background image

H.P. LOVECRAFT 

DAGON 

background image

Strach!  Na  ogół  ludzie  woleliby  w  ogóle  się  z  nim  nie  stykać,  podobnie  jak  z  bólem 

czy rozpaczą. JednakŜe czasem okoliczności, warunki w jakich człowiek Ŝyje, nawarstwiające 

się  problemy,  czy  wreszcie  stres,  wymagają  niejakiego  odreagowania,  w  pewnym  sensie 

przeŜycia  namiastki  tych  uczuć.  Nazywa  się  to  katharsis  -  rozładowanie  napięcia  pod 

wpływem...  sztuki.  Bywa,  Ŝe  pewnym  kryterium  oceny  takiej  sztuki  jest  to  w  jakim  stopniu 

potrafi ona wzruszyć czy przerazić. MoŜe to znamienne, ale obecnie, w zalewie informacji o 

najróŜniejszych okrucieństwach - o to drugie -jest, jak się wydaje, trudniej. 

Strach!  Są  jednak  twórcy,  którzy  wywołują  go  do  dziś,  a  jednym  z  nich  jest  pisarz 

sprzed  pół  wieku:  Howard  Phillips  Lovecraft.  Nie  sądzę,  Ŝeby  jego  twórczość  była 

ponadczasowa,  ale  na  pewno  długowieczna.  Potrafi  on  stykać  czytelników  z  niezwykłymi, 

mrocznymi  mocami  czy  teŜ  potworami;  robi  to  stopniowo,  w  sposób  subtelny.  Napięcie 

narasta  w  miarę  odkrywania  określonych  aspektów  jestestwa  owych  mrocznych  potęg... 

WaŜne,  Ŝe  tłem  dla  jego  utworów  jest  pewna  mitologia.  Mitologia  CthuIhu.  Nie  nadał  jej 

moŜe wyraźnych kształtów, nie przeprowadził genezy, nie opisał powstania wszechświata ani 

walki o niego, nie uczynił tego co w wielu mitologiach jest podstawą, fundamentem. Prawdą 

jest,  Ŝe  owa  mitologia  nie  zawsze  trzyma  się  kupy,  ale  przecieŜ  nie  tworzył  jej  setki  lat,  nie 

miał  moŜliwości  korygowania  jej  pod  wpływem  całych  pokoleń  innych  ludzi.  Tak,  na 

przykład,  było  z  mitologią  grecką,  tworzoną  wieki,  notabene  przez  bardzo  wiele  osób, 

niemalŜe  z  róŜnych  epok.  Mimo  tego  świat,  który  wykreował  jest,  na  swój  sposób, 

fascynujący.  Jest  to  świat  mroczny,  tajemniczy  i  w  zasadzie  nieskończony.  Świat  między 

innymi, a moŜe przede wszystkim. Bogów. 

W  mitologii  Cthulhu  nie  ma  wyraźnie  zarysowanej  hierarchii,  choć  wiadomo,  Ŝe 

najwaŜniejsi  są  Bogowie  Zewnętrzni,  w  szczególności  Azathoth  -  ich  władca,  zwany  Bestią 

Nuklearnego  Chaosu.  Istnieje  on  od  początku  wszechświata,  Ŝyje  poza  normalną 

czasoprzestrzenią  w  samym  Centrum  Nieskończoności.  Tam  jego  amorficzne  ciało  wije  się 

bezustannie,  w  otoczeniu  innych  Bogów,  w  rytm  dźwięku  wydobywającego  się  z 

niesamowitego fletu. Azathoth jest potęŜny, aczkolwiek ślepy i głupi, przez to nieobliczalny. 

Człowiek  o  zdrowych  zmysłach  nie  będzie  się  starał  nawet  wymówić  jego  imienia,  a  co 

dopiero  przywołać.  Zdarza  się  jednak  niektórym  zrobić  to  przez  przypadek,  w  rezultacie, 

nieświadomie, powodują nieszczęście i grozę. 

Innym, prawie równie potęŜnym Bogiem Zewnętrznym jest Yog-Sothoth. Jego potęga 

nie  polega  na  sile,  w  dosłownym  tego  słowa  znaczeniu,  ale  na  wiedzy  i  co  za  tym  idzie  - 

władzy.  Yog-Sothoth  czyli  Jedność  we  Wszechrzeczy  i  Wszechrzecz  w  Jedności  właściwie 

egzystuje  na  wszystkich  płaszczyznach,  jest  zawsze  i  wszędzie,  przebywa  pomiędzy 

background image

wymiarami, dysponuje wiedzą o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, wie co było, co jest 

i  co  będzie.  Przede  wszystkim  zaś  jest  Bramą  i  Kluczem.  Zdarza  się,  Ŝe  do  nas  dociera 

poprzez rytuały i zaklęcia. 

Trzecim  waŜnym  Bogiem  jest  kapryśny  Nyarlathotep,  w  pewnym  sensie  prawa  ręka 

Azathotha. Jest on Wielkim Posłańcem i duszą wszystkich Bogów, a zarazem jedynym z tych 

trzech,  którego  moŜna  spotkać  w  ludzkiej  postaci.  Nyarlathotep,  jak  gdyby,  lubuje  się  w 

szpiegowaniu. Jest straszny i groźny; w sumie kontakt z nim kończy się na ogół dla człowieka 

ś

miercią bądź czymś jeszcze gorszym... 

Oczywiście nie wszyscy Bogowie Zewnętrzni Ŝyją ze sobą w zgodzie. Dla przykładu 

Nodens  -  Pan  Wielkiej  Otchłani,  występujący  często  pod  postacią  starca,  pomaga  ludziom 

ś

ciganym  przez  Nyarlathotepa  czy  teŜ  przedstawicieli  Wielkich  Przedwiecznych.  Nodens, 

widywany  na  rydwanie  utworzonym  z  ogromnej,  morskiej  muszli,  znany  jest  z  tego  Ŝe  nie 

atakuje  nigdy  fizycznie  swoich  wrogów  i  dla  ludzi  jest  niemal  „przyjacielski”.  RównieŜ  w 

miarę  neutralnymi  Bogami  Zewnętrznymi  są:  Bast  -  Bogini  Kotów,  uosobienie  sympatii, 

zamiłowania  Lovecrafta  do  tych  zwierzaczków,  które,  swoją  drogą,  było  niemal  tak  wielkie 

jak Thomasa Eliota (ten to na pewno miał, w tym względzie, bzika), oraz Hypnos - Pan Snów. 

Mypnos ukazuje się jako młody, przystojny męŜczyzna o kręconych włosach i uśmiechniętym 

obliczu.  W  rzeczywistości  jednak  jego  wygląd  jest  przeraŜający,  jak  „najgorsza  ze  zmór 

nocnych”.  Jego  natura  związana  jest  ze  snem;  z  granicą  pomiędzy  Światem  Przebudzenia,  a 

Krainą Snów. Ci, którzy śnią, podróŜują właśnie przez jego dominium. 

U Lovecrafta Bogowie są podzieleni właściwie na dwie grupy: Bogów Zewnętrznych, 

o  których  wspomniałem  wyŜej  i  Wielkich  Przedwiecznych,  takich  jak  Cthulhu,  od  którego 

imienia  nazwę  wzięła  mitologia.  Wielcy  Przed-wieczni  Ŝyli  na  Ziemi  przed  wiekami,  zanim 

jeszcze pojawili się ludzie. ZdąŜyli zetknąć się z tajemniczą Starą Rasą i stoczyć z nimi wojnę 

o władzę nad planetą. Teraz w większości są martwi i spoczywają głęboko pod dnem oceanu, 

w R’lyeh - wielkim mieście Cyklopów. MoŜna ich jednak oŜywić i według legendy nadejdzie 

czas, kiedy gwiazdy osiągną „właściwą pozycję w cyklu wieczności”. Wtedy R’lyeh wynurzy 

się, a Bogowie przebudzą. „Człowiek rządzi teraz tam, gdzie niegdyś rządziły One; wkrótce 

One będą rządzić tam, gdzie rządzi teraz człowiek”. 

Wielcy Przedwieczni nie mają ciała ani krwi, chociaŜ posiadają kształt. Są zbudowani 

z  czegoś  innego  niŜ  materia.  Lovecraft  uparcie  nadawał  im  wygląd  ośmiornicopodobnych, 

jaszczuropodobnych,  rybiopodobnych,  ropuchopodobnych  istot  albo  teŜ  wszystkich  na  raz. 

nie  inaczej  jest  z  najsłynniejszym  i  najpotęŜniejszym  z  nich,  z  Cthulhu.  Ma  on,  co  prawda, 

pewne  antropoidalne  kształty,  ale  one  raczej  tylko  podkreślają  obcość  całej  reszty.  Cthulhu 

background image

ma  głowę  ośmiornicy,  skrzydła  nietoperza,  ciało  pokryte  łuskami  i  niesamowite  szpony, 

wszędzie  gdzie  dało  się  je  wcisnąć.  Poza  tym  jest  ogromnych  rozmiarów.  Bóg  ten  ma  moc 

porozumiewania  się  z  ludźmi  za  pomocą  snu,  a  raczej  koszmaru.  Posiada  wiele  sług  wśród 

SłuŜebnych  Ras  i  ludzi.  Tak  jak  i  pozostali,  jest  martwy  tylko  w  pewnym  sensie.  Raczej 

naleŜałoby powiedzieć, Ŝe jest uśpiony. Jego kult na Ziemi jest dość nieźle zorganizowany i 

rozsiany  po  całym  świecie.  Główne  uroczystości  przypadają  w  przeddzień  l  maja  i 

Wszystkich  Świętych,  czyli  30  IV  i  31  X.  Wtedy  to  wyznawcy  podtrzymują  kult  ohydnymi 

obrzędami, które na ogół kończą się złoŜeniem ofiary z ludzi. 

Innym  znanym  Wielkim  Przedwiecznym  jest  Tsathog-gua.  Przybył  z  czarnego, 

pozbawionego  światła  N’kal  i  wygląda  jak  skrzyŜowanie  ropuchy  z  niedźwiedziem.  Wbrew 

posturze naleŜy do łagodniejszych, leniwszych Bogów. Jednak w przeciwieństwie do takiego 

autentycznie  groźnego  Ghatanothoi  ma  bardzo  wielu  wyznawców.  Z  tej  grupy  wypadałoby 

jeszcze wymienić Hastura, jednego z potęŜniejszych Wielkich i Yiga - Ojca WęŜy. Większość 

z  nich  ma  sługi  w  postaci  przedstawicieli  SłuŜebnych  Ras.  Na  przykład  Cthulhu  słuŜy, 

między innymi, rzadko spotykana para: Dagon i Hydra, która naleŜy do Istot z Głębin, z tym 

Ŝ

e  i  Dagon,  i  Hydra  są  nieco  przerośnięci  i  obecnie  mają  juŜ  jakieś  miliony  lat.  Zwykłe 

Stwory  Głębinowe  wyglądają  podobnie,  ale  są,  rzecz  jasna,  mniejsze.  Gromadzą  się  na 

ceremoniach  ku  czci  Cthulhu  i  co  bardzo  waŜne,  mogą  w  jakiś  sposób  krzyŜować  się  z 

ludźmi. Takie hybrydy zamieszkują, na ogół, przybrzeŜne wioski i na początku wyglądają jak 

istoty  ludzkie.  Z  biegiem  czasu  dokonuje  się  jednak  przemiana,  która  uwieńczona  jest 

wyprawą  takiego  delikwenta  w  głębiny...  do  domu.  Istota  z  Głębin,  jeŜeli  się  jej  nie  zabije, 

jest nieśmiertelna. 

Ostatnią grupą występującą w mitologii Cthulhu są tak zwane Rasy NiezaleŜne i tutaj 

bodaj  największą  rolę  odgrywają  bądź  odgrywały  niejakie  Mi-Go.  Pojawili  się  najpierw  na 

Shaggai,  następnie  na  Yuggoth  -  dziewiątej  planecie  naszego  układu  słonecznego  (czyli 

wypada  na  Pluton).  Zbudowali  tam  potęŜne  miasta  z  czerwonego  kamienia.  Był  to  świat 

tarasowato wzniesionych wieŜ, czarnych, smolistych rzek i grzybiastych ogrodów. W skrócie 

Mi-Go  wygląda  jak  wielki  krab  ze  sterczącymi,  mięsistymi  mackami.  Na  grzbiecie  posiada 

ogromne  skrzydła,  a  w  kolorze  jest  róŜowawy.  Rasa  ta  jest  całkiem  nieźle  zaawansowana 

technicznie, jeŜeli moŜna to tak nazwać. W przestrzeni kosmicznej, wprawdzie, poruszają się 

za pomocą swych mocnych skrzydeł, a nie wahadłowców, ale dobrym przykładem na to, Ŝe 

jakąś  tam  technikę  posiadają,  jest  tzw.  Błyszczący  Trapezohedron,  czyli  Okno  Wszystkich 

Czasów i Przestrzeni, dzięki któremu moŜna oglądać wszystkie światy. Prawda, Ŝe jak gdyby 

wchodzi  nieco  w  kompetencje  Yog-Sothotha?  Mi-Go  to  straszliwe  stwory  zamieszkujące 

background image

obecnie równieŜ ośnieŜone szczyty Himalajów, przez co często identyfikowane są z Yeti. 

Do  Ras  NiezaleŜnych  zaliczają  się  takŜe  Shoggothy,  pozostałość  Starej  Rasy  w  tym 

sensie,  Ŝe  przez  nią  Shoggothy  zostały  stworzone.  Prawdopodobnie  Starych  Istot  ma  coś 

wspólnego  równieŜ  z  pojawieniem  się  ludzi.  W  kaŜdym  razie  Shoggothy  nie  mogą  nie 

wyglądać strasznie. Mają ogromne cielska, wyglądające jak oblepiona śluzem czarna kiełbasa 

z  wielkim,  szczodrze  uzębionym  pyskiem.  Ciekawostką  jest  to,  Ŝe  niektóre  gatunki 

charakteryzują  się  sprytem  i  inteligencją.  W  mitologii  Cthulhu  istnieją  pewne 

niedopowiedziane  wątki,  jak  ten  dotyczący  Starych  Istot.  Sam  Cthulhu  jest  podobno  ich 

kuzynem i to od nich w przyszłości moŜe oczekiwać pomocy. 

Dawne  Istoty  istnieją  pomiędzy  znanymi  nam  przestrzeniami  i  są  bezwymiarowe  i 

niewidzialne. Nie mogą przybrać ciała bez ludzkiej krwi... 

Jest jeszcze kwestia Araba Abdula Alhazreda. Poznał on wszystkie tajemnice Bogów i 

pewnie od tego oszalał. Zdołał je jednak spisać w księdze zatytułowanej „Necronomicon”. 

Choć  Lovecraft  w  swojej  mitologii  jest  niekonsekwentny,  nie  przeszkodziło  mu  to 

zostać jednym z najbardziej popularnych pisarzy powieści grozy. W Stanach Zjednoczonych 

do dziś istnieją całe kluby zrzeszające miłośników jego twórczości; jakiś czas temu pojawiła 

się  gra  fabularna  „Zew  Cthulhu”  z  realiami  zaczerpniętymi  prosto  z  owej  mitologii. 

Lovercraftowski  świat  rozbudowuje  się  równieŜ  do  dziś,  czego  przykładem  są  powieści 

Lumleya  i  Mastertona,  ale  najwaŜniejszy  w  tym  względzie  okres  nastąpił  jeszcze  za  Ŝycia 

Lovecrafta.  Wtedy  to  korespondencyjnie  zainicjował  on  kontakty  z  wieloma  innymi 

pisarzami.  Z  biegiem  czasu  zaprzyjaźnił  się  z  takimi  autorami  jak  Robert  Bloch,  Henry 

Kuttner,  C.L.  Moore  czy  Clark  Ashton  Smith.  Zaowocowało  to  napisaniem  przez  nich  paru 

utworów osadzonych twardo w świecie Lovecrafta. NajwaŜniejszym jednak z owych pisarzy 

był  niejaki  August  Derleth.  Tak  bardzo  zafascynował  się  mitologią  Cthulhu,  Ŝe  niemal  cała 

jego  późniejsza  działalność  była  z  nią  związana.  Wraz  z  Donaldem  Wandreidem  załoŜył 

wydawnictwo  Arkham  Mouse,  które,  moŜna  tak  powiedzieć,  specjalizowało  się  w 

Lovecrafcie  i  mitologii  Cthulhu,  o  której  coraz  częściej  pisali  inni.  W  kaŜdym  razie 

przyczynił  się  Derleth  do  jej  spopularyzowania.  Do  najwaŜniejszych  utworów  samego 

Derletha  zalicza  się  dziś:  „The  Dweller  in  Darkness”,  „The  Lurker  at  the  Threshold”, 

napisany wespół z Markiem Schorerem „The Lair of the Star-Spawn” czy wreszcie napisany z 

Lovecraftem „The Gable Window”. Wypadałoby teŜ wspomnieć tytuły innych twórców, takie 

jak  „The  Render  of  the  Yeils”  -  Cambella,  „Out  of  the  Eons”  -  Healda,  „Ubbo-Sathla”  - 

Smitha,  „The  Salem  horror”  -  Kuttnera  czy  teŜ  opisującą  Yiga  -Ojca  WęŜy  „The  Curse  of 

Yig”  -  Bishopa.  Lovecraft  zostawił  więc  po  sobie  nie  tylko  swój  dorobek,  niedługo  będzie 

background image

czas,  aby  się  z  nim  zapoznać,  a  ocena  tej  twórczości  naleŜeć  będzie  juŜ do  państwa.  Jednak 

nie  ulega  dla  mnie  wątpliwości,  Ŝe  Howard  Phillips  Lovecraft  pozostanie  zawsze 

niepowtarzalny. Czym jest strach? MoŜe właśnie jego o to zapytacie... 

Piotr Jaskanis 

background image

DAGON (DAGON) 

Piszę te słowa pod bardzo silnym naciskiem psychicznym, jako Ŝe przed północą juŜ 

nie będę istniał. Bez grosza przy duszy i z kończącym się zapasem narkotyków, które czyniły 

moje Ŝycie lŜejszym, nie jestem w stanie znosić dłuŜej tych cierpień; rzucę się z okna mego 

staroświeckiego  domu  na  wąską,  ciągnącą  się  w  dole  ulicę.  Nie  sądźcie,  iŜ  poprzez  swe 

uzaleŜnienie  od  morfiny  stałem  się  słabeuszem  czy  degeneratem.  Być  moŜe  czytając  te 

pospiesznie  skreślone  słowa,  domyślicie  się,  choć  nie  będziecie  mieli  pełnego  obrazu, 

dlaczego pragnę zapomnienia bądź śmierci. 

Zdarzyło się to w jednym z najbardziej otwartych i najmniej uczęszczanych obszarów 

Pacyfiku, kiedy okręt, na którym byłem nadzorcą ładunku, padł ofiarą niemieckiego rajdera. 

Był  to  zaledwie  początek  wielkiej  wojny,  a  siły  morskie  Hunów  dopiero  w  późniejszym 

okresie osiągnęły poziom bezlitosnej, brutalnej degradacji, tak Ŝe okręt handlowy był dla nich 

słusznym celem, nas zaś, czyli jego załogę, traktowano zgodnie z prawami naleŜnymi jeńcom 

wojennym.  Prawdę  powiedziawszy,  mieliśmy  taką  swobodę,  iŜ  w  pięć  dni  po  schwytaniu 

zdołałem  uciec  samotnie  łodzią,  z  zapasem  wody  i  prowiantu  na  dość  długi  okres  czasu. 

Kiedy znalazłem się wreszcie wolny na szerokim oceanie, stwierdziłem iŜ nie wiem gdzie się 

właściwie znajduję. Jako Ŝe nigdy nie byłem wprawnym nawigatorem, mogłem jedynie dzięki 

połoŜeniu  słońca  i  gwiazd  ustalić,  Ŝe  znalazłem  się  gdzieś  na  południe  od  równika.  Nie 

znałem  długości  geograficznej,  a  w  zasięgu  wzroku  nie  było  Ŝadnej  wyspy  czy  linii 

brzegowej. 

Pogoda  dopisywała  i  przez  niezliczone  dni  dryfowałem  bez  celu  w  praŜących 

promieniach  słońca,  czekając  bądź  na  przepływający  okręt,  bądź  na  zbliŜenie  się  do 

jakichkolwiek, byle tylko zamieszkałych brzegów. 

Na  mej  drodze  nie  pojawił  się  jednak  ani  statek,  ani  brzeg  i,  samotnemu,  pod 

bezkresnym błękitnym niebem, zaczęła mi doskwierać dojmująca rozpacz. 

Zmiana  nastąpiła  podczas  snu.  Szczegółów  nigdy  się  nie  dowiem  -  gdyŜ  spałem 

twardo, chociaŜ dręczyły mnie koszmary. 

Kiedy  w  końcu  się  obudziłem,  byłem  na  wpół  zagrzebany  w  grząskim,  czarnym, 

piekielnym błocku, którego połacie, jak okiem sięgnąć, rozciągały się wokół mnie -w oddali 

zaś dostrzegłem moją łódź, którą fale równieŜ wyrzuciły na brzeg. 

Choć  moŜna  by  się  spodziewać,  iŜ  pierwszym  moim  odczuciem  powinno  być 

zdumienie  spowodowane  tak  dziwną  i  nieoczekiwaną  zmianą  krajobrazu;  w  rzeczywistości 

background image

jednak, byłem bardziej przeraŜony, aniŜeli zdumiony - albowiem w powietrzu i martwej ziemi 

było  coś  złowieszczego,  co  -  niczym  lodowaty  dreszcz  -  przeszywało  mnie  do  szpiku  kości. 

Okolicę  zaścielały  gnijące  truchła  rozkładających  się  ryb  i  innych,  mniej  rozpoznawalnych 

istot,  wystających  z  ohydnego  błocka  pokrywającego  bezbrzeŜną  równinę.  Być  moŜe  nie 

powinienem  się  łudzić,  iŜ  uda  mi  się  słowami  wyrazić  niewiarygodną  wręcz  zgrozę  czającą 

się pośród absolutnej ciszy i rozległej pustki, jaka mnie otaczała. 

Słońce  praŜyło  niemiłosiernie,  a  bezlitosne  niebo  nad  moją  głową  wydawało  się 

niemal  czarne,  jakby  odbijały  się  w  nim  atramentowe  moczary  pod  mymi  stopami.  Kiedy 

wczołgałem  się  do  wyrzuconej  na  brzeg  łodzi,  uświadomiłem  sobie,  Ŝe  tylko  jedna  teoria 

mogła wyjaśnić moje obecne połoŜenie. Wskutek jakiejś niewiarygodnej aktywności wulkanu 

część  oceanicznego  dna  musiała  zostać  wypchnięta  na  powierzchnię,  odsłaniając  obszary, 

które  przez  niezliczone  miliony  lat  spoczywały  ukryte  w  niezgłębionej  morskiej  otchłani. 

Połać nowego lądu pode mną była tak rozległa, Ŝe pomimo iŜ wytęŜałem słuch, nie zdołałem 

wychwycić najsłabszego nawet odgłosu fal bijących o brzeg. Nie zauwaŜyłem teŜ morskiego 

ptactwa, Ŝerującego wśród szczątków martwych istot. 

Siedziałem  przez  kilka  godzin  pogrąŜony  w  rozmyślaniach  w  mojej  łodzi,  która, 

przewrócona  na  bok,  oferowała  nieco  cienia,  w  miarę  jak  słońce  przesuwało  się  po 

nieboskłonie.  Pod  wieczór  gleba  utraciła  nieco  swej  lepkości  i  zaczęła  obsychać; 

stwierdziłem, iŜ niebawem moŜna będzie po niej chodzić. 

Przespałem  jeszcze  całą  noc,  a  następnego  dnia  przygotowałem  sobie  plecak 

zawierający  zapas  wody  i  prowiantu,  aby  wybrać  się  na  poszukiwanie  zaginionego  brzegu 

morza  i  moŜliwości  ratunku.  Gleba  była  juŜ  dostatecznie  sucha,  abym  z  łatwością  mógł  po 

niej stąpać. Odór ryb przyprawiał o mdłości, ale moje myśli zaprzątały posępniejsze i bardziej 

niepokojące  rzeczy,  toteŜ  szybko  wyruszyłem  ku  nieznanemu  celowi.  PodąŜałem  dziarsko 

przez  cały  dzień  zmierzając  ku  zachodowi,  wiedziony  przez  odległy  pagórek,  stanowiący 

najwyŜszy  punkt  na  tym  odraŜającym  pustkowiu.  Noc  spędziłem  pod  gołym  niebem,  a 

następnego dnia ruszyłem w dalszą drogę ku pagórkowi, choć miałem wraŜenie, Ŝe mimo tak 

długiego marszu, nie zbliŜyłem się do niego zanadto. 

Pod koniec czwartego dnia dotarłem do podnóŜa pagórka, który okazał się wyŜszy niŜ 

przypuszczałem,  gdy  widziałem  go  z  oddali.  PoniŜej  rozciągała  się  głęboka  kotlina.  Zbyt 

zmęczony, aby wspiąć się na szczyt, usnąłem w jego cieniu. 

Nie wiem dlaczego tej nocy miałem tak szalone i dzikie sny, kiedy jednak blady sierp 

księŜyca  wzeszedł  nad  równiną  na  wschodzie,  obudziłem  się  zlany  zimnym  potem  i 

przepełniony  pełnym  determinacji  postanowieniem,  iŜ  nie  zmruŜę  juŜ  więcej  oka.  nie 

background image

zniósłbym  po  raz  wtóry  wizji,  których  dane  mi  było  doświadczyć,  i  w  blasku  księŜyca 

zrozumiałem,  jak  nieroztropną  rzeczą  było  wędrowanie  za  dnia.  Marsz  w  praŜących 

promieniach  słońca  kosztował  mnie  zdecydowanie  zbyt  wiele  energii.  Teraz  poczułem  w 

sobie dość sił, by podjąć wspinaczkę, którą przerwałem o zachodzie słońca. Wziąwszy plecak 

ruszyłem  ku  skrajowi  wzgórza.  Stwierdziłem,  Ŝe  nieprzerwana  monotonia  płaskiej  równiny 

była dla mnie źródłem nieokreślonej grozy; sądzę jednak, iŜ przeraŜenie me wzrosło znacznie, 

kiedy  znalazłem  się  na  szczycie  wzniesienia  i  spojrzałem  w  dół  na  drugą  stronę,  w  głąb 

niezmierzonej  czeluści  wąwozu,  której  nie  zdołał  jeszcze  rozświetlić  słaby  blask  wiszącego 

nisko  na  niebie  księŜyca.  Miałem  wraŜenie  jakbym  znajdował  się  na  krawędzi  świata  i 

zaglądał  ponad  nią  w  bezdenny  chaos  wiecznej  nocy.  To  niezwykłe,  ale  z  ogarniającym  me 

serce uczuciem przeraŜenia mieszały się osobliwe reminiscencje Raju Utraconego i upiornej 

wspinaczki Szatana poprzez nieodgadnione Krainy Mroku. 

Kiedy księŜyc wspiął się wyŜej, zacząłem dostrzegać, iŜ zbocza doliny nie były wcale 

tak  strome,  jak  to  sobie  wyobraŜałem.  Skalne  występy  i  półki  zapewniały  przy  schodzeniu 

wygodne oparcia dla stóp i rąk, a kilkaset stóp niŜej zbocze traciło ostrą spadzistość i stawało 

się łagodniejsze. 

Pchany  impulsem,  którego  nie  potrafię  sprecyzować,  zgramoliłem  się  po  skalnej 

ś

cianie  w  dół  i  stanąłem  na  rozległym  spłachciu  kamienistego  zbocza,  wpatrując  się  w 

stygijskie ciemności, których nie przenikał, najdrobniejszy nawet promień światła. 

Natychmiast  uwagę  mą  przykuł  ogromny,  osobliwy  obiekt  widniejący  na 

przeciwległym zboczu, które pięło się stromo mniej więcej o sto jardów przede mną; obiekt 

ów połyskiwał białawo w przybierającym na sile blasku niedawno wzeszłego księŜyca. 

Niebawem  upewniłem  się,  Ŝe  był  to  ogromny  kamienny  blok,  aczkolwiek  dręczyło 

mnie  dziwne  i  niewytłumaczalne  wraŜenie,  iŜ  ani  jego  kształt,  ani  miejsce  nie  były  dziełem 

Natury.  Po  bliŜszym  zbadaniu  ogarnęły  mnie  odczucia,  których  nie  jestem  w  stanie  opisać; 

pomimo  jego  ogromu  i  umiejscowienia  w  otchłani  ziejącej  na  dnie  morza  powstałej  w 

czasach  kiedy  świat  był  młody,  dziwny  ów  obiekt  był  doskonale  wyprofilowanym 

Monolitem, którego masywny  kształt zdawał się  być dziełem i najprawdopodobniej równieŜ 

obiektem kultu Ŝyjących i myślących istot. 

Oszołomiony, przeraŜony, ale i nie pozbawiony typowego dla naukowca podniecenia, 

przyjrzałem się uwaŜniej memu znalezisku. KsięŜyc, obecnie stojący niemal w zenicie, rzucał 

silny  i  dziwny  blask  na  otaczające  wąwóz  skalne  ściany,  zaś  w  jego  srebrnym  świetle 

dostrzegłem,  iŜ  dno  czeluści  zalane  było  wodą,  a  napływające  z  dwóch  stron  fale  nieomal 

obmywa  me  stopy,  kiedy  tak  stałem  na  łagodnej  skalnej  pochyłości.  Po  drugiej  stronie 

background image

wąwozu  mroczne  fale  rozbijały  się  o  podstawę  cyklopowego  Monolitu,  na  którego 

powierzchni  mogłem  teraz  dostrzec  zarówno  inskrypcje,  jak  i  toporne,  prymitywne 

płaskorzeźby. 

Pismo  naleŜało  do  rodzaju  hieroglificznego,  którego  kompletnie  nie  znałem,  ale  w 

przeciwieństwie do innych jakie widywałem w ksiąŜkach, składało się w ogromnym stopniu z 

konwencjonalnych  symboli  przedstawiających  zwierzęta  morskie,  takie  jak:  ryby,  węgorze, 

ośmiornice,  skorupiaki,  mięczaki,  wieloryby  itp.  Kilka  symboli  bez  wątpienia  ukazywać 

miało  istoty  morskie  nieznane  nowoczesnemu  światu,  a  których  szczątki  zauwaŜyłem  na 

wypiętrzonej z dna oceanu równinie. 

Najbardziej  zafascynowały  mnie  płaskorzeźby  zdobiące  ogromny  Monolit.  Były 

doskonale  uwidocznione  w  blasku  księŜyca,  a  ich  tematyka  mogłaby  wzbudzić  zazdrość 

samego  Gustawa  Dore’a.  Sądzę,  iŜ  miały  obrazować  ludzi,  choć  przedstawione  były  jako 

istoty bądź baraszkujące, niczym ryby w wodzie, wewnątrz jakiejś ogromnej, morskiej groty 

bądź składające cześć jakiejś monolitycznej świątyni, która równieŜ zdawała się znajdować w 

morskiej  głębinie.  O  ich  twarzach  i  kształtach  nie  odwaŜę  się  opowiedzieć  szczegółowo  - 

samo  bowiem  wspomnienie  sprawia,  iŜ  tracę  świadomość.  Wykraczające  poza  moŜliwości 

wyobraźni Poe’go czy Bulwera, miały one, ogólnie rzecz biorąc, ludzki kształt, pomimo błon 

rozciągających  się  między  palcami  rąk  i  stóp,  szokująco  szerokich  i  obwisłych  warg, 

szklistych  wyłupiastych  oczu  i  innych  jeszcze  mniej  przyjemnych  szczegółów,  o  których 

moŜna  by  wspomnieć.  Co  zatrwaŜające,  istoty  te  zdawały  się  być  wyrzeźbione 

nieproporcjonalnie w stosunku do otaczającego je tła. 

Jeden ze stworów uwieczniony został w trakcie zabijania wieloryba, waleń jednak był 

nieco tylko większy od  niego. Moją uwagę szczególnie zwracała ich  groteskowość i dziwne 

rozmiary; dopiero po dłuŜszej chwili namysłu stwierdziłem, iŜ musieli to być wyimaginowani 

bogowie  jakiegoś  prymitywnego  rybackiego,  bądź  Ŝeglarskiego  plemienia,  szczepu,  którego 

ostatni potomek dokonał Ŝywota na całe ery przed przyjściem na świat Człowieka z Piltdown 

czy  Neandertalczyka.  Oszołomiony,  mogąc  w  tak  nieoczekiwany,  bądź  co  bądź,  sposób 

spojrzeć  w  przeszłość,  wykraczającą  poza  wyobraŜenia  najśmielszego  antropologa,  stałem 

rozmyślając, a księŜyc rzucał dziwne refleksy na roztaczający się przede mną krajobraz. 

l nagle To zobaczyłem. Jej pojawienie się oznajmiło jedynie kilka łagodnych kręgów 

na  powierzchni  wody,  po  czym  Istota  wyłoniła  się  majestatycznie  z  mrocznych  odmętów. 

Ogromne,  niczym  Polifem  i  odraŜające  istne  monstrum  z  najgorszego  nocnego  koszmaru 

podpłynęło  Ŝwawo  do  Monolitu,  objęło  go  gigantycznymi,  pokrytymi  łuską  ramionami, 

pochyliło ohydny łeb, po czym wydało kilka miarowych dźwięków. 

background image

Wydaje mi się, Ŝe właśnie wtedy straciłem zmysły. 

Z mej szaleńczej wspinaczki po zboczu i ścianie klifu, a potem delirycznego powrotu 

do uwięzionej w mule łodzi pamiętam raczej niewiele. Wydaje mi się, Ŝe sporo śpiewałem, a 

gdy juŜ nie mogłem, zanosiłem się dziwnym śmiechem. Jak przez mgłę przypominam sobie, 

Ŝ

e  kiedy  dotarłem  do  łodzi,  rozpętała  się  wielka  burza.  Słyszałem  dochodzące  odgłosy 

gromów i inne dźwięki rozlegające się jedynie wówczas, gdy natura ma naprawdę paskudny 

nastrój. 

Kiedy  wyłoniłem  się  z  mroków  niepamięci  okazało  się,  iŜ  znajduję  się  w  szpitalu  w 

Santa Fe; sprowadził mnie tam kapitan amerykańskiego okrętu, który napotkał moją łódkę na 

ś

rodku  oceanu.  PogrąŜony  w  delirium  sporo  majaczyłem,  choć  nikt  praktycznie  nie  zwracał 

uwagi na to, co mówiłem. Moi wybawcy nie wiedzieli nic o wypiętrzeniu wielkiej połaci dna 

morskiego na Pacyfiku, ja zaś nie uwaŜałem za stosowne, by opowiadać im o Istocie, w którą 

najprawdopodobniej by nie uwierzyli. 

* * * 

Po  wyjściu  ze  szpitala  złoŜyłem  wizytę  pewnemu  nader  znanemu  etnologowi  i 

zaskoczyłem go zadając dziwne pytania związane z prastarą filistyńską legendą o Dago-nie - 

Bogu-Rybie. Kiedy jednak okazało się, iŜ poglądy jego są beznadziejnie konwencjonalne i Ŝe 

reprezentuje on większość - zaprzestałem moich dociekań. 

Teraz  zaś,  zwłaszcza  kiedy  na  niebie  świeci  blady  sierp  księŜyca,  zdarza  mi  się 

widzieć  ową  upiorną  Istotę.  Próbowałem  morfiny  -  narkotyk  dawał  mi  jednak  tylko 

krótkotrwałe zapomnienie i uczynił swym bezwolnym niewolnikiem. Zamierzam to wreszcie 

skończyć,  uczynię  to  teraz,  kiedy  spisałem  wszystko,  gwoli  wiadomości  lub  pogardliwego 

rozbawienia  moich  rodaków.  Często  zapytuję  sam  siebie,  czy  to  wszystko  nie  było  li  tylko 

czystą  iluzją,  fatamorganą,  majakiem  wywołanym  gorączką,  kiedy  trawiony  poraŜeniem 

słonecznym  i  delirium  leŜałem  na  dnie  małej  łódeczki  po  mojej  ucieczce  z  pokładu 

niemieckiego  okrętu  wojennego.  Zadaję  sobie  raz  po  raz  te  pytania,  a  w  odpowiedzi  widzę 

przed  oczyma  ów  upiorny,  odraŜający  kształt.  Nie  potrafię  myśleć  o  otwartym  morzu,  nie 

czując  na  plecach  lodowatych  ciarek  wywołanych  świadomością,  Ŝe  właśnie  w  tej  chwili 

bezimienne,  nienazwane  istoty  mogą  wpełzać  i  wczołgiwać  się  na  pokryty  szlamem  podest 

oddając  cześć  prastarym,  kamiennym  boŜkom  i  rzeźbiąc  swe  ohydne  podobizny  na 

podwodnych obeliskach z nadŜartego przez wodę granitu. 

Ś

nię  o  dniu,  kiedy  mogą  wynurzyć  się  z  otchłani  spienionych  fal,  aby  zatopić  swe 

cuchnące szpony w niedobitkach zdziesiątkowanej przez wojnę ludzkości - o dniu, kiedy lądy 

background image

pogrąŜą  się  w  głębinach  a  mroczne  dno  oceanów  wzniesie  się  pośród  uniwersalnego 

pandemonium. 

Koniec jest bliski. Słyszę hałas u drzwi, jakby napierało na nie jakieś ogromne, śliskie 

cielsko. Ale TO mnie nie znajdzie. BoŜe, TA RĘKA ! Okno ! Okno ! 

background image

HYPNOS (HYPNOS) 

„Co  się  tyczy  snu,  owej  złowieszczej  przygody  wszystkich  naszych  nocy,  moŜemy 

powiedzieć,  Ŝe  ludzie  kładą  się  na  odpoczynek  ze  śmiałością,  która  byłaby  niezrozumiała, 

gdybyśmy nie wiedzieli, iŜ jest ona rezultatem nieświadomości niebezpieczeństwa” 

Niech litościwi bogowie, jeŜeli takowi istnieją, strzegą mnie w tych godzinach, kiedy 

ani  siła  woli,  ani  narkotyk  wymyślony  przez  sprytnych  ludzi  nie  jest  w  stanie  powstrzymać 

mnie  przed  wpadnięciem  w  otchłań  snu.  Śmierć  jest  miłosierna,  bowiem  nie  ma  z  niej 

powrotu, ten jednak, który powraca do nas pośród mroków nocy, wycieńczony, ale Wiedzący, 

nigdy nie zazna spokoju ni zapomnienia. 

JakimŜe  byłem  głupcem,  Ŝe  z  tak  niewytłumaczalnym  zapałem  rzuciłem  się,  by 

zgłębiać  tajemnice,  których  nie  powinien  poznać  Ŝaden  śmiertelnik  -  i  głupcem  lub  bogiem 

był mój jedyny przyjaciel, który wprowadził mnie w ów świat i udał się tam przede mną, a na 

koniec  poznał  koszmar  i  zgrozę,  której  być  moŜe  równieŜ  i  mnie  dane  będzie  jeszcze 

doświadczyć! 

Spotkaliśmy  się  -  o  ile  sobie  przypominam  -  na  dworcu  kolejowym,  w  samym  sercu 

tłumu gapiów. LeŜał nieprzytomny, a dziwne konwulsje sprawiły, Ŝe jego smukłe, odziane w 

czerń  ciało  w  osobliwy  sposób  zesztywniało.  Sądzę,  Ŝe  mógł  mieć  wówczas  około 

czterdziestu lat, gdyŜ twarz jego pokrywały głębokie bruzdy zmarszczek; miał ziemistą cerę i 

zapadłe policzki, ale owalne oblicze tego męŜczyzny wydawało się niezwykle piękne, w jego 

gęstych  falujących  włosach  i  małej,  pełnej  bródce  -  ongiś  kruczoczarnej  -  dostrzec  moŜna 

było  wyraźne  pasemka  siwizny.  Jego  czoło  było  białe  niczym  marmur  i  tak  wysokie  i 

szerokie, Ŝe nieomal boskie. 

Z gorliwością rzeźbiarza powiedziałem sobie: człowiek ten był niczym posąg fauna z 

antycznej Hellady, wykopany z ruin świątyni i w jakiś niepojęty sposób oŜywiony w naszym 

dusznym stuleciu tylko po to, by poczuć chłód i napór niezliczonych, niszczących lat. 

A kiedy otworzył swe ogromne, zapadnięte, pałające dziko czarne oczy zrozumiałem, 

iŜ będzie odtąd moim przyjacielem; jedynym przyjacielem tego, który nigdy ich nie posiadał - 

wiedziałem  bowiem,  iŜ  te  oczy  musiały  oglądać  chwałę,  jak  i  zgrozę  krain  wykraczających 

poza  normalną  świadomość  i  rzeczywistość;  krain  o  których  marzyłem,  lecz  których 

poszukiwałem na próŜno. 

 

Kiedy  więc  odgoniłem  tłum  gapiów,  powiedziałem  nieznajomemu,  Ŝe  musi  pójść  do 

background image

mego domu, aby stać się moim nauczycielem i przywódcą w zgłębianiu nie odkrytych dotąd 

tajemnic. Uczynił to bez słowa. 

Później  okazało  się,  Ŝe  jego  głos  był  samą  muzyką  -muzyką  głębokich  wiol  i 

krystalicznych  sfer.  Rozmawialiśmy  często  nocami  i  za  dnia;  rzeźbiłem  jego  popiersia  i 

miniaturowe wizerunki głów z kości słoniowej, aby uwiecznić rozmaite grymasy i nastroje. 

O naszych zainteresowaniach nie sposób mówić - nie mają one bowiem nic wspólnego 

ze  światem  innych  śmiertelników.  Dotyczyły  potęŜnego  i  o  wiele  bardziej  przeraŜającego 

wszechświata niewytłumaczalnych istnień i podświadomości; wszechświata znajdującego się 

głębiej niŜ materia, czas i przestrzeń, a którego obecność podejrzewamy jedynie w niektórych 

fragmentach  naszych  snów  -  tych  rzadkich  snów  poza  snami,  nie  przydarzających  się 

pragmatykom, ale raz czy dwa na całe Ŝycie ludziom obdarzonym nadzwyczajną wyobraźnią. 

Naukowcy jedynie podejrzewają ich istnienie, choć w większości je ignorują. Mędrcy 

interpretowali  takie  sny,  a  bogowie  się  śmiali.  Jeden  z  męŜczyzn  o  orientalnych  oczach 

stwierdził,  Ŝe  zarówno  czas  i  przestrzeń  są  względne;  ludzie  usłyszawszy  to  równieŜ  się 

ś

miali. 

Jednak nawet ten męŜczyzna nie zrobił nic więcej, jak tylko snuł przypuszczenia. Ja i 

przypuszczałem,  i  starałem  się  zrobić  coś  więcej,  mój  przyjaciel  zaś  próbował  -i  nawet 

odniósł  częściowy  sukces.  Razem  zaś  i  przy  pomocy  egzotycznych  narkotyków 

doświadczyliśmy  w  pracowni,  umiejscowionej  w  starej  wieŜy  w  hrabstwie  Kent,  wiele 

przeróŜnych i zakazanych snów. 

Spośród  agonii  i  cierpień,  jakich  doznawaliśmy  w  późniejszych  dniach,  najgorszym 

była  niemoŜność  ich  artykulacji.  Tego  czego  się  dowiedziałem  i  widziałem  podczas 

wielogodzinnych  bezboŜnych  badań,  nie  sposób  opowiedzieć  -  z  braku  symboli,  odniesień 

czy  porównań  w  jakimkolwiek  języku.  Mówię  tak,  poniewaŜ  w  naszych  odkryciach  -  od 

pierwszego  po  ostatnie  -  dzieliłem  się  jedynie  naturą  odczuć;  odczuć  nie  związanych  z 

wraŜeniami, Które zdolny jest odbierać system nerwowy normalnych ludzi. 

nasze  doświadczenia  moŜna  by  najkrócej  przyrównać  do  nurkowania  albo  latania  - 

gdyŜ podczas kaŜdego z kolejnych „eksperymentów” jakaś część naszych umysłów odrywała 

się  dziarsko  od  wszystkiego  co  realne  i  teraźniejsze,  śmigając  w  eterze  pośród  szokujących, 

mrocznych,  napawających  zgrozą,  nawiedzonych  przestrzeni,  a  od  czasu  do  czasu  równieŜ 

przedzierając się przez pewne dobrze oznaczone i typowe dla nas przeszkody, które moŜna by 

opisać  jedynie  jako  lepkie,  kleiste,  bluźniercze  kłęby  oparów.  Podczas  tych  czarnych, 

bezcielesnych  lotów  czasem  byliśmy  sami  a  czasami  razem  -  wtedy  mój  przyjaciel  zawsze 

znajdował  się  daleko  w  przedzie;  wyczuwałem  jego  obecność,  pomimo  braku  kształtu 

background image

fizycznego, a dzięki swoistemu malarskiemu wspomnieniu, widziałem jego twarz skąpaną w 

złotym  blasku,  przeraŜającą  w  dziwnym  pięknie;  owe  nietypowo  młode  policzki,  pałające 

oczy, olimpijskie czoło i szpakowate włosy, i brodę. 

Nie  liczyliśmy  upływu  czasu,  gdyŜ  pojęcie  to  stało  się  dla  nas  złudzeniem.  Wiem 

jedynie,  Ŝe  musiało  się  z  tym  wiązać  coś  doprawdy  osobliwego,  gdyŜ  koniec  końców 

zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego się nie starzejemy. 

Wasze  rozmowy  były  bluźniercze:  zawsze  upiornie  ambitne  -  Ŝaden  bóg  czy  demon 

nie mógłby nawet marzyć o odkryciach i podbojach, które planowaliśmy szeptem. Przeszywa 

mnie  dreszcz,  kiedy  o  nich  mówię  i  nie  śmiem  zagłębiać  się  w  szczegóły  -  choć  muszę 

przyznać, iŜ pewnego razu mój przyjaciel napisał na kartce Ŝyczenie, którego nie ośmielił się 

wypowiedzieć na głos, a po przeczytaniu którego natychmiast spaliłem ów świstek, wpatrując 

się  z  przeraŜeniem  w  okno  i  widniejące  za  nim  rozgwieŜdŜone  niebo.  Przypuszczam,  Ŝe 

opracował on plany dotyczące władania widoczną częścią wszechświata, i nie tylko; plany by 

Ziemia  i  gwiazdy  poruszały  się  na  jego  komendę  i  by  w  jego  rękach  spoczywały  losy 

wszystkich  Ŝyjących  istot.  Przyznaję,  przysięgam,  Ŝe  nie  podzielałem  jego  wybujałych 

aspiracji,  albowiem  nie  czuję  się  dość  silny,  by  podjąć  ryzyko  zapuszczenia  się  w  głąb 

niewypowiedzianych  sfer,  gdzie  tylko  ktoś  dostatecznie  odwaŜny  i  bezwzględny  mógłby 

osiągnąć sukces. 

* * * 

Pewnej  nocy  wiatry  z  nieznanych  przestrzeni  zepchnęły  nas  bezlitośnie  w  bezdenną 

otchłań, gdzie nie istniało zupełnie nic, nawet myśli. 

Atakowało  nas  wraŜenie  niemoŜliwe  do  przekazania  czy  opisania,  najgorsze  ze 

wszystkich,  przyprawiające  niemal  o  obłęd:  wraŜenie  Nieskończoności.  Przedzieraliśmy  się, 

jak burza przez lepkie zapory, aŜ w końcu poczułem, Ŝe dotarliśmy do odleglejszych krain niŜ 

te, które przemierzaliśmy do tej pory. 

Mój  przyjaciel  wysforował  się  znacznie  do  przodu,  gdy  płynęliśmy  pośród  tego 

przeraŜającego  oceanu  dziewiczego  eteru  i  widziałem  grymas  złowieszczego  uśmiechu 

malującego  się  na  jego  płynnej,  świecącej  i  zbyt  młodej  „twarzy  ze  wspomnień”.  Nagle  ta 

twarz  stała  się  zamglona  i  błyskawicznie  zniknęła.  A  zaraz  potem  natrafiłem  przeć  sobą  na 

przeszkodę,  której  nie  byłem  w  stanie  pokonać.  Była  taka  jak  inne  a  jednak  nieskończenie 

gęściejsza;  lepka,  gliniasta  masa,  jeŜeli  tego  typu  porównania  moŜna  uŜyć  w  świecie,  gdzie 

wszystko jest niematerialne. 

Czułem,  Ŝe  zostałem  zatrzymany  przez  barierę,  którą  mój  przyjaciel  i  przywódca 

background image

zdołał  pokonać.  Ponownie  podjąłem  próbę  przedarcia  się,  ale  w  tej  samej  chwili  sen 

narkotyczny dobiegł końca; otworzyłem moje fizyczne oczy, by dostrzec wokół siebie ściany 

starej pracowni,  a w przeciwległym rogu pomieszczenia blade i wciąŜ jeszcze nieprzytomne 

ciało  mego  nauczyciela.  W  złotawo-zielonym  księŜycowym  blasku  jego  marmurowe  rysy 

wydawały się dziwnie wychudzone i obłędnie wręcz piękne. 

Nagle drgnął... i niech litościwe niebiosa pozbawią mnie wzroku i słuchu, gdybym raz 

jeszcze miał doświadczyć podobnego przeŜycia. Nie potrafię wam wyjaśnić jak brzmiał jego 

wrzask  ani  jakie  czeluście  najdalszych  piekieł  odbijały  się  przez  sekundę  w  jego  czarnych 

przepełnionych przeraŜeniem oczach. Powiem tylko, Ŝe zemdlałem i dopiero mój przyjaciel, 

kiedy  juŜ  sam  doszedł  do  siebie,  ocucił  mnie,  spragniony  czyjegoś  towarzystwa  -kogoś,  kto 

pomógłby mu przezwycięŜyć wspomnienia okropnych koszmarów i dojmującej samotności. 

To  był  koniec  naszych  ochotniczych  poszukiwań  i  wędrówek  po  jaskiniach  snów. 

PrzeraŜony,  na  skraju  obłędu,  przyjaciel  mój  ostrzegł  mnie,  Ŝe  juŜ  nigdy  nie  wolno  nam 

zawitać do tej krainy, nie odwaŜył się opowiedzieć mi o tym co widział; stwierdził jednak, iŜ 

musimy  spać  moŜliwie  jak  najmniej,  nawet  gdybyśmy  musieli  utrzymywać  się  w  stanie 

czuwania przy pomocy narkotyków. 

O  tym,  Ŝe  miał  rację  przekonałem  się  juŜ  wkrótce,  gdy  zapadając  w  drzemkę,  za 

kaŜdym razem, ogarniał mnie niesamowity, potworny, rozdzierający strach. 

Po kaŜdym krótkim i nieuniknionym okresie snu wydawałem się starszy, podczas gdy 

przyjaciel mój starzał się w niemal szokującym tempie. To potworne, kiedy, niemal na twoich 

oczach,  komuś  robią  się  zmarszczki  na  twarzy  a  włosy  przyprósza  siwizna.  Masz  styl  Ŝycia 

diametralnie  się  zmienił.  Mój  przyjaciel  -jego  prawdziwe  imię  czy  nazwisko  nigdy  nie 

przeszło  mi  przez  usta  -  dawniej  odludek  zaczął  lękać  się  samotności.  Mocą  nie  chciał 

zostawać  sam,  nie  uspokajała  go  teŜ  obecność  kilku  osób.  Ulgę  sprawiały  jedynie  huczne  i 

tłumne  biesiady  -  z  tego  teŜ  powodu  juŜ  wkrótce  znaliśmy  prawie  wszystkich  birbantów  i 

hulaków z całej okolicy. 

Nasz  wygląd  i  wiek  zdawał  się  wzbudzać  powszechną  śmieszność,  co  do  głębi  mnie 

wzburzało, ale mój przyjaciel wolał to niŜ samotność. Bał się przede wszystkim przebywania 

samemu  poza  domem,  kiedy  na  niebie  świeciły  gwiazdy,  a  gdy  bywało  to  nieuniknione, 

trwoŜliwie  popatrywał  w  górę,  jakby  lękał  się  jakiejś  upiornej  istoty  czającej  się  gdzieś 

wysoko,  wśród  atramentowych  niebios.  Nie  zawsze  spoglądał  w  to  samo  miejsce  na 

nieboskłonie - wydawało się, iŜ w róŜnych okresach znajduje się ono gdzie indziej. 

W  wiosenne  wieczory  punkt  ten  znajdował  się  nisko  na  płn.  wschodzie.  Latem, 

nieomal dokładnie pionowo nad jego głową. Jesienią na płn. zachodzie. Zimą na wschodzie, 

background image

ale tylko wczesnym rankiem. 

Najmniej  obawiał  się  wieczorów  w  samym  środku  zimy.  Dopiero  po  dwóch  latach 

zdołałem skojarzyć jego lęk z czymś konkretnym - wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, iŜ 

poszukiwał  jakiegoś  określonego  punktu,  którego  pozycja  o  róŜnych  porach  roku 

odpowiadała  stronom  świata.  Punkt  ów  wyznaczony  był,  najściślej  rzecz  biorąc,  przez 

konstelację Corony Borealis. 

* * * 

Obecnie  mieliśmy  pracownię  w  Londynie,  i  choć  nigdy  się  nie  rozstawaliśmy,  nie 

rozmawialiśmy  teŜ  o  dniach,  gdy  obaj  usiłowaliśmy  zgłębić  tajemnice  nierealnego  świata. 

Postarzeliśmy  się  i  osłabili  od  narkotyków,  hulaszczego  trybu  Ŝycia  i  trwania  w  ciągłym 

stresie; rzednące włosy i broda mego przyjaciela stały się śnieŜnobiałe. Nasze uwolnienie od 

długiego snu było zadziwiające - rzadko bowiem zdarzało się nam zmruŜyć oczy na dłuŜej niŜ 

godzinę  czy  dwie  i  przenieść  się  do  krain,  w  których  czyhało  na  nas  przeraŜające,  choć 

niejasne zagroŜenie. 

* * * 

Nadszedł  styczeń,  pełen  mgieł  i  deszczów  a  wraz  z  nim  kłopoty  pienięŜne.  Coraz 

trudniej  było  kupić  narkotyki.  Sprzedałem  wszystkie  swoje  rzeźby  i  popiersia  z  kości 

słoniowej i dalej nie miałem za co nabyć nowych surowców. 

Gdyby nawet mi się to udało i tak nie miałbym w sobie dość siły, by cokolwiek z nich 

wyrzeźbić.  Cierpieliśmy  straszliwe  katusze  i  pewnej  nocy  przyjaciel  mój  zapadł  w  głęboki 

sen, z którego nie byłem w stanie go obudzić. 

Pamiętam całą scenerię, jakby to stało się dzisiaj -opustoszała pracownia na poddaszu; 

deszcz  bijący  o  szyby;  tykanie  naszego  jedynego  zegara  ściennego;  szalone  tykanie  naszych 

zegarków leŜących na komódce, skrzypienie jakiejś obluzowanej okiennicy w odległej części 

domu; odgłosy miasta stłumione przez mgłę i przestrzeń; i najgorsze ze wszystkiego: cięŜki, 

regularny,  złowieszczy  oddech  mego  przyjaciela  leŜącego  na  tapczanie  -  rytmiczny  oddech 

zdający  się  odmierzać  chwile  nadnaturalnego  strachu  i  cierpień  jego  ducha,  który  wędrował 

teraz w zakazanych, niewyobraŜalnych i upiornie odległych światach. 

Napięcie towarzyszące memu czuwaniu stało się nie do zniesienia, a przez mój bliski 

obłędu  umysł  przepływał  rwący  potok  trywialnych  wraŜeń  i  doznań.  Usłyszałem,  jak  gdzieś 

zegar  wybija  godzinę  -  nasz  tego  nie  robił  i  moja  posępna  wyobraźnia  odnalazła  w  tym 

dźwięku  punkt zwrotny  do  nowych  rozmyślań.  Zegary  -  czas  -  przestrzeń  -  nieskończoność, 

po czym przemknąwszy przez dach, deszcz i mgłę skupiał się na nieboskłonie, gdzie na płn. 

background image

wschodzie  wznosiła  się  Corona  Borealis.  Nagle  moje  wyczulone,  nasłuchujące  uszy 

wychwyciły  nowy  dźwięk,  odróŜniający  się  spośród  chaosu  innych  wzmocnionych 

narkotykami  odgłosów  -  niskie,  przeraźliwe,  natarczywe  zawodzenie  dochodzące  z  bardzo 

daleka - monotonne, złowieszcze drwiące wołanie z płn. wschodu. 

Nie  ono  jednak  pozbawiło  mnie  zmysłów  i  napełniło  me  serce  trwogą,  której  nie 

wyzbędę  się  juŜ  do  końca  Ŝycia;  nie  ono  wywoływało  równieŜ  krzyki  czy  gwałtowne 

konwulsje, które skłoniły ostatecznie mieszkańców i policję do wywaŜenia drzwi. 

Nie  sprawiło  tego  to,  co  usłyszałem,  ale  to  co  zobaczyłem  -  nagle  bowiem  w  tym 

mrocznym, zamkniętym pokoju, z oknami przysłoniętymi zasłonami, z płn. wschodu napłynął 

strumień  przeraŜającego  czerwono-złotego  światła.  Słup  ten  nie  emanował  blasku,  który 

rozproszyłby ciemności, ale spływał na głowę mego śpiącego przyjaciela, wywołując upiorny 

duplikat dziwnie fosforyzującego i młodzieńczego „oblicza ze wspomnień”, jakie pamiętam z 

sennych podróŜy w nieznanych krainach poza czas i przestrzeń - oblicze z czasów zanim mój 

druh przedostał się poza barierę do owych sekretnych i bluźnierczych nocnych koszmarów. 

l  kiedy  tak  patrzyłem,  ujrzałem  jak  unosi  głowę,  w  jego  czarnych,  zapadniętych 

oczach maluje się dojmująca zgroza a cienkie, spierzchnięte wargi rozchylają się do krzyku, 

zbyt  przeraŜającego  jednak,  aby  mógł  wydobyć  go  z  piersi.  Na  tej  płynnej,  odmłodzonej 

twarzy unoszącej się w powietrzu, roztaczającej upiorny, widmowy blask, odzwierciedlało się 

więcej  dławiącego,  czystego,  mroŜącego  krew  w  Ŝyłach  strachu,  niŜ  kiedykolwiek  z  woli 

niebios, czy piekieł, dane mi było ujrzeć. 

Pośród jednostajnego, odległego dźwięku, który stale przybierał na sile nie usłyszałem 

Ŝ

adnego  głosu,  ale  kiedy  podąŜyłem  wzrokiem  wzdłuŜ  słupa  światła  za  obłędnym 

spojrzeniem  „twarzy  ze  wspomnień”,  przez  krótką  chwilę,  dostrzegłem  to  samo,  co  ona: 

ź

ródło owego światła i źródło przeraźliwego dźwięku. W tym samym momencie rozdzwoniło 

mi się w uszach i runąłem jak długi, poraŜony atakiem epilepsji, który właśnie sprowadził do 

pracowni lokatorów i policję. Nawet  gdybym się starał, nie zdołałbym opowiedzieć wam co 

wówczas  ujrzałem  -nie  zdradzi  wam  tego  równieŜ  spokojne  śmiercią  oblicze  mego 

przyjaciela,  choć  z  całą  pewnością  musiało  widzieć  więcej  ode  mnie.  Zawsze  jednak  będę 

miał  się  na  baczności  przed  drwiącym  i  nienasyconym  Hypnosem  -  Władcą  Snów,  nocnym 

niebem i szalonymi ambicjami chęci posiadania wiedzy zakazanej. 

Nie wiem  co się dokładnie wydarzyło,  gdyŜ dziwna i upiorna siła sprawiła, iŜ umysł 

mój  przesłoniła  mglista  zasłona  niepamięci.  Inni  równieŜ  zostali  dotknięci  tak  bliskim 

obłędowi darem zapomnienia. Twierdzili, iŜ nigdy nie miałem przyjaciela, i Ŝe jedynie sztuka, 

filozofia  oraz  obłęd  wypełniały  całe  moje  tragiczne  Ŝycie.  Lokatorzy  i  policja  owej  nocy 

background image

usiłowali  mnie  uspokoić,  lekarz  dał  mi  jakieś  lekarstwa,  ale  Ŝaden  z  nich  nie  dostrzegł 

koszmaru jaki się tu wydarzył. Nie przejęli się tragicznym losem mego towarzysza, ale to co 

znaleźli  na  tapczanie  w  pracowni  wywołało  z  ich  strony  wielki  podziw,  choć  wzbudził  we 

mnie  obrzydzenie  i  gorycz,  i  który  przysporzył  mi  sławy.  Ogarnięty  rozpaczą  przesiaduję 

całymi godzinami - łysy, siwobrody, podkurczony, sparaliŜowany, oszołomiony narkotykami 

i załamany - adorując i modląc się do znalezionego przez nich przedmiotu. 

Zaprzeczają,  Ŝe  sprzedałem  ostatnią  z  moich  prac  i  z  ekstazą  wskazują  skamieniałą, 

zimną, milczącą „rzecz”, którą pozostawił po sobie migoczący słup światła. To wszystko, co 

pozostało  po  moim  przyjacielu:  boska  głowa  z  prastarego  greckiego  marmuru,  młoda 

ponadczasową  młodością,  o  pięknym,  brodatym  obliczu  i  pełnych,  zastygłych  w  uśmiechu 

wargach, olimpijskim czole i gęstych falujących włosach ozdobionych makami. Mówią, Ŝe to 

upiorne  „oblicze”  ze  wspomnień  jest  odzwierciedleniem  mego  własnego,  kiedy  miałem 

dwadzieścia  pięć  lat,  tyle  tylko,  Ŝe  na  jej  marmurowej  podstawie  widnieją  wyryte  attyckie 

litery układające się w jedno, jedyne słowo - HYPNOS. 

background image

ARTHUR JERMYN (ARTHUR JERMYN) 

ś

ycie  jest  okropne  i  tajemnicze,  nadzwyczaj  rzadko  mamy  okazję  ujrzeć  cienie 

prawdy  skrywane  za  zasłoną  róŜnorodnych  złudzeń  i  iluzji  -  a  kiedy  to  juŜ  nastąpi,  Ŝycie 

wydaje się nam po tysiąckroć straszniejsze. Nauka, która i tak juŜ srodze daje się wszystkim 

we  znaki  kolejnymi,  coraz  bardziej  szokującymi  rewelacjami,  moŜe  się  stać  ostatecznym 

eksterminatorem  poszczególnych  ludzkich  gatunków  -  naturalnie  jeŜeli  rzeczywiście 

stanowimy  odrębne  gatunki.  Umysły  śmiertelników  nie  są  w  stanie  wytrzymać  brzemienia 

niewyobraŜalnej  zgrozy,  jaka  moŜe  się  czaić  w  prawdzie,  i  która  kiedyś  moŜe  wychynąć  na 

beztroski,  nie  spodziewający  się  niczego  świat.  Gdybyśmy  wiedzieli  czym  jesteśmy, 

postąpilibyśmy tak samo jak Arthur Jermyn. 

Arthur Jermyn zaś, pewnej nocy, oblał się od stóp do głów naftą i podpalił. 

Nikt  nie  złoŜył  jego  zwęglonych  szczątków  do  urny  ani  nie  wystawił  mu  pomnika. 

Znaleziono  bowiem  pewne  dokumenty  oraz  obiekt  zamknięty  w  skrzyni,  które  sprawiły,  iŜ 

ludzie  za  wszelką  cenę  pragnęli  o  nim  zapomnieć.  Niektórzy  nawet,  ci  co  go  znali, 

zaprzeczają jakoby kiedykolwiek istniał. 

Arthur Jermyn wyszedł na moczary i spalił się Ŝywcem po tym, jak ujrzał ów obiekt 

który w wielkiej skrzyni przysłano mu z Afryki. 

* * * 

Zapewne  wielu  nie  chciałoby  Ŝyć,  gdyby  miało  rysy  twarzy  podobne  do  oblicza 

młodego  Jermyna,  był  on  jednak  poetą,  uczonym  i  nie  zwracał  na  ten  fakt  większej  uwagi. 

Naukę  miał  we  krwi,  bowiem  jego  pra-pra-pradziad,  sir  Wade  Jermyn  był  jednym  z 

pierwszych  badaczy  regionu  Konga  i  autorem  wielu  cenionych  prac  na  temat  tamtejszych 

plemion,  fauny,  flory  i  reliktów  przeszłości.  Niewątpliwie  stary  sir  Wade  był  zapaleńcem, 

przy  czym  jego  zapał  graniczył  nieomal  z  obłędem;  jego  dziwaczne  dywagacje  na  temat 

prehistorycznej  białej  cywilizacji  kongijskiej  wzbudziły  wiele  kontrowersji  i  kpin,  kiedy 

opublikował je w ksiąŜce zatytułowanej: „Obserwacje na temat niektórych części Afryki”. W 

1765  roku  ów  nieustraszony  odkrywca  został  umieszczony  w  zakładzie  dla  obłąkanych  w 

Huntingdon. 

Szaleństwo tkwiło we wszystkich Jermynach, ludzie zaś cieszyli się, bowiem nie było 

ich  wielu.  Ród  wymierał  -  Arthur  był  ostatnim  jego  przedstawicielem.  Gdyby  było  inaczej, 

background image

nie  wiadomo,  co  mógłby  uczynić  Arthur,  kiedy  otrzymał  PRZESYŁKĘ.  Jermynowie  nigdy 

nie  wyglądali  najlepiej,  czegoś  im  brakowało,  ale  Arthur  bez  wątpienia  prezentował  się 

najgorzej. Oglądając stare portrety rodu Jermynow widać wyraźnie, iŜ przed narodzeniem sir 

Wade’a jego przodkowie mieli dostojne, szlachetne i całkiem przystojne oblicza. 

Najwyraźniej  szaleństwo  zaczęło  się  od  sir  Wade’a,  którego  przeraŜające,  dzikie 

opowieści  o  Afryce  były  ongiś  dla  jego  przyjaciół  powodem  do  radości  i  zgrozy.  Widać  to 

było  w  jego  zbiorze  trofeów  i  okazów,  innych  od  tych,  którymi  mógłby  poszczycić  się 

normalny miłośnik afrykańskiej kultury; przechowywanych w duchu orientalnym, w jakim - 

co naleŜy dodać - Wadę wychowywał równieŜ swoją Ŝonę. 

Była  ona,  jak  twierdził,  córką  portugalskiego  handlarza,  którego  spotkał  w  Afryce,  i 

nie lubiła angielskiego stylu Ŝycia. Zarówno ona i ich syn, który przyszedł na świat w Afryce, 

wrócili  z  nim  z  drugiej  i  najdłuŜszej  z  jego  podróŜy,  po  czym  wyjechali  wspólnie,  ale  bez 

syna,  na  trzecią  i  ostatnią,  nikt  nigdy  nie  widział  jej z  bliska,  nawet  słuŜący,  zachowanie  jej 

bowiem było nader gwałtowne i osobliwe. 

Podczas swego krótkiego pobytu w Jermyn House zajmowała odległe skrzydło, gdzie 

przebywała  jedynie  w  towarzystwie  swego  męŜa.  Sir  Wadę  przejawiał  dziwną  troskę 

względem  swojej  rodziny  -  kiedy  bowiem  powrócił  do  Afryki  nie  pozwalał  opiekować  się 

swym  synem  nikomu,  prócz  odraŜającej  murzynki  z  Gwinei.  Po  śmierci  lady  Jermyn, 

osobiście zajął się wychowaniem chłopca. 

Jednak  to  opowieści  sir  Wade’a,  zwłaszcza  te  snute  „po  kielichu”,  były  głównym 

powodem uznania go przez przyjaciół za niespełna rozumu. 

W wieku racjonalności, jakim było osiemnaste stulecie, nie było rzeczą roztropną dla 

uczonego mówić o szalonych obrazach i dziwnych scenach zaobserwowanych w księŜycowe 

noce  w  kongijskim  buszu;  o  gigantycznych  murach  i  kolumnach  zapomnianego  miasta, 

obróconych  w  gruzy  i  porośniętych  winoroślą  budowlach  oraz  o  wilgotnych,  milczących, 

kamiennych  stopniach  wiodących  w  bezkresną,  mroczną  czeluść  grobowych  skarbców  i 

niezmierzonych katakumb. 

Przede  wszystkim  zaś,  nierozsądnym  było  bredzić  o  Ŝywych  istotach,  które 

nawiedzały ponoć owe  miejsca, o stworzeniach na poły z dŜungli, na poły zaś z plugawych, 

bezboŜnych,  pradawnych  miast  -  bajecznych  istotach,  które  nawet  Plutarch  opisywałby  z 

wyraźnym  sceptycyzmem;  o  stworach,  które  miały  pojawić  się,  kiedy  wielkie  małpy 

zaludniły  wymierające  miasta  z  ich  murami,  kolumnami,  grobowcami  i  dziwnymi 

płaskorzeźbami.  Mimo  to,  po  powrocie  do  domu  sir  Wade  opowiadał  o  tym  wszystkim  ze 

wstrząsającym,  mroŜącym  krew  w  Ŝyłach  zapałem.  Snuł  swoje  historie  przewaŜnie  po 

background image

wypiciu trzeciego „głębszego” w Knights Head; chełpił się opowieściami o tym, co odnalazł 

w dŜungli i o tym, jak mieszkał wśród przeraŜających, jemu tylko znanych ruin. 

Koniec  końców  jego  historie  o  Ŝyjących  istotach  sprawiły,  iŜ  trafił  do  zakładu  dla 

obłąkanych w Muntingdon. Nie odczuwał jednak głębszego Ŝalu z powodu zamknięcia, gdyŜ 

jego  umysł  pracował  w  nader  osobliwy  sposób.  Odkąd  jego  syn  przestał  być  dzieckiem,  sir 

Wade  coraz  mniej  lubił  przebywać  w  domu,  a  w  końcu  mogło  się  wydawać,  iŜ  się  obawiał 

własnego syna. 

Jego  główną  siedzibą  stała  się  Knights  Head,  a  kiedy  zamknięto  go  w  zakładzie, 

przyjął  ten  fakt  z  wdzięcznością,  jakby  oferowano  mu  tu  schronienie.  W  trzy  lata  później 

umarł. 

Syn Wade’a Jermyna, Philip, był nader niezwykłą osobą. Pomimo silnego fizycznego 

podobieństwa do swego ojca róŜnił się od niego zachowaniem, tak Ŝe powszechnie starano się 

go unikać. Pomimo Ŝe nie odziedziczył po ojcu szaleństwa, jak obawiali się niektórzy, był to 

najkrócej  mówiąc  skończony  kretyn,  przejawiający  skłonności  do  krótkotrwałych  ataków 

niekontrolowanej wściekłości. 

Z  wyglądu  niepozorny,  był  niewiarygodnie  silny  i  zręczny.  W  dwanaście  lat  po 

odziedziczeniu  tytułu  oŜenił  się  z  córką  swego  gajowego  -jak  powiadano  Cyganką  -  ale 

jeszcze  nim  przyszedł  na  świat  jego  syn,  zaokrętował  się  jako  marynarz  na  pokład  statku, 

przypieczętowując  tym  czynem  ogólne  rozgoryczenie  i  odrazę  wywołaną  zarówno  jego 

fatalnymi nawykami jak i mezaliansem. Po zakończeniu wojny amerykańskiej podjął pracę na 

okręcie  marynarki  handlowej  pływającym  na  szlakach  afrykańskich,  zyskując  sobie 

popularność dzięki niezwykłej sile i umiejętnościom wspinaczki, ale koniec końców, którejś 

nocy,  nie  wiedzieć  czemu,  zniknął.  Statek  kotwiczył  wówczas  u  wybrzeŜy  Konga. 

Powszechnie  przyjmowane  dziwactwa  rodu  Jermynów  powróciły  wraz  z  osobą  syna  sir 

Philipa,  którego  losy  podąŜyły  jeszcze  dziwniejszym  i  fatalnym  torem.  Wysoki  i  dość 

przystojny,  z  odrobiną  tajemniczego  wschodniego  wdzięku,  pomimo  pewnych  drobnych 

anomalii w proporcjach, Robert Jermyn był urodzonym naukowcem i badaczem. To on jako 

pierwszy  poddał  badaniom  naukowym  ogromny  zbiór  reliktów,  które  jego  szalony  dziadek 

przywiózł  z  Afryki  i  swymi  odkryciami  rozsławił  szeroko  w  dziedzinie  etnologii  nazwisko 

rodu.  W  1815  roku  sir  Robert  poślubił  córkę  siódmego  wicehrabiego  Brightholme,  Bóg  zaś 

obdarzył  ową  parę  trójką  dzieci,  z  których  najstarszego  i  najmłodszego  nigdy  nie  widziano 

publicznie,  ze  względu  na  ich  okropne  deformacje  tak  na  ciele  jak  i  umyśle.  Zasmucony 

rodzinnymi  nieszczęściami  naukowiec  szukał  pociechy  w  pracy  i  urządził  dwie  długie 

ekspedycje  w  głąb  afrykańskiego  buszu,  W  roku  1849  jego  syn  Nevil,  osobnik  wyjątkowo 

background image

odraŜający,  który  zdawał  się  łączyć  w  sobie  gburowatość  Philipa  Jermyna  i  wyniosłość 

Brightholmeów, uciekł z podrzędną tancerką, gdy wszakŜe w rok później powrócił, jego czyn 

został wybaczony. 

Powrócił  do  Jermyn  House  jako  wdowiec,  z  małym  dzieckiem,  Alfredem,  który 

pewnego dnia spłodzi Arthura Jermyna. 

Przyjaciele twierdzili, Ŝe to seria dramatów była przyczyną utraty zmysłów sir Roberta 

Jermyna, najprawdopodobniej jednak, głównym powodem nieszczęścia był, najzwyczajniej w 

ś

wiecie,  afrykański  folklor.  Stary  uczony  zbierał  legendy  o  plemionach  Onga, 

zamieszkujących  w  pobliŜu  ziem,  które  badali  on,  a  wcześniej  jego  dziadek,  w  nadziei  Ŝe 

odnajdzie  jakiś  dowód  potwierdzający  prawdziwość  szalonych  opowieści  sir  Wade’a  o 

zaginionym mieście, zamieszkiwanym przez dziwne hybrydyczne kreatury. Niezwykła logika 

w  równie  niezwykłych  zapiskach  jego  przodka  zdawała  się  sugerować,  iŜ  wyobraźnia 

szaleńca  mogła  być  stymulowana  przez  ludowe  mity.  19  października  1852  roku,  odkrywca 

Samuel  Seaton  przybył  do  Jermyn  House  przywoŜąc  ze  sobą  plik  notatek  sporządzonych 

wśród  Ongasów,  stwierdził  bowiem,  iŜ  niektóre  spośród  legend  dotyczących  szarego  miasta 

białych małp, władanego przez białego boga, mogą okazać się przydatne dla etnologa. 

W  swojej  rozmowie  niewątpliwie  podał  Jermynowi  pewne  szczegóły;  nie  wiadomo 

niestety  jakie,  gdyŜ  właśnie  wówczas  rozpętała  się  cała  seria  okropnych  tragedii.  Kiedy  sir 

Robert  Jermyn  opuścił  bibliotekę  pozostawił  w  niej  zwłoki  uduszonego  badacza,  l  nim 

zdołano  go  powstrzymać  uśmiercił  całą  trójkę  swoich  dzieci.  Nigel  Jermyn  zginął  broniąc 

skutecznie  swego  jedynego,  dwuletniego  syna,  który  najprawdopodobniej  miał  być  kolejną 

ofiarą  pałającego  rządzą  mordu  szaleńca.  Sam  sir  Robert  zaś,  po  wielokrotnych  próbach 

targnięcia się na Ŝycie, uparcie odmawiając wydania z siebie jakiegokolwiek artykułowanego 

dźwięku, umarł na atak apopleksji w drugim roku swego pobytu w zakładzie zamkniętym. 

Sir  Alfred  Jermyn  został  baronetem,  zanim  skończył  cztery  lata,  ale  jego  gusta  nie 

korelowały  z  jego  szlacheckim  tytułem.  W  wieku  lat  36  opuścił  swoją  Ŝonę  i  dziecko,  by 

wyruszyć  w  trasę  z  wędrownym  cyrkiem.  Jego  koniec  był  wyjątkowo  odraŜający.  Wśród 

zwierząt w menaŜerii, z  którą podróŜował, znajdował się olbrzymi  goryl, o nieco jaśniejszej 

sierści  niŜ  inne  osobniki  z  jego  gatunku.  Owo  nad  wyraz  spokojne  i  posłuszne  zwierzę 

cieszyło  się  wielką  popularnością  wśród  cyrkowców.  Alfred  Jermyn  był  zafascynowany 

potęŜną  małpą  i  wielokrotnie,  bardzo  długo,  człowiek  i  zwierzę  przyglądali  się  sobie 

nawzajem, oddzieleni barierą krat. 

W  końcu  Jermyn  poprosił  -  i  uzyskał  pozwolenie  na  trenowanie  zwierzęcia, 

zaskakując swoim sukcesem zarówno publiczność jak i cyrkowych wykonawców. 

background image

Któregoś ranka w Chicago, kiedy goryl i Alfred Jermyn robili próbę do przemyślenia 

zaplanowanego pojedynku bokserskiego, ten pierwszy zadał silniejszy niŜ zwykle cios raniąc 

ciało  i  godność  trenera  -  amatora.  O  tym  co  stało  się  później,  członkowie  „Największego 

Spektaklu Pod Słońcem” nie lubią opowiadać. 

Nie spodziewali się usłyszeć, jak sir Alfred Jermyn wydaje piskliwy, nieludzki wrzask 

ani  ujrzeć  jak  chwyta  swego  przeciwnika  oburącz,  przewraca  go  na  podłogę  klatki  i  wgryza 

się zaciekle w jego owłosione gardło. 

Zaskoczył  goryla,  ale  zwierzę  błyskawicznie  doszło  do  siebie,  i  zanim  prawdziwy 

trener zdąŜył wkroczyć do akcji, ciało nieszczęsnego baroneta przypominało krwawą miazgę. 

Arthur Jermyn był synem sir Alfreda Jermyna i  nieznanej z pochodzenia piosenkarki 

rewiowej.  Kiedy  mąŜ  i  ojciec  opuścił  swoją  rodzinę,  matka  zabrała  dziecko  do  Jermyn 

Mouse,  gdzie  nie  było  juŜ  nikogo  kto  mógłby  sprzeciwić  się  jej  obecności.  Nie  była 

pozbawiona  cechy  zwanej  powszechnie  „szlachecką  godnością”  i  dopilnowała,  aby  jej  syn 

otrzymał moŜliwie najlepsze wykształcenie jakie mogła mu zapewnić, choć nie dysponowała 

duŜą  ilością  gotówki.  Majątek  rodziny  szczupła!  w  błyskawicznym  tempie  i  Jermyn  House 

zaczął popadać w ruinę, ale młody Arthur kochał stary budynek ze wszystkim co znajdowało 

się wewnątrz. Nie przypominał innych Jermynów, którzy Ŝyli przed nim, był bowiem poetą i 

marzycielem.  Okoliczne  rodziny,  które  pamiętały  opowieści  starego  sir  Wade’a  Jermyna  o 

jego  nie  widzianej  przez  nikogo  portugalskiej  Ŝonie  mówili,  Ŝe  w  Ŝyłach  chłopca  musiała 

ujawnić  się  domieszka  jej  krwi;  większość  jednak  kpiła  z  jego  wraŜliwości  na  piękno, 

twierdząc, iŜ była to cecha odziedziczona po jego matce. 

Poetycka delikatność Arthura Jermyna zwracała większą uwagę w porównaniu z jego 

plugawym wyglądem fizycznym. Większość Jermynów nie grzeszyła urodą, ale w przypadku 

Arthura brzydota była wręcz uderzająca. Trudno powiedzieć, co konkretnie przypominał, ale 

wyraz jego twarzy, fizjonomia i długość ramion budziła odrazę w kaŜdym, kto miał okazję go 

spotkać. 

NaleŜy  stwierdzić,  iŜ  braki  w  urodzie  Arthur  Jermyn  nadrabiał  umiejętnościami 

umysłu  i  charakteru.  Utalentowany  i  wykształcony,  dostąpił  najwyŜszych  zaszczytów  w 

Oxfordzie,  i  wszystko  wskazywało  na  to,  iŜ  zdoła  przywrócić  intelektualną  sławę  swemu 

rodowi.  Pomimo  iŜ  obdarzony  był  raczej  poetyckim  niŜ  naukowym  temperamentem, 

zamierzał  kontynuować  dzieło  swych  przodków  i  zająć  się  afrykańską  etnologią,  robiąc 

background image

jednocześnie właściwy uŜytek ze wspaniałej, acz osobliwej kolekcji sir Wade’a. 

Fantasta  ów  snuł  często  długie  rozwaŜania  o  prehistorycznej  cywilizacji,  w  którą  tak 

gorąco wierzył jego szalony pradziadek, i snuł opowieści o milczącym mieście w dŜungli, o 

którym wzmianki znajdowały się w licznych dziwnych i chaotycznych zapiskach, największe 

wraŜenie,  wywołujące  zarówno  zgrozę  jak  i  ciekawość,  budziły  w  nim  fragmenty  dotyczące 

bezimiennej,  bliŜej  nie  określonej  rasy  hybryd  zamieszkujących  dŜunglę;  niejednokrotnie 

zastanawiał się nad potencjalnymi podstawami tego typu legend i szukał wskazówek w nieco 

ś

wieŜszych danych zgromadzonych wśród Ongasów, przez rodzinę i Samuela Seatona. 

W 1911 roku, po śmierci swojej matki, Arthur Jermyn postanowił uczynić ostateczny 

krok  w  swoich  poszukiwaniach.  Sprzedawszy  część  majątku,  w  celu  uzyskania  koniecznej 

gotówki,  zorganizował  wyprawę  badawczą  i  wyruszył  do  Konga.  Załatwiwszy  z  władzami 

belgijskimi  przewodników  dla  swojej  ekspedycji,  spędził  rok  w  Krainie  Onga  i  Kaliri, 

natrafiając  na  dowody,  które  przerosły  jego  najśmielsze  oczekiwania.  Kaliri  mieli  starego 

wodza, niejakiego Mwanu, który nie tylko odznaczał się doskonalą pamięcią, ale był równieŜ 

inteligentny i interesował się starymi legendami. Starzec ów potwierdził wszystkie opowieści 

zasłyszane  przez  Arthura,  dodając  przy  tym  własną  wersję  historii  o  kamiennym  mieście  i 

białych małpach, tak jak mu ją przekazano. 

Według  Mwanu,  szarego  miasta  i  hybrydycznych  stworzeń  juŜ  nie  było,  gdyŜ  przed 

wieloma  laty  padli  oni  ofiarą  wojowniczych  N’bangu.  Plemię  to,  zniszczywszy  większość 

budowli i wyrŜnąwszy w pień wszystko co Ŝywe, zabrało wypchaną boginię będącą obiektem 

ich  poszukiwań;  białą  małpę,  którą  czciły  dziwne  istoty,  i  która  wedle  tamtejszych  wierzeń 

rządziła  ongiś  wśród  tych  stworzeń,  jako  ich  księŜniczka.  Mwanu  nie  wiedział  czym  mogły 

być te małpiopodobne stworzenia, sądził jednak, Ŝe to one zbudowały szare kamienne miasto. 

Jermyn  nie  wdawał  się  w  dywagacje  na  ten  temat,  ale  skupił  swoją  uwagę  na  wyjątkowo 

obrazowej legendzie o wypchanej bogini. 

Mówiono, iŜ księŜniczka małp została połowicą wielkiego białego boga, który przybył 

z zachodu. Przez długi czas wspólnie rządzili miastem, ale kiedy urodził im się syn, wyjechali 

we  troje.  Później  bóg  i  księŜniczka  powrócili;  po  jej  śmierci  zaś,  boski  małŜonek 

zmumifikował zwłoki i umieścił w świątyni ogromnym kamiennym budynku, gdzie składano 

jej hołd. następnie samotnie wyjechał. 

Dalszy ciąg legendy przedstawia się trojako. Zgodnie zjedna wersją nic więcej się nie 

wydarzyło za wyjątkiem tego, iŜ wypchana bogini stała się symbolem wyŜszości plemienia, w 

którego  posiadaniu  się  znajdowała.  Właśnie  z  tego  powodu  została  uprowadzona  przez 

N’bangi.  Druga  opowieść  mówi  o  powrocie  boga  i  jego  śmierci  u  stóp  zmarłej  Ŝony, 

background image

spoczywającej w świątyni. 

Trzecia  wersja  mówi  o  powrocie  syna  -  tym  razem  juŜ  po  osiągnięciu  przez  niego 

pełnej  dojrzałości,  niewaŜne  ludzkiej,  małpiej  czy  boskiej  -  niemniej  jednak  nieświadomego 

swej prawdziwej toŜsamości.  

Z  całą  pewnością  większość  wydarzeń,  o  których  opowiadały  legendy,  była  jedynie 

wymysłem odznaczających się wybujałą wyobraźnią tubylców. 

Arthur Jermyn nie wątpił juŜ w istnienie prastarej cywilizacji w dŜungli, o której pisał 

stary sir Wade, i bynajmniej nie zdziwił się kiedy w 1912 roku natknął się na jej pozostałości. 

Co  do  wielkości,  w  legendach  było  sporo  przesady,  niemniej  sądząc  po  kamiennym 

rumowisku nie mogła to być zwyczajna murzyńska osada. Nie odnaleziono niestety Ŝadnych 

rzeźb,  a  niewielka  liczba  uczestników  ekspedycji  nie  pozwalała  na  przeprowadzenie  działań 

w celu oczyszczenia jedynego widocznego przejścia zdającego się prowadzić w głąb labiryntu 

korytarzy grobowców, o których wspominał sir Wade. O białych małpach i wypchanej bogini 

rozmawiano  ze  wszystkimi  wodzami  plemion  w  tym  regionie,  jednak  to  Europejczyk 

przyczynił się do wzbogacenia zakresu informacji otrzymanych od starego Mwanu. 

M.  Verhaeren,  Belg,  agent  z  placówki  handlowej  w  Kongu  był  przekonany,  iŜ  nie 

tylko  jest  w  stanie  odnaleźć,  ale  i  odzyskać  wypchaną  boginię,  o  której  miał  okazję  kiedyś 

usłyszeć.  Jako  Ŝe  potęŜni  niegdyś  N’bangi  byli  obecnie  pokornymi  poddanymi  rządu  króla 

Alberta, przy odrobinie perswazji mogli zostać zmuszeni do rozstania się z porwanym przez 

nich  truchłem  przeraŜającej  bogini.  Jermyn  odpłynął  zatem  do  Anglii,  radując  się  w  duszy 

nadzieją, iŜ w przeciągu kilku miesięcy otrzyma bezcenny etnologiczny relikt potwierdzający 

najdziksze, najbardziej szalone historie jego pra-pra-pradziadka, a ściślej mówiąc najdziksze i 

najbardziej  szalone  o  jakich  słyszał.  Było  nader  moŜliwe,  iŜ  mieszkańcy  okolic  majątku 

Jermynów  znali  jeszcze  bardziej  nieprawdopodobne,  mroŜące  krew  w  Ŝyłach  historie, 

przekazane  im  przez  przodków,  którzy  mieli  okazję  siedzieć  z  sir  Wade’em  przy  jednym 

stoliku w knajpce o nazwie Knighfs Mead. 

Arthur  Jermyn  czekał  cierpliwie  na  spodziewaną  przesyłkę  od  M.  Yerhaerena, 

studiując  tymczasem  z  narastającą  pilnością  manuskrypty  pozostawione  przez  swego 

szalonego  przodka.  Zaczął  odczuwać  bliską  więź  z  sir  Wade’em  i  poszukiwać  śladów 

osobistego Ŝycia tego ostatniego na terenie Anglii oraz informacji o jego badaniach w Afryce. 

Niejednokrotnie słyszał opowieści o jego tajemniczej, nie widywanej przez nikogo Ŝonie, nie 

zachował  się  jednak  Ŝaden  ślad  jej  pobytu  w  Jermyn  House.  Jermyn  zastanawiał  się  jakie 

przyczyny  zmusiły  bądź  skłoniły  ją  do  takiego  trybu  Ŝycia  i  koniec  końców  uznał,  iŜ 

podstawowym powodem musiał być obłęd jej męŜa. 

background image

Jego pra-pra-prababka była - o ile sobie przypominał -córką portugalskiego handlarza 

z  Afryki.  Niewątpliwie  jej  praktyczne  dziedzictwo  i  pobieŜna  znajomość  Czarnego  Lądu 

spowodowała, iŜ poczęła szydzić z opowieści sir Wade’a o interiorze, czego człowiek taki jak 

on  raczej  nie  mógł  jej  wybaczyć.  Umarła  w  Afryce  -  być  moŜe  zmuszona  do  udziału  w 

wyprawie  przez  męŜa,  zdecydowanego  za  wszelką  cenę  udowodnić  jej  prawdziwość  swych 

słów.  PogrąŜony  w  rozmyślaniach  Jermyn  mógł  jedynie  snuć  akademickie  domysły,  wszak 

para jego dziwnych przodków nie Ŝyła juŜ od z górą półtora wieku. 

W  czerwcu  1913  roku  przyszedł  list  od  M.  Verhaereza,  w  którym  Belg  pisał  o 

odnalezieniu  wypchanej  bogini.  Był  to,  wedle  jego  zapewnień,  wielce  niezwykły  obiekt,  tak 

niesamowity, iŜ laik nie byłby w stanie określić jego prawdziwej wartości. Jedynie naukowiec 

mógłby stwierdzić, czy było to truchło ludzkie, czy małpie, aczkolwiek wszelkie badania były 

utrudnione ze względu na jego niezbyt dobrze zachowany stan. 

Czas  i  klimat  Konga  nie  są  sprzyjające  dla  mumii,  zwłaszcza  kiedy  preparacja  jest  - 

tak jak wydaje się w tym przypadku - dziełem amatora. Na szyi stworzenia znaleziono złoty 

łańcuszek  z  pustym  medalionikiem  noszącym  znaki  herbowe;  bez  wątpienia  pamiątka  po 

jakimś  nieszczęsnym  podróŜniku,  który  wpadł  w  ręce  N’bangi,  i  którą  zawieszono  na  szyi 

bogini  w  charakterze  amuletu.  JeŜeli  chodzi  o  komentarz  dotyczący  oblicza  mumii  M. 

Verhaeren  sugerował  dość  dziwaczne  porównanie,  lub  raczej  wyraŜał  humorystyczne 

zdumienie,  iŜ  w  uderzający  sposób  przypominało  ono  jego  korespondenta,  ale  cała  sprawa 

zbyt go interesowała w sensie naukowym, aby miał marnować słowa na mało waŜne kwestie. 

Wypchana bogini, napisał, zostanie przysłana  w  mniej więcej miesiąc po otrzymaniu 

przez pana tego listu. 

Przesyłka  została  dostarczona  do  Jermyn  House  po  południu  3  sierpnia  1913  roku  i 

wniesiono  ją  niezwłocznie  do  ogromnej  komnaty,  gdzie  znajdowała  się  cała  kolekcja 

afrykańskich  okazów  zgromadzona  przez  sir  Roberta  i  Arthura.  Tego  co  wydarzyło  się 

później  moŜna  się  jedynie  domyślać  na  podstawie  zebranych  opowieści  słuŜących  oraz 

odnalezionych  w  pomieszczeniu  przedmiotów  i  dokumentów.  Spośród  róŜnych  wersji 

najbardziej  prawdopodobna  i  spójna  wydaje  się  historia  przedstawiona  przez  starego 

Soamesa, głównego lokaja. Według niego, a człowiek ów zasługuje na miano wiarygodnego, 

Arthur  Jermyn  przed  otwarciem  przesyłki  nakazał  wszystkim,  aby  opuścili  pokój,  po  czym, 

sądząc po odgłosach pracy młotka i dłuta, niezwłocznie zabrał się do otwierania skrzyń. Przez 

pewien  czas  nic  nie  było  słychać;  Soames  nie  potrafił  określić  jak  długo  to  trwało,  z  całą 

pewnością  jednak  w  nie  więcej  niŜ  kwadrans,  później  rozległ  się  przeraźliwy  krzyk  - 

wydobywający się bez wątpienia z ust Arthura  Jermyna.  Zaraz po tym Jermyn  wyłonił się z 

background image

pokoju,  i  co  sił  w  nogach  -jakby  ścigany  przez  jakiegoś  niewidzialnego  wroga  -  pobiegł  w 

stronę  frontu  budynku.  Wyrazu  jego  twarzy,  owej  upiornej  maski  zastygłej  w  przeraźliwym 

grymasie, po prostu nie da się opisać. Znalazłszy się przy frontowych drzwiach, zdawało się, 

Ŝ

e  o  czymś  sobie  przypomniał  i  zawróciwszy  zbiegł  pośpiesznie  po  schodach  do  piwnicy. 

SłuŜący byli kompletnie zaskoczeni, i zbici z tropu wpatrywali się w podest schodów, ale ich 

pan się nie pojawił. W pewnej chwili z dołu doszła ich ostra woń nafty. 

Po zmierzchu usłyszano metaliczny szczęk przy drzwiach prowadzących z piwnicy na 

dziedziniec; później zaś chłopiec stajenny ujrzał Arthura Jermyna, skąpanego od stóp do głów 

w  nafcie  i  ociekającego  tym  płynem,  jak  wymknął  się  cichaczem  z  piwnicy  i  znalazł  na, 

otaczających  budynek,  moczarach,  niedługo  potem,  z  zapierającą  dech  w  piersiach  zgrozą, 

wszyscy zobaczyli ostatni akt. na moczarach rozbłysła iskra, a potem słup „ludzkiego ognia” 

wystrzelił ku niebiosom. Ród Jermynów przestał istnieć. 

Powodem  dla  którego  nie  zebrano  zwęglonych  szczątków  Arthura  Jermyna  i  nie 

wyprawiono mu pogrzebu było to, co znaleziono w jego pokoju, a ściślej mówiąc, OBIEKT 

w skrzyni. Wypchana bogini przedstawiała sobą odraŜający widok - była chuda jak szczapa i 

nadŜarta  zgnilizną,  niemniej  jednak  nie  ulegało  wątpliwości,  iŜ  zmumifikowane  zwłoki 

naleŜały  do  jakiegoś  nieznanego  gatunku  białych  małp,  mniej  owłosionych  niŜ  inne  i  -  co 

mogło wydawać się szokujące - zdecydowanie bliŜszych człowiekowi. Dokładniejszy opis nie 

naleŜałby  do  przyjemności,  moŜna  jednak  wspomnieć  o  dwóch  uderzających  szczegółach  - 

potwierdzają  one  bowiem  w  zadziwiający  sposób  niektóre  zapiski  sporządzone  podczas 

afrykańskich  ekspedycji  sir  Wade’a  Jermyna  oraz  kongijską  legendę  o  białym  bogu  i 

księŜniczce małp. Chodzi tu mianowicie o znaki herbowe  widniejące na  medalionie, na szyi 

stwora  -  były  to  znaki  rodu  Jermynów  oraz  o  Ŝartobliwą  aluzję  M.  Yerhaerena  na  temat 

pewnego  podobieństwa,  jakie  zdawało  się  łączyć  owo  pomarszczone  oblicze  przepełnione 

Ŝ

ywą, niemal namacalną, nienaturalną zgrozą z ni mniej, ni więcej tylko wraŜliwym Arthurem 

Jermynem, pra-pra-prawnukiem sir Wade’a Jermyna i jego nieznanej Ŝony. 

Członkowie  Królewskiego  Towarzystwa  Antropologicznego  niezwłocznie  spalili 

truchło  stwora,  medalion  wrzucili  do  studni,  a  niektórzy  z  nich  w  ogóle  zaprzeczają  jakoby 

Arthur Jermyn kiedykolwiek istniał. 

background image

ZEZNANIA RANDOLPHA CARTERA (THE STATEMENT OF 

RANDOLPH CARTER) 

Powtarzam  wam,  panowie,  Ŝe  kontynuowanie  waszego  śledztwa  nie  ma  większego 

sensu.  SkaŜcie  mnie  na  doŜywocie  jeŜeli  chcecie,  zamknijcie  w  więzieniu  lub  zabijcie,  jeśli 

potrzebujecie kozła ofiarnego dla iluzji, którą zwiecie sprawiedliwością; ja jednak, nie mogę 

powiedzieć nic więcej, nadto, co zeznałem dotychczas. 

Wszystko  co  pamiętam,  wyznałem  wam,  z  idealną  szczerością.  Nic  nie  zostało 

przeoczone  czy  zatajone,  a  jeŜeli  coś  wydaje  się  niejasne,  to  jedynie  z  powodu  mrocznej 

chmury jaka przyćmiła mój umysł oraz poraŜającej natury koszmaru jakiego doświadczyłem. 

Raz  jeszcze  powtarzam,  nie  wiem  co  się  stało  z  Harley’em  Warrenem,  choć  sądzę  - 

ba,  nawet  mam  nadzieję  -  Ŝe  pogrąŜył  się  w  błogim  zapomnieniu;  jeŜeli  naturalnie  w  ogóle 

moŜna  mieć  nadzieję,  Ŝe  istnieje  coś  takiego.  To  fakt,  od  pięciu  lat  byłem  jego  najbliŜszym 

przyjacielem, i w pewnym sensie brałem z nim udział w przeraŜającej wyprawie badawczej w 

głąb nieznanego, nie zaprzeczam, choć moja pamięć jest mglista i niespójna, Ŝe, jak twierdzi 

wasz  świadek,  mógł  widzieć  nas  razem  na  Gainsville  Pikę,  zmierzających  ku  Wielkim 

Cyprysowym  Moczarom,  o  wpół  do  dwunastej  owej  potwornej  nocy.  Mogę  nawet 

potwierdzić,  Ŝe  mieliśmy  latarnie,  łopaty  i  spory  zwój  drutów  z  przyłączonymi  aparatami. 

KaŜdy z tych przedmiotów odegrał swoją rolę  w jednej upiornej scenie,  której wspomnienie 

wryło mi się głęboko w pamięć. 

Jednak  co  się  tyczy  późniejszych  wydarzeń  i  powodu,  z  jakiego  następnego  ranka 

odnaleziono  mnie  samego,  w  stanie  głębokiego  szoku,  na  skraju  trzęsawiska,  stanowczo 

oświadczam,  iŜ  nie  wiem  nic,  za  wyjątkiem  tego,  co  musiałem  wam  zeznawać,  raz  po  raz, 

praktycznie bez końca. Twierdzicie, Ŝe tam na bagnach, ani nigdzie w pobliŜu nie ma nic, co 

potwierdzałoby  moją  upiorną  opowieść.  Powtarzam:  nie  wiem  nic,  ponadto,  co  widziałem. 

MoŜe  była  to  wizja  lub  koszmar  -  dalibóg,  pragnąłbym,  aby  tak  było  -  ba,  mam  taką  cichą 

nadzieję - jednak nie potrafię zapomnieć o tym,  co wydarzyło się w  ciągu tych szokujących 

godzin,  kiedy  we  dwóch  udaliśmy  się  na  trzęsawisko.  A  jeŜeli  chodzi  o  to  dlaczego  Harley 

Warren nie wrócił, chyba jedynie on, jego cień, lub jakaś bezimienna istota, której nie jestem 

w stanie opisać, mogliby odpowiedzieć na to pytanie. 

Jak  juŜ  wcześniej  mówiłem,  dobrze  wiedziałem  o  dziwnych  zainteresowaniach 

Harley’a  Warrena  i  w  pewnym  sensie  je  podzielałem.  Spośród  ogromnej  kolekcji 

dziwacznych,  starych  ksiąg  dotyczących  rzeczy  zakazanych,  przeczytałem  wszystkie, 

background image

stworzone  w  znanych  mi  językach.  Stanowią  one  wszakŜe  drobny  ułamek  w  porównaniu  z 

tymi,  których  ze  względu  na  nieznajomość  języka,  nie  byłem  w  stanie  przetłumaczyć. 

Większość z nich jest, jak sądzę, napisana po arabsku, zaś księga którą miał ze sobą Warren 

tamtej nocy - Księga traktująca o Złu, którą zabrał ze sobą w kieszeni schodząc z tego świata 

- zapisana była pismem, którego nigdy dotąd nie widziałem. Warren zaś nigdy nie mówił mi o 

treści tej ksiąŜki. Co się tyczy natury naszych badań - czy mam powtórzyć, Ŝe nie w pełni ją 

teraz pojmuję? 

Fakt  ów  zda  się  być  dla  mnie  łaskawością,  gdyŜ  były  to  potworne  nauki,  które 

zgłębiałem bardziej wskutek pełnej wahań fascynacji, niźli dzięki memu nastawieniu. Warren 

zawsze  nade  mną  dominował  i  czasami  -  swoją  wiedzą  -  przeraŜał  mnie.  Pamiętam  jak 

przeszedł  mnie  dreszcz,  na  widok  jego  wyrazu  twarzy,  w  noc  przed  upiornym  zdarzeniem, 

kiedy  z  niezwykłym  przejęciem  mówił  o  swojej  teorii,  dlaczego  niektóre  zwłoki  nigdy  nie 

ulegają  rozkładowi,  lecz  spoczywają  przez  tysiąc  lat  nie  zmienione  i  tłuste  w  swoich 

grobowcach.  Teraz  jednak  juŜ  się  go  nie  obawiam,  gdyŜ  podejrzewam,  Ŝe  poznał  zgrozę 

przekraczającą moje zdolności pojmowania. Obecnie boję się o niego. 

Powtarzam, nie wiem co konkretnie było naszym celem owej nocy. Z całą pewnością 

miało to wiele wspólnego z treścią księgi, którą Warren zabrał ze sobą; z ową prastarą księgą 

w  niemoŜliwym  do  odczytania  języku,  którą  otrzymał  z  Indii  miesiąc  wcześniej,  ale  mogę 

przysiąc, Ŝe nie wiem co mieliśmy tam znaleźć. Wasz świadek mówi, Ŝe widział nas o wpół 

do  dwunastej  w  nocy  na  Gainesville  Pikę,  jak  szliśmy  w  kierunku  Wielkich  Cyprysowych 

Moczarów.  Jest  to  zapewne  zgodne  z  prawdą,  ale  szczerze  mówiąc,  nie  pamiętam.  Przed 

oczami  mam  jeden  tylko  obraz,  a  musiało  być  wtedy  sporo  po  północy  -bo  wysoko  na 

spowitym oparami niebie wisiał blednący sierp księŜyca. 

Naszym  celem  był  stary  cmentarz,  tak  stary,  Ŝe  zadygotałem  widząc  jak  czas  okazał 

się  dlań  bezlitosny.  PołoŜony  był  on  w  głębokiej,  podmokłej  kotlinie,  zarosłej  bujnymi 

trawami,  mchem  oraz  dziwacznymi  pnącymi  chwastami  i  wypełnionej  słabym  acz 

wyczuwalnym smrodem, który nie wiedzieć czemu skojarzył mi się, absurdalnie, z gnijącymi 

kamieniami.  Z  kaŜdej  strony  widać  było  ślady  zaniedbania  i  upadku,  i  pamiętam,  Ŝe 

odniosłem  niepokojące  wraŜenie  iŜ  Warren  i  ja  byliśmy  pierwszymi  Ŝywymi  istotami,  które 

od stuleci ośmieliły się nawiedzić to spowite grobową ciszą miejsce. 

Ponad  krawędzią  kotliny  gasnący  księŜyc  wyjrzał  spośród  zasłony  cuchnących 

oparów, które zdawały się bezgłośnie wypływać z głębi grobowców, i w jego słabym świetle 

ujrzałem  odraŜającą,  chaotyczną  mozaikę  antycznych  płyt  nagrobnych,  urn,  kenot  i  fasat 

mauzoleów.  Wszystkie  były  zmurszałe,  porośnięte  mchem  i  pokryte  plamami  wilgoci,  po 

background image

części zaś nikły wśród bujnej acz zgoła niezdrowej roślinności. 

Pierwszym wyraźnym  wspomnieniem z mojej wizyty  w tej potwornej nekropolii jest 

scena,  kiedy  zatrzymałem  się  wraz  z  Warrenem  przed  pewnym  na  wpół  zniszczonym 

grobowcem  i  połoŜyłem  na  ziemi  część  naszych  rzeczy.  Dopiero  teraz  zauwaŜyłem,  Ŝe 

niosłem latarnię i dwie łopaty, zaś mój towarzysz oprócz latarni, dźwigał przenośny telefon. 

Nie  zamieniliśmy  słowa,  zupełnie  jakbyśmy  obaj  doskonale  znali  cel  tej  nocnej  wycieczki. 

Bezzwłocznie chwyciliśmy za łopaty i zaczęliśmy oczyszczać płaski, archaiczny grobowiec z 

pokrywającego go mchu, traw, chwastów i naniesionej ziemi. 

Po odsłonięciu całej powierzchni, na którą składały się trzy wielkie,  granitowe płyty, 

cofnęliśmy się nieznacznie by móc się lepiej przyjrzeć staremu grobowcowi. Warren zdawał 

się  obliczać  coś  w  myślach,  po  czym  ponownie  podszedł  do  grobu  i  uŜywając  łopaty  jak 

dźwigni,  próbował  podnieść  jedną  z  płyt  znajdujących  się  najbliŜej  sterty  gruzów,  która 

niegdyś mogła być pomnikiem. 

Nie udało mu się to i skinął na mnie, abym mu pomógł. W końcu, wspólnymi siłami 

zdołaliśmy obluzować kamień, podnieśliśmy go i zwaliliśmy na bok. 

Oczom  naszym  ukazała  się  mroczna  czeluść,  z  której  buchnął  kłąb  miazmatycznych 

gazów, tak duszący, Ŝe cofnęliśmy się jak poraŜeni. JednakŜe, chwilę później, po ponownym 

zbliŜeniu się do otworu, stwierdziliśmy, Ŝe wyziewy nie są juŜ tak dokuczliwe. 

Blask latarni ukazał stopnie kamiennych schodów, ociekających jakąś ohydną posoką 

wypływającą  z  trzewi  ziemi  i  okolonych  wilgotnymi,  omszałymi  ścianami,  l  właśnie  teraz, 

moja  pamięć  rejestruje  pierwszą  wymianę  zdań,  słowa  Warrena  skierowane  do  mnie  i 

wypowiedziane  jego  miękkim,  melodyjnym  głosem,  w  którym  nie  pobrzmiewał  nawet  cień 

zaniepokojenia, jakie mogło wywoływać przeraŜające otoczenie. 

- Przykro mi, Ŝe muszę cię poprosić, abyś pozostał na powierzchni - rzekł - ale byłoby 

zbrodnią  pozwolenie  komuś  o  tak  słabych  nerwach  jak  ty,  zejść  w  głąb  tych  katakumb.  Nie 

jesteś  sobie  w  stanie  wyobrazić,  nawet  po  tym  co  czytałeś  i  o  czym  ci  opowiadałem,  co 

przyjdzie  mi  wytrzymać  i  uczynić,  tam,  na  dole.  To  dzieło  Złego,  Car-ter,  i  wątpię  czy 

jakikolwiek człowiek, nie mający stalowych nerwów, byłby w stanie zobaczyć to wszystko i 

powrócić na powierzchnię Ŝywy i przy zdrowych zmysłach. Nie Ŝyw do mnie urazy. Bóg mi 

ś

wiadkiem,  Ŝe  bardzo  chciałbym,  abyś  wszedł  tam  ze  mną  -jednak  w  pewnym  stopniu 

spoczywa na mnie odpowiedzialność, i nie mógłbym ciągnąć ze sobą takiego kłębka nerwów 

w  otchłań  ku  prawdopodobnej  śmierci  i  szaleństwu.  Powiadam  ci,  nie  wyobraŜasz  sobie,  co 

się tam znajduje! JednakŜe obiecuję, Ŝe o wszystkim będę informował cię przez telefon - jak 

widzisz  mam  dostatecznie  duŜo  drutu,  aby  dotrzeć  z  nim  do  samego  środka  ziemi  i  z 

background image

powrotem. 

WciąŜ  brzmią  w  mej  pamięci  te  wypowiadane  spokojnie  słowa  i  nadal  pamiętam 

gorejący  we  mnie  płomień  sprzeciwu.  Tak  bardzo  pragnąłem  towarzyszyć  memu 

przyjacielowi  w  wędrówce  w  głąb  prastarego  grobowca,  ale  on  okazał  się  nieugięty.  W 

pewnej  chwili  zagroził,  Ŝe  przerwie  całą  wyprawę,  jeŜeli  nadal  będę  się  upierał.  I  groźba 

okazała się skuteczna, jako Ŝe to on dzierŜył klucz do wszystkiego. Pamiętam to wszystko, ale 

nie  przypominam  sobie  co  konkretnie  było  naszym  celem,  czego  szukaliśmy.  Uzyskawszy, 

aczkolwiek  z  wahaniem,  moją  zgodę  na  przyjęcie  jego  koncepcji  Warren  podniósł  z  ziemi 

zwój  drutu  i  podłączył  przyrządy.  Kiedy  skinął  głową  wziąłem  do  ręki  aparat  i  usiadłem  na 

starym, wypranym z kolorów kamieniu płyty nagrobnej opodal niedawno przez nas otwartego 

zejścia  do  katakumb.  Następnie  podał  mi  rękę,  zarzucił  zwój  drutu  na  ramię  i  znikł  w  głębi 

owej  niemoŜliwej  do  opisania  kostnicy.  Jeszcze  przez  pewien  czas  widziałem  blask  jego 

latarni i słyszałem szelest ciągnącego się za nim po ziemi przewodu; jednak poświata znikła 

nieoczekiwanie,  jakby  przyjaciel  mój  ni  stąd,  ni  zowąd  natrafił  na  załom  korytarza.  Dźwięk 

ucichł  równie  gwałtownie.  Byłem  sam,  a  jednak  połączony  z  nieznaną  czeluścią  owymi 

magicznymi przewodami, których izolowana powierzchnia połyskiwała zielonkawo w słabym 

ś

wietle  niknącego  sierpa  księŜyca.  Raz  po  raz  spoglądałem  na  zegarek,  przyświecając  sobie 

latarnią i z narastającym niepokojem wsłuchiwałem się w słuchawkę telefonu - jednak przez 

ponad  kwadrans  panowała  w  niej  głęboka  cisza.  Nagle  usłyszałem  cichy  trzask  i  zawołałem 

mego przyjaciela. 

Pomimo  napięcia,  absolutnie  nie  byłem  przygotowany  na  słowa  jakie  doszły  mnie  z 

głębi  tych  mrocznych  i  niesamowitych  katakumb  i  jeszcze  nigdy  nie  słyszałem  w  głosie 

Harleya Warrena równie silnego zdenerwowania i drŜenia. Ten, który jeszcze nie tak dawno, 

odchodząc, starał się mnie uspokoić, zwracał się teraz do mnie z wnętrza grobowca drŜącym 

szeptem, który brzmiał bardziej złowrogo niŜ najgłośniejszy krzyk! 

- BoŜe, gdybyś mógł widzieć to co ja. 

Nie  mogłem  odpowiedzieć.  Odjęło  mi  mowę  i  mogłem  jedynie  słuchać.  Po  chwili 

znów doszedł mnie ten sam, przesycony napięciem, szept. 

- Carter, to przeraŜające - potworne - niewiarygodne. 

Tym  razem  głos  mnie  nie  zawiódł  i  zalałem  słuchawkę  potokiem  pełnych  ekscytacji 

pytań. PrzeraŜony, raz po raz powtarzałem: 

- Warren, co tam jest? Co tam jest? 

Ponownie  usłyszałem  głos  mego  przyjaciela,  w  dalszym  ciągu  ochrypły  od  strachu, 

teraz jednak wyraźnie podbarwiony rozpaczą. 

background image

-  Nie  mogę  ci  powiedzieć,  Carter!  To  po  prostu  nie  do  pomyślenia  -  nie  odwaŜę  się 

tego powiedzieć... Ŝaden człowiek nie mógłby o tym wiedzieć i pozostać przy Ŝyciu! BoŜe...! 

Nigdy coś takiego nawet mi się nie śniło!  

I  znów  cisza,  jeŜeli  nie  liczyć  bezładnego  potoku  zadawanych  przeze  mnie  pytań.  A 

potem głos Warrena, bardziej, o ile to moŜliwe, przeraŜony i przepełniony konsternacją. 

-  Carter,  na  miłość  boską,  połóŜ  płytę  z  powrotem  i  jeśli  tylko  moŜesz,  uciekaj! 

Szybko  -  rzuć  wszystko  i  uciekaj,  to  twoja  jedyna  szansa!  Zrób  co  mówię  i  o  nic  nie  pytaj! 

Nie kaŜ mi niczego wyjaśniać! 

Usłyszałem to, ale mogłem jedynie powtarzać moje gorączkowe pytania. Wokół mnie 

były grobowce, mrok i cienie; poniŜej zaś jakieś zagroŜenie, przekraczające wszelkie ludzkie 

wyobraŜenia. Jednak mój przyjaciel był w większym niebezpieczeństwie niŜ ja, i pomimo iŜ 

bardzo się bałem, poczułem się nieco uraŜony, Ŝe w tej sytuacji mógł Ŝądać bym pozostawił 

go samego. Rozległ się kolejny trzask i, po krótkiej chwili, zatrwaŜające ponaglenia Warrena: 

- Spływaj! Na litość boską, połóŜ płytę na miejsce i spływaj stamtąd, Carter! 

Coś  w  młodzieńczym  slangu  mojego  przeraŜonego  towarzysza  odblokowało  moją 

zdolność myślenia. Zebrałem się w sobie i zawołałem: 

-  Warren,  trzymaj  się!  Schodzę  do  ciebie!  Jednak  na  te  słowa,  Marley  odkrzyknął  w 

nieskrywanej rozpaczy. 

- Nie! Nie rozumiesz! JuŜ jest za późno - i to moja wina. PołóŜ płytę na miejsce i wiej 

- nic innego nie moŜesz zrobić ani ty, ani nikt inny! 

Ton  znów  się  zmienił  -  tym  razem  jednak  nieco  złagodniał,  jakby  w  wyrazie 

beznadziejnej rezygnacji. Ja jednak, przez swój strach wyraźnie wyczuwałem w nim napięcie. 

- Szybko - zanim będzie za późno. 

Próbowałem  nie  zwracać  na  niego  uwagi;  usiłowałem  przełamać  paraliŜ  jaki  mnie 

ogarnął  i  spełniając  swoją  obietnicę,  czym  prędzej  ruszyć  mu  z  pomocą. Jednak  gdy  rozległ 

się  kolejny  szept  wciąŜ  jeszcze  trwałem  w  kompletnym  bezruchu,  spętany  niewidzialnymi 

okowami niewypowiedzianej zgrozy. 

- Carter - pośpiesz się! To nic nie da; musisz odejść... lepiej Ŝeby jeden, niŜ dwóch... 

płyta... 

Przerwa - kolejne trzaski i słaby głos Warrena: 

- To juŜ prawie koniec; nie utrudniaj sprawy, zakryj te cholerne schody i wiej, jeśli ci 

Ŝ

ycie miłe. Tylko tracisz czas! Bywaj Carter - juŜ się nie zobaczymy. 

Jednocześnie szept Warrena przerodził się w krzyk; krzyk stopniowo zmieniający się 

we wrzask zawierający w sobie całą zgrozę wieków... 

background image

-  Przeklinam  te  piekielne  istoty...  Legiony...  Mój  BoŜe!  Uciekaj!  Spływaj!  Spływaj! 

Wiej! 

Po tym zapadła cisza, nie wiem ile niezmierzonych eonów siedziałem, jak wrośnięty w 

ziemię, szepcząc, mamrocząc, wołając i wrzeszcząc do słuchawki telefonu: „Warren! Warren! 

Odpowiedz - jesteś tam?” 

l  wtedy  stało  się  najgorsze,  był  to  istny  koszmar  -  niewiarygodny,  niewyobraŜalny, 

rzekłbym nawet, niepowtarzalny, coś czego nie sposób opisać. Jak powiedziałem, wydawało 

mi  się,  Ŝe  minęły  całe  eony  odkąd  Warren  wykrzyczał  do  mnie  swe  ostatnie,  rozpaczliwe 

ostrzeŜenie,  i  Ŝe  obecnie  jedynie  moje  własne  krzyki  przerywały  okropną  ciszę.  Jednak  po 

chwili  usłyszałem  w  słuchawce  kolejne  szczęknięcie  i  wytęŜyłem  słuch.  Ponownie 

zawołałem: „Jesteś tam, Warren?” A w odpowiedzi usłyszałem coś co sprawiło, Ŝe mroczna 

chmura  spowiła  mój  umysł,  nie  staram  się  tłumaczyć  tego  czegoś,  tego  głosu,  ani  teŜ  nie 

pokuszę  się  o  bliŜszą  jego  charakterystykę,  jako  Ŝe  juŜ  pierwsze  słowa  pozbawiły  mnie 

ś

wiadomości i stworzyły mentalną kurtynę, która uniosła się dopiero, kiedy ocknąłem się juŜ 

w szpitalu. 

CóŜ mam powiedzieć? 

 

Czy  mam  stwierdzić,  Ŝe  ów  głos  był  głęboki;  płytki;  galaretowaty;  odległy; 

nieziemski; nieludzki; bezcielesny? 

CóŜ mam powiedzieć? 

To była ostatnia rzecz jaką zarejestrowałem. Usłyszałem go i nic poza tym nie wiem; 

usłyszałem  go  siedząc  jak  skamieniały  na  nieznanym  cmentarzysku  w  kotlinie,  pośród 

potrzaskanych  płyt  i  obróconych  w  gruzy  grobowców,  mając  w  nozdrzach  woń  gnijącej 

roślinności i fetor miazmatycznych wyziewów. Usłyszałem ten głos, płynący z najgłębszych 

czeluści  przeklętego,  otwartego  grobowca,  wpatrując  się  w  amorficzne  widmowe  cienie 

tańczące poniŜej przeklętego, bladego sierpa księŜyca. 

To coś powiedziało: 

- Ty głupcze, Warren NIE śYJE! 

background image

PRZEMIANA JUANA ROMERO (THE TRANSITION OF JUAN 

ROMERO) 

Nie mam zbytniej ochoty mówić o wypadkach, które miały miejsce w kopalni Hortona 

nocą  z  osiemnastego  na  dziewiętnastego  października  1894  roku.  Jedynie  poczucie 

obowiązku  wobec  nauki  zmusza  mnie  do  wskrzeszenia,  w  ostatnich  latach  mego  Ŝycia, 

obrazów  i  zdarzeń  przeraŜających  tym  bardziej,  Ŝe  nie  jestem  w  stanie  w  Ŝaden  sposób  ich 

wytłumaczyć. Jednak zanim umrę powinienem chyba opowiedzieć wam to, co wiem na temat 

zdarzenia, które określam mianem przemiany Juana Romero. 

Moje  nazwisko  i  pochodzenie  nie  muszą  zostać  zapamiętane  przez  potomnych  - 

prawdę  mówiąc  lepiej,  aby  poszły  w  zapomnienie,  bo  kiedy  człowiek  przenosi  się  nagle  z 

kolonii  do  Stanów,  zostawia  za  sobą  całą  przeszłość.  Poza  tym,  to  kim  byłem,  nie  ma 

najmniejszego  związku  z  moją  opowieścią,  a  na  uwagę  moŜe  jedynie  zasługiwać  fakt,  iŜ 

podczas mojej słuŜby w Indiach czułem się bardziej swojsko wśród białobrodych hinduskich 

nauczycieli  niŜ  wśród  moich  rodaków  -  oficerów.  Zdołałem  zgłębić  wiele  spośród  nauk 

Wschodu,  gdy  nieszczęśliwym  zrządzeniem  losu  znalazłem  się  na  zachodzie  Stanów,  i  tam 

przyszło mi rozpocząć nowe Ŝycie. Wraz z nim przyjąłem równieŜ nowe nazwisko - pospolite 

i nie mające głębszego znaczenia. 

Latem  i  jesienią  1894  roku  znajdowałem  się  u  podnóŜa  posępnego  pasma  Gór 

Kaktusowych,  gdzie  jako  prosty  robotnik  podjąłem  pracę  w  kopalni  Nortona,  która  odkryta 

kilka lat wcześniej przez podstarzałego poszukiwacza złota sprawiła, iŜ cały ten zapomniany 

dotąd przez Boga i ludzi region stał się nagle przystanią dla wszelkiego rodzaju szumowin i 

mętów. 

Jaskinia  złota,  znajdująca  się  głęboko  pod  górskim  jeziorem,  przyniosła  staremu 

poszukiwaczowi  niewyobraŜalną  fortunę  a  obecnie  zmieniła  się  w  siedlisko  rozległych 

korytarzy,  gdzie  prace  poszukiwawcze  prowadzili  robotnicy  z  korporacji,  która  koniec 

końców odkupiła kopalnię od jej poprzedniego właściciela. 

Odnaleziono  kolejne  groty,  a  złoŜa  Ŝółtego  metalu  były  niewyobraŜalnie  bogate;  do 

tego  stopnia,  iŜ  potęŜna,  niejednolita  armia  górników  harowała  dzień  i  noc  w  rozlicznych 

korytarzach i tunelach. Kierownik, pan Arthur, często rozprawiał o osobliwościach tutejszych 

formacji  geologicznych,  spekulując  na  temat  moŜliwości  istnienia  dłuŜszego  ciągu  jaskiń  i 

oszacowując  przyszłość  gigantycznych  prac  wydobywczych.  Jego  zdaniem  istnienie 

podziemnych  grot  było  rezultatem  działań  wody  i  wierzył,  Ŝe  niebawem  zostanie  otwarta 

background image

ostatnia z nich. 

Niedługo  po  moim  przybyciu  i  podjęciu  pracy  w  kopalni  Nortona  zjawił  się  tu  Juan 

Romero. Był on jednym z całej rzeszy niechlujnych, obdartych Meksykanów, którzy ściągnęli 

z  sąsiedniego  kraju,  i  z  początku  zwracał  uwagę  jedynie  swymi  indiańskimi  rysami.  Twarz 

jego  miała  jednak  nieco  jaśniejszy  odcień  i  wydawała  się  łagodniejsza  w  porównaniu  z 

topornie ciosanymi obliczami innych przybyłych tu Latynosów, czy miejscowych Indian. To 

zadziwiające,  Ŝe  pomimo  iŜ  tak  bardzo  róŜnił  się  od  rzeszy  swoich  rodaków,  nie  wydawało 

się  by  Romero  miał  w  swoich  Ŝyłach  choć  odrobinę  krwi  kaukaskiej.  Na  jego  widok 

wyobraźnia  nie  podsuwała  mi  obrazu  hiszpańskiego  konkwistadora  czy  amerykańskiego 

pioniera,  lecz  pradawnego,  szlacheckiego  Azteka.  Zawsze  wstawał  wczesnym  rankiem  i  z 

fascynacją  wpatrywał  się  w  słońce,  przesuwające  się  wolno  ponad  górami  na  wschodzie, 

unosząc przy tym do góry obie ręce, jakby wykonywał jakiś pradawny rytuał, którego natury 

nawet  on  nie  rozumiał.  Jednak  poza  rysami  twarzy  Romero  nie  przejawiał  Ŝadnych  innych 

oznak, nobliwości czy azteckiej dojrzałości. 

Brudny,  obdarty  nieuk,  czuł  się  najlepiej  w  towarzystwie  innych  brązowoskórych 

Meksykanów, i jak mi później powiedziano, przyszedł na świat w okolicy, gdzie mieszkańcy 

cierpieli najdotkliwszą nędzę. 

Znaleziono  go,  kiedy  był  jeszcze  niemowlęciem,  w  prymitywnym  górskim  szałasie. 

Tylko on uszedł z Ŝyciem z epidemii zarazy, jaka tamtędy przeszła. 

W  pobliŜu  chaty,  opodal  raczej  niezwykłej  szczeliny  w  skale,  leŜały  dwa  szkielety 

obrane niedawno z mięsa przez sępy; prawdopodobnie to było wszystko, co pozostało z jego 

rodziców. 

Nikt nie wiedział jak się nazywali i niebawem większość zupełnie o nich zapomniała. 

Kiedy  zaś  chata  z  adoby  obróciła  się  w  gruzy,  a  niewielka  lawina  spowodowała  zasypanie 

skalnej  szczeliny,  w  zapomnienie  poszła  nawet  scena  tragedii.  Wychowywany  przez 

meksykańskich  złodziei  bydła,  którzy  dali  mu  imię,  Juan  nie  róŜnił  się  zbytnio  od  swoich 

towarzyszy. 

Więź  jaką  Romero  odczuwał  wobec  mnie  była  bez  wątpienia  związana  z  dziwnym, 

starym  hinduskim  pierścieniem,  który  nosiłem  kiedy  nie  pracowałem  na  przodku.  Nie  mogę 

powiedzieć nic na temat jego natury i sposobu w jaki znalazł się w moim posiadaniu. Było to 

ostatnie  ogniwo  wiąŜące  mnie  z  rozdziałem  Ŝycia,  który  uwaŜałem  za  bezpowrotnie 

zamknięty. Stanowił więc dla mnie ogromną wartość. 

Niebawem  zauwaŜyłem,  Ŝe  dziwnie  wyglądający  Meksykanin  wyraźnie  się  nim 

interesował  -  przyglądał  mu  się  z  wyrazem  twarzy,  który  zdawał  się  świadczyć  o  czymś 

background image

więcej, aniŜeli o zwykłej chciwości czy zawiści. Widniejące na pierścieniu hieroglify zdawały 

się przywoływać w jego prostym, acz bystrym umyśle dziwne, mgliste wspomnienia, choć z 

całą  pewnością  nie  mógł  ich  wcześniej  oglądać.  W  ciągu  kilku  tygodni  od  swego  przybycia 

do  kopalni,  Romero  stał się  nieomal  moim  wiernym  sługą,  mimo  Ŝe  byłem  przecieŜ  jedynie 

zwykłym, szarym górnikiem. 

Nasze rozmowy były z konieczności ograniczone. Romero znał jedynie kilka słów po 

angielsku,  ja  zaś  stwierdziłem,  Ŝe  mój  oxfordzki  hiszpański  znacznie  róŜnił  się  od  patois 

peonów z Nowej Hiszpanii. 

Wypadek  o  którym  mam  tu  opowiedzieć,  był  na  dłuŜszą  metę  nie  zapowiedziany. 

Pomimo  iŜ  Romero  interesował  mnie,  a  on  z  kolei  wydawał  się  być  przyciągany  do  mnie 

przez  tajemniczy  pierścień,  sądzę,  Ŝe  Ŝaden  z  nas  nie  spodziewał  się  tego,  co  nastąpiło  po 

kolejnym wielkim wybuchu w kopalni. 

Geologiczne  przewidywania  zakładały  rozszerzenie  kopalni  przez  pogłębienie 

głównego szybu, od najniŜej połoŜonej części podziemnego wyrobiska. Kierownik, sądząc iŜ 

napotkają  jedynie  litą  skałę  nakazał  załoŜenie  zwiększonego  ładunku  dynamitu.  Ani  ja,  ani 

Romero nie byliśmy przy tym, toteŜ po raz pierwszy o niezwykłym odkryciu dowiedzieliśmy 

się od innych robotników. 

Ładunek  -  być  moŜe  jeszcze  silniejszy  niŜ  wcześniej  postanowiono  -  zdał  się 

wstrząsnąć  posadami  całej  góry.  Fala  uderzeniowa  wybiła  wszystkie  okna  w  barakach 

ustawionych na górskim zboczu, a górników znajdujących się w podziemiach dosłownie zbiła 

z  nóg.  Jezioro  Klejnotów,  połoŜone  powyŜej  miejsca  zdarzenia,  zafalowało  jakby  przeszło 

nad  nim  tornado.  Przy  bliŜszym  zbadaniu  okazało  się,  Ŝe  pod  miejscem  gdzie  załoŜono 

ładunek, otwarła się nowa, mroczna czeluść, tak monstrualna, Ŝe do jej dna nie sięgały Ŝadne 

ze znajdujących się w obozowisku lin, ani światło lamp. 

Zakłopotani  górnicy  udali  się  na  dłuŜszą  rozmowę  z  kierownikiem,  który  nakazał  by 

do szybu zniesiono cały zapas lin, powiązano je i opuszczono w głąb czeluści w celu odkrycia 

i zbadania dna otchłani. 

Niedługo  potem  bladzi  robotnicy  powiadomili  kierownika  o  swoim  niepowodzeniu. 

Zdecydowanie,  acz  taktownie  dali  do  zrozumienia,  Ŝe  nie  wejdą  juŜ  więcej  do  szczeliny  ani 

nie zamierzają ponownie podjąć pracy w kopalni, dopóki otwór nie zostanie zasypany. 

Musieli  najwyraźniej  mieć  do  czynienia  z  czymś  niewytłumaczalnym,  bo  jak  sami 

stwierdzili, otchłań w głębi szybu zdawała się nie mieć końca. 

Kierownik  nie  ukarał  ich,  ani  nie  upomniał.  Miast  tego  zamyślił  się  głęboko, 

zastanawiając się nad planami na kolejny dzień. 

background image

Tego wieczora nocna zmiana nie podjęła pracy. O drugiej w nocy na górskim zboczu 

zaczął posępnie wyć samotny kojot. 

W  odpowiedzi,  gdzieś  spomiędzy  baraków,  rozległo  się  szczekanie  psa;  nie  sposób 

określić, czy pies szczekał na kojota czy na coś innego. 

Zanosiło się na deszcz. 

Wokół  wierzchołków  gór  zbierały  się  burzowe  chmury  o  dziwnych  kształtach, 

przesuwające  się  chyŜo  po  atramentowym  niebie,  które,  spoza  wielu  warstw  cirrostratusów, 

usiłował rozświetlić swym blaskiem blady sierp księŜyca. 

Obudził  mnie  głos  Romera,  dochodzący  z  pryczy  powyŜej  -  głos  przepełniony 

podnieceniem, napięciem i niepojętym dla mnie wyczekiwaniem. 

- Madre de Dios! El sonido. Ese sonido. Orga Vd! Lo oyte Vd? 

- Senior, Ten dźwięk! 

Nadstawiłem  ucha,  zastanawiając  się  o  co  mu  chodziło. Słychać  było  jedynie  kojota, 

psa  i  burzę,  przy  czym  ta  ostatnia  wyraźnie  przybierała  na  sile,  a  wiatr  zawodził  z  coraz 

większą  zaciętością.  Za  oknem  baraku  widać  było  bladosrebrzyste  smugi  błyskawic. 

Zwróciłem się do zdenerwowanego Meksykanina pytając go o odgłosy, które słyszałem. 

- El coyote? El perro? El viento? Romero nie odpowiedział. Wyszeptał tylko, z trwogą 

w głosie: 

- El ritmo, Senior. El ritmo de la tierra. 

- To pulsowanie w ziemi! 

Teraz i ja je usłyszałem; usłyszałem i nie wiedząc czemu wzdrygnąłem się. Gdzieś z 

ziemi, głęboko pode mną, dobywał się dźwięk, rytm, jak to określił peon, który choć słaby był 

w stanie zdominować wycie kojota, szczekanie psa czy zawodzenie nadciągającej burzy, nie 

sposób  tego  opisać;  i  bynajmniej  nie  zamierzam  tego  czynić.  Być  moŜe  dałoby  sieje 

porównać  do  rytmu  silników  w  maszynowni  wielkiego  okrętu,  pulsowania  wyczuwanego 

poprzez  deski  pokładu,  ale  nie  było  ono  tak  zimne,  suche  i  mechaniczne  -  nie  było 

pozbawione  elementów  Ŝycia  i  świadomości.  Spośród  wszystkich  tych  cech  najbardziej 

uderzyło mnie poczucie niepojętej głębi. 

W myślach przemknął mi fragment z Glanvila, który Poe cytował z tak wstrząsającym 

efektem: 

„Ogrom,  głębia  i  niezmienność  Jego  dzieł,  które  zawierają  w  sobie  większą  czeluść, 

aniŜeli studnia Demokryta”. 

Nagle Romero poderwał się ze swojej pryczy zatrzymując się przede mną, by łypnąć 

na  dziwny  pierścień  na  mojej  dłoni,  połyskujący  osobliwie  w  świetle  błyskawic,  po  czym 

background image

skierował  wzrok  w  stronę  szybu  kopalni.  Ja  równieŜ  wstałem  i  przez  dłuŜszą  chwilę 

trwaliśmy  w  bezruchu  wsłuchując  się  w  niewiarygodny  rytm,  który,  jak  wszystko  na  to 

wskazywało, przybierał na sile. 

Zgoła  bezwolnie  poczęliśmy  przesuwać  się  ku  drzwiom  które,  łomoczące  i  targane 

podmuchami wichury, dawały nam kojące poczucie ziemskiej rzeczywistości. 

Ś

piew  w  czeluści  -  bo  tym  właśnie  zdawał  się  być  ów  dźwięk  -  narastał  i  stawał  się 

coraz wyraźniejszy. Nagle obu nas przepełniła nieodparta chęć, by wybiec w szalejącą burzę i 

zanurzyć się w posępną, mroczną otchłań szybu. 

Nie  napotkaliśmy  nikogo  -  robotnicy  zostali  bowiem  zwolnieni  z  nocnej  zmiany  i 

najprawdopodobniej  przesiadywali  teraz  w  Dry  Gulch,  karmiąc  jakiegoś  ospałego  barmana 

garścią złowieszczych plotek. Jedynie okno chaty stróŜa jarzyło się Ŝółtym światłem, niczym 

Oko  Opatrzności.  Przez  krótką  chwilę  zastanawiałem  się  jak  rytmiczny  dźwięk  wpłynął  na 

stróŜa; Romero jednak szedł teraz szybciej i niezwłocznie podąŜyłem za nim. 

Gdy  weszliśmy  do  szybu,  dźwięk  dochodzący  z  dołu  stał  się  wreszcie  wyraźny  i 

rozpoznawalny.  Z  przeraŜeniem  stwierdziłem,  iŜ  kojarzy  mi  się  on  z  jakąś  orientalną 

ceremonią,  której  towarzyszy  bicie  w  bębny  i  chóralne  śpiewy.  Jak  zapewne  zdajecie  sobie 

sprawę  spędziłem  w  Indiach  sporo  czasu  i  niejedno  miałem  okazję  zobaczyć.  Romero  i  ja 

przemierzaliśmy  kolejne  korytarze  i  schodząc  po  drabinkach,  zdawałoby  się  bez  odrobiny 

wahania,  zbliŜaliśmy  się  ku  przywołującemu  nas  nieznanemu.  W  głębi  serca  odczuwałem 

dręczący strach, niepokój i niepewność. 

W  pewnym  momencie  miałem  wraŜenie,  Ŝe  popadłem  w  obłęd  -  stało  się  to  wtedy, 

gdy zastanawiałem się jakim cudem, pomimo, iŜ nie mieliśmy świec ani lamp, coś oświetlało 

nam  drogę.  Uświadomiłem  sobie,  iŜ  stary  pierścień  na  moim  palcu  emanował  dziwnym 

blaskiem,  który  rozrzedzał  mrok  panujący  w  wilgotnym  korytarzu  rozciągającym  się  na 

wprost i wokół nas. 

Nagle,  bez  ostrzeŜenia,  Romero  ześlizgnąwszy  się  po  jednej  z  szerokich  drabinek, 

puścił się biegiem pozostawiając mnie samego. 

Jakaś  nowa,  dziwna  nuta  w  odgłosach  bębnów  i  śpiewie  -  dla  mnie  praktycznie 

niezauwaŜalna  -  wywarła  nań  niewiarygodny  wpływ.  Mój  towarzysz  z  dzikim  okrzykiem 

pomknął przed siebie i znikł w panującym w głębi korytarza półmroku. 

Słyszałem  jego  powtarzające  się  krzyki,  gdy  biegnąc  kilkakrotnie  się  potknął  i 

ześlizgiwał  się  jak  oszalały  po  rozchwianych  drabinkach.  Pomimo  iŜ  byłem  przeraŜony, 

zdołałem zwrócić uwagę, Ŝe jego słowa - te artykułowane - wypowiadane były w nie znanym 

mi  języku.  Ostre,  ale  wyraziste  wielosylabowe  wyrazy  zastąpiły  mieszankę  kiepskiego 

background image

hiszpańskiego i jeszcze gorszego angielskiego, którym się zwykle posługiwał, a spośród nich 

najbardziej znajomym i zrozumiałym wydawało się głośne: „HUITZILOFOTCHLI”. 

Później zdołałem odnaleźć to słowo w dziełach  wielkiego historyka - i  wzdrygnąłem 

się, kiedy zrozumiałem jego znaczenie. 

Kulminacja  owej  okropnej  nocy  była  złoŜona,  choć  krótka  i  rozpoczęła  się  z  chwilą, 

kiedy dotarłem do ostatniej, w naszej podróŜy, jaskini. 

Z  ciemności  przede  mną  dobiegł  ostatni  wrzask  Meksykanina,  po  którym  rozległ  się 

chór  tak  nieczystych,  bluźnierczych  głosów,  Ŝe  nie  mógłbym  usłyszeć  go  powtórnie  i 

pozostać  przy  Ŝyciu.  W  tym  momencie  miałem  wraŜenie,  jakby  wszystkie  ukryte  lęki, 

koszmary  i  potworności  ziemi  ujawniły  się  w  zjednoczonym  wysiłku  opanowania  całej 

ludzkiej rasy. Jednocześnie blask mego pierścienia zgasł i zobaczyłem nowe światło bijące z 

dołu,  o  kilka  stóp  przede  mną.  Dotarłem  do  czeluści,  która  jarzyła  się  teraz  czerwonawo,  i 

która bez wątpienia pochłonęła nieszczęsnego Romero. 

ZbliŜywszy się, zajrzałem ponad krawędzią w głąb bezdennej otchłani, której wnętrze 

stanowiło  teraz  istne  pandemonium  buchających  płomieni  i  upiornego  ryku.  Z  początku  nie 

zauwaŜyłem  nic  prócz  świecącego,  mglistego,  wirującego  obłoku  -  jednak  juŜ  po  chwili,  z 

chaosu  poczęły  wyłaniać  się  kształty  i  ujrzałem...  czyŜby  to  był  Juan  Romero?  BoŜe!  Nie 

odwaŜę  się  powiedzieć  wam  co  zobaczyłem!  Nagle,  jakaś  moc  z  niebios  przyszła  mi  z 

pomocą  pozbawiając  mnie  zarówno  wzroku  jak  i  słuchu,  w  jednym  rozdzierającym  huku, 

przeraźliwej kakofonii dźwięków, jaka mogła towarzyszyć zderzeniu się  w kosmosie dwóch 

wszechświatów. 

Nastał chaos, a potem zaznałem spokoju zapomnienia. 

Nie wiem jak mam mówić dalej,  gdyŜ w  grę wchodzą dwa osobliwe zdarzenia, choć 

zrobię co w mojej mocy. Nawet nie będę się starał oddzielać rzeczywistości od ułudy. 

Kiedy  się  obudziłem,  leŜałem  bezpieczny  na  mojej  pryczy,  a  okno  barwiła  czerwona 

poświata  wschodzącego  słońca.  W  pewnej  odległości,  na  stole,  leŜało  martwe  ciało  Juana 

Romero,  otoczone  przez  grupkę  ludzi,  wśród  których  zauwaŜyłem  teŜ  obozowego  doktora. 

MęŜczyźni rozmawiali o dziwnej śmierci, która zaskoczyła Meksykanina  we śnie. Śmierć ta 

musiała być w jakiś sposób związana z wyjątkowo silnym piorunem, który uderzył i zatrząsł 

całą  górą.  Nie  było  Ŝadnych  widocznych  śladów,  a  autopsja  nie  stwierdziła  konkretnej 

przyczyny zgonu Romero. 

Z fragmentów rozmów jasno wynikało, Ŝe w nocy ani ja, ani Juan nie opuszczaliśmy 

baraku,  i  Ŝe  obaj  smacznie  spaliśmy  podczas  przeraŜającej  burzy,  jaka  rozszalała  się  nad 

Górami  Kaktusowymi.  Burza  ta  -  stwierdzili  robotnicy,  którzy  weszli  do  szybu  kopalni  - 

background image

spowodowała potęŜny zawał i całkowite zasypanie głębokiego otworu, którego pojawienie się 

poprzedniego  dnia  spowodowało  tyle  kłopotów  i  niepokojów.  Kiedy  zapytałem  stróŜa  jakie 

odgłosy słyszał przed owym potwornym hukiem gromu, odparł, Ŝe wycie kojota, szczekanie 

psa i zawodzenie wiatru. Nic więcej. Nie wątpiłem, Ŝe mówił prawdę. 

Po  podjęciu  robót  kierownik,  pan  Arthur,  wezwał  kilku  zaufanych  ludzi,  aby 

przeprowadzić  parę  prób  wokół  miejsca,  w  którym  otworzyła  się  bezdenna  otchłań.  Niezbyt 

ochoczo,  ale  jednak  wykonali  polecenie  i  przeprowadzili  głębokie  wiercenia.  Rezultaty  były 

nader interesujące i osobliwe. Pokrywa szczeliny, kiedy ją otwarto była bardzo cienka, teraz 

jednak  wszystko  wskazywało  na  to,  iŜ  górnicy  wiercili  otwory  w  litej  skale.  Nie  znalazłszy 

nic  więcej,  i  ani  grama  złota,  kierownik  nakazał  wstrzymanie  prac.  Czasami  jednak,  kiedy 

pogrąŜony  w  zamyśleniu  siedzi  przy  swoim  biurku,  na  jego  obliczu  pojawia  się  wyraz 

zdziwienia i zakłopotania. 

NaleŜy  wspomnieć  o  jeszcze  jednej  dziwnej  rzeczy,  niedługo  po  tym  jak  obudziłem 

się rano, po nocnej burzy, stwierdziłem iŜ nie mam na palcu swego hinduskiego pierścienia. 

Nie  potrafiłem  tego  wyjaśnić.  Był  dla  mnie  bardzo  cenny,  ale  mimo  to  jego  zniknięcie 

sprawiło  mi  wyraźną  ulgę.  JeŜeli  było  to  sprawką  któregoś  z  górników,  musiał  być  on 

naprawdę  wyjątkowo  sprytnym  złodziejem,  umiejącym  szybko  i  sprawnie  pozbywać  się 

swoich  łupów,  gdyŜ  pomimo  ogłoszeń  i  przeszukań  dokonanych  przez  policję,  pierścień 

nigdy się nie odnalazł. W gruncie rzeczy wątpię, aby skradły mi go ręce śmiertelnika, bowiem 

w Indiach nauczono mnie wielu dziwnych, sekretnych rzeczy. 

Moje zdanie na temat tego zdarzenia zmienia się od czasu do czasu.  Za  dnia, niemal 

przez  cały  rok,  jestem  skłonny  przypuszczać,  iŜ  większość  tego  co  doświadczyłem  była 

jedynie  snem.  Bywa  jednak,  Ŝe  jesienią,  gdy  o  drugiej  w  nocy  wiatr  i  zwierzęta  zawodzą 

Ŝ

ałośnie,  mam  wraŜenie,  iŜ  odbieram  dochodzące  z  wnętrza  ziemi  upiorne,  rytmiczne 

pulsowanie... i czuję, Ŝe przemiana Juana Romero była naprawdę przeraŜająca. 

background image

FESTYN (TE FESTIVAL) 

Wezwany  przez  Ojców,  szedłem  wzdłuŜ  brzegu  Wschodniego  Morza.  Wędrowałem 

do miejsca, którego nigdy nie widziałem, ale o którym często śniłem - ku pradawnemu miastu 

moich przodków. 

Był  czas  Yuletide,  które  ludzie  nazywają  BoŜym  narodzeniem,  choć  jednak  w  głębi 

serc  wiedzą,  Ŝe  jest  starsze  niŜ  Betlejem  i  Babilon,  starsze  niŜ  Memphis  i  cała  ludzkość.  To 

właśnie jest Yuletide! 

Dotarłem w końcu do pradawnego nadmorskiego miasteczka, gdzie zamieszkiwał mój 

lud  i  zachowywał  tradycję  festynu  nawet  w  tych  czasach,  kiedy  był  zakazany;  Ojcowie 

nakazali synom, aby urządzali podobny festyn raz na sto lat; nie chcieli bowiem, by pamięć o 

starych sekretach poszła w zapomnienie. Lud mój był stary; był juŜ stary, kiedy przed trzystu 

laty do kraju tego przybyli osadnicy. Był dumny, bowiem jego śniadolicy, skryci członkowie 

pochodzili  z  południa,  gdzie  rosły  gaje  orchidei  i  opium  i  mówili  innym  językiem,  zanim 

nauczyli się języka błękitnookich rybaków. 

Teraz  zaś  byli  rozproszeni  i  łączyły  ich  jedynie  rytuały  misteriów,  których  Ŝaden 

Ŝ

yjący nie był w stanie zrozumieć. 

Ja  byłem  tym,  który  wracał  tej  nocy  do  starej  rybackiej  osady,  bowiem,  jak  kaŜe 

legenda, tylko biedni i samotni pamiętają. 

Za  załomem  wzgórza  ujrzałem  Kingsport  rozpościerające  się  w  mroźnej,  srebrnej 

poświacie;  ośnieŜone  Kingsport  ze  swymi  pradawnymi  chorągiewkami,  wieŜyczkami, 

kominami,  kalenicami,  nabrzeŜem  i  niewielkimi  mostkami,  wierzbami  i  cmentarzami,  z 

bezkresnym  labiryntem  wąskich,  stromych,  krętych  uliczek  i  przyprawiającym  o  zawrót 

głowy  wzniesieniem  centralnym,  nad  którym  górował,  nietknięty  przez  czas,  kościół. 

Przypominająca  gąszcz  kombinacja  kolonialnych  domków,  rozstawionych  pod  róŜnorakim 

kątem,  duŜych  i  małych,  parterowych  i  piętrowych  przywodziła  na  myśl  klocki,  rozsypane 

przez  rozkapryszone  dziecko.  Ponad  osadą  unosił  się  na  mrocznych  skrzydłach  cień 

staroŜytności; przemykał ponad pobielonymi przez zimę topolami i dwuspadowymi dachami. 

Latarnie  i  wielopanelowe  okna,  jedno  po  drugim,  rozpalały  się  w  zimnym  zmierzchu 

dołączając do Oriona i archaicznych gwiazd. 

Fale  tłukły  zaciekle  o  przegniłe  nabrzeŜe;  tajemnicze  odwieczne  morze,  z  którego  w 

dawniejszych czasach przybył mój lud. 

Obok  drogi,  w  pewnej  odległości  od  posępnego  wierzchołka  wzniesienia, 

background image

omiecionego  do  czysta  podmuchami  wiatru,  ujrzałem  cmentarz,  na  którym  czarne  nagrobne 

kamienie  wyzierały  upiornie  ze  śniegu,  niczym  gnijące  paznokcie  gigantycznego  trupa. 

Niewidoczna droga była bardzo odludna i czasami wydawało mi się, Ŝe słyszę dobiegający z 

oddali skrzyp szubienicy na wietrze. 

LeŜało  tu  czterech  moich  ziomków.  Powieszono  ich  w  1692  roku,  podejrzewając  o 

czary, choć nie wiedziałem, gdzie to dokładnie się stało. 

Schodząc  ze  wzgórza  ku  brzegowi  morza  nasłuchiwałem  radosnych  wieczornych 

odgłosów  dochodzących  z  wioski,  ale  -jak  się  okazało  -  bezskutecznie. Pomyślałem  o  porze 

roku  i  doszedłem  do  wniosku,  Ŝe  ci  starzy  Purytanie  mogą  mieć  zupełnie  inne  świąteczne 

zwyczaje i być moŜe siedzą teraz przy kominkach pogrąŜeni w cichej, acz Ŝarliwej modlitwie. 

Przestałem  oczekiwać  radosnych  odgłosów  ani  nie  wypatrywałem  wędrowców.  Schodziłem 

dziarsko  w  dół  mijając  ciche,  oświetlone  wiejskie  chaty  i  mroczne  kamienne  ściany.  Szyldy 

starych sklepów i nadmorskich tawern skrzypiały w podmuchach słonej bryzy, a groteskowe 

kołatki  na  drzwiach  otoczonych  z  dwóch  stron  kolumienkami,  lśniły  w  blasku  płynącym  z 

niewielkich, zaciągniętymi zasłonami, okien.  

Widziałem mapy miasta  i wiedziałem gdzie znajdę dom mego ludu. Powiedziano, Ŝe 

zostanę  rozpoznany  i  powitany  z  radością  -  legendy  w  osadzie  mają  bowiem  długi  Ŝywot. 

Pospiesznie dotarłem przez Back Street do Circle Court i poprzez świeŜy śnieg, pokrywający 

jedyną  brukowaną  ulicę  w  mieście,  przeszedłem  do  rozgałęzienia  Green  Lane,  na  tyłach 

Market House. Stare mapy okazały się dokładne  i nie miałem najmniejszych problemów. W 

Arkham  musieli  jednak  kłamać  twierdząc,  Ŝe  docierają  tu  tramwaje,  gdyŜ  nie  zauwaŜyłem 

przeciągniętych w górze przewodów. Szyny ukryłby śnieg. Byłem zadowolony, Ŝe idę pieszo, 

bowiem  ze  wzgórza  osada  prezentowała  się  wręcz  urzekająco.  Nie  mogłem  się  doczekać, 

kiedy wreszcie zastukam do drzwi mego ludu, siódmego budynku po lewej, przy Green Lane, 

ze starym spiczastym dachem i wystającym pięterkiem, zbudowanego przed 1650 rokiem. 

Kiedy  tam  dotarłem,  w  domu  paliło  się  światło,  a  ujrzawszy  „diamentowe”  szybki 

okna stwierdziłem, Ŝe budynek musiał być zachowany w niemal nienaruszonym stanie. Górna 

część  zwieszała  się  nad  wąską,  zarośniętą  przez  trawę  ulicą  i  niemal  stykała  się  z  nawisem 

piętra  domu  naprzeciwko.  Tym  samym  znalazłem  się  w  swego  rodzaju  tunelu,  gdzie  na 

pojedynczym  kamiennym  stopniu  nie  było  nawet  płatka  śniegu.  Chodnika  tu  nie 

uświadczyłeś,  ale  w  wielu  domach  do  wysoko  umieszczonych  drzwi  dochodziło  się  wzdłuŜ 

podwójnej kondygnacji schodów z barierkami z kutego Ŝelaza. 

Było  to  nader  osobliwe  a  poniewaŜ  nie  znałem  Nowej  Anglii  nigdy  dotąd  nie 

widziałem  czegoś  podobnego.  Pomimo  iŜ  wszystko  to  bardzo  mi  się  podobało,  byłbym 

background image

bardziej  rad  gdybym  ujrzał  na  śniegu  ślady  stóp  ludzi  na  ulicach  i  odciągnięte  zasłony  w 

przynajmniej kilku mijanych oknach. 

Kiedy  zastukałem,  posługując  się  przy  tym  starą  Ŝelazną  kołatką,  byłem  juŜ  na  wpół 

przeraŜony.  W  moim  wnętrzu  wzbierał  jakiś  nieokreślony  strach,  być  moŜe  wywołała  go 

osobliwość  mojego  dziedzictwa,  posępność  wieczoru  lub  teŜ  dziwna  cisza  panująca  w  tym 

osobliwym  mieście.  Kiedy  zaś  odpowiedziano  na  moje  stukanie,  przeraziłem  się  jeszcze 

bardziej,  bo  zanim  drzwi  uchyliły  się  ze  skrzypnięciem,  nie  słyszałem  aby  ktoś  do  nich 

podchodził.  Strach  mój  nie  trwał  jednak  długo,  gdyŜ  zobaczyłem  przed  sobą  odzianego  w 

nocną  koszulę  starca  w  papuciach  i  widok  ten,  oraz  jego  dobrotliwy  wyraz  twarzy,  w 

znacznym  stopniu  mnie  uspokoił.  Staruszek  dał  mi  znak,  Ŝe  był  niemową.  Rysikiem  na 

woskowej tabliczce, którą miał przy sobie, napisał mi nader oryginalne, pradawne powitanie. 

Skinął  na  mnie  i  wszedłem  do  niskiego,  oświetlonego  blaskiem  świec  pokoju  z 

masywnymi,  odsłoniętymi  belkami  stropowymi  i  ciemnymi,  mocnymi  -  choć  nielicznymi  - 

siedemnastowiecznymi  meblami.  Przeszłość  nadal  Ŝyła  w  tym  domu  -  nie  zapomniano  o 

najdrobniejszych  szczegółach.  Był  tu  ogromny  kominek  oraz  kołowrotek,  przy  którym 

siedziała  zgrzybiała  staruszka  odwrócona  do  mnie  plecami.  Miała  na  sobie  luźny  szlafrok  i 

czepek  na  głowie.  Przędła  w  milczeniu,  co  mogło  wydawać  się  dziwne,  była  przecieŜ  pora 

ś

wiąt.  Miejsce  to  zdawało  się  być  przesiąknięte  do  cna  wilgocią  i  w  głębi  duszy 

zastanawiałem się jak to moŜliwe, iŜ pali się tu ogień. 

Lawa  z  wysokim  oparciem  stała  na  wprost  zasłoniętego  okna  i  wydawało  mi  się,  Ŝe 

ktoś na niej siedział; nie byłem tego jednak zbyt pewny. To, co zobaczyłem, bynajmniej nie 

przypadło mi do gustu i ponownie ogarnął mnie dziwny lęk. 

Strach  ów,  pomimo  iŜ  wcześniej  zelŜał,  zaczął  narastać  ze  wzmoŜoną  siłą,  bo  im 

dłuŜej wpatrywałem się w rozjaśnioną dobrotliwym uśmiechem twarz staruszka, tym bardziej 

mnie  ona  przeraŜała.  Oczy  w  ogóle  się  nie  poruszały,  a  skóra  przypominała  bardziej  wosk. 

Ostatecznie  doszedłem  do  wniosku,  iŜ  nie  była  to  wcale  twarz,  ale  diabelska,  sprytnie 

spreparowana maska. Nagle stare, zwiotczałe dłonie odziane - nie wiedzieć czemu - w czarne 

rękawiczki  poruszyły  się  przesuwając  rysikiem  po  tabliczce  i  dowiedziałem  się,  Ŝe  muszę 

zaczekać zanim zostanę zaprowadzony na miejsce festynu. 

Wskazawszy  na  krzesło,  stół  i  stertę  ksiąg  starzec  wyszedł  z  pokoju;  kiedy  zaś 

usiadłem  zamierzając  pogrąŜyć  się  w  lekturze,  poczułem  iŜ  księgi,  bez  wyjątku,  cuchnęły 

pleśnią  i  wilgocią,  natrafiłem  wśród  nich  na  niesamowite  „Cuda  Nauki”  starego  Marrystera, 

przeraŜające  „Saducismus  Triumphatus”  Josepha  Glanvila,  opublikowane  w  1681  roku, 

szokującą  „Daemonoatreje”  Remigiusa,  wydaną  w  1595  roku  w  Lyonie  i  najgorszy  ze 

background image

wszystkich,  odraŜający,  plugawy  „Necronomicon”  szalonego  Araba  Abdula  Alhazreda  w 

zakazanym  tłumaczeniu  łacińskim  Olausa  Wormiusa.  KsiąŜki  tej  nigdy  nie  widziałem,  ale 

słyszałem  krąŜące  na  jej  temat  bluźniercze  plotki.  Nikt  się  do  mnie  nie  odezwał,  ciszę 

zakłócało jedynie skrzypienie poruszanych wiatrem szyldów na zewnątrz i turkot kołowrotka, 

gdyŜ staruszka w  czepku przędła z nieprzerwaną  milczącą zaciętością.  Zarówno pokój, jak i 

ludzie,  i  księgi  wydali  mi  się  wyjątkowo  posępni  i  niepokojący,  ale  poniewaŜ  pradawna 

tradycja  mych  ojców  przyzwyczaiła  mnie  do  dziwnych  obrzędów,  osobliwość  tego,  co  tu 

zobaczyłem  nie  zaskoczyła  mnie  aŜ  tak  bardzo.  Próbowałem  więc  czytać  i  niebawem, 

dygocząc z niepokoju, pogrąŜyłem się w lekturze szalonego „Necronomiconu” odnalazłszy w 

nim  pewien  wyjątkowo  zajmujący  fragment,  myśli  i  legendę,  zbyt  upiorną,  aby  człowiek 

mógł  zachować  zdrowe  zmysły  i  świadomość.  Nagle  wydało  mi  się,  Ŝe  usłyszałem  trzask 

zamykanego okna, przy którym stała ława, jakby wcześniej ktoś ukradkiem je odchylił. 

Zaraz  potem  rozległo  się  brzęczenie  i  turkot,  ale  inny  niŜ  dźwięk  pracującego 

kołowrotka staruszki. Było jednak bardzo ciche, gdyŜ kądziel staruszki wirowała przeraźliwie 

szybko, a niebawem do odgłosów w pokoju dołączyło bicie starego zegara. Nie widziałem juŜ 

osób  siedzących  na  ławie  i  do  reszty  pogrąŜyłem  się  w  przeraŜającej  lekturze,  gdy  nagle  do 

pokoju  powrócił  starzec  w  butach,  ubrany  w  luźny  stary  strój  i  usiadł  na  ławce  z  dala  ode 

mnie tak, Ŝe nie mogłem go widzieć. 

Wyczekiwanie  było  bardzo  denerwujące  a  wraŜenie  to  podwajała  obecność 

bluźnierczej  ksiąŜki,  którą  trzymałem  w  dłoniach.  Kiedy  wybiła  jedenasta  starzec  wstał, 

prześlizgnął się do masywnej, rzeźbionej komody stojącej w rogu i wyjął z niej dwa płaszcze 

z kapturami. Jeden nałoŜył sam, drugim zaś owinął staruszkę, która wreszcie przestała prząść. 

Następnie  oboje  ruszyli  ku  drzwiom  wyjściowym;  kobieta  wyraźnie  utykała,  starzec  zaś 

wyjąwszy mi z rąk ksiąŜkę, którą czytałem skinął na mnie, po czym nasunął kaptur głębiej na 

czoło i mroczny cień przesłonił jego nieruchome oblicze, czy moŜe raczej maskę. 

Wyszliśmy  na  ulicę  w  bezksięŜycową  noc  i  podąŜyliśmy  przez  labirynt  wąskich, 

krętych,  trudnych  do  przebycia  uliczek.  Gdy  szliśmy,  światła  w  oknach  z  zaciągniętymi 

zasłonami  gasły,  jedno  po  drugim.  Psia  Gwiazda  łypała  z  niebios  na  potoki  odzianych  w 

płaszcze  i  peleryny  postaci,  wypływające  bezgłośnie  ze  wszystkich  bram,  wejść  i  drzwi, 

formujących  gigantyczne  procesje  sunące  ulicami,  mijające  skrzypiące  na  wietrze, 

zardzewiałe  szyldy  i  przedpotopowe  topole,  przesuwające  się  obok  chat  ze  słomianymi 

dachami  i  diamentowymi  wielopanelowymi  oknami,  przemykające  w  pośpiechu  alejkami, 

gdzie popadające w ruinę domy osuwając się nadgryzione zębem czasu na siebie, stykały się 

ś

cianami, aby później wspólnie obrócić się w  gruzy, przecinające otwarte place i dziedzińce 

background image

kościołów,  na  których  kołyszące  się  latarnie  tworzyły  przeraźliwe,  wirujące  w  obłędnym 

tańcu świetlne konstelacje. 

PodąŜałem  wraz  z  tymi  milczącymi  tłumami  w  ślad  za  moimi  cichymi 

przewodnikami; czułem uderzające mnie łokcie, które wydawały się nienaturalnie miękkie, i 

nacisk  podejrzanie  wiotkich  piersi  i  brzuchów;  nigdzie  jednak  nie  dostrzegłem  Ŝadnego 

oblicza,  ani  nie  usłyszałem  choćby  jednego  słowa.  Dziwne  procesje  pięły  się  coraz  wyŜej  i 

wyŜej w  górę: ujrzałem, Ŝe ich celem, miejscem w którym  gromadziły się tłumy, był szczyt 

pagórka pośrodku miasta, na którym wznosił się ogromny biały kościół. 

Widziałem  go  z  drogi  na  zboczu  wzgórza,  gdy  o  zmierzchu  przyglądałem  się 

Kingsport i zamarłem, gdy odniosłem wraŜenie, Ŝe przez krótką chwilę na końcu jego iglicy 

zdawał się balansować świecący jasno Aldebaran. 

Wokół  kościoła  znajdowała  się  otwarta  przestrzeń,  po  części  dziedziniec  z 

widmowymi  kolumnami,  po  części  zaś  na  wpół  wybrukowany  plac  omieciony  wiatrem  ze 

ś

niegu i otoczony plugawymi, archaicznymi domami o spiczastych dachach i górującymi nad 

nimi  topolami.  Ogniki  śmierci  tańczyły  nad  grobowcami  ukazując  przeraŜające  wizje,  choć 

mogło wydawać się osobliwe, iŜ nie rzucały one cieni. Po minięciu dziedzińca, gdzie nie było 

juŜ Ŝadnych domów, ujrzałem wierzchołek wzgórza i odbicie migoczących gwiazd w wodach 

zatoki,  samo  miasto  było  niewidoczne  w  ciemnościach.  Co  pewien  czas  zapalona  latarnia 

kołysząc  się  przemierzała  serpentynę  alejek,  aby  omieść  tłum,  który  obecnie  w  milczeniu 

znikał  wewnątrz  kościoła.  Odczekałem  aŜ  korowód  zniknie  w  mrocznym  wejściu  i 

zaczekałem aŜ do środka wejdą  ostatni sunący  wolno maruderzy. Starzec pociągnął mnie za 

rękę, ja jednak uparłem się, Ŝe będę ostatni. 

Przekroczywszy próg zatłoczonej świątyni, w której panowały egipskie ciemności, raz 

jeszcze  obejrzałem  się  za  siebie  i  omiotłem  spojrzeniem  dziedziniec  skąpany  w  dziwnej, 

przeraŜającej,  złowrogiej  fosforescencji.  Kiedy  to  uczyniłem  -  zadrŜałem.  Wiatr  nie 

pozostawił na szczycie pagórka zbyt wiele śniegu, widać było jedynie kilka białych spłachci 

przy  drzwiach,  jednak,  w  tej  krótkiej  chwili,  moje  oczy  nie  dostrzegły  na  nich  Ŝadnych 

ś

ladów stóp, nawet moich własnych. 

Kościół  był  słabo  oświetlony  kilkoma  latarniami,  gdyŜ  większość  ludzi,  którzy  tu 

weszli, zniknęli. Przechodzili główną nawą ku otwartej klapie zejścia prowadzącego do krypt, 

ziejących upiorną czernią poniŜej kazalnicy, bezgłośnie schodzili w duszną czeluść. Długość 

tego  milczącego  korowodu  była  zatrwaŜająca,  a  jeszcze  większą  grozą  napawał  mnie  widok 

upiornej procesji schodzącej w głąb sędziwego grobowca. Nagle zauwaŜyłem, Ŝe w posadzce 

grobowca znajdowała się szczelina i tam właśnie wchodzili milczący, czarno odziani ludzie; 

background image

w  chwilę  potem  wszyscy  schodziliśmy  po  złowieszczych,  kamiennych  stopniach;  wąskie, 

wilgotne schody wydzielające dziwny odór wiły się, zdawałoby się bez końca, w głąb trzewi 

wzgórza  wzdłuŜ  monotonnych  ścian,  ociekających  wilgocią  kamiennych  bloków  i 

odpadającej gipsowej zaprawy. 

Było  to  milczące,  szokujące  zejście  i  po  krótkiej  acz  przeraŜającej  przerwie 

zauwaŜyłem,  Ŝe  wygląd  ścian  i  podłoŜa  zmienił  się,  jakby  stopnie  wykute  zostały  w  litej 

skale.  Najbardziej  niepokoiło  mnie,  Ŝe  setki  schodzących  po  nich  stóp  nie  czyniło  Ŝadnego, 

nawet  najcichszego  dźwięku  czy  echa.  Po  kolejnych  eonach  chodzenia,  ujrzałem  kilka 

bocznych korytarzy czy nor prowadzących do tego nocnego korytarza tajemnic z nieznanych, 

atramentowe czarnych, czeluści. Niebawem stały się liczniejsze niczym bezboŜne katakumby 

bezimiennej  grozy;  bijący  z  nich  odór  rozkładu  stawał  się  wręcz  nie  do  zniesienia. 

Wiedziałem, Ŝe musieliśmy minąć zbocza góry i znajdowaliśmy się teraz gdzieś pod samym 

Kingsport; przeszył mnie dreszcz, kiedy uświadomiłem sobie, Ŝe miasto mogło być tak stare i 

do cna przeŜarte podziemnym złem. 

Niedługo  potem  ujrzałem  blask  posępnego,  trupiego,  bladego  światła  -  i  usłyszałem 

głuchy plusk, nie oglądających słonecznego światła, fal. 

Ponownie zadrŜałem,  gdyŜ wcale nie przypadły  mi do  gustu rzeczy, które przyniosła 

ze sobą noc i przez chwilę czułem rozgoryczenie i Ŝal do przodków, Ŝe wezwali mnie, abym 

przybył, by wziąć udział w pradawnym rytuale, kiedy nagle stopnie i korytarz poszerzyły się, 

usłyszałem kolejny dźwięk, piskliwie zawodzące, kpiące, falujące tony fletu i tuŜ przede mną 

roztoczyła  się  bezkresna  panorama  wewnętrznego  świata;  rozległy,  zarośnięty  i  przeŜarty 

grzybem  brzeg  oświetlony  buchającą  kolumną  plugawego  zielonkawego  ognia,  obmywany 

falami  szerokiej,  oleistej  rzeki  napływającymi  z  nieznanych  i  przeraŜających  otchłani,  by 

złączyć się z najczarniejszymi odmętami odwiecznego oceanu. 

Osłabły i zdyszany spojrzałem na ów bluźnierczy Erebus tytanicznych muchomorów, 

trędowaty  ogień  i  oleiste  wody  i  ujrzałem,  Ŝe  odziany  w  peleryny  tłum  utworzył  półokrąg 

wokół  buchającej  ogniem  kolumny.  To  był  rytuał  Yule,  starszy  niŜ  człowiek,  a  losem  jego 

było  go  przeŜyć;  pierwotny  rytuał  przesilenia  dnia  z  nocą  i  obietnicy  nadejścia  wiosny  po 

zimowych śniegach; rytuał ognia i wiecznej zieloności, światła i muzyki. 

I w tej posępnej grocie ujrzałem jak odprawiają rytuał, adorując plugawy słup ognia i 

wrzucając  w  mroczne  odmęty  wyrywane  garściami  lepkie  fragmenty  świecących 

pasoŜytniczych grzybów. 

Zobaczyłem to, a później ujrzałem jeszcze coś - amorficzną istotę kucającą w oddali i 

grającą  hałaśliwą  piskliwą  melodię  na  flecie;  poprzez  tony  fletu  wydawało  mi  się,  Ŝe 

background image

usłyszałem  mroŜące  krew  w  Ŝyłach  stłumione  trzepotanie,  dochodzące  z  tonących  w 

nieprzeniknionej ciemności czeluści jaskini. 

Najbardziej przeraziła mnie jednak płonąca kolumna, wytryskająca niczym gejzer lub 

wulkaniczna  lawa  z  niezgłębionych,  posępnych  miejsc,  nie  rzucająca  cienia,  jak  powinno  to 

mieć  miejsce  w  przypadku  zdrowego  ognia  i  pokrywająca  spękane  kamienie  plugawym, 

jadowitym grynszpanem. Szalony ten wir bowiem, nie dawał nawet odrobiny ciepła, a jedyne 

co się w nim zawierało to gliniasta wilgoć i zgnilizna śmierci i rozkładu. 

Człowiek, który mnie tu przyprowadził przecisnął się, by stanął na  wprost upiornego 

promienia  i  wykonał  kilka  sztywnych  ceremonialnych  ruchów  skierowanych  do  stojących 

przed  nim  w  półokręgu  postaci.  W  pewnych  stadiach  rytuału  zebrani  wykonywali  głęboki 

pokłon,  zwłaszcza  gdy  prowadzący  wznosił  nad  głową  zabrany  tu  ze  sobą  egzemplarz 

odraŜającego „Necronomiconu” - ja równieŜ biłem pokłony wraz z innymi. Nagle starzec dał 

sygnał  na  wpół  widocznemu  w  ciemności  fleciście  i  ton  dźwięków  zmienił  się,  stając  się 

nieco  głośniejszy  i  mniej  chwiejny  niŜ  dotychczas;  było  to  swoiste  preludium  do 

niewyobraŜalnego  i  zgoła  nieoczekiwanego  koszmaru.  Ujrzawszy  ową  zgrozę  o  mało  nie 

padłem na pokrytą porostami ziemię, gdyŜ moje serce stanęło z przeraŜenia. Zobaczyłem coś, 

co  nie  pochodziło  z  tego  czy  innego  świata,  ale  wprost  z  szalonych  przestrzeni  pomiędzy 

gwiazdami.  Z  niewyobraŜalnej  czerni  poza  gangrenicznym  blaskiem  zimnego  ognia,  z 

najdalszych  zakamarków  Tartaru,  przez  które  przetaczały  się  posępnie  czarne,  oleiste  fale 

rzeki, 

wyłoniło 

się 

trzepocząc 

skrzydłami 

stado 

oswojonych, 

wytrenowanych, 

chimerycznych, skrzydlatych istot, których ni słowem, ni okiem nie byłeś w stanie zmierzyć, i 

których wyglądu twój mózg z pewnością nie zdołałby zapamiętać. 

Nie były to kruki, krety, myszołowy, mrówki, nietoperze, wampiry ani gnijące ludzkie 

zwłoki, lecz coś czego nie potrafię i nie chcę sobie przytomnieć. 

Unosiły  się  niezdarnie  w  powietrzu,  pomagając  sobie  na  poły  dłońmi,  o  palcach 

połączonych  błoną,  na  poły  zaś  skórzastymi,  półprzeźroczystymi  skrzydłami;  kiedy  zaś 

dotarły  do  tłumu  okutanych  w  czarne  peleryny  uczestników  ceremonii,  ci,  jeden  po  drugim, 

poczęli  na  nie  wsiadać  i  odlatywać  ponad  ponurymi  czarnymi  falami  rzeki  w  głąb  jaskiń  i 

galerii mroku, gdzie trujące potoki zasilają przeraŜające i nieodkryte dotąd katarakty. 

Stara  prządka  odleciała  wraz  z  innymi,  starzec  zaś  pozostał  tylko  dlatego,  iŜ 

odmówiłem kiedy skinął na mnie, nakazując mi wskoczyć na grzbiet jednego z odraŜających 

stworzeń  i  zrobić  to  samo,  co  pozostali.  Dwie  skrzydlate  bestie  czekały  posłusznie  opodal. 

Kiedy zwlekałem, starzec wyjął swój rysik i tabliczkę, po czym napisał, Ŝe był prawdziwym 

wysłannikiem moich przodków, którzy załoŜyli kult Yule w tym pradawnym miejscu, Ŝe mój 

background image

powrót  został  z  góry  przewidziany  i  Ŝe  najbardziej  sekretne  tajemnice  miały  dopiero  zostać 

ujawnione.  Napisał  te  słowa  bardzo  starą  ręką,  a  kiedy  nadal  się  wahałem  -spomiędzy  fałd 

swej szaty wyjął pierścień z pieczęcią i zegarek, przy czym na obu tych przedmiotach widniał 

znak herbowy mojego rodu. W ten sposób starzec zamierzał potwierdzić prawdziwość swoich 

słów.  Był  to  jednak  odraŜający  dowód,  poniewaŜ  ze  starych  dokumentów  wiedziałem,  iŜ 

zegarek ów został pogrzebany wraz z moim pra-pra-pradziadkiem w 1698 roku. 

Potem  starzec  zsunął  z  głowy  kaptur.  Jego  oblicze  nosiło  pewne  cechy  rodzinnego 

podobieństwa,  ale  tylko  się  wzdrygnąłem,  byłem  bowiem  pewny,  Ŝe  ta  twarz  była  jedynie 

woskową maską. 

Trzepoczące  skrzydłami  stwory,  wyraźnie  zniecierpliwione,  drapały  szponami 

poszycie z mchów i, jak zauwaŜyłem, starzec był równie zaniepokojony jak one. Kiedy jeden 

ze  stworów  zaczął  oddalać  się  chwiejnym  krokiem,  starzec  odwrócił  się  gwałtownie,  by  go 

zatrzymać;  ruch  ten  sprawił,  Ŝe  woskowa  maska  obsunęła  się  z  tego,  co  powinno  być  jego 

głową... 

I  wtedy,  poniewaŜ  upiorna  postać  oddzielała  mnie  od  kamiennych  schodów,  którymi 

tu  dotarliśmy,  rzuciłem  się  szczupakiem  w  oleiste  fale  podziemnej  rzeki  docierającej  gdzieś 

hen,  do  podmorskich  jaskiń.  Dałem  nurka  w  głąb  gnijących  soków  wewnątrz  ziemskich 

koszmarów,  zanim  moje  szalone  wrzaski  zdołałyby  sprowadzić  do  tej  groty  wszystkie 

piekielne  legiony,  jakie  mogły  czaić  się  w  tych  cuchnących  śmiercią,  zgnilizną  i  morem 

czeluściach. 

W  szpitalu  powiedziano  mi,  Ŝe  o  świcie  znaleziono  mnie  na  wpół  zamarzniętego  w 

zatoce Kingsport, ściskającego kurczowo unoszący się na falach fragment krokwi, którą zesłał 

mi  los,  by  mnie  ocalić.  Powiedzieli,  Ŝe  poprzedniej  nocy  musiałem  skręcić  w  niewłaściwą 

odnogę drogi prowadzącej na wzgórze i spadłem z krawędzi klifu w Orange Point; wszystko 

to  wydedukowali  na  podstawie  odnalezionych  śladów.  Nic  nie  mogłem  im  powiedzieć, 

poniewaŜ  teraz  wszystko  było  zmienione.  Dokładnie  wszystko,  począwszy  od  szerokich 

okien,  za  którymi  było  widać  morze  dachów,  z  których  jedynie  pięć  było  starych,  poprzez 

odgłosy tramwajów i automobilów, przejeŜdŜających ulicami, poniŜej. Upierali się, Ŝe to było 

Kingsport i nie mogłem temu zaprzeczyć. Kiedy  doznałem ataku histerii na wieść, iŜ szpital 

stał  w  pobliŜu  starego  cmentarza  na  Central  Hill,  wysłali  mnie  do  szpitala  St.  Mary’s  w 

Arkham,  gdzie  zapewniono  mi  lepszą  opiekę.  Podobało  mi  się  tam,  lekarze  byli  bardziej 

ś

wiatli  i  nawet  wykorzystali  swoje  wpływy,  by  wypoŜyczyć  dla  mnie  skrzętnie  ukrywaną 

kopię  odraŜającego  „Necronomiconu”  szalonego  Alhazreda,  trzymanego  pod  kluczem  w 

bibliotece  uniwersytetu  Miskatonic.  Powiedzieli  coś  o  „psychozie”  i  przyznałem,  Ŝe  będzie 

background image

lepiej,  jeśli  oczyszczą  mój  umysł  z  wszelkich  kalających  go  potencjalnych  obsesji.  Dlatego 

teŜ przeczytałem ów przeraŜający, plugawy rozdział i wzdrygnąłem się ponownie, poniewaŜ 

wcale  nie  był  dla  mnie  niczym  nowym.  Widziałem  go  juŜ  wcześniej,  a  ślady  stóp  niechaj 

mówią  sobie  co  chcą;  gdzie  zaś  zobaczyłem  tę  księgę,  niechaj  zostanie  jak  najszybciej 

zapomniane. Na jawie nie było nikogo, kto mógłby mi o tym przypominać - niemniej jednak 

moje sny przepełnione są grozą wywołaną słowami, których nie odwaŜę się przytoczyć. 

Jestem  w  stanie  zacytować  tylko  jeden  akapit,  przekładając  go  dość  nieudolnie  na 

angielski, ze starej, prymitywnej łaciny: 

NajniŜsze jaskinie nie śluzą zgłębianiu przez oczy, które widzą; cuda ich bowiem są 

osobliwe i przeraŜające. Przeklętą jest ziemia, gdzie umarłe myśli Ŝyją w nowych, dziwnych 

powłokach cielesnych, i złym jest umyśl, który nie zawiera się wewnątrz czaszki. 

Mądrze  rzecze  Ibn  Schacabao,  Ŝe  szczęśliwym  jest  grób,  gdzie  nie  spoczywa 

czarownik i szczęśliwe jest nocą miasto, gdzie wszyscy czarownicy zostali spaleni na proch. 

Stare  plotki  głoszą,  iŜ  dusza  zaprzedanego  diabłu  nie  pobiera  sił  z  cmentarnej  gliny, 

ale  z  tłuszczu  i  rozkazuje  Robakowi,  który  poŜera;  aŜ  z  gnijących  tkanek  budzi  się  nowe, 

upiorne  Ŝycie,  a  ci  Ŝyjący  pod  ziemią  modelują  je  i  wypełniają  jego  puste  wnętrze,  aŜ 

napęcznieje do monstrualnych rozmiarów... 

Wielkie  otwory  wykopano  w  sekrecie  w  miejscach  gdzie  wystarczyłyby  zwyczajne, 

istoty zaś, które winny pełzać, nauczyły się stąpać jak ludzie.” 

background image

ZŁY DUCHOWNY (THE EVIL CLERGYMAN) 

Posępny,  z  wyglądu  inteligentny  męŜczyzna  ze  stalowoszarą  brodą,  w  skromnym 

odzieniu, wprowadził mnie do pomieszczenia na poddaszu i przemówił tymi słowy: 

-  Tak,  On  tu  właśnie  mieszkał,  ale  nie  radzę  panu  nic  robić.  Ciekawość  czyni  pana 

nieodpowiedzialnym. My nigdy nie przychodzimy tu nocą, dlatego, Ŝe On tak chce. Wie pan 

co  On  zrobił?  To  przeraŜające  Stowarzyszenie  zajęło  się  nim  na  swój  sposób,  i  nie  wiemy 

gdzie Go pochowano. Ma Stowarzyszenie nie ma Ŝadnego prawa. Jest nietykalne. 

- Mam nadzieję, Ŝe nie zostanie pan tu po zmierzchu, l błagam, aby nie dotykał pan tej 

rzeczy  na  stole,  rzeczy,  która  wygląda  jak  pudełko  zapałek.  Nie  wiemy  co  to  takiego,  ale 

podejrzewamy, Ŝe ma coś wspólnego z tym co On zrobił. Staramy się nawet na to nie patrzeć. 

Po  jakimś  czasie  męŜczyzna  pozostawił  mnie  na  poddaszu  samego.  Pokój  był 

obskurny  i  zakurzony,  wystrój  spartański,  ale  mimo  wszystko  panował  tu  porządek  -z  całą 

pewnością  nie  mieszkał  tu  biedak  ze  slumsów.  Półki  uginały  się  pod  cięŜarem  ksiąg  z 

dziedziny  teologii  i  klasyki,  na  innej  zaś  szafce  stały  traktaty  dotyczące  magii:  dzieła 

Paracelsusa,  Albertusa  Magnusa,  Trithemiusa,  Hermesa  Trismegistusa,  Borellusa  i  inne,  w 

dziwnych  językach,  których  tytułów  nie  potrafiłem  odczytać.  Mebli  było  niewiele.  Jedyne 

drzwi były drzwiami od szafy. Do pokoju wchodziło się przez uchylną klapę w podłodze, do 

której  prowadziły  toporne,  strome,  drewniane  schody.  Okna  były  okrągłe,  jak  tarcze 

strzelnicze, a czarne, dębowe belki stropowe, wydawały się niewiarygodnie stare. Nie ulegało 

wątpliwości, iŜ dom ten naleŜał do Starego Świata. 

Myślałem wtedy, Ŝe wiem gdzie jestem, ale nie pamiętam, co wówczas wiedziałem. Z 

całą  pewnością,  miasto  nie  było  Londynem.  Odniosłem  wraŜenie  jakbym  znajdował  się  w 

niewielkim, portowym miasteczku. 

Moją uwagę przykuł niewielki przedmiot leŜący na stole. Wydawało mi się, Ŝe wiem 

co  naleŜy  z  tym  zrobić,  gdyŜ  wyjąłem  z  kieszeni  latarkę  -  lub  coś  co  ją  przypominało  -  i 

kilkakrotnie,  nerwowo  sprawdziłem  czy  działa.  Światło  nie  było  białe,  lecz  fioletowe  i 

bardziej  niŜ  prawdziwe  światło  przypominało  radioaktywne  bombardowanie.  Pamiętam,  Ŝe 

nie uwaŜałem tego za zwykłą latarkę - gdyŜ faktycznie, takową miałem w drugiej kieszeni. 

Zmierzchało,  a  stare  dachy  i  kominy  na  zewnątrz  wyglądały  bardzo  dziwnie  przez 

okrągłe  szyby  okien.  Ostatecznie,  zebrałem  się  na  odwagę  i  oparłem  niewielki  przedmiot 

leŜący  na  stole  o  ksiąŜkę  -  po  czym  skierowałem  nań  promienie  dziwnego,  fioletowego 

ś

wiatła. Promień latarki  wydawał się teraz rozbity, przypominał bardziej  rozproszone krople 

background image

deszczu  albo  drobne  grudki  fioletowego  gradu,  niŜ  jednostajny  strumień  światła.  Kiedy 

drobiny padły na szklistą powierzchnię pośrodku dziwnego urządzenia, wydały cichy trzask, 

jak  odgłos  iskrzącego  odkurzacza.  Ciemna,  szklista  powierzchnia  rozbłysła  róŜowawą 

poświatą i pośrodku niej pojawił się nagle, niewyraźny zrazu, biały kształt. W chwilę potem 

zauwaŜyłem, Ŝe nie byłem juŜ w pokoju sam - i włoŜyłem promiennik na powrót do kieszeni. 

Nowo  przybyły  nie  odezwał  się  jednak  -  gwoli  ścisłości,  przez  cały  czas  trwania 

spektaklu, jaki w chwilę potem rozegrał się na moich oczach, nie usłyszałem Ŝadnego, nawet 

najcichszego  dźwięku.  Wszystko  było  mroczną  pantomimą,  widzianą  z  oddali,  jak  przez 

mgłę,  choć  z  drugiej  strony  zarówno  nowo  przybyły,  jak  i  wszystkie  inne  postaci,  które 

pojawiły  się  później,  wydawały  się  duŜe  i  wyraźne.  Miałem  wraŜenie,  jak  gdyby  dzięki 

jakiejś  nienormalnej  geometrii  znajdowały  się  jednocześnie  tuŜ  obok,  a  zarazem  daleko  ode 

mnie. 

Nowo  przybyły  był  chudym,  posępnym  męŜczyzną  średniego  wzrostu,  odzianym  w 

szatę  duchownego  kościoła  anglikańskiego.  Miał  około  trzydziestu  lat,  ziemistą,  oliwkową 

cerę i dość przystojne rysy, ale nienaturalnie wysokie czoło. Jego czarne włosy były starannie 

przycięte i zaczesane. Był gładko ogolony, za wyjątkiem trójkątnej, gęstej, koziej bródki, a na 

nosie miał okulary ze stalowymi skrzydełkami, bez oprawek. 

Z  wyglądu  i  budowy  przypominał  innych  duchownych,  jakich  zdarzyło  mi  się 

widzieć,  był  jednak  posępniejszy  i  sprawiał  wraŜenie  inteligentniejszego;  poza  tym,  było  w 

nim  coś  subtelnie  złowieszczego,  co  starał  się  starannie  ukrywać.  W  obecnej  chwili, 

zapaliwszy  słabą  naftową  lampę,  wyglądał  na  zdenerwowanego,  i  nim  się  zorientowałem 

zaczął  wrzucać  swoje  księgi,  traktujące  o  magii,  do  kominka,  umieszczonego  w  ukośnie 

nachylonej  ścianie  od  strony  okna.  Ogień  zaczął  łapczywie  poŜerać  woluminy; 

róŜnokolorowe  płomienie  strzeliły  w  górę,  a  pomieszczenie  wypełniło  się  niemoŜliwym  do 

opisania,  ohydnym  fetorem,  gdy  pokryte  dziwnymi  hieroglifami  stronice  i  stoczone  przez 

robaki okładki poddały się niszczącemu Ŝywiołowi. 

W  tej  samej  chwili  zorientowałem  się,  Ŝe  w  pokoju  byli  równieŜ  inni,  posępnie 

wyglądający ludzie w strojach duchownych. Jeden z nich miał na sobie szatę biskupią. 

Pomimo  Ŝe  niczego  nie  słyszałem,  domyśliłem  się,  iŜ  podejmowali  waŜką  decyzję 

dotyczącą pierwszego z przybyłych. Sprawiali wraŜenie jakby nienawidzili go i obawiali się 

zarazem,  on  zaś  najwyraźniej  podzielał  ich  uczucia.  Jego  oblicze  przybrało  jeszcze  bardziej 

posępny wyraz, ale okazało się, Ŝe jego prawa ręka drŜała, gdy usiłował chwycić się oparcia 

krzesła. 

Biskup wskazał na pustą półkę i kominek (płomienie przygasły pośród niemoŜliwych 

background image

do  rozpoznania  zwęglonych  szczątków),  a  jego  twarz  wyraŜała  niepohamowaną  odrazę. 

Pierwszy  przybyły  uśmiechnął  się  kwaśno  i  wyciągnął  lewą  dłoń  ku  niewielkiemu 

przedmiotowi  leŜącemu  na  stole.  Pozostali,  bez  wyjątku,  wydawali  się  przeraŜeni.  Procesja 

kleryków  podeszła  do  uchylnej  klapy  w  podłodze,  i  zaczęła  schodzić  po  stromych  schodach 

na  parter.  Opuszczając  poddasze  odwracali  się  i  wygraŜali  pięściami  pierwszemu  z 

przybyłych. 

Biskup opuścił pokój ostatni. 

Pierwszy  z  przybyłych  podszedł  do  kredensu  i  wyjął  zwój  powroza.  Przystawiwszy 

krzesło,  przymocował  jeden  koniec  sznura  do  haka  w  grubej,  czarne]  dębowej  belce 

stropowej,  po  czym  na  drugim  końcu  zaczął  zawiązywać  pętlę.  Kiedy  uświadomiłem  sobie, 

Ŝ

e zamierza się powiesić, postąpiłem naprzód, aby mu to wyperswadować albo go uratować. 

ZauwaŜył  mnie  i  przerwał  swoje  przygotowania,  przyglądając  mi  się  z  wyrazem 

triumfu,  który  jednocześnie  mnie  zdumiał  i  zbił  z  tropu.  Powoli  zszedł  z  krzesła  i  zaczął 

zbliŜać  się  w  moją  stronę,  a  jego  ciemne  oblicze  o  wąskich  wargach  rozjaśnił  drapieŜny, 

złowróŜbny uśmiech. 

Poczułem, Ŝe grozi mi śmiertelne niebezpieczeństwo i wyjąłem z kieszeni promiennik, 

by uŜyć go jako broni defensywnej. Nie mam pojęcia, skąd przyszło mi do głowy, Ŝe mógłby 

mi  on  pomóc.  Włączyłem  go  mierząc  w  jego  twarz  i  ujrzałem,  jak ziemiste  oblicze zaczyna 

spowijać najpierw fioletowe a potem lekko róŜowawe światło. 

Jego  wilczy,  złowróŜbny  grymas  przygasł  i  zastąpił  go  wyraz  dojmującej  zgrozy. 

Zatrzymał się gwałtownie, po czym - wymachując dziko rękoma - zatoczył się chwiejnie do 

tyłu.  Zobaczyłem,  Ŝe  przesuwa  się  w  stronę  otwartej  uchylnej  klapy  w  podłodze  i 

próbowałem krzyknąć, aby go ostrzec, ale mnie nie usłyszał. W następnej chwili runął w głąb 

otworu i zniknął mi z oczu. 

Miałem  trudności  w  podejściu  do  schodów,  ale  kiedy  tam  dotarłem,  na  podłodze 

poniŜej  nie  dostrzegłem  zmasakrowanych  zwłok.  Miast  tego  usłyszałem  tupot  kroków  ludzi 

wchodzących  na  górę.  W  dłoniach  nieśli  lampy.  Usłyszałem  ich  kroki,  gdyŜ  czar 

chimerycznej  ciszy  prysnął;  znów  odbierałem  dźwięki  i  widziałem  postaci,  normalnie  i 

trójwymiarowo. Coś najwidoczniej ściągnęło tu tych ludzi. Ale co? 

Czy nie usłyszałem jakiegoś hałasu? 

Dwóch  ludzi  (z  wyglądu  prostych  wieśniaków)  idących  na  czele  dostrzegło  mnie  i 

zamarło w bezruchu. Jeden z nich zakrzyknął głośno i dobitnie: 

- Arrh! ToŜ to był on? Znów? 

W  tej  samej  chwili  odwrócili  się  i  pierzchli  w  popłochu.  To  znaczy  wszyscy,  oprócz 

background image

jednego.  Kiedy  pozostali  uciekli,  zobaczyłem  samotnego  siwobrodego  męŜczyznę  -  tego 

samego,  który  mnie  tu  przyprowadził,  stojącego  z  lampą  w  dłoni.  Przyglądał  mi  się  ze 

zdumieniem i fascynacją, ale nie wyglądało, aby  się bał. Wszedł po schodach na poddasze i 

stanął obok mnie. Następnie przemówił: 

- A więc jednak pan tego dotknął! Przykro mi. Wiem co się stało. To się juŜ zdarzyło, 

ale tamten męŜczyzna tak się przeraził, Ŝe popełnił samobójstwo. Zastrzelił się. Nie powinien 

pan  zmuszać  Go  do  powrotu.  Wie  pan  czego  On  chce?  Ale  pan  się  nie  boi,  tak  jak  tamten. 

Przydarzyło  się  panu  coś  bardzo  dziwnego  i  przeraŜającego,  ale  nie  posunęło  się  na  tyle 

daleko,  aby  zranić  pański  umysł  i  osobowość.  Jeśli  zachowa  pan  spokój  i  pogodzi  się  z 

koniecznością  uczynienia  pewnych  dość  radykalnych  zmian  w  pańskim  Ŝyciu,  będzie  pan 

mógł spokojnie Ŝyć, ciesząc się światem i owocami pańskiej wiedzy. 

Nie  moŜe  pan  tu  zamieszkać  -  i  nie  sądzę,  aby  zechciał  pan  wrócić  do  Londynu. 

Radziłbym wybrać Amerykę. Nie wolno panu próbować niczego więcej z tą... Rzeczą. Teraz 

nie  moŜna  juŜ  niczego  odwrócić.  Wszelkie  próby  uczynienia  czegokolwiek  tylko 

pogorszyłyby  całą  sprawę.  Mogło  przydarzyć  się  panu  coś  gorszego  -  w  gruncie  rzeczy  nie 

jest aŜ tak l źle, ale musi pan natychmiast opuścić to miejsce i nigdy, przenigdy nie wolno tu 

panu powrócić. Niech pan dziękuje Niebiosom, Ŝe skończyło się tylko na tym... 

Zamierzam  przygotować  pana  na  szok  i  nie  będę  niczego  owijał  w  bawełnę.  Pański 

wygląd zmienił się, i to radykalnie. On zawsze to powoduje. 

Niemniej  jednak,  w  innym  kraju  zdoła  pan  do  niego  przywyknąć.  Na  ścianie,  po 

drugiej  stronie  pokoju  wisi  lustro  -  podejdę  tam  razem  z  panem.  PrzeŜyje  pan  szok, 

aczkolwiek nie zobaczy pan niczego odraŜającego. 

Cały  aŜ  dygotałem,  zdjęty  śmiertelna  grozą,  i  brodacz  wręcz  musiał  mnie 

podtrzymywać, kiedy podchodziliśmy do lustra; w wolnej ręce trzymał słabo świecącą lampę, 

która do tej pory stała na stole, i na którą zamienił przyniesioną przez siebie latarkę. 

A oto co zobaczyłem w lustrze. 

Chudego,  posępnego  męŜczyznę  około  trzydziestki,  odzianego  w  szatę  duchownego 

kościoła  anglikańskiego,  z  pozbawionymi  oprawek  okularami  o  stalowych  skrzydełkach, 

błyszczącymi poniŜej poŜółkłego, ziemistego, nienaturalnie wysokiego czoła. 

Był to ów milczący przybysz, ten, który spalił swoje księgi. 

Przez resztę Ŝycia miałem wyglądać tak jak ten człowiek! 

background image

Z OTCHŁANI (FROM BEYOND) 

PrzeraŜająca  i  niepojęta  była  zmiana,  jaka  nastąpiła  w  mym  najlepszym  przyjacielu, 

Crawfordzie  Tillinghascie.  Nie  widziałem  go  od  owego  dnia,  przed  dwu  i  pół  miesiącami, 

wtedy gdy powiedział mi ku jakiemu celowi prowadzą jego fizyczne i metafizyczne badania. 

Kiedy  w  odpowiedzi  na  moje  pełne  lęku  i  niepewności  protesty  zareagował  wybuchem 

wściekłości  i  gwałtownie  wyrzucił  mnie  za  drzwi,  musiał  -  odprawiwszy  słuŜbę  -  spędzić 

większość  tego  czasu  zamknięty  w  swoim  laboratorium  na  poddaszu,  mając  za  jedynego 

towarzysza ową piekielną, przeklętą machinę, i raczę] mało jadał; zdziwiłem sił wszakŜe, Ŝe 

krótki, bądź co bądź, okres dziesięciu tygodni mógł do tego stopnia postarzeć i zdeformować 

człowieka. Nie jest rzeczą miłą ujrzeć, jak smukły ongi człek staje się chudy niczym szczapa, 

a jego ogorzała skóra Ŝółta lub popielatoszara, oczy pałające nieziemskim blaskiem zapadają 

się głębiej, tworzą się pod nimi ciemne sińce, czoło pokrywa się bruzdami i Ŝyłkami, a ręce 

dygoczą  i  drŜą  jak  w  malignie.  Dodawszy  do  tego  jeszcze  ogólną  niedbałość  wyglądu  - 

niechlujny strój, rozwichrzone ciemne włosy, przyprószone przy cebulkach siwizną, najeŜoną 

szczeciną  śnieŜnobiałego  zarostu  pokrywającego  gładko  niegdyś  ogolone  policzki  - 

połączony efekt jest raczej wstrząsający. 

Tak jednak wyglądał Crawford Tillinghast owej nocy, kiedy jego na wpół zrozumiała 

wiadomość  przywiodła  mnie,  po  tygodniach  wygnania,  do  drzwi  jego  domu;  wyglądał  jak 

duch, gdy dygocząc na całym ciele wprowadził mnie do środka i - trzymając w jednym ręku 

ś

wiecę  -  raz  po  raz,  ukradkiem,  oglądał  się  przez  ramię,  jakby  obawiał  się  niewidzialnych 

istot  nawiedzających  ów  prastary,  samotnie  stojący  dom,  połoŜony  w  pewnym  oddaleniu  od 

Benevolent Street. 

Błędem było, Ŝe Crawford Tillinghast zajął się studiowaniem nauk ścisłych i filozofii. 

Powinny być one zgłębiane przez kogoś o chłodnym i obojętnym umyśle, gdyŜ dla człowieka 

czynu, pełnego głębokich odczuć, prowadzić mogą do dwóch równie tragicznych alternatyw - 

rozpaczy,  w  przypadku  gdy  jego  badania  zakończą  sił  niepowodzeniem  i  niepojętej, 

niewyobraŜalnej  grozy,  w  razie  odniesienia  sukcesu.  Tillinghast  stał  się  niegdyś  ofiarą 

poraŜki,  samotności  i  melancholii,  teraz  jednak-  co  spowodowało,  iŜ  w  moim  wnętrzu 

pojawiły się przyprawiające o mdłości niepokoje - stwierdziłem, iŜ miałem przed sobą ofiarę 

sukcesu.  Prawdą  jest,  iŜ  przed  dziesięcioma  tygodniami,  kiedy  opowiedział  mi  o  tym  co 

zamierzał  osiągnąć,  ostrzegłem  go  przed  skutkami  tego  odkrycia.  Był  cały  rozpalony  i 

podekscytowany, mówiąc wysokim i nienaturalnym, acz zawsze pedantycznym głosem. 

background image

-  CóŜ  wiemy  -  mówił  -  o  świecie  i  wszechświecie,  które  nas  otaczają?  Nasze 

moŜliwości  odbioru  wraŜeń  są  absurdalnie  ograniczone,  a  moŜliwości  postrzegania 

otaczających  nas  obiektów,  nieskończenie  zawęŜone.  Postrzegamy  to  jedynie,  co  skutkiem 

naszej budowy, takiej a  nie innej, jesteśmy  w stanie zauwaŜać i nie zdajemy sobie sprawy z 

ich  absolutnej  natury.  Przy  pomocy  pięciu  stałych  zmysłów  udajemy,  iŜ  rozumiemy 

bezgraniczną  złoŜoność  otchłani  kosmosu,  aczkolwiek  istoty  dysponujące  szerszym, 

silniejszym lub innym rodzajem zmysłów, mogą nie tylko postrzegać rzeczy inaczej niŜ my, 

ale równieŜ widzieć i badać całe światy materii, energii i Ŝycia, znajdujące się tuŜ obok nas, 

na  wyciągnięcie  ręki,  a  jednak  niedostępne  i  niezbadane  przy  pomocy  naszych  zmysłów. 

Zawsze  wierzyłem  w  istnienie,  obok  nas,  takich  światów.  A  TERAZ  WIERZĘ,  śE 

ZNALAZŁEM SPOSÓB NA PRZEŁAMANIE CHRONIĄCYCH JE BARIER. Nie Ŝartuję! 

W  przeciągu  dwudziestu  czterech  godzin  ta  machina  przy  stole  wytworzy  fale  działające  na 

nierozpoznane  organy  zmysłowe,  które  tkwią  w  nas,  naturalnie  w  formie  szczątkowej,  gdyŜ 

uległy  gwałtownej  atrofii.  Fale  te  odkryją  przed  nami  obrazy,  jakich  nigdy  nie  widziało 

ludzkie  oko,  a  takŜe  wizje  jakich  nigdy  nie  doświadczyła  Ŝadna  forma  organicznego  Ŝycia. 

Ujrzymy  na  co  psy  wyją  w  ciemności,  i  z  jakich  powodów  koty  po  północy  czujnie 

nasłuchują.  Ujrzymy  wszystkie  te  rzeczy  i  jeszcze  inne,  jakich  nie  oglądała  Ŝadna  istota  z 

krwi  i  kości.  Przeskoczymy  czas,  przestrzeń  i  wymiary,  by  nie  wykonując  nawet  jednego 

cielesnego ruchu, zajrzeć na samo dno Stworzenia. 

Kiedy  Tillinghast  opowiedział  mi  o  tym,  gwałtownie  zaprotestowałem,  gdyŜ  znałem 

go  dostatecznie  dobrze,  aby  przyjąć  jego  słowa  z  niepokojem  miast  z  rozbawieniem  czy 

ironią,  jednak  on,  ogarnięty  fanatycznym  pragnieniem  doprowadzenia  swego  eksperymentu 

do  końca,  po  prostu  wyrzucił  mnie z  domu.  Obecnie  jego  fanatyzm  nie  stracił  ani  trochę  na 

sile,  ale  najwyraźniej  pragnienie  rozmowy  przemogło  zranione  uczucia  i  oburzenie,  gdyŜ 

wysłał  mi  kartkę  -  napisaną  odręcznie,  prawie  niemoŜliwymi  do  odczytania  bazgrołami  -  w 

której  nalegał,  abym  niezwłocznie  do  niego  przybył.  Gdy  wszedłem  do  domu  mego 

przyjaciela, tak nieoczekiwanie przemienionego w upiornego gargulca, ogarnęła mnie zgroza, 

zdająca czaić się w kaŜdym zalegającym w kącie cieniu. Słowa i wierzenia, jakimi Tillinghast 

podzielił  się  ze  mną  przed  dziesięcioma  tygodniami,  zdawały  się  przybrać  cielesną  postać  i 

miałem wraŜenie, Ŝe kryły się gdzieś tam, w ciemnościach, poza niewielkim kręgiem światła 

ze  świecy,  a  pusty,  zmieniony  głos  mego  gospodarza  przyprawił  mnie  o  lodowate  ciarki. 

Zaczęło mi brakować obecności słuŜących i wcale mi się nie spodobało, kiedy usłyszałem, Ŝe 

wszyscy  oni  opuścili  dom  Tillinghasta  przed  trzema  dniami.  Wydawało  mi  się  dziwne,  Ŝe 

nawet  stary  Gregory  opuścił  swego  pana  nie  powiadomiwszy  o  tym  tak  wypróbowanego 

background image

przyjaciela,  jakim  dla  niego  byłem.  To  on  przekazywał  mi  wszelkie  informacje  na  temat 

Tillinghasta od dnia, kiedy z hukiem wyleciałem z jego domu. 

Niebawem jednak mój niepokój zastąpiło uczucie ciekawości i fascynacji. Mogłem się 

jedynie  domyślać  czego  chciał  ode  mnie  Tillinghast,  nie  ulegało  jednak  wątpliwości,  iŜ 

pragnął podzielić się ze mną jakimś niewiarygodnym sekretem lub odkryciem. 

Wcześniej  zaprotestowałem  przeciwko  jego  nienaturalnym  próbom  zgłębienia 

nieznanego,  teraz  jednak,  kiedy  -jak  wszystko  na  to  wskazywało  -  odniósł  znaczący  sukces, 

nieomal podzieliłem jego euforyczny nastrój, pomimo niewątpliwie przeraŜających kosztów, 

jakie przyszło mu ponieść. 

Wszedłem  na  mroczne  poddasze,  podąŜając  za  dzierŜoną  w  dłoni,  kołyszącą  się 

ś

wiecą.  Wyglądało  na  to,  iŜ  prąd  został  wyłączony,  a  kiedy  zapytałem  o  to  mego 

przewodnika, oznajmił, iŜ były po temu waŜkie powody. 

- Tego byłoby zdecydowanie za wiele... Nie odwaŜyłbym się - mamrotał bezustannie 

pod nosem. 

ZauwaŜyłem  u  niego  nowy,  acz  niespotykany  dotąd,  nawyk  dziwnego  mamrotania, 

gdyŜ  dotąd  nie  miał  w  zwyczaju  mówić  sam  do  siebie.  Weszliśmy  do  laboratorium  na 

poddaszu  i  wzrok  mój  padł  na  upiorną,  elektryczną  machinę  pulsującą  chorobliwym, 

złowieszczym, fioletowym blaskiem. Była podłączona do silnego chemicznego akumulatora, 

ale  prąd  chyba  do  niej  nie  dopływał;  przypomniałem  sobie  bowiem,  jak  we  wcześniejszej 

fazie  eksperymentów,  głośno  perkotała  i  buczała,  kiedy  była  włączona.  W  odpowiedzi  na 

moje  pytania  Tillinghast  wymamrotał,  Ŝe  ta  jednostajna  poświata  nie  była  elektryczna,  w 

Ŝ

adnym znaczeniu, które byłbym w stanie zrozumieć. 

Posadził  mnie  obok  niej,  tak,  Ŝe  miałem  ją  teraz  po  prawej  stronie  i  przekręcił 

włącznik  ukryty  gdzieś  poniŜej  kilku  rzędów  pękatych,  szklanych  Ŝarówek.  Usłyszałem 

znajome  perkotanie,  które  przeszło  z  wolna  w  mechaniczne  zawodzenie,  a  zakończyło  się 

łagodnym pomrukiem, tak cichym, Ŝe sądziłem, iŜ lada chwila urządzenie ucichnie zupełnie. 

Tymczasem  luminescencja  przybrała  na  sile,  przygasła,  po  czym  zmieniła  barwę  na  blade 

outre lub moŜe raczej mieszankę barw, której nie potrafiłem określić, ani tym bardziej opisać. 

Tillinghast obserwował mnie i zauwaŜył moje zakłopotanie. 

- Wiesz, co to takiego? - wyszeptał. - TO ULTRAFIOLET. - Zachichotał dziwacznie, 

widząc  moje  zdumienie.  -  Sądziłeś,  Ŝe  ultrafiolet  jest  niewidoczny  i  to  prawda,  ale  teraz 

promienie są juŜ widoczne, podobnie jak wiele innych rzeczy. 

Posłuchaj!  Fale  z  tego  urządzenia  pobudzają  tysiące  uśpionych  w  nas  zmysłów, 

zmysłów,  które  odziedziczyliśmy  po  eonach  ewolucji,  przechodząc  ze  stanu  swobodnych 

background image

elektronów  do  zorganizowanego  człowieczeństwa.  Widziałem  prawdę  i  pragnę  ukazać  ją 

takŜe  tobie.  Zastanawiasz  się  jak  będzie  wyglądać?  Powiem  ci.  -  Tu  Tillinghast  usiadł 

dokładnie  naprzeciw  mnie,  zdmuchnął  świeczkę  i  spojrzał  mi  prosto  w  oczy.  -  Twoje 

istniejące  organy  zmysłów  -  sądzę,  Ŝe  najpierw  uszy  -  odbiorą  wiele  rozmaitych  wraŜeń, 

bowiem  są  blisko  połączone  z  uśpionymi  zmysłami.  Potem  włączą  się  kolejne.  Słyszałeś  o 

szyszynce?  Śmieszą  mnie  ci  płytcy  endokrynolodzy,  równie  oszukańczy  i  parweniuszowscy 

jak  freudyści.  Szyszynka  to  główny  organ  zmysłowy  I  NIE  MAM  CO  DO  TEGO 

WĄTPLIWOŚCI, SAM TO SPRAWDZIŁEM. To jak inny rodzaj widzenia, gdzie odbierane 

przy pomocy szyszynki obrazy przekazywane są do mózgu. Jeśli jesteś normalny, powinieneś 

móc zobaczyć większość tych rzeczy... To znaczy, chodzi mi o to, Ŝe zdołasz naocznie się o 

tym  przekonać.  Dowody  same  napłyną  do  ciebie  Z  OTCHŁANI.  Rozejrzałem  się  po 

ogromnym  pokoju  na  poddaszu,  którego  ukośna  południowa  ściana  była  słabo  oświetlona 

promieniami,  niepostrzegalnymi  dla  nie  uzbrojonego  oka.  W  odległych  kątach  połoŜyły  się 

głębokie cienie, a całe miejsce nabrało wraŜenia mglistej iluzji, która ukrywała jego naturę i 

pobudzała wyobraźnię, popychając ją ku symbolizmowi i fantazjom. Podczas tego interwału, 

kiedy  Tillinghast  milczał,  wyobraŜałem  sobie  siebie  w  ogromnej,  przestronnej, 

niewiarygodnej świątyni dawno zmarłych bogów; widmowej budowli okolonej niezliczonymi 

czarnymi, kamiennymi kolumnami strzelającymi z posadzki wyłoŜonej przeŜartymi wilgocią 

płytami  ku  zachmurzonemu  niebu,  gdzie  znikały  mi  z  oczu.  Obraz  był  przez  chwilę  bardzo 

Ŝ

ywy i wyrazisty, ale stopniowo ustąpił na rzecz bardziej przeraźliwej wizji - zawieszenia w 

kompletnej, absolutnej samotności pośród bezkresnej, ślepej i głuchej przestrzeni. Wydawało 

się jakby wokół mnie była jedynie pustka i nic więcej, i poczułem dziecinny lęk, nakazujący 

mi  wydobyć  z  kieszeni  rewolwer,  który  nosiłem  zawsze  po  zmierzchu  przy  sobie,  odkąd 

pewnej  nocy  w  East  Providence  zostałem  napadnięty.  I  naraz,  z  najdalszej  dali  z  wolna 

napłynął  DŹWIĘK.  Był  niewiarygodnie  cichy,  pełen  subtelnych  wibracji  i  bez  wątpienia 

melodyjny,  ale  niósł  w  sobie  nutę  niewytłumaczalnej  dzikości,  która  sprawiała,  iŜ  jego  tony 

zdawały się być dla całego mego ciała delikatną torturą. Odnosiłem wraŜenie, jakbym słyszał 

skrobanie paznokciami po szkle. Jednocześnie pojawił się osobliwy lodowaty podmuch, który 

napływając  z  tej  samej  strony,  co  odległy  dźwięk,  omiótł  mnie  od  stóp  do  głów.  Gdy  tak 

czekałem ze zniecierpliwieniem, poczułem, iŜ zarówno wiatr jak i dźwięk przybierają na sile. 

W  efekcie  zaś  wyobraziłem  sobie  siebie,  przywiązanego  w  poprzek  do  szyn,  podczas  gdy  z 

daleka  zbliŜała  się  do  mnie  ogromna,  rozpędzona  lokomotywa.  Zacząłem  mówić  do 

Tillinghasta,  ale  kiedy  się  odezwałem,  dziwne  odczucia  nieoczekiwanie  prysły.  Zobaczyłem 

tylko męŜczyznę, świecącą machinę i pogrąŜony w półmroku pokój. Tillinghast uśmiechał się 

background image

z odrazą widząc rewolwer, który wyjąłem, praktycznie nieświadomie, ale sądząc po wyrazie 

jego  twarzy,  byłem  przekonany,  Ŝe  widział  i  słyszał  tyle  samo  co  ja,  a  moŜe  nawet  więcej. 

Szeptem  podzieliłem  się  z  nim  mymi  doznaniami,  a  on  polecił  mi  abym  milczał  i  starał  się 

chłonąć wszystkie doznawane wraŜenia. 

-  Nie  ruszaj  się  -  ostrzegł  -  bo  w  tych  promieniach  MY  WIDZIMY,  ALE  I  NAS 

WIDAĆ. Powiedziałem ci, Ŝe słuŜący odeszli, ale nie powiedziałem ci JAK. To przez tą tępą 

gosposię.  Ostrzegałem  ją,  aby  nie  włączała  świateł  na  dole,  ale  zrobiła  to  i  przewody 

przechwyciły  współczulną  wibrację.  To  musiało  być  przeraŜające...  nawet  tu  na  górze 

słyszałem  te  upiorne  krzyki,  pomimo  rozmaitych  doznań  wzrokowych  i  słuchowych 

dochodzących  mnie  z  róŜnych  stron,  a  później...  to  było  straszne...  w  całym  domu 

znajdowałem jedynie ich porozrzucane bezwładnie rzeczy. Ubranie pani  Updike znajdowało 

się tuŜ przy kontakcie we frontowym holu - stąd domyśliłem się, co uczyniła. To dopadło ich 

wszystkich. Alę dopóki się nie ruszamy, jesteśmy względnie bezpieczni. Pamiętaj... mamy do 

czynienia  z  okropnym  i  przeraŜającym  światem,  w  którym  jesteśmy  praktycznie  bezradni... 

NIE RUSZAJ SIĘ! 

Połączony  wstrząs  jego  słów  i  wydanego  gwałtownie  rozkazu  ogarnął  me  ciało 

dziwnym paraliŜem a umysł mój, zdjęty zgrozą, ponownie otworzył się na doznania płynące - 

jak  to  określił  Tillinghast  -  z  otchłani.  Znalazłem  się  tedy  w  wirze  ruchów  i  dźwięków,  a 

przed mymi oczami przetaczały się chaotyczne obrazy. Zobaczyłem rozmyte kontury pokoju, 

ale  wydawało  mi  się,  Ŝe  z  jakiegoś  punktu  w  przestrzeni  wypływa  wrzący  słup  rozmytych 

widmowych,  eterycznych  kształtów,  przenikający  przez  solidną  powierzchnię  dachu  przede 

mną,  nieco  po  prawej  stronie,  niebawem  znów  odniosłem  wraŜenie,  Ŝe  znajduję  się  w 

ś

wiątyni, tym razem jednak filary strzelały w górę ku powietrznemu oceanowi światła, skąd, 

wzdłuŜ  zauwaŜonej  przeze  mnie,  przed  chwilą,  ścieŜki  czarnego  słupa,  spływał  pojedynczy, 

oślepiający  promień.  Potem  sceny  zmieniały  się  niemal  jak  w  kalejdoskopie,  stając  się 

chaotyczną  mozaiką  obrazów,  dźwięków  i  nieokreślonych  odczuć,  Ŝe  zaczynam  się 

rozpływać albo w jakiś sposób tracę swą cielesną postać. Jeden krótki, wyraźny przebłysk na 

zawsze  pozostanie  w  mej  pamięci.  Przez  ułamek  sekundy  widziałem  skrawek  dziwnego 

mrocznego  nieba  wypełniony  lśniącymi,  wirującymi  kulami,  a  gdy  się  oddalił,  dostrzegłem 

pałające  słońca,  całą  konstelację  albo  galaktykę  układającą  się  w  konkretny  kształt  -forma 

jaką  przybrały,  przypominała  zniekształcone  oblicza  Crawforda  Tillinghasta.  Innym  razem 

znów  poczułem  jak  wielkie,  Ŝywe  istoty  ocierają  się  o  mnie,  a  nawet,  kilkakrotnie, 

PRZENIKAJĄ  NA  WSKROŚ  moje  materialne  ciało  i  wydawało  mi  się,  Ŝe  dostrzegam  jak 

Tillinghast się im przygląda - cóŜ, być moŜe jego lepiej wyszkolone zmysły mogły dostrzec 

background image

owe niewidoczne dla mnie istoty. Przypomniałem sobie to, co powiedział na temat szyszynki 

i zastanawiałem się, co teŜ mógł dostrzegać tym nadprzyrodzonym okiem. 

Nagle  ja  równieŜ  obdarzony  zostałem  mocą  szerszego  postrzegania.  Poza  i  ponad 

chaosem  świateł  i  cieni  pojawił  się  obraz,  który,  acz  mglisty,  zawierał  w  sobie  elementy 

stałości i ciągłości. Był w pewnym sensie znajomy, gdyŜ niezwykła jego część nakładała się 

na  zwyczajne,  ziemskie  tło,  jak  obraz  w  kinie  rzucany  na  płócienny  ekran.  Zobaczyłem 

laboratorium  na  poddaszu,  elektryczną  machinę  i  postać  Tillinghasta  naprzeciw  mnie  - 

jednakŜe  spośród  całej  przestrzeni  nie  zajętej  przez  znane  mi  przedmioty  i  rzeczy,  nawet 

najmniejszy jej skrawek nie był wolny. NiemoŜliwe do opisania kształty, Ŝywe i nie, ruszały 

się  w  odraŜającym  bezładzie,  blisko  zaś  kaŜdej  znanej  mi  rzeczy,  kłębiły  się  całe  światy 

obcych,  nieznanych  istot.  Miałem  wraŜenie,  iŜ  wszystkie  rzeczy  znane  łączyły  bądź 

przeplatały się z nieznanymi - i vice versa. 

najczęściej  spostrzeganymi  spośród  Ŝywych  istot  były  atramentowoczarne, 

galaretowate  potworki  pulsujące  ohydnie  w  rytm  wibracji  płynących  z  maszyny.  Ohydztw 

tych było bez liku i - ku swemu przeraŜeniu - spostrzegłem, iŜ monstra  NAKŁADAŁY SIĘ 

jedne  na  drugie  -  były  bowiem  półpłynne  i  mogły  przenikać  się  nawzajem,  przechodząc  na 

wskroś przez rzeczy o formach znanych nam jako ciała stałe. Istoty te pozostawały w ciągłym 

ruchu;  zdawały  się  pławić  w  powietrzu,  podąŜając  ku  jakiemuś  nieznanemu  i  odraŜającemu 

celowi.  Od  czasu  do  czasu  dostrzegłem  jak  stworzenia  te  poŜerały  jedno  drugie  -atakujący 

rzucał  się  na  swoją  ofiarę,  która  natychmiast  znikała  mi  z  oczu.  Wzdrygąjąc  się,  odnosiłem 

wraŜenie, Ŝe wiem juŜ co się stało z nieszczęsnymi słuŜącymi i nie mogłem przestać myśleć o 

owych  istotach,  podczas  gdy  jednocześnie  starałem  się  zaobserwować  inne  elementy  i 

mieszkańców  nowo  postrzeganego  świata,  niewidocznego  dla  naszych  oczu,  choć 

rozciągającego się przecieŜ wokół nas. 

Tillinghast przyglądał mi się z uwagą i nagle przemówił: 

-  Widzisz  je?  Widzisz?  Dostrzegasz  te  istoty,  które  w  kaŜdej  chwili  twego  Ŝycia 

przepływają  obok  ciebie  i  PRZEZ  ciebie?  Widzisz  istoty,  tworzące  to,  co  ludzie  nazywają 

czystym powietrzem i błękitnym niebem? CzyŜ nie udało mi się przełamać bariery, czyŜ nie 

pokazałem ci światów jakich nigdy nie widział Ŝaden inny człowiek? 

Słyszałem  jego  krzyk  pośród  szalejącego  wokół  mnie  chaosu  i  spojrzałem  na 

wykrzywioną  dzikim  grymasem  twarz,  pochylającą  się  w  moją  stronę.  Jego  oczy  były 

jamami, w których płonął ogień i wyraźnie dostrzegłem gorejącą w nich nienawiść. Maszyna 

pomrukiwała nieprzerwanie. 

-  Sądzisz,  Ŝe  te  płastugowate  stwory  zabiły  moich  słuŜących?  Głupcze,  one  są 

background image

niegroźne!  Ale  słuŜący  zniknęli,  nieprawdaŜ?  Próbowałeś  mnie  powstrzymać;  zniechęcałeś 

mnie, kiedy najbardziej potrzebowałem zachęty i wsparcia; obawiałeś się kosmicznej prawdy, 

ty przeklęty tchórzu, ale teraz cię mam. Co załatwiło słuŜących? Co sprawiło, Ŝe tak  głośno 

wrzeszczeli?...  Nie  wiesz  co?  Niebawem  się  dowiesz.  Patrz  na  mnie,  słuchaj,  co  do  ciebie 

mówię...  Czy  naprawdę  uwaŜasz,  Ŝe  istnieje  coś  takiego  jak  czas  i  wielkość?  UwaŜasz,  Ŝe 

istnieje coś, co nazywamy formą czy materią? Powiem ci coś - sięgnąłem samych głębin i to 

tak  dalece,  Ŝe  twój  mały  móŜdŜek  nie  byłby  w  stanie  sobie  tego  wyobrazić.  Dotarłem 

postrzeganiem  poza  granice  nieskończoności  i  przyciągnąłem  demony  z  gwiazd... 

okiełznałem cienie przenikające ze świata do świata, by siać śmierć i szaleństwo... Przestrzeń 

naleŜy  do  mnie,  słyszysz?  Teraz  ścigają  mnie  istoty...  istoty,  które  poŜerają  i  niszczą,  ale  ja 

wiem jak ich unikać. Potrafię się im wymykać. To ciebie dostaną... tak jak wcześniej dostały 

słuŜących...  DrŜysz,  mój  panie?  Mówiłem  ci,  Ŝe  nie  wolno  ci  nawet  drgnąć...  to 

niebezpieczne...  i  tak  przeŜyłeś  do  tej  pory  tylko  dlatego,  Ŝe  powiedziałem  ci,  abyś  się  nie 

ruszał...  ocaliłem  cię,  abyś  mógł  więcej  zobaczyć  i  wysłuchać  mnie.  Gdybyś  się  poruszył 

dopadłyby cię juŜ dawno temu. Nie martw się, NIE ZRANIĄ CIĘ. SłuŜących teŜ nie zraniły - 

te  nieszczęsne  istoty  wrzeszczały  tak  głośno  na  ich  WIDOK.  Moje  zwierzątka  nie  są 

urodziwe,  gdyŜ  pochodzą  z  miejsc,  w  których  standardy  estetyczne  są  -  rzec  by  moŜna  - 

BARDZO  ODMIENNE.  Mogę  cię  zapewnić,  Ŝe  dezintegracja  jest  dość  bolesna,  ale  chcę, 

abyś  je  zobaczył.  Zaciekawiłem  cię?  No  cóŜ,  wiedziałem,  Ŝe  nie  masz  w  sobie  Ŝyłki 

naukowca.  Dygoczesz,  co?  Dygoczesz  z  niepokoju,  by  zobaczyć  jedyne  w  swoim  rodzaju 

istoty, jakie udało mi się odkryć. Czemu zatem się nie poruszysz? Jesteś zmęczony? CóŜ, nie 

martw się, przyjacielu. Bo one juŜ nadchodzą... Spójrz, spójrz, a niech cię diabli, popatrz... są 

tuŜ za tobą, za twoim lewym ramieniem... 

To  juŜ  prawie  wszystko  -  reszta  opowieści  jest  krótka  i  być  moŜe  znacie  ją  z 

artykułów w gazetach. Policja usłyszała strzał dochodzący z domu Tillinghasta i znalazła nas 

tam - Tillinghast nie Ŝył, ja zaś byłem nieprzytomny. PoniewaŜ trzymałem w ręku rewolwer, 

zostałem  aresztowany,  ale  w  ciągu  trzech  godzin  znalazłem  się  na  wolności  -stwierdzono 

bowiem,  iŜ  przyczyną  śmierci  Tillinghasta  był  atak  apopleksji,  zaś  moja  kula  trafiła  w 

potworną  maszynę,  która  leŜała  obecnie,  roztrzaskana  w  drobny  mak,  na  podłodze 

laboratorium.  Nie  opowiedziałem  zbyt  wiele  o  tym,  co  widziałem,  gdyŜ  obawiałem  się 

sceptycznego  przyjęcia  moich  słów  przez  koronera  -  niemniej  jednak  z  tego  co 

opowiedziałem,  doktor  wywnioskował,  Ŝe  bez  wątpienia  musiałem  zostać  zahipnotyzowany 

przez  mściwego  i  opętanego  Ŝądzą  mordu  szaleńca.  Chciałbym  móc  uwierzyć  doktorowi. 

Moim  starganym  nerwom  z  pewnością  wyszłoby  na  zdrowie,  gdybym  zdołał  zapomnieć  o 

background image

tym, co widziałem i gdybym zmienił zdanie na temat powietrza i nieba, tego co mnie otacza i 

co widzę wysoko w  górze nad moją głową, nigdy  nie mam wraŜenia, Ŝe  jestem sam i nigdy 

nie czuję się spokojny. Bywa teŜ, Ŝe kiedy jestem bardzo zmęczony, ogarnia mnie ni stąd, ni 

zowąd  upiorne,  przyprawiające  o  lodowate  ciarki  odczucie,  Ŝe  jestem  śledzony.  Mam 

wraŜenie,  jakby  coś  nieodparcie  podąŜało  moim  tropem.  Dlaczego  nie  potrafię  uwierzyć  w 

słowa  lekarza?  Powodem  tego  jest  jeden,  prosty  fakt:  policja  nigdy  nie  odnalazła  ciał 

słuŜących, których jakoby zamordować miał szalony Crawford Tillinghast. 

background image

KSIĘśYCOWE MOCZARY (THE MOON-BOG) 

Nie  wiem  w  jakiej  części  tej  odległej  i  przeraŜającej  krainy  zniknął  Denys  Barry. 

Byłem  z  nim  ostatniej  nocy,  gdy  znajdował  się  wśród  Ŝywych  i  słyszałem  wrzask,  kiedy 

przyszła po niego ta Istota. śaden z wieśniaków i policjantów z hrabstwa Meath nie zdołał go 

odnaleźć,  mimo  iŜ  poszukiwania  zakrojone  były  na  szeroką  skalę.  Teraz  zaś  wzdrygam  się 

słysząc  kumkanie  Ŝab  na  moczarach,  albo  gdy  widzę  księŜyc  przebywając  w  samotnych, 

odludnych miejscach. 

Doskonale  znałem  Denysa  Barry’ego  jeszcze  w  Ameryce,  gdzie  się  wzbogacił  i 

pogratulowałem  mu,  kiedy  wykupił  stare  zamczysko  nad  moczarami  w  sennym  Kilderry. 

Stamtąd właśnie pochodził jego ojciec i tam teŜ Denys pragnął radować się swym bogactwem 

w  rodzinnych  stronach,  niegdyś  w  Kilderry  rządzili  jego  przodkowie  i  to  oni  wznieśli 

zamczysko,  w  którym  później  zamieszkali,  niemniej  były  to  bardzo  odległe  czasy  i  przez 

wiele  pokoleń  opuszczony  zamek  popadł  w  ruinę.  Po  wyjeździe  do  Irlandii  Barry  często  do 

mnie  pisywał  opowiadając,  jak  pod  jego  opieką  szary  zamek,  wieŜa  po  wieŜy,  odzyskiwał 

dawny splendor, jak bluszcz piął się z wolna w górę po odrestaurowanych ścianach, niczym 

przed setkami lat i jak wieśniacy dziękowali mu, Ŝe za przywiezione zza morza złoto oŜywił 

pamięć dawnych dni. Potem jednak coś się wydarzyło i wieśniacy opuścili Kilderry, uciekając 

niby przed zarazą. Jakiś czas później przysłał mi list i poprosił bym do niego przyjechał, gdyŜ 

czuł  się  w  zamku  samotny  nie  mając  nikogo,  z  kim  mógłby  porozmawiać  za  wyjątkiem 

nowych słuŜących i robotników, sprowadzonych z Północy. 

Powodem wszystkich jego kłopotów były moczary -o czym Barry poinformował mnie 

tej  samej  nocy,  kiedy  zjawiłem  się  w  zamku.  Dotarłem  do  Kilderry  o  zmierzchu  pewnego 

letniego dnia, gdy złocisty blask bijący z nieba omiatał wzgórza, gaje i błękitną połać bagien, 

gdzie  w  oddali,  na  niewielkiej  wysepce  migotały  widmowo  dziwaczne,  stare  ruiny.  Zachód 

słońca  był  zaiste  urzekający,  ale  wieśniacy  z  Ballylough  nie  omieszkali  mnie  przed  nim 

ostrzec  i  stwierdzili,  Ŝe  Kilderry  zostało  przeklęte,  ja  zaś  prawie  zadrŜałem  na  widok 

pałających złocistym ogniem wieŜ zamczyska. Automobil Barry’ego czekał na mnie na stacji 

Ballylough,  gdyŜ  Kilderry  znajduje  się  w  pewnym  oddaleniu  od  linii  kolejowej.  Wieśniacy, 

którzy trzymali się z dala od auta i kierowcy z Północy, pobledli na twarzach usłyszawszy, Ŝe 

wybieram  się  do  Kilderry  i  uraczyli  mnie  kilkoma  trwoŜliwie  wyszeptanymi  informacjami. 

Tej nocy zaś, Barry wyjaśnił mi całą sytuację. 

Wieśniacy  opuścili  Kilderry  poniewaŜ  Denys  Barry  zamierzał  osuszyć  wielkie 

background image

trzęsawisko.  Pomimo  miłości  jaką  darzył  Irlandię,  pobyt  w  Stanach  wycisnął  na  nim  swe 

piętno  i  Denys  nienawidził  owej  wspaniałej,  bezuŜytecznej  przestrzeni,  z  której  moŜna  by 

wybrać warstwę torfu i przystosować cały ten teren pod uprawy. 

Legendy i przesądy Kilderry nie wywarły na nim najmniejszego wraŜenia i kwitował 

ś

miechem,  gdy  wieśniacy  najpierw  odmówili  mu  pomocy,  a  następnie  przeklęli  go  i, 

przekonani  iŜ  nic  nie  zdoła  zmienić  jego  decyzji,  zabrawszy  swoje  rzeczy,  wynieśli  się  do 

Ballylough.  Zastąpił  ich  robotnikami  z  Północy,  a  gdy  opuścili  go  słuŜący,  sprowadził  z 

Północy  następnych.  Czuł  się  jednak  samotny  wśród  obcych,  dlatego  poprosił  abym  go 

odwiedził. 

Kiedy  usłyszałem  o  lękach,  które  były  przyczyną  tego  exodusu,  śmiałem  się  równie 

głośno  jak  mój  przyjaciel,  gdyŜ  były  to  obawy  niejasnego,  dzikiego  a  nawet  absurdalnego 

wręcz charakteru. Miały  coś wspólnego z jakąś niedorzeczną legendą dotyczącą moczarów i 

strzegącego ich posępnego ducha, zamieszkującego w dziwnych, starych ruinach na odległej 

wysepce, którą dostrzegłem o zachodzie słońca. 

KrąŜyły tu historie o światłach tańczących przy blasku księŜyca i chłodnych wiatrach 

wiejących w ciepłe noce; o widmach w bieli, unoszących się nad wodami i o domniemanym 

kamiennym  mieście,  znajdującym  się  głęboko  pod  powierzchnią  bagna.  Wszyscy  jednak 

zgodnie twierdzili - i nie mieli co do tego najmniejszych wątpliwości - Ŝe na tego, kto ośmieli 

się tknąć lub osuszyć rozległą połać czerwonawych moczarów, spadnie okrutna klątwa. 

Są  tam  sekrety,  twierdzili  wieśniacy,  których  nie  naleŜy  ujawniać,  tajemnice  ukryte 

odkąd  zaraza  spadła  na  dzieci  Partholanu  w  bajecznych  latach,  niepamiętnej  juŜ  dziś, 

przeszłości. W Księdze Najeźdźców powiedziane jest, Ŝe owych synów Grecji pogrzebano w 

Tallaght, ale starcy z Kilderry twierdzą, Ŝe jedno z miast zostało ocalone dzięki jego patronce 

- bogini KsięŜyca, ukryte w samym sercu zalesionego pagórka, kiedy Nemedyjczycy przybyli 

ze Scytii do brzegów tej krainy na pokładach trzydziestu okrętów. 

Takie to historie skłoniły wieśniaków do opuszczenia Kilderry i gdy je usłyszałem, nie 

zdziwiło  mnie,  iŜ  Denys  Barry  nie  chciał  ich  wysłuchać.  Interesował  się  on  staroŜytnością  i 

zamierzał  dokładnie  zbadać  bagnisko,  kiedy  zostanie  naleŜycie  osuszone.  Często  odwiedzał 

białe ruiny na wysepce, ale choć niewątpliwie bardzo wiekowe i nie przypominające Ŝadnych 

innych  tego  typu  budowli  w  całej  Irlandii,  były  one  zbyt  zniszczone,  aby  mogły  powiedzieć 

coś więcej na temat czasów swojej świetności. 

Niebawem  miano  rozpocząć  proces  osuszania  moczarów,  a  robotnicy  z  Północy 

czekali  na  rozkaz,  by  zacząć  zdejmować  z  zakazanych  trzęsawisk  warstwę  mchu  i 

czerwonych wrzosów oraz, by zlikwidować, jeden po drugim, cienkie jak wstąŜki strumyki i 

background image

ciche, błękitne sadzawki porośnięte sitowiem. 

Kiedy  Barry  zakończył  swą  opowieść  byłem  juŜ  bardzo  śpiący,  gdyŜ  całodzienna 

podróŜ nader mnie wyczerpała, a mój gospodarz snuł swój monolog do późnej nocy. SłuŜący 

wskazał mi pokój, który znajdował się w odległej wieŜy, z widokiem na wioskę, równinę na 

skraju trzęsawiska i na same moczary - z mego  okna widziałem błyszczące w księŜycowym 

blasku dachy milczących chat, z których uciekli wieśniacy i gdzie zamieszkali obecnie nowi 

robotnicy; jak równieŜ kościółek parafialny z antyczną iglicą. Daleko, na niewielkiej wysepce 

po  drugiej  stronie  bagien,  widniały  prastare,  zapuszczone  mury  -  zdające  się  emanować 

białym widmowym światłem. 

PołoŜyłem  się  i  juŜ  miałem  usnąć,  gdy  odniosłem  wraŜenie,  Ŝe  słyszę  dochodzące  z 

oddali słabe dźwięki; odgłosy dzikie i na wpół harmonijne, które przepełniły mnie osobliwym 

podnieceniem  i  przydały  barw  mym  snom.  Kiedy  jednak  obudziłem  się  następnego  ranka 

stwierdziłem,  Ŝe  wszystko  musiało  mi  się  przyśnić,  bowiem  wizje  jakich  doznałem  były 

cudowniejsze aniŜeli jakiekolwiek szaleńcze dźwięki fletów, rozlegające się wśród nocy. Pod 

wpływem legend przekazanych przez Barry’ego, umysł mój stworzył obraz majestatycznego 

miasta  połoŜonego  w  zielonej  dolinie,  a  marmurowe  ulice,  posągi,  wille,  świątynie, 

płaskorzeźby oraz inskrypcje zdawały się świadczyć, iŜ była to Grecja. Kiedy opowiedziałem 

o  moim  śnie  Barry’emu  obaj  się  roześmialiśmy  -  ja  głośniej,  poniewaŜ  on  martwił  się  o 

swoich  robotników.  Po  raz  szósty  z  rzędu  zaspali,  budzili  się  wolno  -  oszołomieni  -

zachowując się jakby przez całą noc nie zmruŜyli oka. 

Tego  ranka  i  popołudnia  wędrowałem  samotnie  przez  skąpaną  w  słonecznym  blasku 

wioskę  i  rozmawiałem  z  napotkanymi  przygodnie  robotnikami  -  Barry  bowiem  zajęty  był 

ostatecznym  opracowywaniem  planów  przed  rozpoczęciem  osuszania  bagien.  Robotnicy  nie 

byli tak szczęśliwi, jak moŜna by się tego spodziewać, a większość z nich sprawiała wraŜenie 

zaniepokojonych  snami,  które  na  próŜno  usiłowali  sobie  przypomnieć.  Opowiedziałem  im  o 

moim  śnie,  ale  nie  zainteresował  ich  dopóki  nie  wspomniałem  o  wyimaginowanych 

wraŜeniach  słuchowych.  Spojrzeli  na  mnie  dość  dziwnie  i  potwierdzili,  Ŝe  im  równieŜ 

wydawało się, iŜ słyszą jakieś dźwięki. 

Wieczorem  Barry  zjadł  ze  mną  wieczerzę  i  oświadczył,  Ŝe  za  dwa  dni  rozpocznie 

osuszanie.  Jego  słowa  podniosły  mnie  na  duchu,  bo  choć  trudno  mi  było  pogodzić  się  z 

myślą,  iŜ  pokrywające  moczary  mech  i  wrzosy  oraz  błyszczące  jeziorka  i  strumyki  będą 

musiały  zniknąć,  coraz  bardziej  narastało  we  mnie  pragnienie  odkrycia  prastarych  sekretów, 

niewątpliwie  skrytych  pod  grubą  warstwą  torfu.  Tej  nocy  moje  sny  o  grających  fletach  i 

marmurowych  perystylach  zakończyły  się  w  nader  gwałtowny  i  niepokojący  sposób; 

background image

zobaczyłem  bowiem  jak  na  miasto  w  dolinie  spada  zaraza,  potem  zaś  -  przeraŜająca  wizja  -

trupy  spoczywające  na  ulicach.  Nie  pogrzebana  pozostała  jedynie  świątynia  Artemidy, 

znajdująca  się  na  najwyŜszym  ze  szczytów,  gdzie  stara  kapłanka,  bogini  KsięŜyca,  Cleis 

leŜała martwa w koronie z kości słoniowej. 

Powiedziałem juŜ, Ŝe obudziłem się gwałtownie i nagle. Przez jakiś czas nie byłem w 

stanie odróŜnić jawy od snu, gdyŜ wciąŜ miałem w uszach przenikliwe dźwięki fletów; kiedy 

wszakŜe  zobaczyłem  podłogę  komnaty  skąpaną  w  księŜycowym  blasku  i  zarys  gotyckiego 

okna,  stwierdziłem,  iŜ  powróciłem  do  świata  jawy  i  znów  znajduję  się  w  Kilderry.  Później 

usłyszałem  jak  zegar  na  dole  wybija  drugą  i  upewniłem  się,  Ŝe  to  jawa.  Mimo  to,  wciąŜ 

słyszałem  dochodzące  z  oddali  dźwięki  fletów;  dzikie,  osobliwe  tony,  które  przywodziły  mi 

na myśl tańce faunów na zboczach odległego Maenalus. Nie dawały mi zasnąć i wyczerpany 

wyskoczyłem z łóŜka. Zupełnie przypadkiem podszedłem do północnego okna i spojrzałem w 

kierunku  cichej  wioski  i  równiny  na  skraju  bagien.  Nie  miałem  ochoty  się  rozglądać  - 

chciałem jedynie zasnąć -jednak dźwięki fletów nie dawały mi spokoju i musiałem coś zrobić, 

albo coś zobaczyć. Skąd mogłem przypuszczać jaki widok ujrzą moje oczy? 

W  blasku  księŜyca  zalewającym  całą  rozległą  równinę,  rozgrywał  się  spektakl.  Przy 

dźwiękach  trzcinowych  piszczałek,  które  roznosiły  się  gromkim  echem  ponad  całym 

trzęsawiskiem  przesuwał  się  tamtędy  bezgłośny  i  osobliwy  korowód  róŜnorodnych, 

kołyszących  się  i  pląsających  raźno  postaci.  PogrąŜone  w  spontanicznym,  szaleńczym 

uniesieniu  mogły  przypominać  Sycylijczyków,  którzy  w  dawnych  czasach  tańczyli  przy 

blasku  księŜyca,  oddając  w  ten  sposób  cześć  bogini  Demeter.  Rozległa  równina,  złocisty 

blask księŜyca, cieniste, poruszające się postaci, a przede wszystkim monotonny, przenikliwy 

dźwięk piszczałek - wszystko to wywarło na mnie paraliŜujące wręcz wraŜenie. Pomimo tego 

zdołałem  stwierdzić,  iŜ  połowę  spośród  tych  niestrudzonych,  mechanicznych  tancerzy 

stanowili  robotnicy,  o  których  sądziłem,  Ŝe  spali.  Pozostałymi  uczestnikami  korowodu  były 

dziwne,  mgliste  istoty  w  bieli,  na  wpół  materialne,  ale  sugestywnie  blade,  smętne  najady  z 

nawiedzonych  źródeł  wytryskających  na  trzęsawisku.  Nie  wiem  jak  długo  obserwowałem  tę 

scenę  z  okna  komnaty  na  szczycie  wieŜy,  zanim  nie  pogrąŜyłem  się  w  dziwnej,  mrocznej, 

pozbawionej snów nieświadomości, z której wyrwały mnie dopiero ciepłe, złociste promienie 

porannego słońca. 

W pierwszej chwili po przebudzeniu miałem ochotę podzielić się mymi obserwacjami 

i obawami z Denysem Barry’ym, lecz kiedy zobaczyłem promienie słońca przenikające przez 

kratowane  wschodnie  okno,  nabrałem  pewności,  Ŝe  wszystko  to  wydawało  mi  się.  Miewam 

róŜne  dziwne  wizje,  jednakŜe  nie  jestem  na  tyle  słaby,  aby  w  nie  wierzyć  -  w  tym  zaś 

background image

przypadku  zadowoliłem  się  jedynie  wypytaniem  kilku  spośród  robotników,  którzy  spali  do 

bardzo  późna  i z  poprzedniej  nocy  nie  pamiętali  nic,  prócz  mglistych  snów  o  przeciągłych  i 

piskliwych dźwiękach. Sprawa widmowej muzyki wielce mnie niepokoiła i zastanawiałem się 

czy  nie  złoŜyć  tego  na  karb  jesiennych  świerszczy,  które  tego  roku  pojawiły  się  wcześniej  i 

swoim graniem zakłócały nocną ciszę oraz spokojny sen robotników. 

Później - tego dnia - obserwując Barry’ego w bibliotece, jak pochyla się nad planami 

wielkiego  dzieła,  mającego  rozpocząć  się  juŜ  nazajutrz,  po  raz  pierwszy  poczułem  owo 

dziwne,  nieuchwytne  tchnienie  grozy,  które  nakazało  wieśniakom,  by  opuścili  to  miejsce.  Z 

jakiegoś  niewiadomego  powodu  poczęła  napawać  mnie  lękiem  myśl  o  zakłóceniu  spokoju 

prastarego trzęsawiska i  jego mrocznych tajemnic; wyobraziłem sobie jednocześnie okropny 

widok spoczywających pośród czerni, ukrytych głęboko w niezgłębionej otchłani moczarów, 

pod  grubą  warstwą  prastarego  torfu  -  szkieletów.  Wydobycie  owych  na  światło  dzienne 

wydawało się zgoła nieroztropne i zacząłem szukać jakiejś wymówki, by móc opuścić zamek 

i wioskę. Posunąłem się nawet do tego, by porozmawiać z Barry’ym, ale kiedy mnie wyśmiał, 

nie  podjąłem  więcej  przerwanego  tematu.  Milczałem  więc,  kiedy  nad  odległymi  wzgórzami 

leniwie  zaczęło  zachodzić  słońce,  a  całe  Kilderry  skąpały,  zdawałoby  się,  złowrogie  potoki 

złotawo-czerwonego, ognistego blasku. 

Nigdy nie będę mógł powiedzieć, czy wypadki tej nocy miały miejsce naprawdę, czy 

teŜ  były  jedynie  ułudą.  Z  całą  pewnością  przewyŜszają  wszystko,  co  jesteśmy  w  stanie 

wyjaśnić,  a  co  związane  jest  z  naturą  wszechświata.  W  Ŝaden  bowiem  normalny  sposób  nie 

potrafię  wytłumaczyć  tajemniczych  zaginięć,  które  stwierdzono,  kiedy  było  juŜ  po 

wszystkim. 

PołoŜyłem się na spoczynek wcześnie i - pełen niepokoju - nie byłem w stanie przez 

długi czas zasnąć w nieziemskiej, złowrogiej ciszy panującej w wieŜy. Było dziwnie ciemno, 

choć  niebo  było  czyste,  jednak  księŜyc  świecił  bardzo  słabo  i  miało  tak  być  aŜ  do  późnych 

godzin nocnych. LeŜąc w łóŜku rozmyślałem o Denysie Barry’ym i o tym, co wydarzy się na 

trzęsawisku, kiedy nadejdzie dzień, a jednocześnie ogarnęło mnie szaleńcze wręcz pragnienie, 

aby  wybiec  w  noc,  wziąć  wóz  Barry’ego  i  jak  najszybciej  opuściwszy  te  złowrogie  ziemie, 

udać  się  do  Ballylough.  Zanim  jednak  zdołałem  wprowadzić  swe  zamierzenia  w  czyn, 

usnąłem  i  we  śnie  znów  ujrzałem  miasto  w  dolinie,  zimne  i  martwe,  otulone  całunem 

upiornych cieni. 

Prawdopodobnie  obudziły  mnie  ochrypłe  dźwięki  fletów,  ale  to  nie  one  przykuły  mą 

uwagę,  kiedy  otworzyłem  oczy.  LeŜałem  odwrócony  plecami  w  stronę  wschodniego  okna 

wychodzącego  na  trzęsawisko,  nad  którym  wisiał  blady  księŜyc,  toteŜ  spodziewałem  się,  Ŝe 

background image

na  ścianie  przede  mną  zobaczę  światło;  to  co  ujrzały  moje  oczy  przeszło  jednak  wszelkie 

oczekiwania.  Ściana  na  wprost  rzeczywiście  skąpana  była  w  blasku,  ale  bez  wątpienia  nie 

płynął  on  z  księŜyca.  Czerwona  poświata  przepływająca  przez  kratowane  gotyckie  okno  i 

omiatająca całą komnatę była niewiarygodnie, upiornie wręcz intensywna. 

Moje  poczynania  w  tej  sytuacji  mogły  wydawać  się  dość  osobliwe,  ale  jedynie  w 

ksiąŜkach bohater jest w stanie postępować w dramatyczny i przewidywalny sposób. Zamiast 

spojrzeć  na  drugi  koniec  moczarów  w  kierunku  źródła  nowego  światła,  ogarnięty  paniczną 

zgrozą  odwróciłem  głowę  od  okna  i  niezdarnie  się  ubrałem,  powodowany  dojmującym 

pragnieniem  ucieczki.  Pamiętam,  Ŝe  zabrałem  swój  rewolwer  i  kapelusz,  ale  zanim  całe 

zdarzenie dobiegło końca porzuciłem je, nie nałoŜywszy kapelusza, ani nie oddawszy jednego 

choćby  strzału.  Po  pewnym  czasie  uczucie  fascynacji  czerwoną  poświatą  przemogło  mój 

strach  i  podkradłszy  się  do  wschodniego  okna  wyjrzałem  na  zewnątrz,  podczas  gdy 

przyprawiające  o  utratę  zmysłów,  nieprzerwane  dźwięki  fletów  rozchodziły  się  szerokim 

echem ponad wioską, docierając do najdalszych nawet zakamarków starego zamczyska. 

Połać  trzęsawiska  rozpłomieniona  była  feerią  ognistego  światła,  szkarłatnego  i 

złowieszczego, bijącego z dziwnych, prastarych ruin na odległej wysepce. Nie potrafię opisać 

aspektu  owych  ruin  -  musiałem  chyba  postradać  zmysły  -  bowiem  odniosłem  wraŜenie,  iŜ 

wznoszą  się  one  doskonałe,  majestatyczne  i  nienaruszone,  nietknięte  zębem  czasu,  okolone 

smukłymi  kolumnami.  Marmurowe  belkowania,  w  których  odbijał  się  płomienisty  blask 

strzelały w niebo, niczym iglica świątyni stojącej na szczycie wysokiej góry. Flety zawodziły, 

niebawem  zawtórowały  im  bębny  i  gdy  tak  patrzyłem  sparaliŜowany,  wydawało  mi  się,  Ŝe 

dostrzegam mroczne pląsające postaci odbijające się groteskowo na tle czerwonych promieni 

marmurów. Efekt był tytaniczny, aczkolwiek niewyobraŜalny -i mógłbym przyglądać mu się 

bez  końca,  gdyby  po  mojej  lewej  stronie  nie  rozległ  się  nagle  przybierający  na  sile  dźwięk 

piszczałek. Przełamując przeraŜenie mieszające się przedziwnie z ekstazą, przeszedłem przez 

owalny  pokój  do  północnego  okna,  z  którego  roztaczał  się  widok  na  wioskę  i  równinę  na 

skraju  trzęsawiska.  Moje  oczy  ponownie  się  rozszerzyły  w  wyrazie  szaleńczego  zdumienia, 

jak  gdybym  zaledwie  przed  chwilą  nie  oglądał  niezwykłych  i  nadnaturalnych  scen.  Skąpaną 

w upiornym krwistym blasku równiną podąŜał korowód istot, jakich nigdy dotąd nie miałem 

okazji  oglądać,  z  wyjątkiem  najgorszych  koszmarów  sennych.  Na  wpół  ślizgające  się,  na 

wpół  unoszące  się  w  powietrzu,  odziane  w  biel bagienne  widma  wycofywały  się  z  wolna  w 

kierunku nieruchomych wód i wyspy z ruinami, ustawione w szyku zdającym się sugerować 

układ  jakiegoś  prastarego,  powaŜnego  tańca  rytualnego.  Ich  na  wpół  przezroczyste  ręce, 

kołyszące  się  w  rytm  nie  cichnącego  dźwięku  fletów,  przywoływały  w  niesamowity  sposób 

background image

tłum słaniających się robotników, którzy podąŜali za nimi jak psy, wolno, sennie, bezmyślnie, 

powłócząc  nogami,  jak  gdyby  przyciągani  jakąś  nieodpartą  demoniczną  mocą.  Gdy  najady 

zbliŜyły  się  do  moczarów  nie  zmieniając  kierunku  marszu,  nowy  szereg  sunących  ocięŜale, 

zataczających  się  jak  pijani  męŜczyźni,  opuścił  zamczysko  wyjściem,  które  musiało 

znajdować się mniej więcej poniŜej mojego okna, po czym przemierzył na ukos dziedziniec i 

dołączył do wlokącej się kolumny robotników na równinie. Pomimo odległości, jaka ich ode 

mnie dzieliła w mgnieniu oka rozpoznałem słuŜących sprowadzonych z Północy, gdyŜ wzrok 

mój przykuła charakterystyczna, brzydka i nieforemna sylwetka kucharza, której absurdalność 

stała  się  teraz  uderzająco  tragiczna.  Piszczałki  zamilkły,  od  strony  ruin  ponownie  dobiegł 

odgłos bębnów. Potem zgoła bezgłośnie i z gracją, najady dotarły do wody i jedna po drugiej 

wtopiły  się  w  prastare  trzęsawisko;  podąŜający  ich  śladem  robotnicy,  nawet  na  chwilę  nie 

zwalniając tempa marszu, wkroczyli w mętne fale i jedynym śladem określającym miejsce ich 

zniknięcia była niewielka chmura niezdrowych bąbelków, które z trudem mogłem dostrzec w 

blasku  szkarłatnego  światła.  Kiedy  tłusty  kucharz,  ostatni  patetyczny  uczestnik  tego 

upiornego  korowodu,  znikł  pośród  szarawej,  cuchnącej  toni  bagniska,  dźwięk  umilkł,  a 

oślepiające czerwone promienie płynące z ruin zgasły nieoczekiwanie, pozostawiając wioskę 

samotną i opuszczoną, skąpaną w słabym świetle księŜyca. Mój stan wówczas określić moŜna 

jedynie jako nieopisany chaos. Nie wiedząc czy postradałem zmysły czy teŜ byłem normalny, 

ś

niłem  czy  teŜ  moŜe  przebywałem  w  świecie  jawy,  popadłem  w  litościwe  odrętwienie. 

Wydaje mi się, Ŝe robiłem zgoła niedorzeczne rzeczy, zanosiłem modły do Artemidy, Latony, 

Demeter,  Persefony  i  Plutona.  Wszystko,  co  sobie  przypomniałem  z  klasycznej  edukacji, 

trafiało  na  me  usta,  w  miarę  jak  groza  sytuacji  pobudzała  tkwiące  głęboko  w  moim  sercu 

przesądy.  Czułem,  Ŝe  byłem  świadkiem  śmierci  całej  wioski  i  wiedziałem,  Ŝe  zostałem  w 

zamku sam, jedynie z Denysem Barry’ym, którego śmiałość i duma były przyczyną tragedii. 

Kiedy  go  wspomniałem,  nowa  groza  przyprawiła  mnie  o  atak  konwulsji  i  runąłem  na 

podłogę.  Nie  zemdlałem,  ale  fizycznie  byłem  zupełnie  bezradny.  Potem  zaś  poczułem 

lodowaty podmuch od strony okna, w którym świecił teraz blady księŜyc i usłyszałem krzyki 

dobiegające z dolnej części zamczyska. Niebawem wrzaski przybrały na sile, a ich brzmienie 

i tego co w sobie zawierały wręcz nie sposób było opisać. Kiedy o nich myślę, ogarnia mnie 

fala niewypowiedzianej słabości. Jedyne, co mogę powiedzieć to to, iŜ wydawał je ktoś, kogo 

uwaŜałem za swego przyjaciela. 

W  którymś  momencie  owego  przeraŜającego,  wstrząsającego  epizodu,  zimny  wiatr  i 

hałas musiały mnie zmusić do działania,  gdyŜ następną rzeczą jaką pamiętam jest szaleńczy 

bieg  przez  atramentowo-czarne  pokoje  i  korytarze.  Jak  oszalały  wybiegłem  w  upiorną 

background image

posępną noc i przebiegłem przez dziedziniec... 

Znaleźli  mnie  o  świcie,  krąŜącego  bez  zmysłów  niedaleko  Ballylough,  ale  z 

równowagi  nie  wytrąciły  mnie  bynajmniej  koszmary  jakie  zobaczyłem,  czy  usłyszałem 

wcześniej. Mamrotałem pod nosem o dwóch fantastycznych zdarzeniach jakie miały miejsce 

podczas  mojej  ucieczki  -  incydentach  zgoła  bez  znaczenia  w  całej  sprawie,  które  jednak  w 

dalszym  ciągu  nie  dają  mi  spokoju  i  dręczą  czasami,  gdy  przebywam  sam,  na  posępnych, 

pustych trzęsawiskach, skąpanych w blasku księŜyca. 

Kiedy  wybiegłem  z  przeklętego  zamku  i  gnałem  co  sił  w  nogach  wzdłuŜ  skraju 

moczarów  dobiegł  mnie  nagle  zupełnie  nowy  dźwięk:  pospolity,  aczkolwiek  nigdy  dotąd, 

będąc w Kilderry, nie miałem okazji go słyszeć. 

Stojące  wody  moczarów,  w  których  ostatnimi  czasy  nie  było  Ŝadnych  zwierząt,  były 

aŜ  czarne  od  hord  oślizłych,  ogromnych  ropuch,  które  rechotały  ochryple  i,  co  mogło 

wydawać  się  niemoŜliwe  czy  wręcz  nieprawdopodobne,  zdawałoby  się  -  nieprzerwanie.  Ich 

obrzmiałe,  śliskie  ciała  zieleniły  się  w  blasku  księŜyca,  a  ropuchy  zdawały  się  spoglądać  w 

górę, w kierunku źródła światła. 

PodąŜyłem  za  spojrzeniem  jednej  wyjątkowo  duŜej i odraŜająco szpetnej  ropuchy; to 

była druga rzecz, która odjęła mi zmysły. 

Dostrzegłem mianowicie ślad promienia - słabego, falującego światła - ciągnącego się 

od  dziwacznych,  prastarych  ruin  na  odległej  maleńkiej  wyspie  do  zawieszonego  na 

atramentowo-czarnym niebie bladego, posępnego księŜyca. Co więcej, światło to nie odbijało 

się  w  wodach  trzęsawiska.  W  górze  zaś,  na  tle  blednącej  smugi  widmowego  blasku  moja 

rozgorączkowana  wyobraźnia  zarejestrowała  cienki,  wijący  się  wolno  cień;  mglisty, 

zdeformowany, skręcający się i szamoczący, jakby ciągnęły go niewidzialne demony. 

Pomimo,  iŜ  u  kresu  wytrzymałości  i  bliski  utraty  zmysłów,  zdołałem  jeszcze 

wychwycić  w  owym  upiornym  cieniu  monstrualne  podobieństwo.  W  przyprawiający  o 

mdłości,  niewiarygodny,  karykaturalny,  a  nawet  wręcz  bluźnierczy  sposób  przypominał  on 

człowieka, którego znałem pod nazwiskiem Denysa Barry’ego. 

background image

BESTIA W JASKINI (THE BEAST IN THE CAVE) 

Straszliwe  przypuszczenie,  kołaczące  się  nieśmiało  w  moim  niechętnym  temu  i 

oszołomionym  umyśle,  stało  się  upiorną  rzeczywistością.  Zgubiłem  się  i  to  na  dobre  w 

ogromnych, przypominających labirynt, korytarzach Jaskini Mamutów. Obracając się w obie 

strony  i  wytęŜając  wzrok  nie  byłem  w  stanie  dostrzec  Ŝadnego  znaku,  który  pomógłby  mi 

dotrzeć  do  drogi  prowadzącej  na  zewnątrz,  nie  mogę  juŜ  dłuŜej  oszukiwać  samego  siebie, 

muszę  pogodzić  się  z  faktem,  Ŝe  być  moŜe  juŜ  nigdy  nie  zobaczę  światła  dziennego,  ani 

rozległych  równin  czy  uroczych  wzgórz  zewnętrznego  świata.  Utraciłem  nadzieję.  Niemniej 

jednak,  poniewaŜ  Ŝycie  moje  indoktrynowały  studia  filozoficzne,  obojętność  jaką 

nieodmiennie  zachowywałem  nie  przysporzyła  mi  nawet  odrobiny  satysfakcji  -  często 

bowiem  czytałem,  Ŝe  ofiary  podobnych  zachowań  popadały  w  dziki  szał;  ja  jednak  nie 

doświadczyłem  niczego  podobnego  i  od  chwili,  kiedy  uświadomiłem  sobie  rozpaczliwość 

swej sytuacji, stałem spokojnie, pogrąŜony niemal w kompletnym bezruchu. 

Myśl,  Ŝe  najprawdopodobniej  dotarłem  zbyt  daleko,  by  mogła  mnie  odnaleźć  grupa 

poszukiwawcza,  równieŜ  nie  była  w  stanie  wytrącić  mnie  z  równowagi.  JeŜeli  juŜ  muszę  tu 

umrzeć,  stwierdziłem,  miast  na  cmentarzu,  kości  moje  spoczną  w  owej  przeraŜające], 

majestatycznej  jaskini  i  bardziej  niŜ  rozpaczą  myśl  ta  natchnęła  mnie  spokojem  i 

obojętnością. 

Najpierw  poczuję  pragnienie,  pomyślałem.  Wiedziałem,  iŜ  niektórzy  w  podobnej 

sytuacji potraciliby zmysły -ja jednak czułem, Ŝe taki koniec nie jest mi pisany. Nieszczęście 

jakie mi się przytrafiło było jedynie moją winą, jako Ŝe nie mówiąc ani słowa przewodnikowi 

oddaliłem  się  od  grupy  wycieczkowiczów  i  po  ponad  godzinnej  wędrówce  zakazanymi 

korytarzami  jaskini  stwierdziłem,  Ŝe  nie  jestem  w  stanie  odnaleźć  powrotnej  drogi  wśród 

mrocznych zakamarków kamiennego labiryntu. 

Moja  latarka  zaczęła  juŜ  przygasać,  niebawem  otoczą  mnie  nieprzeniknione  i  niemal 

namacalne ciemności panujące w trzewiach ziemi. Stojąc tak, w słabym migoczącym świetle, 

zastanawiałem  się  leniwie  nad  konkretnymi  okolicznościami  mego  zbliŜającego  się  końca. 

Przypomniałem  sobie  zasłyszane  opowieści  o  kolonii  gruźlików,  którzy  zamieszkali  w  tej 

gigantycznej  grocie  Licząc  na  odzyskanie  zdrowia  w  orzeźwiającym  klimacie  podziemnego 

ś

wiata  z  jego  jednolitą  temperaturą,  czystym  powietrzem,  ciszą  i  spokojem,  a  miast  tego 

znaleźli  jedynie  śmierć  w  osobliwej  i  upiornej  postaci.  Widziałem  smętne  szczątki  ich  źle 

skleconych chatynek, mijając je wraz z wycieczką, i zastanawiałem się, jaki naturalny wpływ 

background image

mógł  wywrzeć  długi  pobyt  w  tej  ogromnej  i  milczącej  jaskini  na  kogoś  tak  zdrowego  i 

krzepkiego  jak  ja.  Teraz,  mówiłem  sobie  posępnie  w  duchu,  miałem  okazję  się  o  tym 

przekonać, zakładając rzecz jasna, Ŝe brak wody nie skłoni mnie do szybszego rozstania się z 

Ŝ

yciem. 

W  końcu  moja  latarka  zgasła  zupełnie;  w  tej  sytuacji  postanowiłem  wykorzystać 

kaŜdą szansę, kaŜdą nawet najwątpliwszą moŜliwość wydostania się z jaskini z Ŝyciem i nie 

szczędząc  płuc,  wydałem  serię  głośnych  okrzyków,  licząc,  Ŝe  tym  hałasem  zwrócę  uwagę 

przewodnika mojej grupy. 

Niemniej jednak, kiedy to uczyniłem, poczułem w głębi serca, Ŝe moje wysiłki poszły 

na  marne,  a  mój  głos,  zwielokrotniony  i  odbity  gromkim  echem  od  niezliczonych  wałów 

mrocznego labiryntu wokoło, dotarł jedynie do moich uszu. 

Nagle, zgoła nieoczekiwanie, coś przykuło moją uwagę i momentalnie spiąłem się w 

sobie. Wydawało mi się bowiem, Ŝe słyszę łagodny odgłos zbliŜających się stóp, kroczących 

po kamiennym podłoŜu jaskini. 

CzyŜby ratunek miał przybyć tak szybko? Czy wszystkie moje mroŜące krew w Ŝyłach 

lęki  były  próŜne,  gdyŜ  przewodnik,  zauwaŜywszy,  iŜ  samowolnie  oddaliłem  się  od  grupy, 

podąŜył moim śladem i odnalazł mnie w korytarzu tego gigantycznego wapiennego labiryntu? 

Podczas gdy w moim umyśle kłębiły się owe radosne rozmyślania, moje usta otwarły się do 

kolejnego  krzyku,  aby  pomoc  mogła  dotrzeć  do  mnie  szybciej,  lecz  zaraz  uczucie  radości 

zmieniło  się  w  czystą  zgrozę.  Nasłuchiwałem  bowiem,  a  słuch  miałem  czujny  i  bardziej 

wyostrzony przez panującą w jaskini grobową ciszę, i z przeraŜeniem uświadomiłem sobie, Ŝe 

kroki,  które  się  do  mnie  zbliŜały,  nie  przypominały  odgłosu  kroków  CZŁOWIEKA!  W 

nieziemskiej ciszy dźwięk obutych stóp przewodnika powinien brzmieć niczym serie ostrych, 

donośnych uderzeń. Te zaś były cichsze i bardziej ukradkowe, jak stąpanie kocich łap. Poza 

tym, kiedy wytęŜyłem słuch, miałem wraŜenie, Ŝe wychwytuję odgłos stąpania nie dwóch, a 

CZTERECH stóp. 

Byłem teraz przekonany, Ŝe moje wołanie zaniepokoiło i przyciągnęło tu jakieś dzikie 

zwierzę,  być  moŜe  górskiego  lwa,  który  przez  przypadek  zabłądził  do  jaskini.  Kto  wie, 

zastanawiałem się, moŜe Wszechmocny przypisał mi szybszą i bardziej litościwą śmierć, niŜ 

długie  konanie,  niemniej  jednak  instynkt  przetrwania,  który  w  moim  przypadku  nigdy  nie 

zasypiał, wyraźnie się teraz oŜywił, i choć ucieczka przed nadciągającym zagroŜeniem mogła 

w  tej  sytuacji  jedynie  równać  się  dłuŜszej  i  bardziej  ponurej  śmierci,  postanowiłem  bronić 

swego Ŝycia ze wszystkich sił, tak długo jak to tylko moŜliwe. MoŜe się to wydawać dziwne, 

ale  mój  umysł  ze  strony  tajemniczego  gościa  odczuwał  jedynie  wrogość.  Znieruchomiałem 

background image

zupełnie, usiłując zachowywać się moŜliwie bezszelestnie w nadziei, Ŝe  nieznane zwierzę, z 

braku naprowadzających je dźwięków, straci orientację w ciemnościach, minie mnie i pójdzie 

dalej.  Były  to  jednak  płonne  nadzieje,  gdyŜ  skradające  się  kroki  nadal  się  zbliŜały; 

najwyraźniej  zwierzę  zwietrzyło  mój  zapach,  który  wewnątrz  jaskini,  gdzie  powietrze  było 

czyste i nie skaŜone przez inne wonie, musiało bez wątpienia wyczuwać ze sporej odległości. 

Nie  pozostało  mi  zatem  nic  innego,  jak  uzbroić  się  i  przygotować  do  obrony  przed 

atakiem  nieznanego,  niewidocznego  w  ciemności  przeciwnika,  toteŜ  zacząłem  po  omacku 

szukać  moŜliwie  największych  odłamków  skalnych,  zaściełających  podłoŜe  jaskini.  Ująłem 

po jednym w kaŜdą rękę, aby mocje niezwłocznie wykorzystać i czekałem z rezygnacją na to, 

co  było  nieuniknione.  Tymczasem  przeraźliwy  szelest  stóp  zbliŜał  się  coraz  bardziej.  Bez 

wątpienia zachowanie zwierzęcia było skrajnie osobliwe. Przez większość czasu zdawało się 

iść  na  czworakach,  przy  czym  słychać  było  wyraźny  brak  unisono  pomiędzy  przednimi  a 

tylnymi łapami, niemniej w krótkich niezbyt częstych interwałach odnosiłem wraŜenie jakby 

stworzenie poruszało się jedynie na dwóch nogach. 

Zastanawiałem  się,  z  jakim  gatunkiem  przyszło  mi  się  spotkać;  musiało  ono,  jak 

sądziłem,  zapłacić  za  swoją  ciekawość  i  pragnienie  zbadania  jednego  z  wejść  do  groty 

doŜywotnim uwięzieniem w jego bezkresnych czeluściach. śywiło się niewątpliwie bezokimi 

rybami,  nietoperzami  i  szczurami  Ŝyjącymi  w  jaskini,  jak  równieŜ  zwyczajnymi  rybami 

przypływającymi  z  odmętów  Green  River,  której  odnogi  w  jakiś  przedziwny  sposób  łączyły 

się z podziemnymi wodami. 

MroŜące  krew  w  Ŝyłach  wyczekiwanie  skracałem  sobie  wymyślaniem  groteskowych 

deformacji,  jakie  Ŝycie  w  jaskini  musiało  spowodować  w  fizycznej  budowie  zwierzęcia, 

przypominając  sobie  jednocześnie  przeraŜający  wygląd  gruźlików,  którzy  według  legendy 

zmarli  po  długim  pobycie  w  jaskini,  l  nagle,  z  przeraŜeniem  uświadomiłem  sobie,  Ŝe  nawet 

gdyby  udało  mi  się  pokonać  przeciwnika,  NIE  ZDOŁAM  GO  ZOBACZYĆ.  Napięcie 

ogarniające  mój  umysł  było  przeraŜające.  Wyobraźnia,  w  której  panował  ogromny  chaos, 

tworzyła  upiorne  i  przeraŜające  kształty,  tkając  je  ze  złowrogiej  materii  otaczającej  mnie 

ciemności, która niemal namacalnie napierała na moje ciało. Kroki były coraz bliŜej. Miałem 

wraŜenie, Ŝe bezwarunkowo muszę wydać z siebie długi, przenikliwy krzyk, ale głos uwiązł 

mi w gardle, i nie byłem w stanie tego dokonać. Stałem jak skamieniały, miałem wraŜenie, Ŝe 

stopy  wrosły  mi  w  ziemię.  Wątpiłem,  czy  moja  prawa  ręka  będzie  w  stanie  w  krytycznym 

momencie cisnąć pocisk w zbliŜającą się ku mnie istotę. 

Jednostajne tup, tup, tup kroków było bardzo blisko, przeraźliwie blisko. 

Słyszałem  dyszenie  zwierzęcia  i,  pomimo  iŜ  zdjęty  zgrozą,  uświadomiłem  sobie,  Ŝe 

background image

musiało ono przebyć znaczną odległość i było wyraźnie zmęczone. Magle czar prysnął. Moja 

prawa  ręka,  kierowana  nieomylnym  zmysłem  słuchu,  cisnęła  dzierŜony  kawał  wapienia, 

zaostrzony  na  jednym  końcu,  ku  temu  miejscu  w  ciemnościach,  skąd  dobiegał  szelest  stóp  i 

głośne  dyszenie  i,  co  stwierdziłem  z  nieskrywanym  zadowoleniem,  trafiłem  niemal  w 

dziesiątkę,  usłyszałem  bowiem,  jak  istota  odskoczyła  w  tył  i  przywarowała  pod  ścianą. 

Skorygowałem namiary celu i cisnąłem drugi pocisk. Tym razem miałem więcej szczęścia. Z 

przepełniającą  me  serce  radością  usłyszałem,  jak  stwór  bezwładnie  upadł  na  ziemię  i  -  jak 

wszystko na to wskazywało - zupełnie znieruchomiał. Nadal było słychać cięŜkie sapanie, co 

pozwoliło  mi  przypuszczać,  Ŝe  jedynie  zraniłem  stwora.  Teraz  jednak  do  reszty  straciłem 

ochotę  na  przyjrzenie  się  tej  istocie.  Mój  mózg  zaatakował  bezpodstawny,  prymitywny  lęk, 

pozostałość po pradawnych przesądach i wierzeniach – nie podszedłem zatem do ciała ani nie 

cisnąłem  kolejnych  kamieni,  aby  do  reszty  pozbawić  Ŝycia  niewidoczne  w  mroku  zwierzę. 

Miast  tego,  wykrzesawszy  z  siebie  resztkę  sił,  pognałem  w  -jak  to  oszacował  mój  ogarnięty 

chaosem umysł - stronę, z której przyszedłem. Nagle znów usłyszałem dźwięk, a raczej całą 

ich  serię:  rytmicznych  i  jednostajnych.  W  chwilę  potem  zmieniły  się  one  w  kakofonię 

ostrych,  metalicznych  szczęknięć.  Tym  razem  nie  miałem  Ŝadnych  wątpliwości.  TO  BYŁ 

PRZEWODNIK.  Zacząłem  wołać,  krzyczeć,  wrzeszczeć  i  zawodzić  z  radości,  kiedy  słaba 

migocząca poświata będąca, jak wiedziałem, światłem latarki, ukazała moim oczom wilgotne 

ś

ciany i łukowato sklepiony sufit jaskini. Pobiegłem w kierunku światła, i zanim zdołałem się 

zorientować  co  robię,  padłem  memu  przewodnikowi  do  nóg,  obejmując  jego  buty.  Na 

przemian,  dziękując  za  ocalenie  bełkotałem  jak  oszalały,  bez  ładu  i  składu,  próbując 

opowiedzieć mu swą przeŜytą historię. 

W  końcu  doszedłem  do  siebie.  Przewodnik,  jak  się  okazało,  zauwaŜył  moją 

nieobecność, gdy grupa dotarła do wylotu jaskini, i kierowany intuicyjnym zmysłem kierunku 

podąŜył  przez  labirynt  korytarzy  do  miejsca,  w  którym  rozmawialiśmy  po  raz  ostatni,  aŜ  w 

końcu, po czterech godzinach zdołał mnie odnaleźć. Zanim skończył mi o tym opowiadać, ja, 

któremu  światło  latarki  i  obecność  drugiej  osoby  wyraźnie  dodała  odwagi,  napomknąłem  o 

dziwnym  zwierzęciu,  które  zraniłem  i  które  znajdowało  się  w  pewnej  odległości  od  nas,  w 

spowitym  w  ciemnościach  korytarzu,  sugerując  jednocześnie  abyśmy  tam  poszli  i  w  świetle 

latarki  wspólnie  mu  się  przyjrzeli.  Byłem  niezmiernie  ciekaw  jakiego  gatunku  stworzenie 

padło moją ofiarą. Zawróciliśmy wspólnie ku miejscu mej przeraŜającej przygody, tym razem 

jednak obecność przewodnika dodawała mi otuchy. 

Niebawem  dostrzegliśmy  biały  obiekt  leŜący  na  kamiennym  podłoŜu,  bielszy  nawet 

od  połyskujących  wapiennych  ścian.  ZbliŜając  się  ku  niemu  ostroŜnie,  nie  próbowaliśmy 

background image

powstrzymywać  swego  zdumienia,  gdyŜ  spośród  rozmaitych  osobliwych  stworów,  jakie 

mieliśmy okazję oglądać w swoim Ŝyciu, ten był bez wątpienia najdziwniejszy. Przypominał 

ogromną,  antropoidalną  małpę,  która  być  moŜe  uciekła  z  jakiejś  menaŜerii.  Włosy  miała 

ś

nieŜnobiałe  -  niewątpliwie  wyblakły  one  wskutek  długiego  przebywania  w  mrocznych, 

atramentowo-czarnych  czeluściach  jaskini.  Były  jednak  zdumiewająco  wątłe  i  rzadkie  - 

porastały jedynie głowę zwierzęcia długimi, sięgającymi ramion kosmykami. Stworzenie było 

odwrócone,  nie  widzieliśmy  jego  twarzy,  gdyŜ  niemal  na  niej  leŜało.  Osobliwy  był  równieŜ 

wygląd  kończyn,  ich  nachylenie  wyjaśniało  jednakŜe  zmiany  w  ich  uŜywaniu,  gdyŜ  juŜ 

wcześniej  zwróciłem  uwagę,  Ŝe  zwierzę  to  poruszało  się  na  przemian  na  dwóch  albo  na 

czterech łapach. Z końców palców, zarówno rąk jak i stóp, wyrastały długie, jakby szczurze 

szpony. Kończyny nie były chwytne, który to fakt składałem na karb długiego pobytu istoty w 

jaskini  -o  czym,  jak  wcześniej  zauwaŜyłem,  świadczyła  przenikliwa,  nieziemska  wręcz  biel, 

tak charakterystyczna dla kaŜdego z elementów jej anatomii. 

Nie było widać ogona. 

Oddech  stwora  był  teraz  bardzo  słaby  i  przewodnik  wyjął  pistolet  z  wyraźnym 

zamiarem  dobicia  zwierzęcia,  gdy  wtem  DŹWIĘK,  jaki  dobył  się  z  jego  ust  sprawił,  Ŝe 

towarzysz  mój  opuścił  broń  rezygnując  z  jej  uŜycia.  Trudno  byłoby  opisać  ów  dźwięk.  Nie 

przypominał  Ŝadnego  z  odgłosów  wydawanych  przez  małpy  i  zastanawiałem  się,  czy 

nienaturalność  ta  nie  była  wynikiem  długotrwałego,  ciągłego  milczenia,  ciszy  przerwanej 

dopiero  wraŜeniami  wywołanymi  ujrzeniem  światła  oglądanego  po  raz  pierwszy,  odkąd 

stworzenie  zapuściło  się  w  mroczne  czeluście  groty.  Dźwięk,  który  z  pewnym  wahaniem 

mógłbym określić jako swego rodzaju głęboki chichot, rozlegał się przez dłuŜszą chwilę.  

Nagle  całe  ciało  zwierzęcia  przeszył  ostry,  gwałtowny  spazm.  Kończyny  stwora 

zadrgały konwulsyjnie, po czym zesztywniały. Zwierzę raz jeszcze targnęło całym ciałem, po 

czym odwróciło się w naszą stronę i po raz pierwszy ujrzeliśmy jego twarz. Widok jego oczu 

przeraził mnie do tego stopnia, Ŝe przez chwilę nie byłem w stanie dostrzec niczego innego. 

Oczy  te  były  czarne,  atramentowo-czarne,  i  stanowiły  upiorny  kontrast  w  porównaniu  ze 

ś

nieŜną bielą włosów i reszty ciała. Podobnie jak u innych mieszkańców  jaskiń, gałki oczne 

zwierzęcia  znajdowały  się  głęboko  w  orbitach  i  pozbawione  były  tęczówek.  Kiedy 

przyjrzałem się uwaŜniej stwierdziłem, Ŝe szczęki i czoło stwora były mniej wysunięte niŜ u 

przeciętnych  małp  i  duŜo  słabiej  owłosione,  nos  zaś  duŜo  bardziej  wydatny.  Kiedy  w 

milczeniu przyglądaliśmy się tajemniczemu stworzeniu, jego grube mięsiste wargi rozchyliły 

się i spomiędzy nich wydobyło się kilka dźwięków, po czym istota pogrąŜyła się w spokoju 

ś

mierci. 

background image

Przewodnik  schwycił  mnie  za  rękaw  i  dygotał  tak  bardzo,  Ŝe  promień  jego  latarki 

przesuwał się nieustannie w górę i w dół rzucając dziwne, poruszające się cienie na bladych, 

wapiennych ścianach groty. 

Nie  poruszyłem  się  i  stałem  jak  wrośnięty  w  ziemię,  wpatrując  się  rozszerzonymi  z 

przeraŜenia oczyma w kamieniste podłoŜe. 

Groza  minęła,  a  jej  miejsce  zajęły:  zdumienie,  niepokój,  współczucie  i  szacunek, 

bowiem  dźwięki  jakie  wydała  konająca  postać  spoczywająca  na  ziemi,  tuŜ  przed  nami, 

nieomylnie zdradziły nam okrutną prawdę. 

Istota,  którą  zabiłem,  owa  dziwna  bestia  z  mrocznych  czeluści  bezdennych  jaskiń, 

dawno bo dawno, ale musiała być kiedyś CZŁOWIEKIEM. 

background image

ULICA (THE STREET) 

Są  tacy,  którzy  twierdzą,  Ŝe  rzeczy  i  miejsca  mają  dusze  i  ci,  którzy  uwaŜają,  Ŝe  tak 

nie jest; nie będę wypowiadał się na ten temat, ale opowiem wam o Ulicy. 

Ulicę  tę  tworzyli  ludzie  silni  i  honorowi  -  prawi  i  dzielni,  którzy  przybyli  z 

Błogosławionych  Wysp  za  morzem.  Z  początku  była  to  jedynie  ścieŜka  wydeptana  przez 

pierwszych  osadników  noszących  wodę  z  leśnego  źródła  do  grupki  domów  przy  plaŜy, 

następni  pobudowali  nowe  chaty,  wzdłuŜ  północnej  strony,  wykonane  z  grubych  dębowych 

bali, od strony lasu zaś obudowane kamieniami, gdyŜ w gąszczu czaili się Indianie uŜywający 

często płonących strzał. 

W kilka lat później ludzie wznieśli kolejne domy wzdłuŜ południowej strony Ulicy. 

Po Ulicy, w tę i z powrotem, kroczyli posępni  męŜczyźni w stoŜkowatych czapkach, 

którzy zazwyczaj byli uzbrojeni w muszkiety bądź flowery. Przechadzały się tędy równieŜ ich 

Ŝ

ony, w czepkach na głowach i stateczne, opanowane dzieci. Wieczorami męŜczyźni zasiadali 

przy  gigantycznych kominkach, czytali i rozmawiali. Czytali bardzo proste rzeczy i o takich 

teŜ dyskutowali, niemniej pomagały im one za dnia w pracy przy karczowaniu lasu i uprawie 

pól. Dzieci zaś, słuchały i uczyły się o prawach i starych czynach, a takŜe o ukochanej Anglii, 

której nigdy nie widziały, ani nie mogły pamiętać. 

Po  wojnie  Indianie  przestali  nękać  mieszkańców  Ulicy.  MęŜczyznom  pochłoniętym 

pracą  powodziło  się  nieźle  i  byli  naprawdę  szczęśliwi.  Dzieci  rosły,  a  kolejne  rodziny 

przybywały  ze  Starego  Kraju,  aby  osiedlić  się  przy  Ulicy.  A  potem  dorosły  dzieci  i  nowo 

przybyłych.  Miasteczko  stawało  się  miastem  i,  jedna  po  drugiej,  chaty  poczęły  ustępować 

miejsca  domom  -  prostym,  pięknym  budowlom  z  cegły  i  drewna,  o  kamiennych  stopniach  i 

Ŝ

elaznych  balustradach,  ze  świetlikiem  nad  drzwiami  wejściowymi.  Domy  nie  były  zbyt 

wymyślne,  gdyŜ  miały  słuŜyć  wielu  pokoleniom.  Wewnątrz  znajdowały  się  ozdobnie 

rzeźbione  kominki  i  urzekające  oko  schody,  a  takŜe  przyjemne,  wygodne  meble,  delikatne, 

porcelanowe  zastawy  stołowe  i  srebra  przywoŜone  ze  Starego  Kraju.  Tak  więc  Ulica 

napełniała  się  snami  młodych  i  cieszyła  się,  gdy  jej  mieszkańcy  stawali  się  coraz  bardziej 

czarujący i szczęśliwi. 

Tam gdzie kiedyś była jedynie siła i honor, pojawiły się obecnie smak, gust i wiedza. 

Do domów zawitały ksiąŜki, obrazy i muzyka, młodzi zaś uczęszczali na uniwersytet, którego 

gmach  wznosił  się  ponad  równiną  na  północy.  Strzelby  zastąpiły  szpady,  koronki  -  peruki. 

Polne  dróŜki  i  leśne  drogi  pokryły  się  kostką  kocich  łbów,  po  których  dudniły  kopyta 

background image

wierzchowców czystej krwi i koła pozłacanych karet; przy chodnikach zaś powstały słupki do 

uwiązywania koni. 

Przy  Ulicy  rosło  wiele  drzew:  wiązy,  dęby  i  majestatyczne  klony;  w  lecie  więc  cała 

okolica  zdawała  się  tonąć  w  soczystej  zieleni,  a  z  rozłoŜystych,  strzelistych  koron  drzew 

dochodził  melodyjny  śpiew  ptaków.  Za  domami  rozciągały  się  okolone  murami  róŜane 

ogrody  ze  ścieŜkami  otoczonymi  z  dwóch  stron  przez  starannie  przycięte  Ŝywopłoty,  z 

tarczami  słonecznych  zegarów  tonących  nocami  w  srebrzystym  blasku  księŜyca  i  gwiazd, 

podczas gdy wonne, róŜnobarwne kwiaty błyszczały od kropel rosy. 

Ulica śniła dalej, poprzez kolejne wojny, nieszczęścia i zmiany. Któregoś razu odeszła 

większość  młodych  i  niektórzy  nigdy  nie  powrócili.  Wtedy  teŜ  zwinięto  starą  flagę  i 

zastąpiono ją nową, z pasami i gwiazdami. I choć męŜczyźni mówili o ogromnych zmianach. 

Ulica  ich  nie  czuła,  ludzie  bowiem  byli  nadal  tacy  sami,  mówili  o  starych,  znajomych 

rzeczach  w  stary,  znajomy  sposób.  Drzewa  wciąŜ  były  schronieniem  dla  rozśpiewanych 

ptaków,  a  wieczorami  księŜyc  i  gwiazdy  przyglądały  się  skąpanym  w  rosie  kwiatom  w 

otoczonych murami róŜanych ogrodach. 

Po  jakimś  czasie  zniknęły  szpady,  trójgraniaste  kapelusze  i  peruki.  JakŜe  dziwni 

wydawali  się  krótkowłosi  mieszkańcy  z  laskami  w  dłoniach.  Z  oddali  dochodziły  nowe 

odgłosy:  dziwne  sapanie  i  przenikliwe  wycie,  dobiegające  od  strony  oddalonej  o  milę  rzeki. 

Powietrze nie było juŜ tak czyste, jak poprzednio, ale duch tego miejsca nie zmienił się. Ulicę 

ukształtowała  krew  i  dusza  przodków.  Duch  nie  zmienił  się  nawet  kiedy  ludzie  brutalnie 

otworzyli  ziemię,  aby  połoŜyć  w  niej  dziwne  rury,  ani  kiedy  stawiali  wysokie  słupy  z 

przymocowanymi  do  nich  tajemniczymi  drutami.  Ulica  zawierała  w  sobie  tak  wiele 

prawdziwej wiedzy, Ŝe przeszłość nie mogła zostać zbyt łatwo zapomniana. 

A potem nastały dni zła, kiedy wielu, którzy znali Ulicę z dawnych czasów, przestali 

ją znać i kiedy poznało ją wielu, którzy nie znali jej do tej pory. Akcent ich był chrapliwy i 

ostry,  wygląd  zaś  i  oblicza  plugawe.  Podobnie  jak  ich  myśli,  które  walczyły  z  mądrością 

ducha  Ulicy,  ta  zaś  bezgłośnie  umierała  z  tęsknoty,  podczas  gdy  stojące  wzdłuŜ  niej  domy 

popadły  w  ruinę,  drzewa  uschły,  a  róŜane  ogrody  zarosły  chwastami  i  sczezły.  Jednak, 

któregoś  dnia  znów  poczuła  gwałtowny  przypływ  dumy,  było  to  wówczas,  kiedy  młodzi 

ponownie wymaszerowali w nieznane. I znowu wielu z nich nie powróciło. 

Tym razem młodzi ubrani byli na niebiesko. 

W  miarę  upływu  lat  z  Ulicą  działo  się  coraz  gorzej.  Uschły  juŜ  wszystkie  drzewa,  a 

róŜane  ogrody  ustąpiły  miejsca  zapleczom  tanich,  szpetnych  nowych  budynków  stojących 

przy  równoległych  ulicach.  Domy  jednak  pozostały,  pomimo  trudnych  lat,  robaków  i  burz, 

background image

bowiem  postawiono  je  z  myślą,  aby  słuŜyły  wielu  pokoleniom,  na  Ulicy  pojawiły  się  nowe 

twarze:  śniade,  złowieszcze  oblicza  o  zdradliwych  oczach  i  dziwnych  rysach,  których 

właściciele  mówili  nieznanym  językiem  i  wywieszali  na  przeŜartych  wilgocią  ścianach 

domów szyldy z napisami w innym alfabecie. 

WzdłuŜ  rynsztoków  pojawiły  się  wózki  i  stragany.  Powietrze  przesycił  okropny, 

nieokreślony fetor, a prastary duch zapadł w sen. 

Raz  Ulica  przeŜyła  chwile  wielkiego  podniecenia.  Za  morzem  szalały  wojna  i 

rewolucja; upadła dynastia, a nieliczni pozostali przy Ŝyciu pokonani dotarli z dwuznacznymi 

zamiarami do Zachodniego Lądu. Wielu z nich osiedliło się w zapuszczonych domach, które 

niegdyś  znały  śpiew  ptaków  i  zapach  róŜ.  Później  zaś  Zachodni  Ląd  przebudził  się  i 

przyłączył  do  Starego  Kraju  w  tytanicznej  walce  na  rzecz  cywilizacji.  Nad  miastami 

ponownie  łopotały  stare  flagi,  którym  towarzyszyły  nowe  -  prostsze,  acz  wspaniałe  - 

trójkolorowe. Nad Ulicą nie powiewały flagi,  gdyŜ obecnie gnieździł się tam jedynie strach, 

nienawiść  i  ignorancja.  Młodzi  ponownie  odeszli,  ale  nie  tak  jak  inni  ich  rówieśnicy,  w 

dawnych  czasach.  Czegoś  brakowało.  Synowie  owych  młodzieńców  z  przeszłości,  którzy 

maszerowali  przesyceni  prawdziwym  duchem  ich  przodków,  wywodzili  się  bowiem  z 

róŜnych miejsc i nie znali Ulicy ani jej pradawnego ducha. 

Za morzem miało miejsce wielkie zwycięstwo i młodzi powrócili w chwale. Odzyskali 

to, czego im brakowało, ale przy Ulicy nadal gnieździły się lęk, nienawiść i ignorancja - zbyt 

wielu pozostało i zbyt wielu obcych przybyło z róŜnych odległych miejsc, by  osiedlić się  w 

starych domach. Większość znów miała śniade, złowieszcze twarze, były jednak wśród nich i 

takie, jak oblicza ludzi, którzy kształtowali Ulicę i uformowali jej ducha. Podobne, a zarazem 

róŜne,  bowiem  w  oczach  ich  wszystkich  migotały  złowrogie  iskierki  chciwości,  ambicji, 

mściwości i graniczącego z obłędem fanatyzmu. Spiskowali, by zadać Zachodniemu Lądowi 

zabójczy cios, i móc potem przejąć władzę nad krajem, a raczej nad jego ruinami, tak jak w 

pewnym  nieszczęsnym,  mroźnym  kraju,  z  którego  przybyła  większość  z  nich.  Serce  spisku 

znajdowało  się  przy  Ulicy,  gdzie  chylące  się  ku  upadkowi  domy  tętniły  nieustępliwymi 

poczynaniami  cudzoziemskich  siewców  niezgody  i  rozbrzmiewały  echem  planów  i 

przemówień tych, którzy z utęsknieniem wyczekiwali dnia krwi, ognia i zbrodni. 

Prawo  wiedziało  i  mówiło  sporo  na  temat  dziwnych  zgromadzeń  na  Ulicy,  ale  nie 

mogło  niczego  udowodnić.  Tajniacy  z  uporem  przesiadywali,  nadstawiając  ucha  w  takich 

miejscach jak Piekarnia Pietrowicza, Szkoła Nowoczesnej Ekonomii Rywkina, Klub „Krąg” i 

kawiarnia „Wolność”. 

Zbierały się tam spore grupy posępnych męŜczyzn, rozmawiających zawsze w obcym 

background image

języku.  A  stare  domy  stały,  przesycone  zapomnianą  wiedzą  szlachetniejszych,  minionych 

stuleci,  śmiałych  kolonizatorów  i  skąpanych  w  rosie  róŜanych  ogrodów  w  blasku  księŜyca. 

Czasami  samotny  poeta  czy  wędrowiec  zjawiał  się,  by  rzucić  na  nie  okiem,  i  usiłował 

odnaleźć je w ich minionej chwale; niemniej nie było ich wielu. 

KrąŜące  swobodnie  plotki  głosiły,  Ŝe  w  domach  tych  zamieszkiwali  przywódcy 

ogromnej grupy terrorystycznej, którzy pewnego konkretnego dnia zamierzali rozpętać orgię 

rzezi,  mając  na  celu  zniszczenie  Ameryki  i  wszystkich  szlachetnych,  starych  tradycji, 

ukochanych przez Ulicę. Ulotki pływały w rynsztokach, ale pomimo iŜ wydrukowane były w 

róŜnych językach i róŜnym rodzajem pisma, mówiły o jednym: zbrodni i rebelii. Ich autorzy 

nawoływali  do  obalenia  praw  i  cnót  wychwalanych  przez  naszych  ojców,  zdławienia 

Konstytucji  -  konstytucji,  która  zawierała  w  sobie  spuściznę  półtora  tysiąca  lat  anglosaskiej 

wolności,  sprawiedliwości  i  umiarkowania.  Mówiono,  Ŝe  smagli  męŜczyźni  zamieszkujący 

przy  Ulicy  i  gromadzący  się  w  jej  gnijących  budynkach  byli  mózgami  przeraŜającej 

rewolucji,  Ŝe  na  ich  rozkaz  miliony  bezmyślnych,  Ŝądnych  krwi  bestii  wyciągnie  hałaśliwe 

szpony  ze  slumsów  tysięcy  miast,  paląc,  niszcząc  i  mordując,  aŜ  ziemia  naszych  ojców 

przestanie  istnieć.  To  wszystko  mówiono  i  powtarzano,  a  wielu  z  niepokojem  oczekiwało 

dnia  czwartego  lipca,  o  którym  dwuznacznie  pisano  w  ulotkach;  nic  jednak  nie  moŜna  było 

nikomu udowodnić. 

Nikt  nie  potrafił  określić,  czyje  aresztowanie  mogłoby  spowodować  unicestwienie 

spisku. Policjanci niejednokrotnie urządzali naloty przetrząsając domy, aŜ w końcu przestali - 

ich  równieŜ  znudziło  egzekwowanie  prawa  i  porządku  i  pozostawili  całe  miasto  swemu 

losowi.  Później  zjawili  się  męŜczyźni  w  oliwkowych  mundurach,  z  muszkietami;  mogło  się 

wydawać, Ŝe to swego rodzaju smutny sen. Ulicy musiało przyśnić się wspomnienie dawnych 

dni,  kiedy  uzbrojeni  w  muszkiety  ludzie  w  stoŜkowatych  kapeluszach  krąŜyli  po  niej,  od 

ź

ródła w lesie, do skupiska chat przy plaŜy. Nic nie moŜna było przedsięwziąć, aby zapobiec 

nadciągającemu  kataklizmowi,  bowiem  smagli,  złowrodzy  męŜczyźni  byli  nader  sprytni  i 

przebiegli. 

Ulica  spała  więc  niespokojnie,  aŜ  pewnej  nocy  w  Piekarni  Pietrowicza,  Szkole 

Nowoczesnej  Ekonomii,  Klubie  „Krąg”  i  kawiarni  „Wolność”,  jak  równieŜ  w  wielu  innych 

miejscach,  zgromadziły  się  ogromne  grupy  ludzi,  których  oczy  przepełnione  były 

przeraźliwym triumfem i pełnym fanatyzmu wyczekiwaniem. 

Po  ukrytych  przewodach  wędrowały  dziwne  depesze  i  mówiono  wiele  o  mających 

nadejść  jeszcze  dziwniejszych  wieściach;  kiedy  jednak  niebezpieczeństwo  zagraŜające 

Zachodniemu  Lądowi  zostało  zaŜegnane  nawet  się  tego  nie  domyślano.  MęŜczyźni  w 

background image

dziwnych  mundurach  nie  potrafili  powiedzieć  co  się  dzieje,  ani  jak  powinni  się  zachować, 

gdyŜ smagli, złowrodzy męŜczyźni mieli ogromną wprawę, byli subtelni i doskonale potrafili 

maskować swoje poczynania. 

Mimo  to  męŜczyźni  w  oliwkowych  mundurach  zawsze  będą  pamiętać  tę  noc  i 

opowiadać o Ulicy, tak jak mówili o niej swoim wnukom; wielu z nich wysłano bowiem tego 

ranka z zadaniem innym niŜ to, jakiego się spodziewali. Wiedziano powszechnie, Ŝe gniazdo 

anarchii było stare, a domy, nadgryzione zębem czasu, zmieniły się w ruinę, niemniej jednak 

to, co wydarzyło się tej letniej nocy zdziwiło wszystkich, ze względu na swą jednolitość. Nie 

da  się  ukryć,  iŜ  zdarzenie  to  było  nad  wyraz  osobliwe,  pomimo  iŜ  na  pozór  wydawało  się 

proste. Bez ostrzeŜenia bowiem, o nieokreślonej konkretnie godzinie (wiadomo jedynie, Ŝe po 

północy)  wszystkie  domy  stojące  przy  Ulicy,  naruszone  nieubłaganym  czasem,  burzami  i 

Ŝ

arłocznym robactwem, zmieniły się w stertę gruzów; po katastrofie przy Ulicy nie pozostał 

nawet  jeden  cały  budynek  -  zachowały  się  tylko  dwa  samotne,  Ŝałosne  kominy  i  fragment 

mocnego ceglanego muru. 

Nikt nie wyszedł Ŝywy z ruin. 

Poeta i wędrowiec, którzy wraz z tłumem gapiów znajdowali się w miejscu katastrofy 

opowiadali dziwne historie. Poeta twierdził, Ŝe nocą, na wiele godzin przed świtem, w świetle 

łukowych  lamp  widział  jakby  zamazane,  obskurne,  odraŜające  ruiny;  i  Ŝe  przed  brzaskiem 

zdołał dostrzec nakładający się na nie zupełnie inny obraz. Opisał go jako skąpane w blasku 

księŜyca  schludnie  utrzymane  domy,  przy  których  wznosiły  się  majestatyczne  wiązy,  dęby  i 

klony.  Wędrowiec  zaś,  Ŝe  zamiast  uporczywego  smrodu  unoszącego  się  zwykle  w  tym 

miejscu  czuł  wyraźny,  aromatyczny  zapach  kwitnących  róŜ.  CzyŜ  jednak  sny  poetów  i 

opowieści wędrowców nie są jednakowo kłamliwe? 

Są  tacy,  którzy  twierdzą,  Ŝe  rzeczy  i  miejsca  mają  dusze  i  ci,  którzy  uwaŜają,  Ŝe  tak 

nie jest; ja nie będę wypowiadał się na ten temat, ale opowiedziałem wam o Ulicy.