background image

Maria Ewa Letki

OD DZIŚ ZA TYDZIEŃ
Ilustrowała Maria Orłowska-Gabryś

Nasza Księgarnia Warszawa 1988

■pPW-
© Copyright by Instytut Wydawniczy „Nasza Księgarnia", Warszawa 1988

V)

АШ2
яь.

Dzień był chłodny, nad ziemią snuła się mgła, a wieża czerwonego kościoła była 

ledwie widoczna, chociaż kościół dzieliły tylko trzy ulice od kamienicy, w 
której mieszkała Ania Jacak.

Tego dnia po powrocie ze szkoły Ania od razu zabrała się do lekcji. Po południu 
miała z przyjaciółmi pójść nad jezioro za miastem. We wrześniu było tam bardzo 

pięknie, a poza tym w szkole dowiedziała się, że w nocy wiatr zburzył jedną ze 
starych chat rybackich. Wszystkim wydawało się, że chaty są trwałe i cierpliwe 

jak świat, a tu nagle okazało się, że chatę zmógł zwykły wiatr, ten sam, który 
szarpie za szalik czy rozwiewa włosy.

Ania poskładała książki i zeszyty i postanowiła jeszcze coś zrobić, żeby mama 
była zadowolona. Lubiła sprawiać mamie drobne niespodzianki. Odrobić wcześniej 

lekcje, podlać kwiatki albo je umyć.
—  Albo odkurzyć mieszkanie — powiedziała głośno i przypomniała sobie, że 

wczoraj mama mówiła coś o kotach pod meblami i o posiwiałym dywanie. Mama tak 
śmiesznie czasami mówiła. Zamiast zawołać: „Czas tu posprzątać!", spoglądała na 

dywan i mówiła zamyślonym głosem: „Aleś posiwiał, biedaku!", i dopiero wtedy 
wyciągała odkurzacz.

Ania odkurzała w najlepsze dywan w pokoju mamy, gdy zadźwięczał dzwonek u drzwi.
—  Kto tam? — zawołała i wyłączyła odkurzacz.

5
Pobiegła do przedpokoju i wyjrzała przez wizjer. Zobaczyła obcą twarz, 

zniekształconą trochę przez szkło.
—   Kto tam? — powtórzyła. A wtedy usłyszała:

—  To ja, twój tata.
. Było w tym coś niesamowitego. Ania po jednej stronie drzwi, tata po drugiej, a 

Ania boi się otworzyć, bo nie poznała swego taty.
—   Otwórz, córeczko — poprosił tata.

Ani poplątały się ręce, kiedy zdejmowała łańcuch, i poplątał jej się język z 
wrażenia. Taty nie widziała osiem lat i wcale się go nie spodziewała. Prawdę 

mówiąc, często zupełnie o nim zapominała, jakby była dziwnym dzieckiem, które 
nigdy nie miało taty. Zdążyła się już przyzwyczaić do tego, że niektóre rodziny 

składają się z rodziców i dzieci, a niektóre tylko z mamy i córki.
Otworzyła wreszcie drzwi.

—   Córeczko — powiedział tata i przestąpił próg, a Ania cofnęła się trochę.
Tata zamilkł, ale i tak powiedział dużo w porównaniu z Anią, która nie mogła 

wydusić z siebie słowa. Przywitali się w milczeniu. Tata patrzył na Anię, a ona 
schyliła głowę jak koza, która zaraz kogoś zaatakuje. Tata pocałował ją w czoło 

i przygarnął do siebie, ale bardzo dziwnie. Samą tylko głowę przycisnął do 
kurtki, jakby chciał, żeby sprawdziła, że bije mu serce albo że jego kurtka jest 

trochę
wilgotna.

Gdyby nie kuchenny budzik, staliby tak długo. Nagle zadzwonił, bo Ania nastawiła 
go na porę wstawiania ziemniaków. Dla tego budzika miała dużo serca. Brakowało 

biedakowi jednej nóżki. Kiedy zaczynał dzwonić, przewracał się na twarz i skakał 
po całym blacie stołu, dopóki się nie wydzwonił. Wydawało się, że chce coś 

powiedzieć, a tylko potrafi „drrr..."

background image

6

—   On tak zawsze — powiedziała Ania i poszła do kuchni wyłączyć budzik.
Tego dnia budzik zamiast zadzwonić na porę wstawiania ziemniaków, zadzwonił na 

porę powitania taty.
Ania podniosła głowę i spojrzała tacie prosto w oczy. Nie wytrzymał spojrzenia i 

opuścił wzrok.
—  Twoja kurtka jest wilgotna — zauważyła. — Powieś ją na wieszaku. Pachnie 

podróżą — dodała węsząc.
—   Kiedy wysiadałem rano z pociągu, było bardzo wilgotno i mglisto — powiedział 

tata. — Paliły się latarnie, chociaż był już dzień. Ludzie tracili się z oczu.
—   Dlaczego przyszedłeś dopiero teraz? — zapytała. — Jeżeli przyjechałeś rano!

Wtedy tata powiedział coś bardzo dziwnego:
—  Nie miałem odwagi.

Ania nigdy przedtem nie pomyślała, że dorosły może nie mieć odwagi na zrobienie 
czegokolwiek.

„A ja przez ten czas siedziałam w szkole i nie wiedziałam, że tata jest w 
mieście — pomyślała. — To tak jak w zabawie w »zimno — ciepło«. Tata krążył, 

krążył, aż dotarł do celu".
—  Pewnie jesteś głodny — powiedziała obrzucając ojca uważnym spojrzeniem. — Z 

całą pewnością jesteś głodny i chce ci się pić. Mnie po podróży zawsze chce się 
pić. Chodź do kuchni, zaraz będzie obiad,

Tata pogłaskał Anię i szepnął, że jest prawdziwą gospodynią, jeżeli kogoś z 
podróży pyta, czy nie jest przypadkiem głodny.

—   Idź do kuchni, tato — powtórzyła Ania. — Muszę schować odkurzacz. Kiedy nikt 
nie słyszy, mówię do niego „Kuzia". Kuzia, do nogi! — zawołała i powlokła 

odkurzacz do schowka. — Tylko się nie śmiej — poprosiła. — Ludzie mają taki 
obrzydliwy zwyczaj, że kiedy czegoś nie rozumieją albo coś wydaje im się dziwne, 

zaczynają się śmiać
7

albo  wzruszają  ramionami.   Wzruszenie  ramionami  jest jeszcze gorsze niż zły 
śmiech.

—  Nie będę się śmiał i nie będę wzruszał ramionami, nie ma się z czego śmiać.
Tata przez cały czas przygryzał dolną wargę i odgarniał włosy z czoła, chociaż 

były krótko ostrzyżone. Wyglądał jak bardzo zdenerwowany człowiek. Ania poczuła, 
że też jest zdenerwowana, tylko że u niej objawiało się to inaczej. Zaczynała po 

prostu bardzo szybko i chaotycznie mówić. Było to męczące, po kilku minutach 
nerwowej paplaniny zaczynały ją piec policzki, szczypać oczy, ale przestać nie 

mogła. Musiała powiedzieć wszystko do końca. Teraz opowiadała tacie o tym, że 
bardzo nie lubi wracać do pustego domu. Jest jej wtedy markotno i musi, naprawdę 

musi do odkurzacza mówić Kuzia, a o kuchennym budziku myśleć jak o czymś żywym.
—  Zauważyłam... — trajkotała czując, że policzki już zaczynają ją palić. — 

Wydaje mi się czasami, że jeżeli lubi się przedmioty, to one stają się jakby 
ważniejsze i zaczynają naprawdę żyć. Nie uważasz?

—  Tak, też tak uważam — odrzekł ojciec.
—  Dla odmiany budzik — zaczęła Ania i przerwała, bo nie mogła sobie 

uprzytomnić, dlaczego powiedziała „dla odmiany", skoro zaczęła właśnie od 
budzika. Zapaliła zapałkę, ale zapałka zgasła. Teraz zaczynały ją szczypać oczy. 

Odkręciła gaz, a dopiero potem zapaliła zapałkę, ale zanim przytknęła zapałkę do 
palnika, zakręciła gaz.

—  Oboje jesteśmy zdenerwowani — odezwał się tata. — Usiądź spokojnie i opowiedz 
o sobie.

Zapalił gaz, postawił na palniku garnek z ziemniakami i odwrócił się czekając, 
aż Ania zacznie opowiadać. Ania myślała gorączkowo, od czego zacząć.

—  Zacznij od koleżanek — poradził tata. — Masz przecież jakieś koleżanki. Potem 
ja opowiem ci o sobie.

8
—  Dobrze — zgodziła się Ania. Przyszło odprężenie. Zapomniała o palących 

policzkach i szczypiących oczach. — Mam koleżankę, Izę. To moja najlepsza 
koleżanka. Bardzo ją lubię, i ona też zbiera muszle. Ale jej zbiór jest 

ładniejszy niż mój, bo jej tata... — Ania przerwała, zawsze najbardziej 
zazdrościła Izie, gdy pokazując nową muszlę Iza mówiła: „Tata przywiózł ją z 

ostatniej podróży".
—  Bo jej tata dużo podróżuje — dodała szybko i znów zaczęła się zastanawiać, co 

powiedzieć dalej. Ponieważ zawsze wierzyła, że kiedyś zobaczy swego tatę, 

background image

czasami wyobrażała sobie, jak będzie wyglądało to spotkanie. Ale prawdziwe 

spotkanie bardzo odbiegało od jej wyobrażeń. Nie wiedziała, na czym polega 
różnica, ale wyraźnie ją czuła. Może tata powinien zrobić coś takiego, co 

ośmieliłoby ją bardziej? On jednak był mało rozmowny. Stał oparty o zlewozmywak 
i patrzył. Może też był onieśmielony? Sam powiedział przecież, że nie miał 

odwagi wcześniej przyjść.
—  Może zrobić ci kanapkę? — Ania zerwała się z krzesła, gotowa zrobić tysiąc 

kanapek, byleby tylko zaczęło się dziać coś zwykłego, co pomogłoby przetrwać 
pierwsze chwile powitania, tak bardzo odbiegające od wyobrażeń. — Zaraz ci 

przygotuję kilka kanapek.!
—  Nie jestem aż tak głodny — powiedział tata i dodał ciszej: — Powiedz, 

cieszysz się, że przyjechałem?
—  Tak — kiwnęła głową Ania. — Nie potrafię ci tego dokładnie wytłumaczyć, ale 

to bardzo dziwne nie mieć ojca.
I znów wyszło nie tak, jak trzeba. Chciała powiedzieć, że to bardzo 

nieprzyjemnie nie wiedzieć nawet, jak wygląda tata. Mama spaliła albo starannie 
schowała wszystkie dawne zdjęcia. Nazwała to zerwaniem z przeszłością. I nagle 

tata jakby oderwał się od przeszłości, przeskoczył osiem lat i przyjechał. Ania 
pomyślała: „Mam mamę i tatę", zamiast: „Mam mamę, a tatę może gdzieś i mam, ale 

nie wiem
9

gdzie, nie wiem, jak wygląda. Może jak nasz pan od wuelu, może jak pan 
listonosz, a może jak jeszcze ktoś inny. Podobno jestem do niego podobna, ale 

jak wyobrazić sobie dorosłego człowieka z twarzą dziewczynki?" Uśmiechnęła się. 
Teraz już wiedziała, jak wygląda tata. Był ładny i ubrany młodo.

Rozmyślając tak i przyglądając się tacie, poczuła prawdziwą radość. Prawie taką 
samą, jaką sobie wyobrażała.

—  Bardzo się cieszę, tato — powiedziała zsuwając się ze stołka i podchodząc do 
ojca. — Naprawdę.

Tata pochylił się nad Anią w taki sposób, że wyglądali jak dziewczynka i 
rozpięty nad nią parasol.

Teraz zaprowadziła tatę do swojego pokoju, żeby zobaczył, jak ona mieszka. Tak 
zawsze zaczynała znajomości z nowymi koleżankami. Prowadziła je do swojego 

pokoju i pokazywała ulubione rzeczy. Tata uważnie oglądał zbiór muszli w 
szklanej gablotce na ścianie. Wszystkie były bardzo piękne, nawet te 

najskromniejsze.
—  A tu są moje maskotki — powiedziała. — Trzymam je chwilowo w koszyku, bo nie 

mam półki.
Wysypała na tapczan zawartość koszyka, a tata oglądał je wszystkie i o każdej 

umiał coś powiedzieć.
—- Ten ludzik wygląda na zaspanego — powiedział biorąc do ręki małego 

człowieczka uszytego ze skórki. — A ta dziewczynka to chyba dziewczynka z 
zapałkami?

Ania przyjrzała się maskotce. Rzeczywiście, to była dziewczynka z zapałkami. 
Dotychczas sądziła, że jest to mała kwiaciarka, ale teraz wskazujący palec taty 

pokazał drobniutkie przedmioty, które dziewczynka trzymała w pudełku zawieszonym 
na szyi. To były małe, skórkowe zapałki.

—   A to? — zapytał tata. — Kto to jest?
—  Jak to? — zdumiała się Ania. — Przecież to Cali-neczka. Siedzi na kwiatku.

Tata nie bardzo pamiętał, kim była Calineczka, więc
10

opowiedziała szybko całą bajkę i dodała, że jest to jedna z jej najulubieńszych 
bajek i mama czytywała ją często, zanim Ania nauczyła się czytać.

Tata wyraźnie zmarkotniał. Wstał z tapczanu, przygładził włosy, obciągnął sweter 
i przespacerował się kilka razy po pokoju. Ania wodziła za nim oczami.

—   Czy coś się stało? — zapytała. — Czy powiedziałam coś złego?
—  Nie — pokręcił głową tata. — Niczego złego nie powiedziałaś. Po prostu 

przypomniałem sobie, że od ośmiu lat nie przeczytałem ci ani jednej bajki, a 
teraz jesteś za duża na to, żeby ci czytać.

—  To prawda — zgodziła się Ania. — Ale nic nie szkodzi. Mógłbyś mi za to zrobić 
półkę na maskotki. Taką samą, jak ma Iza.

Przed oczami stanął jej znany obrazek: Iza odkurza swoją piękną półkę, która 
jest właściwie zwykłą półką, ale Iza mówi, że zrobili ją tata i dziadek. Teraz 

półka Izy wydała się Ani bardzo zwyczajna w porównaniu z półką, jaką ona będzie 

background image

miała.

—  Taką, tatusiu, z zabezpieczeniem — powiedziała. — To znaczy niech z przodu 
biegnie listewka, żeby maskotki nie spadały.

—  Niech biegnie — roześmiał się tata. — Czy półka twojej koleżanki ma taką 
właśnie listewkę?

—   Nie ma — powiedziała Ania. — I właśnie dlatego chcę, żeby moja miała. — 
Zawstydziła się, bo przyszło jej do głowy, że tata odgadł jej myśli. Raz jeden 

chciała mieć coś lepszego niż Iza.
—   Zrobię ci taką bezpieczną półkę, że wytrzyma trzęsienie ziemi — obiecał 

tata. — Przetrwa nawet kamienicę. Wyobraź sobie, że kamienica mogłaby się 
zawalić, a półka będzie wisiała w powietrzu, bez ściany. I będzie wisiała tak 

długo, aż przyjdą strażacy, pozdejmują maskotki i dopiero wtedy półka spadnie.
11

Ani zapiszczało w gardle z radości. Wprawdzie nie chciała, żeby dom się zawalił, 
ale obraz, jaki przed nią odmalował tata, świadczył o tym, że rozumie, o co 

chodzi. Półka nad półkami, lepsza niż wszystkie inne razem wzięte.
—   Dobra — powiedział tata. — A teraz chodź do mnie. Usiadł na tapczanie,  a 

Ania siadła mu na kolanach.
Trwało chwilę, nim dokonała pewnego odkrycia. Otóż na kolanach taty siedziało 

się zupełnie inaczej niż na kolanach mamy. Ania, chociaż miała już jedenaście 
lat, lubiła posiedzieć na kolanach mamy, zwłaszcza wieczorem, na chwilę przed 

zapaleniem światła. Mrok już był w pokoju, próbował uśpić sprzęty i cały dom, a 
mama i Ania siedziały cichutko i udawały, że też za chwilę usną. Mama głaskała 

Anię po głowie i szeptała: „Moja córeczka", a Ania odmrukiwała: „Tak mi teraz 
dobrze, mamusiu!" To były chyba najmilsze chwile z całego dnia. Potem zapalały 

światło i wieczorny mrok krył się po kątach.
Na kolanach mamy siedziało się jak na dwóch podusze-czkach, bo mama była 

pulchna, tata natomiast chudy jak Pinokio. „Pinokio — pomyślała Ania. — 
Wędrownik Pinokio, który uciekł od Dżepetta, ale potem wrócił i wszystko było 

dobrze, bo Dżepetto mu wybaczył". Odwróciła głowę i patrzyła na tatę z bliska. 
Był zdecydowanie inny niż mama. Szerszy w ramionach i miał inną skórę na twarzy. 

Dotknęła policzka taty. Był chropowaty jak ściereczka do szorowania garnków.
—  Nie ogoliłem się — powiedział tata. — Nie było gdzie.

—   Aha — kiwnęła głową Ania i nie przestawała na niego patrzeć. Włosy miał 
krótkie, a mama miała włosy do ramion. Czasami nakręcała je na plastikowe 

lokówki. Bardzo śmiesznie wtedy wyglądała.
—   Dlaczego tak mi się przyglądasz? — zapytał tata. — Coś nie tak?

12
—  Wszystko w porządku — odrzekła Ania. — Ale jesteś zupełnie inny niż mama.

—  To zrozumiałe — uśmiechnął się tata i przytulił Anię. — Mama jest kobietą, a 
ja jestem mężczyzną.

„Tak, właśnie — pomyślała Ania. — Mama jest kobietą, tata — mężczyzną, a ja 
jestem dziewczynką". Poczuła, że obrazek wypełnił się. Znalazła się na nim 

postać, której brakowało.
W tym momencie przypomniała sobie mamę. Co powie mama? Przecież zerwała z 

przeszłością. Ale może jednak da się przekonać? Wiele razy mówiła, że daje się 
przekonać, jeżeli ktoś dokładnie wyłoży swoje racje. Spojrzała na tatę. Był 

zamyślony.
—  Posłuchaj, tato — zaczęła. — Ja wiem, że wy jesteście rozwiedzeni.

—  Tak — odrzekł tata. — Od dawna. — I znów się zamyślił.
W tym momencie Ania postanowiła porozmawiać bardzo poważnie z mamą i wyłożyć jej 

swoje „racje".
—   O Boże, tato! — zawołała nagle. — Zapomnieliśmy o ziemniakach.

Pobiegli szybko do kuchni. W garnku bulgotała zawiesista ciecz pachnąca 
ziemniakami. Kuchenny budzik drzemał na szafce.

—   Czy można to uznać za kartoflankę? — zapytał tata zaglądając do garnka.
Ania roześmiała się. Tata nie miał najmniejszego pojęcia o gotowaniu, w 

odróżnieniu od mamy, która była bardzo dobrą kucharką.
—  To są po prostu rozgotowane ziemniaki — powiedziała. — Zaraz ugotujemy 

makaron.
Zdążyła tylko wstawić wodę, kiedy usłyszeli chrobotanie klucza w drzwiach.

—  To mama — szepnęła Ania i od razu poznała, że
13

tata znów jest zdenerwowany. — Nie bój się. Mama wysłucha moich racji. Zawsze 

background image

wysłuchuje. Pójdę do przedpokoju.

—  Nie, razem pójdziemy — powiedział tata i wziął Anię za rękę.
Mama otwierała już drzwi.

—  Ty tu poczekaj! — rozkazała Ania i pobiegła do przedpokoju wołając: — Mamo, 
mamusiu, tatuś przyjechał!

W pierwszej chwili mama nic nie powiedziała. Zamknęła za sobą drzwi, postawiła 
torbę z zakupami, a dopiero potem spojrzała na Anię.

—  Dziecko, co ty pleciesz? — zapytała. Poruszyła tylko ustami, prawie nie 
wydając dźwięku. Ania bardziej domyśliła się, niż usłyszała pytanie.

—  Naprawdę. Jest w kuchni. Rozgotowały nam się ziemniaki i właśnie wstawiliśmy 
wodę na makaron.

Mama odsunęła Anię na bok i weszła do kuchni. Tata ciągle tkwił tam, gdzie go 
Ania zostawiła. Jego twarz wyrażała zdumienie. Ania dostrzegła to, zanim mama 

zdążyła powiedzieć:
—  Aniu, idź do swojego pokoju. A do taty:

—  Co pan tu robi?
Ania aż przymknęła oczy ze strachu. A więc jest aż tak źle, że mówi do niego 

„pan". Po prostu nie chce go znać.
—  Ja ci zaraz wszystko wytłumaczę... — zaczęła.

—  Aniu, proszę iść do swojego pokoju — powtórzyła mama, i to takim głosem, że 
Ania jak mysz prześliznęła się obok i znikła za drzwiami swojego pokoju. 

Najpierw podeszła do okna, a potem wróciła do drzwi i stała tam, bo miała 
nadzieję, że ją zawołają i będzie mogła wszystko wytłumaczyć. Rozmawiali 

przyciszonymi głosami. Przyłożyła twarz do szyby w drzwiach. Szyba była zimna, o 
nie-

14
równej powierzchni. Ania jeździła po niej nosem w prawo, w lewo. Kiedy mówiła 

mama, Ania przesuwała nos w jedną stronę, a kiedy mówił tata, nos wędrował w 
drugą stronę. Mama i tata bez przerwy powtarzali imię „Ania". „Może mama się 

boi, że tata przyjechał po mnie i ja z nim odjadę" — pomyślała. Szybko otworzyła 
drzwi i weszła do kuchni.

—  Ja wszystko zaraz wytłumaczę — zaczęła. — To jest tak, mamo. Tata przyjechał 
i jest. Ja wiem, że jesteście rozwiedzeni, ale chcę tylko, żeby tata przychodził 

mnie odwiedzać i żeby zrobił mi półkę. Ja z tatą nie odjadę.
—  Aniu, to nie są twoje sprawy! — zawołała mama.

—  A właśnie, że moje! — rozeźliła się Ania. — Czyj to tata? Twój czy mój?
Mama nic nie odpowiedziała. Ciężko usiadła przy kuchennym stole, opierając głowę 

na rękach.
—  Gotuje się woda na makaron — zauważyła Ania. Tata odwrócił się i wyłączył 

gaz.
—  Posłuchaj... — zaczął.

Ania była zdecydowana niczego nie słuchać. Nic ją nie obchodziło poza jednym. 
Nie dopuścić, żeby tata znów odjechał. Wszystko, tylko nie to.

—  Niczego nie będę słuchała — mruknęła. — Wszystko wiem i wszystko rozumiem. 
Nie pozwolę ci odjechać.

Była zdziwiona swoim własnym głosem. Zabrzmiał bardzo stanowczo i mocno. Ani 
mama, ani tata nie zareagowali na ten nakazujący ton.

—  Przecież możesz, tatusiu, mieszkać oddzielnie. A gdzie ty będziesz mieszkał? 
— zainteresowała się.

—  U pewnego wdowca — odpowiedział tata. — W małym domku z czerwonej cegły, 
który wygląda jak z bajki, ale w ogrodzie od frontu stoi wielki słup 

telegraficzny i psuje całość. Ale teraz już muszę iść. Twoja mama jest 
zdenerwowana.

16
Tata był już w drzwiach, gdy Ania coś sobie przypomniała.

—  A półka? Mógłbyś wziąć miarę na półkę? Pobiegła do pokoju mamy po centymetr 
krawiecki i pomogła tacie wziąć miarę na półkę.

—  Tylko koniecznie z listewką — szepnęła, kiedy tata był już w drzwiach. — Nie 
martw się, tato. Mama cię nie lubi, ale ja bardzo będę cię lubiła. I chcę cię 

widywać, tatusiu! Gdybyś... Gdybyś teraz znów odjechał... Gdybyś teraz... — 
plątała się.

Tatuś ścisnął ją mocno za rękę.
—  Aniu — szepnął. — Powiedz, gdzie mam jutro czekać.

—  Koło fontanny, na skwerku — odpowiedziała szybko Ania.

background image

Potem tata wyszedł. Ania poczekała, aż skrzypną drzwi klatki schodowej, i 

dopiero wtedy zamknęła drzwi mieszkania. Zabrała z przedpokoju torbę z zakupami, 
ale nim zaniosła ją do kuchni, zatrzymała się na moment. Od powrotu mamy tata 

stał się jakby inny. Przecież to niemożliwe, żeby przestraszył się jej. Jak 
można przestraszyć się takiej dobrej mamy? Dlaczego więc tak bardzo się zmienił? 

Nie umiała znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Zaniosła do kuchni zakupy i zaczęła 
je układać w lodówce.

Mama siedziała przy kuchennym stole i paliła papierosa. Twarz mamy wydała się 
Ani obca. „Och, Boże! — westchnęła Ania. — Dlaczego oni tak się nie lubią? Muszą 

się nie lubić, bo inaczej mama nie siedziałaby z oczami wlepionymi w ścianę, tak 
jakby mnie tu nie było".

—  Hej, mamusiu! — szepnęła Ania. — Odrobiłam lekcje, odkurzyłam mieszkanie. Czy 
mogę po obiedzie pójść z Izą i Grześkiem nad jezioro? I nie patrz tak, mamusiu!

—  Przepraszam — ocknęła się mama. Uśmiechnęła się, ale to nie^gie^jWy, 
codzienny uśmiech. Kąciki ust unio-

fy   filia     i\
2 — Od dziś /ф.Нчіхіеп   -«             sl 

17
sły się w górę, ale oczy dalej były gdzieś zapatrzone. Ani zrobiło się^ 

nieswojo. Mama patrzyła tak, jakby za Anią ktoś stał.
—  Mamusiu! — pisnęła Ania. — Nie lubię, kiedy tak patrzysz. Słyszysz, ja się 

boję. — I rozpłakała się.
Za chwilę siedziała już na kolanach mamy, mama spoglądała na nią czule, twarz 

miała smutną, ale smutną zwyczajnie.
—  Nie martw się, mamo — powiedziała Ania. — Ja i tak ciebie lubię najbardziej 

ze wszystkich ludzi na świecie, ale przecież nie szkodzi, jeżeli będę lubiła 
jeszcze kogoś. Czy po obiedzie...

—  Możesz iść nad jezioro, tylko nie wracaj późno, bo...
—   Bo będziesz się niepokoiła — dokończyła Ania. Dobrze znała swoją mamę i 

wiedziała, co mama ma zamiar
powiedzieć. Mama znała córkę i wiedziała, że chata rybacka ciągle jest 

interesująca, ale teraz Ania chce iść nad jezioro przede wszystkim po to, żeby 
spotkać się ze swoimi przyjaciółmi i powiedzieć im, że tata przyjechał.


Jezioro leżało za miastem. Ania lubiła myśleć, że jezioro i miasto tak jakby 

trzymają się pod rękę, ze strachu, że ktoś mógłby je rozdzielić. Jezioro wąską 
odnóżką wciskało się w miasto i właśnie tam, wiele lat temu, pobudowano chaty 

rybackie. Żeby do nich dojść, trzeba było przeciąć na skos plac przed budynkiem 
straży pożarnej. Strażacy myli właśnie samochód. Po nierównej powierzchni 

torowały sobie drogę strużki wody, stawały się kosmate, wsiąkały w grunt. Po 
każdym myciu strażackiego wozu plac wyglądał jak wielka mapa pokazująca rzeki i 

dorzecza. Ania zatrzymała się. Wyraźnie widziała Wielką Missisipi. Przypomniał 
się jej Grześ marzący o dalekich podróżach i przyspieszyła kroku.  Przecież jemu 

i Izie niosła wielką wia-
18

domość. Jak wicher przeleciała ulicą prowadzącą nad jezioro i zatrzymała się na 
szczycie skarpy. W dole leżało senne, spokojne jezioro. Po plaży spacerowali 

ostatni wrześniowi wczasowicze. Słońce powolutku chowało się za jeziorem, a 
ruiny zamku krzyżackiego na wyspie wyglądały bardzo dostojnie.

Usiadła na szczycie skarpy i odpychając się rękami zaczęła zjeżdżać w dół. 
Spódniczka poddarła się jej do góry. Ania poczuła dotknięcie zimnej trawy i 

zapach surowej ziemi i naraz wszystko wydało się jej uroczyste. Zjechała ze 
skarpy i jej półbuty zaryły się miękko w piach. Grześ i Iza już ją dostrzegli.

—   Spóźniłam się! — zawołała zdyszana. — Czy już ją uprzątnęli?
—  Nie — odpowiedziała Iza. — Dopiero zastanawiają się, co zrobić. Gdyby wiatr 

całkiem ją zmiótł, to co innego, ale on ją tylko przewrócił. — Iza zamilkła. Jej 
pyzata twarz była zadumana. — Ona wygląda tak, jakby uklękła, bo nie miała siły 

stać dłużej — dodała szeptem.
Grześ pokiwał głową za znak, że zgadza się z każdym słowem Izy. Wszyscy troje 

pobiegli do kępy drzew. Chata naprawdę wyglądała jak wielkie stworzenie, które 
upadło i nie ma siły wstać.

—  Powinni ją tak zostawić — Ania usłyszała głos Grzesia. — Może jezioro by ją 
zabrało? W końcu była to chata rybacka, a nie jakiś tam zwykły domek.

Spojrzeli w kierunku jeziora.

background image

—   Za daleko — szepnęła Ania. — Oni ją po prostu rozbiorą.

Kilku mężczyzn naradzało się, co zrobić z resztkami chaty. Jeden z nich podniósł 
wysoko bosak, dźgnął nim w dach i chata zapadła się.

—   Umarła — powiedział Grześ żałośnie. — Szkoda. W końcu dorośli zdecydowali, 
że chatę należy spalić.

19
—  Ja idę — Ania odwróciła się gwałtownie.

—  Ja też! — zawołała Iza.
Żadne z dzieci nie chciało patrzeć na wielki ogień, który wystrzelił wysoko w 

niebo. Nastrój zmienił się. Byli przygnębieni. Bardzo lubili chaty, a w tej 
właśnie schronili się przed deszczem nie dalej jak miesiąc temu. Wyglądała tak 

bezpiecznie.
—  Miała takie śliczne, małe okienka — chlipnęła Iza. — I taki ładny zamek przy 

drzwiach. Zupełnie jak z bajki. — Iza rozpłakała się na dobre. Ocierała oczy, 
siąkała nosem.

—  Mażesz się jak baba — mruknął Grześ.
—  Bo nią jestem — pisnęła Iza.

—  Wyglądasz teraz jak gruba gąbka, która sama z siebie wyciska wodę — szepnął 
obejrzawszy się najpierw, czy nikt poza Anią nie słyszy. — Bierz przykład z Ani 

i ze mnie. Zachowujemy się jak prawdziwi mężczyźni.
Ania czekała, aż się pogodzą. Iza i Grześ musieli się zawsze wykłócić do końca. 

Ale nigdy nie rozstawali się pogniewani.
Usłyszawszy słowo „gruba", Iza rozpłakała się jeszcze bardziej. Była najgrubszą 

dziewczynką w klasie i nie mogła się z tym pogodzić, chociaż Ania do znudzenia 
opowiadała jej historię: „Była sobie gruba dziewczynka, która została modelką i 

wcale nie musiała się odchudzać, ponieważ wszystkim podobała się właśnie taka, 
jaka była". Po wysłuchaniu tej historii Iza zawsze powtarzała: „Tak, ale to było 

w dalekich krajach. U nas nikomu nie podobają się grubi, bo wszyscy chcą być 
szczupli". Jeżeli Grześ był przy tym, mówił: „Nie płacz, zabiorę cię kiedyś w 

dalekie kraje".
—  Zabiorę cię do dalekich krajów — powiedział Grześ podskakując. — Tylko nie 

wyj.
Byli pogodzeni i wreszcie Ania mogła powiedzieć to, co najbardziej powiedzieć 

pragnęła.
—  Posłuchajcie — zaczęła po małej chwilce. — Chcę wam

20
coś  powiedzieć.   Dziś  — w tym momencie poczuła, że serce bije jej mocno. — 

Dziś przyjechał mój tata.
Grześ zadrobił w miejscu nogami i otworzył usta ze zdumienia.

—   Nie żartujesz? — uśmiechnął się niepewnie.
—   Głupi — oburzyła się Ania. — Co w tym dziwnego, że wreszcie przyjechał? Czy 

myślicie, że ja na niego przestałam czekać, bo nic o nim nie mówiłam?
Iza patrzyła na Anię trzymając przy ustach chusteczkę. W jej głowie myśli z 

trudem układały się w logiczny ciąg. Omal nie powiedziała: „Jak to, przecież ty 
nie masz taty". Na myśl, że mogłaby strzelić takie głupstwo, nowe łzy zakręciły 

się jej w oczach.
—   Nieprawdopodobne — powiedziała. — Po tylu latach.

—   Mówisz jak twoja babcia, która urodziła twoją mamę mając czterdzieści lat — 
obruszyła się Ania. — Wszystkim, nawet panu Kapustnikowi, musi od czasu do czasu 

powiedzieć: „Nieprawdopodobne, po tylu latach".
Iza zaczęła tłumaczyć, że babcia jest już bardzo stara i ciągle jeszcze nie może 

nacieszyć się czymś, o czym przez długie lata myślała, że się nie wydarzy, a 
jednak się wydarzyło. Iza przypomniała sobie dzień, w którym ona i Grześ poznali 

Anię Jacak. To było cztery lata temu. Iza i Grześ obserwowali wyładowywanie 
mebli z samochodu. Na krawężniku siedziała dziewczynka, trzymając nogi na 

jezdni. Podeszli bliżej, spojrzeli jej w twarz i przekonali się, że dziewczynka 
płacze, a jednocześnie robi minę, którą nazwali „świńskim ryjkiem". Mina 

wymagała wielkiego kunsztu. Należało wessać mocno policzki, następnie wysunąć 
górną wargę i poruszać nią w górę i w dół. Dziewczynka robiła to bardzo szybko. 

Grześ zapytał, dlaczego płacze, a ona odpowiedziała, że nie chce mieszkać w tym 
mieście. Wtedy Iza zapytała, dlaczego wobec tego robi wesołą minę, jeżeli jest 

jej smutno. Dziewczynka odpowiedziała coś, co
21

zachwyciło Izę: „Daję znaki nowemu miastu". Zrozumieli, że nie jest całkiem 

background image

zdecydowana. Polubić nowe miasto czy nie?

Bardzo szybko zaprzyjaźnili się z Anią, ale dopiero po jakimś czasie powiedziała 
im, dlaczego tak bardzo nie chciała wyjeżdżać ze starego miasta. Bała się, że 

jej tata, gdyby zechciał nagle wrócić, mógłby nie trafić.
—  Pamiętacie, co ja wtedy powiedziałam, kiedy Ania przyjechała do naszego 

miasta? — zawołała Iza.
Ponieważ nie pamiętali, przypomniała im.

—   A więc ja wtedy powiedziałam — zaczęła głosem prorokini, której proroctwo 
spełniło się po latach — że jeżeli twój tata zechce wrócić, to znajdzie wasz 

nowy adres w biurze meldunkowym i przyjedzie.
—  No i przyjechał — odezwał się Grześ.

—   A ja mam dla ciebie niespodziankę — powiedziała Ania. — Przed strażą 
pożarną...

—  Nie mów! — zamachał rękami Grześ. — Wiem. — I poleciał oglądać swoją Wielką 
Missisipi.

—   Młodszy jest od nas tylko o dwa lata, a jaki z niego jednak dzieciak — 
powiedziała Iza z matczyną wyrozumiałością. — Nie to co my.

Teraz szły obok siebie jak dwie stateczne panie i milczały na temat powrotu taty 
Ani. Iza od czasu do czasu wtrącała uroczystym głosem, jakby składała Ani 

gratulacje:
—   Bardzo się cieszę, naprawdę bardzo się cieszę. Kiedy dotarły do straży 

pożarnej, Grześ w kucki przemierzał swoją Missisipi. Wysychała już.
—   Za późno przyszedłem — powiedział. — Ale nie idźmy jeszcze do domu. Chodźmy 

do pana Kapustnika. Jeżeli teraz pójdziemy do domu, to dzień jakby się skończył, 
a ja chcę, żeby trwał jeszcze trochę.

Ania uśmiechnęła się. Ona też chciała, żeby ten dzień
22

ciągnął się i ciągnął w nieskończoność. Wiedziała, że powinna już wrócić, bo 
zrobiło się chłodno i mama czeka w domu, ale przecież mama czeka zawsze, więc 

zgodziła się pójść do pana Kapustnika.
Kiedy wchodzili po kamiennych, wydeptanych schodkach, Iza szepnęła:

—  Powiemy mu?
Pan Kapustnik gotów był do zamykania sklepu, ale widząc trójkę zaprzyjaźnionych 

dzieci, wstrzymał się. Wysunął swoją śmieszną łysą głowę i powęszył chwilkę.
—   Dymem od was zalatuje — powiedział i to było powitanie, bo zawsze witał się 

w taki miły sposób, że można mu było wszystko opowiedzieć bez mówienia „dzień 
dobry" i pytania: „czy można wejść na chwilkę".

—   Spalili chatę rybacką — powiadomił Grześ.
Pan Kapustnik wpuścił ich do sklepu, sam stanął za ladą, jakby miał zamiar coś 

im sprzedać, a potem wybiegł zza lady i wrzasnął na cały sklep:
—   Dranie! Najpierw pozwolili, żeby taki zabytek niszczał, a teraz po prostu 

spalili! To miasto schodzi na psy. Przecież te chaty były takie stare, takie 
stare! — biadał. — Ale już ja się za to wezmę!

Od razu nabrali pewności, że pozostałe chaty ocaleją, bo pan Kapustnik nie 
rzucał słów na wiatr. Postawił na ladzie talerz kiszonej kapusty, najlepszej w 

całym miasteczku. Właśnie temu zawdzięczał swój przydomek, a to, że starego 
sklepikarza ubranego w przybrudzony fartuch nazywano „panem Kapustnikiem" 

zamiast zwyczajnie „dziadkiem Kapustnikiem", brało się stąd, że poruszał się 
wyłącznie taksówkami.

—   Ale teraz Ania coś powie — odezwała się Iza. — No, jazda, mów.
—   Mój tata dziś przyjechał — powiedziała Ania wkładając do ust długie kwaśne 

pasemko i pomyślała, jak przy-
23

jemnie jest wypowiadać słowa „mój tata". — Na zawsze — dodała trochę niepewnie, 
bo przecież nie rozmawiała o tym z ojcem.

Pan Kapustnik uniósł wysoko brwi i powiedział: „Hm", a potem jeszcze raz: „Hm", 
i jeszcze raz. Mówił tak ważąc w myśli usłyszaną wiadomość. Dzieciom wydawało 

się, że to „Hm" kładzie na wadze jak odważniki.
Ania była rozczarowana. Spodziewała się radości, czegoś miłego, a pan Kapustnik 

mówił tylko „Hm".
—  Muszę już iść — odsunęła od siebie talerzyk z kiszoną kapustą. — Mama czeka. 

— I wyszła zamykając starannie drzwi, jakby je sklejała z framugą.
Grześ i Iza pospieszyli za nią, a kiedy znaleźli się na zewnątrz, Ania 

wybuchnęła:

background image

—  Pan Kapustnik wcale się nie ucieszył! Więcej nie pójdę do tego sklepu.

—  On jest stary — łagodziła Iza. — I czasami już błądzi. U niej w domu 
dziwactwa starych ludzi nazywano błądzeniem.

Ania i Grześ mieszkali w jednej kamienicy, a Iza o bramę dalej. Najpierw 
odprowadzili Izę, a potem wrócili do siebie.

—  Pokażesz nam go? — zapytał Grześ. — Bardzo chciałbym go zobaczyć. A panem 
Kapustnikiem się nie przejmuj.

—  Bądźcie jutro po południu koło fontanny. Zobaczycie mojego tatę — powiedziała 
Ania.

Grześ poszedł do domu zastanawiając się, jak też może wyglądać tata Ani i co 
robił, kiedy go tu nie było. Może podróżował? Doszedł do wniosku, że chyba tak, 

bo tylko wielkie podróże mogą odciągnąć ludzi od rodziny. Nie przyjeżdżają, bo 
gdzieś daleko zatrzymuje ich coś ważnego, a pewnego dnia zaczynają tęsknić, 

tęsknią coraz mocniej i wracają do domu.
24


Po powrocie do domu Ania szybko zjadła kolację, jeszcze szybciej umyła się i 

wymknęła się do swojego pokoju. Myślała tylko o tym, żeby nie rozmawiać tego 
dnia z mamą, żeby nad niczym się nie zastanawiać. Podeszła do okna. To okno było 

bardzo dziwne, olbrzymie. W czasie wojny część kamienicy została zburzona, i 
nigdy jej nie odbudowano. W miejscu, w którym było okno, mieściły się kiedyś 

drzwi, a pokoik Ani był dawniej przedpokojem prowadzącym do dużego pokoju. 
Jeżeli przesuwało się rękę wzdłuż bocznych framug, aż do podłogi, wyczuwało się 

pod tynkiem zgrubienie.
Ania przykucnęła przy oknie, oparła łokcie na parapecie i postanowiła poczekać, 

aż do miasta nadciągnie mgła. Chciała, żeby było tak samo jak wczesnym rankiem. 
Mgła z pewnością już wkradła się na wysadzaną topolami ulicę prowadzącą nad 

jezioro. Za chwilę dotrze do parku, rozpełznie się po ulicach i będzie tak 
obwąchiwała miasto aż do rana. Zaczęła się zastanawiać, co teraz robi tata. 

Uznała, że pewnie czyta przed snem. Ona też postanowiła poczytać, ale nie 
zapaliła światła. Odszukała latarkę, wlazła pod kołdrę, zrobiła z niej daszek i 

zabrała się do czytania. Na myśl o tym, że robi to samo tata, ogarnęło ją 
wielkie wzruszenie. Bardzo pragnęła kogoś pocałować albo powiedzieć komuś coś 

miłego. Do mamy wolała nie iść, bo bała się, że mama tak jej wszystko 
wytłumaczy, że Ania zaraz zacznie myśleć: „Dlaczego przyjechał dopiero po ośmiu 

latach?" Wysunęła się cichutko z łóżka i odszukała koszyk z maskotkami. 
Zanurzyła w nim rękę i czule pogrzebała w środku.

— Niedługo będziecie miały swoją półkę — powiedziała w głąb koszyka.
Wróciła pod kołdrę, ale zaraz przypomniało jej się, że odwiedziła maskotki,  a 

muszli nie. To byłoby niespra-
25

wiedliwe. Muszle lubiła przecież tak samo jak maskotki albo trochę bardziej. 
Zajrzała więc do szklanej gablotki i teraz na dobre wróciła do łóżka. Zanim 

zasnęła, pomyślała: „Tato, nie czytaj już, bo jutro będziesz się nosem 
podpierał".

Rano, kiedy wychodziła do szkoły, mamy nie było. Na kuchennym stole leżała 
kartka ze spisem rzeczy do kupienia. Ania postanowiła dołożyć starań i kupić 

wszystko jak najlepsze.
Na podwórzu spotkała Grzesia. Doszli razem do rogu ulicy i tam się zatrzymali, 

żeby poczekać na Izę. Zawsze się spóźniała i zawsze się odgrażała, że któregoś 
dnia przyjdzie pierwsza, tak pierwsza, że poczeka na nich za wszystkie czasy. 

Grześ wyjął z kieszeni dwa kawałki gumy do żucia i zaczął żuć z pasją.
—   Wczoraj mama mi nakazała, żebym omijał sklep pana Kapustnika — powiedział. — 

Nie mogłem jeść kolacji, więc mama od razu powiedziała, że pewnie pan Kapustnik 
napasł mnie czymś słodkim. Widziałaś, że jadłem tylko kiszoną kapustę.

—   Widziałam — powiedziała Ania. — I co z tego? Mogę zaświadczyć, ale przecież 
twoja mama i tak wierzy tylko w swoje przeczucia.

—  Tak — zgodził się Grześ. — Każde zdanie zaczyna od słów: „Mani takie dziwne 
przeczucie". Miałem omijać sklep — zawołał — a ja właśnie przejdę tuż przy nim! 

— I przespacerował się tuż obok sklepu, tak blisko, że otarł się ramieniem o 
mur.

Ania roześmiała się. Grześ przechodzący tuż obok sklepu przypominał jej małego 
pieska., który obwąchuje róg domu.

W tym momencie z bramy wypadła Iza, a za nią Azor niosący w pysku torbę z 

background image

książkami. Azor był wielkim owczarkiem alzackim. Miał łagodne usposobienie, ale 

oczy lśniły mu czerwono i dlatego wszyscy odnosili się od Azora z sza-
26

cunkiem. Wystarczyło jedno czerwonawo lśniące spojrzenie, a człowiek truchlał i 
zaczynał mamrotać: „Dobry piesek, dobry". Izy nie odstępował na krok. Codziennie 

odprowadzał ją do szkoły, a po lekcjach czekał przed szkołą. Grześ mówił, że 
Azor nosi w sercu zegarek, bo inaczej skąd wiedziałby, o której godzinie Iza 

kończy lekcje. Ania i Grześ bardzo zazdrościli Izie Azora i traktowali go jak 
jeszcze jednego przyjaciela.

—   Spóźniłam się! — wysapała Iza. — Ale zobaczycie, któregoś dnia przyjdę 
wcześniej.

—   Cześć, Azor! — Ania przykucnęła przed psem, a Azor podał jej łapę. Przy 
każdym porannym powitaniu Ania składała na psim czole delikatny pocałunek i 

mówiła zawsze to samo:
—  Pocałunek wraz z pozdrowieniami od Króla Mórz. Brało się to stąd, że Azor był 

w górach, ale nie był jeszcze
nad morzem.

—  Pozdrowienia od Ducha Podziemi — powiedział Grześ klepiąc psa po karku.
Azor nie był również w podziemnym tunelu, który według Grzesia biegł od ruin 

zamku krzyżackiego na wyspie, pod dnem jeziora, pod miastem, aż do podziemi 
szkoły, do której chodzili. Grześ też tam nigdy nie był, ale łowił wszelkie 

informacje na ten temat i, jak to sam określał: „bywał w tunelu myślami".
Ruszyli do szkoły, ale było za późno, żeby iść przez park. Poszli zwyczajnie 

ulicą. Szkoła mieściła się w starym po-klasztornym budynku. Miał on w sobie tyle 
dostojeństwa, że na jego widok człowiek prostował plecy i szedł porządnie. Nawet 

Iza, która zazwyczaj człapała.
Przed bramą szkoły podzielili się. Grześ, rzuciwszy dyskretnie „cześć", zniknął 

w tłumie kolegów ze swojej klasy. Aż do końca lekcji i do głównej alejki w parku 
nie przyznawał się do Izy i Ani. Raz nazwano go babskim królem —

27
i bardzo go to zabolało. Azor, pogłaskany przez Anię i Izę, pomknął truchtem do 

domu.
Zaledwie zaczęła się pierwsza lekcja, Ania uciekła ze szkoły myślami. Rozmyślała 

o popołudniu, o spotkaniu z tatą. Powtarzano materiał z historii czwartej klasy 
i nikt nic nie wiedział poza Izą, która zaraz na początku lekcji swoim rzewnym 

głosem powiedziała, że były sobie plemiona słowiańskie. Tak, jakby żałowała, że 
były, już ich nie ma i nigdy nie będzie. Resztę wiadomości klasa ciułała 

wspólnie. Ani przypominało to wysupływanie ostatnich groszy, żeby cała klasa 
mogła zjeść jedną porcję lodów. Na pełne rozpaczy pytanie, kto stał na czele 

Księstwa Warszawskiego, Sławek odpowiedział, że chyba król babiloński. Rozległ 
się zdrowy śmiech, a od strony stolika nauczycielskiego śmiech przez łzy. Ania 

ocknęła się. Iza musiała jej szeptem objaśnić, z czego się śmieją.
Na geografii umiała podać definicję słowa „geografia", ponieważ przypomniał jej 

się tata, o którym myślała, że zanim do niej trafił, wędrował pewnie po świecie, 
a w definicji słowa „geografia" figurowały słowa: „o otaczającym świecie".

Na pozostałych lekcjach złościła się, że tak wolno płyną. Zerkając na zegarek, 
powtarzała w duchu: „Od tej godziny jeszcze tylko trzy godziny, jeszcze dwie, 

jeszcze jedna" — i wreszcie start! Ania wypadła ze szkoły jak wystrzelona z 
armaty, a ogromnie podniecona Iza za nią. Azor już czekał. Wracały przez park. 

Przy głównej alejce spotkały Grzesia. Iza i Grześ pomogli Ani zrobić zakupy, a 
torbę z zakupami niósł Azor. Z psiego pyska wisiały długie nitki śliny — wiatr 

poruszał nimi jak babim latem.
—  Jest mi dziwnie w żołądku — powiedziała Iza, kiedy się rozstawali. — To chyba 

ze zdenerwowania. U nas to rodzinne.
—  Mnie  też  jest  dziwnie  w  żołądku — odezwał się

28
Grześ — a twoją rodziną nie jestem. To chyba z ciekawości, bo strasznie jestem 

ciekaw taty Ani.
—   I mnie jest jakoś tak dziwnie — oznajmiła Ania i pomyślała, że są naprawdę 

przyjaciółmi, jeżeli w tej samej chwili czują to samo.
Grześ chciał wiedzieć, czy będzie już dziś mógł porozmawiać z tatą Ani, ale 

dziewczynka odrzekła, że dziś chyba jeszcze nie.
—  Oczywiście — poparła ją Iza. — On wszędzie wepchnąłby się pierwszy. Ja tam 

nie. Ja najpierw pytam o zgodę. Babcia mówi, że tak postępują ludzie naprawdę 

background image

dyskretni.

W domu Ania w wielkim pośpiechu dogotowała obiad, poukładała w lodówce zakupy i 
więcej już nic nie miała do zrobienia. Zaczęła się denerwować, bo przyszło jej 

do głowy, co będzie, jeżeli tata nie przyjdzie. Odpędziła tę myśl jak złą osę. 
Podlała kwiatki, bo mama zawsze mówiła, że pielęgnowanie kwiatków uspokaja 

nerwy. Jakoś tym razem nie pomogło.
Wreszcie wyszła. Przejrzała się jeszcze w wystawie sklepu pana Kapustnika i 

poszła prosto ulicą. Minęła szkołę i zatrzymała się, żeby trochę pomarudsić na 
wypadek, gdyby tata się spóźnił. Marudziła dziesięć minut. Bardzo się jej 

dłużyło, zwłaszcza że jedynym sposobem marudzenia było spacerowanie na 
czterometrowym odcinku ulicy. Kiedy minęło dziesięć minut, popędziła na skwerek 

tak szybko, jakby chciała nadrobić stracony czas. Taty jeszcze nie było, ale 
dopiero dochodziła trzecia. Ania skryła się za krzakiem jaśminu i stamtąd 

dostrzegła nadchodzących Izę i Grzesia. Weszli na skwerek i zaczęli spacerować 
tam i z powrotem. Obok Izy szedł trzymany na krótkiej smyczy Azor. Wyglądało to 

bardzo nienaturalnie. Od razu było widać, że na kogoś czekają. Ania wylazła zza 
krzaka, podeszła do nich i kazała im odejść trochę, bo przechadzają się jak na 

scenie.
30

—  Przecież wiesz, że jestem krótkowidzem — szepnęła Iza. — Zresztą wszyscy 
tutaj tak chodzą.

—   Chodzimy najzupełniej normalnie — odpowiedział Grześ. — Po prostu 
spacerujemy. Co według ciebie powinniśmy robić?

—  Nic — syknęła Ania. Sama dobrze nie wiedziała, co mają robić. — Może 
usiądziecie na ławce? — poradziła. — I niech Azor nie będzie taki napięty.

Usiedli na ławce, ale to też wydało się Ani nienaturalne, zwłaszcza że Azor 
czujnym spojrzeniem obrzucał wyloty trzech uliczek prowadzących na skwerek. 

„Powinien jeszcze łapą osłonić oczy przed słońcem — pomyślała zirytowana. — Skąd 
on wie, że na kogoś czekamy?" Już ich miała przesadzić na inną ławkę, gdy 

zobaczyła nadchodzącego tatę. Momentalnie zapomniała o przyjaciołach i pobiegła 
do taty wołając:

—  Tak się bałam, że nie przyjdziesz, chociaż przecież wiedziałam, że 
przyjdziesz! To bardzo dziwne, prawda? Wiedzieć, że coś się zdarzy, a 

jednocześnie bać się.
—   Umówiliśmy się na trzecią — powiedział tata spoglądając na zegarek. — Nie 

spóźniłem się.
—  Wiem — uśmiechnęła się Ania. — Ja po prostu nie umiem czekać. Pójdziemy na 

spacer?
—  Pójdziemy, gdzie zechcesz — powiedział tata. — Na spacer, nad jezioro. Możemy 

iść na ciastka, na lody, dokąd chcesz. 
,

Ania zastanowiła się. Chciała iść wszędzie. We wszystkie miejsca, w których 
bywała tylko z mamą.

—  Najpierw na lody, potem na ciastka, a potem nad jezioro. Mogę ci pokazać 
miasto.

—   Znam to miasto, Aniu — odpowiedział tata. — Przecież... To znaczy chciałem 
powiedzieć, że dziś je zwiedziłem. Jest bardzo ładne i chce się w nim mieszkać. 

— Rozejrzał się po skwerku. — No, prowadź.
31

Najważniejsze już Ania usłyszała. „Chce się w nim mieszkać". Według niej te 
słowa mogły oznaczać tylko jedno — tata zostaje. Wzięła go za rękę, ale zanim 

wyruszyli, obejrzała się. Iza i Grześ w pośpiechu zbierali się z ławki.
Tata i Ania najpierw poszli na lody, a potem do ciastkarni. Tata z 

niedowierzaniem patrzył, jak dwunastoletnia dziewczynka pakuje do żołądka 
ciastko za ciastkiem, popija lemoniadą, a przy każdym ciastku ma taką minę, 

jakby to było dopiero pierwsze.
Po wyjściu z ciastkarni Ani zrobiło się niedobrze. Tata zauważył kropelki potu 

na jej czole i skroniach.
—  Chyba za dużo zjadłam — wyjęczała. — Ale ze mną tak już jest. Dopiero kiedy 

zjem, czuję, że zjadłam za dużo.
Pobiegła na zaplecze ciastkarni, a po chwili wróciła trochę

blada.
—  Tak mi wstyd — powiedziała.

Tata wziął chudą rękę Ani i poszli główną ulicą miasta.

background image

—  Teraz pójdziemy nad jezioro — mówiła Ania. — Lubię spacerować, ale dotąd 

spacerowałam tylko z mamą albo z koleżankami i kolegami. Z tobą nigdy tędy nie 
szłam. Znane miejsca wyglądają teraz jak nowe. Bardzo cię lubię, tato!

Oczekiwała, że tata powie, że też ją bardzo lubi, ale niczego takiego nie 
usłyszała. Wydało jej się jednak, że mocniej ścisnął ją za rękę.

„Idę obok mojego taty — myślała Ania. — Mam go dopiero od wczoraj, a przecież 
miesiąc temu skończyłam dwanaście lat".

—  Tato? — zapytała. — Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni? Mnie się myli, 
kiedy tylko próbuję sobie coś przypomnieć.

Ojciec milczał.
32

—  Tato — powtórzyła Ania. — Powiedz. Ty przecież musisz pamiętać, bo jesteś 
dorosły.

—  Po raz ostatni widziałem moją córkę w lodziarni — odrzekł ojciec wolno.
W tym momencie wyminęła ich dwójka dzieci z psem. Chłopiec bezceremonialnie 

gapił się na tatę, a dziewczynka mrużyła oczy krótkowidza. Pies popatrzył na 
Anię i zamer-dał ogonem.

—  Aniu, czy to są twoi znajomi? — zapytał tata. — Już ich dziś widziałem dwa 
razy.

—  Skąd! — Ania w jednej chwili wyparła się Izy, Grzesia i Azora. — To pewnie 
spóźnieni turyści.

Ogarnęła ją złość. Mieli tylko popatrzeć, a nie włóczyć się za jej ojcem. 
Przecież po Azorze można ich poznać od razu. Dyskretna Iza!

Kiedy dotarli do mola, zobaczyła, że Iza i Grześ czekają oparci o balustradę. 
Odechciało jej się spaceru.

—  Chodź — powiedział tata. — Pokarmimy ryby. Tu są takie małe, ciemne rybki. Z 
góry wyglądają jak wielkie kijanki. Chciałem powiedzieć, że domyślam się, że są. 

W każdym prawie jeziorze są.
—  Tak — powiedziała Ania. — Są, ale nie lubię ich karmić. Przyzwyczajają się do 

jedzenia w jednym miejscu, a potem przychodzą wędkarze i bardzo łatwo je łapią.
—  Trudno — zgodził się tata. — Zresztą powinnaś już chyba wracać. Odprowadzę 

cię.
Ania miała łzy w oczach. Wszystko popsuli Iza i Grzesiek. Dopóki ich nie 

widziała, była po prostu na spacerze z ojcem, ale kiedy zorientowała się, że idą 
trop w trop, zmęczyła ją świadomość, że jest obserwowana.

Pożegnała się z tatą na rogu ulicy, a kiedy odszedł, poszła do parku. Wałęsała 
się bocznymi alejkami, zastanawiając się, czym to popołudnie różni się od 

dotychczasowych.
Dotychczasowe popołudnia były zwyczajne, pozbawione

' — Od dziś za tydzień 
33

większych emocji, wypełnione spotkaniami z Izą i Grześkiem, kinem, lekcjami, 
pomaganiem w domu. A teraz, zupełnie nagle, kilka godzin wcale nie pasujących do 

jej życia. Wszystkie inne dzieci wiedzą, o jakiej porze dnia będzie w domu 
ojciec, o jakiej mama, a o jakiej oboje, a ona zupełnie nie wie. Spróbowała 

wyobrazić sobie jutrzejszy dzień. Rano szkoła, potem drobne zakupy, powrót do 
domu, lekcje, spotkanie z tatą, bo umówiła się z nim na następny dzień. Coś w 

tym wszystkim było dziwnie niepokojącego, ale co? — zastanawiała się. „Przecież 
się cieszę. Z całą pewnością się cieszę. Więc co mnie tak męczy?"

Przypomniała sobie swoje własne określenie z dzieciństwa. Używała go, kiedy coś 
jej przeszkadzało. „Męczy mnie w bucie" — mówiła do mamy. „Męczy mnie w 

rękawiczce". „Teraz też coś mnie męczy" — pomyślała i nagle odkryła: tak bardzo 
nie przyzwyczajona była do ojca, że nie potrafiła go włączyć w swój zwykły 

dzień.
Znużyły ją te rozważania. Przysiadła na ławce i ziewnęła. Postanowiła jeszcze 

troszkę posiedzieć w parku i pomyśleć z dala od mamy. Kiedy jednak postanowiła 
pomyśleć, stało się akurat odwrotnie. Przez głowę przesuwały jej się wprawdzie 

jakieś myśli, ale nic z nich nie wynikało. Zapatrzyła się w czubki butów, a po 
kilku minutach przyłapała się na tym, że porusza stopami w kółko, zgodnie z 

ruchem wskazówek zegara.
— Zaczynam dostawać lekkiego szmergla — powiedziała głośno i pozbierała się z 

ławki. „Na Izę i Grześka niepotrzebnie się rozzłościłam — doszła do wniosku. — 
Patrzyli zupełnie normalnie i życzliwie. To ja czułam się nie tak, jak zwykle, 

bo po raz pierwszy szłam na spacer z tatą".

background image

Zegar na kościele wybił szóstą i Ania pomyślawszy w popłochu: „O rety, to już 

tak późno!", popędziła do domu.
Drzwi otworzyła mama. Wyglądała na bardzo zmęczoną.

34
W bibliotece, w której pracowała, porządkowano i nume-rowano książki.

—- Widzę tylko numery — powiedziała na powitanie. — Właśnie oskrobałam marchewkę 
numer cztery i zabieram się do pietruszki numer jeden. Iza, Grześ i Azor są u 

ciebie. Zrób tak, żeby się nie zasiedzieli.
Iza i Grześ czekali na Anię z niecierpliwością. Uważnie obejrzeli jej ojca i 

przypadł im do gustu.
—  Jest bardzo miły i sympatyczny — mówiła Iza. — I młody. Zresztą twoja mama 

też jest młoda, młodsza niż inne mamy. Czy on ładnie śpiewa?
—  Nie wiem — zdumiała się Ania. — Skąd ci to przyszło do głowy?

—  Wygląda na kogoś, kto ładnie śpiewa — upierała się Iza. — Powinnaś go o to 
zapytać. A ty, Grzesiek, co powiesz o jej ojcu?

—  Ania nie jest do niego podobna — oświadczył Grześ. — On ma ciemne włosy, a ty 
jasne, no i w ogóle nie jesteś podobna.

—  To nie ma nic do rzeczy — przerwała mu Iza. — Ani może być przykro, kiedy tak 
mówisz. Poza tym uważam, że jest ogromnie podobna do swojego taty. Tylko że ma 

jasne włosy, jaśniejszą skórę, trochę inny nos... Ja na przykład jestem podobna 
do cioci. Jako dziewczynka też była za gruba, ale potem ogromnie wyładniała.

—  Widocznie nie musi się być podobnym do rodziców — zawyrokował Grześ.
Zaczęli rozmawiać o dzieciach z klasy, o tym, które są podobne do swoich 

rodziców, a które nie. Dochodzili do różnych wniosków, sprzeczali się, ale co do 
jednego byli zgodni. Nie potrafili mianowicie dokładnie ustalić, skąd się bierze 

podobieństwo.
—  A może z podobieństwem do rodziców jest tak — zaczął Grześ. — Jeżeli rodzice 

się kochają, dzieci są do
35

nich podobne, a kiedy się nie kochają, dzieci nie są do nich podobne.
W tym momencie popatrzył na Anię i z wielkiego przestrachu aż podkulił pod 

siebie nogi. Ania siedziała ze spuszczoną głową. Kiedy Grześ na nią spojrzał, 
pochyliła się jeszcze bardziej. Iza natomiast ożywiła się, ale w niedobry dla 

Grzesia sposób. Zmierzyła go wściekłym wzrokiem, a kiedy nie zareagował, zerwała 
się i tak mocno uderzyła go w plecy, aż w nim coś powiedziało „e". Grześ osłonił 

się tylko rękami, oczekując następnych ciosów.
—  Ja cię któregoś dnia zatłukę! — wysapała Iza. — Ty bezmyślny smarkaczu!

—  Daj spokój, Iza — odezwała się Ania. — Nie chciał powiedzieć niczego złego. 
Wymknęło mu się. Fakt jest faktem. Moi rodzice nie kochają się, ale to, co 

powiedziałeś, Grzesiek, jest bez sensu. Przecież zanim się urodziłam, musieli 
się kochać, bo inaczej nie byłoby mnie na świecie.

Te słowa wzruszyły Izę.
—  Jakie to smutne — powiedziała. — Zawsze smuci mnie coś, co było i już nigdy 

nie będzie. Tak jak ta chata rybacka.
—  Nie płacz — odezwał się Grześ. — Może jeszcze będzie. Przecież to, że teraz 

się nie kochają, wcale nie znaczy, że się nie pokochają kiedyś. Ale ja już muszę 
iść. — Miał dość rozmów. Bał się, że zaraz znów palnie coś głupiego, a przecież 

pełen był dobrych chęci. — Ty, Iza, też się zbieraj, bo ja pójdę, a potem ty 
będziesz się bała sama zejść ze schodów.

—  To prawda — poderwała się Iza. — U was poręcze są lepkie, schody skrzypią, a 
żarówka ledwie się pali. Nie lubię waszej klatki schodowej.

Zaledwie wyszli, mama zawołała Anię na kolację, a po kolacji kazała jej się umyć 
i położyć do łóżka.

—  Przyjdę do ciebie porozmawiać — powiedziała.
36

Ania leżała pod kołdrą nie dłużej niż dziesięć minut, kiedy przyszła mama. 
Usiadła na brzegu tapczanu i wzięła Anię za rękę. Ania już wiedziała, o czym 

będzie rozmowa. Mama zaczęła opowiadać bardzo smutną historię o tym, jak osiem 
lat temu pewien mężczyzna odszedł od swojej żony i córki i przestał się nimi 

interesować.
—  Przysyłał tylko pieniądze na utrzymanie, a przecież pieniądze wszystkiego nie 

załatwiają.
Mama opowiadała w taki sposób, jakby ta historia dotyczyła kogoś innego, ale 

jednocześnie i Ani.

background image

—  I wtedy ta żona postanowiła wyjechać do innego miasta, zacząć życie od 

początku i po prostu zapomnieć.
—  A dziewczynka? — zapytała Ania. — Co postanowiła dziewczynka?

Mama spojrzała na Anię i powiedziała:
—  Ona chyba postanowiła mu wybaczyć. Ania gwałtownie usiadła na łóżku.

—  Tak właśnie postanowiłam! — wykrzyknęła. — Zresztą — dodała odrobinę 
łagodniej — nie gniewam się na niego. Nic na to nie poradzę. Nie można się 

gniewać na siłę.
Mama próbowała jeszcze raz zacząć rozmowę, ale Ania przez cały czas przecząco 

kręciła głową, na znak, że nie chce słuchać.
Zupełnie nie rozumiała, dlaczego mama tak się zachowuje. Przecież nie dzieje się 

nic złego. Przecież rodzice Sławka mieszkają oddzielnie i trudno.
Wreszcie mama zrezygnowała.

—  Spij już — powiedziała. — Może jutro będę potrafiła ci to powiedzieć. 
Dobranoc.

I wyszła.
Ania błyskawicznie wygrzebała się z łóżka i pobiegła za mamą.

—  I nigdy nie mów o mnie „tamta dziewczynka"! — zawołała. — Tak jakby mnie nie 
było! Ja tak nie chcę!

37
Była bardzo wzburzona. Wróciła do pokoju i usiadła przy stole do odrabiania 

lekcji. Nie potrafiła połapać myśli. Przelatywały przez głowę jak punkciki w 
grze telewizyjnej. Przed oczami stanął jej pokój w dawnym mieszkaniu tak 

wyraźnie, jakby była tam wczoraj. Miły kąt za szafą, gdzie stał tapczan, stolik 
i półka z książkami. Usiłowała umiejscowić tam tatę. Siebie i mamę widziała 

wyraźnie, ale taty nie. Co moment wymykał się.
Zrobiła wysiłek, żeby sobie coś przypomnieć. Do wczoraj, kiedy chciała 

przypomnieć sobie tatę, przywoływała pewien letni dzień. Zaczynał się słonecznie 
i wesoło. Razem z rodzicami szła do ZOO. Nie była całkowicie pewna, czy takie 

zdarzenie rzeczywiście miało miejsce, ale tak dawno uznała je za swoje, że nie 
potrafiła się go wyrzec. No, więc byli w ZOO, stali przed klatką z małpami. Mama 

po lewej stronie, tata po prawej. Tata miał brązowe spodnie i brązowe buty. 
Próbowała przypomnieć sobie więcej, ale napływał kolejny obraz — tata taki, jaki 

przyjechał wczoraj. „Głupia jestem — zganiła samą siebie. — Po co w ogóle o tym 
myślę? Przecież dziś zapytałam, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, a on 

odpowiedział, trochę dziwnie, że swoją córkę po raz ostatni widział w lodziarni. 
On pamięta lepiej, bo jest starszy". Spróbowała więc wyobrazić sobie siebie, 

mamę i tatę na lodach, ale obraz umykał w jakimś
momencie.

Raz wydawało jej się, że kiedy leży na prawym boku, z całą pewnością widzi 
siebie i ojca w lodziarni. To znów była pewna, że tylko leżąc na wznak, 

najlepiej sobie wszystko przypomni. Obracała się więc z boku na bok, na brzuch, 
na plecy, aż w końcu pomyślała, że kręci się jak korba, której używa pan 

Kapustnik, kiedy jego stara furgonetka nie chce zapalić. Postanowiła pójść do 
mamy. Mama leżała już w łóżku. Włosy ściągnęła w biedny węzełek, miała 

podkrążone   oczy.   Wyglądała  smutno  i  nieładnie.   Ani
38

zrobiło   się   żal   mamy.   Postanowiła  powiedzieć  jej   coś
miłego.

—  Pan Kapustnik mówił, że cię lubi — szepnęła. — Wczoraj tak mówił, 
przedwczoraj też. Bardzo często to powtarza.

—  Ja też go bardzo lubię — powiedziała mama. — To miły i dobry staruszek. Ale 
idź już spać. Wzięłam tabletkę nasenną i właśnie zasypiam.

Głowa mamy opadła na poduszkę. Teraz mama wyglądała ładniej, ładniała z minuty 
na minutę. Oddychała tak, że nic nie było słychać, a potem zaczęła oddychać jak 

człowiek śpiący głębokim, spokojnym snem. Ania pocałowała mamę i otuliła kołdrą. 
Zaplotła ręce na brzuchu jak staruszka i siedziała tak na brzegu tapczanu. Nad 

tapczanem wisiało zdjęcie pięcioletniej Ani. Przyglądała mu się przez chwilę i 
nagle mocno zapragnęła obejrzeć zdjęcia całej rodziny. Babci, dziadka, cioci, 

wszystkich bliskich i dalekich krewnych, nawet tych, których osobiście nie 
znała.

„Taka mała rodzina jak nasza to żadna rodzina — myślała, taszcząc ze schowka 
drabinkę. — U innych ludzi wiszą na ścianach albo stoją na szafkach zdjęcia 

rodziny, a my wszystko chowamy. Mieszkamy z mamą tylko we dwie, jakbyśmy 

background image

przybyły z innej planety, z której nic nie można zabrać na pamiątkę". 

Postanowiła, że kilka zdjęć rodzinnych postawi u siebie na regale.
—  I będzie jak u pana Kapustnika — zachichotała włażąc na drabinkę. — Cały 

pokój ma obwieszony zdjęciami i kiedy je, rodzina zagląda mu do talerza, chociaż 
mieszka sam.

Zdjęła z pawlacza małą walizeczkę i zaniosła do swojego pokoju. Grzebała w jej 
środku oglądając zdjęcia, aż natrafiła na szarą kopertę, w której było jedno 

duże zdjęcie. Minęła chwila, nim zdała sobie sprawę, że trzyma w palcach ślubne 
zdjęcie swoich rodziców. Spoglądała na twarz mamy

39
sprzed trzynastu lat. Mama miała rozpuszczone włosy, uśmiechała się tak, jakby 

nigdy nie miała przestać się uśmiechać. Suknię zasłaniał wielki bukiet kwiatów. 
Obok mamy uśmiechał się tata. Nie był ani ładny, ani brzydki. Był jednak 

zupełnie inny niż ten, który przyjechał wczoraj.
—  Och, nie! — jęknęła Ania. — Mamusiu, ja tak nie chcę!

Ze zdjęciem w garści pobiegła do pokoju mamy. Potrząsnęła mamę za rękę, ale mama 
tylko przeciągnęła się, powiedziała coś przez sen i odwróciła się na drugi bok. 

Ania po raz drugi w ciągu dwóch dni przekonała się, że dorosłym niekiedy brakuje 
odwagi. Mama nie miała odwagi powiedzieć jej, że zaszła pomyłka. Ten pan, który 

wczoraj przyjechał, też nie miał odwagi.
Wróciła do swojego pokoju, usiadła na tapczanie i znów zaczęła przyglądać się 

zdjęciu.
—  Dobrze pamiętam — mruknęła. — Mój tata nosił brązowe spodnie i brązowe buty. 

I po raz ostatni widzieliśmy się w ZOO, a nie na lodach, jak mówił ten pan. 
Zresztą on wyraźnie powiedział: „Po raz ostatni widziałem moją córkę w 

lodziarni". Powiedział „moją córkę", a nie „ciebie". Ania już wszystko 
zrozumiała i czuła, że ogarnia ją rozpacz. Było jej zimno od środka, myślała 

jednak jasno. „To znaczy, że w tym mieście mieszka dziewczynka, do której on 
przyjechał. I musiała kiedyś mieszkać w tym mieszkaniu". Rozejrzała się po 

pokoju, jakby szukała śladów nieznajomej dziewczynki. Wydało jej się, że 
dziewczynka myśli o niej źle i z wielkim oburzeniem. „Gdyby mnie ktoś coś 

zabrał, to też myślałabym o tym kimś źle. Proszę cię, dziewczynko, poczekaj 
tylko tydzień. Jeden tydzień. Kiedy minie, powiem mamie i tacie, że wszystko 

odkryłam. Ale dlaczego ciągle myślę o nim «tata», jeżeli już wszystko wiem? 
Obiecuję, że będę tak myślała tylko tydzień, ani dnia dłużej. Gdyby mnie tak 

ktoś o coś prosił,
40

zgodziłabym się". Wydało jej się, że dziewczynka się zgadza.
Ania schowała zdjęcia do walizki, walizkę do pawlacza, drabinkę do spiżarki, a 

sama schowała się pod kołdrę.

Nadeszła noc granatowa jak zmarznięta śliwka. Błyszczała wczesnojesiennym 
chłodem, a powolna mgła owijała pnie drzew. Tata siedział na ławce przed domem 

wdowca i chociaż było mu zimno, przedłużał, jak mógł, powrót do pokoju. Pokój 
był brzydki i obcy. „Przecież gdzieś w tym mieście musi być mój dom, bo tutaj 

mieszka moja córka" — myślał. Po raz któryś starał się wyobrazić sobie twarz 
Ludwisi. Próbował sam siebie zaskoczyć i pomyśleć znienacka. I nic. Ciągle 

widział twarz Ani Jacak. Zdał sobie sprawę, że przez te wszystkie lata 
zapomniał, jak wygląda jego córka. „Nic nie wiem o małych dziewczynkach — 

pomyślał. — Chyba tylko tyle, że lubią czasami przejadać się czymś słodkim, ale 
to akurat mogłem przeczytać w jakiejś książce, a niekoniecznie dowiedzieć się od 

Ani. Nie mogę nie szukać Ludwisi, bo chcę ją odnaleźć, i nie mogę jutro nie 
spotkać się z Anią".


Wracając ze szkoły, Ania chciała po drodze zgubić przyjaciół. Miała zamiar 

wybrać się do pana Kapustnika sama. Jak na złość, Iza i Grześ byli bardzo 
towarzyscy i mieli dużo czasu. Iza zaproponowała, żeby Azor kolejno niósł ich 

torby z książkami. Najpierw jej, potem Ani, a potem Grzesia. Azor cierpliwie 
zmieniał torby, ale szedł zawsze obok Izy. Złościło to Grzesia. Zazdrościł Izie 

przywiązania Azora, zwłaszcza że Iza wciąż dawała do zrozumienia, że torby 
torbami, ale pies jest jej.

— Odczep się od niego chociaż na chwilkę — mówił. — On cię kiedyś znielubi. 
Ciągle jest z tobą. Nie pomyśla-

41

background image

łaś, że czasem może cię mieć dość i wolałby przez jakiś czas pobyć z kimś innym?

—  Na przykład z tobą — roześmiała się Iza. — On nigdy nie będzie miał dość 
mojego towarzystwa, bo on jest mój, a ja jestem jego panią.

Znajdowali się w połowie ulicy, gdy dostrzegli zbiegowisko przed sklepem pana 
Kapustnika. Gromada dzieci oblepiła wystawę i schodki.

—  Coś się stało — powiedział Grześ i popędził pierwszy. Na miejscu dowiedzieli 
się, o co chodzi. Do sklepu pana

Kapustnika przyszedł niewidomy człowiek, żeby kupić kilka arkuszy kolorowej 
bibułki. Dotykiem rozpoznawał kolory i ani razu się nie pomylił. Niewidomy 

człowiek już dawno poszedł, a do sklepu ciągle przychodziły dzieci, żeby 
sprawdzić, czy one też samym dotykiem rozpoznają kolory. W końcu purpurowy ze 

złości pan Kapustnik kazał im się wynosić.
—  Dam wam całą bibułę, jaką mam! — krzyczał. — Tylko idźcie stąd! Idźcie 

rozpoznawać kolory do parku! Tam jest widniej i będzie wam łatwiej.
W końcu dzieci poszły i ulica wyglądała zwyczajnie, nie licząc tego, że przed 

sklepem stał pan Kapustnik ze ścierką do wycierania lady w garści.
—  Ach, to wy — mruknął na widok Ani, Izy i Grzesia. — Też chcecie spróbować? — 

zapytał z przekąsem. — Poczekajcie tu, wyniosę wam po lizaku. Dziś już nie 
ścierpię dziecka w sklepie. I nie mam dla was czasu. Zaraz zamykam sklep i jadę 

coś załatwiać.
Chcieli wiedzieć, co będzie załatwiał.

—  Mam zamiar wskórać coś w sprawie tych chatek, które pozostały. No, bo któż, 
jeżeli nie taki staruszek jak ja, powinien myśleć o tym, co było?

Powiedział to z takim przekonaniem, że uznali go za najwłaściwszą osobę do 
załatwienia tej sprawy.

42
—  Jestem zły, bo mnie te dzieci zdenerwowały, a poza tym chyba będzie padało. 

Drze mnie w kościach.
Spojrzeli w niebo. Wiatr gonił białe obłoki, drzewa stały nieruchomo. Nie 

zanosiło się na deszcz. Podziękowali za lizaki i poszli. Ania miała sprawę do 
pana Kapustnika. Chciała dowiedzieć się czegoś o dziewczynce, która tu przedtem 

mieszkała, i czy ona jest do niej chociaż trochę podobna. Ale czuła, że dziś 
niczego się nie dowie.

—  Co robicie po południu? — zapytała Iza.
—  Jeżeli każą mi odrabiać lekcje, to je odrobię, jeżeli zapomną, nie odrobię. 

Chyba będę czytał „Przygody Tomka Sawyera".
—  W kółko to czytasz — zauważyła Iza. — Już na pamięć umiałabym. Ja będę 

pomagała babci przy powidłach śliwkowych. Mogłabyś do nas przyjść — zwróciła się 
do Ani.

Ania bardzo chętnie poszłaby do Izy. Lubiła dużą kuchnię i krzątającą się po 
niej drobną babcię. Musiała jednak uczyć się matematyki, ponieważ dostała już 

dwie dwóje. Poza tym miała spotkać się z tatą.
W pustym mieszkaniu zrobiło się Ani markotno. Iza będzie pomagała babci, Grześ 

będzie czytał, a kiedy już się naczyta, poleci przed straż pożarną. 
Pozazdrościła swoim przyjaciołom takich zwykłych spraw. Pomaganie, czytanie... 

Poczuła się bardzo osamotniona, tak jakby wszystkie dzieci bawiły się w kółko, a 
ją odpędziły. Nie chciało jej się odgrzewać obiadu, ale była głodna. Ukroiła 

piętkę chleba, najpierw wyjadła miękisz, a do łódeczki nalała miodu i stanęła 
przy oknie w swoim pokoju. Czekała, aż zegar na kościele wybije wpół do 

trzeciej. Wtedy zacznie się zbierać do wyjścia. „Ciekawe, czy ta dziewczynka tak 
jak ja nie lubi matematyki?" — pomyślała. Teraz już całkowicie była pochłonięta 

zastanawianiem się, jak ta dziewczynka wygląda, co lubi, a czego nie. Nazywała 

43
„tą dziewczynką" i zupełnie nie potrafiła jej sobie wyobrazić. „Może kiedy 

dowiem się, jak ma na imię, wtedy zobaczę ją chociaż trochę" — pomyślała.
Pan Kapustnik wrócił w bardzo złym humorze. Postanowił do końca dnia nie 

otwierać sklepu. W urzędzie powiedzieli mu, że chaty nie są żadnym zabytkiem. 
Pan Kapustnik wołał, żeby już nigdy żaden urzędnik nie postawił nogi w jego 

sklepie. Nie będzie się trudził dla kogoś, kto kapustę, kiszoną według przepisu 
pradziadka, owszem, zje, ale ratować czegoś, co jakiś inny pradziadek wybudował, 

nie chce. „Nie otworzę dziś sklepu — powtarzał. — Zamknę go raz na zawsze i 
opuszczę to niewdzięczne miasto".

Wszedł po schodach prowadzących ze sklepu do mieszkania, usadowił się w fotelu 

background image

przy oknie i zaczął rozmyślać o przyszłości. Będzie mieszkał z wnuczętami, 

będzie im naprawiał zabawki, uczył wkładania rękawiczek z palcami, a tu 
przyjedzie w odwiedziny raz na dwa lata. Poprawił się wygodniej w fotelu i 

zerknął na park. Drzewa stały wyprężone na baczność. W głębi parku szemrała 
sennie fontanna, a w powietrzu unosiła się jesienna tajemnica. Nagle panu 

Kapustnikowi wydało się, że ktoś zastukał do sklepu. Nadstawił uszu. Z dołu 
dobiegało nieśmiałe postukiwanie. „A stukaj sobie, stukaj! — pomyślał. — I tak 

nie otworzę". Wypił łyk herbaty i jeszcze wygodniej zapadł w fotelu. Zegar na 
kościele wybił szóstą. Mocne dźwięki popłynęły nad miastem obwieszczając, że pan 

Kapustnik likwiduje sklep. Pan Kapustnik natomiast odczekał, aż przebrzmią, i 
zaczął znów nasłuchiwać. Pukanie ustało. Wytężył słuch. Na dole panowała cisza.

— Poczekaj! — zawołał zrywając się z fotela. — Czy nie można odpocząć chwilę? 
Już schodzę!

44
Zbiegł po schodach i zaczął się mocować z drzwiami. Kiedy je otworzył, okazało 

się, że nikogo nie ma. Obok sklepu przechodzili ludzie z siatkami pełnymi warzyw 
kupionych w innych sklepach. Jakby przyjęli wyzwanie pana Kapustnika. Powiał 

chłodny wiatr. Pan Kapustnik owinął się szczelniej swetrem. Po chodniku potoczył 
się trójkołowy rowerek, za nim biegło dziecko, a wiatr tarmosił je za kaptur. 

Pan Kapustnik miał wrócić do sklepu, gdy kątem oka dostrzegł kogoś kryjącego się 
za występem w murze. Zajrzał tam i zobaczył Anię. Stała przyciśnięta do ściany 

domu.
—  A, to ty — powiedział. — Chciałaś czegoś? Ania wysunęła się z cienia.

—  Przepraszam — szepnęła. — Ale zawsze o tej porze sklep jest otwarty.
—  Zamknąłem tylko na chwilę — wymruczał pan Kapustnik. — Chodź do środka, bo tu 

strasznie ciągnie.
Ania weszła za panem Kapustnikiem, a on ustawił się za ladą.

—   Słucham, czego sobie życzysz? — zapytał sklepowym głosem.
—  Nie przyszłam po zakupy — powiedziała Ania. — Przyszłam... — Przerwała, bo 

nie potrafiła od razu powiedzieć, po co przyszła. Chciałam... — przypomniała 
sobie dwójki z matematyki. — To znaczy przyszło mi do głowy, że mógłby mi pan 

pomóc w matematyce. Mam kłopoty. Mówił pan kiedyś, że jest pan sklepikarzem z 
dziada pradziada i umie dobrze liczyć.

Pan Kapustnik uśmiechnął się i wyszedł zza lady.
—  Umieć liczyć i znać się na tej waszej matematyce to nie to samo, ale 

zobaczymy. Idź na górę, zamknę sklep. Dziś już i tak nikt nie przyjdzie, bo 
właśnie zaczyna padać.

Pierwsze krople uderzyły o szyby. W sklepie gwałtownie pociemniało.
45

—  Popatrz tylko — powiedział pan Kapustnik podchodząc do okna. — Tylko popatrz, 
jak my się rozumiemy. Mnie właśnie przestało drzeć w kościach, a on?

W pierwszej chwili Ania nie zrozumiała, o kim pan Kapustnik mówi. Dopiero kiedy 
podeszła do okna, pojęła, że chodzi o park.

—  On westchnął — powiedziała cicho. — I liże deszcz.
—  Jest prawie tak stary jak ja, nie licząc kilku drzew, które sadził mój 

pradziadek. Znam to miasto tak, jakbym się urodził tego dnia, kiedy je założono. 
W mojej rodzinie bez przerwy mówiło się: „W mieście to, w mieście tamto". I znam 

prawie wszystkich ludzi, którzy w nim mieszkają.
Stojąc we wnęce okiennej obok starego sklepikarza, Ania nagle nabrała otuchy i 

wyzbyła się nieśmiałości. „On mi pomoże — pomyślała. — Iza nie miała racji, 
kiedy mówiła, że pan Kapustnik już czasami błądzi".

Zerwał się mocniejszy wiatr. Drzewa wymachiwały gałęziami, krzaki chwytały się w 
objęcia, a trawa pokornie rozczesywała włosy.

—  No — odezwał się pan Kapustnik. — Chodźmy na górę i zajmijmy się twoją 
matematyką.

Nastrój zmienił się, ale onieśmielenie Ani nie powróciło. Poczłapała za panem 
Kapustnikiem po schodach. Wydawał jej się taki bliski, bezpieczny, że miała 

ochotę ująć go za połę swetra. Kiedy parzył herbatę, kręciła się w pobliżu, 
ściskając oburącz cukiernicę, i cieszyła się, że za chwilę zasiądą do stołu, 

napiją się ciepłej herbaty, zjedzą trochę ciasteczek, a potem o wszystko wypyta 
pana Kapustnika i o wszystkim mu powie. Nie spostrzegła, że pan Kapustnik 

przygląda jej się od dłuższej chwili.
—  Ty jesteś jeszcze taka mała, Aniu — powiedział. — Dla takiego staruszka jak 

ja to prawdziwa przyjemność porozmawiać z kimś małym.

background image

—  Czasami wydaje mi się, że jestem mała, a czasami,

46
że duża — odrzekła Ania. — Ja nie przyszłam do pana z matematyką. Przyszłam 

zapytać, jak ma na imię dziewczynka, która mieszkała kiedyś w moim pokoju. Musi 
mieć mniej więcej tyle lat co ja, bo inaczej ten pan nie pomyliłby się tak 

bardzo. Już wiem, że to nie jest mój tata.
Siedzący w fotelu pan Kapustnik rozpiął kołnierzyk koszuli i pomyślał, że za 

chwilę będzie musiał powiedzieć coś bardzo trudnego.
—  Ona ma jedenaście lat i nazywa się Ludwisia — powiedział. — Ale posłuchaj, 

Aniu...
Ania potrząsnęła głową. Rozważała imię. Wydało jej się ładne, ale trochę 

staroświeckie, jakby wygrzebane z samego dna imion.
Pan Kapustnik w pośpiechu porządkował myśli. Nawet przez sekundę nie wątpił, że 

za moment będzie musiał od początku do końca opowiedzieć historię, której bardzo 
nie lubił. Była smutna, a on uważał, że dla dzieci nadają się tylko wesołe 

opowieści. Smutne należy przed nimi chować, żeby nigdy żadne dziecko nie 
odnalazło poplątanego kłębka i nie zaczęło go rozplątywać.

—  No, Aniu — powiedział — pytaj, a ja ci wszystko opowiem, chociaż, jak mi Bóg 
miły, wolałbym ze związanymi rękami wdrapywać się na drzewo.

Ania natychmiast zapytała:
—  Czy jestem do niej chociaż trochę podobna?

—  Ani odrobinkę — odrzekł pan Kapustnik. — Ona jest podobna do swojego ojca. Ma 
ciemne włosy, ciemne oczy. Obydwie jesteście ładnymi dziewczynkami, ale zupełnie 

do siebie niepodobnymi. Nie mogę pojąć, jak można was pomylić. Trzeba chyba nie 
mieć oczu. — Przypomniał mu się niewidomy i jego sprawne palce macające 

szeleszczące arkusze.
—  Albo trzeba bardzo chcieć kogoś spotkać — powiedziała Ania.  — Trochę to 

rozumiem, ale tylko trochę.
47

Chciałabym wiedzieć, gdzie ona mieszka, bo chciałabym I ją zobaczyć. Kiedy ją 
zobaczę, wszystko powiem mamie, I tacie, i koniec.

Pan Kapustnik wytłumaczył Ani, że Ludwisia mieszka 1 przy ulicy Chabrowej, w 
domu pod numerem osiem. Tam I gdzie są domki z ogródkami.

Usłyszawszy nazwę ulicy, Ania drgnęła. Przecież właśnie | przy tej ulicy w 
czerwcu kupowały z mamą truskawki. Może akurat w tym domu?

—  Oni nie hodują truskawek — powiedział pan Kapustnik. — Truskawki wymagają 
pielęgnacji, a babcia i dziadek nie mają już sił, zwłaszcza że opiekują się 

dwiema dziewczynkami, a nie tylko jedną.
—  Dwiema! — wykrzyknęła Ania. — Jak to dwiema?

—  Ludwisia ma siostrę — powiedział pan Kapustnik. — i Nazywa się Zosia. Tak jak 
babcia.

Ani wydało się to tak nieprawdopodobne, że znów przy- 1 pomniała sobie słowa 
Izy: „On jest bardzo stary i cza- I sami już błądzi".

—  Przecież gdyby Ludwisia miała siostrę, tata nie po-myliłby się. Przecież od 
razu zapytałby: „A gdzie jest Zosia?"

Pan Kapustnik westchnął i zaczął pracowicie ukręcać guzik przy koszuli. 
Zorientował się, co robi, dopiero wtedy, j gdy guzik spadł mu na dłoń.

—  On nic o niej nie wie — powiedział. — Urodziła | się pięć lat temu, a on 
wyjechał osiem lat temu. Ich matka... Wolałbym nie mówić o ich matce! — 

wykrzyknął. — | To niegodziwa kobieta!
Ania nigdy nie widziała niegodziwej kobiety i nie bardzo wiedziała, na czym 

polega niegodziwość dorosłych. Niegodziwy był Jasiek z klasy, który pobił 
szkolnego kota tak, że biedne stworzenie długo chorowało, a potem raz na zawsze 

wyniosło się ze szkoły ze strachu przed dziećmi.
48

Pan Kapustnik spojrzał w oczy Ani. Zaglądały właśnie] w mroczne sprawy 
dorosłych. Tak bardzo ponure, że nawet] niektórzy dorośli nie chcą na nie 

patrzeć. Jak potrafił najdelikatniej, opowiedział całą historię o tym, jak 
pewnego! dnia mama Ludwisi rozstała się ze swoim mężem, wysta-j wiając mu za 

drzwi worek antymolowy ze wszystkimi jego rzeczami.
—  Zanim wyjechał z tego miasta, mieszkał kilka dni u mnie. Mówił, że nigdy tu 

nie wróci, a jednak przyjechał.'
Oszołomiona Ania próbowała wszystko to razem zebrać do kupy, ale nie potrafiła.

—  A Zosia? — zapytała. — Co było dalej?

background image

—  Matka Ludwisi jeszcze raz wyszła za mąż, urodziła się Zosia, albo też nie 

wyszła za mąż i urodziła się Zosia, a potem zostawiła obydwie dziewczynki pod 
opieką babci i dziadka, wyjechała i więcej się nie pojawiła. Rozumiesz coś z 

tego, Aniu?
Ania pomyślała, że wszystko już wie, ale rozumieć nie rozumie.

—  A czy babcia i dziadek są dobrzy dla swoich wnuczek? — zapytała wkładając 
skafander.

—  Tak — powiedział pan Kapustnik. — Bardzo dobrzy. Lubię ich dom i często tam 
zaglądam.

—  No, to ja już pójdę. I dziękuję panu.
—  Najlepiej będzie, jak się wszystko szybko wyjaśni — powtarzał pan Kapustnik 

drepcząc za Anią.
—  Za tydzień — odrzekła Ania. — Nawet może mniej niż za tydzień, bo w czwartek 

wszystko się wyjaśni. Tata nawet nie wie, że ma tyle córek — uśmiechnęła się.
—  Dlaczego nazywasz go tatą, skoro już znasz prawdę?

—  Nic na to nie poradzę — wzruszyła ramionami Ania. — Mówię, jak myślę. Czy pan 
czasami też nie może na coś poradzić?

„Właśnie teraz" — pomyślał pan Kapustnik, a głośno
50

powiedział, że to jest niezależne od wieku. Chciał ją odprowadzić, ale Ania nie 
zgodziła się.

—  Mam wielki parasol — powiedziała. — Mieszkam przecież blisko.
—  Przychodź często — powtarzał pan Kapustnik otwierając drzwi. — I proszę cię, 

powiedz, dlaczego ciągle mówisz o nim „tata"?
Ania odwróciła się i pan Kapustnik zobaczył małą, złą twarz.

—  Bo mi się tak podoba! — syknęła. — Bo mi się tak podoba i mogę to powiedzieć 
każdemu, kto mnie o to zapyta. I będę tak myślała do czwartku.

Zbiegła ze schodków i zatrzymała się, żeby rozłożyć parasol. Spojrzała na park. 
Już nie lizał deszczu. Syczał ulewą jak wielki, lśniący wąż, ściskając mocno 

niewidoczną teraz, główną alejkę.
Po wyjściu Ani pan Kapustnik nie mógł sobie miejsca znaleźć. Chodził z kąta w 

kąt, powtarzając:
—  Muszę porozmawiać z jej mamą. Najlepiej jutro rano, kiedy będzie szła do 

pracy, albo jeszcze dziś. Bo właściwie kto ma pomóc Ani? Przecież tyle razy 
dawałem jej lizaka i jeszcze pytałem, jak smakuje.

Kiedy zegar na kościele wybił dziesiątą, pan Kapustnik ruszył w kierunku 
najbliższej bramy.


Ania prawie cały brudnopis zapisała wyrazami: „Chabrowa, osiem, Ludwisia, 

Zosia". Pisała literami okrągłymi, kanciastymi, prostymi i pochyłymi. Brała 
wyrazy w nawiasy, cieniowała litery. Kiedy Iza spróbowała zajrzeć jej przez 

ramię, Ania szybko zasłoniła zeszyt. Iza poczuła się dotknięta. Odsunęła się na 
swoją połowę ławki, pilnując, żeby ani kawałek łokcia nie wystawał na połowę 

ławki Ani. Ze szkoły wyszły nie rozmawiając z sobą. „Przecież dla
51

ciebie te słowa to szyfr" — pomyślała Ania usiłując wzrokiem porozumieć się z 
przyjaciółką i jakoś ją udobruchać. Iza jednak nie chciała być udobruchana. 

Podała Azorowi teczkę-i odeszła szybkim krokiem. Ania powolutku ruszyła w 
przeciwnym kierunku. „Tak tylko idę — tłumaczyła sama sobie. — Zajrzę do sklepu 

przy rynku. Może są bułeczki z makiem? Może wstąpię do pracy mamy".
Do rynku szło się albo ulicą, przy której mieściła się szkoła, albo przez 

skwerek, obok trzech pustych parcel, na których wiosną miano budować domy. Ania 
wybrała drugą drogę, dłuższą. Dzień był słoneczny, ale chłodny. W powietrzu 

fruwały żółte liście. Wiatr od czasu do czasu wymiatał je na jezdnię. Unosiły 
się w górę i opadały na dachy przejeżdżających samochodów. Minęła puste parcele 

i weszła na kwadratowy, zaciszny rynek. Na samym jego środku stała żelazna 
studnia ze zwieszonym nosem. Kiedy się ją pociągnęło za rączkę, zaczynała 

ochryple przemawiać, piszczeć, a na zakończenie wylewała z siebie nie więcej niż 
szklankę wody. W sklepiku wciśniętym między dwie kolorowe kamieniczki kupiła 

pięć bułek z makiem. Jedną zaraz podrobiła gołębiom drepczącym po rynku. Do mamy 
nie poszła. Postała chwilkę przed budynkiem z napisem „Biblioteka Publiczna" i 

ruszyła dalej.
Szybko przebiegła ponurą, wąską uliczkę Wiązową. Nie lubiła tej ulicy. Nie rosło 

tu ani jedno drzewo, a domv przypominały niepotrzebne wagony kolejowe. Ilekroć 

background image

szła tędy, miała wrażenie, że się skrada, a teraz to wrażenie było szczególnie 

silne, gdyż zdała sobie sprawę, że od wyjścia ze szkoły w gruncie rzeczy przez 
cały czas skrada się w kierunku ulicy Chabrowej. Uliczka Wiązowa kończyła się 

gwałtownie, opadała w dół, a w poprzek biegł gęsto porośnięty trawą rów. Za nim 
zaczynała się ulica Chabrowa. „Ten dom stoi mniej więcej w połowie ulicy" — 

pomyślała Ania, przechodząc przez skrzypiący mostek.
52

Przy ulicy Chabrowej domy były ładne, każdy miał swojego właściciela, ogródek 
kwiatowy od frontu i warzywny z tyłu. Ulica była pusta, nie licząc małej 

dziewczynki głaszczącej czarno-białego kota. Sprawiali wrażenie bardzo sobą 
pochłoniętych. Kot stał na środku chodnika, a dziewczynka głaskała go 

sprawiedliwie, zaczynając od pyszczka, a kończąc na koniuszku ogona. Ukradkiem 
obserwowali Anię.

Ania zatrzymała się przed domem, w którym latem kupowały truskawki. Kupiły sześć 
łubianek i nie mogły się z nimi zabrać. Z jednej wypadło trochę truskawek. 

Obtoczyły się w kurzu, mama je pozbierała, w domu umyła i powiedziała, że w 
zimie spróbują zgadnąć, które to truskawki. Usłyszała szelest i odwróciła się. 

Za nią stała dziewczynka z czarno-białym kotem w objęciach.
—  Tej pani nie ma — powiedziała. — Poszła do dentysty. A truskawki już się 

dawno skończyły.
Powiedziawszy to, dziewczynka bardzo ostrożnie postawiła kota na ziemi.

—  Będzie miała kociaki — oznajmiła. — Trzeba ją ostrożnie głaskać i ostrożnie 
nosić, ale ja to potrafię.

Kot otarł się o nogi Ani z taką siłą, że na moment stanął na tylnych łapkach.
—  Przykucnij i przybliż do niej twarz — powiedziała dziewczynka. — Chce ci 

obwąchać usta, żeby sprawdzić, co jadłaś. Zawsze tak się wita.
Ania przykucnęła i schyliła głowę. Poczuła delikatny, ledwie wyczuwalny oddech i 

zobaczyła różowy, podobny do muszli nos, węszący tuż przy jej twarzy, a obok 
pełną skupienia buzię dziewczynki.

—  No i co ona jadła, Gapciu? — zapytała dziewczynka idąc w kucki za kotem.
—  Same nieciekawe dla kota rzeczy — roześmiała się Ania. — Rano zupę na mleku, 

jajko, a w szkole bułkę
53

z masłem i pomidorem.  Dlaczego powiedziałaś, że truskawki już się skończyły?
Dziewczynka wyprostowała się i spojrzała na Anię.

—  Widziałam cię tu z mamą — powiedziała. — Widziałam cię z okna naszego domu, 
bo ja mieszkam tam. — Dziewczynka odwróciła się i machnęła ręką w kierunku domu 

po drugiej stronie ulicy.
Dom nie był duży, ustawiony węższą stroną do ulicy. Pięterko miał nie 

wykończone, a przy samym domu rosło wielkie, stare drzewo. Po prawej stronie 
widniała tabliczka, a na niej cyfra „osiem".

Ania głośno przełknęła ślinę. Nie spodziewała się tak od razu spotkać kogoś z 
tego domu. Nie była przygotowana na takie spotkanie.

—  Jak ty się nazywasz? — zapytała drżącym głosem.
—  Zosia — odpowiedziała dziewczynka. — Tak jak babcia. A ty jak się nazywasz?

—  Ania — odrzekła Ania. — Tak sobie tu przyszłam, na spacer. Masz rodzeństwo? — 
zapytała, jakby miała nadzieję, że przy ulicy Chabrowej mieszkają dwie Zosie, 

ale tylko jedna z nich ma siostrę.
—  Tak — odrzekła Zosia. — Mam siostrę Ludwisię. Jest starsza. I wiesz — wspięła 

się na palce i szepnęła Ani prosto do ucha — do Gapci też mówię „siostro", bo 
ona nie ma rodzeństwa. To chyba nieprzyjemnie nie mieć starszej siostry.

—  Sama nie wiem — odrzekła Ania przyglądając się dziewczynce tak uważnie, że 
tamta zaczęła niespokojnie mrugać. — Ale to przecież kocica. Kot nie może być 

rodzeństwem człowieka.
Dziewczynka spochmurniała i wyglądało, jakby zabierała się do odejścia.

—  Może — powiedziała niechętnie. — Jeżeli człowiek
chce, to kot może być siostrą człowieka. Ja ją kocham i mówię tak, żeby nie było 

jej przykro.
—  Chciałam powiedzieć, że twoja kocica jest piękna i można do niej mówić 

„siostro", jeżeli ma się ochotę — zagadała szybko Ania. Koniecznie chciała 
zatrzymać dziewczynkę chociaż na chwilę. — Wiesz, moja koleżanka ma psa, który 

jest mądry jak człowiek.
—  Opowiedz — rzuciła Zosia krótko.

Ania zaczęła bezładnie opowiadać o Azorze. Opowiadała historie prawdziwe i 

background image

zmyślone. W końcu roztoczyła przed Zosią wspaniały obraz ze wspaniałym psem na 

pierwszym planie. Ludzie w tej opowieści byli zaledwie ludzikami. Kiedy 
widziała, że uwaga Zosi zaczyna słabnąć, wlewała w opowiadanie tyle koloru, że 

Zosia mrużyła oczy.
—  Przyprowadź go tu — poprosiła Zosia. — Zaprzyjaźnię się z nim.

—  Dobrze — zgodziła się Ania. — Przyprowadzę.
—  Teraz zawołam moją prawdziwą siostrę — rzekła Zosia. — Niech ona też 

posłucha, jak opowiadasz. Ludwi-siaaaa! — wrzasnęła w stronę domu.
Spocona jak mysz, Ania oceniła w myśli odległość, jaka dzieliła ją od końca 

ulicy. Dziesięć lub trochę więcej kroków olbrzyma.
—  Ludwisiaaa! — wołała Zosia. — Przyprowadzę ją. Pewnie czyta, a jak czyta, nic 

nie słyszy.
Ostrożnie wzięła kota na ręce i ruszyła w stronę domu. Kiedy zamknęły się za nią 

drzwi, Ania złapała torbę z książkami i rzuciła się do ucieczki. Biegła, jak 
tylko mogła najszybciej. Przeskoczyła mostek nad rowem i zatrzymała się dopiero 

przy rynku. Uspokoiła się w parku, na swojej ulubionej, osłonecznionej teraz, 
głównej alejce. Posiedziała na ławce, a potem poszła do domu. Mama miała wkrótce 

wrócić z pracy, trzeba było ugotować ziemniaki i odkurzyć mieszkanie.
56

—  Kuzia, do nogi! — wołała ciągnąc odkurzacz i przypomniała sobie Zosię, która 
do kota mówiła „siostro". Ucieszyła się, że różne, nie znające się dziewczynki 

bawią się w podobny sposób.
Kiedy ziemniaki już były obrane, mieszkanie odkurzone, a Kuzia poszedł spać do 

schowka, Ania stanęła przy oknie w swoim pokoju. W tym miejscu myślało się jej 
najlepiej. Przed oczami Ani przesuwały się malutkie, schludne pokoiki, duża 

kuchnia z piecem kaflowym, pod piecem dwa stołeczki, a na nich dwie dziewczynki. 
Starsza czyta młodszej bajkę. Młodsza głaszcze kota, patrzy przed siebie 

wąskimi, czarnymi oczami i mówi: „ Dlaczego ona uciekła? Myślę o tej 
dziewczynce, która tu dziś była i opowiadała o psie". Wchodzi rumiana babcia i 

pyta: „Dziewczynki, może zjecie lanych kluseczek na mleku?" Dziewczynki 
grzecznie myją ręce, siadają przy stole przykrytym ceratą w kwiatki, a babcia 

stawia przed nimi dymiące talerze. Kot też dostaje coś do miseczki. Babcia wraca 
na swój ulubiony fotel na biegunach i zerkając znad okularów na wnuczki, robi na 

drutach ciepły szalik. Kot bawi się kłębkiem włóczki. Namalowawszy taki pogodny 
obrazek, Ania z trudem wróciła do rzeczywistości. Zadzwonił kuchenny budzik. 

Pobiegła szybko do kuchni, by go wyłączyć, żeby nie spadł z szafki i nie zrobił 
sobie krzywdy. Odcedziła ziemniaki i znów się zadumała. Mieszkanie jej i mamy 

też było przytulne i schludne, ale obrazek z ulicy Chabrowej został już 
namalowany, a jego bohaterowie rozpanoszyli się w głowie Ani na dobre i nie 

po- . zwalali cieszyć się własnym domem.
Mama wróciła z pracy i bardzo pochwaliła Anię.

—  Tak ładnie posprzątałaś i ziemniaki ugotowałaś na czas. A co w szkole?
Jadły obiad, a Ania opowiadała, że poprawiła się już z matematyki.

57
—  Nie chciałam ci wcześniej mówić o dwójkach — wyznała. — Bo ty się tak 

martwisz, że ze mnie może wyrosnąć coś złego.
Mama roześmiała się i pogłaskała Anię.

—  Nie boję się, bo wiem, że wyrośnie coś bardzo dobrego.
Patrząc na swoją mamę, Ania pomyślała o mamie Lud-wisi. Pan Kapustnik powiedział 

o niej „niegodziwa". Ani wydawało się to dziwne. Ona sama zaplanowała sobie, że 
będzie kiedyś miała dużo dzieci. I nigdy ich nie opuści.

Po obiedzie mama zajęła się sprawami kuchennymi, a Ania szkolnymi. Szybko 
odrobiła lekcje i poskładała starannie książki. Myśli jej znów powędrowały na 

ulicę Chabrową. Zapamiętała dużo szczegółów. W oknie na parterze wisiała 
zasłonka w kwiatki, a w oknie na piętrze brakowało szyb. Po tym właśnie poznała, 

że piętro nie jest wykończone. W pewnej chwili zorientowała się, że bardziej 
marzy niż rozmyśla. Patrzyła na dwie dziewczynki z bliska, jakby była tuż obok, 

kręciła się po całym domu i raz zaglądała do kuchni do babci, raz do pokoju, 
gdzie Ludwi-sia opowiadała Zosi bajkę, to znowu wychodziła na zewnątrz, żeby 

sprawdzić, co robi dziadek.

We wtorek przyszedł tata i przydźwigał półkę. Przyniósł też ze sobą wszystkie 
potrzebne narzędzia. Powiesił półkę naprzeciwko tapczanu Ani. Z przodu półki 

biegła wąska, ładna listewka. Zresztą cała półka była ładna, z sosnowego drzewa, 

background image

jasna jak słońce. Ania zaraz ustawiła na niej swoje maskotki, a kiedy już stały, 

jedna obok drugiej, spróbowała mocno poruszyć półką. Kilka maskotek przewróciło 
się, ale żadna nie spadła na podłogę.

— No i jak, Aniu? — zapytał tata. — O czymś takim myślałaś?
58

—  Tak — odrzekła Ania. — Właśnie o takiej półce myślałam. — Spojrzała na tatę. 
Chował do torby narzędzia. Przyglądając mu się, próbowała wyobrazić sobie 

dziewczynkę podobną do niego. „Ta półka powinna należeć do Ludwisi, a nie do 
mnie — pomyślała i zrobiło jej się nieprzyjemnie. — Pan Kapustnik miał rację 

mówiąc, że wszystko powinno wyjaśnić się jak najszybciej".
—  Zostało mi trochę drewna — powiedział tata. — Jeszcze coś mógłbym zrobić. 

Tylko powiedz co.
Ania namyślała się. Może skrzynkę na przybory do szycia? Może stołeczek?

—  Zrób mi skrzyneczkę — powiedziała. — Taką skrzyneczkę na drobiazgi.
—  Skrzyneczkę? — zapytał tata. — Powiedz dokładniej jaką. Czy chodzi ci o coś 

takiego, na czym można usiąść, ale. też można coś schować do środka?
—  Tak właśnie — kiwnęła głową Ania. — Mama uszyłaby mi kolorową poduszkę i 

siadałabym na tej skrzyneczce wtedy, gdy byłoby mi smutno.
—  Dobrze — zgodził się tata. — Zrobię ci wesołą skrzyneczkę.

Zaraz się rozstali, bo tata musiał iść do kogoś w sprawie pracy.
—  Czas wziąć się do roboty — powiedział wychodząc. Po jego wyjściu Ania kilka 

razy przestawiła maskotki.
Z gablotki z muszlami wyjęła jedną, największą, i ustawiła na półce. Muszla 

wyglądała tu dużo lepiej niż za szkłem. Jej olbrzymi otwór przypominał wejście 
do bladoróżowego bajkowego pałacu. Posadziła w nim Calineczkę i zdziwiła się, że 

wcześniej nie przyszło jej to do głowy. Muszla była jakby stworzona dla 
Calineczki siedzącej na kwiatku. Ania starała się myśleć beztrosko. Posprzątała 

pokój, bo zawsze, kiedy dostała coś nowego, zabierała się do porządków. 
Podśpiewywała, poprawiała poduszki na tap-

59
czanie, ale wszystko to nie mogło zagłuszyć jednej myśli: „Półka powinna należeć 

do Ludwisi, a nie do mnie".
Następnego dnia zaczęły się pierwsze przymrozki. Trawa w parku i trawa na 

placyku przed oknem Ani pokryła się lekkim, białym nalotem, jakby ktoś wytarł w 
nią pędzle ubrudzone olejną farbą. Nagły przeskok od ciepłych poranków do 

pierwszych przymrozków wywołał w Ani złudzenie, że od przyjazdu taty upłynęło 
wiele czasu. Ludwi-sia bardzo długo czeka na swojego ojca, doczekać się nie 

może, a to wszystko z winy Ani.
Do szkoły szła z bardzo ciężkim sercem. To, co kilka dni temu wydawało się 

możliwe i proste, teraz kojarzyło się z olbrzymim przedsięwzięciem, wymagającym 
nadludzkiego wysiłku i skupienia. Miała wrażenie, że nie wytrzyma ani chwili 

dłużej i na przykład w czasie lekcji albo na ulicy zacznie krzyczeć: 
„Słuchajcie, ten pan to wcale nie mój tata! On się pomylił!" Wiedziała, że ma 

przed sobą rozmowę z mamą. Czuła, że mama w każdej chwili gotowa jest do 
rozmowy, ale czeka, aż Ania zacznie pierwsza. Zastanawiała się, dlaczego mama, 

znając całą prawdę, milczy. Idący obok Iza i Grześ wydawali się osobami 
dalekimi. „Wiem o nich wszystko — pomyślała. — Iza zgłosi się dziś do odpowiedzi 

z historii, a Grzesiek boi się języka polskiego, ponieważ nie napisał 
wypracowania. Wiem o nich wszystko, a oni o mnie nic". Bardzo chciała z kimś 

porozmawiać i po południu znów wybrała się do pana Kapustnika.
Kiedy weszła do sklepu, porządkował akurat półki. Stojące dookoła niego sklepowe 

produkty wyglądały jak tłum poddanych, który pójdzie wszędzie za swoim przywódcą 
sklepikarzem. Ania pomogła panu Kapustnikowi, a potem, kiedy już wszystkie 

słoiki, torebki i gliniane beczułki wróciły na swoje miejsce, stanęła przy 
ladzie jak zwykła kupująca. Pan Kapustnik wetknął jej w usta czerwonego

60
lizaka,   którego   Ania   kiedyś   nazwała   „wampirkiem", ponieważ farbował na 

czerwono.
—  Wiem, że lizak to nie lekarstwo na kłopoty — powiedział, przyglądając się 

zgnębionej twarzy Ani. — Ale ja chyba myślę dawnymi kategoriami, kiedy to 
kłopoty dzieci były dużo mniejsze i można je było leczyć słodyczami. Wybacz, 

Aniu, że traktuję cię jak małą dziewczynkę sprzed lat.
—  Nie szkodzi — uśmiechnęła się Ania. — To jest nawet przyjemne. W taki sam 

sposób leczył pan kiedyś moje łzy z powodu rozbitego kolana — powiedziała i 

background image

poczuła, że pod powiekami naprawdę czają się łzy.

—  No, Aniu — pan Kapustnik oparł się o ladę z drugiej strony i przybliżył twarz 
do twarzy Ani. Wyglądali jak osoby omawiające poważną transakcję handlową. — No, 

Aniu, co się stało?
—  Nic — szepnęła Ania. — Tylko, widzi pan, jutro jest czwartek. Muszę 

zaprowadzić tatę na ulicę Chabrową. Tak sobie przyrzekłam. Szkoda, że nie 
zobaczę Ludwisi. Chciałabym wiedzieć, jak wygląda, ale wiem, że nigdy jej nie 

zobaczę. Mogę ją sobie tylko wyobrażać, a to przecież nie to samo.
—  Myślę, że dobrze zrobisz, jeśli go tam zaprowadzisz. To wszystko nie ma 

przecież sensu i naprawdę powinno się skończyć jak najszybciej.
Mówił bardzo rozsądnie, ale żadne słowo nie trafiało do Ani. Przeciwnie. 

Pragnęła usłyszeć coś w rodzaju: „Przecież nic się nie stanie, jeżeli sprawa 
przeciągnie się o tydzień".

—  Czy musi pan tak rozsądnie radzić? — zapytała z wyrzutem.
—  To, na co ty czekasz, może powiedzieć tylko Iza albo Grześ. Ja jestem stary i 

umiem radzić jak człowiek stary.
—  Iza i Grześ niczego nie doradzą, bo o niczym nie

61
wiedzą.  — Ania zjadła jeden lizak i sięgnęła po nastę-j pny. — Czasami wydaje 

mi się, że jestem zupełnie sama na świecie. Nie mam żadnych przyjaciół i nigdy 
ich nie miałam.

—  Głupstwa pleciesz, Aniu! — pan Kapustnik zabrał się do odbijania beczki z 
kiszoną kapustą. Zajęcie to pochłonęło go całkowicie i przestał zwracać uwagę na 

Anię. Przynajmniej tak pomyślała.
Ze sklepu wychodziła równie przygnębiona jak w chwili, kiedy do niego wchodziła. 

„Jutro o tej porze już będzie po wszystkim, a za kilka dni Iza i Grześ 
zorientują się, że nie chodzę na spotkania z tatą, i zapytają dlaczego. Będę im 

musiała powiedzieć prawdę, ale zupełnie nie wiem, jak to zrobię".
Zaczęła się zastanawiać, czy lepiej pójść do domu, czy do parku. Spostrzegła 

nadchodzącego Grzesia. Rozglądał się na wszystkie strony, a kiedy dostrzegł 
Anię, gwałtownie rzucił się na jezdnię. Ania zobaczyła hamujący z piskiem 

samochód i stojącego na środku jezdni Grzesia. Skulił się, obejmując tułów 
rękami. Z samochodu wychylił się kierowca i zaczął wymyślać.

—  Ty głupi smarkaczu! — wołał. — Czy przez ciebie mam iść do więzienia? Patrz, 
jak łazisz!

Grześ stał bez ruchu. Ania wbiegła na jezdnię, złapała go za rękę i pociągnęła w 
stronę parku. Samochód już dawno odjechał, a Grześ ciągle drżał i obejmował sam 

siebie jedną ręką, bo za drugą trzymała go Ania.
—  Iza czeka przy głównej alejce — wyjąkał wreszcie.

—   Mogło ci się coś stać! — Ania była porządnie wystraszona. — Nie pamiętasz, 
jak pan Kapustnik mówił, że małe uliczki są dla nas najbardziej niebezpieczne, 

bo myślimy, że na małej uliczce nie stanie się nic złego?
Grześ powoli dochodził do siebie. Opuścił ręce, policzki mu poróżowiały... Ania 

nagle uświadomiła sobie coś, o czym
62

wiele razy myślała, ale zawsze bardzo skrycie. Według niej wypadki, które 
zakończyły się szczęśliwie, albo takie, do których omal nie doszło, miały swoją 

dobrą stronę. Uczucia wobec osoby, która przed chwilą znajdowała się w 
niebezpieczeństwie, zyskiwały na sile. Grześ, nim zdążył mrugnąć, został 

pochwycony i zamknięty w mocnym uścisku. Lewe oko Ani znalazło się tuż przy jego 
uchu. Widok samego ucha, bez reszty osoby, rozśmieszył Anię. Poczuła nieodpartą 

chęć na jakiś czuły żart. Z całej siły, najgłośniej, jak tylko potrafiła, 
cmoknęła Grzesia w sam środek ucha. Wyrwał się z głośnym okrzykiem.

—   Chyba zwariowałaś! Ty wiesz, co by było, gdyby zobaczył nas ktoś z mojej 
klasy? — zapytał, kiedy już przestało mu strzelać w głowie od tego 

przyjacielskiego pocałunku.
—   Co by było? — zapytała Ania nie przestając się uśmiechać czule. Uciekły 

gdzieś myśli o samotności i braku przyjaciół. Młodszy o dwa lata Grześ był jej 
teraz bardzo bliski. Chciała go koniecznie pogłaskać i wyciągnęła nawet rękę, 

ale on cofnął się. — Co by się stało, gdyby nas zobaczył ktoś z twojej klasy? — 
powtórzyła.

—  Ten ktoś mógłby pomyśleć, że to ja rzuciłem ci się na szyję — wyjaśnił Grześ. 
— Mógłby pomyśleć, że zakochałem się w tobie.

—   Wielkie rzeczy — roześmiała się Ania. — Najwyżej by tak pomyślał. I cóż 

background image

wielkiego?

—  Jesteś stuknięta — oznajmił Grześ. — Przyjaźnię się z tobą i bardzo cię 
lubię, ale zakochać się w tobie — nigdy! Przecież ty jesteś wyższa ode mnie o 

prawie dwie głowy. Azor ma chore uszy — zmienił temat. — Chodźmy już.
Ruszył pierwszy, oglądając się co chwila. Ponieważ Ania ciągle się uśmiechała, 

Grześ przyspieszył. W jej oczach doszukał się tylu uczuć, że zaczął się bać, czy 
po raz drugi nie zostanie pochwycony w ramiona. Wolał znaleźć się

6 3
szybko w pobliżu Izy, która miała własne zmartwienie — chorobę Azora, i nie 

zwracała na Grzesia uwagi.
—   Grzesiek! Zaczekaj! — wołała Ania. — Dlaczego uciekasz?

—  Już ja wolę być z daleka od ciebie! — odkrzyknął nie zwalniając.
Chciała mu tylko powiedzieć, że cieszy się, że samochód zatrzymał się 

dwadzieścia centymetrów przed nim, a nie dwadzieścia centymetrów dalej.
Nie czuła się już opuszczona, chociaż nie potrafiłaby wytłumaczyć, dlaczego 

akurat teraz tak jest, jeżeli kilkanaście minut wcześniej wydawało jej się, że 
cały świat odwrócił się od niej.

Kiedy dotarła do łswki, na której siedziała Iza, a obok stał Grześ, przypomniał 
jej się dzień, kiedy spalono chatę rybacką. Wtedy też do nich biegła, żeby 

zanieść im wiadomość. „Powinni się jeszcze pokłócić i byłoby jak wtedy". Obok 
ławki leżał Azor. Jedno ucho miał zwieszone i co chwila potrząsał głową, jakby o 

czymś myślał i gubił wątek.
—   Cały czas trzepie uszami — powiedziała Iza. — I ciągle robi mu się 

niedobrze. Musi brać zastrzyki.
Ania przykucnęła obok Azora.

„Biedaku — pomyślała. — Czy wiesz, że ktoś chce się z tobą zaprzyjaźnić? Czy 
zaprzyjaźnisz się?"

—   Nic nie mówi — szepnęła.
—  Nie mówi, bo nie potrafi — zaśmiał się Grześ. — Gdyby umiał, powiedziałby, że 

bolą go uszy. Chodźmy nad jezioro.
Iza nie chciała iść nad jezioro. Powiedziała, że ciągnie tam wilgocią, a to 

mogłoby zaszkodzić psu. Ani wydało się to lekką przesadą, ale nie 
zaprotestowała. Nie wiadomo było, co robić z popołudniem. Omówili jeszcze raz 

sprawę wypadku samochodowego, do którego szczęśliwie nie doszło. Iza skwitowała 
to jednym, prostym zdaniem:

64
—  Powinieneś przechodzić przez jezdnię tylko pod opieką kogoś starszego.

Grzesiowi zaparło dech z oburzenia.
—   Świnia — rzucił pod adresem Izy. — Następnym razem sama się ruszysz, żeby 

poszukać swojej przyjaciółki. Mam cię dosyć!
—  Ja ciebie też mam dosyć, brudasie — odparła spokojnie Iza. — Wyglądasz, 

jakbyś lizał chodnik.
—   Nie kłóćcie się — wtrąciła Ania. — Lepiej pograjmy w gumy.

—  Jeszcze czego! — wrzasnął Grześ. -— Najpierw mnie obrażacie, a potem ja mam z 
wami grać w gumy. Przenigdy. Idę do domu.

Nie ruszał się jednak z ławki.
—   No, na co czekasz? — zapytała Iza. — Dlaczego nie idziesz do domu?

Grześ ani drgnął. Chciał najpierw powiedzieć coś przykrego jednej i drugiej, a 
dopiero potem odejść i zostawić po sobie złe wrażenie.

Zaczął od Ani.
—  A jak tam ten twój dziwny tata? — zapytał zaczepnie. — Mnie się wydaje, że on 

wcale nie lubi ciebie tak, jak mój tata mnie.
Iza nie zdążyła zareagować we właściwy sobie sposób, to znaczy trzepnąć Grzesia, 

gdy Ania odpowiedziała spokojnie:
—   Dobrze. Mój dziwny tata ma się dobrze. Zostanie jeszcze tydzień. — Ze 

zdumieniem stwierdziła, że bez wcześniejszego porozumienia się z sobą, dołożyła 
jeden tydzień.

—  To on przyjechał tylko na dwa tygodnie? — zdziwiła się Iza, zapominając o 
Grzesiu. — Mówiłaś, że na zawsze.

—  Tak mówiłam, bo tak myślałam — powiedziała Ania. — Ale teraz już wiem na 
pewno. Jeszcze tydzień i ani dnia

— Od dziś za tydzień
65

dłużej. I nie wiecie tego, co ja wiem. To wcale nie jest mój tata. — Spojrzała 

background image

na Izę i Grzesia. Przyszło jej do głowy, że ich miny zapamięta chyba na zawsze.

Iza ściągnęła brwi i rozmyślała nad tym, co przed chwilą usłyszała. Grześ wprost 
przeciwnie. Brwi uniósł wysoko, a jego jasnoszare oczy stały się prawie białe. 

Najpierw popatrzyli na siebie, a dopiero potem na Anię. Trwało to długo. Iza 
zdążyła nawet pogłaskać Azora.

—   Powtórz od początku — poprosiła. — Chyba nie rozumiem.
Ania powtórzyła i nagle przykucnęła przy ławce, oparła o nią głowę i rozpłakała 

się.
—   On się pomylił, pomylił! Jak mógł się tak okropnie pomylić?

Wystraszony Azor wczołgał się pod ławkę. Spomiędzy desek ławki popatrzyło na 
Anię czerwonawe oko.

—  Ja nie na ciebie się złoszczę, Azorku — szepnęła wsuwając palec między 
deseczki i dotykając psiego nosa. — Na nikogo się nie złoszczę.

Grześ spróbował zajrzeć jej w twarz. Wiedział, że to on sprowokował całą tę 
rozmowę, mówiąc o dziwnym ojcu. I teraz, widząc, jak Ania płacze, poczuł się 

winny. Tylko raz widział Anię płaczącą. Na samym początku znajomości, a potem 
już nigdy. Przecież to Iza zawsze płacze. Właśnie zaczynała. Zdenerwował się. 

Jeszcze Ania wszystkiego nie powiedziała, a ta już łzy wylewa.
—  Przestań! — powiedział ze złością. — Ty gruba płaczko!

—   Nic nie rozumiem — pisnęła Iza. — Ale czuję coś niedobrego.
—  To sobie czuj! — krzyknął Grześ. — To sobie czuj — złagodniał, gdyż 

przypomniał sobie dzisiejszą lekcję, na której pani mówiła do chłopców, że mają 
być dobrzy dla dziewczynek.   Powiedziała,  że  wkrótce  zaczną się uczyć

66
przedmiotu „nauka o człowieku". Z tego, co mówiła, wynikało, że już wkrótce będą 

wiedzieli wszystko o wszystkich ludziach. Na zakończenie jeszcze raz powtórzyła, 
że chłopcy mają być dobrzy dla dziewczynek, bo dziewczynki są słabsze. Dziewuchy 

w klasie, nawet te wielkie i silne, okropnie się ucieszyły.
—   Opowiedz od początku — poprosił. — Ja też nie bardzo rozumiem.

Ania usiadła na ławce, wytarła oczy i zaczęła opowiadać. Miała wrażenie, że 
opowiada bardzo długą historię, a przecież zaczęło się to zaledwie tydzień temu.

—  Jutro minie siedem dni — powiedziała na koniec. — Przedwczoraj tam byłam i 
widziałam Zosię.

—   I co? — zapytała Iza.
—  Nic — wzruszyła ramionami Ania. — Mała dziewczynka. Ma pięć lat, ale sprawia 

wrażenie bardzo mądrej. Obiecałam jej, że przyprowadzę Azora.
—   Ależ on z tobą nie pójdzie! — zawołała Iza. — Mogę się założyć o nie wiem 

co.
—  Pójdzie — wtrącił stanowczo Grześ. — Pójdzie, bo ty też tam możesz iść. Ja 

też chciałbym, ale nie wiem, czy Ania mi pozwoli.
—  Przecież to nie mój dom — uśmiechnęła się blado Ania. — Nie mogę pozwalać 

albo nie pozwalać. Chciałabym, żebyście poszli, bo boję się, że samej zabraknie 
mi odwagi. Co mam powiedzieć, kiedy ktoś otworzy mi drzwi?

Zaczęli się zastanawiać, co należy powiedzieć w takim momencie.
—   Gdyby padał deszcz, mogłabyś zapukać i zapytać, czy możesz poczekać, aż 

przestanie padać. To normalne, że kiedy zaczyna lać, człowiek chroni się w 
pierwszym lepszym domu. Co wy na to? — Iza była ogromnie zadowolona ze swojego 

pomysłu.
Uznali, że pomysł jest dobry, ale może zdarzyć się tak,

68
że nie będzie padało przez kilka dni albo nawet przez tydzień. Zapowiadają 

słoneczną jesień.
—   A może zapytać, czy nie mają psa do sprzedania? — zaproponował Grześ. — 

Mogłabyś powiedzieć, że tak ci się coś obiło o uszy, że w tym właśnie domu jest 
pies do sprzedania.

—   A jeżeli akurat jest-pies do sprzedania, to co wtedy? — zapytała przytomnie 
Iza. — Skąd Ania weźmie pieniądze?

Grześ odpowiedział, że mogliby się złożyć, a psa wziąłby on, żeby mamie Ani nie 
sprawiać kłopotu. Przecież Ludwi-sia i Zosia nigdy nie dowiedziałyby się, dla 

kogo naprawdę przeznaczony był pies.
—  Powiedz od razu, że chce ci się psa — roześmiała się Iza.

Ania wytłumaczyła, że oni mają kota, który spodziewa się kociaków. Długo potrwa, 
zanim się urodzą, zanim podrosną.

—  To mogę wziąć kota! — zawołał pełen dobrych chęci Grześ.

background image

—   I nazwiesz go „pies" — wtrąciła Iza.

—  Nie, dlaczego? — zdziwił się Grześ. — Nazwałbym go Piotruś. Tak nazywał się 
kot Tomka Sawyera.

Ania westchnęła i powiedziała, że dostać się do cudzego domu nie jest wcale tak 
łatwo.

—   Zresztą — dodała — to powinno wypaść ot, tak sobie, a nie być wymyślone na 
siłę.

Próbowali więc wymyślić coś „ot, tak sobie", ale z tym były jeszcze większe 
trudności.

—   O rany! — powiedziała Iza. — To jak z pisaniem wiersza. Kiedyś chciałam 
napisać wiersz. Siedziałam nad pustą kartką, siedziałam i przez cały czas 

chciałam, żeby mi przyszło do głowy coś „ot, tak sobie". I nie przyszło. Dlatego 
skończyłam z pisaniem wierszy.

69
Niczego więcej nie wymyślili.

—  Nie martw się — powiedziała Iza do Ani. — Co innego, gdybyś chciała chodzić 
tam częściej, ale przecież ty chcesz ją tylko zobaczyć. Na jeden raz coś się 

wymyśli. Muszę już iść do domu, bo Azor powinien dostać zastrzyk.
Pobiegła pierwsza, a Ania i Grześ wolno wracali do siebie.

—  Pan Kapustnik wszystko wiedział — odezwał się nagle Grześ. — On tyle wie. O 
tej sprawie i o innych, które działy się, zanim myśmy się zaczęli. On chyba jest 

bardzo mądry.
—  To wszystko, co zaczęło się przed nami, ciągle trwa. Jedna sprawa się kończy, 

a druga zaczyna, w tym samym czasie trzecia jest dopiero w połowie i tak dalej. 
— Przez chwilę Ani zdawało się, że zrozumiała świat, ale to, o czym pomyślała, 

uciekło szybciej, niż przyszło.

Wieczorem do Ani i mamy przyszedł pan Kapustnik. Był w dobrym humorze.
—  Wpraszam się na herbatkę! — zawołał od progu. — I przyniosłem prezent.

Wręczył mamie dwa słoiczki marynowanych grzybów.
—  Teraz już wiem na pewno, że jest jesień — powiedziała mama. — I czas 

przygotować dom do zimy. Opatrzyć okna, zrobić gruntowne porządki i wyjąć ciepłe 
ubrania.

—  I zaopatrzyć się w ziemniaki na zimę, droga pani — dodał pan Kapustnik. — A 
jeżeli już, to tylko u mnie.

Mama roześmiała się wesoło i obiecała zapamiętać radę pana Kapustnika. Poszła do 
kuchni po herbatę i ciasto, a pan Kapustnik szybciutko przysunął się do Ani i 

szepnął jej wprost do ucha:
—  Czy nadal chcesz poznać Ludwisię? — A kiedy Ania skinęła głową, że tak, 

szepnął jeszcze ciszej:  — W po-
70

niedziałek jadę tam z ziemniakami. Pojedziesz ze mną. No i jak ci się to podoba?
Ania błyskawicznie oceniła pomysł. Uznała, że jest doskonały. Po prostu pojedzie 

ot, tak sobie, przy okazji załatwiania prozaicznej sprawy, jaką jest zimowy 
zapas ziemniaków.

—  A czy Iza i Grześ też mogą pojechać? — zapytała. Pan Kapustnik zgodził się i 
orzekł, że to nawet lepiej,

jak będzie więcej dzieci.
W niecałą godzinę potem Ania wlazła do łóżka i ledwie okryła się kołdrą, już 

spała.
Do poniedziałku zostały dwa dni. Z trudem je przetrwali. W piątek rano Ania 

uznała, że właściwie piątku nie ma co liczyć, bo już się zaczął. W sobotę doszła 
do wniosku, że właściwie soboty też nie ma co liczyć, bo już się zaczęła. 

Pozostawał tylko jeden dzień — niedziela.
W poniedziałek szli do szkoły bardzo blisko siebie. Nawet kiedy Ania 

powiedziała: „Urwał mi się pasek przy torbie", Grześ i Iza odruchowo przysunęli 
się do niej, jakby chodziło o Bóg wie jaką tajemnicę. Przy tym przysuwaniu się 

Grześ nadepnął Azorowi na łapę. Rozległ się pełen skargi skowyt, a Iza, zamiast 
zgromić Grzesia, huknęła na Azora:

—  Cicho, ty płaczko!
O godzinie czwartej stawili się przed sklepem pana Kapustnika, gdzie czekała już 

furgonetka z ziemniakami.
—  Gdybym chciała się wygadać, to mi nie pozwólcie — poprosiła Ania.

—  Mnie też nie pozwólcie się wygadać — powiedział Grześ. — Tak naprawdę to ze 

background image

mną nigdy nic nie wiadomo.

—  A mnie nie pozwólcie płakać — szepnęła Iza. — Sami wiecie, że różnie ze mną 
bywa.

Pan Kapustnik usiadł za kierownicą i ruszyli.
71

*
Babcia, dziadek i Ludwisia uporządkowali piwnicę i siedząc na schodkach domu, 

czekali na pana Kapustnika. Po podwórku krążyła Zosia. Co jakiś czas biegła do 
furtki, żeby wyjrzeć na ulicę, potem wracała z jednym i tym samym pytaniem:

—  Czy ziemniaki w tym roku będą dokładnie takie, jak w zeszłym?
Dziadek odpowiadał, że takie same, babcia mówiła: „Nie męcz mnie, dziecko", a 

Ludwisia za którymś tam pytaniem powiedziała:
—  Lepsze. Każdy kwadratowy z wyjątkiem jednego, prostokątnego. Jak go 

znajdziesz, dam ci loda.
Za szybą okna, wyciągnięta na całą długość, stała Gapcia i miauczała. Z daleka 

wyglądało to tak, jakby kot otwierał pyszczek, nie wydając głosu. Darła pazurami 
szybę i co chwila zastygała w bezruchu.

—  Biedna — rozczuliła się Zosia. — Musisz, kochanie, posiedzieć w zamknięciu. 
Pan Kapustnik mówił, że ten pies, który tu dziś przyjedzie, jest wielki. 

Gapciusiu, moje maleństwo, przecież on mógłby cię udusić!
Kot, jakby zrozumiał wywody Zosi, uspokoił się, opadł na łapki i zapatrzył się w 

parapet.
—  Co za pomysł — nie wytrzymała babcia — przywozić psa.

—  Babciu? — zapytała tajemniczym głosem Zosia. — A czy ten pies oprócz kotów 
dusi również kury?

Babcia znieruchomiała, ale zaraz poderwała się z okrzykiem:
—  Zosiu, dziecko drogie, jaka ty jesteś mądra! Ludwisia, zamykamy kury!

Ludwisia niechętnie ruszyła się ze swojego schodka. Uważała, że babcia jest 
przewrażliwiona. Tak się wszystkiego boi.

72
Kury nie chciały iść do kurnika, gdyż było za wcześnie. Rozbiegły się po 

podwórku z głośnym gdakaniem. Kogut stał na środku podwórka i piał na alarm. 
Dziadek pospieszył z pomocą i w końcu na podwórku tak się zakotłowało, że 

sąsiadka zza płotu spytała, co się dzieje.
—  Nic — odrzekła Zosia lakonicznie. — Do nas dziś przyjeżdża pies, który dusi 

koty i kury.
Uporawszy się z kurami, zasapana rodzina wróciła na schodki, a Zosia wznowiła 

swoje wędrówki do furtki. Ludwisia obciągnęła spódnicę, przyjrzała jej się i 
poszła do domu włożyć inną. Włożyła też swój najładniejszy sweterek. Z kuchni 

znów dobiegały wrzaski Gapci, ale Ludwisia zamiast pocieszyć kota, ograniczyła 
się do wskazówki przez zamknięte drzwi:

—  Siedź cicho, jak ci życie miłe!
Wyszła przed dom i popatrzyła na starannie wymiecione podwórko, przylepioną do 

furtki Zosię, na babcię i dziadka siedzących godnie na schodkach. „Od razu 
widać, że do nas nikt nie przyjeżdża — pomyślała. — Dziwna rodzina, która zanim 

kogoś wpuści do domu, najpierw musi się o nim wszystkiego dowiedzieć, a potem 
jeszcze obejrzy go z każdej strony. Pan Kapustnik prawie przysięgał, że dzieci, 

które z nim przyjadą, są grzeczne i dobrze wychowane".
—  Pan Kapustnik jedzie! — zawołała Zosia.

—  No, wreszcie — ucieszyła się babcia. — Już wyglądało na to, że nie 
przyjedzie.

Dziadek odrzekł, że na nic nie wyglądało, spóźnił się człowiek piętnaście minut. 
Poszedł otworzyć bramę i furgonetka wolno wjechała na podwórko.

—  Tak, tak — z aprobatą mówiła babcia. — Wolniutko i pod samą piwniczkę.
Z furgonetki wygramoliło się troje dzieci i pies. Babcia oceniła je jednym 

spojrzeniem. Dzieci były porządnie i czysto ubrane. Pies natomiast wydał jej się 
stanowczo za duży.

73
Pan Kapustnik wysiadł i rozejrzawszy się po podwórku, zawołał:

—  A co u was tak pusto? Wszystkie kury zdechły czy co?
—  Uchowaj, Boże! — rzekła babcia kładąc rękę na sercu. I zaczęła tłumaczyć, 

dlaczego zamknęli kury i kota.
Ludwisia przyglądała się dzieciom. Gruba dziewczynka trzymała na krótkiej smyczy 

psa, obok niej stał drobny chłopiec i zerkał to na Ludwisię, to w niebo. Na 

background image

końcu Ludwisia obejrzała wysoką, jasnowłosą dziewczynkę. Przede wszystkim 

dostrzegła długie, miękkie włosy. Pomyślała o swoich krótkich włosach, które od 
roku zapuszczała, ale co trochę podrosły, zjawiała się babcia z nożyczkami.

—  No, dzieci — odezwał się pan Kapustnik. — Zajmijcie się sobą, a ten pies jest 
za dobrze ułożony, żeby udusić kogoś bez rozkazu.

Zosia stanęła przed Anią.
—  Dlaczego wtedy uciekłaś? — zapytała. — Oni -— wskazała ręką resztę rodziny — 

oni powiedzieli, że ja sobie ciebie wymyśliłam. Ludwisiu, to jest właśnie ta 
dziewczynka, o której ci opowiadałam.

Ludwisia i Ania popatrzyły na siebie. Ania ze strachem, Ludwisia z niechęcią. 
Nie wiadomo, skąd przyszło jej do głowy, że ta wysoka dziewczynka jest z całej 

trójki najważniejsza, a Ludwisia nie lubiła dzieci ważnych, ponieważ siebie 
miała za osobę wyjątkowo mało ważną: uczy się przeciętnie i niemiłosiernie 

uciskana jest przez babcię. Przyszło jej też do głowy, że babcia będzie 
zadowolona z nowych dzieci. Wyglądały na bardzo dobrze wychowane, po prostu 

stały na podwórku jak słupy.
—  Daj mi potrzymać smycz — poprosiła Izę Zosia. Iza podała jej smycz, a Azor, 

nie obejrzawszy się nawet
na Izę, poszedł z Zosią. Najpierw szli, pies obok dziewczynki, a potem pobiegli 

i zniknęli w głębi ogrodu.
—  Ją bardzo lubią zwierzęta — odezwała się Ludwisia.—

74
Ma taki dar. Kiedyś jedna nasza kura złamała łapkę. Babcia robiła jej okłady i 

nic nie pomogło. Zosia tylko raz zrobiła kurze okład i kura zaczęła zdrowieć. — 
Umilkła speszona. Nie była z siebie zadowolona. Obce dzieci patrzyły na nią z 

zainteresowaniem, ale tak, jakby wcale nie słuchały tego, co mówi, a tylko ją 
oglądały. Zdenerwowała się i przeciągnęła ręką po włosach.

—  Bardzo ładnie opowiadasz — uśmiechnęła się Ania. — Ja nazywam się Ania, a to 
są moi przyjaciele — Iza i Grześ.

Iza dopiero w tej chwili odzyskała głos.
—  Coś podobnego! — zawołała. — Poszedł z kimś obcym!

—  I bardzo dobrze — roześmiał się Grześ. — I pomyśleć tylko, „po tylu latach".
Babcia targowała się z panem Kapustnikiem na temat ceny ziemniaków. Nie lubiła 

świadków przy tego rodzaju rozmowach. Zawołała więc Ludwisię i kazała jej zabrać 
dzieci do ogrodu. Ludwisia posłusznie ruszyła w kierunku ogrodu, a dzieci za 

nią. Z głębi dolatywały okrzyki Zosi i poszczekiwania Azora. Iza udawała że nie 
słyszy. Ania zaczynała żałować, że tu przyjechała, i w dodatku przywiozła z sobą 

Izę i Grzesia, tak jakby Ludwisia była jakimś dziwnym okazem, który należy 
obejrzeć i jeszcze pokazać innym. Spodobała jej się ta drobna dziewczynka, ale 

dlaczego miała taką chmurną twarz?
Ludwisia zaprowadziła ich do ogrodu i puściła przodem. Idąc na końcu, myślała 

tylko o swoim swetrze, krótkich włosach i spódnicy, o której babcia mówiła: 
„Taka ładna spódniczka", a spódnica zdaniem Ludwisi była po prostu 

przedpotopowa.
Dotarli do końca ogrodu, gdzie rosła jabłonka, a za nią biegł druciany płot. 

Dalej rozciągała się sąsiednia parcela.
—  Czy podoba wam się nasz ogród? — zapytała Zosia.

75
Zaczęli na wyścigi zapewniać, że jest bardzo ładny, zadbany i w ogóle.

—   Lekka przesada — mruknęła Ludwisia.
—   My nie mamy ogródków — wyjaśniła Ania — i dlatego podoba nam się każdy.

Tę uwagę Ludwisia zbyła milczeniem. Zosia  w  podskokach przybiegła  do 
Ludwisi,  wspięła się na palce i zaczęła szeptać siostrze coś do ucha.

—   Nie możemy — odpowiedziała Ludwisia. — Nie możemy. To nasza sprawa i nie 
wszystkich musi interesować.

Zosia skrzywiła się. Wyglądała tak żałośnie, że Ludwisia zmiękła.
—  No, dobrze — powiedziała. — Mamy swoją żabę — wyjaśniła — mieszka w studni, 

na sąsiedniej działce. Zosia chce wam ją pokazać. Chcecie tam iść?
Nieufnie patrzyła na nowe dzieci. Jedno przez drugie wykrzykiwały, że ogromnie 

chcą zobaczyć żabę. Grześ tak się zagalopował, że powiedział uprzejmym głosem:
—  Tak naprawdę to nigdy nie widziałem żaby. — A pochwyciwszy spojrzenie Ani, 

poprawił się: — To znaczy chciałem powiedzieć, że w naszej części miasta nie ma 
żab.

Ludwisia uniosła wysoko brwi, od pana Kapustnika wiedziała, że dzieci mieszkają 

background image

w tej części miasta, gdzie jest jezioro. Jakże więc w jeziorze może nie być żab? 

W życiu nie widziała takich dzieci. Wszystko, co mówiły, brzmiało jak wyuczone.
—  Ty durniu — syknęła Iza. — Widziałeś nieraz, ale się ich brzydzisz.

—   Na jedno wychodzi — odparł Grześ. .— Poza tym nigdy nie widziałem żaby, 
która należałaby do kogokolwiek. To właśnie miałem na myśli mówiąc, że nigdy w 

życiu nie widziałem żaby.
76

Ania odwróciła się. Nie mogła patrzeć na Ludwisię, która wodziła oczami od 
jednego do drugiego obciągając sweter.

—   Chodźmy wreszcie! — zawołała Ania. — Zrobi się późno i pan Kapustnik nas 
zawoła.

Zosia złapała Azora za obrożę i poprowadziła w kierunku dziury w siatce. 
Przelazła na drugą stronę, za nią Azor, potem Ania, Ludwisia. Z Izą były 

kłopoty, bo nie mogła się zmieścić, i Grześ musiał dziurę poszerzyć. Przy okazji 
rozdarł skafander.

—  Wielkie rzeczy — powiedział niedbale. — Naprawdę nic nie szkodzi.
Sąsiednia działka porośnięta była pożółkłą teraz trawą i chwastami. Ktoś dawno 

temu wykopał studnię, ale nie wybudował domu. Działka należała więc do żaby, ale 
żaba nie mogła wydostać się ze studni. Widziała tylko niebo, chmury, słońce i 

wszystko, co ma związek z niebem. Ludwisia i Zosia bardzo współczuły żabie i 
wieczorami, leżąc już w łóżkach, rozmyślały nad sposobami wydobycia jej. Kiedy 

było im smutno, pytały jedna drugą: „ Czy jest ci tak smutno i samotnie jak 
żabie w studni?" Albo wpadając do kuchni wołały: „Jesteśmy głodne jak żaba w 

studni". Wrzucały do studni okruchy chleba, żeby żaba nie zdechła z głodu.
—  Nie potrafimy jej wydobyć — powiedziała Ludwisia. — Babcia nie pozwała nam tu 

przychodzić, a poza tym nie mamy wiadra.
Pochylili się nad studnią. W wodzie pojawiły się cztery duże odbicia i jedno 

małe — Zosi. Ania poszukała oczami odbicia Ludwisi i przyglądała mu się 
bezkarnie.

—  Widać moje okulary — odezwała się Iza. — Ale nie widać żaby.
Wpatrywali się w wodę w milczeniu. Zosia zachęciła Azora, żeby oparł się łapami 

o brzeg studni. Azor wykonał polecenie. Stał na tylnych łapach, merdał ogonem, a 
w pe-

77
wnym momencie podniósł głowę i zaszczekał radośnie. Izie zrobiło się przykro. 

Jej własny pies stał po drugiej stronie studni i śmiał się wesoło, ale wcale nie 
do niej.

—  Jest! — szepnęła Ania.
Żaba poruszyła się, podpłynęła do ścianki studni i zaczęła się jej czepiać 

łapkami.
—  Tak mi jej żal. Zawsze kiedy patrzę, jak próbuje się wydostać, myślę, że to 

ja mogłabym siedzieć w jakimś dole i nie umiałabym wzywać pomocy inaczej niż 
czepiając się rękami ścian. — Ludwisia sprawiała wrażenie osoby szczerze 

przejętej losem żaby. Brwi prawie zeszły jej się nad nosem, a oczy spoglądały z 
wielką troską.

Żaba wydała im się tak bardzo nieszczęśliwa i spragniona pomocy, że nie 
wyobrażali sobie, jak można byłoby odejść nie uratowawszy jej.

—  Kiedy szliśmy przez ogród, widziałam duży garnek odwrócony do góry dnem — 
przypomniała sobie Ania.

Ludwisia wyjaśniła, że tego garnka używała babcia latem, kiedy była zmęczona, a 
chciała pleć grządki. Odwracała garnek i siadała na nim.

Uznali, że garnek mógłby posłużyć jako kubełek do zaczerpywania wody.
—  Nie mamy sznurka — zauważył Grześ.

—  Ale ja mam pasek od spódnicy — przypomniała sobie Ania. — Grzesiek dwa 
sznurki od skafandra. — Pełna entuzjazmu spojrzała na Ludwisię. Ludwisia 

uśmiechnęła się. Po raz pierwszy.
—  Ja też mam pasek od spódnicy — powiedziała Iza. — Muszę go nosić, bo mi 

ubranie zjeżdża z brzucha.
Złożyli wszystko w jedną kupkę i Grześ zaczął wiązać paski ze sznurkami. 

Ludwisia pobiegła do ogrodu po garnek. Zosia rozłożyła się na pożółkłej trawie i 
tłumaczyła Azorowi, jak wygląda żaba. Poruszała rękami i nogami, jakby pływała, 

a Azor biegał dookoła i poszczekiwał.
78

Wreszcie garnek był gotowy. Grześ powiódł oczami po twarzach dziewczynek, żeby 

background image

sprawdzić, czy ta męska robota, która kosztowała go tyle wysiłku, zrobiła na 

nich wrażenie. Ale tylko w oku Zosi dostrzegł błysk podziwu. Przerwała nawet 
zabawę z Azorem, żeby podejść do Grzesia i powiedzieć mu wzruszonym głosem:

—  Jestem pewna, że ją uratujesz.
Grześ powolutku zaczął opuszczać garnek. Dziewczynki oblepiły studnię dookoła. 

Ciężki garnek uderzył w ścianę i rozległ się głuchy dźwięk. Kiedy garnek dotknął 
wody, Grześ spróbował zaczerpnąć żabę razem z wodą. Wystraszona, dała nurka. 

Ludwisi wyrwało się:
—  Tak cię proszę, kochana żabo!

Po chwili na wodzie pojawił się płaski łeb. Grześ szybko zaczerpnął wody i żaba 
wpłynęła do garnka jak do bezpiecznego portu. Już ją mieli wyciągnąć i uratować, 

gdy nagle wyskoczyła i wpadła do studni z wielkim pluskiem.
—  Zabiła się! — zawołała Zosia. — Już po niej!

—  Nic podobnego — odrzekł spokojnie Grześ. — Żaby nigdy nie zabijają się o 
wodę. Są przystosowane do skoków do wody, nawet z dużej wysokości.

Znów zaczerpnął wody razem z żabą. Tym razem nie uciekła. Postawili garnek na 
trawie. Żaba stała na palcach, przyciśnięta do ścianki garnka. Z długiej zrobiła 

się teraz bardzo wysoka i smukła. Przy tylnych łapkach miała pięć palców, a przy 
przednich tylko trzy. Oglądali ją w milczeniu.

—  Jest bardzo piękna — szepnęła nagle Ludwisia i pochyliła się tak, że twarzą 
zasłoniła garnek.

—  Jest pręgowana jak. tygrys — dodała Ania. — I taka złocista.
Teraz Ania pochyliła się nad garnkiem w taki sam sposób, jak to przedtem zrobiła 

Ludwisia. Żaba patrzyła na nią wypukłymi oczami, a kąciki pyszczka, jak to u 
żaby, opadały żałośnie w dół. „Przed chwileczką patrzyła na ciebie Lud-

70
wisia" — pomyślała Ania i wydało jej się, że w beznamiętnym oku żaby widzi małe 

odbicie „tej dziewczynki".
—  Co z nią zrobimy? — zapytała Iza.

—  Wrzucimy do jeziora — odpowiedział Grześ. — W naszej części miasta jest 
jezioro — dodał zwracając się do Ludwisi i Zosi. — O rety! Mówię tak, jakbyście 

były z innego miasta i nic nie wiedziały o jeziorze.
—  Wiemy — odparła sucho Ludwisia. — Mieszkałam tam kiedyś. W wielkiej kamienicy 

z czerwonej cegły. Tutaj przeprowadziłyśmy się dopiero po urodzeniu Zosi.
Zapadła cisza. Ania zerknęła na przyjaciół. Mieli bardzo niewyraźne miny. Iza 

uśmiechała się niemądrze, a Grześ, obrzuciwszy szybkim spojrzeniem obie siostry, 
zabrał się do rozsupływania pasków i sznurków.

—  Jeżeli mamy ją zanieść nad jezioro, to potrzebny będzie słoik — powiedziała 
Ludwisia. — Rusz się, Zosiu, i poszukaj. Tu w trawie jest pełno niepotrzebnych 

słoików. Nie wiem skąd.
—  Czasami babcia każe nam je zbierać — powiedziała Zosia. — Przydają się do 

kompotów na zimę. Jeżeli są oczywiście z zakrętkami.
Ludwisia posłała jej takie spojrzenie, że Zosia zamilkła. „Co te dzieci sobie o 

nas pomyślą — zdenerwowała się. — Pomyślą pewnie, że nasza babcia zbiera 
wszystko, co jej wpadnie w ręce. Będą opowiadać o nas w domu i będą się śmiać". 

Prawie wyrwała z rąk siostry wysoki słoik z etykietką „Ogórki małosolne".
Przelali żabę do słoika, słoik zakręcili i wrócili na podwórko, gdzie babcia 

właśnie zamykała piwniczkę. Z miny babci Ludwisia wywnioskowała, że znów pan 
Kapustnik sprzedał im ziemniaki tanio, taniej niż innym.

—  Babciu, babciusiu! — wołała Zosia. — Patrz tylko, co my mamy! Żabę!
—  Daj ją, dziecko, kurom — poradziła babcia.

80
—   Ależ my ją niesiemy do jeziora! — zawołała Ludwi-sia, oburzona i zawstydzona 

okrucieństwem babci.
—   Co? Nad jezioro? — wykrzyknęła babcia. — Przecież zabroniłam wam samym 

chodzić nad jezioro! Tylko tego brakuje, żebyście się potopiły. Nigdy by was nie 
odnaleziono. Przecież ono ma galaretowate dno.

Słowo „galaretowate" babcia powiedziała w taki sposób, że Ania poczuła na 
plecach nieprzyjemny dreszcz. Jakby 1 coś tam pełzało. Stojąca obok Ludwisia 

odwróciła głowę i powiedziała:
—   Według naszej babci wszystko jest bardzo niebez-1 pieczne. Jezioro 

galaretowate, ulice zbyt ruchliwe, słodycze niezdrowe, psy zapchlone...
—  No, no, Ludwisiu — obruszył się dziadek.

—   Nie pójdziecie nad jezioro, i kropka — powiedziała babcia.

background image

—   A może pan zawiózłby tam nas wszystkich? — Ania zwróciła się do pana 

Kapustnika. — Bardzo pana proszę.
Ku niezadowoleniu babci pan Kapustnik zgodził się. Obiecał dopilnować, żeby do 

jeziora nie wskoczył nikt z wyjątkiem żaby.
Usadowili się w furgonetce. Iza trzymała Azora na krótkiej smyczy, obok siedział 

Grześ, a przy nim Zosia. Zosia przyglądała się Grzesiowi z zachwytem.
—  Trzymasz ten słoik jak trzeba — powiedziała. — Bardzo równo, tak jak trzeba 

trzymać słoiki albo inne naczynia z żywym stworzeniem w środku.
Furgonetka zarzuciła na zakręcie, Ania gwałtownie wpadła na Ludwisię. Roześmiały 

się obie. Przy okazji Ania odkryła, że ciemne oczy Ludwisi tylko z daleka wydają 
się ciemne. Z bliska są po prostu ciemnozielone, nakrapiane brązowymi plamkami. 

„To znaczy, że jestem do ciebie podobna — pomyślała Ania. — Ja też mam zielone 
oczy, tylko bez plamek".

82
Pan Kapustnik zatrzymał furgonetkę przy końcu ulicy. Dalej zaczynała się skarpa.

—  Tu na was zaczekam — powiedział. — Nie będę nawet wyłaził z szoferki, bo i 
tak wiem, że się nie potopicie.

Zapadał powoli zmrok. Skóra żaby wydawała się ciemniejsza. Podeszli blisko 
jeziora, jak mogli najbliżej.

—   Chciałabym ją wychlupnąć — odezwała się Zosia i wyciągnęła ręce po słoik.
Grześ zauważył, że Zosia ma obgryzione paznokcie i straszliwie brudne ręce.

—   Masz — powiedział podając jej słoik. — Tylko uważaj, bo słoik jest 
obtłuczony i żaba może sobie pokaleczyć brzuch.

Zosia przechyliła słoik i wychlupnęła żabę tak, jak się przelewa jajko ze 
szklanki do szklanki.

Żaba nurknęła i już jej nie było.
Słońce chowało się za ruinami zamku krzyżackiego na wyspie. Podświetlony z 

drugiej strony, sprawiał wrażenie, jakby stał dużo bliżej. Dzieci spoglądały w 
jego stronę. Nad jeziorem zaczynała gromadzić się mgła. Cała historia z żabą 

przypominała jakiś dziwny obrządek i teraz, kiedy już został spełniony, kiedy 
żaba pływała w jeziorze razem z innymi żabami, poczuły pewien niedosyt. Może coś 

jeszcze powinno się wydarzyć?
—   A może to była zaczarowana królewna i Grzesiek powinien ją pocałować? — 

odezwała się Iza tajemniczym głosem, jakby chciała przedłużyć całą historię i 
nadać jej bajkowe zakończenie. Nie zamierzała żartować z Grzesia, ale on 

zrozumiał to jako złośliwość. Zaczerwienił się i postanowił się odgryźć.
—   To był pan żaba — powiedział do Izy. — Ale dobrze, że go nie pocałowałaś, bo 

biedny pan żaba musiałby być z tobą do końca życia i urodziłyby wam się 
Izokijanki.

Ludwisia i Zosia stały z boku. Trójka tych dzieci była ze sobą bardzo 
zaprzyjaźniona. To rzucało się w oczy.

83
Ludwisia patrzyła na plażę jak na miejsce związane z dawnymi, szczęśliwymi 

latami, kiedy to ona, tata i mama mieszkali razem. Ilekroć myślała o tej części 
miasta, ogarniał ją smutek. Snuł się dookoła niej, gotów w każdej chwili 

doprowadzić do płaczu. Nie mogła nawet o tym porozmawiać z babcią czy dziadkiem, 
bo babcia zakazywała jakichkolwiek rozmów na temat mamy i taty, dziadek robił 

się smutny, a Zosia zaraz zaczynała wypytywać, jak wyglądał tata. Zosia 
wiedziała, że ona i Ludwisia miały dwóch różnych ojców, ale nie potrafiła 

przyjąć tego do wiadomości. Czasami pytała: „A teraz powiedz, jak wygląda nasz 
tata, bo jeżeli mamy wspólną babcię, wspólnego dziadka, wspólną mamę i wspólnego 

kota, to przecież i tata jest wspólny". Zresztą nie to wydawało się Ludwisi 
najważniejsze. Chętnie użyczyłaby siostrze swojego ojca, gdyby mogła go spotkać 

i powiedzieć mu o Zosi.
—   Tam są chaty rybackie — Ania delikatnie dotknęła ręki Ludwisi. — Jeżeli 

chcecie, możemy do nich pójść.
Ale w tym momencie z furgonetki wygramolił się pan Kapustnik i zaczął nawoływać.

—   Musimy iść — powiedziała Ludwisia biorąc Zosię za rękę. — Przyjdźcie jeszcze 
do nas. Nas prawie nikt nie odwiedza, bo żadne dziecko nie podoba się naszej 

babci. Wy spodobaliście się. Byliście tacy grzeczni — zachichotała.
—  Ja przyjdę — powiedziała skwapliwie Ania. — Przyjdę na pewno. Twoja babcia — 

Ania nachyliła się do Ludwisi — wasza babcia tylko udaje srogą. W rzeczywistości 
jest bardzo miła. — O mały włos nie powiedziała: „Udaje srogą, bo boi się o was, 

a babcie boją się inaczej niż rodzice".

background image

Iza poświęciła własną babcię mówiąc:

—  Wasza babcia jest dużo lepsza niż moja. Moja czasami bywa okropna.
84

—   A dziadek? — zapytała w napięciu Ludwisia. — Czy dziadek też się wam 
podobał?

Rzecz w tym, że nie pamiętali dziadka. Był tam z pewnością jakiś starszy pan, 
ale odezwał się tylko raz. Nie pamiętali jego twarzy.

—   Dziadek jest bardzo miły — zaryzykowała Ania. Zobaczyła, że twarz Ludwisi 
rozjaśnia się.

—  Tak — kiwnęła głową. — Dziadek jest w porządku. Jesteście pierwszymi dziećmi, 
które go zauważyły. Nikt go nie zauważa. Wszyscy widzą tylko babcię. A dziadek 

jest bardzo miły i dobry.
Ludwisi mówiło się teraz i myślało dużo swobodniej. Chętnie pobiegałaby po 

plaży, poskakała. Mogłaby poćwiczyć gwiazdę, bo pan od wuefu nie może się 
nadziwić, dlaczego taka szczupła i zwinna dziewczynka nie potrafi zrobić 

porządnej gwiazdy. Chętnie pobawiłaby się z tymi dziećmi w cokolwiek, ale pan 
Kapustnik wołał coraz natarczywiej.

Wdrapywali się na skarpę, trzymając się za ręce. Grześ trzymał łapkę Zosi i 
jeszcze raz stwierdził, że równie brudnej łapki w życiu nie widział, nie licząc 

swoich własnych rąk. „Ona dotyka wszystkiego, co spotka na drodze — pomyślał z 
podziwem. — Zupełnie jak chłopiec". Przy pożegnaniu Zosia objęła Azora za szyję.

—   Pa! — szepnęła. — Do zobaczenia, Azorku!
—  Pozdrów go — powiedziała Ania. — Przekaż mu pozdrowienia z miejsca, w którym 

ty byłaś, a w którym on nie był.
—  Pozdrowienia z... — zaczęła Zosia i obejrzała się na siostrę. — Co mu 

powiedzieć?
—  Przekaż mu pozdrowienia z naszej Innej Planety — podpowiedziała Ludwisia. — 

On tam chyba jeszcze nie był.
—   Pozdrowienia z Innej Planety — szepnęła Zosia Azorowi do ucha.

85
Ceremonię pożegnania przerwał brutalnie pan Kapustni» Najpierw złapał Zosię i 

wsadził pod budę furgonetki, a następnie to samo uczynił z Ludwisią. W mroku 
samochodu świeciły dwie pary oczu. Jedne były prawdziwie ciemne, a drugie tylko 

wydawały się takie. W rzeczywistości miały kolor zielony, nakrapiany brązowymi 
plamkami. Samochód oddalał się wolno. Ania pomachała na pożegnanie. Dwie ręce 

podniosły się do góry i zaczęły machać. Machały tak, aż samochód zniknął za 
rogiem ulicy.

—  Jakie one są miłe — powiedziała Iza. — Nie będę myślała o ich rodzicach, bo 
zaraz zacznę płakać. Bardzo dziwnie się tam czułam, jak kłamczucha, chociaż 

przecież nie kłamałam. Ja tylko nic nie powiedziałam.
—   Czy teraz już zaprowadzisz tam tego pana? — zapytał Grześ. — Już wiesz, jak 

wygląda Ludwisią. I nawet wiesz, jak wygląda cała rodzina.
—   Tak, wiem — powiedziała Ania. — Oni wszyscy bardzo mi się podobają. Jak 

myślicie, czy tydzień wystarczy, żeby się z kimś zaprzyjaźnić?
—   Chyba tak — powiedziała Iza. — Jeżeli z przyjaźnią jest tak, jak z miłością, 

to chyba wystarczy. Jeżeli można się szybko zakochać, to można się chyba szybko 
zaprzyjaźnić. Ale przecież obiecałaś, że teraz już zaprowadzisz tam tego pana.

Ania wyczuła w głosie Izy przynaglenie albo nawet naganę. „Dobrze ci tak mówić — 
pomyślała. — Bo... bo z tobą jest inaczej niż ze mną".

—   Przecież jeden tydzień to nie jest tak wiele — powiedziała szybko.
Iza nic nie odrzekła. Ciągle jeszcze było jej przykro z powodu zachowania Azora. 

Szedł obok postawiwszy uszy. Co jakiś -czas spuszczał nos do ziemi i węszył, 
jakby szukał śladów furgonetki.  „Azor — zdrajca — my-

36
słała Iza. — Pobiegł z Zosią i nawet się na mnie nic obejrzał. Pies powinien 

kochać swojego właściciela". Omal nie zapytała głośno: „Azor, kochasz ty mnie 
jeszcze, bo ja ciebie bardzo".

Grześ zastanawiał się, o jakiej innej planecie mówiła Zosia. Czyżby bawiąc się z 
dwiema starszymi od siebie dziewczynkami przeoczył jakieś miejsce do zabaw? 

Wydawało mu się przecież, że zna wszystkie.
Myśli Ani najmocniej krążyły dookoła domu przy ulicy Chabrowej. Wszyscy i 

wszystko, co tam zobaczyła, było inne, niż sobie wyobrażała. Wymyślone postacie 
znikły, a na ich miejscu pojawili się prawdziwi mieszkańcy domu pod numerem 

osiem. „Pewnie teraz Ludwisią i Zosia wysiadają z lurgonetki albo może już 

background image

wchodzą do domu — myślała. — Będą jadły kolację, a nim zasną, porozmawiają o 

uratowanej żabie. Ja dziś, nim zasnę, też będę myślała o żabie — postanowiła. — 
Będę mogła sobie wyobrazić, że trochę jestem z Ludwisią i Zosią".

*
Dziadek nie dobierał wnuczkom towarzystwa, ale babcia była wymagająca i mało kto 

jej się podobał. Uważała, że Ludwisi powinno wystarczyć towarzystwo Zosi, i 
odwrotnie.

—  Jesteście siostrami *— mówiła babcia. — A siostry powinny być zawsze razem, 
powinny być z sobą zżyte, żeby kiedyś, kiedy dorosną, pamiętały o sobie i żeby 

jedna w drugiej miała oparcie.
Kiedy babcia mówiła o oparciu, Ludwisią. wyobrażała sobie siebie i Zosię stojące 

w pozycji, w jakiej sprawdza się, które dziecko jest wyższe. Opierając się o 
siebie plecami, jedna drugiej- daje oparcie.

—   Miej  na uwadze, że za twoich młodych lat dzieci
87

chowano inaczej — wtrącał dziadek, jeżeli był przy roz-mowie. — Powinnaś to 
rozumieć. Dzisiejsza rodzina to nie dawna rodzina.

—  Wszystko rozumiem — odpowiadała babcia niezadowolona z tego, że dziadek 
zamiast powiedzieć: „Tak, tak, masz rację", zaleca jej rozumienie czegoś tam. — 

Pewne zasady ciągle obowiązują. Nie każę im dygać...
—   I tak nie dygałyby, nawet gdybyś im kazała — stwierdzał flegmatycznie 

dziadek.
—  Nie każę im mówić do mnie „proszę babci" — ciągnęła babcia, ale już trochę 

głośniej. — Chcę tylko, żeby nie używały brzydkich słów, chodziły wcześnie spać, 
ładnie zachowywały się przy stole, nie obgryzały paznokci, układały swoje 

ubrania, żeby Ludwisia mniej myślała, w czym jej do twarzy, a w czym nie, a 
więcej o szkole, żeby Zosia nie mówiła do kota „siostro Gapciu", a do kur 

„siostry kury", bo to obraza boska... Dobrze też byłoby, żeby Zosia 
powstrzymywała się od swoich wybryków, które gotowe na ten dom sprowadzić 

nieszczęście.
Oczy babci obrzucały uważnym spojrzeniem całą kuchnię, wędrowały w górę, jakby 

chciały przebić sufit i obejrzeć pięterko, potem świdrowały podłogę aż do 
piwnicy, a przyglądającym się temu i przysłuchującym rozmowie wnuczkom wyraźnie 

jawił się cały dom od piwnic do strychu. Babcia potrafiła takim właśnie 
spojrzeniem objąć cały dom, że Ludwisia i Zosia, nawet siedząc w kuchni czy w 

pokoju, widziały go jak na dłoni, jakby stały przed furtką.
Obydwie wiedziały, o jakim to wybryku mówi babcia. Otóż pewnego styczniowego 

dnia, ostatniej zimy, jedno z kociąt Gapci wylazło po zasłonie pod sufit i nie 
mogło zejść.   Tkwiło   tam,   wczepione   pazurkami   w   materiał,

S8
wytrzeszczało oczka i miauczało otwierając różowy pyszczek. Ludwisia przysunęła 

stół do okna, a Zosia szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w kociaka. Kociak 
widząc, że spieszą mu z odsieczą, odwrócił łe-pek i miauknął radośnie. Zosi 

wydało się, że roześmiał się na całe gardło. Wypadła z kuchni do sieni, z sieni 
na podwórko i zaczęła biegać po śniegu. Wcale nie czuła zimna. Myślała tylko o 

kotku, który był tak piękny, że trzeba było coś zrobić. Biegać w samych 
rajstopach po śniegu. Babcia wciągnęła Zosię do domu, zmieniła mokre rajstopy na 

suche i powiedziała:
—   Za karę będziesz siedziała pod kocem do końca dnia.

Zosia siedziała pod kocem, trzymając w objęciach kociaka. Oboje drżeli. Kotek 
ciągle ze strachu, a Zosia z zimna.

—   On był taki piękny, że musiałam coś zrobić — szepnęła Zosia do Ludwisi. — On 
był za piękny, żeby tylko patrzeć. Rozumiesz?

Ludwisia rozumiała, dziadek trochę, ale babcia nie rozumiała.
—  Jeżeli coś jest piękne, należy to coś podziwiać, a nie głupieć. Poczekamy na 

skutki.
Babcia miała na myśli ewentualne przeziębienie, ale skutki były dużo bardziej 

nieprzyjemne. W kilka dni później, kiedy zacinał deszcz ze śniegiem, na podwórko 
wkroczyły dwie panie osłonięte jednym parasolem. Przyszły z opieki społecznej, 

żeby sprawdzić, jak babcia i dziadek opiekują się wnuczkami. Wizyta była bardzo 
denerwująca. Babcia z przejęcia aż zaczęła zezować. Cienkim głosem poinformowała 

panie z opieki, że wnuczki są zadbane, nakarmione i niczego im nie brakuje. 
Zaprowadziła je do spiżarni, gdzie półki uginały się od słoików, serków, 

ciasta.  Poczęstowała obie panie

background image

89

ciastem, zaklinając, że jest pieczone bez proszku, bo proszek byłby niezdrowy 
dla dzieci. Panie omal nie przewróciły się o rząd butów Zosi, które dziadek 

ustawił w poprzek kuchni.
—   Moja siostra ma pełno butów — powiedziała Ludwisia — a po śniegu biegała 

boso, bo mały kot wydał jej się zbyt piękny. Jeżeli coś jej się wydaje za ładne, 
zbyt ładne, żeby tylko patrzeć, musi coś zrobić. Na przykład krzyknąć albo 

podskoczyć, albo pobiegać. A ja — Ludwisia przerwała i spojrzała na panie. 
Słuchały uważnie. — A ja łatwo się wzruszam i muszę wtedy popłakać. Jak się 

wypłaczę, zaraz mi lepiej.
Za . jakiś czas przyszło wezwanie na badanie Zosi i Ludwisi. Babcia rozpłakała 

się i powiedziała, że pewnie chcą im zabrać wnuczki i oddać do domu dziecka.
—   A o nas powiedzą, że jesteśmy za starzy do wychowywania dzieci.' Ale ja je 

wykradnę!- Ja się podkopię pod murowanym ogrodzeniem i wykradnę je!
—  Jeszcze ich nie zabierają — powiedział'dziadek.- — A poza tym skąd wiesz, że 

tam będzie murowane o-grodzenie? Może zwyczajna siatka, którą łatwo przeciąć?
—  Wszystko jedno! — zawołała babcia. — P.oza tym za moich czasów bieganie po 

śniegu było zdrowe.
—   A za moich kąpiel w przerębli — wtrącił dziadek.

—   Co ty pleciesz?1. — zdumiała się babcia. — O jakich ty swoich "czasach 
mówisz? Twoje czasy to moje czasy, bo jesteśmy w jednym wieku. Tak czy siak, 

dzieci nie oddam.
Nikt nie miał zamiaru odbierać Ludwisi i Zosi od dziadków, ale mimo to Ludwisia 

postanowiła wcześniej porozmawiać z siostrą.
—  Będą ci zadawali różne pytania i będą ci pokazywali jakieś obrazki. To się 

nazywa test, a wszystko robi się po
90

to, żeby wiedzieć, co się dzieje w twoim wnętrzu. No, co się dzieje?
—   Nic nadzwyczajnego — wzruszyła ramionami Zosia. — Bo gdyby coś się działo, 

czułabym się jakoś inaczej, a czuję się zwyczajnie i bardzo dobrze.
—   No, to w porządku — odparła Ludwisia. — Ja przez to przeszłam, kiedy nasza 

mama nas zostawiła. Zaprowadzono mnie wtedy na badanie i jedna pani chciała 
wszystko o mnie wiedzieć. Co czuję, o czym myślę. A ty o czym teraz myślisz?

—   O wszystkim'— przyznała Zosia. — Myślę, myślę... myślę, że babcia jest 
dobra, chociaż wczoraj mnie trze-pnęła, dziadek/jest dobry, a Gapcia chyba 

będzie miała dużo kociaków, bo jest gruba jak beczka.
—   Gapcie zostaw w spokoju, a jeżeli ci pokażą jakiś obrazek, mów, że jest 

ładny, ale brakuje na nim babci i dziadka. Wtedy byłby jeszcze ładniejszy.
Na badaniu Ludwisia wypełniała testy. Na pytanie: „Czego boisz się najbardziej", 

napisała: „Boję się, że mnie i Zosię mogą zabrać od babci i dziadka".
Zosi, która nie umiała pisać, pokazywano obrazki. O każdym, nawet o tym, na 

którym narysowani byli robotnicy stawiający fabrykę, mówiła, że jest bardzo 
ładny, ale brakuje na nim babci i dziadka. W pewnej chwili Zosi pokazano 

obrazek, na którym był mały domek, a przed domem ławeczka, a na ławeczce para 
staruszków. Zosi obrazek tak się spodobał, że musiała coś zrobić. Wstała z 

krzesła, przebiegła kilka razy pokój, a potem powiedziała:
—   Bardzo to ładne, ale brakuje tu mnie, mojej siostry i naszego kota.

Zosię uznano za dziecko trochę nerwowe i wręczono babci receptę na syrop 
uspokajający, łyżka przed snem. Syrop na uspokojenie zażywała babcia, ilekroć 

zaczynała się bać, że nie podoła wychowaniu wnuczek.
91

Po wizycie pana Kapustnika i obcych dzieci babcia zgarnęła wnuczki do kuchni i 
przystąpiła do dyskretnego przesłuchania. Kroiła chleb, smarowała masłem i 

pytała, czy dzieci nie klęły.
—  Nie klęły — odparła Ludwisia. — Były bardzo grzeczne. — Uśmiechnęła się 

zjadliwie i dodała: — Pies też nie przeklinał.
—   Niedobrze jest mówić brzydko, ale niedobrze jest mówić za dobrze — wtrącił 

dziadek filozoficznie, a babcia poczuła napływające rozgoryczenie. Uważała, że w 
ten sposób dziadek kompromituje ją przed dziećmi.

Dziadek zszył kapeć Zosi i postawił go na brzegu stołu. Babcia jednym ruchem 
zmiotła kapeć na podłogę.

—   Czy nie wiesz, że buty stojące wysoko to zapowiedź czegoś złego? — mruknęła. 
— Ludwisia, Zosia, myć ręce i do stołu.

—   Co dziś na kolację? — zainteresowała się Ludwisia.

background image

—   Chleb z masłem i mleko — odrzekła babcia przyglądając się, jak dziadek 

ustawia kapeć na podłodze. Odetchnęła. Ustawił go noskiem w stronę drzwi. Babcia 
uważała, że buty stojące piętami w stronę drzwi wróżą rychły pogrzeb.

—   Chleb z masłem i mleko ze wstrętem — wtrąciła zamyślona Zosia.
Dziadek roześmiał się i powiedział, że wstręt babcia odcedzi i da kotu.

Usiedli do kolacji. W całej kuchni panowała cisza, błoga chwila napełniania 
żołądków. Gapcia wylizywała wstręt z miski, a zegar tykał cichutko.

—   Zjadłam pożywną nudę — sapnęła Ludwisia. — Czy mogłabym dostać kawałek 
ciasta?

Babcia poszła do spiżarni po ciasto. Bardzo lubiła tam chodzić i spoglądać na 
pełne półki. „Ludwisi i Zosi niczego

92
nie braknie" — pomyślała z zadowoleniem i spojrzała pod nogi. Tam, pod podłogą, 

mieściła się piwniczka, a w niej drzemała góra najlepszych ziemniaków. 
„Właściwie zima może się zaczynać — pomyślała babcia. — Wszystko już mamy". 

Pionowa zmarszczka przecięła jej czoło. „Piętro nie jest wykończone. Zima nie 
może się jeszcze zacząć ani późna jesień. Ciągle musi być wczesna jesień, tak 

długo, aż znajdziemy robotników do wykończenia piętra". I jak zwykle w takich 
momentach przypomniała jej się córka. Babcia nigdy w życiu nie przyznałaby się 

do tego, że jest stara, ale w duchu uważała, że takie sprawy jak budowa kurnika 
czy wykańczanie domu nie powinny już należeć do niej i do dziadka. Jak zawsze na 

wspomnienie córki poczuła napływający żal pomieszany ze złością. Wróciła do 
kuchni, postawiła ciasto na stole, a sama zabrała się do zmywania. Trzaskała 

talerzami i garnkami z taką siłą, że dziadek podniósł głowę. Spojrzał na 
przygarbione plecy babci i od razu wiedział, że babcia myśli o ich córce.

—   Ludwisia, Zosia, spać — powiedział.
Ludwisia pojęła, o co chodzi. Babcia nie lubiła świadków przy tego rodzaju 

rozmyślaniach. Wzięła siostrę za rękę i wyprowadziła z kuchni. Babcia dalej 
trzaskała naczyniami. Swoją córkę w myśli nazywała „złą córką", ale jednak była 

to jej córka, i co jakiś czas postanawiała do niej napisać. Pisała, ale listy 
pozostawały bez odpowiedzi.

—  Pójdę wszystko pozamykać — powiedział dziadek.
I poszedł sprawdzić, czy kurnik zamknięty, czy furtka zamknięta. W oknie pokoju 

przylegającego do kuchni paliło się światło. Przez lniane zasłony widać było 
dwie postacie rzucające w siebie poduszkami. Dziadek spojrzał na nie wykończone 

piętro domu. „Muszę to zrobić przed zimą — postanowił. — Szkoda pieniędzy na 
wynajmowanie robotników. Sam to zrobię. Ludwisi i Zosi przydałby się większy 

pokój".
93

Tego wieczoru babcia kilka razy zaglądała do wnuczek i nawoływała do spokoju.
—  Już nie wiem, jakim głosem do was mówić. Anielskim czy diabelskim? — gderała. 

— Nawet ubrań nie poskładałyście porządnie.
Krzątała się po pokoju układając ubrania w dwie schludne kupki. Ludwisia 

zastygła z poduszką w objęciach. Przy wieczornym układaniu ubrań babcia 
wyglądała bardzo matkowato. Ludwisia lubiła te chwile i dlatego czasami 

specjalnie zostawiała porozrzucane ubranie.
—   No, spać, moje skarby — powiedziała babcia. Okryła wnuczki kołdrami, 

otuliła, złożyła na ich czołach pomarszczony pocałunek i już miała wyjść z 
pokoju, gdy spojrzenie jej padło na łóżko Zosi.

Pod kołdrą coś się poruszało. Małe wybrzuszenie posuwało się pospiesznie w 
stronę poduszki.

—  Tym razem przyłapię! — zawołała babcia dopadając łóżka Zosi w trzech skokach. 
— Co tam masz?

Jednym ruchem odrzuciła kołdrę. Wodziła oczami po łóżku. Pełna niedowierzania 
zdjęła kołdrę i strzepnęła ją w7 powietrzu dwa razy.

—   Dziwne — powiedziała. — Przysięgłabym, że miałaś pod kołdrą kota.
—  Ja tak poruszałam nogami, babciusiu — zapewniła Zosia. — Ja tak zawsze 

poruszam nogami, kiedy mi się bardzo chce spać. — I przekonywająco poruszyła 
kilka razy stopami, dokładając do tego rozdzierające ziewnięcie.

—   Możliwe — mruknęła babcia. — Ale jeżeli przyłapię kota w łóżku, będzie na 
noc wyrzucany do piwnicy. Spijcie już.

Wyszła z pokoju na dobre. Ludwisia i Zosia odczekały dłuższą chwilę.
—  No, dobra — powiedziała Ludwisia. — Gapcia, wyłaź

94

background image

Spod poduszki wyczołgał się kot. Nie był zachwycony, bo Zosia, poruszając 

przekonywająco nogami, musiała odchylić się trochę do tyłu i lekko go 
przygniotła.

—   Moje biedactwo — szepnęła. — Przez babcię tak się zawsze nacierpisz pod 
poduszką.

Obydwie siostry zaczęły obcałowywać kota. Najbardziej kochały Gapcie wieczorem. 
Pozwalała się głaskać, przytulać. Bardziej była miękką zabawką niż kotem, który 

ma dużo własnych spraw i na pieszczoty przychodzi wtedy, gdy sam ich zapragnie. 
Zosia przyłożyła ucho do kociego brzucha.

—  Jak cienko piszczy jej w brzuchu — powiedziała głosem nabrzmiałym czułością. 
— Kochana siostro Gapciu, dlaczego tak cieniutko piszczy ci w brzuszku?

Głos Zosi, przepełniony zachwytem, wydał się Ludwi-si podejrzany.
—  Tylko nie zachwycaj się za bardzo — przywołała siostrę do porządku. — Bo 

będziesz musiała zrobić coś nadzwyczajnego i babcia zaraz przyjdzie. Cienko jej 
piszczy, bo ma cienkie jelita — wytłumaczyła rzeczowo. — Porozmawiajmy lepiej o 

dzieciach.
Zosia ułożyła się wygodnie, przytulając do siebie Gapcie.

—   Wytłumacz mi najpierw, dlaczego nasza babcia jest różna. Inna, kiedy układa 
nasze ubrania, a inna, kiedy się o nas boi — zapytała.

—  Już ci mówiłam — odrzekła Ludwisia. — Ona raz jest mamą, a raz babcią. Składa 
się z dwóch różnych osób, z mamy i z babci.

Zosia zamyśliła się. Często o to pytała, a Ludwisia zawsze odpowiadała tak 
niezrozumiale. Jak można składać się z dwóch osób jednocześnie?

—   Czy i ja składam się z dwóch osób? — zapytała. — Z ciebie i siebie?
95

—  Nie ma takiej potrzeby. Składasz się tylko z siebie, bo ja przecież jestem, a 
naszej mamy nie ma. Porozmawiajmy o tych dzieciach.

—   Mów, będę słuchała — szepnęła Zosia.
Ludwisia przelazła ze swojego łóżka do łóżka siostry, przywarła do niej całym 

ciałem i zaczęła mówić:
—  Pewnie teraz też już leżą w łóżkach i może myślą o nas, chociaż nie jestem 

pewna, bo oni chyba są ważniejsi dla nas niż my dla nich.
Zosia przerwała:

—  Ja jestem ważna. Dziadek tak mówił. Ty też jesteś ważna, bo o tobie też tak 
mówił. I dla tych dzieci jesteśmy ważne. Przecież to one przyjechały do nas.

—   Zosiu, dziecko drogie, jaka ty jesteś mądra! — zawo- i łała Ludwisia 
zupełnie jak babcia. — Oczywiście, przecież to one do nas przyjechały! Wiesz — 

zwierzyła się szeptem. — Jak zobaczysz, że zaczynam źle o sobie myśleć, to daj 
mi znak.

—  Jaki znak? — nie zrozumiała Zosia.
—   Obojętne jaki. Umówimy się zaraz, jaki to będzie znak, i tylko ty i ja 

będziemy go rozumiały. Możesz na przykład powiedzieć... no, chociażby takie 
zdanie: „Lu-dwisiu, nagietki same się rozsiewają".

—  Nagietki same się rozsiewają — powtórzyła Zosia w zamyśleniu. — Ale po co ci 
ten znak?

—   Powiesz to zdanie, kiedy zauważysz, że zaczynam źle o sobie myśleć, zgoda? 
To będzie taki szyfr.

—  Nagietki same się rozsiewają — powtórzyła jeszcze raz Zosia. — Ładnie. 
Przypomina ogródek naszej sąsiadki' albo  działkę  żaby. Tam  przecież  latem 

rosną  nagietki. Gapcia, nie bądź bezczelna!
Gapcia siedziała pod kołdrą i ostrzyła pazury o brzuch Zosi. Kot został 

posadzony na wierzchu. Posiedział chwilę i wczołgał się pod kołdrę od strony 
Ludwisi, gdzie zabrał

się do ostrzenia pazurów o jej plecy. Robił to jednak bardzo delikatnie, 
szarpiąc samą tylko nocną koszulę.

—  Ciekawa jestem, co on teraz robi? — zastanawiała się Zosia.
—  Pewnie też już leży w łóżku — odpowiedziała Ludwi-sia. — Tak jak Ania i Iza.

—  Ale ja nie myślałam o Grzesiu — Zosia roześmiała się cicho. — Myślałam o panu 
żabie. Już zapomniałaś o nim?

—  Nie zapomniałam — odpowiedziała Ludwisia. — Ale nie mogę się przyzwyczaić 
myśleć „ten żaba". Ciągle myślę „ta żaba". No, więc pan żaba jest wśród 

znajomych. Może opowiada o nas albo o tym, jak siedział w studni. Nie, raczej 
opowiada o nas. Z pewnością woli nie wracać do swoich smutnych przeżyć. Ta 

historia zaczyna się tak: Były sobie dwie dziewczynki, które mieszkały z babcią 

background image

i dziadkiem. Babcia składała się z dwóch osób i dziadek też czasami z dwóch 

osób, bo kiedy idzie na wywiadówkę, zachowuje się tak jak prawdziwy tata.
—  A jeszcze bardziej tak się zachowuje, kiedy wraca z wywiadówki — parsknęła 

Zosia.
—  To prawda — przyznała Ludwisia. — Ale posłuchaj dalej. Dwie dziewczynki 

poznały pewnego dnia troje dzieci, które przywiózł w odwiedziny pan Kapustnik.
—  I poznały psa — wtrąciła sennie Zosia.

—  I psa — zgodziła się Ludwisia. — I dwie dziewczynki zaprowadziły troje 
znajomych dzieci na Inną Planetę.

—  I psa tam zaprowadziły — dodała ledwie dosłyszalnie Zosia.
—  Dzieciom spodobała się Inna Planeta — ciągnęła cichym głosem Ludwisia. — 

Chciały się tam bawić i bardzo zazdrościły, że one nie mają takiego miejsca, w 
którym rosną zwykłe drzewa, zwykła trawa, a wszystko razem jest niezwykłe, 

chociaż nie wiadomo, na czym to polega. A wtedy
98

dwie dziewczynki powiedziały: „Nie musicie zazdrościć, bo my pozwalamy wam tu 
przychodzić, kiedy tylko zechcecie".

Zosia usnęła. Ludwisia przytuliła się do niej jeszcze mocniej. Czuła się teraz 
bardzo bezpieczna i szczęśliwa. Lubiła odczekać, aż Zosia zaśnie pierwsza, i 

potem jeszcze poleżeć chwilkę w ciemności. „Chciałabym być zawsze mała — 
pomyślała. — Chciałabym, żeby zawsze było tak jak teraz. Zosia z jednej strony, 

Gapcią z drugiej, a za ścianą babcia i dziadek rozmawiają o różnych sprawach, 
które i mnie dotyczą, ale nie muszę się nimi martwić. Jutro ani razu nie pokłócę 

się z babcią, i nawet nie będę próbowała się pokłócić".
Złożywszy sobie taką obietnicę, Ludwisia zasnęła.

* W tym czasie, kiedy Ludwisia i Zosia rozczulały się nad Gapcią, Ania otwierała 
drzwi mieszkania. Zrobiło na niej wrażenie pustego, wyludnionego, tylko licznik 

w przedpokoju tykał miarowo. W mroku pokoju dostrzegła czubek głowy sterczący 
nad oparciem fotela. Podkradła się na palcach, uklękła za fotelem i objęła mamę 

kładąc jej dłonie na oczach.
—  Zgadnij kto? — zapytała starając się zmienić głos. — Jeżeli pani nie zgadnie, 

będzie pani musiała za karę pozmywać po kolacji, chociaż dziś moja kolej.
—  Niech się zastanowię — mama dotknęła rąk Ani, obmacała je dokładnie. — To 

chyba moja mała córeczka! — zawołała usiłując się wyswobodzić z uścisku Ani.
—  Nie zgadłaś — Ania starała się mówić jeszcze niższym głosem. — To przecież 

ja.
—  A, rzeczywiście! — mama oderwała ręce Ani od swojej twarzy i szybko wstała. — 

Jak się masz, staruszko?
—  Dobrze, dziecinko — Ania cmoknęła mamę w czo-

99
ło. — A jak ty się masz? Chyba schudłaś od wczoraj — zażartowała.

Mama objęła Anię i przy okazji stwierdziła, że są prawie jednego wzrostu.
—  Teraz już wiem, że wróciła moja córeczka — roześmiała się. — Chyba przytyłam, 

bo przecież tyję nieustannie. Chodźmy już do kuchni, bo umieram z głodu, a nie 
lubię jeść sama.

Po chwili siedziały przy kuchennym stole. Mama zmiatała kromkę za kromką, przy 
każdej obłudnie wzdychając i powtarzając, że to już ostatnia.

—  A po kolacji zrobimy kogel-mogel! — zatarła ręce. — Rety, jak mi się chce 
czegoś słodkiego! — Oblizała palce tak smakowicie, że Ani też zachciało się 

kogla-mogla.
—  A do kogla-mogla dodamy kakao — mlasnęła mama. Ania przez cały czas ukradkiem 

przyglądała się swojej
mamie, przepasanej kraciastym fartuchem i krojącej właśnie chleb. Włosy mamie 

opadły na twarz, jedna ręka ściskała mocno połówkę chleba, a druga prowadziła 
równo nóż. „Mama wszystko tak robi — zachwyciła się Ania. — Tak jakby istniała 

tylko ta jedna czynność, którą się akurat zajmuje". Mieszkanie, drzwi zamknięte 
na klucz, zaciągnięte zasłony — wszystko to było swojskie i przytulne. 

Przypomniała sobie pierwsze dni w nowym mieście. Gołe ściany, łyse okna... Nie 
wierzyła wtedy w istnienie żadnych przytulnych miejsc, a bardzo szybko okazało 

się, że jest inaczej. Mama pracowicie zapełniała mieszkanie różnymi drobiazgami, 
malowała, przestawiała meble, wieszała zasłony i powoli obce mieszkanie 

zamieniło się w dom. Stało się to jakoś tak niepostrzeżenie. Ania nie pamiętała 
momentu, od którego zaczęła je lubić. Pomyślała, że to dla niej mama tak się 

starała i stara się przez cały czas.

background image

—  Mamusiu... — zaczęła i umilkła zdziwiona, bo to słowo wymknęło się jej bez 

kontroli.
100

Mama podniosła oczy i jej spojrzenie stało się nagle czujne. Zobaczyła nieśmiało 
uśmiechniętą twarz córki. Ania wpatrywała się w mamę z wyczekiwaniem.

—  Co, córuś? — zapytała. — Chciałaś coś powiedzieć?
—  Nie, nie. Wszystko w porządku — odpowiedziała Ania spuszczając oczy.

Było jej przykro, bo nigdy przedtem nie miała przed mamą tajemnic, a teraz 
unikała nawet jej wzroku.

—  Chyba pójdę do siebie. — Ania położyła na talerzyku kilka kanapek i wstała.
—  Aniu — mama lekko przytrzymała kubek, po który Ania właśnie sięgała. — Czy 

zawsze będziemy spotykały się tylko przy kolacji albo przed twoim wyjściem do 
szkoły? Będziemy żuły, popijały, wymijały się w progu i od czasu do czasu 

powiemy sobie jakieś uprzejme słowo. Może chciałabyś mi coś powiedzieć? Pan 
Kapustnik mówił, że...

—  Pan Kapustnik?! — krzyknęła Ania piskliwym głosem. — Pan Kapustnik? Stary 
zdrajca! Udawał takiego miłego, dobrego! Wszystko mu powiedziałam, zawiózł mnie 

do Ludwisi, bo chciałam ją zobaczyć, a przez cały czas spiskował za moimi 
plecami! Stary zdrajca!

Była zdenerwowana, oburzona i plątał jej się język. Wykrzykiwała kilkakrotnie te 
same słowa. Widziała mamę z góry, podniesione oczy i jeden policzek wypchany 

trochę jedzeniem. Bardzo nie lubiła krzyczeć na mamę. Ogarniała ją wtedy 
nieprzyjemna fala gorąca, myśli mieszały się z sobą i w żaden sposób nie 

potrafiła wykrztusić: „Wcale na ciebie nie krzyczę, mamusiu, tylko coś się ze 
mną dzieje". Bardzo chciała, żeby role odwróciły się. Mama mogłaby podnieść głos 

i być stanowcza. Już lepiej, żeby była zła niż taka wystraszona. Pomyślała, że 
gdyby dorośli wiedzieli, jak dzieci nie lubią się wściekać, z całą pewnością nie 

dopuszczaliby do tego. „Zrób coś, mamo!" — szeptała w duszy
101

Ania. „Zupełnie nie wiem, co mam teraz robić" — wyczytała w oczach mamy.
—  Chcę być sama! — zawołała Ania i jak burza ruszyła do drzwi. Przewróciła po 

drodze krzesło i wypadła z kuchni.
Nie pamiętała, jak dotarła do swojego pokoju. Przez chwilę nie myślała w ogóle, 

obserwowała tylko kwiatowy wzorek na poduszce, którą ściskała w objęciach. 
Przyłapała się nawet na tym, że liczy słupki kwiatów. „Przecież to tak, jakby 

mnie ktoś obserwował z helikoptera — to była pierwsza myśl, jaka przyszła jej do 
głowy. — Mnie się wydaje, że jestem dobrze ukryta, a okazuje się, że wszyscy 

mnie widzą".
—  Nikomu nie uwierzę — powiedziała ponuro, gdy mama wśliznęła się do pokoju. — 

Nikomu. I moja noga nie postanie więcej w sklepie pana Kapustnika. Nie powiem mu 
nawet „dzień dobry".

Była już trochę spokojniejsza. Zaczęła rozmyślać nad sposobem ukarania pana 
Kapustnika. Wydawało jej się, że dysponuje niewyczerpanym zapasem kar, jest w 

stanie sprawiać mu przykrość za przykrością.
—  Ależ, Aniu... — mama przysiadła na tapczanie. — Pan Kapustnik powiedział 

tylko...
—  Wiem, co powiedział — Ania wcisnęła twarz w poduszkę, postanawiając tak leżeć 

do nocy, do rana albo nawet zawsze. — Wiem, co powiedział, bo pamiętam, co ja mu 
powiedziałam. Wszystko.

—  On powiedział tylko, że chciałabyś mieć trochę czasu, chociaż, prawdę mówiąc, 
nie rozumiem na co. Przyszedł wtedy, kiedy lał taki straszny deszcz. Spałaś już. 

Nie chciał wejść do środka. Powiedział, że jest staruszkiem z za długim językiem 
i kiedy wejdzie, zaraz wszystko wyśpiewa. Myślałam, że zwariował, ale znam go 

tyle lat. Nie mogłam uwierzyć, że nagle postradał zmysły. Prosił,
102

żebym cię o nic nie pytała, bo sama sobie poradzisz. Ja zapytałam, bo jestem 
twoją mamą i niepokoję się o ciebie. Mówiłaś o Ludwisi. To znaczy, że znasz 

prawdę. Po cóż więc, dziecko...
Ania, tak jak przedtem gwałtownie wybiegła z kuchni, tak teraz rzuciła się do 

mamy i mocno objęła ją wpół. Wczepiła się w mamę, i kraciasty fartuch wydał się 
jej najlepszym schronieniem.

—  Byłam tam — zaczęła po małej chwili. — Byłam tam i widziałam Ludwisię i 
Zosię...

Opowiedziała wszystko mamie od dnia, w którym znalazła ślubne zdjęcie. Nawet 

background image

historia uratowania żaby została opowiedziana ze wszystkimi szczegółami.

—  Och, mamusiu, już nie wiem, co powinnam zrobić. Daję sobie coraz to nowe 
terminy, powtarzam: „Od dziś za tydzień", i wymyślam coraz to nowe powody, żeby 

niczego nie wyjaśniać. Czy dorosłym też się tak zdarza?
—  Owszem — odpowiedziała mama i zaczęła delikatnie głaskać Anię po włosach. — 

Zdarza się. Jeżeli chcemy przedłużyć siłą coś, co nie ma sensu, i jesteśmy tego 
świadomi. Wymyślamy wtedy różne przyczyny, żeby rzeczywistość wyglądała inaczej, 

niż wygląda, bo taka, jaka jest, nie odpowiada nam.
—  Czy my wtedy marzymy? — zapytała Ania gramoląc się mamie na kolana. Mama aż 

jęknęła pod ciężarem córki.
—  Marzenia powinny być przyjemne. Marząc uciekamy gdzieś, gdzie jest nam 

lepiej, i marzenia nie mają końca. A to, o czym mówiłaś, musi skończyć się 
nieprzyjemnie.

—  Ja sama z tego wybrnę, naprawdę! — skwapliwie zawołała Ania. — Jeszcze tylko 
zaprzyjaźnię się z Ludwisią, i koniec kropka.

Wtedy mama powiedziała coś, co Ani wydało się dziwne.
—  Nie słyszałam o przyjaźni zawieranej na siłę.

—  Ależ nie na siłę, mamuśku! — zawołała Ania. — Ja
103

naprawdę się zaprzyjaźnię. Już ją zaczęłam lubić. Iza i Grzesiek mówią, że można 
się szybko zaprzyjaźnić. Może z dziećmi jest inaczej niż z dorosłymi?

—  Może, ale nie wydaje mi się. — Pokołysała Anię chwilę, wtulając głowę między 
jej szyję a obojczyk. — Może.

O nic więcej nie pytała, a wtedy Ania sama zaczęła mówić. I nagle zrozumiała, 
dlaczego nie pytani zaczynamy mówić. Bo nikt nas nie ciągnie za język, nikt nie 

przyspiesza naszych myśli. Mówimy w takiej kolejności, w jakiej jest nam 
najwygodniej. I to, co naprawdę chcemy powiedzieć.

—  Bo widzisz, mamusiu — zaczęła — ja już teraz wiem, jak to jest, kiedy się ma 
tatę. Wiem, jak tata czyści nos, jak przyczesuje włosy albo jak się pośliźnie, 

bo on się raz pośliznął na zgniłym liściu. „O rety!" — zawołał. Tak śmiesznie 
zawołał, podszedł do krawężnika i postawił jedną nogę na pięcie. Wytarł buty o 

krawężnik, obciągnął sweter i wziął mnie za rękę. Jak myślisz, dlaczego on 
zachowuje się jak prawdziwy tata? No, mamusiu? Jeżeli wiesz, to powiedz. — Ujęła 

twarz mamy za podbródek i uniosła trochę do góry.
—  Myślę, że on dobrze wie, o co ci chodzi — powiedziała cicho mama. — Może 

czuje się winny za te osiem lat, chociaż przecież nie od ciebie odjechał. Ja 
czasami zupełnie nie wiem, jak postąpić. Czuję się jak matka dwóch córek, z 

których jedna chwilami jest bardzo dorosła, i wiem, że sobie poradzi. Ale co mam 
zrobić z tą drugą, małą, o którą bardzo się boję?

—  Nie bój się, mamusiu — uśmiechnęła się Ania. — Ja czasami też myślę, że 
składam się z dwóch dziewczynek, z których jedna dokładnie wie, co ma robić, a 

druga nic nie wie, ale nie martw się. Jakoś sobie pomogą i wszystko będzie 
dobrze.

Chciała dodać mamie otuchy, ale to, co powiedziała, zabrzmiało żałośnie. Wieczór 
powoli zmienił się w lepkie

104
wieczorzysko. W małym pokoju o dużym oknie siedziały dwie osoby pogrążone w 

niewesołych myślach. Okno zrobiło się czarne i płaskie. Tłumiło hałasy, ale te 
głośniejsze przedostawały się do wewnątrz. Ania i mama zupełnie bezwiednie 

zaczęły się w nie wsłuchiwać. Jakieś dziecko krzyknęło płaczliwym głosem: „Oni 
mi nasypali mokrej ziemi za koszulę!", „Pokaż mi tylko, kto to zrobił!" — 

odpowiedział gniewny dorosły głos. Płacz dziecka powoli oddalił się, a na jego 
miejsce pojawił się nowy dźwięk. „Jak dawno pani nie widziałam!" — wołała jakaś 

kobieta. Prowadzona dźwiękami Ania oddalała się powoli od własnego domu, pokoju, 
a w myślach zabierała z sobą mamę. Wędrowały przez park, minęły dwie puste 

parcele, przemknęły ulicą Wiązową, przeskoczyły przez skrzypiący mostek i 
zatrzymały się przed domem przy ulicy Chabrowej.

—  Powiedz, mamo — zapytała Ania znienacka — chciałabyś mieszkać w domu z 
ogródkiem?

—  Pewnie — słowo to mama musiała wypowiedzieć uśmiechając się. Ania czuła, że 
mama uśmiecha się pogodnie, jak uśmiechają się ludzie na widok ładnego obrazka. 

— Hodowałabym kwiaty, warzywa... — Westchnęła i tym westchnieniem przywołała 
Anię z powrotem do pokoju. — Głupstwa — żachnęła się. — Sama nie wiem, co plotę.

Energicznie wstała z tapczanu, zapaliła światło. Okno zabłysło jeszcze głębszą 

background image

czernią. Zaciągnęła zasłony i wysłała Anię do łazienki, a sama zabrała się do 

rozściełania tapczanu. Kiedy Ania wróciła, zastała mamę przeglądającą jej 
szkolne zeszyty.

—  Nie są takie, jak być powinny. Musisz bardziej interesować się szkołą. A 
teraz kładź się spać.

Późnym wieczorem, kiedy zegar na kościele wybił jedenaście razy, Ania ułożyła 
się na wznak i zacisnęła powieki, jak tylko potrafiła najsilniej. Słyszała 

kiedyś ó przekazywaniu myśli na odległość. Teraz próbowała przekazać
106

swoje dobre myśli panu Kapustnikowi. Wyobraziła sobie, że ściska głowę pana 
Kapustnika tak, jak w zimne dni ściska się kubeczek z czymś gorącym do picia, a 

przekazywanie myśli było chuchaniem na świecącą łysinę. Łysina matowiała, 
należało zmatowiały kawałeczek wypucować i znów chuchać. Przekazała w ten sposób 

wiele dobrych myśli. Na zakończenie przekazała najgorętszą: „Gdyby przestał 
istnieć sklep na rogu ulicy, kamienica w tym miejscu osunęłaby się aż do 

fundamentów".

Nazwę Inna Planeta wymyśliła Ludwisia. Pewnego letniego dnia wybrały się po 
rumianek dla babci. Ponieważ babcia nie pozwalała zbierać ziół rosnących przy 

drodze, którą jeżdżą samochody, poszły trochę dalej, do polnej drogi. Polna 
droga doprowadziła je do małego lasku brzozowego. Był świeży, cichy i wydawał 

się nie tknięty ludzką stopą. Drobne listki drżały w upalnym powietrzu.
Siostry weszły do lasu stąpając ostrożnie i rozglądając się na boki. Ludwisia 

była trochę zdziwiona i oglądała lasek z taką miną, jakby wyrósł w ciągu jednej 
nocy.

—  Nie wiem, dlaczego nie przychodziłyśmy tutaj — powiedziała. — Przecież znamy 
całą okolicę, a ten lasek widać z okna naszego strychu. Z daleka wygląda jak 

pęczek natki wetknięty do słoika z wodą. Dolne gałązki zwisają, jakby trochę już 
podsychały. Nie bój się — szepnęła do Zosi, chociaż sama nie czuła się zbyt 

pewnie i w dodatku nie wiedziała dlaczego. — Spójrz, jaka miękka trawa, jakby 
nikt nigdy po niej nie chodził.

—  Właśnie — odpowiedziała Zosia i to „właśnie" sprawiło, że Ludwisię ogarnął 
jeszcze silniejszy niepokój. Zaczęło jej się wydawać, że w każdej chwili zza 

drzewa może wyjrzeć czyjaś twarz z dalekim i tajemniczym uśmiechem. Twarz kogoś, 
kto stroni od ludzi, nie chce być widziany i rozpoznany.

107
—  No, jak tu jest? — zapytała w nadziei, że siostra powie coś zwykłego i 

uczucie strachu minie.
—  Ten lasek jest taki, jakby codziennie przychodziła tu babcia z odkurzaczem. 

Wszystko czyściutkie, porządne...
—  O, właśnie! — ucieszyła się Ludwisia. Wspomnienie osoby bliskiej sprawiło, że 

przestała się bać. — I gdyby babcia nas zobaczyła, zawołałaby: „Dlaczego 
chodzicie w butach? Tak się nasprzątałam!"

—  A dziadek powiedziałby: „Przecież człowiek nie może być niewolnikiem podłóg" 
— zaśmiała się Zosia naśladując głos dziadka. — Podoba mi się to miejsce i już 

się nie boję.
Obie siostry tak się odprężyły, że w chwilę potem lasek był już miejscem 

najbezpieczniejszym na świecie, miłym, dobrym i zachęcającym.
—  Nikogo tu nie wpuścimy — oświadczyła Ludwisia. — Ten lasek jest tylko nasz i 

nazwiemy go Inną Planetą. Nikt tu nie ma wstępu z wyjątkiem tych osób, które my 
zechcemy zaprosić.

Zosia chciała wiedzieć, dlaczego siostra wymyśliła akurat tę nazwę.
—  Bo ten lasek jest inny niż te, po których dotąd spacerowałam — wyjaśniła 

Ludwisia. — A Planeta dlatego, że czasami chciałoby się uciec na jakąś inną 
planetę, a ponieważ nie jest to możliwe, tak właśnie nazwiemy lasek. Rozumiesz?

—  Rozumiem — Zosia kiwnęła głową z wielką powagą. — Wszystko rozumiem. — W 
gruncie rzeczy nie rozumiała, ale podporządkowała się siostrze.

Z biegiem czasu Inna Planeta stała się im tak bliska, że zaczęły traktować ją 
jak swoją własność.

Tego dnia, gdy w odwiedziny mieli przyjść Ania, Iza i Grześ, Ludwisię już od 
rana ogarnął niepokój i wzrastał z godziny na godzinę. Po południu była tak 

zdener-
108

wowana, że nie potrafiła usiedzieć spokojnie w jednym miejscu. Plątała się po 

background image

kuchni, aż wreszcie babcia zawołała:

—  Dziecko, zajmij się czymś, bo przez cały czas przeszkadzasz!
Naburmuszona Ludwisia wyszła przed dom i usiadła na schodkach. Długo jednak nie 

wytrzymała samotnie. Zawołała Zosię, posadziła ją obok siebie i zapytała 
szeptem:

—  Ty, a co będzie, jeżeli Inna Planeta się im nie spodoba?
—  Oj, spodoba, spodoba — Zosia chciała się wyrwać. — Puść, babcia pozwoliła mi 

wylizać miskę po kremie.
—  Czy miska po kremie jest ważniejsza? — zapytała surowo siostra. — Czy 

odrobina kremu jest aż tak ważna, ty sprzedajna duszo? Jeżeli powiedzą na 
przykład... — szukała jakiegoś miażdżącego określenia, które mogłaby usłyszeć od 

obcych dzieci. — No, jeżeli powiedzą na przykład: „Ее, tam. Do kitu taka Inna 
Planeta. Zwykły lasek, a te szumu narobiły", albo: „Zgłupiałyście czy co? 

Przecież to tylko trawa i drzewa", albo... Nie wyrywaj się, kiedy do ciebie 
mówię!

—  Nie powiedzą tak, puść mnie! — prosiła Zosia. — Babcia zaczyna zmywać! Umyje 
miskę, bo pomyśli, że nie chcę! Puść!

Ludwisia puściła siostrę. Zosia popędziła do kuchni wołając:
—  Babciusiu, nie myj tej miski! Ja ją wyliżę!

Po tym okrzyku w kuchni zapanowała cisza mącona odgłosem wody spływającej do 
zlewozmywaka. „To znak, że babciusia nie umyła miseczki — pomyślała zirytowana 

Ludwisia. — Dlaczego ja zawsze muszę się martwić tym, co powiedzą inni? Jeżeli 
im się tam nie spodoba, to wtedy i dla mnie Inna Planeta przestanie istnieć".

Na schodkach ukazała się Zosia. Szła z wysuniętym do przodu wskazującym palcem, 
na którym niosła krem.

109
—  Masz — powiedziała. — Otwórz buzię. To dla ciebie. Ludwisia otworzyła szeroko 

usta, a Zosia z namaszczeniem wsunęła do środka palec z kremem.
—  Pyszności, prawda? — mlasnęła. — Jeżeli im się nie spodoba, to my im wtedy 

powiemy, że są głupi — zaproponowała Zosia.— Chcesz?
—  I co nam z tego przyjdzie? Wielka mi obraza powiedzieć komuś, że jest głupi. 

Wszyscy tak mówią i wszyscy to słyszą dziesiątki razy.
—  No, to im powiemy: „Idźcie stąd!"

—  Nie pójdą.
—  No, to my im wtedy powiemy: „Wynocha!" — zapalała się Zosia. — Wtedy na pewno 

pójdą. Ja poszłabym już po pierwszym słowie. — Zosia przespacerowała się po 
podwórku i wróciła na schodki, do zgnębionej siostry. — A może chcesz usłyszeć 

zdanie o nagietkach? — zapytała Ludwisię, zaglądając jej w oczy. — Ludwisiu, 
nagietki same się rozsiewają — powiedziała uroczyście. — No i jak?

Ludwisia zaklęła, jak tylko potrafiła najszpetniej. Oznaczało to, że zdanie o 
nagietkach nie pomogło.

—  Ale umiesz przeklinać — wyraziła uznanie Zosia. — Ciekawe, gdzie się tego 
nauczyłaś.

—  W szkole— wyjaśniła siostra. — Jak pójdziesz do szkoły, to najpierw nauczysz 
się kląć, a dopiero potem alfabetu. Kto wie, może już w zerówce będziesz klęła?

—  Może — zadumała się siostra. — Ale powiedz mi, dlaczego my wymyślamy to 
wszystko? Nie rozumiem.

—  Na wszelki wypadek — odrzekła Ludwisia. — Na wszelki wypadek, gdyby 
powiedzieli coś złego.

W tym momencie rozległo się głośne szczekanie. Zosia zapomniała o wszystkim i 
pobiegła do furtki.

Zaledwie dzieci weszły na podwórko, Zosia zabrała od Izy smycz z Azorem i 
zaczęła szybciutko mówić:

—  Jeszcze nie jesteśmy gotowe, bo moja siostra... —
110

przerwała i spojrzała na Ludwisię. — To znaczy moja siostra Gapcia nie jest 
jeszcze spakowana, bo ona też pójdzie z nami.

Nie było rady, Ludwisia poszła do kuchni powiedzieć babci, że zaraz wychodzą, 
wywlokła ze schowka pod schodami torbę na kółkach i rozejrzała się za kotem.

Gapcia i Azor zawierali znajomość na środku podwórka. Kot obwąchiwał z uwagą psi 
pysk, a Azor szeroko merdał ogonem.

—  No i nie udusił! — zawołał Grześ. — Ciekaw jestem, kto pierwszy wpadł na 
pomysł, żeby oskarżać Azora.

—  Ja — przyznała się Zosia. — A jak nasza żaba?

background image

—  Nie wiem — odpowiedziały Ania i Iza jednocześnie. — Nie byłam nad jeziorem. 

Ale chyba dobrze.
Przysłuchująca się temu Ludwisia popadała w coraz gorszy nastrój. „Najpierw 

oddałyśmy żabę, teraz Inną Planetę, i w dodatku oddajemy coś, o co nie można się 
upom-mec .

Potrzymała szeroko otwartą torbę, żeby Zosia mogła ułożyć w niej Gapcie.
—  My ją zawsze wozimy w torbie — wyjaśniła Ludwisia. — Wam się to oczywiście 

może wydać dziwne...
—  Nie wydaje nam się dziwne — powiedziała prędko Ania. — Wcale, prawda, Iza?

—  Ani odrobinkę — potwierdziła Iza. — A tobie, Grzesiek? Może tobie wydaje się 
to dziwne, co?

—  Nic mi się nie wydaje dziwne — odpowiedział Grześ. — Ona sama szłaby bardzo 
długo — czuł się w obowiązku wyjaśnić, dlaczego nie wydaje mu się to dziwne. — 

Widywałem koty na smyczy, koty z kokardami — brnął. — Słyszałem o specjalnych 
huśtawkach dla kotów... — umilkł posyłając Izie pełne rozpaczy spojrzenie.

—  Nam się nic nie wydaje dziwne — podsumowała Iza z powagą. — Nic a nic.
111

Powtórzone tyle razy słowo „dziwne" sprowadziło zwykłą czynność, jaką jest 
wkładanie kota do torby, do rzeczy bardzo dziwnych. Spocona Ludwisia 

przymocowała torbę do wózka, zdając sobie sprawę, że w końcu to ona sama do tego 
doprowadziła. Ściągnęła sznurek torby i zajrzała do środka. Wszyscy po kolei 

zaglądali i każdy widział błyszczące oczy i figlarnie na bok przechylony łepek. 
Azor też zajrzał, powęszył chwilkę, a potem pisnął cienkim głosem 

poszkodowanego.
—  On też chciałby do torby — domyśliła się Zosia.

Z domu wyszła babcia niosąc dwa dodatkowe sweterki dla wnuczek i torbę z 
drożdżowymi rogalikami.

—  Pamiętajcie — przestrzegała. — Jesienią potrafi się zrobić chłodno z godziny 
na godzinę. Jeżeli więc...

—  Wiemy, babciu — przerwała Ludwisia. — Jeżeli zrobi nam się zimno z godziny na 
godzinę, to powinniśmy prędziutko wrócić.

—  Właśnie — kiwnęła głową babcia udając, że nie dosłyszała nutek agresji w 
tonie wnuczki.

Wyruszyli. Za furtką Grześ spytał, dokąd idą.
—  Jak to? — zdziwiła się Ludwisia. — Przecież...

I w tym momencie zdała sobie sprawę, że wszystko odbyło się w jej myślach. To 
ona we własnej wyobraźni zaprowadziła dzieci na Inną Planetę, w jej wyobraźni 

miejsce to im się nie spodobało. „Jak to mówiła babcia? — spróbowała sobie 
przypomnieć. — »Ludwisiu, musisz kształtować trzeźwość myśli«".

—  Chodźcie! — zawołała łapiąc rączkę wózka. — Chodźcie, zobaczycie, jak tam 
jest ładnie!

Cała wyprawa zamieniła. się błyskawicznie w wesołą wędrówkę do miejsca, o którym 
każdemu wolno myśleć, co mu się żywnie spodoba.

Na przedzie biegła Zosia, a obok niej Azor z wywieszonym ozorem. Iza odkryła, 
dlaczego Azor pobiegł za Zosią.

112
Otóż Zosia biegała, a Iza zawsze chodziła albo wlokła się, a w psie aż się 

gotowało na widok wszystkich poruszających się szybko stworzeń. Teraz Azor co 
jakiś czas zostawiał Zosię, żeby przybiec do torby z kotem. Węszył chwilkę w jej 

wnętrzu i piskiem informował, że jechać miło, ale i biegać przyjemnie.
Trzy razy zatrzymywali się, żeby zajrzeć do torby zaraz po Azorze. Chcieli 

sprawdzić, jak kotka reaguje na psa. Za każdym razem zastawali ją w tej samej 
pozycji — leżącą trochę na plecach, trochę na boku i przekrzywiającą na bok 

trójkątny łepek.
—  Zaprzyjaźnili się — powiedziała Ania. — To widać od razu. Daj mi ją trochę 

powieźć.
Ludwisia chętnie odstąpiła wózek, bo teraz odstąpiłaby już wszystko. Z 

poprzedniego ponurego nastroju nie pozostał nawet ślad. Czuła się beztroska, 
swobodna, nastawiona serdecznie do całego świata. Mówiła dzieciom, kto mieszka w 

mijanych domach. Dowiedzieli się, gdzie mieszka szewc, gdzie krawiec, który dom 
należy do pani, „eo w zeszłym roku pochowała męża", a w którym domu gnieżdżą się 

dwaj zezowaci chłopcy.
—  Nie wiem, dlaczego akurat o nich mówimy „gnieżdżą się", a zeza mają jeden w 

jedną stronę, drugi w drugą, jakby nie chcieli na siebie patrzeć.

background image

Przed domem pijaka poinformowała cichym głosem, że częściej bywa pijany niż 

trzeźwy. Dzieci odruchowo pociągnęły nosami, chcąc osobiście sprawdzić, czy z 
obejścia nie zalatuje wódką.

—  A w tym domu mieszka dentysta — wyjaśniła.
Jak na komendę przejechali językami po zębach, szukając dziur. I wszyscy poczuli 

dreszcz na plecach.
Grześ korzystając z nieuwagi Ani próbował wmanewrować się między nią a poręcz 

wózka.
—  Gdzie się pchasz! — zawołała Iza, która sama miała

8 — Od dziś za tydzień
113

wielką ochotę wieźć kota. — Wszędzie wepchnąłby się pierwszy.
—  Nigdy nie wiozłem kota — zwierzył się Grześ. Stanęli wśród pierwszych drzew. 

Zosia i Azor pobiegli
klucząc między białymi pniami. Inna Planeta jeszcze nigdy nie została obejrzana 

tak dokładnie jak teraz. Ludwisia zajęła się wydobywaniem kota z torby. Spod 
spuszczonych oczu obserwowała nowe dzieci. Widziała tylko ich nogi do kolan i 

pomyślała, że to jest bardzo dziwne — poznać po przestępujących z miejsca na 
miejsce nogach, co czują ich właściciele. Przestępowali jakoś tak wesoło i 

Ludwisia wyczuła w tym akceptację i chęć do zabawy.
Gapcia ruszyła wydłużonym krokiem. Ogon postawiła prosto, uszka odchyliła do 

tyłu. Dzieciom wydawało się, że wybrała się na obchód Innej Planety.
—  Jej ogonek powinien być przyozdobiony — zauważyła Ania, bo czarny koci ogon, 

drgający lekko na końcu, wydał jej się czymś żywym, oddzielnym od życia kota.
—   Mogłybyśmy jej zrobić obrączki na ogon! — zawołała Ludwisia. — Zosia i ja 

bardzo często robiłyśmy jej obrączki z trawy. — Oczywiście ona je zaraz gubiła.
Iza zaczęła szukać mocnych źdźbeł trawy. Ania i Ludwisia pomagały jej, a Grześ 

oddalił się dyskretnie. Do jego uszu dolatywały okrzyki Zosi i Azora i chciał 
sprawdzić, co robią.

Dziewczynki uplotły sześć obrączek. Wszystkie w jednym rozmiarze, wszystkie 
złotawozielone i pachnące.

—   Wiecie — powiedziała Ania w zadumie — jestem prawie, prawie pewna, że w tej 
chwili na całym świecie nie ma ani jednego dziecka, które robi ozdoby na koci 

ogon. Tylko my trzy.
—  Ty jesteś prawie, prawie pewna — roześmiała się Iza. — A ja jestem prawie 

pewna. A ty? — zwróciła się do Ludwisi.
114

—  Ja jestem pewna — odpowiedziała Ludwisia uśmiechając się.
Odszukały w trawie kota i delikatnie, żeby nie poczuł się urażony i zrozumiał, 

że to dla urody, włożyły na czarny ogon sześć obrączek.
Kot stał cierpliwie, ale po chwili machnął ogonem i sześć obrączek spadło na 

trawę.
—  Nic nie szkodzi — odezwała się Ludwisia. — Ciężko jest dźwigać sześć ozdób na 

lekkim ogonie. Podzielimy się nimi.
Każda dziewczynka wzięła dwie obrączki i schowała do kieszeni.

Potem grały w gumy. Iza, chociaż za gruba i na co dzień niezdarna, skakała 
najlepiej, a Ludwisia najsłabiej.

—  To dlatego, że nie mam wprawy — mruczała po każdym nieudanym skoku. — Zośka 
jest za mała, żeby grać w gumy, a dziadek i babcia za starzy.

Ania przyglądała się Ludwisi i czuła, że lubi tę dziewczynkę coraz bardziej, 
chociaż przecież Ludwisia nie robiła nic nadzwyczajnego. Nigdy dotychczas Ania 

nie zastanawiała się, do którego momentu lubi kogoś zwyczajnie, a od którego 
zaczyna lubić bardzo, ale też nigdy nie przymierzała się do żadnej przyjaźni tak 

świadomie. Patrzyła na niezdarne skoki, zmarszczone brwi, opuszczoną trochę 
dolną wargę. ,,Będę myślała bardzo mocno, żeby jej się udało — postanowiła, 

zaciskając oczy. — Chcę, żeby jej się udało. Teraz musi jej się udać, bo za 
chwilkę będzie już tak zdenerwowana, że w ogóle nie skoczy".

—  Pięknie! — usłyszała okrzyk Izy. — Wspaniale! Otworzyła oczy i zobaczyła 
zadowoloną twarz Ludwisi,

spocone czoło i szczęśliwy uśmiech.
—   Udało mi się — wysapała Ludwisia. — Teraz już zawsze będzie mi się udawało. 

Jestem pewna.
Ania znów zamknęła oczy, bo bała się, że jeżeli będzie

lis

background image

patrzyła na Ludwisię, to zaraz, tutaj, na Innej Planecie, wszystko jej powie. 

Już do końca zabawy w brzozowym lasku Ania ciągle zaciskała oczy. Robiła to tak 
często, że wreszcie Iza powiedziała:

—   Dlaczego wciąż do mnie mrugasz? Czy zachowuję się nie tak, jak powinnam?
—   Nie — odpowiedziała Ania. — Zachowujesz się tak, jak powinnaś. Po prostu 

bolą mnie trochę oczy.
Zaraz też zdała sobie sprawę, że bawiąc się z dwiema dziewczynkami z ulicy 

Chabrowej, ona, Iza i Grześ rzeczywiście przez cały czas „zachowywali się" 
zamiast po prostu być. Ania nie wiedziała, czy jej przyjaciele zachowują się tak 

ze względu na nią, czy dlatego, że naprawdę polubili nowe dziewczynki. „Być może 
to właśnie miała na myśli mama, mówiąc, że nie ma przyjaźni zawieranej na siłę — 

myślała Ania. — A jednak można kogoś bardzo szybko polubić i myśleć o nim jak o 
przyjacielu, ale samemu nie będzie się przyjacielem, jeżeli się coś ukrywa". 

Wiedziała, że jest to jej ostatnie spotkanie z Ludwisią. Chciała wracać do domu, 
ale akurat przybiegli Zosia i Grześ wołając, że odkryli wielki kamień jajowatego 

kształtu. Leżał na samym końcu Innej Planety i Grześ powiedział, że przypomina 
jajo wielkiego ptaka.

—  Ptaka wielkości kamienicy — podpowiedziała Iza. — Zniósł jajko i odfrunął.
—   Czy coś się z niego wykluje? — zapytała wylękniona Zosia.

—  Nie martw się — uspokoił ją Grześ. — Coś bardzo dobrego. Przecież na twojej 
Innej Planecie nie może się wylęgnąć nic złego, prawda?

—  Prawda — kiwnęła głową Zosia. — Tylko wszystko, co najlepsze.
Na niebie pojawił się biały ślad. Długa, wąska kreska spinająca horyzont.

116
—  To ślad skoku żaby — roześmiała się Ludwisia. — Odprawia te skoki na naszą 

cześć, bo zanieśliśmy ją do innych żab.
Powoli robiło się chłodno i trzeba było wracać. Zapakowali Gapcie do torby, a 

wózek z kotem popychał Grześ.
—   Bardzo ładnie ją wieziesz — chwaliła Zosia. — Tak jak trzeba wieźć żywe 

stworzenie.
Przed furtką domu Ludwisi postali jeszcze chwilkę i porozmawiali. Potem 

pożegnali się. Ania chciała pożegnać się jakoś szczególnie, tak żeby ją Ludwisia 
zapamiętała, ale nie wiedziała, jak to zrobić, i ograniczyła się do zwykłego 

„cześć". Popatrzyła jeszcze, jak Ludwisia i Zosia wchodzą do domu, i ruszyła 
pierwsza. Iza i Grześ ledwie za nią nadążali. Przy rynku poprosiła przyjaciół, 

żeby wstąpili do jej mamy.
—   Powiedzcie, żeby się nie niepokoiła — powiedziała. — Mam jeszcze coś do 

załatwienia. I nie pytajcie co, bo i tak nie powiem, to znaczy nie teraz. Cześć!
I nie oglądając się za siebie pobiegła w stronę uliczki prowadzącej do domu 

wdowca. Była bardzo zdenerwowana i nie mogła trafić. Zaczepiła jakąś starszą 
panią i zapytała o mały dom z czerwonej drobnej cegiełki.

—  Wdowiec? — zdziwiła się pani. — Coś ci się pomyliło, dziewczynko. Przy tej 
uliczce nie mieszka żaden wdowiec.

—   W ogrodzie od frontu stoi wielki słup telegraficzny — mówiła Ania 
gorączkowo. — Psuje całość, bo dom jest ładny.

—   Ach, to o ten dom ci chodzi! — roześmiała się staruszka. — Ale jego 
właściciel nie jest wdowcem. Po prostu jego żona od lat powtarza: „Zobaczysz, 

któregoś dnia zostaniesz wdowcem", i dlatego wszyscy tak o nim mówią.
Podziękowawszy, Ania pobiegła dalej.  „Wszystko jest

118
złe, głupie i poplątane — myślała. — Nie ma nic prostego. Tata nie jest tatą, 

córka nie jest córką, a wdowiec nie jest wdowcem". Dobiegła do pomalowanej na 
zielono furtki.

—   Proszę pana! — zawołała do mężczyzny, który szedł właśnie przez podwórko. — 
Ja przyszłam do tego pana, który wynajmuje tu pokój!

Mężczyzna skinął głową i zniknął w drzwiach domu.
Ania nie weszła na podwórko. Stała przed furtką i czekała, aż wyjdzie tata 

Ludwisi. Pojawił się bardzo szybko i na widok Ani zawołał:
—   Czy coś się stało?

Wyglądał na zaskoczonego i uradowanego jednocześnie. Szedł w stronę furtki 
uśmiechając się.

—   Wejdź — powiedział otwierając furtkę, ale Ania potrząsnęła głową.
—   Chciałam tylko powiedzieć, że poznałam twoją córkę — powiedziała prędko. — 

Ona mieszka przy ulicy Chabrowej osiem. Jest bardzo miła, ładna i wcale nie wie, 

background image

że jesteś w mieście. Ja wiedziałam wszystko prawie od początku, ale... — 

westchnęła — ale nie potrafiłam ci powiedzieć. W dniu, w którym odkryłam prawdę, 
obiecałam sobie, że powiem wszystko za tydzień, a kiedy minął, znów powiedziałam 

sobie: „od dziś za tydzień", a potem jeszcze raz. Dziś musi być „od dziś za 
tydzień", bo ja już nie mam sił. Do widzenia — zakończyła. — Nie przychodź już 

do nas i przepraszam, że cię tak długo oszukiwałam.
Odwróciła się na pięcie i zaczęła biec. Nie była pewna, czy tata ją zawołał, czy 

tylko tak jej się wydawało. Na wszelki wypadek nie obejrzała się. Biegła przez 
całą drogę, a oświetlony ciepłym światłem sklep pana Kapustnika mignął jej przed 

oczami jak kolorowy obrazek z książki.
Drzwi otworzyła mama. Była zarumieniona od kuchennego ciepła.

119
—  Już po wszystkim — powiedziała Ania. — Wyjaśniło się. Nie martw się, mamo. 

Miałaś rację. To wszystko było zupełnie niepotrzebne i naprawdę nie ma się co 
martwić. Przecież są również i takie rodziny jak nasza.

Mama chciała Anię objąć, ale Ania odsunęła się. Mama była najbliższym 
człowiekiem na świecie, ale teraz wolała tylko na nią patrzeć. Nie pragnęła 

niczyjej bliskości, nawet maminej.
—  Pójdę do siebie — rzekła i ruszyła w stronę pokoju. Pościeliła bardzo 

starannie tapczan i wlazła pod kołdrę. Pragnęła, żeby zmrok zapadł jak 
najszybciej, a po nim noc, i żeby dla wszystkich dzieci było teraz tak samo — 

żeby spały. „Czego ja właściwie chciałam od samego początku? — zastanawiała się. 
— Chciałam, żeby jakoś tak się stało, żeby tata zapomniał o Ludwisi i został ze 

mną na zawsze". Schowała głowę pod kołdrę, bo gdy trzymała ją na poduszce, nie 
mogła się oprzeć wrażeniu, że ktoś śledzi jej myśli, ktoś się wkrada do 

najgłębszych tajemnic. Z głową pod kołdrą było bezpieczniej i myślała dalej: 
„Nie mogło tak się stać, bo oznaczałoby to, że tata jest zły albo jakiś dziwny i 

niezrozumiały, jeżeli zamiast Ludwisi przyjąłby mnie za córkę. Ja zgodziłabym 
się, żeby był zły, głupi i niezrozumiały, zgodziłabym się na wszystko, byleby 

był, ale tata nie zgodziłby się. Jutro zastuka do tamtych drzwi, otworzy babcia, 
tata przywita się z Ludwisią i Zosią i wszyscy będą żyli szczęśliwie w małym 

domu przy ulicy Chabrowej".
Gwałtownie usiadła na łóżku.

—   Mamo! — zawołała.
Drzwi otworzyły się jak zaczarowane.

—  Muszę zaraz pójść do domu wdowca — mówiła Ania wciągając rajstopy tyłem na 
przód. — Muszę tam zaraz pójść i powiedzieć o Zosi.

Ubieranie  szło  jej   nieskładnie.  Rozzłoszczona potrzą-
120

sała    swetrem   i   spodniami,   bo   stawiały   opór,   jakby miały za dużo 
nogawek i rękawów.

—   Aniu — powiedziała mama. — Jest późno.
—   Ale koniecznie trzeba pójść! On nic nie wie o Zosi.

—   Jeżeli chcesz, ja pójdę — powiedziała mama. — Pójdę i powiem, że tata 
Ludwisi nie powinien się zdziwić, jeżeli w domu, do którego się wybiera, będzie 

jeszcze jedna mała dziewczynka.
—  Ty nie pójdziesz — zaprotestowała Ania. — Bo ja bez ciebie nie zostanę.

—   Wobec tego poproszę pana Kapustnika — powiedziała mama znużonym głosem. — Na 
pewno się zgodzi. Zaraz pójdę do niego.

Ania wsunęła się do łóżka.
—   On musi wiedzieć o Zosi — powtarzała. — Musi wiedzieć.

Mama wróciła razem z panem Kapustnikiem, który chętnie zgodził się pójść.
—   Ależ, oczywiście — powiedział. — Oczywiście. Bądź spokojna, Aniu. — 

Przyglądał się jej spod oka i był zdziwiony, że nie płacze i nie widać, żeby 
płakała. Czuł się onieśmielony, bo Ania robiła na nim wrażenie osoby dorosłej, 

zlecającej mu ważną misję.
—  Najlepiej zrobię, jeżeli złapię taksówkę — powiedział.

—  Tak tak — przytaknęła Ania. — Dom wdowca, ze słupem telegraficznym w ogródku 
od frontu.

Po wyjściu pana Kapustnika obie z mamą stały jakiś czas w przedpokoju i 
nasłuchiwały. Trzasnęły ciężkie drzwi klatki schodowej i dopiero wtedy Ania 

wróciła do siebie, a mama podreptała za nią.
Na dworze robiło się ciemno. Olbrzymie okno lśniło i ukazywało odbicie pokoju 

Am. Lampa z kremowym abażurem świeciła słabiej  w pokoju za oknem, ale na tyle

background image

121

mocno, żeby można było odróżnić kontury mebli, wzór kilimka wiszącego nad 
tapczanem, półki z książkami i zarys głowy mamy siedzącej na brzegu tapczanu. 

Ania leżała na wznak i przemyśliwała dzisiejszy dzień. Wszystko widziała i czuła 
bardzo wyraźnie, nawet zapach kurzu pokrywającego drogę prowadzącą do Innej 

Planety. Widziała ślad skoku żaby dużo wyraźniej niż wtedy, gdy naprawdę 
patrzyła w niebo. Biała kreska na niebie nie była w jej wyobraźni tym, czym była 

dla Ludwisi. Ani przypominała półokrągłą rączkę wielkiego koszyka. Żaba skoczyła 
z domu przy ulicy Chabrowej do jeziora położonego niedaleko domu Ani — żabi skok 

spiął dwa brzegi koszyka, a było nim powoli zasypiające teraz miasto.
Zerknęła w okno. „Mieszkam w tym samym mieście, w którym mieszkają Ludwisia, 

Zosia i tata. Idąc ulicą mogę sobie wyobrażać, że przed chwileczką oni też tędy 
przechodzili i tata rozglądał się za mną. Teraz mogę sobie wyobrażać wszystko, 

co zechcę, a ludzie, których sobie wyobrażę, będą zachowywali się tak, jak ja 
postanowię — rozmyślała Ania. — Dwie dziewczynki siedzą na stołeczkach, wchodzi 

rumiana babcia i pyta, czy nie zjadłyby lanych kluseczek na mleku. Dziewczynki 
grzecznie myją ręce, siadają przy stole, a babcia stawia przed nimi dymiące 

talerze. Ale babcia stawia trzy talerze! Otwierają się drzwi, wchodzę ja, a 
babcia woła: «Kochanie, jak dobrze, że jesteś. Kluseczki już gotowe«".

—   Mamo — zapytała Ania. — Czy ty masz jakieś marzenia?
—  Ja? — uśmiechnęła się mama. — Chyba nie. Może to raczej pragnienia. 

Pragnęłabym, żebyś zapomniała o całej tej sprawie, żebyś była zdrowa, żebyś się 
dobrze uczyła. Nie, marzeń raczej nie mam.

„Nie szkodzi — pomyślała Ania. — Ja pomarzę za ciebie. »A gdzie rodzice?»— pyta 
babcia. «Poszli do kina« — od-

122
ч,

powiadamy.  Wszystkie trzy jemy lane kluski na mleku, mówimy »dobranoc«, myjemy 
się i idziemy spać".

—   Spij już, Aniu — powiedziała mama. — Jeżeli chcesz, zostawię nocną lampkę.
—  Nie, nie trzeba — uśmiechnęła się Ania. — My już będziemy spać.

—   Rzeczywiście, ja też chyba zaraz położę się spać — powiedziała mama. — Czuję 
się dziś znużona.

„Wszystkie trzy zasypiamy, a tata Ludwisi i moja mama są w kinie, ale gdy wrócą, 
zajrzą jeszcze do pokoju, sprawdzą, czy wszystko w porządku, a potem posiedzą z 

babcią i dziadkiem w kuchni i porozmawiają o filmie, który dziś obejrzeli..."
Przedsenne obrazy Ani mieszały się, jeden nakładał się na drugi, ale miały w 

sobie coś wspólnego. Wszystkim zaczynało być dobrze.
W nocy zaczął padać deszcz. Najpierw delikatnie kropił, zostawiał na szybach 

wąskie smugi i nagle przeszedł w szaloną ulewę. Tłukł jesienną trawę, obdzierał 
z drzew liście, przepłukiwał rynny, obmywał chodniki i jezdnie. Ustał dopiero 

nad ranem. Zaczęły się jesienne chłody. Inna Planeta wydawała się miejscem 
odległym o wiele kilometrów.

Ludwisia siedziała na nie wykończonym pięterku, na starej nocnej szafce, jedynym 
meblu, jaki tam stał. Babcia pozwoliła jej nie iść do szkoły i Ludwisia 

postanowiła spędzić szkolne godziny samotnie. Nie potrafiła siedzieć w kuchni, w 
której rano, zupełnie nagle, pojawił się ojciec.

Przyszedł bez uprzedzenia i to było za wiele dla Ludwisi. Ktoś z przeszłości 
wtargnął w życie ich domu. Ludwisia poznała go od razu, a raczej domyśliła się 

od razu, że ten pan, który stoi w drzwiach kuchni i mówi „dzień dobry", to jej 
tata.

Babcia krzyknęła wysokim, babciowatym głosem:
123

—  Jezus Maria, Andrzej! — i przysiadła na krześle, które błyskawicznie 
podstawił jej dziadek.

Przycupnięty na swoim ulubionym stołku, dziadek wpatrywał się w ojca 
przekrzywiając głowę trochę jak ptak, który może patrzeć jednym okiem.

—  Jezus Maria! — powtarzała babcia wachlując się brzegiem fartucha. To było 
wszystko, co umiała teraz powiedzieć i zrobić.

Stojąca obok Ludwisi Zosia wysunęła się troszkę do przodu, ale starsza siostra 
złapała ją za szelki spodni i ukryła za sobą.

Tylko Gapcia wyszła ojcu na spotkanie. Zbliżyła się drobnymi kroczkami, wspięła 
na tylne łapki i w sposób zachęcający pociągnęła go pazurkami za nogawkę spodni.

—  Przybliż do niej twarz — rozległ się szept Zosi. — Chce sprawdzić, co jadłeś.

background image

Ojciec posłusznie przykucnął. Po jego kolanie kot wspiął się wyżej i zaczął mu 

delikatnie obwąchiwać usta.
Babcia w kółko powtarzała „Jezus Maria!" i wreszcie rozpłakała się. Jej płacz 

był bezbarwny. Ludwisia nie mogła się w nim doszukać ani radości, ani strachu, 
ani ulgi. Nie wiedziała, co ma robić. Ręka Zosi wymknęła się z jej dłoni. 

Ludwisia patrzyła, jak Zosia podchodzi do stołu, bierze krzesło i zanosi je ojcu 
do drzwi.

—   Proszę — powiedziała grzecznie, tak jak uczyła ją babcia. — Proszę bardzo.
Spokojny głos młodszej wnuczki postawił babcię na nogi. Ocierając oczy brzegiem 

fartucha podeszła do kuchenki i wstawiła wodę na herbatę.
Ojciec ciągle stał przy drzwiach i patrzył na Ludwisię. Nie zmieniając wyrazu 

twarzy, przeniósł spojrzenie na Zosię.
—   To moja siostra — wyrwało się Ludwisi. — Ma pięć lat.

124
—   Wiem — odezwał się tata. — Pan Kapustnik mówił mi o niej.

Twarz Zosi rozciągnął szeroki uśmiech. Lubiła, kiedy o niej mówiono, a na ogół 
mówiono dobrze. Ludwisi wydało się to nieznośne. Chciała zawołać: „Nie masz się 

z czego cieszyć", ale coś jej tylko zachrobotało w gardle.
Babcia nalewała gorącą herbatę do kubeczków, a dziadek dalej siedział na swoim 

stołku. Ludwisia ze zdumieniem spostrzegła, że dziadek ma okropnie długie ręce. 
Owinął nimi tułów, jak Gapcia owijała się ogonem, i jedną ręką skrobał się pod 

łopatką. Nagle wstał i przeszedł w ten koniec kuchni, gdzie babcia parzyła 
herbatę.

Tak jak przedtem wszyscy domownicy skupieni byli bliżej stołu, a ojciec stał na 
zewnątrz, tak teraz stali bliżej ścian, dając mu miejsce przy stole, ale on z 

tego nie skorzystał.
—   Usiądź — dziadek wskazał miejsce przy stole.

Ojciec zdjął kurtkę i rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś wieszaka. Zosia 
usłużnie odebrała kurtkę z jego rąk i rozwiesiła na oparciu krzesła. Odruchowo 

przysunęła krzesło do pieca, chociaż był zimny. Dopiero dziś mieli w nim 
pierwszy raz napalić tej jesieni, ponieważ nocny deszcz przywlókł za sobą zimno.

—  Proszę — powiedziała babcia niosąc do stołu tacę ze śniadaniem.
Usiadła pierwsza, wzrokiem nakazała wnuczkom usiąść przy sobie. Każdy odbierał z 

rąk babci talerzyk, na którym kołysało się jajko. Zabrakło jednego talerzyka i 
jednego jajka. Babcia bez słowa podała ojcu talerzyk dziadka, a dziadkowi swój. 

Sama jadła nad tacą. Ludwisia wsłuchiwała się w odgłosy łyżeczek uderzających o 
skorupki jajek. W kuchni poza tym panowała zupełna cisza. Miała wrażenie, że 

każdy czegoś szuka w jajku i za chwilę krzyknie: „Znalazłem!"
126

—   Dlaczego nie jesz jajka, babciu? — zapytała Zosia.
—   Bo mnie wątroba boli — odrzekła babcia. — W ogóle nie powinnam jadać jajek.

Ludwisia myślała o chwili, kiedy babcia podawała ojcu talerzyk dziadka, a 
dziadkowi swój. Babcia mrugała załzawionymi oczami, a wyciągnięta ręka z 

talerzykiem lekko drżała. W całej jej postaci nie było ani odrobiny zwykłej 
energii. Ludwisia pomyślała, że w tym momencie Wszyscy Święci Pańscy, których 

babcia wzywała na pomoc, kiedy się bała o dom, wynieśli się z kuchni, 
bezszelestnie przemierzyli sień i nie wiedzieć dlaczego poszli w kierunku 

sąsiedniej parceli zamiast w kierunku furtki.
Ojciec jadł z oczami wbitymi w stół, ale kiedy poczuł spojrzenie Ludwisi, 

podniósł głowę i w jego oczach błysnęło coś jasnego. „Składa się z dwóch osób — 
przeleciało przez głowę Ludwisi. — Jedna, lepsza — będzie dla mnie, druga, 

gorsza — dla Zosi".
Siedząca po drugiej stronie stołu Zosia zachowywała się jak w transie. 

Nienaturalnie wysokim głosem opowiadała o Gapci, Innej Planecie, o żabie, o 
sobie i o Ludwisi.

Przez moment Ludwisi wydawało się, że ojciec coś do Zosi powie, ale nie odezwał 
się.

—  Najadłam się — rzekła z przymilnym uśmiechem Zosia. — Jestem gruba jak 
beczka.

Ludwisia nie mogła tego znieść. Zosia próbowała przypodobać się 
niebezpieczeństwu i przebłagać je.

—   Chodź — powiedziała wstając.
—  Nigdzie nie pójdę — Zosia zakręciła się na krześle i usadowiła wygodniej. — 

Tu mi jest dobrze.

background image

Ludwisia odwróciła się i sama odeszła od stołu. Powędrowała prosto na pięterko.

Przez wybitą szybę wpadało wilgotne, chłodne powietrze, ale to jej nie 
przeszkadzało. Wprost przeciwnie, zwróciła w stronę okna twarz, przymknęła oczy 

i zobaczyła Inną
127

Planetę. Pokryte szarym deszczem gałązki, bezbronne listki, które zniszczy 
zimno. Miała ochotę stanąć na parapecie, rozłożyć skrzydła i poszybować wysoko, 

aż do Innej Planety, zgarnąć ją jak wielki bukiet i poszukać bezpiecznego 
miejsca. Przeszkodą była Zosia, która siedziała teraz w kuchni, a Ludwisia nigdy 

nie wyruszyłaby bez siostry. Wyobraziła sobie, jak Zosia siedzi naprzeciwko 
ojca, wdzięczy się, robi minki i chwali się, że potrafi już czytać. „Ona jest 

mała — pomyślała Ludwisia — i dlatego wydaje jej się, że wszystko jest takie 
proste".

Skuliła się i objęła nogi rękami. „Co dobrego może przynieść przyjazd taty dla 
mnie czy dla Zosi?" — zastanawiała się ponuro.

Z chwilą przyjazdu taty w domu wszystko się zmieniło. Na zewnątrz i w środku dom 
wyglądał tak samo, ale Ludwisia wyraźnie czuła inność. Czuła obecność taty nawet 

wtedy, gdy była w swoim pokoju, a tata w kuchni albo przed domem. Nawet w nocy 
było inaczej niż przedtem. Za dwiema ścianami spał ktoś zupełnie nieznany. Z 

całych sił próbowała osiągnąć to, co babcia nazywała trzeźwością myśli, ale nie 
bardzo wiedziała, na czym to polega. „Mam myśleć trzeźwo" — powtarzała sobie w 

duchu, pomagając babci przy zmywaniu. „Mam być rozumna i trzeźwa" — mamrotała 
idąc do szkoły. Kontrolowała wszystko, co mówiła, i czuła się coraz bardziej 

zmęczona. Gdyby tata wyraźnie powiedział, że zostaje, byłoby się czego uchwycić, 
gdyby oznajmił, że przyjechał tylko w odwiedziny, też wiedziałaby, co myśleć, 

ale tak? Zupełna plątanina. W końcu postanowiła porozmawiać z babcią.
—  Powiedz mi wreszcie, babciu, czy tata przyjechał na zawsze? — zapytała. — 

Muszę to wiedzieć.
—   Ano chyba tak — odrzekła babcia. — Przecież każdy człowiek musi wreszcie 

mieć swój dom. Cieszysz się?
128

—  Jeszcze nie wiem — odrzekła Ludwisia szczerze. Gotowa była w każdej chwili 
powiedzieć: „Idź sobie,

tato, my ciebie nie potrzebujemy" albo: „Zostań z nami na zawsze".
Przyglądała się ojcu, kiedy wchodził do kuchni albo z niej wychodził, kiedy 

rozmawiał z dziadkiem czy naprawiał żelazko. Ojciec zajmował się sprawami 
codziennymi i w jego zachowaniu nie było nic, co mogłoby Ludwisię przyciągnąć do 

niego łub odepchnąć.
W końcu doszła do wniosku, że być może wtedy, gdy ona jest w szkole, odbywają 

się jakieś ważne rozmowy, dzieje się coś, o czym ona nie wie. Ze szkoły wracała 
pędem, zwalniała dopiero przed furtką i oczami robiła przegląd całego podwórka. 

Rejestrowała najmniejszą nawet zmianę, choćby to, że rano miotła do zamiatania 
podwórka stała oparta o kurnik, a po południu o ścianę domu. Wchodziła do 

kuchni, zmieniała buty i pokręciwszy się trochę tu i tam, wywabiała siostrę do 
pokoju.

—   I jak? Co dziś robił? — pytała. Zosia odpowiadała wiernie i szczerze:
—  Rozmawiał bardzo długo z babcią i dziadkiem, ale nie wiem o czym, bo kazali 

mi wyjść i czymś się zająć. Kiedy próbowałam podsłuchiwać, babcia dała mi klapa.
Albo:

—  Nic się nie działo. Babcia raz płakała, trzy razy się śmiała i kilka razy się 
uśmiechnęła. Dziadek jak zwykle prawie nic nie mówił. Na obiad jest barszcz 

czerwony, pierogi z mięsem i kisiel z czarnych porzeczek.
—  Nieważne, co będzie na obiad — zniecierpliwiła się Ludwisia. — Mów, co tata.

—  Naprawił mikser — informowała Zosia. — Powiedział, że pralka jest dobra, 
tylko trzeba dokupić jakąś część. Zdaje się kołnierz. Czy możliwe, żeby pralka 

miała kołnierz jak człowiek?
9— Od dziś za rrdzień

129
—  Możliwe. Pralka automatyczna ma kołnierz. Jeżeli tata ją naprawi, babcia 

będzie zachwycona. Przecież pralka to jedyna kosztowna rzecz w domu. Mów, co 
jeszcze.

—  Nic więcej — odrzekła Zosia. — Powiedziałam wszystko. Aha, babcia 
powiedziała, że Gapcia okoci się lada dzień, bo kocięta już się jej w brzuszku 

przemieściły, przygotowały się do wychodzenia na świat. Czy myślisz, że one będą 

background image

wychodziły gęsiego?

—  A jak mają wychodzić? — Ludwisia była niezadowolona z siostry. — Przecież nie 
mogą wychodzić trzymając się za łapki. Tak chodzą dzieci na wycieczkę. Masz mieć 

oczy i uszy otwarte. Rozumiesz?
—  Rozumiem — kiwnęła głową Zosia. — Mam cały czas oczy i uszy otwarte, chyba 

już tak się urodziłam. Wiesz dobrze, że potrafię usłyszeć i zobaczyć to, czego 
ty nie potrafisz, ale tu się naprawdę nic nie dzieje.

—  Jestem pewna, że się dzieje, tylko ty nie uważasz. Ogłuchłaś, oślepłaś i nie 
wiem, co jeszcze. Masz uważać, rozumiesz?

—  Rozumiem — odpowiedziała Zosia podporządkowując się siostrze.
Babcia zawołała je na obiad. Ludwisia usiadła do stołu ze spuszczonymi oczami. W 

towarzystwie ojca zawsze tak siedziała. Podnosiła je wtedy, gdy miała pewność, 
że tata patrzy w inną stronę. Teraz gmerała łyżką w talerzu, chociaż na obiad 

była jej ulubiona zupa, ulubione pierogi i ulubiony deser.
—  Czemu nie jesz? — zapytała babcia. — Zjedz chociaż trochę.

—  Nie mogę — mruknęła Ludwisia. — Jakoś nie mogę.
—  Tu się coś dzieje — poinformowała Zosia ojca poufnie. — To znaczy coś się 

dzieje z Ludwisia — poprawiła się. — Zawsze coś się dzieje, jeżeli ktoś nie chce 
jeść — wybrnęła. — Prawda, babciusiu?

130
—  Prawda — przyznała babcia. — Jak ktoś nie chce jeść, to źle się dzieje, bo 

brak apetytu to zły objaw.
—  Jedz, Ludwisiu — odezwał się tata.

Ludwisia posłusznie wzięła łyżkę i zaczęła jeść barszcz. Wyjadła wszystko, do 
ostatniej kropelki. „Jedz, Ludwisiu" — myślała. „Jedz, Ludwisiu" — szeptało jej 

w głowie.
Babcia postawiła na stole salaterkę z dymiącymi pierożkami. Zazwyczaj widok 

pierożków z mięsem przystrojonych skwarkami działał na Ludwisię podniecająco, 
zwłaszcza kiedy dzień był zimny i mokry jak teraz. Przypominała jej się książka, 

w której w deszczowe dni, w kuchni rozgrzanej od pieca, siedziały dzieci i jadły 
coś zwykłego, ale bardzo smacznego. Przy piecu schły mokre buty, pod daszkiem 

kurnika drób zbił się w gromadkę, okienko na strychu było zamknięte, okna 
opatrzone, a na każdym łóżku leżał dodatkowy koc. Świat zmniejszał się w sposób 

zupełnie naturalny, ograniczał do własnego domu i najbliższych.
—  Ludwisiu, zjedz trochę pierożków — usłyszała głos taty.

Nabrała dużą porcję, po prostu przechyliła salaterkę i zgarnęła pierogi na swój 
talerz.

—  No! — zawołała ostrzegawczo Zosia. — Ale nie wszystkie!
—  Jeszcze są — babcia uspokoiła wnuczkę. — Starczy dla wszystkich, bo udało mi 

się kupić przepiękny kawałek mięsa.
Ludwisia zjadła pierogi, przed kisielem troszkę się zawahała i popatrzyła na 

ojca. Podniósł brwi i uśmiechnął się, nieznacznym ruchem głowy wskazując 
miseczkę. Zanurzyła łyżkę i zaczęła jeść.

„No tak — myślała. — Mnie zachęca do jedzenia, ale Zosi nie. Prawdę mówiąc i bez 
tego wepchnie wszystko, co ma na talerzu. Mógłby jednak trochę ją zachęcić. 

Mógłby powiedzieć: »Jedz, Zosiu, będziesz dużą i ładną dziewczyn-
131

ką«. Ale jak zachęcać kogoś do jedzenia, jeżeli ten ktoś i bez tego je za 
dwóch". Skołatana głowa Ludwisi pochylona nad stołem pracowała z całych sił. 

„Mógłby jednak powiedzieć: »Bardzo ładnie jesz. Wyrośniesz na ładną 
dziewczynkę«. Ale ona i bez tego jest ładna. Mógłby więc powiedzieć: »Jest,eś 

bardzo ładną dziewczynką, Zosiu, a to dlatego, że tak ładnie jesz«". Nagle 
zatrzymała się z łyżką między miseczką a ustami.

—  Kończ, Zosia — powiedziała do siostry. — Mam ci coś ważnego do powiedzenia.
Po obiedzie obie siostry poszły do swojego pokoju, babcia zabrała się do 

zmywania, a dziadek i tata postanowili obejrzeć pięterko, żeby zorientować się 
dokładniej, co tam jeszcze jest do zrobienia.

—  Może uda się przed zimą — powiedział dziadek. Siedząc na tapczanie  Ludwisi, 
słyszały kroki na piętrze.

—  Teraz idzie dziadek — mówiła Zosia zadzierając głowę. — A teraz tata. Poznaję 
po krokach.

—  Posłuchaj — zaczęła Ludwisia. — Chodź na kolana, coś ci muszę powiedzieć.
Zosia posłusznie wlazła siostrze na kolana. Wiedziała, że odbędzie się jakaś 

poważna rozmowa, bo w takich wypadkach starsza siostra zawsze brała ją na 

background image

kolana, żeby mogły sobie patrzeć w oczy.

-— Masz od dziś udawać, że straciłaś apetyt. Rozumiesz?
—  Nie — przyznała się Zosia. — Nie rozumiem. Mam apetyt. Ledwie wstałam od 

stołu, a już bym coś zjadła. Chcesz, przyniosę cukiereczki? Mam w szafce nocnej.
—  Zostaw swoje cukiereczki — Ludwisia mówiła poważnie. — Zjesz je później. 

Teraz chcę ci wytłumaczyć, dlaczego masz udawać brak apetytu. On musi 
powiedzieć: „Jedz, Zosiu, bo musisz przecież wyrosnąć na ładną dziewczynkę".

132
—  A jeżeli tak nie powie, to co wtedy? — zapytała Zosia.— Ja nic nie rozumiem.

—  Będziesz rak długo udawała brak apetytu, że wreszcie powie.
—  Przecież ja się wycieńczę — chlipnęła Zosia. — Dlaczego akurat każesz mi 

udawać brak apetytu. Wiesz, że lubię jeść. A jeżeli babcia pierwsza powie? Tak, 
babciusia nie pozwoli mi głodować — nabrała nadziei. — Babcia zaraz powie: 

„Jedz, kochanie, bo się wycieńczysz". Co tak naprawdę znaczy „wycieńczyć się"?
—  Nic złego. Po prostu trochę schudniesz, i to wszystko. I nic ci się nie 

stanie. Masz robić tak, jak mówię. Jeżeli chcesz, po kryjomu będę ci przynosiła 
z kuchni coś do zjedzenia. Ale nikt nie może o tym wiedzieć.

—  A nie mogłabym udawać, że jestem chora, jeżeli już muszę udawać? — Zosia 
patrzyła tak błagalnie, jak tylko potrafiła błagalnie patrzeć. Ludwisię to 

rozzłościło.
—  Ty wstrętny łakomczuchu! — syknęła. — Nic ci się nie stanie, jak trochę mniej 

zjesz.
—  Dziś na kolację będzie wątróbka! — ryknęła Zosia. — Ty wiesz, że nie 

wytrzymam! A może by tak od jutra? Na śniadanie jest zupa mleczna. Nie lubię zup 
mlecznych.

—  Nie, od dziś. I to jest dla twojego dobra. Świetnie się składa, że akurat na 
kolację będzie wątróbka. Właśnie dorosłym bardzo zależy, żeby dzieci jadły 

wątróbkę.
—  To chociaż zapalę światło — smutna Zosia zsunęła się z kolan siostry i 

podeszła do kontaktu. Wyciągnęła rękę, ale nim zapaliła światło, spojrzała na 
Ludwisię. — Czy to wszystko jest konieczne? — zapytała cichutko.

Ludwisi żal się zrobiło Zosi.
—  Zapal już to światło — powiedziała miękko. — Jak chcesz, zaraz ci wszystko 

wytłumaczę. To jest tak, Zosiu — zaczęła obejmując siostrę rękami i nogami. — To 
jest tak. Ja muszę wiedzieć, czy on ciebie lubi.

133
—  Chyba mnie lubi — odszepnęła Zosia. — Mnie prawie wszyscy lubią. Kfie 

zrobiłam mu nic złego. W dodatku przecież to tata.
Ludwisia jeszcze mocniej przygarnęła siostrę.

—  Tata — powiedziała. — To prawda.
Coś się widocznie poruszyło w głowie Zosi, bo najpierw westchnęła przymykając 

oczy, a potem nagle je otworzyła i popatrzyła na Ludwisię z tak wielką powagą, 
jakby w jednej chwili przybyło jej kilka lat.

—  To prawda — powtórzyła jak echo — ale nie mój. — I jak zawsze, kiedy 
rozmawiały o ojcach, usiłowała pojąć, jak to jest możliwe, że mając wspólną 

mamę, wspólnego dziadka, wspólną babcię, wspólnego kota i wspólny dom, można 
mieć różnych ojców. — A co będzie, jeżeli przyjedzie mój tata? — zapytała. — Czy 

też zamieszka z nami?
Ludwisi zaschło w gardle. Była rozgorączkowana i wszystko ją paliło albo 

swędziało.
—  Nie będzie z nami mieszkał, bo nigdy nie przyjedzie — powiedziała. — 

Słyszałam, jak kiedyś babcia i dziadek rozmawiali. Ani nasza mama nie 
przyjedzie, ani twój tata nie przyjedzie, bo oni się nas wyrzekli — zakończyła 

prędko, żeby Zosia nie odkryła tej niesprawiedliwości: Zosi wyrzekły się dwie 
osoby, a Ludwisi tylko jedna. — I dlatego mój tata musi zostać twoim tatą. 

Innego wyjścia nie ma. Nie ma — powtórzyła. — Rozumiesz? A teraz zjedz trochę 
cukierków, żebyś przy kolacji nie miała zbyt dużego'apetytu. Słodycze zabijają 

apetyt. Tak mówi babcia.
Przez całe popołudnie siostry bawiły się w swoim pokoju, na podwórku, 

przygotowały Gapci pudełko, w którym powinna urodzić kociaki, a przez cały czas 
pojadały cukierki. Kiedy zasiadły do kolacji, Zosia nawet nie musiała udawać 

braku apetytu. Osowiałym okiem wpatrywała się w talerz, na którym dymiła 
wątróbka. W ustach czuła ciężki smak słodyczy, a w żołądku lekkie mdłości. Zza 

stołu równie oso-

background image

134

wiała Ludwisia słała jej podtrzymujące na duchu spojrzenia. Tak jak Zosia 
przewidziała, babcia natychmiast zainteresowała się nagłym brakiem apetytu 

wnuczek. Przyłożyła rękę do czoła najpierw jednej, potem drugiej i zaproponowała 
im rumianek.

—  Coś podobnego — powiedziała. — Zawsze tak dobrze jadły. Zaraz wam zaparzę 
rumianku.

—  Pewnie się objadły słodyczami — wtrącił dziadek. — Znalazłem na podwórku dwa 
papierki po iryskach.

—  Dwa papierki to jeszcze nie słodycze — odezwała się Ludwisia. — Owszem, 
zjadłyśmy po jednym cukierku.

—  Nie należy się przejmować — powiedział tata. — Dzieci przecież tracą apetyt 
bez powodu i zupełnie nagle odzyskują. To znaczy: tak sądzę. Nie mam 

doświadczenia, ale pamiętam siebie z dzieciństwa.
Ludwisia i Zosia wypiły ogromną ilość herbaty, ale gorzkiej, bo na widok cukru 

robiło im się niedobrze, i poszły spać.
Następnego dnia rano Ludwisia obudziła się pierwsza. Nim reszta domowników 

wstała, przygotowała Zosi kanapki z suchego chleba i kiełbasy.
—  Zostawiam ci to w nocnej szafce — szepnęła, kiedy zaspana Zosia usiadła na 

łóżku. — Zjedz trochę teraz, a resztę przed samym obiadem. Tylko pamiętaj, przed 
samym obiadem.  A  ja kupię  sobie w szkolnym sklepiku bułek

i też się napcham.
*

Ludwisia wracała ze szkoły do domu. Była bardzo rozgoryczona. Znów dostała z 
wypracowania trójkę, a jej koleżanka z ławki cztery plus, chociaż to koleżanka 

ściągała od Ludwisi, a nie odwrotnie. Ludwisia nigdy nie odważyłaby się wstać i 
powiedzieć, jak się naprawdę sprawy mają, ale w głębi serca żywiła nadzieję, że 

któregoś dnia nauczycielka dozna nagłego olśnienia i odkryje prawdę.
135

Przed furtką przestawiła myśli szkolne na domowe i dokonała lustracji podwórka. 
Nie dopatrzyła się w nim niczego nadzwyczajnego. Kury wydziobywały resztki z 

kurzego korytka, co przypomniało Ludwisi bułki ze szkolnego sklepiku. Leżały w 
żołądku kamieniem, a mimo to była głodna. „Znów trzeba się będzie zadowolić 

kilkoma łyżkami zupy i odrobiną drugiego dania" — pomyślała. Na podwórku 
pachniało pysznym rosołkiem.

W kuchni babcia mościła kolejne pudełko dla Gapci, a dziadek głaskał kota. 
Gruba, kształtem przypominająca gruszkę, Gapcia śledziła poczynania babci z 

kolan dziadka. Dziadek głaskał kota i mówił:
—  Po co tyle pudełek? W każdym kącie pudełko.

—  Bo nie wiadomo, gdzie będzie się chciała okocić — powiedziała babcia. — 
Dobrze wiesz, że koty w tych sprawach mają różne dziwne pomysły.

—  Wiem — zgodził się dziadek. — Znam te pomysły. I wiem, że Gapcia lubi kocić 
się w szafie. Zamiast obstawiać dom pudełkami, wystarczy postawić jedno i dobrze 

zamknąć szafę.
—  To się też zrobi — odrzekła babcia ustawiając pudełko pod piecem. — Gapciu, 

chodź, kici, kici — wabiła.
W odpowiedzi na to kot ziewnął szeroko i rozsiadł się wygodniej.

—  A gdzie Zosia? — zapytała Ludwisia, gdyż młodszej siostry nie było w kuchni, 
a zawsze o tej porze siedziała już za stołem nie mogąc się doczekać obiadu.

—  Na pięterku — odpowiedział dziadek. — Tata naprawia podłogę, a Zosia pewnie 
się przygląda.

—  On się naprawdę stara — wtrąciła babcia. — Od razu widać, że ma dużo dobrych 
chęci. Twojemu ojcu też nie jest łatwo. Powinnaś być dla niego milsza. Takie 

oschłe zachowanie nie ułatwia nikomu życia. Co było, to było, a co będzie, to 
będzie.

136
Dziadek roześmiał się mówiąc, że babcia znów wyważa otwarte drzwi, na co babcia 

zareagowała wzruszeniem ramion i stwierdzeniem, że nie wszystko, co wydaje się 
oczywiste, jest oczywiste. Ludwisia mruknęła, że jej zachowanie jest zupełnie 

normalne, i poszła na pięterko po siostrę. Idąc zastanawiała się, co robią tata 
i Zosia, czy rozmawiają, a jeżeli tak, to o czym. Schody skrzypiały, więc 

Ludwisia stąpała tylko wtedy, gdy słyszała uderzenia młotka.
—  Ten możesz wyrzucić — usłyszała głos ojca. — Jest do niczego.

Zastała ich na samym środku pięterka. Zosia podawała właśnie nowy gwóźdź, 

background image

trzymając go tak, jak się trzyma mały kwiatek.

—  Obiad    — powiedziała Ludwisia. — Zaraz będzie
obiad.

Zosia pozbierała się szybko i otrzepała sukienkę.
—  Zrób przerwę — powiedziała do taty. — Bo naprawisz wszystko, a ja chcę ci 

pomagać.
—  Dobrze — zgodził się tata. — Przez ten czas wygładzę listewkę okienną, zgoda? 

A co u ciebie, Ludwisiu?
—  Dobrze — odparła sucho Ludwisia. — Normalnie. A ty nie idziesz na obiad?

—  Jadłem już — odpowiedział tata. — No, biegnijcie szybko, bo babcia będzie 
niezadowolona.

Ludwisia postała jeszcze chwilkę, nie wiedząc, co ma powiedzieć. W końcu wzięła 
siostrę za rękę i poprowadziła do kuchni.

Zaledwie znalazły się na schodach, Zosia rozgadała się.
—  Nic się nie działo. Tata przez cały czas pracował na piętrze. Czy widziałaś 

nowy kawałek podłogi? Jest śliczny. Taki jasny.
—  Tak — zgodziła się Ludwisia. — Jest śliczny, ale przez ten nowy kawałek stara 

podłoga będzie wyglądała na jeszcze starszą.
137

—  A ja uważam, że nowy kawałek jest lepszy niż dziury, które tam przedtem były. 
Tobie nic się nie podoba — powiedziała Zosia z wyrzutem.

—  Nie podoba mi się to, że zamiast czymś się zająć, siedzisz na pięterku licho 
wie po co.

—  Pomagam — odparła Zosia z powagą. — Podaję gwoździe.
—  Można je brać z puszki. Nie musisz tam sterczeć.

—  Ależ muszę! — Zosia była bardzo stanowcza. — Muszę. Tata powiedział, że 
bardzo mu pomagam. Nie wie, co by było, gdybym mu nie pomagała.

Ludwisia zatrzymała się i mocno szarpnęła siostrę za rękę.
—  Powiedział tak, bo pewnie się przymilałaś — wyszeptała ze złością. — Znam cię 

dobrze. Pewnie najpierw zapytałaś: „Prawda, że ładnie ci pomagam, tatusiu? 
Prawda, że ładnie ci pomagam, tatusiu? — przedrzeźniała siostrę. — Prawda, że 

nie poradziłbyś sobie beze mnie, TATUSIU?!" — Umilkła, bo zabrakło jej tchu.
—  Tak — Zosia z godnością wyjęła rękę z dłoni siostry.— Tak zapytałam, bo tak 

mi się podobało. Zresztą — dodała zeskakując z ostatniego schodka — mógł 
powiedzieć: „Nie, smarkaczu, przeciwnie, nie pomagasz mi, ale raczej 

przeszkadzasz". Tak powiedział kiedyś dziadek, kiedy mu chciałam pomagać.
—  Powiedział tak, bo mu przeszkadzałaś — powiedziała Ludwisia.

—  To znaczy, że teraz pomagam! — wykrzyknęła z triumfem Zosia. — I zjem 
wszystko, co mi babcia da, bo umieram z głodu. Sama już nie wiesz, czego chcesz. 

Tata jest dla mnie dobry, a ty ciągle się czepiasz!
Otworzyła drzwi kuchenne i zniknęła za nimi zostawiając Ludwisię na schodach.

—  Wstrętna zdrajczyni! — prychnęła Ludwisia. Było jej
138

przykro i chętnie uderzyłaby siostrę. Pomyślała, że ona też zje cały obiad, a 
potem jeszcze raz nad wszystkim się zastanowi.

Siostry nie rozmawiały przy obiedzie. Babcia od razu zorientowała się, że są 
pokłócone, ale tak ładnie i dużo zjadły, że nie próbowała mówić: „Siostry 

powinny się kochać, żeby kiedyś, kiedy dorosną, jedna w drugiej miała oparcie".
Po obiedzie Zosia popędziła na pięterko, a Ludwisia zabrała się do lekcji. Miała 

zamiar napisać takie wypracowanie, żeby nikt nie mógł ściągnąć. Otworzyła 
zeszyt, przejechała pięścią po miejscu złożenia, odchrząknęła i zapatrzyła się w 

okno.
Świat, który widziała, wydał jej się nieciekawy. Smutne niebo, łyse drzewa, 

osamotniona sąsiednia działka bez żaby. Poczuła, że w niej samej też jest szaro 
i smutno, i zaczęła się zastanawiać, czy to, na co patrzy, ma na nią wpływ, czy 

też może to, co ona czuje, sprawia,, że świat wydaje się smutny. „To, co widzę, 
przypomina mi zwinięte w kłębek zwierzę, które nie chce się wyprostować" — 

napisała i zaraz przekreśliła zdanie, gdyż uznała je za bezsensowne. „To, co 
widzę, jest szare, smutne i zadeszczone" — napisała i znów przekreśliła zdanie. 

Nie wydało jej się bezsensowne, ale stanowiło zamkniętą całość, której nie 
potrafiła rozwinąć. Postanowiła zmienić temat na jakiś weselszy. „Lada dzień 

nasza Gapcia urodzi kocięta". Rozsiadła się wygodnie, zadowolona, że może pisać 
o swoim ulubionym kocie. Pisała właśnie o tym, jak dwa razy do roku Gapcia 

pięknie opiekuje się kociętami, gdy nagle przypomniała sobie, że koleżanka z 

background image

ławki też ma kotkę. Ze złością przekreśliła wszystko, co napisała, i poszła 

zobaczyć, co robią tata i Zosia.
Na pięterku panowała cisza. W pierwszej chwili Ludwisia pomyślała, że ich tam 

nie ma. Byli jednak i w skupieniu oglądali wielką komodę przywleczoną ze 
strychu. Pochło-

140
nieci sprawdzaniem, czy komody nie podziurawiły korniki, nie zauważyli Ludwisi. 

Dopiero gdy chrząknęła, tata podniósł głowę i uśmiechnął się.
—  Chodź do nas — powiedział. — Pomożesz zdecydować. Warto ją naprawiać czy nie?

—  Nie wiem — odpowiedziała Ludwisia wzruszając ramionami. — Muszę odrabiać 
lekcje i nie mam czasu na oglądanie komody.

—  Warto, warto! — zawołała pełna entuzjazmu Zosia. — Babciusia mówi, że 
wszystko warto naprawiać, bo nowe drogo kosztuje.

Ludwisia wróciła do pokoju. Komoda bardzo ją zainteresowała i już miała nawet 
zawołać: „Trzy górne szuflady dla mnie!", ale nie zawołała, bo wydało jej się to 

za wesołe. Skupiła się na wypracowaniu. Każde zdanie, które przychodziło jej do 
głowy, uznawała za bezsensowne. Przez cały czas wędrowała myślami na pięterko, 

ciekawa, czy tata zdecyduje się naprawić komodę, czy też nie.
„Pójdę i powiem, że babcia się ucieszy, jeżeli da się naprawić komodę" — 

westchnęła.
Szła na pięterko nasłuchując. Jedyne, co słyszała, to głos Zosi. Młodsza siostra 

nuciła piosenkę o koniku.
—  Babcia będzie zadowolona, jeżeli uratujesz tę komodę — powiedziała Ludwisia 

stając w progu. — Mówię w imieniu babci, nie w swoim — dodała i szybko wyszła.
—  Mogłabyś nam pomóc! — zawołał za nią tata.

—  Mam dużo lekcji! — odkrzyknęła Ludwisia.
Znów usiadła przy stoliku. Postanowiła jednak nie pisać dziś wypracowania. 

Nauczycielka dała na nie trzy dni. Odrobiła lekcje z innych przedmiotów i poszła 
na pięterko powiedzieć, że jeśli komoda zostanie naprawiona, do niej mają 

należeć trzy górne szuflady, a do Zosi dwie dolne.
—  Dobrze — zgodziła się Zosia. — Ja jestem mniejsza

141
i z niższych szuflad będzie mi łatwiej wyjmować różne rzeczy.

—  I łatwiej będzie ci do nich wkładać różne rzeczy — zażartował tata.
Ludwisi spodobał się żart, zwłaszcza że tata uśmiechnął się i w kącikach oczu 

zrobiły mu się śmieszne zmarszczki, przez co uśmiech wypadł jeszcze weselej.
Poszła do kuchni, gdzie właśnie dziadek i babcia sprawdzali domowe rachunki. 

Pokręciła się trochę, napiła się wody.
—  Wiecie, że tata przyciągnął ze strychu komodę? — powiedziała głośno.

—  Aha — odmruknęła babcia, nie podnosząc głowy znad zeszytu z rachunkami.
—  To dobrze czy źle? — zapytała Ludwisia.

—   Chyba dobrze — odpowiedział dziadek.
Ludwisia chciała im powiedzieć, że nie rozumie, jak można tak nagle wziąć się do 

naprawiania różnych rzeczy. Takimi sprawami zajmują się przecież ci ludzie, 
którzy przez cały czas są w domu, wyjeżdżają tylko na wakacje i wracają. Nie 

potrafiła wytłumaczyć babci i dziadkowi tego, co czuje, ale ich spokój wydawał 
jej się bardzo niezrozumiały. „Chodzi mi o to — myślała Ludwisia patrząc na 

babcię —- chodzi mi o to, że tata chyba najpierw powinien porozmawiać i wszystko 
powiedzieć. O tym, gdzie był, zanim przyjechał". Babcia spokojnie dodawała 

długie kolumny cyfr; a dziadek sprawdzał. Ludwisia czuła, że się z nimi nie 
dogada. Wróciła więc do pokoju. Była bardzo podenerwowana. Bała się, że za 

chwilę krzyknie, przewróci krzesło, podrze zeszyt na strzępki albo zrobi coś 
jeszcze gorszego i bardzo gwałtownego. Zerwała się i pobiegła na pięterko. 

Prawie skakała po schodach.
—   Muszę się zaraz wszystkiego dowiedzieć — powiedziała. — Muszę wszystko 

wiedzieć, bo nie wytrzymam!
142

Wpadła na pięterko i zawołała:
—  Ja bym wreszcie chciała wiedzieć, dlaczego tak długo nie przyjeżdżałeś! Kiedy 

ciebie nie było, mogłam myśleć, że nie przyjeżdżasz, bo coś ci nie pozwala. Coś 
ważnego. Ale przyjechałeś i już nie wiem, co myśleć! Nie wiem nawet, czy lubisz 

Zosię, czy nie, ale powiem ci, że jeżeli jej nie lubisz, to tak, jakbyś i mnie 
nie lubił! Zostaw! — Szarpnęła się, kiedy tata wyciągnął do niej rękę.

Odetchnęła kilka razy głęboko. Teraz, kiedy wszystko wykrzyczała, zrobiło jej 

background image

się lżej. Czekała, że ojciec coś powie, ale on tylko stał i patrzył. Ludwisia 

odwróciła się i odeszła. Chciała przemknąć do pokoju, ale na dole natknęła się 
na babcię.

—  Czy coś się stało, wnusiu? — zapytała babcia zatroskanym głosem.
—  Nic się nie stało — szepnęła Ludwisia. — Tylko wszyscy są jacyś inni.

—  Jesteśmy tacy sami — uśmiechnęła się babcia. — Tacy sami — mówiła biorąc 
wnuczkę za rękę. — Jeżeli w domu pojawia się nowa osoba, to coś z sobą przynosi 

i może inni domownicy też się troszkę zmieniają.
„Pojawia się nowa osoba i przynosi niepokój" — pomyślała Ludwisia.

W chwilę potem siedziała u siebie na łóżku i płakała. Miała dreszcze i bolała ją 
głowa. „Jest mi teraz tak samotnie jak żabie w studni" — myślała. Żaba stała się 

nagle kimś bliskim, utraconym przez własną lekkomyślność. „Gdyby żaba mieszkała 
w studni, zaraz pobiegłabym do niej". Ludwisia płakała coraz mocniej.

Ktoś szedł po schodach. Pomyślała, że to pewnie babcia idzie na pięterko, żeby 
sprawdzić, co się stało, ale w gruncie rzeczy mało ją to teraz obchodziło. 

Płakała i chciała płakać, bo tylko na to było ją stać.
Nagle drzwi otworzyły się i stanął w nich tata. Za nim

143
skradała się Zosia, ale kiedy chciała wejść, babcia przytrzymała ją za szelki 

spodni. Rozległy się pełne protestu krzyki, stłumione przez drzwi, bo tata 
wszedł i zamknął za sobą drzwi. Po raz pierwszy od przyjazdu taty Ludwisia była 

z nim sama. Przestała płakać. Nie odrywała oczu od chodzącego tam i z powrotem 
ojca.

—  Ludwisiu — powiedział tata. — Jeżeli chcesz, wyjadę. Nawet jutro. Kiedy tu 
jechałem, myślałem, że będziesz chciała, żebym został, ale wcale nie musi być 

tak, jak myślałem. Rozumiem, że możesz nie chcieć, żebym mieszkał z wami.
Ludwisia siedziała z otwartą buzią.

—  Nie powiedziałam, że chcę, żebyś odjechał — wymamrotała wreszcie. — Niektóre 
dzieci nie potrafią sobie wyobrazić domu bez taty, a ze mną jest akurat 

odwrotnie. Powiedz, dlaczego dopiero teraz przyjechałeś?
Ojciec usiadł obok córki, wziął ją za rękę i powiedział:

—  Kiedy twoja mama i ja rozstaliśmy się, wyjechałem z miasta i postanowiłem 
nigdy nie wracać. Teraz wiem, że nie powinienem był tego robić. Pewnego dnia 

zacząłem myśleć o powrocie, ale taki powrót wcale nie jest łatwy. Mówisz sobie: 
„Jutro wracam". Nadchodzi jutro, a ty jesteś w tym samym miejscu i znów mówisz 

sobie: „jutro". Im częściej to sobie powtarzasz, tym powrót staje się 
trudniejszy, bo nie wiesz nawet, czy jeszcze ktoś na ciebie czeka.

—  Och, tato — westchnęła Ludwisia. — Jak mogłeś pomyśleć, że ja na ciebie nie 
czekam. Czekałam przez cały czas i opowiadałam ci o Zosi. Bardzo cieszyłeś się 

Zosią. Mówiłeś: „Jak tylko będę mógł, zaraz przyjadę. Obie jesteście moimi 
prawdziwymi dziećmi".

—  A czy może być inaczej? — zapytał tata.
—  Więc ty też tak myślisz? — zawołała Ludwisia. — Dokładnie tak samo, jak ja 

myślałam? To znaczy, że niepotrzeb-
144

nie kazałam się Zosi głodzić i głodziłam się sama. Widzisz — uśmiechnęła się 
nieśmiało. — Ja bardzo chciałam, żebyś ją polubił, bo ona jest przecież moją 

siostrą. Chciałabym, tato, żebyś został na zawsze.
—  Zostanę na zawsze — powiedział tata biorąc Ludwisię na kolana i przytulając 

mocno. — Domyśliłem się, że moja osoba ma jakiś związek z waszym marnym 
apetytem. Dawałaś Zosi znaki pod stołem. Wczoraj ja oberwałem kilka solidnych 

kopniaków i dlatego dziś zjadłem obiad wcześniej. O Zosię się nie martw. Nie 
wiedziałem o niej, ale powiedziałem sobie, że skoro przyjeżdżam po tylu latach, 

to powinienem przyjąć dom takim, jakim go zastanę. Teraz oboje wiemy, że 
dotyczyło to właśnie Zosi. Lubię ją i pewnie pokocham. Któregoś dnia, gdy może 

akurat będę szedł przez podwórko albo będę wstawał rano z łóżka, pomyślę, że ją 
kocham. Nie wiem, kiedy to się stanie. Może jutro, może za kilka dni, a może od 

dziś za tydzień?
Tata urwał. Był bardzo zamyślony, jakby przeniósł się gdzieś daleko.

—  Wiesz, Ludwisiu — zaczął. — Jedna dziewczynka powtarzała sobie: „od dziś za 
tydzień", bo chciała odwlec coś bardzo dla niej smutnego. Ja sądzę, że można 

myśleć: „od dziś za tydzień", oczekując również czegoś dobrego, co na pewno się 
wydarzy, tylko dokładnie nie wiadomo kiedy.

—  Co to za dziewczynka? — zapytała Ludwisia. — Opowiesz mi o niej?

background image

—  Tak — kiwnął głową tata. — Nie wyobrażam sobie, że mógłbym nie opowiedzieć. 

Często o niej myślę i jest mi wtedy bardzo ciężko. Lubię tę dziewczynkę i 
chciałbym ją jeszcze spotkać. Pewnego dnia... — zaczął opowiadać. — Pewnego dnia 

wcześnie rano przyjechałem do tego miasta. Najpierw krążyłem trochę po ulicach, 
zjadłem śniadanie w barze mlecznym, a wczesnym popołudniem poszedłem

10 — Od dziś /:d tydzień
145

do mieszkania na drugim piętrze, zapukałem, a kiedy usłyszałem głos dziewczynki: 
„Kto tam?", odpowiedziałem: „Otwórz, to ja, twój tata".

—  Przecież to nie byłam ja — powiedziała zdumiona Ludwisia, zsuwając się z 
kolan taty.

—  To nie byłaś ty, ale ja odpowiedziałem: „Otwórz, to ja, twój tata" — ciągnął 
ojciec. — Drzwi otworzyły się i stanęła w nich dziewczynka. Była trochę wyższa 

od ciebie. Przyglądała mi się z uwagą, bardzo poważnie. Nie wiedziała pewnie, co 
ma zrobić albo powiedzieć. Rozumiałem ją, bo ze mną było podobnie. Wszedłem do 

mieszkania i zdziwiłem się trochę. Było umeblowane inaczej niż wtedy, gdy je 
opuszczałem, ale przecież meble można zmienić. Dziewczynka początkowo była 

trochę przestraszona, ale kiedy zaczęliśmy rozmawiać, poczułem, że się cieszy. 
Pokazała mi swoje maskotki i muszle, które wisiały w szklanej gablotce na 

ścianie. Obiecałem jej zrobić półkę na maskotki, bo ta dziewczynka zbiera 
maskotki.

—  Tato! — przerwała oszołomiona Ludwisia. — Przecież to nie byłam ja!
—   Oczywiście, że to nie byłaś ty, ale wtedy myślałem, że to ty. Nie 

zastanawiałem się nawet, dlaczego dziewczynka ma jasne włosy, skoro ty masz 
ciemne. Dopiero kiedy przyszła jej mama, pojąłem, że to pomyłka. Trafiłem do 

mieszkania, w którym kiedyś mieszkałaś, a teraz mieszka tam ktoś zupełnie inny. 
Ta dziewczynka mieszka tylko z mamą i nie pamięta swojego ojca.

—   Czy powiedziałeś jej, że się pomyliłeś?
—   Nie powiedziałem — odrzekł ojciec. — Ani ja tego nie zrobiłem, ani jej mama. 

Wydaje mi się, że dziewczynka szybko odkryła prawdę, ale nie chciała jej znać. 
Spotykałem się z nią codziennie, a ona do mnie mówiła „tata". Nie potrafiłem 

powiedzieć: „Posłuchaj, ja wcale nie jestem twoim tatą". Wiem, że powinienem był 
to zrobić, ale

146

nie potrafiłem. Pewnego dnia przyszła do mnie i powiedziała, że wiedziała 
wszystko prawie od początku. Wiedziała, gdzie ty mieszkasz, i poprosiła, żebym 

już więcej do niej nie przychodził.
Ojciec zamilkł. Siedział z opuszczoną głową. Ludwisia nie wiedziała, czy już 

skończył opowiadać, czy też zastanawia się, co powiedzieć dalej. Ale tak długo 
milczał, że nie można było tego wziąć za przerwę.

Ludwisi cała ta historia wydała się niewiarygodna. Nie zmyślona czy 
nieprawdopodobna, ale trudna do wyobrażenia.

—  Jak ona się nazywa? — zapytała.
—   Ania Jacak — powiedział tata.

Przed oczami Ludwisi zaczęły przesuwać się wolno obrazy z ostatniego tygodnia, 
ale tak, jakby ktoś puścił taśmę w tył. Ania mówiąca „cześć", kiedy po zabawie 

na Innej Planecie odchodziła z Izą i Grzesiem do domu. Ania trzymająca gumę, gdy 
we trzy grały w gumy. Ania pchająca torbę na kółkach. Ania zaglądająca do 

studni. Ania stojąca na środku podwórka i mówiąca: „To są moi przyjaciele".
—  Nie rozumiem — potrząsnęła głową. — Nie rozumiem. Przecież my jesteśmy 

zupełnie do siebie niepodobne. Gdybym znała prawdę, nie potrafiłabym udawać, że 
jej nie znam.

—  Nie powinnaś jej nie lubić — powiedział szybko tata. — To moja wina, bo ja 
jestem dorosły, a Ania jest małą dziewczynką. Czasami role odwracają się. 

Dorośli postępują jak dzieci, a dzieci jak dorośli.
—  Ja przecież wcale nie powiedziałam, że jej nie lubię. — Ludwisi wydało się, 

że tata broni Ani. — Ja jej tylko nie rozumiem.
To, co przed chwilą usłyszała, przeniosło Ludwisię myślami   do   dawnego 

mieszkania.   Nazywała   je   zawsze
147

,,dawnym mieszkaniem", ponieważ niewiele z niego pamiętała. Może tylko trochę 
swój pokój i licznik przy drzwiach. Bardzo go lubiła. Od licznika odchodziła w 

bok cienka rurka, a Ludwisi kojarzyło się to z podniesioną ręką. Powolutku 

background image

dotarła do czegoś, o czym już dawno przestała myśleć. Wielki, większy chyba od 

niej, worek antymo-lowy. Mama taszczy go w stronę drzwi, mocuje się z nim, aż 
wreszcie udaje jej się wypchnąć worek na klatkę schodową. Ludwisia nie 

pamiętała, co było dalej, poza tym, że gdy dotarło do niej, że tata odjechał, 
bardzo płakała i kiedy tylko zadźwięczał dzwonek u drzwi, biegła, żeby otworzyć, 

i przez drzwi pytała: „Kto tam?"
Tata powiedział: „Kiedy usłyszałem: »Kto tam?«, odpowiedziałem: «Otwórz, to ja, 

twój tata«". Dziewczynka otwiera drzwi i widzi swojego tatę, na którego czekała. 
Ludwisia usiłowała zmusić wyobraźnię do posłuszeństwa. To ona biegnie do drzwi i 

ona je otwiera, ale działo się inaczej. Ona biegła do drzwi, ale' otwierała je 
Ania. Pomyślała, że to wszystko zaczęło się nie w chwili, kiedy tata wszedł do 

kuchni, ale wtedy, gdy zapukał do drzwi dawnego mieszkania.
—   O czym myślisz, córeczko? — usłyszała.

—   O wszystkim — odpowiedziała.
Wstała z tapczanu i podeszła do okna. Mrok już zapadł i zaczynał siąpić jesienny 

deszcz. Ludwisia widziała szarzejące drzewa, kawałek podwórka, ogródek, za 
którym zaczynała się sąsiednia parcela. Za nią była długa, wąska łąka, dalej 

domy, uliczki prowadzące do parku, a tuż przy parku stała kamienica z czerwonej 
cegły. W mieszkaniu na drugim piętrze siedziała dziewczynka, która przez jakiś 

czas do jej taty mówiła „tata". „Dlaczego nie jestem na nią zła? — zdziwiła się. 
— Ja jej tylko nie rozumiem. Przecież wiedziała, że tak nie może być zawsze, że 

pewnego dnia..."
148

—   Ludwisiu, Zosia chce wejść — powiedział tata.
—   Słucham? — ocknęła się Ludwisia. — To niech wejdzie. Wejdź, Zosiu! — 

zawołała. — Nie musisz czaić się pod drzwiami i ruszać klamką.
Drzwi otworzyły się wolno. Do pokoju wsunęła się naburmuszona Zosia.

—   Bez przerwy ktoś mnie łapie za szelki spodni i nie pozwala być tam, gdzie 
chcę — powiedziała z pretensją. — Albo babcia, albo ty. Nie będę nosiła spodni 

na szelkach. Narysowałam już cztery obrazki i zaczęłam piąty, a wy ciągle nie 
zawołaliście mnie i dlatego sama musiałam tu przyjść.

Widząc, że nikt się nad nią nie rozczula, Zosia zaniepokoiła się.
—   Czy stało się coś złego? — zapytała. — Czy tata powiedział, że znów 

odjedzie?
—   Nie — uśmiechnęła się Ludwisia. — Zostanie z nami i będzie tak, jak sobie 

wyobrażałam. Obie będziemy jego prawdziwymi córeczkami.
—  No, to ja ci, tato, pokażę moje obrazki — Zosia pobiegła do kuchni i 

przyniosła rysunki.
—   Bardzo ładne — chwalił tata. — Kim jest ten pan, który stoi na drabinie?

—  To przecież ty — zaśmiała się Zosia. — A tu obok stoi babcia i mówi: „Uważaj, 
bo spadniesz". A tu stoi dziadek i mówi: „Przestań wszystkich pouczać". A te 

dwie dziewczynki to Ludwisia i ja. My mówimy, że w naszym pokoju na piętrze 
muszą być okiennice, takie same, jakie widziałyśmy kiedyś na obrazku.

Ojciec i Zosia oglądali rysunki, a Ludwisia stała bardzo blisko okna, przy samym 
parapecie. W szybie widziała swoje niewyraźne odbicie. „To jestem ja, Ludwisia — 

powtarzała. — Za mną, obok taty, siedzi moja siostra Zosia,   a  w  dawnym 
mieszkaniu siedzi  Ania,  która  myśli

149
o moim tacie albo stara się o nim nie myśleć, co na jedno wychodzi, bo ja też 

staram się nie myśleć o niej, ale nie potrafię".
Ludwisia i Zosia leżały już w łóżkach, a babcia, dziadek i tata przyszli 

powiedzieć im „dobranoc". Babcia gderając składała porozrzucane ubrania, tata i 
dziadek żartowali, że wszystkie dzieci są takie same — nigdy nie składają 

porządnie ubrań, i że wszystkie babcie też są takie same — nie położą się spać, 
dopóki wszystkiego nie uporządkują.

—   Spać, moje skarby — powiedziała babcia pochylając się najpierw nad jedną 
wnuczką, a potem nad drugą.

Młodsza wnuczka siedziała nienaturalnie odchylona do tyłu, a pod poduszką, 
sprytnie przyczajona, tkwiła Gapcia.

Zosia nie mogła doczekać się chwili, kiedy dorośli już sobie pójdą. Chciała jak 
najszybciej wydobyć spod poduszki kota, a potem ułożyć się wygodnie i posłuchać, 

co starsza siostra ma do powiedzenia, bo w to, że Ludwisia powtórzy jej całą 
rozmowę z tatą, nie wątpiła ani przez chwilę.

Wreszcie dorośli wyszli. Zosia odczekała kilka minut, wyciągnęła Gapcie i razem 

background image

z kotem przelazła do łóżka siostry.

—  No, zaczynaj — powiedziała.
—   Co mam zaczynać?

— - Opowiadać o wszystkim, o czym rozmawiałaś z tatą.
—  Jesteś za mała — odparła Ludwisia marząc, żeby Zosia wreszcie zasnęła. Nie 

czuła się na siłach powtarzać tego, co dziś usłyszała. — No, dobrze — westchnęła 
wreszcie z rezygnacją. — Tylko nie wiem, jak zacząć. Kiedy tata opowiadał, 

widziałam różne obrazy, na których wszystko było pomieszane. I ciągle je widzę.
No, to opowiadaj o wszystkim, co widzisz — szepnęła Zosia, wyciągając rękę i 

dotykając policzka siostry. — Masz taki ciepły policzek, policzuszek — mruczała. 
— I takie mięciutkie" włosy, włoski... I cała jesteś moja nie Ludwisia, tylko 

Ludwisieńka.
Pieszczotliwy głos Zosi działał na Ludwisię kojąco. Sprawił, że poplątane myśli 

uporządkowały się trochę.
—   A ty cała jesteś nie siostra Zosia, tylko siostrzyczka Zosieńka — odszepnęła 

gładząc siostrę po policzku. — Posłuchaj, leżymy w łóżkach. Babcia i dziadek też 
się pewnie już kładą spać, a tata siedzi w kuchni albo w swoim pokoju i myśli o 

nas i o... I o tej Ani.
—   O jakiej Ani? — Zosia usiadła na łóżku. Sennie zmrużone przed chwilą oczy 

otworzyły się szeroko. — Nic nie rozumiem.
—   Zaraz ci wszystko wytłumaczę. — Ludwisia ułożyła siostrę, okryła ją kołdrą 

po uszy. — On się pomylił. Zanim przyszedł do naszego domu, poszedł najpierw do 
dawnego mieszkania. A w naszym dawnym mieszkaniu mieszka teraz Ania.

Przerwała, żeby zastanowić się, jak małemu dziecku, bo tak teraz myślała o Zosi, 
opowiedzieć wszystko dokładnie. Starała się mówić powoli, niczego nie omijać. 

Bliskość siostry, ciepło łóżka i ciche mruczenie kota — wszystko to bardzo 
pomagało Ludwisi.

—   Zosiu? — zapytała na zakończenie. — Rozumiesz, o czym mówiłam?
Zosia pokręciła głową na znak, że nie rozumie.

—   Ale nie szkodzi — dodała. — Mów dalej. Opowiadaj o wszystkim, o czym 
myślisz.

—   Myślę teraz o naszym dawnym mieszkaniu i o tej Ani. Nie wiem nawet, czy ją 
lubię, czy nie. Oszukiwała mnie. Jej tapczan stoi na pewno tam, gdzie stał mój, 

bo pokój jest tak mały, że tapczan może stać tylko pod tą jedną
151

ścianą. Schody, które prowadzą do mieszkania, są pewnie te same, bo w tych 
starych kamienicach nie wprowadza się zmian. Na rogu ulicy jest sklep pana 

Kapustnika. Od dworca prowadzi ta sama ulica, przy której rosną te same drzewa, 
które rosły kiedyś.

Zosia leżała cicho, jakby spała. Ciemne oczka patrzyły uważnie na Ludwisię. 
Niczego nie można z nich było wyczytać poza chęcią słuchania, słuchania...

—   Zosiu, jak myślisz, czy można się aż tak pomylić? — zapytała Ludwisia 
nieśmiało.

—   Chyba nie można — odpowiedziała Zosia. — Ja nie pomyliłabym ciebie z nikim.
Zamknęła oczy i przysłoniła je jeszcze rękami.

—   Nawet jak zamknę oczy, to też cię widzę bardzo dokładnie — rzekła. — Jesteś 
przez cały czac «' moich oczach.

—  No tak, ale ty mnie znasz od dnia, w którym się urodziłaś. A gdybyśmy się 
rozstały, kiedy byłaś bardzo malutka, i spotkały po kilku latach, to jak wtedy 

poznałybyśmy się?
—   Babcia i dziadek powiedzieliby nam, że ty jesteś Ludwisia, a ja jestem 

Zosia. W ten właśnie sposób poznałybyśmy się.
—   A gdyby akurat w pobliżu nie było babci i dziadka, to co wtedy? — badała 

Ludwisia.
—  Wcale nie chcę tego słuchać! — zawołała Zosia zatykając uszy palcami. — Nie 

chcę słuchać, że mogłybyśmy się rozstać i potem nie poznać!
Zosia trzęsła głową, podskakiwała na łóżku powtarzając:

—  Nie chcę tego słuchać! Nie mów mi takich rzeczy!
—   Cicho, Zosiu, cicho — przestraszona Ludwisia schowała się razem z siostrą 

pod kołdrę. — Nie krzycz, bo babcia przyjdzie i będzie chciała wiedzieć, co się 
stało. Przestraszyłaś Gapcie. Uciekła od nas.

152
Kot wyskoczył z łóżka, otrząsnął futerko i zamiauczał, każąc się wypuścić.

Ludwisia najpierw wypuściła Gapcie, a potem wróciła do wciąż zdenerwowanej 

background image

siostry.

—   Wszystko będzie dobrze — mówiła obejmując Zosię. — Przecież nigdy się nie 
rozstaniemy. Ja tylko tak mówiłam, bo chciałam, żebyś sobie lepiej wyobraziła. A 

teraz śpij. Będę cię trzymała za rękę.
Zosia długo zasypiała. Ludwisi wydawało się, że siostra już śpi, gdy nagle 

rozległ się szept:
—   Obiecujesz, że zawsze będziemy razem?

—   Obiecuję — Ludwisia jeszcze mocniej ścisnęła rękę Zosi. — Obiecuję. Zawsze 
będziesz moją małą siostrą i to się nigdy nie zmieni, bo ja jestem starsza.

Wreszcie Zosia usnęła. Oddychała spokojnie i cicho. Ludwisia puściła jej dłoń i 
wysunęła się z łóżka. „O Boże, jaka ja jestem głupia i niedobra — pomyślała. — 

Wystraszyłam dziecko, a powinnam się nim opiekować. Już nigdy tego nie zrobię".
Siedziała na brzegu łóżka, spoglądając na śpiącą Zosię i co chwila jej 

dotykając. „A jednak gdybyśmy się rozstały wtedy, gdy byłaś mała, nie 
poznałybyśmy się" — pomyślała kiwając głową.

Była już noc, przez lniane zasłony zaglądał księżyc, a Ludwisia ciągle nie mogła 
spać. Zapragnęła pójść do kogoś starszego od siebie, posiedzieć chwilę, a 

dopiero potem położyć się do łóżka.
Od podłogi ciągnęło zimnem. Włożyła więc ciepłe skarpetki i kapcie, owinęła się 

szlafrokiem. Czuła się jak dobra wnuczka, która pamięta o przestrogach babci: 
„Jeżeli wstaje się w nocy z łóżka o tej porze roku, to trzeba się ciepło ubrać". 

Wyszła na korytarzyk. Był ciemny, ale u dołu drzwi na wprost widniała jasna 
smuga. Ucieszyła się, że tata jeszcze nie śpi. Ostrożnie, żeby nie strącić 

czegoś ze
153

ściany i nie obudzić babci, przekradła się przez korytarzyk i stanęła pod 
drzwiami pokoju ojca.

—  To ja — szepnęła pukając i uchylając drzwi. — Przyszłam tylko na chwilkę, bo 
chciałam trochę z tobą pobyć.

Ojciec wygrzebał się z łóżka, zapalił górne światło i przysunął Ludwisi fotel 
bliżej pieca. Usiadła podwijając pod siebie nogi i rozejrzała się. Pusty dotąd 

pokój był już troszkę zagospodarowany przez ojca. Przedtem był zimny i Lud-wisia 
i Zosia zaglądały tu tylko latem. Pod ścianami stały zawsze słoiki z 

konfiturami, kosz z jabłkami i wszystko to, co nie mieściło się w piwnicy. A 
teraz piec dawał miłe ciepło, na trójkątnym stoliku stał kwiatek doniczkowy, 

który babcia przyniosła ze swojego pokoju.
—   Wiesz, tato — zaczęła Ludwisia. — Ja przyszłam ci powiedzieć, że już wiem, 

jaka jest Ania. Ona jest po prostu taką samą dziewczynką, jak ja czy Zosia. 
Chciała, żeby przyjechał jej tata, bo na pewno nie przestała o nim myśleć i nie 

przestała na niego czekać, tak jak ja nie przestałam czekać na ciebie. Kiedy cię 
zobaczyła, najbardziej ze wszystkiego chciała, żebyś został. I dlatego potrafiła 

udawać. Pójdziemy do niej i Ania ucieszy się. Jestem pewna, bo ja na jej miejscu 
ucieszyłabym się. Gnębiłoby mnie bardzo, gdybyś nie chciał tam pójść.

Tata uścisnął ją tak mocno, że Ludwisi zabrakło na moment tchu.
„Kocham cię bardzo, tato — myślała Ludwisia obejmując ojca za szyję. — Ale nigdy 

cię nie zrozumiem. Ania mogła zapomnieć, jak wyglądał jej tata, ale jak ty 
mogłeś zapomnieć, jak ja wyglądam?"

—   Dobranoc, tato — powiedziała. — Idę już spać. Stopy Ludwisi zadudniły tak 
głośno, że babcia i dziadek

usiedli^ na swoich łóżkach i zaczęli nasłuchiwać.
—   Spij — rzekł dziadek do babci. — Ludwisia była u ojca. Miała mu widocznie 

coś do powiedzenia.
154

—  Ja jednak wyjrzę — zdecydowała babcia. Wyjrzała  na  korytarz,   nasłuchiwała 
chwilę,  a  potem

cofnęła się w głąb ciepłego pokoju zapominając zamknąć drzwi.
—   A psik! — kichnęła. — Zawsze kicham, kiedy chodzę boso.

Wyjęła z szafy chusteczkę do nosa i wróciła do łóżka zapominając zamknąć drzwi 
szafy. ■

Po kilkunastu minutach cały dom spał. Przyczajona w korytarzu Gapcia 
bezszelestnie przemknęła w stronę uchylonych drzwi. Dotarła do szafy i lekko 

wskoczyła na swoją ulubioną półkę, wyścieloną miękkimi ręcznikami. Był to 
ostatni moment, bo w godzinę potem liczba mieszkańców domu przy ulicy Chabrowej 

wzrosła o trzy.

background image

Nazajutrz była niedziela. W domu przy ulicy Chabrowej rozpętała się burza. 
Dziadek śmiał się na całe gardło, babcia wykrzykiwała: „To nie do pomyślenia, 

żeby kot rządził człowiekiem", a Ludwisia i Zosia klęczały przed szafą i 
zachwycały się kociętami. Ojciec radził, żeby raz na zawsze drugą od dołu półkę 

nazwać „kocią półką" i pogodzić się z losem.
—  Nigdy! — wołała babcia. — Nigdy! Następnym razem ona przegra!

—  Ty przegrasz — wtrącił dziadek. — To pewne. Babcia spiorunowała dziadka 
spojrzeniem, ale nie przejęła się.

—  Takie śliczne pudełeczka — żartował. — Trzeba było jedno wstawić do szafy.
Babci zabrakło tchu z oburzenia. Wyszła z pokoju trzaskając drzwiami.

Zosia wzięła do ręki czarno-białego kociaka. Powąchała
156

go, dotknęła palcem, oddała kotce i poderwała się na nogi z okrzykiem:

—  Ja muszę coś zrobić! Muszę coś zrobić!
—   Kiedy coś jej się wydaje za ładne, zbyt ładne, żeby tylko patrzeć, musi coś 

zrobić — powiedziała prędko Ludwisia do ojca. — Czasem są przez to kłopoty.
Zosia biegała zaciskając piąstki. Domownicy kręcili się bezradnie, nie wiedząc, 

co jej podpowiedzieć. Nagle Zosia zatrzymała się i wrzasnęła na całe gardło:
—   Wy nawet nie wiecie, jak ja was kocham! Nawet nie macie zielonego pojęcia! 

Kiedy patrzę na Gapcie i jej kociaki, czuję, jak bardzo was kocham!
To wyznanie ogromnie wzruszyło dziadka. Pogłaskał wnuczkę i szepnął:

—   My ciebie też kochamy, Zosiu.
Ojciec podniósł Zosię do góry i delikatnie pogłaskał po policzku. „Może to 

już?.. — pomyślała Ludwisia. — Może to jest ten właśnie''dzień, o którym mówił 
tata?"

Do pokoju weszła babcia niosąc dwie miski. Jedną z mlekiem, drugą z wodą. 
Przysunęła do szafy stołek, postawiła na nim miski i powiedziała do kota:

—   Ano pij, kiedy taka była twoja wola.
Przy śniadaniu babcia rozwodziła się na temat domów, w których zwierzęta znają 

swoje miejsce, a Ludwisia przysłuchiwała się temu myśląc: „Niech u nas zawsze 
będzie tak, jak jest teraz. My na swoich ulubionych miejscach i nasz kot też na 

swoim ulubionym miejscu. Po śniadaniu dziadek będzie czytał gazetę, babcia 
zabierze się do gotowania obiadu, a tata, Zosia i ja pójdziemy do Ani. 

Zadzwonimy, Ania zapyta: »Kto tam?«, i otworzy drzwi. Zobaczy nas i ucieszy się. 
Powiemy jej, że nie powinna się smucić,   bo   przecież   możemy   wszystkie 

trzy   chodzić
157

z tatą do kina, na spacery i wszędzie tam, gdzie dzieci chodzą z ojcami".
I naraz stało się najważniejsze, żeby wyruszyć natychmiast. Ludwisia nie mogła 

się doczekać chwili, w której zaniesie Ani wielką niespodziankę. „Tata 
powiedział, że można powtarzać sobie: »od dziś za tydzień«, oczekując również 

czegoś dobrego — przypomniała sobie. — Teraz jest właśnie to dobre »od dziś za 
tydzień«, ale Ania jeszcze o tym nie wie" — myślała Ludwisia pomagając Zosi 

włożyć kurtkę i zapiąć buty.
.

I

МІ9*
НГ   Г   JO

kggś
i!

II.

background image

3   Г

я ел
—  cc

З*
BI    00

a uj
-     і

-, ° ^   i
S i

z S
а ^

>!
Z >

74

s jp

Й

> z

5

> e.

^

Й Z б >

ckto

akto RIA

СЛ

MOR JKA I

>

'<

techi ZDA

>

t\

o a

і—   СЛ

s< .2 r

S<  ^

СЛ

>

O >

w

^/

.

r ? О Г Ł   ^ o. 5
■Я' -j. о. 2Г

3   O "- S
4  ó' ю   s'

_ -   1 tji
» T|S  » * O *

CT- f4-
Q

4
а

o. o

H