by 

zobaczyć jej duże niebieskie oczy mnie błagały. Nad jej głową, oczy 

Kła  napotkały  moje,  i  ledwie  dostrzegalnie  skinęłam  głową.  Jak 

zwykle,  on  i  ja  byliśmy  na  tej  samej  stronie,  nawet  bez  mówienia. 

Podniosłem  rękę,  biorąc  każdego  z  zaskoczenia.  Pomyślałbyś,  że  już 

to wykorzystali. 

- Muszę coś powiedzieć. 

 

Rozdział 13 

- ROZMAWIACIE o nas jakby nas nawet tutaj nie było. Siedzicie 

tam,  podejmujecie  decyzje  o  naszym  losie,  nawet  nas  nie  pytając  - 

powiedziałam. 

- Maximum, podczas gdy dzieci są często zachęcane do wyrażenia 

preferencji,  zwykle,  odpowiedzialni  dorośli  ustalają,  co  jest  dla  nich 

background image

najlepsze.  Dzieci  po  prostu  nie  mają  doświadczenia  życiowego  i 

edukacji  do  zrozumienia  obrazu  sytuacji.  -  Siwowłosy  senator  posłał 

mi uspokajający uśmiech, w którym, nazwijcie mnie paranoiczką, nie 

znalazłam w ogóle spokoju. 

Magazyny młodzieżowe zachęcały mnie, abym skontaktowała się 

z moimi wewnętrznymi uczuciami. Więc szukałam głęboko w sobie i 

uświadomiłam sobie, że moje wewnętrzne uczucia mówiły mi, żebym 

wszystkich  ich  uderzyła  w  twarz.  Co  świadczy  o  tym,  że  magazyny 

dla  młodzieży  po  prostu  nie  wydają  się  mieć  zastosowania  w  moim 

życiu. 

-  Życiowe  doświadczenie?  -  powtórzyłam  mocno.  -  Obraz 

sytuacji?  Otrzymałam  większe  doświadczenie  życiowe  przez 

czternaście lat niż ty otrzymałeś w - ile masz lat, jakieś sto? 

Twarz senatora zaczęła zamieniać się w różową. 

-  Jesteś  z  tych,  którzy  nie  mają  doświadczenia  życiowego  - 

powiedziałam. - Czy kiedykolwiek obudziłeś się z ustami zaklejonymi 

taśmą, nie wiedząc gdzie jesteś i gdzie jest twoja rodzina? Czy boisz 

się  wszystkiego  i  wszystkich?  Żywiłeś  się  jedzeniem  ze  śmietnika? 

Śpisz  z  jednym  okiem  otwartym,  ponieważ  w  każdej  sekundzie  ktoś 

może  próbować  cię  zabić?  Czy  kiedykolwiek  otworzyłeś  pudełko 

pizzy tylko po to, by znaleźć bombę? Nie masz żadnego pojęcia. 

Niektórzy  członkowie  komisji  wyglądali  na  przerażonych,  i 

zastanowiłam się, jak wypełnione były ich akta. 

-  Angela  ma  tylko  sześć  lat  -  ciągnęłam  dalej.  -  Ale  stawiam 

dziesięć dolców, że uczestniczyła w większej liczbie bijatyk na śmierć 

background image

i  życie,  niż  którekolwiek  z  was.  Macie  nierealne  pomysły  dotyczące 

nas,  które  chcecie,  aby  były  prawdziwe.  Dzieci,  dla  których 

zaprojektowaliście  tą  szkołę,  są  prawdopodobnie  czyste,  uprzejme, 

wdzięczne, zgodne. Niestety, to nie jesteśmy my. 

Stado stanęło wokół mnie, i domyśliłam się, że wszyscy robiliśmy 

najbardziej  nieustępliwe  twarze,  te,  które  załamują  nasz  wygląd  „są 

tak słodkie”. Ale ten komitet tego nie wie. 

-  Nie  potrzebujemy  być  „rehabilitowani”  -  ciągnęłam  dalej.  - 

Jesteśmy  ocalonymi,  i  to  jest  dużo  więcej  niż  dobre  maniery  albo 

cierpliwość  lub  palące  pragnienie  sprawienia  przyjemności.  Wasze 

wyobrażenie  szkoły,  wasze  plany  -  żadna  z  tych  rzeczy  nie  ma  nic 

wspólnego z nami, prawdziwymi nami. Idźcie i bawcie się kręceniem 

kół. Ale wyłączcie z tego nas. 

Wstałam  i  podeszłam  do  rzędu  dorosłych  próbujących 

zatarasować  sobą  tyły.  Powodzenia  z  tym,  pomyślałam.  Pchnęłam 

ciężkie  drzwi,  gotowa  zdzielić  każdego,  kto  próbowałby  mnie 

zatrzymać.  Ale  nikt  nie  próbował,  i  szybko  spojrzałam  do  tyłu  by 

zobaczyć  stado,  Totala,  moją  mamę  i  Jeba,  wszyscy  śpieszyli  się  za 

mną.  

Na  końcu  korytarza  była  kolejna  sala  konferencyjna.  Miała 

ogromne  okna,  niektóre  z  nich  były  otwierane  korbą  do  czyszczenia 

czy  coś.  Bez  zastanowienia,  bez  planowania  -  innymi  słowy,  w 

prawdziwym  stylu  Max  -  dałam  mamie  szybki,  mocny  uścisk, 

podniosłam moją kurtkę, a potem podeszłam do okna i wyskoczyłam.  

background image

Wydawało mi się, że słyszałam jej ciężki oddech, ale dźwięk był 

rozrywany  przez  pędzące  powietrze  obok  mnie,  kiedy  zatrzepotałam 

swoimi  otwartymi  skrzydłami.  Następnie  byłam  w  górze, 

zabezpieczona przez powietrze, wspierana i kołysana przez atmosferę. 

Nie  mogłem  powstrzymać  się  od  uśmiechu,  wciągając  zimne 

powietrze do moich płuc, czując się wolną. 

- Dokąd zmierzamy, Max? - zawołał Gazik.  

Moje stado szybowało silnie obok mnie, wszyscy wyglądali na tak 

szczęśliwych i pełnych ulgi jak ja się czułam. 

-  Czy  to  ważne?  -  odpowiedziałam  pytaniem,  a  on  potrząsnął 

głową. 

- Nie sądzę - powiedziałam do siebie i wzniosłam się do góry. 

 

Rozdział 14 

-  PATRZCIE,  PENTAGON!  -  powiedział  nagle  Gazik, 

wskazując.  Skręcił  mocno  w  lewo  i  zmierzał  do  tego.  -  Zawsze 

chciałem to zobaczyć! 

- Ja też! - powiedział Iggi sarkastycznie, już lecąc za Gazikiem. 

- Tak, możesz dotknąć i poczuć, że jest biały - powiedziałam. 

Reszta  z  nas  skierowała  się  za  nimi,  i  dobrze  było  widzieć  jak 

szczęśliwy był każdy latając. 

- Bombarduję z lotu nurkowego!  - krzyknął Gazik,  wsuwając się 

w skrzydła i nurkując w dół w stronę Pentagonu. 

-  Nie,  Gazik,  nie!  -  krzyknęłam  za  nim.  -  To  jest  budynek 

rządowy! Oni są jeszcze bardziej paranoiczni niż my! 

background image

Chichocząc  maniakalnie,  Gazik  spadł  w  dół  w  granicach 

pięćdziesięciu stóp od dachu Pentagonu, szybko zrobił obrót i znowu 

wystrzelił  w  górę.  Cała  nasza  szóstka  wznosiła  się  i  przechylała  i 

pędziła,  pamiętając  sztuczki,  których  nauczyliśmy  się  od  sokołów  i 

nietoperzy, wykonując formacje w ułamku sekundy i obracając się do 

góry nogami, poniekąd jak pływacy dopływający do końca basenu. 

- Okej - Zawołałam w końcu. - Wycofajmy się… 

Powietrze wypełniło się rykiem, odwróciłam głowę aby zobaczyć 

dwa  odrzutowce  mknące  w  naszym  kierunku,  ich  spiczaste  nosy 

wyglądały kiepsko. 

- Co jest z nimi nie tak? - zawołała Kuks, pędząc bliżej mnie. 

-  Naruszyliśmy  przestrzeń  powietrzną  Pentagonu  -  domyślił  się 

Kieł,  jak  tylko  hałas  odrzutowców  zbliżał  się  z  niewiarygodną 

prędkością. 

Total w ramionach Kła, skinął głową. 

-  Powinienem  był  was  zatrzymać!  Ja  przynajmniej  powinienem 

był wiedzieć lepiej! 

- Wynośmy się stąd! - wrzasnęłam, i zawróciliśmy tak szybko jak 

tylko mogliśmy, uciekając daleko od Pentagonu.  

Nie  wiedziałam  jak  zdeterminowane  były  te  odrzutowce,  i  nie 

wiedziałam  kto  je  nasłał.  Czy  zostały  wysłane  automatycznie  w  celu 

wyeliminowania wszystkiego na przestrzeni Pantagonu? Czy Komitet 

Rozwiązań  Niespodziewanych  Mutantów  nie  przyjął  do  wiadomości 

odmowy? Nie mieliśmy zamiaru zostawać tu by się tego dowiedzieć. 

background image

- Między drzewa! - rozkazałam, wskazując, gdzie kilka hektarów 

drzew tworzyło mały las.  

Ale  składając  nasze  skrzydła  szczelnie  z  powrotem,  traciliśmy 

wysokość  zupełnie  jak  pierzaste  kamienie.  Dostrzegłam  kilka  otwarć 

wśród  wierzchołków  drzew,  zanurkowaliśmy  w  nie,  natychmiast 

obracając  się  w  bok  i  otwierając  skrzydła  więc  nie  uderzyliśmy  o 

ziemię.  

Lecieliśmy przez chwilę na boku, prześlizgując się między pniami 

drzew, wiedząc, że byliśmy niewidoczni dla odrzutowców. Chyba, że 

mieli czujniki podczerwieni. W takim przypadku byliśmy pogrążeni. 

- Juu-hu! - wykrzyknął Gazik.  

Znacznie  trudniejsze  było  takie  latanie  w  pionie,  ale 

dopracowaliśmy  tą  technikę  do  perfekcji  w  minionym  roku.  Tak, 

samoloty też mogą latać na boki i to szybciej niż my, muszę przyznać. 

Ale nie mogą się ślizgać między drzewami, prawda? Albo obracać się 

w kółko jak dziesięciocentówka? 

Nie.  Jeśli  by  spróbowali,  zakończyliby  wybuchając  w 

imponującej  ognistej  kuli.  Ten  las  był  tak  mały,  że  musieliśmy  go 

okrążać, co robiliśmy przez około dwadzieścia minut. Wreszcie hałas 

odrzutowców  osłabł,  a  potem  zupełnie  zanikł.  Ostrożnie  opuściliśmy 

las i wylądowaliśmy w pobliżu. 

- To było niesamowite! - krzyknął Gazik, podnosząc rękę. 

Iggi  przybił  mu  piątkę  (nie  wiem  jak  on  to  robi  -  nigdy  nie 

pudłuje) i oboje zaczęli chichotać w zwycięstwie. 

background image

-  Niesamowite,  a  jednak  głupie  -  powiedziałam,  zawsze  głos 

rozsądku. - Od teraz trzymajmy się poniżej poziomu radaru, ludzie. 

-  My  byliśmy  poniżej  poziomu  radaru  -  spierał  się  Gazik.  - 

Totalnie poniżej radaru. 

- Miałam na myśli metaforycznie - powiedziałam. - Zarówno pod 

rzeczywistym  radarem  a  także  w  niskim  profilu,  dyskretni,  w 

tajemnicy. 

-  Aha.  -  Gazik  powiedział  takim  tonem,  który  powiedział  mi  że 

nie  usłyszał  ani  słowa  z  tego  co  powiedziałam.  -  To  było  takie 

niesamowite! 

Powód numer 52, dlaczego Gazik nie jest przywódcą stada. 

 

Rozdział 15 

I  TAK  PO  PROSTU,  znów  byliśmy  wolni.  Albo  tak  wolni,  jak 

tylko  szóstka  bezdomnych  mutantów  mogła  być.  W  ciągu  trzech 

godzin  byliśmy  osiem  tysięcy  stóp  nad  Górami  Pocono,  szukając 

miejsca do odpoczynku.  

Po raz kolejny, stanowy park nas uratował. Duży kawałek zieleni 

kusił, i prześlizgnęliśmy się przez drzewa tak cicho, jak tylko się dało, 

niedaleko  wejścia  do  parku.  Słońce  zachodziło  i  musieliśmy  znaleźć 

dobre miejsce do spania, ale było coś, co musiałam zrobić w pierwszej 

kolejności. 

Zadzwoniłam  do  mojej  mamy,  aby  dać jej  znać,  że  byliśmy  cali. 

Coś czego nie robiłam nigdy wcześniej w swoim życiu. 

background image

- Oh, Max … wszystko z wami w porządku? - Odpowiedziała na 

swoją komórkę praktycznie zanim zadzwoniła. 

- Wszystko z nami dobrze - powiedziałam. Ból we mnie oznaczał, 

że chciałam móc z nią być, ale wiedziałam że nie mogłam. Nigdy nie 

mogłabym być ‘w domu o piątej’ rodzaju córką. 

- Po prostu mnie zdenerwowali. 

- Wiem - powiedziała moja mama. - Wydają się tacy aroganccy. I 

naprawdę  nie  sądzę,  że  mają  dobre  plany  w  stosunku  do  was.  - 

Przerwała i zgaduję, że zagryzała usta, próbując nie zapytać się gdzie 

jesteśmy  lub  gdzie  się  ukryliśmy.  Co  było  dobre,  bo  jak  zwykle 

działałam bez planowania gry. 

- Nie, ja też nie - powiedziałam. - Uściskaj ode mnie Ellę, dobrze? 

- Dobrze, kochanie - powiedziała. - Posłuchaj, Jeb jest tutaj i chce 

z tobą rozmawiać. 

Zrobiłam niechętną minę i Kieł podniósł do mnie brwi. 

- Max? 

- Tak - powiedziałam niechętnie. 

- Jesteście bezpieczni? - Jego głos brzmiał ciepło i ojcowsko. 

- Tak. 

- Dobrze. 

-  Więc  nie  jesteś  Głosem  w  mojej  głowie?  -  zapytałam.  - 

Widziałam jak byłeś Głosem. 

- Mogę zrobić ten Głos, ale nie jestem Głosem - powiedział Jeb. - 

To wszystko jest częścią większego obrazu. 

background image

Świetnie.  Inna  układanka.  Dobrze,  że  nie  kopałam  się  za  nie 

rozumienie swojego całego życia. 

-  Cokolwiek  -  powiedziałam,  wiedząc  że  przyprawia  mnie  to  o 

szał. 

- Posłuchaj Max - powiedział Jeb. - Dr. Martinez - twoja mama - i 

ja  chcemy  żebyś  wiedziała,  że  ci  ufamy.  Twoje  instynkty  dobrze  ci 

służyły do tej pory i utrzymywały ciebie i stado przy życiu. Uważamy, 

że  dobrze  zrobisz,  niezależnie  od  tego  czy  będziesz  tego  pewna  czy 

nie. 

Hmmm. 

Komplementy 

zawsze 

wywoływały 

we 

mnie 

podejrzliwość. 

- Ach tak? - powiedziałam. 

-  Tak  -  powiedział  stanowczo.  -  Jesteś  odpowiednią  osobą  do 

prowadzenia stada. To jest to do czego zostałaś stworzona. Robisz w 

tym  wspaniałą  pracę,  odnajdując  swoją  własną  drogę.  Ufamy  ci,  że 

zrobisz teraz to co trzeba. 

Gdybym  mogła  mu  uwierzyć,  to  podgrzałoby  moje  małe  serce. 

Wszystko  co  musiałam  zrobić,  to  zadecydować  czy  mu  uwierzyć, 

zakładając jego prawdziwość. Mimo wszystko, moja mama tam była, 

słuchając go i zaufałam jej. 

- Heh. - powiedziałam. 

Nastąpiła przerwa, jakby miał nadzieję na więcej. 

-  W  każdym  razie,  trzymaj  się,  Max  -  powiedział  w  końcu.  - 

Zadzwoń  do  mamy  lub  do  mnie,  kiedy  będziesz  miała  okazję. 

Będziemy pracować nad sprawami do końca. 

background image

- Pracować nad czym? 

- Ooops, lepiej żebyśmy już poszli - powiedział Jeb. - Nie siedź na 

telefonie  tyle  czasu,  w  przeciwnym  wypadku  ktoś  was  namierzy. 

Przekaż moją miłość stadzie. 

Telefon kliknął i się rozłączył. 

Spojrzałam  w  górę.  Kieł  mnie  obserwował.  Ciągle  nie 

rozmawialiśmy  o  tym  incydencie  z  poprzedniej  nocy.  Kuks  stąpała  z 

nogi  na  nogę,  w  sposób  który  oznaczał  że  była  głodna.  Total  miał 

przerwę na toaletę w krzakach. Wszyscy  wyglądali na zmęczonych, i 

wciąż musieliśmy przygotować naprędce jedzenie.  

Jeb  powiedział,  że  on  i  moja  mama  ufają  mi  i  uważali  że  robię 

dobrą robotę. Powiedział żebym zaufała instynktom. 

Moje instynkty zapytały mnie czy on gra na innym froncie. 

 

Rozdział 16 

Po kulawej kolacji z wygrzebanego jedzenia, rozlokowaliśmy się 

na różnych gałęziach najwyższych drzew jakie mogliśmy znaleźć. Czy 

często  spaliśmy  na  drzewach?  Tak.  Czy  kiedykolwiek  spadliśmy  z 

drzewa w czasie snu? Tak zabawne jak to było, nie. 

Byłam  wyczerpana,  nadal  dość  głodna  i  nie  mająca  zielonego 

pojęcia  co  przyniesie  jutrzejszy  dzień.  Ale  dwukrotnie  sprawdziłam 

moje  stado,  zanim  pozwoliłam  sobie  na  odpoczynek.  Angela  i  Total 

wtulali  się  w  ogromny  dąb.  Iggy  i  Gazik  byli  blisko  siebie  na  tym 

samym  drzewie.  Kuks  wyciągnęła  się  wzdłuż  grubej  gałęzi,  jedno 

ramię zwisało jej w dół. Kieł był… 

background image

Spojrzałam. Był tam trzy sekundy temu. Teraz Kła tam nie było. 

- Gdzie jest Kieł? - Starałam się trzymać alarm poza moim głosem 

- nie panikuj do momentu aż będziesz mogła - ale nie chciałam być w 

środku sprawy zaginionego członka stada. 

Angela i Gazik rozejrzeli się, a Kieł powiedział: 

-  Jestem  tutaj.  -  brzmiąc  na  zaskoczonego.  I  był  tam,  siedząc 

okrakiem na gałęzi, oparty o pień drzewa. 

Zamrugałam. 

- Patrzyłam - nie było cię tam. 

- Tak, byłem. - Powiedział, unosząc brwi. 

-  Nie  -  powiedziała  Kuks.  -  Też  cię  szukałam.  Schowałeś  się  za 

drzewem? 

- Byłem tutaj! - upierał się Kieł, wymachując rękami. 

- Ja też ciebie nie widziałem koleś - powiedział  Iggy z kamienną 

twarzą. 

Wywróciłam oczami w jego kierunku, potem powiedziałam: 

- Wywracam oczami, Iggy. 

-  Cóż,  byłem  tutaj  przez  cały  czas  -  powiedział  Kieł,  wzruszając 

ramionami. 

Pięć minut później, znowu zniknął. 

-  Kieł!  -  powiedziałam,  rozglądając  się  dookoła.  Prawda,  było 

ciemno,  ale  dzięki  wyostrzonemu  wzrokowi,  wszyscy  mogliśmy 

perfekcyjnie  widzieć  w  nocy.  Każdy  członek  stada był  tam,  wyraźny 

jak za dnia. 

- Jestem tutaj - powiedział Kieł. 

background image

Nie było niczego, skąd pochodził jego głos. 

- Za drzewem? – Zaczynałam być rozdrażniona. 

- Ślepa jesteś? - żądał Kieł. - Jestem tutaj! 

I  był.  Wraz  z  zupełnie  nową  umiejętnością.  Posłuchajmy 

spontanicznych mutacji, ludzie! 

 

Rozdział 17 

NIE, KIEŁ NIE MÓGŁ w rzeczywistości stać się niewidzialnym. 

To było bardziej jak jego naturalny bezruch i ciemność sprawiały, że 

niknął  w  tle  aż  jakoś  zniknął.  Jak  tylko  poruszył  się  ponownie,  był 

widoczny. Jeśli pozostał nieruchomy, moglibyśmy szukać godzinami, 

ale nasze oczy ślizgałyby się po nim. 

-  Ja  też  tak  chcę!  -  odezwał  się  Gazik,  siedząc  bardzo,  bardzo 

spokojnie, całkowicie nieruchomo. 

- Nie - powiedziała Kuks, potrząsając głową. - Wyróżniasz się jak 

pierdnięcie w kościele. 

- Właściwie wystarczająco - mruknęłam. 

- Co ze mną? - zapytał Iggy. Złożył skrzydła i udawał posąg. 

- Nie, jesteś widoczny - powiedziałam do niego. 

- Nie jestem! - odparł. 

Cisnęłam  w  niego  dużą,  ciernistą  szyszką  i  usłyszałam  zduszony 

dźwięk w jego klatce piersiowej. Zawył z bólu. 

- Potrafiłabym to zrobić, gdybym cię nie widziała? - zauważyłam. 

- Poważnie nie możecie mnie zobaczyć? - Kieł brzmiał radośnie. 

- Nie, jeśli jesteś nieruchomy i cichy - przyznałam. 

background image

Uśmiechnął  się  szeroko,  i  to  było  straszne  widząc  tylko  rząd 

białych  zębów  na  tle  szorstkiej  kory  drzewa.  Pokręcił  głową  i  bam, 

pokazał  się,  cały  on.  Zaczęłam  się  orientować,  jak  bardzo  stał  się 

irytujący z tą umiejętnością. 

-  O,  koledzy,  mam  parę  myśli,  którymi  chciałabym  się  z  wami 

podzielić  -  powiedziałam,  nagle  przypominając  sobie.  Słyszałam  jak 

Total coś przebąkiwał, ale nie zwróciłam na to uwagi. 

Iggy udawał głośne chrapanie. Rzuciłam w niego kolejną szyszką. 

- Przestań rzucać we mnie rzeczami! - Potarł ramię. 

-  Miło,  że  możesz  do  nas  dołączyć  -  powiedziałam.  -  Dobra, 

słuchajcie.  Znowu  jesteśmy  w  drodze.  Likwidatorzy  nie  wydają  się 

już  istnieć,  i  nie  widzieliśmy  żadnych  Latających  Chłopców.  Ale 

wiecie,  że  cokolwiek  pozostało  z  Itex’u,  przegrupowuje  się  i 

przygotowuje  do  kolejnej  wojny.  Dodatkowo,  ktoś  próbuje  nas 

wysadzić  w  powietrze.  Więc  kilka  wytycznych:  Musimy  się 

przenosić, co drugi dzień, ciągle w podróży. Nie zostajemy w jednym 

miejscu dłużej niż czterdzieści osiem godzin. 

- Uhh - powiedział Total. Był zwinięty na kolanach Angeli. 

-  Nie  będziemy  zaprzyjaźniać  się  z  ludźmi  aż  do  końca 

apokalipsy. - ciągnęłam dalej, odhaczając rzeczy na moich palcach. 

- Co to jest apokalipsa? - zapytał Gazik. 

- Zasadniczo, całkowite zniszczenie świata, jakim go znamy. I nie 

będziemy ufać ludziom, nawet po apokalipsie. 

Ale Max, jesteście w większości ludźmi powiedział Głos. 

background image

Tak  samo  jak  Likwidatorzy  odpowiedziałam  Poza  tym,  wiesz,  co 

miałam na myśli. 

- Jednakże - ciągnęłam - Chcę abyśmy spróbowali uznać dobro w 

rzeczach. Jak moja mama. I Ella. I ciasteczka czekoladowe. Po prostu 

wygląda to tak, że nie powinniśmy pozwolić naszym wrogom byśmy 

byli pełni goryczy, nienawiści i tych rzeczy. 

Czekałam, aż każdy zacznie się wypowiadać. 

- Kim jesteś i co zrobiłaś z prawdziwą Max? - zapytał Iggy. 

-  Ha  ha.  Więc  myślę,  że  powinniśmy  na  zmianę  wymienić  trzy 

dobre  rzeczy,  które  się  nam  przydarzyły.  Kto  chce  zacząć?  - 

powiedziałam jasno. 

Cisza. 

- Kuks? 

- Em - odparła. 

-  Tak  więc  obiad  był  pyszny  -  odezwał  się  Total.  Rzuciłam  mu 

Spojrzenie. - Dobra, dobra - powiedział. - Em, cóż, nikt nie próbował 

nas dzisiaj zabić. 

- To jedna - zgodziłam się. 

- Jesteśmy wszyscy razem - powiedział. 

- Okej, druga. Dobrze ci idzie. Dalej. 

- Nie mam pcheł. 

Byłam zaskoczona. 

- Em, ta, myślę  że to prawda. To jest dobra rzecz. - Nie mogłam 

zaprzeczyć. 

Total wyglądał na zadowolonego. 

background image

- Ja nie mam pcheł - powiedział Iggy. 

- Założę się, że masz - odparł Gazik. 

Westchnęłam,  gdy  dyskusja  przekształciła  się  w  oskarżenia  i 

obronę.  Jutro  ponownie  spróbuję.  Czasami  rzeczy  związane  z 

przywództwem były wielkim bólem w tyłku. 

 

Rozdział 18 

Podziemia 

Kopuła  solna  znajdująca  się  ćwierć  mili  poniżej  powierzchni 

ziemi,  mogłaby  łatwo  pomieścić  kilka  stadionów  piłkarskich.  Choć 

kopuły  solne  występowały  naturalnie  w  wielu  różnych  miejscach  na 

świecie, ta zdarzyła się pod pewnym krajem w środkowej Europie.  

W czasie I i II wojny światowej wiele skarbów kultury narodowej 

przechowywane  były  tutaj,  aby  uniknąć  zniszczenia  przez  alianckie 

bomby.  Obecnie  mówi  się  o  włączeniu  tej  ogromnej  sieci  tuneli  i 

jaskiń,  w  większości  tak  szerokich  jak  czteropasmowe  autostrady,  w 

nieprzepuszczalne 

centrum 

składowania 

odpadów 

promieniotwórczych. 

- Odkąd ci głupcy utrzymują produkcje energii jądrowej, nie mają 

najmniejszego  pojęcia,  co  zrobić  z  jego  toksycznymi  produktami.  - 

Uber-Dyrektor mamrotał do siebie.  

Jego  małe  zmotoryzowane  krzesło  jeździło  cicho  po  gładkiej 

krystalicznej  podłodze.  Ostatecznie  być  może  ta  jaskinia  zostanie 

sprzedana,  a  Uber-Dyrektor  będzie  musiał  przenieść  swoją  bazę 

background image

operacyjną.  Ale  jak  na  razie  to  była  najbardziej  akceptowalna  i 

niezwykle bezpieczna siedziba.  

Ciężkie  przewody  kabli,  niektóre  prawie  mające  stopę  średnicy, 

przypełzające  z  powierzchni,  przynoszące  prąd,  wodę,  świeże 

powietrze.  Ponadto,  telefon  komórkowy,  samodzielne  płuczki 

powietrza  szumiące  cicho,  kiedy  pędził  z  pokoju  do  pokoju, 

zatrzymując dwutlenek węgla i uwalniając tlen. Gdy dotykały bariery, 

po prostu odwracały się i udawały się w innym kierunku.  

Uber-Dyrektor  sam  nie  zużywał  dużo  tlenu  -  tylko  23  procent 

tlenu  wymagane  jest  do  jego  funkcjonowania.  Ale  stałe  powietrze 

było nieprzyjemne. 

Pokój konferencyjny Uber- Dyrektora był z dala głównego tunelu. 

Przylega on do aktualnego „biura” i zawiera zabytkowy stół, którego 

szczyt  był  wyrąbany  z  płyty  palisandrowej.  Bank  ekranów 

plazmowych, pięć szerokich i cztery wysokie, przykrywały większość 

jednej ze ścian. 

- Sir? 

Ludzki  asystent  stał  w  pobliżu,  miał  spuszczoną  głowę  z 

szacunkiem. 

- Przygotowania zostały zrobione? – zapytał Uber-Dyrektor. 

-  Tak,  sir.  Wszystko  jest  przygotowane.  Pokaz  przedpremierowy 

aukcji można rozpocząć na pański sygnał. 

-  Doskonale.  Czy  wszystkie  strony  przyjęły  zaproszenie  do 

udziału? 

Asystent wyprostował się dumnie. 

background image

- Tak, sir. Wszystkie. 

- Więc zaczynajmy. 

 

Rozdział 19 

Podziemia 

Elektronika  przekazuje  odpowiedź  do  Uber-Dyrektora  okiem 

sygnału.  Na  ekranach  plazmowych  pojawił  się  każdy  określony 

przywódcy innego kraju lub osób prawnych. 

Mężczyźni i kobiety na ekranach, świadomi, że są teraz na żywo 

przed  kamerą,  przesunęli  się  na  swoich  miejscach  i  regulowali 

maleńkie  mikrofony  przed  nimi.  Jeśli  którykolwiek  z  nich  było 

zszokowane  niekonwencjonalnością  Uber-Dyrektora,  a  nawet 

groteską, wyglądem, nie okazali tego. Byli poinformowani wcześniej. 

-  Pozdrowienia  -  Powiedział  Uber-Dyrektor  swoim  dziwnym, 

mechanicznym głosem. 

Przerwał chór odpowiedzi od swoich klientów na ekranie. 

-  By  wyjaśnić,  co  dzisiaj  robimy,  pozwólcie  przejść  mi  do  kilku 

najistotniejszych  punktów.  -  Odwrócił  się  na  krześle  i  spojrzał  na 

nieco  inny  duży  ekran  na  prawo.  Pojawiło  się,  pokazując  zdjęcie 

sześcioro  niechlujnych,  nachmurzonych  dzieci.  -  Są  to  przedmioty 

aukcji.  Są  w  zestawie.  Chociaż  zestaw  może  być  podzielony,  to  nie 

byłoby mądre, i bez wątpienia utrudniłoby powodzenie misji. 

-  Czy  mógłbyś  wyjaśnić  dokładnie,  na  co  patrzymy?  -  dyktator, 

który  niedawno  zrobił  w  CNN  listę  „Dziesięciu  najgorszych 

nadużywających Praw Człowieka”, przerwał siłą. - Są pogłoskami. 

background image

-  Patrzycie  na  szóstkę  młodych  eksperymentów  w  nauce 

rekombinowanego  DNA  ludzi-ptaków.  Są  one  najbardziej  opłacalne 

spośród  wszystkiego,  co  zostało  wyprodukowane.  Potrafią  latać  jak 

ptaki.  -  Uber-Dyrektor  zamrugał  dwa  razy,  a  ekran  za  nim  pokazał 

krótki film o szóstce latających dzieci.  

Był  zadowolony  z  posapywania  i  szmerów  pochodzących  od 

widzów, ale jego "twarz" nie wykazywała żadnych emocji.  

-  Dobrze  latają  -  ciągnął  dalej.  -  Mają  niesamowite  poczucie 

kierunku  i  lepsze  właściwości  regeneracyjne  i  lecznicze.  Są 

inteligentne, przebiegłe i stosunkowo mocne. 

-  Mówisz,  jakbyś  je  podziwiał.  -  Kobieta,  która  była  nazywana 

„Żelazną Dziewicą z Doliny Krzemowej” pochyliła się do przodu. 

- Podziwiał? - odparł Uber-Dyrektor. - Nie. Ani trochę. Dla mnie 

są  oni  genetycznym  wypadkiem,  błędem.  -  Nikt  nie  odważył  się 

wspomnieć o jego  formie. - Nie jestem tak głupi, aby je lekceważyć, 

jak moi poprzednicy to zrobili. 

Nastąpiło kilka sekund ciszy, jakby potencjalni oferenci rozważali 

Uber-Dyrektora  i  jego  możliwości  oferowanych  produktów.  Potem 

znów zamrugał, a ekran za nim zrobił się czarny. 

-  Otrzymaliście  swoje  pakiety  informacji  -  powiedział  -  Nie 

odpowiem  na  więcej  pytań.  Poinformuję  was  o  tym,  kiedy  i  gdzie 

odbędzie  się  licytacja.  Należy  pamiętać,  że  oferta  otwarcia  to pięćset 

milionów  dolarów.  -  Więcej  pomruków  wybuchło  od  strony  ściany 

ekranów. 

Uber-Dyrektor pozwolił sobie na lekki uśmiech. 

background image

-  Mimo  wszystko,  trudno  jest  ustalić  cenę  na  zdolność  do 

panowania nad światem. 

 

Rozdział 20 

Śródziemnie 

-  Demonstracja  jest  gotowa,  sir.  -  Asysten  stał  z  jak  zwykle 

pochyloną  głową,  ledwie  dając  sobie  radę  z  unikaniem  mówienia 

"Mój  Panie"  czy  "Wasza  Miłość”.  To  był  problem  z  ludźmi 

staromodnymi.  Zbyt  rządzony  przez  emocje,  zbyt  łatwy  do 

zastraszenia. Nie byłoby dla nich miejsca w Nowej Epoce. 

Z mrugnięciem, Uber-Dyrektor wyraził zgodę, aby rozpocząć. 

Dziesięć  metrów  nad  nim,  niewielki  cień  sygnalizował  istnienie 

jaskini.  Jego  informatorzy  powiedzieli  mu,  że  dzieci-ptaki  często 

odpoczywały  w  jaskiniach.  Miał  nadzieję,  że  ta  demonstracja  będzie 

bardziej pomyślna niż poprzednia. 

- Dlaczego się jeszcze nie rozpo… - zaczął pytać, tylko po to aby 

ruch przyciągnął jego uwagę i wyciągnął ją do góry. Spojrzał szybko 

na  skalną  ścianę,  ale  nic  nie  zobaczył.  Wtedy  -  Jest!  Kamuflaż  był 

doskonały. Tylko niewielki skrawek skóry matrycy był widoczny gdy 

żołnierz przesunął się na bok przez kamień, jak krab. 

Koncentrując  się  uważnie  i  zwiększając  swój  wewnętrzny  zoom 

do  400  procent,  Uber-Dyrektor  mógł  teraz  zobaczyć  stłoczonych 

żołnierzy poruszających się w kierunku otworu w skale. 

Jeden  z  nich  strzelił  z  gęstej,  prawie  niewidocznej  siatki  nad 

otworem  jaskini.  Uber-Dyrektor  uśmiechnął  się.  Nawet  na  tym 

background image

powiększeniu,  musiał  mocno  się  koncentrować  by  zobaczyć 

sporadyczne łatki matrycy. Jego asystent zmarszczył brwi i zerknął na 

ścianę skały. Zwykły człowiek miałby duży problem z dostrzeżeniem 

tych nowych żołnierzy. 

Swoim  umysłem,  Uber-Dyrektor  włączył  kanał,  który  pozwolił 

mu 

przysłuchiwać 

się 

kodowanym 

transmisjom 

pomiędzy 

jednostkami żołnierzy. Ta generacja, Generacja J, została wyposażona 

w pewną inteligencję i tylko w szczątkowe emocje, ale wydawała się 

je wykorzystywać i przekazywać bardziej niż jej poprzednicy. 

Były  bardziej  korzystne  w  kontrolowaniu  niż  jeden  Likwidator, 

lub ich następne latające-maszyny, i na tyle sprytne do podejmowania 

szybkich decyzji i improwizacji. 

Wcześniejsze  wersje  były  bardziej  inteligentniejsze  -  zbyt 

inteligentne.  Wystarczająco  mądre  by  kwestionować  rozkazy,  by 

chcieć  podejmować  własne  decyzje.  Inne  miały  tylko  umiejętność 

maszyny  do  zarządzania.  Ich  zdolność  do  myślenia  na  własnych 

nogach,  do  podejmowania  pochopnych  decyzji,  w  celu  dostosowania 

do zmieniających się okoliczności, praktycznie nie istniała. 

Tym  bardziej  katastrofalne  były  Generacje  od  D  do  G.  Również 

były  tak  głodne  krwi,  że  nie  mogły  one  być  kontrolowane  kiedy 

poczuły zdobycz lub ich empatia było tak podwyższona, że nie mogły 

zdobyć się na to, by zabić cokolwiek. 

Żołnierze  zatrzymali  się,  połączeni  w  jeden  impuls,  w  jedno 

globalne  polecenie.  Potem  szybko  zdjęli  siatki  i  skoczyli  do  wejścia 

jaskini. Poruszając się jak jeden, nie zostawili miejsca na ucieczkę. 

background image

Kilka  jednostek  ponownie  pojawiło  się  w  wejściu  do  jaskini. 

Rzucili  w  dół  manekiny  wypełnione  hamburgerami,  brzęczącymi 

muchami.  Nie  zjedli  ich.  Podążali  za  rozkazami  i  schwytali  swoje 

ofiary. Teraz podnieśli ręce w geście zwycięstwa. 

Uber-dyrektor  zamrugał  na  swojego  asystenta,  który  patrzył  na 

manekiny z przerażeniem i wstrętem. 

- Tak, sir. - Asystent otworzył małą czarną walizkę. Zawierała ona 

wysoce wydajny generator elektryczny. 

Uber-Dyrektor  wysłał  swoim  żołnierzom  wiadomość,  a  oni 

natychmiast  zaczęli  stłaczać  się  w  dół  skalnej  ściany  jak  pająki, 

przemieszczając  się  pewnie  i  łatwo  na  powierzchni  kilku  grzbietów, 

bez uchwytów. 

Asystent  bał  się  ich,  ale  wiedział,  że  nie  może  tego  okazać. 

Żołnierze okrążali go, ich twarze były bez wyrazu. 

- Tutaj - asystent mruknął nerwowo.  

Jeden  żołnierz  wystąpił  naprzód,  lewe  ramię  odwrócił  do 

asystenta.  Lekko  drżącymi  rękoma,  asystent  podłączył  generator  do 

ramienia żołnierza i włączył go. Szybki przypływ energii elektrycznej 

spowodował wstrząs żołnierza i usztywnienie, a następnie relaks. Jego 

twarz wygładziła się. Kolejny żołnierz wystąpił naprzód. 

Przypływ  energii  elektrycznej  działał  jak  narkotyk  w  tej  serii, 

zarówno  uspokajał  i  ekscytował.  Żołnierze  pragnęli  tego  i  to  była 

przydatna  nagroda.  Kiedy  jej  nie  dostali,  ich  zachowanie  stawało  się 

nieprzewidywalne i gwałtowne. To była wada, błąd konstrukcyjny. 

Ale jedyni pracowali dalej. 

background image

Rozdział 21 

-  Gdzie  się  schowamy  następnym  razem,  Max?  -  Kuks  ostrożnie 

obróciła swojego hot doga wokół małego otwartego ognia. 

Rozmyślałam właśnie o tym przez cały dzień. 

-  Chili?  -  Pomieszałam  otwartą  puszką,  umieszczoną  wśród 

palących  się  rozżarzonych  węgielków,  czystym,  oskrobanym 

patykiem. 

Gazik wyciągnął swojego hot doga, a ja wycisnęłam na to trochę 

chili. Nie był to schludny proces. 

- Wracajmy do Francji - powiedziała Kuks. - Pokochałam Francję. 

- Tak, Francja była miła -  zgodziłam się. - Z  wyjątkiem czterech 

oddziałów Itexu. 

Ostatnio  zrobiliśmy  sobie  Wycieczkę  Dzieci  Ptaków  Wokół 

Europy, skupiając się na różnych miejscach pozbawiających wolności 

i nadużycia, prowadzonych przez wariatów i wariatki pod przykrywką 

Korporacji  Itexion  mieszającej  się  z  ciastkami  i  modną  europejską 

modą. Nasze życie było niczym jeśli nie było elektryczne. 

- A co z Kanadą? - zasugerował Iggy. - Wydaje się fajna. 

-  Hm  -  powiedziałam.  Mówiąc  szczerze,  jeszcze  nie 

zadecydowałam.  Nigdzie  nie  wydaje  się  wystarczająco  daleko  od 

sługusów Itexu albo Szkoły albo Instytutu lub którejkolwiek z innych 

anonimowych  jednostek,  które  wydawały  się  zacięte  by  używać  nas 

lub zniszczyć. Chciałam być daleko, daleko od wszystkich. 

Iggy szukał śmieci na ziemi, wpychając je do plastikowej torby ze 

sklepu spożywczego. Słyszałam jak mamrotał: 

background image

- Biały. Brązowy. Ooh, jasne, dziwne. Brązowy. Niebieski - kiedy 

dotykał różnych rzeczy. 

-  Oh,  zgadnijcie  co  się  stało  -  odezwała  się  Angela,  gryząc 

kawałek hot doga. 

Słysząc te słowa wypływające z usta Angeli, zawsze stawałam się 

napięta.  

- Mam nową umiejętność! 

Oh,  świetnie.  Kieł  i  ja  zrobiliśmy  przerażone  miny  do  siebie 

ponad głową Angeli. 

-  Masz  na  myśli  -  poza  tymi  w  rodzaju  mówienia-do-ryb?  - 

zapytałam ostrożnie. 

Skinęła głową. 

O,  kurczę  blade,  pomyślałam,  mając  nadzieję  że  nie  rozwinęła 

nagle  swojej  umiejętności  do  strzelania  piorunami  swoimi  oczami. 

Czy coś. 

- Um, co to takiego?  

Proszę, nie pozwól mi zwariować przez odpowiedź. 

Patrzcie. - Podniosła głowę i spojrzała na moją twarz.  

Całe  stado  przechyliło  się  bliżej,  patrząc  na  nią.  Przeszukałam 

twarz  Angeli,  błagając  by  rogi  nie  wyskoczyły  z  jej  czoła.  Właśnie 

miałam spytać, czym jej umiejętność była, gdy to zobaczyłam. 

- Widzicie? - spytała. 

-  Um,  tak  -  odpowiedziałam,  gapiąc  się.  Wpatrując  się  w  jej 

gładką,  jasnobrązową  skórę,  ciemne  brązowe  oczy,  jej  znacznie 

prostsze brązowe włosy. 

background image

- Mogę zmienić to jak wyglądam! - powiedziała niepotrzebnie. 

- Mhmmm, tak, widzę - odparłam. 

- Pokaż im dziewczynę ptaka - powiedział Total. - Kocham to. 

Angela  uśmiechnęła  się.  Podczas  gdy  wszyscy  czekaliśmy, 

wstrzymując  nasze  oddechy,  zaczęła  zmieniać  się  jeszcze  raz.  Dwie 

minuty  później,  mieliśmy  niebieskiego  rajskiego  ptaka  z  oczami 

Angeli.  Mam  na  myśli,  wciąż  miała  ludzki  kształt.  Ale  jej  twarz  i 

głowa  były  otoczone  grzywą  turkusowych  piór  i  miała  dwa 

spektakularne pióra.  

To  była  najdziwniejsza  dziwna  rzecz  jaką  kiedykolwiek 

widziałam, i uwierzcie, kiedy to mówię, to coś znaczy. 

Wyciągnęła  smukłe  ręce,  lekkie  jak  piórko  i  poruszyła  swoimi 

palcami. 

- O mój Boże - wyszeptała Kuks. - To jest takie niesamowite. 

Angela  uśmiechnęła  się  i,  po  prostu  tak  szybko,  przemieniła  się 

powrotem w siebie. 

-  Jak  na  razie  potrafię  przemienić  się  tylko  w  te  dwie  rzeczy  - 

powiedziała.  –  Ale  założę  się,  że  jak  poćwiczę,  mogę  robić  inne 

rzeczy. 

- Mhmm - powiedziałam z trudem. 

-  Jakim  cudem  ona  potrafi  robić  takie  rzeczy,  a  ja  nie?  -  zapytał 

Gazik. 

-  Jesteście  rodzeństwem,  nie  bliźniakami  -  powiedziałam, 

dziękując w myślach. 

background image

-  My  wszyscy  dużo  się  zmieniamy  -  powiedziała  Kuks,  brzmiąc 

na  zmartwioną.  -  Zmieniamy  się  w  sposób,  w  jaki  oni  nie  planowali, 

nie oczekiwali. 

-  Tak  -  odezwał  się  Iggy.  -  Pod  koniec  tygodnia  będziemy 

kijankami. 

- Iggy - powiedziała Kuks. - Mówię poważnie. Nie wiemy co się 

będzie z nami działo. 

Spojrzałam na moje stado. Kieł był ostrożny; reszta wyglądała w 

różnym  stopniu  na  niespokojnych.  Czas  założyć  mój  kapelusz 

przywódcy. 

-  Posłuchajcie,  ludzie  -  powiedziałam,  brzmiąc  spokojnie  i 

odpowiedzialnie.  Powinnam być  na Brodwayu,  naprawdę  powinnam. 

-  To  prawda,  że  się  zmieniamy,  i  w  pewnym  stopniu  oni  tego  nie 

zaprogramowali. I nie mamy pojęcia co się później stanie. Ale wiecie 

co?  Nikt  inny  też  tego  nie  wie.  To  jest  jedyne  co  łączy  nas  z  resztą 

pozostałych ludzi tam na zewnątrz.  

Machnęłam swoimi ramionami by zademonstrować „świat”. 

-  Nikt  nigdy  nie  wie,  co  się  może  wydarzyć  -  ciągnęłam  dalej.  - 

Ludzie  cały  czas  się  zmieniają,  i  nie  są  pewni  jaki  będzie  skutek 

końcowy. Mogą być niscy albo wysocy, zdolni grać na fortepianie lub 

nie;  mogą  mieć  oczy  swojej  mamy  albo  nos  ojca  albo  łysinę  wujka. 

To jest zawsze tajemnicą. To jest element stały, wszędzie, z każdym. 

Jesteśmy  po  prostu  trochę  bardziej  ekscytujący,  trochę  bardziej  cool 

niż wszyscy. 

Byłam dobra albo byłam dobra? 

background image

Moje stado wyglądało na spokojniejsze, weselsze. Kiwnęli głową 

i uśmiechnęli się. 

-  Ok,  teraz  -  powiedziałam  bardziej  dziarsko.  -  Czas  do  łóżka.  - 

Wyciągnęłam swoją pięść. Jedno po drugim, moje stado kładło swoją 

na  szczycie,  a  następnie  ukryliśmy  się  w  koronach  drzew  by  spać 

snem niewinnych. 

Cóż, dobrze, może nie tak niewinnych. Ale snem z dużo mniejszą 

winą niż inni, z całą pewnością. 

 

Rozdział 22 

Czytasz Blog Kła. Witaj! 

Jesteś gościem numer: 98,345 

Pozdrowienia, wierni czytelnicy. To miejsce miało około 600,000 

odwiedzających,  co  jest  niewiarygodne.  To  nie  jest  tak,  że  my 

jesteśmy tu wrzucając Mentosa do butelek coli czy coś. To po prostu 

my. Ale cieszę się, że uczestniczycie w tym. 

Najważniejsza  wiadomość  dnia  dzisiejszego  jest  ta,  że  my 

wszyscy  postanowiliśmy  osiedlić  się  i  iść  do  zwykłej  szkoły  i  te 

rzeczy, a Fox ma zamiar zrobić reality show, nazwany Dzieci Ptaki w 

Domu! Będą mieli jakieś sto kamer wokół tego miejsca i będą mogli 

filmować  Iggiego jak gotuje i Angelę jak robi swoje dziwne rzeczy i 

Totala słuchającego swojego iPoda. 

Będą mogli filmować Max przewodzącą. 

Nie,  ja  tylko  żartowałem.  Żadnego  reality  show.  Nasze  życie 

prawdopodobnie  jest  zbyt  realne  dla  większości  ludzi,  jeśli  wiecie  o 

background image

co mi chodzi. Chyba że, hej, jeśli ktoś z Fox to czyta, zaproponuj nam 

ofertę! 

Nie  jesteśmy  pewni  co  się  stanie  dalej.  Po  naszym  dziwnym 

spotkaniu  w  DC,  pragniemy  więcej  świeżego  powietrza  i  mniej 

oszukańczych  biurek.  Ale  zaczęło  docierać  do  mnie  (wybaczcie  mi, 

jeżeli  byłem  trochę  wolny),  że  być  może  my,  stado,  mam  na  myśli, 

powinno  pracować  w  kierunku  czegoś,  oprócz  po  prostu  starania  się 

zjeść wystarczająco każdego dnia.  

Przez  długi  czas,  naszym  celem  było  odnalezienie  naszych 

rodziców.  I  spójrzcie  jak  dobrze  to  wyszło  na  nas.  Teraz  jesteśmy 

wyczyszczeni z celów i wiecie co? To jest trochę… nudne. To znaczy, 

jeśli nie mamy skopać tyłków dupkom, którzy niszczą świat, to co my 

robimy? Co jest naszym celem? Dlaczego tutaj jesteśmy? 

Przyznaję,  nasze  możliwości  są  nieco  ograniczone,  biorąc  pod 

uwagę  liczbę  osób,  które  chcą  nas  zabić,  lub  gorzej.  Dodatkowo, 

rozumiem  że  są  upierdliwe  pracujące  dzieci,  które  będą  na  naszej 

drodze.  Szczerze  mówiąc,  jednak  możemy  robić  rozmaite  fajne 

rzeczy,  w  rzeczywistości  nie  kwalifikujemy  się  do  wielu  zawodów. 

Tak  jak  jakikolwiek  zawód,  który  wymaga  rzeczywistego 

wykształcenia. Co całkiem dużo pozostawia przemysł rozrywkowy. 

Ale  tak  sobie  myślałem…  może  moglibyśmy  zostać  mówcami 

mutantów.  Dla  różnych  przyczyn.  Moglibyśmy  być  dziećmi  na 

plakacie zarówno dla zwierząt maltretowanych dzieci, na przykład. 

Jeśli ktoś ma jakieś odpowiedzi, napiszcie do mnie. 

- Kieł wyszedł 

background image

Rozdział 23 

CZĘŚĆ DRUGA 

LODOWI  KSIĄŻĘTA  I  KSIĘŻNICZKI 

MAX.  LEĆ  WEDŁUG  TYCH  WSPÓŁRZĘDNYCH.  Potarłam 

swoje  oczy,  mając  nadzieję,  że  to  był  sen.  Następnie  mapa 

topograficzna pojawiła się w mojej głowie, nawet kiedy Głos podawał 

mi  instrukcje.  Jęknęłam  w  duchu,  mając  nadzieję,  że  Głos  mógł  to 

usłyszeć. To tyle, jeśli chodzi o nasz kawałek czasu przestoju. Kiedy 

obserwowałam stado powoli budzące się, Głos kontynuował dawanie 

mi instrukcji.  

Potem  powiedział  coś  zdumiewającego.  Twoja  mama  na  Ciebie 

czeka. 

-  Dobra,  wszyscy  wstawać!  -  powiedziałam,  klaszcząc  w  ręce.  - 

W górę i na nich! To jest całkiem nowy dzień! 

- Jestem głodna - powiedziała Kuks, ziewając. - Wiesz, co byłoby 

dobre?  Na  przykład  jedna  za  tych  kiełbasek  McHeart-Attack.  Te 

herbatniki.  Chcę  osiem  z  nich.  -  Wstała  i  balansowała  na  swojej 

gałęzi,  przecierając  dżinsy,  które  już  dawno  temu  doszły  do 

wskaźnika kryzysowego „brudne”. 

-  Będziemy  jedli  w  drodze  -  odparłam.  -  Głos  powiedział,  że 

musimy iść w pewne miejsce, spotkać moją mamę. 

- To mogłaby być pułapka? - Angela wyglądała na zmartwioną. 

background image

-  To  zawsze  może  być  pułapka,  cukiereczku  -  powiedziałam  i 

wyskoczyłam w powietrze. 

Chwała latania była wciąż chwałą latania. Ten poranek był ostry, 

zimny,  i  nasączony  światłem  słonecznym.  Lecieliśmy  ponad 

chmurami  prawie  godzinę,  robiąc  jedną  napędzająca  przerwę  przy 

miejscu  z  fast  foodem.  (Jeśli  byłabym  milionerem,  założyłabym  sieć 

zdrowych  restauracji  z  fast  foodem,  tyle,  że  rzeczy  w  menu 

rzeczywiście smakowałyby dobrze i ludzie chcieliby je jeść. Koktajle, 

małe kluski. Mogłabym na to pójść.) 

Ale ten ranek był tak piękny, że nie potrafiliśmy martwić się czy 

lecieliśmy  w  kierunku  pułapki  albo  czy  nasze  ubranie  potrzebowało 

prania.  Dziś  rano  było  więcej  powietrza,  i  my  wzrastaliśmy, 

pływaliśmy,  graliśmy  w  prądach,  i  to  było  jakby  jedna  cała 

wyszczerbiona  układanka  kawałków  naszych  dziwnych  przeżyć 

zebrała się idealnie, tu i teraz. 

Zeszliście  z  kursu.  Popraw  o  trzy  stopnie,  południe-południowy 

zachód. 

Przesunęłam  swoje  lewe  skrzydło  nieznacznie  i  dostosowałam 

nasz  kurs,  i  pozostali  zrobili  to  samo  za  mną.  Godzinę  później, 

byliśmy  na  naszych  współrzędnych.  Co  odpowiadało  prywatnym 

prowizorycznym  pasom  startowym  wyrzeźbionym  w  środku  gęstego 

lasu, niedaleko od Pittsburga.  

Mały,  błyszczący  biały  odrzutowiec  stał  na  samotnym  pasie 

startowym.  Dwóch  ludzi  w  pomarańczowych  kombinezonach 

przenosiło stożki drogowe, żółte flagi włożyli pod swoje ramiona.  

background image

To wszystko wydawało się, oh, tak znajome, jeśli wiecie, o czym 

mówię.  Chodzi  mi  o  to, ile  tajemniczych  prowizorycznych  pasów  do 

lądowania  jest  usytuowanych  w  kryjówce  w  poprzek  całej  Ameryki? 

Dlaczego ktoś tego nie śledzi? 

Zawisłam  w  powietrzu,  moje  oczy  były  zwężone.  Następnie 

zobaczyłam,  jak  moja  mama  wyszła  z  samolotu,  patrząc  w  górę  na 

niebo, ocieniając swoje oczy. 

- To nie wygląda bardzo zdradliwie - powiedziała Kuks. 

-  Nie  -  ale  bądźcie  w  pogotowiu,  tak  na  wszelki  wypadek  - 

powiedział Kieł. 

Kiwnęłam  głową  i  ustawiłam  z  powrotem  moje  skrzydła  pod 

kątem,  wzdłuż  mojego  ciała,  tracąc  szybko  wysokość.  Nie 

wiedziałam, co na nas czekało, ale byłam gotowa się tego dowiedzieć. 

 

Rozdział 24 

- MAX! 

Miałam nadzieję, że nie będę nigdy przytulała mamy na zgodę. 

-  Co  się  dzieje?  -  zapytałam  ją.  - Myślałam,  że  nie  będę  widzieć 

cię przez jakiś czas. 

- Ja też tak myślałam - powiedziała. - Ale Jeb i ja wystaraliśmy się 

o niezwykłą możliwość dla was, dzieciaki, i chcieliśmy zobaczyć czy 

jesteście tym zainteresowani. 

- Jak niezwykłą? - zapytał Kieł. 

-  Cóż,  rodzaj  podróży  naukowej  -  odparła  moja  mama.  -  Podróż 

naukowa  gdzie  pracowalibyście  z  naukowcami  w  dosyć  odludnym 

background image

miejscu.  Myślimy,  że  to  byłby  rodzaj  zabawy  dla  was,  a  do  tego 

bylibyście  przydatni  dla  naukowców,  dodatkowo,  to  miejsce  jest  tak 

odległe  że sądzimy że bylibyście bezpieczniejsi niż przez chwilę tam 

gdzieś. 

-  Huh.  -  To  był  ciekawy  pomysł.  Zastanawiałam  się  jaki  byłby 

nasz  kolejny  krok,  no  i  masz,  dostałam  ofertę.  Moja  mama  w 

rzeczywistości  polecała  to  mi,  i  gdyby  ostatnio  została  zastąpiona 

przez  zły  klon  (możliwe,  ale  mało  prawdopodobne),  to  oznaczało,  że 

był to prawdopodobnie dobry pomysł. 

- Gdzie jest to odludne miejsce? - zapytał Kieł. 

Mama uśmiechnęła się. 

-  Chciałabym  zachować  to  w  sekrecie,  dopóki  nie  będziecie 

prawie na miejscu. To pomoże wam zachować otwarty umysł. A teraz 

chciałabym  przedstawić  jednego  z  naukowców.  -  Zawołała  gestem 

kobietę stojącą przy wejściu samolotu. 

Kobieta  była  parę  cali  niższa  niż  ja,  z  blond  włosami  w 

pojedynczym warkoczu spływającym w dół jej pleców. Choć jej twarz 

była  poważna,  jej  oczy  wędrowały  wokół  nas  chciwie:  dzieci  ptaki, 

mutanckie świry, coś, czego nigdy wcześniej nie widziała. Zamrugała 

oczami, kiedy Iggy postawił Totala na ziemi i odniosłam wrażenie, że 

ona tak naprawdę nie wiedziała czego może się od nas spodziewać. 

Ale przecież większość ludzi tego nie wiedziała. 

-  Jestem  doktor  Brigid  Dwyer  -  powiedziała,  podchodząc  do 

przodu  z  wyciągniętą  ręką.  Wyglądała  na  strasznie  młodą  jak  na 

lekarza. 

background image

-  Jestem  Max.  -  Uścisnęłam  jej  dłoń,  i  przysięgam,  patrzała  na 

moją  jakby  to  była  wata  cukrowa.  Wtedy  zdała  sobie  sprawę,  że  to 

tylko  ręka,  a  radosne  podniecenie  trochę  wyblakło  z  jej  oczu.  -  O  co 

chodzi z tą wycieczką naukową? 

Skinęła w kierunku samolotu. 

- Wyjaśnię jak tylko znajdziemy się na pokładzie. 

Mhmm. 

-  A  może  wyjaśnisz  zanim  znajdziemy  się  na  pokładzie?  - 

zapytałam  miło.  Tak,  mama  poleciła  to,  ale  to  nie  oznaczało,  że 

skretyniałam. 

Ponieważ  to  było  jej  pierwsze  spotkanie  Max,  dałam  Dr.  Dwyer 

parę momentów na otrząśnięcie się. 

- Albo wszyscy możemy się teraz rozdzielić - wyjaśniłam. 

-  Doktor  Martinez.  -  wskazała  na  moją  mamę  -  poleciła  was 

do....misji ratunkowej. 

-  Mów.  -  Otoczyłam  ramionami  klatkę  piersiową,  wiedząc,  że 

stado  uważnie  skanuje  obszar  w  poszukiwaniu  jakichkolwiek  oznak 

zagrożenia. - Co - lub kogo - ocalamy? 

- Świat? 

 

Rozdział 25 

Nie wiem, jak wielu z was było w prywatnych odrzutowcach, ale 

kurczę, one są urocze. 

background image

-  To  jest  dziecięcy  samolot  -  szepnęła  Angela  gdy  weszliśmy  na 

pokład  o  wnętrzu  domku  dla  lalek.  -  To  wyrośnie  pewnego  dnia  na 

siedem czterdzieści siedem. 

Był mały, ale bardzo bujny, wszystko udekorowane, podobny do 

innego  prywatnego  odrzutowca,  w  którym  niedawno  byliśmy.  Duży 

płaski  telewizor,  wygodne  kanapy  i  fotele,  gruba  wykładzina 

dywanowa  pod  naszymi  stopami,  małe  zasłony  na  małych  oknach. 

Znacznie milszy niż większość miejsc, w jakich się zatrzymaliśmy. 

Mama  została  na  ziemi,  i  ciężko  było  -  znowu  -  powiedzieć  jej 

dowidzenia. 

Kieł  wrócił  ze  sprawdzania  kuchni pokładowej  i  skinął  do  mnie: 

wszystko tam porządku. Gazik i Iggy przeszli do przodu do kokpitu, i 

przytrzymali  drzwi  by  pokazać  mi  zaskoczonego  pilota,  drugiego 

pilota  i  nawigatora.  Żaden  z  nich  nie  wysyłał  natychmiastowych 

wibracji typu "jestem zły". Total biegał wkoło obwąchując wszystko, i 

nazwij  mnie  szaloną,  ale  to  w  rzeczywistości  sprawiło,  że  poczułam 

się bezpieczniejsza. 

Jest  ok.,  Max  powiedział  mój  Głos.  To  jest  częścią  większego 

obrazu. Jesteś wykorzystywana, ale dla dobra tym razem. 

O, to sprawia wszystko interesującym. Pomyślałam sarkastycznie. 

Bycie  wykorzystywanym  dla  dobra  jest  o  wiele  lepsze  niż  bycie 

wykorzystywanym  dla  zła.  Słowa  kluczowe  to  wciąż  „bycie 

wykorzystywanym”. 

Głos milczał. 

background image

- Proszę, usiądźcie i rozgośćcie się - odezwała się doktor Dwyer. 

Jakbyśmy mogli tego uniknąć. - Zapnijcie swoje pasy bezpieczeństwa, 

tylko na czas startu. Gdy tylko będziemy w powietrzu, możecie dostać 

przekąski. 

Stado i ja zapięliśmy się, tak jak zrobiła to doktor Dwyer. 

- Czyj to samolot? - zapytałam. 

Doktor Dwyer spojrzała w górę. 

-  Należy  do  Nino  Pierpont  -  powiedziała,  a  moje  brwi 

powędrowały w górę.  

Każdy  wiedział,  że  jest  najbogatszym  człowiekiem  na  świecie, 

bogatszy  niż  jakikolwiek  kraj,  przedsiębiorstwo,  albo  rodzina 

gdziekolwiek.  Więc  albo  byliśmy  w  dobrych  rękach  albo  totalnie 

przykręceni.  Tylko  czas  to  pokaże.  Miałam  nadzieję,  że  mama 

wiedziała, w co nas pakuje. 

Total  wskoczył  na  kanapę,  a  Angela  przypięła  go  jego  pasem 

bezpieczeństwa.  Doktor  Dwyer  obserwowała  to  cicho,  i  zobaczyłam, 

jak  jej  oczy  snuły  się  wokół  jej  dużej  kurtki  w  nadziei,  że  skrzydło 

nagle wyskoczy. 

- Więc dokąd lecimy? - zapytałam. - Proszę, powiedz, że w jakieś 

ciepłe miejsce. Mam dość zimnej pogody, ta zima starczy mi do końca 

życia. 

- Ameryka Południowa - powiedziała doktor Dwyer, jej oczy nie 

napotkały moich. - Argentyna. 

- Lasy deszczowe? - zgadłam.  

background image

Argentyna była ciepła, prawda? To była jedna z tych chwil, kiedy 

trochę nauki nie byłoby nie w porządku. Pojawiały się co jakiś czas. 

- Nie - powiedziała. - Weźmiemy stamtąd łódź. 

- Łódź? - Kieł zapytał. - Dokąd? 

-  A  może  coś  zjemy?  -  Doktor  Dwyer  odpięła  swój  pas 

bezpieczeństwa i wstała. 

Kieł  i  ja  spojrzeliśmy  na  siebie,  następnie  kiwnęliśmy  głową. 

Zgodziliśmy się: Być w pogotowiu. 

 

Rozdział 26 

-  Już  tam  jesteśmy?  -  Total  zamruczał,  kiedy  trzymałam  go  w 

ramionach. 

W Argentynie była noc. Stłoczyć szóstkę dzieci ptaków w bardzo 

małym samolocie przez godziny było błędem w części doktor Dwyer. 

Staliśmy się bardziej podenerwowani gdy zaczął się długi lot i gdy w 

końcu wylądowaliśmy  w San Julian Gazik przedarł się przez  wyjście 

ewakuacyjne,  włączając  alarmy  i  odblokowując  nadmuchiwaną 

rampę. 

Następnie sprzeciwiliśmy się jej wysiłkom by wprowadzić nas do 

samochodu. Taa, taa, piszemy się na to by uratować Świat, ale to nie 

oznaczało  że  musieliśmy  się  zgodzić  na  bycie  zamkniętym  w  małej 

przestrzeni jeszcze raz. 

Co  oznaczało  dlaczego  lecieliśmy  nisko  nad  jeepem  doktor 

Dwyer,  starając  się  pozostać  poza  zasięgiem  wzroku  ograniczonego 

ruchu  na  tych  krętych,  wąskich  drogach.  Było  ciemno,  zimno  i 

background image

wietrznie. Może części Argentyny, jak na północy, były ciepłe, ale tu 

na dole blisko cyplu, było zimno. Świetnie. 

W ciągu zaledwie kilku minut, byliśmy nad oceanem, tym samym 

oceanem  w  którym  pływaliśmy  w  pobliżu  wschodniego  wybrzeża 

Ameryki.  Ale  to  był  Południowy  Ocean  Atlantycki,  a  ten  był 

Północny.  Ta  część  oceanu  miała  kawałki  prawdziwego  lodu 

pływające  w  nim.  Zacisnęłam  zęby,  zaczynając  rozumieć  dlaczego 

moja mama zatrzymała nasz cel podróży w tajemnicy. 

Dr Dwyer wprowadziła swojego jeepa na szeroki dok. Duża łódź 

została przywiązana na końcu niego, albo może to był okręt. Kto wie? 

Jeep  zatrzymał  się,  a  doktor  Dwyer  wysiadła  spoglądając  w  górę  na 

niebo, szukając nas.  

Okrążyliśmy  dokoła  wysoko  nad  obszarem,  szukając  oznak 

niebezpieczeństwa,  ale  wszystko  było  spokojne.  W  końcu  łagodnie 

wylądowaliśmy trzydzieści stóp od niej. Total natychmiast zeskoczył i 

zaczął obwąchiwać dok. 

-  Naprawdę  potraficie  latać.  -  Doktor  Dwyer  powiedziała 

łagodnie, prawie do siebie. 

Otrząsnęłam swoje skrzydła, czując gorąco po serii ćwiczeń nimi. 

- Cóż, to nie jest po prostu skomplikowany żart. - powiedziałam. 

-  To  jest…bardzo  piękne.  -  powiedziała,  następnie  wyglądała  na 

zaskoczoną  samą  sobą  mówiącą  to.  Nieznacznie  się  uśmiechając, 

potrząsnęła  swoją  głową  i  zaczęła  iść  z  nami  w  kierunku  łodzi.  - 

Przepraszam.  Wiem,  że  bycie  zdolnym  do  latania  nie  było  twoim 

wyborem,  i  wiem  tylko  o  części  traumy,  którą  musieliście  przejść  z 

background image

tego  powodu.  Ale  dla  mnie,  na  zewnątrz,  wydaje  się  to  zarówno 

piękne jak i godne pozazdroszczenia. 

Nikt  nigdy  wcześniej  nie  ujął  tego  tak,  i  nie  wiedziałam  co 

powiedzieć.  Ona  po  części  wydawała  się  pojmować  plusy/minusy 

bycia dzieckiem ptakiem. Niewielu ludzi potrafiło. 

-  To  jest  nasz  statek  badawczy.  -  powiedziała  doktor  Dwyer, 

wskazując  na  czekającą  łódź.  Jesteśmy  z  Międzynarodowej  Fundacji 

Nauki o Ziemi. 

Szczerze,  „statek  badawczy”  wyglądał  jak  25%  nazwy  dla  10% 

łódki.  Był  duży,  może  długi  na  sto  pięćdziesiąt  stóp,  ale  wyglądał 

staro  i  podupadle.  Olbrzymia  plamy  rdzy  pokryła  smugami  jego 

niebieskie strony, nawet przykrywając część jego imienia: Wendy K.  

To  miało  dźwig  -  typu  jak  mu  tam  na  odwrocie,  i  zabudowane 

kabiny z góry z mnóstwem anten satelitarnych na szczycie. Gdzie był 

Nino 

Pierpont, 

kiedy 

potrzebowałeś 

go 

na 

sfinansowanie 

przełomowych badań statku, na litość boską? 

- Kupiliśmy ją jako wysłany na emeryturę morski trawler rybacki. 

-  Doktor  Dwyer  wyjaśniła  kiedy  mężczyzna  wyszedł  na  pokład  i 

zamachał ręką na nas. - Hej, Michael. 

- Yo, Brigid! - zawołał z uśmiechem. Jego oczy obserwowały nas 

z ciekawością, i mogłam prawie poczuć jego emocje. 

-  Ale  my  ją  zmodernizowaliśmy,  głównie  poprzez  darowizny,  a 

teraz  ona  jest  jednym  z  naszych  najlepszych  stacji badawczych.  -  Dr 

Dwyer udała się do krawędzi doku i chwyciła małą metalową drabinę 

przymocowaną  do  strony  Wendy  K.  Zaczęła  się  wspinać,  i  byłam 

background image

pewna,  że  jej  ręce  będą  pokryte  rdzą  kiedy  dotrze  na  górę.  -  Jest 

bezpiecznie, zapewniam was. - powiedziała nam przez ramię. 

- Może. Może nie. - Gazik mruknął. Poruszył swoimi skrzydłami, 

podskoczył  trochę,  i  poleciał  na  pokład,  jakieś  osiemnaście  stóp  nad 

nami. 

Doktor  Dwyer  i  Michael  wpatrywali  się  w  niego,  a  następnie 

wymienili  zadowolone  uśmiechy,  jakby  po  prostu  odkryli,  pewne 

nowe  formy  życia.  Total  skoczył  w  moje  ramiona,  a  reszta  z  nas 

również poleciała do góry. 

- O, mój Boże. - powiedział Michael. - To prawda! 

-  Cóż,  to  nie  jest  po  prostu  skomplikowany  żart.  -  powiedziała 

doktor  Dwyer.  -  Michael,  to  jest  Max,  Kieł,  Iggy,  eee  Gazik,  Kuks  i 

Angela.  Ludzie,  to  jest  doktor  Michael  Papa,  jeden  z  naszych 

czołowych naukowców badawczych. 

Total mruknął cicho. 

- Oh, a to jest ich pies, Total. - dodała. 

Total parsknął ze wstrętem. 

- Dziękuję za przybycie. - Doktor Papa powiedział prosto.  

Uścisnął nam wszystkim dłoń, bardzo formalnie, ale wyglądał na 

ciepłego  i  przyjaznego  i  nie  na  takiego  co  chciałby  umieścić  nas  w 

klatkach i kłuć nas igłami. Na przykład. 

- Ciągle nie wiemy, dlaczego tutaj jesteśmy. - powiedziałam mu. 

-  Bridgid  wam  nie  powiedziała?  -  Doktor  Papa  uniósł  brwi.  - 

Jesteście tutaj by pomóc nam zbierać dane dla projektu badawczego - 

o  ociepleniu  światowego  klimatu  i  jego  konsekwencjach  dla 

background image

Antarktydy, wśród innych miejsc. - Uśmiechnął się do nas, jego zęby 

wyblakłe  ale  w  ludzkim  rozmiarze  w  pełni  księżyca.  -  Jesteście  tutaj 

by pomóc nam ocalić Świat. 

 

Rozdział 27 

- To jest po prostu jak Moby Dick! - Kuks wykrzyknęła radośnie, 

podskakując  na  jej  maleńkiej  pryczy.  -  Oni  byli  na  łodzi  rybackiej,  i 

my też jesteśmy na łodzi rybackiej! Tylko ten nie ma żagli. I nie jest 

wykonany  z  drewna.  I  mamy  radar  i  komputery  i  takie  tam.  Nadal. 

Mamy  małe  prycze,  jak  staromodni  marynarze,  i  jemy  wśród 

bałaganu,  a  łazienka  jest  nazywana  głową,  i  to  jest  wszystko  częścią 

łodzi, wszędzie! 

-  Doktor  Dwyer  i  Doktor  Papa  wydają  się  mili.  -  powiedziała 

Angela.  Spojrzała  przez  niewielki  iluminator  nad  swoim  łóżkiem. 

Gdybyśmy wykroili szkło, prawdopodobnie mogliśmy uciec przez to. 

Po prostu taka myśl. - Oni są naprawdę szczerzy i mówią wszystko to 

co  mają  na  myśli.  Bulgotanie  statku  jest  wywoływane  przez  silniki  i 

sprawia, że podłoga wprawia w drganie pod naszymi stopami. 

-  Zmierzamy  do  bieguna  południowego!  -  Gazik  przeskoczył 

przez  niski  próg  do  naszego  pokoju  z  pokoju  chłopców  obok.  -  I  to 

jest tak daleko na południe że to jest spód świata. 

Próbowałam  powstrzymywać  się  od  jęczenia  na  głos.  Ja 

naprawdę,  naprawdę  nienawidzę  zimnej  pogody.  Nienawidzę  tak  się 

opatulać. Jestem bardziej dziewczyną z rodzaju plaża-i-słońce. 

background image

- Ale wiesz, jeśli świat jest okrągły - powiedziała Kuks - więc nie 

ma  czegoś  takiego  jak  szczyt  czy  dno  świata.  Biegun  Południowy 

mógł  po  prostu  równie  dobrze  być  na  szczycie  świata.  Mogliśmy 

myśleć o wszystkim całkowicie do góry nogami. 

- Przyprawiasz mnie o migrenę. - Total poskarżył się. 

Weszli  Kieł  i  Iggy.  Iggy  przebiegał  swoimi  palcami  łagodnie 

wzdłuż  każdej  powierzchni,  ucząc  się  na  pamięć  jego  otoczenia,  ile 

kroków aby tu i tam, gdzie były meble. 

-  Ciasno  tu.  -  poskarżył  się.  -  Mam  wrażenie  że  jesteśmy 

wewnątrz  okrętu  podwodnego.  Nie  możemy  spać  w  hamakach  na 

pokładzie? 

-  Tam  jest  naprawdę  zimno.  -  Przypomniałam  mu,  próbując  nie 

brzmieć zbyt zgorzkniale. 

-  Szczerze,  wolałbym  być  raczej  na  Hawajach.  -  Total  wnerwił 

się, a ja po cichu się z nim zgodziłam. - Czy twój Głos nie może nas 

tam  wysłać?  Moglibyśmy  leżeć  na  plaży  na  Kauai,  z  drinkami  z 

małymi  parasolkami  w  nich.  Za  to  jesteśmy  dosłownie  na  krańcu 

świata,  robiąc  Bóg  wie  co.  I  jakie  jedzenie  będzie  na  tej  łodzi?  – 

Potrząsnął  swoją  głową.  -  Nie  ma  mnie  w  tym  planie,  mogę  ci 

powiedzieć.... 

Nagle przerwał, a jego oczy powiększyły się. 

- Cóż, alo - ha. - wydyszał. 

Doktor Papa - to nazwisko wciąż mnie rozwalało - stał w naszych 

drzwiach.  U  jego  boku,  śnieżnobiały  Malamut  oceniał  nas 

background image

wypraktykowanym wzrokiem psa stróżującego. Total wpatrywał się w 

niego, oniemiały. 

-  Wiem,  że  to  nie  Hilton,  ale  nie  jest  tak  źle.  -  Doktor  Papa 

powiedział z uśmiechem. - Postaramy się, byście czuli się tutaj na tyle 

komfortowo 

na 

ile 

to 

możliwe. 

Teraz, 

jeśli 

się 

już 

zaaklimatyzowaliście,  możemy  zebrać  się  w  Sali  konferencyjnej. 

Możecie spotkać każdego, a my możemy próbować odpowiedzieć na 

Wasze  pytania.  -  Doktor  Papa  podrapał  Malamuta  za  jego  małymi, 

trójkątnymi  uszami.  -  To  jest  Akila,  nasza  maskotka  i  oficjalny  pies 

ratowniczy. 

- Czy ona mówi? - Angela zapytała. Zupełnie rozsądne pytanie. 

Doktor Papa wyglądał na zaskoczonego. 

- Em, nie. - Udzielił Angeli niepewne spojrzenie. Total był wciąż 

osłupiały,  jego  pysk  otwarty.  -  Dołączcie  do  nas,  ok.?  Idźcie  w  górę 

pokładu i sala konferencyja jest w przedniej kabinie włazu. - Wyszedł, 

a Akila pokłusowała za nim. 

- Akila jest ładna. - powiedziała Angela. - Jak biały pluszowy miś. 

- Ładna? To jest bogini! - Total powiedział ochryple. 

- Ślinisz się na łóżko Angeli. - powiedział Gazik. 

Total przełknął. 

-  O,  mój  Boże,  ona  jest  wspaniała.  Widzieliście  jej  kości 

policzkowe? To futro, jaśniejsze niż światło słoneczne.... 

Iggy potoczył swoimi oczami. 

-  Em,  Total?  -  Spróbowałam.  -  Akila  jest  ładna  i  w  ogóle,  ale 

wiesz, ona jest tylko zwykłym psem i ….. 

background image

Total poderwał głowę, jego oczy płonęły. 

-  Zwykłym  psem!  Ona  jest  perfekcją!  Nigdy  więcej  nie  nazywaj 

jej  „zwykłą”!  Czy  Wenus  de  Milo  jest  tylko  posągiem?  Czy  Mona 

Lisa jest tylko obrazem? Czy Louvre jest tylko muzeum? 

- Nie, to było jasne. - Kuks zgodziła się. 

Westchnęłam, decydując się zostawić tą śliską sprawę, na razie. 

- Dobra, wszyscy, chodźmy dowiedzieć się czego oni od nas chcą 

żebyśmy  robili.  Z  odrobiną  szczęścia,  możemy  szybko  ocalić  świat  i 

mimo  to  możemy  znaleźć  czas  na  Festiwal  w  Meksyku  z  latającymi 

balonami.  Zawsze  chciałam  to  zobaczyć.  -  Dodatkowo,  tam  było 

gorąco. 

- Super. - Kieł zgodził się i wyruszyliśmy by odkryć naszą misję. 

 

Rozdział 28 

Wendy  K.  nie  była  Statkiem  Miłości.  Nie  miała  żadnego  kasyna, 

żadnego  basenu,  żadnego  przedsionka  na  zakupy.  Posiadała  małą, 

pomalowaną  na  szaro  jadalnię,  wymalowaną  na  szaro  poczekalnię  z 

kilkoma niechlujnie poustawianymi kanapami i małą pomalowaną na 

biało  salę  konferencyjną  z  jakimiś  obdartymi  stołami  białą  tablicą  i 

biblioteczkę z listewkami by książki nie zniknęły z półek w wysokich 

falach. 

-  Witajcie.  -  Doktor  Dwyer  powiedziała,  wskazując  jakieś 

miejsca. W pokoju znajdowało się siedmiu dorosłych. Akila leżała na 

podłodze pod krzesłem doktora Papy. 

background image

Total  przystanął  zanim  weszliśmy,  wypiął  klatkę  piersiową, 

następnie  przeszedł  jakby  był  rosyjskim  wilczarzem.  Odkąd  jest 

małym czarnym Sznaucerem, był to dziwny efekt. 

Wszyscy dorośli patrzyli na nas, do czego już przywykliśmy. 

-  Proszę,  usiądźcie.  -  powiedział  Michael.  -  Jak  wiecie,  jestem 

doktor  Papa,  ale  możecie  do  mnie  mówić  Michael.  Znacie  doktor 

Brigid Dwyer? 

- Możemy mówić do ciebie Brigid? - Kuks przerwała. - Brigid to 

ładne imię. 

-  Tak,  oczywiście.  -  powiedziała  doktor  Dwyer.  -  Jesteśmy  tutaj 

całkiem nieformalni. 

- Jestem Melanie Bone. - powiedziała inna kobieta. - Specjalistka 

komunikacji.  -  Miała  brązową  opaleniznę,  jak  ktoś  kto  spędza  dużo 

czasu poza domem. 

Pozostali  zostali  przedstawieni,  jak  Brian  Carey  specjalistyczny 

nurek; Emily Robertson - eko-paleontolog; Sue-Ann Wong specjalista 

lodu, czymkolwiek to było; i Paul Carey kapitan statku (i brat Briana), 

nawigator  i  ekspert  do  spraw  życia  polarnej  przyrody.  Wszyscy  oni 

wydawali się mili, ale wszyscy mieli wściekłą ciekawość naukowca i 

czułam  jak  ich  oczy  przeszywały  nas  jakby  robiąc  z  nas  ser 

szwajcarski. 

-  Ok.  -  powiedziałam,  wstając.  Oceniłam  szerokość  pokoju  - 

około piętnaście stóp, po prostu ledwie dość. - Miejmy to już za sobą. 

Obejrzałam  się  za  siebie  by  upewnić  się,  że  mam  wystarczająco 

miejsca,  następnie  rozwarłam  ramiona  i  rozłożyłam  powoli  moje 

background image

skrzydła,  starając  się  aby  nie  pacnąć  nikogo  w  głowę.  Naukowcy 

wpatrywali  się  we  mnie,  sparaliżowani,  ponieważ  moje  skrzydła 

rozciągały  się  dalej  i  dalej.  Kuks  uchyliła  się  kiedy  jedno  śmignęło 

koło  jej  głowy  a  następnie  skrzydła  były  w  większości  rozłożone, 

prawie czternaście stóp szerokości. 

Muszę powiedzieć, mam ładne skrzydła. Mają jaśniejszy brąz, niż 

moje włosy, ale nie tak płowy jak u Kuks. Moje lotki, te duże wzdłuż 

dolnej  krawędzi  zewnętrznej,  są  nakrapiane  czarnym  i  białym. 

Następne  są  nakrapiane  białym  i  brązowym.  Spód  moich  skrzydeł, 

pokrywające pióra  są koloru  delikatnej  kości  słoniowej.  Na  spodzie  i 

grzbiecie  moich  skrzydeł  miałam  błyszczące  mocne  brązowe  pióra 

blednące idealnie do podstawowych barw. Moje skrzydła rządzą. 

- Więc one nie są połączone z twoimi ramionami. - Melanie Bone 

powiedziała niepotrzebnie. 

Pokręciłam głową. 

- Nie. Mamy sześć kończyn. 

- Jak smoki. - Kuks powiedziała pomocnie. Uśmiechnęłam się do 

niej. - Jak insekty. - Powiedział Gazik. 

-  One  są  takie  duże.  -  Powiedziała  Emily  Robertson.  -  Są  takie 

piękne. 

-  Dzięki.  -  Powiedziałam,  onieśmielona.  -  Muszą  być  duże, 

ponieważ jesteśmy proporcjonalnie więksi od ptaków. 

-  Ile  ważysz?  -  Paul  Carey  wyglądał,  jakby  chciał  robić  notatki. 

Potem się skrzywił. - Przepraszam, mam na myśli… 

background image

-  Trochę  mniej  niż  sto  funtów.  -  Odpowiedziałam.  -  Powód  dla 

którego nie wyglądam jak szkielet jest taki, że nasze kości i mięśnie są 

zrobione  inaczej,  lżej.  I  mimo,  że  mam  5  stóp  i  8  cali  wyglądam 

szczupło jak na 97 funtów wagi ale nie śmiesznie chudo. 

Skinęli. 

-  Identyfikujesz  się  jako  człowiek  czy  jako  ptak?  -  Brigid 

zapytała. Nikt nigdy wcześniej nie zadał mi takiego pytania. 

-  Nie  wiem.  -  powiedziałam  powoli.  -  Patrzę  w  lustro  i  widzę 

dziewczynę. Mam ręce i nogi. Ale kiedy jestem w górze, a ziemia jest 

daleko  pode  mną…czuję  jak  moje  skrzydła  pracują  i  wiem  że  mogę 

czerpać  tlen  z  ciasnego,  wysokiego  powietrza…  nie  czuję  się 

całkowicie… ludzko. 

Co 

jest 

najbardziej 

nierozważną, 

ckliwą 

rzeczą 

jaką 

powiedziałam.  Złożyłam  moje  skrzydła,  kiedy  moja  twarz 

poczerwieniała.  Czułam  się  nago  i  głupio  i  chciałam  trzymać  moje 

usta  zamknięte.  Policzki  piekły,  klapnęłam  na  moje  krzesło,  nie 

patrząc na nikogo. 

-  Czuję  się  bardziej  ludzko,  tak  myślę.  -  Kuks  powiedziała 

radośnie. - Lubię ciuchy i modę i układać włosy. Rzeczy, które lubią 

robić dzieci, ludzie. Muzykę i filmy i czytanie. Mam na myśli, nigdy 

nie chciałam zbudować dla siebie gniazda czy coś. 

Wszyscy  się  roześmieliśmy,  i  choć  raz  z  ulgą  przyjęłam 

gawędzenie Kuks 

- Nie czuję się aż tak ludzko. - powiedziała Angela, wyglądając na 

zamyśloną.  

background image

Kieł kopnął mnie pod stołem swoją nogą, jakby mówiąc, „To coś 

nowego." 

-  Nie  jestem  pewna,  co  widzę  kiedy  patrzę  w  lustro.  -  Angela 

ciągnęła  dalej.  Musisz  pamiętać,  że  ona  ma  tylko  sześć  lat.  -  Kiedy 

myślę  o  mnie,  wyobrażam  sobie  kogoś  ze  skrzydłami,  wiem  że  nie 

jestem normalna. Nie ma żadnych innych dzieci, które mogłyby wyjść 

z kimś takim jak ja. Poza tym stado. Wiem, że nigdzie nie pasuję.  

Zwróciła  swe  wielkie,  niebieskie  oczy  na  Michaela,  który 

wpatrywał się w nią uważnie.  

-  Ten  świat  nie  jest  stworzony  dla  ludzi  takich  jak  ja,  jak  my.  - 

Objęła  gestem  resztę  stada.  -  Nic  na  tym  świecie  nie  jest 

zaprojektowane  dla  nas,  zaprojektowane  byśmy  czuli  się  wygodnie. 

My  zawsze  wytrzymujemy  do  końca,  zawsze  się  nam  udaje.  Ludzie 

chcą nas lub chcą nas martwych, z powodu tego czym jesteśmy, a nie 

kim jesteśmy. To trudne. 

W pokoju zapanowała cisza. Wyraz twarzy dorosłych wyglądał na 

dotknięte, jakby rzeczywiście im zależało. To było dość bolesne, aby 

myśleć o małym dziecku jak Angeli, posiadającym takie uczucia. Nikt 

nie wiedział, co powiedzieć.  

Z wyjątkiem Totala. 

-  Nie  chcę  być  bezczelny  -  powiedział  -  ale  czy  jest  jakikolwiek 

sposób, aby dostać trochę żarcia w tym miejscu? Umieram z głodu. 

 

 

 

background image

Rozdział 28 

Widocznie  ich  informacje  nie  wspominały  o  gadającym  psie. 

Nawet  Akila  wyglądała  na  zaskoczoną,  przekrzywiając  głowę  na 

jedną stronę i patrząc na Totala. My dzieci po prostu siedzieliśmy tam, 

gdzie byliśmy, niestety, zbyt przyzwyczajeni gadającym Totalem. 

-  Sandwich  byłby  porządku.  -  Kuks  powiedziała,  przełamując 

ciszę.  

- Tak, oczywiście. - powiedziała Melanie Bone, przytomniejąc po 

przeżytym szoku. 

Dwadzieścia  minut  później,  pożeraliśmy  kanapki  i  oglądaliśmy 

prezentację na PowerPoint o globalnym ociepleniu. 

-  Globalne  ocieplenie  jest  prawdopodobnie  najznaczniejszą 

katastrofą  z  jaką  nowoczesne  społeczeństwo  musi  się  zmierzyć.  - 

powiedziała Sue-Ann Wong.  

-  Jeśli  ludzkość  będzie  kontynuowała  swój  zwyczaj  zużywania 

energii to jest prawdopodobieństwo, że poziom morza podniesie się o 

6m w ciągu 100 lat. - dodała Emily Robertson. 

- Więc wszyscy będziemy mieli domy na plaży? - Gazik zapytał. - 

Super! 

Paul Carey pokręcił głową 

-  Nie  super.  To  oznacza  że  większość  krajów  straci  dużo 

nadbrzeżnej  ziemi,  plus  fauna  i  flora  i  ekosystemy,  które  tam 

rozkwitają. Wiele stanów i krajów zmniejszy się co oznacza, że więcej 

ludzi  przeprowadzi  się  w  głąb  lądu.  Moglibyśmy  stracić  Florydę, 

Luizjanę  i  Teksas  i  dużą  część  wschodniego  wybrzeża.  Byliby 

background image

przeważnie  pod  wodą.  Więc  dziesięć  milionów  ludzi  zostałoby 

uchodźcami, potrzebując nowych domów, nowych prac. 

Hę. Naprawdę byłoby tak źle? Może reagowali zbyt mocno. Mam 

na  myśli,  jak  mogłoby  być  aż  tak  źle,  jeśli  Ziemia  byłaby  o  jeden 

stopień cieplejsza? To po prostu wyglądało tak jakby cały świat chciał 

stać  się  jak  Hawaje  albo  Bahamy.  Wspaniałe  miejsca.  Czy  nie 

bylibyśmy  zdolni  do  hodowania  większej  ilości  jedzenia  jeśli  byłoby 

więcej cieplejszych miejsc? Ile zbiorów pszenicy mamy na Syberii? 

- Co to jest do cholery globalne ocieplenie? - Iggy zapytał. 

-  W  zasadzie,  to  tworzenie  się  niektórych  gazów,  takich  jak 

dwutlenek  węgla,  w  atmosferze.  -  powiedziała  Melanie.  -  Atmosfera 

ziemska  łapie  je  w  pułapki,  i  one  działają  jak  koc.  To  sprawia,  że 

średnia temperatura oceanów i powietrza powoli wzrasta. 

-  Gazowy  koc.  -  powiedział  Iggy.  -  Cóż,  powinieneś  wiedzieć 

wszystko o tym, Gaz.  

Gazik uśmiechnął się, w żaden sposób nieskrępowany. 

-  Byłoby  miło,  gdyby  świat  był  trochę  cieplejszy.  -  Kuks 

powiedziała. - Nienawidzę zimnej pogody. 

-  Tak.  -  powiedział  Gazik.  -  Żadnych  więcej  kurtek,  żadnych 

więcej  odmrożeń,  żadnych  więcej  wraków  samochodów  na  drogach 

pokrytych  lodem.  Ludzie  oszczędzaliby  pieniądze  przez  nie 

ogrzewanie domów. Mogliśmy nosić krótkie spodenki przez cały czas. 

O tym właśnie mówiłam! 

Emily uśmiechnęła się. 

background image

-  Jeśli  rzeczywiście  by  tak  było,  to  mogłoby  nie  być  tak  źle.  - 

powiedziała. - Chociaż lubię zimną pogodę i brakowałoby mi jazdy na 

nartach.  Ale  problem  tkwi  w  tym,  że  mała  zmiana  w  temperaturze 

ziemi  spowoduje  wszystkie  rodzaje  innych  zmian.  Jak przewracające 

się kostki domina. 

-  Oprócz  katastrofalnej  straty  ziemi  na  całym  świecie,  nawet 

niewielki wzrost temperatury spowoduje bardziej ekstremalną pogodę 

gdziekolwiek. - wyjaśnił Paul. 

-  Już  mamy  więcej  huraganów,  tornad,  tsunami, trzęsień  ziemi,  i 

poziomów  opadów  choćby  dlatego  że  temperatura  ziemi  wzrosła 

ledwie  ponad  stopień  przez  ostatnie  sto  lat.  Z  drugiej  strony,  mamy 

równie dużo susz i więcej pożarów. 

Pokaz  slajdów  zawierał  zdjęcia  z  Indonezji  po  ataku  tsunami, 

rejon  Zatoki  Perskiej  Wybrzeża  Luizjany  i  Missisipi  po  huraganie 

Katrina.  Zobaczyliśmy  zdjęcia  pustyń  gdzie  kiedyś  były  uprawy  i 

mnóstwo zdechłego bydła i koni i ryb, gdzie wyschły wodopoje.  

Ale  czy  rzeczy  takie  jak  te  nie  wydarzały  się  w  każdym  kraju? 

Ziemia  nigdy  nie  była  kompletnie  spokojna  i  idealna.  Huragany  i 

powodzie i susze były od tysięcy lat, przed czymś takim jak globalne 

ocieplenie.  

- Wzrastająca temperatura wpływa na uprawy i rośliny wszędzie. - 

powiedziała  Brigid  Dwyer.  -  Drzewa  kiełkują  średnio  dziesięć  dni 

wcześniej.  Rośliny  wszędzie  kwitną  wcześniej.  Rośliny,  które 

potrzebują  chłodniejszej  pogody  powoli  przesuwają  się  na  północ. 

background image

Rośliny,  które  dobrze  się  rozwijają  w  cieplejszych  temperaturach 

szerzą się bardziej niż kiedykolwiek. 

Ponownie,  nie  byłam  pewna  dlaczego  to  był  problem.  Dziesięć 

dni to niewielka ilość czasu. 

-  A  to  źle,  ponieważ...?  -  Total  położył  łapy  na  stole.  -  Mogę 

otrzymać colę czy coś? 

-  Nie  dajcie  mu  sody.  -  powiedziałam  szybko.  -  Będzie  mieć 

czkawkę przez całą noc. 

-  Nie  mamy  żadnej  sody.  -  powiedział  Michael  przepraszająco 

kiedy Total piorunował mnie wzrokiem. - Tylko wodę, mleko, herbatę 

albo kawę. - To jest problem, ponieważ rośliny wpływają na zwierzęta 

a  zwierzęta  wpływają  na  rośliny,  i  cały  system  wychodzi  z 

równowagi. - wyjaśniła Melanie.  

- To jest strrraaasznnee.- zaśpiewał Iggy. 

-  Naukowcy  oceniają,  że  co  najmniej  dwieście  sześćdziesiąt 

innych  gatunków  już  reaguje  na  ocieplenie  światowego  klimatu 

zmienianiem  ich  migracji  i  wzorów  rozmnażania.  -  powiedziała  Sue-

Ann. - Utraty życia roślin i zwierząt nie można obliczyć. 

Kieł przez cały ten czas był milczący. Teraz przemówił. 

- Ale co to ma wspólnego z nami? 

Co było, oczywiście, ważnym pytaniem. 

 

Rozdział 30 

-  Szczerze,  macie  wyjątkowe  zdolności.  -  powiedziała  Brigid 

odpowiadając na pytanie Kła. - Antarktyda jest nieprzewidywalnym i 

background image

niebezpiecznym  miejscem,  ale  ktoś,  potrafi  latać  bezpiecznie  może 

podjąć większe ryzyko. 

- Ale my nie wiemy nic o nauce. - powiedziałam. - Albo niewiele, 

w  każdym  bądź  razie.  Mam  na  myśli,  możemy  włamać  się  do 

komputera.  Wiemy  podobne  rzeczy.  Ale  nie  wiemy  nic  o  globalnym 

ociepleniu  albo  o  Antarktydzie.  -  Albo  o  żadnej  z  miliona  rzeczy, 

które nauczają w szkołach. 

Brigid  uśmiechnęła  się,  a  ja  ponownie  pomyślałam  jak  młodo 

wygląda. Była doktorem, prawda? 

-  W  porządku.  -  powiedziała.  -  Nie  musicie  być  ekspertami  we 

wszystkim.  Mamy  kilka  specyficznych  prac,  które  możemy  nauczyć 

was wykonywać. 

- Ale to nie jedyny powód, dla którego tutaj jesteście. - powiedział 

Brian Carey, wypowiadając się głośno po raz pierwszy. - Prawdą jest, 

że  jesteście  bardzo  upublicznieni.  Jak  tylko  wypłynęliście  na 

powierzchnię, ludzie zaczęli notować i trafiliście do wszystkich gazet. 

Więc kto lepiej przekaże wiadomość światu?  

-  A  jaka  wiadomość  by  to  była?  -  Kieł  zapytał  cicho,  patrząc  na 

Brigid. 

-  Że  nasz  rząd  powinien  potraktować  globalne  ocieplenie 

poważnie. - powiedziała bezpośrednio do Kła. - Że musimy rozwinąć 

alternatywne  paliwo  źródła,  natychmiast.  Że  musimy  odciąć  nasze 

emisje  gazów  cieplarnianych.  Plus,  musimy  zrobić  wszystko  co  w 

naszej mocy, aby spowolnić wymarcie przed 2050 rokiem więcej niż 

milion gatunków zwierząt, owadów i roślin. 

background image

-  Co  jeśli  nie  wierzymy  w  to  wszystko?  -  zapytałam,  a  Melanie 

odwróciła się i zamrugała. Pliki na mój temat nie wspominały o moim 

"niechętna do współpracy" podejściu ? 

- Nie poprosimy was byście robili cokolwiek w co nie wierzycie. - 

powiedziała  szczerze.  -  Jeżeli  po  współpracy  z  nami, nie  pomyślicie, 

że to co robimy jest korzystne, wtedy jesteście  wolni, i nie będziecie 

musieli upubliczniać naszej sprawy. 

- Macie prawo do prawo wolności w każdym momencie. - Brigid 

powiedziała  szybko.  -  Jedyny  powód  dla  którego  tutaj  jesteście  jest 

taki, że doktor Valencia Martinez was polecała. Brałam od niej lekcje 

kiedy  robiłam  doktorat,  i  pozostałyśmy  w  kontakcie.  Zadzwoniła  do 

mnie kilka dni temu. 

To  miało  sens.  Wciąż  miałam  lekkie  dreszcze  za  każdym  razem 

kiedy  zdałam  sobie  sprawę,  że  doktor  Martinez  była  moją  mamą.  To 

nigdy nie przestanie działać. 

-  Ok.  -  powiedziałam.  -  Musimy  o  tym  pomyśleć  i  to 

przedyskutować, ja i moje stado, mam na myśli. 

-  Oczywiście.  -  powiedział  Michael.  Dajcie  znać  jeśli  będziecie 

potrzebować więcej informacji. Nadal jesteście głodni? 

- Zawsze jesteśmy głodni. - powiedziała Kuks. 

-  Potrzebujemy  pomiędzy  trzema  tysiącami  kalorii  a  czterema 

tysiącami kalorii na dzień. - wyjaśniłam. - Kiedy jest gorąco. 

Naukowcy bez powodzenia próbowali ukryć szok. 

- Um, dobrze, zobaczmy co możemy przygotowywać na prędko. - 

powiedziała Brigid, prowadząc drogą do części kuchennej. 

background image

- Dzięki. - powiedział Kieł. - Doceniamy to. 

Obserwowałam  go  jak  przechodził  za  nią  przez  drzwi,  jego 

ciemna głowa może sześć cali wyższa od jej. Odwróciła się do niego i 

uśmiechnęła, i wtedy poczułam nieprzyjemne uczucie w dole mojego 

brzucha. 

 

Rozdział 31 

Posłuchaj, było przytulnie w maleńkiej kuchni pokładowej, która 

była  tak  mała,  że  Kieł  musiał  zupełnie  wcisnąć  się  obok  Brigid  na 

ławce. Po prostu zbyt przytulnie, tak na marginesie. 

Pod  radosnym  trajkotaniem  Gazika  I  Kuks,  mogłam  usłyszeć 

przyćmione  podteksty  ze  strony  Kła  i  Brigid  grających  w  grę  chcę-

Cię-poznać. 

-  Jesteś  zbyt  młoda  jak  na  lekarza.  -  powiedział,  częstując  się 

czwartą kanapką. 

- Mam 21 lat. - Brigid przyznała się. - Coś w rodzaju śmignięciem 

przez MIT, a następnie dostanie doktoratu na Uniwersytecie Arizona. 

-  przerwała,  myśląc.  -  W  pewnym  sensie,  rozumiem  jak  to  jest  czuć 

się odtrąconym, być innymi niż każdy inny. Skończyłam liceum kiedy 

miałam dwanaście lat. - Wydała nieśmiały śmiech. - Ludzie nazywali 

mnie świrem. Nawet moi rodzice nie wiedzieli co ze mną zrobić. 

- Musiało być ci przykro. - Kieł powiedział współczująco podczas 

gdy moje oczy rozszerzyły się. 

- Max? - Melanie podawała karton. - Masz ochotę na mleko? 

background image

-  Ohyda,  nie.  -  powiedziałam  niewiele  myśląc.  -  To  znaczy,  nie, 

dziękuję. Ale Gazik pewnie chce. Lubi mleko. 

- Ile masz lat? - Brigid zapytała Kła. 

Prawie zakrztusiłam się swoim chipsem. 

-  Czternaście,  tak  myślę.  -  Kieł  powiedział.  -  Nikt  z  nas  nie  jest 

pewien  naszych  dat narodzin.  Ale  wydaje  nam  się,  że  Max,  Iggy  i  ja 

mamy czternaście lat.  

- Wydajesz się starszy. - Brigid zamruczała, a ja kopnęłam się w 

stopę, nie mogąc znieść tego sekundy dłużej. 

-  Potrzebuję  trochę  świeżego  powietrza.  -  Pragnęłam  wyjść 

spomiędzy gruchających gołąbków. 

Czułam  jak  każdy  się  na  mnie  patrzał  kiedy  wypadłam  z  kuchni 

pokładowej w górę schodami na pokład. 

- Max? Wszystko porządku? - Sue-Ann zawołała za mną, ale nie 

odpowiedziałam.  

Zamiast  tego  biegłam  spod  pokładu  łodzi  czując  jak  jego  silniki 

kłębiły  się  pod  moimi  stopami.  Właśnie  gdy  miałam  uderzyć  w 

metalowe  ogrodzenie,  przeskoczyłam  nad  wodą  i  rozwinęłam 

skrzydła. Machałam nimi mocno w dół i w górę, w kółko, spiesząc w 

chłodne  nocne  niebo.  Sekundy  później  Wendy  K.  była  tylko  malutką 

kropeczką  na  czerni  oceanu,  i  poczułam  jakbym  znowu  mogła 

oddychać. 

Dobra, Max, co się dzieje? Choć raz głos w mojej głowie należał 

do mnie.  

background image

Nie odpowiedziałam. Zamiast tego, po prostu prułam przez niebo, 

chwytając  okazjonalnie  obroty  i  rozpędy.  Wzięłam  głęboki  wdech  i 

wydech,  myśląc  o  tej  misji,  myśląc  o  Kle  i  Brigid,  o  Kle  i  mnie,  o 

mnie i stadzie. 

Prawie  zapomniałam  o  rozglądaniu  się  wokół  za  Latającymi 

Chłopcami.  Prawie.  Może  miesiąc  temu,  mama  wyjęła  mój  chip  z 

mojej  ręki.  (Ona  jest  weterynarzem.  Jak  miło.)  Byłam  pod  wpływem 

Głupiego Jasia, i powiedziałam parę głupich rzeczy Kłowi.  

Wypomniał mi je kilka razy prosto w twarz. A ostatnio pocałował 

mnie  kilka  razy,  a  ja  nie  wiedziałam  dokąd  z  tym  zmierzaliśmy. 

Byłam  rozdarta  pośrodku,  chcąc  poddać  się,  aby  właśnie  pozwolić 

tym  uczuciom  wylać  się  i  zobaczyć  co  się  między  nami  wydarzy,  i 

czyste przerażenie. 

Teraz  wydawał  się  robić  maślane  oczy  do  lekarki,  która  była 

siedem lat starsza od niego. I jedyna myśl, która pojawiła się w mojej 

głowie  kiedy  ze  znużeniem  zawróciłam  w  dół  na  łódź  w  stale 

zmniejszających  się  kołach, było:  Kieł  nigdy  nie  odpowiedział  mi na 

te głupich rzeczy. 

 

Rozdział 32 

Kiedy wróciłam na łódź, wszyscy siedmioro naukowców czekało 

na  pokładzie.  Troje  z  nich  miało  noktowizory  wycelowane  we  mnie. 

Zrobiłam  krótkie  lądowanie  w  biegu  i  zahamowałam.  Podeszłam  do 

nich ze skrzydłami wciąż rozpostartymi, pozwalając im ochłonąć. 

- Co tam? - Zapytałam z nagłym skurczem w sercu.  

background image

Coś się stało? Łódź została zaatakowana? Ze stadem wszystko w 

porządku? Pomyślałam, że mogłabym mieć to na oku, ale wiedziałam, 

że byłam bardzo zaplątana we własną operę mydlaną, mogłam tęsknić 

za Shamu przeskakującym przez łódkę z czerwona piłeczką w pysku. 

- My po prostu...patrzymy. - Paul Carey powiedział łagodnie.  

- Coś nie tak? - naciskałam. 

-  Nie,  nie  nic  złego.  -  powiedziała  Melanie  szybko.  -  My  po 

prostu... Jeszcze nigdy nie widzieliśmy żeby ktoś latał. 

- Oh. Nie. Wydaje mi się, że nie widzieliście.  

- Czy to ... Wspaniałe? - Melanie zapytała. 

Znowu  zbliżaliśmy  się  do  zbyt  osobistego  tematu  i  czułam,  że 

powinnam się przed tym bronić, ale odpowiedziałam. 

- Tak. Latanie jest wspaniałe. Lepsze niż wszystko. Dorastanie w 

psiej  klatce,  bycie  wystawianym  na  okropne  eksperymenty,  bycie 

ściganym  i  atakowanym  za  każdym  razem  kiedy  się  odwracaliśmy: 

nie aż tak. 

- Chciałabym... - powiedziała Brigid. Przerwała i pokręciła głową. 

- Co? 

Wyglądała na zawstydzoną.  

- Jestem specjalistką fauny i flory, jak Paul. Jestem tu by uczyć się 

o Południowo Polarnych zwierzętach. Naukowiec we mnie umiera by 

zadawać  wam  pytania,  by  dowiedzieć  się  jak  to  jest  być  tak  inną 

formą  człowieka.  Ale  wiem,  jak  okropne  to  musi  się  dla  was 

wydawać. 

background image

Zagryzłam  wargę,  by  nie  powiedzieć  czegoś  złośliwego,  jak  na 

przykład: Dlaczego nie zapytasz Kła? 

-  Jesteście  ludźmi,  z  inteligencją,  odwagą,  uczuciami, 

wyrażeniami. - Brigid ciągnęła dalej. - Nie mogę zapytać ptaka jak to 

jest  latać.  Mogę  zapytać  Was.  Ale  sama  twoja  zdolność  do 

powiedzenia  mi  oznacza,  że  pytanie  cię  o  takie  rzeczy  mogłoby  być 

strasznie  wścibskie  i  niewrażliwe  z  mojej  strony.  Przepraszam.  - 

Posłała maleńki uśmiech. - Będę starać się trzymać krótko naukowca 

tkwiącego we mnie. 

-  Powodzenia  z  tym.  -  powiedział  Paul,  chichocząc.  -  Bycie 

naukowcem to nie coś co robisz. To coś kim jesteś. 

Brigid skinęła, wyglądając na zmartwioną. 

Ci  ludzie  nie  byli  tacy  jak  większość,  których  kiedykolwiek 

spotkałam.  Byli  równie  ciekawi,  ale  rzeczywiście  szanowali  nasze 

osobiste granice - na razie. 

Większość  naukowców  była  zadowolona  ze  schwytania  nas, 

wrzucenia  do  klatek,  i  kłucia  nas  igłami.  To  było  dziwne. 

Zastanawiałam się, jak długo to będzie trwać. 

- Zamierzam donieść na kogoś. - Powiedziałam nagle i  ruszyłam 

w  kierunku  schodów  prowadzących  na  rufę  statku.  (Rufa  to  "tył" 

statku. Widzisz jak rzucam językiem?) 

Właśnie  ruszyłam  w  dół  wąskimi,  stromymi  schodami,  kiedy 

zdałam sobie sprawę , że Kieł czekał na mnie na dole. 

-  Co  się  z  Tobą  dzieje?  -  zapytał.  -  Dlaczego  określasz  to  w  ten 

sposób? 

background image

Oh, jakbym chciała mu to powiedzieć. 

-  Potrzebowałam  trochę  powietrza.  -  Powiedziałam,  próbując 

przejść szybko obok niego.  

Ale złapał mnie za ramiona i zatrzymał w miejscu, i ponieważ nie 

miałam  ochoty  na  spotęgowaną  powalającą  walkę  na  pięści, 

pozwoliłam mu.  

-  Powiedz  mi  co  się  dzieje.  -  powiedział  ponownie,  jego  twarz 

bardzo blisko mojej. 

- Nic. - Jestem cholernie uparta. 

- Max, jeśli byś po prostu ze mną porozmawiała... 

-  O  czym?  O  tobie  i  o  mnie?  Nie  ma  nas.  Zwłaszcza,  kiedy 

rzucasz  się  na  wszystko  co  chodzi  w  kiecce!  -  No  dobra,  to  było 

bardzo,  bardzo  głupie.  Jego  oczy  rozszerzyły  się  -  trochę  za  bardzo 

zeszłam z tematu. Plus, Brigid nie nosiła kiecek. 

Wyrwałam  ramiona  z  dala  od  niego,  czując  jak  moje  policzki 

płoną. Byłam zmieszana i żałosna - dwie z moich najmniej lubianych 

rzeczy. 

-  Mylisz  się,  Max.  -  powiedział  niskim,  mrocznym  tonem,  który 

wywołuje  motyle  w  moim  brzuchu.  -  Z  nami  nadal  wszystko  w 

porządku. Zawsze będziemy Ty i ja. 

Pchnęłam  go  mocno  i  próbowałam  nie  pobiec  do  pokoju  Kuks, 

Angeli i mojego, który dzieliłyśmy. 

 

 

background image

Rozdział 33 

- Max! 

Zostałam napadnięta przez podekscytowane dzieci ptaki jak tylko 

przeszłam przez próg. Iggy i Gazik siedzieli na naszych kojach, i było 

tam tak dużo energii w powietrzu, że moglibyśmy napędzać tym łódź. 

- Ta? - Powiedziałam, próbując uspokoić moje rozedrgane nerwy. 

-  Max,  to  jest  świetne!  -  Powiedziała  Kuks.  -  To  o  niebo  lepsze 

niż chodzenie do szkoły. Albo uciekanie. To jest coś gdzie mamy coś 

fajnego  do  roboty,  a  do  tego  mamy  ludzi  chroniących  nas,  plus 

jedzenie i łóżka, w jednym! 

- Łóżka i jedzenie są ogromnym plusem. - zgodziłam się. 

- I mamy prawdziwą misję. - powiedział Gazik. - Mam na myśli, 

że  uczestniczyłaś  już  w  misjach.  Ale  teraz  my  też  w  niej 

uczestniczymy. I to jest dobra misja. 

-  Tak  myślisz?  -  Rozejrzałam  się  za  miejscem  do  siedzenia  i  w 

końcu  wybrałam  maleńkie  krzesło  przy  maleńkim,  wbudowanym 

biurku jako moją jedyną opcję. Total wyciągnął się na koi Angeli, nie 

spał, po prostu wzdychał ciężko od czasu do czasu. 

- Tak, tak myślę! - powiedział Gazik. 

-  Jest  całkiem  fajnie.  -  powiedział  Iggy.  -  Pomimo  bycia 

uwięzionym  jak  sardynki  w  puszcze.  To  ciągle  ma  sens.  Chciałbym 

zrobić coś dobrego, a nie tylko starać się powstrzymać złe rzeczy. 

-  Co  jest  z  nim  nie  tak?  -  Szarpnęłam  kciuk  Totala  akurat  kiedy 

Kieł dołączył do nas. Nie spojrzałam na niego i byłam wściekła, kiedy 

poczułam jak moje pliczki znowu płonęły. 

background image

Angela poklepała mały czarny łeb Totala.  

- Myślę, że to Akila. - zwierzyła się. 

-  Okrucieństwo,  to  kobiety  imię!  -  Total  narzekał.  -  Albo  raczej, 

psa.  

- Ona nie chce z nim rozmawiać. - Gazik powiedział mi.  

- Total, ona nie mówi. - Zauważyłam. 

- Ona nie chce ze mną rozmawiać nawet uniwersalnym językiem. 

- Total powiedział. 

- Francuski.- Angela powiedziała świadomie. 

- Miłość rani. - Kieł powiedział, prawie do siebie.  

- Oh, zamknij się. - warknęłam. 

Co  spowodowało,  że  pięć  głów  obróciło  się  w  moim  kierunku. 

Musiałam coś powiedzieć. 

-  Porozmawiajmy  o  czymś  interesującym.  -  Powiedziałam 

dobitnie.  

Kieł  +  Brigid  =  ból.  Sprawdzone.  Kieł  +  ja  =  dezorientacja,  a 

także  ból  i  strach.  Sprawdzone.  Misja  uratowania  Świata? 

Przerażająca, trudna, niepewna, być może bardzo warta. Sprawdzone. 

Total zakochany w Malamucie? To mogłam znieść. 

- W czym problem, Total? 

- Nie chce poświęcić mi czasu ze swojego dnia. - Total powiedział 

ze znużeniem. - Nie mogę jej za to winić. Spójrz na nią - czystej krwi, 

z klasą, ważna. Wysoka. A ja jestem...niskim mutantem bez papierów. 

Zawsze w biegu, zadający się z poszukiwanymi kryminalistami....  

- Hej! - powiedziałam. 

background image

-  Kradliście  samochody.  -  Total  wskazał.  -  To  to  o  czym  wiem. 

Plus kradzież z włamaniem, napaść...... 

-  Dobra,  dobra.  -  Powiedziałam  z  rozdrażnieniem.-  Nieważne. 

Hej, to jest zawsze zbyt wiele dla ciebie, kolego. 

Angela  otoczyła  ramionami  jego  szyję.  Total  wyprostował  się 

dumnie.  

-  I  pozostawić  Was  zdanych  na  siebie?  Nie  jestem  zdrajcą! 

Potrzebujecie mnie! 

Właśnie  miałam  zjadliwie  zripostować  "Do  czego?"  kiedy  Kuks 

przerwała. 

- Total, po prostu bądź miły dla  Akily. - poradziła. - Nie płaszcz 

się.  Po  prostu  bądź  sobą,  ale  szczególnie  zamyślony,  uprzejmy. 

Zachowuj się bardziej jak pies, no wiesz, śliń się i bądź cicho. 

Total wydawał się przyjmować to, kiwając w zamyśleniu. 

-  Teraz  o  misji.  -  powiedziała  Kuks.  -  Jestem  całkowicie  za!  To 

znaczy,  zimno  tutaj,  co  jest  do  bani,  ale  lubię  tych  ludzi.  Mówię, 

żebyśmy zostali na jakiś czas.  

- Ja też! - powiedział Gazik. 

Wszyscy czekali na mnie.  

Nie  chciałam  się  z  nimi  sprzeczać  o  zaangażowanie  się  w 

światowe ocieplenie. A co tam. Mieliśmy jedzenie i łóżka.  

-  W  porządku.  -  powiedziałam,  a  oni  wybuchnęli  wśród 

okrzyków. - Zostańmy na jakiś czas. 

 

 

background image

Rozdział 34 

- Potrzebujesz kurtkę. - Powiedziałam Totalowi następnego dnia.  

Byliśmy  na  górnym  pokładzie  i  było,  hej,  naprawdę  zimno! 

Naukowcy  posiadali  każdy  rodzaj  rzeczy  na  zimną  pogodę  dla  nas 

dzieciaków,  więc  było  ok.  Nawet  nie  zwracali  na  nas  uwagi,  kiedy 

rozcinaliśmy dziury na plecach.  

Total  dygotał,  patrząc  na  niekończący  się  ocean  poprzez 

metalowe ogrodzenie. 

- Akila nie nosi kurtki. - powiedział przez szczękające zęby. 

-  To  zejdź  pod  pokład  zanim  będę  zmuszona  odrywać  lód  z 

Twojego nosa. - powiedziałam. 

Obracając  się  z  wielką  godnością,  pokłusował  do  schodów  i 

zszedł po nich w dół. 

-  Nie  mogę  się  przyzwyczaić  do  gadającego  psa.  -  powiedziała 

Melanie, pojawiając się obok mnie. - Albo nawet do latających dzieci, 

naprawdę.  -  Posłała  mi  przyjacielski  uśmiech,  następnie  wróciła  do 

robienia notatek w dzienniku okrętowym. 

- Co to jest? - zapytałam. 

- Dokumentujemy warunki pogodowe każdego dnia. - wyjaśniła. - 

Temperaturę  powietrza,  ciśnienie  barometryczne,  temperaturę  wody. 

Kierunek wiatru i prędkość, jakie jest morze.  

Przerzuciła strony w swoim dzienniku pokładowym i pokazała mi 

miesiąc  po  miesiącu  warunki  pogodowe  drobiazgowo  przedstawione 

na  wykresach.  Było  super,  że  ktoś  to  robił,  ale  to  uczyniłoby  mnie 

głupcem przed czwartym dniem. 

background image

-  Musisz  sprawdzić  ich  komputery.  -  Powiedziała  Kuks, 

przybiegając  do  nas.  -  Są  super!  Mogą  pokazać  ci,  jak  będzie 

wyglądała  Ziemia  za  pięćdziesiąt  lat,  albo  co  się  zdarzy  jeśli  nastąpi 

trzęsienie  ziemi.  Gazik  po  prostu  uciekł  na  demonstracji  pokazującej 

co by się zdarzyło, gdyby tsunami uderzyło w Los Angeles! 

- Super. - powiedziałam. - Co robią Kieł i Iggy? 

-  Ogrywają  Briana  i  Brigid  w  pokera.  -  powiedziała  rzeczowo. 

Melanie popatrzyła w górę ze zdziwieniem. 

- A co z Angelą? 

- Jest do przodu o jakieś trzydzieści dolców. 

Rada:  nie  graj  w  pokera  z  dzieckiem,  które  potrafi  czytać  w 

myślach. Cóż, przynajmniej się czegoś nauczą. 

-  Jak  długo  tutaj  jesteś?  -  Zapytałam  Melanie  z  nudów.  Zwykle 

nie zawracam sobie głowy poznawaniem ludzi, bo: 

a) Nie ufam żadnemu z nich 

b) Zwykle odchodzimy wkrótce potem i w pośpiechu 

c) Zwykle próbują nas zabić 

Jedyni ludzie, których poznałam i polubiłam to moja mama i moja 

przyrodnia siostra Ella. 

- Jestem częścią zespołu Antarktyki przez pięć lat. - powiedziała. 

Założyła  niewielki  plastikowy  pojemnik  na  rzecz  przypominającą 

pazur,  którą  spuściła  ponad  łódką  na  linie.  -  Od  czasu  do  czasu. 

Jesteśmy  finansowani  z  prywatnych  funduszy,  więc  co  jakiś  czas 

wydajemy wszystkie pieniądze i musimy ponownie się o nie starać. - 

Spojrzała  na  mnie  z  ciekawością.  -  Jak  długo  jesteście  w  drodze? 

background image

Doktor  Martinez  ostrzegła  nas,  abyśmy  podjęli  dodatkowe  środki  by 

zapewnić Wam bezpieczeństwo. 

Stwierdziłam, że nie będzie katastrofą jeśli powiem jej prawdę.  

- Jesteśmy zdani na siebie ponad dwa lata. A w drodze - nie wiem 

- sześć miesięcy? Wydaje się jakby wieczność. 

Kiwnęła głową współczująco. 

W  tym  momencie  Angela  pojawiła  się  na  pokładzie,  wpychając 

plik pieniędzy do kieszeni. 

- Wieloryby. - powiedziała. 

 

Rozdział 35 

- Hę? - powiedziałam. 

Angela skinęła w kierunku oceanu.  

- Wieloryby. Chcę je zobaczyć. 

Melanie wyciągnęła swoją próbkę z wody. 

- Tak, prawdopodobnie zobaczymy jakieś za niedługo. Jest osiem 

różnych gatunków wielorybów w tym regionie. 

-  Zobaczymy  je  teraz.  -  powiedziała  Angela,  podchodząc  do 

ogrodzenia. 

Uśmiechając się, Melanie powiedziała:  

- Z pewnością zobaczymy je w pewnym momencie. 

- Nie, one są tutaj. - powiedziała Angela, wskazując. - Są ciekawe. 

One myślą, że ta łódź pachnie ohydnie. 

-  Co?  -  Melanie  powiedziała,  akurat  kiedy  największe  zwierzę 

jakie kiedykolwiek widziałam, nagle wyłoniło się z oceanu.  

background image

Sapnęłam  -  to  było  jakby  szaro  czarna  ściana  mokrej  skóry, 

prawie  wypełniała  mój  widok.  Było  super  blisko,  może  cztery  stopy 

odległości, wyłonił dwie trzecie swojego ciała nad powierzchnię wody 

zanim  znów  zanurzył  się  w  dół,  uderzył  brzuchem  o  powierzchnię 

wody, aż zakołysało naszą łodzią. 

Angela uśmiechnęła się 

-  To  był  Humbak.  -  powiedziała  Melanie.  -  Lubią  rzucać  się  na 

wodę. Myślisz, że był ciekawy? 

- Ona. - Angela powiedziała z roztargnieniem, patrząc na wodę. - 

Jest ciekawa. Tam na dole jest ich cała grupa. 

Paul Carey wyszedł ze sterówki.  

- Wokół nas jest stado humbaków. - powiedział. - Zobaczyłem je 

właśnie na sonarze. 

Angela rzuciła na niego okiem z litością, ale nic nie powiedziała. 

-  Nie  mogę  uwierzyć  w  to,  że  są  takie  wielkie.  Ile  ich  jest?  - 

Zapytałam Angelę. 

- Nie mogę stwierdzić. - powiedziała powoli. - Myślą jako jedno. 

Może dwadzieścia pięć? 

Melanie  zmarszczyła  czoło  i  spojrzała  na  Paula,  który  wzruszył 

ramionami. 

- Są dzieci. - powiedziała Angela. - Chcą podpłynąć bliżej, ale ich 

mamy  im  nie  pozwalają.  Ich  mamy  wiedzą,  że  łódź  jest  czymś 

nienaturalnym  i  nie  powinno  jej  tutaj  być,  ale  w  większości  są 

ciekawe, nie złe czy coś. 

Paul spojrzał na Angelę.  

background image

-  Lubisz  wymyślać  historie  z  rzeczy,  które  widzisz  wokół?  - 

Brzmiał przyjaźnie, nie próbował być złośliwy. 

Angela wpatrywała się w niego poważnie.  

- Nie wymyślam tych rzeczy. Uh-oh. - Obróciła się szybko, i dwie 

sekundy  później,  inny  wieloryb  wypłynął  bliżej  nas,  wyskakując 

prawie  całkowicie  z  wody  a  następnie  spadając  w  dół.  To  wyglądało 

tak bardzo zabawnie. 

- Popisywał się. - Angela powiedziała do mnie. - Jak nastolatek. 

- Czy coś nam umknęło? - Melanie zapytała. - Nie rozumiem. 

-  Nie  jestem  po  prostu  dziwnym  małym  dzieckiem.  -  Angela 

powiedziała  do  Paula,  jego  oczy  powiększyły  się.  -  Cóż,  w 

rzeczywistości, myślę że jestem dziwnym małym dzieckiem, ale nie w 

sensie jakim myślisz. 

-  Ja  nie  myślę...  -  Paul  zaczął,  ale  Angela  potrząsnęła  swoją 

głową. 

-  Moje  akta  powinny  wam  powiedzieć  -  wyjaśniła  -  Słyszę,  o 

czym ludzie myślą.  

Postanowiłam  nie  wspomnieć,  że  często  również  może 

kontrolować o czym ludzie myśleli. Angela poklepała swoją kieszeń z 

wygraną  w  pokera  z  żalem,  jakby  uświadamiając  sobie,  że  nie 

mogłaby znów wyciągnąć tego od załogi. 

-  Nie  tylko  ludzie,  ale  większość  zwierząt  także.  Słyszałam  jak 

wieloryby myślały i przyszłam na górę zobaczyć je. 

Paul i Melanie nie wiedzieli, co powiedzieć. 

Przywyknijcie do tego, pomyślałam. 

background image

Rozdział 36 

Było  ciężko  zostać  na  Wendy  K.,  potrzebującej  trzech  dni  do 

przeniesienia  się  z  Argentyny  do  Antarktydy,  kiedy  mogliśmy 

przelecieć  tą  odległość  w  ciągu  pięciu  godzin.  Zrobiliśmy  parę 

ładnych, długich lotów kilka razy dziennie. 

Powietrze  było  zimne,  ale  nie  zimniejsze  niż  było  na  wysokości 

25,000  stóp,  które  było  znacznie  poniżej  zera.  Odkryliśmy,  że  zimne 

powietrze  nie  przeszkadza  nam  tak  długo  dopóki  jesteśmy  w  ruchu, 

ale stać na statku było całkiem nieprzyjemne. 

Total  przełamał  się  i  zgodził  się  żeby  nosić  mały  psi  płaszcz. 

Akila nosiła to jako szczenię. Podczas ustalającej rekordy fali chłodu, 

gdy było koło 80 stopni poniżej zera. 

-  Ziemia  ahoj!  -  Gazik  wykrzyknął  z  odległości  pięciuset  stóp  w 

powietrzu. Wskazał w kierunku, gdzie mogłam zobaczyć białą wyspę 

wystającą z oceanu. 

Michael Papa patrzał spod przymrużonych powiek na horyzont.  

-  Powinno  być  wkrótce  widoczne.  -  powiedział.  -  Powietrze  jest 

tutaj tak czyste, że mamy świetną widoczność. 

- Już jest widoczne. - powiedziałam do niego. - Mamy naprawdę 

dobry wzrok. Jak jastrzębie. 

Skinął,  trawiąc  to,  i  znowu  widziałam  ten  wygląd  prawie 

zazdrości,  który  widziałam  na  twarzach  wszystkich  tych  naukowców 

od czasu do czasu. Nikt nigdy wcześniej nie był naprawdę zazdrosny 

o nasze umiejętności, i to było świetne uczucie. Wersja ptakodziecięca 

background image

bycia  kapitanem  piłki  nożnej  lub  królową  powrotów  do  domu.  Coś 

jakby. 

-  Widzę  szare,  jak  skały.  -  powiedziałam  do  Michaela.  - 

Myślałam, że wszystko jest przykryte śniegiem. 

- Praktycznie wszystko jest. - powiedział. - Ale wzdłuż wybrzeża i 

niektórych wysp zewnętrznych, są wąskie pasma odkrytego kamienia 

gdzie  lodowiec  się  oderwał.  Także,  teraz  jest  tutaj  lato,  odkąd  pory 

roku są odwrócone, więc rzeczy nie są tak lodowate jak mają być.  

- Widzę czerwone budynki. 

- Nie widzę jeszcze tych rzeczy, na razie. - Michael powiedział z 

żalem.  -  Ale,  tak,  budynki  są  zazwyczaj  jasno  czerwone  albo  jasno 

zielone, by wyróżniać się jak najbardziej to możliwe.  

- Na przykład kiedy jest zamieć. 

-  Uh-huh.  Chociaż  tu  zamiecie  właśnie  oznaczają  dzikie  wiatry 

rozwiewające  śnieg  i  lód.  Prawie  żaden  nowy  śnieg  tutaj  nie  pada. 

Prawie nigdy. 

- To takie dziwne. - powiedziałam. 

- Co jest dziwne? - Kieł zapytał, przez co podskoczyłam.  

Nie  usłyszałam  kiedy  za  mną  podchodził.  Jak  zwykle.  Przez 

ostatnie  dwa  dni  unikałam  go.  Cofnęłam  się  i  patrzyłam  jak  on  i 

Brigid  Dwyer  stworzyli  kółko  wzajemnej  adoracji.  Nie  flirtowała  z 

nim, ale spotykali się często, i za każdym razem kiedy widziałam jak 

ich  głowy  pochylają  się  nad  ekranem  komputera  lub  mapą,  mój 

żołądek zaciskał się. Również zęby. I pięści. 

- Że nie pada tutaj śnieg. - Niezbyt dużo opadów. 

background image

Kieł skinął.  

- Brigid powiedziała, że powietrze tutaj jest jednym z najbardziej 

suchych na ziemi. 

-  Zgaduję,  że  będziecie  zadowoleni  móc  zejść  ze  statku.  - 

powiedział  Michael.  -  Zatrzymamy  się  w  kwaterach  gościnnych  na 

stacji Lucir. Oni mają turystów tam co roku. 

- Nie wyobrażam sobie, żebyśmy byli wokół grupy innych ludzi. - 

powiedziałam powoli.  

Czułam  się  prawie  -  cóż,  komfortowo  jest  mocnym  słowem,  ale 

nieco  mniej  zdenerwowana,  co  jest  lepsze  niż  kiedykolwiek  było  - 

wokół  naukowców  na  pokładzie  Wendy  K.  Nie  chciałam  ponownie 

zaczynać  z  grupą  nowych  ludzi.  Szczególnie  jeśli  chodzi  o 

wybuchową pizzę w Waszyngtonie. 

-  Jest  tam  dwanaście  rodzin,  które  żyją  i  pracują  tam.  -  Michael 

wyjaśnił. - Ogólnie około czterdzieści osób. 

Oczy Kła napotkały moje. Czas by znowu być w pogotowiu. 

 

Rozdział 37 

Wiersz 

Do Max 

Biały to kolor małych króliczków z różowymi nosami 

Biały to kolor puszystych chmur stroszących drogę po niebie 

Biały to kolor kręconego loda w rożku, 

Biały to kolor skrzydeł aniołów i Angeli skrzydeł 

Biały to kolor zupełnie nowych skarpetek wyjętych z torebki 

background image

Biały to kolor kruchych kartek w ekstrawaganckich hotelach 

Biały  to  kolor  każdego  pieprzonego  celu,    rzeczy  które  widzisz 

przez niekończące się mile i mile, jeśli zdarzy się, że znajdziesz się na 

Antarktydzie próbując ocalić świat, 

 czego nie jesteś teraz zbyt pewna czy dasz radę zrobić ponieważ 

uważasz,  że  jeśli  zobaczysz  więcej  białego  -  biały  chleb,  czyjąś 

bieliznę,  czy  zęby  -  całkowicie  i  zupełnie  stracisz  swoje  ukochane 

zmysły  i  skończysz  popychając  wózek  ze  sklepu  spożywczego  pełen 

pustych puszek wokół Nowego Jorku, mamrocząc do samej siebie 

To był mój pierwszy wiersz kiedykolwiek. 

Ok., To nie Szekspir, ale spodobał mi się. 

Zacumowaliśmy  w  doku  stacji  Lucir,  obok  paru  innych  łodzi. 

Czekało  na  nas  kilka  jasno  czerwonych,  metalowych  budynków  na 

palach. 

-  Oczekują  nas.  -  powiedziała  Sue-Ann,  wskazując  pierwszy 

budynek.  -  Możemy  wejść,  poznać  kilka  osób,  a  oni  pokażą  nam 

kwatery gościnne. 

-  Ok.  -  powiedziałam,  zęby  miałam  gotowe  by  je  zacisnąć, 

adrenalina zaczęła płynąć w moich żyłach. 

Nie było zieleni: żadnych drzew, żadnych krzewów, żadnej trawy, 

żadnych  chwastów.  Nie  było  również  żadnych  chodników,  żadnych 

śmieci,  żadnych  drapaczy  chmur,  żadnych  samochodów.  To  było 

kompletnie  inne  ze  wszystkiego  co  dotąd  widzieliśmy  i  nagle  zwrot 

"polarne przeciwieństwo" nabrało sensu. 

background image

-  To  jest  jak  bycie  na  księżycu.  -  Kuks  powiedziała  pełnym 

respektu tonem. - Tak tu czysto. 

-  Jesteśmy  odkrywcami.  -  powiedział  Gazik  szczęśliwie.  - 

Możemy zobaczyć rzeczy, które nikt wcześniej nie widział. 

Spojrzałam  na  moje  stado.  Każde  z  nich  wyglądało  na  trochę 

nerwowe  i  trochę  podekscytowane.  Mieli  prawdziwy  cel,  niż  tylko 

sprzątanie swoich pokoi czy czuwanie lub poszukiwanie żywności.  

Nawet  jeśli  prawdziwy  cel  był  wymyślony  przez  naukowców  do 

siania niepotrzebnej paniki wśród populacji ludzi, nadal. Dzieci miały 

wrażenie,  że  mogły  pomóc.  Najwidoczniej  chciały  po  prostu 

zapomnieć, że trzy tygodnie temu walczyliśmy  znowu o nasze  życie. 

I, mam na myśli, dlaczego każdy dzieciak chce zapomnieć o tym? 

Jeśli spodobało by im się tam być, naprawdę bardzo się podobało, 

czy poszliby ze mną gdyby czas trzeba było odejść? Bo nie ważne co 

się  tutaj  stanie  albo  jak  bardzo  będą  czuli  się  potrzebni,  będziemy 

musieli ewentualnie stąd odejść. Zawsze odchodzimy. 

Ta rzeczywistość dotarła do ciebie, dzięki Max.  

Nie ma za co. 

Kieł  i  Iggy  odchodzili  z  dala  od  budynków  stacji,  w  kierunku 

końca,  nie  uciekali.  Kieł  wyraźnie  odcinał  się  na  tle  lodu  jakby  był 

zrobiony  z  czarnego  marmuru.  Odwrócił  się  i  wskazał  mnie 

kiwnięciem głowy. 

- Rany, dużo... białego. - powiedziałam, odbijając się na piętach, 

już marznąc.  

- Ta… - Iggy powiedział dziwnym głosem. 

background image

- Tak naprawdę nic cię nie omija,  Ig. - powiedziałam do niego. - 

To nie jest tak jak w innych miejscach, gdzie są tony różnych rzeczy 

do  zobaczenia.  Wszystko  tutaj  jest  praktycznie  białe.  Mnóstwo 

ostrych białych brzegów. 

Kieł  dotknął  mojej  ręki,  a  ja  odwróciłam  się  do  niego.  Kiwnął 

głową w stronę Iggiego. 

- Wiem. - powiedział Iggy. - Mogę to widzieć. 

 

Rozdział 38 

Dobra, zamierzam teraz wprowadzić teorię w życie i może to jest 

ściema,  ale  wydaje  mi  się,  że  całkowity  brak  kolorów  miał  coś 

wspólnego z niewidomymi dziećmi, które nagle mogły widzieć różne 

rzeczy. Bo on naprawdę potrafił. Machnęłam ręka przed jego twarzą, a 

on zamrugał i odsunął się. 

- Co ty robisz? - zapytał, marszcząc brwi. 

Rozdziawiłam usta, patrząc na niego i Kła i z powrotem, i wtedy 

Iggy  uśmiechnął  się  szeroko,  w  sposób  jaki  rzadko  kiedy  się  tak 

śmieje, i Kieł uśmiechał się w sposób w jaki bardzo rzadko się śmieje, 

i  poczułam  że  skaczę  wokół  jak  baletnica,  co,  obiecuję  ci,  nigdy, 

przenigdy nie robię.  

- Co się dzieje? - Gazik zapytał, podchodząc do nas.  

- Iggy widzi. - powiedziałam, ciągle w to nie wierząc. 

Podekscytowany  Iggy  obrócił  się  by  spojrzeć  na  Gazika,  a 

następnie stanął jak wryty, marszcząc brwi. Mrugnął kilkakrotnie.  

- To… to zniknęło. - powiedział pustym głosem. 

background image

- Co? 

- Mogłeś widzieć? - Gazik zapytał. 

Iggy  obrócił  się  jeszcze  raz,  jego  głowa  bezwładnie  zawisła. 

Westchnął ciężko, nagle zesztywniał.  

- Nie! Znowu mogę widzieć! Znowu widzę białe góry! 

Więc  taka  jest  umowa:  Iggy  mógł  widzieć  biel.  Mógł  widzieć 

kształty klifów i lodowców, sporadyczne szare kamienie wystające ze 

śniegu,  linię  horyzontu  gdzie  ziemia  spotyka  się  z  niebem.  Gdy 

odwrócił się, ocean, skalisty brzeg, wszystko, na powrót było ślepe. 

- Zmarzłam. - powiedziałam po tym jak staliśmy wokół patrząc na 

Iggiego, który patrzał na coś przez chwilę. - Chodźmy do środka. 

Stacja Lucir składała się z około piętnastu metalowych budynków 

wzniesionych  w  górę  na  stalowych  palach.  Niektóre  z  nich  były 

połączone jak kamienie ułożone w górę na pobliskim wzgórzu. Kilka 

z nich stało samotnie. Większość z nich miała pługi śnieżne bobsleje i 

ciężarówki przystosowane do jazdy po lodzie, zaparkowane poniżej. 

Wdrapaliśmy się na schody, i kolejny raz Iggy musiał opierać się 

na  dotykaniu  rąbka  mojej  marynarki  i  koncentrowaniu  się  na 

dźwiękach wokół niego. Mogłam poczuć, jak kipiał rozczarowaniem. 

Drzwi budynku wychodziły na śluzę powietrzną. Zdjęliśmy nasze 

marynarki i inne  rzeczy  tam, następnie  przedostaliśmy  się  przez  inne 

drzwi  do  rzeczywistej  stacji.  Spotkaliśmy  naukowców,  którzy  żyli  i 

pracowali na stacji, ignorując ich ciekawy wygląd i niewypowiedziane 

pytania.  

background image

Pokazali nam kwatery gościnne, które znajdowały się w osobnym 

metalowym  baraku.  Było  małe  ale  przytulne  i  wygodne,  z  jednym 

pokojem pełnym łóżek piętrowych, cztery wysoki; salonik; łazienka; i 

maleńka kuchnia. 

- Hej! - powiedziała Brigid, pukając do drzwi. - Chcecie zobaczyć 

kilka pingwinów? 

-  Ta.  -  Iggy  wymamrotał  gorzko  -  Spraw  żeby  stanęły  na  tle 

białego klifu. 

Kieł  i  ja  spojrzeliśmy  na  siebie.  U  niektórych  z  nas  ukazały  się 

ostatnio nowe umiejętności. Czy u Iggiego będzie to wzrok? 

I  kolejne  pytanie:  Kiedy  to  nasze  całe  ratowanie-Świata  się 

zacznie? 

 

Rozdział 39 

Asystent Uber-Dyrektora spojrzał znad ekranu komputera  

- Mutanci przybyli właśnie na stacje, jak oczekiwano. 

Uber-Dyrektor nie mógł przytaknąć, za to mógł mrugnąć.  

- Wszyscy razem? Żadne z nich nie zostało na łodzi? 

-  Nie,  sir.  -  Asystent  wskazał  monitor  i  nacisnął  przycisk.  Ekran 

szybko  pokazał  lekko  niewyraźny  obraz  sześciu  zmutowanych  dzieci 

idących między zaspami śnieżnymi w kierunku stacji Lucie. Ekran się 

podzielił, i druga połowa pokazała obraz ze środka jadalni Wendy K. 

Asystent  szybkim  ruchem  zrobił  zbliżenie  na  twarze  grupki 

przebywającej w środku stacji i porównał je do zbliżeń twarzy z łodzi. 

Pasowały. 

background image

- Cała szóstka razem - powiedział asystent. 

- Bardzo dobrze - powiedział Uber-Dyrektor. - Wyślij wiadomość 

do  naszych  kontaktów,  mówiącą,  że  plan  idzie  zgodnie  z 

oczekiwaniami. 

-  Tak,  sir  -  powiedział  asystent  odwracając  się  z  powrotem  do 

komputera. 

Uber-Dyrektor  wysłał  rozkaz  w  myślach,  a  chwilę  później  drzwi 

się  otwarły.  Potężna  kreatura  mierząca  prawie  siedem  stóp  i  ważąca 

spokojnie ponad 300 funtów weszła do pokoju. 

- Ah, Gozen - powiedział Uber-Dyrektor. 

Asystent  momentalnie  zesztywniał  w  swoim  fotelu  i  powoli 

odwrócił wzrok. Jeśli zwykli żołnierze powodowali u niego strach, tak 

Gozen myśląc bardzo łagodnie go przerażał. Nie tylko, dlatego że był 

ogromny,  ale  głownie  przez  to,  że  jego  ludzka  twarz  była 

przytwierdzona do ciała Frankenstein’a.  

Zakrzywiony,  świecący  metalowy  talerz  pokrywał  część  jego 

łysej czaszki w miejscu gdzie nie dano rady wyhodować skóry. Jedno 

ramię  było  o  dobrą  stopę  dłuższe  niż  drugie,  a  dłoń  miała  metalowe 

szpice  przytwierdzone  do  kości  knykci.  Drugie  ramie  miało  siny 

odcień  jakby  w  ręce  było  niewłaściwe  krążenie.  Był  to  efekt 

wszczepienia ludzkiego hormonu wzrostu prosto w tkanki. 

Twarz była ludzka, ale kiedy stwór mówił, można było zobaczyć 

gwoździe  w  jego  szczęce,  tuż  pod  skórą.  Jednego  dnia,  asystent 

widział  jak  Gozen  sięgnął,  chwycił  śpiewającego  ptaszka  i  po  prostu 

skręcił  mu  kark,  a  potem  jak  gdyby  nigdy  nic  odrzucił  kolorowe 

background image

ciałko na bok. Asystent nie wiedział czy Gozen miał jakieś zasady czy 

chociaż  uczucia,  albo  jakiekolwiek  pojęcie  dobra  i  zła.  Przez 

większość czasu dawał przykład ogromnej, nieludzkiej siły. 

-  Gozen  -  rzekł  ponownie  Uber-Dyrektor,  aby  zwrócić  na  siebie 

uwagę tego czegoś. - Już prawie czas. Przygotuj swój oddział. 

- Tak, sir - powiedział Gozen bez jakiegokolwiek ruchu. Jego głos 

brzmiał jakby ktoś wolno odtworzył nagrany ludzki głos. 

Po plecach asystenta przebiegł dreszcz. 

 

Rozdział 40 

Jak  się  okazało,  cała  ta  sprawa  z  ratowaniem  świata  zaczęła  się 

następnego dnia. Teraz, ktoś kto nie miał o sprawie pojęcia, myślał że 

zabawa  z  pingwinami  nie  ma  za  wiele  związku  z  zapobieganiem 

apokalipsie, ale hej, my tu tylko pomagamy. 

- Popatrz na to! Jestem pingwinem! - Krzyczała Angela, rzucając 

się na brzuch i zjeżdżając w dół zaspy. Osiągnęła nieprawdopodobną 

prędkość  zjeżdżając  na  sam  dół,  gdzie  czekało  na  nią  około 

dwudziestu pingwinów cesarskich, poruszających swoimi skrzydłami. 

-  Moja  kolej!  -  Gazik  nie  czekał  aż  Angela  zejdzie  mu  z  drogi, 

rzucił się po prostu w dół zaspy, gdacząc obłąkańczo. Zderzył się z nią 

oczywiście,  popychając  ją  na  kilka  pingwinów  które,  szczerze 

mówiąc, powinny zwracać na otoczenie więcej uwagi.  

Dwa  z  tych  dużych,  ciężkich  ptaków  zjechały  w  dół,  jeden 

idealnie  na  Gazika.  Słyszałam  ulatujące  z  jego  trochę  obciążonej 

background image

klatki  piersiowej  powietrze  z  miejsca  gdzie  stałam  robiąc  naukowe 

notatki. 

Oto próbka mojego wkładu w światową wiedze naukową. 

Miejsce: Stacja Lucie, Antarktyka. 

Data: Przypomnijcie mi żebym sprawdziła i wpisała potem. 

Czas:  Ciężko  powiedzieć,  z  tym  całym  północnym  słońcem  i  w 

ogóle, a mój zegarek zgubiłam dawno temu. 

Obiekty: Pingwiny cesarskie. 

Ilość:  27  dorosłych  -  nie  ma  opcji  żebym  rozróżniła,  które  to 

samiec  a  które  samica,  a  nie  mam  zamiaru  sprawdzać  pod  ogonami. 

12 małych puchatych pisklaków. 5 awio – amerykanów. 

Rozmiar:  Te  pingwiny  są  zadziwiająco  duże  –  jakieś  4  stopy 

wzrostu. Sądząc po reakcji Gazika na to jak jeden na nim wylądował 

są całkiem ciężkie. Powiedziałabym 60 funtów? W końcu mówimy o 

dużych ptakach. 

Stan  ptaków:  Są  małymi  opasłymi  frajerami,  zbudowanymi  z 

wygody  i  szybkości.  I  na  pewno  nie  czują  tego  zimna.  Dałabym  im 

solidną 10. 

Aktywność:  Głównie  zjeżdżają  z  lodowców  dla  zabawy.  Skaczą 

do lodowatej wody co chwilę, a potem wyskakują z niej jak grzanki z 

tostera,  Zauważalny  lekko  rybi  zapach  po  każdej  takiej  wyciecze. 

Jeden rzygnął kawałkiem ośmiornicy, prawie, że na but Iggy’iego. 

Fart,  że  jego  wzrok  znów  zniknął.  Na  ten  widok  prawie  i  ja 

chciałam haftować. 

- Jak idzie? - Spytał Brian Carem, dreptając do nas.  

background image

On  i  Sue  -  Ann,  która  z  nim  była,  mieli  notatniki  i  specjalne 

długopisy,  które  pisały  w  ekstremalnych  warunkach.  Wspomniałam 

jak tu było strasznie zimno? Także dzięki mamo! 

Sue - Ann spojrzała na pingwiny wyskakujące z wody i zaśmiała 

się.  

- Są takie urocze…- zaczęła mówić akurat jak cała horda czarno - 

białych pingwinów zrobiła wślizg na lód. Gdakały i uciekały od wody 

najszybciej jak mogły. 

I  wtedy  nagle  jakaś  dziwna  kreatura  wynurzyła  się  z  oceanu, 

złapała  Sue  -  Ann  za  nogę,  i  wciągnęła  ją  z  powrotem  w  czarną 

otchłań. 

 

Rozdział 41 

-  LAMPART  MORSKI!  -  Krzyknął  Brian,  upuszczając  swój 

notatnik  i  biegnąc  w  stronę  wody.  -  Sprowadźcie  pomoc!  Zawołajcie 

Paula i resztę! 

Głowa Sue - Ann wynurzyła się z wody i usłyszeliśmy jej krzyk, 

który urwał się gdy zwierzę wciągnęło ją z powrotem pod wodę. Było 

ogromne,  z  głową  wielkości  arbuza,  jego  szczęka  najeżona  ostrymi 

zębami zacisnęła się na nodze Sue - Ann. 

-  Idź! - Rozkazałam Gazikowi, który stał wpatrzony  w  wodę. Na 

wodzie  były  plamy  czerni,  a  lód  w  miejscu  gdzie  pojawiła  się  Sue  - 

Ann zabarwił się na lekki róż. - Idź! Wszyscy macie wrócić na stację! 

-  Sue!  Trzymaj  się!  -  Brian  spojrzał  w  stronę  stacji  bezradnie, 

wtedy  lampart  wynurzył  się  ponownie  a  Brian  zaczął  krzyczeć  i 

background image

machać rękoma. Nie mógł wskoczyć - utknąłby pod lodem nie mogąc 

znaleźć drogi wyjścia. Albo lampart by go dorwał. 

- Chodź! - Powiedziałam Kłowi, i wzięłam rozbieg, aby się wzbić. 

Był tuż za mną. Zostaliśmy na niskim pułapie wpatrując się w  wodę, 

starając się dostrzec Sue - Ann. Ciemny cień, długi na około dziesięć 

stóp upewnił mnie że lampart był blisko powierzchni. 

-  Złap  ją  jak  tylko  się  wynurzą  -  Krzyknęłam,  a  Kieł  przytaknął 

zdeterminowany.  Lecieliśmy  nisko,  sześć  stóp  nad  powierzchnią, 

zataczając  małe  kręgi,  gotowi  do  pikowania  w  każdej  chwili.  Kątem 

oka zobaczyłam biegnącą ekipę. Paul miał w ręce harpun. 

- Tam! - Powiedziałam wskazując.  

Cień  rósł  zbliżając  się  do  powierzchni,  kiedy  nagle  lampart 

ponownie się wynurzył ciągle zaciskając szczęki na nodze Sue - Ann. 

Była  bezwładna,  jej  oczy  zamknięte.  Razem  z  Kłem  szybko 

zanurkowaliśmy w dół, mknąc w stronę wody jak strzała. 

Kieł  kopnął  lamparta  w  łeb  tak  mocno  jak  mógł  swoim  ciężkim 

butem,  a  ja  uderzyłam  obiema  nogami  w  lśniące  plecy. 

Niespodziewanie  zwierzę  drgnęło,  rozwierając  na  chwilę  swoje 

szczęki, podnosząc na nas swój wzrok.  

Wydało z siebie okropny, rozdzierający krzyk, przez co wyglądał 

jak jakiś potwór morski, ale ja i Kieł już złapaliśmy Sue - Ann za ręce, 

i  zmieniliśmy  ułożenie  skrzydeł,  aby  się  wznieść.  Lampart  zaryczał 

ponownie  i  machnął  płetwą,  prawie  uderzając  moje  stopy,  więc  je 

podkurczyłam. 

background image

I  nagle  było  po  wszystkim,  niebezpieczeństwo  minęło. 

Zawróciliśmy  w  stronę  lądu.  Lecąc,  trzymaliśmy  Sue  -  Ann  bardzo 

mocno. Ominęliśmy zadziwionych ratowników kierując się prosto do 

lecznicy.  Wylądowaliśmy  trochę  niezdarnie  ślizgając  się  na  lodzie. 

Mokra kurta Sue - Ann była już pokryta lodem. Nawet nie wiedziałam 

czy  jest  jeszcze  żywa,  czy  po  prostu  uratowaliśmy  ciało.  Jej  spodnie 

były poszarpane i zakrwawione. 

Dwóch  mężczyzn  wybiegło  z  lecznicy  z  noszami,  które  położyli 

obok  Sue  -  Ann.  Jeden  z  nich  przyłożył  palce  do  jej  szyi  szukając 

pulsu,  kiedy  drugi  przygotowywał  wszystko,  aby  móc  ją  bezpiecznie 

przenieść. Wtedy zmarszczył brwi.  

- Co… Co to było? 

W  międzyczasie,  kilka  osób  krążyło  wokół  nas.  Jeden  z  lekarzy 

delikatnie  dotknął  nogi  Sue  -  Ann  w  miejscu  gdzie  lampart  zacisnął 

swoje  szczęki.  Odsunął  kawałek  porwanych  spodni  i  wtedy  Paul 

wstrzymał oddech. Zmrużyłam oczy. Pod zmasakrowanymi tkankami 

zobaczyliśmy masę drucików, kabelków i metalowych części. 

-  Co  to  do  cholery  jest?  -  Wykrzyknął  Paul.  -  Czy  ktoś  o  tym 

wiedział? 

Drugi lekarz spojrzał w górę.  

- Nie ma pulsu szefie. Odeszła. 

Wtedy  nadbiegli  inni  z  naukowców,  cali  zdyszani  ledwo  zipiąc, 

zaczęli zadawać pytania. 

- Czy ona żyje? 

- Nie mogę uwierzyć w to, co zrobiliście! 

background image

- To było wspaniałe! Dziękuję! 

Zapał  z  ich  twarzy  znikał  w  miarę  jak  widzieli  nasze. 

Odstąpiliśmy, aby mogli zobaczyć Sue - Ann. Zobaczyłam zdumienie 

i  szok  wypisany  na  ich  twarzach.  Albo  byli  tak  świetnymi  aktorami, 

ale  faktycznie  żadne  z  nich  nie  wiedziało  o  ulepszeniach  Sue  -  Ann. 

Zamiast być jedną z nas, okazała się być jedną z nich. 

Paul  spojrzał  na  nas  skonsternowany.  Wskazał  na  członków 

swojej drużyny.  

- Brian. Przynieś komputer Sue - Ann. Przeszukaj jej dyski. 

- Oh, nie - powiedziała Melanie roniąc łzy. 

- Wy  wszyscy - Powiedział Paul wskazując na nas, - Wejdzie do 

środka.  Reszta  -  przeszukajcie  Wendy  K.,  oraz  całą  stację.  Wszędzie 

gdzie mogą być kamery. Mamy wśród nas zdrajcę. 

 

Rozdział 42 

Zgodnie z oczekiwaniami, środek przeciw zamarzaniu dodany do 

ich  smaru  działał  idealnie.  Gozen  dał  sygnał  reszcie  oddziału,  aby 

wykonali skok, rozkazując programowi rejestrującemu, aby sprawdził 

czy wszyscy są. 

Pojedynczo,  jeden  za  drugim  żołnierze  ześlizgiwali  się  z 

metalowej  rampy  samolotu  i  lądowali  między  zaspami.  Ich  stopy 

natychmiast przystosowywały się do  powierzchni, przekształcając się 

tak, aby nie ślizgali się na lodzie. 

Oddział był w komplecie. 

background image

Najpierw schronienie. Samolot zrzucił ich zapasy na lód, po czym 

rampa się zamknęła a samolot odleciał. 

-  Znajdźcie  schronienie  -  Gozen  wydał  rozkaz  trójce  żołnierzy.  - 

Rozbijcie obozowisko. 

Odpowiedzieli  natychmiast,  lokalizując  dużą  skrzynie  obwiązaną 

linami. Odwiązując liny, pociągnęli za zawór wyciągając TempHut ze 

skrzyni.  Kilka  kolejnych  pociągnięć  i  TempHut  się  rozłożył  w 

całkowicie gotowe schronienie, coś jak pajacyk schowany  w pudełku 

gdzie po pokręceniu korbką wyskakuję Ci niczym grzanka. 

Bez jakiegokolwiek dźwięku, żołnierze wciągnęli śruby długie na 

trzy  stopy,  które  wbili  w  lód  po  to,  aby  trzymały  konstrukcje  w 

miejscu  niepodatną  na  wiatry  i  burze  śnieżne.  Schronienie  nie  miało 

żadnego ogrzewania, żadnych okien, żadnych łóżek. Co było idealne. 

Odkąd żołnierze nie byli ludźmi, nie byli nawet żywi, to nie stanowiło 

żadnego problemu. 

Pierwsza para wróciła z rozpoznania i byli gotowi do raportu. 

-  Tak?  -  Głos  Gozena  nie  był  aż  tak  bliski  bycia  jakby 

odtwarzanym  z  taśmy  jak  tych  z  Generacji  K  -  miał  kilka  w  miarę 

ludzkich brzmień. 

-  Mamy  problem  -  zaraportował  żołnierz.  -  Jeden  z  naszych 

kontaktów został uszkodzony. Nie wysłała sygnału ani razu od pięciu 

godzin.  Taśmy  pokazują,  że  została  zaatakowana.  Prawdopodobnie 

nie żyje. 

Gozen  się  zastanowił.  Mimo  wszystko  plan  mógł  być 

kontynuowany.  Po  pierwsze,  musiał  złożyć  raport  UberDyrektorowi, 

background image

wyszczególniając  to,  co  mógł  znaleźć  o  ich  kontakcie.  Następnie 

usiądzie  i  poczeka  na  odpowiednią  okazję.  Nie  powinno  to  potrwać 

długo. 

Jego zadaniem było wyeliminować niebezpieczne mutanty. Uber-

Dyrektor nie sprecyzował jak ma to zrobić. Albo przez ile ma to robić. 

Albo  jak  dużo  przyjemności  może  z  tego  czerpać.  Wszystko  to  mu 

pasowało. 

- Wejdźcie do kryjówki - nakazał Gozen swojemu oddziałowi. 

 

Rozdział 43 

Czytasz blog Kła. WITAJ! 

Jesteś osobą numer: 545 422 

Dzisiejszy temat: Zdziwienie na szczycie świata. 

Nasze  życia  są  już  dość  dziwne  -  cała  ta  sprawa  ze  skrzydłami, 

czajeniem  się  na  nasze  życie,  etc.  I  ciągle  możemy  być  zaskoczeni, 

kiedy rzeczy stają się dziwniejsze. Cool. 

Niektóre  rzeczy  ciągle  podtrzymują  egzystencje  na  ciekawym 

poziomie: [1] Iggy raz może  widzieć, raz nie. Musi być w otoczeniu 

samej bieli żeby coś widzieć, ale ważne, że widzi cokolwiek.  

[2]  Mieliśmy  okazje  latać  z  petrolami  śnieżnymi.  To  piękne 

śnieżnobiałe  ptaki,  rozmiaru  gołębia.  Są  wszędzie.  Są  jak  latająca 

czystość, nie żeby to brzmiało głupio. Jeśli Angela byłaby ptakiem w 

100% to na pewno byłaby petrolem śnieżnym. Gazik byłby emu. 

[3]  Było  kilka  pingwinach  incydentów,  spowodowanych 

nierozważnymi  zjazdami  z  zasp.  Wiedzieliście,  że  jeśli  przestraszyć 

background image

pingwina  to  was  orzyga?  My  też  nie.  Wiedzieliście  jak  bardzo 

obrzydliwe  są  na  pół  strawione  kawałki  kryli  i  kalmarów?  Ja  teraz 

wiem.  

[4]  Mieliśmy  występ  w  celach  ratunkowych  na  morzu.  Możliwą 

tylko  dzięki  Max  i  Waszej  Pierzastości.  Niestety,  osoba  którą 

ratowaliśmy  okazała  się  robotem  który  nas  szpiegował  przez  kilka 

ostatnich  tygodni.  Więc  teraz  najprawdopodobniej  jesteśmy  w 

śmiertelnym niebezpieczeństwie, jak zwykle. 

Szczęśliwie, osoba, którą ratowaliśmy nie przeżyła. Więc zgaduję, 

że  jej  raporty  troszkę  się  opóźnią.  W  międzyczasie,  ktokolwiek 

planuje Bóg wie co, jesteśmy tego świadomi. Będziemy obserwować 

Twoje ruchy. Nie damy się tak łatwo. 

Zdradzę wam coś: Jesteśmy na Antarktyce. Jesteśmy to po to aby 

sprawdzić  objawy  globalnego  ocieplenia.  Globalne  ocieplenie  może 

brzmieć  wygodnie  -  żadnych  więcej  płaszczy  zimowych  -  ale 

wszystko  na  Ziemi  żyje  głównie  dzięki  klimatowi  który  się  nie 

zmienia.  Ale  jeśli  nie  boimy  się  powodzi,  trzęsień  ziemi,  tsunami, 

wyginięć  wielu  roślin  i  zwierząt,  susz,  głodu,  i  innych,  możemy  się 

zrelaksować i pozwolić rzeczy się dziać. 

Jednakże  dla  wszystkich  tych,  którzy  preferują  aby  planeta 

przetrwała niezmieniona, wydaje się jasnym że są rzeczy które trzeba 

zmienić.  Mam  na  myśli,  my  ludzie  zmienić  nasze  przyzwyczajenia, 

naszą lekkomyślność, nasze uzależnienie od paliw i mięsa. 

Jakieś pytania? 

 

background image

Ali, Ju – Ju, Ariel i Robin Bernstein z Palm Beach napisali: 

Jak to żadnego mięsa? Żadnych hamburgerów? 

Więc Ali, Ju – Ju, Ariel i Robin Bernstein dobrze że pytacie. Jak 

dla mnie to jestem całkiem za burgerami. I stekami. I kebabami. Jeśli 

Twoje imię ma związek z krową, to jesteś mój. 

Ale  pewna  niesamowicie  fajna  pani  naukowiec  którą  znam,  Dr. 

Brygid Dwyer, powiedziała mi że chów powoduje więcej zagrożeń dla 

klimatu niż samochody (WTF? O.O dop. Tłumacza). 

Wszystkie  samochody.  Z  jednej  strony  bydło  „uwalnia”  więcej 

metanu i innych gazów niż Gazik, a to coś znaczy. Plus, zjada koło 14 

funtów pokarmu aby wytworzyć funt mięsa. Nie muszę wspominać o 

wycinaniu  drzew  na  pastwiska,  i  o  wodzie  którą  wypijają.  To 

wszystko dowala Ziemi dość ładnie. Daje do myślenia, huh? 

- Kieł 

BitterGummy z Hoshu pisze: 

Pozbądźmy  się  polityków!  Jeśli  będę  chciał  nudną  pogadankę 

pójdę do szkoły! 

Brzmi  jakbyś  tego  potrzebował  BitterGummy.  Postaraj  się  nie 

usnąć tym razem. 

- Kieł 

MinkyPuddin z Sydney pisze: 

Kieł,  tęsknię  za  wami  tak  bardzo.  Dawno  was  nie  było  w 

wiadomościach. Zaczynam się martwić.  Twój fan #1 

Nie martw się MinkyPuddin. Nic nam nie jest. 

- Kieł 

background image

ShyBabe z Seattle pisze: 

Drogi  Kle,  napisałam  do  Ciebie  w  zeszłym  miesiącu,  Masz 

dziewczynę? 

Polecałbym  Ci  nie  wtykać  nosa  w  nie  swoje  sprawy.  ShyBabe. 

Dzięki. 

- Kieł 

Okej 

ludziska, 

muszę 

lecieć. 

Globalna 

katastrofa 

do 

udokumentowania,  naukowcy  do  pogadania.  No  i  czas  na  kolację. 

Zgaduję, że nie będzie mięsa. 

- Kieł 

 

Rozdział 44 

-  GDZIE  LECIMY?  -  Zapytała  Kuks  w  miarę  jak  lecieliśmy 

wśród czystego, rześkiego powietrza. 

-  Po  prostu  sprawdzamy  teren  -  Wyjaśniłam.  -  Mały  rekonesans. 

Zobaczymy czy wszystko gra. 

Od czasu śmierci Sue - Ann i wyjścia na jaw, że jest jedną z tych 

złych,  stałam  się  ultra  czujna.  Teraz  trochę  się  rozglądamy  wokół, 

może  przypadkiem  zobaczymy  wielki  transparent  „ŹLI  GOŚCIE” 

rozłożony na dachu. 

Kieł był cichy, lecąc trochę na uboczu. Zmieniłam trochę kąt pod 

jakim  było  moje  lewe  skrzydło  i  zbliżyłam  się  do  niego.  Sprawy 

między  nami  ciągle  były  trochę  dziwne.  Tęskniłam  za  starymi 

czasami,  kiedy  nasza  relacja  była  prosta.  W  tamtym  mogłam  się 

połapać. 

background image

-  Więc  zgaduję,  że  możemy  założyć  iż  Sue  -  Ann  wysyłała  na 

bieżąco raporty odnośnie nas do kogoś - powiedziałam. 

Przytaknął  

-  Brigid  próbuje  się  włamać  do  jej  kompa  żeby  zdobyć  trochę 

informacji. 

Znów to imię.  

- Kuks powinna to zrobić. - Powiedziałam, starając się nie okazać 

irytacji. 

-  Yeah,  -  jeśli  Brigid  sobie  nie  poradzi,  damy  tę  robotę  Kuks.  - 

zgodził się. 

-  Możemy  przelecieć  nad  wyspami?  -  Zapytał  Gazik.  -  Jedna 

wyspa ma wulkan! Właściwie to cała wyspa jest wulkanem! 

- Jasne. - Gładko zatoczyliśmy łuk w lewą stronę, oddalając się od 

ogromnego lodowego kontynentu. Rozłożenie skrzydeł i unoszenie się 

na prądach zimnego powietrza jest cudowne. 

- Nie mogę niczego zobaczyć - Powiedział Iggy depresyjnie. 

- Może powinienem lecieć z Kłem? - Zasugerował Total, ruszając 

się nerwowo w ramionach Iggy’iego. 

-  Ciągle  mogę  latać  -  Powiedział  zirytowany  Iggy.  -  I  ciągle 

umiem nawigować. 

- Oh, to takie cool! - Wykrzyczał Gazik wskazując. 

Zostawiliśmy  półwysep  za  nami  i  teraz  byliśmy  nad  wyspą  o 

kształcie  poszarpanego  Cheerio  z  malutkim  otworkiem  z  jednej 

strony.  Zaczęliśmy  serie  kółek  mających  na  celu  nas  spowolnić. 

background image

Wszyscy  mieliśmy  oczy  szeroko  otwarte,  ale  nie  widzieliśmy  nikogo 

innego. 

- Ta woda w środku pochodzi z wulkanu - Powiedział Gazik. 

Podchodziliśmy  bliżej  i  bliżej.  Wyglądało  na  tyle  bezpiecznie  na 

ile każde miejsce może być. 

- Źródło termalne! - Powiedziałam, czując jak poruszam się wśród 

słupa  cięższego,  cieplejszego  powietrza.  Uczucie  było  niesamowite. 

Jakby  kieszeń  z  ciepłym  powietrzem  pośród  mroźnego  powietrza 

wokół nas. 

- Coś bulgocze - Powiedziała Angela patrząc w dół. 

- Sprawdźmy to - Powiedziałam w swoim tonie przywódcy. 

Zeszliśmy  w dół, nie widząc nikogo innego, i wylądowaliśmy na 

kawałku  szarawej  skały  pełnej  malutkich  kamyczków,  połamanych 

gałęzi,  znaków  i  czegoś,  co  wyglądało  jak  kawałki  drewnianych 

beczek. To było niepodobne do niczego, co wcześniej widziałam. 

I wkrótce to wszystko może zniknąć. 

Więc  wróciłeś.  Pomyślałam.  Cieszę  się,  że  do  nas  dołączyłeś. 

Dobra, może nie od razu cieszę ale… 

Bądź uważna Max. Rzekł Głos. Zapamiętaj co widzisz. To miejsce 

może już wkrótce nie istnieć. 

Więc  zgaduję,  że  Głos  był  na  bieżąco  z  całym  tym  globalnym 

ociepleniem.  

- Patrzcie gdzie stawiacie kroki, ludzie. Nie chcę, żeby wystrzelił 

w was jakiś gejzer czy coś. 

background image

-  Nie  ma  tu  żadnych  gejzerów  -  Powiedziała  Kuks.  -  Ale  para 

bucha zewsząd. 

- Była tu masa ludzi - Odezwał się Kieł.  

Stał naprzeciw jednego z wielu znaków. Był w jakichś 8 językach 

i  ostrzegał  nas  żeby  być  ostrożnym,  patrzeć  pod  nogi,  nie  niszczyć 

roślin,  nie  śmiecić,  itp.  To  był  jakiś  znak  wystawiony  przez  „  Grupę 

Zarządzającą Wyspą Oszustw”. 

-  Wyspa  Oszustw  -  Powiedziałam  uśmiechając  się.  -  Co  za 

świetna nazwa. Brzmi jak miejsce, w którym powinniśmy mieszkać. - 

Rozejrzałam się po tym surrealnym, niezamieszkałym miejscu - Jeżeli 

chcielibyśmy żyć na jałowym pustkowiu. 

- Nie jest jałowe - Powiedziała Angela. 

Kuks zaczęła ściągać swoje buty. 

- Co ty wyprawiasz? 

Wskazała brzeg, skąd para ciężko buchała.  

-  Gorące  źródło!  Te  śmieszne  malutkie  prysznice  na  stacji  temu 

nie dorównują. 

- Patrzcie - Powiedziała Angela wskazując górę.  

Usłyszałam  je  zanim  zobaczyłam:  grupę  naprawdę  dużych 

ptaków, lecących wzdłuż klifów jakieś ćwierć mili od nas. 

- Czym one są? - Zapytałam. 

- Albatrosy Wędrowne - Powiedziała Kuks, która właśnie rzuciła 

swój  płaszcz  i  szalik,  i  dalej  rozbierała  się  do  bielizny.  -  Żeglarze 

sądzą,  że  są  one  w  posiadaniu  duchów  zmarłych  marynarzy.  O  Mój 

background image

Boże, ta woda jest boska! - Zanurzała się powoli, praktycznie znikając 

pośród pary. 

-  Bądź  ostrożna  -  powiedziałam.  -  Woda  może  nagle  się  zacząć 

gotować czy coś. 

- Ja też wchodzę - Powiedział Total biegając wokół źródła. 

Albatrosy  kołowały  nad  naszymi  głowami.  Największy  z  nich 

miał  skrzydła  większe  od  Angeli  -  może  z  dziewięć  stóp  rozpiętości. 

Były  wspaniałe.  Ledwo  poruszały  skrzydłami,  po  prostu  ślizgały  się 

na  prądach  ciepłego  powietrza.  Przez  naszą  budowę  ciała  stosunek 

masy ciała do rozpiętości był dużo większy, pewnie my byśmy tak nie 

mogli. 

-  O  mój  Boże!  -  Powiedziała  znów  Kuks,  tym  razem  brzmiąc na 

zaalarmowaną. 

Podniosłam szybko głowę rozglądając się.  

- Co? - Za mną, Kieł skanował niebo, morze i ląd w poszukiwaniu 

zagrożenia.  Podbiegłam  do  źródełka  wpadając  w  poślizg,  przez  co 

wrzuciłam tam trochę żwiru i kamyczków. - Co jest? 

Kuks  wskazała  na  Totala.  Był  zanurzony  w  wodzie  tak,  że  tylko 

jego  nos  wystawał.  Wyglądał  na  niesamowicie  zrelaksowanego, 

dawno  go  takiego  nie  widziałam.  Jego  czarna  sierść  była  mokra  i 

zaczesana na boki. Spojrzałam na miejsce które wskazywała Kuks. 

-  Co?  -  Zapytał  Total  sennie,  relaksując  się  w  ciepłej  wodzie.  - 

Koleś,  to  jest  niebo  dla  moich  łap.  Tak  strasznie  zmarzły…  Może 

powinienem zdobyć jakieś małe buty… 

Teraz wszyscy z nas stali na brzegu wgapiając się w Totala. 

background image

Spojrzał na nas przymkniętymi ślepiami.  

-  Musicie  tego  spróbować.  Gdybym  tylko  miał  jeszcze  martini, 

nigdy bym stąd nie wyszedł. 

Wtedy  mnie  uderzyło,  na  co  patrzę.  Nie  wiem  dlaczego 

skojarzenie tego zajęło mi tyle czasu 

-  Widziałam  to  już  przecie  tyle  razy,  nie  tylko  na  nas.  Po  prostu 

nigdy nie oczekiwałam, że to się przydarzy Totalowi, dlatego. 

Kłowi brwi podjechały na czoło ze  zdziwienia. Ja za to zrobiłam 

minę w stylu „WTF”. 

- Co? - Zapytał Total, budząc się troszkę kiedy zdał sobie sprawę, 

że się na niego gapimy. 

Przełknęłam i powiedziałam.  

- Uh, Total? Rosną Ci skrzydła. 

Wiedziałem że coś z tym psem jest nie tak. - odezwał się Głos. 

 

Rozdział 45 

-  OKAY  -  POWIEDZIAŁ  Michael  Papa  następnego  ranka.  - 

Chodźmy coś zrobić. 

Spojrzeliśmy znad śniadania ostrożnie. Czułam się troszkę winna 

z powodu ilości jedzenia zjadanego  przez stado. Wszyscy  wiedzą, że 

potrzebujemy  coś  koło  4000  -  5000  kalorii  na  osobę  dziennie,  to 

sporo.  Inaczej  niż  normalni  ludzie,  nie  spalaliśmy  więcej  kalorii, 

dlatego  że  było  lodowato.  Więc  oni  dawali  nam  tyle  jedzenia  ile 

potrzebujemy, a my to pożeraliśmy. 

background image

Coś  co  sprawi  że  wasze  szczeki  opadną?  Total  poprosił,  aby 

podawali  mu  śniadanie  w  misce  na  ziemi  -  obok  miski  Akili. 

Oczywiście,  jedzenie  tak  jak  Akila  psiej  karmy  było  poniżej  jego 

poziomu  -  Total  ciągle  jadł  naleśniki  z  syropem,  bekon  a  do  tego 

miska kawy z mlekiem i cukrem. 

-  Musimy  dać  z  siebie  więcej.  Teraz,  kiedy  okazało  się  że  Sue  - 

Ann  zdradziła.  Dzisiaj  wy  ludziska  będziecie  towarzyszyć 

naukowcom  tutaj,  pobadacie  trochę  -  Powiedział  Michael.  -  Ale 

musicie się mieć na baczności. 

Przytaknęłam. 

-  Ostatnio  pomagaliście  wypełniać  dokumenty  odnośnie  życia 

miejscowych pingwinów - Michael kontynuował. - Dzisiaj, pójdziecie 

z  Emily  i  Brigid  które  będą  robić  pomiary  warstw  lodu,  a  także  je 

badać.  Chemiczny  skład  warstw  mówi  nam  naprawdę  dużo  o 

klimacie, jaki tu kiedyś był. 

-  Lecz  zanim  wyruszymy,  musimy  powziąć  kilka  środków 

ostrożności - Powiedziała Brigid. 

Starałam się tego nie robić, ale rzuciłam okiem na Kła. Jego oczy 

były  wpatrzone  w  Brigid,  a  jego  twarz  miała  bardzo  przyjacielski 

wyraz. Czułam że mi się przewraca w brzuchu, co wkurzyło mnie na 

siebie bardziej, niż na niego. 

-  Oczywiście  to  jest  dość  ekstremalne  środowisko  -  Powiedziała 

Brigid.  -  Mamy  tu  kilka  zagrożeń  jak  widzieliście.  Na  przykład,  co 

zrobicie jeśli się zgubicie? Tutaj wszystko wygląda identycznie. 

background image

-  Wzbiłabym  się  w  powietrze  i  rozglądnęła  za  stacją  - 

Powiedziałam. 

Naukowcy  spojrzeli  na  mnie  wcięci.  Zgaduję,  że  to  rozwiązanie 

im nie przyszło do głowy. 

- Okej - Powiedziała Brigid, kiwając powoli głową. - To załatwia 

sprawę. Teraz, w tym rejonie nie ma zbyt wielu szczelin, ale jeśli się 

trafią  to  są  extremalnie  niebezpieczne.  Jeśli  wam  się  zdarzy  w  jakąś 

wpaść… 

- Wyleciałabym z niej? - Zasugerowałam. 

- Um, tak, - powiedziała Brigid, bohatersko prąc na przód. - Okej, 

wiecie,  że  pingwiny  nie  są  niebezpieczne,  tak  jak  inne  ptaki  tutaj, 

oczywiście jeśli będziecie się trzymać z dala od gniazd.  I oczywiście 

nie mu tu żadnych niedźwiedzi polarnych. 

Przytaknęliśmy.  Kuks,  Angela  i  ja  byłyśmy  wyjątkowo 

zawiedzione brakiem niedźwiedzi polarnych. 

-  Lecz  jak  widzieliście,  lamparty  morskie  okazyjnie  mogą 

atakować, - Brigid kontynuowała. - Zalecamy trzymanie się od brzegu 

przynajmniej 20 metrów.  Ale jeśli jednak wam się trafi konfrontacja, 

zalecam… 

- Odlecieć? - Serio, to było z łatwe. Byłam naprawdę niemiła. 

W międzyczasie stado się uśmiechało. 

-  Zamiecie  -  Rzekła  Brigid  niezrażona.  -  Wiatry  zstępujące. 

Czasami  osiągają  prędkość  80  mil  na  godzinę.  Niosą  ze  sobą  śnieg  i 

kawałki lodu, co może być odczuwane jak wkłucia igieł. 

Zapauzowała, czekając aż powiem, że bym odleciała. 

background image

Czego nie zrobiłam. Musisz być kompletnym debilem  żeby  latać 

w burzy jak ta. Ostatnio, kiedy patrzyłam nie byłam debilem. 

-  Okej,  kontynuujmy  -  Powiedziała  Brigid,  zadowolona,  że  w 

końcu może nam coś doradzić. - Wykopcie dla siebie dziurę w jakiejś 

zaspie.  Zostańcie  razem.  Nie  jedzcie  śniegu  żeby  się  nawodnić  -  to 

tylko  obniży  wam  temperaturę  ciała.  Czekajcie  w  gotowości  na 

pomoc. Przyjdziemy po was. 

- Aye aye - Powiedziałam salutując. 

Brigid  rzuciła  mi  słabym  uśmiechem,  a  potem  wszyscy 

zaczęliśmy  się  zbierać  do  zrobienia  odważnego  kroku,  jakim  było 

wyjście na zewnątrz. Brian Carey pomagał nam gromadzić potrzebny 

ekwipunek. On zostawał na stacji w celu napisania jakichś raportów. 

Normalnie,  przynieślibyśmy  próbki  lodu  do  Sue  -  Ann,  która 

przepuściłaby je przez swój chematograf. Teraz to była praca Melanie. 

Przeanalizowałaby  je  pod  kątem  stężenia  dwutlenku  węgla  i  innych 

takich,  żeby  zobaczyć  jak  się  zmieniały  przez  wieki.  Właściwie, 

okazywało się że poziom CO

2

  - przez te  wszystkie paliwa - podniósł 

się niebotycznie w porównaniu do 800 000 letnich próbek. 

Będąc  kompletnie  obiektywną,  mogę  zrozumieć  skąd  ich 

zmartwienie. 

 

Rozdział 46 

-  Życie  ze  świadomością,  że  gdzieś  tam  są  złe,  krwiożercze 

korporacje czekające tylko żeby wydać miliardy na maszyny, których 

background image

jedynym  celem  jest  zabicie  nas  -  zmutowane  dzieci-ptaki  wprawia 

mnie w depresję - Powiedziała Kuks.  

Klęczeliśmy  na  lodzie,  pomagając  Melanie  i  Brigid  wprowadzić 

ich sondę w głąb lodu.  

- Życie ze świadomością, że są złe, krwiożercze korporacje, które 

świadomie niszczą jedyną planetę, na której możemy żyć tylko po to, 

aby zarobić miliardy jest gorsze.  

Kuks westchnęła i spojrzała nieprzyjaźnie. 

-  Okay,  zupełnie  zapomniałam,  że  są  złe  korporacje  zapełnione 

złymi 

gościami, 

którzy 

zanieczyszczali 

wszystko 

wokół. 

Zrozumiałam.  Ale  ciągle  nie  byłam  pewna  czy  to  wszystko 

powodowało  globalne  ocieplenie,  albo  czy  posiadanie  odrobinkę 

cieplejszego klimatu byłoby takie złe. 

- Jak oni mogą tak po prostu sobie żyć ze świadomością tego, co 

robią? - Zgodziłam się. 

-  Mam  na  myśli,  jak  dużo  uroczych  bucików  może  potrzebować 

jedna  firma?  -  Można  by  pomyśleć,  że  jestem  wystarczającym 

megalomanem żeby ich zrozumieć, ale nie jestem.  To jak, zarabianie 

pieniędzy po to aby kontrolować takie rzeczy jak wyspy, armie, rządy 

czy  kraje  -  a  chcesz  je  kontrolować  po  to  żeby…  zarobić  więcej 

pieniędzy.  Żeby  można  kontrolować  więcej  rzeczy.  Żeby  zarobić 

więcej  pieniędzy.  Takie  troszkę  zamknięte  koło,  huh?  Nie  żebym 

oceniała. 

Ale ktoś musi oceniać! Ktoś musi powiedzieć że to wszystko jest 

pokręcone  i  złe,  i  że  te  firmy  są  kompletnymi  idiotami!  Gdyby  tą 

background image

osobą  musiałabym  być  ja,  niech  tak  będzie.  Może  i  nie  jestem 

najlepszą osobą żeby mówić o globalnym ociepleniu, ale ciągle mogę 

być przeciwko zanieczyszczaniu. To jest złe, bez cienia wątpliwości. 

-  Chcę  malutkiego  pingwina,  -  Powiedziała  Angela  ciągnąc  mój 

rękaw żeby zwrócić na siebie uwagę. 

Wybudziła mnie z mojego trybu dumam-nad-zagładą, więc na nią 

spojrzałam. 

- Nie, - odparłam, zanim do końca przetworzyłam, o co prosiła. 

Przybrała tą minę której nauczyłam się bać. 

- Nie. - Powiedziałam bardziej stanowczo. - Masz już Celestynę i 

Totala. Nie możemy sobie pozwolić jeszcze na biegającego pingwina. 

Zwłaszcza, jeśli taki pingwin z malutkiego ma urosnąć do rozmiarów 

przeciętnego trzecioklasisty. 

Angela wzięła głęboki wdech.  

- Ale one są takie puchate i słodkie, - zaczęła błagać. - I tak fajnie 

piszczą. Jest tutaj sporo takich - więc to by nawet nic nie kosztowało. 

Moglibyśmy… 

-  Angela?  -  Zaczęłam.  -  Malutkie  pingwiny  jedzą  mieszankę 

składającą  się  z  na  wpół  przetrawionych  kalmarów,  ryb  i  jakiejś 

oleistej substancji pochodzącej z brzuchów ich ojców. Rozumiem, że 

masz zamiar zacząć wcinać surowe ryby, kalmary a potem je zwracać 

do  tej  słodkiej,  piszczącej  buźki  malutkiego  pingwina?  Gdzieś,  co 

godzinę? 

Czasami moja zimna logika zadziwiała nawet mnie samą. Angela 

zamknęła buzię.  

background image

- Hm - było wszystkim co powiedziała. Wyprostowała swoje małe 

ramionka i odeszła z godnością. Kolejna katastrofa zażegnana. 

Zostawiając  mnie  sam  na  sam  z  uwielbieniem  Kła  skierowanym 

do Brigid Dwyer, które stawało mi ością w gardle. 

Obserwowałam  jak  pracują  ramię  w  ramię,  jego  ciemnowłosa 

głowa  prawie  dotykająca  jej  blondwłosej.  Klęczeli  w  śniegu,  i  w 

pewnym  momencie  pani  genialny  naukowiec  nie  mogła  sobie 

poradzić z odkręceniem obiektywu od swojej specjalnej kamery.  

Potrzebowała  do  tego  pomocy  supersilnego  czternastoletniego 

dzieciaka  ptaka.  Jej  uśmiech,  kiedy  Kieł  odkręcił  ten  głupi  obiektyw 

był  prawie  tak  samo  olśniewający  jak  ten  doprowadzający  mnie  do 

szału śnieg. 

Właśnie wtedy, Akila przemaszerowała w miejsce gdzie pracował 

Michael.  Podążał  za  nią  Total,  który  musiał  podbiegać  co  jakiś  czas 

żeby za nią nadążyć. Ledwo mogłam usłyszeć część tego, co mówił. 

-  Podziwiam  kobiety,  które  robią  karierę  -  Powiedział,  a  jego 

oddech  sprawiał  powstawanie  obłoczków  pary.  -  Jeśli  o  to  chodzi  to 

jestem nowoczesny. Siła też jest czymś co podziwiam... 

Strzyknęło  mi  w  plecach.  Wstając,  powiodłam  wzrokiem  wokół 

nas,  zakrywając  moje  oczy  przed  zbyt  jasnymi  promieniami 

słonecznymi. Musieliśmy nosić okulary przeciwsłoneczne na okrągło, 

nawet  Iggy.  Tutejsze  słońce,  odbijające  się  od  śniegu  i  lodu  mogło 

permanentnie uszkodzić nasz wzrok. 

-  Max  -  patrz!  -  Krzyknęła  Kuks  biegnąc  w  moją  stronę  razem  z 

Gazikiem. 

background image

Podniosłam w ich stronę jeden palec, oznaczający „co”. 

Coś  było  nie  tak.  Horyzont  był  czysty.  Niebo  nad  i  dookoła  nas 

było  puste.  Nawet  używając  mojego  sokolego  wzroku,  nie  mogłam 

wychwycić  żadnego  ruchu  dookoła.  Patrzyłam  znowu  i  znowu, 

przepatrując  ocean,  ziemie  i  niebo.  Cokolwiek  idącego  na  nas 

wyróżniałoby się jak udko wieprzowe na vegańskiej uczcie. 

Ale coś było nie tak. Czułam niebezpieczeństwo. 

Stado  nagle  zaczęło  być  świadome  mojego  niepokoju,  włączając 

Kła,  który  natychmiast  się  podniósł  i  zaczął  się  rozglądać.  Iggy 

instynktownie  podszedł  bliżej  nas,  poruszając  się  bezproblemowo 

pośród nieznanego terytorium. 

Kieł  zakończył  skanowanie  i  podniósł  brew  w  niemym  pytaniu. 

Wzruszyłam  ramionami.  Oboje  ciągle  staliśmy,  używając  wszystkich 

naszych zmysłów, aby wyczuć niebezpieczeństwo. 

- Kieł? - Zapytała Brigid. Po jeszcze jednym spojrzeniu na mnie, 

Kieł  się  odwrócił  i  poszedł  do  niej.  Próbowałam  się  skupić  na 

muszelce,  którą  Kuks  trzymała,  a  także  na  dużym  zębie  jakiegoś 

stworzenia, który przytachał Gazik. 

Ale  mogłam  im  poświecić  tylko  połowę  mojej  uwagi.  Coś  było 

nie tak. I prędzej czy później dowiem się co. 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 47 

Czytasz blog Kła. Witaj! 

Jesteś osobą numer 723 989 

Yo,  wierni  czytacze.  Wiecie,  kiedy  byłem  dzieckiem,  moją 

największą  ambicją  było,  aby  przestać  żyć  w  psiej  klatce.  Niektóre 

dzieciaki chcą urosnąć, nie wiem. Ale tu jest pomysł dla tych, którzy 

jeszcze  nie  wiedzą,  do  czego  dożyć:  Co  myślicie  o  zostaniu 

naukowcem? 

Wiem, że wszyscy myślimy o Bill’u Nye Gościu Naukowcu. Albo 

o  Dr.  Bunsen  Burner  z  tego  show  dla  dzieci  z  Mapetami.  Ale  bycie 

naukowcem  [nie  z  tych  złych,  oczywiście]  może  być  niesamowite. 

Wiem, ponieważ mam styczność z tymi dobrymi naukowcami. 

Aktualnie  współpracujemy  z  grupą  naukowców,  którzy 

wymiatają.  Jedna  z  nich  jest  tylko  troszkę  starsza  ode  mnie,  i 

bynajmniej nie jest typem kujonicy. Muszę powiedzieć, że laska, która 

jest super mądra i super odważna, oddana swojej pracy, chcąca pomóc 

ludziom, ratująca świat - po prostu nie ma nic gorętszego od tego. 

Więc jeśli nie jesteście totalnymi olewusami i rozważacie pójście 

w  świat  nauki,  to  wiecie,  co  robić.  Będziemy  potrzebować  każdej 

pomocy,  jaką  możemy  dostać  żeby  ratować  to,  co  zostało  z  naszej 

planety. Będziemy zobowiązani.  

Potrzebujemy  odrobiny  wrodzonych  umiejętności,  trochę  ludzi. 

Pamiętacie  moją  wcześniejszą  listę  „Zawody  przydatne”?  Było  tam 

wiele  zawodów,  które  mogłyby  nam  pomóc  w  przyszłości.  Odłóżcie 

background image

swoje  wyobrażone  gitary,  marzenia  o  byciu  modelem/modelką. 

Przemyślcie to. 

Slimfan3 z Jacksonville pisze: 

Co z tymi wszystkimi którzy was ścigali? 

Cóż,  Slimfan3  albo  jeszcze  nas  nie  znaleźli,  albo  wszyscy  się 

wykruszyli.  W  każdym  razie  ostatni  tydzień  są  bonusowymi 

wakacjami. Jeśli się lubi zimno. 

- Kieł 

MissLolo z Tulusy pisze: 

Czy  Ty  i  Max  zamierzacie  się  pobrać  jakoś  niedługo?  *rumieni 

się* 

Uh,  MissLolo?  Mamy  dopiero  14  lat.  Pomyślmy.  Kto  wie  ile 

jeszcze pożyjemy? Kto wie gdzie skończymy? Nie planujemy niczego 

dalej niż dzień, no góra dwa. 

- Kieł 

Googleblob z Holy Oak, CA, pisze: 

- Kiełozaur 

Gościu wymiatasz! Chcę mieć tatuaż Twoich skrzydeł na swoich 

plecach. Wiesz, realnych wymiarów [Też chcę ;c dop. Tłumacza] 

Googleblob,  albo  twoje  plecy  mają  czternaście  stóp,  albo  masz 

dziś pecha kolego. 

- Kieł, po prostu Kieł 

S. Haarter z Johannesburga pisze: 

Naprawdę lubię czytać o rzeczach które robicie dla naszej planety. 

Jesteś moim bohaterem. 

background image

Wysyłam  CI  moje  zdjęcie  (zdjęcie  skasowane).  Czytam  twojego 

bloga mojej klasie na zajęciach z ekologii. Tak trzymaj! 

Twój fan #1. 

 

Rozdział 48 

- KIEŁ… OZAUR? - Parsknęłam. 

Kieł  zastrzelił  mnie  wzrokiem,  i  kontynuował  rozwiązywanie 

swoich  butów.  Nie  mogę  uwierzyć  że  cały  wpis  poświęcił  Dr. 

Wspaniałej  i  jej  Jak  Możemy  Dziś  Uratować  Świat.  W  sensie,  no 

kurde, przepraszam bardzo, ale kto ratował świat przez ostatnich kilka 

miesięcy? 

JA. Czy o mnie napisał na swoim blogu? Nie. Kto pobił Omegę w 

Niemczech? Dr. Wspaniała? Nie wydaje mi się. 

-  Jesteś  po  prostu  zła,  bo  napisałem  o  Brigid  -  Powiedział 

zrzucając buta, a ja zastygłam. 

-  Nieprawda!  Nawet  nie  czytam  tego  twojego  bloga!  Możesz 

pisać o czymkolwiek chcesz! 

Kieł na mnie popatrzył.  

- Nie możesz mieć wszystkiego Max. Odrzucasz mnie za każdym 

razem,  kiedy  się  zbliżę,  a  potem  złościsz  się  i  jesteś  zazdrosna  jeśli 

pogadam z kimś innym. 

- Wcal… -  Zaczęłam szybko, ale  wtedy zdałam sobie sprawę, że 

to dokładnie to, co robię.  

Zarumieniłam się i momentalnie zamknęłam jadaczkę. Nawet nie 

wiem, o co się kłócimy. 

background image

-  Mówisz  jakby  to  było  coś  złego  -  Rzuciłam  nonszalancko,  ale 

Kieł wcale się nie uśmiechnął. 

-  Powiedziałem,  że  nigdy  się  nie  rozdzielimy  ponownie  - 

Powiedział  Kieł,  a  moje  serce  fiknęło  koziołka.  -  I  dalej  tak  myślę. 

Musimy  utrzymać  stado  razem,  jeśli  chcemy  przeżyć.  Nawet,  jeśli 

będziesz chciała się ode mnie uwolnić. 

Rzucił  mi  ostatnie  powłóczyste  spojrzenie,  które  ledwo  zniosłam 

w  obawie  o  to,  co  mogę  w  nim  zobaczyć.  Odwracając  się  prawie 

wpadł na Gazika, który biegł co tchu.  

- Nigdzie nie mogę znaleźć Angeli - Panikował. 

- Może poszła polatać - Zasugerowałam. 

-  Powiedziałaby  komuś  -  Odpowiedział  Gazik.  -  Totala  też  nie 

ma.  Może  poszli  się  gdzieś  przejść  czy  coś,  ale  na  zewnątrz  robi  się 

nieładnie - posłuchajcie tego wiatru.  

Wskazał  na  okna,  i  wtedy  zdałam  sobie  sprawę  że  te  okropne 

kwilenia  i  jęki,  które  jak  zakładałam  były  odgłosami  paniki  w  mojej 

głowie, tak naprawdę dochodziły z zewnątrz. 

Usłyszeliśmy głosy w holu, i wtedy pojawił się Michael Papa.  

-  Widzieliście  gdzieś  Akile?  Kiedy  ją  ostatnio  widziałem  była  z 

Totalem  i  Angelą  ale  to  było  jakąś  godzinę  temu.  Wrócili  razem  z 

Tobą?. 

Wzrok  mój  i  Kła  się  skrzyżował,  napięcie  ostatniej  chwili 

kompletnie zniknęło. 

- Zawołaj innych - Poleciłam, a on przytaknął. - Powiedz im żeby 

ubrali się ciepło. 

background image

Rozdział 49 

- Mamy przekichane na całej linii - Powiedział Total, a Angela w 

zupełności się z nim zgodziła. 

Przełknęła  ślinę  i  spróbowała  się  uspokoić.  Gdyby  Max  była  na 

jej  miejscu,  co  by  zrobiła?  Angela  się  skrzywiła  -  Max  nigdy  by  się 

nie wpakowała w taką sytuację. 

-  Wszystko  dobrze  -  Powiedział  Total  uspokajająco  w  stronę 

Akili.  Odwrócił  się  do  Angeli.  -  Powiedz  jej,  że  wszystko  będzie 

dobrze. 

Angela  wysłała  myśli  do  umysłu  Akili.  Czuła  jej  zagubienie  i 

strach,  ale  także  jej  determinację.  Akila  nie  miała  zamiaru  umierać. 

Zrobi wszystko żeby się wydostać. 

My  też,  Przesłała  jej  Angela.  Wszystko  będzie  w  porządku. 

Wydostaniemy  się.  Max  po  nasz  przyjdzie.  Zawsze  przychodzi.  Do 

siebie  pomyślała:  Muszę  przestać  się  pakować  w  rzeczy,  z  których 

Max musi mnie wydostawać. 

Akila przycichła i przestała drapać lód. 

Byli  gdzieś  około  mile  od  stacji  Lucir.  Angela  mogła  wywołać 

obraz trasy, jaką przebyła, a także zobrazować trasę drogą powietrzną. 

Wszystko  będzie  dobrze:  Mają  dużo  czasu  do  zachodu,  ma  ze  sobą 

Totala i Akilę, i został wyraźny ślad po trasie pingwinów, za którymi 

podążała.  

Wszystko, czego chciała to zbliżyć się do malutkich pingwinów - 

może  nawet  jakiegoś  dotknąć.  Jeśli  by  wysłała  pokojowe  myśli  do 

background image

rodziców,  prawdopodobnie  by  jej  pozwolili.  Małe  pingwiny  są  takie 

mięciutkie i słodkie. 

Szlak, którym podążały pingwiny wiódł przez śnieg i lód. Angela 

nim  podążała  dotąd,  dokąd  nie  wpadła  w  szczelinę.  Była  ukryta  pod 

grubą warstwą ubitego śniegu, i pingwiny ją jakoś przeszły, mimo że 

niektóre ważą więcej od niej.  

Ale  z  jakiegoś  powodu,  jak  tylko  Angela  postawiła  nogę  w  tym 

miejscu, zapadła się. Jej skrzydła zaczęły się poruszać automatycznie, 

wykonując bolesne ruchy po to, aby spowolnić jej upadek w szczelinę. 

Piszcząc i drapiąc, Total i Akila wpadli tuż za nią. 

Teraz, trzy minuty później, Angela, Total i Akila byli ściśnięci na 

wąskiej półce zrobionej z lodu i przymarzniętego śniegu. Jej skrzydła 

zostały  rozłożone  za  jej  plecami,  co  dość  bolało.  Próbowała  nimi 

poruszyć albo, chociaż je złożyć, ale nie mogła tego zrobić bez czucia 

się jakby miały się zaraz oderwać. 

Gorzej, Angela  widziała, że pod nimi, szczelina otwiera się dużo 

głębiej,  więc  byli  złapani  w  lodową  pułapkę.  Jeśli  półka  się  złamie, 

spadną  niżej,  nie  wiadomo  jak  głęboko.  Jedna  z  jej  stóp  zwisała 

bezładnie  z  półki,  i  jedyne,  co  czuła  dookoła  to  przejmujący  chłód. 

Może  byłaby  w  stanie  się  wydostać  gdyby  miała  więcej  miejsca,  ale 

nie dałaby rady uratować Totala lub Akili. 

- Jak głęboko wpadliśmy? - Zapytał Total. 

Angela spojrzała w górę.  

- Um, gdzieś na 18 stóp? 20? 

background image

-  Może,  jeśli  rozstawię  łapy  równomiernie  dam  radę  się  wspiąć, 

jak w kominie - Mruknął Total.  

-  Nie  -  jest  zbyt  szeroko  przy  wylocie.  Szlag  by  to.  -  Jego  jasne 

oczy spoczęły na Angeli. 

- Utknęliśmy. 

- Yeah. - Angela czuła się winna - to była jej wina. Gdyby wysłała 

myśl  czy  Max  byłaby  w  stanie  ją  złapać?  Nie  sądziła.  To  wydawało 

się działać tylko jeśli była blisko danej osoby. 

Akila  zaczęła  znów  piszczeć  i  drapać  lód,  starając  się  dosięgnąć 

jakiegoś  wgłębienia.  Ale  jedyne  co  osiągała  to  ześlizgiwanie  się  w 

dół, i teraz więcej jej ciężaru opierało się o Angelę, co sprawiało że jej 

skrzydła bolały bardziej, a jej stopa spadała coraz niżej. 

Akila,  proszę  przestań.  Wysłała  jej  myśl  Angela.  Uspokój  się  i 

pozostań nieruchoma. Musimy pomyśleć. 

Akila się uspokoiła. Angela mogła wyczuć jej drżenie. 

Angela poczuła motylki w brzuchu, kiedy zdała sobie sprawę, że 

jej  nie  widać  z  powietrza.  W  dodatku,  teraz  skoro  się  nie  ruszała, 

zimno  zaczęło  przenikać  jej  ubranie.  Rozejrzała  się  i  zobaczyła,  że 

oboje; Total i Akila są pokryci szronem. 

Oh, nie. Pomyślała panikując. Zaczynam tracić czucie w palcach 

u  rąk.  Było  kiepsko. Max na pewno  ich  znajdzie,  Ale  do  tego  czasu, 

Angela musi zrobić wszystko, co w jej mocy aby przeżyli. Co mogła 

zrobić?  Była  naprawdę  silna.  Ale  zaklinowali  się  dość  mocno.  Już 

próbowała poruszyć lód, choć odrobinę aby wydostać skrzydła, ale nie 

przyniosło to żadnych efektów. 

background image

Była też szybka, ale to tutaj nie pomoże. Mogła czytać ludziom w 

myślach,  co  już  pomogło,  bo  uspokoiła  Akilę.  Co  jeszcze  mogła 

zrobić? Cóż, w sumie mogła spróbować się przeobrazić. 

Może  gdyby  się  zmieniła  w  rajskiego  ptaka  i  stała  się  mniejsza 

mogła by się uwolnić. 

Angela zamknęła oczy i skoncentrowała się. Poczuła falę ciepła, i 

jej  całe  ciało  zaczęło  mrowić.  Czuła  dotyk  piór  na  swojej  twarzy  i 

dłoniach  schowanych  w  rękawiczkach.  Kochała  swój  wygląd 

niebieskiego  rajskiego  ptaka,  którym  się  stawała.  Byłoby  super  móc 

utrzymać ten kształt, ale to pożerało mnóstwo energii i skupienia. 

- Whoa - Powiedział urzeczony Total obserwując ją.  

Angela  czuła  zaskoczenie  Akili  więc  wysłała  jej  uspokajające 

myśli.  To  ciągle  ja.  Transformacja  się  zakończyła,  i  Angela 

spróbowała  raz  jeszcze  się  poruszyć.  Odepchnęła  się  rękoma  i  lekko 

poruszyła. Czyli jednak była odrobinę mniejsza. Ale nie na tyle żeby 

to  coś  zmieniło.  Bała  się  odepchnąć nogami, ponieważ  nie  wiedziała 

czy lód wytrzyma. Plus, miała na sobie ciężar Akili. 

To było bezużyteczne. Jej nowa umiejętność na nic się przydała w 

tej  sytuacji.  Wychodziło  na  to  że  tu  umrą.  Po  tym  wszystkim  co 

przeszła, tyle razy ile Max ją ratowała, ale tym razem Max nie mogła 

jej pomóc. Angela musiała to zrobić sama. Więc okaże się że Angela 

sama  się  skazała  na  śmierć.  Łzy  pojawiły  jej  się  w  oczach,  ale 

zamarzły na policzkach zanim zdążyły spaść. 

To było to. 

To był koniec. 

background image

Rozdział 50 

Ostatecznie  kazałam  Gazikowi  i  Iggy’emu  zostać  na  stacji. 

Chcieli  się  zacząć  wykłócać  ale  wystarczyło  jedno  moje  spojrzenie  z 

serii  „Zrobicie  to  albo  zginiecie  w  męczarniach”  załatwiło  sprawę. 

Zostali  razem  z  naukowcami  i  mieli  szukać  w  okolicach  stacji. 

Michael i Brigid wzięli ze sobą Kuks i poszli przeszukać Wendy K., w 

razie gdyby Angela razem z psami się tam schowała.  

-  Nie  chcę  żeby  wasza  dwójka  poleciała  w  ten  sztorm  - 

Powiedział Paul Carey, wyglądając na pewnego siebie. - Na razie nie 

jest  jeszcze  tak  źle,  ale  zaraz  się  pogorszy.  Nie  chcemy  szukać  też 

was. 

Założyłam kolejną parę skarpet i włożyłam buty. Kieł obwiązywał 

się liną. 

- Max? - Zapytał Brian. - Macie tu zostać, pozwólcie nam się tym 

zająć.  -  Wyczułam  w  jego  głosie  dobre  intencje,  więc  na  niego 

spojrzałam. Wyglądał na zmartwionego. 

- Ludzie - Powiedziałam, zapinając mój kombinezon i zakładając 

grubą czapkę na głowę. - Umiem się zająć swoimi sprawami. 

Paul skrzyżował ręce jak na kapitana przystało.  

- Max, zabraniam Tobie i Kłowi lecieć w ten sztorm! 

Nie  mogłam  mu  nie  rzucić  spojrzenia,  a  Kieł  się  uśmiechnąć. 

Podeszliśmy do drzwi, przechodząc przez śluzę. 

Brian stanął między nami a drzwiami, co mówiąc uprzejmie mnie 

zirytowało. 

- Max, nie wiesz… - Zaczął mówić, ale mu przyłożyłam. 

background image

Sekundę  później  Brian  leżał  na  ziemi,  z  ręką  przyciśniętą  do 

szczęki, mrugając i zastanawiając się, co się właśnie stało.  

A przynajmniej zakładam, że to właśnie robił.  

Nie jestem pewna, bo ja i Kieł już byliśmy na zewnątrz. 

 

Rozdział 51 

Latanie  podczas  silnego  wiatru  może  być  najbardziej  radosną 

rzeczą  w  życiu.  Po  prostu  rozkładasz  swoje  skrzydła  i  szybujesz, 

poruszając  skrzydłami  tylko  od  czasu  do  czasu,  aby  skorygować  lot. 

To prawie jak surfowanie, tylko, że bez wody. Albo plaży. Albo deski. 

Ostatecznie,  masz  frajdę  porównywalną  do  tej,  kiedy  nie  musisz 

nigdzie  iść,  niczego  robić,  możesz  po  prostu  się  rozluźnić  i  cieszyć 

tym,  co  funduje  ci  Matka  Natura.  Jeśli  musisz  coś  zrobić,  to  masz 

przerąbane. 

Kieł i ja jesteśmy niesamowicie silni, a nasze skrzydła są, uh, nie 

nadludzkie  -  zgaduję,  że  super  –  aviońskie  [od  avio  –  amerykanów, 

nie wiedziałem jak to ująć, dop. Tłumacza] jest lepszym określeniem. 

Ale miejscami wiatr był, mówiąc dość delikatnie, koszmarnie zimny. 

Zęby  szczękały,  łzy  spowodowane  wiatrem  zalewały  nam  oczy, 

trzymaliśmy się razem blisko siebie. Zaczęliśmy od zataczania małych 

kółek  żeby  zbadać  teren,  potem  coraz  większe  i  większe.  I  nic.  Nic 

poza  przejmującą  bielą.  Lód.  Skały.  Śnieg.  W  tej  chwili,  globalne 

ocieplenie jest baaardzo kuszącym pomysłem. 

- Hipotermia - Krzyknął Kieł starając się przebić przez wiatr, a ja 

przytaknęłam przygryzając usta.  

background image

Bycie  pod  wpływem  ciągłego  chłodu  to  co  innego,  ale  bycie 

gdzieś  uwięzionym,  niezdolnym  do  utrzymania  ciepła,  to  co  innego. 

Jeśli  Angela  wpadła  pod  jakiś  lód,  albo  zaklinowała  się  gdzieś,  nie 

zajmie  jej  dużo  czasu  żeby  zamarznąć.  Total,  będąc  mniejszym, 

zamarznie jeszcze szybciej. 

Ciągle widzieliśmy więcej niczego. Zdałam sobie sprawę że wiatr 

zaraz zasypie wszystkie ślady dzięki którym moglibyśmy ich znaleźć. 

Byłam  naprawdę,  bardzo  zadowolona  że  Kieł  ze  mną  był,  że  robimy 

to  razem.  Spojrzałam  na  niego,  jego  twarz  skupiona  i  pełna 

determinacji, wtedy poczułam przypływ czegoś - czego?  

Nie wiedziałam. Coś jak połączenie tęsknoty z nieszczęściem. 

Jakby czując mój wzrok na sobie, spojrzał na mnie, a jego wzrok 

zdawał  się  przenikać  do  mojej  głowy,  jak  laser.  Czułam,  że  może 

przeniknąć  moje  serce,  moje  emocje,  i  nie  wiedziałam,  co  robić.  

Wyraz  jego  twarzy  zmiękł,  i  wyglądał  na  trochę  zaskoczonego,  ale 

wtedy  uśmiechnął  się  trochę  koślawie,  i  nagle  stałam  się  mniej 

nieszczęśliwa. 

- Znajdziemy ją - zawołał. - Zawsze znajdujemy. 

Potaknęłam, i nasza chwila zniknęła. 

Czułam  jakbyśmy  latali  wieki,  ale  tak  naprawdę  minęło  koło  15 

minut.  Ale  zimno,  walka  z  wiatrem,  strach  o  Angelę  -  czułam  jakby 

minęły tygodnie od czasu uderzenia Briana. 

Wtedy…  Mrugnęłam  kilka  razy  i  zaczęłam  się  uważniej 

przyglądać. Co to jest…? 

background image

-  Tam!”  Wskazałam.  -  Czy  to  są  ślady?  -  Pod  nami, jeśli  dobrze 

widziałam to patrzyliśmy na odciski małych łap. 

-  Pingwiny?  -  Podrzucił  Kieł.  Ślady  znikały  na  naszych  oczach, 

zasypywane przez wiatr. 

Podążyłam  ich  śladem,  biegły  gdzieś  na  pół  mili,  i  zobaczyłam 

grupę  biało  -  czarnych  pingwinów  stłoczonych  blisko  siebie,  aby 

utrzymać ciepło. 

- Tak. - Powiedziała rozczarowana. 

Ale wtedy pomyślałam: pingwiny. 

- Pingwiny! - Wykrzyczałam do Kła. Usłyszał mnie, mimo wiatru 

wyjącego nam w uszach. 

Moje oczy przymarzały, a twarz była niesamowicie sucha. 

-  To  właśnie  przed  chwilą  powiedziałem!  -  Odkrzyknął.  Mimo 

tego, że był tylko 8 stóp ode mnie ledwo go słyszałam. 

-  Nie.  Mówię  o  tym  że  Angela  chciała  pingwina!  -  Krzyknęłam 

przez trąbkę zrobioną z dłoni. 

- Schodzę! - Kieł przytaknął i zaczęliśmy opadać w dół. 

Proszę,  proszę  niech  Angela  będzie  pomiędzy  tymi  pingwinami 

ciepła i bezpieczna. 

 

Rozdział 52 

STRATA  JEGO  GŁÓWNEGO  KONTAKTU  była  bolesną 

przeszkodą,  pomyślał  Gozen,  ale  przynajmniej  zdążyła  pozakładać 

malutkie  nadajniki  na  zdobycze  zanim  niespodziewanie  zginęła. 

background image

Dzięki  temu  Gozen  mógł  teraz  patrzeć  jak  zielone  punkciki  się 

przemieszczają na jego ekranie.  

On  i  jego  oddział  mieli  wyruszyć  poszukać  jedną  oznakowaną 

osobę, która nagle przestała się poruszać, ale wtedy inni wyruszyli, co 

znaczyło, że mniej osób zostało na stacji. Poczeka aż się zatrzymają i 

wtedy ruszy na spotkanie z nimi. 

Gozen  siedział  słuchając  wiatru.  Burza  była  silna.  Szczęśliwie, 

jego  oddział  był  bardziej  efektywny  w  takich  warunkach.  To  mogło 

im nawet pomóc w realizacji planów. Obrócił się do swojej jednostki.  

- Przygotować się do akcji. 

 

Rozdział 53 

Znalezienie Angeli wśród pingwinów byłoby zbyt proste. 

W sekundzie, w której lądowaliśmy, Kieł i ja zaryliśmy stopami w 

ziemię.  Zmieniłam  położenie  skrzydeł  i  pochyliłam  się  na  wietrze. 

Czułam  jakby  moja  twarz  była  zasypywana  tysiącami  malutkich 

lodowych igieł, a moje policzki paliły z zimna. 

Starałam  się  utrzymać  oczy  wystarczająco  otwarte,  aby  móc 

widzieć  ostatnie  ślady  pingwinów.  Padając na  kolana  rozejrzałam  się 

uważnie.  Czy  pośród  znikających  śladów  pingwinów  znajdowały  się 

ślady  butów?  Z  tego,  co  mogłam  powiedzieć  nie  było  śladów  psich 

łap. Wszystko, co mógł nam pomóc było zatarte przez śnieg.  

Ale  ciągle  to  była  jedyna  rzecz,  którą  do  tej  pory  znaleźliśmy. 

Podążyłabym  za  śladami  pingwinów  a  potem  -  nie  wiem,  zadałabym 

im pytanie czy coś. 

background image

Skinęłam  do  Kła,  a  on  przytaknął,  czytając  w  mojej  głowie  bez 

żadnego  problemu  jakby  naprawdę  mógł  to  robić.  Nie  w  sposób 

jestem-Angela-i-naprawdę-czytam-ludziom-wmyślach,  ale  na  sposób 

jestem-Kieł-i-za-dobrze-Cię-znam.  Potknął  się  podczas  wstawania,  a 

ja  złapałam  jego  rękę  i  trzymałam  ją  dalej  kiedy  zmierzaliśmy  do 

pingwinów. 

Razem zaczęliśmy przeć naprzód, pochyleni żeby się choć trochę 

ochronić  przed  wiatrem,  starając  się  nie  zbaczać  z  trasy  do 

Pingwinów.  Normalne  dzieciaki  nie  dałyby  rady  tak  iść  -  musiałyby 

się położyć na ziemi i trzymać się mocno żeby ich nie zwiało.  

Coraz  trudniej  było  cokolwiek  zobaczyć,  ale  stado  ma 

wbudowany  kompas,  który  pozwala  nam  podążać  w  odpowiednim 

kierunku, nawet w ciemności, nawet na olbrzymie dystanse. 

Wydawało  się  jakbyśmy  szukali  przez  godziny.  Zamarzałam, 

trzęsąc  się  z  zimna,  i naprawdę  mało  mi brakowało  żeby  panikować. 

Zaczynałam  myśleć  że  nigdy  tam  nie  dotrzemy,  i  nagle  bez 

ostrzeżenia  ziemia  usunęła  mi  się  spod  nóg.  Krzyknęłam  i  się 

zatrzymałam, a Kieł instynktownie zacieśnił swój uścisk wokół mojej 

dłoni mocno mnie trzymając. 

- Ratunku!. 

-  Angela!  -  Odkrzyknęłam,  nie  wiedząc  skąd  dochodził  jej  głos. 

Rozglądałam  się,  dookoła  ale  nie  widziałam  niczego  co  mogłoby 

chować w sobie małego dziecka ptaka. 

- Max! Ratunku! 

background image

- Jesteśmy tu! Wydostaniemy cię! - Kieł trzymał moją talię, kiedy 

ja  zaciskałam  dłonie  wokół  ust  starając  się  wzmocnić  głos.  -  Gdzie 

jesteś? 

-  Na  dole!  -  Usłyszałam  jej  cienki  głos.  -  Właśnie  zrzuciłaś  na 

mnie śnieg! 

Kiedy  to  usłyszeliśmy,  natychmiast  padliśmy  płasko  na  lód  i 

zaczęliśmy  brnąć  naprzód,  dopóki  nie  zobaczyliśmy  głębokiej  dziury 

o  którą  się  prawie  potknęłam.  Odgarnęłam  trochę  śniegu  na  boki  i 

zobaczyłam, że dziura jest dużo większa. 

- Zrzucasz na nas śnieg! - Płakała Angela. 

-  Przepraszam!  -  Odkrzyknęłam”.  -  Ale  muszę  was  znaleźć.  Nie 

możemy cię zlokalizować! 

W końcu odgarnęliśmy wystarczającą ilość śniegu żeby zobaczyć 

bardzo głęboką szczelinę w  lodzie, miała jakiś jard długości i sięgała 

nie  wiadomo  jak  głęboko.  Była  zbyt  wąska  żeby  Angela  mogła 

wylecieć, albo żebyśmy mogli do niej zlecieć.  

Przypomniałam sobie mój przytyk Brigid, kiedy mówiłam jej, że 

gdybym wpadła do szczeliny to bym po prostu wyleciała. Żadne z nas 

nie dałoby rady stąd wylecieć. Nie ma szans. 

-  Daj  linę  -  Powiedziałam  Kłowi,  ale  on  już  ją  odwiązywał.  - 

Angela? Zrzucimy ci linę. Złap się jej mocno a my cię wyciągniemy, 

okej? 

- Uh… - Powiedziała Angela słabym i zmęczonym głosem. 

- Co? - Zapytał Kieł. 

background image

-  Moja  stopa  się  zaklinowała  -  Odpowiedziała  brzmiąc  na 

przestraszoną. - I są tu ze mną Total i Akila. Oni nie złapią liny. 

 

Rozdział 54 

Normalnie  zaczęłabym  wyklinać  wszystko,  na  czym  świat  stoi, 

ale  z  Angelą  czytającą  w  myślach  to  nie  był  dobry  pomysł. 

Spojrzałam  na  Kła  leżącego  obok  mnie.  Silny  wiatr  wdzierał  się  do 

naszych ust, nosów, uszu i oczu.  

- Świetnie - mruknęłam a on przytaknął. 

- Przepraszam - Zawołała Angela bliska łez. 

-  Nic  się nie  stało  kochanie.  -  Lata udanego  kłamania  przyniosło 

efekty  i  zabrzmiałam  tak  przekonywująco,  że  prawie  sama  sobie 

uwierzyłam. - Po prostu wytrzymaj jeszcze troszkę. 

Plan, plan, potrzebny nam plan. 

- Jest koszmarnie zimno - Powiedziała Angela szczękając zębami. 

- Akila i Total zasnęli i nie chcą się obudzić. 

Szlag, pomyślałam. 

-  Angela?  -  Zawołałam.  -  Jedyny  sposób  na  wydostanie  psów  to 

żebyś obwiązała je liną i wtedy będziemy mogli je wyciągnąć. Potem 

wyciągniemy ciebie. 

- One pierwsze? - Zapytała Angela. 

- One nie są w stanie utrzymać liny, jak powiedziałaś. Ale wtedy 

musisz  być  ostatnia.  Albo  -  Musiałam  rozważyć  każdą  opcję  -  albo 

możemy wyciągnąć ciebie pierwszą, jeśli naprawdę tego chcesz. 

background image

Co  oznacza  że  zostawimy  psy  na  pewną  śmierć,  jeśli  już  nie  są 

martwe. Zapadła cisza, podczas kiedy Angela się zastanawiała. 

- Najpierw zawiążę linę wokół Totala - Zawołała Angela, a moje 

serce zalała fala dumy.  

Total  jest  dość  lekki,  więc  łatwo  go  wyciągnęliśmy.  Kiedy  go 

wydobyliśmy na siekające powietrze, mrugnął zdezorientowany,  Kieł 

szybko  schował  go  pod  swoją  kurtkę.  Kieł  trząsł  się  z  zimna  i 

wiedziałam,  że  sopel  lodu  pod  kurtką  wcale  mu  nie  pomoże. 

Zrzuciliśmy  linę  ponownie  i  czekaliśmy  lata,  podczas  kiedy  Angela 

próbowała obwiązać liną dużo większego psa. 

-  Akila  jest  naprawdę  ciężka.  -  W  końcu  zawołała  Angela.  - 

Obwiązałam ją najlepiej jak mogłam. 

Razem  z  Kłem  wyciągnęliśmy  80  funtowego  psa  bez  większych 

problemów. Tak samo jak Total, Akila wystawiona na wiatr trochę się 

przebudziła.  Zaczęłam  pocierać  jej  futro,  starając  się  pobudzić  jej 

krążenie, podczas kiedy Kieł zrzucił ponownie linę. 

-  Angela?  Akila? -  Głos  Totala dotarł do nas sennie spod fałdów 

kurtki Kła. 

- Wszystko z nimi dobrze - Odpowiedział mu Kieł. 

-  Angela?”  Zawołałam.  -  Oboje  są  z  nami.  Świetnie  się  spisałaś 

słonko! Jestem z ciebie taka dumna. Teraz tylko mocno złap się liny i 

za sekundę będziesz z nami. 

-  Mam  linę,  -  zaczęła  Angela  znów  bliska  łez.  -  Ale  moja  stopa 

ciągle jest zaklinowana. Nie sądzę, że dam radę się wydostać. 

background image

Spojrzałam  na  Kła  ze  strachem.  Wszyscy  ryzykowaliśmy 

hipotermię.  Już  czułam  się  ospała i dziwnie  rozgrzana, a  głos  Angeli 

był coraz słabszy. Plus, nawet, jeśli wydostaniemy Angelę czy da radę 

polecieć? Jak uniesiemy Akilę? Ważyła prawie tyle, co ja.” 

Cholera. 

 

Rozdział 55 

Wszystko po kolei, pomyślałam. 

-  Angela,  zamiast  trzymać  linę,  obwiąż  ją  wokół  siebie  pod 

ramionami. Wyciągniemy cię. 

- Ale moja… 

-  Wiem  kochanie.  -  Powiedziałam  z  determinacją.  -  Ale  musimy 

spróbować. 

Razem  z  Kłem  byliśmy  wystarczająco  silni  żeby  ciągnąć  z 

wystarczająca mocą żeby złamać Angeli kostkę. Nie będzie mogła co 

prawda  chodzić.  Skutek  próbowania.  Przynajmniej  będzie  wolna.  I 

ciągle nie wiem, co zrobimy z Akilą. 

- Okej, jestem gotowa - Powiedziała cichutko Angela. 

Kieł  i  ja  przytaknęliśmy  porozumiewawczo,  potem  ostrożnie  i 

powoli  zaczęliśmy  ciągnąć.  Lina  się  naprężyła,  ale  ledwo  poruszyła. 

Usłyszałem jak Angela lekko jęczy z bólu, ale ciągnęliśmy mocniej i 

mocniej. Nagle Angela zapłakała a lina już nie stawiała takiego oporu. 

- Angela? 

- Moja noga jest wolna - Powiedziała smutna. 

background image

Wyciągnęliśmy  ją  w  kilka  sekund,  i  jak  tylko  się  wydostała 

mocno uścisnęliśmy. Angela spojrzała na mnie, była szokująco blada.  

- Nie uda nam się wrócić, nie w taką pogodę. 

-  Ma  rację  -  Poparł  ją  Kieł.  -  Musimy  wykopać  dziurę  i 

przeczekać. 

Przemyślałam  to  w  sekundę  i  musiałam  im  przyznać  rację. 

Ostrożnie  odeszliśmy  od  szczeliny  i  zaczęliśmy  szukać  jakiegoś 

schronienia. Niedaleko była jakaś duża skała, jakieś 10 jardów od nas, 

więc  powoli  i  boleśnie  się  tam  doczołgaliśmy,  mocno  trzymając 

Angelę i Akilę. 

Angela  razem  z  psami  przykucnęła,  podczas  kiedy  ja  i  Kieł 

kopaliśmy  jamę  tak  szybko  jak  mogliśmy.  Odkąd  nasze  dłonie 

zamarzły i ich nie czuliśmy, kopanie szło dużo gorzej niż zakładałam. 

Wreszcie  dziura  była  odpowiednia  żebyśmy  wszyscy  się  zmieścili  - 

ledwo. 

Złapaliśmy  Angelę,  Totala  i  Akilę  i  ułożyliśmy  ich  w  naszym 

ręcznie  robionym  schronieniu.  Kieł  i  ja  mieliśmy  nasze  plecy 

wystawione  na  wiatr,  i  dosłownie  w  sekundę  burza  naniosła 

odpowiednią  ilość  śniegu,  która  nas  przykryła.  Zadziwiające  jak 

ściany tłumiły odgłosy z zewnątrz. Brak wiatru w uszach mnie prawie 

że ogłuszył. 

Zdjęłam  moje  okulary  przeciwsłoneczne,  a  sprawdziłam  czy 

wszystko jest okej. Angela ciągle była blada i trzęsła się z zimna. Kieł 

trzymał się twardo i próbował nie drżeć, ale widziałam po jego minie, 

że  jest  kiepsko.  Total  leżał  koło  jego  stóp.  Akila  stała  niepewnie, 

background image

przyciśnięta do tylniej ściany. Jej futro całe było pokryte  lodem  więc 

szybko go strzepnęłam dłońmi okutanymi w rękawice. 

- Jak twoja kostka Angela? - Zapytałam. 

- Boli. Możliwe, że nie jest złamana. Nie wiem. W każdym razie 

boli. - Była wykończona i ledwie mówiła. 

-  Okej  ludzie,  potrzyjcie  swoje  ramiona  i  włóżcie  dłonie  pod 

pachy. - Zarządziłam jednocześnie walcząc z chęcią żeby się po prostu 

położyć i usnąć. Było tu cicho, nawet trochę przytulnie, i może sobie 

to wyobrażałam, ale zrobiło się trochę cieplej. - Pobudźcie krążenie. - 

Powiedziałam i zaczęłam rozcierać futro Totala. - Jak się trzymasz? 

- Oddałbym naprawdę dużo żeby móc się teraz znaleźć w jednym 

z tych gorących źródeł - Powiedział cienkim głosem. 

- Nie tylko  Ty  - Powiedziałam z uczuciem. Spojrzałam na Kła. - 

Szkoda,  że  nie  ma  z  nami  Brigid.  Jestem  pewna,  że  wiedziałaby  co 

robić. - Myślę, że użyłam tylko 70% swojej zjadliwości. 

Kieł oddał mi spojrzenie. 

- Jestem pewien, że przyjdzie i znajdzie nasze martwe ciała. 

-  Wszyscy  zamarzniemy!  -  Krzyknęła  Angela  przestraszona.  -

Prawda? 

Odpuściłam  dogryzanie  Kłowi,  ale  wiecie,  nawet  odrobina 

gniewu może nieźle rozgrzać.  

-  Nie  słonko,  mamy  to  schronienie.  Nic  nam  nie  będzie.  - 

Powiedziałam. - Przeczekamy burzę, a jak tylko się skończy wrócimy 

na stację. 

background image

Zastanawiałam  się  czy  cała  reszta  została  złapana  przez  burzę. 

Mam nadzieję, że nie, bo kompletnie nie byłam gotowa na ratowanie 

jeszcze kogoś. 

 

Rozdział 56 

Moja  wskazówka:  Jeśli  kiedykolwiek  utkniecie  w  jaskini  w 

samym  środku  burzy,  z  dwójką  dzieci-ptaków,  gadającym  psem,  i 

drugim  psem,  wyświadczcie  sobie  przysługę:  zabierzcie  ze  sobą 

książkę.  Bo  kiedy  okaże  się,  że  jednak  nie  umrzecie  lada  chwila, 

zaczynacie  się  niesamowicie  nudzić.  I  jeśli  Total  zacznie  nucić 

kolejną  piosenkę  z  My  Fair  Lady,  przysięgam,  że  wykopie  go  na  tę 

zamieć. 

-  Zimno  mi  -  Powiedziała  Angela  prostując  się.  -  Nie  jakoś 

bardzo, ale zimno. 

To była moja mała dzielna dziewczynka. Twarda jak skała. 

-  A  moja  kostka  jest  tak  przemarznięta,  że  nie  boli  za  bardzo.  - 

Dodała z uśmiechem.  

Musimy  wrócić  na  stację,  żeby  ktoś  mógł  obejrzeć  jej  kostkę. 

Wszyscy  leczymy  się  nadnaturalnie  szybko,  ale  jeśli  jej  kostka  jest 

złamana  i  źle  się  zrośnie.  Będą  jej  musieli  ją  ponownie  złamać  i 

nastawić. 

Z tego co słyszałam burza na zewnątrz ciągle szalała. Zaczynałam 

się  znowu  czuć  śpiąca  - jedna  z  wczesnych  oznak  hipotermii.  Dziura 

którą wykopaliśmy była za mała żeby się poruszać w celu utrzymania 

ciepła,  a  zważywszy  na  fakt  że  byliśmy  upakowani  ciasno  jak 

background image

sardynki  w  puszce,  nie  wyglądało  żebyśmy  ogrzeli  siebie  nawzajem. 

W  dodatku  zaczynało  być  coraz  ciemniej  w  miarę  jak  wiatr  nanosił 

kolejne warstwy śniegu. 

Starałam się myśleć o czymś wkurzającym żeby się rozgrzać, ale 

po kilku chwilach wychodziło, że szło na to za dużo wysiłku. 

- To koniec - Powiedział Total. 

-  Co?  -  Zapytałam.  -  Wcale  nie.  To  nie  jest  nasz  koniec.  - 

Chciałam  powiedzieć  dużo  więcej,  ale  ciężko  mi  się  mówiło.  -  Nie 

będzie końca dopóki nie powiem, że koniec może nadejść. 

Ledwo czułam moje palce, byłam spragniona. Brigid mówiła nam 

żeby nie jeść śniegu, ale w tej chwili nie marzyłam o niczym innym. 

- To jest jedna z tych rzeczy Max, której nie możesz kontrolować. 

- Odpowiedział mi Kieł. 

Angela  leżała  przysypiając  obok  niego,  a  on  głaskał  ją  po 

włosach. Cóż, nie mogę tego przyjąć do wiadomości. 

-  To  był  zaszczyt  służyć  z  Tobą  -  Powiedział  Total  podniośle. 

Chciałam  go  zatkać,  ale  podniósł  w  moją  stronę  łapę.  -  Nie,  nie 

uciszaj  mnie.  Niektóre  rzeczy  muszą  zostać  powiedziane.  Zawsze 

sobie przysięgałem, że przyjmę śmierć z godnością. 

-  Wcale  nie!  -  Wykrzyknęłam.  -  Zawsze  mówiłeś,  że  będziesz 

walczył do ostatniej kropli krwi! Mówiłeś, że będziesz gryzł i kopał! 

Total skrzywił się w moją stronę, a potem kontynuował jak gdyby 

nigdy nic. 

-  Życie,  jak  ten  pierwszy  promień  słońca  o  świcie,  jest  ulotne,  - 

powiedział.  -  Oh,  słodkie  życie!  Jaką  krótką i  dziwną  podróżą  byłeś. 

background image

Zrobiłem  więcej  niż  przeciętny  pies,  byłem  czymś  więcej  niż 

przeciętny  pies.  -  Spojrzał  czule  na  Akilę.  -  Zupełnie  jak  Ty  moja 

piękności, moja królowo. Pokazałaś najszlachetniejsze cechy. 

Przekonałam się że miałam wystarczająco energii aby przewrócić 

oczami. 

- A teraz doszło do tego. - Gestykulował Total w naszej malutkiej, 

ciemnej  jamie.  -  Miałem  takie  marzenia,  takie  nadzieje!  Gdzieś  tam 

jest cały świat… - Zwiesił głowę. -  Zawsze chciałem być astronautą. 

Teraz nie będę miał nawet okazji wypróbować moich skrzydeł.  

Skrzydeł.  W  przyćmionym  świetle,  widziałam  jak  jego  malutkie 

skrzydełka  trzepotały  delikatnie,  i  z  jakiegoś  powodu  miałam  gulę  w 

gardle. Zwaliłam to na hipotermię i świadomość bliskiej śmierci. 

-  Ilu  rodzajów  win  nie  miałem  okazji  spróbować.  -  Westchnął.  - 

Ilu  widoków  nie  było  dane  mi  zobaczyć.  Piramid  w  Egipcie. 

Wielkiego  Muru  w  Chinach.  Tych  urzekających  Białych  Klifów  z 

Dover. Przepadło, wszystko przepadło dla mnie na wieki! 

- Błagam powiedz mi, że koniec jest blisko - Westchnął Kieł. 

Nagle  zaświtała  mi  myśl:  tlen.  To  miejsce  jest  szczelne.  Czy 

zużyliśmy  cały  tlen?  Czy  to,  dlatego  jesteśmy  tacy  ogłupiali? 

Obróciłam  się  gwałtownie  i  uderzyłam  pięścią  z  całych  sił  w  ścianę. 

Moja  dłoń  była  tak  zesztywniałą,  że  czułam  się  jakbym  używała 

jakiegoś  kija.  Powiew  chłodnego,  świeżego  powietrza  wpadł  do 

środka, i wszyscy się nim zaciągnęliśmy i mrugnęliśmy. 

- Czy burza się skończyła? - Wymamrotała Angela. 

- Nie - Usłyszeliśmy głęboki, dziwny głos z zewnątrz. 

background image

Moje oczy otwarły się szeroko tak samo jak Kła. Normalnie moje 

ciało  natychmiast  zostało  by  zalane  falą  adrenaliny  i  postawione  w 

stan gotowości, ale w takich warunkach ledwo mogłam podnieść rękę. 

-  Burza  dopiero  się  zaczyna  -  Głęboki  głos  się  zaśmiał  i  wtedy 

ściany się na nas zawaliły. 

 

Rozdział 57 

TO BYŁY DUCHY, lodowe duchy, pomyślałam flegmatycznie. 

Z  tym  wyjątkiem,  że  duchy  nie  mogłyby  nas  wytargać  na 

lodowate  powietrze.  Pomijając  fakt  bycia  w  połowie  martwym  z 

powodu hipotermii, Kieł i ja ciągle mieliśmy wystarczająco dużo siły, 

żeby natychmiast wyskoczyć w powietrze, każde z nas trzymało jedną 

z dłoni Angeli. 

-  AGH!  -  Rozpłakałam  się,  czując  metalową  sieć  uderzającą  w 

moją  twarz.  Sieć  rzuciła  nami  o  lód  z  taką  siłą,  że  uleciało  ze  mnie 

powietrze. 

- Max! - Zapłakała Angela. 

Podnosząc  się  na  moich  odrętwiałych  dłoniach,  zaczęłam 

gorączkowo  szukać  jakiejś  drogi  ucieczki,  jednocześnie  starając  się 

zidentyfikować  naszych  wrogów.  Burza  odrobinę  osłabła,  więc 

mogłam przynajmniej zobaczyć kilka par stóp naprzeciw mnie.  

Starałam się zobaczyć coś więcej przez szalejący śnieg i ujrzałam, 

że  nasi  oprawcy  byli  jakimś  rodzajem  robotów,  trochę  z  rodzaju 

Latających  Chłopców,  ale  bez  skrzydeł.  Tyle,  że  oni  nie  zadawali 

sobie trudu żeby wyglądać nawet w połowie jak ludzie. 

background image

Po prostu nie mogliśmy mieć ani chwili przerwy. 

Furia  rozgrzała  moją  krew,  i  starałam  się  podnieść  warcząc,  ale 

sieć zacisnęła się tylko ciaśniej powalając mnie z powrotem na ziemię. 

Usłyszałam  śmiech,  i  starałam  się  obrócić  głowę  żeby 

zidentyfikować  jego  źródło.  Wiatr  ciągle  wył  mi  w  uszach,  co 

utrudniało  zlokalizowanie  osoby.  Jedna  z  tych  rzeczy  była  dużo 

większa od reszty, która mierzyła koło 4 stóp. 

-  Nie  zrańcie  ich  -  Powiedział  swoim  głębokim,  chropowatym 

głosem, który usłyszeliśmy na początku. - Pamiętajcie, że musimy ich 

dostarczyć w jednym kawałku. 

- Mała wiadomość - Powiedziałam, próbując się znów podnieść. - 

Twoje ratowanie nas właściwie nas zabija! Wypuść nas! 

Znów  się  zaśmiał,  lecz  jego  twarz  nie  zmieniła  wyrazu,  co  było 

dość przerażające. Zerknęłam starając się o lepszy widok.  

- O Boże - Jęknęłam z obrzydzenia.  

Zgaduję,  że  zgarnęli  tego  gościa  prosto  z  filmu  Frankenstein.  Po 

pierwsze  był  ogromny  -  może  z  7  stóp  wzrostu.  I  szeroki,  i  ciężki. 

Jedno ramię było jak strączek fasoli: o dużo za długie w porównaniu z 

resztą  ciała.  Ledwo  zdołałam  wyłapać  metalowe  szpikulce,  które 

wydawały się osadzone w jego skórze.  

Ohyda.  Przywodził  na  myśl  wrażenie  jakbym  patrzyła  na  jakieś 

paskudztwo  poskładane  z  różnych  dziwnych  gatunków  obcych,  i 

jakimś  cudem  wyglądało  to  gorzej  niż  okropne  skrzydła  Ari’ego 

przytwierdzone do jego pleców. 

background image

-  Nie  ratujemy  was  z  tej  burzy,  mutancie  -  Powiedział.  -  Inne 

plany mamy wobec was w przyszłości. 

Jego  głos był dziwnie zniekształcony i metaliczny, jakby mówiła 

do nas automatyczna sekretarka. 

- Oh świetnie. Porwał nas Yoda. - Westchnął Kieł. 

Coś  pociągnęło  sieć  do  góry  z  nami  w  środku,  i  zawisnęliśmy 

dobrą  stopę  od  ziemi.  Kieł  próbował  wszelkich  sposobów  żeby  się 

wydostać.  Angela  ciągle  wyglądała  na  zszkowaną  i  zmarzniętą, 

zagubioną  i przerażoną.  Total  starał  się  walczyć  z  siecią,  a  Akila  nie 

mogła się podnieść, ale warczała. 

-  Jestem  Gozen  -  Powiedziała  duża  puszka.  -  Nie  chcę  żebyście 

zamarzli  na  śmierć.  Chcę  patrzeć  jak  umieracie  w  innych 

okolicznościach. 

- Musisz sobie znaleźć jakieś inne hobby - parsknęłam. 

- To zawsze coś - wymamrotał Total ciągle walcząc. 

-  Zabijanie  rzeczy  to  nie  hobby  -  Powiedział  Gozen,  brzmiąc 

jakby  chciał  się  uśmiechnąć  gdyby  tylko  mógł.  -  To  moje  życie.  To 

jest  to,  do  czego  zostałem  stworzony.  Jestem  stworzony  do  zabijania 

rzeczy na wiele, wiele różnych sposobów. 

Przerażające,  pomyślałam.  Ktoś  mu  zaprogramował  czerpanie 

przyjemności z zabijania. Mogłam to usłyszeć w jego głosie. 

-  My  również  umiemy  zabijać  na  wiele  różnych  sposobów  - 

Powiedziałam, starając się włożyć tyle stali w mój głos ile mogłam, w 

razie gdyby był zaprogramowany na podejmowanie takich tematów. - 

Dla przykładu lubimy rozwalać. - Przeniosłam swój wzrok na innego 

background image

robota,  decydując,  że  jeśli  wszyscy  jednocześnie  wykonalibyśmy 

zamach,  moglibyśmy  poruszyć  siecią  w  odpowiedni  sposób  żebym 

dosięgła robota i skopała mu blaszany łeb. 

-  No  to  jest  coś,  co  mamy  wspólne  -  Powiedział  Gozen.  Jego 

szponiasta  dłoń  wystrzeliła  w  kierunku  Angeli  nim  zdążyłam 

mrugnąć. Złapał jej ramię przez sieć. - Jak to. 

Wszyscy  usłyszeliśmy  okropny,  niepodobny  do  niczego  dźwięk 

pękających  kości  Angeli,  oraz  towarzyszący  mu  odgłos  jej  wrzasku. 

Serce podleciało mi do gardła, i rąbnęłam w rękę Gozena z całych sił. 

Moja dłoń się odbiła, a siła odrzutu prawie wybiła mi ramię ze stawu. 

Bardzo mądrze Max. Uderzaj w twardy metal dłonią. 

Gozen  puścił  Angelę,  a  ja  natychmiast  ją  złapałam,  kładąc  ją  na 

moich  nogach  i  brzuchu.  Czułam  jak  starała  się  zdusić  płacz.  Ciągle 

wisieliśmy  nad  ziemią,  a  lodowaty  wiatr  nie  przestawał  uderzać  w 

nasze twarzy i wgryzać się w płaszcze. 

- Zabierzcie ich - Rozkazał Gozen. 

Cokolwiek  nas  trzymało,  zaczęło  się  powoli  poruszać  krocząc 

przez  lód.  Czułam  jakbym  była  zziębnięta  od  zawsze,  a  wiatr 

gwiżdżący  mi  w  uszy  towarzyszył  mi  całe  życie.  Spojrzałam  w  oczy 

Kła, jedyną ciemniejszą rzecz na tle wszędobylskiej, niekończącej się 

bieli. 

Wydawało  się,  że  mówi:  czekajmy.  Czekajmy  na  odpowiednią 

szansę. A kiedy ją dostaniemy wykorzystamy ją. 

 

 

background image

Część trzecia 

KSIĘŻYC NAD MIAMI - CZY COŚ W TYM STYLU 

Rozdział 58 

TRZYMANIE  NAS  w  ciasnej,  metalowej  sieci  powieszonej  nad 

ziemią  było  praktycznie  tak  efektywne  jak  włożenie  nas  do  psich 

klatek.  Nie  dokładnie  tak  sami,  ale  praktycznie  się  nie  różniło. 

Pewnie,  mogliśmy  poruszyć  siecią  przez  odpowiednie  rozkładanie 

ciężaru,  ale  byliśmy  za  daleko  od  czegokolwiek,  co  można  by 

uderzyć. 

Jakoś, kiedy przestaliśmy mieć dreszcze i zaczęliśmy być śpiący - 

witaj  z  powrotem  hipotermio!  Wtedy,  kiedy  zastanawiałam  się  czy 

zamarznięcie  na  śmierć  zanim  ktokolwiek  zdoła  nam  zrobić  coś 

okropnego  jest  gorsze  niż  bycie  żywym,  ale  niesionym  nie  wiadomo 

gdzie, w nie wiadomo jakim celu przez jakieś roboty.  

Moje  oczy  paliły,  a  na  moich  rzęsach  osadził  się  lód,  ale 

mrugnęłam  i  spojrzałam.  Idziemy  w  stronę…  budynku?  Wielkiego, 

okrągłego, białego budynku? 

Będąc  już  w  środku  zdałam  sobie  sprawę,  że  to  duży  samolot, 

zaprojektowany  żeby  przemieszczać  całe  oddziały  albo  samochody 

czy co tam. Więc gdzieś zmierzamy. 

- Max? - Ten głos… 

background image

Nagle sieć nas puściła, przez co upadliśmy na ziemię z impetem. 

Angela jęknęła cicho, ale na szczęście była już na tyle zamroczona, że 

ledwo zarejestrowała nowy ból. 

W sekundzie stałam na nogach, modląc się abym jak najszybciej 

wróciła  do  formy.  Rampa  samolotu  się  zamknęła  i  zapadł  mrok,  co 

spowodowało,  że  nic  nie  widziałam.  Wcześniej  straciłam  swoje 

okulary  przeciwsłoneczne,  więc  promienie  słoneczne  paliły  mi  oczy, 

co teraz objawiło się problemami z widzeniem w ciemności. 

- Max! 

Moje  serce  podskoczyło  i  starałam  się  jakoś  przedrzeć  przez 

ciemność.  

- Gazik? 

 

Rozdział 59 

Pół  godziny  później  byliśmy  rozgrzani,  z  resztą  stada,  zdolni  do 

widzenia,  i  zaczynaliśmy  być  mocno  wkurzeni  o  to,  że  znowu  nas 

porwano. Taak, codzienność. 

- Dokąd nas zabierają? - Zapytał Iggy? - Jakieś pomysły? 

- Nie. - Powiedziałam.  

Obszar samoloty, w którym byliśmy, przeznaczony do załadunku, 

nie  był  wyposażony  w  żadne  okna.  No  cóż,  pudła  zwykle  nie 

interesują się tym gdzie się je zabiera. I tak mieliśmy farta że było tu 

ogrzewanie. 

-  Kim  był  ten  duży  osiłek?  -  Kuks  objęła  kolana  ramionami, 

kładąc na nich swoją głowę.  

background image

Byli  porywani  jeden  za  drugim,  podczas  powrotu  na  stację. 

Niektórzy naukowcy  walczyli i na dowód mieli mnóstwo poważnych 

ran.  Było  mi  ich  szkoda,  ale  kiedy  jesteś  uwięziony  z  psami…  (Nie 

obraź się Total. Przez „psy” rozumiem stado, taka metafora. Byliśmy 

ściśnięci - Zresztą wiesz co? Pieprzyć tłumaczenia.) 

- Nie wiem - Odpowiedziałam. Na początku, zaraz po uwolnieniu 

nas  z  sieci,  na  nogach  trzymała  mnie  adrenalina.  Ale  teraz  kiedy  jej 

poziom znacznie opadł, byłam wypompowana i ledwo się trzymałam 

na nogach. - To wielki Franken - dupek. 

- To wszystko jest takie dziwne - Powiedział Gazik. 

- Nie żartuj - Zgodziłam się. 

Wszyscy  żołnierze,  którzy  nas  porwali,  plus  kilka  innych  byli  z 

nami  tutaj  w  ładowni.  Kiedy  rampa  do  załadunku  wróciła  na  swoje 

miejsce, duży wydał rozkaz. Żołnierze ustawili się w szeregu, było ich 

tyle że zajęli trzy rzędy. I po prostu stali w bezruchu. Nie wiedziałam 

czy padły im baterie czy co. 

Gazik  spróbował  dotknąć  jednego,  ale  poraził  go  prąd  o  takiej 

mocy, że odrzuciło go na półtorej stopy. Kilku z szeregu dookoła tego 

jednego jakby się włączyli, zajmując pozycje i kierując swoje sensory 

na  nas.  Kilku  z  nich  podeszło  kilka  kroków,  a  my  wszyscy 

zastygliśmy w bezruchu. 

-  Podejdź  tu  Gazik  -  Powiedziałam  cicho.  -  Usiądź  pod  ścianą, 

bardzo, bardzo powoli. 

background image

Ciągle rozcierając miejsce gdzie poraził go prąd, Gazik zaczął się 

wycofywać,  kiedy  musiał  podskoczyć  żeby  uniknąć  lasera,  który 

chciał go pozbawić stopy. 

- Aaa - Krzyknął i zaczął skakać na jednej nodze. 

-  Dostałeś?  -  Zapytałam  z  niepokojem,  ciągle  wpatrując  się  w 

roboty. 

- Nie - wypaliło mi tylko dziurę w bucie. Ledwo ominęło palce. 

-  Okej  ludziska,  zachowajmy  spokój.  -  Zarządziłam.  -  Żadnych 

gwałtownych ruchów. Te rzeczy jak widać są dość nadwrażliwe, a ja 

nie chcę żadnych innych dziur, na przykład w naszych głowach. 

Piętnaście  minut  później,  wszystkich  nas  można  by  posądzić  o 

ADHD, a siedzenie w bezruchu było niemożliwe. Szczęśliwie okazało 

się,  że  możemy  się  ruszać,  jeśli  tylko  nie  wykonujemy  żadnych 

gwałtownych ruchów, i nie podchodziliśmy do żołnierzy. 

-  Dobra,  mogą  robić  ze  mną,  co  chcą,  ale  czemu  wciągnęli  w  to 

Akilę? - Powiedział Total po raz 19. - Ona nic nie zrobiła! 

-  Przykro  mi  -  Powiedziałam,  19  raz  powstrzymując  się  od 

uduszenia go. - Z drugiej strony, jeśli by ją zostawili, prawdopodobnie 

byłaby już martwa. 

- Hmpf! - Powiedział Total.  

Z  tego  co  widziałam,  Akila  wyglądała  na  nieuszkodzoną  - 

aczkolwiek wydawała się być zarozumiała, jakby porwać można było 

jakieś  zwykłe  mutanty,  a  nie  ją  -  czystej  krwi  Malamuta  [Po  prostu 

husky ;3 – dop. Tłumacza], którego matka wygrała wyścigi psów. 

background image

Ale  czułam  ulgę,  że  wszystko  jest  dobrze.  Może  i  byłam 

bezwzględna  dla  wrogów,  ale  zawsze  miałam  miękkie  serce  dla 

zwierząt. Zwłaszcza dla tych nie zmodyfikowanych genetycznie. 

Podniosłam  się  bo  chciałam  usiąść  koło  Kła,  i  musiałam  się 

dobrze  rozejrzeć  żeby  go  zobaczyć,  co  i  tak  zajęło  dobrą  chwilę. 

Siedział  w  cieniu  pod  ścianą,  prawie  niewidoczny,  jakby  korzystał  z 

nowej  zdolności.  Zastanawiałam  się czy  tęskni  za  Dr.  Wspaniałą,  ale 

poczułam  się  głupio,  że  ciągle  jestem  o  nią  zazdrosna.  Kuks 

powiedziała mi jak Brigid i inni walczyli z robotami w ich obronie. 

Cieszyłam  się  że  Angela  w  końcu  zasnęła,  z  głową  na  kolanach 

Kła. Zrobiliśmy jej temblak z naszych szalików, trochę nieudany, ale 

zawsze coś. Miałam nadzieję, że niedługo ktoś obejrzy jej ramię. Ktoś 

jak moja mama. 

Metalowe  drzwi  na  przedzie  ładowni  się  otwarły,  i  duży  osiłek 

wrócił. Jego kroki niosły się z takim echem jakby  ważył co najmniej 

300 funtów. 

Pozwoliłam  sobie  na  szybką  fantazję,  w  której  ten  kołek  połykał 

jedną z bomb Gazika. Ale szybko się otrząsnęłam starając się myśleć 

o  sposobie ucieczki  z  tego  bagna.  Jak  tylko  zostaliśmy  tu  zamknięci, 

staraliśmy się otworzyć główny właz - wszystko zostałoby wyssane z 

samolotu  gdyby  nam  się  udało  go  otworzyć,  co  dla  nas  było  w 

porządku,  w  końcu  umiemy  latać.  Miniboty  by  się  zapewne 

roztrzaskały o ziemię, ale hej, niektórzy wygrywają a inni tracą. 

- Kim jesteś? - Zapytała Kuks dzielnie. 

- Nazywam się Gozen - Odpowiedziało duże coś. 

background image

Kuks podniosła brwi w zdziwieniu.  

- Jak japońskie pączki? 

 

Rozdział 60 

- Masz na myśli gyoza - szepnął Kieł do Kuks. 

-  Skąd  pochodzisz  Gozen?  -  Zapytałam,  czując  że  zalewa  mnie 

nowa fala gniewu za to co zrobił Angeli. - Czyim pachołkiem jesteś? 

Gozen obrócił swoją dużą głowę i spojrzał na mnie - spojrzał tymi 

swoimi nieludzkimi oczyma które świeciły na niebiesko.  

- Jestem Gozen. Jestem liderem. Będziesz milczeć. 

- Powodzenia z tym - usłyszałam mamrotanie Iggy’ego. 

- Będziemy lądować za 14 godzin i 39 minut. - Poinformował nas 

Gozen. 

Dobra,  co  było  15  godzin  lotu  od  Antarktydy?  Właściwie,  to 

większość  świata.  Może  nie  Kanada,  północna  Europa  czy  Arktyka. 

Ale  mogliśmy  lecieć  to  większości  krajów.  Dobrze,  że  zawęziłam 

obszar. 

- Gdzie nas zabieracie? - No co, musiałam spróbować. 

- Nie twoja sprawa. 

-  Przeciwnie,  Wasza  Obrzydliwość.  -  Odparłam  wstając.  -  To 

całkowicie  nasz  sprawa.  Mamy  coś  do  załatwienia.  Miejsca  do 

odwiedzenia,  ludzie  do  spotkania.  Więc  bądź  łaskaw  powiedzieć  mi 

gdzie nas zabieracie!” 

Szybciej  niż  mój  sokoli  wzrok  mógł  to  dostrzec,  jedna 

nieproporcjonalna  noga  wystrzeliła  w  moją  stronę  i  mnie  podcięła. 

background image

Upadłam  na  ręce  idealnie  w  momencie  żeby  jego  kopniak  trafił  mój 

bok,  przez  co  cały  oddech  wyleciał  z  moich  płuc,  co  nadało  mi  ten 

super atrakcyjny wyraz ryby wyciągniętej z wody. 

Stado  -  z  wyjątkiem  Angeli,  w  sekundzie  było  na  nogach,  ale 

dałam  im  znak  żeby  nie  atakowali,  idealnie  w  czas,  bo  żołnierze  już 

formowali  szyk.  Z  nerwami  napiętymi  do  granic,  powoli  wzięłam 

głęboki oddech, mając nadzieję, że nie zaczną strzelać jak popadnie. 

Zrobiłam szybki przegląd: nogi okej, żebra, mocno, mocno obite, 

może  złamane.  Bolało  zaskakująco  intensywnie,  co  przypomniało  mi 

że  minęła  długa  chwila  odkąd  nie  miałam  złamanej  żadnej  kości. 

Najwyraźniej 

potrzebowałam 

odświeżyć 

swoje 

umiejętności 

waleczne. 

-  Nie  wy  wydajecie  rozkazy.  -  Powiedział  Gozen  tym  swoim 

prawie-ludzkim-ale-nie-całkiem  głosem.  -  Wy  macie  je  tylko 

wypełniać. 

Ugryzłam  się  w  język  żeby  nie  powiedzieć  mu,  co  sobie  może 

zrobić  z  tymi  rozkazami.  Najwyraźniej  on  brał  takie  rzeczy  na  serio. 

Gozen  był  rodzajem  przeciwnika,  z  którym  nigdy  wcześniej  nie 

mieliśmy do czynienia.  

Był  większy,  szybszy,  wystarczająco  ludzki  żeby  być 

wyrafinowanym,  ale  także  w  wystarczającym  stopniu  maszyną  żeby 

nie  mieć  sumienia.  Myślę,  że  był  za  ciężki  żeby  latać,  więc  tu 

przynajmniej mieliśmy fory. 

Podciągnęłam  nogi  pod  siebie  starając  się  nie  skrzywić.  Ciągle 

patrząc  na  Gozena,  wstałam  ostrożnie,  dając  pozostałym  znaki  za 

background image

plecami,  aby  pozostali  trzymali  się  poza  jego  zasięgiem.  Inaczej 

mógłby zacząć strzelać pociskami z oczu, czego nie wykluczałam. 

- Jesteśmy przeciwni globalnemu ociepleniu - Rzekł Gozen. 

To było pytanie czy oświadczenie? I jacy „my”? 

- Uh - huh - Powiedziałam ostrożnie, powoli się wycofując. - To 

dobrze. 

- Dlatego jesteśmy nastawieni na eksterminację twojego gatunku - 

Kontynuował Gozen. 

Niedobrze. 

Szybko  zdecydowałam,  że  popieram  sprawę  globalnego 

ocieplenia.  

-  Ale  my  też  jesteśmy  przeciw!  -  Powiedziałam,  kątem  oka 

patrząc na roboty. - Jesteśmy na Arktyce żeby pomóc je zatrzymać! 

-  Nie.  Ludzie  tworzą  problem.  Ludzie  niszczą  ziemię.  Wy 

niszczycie życie. 

- Okej, widzisz, i tu się mylisz w kilku sprawach. - Zripostowałam 

szybko.  -  Po  pierwsze,  nawet  nie  jesteśmy  ludźmi!  Przegapiłeś 

skrzydła?  W  sensie,  serio.  Plus,  jak  już  powiedziałam  staramy  się 

zapobiec globalnemu ociepleniu! Jesteśmy totalnie przeciw! 

- Właśnie! - Powiedział  Gazik. - Staramy się uratować świat!  To 

nasza misja! 

Gozen obrócił się powoli, a moje serce przyspieszyło, kiedy jego 

wzrok spoczął na Gaziku. 

Szybko wcisnęłam się pomiędzy nich. 

background image

-  Wy  jesteście  częścią  problemu.  -  Powiedział  Gozen  z  zimną, 

niereformowalną  logiką  maszyny,  która  zawsze  okazywała  się  zła  bo 

nie  mogły  pojąć  kluczowych  elementów  które  coś  zmieniały.  -  Będę 

się cieszył waszą śmiercią. 

Z  tymi  słowami,  obrócił  się  i  wyszedł  przez  drzwi  w  przedzie 

ładowni. Żałowałam że  żadne z nas - okej, ja - nie pomyślało o tym, 

żeby się wymknąć przez drzwi kiedy Gozen nie patrzył. 

Jak tylko drzwi się zamknęły i usłyszeliśmy szczęk zamków, Kieł 

powiedział:  

- Ten gość w ogóle nie ma poczucia humoru. 

-  Nie  -  Zgodziłam  się,  siadając  ostrożnie  próbując  uniknąć 

urażenia żeber. - I myślę o czymś znacznie gorszym. 

- O czym? - Zapytała Kuks. 

- Mamy przed sobą 14 godzin lotu. - Powiedziałam. - I wątpię czy 

dostaniemy jakieś jedzenie albo czy zapewnią nam rozrywkę. 

 

Rozdział 61 

[Z  góry  przepraszam  za  początkowe  8  akapitów,  jakoś  się  nie 

mogłem  połapać  o  co  jej  chodzi  z  tym  wszystkim  ;c.  Gomene.  Dop. 

Tłumacza] 

OKEJ,  WIĘC  PORWALI  nas  z  Arktyki.  Pomyślmy:  okropnie 

zimno, dużo lodu, śniegu, wiatru, etc. Bardzo mało świeżych owoców. 

Brak sezonu na stroje kąpielowe. Brak kablówki. Żadnych sklepów  z 

kawą. 

Gdzie nas zabierali? 

background image

Do Miami. 

Myślicie,  że  to  mogłoby  podziałać  także  w  drugą  stronę  - 

wyrwani z Miami, wysłani na Antarktydę, która jest jak Syberia, ale z 

większą ilością pingwinów. 

Ale nie. 

To  po  prostu  kolejny  przykład  jak  ktoś  fantastycznie  bogaty  i 

potężny spełnia swoje  zachcianki. Nie  żeby nam się to nie podobało, 

w  końcu  kto  by  nie  zostawił  Antarktydy  dla  Miami,  miejsca  zabaw 

sławnych i bogatych. 

Z drugiej strony: na Antarktydzie byliśmy wolni i mogliśmy robić 

praktycznie wszystko, co chcieliśmy. W Miami będziemy  więźniami. 

To była czysta ironia, bez wątpliwości. 

Nie  będę  was  zanudzać  przebiegiem  porwania.  Spętane  dłonie  i 

stopy, unieruchomione skrzydła, zamknięci w plastikowych workach, 

bla  bla  bla.  Dla  nas  to  normalka,  i  miałam  już  dość  walki  z 

oprawcami,  co  skutkowało  zawsze  podbitym  okiem  i  otartymi 

nadgarstkami. 

Zgaduję, że po prostu się starzeję. 

Kiedy  rozpięli  torby  w  których  nas  trzymali  i  zaczęli  zrywać 

taśmę  klejącą  (Wskazówka:  nie  próbujcie  tego  w  domu),  odkryliśmy 

że  byliśmy  na  jednym  z  wyższych  pięter  super  wysokiego  budynku. 

Dookoła  nas  była  masa  innych  wysokich  budynków.  Pod  nami  była 

jedna  z  Florydzkich  białych  jak  cukier  plaży,  granicząca  z  wodą,  do 

której miałam taką ochotę wskoczyć, że dałabym się za to zabić.  

background image

Albo przynajmniej chciałabym gdyby przestało padać. Niebo było 

zasnute  ciemnymi  chmurami.  Padało  tak  mocno  ż  odgłos  kropli 

uderzający o szyby był jak wystrzał z pistoletu. 

Byłam  zaskoczona,  że  zostawili  nas  w  pokoju  z  oknami,  dając 

naszemu  irytującemu  nawykowi  wyskakiwania  z  budynków  wolną 

rękę, ale stary dobry Gozen rozwiał moje wątpliwości. 

- Te okna zostały specjalnie wzmocnione, aby wytrzymać huragan 

wiejący  z  siłą  120  mil  na  godzinę.  - Powiedział.  -  I  nie  otwierają  się 

od  środka.  -  Podszedł  bliżej,  bliżej  potem  wziął  zamach  i  uderzył  w 

szybę z całej siły.  

Wszyscy oczekiwaliśmy że zrobi nam pa - pa w wielkim stylu, ale 

tylko  się  odbił,  a  szyba  nawet  nie  zadrżała.  Cholera  jasna  było 

jedynym,  co  przyszło  mi  na  myśl.  Albo  właściwie  pojawiło  się  coś 

gorszego niż to, ale powiedzmy, że pomyślałam cholera jasna. 

-  Aukcja  rozpocznie  się  za  godzinę  -  Powiedział  Gozen.  - 

Jedzenie zostanie wam dostarczone. 

-  Wiecie,  on  jest  naprawdę  towarzyską  osobą.  -  Powiedziałam, 

kiedy wyszedł. 

- O jakiej aukcji mówił? - Zapytał gazik skonsternowany. 

- Nie mam pojęcia. - Odpowiedziałam, przechadzając się.  

Jedyne  drzwi  w  pokoju,  były  metalowe,  bez  żadnych  okien,  z 

wieloma zamkami. Nasi porywacze z pewnością dużo o nas słyszeli, i 

byłam trochę dumna z naszej reputacji. Dumna, ale uwięziona. 

background image

-  Co  teraz?  -  Angela  ciągle  była  blada,  a  pod  jej  oczyma  były 

ciemne cienie. Dookoła stołu były krzesła, więc pomogłam jej usiąść 

na jednym. 

- Iggy? - Zapytałam. Podszedł bliżej, i tymi swoimi super czułymi 

palcami  powiódł  delikatnie  po  jej  ramieniu.  -  Jest  coś,  co  możesz 

zrobić? 

- Jest mocno spuchnięte - Powiedział, a ja musiałam użyć każdej 

cząstki  swojej  samokontroli  żeby  nie  powiedzieć:  -  No  co  Ty  nie 

powiesz! 

-  Wygląda  na  czyste  złamanie  -  Kontynuował.  -  Niech  no 

zobaczę… że tak powiem. - Bardzo ostrożnie poruszył jej ramieniem. 

Twarz  Angeli  momentalnie  zrobiła  się  zielona,  ale  nie  wydała 

żadnego dźwięku. Ściskałam jej dłoń i wysyłałam ciepłe myśli, wtedy 

wszyscy usłyszeliśmy lekki chrobot i jakby kliknięcie, a twarz Angeli 

się zrelaksowała. 

-  Oh,  od  razu  lepiej  -  Powiedziała.  -  Ciągle  bardzo  boli,  ale 

troszkę mniej. Dzięki Iggy. 

Iggy  się  uśmiechnął,  dumny,  że  może  wesprzeć  stado  w  jakiś 

sposób. Rozpięłam mój płaszcz - nie będę go potrzebować w Miami! - 

i zrobiłam marny bandaż żeby trzymał jej ramię w miejscu. 

- Co teraz? - Powtórzył pytanie Angeli Gazik. 

-  Otwór  wentylacyjny,  sprawdźcie  czy  da  się  nim  uciec.  - 

Zarządziłam. 

Co zajęło nam mniej niż 5 minut. 

background image

Wszyscy  stwierdziliśmy,  że  pokój  wydaje  się  bez  możliwości 

wyjścia. Otwory były za małe nawet dla kota, były tylko jedne drzwi, 

a okna odpadały z wiadomej przyczyny. 

- Może mogłabym… - Wymamrotała Kuks podchodząc do drzwi. 

Poruszyła  palcami  blisko  zamków  i  przymknęła  oczy.  -  Jeśli 

mogłabym poruszyć zamkami… 

-  Punkt  za  myślenie  Kuks  -  Odetchnęłam,  podchodząc  do  niej.  - 

Możesz je wyczuć? 

- Tak mi się zdaje. - Powiedziała. - Jeśli moja moc podziała - auć! 

Usłyszeliśmy  ostry  trzask  i  Kuks  odrzuciło  na  stopę.  Impuls 

elektryczny  postawił  mi  włosy  dęba.  Kuks  wylądowała  na  plecach 

pocierając dłonie. 

- Zamki są zabezpieczone - Zakomunikowała ponuro, na wypadek 

gdybyśmy nie zrozumieli. - To tyle, jeśli chodzi o moje umiejętności. 

- Moje moce także na nic się nie zdadzą. - Powiedziała Angela. 

-  A  odkąd  nie  jesteśmy  otoczeni  przez  śnieg,  znów  jestem 

niewidomy. - Iggy brzmiał na przybitego, ale zaraz się rozchmurzył. - 

Z  drugiej  strony  ten  dywan  ma  okropny  kolor,  a  wzorek  na  nim  jest 

nie lepszy.” 

Spojrzałam  na  Kła  który  był  całkowicie  widoczny  na  tle 

orzechowych  paneli  którymi  były  wyłożone  ściany.  Wzruszył 

ramionami. 

- Więc zgaduję, że musimy czekać. - Powiedziałam.  

A  wiecie  jaka  wspaniała  byłam,  jeśli  chodziło  o  bezczynne 

czekanie. 

background image

Rozdział 62 

BYCIE  W  TYM  WYSOKIM  BUDYNKU  był  dla  nas 

interesujące,  ponieważ  byliśmy  wysoko  nie  lecąc.  Na  zewnątrz 

wszystko  zwiastowało  nadejście  burzy  -  głośne  grzmoty  i  jasne 

błyskawice,  które  pamiętałam  ostatniej  wizyty  w  tym  rejonie.  Wiatr 

uderzał w budynek bezustannie, a on był tak wysoki, że się kołysał. 

-  Dobrze,  że  ten  budynek  ma  okna,  które  wytrzymają  huragan.  - 

Powiedziała  Kuks  wyglądając  nerwowo  przez  okna.  -  Dość  mocno 

wieje. 

Nakarmili nas. Miałam  nadzieję,  że  przyślą  prawdziwych  ludzi  z 

jedzeniem,  ponieważ  łatwiej  ich  ominąć  albo  pokonać.  No  chyba,  że 

mają  broń.  Zamiast  tego  pojawiły  się  wierne  robociki,  pod  bacznym 

okiem Gozena. 

Dali  nam  mnóstwo  jedzenia,  najwyraźniej  nigdy  nie  gościli 

zmutowanych  dzieci  ptaków.  Mieliśmy  owsiankę,  kanapki,  owoce, 

chleb, miskę psiego jedzenia które Total uczynnie podsunął Akili, i… 

- O mój Boże! - Wykrzyczała Kuks po zdjęciu pokrywy z tacy. - 

O mój Boże! 

-  Co?  Co?  -  Zareagowałam  szybko  mając nadzieje  na czekoladę. 

[A  kto  by  nie  miał  ;3  dop.  Tłumacza]  Niestety,  Niestety  w  oczy 

rzuciła mi się miska… Cóż, ptasiej karmy. 

- To są nasiona! - Powiedziała Kuks. - Nie takie jak w batonikach 

zbożowych. To są nasiona dla ptaków! 

Przez kilka sekund każde z nas patrzyło się na drugiego, a potem 

jak na rozkaz wybuchnęliśmy śmiechem. 

background image

- O Boże, nie mogę! - Powiedziałam uciskając żebra. - Nie mogę 

się śmiać! 

-  Smakowicie!  -  Powiedział  Gazik,  dotykając  nasion  palcem.  - 

Mogę dostać w zestawie do tego robaki? 

- Stop! Przestańcie! - Błagałam. 

Nawet Kieł, który jak wiecie jest Panem Ponurakiem, śmiał się do 

rozpuku, pochylając się z rękami na kolanach. 

- Co? Nasiona? - Zapytał Iggy, patrząc skonsternowany na miskę. 

- Czy to naprawdę karma dla ptaków? Bo jesteśmy ptakami? 

Przytaknęłam  płacząc  ze  śmiechu.  Oddychałam  głęboko  mówić 

„Auć!” przy każdym oddechu. 

- Kiwam głową, Ig. 

-  To  za  dużo  -  Wysapał  Kieł.  -  Za  dużo!  Karma  dla  ptaków!  No 

nie mogę. 

-  Co  na  deser?  Gąsienice?  -  Powiedziałam,  ledwo  hamując 

śmiech. Ale reszta nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem. 

-  Kanapka  nie  jest  taka  zła  -  Powiedział  Total,  przysuwając 

kolejną łapą. 

- Przynieśli nam gałęzie na gniazdo? - Zapytał Gazik. - Bo jestem 

w nastroju na budowanie. 

Więcej śmiechu. Angela prawie uraziła swoje ramię. 

Drzwi  się  otworzyły,  i  próbowaliśmy  przejść  w  tryb  walki,  ale 

kiepsko  nam  szło.  To  był  sposób  pokonania  nas,  jakiego  nikt 

wcześniej  nie  próbował  -  śmiech.  Akila  natychmiast  się  podniosła, 

background image

postawiła  uszy  i  obniżyła  głowę.  Wyglądała  trochę  przerażająco,  ale 

wszystko co mogłam zrobić to starać się nie chichotać. 

Gozen  stanął  w  drzwiach,  świdrując  nas  swoim  niebieskim 

wzrokiem.  

- Reszta dnia nie będzie aż tak zabawna. - Powiedział. - Za mną. 

Aukcja lada chwila się rozpocznie, tak jak huragan. 

Kieł  i  ja  spojrzeliśmy  na  siebie  z  zdziwionymi  twarzami.  Jaki 

huragan? 

-  Pytanie.  -  Powiedziałam  podnosząc  dłoń.  -  O  jakiej  aukcji 

mówimy? I czy ty właśnie powiedziałeś huragan? 

Gozen obrócił się w drzwiach.  

-  Uber-Dyrektor  sprzedaje  was  na  aukcji,  licytatorowi,  który  da 

najwięcej. Oczekuje, że przyniesiecie mu duży zysk. 

- Jestem zaszczycona - Powiedziałam. - Do jakich celów jesteśmy 

przeznaczeni? 

- Do jakichkolwiek wasz nowy właściciel sobie zażyczy. 

Okej, to się nie może skończyć dobrze. 

- A huragan? - Zapytałam. Czy sezon huraganowy nie kończył się 

jakoś w listopadzie? Jak mógł być huragan o tej porze roku? 

-  Na  kursie  kolizyjnym  z  Miami  powstał  huragan  kategorii  4  - 

Powiedział Gozen.  

Zastanawiałam się czy zaprogramowali mu coś takiego jak strach, 

i zdecydowałam, że raczej nie. To mijałoby się z celem. 

-  Uh  -  huh  -  Powiedziałam.  -  Czy  nikt  się  tym  nie  przejmuje? 

Kategoria 4 jest przeznaczona dla tych dużych, nie? 

background image

- Miasto zostało ewakuowane - Powiedział nam Gozen. 

- Ale nie my? 

- Nie. - Otworzył drzwi i wskazał nam drogę. 

Kieł poszedł pierwszy,  reszta ustawiła się za nim w szeregu, a ja 

zamykałam  pochód.  Prawie  już  wychodziłam,  kiedy  mój  wzrok 

natrafił znów na miskę z ptasią karmą, i wybuchłam śmiechem. 

 

Rozdział 63 

Biorąc  pod  uwagę,  że  nie  jestem  najmłodszym  kierownikiem 

świata, byłam w tylu salach konferencyjnych różnych firm. Wszystkie 

wyglądają podobnie: duże okna całe ze szkła, ogromne stoły. Zwykle 

prostokątne  lub  podłużne,  duże  rośliny  doniczkowe,  grube  dywany, 

krzesła obrotowe. 

Ten jeden miał ścianę wyłożoną ekranami TV, i coś, czego nigdy 

wcześniej nie widziałam: praktycznie przeźroczystą osobę, jej organy 

były  w  przeźroczystych  pudłach  z  plastiku,  a  jego  głowa  była 

przymocowana jakimś metalowym przewodem do sztucznego rdzenia. 

[może  chodzi  o jeden  z  tych  szkieletów  z  mózgiem  które  widziała  w 

szkole, ale nie jestem pewien - dop. Tłumacza].  

Siedział - a raczej był ułożony - w specjalnym fotelu. Widział jak 

wszyscy się na niego gapimy i podjechał cicho swoim fotelem do nas. 

-  Jestem  Uber-Dyrektor  -  Powiedział,  jego  głos  był  podobny  do 

Gozena:  prawie  ludzki,  z  dziwnymi  nutami,  zniekształcony  przez 

maszyny.  

background image

Przyglądając się, zobaczyłam że jego wnętrzności były otoczone i 

połączone  z  różnymi  częściami  maszyny  -  przewody,  mini  pompy  i 

inne elektroniczne badziewia. I tak, to było dokładnie tak wstrętne, jak 

brzmiało.  Gdyby  nie  to,  że  widziałam  w  swoim  życiu  masę 

okropności, prawdopodobnie bym tutaj zwymiotowała. 

Jego głos miał wystarczająco dużo emocji, żebym się skapnęła, że 

ma  naprawdę  duże  ego  upchnięte  w  to  swoje  mechaniczne  ciało. 

Świetnie. Myślałam, że ten dzień pozbawiony będzie megalomanów. 

Żadne  z  nas nic nie powiedziało  -  żadnych uścisków  czy  dużych 

uśmiechów. Zgaduje, że źle nas wychowano. 

-  Byłem  trochę  zaniepokojony  o  wasze  bezpieczeństwo  - 

Kontynuował. 

- To prawie robi z pana naszego… tatuśka - Powiedziałam. 

W  przeciwieństwie  do  Gozena,  UB  [Uber-Dyrektor  dop. 

Tłumacza] mógł się uśmiechać. Albo krzywić.  

-  Jesteście  dość…  interesujący.  Z  naukowego  punktu  widzenia, 

oczywiście. 

-  Uh  -  huh  -  Powiedziałam,  gapiąc  się  na  niego  z  fascynacją.  - 

Sama  jestem  naukowo  ciekawa.  Słuchaj,  jak  utrzymują  Twoje  pudła 

czyste? Jakiś środek czyszczący czy co? 

Uber-Dyrektor trochę się zezłościł, i jego policzki przybrały lekko 

fioletowy  kolor  który  odrzucił  mnie od  puddingu  figowego  do  końca 

życia. 

Spojrzał znacząco na Gozena. Ten podszedł szybko kilka kroków, 

wyciągając  swoje  super  ramię  w  moją  stronę.  Skoczyłam  na  stół 

background image

rozkładając  skrzydła,  gotowa  latać  w  kółko  jak  nietoperz  z  piekła 

tylko  po  to  żeby  ich  wystraszyć.  Na  zewnątrz,  silny  wiatr  uderzał  w 

okna,  a  rzęsisty  deszcz  po  nich  spływał  skutecznie  odcinając  nas  od 

widoku wieżowców dookoła. 

Błyskawice i grzmoty się nasiliły. Yup, z całą pewnością wygląda 

jakby się zbliżał huragan. 

Gozen zastygł. 

Spojrzałam  w  dół  na  Uber-Dyrektora.  Patrzył  się  na  mnie  z 

mieszaniną gniewu i… głodu. 

- Wszystko ok, UD? - Zapytałam. - Nie masz nic przeciw żebym 

Cię  nazywała  UD?  -  Spojrzałam  na  Gozena.  -  Wszystko  z  nim  w 

porządku? Potrzebuje papierowej torby żeby pooddychać czy coś? 

Gozen się na mnie zamachnął, ale skoczyłam w tył. Jego potężna 

pięść  rozmiarów  szynki,  uderzyła  w  stół,  przez  co  lekko 

podskoczyłam.  Od  stołu  odleciał  kawał  drewna,  więc  przeskoczyłam 

na drugi koniec.  

Wiedziałam,  że  stado  jest  w  stanie  gotowości,  więc  poświęciłam 

chwilę żeby rzucić oknem na Chłopca - Pudełko. Jego głowa zwisała, 

jakby  był  zmęczony,  i  byłam  pewna,  że  gdyby  miał  ręce  to  właśnie 

pocierał by sobie nimi skronie. 

-  Wystarczy  Gozen  -  Powiedział  miękko,  i  tak  po  prostu  Gozen 

odmaszerował  pod  ścianę  gdzie  zastygł.  Gdyby  tylko  Gazik  i  Iggy 

słuchali tak mnie. 

- Zejdź ze stołu - Powiedział UD. - Aukcja się zaraz zacznie. Jak 

tylko monitory się włączą macie siedzieć cicho. 

background image

Usłyszałam  jak  Gazik  próbuje  pohamować  śmiech.  Oczy  UD 

spotkały moje.  

- Masz coś do powiedzenia zanim włączę ekrany? 

-  Tak”  Powiedziałam  z  powagą.  -  Chomik  dzwonił.  Chce 

odzyskać swój dom. 

 

Rozdział 64 

MUSIAŁAM  powiedzieć  to  temu,  ktokolwiek  wiedział,  o  co  tu 

biega:  Nauczyli  się  że  w  nasze  pobliże  nie  sprowadza  się  ludzi. 

Zawsze  ich  pokonywaliśmy,  zadziwialiśmy,  czy  jakoś  się  przez  nich 

przebijaliśmy.  Dlatego  siedzieliśmy  teraz  z  Chłopcem  -  Pudełkiem, 

Niesamowicie Humorzastym Hulkiem i kilkoma robotami. 

Z  cichym  elektronicznym  kliknięciem,  ściana  ekranów  ożyła. 

Jeden  po  drugim,  na  każdym  ekranie  pojawiała  się  twarz.  Były 

kobiety  i  mężczyźni,  różnych  ras.  Jedyne  co  ich  łączyło,  to  poświata 

na  ich  twarzach.  Najprawdopodobniej  sami  patrzyli  na  ekrany  i  to 

dlatego. 

Widziałam  jak  ich  oczy  śmigają  po  całym  pokoju,  na  sekundę 

zatrzymały się na UD, a potem szybko przesunęły na nas. Spojrzałam 

na UD.  

- Co, eBay jest dla nas za fajny? 

Gdyby  ktokolwiek  poznał  wcześniej  zły  uśmiech  Iggy’ego, 

zastanowiłby się dwa razy zanim pokazał by nas na ekranie. Ale cóż. 

Żyj i ucz się, jak to mawiam. 

background image

-  Oto  obiekty  wystawione  na  dzisiejszą  aukcje.  -  Głos  UD  był 

zadziwiająco  mocny.  -  Są  w  znakomitej  formie,  poza  jednym,  który 

doznał lekkich uszkodzeń. 

Pewnie  chodziło  o  złamane  ramię  Angeli.  Zalała  mnie  znajoma 

fala złości. 

-  Czy  są  w  jakiś  sposób…  problematyczni?  -  Pierwsza  odezwała 

się kobieta o ciemnych włosach i oczach, ubrana w surowy mundur. 

- Ma pani na myśli nasze zachcianki odnośnie mody? - Zapytałam 

zanim UD mógł zareagować.  

Wszystkie  twarze  na  ekranie  wyglądały  na  zaskoczone.  Nie 

oczekiwali że umiemy mówić. 

- Może chodzi pani o nasz brak zamiłowania do higieny osobistej? 

- Będziesz cicho! - Wykrzyczał do mnie UD. Ale, od kiedy Gozen 

przestał się ruszać, olałam to, co do mnie mówił. 

Podniosłam brwi, patrząc bezpośrednio na twarze na ekranie.  

- Myślę że to zależy czy jako problematyczność ma pani na myśli 

kompletne olewanie rozkazów. 

- Cisza! - Powiedział ponownie UD, jak tylko ludzie na ekranach 

zaczęli  mamrotać  coś  do  swoich  partnerów,  których  nie  było  widać. 

Odezwał  się  do  nich:  -  Jak  widzicie,  są  w  pełni  sprawni,  trochę 

ograniczeni umysłowo. 

-  Ograniczeni umysłowo?  -  Wykrzyknęłam  wkurzona.  -  Naskocz 

mi!  Jesteś  ostatnio  osobą  która  może  mówić  o  jakichkolwiek 

ograniczeniach! Ja przynajmniej mogę… pływać! I latać! I sama jeść! 

background image

-  Właśnie,  a  co  powiesz  o  tym?  -  Powiedział  Gazik  i  wtedy 

zaprezentował… swoją nową umiejętność.  

Zastanawiałam  się  czy  jakąś  odkryje,  i  jaką  formę  przybierze. 

Może  będzie  czytał  w  myślach  jak  Angela?  Może  będzie  umiał  latać 

tak  szybko  jak  ja?  Albo  czuć  kolory  jak  Iggy?  To  mogło  być 

cokolwiek.  

Ale oczywiście przeliczyłam się. 

Przysięgam  wam,  że  to  dosłownie  była  zielona  chmura  w 

kształcie grzyba jak przy  wybuchach. Znaczy, zawsze miał problemy 

z  układem  trawiennym.  Gazik  umieszczony  w  małym  pomieszczeniu 

z  kimkolwiek  oznaczał  ze  niedługo  ta  osoba  będzie  miała  łzy  w 

oczach. 

I  zgaduję,  że  większość  chłopców  mając  taką  umiejętność 

zaczęłaby ją doskonalić aby móc korzystać z niej na zawołanie. 

Zobaczyłam  jak  ludziom  na  ekranie  się  rozszerzają  oczy.  UD 

odwrócił  się  żeby  zobaczyć  jak  gniazdo  ucieka  od  Gazika,  który 

wyglądał  jakby  wypuścił  właśnie,  cóż,  chmurę  śmierdzącego  gazu, 

koloru żółto - zielonego. Westchnął.  

- Oh, tak lepiej. Nawet nie wiecie jak tego potrzebowałem. 

-  Jezus  Maria,  słodki  Józefie  -  Powiedział  Total  chrapliwie,  i 

uciekł pod stół konferencyjny. 

-  Whoa!  -  Powiedziałam  wachlując  ręką.  -  Coś  Ty  jadł? 

Kryptonit? Materiał wybuchowy? 

background image

- Kto to jest? Kto to zrobił? Co to ma znaczyć? - Głosy z ekranu 

mieszały  się  w  niezrozumiały  szum.  UD  spojrzał  na  Gazika  ze 

zmieszaniem i złością. 

Przycisnęłam dłoń do ust i nosa, i zwiałam najdalej od Gazika jak 

pozwalał pokój. Będąc blisko ekranów, mówiłam przez ręce, starając 

się nie oddychać. 

-  To  naprawdę  zależy  od  Twojej  definicji  problematyczności  - 

Powiedziałam stłumionym głosem. 

- To nowa umiejętność! - Wykrzyczał podekscytowany Gazik. 

-  Dobry  Boże  -  Wymamrotała  Kuks,  przyciskając  się  do 

najdalszej ściany. - Czemu te okna się nie otworzą? 

-  Gościu  to  było  ekstra!  -  Powiedział  Iggy,  i  przybił  sobie  z 

Gazikiem piątkę. Faceci. 

I to właściwie nadało kształt reszcie aukcji. 

Iggy  zadarł  nos.  Kieł  wkomponował  się  w  ciemną  tapetę.  Kuks 

ciągle gadała - teraz szło jej o różne kolory lakieru do paznokci, i czy 

ten z brokatem pasował na co dzień - w każdym razie ciężko było coś 

usłyszeć przez wiatr. 

Okej, nazwijcie mnie panikarą, ale to na serio brzmiało kiepsko, a 

huragan  kategorii  4  przez  który  zarządzono  ewakuację  miasta  nie 

zapowiadał się dobrze. Latałam w czasie różnych burz, ale gdybyśmy 

teraz  byli  na  zewnątrz,  rozpłaszczyło  by  nas  na  jakimś  budynku  jak 

muchy na szybie. 

background image

Jasne, te szyby były supermocne, ale mimo wszystkiego wiatr nie 

był  słabiutki.  Pokazałam  wszystkim  żeby  odsunęli  się  od  okna,  w 

razie czegoś. 

-  Uwaga!  -  Twarz  UD  znowu  miała  ten  okropny  odcień  fioletu. 

Ugh. - Czy możemy wrócić do aukcji? Stawką minimalną jest 500 000 

dolarów. Da ktoś 750 000 tysięcy? 

Wiecie, pół miliona dolarów piechotą nie chodzi. 

-  Jeszcze  jedna  rzecz  -  Powiedziałam  w  stronę  ekranów, 

podnosząc  głos  żeby  mnie  usłyszeli.  -  Wszyscy  mamy  dat  ważności. 

Jeśli nas kupicie, powinniście wiedzieć, że tylko na chwilę. Jesteśmy 

tak jakby mutantami jednego użycia. 

-  Jedno  użycie  może  być  wszystkim,  do  czego  ktoś  cię  będzie 

potrzebował - Powiedział Uber-Dyrektor jedwabiście, a potem wrócił 

do licytacji. 

I  to  by  był  ten  moment,  kiedy  supersilny  huragan,  rozsadził 

Gozeno - odporne okna. 

 

Rozdział 65 

W  razie  gdybyście  nie  wiedzieli,  bezpieczne  szkło  [Oni  to 

nazywają bezpieczne szkło, nie wiem jaką to ma nazwę na nasze więc 

zostawiłem  tak,  dop.  Tłumacza]  ciągle  może  się  roztrzaskać. 

Nazywają je bezpiecznym dlatego że rozpada się na odrobinę - mniej - 

ostre sześciany, mniej groźne niż ostre łuski. Takie małe info dla was. 

Widzicie? Jestem zabawna i edukuję! 

background image

W  następnej  sekundzie,  byliśmy  rozpłaszczeni  na  przeciwnej 

ścianie,  jak  najdalej  od  wiatru,  który  wiał  tak  jakby  chciał  nas 

wyrzucić na zewnątrz. 

-  Gozen!  -  Wykrzyknął  UD.  Zastanawiałam  się  czy  miał  jakiś 

przycisk  od  „krzyku”  czy  po  prostu  umiał  podnosić  głos.  W  każdym 

razie,  Gozen  go  usłyszał  i  podszedł  ociężale  do  jego  krzesła,  stając 

między nim a oknem. 

- Stado! - Zarządziłam. - Na podłogę! Wejść pod stół! 

Natychmiast  Kieł,  Angela,  Kuks,  Iggy,  Total  i  Gazik  wskoczyli 

pod  stół.  Złapałam  Akilę  za  obrożę  i  pociągnęłam  za  sobą.  Dookoła 

krzesła latały po pokoju, uderzając w ściany, po czym wylatywały na 

zewnątrz. 

- Możemy wyfrunąć? - Zapytał Gazik prawie krzycząc. 

Kieł i ja równocześnie potrząsnęliśmy głowami.  

-  Wiatr  jest  za  silny.  Powinniśmy  się  schować  w  korytarzu.  - 

Powiedział Kieł a ja potaknęłam. 

Angela  oglądała  coś  w  pokoju.  Pilot  od  jednego  z  tych 

Telewizorów musiał zostać wyssany i jakimś cudem zmienił kanał. 

- Co jest Angela? - Zapytałam. 

- Raport o huraganie. - Odpowiedziała. - Mówią że podchodzi pod 

kategorię piątą, sądzą też, że powoduje je globalne ocieplenie. 

Znowu to całe globalne ocieplenie! 

- Zawsze były jakieś huragany! - Powiedziałam. 

-  Nie  o  tej  porze  roku.  Plus,  jest  ich  dużo,  dużo  więcej,  więcej  i 

wydają się być silniejsze i bardziej destrukcyjne. - Powiedział mi Kieł. 

background image

Spojrzałam na niego.  

- Okej, może to całe globalne ocieplenie jest złe. - Przyznałam. 

Przybrał wyraz no-nie-żartuj-sobie i powiedział:  

-  Kategoria  piąta  wytwarza  wiatry,  które  osiągają  więcej  niż  155 

mil  na  godzinę.  Mówiąc  prościej,  wystarczająco  żeby  roztrzaskać 

wszystko  na  kawałki.  Łącznie  z  nami.  Nie  ma  opcji  żebyśmy 

polecieli. 

- Okej, zostaje nam hol - Powiedziałam. - Wydostaniemy się stąd 

i  spróbujemy  poszukać  jakiegoś  miejsca  gdzie  możemy  przeczekać 

huragan. Kieł odpowiadasz za Akilę. 

- Nie zostawmy jej tu! - Postawił się Total. 

- Wiem - Powiedziałam. - Gazik, Kuks i Angela trzymajcie się tak 

blisko mnie jak to możliwe. Wszyscy gotowi? 

Pięć par zdeterminowanych oczy dzieci ptaków spotkały moje. 

- Okej. To do dzieła. 

 

Rozdział 66 

Nasz  plan  zakładał  wytarzanie  się  spod  stołu  i  jak  najszybszy 

sprint  do  podwójnych  drzwi,  unikając  Gozena  i  UD  jeśli  tylko  to 

możliwe.  Podczas  przekomarzania  się  z  kupującymi,  Kieł  i  Iggy  byli 

bardzo produktywni: Porozdzierali nasze płaszcze i związali je w kilka 

długich lin. Teraz Kieł jedną przywiązał to obroży Akili, a drugą Iggy 

obwiązał Totala w pasie. 

- To nie jest smycz! - Krzyknęłam, kiedy zaczął protestować. - To 

jest tylko po to żebyśmy cię nie zgubili! 

background image

Wysiadł  prąd  w  pokoju konferencyjnym.  Ściana  ekranów  zgasła. 

Część rzeczy została wyssana z pokoju, a reszta latała po pokoju. 

- Gozen! - Krzyknął Uber-Dyrektor. - Nie pozwól im uciec! 

Gozen zaczął iść w naszą stronę, jego waga trzymała go w pionie. 

Krzesło  UD  trzęsło  się,  i  gdybym  była  nim,  byłabym  przerażona,  że 

zaraz się rozpadnę w chaotyczną układankę z klocków. 

-  Dzieciaki!  Wio!  -  Wykrzyczałam,  i  zaczęliśmy  biec  szybko  do 

drzwi. Nie miałam pojęcia jak je otworzymy. 

Jak się okazało matka natura nam pomogła. W pewien sposób. W 

sposób  trochę  pomocny,  a  trochę  zabójczy.  Kiedy  byliśmy  jakieś  7 

stóp od drzwi, otwarły się z hukiem, uderzając o ściany. W sekundzie 

poczuliśmy  się  jak  podczas  lotu,  mimo  że  nawet  nie  używaliśmy 

skrzydeł. 

Wiatr  wpadający  przez  okno  i  przez  drzwi  stworzył  prąd 

powietrzny,  który  prawie  rzucił  nami  o  sufit.  Gozenem  rzuciło  pod 

„nogi” UD, a ogromna roślina przywaliła mu w głowę, rozcinając mu 

skórę i pokazując nam tkankę i kable. Tak. Ohyda. 

Była tylko jedna rzecz, którą mogliśmy zrobić. 

-  Lećcie  z  wiatrem!  -  Wykrzyczałam,  pamiętając  udzieloną  mi 

przez  Głos dawno temu lekcję. -  Idźcie z w  zgodzie z naturą! -  Kieł! 

Weź Akilę! 

Złapałam  Totala  i  przycisnęłam  go  do  swojej  piersi.  Widziałam 

jak  Kieł  złapał  Akilę  i  wiedziałam  że  ciężko  mu  będzie  ją  utrzymać. 

Wtedy,  upewniając  się  że  wszyscy  są  ze  mną,  rozłożyłam  odrobinę 

skrzydła i whoosh! 

background image

Złapałam wiatr i rzuciło mną w stronę holu jak samolotem. 

- Auć! Auć! Boże… - Nie widziałam gdzie lecę, więc kierowałam 

się  znakami  prowadzącymi  do  wyjścia.  Obejrzałam  się  żeby  się 

upewnić,  że  wszyscy  są  i  nikt  nie  został,  i  byli,  bez  goniącego  nas 

Gozena czy UD. - Lećcie z wiatrem! - Wykrzyczałam znowu.  

Wtedy  zobaczyłam,  czym  kończy  się  hol:  balkonem,  który  był 

cały  przeszklony.  Szkłem  huragano  -  odpornym.  Na  którym 

prawdopodobnie rozbijemy się jak muchy na szybie. 

- Czekajcie! Odwołuję to! Nie lećcie z wiatrem! - Wykrzyknęłam, 

desperacko starając się wyhamować. 

Ale oczywiście było już za późno. 

 

Rozdział 57 

MIAŁAM  NADZIEJĘ,  ŻE  UBERDYREKTOR  nie  zapłacił 

jeszcze  temu  kto  budował  jego  wieżowiec,  ponieważ  te  tak  zwane 

huragano  -  odporne  okna,  tak naprawdę  ani  trochę  nie  były  odporne. 

Noo  może  wytrzymały  by  malutki  huraganek.  Taki  z  wolnymi 

wiatrami. Myślę, że powinien wziąć swoje pieniądze z powrotem. 

Zamiast rozpłaszczyć się na tych oknach, po prostu przelecieliśmy 

przez  nie,  ponieważ  wyssało  je  zanim  ich  dotknęliśmy.  Kosze  na 

śmieci, rośliny, krzesła, a nawet niektóre biurka latały dookoła nas. To 

było jakbyśmy wylądowali w pralce Boga, nastawionej na wirowanie. 

Trzymałam Totala tak mocno jak mogłam, i zostaliśmy wyrzuceni 

z  taką  siłą  jakiej  nigdy  wcześniej  nie  doświadczyłam.  Powietrze 

uleciało  mi  z  płuc.  W  sekundzie,  Total  i  ja  byliśmy  przemoczeni.  W 

background image

porównaniu do deszczu, uderzały we mnie krople wielkości gradu tak 

twarde  jak  diamenty.  Czułam  się  jakby  kłuło  mnie  tysiące  igieł. 

Przyciągnęłam  skrzydła  z  całych  sił,  zostawiając  je  tylko  troszkę 

rozpostarte z nadzieją, że to pozwoli mi sterować. Gdyby trzymała je 

rozłożone najprawdopodobniej by mi je wyrwało. 

Kiedy się obejrzałam, naliczyłam piątkę dzieci ptaków, wszystkie 

walczyły z wiatrem. Kieł i Iggy trzymali Akilę. Kuks, Gazik i Angela 

związali się razem, co było mądre, ale na pewno bolesne. 

- Do bani! - Wykrzyczał mi Total do ucha. 

Nie  czułam  potrzeby  żeby  mu  odpowiedzieć.  To  było 

stwierdzenie  retoryczne  roku.  Ale  myśląc  o  tym,  nie  mogłam 

uwierzyć, że wciąż żyjemy. Nie powinniśmy byli tego przetrwać. 

Nikt  nie  powinien.  Czy  stawaliśmy  się  silniejsi?  Zaczęłam  się 

zastanawiać,  kiedy  zdałam  sobie  sprawę  ze  ciągle  mogliśmy  zostać 

rozerwani na kawałeczki. 

Czując się na wpół zemdlała z powodu braku tlenu, a także jakby 

moja  skóra  była  odrywana  od  mojej  twarzy  i  dłoni,  zaczynałam 

oczekiwać  ze  zobaczę  domek  Dorotki  mogący  się  pojawić  w  każdej 

chwili  -  i  nagle  zrobiło  się  dużo  spokojniej,  i  zaczęłam  spadać. 

Szybko. 

Moje  uszy  otoczyła  cisza.  Otworzyłam  usta  w  zdziwieniu. 

Spojrzałam  w  górę  i  zobaczyłam…  białe  chmury  i  niebieskie  niebo. 

Nie czułam na sobie deszczu ani gradu. Wszystko ciągle latało jak w 

pralce, ale to było bardziej jak program suszący, nieźle. 

- Spadamy - Powiedział mi Total. 

background image

- Ach, tak, faktycznie.  

Ostrożnie  rozłożyłam  skrzydła,  czując  jak  łapią  wiatr. 

Popatrzyłam  znów  w  górę  i  zobaczyłam  jak  moje  stado  jedno  za 

drugim wypada ze ściany chmur. 

- Jesteśmy w oku burzy! - Wykrzyczałam i wskazałam dół.  

Nie wiedziałam jak duże jest oko - może kilka mil średnicy? Ale 

chciałam  z  tego  skorzystać.  Kontrolując  schodzenie  w  dół, 

podleciałam nad zwaloną autostradę, i wylądowałam. Oba końce drogi 

były zanurzone w wodzie - kto wie jak głęboko? 

Zakrywając  oczy,  spojrzałam  na  Kuks,  Gazika  i  Angelę, 

wykończeni  walką,  niezdarnie  wylądowali.  Angela  upadła na kolana, 

starając  się  chronić  swoje  ramię.  Podeszłam  do  nich,  i  podczas 

rozwiązywania ich liny sprawdziłam czy z nimi wszystko dobrze. 

Wtedy wylądował Iggy, a za nim Kieł. 

- Gdzie jest…? - Zaczęłam, i wtedy zobaczyłam twarz Kła.  

Obejrzałam się na Iggy’ego: miał ten sam tragiczny wyraz twarzy. 

Akila była dla nich za ciężka. Nie dali rady jej utrzymać. 

Serce  ścisnęło  mi  się  boleśnie.  Co  powiemy  Totalowi?  Siedział 

teraz  na  boku,  dysząc  ze  zmęczenia,  ale  w  każdej  chwili  mógł  sobie 

zdać sprawę że miłość jego życia zaginęła… O Boże. 

- Gozen. 

Podniosłam  szybko  głowę  i  spojrzałam  w  miejsce,  które 

wskazywał Kieł. Wysoko, wysoko nad nami, Gozen i co zaskakujące, 

Uber-Dyrektor latali wymachując dziko, dość blisko oka. 

background image

Nagle,  zalała  mnie  furia  -  za  śmierć  Akili,  za  złamanie  ramienia 

Angeli, za to ze próbowali nas sprzedać, i za wszystko co zrobili nam 

ludzie  jak  on,  co  uwierzcie  jest  dość  długa  listą.  W  sekundzie 

wystartowałam w górę, lecąc tak szybko jak mogłam. 

 

Rozdział 68 

GOZEN  BYŁ  OWINIĘTY  wokół  Uber-Dyrektora,  co  było 

jedynym  powodem,  dla  którego  UD  nie  rozpadł  się  na  kawałki.  Ale 

nawet  z  odległości,  w  jakiej  byłam  mogłam  zobaczyć,  że  waga 

Gozena działała przeciw niemu: oboje byli rzucani przez wiatr wokół 

oka. Widziałam jak UD krzyknął.  

- Nie puszczaj! - mimo że nie mogłam tego usłyszeć.  

Ale  wielkie  palce  Gozena  się  ześlizgiwały,  a  jego  ciało  i  twarz 

wyglądały jakby je ktoś podziurawił. Oczy Gozena spotkały moje jak 

tylko podleciałam, co dziwne były brązowe.  

- Pomóż mi, - wymamrotał. 

- Nie wydaje mi się - Odpowiedziałam kopiąc go w ramię.  

To  było  wszystko,  co  zrobiłam  -  kopnęłam  go  w  ramię  w 

odpowiedzi na to co on zrobił Angeli - a jego uścisk wokół UD osłabł 

i  Gozen  spadł  w  dół,  jego  twarz  ciągle  miała  tylko  jeden  wyraz: 

okrucieństwo. 

Złapałam  krzesło  UD.  Jakiś  płyn  wyciekał  z  jego  pudełek,  jego 

ludzkie oczy osadzone w jego ludzkiej twarzy były przerażone. 

background image

-  Kontroluję  więcej  niż  możesz  sobie  wyobrazić  -  Wydyszał.  -

Mogę  cię  zrobić  tak  bogatą,  że  nawet  sobie  nie  wyobrażasz.  Mogę 

zapewnić ci ochronę do końca Twoich dni. Tylko mnie uratuj. 

Gdybym  była  normalną  osobą,  zawahałabym  się.  Nie  jestem 

mordercą. Znaczy, nie zabijam umyślnie. Ale on był maszyną, czyjaś 

osobowość została zamknięta w bio - mechanicznym ciele. 

Plus, był totalnym dupkiem. 

- Nie powinieneś istnieć - Powiedziałam puszczając go. 

Nie  patrzyłam,  ale  jestem  pewna,  że  pudełka  rozpadły  się 

groteskowo  w  kilka  chwil,  i  że  jego  szczątki  latały  jeszcze  chwilę  w 

powietrzu. Ale nigdy nie zobaczyłam żadnej jego części ponownie. 

Wyleciałam  z  oka,  ciesząc  się,  że  jestem  wolna  od  gradu  i 

deszczu,  i  leciałam  nisko  dopóki  nie  zobaczyłam  stada.  Musieliśmy 

uciec z tego huraganu zanim uderzy w nas drugi koniec oka.  

Podchodząc  do  lądowania,  zobaczyłam  ich  zgromadzonych 

wokół,  Totala  który  leżał  na  ziemi  szlochając.  Głaszcząc  Totala 

zdrową ręką miała łzy w oczach. Jego małe czarne skrzydełka, ciągle 

niezdolne do lotu, ale każdego dnia coraz większe, trzepotały smutnie. 

Stanęłam niedaleko, oddychając ciężko, ledwo przyjmując fakt, że 

Gozen  i  Uber-Dyrektor  byli  martwi.  Biedna  Akila.  Biedny  Total. 

Potrząsnęłam głowę, czując się okropnie. 

Angela spojrzała w górę.  

- Akila - Powiedziała marszcząc brwi. 

- Wiem kochanie. Przykro mi. 

- Nie - Akila - Powiedziała wskazując niebo. 

background image

-  Huh?  -  Było  wszystkim,  co  zdążyłam  powiedzieć  zanim  80 

funtowy  Malamut  spadł  z  nieba  prosto  na  mnie,  powalając  mnie  na 

wystarczająco zmaltretowny tyłek. 

-  O  Boże  -  Wyjęczałam.  Ciało  Akila  troszkę  mi  ciążyło.  Trzeci 

raz  tego  dnia  powietrze  uleciało  mi  z  płuc.  Chwilę  mi  zajęło  zanim 

mogłam je zassać powoli z powrotem. - Akila! 

Wszyscy  się  zbliżyli,  a  Kieł  rozwarł  powieki  Akila  i  przyłożył 

ucho do jej piersi żeby zobaczyć czy jest tętno. 

- Żyje - Powiedział akurat jak Akila zamrugała słabo. 

- Uh, możecie ją ze mnie zdjąć? - Powiedziałam, ledwo mówiąc. 

Czułam  jakby  ktoś  mi  przywalił  ciepłym,  lekko  mokrym, 

osierścionym workiem cementu. 

-  Akila!  -  Zapłakał  Total  zszokowany.  -  Akila!  Myślałem,  że 

straciliśmy cię na zawsze!  

Zaczął  gorliwie  lizać  jej  pysk.  Pomyślałam  bleeee,  ale  Akili  się 

najwyraźniej podobało, bo obróciła głowę w stronę Totala. 

I proszę. Znowu razem. 

 

Rozdział 69 

POSTANOWILIŚMY  ZOSTAĆ  wewnątrz  oka,  poruszając  się 

razem  z  nim  dopóki  burza  nie  osłabnie  na  tyle  żebyśmy  mogli 

polecieć.  W  miarę  jak  lecieliśmy  nad  zgliszczami,  zdałam  sobie 

sprawę, co tak naprawdę oznacza dla świata globalne ocieplenie. 

-  Miałeś  rację  -  Powiedziałam  cicho  do  Kła  lecącego  obok.  -

Globalne ocieplenie to coś, co musimy powstrzymać. 

background image

-  Co  to  było?  -  Zapytał  głośno  Kieł,  tworząc  z  dłoni  trąbkę 

dookoła ucha. - Co powiedziałaś? Czy mogłabyś powtórzyć? 

Spojrzałam na niego kwaśno.  

- Co teraz mądralo? Powiem Ci że pomysł powroty na Antarktydę 

średnio mi się podoba. To było jak życie w środku ogromnej lodówki. 

-  Myślałem,  że  moglibyśmy  zdobyć  coś  do  jedzenia,  a  potem 

powinniśmy zadzwonić do Dr. Martinez - Zasugerował. 

Uśmiechnęłam  się  szczerze  po  raz  pierwszy  od…  Nie  wiem  od 

jak dawna.  

- Świetny plan. 

 

Rozdział 70 

Waszyntgon, DC. 

-  Zaraz  zwymiotuję  -  Wyszeptałam  do  Kła,  wycierając  spocone 

dłonie o jeansy.  

- Poradzisz sobie - Odszepnął. - Zawsze sobie radzisz. 

- Umrę - Jęknęłam. 

-  Nie  możesz  umrzeć  -  Powiedział,  z  nutką  humoru  w  głosie.  -

Jesteś niezniszczalną Max. 

- Nigdy nie mierzyłam się z niczym aż tak trudnym.  

Tak,  może  i  brzmiałam  jak  żałosne  dziecko.  Ale  wolałam  o  tym 

myśleć jako o pokazywaniu swojej miękkiej strony. 

- Max? - Moja mama stanęła w drzwiach, uśmiechając się.  

Była  ubrana  elegancko  i  wyglądała  ślicznie.  Byłabym 

szczęściarzem,  gdybym  wyrosła  na  taką  kobietę  jak  ona.  Co  zgaduję 

background image

byłoby  dość  utrudnione  przez  to  że  nie  czuje  się  zbyt  dziewczęco. 

Spojrzałam  w  dół  na  moją  bluzkę  i  jeansy.  Mama  wspaniałomyślnie 

przywiozła mi ładną sukienkę, ale kiedy ją założyłam, poczułam się - 

nie wiem. Odsłonięta? Jakbym się nie mogła ruszać albo walczyć. 

Cóż, wszyscy mamy wady. 

Przynajmniej moje ubrania były czyste. Co z tego że mój T - shirt 

przedstawiał  Bar  Guero’s  Taco  w  Texasie.  Na  to  miałam  narzucony 

tradycyjnie, przyduży płaszcz - po co kongres miał się gapić na moje 

skrzydła? 

Tak,  Kongres.  Oto,  moje  życie  w  pigułce:  Wielu  złych  ludzi 

chciało mnie zabić, albo sprzedać, ale użyć do różnych złych celów, a 

tu proszę,  oto  stałam ja,  rozprawiająca  o  globalnym  ociepleniu przed 

Kongresem Stanów Zjednoczonych. Czasami życie płata figla. 

- Okej, masz swoje notatki? - Brigid Dwyer przyszła i wygładziła 

kilka zmarszczek mojego płaszcza, jakby to miało w czymś pomóc. 

- Tak - Podniosłam plik papierów.  

Brigid, Michael i inni naukowcy z  Wendy  K. pomogli mi ułożyć 

przemówienie. Wszyscy z wyjątkiem Briana. On okazał się kolejnym 

szpiegiem UD. Siedział  w  więzieniu. Zawsze był jeden - albo  w tym 

przypadku dwóch - w każdym towarzystwie. 

-  Myślę,  że  są  gotowi  -  Powiedziała  mama  wskazując  otwarte 

drzwi.  Mogłam  usłyszeć  podniesione  głosy  dochodzące  ze  środka  i 

zamarzyłam sobie żeby Kapitol nie miał dachu, żebym mogła uciec w 

każdej chwili. 

background image

-  Oto  Twoja  misja  -  Powiedział  Jeb  uśmiechając  się  do  mnie.  -

Wypełniasz ją właśnie teraz, będąc tutaj. 

Przytaknęłam,  wzięłam  głęboki  wdech  i  rzuciłam  ostatnie 

spojrzenie na stado. Byli ustawieni w szeregu, czyściutcy, wyglądając 

na lekko onieśmielonych i zdenerwowanych. Angela pomachała mi z 

uśmiechem, a ja odmachałam. 

Czas na przedstawienie. 

 

Rozdział 71 

MOJE RĘCE SIĘ TRZĘSŁY. Mikrofon naprzeciw mnie wydawał 

się  za  duży,  i  bałam  się,  że  jeśli  podejdę  za  blisko  to  wyda  ten 

przenikliwy piszczący dźwięk. Szkoda, że nie mogłam nikogo pobić i 

po prostu zwiać. 

Oczyściłam gardło i spojrzałam na swoje przemówienie. 

- Dziękuję za to, że mnie tu dziś państwo zaprosili - Powiedziałam 

brzmiąc  jak  nie  ja.  -  Jestem  tutaj,  aby  pomówić  o  rzeczach,  które 

widziałam i których doświadczyłam.  Jestem tu, ponieważ ludzie stali 

się  rasą  potężniejsza  niż  kiedykolwiek.  Zdobyliśmy  księżyc.  Nasze 

zboża  potrafią  przetrwać  choroby  i  zarazy.  Możemy  zatrzymać  i 

pobudzić do życia ludzkie serce.  I udało nam się wyprodukować tyle 

energii żeby oświetlić wszystko począwszy od żarówek poprzez domy 

i budynki, do samolotów. Stworzyliśmy nowy rodzaj ludzi, takich jak 

ja. 

-  Ale  za  to  wszystko  -  Kontynuowałam  -  gatunek  ludzki  musi 

jakoś zapłacić. Nikogo to nie ominie. 

background image

Usłyszałam  pokasływanie  i  szeptanie  z  tłumu.  Spojrzałam  na 

swoje notatki, i wszystkie te małe czarne słowa zlały się w jedno. Nie 

mogłam czytać tego dalej. 

- Słuchajcie - Powiedziałam - Jest masa oficjalnych rzeczy, które 

mogłabym  zacytować  albo  wrzucić  na  ekran  przy  pomocy 

PowerPointa. Ale to, co musicie wiedzieć, to, co świat musi wiedzieć, 

to  to,  że  niszczymy  naszą  planetę,  w  taki  sposób,  jakiego  nikt  sobie 

wcześniej nie wyobrażał. 

-  Mówię  o  tym,  ze  widziałam  większą  część  naszej  planety, 

jedynej  planety,  jaką  mamy.  Jest  tyle  pięknych  i  niesamowitych 

rzeczy.  Wodospady  i  góry,  gorące  źródła  otoczone  lodem  i  śniegiem 

sięgającym  tak  daleko  jak  okiem  sięgnąć.  Piękne  plaże  z  piaskiem 

białym jak śnieg. Pola i wzgórza pełne kwiatów. Miejsca gdzie ocean 

uderza o skaliste wybrzeża, tak jak to robi przez setki tysięcy lat. 

-  Widziałam  również  betonowe  miasta  bez  ani  grama  zieleni.  I 

rzeki,  których  powierzchnia  była  zanieczyszczona  ropą.  Zwierzęta, 

które  giną  teraz,  w  tym  momencie.  Niedawno,  przeżyłam  jeden  z 

najgorszych 

huraganów, 

jakie 

kiedykolwiek 

odnotowano. 

Spowodowała  go  nieoczekiwana,  drastyczna  zmiana  klimatu,  którą 

spowodowaliśmy… my. Ludzie. 

Nagle przypomniałam sobie chwytliwą (irytującą) piosenkę, którą 

słyszałam na okrągło w jednej z niedzielnych bajek – tej, która miała 

uczyć dzieci o Konstytucji. Słowa przemowy, które były cytowane w 

piosence same pojawiły się w mojej głowie.  

background image

- Jesteśmy ludźmi Stanów Zjednoczonych, - Zaczęłam. - Naszym 

celem  jest  stworzenie  idealnej  Unii,  w  której  prawo,  spokój  i 

możliwość  obrony,  które  propagował  generał 

Welfare,  są 

codziennością. Naszym celem jest dbałośc o przestrzeganie Świętego 

Prawa  powstałego  dla  naszej  ochrony,  zapisanego  na  kartach 

Konstytucji  dla  Stanów  Zjednoczonych  Ameryki.  [Tekst  brzmiał 

trochę inaczej, ale po prostu nie dałem rady inaczej go przetłumaczyć 

;c. Gomene dop. Tłumacza]. 

Na  Sali  zapadła  cisza.  Powiodłam  wzrokiem  po  wszystkich  tych 

twarzach.  

-  Idealna  Unia?  Podczas  kiedy  ogromne  firmy  robią,  co  chcą, 

komu  chcą,  a  inni  ludzie  żyją  w  tunelach  metra?  Gdzie  jest 

sprawiedliwość?  Dzieci  w  Ameryce  codziennie  chodzą  do  lóżka 

głodne, podczas kiedy inni ludzie wydają po 140 dolarów na fryzjera. 

Tak jak to robił generał Welfare? Czy generał Welfare zanieczyszczał 

rzeki toksycznymi odpadami, zabijając wszelkie życie? 

-  Krajowy spokój? Spaliście kiedykolwiek  w  lesie, który  właśnie 

wycinają? 

Dźwięk 

pił 

mechanicznych 

prześladowałby 

was 

tygodniami.  Święte  Prawo?  Tak,  właśnie  korzystam  z  jego  części. 

Wolność słowa, używam go po to aby powiedzieć wam, którzy tworzą 

prawo, że ziemia na której stoicie, domy w których mieszkacie, dzieci 

które tulicie na dobranoc, są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. 

Wzięłam  głęboki  wdech,  który  mnie  trochę  uspokoił.  Stado  stało 

dookoła  mnie,  mama  i  Jeb  stali  z  boku.  Spojrzałam  na  mamę, 

wyglądała  na  taką  dumną.  Miałam  nadzieję,  że  Angela  nie  zmieniła 

background image

się  w  rajskiego  ptaka, a  Kuks nie  sprawia,  że  długopisy  latają  wokół 

niej.  I  jeśli  Bóg  istnieje,  to  Gazik  nie  zamierza  pokazać  Kongresowi 

swojej nowej umiejętności. 

- Każdej minuty, każdego dnia, samochody produkują tony spalin. 

Fabryki  zanieczyszczają  powietrze,  wodę  i  ziemię  toksynami. 

Wycięliśmy  miliony  mil  kwadratowych  lasów,  lasów  deszczowych  i 

pól.  Co  oznacza  stratę  roślin  i  zwierząt,  i  podnosi  ryzyko  pożarów, 

powodzi  i  zanieczyszczenia  powietrza.  Tylko  przez  to,  co  robimy  na 

co  dzień,  co  tworzymy,  podnosimy  temperaturę  całej  atmosfery.  A 

mamy  tylko  jedną!  Co  zamierzacie  zrobić,  kiedy  ją  doszczętnie 

zniszczymy?  Czy  damy  radę  wstrzymać  oddech  na  wystarczająco 

długo dopóki nie stworzymy nowej? 

Nikt nie odpowiedział. 

- Problem jest tutaj i teraz - Mówiłam dalej. - 9 z 10 najgorętszych 

lat  jakie  zanotowaliśmy  wydarzyły  się  za  mojego  życia. Mam  14  lat. 

Więcej albo mniej. Zanotowano zmiany pogodowe na całym globie - 

tornada, huragany, tajfuny, susze, pożary, tsunami. 

-  Ogrzewamy  nasza  planetę  i  topimy  lodowce.  Wystarczy,  że 

stopi  się  piętnaście  procent,  niezliczone  rzeki  i  strumienie  wyleją  a 

potem  wyschną,  przez  co  setki  tysięcy  ludzi  umrze  z  głodu  i 

pragnienia.  Poziom  wody  podniesie  się  z  4  stóp  do  może  nawet  20. 

Jak wiele z waszych ulubionych wakacyjnych miejsc zostanie zalane? 

Chcecie  oglądać  Wieże  Eiffel’a  z  kajaka?  Macie  jakieś  domki 

plażowe?  Pocałujcie  je  na  do  widzenia.  I  to  nie  za  200  lat.  Wkrótce. 

Może nawet w tym życiu. 

background image

Przełknęłam  ślinę  i  zamarzyła  mi  się  butelka  wody  albo  kostka 

lodu.  

- Możemy odwrócić tą katastrofę, nawet, jeśli toniemy i myślimy, 

że zrobiliśmy wszystko co można było, a spójrzmy prawdzie w oczy, 

nie  zrobiliśmy.  Mały  procent  was  wróci  do  domu  i  coś  zrobi,  ale 

reszta ludzi to zignoruje, mając nadzieje, że umrą zanim zrobi się źle. 

Ale są rzeczy, które mogą pomóc choć trochę. Które zrobią różnicę. 

- Stany Zjednoczone mogłyby zaakceptować traktat Kioto. Prawie 

każdy  kraj  oprócz  nas  i  Australii  to  zrobiło.  Jak  możemy  być  tak 

twardogłowi? Czekajcie -  nie odpowiadajcie. Wiem, że nie mamy nie 

wiadomo ile czasu. 

-  Generalnie,  musimy  zacząć  zwracać  więcej  uwagi  na  to  co 

robimy, 

co 

kupujemy, 

skąd 

kupujemy. 

Zacząć 

używać 

energooszczędnych  żarówek.  Gdyby  każdy  dom  w  Ameryce  zastąpił 

choć  jedną  żarówkę  na  energooszczędną,  to  byłoby  jakby  z  ulic 

zniknęło milion samochodów. Spójrzmy prawdzie w oczy, jak trudne 

to jest? Mogę to policzyć, a nigdy nie byłam w szkole! 

-  Rozejrzyjcie  się  za  innymi  źródłami  energii.  Wiatr,  woda, 

energia  słoneczna  -  co  roku  kompanie  płacą  biliony  dolarów  żeby 

uniknąć  odpadów.  Co  gdyby  wzięli  mały  procent  z  tych  pieniędzy  i 

kupili za to kilka wiatraków? 

-  Właśnie  teraz,  wszyscy  patrząc na Amerykę  widzą  ogromnego, 

twardogłowego,  produkującego  tony  zanieczyszczeń  potwora.  A 

Szwecja wygląda czysto i porządnie. Gdzie tu logika? 

background image

-  Czemu  my  nie  możemy  tacy  być?  Pokazać  reszcie  świata  jak 

dbać  o  środowisko?  Czemu  my  ludzie  nie  możemy  się  bardziej 

zaangażować  i  pomóc  oczyścić  nasze  ziemie,  wody  i  powietrze? 

Czemu  nie  możemy  wziąć  pieniędzy  przeznaczonych  na  tak  głupie 

cele jak wojny i użyć ich do lepszych celów? 

- Jestem po prostu dzieckiem, i to nawet nie normalnym. Ale jeśli 

ja  mogę  coś  zrobić,  to  czemu  nie  wy?  Macie  zamiar  czekać  do 

momentu, w którym woda podmyje wam nogi? 

Skończyłam  gwałtownie.  Mówiąc  prawdę,  mogłabym  mówić  i 

mówić. Mogłabym ich trzymać na tyłkach cały dzień podając kolejne 

fakty.  Ale  miała  nadzieje,  że  przynajmniej  część  tego  co 

powiedziałam zostaniem w głowach i da do myślenia. 

To wszystko, co mogłam zrobić żeby ratować świat. 

 

Epilog 

JAK ŹLE MOŻE BYĆ? 

 -  Weee,  świetna  szkoła  w  północnej  Wirginii  -  Wymamrotał 

Iggy. - Jak źle może być? 

- Jestem pewna, że nic okropnego ani groźnego nie stanie nam się 

podczas pobytu tutaj. - Powiedziałam brzmiąc na znacznie pewniejszą 

siebie niż byłam. 

Oto byliśmy w Akademi Ye Olde dla Mutantów i Innych Dzieci. 

Chwilę  po  mojej  wartej  Oskara  przemowie  do  Kongresu,  mama 

powiedziała  ze  jakieś  ważne  osobistości  stworzyły  dla  nas  szkołę. 

background image

Właściwie wszyscy byliśmy gotowi żeby wrócić i zrelaksować się na 

bezhuraganowej  plaży  przez  jakiś  czas,  ale  mama  i  Jeb  poprosili nas 

żebyśmy dali szkole szansę. Więc o to jesteśmy. 

Była  ceremonia  z  całym  tym  przecinaniem  wstęgi,  i  kiedy 

pojawiły  się  te  wszystkie  limuzyny  pełne  grubych  ryb  zdałam  sobie 

sprawę, że to była poważna akcja. 

Plus, moja mama, przyrodnia siostra Ella, Jeb, i kilku naukowców 

z  Wendy  K.  byli  tam,  z  rozpromienionymi  twarzami.  Nie  wiem  kto 

założył  ta  szkołę  (właściwie  nazywana  Szkoła  Lerner  dla 

Utalentowanych  Dzieci  -  myślałam  że  Lerner  to  jakiś idiom  czy  coś, 

ale okazało się że Lerner to jakiś gość który wybulił masę kasy), i nie 

wiem czemu ktoś kto nas zna myślał że zabawimy tu dłuższa chwilę, 

ale hej! Starałam się! 

Więc  oto  stoimy,  moje  stado,  Angela  z  prawie  zdrowym 

ramieniem,  całkowicie  wypoczęta  Akila  (niestety  ciągle  ważyła  80 

funtów,  co  sprawiało  niesamowity  problem  żeby  przenieść  ten 

sierściasty  zadek  kiedy  gdzieś  lecieliśmy),  skrzydła  Totala  ciągle 

rosły, a wczoraj udało mu się unieść przednie łapy na kilka cali.  

Prawie zapomniałam o Antarktydzie - nie o tej zimnej części, ale 

o  tej  w  której  byliśmy  bezpieczni  (oczywiście  pomijając  fakt  że  nas 

porwano),  i  znaczenie  pracy  którą  tam  odwaliliśmy.  Brakuje  mi 

pingwinów. A lampartów morskich? Nie tak bardzo. 

Wszyscy byliśmy czyści. A wspominam o tym tylko, dlatego że to 

coś  nowego  i  innego.  Aparaty  błyskały  wszędzie  dookoła  nas.  Nasze 

założenie  -  trzymaj  się  nisko  i  bądź  anonimowy  -  poszło  na  spacer. 

background image

Przeżyłam wspaniałe chwile z mamą i Ellą, i nie mówcie nikomu, ale 

czułam ulgę, że Brigid zostaje na Antarktydzie a Kieł ze mną.  

Zastanawiałam się, czy sprowadzili jakieś inne zmutowane dzieci, 

które  spotkałam  w  Szkole  albo  siedzibie  Itexu.  Zawsze  było  mi  ich 

szkoda.  Wyglądały  na  samotne,  jakby  nie  mieli  własnego  stada  czy 

rodziny, albo celu w życiu. 

-  A  teraz,  bez  dalszego  ociągania.  Przedstawiam  państwu  Szkołę 

Lerner’a dla Utalentowanych Dzieci! - Major tego małego miasteczka 

wystąpił  do  przodu  i  przeciął  wstęgę  rozstawioną  przed  głównym 

wejściem  nienormalnie  dużymi  nożyczkami,  które  nie  nadawały  się 

do niczego innego oprócz tego. Wstążka opadła na ziemię a wszyscy 

zaczęli bić brawo i robić zdjęcia. 

Max? 

Przez chwilę nie zwracałam uwagi, po czym zdałam sobie sprawę, 

że  to  był  mój  Głos,  ten  gadający  w  mojej  głowie.  (Zastanawiam  się 

czy to zdanie kiedykolwiek przestanie brzmieć tak dziwnie). 

Co? Pomyślałam. 

Wiem,  że  jesteś  w  środku  czegoś  ważnego,  i  nie  lubię  Ci 

przerywać, ale mam dla Ciebie kolejną misję. 

Huuuh?  O  czym  Ty  gadasz?  Właśnie  wykonałam  swoją  misję!  I 

prawie umarłam! Dziesiątki razy! 

Max,  Max,  Max,  powiedział  głos  w  ten  swój  irytujący  sposób. 

Świat jeszcze nie jest uratowany, prawda? Masz robotę do zrobienia. 

Teraz,  wydostań  się  stamtąd,  i  podam  Ci  współrzędne  miejsca,  do 

którego masz się udać. 

background image

Cóż.  Pakowałam  się  w  nieznaną,  pewnie  trudną,  raczej  zabójcza 

misję,  nie  wiedząc  gdzie  będę  albo  co  będę  robić,  z  dala  od  tego 

nowego,  lśniącego  budynku  szkoły,  bez  wątpienia  pełnego 

wypastowanych  podłóg,  czyściutkich  ławek  i  Maców  na  każdym 

kroku.  Spróbujcie  kiedyś  powiedzieć  że  ja,  Maximum  Ride,  migam 

się od obowiązków. 

- Chodźcie ludzie - powiedziałam do stada. - Musimy iść. Więcej 

świata do uratowania. I całe to nauczanie musi poczekać. 

Kuks popatrzyła z ulgą, a Gazik powiedział: 

- Dzięki Bogu. 

- Max? - Zapytała mama. 

Uścisnęłam ją i dałam szybkiego całusa, tak samo Elli. 

-  Obowiązki  wzywają.  -  Powiedziałam.  -  Dam  Ci  znać  gdzie 

jestem. Dziękuję za wszystko. 

„Kocham  cię”  było  jej  jedyną  odpowiedzią,  ponieważ  jest 

najfajniejszą mamą na całym tym pokręconym świecie. 

Wiele  aparatów  i  kamer  skierowało  się  na  naszą  szóstkę, 

trzymającą  Totala  i  Akile,  która  jak  myślę  była  najcięższym 

Malamutem świata, wzięło rozbieg, rozwinęło skrzydła i wzleciało  w 

niebo, tak po prostu. 

Moje  serce  wypełniło  się  wolnością i  czułam  jakby  miało  mi  się 

wyrwać z piersi. 

Dziękuję za dotrwanie do końca, mam nadzieje że tłumaczenie nie 

było tak kiepskie i nie zgrzytałeś zębami co drugie słowo ;c