background image

Bronisław Komorowski. Kilka historii 

hej-kto-polak.pl/

 

Poza Lechem Kaczyńskim, III Rzeczpospolita nie ma szczęścia 

do prezydentów. Komorowski podobnie jak Kwaśniewski jest konsekwentny 
w konserwowaniu postkomunistycznego układu  m.in. broniąc ludzi dawnych służb 
specjalnych PRL. W sprawie śledztwa smoleńskiego jest najważniejszym obrońcą rosyjskiego 
raportu MAK.  Bilans obecnej kadencji jest przygnębiający. 

NA STRONACH: 
strona [1] Dwa lata pod żyrandolem 
strona [2] Sprawa Smoleńska 
strona [3] Andrzej Duda, O brutalnym przejęciu władzy po katastrofie 
strona [4] O związkach Bronisława Komorowskiego z ludźmi wojskowych służb 
strona [5] Jak Komorowscy „załatwili sobie” tytuł hrabiowski i herb Korczak 
strona [6] Rodzinna historia Prezydentowej w aktach IPN 
strona [7] Komorowski bierze służby. Historia z Bondarykiem, 10.01.2012 
strona [8] Czego brakuje w aktach Komorowskiego w IPN? 

6.12.2013 Studio TV Republika o Bronisławie Komorowskim 

17.12.2013 Toronto. Wojciech Sumliński o tajemnicy tajnego “aneksu WSI”, który po 
tragicznej śmierci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego przeszedł w posiadanie Bronisława 
Komorowskieg

>Więcej

 

Ważniejsze publikacje: 

 

Prezydent Komorowski odznacza… [listopad 2013]

 

 

Tomasz Łysiak, Prezydent „Panie Kochanku” [19.11.2013]

 

 

Prof. Zdzisław Krasnodębski, Bronisław Komorowski, prezydent radosny 
[10.11.2013]

 

 

Rosyjskie wpływy w BBN

 

 

Globalna sieć wpływów i order dla Sorosa

 

 

Kumoterstwo orderowe [11.11.2012]

 

 

Marcowe ordery [8.03.2013]

 

 

Kogo boi się Bronisław Komorowski? [2013]

 

 

Piotr Bączek, Kulisy „Afery marszałkowej”

 

 

Rok prezydentury Komorowskiego wzbudza zażenowanie, wywiad z prof. 
Zdzisławem Krasnodębskim

 

  

background image

Paweł Siergiejczyk 

Dwa lata pod żyrandolem 

III Rzeczpospolita nie ma szczęścia do prezydentów. Poza Lechem Kaczyńskim, który miał 
sprecyzowaną wizję Polski, ale znacznie mniejsze możliwości jej realizacji, pozostali 
prezydenci to postacie, którymi kierowała raczej próżność i egocentryzm niż interes państwa. 
Trzeba jednak przyznać, że przy wszystkich swoich wadach Lech Wałęsa i Aleksander 
Kwaśniewski byli jednak politycznymi przywódcami z krwi i kości, natomiast Bronisław 
Komorowski nigdy taki nie był i już nie będzie. Dlatego w drugą rocznicę jego wyboru trzeba 
stwierdzić jasno: Komorowski jest najsłabszym z prezydentów III RP, gdyż posiada 
wszystkie wady swoich poprzedników, a nie ma żadnej ich zalety. 

 

Lista słabości, błędów i przewin obecnego prezydenta jest bardzo długa. Tutaj ograniczymy 
się do wskazania tylko tych najważniejszych. 

Pałac udecki 
 
Gdy 4 lipca 2010 r. o godzinie 20.00 największe telewizje ogłosiły zwycięstwo kandydata 
PO, pierwszą osobą, której Komorowski podziękował za wsparcie, był Tadeusz Mazowiecki. 
Ten wymowny gest zaskoczył wszystkich, łącznie z liderami Platformy, którzy w tym 
momencie uświadomili sobie, że nowy prezydent nie będzie “ich prezydentem”, 
ale prezydentem środowiska udeckiego. Co prawda on sam zawsze przedstawiał się jako 
konserwatysta (był nawet wiceprezesem Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego), lecz 
trudno odmówić racji Jarosławowi Sellinowi, który stwierdził kiedyś, że “w Komorowskim 
czuje się nie tyle styl konserwatysty, co elitarność byłego członka Unii Demokratycznej”. 

background image

 

O przywiązaniu do udeckich korzeni świadczyły kolejne decyzje personalne Komorowskiego. 
Szefem Kancelarii Prezydenta już w dniu katastrofy smoleńskiej (gdy Komorowski 
w niejasnych do dziś okolicznościach przejął obowiązki głowy państwa) został Jacek 
Michałowski, wywodzący się ze środowiska UD, a dokładniej z warszawskiego Klubu 
Inteligencji Katolickiej. To właśnie KIK jest obecnie rezerwuarem kadr dla Pałacu 
Prezydenckiego – przyznała to nawet “Polityka”, pisząc niedawno, że “niektórzy urzędnicy 
prezydenta nazywają Kancelarię KIKcelarią lub programem Pierwsza Praca, bo dla części 
z nich etat u prezydenta to pierwsze doświadczenie zawodowe w życiu”. Michałowski 
zatrudnia więc kolejne już pokolenie KIK-owców, które można nazwać “wnukami 
Mazowieckiego” (przynależność do KIK-u jest zresztą w dużej mierze dziedziczna, o czym 
świadczą liczne przykłady klubowych “dynastii”: Wielowieyskich, Święcickich, Cywińskich, 
Luftów, Przeciszewskich, Skórzyńskich, Sawickich). 

background image

 

Komitet Honorowy Bronisława Komorowskiego 2010 

Najbliższymi doradcami prezydenta również są dawni politycy UD. Obok samego 
Mazowieckiego Komorowski zatrudnił w Kancelarii Jana Lityńskiego, Henryka Wujca 
(z nieodłączną żoną Ludwiką), Jerzego Osiatyńskiego, Jerzego Regulskiego, Joannę Staręgę-
Piasek, Szymona Gutkowskiego (który zaczynał jako asystent Jacka Kuronia, a dziś zasiada 
w zarządzie Fundacji Batorego), zaś ministrem ds. społecznych mianował Irenę Wóycicką, 
byłą wiceminister pracy i jedną z najbliższych współpracownic Kuronia. Warto podkreślić, 
że są to często osoby związane ze środowiskami żydowskimi (np. Wóycicka należy 
do warszawskiej Gminy Wyznaniowej Żydowskiej), co zapewne pozostaje nie bez związku 
z faktem, iż żona prezydenta, 

Anna Komorowska, pochodzi z rodziny żydowskich 

funkcjonariuszy UB.

 

background image

 

Pozostali współpracownicy prezydenta to najczęściej ludzie, z którymi wiążą go nici osobistej 
przyjaźni, a w takim wypadku kompetencje i życiorysy nie mają żadnego znaczenia. Dlatego 
w otoczeniu Komorowskiego, który tak często chwali się swoimi opozycyjnymi korzeniami, 
znajdziemy wieloletnich członków PZPR: profesorów Tomasza Nałęcza (niegdyś 
wicemarszałka Sejmu z ramienia Unii Pracy) i Romana Kuźniara (głównego doradcę 
ds. międzynarodowych), a także generała w stanie spoczynku Stanisława Kozieja (obecnie 
szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego), Waldemara Strzałkowskiego (byłego szefa 
Podstawowej Organizacji Partyjnej w Wojskowym Instytucie Historycznym im. Wandy 
Wasilewskiej) i Macieja Klimczaka (wiceministra kultury w rządach SLD, obecnie 
prezydenckiego ministra ds. kultury). 

W Kancelarii są też ludzie z innych środowisk, ale głównie takich, z którymi związany był 
sam Komorowski. Ministrami zostali więc: były wiceprezydent Warszawy Olgierd 
Dziekoński, były wiceszef Kancelarii Sejmu Dariusz Młotkiewicz oraz były poseł 
PO Sławomir Rybicki – wszyscy trzej należeli kiedyś do SKL. Prezydencki prawnik 
Krzysztof Łaszkiewicz był wiceministrem skarbu w rządach Buzka i Tuska. A wśród 
doradców Komorowskiego znajdziemy takie postaci, jak Krzysztof Król (były szef klubu 
KPN i zięć Leszka Moczulskiego, po odejściu z Sejmu zatrudniony w firmach Ryszarda 
Krauzego), Michał Kulesza (współautor reform samorządowych z lat 90.), Maciej Piróg 
(wiceminister zdrowia w rządzie Buzka), Jerzy Pruski (były członek Rady Polityki Pieniężnej 
i wiceprezes NBP za czasów Balcerowicza), Jarosław Neneman (wiceminister finansów 
w rządzie Belki). Pałac Prezydencki stanowi więc reprezentację establishmentu III RP – 
od lewicy do “umiarkowanej” prawicy, z dawną udecją w centrum. 

Ordery dla swoich 
 

background image

Tych, których nie dało się zatrudnić 

w Kancelarii, Komorowski dekoruje orderami. Szczególnym uznaniem prezydenta cieszą się 
jego dawni koledzy z UW i PO oraz przedstawiciele szeroko rozumianego “salonu”, który tak 
ofiarnie wsparł Komorowskiego, tworząc przed wyborami jego Komitet Honorowy. To im 
przyznaje większość Orderów Orła Białego (Adam Michnik, Aleksander Hall, Jan Krzysztof 
Bielecki, Henryk Samsonowicz, Andrzej Wajda, Wisława Szymborska, Andrzej 
Wielowieyski, Władysław Findeisen, Jerzy Regulski) oraz najwyższe klasy Orderu 
Odrodzenia Polski (m.in. Jacek Ambroziak, Halina Bortnowska, Stefan Bratkowski, Zbigniew 
Bujak, Jerzy Ciemniewski, Jacek Fedorowicz, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Stanisław 
Handzlik, Julia Hartwig, Agnieszka Holland, Krystyna Janda, Stefan Jurczak, Maja 
Komorowska, Krzysztof Kozłowski, Waldemar Kuczyński, Michał Kulesza, Anatol Lawina, 
Janusz Lewandowski, Ewa Łętowska, Janina Ochojska, Janusz Onyszkiewicz, Wiktor 
Osiatyński, Jerzy Owsiak, Józef Pinior, Krzysztof Pomian, Wojciech Pszoniak, Adam Daniel 
Rotfeld, Anda Rottenberg, Andrzej Rottermund, Wiesław Rozłucki, Marek Safjan, Wojciech 
Sawicki, Aleksander, Eugeniusz i Nina Smolarowie, Jacek Socha, Grażyna Staniszewska, 
Jacek Taylor, Gołda Tencer, Edmund Wnuk-Lipiński, Jerzy Zimowski, Andrzej Zoll). 
W przeciwieństwie do poprzednika, który odznaczał wielu zasłużonych przedstawicieli 
Kościoła, Komorowski nadaje ordery tylko nielicznym duchownym, i to tym z nurtu 
“otwartego”, jak abp Tadeusz Gocłowski, bp Alojzy Orszulik, abp Józef Życiński 
(pośmiertnie) czy o. Wacław Oszajca. 

Antydyplomata 

Według konstytucji, prezydent jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej 
w stosunkach z innymi krajami. Niestety, Bronisław Komorowski nigdy nie posiadał talentów 
dyplomatycznych, a jako głowa państwa niejednokrotnie udowadniał wręcz antytalent w tej 
dziedzinie. Dość wspomnieć całą serię gaf, które popełnił w pierwszym roku urzędowania: 
fatalne spotkanie Trójkąta Weimarskiego w Wilanowie, gdy nie wystarczyło miejsca 
pod parasolem dla prezydenta Francji (choć zmieścili się prezydent Polski i pani kanclerz 
Niemiec), a po wejściu do pałacu Komorowski rozsiadł się w fotelu, nie czekając na swoich 
gości; uroczysty obiad dla szwedzkiej pary królewskiej, podczas którego prezydent wzniósł 
toast kieliszkiem królowej; jakże wymowna pomyłka, że “w porozumieniu z premierem jest 
już przygotowywana strategia naszego wyjścia z NATO” (chodziło o wyjście wojsk 
z Afganistanu); wreszcie pamiętny wpis do księgi kondolencyjnej w ambasadzie Japonii, 
gdzie Komorowski jednoczył się z ofiarami katastrofy “w bulu i w nadzieji”. 

background image

 

W gafy obfitowała szczególnie pierwsza wizyta 

Komorowskiego w Stanach Zjednoczonych w grudniu 2010 r. Podczas spotkania w Białym 
Domu, ku zaskoczeniu, a nawet przerażeniu Baracka Obamy, polski prezydent zaserwował 
mu takie porównanie: “Bo z Polską i USA to jest, panie prezydencie, jak z małżeństwem. 
Swojej żonie należy ufać, ale trzeba sprawdzać, czy jest wierna”. Na konferencji prasowej 
w Waszyngtonie mówił zaś o amerykańskiej obecności wojskowej w kontekście misji w Iraku 
i Afganistanie: “Kiedy wybieramy się na dalekie polowanie, ważne jest, żeby nasze domy, 
nasze żony i dzieci były bezpieczne. Wtedy poluje się lepiej”. 

Zaś w kontekście restrykcyjnych kwestionariuszy wizowych dla ubiegających się o wjazd 
do USA, które sam musiał wypełnić, Komorowski rzucił: “Ja się nie obrażam. Prostytucji nie 
uprawiam, ludobójstwa też nie, ale muszę powiedzieć, że jak musiałem wypełnić pytanie, czy 
nie jestem terrorystą, to ręka mi zadrżała. Nie chciałbym skłamać Stanom Zjednoczonym, 
a mam pewną wątpliwość. W czasach komunistycznych byłem terrorystą. Tak przynajmniej 
opiewały niektóre zarzuty formułowane przez prokuratora komunistycznego. Nie wiem, mam 
pisać prawdę czy nieprawdę w tych kwestionariuszach”. Z kolei w wykładzie, jaki wygłosił 
za oceanem, prezydent tłumaczył Amerykanom, czym jest bigos, a także na czym polegało 

background image

bigosowanie w dawnej Rzeczypospolitej: “krewka szlachta chwytała za szable i takiego, 
który psuł ustrój państwa, który psuł prawo, po prostu brała na szable nim zdążył uciec. (…) 
Nie wiem, jak sobie z tym poradzi Unia Europejska, ale tam jest liberum veto i od czasu 
do czasu trzeba brać się za bigosowanie”. 

Mimo tych wpadek Komorowski nigdy nie stracił dobrego samopoczucia, a początek swojej 
aktywności międzynarodowej porównał nawet do zdobycia “korony Himalajów”: spotkania 
z papieżem, prezydentami USA, Rosji, Francji, Niemiec. W rzeczywistości jednak ta 
zagraniczna aktywność prezydenta niewiele Polsce przyniosła. Szczególnie wyraźnie widać 
to na kierunku wschodnim. Zapowiadany przez Komorowskiego podczas wizyty w Polsce 
Dmitrija Miedwiediewa “dobry rozdział w relacjach polsko-rosyjskich” ograniczył się tylko 
do gestów, i to krótkotrwałych: o ile obchody pierwszej rocznicy katastrofy smoleńskiej 
odbyły się na najwyższym, prezydenckim szczeblu, to już druga rocznica została 
sprowadzona do poziomu ministrów kultury obu krajów. Co więcej, sam Komorowski 
wielokrotnie dawał wyraz swemu nonszalanckiemu podejściu do tej tragedii. Np. pytał, 
“dlaczego w ogóle jechał taki bizantyjski orszak do tego Smoleńska”, a po publikacji raportu 
MAK oświadczył, iż “podjęto próbę lądowania w warunkach klimatycznych braku widoczno-
ści, w których absolutnie ta próba lądowania nie powinna mieć miejsca” i dodał, że w jego 
przekonaniu “sprawa jest w sposób arcybolesny prosta”. Wielce charakterystycznym gestem 
było też zaproszenie gen. Wojciecha Jaruzelskiego na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa 
Narodowego przed wizytą prezydenta Rosji. 
Szczególnie pielęgnowane przez polskiego prezydenta kontakty z Wiktorem Janukowyczem 
również pozostają pustym gestem. W maju br. Komorowski samotnie bronił idei szczytu 
państw naszego regionu w Jałcie, który – ze względu na bojkot pozostałych prezydentów – 
ostatecznie został odwołany przez samych Ukraińców. Na nic zdają się też prezydenckie 
deklaracje na temat dobrej współpracy z Litwą, które pozostają w jaskrawej sprzeczności 
z polityką władz litewskich wobec mniejszości polskiej. A grudniowa wizyta w Chinach 
zaowocowała jedynie sprzedażą Chińczykom części Huty Stalowa Wola. 

Prestiż, zaszczyt, blamaż i hańba 
 
Pierwsze tygodnie prezydentury Komorowskiego przebiegały pod znakiem konfliktu wokół 
krzyża ustawionego przed Pałacem Prezydenckim po katastrofie smoleńskiej. Kancelaria 
Komorowskiego rozgrywała ten konflikt tak, jakby celowo dążyła do jego eskalacji: najpierw 
podpisano porozumienie z władzami kościelnymi i harcerskimi o przeniesieniu krzyża 
do kościoła Św. Anny i ogłoszono termin przeniesienia, w wyznaczonym dniu próbowano siłą 
usunąć obrońców krzyża i w końcu przerwano całą akcję, następnie otoczono cały teren 
stalowym płotem i dopuszczono do wulgarnej manifestacji przeciwników krzyża, po kilku 
dniach minister Michałowski z zaskoczenia i w pośpiechu odsłonił tablicę pamiątkową 
na fasadzie Pałacu Prezydenckiego, a miesiąc później ten sam Michałowski również bez 
zapowiedzi przeniósł krzyż do pałacowej kaplicy, skąd dopiero po dwóch miesiącach, znów 
po cichu, przeniesiono go do kościoła Św. Anny. Taka “gra w kotka i myszkę” najwyraźniej 
miała na celu kreowanie obrazu opozycji jako “sekty smoleńskiej” i zarazem odwracanie 
uwagi społeczeństwa od coraz bardziej dotkliwych skutków rządów PO (np. podwyżki 
podatków). 

Ogólnie jednak Bronisław Komorowski pozostaje prezydentem dosyć biernym w polityce 
krajowej, nie stanowiąc żadnej przeciwwagi dla premiera Tuska. Lider PO nie bez powodu 
wykreował go na ten urząd, dodając wcześniej, że prezydentura to “prestiż, zaszczyt, 
żyrandol, pałac i weto”. Przy tym, jeśli chodzi o weto, to obecny prezydent w ciągu dwóch lat 

background image

zastosował je tylko wobec dwóch ustaw (o utworzeniu Akademii Lotniczej w Dęblinie 
i o nasiennictwie – w części odnoszącej się do GMO), a dwie inne skierował do Trybunału 
Konstytucyjnego (o ograniczeniu zatrudnienia w administracji i o kwotowej waloryzacji rent 
i emerytur w 2012 r.). Całą resztę decyzji parlamentu, a więc setki ustaw, Komorowski 
zaakceptował – np. ostatnio podniesienie wieku emerytalnego, choć w kampanii wyborczej 
zapowiadał, że nie ma takiej potrzeby. Mizernie wyglądają też inicjatywy ustawodawcze 
prezydenta: od momentu przejęcia obowiązków prezydenta Komorowski zgłosił zaledwie 11 
projektów ustaw, w tym tak kontrowersyjne, jak nowelizacja konstytucji pogłębiająca 
uzależnienie od Unii Europejskiej czy zmiana ustawy o zgromadzeniach, która wyraźnie 
ogranicza prawo do demonstracji obywateli. 

Ale – wbrew temu, co mówił Tusk – prezydentura to nie tylko prestiż i “żyrandol”. To także 
wpływ na ważne decyzje personalne, o czym Tusk przekonał się zaraz po wyborach 
prezydenckich, gdy prezydent-elekt niespodziewanie obsadził dwa miejsca w Krajowej 
Radzie Radiofonii i Telewizji swoimi bliskimi współpracownikami (Janem Dworakiem 
i Krzysztofem Luftem), dzięki czemu zapewnił sobie realny wpływ na media publiczne 
i w ogóle na rynek medialny. Jeszcze jako pełniący obowiązki prezydenta Komorowski 
doprowadził do wyboru Marka Belki na prezesa NBP, a niedługo potem obsadził 
kierownictwo Sztabu Generalnego i dowództwa rodzajów wojsk – w dużej mierze stawiając 
na generałów wywodzących się z sowieckich uczelni. Generalskie awanse to kolejne istotne 
narzędzie wpływu prezydenta na politykę państwa (na początku kadencji Komorowski 
zablokował awanse kilku kandydatów ministra obrony Bogdana Klicha), podobnie jak 
decyzje dotyczące prokuratury. Zresztą obecny prezydent ewidentnie prowadzi “wojnę 
podjazdową” z prokuratorem generalnym Andrzejem Seremetem: najpierw ulokował 
na stanowisku szefa Krajowej Rady Prokuratury jego konkurenta, Edwarda Zalewskiego, 
a potem bronił szefa prokuratury wojskowej, gen. Krzysztofa Parulskiego, którego Seremet 
postanowił odwołać (ostatecznie zdecydował sam Tusk, wobec którego Komorowski musiał 
ustąpić). Notabene Zalewski i Parulski to dawni PRL-owscy prokuratorzy rodem z PZPR. 
Z nominacji Komorowskiego pochodzą też nowi prezesi: Trybunału Konstytucyjnego – 
Andrzej Rzepliński, i Sądu Najwyższego – Stanisław Dąbrowski. 

Jednak Tusk doskonale wiedział, o kim mówi, gdy wypowiadał sławetne zdanie 
o “żyrandolu” i “pałacu”. Znał bowiem Komorowskiego od wielu lat i zdawał sobie sprawę, 
że jest to miłośnik celebry, przecinania wstęg, pustych przemówień i wizyt bez znaczenia. 
Takich imprez prezydent i jego żona w każdym miesiącu “obsługują” dziesiątki, co 
znakomicie wypełnia ich czas oraz zapewnia dobre samopoczucie. Nie ma przy tym 
znaczenia, że także na polu krajowym Komorowski często się ośmiesza. Np. gdy podczas 
obchodów 30. rocznicy porozumień sierpniowych w Szczecinie (gdzie doprowadzono 
do likwidacji stoczni) przekonywał, że “nie tylko Amerykanie mają statuę wolności, ale my 
też mamy swoją wielką, wspaniałą statuę wolności, a tą statuą wolności są przecież portowe 
i stoczniowe dźwigi, które widać z daleka, które świadczą o tym, że potrafiliśmy wznieść 
Polskę wysoko”. Albo ostatnio, 24 czerwca, w Gdyni, gdzie stwierdził, że “Marynarka 
Wojenna to fragment rozwijającej się, bezpiecznej i nowoczesnej Polski”. 

Gwoli uczciwości trzeba przyznać, że prezydent czasami staje na wysokości zadania, np. gdy 
kilkakrotnie skrytykował żądania Ruchu Autonomii Śląska (ostatnio 22 czerwca, podczas 
obchodów 90-lecia powrotu części Śląska do Polski, gdzie oświadczył, że “nie warto 
powracać do historycznych już, anachronicznych koncepcji autonomii”). Niestety, takich 
wypowiedzi Komorowskiego jest niewiele. Dominuje niepotrzebne pustosłowie, a zdarzają 
się też deklaracje skandaliczne, jak rok temu w Jedwabnem, gdzie Tadeusz Mazowiecki 

background image

odczytał list prezydenta w 70. rocznicę zbrodni na Żydach, zawierający stwierdzenie, że jej 
sprawcy “sprzeniewierzyli się Rzeczypospolitej. Podnieśli rękę na swoich żydowskich 
współobywateli. W tej stodole w Jedwabnem sprawcy tych zdarzeń, sami tego nie rozumiejąc, 
podpalili także wielowiekowe ideały Rzeczypospolitej, dumną tradycję kraju, który nazywano 
kiedyś w Europie państwem bez stosów. Mieszkańcy Jedwabnego, obywatele polscy 
narodowości żydowskiej, spłonęli w tej stodole zapędzeni do niej przez swych polskich 
sąsiadów. (…) Jedwabne to nie tylko nazwa symbolizująca dramatyczne wydarzenia z czasów 
II wojny światowej. To także ważny znak w zbiorowej świadomości i pamięci Polaków. 
Naród ofiar musiał uznać tę niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą”. 

Artykuł ukazał się w tygodniku „Nasza Polska” Nr 27 (870) z 3 lipca 2012 r. 

http://www.naszapolska.pl/

 

  

Kancelaria familijna 

Kogo zatrudnia prezydent Komorowski 

180 milionów złotych – tyle wynosi tegoroczny budżet Kancelarii Prezydenta RP. To 9 mln zł 
więcej niż w roku 2011 i 25 mln zł więcej niż w 2010 r. (w ostatnim roku urzędowania Lecha 
Kaczyńskiego). Dla porównania: tegoroczny budżet Kancelarii Premiera to niespełna 117 mln 
zł – półtora miliona mniej niż rok wcześniej. A przecież i konstytucyjnie, i faktycznie władza 
Donalda Tuska jest nieporównanie większa niż Bronisława Komorowskiego. Z kolei 
Kancelaria Sejmu ma w tym roku do wydania 412 mln zł – o 18 milionów mniej niż 
w poprzednim. Tyle że posłów jest 460, zaś Komorowski – jeden. A zatem prezydent 
to najdroższy i najszybciej drożejący organ władzy w III RP. 

Na co idą tak wielkie pieniądze, które dostaje Pałac Prezydencki? Przede wszystkim 
na utrzymanie “dworu” głowy państwa. Określenie “dwór” nie jest tu żadną przesadą, jeżeli 
wziąć pod uwagę, ilu ludzi zatrudnia Kancelaria i podległe jej Biuro Bezpieczeństwa 
Narodowego. Zapytaliśmy o to Biuro Prasowe Kancelarii Prezydenta, ale do momentu 
zamknięcia numeru nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Z dalece niepełnych szacunków 
prasowych z poprzednich lat wynika, że prezydencki personel liczy dziś powyżej 400 osób – 
więcej niż za kadencji każdego z poprzedników Bronisława Komorowskiego. 

Z KOR-u albo z KIK-u 
 
Gdy dwa lata temu obecny prezydent oficjalnie obejmował urząd, szef jego Kancelarii 
deklarował, że zamierza zwolnić ok. 80 pracowników, których zatrudnił jeszcze Lech 
Kaczyński. “W kancelarii są osoby, które są politykami. Nie widzę dla nich miejsca” – 
stwierdził wówczas Jacek Michałowski. Dziś ta deklaracja może jedynie wywołać pusty 
śmiech, bo Pałac Prezydencki pod rządami Komorowskiego pełen jest polityków, choć 
zwykle takich, którym w ostatnich latach “powinęła się noga” i w żaden inny sposób nie 
mogliby powrócić w orbitę władzy. 

“Co wieczór prezydenccy doradcy: Tadeusz Mazowiecki, Jan Lityński i Henryk Wujec, 
razem z ministrem Olgierdem Dziekońskim (…), naradzają się przy herbacie i ciasteczkach. 
Do spotkania dołącza zazwyczaj Bronisław Komorowski” – tak opisywano kulisy 

background image

podejmowania decyzji w Pałacu Prezydenckim na łamach “Rzeczpospolitej” w styczniu 2011 
r. Owych doradców, czyli dawnych polityków Unii Wolności, w Platformie Obywatelskiej 
nazywa się “familią”. 

Dziś owa “familia” rozrosła się jeszcze bardziej. Obok Mazowieckiego, Lityńskiego i Wujca 
jako doradców etatowych prezydent Komorowski ma znacznie liczniejszy zastęp “doradców 
społecznych”, wśród których znajdziemy takie postacie, jak były minister finansów Jerzy 
Osiatyński i była wiceminister pracy Joanna Staręga-Piasek (oboje to wieloletni posłowie UD 
i UW), autorzy reformy samorządowej z rządu Mazowieckiego – Jerzy Regulski i Michał 
Kulesza, udecki wicewojewoda opolski, a potem wiceminister zdrowia w rządzie Buzka, 
Maciej Piróg, który przez ostatnich 10 lat kierował Centrum Zdrowia Dziecka, czy też 
Szymon Gutkowski, niegdyś asystent Jacka Kuronia, członek zarządu Fundacji Batorego 
i lider młodzieżówki UW, a dziś dyrektor generalny agencji reklamowej DDB. A przecież 
sam minister Jacek Michałowski to jeden z założycieli Unii Demokratycznej i organizatorów 
kampanii wyborczej Mazowieckiego w 1990 r., potem ważny urzędnik Kancelarii Senatu, 
dokąd wprowadził go wicemarszałek Andrzej Wielowieyski, z którym Michałowski 
współpracował jeszcze od lat 70. w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej. 

Wśród prezydenckich ministrów najbardziej aktywna medialnie jest Irena Wóycicka, dawna 
działaczka KOR, UD i UW, zastępczyni Jacka Kuronia w ministerstwie pracy. Warto zwrócić 
uwagę, że Wóycicka – podobnie jak Lityński, Ludwika Wujec (żona Henryka, która wraz 
z nim odbierała nominację w Pałacu Prezydenckim) czy prezydentowa Anna Komorowska – 
pochodzi z rodziny żydowskich komunistów (jej ojciec po wojnie był jednym z pierwszych 
dyrektorów FSO). Takie nagromadzenie osób wywodzących się ze stalinowskiej 
“żydokomuny” z pewnością nie jest przypadkowe i stanowi ważną część odpowiedzi 
na pytanie o zdumiewającą karierę Komorowskiego – od mało znanego dyrektora w URM 
za rządów Mazowieckiego do prezydenta RP. 

Z SKL, KPN i… PZPR 
 
Pozostali ministrowie to znajomi prezydenta z kolejnych etapów jego politycznej drogi. 
Olgierd Dziekoński (wiceprezydent Warszawy w latach 90.), Krzysztof Łaszkiewicz 
(wiceminister skarbu w rządach Buzka i Tuska), Dariusz Młotkiewicz (przez wiele lat wysoki 
urzędnik w resorcie rolnictwa, związany z Arturem Balazsem, potem wiceszef Kancelarii 
Sejmu) oraz Sławomir Rybicki (były poseł PO, niegdyś bliski współpracownik Lecha Wałęsy 
i Macieja Płażyńskiego, brat Arkadiusza Rybickiego, który zginął w Smoleńsku) to dawni 
członkowie Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego, którego Komorowski był współtwórcą 
i wiceprezesem. Germanista, dyplomata i dziennikarz Jaromir Sokołowski kierował 
gabinetem Komorowskiego jako marszałka Sejmu – dziś odpowiada w Kancelarii Prezydenta 
za politykę zagraniczną. 
W otoczeniu głowy państwa niemałą grupę stanowią ludzie wywodzący się z PZPR. Bardzo 
aktywnymi medialnie doradcami prezydenta są profesorowie Tomasz Nałęcz (pierwszy 
wiceprzewodniczący SdRP, potem założyciel Unii Pracy i SdPl, które to partie reprezentował 
na fotelu wicemarszałka Sejmu) i Roman Kuźniar (przez wiele lat ważny urzędnik MSZ – 
od czasów ministra Skubiszewskiego po Rotfelda, za rządów PiS odwołany z funkcji 
dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych z powodu antyamerykańskich 
poglądów). Ciekawa jest także obecność w ekipie Komorowskiego ministra Macieja 
Klimczaka, byłego wiceministra kultury w rządach SLD i ambasadora na Łotwie, 
wywodzącego się ze środowiska “Ordynackiej”. 

background image

Osobny rozdział w polityce personalnej obecnego prezydenta stanowi kierownictwo Biura 
Bezpieczeństwa Narodowego. Na jego czele już 10 kwietnia 2010 r. stanął gen. Stanisław 
Koziej, niezwykle płodny autor prac na temat obronności, w dodatku z tytułem profesorskim, 
ale i były członek PZPR oraz niespełniony polityk – były wiceminister obrony, który opuścił 
resort po konflikcie z ministrem Sikorskim. Na zastępcę do BBN wziął sobie Zdzisława 
Lachowskiego, bliskiego współpracownika Adama Daniela Rotfelda, a wcześniej – jak 
wynika z zasobów IPN – współpracownika PRL-owskiego wywiadu o pseudonimie “Zelwer”. 
Inną interesującą postacią, która doradza Komorowskiemu od początku lat 90., jest Waldemar 
Strzałkowski, długoletni pracownik Wojskowego Instytutu Historycznego im. Wandy 
Wasilewskiej, gdzie kierował Podstawową Organizacją Partyjną PZPR. 

Grono doradców prezydenta uzupełniają takie osoby, jak Krzysztof Król, zięć Leszka 
Moczulskiego i były szef klubu parlamentarnego KPN, który 20 lat temu odegrał niemałą rolę 
przy obalaniu rządu Jana Olszewskiego, a w ostatnich latach – jako pracownik firm Ryszarda 
Krauzego – z równą pasją atakował PiS. Albo Jerzy Pruski, niegdyś członek Rady Polityki 
Pieniężnej, wiceprezes NBP u boku Leszka Balcerowicza, a za rządów Platformy prezes 
banku PKO BP. Dziś Pruski reprezentuje głowę państwa w Komisji Nadzoru Finansowego. 

Dyrektorzy starzy i nowi 
 
O ile ministrowie i doradcy Komorowskiego to postacie na ogół znane, to urzędnicy nieco 
niższego szczebla z jego Kancelarii pozostają całkowicie anonimowi. Ale to wcale nie 
znaczy, że nie ma wśród nich osób równie charakterystycznych. Najlepszym tego przykładem 
jest Paweł Lisiewicz, dyrektor Gabinetu Prezydenta. Ten 33-letni dziś poznaniak kierował 
kiedyś młodzieżówką Unii Wolności, był asystentem udeckiego eurodeputowanego Jana 
Kułakowskiego, potem rzecznikiem prasowym ministra Aleksandra Grada, a także członkiem 
kilku rad nadzorczych (koncernu energetycznego Enea, Polskiej Agencji Informacji 
i Inwestycji Zagranicznych oraz spółki Presspublica, wydającej dziennik “Rzeczpospolita”). 
Co ciekawe, bratem dyrektora jest Piotr Lisiewicz, szef działu krajowego “Gazety Polskiej”. 

Skoro jesteśmy już przy powiązaniach rodzinnych, to warto zauważyć, że Biurem 
Współpracy Instytucjonalnej w Kancelarii Prezydenta kieruje Anna Budzanowska, żona 
obecnego ministra skarbu. A szefem Biura Ochrony i Informatyki jest Konrad Komornicki, 
niegdyś jeden z najmłodszych działaczy ZChN, syn gen. Leona Komornickiego, który za 
prezydentury Wałęsy był zastępcą szefa Sztabu Generalnego WP, gen. Tadeusza Wileckiego. 

Na drugim biegunie znajdują się najstarsi urzędnicy Kancelarii, których żaden z prezydentów 
nie zdecydował się pozbyć. Biurem Prawa i Ustroju kieruje Andrzej Dorsz, a Biurem Obsługi 
Organizacyjnej Prezydenta – Janusz Strużyna. Obaj rozpoczęli pracę jeszcze w Kancelarii 
Rady Państwa PRL, za czasów Henryka Jabłońskiego. Do Kancelarii Prezydenta przeszli 
wraz z gen. Jaruzelskim, awansowali za prezydentury Wałęsy i Kwaśniewskiego, a potem 
przetrwali Lecha Kaczyńskiego, by doczekać kadencji Komorowskiego. Warto zresztą dodać, 
że nie wszyscy dyrektorzy z ekipy Kaczyńskiego zostali zwolnieni przez ministra 
Michałowskiego, np. Biurem ds. Wystąpień Prezydenta i Patronatów nadal kieruje Jolanta 
Grzywacz-Borensztejn, a wicedyrektorem Biura Prasowego jest Roman Wilkoszewski, 
gdański dziennikarz TVP, który miał organizować kampanię wyborczą Lecha Kaczyńskiego 
w 2010 r. 

Ale i obecny prezydent zatrudnił niektórych dyrektorów. Na czele Biura Kadr i Odznaczeń 
postawił Małgorzatę Naumann, która była szefową Biura Prawnego TVP z nominacji prezesa 

background image

Jana Dworaka, obecnego szefa KRRiT, bliskiego przyjaciela Komorowskiego. Dyrektorem 
Biura Prasowego – a faktycznie rzecznikiem prasowym głowy państwa – została Joanna 
Trzaska-Wieczorek, wcześniej wiceszefowa Biura Prasowego Sejmu u boku marszałka 
Komorowskiego. Z kolei Biurem Kultury i Dziedzictwa w Kancelarii Prezydenta (które 
nadzoruje minister Klimczak) kieruje Agnieszka Celeda-Honkisz, szefowa redakcji kultury 
Polskiego Radia w czasach, gdy mediami rządziła koalicja SLD-PSL-PO (do 2006 r.). 

I jeszcze jedna ciekawa nominacja: dyrektorką Biura Polityki Społecznej (które podlega 
minister Wóycickiej) została Ilona Gosk, w latach 2003-2012 szefowa Fundacji Inicjatyw 
Społeczno-Ekonomicznych. A FISE to jedna z wielu udeckich instytucji założonych 
na początku “transformacji ustrojowej”. Na czele Rady Programowej fundacji stoi Henryk 
Wujec, jej członkiem honorowym był Jacek Kuroń, a pierwszym prezesem FISE była Helena 
Góralska, nieżyjąca już posłanka UD i UW. 

Artykuł ukazał się w tygodniku „Nasza Polska” Nr 33 (876) z 14 sierpnia 2012 r.