H.P. LOVECRAFT
DAGON
Strach! Na ogół ludzie woleliby w ogóle się z nim nie stykać, podobnie jak z bólem
czy rozpaczą. JednakŜe czasem okoliczności, warunki w jakich człowiek Ŝyje, nawarstwiające
się problemy, czy wreszcie stres, wymagają niejakiego odreagowania, w pewnym sensie
przeŜycia namiastki tych uczuć. Nazywa się to katharsis - rozładowanie napięcia pod
wpływem... sztuki. Bywa, Ŝe pewnym kryterium oceny takiej sztuki jest to w jakim stopniu
potrafi ona wzruszyć czy przerazić. MoŜe to znamienne, ale obecnie, w zalewie informacji o
najróŜniejszych okrucieństwach - o to drugie -jest, jak się wydaje, trudniej.
Strach! Są jednak twórcy, którzy wywołują go do dziś, a jednym z nich jest pisarz
sprzed pół wieku: Howard Phillips Lovecraft. Nie sądzę, Ŝeby jego twórczość była
ponadczasowa, ale na pewno długowieczna. Potrafi on stykać czytelników z niezwykłymi,
mrocznymi mocami czy teŜ potworami; robi to stopniowo, w sposób subtelny. Napięcie
narasta w miarę odkrywania określonych aspektów jestestwa owych mrocznych potęg...
WaŜne, Ŝe tłem dla jego utworów jest pewna mitologia. Mitologia CthuIhu. Nie nadał jej
moŜe wyraźnych kształtów, nie przeprowadził genezy, nie opisał powstania wszechświata ani
walki o niego, nie uczynił tego co w wielu mitologiach jest podstawą, fundamentem. Prawdą
jest, Ŝe owa mitologia nie zawsze trzyma się kupy, ale przecieŜ nie tworzył jej setki lat, nie
miał moŜliwości korygowania jej pod wpływem całych pokoleń innych ludzi. Tak, na
przykład, było z mitologią grecką, tworzoną wieki, notabene przez bardzo wiele osób,
niemalŜe z róŜnych epok. Mimo tego świat, który wykreował jest, na swój sposób,
fascynujący. Jest to świat mroczny, tajemniczy i w zasadzie nieskończony. Świat między
innymi, a moŜe przede wszystkim. Bogów.
W mitologii Cthulhu nie ma wyraźnie zarysowanej hierarchii, choć wiadomo, Ŝe
najwaŜniejsi są Bogowie Zewnętrzni, w szczególności Azathoth - ich władca, zwany Bestią
Nuklearnego Chaosu. Istnieje on od początku wszechświata, Ŝyje poza normalną
czasoprzestrzenią w samym Centrum Nieskończoności. Tam jego amorficzne ciało wije się
bezustannie, w otoczeniu innych Bogów, w rytm dźwięku wydobywającego się z
niesamowitego fletu. Azathoth jest potęŜny, aczkolwiek ślepy i głupi, przez to nieobliczalny.
Człowiek o zdrowych zmysłach nie będzie się starał nawet wymówić jego imienia, a co
dopiero przywołać. Zdarza się jednak niektórym zrobić to przez przypadek, w rezultacie,
nieświadomie, powodują nieszczęście i grozę.
Innym, prawie równie potęŜnym Bogiem Zewnętrznym jest Yog-Sothoth. Jego potęga
nie polega na sile, w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale na wiedzy i co za tym idzie -
władzy. Yog-Sothoth czyli Jedność we Wszechrzeczy i Wszechrzecz w Jedności właściwie
egzystuje na wszystkich płaszczyznach, jest zawsze i wszędzie, przebywa pomiędzy
wymiarami, dysponuje wiedzą o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, wie co było, co jest
i co będzie. Przede wszystkim zaś jest Bramą i Kluczem. Zdarza się, Ŝe do nas dociera
poprzez rytuały i zaklęcia.
Trzecim waŜnym Bogiem jest kapryśny Nyarlathotep, w pewnym sensie prawa ręka
Azathotha. Jest on Wielkim Posłańcem i duszą wszystkich Bogów, a zarazem jedynym z tych
trzech, którego moŜna spotkać w ludzkiej postaci. Nyarlathotep, jak gdyby, lubuje się w
szpiegowaniu. Jest straszny i groźny; w sumie kontakt z nim kończy się na ogół dla człowieka
ś
miercią bądź czymś jeszcze gorszym...
Oczywiście nie wszyscy Bogowie Zewnętrzni Ŝyją ze sobą w zgodzie. Dla przykładu
Nodens - Pan Wielkiej Otchłani, występujący często pod postacią starca, pomaga ludziom
ś
ciganym przez Nyarlathotepa czy teŜ przedstawicieli Wielkich Przedwiecznych. Nodens,
widywany na rydwanie utworzonym z ogromnej, morskiej muszli, znany jest z tego Ŝe nie
atakuje nigdy fizycznie swoich wrogów i dla ludzi jest niemal „przyjacielski”. RównieŜ w
miarę neutralnymi Bogami Zewnętrznymi są: Bast - Bogini Kotów, uosobienie sympatii,
zamiłowania Lovecrafta do tych zwierzaczków, które, swoją drogą, było niemal tak wielkie
jak Thomasa Eliota (ten to na pewno miał, w tym względzie, bzika), oraz Hypnos - Pan Snów.
Mypnos ukazuje się jako młody, przystojny męŜczyzna o kręconych włosach i uśmiechniętym
obliczu. W rzeczywistości jednak jego wygląd jest przeraŜający, jak „najgorsza ze zmór
nocnych”. Jego natura związana jest ze snem; z granicą pomiędzy Światem Przebudzenia, a
Krainą Snów. Ci, którzy śnią, podróŜują właśnie przez jego dominium.
U Lovecrafta Bogowie są podzieleni właściwie na dwie grupy: Bogów Zewnętrznych,
o których wspomniałem wyŜej i Wielkich Przedwiecznych, takich jak Cthulhu, od którego
imienia nazwę wzięła mitologia. Wielcy Przed-wieczni Ŝyli na Ziemi przed wiekami, zanim
jeszcze pojawili się ludzie. ZdąŜyli zetknąć się z tajemniczą Starą Rasą i stoczyć z nimi wojnę
o władzę nad planetą. Teraz w większości są martwi i spoczywają głęboko pod dnem oceanu,
w R’lyeh - wielkim mieście Cyklopów. MoŜna ich jednak oŜywić i według legendy nadejdzie
czas, kiedy gwiazdy osiągną „właściwą pozycję w cyklu wieczności”. Wtedy R’lyeh wynurzy
się, a Bogowie przebudzą. „Człowiek rządzi teraz tam, gdzie niegdyś rządziły One; wkrótce
One będą rządzić tam, gdzie rządzi teraz człowiek”.
Wielcy Przedwieczni nie mają ciała ani krwi, chociaŜ posiadają kształt. Są zbudowani
z czegoś innego niŜ materia. Lovecraft uparcie nadawał im wygląd ośmiornicopodobnych,
jaszczuropodobnych, rybiopodobnych, ropuchopodobnych istot albo teŜ wszystkich na raz.
nie inaczej jest z najsłynniejszym i najpotęŜniejszym z nich, z Cthulhu. Ma on, co prawda,
pewne antropoidalne kształty, ale one raczej tylko podkreślają obcość całej reszty. Cthulhu
ma głowę ośmiornicy, skrzydła nietoperza, ciało pokryte łuskami i niesamowite szpony,
wszędzie gdzie dało się je wcisnąć. Poza tym jest ogromnych rozmiarów. Bóg ten ma moc
porozumiewania się z ludźmi za pomocą snu, a raczej koszmaru. Posiada wiele sług wśród
SłuŜebnych Ras i ludzi. Tak jak i pozostali, jest martwy tylko w pewnym sensie. Raczej
naleŜałoby powiedzieć, Ŝe jest uśpiony. Jego kult na Ziemi jest dość nieźle zorganizowany i
rozsiany po całym świecie. Główne uroczystości przypadają w przeddzień l maja i
Wszystkich Świętych, czyli 30 IV i 31 X. Wtedy to wyznawcy podtrzymują kult ohydnymi
obrzędami, które na ogół kończą się złoŜeniem ofiary z ludzi.
Innym znanym Wielkim Przedwiecznym jest Tsathog-gua. Przybył z czarnego,
pozbawionego światła N’kal i wygląda jak skrzyŜowanie ropuchy z niedźwiedziem. Wbrew
posturze naleŜy do łagodniejszych, leniwszych Bogów. Jednak w przeciwieństwie do takiego
autentycznie groźnego Ghatanothoi ma bardzo wielu wyznawców. Z tej grupy wypadałoby
jeszcze wymienić Hastura, jednego z potęŜniejszych Wielkich i Yiga - Ojca WęŜy. Większość
z nich ma sługi w postaci przedstawicieli SłuŜebnych Ras. Na przykład Cthulhu słuŜy,
między innymi, rzadko spotykana para: Dagon i Hydra, która naleŜy do Istot z Głębin, z tym
Ŝ
e i Dagon, i Hydra są nieco przerośnięci i obecnie mają juŜ jakieś miliony lat. Zwykłe
Stwory Głębinowe wyglądają podobnie, ale są, rzecz jasna, mniejsze. Gromadzą się na
ceremoniach ku czci Cthulhu i co bardzo waŜne, mogą w jakiś sposób krzyŜować się z
ludźmi. Takie hybrydy zamieszkują, na ogół, przybrzeŜne wioski i na początku wyglądają jak
istoty ludzkie. Z biegiem czasu dokonuje się jednak przemiana, która uwieńczona jest
wyprawą takiego delikwenta w głębiny... do domu. Istota z Głębin, jeŜeli się jej nie zabije,
jest nieśmiertelna.
Ostatnią grupą występującą w mitologii Cthulhu są tak zwane Rasy NiezaleŜne i tutaj
bodaj największą rolę odgrywają bądź odgrywały niejakie Mi-Go. Pojawili się najpierw na
Shaggai, następnie na Yuggoth - dziewiątej planecie naszego układu słonecznego (czyli
wypada na Pluton). Zbudowali tam potęŜne miasta z czerwonego kamienia. Był to świat
tarasowato wzniesionych wieŜ, czarnych, smolistych rzek i grzybiastych ogrodów. W skrócie
Mi-Go wygląda jak wielki krab ze sterczącymi, mięsistymi mackami. Na grzbiecie posiada
ogromne skrzydła, a w kolorze jest róŜowawy. Rasa ta jest całkiem nieźle zaawansowana
technicznie, jeŜeli moŜna to tak nazwać. W przestrzeni kosmicznej, wprawdzie, poruszają się
za pomocą swych mocnych skrzydeł, a nie wahadłowców, ale dobrym przykładem na to, Ŝe
jakąś tam technikę posiadają, jest tzw. Błyszczący Trapezohedron, czyli Okno Wszystkich
Czasów i Przestrzeni, dzięki któremu moŜna oglądać wszystkie światy. Prawda, Ŝe jak gdyby
wchodzi nieco w kompetencje Yog-Sothotha? Mi-Go to straszliwe stwory zamieszkujące
obecnie równieŜ ośnieŜone szczyty Himalajów, przez co często identyfikowane są z Yeti.
Do Ras NiezaleŜnych zaliczają się takŜe Shoggothy, pozostałość Starej Rasy w tym
sensie, Ŝe przez nią Shoggothy zostały stworzone. Prawdopodobnie Starych Istot ma coś
wspólnego równieŜ z pojawieniem się ludzi. W kaŜdym razie Shoggothy nie mogą nie
wyglądać strasznie. Mają ogromne cielska, wyglądające jak oblepiona śluzem czarna kiełbasa
z wielkim, szczodrze uzębionym pyskiem. Ciekawostką jest to, Ŝe niektóre gatunki
charakteryzują się sprytem i inteligencją. W mitologii Cthulhu istnieją pewne
niedopowiedziane wątki, jak ten dotyczący Starych Istot. Sam Cthulhu jest podobno ich
kuzynem i to od nich w przyszłości moŜe oczekiwać pomocy.
Dawne Istoty istnieją pomiędzy znanymi nam przestrzeniami i są bezwymiarowe i
niewidzialne. Nie mogą przybrać ciała bez ludzkiej krwi...
Jest jeszcze kwestia Araba Abdula Alhazreda. Poznał on wszystkie tajemnice Bogów i
pewnie od tego oszalał. Zdołał je jednak spisać w księdze zatytułowanej „Necronomicon”.
Choć Lovecraft w swojej mitologii jest niekonsekwentny, nie przeszkodziło mu to
zostać jednym z najbardziej popularnych pisarzy powieści grozy. W Stanach Zjednoczonych
do dziś istnieją całe kluby zrzeszające miłośników jego twórczości; jakiś czas temu pojawiła
się gra fabularna „Zew Cthulhu” z realiami zaczerpniętymi prosto z owej mitologii.
Lovercraftowski świat rozbudowuje się równieŜ do dziś, czego przykładem są powieści
Lumleya i Mastertona, ale najwaŜniejszy w tym względzie okres nastąpił jeszcze za Ŝycia
Lovecrafta. Wtedy to korespondencyjnie zainicjował on kontakty z wieloma innymi
pisarzami. Z biegiem czasu zaprzyjaźnił się z takimi autorami jak Robert Bloch, Henry
Kuttner, C.L. Moore czy Clark Ashton Smith. Zaowocowało to napisaniem przez nich paru
utworów osadzonych twardo w świecie Lovecrafta. NajwaŜniejszym jednak z owych pisarzy
był niejaki August Derleth. Tak bardzo zafascynował się mitologią Cthulhu, Ŝe niemal cała
jego późniejsza działalność była z nią związana. Wraz z Donaldem Wandreidem załoŜył
wydawnictwo Arkham Mouse, które, moŜna tak powiedzieć, specjalizowało się w
Lovecrafcie i mitologii Cthulhu, o której coraz częściej pisali inni. W kaŜdym razie
przyczynił się Derleth do jej spopularyzowania. Do najwaŜniejszych utworów samego
Derletha zalicza się dziś: „The Dweller in Darkness”, „The Lurker at the Threshold”,
napisany wespół z Markiem Schorerem „The Lair of the Star-Spawn” czy wreszcie napisany z
Lovecraftem „The Gable Window”. Wypadałoby teŜ wspomnieć tytuły innych twórców, takie
jak „The Render of the Yeils” - Cambella, „Out of the Eons” - Healda, „Ubbo-Sathla” -
Smitha, „The Salem horror” - Kuttnera czy teŜ opisującą Yiga -Ojca WęŜy „The Curse of
Yig” - Bishopa. Lovecraft zostawił więc po sobie nie tylko swój dorobek, niedługo będzie
czas, aby się z nim zapoznać, a ocena tej twórczości naleŜeć będzie juŜ do państwa. Jednak
nie ulega dla mnie wątpliwości, Ŝe Howard Phillips Lovecraft pozostanie zawsze
niepowtarzalny. Czym jest strach? MoŜe właśnie jego o to zapytacie...
Piotr Jaskanis
DAGON (DAGON)
Piszę te słowa pod bardzo silnym naciskiem psychicznym, jako Ŝe przed północą juŜ
nie będę istniał. Bez grosza przy duszy i z kończącym się zapasem narkotyków, które czyniły
moje Ŝycie lŜejszym, nie jestem w stanie znosić dłuŜej tych cierpień; rzucę się z okna mego
staroświeckiego domu na wąską, ciągnącą się w dole ulicę. Nie sądźcie, iŜ poprzez swe
uzaleŜnienie od morfiny stałem się słabeuszem czy degeneratem. Być moŜe czytając te
pospiesznie skreślone słowa, domyślicie się, choć nie będziecie mieli pełnego obrazu,
dlaczego pragnę zapomnienia bądź śmierci.
Zdarzyło się to w jednym z najbardziej otwartych i najmniej uczęszczanych obszarów
Pacyfiku, kiedy okręt, na którym byłem nadzorcą ładunku, padł ofiarą niemieckiego rajdera.
Był to zaledwie początek wielkiej wojny, a siły morskie Hunów dopiero w późniejszym
okresie osiągnęły poziom bezlitosnej, brutalnej degradacji, tak Ŝe okręt handlowy był dla nich
słusznym celem, nas zaś, czyli jego załogę, traktowano zgodnie z prawami naleŜnymi jeńcom
wojennym. Prawdę powiedziawszy, mieliśmy taką swobodę, iŜ w pięć dni po schwytaniu
zdołałem uciec samotnie łodzią, z zapasem wody i prowiantu na dość długi okres czasu.
Kiedy znalazłem się wreszcie wolny na szerokim oceanie, stwierdziłem iŜ nie wiem gdzie się
właściwie znajduję. Jako Ŝe nigdy nie byłem wprawnym nawigatorem, mogłem jedynie dzięki
połoŜeniu słońca i gwiazd ustalić, Ŝe znalazłem się gdzieś na południe od równika. Nie
znałem długości geograficznej, a w zasięgu wzroku nie było Ŝadnej wyspy czy linii
brzegowej.
Pogoda dopisywała i przez niezliczone dni dryfowałem bez celu w praŜących
promieniach słońca, czekając bądź na przepływający okręt, bądź na zbliŜenie się do
jakichkolwiek, byle tylko zamieszkałych brzegów.
Na mej drodze nie pojawił się jednak ani statek, ani brzeg i, samotnemu, pod
bezkresnym błękitnym niebem, zaczęła mi doskwierać dojmująca rozpacz.
Zmiana nastąpiła podczas snu. Szczegółów nigdy się nie dowiem - gdyŜ spałem
twardo, chociaŜ dręczyły mnie koszmary.
Kiedy w końcu się obudziłem, byłem na wpół zagrzebany w grząskim, czarnym,
piekielnym błocku, którego połacie, jak okiem sięgnąć, rozciągały się wokół mnie -w oddali
zaś dostrzegłem moją łódź, którą fale równieŜ wyrzuciły na brzeg.
Choć moŜna by się spodziewać, iŜ pierwszym moim odczuciem powinno być
zdumienie spowodowane tak dziwną i nieoczekiwaną zmianą krajobrazu; w rzeczywistości
jednak, byłem bardziej przeraŜony, aniŜeli zdumiony - albowiem w powietrzu i martwej ziemi
było coś złowieszczego, co - niczym lodowaty dreszcz - przeszywało mnie do szpiku kości.
Okolicę zaścielały gnijące truchła rozkładających się ryb i innych, mniej rozpoznawalnych
istot, wystających z ohydnego błocka pokrywającego bezbrzeŜną równinę. Być moŜe nie
powinienem się łudzić, iŜ uda mi się słowami wyrazić niewiarygodną wręcz zgrozę czającą
się pośród absolutnej ciszy i rozległej pustki, jaka mnie otaczała.
Słońce praŜyło niemiłosiernie, a bezlitosne niebo nad moją głową wydawało się
niemal czarne, jakby odbijały się w nim atramentowe moczary pod mymi stopami. Kiedy
wczołgałem się do wyrzuconej na brzeg łodzi, uświadomiłem sobie, Ŝe tylko jedna teoria
mogła wyjaśnić moje obecne połoŜenie. Wskutek jakiejś niewiarygodnej aktywności wulkanu
część oceanicznego dna musiała zostać wypchnięta na powierzchnię, odsłaniając obszary,
które przez niezliczone miliony lat spoczywały ukryte w niezgłębionej morskiej otchłani.
Połać nowego lądu pode mną była tak rozległa, Ŝe pomimo iŜ wytęŜałem słuch, nie zdołałem
wychwycić najsłabszego nawet odgłosu fal bijących o brzeg. Nie zauwaŜyłem teŜ morskiego
ptactwa, Ŝerującego wśród szczątków martwych istot.
Siedziałem przez kilka godzin pogrąŜony w rozmyślaniach w mojej łodzi, która,
przewrócona na bok, oferowała nieco cienia, w miarę jak słońce przesuwało się po
nieboskłonie. Pod wieczór gleba utraciła nieco swej lepkości i zaczęła obsychać;
stwierdziłem, iŜ niebawem moŜna będzie po niej chodzić.
Przespałem jeszcze całą noc, a następnego dnia przygotowałem sobie plecak
zawierający zapas wody i prowiantu, aby wybrać się na poszukiwanie zaginionego brzegu
morza i moŜliwości ratunku. Gleba była juŜ dostatecznie sucha, abym z łatwością mógł po
niej stąpać. Odór ryb przyprawiał o mdłości, ale moje myśli zaprzątały posępniejsze i bardziej
niepokojące rzeczy, toteŜ szybko wyruszyłem ku nieznanemu celowi. PodąŜałem dziarsko
przez cały dzień zmierzając ku zachodowi, wiedziony przez odległy pagórek, stanowiący
najwyŜszy punkt na tym odraŜającym pustkowiu. Noc spędziłem pod gołym niebem, a
następnego dnia ruszyłem w dalszą drogę ku pagórkowi, choć miałem wraŜenie, Ŝe mimo tak
długiego marszu, nie zbliŜyłem się do niego zanadto.
Pod koniec czwartego dnia dotarłem do podnóŜa pagórka, który okazał się wyŜszy niŜ
przypuszczałem, gdy widziałem go z oddali. PoniŜej rozciągała się głęboka kotlina. Zbyt
zmęczony, aby wspiąć się na szczyt, usnąłem w jego cieniu.
Nie wiem dlaczego tej nocy miałem tak szalone i dzikie sny, kiedy jednak blady sierp
księŜyca wzeszedł nad równiną na wschodzie, obudziłem się zlany zimnym potem i
przepełniony pełnym determinacji postanowieniem, iŜ nie zmruŜę juŜ więcej oka. nie
zniósłbym po raz wtóry wizji, których dane mi było doświadczyć, i w blasku księŜyca
zrozumiałem, jak nieroztropną rzeczą było wędrowanie za dnia. Marsz w praŜących
promieniach słońca kosztował mnie zdecydowanie zbyt wiele energii. Teraz poczułem w
sobie dość sił, by podjąć wspinaczkę, którą przerwałem o zachodzie słońca. Wziąwszy plecak
ruszyłem ku skrajowi wzgórza. Stwierdziłem, Ŝe nieprzerwana monotonia płaskiej równiny
była dla mnie źródłem nieokreślonej grozy; sądzę jednak, iŜ przeraŜenie me wzrosło znacznie,
kiedy znalazłem się na szczycie wzniesienia i spojrzałem w dół na drugą stronę, w głąb
niezmierzonej czeluści wąwozu, której nie zdołał jeszcze rozświetlić słaby blask wiszącego
nisko na niebie księŜyca. Miałem wraŜenie jakbym znajdował się na krawędzi świata i
zaglądał ponad nią w bezdenny chaos wiecznej nocy. To niezwykłe, ale z ogarniającym me
serce uczuciem przeraŜenia mieszały się osobliwe reminiscencje Raju Utraconego i upiornej
wspinaczki Szatana poprzez nieodgadnione Krainy Mroku.
Kiedy księŜyc wspiął się wyŜej, zacząłem dostrzegać, iŜ zbocza doliny nie były wcale
tak strome, jak to sobie wyobraŜałem. Skalne występy i półki zapewniały przy schodzeniu
wygodne oparcia dla stóp i rąk, a kilkaset stóp niŜej zbocze traciło ostrą spadzistość i stawało
się łagodniejsze.
Pchany impulsem, którego nie potrafię sprecyzować, zgramoliłem się po skalnej
ś
cianie w dół i stanąłem na rozległym spłachciu kamienistego zbocza, wpatrując się w
stygijskie ciemności, których nie przenikał, najdrobniejszy nawet promień światła.
Natychmiast uwagę mą przykuł ogromny, osobliwy obiekt widniejący na
przeciwległym zboczu, które pięło się stromo mniej więcej o sto jardów przede mną; obiekt
ów połyskiwał białawo w przybierającym na sile blasku niedawno wzeszłego księŜyca.
Niebawem upewniłem się, Ŝe był to ogromny kamienny blok, aczkolwiek dręczyło
mnie dziwne i niewytłumaczalne wraŜenie, iŜ ani jego kształt, ani miejsce nie były dziełem
Natury. Po bliŜszym zbadaniu ogarnęły mnie odczucia, których nie jestem w stanie opisać;
pomimo jego ogromu i umiejscowienia w otchłani ziejącej na dnie morza powstałej w
czasach kiedy świat był młody, dziwny ów obiekt był doskonale wyprofilowanym
Monolitem, którego masywny kształt zdawał się być dziełem i najprawdopodobniej równieŜ
obiektem kultu Ŝyjących i myślących istot.
Oszołomiony, przeraŜony, ale i nie pozbawiony typowego dla naukowca podniecenia,
przyjrzałem się uwaŜniej memu znalezisku. KsięŜyc, obecnie stojący niemal w zenicie, rzucał
silny i dziwny blask na otaczające wąwóz skalne ściany, zaś w jego srebrnym świetle
dostrzegłem, iŜ dno czeluści zalane było wodą, a napływające z dwóch stron fale nieomal
obmywa me stopy, kiedy tak stałem na łagodnej skalnej pochyłości. Po drugiej stronie
wąwozu mroczne fale rozbijały się o podstawę cyklopowego Monolitu, na którego
powierzchni mogłem teraz dostrzec zarówno inskrypcje, jak i toporne, prymitywne
płaskorzeźby.
Pismo naleŜało do rodzaju hieroglificznego, którego kompletnie nie znałem, ale w
przeciwieństwie do innych jakie widywałem w ksiąŜkach, składało się w ogromnym stopniu z
konwencjonalnych symboli przedstawiających zwierzęta morskie, takie jak: ryby, węgorze,
ośmiornice, skorupiaki, mięczaki, wieloryby itp. Kilka symboli bez wątpienia ukazywać
miało istoty morskie nieznane nowoczesnemu światu, a których szczątki zauwaŜyłem na
wypiętrzonej z dna oceanu równinie.
Najbardziej zafascynowały mnie płaskorzeźby zdobiące ogromny Monolit. Były
doskonale uwidocznione w blasku księŜyca, a ich tematyka mogłaby wzbudzić zazdrość
samego Gustawa Dore’a. Sądzę, iŜ miały obrazować ludzi, choć przedstawione były jako
istoty bądź baraszkujące, niczym ryby w wodzie, wewnątrz jakiejś ogromnej, morskiej groty
bądź składające cześć jakiejś monolitycznej świątyni, która równieŜ zdawała się znajdować w
morskiej głębinie. O ich twarzach i kształtach nie odwaŜę się opowiedzieć szczegółowo -
samo bowiem wspomnienie sprawia, iŜ tracę świadomość. Wykraczające poza moŜliwości
wyobraźni Poe’go czy Bulwera, miały one, ogólnie rzecz biorąc, ludzki kształt, pomimo błon
rozciągających się między palcami rąk i stóp, szokująco szerokich i obwisłych warg,
szklistych wyłupiastych oczu i innych jeszcze mniej przyjemnych szczegółów, o których
moŜna by wspomnieć. Co zatrwaŜające, istoty te zdawały się być wyrzeźbione
nieproporcjonalnie w stosunku do otaczającego je tła.
Jeden ze stworów uwieczniony został w trakcie zabijania wieloryba, waleń jednak był
nieco tylko większy od niego. Moją uwagę szczególnie zwracała ich groteskowość i dziwne
rozmiary; dopiero po dłuŜszej chwili namysłu stwierdziłem, iŜ musieli to być wyimaginowani
bogowie jakiegoś prymitywnego rybackiego, bądź Ŝeglarskiego plemienia, szczepu, którego
ostatni potomek dokonał Ŝywota na całe ery przed przyjściem na świat Człowieka z Piltdown
czy Neandertalczyka. Oszołomiony, mogąc w tak nieoczekiwany, bądź co bądź, sposób
spojrzeć w przeszłość, wykraczającą poza wyobraŜenia najśmielszego antropologa, stałem
rozmyślając, a księŜyc rzucał dziwne refleksy na roztaczający się przede mną krajobraz.
l nagle To zobaczyłem. Jej pojawienie się oznajmiło jedynie kilka łagodnych kręgów
na powierzchni wody, po czym Istota wyłoniła się majestatycznie z mrocznych odmętów.
Ogromne, niczym Polifem i odraŜające istne monstrum z najgorszego nocnego koszmaru
podpłynęło Ŝwawo do Monolitu, objęło go gigantycznymi, pokrytymi łuską ramionami,
pochyliło ohydny łeb, po czym wydało kilka miarowych dźwięków.
Wydaje mi się, Ŝe właśnie wtedy straciłem zmysły.
Z mej szaleńczej wspinaczki po zboczu i ścianie klifu, a potem delirycznego powrotu
do uwięzionej w mule łodzi pamiętam raczej niewiele. Wydaje mi się, Ŝe sporo śpiewałem, a
gdy juŜ nie mogłem, zanosiłem się dziwnym śmiechem. Jak przez mgłę przypominam sobie,
Ŝ
e kiedy dotarłem do łodzi, rozpętała się wielka burza. Słyszałem dochodzące odgłosy
gromów i inne dźwięki rozlegające się jedynie wówczas, gdy natura ma naprawdę paskudny
nastrój.
Kiedy wyłoniłem się z mroków niepamięci okazało się, iŜ znajduję się w szpitalu w
Santa Fe; sprowadził mnie tam kapitan amerykańskiego okrętu, który napotkał moją łódkę na
ś
rodku oceanu. PogrąŜony w delirium sporo majaczyłem, choć nikt praktycznie nie zwracał
uwagi na to, co mówiłem. Moi wybawcy nie wiedzieli nic o wypiętrzeniu wielkiej połaci dna
morskiego na Pacyfiku, ja zaś nie uwaŜałem za stosowne, by opowiadać im o Istocie, w którą
najprawdopodobniej by nie uwierzyli.
* * *
Po wyjściu ze szpitala złoŜyłem wizytę pewnemu nader znanemu etnologowi i
zaskoczyłem go zadając dziwne pytania związane z prastarą filistyńską legendą o Dago-nie -
Bogu-Rybie. Kiedy jednak okazało się, iŜ poglądy jego są beznadziejnie konwencjonalne i Ŝe
reprezentuje on większość - zaprzestałem moich dociekań.
Teraz zaś, zwłaszcza kiedy na niebie świeci blady sierp księŜyca, zdarza mi się
widzieć ową upiorną Istotę. Próbowałem morfiny - narkotyk dawał mi jednak tylko
krótkotrwałe zapomnienie i uczynił swym bezwolnym niewolnikiem. Zamierzam to wreszcie
skończyć, uczynię to teraz, kiedy spisałem wszystko, gwoli wiadomości lub pogardliwego
rozbawienia moich rodaków. Często zapytuję sam siebie, czy to wszystko nie było li tylko
czystą iluzją, fatamorganą, majakiem wywołanym gorączką, kiedy trawiony poraŜeniem
słonecznym i delirium leŜałem na dnie małej łódeczki po mojej ucieczce z pokładu
niemieckiego okrętu wojennego. Zadaję sobie raz po raz te pytania, a w odpowiedzi widzę
przed oczyma ów upiorny, odraŜający kształt. Nie potrafię myśleć o otwartym morzu, nie
czując na plecach lodowatych ciarek wywołanych świadomością, Ŝe właśnie w tej chwili
bezimienne, nienazwane istoty mogą wpełzać i wczołgiwać się na pokryty szlamem podest
oddając cześć prastarym, kamiennym boŜkom i rzeźbiąc swe ohydne podobizny na
podwodnych obeliskach z nadŜartego przez wodę granitu.
Ś
nię o dniu, kiedy mogą wynurzyć się z otchłani spienionych fal, aby zatopić swe
cuchnące szpony w niedobitkach zdziesiątkowanej przez wojnę ludzkości - o dniu, kiedy lądy
pogrąŜą się w głębinach a mroczne dno oceanów wzniesie się pośród uniwersalnego
pandemonium.
Koniec jest bliski. Słyszę hałas u drzwi, jakby napierało na nie jakieś ogromne, śliskie
cielsko. Ale TO mnie nie znajdzie. BoŜe, TA RĘKA ! Okno ! Okno !
HYPNOS (HYPNOS)
„Co się tyczy snu, owej złowieszczej przygody wszystkich naszych nocy, moŜemy
powiedzieć, Ŝe ludzie kładą się na odpoczynek ze śmiałością, która byłaby niezrozumiała,
gdybyśmy nie wiedzieli, iŜ jest ona rezultatem nieświadomości niebezpieczeństwa”
Niech litościwi bogowie, jeŜeli takowi istnieją, strzegą mnie w tych godzinach, kiedy
ani siła woli, ani narkotyk wymyślony przez sprytnych ludzi nie jest w stanie powstrzymać
mnie przed wpadnięciem w otchłań snu. Śmierć jest miłosierna, bowiem nie ma z niej
powrotu, ten jednak, który powraca do nas pośród mroków nocy, wycieńczony, ale Wiedzący,
nigdy nie zazna spokoju ni zapomnienia.
JakimŜe byłem głupcem, Ŝe z tak niewytłumaczalnym zapałem rzuciłem się, by
zgłębiać tajemnice, których nie powinien poznać Ŝaden śmiertelnik - i głupcem lub bogiem
był mój jedyny przyjaciel, który wprowadził mnie w ów świat i udał się tam przede mną, a na
koniec poznał koszmar i zgrozę, której być moŜe równieŜ i mnie dane będzie jeszcze
doświadczyć!
Spotkaliśmy się - o ile sobie przypominam - na dworcu kolejowym, w samym sercu
tłumu gapiów. LeŜał nieprzytomny, a dziwne konwulsje sprawiły, Ŝe jego smukłe, odziane w
czerń ciało w osobliwy sposób zesztywniało. Sądzę, Ŝe mógł mieć wówczas około
czterdziestu lat, gdyŜ twarz jego pokrywały głębokie bruzdy zmarszczek; miał ziemistą cerę i
zapadłe policzki, ale owalne oblicze tego męŜczyzny wydawało się niezwykle piękne, w jego
gęstych falujących włosach i małej, pełnej bródce - ongiś kruczoczarnej - dostrzec moŜna
było wyraźne pasemka siwizny. Jego czoło było białe niczym marmur i tak wysokie i
szerokie, Ŝe nieomal boskie.
Z gorliwością rzeźbiarza powiedziałem sobie: człowiek ten był niczym posąg fauna z
antycznej Hellady, wykopany z ruin świątyni i w jakiś niepojęty sposób oŜywiony w naszym
dusznym stuleciu tylko po to, by poczuć chłód i napór niezliczonych, niszczących lat.
A kiedy otworzył swe ogromne, zapadnięte, pałające dziko czarne oczy zrozumiałem,
iŜ będzie odtąd moim przyjacielem; jedynym przyjacielem tego, który nigdy ich nie posiadał -
wiedziałem bowiem, iŜ te oczy musiały oglądać chwałę, jak i zgrozę krain wykraczających
poza normalną świadomość i rzeczywistość; krain o których marzyłem, lecz których
poszukiwałem na próŜno.
Kiedy więc odgoniłem tłum gapiów, powiedziałem nieznajomemu, Ŝe musi pójść do
mego domu, aby stać się moim nauczycielem i przywódcą w zgłębianiu nie odkrytych dotąd
tajemnic. Uczynił to bez słowa.
Później okazało się, Ŝe jego głos był samą muzyką -muzyką głębokich wiol i
krystalicznych sfer. Rozmawialiśmy często nocami i za dnia; rzeźbiłem jego popiersia i
miniaturowe wizerunki głów z kości słoniowej, aby uwiecznić rozmaite grymasy i nastroje.
O naszych zainteresowaniach nie sposób mówić - nie mają one bowiem nic wspólnego
ze światem innych śmiertelników. Dotyczyły potęŜnego i o wiele bardziej przeraŜającego
wszechświata niewytłumaczalnych istnień i podświadomości; wszechświata znajdującego się
głębiej niŜ materia, czas i przestrzeń, a którego obecność podejrzewamy jedynie w niektórych
fragmentach naszych snów - tych rzadkich snów poza snami, nie przydarzających się
pragmatykom, ale raz czy dwa na całe Ŝycie ludziom obdarzonym nadzwyczajną wyobraźnią.
Naukowcy jedynie podejrzewają ich istnienie, choć w większości je ignorują. Mędrcy
interpretowali takie sny, a bogowie się śmiali. Jeden z męŜczyzn o orientalnych oczach
stwierdził, Ŝe zarówno czas i przestrzeń są względne; ludzie usłyszawszy to równieŜ się
ś
miali.
Jednak nawet ten męŜczyzna nie zrobił nic więcej, jak tylko snuł przypuszczenia. Ja i
przypuszczałem, i starałem się zrobić coś więcej, mój przyjaciel zaś próbował -i nawet
odniósł częściowy sukces. Razem zaś i przy pomocy egzotycznych narkotyków
doświadczyliśmy w pracowni, umiejscowionej w starej wieŜy w hrabstwie Kent, wiele
przeróŜnych i zakazanych snów.
Spośród agonii i cierpień, jakich doznawaliśmy w późniejszych dniach, najgorszym
była niemoŜność ich artykulacji. Tego czego się dowiedziałem i widziałem podczas
wielogodzinnych bezboŜnych badań, nie sposób opowiedzieć - z braku symboli, odniesień
czy porównań w jakimkolwiek języku. Mówię tak, poniewaŜ w naszych odkryciach - od
pierwszego po ostatnie - dzieliłem się jedynie naturą odczuć; odczuć nie związanych z
wraŜeniami, Które zdolny jest odbierać system nerwowy normalnych ludzi.
nasze doświadczenia moŜna by najkrócej przyrównać do nurkowania albo latania -
gdyŜ podczas kaŜdego z kolejnych „eksperymentów” jakaś część naszych umysłów odrywała
się dziarsko od wszystkiego co realne i teraźniejsze, śmigając w eterze pośród szokujących,
mrocznych, napawających zgrozą, nawiedzonych przestrzeni, a od czasu do czasu równieŜ
przedzierając się przez pewne dobrze oznaczone i typowe dla nas przeszkody, które moŜna by
opisać jedynie jako lepkie, kleiste, bluźniercze kłęby oparów. Podczas tych czarnych,
bezcielesnych lotów czasem byliśmy sami a czasami razem - wtedy mój przyjaciel zawsze
znajdował się daleko w przedzie; wyczuwałem jego obecność, pomimo braku kształtu
fizycznego, a dzięki swoistemu malarskiemu wspomnieniu, widziałem jego twarz skąpaną w
złotym blasku, przeraŜającą w dziwnym pięknie; owe nietypowo młode policzki, pałające
oczy, olimpijskie czoło i szpakowate włosy, i brodę.
Nie liczyliśmy upływu czasu, gdyŜ pojęcie to stało się dla nas złudzeniem. Wiem
jedynie, Ŝe musiało się z tym wiązać coś doprawdy osobliwego, gdyŜ koniec końców
zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego się nie starzejemy.
Wasze rozmowy były bluźniercze: zawsze upiornie ambitne - Ŝaden bóg czy demon
nie mógłby nawet marzyć o odkryciach i podbojach, które planowaliśmy szeptem. Przeszywa
mnie dreszcz, kiedy o nich mówię i nie śmiem zagłębiać się w szczegóły - choć muszę
przyznać, iŜ pewnego razu mój przyjaciel napisał na kartce Ŝyczenie, którego nie ośmielił się
wypowiedzieć na głos, a po przeczytaniu którego natychmiast spaliłem ów świstek, wpatrując
się z przeraŜeniem w okno i widniejące za nim rozgwieŜdŜone niebo. Przypuszczam, Ŝe
opracował on plany dotyczące władania widoczną częścią wszechświata, i nie tylko; plany by
Ziemia i gwiazdy poruszały się na jego komendę i by w jego rękach spoczywały losy
wszystkich Ŝyjących istot. Przyznaję, przysięgam, Ŝe nie podzielałem jego wybujałych
aspiracji, albowiem nie czuję się dość silny, by podjąć ryzyko zapuszczenia się w głąb
niewypowiedzianych sfer, gdzie tylko ktoś dostatecznie odwaŜny i bezwzględny mógłby
osiągnąć sukces.
* * *
Pewnej nocy wiatry z nieznanych przestrzeni zepchnęły nas bezlitośnie w bezdenną
otchłań, gdzie nie istniało zupełnie nic, nawet myśli.
Atakowało nas wraŜenie niemoŜliwe do przekazania czy opisania, najgorsze ze
wszystkich, przyprawiające niemal o obłęd: wraŜenie Nieskończoności. Przedzieraliśmy się,
jak burza przez lepkie zapory, aŜ w końcu poczułem, Ŝe dotarliśmy do odleglejszych krain niŜ
te, które przemierzaliśmy do tej pory.
Mój przyjaciel wysforował się znacznie do przodu, gdy płynęliśmy pośród tego
przeraŜającego oceanu dziewiczego eteru i widziałem grymas złowieszczego uśmiechu
malującego się na jego płynnej, świecącej i zbyt młodej „twarzy ze wspomnień”. Nagle ta
twarz stała się zamglona i błyskawicznie zniknęła. A zaraz potem natrafiłem przeć sobą na
przeszkodę, której nie byłem w stanie pokonać. Była taka jak inne a jednak nieskończenie
gęściejsza; lepka, gliniasta masa, jeŜeli tego typu porównania moŜna uŜyć w świecie, gdzie
wszystko jest niematerialne.
Czułem, Ŝe zostałem zatrzymany przez barierę, którą mój przyjaciel i przywódca
zdołał pokonać. Ponownie podjąłem próbę przedarcia się, ale w tej samej chwili sen
narkotyczny dobiegł końca; otworzyłem moje fizyczne oczy, by dostrzec wokół siebie ściany
starej pracowni, a w przeciwległym rogu pomieszczenia blade i wciąŜ jeszcze nieprzytomne
ciało mego nauczyciela. W złotawo-zielonym księŜycowym blasku jego marmurowe rysy
wydawały się dziwnie wychudzone i obłędnie wręcz piękne.
Nagle drgnął... i niech litościwe niebiosa pozbawią mnie wzroku i słuchu, gdybym raz
jeszcze miał doświadczyć podobnego przeŜycia. Nie potrafię wam wyjaśnić jak brzmiał jego
wrzask ani jakie czeluście najdalszych piekieł odbijały się przez sekundę w jego czarnych
przepełnionych przeraŜeniem oczach. Powiem tylko, Ŝe zemdlałem i dopiero mój przyjaciel,
kiedy juŜ sam doszedł do siebie, ocucił mnie, spragniony czyjegoś towarzystwa -kogoś, kto
pomógłby mu przezwycięŜyć wspomnienia okropnych koszmarów i dojmującej samotności.
To był koniec naszych ochotniczych poszukiwań i wędrówek po jaskiniach snów.
PrzeraŜony, na skraju obłędu, przyjaciel mój ostrzegł mnie, Ŝe juŜ nigdy nie wolno nam
zawitać do tej krainy, nie odwaŜył się opowiedzieć mi o tym co widział; stwierdził jednak, iŜ
musimy spać moŜliwie jak najmniej, nawet gdybyśmy musieli utrzymywać się w stanie
czuwania przy pomocy narkotyków.
O tym, Ŝe miał rację przekonałem się juŜ wkrótce, gdy zapadając w drzemkę, za
kaŜdym razem, ogarniał mnie niesamowity, potworny, rozdzierający strach.
Po kaŜdym krótkim i nieuniknionym okresie snu wydawałem się starszy, podczas gdy
przyjaciel mój starzał się w niemal szokującym tempie. To potworne, kiedy, niemal na twoich
oczach, komuś robią się zmarszczki na twarzy a włosy przyprósza siwizna. Masz styl Ŝycia
diametralnie się zmienił. Mój przyjaciel -jego prawdziwe imię czy nazwisko nigdy nie
przeszło mi przez usta - dawniej odludek zaczął lękać się samotności. Mocą nie chciał
zostawać sam, nie uspokajała go teŜ obecność kilku osób. Ulgę sprawiały jedynie huczne i
tłumne biesiady - z tego teŜ powodu juŜ wkrótce znaliśmy prawie wszystkich birbantów i
hulaków z całej okolicy.
Nasz wygląd i wiek zdawał się wzbudzać powszechną śmieszność, co do głębi mnie
wzburzało, ale mój przyjaciel wolał to niŜ samotność. Bał się przede wszystkim przebywania
samemu poza domem, kiedy na niebie świeciły gwiazdy, a gdy bywało to nieuniknione,
trwoŜliwie popatrywał w górę, jakby lękał się jakiejś upiornej istoty czającej się gdzieś
wysoko, wśród atramentowych niebios. Nie zawsze spoglądał w to samo miejsce na
nieboskłonie - wydawało się, iŜ w róŜnych okresach znajduje się ono gdzie indziej.
W wiosenne wieczory punkt ten znajdował się nisko na płn. wschodzie. Latem,
nieomal dokładnie pionowo nad jego głową. Jesienią na płn. zachodzie. Zimą na wschodzie,
ale tylko wczesnym rankiem.
Najmniej obawiał się wieczorów w samym środku zimy. Dopiero po dwóch latach
zdołałem skojarzyć jego lęk z czymś konkretnym - wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, iŜ
poszukiwał jakiegoś określonego punktu, którego pozycja o róŜnych porach roku
odpowiadała stronom świata. Punkt ów wyznaczony był, najściślej rzecz biorąc, przez
konstelację Corony Borealis.
* * *
Obecnie mieliśmy pracownię w Londynie, i choć nigdy się nie rozstawaliśmy, nie
rozmawialiśmy teŜ o dniach, gdy obaj usiłowaliśmy zgłębić tajemnice nierealnego świata.
Postarzeliśmy się i osłabili od narkotyków, hulaszczego trybu Ŝycia i trwania w ciągłym
stresie; rzednące włosy i broda mego przyjaciela stały się śnieŜnobiałe. Nasze uwolnienie od
długiego snu było zadziwiające - rzadko bowiem zdarzało się nam zmruŜyć oczy na dłuŜej niŜ
godzinę czy dwie i przenieść się do krain, w których czyhało na nas przeraŜające, choć
niejasne zagroŜenie.
* * *
Nadszedł styczeń, pełen mgieł i deszczów a wraz z nim kłopoty pienięŜne. Coraz
trudniej było kupić narkotyki. Sprzedałem wszystkie swoje rzeźby i popiersia z kości
słoniowej i dalej nie miałem za co nabyć nowych surowców.
Gdyby nawet mi się to udało i tak nie miałbym w sobie dość siły, by cokolwiek z nich
wyrzeźbić. Cierpieliśmy straszliwe katusze i pewnej nocy przyjaciel mój zapadł w głęboki
sen, z którego nie byłem w stanie go obudzić.
Pamiętam całą scenerię, jakby to stało się dzisiaj -opustoszała pracownia na poddaszu;
deszcz bijący o szyby; tykanie naszego jedynego zegara ściennego; szalone tykanie naszych
zegarków leŜących na komódce, skrzypienie jakiejś obluzowanej okiennicy w odległej części
domu; odgłosy miasta stłumione przez mgłę i przestrzeń; i najgorsze ze wszystkiego: cięŜki,
regularny, złowieszczy oddech mego przyjaciela leŜącego na tapczanie - rytmiczny oddech
zdający się odmierzać chwile nadnaturalnego strachu i cierpień jego ducha, który wędrował
teraz w zakazanych, niewyobraŜalnych i upiornie odległych światach.
Napięcie towarzyszące memu czuwaniu stało się nie do zniesienia, a przez mój bliski
obłędu umysł przepływał rwący potok trywialnych wraŜeń i doznań. Usłyszałem, jak gdzieś
zegar wybija godzinę - nasz tego nie robił i moja posępna wyobraźnia odnalazła w tym
dźwięku punkt zwrotny do nowych rozmyślań. Zegary - czas - przestrzeń - nieskończoność,
po czym przemknąwszy przez dach, deszcz i mgłę skupiał się na nieboskłonie, gdzie na płn.
wschodzie wznosiła się Corona Borealis. Nagle moje wyczulone, nasłuchujące uszy
wychwyciły nowy dźwięk, odróŜniający się spośród chaosu innych wzmocnionych
narkotykami odgłosów - niskie, przeraźliwe, natarczywe zawodzenie dochodzące z bardzo
daleka - monotonne, złowieszcze drwiące wołanie z płn. wschodu.
Nie ono jednak pozbawiło mnie zmysłów i napełniło me serce trwogą, której nie
wyzbędę się juŜ do końca Ŝycia; nie ono wywoływało równieŜ krzyki czy gwałtowne
konwulsje, które skłoniły ostatecznie mieszkańców i policję do wywaŜenia drzwi.
Nie sprawiło tego to, co usłyszałem, ale to co zobaczyłem - nagle bowiem w tym
mrocznym, zamkniętym pokoju, z oknami przysłoniętymi zasłonami, z płn. wschodu napłynął
strumień przeraŜającego czerwono-złotego światła. Słup ten nie emanował blasku, który
rozproszyłby ciemności, ale spływał na głowę mego śpiącego przyjaciela, wywołując upiorny
duplikat dziwnie fosforyzującego i młodzieńczego „oblicza ze wspomnień”, jakie pamiętam z
sennych podróŜy w nieznanych krainach poza czas i przestrzeń - oblicze z czasów zanim mój
druh przedostał się poza barierę do owych sekretnych i bluźnierczych nocnych koszmarów.
l kiedy tak patrzyłem, ujrzałem jak unosi głowę, w jego czarnych, zapadniętych
oczach maluje się dojmująca zgroza a cienkie, spierzchnięte wargi rozchylają się do krzyku,
zbyt przeraŜającego jednak, aby mógł wydobyć go z piersi. Na tej płynnej, odmłodzonej
twarzy unoszącej się w powietrzu, roztaczającej upiorny, widmowy blask, odzwierciedlało się
więcej dławiącego, czystego, mroŜącego krew w Ŝyłach strachu, niŜ kiedykolwiek z woli
niebios, czy piekieł, dane mi było ujrzeć.
Pośród jednostajnego, odległego dźwięku, który stale przybierał na sile nie usłyszałem
Ŝ
adnego głosu, ale kiedy podąŜyłem wzrokiem wzdłuŜ słupa światła za obłędnym
spojrzeniem „twarzy ze wspomnień”, przez krótką chwilę, dostrzegłem to samo, co ona:
ź
ródło owego światła i źródło przeraźliwego dźwięku. W tym samym momencie rozdzwoniło
mi się w uszach i runąłem jak długi, poraŜony atakiem epilepsji, który właśnie sprowadził do
pracowni lokatorów i policję. Nawet gdybym się starał, nie zdołałbym opowiedzieć wam co
wówczas ujrzałem -nie zdradzi wam tego równieŜ spokojne śmiercią oblicze mego
przyjaciela, choć z całą pewnością musiało widzieć więcej ode mnie. Zawsze jednak będę
miał się na baczności przed drwiącym i nienasyconym Hypnosem - Władcą Snów, nocnym
niebem i szalonymi ambicjami chęci posiadania wiedzy zakazanej.
Nie wiem co się dokładnie wydarzyło, gdyŜ dziwna i upiorna siła sprawiła, iŜ umysł
mój przesłoniła mglista zasłona niepamięci. Inni równieŜ zostali dotknięci tak bliskim
obłędowi darem zapomnienia. Twierdzili, iŜ nigdy nie miałem przyjaciela, i Ŝe jedynie sztuka,
filozofia oraz obłęd wypełniały całe moje tragiczne Ŝycie. Lokatorzy i policja owej nocy
usiłowali mnie uspokoić, lekarz dał mi jakieś lekarstwa, ale Ŝaden z nich nie dostrzegł
koszmaru jaki się tu wydarzył. Nie przejęli się tragicznym losem mego towarzysza, ale to co
znaleźli na tapczanie w pracowni wywołało z ich strony wielki podziw, choć wzbudził we
mnie obrzydzenie i gorycz, i który przysporzył mi sławy. Ogarnięty rozpaczą przesiaduję
całymi godzinami - łysy, siwobrody, podkurczony, sparaliŜowany, oszołomiony narkotykami
i załamany - adorując i modląc się do znalezionego przez nich przedmiotu.
Zaprzeczają, Ŝe sprzedałem ostatnią z moich prac i z ekstazą wskazują skamieniałą,
zimną, milczącą „rzecz”, którą pozostawił po sobie migoczący słup światła. To wszystko, co
pozostało po moim przyjacielu: boska głowa z prastarego greckiego marmuru, młoda
ponadczasową młodością, o pięknym, brodatym obliczu i pełnych, zastygłych w uśmiechu
wargach, olimpijskim czole i gęstych falujących włosach ozdobionych makami. Mówią, Ŝe to
upiorne „oblicze” ze wspomnień jest odzwierciedleniem mego własnego, kiedy miałem
dwadzieścia pięć lat, tyle tylko, Ŝe na jej marmurowej podstawie widnieją wyryte attyckie
litery układające się w jedno, jedyne słowo - HYPNOS.
ARTHUR JERMYN (ARTHUR JERMYN)
1
ś
ycie jest okropne i tajemnicze, nadzwyczaj rzadko mamy okazję ujrzeć cienie
prawdy skrywane za zasłoną róŜnorodnych złudzeń i iluzji - a kiedy to juŜ nastąpi, Ŝycie
wydaje się nam po tysiąckroć straszniejsze. Nauka, która i tak juŜ srodze daje się wszystkim
we znaki kolejnymi, coraz bardziej szokującymi rewelacjami, moŜe się stać ostatecznym
eksterminatorem poszczególnych ludzkich gatunków - naturalnie jeŜeli rzeczywiście
stanowimy odrębne gatunki. Umysły śmiertelników nie są w stanie wytrzymać brzemienia
niewyobraŜalnej zgrozy, jaka moŜe się czaić w prawdzie, i która kiedyś moŜe wychynąć na
beztroski, nie spodziewający się niczego świat. Gdybyśmy wiedzieli czym jesteśmy,
postąpilibyśmy tak samo jak Arthur Jermyn.
Arthur Jermyn zaś, pewnej nocy, oblał się od stóp do głów naftą i podpalił.
Nikt nie złoŜył jego zwęglonych szczątków do urny ani nie wystawił mu pomnika.
Znaleziono bowiem pewne dokumenty oraz obiekt zamknięty w skrzyni, które sprawiły, iŜ
ludzie za wszelką cenę pragnęli o nim zapomnieć. Niektórzy nawet, ci co go znali,
zaprzeczają jakoby kiedykolwiek istniał.
Arthur Jermyn wyszedł na moczary i spalił się Ŝywcem po tym, jak ujrzał ów obiekt
który w wielkiej skrzyni przysłano mu z Afryki.
* * *
Zapewne wielu nie chciałoby Ŝyć, gdyby miało rysy twarzy podobne do oblicza
młodego Jermyna, był on jednak poetą, uczonym i nie zwracał na ten fakt większej uwagi.
Naukę miał we krwi, bowiem jego pra-pra-pradziad, sir Wade Jermyn był jednym z
pierwszych badaczy regionu Konga i autorem wielu cenionych prac na temat tamtejszych
plemion, fauny, flory i reliktów przeszłości. Niewątpliwie stary sir Wade był zapaleńcem,
przy czym jego zapał graniczył nieomal z obłędem; jego dziwaczne dywagacje na temat
prehistorycznej białej cywilizacji kongijskiej wzbudziły wiele kontrowersji i kpin, kiedy
opublikował je w ksiąŜce zatytułowanej: „Obserwacje na temat niektórych części Afryki”. W
1765 roku ów nieustraszony odkrywca został umieszczony w zakładzie dla obłąkanych w
Huntingdon.
Szaleństwo tkwiło we wszystkich Jermynach, ludzie zaś cieszyli się, bowiem nie było
ich wielu. Ród wymierał - Arthur był ostatnim jego przedstawicielem. Gdyby było inaczej,
nie wiadomo, co mógłby uczynić Arthur, kiedy otrzymał PRZESYŁKĘ. Jermynowie nigdy
nie wyglądali najlepiej, czegoś im brakowało, ale Arthur bez wątpienia prezentował się
najgorzej. Oglądając stare portrety rodu Jermynow widać wyraźnie, iŜ przed narodzeniem sir
Wade’a jego przodkowie mieli dostojne, szlachetne i całkiem przystojne oblicza.
Najwyraźniej szaleństwo zaczęło się od sir Wade’a, którego przeraŜające, dzikie
opowieści o Afryce były ongiś dla jego przyjaciół powodem do radości i zgrozy. Widać to
było w jego zbiorze trofeów i okazów, innych od tych, którymi mógłby poszczycić się
normalny miłośnik afrykańskiej kultury; przechowywanych w duchu orientalnym, w jakim -
co naleŜy dodać - Wadę wychowywał równieŜ swoją Ŝonę.
Była ona, jak twierdził, córką portugalskiego handlarza, którego spotkał w Afryce, i
nie lubiła angielskiego stylu Ŝycia. Zarówno ona i ich syn, który przyszedł na świat w Afryce,
wrócili z nim z drugiej i najdłuŜszej z jego podróŜy, po czym wyjechali wspólnie, ale bez
syna, na trzecią i ostatnią, nikt nigdy nie widział jej z bliska, nawet słuŜący, zachowanie jej
bowiem było nader gwałtowne i osobliwe.
Podczas swego krótkiego pobytu w Jermyn House zajmowała odległe skrzydło, gdzie
przebywała jedynie w towarzystwie swego męŜa. Sir Wadę przejawiał dziwną troskę
względem swojej rodziny - kiedy bowiem powrócił do Afryki nie pozwalał opiekować się
swym synem nikomu, prócz odraŜającej murzynki z Gwinei. Po śmierci lady Jermyn,
osobiście zajął się wychowaniem chłopca.
Jednak to opowieści sir Wade’a, zwłaszcza te snute „po kielichu”, były głównym
powodem uznania go przez przyjaciół za niespełna rozumu.
W wieku racjonalności, jakim było osiemnaste stulecie, nie było rzeczą roztropną dla
uczonego mówić o szalonych obrazach i dziwnych scenach zaobserwowanych w księŜycowe
noce w kongijskim buszu; o gigantycznych murach i kolumnach zapomnianego miasta,
obróconych w gruzy i porośniętych winoroślą budowlach oraz o wilgotnych, milczących,
kamiennych stopniach wiodących w bezkresną, mroczną czeluść grobowych skarbców i
niezmierzonych katakumb.
Przede wszystkim zaś, nierozsądnym było bredzić o Ŝywych istotach, które
nawiedzały ponoć owe miejsca, o stworzeniach na poły z dŜungli, na poły zaś z plugawych,
bezboŜnych, pradawnych miast - bajecznych istotach, które nawet Plutarch opisywałby z
wyraźnym sceptycyzmem; o stworach, które miały pojawić się, kiedy wielkie małpy
zaludniły wymierające miasta z ich murami, kolumnami, grobowcami i dziwnymi
płaskorzeźbami. Mimo to, po powrocie do domu sir Wade opowiadał o tym wszystkim ze
wstrząsającym, mroŜącym krew w Ŝyłach zapałem. Snuł swoje historie przewaŜnie po
wypiciu trzeciego „głębszego” w Knights Head; chełpił się opowieściami o tym, co odnalazł
w dŜungli i o tym, jak mieszkał wśród przeraŜających, jemu tylko znanych ruin.
Koniec końców jego historie o Ŝyjących istotach sprawiły, iŜ trafił do zakładu dla
obłąkanych w Muntingdon. Nie odczuwał jednak głębszego Ŝalu z powodu zamknięcia, gdyŜ
jego umysł pracował w nader osobliwy sposób. Odkąd jego syn przestał być dzieckiem, sir
Wade coraz mniej lubił przebywać w domu, a w końcu mogło się wydawać, iŜ się obawiał
własnego syna.
Jego główną siedzibą stała się Knights Head, a kiedy zamknięto go w zakładzie,
przyjął ten fakt z wdzięcznością, jakby oferowano mu tu schronienie. W trzy lata później
umarł.
Syn Wade’a Jermyna, Philip, był nader niezwykłą osobą. Pomimo silnego fizycznego
podobieństwa do swego ojca róŜnił się od niego zachowaniem, tak Ŝe powszechnie starano się
go unikać. Pomimo Ŝe nie odziedziczył po ojcu szaleństwa, jak obawiali się niektórzy, był to
najkrócej mówiąc skończony kretyn, przejawiający skłonności do krótkotrwałych ataków
niekontrolowanej wściekłości.
Z wyglądu niepozorny, był niewiarygodnie silny i zręczny. W dwanaście lat po
odziedziczeniu tytułu oŜenił się z córką swego gajowego -jak powiadano Cyganką - ale
jeszcze nim przyszedł na świat jego syn, zaokrętował się jako marynarz na pokład statku,
przypieczętowując tym czynem ogólne rozgoryczenie i odrazę wywołaną zarówno jego
fatalnymi nawykami jak i mezaliansem. Po zakończeniu wojny amerykańskiej podjął pracę na
okręcie marynarki handlowej pływającym na szlakach afrykańskich, zyskując sobie
popularność dzięki niezwykłej sile i umiejętnościom wspinaczki, ale koniec końców, którejś
nocy, nie wiedzieć czemu, zniknął. Statek kotwiczył wówczas u wybrzeŜy Konga.
Powszechnie przyjmowane dziwactwa rodu Jermynów powróciły wraz z osobą syna sir
Philipa, którego losy podąŜyły jeszcze dziwniejszym i fatalnym torem. Wysoki i dość
przystojny, z odrobiną tajemniczego wschodniego wdzięku, pomimo pewnych drobnych
anomalii w proporcjach, Robert Jermyn był urodzonym naukowcem i badaczem. To on jako
pierwszy poddał badaniom naukowym ogromny zbiór reliktów, które jego szalony dziadek
przywiózł z Afryki i swymi odkryciami rozsławił szeroko w dziedzinie etnologii nazwisko
rodu. W 1815 roku sir Robert poślubił córkę siódmego wicehrabiego Brightholme, Bóg zaś
obdarzył ową parę trójką dzieci, z których najstarszego i najmłodszego nigdy nie widziano
publicznie, ze względu na ich okropne deformacje tak na ciele jak i umyśle. Zasmucony
rodzinnymi nieszczęściami naukowiec szukał pociechy w pracy i urządził dwie długie
ekspedycje w głąb afrykańskiego buszu, W roku 1849 jego syn Nevil, osobnik wyjątkowo
odraŜający, który zdawał się łączyć w sobie gburowatość Philipa Jermyna i wyniosłość
Brightholmeów, uciekł z podrzędną tancerką, gdy wszakŜe w rok później powrócił, jego czyn
został wybaczony.
Powrócił do Jermyn House jako wdowiec, z małym dzieckiem, Alfredem, który
pewnego dnia spłodzi Arthura Jermyna.
Przyjaciele twierdzili, Ŝe to seria dramatów była przyczyną utraty zmysłów sir Roberta
Jermyna, najprawdopodobniej jednak, głównym powodem nieszczęścia był, najzwyczajniej w
ś
wiecie, afrykański folklor. Stary uczony zbierał legendy o plemionach Onga,
zamieszkujących w pobliŜu ziem, które badali on, a wcześniej jego dziadek, w nadziei Ŝe
odnajdzie jakiś dowód potwierdzający prawdziwość szalonych opowieści sir Wade’a o
zaginionym mieście, zamieszkiwanym przez dziwne hybrydyczne kreatury. Niezwykła logika
w równie niezwykłych zapiskach jego przodka zdawała się sugerować, iŜ wyobraźnia
szaleńca mogła być stymulowana przez ludowe mity. 19 października 1852 roku, odkrywca
Samuel Seaton przybył do Jermyn House przywoŜąc ze sobą plik notatek sporządzonych
wśród Ongasów, stwierdził bowiem, iŜ niektóre spośród legend dotyczących szarego miasta
białych małp, władanego przez białego boga, mogą okazać się przydatne dla etnologa.
W swojej rozmowie niewątpliwie podał Jermynowi pewne szczegóły; nie wiadomo
niestety jakie, gdyŜ właśnie wówczas rozpętała się cała seria okropnych tragedii. Kiedy sir
Robert Jermyn opuścił bibliotekę pozostawił w niej zwłoki uduszonego badacza, l nim
zdołano go powstrzymać uśmiercił całą trójkę swoich dzieci. Nigel Jermyn zginął broniąc
skutecznie swego jedynego, dwuletniego syna, który najprawdopodobniej miał być kolejną
ofiarą pałającego rządzą mordu szaleńca. Sam sir Robert zaś, po wielokrotnych próbach
targnięcia się na Ŝycie, uparcie odmawiając wydania z siebie jakiegokolwiek artykułowanego
dźwięku, umarł na atak apopleksji w drugim roku swego pobytu w zakładzie zamkniętym.
Sir Alfred Jermyn został baronetem, zanim skończył cztery lata, ale jego gusta nie
korelowały z jego szlacheckim tytułem. W wieku lat 36 opuścił swoją Ŝonę i dziecko, by
wyruszyć w trasę z wędrownym cyrkiem. Jego koniec był wyjątkowo odraŜający. Wśród
zwierząt w menaŜerii, z którą podróŜował, znajdował się olbrzymi goryl, o nieco jaśniejszej
sierści niŜ inne osobniki z jego gatunku. Owo nad wyraz spokojne i posłuszne zwierzę
cieszyło się wielką popularnością wśród cyrkowców. Alfred Jermyn był zafascynowany
potęŜną małpą i wielokrotnie, bardzo długo, człowiek i zwierzę przyglądali się sobie
nawzajem, oddzieleni barierą krat.
W końcu Jermyn poprosił - i uzyskał pozwolenie na trenowanie zwierzęcia,
zaskakując swoim sukcesem zarówno publiczność jak i cyrkowych wykonawców.
Któregoś ranka w Chicago, kiedy goryl i Alfred Jermyn robili próbę do przemyślenia
zaplanowanego pojedynku bokserskiego, ten pierwszy zadał silniejszy niŜ zwykle cios raniąc
ciało i godność trenera - amatora. O tym co stało się później, członkowie „Największego
Spektaklu Pod Słońcem” nie lubią opowiadać.
Nie spodziewali się usłyszeć, jak sir Alfred Jermyn wydaje piskliwy, nieludzki wrzask
ani ujrzeć jak chwyta swego przeciwnika oburącz, przewraca go na podłogę klatki i wgryza
się zaciekle w jego owłosione gardło.
Zaskoczył goryla, ale zwierzę błyskawicznie doszło do siebie, i zanim prawdziwy
trener zdąŜył wkroczyć do akcji, ciało nieszczęsnego baroneta przypominało krwawą miazgę.
2
Arthur Jermyn był synem sir Alfreda Jermyna i nieznanej z pochodzenia piosenkarki
rewiowej. Kiedy mąŜ i ojciec opuścił swoją rodzinę, matka zabrała dziecko do Jermyn
Mouse, gdzie nie było juŜ nikogo kto mógłby sprzeciwić się jej obecności. Nie była
pozbawiona cechy zwanej powszechnie „szlachecką godnością” i dopilnowała, aby jej syn
otrzymał moŜliwie najlepsze wykształcenie jakie mogła mu zapewnić, choć nie dysponowała
duŜą ilością gotówki. Majątek rodziny szczupła! w błyskawicznym tempie i Jermyn House
zaczął popadać w ruinę, ale młody Arthur kochał stary budynek ze wszystkim co znajdowało
się wewnątrz. Nie przypominał innych Jermynów, którzy Ŝyli przed nim, był bowiem poetą i
marzycielem. Okoliczne rodziny, które pamiętały opowieści starego sir Wade’a Jermyna o
jego nie widzianej przez nikogo portugalskiej Ŝonie mówili, Ŝe w Ŝyłach chłopca musiała
ujawnić się domieszka jej krwi; większość jednak kpiła z jego wraŜliwości na piękno,
twierdząc, iŜ była to cecha odziedziczona po jego matce.
Poetycka delikatność Arthura Jermyna zwracała większą uwagę w porównaniu z jego
plugawym wyglądem fizycznym. Większość Jermynów nie grzeszyła urodą, ale w przypadku
Arthura brzydota była wręcz uderzająca. Trudno powiedzieć, co konkretnie przypominał, ale
wyraz jego twarzy, fizjonomia i długość ramion budziła odrazę w kaŜdym, kto miał okazję go
spotkać.
NaleŜy stwierdzić, iŜ braki w urodzie Arthur Jermyn nadrabiał umiejętnościami
umysłu i charakteru. Utalentowany i wykształcony, dostąpił najwyŜszych zaszczytów w
Oxfordzie, i wszystko wskazywało na to, iŜ zdoła przywrócić intelektualną sławę swemu
rodowi. Pomimo iŜ obdarzony był raczej poetyckim niŜ naukowym temperamentem,
zamierzał kontynuować dzieło swych przodków i zająć się afrykańską etnologią, robiąc
jednocześnie właściwy uŜytek ze wspaniałej, acz osobliwej kolekcji sir Wade’a.
Fantasta ów snuł często długie rozwaŜania o prehistorycznej cywilizacji, w którą tak
gorąco wierzył jego szalony pradziadek, i snuł opowieści o milczącym mieście w dŜungli, o
którym wzmianki znajdowały się w licznych dziwnych i chaotycznych zapiskach, największe
wraŜenie, wywołujące zarówno zgrozę jak i ciekawość, budziły w nim fragmenty dotyczące
bezimiennej, bliŜej nie określonej rasy hybryd zamieszkujących dŜunglę; niejednokrotnie
zastanawiał się nad potencjalnymi podstawami tego typu legend i szukał wskazówek w nieco
ś
wieŜszych danych zgromadzonych wśród Ongasów, przez rodzinę i Samuela Seatona.
W 1911 roku, po śmierci swojej matki, Arthur Jermyn postanowił uczynić ostateczny
krok w swoich poszukiwaniach. Sprzedawszy część majątku, w celu uzyskania koniecznej
gotówki, zorganizował wyprawę badawczą i wyruszył do Konga. Załatwiwszy z władzami
belgijskimi przewodników dla swojej ekspedycji, spędził rok w Krainie Onga i Kaliri,
natrafiając na dowody, które przerosły jego najśmielsze oczekiwania. Kaliri mieli starego
wodza, niejakiego Mwanu, który nie tylko odznaczał się doskonalą pamięcią, ale był równieŜ
inteligentny i interesował się starymi legendami. Starzec ów potwierdził wszystkie opowieści
zasłyszane przez Arthura, dodając przy tym własną wersję historii o kamiennym mieście i
białych małpach, tak jak mu ją przekazano.
Według Mwanu, szarego miasta i hybrydycznych stworzeń juŜ nie było, gdyŜ przed
wieloma laty padli oni ofiarą wojowniczych N’bangu. Plemię to, zniszczywszy większość
budowli i wyrŜnąwszy w pień wszystko co Ŝywe, zabrało wypchaną boginię będącą obiektem
ich poszukiwań; białą małpę, którą czciły dziwne istoty, i która wedle tamtejszych wierzeń
rządziła ongiś wśród tych stworzeń, jako ich księŜniczka. Mwanu nie wiedział czym mogły
być te małpiopodobne stworzenia, sądził jednak, Ŝe to one zbudowały szare kamienne miasto.
Jermyn nie wdawał się w dywagacje na ten temat, ale skupił swoją uwagę na wyjątkowo
obrazowej legendzie o wypchanej bogini.
Mówiono, iŜ księŜniczka małp została połowicą wielkiego białego boga, który przybył
z zachodu. Przez długi czas wspólnie rządzili miastem, ale kiedy urodził im się syn, wyjechali
we troje. Później bóg i księŜniczka powrócili; po jej śmierci zaś, boski małŜonek
zmumifikował zwłoki i umieścił w świątyni ogromnym kamiennym budynku, gdzie składano
jej hołd. następnie samotnie wyjechał.
Dalszy ciąg legendy przedstawia się trojako. Zgodnie zjedna wersją nic więcej się nie
wydarzyło za wyjątkiem tego, iŜ wypchana bogini stała się symbolem wyŜszości plemienia, w
którego posiadaniu się znajdowała. Właśnie z tego powodu została uprowadzona przez
N’bangi. Druga opowieść mówi o powrocie boga i jego śmierci u stóp zmarłej Ŝony,
spoczywającej w świątyni.
Trzecia wersja mówi o powrocie syna - tym razem juŜ po osiągnięciu przez niego
pełnej dojrzałości, niewaŜne ludzkiej, małpiej czy boskiej - niemniej jednak nieświadomego
swej prawdziwej toŜsamości.
Z całą pewnością większość wydarzeń, o których opowiadały legendy, była jedynie
wymysłem odznaczających się wybujałą wyobraźnią tubylców.
Arthur Jermyn nie wątpił juŜ w istnienie prastarej cywilizacji w dŜungli, o której pisał
stary sir Wade, i bynajmniej nie zdziwił się kiedy w 1912 roku natknął się na jej pozostałości.
Co do wielkości, w legendach było sporo przesady, niemniej sądząc po kamiennym
rumowisku nie mogła to być zwyczajna murzyńska osada. Nie odnaleziono niestety Ŝadnych
rzeźb, a niewielka liczba uczestników ekspedycji nie pozwalała na przeprowadzenie działań
w celu oczyszczenia jedynego widocznego przejścia zdającego się prowadzić w głąb labiryntu
korytarzy grobowców, o których wspominał sir Wade. O białych małpach i wypchanej bogini
rozmawiano ze wszystkimi wodzami plemion w tym regionie, jednak to Europejczyk
przyczynił się do wzbogacenia zakresu informacji otrzymanych od starego Mwanu.
M. Verhaeren, Belg, agent z placówki handlowej w Kongu był przekonany, iŜ nie
tylko jest w stanie odnaleźć, ale i odzyskać wypchaną boginię, o której miał okazję kiedyś
usłyszeć. Jako Ŝe potęŜni niegdyś N’bangi byli obecnie pokornymi poddanymi rządu króla
Alberta, przy odrobinie perswazji mogli zostać zmuszeni do rozstania się z porwanym przez
nich truchłem przeraŜającej bogini. Jermyn odpłynął zatem do Anglii, radując się w duszy
nadzieją, iŜ w przeciągu kilku miesięcy otrzyma bezcenny etnologiczny relikt potwierdzający
najdziksze, najbardziej szalone historie jego pra-pra-pradziadka, a ściślej mówiąc najdziksze i
najbardziej szalone o jakich słyszał. Było nader moŜliwe, iŜ mieszkańcy okolic majątku
Jermynów znali jeszcze bardziej nieprawdopodobne, mroŜące krew w Ŝyłach historie,
przekazane im przez przodków, którzy mieli okazję siedzieć z sir Wade’em przy jednym
stoliku w knajpce o nazwie Knighfs Mead.
Arthur Jermyn czekał cierpliwie na spodziewaną przesyłkę od M. Yerhaerena,
studiując tymczasem z narastającą pilnością manuskrypty pozostawione przez swego
szalonego przodka. Zaczął odczuwać bliską więź z sir Wade’em i poszukiwać śladów
osobistego Ŝycia tego ostatniego na terenie Anglii oraz informacji o jego badaniach w Afryce.
Niejednokrotnie słyszał opowieści o jego tajemniczej, nie widywanej przez nikogo Ŝonie, nie
zachował się jednak Ŝaden ślad jej pobytu w Jermyn House. Jermyn zastanawiał się jakie
przyczyny zmusiły bądź skłoniły ją do takiego trybu Ŝycia i koniec końców uznał, iŜ
podstawowym powodem musiał być obłęd jej męŜa.
Jego pra-pra-prababka była - o ile sobie przypominał -córką portugalskiego handlarza
z Afryki. Niewątpliwie jej praktyczne dziedzictwo i pobieŜna znajomość Czarnego Lądu
spowodowała, iŜ poczęła szydzić z opowieści sir Wade’a o interiorze, czego człowiek taki jak
on raczej nie mógł jej wybaczyć. Umarła w Afryce - być moŜe zmuszona do udziału w
wyprawie przez męŜa, zdecydowanego za wszelką cenę udowodnić jej prawdziwość swych
słów. PogrąŜony w rozmyślaniach Jermyn mógł jedynie snuć akademickie domysły, wszak
para jego dziwnych przodków nie Ŝyła juŜ od z górą półtora wieku.
W czerwcu 1913 roku przyszedł list od M. Verhaereza, w którym Belg pisał o
odnalezieniu wypchanej bogini. Był to, wedle jego zapewnień, wielce niezwykły obiekt, tak
niesamowity, iŜ laik nie byłby w stanie określić jego prawdziwej wartości. Jedynie naukowiec
mógłby stwierdzić, czy było to truchło ludzkie, czy małpie, aczkolwiek wszelkie badania były
utrudnione ze względu na jego niezbyt dobrze zachowany stan.
Czas i klimat Konga nie są sprzyjające dla mumii, zwłaszcza kiedy preparacja jest -
tak jak wydaje się w tym przypadku - dziełem amatora. Na szyi stworzenia znaleziono złoty
łańcuszek z pustym medalionikiem noszącym znaki herbowe; bez wątpienia pamiątka po
jakimś nieszczęsnym podróŜniku, który wpadł w ręce N’bangi, i którą zawieszono na szyi
bogini w charakterze amuletu. JeŜeli chodzi o komentarz dotyczący oblicza mumii M.
Verhaeren sugerował dość dziwaczne porównanie, lub raczej wyraŜał humorystyczne
zdumienie, iŜ w uderzający sposób przypominało ono jego korespondenta, ale cała sprawa
zbyt go interesowała w sensie naukowym, aby miał marnować słowa na mało waŜne kwestie.
Wypchana bogini, napisał, zostanie przysłana w mniej więcej miesiąc po otrzymaniu
przez pana tego listu.
Przesyłka została dostarczona do Jermyn House po południu 3 sierpnia 1913 roku i
wniesiono ją niezwłocznie do ogromnej komnaty, gdzie znajdowała się cała kolekcja
afrykańskich okazów zgromadzona przez sir Roberta i Arthura. Tego co wydarzyło się
później moŜna się jedynie domyślać na podstawie zebranych opowieści słuŜących oraz
odnalezionych w pomieszczeniu przedmiotów i dokumentów. Spośród róŜnych wersji
najbardziej prawdopodobna i spójna wydaje się historia przedstawiona przez starego
Soamesa, głównego lokaja. Według niego, a człowiek ów zasługuje na miano wiarygodnego,
Arthur Jermyn przed otwarciem przesyłki nakazał wszystkim, aby opuścili pokój, po czym,
sądząc po odgłosach pracy młotka i dłuta, niezwłocznie zabrał się do otwierania skrzyń. Przez
pewien czas nic nie było słychać; Soames nie potrafił określić jak długo to trwało, z całą
pewnością jednak w nie więcej niŜ kwadrans, później rozległ się przeraźliwy krzyk -
wydobywający się bez wątpienia z ust Arthura Jermyna. Zaraz po tym Jermyn wyłonił się z
pokoju, i co sił w nogach -jakby ścigany przez jakiegoś niewidzialnego wroga - pobiegł w
stronę frontu budynku. Wyrazu jego twarzy, owej upiornej maski zastygłej w przeraźliwym
grymasie, po prostu nie da się opisać. Znalazłszy się przy frontowych drzwiach, zdawało się,
Ŝ
e o czymś sobie przypomniał i zawróciwszy zbiegł pośpiesznie po schodach do piwnicy.
SłuŜący byli kompletnie zaskoczeni, i zbici z tropu wpatrywali się w podest schodów, ale ich
pan się nie pojawił. W pewnej chwili z dołu doszła ich ostra woń nafty.
Po zmierzchu usłyszano metaliczny szczęk przy drzwiach prowadzących z piwnicy na
dziedziniec; później zaś chłopiec stajenny ujrzał Arthura Jermyna, skąpanego od stóp do głów
w nafcie i ociekającego tym płynem, jak wymknął się cichaczem z piwnicy i znalazł na,
otaczających budynek, moczarach, niedługo potem, z zapierającą dech w piersiach zgrozą,
wszyscy zobaczyli ostatni akt. na moczarach rozbłysła iskra, a potem słup „ludzkiego ognia”
wystrzelił ku niebiosom. Ród Jermynów przestał istnieć.
Powodem dla którego nie zebrano zwęglonych szczątków Arthura Jermyna i nie
wyprawiono mu pogrzebu było to, co znaleziono w jego pokoju, a ściślej mówiąc, OBIEKT
w skrzyni. Wypchana bogini przedstawiała sobą odraŜający widok - była chuda jak szczapa i
nadŜarta zgnilizną, niemniej jednak nie ulegało wątpliwości, iŜ zmumifikowane zwłoki
naleŜały do jakiegoś nieznanego gatunku białych małp, mniej owłosionych niŜ inne i - co
mogło wydawać się szokujące - zdecydowanie bliŜszych człowiekowi. Dokładniejszy opis nie
naleŜałby do przyjemności, moŜna jednak wspomnieć o dwóch uderzających szczegółach -
potwierdzają one bowiem w zadziwiający sposób niektóre zapiski sporządzone podczas
afrykańskich ekspedycji sir Wade’a Jermyna oraz kongijską legendę o białym bogu i
księŜniczce małp. Chodzi tu mianowicie o znaki herbowe widniejące na medalionie, na szyi
stwora - były to znaki rodu Jermynów oraz o Ŝartobliwą aluzję M. Yerhaerena na temat
pewnego podobieństwa, jakie zdawało się łączyć owo pomarszczone oblicze przepełnione
Ŝ
ywą, niemal namacalną, nienaturalną zgrozą z ni mniej, ni więcej tylko wraŜliwym Arthurem
Jermynem, pra-pra-prawnukiem sir Wade’a Jermyna i jego nieznanej Ŝony.
Członkowie Królewskiego Towarzystwa Antropologicznego niezwłocznie spalili
truchło stwora, medalion wrzucili do studni, a niektórzy z nich w ogóle zaprzeczają jakoby
Arthur Jermyn kiedykolwiek istniał.
ZEZNANIA RANDOLPHA CARTERA (THE STATEMENT OF
RANDOLPH CARTER)
Powtarzam wam, panowie, Ŝe kontynuowanie waszego śledztwa nie ma większego
sensu. SkaŜcie mnie na doŜywocie jeŜeli chcecie, zamknijcie w więzieniu lub zabijcie, jeśli
potrzebujecie kozła ofiarnego dla iluzji, którą zwiecie sprawiedliwością; ja jednak, nie mogę
powiedzieć nic więcej, nadto, co zeznałem dotychczas.
Wszystko co pamiętam, wyznałem wam, z idealną szczerością. Nic nie zostało
przeoczone czy zatajone, a jeŜeli coś wydaje się niejasne, to jedynie z powodu mrocznej
chmury jaka przyćmiła mój umysł oraz poraŜającej natury koszmaru jakiego doświadczyłem.
Raz jeszcze powtarzam, nie wiem co się stało z Harley’em Warrenem, choć sądzę -
ba, nawet mam nadzieję - Ŝe pogrąŜył się w błogim zapomnieniu; jeŜeli naturalnie w ogóle
moŜna mieć nadzieję, Ŝe istnieje coś takiego. To fakt, od pięciu lat byłem jego najbliŜszym
przyjacielem, i w pewnym sensie brałem z nim udział w przeraŜającej wyprawie badawczej w
głąb nieznanego, nie zaprzeczam, choć moja pamięć jest mglista i niespójna, Ŝe, jak twierdzi
wasz świadek, mógł widzieć nas razem na Gainsville Pikę, zmierzających ku Wielkim
Cyprysowym Moczarom, o wpół do dwunastej owej potwornej nocy. Mogę nawet
potwierdzić, Ŝe mieliśmy latarnie, łopaty i spory zwój drutów z przyłączonymi aparatami.
KaŜdy z tych przedmiotów odegrał swoją rolę w jednej upiornej scenie, której wspomnienie
wryło mi się głęboko w pamięć.
Jednak co się tyczy późniejszych wydarzeń i powodu, z jakiego następnego ranka
odnaleziono mnie samego, w stanie głębokiego szoku, na skraju trzęsawiska, stanowczo
oświadczam, iŜ nie wiem nic, za wyjątkiem tego, co musiałem wam zeznawać, raz po raz,
praktycznie bez końca. Twierdzicie, Ŝe tam na bagnach, ani nigdzie w pobliŜu nie ma nic, co
potwierdzałoby moją upiorną opowieść. Powtarzam: nie wiem nic, ponadto, co widziałem.
MoŜe była to wizja lub koszmar - dalibóg, pragnąłbym, aby tak było - ba, mam taką cichą
nadzieję - jednak nie potrafię zapomnieć o tym, co wydarzyło się w ciągu tych szokujących
godzin, kiedy we dwóch udaliśmy się na trzęsawisko. A jeŜeli chodzi o to dlaczego Harley
Warren nie wrócił, chyba jedynie on, jego cień, lub jakaś bezimienna istota, której nie jestem
w stanie opisać, mogliby odpowiedzieć na to pytanie.
Jak juŜ wcześniej mówiłem, dobrze wiedziałem o dziwnych zainteresowaniach
Harley’a Warrena i w pewnym sensie je podzielałem. Spośród ogromnej kolekcji
dziwacznych, starych ksiąg dotyczących rzeczy zakazanych, przeczytałem wszystkie,
stworzone w znanych mi językach. Stanowią one wszakŜe drobny ułamek w porównaniu z
tymi, których ze względu na nieznajomość języka, nie byłem w stanie przetłumaczyć.
Większość z nich jest, jak sądzę, napisana po arabsku, zaś księga którą miał ze sobą Warren
tamtej nocy - Księga traktująca o Złu, którą zabrał ze sobą w kieszeni schodząc z tego świata
- zapisana była pismem, którego nigdy dotąd nie widziałem. Warren zaś nigdy nie mówił mi o
treści tej ksiąŜki. Co się tyczy natury naszych badań - czy mam powtórzyć, Ŝe nie w pełni ją
teraz pojmuję?
Fakt ów zda się być dla mnie łaskawością, gdyŜ były to potworne nauki, które
zgłębiałem bardziej wskutek pełnej wahań fascynacji, niźli dzięki memu nastawieniu. Warren
zawsze nade mną dominował i czasami - swoją wiedzą - przeraŜał mnie. Pamiętam jak
przeszedł mnie dreszcz, na widok jego wyrazu twarzy, w noc przed upiornym zdarzeniem,
kiedy z niezwykłym przejęciem mówił o swojej teorii, dlaczego niektóre zwłoki nigdy nie
ulegają rozkładowi, lecz spoczywają przez tysiąc lat nie zmienione i tłuste w swoich
grobowcach. Teraz jednak juŜ się go nie obawiam, gdyŜ podejrzewam, Ŝe poznał zgrozę
przekraczającą moje zdolności pojmowania. Obecnie boję się o niego.
Powtarzam, nie wiem co konkretnie było naszym celem owej nocy. Z całą pewnością
miało to wiele wspólnego z treścią księgi, którą Warren zabrał ze sobą; z ową prastarą księgą
w niemoŜliwym do odczytania języku, którą otrzymał z Indii miesiąc wcześniej, ale mogę
przysiąc, Ŝe nie wiem co mieliśmy tam znaleźć. Wasz świadek mówi, Ŝe widział nas o wpół
do dwunastej w nocy na Gainesville Pikę, jak szliśmy w kierunku Wielkich Cyprysowych
Moczarów. Jest to zapewne zgodne z prawdą, ale szczerze mówiąc, nie pamiętam. Przed
oczami mam jeden tylko obraz, a musiało być wtedy sporo po północy -bo wysoko na
spowitym oparami niebie wisiał blednący sierp księŜyca.
Naszym celem był stary cmentarz, tak stary, Ŝe zadygotałem widząc jak czas okazał
się dlań bezlitosny. PołoŜony był on w głębokiej, podmokłej kotlinie, zarosłej bujnymi
trawami, mchem oraz dziwacznymi pnącymi chwastami i wypełnionej słabym acz
wyczuwalnym smrodem, który nie wiedzieć czemu skojarzył mi się, absurdalnie, z gnijącymi
kamieniami. Z kaŜdej strony widać było ślady zaniedbania i upadku, i pamiętam, Ŝe
odniosłem niepokojące wraŜenie iŜ Warren i ja byliśmy pierwszymi Ŝywymi istotami, które
od stuleci ośmieliły się nawiedzić to spowite grobową ciszą miejsce.
Ponad krawędzią kotliny gasnący księŜyc wyjrzał spośród zasłony cuchnących
oparów, które zdawały się bezgłośnie wypływać z głębi grobowców, i w jego słabym świetle
ujrzałem odraŜającą, chaotyczną mozaikę antycznych płyt nagrobnych, urn, kenot i fasat
mauzoleów. Wszystkie były zmurszałe, porośnięte mchem i pokryte plamami wilgoci, po
części zaś nikły wśród bujnej acz zgoła niezdrowej roślinności.
Pierwszym wyraźnym wspomnieniem z mojej wizyty w tej potwornej nekropolii jest
scena, kiedy zatrzymałem się wraz z Warrenem przed pewnym na wpół zniszczonym
grobowcem i połoŜyłem na ziemi część naszych rzeczy. Dopiero teraz zauwaŜyłem, Ŝe
niosłem latarnię i dwie łopaty, zaś mój towarzysz oprócz latarni, dźwigał przenośny telefon.
Nie zamieniliśmy słowa, zupełnie jakbyśmy obaj doskonale znali cel tej nocnej wycieczki.
Bezzwłocznie chwyciliśmy za łopaty i zaczęliśmy oczyszczać płaski, archaiczny grobowiec z
pokrywającego go mchu, traw, chwastów i naniesionej ziemi.
Po odsłonięciu całej powierzchni, na którą składały się trzy wielkie, granitowe płyty,
cofnęliśmy się nieznacznie by móc się lepiej przyjrzeć staremu grobowcowi. Warren zdawał
się obliczać coś w myślach, po czym ponownie podszedł do grobu i uŜywając łopaty jak
dźwigni, próbował podnieść jedną z płyt znajdujących się najbliŜej sterty gruzów, która
niegdyś mogła być pomnikiem.
Nie udało mu się to i skinął na mnie, abym mu pomógł. W końcu, wspólnymi siłami
zdołaliśmy obluzować kamień, podnieśliśmy go i zwaliliśmy na bok.
Oczom naszym ukazała się mroczna czeluść, z której buchnął kłąb miazmatycznych
gazów, tak duszący, Ŝe cofnęliśmy się jak poraŜeni. JednakŜe, chwilę później, po ponownym
zbliŜeniu się do otworu, stwierdziliśmy, Ŝe wyziewy nie są juŜ tak dokuczliwe.
Blask latarni ukazał stopnie kamiennych schodów, ociekających jakąś ohydną posoką
wypływającą z trzewi ziemi i okolonych wilgotnymi, omszałymi ścianami, l właśnie teraz,
moja pamięć rejestruje pierwszą wymianę zdań, słowa Warrena skierowane do mnie i
wypowiedziane jego miękkim, melodyjnym głosem, w którym nie pobrzmiewał nawet cień
zaniepokojenia, jakie mogło wywoływać przeraŜające otoczenie.
- Przykro mi, Ŝe muszę cię poprosić, abyś pozostał na powierzchni - rzekł - ale byłoby
zbrodnią pozwolenie komuś o tak słabych nerwach jak ty, zejść w głąb tych katakumb. Nie
jesteś sobie w stanie wyobrazić, nawet po tym co czytałeś i o czym ci opowiadałem, co
przyjdzie mi wytrzymać i uczynić, tam, na dole. To dzieło Złego, Car-ter, i wątpię czy
jakikolwiek człowiek, nie mający stalowych nerwów, byłby w stanie zobaczyć to wszystko i
powrócić na powierzchnię Ŝywy i przy zdrowych zmysłach. Nie Ŝyw do mnie urazy. Bóg mi
ś
wiadkiem, Ŝe bardzo chciałbym, abyś wszedł tam ze mną -jednak w pewnym stopniu
spoczywa na mnie odpowiedzialność, i nie mógłbym ciągnąć ze sobą takiego kłębka nerwów
w otchłań ku prawdopodobnej śmierci i szaleństwu. Powiadam ci, nie wyobraŜasz sobie, co
się tam znajduje! JednakŜe obiecuję, Ŝe o wszystkim będę informował cię przez telefon - jak
widzisz mam dostatecznie duŜo drutu, aby dotrzeć z nim do samego środka ziemi i z
powrotem.
WciąŜ brzmią w mej pamięci te wypowiadane spokojnie słowa i nadal pamiętam
gorejący we mnie płomień sprzeciwu. Tak bardzo pragnąłem towarzyszyć memu
przyjacielowi w wędrówce w głąb prastarego grobowca, ale on okazał się nieugięty. W
pewnej chwili zagroził, Ŝe przerwie całą wyprawę, jeŜeli nadal będę się upierał. I groźba
okazała się skuteczna, jako Ŝe to on dzierŜył klucz do wszystkiego. Pamiętam to wszystko, ale
nie przypominam sobie co konkretnie było naszym celem, czego szukaliśmy. Uzyskawszy,
aczkolwiek z wahaniem, moją zgodę na przyjęcie jego koncepcji Warren podniósł z ziemi
zwój drutu i podłączył przyrządy. Kiedy skinął głową wziąłem do ręki aparat i usiadłem na
starym, wypranym z kolorów kamieniu płyty nagrobnej opodal niedawno przez nas otwartego
zejścia do katakumb. Następnie podał mi rękę, zarzucił zwój drutu na ramię i znikł w głębi
owej niemoŜliwej do opisania kostnicy. Jeszcze przez pewien czas widziałem blask jego
latarni i słyszałem szelest ciągnącego się za nim po ziemi przewodu; jednak poświata znikła
nieoczekiwanie, jakby przyjaciel mój ni stąd, ni zowąd natrafił na załom korytarza. Dźwięk
ucichł równie gwałtownie. Byłem sam, a jednak połączony z nieznaną czeluścią owymi
magicznymi przewodami, których izolowana powierzchnia połyskiwała zielonkawo w słabym
ś
wietle niknącego sierpa księŜyca. Raz po raz spoglądałem na zegarek, przyświecając sobie
latarnią i z narastającym niepokojem wsłuchiwałem się w słuchawkę telefonu - jednak przez
ponad kwadrans panowała w niej głęboka cisza. Nagle usłyszałem cichy trzask i zawołałem
mego przyjaciela.
Pomimo napięcia, absolutnie nie byłem przygotowany na słowa jakie doszły mnie z
głębi tych mrocznych i niesamowitych katakumb i jeszcze nigdy nie słyszałem w głosie
Harleya Warrena równie silnego zdenerwowania i drŜenia. Ten, który jeszcze nie tak dawno,
odchodząc, starał się mnie uspokoić, zwracał się teraz do mnie z wnętrza grobowca drŜącym
szeptem, który brzmiał bardziej złowrogo niŜ najgłośniejszy krzyk!
- BoŜe, gdybyś mógł widzieć to co ja.
Nie mogłem odpowiedzieć. Odjęło mi mowę i mogłem jedynie słuchać. Po chwili
znów doszedł mnie ten sam, przesycony napięciem, szept.
- Carter, to przeraŜające - potworne - niewiarygodne.
Tym razem głos mnie nie zawiódł i zalałem słuchawkę potokiem pełnych ekscytacji
pytań. PrzeraŜony, raz po raz powtarzałem:
- Warren, co tam jest? Co tam jest?
Ponownie usłyszałem głos mego przyjaciela, w dalszym ciągu ochrypły od strachu,
teraz jednak wyraźnie podbarwiony rozpaczą.
- Nie mogę ci powiedzieć, Carter! To po prostu nie do pomyślenia - nie odwaŜę się
tego powiedzieć... Ŝaden człowiek nie mógłby o tym wiedzieć i pozostać przy Ŝyciu! BoŜe...!
Nigdy coś takiego nawet mi się nie śniło!
I znów cisza, jeŜeli nie liczyć bezładnego potoku zadawanych przeze mnie pytań. A
potem głos Warrena, bardziej, o ile to moŜliwe, przeraŜony i przepełniony konsternacją.
- Carter, na miłość boską, połóŜ płytę z powrotem i jeśli tylko moŜesz, uciekaj!
Szybko - rzuć wszystko i uciekaj, to twoja jedyna szansa! Zrób co mówię i o nic nie pytaj!
Nie kaŜ mi niczego wyjaśniać!
Usłyszałem to, ale mogłem jedynie powtarzać moje gorączkowe pytania. Wokół mnie
były grobowce, mrok i cienie; poniŜej zaś jakieś zagroŜenie, przekraczające wszelkie ludzkie
wyobraŜenia. Jednak mój przyjaciel był w większym niebezpieczeństwie niŜ ja, i pomimo iŜ
bardzo się bałem, poczułem się nieco uraŜony, Ŝe w tej sytuacji mógł Ŝądać bym pozostawił
go samego. Rozległ się kolejny trzask i, po krótkiej chwili, zatrwaŜające ponaglenia Warrena:
- Spływaj! Na litość boską, połóŜ płytę na miejsce i spływaj stamtąd, Carter!
Coś w młodzieńczym slangu mojego przeraŜonego towarzysza odblokowało moją
zdolność myślenia. Zebrałem się w sobie i zawołałem:
- Warren, trzymaj się! Schodzę do ciebie! Jednak na te słowa, Marley odkrzyknął w
nieskrywanej rozpaczy.
- Nie! Nie rozumiesz! JuŜ jest za późno - i to moja wina. PołóŜ płytę na miejsce i wiej
- nic innego nie moŜesz zrobić ani ty, ani nikt inny!
Ton znów się zmienił - tym razem jednak nieco złagodniał, jakby w wyrazie
beznadziejnej rezygnacji. Ja jednak, przez swój strach wyraźnie wyczuwałem w nim napięcie.
- Szybko - zanim będzie za późno.
Próbowałem nie zwracać na niego uwagi; usiłowałem przełamać paraliŜ jaki mnie
ogarnął i spełniając swoją obietnicę, czym prędzej ruszyć mu z pomocą. Jednak gdy rozległ
się kolejny szept wciąŜ jeszcze trwałem w kompletnym bezruchu, spętany niewidzialnymi
okowami niewypowiedzianej zgrozy.
- Carter - pośpiesz się! To nic nie da; musisz odejść... lepiej Ŝeby jeden, niŜ dwóch...
płyta...
Przerwa - kolejne trzaski i słaby głos Warrena:
- To juŜ prawie koniec; nie utrudniaj sprawy, zakryj te cholerne schody i wiej, jeśli ci
Ŝ
ycie miłe. Tylko tracisz czas! Bywaj Carter - juŜ się nie zobaczymy.
Jednocześnie szept Warrena przerodził się w krzyk; krzyk stopniowo zmieniający się
we wrzask zawierający w sobie całą zgrozę wieków...
- Przeklinam te piekielne istoty... Legiony... Mój BoŜe! Uciekaj! Spływaj! Spływaj!
Wiej!
Po tym zapadła cisza, nie wiem ile niezmierzonych eonów siedziałem, jak wrośnięty w
ziemię, szepcząc, mamrocząc, wołając i wrzeszcząc do słuchawki telefonu: „Warren! Warren!
Odpowiedz - jesteś tam?”
l wtedy stało się najgorsze, był to istny koszmar - niewiarygodny, niewyobraŜalny,
rzekłbym nawet, niepowtarzalny, coś czego nie sposób opisać. Jak powiedziałem, wydawało
mi się, Ŝe minęły całe eony odkąd Warren wykrzyczał do mnie swe ostatnie, rozpaczliwe
ostrzeŜenie, i Ŝe obecnie jedynie moje własne krzyki przerywały okropną ciszę. Jednak po
chwili usłyszałem w słuchawce kolejne szczęknięcie i wytęŜyłem słuch. Ponownie
zawołałem: „Jesteś tam, Warren?” A w odpowiedzi usłyszałem coś co sprawiło, Ŝe mroczna
chmura spowiła mój umysł, nie staram się tłumaczyć tego czegoś, tego głosu, ani teŜ nie
pokuszę się o bliŜszą jego charakterystykę, jako Ŝe juŜ pierwsze słowa pozbawiły mnie
ś
wiadomości i stworzyły mentalną kurtynę, która uniosła się dopiero, kiedy ocknąłem się juŜ
w szpitalu.
CóŜ mam powiedzieć?
Czy mam stwierdzić, Ŝe ów głos był głęboki; płytki; galaretowaty; odległy;
nieziemski; nieludzki; bezcielesny?
CóŜ mam powiedzieć?
To była ostatnia rzecz jaką zarejestrowałem. Usłyszałem go i nic poza tym nie wiem;
usłyszałem go siedząc jak skamieniały na nieznanym cmentarzysku w kotlinie, pośród
potrzaskanych płyt i obróconych w gruzy grobowców, mając w nozdrzach woń gnijącej
roślinności i fetor miazmatycznych wyziewów. Usłyszałem ten głos, płynący z najgłębszych
czeluści przeklętego, otwartego grobowca, wpatrując się w amorficzne widmowe cienie
tańczące poniŜej przeklętego, bladego sierpa księŜyca.
To coś powiedziało:
- Ty głupcze, Warren NIE śYJE!
PRZEMIANA JUANA ROMERO (THE TRANSITION OF JUAN
ROMERO)
Nie mam zbytniej ochoty mówić o wypadkach, które miały miejsce w kopalni Hortona
nocą z osiemnastego na dziewiętnastego października 1894 roku. Jedynie poczucie
obowiązku wobec nauki zmusza mnie do wskrzeszenia, w ostatnich latach mego Ŝycia,
obrazów i zdarzeń przeraŜających tym bardziej, Ŝe nie jestem w stanie w Ŝaden sposób ich
wytłumaczyć. Jednak zanim umrę powinienem chyba opowiedzieć wam to, co wiem na temat
zdarzenia, które określam mianem przemiany Juana Romero.
Moje nazwisko i pochodzenie nie muszą zostać zapamiętane przez potomnych -
prawdę mówiąc lepiej, aby poszły w zapomnienie, bo kiedy człowiek przenosi się nagle z
kolonii do Stanów, zostawia za sobą całą przeszłość. Poza tym, to kim byłem, nie ma
najmniejszego związku z moją opowieścią, a na uwagę moŜe jedynie zasługiwać fakt, iŜ
podczas mojej słuŜby w Indiach czułem się bardziej swojsko wśród białobrodych hinduskich
nauczycieli niŜ wśród moich rodaków - oficerów. Zdołałem zgłębić wiele spośród nauk
Wschodu, gdy nieszczęśliwym zrządzeniem losu znalazłem się na zachodzie Stanów, i tam
przyszło mi rozpocząć nowe Ŝycie. Wraz z nim przyjąłem równieŜ nowe nazwisko - pospolite
i nie mające głębszego znaczenia.
Latem i jesienią 1894 roku znajdowałem się u podnóŜa posępnego pasma Gór
Kaktusowych, gdzie jako prosty robotnik podjąłem pracę w kopalni Nortona, która odkryta
kilka lat wcześniej przez podstarzałego poszukiwacza złota sprawiła, iŜ cały ten zapomniany
dotąd przez Boga i ludzi region stał się nagle przystanią dla wszelkiego rodzaju szumowin i
mętów.
Jaskinia złota, znajdująca się głęboko pod górskim jeziorem, przyniosła staremu
poszukiwaczowi niewyobraŜalną fortunę a obecnie zmieniła się w siedlisko rozległych
korytarzy, gdzie prace poszukiwawcze prowadzili robotnicy z korporacji, która koniec
końców odkupiła kopalnię od jej poprzedniego właściciela.
Odnaleziono kolejne groty, a złoŜa Ŝółtego metalu były niewyobraŜalnie bogate; do
tego stopnia, iŜ potęŜna, niejednolita armia górników harowała dzień i noc w rozlicznych
korytarzach i tunelach. Kierownik, pan Arthur, często rozprawiał o osobliwościach tutejszych
formacji geologicznych, spekulując na temat moŜliwości istnienia dłuŜszego ciągu jaskiń i
oszacowując przyszłość gigantycznych prac wydobywczych. Jego zdaniem istnienie
podziemnych grot było rezultatem działań wody i wierzył, Ŝe niebawem zostanie otwarta
ostatnia z nich.
Niedługo po moim przybyciu i podjęciu pracy w kopalni Nortona zjawił się tu Juan
Romero. Był on jednym z całej rzeszy niechlujnych, obdartych Meksykanów, którzy ściągnęli
z sąsiedniego kraju, i z początku zwracał uwagę jedynie swymi indiańskimi rysami. Twarz
jego miała jednak nieco jaśniejszy odcień i wydawała się łagodniejsza w porównaniu z
topornie ciosanymi obliczami innych przybyłych tu Latynosów, czy miejscowych Indian. To
zadziwiające, Ŝe pomimo iŜ tak bardzo róŜnił się od rzeszy swoich rodaków, nie wydawało
się by Romero miał w swoich Ŝyłach choć odrobinę krwi kaukaskiej. Na jego widok
wyobraźnia nie podsuwała mi obrazu hiszpańskiego konkwistadora czy amerykańskiego
pioniera, lecz pradawnego, szlacheckiego Azteka. Zawsze wstawał wczesnym rankiem i z
fascynacją wpatrywał się w słońce, przesuwające się wolno ponad górami na wschodzie,
unosząc przy tym do góry obie ręce, jakby wykonywał jakiś pradawny rytuał, którego natury
nawet on nie rozumiał. Jednak poza rysami twarzy Romero nie przejawiał Ŝadnych innych
oznak, nobliwości czy azteckiej dojrzałości.
Brudny, obdarty nieuk, czuł się najlepiej w towarzystwie innych brązowoskórych
Meksykanów, i jak mi później powiedziano, przyszedł na świat w okolicy, gdzie mieszkańcy
cierpieli najdotkliwszą nędzę.
Znaleziono go, kiedy był jeszcze niemowlęciem, w prymitywnym górskim szałasie.
Tylko on uszedł z Ŝyciem z epidemii zarazy, jaka tamtędy przeszła.
W pobliŜu chaty, opodal raczej niezwykłej szczeliny w skale, leŜały dwa szkielety
obrane niedawno z mięsa przez sępy; prawdopodobnie to było wszystko, co pozostało z jego
rodziców.
Nikt nie wiedział jak się nazywali i niebawem większość zupełnie o nich zapomniała.
Kiedy zaś chata z adoby obróciła się w gruzy, a niewielka lawina spowodowała zasypanie
skalnej szczeliny, w zapomnienie poszła nawet scena tragedii. Wychowywany przez
meksykańskich złodziei bydła, którzy dali mu imię, Juan nie róŜnił się zbytnio od swoich
towarzyszy.
Więź jaką Romero odczuwał wobec mnie była bez wątpienia związana z dziwnym,
starym hinduskim pierścieniem, który nosiłem kiedy nie pracowałem na przodku. Nie mogę
powiedzieć nic na temat jego natury i sposobu w jaki znalazł się w moim posiadaniu. Było to
ostatnie ogniwo wiąŜące mnie z rozdziałem Ŝycia, który uwaŜałem za bezpowrotnie
zamknięty. Stanowił więc dla mnie ogromną wartość.
Niebawem zauwaŜyłem, Ŝe dziwnie wyglądający Meksykanin wyraźnie się nim
interesował - przyglądał mu się z wyrazem twarzy, który zdawał się świadczyć o czymś
więcej, aniŜeli o zwykłej chciwości czy zawiści. Widniejące na pierścieniu hieroglify zdawały
się przywoływać w jego prostym, acz bystrym umyśle dziwne, mgliste wspomnienia, choć z
całą pewnością nie mógł ich wcześniej oglądać. W ciągu kilku tygodni od swego przybycia
do kopalni, Romero stał się nieomal moim wiernym sługą, mimo Ŝe byłem przecieŜ jedynie
zwykłym, szarym górnikiem.
Nasze rozmowy były z konieczności ograniczone. Romero znał jedynie kilka słów po
angielsku, ja zaś stwierdziłem, Ŝe mój oxfordzki hiszpański znacznie róŜnił się od patois
peonów z Nowej Hiszpanii.
Wypadek o którym mam tu opowiedzieć, był na dłuŜszą metę nie zapowiedziany.
Pomimo iŜ Romero interesował mnie, a on z kolei wydawał się być przyciągany do mnie
przez tajemniczy pierścień, sądzę, Ŝe Ŝaden z nas nie spodziewał się tego, co nastąpiło po
kolejnym wielkim wybuchu w kopalni.
Geologiczne przewidywania zakładały rozszerzenie kopalni przez pogłębienie
głównego szybu, od najniŜej połoŜonej części podziemnego wyrobiska. Kierownik, sądząc iŜ
napotkają jedynie litą skałę nakazał załoŜenie zwiększonego ładunku dynamitu. Ani ja, ani
Romero nie byliśmy przy tym, toteŜ po raz pierwszy o niezwykłym odkryciu dowiedzieliśmy
się od innych robotników.
Ładunek - być moŜe jeszcze silniejszy niŜ wcześniej postanowiono - zdał się
wstrząsnąć posadami całej góry. Fala uderzeniowa wybiła wszystkie okna w barakach
ustawionych na górskim zboczu, a górników znajdujących się w podziemiach dosłownie zbiła
z nóg. Jezioro Klejnotów, połoŜone powyŜej miejsca zdarzenia, zafalowało jakby przeszło
nad nim tornado. Przy bliŜszym zbadaniu okazało się, Ŝe pod miejscem gdzie załoŜono
ładunek, otwarła się nowa, mroczna czeluść, tak monstrualna, Ŝe do jej dna nie sięgały Ŝadne
ze znajdujących się w obozowisku lin, ani światło lamp.
Zakłopotani górnicy udali się na dłuŜszą rozmowę z kierownikiem, który nakazał by
do szybu zniesiono cały zapas lin, powiązano je i opuszczono w głąb czeluści w celu odkrycia
i zbadania dna otchłani.
Niedługo potem bladzi robotnicy powiadomili kierownika o swoim niepowodzeniu.
Zdecydowanie, acz taktownie dali do zrozumienia, Ŝe nie wejdą juŜ więcej do szczeliny ani
nie zamierzają ponownie podjąć pracy w kopalni, dopóki otwór nie zostanie zasypany.
Musieli najwyraźniej mieć do czynienia z czymś niewytłumaczalnym, bo jak sami
stwierdzili, otchłań w głębi szybu zdawała się nie mieć końca.
Kierownik nie ukarał ich, ani nie upomniał. Miast tego zamyślił się głęboko,
zastanawiając się nad planami na kolejny dzień.
Tego wieczora nocna zmiana nie podjęła pracy. O drugiej w nocy na górskim zboczu
zaczął posępnie wyć samotny kojot.
W odpowiedzi, gdzieś spomiędzy baraków, rozległo się szczekanie psa; nie sposób
określić, czy pies szczekał na kojota czy na coś innego.
Zanosiło się na deszcz.
Wokół wierzchołków gór zbierały się burzowe chmury o dziwnych kształtach,
przesuwające się chyŜo po atramentowym niebie, które, spoza wielu warstw cirrostratusów,
usiłował rozświetlić swym blaskiem blady sierp księŜyca.
Obudził mnie głos Romera, dochodzący z pryczy powyŜej - głos przepełniony
podnieceniem, napięciem i niepojętym dla mnie wyczekiwaniem.
- Madre de Dios! El sonido. Ese sonido. Orga Vd! Lo oyte Vd?
- Senior, Ten dźwięk!
Nadstawiłem ucha, zastanawiając się o co mu chodziło. Słychać było jedynie kojota,
psa i burzę, przy czym ta ostatnia wyraźnie przybierała na sile, a wiatr zawodził z coraz
większą zaciętością. Za oknem baraku widać było bladosrebrzyste smugi błyskawic.
Zwróciłem się do zdenerwowanego Meksykanina pytając go o odgłosy, które słyszałem.
- El coyote? El perro? El viento? Romero nie odpowiedział. Wyszeptał tylko, z trwogą
w głosie:
- El ritmo, Senior. El ritmo de la tierra.
- To pulsowanie w ziemi!
Teraz i ja je usłyszałem; usłyszałem i nie wiedząc czemu wzdrygnąłem się. Gdzieś z
ziemi, głęboko pode mną, dobywał się dźwięk, rytm, jak to określił peon, który choć słaby był
w stanie zdominować wycie kojota, szczekanie psa czy zawodzenie nadciągającej burzy, nie
sposób tego opisać; i bynajmniej nie zamierzam tego czynić. Być moŜe dałoby sieje
porównać do rytmu silników w maszynowni wielkiego okrętu, pulsowania wyczuwanego
poprzez deski pokładu, ale nie było ono tak zimne, suche i mechaniczne - nie było
pozbawione elementów Ŝycia i świadomości. Spośród wszystkich tych cech najbardziej
uderzyło mnie poczucie niepojętej głębi.
W myślach przemknął mi fragment z Glanvila, który Poe cytował z tak wstrząsającym
efektem:
„Ogrom, głębia i niezmienność Jego dzieł, które zawierają w sobie większą czeluść,
aniŜeli studnia Demokryta”.
Nagle Romero poderwał się ze swojej pryczy zatrzymując się przede mną, by łypnąć
na dziwny pierścień na mojej dłoni, połyskujący osobliwie w świetle błyskawic, po czym
skierował wzrok w stronę szybu kopalni. Ja równieŜ wstałem i przez dłuŜszą chwilę
trwaliśmy w bezruchu wsłuchując się w niewiarygodny rytm, który, jak wszystko na to
wskazywało, przybierał na sile.
Zgoła bezwolnie poczęliśmy przesuwać się ku drzwiom które, łomoczące i targane
podmuchami wichury, dawały nam kojące poczucie ziemskiej rzeczywistości.
Ś
piew w czeluści - bo tym właśnie zdawał się być ów dźwięk - narastał i stawał się
coraz wyraźniejszy. Nagle obu nas przepełniła nieodparta chęć, by wybiec w szalejącą burzę i
zanurzyć się w posępną, mroczną otchłań szybu.
Nie napotkaliśmy nikogo - robotnicy zostali bowiem zwolnieni z nocnej zmiany i
najprawdopodobniej przesiadywali teraz w Dry Gulch, karmiąc jakiegoś ospałego barmana
garścią złowieszczych plotek. Jedynie okno chaty stróŜa jarzyło się Ŝółtym światłem, niczym
Oko Opatrzności. Przez krótką chwilę zastanawiałem się jak rytmiczny dźwięk wpłynął na
stróŜa; Romero jednak szedł teraz szybciej i niezwłocznie podąŜyłem za nim.
Gdy weszliśmy do szybu, dźwięk dochodzący z dołu stał się wreszcie wyraźny i
rozpoznawalny. Z przeraŜeniem stwierdziłem, iŜ kojarzy mi się on z jakąś orientalną
ceremonią, której towarzyszy bicie w bębny i chóralne śpiewy. Jak zapewne zdajecie sobie
sprawę spędziłem w Indiach sporo czasu i niejedno miałem okazję zobaczyć. Romero i ja
przemierzaliśmy kolejne korytarze i schodząc po drabinkach, zdawałoby się bez odrobiny
wahania, zbliŜaliśmy się ku przywołującemu nas nieznanemu. W głębi serca odczuwałem
dręczący strach, niepokój i niepewność.
W pewnym momencie miałem wraŜenie, Ŝe popadłem w obłęd - stało się to wtedy,
gdy zastanawiałem się jakim cudem, pomimo, iŜ nie mieliśmy świec ani lamp, coś oświetlało
nam drogę. Uświadomiłem sobie, iŜ stary pierścień na moim palcu emanował dziwnym
blaskiem, który rozrzedzał mrok panujący w wilgotnym korytarzu rozciągającym się na
wprost i wokół nas.
Nagle, bez ostrzeŜenia, Romero ześlizgnąwszy się po jednej z szerokich drabinek,
puścił się biegiem pozostawiając mnie samego.
Jakaś nowa, dziwna nuta w odgłosach bębnów i śpiewie - dla mnie praktycznie
niezauwaŜalna - wywarła nań niewiarygodny wpływ. Mój towarzysz z dzikim okrzykiem
pomknął przed siebie i znikł w panującym w głębi korytarza półmroku.
Słyszałem jego powtarzające się krzyki, gdy biegnąc kilkakrotnie się potknął i
ześlizgiwał się jak oszalały po rozchwianych drabinkach. Pomimo iŜ byłem przeraŜony,
zdołałem zwrócić uwagę, Ŝe jego słowa - te artykułowane - wypowiadane były w nie znanym
mi języku. Ostre, ale wyraziste wielosylabowe wyrazy zastąpiły mieszankę kiepskiego
hiszpańskiego i jeszcze gorszego angielskiego, którym się zwykle posługiwał, a spośród nich
najbardziej znajomym i zrozumiałym wydawało się głośne: „HUITZILOFOTCHLI”.
Później zdołałem odnaleźć to słowo w dziełach wielkiego historyka - i wzdrygnąłem
się, kiedy zrozumiałem jego znaczenie.
Kulminacja owej okropnej nocy była złoŜona, choć krótka i rozpoczęła się z chwilą,
kiedy dotarłem do ostatniej, w naszej podróŜy, jaskini.
Z ciemności przede mną dobiegł ostatni wrzask Meksykanina, po którym rozległ się
chór tak nieczystych, bluźnierczych głosów, Ŝe nie mógłbym usłyszeć go powtórnie i
pozostać przy Ŝyciu. W tym momencie miałem wraŜenie, jakby wszystkie ukryte lęki,
koszmary i potworności ziemi ujawniły się w zjednoczonym wysiłku opanowania całej
ludzkiej rasy. Jednocześnie blask mego pierścienia zgasł i zobaczyłem nowe światło bijące z
dołu, o kilka stóp przede mną. Dotarłem do czeluści, która jarzyła się teraz czerwonawo, i
która bez wątpienia pochłonęła nieszczęsnego Romero.
ZbliŜywszy się, zajrzałem ponad krawędzią w głąb bezdennej otchłani, której wnętrze
stanowiło teraz istne pandemonium buchających płomieni i upiornego ryku. Z początku nie
zauwaŜyłem nic prócz świecącego, mglistego, wirującego obłoku - jednak juŜ po chwili, z
chaosu poczęły wyłaniać się kształty i ujrzałem... czyŜby to był Juan Romero? BoŜe! Nie
odwaŜę się powiedzieć wam co zobaczyłem! Nagle, jakaś moc z niebios przyszła mi z
pomocą pozbawiając mnie zarówno wzroku jak i słuchu, w jednym rozdzierającym huku,
przeraźliwej kakofonii dźwięków, jaka mogła towarzyszyć zderzeniu się w kosmosie dwóch
wszechświatów.
Nastał chaos, a potem zaznałem spokoju zapomnienia.
Nie wiem jak mam mówić dalej, gdyŜ w grę wchodzą dwa osobliwe zdarzenia, choć
zrobię co w mojej mocy. Nawet nie będę się starał oddzielać rzeczywistości od ułudy.
Kiedy się obudziłem, leŜałem bezpieczny na mojej pryczy, a okno barwiła czerwona
poświata wschodzącego słońca. W pewnej odległości, na stole, leŜało martwe ciało Juana
Romero, otoczone przez grupkę ludzi, wśród których zauwaŜyłem teŜ obozowego doktora.
MęŜczyźni rozmawiali o dziwnej śmierci, która zaskoczyła Meksykanina we śnie. Śmierć ta
musiała być w jakiś sposób związana z wyjątkowo silnym piorunem, który uderzył i zatrząsł
całą górą. Nie było Ŝadnych widocznych śladów, a autopsja nie stwierdziła konkretnej
przyczyny zgonu Romero.
Z fragmentów rozmów jasno wynikało, Ŝe w nocy ani ja, ani Juan nie opuszczaliśmy
baraku, i Ŝe obaj smacznie spaliśmy podczas przeraŜającej burzy, jaka rozszalała się nad
Górami Kaktusowymi. Burza ta - stwierdzili robotnicy, którzy weszli do szybu kopalni -
spowodowała potęŜny zawał i całkowite zasypanie głębokiego otworu, którego pojawienie się
poprzedniego dnia spowodowało tyle kłopotów i niepokojów. Kiedy zapytałem stróŜa jakie
odgłosy słyszał przed owym potwornym hukiem gromu, odparł, Ŝe wycie kojota, szczekanie
psa i zawodzenie wiatru. Nic więcej. Nie wątpiłem, Ŝe mówił prawdę.
Po podjęciu robót kierownik, pan Arthur, wezwał kilku zaufanych ludzi, aby
przeprowadzić parę prób wokół miejsca, w którym otworzyła się bezdenna otchłań. Niezbyt
ochoczo, ale jednak wykonali polecenie i przeprowadzili głębokie wiercenia. Rezultaty były
nader interesujące i osobliwe. Pokrywa szczeliny, kiedy ją otwarto była bardzo cienka, teraz
jednak wszystko wskazywało na to, iŜ górnicy wiercili otwory w litej skale. Nie znalazłszy
nic więcej, i ani grama złota, kierownik nakazał wstrzymanie prac. Czasami jednak, kiedy
pogrąŜony w zamyśleniu siedzi przy swoim biurku, na jego obliczu pojawia się wyraz
zdziwienia i zakłopotania.
NaleŜy wspomnieć o jeszcze jednej dziwnej rzeczy, niedługo po tym jak obudziłem
się rano, po nocnej burzy, stwierdziłem iŜ nie mam na palcu swego hinduskiego pierścienia.
Nie potrafiłem tego wyjaśnić. Był dla mnie bardzo cenny, ale mimo to jego zniknięcie
sprawiło mi wyraźną ulgę. JeŜeli było to sprawką któregoś z górników, musiał być on
naprawdę wyjątkowo sprytnym złodziejem, umiejącym szybko i sprawnie pozbywać się
swoich łupów, gdyŜ pomimo ogłoszeń i przeszukań dokonanych przez policję, pierścień
nigdy się nie odnalazł. W gruncie rzeczy wątpię, aby skradły mi go ręce śmiertelnika, bowiem
w Indiach nauczono mnie wielu dziwnych, sekretnych rzeczy.
Moje zdanie na temat tego zdarzenia zmienia się od czasu do czasu. Za dnia, niemal
przez cały rok, jestem skłonny przypuszczać, iŜ większość tego co doświadczyłem była
jedynie snem. Bywa jednak, Ŝe jesienią, gdy o drugiej w nocy wiatr i zwierzęta zawodzą
Ŝ
ałośnie, mam wraŜenie, iŜ odbieram dochodzące z wnętrza ziemi upiorne, rytmiczne
pulsowanie... i czuję, Ŝe przemiana Juana Romero była naprawdę przeraŜająca.
FESTYN (TE FESTIVAL)
Wezwany przez Ojców, szedłem wzdłuŜ brzegu Wschodniego Morza. Wędrowałem
do miejsca, którego nigdy nie widziałem, ale o którym często śniłem - ku pradawnemu miastu
moich przodków.
Był czas Yuletide, które ludzie nazywają BoŜym narodzeniem, choć jednak w głębi
serc wiedzą, Ŝe jest starsze niŜ Betlejem i Babilon, starsze niŜ Memphis i cała ludzkość. To
właśnie jest Yuletide!
Dotarłem w końcu do pradawnego nadmorskiego miasteczka, gdzie zamieszkiwał mój
lud i zachowywał tradycję festynu nawet w tych czasach, kiedy był zakazany; Ojcowie
nakazali synom, aby urządzali podobny festyn raz na sto lat; nie chcieli bowiem, by pamięć o
starych sekretach poszła w zapomnienie. Lud mój był stary; był juŜ stary, kiedy przed trzystu
laty do kraju tego przybyli osadnicy. Był dumny, bowiem jego śniadolicy, skryci członkowie
pochodzili z południa, gdzie rosły gaje orchidei i opium i mówili innym językiem, zanim
nauczyli się języka błękitnookich rybaków.
Teraz zaś byli rozproszeni i łączyły ich jedynie rytuały misteriów, których Ŝaden
Ŝ
yjący nie był w stanie zrozumieć.
Ja byłem tym, który wracał tej nocy do starej rybackiej osady, bowiem, jak kaŜe
legenda, tylko biedni i samotni pamiętają.
Za załomem wzgórza ujrzałem Kingsport rozpościerające się w mroźnej, srebrnej
poświacie; ośnieŜone Kingsport ze swymi pradawnymi chorągiewkami, wieŜyczkami,
kominami, kalenicami, nabrzeŜem i niewielkimi mostkami, wierzbami i cmentarzami, z
bezkresnym labiryntem wąskich, stromych, krętych uliczek i przyprawiającym o zawrót
głowy wzniesieniem centralnym, nad którym górował, nietknięty przez czas, kościół.
Przypominająca gąszcz kombinacja kolonialnych domków, rozstawionych pod róŜnorakim
kątem, duŜych i małych, parterowych i piętrowych przywodziła na myśl klocki, rozsypane
przez rozkapryszone dziecko. Ponad osadą unosił się na mrocznych skrzydłach cień
staroŜytności; przemykał ponad pobielonymi przez zimę topolami i dwuspadowymi dachami.
Latarnie i wielopanelowe okna, jedno po drugim, rozpalały się w zimnym zmierzchu
dołączając do Oriona i archaicznych gwiazd.
Fale tłukły zaciekle o przegniłe nabrzeŜe; tajemnicze odwieczne morze, z którego w
dawniejszych czasach przybył mój lud.
Obok drogi, w pewnej odległości od posępnego wierzchołka wzniesienia,
omiecionego do czysta podmuchami wiatru, ujrzałem cmentarz, na którym czarne nagrobne
kamienie wyzierały upiornie ze śniegu, niczym gnijące paznokcie gigantycznego trupa.
Niewidoczna droga była bardzo odludna i czasami wydawało mi się, Ŝe słyszę dobiegający z
oddali skrzyp szubienicy na wietrze.
LeŜało tu czterech moich ziomków. Powieszono ich w 1692 roku, podejrzewając o
czary, choć nie wiedziałem, gdzie to dokładnie się stało.
Schodząc ze wzgórza ku brzegowi morza nasłuchiwałem radosnych wieczornych
odgłosów dochodzących z wioski, ale -jak się okazało - bezskutecznie. Pomyślałem o porze
roku i doszedłem do wniosku, Ŝe ci starzy Purytanie mogą mieć zupełnie inne świąteczne
zwyczaje i być moŜe siedzą teraz przy kominkach pogrąŜeni w cichej, acz Ŝarliwej modlitwie.
Przestałem oczekiwać radosnych odgłosów ani nie wypatrywałem wędrowców. Schodziłem
dziarsko w dół mijając ciche, oświetlone wiejskie chaty i mroczne kamienne ściany. Szyldy
starych sklepów i nadmorskich tawern skrzypiały w podmuchach słonej bryzy, a groteskowe
kołatki na drzwiach otoczonych z dwóch stron kolumienkami, lśniły w blasku płynącym z
niewielkich, zaciągniętymi zasłonami, okien.
Widziałem mapy miasta i wiedziałem gdzie znajdę dom mego ludu. Powiedziano, Ŝe
zostanę rozpoznany i powitany z radością - legendy w osadzie mają bowiem długi Ŝywot.
Pospiesznie dotarłem przez Back Street do Circle Court i poprzez świeŜy śnieg, pokrywający
jedyną brukowaną ulicę w mieście, przeszedłem do rozgałęzienia Green Lane, na tyłach
Market House. Stare mapy okazały się dokładne i nie miałem najmniejszych problemów. W
Arkham musieli jednak kłamać twierdząc, Ŝe docierają tu tramwaje, gdyŜ nie zauwaŜyłem
przeciągniętych w górze przewodów. Szyny ukryłby śnieg. Byłem zadowolony, Ŝe idę pieszo,
bowiem ze wzgórza osada prezentowała się wręcz urzekająco. Nie mogłem się doczekać,
kiedy wreszcie zastukam do drzwi mego ludu, siódmego budynku po lewej, przy Green Lane,
ze starym spiczastym dachem i wystającym pięterkiem, zbudowanego przed 1650 rokiem.
Kiedy tam dotarłem, w domu paliło się światło, a ujrzawszy „diamentowe” szybki
okna stwierdziłem, Ŝe budynek musiał być zachowany w niemal nienaruszonym stanie. Górna
część zwieszała się nad wąską, zarośniętą przez trawę ulicą i niemal stykała się z nawisem
piętra domu naprzeciwko. Tym samym znalazłem się w swego rodzaju tunelu, gdzie na
pojedynczym kamiennym stopniu nie było nawet płatka śniegu. Chodnika tu nie
uświadczyłeś, ale w wielu domach do wysoko umieszczonych drzwi dochodziło się wzdłuŜ
podwójnej kondygnacji schodów z barierkami z kutego Ŝelaza.
Było to nader osobliwe a poniewaŜ nie znałem Nowej Anglii nigdy dotąd nie
widziałem czegoś podobnego. Pomimo iŜ wszystko to bardzo mi się podobało, byłbym
bardziej rad gdybym ujrzał na śniegu ślady stóp ludzi na ulicach i odciągnięte zasłony w
przynajmniej kilku mijanych oknach.
Kiedy zastukałem, posługując się przy tym starą Ŝelazną kołatką, byłem juŜ na wpół
przeraŜony. W moim wnętrzu wzbierał jakiś nieokreślony strach, być moŜe wywołała go
osobliwość mojego dziedzictwa, posępność wieczoru lub teŜ dziwna cisza panująca w tym
osobliwym mieście. Kiedy zaś odpowiedziano na moje stukanie, przeraziłem się jeszcze
bardziej, bo zanim drzwi uchyliły się ze skrzypnięciem, nie słyszałem aby ktoś do nich
podchodził. Strach mój nie trwał jednak długo, gdyŜ zobaczyłem przed sobą odzianego w
nocną koszulę starca w papuciach i widok ten, oraz jego dobrotliwy wyraz twarzy, w
znacznym stopniu mnie uspokoił. Staruszek dał mi znak, Ŝe był niemową. Rysikiem na
woskowej tabliczce, którą miał przy sobie, napisał mi nader oryginalne, pradawne powitanie.
Skinął na mnie i wszedłem do niskiego, oświetlonego blaskiem świec pokoju z
masywnymi, odsłoniętymi belkami stropowymi i ciemnymi, mocnymi - choć nielicznymi -
siedemnastowiecznymi meblami. Przeszłość nadal Ŝyła w tym domu - nie zapomniano o
najdrobniejszych szczegółach. Był tu ogromny kominek oraz kołowrotek, przy którym
siedziała zgrzybiała staruszka odwrócona do mnie plecami. Miała na sobie luźny szlafrok i
czepek na głowie. Przędła w milczeniu, co mogło wydawać się dziwne, była przecieŜ pora
ś
wiąt. Miejsce to zdawało się być przesiąknięte do cna wilgocią i w głębi duszy
zastanawiałem się jak to moŜliwe, iŜ pali się tu ogień.
Lawa z wysokim oparciem stała na wprost zasłoniętego okna i wydawało mi się, Ŝe
ktoś na niej siedział; nie byłem tego jednak zbyt pewny. To, co zobaczyłem, bynajmniej nie
przypadło mi do gustu i ponownie ogarnął mnie dziwny lęk.
Strach ów, pomimo iŜ wcześniej zelŜał, zaczął narastać ze wzmoŜoną siłą, bo im
dłuŜej wpatrywałem się w rozjaśnioną dobrotliwym uśmiechem twarz staruszka, tym bardziej
mnie ona przeraŜała. Oczy w ogóle się nie poruszały, a skóra przypominała bardziej wosk.
Ostatecznie doszedłem do wniosku, iŜ nie była to wcale twarz, ale diabelska, sprytnie
spreparowana maska. Nagle stare, zwiotczałe dłonie odziane - nie wiedzieć czemu - w czarne
rękawiczki poruszyły się przesuwając rysikiem po tabliczce i dowiedziałem się, Ŝe muszę
zaczekać zanim zostanę zaprowadzony na miejsce festynu.
Wskazawszy na krzesło, stół i stertę ksiąg starzec wyszedł z pokoju; kiedy zaś
usiadłem zamierzając pogrąŜyć się w lekturze, poczułem iŜ księgi, bez wyjątku, cuchnęły
pleśnią i wilgocią, natrafiłem wśród nich na niesamowite „Cuda Nauki” starego Marrystera,
przeraŜające „Saducismus Triumphatus” Josepha Glanvila, opublikowane w 1681 roku,
szokującą „Daemonoatreje” Remigiusa, wydaną w 1595 roku w Lyonie i najgorszy ze
wszystkich, odraŜający, plugawy „Necronomicon” szalonego Araba Abdula Alhazreda w
zakazanym tłumaczeniu łacińskim Olausa Wormiusa. KsiąŜki tej nigdy nie widziałem, ale
słyszałem krąŜące na jej temat bluźniercze plotki. Nikt się do mnie nie odezwał, ciszę
zakłócało jedynie skrzypienie poruszanych wiatrem szyldów na zewnątrz i turkot kołowrotka,
gdyŜ staruszka w czepku przędła z nieprzerwaną milczącą zaciętością. Zarówno pokój, jak i
ludzie, i księgi wydali mi się wyjątkowo posępni i niepokojący, ale poniewaŜ pradawna
tradycja mych ojców przyzwyczaiła mnie do dziwnych obrzędów, osobliwość tego, co tu
zobaczyłem nie zaskoczyła mnie aŜ tak bardzo. Próbowałem więc czytać i niebawem,
dygocząc z niepokoju, pogrąŜyłem się w lekturze szalonego „Necronomiconu” odnalazłszy w
nim pewien wyjątkowo zajmujący fragment, myśli i legendę, zbyt upiorną, aby człowiek
mógł zachować zdrowe zmysły i świadomość. Nagle wydało mi się, Ŝe usłyszałem trzask
zamykanego okna, przy którym stała ława, jakby wcześniej ktoś ukradkiem je odchylił.
Zaraz potem rozległo się brzęczenie i turkot, ale inny niŜ dźwięk pracującego
kołowrotka staruszki. Było jednak bardzo ciche, gdyŜ kądziel staruszki wirowała przeraźliwie
szybko, a niebawem do odgłosów w pokoju dołączyło bicie starego zegara. Nie widziałem juŜ
osób siedzących na ławie i do reszty pogrąŜyłem się w przeraŜającej lekturze, gdy nagle do
pokoju powrócił starzec w butach, ubrany w luźny stary strój i usiadł na ławce z dala ode
mnie tak, Ŝe nie mogłem go widzieć.
Wyczekiwanie było bardzo denerwujące a wraŜenie to podwajała obecność
bluźnierczej ksiąŜki, którą trzymałem w dłoniach. Kiedy wybiła jedenasta starzec wstał,
prześlizgnął się do masywnej, rzeźbionej komody stojącej w rogu i wyjął z niej dwa płaszcze
z kapturami. Jeden nałoŜył sam, drugim zaś owinął staruszkę, która wreszcie przestała prząść.
Następnie oboje ruszyli ku drzwiom wyjściowym; kobieta wyraźnie utykała, starzec zaś
wyjąwszy mi z rąk ksiąŜkę, którą czytałem skinął na mnie, po czym nasunął kaptur głębiej na
czoło i mroczny cień przesłonił jego nieruchome oblicze, czy moŜe raczej maskę.
Wyszliśmy na ulicę w bezksięŜycową noc i podąŜyliśmy przez labirynt wąskich,
krętych, trudnych do przebycia uliczek. Gdy szliśmy, światła w oknach z zaciągniętymi
zasłonami gasły, jedno po drugim. Psia Gwiazda łypała z niebios na potoki odzianych w
płaszcze i peleryny postaci, wypływające bezgłośnie ze wszystkich bram, wejść i drzwi,
formujących gigantyczne procesje sunące ulicami, mijające skrzypiące na wietrze,
zardzewiałe szyldy i przedpotopowe topole, przesuwające się obok chat ze słomianymi
dachami i diamentowymi wielopanelowymi oknami, przemykające w pośpiechu alejkami,
gdzie popadające w ruinę domy osuwając się nadgryzione zębem czasu na siebie, stykały się
ś
cianami, aby później wspólnie obrócić się w gruzy, przecinające otwarte place i dziedzińce
kościołów, na których kołyszące się latarnie tworzyły przeraźliwe, wirujące w obłędnym
tańcu świetlne konstelacje.
PodąŜałem wraz z tymi milczącymi tłumami w ślad za moimi cichymi
przewodnikami; czułem uderzające mnie łokcie, które wydawały się nienaturalnie miękkie, i
nacisk podejrzanie wiotkich piersi i brzuchów; nigdzie jednak nie dostrzegłem Ŝadnego
oblicza, ani nie usłyszałem choćby jednego słowa. Dziwne procesje pięły się coraz wyŜej i
wyŜej w górę: ujrzałem, Ŝe ich celem, miejscem w którym gromadziły się tłumy, był szczyt
pagórka pośrodku miasta, na którym wznosił się ogromny biały kościół.
Widziałem go z drogi na zboczu wzgórza, gdy o zmierzchu przyglądałem się
Kingsport i zamarłem, gdy odniosłem wraŜenie, Ŝe przez krótką chwilę na końcu jego iglicy
zdawał się balansować świecący jasno Aldebaran.
Wokół kościoła znajdowała się otwarta przestrzeń, po części dziedziniec z
widmowymi kolumnami, po części zaś na wpół wybrukowany plac omieciony wiatrem ze
ś
niegu i otoczony plugawymi, archaicznymi domami o spiczastych dachach i górującymi nad
nimi topolami. Ogniki śmierci tańczyły nad grobowcami ukazując przeraŜające wizje, choć
mogło wydawać się osobliwe, iŜ nie rzucały one cieni. Po minięciu dziedzińca, gdzie nie było
juŜ Ŝadnych domów, ujrzałem wierzchołek wzgórza i odbicie migoczących gwiazd w wodach
zatoki, samo miasto było niewidoczne w ciemnościach. Co pewien czas zapalona latarnia
kołysząc się przemierzała serpentynę alejek, aby omieść tłum, który obecnie w milczeniu
znikał wewnątrz kościoła. Odczekałem aŜ korowód zniknie w mrocznym wejściu i
zaczekałem aŜ do środka wejdą ostatni sunący wolno maruderzy. Starzec pociągnął mnie za
rękę, ja jednak uparłem się, Ŝe będę ostatni.
Przekroczywszy próg zatłoczonej świątyni, w której panowały egipskie ciemności, raz
jeszcze obejrzałem się za siebie i omiotłem spojrzeniem dziedziniec skąpany w dziwnej,
przeraŜającej, złowrogiej fosforescencji. Kiedy to uczyniłem - zadrŜałem. Wiatr nie
pozostawił na szczycie pagórka zbyt wiele śniegu, widać było jedynie kilka białych spłachci
przy drzwiach, jednak, w tej krótkiej chwili, moje oczy nie dostrzegły na nich Ŝadnych
ś
ladów stóp, nawet moich własnych.
Kościół był słabo oświetlony kilkoma latarniami, gdyŜ większość ludzi, którzy tu
weszli, zniknęli. Przechodzili główną nawą ku otwartej klapie zejścia prowadzącego do krypt,
ziejących upiorną czernią poniŜej kazalnicy, bezgłośnie schodzili w duszną czeluść. Długość
tego milczącego korowodu była zatrwaŜająca, a jeszcze większą grozą napawał mnie widok
upiornej procesji schodzącej w głąb sędziwego grobowca. Nagle zauwaŜyłem, Ŝe w posadzce
grobowca znajdowała się szczelina i tam właśnie wchodzili milczący, czarno odziani ludzie;
w chwilę potem wszyscy schodziliśmy po złowieszczych, kamiennych stopniach; wąskie,
wilgotne schody wydzielające dziwny odór wiły się, zdawałoby się bez końca, w głąb trzewi
wzgórza wzdłuŜ monotonnych ścian, ociekających wilgocią kamiennych bloków i
odpadającej gipsowej zaprawy.
Było to milczące, szokujące zejście i po krótkiej acz przeraŜającej przerwie
zauwaŜyłem, Ŝe wygląd ścian i podłoŜa zmienił się, jakby stopnie wykute zostały w litej
skale. Najbardziej niepokoiło mnie, Ŝe setki schodzących po nich stóp nie czyniło Ŝadnego,
nawet najcichszego dźwięku czy echa. Po kolejnych eonach chodzenia, ujrzałem kilka
bocznych korytarzy czy nor prowadzących do tego nocnego korytarza tajemnic z nieznanych,
atramentowe czarnych, czeluści. Niebawem stały się liczniejsze niczym bezboŜne katakumby
bezimiennej grozy; bijący z nich odór rozkładu stawał się wręcz nie do zniesienia.
Wiedziałem, Ŝe musieliśmy minąć zbocza góry i znajdowaliśmy się teraz gdzieś pod samym
Kingsport; przeszył mnie dreszcz, kiedy uświadomiłem sobie, Ŝe miasto mogło być tak stare i
do cna przeŜarte podziemnym złem.
Niedługo potem ujrzałem blask posępnego, trupiego, bladego światła - i usłyszałem
głuchy plusk, nie oglądających słonecznego światła, fal.
Ponownie zadrŜałem, gdyŜ wcale nie przypadły mi do gustu rzeczy, które przyniosła
ze sobą noc i przez chwilę czułem rozgoryczenie i Ŝal do przodków, Ŝe wezwali mnie, abym
przybył, by wziąć udział w pradawnym rytuale, kiedy nagle stopnie i korytarz poszerzyły się,
usłyszałem kolejny dźwięk, piskliwie zawodzące, kpiące, falujące tony fletu i tuŜ przede mną
roztoczyła się bezkresna panorama wewnętrznego świata; rozległy, zarośnięty i przeŜarty
grzybem brzeg oświetlony buchającą kolumną plugawego zielonkawego ognia, obmywany
falami szerokiej, oleistej rzeki napływającymi z nieznanych i przeraŜających otchłani, by
złączyć się z najczarniejszymi odmętami odwiecznego oceanu.
Osłabły i zdyszany spojrzałem na ów bluźnierczy Erebus tytanicznych muchomorów,
trędowaty ogień i oleiste wody i ujrzałem, Ŝe odziany w peleryny tłum utworzył półokrąg
wokół buchającej ogniem kolumny. To był rytuał Yule, starszy niŜ człowiek, a losem jego
było go przeŜyć; pierwotny rytuał przesilenia dnia z nocą i obietnicy nadejścia wiosny po
zimowych śniegach; rytuał ognia i wiecznej zieloności, światła i muzyki.
I w tej posępnej grocie ujrzałem jak odprawiają rytuał, adorując plugawy słup ognia i
wrzucając w mroczne odmęty wyrywane garściami lepkie fragmenty świecących
pasoŜytniczych grzybów.
Zobaczyłem to, a później ujrzałem jeszcze coś - amorficzną istotę kucającą w oddali i
grającą hałaśliwą piskliwą melodię na flecie; poprzez tony fletu wydawało mi się, Ŝe
usłyszałem mroŜące krew w Ŝyłach stłumione trzepotanie, dochodzące z tonących w
nieprzeniknionej ciemności czeluści jaskini.
Najbardziej przeraziła mnie jednak płonąca kolumna, wytryskająca niczym gejzer lub
wulkaniczna lawa z niezgłębionych, posępnych miejsc, nie rzucająca cienia, jak powinno to
mieć miejsce w przypadku zdrowego ognia i pokrywająca spękane kamienie plugawym,
jadowitym grynszpanem. Szalony ten wir bowiem, nie dawał nawet odrobiny ciepła, a jedyne
co się w nim zawierało to gliniasta wilgoć i zgnilizna śmierci i rozkładu.
Człowiek, który mnie tu przyprowadził przecisnął się, by stanął na wprost upiornego
promienia i wykonał kilka sztywnych ceremonialnych ruchów skierowanych do stojących
przed nim w półokręgu postaci. W pewnych stadiach rytuału zebrani wykonywali głęboki
pokłon, zwłaszcza gdy prowadzący wznosił nad głową zabrany tu ze sobą egzemplarz
odraŜającego „Necronomiconu” - ja równieŜ biłem pokłony wraz z innymi. Nagle starzec dał
sygnał na wpół widocznemu w ciemności fleciście i ton dźwięków zmienił się, stając się
nieco głośniejszy i mniej chwiejny niŜ dotychczas; było to swoiste preludium do
niewyobraŜalnego i zgoła nieoczekiwanego koszmaru. Ujrzawszy ową zgrozę o mało nie
padłem na pokrytą porostami ziemię, gdyŜ moje serce stanęło z przeraŜenia. Zobaczyłem coś,
co nie pochodziło z tego czy innego świata, ale wprost z szalonych przestrzeni pomiędzy
gwiazdami. Z niewyobraŜalnej czerni poza gangrenicznym blaskiem zimnego ognia, z
najdalszych zakamarków Tartaru, przez które przetaczały się posępnie czarne, oleiste fale
rzeki,
wyłoniło
się
trzepocząc
skrzydłami
stado
oswojonych,
wytrenowanych,
chimerycznych, skrzydlatych istot, których ni słowem, ni okiem nie byłeś w stanie zmierzyć, i
których wyglądu twój mózg z pewnością nie zdołałby zapamiętać.
Nie były to kruki, krety, myszołowy, mrówki, nietoperze, wampiry ani gnijące ludzkie
zwłoki, lecz coś czego nie potrafię i nie chcę sobie przytomnieć.
Unosiły się niezdarnie w powietrzu, pomagając sobie na poły dłońmi, o palcach
połączonych błoną, na poły zaś skórzastymi, półprzeźroczystymi skrzydłami; kiedy zaś
dotarły do tłumu okutanych w czarne peleryny uczestników ceremonii, ci, jeden po drugim,
poczęli na nie wsiadać i odlatywać ponad ponurymi czarnymi falami rzeki w głąb jaskiń i
galerii mroku, gdzie trujące potoki zasilają przeraŜające i nieodkryte dotąd katarakty.
Stara prządka odleciała wraz z innymi, starzec zaś pozostał tylko dlatego, iŜ
odmówiłem kiedy skinął na mnie, nakazując mi wskoczyć na grzbiet jednego z odraŜających
stworzeń i zrobić to samo, co pozostali. Dwie skrzydlate bestie czekały posłusznie opodal.
Kiedy zwlekałem, starzec wyjął swój rysik i tabliczkę, po czym napisał, Ŝe był prawdziwym
wysłannikiem moich przodków, którzy załoŜyli kult Yule w tym pradawnym miejscu, Ŝe mój
powrót został z góry przewidziany i Ŝe najbardziej sekretne tajemnice miały dopiero zostać
ujawnione. Napisał te słowa bardzo starą ręką, a kiedy nadal się wahałem -spomiędzy fałd
swej szaty wyjął pierścień z pieczęcią i zegarek, przy czym na obu tych przedmiotach widniał
znak herbowy mojego rodu. W ten sposób starzec zamierzał potwierdzić prawdziwość swoich
słów. Był to jednak odraŜający dowód, poniewaŜ ze starych dokumentów wiedziałem, iŜ
zegarek ów został pogrzebany wraz z moim pra-pra-pradziadkiem w 1698 roku.
Potem starzec zsunął z głowy kaptur. Jego oblicze nosiło pewne cechy rodzinnego
podobieństwa, ale tylko się wzdrygnąłem, byłem bowiem pewny, Ŝe ta twarz była jedynie
woskową maską.
Trzepoczące skrzydłami stwory, wyraźnie zniecierpliwione, drapały szponami
poszycie z mchów i, jak zauwaŜyłem, starzec był równie zaniepokojony jak one. Kiedy jeden
ze stworów zaczął oddalać się chwiejnym krokiem, starzec odwrócił się gwałtownie, by go
zatrzymać; ruch ten sprawił, Ŝe woskowa maska obsunęła się z tego, co powinno być jego
głową...
I wtedy, poniewaŜ upiorna postać oddzielała mnie od kamiennych schodów, którymi
tu dotarliśmy, rzuciłem się szczupakiem w oleiste fale podziemnej rzeki docierającej gdzieś
hen, do podmorskich jaskiń. Dałem nurka w głąb gnijących soków wewnątrz ziemskich
koszmarów, zanim moje szalone wrzaski zdołałyby sprowadzić do tej groty wszystkie
piekielne legiony, jakie mogły czaić się w tych cuchnących śmiercią, zgnilizną i morem
czeluściach.
W szpitalu powiedziano mi, Ŝe o świcie znaleziono mnie na wpół zamarzniętego w
zatoce Kingsport, ściskającego kurczowo unoszący się na falach fragment krokwi, którą zesłał
mi los, by mnie ocalić. Powiedzieli, Ŝe poprzedniej nocy musiałem skręcić w niewłaściwą
odnogę drogi prowadzącej na wzgórze i spadłem z krawędzi klifu w Orange Point; wszystko
to wydedukowali na podstawie odnalezionych śladów. Nic nie mogłem im powiedzieć,
poniewaŜ teraz wszystko było zmienione. Dokładnie wszystko, począwszy od szerokich
okien, za którymi było widać morze dachów, z których jedynie pięć było starych, poprzez
odgłosy tramwajów i automobilów, przejeŜdŜających ulicami, poniŜej. Upierali się, Ŝe to było
Kingsport i nie mogłem temu zaprzeczyć. Kiedy doznałem ataku histerii na wieść, iŜ szpital
stał w pobliŜu starego cmentarza na Central Hill, wysłali mnie do szpitala St. Mary’s w
Arkham, gdzie zapewniono mi lepszą opiekę. Podobało mi się tam, lekarze byli bardziej
ś
wiatli i nawet wykorzystali swoje wpływy, by wypoŜyczyć dla mnie skrzętnie ukrywaną
kopię odraŜającego „Necronomiconu” szalonego Alhazreda, trzymanego pod kluczem w
bibliotece uniwersytetu Miskatonic. Powiedzieli coś o „psychozie” i przyznałem, Ŝe będzie
lepiej, jeśli oczyszczą mój umysł z wszelkich kalających go potencjalnych obsesji. Dlatego
teŜ przeczytałem ów przeraŜający, plugawy rozdział i wzdrygnąłem się ponownie, poniewaŜ
wcale nie był dla mnie niczym nowym. Widziałem go juŜ wcześniej, a ślady stóp niechaj
mówią sobie co chcą; gdzie zaś zobaczyłem tę księgę, niechaj zostanie jak najszybciej
zapomniane. Na jawie nie było nikogo, kto mógłby mi o tym przypominać - niemniej jednak
moje sny przepełnione są grozą wywołaną słowami, których nie odwaŜę się przytoczyć.
Jestem w stanie zacytować tylko jeden akapit, przekładając go dość nieudolnie na
angielski, ze starej, prymitywnej łaciny:
„NajniŜsze jaskinie nie śluzą zgłębianiu przez oczy, które widzą; cuda ich bowiem są
osobliwe i przeraŜające. Przeklętą jest ziemia, gdzie umarłe myśli Ŝyją w nowych, dziwnych
powłokach cielesnych, i złym jest umyśl, który nie zawiera się wewnątrz czaszki.
Mądrze rzecze Ibn Schacabao, Ŝe szczęśliwym jest grób, gdzie nie spoczywa
czarownik i szczęśliwe jest nocą miasto, gdzie wszyscy czarownicy zostali spaleni na proch.
Stare plotki głoszą, iŜ dusza zaprzedanego diabłu nie pobiera sił z cmentarnej gliny,
ale z tłuszczu i rozkazuje Robakowi, który poŜera; aŜ z gnijących tkanek budzi się nowe,
upiorne Ŝycie, a ci Ŝyjący pod ziemią modelują je i wypełniają jego puste wnętrze, aŜ
napęcznieje do monstrualnych rozmiarów...
Wielkie otwory wykopano w sekrecie w miejscach gdzie wystarczyłyby zwyczajne,
istoty zaś, które winny pełzać, nauczyły się stąpać jak ludzie.”
ZŁY DUCHOWNY (THE EVIL CLERGYMAN)
Posępny, z wyglądu inteligentny męŜczyzna ze stalowoszarą brodą, w skromnym
odzieniu, wprowadził mnie do pomieszczenia na poddaszu i przemówił tymi słowy:
- Tak, On tu właśnie mieszkał, ale nie radzę panu nic robić. Ciekawość czyni pana
nieodpowiedzialnym. My nigdy nie przychodzimy tu nocą, dlatego, Ŝe On tak chce. Wie pan
co On zrobił? To przeraŜające Stowarzyszenie zajęło się nim na swój sposób, i nie wiemy
gdzie Go pochowano. Ma Stowarzyszenie nie ma Ŝadnego prawa. Jest nietykalne.
- Mam nadzieję, Ŝe nie zostanie pan tu po zmierzchu, l błagam, aby nie dotykał pan tej
rzeczy na stole, rzeczy, która wygląda jak pudełko zapałek. Nie wiemy co to takiego, ale
podejrzewamy, Ŝe ma coś wspólnego z tym co On zrobił. Staramy się nawet na to nie patrzeć.
Po jakimś czasie męŜczyzna pozostawił mnie na poddaszu samego. Pokój był
obskurny i zakurzony, wystrój spartański, ale mimo wszystko panował tu porządek -z całą
pewnością nie mieszkał tu biedak ze slumsów. Półki uginały się pod cięŜarem ksiąg z
dziedziny teologii i klasyki, na innej zaś szafce stały traktaty dotyczące magii: dzieła
Paracelsusa, Albertusa Magnusa, Trithemiusa, Hermesa Trismegistusa, Borellusa i inne, w
dziwnych językach, których tytułów nie potrafiłem odczytać. Mebli było niewiele. Jedyne
drzwi były drzwiami od szafy. Do pokoju wchodziło się przez uchylną klapę w podłodze, do
której prowadziły toporne, strome, drewniane schody. Okna były okrągłe, jak tarcze
strzelnicze, a czarne, dębowe belki stropowe, wydawały się niewiarygodnie stare. Nie ulegało
wątpliwości, iŜ dom ten naleŜał do Starego Świata.
Myślałem wtedy, Ŝe wiem gdzie jestem, ale nie pamiętam, co wówczas wiedziałem. Z
całą pewnością, miasto nie było Londynem. Odniosłem wraŜenie jakbym znajdował się w
niewielkim, portowym miasteczku.
Moją uwagę przykuł niewielki przedmiot leŜący na stole. Wydawało mi się, Ŝe wiem
co naleŜy z tym zrobić, gdyŜ wyjąłem z kieszeni latarkę - lub coś co ją przypominało - i
kilkakrotnie, nerwowo sprawdziłem czy działa. Światło nie było białe, lecz fioletowe i
bardziej niŜ prawdziwe światło przypominało radioaktywne bombardowanie. Pamiętam, Ŝe
nie uwaŜałem tego za zwykłą latarkę - gdyŜ faktycznie, takową miałem w drugiej kieszeni.
Zmierzchało, a stare dachy i kominy na zewnątrz wyglądały bardzo dziwnie przez
okrągłe szyby okien. Ostatecznie, zebrałem się na odwagę i oparłem niewielki przedmiot
leŜący na stole o ksiąŜkę - po czym skierowałem nań promienie dziwnego, fioletowego
ś
wiatła. Promień latarki wydawał się teraz rozbity, przypominał bardziej rozproszone krople
deszczu albo drobne grudki fioletowego gradu, niŜ jednostajny strumień światła. Kiedy
drobiny padły na szklistą powierzchnię pośrodku dziwnego urządzenia, wydały cichy trzask,
jak odgłos iskrzącego odkurzacza. Ciemna, szklista powierzchnia rozbłysła róŜowawą
poświatą i pośrodku niej pojawił się nagle, niewyraźny zrazu, biały kształt. W chwilę potem
zauwaŜyłem, Ŝe nie byłem juŜ w pokoju sam - i włoŜyłem promiennik na powrót do kieszeni.
Nowo przybyły nie odezwał się jednak - gwoli ścisłości, przez cały czas trwania
spektaklu, jaki w chwilę potem rozegrał się na moich oczach, nie usłyszałem Ŝadnego, nawet
najcichszego dźwięku. Wszystko było mroczną pantomimą, widzianą z oddali, jak przez
mgłę, choć z drugiej strony zarówno nowo przybyły, jak i wszystkie inne postaci, które
pojawiły się później, wydawały się duŜe i wyraźne. Miałem wraŜenie, jak gdyby dzięki
jakiejś nienormalnej geometrii znajdowały się jednocześnie tuŜ obok, a zarazem daleko ode
mnie.
Nowo przybyły był chudym, posępnym męŜczyzną średniego wzrostu, odzianym w
szatę duchownego kościoła anglikańskiego. Miał około trzydziestu lat, ziemistą, oliwkową
cerę i dość przystojne rysy, ale nienaturalnie wysokie czoło. Jego czarne włosy były starannie
przycięte i zaczesane. Był gładko ogolony, za wyjątkiem trójkątnej, gęstej, koziej bródki, a na
nosie miał okulary ze stalowymi skrzydełkami, bez oprawek.
Z wyglądu i budowy przypominał innych duchownych, jakich zdarzyło mi się
widzieć, był jednak posępniejszy i sprawiał wraŜenie inteligentniejszego; poza tym, było w
nim coś subtelnie złowieszczego, co starał się starannie ukrywać. W obecnej chwili,
zapaliwszy słabą naftową lampę, wyglądał na zdenerwowanego, i nim się zorientowałem
zaczął wrzucać swoje księgi, traktujące o magii, do kominka, umieszczonego w ukośnie
nachylonej ścianie od strony okna. Ogień zaczął łapczywie poŜerać woluminy;
róŜnokolorowe płomienie strzeliły w górę, a pomieszczenie wypełniło się niemoŜliwym do
opisania, ohydnym fetorem, gdy pokryte dziwnymi hieroglifami stronice i stoczone przez
robaki okładki poddały się niszczącemu Ŝywiołowi.
W tej samej chwili zorientowałem się, Ŝe w pokoju byli równieŜ inni, posępnie
wyglądający ludzie w strojach duchownych. Jeden z nich miał na sobie szatę biskupią.
Pomimo Ŝe niczego nie słyszałem, domyśliłem się, iŜ podejmowali waŜką decyzję
dotyczącą pierwszego z przybyłych. Sprawiali wraŜenie jakby nienawidzili go i obawiali się
zarazem, on zaś najwyraźniej podzielał ich uczucia. Jego oblicze przybrało jeszcze bardziej
posępny wyraz, ale okazało się, Ŝe jego prawa ręka drŜała, gdy usiłował chwycić się oparcia
krzesła.
Biskup wskazał na pustą półkę i kominek (płomienie przygasły pośród niemoŜliwych
do rozpoznania zwęglonych szczątków), a jego twarz wyraŜała niepohamowaną odrazę.
Pierwszy przybyły uśmiechnął się kwaśno i wyciągnął lewą dłoń ku niewielkiemu
przedmiotowi leŜącemu na stole. Pozostali, bez wyjątku, wydawali się przeraŜeni. Procesja
kleryków podeszła do uchylnej klapy w podłodze, i zaczęła schodzić po stromych schodach
na parter. Opuszczając poddasze odwracali się i wygraŜali pięściami pierwszemu z
przybyłych.
Biskup opuścił pokój ostatni.
Pierwszy z przybyłych podszedł do kredensu i wyjął zwój powroza. Przystawiwszy
krzesło, przymocował jeden koniec sznura do haka w grubej, czarne] dębowej belce
stropowej, po czym na drugim końcu zaczął zawiązywać pętlę. Kiedy uświadomiłem sobie,
Ŝ
e zamierza się powiesić, postąpiłem naprzód, aby mu to wyperswadować albo go uratować.
ZauwaŜył mnie i przerwał swoje przygotowania, przyglądając mi się z wyrazem
triumfu, który jednocześnie mnie zdumiał i zbił z tropu. Powoli zszedł z krzesła i zaczął
zbliŜać się w moją stronę, a jego ciemne oblicze o wąskich wargach rozjaśnił drapieŜny,
złowróŜbny uśmiech.
Poczułem, Ŝe grozi mi śmiertelne niebezpieczeństwo i wyjąłem z kieszeni promiennik,
by uŜyć go jako broni defensywnej. Nie mam pojęcia, skąd przyszło mi do głowy, Ŝe mógłby
mi on pomóc. Włączyłem go mierząc w jego twarz i ujrzałem, jak ziemiste oblicze zaczyna
spowijać najpierw fioletowe a potem lekko róŜowawe światło.
Jego wilczy, złowróŜbny grymas przygasł i zastąpił go wyraz dojmującej zgrozy.
Zatrzymał się gwałtownie, po czym - wymachując dziko rękoma - zatoczył się chwiejnie do
tyłu. Zobaczyłem, Ŝe przesuwa się w stronę otwartej uchylnej klapy w podłodze i
próbowałem krzyknąć, aby go ostrzec, ale mnie nie usłyszał. W następnej chwili runął w głąb
otworu i zniknął mi z oczu.
Miałem trudności w podejściu do schodów, ale kiedy tam dotarłem, na podłodze
poniŜej nie dostrzegłem zmasakrowanych zwłok. Miast tego usłyszałem tupot kroków ludzi
wchodzących na górę. W dłoniach nieśli lampy. Usłyszałem ich kroki, gdyŜ czar
chimerycznej ciszy prysnął; znów odbierałem dźwięki i widziałem postaci, normalnie i
trójwymiarowo. Coś najwidoczniej ściągnęło tu tych ludzi. Ale co?
Czy nie usłyszałem jakiegoś hałasu?
Dwóch ludzi (z wyglądu prostych wieśniaków) idących na czele dostrzegło mnie i
zamarło w bezruchu. Jeden z nich zakrzyknął głośno i dobitnie:
- Arrh! ToŜ to był on? Znów?
W tej samej chwili odwrócili się i pierzchli w popłochu. To znaczy wszyscy, oprócz
jednego. Kiedy pozostali uciekli, zobaczyłem samotnego siwobrodego męŜczyznę - tego
samego, który mnie tu przyprowadził, stojącego z lampą w dłoni. Przyglądał mi się ze
zdumieniem i fascynacją, ale nie wyglądało, aby się bał. Wszedł po schodach na poddasze i
stanął obok mnie. Następnie przemówił:
- A więc jednak pan tego dotknął! Przykro mi. Wiem co się stało. To się juŜ zdarzyło,
ale tamten męŜczyzna tak się przeraził, Ŝe popełnił samobójstwo. Zastrzelił się. Nie powinien
pan zmuszać Go do powrotu. Wie pan czego On chce? Ale pan się nie boi, tak jak tamten.
Przydarzyło się panu coś bardzo dziwnego i przeraŜającego, ale nie posunęło się na tyle
daleko, aby zranić pański umysł i osobowość. Jeśli zachowa pan spokój i pogodzi się z
koniecznością uczynienia pewnych dość radykalnych zmian w pańskim Ŝyciu, będzie pan
mógł spokojnie Ŝyć, ciesząc się światem i owocami pańskiej wiedzy.
Nie moŜe pan tu zamieszkać - i nie sądzę, aby zechciał pan wrócić do Londynu.
Radziłbym wybrać Amerykę. Nie wolno panu próbować niczego więcej z tą... Rzeczą. Teraz
nie moŜna juŜ niczego odwrócić. Wszelkie próby uczynienia czegokolwiek tylko
pogorszyłyby całą sprawę. Mogło przydarzyć się panu coś gorszego - w gruncie rzeczy nie
jest aŜ tak l źle, ale musi pan natychmiast opuścić to miejsce i nigdy, przenigdy nie wolno tu
panu powrócić. Niech pan dziękuje Niebiosom, Ŝe skończyło się tylko na tym...
Zamierzam przygotować pana na szok i nie będę niczego owijał w bawełnę. Pański
wygląd zmienił się, i to radykalnie. On zawsze to powoduje.
Niemniej jednak, w innym kraju zdoła pan do niego przywyknąć. Na ścianie, po
drugiej stronie pokoju wisi lustro - podejdę tam razem z panem. PrzeŜyje pan szok,
aczkolwiek nie zobaczy pan niczego odraŜającego.
Cały aŜ dygotałem, zdjęty śmiertelna grozą, i brodacz wręcz musiał mnie
podtrzymywać, kiedy podchodziliśmy do lustra; w wolnej ręce trzymał słabo świecącą lampę,
która do tej pory stała na stole, i na którą zamienił przyniesioną przez siebie latarkę.
A oto co zobaczyłem w lustrze.
Chudego, posępnego męŜczyznę około trzydziestki, odzianego w szatę duchownego
kościoła anglikańskiego, z pozbawionymi oprawek okularami o stalowych skrzydełkach,
błyszczącymi poniŜej poŜółkłego, ziemistego, nienaturalnie wysokiego czoła.
Był to ów milczący przybysz, ten, który spalił swoje księgi.
Przez resztę Ŝycia miałem wyglądać tak jak ten człowiek!
Z OTCHŁANI (FROM BEYOND)
PrzeraŜająca i niepojęta była zmiana, jaka nastąpiła w mym najlepszym przyjacielu,
Crawfordzie Tillinghascie. Nie widziałem go od owego dnia, przed dwu i pół miesiącami,
wtedy gdy powiedział mi ku jakiemu celowi prowadzą jego fizyczne i metafizyczne badania.
Kiedy w odpowiedzi na moje pełne lęku i niepewności protesty zareagował wybuchem
wściekłości i gwałtownie wyrzucił mnie za drzwi, musiał - odprawiwszy słuŜbę - spędzić
większość tego czasu zamknięty w swoim laboratorium na poddaszu, mając za jedynego
towarzysza ową piekielną, przeklętą machinę, i raczę] mało jadał; zdziwiłem sił wszakŜe, Ŝe
krótki, bądź co bądź, okres dziesięciu tygodni mógł do tego stopnia postarzeć i zdeformować
człowieka. Nie jest rzeczą miłą ujrzeć, jak smukły ongi człek staje się chudy niczym szczapa,
a jego ogorzała skóra Ŝółta lub popielatoszara, oczy pałające nieziemskim blaskiem zapadają
się głębiej, tworzą się pod nimi ciemne sińce, czoło pokrywa się bruzdami i Ŝyłkami, a ręce
dygoczą i drŜą jak w malignie. Dodawszy do tego jeszcze ogólną niedbałość wyglądu -
niechlujny strój, rozwichrzone ciemne włosy, przyprószone przy cebulkach siwizną, najeŜoną
szczeciną śnieŜnobiałego zarostu pokrywającego gładko niegdyś ogolone policzki -
połączony efekt jest raczej wstrząsający.
Tak jednak wyglądał Crawford Tillinghast owej nocy, kiedy jego na wpół zrozumiała
wiadomość przywiodła mnie, po tygodniach wygnania, do drzwi jego domu; wyglądał jak
duch, gdy dygocząc na całym ciele wprowadził mnie do środka i - trzymając w jednym ręku
ś
wiecę - raz po raz, ukradkiem, oglądał się przez ramię, jakby obawiał się niewidzialnych
istot nawiedzających ów prastary, samotnie stojący dom, połoŜony w pewnym oddaleniu od
Benevolent Street.
Błędem było, Ŝe Crawford Tillinghast zajął się studiowaniem nauk ścisłych i filozofii.
Powinny być one zgłębiane przez kogoś o chłodnym i obojętnym umyśle, gdyŜ dla człowieka
czynu, pełnego głębokich odczuć, prowadzić mogą do dwóch równie tragicznych alternatyw -
rozpaczy, w przypadku gdy jego badania zakończą sił niepowodzeniem i niepojętej,
niewyobraŜalnej grozy, w razie odniesienia sukcesu. Tillinghast stał się niegdyś ofiarą
poraŜki, samotności i melancholii, teraz jednak- co spowodowało, iŜ w moim wnętrzu
pojawiły się przyprawiające o mdłości niepokoje - stwierdziłem, iŜ miałem przed sobą ofiarę
sukcesu. Prawdą jest, iŜ przed dziesięcioma tygodniami, kiedy opowiedział mi o tym co
zamierzał osiągnąć, ostrzegłem go przed skutkami tego odkrycia. Był cały rozpalony i
podekscytowany, mówiąc wysokim i nienaturalnym, acz zawsze pedantycznym głosem.
- CóŜ wiemy - mówił - o świecie i wszechświecie, które nas otaczają? Nasze
moŜliwości odbioru wraŜeń są absurdalnie ograniczone, a moŜliwości postrzegania
otaczających nas obiektów, nieskończenie zawęŜone. Postrzegamy to jedynie, co skutkiem
naszej budowy, takiej a nie innej, jesteśmy w stanie zauwaŜać i nie zdajemy sobie sprawy z
ich absolutnej natury. Przy pomocy pięciu stałych zmysłów udajemy, iŜ rozumiemy
bezgraniczną złoŜoność otchłani kosmosu, aczkolwiek istoty dysponujące szerszym,
silniejszym lub innym rodzajem zmysłów, mogą nie tylko postrzegać rzeczy inaczej niŜ my,
ale równieŜ widzieć i badać całe światy materii, energii i Ŝycia, znajdujące się tuŜ obok nas,
na wyciągnięcie ręki, a jednak niedostępne i niezbadane przy pomocy naszych zmysłów.
Zawsze wierzyłem w istnienie, obok nas, takich światów. A TERAZ WIERZĘ, śE
ZNALAZŁEM SPOSÓB NA PRZEŁAMANIE CHRONIĄCYCH JE BARIER. Nie Ŝartuję!
W przeciągu dwudziestu czterech godzin ta machina przy stole wytworzy fale działające na
nierozpoznane organy zmysłowe, które tkwią w nas, naturalnie w formie szczątkowej, gdyŜ
uległy gwałtownej atrofii. Fale te odkryją przed nami obrazy, jakich nigdy nie widziało
ludzkie oko, a takŜe wizje jakich nigdy nie doświadczyła Ŝadna forma organicznego Ŝycia.
Ujrzymy na co psy wyją w ciemności, i z jakich powodów koty po północy czujnie
nasłuchują. Ujrzymy wszystkie te rzeczy i jeszcze inne, jakich nie oglądała Ŝadna istota z
krwi i kości. Przeskoczymy czas, przestrzeń i wymiary, by nie wykonując nawet jednego
cielesnego ruchu, zajrzeć na samo dno Stworzenia.
Kiedy Tillinghast opowiedział mi o tym, gwałtownie zaprotestowałem, gdyŜ znałem
go dostatecznie dobrze, aby przyjąć jego słowa z niepokojem miast z rozbawieniem czy
ironią, jednak on, ogarnięty fanatycznym pragnieniem doprowadzenia swego eksperymentu
do końca, po prostu wyrzucił mnie z domu. Obecnie jego fanatyzm nie stracił ani trochę na
sile, ale najwyraźniej pragnienie rozmowy przemogło zranione uczucia i oburzenie, gdyŜ
wysłał mi kartkę - napisaną odręcznie, prawie niemoŜliwymi do odczytania bazgrołami - w
której nalegał, abym niezwłocznie do niego przybył. Gdy wszedłem do domu mego
przyjaciela, tak nieoczekiwanie przemienionego w upiornego gargulca, ogarnęła mnie zgroza,
zdająca czaić się w kaŜdym zalegającym w kącie cieniu. Słowa i wierzenia, jakimi Tillinghast
podzielił się ze mną przed dziesięcioma tygodniami, zdawały się przybrać cielesną postać i
miałem wraŜenie, Ŝe kryły się gdzieś tam, w ciemnościach, poza niewielkim kręgiem światła
ze świecy, a pusty, zmieniony głos mego gospodarza przyprawił mnie o lodowate ciarki.
Zaczęło mi brakować obecności słuŜących i wcale mi się nie spodobało, kiedy usłyszałem, Ŝe
wszyscy oni opuścili dom Tillinghasta przed trzema dniami. Wydawało mi się dziwne, Ŝe
nawet stary Gregory opuścił swego pana nie powiadomiwszy o tym tak wypróbowanego
przyjaciela, jakim dla niego byłem. To on przekazywał mi wszelkie informacje na temat
Tillinghasta od dnia, kiedy z hukiem wyleciałem z jego domu.
Niebawem jednak mój niepokój zastąpiło uczucie ciekawości i fascynacji. Mogłem się
jedynie domyślać czego chciał ode mnie Tillinghast, nie ulegało jednak wątpliwości, iŜ
pragnął podzielić się ze mną jakimś niewiarygodnym sekretem lub odkryciem.
Wcześniej zaprotestowałem przeciwko jego nienaturalnym próbom zgłębienia
nieznanego, teraz jednak, kiedy -jak wszystko na to wskazywało - odniósł znaczący sukces,
nieomal podzieliłem jego euforyczny nastrój, pomimo niewątpliwie przeraŜających kosztów,
jakie przyszło mu ponieść.
Wszedłem na mroczne poddasze, podąŜając za dzierŜoną w dłoni, kołyszącą się
ś
wiecą. Wyglądało na to, iŜ prąd został wyłączony, a kiedy zapytałem o to mego
przewodnika, oznajmił, iŜ były po temu waŜkie powody.
- Tego byłoby zdecydowanie za wiele... Nie odwaŜyłbym się - mamrotał bezustannie
pod nosem.
ZauwaŜyłem u niego nowy, acz niespotykany dotąd, nawyk dziwnego mamrotania,
gdyŜ dotąd nie miał w zwyczaju mówić sam do siebie. Weszliśmy do laboratorium na
poddaszu i wzrok mój padł na upiorną, elektryczną machinę pulsującą chorobliwym,
złowieszczym, fioletowym blaskiem. Była podłączona do silnego chemicznego akumulatora,
ale prąd chyba do niej nie dopływał; przypomniałem sobie bowiem, jak we wcześniejszej
fazie eksperymentów, głośno perkotała i buczała, kiedy była włączona. W odpowiedzi na
moje pytania Tillinghast wymamrotał, Ŝe ta jednostajna poświata nie była elektryczna, w
Ŝ
adnym znaczeniu, które byłbym w stanie zrozumieć.
Posadził mnie obok niej, tak, Ŝe miałem ją teraz po prawej stronie i przekręcił
włącznik ukryty gdzieś poniŜej kilku rzędów pękatych, szklanych Ŝarówek. Usłyszałem
znajome perkotanie, które przeszło z wolna w mechaniczne zawodzenie, a zakończyło się
łagodnym pomrukiem, tak cichym, Ŝe sądziłem, iŜ lada chwila urządzenie ucichnie zupełnie.
Tymczasem luminescencja przybrała na sile, przygasła, po czym zmieniła barwę na blade
outre lub moŜe raczej mieszankę barw, której nie potrafiłem określić, ani tym bardziej opisać.
Tillinghast obserwował mnie i zauwaŜył moje zakłopotanie.
- Wiesz, co to takiego? - wyszeptał. - TO ULTRAFIOLET. - Zachichotał dziwacznie,
widząc moje zdumienie. - Sądziłeś, Ŝe ultrafiolet jest niewidoczny i to prawda, ale teraz
promienie są juŜ widoczne, podobnie jak wiele innych rzeczy.
Posłuchaj! Fale z tego urządzenia pobudzają tysiące uśpionych w nas zmysłów,
zmysłów, które odziedziczyliśmy po eonach ewolucji, przechodząc ze stanu swobodnych
elektronów do zorganizowanego człowieczeństwa. Widziałem prawdę i pragnę ukazać ją
takŜe tobie. Zastanawiasz się jak będzie wyglądać? Powiem ci. - Tu Tillinghast usiadł
dokładnie naprzeciw mnie, zdmuchnął świeczkę i spojrzał mi prosto w oczy. - Twoje
istniejące organy zmysłów - sądzę, Ŝe najpierw uszy - odbiorą wiele rozmaitych wraŜeń,
bowiem są blisko połączone z uśpionymi zmysłami. Potem włączą się kolejne. Słyszałeś o
szyszynce? Śmieszą mnie ci płytcy endokrynolodzy, równie oszukańczy i parweniuszowscy
jak freudyści. Szyszynka to główny organ zmysłowy I NIE MAM CO DO TEGO
WĄTPLIWOŚCI, SAM TO SPRAWDZIŁEM. To jak inny rodzaj widzenia, gdzie odbierane
przy pomocy szyszynki obrazy przekazywane są do mózgu. Jeśli jesteś normalny, powinieneś
móc zobaczyć większość tych rzeczy... To znaczy, chodzi mi o to, Ŝe zdołasz naocznie się o
tym przekonać. Dowody same napłyną do ciebie Z OTCHŁANI. Rozejrzałem się po
ogromnym pokoju na poddaszu, którego ukośna południowa ściana była słabo oświetlona
promieniami, niepostrzegalnymi dla nie uzbrojonego oka. W odległych kątach połoŜyły się
głębokie cienie, a całe miejsce nabrało wraŜenia mglistej iluzji, która ukrywała jego naturę i
pobudzała wyobraźnię, popychając ją ku symbolizmowi i fantazjom. Podczas tego interwału,
kiedy Tillinghast milczał, wyobraŜałem sobie siebie w ogromnej, przestronnej,
niewiarygodnej świątyni dawno zmarłych bogów; widmowej budowli okolonej niezliczonymi
czarnymi, kamiennymi kolumnami strzelającymi z posadzki wyłoŜonej przeŜartymi wilgocią
płytami ku zachmurzonemu niebu, gdzie znikały mi z oczu. Obraz był przez chwilę bardzo
Ŝ
ywy i wyrazisty, ale stopniowo ustąpił na rzecz bardziej przeraźliwej wizji - zawieszenia w
kompletnej, absolutnej samotności pośród bezkresnej, ślepej i głuchej przestrzeni. Wydawało
się jakby wokół mnie była jedynie pustka i nic więcej, i poczułem dziecinny lęk, nakazujący
mi wydobyć z kieszeni rewolwer, który nosiłem zawsze po zmierzchu przy sobie, odkąd
pewnej nocy w East Providence zostałem napadnięty. I naraz, z najdalszej dali z wolna
napłynął DŹWIĘK. Był niewiarygodnie cichy, pełen subtelnych wibracji i bez wątpienia
melodyjny, ale niósł w sobie nutę niewytłumaczalnej dzikości, która sprawiała, iŜ jego tony
zdawały się być dla całego mego ciała delikatną torturą. Odnosiłem wraŜenie, jakbym słyszał
skrobanie paznokciami po szkle. Jednocześnie pojawił się osobliwy lodowaty podmuch, który
napływając z tej samej strony, co odległy dźwięk, omiótł mnie od stóp do głów. Gdy tak
czekałem ze zniecierpliwieniem, poczułem, iŜ zarówno wiatr jak i dźwięk przybierają na sile.
W efekcie zaś wyobraziłem sobie siebie, przywiązanego w poprzek do szyn, podczas gdy z
daleka zbliŜała się do mnie ogromna, rozpędzona lokomotywa. Zacząłem mówić do
Tillinghasta, ale kiedy się odezwałem, dziwne odczucia nieoczekiwanie prysły. Zobaczyłem
tylko męŜczyznę, świecącą machinę i pogrąŜony w półmroku pokój. Tillinghast uśmiechał się
z odrazą widząc rewolwer, który wyjąłem, praktycznie nieświadomie, ale sądząc po wyrazie
jego twarzy, byłem przekonany, Ŝe widział i słyszał tyle samo co ja, a moŜe nawet więcej.
Szeptem podzieliłem się z nim mymi doznaniami, a on polecił mi abym milczał i starał się
chłonąć wszystkie doznawane wraŜenia.
- Nie ruszaj się - ostrzegł - bo w tych promieniach MY WIDZIMY, ALE I NAS
WIDAĆ. Powiedziałem ci, Ŝe słuŜący odeszli, ale nie powiedziałem ci JAK. To przez tą tępą
gosposię. Ostrzegałem ją, aby nie włączała świateł na dole, ale zrobiła to i przewody
przechwyciły współczulną wibrację. To musiało być przeraŜające... nawet tu na górze
słyszałem te upiorne krzyki, pomimo rozmaitych doznań wzrokowych i słuchowych
dochodzących mnie z róŜnych stron, a później... to było straszne... w całym domu
znajdowałem jedynie ich porozrzucane bezwładnie rzeczy. Ubranie pani Updike znajdowało
się tuŜ przy kontakcie we frontowym holu - stąd domyśliłem się, co uczyniła. To dopadło ich
wszystkich. Alę dopóki się nie ruszamy, jesteśmy względnie bezpieczni. Pamiętaj... mamy do
czynienia z okropnym i przeraŜającym światem, w którym jesteśmy praktycznie bezradni...
NIE RUSZAJ SIĘ!
Połączony wstrząs jego słów i wydanego gwałtownie rozkazu ogarnął me ciało
dziwnym paraliŜem a umysł mój, zdjęty zgrozą, ponownie otworzył się na doznania płynące -
jak to określił Tillinghast - z otchłani. Znalazłem się tedy w wirze ruchów i dźwięków, a
przed mymi oczami przetaczały się chaotyczne obrazy. Zobaczyłem rozmyte kontury pokoju,
ale wydawało mi się, Ŝe z jakiegoś punktu w przestrzeni wypływa wrzący słup rozmytych
widmowych, eterycznych kształtów, przenikający przez solidną powierzchnię dachu przede
mną, nieco po prawej stronie, niebawem znów odniosłem wraŜenie, Ŝe znajduję się w
ś
wiątyni, tym razem jednak filary strzelały w górę ku powietrznemu oceanowi światła, skąd,
wzdłuŜ zauwaŜonej przeze mnie, przed chwilą, ścieŜki czarnego słupa, spływał pojedynczy,
oślepiający promień. Potem sceny zmieniały się niemal jak w kalejdoskopie, stając się
chaotyczną mozaiką obrazów, dźwięków i nieokreślonych odczuć, Ŝe zaczynam się
rozpływać albo w jakiś sposób tracę swą cielesną postać. Jeden krótki, wyraźny przebłysk na
zawsze pozostanie w mej pamięci. Przez ułamek sekundy widziałem skrawek dziwnego
mrocznego nieba wypełniony lśniącymi, wirującymi kulami, a gdy się oddalił, dostrzegłem
pałające słońca, całą konstelację albo galaktykę układającą się w konkretny kształt -forma
jaką przybrały, przypominała zniekształcone oblicza Crawforda Tillinghasta. Innym razem
znów poczułem jak wielkie, Ŝywe istoty ocierają się o mnie, a nawet, kilkakrotnie,
PRZENIKAJĄ NA WSKROŚ moje materialne ciało i wydawało mi się, Ŝe dostrzegam jak
Tillinghast się im przygląda - cóŜ, być moŜe jego lepiej wyszkolone zmysły mogły dostrzec
owe niewidoczne dla mnie istoty. Przypomniałem sobie to, co powiedział na temat szyszynki
i zastanawiałem się, co teŜ mógł dostrzegać tym nadprzyrodzonym okiem.
Nagle ja równieŜ obdarzony zostałem mocą szerszego postrzegania. Poza i ponad
chaosem świateł i cieni pojawił się obraz, który, acz mglisty, zawierał w sobie elementy
stałości i ciągłości. Był w pewnym sensie znajomy, gdyŜ niezwykła jego część nakładała się
na zwyczajne, ziemskie tło, jak obraz w kinie rzucany na płócienny ekran. Zobaczyłem
laboratorium na poddaszu, elektryczną machinę i postać Tillinghasta naprzeciw mnie -
jednakŜe spośród całej przestrzeni nie zajętej przez znane mi przedmioty i rzeczy, nawet
najmniejszy jej skrawek nie był wolny. NiemoŜliwe do opisania kształty, Ŝywe i nie, ruszały
się w odraŜającym bezładzie, blisko zaś kaŜdej znanej mi rzeczy, kłębiły się całe światy
obcych, nieznanych istot. Miałem wraŜenie, iŜ wszystkie rzeczy znane łączyły bądź
przeplatały się z nieznanymi - i vice versa.
najczęściej spostrzeganymi spośród Ŝywych istot były atramentowoczarne,
galaretowate potworki pulsujące ohydnie w rytm wibracji płynących z maszyny. Ohydztw
tych było bez liku i - ku swemu przeraŜeniu - spostrzegłem, iŜ monstra NAKŁADAŁY SIĘ
jedne na drugie - były bowiem półpłynne i mogły przenikać się nawzajem, przechodząc na
wskroś przez rzeczy o formach znanych nam jako ciała stałe. Istoty te pozostawały w ciągłym
ruchu; zdawały się pławić w powietrzu, podąŜając ku jakiemuś nieznanemu i odraŜającemu
celowi. Od czasu do czasu dostrzegłem jak stworzenia te poŜerały jedno drugie -atakujący
rzucał się na swoją ofiarę, która natychmiast znikała mi z oczu. Wzdrygąjąc się, odnosiłem
wraŜenie, Ŝe wiem juŜ co się stało z nieszczęsnymi słuŜącymi i nie mogłem przestać myśleć o
owych istotach, podczas gdy jednocześnie starałem się zaobserwować inne elementy i
mieszkańców nowo postrzeganego świata, niewidocznego dla naszych oczu, choć
rozciągającego się przecieŜ wokół nas.
Tillinghast przyglądał mi się z uwagą i nagle przemówił:
- Widzisz je? Widzisz? Dostrzegasz te istoty, które w kaŜdej chwili twego Ŝycia
przepływają obok ciebie i PRZEZ ciebie? Widzisz istoty, tworzące to, co ludzie nazywają
czystym powietrzem i błękitnym niebem? CzyŜ nie udało mi się przełamać bariery, czyŜ nie
pokazałem ci światów jakich nigdy nie widział Ŝaden inny człowiek?
Słyszałem jego krzyk pośród szalejącego wokół mnie chaosu i spojrzałem na
wykrzywioną dzikim grymasem twarz, pochylającą się w moją stronę. Jego oczy były
jamami, w których płonął ogień i wyraźnie dostrzegłem gorejącą w nich nienawiść. Maszyna
pomrukiwała nieprzerwanie.
- Sądzisz, Ŝe te płastugowate stwory zabiły moich słuŜących? Głupcze, one są
niegroźne! Ale słuŜący zniknęli, nieprawdaŜ? Próbowałeś mnie powstrzymać; zniechęcałeś
mnie, kiedy najbardziej potrzebowałem zachęty i wsparcia; obawiałeś się kosmicznej prawdy,
ty przeklęty tchórzu, ale teraz cię mam. Co załatwiło słuŜących? Co sprawiło, Ŝe tak głośno
wrzeszczeli?... Nie wiesz co? Niebawem się dowiesz. Patrz na mnie, słuchaj, co do ciebie
mówię... Czy naprawdę uwaŜasz, Ŝe istnieje coś takiego jak czas i wielkość? UwaŜasz, Ŝe
istnieje coś, co nazywamy formą czy materią? Powiem ci coś - sięgnąłem samych głębin i to
tak dalece, Ŝe twój mały móŜdŜek nie byłby w stanie sobie tego wyobrazić. Dotarłem
postrzeganiem poza granice nieskończoności i przyciągnąłem demony z gwiazd...
okiełznałem cienie przenikające ze świata do świata, by siać śmierć i szaleństwo... Przestrzeń
naleŜy do mnie, słyszysz? Teraz ścigają mnie istoty... istoty, które poŜerają i niszczą, ale ja
wiem jak ich unikać. Potrafię się im wymykać. To ciebie dostaną... tak jak wcześniej dostały
słuŜących... DrŜysz, mój panie? Mówiłem ci, Ŝe nie wolno ci nawet drgnąć... to
niebezpieczne... i tak przeŜyłeś do tej pory tylko dlatego, Ŝe powiedziałem ci, abyś się nie
ruszał... ocaliłem cię, abyś mógł więcej zobaczyć i wysłuchać mnie. Gdybyś się poruszył
dopadłyby cię juŜ dawno temu. Nie martw się, NIE ZRANIĄ CIĘ. SłuŜących teŜ nie zraniły -
te nieszczęsne istoty wrzeszczały tak głośno na ich WIDOK. Moje zwierzątka nie są
urodziwe, gdyŜ pochodzą z miejsc, w których standardy estetyczne są - rzec by moŜna -
BARDZO ODMIENNE. Mogę cię zapewnić, Ŝe dezintegracja jest dość bolesna, ale chcę,
abyś je zobaczył. Zaciekawiłem cię? No cóŜ, wiedziałem, Ŝe nie masz w sobie Ŝyłki
naukowca. Dygoczesz, co? Dygoczesz z niepokoju, by zobaczyć jedyne w swoim rodzaju
istoty, jakie udało mi się odkryć. Czemu zatem się nie poruszysz? Jesteś zmęczony? CóŜ, nie
martw się, przyjacielu. Bo one juŜ nadchodzą... Spójrz, spójrz, a niech cię diabli, popatrz... są
tuŜ za tobą, za twoim lewym ramieniem...
To juŜ prawie wszystko - reszta opowieści jest krótka i być moŜe znacie ją z
artykułów w gazetach. Policja usłyszała strzał dochodzący z domu Tillinghasta i znalazła nas
tam - Tillinghast nie Ŝył, ja zaś byłem nieprzytomny. PoniewaŜ trzymałem w ręku rewolwer,
zostałem aresztowany, ale w ciągu trzech godzin znalazłem się na wolności -stwierdzono
bowiem, iŜ przyczyną śmierci Tillinghasta był atak apopleksji, zaś moja kula trafiła w
potworną maszynę, która leŜała obecnie, roztrzaskana w drobny mak, na podłodze
laboratorium. Nie opowiedziałem zbyt wiele o tym, co widziałem, gdyŜ obawiałem się
sceptycznego przyjęcia moich słów przez koronera - niemniej jednak z tego co
opowiedziałem, doktor wywnioskował, Ŝe bez wątpienia musiałem zostać zahipnotyzowany
przez mściwego i opętanego Ŝądzą mordu szaleńca. Chciałbym móc uwierzyć doktorowi.
Moim starganym nerwom z pewnością wyszłoby na zdrowie, gdybym zdołał zapomnieć o
tym, co widziałem i gdybym zmienił zdanie na temat powietrza i nieba, tego co mnie otacza i
co widzę wysoko w górze nad moją głową, nigdy nie mam wraŜenia, Ŝe jestem sam i nigdy
nie czuję się spokojny. Bywa teŜ, Ŝe kiedy jestem bardzo zmęczony, ogarnia mnie ni stąd, ni
zowąd upiorne, przyprawiające o lodowate ciarki odczucie, Ŝe jestem śledzony. Mam
wraŜenie, jakby coś nieodparcie podąŜało moim tropem. Dlaczego nie potrafię uwierzyć w
słowa lekarza? Powodem tego jest jeden, prosty fakt: policja nigdy nie odnalazła ciał
słuŜących, których jakoby zamordować miał szalony Crawford Tillinghast.
KSIĘśYCOWE MOCZARY (THE MOON-BOG)
Nie wiem w jakiej części tej odległej i przeraŜającej krainy zniknął Denys Barry.
Byłem z nim ostatniej nocy, gdy znajdował się wśród Ŝywych i słyszałem wrzask, kiedy
przyszła po niego ta Istota. śaden z wieśniaków i policjantów z hrabstwa Meath nie zdołał go
odnaleźć, mimo iŜ poszukiwania zakrojone były na szeroką skalę. Teraz zaś wzdrygam się
słysząc kumkanie Ŝab na moczarach, albo gdy widzę księŜyc przebywając w samotnych,
odludnych miejscach.
Doskonale znałem Denysa Barry’ego jeszcze w Ameryce, gdzie się wzbogacił i
pogratulowałem mu, kiedy wykupił stare zamczysko nad moczarami w sennym Kilderry.
Stamtąd właśnie pochodził jego ojciec i tam teŜ Denys pragnął radować się swym bogactwem
w rodzinnych stronach, niegdyś w Kilderry rządzili jego przodkowie i to oni wznieśli
zamczysko, w którym później zamieszkali, niemniej były to bardzo odległe czasy i przez
wiele pokoleń opuszczony zamek popadł w ruinę. Po wyjeździe do Irlandii Barry często do
mnie pisywał opowiadając, jak pod jego opieką szary zamek, wieŜa po wieŜy, odzyskiwał
dawny splendor, jak bluszcz piął się z wolna w górę po odrestaurowanych ścianach, niczym
przed setkami lat i jak wieśniacy dziękowali mu, Ŝe za przywiezione zza morza złoto oŜywił
pamięć dawnych dni. Potem jednak coś się wydarzyło i wieśniacy opuścili Kilderry, uciekając
niby przed zarazą. Jakiś czas później przysłał mi list i poprosił bym do niego przyjechał, gdyŜ
czuł się w zamku samotny nie mając nikogo, z kim mógłby porozmawiać za wyjątkiem
nowych słuŜących i robotników, sprowadzonych z Północy.
Powodem wszystkich jego kłopotów były moczary -o czym Barry poinformował mnie
tej samej nocy, kiedy zjawiłem się w zamku. Dotarłem do Kilderry o zmierzchu pewnego
letniego dnia, gdy złocisty blask bijący z nieba omiatał wzgórza, gaje i błękitną połać bagien,
gdzie w oddali, na niewielkiej wysepce migotały widmowo dziwaczne, stare ruiny. Zachód
słońca był zaiste urzekający, ale wieśniacy z Ballylough nie omieszkali mnie przed nim
ostrzec i stwierdzili, Ŝe Kilderry zostało przeklęte, ja zaś prawie zadrŜałem na widok
pałających złocistym ogniem wieŜ zamczyska. Automobil Barry’ego czekał na mnie na stacji
Ballylough, gdyŜ Kilderry znajduje się w pewnym oddaleniu od linii kolejowej. Wieśniacy,
którzy trzymali się z dala od auta i kierowcy z Północy, pobledli na twarzach usłyszawszy, Ŝe
wybieram się do Kilderry i uraczyli mnie kilkoma trwoŜliwie wyszeptanymi informacjami.
Tej nocy zaś, Barry wyjaśnił mi całą sytuację.
Wieśniacy opuścili Kilderry poniewaŜ Denys Barry zamierzał osuszyć wielkie
trzęsawisko. Pomimo miłości jaką darzył Irlandię, pobyt w Stanach wycisnął na nim swe
piętno i Denys nienawidził owej wspaniałej, bezuŜytecznej przestrzeni, z której moŜna by
wybrać warstwę torfu i przystosować cały ten teren pod uprawy.
Legendy i przesądy Kilderry nie wywarły na nim najmniejszego wraŜenia i kwitował
ś
miechem, gdy wieśniacy najpierw odmówili mu pomocy, a następnie przeklęli go i,
przekonani iŜ nic nie zdoła zmienić jego decyzji, zabrawszy swoje rzeczy, wynieśli się do
Ballylough. Zastąpił ich robotnikami z Północy, a gdy opuścili go słuŜący, sprowadził z
Północy następnych. Czuł się jednak samotny wśród obcych, dlatego poprosił abym go
odwiedził.
Kiedy usłyszałem o lękach, które były przyczyną tego exodusu, śmiałem się równie
głośno jak mój przyjaciel, gdyŜ były to obawy niejasnego, dzikiego a nawet absurdalnego
wręcz charakteru. Miały coś wspólnego z jakąś niedorzeczną legendą dotyczącą moczarów i
strzegącego ich posępnego ducha, zamieszkującego w dziwnych, starych ruinach na odległej
wysepce, którą dostrzegłem o zachodzie słońca.
KrąŜyły tu historie o światłach tańczących przy blasku księŜyca i chłodnych wiatrach
wiejących w ciepłe noce; o widmach w bieli, unoszących się nad wodami i o domniemanym
kamiennym mieście, znajdującym się głęboko pod powierzchnią bagna. Wszyscy jednak
zgodnie twierdzili - i nie mieli co do tego najmniejszych wątpliwości - Ŝe na tego, kto ośmieli
się tknąć lub osuszyć rozległą połać czerwonawych moczarów, spadnie okrutna klątwa.
Są tam sekrety, twierdzili wieśniacy, których nie naleŜy ujawniać, tajemnice ukryte
odkąd zaraza spadła na dzieci Partholanu w bajecznych latach, niepamiętnej juŜ dziś,
przeszłości. W Księdze Najeźdźców powiedziane jest, Ŝe owych synów Grecji pogrzebano w
Tallaght, ale starcy z Kilderry twierdzą, Ŝe jedno z miast zostało ocalone dzięki jego patronce
- bogini KsięŜyca, ukryte w samym sercu zalesionego pagórka, kiedy Nemedyjczycy przybyli
ze Scytii do brzegów tej krainy na pokładach trzydziestu okrętów.
Takie to historie skłoniły wieśniaków do opuszczenia Kilderry i gdy je usłyszałem, nie
zdziwiło mnie, iŜ Denys Barry nie chciał ich wysłuchać. Interesował się on staroŜytnością i
zamierzał dokładnie zbadać bagnisko, kiedy zostanie naleŜycie osuszone. Często odwiedzał
białe ruiny na wysepce, ale choć niewątpliwie bardzo wiekowe i nie przypominające Ŝadnych
innych tego typu budowli w całej Irlandii, były one zbyt zniszczone, aby mogły powiedzieć
coś więcej na temat czasów swojej świetności.
Niebawem miano rozpocząć proces osuszania moczarów, a robotnicy z Północy
czekali na rozkaz, by zacząć zdejmować z zakazanych trzęsawisk warstwę mchu i
czerwonych wrzosów oraz, by zlikwidować, jeden po drugim, cienkie jak wstąŜki strumyki i
ciche, błękitne sadzawki porośnięte sitowiem.
Kiedy Barry zakończył swą opowieść byłem juŜ bardzo śpiący, gdyŜ całodzienna
podróŜ nader mnie wyczerpała, a mój gospodarz snuł swój monolog do późnej nocy. SłuŜący
wskazał mi pokój, który znajdował się w odległej wieŜy, z widokiem na wioskę, równinę na
skraju trzęsawiska i na same moczary - z mego okna widziałem błyszczące w księŜycowym
blasku dachy milczących chat, z których uciekli wieśniacy i gdzie zamieszkali obecnie nowi
robotnicy; jak równieŜ kościółek parafialny z antyczną iglicą. Daleko, na niewielkiej wysepce
po drugiej stronie bagien, widniały prastare, zapuszczone mury - zdające się emanować
białym widmowym światłem.
PołoŜyłem się i juŜ miałem usnąć, gdy odniosłem wraŜenie, Ŝe słyszę dochodzące z
oddali słabe dźwięki; odgłosy dzikie i na wpół harmonijne, które przepełniły mnie osobliwym
podnieceniem i przydały barw mym snom. Kiedy jednak obudziłem się następnego ranka
stwierdziłem, Ŝe wszystko musiało mi się przyśnić, bowiem wizje jakich doznałem były
cudowniejsze aniŜeli jakiekolwiek szaleńcze dźwięki fletów, rozlegające się wśród nocy. Pod
wpływem legend przekazanych przez Barry’ego, umysł mój stworzył obraz majestatycznego
miasta połoŜonego w zielonej dolinie, a marmurowe ulice, posągi, wille, świątynie,
płaskorzeźby oraz inskrypcje zdawały się świadczyć, iŜ była to Grecja. Kiedy opowiedziałem
o moim śnie Barry’emu obaj się roześmialiśmy - ja głośniej, poniewaŜ on martwił się o
swoich robotników. Po raz szósty z rzędu zaspali, budzili się wolno - oszołomieni -
zachowując się jakby przez całą noc nie zmruŜyli oka.
Tego ranka i popołudnia wędrowałem samotnie przez skąpaną w słonecznym blasku
wioskę i rozmawiałem z napotkanymi przygodnie robotnikami - Barry bowiem zajęty był
ostatecznym opracowywaniem planów przed rozpoczęciem osuszania bagien. Robotnicy nie
byli tak szczęśliwi, jak moŜna by się tego spodziewać, a większość z nich sprawiała wraŜenie
zaniepokojonych snami, które na próŜno usiłowali sobie przypomnieć. Opowiedziałem im o
moim śnie, ale nie zainteresował ich dopóki nie wspomniałem o wyimaginowanych
wraŜeniach słuchowych. Spojrzeli na mnie dość dziwnie i potwierdzili, Ŝe im równieŜ
wydawało się, iŜ słyszą jakieś dźwięki.
Wieczorem Barry zjadł ze mną wieczerzę i oświadczył, Ŝe za dwa dni rozpocznie
osuszanie. Jego słowa podniosły mnie na duchu, bo choć trudno mi było pogodzić się z
myślą, iŜ pokrywające moczary mech i wrzosy oraz błyszczące jeziorka i strumyki będą
musiały zniknąć, coraz bardziej narastało we mnie pragnienie odkrycia prastarych sekretów,
niewątpliwie skrytych pod grubą warstwą torfu. Tej nocy moje sny o grających fletach i
marmurowych perystylach zakończyły się w nader gwałtowny i niepokojący sposób;
zobaczyłem bowiem jak na miasto w dolinie spada zaraza, potem zaś - przeraŜająca wizja -
trupy spoczywające na ulicach. Nie pogrzebana pozostała jedynie świątynia Artemidy,
znajdująca się na najwyŜszym ze szczytów, gdzie stara kapłanka, bogini KsięŜyca, Cleis
leŜała martwa w koronie z kości słoniowej.
Powiedziałem juŜ, Ŝe obudziłem się gwałtownie i nagle. Przez jakiś czas nie byłem w
stanie odróŜnić jawy od snu, gdyŜ wciąŜ miałem w uszach przenikliwe dźwięki fletów; kiedy
wszakŜe zobaczyłem podłogę komnaty skąpaną w księŜycowym blasku i zarys gotyckiego
okna, stwierdziłem, iŜ powróciłem do świata jawy i znów znajduję się w Kilderry. Później
usłyszałem jak zegar na dole wybija drugą i upewniłem się, Ŝe to jawa. Mimo to, wciąŜ
słyszałem dochodzące z oddali dźwięki fletów; dzikie, osobliwe tony, które przywodziły mi
na myśl tańce faunów na zboczach odległego Maenalus. Nie dawały mi zasnąć i wyczerpany
wyskoczyłem z łóŜka. Zupełnie przypadkiem podszedłem do północnego okna i spojrzałem w
kierunku cichej wioski i równiny na skraju bagien. Nie miałem ochoty się rozglądać -
chciałem jedynie zasnąć -jednak dźwięki fletów nie dawały mi spokoju i musiałem coś zrobić,
albo coś zobaczyć. Skąd mogłem przypuszczać jaki widok ujrzą moje oczy?
W blasku księŜyca zalewającym całą rozległą równinę, rozgrywał się spektakl. Przy
dźwiękach trzcinowych piszczałek, które roznosiły się gromkim echem ponad całym
trzęsawiskiem przesuwał się tamtędy bezgłośny i osobliwy korowód róŜnorodnych,
kołyszących się i pląsających raźno postaci. PogrąŜone w spontanicznym, szaleńczym
uniesieniu mogły przypominać Sycylijczyków, którzy w dawnych czasach tańczyli przy
blasku księŜyca, oddając w ten sposób cześć bogini Demeter. Rozległa równina, złocisty
blask księŜyca, cieniste, poruszające się postaci, a przede wszystkim monotonny, przenikliwy
dźwięk piszczałek - wszystko to wywarło na mnie paraliŜujące wręcz wraŜenie. Pomimo tego
zdołałem stwierdzić, iŜ połowę spośród tych niestrudzonych, mechanicznych tancerzy
stanowili robotnicy, o których sądziłem, Ŝe spali. Pozostałymi uczestnikami korowodu były
dziwne, mgliste istoty w bieli, na wpół materialne, ale sugestywnie blade, smętne najady z
nawiedzonych źródeł wytryskających na trzęsawisku. Nie wiem jak długo obserwowałem tę
scenę z okna komnaty na szczycie wieŜy, zanim nie pogrąŜyłem się w dziwnej, mrocznej,
pozbawionej snów nieświadomości, z której wyrwały mnie dopiero ciepłe, złociste promienie
porannego słońca.
W pierwszej chwili po przebudzeniu miałem ochotę podzielić się mymi obserwacjami
i obawami z Denysem Barry’ym, lecz kiedy zobaczyłem promienie słońca przenikające przez
kratowane wschodnie okno, nabrałem pewności, Ŝe wszystko to wydawało mi się. Miewam
róŜne dziwne wizje, jednakŜe nie jestem na tyle słaby, aby w nie wierzyć - w tym zaś
przypadku zadowoliłem się jedynie wypytaniem kilku spośród robotników, którzy spali do
bardzo późna i z poprzedniej nocy nie pamiętali nic, prócz mglistych snów o przeciągłych i
piskliwych dźwiękach. Sprawa widmowej muzyki wielce mnie niepokoiła i zastanawiałem się
czy nie złoŜyć tego na karb jesiennych świerszczy, które tego roku pojawiły się wcześniej i
swoim graniem zakłócały nocną ciszę oraz spokojny sen robotników.
Później - tego dnia - obserwując Barry’ego w bibliotece, jak pochyla się nad planami
wielkiego dzieła, mającego rozpocząć się juŜ nazajutrz, po raz pierwszy poczułem owo
dziwne, nieuchwytne tchnienie grozy, które nakazało wieśniakom, by opuścili to miejsce. Z
jakiegoś niewiadomego powodu poczęła napawać mnie lękiem myśl o zakłóceniu spokoju
prastarego trzęsawiska i jego mrocznych tajemnic; wyobraziłem sobie jednocześnie okropny
widok spoczywających pośród czerni, ukrytych głęboko w niezgłębionej otchłani moczarów,
pod grubą warstwą prastarego torfu - szkieletów. Wydobycie owych na światło dzienne
wydawało się zgoła nieroztropne i zacząłem szukać jakiejś wymówki, by móc opuścić zamek
i wioskę. Posunąłem się nawet do tego, by porozmawiać z Barry’ym, ale kiedy mnie wyśmiał,
nie podjąłem więcej przerwanego tematu. Milczałem więc, kiedy nad odległymi wzgórzami
leniwie zaczęło zachodzić słońce, a całe Kilderry skąpały, zdawałoby się, złowrogie potoki
złotawo-czerwonego, ognistego blasku.
Nigdy nie będę mógł powiedzieć, czy wypadki tej nocy miały miejsce naprawdę, czy
teŜ były jedynie ułudą. Z całą pewnością przewyŜszają wszystko, co jesteśmy w stanie
wyjaśnić, a co związane jest z naturą wszechświata. W Ŝaden bowiem normalny sposób nie
potrafię wytłumaczyć tajemniczych zaginięć, które stwierdzono, kiedy było juŜ po
wszystkim.
PołoŜyłem się na spoczynek wcześnie i - pełen niepokoju - nie byłem w stanie przez
długi czas zasnąć w nieziemskiej, złowrogiej ciszy panującej w wieŜy. Było dziwnie ciemno,
choć niebo było czyste, jednak księŜyc świecił bardzo słabo i miało tak być aŜ do późnych
godzin nocnych. LeŜąc w łóŜku rozmyślałem o Denysie Barry’ym i o tym, co wydarzy się na
trzęsawisku, kiedy nadejdzie dzień, a jednocześnie ogarnęło mnie szaleńcze wręcz pragnienie,
aby wybiec w noc, wziąć wóz Barry’ego i jak najszybciej opuściwszy te złowrogie ziemie,
udać się do Ballylough. Zanim jednak zdołałem wprowadzić swe zamierzenia w czyn,
usnąłem i we śnie znów ujrzałem miasto w dolinie, zimne i martwe, otulone całunem
upiornych cieni.
Prawdopodobnie obudziły mnie ochrypłe dźwięki fletów, ale to nie one przykuły mą
uwagę, kiedy otworzyłem oczy. LeŜałem odwrócony plecami w stronę wschodniego okna
wychodzącego na trzęsawisko, nad którym wisiał blady księŜyc, toteŜ spodziewałem się, Ŝe
na ścianie przede mną zobaczę światło; to co ujrzały moje oczy przeszło jednak wszelkie
oczekiwania. Ściana na wprost rzeczywiście skąpana była w blasku, ale bez wątpienia nie
płynął on z księŜyca. Czerwona poświata przepływająca przez kratowane gotyckie okno i
omiatająca całą komnatę była niewiarygodnie, upiornie wręcz intensywna.
Moje poczynania w tej sytuacji mogły wydawać się dość osobliwe, ale jedynie w
ksiąŜkach bohater jest w stanie postępować w dramatyczny i przewidywalny sposób. Zamiast
spojrzeć na drugi koniec moczarów w kierunku źródła nowego światła, ogarnięty paniczną
zgrozą odwróciłem głowę od okna i niezdarnie się ubrałem, powodowany dojmującym
pragnieniem ucieczki. Pamiętam, Ŝe zabrałem swój rewolwer i kapelusz, ale zanim całe
zdarzenie dobiegło końca porzuciłem je, nie nałoŜywszy kapelusza, ani nie oddawszy jednego
choćby strzału. Po pewnym czasie uczucie fascynacji czerwoną poświatą przemogło mój
strach i podkradłszy się do wschodniego okna wyjrzałem na zewnątrz, podczas gdy
przyprawiające o utratę zmysłów, nieprzerwane dźwięki fletów rozchodziły się szerokim
echem ponad wioską, docierając do najdalszych nawet zakamarków starego zamczyska.
Połać trzęsawiska rozpłomieniona była feerią ognistego światła, szkarłatnego i
złowieszczego, bijącego z dziwnych, prastarych ruin na odległej wysepce. Nie potrafię opisać
aspektu owych ruin - musiałem chyba postradać zmysły - bowiem odniosłem wraŜenie, iŜ
wznoszą się one doskonałe, majestatyczne i nienaruszone, nietknięte zębem czasu, okolone
smukłymi kolumnami. Marmurowe belkowania, w których odbijał się płomienisty blask
strzelały w niebo, niczym iglica świątyni stojącej na szczycie wysokiej góry. Flety zawodziły,
niebawem zawtórowały im bębny i gdy tak patrzyłem sparaliŜowany, wydawało mi się, Ŝe
dostrzegam mroczne pląsające postaci odbijające się groteskowo na tle czerwonych promieni
marmurów. Efekt był tytaniczny, aczkolwiek niewyobraŜalny -i mógłbym przyglądać mu się
bez końca, gdyby po mojej lewej stronie nie rozległ się nagle przybierający na sile dźwięk
piszczałek. Przełamując przeraŜenie mieszające się przedziwnie z ekstazą, przeszedłem przez
owalny pokój do północnego okna, z którego roztaczał się widok na wioskę i równinę na
skraju trzęsawiska. Moje oczy ponownie się rozszerzyły w wyrazie szaleńczego zdumienia,
jak gdybym zaledwie przed chwilą nie oglądał niezwykłych i nadnaturalnych scen. Skąpaną
w upiornym krwistym blasku równiną podąŜał korowód istot, jakich nigdy dotąd nie miałem
okazji oglądać, z wyjątkiem najgorszych koszmarów sennych. Na wpół ślizgające się, na
wpół unoszące się w powietrzu, odziane w biel bagienne widma wycofywały się z wolna w
kierunku nieruchomych wód i wyspy z ruinami, ustawione w szyku zdającym się sugerować
układ jakiegoś prastarego, powaŜnego tańca rytualnego. Ich na wpół przezroczyste ręce,
kołyszące się w rytm nie cichnącego dźwięku fletów, przywoływały w niesamowity sposób
tłum słaniających się robotników, którzy podąŜali za nimi jak psy, wolno, sennie, bezmyślnie,
powłócząc nogami, jak gdyby przyciągani jakąś nieodpartą demoniczną mocą. Gdy najady
zbliŜyły się do moczarów nie zmieniając kierunku marszu, nowy szereg sunących ocięŜale,
zataczających się jak pijani męŜczyźni, opuścił zamczysko wyjściem, które musiało
znajdować się mniej więcej poniŜej mojego okna, po czym przemierzył na ukos dziedziniec i
dołączył do wlokącej się kolumny robotników na równinie. Pomimo odległości, jaka ich ode
mnie dzieliła w mgnieniu oka rozpoznałem słuŜących sprowadzonych z Północy, gdyŜ wzrok
mój przykuła charakterystyczna, brzydka i nieforemna sylwetka kucharza, której absurdalność
stała się teraz uderzająco tragiczna. Piszczałki zamilkły, od strony ruin ponownie dobiegł
odgłos bębnów. Potem zgoła bezgłośnie i z gracją, najady dotarły do wody i jedna po drugiej
wtopiły się w prastare trzęsawisko; podąŜający ich śladem robotnicy, nawet na chwilę nie
zwalniając tempa marszu, wkroczyli w mętne fale i jedynym śladem określającym miejsce ich
zniknięcia była niewielka chmura niezdrowych bąbelków, które z trudem mogłem dostrzec w
blasku szkarłatnego światła. Kiedy tłusty kucharz, ostatni patetyczny uczestnik tego
upiornego korowodu, znikł pośród szarawej, cuchnącej toni bagniska, dźwięk umilkł, a
oślepiające czerwone promienie płynące z ruin zgasły nieoczekiwanie, pozostawiając wioskę
samotną i opuszczoną, skąpaną w słabym świetle księŜyca. Mój stan wówczas określić moŜna
jedynie jako nieopisany chaos. Nie wiedząc czy postradałem zmysły czy teŜ byłem normalny,
ś
niłem czy teŜ moŜe przebywałem w świecie jawy, popadłem w litościwe odrętwienie.
Wydaje mi się, Ŝe robiłem zgoła niedorzeczne rzeczy, zanosiłem modły do Artemidy, Latony,
Demeter, Persefony i Plutona. Wszystko, co sobie przypomniałem z klasycznej edukacji,
trafiało na me usta, w miarę jak groza sytuacji pobudzała tkwiące głęboko w moim sercu
przesądy. Czułem, Ŝe byłem świadkiem śmierci całej wioski i wiedziałem, Ŝe zostałem w
zamku sam, jedynie z Denysem Barry’ym, którego śmiałość i duma były przyczyną tragedii.
Kiedy go wspomniałem, nowa groza przyprawiła mnie o atak konwulsji i runąłem na
podłogę. Nie zemdlałem, ale fizycznie byłem zupełnie bezradny. Potem zaś poczułem
lodowaty podmuch od strony okna, w którym świecił teraz blady księŜyc i usłyszałem krzyki
dobiegające z dolnej części zamczyska. Niebawem wrzaski przybrały na sile, a ich brzmienie
i tego co w sobie zawierały wręcz nie sposób było opisać. Kiedy o nich myślę, ogarnia mnie
fala niewypowiedzianej słabości. Jedyne, co mogę powiedzieć to to, iŜ wydawał je ktoś, kogo
uwaŜałem za swego przyjaciela.
W którymś momencie owego przeraŜającego, wstrząsającego epizodu, zimny wiatr i
hałas musiały mnie zmusić do działania, gdyŜ następną rzeczą jaką pamiętam jest szaleńczy
bieg przez atramentowo-czarne pokoje i korytarze. Jak oszalały wybiegłem w upiorną
posępną noc i przebiegłem przez dziedziniec...
Znaleźli mnie o świcie, krąŜącego bez zmysłów niedaleko Ballylough, ale z
równowagi nie wytrąciły mnie bynajmniej koszmary jakie zobaczyłem, czy usłyszałem
wcześniej. Mamrotałem pod nosem o dwóch fantastycznych zdarzeniach jakie miały miejsce
podczas mojej ucieczki - incydentach zgoła bez znaczenia w całej sprawie, które jednak w
dalszym ciągu nie dają mi spokoju i dręczą czasami, gdy przebywam sam, na posępnych,
pustych trzęsawiskach, skąpanych w blasku księŜyca.
Kiedy wybiegłem z przeklętego zamku i gnałem co sił w nogach wzdłuŜ skraju
moczarów dobiegł mnie nagle zupełnie nowy dźwięk: pospolity, aczkolwiek nigdy dotąd,
będąc w Kilderry, nie miałem okazji go słyszeć.
Stojące wody moczarów, w których ostatnimi czasy nie było Ŝadnych zwierząt, były
aŜ czarne od hord oślizłych, ogromnych ropuch, które rechotały ochryple i, co mogło
wydawać się niemoŜliwe czy wręcz nieprawdopodobne, zdawałoby się - nieprzerwanie. Ich
obrzmiałe, śliskie ciała zieleniły się w blasku księŜyca, a ropuchy zdawały się spoglądać w
górę, w kierunku źródła światła.
PodąŜyłem za spojrzeniem jednej wyjątkowo duŜej i odraŜająco szpetnej ropuchy; to
była druga rzecz, która odjęła mi zmysły.
Dostrzegłem mianowicie ślad promienia - słabego, falującego światła - ciągnącego się
od dziwacznych, prastarych ruin na odległej maleńkiej wyspie do zawieszonego na
atramentowo-czarnym niebie bladego, posępnego księŜyca. Co więcej, światło to nie odbijało
się w wodach trzęsawiska. W górze zaś, na tle blednącej smugi widmowego blasku moja
rozgorączkowana wyobraźnia zarejestrowała cienki, wijący się wolno cień; mglisty,
zdeformowany, skręcający się i szamoczący, jakby ciągnęły go niewidzialne demony.
Pomimo, iŜ u kresu wytrzymałości i bliski utraty zmysłów, zdołałem jeszcze
wychwycić w owym upiornym cieniu monstrualne podobieństwo. W przyprawiający o
mdłości, niewiarygodny, karykaturalny, a nawet wręcz bluźnierczy sposób przypominał on
człowieka, którego znałem pod nazwiskiem Denysa Barry’ego.
BESTIA W JASKINI (THE BEAST IN THE CAVE)
Straszliwe przypuszczenie, kołaczące się nieśmiało w moim niechętnym temu i
oszołomionym umyśle, stało się upiorną rzeczywistością. Zgubiłem się i to na dobre w
ogromnych, przypominających labirynt, korytarzach Jaskini Mamutów. Obracając się w obie
strony i wytęŜając wzrok nie byłem w stanie dostrzec Ŝadnego znaku, który pomógłby mi
dotrzeć do drogi prowadzącej na zewnątrz, nie mogę juŜ dłuŜej oszukiwać samego siebie,
muszę pogodzić się z faktem, Ŝe być moŜe juŜ nigdy nie zobaczę światła dziennego, ani
rozległych równin czy uroczych wzgórz zewnętrznego świata. Utraciłem nadzieję. Niemniej
jednak, poniewaŜ Ŝycie moje indoktrynowały studia filozoficzne, obojętność jaką
nieodmiennie zachowywałem nie przysporzyła mi nawet odrobiny satysfakcji - często
bowiem czytałem, Ŝe ofiary podobnych zachowań popadały w dziki szał; ja jednak nie
doświadczyłem niczego podobnego i od chwili, kiedy uświadomiłem sobie rozpaczliwość
swej sytuacji, stałem spokojnie, pogrąŜony niemal w kompletnym bezruchu.
Myśl, Ŝe najprawdopodobniej dotarłem zbyt daleko, by mogła mnie odnaleźć grupa
poszukiwawcza, równieŜ nie była w stanie wytrącić mnie z równowagi. JeŜeli juŜ muszę tu
umrzeć, stwierdziłem, miast na cmentarzu, kości moje spoczną w owej przeraŜające],
majestatycznej jaskini i bardziej niŜ rozpaczą myśl ta natchnęła mnie spokojem i
obojętnością.
Najpierw poczuję pragnienie, pomyślałem. Wiedziałem, iŜ niektórzy w podobnej
sytuacji potraciliby zmysły -ja jednak czułem, Ŝe taki koniec nie jest mi pisany. Nieszczęście
jakie mi się przytrafiło było jedynie moją winą, jako Ŝe nie mówiąc ani słowa przewodnikowi
oddaliłem się od grupy wycieczkowiczów i po ponad godzinnej wędrówce zakazanymi
korytarzami jaskini stwierdziłem, Ŝe nie jestem w stanie odnaleźć powrotnej drogi wśród
mrocznych zakamarków kamiennego labiryntu.
Moja latarka zaczęła juŜ przygasać, niebawem otoczą mnie nieprzeniknione i niemal
namacalne ciemności panujące w trzewiach ziemi. Stojąc tak, w słabym migoczącym świetle,
zastanawiałem się leniwie nad konkretnymi okolicznościami mego zbliŜającego się końca.
Przypomniałem sobie zasłyszane opowieści o kolonii gruźlików, którzy zamieszkali w tej
gigantycznej grocie Licząc na odzyskanie zdrowia w orzeźwiającym klimacie podziemnego
ś
wiata z jego jednolitą temperaturą, czystym powietrzem, ciszą i spokojem, a miast tego
znaleźli jedynie śmierć w osobliwej i upiornej postaci. Widziałem smętne szczątki ich źle
skleconych chatynek, mijając je wraz z wycieczką, i zastanawiałem się, jaki naturalny wpływ
mógł wywrzeć długi pobyt w tej ogromnej i milczącej jaskini na kogoś tak zdrowego i
krzepkiego jak ja. Teraz, mówiłem sobie posępnie w duchu, miałem okazję się o tym
przekonać, zakładając rzecz jasna, Ŝe brak wody nie skłoni mnie do szybszego rozstania się z
Ŝ
yciem.
W końcu moja latarka zgasła zupełnie; w tej sytuacji postanowiłem wykorzystać
kaŜdą szansę, kaŜdą nawet najwątpliwszą moŜliwość wydostania się z jaskini z Ŝyciem i nie
szczędząc płuc, wydałem serię głośnych okrzyków, licząc, Ŝe tym hałasem zwrócę uwagę
przewodnika mojej grupy.
Niemniej jednak, kiedy to uczyniłem, poczułem w głębi serca, Ŝe moje wysiłki poszły
na marne, a mój głos, zwielokrotniony i odbity gromkim echem od niezliczonych wałów
mrocznego labiryntu wokoło, dotarł jedynie do moich uszu.
Nagle, zgoła nieoczekiwanie, coś przykuło moją uwagę i momentalnie spiąłem się w
sobie. Wydawało mi się bowiem, Ŝe słyszę łagodny odgłos zbliŜających się stóp, kroczących
po kamiennym podłoŜu jaskini.
CzyŜby ratunek miał przybyć tak szybko? Czy wszystkie moje mroŜące krew w Ŝyłach
lęki były próŜne, gdyŜ przewodnik, zauwaŜywszy, iŜ samowolnie oddaliłem się od grupy,
podąŜył moim śladem i odnalazł mnie w korytarzu tego gigantycznego wapiennego labiryntu?
Podczas gdy w moim umyśle kłębiły się owe radosne rozmyślania, moje usta otwarły się do
kolejnego krzyku, aby pomoc mogła dotrzeć do mnie szybciej, lecz zaraz uczucie radości
zmieniło się w czystą zgrozę. Nasłuchiwałem bowiem, a słuch miałem czujny i bardziej
wyostrzony przez panującą w jaskini grobową ciszę, i z przeraŜeniem uświadomiłem sobie, Ŝe
kroki, które się do mnie zbliŜały, nie przypominały odgłosu kroków CZŁOWIEKA! W
nieziemskiej ciszy dźwięk obutych stóp przewodnika powinien brzmieć niczym serie ostrych,
donośnych uderzeń. Te zaś były cichsze i bardziej ukradkowe, jak stąpanie kocich łap. Poza
tym, kiedy wytęŜyłem słuch, miałem wraŜenie, Ŝe wychwytuję odgłos stąpania nie dwóch, a
CZTERECH stóp.
Byłem teraz przekonany, Ŝe moje wołanie zaniepokoiło i przyciągnęło tu jakieś dzikie
zwierzę, być moŜe górskiego lwa, który przez przypadek zabłądził do jaskini. Kto wie,
zastanawiałem się, moŜe Wszechmocny przypisał mi szybszą i bardziej litościwą śmierć, niŜ
długie konanie, niemniej jednak instynkt przetrwania, który w moim przypadku nigdy nie
zasypiał, wyraźnie się teraz oŜywił, i choć ucieczka przed nadciągającym zagroŜeniem mogła
w tej sytuacji jedynie równać się dłuŜszej i bardziej ponurej śmierci, postanowiłem bronić
swego Ŝycia ze wszystkich sił, tak długo jak to tylko moŜliwe. MoŜe się to wydawać dziwne,
ale mój umysł ze strony tajemniczego gościa odczuwał jedynie wrogość. Znieruchomiałem
zupełnie, usiłując zachowywać się moŜliwie bezszelestnie w nadziei, Ŝe nieznane zwierzę, z
braku naprowadzających je dźwięków, straci orientację w ciemnościach, minie mnie i pójdzie
dalej. Były to jednak płonne nadzieje, gdyŜ skradające się kroki nadal się zbliŜały;
najwyraźniej zwierzę zwietrzyło mój zapach, który wewnątrz jaskini, gdzie powietrze było
czyste i nie skaŜone przez inne wonie, musiało bez wątpienia wyczuwać ze sporej odległości.
Nie pozostało mi zatem nic innego, jak uzbroić się i przygotować do obrony przed
atakiem nieznanego, niewidocznego w ciemności przeciwnika, toteŜ zacząłem po omacku
szukać moŜliwie największych odłamków skalnych, zaściełających podłoŜe jaskini. Ująłem
po jednym w kaŜdą rękę, aby mocje niezwłocznie wykorzystać i czekałem z rezygnacją na to,
co było nieuniknione. Tymczasem przeraźliwy szelest stóp zbliŜał się coraz bardziej. Bez
wątpienia zachowanie zwierzęcia było skrajnie osobliwe. Przez większość czasu zdawało się
iść na czworakach, przy czym słychać było wyraźny brak unisono pomiędzy przednimi a
tylnymi łapami, niemniej w krótkich niezbyt częstych interwałach odnosiłem wraŜenie jakby
stworzenie poruszało się jedynie na dwóch nogach.
Zastanawiałem się, z jakim gatunkiem przyszło mi się spotkać; musiało ono, jak
sądziłem, zapłacić za swoją ciekawość i pragnienie zbadania jednego z wejść do groty
doŜywotnim uwięzieniem w jego bezkresnych czeluściach. śywiło się niewątpliwie bezokimi
rybami, nietoperzami i szczurami Ŝyjącymi w jaskini, jak równieŜ zwyczajnymi rybami
przypływającymi z odmętów Green River, której odnogi w jakiś przedziwny sposób łączyły
się z podziemnymi wodami.
MroŜące krew w Ŝyłach wyczekiwanie skracałem sobie wymyślaniem groteskowych
deformacji, jakie Ŝycie w jaskini musiało spowodować w fizycznej budowie zwierzęcia,
przypominając sobie jednocześnie przeraŜający wygląd gruźlików, którzy według legendy
zmarli po długim pobycie w jaskini, l nagle, z przeraŜeniem uświadomiłem sobie, Ŝe nawet
gdyby udało mi się pokonać przeciwnika, NIE ZDOŁAM GO ZOBACZYĆ. Napięcie
ogarniające mój umysł było przeraŜające. Wyobraźnia, w której panował ogromny chaos,
tworzyła upiorne i przeraŜające kształty, tkając je ze złowrogiej materii otaczającej mnie
ciemności, która niemal namacalnie napierała na moje ciało. Kroki były coraz bliŜej. Miałem
wraŜenie, Ŝe bezwarunkowo muszę wydać z siebie długi, przenikliwy krzyk, ale głos uwiązł
mi w gardle, i nie byłem w stanie tego dokonać. Stałem jak skamieniały, miałem wraŜenie, Ŝe
stopy wrosły mi w ziemię. Wątpiłem, czy moja prawa ręka będzie w stanie w krytycznym
momencie cisnąć pocisk w zbliŜającą się ku mnie istotę.
Jednostajne tup, tup, tup kroków było bardzo blisko, przeraźliwie blisko.
Słyszałem dyszenie zwierzęcia i, pomimo iŜ zdjęty zgrozą, uświadomiłem sobie, Ŝe
musiało ono przebyć znaczną odległość i było wyraźnie zmęczone. Magle czar prysnął. Moja
prawa ręka, kierowana nieomylnym zmysłem słuchu, cisnęła dzierŜony kawał wapienia,
zaostrzony na jednym końcu, ku temu miejscu w ciemnościach, skąd dobiegał szelest stóp i
głośne dyszenie i, co stwierdziłem z nieskrywanym zadowoleniem, trafiłem niemal w
dziesiątkę, usłyszałem bowiem, jak istota odskoczyła w tył i przywarowała pod ścianą.
Skorygowałem namiary celu i cisnąłem drugi pocisk. Tym razem miałem więcej szczęścia. Z
przepełniającą me serce radością usłyszałem, jak stwór bezwładnie upadł na ziemię i - jak
wszystko na to wskazywało - zupełnie znieruchomiał. Nadal było słychać cięŜkie sapanie, co
pozwoliło mi przypuszczać, Ŝe jedynie zraniłem stwora. Teraz jednak do reszty straciłem
ochotę na przyjrzenie się tej istocie. Mój mózg zaatakował bezpodstawny, prymitywny lęk,
pozostałość po pradawnych przesądach i wierzeniach – nie podszedłem zatem do ciała ani nie
cisnąłem kolejnych kamieni, aby do reszty pozbawić Ŝycia niewidoczne w mroku zwierzę.
Miast tego, wykrzesawszy z siebie resztkę sił, pognałem w -jak to oszacował mój ogarnięty
chaosem umysł - stronę, z której przyszedłem. Nagle znów usłyszałem dźwięk, a raczej całą
ich serię: rytmicznych i jednostajnych. W chwilę potem zmieniły się one w kakofonię
ostrych, metalicznych szczęknięć. Tym razem nie miałem Ŝadnych wątpliwości. TO BYŁ
PRZEWODNIK. Zacząłem wołać, krzyczeć, wrzeszczeć i zawodzić z radości, kiedy słaba
migocząca poświata będąca, jak wiedziałem, światłem latarki, ukazała moim oczom wilgotne
ś
ciany i łukowato sklepiony sufit jaskini. Pobiegłem w kierunku światła, i zanim zdołałem się
zorientować co robię, padłem memu przewodnikowi do nóg, obejmując jego buty. Na
przemian, dziękując za ocalenie bełkotałem jak oszalały, bez ładu i składu, próbując
opowiedzieć mu swą przeŜytą historię.
W końcu doszedłem do siebie. Przewodnik, jak się okazało, zauwaŜył moją
nieobecność, gdy grupa dotarła do wylotu jaskini, i kierowany intuicyjnym zmysłem kierunku
podąŜył przez labirynt korytarzy do miejsca, w którym rozmawialiśmy po raz ostatni, aŜ w
końcu, po czterech godzinach zdołał mnie odnaleźć. Zanim skończył mi o tym opowiadać, ja,
któremu światło latarki i obecność drugiej osoby wyraźnie dodała odwagi, napomknąłem o
dziwnym zwierzęciu, które zraniłem i które znajdowało się w pewnej odległości od nas, w
spowitym w ciemnościach korytarzu, sugerując jednocześnie abyśmy tam poszli i w świetle
latarki wspólnie mu się przyjrzeli. Byłem niezmiernie ciekaw jakiego gatunku stworzenie
padło moją ofiarą. Zawróciliśmy wspólnie ku miejscu mej przeraŜającej przygody, tym razem
jednak obecność przewodnika dodawała mi otuchy.
Niebawem dostrzegliśmy biały obiekt leŜący na kamiennym podłoŜu, bielszy nawet
od połyskujących wapiennych ścian. ZbliŜając się ku niemu ostroŜnie, nie próbowaliśmy
powstrzymywać swego zdumienia, gdyŜ spośród rozmaitych osobliwych stworów, jakie
mieliśmy okazję oglądać w swoim Ŝyciu, ten był bez wątpienia najdziwniejszy. Przypominał
ogromną, antropoidalną małpę, która być moŜe uciekła z jakiejś menaŜerii. Włosy miała
ś
nieŜnobiałe - niewątpliwie wyblakły one wskutek długiego przebywania w mrocznych,
atramentowo-czarnych czeluściach jaskini. Były jednak zdumiewająco wątłe i rzadkie -
porastały jedynie głowę zwierzęcia długimi, sięgającymi ramion kosmykami. Stworzenie było
odwrócone, nie widzieliśmy jego twarzy, gdyŜ niemal na niej leŜało. Osobliwy był równieŜ
wygląd kończyn, ich nachylenie wyjaśniało jednakŜe zmiany w ich uŜywaniu, gdyŜ juŜ
wcześniej zwróciłem uwagę, Ŝe zwierzę to poruszało się na przemian na dwóch albo na
czterech łapach. Z końców palców, zarówno rąk jak i stóp, wyrastały długie, jakby szczurze
szpony. Kończyny nie były chwytne, który to fakt składałem na karb długiego pobytu istoty w
jaskini -o czym, jak wcześniej zauwaŜyłem, świadczyła przenikliwa, nieziemska wręcz biel,
tak charakterystyczna dla kaŜdego z elementów jej anatomii.
Nie było widać ogona.
Oddech stwora był teraz bardzo słaby i przewodnik wyjął pistolet z wyraźnym
zamiarem dobicia zwierzęcia, gdy wtem DŹWIĘK, jaki dobył się z jego ust sprawił, Ŝe
towarzysz mój opuścił broń rezygnując z jej uŜycia. Trudno byłoby opisać ów dźwięk. Nie
przypominał Ŝadnego z odgłosów wydawanych przez małpy i zastanawiałem się, czy
nienaturalność ta nie była wynikiem długotrwałego, ciągłego milczenia, ciszy przerwanej
dopiero wraŜeniami wywołanymi ujrzeniem światła oglądanego po raz pierwszy, odkąd
stworzenie zapuściło się w mroczne czeluście groty. Dźwięk, który z pewnym wahaniem
mógłbym określić jako swego rodzaju głęboki chichot, rozlegał się przez dłuŜszą chwilę.
Nagle całe ciało zwierzęcia przeszył ostry, gwałtowny spazm. Kończyny stwora
zadrgały konwulsyjnie, po czym zesztywniały. Zwierzę raz jeszcze targnęło całym ciałem, po
czym odwróciło się w naszą stronę i po raz pierwszy ujrzeliśmy jego twarz. Widok jego oczu
przeraził mnie do tego stopnia, Ŝe przez chwilę nie byłem w stanie dostrzec niczego innego.
Oczy te były czarne, atramentowo-czarne, i stanowiły upiorny kontrast w porównaniu ze
ś
nieŜną bielą włosów i reszty ciała. Podobnie jak u innych mieszkańców jaskiń, gałki oczne
zwierzęcia znajdowały się głęboko w orbitach i pozbawione były tęczówek. Kiedy
przyjrzałem się uwaŜniej stwierdziłem, Ŝe szczęki i czoło stwora były mniej wysunięte niŜ u
przeciętnych małp i duŜo słabiej owłosione, nos zaś duŜo bardziej wydatny. Kiedy w
milczeniu przyglądaliśmy się tajemniczemu stworzeniu, jego grube mięsiste wargi rozchyliły
się i spomiędzy nich wydobyło się kilka dźwięków, po czym istota pogrąŜyła się w spokoju
ś
mierci.
Przewodnik schwycił mnie za rękaw i dygotał tak bardzo, Ŝe promień jego latarki
przesuwał się nieustannie w górę i w dół rzucając dziwne, poruszające się cienie na bladych,
wapiennych ścianach groty.
Nie poruszyłem się i stałem jak wrośnięty w ziemię, wpatrując się rozszerzonymi z
przeraŜenia oczyma w kamieniste podłoŜe.
Groza minęła, a jej miejsce zajęły: zdumienie, niepokój, współczucie i szacunek,
bowiem dźwięki jakie wydała konająca postać spoczywająca na ziemi, tuŜ przed nami,
nieomylnie zdradziły nam okrutną prawdę.
Istota, którą zabiłem, owa dziwna bestia z mrocznych czeluści bezdennych jaskiń,
dawno bo dawno, ale musiała być kiedyś CZŁOWIEKIEM.
ULICA (THE STREET)
Są tacy, którzy twierdzą, Ŝe rzeczy i miejsca mają dusze i ci, którzy uwaŜają, Ŝe tak
nie jest; nie będę wypowiadał się na ten temat, ale opowiem wam o Ulicy.
Ulicę tę tworzyli ludzie silni i honorowi - prawi i dzielni, którzy przybyli z
Błogosławionych Wysp za morzem. Z początku była to jedynie ścieŜka wydeptana przez
pierwszych osadników noszących wodę z leśnego źródła do grupki domów przy plaŜy,
następni pobudowali nowe chaty, wzdłuŜ północnej strony, wykonane z grubych dębowych
bali, od strony lasu zaś obudowane kamieniami, gdyŜ w gąszczu czaili się Indianie uŜywający
często płonących strzał.
W kilka lat później ludzie wznieśli kolejne domy wzdłuŜ południowej strony Ulicy.
Po Ulicy, w tę i z powrotem, kroczyli posępni męŜczyźni w stoŜkowatych czapkach,
którzy zazwyczaj byli uzbrojeni w muszkiety bądź flowery. Przechadzały się tędy równieŜ ich
Ŝ
ony, w czepkach na głowach i stateczne, opanowane dzieci. Wieczorami męŜczyźni zasiadali
przy gigantycznych kominkach, czytali i rozmawiali. Czytali bardzo proste rzeczy i o takich
teŜ dyskutowali, niemniej pomagały im one za dnia w pracy przy karczowaniu lasu i uprawie
pól. Dzieci zaś, słuchały i uczyły się o prawach i starych czynach, a takŜe o ukochanej Anglii,
której nigdy nie widziały, ani nie mogły pamiętać.
Po wojnie Indianie przestali nękać mieszkańców Ulicy. MęŜczyznom pochłoniętym
pracą powodziło się nieźle i byli naprawdę szczęśliwi. Dzieci rosły, a kolejne rodziny
przybywały ze Starego Kraju, aby osiedlić się przy Ulicy. A potem dorosły dzieci i nowo
przybyłych. Miasteczko stawało się miastem i, jedna po drugiej, chaty poczęły ustępować
miejsca domom - prostym, pięknym budowlom z cegły i drewna, o kamiennych stopniach i
Ŝ
elaznych balustradach, ze świetlikiem nad drzwiami wejściowymi. Domy nie były zbyt
wymyślne, gdyŜ miały słuŜyć wielu pokoleniom. Wewnątrz znajdowały się ozdobnie
rzeźbione kominki i urzekające oko schody, a takŜe przyjemne, wygodne meble, delikatne,
porcelanowe zastawy stołowe i srebra przywoŜone ze Starego Kraju. Tak więc Ulica
napełniała się snami młodych i cieszyła się, gdy jej mieszkańcy stawali się coraz bardziej
czarujący i szczęśliwi.
Tam gdzie kiedyś była jedynie siła i honor, pojawiły się obecnie smak, gust i wiedza.
Do domów zawitały ksiąŜki, obrazy i muzyka, młodzi zaś uczęszczali na uniwersytet, którego
gmach wznosił się ponad równiną na północy. Strzelby zastąpiły szpady, koronki - peruki.
Polne dróŜki i leśne drogi pokryły się kostką kocich łbów, po których dudniły kopyta
wierzchowców czystej krwi i koła pozłacanych karet; przy chodnikach zaś powstały słupki do
uwiązywania koni.
Przy Ulicy rosło wiele drzew: wiązy, dęby i majestatyczne klony; w lecie więc cała
okolica zdawała się tonąć w soczystej zieleni, a z rozłoŜystych, strzelistych koron drzew
dochodził melodyjny śpiew ptaków. Za domami rozciągały się okolone murami róŜane
ogrody ze ścieŜkami otoczonymi z dwóch stron przez starannie przycięte Ŝywopłoty, z
tarczami słonecznych zegarów tonących nocami w srebrzystym blasku księŜyca i gwiazd,
podczas gdy wonne, róŜnobarwne kwiaty błyszczały od kropel rosy.
Ulica śniła dalej, poprzez kolejne wojny, nieszczęścia i zmiany. Któregoś razu odeszła
większość młodych i niektórzy nigdy nie powrócili. Wtedy teŜ zwinięto starą flagę i
zastąpiono ją nową, z pasami i gwiazdami. I choć męŜczyźni mówili o ogromnych zmianach.
Ulica ich nie czuła, ludzie bowiem byli nadal tacy sami, mówili o starych, znajomych
rzeczach w stary, znajomy sposób. Drzewa wciąŜ były schronieniem dla rozśpiewanych
ptaków, a wieczorami księŜyc i gwiazdy przyglądały się skąpanym w rosie kwiatom w
otoczonych murami róŜanych ogrodach.
Po jakimś czasie zniknęły szpady, trójgraniaste kapelusze i peruki. JakŜe dziwni
wydawali się krótkowłosi mieszkańcy z laskami w dłoniach. Z oddali dochodziły nowe
odgłosy: dziwne sapanie i przenikliwe wycie, dobiegające od strony oddalonej o milę rzeki.
Powietrze nie było juŜ tak czyste, jak poprzednio, ale duch tego miejsca nie zmienił się. Ulicę
ukształtowała krew i dusza przodków. Duch nie zmienił się nawet kiedy ludzie brutalnie
otworzyli ziemię, aby połoŜyć w niej dziwne rury, ani kiedy stawiali wysokie słupy z
przymocowanymi do nich tajemniczymi drutami. Ulica zawierała w sobie tak wiele
prawdziwej wiedzy, Ŝe przeszłość nie mogła zostać zbyt łatwo zapomniana.
A potem nastały dni zła, kiedy wielu, którzy znali Ulicę z dawnych czasów, przestali
ją znać i kiedy poznało ją wielu, którzy nie znali jej do tej pory. Akcent ich był chrapliwy i
ostry, wygląd zaś i oblicza plugawe. Podobnie jak ich myśli, które walczyły z mądrością
ducha Ulicy, ta zaś bezgłośnie umierała z tęsknoty, podczas gdy stojące wzdłuŜ niej domy
popadły w ruinę, drzewa uschły, a róŜane ogrody zarosły chwastami i sczezły. Jednak,
któregoś dnia znów poczuła gwałtowny przypływ dumy, było to wówczas, kiedy młodzi
ponownie wymaszerowali w nieznane. I znowu wielu z nich nie powróciło.
Tym razem młodzi ubrani byli na niebiesko.
W miarę upływu lat z Ulicą działo się coraz gorzej. Uschły juŜ wszystkie drzewa, a
róŜane ogrody ustąpiły miejsca zapleczom tanich, szpetnych nowych budynków stojących
przy równoległych ulicach. Domy jednak pozostały, pomimo trudnych lat, robaków i burz,
bowiem postawiono je z myślą, aby słuŜyły wielu pokoleniom, na Ulicy pojawiły się nowe
twarze: śniade, złowieszcze oblicza o zdradliwych oczach i dziwnych rysach, których
właściciele mówili nieznanym językiem i wywieszali na przeŜartych wilgocią ścianach
domów szyldy z napisami w innym alfabecie.
WzdłuŜ rynsztoków pojawiły się wózki i stragany. Powietrze przesycił okropny,
nieokreślony fetor, a prastary duch zapadł w sen.
Raz Ulica przeŜyła chwile wielkiego podniecenia. Za morzem szalały wojna i
rewolucja; upadła dynastia, a nieliczni pozostali przy Ŝyciu pokonani dotarli z dwuznacznymi
zamiarami do Zachodniego Lądu. Wielu z nich osiedliło się w zapuszczonych domach, które
niegdyś znały śpiew ptaków i zapach róŜ. Później zaś Zachodni Ląd przebudził się i
przyłączył do Starego Kraju w tytanicznej walce na rzecz cywilizacji. Nad miastami
ponownie łopotały stare flagi, którym towarzyszyły nowe - prostsze, acz wspaniałe -
trójkolorowe. Nad Ulicą nie powiewały flagi, gdyŜ obecnie gnieździł się tam jedynie strach,
nienawiść i ignorancja. Młodzi ponownie odeszli, ale nie tak jak inni ich rówieśnicy, w
dawnych czasach. Czegoś brakowało. Synowie owych młodzieńców z przeszłości, którzy
maszerowali przesyceni prawdziwym duchem ich przodków, wywodzili się bowiem z
róŜnych miejsc i nie znali Ulicy ani jej pradawnego ducha.
Za morzem miało miejsce wielkie zwycięstwo i młodzi powrócili w chwale. Odzyskali
to, czego im brakowało, ale przy Ulicy nadal gnieździły się lęk, nienawiść i ignorancja - zbyt
wielu pozostało i zbyt wielu obcych przybyło z róŜnych odległych miejsc, by osiedlić się w
starych domach. Większość znów miała śniade, złowieszcze twarze, były jednak wśród nich i
takie, jak oblicza ludzi, którzy kształtowali Ulicę i uformowali jej ducha. Podobne, a zarazem
róŜne, bowiem w oczach ich wszystkich migotały złowrogie iskierki chciwości, ambicji,
mściwości i graniczącego z obłędem fanatyzmu. Spiskowali, by zadać Zachodniemu Lądowi
zabójczy cios, i móc potem przejąć władzę nad krajem, a raczej nad jego ruinami, tak jak w
pewnym nieszczęsnym, mroźnym kraju, z którego przybyła większość z nich. Serce spisku
znajdowało się przy Ulicy, gdzie chylące się ku upadkowi domy tętniły nieustępliwymi
poczynaniami cudzoziemskich siewców niezgody i rozbrzmiewały echem planów i
przemówień tych, którzy z utęsknieniem wyczekiwali dnia krwi, ognia i zbrodni.
Prawo wiedziało i mówiło sporo na temat dziwnych zgromadzeń na Ulicy, ale nie
mogło niczego udowodnić. Tajniacy z uporem przesiadywali, nadstawiając ucha w takich
miejscach jak Piekarnia Pietrowicza, Szkoła Nowoczesnej Ekonomii Rywkina, Klub „Krąg” i
kawiarnia „Wolność”.
Zbierały się tam spore grupy posępnych męŜczyzn, rozmawiających zawsze w obcym
języku. A stare domy stały, przesycone zapomnianą wiedzą szlachetniejszych, minionych
stuleci, śmiałych kolonizatorów i skąpanych w rosie róŜanych ogrodów w blasku księŜyca.
Czasami samotny poeta czy wędrowiec zjawiał się, by rzucić na nie okiem, i usiłował
odnaleźć je w ich minionej chwale; niemniej nie było ich wielu.
KrąŜące swobodnie plotki głosiły, Ŝe w domach tych zamieszkiwali przywódcy
ogromnej grupy terrorystycznej, którzy pewnego konkretnego dnia zamierzali rozpętać orgię
rzezi, mając na celu zniszczenie Ameryki i wszystkich szlachetnych, starych tradycji,
ukochanych przez Ulicę. Ulotki pływały w rynsztokach, ale pomimo iŜ wydrukowane były w
róŜnych językach i róŜnym rodzajem pisma, mówiły o jednym: zbrodni i rebelii. Ich autorzy
nawoływali do obalenia praw i cnót wychwalanych przez naszych ojców, zdławienia
Konstytucji - konstytucji, która zawierała w sobie spuściznę półtora tysiąca lat anglosaskiej
wolności, sprawiedliwości i umiarkowania. Mówiono, Ŝe smagli męŜczyźni zamieszkujący
przy Ulicy i gromadzący się w jej gnijących budynkach byli mózgami przeraŜającej
rewolucji, Ŝe na ich rozkaz miliony bezmyślnych, Ŝądnych krwi bestii wyciągnie hałaśliwe
szpony ze slumsów tysięcy miast, paląc, niszcząc i mordując, aŜ ziemia naszych ojców
przestanie istnieć. To wszystko mówiono i powtarzano, a wielu z niepokojem oczekiwało
dnia czwartego lipca, o którym dwuznacznie pisano w ulotkach; nic jednak nie moŜna było
nikomu udowodnić.
Nikt nie potrafił określić, czyje aresztowanie mogłoby spowodować unicestwienie
spisku. Policjanci niejednokrotnie urządzali naloty przetrząsając domy, aŜ w końcu przestali -
ich równieŜ znudziło egzekwowanie prawa i porządku i pozostawili całe miasto swemu
losowi. Później zjawili się męŜczyźni w oliwkowych mundurach, z muszkietami; mogło się
wydawać, Ŝe to swego rodzaju smutny sen. Ulicy musiało przyśnić się wspomnienie dawnych
dni, kiedy uzbrojeni w muszkiety ludzie w stoŜkowatych kapeluszach krąŜyli po niej, od
ź
ródła w lesie, do skupiska chat przy plaŜy. Nic nie moŜna było przedsięwziąć, aby zapobiec
nadciągającemu kataklizmowi, bowiem smagli, złowrodzy męŜczyźni byli nader sprytni i
przebiegli.
Ulica spała więc niespokojnie, aŜ pewnej nocy w Piekarni Pietrowicza, Szkole
Nowoczesnej Ekonomii, Klubie „Krąg” i kawiarni „Wolność”, jak równieŜ w wielu innych
miejscach, zgromadziły się ogromne grupy ludzi, których oczy przepełnione były
przeraźliwym triumfem i pełnym fanatyzmu wyczekiwaniem.
Po ukrytych przewodach wędrowały dziwne depesze i mówiono wiele o mających
nadejść jeszcze dziwniejszych wieściach; kiedy jednak niebezpieczeństwo zagraŜające
Zachodniemu Lądowi zostało zaŜegnane nawet się tego nie domyślano. MęŜczyźni w
dziwnych mundurach nie potrafili powiedzieć co się dzieje, ani jak powinni się zachować,
gdyŜ smagli, złowrodzy męŜczyźni mieli ogromną wprawę, byli subtelni i doskonale potrafili
maskować swoje poczynania.
Mimo to męŜczyźni w oliwkowych mundurach zawsze będą pamiętać tę noc i
opowiadać o Ulicy, tak jak mówili o niej swoim wnukom; wielu z nich wysłano bowiem tego
ranka z zadaniem innym niŜ to, jakiego się spodziewali. Wiedziano powszechnie, Ŝe gniazdo
anarchii było stare, a domy, nadgryzione zębem czasu, zmieniły się w ruinę, niemniej jednak
to, co wydarzyło się tej letniej nocy zdziwiło wszystkich, ze względu na swą jednolitość. Nie
da się ukryć, iŜ zdarzenie to było nad wyraz osobliwe, pomimo iŜ na pozór wydawało się
proste. Bez ostrzeŜenia bowiem, o nieokreślonej konkretnie godzinie (wiadomo jedynie, Ŝe po
północy) wszystkie domy stojące przy Ulicy, naruszone nieubłaganym czasem, burzami i
Ŝ
arłocznym robactwem, zmieniły się w stertę gruzów; po katastrofie przy Ulicy nie pozostał
nawet jeden cały budynek - zachowały się tylko dwa samotne, Ŝałosne kominy i fragment
mocnego ceglanego muru.
Nikt nie wyszedł Ŝywy z ruin.
Poeta i wędrowiec, którzy wraz z tłumem gapiów znajdowali się w miejscu katastrofy
opowiadali dziwne historie. Poeta twierdził, Ŝe nocą, na wiele godzin przed świtem, w świetle
łukowych lamp widział jakby zamazane, obskurne, odraŜające ruiny; i Ŝe przed brzaskiem
zdołał dostrzec nakładający się na nie zupełnie inny obraz. Opisał go jako skąpane w blasku
księŜyca schludnie utrzymane domy, przy których wznosiły się majestatyczne wiązy, dęby i
klony. Wędrowiec zaś, Ŝe zamiast uporczywego smrodu unoszącego się zwykle w tym
miejscu czuł wyraźny, aromatyczny zapach kwitnących róŜ. CzyŜ jednak sny poetów i
opowieści wędrowców nie są jednakowo kłamliwe?
Są tacy, którzy twierdzą, Ŝe rzeczy i miejsca mają dusze i ci, którzy uwaŜają, Ŝe tak
nie jest; ja nie będę wypowiadał się na ten temat, ale opowiedziałem wam o Ulicy.