background image

Barbara Cartland

PODRÓŻ PO 

GWIAZDĘ 

Tytuł oryginału: JOURNEY TO A STAR 

background image

Od Autorki 

Graniczne   zamieszki,   które   miały   miejsce   w   Syjamie   w   roku   1893, 
stopniowo   ucichły.   W   roku   1897   król   Czulalongkorn   oraz   królowa 
Saowaba   odwiedzili   Europę,   przypłynąwszy   tam   na   pokładzie   jachtu 
„Maka Chakri". 

Ciepłe przyjęcie, z jakim spotkali się we Francji, mile zaskoczyło 

królewską parę. W Anglii zatrzymali się w pałacu Buckingham, gdzie 
gościł ich książę Walii (późniejszy król, Edward VII). 

Podróż, obejmująca również Rosję, Włochy, Szwecję i Belgię, okazała się 

bardzo   owocna.   Czulalongkorn   był   pierwszym   azjatyckim   monarchą, 
który rozmawiał z Europejczykami po angielsku, bez pomocy tłumacza. 

Gdy znalazłam się w roku 1982 w Bangkoku, zatrzymałam się w hotelu 

„Oriental",   obecnie   jednym   z   największych   hoteli   na   świecie.   Z   mego 
balkonu   rozciągał   się   wspaniały   widok   na   rzekę,   na   której   od   stuleci 
znajduje się rodzaj bazaru, odmalowanego w niniejszej książce. 

Niestety, nie miałam czasu, by zwiedzać świątynie i oglądać fascynujące 

freski. Istnieje jednak interesująca praca A.B. Criswolda pt. Dziesięć żywotów 
Buddy,
 prezentująca ich barwne reprodukcje. 

background image

Rozdział 1 

1894 

Markiz Oakenshaw ziewnął. W pałacu Świętego Jakuba było duszno, a 
poranne   przyjęcie   ciągnęło   się   w   nieskończoność.   Książę   Walii   był   jak 
zwykle duszą towarzystwa. Rozmawiał prawie z każdym, kto został mu 
przedstawiony, i jego śmiech raz po raz rozbrzmiewał wśród gości. 

Na   markizie,   który   często   był   świadkiem   podobnych   scen,   paradny 

wygląd   znajdujących   się   tam   żołnierzy,   marynarzy,   dyplomatów   i 
ministrów nie wywarł szczególnego wrażenia. 

Rozmyślał  o wyjątkowo  słonecznym   jak  na  styczeń  dniu  i  o  tym,  że 

wolałby teraz być na przejażdżce po parku na jednym ze swoich ognistych 
koni lub galopować z którymś z przyjaciół na swoim prywatnym torze 
wyścigowym. Był tak pogrążony w myślach, że gdy spotkanie dobiegło 
końca   i   książę   Walii   ruszył   w   kierunku   drzwi,   drgnął,   jakby   nagle 
przebudzony. 

Markiz pospieszył za nim. Zauważył, że z roku na rok książę staje się 

coraz tęższy, i pomyślał, że jego eleganckie stroje będą wkrótce za ciasne. 

Markiz   natomiast   zachował   swą   młodzieńczą   sylwetkę.   Lubił   jeździć 

konno, uprawiać sporty, gdy tylko miał okazję, i dzięki temu ciągle był w 
dobrej formie. 

Starał się także zachować wstrzemięźliwość na hucznych przyjęciach w 

Marlborough   House   i   nie   ulegać   urokowi   pięknych   dam,   które 
nadskakiwały księciu Walii. 

Powstrzymując ziewanie, markiz pomyślał, że długie przyjęcia przy suto 

zastawionym stole nudzą go tak bardzo jak przeciągające się w nieskończo-
ność poranne spotkania oraz inne dworskie rozrywki. Dlatego też trudno 
mu było wyrazić entuzjazm, gdy książę rzekł: 

—   Mam   nadzieję,   Vivien,   że   zjesz   dzisiaj   ze   mną   kolację.   Księżna 

wyjechała i chciałbym nie tylko zaprosić starych przyjaciół na posiłek, ale 
także zabawić się potem w świetle świateł na scenie. 

Markiz   wiedział,   że   oznaczało   to   wybranie   się   na   pewnego   rodzaju 

przedstawienie teatralne, które książę uwielbiał. Nie miał też wątpliwości, 
iż zabawa skończy się w jednym z domów uciech, które zawsze stały dla 

background image

nich otworem. Pomyślał niemal z rozdrażnieniem, że jest za stary na tego 
rodzaju rozrywki, podobnie  zresztą jak książę. Jednak jego wysokość  z 
entuzjazmem młodego podoficera wciąż podziwiał wątpliwy urok takich 
kiczowatych przedstawień jak Damy w mieście. 

— Doskonały pomysł— odparł markiz po namyśle. 

Gdy schodzili po starych dębowych schodach, po których od wieków 

stąpali wielcy arystokraci, książę był w świetnym humorze. Na dziedzińcu 
czekał   już   powóz,   by   zawieźć   go   do   znajdującego   się   nie   opodal 
Marlborough House. Gdy odjeżdżał, markiz i inni dworzanie, mężowie 
stanu oraz służący, którzy go odprowadzali, pochylili głowy w ukłonie, a 
potem westchnęli z ulgą, kiedy powóz z następcą tronu zniknął im z oczu. 

— No, na dzisiaj, dzięki Bogu, koniec — powiedział do markiza jeden z 

dżentelmenów — mogę zrzucić już ten niewygodny mundur. 

— Mam zamiar zrobić to samo — odparł markiz i już chciał wsiąść do 

swego powozu, gdy usłyszał: 

—   Och,   Oakenshaw,   prawie   bym   zapomniał.   Minister   spraw 

zagranicznych prosił, żebyś wpadł do niego przed lunchem. 

— A to w jakim celu? — spytał markiz niechętnie. 
— Nie mam pojęcia, ale znając jego lordowską mość pewnie chodzi o coś, 

co powinno być zrobione wczoraj. 

Markiz zaśmiał się krótko, choć wcale go to nie rozbawiło. Dobrze 
wiedział, że lord Rosebery ze swoimi zdolnościami, pozycją i bogactwem 
mógł zdobyć władzę nawet bez angażowania własnej inteligencji, z 
której powszechnie słynął. Pan Gladstone nazywał go człowiekiem 
przyszłości. 

Kiedy   lord   Rosebery   został   awansowany   na   ministra   spraw 

zagranicznych,   jego   zdolności   oratorskie   zyskały   ogólny   podziw   i 
przysporzyły mu popularności w całym kraju. 

Miał   przy   tym   niezrównane   konie   wyścigowe,   które   zawsze 

przychodziły pierwsze do mety. 

Fakt, że minister zaliczył do grona bliskich przyjaciół o wiele od siebie 

młodszego markiza Oakenshawa, nikogo nie dziwił. Obaj bowiem lubili 
uprawiać sporty i mieli poczucie humoru, które pozwalało im śmiać się 
nie tylko z otoczenia, ale także z samych siebie. 

background image

Gdy   powóz   zaprzężony   w  dwa  znakomite  konie   jechał   w  kierunku 

ministerstwa, markiz zastanawiał się, z jakiego to powodu lord Rosebery, 
z którym jadł obiad zaledwie przed paroma dniami, tak niezwłocznie chce 
się z nim widzieć. 

Oakenshaw   miał   ochotę   najpierw   udać   się   do   swojego   domu   przy 

Grosvenor Square, by się przebrać, ale skoro lord Rosebery tak pilnie go 
potrzebował,   byłoby   wielkim   nietaktem   kazać   mu   czekać.   Konie 
zatrzymały   się   przed   budynkiem   ministerstwa   i   jeden   z   prywatnych 
sekretarzy lorda Rosebery'ego zbiegł po schodach, by powitać przybysza. 

— Dzień dobry, milordzie. Minister będzie bardzo wdzięczny  za tak 

rychłe przybycie. 

— Witaj, Cunningham. Możesz mi powiedzieć, po co ten cały pośpiech? 

— zapytał sekretarza lorda Rosebery'ego, którego znał od dawna. 

— Myślę, że jego lordowska mość sam wszystko wyjaśni — odrzekł 

sekretarz i poprowadził markiza korytarzem do drzwi gabinetu ministra. 

— Markiz Oakenshaw, milordzie — zaanonsował niemal z dumą: 

Lord Rosebery wydał okrzyk zadowolenia i wstał, by powitać gościa. 

— Wspaniale, że przyszedłeś, Vivien — powiedział. — Muszę przyznać, 

że świetnie wyglądasz. Jak wypadło poranne przyjęcie u księcia? 

— Było bardziej nudne niż zwykle— odparł markiz. 

Usiadł na krześle naprzeciwko biurka. Lord Rosebery zajął z powrotem 

swoje miejsce i rzekł: 

— Pewnie Stanhope napomknął ci już, że to pilna sprawa. 
— Co się stało? — spytał markiz. — W Europie wybuchła wojna czy 

może Rosjanie wkroczyli do Indii? 

— Nic aż tak złego — zapewnił go lord Rosebery z uśmiechem — ale 

potrzebuję twojej pomocy w Syjamie. 

— W Syjamie? — powtórzył markiz. — Myślałem, że już jest tam spokój. 

— W zasadzie tak, ale chciałbym, żebyś pojechał do Bangkoku z misją 

dobrej woli. 

Markiz odchylił głowę do tyłu i roześmiał się. 

—   Powiem   ci   coś,   Archibaldzie.   Zawsze   mnie   zaskakujesz.   Mogłem 

spodziewać się, że poprosisz mnie, bym jechał do Paryża albo Kairu, ale z 
pewnością nie do Syjamu. 

background image

Lord Rosebery rozparł się wygodniej w fotelu po drugiej stronie biurka, a 

gdy zaczął mówić, jego oczy zabłysły. 

— Nie chciałbym sprawiać ci zbyt dużego kłopotu. Pomyślałem tylko, że 

twój  jacht, który  stoi  tak  długo bezczynnie,   świetnie nadawałby  się do 
takiej podróży. Mógłbyś wpłynąć do ujścia rzeki, tak jak w zeszłym roku 
francuska kanonierka. 

— Słyszałem o tym — odparł markiz. — Dużo na ten temat rozprawiano. 

Rozumiem, że po tym, jak wysłaliśmy parę okrętów wojennych w tamte 
okolice, wszystko ucichło. 

—   W   istocie   —   przyznał   lord   Rosebery   —   jak   zwykle   jesteś   dobrze 

poinformowany. 

Na chwilę zapadła cisza. Minister przyglądał się badawczym wzrokiem 

przystojnemu młodemu człowiekowi siedzącemu naprzeciwko i nieocze-
kiwanie rzekł: 

— Z twoją inteligencją i wiedzą o świecie mógłbyś odegrać znaczącą rolę 
w polityce. Spróbuj. Potrzebujemy cię. 

Markiz uśmiechnął się i znudzony wyraz zniknął z jego twarzy. 
— Wydaje mi się — odparł — że te rozwlekłe przemówienia w Izbie 

Lordów są równie nudne jak ci, którzy je wygłaszają. 

Rosebery roześmiał się. 

— W porządku, nie będę nalegał, żebyś robił coś w Parlamencie, jeśli 

pomożesz mi, tak jak kiedyś, w innej sprawie. 

— Czy naprawdę chcesz, bym pojechał do 

Syjamu? 

—   Jeżeli   termin   ci   nie   odpowiada   —   odparł   lord   Rosebery   — 

przypuszczam, że są jakieś tego powody. Czy ona jest bardzo pociągająca? 

— Owszem. 

Mówiąc to markiz pomyślał, że lady Bradwell, która akurat pojawiła się 

w jego życiu, ma urok, z jakim nie spotkał się nigdy wcześniej. Liczne jego 
romanse, namiętne i gwałtowne, nigdy nie trwały długo, ponieważ szybko 
zaczynała   nużyć   go   ich   jednostajność.   W   wieku   trzydziestu   trzech   lat 
wciąż nie był żonaty z tego prostego powodu, iż nie spotkał dotąd kobiety, 
z którą chciałby spędzić całe życie. Przeżywając miłosne przygody nie 
myślał o małżeństwie. Przekonał się bowiem, że gdy tylko poznał bliżej 

background image

którąś   z   tych   atrakcyjnych,   dowcipnych   i   powszechnie   podziwianych 
piękności,   tak   zresztą   podobnych   do  siebie,   szybko   zaczynał   ziewać   z 
nudów. 

— Na Boga, Vivien — powiedział mu przed tygodniem jego najbliższy 

przyjaciel, Harry Prest-wood. — Czego, do diabła, oczekujesz od życia? Za 
czym się rozglądasz? Czyżbyś już zerwał z Daisy? ' 

Mówił   o  pewnej   damie   okrzykniętej   zgodnie   za   największą   piękność 

ostatniego sezonu, która, podobnie jak wiele kobiet przed nią, straciła dla 
markiza serce, a w konsekwencji i głowę. 

Hrabina   miała   męża,   który   wolał   wiejskie   okolice   od   Londynu   i   po 

dziesięciu   latach   małżeństwa   przestał   zwracać   uwagę   na   prywatne 
rozrywki swojej żony, jeśli tylko dbała o poszanowanie jego imienia. 

Markiz   miał   reputację   podrywacza,   co   bardziej   uchodziło   w   czasach 

panowania króla Jerzego IV niż królowej Wiktorii. Dlatego też, jeśli tylko 
ujrzano go z jakąś kobietą, natychmiast stawało się to przedmiotem plotek. 

Jednak gdy związał się z Daisy, markiz starał się być bardzo ostrożny. 

Zdawał   sobie   bowiem   doskonale   sprawę,   że   skoro   oboje   znani   są 
publicznie, ich związek z pewnością nie umknie uwadze i wywoła skandal. 
Daisy jednak najwyraźniej się zakochała i już zaczynano o nich mówić. A 
ponieważ   markiz   nie   przepadał   za   insynuacjami   swoich   przyjaciół   i 
cierpkimi uwagami zamieszczanymi w kolumnach towarzyskich, niezwło-
cznie przerwał romans. 

Jeśli chciał, potrafił być bezlitosny i zdeterminowany. Kiedy tylko na coś 

się   zdecydował,   żadne   łzy,   błagania   i   groźby   nie   mogły   zmienić   jego 
zdania. 

— Jak możesz mi coś takiego proponować  — rozpaczała Daisy, gdy 

powiedział, że powinni ograniczyć spotkania. 

— Obawiam się, że nie mamy innego wyjścia — odparł markiz. 
— Kocham cię — wyznała Daisy. — Uwielbiam cię. Nigdy nie sądziłam, 

że potrafię tak pokochać jakiegokolwiek mężczyznę. 

— Pochlebiasz mi, musisz jednak dbać o swoją reputację zarówno wśród 

znajomych, jak i w Marl-borough House. 

Daisy   zesztywniała   i   przez   chwilę   z   niedowierzaniem   spoglądała   na 

markiza przez łzy, jakby wątpiła, czy mówi to serio. 

background image

— Co miałeś na myśli wspominając o Marl-borough House? — spytała. 

— Książę nigdy nie powie o mnie nic złego. Dobrze o tym wiesz. 

—   Wczoraj   przy   kolacji   pytanie   księżnej,   kiedy   twój   mąż   wraca   do 

Londynu, było bardzo wymowne — zauważył markiz. 

Daisy   milczała.   Świetnie   zdawała   sobie   sprawę,   że   sprzeciwianie   się 

księżnej   mogłoby   się   skończyć   wykluczeniem   z   towarzystwa.   Chociaż 
Daisy   wydawało   się   niemożliwe,   by   piękna   Aleksandra   stała   się   jej 
wrogiem, czuła, że księżna nie jest jej zbyt przychylna. 

—   Daisy,   chcę   ci   podziękować   za   szczęście,   które   mi   dałaś,   i   mam 

nadzieję, że na zawsze zostaniemy przyjaciółmi — rzekł spokojnie markiz, 
wiedząc, że uderzył w czuły punkt. 

Zabrzmniało to pompatycznie, ale nic innego nie przyszło mu do głowy. 

Prawdę mówiąc wcale nie martwił się tak bardzo o reputację Daisy. Po 
prostu młoda dama przestała być dla niego tak atrakcyjna. 

Nie potrafił zrozumieć, czemu każda kobieta, którą adoruje, powtarza 

wkoło to samo, tak że po krótkim czasie może przewidzieć niemal każde 
słowo wychodzące z jej ust. 

Nie wymagał od kobiet wielkiej inteligencji — broń Boże. Nic bardziej go 

nie   denerwowało   niż   przemądrzała   kobieta,   ale   z   pewnością   cenił 
oryginalność. 

Daisy   potrafiła   wzbudzić   w   nim   ogień   pożądania,   lecz   nie   umiała 

prowadzić   interesujących   rozmów.   Uważał   za   banalne   wszystko,   co 
mówiła, nawet jeśli bardzo wdzięcznie przy tym wyglądała. 

— Do diabła z tym wszystkim — często mawiał markiz do Harry'ego. — 

Nigdy się nie ożenię. 

—   Ależ   oczywiście,   że   to   zrobisz   —   odpowiadał   Harry.   —   Musisz 

przecież mieć dziedzica, a w zamku z pewnością przyda się pani domu. 

Markiz zdziwił się bardziej, niż gdyby Harry rzucił mu bombę pod nogi. 

— Chcesz przez to powiedzieć, że nie jestem dobrym gospodarzem? — 

spytał. 

—  Trudno  znaleźć   lepszego —  zapewnił  go  Harry—   ale  też  gdy  się 

bawisz,   jesteś   rozrzutny   bardziej   niż   ktokolwiek.   Wydaje   się,   że   dla 
równowagi przydałaby się jakaś piękna dama po drugiej stronie  stołu, 
przyozdobiona brylantami rodu Oakenshawów, które zakładałaby także 

background image

na otwarcie Parlamentu. 

Markiz odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się. 

— Mówisz tak jak moja matka — powiedział. W duchu przyznawał 
jednak rację przyjacielowi. 

To było nieuniknione.  Musiał  w końcu  kiedyś wziąć sobie  żonę,  która 
zostałaby   panią   na   zamku,   w   rezydencji   w   Londynie   oraz   w   licznych 
posiadłościach markiza rozsianych po całym kraju, a także zajęłaby miejsce 
u jego boku na dworze. 

Ale jednocześnie porażała go myśl o nudzie, jaka z pewnością by go 

ogarnęła, gdyby podczas śniadań, obiadów i kolacji musiał wysłuchiwać 
banałów,   opowiadanych   przez   jakąś   młodą   dziewczynę,   i   gdyby   w 
dodatku miał świadomość, że tak będzie się działo do końca życia. 

— Nie ożenię się — upierał się markiz. 

Gdy   pozbył   się   Daisy,   łagodząc   jej   ból   rozstania   wyjątkowo   drogim 

prezentem od Cartiersa, zaczął się rozglądać za jakąś nową zdobyczą. 

Nie   spotkał   nikogo   aż   do   zeszłego   tygodnia,   kiedy   na   przyjęciu 

wydawanym przez jednego z członków rządu, którego zaproszeń zwykle 
nie przyjmował, znalazł się przy stole obok kobiety przedstawionej mu 
jako   lady   Bradwell.   Bez   wątpienia   była   piękna.   Inaczej,   jak   sądził,   nie 
posadzono by jej koło niego. Zdziwił się, że nie spotkał jej wcześniej. 

— Gdzie się pani ukrywała? — spytał. 
— Mieszkałam jakiś czas w Paryżu — odparła— i byłam przez rok w 

żałobie. 

— To wszystko tłumaczy. 

Mówiąc to miał na myśli nie tylko to, że nie spotkał jej wcześniej, lecz 

także,   iż   znalazł   wytłumaczenie   dla   jej   wyjątkowo   eleganckiego   stroju, 
wykwintnych manier i sposobu, w jaki odpowiadała na jego śmiałe zaloty i 
jaki nie był znany większości Angielek. 

Gdy   kolacja   dobiegła   końca,   markiz   był   wielce   zaintrygowany   nowo 

poznaną damą. Dwa dni później rozpoczął starania, by zdobyć jej serce. Z 
doświadczenia   wiedział,   że   nie   potrwa   to   długo,   a   i   rezultat   zmagań 
wydawał mu się przesądzony. 

Markiz nie był przesadnie zarozumiały. Musiałby być jednak zupełnie 

głupi, gdyby nie dostrzegał, że każda kobieta, którą chciał zdobyć, zawsze 

background image

była mu w końcu przychylna. Wszystkie opierały się jedynie dla zasady, by 
zachować swoją dumę. 

Lady Bradwell jednak nie tylko intrygowała markiza, ale, co więcej, 
stanowiła dla niego trudną do rozwikłania zagadkę. Mówiąc krótko 
markiz nie osiągnął jeszcze zamierzonego celu, choć nie wątpił, że 
wkrótce to nastąpi. Nie chciał jednak akurat w tym momencie wyjeżdżać 
za granicę. Nagle przyszło mu do głowy, że skoro lady Bradwell jest 
wdową, może udałoby się ją namówić, aby pojechała razem z nim, 
oczywiście w towarzystwie jakiejś przyzwoitki. Spytał głośno ministra: 

— Archibaldzie, kiedy miałbym wyruszyć z ową, jak ty to nazywasz, 

misją dobrej woli? I jakie właściwie byłoby moje zadanie? 

Widząc   uśmiech   ministra   i   błysk   w   jego   oczach,   markiz   doszedł   do 

wniosku, że lord Rosebery nie tylko ucieszył się z jego zgody, ale zapewne 
domyślał się także, co się za nią kryje. 

— Chciałbym, żebyś wyruszył tak szybko, jak to możliwe — odparł. — A 

jeśli   chodzi   o  twoje   drugie   pytanie,   to  wiesz   przecież,   co  się   działo  w 
Syjamie, i dużo nie muszę ci wyjaśniać. Chodzi jedynie o to, byś rozwiał 
obawy   króla   związane   z   podpisaniem   umowy   francusko-angielskiej.   — 
Minister uśmiechnął się i mówił dalej: — Musisz sprawić, by jego wysokość 
uwierzył,   że   nie   zagraża   ona   jego   krajowi,   przeciwnie,   gwarantuje   mu 
niezależność. 

— Z tego, co mówisz— rzekł markiz— wynika, że mocarstwa kolonialne, 

to znaczy Brytyjczycy w Birmie i Francuzi w Laosie będą traktować Syjam 
jako państwo buforowe. 

— Dokładnie tak— przyznał minister— nic dziwnego jednak, że po tym 

całym zamieszaniu, głównie z powodu Francuzów, król Czulalongkorn z 
obawą patrzy w przyszłość. 

— Mam nadzieję, że się uspokoi — odparł markiz. — Zawsze uważałem 

Czulalongkorna,   zresztą   podobnie   jak   ty,   za   wielkiego   władcę   naszych 
czasów, który z pewnością przejdzie do historii. 

Lord   Rosebery   przytaknął   ruchem   głowy.   Obaj   mężczyźni   pamiętali 

początki panowania króla, kiedy to ogłosił, że dzieci, które urodzą się nie-
wolnikom, zostaną wolnymi ludźmi, i od tamtej pory stopniowo uwalniał 
swoich   poddanych.   Czulalongkorn   wprowadził   również   nowoczesny 

background image

system pocztowy, stworzył sieć kolejową i na miejsce lokalnych feudałów, 
którzy   mieli   zbyt   wielką   władzę,   mianował   gubernatorów   odpo-
wiadających za swoje poczynania przed samym władcą. 

Kiedy markiz odwiedził Syjam kilka lat wcześniej, Czulalongkorn i jego 

reformy wywarły na nim wielkie wrażenie. Pewnego razu jego wysokość 
powiedział mu: 

—   Wszystkie   dzieci,   moje   własne   i   te   najbiedniejsze,   powinny   mieć 

zapewniony dostęp do nauki. 

Król   Czulalongkorn   nie   chciał,   by   Syjam   uzależnił   się   od   Zachodu. 

Jednym ze sposobów uniknięcia tego były postępowe reformy. W owym 
czasie Wielka Brytania całkowicie kontrolowała Birmę. Króla niepokoiła 
także wzrastająca siła i wpływy Francuzów w Indochinach. Rok wcześniej 
wynikły z tego kłopoty. Dwa francuskie okręty wojenne, które wpłynęły na 
rzekę Cziapana w drodze do Bangkoku, zostały ostrzelane przez Tajów. Po 
obu stronach były ofiary, ale do tej pory ucichły już wszelkie animozje. 

—   Chciałbym   —   rzekł   minister   —   żebyś   przekonał   króla,   iż   Wielka 

Brytania naprawdę ma dobre zamiary. Myślę, że nikt nie zrobi tego lepiej 
niż ty. 

— Pochlebiasz mi— odparł markiz — lecz wiem doskonale, że robisz to 

dlatego, by osiągnąć swój cel — westchnął. — W porządku, pojadę, ale pod 
warunkiem, że będę mógł zabrać ze sobą kogoś do towarzystwa. 

— To nie zależy ode mnie — stwierdził lord Rosebery — lecz od tego, czy 

obiekt twoich uczuć przyjmie zaproszenie — przerwał i dodał po chwili. — 
Znam cię dosyć długo, Vivien, i nigdy nie słyszałem, żeby jakaś kobieta ci 
odmówiła. 

— Zawsze musi się zdarzyć ten pierwszy raz. Lord Rosebery wstał. 

—   Mam   umówione   spotkanie.   Czy   zjadłbyś   jutro   ze   mną   lunch? 

Opowiedziałbym ci dokładniej o sytuacji w Syjamie i dałbym ci listy do 
króla,   naszego   posła   i   konsula   generalnego   w   Bangkoku,   kapitana 
Henry'ego Michaela Jonesa. 

— Mam dziwne wrażenie, że wymusiłeś na mnie zgodę na ten wyjazd — 

rzekł markiz. — Jeśli coś pójdzie nie tak, Archibaldzie, przysięgam, że nie 
przyjmę już więcej twoich propozycji. Do tej pory zawsze wysyłałeś mnie 
do tych części świata, których nie miałem większej ochoty oglądać. 

background image

—   Nonsens!   —   odrzekł   lord   Rosebery.   —   Nie   wątpię,   że   chętnie 

uciekniesz   od   intryg   rozgrywających   się   w   Marlborough   House   i 
przeraźliwie nudnych przyjęć, które tak cię denerwują. I kto wie... może 
znajdziesz na dalekiej ziemi jakąś piękną orchideę lub ujrzysz gwiazdę, 
jakiej zawsze szukałeś? 

Markiz spojrzał na przyjaciela z niedowierzaniem. 

— Kto mówi, że szukam czegokolwiek? 
— A czy może być inaczej — uśmiechnął  się lord Rosebery.—  Masz 

wszystko...   atrakcyjny   wygląd,   wysoką   pozycję,   majątek...   z   wyjątkiem 
tego, co dla mężczyzny najważniejsze. 

— Co masz na myśli? — spytał markiz wrogim głosem, spodziewając się, 

jaka będzie odpowiedź. 

— Miłość — rzekł minister. 

Markiz już miał powiedzieć, że to ostatnia rzecz, na jakiej mu zależy, i 

doskonale sobie bez niej radzi, przypomniał sobie jednak, że lord Rosebery 
przed czterema laty stracił żonę i jego przyjaciele ze smutkiem patrzyli, jak 
staje się coraz większym odludkiem. 

Markiz powstrzymał się więc od uwagi, którą miał na końcu języka, i 

rzekł tylko: 

— Zawsze słyszałem, że najlepiej podróżuje się samemu. 
— To dosyć oklepane powiedzenie — zauważył oschle lord Rosebery — 

stać cię na coś lepszego. Ale oczywiście wszystko zależy od tego, dokąd się 
jedzie. 

Markizowi spodobała się subtelność tej uwagi. Po chwili ciszy lord 
Rosebery rzekł: 

— Kiedy wrócisz, będę miał dla ciebie dość ciekawą propozycję. 

Markiz uniósł brwi i spytał: 

— Jaką? 
— Nie chcę zajmować ci teraz czasu, ale wspominałem już o tym jego 

wysokości, któremu pomysł bardzo się spodobał. 

— Pewnie masz ma myśli gubernatorstwo? — rzekł powoli markiz. 
— Może nawet coś lepszego. W każdym razie wracaj szybko... nie chcę, 

żebyś pozostawał zbyt długo na obcej ziemi. 

Oakenshaw wstał. 

background image

— A więc zjemy jutro razem lunch, Archibaldzie — powiedział. — Lepiej 

przekonaj mnie, że ta podróż jest naprawdę konieczna, inaczej zapewniam 
cię, iż wycofam się w ostatniej chwili. 

— Jeszcze nigdy mnie nie zawiodłeś — odparł minister. — Żałuję, że nie 

mam   czasu,   by   jechać   razem   z   tobą.   Gdybym   miał   wolną   chwilę,   nie 
wahałbym się podjąć wyprawę po złote runo. 

Gdy podeszli do drzwi, lord Rosebery położył dłoń na ramieniu swego 

młodego przyjaciela. 

— Jestem pewien, Vivien, że ona chętnie przyjmie twoje zaproszenie... 

może nawet zbyt chętnie. Miejmy jednak nadzieję, że nie znudzisz się nią 
przed powrotem. 

— Twoja impertynencja mnie zdumiewa! — wykrzyknął markiz i obaj 

roześmiali się wychodząc z gabinetu na korytarz. 

Tarina Worthington nacisnęła dzwonek przy wejściu do budynku przy 

Belgrave Square  115 i czekała niespokojnie, aż ktoś jej otworzy. Drzwi 
uchylił lokaj w liberii. 

— Chciałabym zobaczyć się z lady Bradwell — oznajmiła. 
— Czy jest pani umówiona? 
— Niestety nie — odparła Tarina — ale czy może pan jej powiedzieć, że 

kuzynka Tarina Worthington chce się z nią widzieć. 

Lokaj   rozchmurzył   się   nieco,   gdy   usłyszał   słowo   „kuzynka".   Ruszył 

powoli w stronę salonu i otworzył drzwi, by wpuścić Tarinę do środka. 

— Zawiadomię milady o pani przybyciu — rzekł. 
Tarina rozejrzała się po przestronnym pomieszczeniu z wysokim sufitem, 

umeblowanym w sposób świadczący bardziej o zamożności właściciela niż 
o dobrym guście. Uwagę młodej kobiety przyciągnęło jej własne odbicie w 
wielkim lustrze. 

Teraz już wiedziała, czemu lokaj miał ochotę odprawić ją z kwitkiem. 

Czarna suknia, którą kupiła po śmierci ojca, była pośledniego gatunku, a w 
promieniach   zimowego   słońca   wyglądała   na   zniszczoną.   Płaszcz, 
niezbędny   przy   temperaturze   bliskiej   zera,   który   miała   na   sobie,   był 
wytarty.   Nosiła   go   bowiem   przez   wiele   lat   jej   matka.   Uśmiechając   się 
smutno, pomyślała, że wygląda naprawdę okropnie. Ale nie ośmieliła się 
wydać pieniędzy na strój żałobny. Niewielka suma, jaką po śmierci ojciec 

background image

zostawił jej w banku, ledwie chroniła ją przed głodem. 

„Jak tacie udało się choć tyle zaoszczędzić?" Tarina rozpaczliwie pytała 

samą siebie. 

Sprzedała z plebanii wszystko, co do niej należało. Wiedziała jednak, że 

dostanie za to tylko parę marnych funtów. 

Czekając   na   kuzynkę,   której   nie   widziała   od   dwóch   lat,   była   coraz 

bardziej niespokojna. Stojąc przed lustrem nerwowo poprawiła kapelusz. 
Od tygodnia nie miała czasu umyć włosów, które straciły swój rudawy 
połysk. Matka zawsze uważała, że Tarina odziedziczyła kolor włosów po 
austriackich przodkach. 

—   To   zabawne,   Tarino   —   mówiła   —   ale   rude   włosy,   zawsze   tak 

podziwiane, nie pojawiły się w mojej rodzinie od dwóch pokoleń, a teraz 
znowu się pokazały. 

— Czy moja prababka była bardzo piękna? — spytała kiedyś Tarina. 
—   Wszyscy   tak   powiadali   —   odparła   matka.   —   Podobno   była   także 

niezwykle   utalentowana.   Miała   doskonały   głos,   a   z   jej   pamiętnika 
dowiedzieliśmy się, że cieszyła się wielkim powodzeniem na wiedeńskich 
balach. Dwa razy śpiewała w pałacu Schónbrunn dla cesarza Franciszka 
Józefa i cesarzowej Elżbiety, która także miała rude włosy. 

— Czy myślisz, że ja także miałabym dobry głos... gdybym ćwiczyła? — 

spytała wtedy Tarina. 

Matka uśmiechnęła się. 

— Nie mam pojęcia, kochanie — odparła. — Pięknie śpiewasz w chórze 

kościelnym,   ale   obie   dobrze   wiemy,   że   trzeba   mieć   wielki   talent,   by 
oczarować  tłumy.  —  Zamilkła  na   chwilę,  a  potem  powiedziała:  —  Jest 
jednak pewna rzecz, o której powinnaś wiedzieć. Ojciec i ja musieliśmy 
bardzo oszczędzać, by móc opłacić twoje lekcje, i teraz nie stać nas już 
dłużej na to. 

Rude włosy Tariny miały dziwną właściwość. Odzwierciedlały bowiem 

stan   jej   ducha   lub   umysłu.   Gdy   dziewczyna   była   szczęśliwa,   włosy 
nabierały złocistego blasku, a kiedy miała zmartwienia, rudy kolor blakł i 
matowiał. 

Teraz połyskiwały jedynie pojedyncze kosmyki. Skóra na twarzy Tariny 

jak zwykle była zdumiewająco biała, a w promieniach słońca wyglądała 

background image

prawie na przezroczystą. Jej oczy, czasami zielone, innym razem szare, 
pociemniały od niepokoju i zmartwień. 

— A jeśli kuzynka Betty odprawi mnie? — powiedziała Tarina szeptem 

do siebie. — Co wtedy zrobię? Dokąd pójdę? 

Drzwi otworzyły się. 

— Jaśnie pani zgodziła się panią przyjąć — oświadczył lokaj. 
— Dziękuję — odparła Tarina. 

Ruszyła za lokajem przez korytarz. Weszli po schodach na piętro. 
Idąc korytarzem Tarina zobaczyła przez otwarte drzwi olbrzymi salon, 

umeblowany  w stylu Ludwika XIV, dywan w nieokreślonym kolorze i 
kilka raczej skromnych żyrandoli. Zdołała jedynie zerknąć na stojące w 
salonie krzesła i sofy, lokaj bowiem szybko ruszył dalej. 

W   końcu   korytarza   otworzył   drzwi   do   pomieszczenia,   które,   jak 

domyśliła się Tarina, było buduarem. 

Matka   często   opisywała   jej,   jak   wygląda   buduar,   i   Tarina   nie   miała 

wątpliwości,   gdzie   ją   wprowadzono.   Od   razu   rzuciły   się   jej   w   oczy 
brokatowe   jasnobłękitne   zasłony   ozdobione   falbanami   w   podobnym 
kolorze. 

W   pomieszczeniu   dało   się   wyczuć   atmosferę   subtelnej   kobiecości. 

Wrażenie  to potęgowały  jeszcze  wielkie  wazony   z  goździkami,  rozsie-
wającymi wokół słodki zapach, które odbijały się w wiszących na ścianach 
lustrach oprawionych w złote ramy. 

W pokoju nie było nikogo. Tarina zaczęła rozglądać się wokoło i wtedy 

ktoś   wszedł   przez   tylne   drzwi.   Tarina   zrobiła   kilka   kroków   cicho 
szeleszcząc suknią i w tym momencie kobieta, która weszła do środka, 
zawołała: 

— Tarina! Aż trudno uwierzyć, że to ty! Co robisz w Londynie? 

Dziewczyna podeszła bliżej. 

— Och, Betty... jak miło, że zgodziłaś się mnie przyjąć. 
— Ależ oczywiście, że chciałam cię zobaczyć — odparła lady Bradwell i 

zaraz potem zamilkła skonsternowana. — Jesteś w czerni. Co się stało? 

— Mój ojciec umarł przed miesiącem. 
— Och, jakże mi przykro. Nie wiedziałam o tym. Pewnie bardzo ci go 

brakuje? 

background image

—   Bardziej,   niż   mogę   to   wyrazić.   Teraz   kiedy   umarł,   sama   muszę 

zarabiać na życie. 

—   Moje   biedne   dziecko!   —   wzruszyła   się   lady   Bradwell.   —   Chodź, 

usiądź tutaj i opowiedz mi o wszystkim. 

Spoczęła w rogu kanapy, a Tarina przycupnęła obok nie mogąc oderwać 

oczu od urodziwej kuzynki. Jasnowłosa Betty z rozmarzonymi niebieskimi 
oczami wyglądała jak z obrazu Fragonarda. 

— Jesteś taka piękna! Jeszcze piękniejsza niż kiedyś! I coś się w tobie 

zmieniło. 

Lady Bradwell uśmiechnęła się. 

— Wszyscy tak mówią. Pewnie Paryż tak na mnie wpłynął. Po śmierci 

męża jego krewni, którzy zawsze bardzo mnie lubili, zaprosili mnie do 
siebie. 

— Przykro mi, że straciłaś męża— rzekła Tarina. — Wiem, że ojciec 

wtedy pisał do ciebie. 

— Tak, przysłał mi wspaniały list— odparła lady Bradwell — ale jeśli 

mam być z tobą szczera... wcale tak bardzo nie rozpaczałam, gdy zostałam 
wdową. 

Tarina wykrzyknęła: 

— Och, Betty! Dlaczego? Lady Bradwell westchnęła lekko. 

— Mój mąż, zanim umarł, chorował przez cały rok i opiekowanie się nim 

było niezmiernie nużące. A jeszcze wcześniej okropnie kaprysił. Nic dzi-
wnego, był przecież starszy ode mnie o całe czterdzieści lat. 

— Wiem — odparła Tarina. — Wszyscy jednak mówili, że żyliście ze 

sobą w harmonii, a on cieszył się wielkim poważaniem u ludzi. 

— Arthur pewnie na swój sposób był miłym człowiekiem — rzekła Betty 
— ale wyobraź sobie, Tarino, że na przyjęcia i bale chodziliśmy tylko do 
jego znajomych, którzy byli mniej więcej w jego wieku. Tak więc do tej 
pory nie miałam zbyt ciekawych rozrywek. — Westchnęła lekko i mówiła 
dalej: — Nawet nie wiesz, jak cudownie jest być teraz w Londynie, we 
własnym domu. Nie mieć żadnych zobowiązań i wydawać pieniądze na 
eleganckie toalety. 

— I mieć przyjaciół, którzy cię adorują — dorzuciła Tarina. 
—   No   tak   —   odparła   Betty   —   rzeczywiście   słyszę   zewsząd 

background image

komplementy. Wiesz co, Tarino... 

Rozmawiały ze sobą  jak za dawnych lat, kiedy to Betty jako starsza 

mówiła, a Tarina słuchała jej z przejęciem. Teraz Tarina siedziała z oczami 
wlepionymi w kuzynkę, najwyraźniej nią oczarowana, a Betty rozprawiała 
jak siedemnastolatka, która uważa się za dorosłą, i zwracała się do Tariny 
jak do dziecka. 

— Co takiego? — dopytywała się Tarina, gdy Betty przerwała na chwilę. 
— Markiz Oakenshaw zaprosił mnie na wycieczkę jachtem. 
— Jachtem? — zdumiała się Tarina. — Czy umiesz żeglować? 
—   To   nieważne   —   odparła   pospiesznie   Betty.—   Markiz   jest 

najprzystojniejszym i najbardziej niezwykłym człowiekiem w Londynie i 
wydaje mi się, że wpadłam mu w oko. 

— Coś podobnego! Jakie to ekscytujące! — wykrzyknęła Tarina. — Czy 

on poprosi cię o rękę? 

Betty zaśmiała się krótko. 

—   To   pewnie   mało   prawdopodobne,   ponieważ   jest   zatwardziałym 

kawalerem... o czym nie omieszkano mnie poinformować. 

Tarina spojrzała zdumiona. 

— Jak to? Nie rozumiem... 

Betty zerknęła na nią i szybko wyjaśniła: 

— Oczywiście może uda mi się nakłonić go do zmiany poglądów. W 

każdym razie będę na statku jego gościem i wszystkie kobiety, które go 
kiedykolwiek znały, oszaleją z zazdrości. 

Tarina zastanawiała się, czemu miałoby to być akurat takie ważne, ale 

jako że darzyła swoją kuzynkę wielką sympatią, powiedziała: 

— Będę o ciebie niespokojna. Kiedy wyruszasz w podroż? 
— Już niedługo... za jakieś dwa dni. Zupełnie nie wiem, czy zdążę się 

przygotować. 

Tarina uśmiechnęła się. 

— Masz tyle osób do pomocy. 
— Powinnam zabrać ze sobą parę nowych strojów, ale z pewnością nie 

da się ich uszyć w tak krótkim czasie. Dzięki Bogu, że przywiozłam kilka 
wspaniałych kreacji z Paryża. Wydałam na nie majątek! 

Tarina   spojrzała   na   wspaniałą   suknie,   uszytą   z   drogiego   jedwabiu   i 

background image

prawdziwej koronki, którą Betty miała na sobie. Wiedziała, że za pieniądze 
wydane na takie stroje ona sama mogłaby żyć przynajmniej przez rok, lecz 
porzuciła szybko takie myśli i powiedziała: 

— Przyjechałam tutaj, Betty, nie po to, by się naprzykrzać, chciałam tylko 

prosić cię... byś dała mi referencje. 

— Referencje? 

Zdziwienie Betty rozbawiło Tarinę. 

— Pewnie wiesz, że mój ojciec nie miał żadnego majątku. Dostawał tylko 

niewielką pensję. Teraz jestem zmuszona zarabiać na życie. 

— Och, Tarino, tak mi przykro — powiedziała Betty. — Jakie to straszne! 

Co więc zamierzasz? 

— Zostanę guwernantką — odparła Tarina cicho. — Jedynie do takiej 

pracy mam kwalifikacje. Na początku musiałabym się zajmować małymi 
dziećmi, brakuje mi przecież doświadczenia. 

—   Chcesz   powiedzieć,   że   zamierzasz   zmarnować   swoje   zdolności 

umysłowe, które zawsze tak chwalił twój ojciec, na opiekowanie się roz-
kapryszonymi   dzieciakami?   —   spytała   Betty.   —   To   nie   jest   najlepszy 
pomysł. 

— Nie mam innego wyjścia— westchnęła Tarina. — Ale pewnie wiesz, że 

nie   przyjmą   mnie   do   żadnego   porządnego   domu,   jeśli   nie   będę   miała 
dobrych referencji, a oprócz ciebie nie znam nikogo, kogo mogłabym o nie 
poprosić. 

—   Moja   droga,   napiszę   ci   takie   referencje,   że   każdy   natychmiast   cię 

przyjmie. 

— Dziękuję ci — odparła Tarina z ulgą. 
— Najpierw jednak chciałabym pokazać ci suknie, które przywiozłam z 

Paryża — powiedziała Betty — i szafę specjalnie dla nich kupioną. 

Mówiąc to wstała i zaprowadziła Tarinę do przyległej sypialni, jeszcze 

wspanialszej od buduaru. Stało tam wielkie łóżko osłonięte jedwabnymi 
zasłonami, które przytrzymywały na rogach rzeźbione złote aniołki. 

Na   wierzchu   leżała   gronostajowa   kołdra.   Poduszki   z   wielkimi 

monogramami   wyhaftowanymi   pośrodku   zdobiły   koronkowe   falbanki 
przetykane błękitną satynową wstążką. 

Tarina rozejrzała się wokół z podziwem. Niegdyś wiele razy próbowała 

background image

wyobrazić sobie, jak wyglądają sypialnie w rezydencjach wielkich dam, ale 
nigdy nie przypuszczała, że mogą być aż tak ładne i luksusowe. 

— Kazałam zmienić wystrój sypialni i buduaru — rzekła Betty. — Teraz 

odnawiam salon, który był ponury i za bardzo przypominał mi męża. 

Zerknęła   na   kuzynkę   figlarnie.   Tarina,   która   wiedziała,   że   Betty 

specjalnie chce ją zaszokować, zawołała: 

— Betty! Nie powinnaś tak mówić! 
— Ale  to prawda. Och,   Tarino,   z jaką ulgą  uwolniłam się  od niego! 

Zawsze uważał mnie za idiotkę, a po miesiącu poślubnym, okropnym zre-
sztą, nigdy nie usłyszałam od niego żadnego komplementu. 

Żal w jej głosie dało się odczuć tak wyraźnie, że Tarina czule objęła Betty 

i powiedziała: 

— Nie martw się, kochana. Jesteś taka piękna, że markiz z pewnością 

będzie   chciał   się   z   tobą   ożenić.   A   może   spotkasz   jakiegoś   czarującego 
księcia lub innego arystokratę w jednym z tych wspaniałych europejskich 
krajów, o których tyle czytałam w gazetach. 

Betty wybuchnęła śmiechem. 

— To brzmi jak jakaś bajka! 
— Bo wyglądasz jak księżniczka z bajki. 
— To tylko dlatego, że kupiłam parę strojów tak wspaniałych jak te, które 

miał na balu Kopciuszek. W tej szafie jest kilka moich nowych sukien, no i 
mam pełno innych w pokoju za tamtymi drzwiami. 

Podeszła   do   szafy   pomalowanej   na   biało   i   niebiesko.   Ściany 

pomieszczenia utrzymane były w podobnej tonacji. Wisiały na nich lustra, 
w których odbijały się meble skąpane w promieniach słońca wpadających 
przez okno. 

Kiedy Betty skończyła mówić, rozległo się pukanie. 

— Kto tam? — spytała patrząc na drzwi wychodzące na korytarz. 
— To ja, milady. 
— Wejdź, Bates. 

W progu stanął lokaj, który wpuścił Tarinę do domu. 

— Przepraszam, milady, ale mam złe wieści. 
— Złe wieści? — powtórzyła Betty. — Jakie? 
— Jones, milady... miała wypadek. 

background image

— Co się jej stało? 
— Chciała zdjąć coś z tej wielkiej szafy stojącej na ostatnim piętrze — 

wyjaśnił Bates — a że było to dosyć ciężkie, straciła równowagę i spadła ze 
schodów. 

— O Boże! — wykrzyknęła Betty. — Czy zrobiła sobie krzywdę? 
— Niestety tak, milady. Złamała nogę. Betty westchnęła ciężko. 
— Złamała nogę? Och, biedna Jones. Tak mi przykro. — Przerwała, a 

potem   dodała   innym   głosem:   —   Ciekawe,   u  licha,   co   ja   teraz   bez   niej 
zrobię? 

Rozdział 2 

Betty powiedziała z wysiłkiem do lokaja: 

— Powiedz Jones, że wpadnę do niej później.  Pewnie był już u niej 

doktor? 

— Tak, złożył jej kość, milady, i powiedział, że przyjdzie jutro. Myślę, że 

Jones teraz śpi. 

— Sen dobrze jej zrobi — odparła Betty. — A teraz chciałabym napić się 

herbaty w buduarze razem z panną Worthington. 

— Tak jest, milady. 

Lokaj   ukłonił   się   i   opuścił   pokój.   Betty   spojrzała   na   Tarinę   z 

przerażeniem w oczach. 

—   Co   za   pech?   —   powiedziała   —   Zostałam   bez   pokojówki.   Muszę 

znaleźć sobie inną; nie będzie to takie proste. — Zamilkła na moment, a 
potem mówiła dalej: — Trzeba dokończyć pakowanie. Jones jednak sporo 
już zrobiła. Ale jak ja teraz, w takim pośpiechu, zaangażuję pokojówkę, 
która nawet nie będzie wiedziała, jak dbać o moje stroje i układać moje 
włosy. 

Spojrzała   błagalnie   w   kierunku   szaf,   jakby   szukała   u   nich   pomocy. 

Wtedy Tarina zaproponowała: 

— Jeśli chcesz, pomogę ci. 
—   Prawdę   mówiąc,   mogą  to  zrobić   służące   zajmujące   się  domem  — 

odparła Betty. 

background image

Potem odwróciła się do kuzynki z błyskiem w oku. 

— Tarino! — zawołała. — Często układałaś mi fryzury, zanim wyszłam 

za mąż, potrafisz też doskonale szyć. 

Tarina   wstrzymała   oddech,   domyślając   się,   co   kuzynka   zamierza   jej 

zaproponować.   Betty   z   wahaniem,   jakby   bojąc   się   urazić   dziewczynę, 
spytała: 

— Pojechałabyś ze mną? Czy też moja prośba jest nie na miejscu? 
— Chodzi ci o tę morską wyprawę? 
— Tak — odparła Betty — ale nie wypada mi prosić markiza, by zabrał 

cię jako dodatkowego gościa. 

— Ależ oczywiście! — zawołała Tarina. — Ale jeśli chcesz, mogę pojechać 

jako twoja pokojówka. 

Oczy Betty pojaśniały. 

— Jestem ci niezmiernie wdzięczna, Tarino, ale mam wyrzuty sumienia. 

Szukasz przecież pracy. 

— Tak — odparła Tarina — po to tutaj przyjechałam. Jednak nie potrafię 

wyobrazić sobie nic 

bardziej ekscytującego od pracy dla ciebie i wyprawy do egzotycznych 
krajów. 

Betty usiadła na krześle przed kominkiem i przyłożyła dłoń do czoła. 

—   Nie   mogę   pozbierać   myśli   —   powiedziała.   —   Jestem   taka 

zdesperowana, Tarino. 

— Rozumiem cię doskonale. W dodatku będziesz musiała troszczyć się o 

swój wygląd, by oczarować markiza. 

Mówiąc   to   Tarina   pomyślała,   że   jej   kuzynce   nie   oparłby   się   żaden 

mężczyzna. Betty, nawet zmartwiona, wyglądała oszałamiająco pięknie. Jej 
włosy odbijały promienie słońca, tak że cała postać sprawiała wrażenie 
skąpanej   w   biało-różowym   obłoku   i   jeszcze   bardziej   niż   zwykle 
przypominała obrazy Fragonarda. 

—   Musiałabyś   tylko   powiedzieć   mi   dokładnie,   czym   zajmuje   się 

pokojówka — rzekła Tarina. — Pewnie poradziłabym sobie. 

— Tutaj, na miejscu, służba ma zawsze pełne ręce roboty — odparła Betty 

— ale w podróży to co innego. W każdym razie markiz zgodził się, żebym 
zabrała ze sobą Jones. — Ucichła, a potem dodała: — Pewnie zrobił dla 

background image

mnie wyjątek. Mówił, że zna damy, które podróżują same, ponieważ ich 
służące nienawidzą morza. 

Tarina roześmiała się. 

—   To   całkiem   możliwe.   Wiele   lat   temu   twoja   matka   opowiadała,   że 

Ashton, jej pokojówka, zdecydowanie odmówiła wybrania się razem z nią 
w podróż do Paryża. 

—   Pamiętam   —   odparła   Betty.   —   I   chociaż   matka   skarżyła   się   na 

niedogodności, to właściwie cieszyła się, że Ashton została w domu. 

— Myślę, że większość służących nie lubi zmian i przeprowadzek. 
—   Właśnie   dlatego   zaangażowałam   Francuzkę.   Francuzi   mają   więcej 

fantazji. 

— Ta kobieta jest z Francji? Betty roześmiała się. 

— Zdziwiłaś się pewnie dlatego, że wołamy na nią Jones. Naprawdę ma 

na imię Janze, ale wyobraź sobie, jak to śmieszyło służących. Zaczęli ją 
nazywać „Jonesy" i tego już nie mogłam znieść. W końcu powiedziałam, że 
mają mówić do niej Jones. 

Tarina zachichotała. 

— To całkiem rozsądne. 
— Ty będziesz nazywać się Janze— powiedziała Betty. — Mówisz po 

francusku lepiej ode mnie, więc nikt nie będzie niczego podejrzewał. A 
poza tym wcale nie wyglądasz na angielską służącą. 

— Mam nadzieję — obruszyła się Tarina. Obie wybuchnęły śmiechem. A 
potem Betty 

powiedziała bardziej poważnie: 

— Naprawdę nie masz mi za złe, moja droga, że poprosiłam cię o taką 

przysługę? 

— Ależ skąd! To świetny pomysł. Jestem zachwycona! Myślę, że to mój 

anioł stróż przywiódł mnie tutaj akurat w takim momencie. — Zobaczyła, 
że   Betty   zamierza   coś   powiedzieć,   dodała   więc   szybko:   —   Bądźmy 
rozsądne i weźmy się do roboty. Powiedz mi dokładnie, co mam zrobić. 

—   Trzeba   spakować   jeszcze   jeden   kufer   —   zadecydowała   Betty   —   i 

służące ci w tym pomogą. Nie mów im na razie, że jedziesz razem ze mną 
jako pomoc, tylko że towarzyszysz mi jako gość markiza. 

Tarina rzekła z wahaniem: 

background image

— Nie wiem, czy mi uwierzą, kiedy na mnie popatrzą. Czy mogłabyś dać 

mi... choć trochę pieniędzy... naprawdę niezbyt dużo, żebym mogła kupić 
sobie coś stosownego do mojej roli? 

Betty po raz pierwszy przyjrzała się uważniej kuzynce i wykrzyknęła: 

— Och, Tarino! Co za egoizm z mojej strony! Powinnam posłać ci jakieś 

ubrania!   Nigdy   mi   to   nie   przyszło   do   głowy,   a   mam   przecież   masę 
zbytecznych rzeczy i... — Przerwała nagle, a potem zawołała tak, jakby 
dopiero teraz coś do niej dotarło: — Jesteś w żałobie! Teraz już wiem, co 
zrobimy. 

Tarina spojrzała na nią szeroko otwartymi oczami. 

— Nosiłam żałobę przez rok — powiedziała Betty. — Wiesz, jak do tego 

podchodzą Francuzi. Liczą się przede wszystkim konwenanse. Po śmierci 
swoich bliskich ubierają się w czerń aż do ostatniego dnia obowiązującej 
żałoby. 

Sposób,   w   jaki   mówiła   Betty,   tak   rozbawił   Tarinę,   że   nie   mogła 

powstrzymać się od śmiechu. 

— Ale możemy też zabrać — ciągnęła Betty — parę fiołkoworóżowych i 

białych sukien, które przydadzą ci się, jeśli w Syjamie będzie gorąco. 

Tarina uśmiechnęła się zadowolona i rzekła z niedowierzaniem: 

—   To   niezwykłe,   Betty,   jak   ty   wszystko   potrafisz   przewidzieć. 

Zapowiada się podróż jak z bajki. 

— Mam nadzieję, że taka będzie — odparła Betty. — W każdym razie 

zapewniam   cię,   że   mam   dwa   kufry   z   czarnymi   rzeczami,   które 
przywiozłam   z   Paryża   z   myślą   o   biednych.   Z   pewnością,   moja   droga, 
będziesz w nich wyglądać doskonale. 

— Nie jestem pewna, czy to dobry ubiór dla pokojówki — zmartwiła się 

Tarina. 

—   Ta   podróż   nie   będzie   trwała   wiecznie   —   rzekła   Betty.   —   Kiedy 

wrócimy, znajdziesz pracę w jakimś wielkim domu, gdzie z pewnością 
uwiedziesz najstarszego syna, wyjdziesz za niego i będziesz żyła długo i 
szczęśliwie. 

—   Myślę,   że   to   mało   prawdopodobne—   zaśmiała   się   Tarina.   —   Nie 

wiem, czy kiedykolwiek będę miała chociaż jedną nową suknię, której nie 
będę musiała się wstydzić. 

background image

— Dam ci wszystkie moje żałobne stroje — zapewniła ją Betty — i nigdy 

już nie będę tak samolubna, moja droga kuzynko, żeby zatrzymywać dla 
siebie rzeczy, których już nie noszę. Tak więc myślę, że będziesz najlepiej 
ubraną guwernantką w całej Anglii. 

Gdy to mówiła, przyszło jej do głowy, że Tarina mogłaby zauroczyć nie 

tylko najstarszego syna, lecz być może także ojca dzieci, które by uczyła. 
Ale Betty długo się nad tym nie zastanawiała. Teraz liczyło się tylko to, że 
Tarina zgodziła się wybrać w podróż i dbać o nią tak, by zrobiła wrażenie 
na markizie. 

Tarina wstała, zdjęła płaszcz i kapelusz i położyła je na krześle stojącym 

pod ścianą. 

— Najpierw muszę zobaczyć — powiedziała — jakie fryzury robiła ci 

Jones. Dawno nie układałam twoich włosów i nie wiem, jak teraz lubisz się 
czesać. 

W   nowej   fryzurze   Betty   wyglądała   bardzo   korzystnie.   Włosy   miała 

zaczesane do tyłu i upięte w mały kok na czubku głowy, a nad czołem 
grzywkę z pojedynczych złocistych kosmyków, które podkreślały błękit jej 
oczu. 

Tarina obeszła Betty dookoła i stanąwszy przed nią powiedziała: 

— Jestem pewna, że potrafię cię tak uczesać. Betty odetchnęła z ulgą. 

— Zawsze miałaś zręczne dłonie. Pamiętasz, jak przebierałyśmy się na 

Boże Narodzenie i bawiły w teatr? Wymyślałaś dialogi i stroje i byłaś o 
wiele lepszą aktorką ode mnie. 

— Ale za to ty byłaś najpiękniejsza — odparła Tarina. — Dzięki tym 

zabawom   teraz   uda   mi   się   odegrać   rolę   pokojówki   bez   większych 
trudności. Czy mam ci się kłaniać? 

Betty roześmiała się. 

— Jones niechętnie to robiła. Jest bardzo dumna, ale czasami skłaniała się 

przed moim mężem czy hrabiną.  Myślę, że możesz pokłonić się lekko, 
kiedy zobaczysz markiza lub kogoś z jego gości. 

Tarina zastanawiała się nad tym przez chwilę, a potem powiedziała: 

— Wydaje mi się, że dobrze by było, gdybym jadała posiłki w swojej 

kabinie. 

—   Załatwię   to   —   przyrzekła   Betty.   —   Przypuszczam   zresztą,   że   to 

background image

przyjęty zwyczaj. Jones uważałaby pewnie, że jadanie z resztą służby jest 
poniżej jej godności. 

— Ona musi być okropna! Czemu zatrudniłaś kogoś takiego? 
— Ponieważ to doskonała pokojówka. Nawet hrabina ją chwaliła. To ona 

postanowiła znaleźć mi francuską służącą, kiedy zobaczyła, jak zachowuje 
się ta, którą przywiozłam z Anglii. 

— Mam nadzieję, że będziesz ze mnie zadowolona, milady — rzekła 

pokornie Tarina. 

Obie wybuchnęły śmiechem. 

—   Zabawnie   będzie   zabrać   cię   ze   sobą.   A   tak   między   nami,   Tarino, 

bardzo zależy mi na markizie, choć nieco mnie on onieśmiela. Poznałam w 
Paryżu   paru   czarujących   ludzi,   ale   to   nie   to   samo   co   towarzystwo 
zarozumiałych bywalców Marlbo-rough House. 

— Naprawdę zadzierają nosa? 
—   Patrzą   z   góry   na   każdego   —   odparła   Betty   —   i   uważają,   że   są 

najważniejsi na świecie. 

— Kto jest jeszcze zaproszony na jacht? 
— Nie wiem, ale przypuszczam, że to bliscy przyjaciele markiza, którzy 

dostarczają mu rozrywki. Podobno markiza wszystko szybko nudzi. 

— To chyba jakiś okropny człowiek — stwierdziła Tarina. — Czy jesteś 

pewna, że będziesz się dobrze czuła w jego towarzystwie? 

— Oczywiście! Ja nie zamierzam się z nim nudzić! Markiz jest jednym z 

najbardziej zatwardziałych kawalerów w całym towarzystwie, a kobiety 
wprost uganiają się za nim. — Betty zamyśliła się na chwilę. — Widziałam 
pewnego wieczora, jak lady de Grey wdzięczyła się do niego, a potem 
puszczała do niego oko margrabina Londonderry. Jeszcze tego brakowało, 
żeby pobiły się o jego względy. 

Tarina spojrzała zdziwiona. 

— Myślałam, że lady de Grey i margrabina są... zamężne. 

Mówiąc to przypomniała sobie, że widziała ich zdjęcia w „The Ladies 

Journal". Czasopismo to czytywała matka Tariny, kiedy jeszcze żyła, a 
potem Tarina pożyczała je czasami od kogoś. 

Nastała   cisza.   Betty   uświadomiła   sobie,   jak   bardzo   niewinna   i 

niedoświadczona jest jej kuzynka. 

background image

— Chodź, Tarino — powiedziała odmienionym głosem. — Nie możemy 

siedzieć tutaj i plotkować, kiedy mamy tyle rzeczy do zrobienia. Zawołam 
Robinson, moją główną pokojówkę zajmującą się domem. — Zawahała się 
na chwilę i dodała: — Powiem jej, że pomożesz mi wybrać suknie, a potem 
wspólnie ułożycie je w kufrze. 

— Dobry pomysł — przyznała Tarina. 
— Tymczasem każę lokajowi przynieść na górę twoje bagaże. 
— Niestety nie mam ich ze sobą. 
— W takim razie gdzie są? — spytała Betty. — Czy zostawiłaś rzeczy na 

wsi? 

— Wszystko, co posiadam, przywiozłam ze sobą do Londynu — odparła 

Tarina. — Myślałam, że kiedy dasz mi referencje, pojadę od razu do biura 
pośrednictwa pracy przy Mount Street. 

— Teraz to już nie będzie konieczne — wtrąciła Betty. 
— Zostawiłam bagaż — ciągnęła Tarina — niezbyt zresztą duży, na stacji 

Paddington. 

— Wyślę po niego służącego. 

Betty   przeszła   z   Tariną   z   sypialni   z   powrotem   do   buduaru.   Dwóch 

lokajów przyniosło akurat tace, na których Tarina ujrzała piękny srebrny 
serwis   do  herbaty,   mnóstwo   talerzyków   i   miseczek   pełnych   kanapek   i 
najróżniejszych ciasteczek. Poczuła się nagle bardzo głodna. O szóstej rano 
opuściła plebanię, do której tego dnia mieli wprowadzić się nowi ludzie. 
Wsiadła do pociągu na najbliższej stacji, a gdy dotarła do Londynu, udała 
się prosto na Belgrave Square, nie jedząc nawet śniadania. Jakby czytając w 
myślach Tariny, Betty rzekła: 

— Pewnie jesteś głodna po podróży. Powinnam była pomyśleć o tym 

wcześniej   —   i   nie   czekając   na   odpowiedź   Tariny,   poleciła   lokajowi:— 
Przynieś jajka na miękko dla panny Worthington i powiedz pani Peel, że 
moja   kuzynka   zostaje   tu  dzisiaj.   I   wyślij   Jamesa   albo   Franka   na   stację 
Paddington do przechowalni bagażu po jej kufer. 

— Tak jest, milady. 

Kiedy lokaj ze służącym opuścili pokój, Tarina powiedziała: 

— Wydaje mi się, że śnię. Kiedy tu jechałam, bardzo się bałam, że nie 

będziesz chciała mnie widzieć, i zastanawiałam się, gdzie wtedy spędzę 

background image

noc. 

Betty położyła dłoń na ramieniu Tariny. 

— Bardzo ci współczuję z powodu śmierci ojca. Zawsze podziwiałam 

wuja   Davida.   Gdybym   wiedziała   wcześniej   o   tym,   co   się   wydarzyło, 
odezwałabym się do ciebie. 

— Jesteś taka kochana. Naprawdę mam wrażenie, że to sen. 
— Cokolwiek wydarzy się w przyszłości — rzekła Betty stanowczo — 
możesz na mnie liczyć. Nigdy nie zapomnę, jaka miła była dla mnie 
ciotka Luiza, kiedy zmarła moja matka. A tak naprawdę zawsze 
myślałam o tobie jak o własnej siostrze. 

—   Jesteś  piękna   i  taka  kochana...   siostrzyczko  —   powiedziała  Tarina 

drżącym ze wzruszenia głosem. 

— Nie rozczulaj mnie — Betty ścisnęła jej rękę. — Jeśli zacznę płakać, 

moje rzęsy będą w opłakanym stanie. 

— Twoje rzęsy? — Tarina spojrzała na nią zdumiona. 
— Nie bądź naiwna. Wiesz dobrze, że nigdy nie miałam czarnej oprawy 

oczu. Przyciemniam delikatnie rzęsy farbą do włosów, ale oczywiście nikt 
nie powinien się o tym dowiedzieć. 

— Daje to świetny efekt. Wyglądasz doskonale. 
—   Nic   dziwnego   —   stwierdziła   Betty.   —   Większość   dam   robi   sobie 

makijaż. Zapewniam cię, że kiedy nikt nie widzi, pudrują sobie twarze, 
rozsma-rowują róż na policzkach i pociągają szminką usta. — Uśmiechnęła 
się i mówiła dalej: — Na początku, kiedy pomyślałam, że już pora zacząć 
się malować, pocierałam usta listkami geranium. Teraz jednak chodzę do 
pewnej osoby zajmującej się kostiumami teatralnymi, która sprzedaje mi 
róż i inne kosmetyki używane przez aktorki. 

Tarina przyjrzała się uważniej twarzy Betty. 

—   Zawsze   miałaś   przepiękną   cerę.   Nie   wydaje   mi   się,   żeby   coś   się 

zmieniło. 

— Jak zobaczysz mnie rano po nocnym balu, zmienisz zdanie! 

Roześmiały się i Tarina powiedziała: 

— Zachowam dla siebie twoje sekrety. Lepiej, żeby markiz się o nich nie 

dowiedział. 

Betty zastanawiała się nad czymś przez chwilę. 

background image

— Markizowi często towarzyszyły eleganckie i bardzo piękne kobiety o 

wiele   starsze   ode   mnie.   Zdziwiłabym   się,   gdyby   nie   potrafił   odróżnić 
stokrotki od orchidei. 

— Jeśli przyrównujesz siebie do stokrotki — powiedziała Tarina — to nie 

wydaje mi się, żeby było to najlepsze porównanie. Wyglądasz raczej jak 
róża, piękna i doskonała. Właśnie tak markiz powinien o tobie pomyśleć. 

— On jest nie tylko bardzo wymagający, lecz także trochę zmanierowany 

— stwierdziła Betty. — Musimy wymyślić jakiś sposób, żeby go zabawić. 
Wiesz co, Tarino, ty zawsze miałaś lepsze pomysły niż ja. 

Tarina   pomyślała,   że   markiz   musi   być   zepsutym   i   niezbyt 

sympatycznym   człowiekiem.   Kiedy   zastanawiała   się,   czemu   Betty   tak 
bardzo   na   nim   zależy,   przed   oczami   stanął   jej   lord   Bradwell,   którego 
poślubiła jej kuzynka, i pomyślała, że był on rzeczywiście bardzo stary, 
zbyt nadęty i nudny, by dziewczynę tak młodą i słodką jak Betty uczynić 
szczęśliwą. 

— Czemu ona wyszła za takiego starca? — spytała kiedyś Tarina ojca, 

gdy Betty, która wyglądała tak, że mogłaby być wnuczką swojego męża, 
wyjechała w podróż poślubną. 

— Życzę im, żeby byli szczęśliwi— odparł wtedy pastor. — Starożytne 

naczynia z Egiptu też mają czasami nieprzeparty urok. 

Tarina, która zrozumiała dokładnie, co ojciec miał na myśli, odparła z 

westchnieniem: 

— Ja także chciałabym, żeby Betty była szczęśliwa. 
—   Gdyby   jednak   była   moją   córką   —   rzekł   ojciec   —   nalegałbym,   by 

narzeczeństwo   trwało   jak   najdłużej,   i   nie   popychałbym   jej   do   ołtarza. 
Miałaby wtedy czas zastanowić się nad swoją decyzją. 

Patrząc wstecz Tarina pomyślała, że chociaż rodzice Betty mieszkali w 

wielkim domu i posiadali spory kawałek ziemi, z pewnością nie byli zbyt 
zamożni. Cieszyli się, że ich jedyna córka poślubi lorda, który ma wielkie 
wpływy i jest niezwykle bogaty. 

— Betty będzie miała wszystko — powiedziała Tarinie ciotka Alice. 

Później, kiedy Tarina zobaczyła Betty po miodowym miesiącu, doszła do 

wniosku, że jej kuzynka wcale nie jest szczęśliwa. Pozycja jej męża nie 
zdołała uczynić z niego atrakcyjnego mężczyzny. Tarina rzekła teraz pod 

background image

wpływem impulsu: 

—   Kochana   Betty,   jesteś   dla   mnie   taka   miła.   Obiecuję,   że   zrobię 

wszystko, co w mojej mocy, żebyś była zadowolona. 

— Przecież na nic się nie skarżę — odparła Betty. — To cudownie mieć 

tyle pieniędzy i wydawać je, na co się chce, nie słuchając niczyich wy-
mówek. 

Tarina   już   miała   powiedzieć,   że   pieniądze   nie   dają   prawdziwego 

szczęścia  i że  może  to zrobić   jedynie  miłość.  Stwierdziła  jednak,  że  to 
sprawa zbyt osobista, by ją teraz poruszać, i pomyślała, że zabiłaby chyba 
markiza, gdyby zawiódł uczucia Betty. 

Nikt nie wiedział tak dobrze jak Tarina, że Betty jest bardzo wrażliwą 

istotą. 

Impulsywna   i   łatwowierna,   często   doznawała   zawodu.   Tarinie 

wydawało się, że markiz jest zbyt przemądrzały i apodyktyczny; i miała 
wątpliwości, czy takiego człowieka Betty powinna poślubić. Kiedy były 
nastolatkami,   Tarina   często   wyobrażała   sobie,   że   Betty   wyjdzie   za 
czarującego,   młodego   właściciela   ziemskiego.   Jeździliby   na   polowania, 
chodzili na przyjęcia i żyli spokojnie i szczęśliwie. Ale teraz patrząc na 
Betty, pomyślała, że jej kuzynka z pewnością ułoży sobie jakoś życie w 
Londynie. Jest przecież taka śliczna! 

Tarina niewiele wiedziała o ludziach spotykających się w Marlborough 

House. Ale nawet w tak małej miejscowości jak Parish, gdzie mieszkała, 
krążyły   plotki   o  księciu  Walii,  o  jego  namiętności   do  pięknych   kobiet, 
takich jak Lily Langtry, lady Brooke czy pani Keppel. 

Szeptano  także  o  tym, że  książę kilka  razy  pojechał  sam do  Paryża, 

wtedy gdy księżna Aleksandra przebywała w Danii u swojej rodziny. 

Nawet   jeśli   niektóre   plotki   były   trochę   przesadzone,   to  i   tak   Tarinie 

wydawało   się,   że   podobne   zachowanie   nie   jest   właściwe   dla   następcy 
tronu, żonatego w dodatku. Dziewczyna nie interesowała się jednak tym 
specjalnie,   ponieważ   nie   sądziła,   by   kiedykolwiek   zetknęła   się   z   tymi 
ludźmi. Nigdy nie przypuszczała też, że Betty, którą tak kochała, będzie 
obracać się w takim towarzystwie. Teraz potrafiła już zrozumieć, czemu ci 
sławni   ludzie   tak   pociągają   młodą   kobietę,   która   opiekowała   się 
zrzędliwym, starym mężem aż do czasu jego śmierci, a potem mieszkała za 

background image

granicą i obracała się w bardzo konserwatywnym środowisku francuskich 
arystokratów. 

Tarina   dopiła   herbatę.   Podczas   rozmowy   z   Betty   zjadła   jajko,   kilka 

kanapek i pysznych małych ciasteczek. Betty, która przez długi czas nie 
miała   nikogo,   komu   mogłaby   się   zwierzać,   opowiedziała   Tarinie   o 
pierwszym balu, na jaki poszła po powrocie do Londynu. Zrobiła wtedy na 
wszystkich ogromne wrażenie: Od tamtej chwili posypały się zaproszenia, 
aż pewnego razu ktoś zaprosił ją na przyjęcie do Marlborough House. 

—   Książę   Walii   prawił   mi   komplementy   —   powiedziała.   —   Księżna 

Aleksandra także była dla mnie bardzo łaskawa. Poznałam mnóstwo zna-
komitych ludzi. — Uśmiechnęła się i podjęła: — Kiedy wróciłam do domu, 
kręciło mi się w głowie z wrażenia. Następnego ranka przypomniałam 
sobie, że markiz Oakenshaw zaprosił mnie na kolację. Nie mogłam w to 
wszystko uwierzyć. 

— Musiałaś wyglądać oszałamiająco — wtrąciła Tarina. 
— Pewnie tak — odparła Betty. — A teraz chodź, Tarino, pokażę ci swoje 

suknie.   Musimy   zabrać   się   do   roboty,   bo   inaczej   nie   zdążymy   się 
spakować, a wyjazd już za dwa dni. 

Betty   sięgnęła   po   mały   złoty   dzwonek   leżący   na   stoliku.   Kiedy   w 

drzwiach pojawił się służący, poleciła mu: 

— Powiedz Robinson, żeby przyszła natychmiast do mojej sypialni. Czy 

James poszedł już na dworzec po bagaż panny Worthington? 

— Tak, milady. Powinien niedługo wrócić. 
— Daj mi znać, kiedy będzie z powrotem. 

— Oczywiście, milady. Służący zamknął za sobą drzwi. 
— Weźmiesz ze swojego kufra tylko to, co chcesz zatrzymać. A resztę 
rzeczy, które zapewne są zniszczone, będzie można wyrzucić. 

— To chyba zbyt wielka rozrzutność! 
— Zmienisz zdanie, kiedy zobaczysz stroje, które przygotowałam dla 

ciebie. Nie musimy teraz wszystkiego przeglądać. Wystarczy, że weźmiesz 
sobie coś na podróż. Mam też pełno kapeluszy, z których możesz sobie coś 
wybrać. — Betty wstała energicznie i wyciągnęła dłoń do Tariny. — Chodź! 
Wydaje mi się, że w tej sztuce obie odegramy jakąś rolę. Dawniej, kiedy 
bawiłyśmy się w teatr, zawsze byłaś świetnym reżyserem. 

background image

Roześmiały się i pobiegły do sypialni trzymając się za ręce. 

Markiz był zdenerwowany. Nie znosił, gdy coś krzyżowało jego plany. 
Poprzedniego wieczora w Marlborough House lord Rosebery odciągnął go 
na bok i spytał: 

— Kiedy wyruszasz, Vivien? 
— Jutro. 
— Świetnie — ucieszył się minister. — Chciałbym cię prosić o jeszcze 

jedną przysługę. 

— Nie chcę już o niczym słyszeć — markiz głośno jęknął. 
— Mam nadzieję, że to cię nie zirytuje. 
— Już zacząłem się denerwować. 
— Poinformowałem premiera, że zgodziłeś się jechać do Syjamu. Premier 
bardzo się ucieszył i ma jeszcze do ciebie małą prośbę. 

—   O   ile   mi   wiadomo,   miałem   załatwić   tylko   jedną   sprawę   —   rzekł 

markiz nieco podniesionym głosem. 

— Oczywiście, że tak — odparł lord Rosebery. 
— W takim razie o co chodzi? 
—   Krewna   premiera   wybiera   się   do   Indii.   Premier   byłby   bardzo 

wdzięczny, gdybyś zgodził się zabrać ją ze sobą. 

Markiz zacisnął usta. Wybrał już sobie ludzi, których chciał widzieć na 

swoim jachcie, i uczynił to po wielu namysłach. Nie miał ochoty zapraszać 
kogoś w ostatniej chwili, kto być może wcale nie będzie pasował do reszty 
towarzystwa. 

Wpadł na pomysł, by powiedzieć, że wszystkie kabiny są już zajęte, i 

niemożliwe jest wcisnąć tam nawet szpilki. Zobaczył jednak dziwny błysk 
w oczach ministra i spytał: 

— A któż to taki wybiera się w podróż? 

Na ustach ministra pojawił się porozumiewawczy uśmiech. 

— Pewna dama, która chciałaby dołączyć do swojego męża w Kalkucie. 

Lady Millicent Carson. 

Markiz   nie   mógł   powstrzymać   śmiechu.   Wiedział,   że   lord   Rosebery 

specjalnie się z nim droczy, bo minister z pewnością zdawał sobie sprawę, 
że jego przyjaciel od jakiegoś czasu interesował się lady Millicent. Już od 
roku Oakenshaw miał na nią oko. 

background image

Mąż owej damy udał się z misją dyplomatyczną do Rosji i żona pojechała 

razem z nim. Tak więc markiz nie widział jej przez dłuższy czas. Ale nie 
tęsknił.   Nie   miał   takiego   zwyczaju.   Wyczekiwał   jednak   ponownego 
spotkania i chciał, by niewinny flirt przerodził się w bliższą zażyłość, kiedy 
tylko nadarzy się okazja. 

Nie zdziwiło go, że lady Millicent była na tyle sprytna, iż bezpośrednio 

nie zwróciła się do niego, kiedy dowiedziała się o planowanej podróży. 
Załatwiła sprawę przez premiera. 

Markiz   docenił   to   delikatne   posunięcie   i   odparł   z   nieco   sztucznym 

uśmiechem: 

— Dobrze wiesz, Archibaldzie, że nie mogę odmówić prośbie takiego 

człowieka jak premier. 

Minister roześmiał się. 

— Wiedziałem, że nie odmówisz przyjęcia lady Millicent na swój statek, 

chociaż może skomplikować to trochę podróż. Jestem jednak pewien, że 
sobie   poradzisz,  gdyż  nie   wątpię,  że  będziesz  rozrywany  na   wszystkie 
strony. 

Markiz nie znosił żadnych aluzji do swoich miłosnych podbojów. Odparł 

więc kwaśno: 

— Nie mam najmniejszego pojęcia, o czym mówisz. Wydaje mi się, że na 

pokładzie „Morskiej Syreny" znajdzie się jakaś kabina dla lady Millicent. 

— Dziękuję ci, Vivien — rzekł lord Rosebery — za twoją gościnność. 

Jestem pewien, że premier również będzie ci wdzięczny. 

Nie podejmowali już więcej tego tematu. Dopiero kiedy markiz znalazł 

się w domu i pisał instrukcje na następny dzień dla swojego sekretarza, 
zaczął zastanawiać się, czy obecność lady Millicent nie pokrzyżuje mu 
planów, jakie miał wobec lady Bradwell. Obie kobiety odznaczały się 
wyjątkową urodą. Każda na swój sposób była skończoną pięknością, choć 
jednocześnie bardzo się różniły. Wysoka i ciemnowłosa lady Millicent 
miała błyszczące oczy, prowokujący sposób bycia i smukłe ciało, które 
każdego mężczyznę mogło doprowadzić do szaleństwa. O lady Bradwell 
markiz miał podobne zdanie jak Tarina. Widział w Betty uosobienie 
kobiecości, kojarzyła mu się z postaciami, które ukazywał na swych 
romantycznych obrazach Fragonard. Miała w sobie coś bardzo 

background image

francuskiego i to go intrygowało. 

— Z pewnością nie będę się nudził podczas podróży — powiedział do 

siebie   —   przynajmniej   nie   na   początku.   W   każdym   razie,   kiedy   lady 
Millicent dołączy do listy gości, liczba ich będzie 

parzysta. 

Poza lady Bradwell markiz zaprosił dwoje swoich starych przyjaciół, na 

których zawsze mógł polegać i których cenił za urok osobisty i pogodny 
charakter.   Lady   Loraine   i   jej   mąż   również   przepadali   za   markizem   i 
doceniali   jego   gościnność.   Markiz   zapraszał   oboje   niemal   na   każde 
przyjęcie, które wydawał w Londynie lub na wsi. Wiedział, że Elspeth 
Loraine potrafi załagodzić każdy spór i uwielbia być duszą towarzystwa. 
Natomiast   jej   mąż   znakomicie   grał   w  brydża,   był   dowcipny   i  potrafił 
rozbawić   rozmówców.   W   oczach   markiza   uosabiał   doskonałego 
przyjaciela. 

Wszystko to odnosiło się również do Harry'ego Prestwooda, który także 

od dawna pozostawał w gronie najbliższych znajomych markiza. Jednakże 
Harry   zrobił   się   ostatnio   nieco   zgorzkniały,   ponieważ   jego   podstarzały 
ojciec, po upadku z konia podczas polowania, stracił sprawność w nogach i 
szukał zapomnienia w hazardzie. 

—   Do   czasu   kiedy   mój   ojciec   umrze   —   pewnego   razu   powiedział   z 

rozpaczą   Harry   do   markiza   —   zapewne   roztrwoni   majątek   aż   do 
ostatniego szylinga. Powinien przekazać mi fortunę już teraz i skończyć 
wreszcie z hazardem! 

— Chyba możesz mu wyperswadować ten nałóg? — zapytał markiz. 
—   Jak?   —   odezwał   się   Harry   żałośnie.   —   Po   całych   dniach   ojciec 

rozpacza, że nie może już dosiąść konia i że cały dzień musi spędzać w 
fotelu.   On   się   po   prostu   nudzi   i   wyrzuca   pieniądze   na   podejrzane 
inwestycje, ufając ludziom, którzy zapewniają go, że szybko się na tym 
wzbogaci. Resztę majątku traci na grę w karty i kości. 

— Czy rozmawiałeś z prawnikami? 
— Oni nic nie mogą zrobić. Majątek należy do ojca, póki on żyje. Nasz 

dom od dawna wymaga generalnego remontu, a ziemia leży odłogiem. Ale 
wszystko to jest jego! 

Markiz bardzo lubił Harry'ego, poprosił więc swoich prawników, aby 

background image

dyskretnie zorientowali się, jak sprawy stoją. Dowiedzieli się dokładnie 
tego, o czym Harry wcześniej wspominał. Sir Roger mógł wydać wszystko, 
co miał, i nikt nie był w stanie go przed tym powstrzymać. Zresztą okazało 
się, że już tonął w długach. 

— Bierze udział w każdej loterii, o jakiej usłyszy — powiedział Harry 

rozpaczliwie. — A z tego, co wiem, poza butelką piwa niczego jeszcze nie 
wygrał. 

— Przykro mi, Harry — rzekł markiz ze współczuciem. 
— Mnie też jest piekielnie przykro — odparł Harry. — Gdybym nie miał 

takiego przyjaciela jak ty, Vivien, już dawno pojechałbym do Australii lub 
do Kanady i pracował tam jako drwal. 

— Może zaradzisz wszystkiemu po śmierci ojca? 
— Wątpię — odparł Harry. — Będę tylko patrzył, jak dom popada w 

ruinę. Trzeba by mieć mnóstwo pieniędzy, żeby go odremontować. 

Markiza bardzo poruszył los przyjaciela. Wiedział jednak, że Harry jest 

bardzo dumny i nie przyjmie żadnego finansowego wsparcia. 

Tylko raz markiz zaoferował mu pomoc finansową. Harry jednak bardzo 

się oburzył i nie przyjął oferty. 

— Jeśli myślisz, że zamierzam wyłudzać od ciebie pieniądze jak wielu 

innych, którzy wciąż pukają do twoich drzwi — powiedział wtedy ostro — 
to bardzo się mylisz. — Gdy mówił dalej, jego głos stał się spokojniejszy. — 
Zawsze   bardzo   cię   lubiłem,   Vivien,   i  nadał   darzę   cię   wielką   sympatią. 
Przyjaźnimy się od czasów szkolnych, ale nie chcę zadłużać się u ciebie ani 
żyć na twój koszt. Niech ta sprawa będzie jasna raz na zawsze. 

Markiz nie sprzeciwiał się. Zapewnił tylko Harry'ego, że ceni sobie jego 

towarzystwo i chciałby spotykać się z nim codziennie. Oznaczało to, że 
Harry nie musiał martwić się, gdzie się posili, i mógł dosiadać najlepsze 
konie markiza. 

Chociaż   Harry   miał   małe   mieszkanie   przy   jednej   z   ulic   nedaleko 

Piccadilly, częściej przebywał u markiza na wsi lub towarzyszył mu w 
wyprawach do domku myśliwskiego w Leicestershire. Jeździli też razem 
do Szkocji na ryby lub na polowania na kuropatwy. Ponieważ byli bliskimi 
przyjaciółmi,   ci,   którzy   zapraszali   do   siebie   markiza,   nie   zapominali   o 
Harrym. 

background image

Niejedna   dama   chciała   mieć   na   swoim   przyjęciu   owych   dwóch 

przystojnych kawalerów. Jedynie ambitne matki, które pragnęły bogato 
wydać za mąż swoje córki, kazały trzymać im się z daleka od Harry'ego 
Prestwooda. 

Markiz nie myślał o tym, by zaprosić na jacht jakąś kobietę, która by 

dotrzymała towarzystwa 
Harry'emu, ponieważ w owym czasie przyjaciel z nikim nie był związany. 

Ale teraz markizowi przyszło do głowy, że Harry mógłby w drodze do 

Kalkuty adorować, na przykład, lady Millicent. Wtedy on sam zająłby się 
Betty Bradwell i może odniósłby sukces. 

„Pewnie wszystko świetnie się ułoży", pomyślał. W każdym razie nie 

chciał przyjmować już więcej gości na pokład „Morskiej Syreny". I kiedy 
leżał w łóżku, pomyślał, że mimo iż nie w smak było mu opuszczać Anglię 
akurat   teraz,   to   morska   wycieczka   może   okazać   się   interesująca,   jak 
zapewniał go minister. 

„Ciekawe, czy znajdę tam orchideę czy gwiazdę?" — zastanawiał się, 

przypominając   sobie   słowa   lorda   Rosebery,   i   roześmiał   się,   ponieważ 
wydawało mu się to zupełnie nieprawdopodobne. 

Rozdział 3 

W drodze do Southampton Tarina miała wrażenie, że gra w sztuce, którą 
sama napisała. 

Po   śmierci   matki,   kiedy   zmuszona   była   wykonywać   wszystkie   prace 

domowe mając do pomocy jedynie niezbyt rozgarniętą dziewczynę ze wsi, 
opowiadała   sobie   różne   historie.   Były   to   zwykle   opowieści,   w   których 
wyobrażała sobie, że podróżuje do najbardziej dziwnych miejsc na świecie. 
Często   przy   obiedzie   pytała   swojego   ojca   o   kraje,   które   odwiedzała   w 
swojej wyobraźni, a pastor, który w młodości dużo podróżował, był bardzo 
oczytany,   pisał   nawet   książki   na   interesujące   Tarinę   tematy,   opowiadał 
córce wiele ciekawych rzeczy o dalekich krajach i panujących tam oby-
czajach. 

Syjam   zawsze   wydawał   się   jej   tajemniczy,   ekscytujący   i   może   nawet 

bardziej egzotyczny niż sąsiednie państwa. Jednak nawet w najśmielszych 

background image

snach Tarina nie przypuszczała, że będzie miała okazję tam pojechać. 

Siedząc w wygodnym wagonie drugiej klasy, gdzie sekretarz markiza 

zarezerwował   miejsce   dla   niej   jako   służącej   lady   Bradwell,   Tarinie 
wydawało się, że unosi się na latającym dywanie. Miała tylko nadzieję, że 
czarodziej, czyli markiz, któremu poniekąd wszystko zawdzięczała, nie 
okaże się aż taki straszny. Im więcej słyszała o nim od Betty, tym bardziej 
wydawał jej się niesympatyczny, zepsuty i zarozumiały. Była pewna, że go 
nie polubi. Natomiast Betty zachwycona tym, że została zaproszona przez 
markiza na tak wspaniałą eskapadę, miała o nim zupełnie inne zdanie. 

—   Słyszałam   nawet   o   nim,   kiedy   byłam   w   Paryżu   —   powiedziała 

Tarinie. — Francuzom bardzo imponują dobrze urodzeni Anglicy, którzy 
w dodatku mają świetne konie wyścigowe i wysoką pozycję towarzyską. 

— Moja mama zawsze mówiła, że Francuzi to snoby — roześmiała się 

Tarina. 

— Miała rację! — przyznała Betty. — Przynajmniej tacy są arystokraci, 

nawet ci młodzi. Często obracałam się w ich towarzystwie, kiedy byłam we 
Francji. 

— Czy nikt nie poprosił cię o rękę? — zaciekawiła się Tarina. 

— Miałam tylko jedną propozycję małżeństwa — odparła Betty. — 
Pewnie   dlatego,   że   nie   jestem   katoliczką.   Poza   tym   wszyscy   starsi 
Francuzi   są   już   żonaci.   —   Zaśmiała   się   i   dodała:   —   Nie   miałam 
wątpliwości,   że   jeśli   przyjmę   propozycję   tego   młodzieńca,   to   jego 
rodzice i dziadkowie zrobią wszystko, by nie doszło do małżeństwa. 

—   Coś   podobnego!   —   wykrzyknęła   Tarina.—   Ale   może   dobrze   się 

złożyło, bo wydaje mi się, że byłabyś bardziej zadowolona, gdybyś wyszła 
za Anglika. 

— Pewnie tak — zgodziła się Betty. 

Na   jej   wargach   pojawił   się   słaby   uśmiech   i   Tarina   wiedziała,   że   jej 

kuzynka zaczęła myśleć ó markizie. Dlatego też Tarina modliła się, by 
markiz   okazał   się   bardziej   sympatycznym   człowiekiem,   niż   to   sobie 
wyobrażała. 

Na stacji Waterloo czekały już powozy przysłane dla gości markiza. Gdy 

służący prowadził Tarinę do przeznaczonego dla niej pojazdu, zerknęła 
ukradkiem   na   dwie   eleganckie   damy   odziane   w   sobole   i   na 

background image

towarzyszących   im   dżentelmenów   ubranych   w   płaszcze   z   futrzanymi 
kołnierzami. Wiał zimny wiatr, a poprzedniego dnia padał śnieg. Tarina 
była więc niezmiernie wdzięczna Betty za to, że podarowała jej płaszcz 
podszyty futrem. 

Kiedy dzień wcześniej przeglądała w swojej sypialni kufer z czarnymi 

sukniami, zastanawiała się, skąd weźmie jakieś wierzchnie okrycie. Poszła 
wtedy do Betty i powiedziała: 

— Wszystko, co dostałam od ciebie, jest tak pięknie zapakowane, że nie 

chcę   zrobić   bałaganu   szukając   płaszcza.   Czy   można   by   spytać   twoją 
pokojówkę, czy pamięta, gdzie go włożyła? 

— Nie musisz się tym martwić — odparła Betty. — Mam tutaj coś akurat 

w sam raz dla ciebie. 

Podeszła do szafy i wyciągnęła płaszcz podróżny, który był nie tylko 

podszyty   gronostajowym   futrem,   ale   miał   także   futrzany   kołnierz   i 
lamówkę. Wyglądał pięknie i z pewnością był bardzo drogi. 

— Nie mogę go przyjąć! — sprzeciwiła się Tarina. 
— Nie bądź niemądra. Na pewno nie będę go już nosić. Kupiłam ten 

płaszcz   zeszłej   zimy,   kiedy   jechałam   do   Francji.   Nawet   Francuzom   się 
podobał. Weź, pasuje na ciebie doskonale. 

W końcu Tarina zgodziła się płaszcz przyjąć,  a kiedy włożyła go na 

siebie, pomyślała, że czarny kolor jest dla niej bardzo odpowiedni, a poza 
tym   świetnie   podkreśla   jej   jasną   cerę   i   rude   włosy.   Wiedziała   jednak 
doskonale, że swoim wyglądem nie powinna przyciągać niczyjej uwagi. 
Zaczesała więc gładko włosy i upięła w kok z tyłu głowy, a z kolekcji Betty 
wybrała na podróż najskromniejszy kapelusz, jaki udało jej się znaleźć. 
Mimo to wydawało jej się, że wcale nie wygląda na pokojówkę. Miała 
jednak podawać się za Francuzkę i liczyła na to, że goście na statku tym 
wytłumaczą sobie jej wygląd. 

W przeddzień podróży powiedziała do Betty: 

— Przyszło mi do głowy, że najlepiej będzie, jeśli powiemy, że jestem pół 

Francuzką pół Angielką, jeśli oczywiście kogoś by to interesowało. 

— Dlaczego? — zapytała Betty. 
— Ponieważ mogę łatwo zapomnieć, że mam mówić z obcym akcentem 

— odparła Tarina. — Jeśli ktoś mnie spyta o pochodzenie, mogę powie-

background image

dzieć, że mój ojciec był Francuzem, a matka Angielką i że od lat mieszkam 
tutaj. 

— To całkiem dobry pomysł — zgodziła się Betty. — Ty masz głowę, 

Tarino! Zostałabyś świetną pisarką. 

— Wątpię. 
— Ależ tak — odparła Betty. — Wiem, że denerwujesz się rolą, jaką masz 

odegrać, ale uwierz, że ja się jeszcze bardziej niepokoję. 

— Dlaczego? — spytała Tarina. — Przecież będziesz najpiękniejszą damą 

w całym towarzystwie. 

— Nie o wygląd tutaj chodzi — odparła Betty. — Boję się, że będę z 

ludźmi,   którzy   mają   swoje   własne   tematy,   dowcipy   i   wspólne 
zainteresowania,   a   co   najważniejsze,   mają   co   razem   wspominać.   — 
Spojrzała   na   Tarinę,   jakby   chciała   zobaczyć,   czy   kuzynka   wie,   o   co   jej 
chodzi, i mówiła dalej: — Jestem dla nich obca. Prawdę mówiąc, czuję się 
jak nowa uczennica w szkole. 

Tarina roześmiała się. 

— Czemu więc nie zostaniesz w Londynie, gdzie zaczęłaś bywać w 
wytwornym towarzystwie, i nie przyjmiesz któregoś z tych zaproszeń, 
jakie leżą na twojej toaletce? 

— Mogę odpowiedzieć ci na to w dwóch słowach — odparła Betty. 
— Jakich? 
— Powód jest jeden: markiz Oakenshaw. 

O tym wszystkim myślała Tarina jadąc pociągiem przez ośnieżone pola i 
miała niepokojące, niejasne przeczucie, że Betty dozna zawodu. 

Tarina posiadała pewien instynkt, który jej ojciec nazywał intuicją. Może 

było tak dlatego, że w jej żyłach płynęła zarówno celtycka, jak i austriacka 
krew, lub też dlatego, że dziewczyna długo była sama. W każdym razie 
zdolność ta pozwalała jej wnikać w wiele spraw głębiej, niż potrafili to 
inni. 

— Powinniśmy bardziej polegać na własnej intuicji— powiedział kiedyś 

pastor. — Cywilizacja sprawiła, że ludzie stali się mniej wrażliwi. Dawniej 
mogli tak jak zwierzęta wyczuć zapach niebezpieczeństwa i rzadziej dawali 
się zwieść czyimś słowom. Potrafili bowiem wejrzeć w czyjąś duszę. 

— Czy ty to potrafisz, ojcze? 

background image

— Próbuję, kochanie — odparł pastor. — I czasami jestem przerażony 

tym, co widzę. 

Kiedy Tarina usłyszała od Betty o markizie, instynkt podpowiadał jej, że 

nie jest on mężczyzną, który wart byłby tylu zabiegów. „Im szybciej Betty 
o nim zapomni, tym lepiej", myślała sobie Tarina. Jeśli markiz pragnie 
wyrafinowanych,   egzotycznych   kobiet,   to   powinien   szukać   ich   gdzie 
indziej. Nie wiedziała dokładnie, gdzie takie kobiety można znaleźć, ale 
jako że wiele kiedyś czytała, wydawało jej się, iż zawsze znajdzie się jakaś 
Ewa, która w rajskim ogrodzie przywiedzie na pokuszenie Adama. 

W bibliotece ojca Tarina natknęła się kiedyś na opowieści o syrenach, 

wiedźmach i czarownicach.  Książki te należały jeszcze do jej dziadka i 
kiedy musiała je sprzedać, zrobiła to naprawdę z ciężkim sercem. Ponieważ 
były stare, antykwariusz stwierdził, że nie znajdzie na nie nabywców, i za-
oferował jej niewiele pieniędzy. Przez chwilę Tarina nawet zastanawiała 
się, czyby ich nie zatrzymać. A potem pomyślała, że nie miałaby gdzie ich 
przechować. Nawet jeśli nowy pastor lub któryś z farmerów z sąsiedztwa 
zgodziłby się, by złożyła je w stodole, to pewnie pogryzłyby je myszy i 
szczury, a wtedy nie nadawałyby się już do czytania. 

Tarina bardzo bolała nad stratą książek. Ślęczała niegdyś nad nimi wiele 

godzin, czując, że otwierają przed nią świat, którego nie znała. Stawał jej 
się wtedy bliższy, ponieważ zapamiętywała wszystko, o czym przeczytała. 

„Ciekawe, czy markiz będzie miał jakieś książki na swoim statku?", 
zastanawiała się, ale wydawało jej się to mało prawdopodobne. Słyszała, 
że markiz gustował w sportach, więc pewnie nie czytał zbyt dużo. 

Służący   markiza   zaopatrzyli   powóz   w   koszyk   z   wiktuałami   i   kiedy 

nadszedł czas lunchu, Tarina zabrała się do jedzenia. Rozkoszowała się 
każdym kęsem. 

Podróż do Southampton dłużyła się. Tarina myślała o tym, co robi Betty. 

Przypuszczała, że piękna kuzynka ekscytuje się wyprawą do Syjamu zu-
pełnie inaczej niż ona. 

W rzeczywistości Betty poczuła się nieco urażona, kiedy zobaczyła lady 
Millicent Carson, ponieważ piękne kobiety zawsze ją onieśmielały. 

Z tego, co mówił markiz, gdy zapraszał Betty, i ze sposobu, w jaki na nią 

patrzył,   wnosiła,   że   będzie   jedynym   obiektem   jego   zainteresowania 

background image

podczas podróży. Toteż, kiedy lady Millicent wsiadła do powozu, Betty 
spojrzała   na   nią   zdziwiona.   Już   wcześniej   widziała   ją   na   stacji.   Lady 
Millicent jednak nie rozmawiała z innymi gośćmi, tylko przechadzała się z 
wysokim, przystojnym mężczyzną, który najwyraźniej nie wybierał się w 
morską podróż. Wyglądało na to, że mieli sobie wiele do powiedzenia. 
Kiedy lady Loraine oznajmiła, że zaraz odjeżdżają, Betty była przekonana, 
iż lady Millicent wcale się nie wybiera w podróż. 

Woźnica już miał zamknąć drzwi, kiedy dama ta wsiadła do powozu z 

taką gracją, jakby wchodziła na scenę. 

Markiz, który siedział obok Betty, poderwał się. 

—   Czy  mógłbyś  znaleźć   mi  jakieś  wygodne   miejsce   nie   nad  kołami? 

Jestem tak zmęczona, że nie zniosłabym większych wstrząsów — poprosiła 
go lady Millicent. 

Markiz poprowadził ją do wygodnego fotela ustawionego w zacisznym 

miejscu powozu i usiadł koło niej ku rozczarowaniu Betty. 

— Cieszę się, że mogę cię zawieźć do Indii — powiedział. 

Betty dowiedziała się więc, dokąd lady Millicent się z nimi wybiera. 

Nasłuchiwała uważnie jej odpowiedzi. 

— To ja jestem bardzo wdzięczna. Napisałam już mojemu mężowi, że 

byłeś tak uprzejmy i zgodziłeś się mnie zabrać. 

Betty odetchnęła z ulgą. A więc lady Millicent była zamężna! Humor 

Betty   wyraźnie   się   poprawił.   Uśmiechnęła   się,   kiedy   miejsce   obok   niej 
zwolnione przez markiza zajął jakiś przystojny młody mężczyzna. 

— Nazywam się Harry Prestwood — przedstawił się. — Jestem jednym z 

najbliższych przyjaciół Viviena. 

— Miło mi, wiele o panu słyszałam — Betty spojrzała z podziwem na 

urodziwego młodzieńca i nie minęło parę minut, a już świetnie im się ze 
sobą rozmawiało. 

— Proszę opowiedzieć mi o sobie — powiedział Harry. — Vivien mówił 

mi, że mieszkała pani jakiś czas we Francji. 

Betty uśmiechnęła się ukazując dołeczki na policzkach. 

— Owszem, ale się cieszę, że wróciłam do Anglii. A teraz ta podróż w 

nieznane może okazać się jeszcze bardziej podniecająca. 

— Kto powiedział, że to podróż w nieznane? — roześmiał się Harry. 

background image

— Kiedy jedzie się do tak egzotycznego i dalekiego kraju jak Syjam, 

zawsze może się przydarzyć coś niezwykłego. 

— To prawda — odparł Harry. — Szczerze mówiąc, ja także jadę tam 

pierwszy raz. 

—   To   wspaniale   —   ucieszyła   się   Betty.   —   Pewnie   nie   tylko   ja   będę 

zadawała mnóstwo niemądrych pytań na widok nie znanych mi fascynu-
jących rzeczy. 

Betty wydała się Harry'emu dziewczęca i prostolinijna. 

— Ma pani właściwe podejście do życia — powiedział. — Niektórzy 

ludzie szybko się nudzą, ponieważ wszystko już znają. To niestety często 
zdarza się naszemu gospodarzowi. 

- Przynajmniej będziemy mogli dużo się od niego dowiedzieć — 

odparła Betty. 

— Jeżeli oczywiście zaczniemy zadawać mu pytania. 

W oczach Harry'ego błysnęły iskierki, jakby coś go rozbawiło. Spoglądał 

jednak na Betty z niekłamanym podziwem. Poczuła się więc pewniej i 
przestała się denerwować. Wyglądała niezwykle uroczo w podróżnej sukni 
w   kolorze   jej   oczu   i   w   ciemnoniebieskim   płaszczu   podszytym   i   lamo-
wanym skórkami soboli. W uszach miała kolczyki z szafirami, a na palcu 
pierścionek z wielkim szafirowym oczkiem. 

—   Wygląda   pani   jak   delikatna   filiżanka   z   drezdeńskiej   porcelany   — 

powiedział nieoczekiwanie Harry. 

Na policzkach Betty znowu pojawiły się rozkoszne dołeczki, kiedy się 

uśmiechnęła. Harry dodał: 

— Pewnie słyszała pani to już dziesiątki razy? 
— Może nawet więcej. Roześmiał się. 

— Więc teraz powiem coś naprawdę oryginalnego. 
— Chętnie to usłyszę. 

Po drugiej stronie powozu lady Millicent spoglądała na markiza kątem 

nieco skośnych oczy. 

— Zaczynam wierzyć — powiedziała — że to opatrzność zetknęła nas 

znowu ze sobą i to w dodatku w tak nieoczekiwanym momencie. 

— Dlaczego tak sądzisz? — dopytywał się markiz. 
— Kiedy dowiedziałam się, że Roderick został wysłany do Indii, bałam 

background image

się, że już nigdy cię nie zobaczę. 

— I to cię tak bardzo zmartwiło? 
—   Nie   lubię,   kiedy   muszę   po   przeczytaniu   dwóch   pierwszych   stron 

odłożyć książkę i nie móc dowiedzieć się, co było dalej. 

—   Mamy   przynajmniej   trzy   tygodnie   na   to,   by   dowiedzieć   się,   co 

wydarzyło się z następnym rozdziale. 

— Oczywiście zależy od ciebie, czy będziemy mieli wystarczająco dużo 

czasu. 

— Raczej zależy to od nas obojga— wtrącił markiz cicho. 

Spojrzała na niego prowokująco i kusząco wydęła usta. 

Markiz zastanawiał się, jak to się dzieje, że wszystkie kobiety wydają mu 

się   takie   piękne   i   pociągające.   Niezmiernie   go   to   intrygowało.   Kiedy 
spojrzał na jasnowłosą lady Bradwell, wydała mu się świeża jak kwiat. 
Znowu poczuł się jak młody bóg otoczony boginiami. 

Kiedy   wsiadali   na   pokład   „Morskiej   Syreny"   czekającej   na   nich   w 

Southampton,   markiz   zdał   sobie   sprawę,   że   nawet   gdyby   chciał,   nie 
zdołałby uciec przed lady Millicent. 

Jeśli on nie przejąłby inicjatywy, zrobiłaby to ona. 
Skoro udało jej się pokierować sprawami tak, że została zaproszona na 
statek, z pewnością uda jej się zostać kochanką markiza, zanim dotrą do 
Kalkuty. Oakenshaw właściwie nie miał nic przeciwko temu. 
Zastanawiał się tylko, co zrobi z Betty Bradwell, która tak bardzo go 
pociągała, może nawet bardziej niż czarnowłosa mężatka. Potem pomy-
ślał, że przecież podróż nie skończy się w Kalkucie, gdzie wysiądzie lady 
Millicent. Betty będzie jeszcze na pokładzie statku, gdy popłyną do 
Syjamu, a potem czeka ich długa droga powrotna. 

Po rozmieszczeniu gości w kabinach markiz został sam na sam z Harrym 
w swoim prywatnym gabinecie przylegającym do sypialni. 

— Muszę przyznać, Vivien — powiedział Harry — że miałeś doskonały 

pomysł zapraszając jednocześnie dwie tak piękne kobiety. 

— Mnie też tak się wydaje — zgodził się markiz. 
— Obie są śliczne  — zauważył Harry  — ale wydaje mi się, że lady 

Millicent   odegra   rolę   czarnego   charakteru,   a   Betty   Bradwell   zostanie 
bohaterką. 

background image

— Chciałbym, żebyś zabawiał jedną z nich, podczas gdy ja zajmę się 

drugą — roześmiał się markiz. 

—   Spodziewałem   się,   że   mnie   o   to   poprosisz   —   odparł   Harry.   — 

Szczerze mówiąc nie mam nic przeciwko temu. Zrobię to z największą 
przyjemnością. 

— Dziękuję — rzekł markiz. — Wiedziałem, że się zgodzisz. 
—   Już   wiele   razy   byłem   oblegany   przez   damy,   których   chciałeś   się 

pozbyć. 

—   Biedny   Harry!   Obiecuję,   że   następnym   razem,   kiedy   gdzieś   się 

wybierzemy, zaproszę kogoś specjalnie dla ciebie. 

— Nie wiem, czy coś z tego wyjdzie — odparł Harry oschle. — Gdy ty 

jesteś w pobliżu, przedstawicielki płci pięknej patrzą na mnie raczej bez 
większych emocji. 

Markiz znowu wybuchnął śmiechem. 

— Nie użalaj się, Harry. Wiesz, że wiele tobie zawdzięczam. A poza tym 

wcale nie zaprosiłem lady Millicent z własnej woli. Sama się wprosiła. 

— Wiem, wiem — przyznał Harry. — Uparta z niej sztuka. Trudno ci 

będzie przed nią umknąć. 

Markiz   nic   nie   odpowiedział.   Spojrzał   tylko  cynicznie   na   przyjaciela, 

który doskonale wiedział, że markiz nie da się usidlić żadnej kobiecie. 
Nawet jeśli któraś z dam zastawiłaby na niego jakąś sprytną pułapkę, z 
pewnością zdołałby się z niej wydostać. 

—   Przestańmy   już   rozmawiać   o   kobietach   —   powiedział   Oakenshaw 

wstając   z   krzesła.   —   Chodź,   pokażę   ci   statek.   Przed   kolacją   podniosą 
kotwicę. Możemy wyjść wtedy na mostek i popatrzeć na oddalający się 
port. 

— Chętnie — zgodził się Harry. — Muszę przyznać, że „Morska Syrena" 

to wspaniały jacht. 

Gratuluję ci nowego nabytku. Naprawdę świetnie, że go kupiłeś. 

Statek   zrobił   na   Harrym   spore   wrażenie,   Tarina   zaś   była   wprost 

zachwycona.   Nie   spodziewała   się,   że   będzie   tak   wielki,   wygodny   i 
urzekający. 

Marzyła  kiedyś o morskiej  podróży.  Ojciec,  który  w młodości  trochę 

żeglował, opowiadał jej o niewygodach, jakie trzeba znosić podczas takich 

background image

wypraw.   Statek   markiza   sprawiał   jednak   wrażenie   niezwykle 
luksusowego. 

Gdy   tylko   Tarina   z   innymi   służącymi,   którzy   podążali   za   gośćmi 

markiza, weszła na pokład, pomyślała, że znalazła się w małym domu, 
który zamiast stać nieruchomo na lądzie może pływać po morzu. 

Jacht   dostarczono   ze   stoczni   miesiąc   wcześniej.   Betty   powiedziała 

Tarinie,   że   markiz   sam   czuwał   nad   każdym   szczegółem   i   kazał 
wyposażyć ,,Morską Syrenę" w różne dodatkowe udogodnienia. 

Ze   stacji   Tarina   jechała   powozem   razem   ze   służącym   markiza. 

Opowiadał jej, że jego pan sam nadzorował budowę jachtu i wystrój kabin. 

—   Jego   lordowska   mość   jest   perfekcjonistą   —   oznajmił   z   dumą.   — 

Chciałby, żeby wszystko było doskonałe, i biada temu, kto go zawiedzie. 

— To zrozumiałe, że pragnie mieć wszystko w najlepszym gatunku — 

odparła z uśmiechem Tarina. 

— Tak — zgodził się służący. — Zrozumie panienka, co mam na myśli, 
kiedy zobaczy którąś z jego posiadłości. — Spojrzał na nią wymownie i 
dodał: — A to całkiem możliwe. 
— Jak to? — spytała zdziwiona Tarina. 
— Lady Bradwell jest naprawdę piękna — odparł służący — a jego 

lordowska mość takie damy lubi. 

Tarina   zesztywniała,   czując   instynktownie,   że   lokaj   za   dużo   sobie 

pozwala, lecz zaraz pomyślała, że najwidoczniej służący mają w zwyczaju 
w podobny sposób rozmawiać o swoich chlebodawcach. 

— Nazywam się Hunt — przedstawił się. — Słyszałem, że jest panienka 

Francuzką. Nie wiem, jak się do panienki zwracać. 

— Na imię mam Tarina. 
— To pewnie dlatego, że jest panienka z Francji, nie wygląda panienka 

na służącą. 

Tarina nie chciała mówić zbyt wiele o sobie, odparła więc pospiesznie: 

— Może opowiesz mi, Hunt, kto jeszcze został zaproszony na statek. Na 

stacji   Waterloo,   zanim   wsiadłam   do   powozu,   widziałam   dwie   bardzo 
eleganckie damy. 

Hunt, który chciał pochwalić się swoją wiedzą na temat prywatnych 

spraw markiza, pospieszył z odpowiedzią: 

background image

— Większość osób to starzy przyjaciele markiza, oprócz lady Millicent, 

której   mój   pan   nie   zna   zbyt   długo,   no   i   oczywiście   lady   Bradwell   — 
przerwał na chwilę, a potem roześmiał się i dodał: — Zdziwiłem się, gdy 
w ostatnim momencie dołączyła do nas lady Millicent. Myślałem, że jego 
lordowska mość zajmie się wyłącznie panią Bradwell. W każdym razie tak 
do wczoraj wyglądało. 

Tarina postanowiła nie zadawać zbyt wielu pytań na temat markiza. 

Wiedziała, że służący zawsze plotkują o swoich panach i że nie można 
niczego przed nimi ukryć. Czuła, że nie powinna wtykać nosa w nie swoje 
sprawy. 

Z tego, co usłyszała, wywnioskowała, że lady Millicent może stać się 

rywalką Betty. 

— Kim jest ojciec lady Millicent? — spytała. 
— Jej ojcem jest hrabia Hull — odparł Hunt — a mężem dyplomata, sir 

Roderick Carson. 

— Ona jest mężatką? — Tarina wytrzeszczyła oczy. 
— Oczywiście, jego lordowska mość nie zadaje się z panienkami. 

Tarina pomyślała, że to bardzo dziwne. A potem przyszło jej do głowy, 

że ponieważ markiz jest znacznie starszy, to pewnie uważa młode panny 
za nudne osoby. 

— Wydaje mi się — ciągnął Hunt — że mój pan nigdy się nie ożeni. 

Powiada, że chce pozostać kawalerem, choć krewni zaklinają go, żeby się 
ustatkował. To jak melodramat na scenie, ot co! — dodał. 

—   Skąd   ty   to   wszystko   wiesz?   —   zapytała   Tarina   z   wymuszonym 

uśmiechem. 

— Czasami usługuję przy stole, zwłaszcza podczas polowań w Szkocji — 

i   dorzucił   z   uśmiechem:   —   Szlachta   zawsze   się   tak   zachowuje,   jakby 
służący byli głusi i niemi, ja jednak zawsze podsłuchuję, bawi mnie to. 

— A więc sądzisz, że twój pan nigdy się nie ożeni? 
— Wpadnie w sidła prędzej czy później — odrzekł Hunt. — Ale złowi go 

tylko jakaś nieprzeciętna sztuka! 

Zarechotał, a Tarina poczuła ucisk w sercu. Skoro markiz w istocie nie 

zamierzał się ożenić, to w takim razie po co zaprosił Betty na tak długą 
podróż? 

background image

— Markiz zmieni zdanie... musi je zmienić! — powiedziała sobie. 

Jednocześnie instynkt podpowiadał jej, iż Betty czeka rozczarowanie, bo 

markiz jej również się wymknie. 

Nadzieje Tariny wzrosły jednak, gdy dowiedziała się, że Betty dostała 

największą i najwygodniejszą kabinę. Pomieszczenie rzeczywiście robiło 
duże   wrażenie.   Stało   tam   łóżko   osłonięte   błękitnymi   jedwabnymi 
zasłonami, które prawdopodobnie zostały wybrane specjalnie dla Betty. 
Na kwiecistym dywanie widniały róże i niebieskie motyle, a wbudowana 
w ścianę szafa wprawiła w zachwyt zarówno Betty, jak i Tarinę. 

„Jak mężczyzna mógł wpaść na to wszystko?", zastanawiała się Tarina, 

kiedy zaczęła rozpakowywać jeden z kufrów, który został wniesiony do 
kabiny. Dwa pozostałe wciąż stały na korytarzu. 

— Dzięki Bogu, zabrałam ze sobą mnóstwo sukien. — Betty rzuciła się na 

łóżko i wyciągnęła na poduszkach. — Na początku, póki lady Millicent 
płynie z nami, będę wkładać najładniejsze. Zobaczysz, jaka to zazdrośnica. 

Tarina nie miała co do tego wątpliwości. 

— Nie powinnaś się nią przejmować. Ostatecznie jest zamężna i jedzie do 

Indii do swojego małżonka — powiedziała uspokajająco. 

— Już próbowała odciągnąć ode mnie markiza! — poskarżyła się Betty. 

Tarina odwróciła się i spojrzała na kuzynkę szeroko otwartymi oczami. 

— Jak to? Przecież jest mężatką? 

Przez chwilę trwała cisza, a potem Betty rzekła słabym głosem: 

—   No   tak...   ale   przecież   może   z   nim   flirtować.   Małżeństwo   nie 

powstrzymuje kobiet przed uwodzeniem mężczyzn. 

— A powinno! — rzuciła Tarina, wyciągając z kufra kolejną suknię i 

wieszając ją w szafie. 

Kiedy markiz zszedł z mostka kapitańskiego, żeby przebrać się do 

obiadu, usłyszał śmiech dobiegający ze znajdującej się obok jego sypialni 
kabiny, którą przeznaczył dla lady Bradwell. Śmiech brzmiał dziewczęco i 
naturalnie. Nasłuchiwał przez chwilę i doszedł do wniosku, że lady 
Millicent oraz inne znane mu piękności śmieją się zupełnie inaczej. Często 
miał wrażenie, że kobiety ćwiczą przed lustrem, żeby ich śmiech brzmiał 
melodyjnie i uwodzicielsko. Ale ten śmiech wyrażał prawdziwą radość. 
Jakby dwie młode dziewczyny rzeczywiście coś niezmiernie ubawiło. 

background image

Przez chwilę zastanawiał się, kto jest w kabinie razem z Betty Bradwell, i w 
końcu doszedł do wniosku, że to pewnie jej pokojówka. 

Był trochę niezadowolony, gdy Betty upierała się, żeby zabrać ze sobą tę 

dziewczynę. Wiedział z doświadczenia, że służący często są utrapieniem 
podczas długich podróży. Starsi dostawali morskiej choroby i robili się 
nieznośni, a młodzi dawali się we znaki załodze. 

Jednak   Betty   tak   nalegała,   że   w   końcu   się   zgodził.   Tym   bardziej   że 

Elspeth Loraine nie zabrała ze sobą swej starej służącej. 

Markiz złamał już swoje zasady, ale nie miał zamiaru robić tego więcej. 

Kiedy   więc   sekretarz   poinformował   go,   że   lady   Millicent   również 
chciałaby wziąć ze sobą pomocnicę, markiz odparł stanowczo, że nie ma 
już wolnych kabin. Służąca mogłaby przecież szybciej dotrzeć do Indii 
parowcem i w dodatku zabrać bagaż swojej pani. 

Markiz wiedział, że lady Millicent będzie niezadowolona z odmowy. 

Toteż aby nie wprawiać jej w zły humor, wpadł na pomysł, by służąca lady 
Bradwell wraz z Huntem usługiwali w razie potrzeby lady Millicent. 

Hunt   nieraz   już   pływał   na   różnych   jachtach   markiza   i   miał   w   tym 

względzie duże doświadczenie. Tarina jednak bardzo się zmartwiła, gdy 
Betty oznajmiła jej: 

— Markiz pytał, czy nie miałabyś nic przeciwko, żeby zrobić coś czasami 

dla lady Millicent, która nie zabrała ze sobą pokojówki. Zgodziłam się, 
żebyś jej czasem pomagała. 

— Nie wiem, czy to dobry pomysł — zaniepokoiła się Tarina. 
— Dlaczego? 
— Może popełnię jakiś błąd i ona zacznie podejrzewać, że nie jestem 

prawdziwą pokojówką? 

— Czemu miałaby tak myśleć? — zdziwiła się Betty. — Jesteś taka bystra 

i inteligentna, że szybko zorientujesz się, jak się wobec niej zachować. 

— Obyś miała rację. 

Tarina spojrzała na zegarek i dodała: 

— Lepiej pójdę do niej teraz i spytam, czy czegoś nie potrzebuje. Później 

skończę   rozpakowywać   twoje   rzeczy.   Pewnie   będziesz   chciała   włożyć 
dzisiaj srebrną suknię? A może wolisz tę z niebieskiej koronki? 

— Rzeczywiście wolę niebieską— odparła Betty. — Pewnie lady Millicent 

background image

wystroi się jak bogini. 

Nieco   zdenerwowana   Tarina   opuściła   kabinę   Betty,   przeszła   przez 

korytarz i stanęła przed drzwiami do sypialni lady Millicent. Zauważyła, 
że kabiny obu dam mieszczą się w końcu korytarza obok apartamentów 
markiza.   Jak   Tarina   dowiedziała   się   później,   zajmowały   one   całą   tylną 
część jachtu. Była tam duża sypialnia, salonik i spora łazienka, w której 
markiz   mógł   uprawiać   ćwiczenia   gimnastyczne.   Teraz   jednak   Tarina 
myślała tylko o lady Millicent. Zapukała do jej kabiny. 

— Proszę wejść — usłyszała. 

Otworzyła drzwi i przypominając sobie, co mówiła Betty, ukłoniła się 

grzecznie. 

— Czy mogę w czymś pani pomóc, milady? — spytała. 
— Rzeczywiście potrzebna mi pomoc — odparła szorstko lady Millicent. 

— Nie pozwolono mi zabrać pokojówki. 

Siedziała na stołku przed wbudowaną w ścianę toaletką. Miała na sobie 

szlafrok ze szkarłatnego jedwabiu obrębiony koronką i ozdobiony mnó-
stwem małych aksamitnych kokardek. 

— Czego jaśnie pani sobie życzy? — to pytanie Tarina przygotowała 

sobie już wcześniej. 

Rozejrzała się dyskretnie wokoło i stwierdziła, że chociaż kabina jest 
bardzo podobna do sypialni Betty, nie wydaje się aż tak wygodna. 
Przy szerokim łóżku nie było jedwabnych zasłon, wisiał za to nad nim 

wielki obraz przedstawiający żaglowiec. Rysunki statków zdobiły również 
pozostałe ściany pozbawione okien. Pokój nie był tak przytulny jak kabina 
Betty.   Tarina   domyślała   się,   że   markiz   wcześniej   starannie   przemyślał, 
gdzie umieści swoich gości. 

—   Mam   nadzieję,   że   umiesz   układać   włosy   —   głos   lady   Millicent 

wyrażał powątpiewanie. 

— Postaram się zrobić wszystko jak najlepiej, jeżeli tylko powie mi pani, 

czego sobie życzy — odparła Tarina. 

—   Na   razie   zaczesz   włosy   tak,   by   ładnie   prezentowały   się   pod 

kapeluszem — poleciła lady Millicent. — Jutro je rozczeszesz i zobaczymy, 
co potrafisz. 

Tarina   nic   nie   odpowiedziała.   Zaczęła   poprawiać   ciemne   włosy   lady 

background image

Millicent.   Zauważyła,   że   były   modnie   ułożone:   z   przodu   w   loczki,   po 
bokach  gładko zaczesane  i upięte w kok na czubku  głowy. Doszła  do 
wniosku, że z łatwością poradzi sobie z taką fryzurą. 

Kiedy   pomogła   lady   Millicent   włożyć   szmaragdową   suknię   z 

połyskującymi cekinami, stwierdziła, że kobieta wygląda w niej naprawdę 
ponętnie.   Zupełnie   jak   bogini,   pomyślała   Tarina   przypominając   sobie 
słowa Betty. Strój uzupełniał wielki szmaragdowy naszyjnik, który Tarina 
zapięła jej na karku. Wreszcie dama wyszła z kabiny na korytarz i ruszyła 
trochę niepewnym krokiem po rozkołysanym jachcie, zadzierając głowę 
wysoko i szeleszcząc jedwabnymi halkami. Tarina wróciła do kabiny Betty. 

— Długo cię nie było — powiedziała kuzynka z wyrzutem. 
— Lady Millicent jest dość wymagająca. Będę musiała ją uprzedzić, że 

jestem tu przede wszystkim po to, by zajmować się tobą — oznajmiła 
Tarina. 

— Przeraża mnie ta kobieta — wyznała Betty.— Czuję się przy niej jak 

mała dziewczynka. 

— Zupełnie niepotrzebnie — rzekła Tarina. — Nie powinnaś upadać na 

duchu. Powiedz sobie, że jesteś sto razy od niej ładniejsza i w dodatku 
niezależna. W jaki sposób ona może ci zagrozić, skoro w Kalkucie czeka na 
nią mąż? 

Betty roześmiała się krótko i pocałowała Tarinę w policzek. 

— Jesteś kochana, Tarino. Tak się cieszę, że wybrałaś się ze mną w tę 

podróż. 

—   Jeśli   lady   Millicent   będzie   flirtować   z   markizem   —   powiedziała 

Tarina, jakby czytając w myślach Betty — ty możesz zacząć uwodzić pana 
Prestwooda. Hunt, służący, powiedział mi, że to najmilszy dżentelmen, 
jakiego znał, i w dodatku nieżonaty. 

— To rzeczywiście świetne referencje! — zawołała Betty i obie wybuchły 

śmiechem. 

Kiedy Betty weszła do salonu, skierowała się, za radą Tariny, nie do 

markiza,   który   rozmawiał   akurat   z   lady   Millicent,   lecz   do   Harry'ego 
Prestwooda. 

— Jak cudownie znowu panią widzieć — ucieszył się. — Już zaczynałem 

się bać, że fale zmyły panią z pokładu. 

background image

— Nie zdarzyło się nic aż tak złego — odparła Betty. — Spóźniłam się 

trochę, ponieważ musiałam dzielić się swoją pokojówką z lady Millicent — 
powiedziała to ściszonym głosem, jakby dając do zrozumienia, że mówi o 
czymś zabawnym. 

Oczy Harry'ego zabłysły. 

— To pewnie nawet gorsze niż dzielenie się z kimś mężem. 

Betty głowiła się nad jakąś dowcipną odpowiedzią, gdy zorientowała się, 

że markiz podaje jej kieliszek z szampanem. 

—   Właśnie   przed   chwilą   uświadomiłem   sobie,   że   na   moim   nowym 

jachcie brakowało właśnie pani. 

—   Ładnie   pan   to   powiedział   —   odparła   Betty   —   ale   założę   się,   że 

wymyślił to pan przed chwilą podczas kąpieli. 

Markiz roześmiał się. 

—   Zawsze   uważałem,   że   Francuzki   wiedzą,   jak   reagować   na 

komplementy, a pani przecież mieszkała we Francji. 

— Jestem jednak Angielką, a Francuzów traktuję raczej z dystansem. 

Markiz znowu się uśmiechnął. 

— Vivien — rzekł Harry — zwykle stać cię na oryginalniej sze uwagi. 

Markiz uniósł ręce udając przerażenie. 

— Skoro oboje mnie atakujecie — powiedział — idę gdzie indziej szukać 

pocieszenia. — Mówiąc to podszedł do lady Millicent. 

Lady   Loraine,   która   siedziała   po   drugiej   stronie   Harry'ego   i 

przysłuchiwała się ich rozmowie, zwróciła się do lady Bradwell. 

— Byłoby dobrze dla naszego gospodarza, gdyby żartowała pani z niego 

czasami. Wydaje mi się, że Vivien zaczął ostatnio brać siebie zbyt serio. 

— Racja — zgodził się Harry — problem jednak w tym, że to nie on 

bierze siebie zbyt poważnie, raczej wszyscy inni go tak traktują. 

Lady Loraine odparła ściszając głos: 

—   Wydaje   mi   się,   Harry,   że   Vivien   zbyt   często   przebywa   w 

towarzystwie   starszych   od   siebie   ludzi   i   zapomina,   że   jest   młodym 
mężczyzną,   który   powinien   bardziej   cieszyć   się   życiem.   Martwi   mnie, 
kiedy słyszę ten cyniczny ton w jego głosie i widzę wymuszony uśmiech 
na jego ustach. 

— Całkowicie się zgadzam — rzekł Harry — lady Bradwell jednak jest 

background image

wystarczająco młoda, by rozbawić nas wszystkich, zachęcić do śpiewu i 
tańca. 

— Rzeczywiście wygląda jak błękitne niebo nad Morzem Śródziemnym, 
które wszyscy mamy nadzieję niedługo zobaczyć — odparła lady 
Loraine. 

— Wprawiacie mnie w zakłopotanie — wtrąciła Betty. — Jeśli nie uda mi 

się rozbawić naszego gospodarza, sprawić, by tańczył i śpiewał, będziecie 
mnie za to obwiniać. 

— Ależ nic podobnego! — zapewnił Harry. Kiedy Betty spojrzała na 
niego i zobaczyła 

podziw w jego oczach, pomyślała, że to naprawdę nadzwyczaj 
sympatyczny mężczyzna. 

Była   już   zupełnie   pewna,   że   obecność   lady   Millicent   nie   popsuje   jej 

podróży. 

Rozdział 4 

Tarina obudziła się i zobaczyła, jak jeden z jej butów prześlizguje się po 

podłodze z jednego końca kabiny na drugi. Po chwili uświadomiła sobie, 
że   płyną   po   wzburzonym   morzu.   Przez   moment   zastanawiała   się,   czy 
dobrze zniesie morską podróż, a potem pomyślała o Betty. 

Spojrzała na zegarek i stwierdziła, że spała dłużej, niż zamierzała. Była 

bardzo zmęczona. Nie tylko trudy podróży dały jej się we znaki, ale także 
ciągłe podekscytowanie. 

Poprzedniego   dnia   jeden   ze   stewardów   przyniósł   jej   na   tacy   pyszną 

kolację.  Zjadła  więcej  niż  kiedykolwiek. Tak  jak  mogła  się spodziewać, 
markiz miał na pokładzie świetnego kucharza. Kiedy już pomogła Betty 
ułożyć się do snu, poszła do swojej kabiny i rozpakowała jeden z kufrów, 
który   podarowała   jej   kuzynka.   Spodziewała   się,   że   znajdzie   tam   kilka 
czarnych sukien, ale nie przypuszczała, że Betty po okresie żałoby odda jej 
wszystkie ubrania, które w tym czasie nosiła. W kufrze oprócz czarnych 
strojów   były   także   jedwabne   halki   w   najróżniejszych   odcieniach   różu, 
koszule nocne w kolorze fiołkowym i biała bielizna ozdobiona koronką i 

background image

kokardkami. 

Tarina wiedziała, że właśnie bardzo modne były wszelkie ozdoby ze 

wstążek.   Ozdabiano   nimi   wszystko:   poszewki   na   poduszki,   damskie 
koszule i czasami suknie. 

Nie sądziła jednak, że znajdzie kokardki ze wstążek na jedwabnych lub 

uszytych z cienkiego batystu koszulach nocnych, które Betty nosiła będąc 
w żałobie. 

Rozpakowując kufer, Tarina wciąż zadawała sobie pytanie: 

— Czy to możliwe, że spotkało mnie takie szczęście? Dzięki ci, Boże, że 

okazałeś mi tyle dobroci. 

Wydawało jej się, że matka uśmiecha się do niej, zadowolona, że córka 

ma wszystko to, co ona sama miała w młodości, zanim zakochała się i 
wyszła za mąż za biednego pastora. 

Matka   nigdy   nie   żałowała   tego   kroku.   Czasami   jednak   myślała   ze 

smutkiem o swojej córce. Chciała, by nie brakowało jej niczego — by miała 
nie tylko ładne stroje, ale by mogła także chodzić na przyjęcia i bale oraz 
jeździć konno. Pragnęła też, żeby córka została przedstawiona królowej. 

—   Ależ   ja   jestem   zupełnie   szczęśliwa,   mamo   —   zapewniała   Tarina 

matkę na krótko przed jej śmiercią. 

Kiedy matka odeszła zostawiając córkę z pogrążonym w smutku ojcem, 

Tarina czuła niemal fizyczny ból i bardzo rozpaczała. 

Tarina skończyła wreszcie rozpakowywać ubrania i włożyła koszulę z 

delikatnego jedwabiu obrębioną koronką. 

„Właściwie mogłabym w tym iść nawet na bal", powiedziała do siebie, 

przeglądając się w lustrze. 

I   zaraz   przypomniała   sobie,   że   jest   tylko   pokojówką.   Gdyby   ktoś 

zobaczył ją w tym stroju, nie uwierzyłby, że jest służącą. 

Poszła do łóżka czując się jak księżniczka z bajki. Zanim zasnęła, jeszcze 

raz podziękowała Bogu, że zawiódł ją do domu Betty. 

— Teraz — szeptała — nie muszę się już o nic martwić, to cudowne, że 

jestem tutaj. 

Czuła się tym tak bardzo podekscytowana, że w nocy długo nie mogła 

zasnąć. A kiedy rano ubierała się pospiesznie, pomyślała, że musi poprosić 
Hunta lub któregoś ze stewardów, żeby każdego ranka budził ją wcześnie 

background image

pukaniem do drzwi. Jej pośpiech okazał się jednak zupełnie niepotrzebny, 
ponieważ kiedy poszła do kabiny Betty, zastała kuzynkę w łóżku. Betty 
wcale nie miała zamiaru się zrywać o świcie. 

— Idź do siebie, Tarino — powiedziała. — Jeśli sądzisz, że teraz wstanę, 

to się grubo mylisz. 

— Czy źle się czujesz, kochana? 
— Nie, ale mogę poczuć się fatalnie, jeśli się podniosę. Zostanę w łóżku i 

myślę, że zrobi tak większość osób. 

—   W   takim   razie   pójdę   zobaczyć,   czy   lady   Millicent   czegoś   nie 

potrzebuje. 

—   Mam   nadzieję,   że   ona   również   źle   znosi   morskie   podróże   — 

powiedziała Betty złośliwie. 

Potem, jakby obawiając się, że wybuch śmiechu przyprawi ją o zawrót 

głowy, zamknęła oczy i odwróciła się od światła wpadającego przez okno 
przez szpary między zasłonami. 

Tarina wyszła z kabiny i cicho zamknęła drzwi. Zapukała do sypialni 

lady Millicent i weszła do środka, chociaż nie usłyszała żadnej odpowiedzi. 
Lady Millicent spała. Tarina rozejrzała się wokoło i zobaczyła na stoliku 
obok łóżka jakąś dziwną butelkę. Przypuszczała, że zawiera ona laudanum 
lub jakiś inny środek nasenny. Słyszała, że kobiety z towarzystwa często 
zażywają   podobne   mikstury.   Matka   ostrzegała   ją   jednak   przed   takimi 
środkami twierdząc, że mogą być niebezpieczne. 

Dawno temu Betty miała guwernantkę i Tarina czasami przychodziła do 

nich na lekcje. Nauczycielka cierpiała często na bóle głowy. Gdy dopadał ją 
atak migreny, brała łyżkę laudanum i kładła się na kanapie. Dziewczynki 
wiedziały wtedy, że mają kilka godzin spokoju, do chwili aż panna Gordon 
się obudzi. 

Tarina zamknęła ostrożnie drzwi kabiny lady Millicent i pomyślała, że 

ma trochę wolnego czasu. Idąc korytarzem natknęła się na stewarda, który 
powitał ją wesoło: 

— Dzień dobry, panienko! Czy jest panienka gotowa do śniadania? 
— Tak i muszę przyznać, że jestem głodna jak wilk — odparła Tarina. 
— Za momencik przyniosę tacę— obiecał steward z uśmiechem. 

Tarina poszła do swojej kabiny i posłała łóżko. Zauważyła wcześniej, że 

background image

na jachcie jest dziesięć kabin, z tego cztery prawie tak małe jak jej własna. 
Pomieszczenia obok sypialni Tariny nikt nie zajmował. Zgromadzono tam 
prawdopodobnie niepotrzebne kufry. 

Kabina Tariny była niewielka, schludna i, zdaniem dziewczyny, bardzo 

ładna. Stało w niej pojedyncze mosiężne łóżko, nie tak wielkie jak łóżko 
Betty   czy  lady   Millicent,   lecz  bardzo   wygodne.   Wszystkie  inne   meble, 
szafa, toaletka, kilka szafek z szufladami i umywalka, były wbudowane w 
ściany,   podobnie   jak   w   pozostałych   kabinach.   Całe   pomieszczenie 
pomalowano na jasnozielony kolor i kiedy Tarina leżała w łóżku, czuła się 
jak pogrążona w morskich falach. 

Na śniadanie steward przyniósł jajka na bekonie oraz kiełbaski i obiecał, 

że jeśli będzie głodna, przyniesie jej coś jeszcze. Tarina rzadko jadała tak 
obfite śniadania. Na tacy, oprócz głównego dania, znalazła również miód i 
marmoladę, gorące bułeczki i tosty oraz banana i mandarynkę. 

— Kiedy dopłyniemy do jakiegoś cieplejszego portu, może dostaniemy 

truskawki — powiedział steward, jakby obiecywał dziecku zabawkę. 

— W styczniu? — zdziwiła się Tarina. 
— Zobaczy panienka — odparł. — A w Indiach kupimy pyszne owoce 

mango. 

Kiedy   wyszedł,   Tarina   westchnęła.   Była   naprawdę   oczarowana. 

Wszystko tak bardzo ją zachwycało, że nie mogła usiedzieć na miejscu. 
Postanowiła zobaczyć morze i fale rozbijające się o burtę. 

Ojciec często opisywał jej burze, jakie nawiedzają Zatokę Biskajską, i 

chociaż Tarina wiedziała, że wychodzenie na pokład w czasie sztormu 
może okazać się niebezpieczne, ciekawość nie dawała jej spokoju. 

— Widzisz, tato— powiedziała głośno, tak jakby ojciec znajdował się 

obok — doświadczam wszystkich tych rzeczy, o których kiedyś rozma-
wialiśmy. To dzieje się naprawdę! Szkoda tylko, że nie jesteś tutaj ze mną! 

Poczuła lekki ucisk w sercu na wspomnienie ojca. 

To on przecież rozbudził jej wyobraźnię i sprawił, że zaczęła interesować 
się tyloma rzeczami. Wielu ludzi pomyślałoby pewnie, że to wyjątkowo 
nudne   dla   młodej   dziewczyny   żyć   w   cichej   małej   wiosce   i   mieć   do 
towarzystwa   jedynie   starego  ojca.   Jednak   gdy   tylko   pastor   doszedł   do 
siebie po śmierci żony, Tarina stwierdziła, że każda chwila spędzona z 

background image

ojcem sprawia jej prawdziwą przyjemność. 

Rozmawiał   z   nią   jak   z   dorosłą   osobą,   a   ponieważ   odznaczał   się 

wyjątkową   inteligencją,   każda   dyskusja   z   nim   była   niezmiernie 
interesująca. 

—   Gdybyś   był   tutaj   ze   mną,   ojcze—   powiedziała   Tarina   do  siebie— 

opowiedziałbyś mi wszystko o Syjamie i innych krajach, które będziemy 
mijać   po  drodze.   Przed   nami  teraz   Morze   Śródziemne,   Kanał  Sueski   i 
Morze Czerwone. 

Ojciec Tariny przed wieloma laty uczestniczył w uroczystości otwarcia 

Kanału Sueskiego. Pojechał tam wkrótce po uzyskaniu stopnia naukowego 
jako nauczyciel pewnego bogatego młodzieńca,  któremu rodzice chcieli 
pokazać   kawałek   świata.   Dla   ojca   Tariny   podróż   także   była   ciekawym 
doświadczeniem.   Opisywał   kiedyś   córce   ceremonię   otwarcia,   której 
przewodniczyła   cesarzowa   Eugenia.   Opowiadał   też   o   niezwykłym 
podnieceniu, jakie zapanowało, gdy procesja statków z wciągniętymi na 
maszt flagami ruszyła przez kanał. 

— Zapamiętałam wszystko, o czym mi opowiadałeś, ojcze — rzekła w 
duchu Tarina. — A teraz muszę wreszcie iść i zobaczyć morze. 

Wyciągnęła   z   szafy   ciężki   podszyty   futrem   płaszcz.   Wiedziała,   że 

podczas   silnego   wiatru   trudno   będzie   utrzymać   na   głowie   kapelusz. 
Znalazła więc w kufrze szyfonowy szal, narzuciła go na głowę i zawinęła 
wokół   długiej   szyi.   Postawiła   kołnierz,   otworzyła   drzwi   na   korytarz   i 
skierowała   się   w   stronę   wyjścia   na   pokład.   Było   jeszcze   wcześnie,   nie 
przypuszczała więc, że może kogokolwiek tam spotkać. Sądziła, że goście 
markiza jedzą śniadanie w swoich kabinach, jeśli oczywiście są w stanie 
coś przełknąć.  Kiedy wczoraj przybyli na statek, Tarina nie miała zbyt 
wiele czasu, by dokładnie go obejrzeć, zapamiętała jednak drogę wiodącą 
na górę i teraz z łatwością znalazła drzwi. 

Mocowała się trochę, by je otworzyć, z zewnątrz bowiem napierał na nie 

wiatr.   Kiedy   w  końcu   udało  jej  się   wydostać   na   pokład,  rozejrzała   się 
wokoło i przystanęła oczarowana. 

Jacht pruł przez spienione fale. Wiał silny wiatr, lecz mimo to przez szare 

chmury prześwitywało blade słońce. Widok był tak prześliczny i pełen 
majestatu, że Tarina stała nieruchomo przez długą chwilę, zanim ruszyła 

background image

dalej. Trzymała się blisko nadbudówki posuwając się do przodu aż do 
miejsca, skąd mogła widzieć dziób jachtu rozdzierającego fale. 

Bała się iść dalej, ponieważ rozpryskująca woda moczyła pokład i szybko 
spływała z powrotem do morza. 
Tarina stała długo, opierając się plecami o nadbudówkę. Wiatr targał jej 

czarnym   szyfonowym   szalem   i   wywiał   spod   niego   kilka   małych   ko-
smyków. Przepełniona radością czuła, że przestaje się martwić nie tylko o 
to, czy dobrze odegra swoją rolę, ale także o swoją przyszłość. 

—   Powinnam   mieć   więcej   wiary,   a   wtedy   przestanę   się   bać   — 

powiedziała do siebie. 

Statek   przedzierał   się   właśnie   przez   jakąś   gigantyczną   falę.   Tarina 

zachwiała   się   nieco,   ale   zaraz   potem   z   powrotem   mocno   przywarła 
plecami do ściany. Nagle wystraszył ją czyjś głos. 

— Co tutaj robisz? Nie wiesz, że to niebezpieczne? 

Odwróciła   głowę   i   od   razu   wiedziała,   że   ma   przed   sobą   markiza. 

Wyglądał dokładnie tak, jak opisała go Betty. Chociaż w rzeczywistości był 
przystojniejszy. Zrobił na niej ogromne  wrażenie. Od jego nosa do ust 
biegły skośne linie, a szare oczy o głębokim spojrzeniu patrzyły niezwykle 
przenikliwie.   Przez   moment   nie   mogła   wydusić   z   siebie   żadnej 
odpowiedzi, tak bardzo była przestraszona nagłym jego pojawieniem się. 
On sam także wydawał się zaskoczony. 

— Kim jesteś? — zapytał. Dziewczyna oprzytomniała wreszcie i rzekła: 
— Przepraszam, milordzie. Wydawało mi się, że nikt nie będzie miał nic 
przeciwko, jeśli wyjdę zobaczyć morze. 

— Jesteś pokojówką lady Bradwell — stwierdził markiz po namyśle. 
— Tak, proszę pana. 

Tarina nie miała najmniejszego pojęcia, że ze swoimi rudymi włosami 

otulonymi czarnym szalem i niezwykle delikatną cerą jaśniejącą na tle cie-
mnego płaszcza wcale nie wygląda na służącą. 

— Byłby z ciebie dobry żeglarz — rzekł markiz przyglądając się jej. 
— Mam nadzieję, milordzie. Jednak jestem na morzu dopiero po raz 

pierwszy. 

Markiz uśmiechnął się i cyniczny wyraz jego twarzy od razu zniknął. 

— Pierwszy raz? — powtórzył. — No i jak ci się podoba? 

background image

Nie  zastanawiając  się   długo Tarina   powiedziała  pierwszą  rzecz,   jaka 

przyszła jej do głowy: 

— Bardzo — odparła. —  Kto po wód ciemnym żeglował przestworze, miał 

nieraz widok przepełen ponęty... 

Mówiąc to odwróciła wzrok od markiza i spojrzała na fale rozbijające się 

o dziób. Nie mogła więc dostrzec zdziwienia na twarzy Oakenshawa. 

  Wiatr świeży wieje, jak świeżym być może, fregata zwinna, biały żagiel 

wzdęty— dokończył. — A więc naprawdę ci się tutaj podoba? 

— Tak — odparła Tarina i dodała: — Znikają wieże, maszty, brzegów 
szczęty, wspaniała fala pnie się po krawędzie

1

Powiedziała to naturalnie, jakby zwracała się do swojego ojca, który 

często cytował poetów. Nie przypuszczała, że markiz patrzy na nią, nie 
wierząc własnym uszom. Milczał, więc znowu zwróciła ku niemu twarz. 
Miała wielkie oczy i wydawało się przez chwilę, że odbija się w nich zieleń 
fal. 

— Widzę, że znasz Byrona — zauważył. — Wygląda na to, że wiatr 

wzmaga   się   coraz   bardziej.   Zejdź   lepiej   na   dół,   tylko   zrób   to   bardzo 
ostrożnie. 

— Oczywiście, milordzie. 

Wracając musiała przejść obok niego. Markiz odsunął się na bok, by 

zrobić jej miejsce. Wielka fala zakołysała jachtem i markiz zachwiał się 
nieco. Tarina wyciągnęła odruchowo rękę, żeby nie upadł. Okazało się to 
niepotrzebne. Markiz chwycił za poręcz i szybko odzyskał równowagę, a 
Tarina pospiesznie prześlizgnęła się w kierunku drzwi. 

Ruszył za nią, a kiedy znaleźli się w środku, rzekł twardym głosem: 
— To bardzo nierozsądne chodzić samej po pokładzie w taką pogodę. W 

razie niebezpieczeństwa nie byłoby nikogo, kto mógłby cię uratować. 

—   Bardzo   zależy   mi   na   zobaczeniu   Syjamu.   Obiecuję   więc,   że   będę 

ostrożna — odparła Tarina i opierając dłoń na poręczy, skłoniła się lekko: 
— Dziękuję za to, że zaniepokoił się pan o moje życie. Bardzo to doceniam. 

Powiedziawszy   to   odwróciła   się   i   zaczęła   ostrożnie   schodzić   po 

schodach. I znowu nie miała okazji zobaczyć zdumionej twarzy markiza. 
Kiedy jednak znalazła się w swojej kabinie i zdjęła przemoczony płaszcz, 

1 Cytaty z Wędrówek Childe Harolda G. Byrona w przekładzie Jana Kasprowicza.

background image

pomyślała, że rozmowa z markizem, którego widziała pierwszy raz, była 
trochę dziwna. „Może nie powinnam była nic mówić?", pomyślała. 

Markiz pojawił się jednak na pokładzie tak nagle, że Tarina nie miała 

czasu, by zastanawiać się, co należałoby powiedzieć, i mówiła po prostu to, 
co przychodziło jej do głowy. 

Uświadomiła   sobie   teraz,   że   wcale   nie   przestraszyła   się   markiza,   i 

dziwiła się, czemu Betty tak się go obawia. A potem przyszło jej do głowy, 
że przecież nie może porównywać się z Berty. W oczach markiza Tarina 
była zwykłą służącą, której mógł rozkazać, by zeszła na dół. Do gości nie 
zwracałby się przecież w taki sposób. 

— Muszę znaleźć sobie jakieś miejsce na pokładzie, gdzie mogłabym 

siedzieć   w   ukryciu   —   postanowiła   Tarina.   —   Nie   wytrzymam   dwóch 
miesięcy na dole. 

Wkrótce   zapomniała   o   tym   spotkaniu   i   zaczęła   myśleć   o   majestacie 

morza. Po chwili jednak uświadomiła sobie, jak szybko markiz rozpoznał 
cytat z Byrona. 

— Pewnie jest bardzo oczytany — powiedziała do siebie i znowu zaczęła 

się zastanawiać, czy na statku są jakieś książki. 

Kończyła   rozpakowywać   kufer,   w   którym   znalazła   mnóstwo 

wspaniałych strojów, gdy naraz usłyszała pukanie do drzwi. 

— Proszę wejść — powiedziała. Do kabiny wszedł Hunt. 

—   Dzień   dobry,   panienko   —   rzekł   wesoło.   —   Słyszałem,   że   była 

panienka na pokładzie i narobiła sobie trochę kłopotów. 

— Kto ci o tym powiedział? — spytała Tarina. 
—   Mój   pan   uważa,   że   było   to   bardzo   ryzykowne.   Gdyby   panienka 

wpadła do morza, nikt by nawet tego nie zauważył. 

— Przepraszam, nie wiedziałam, że to takie niebezpieczne — odparła 

Tarina po chwili — ale żadna z pań mnie nie potrzebowała, a ja tak bardzo 
chciałam zobaczyć morze. 

— Ciągnie panienkę do morza jak nikogo innego. 
— Czy wszyscy cierpią na chorobę morską? 
— Markiz i pan Prestwood czują się dobrze, ale lord Laraine powiedział, 

że nie zamierza narażać się na złamanie nogi, i został w swojej kabinie. Jego 
żona prosiła mnie, żebym przyniósł jej parę książek. 

background image

Oczy Tariny zabłysły. 

— Książek? — zawołała Tarina. — Czy na jachcie są jakieś książki? 

— O tak — odparł Hunt. — W jednej z kabin markiza jest ich całe 

mnóstwo. Tarina klasnęła w ręce. 

— Skoro idziesz po książki dla lady Loraine, czy mógłbyś także mnie 

przynieść parę? Bardzo brakuje mi czegoś do czytania. 

—   Znajdę   coś   dla   panienki   —   obiecał   Hunt.   —   Co   panienka   lubi? 

Krwawe   kryminały   czy   słodkie   romanse?   Jego   lordowska   mość   ma 
niewiele książek tego rodzaju. 

— Tak naprawdę — powiedziała Tarina — chciałabym jakąś książkę o 

krajach, do których jedziemy. Czy twój pan ma coś o Syjamie? 

— Na pewno — odparł Hunt. 
— Zanim dotrzemy do Syjamu, będziemy mijać Włochy, Afrykę, Grecję, 

Egipt i Indie. 

— Tak — zawołał Hunt — ale nie mogę przynieść całej biblioteki. W 

każdym razie wiem, o co panience chodzi. 

— Dobrze, więc przynieś mi kilka książek o tych krajach — poprosiła. 
— W jakim języku panienka woli? 

Tarina przypomniała sobie, że miała udawać Francuzkę. 

— Wszystko jedno — odparła. — Mogę czytać zarówno po angielsku, jak 

i po francusku, ale miałabym kłopoty z arabskim czy greckim. 

Hunt roześmiał się. 

— Mój pan powiada, że słowa miłości kobiety potrafią zrozumieć w 

każdym języku. 

Uwaga   ta   wydała   się   Tarinie   zbyt   poufała.   Odwróciła   wzrok   i 

powiedziała z godnością: 

— Będę niezmiernie wdzięczna, panie Hunt, za wszystkie książki, które 

pan dla mnie wynajdzie, i oczywiście obiecuję, że będę obchodzić się z 
nimi bardzo ostrożnie. 

— Pewnie — odparł Hunt — bo inaczej jaśnie pan zmyje mi głowę. 

Większość jego gości nie przepada za czytaniem. 

Tarina pomyślała, że markiz po ich porannej rozmowie nie powinien być 

zdziwiony   jej   zainteresowaniem   lekturą.   Nie   była   jednak   pewna,   czy 
zgodzi się pożyczać jej książki. 

background image

— Proszę nie mówić o niczym jego lordowskiej mości — powiedziała. — 

Wiem jednak, że nie wytrzymam kilku tygodni bez czytania. 

— Nie ma się o co martwić — odrzekł Hunt. — Przyniosę książki. Mój 

pan pomyśli, że to dla lady Bradwell. Nie będę musiał kłamać. 

Uśmiechnął się i zamknął za sobą drzwi. Tarina usłyszała jego kroki na 

korytarzu.   Co   za   miły   człowiek,   pomyślała.   Przyszło   jej   do   głowy,   że 
matka mogłaby uznać za naganne, że pozwala służącemu zwracać się do 
siebie tak poufale albo, że namawia go na przyniesienie książek bez zgody 
właściciela, ale pocieszyła się, że ojciec wszystko by zrozumiał. 

Morze szalało przez trzy dni i dopiero czwartego dnia Tarina obudziła się i 
stwierdziła, że statek płynie bez kołysania, a fale nie uderzają już w okrą-
głe okna kabiny. 

Betty nadal stanowczo odmawiała wstania z łóżka, a lady Millicent cały 

czas drzemała pod wpływem środków nasennych. Tarina nie miała więc 
wiele do roboty. Rozmawiała trochę z Betty i czytała. 

Hunt przyzwyczaił się już do tego, że Tarina wprost pochłania książki. 

Kiedy nie wiedział, co może ją zainteresować, wybierał je z biblioteki na 
chybił   trafił.   Robił   to   przeważnie   wtedy,   gdy   jego   pan   był   na   mostku 
kapitańskim   lub   jadł   posiłek   w   salonie.   Tarina   rozczytywała   się   we 
francuskich powieściach, przewodnikach turystycznych i rozprawach na 
temat religii Wschodu. Po rozmowie z markizem na pokładzie nie dziwiła 
się, że w jego bibliotece jest też wiele tomików poezji, choć po tym, co 
opowiadała   jej   Betty,   nie   spodziewała   się,   że   Oakenshaw   okaże   się 
człowiekiem rozmiłowanym w wierszach. Przyszło jej do głowy, że może 
tak skompletował swoją bibliotekę, by służyła bardziej jego gościom niż 
jemu samemu. 

Tarina z dużym zainteresowaniem zaczęła czytać dzieła o wschodnich 

religiach.   Żałowała,   że   nie   ma   przy   niej   ojca,   z   którym   mogłaby 
podyskutować na ten temat. Chociaż był on chrześcijaninem, interesował 
się także buddyzmem, a Tarina, po przebrnięciu przez kilka uczonych 
traktatów   o   religii   buddyjskiej,   miała   w   głowie   mnóstwo   pytań,   które 
żądały odpowiedzi. 

Hunt znalazł jej zaciszne miejsce na pokładzie, gdzie mogła siedzieć bez 

obawy, że ktoś ją zobaczy. Była zachwycona, że może spokojnie oddawać 

background image

się   lekturze   i   jednocześnie   oddychać   świeżym   powietrzem.   Całe   życie 
spędziła na wsi i nie lubiła przebywać w zamknięciu. Gdy tylko morze się 
uspokoiło, Betty nabrała ochoty na pogawędki. 

— Powiedz mi: co się dzieje? — spytała. 
— Z tego, co wiem, nic szczególnego — odparła Tarina. — Hunt mówił, 

że markiz i pan Prestwood spędzają dużo czasu na mostku kapitańskim i 
jedzą   razem   posiłki,   podczas   gdy   wszyscy   inni   nie   opuszczają   swoich 
kabin. 

— Gdybym tylko mogła—powiedziała Betty — wstałabym i dotrzymała 

markizowi towarzystwa. Jednak kiedy tylko próbuję się podnieść, zaczyna 
kręcić mi się w głowie. 

— W takim razie lepiej zostań w łóżku — poradziła Tarina. — Nie ma nic 

gorszego niż szarozielona twarz i rozstrój żołądka. 

Roześmiały się. 

— Pocieszające jest jednak to, że lady Millicent czuje się podobnie jak ja 

— rzekła Betty. 

— Nie sądziłam, że można aż tyle spać — odparła Tarina. — Kiedy 
jednak lady Millicent się budzi, staje się nieznośna. Ciągle mówi: 
„przynieś to, przynieś tamto". A potem bierze kolejną łyżkę tej 
„diabelskiej" mikstury, jak ją nazywała moja matka, i zasypia znowu. 

— Czy nadal wygląda tak pięknie? — spytała zawistnie Betty. 

Tarina zachichotała. 

— Ma opuchniętą twarz i potargane włosy. 
— Szkoda, że markiz nie może jej zobaczyć! — zawołała Betty. 

Gdy dopłynęli do Gibraltaru, słońce świeciło jasno, a morze stało się 

jeszcze spokojniejsze. Było jednak dosyć chłodno. Kiedy Betty wstała z 
łóżka i oznajmiła, że zje lunch w salonie, Tarina poradziła jej, by włożyła 
ciepłą wełnianą sukienkę, w której Betty było bardzo do twarzy, i długie 
futro z szynszyli na wypadek, gdyby chciała wyjść na pokład. 

Betty wyglądała ślicznie z włosami ufryzowanymi przez Tarinę. Aż żal 

było przykrywać je kapeluszem, chociaż w jasnobłękitnym nakryciu głowy 
wyglądała   bardzo   korzystnie.   Przystrojona   w   pastelowe   barwy 
przypominała figurkę z drezdeńskiej porcelany. 

— Wyglądasz naprawdę wspaniale— stwierdziła Tarina. — Nie wydaje 

background image

mi się, żeby jakikolwiek mężczyzna spojrzał na lady Millicent, kiedy ty 
jesteś w pobliżu. 

— Mam nadzieję, że się nie mylisz — zaśmiała się Betty. — I mam też 
nadzieję, że markiz choć trochę stęsknił się za mną. 
— Na pewno — rzekła Tarina z przekonaniem. Odprowadziła Betty na 
korytarz i wróciła, by 

uprzątnąć kabinę. 

Kilka minut później zjawiło się dwóch stewardów, aby pościelić łóżko, i 

Tarina poszła do siebie. Gdy tylko znalazła się w kajucie, Hunt wetknął 
głowę przez drzwi. 

— Jaśnie pani prosi panienkę— powiedział i zaraz zniknął. 

Tarina udała się więc do sypialni lady Millicent. 

—   Słyszałam,   że   lady   Bradwell   wstała   —   powiedziała   dama   ostrym 

głosem, gdy tylko Tarina weszła do środka. 

— Tak, proszę pani. 
— Ja też zamierzam się podnieść. Zobaczymy, czy poradzisz sobie z 

moimi włosami. 

Gdy toaleta dobiegła końca, lady Millicent wyglądała naprawdę pięknie. 

Tarina pomyślała jednak, że lady Millicent nadal jest nieprzyjemna i czepia 
się drobiazgów. A jednak przyznawała w duchu, że zielona suknia i futro z 
gronostajów, które włożyła, świetnie podkreślają jej urodę i figurę. 

Wielka dama nie zadała sobie trudu, by podziękować Tarinie za pomoc. 

Wydała   jej   jeszcze   kilka   poleceń   i   wyszła.   Tarina   odetchnęła   z   ulgą. 
Intuicyjnie czuła, że Betty nie wygra z rywalką, 
która była gotowa pokonać wszystko, co stanie jej na drodze. 

Gdy   w   salonie   podawano   lunch,   Tarina   wzięła   trzy   książki,   które 

skończyła już czytać, i postanowiła sama wybrać sobie następne. 

Przeszła przez korytarz, otworzyła drzwi do apartamentu markiza i tak 

jak się spodziewała, znalazła Hunta w sypialni. 

— Czy mogłabym sama sobie wybrać książki? — spytała. 
— Już je panienka przeczytała? — zdziwił się Hunt. — Nie mogę w to 

uwierzyć. 

— Ależ tak — odparła Tarina — czytam bardzo szybko. 
— A może też potrafi panienka świetnie kłamać — zażartował. 

background image

Tarina bynajmniej się nie roześmiała i gdy Hunt uświadomił sobie, że 

dziewczyna czeka na odpowiedź, rzekł: 

—   Więc   niech   panienka   idzie,   przejrzy   książki   i  wybierze   sobie   coś. 

Proszę też zapamiętać, co panienkę interesuje, wtedy będę wiedział, co 
przynieść następnym razem. 

Nie   chcąc   przedłużać   rozmowy   Tarina   otworzyła   drzwi   wiodące   do 

prywatnego pokoju markiza. Kiedy weszła do środka, zaparło jej dech. W 
rzeczywistości wcale nie wierzyła Huntowi, gdy powiedział, że markiz ma 
na   statku   setki   książek.   Teraz   przekonała   się,   że   mówił   prawdę.   Trzy 
ściany zastawione były półkami uginającymi się od tomów najróżniejszej 
wielkości. Książki wypełniały pokój dosłownie od podłogi po sufit. Tarina 
była   tak   podekscytowana,   jakby   odkryła   jakiś   skarb.   Ledwie   zwróciła 
uwagę na wytworne biurko i meble obite czerwoną skórą, tak pochłonęło 
ją przeglądanie półek. Wszędzie widziała tylko książki i książki, i to w 
dodatku dokładnie takie, jakie zawsze chciała przeczytać. 

Nie były ani zniszczone, ani przestarzałe jak te z biblioteki jej ojca. W 

zbiorach markiza znajdowały się przeważnie najnowsze wydania różnego 
rodzaju literatury. 

Tarina poczuła się jak człowiek, który odkrył kopalnię złota, w chwili 

kiedy najmniej się tego spodziewał. W końcu wybrała wielki tom poezji, 
rozprawę   o   Egipcie   oraz   książkę   zatytułowaną:  Mity   i   bogowie   Indii. 
Znalazła   także   kilka   książek   o   Syjamie,   ale   postanowiła   przeczytać   je 
później. 

Ogarnęła ją wielka radość. Wiedziała, że będzie miała mnóstwo czasu na 

lekturę. Zabrała książki do swojej kabiny, rozkoszując się myślą o długich 
godzinach,   które   przyjdzie   jej   nad   nimi   spędzić.   Zastanawiała   się 
jednocześnie, czy markiz sam wybrał książki do swojej biblioteki, czy też 
kazał sekretarzowi zapełnić półki najnowszymi wydaniami. Ale w końcu 
doszła do wniosku, że jest jej to obojętne. Była niezmiernie szczęśliwa, że 
miała   możność   wybrać   się  w   podróż   na   „Morskiej   Syrenie",   lecz  teraz 
osiągnęła pełnię szczęścia. 

— Mogę czytać i czytać — powtarzała z radością — zamiast, tak jak Betty 

i lady Millicent, walczyć o mężczyznę, któremu prawdopodobnie obie są 
obojętne. 

background image

Jeszcze   raz  intuicja  pozwoliła  jej  zobaczyć  rzeczy   takimi,  jakimi  były 

naprawdę. Teraz kiedy zamieniła parę zdań z markizem, była pewna, że 
nie poślubi on Betty i że wcale nie zależy mu na lady Millicent, chociaż z 
nią flirtuje. 

— Czego on szuka? — zastanawiała się Tarina. „Czego mu w życiu 

brakuje? Przecież ma już prawie wszystko". Gdzieś w głębi duszy czuła, że 
zna odpowiedź na te pytania. A potem stwierdziła, że jeśli to prawda, to 
nie chce o tym myśleć. 

Na Morzu Śródziemnym było zaskakująco ciepło jak na tę porę roku. Woda 
wcale nie wydawała się tak niebieska, jak przypuszczała Tarina. Morze 
jednak było spokojne jak sadzawka. Płynęli coraz bardziej na wschód. Betty 
widząc,   że   lady   Millicent   zagarnęła   markiza   całkowicie   dla   siebie, 
usadowiła   się   za   parawanem,   który   ustawiono   na   pokładzie.   Lady 
Millicent rozmawiała czule z markizem przez cały lunch, a potem gdy 
markiz zasugerował, żeby wszyscy wyszli na pokład, odciągnęła go na bok 
i po chwili oboje gdzieś zniknęli. 

Harry Prestwood pospieszył do Betty i usiadł obok niej. Chcąc wyrwać 

ją z zamyślenia, powiedział: 

— Z każdym dniem jest pani coraz piękniejsza. Już tak długo zwracam 

się do pani tak oficjalnie. Czy mógłbym mówić po imieniu? 

— Oczywiście — uśmiechnęła się Betty — już dawno miałam ochotę 

zrezygnować z tych zbędnych formalności. 

— To wspaniale — odparł. — A teraz powiem ci jeszcze raz, że bardzo 

jesteś piękna. 

Głos Harry'ego brzmiał o wiele bardziej szczerze, niż kiedy prawił jej 

komplementy, gdy tylko się poznali. Wtedy słowa gładko przechodziły 
mu przez usta i przypominał Betty mężczyzn, których spotkała we Francji. 

— Jesteś taki miły — odparła po chwili. — Chociaż czasami myślę, że los 

jest niesprawiedliwy. 

— Dlaczego tak sądzisz? — spytał Harry. 
— Życie jest o wiele łatwiejsze dla kobiety, która jest ładna. 
—   Nie   zawsze.   —   Spojrzała   na   niego   pytająco.   —   Guwernantki   i 

sprzedawczynie,   kobiety   pracujące   jako   służące   często   są   uwodzone   i 
rujnuje im się życie tylko dlatego, że mają ładne buzie. 

background image

— Pewnie masz rację — przyznała Betty. — Jednak wolę o tym nie 

myśleć. 

— Czemu właściwie miałabyś się nad tym zastanawiać? — spytał Harry. 

— Wszystko, co cię otacza, jest tak piękne jak ty sama. Nie chciałbym, 
żebyś czymkolwiek się martwiła, była smutna czy bała się czegoś. 

— Mam nadzieję, że życie się do mnie uśmiechnie. 

— Czy byłaś szczęśliwa w małżeństwie? Nastała chwila ciszy. W końcu 
Betty odparła: 
— Nie chcę o tym rozmawiać. 
— Rozumiem. 
— Teraz jestem bardzo szczęśliwa. 
— Czy masz na myśli tylko tę chwilę? 

Betty roześmiała się, ale nie dała jednoznacznej  odpowiedzi. Milczeli 

przez moment, a potem Harry rzekł: 

—   Jesteś   inna   niż   wszystkie   kobiety,   które   poznawałem   na   różnych 

balach i przyjęciach. 

— Cieszę się. Ale co takiego mnie od nich różni? 
— Sam się nad tym zastanawiałem— powiedział poważnie Harry — i 

doszedłem do wniosku, że jesteś po prostu dobrym człowiekiem. Takich 
kobiet nie spotyka się zbyt często w środowisku, w którym się obracam. 

Betty spojrzała na niego zdziwiona. 

— Mam nadzieję, że jestem dobra, ale co złego robią inne kobiety, skoro 

tak różnią się ode mnie? 

— Może nie chodzi o to, co robią — odparł Harry zamyślonym głosem — 

lecz o to, co myślą. Mam wrażenie, Betty, że twoje myśli są czyste i piękne, 
że nie ma w tobie nienawiści, nie kłamiesz i nie zdradzasz tych, którzy cię 
kochają. 

Betty zawołała przerażona: 

— Ależ oczywiście, że nie! Jednak trudno mi uwierzyć, że większość 

kobiet jest tak dwulicowa, jak mówisz. 

Harry uśmiechnął się, przysunął się trochę bliżej 

i rzekł: 

— Zapomnijmy o innych kobietach i porozmawiajmy o tobie. 

background image

Rozdział 5 

Tarina stała przy iluminatorze w swej kabinie i obserwowała towarzystwo 

przechadzające   się   po   wąskim   molo,   do   którego   przycumowana   była 
„Morska Syrena". 

Betty   wyglądała   uroczo,   również   lady   Loraine,   która   uśmiechała   się 

zagadkowo i przemawiała swoim słodkim głosem. 

Tarina wyświadczyła jej parę razy drobne przysługi, lecz lady Loraine 

zawsze jej dziękowała, tak jakby chodziło o coś naprawdę wielkiego. 

— Jesteś taka piękna — powiedziała do Tariny ledwie wczoraj. — I z całą 

pewnością zasługujesz na lepszy los. 

— Nie narzekam na swój los — odparła Tarina. 
— I to jest najważniejsze — uśmiechnęła się lady Loraine. — Dziękuję ci, 

panienko. Doskonale poradziłaś sobie z moją suknią. 

Tarina spoglądała teraz na dwie damy idące obok siebie po drewnianym 

molo.   Za   nimi   kroczyli   Harry   Prestwood,   lord   Loraine   oraz   markiz. 
Zawsze gdy patrzyła na markiza, ogarniało ją uczucie, że jest on zupełnie 
inny od wszystkich znanych jej do tej pory ludzi. I choć powiadała sobie, że 
takie myśli są niedorzeczne, to jednak jego widok wywierał na niej wielkie 
wrażenie. Czuła, jakby wysyłała ku niemu wibracje, i odbierała te, które 
słał ku niej. Nie była w stanie wytłumaczyć sobie  owego zjawiska. Po 
prostu czuła jego obecność, kiedy zjawiał się na pokładzie. I nie miało 
znaczenia, czy go widzi, czy nie. Posiadał tak silną osobowość, że zdawał 
się dominować nad wszystkim i wszystkimi. 

Starała   się   nie   wychodzić   na   pokład,   kiedy   markiz   uprawiał   tam 

ćwiczenia lub gdy rozmawiał ze znajomymi. Zakradała się wtedy do jego 
kajuty i wyciągała różne książki. 

Region Morza Czerwonego był o tej porze roku niezwykle upalny i Berty 

oraz inni goście pragnęli tylko jednego: zażyć nieco ochłody w cieniu. 

— Jest zbyt gorąco nawet na rozmowy — stwierdziła Betty i dodała 

złośliwie.   —   Zdaje   się,   że   lady   Millicent   ma   sporo   do   powiedzenia 
markizowi! 

Tarina nie odpowiedziała, jednak z każdy dniem nabierała wrażenia, iż 

Betty wcale ni zazdrości lady Millicent jej zażyłości z markizem. 

background image

Wtedy stało się coś, co wstrząsnęło Tariną i sprawiło, że zdała sobie 
sprawę z faktu, iż markiz istotnie potrafi być bardzo nieprzyjemny. 

Tegoż   dnia,   kiedy   gorącym   powietrzem   nie   poruszał   nawet 

najdrobniejszy podmuch wiatru i całe towarzystwo przeszło do jadalni na 
kolację, Tarina poczuła, że nie wytrzyma już dłużej w swej kajucie. Wyszła 
na pokład i zaszyła się w swojej kryjówce, pewna, że nikt jej tam nie 
dostrzeże. 

Wieczór   był   cudowny.   Gwiazdy   rozświetliły   niebo   i   odbijały   się   w 

gładkiej   powierzchni   morza,   poruszanej   jedynie   przez   przepływające 
mimo parowce. Był to czarujący widok. Tarina patrzyła na gwiazdy, które 
zdawały się przekazywać jej jakieś tajemnicze przesłanie — jej i całemu 
rozgorączkowanemu, spieszącemu się światu. 

— Czemu na świecie jest tyle okropnych rzeczy, skoro otacza nas takie 

piękno? — spytała samej siebie Tarina, podziwiając zmierzch. 

Blady księżyc płynął wolno po granatowym niebie, a jego blask nadał 

wszystkiemu  jeszcze   bardziej   magicznego   czaru.   Tarina   zaczęła   dumać 
nad   tym   wszystkim,   czego   dowiedziała   się   z   przeczytanych   podczas 
podróży książek. Czuła, jakby jej umysł i dusza szukały odpowiedzi na coś 
tajemniczego, czegoś bardzo odległego, a jednocześnie tkwiącego w niej 
samej. 

Nagle uświadomiła sobie, że musi być już bardzo późno, gdyż zamilkły 

głosy i goście pewnie udali się już do swych kajut. Siedząc długo bez 
ruchu zesztywniała nieco, więc wstała, by przejść się po pustym — jak 
sądziła — pokładzie. Ledwie wyszła ze swej kryjówki, gdy zdała sobie 
sprawę, że dwoje ludzi siedzi pod parasolem na pokładzie. Pospiesznie się 
cofnęła, nie chcąc, aby ktokolwiek ją spostrzegł. Po chwili uzmysłowiła 
sobie, że to markiz rozmawia z lady Millicent. Usłyszała jego głęboki głos, 
który zawsze wywierał na niej osobliwe wrażenie: 

— Tę właśnie gwiazdę pragnąłem ci pokazać. Powiedział wskazując 
palcem niebo, ale lady 

Millicent odrzekła cicho: 

— Nie gwiazdy mnie obchodzą, Vivien, lecz ty! Objęła jego szyję 
ramieniem i przyciągnęła jego 

głowę do swojej. 

background image

Miała na sobie suknię obszytą cekinami oraz tiul, który wcześniej, przed 

kolacją, Tarina pomagała jej ułożyć. Księżycowa poświata odbijała się od 
jej stroju. 

Tarina nigdy dotąd nie widziała mężczyzny i kobiety całujących się tak 

namiętnie.   I   gdy   patrzyła   na   markiza   i   lady   Millicent   splecionych   w 
uścisku, doznała dziwnego uczucia, osobliwego kłucia gdzieś w piersi — 
uczucia, którego nie znała wcześniej. 

Markiz uniósł głowę i lady Millicent powiedziała: 

— Podniecasz mnie, Vivien, jak zawsze. Chcę być z tobą znacznie bliżej, 

niż   jestem   w   tej   chwili.   Nie   każ   mi   zbyt   długo  czekać,   mój   cudowny 
kochanku. 

W   tonie   jej   głosu   zabrzmiała   namiętność.   Po   tym   wyznaniu   lady 

odwróciła się i odeszła z gracją. Tarinie skojarzyła się z wężem znikającym 
w ciemności. 

Markiz nadal stał w tym samym miejscu. Po chwili jego oblicze zwróciło 

się   ku   gwiazdom.   Nagle   jacht   zakołysał   się   na   fali   i   światło   księżyca 
oświetliło twarz Tariny. Markiz ujrzł jej wielkie oczy patrzące na niego ze 
zdumieniem. Przez moment stał jak skamieniały, a Tarinie słowa uwięzły 
w gardle. Wtedy on odezwał się cicho, bardzo zmienionym głosem: 

— Zapewne wyszłaś na pokład, aby popatrzeć na gwiazdy. Zatem unieś 

ku nim oczy. 

To był rozkaz, a jednocześnie prośba, która wielce ją zdumiała. 

Nie odpowiedziała, a po chwili on odwrócił się i zniknął, idąc w ślady 

lady Millicent. 

Dopiero wówczas Tarina wróciła do kajuty. Zdała sobie sprawę, że drży 

cała   —   z   przerażenia.   Zachowała   się   bardzo   głupio.   Zganiła   swoją 
naiwność,   która   kazała   jej   wierzyć,   że   lady   Millicent   jedynie   flirtuje   z 
markizem. 

— Jak ona może tak postępować... skoro jest mężatką? — Tarina pytała 

siebie. 

Było to dla niej wstrząsające odkrycie. Mieszkała na cichej i spokojnej 

plebanii, gdzie podobne sceny nie mogły się zdarzyć. Czuła, jak policzki 
płoną jej z zażenowania. 

Cóż ona wiedziała? Co dotąd zdążyła zobaczyć? 

background image

— Jak mogłam być taka głupia i nie podejrzewać, że damy podobne do 

lady Millicent postępują w taki właśnie sposób? 

I naraz pewne historie, których niegdyś nie potrafiła zrozumieć, stały się 

jasne. Pojęła krytyczne opinie, jakie wypowiadał kiedyś książę Walii na 
temat kobiet, dezaprobatę swojego ojca wobec postępowania niektórych 
dam   oraz   pewne   sprawy,   o   jakich   wspominała   Betty.   Gdy   Betty 
uświadomiła   sobie,   jak   zielona   i   naiwna   jest   jeszcze   jej   kuzynka, 
natychmiast zmieniła temat rozmowy. Teraz Tarina przypomniała sobie 
niezwykły wyraz jej oczu. 

Kochankowie! Zawsze kojarzyła to słowo z Romeo i Julią oraz miłosnymi 

wierszami, które niegdyś czytywała i których — jak teraz czuła — zupełnie 
nie pojmowała. Fakt, iż zamężna kobieta, która udawała się do Indii na 
spotkanie ze swoim małżonkiem, mogła iść do łóżka z innym mężczy-zną, 
wydawał się jej odrażający. 

Było to w jej oczach tak skandaliczne postępowanie, że nie była w stanie 

zasnąć. Leżała w ciemności i myślała, iż Betty nie powinna wiązać się z 
kimś tak porywczym i niemoralnym. I nagle zjawiło się w jej umyśle 
niespodziewane pytanie: a może Betty miała odgrywać podobną rolę w 
życiu markiza? 

— Czy to możliwe? — zastanawiała się głośno Tarina. 

Wtedy z uczuciem nadzwyczajnej ulgi przypomniała sobie, że Betty jest 

wolna. 

Markiz mógł poślubić Betty, a ona wyraźnie tego pragnęła. A więc, być 

może, będzie mu w stanie darować jego romans z lady Millicent? Ale jakie 
to okropne i poniżające, pomyślała, i bojąc się, że może posłyszeć, jak 
markiz   wchodzi   do   kajuty   lady   Millicent   bądź   ona   idzie   do   markiza, 
zakryła uszy dłońmi. 

— To straszne, to potworne. Papa byłby bardzo, bardzo wstrząśnięty! — 

szepnęła. 

Nie potrafiła pozbyć się tej myśli i nie zmrużyła oka przez resztę nocy. 

Kiedy po paru dniach dotarli do Kalkuty, Tarina była bardzo rada, że 

oto rozstają się z lady Millicent. Nie rozmawiała na ten temat z Betty, a 
ponieważ jej kuzynka nie zdradzała dobrego humoru, Tarina stwierdziła, 
że lepiej nie poruszać tej sprawy. 

background image

Po opuszczeniu jachtu przez lady Millicent — Betty sprawiała wrażenie 

tak osowiałej, że Tarina pomyślała, iż może nie czuje się ona zbyt dobrze. 

— Może lepiej zostaniesz dzisiaj w łóżku? — zaproponowała, widząc ją 

bladą i osłabioną. 

— Nie, nie — odparła szybko Betty. — Muszę wstać, nic mi nie jest. 
— Wyglądasz na zmęczoną, najdroższa. 
— To od gorąca— odpowiedziała Betty rozdrażnionym głosem. — Ale 
podobno ma być dziś chłodniej. 

Istotnie, powietrze ochłodziło się nieco za sprawą wiatru wiejącego z 

południowego zachodu, jednak mimo to Betty nie odzyskiwała dawnego 
wigoru i zwykłej żywiołowości. 

Tarina podejrzewała, że Betty cierpi z powodu niewierności markiza. 
— Jestem pewna, że wszystko się ułoży — zapewniała siebie samą. — 

Teraz kiedy opuściła nas ta rozpustnica. 

Właśnie wówczas lady Loraine poprosiła ją 

o zszycie sukni. 

— Wcześniej nie chciałam cię o to prosić, mademoiselle — wyjaśniła 

cicho lady Loraine — jako że musiałaś zajmować się lady Millicent. Będę 
jednak wdzięczna, jeśli wyświadczysz mi tę przysługę. Muszę przyznać, 
że zupełnie nie potrafię posługiwać się igłą i nitką. 

— Oczywiście, zaraz to zrobię, milady — odrzekła Tarina. — Mam 

teraz mnóstwo czasu. 

—   Słyszałam,   że   lady   Millicent   była   bardzo   wymagająca   — 

powiedziała lady Loraine z uśmieszkiem. 

— Owszem, bardzo! — przyznała Tarina. W głosie Tariny pobrzmiewała 
nutka niechęci 

wobec ciemnookiej piękności, która okazała się nieznośną istotą. 

— Będzie teraz trochę spokoju — stwierdziła lady Loraine. — Lady 
Millicent zawsze czyniła tyle zamieszania. 

Na  to Tarina  zapragnęła  jej odpowiedzieć, że  bardzo nie  lubiła  lady 

Millicent. Wiedziała jednak, że służącej nie wolno sobie za dużo pozwalać. 
Wzięła więc suknię lady Loraine i poszła do swojej kabiny. 

Fakt, iż zbliżali się do rzeki Czao Paraja, bardzo ją ekscytował. 

Z książek z biblioteki markiza dowiedziała się, jak wielkie znaczenie 

background image

miała owa rzeka dla Królestwa Syjamu — rzeka, którą zachodni podró-
żnicy i naukowcy znali pod nazwą Menam, co oznaczało — Matka Wód. 
Królowie z dynastii Audija, dzięki opanowaniu tej rzeki, mogli rządzić 
resztą terytorium Syjamu. 

Płynęli   teraz   powoli   w   górę   rzeki   ku   Bangkokowi.   Zafascynowana 

Tarina   patrzyła   na   niezliczone   mnóstwo   łodzi,   tratew   i   barek   o 
przeróżnych kształtach. Mogła sobie wyobrazić, jaki popłoch zapanował tu 
w zeszłym roku, kiedy francuskie kanonierki otworzyły ogień na syjamskie 
wybrzeże. Przerażeni mieszkańcy, zaskoczeni hukiem dział, skakali wprost 
z drewnianych domków do wody. 

Zakotwiczyli i Tarina mogła teraz obserwować z dala błyszczące kopuły 

świątyń i pałaców. Pomyślała, że Bangkok nie zawiedzie jej oczekiwań. 
Martwiło   ją   jedynie   to,   że   nie   będzie   mogła   od   razu   zejść   na   ląd   i 
przystąpić do zwiedzania. 

Ponoć markiz miał udać się na konferencję z królem. Wtedy będzie okazja, 
by dokładnie poznać miasto. Przynajmniej miała taką nadzieję. Wyszła na 
pokład   wczesnym   rankiem,   nim   ktokolwiek   się   tam   znalazł,   i   zaczęła 
przypatrywać   się   rzece,   już   pełnej   małych   łódek.   Wschodzące   słońce 
oświetlało imponujący gmach królewskiego pałacu. Kiedy zjawił się na 
pokładzie markiz w białych spodniach i błękitnej marynarce, wydał jej się 
tak piękny, jak nigdy przedtem. 

Betty   powiadomiła   ją   wcześniej,   że   markiz   wraz   gośćmi   został 

zaproszony do pałacu na spotkanie z królem Czulalongkomem. Po lunchu 
miało   zacząć   się   zwiedzanie   wspaniałego   pałacu,   najcudowniejszej 
budowli Bangkoku. 

— Ale  z niego szczęściarz!  — powiedziała cicho i zaraz poczuła  się 

zawstydzona, że mu zazdrości, a powinna być raczej wdzięczna, że zabrał 
ją do Syjamu, kraju, którego inaczej nigdy by nie zobaczyła. 

Nie spotka  się z królem, ale za to może podziwiać  błyszczące złoto 

pagody i tę uroczą rzekę. 

Kiedy   tylko   markiz   w   otoczeniu   swych   gości   zniknął   z   widoku, 

wystąpiła śmielej na środek pokładu i zajęła się obserwowaniem przepły-
wających łodzi oraz ludzi na brzegu. 

W książkach wyczytała, że Syjamczycy chętnie się uśmiechają, i teraz 

background image

zdawało się to potwierdzać. 

Ci w łódkach machali do niej przyjaźnie i Tarina odpowiadała na ich 
pozdrowienia. Wtedy podszedł do niej Hunt i rzekł: 

— Kiedy uporam się z tym, co mam przygotować dla jego lordowskiej 

mości, to wezmę panienkę na brzeg, jeśli panienka sobie tego życzy. 

— Z radością! — odparła Tarina. —Będę ci zadawała mnóstwo pytań. 
—   Proszę   bardzo   —   powiedział   Hunt.   —   Chyba   wie   panienka,   że 

zakotwiczyliśmy   w   pobliżu   hotelu   „Oriental",   gdzie   zatrzymują   się 
wszyscy arystokraci. — Wskazał na imponujący budynek i dodał: — Za 
tymi drzewami przechadzają się teraz książęta i lordowie, a takoż i różni 
milionerzy! 

Tarina   roześmiała   się   i   zerknęła   z   zaciekawieniem   w   stronę   hotelu, 

częściowo przesłoniętego palmami kokosowymi. 

— Ten hotel wybudował pewien kapitan — wyjaśnił Hunt. — Niby dla 

marynarzy. Tylko że tam za drogo dla prostych ludzi morza. 

— Kiedy wzniesiono ten budynek? — spytała Tarina. 
— Och, panienki nie było jeszcze na świecie. Ze sto lat temu! 

Tarina zaśmiała się. 

—   Ale   panienka   pewnie   chciałaby   zobaczyć   króla—   podjął   Hunt.   — 

Gadają, że on ma siedem-dziesięcioro siedmioro dzieci. 

— Coś podobnego?! — wykrzyknęła Tarina. 

— Słowo daję — stwierdził Hunt. — W tym trzydziestu dwóch synów. 

Gdy nadeszła pora lunchu, Tarina zeszła do swej kajuty i znalazła tam 

już gotowy posiłek, który, choć wystygł, wyglądał bardzo smakowicie. 

Nie miała zresztą apetytu, gdyż było zbyt upalnie. Gdy skończyła, Hunt 

nadal siedział przy stole z pozostałymi członkami załogi. 

Ona tymczasem wzięła książki, które skończyła czytać, i zamierzała udać 

się do kajuty markiza, aby wymienić je na inne. Na statku było bardzo 
cicho. Wślizgnęła się do biblioteki, gdzie stały książki, które umilały jej 
podróż. Pomyślała, że nauczyła się z nich tak wiele, iż po powrocie do 
Anglii, będzie nie tą samą osobą. Weszła do kajuty markiza i aż zatkało ją 
na widok trzech obrazów opartych o fotele i biurko. 

Szybko zorientowała się, co przedstawiają. 
Przeczytała   wiele   książek   o   Syjamie,   w   których   wspominano   o   tak 

background image

zwanych „jatakach", o freskach zdobiących ściany buddyjskich świątyń. 
Stanowiły   one   ilustracje   do   starych   podań,   legend   i   baśni,   powstałych 
jeszcze w czasach, nim buddyzm ogarnął całe Indie. 

Dużo czytała o nich, ale nie przypuszczała, że nadarzy się okazja, by je 

zobaczyć,   gdyż   większość   buddyjskich   świątyń   znajdowała   się   poza 
Bangkokiem. 

A oto przed jej oczami te wspaniałe reprodukcje! 
Były to miniatury namalowane z dbałością o zachowanie szczegółów, 

jednak   na   tyle   duże,   by   można   sobie   przedstawić,   jak   wyglądają   na 
świątynnych murach. 

Freski   obrazowały   świat   zamieszkany   przez   mityczne   bóstwa   i 

stworzenia   i   stanowiły   wizualną   formę   ludowych   podań   oraz 
przypowiastek. 

Patrzyła na nie teraz — na te figury, będące wcieleniami bohaterstwa, 

miłości, dobroci, mądrości, cierpliwości i prawdy. Biła z nich jakaś tajemna 
moc, którą Tarina czuła swoim sercem lub raczej duszą. 

Przyjrzała   się   pierwszemu   z   nich,   potem   następnemu,   usiłując   pojąć 

tajemną naukę, przechowywaną przez buddyjskich mędrców przez całe 
stulecia. 

Drzwi za jej plecami otwarły się cicho. Sądziła, że to Hunt, i była na 

niego zła, że przerwał jej tę chwilę osobliwej zadumy. 

— Czyż nie są urocze? — spytała. 
— Nie dziwię się, że ci się podobają — powiedział niski głos. 

Tarina krzyknęła i odwróciła się szybko. W drzwiach stał nie Hunt, lecz 

sam markiz. 

Patrzyła na niego szeroko rozwartymi oczyma, a jego bliskość wywołała 

całkowity zamęt w jej umyśle. W tej chwili nie umiałaby nawet powie-
dzieć, jak się nazywa. 

Promienie słońca, wpadające przez okno, nadawały jej włosom złocistej 
barwy, współgrającej ze złotem na obrazach stojących za nią. Z powodu 
upału Tarina nie miała na sobie czarnej sukni, stosownej dla służącej 
wielkiej damy. Miast niej włożyła bladoróżową sukienkę — według Betty 
znakomitą na gorące dni — która podkreślała szczupłość jej talii, opinała 
krągłe biodra i ciągnęła się aż do stóp, niczym kaskada jedwabiu i 

background image

koronek. Markiz lustrował ją badawczym wzrokiem. Dopiero po dłuższej 
chwili Tarina była w stanie powiedzieć cokolwiek. 

— Przepraszam — wyszeptała. Markiz zamknął za sobą 
drzwi. 
— Domyślam się, że przyszłaś po następne książki — powiedział — jak 

to zwykle czynisz, kiedy schodzę z jachtu. 

— Pan... o tym wie? 
— Nigdy bym nie uwierzył, że lady Loraine pochłania taką masę książek, 

nie mając pojęcia, o czym w nich mowa. 

Tarina wstrzymała oddech. 

— Tak... tak mi przykro... Wiem, że to karygodne, ale obawiałam się, że 

gdybym   poprosiła   pańskiego   lokaja,   żeby   spytał   pana   o   pozwolenie, 
mógłby pan odmówić. 

Mówiąc to, czuła, iż istotnie zawiniła. Służącej nie wolno zachowywać 

się w ten sposób. Dodała szybko: 

— Proszę... Biorę całą winę na siebie. Nie powinnam była próbować pana 
oszukiwać. Ale pańskie książki tyle dla mnie znaczyły. 

— Naprawdę lubisz czytać? Po raz pierwszy, odkąd markiz pojawił się 

w kajucie, oczy Tariny rozbłysły. 

—   Właśnie   przed   chwilą   myślałam   sobie...   O   wszystkim,   co 

przeczytałam na pokładzie jachtu waszej lordowskiej mości. Dzięki nim 
zmieniłam się. 

— Zmieniłaś? Pod jakim względem? 
— Tyle się z nich dowiedziałam... Wiem więcej niż kiedyś. Mój ojciec 

powiedziałby, że poszerzyły mi się horyzonty. 

Nastała chwila ciszy. Wreszcie markiz rzekł: 

— A teraz podziwiasz te obrazy?! 

Tarina zerknęła na reprodukcje i odpowiedziała: 

— One są... cudowne! Czytałam o „jatakach"... ale nie spodziewałam się, 

że kiedyś je zobaczę. 

— A jednak ci się poszczęściło... I co o nich myślisz? 

Tarina umilkła na chwilę, a następnie powiedziała: 

— Wiem, że zawierają stare buddyjskie nauki... Uważam jednak, że 

trudno znaleźć odpowiednie słowa, by je zinterpretować. 

background image

Markiz   podszedł   do   niej,   stanął   obok   i   utkwił   wzrok   z   jednym   z 

malowideł,   szczególnie   barwnym,   na   którym   sportretowanych   zostało 
kilkanaście postaci. Każda z nich odgrywała równorzędną rolę i stanowiła 
integralną część całości. 

Tarina wiedziała już teraz, jak odpowiedzieć na pytanie markiza. 
— Myślę — podjęła wolno — że te obrazy nie są jedynie pożywką dla 

oczu, ale i dla... duszy. 

Markiz stał bez ruchu. Wreszcie odezwał się: 

— Ubrałaś w słowa to, co sam starałem się wyrazić. 
—   A   więc   rozumie   pan?   —   spytała   gorączkowo.   —   Każdy   może 

wyciągnąć z nich inną naukę dla siebie. 

Znowu milczenie. Wreszcie markiz zapytał ostro: 

— Kim ty właściwie jesteś? 

Tarina  zadrżała, jakby wyrwana z transu.  Niepewnie zaczęła szukać 

słów, a wtedy on powiedział: 

— Nie chodzi mi o to, że zjawiłaś się na moim jachcie jako służąca. 

Pytam, kim jesteś naprawdę. — Przerwał i dodał: — Powiedziano mi, że 
jesteś Fancuzką. Ale ja w to nie wierzę. 

Tarina czuła, że powinna zaprotestować; powinna poinformować go — 

tak   jak   to   ustaliły   z   Betty   —   że   jej   ojciec   jest   Francuzem,   matka   zaś 
Angielką. Jednak nie chciała kłamać, i oblała się rumieńcem. Wiedziała, iż 
wzbudza podejrzenia. 

— Jestem przekonany, że znajdzie się jakieś rozsądne wytłumaczenie 

faktu — podjął markiz — iż lady Bradwell sprowadziła cię na mój statek. 
Jednak nadal intryguje mnie to, że patrzysz na świat inaczej niż reszta 
moich gości. Co się zaś tyczy owych malowideł, robią one na tobie takie 
samo wrażenie jak na mnie. 

— Czy tak jest naprawdę? Nie sądziłam, że... Urwała, uświadamiając 
sobie, że słowa, które 

zamierzała wypowiedzieć, nie przy stoją służącej. 

— Nie sądziłaś, że ja mogę czuć to samo co ty? — podsunął markiz — 

Cóż w tym dziwnego? Kiedy byłem tu cztery lata temu, natknąłem się na 
pewnego artystę, który sporządzał kopie fresków ze świątyń w głębi kraju. 
Zamówiłem u niego kilka reprodukcji. — Uśmiechnął się i dorzucił: — 

background image

Niemal o tym zapomniałem, ale Syjamczycy są bardzo cierpliwi i nie liczą 
czasu tak jak my. Ów malarz przyniósł mi je, jak tylko zakotwiczyliśmy. 

— Cieszę się, że je zobaczyłam. 
— Wiem... — stwierdził cicho. — Nadal jednak czekam na odpowiedź na 

moje pytanie. 

— Sądzę, milordzie, że niepotrzebnie... Może w ogóle nie powinien był 

pan zwracać na mnie uwagi... 

— Cóż to za niedorzeczne stwierdzenie! — oburzył się markiz. — Jak 

mógłbym nie zwrócić na ciebie uwagi? Jak mógłbym nie być świadom twej 
obecności? Czułem ją nawet kiedy cię nie było w pobliżu mnie! 

Tarina   popatrzyła   na   niego   zdumiona.   A   potem   bez   namysłu 

powiedziała: 

— Jak mógł pan... skoro ja?... 

Urwała w pół słowa, zdając sobie sprawę, że zagalopowała się za daleko. 
Jednak markiz dokończył spokojnie: 

— ...Skoro ty czujesz to samo w stosunku do mnie? — Raz jeszcze rzucił 

okiem na obrazy i rzekł: — Czy oboje musimy to wyjaśniać? Przeczytałem 
każdą książkę z tych półek poświęconą buddyzmowi. I każda dowodzi, że 
nasze życie jest tylko jednym z wielu. — Urwał i podjął wolniej: — Skoro 
oboje jesteśmy siebie tak świadomi nawzajem, to znaczy, że już kiedyś się 
spotkaliśmy i nasze wibracje... lub to, co nazywasz duszami, docierają do 
nas prędzej niż słowa. 

— Czy naprawdę pan tak uważa? 
— Jestem tego pewien — odparł markiz. — I sądzę, że ty również. 

Odwróciła od niego oczy i powiedziała: 

— Często dyskutowałam o tym z ojcem. On twierdził, że buddyzm to 

mądra i logiczna religia, i dodawał, że jak ktoś pozna buddyjską filozofię, 
to przekona się, iż ma ona wiele wspólnego z wiarą chrześcijańską. 

Markiz zaśmiał się krótko. 

—  No dobrze.  A  teraz  mam  nadzieję, że  powiesz  mi  wreszcie,  kim 

jesteś. Chyba nie jedną z tych postaci z fresków, która przybrała ludzką 
postać, aby mnie zadziwić? 

— Myślę,  że tak to można  określić...  — odrzekła Tarina.  — Proszę, 

milordzie, czy nie mogłoby tak zostać? — Dostrzegła, że on ma zamiar 

background image

zaoponować,   i   dodała   pospiesznie:   —   Wygląda   jednak   na   to,   że   nie 
potrafię   w   jednej   chwili   wrócić   do   swej   postaci   z   fresku,   więc   będę 
wdzięczna waszej lordowskiej mości, jeśli zechce mnie traktować, jakby 
nigdy nic nie zaszło. 

Naraz przyszło jej do głowy, że skoro markiz jest już z powrotem, to 

zapewne wraz z nim zjawiła się i reszta towarzystwa. Powiedziała prędko: 

— Jeżeli pani wróciła, to muszę już do niej iść. 
— Nie ma pośpiechu — zapewnił ją markiz. — Lady Bradwell wraz z 

pozostałymi   moimi   gośćmi   jest   teraz   w   pałacu.   Ja   zwiedziłem   go   już 
onegdaj i po rozmowie z królem wróciłem na jacht. 

— Powinnam być ostrożniejsza... — stwierdziła Tarina. — Przepraszam, 

że czytałam książki waszej lordowskiej mości bez pozwolenia. 

Markiz uczynił drobny gest dłonią. 

— Moja biblioteka stoi dla ciebie otworem. Mam nadzieję, że będziesz 

również podziwiać moje obrazy. 

Tarina wstrzymała oddech. 

— Dziękuję panu... dziękuję! Ale „podziwiać" nie jest najwłaściwszym 

słowem. One mnie po prostu oczarowały! I czuję, że jedno spojrzenie na nie 
oświeci mnie bardziej niż całe tomy ksiąg. 

Markiz posłyszał gorączkową nutę w jej głosie. 

— Nadal nie mam pojęcia, skąd wiesz tak wiele na temat, na który, 

muszę uczciwie przyznać, nigdy nie rozmawiałem z kobietami — rzekł po 
chwili. 

Tarina poczuła, że powinna być szczera, i wyznała: 

— Mój ojciec był uczonym, milordzie. Uzyskał doktorat w Oksfordzie za 

rozprawę o filozofii Wschodu. 

— To czemu, przekazując ci taką wiedzę, przystał na to, byś została 

służącą? 

— Mój ojciec... nie żyje! 

— I pewnie dlatego stroisz się w różowe suknie! Nie przestawał być 
podejrzliwy i Tarina nie 

pojmowała, jaka jest tego przyczyna. Zachowanie markiza zbijało ją z 
tropu. Odezwała się: 

— Za każdym razem, gdy wkładam piękną suknię, odmawiam modlitwę 

background image

dziękczynną za to, że los się do mnie uśmiechnął. 

Mówiąc to, stanął jej przed oczyma markiz całujący się na pokładzie z 

lady Millicent. Odczuła wtedy nie tylko niesmak i oburzenie, iż zamężna 
kobieta może postępować w ten sposób, ale uważała też, że zachowanie 
markiza również jest naganne. 

Zapewne przejrzał jej myśli i spostrzegł dezaprobatę w jej oczach, bo 

rzekł ostro: 

— Kazałem ci patrzeć w gwiazdy i zapomnieć o tym, że ich odbicie w 

wodzie często już nie jest takie piękne. 

Nie starała się udawać, że nie rozumie tej aluzji. 

— To, co złe... i ohydne... niszczy piękno... dane nam przez Boga — 

powiedziała po chwili. 

— On stworzył nas ludźmi — odparł markiz. — Ty jednak jesteś jeszcze 
bardzo młoda, nie możesz mieć więc wyrozumiałości dla ludzkich 
słabostek. Kiedy przybędzie ci lat, to pojmiesz, iż człowiek musi szukać 
szczęścia tam gdzie się da. Tarina zamachała bezradnie dłońmi. 

— To racja — powiedziała cicho. — Zdaję sobie sprawę, że w sumie 

wiem tak niewiele i chyba jestem... trochę głupia. 

— Nie zgodziłbym się z tym — rzekł markiz — ale uważaj na siebie. 

Trudno osiągnąć coś w życiu, nie tracąc przy tym niewinności. — Spojrzała 
na niego wystraszona, a on dodał: — Ludzi psują nie tylko ich czyny, ale 
także ich myśli. Teraz twoje myśli cię przerażają, pamiętaj, że prawdziwa 
mądrość tkwi w tych obrazach. 

—   Oczywiście   ma   pan   rację!   I   wielu   jeszcze   rzeczy   powinnam 

dowiedzieć się dla własnego dobra. 

— A więc zapomnij o tym, co cię tak dręczy, dobrze? 
— Spróbuję — powiedziała pokornie — ale nie będzie to łatwe. 
— Gdyby wszystko było łatwe, to nie byłoby o co walczyć. 
— Tak, to prawda. Gdy ktoś dociera do linii horyzontu, wtedy zawsze 

widzi przed sobą inny horyzont. Jak mogłam być tak głupia i nie zapa-
miętać tego? 

— A jednak zapomniałaś. Dlaczego? 
— Ze... strachu. 

Wspomniała o swej rozpaczy, kiedy jej ojciec odszedł z tego świata, gdy 

background image

przekonała się, jak mało pozostawił pieniędzy. Modliła się wtedy gorąco, 
by pomogła jej Berty. I oto całkiem niespodziewanie znalazła się w tej 
czarownej podróży. Dawna rozpacz przeminęła i zastąpiła ją radość. 

— Podróż pełna odkryć! — powiedziała niemal szeptem. 

Markiz   drgnął.   Podobne   słowa   usłyszał   od   ministra   spraw 

zagranicznych, a on sam dodał, że być może odnajdzie gwiazdę, której 
zawsze szukał. 

To wspomnienie wyraźnie go poruszyło. Przeszedł przez pomieszczenie, 

sięgnął do górnej półki i wziął z niej kilka książek. 

— Tych jeszcze nie czytałaś — rzekł. — Przeczytaj więc i powiedz, co w 

nich znalazłaś, co w nich zaciekawiło cię i dotarło do twej duszy. 

Tarina wzięła je od niego, świadoma, że coś zakłóciło ich rozmowę i 

markiz pragnie już teraz, aby odeszła. 

Ruszyła   ku   drzwiom.   Nagle   odwróciła   się,   spojrzała   na   niego   i 

powiedziała: 

— Bardzo panu dziękuję. 

Cicho zamknęła za sobą drzwi, czując, że ucieka od czegoś wspaniałego 

i niebezpiecznego zarazem, od czego nie było ucieczki — ani teraz, ani 
nigdy. 

Serce biło jej jak szalone, gdy niemal biegła do swej kabiny. Zdało jej się, 

że przeszła dziwne doświadczenie, coś mistycznego, coś, co wprowadziło 
zamęt w jej myśli. I zaczęła się bać. 

Jak mogła podjąć taką rozmowę z markizem? Skąd znalazła śmiałość, by 

wyznać mu to, co czuła głęboko w duszy? I jak on mógł zadawać jej 
podobne pytania i jednocześnie powiedzieć, że w tym samym rytmie bije 
jej serce co jego. 

— Chyba  śniłam... On nie mógł rzec... czegoś takiego! — wmawiała 

sobie. 

Potem przysiadła na łóżku, usiłując zebrać myśli, krążące niczym jakaś 

wielka karuzela, pomieszane i rozgorączkowane. Zrozumiała tylko tyle, iż 
miała błędne wyobrażenie o markizie. Skoro naprawdę powiedział to, co 
powiedział,   wówczas   obraz   utrwalony   w   jej   głowie   —   mężczyzny 
zepsutego,   cynicznego,   uwodzącego   piękne   damy   —   był   całkowicie 
fałszywy. Może grał tylko na pokaz, a wewnątrz ukrywał całkiem inną 

background image

osobowość.  Tak jakby w tym jednym człowieku zadomowiły się naraz 
piekielne demony i boskie figury z buddyjskich obrazów. 

I   dopiero   teraz   w   pełni   pojęła   słowa   swego   ojca   —   że   w   każdym 

człowieku tkwi Bóg i Szatan i to człowiek decyduje, kogo obierze za swego 
życiowego przewodnika. 

Kiedy tak rozmyślała o markizie, czując przy tym, że coś ciągnie ją do 

niego i że było tak od chwili, gdy znalazła się na pokładzie „Morskiej 
Syreny", przyszło jej do głowy, iż jest nielojalna w stosunku do Betty. To 
przecież Betty, która sprowadziła ją tutaj, którą kochała i której pragnęła 
pomóc, chciała wyjść za mąż za markiza. 

— Jestem pewna, że on... uczyni ją... szczęśliwą — powiedziała Tarina na 

głos. 

I wtedy na myśl o tym skrzywiła się z bólu. I wiedziała też — dlaczego. 

Rozdział 6 

Tarina   nie   mogła   zasnąć.   Leżała   w   łóżku,   rozmyślając   o   markizie   i   o 

wszystkich   dziwnych   rzeczach,   jakie   przytrafiły   jej   się   od   chwili 
opuszczenia   Londynu.   Z   pierwszym   brzaskiem   wstała   i   zaczęła 
obserwować szarzejące niebo i gasnące gwiazdy. 

Wspomniała o tym, jak to markiz kazał jej wpatrywać się w gwiazdy, i 

wtedy dosłyszała cichy dźwięk z drugiej strony kajuty. Odwróciła się i ku 
swemu   zdumieniu   dostrzegła   skrawek   papieru   wciśnięty   pod   drzwi. 
Podniosła go i zobaczyła litery postawione mocnym charakterem pisma, 
które — jak czuła — było pismem markiza. , 

Czy zechciałabyś udać się ze mną na wodny targ? Bądź o świcie na nadbrzeżu w  

pobliżu pałacu. 

Początkowo słowa te napełniły ją bezgranicznym zdumieniem, a 
następnie wprawiły w podekscytowanie. 

Słyszała już wcześniej o targu na wodzie, atrakcji Bangkoku. Wiedziała, 

że ludzie schodzą   się tam wczesnym  rankiem,  i  nie  przypuszczała,  że 
będzie miała okazję go zwiedzić. 

Pragnęła jak najprędzej zobaczyć markiza i nie chciała kazać mu czekać. 

Szybko   umyła   się   i   ubrała   —   włożyła   pierwszą   z   brzegu   suknię,   jaką 

background image

znalazła w szafie. Potem zerknęła na siebie w lustrze, by przyczesać włosy, 
i wtedy uświadomiła sobie, że ma na sobie śliczną bawełnianą sukienkę, 
którą Betty kupiła w Paryżu, oryginalnie uszytą i ozdobioną wstążkami 
oraz koronkami. Sukienka była prosta, a zarazem piękna i szykowna. 

Czesząc   włosy,   przypomniała   sobie,   że   ma   stosowny   dla   młodej 

panienki kapelusz z małym rondem, który powinien pasować do reszty 
stroju. 

„Owszem — pomyślała — jest dobry dla młodej damy, ale czy nie zbyt 

wyzywający dla służącej?" 

Nie miała już jednak czasu na zmianę ubrania, wzięła więc rękawiczki i 

wymknęła się na korytarz. 

Nie było tam nikogo. Panowała idealna cisza. Pospieszyła na pokład i 

przekonała   się,   że   na   pokładzie   też   nie   ma   służby.   Spostrzegła   drzwi 
otwarte, jak przypuszczała, przez markiza i po kilku minutach znalazła się 
na nadbrzeżu graniczącym z pałacowymi ogrodami. Przeszła pod rzędem 
kokosowych palm i dotarła do miejsca, gdzie czekał markiz. Podeszła do 
niego i zauważyła, że spojrzał z aprobatą na jej ubiór. 

— Dziękuję... dziękuję panu! Tak bardzo chciałam zobaczyć wodny targ, 

ale   obawiałam   się,   że   będzie   to   niemożliwe   —   powiedziała,   z   trudem 
tłumiąc przyspieszony oddech. 

— Spodoba ci się, zobaczysz — odpowiedział. — A oto i nasza łódź. 

Łódź była raczej osobliwa, niepodobna do tych, które Tarina widywała. 

Usiadła z przodu obok markiza, z tyłu zaś zajęli miejsca dwaj wioślarze i 
sternik. 

Poczuła się zupełnie swobodnie i była przekonana, że ich przewoźnicy 

nie zrozumieją jej rozmowy z markizem. Gdy wypłynęli na rzekę, światło 
dnia przebijało się już przez mrok nocy i Tarina wiedziała, że wkrótce na 
horyzoncie   ukaże   się   słońce.   Gwiazdy   nad   nimi   już   niemal   pogasły   i 
nastąpił ten jedyny w swoim rodzaju mistyczny moment walki światłości z 
mrokiem nocy. 

Na   rzece   panował   już   spory   ruch.   Przeróżne   łódki   wyłaniały   się   z 

ciemności.   Pokazały   się   też   tratwy   i   promy,   wiozące   Syjamczyków   do 
pracy. Płynęli przez chwilę w milczeniu. Wreszcie markiz odezwał się: 

— Nie mogłem zasnąć tej nocy. Rozmyślałem o naszej rozmowie. Muszę 

background image

przyznać, że bardzo mnie ona poruszyła. 

— Zapewne wszystko to sprawiły tamte obrazy — podsunęła Tarina. 
—   A   więc   może   powinniśmy   zastanowić   się   nad   ich   rzeczywistą 

wymową? — zapytał markiz. 

—   Chyba   każdy,   kto   je   widział,   zastanawia   się   nad   tym   właśnie   — 

odparła Tarina. 

— Jak masz na imię? — zapytał markiz po chwili ciszy. 
— Tarina! 
— Dziwne imię, ale pasuje do ciebie. Nie znałem dotąd nikogo o takim 

imieniu. 

— Tak nazywała się moja prababka, która była Austriaczką. 

Markiz uśmiechnął się. 

— I po niej odziedziczyłaś kolor włosów. Miałem rację podejrzewając, że 

nie jesteś Francuzką. 

Tarina nie chciała wdawać się w rozmowę na temat swych przodków, 

więc po prostu odwróciła głowę w stronę zaludniającego się brzegu. 

Kobiety   wychodziły   ze   stojących   na   palach   na   wodzie   drewnianych 

domków i rozwieszały pranie. Dzieci machały do przepływających łodzi, a 
kilku śniadych chłopców pluskało się w rzece wokół skleconej z drewienek 
tratewki. Tubylcy uśmiechali się i Tarina powiedziała: 

— Co za szczęśliwy kraj. Jego mieszkańcy są w większości ubodzy, ale 

potrafią cieszyć się życiem. 

— Tak, to szczęśliwy i piękny kraj — dodał markiz cicho. 

Przypomniała   sobie,   jak   rzekł   jej,   by   nie   zajmowała   swych   myśli 

wstrętnymi rzeczami. 

Upłynęło dużo czasu, nim dotarli na targowisko na rzece. Tarina ujrzała 

duże platformy kołyszące się nad powierzchnią wody i mnóstwo wyła-
dowanych towarami łodzi. W każdej siedział mężczyzna bądź kobieta z 
koszem   na   głowie,   pełnym   owoców   i   jarzyn.   Truskawki,   rzodkiewki   i 
dojrzałe arbuzy odcinały się kolorem od ogórków, ananasów, fasoli oraz 
rozmaitych grzybów. Handlowano też dzbankami i patelniami, mięsem, 
rybami, mąką, a nawet węglem drzewnym. 

Wzeszło   słońce,   zrobiło   się   cieplej   i   Syjamczycy   rozłożyli   parasole, 

chroniące ich towary przed żarem. 

background image

Łódź Tariny i markiza przeciskała się pośród innych łodzi, dziewczyna 

była tak podekscytowana, że nie wiedziała, czy patrzeć na lewo, czy na 
prawo. W życiu nie widziała podobnego targowiska. 

Sprzedawcy wykłócali się z klientami o ceny, jednak nadal czynili to z 

uśmiechem na twarzy, nie tracąc dobrego humoru. 

Płynęli dalej, a Tarina cieszyła się niczym dziecko, które pierwszy raz 

ogląda teatr kukiełkowy. Była tak bardzo rozentuzjazmowana, że nie zdała 
sobie nawet sprawy z tego, iż ściągnęła z głowy kapelusz i że markiz pilnie 
się jej przygląda. Światło słoneczne połyskiwało w jej rudych włosach. 

Dopiero po jakimś czasie, gdy łódź zawróciła, Tarina westchnęła cicho: 

— Nie miałam pojęcia, że targ wodny może być taki niezwykły. 
— Wiedziałem, że będzie ci się podobać — odrzekł markiz. 

W   drodze   powrotnej   barwy   otoczenia   zdawały   się   jej   bardziej 

intensywne, a wszystko jeszcze piękniejsze niż w chwili, gdy tu wpłynęli. 
Dopiero gdy znaleźli się na otwartej rzece, Tarina rzekła: 

— Nie przypuszczałam, że pokaże mi pan tak fascynujące widowisko! 

Kiedy podniosła oczy na markiza, zauważyła, że jego oblicze ma wyraz, 

którego   nigdy   przedtem   nie   widziała.   Patrzył   na   nią   dłuższą   chwilę. 
Wreszcie odezwał się: 

— I co teraz będzie, Tarino? Co będzie z nami? Przez moment sądziła, że 
się przesłyszała. Prędko 

odwróciła wzrok. 

— Nie... nie rozumiem, o czym pan mówi. 
—   Ależ   rozumiesz,   i   to   doskonale   —   odpowiedział.   —   Zadałem   ci 

pytanie, które nie dawało mi spokoju całą noc. 

— Myślę, że odpowiedź brzmi... nic, mój panie. 
— Dlaczego? — spytał ostro. 

Wahała się przez chwilkę. Wreszcie odrzekła cicho: 

— Jest pan w pełni świadom, tak jak i ja sama, że nie powinniśmy być 

tutaj  razem...  To  może  wzbudzić  plotki,  jeśli  goście   waszej  lordowskiej 
mości dowiedzą się o tym. 

—   Nie   ma   powodu,   by   się   dowiedzieli—   zaprotestował.   —   I   nadal 

domagam się, abyś odpowiedziała na moje pytanie. — Tarina milczała, 
więc dodał po chwili: — Wiesz chyba, że nie mogę cię utracić. Pragnę z 

background image

tobą rozmawiać, zrozumieć, czemu odczuwamy tak samo wiele rzeczy. 
Mielibyśmy   jednak   kłopoty   z   rozstrzyganiem   tego   wszystkiego   na 
pokładzie jachtu. — Tarina nadal patrzyła przed siebie i markiz podjął: — 
Wiem też dobrze, co pragnę ci zaoferować, jednak mam pewne skrupuły... 

Przez moment Tarina poczuła oszołomienie. A potem odezwała się, nim 

zdążyła pomyśleć: 

— Nie... nie wolno panu sądzić, że... Słowa uwięzły jej w gardle. 
Wówczas markiz 

powiedział do niej tonem, jakim wcześniej nigdy się do niej nie zwracał. 

— Kto dał ci tę suknię? 

Zdziwiła się, co też to pytanie może mieć wspólnego z tym, o czym 

rozmawiali   wcześniej.   I   ta   surowość   jego   głosu,   to   zimne,   podejrzliwe 
spojrzenie... Poczuła się tak, jakby z rajskiego targu na wodzie spłynęła 
wprost w ponurą rzeczywistość. Stanął jej przed oczami obraz markiza 
całującego   lady   Millicent.   Zadźwięczał   w   uszach   głos   lady   Millicent, 
nazywającej markiza „cudownym kochankiem"... Zesztywniała, a markiz, 
który zapewne wyczytał z wyrazu jej twarzy, o czym myśli, rzekł 

szybko: 

— Nie chciałem cię zranić. Jednak odpowiedz: kto podarował ci tę 

sukienkę? 

Była   wzburzona   jego   wojowniczym   tonem   i   własnymi   myślami. 

Odpowiedziała słabo: 

— Przyjaciel... 

— Tak właśnie przypuszczałem — rzekł markiz. Cyniczna nuta w jego 
głosie była bardzo 

wyraźna, toteż Tarina powiedziała ze złością: 

— Jak pan może myśleć w ten sposób o mnie? Wyobrażać sobie takie... 

okropne rzeczy, pan, który jest jednocześnie taki wrażliwy na piękno! 

Właściwie nie była pewna, czy to, iż mężczyzna mógł zapłacić za jej 

suknię, jest aż tak upokarzające. Lecz oczy markiza zdradzały, że uważa, 
iż dostała ją od kochanka. 

— Jeżeli jestem w błędzie, to, proszę, wybacz mi — powiedział szybko, 

zmieniając całkiem ton. 

— Oczywiście że... jest pan w błędzie! — odparła Tarina — I czuję się 

background image

poniżona, że myśli pan o mnie w taki sposób. 

— A skąd jesteś taka pewna, co takiego sobie myślę? — zapytał. — I jak 

to   jest,   Tarino,   że   dokładnie   znam   teraz   twe   uczucia?   —   Tarina   nie 
odpowiedziała, więc po chwili dodał: — Raz jeszcze pytam: co będzie z 
nami? Jak możemy się rozstać, skoro mamy sobie tyle do powiedzenia? 

—   Nie...   nie   powinniśmy   o   tym   rozmawiać   —   odezwała   się   Tarina 

szybko. 

— No to co mam począć? 

Tarina odpowiedziała bez zastanowienia: 

— Zaprosił   pan Betty... to  jest lady  Bradwell, by  odbyła z  panem  tę 

podróż... Ona sądzi, że pan zamierza poprosić ją o rękę. 

— Poprosić ją o rękę? — Głos markiza wyrażał szczere zdumienie. 

Tarina spojrzała na niego. I wtedy aż zakrzyknęła z przerażenia. 

— Czy... czy to oznacza, że?!... 

Nie wolno jej było już dalej brnąć! Tak jakby w jednej chwili cała jej 

niewinność została zgnieciona żelazną ręką. Wiedziała już teraz, że markiz 
chciał   się   tylko   kochać   z   Betty   i   jedynie   obecność   lady   Millicent 
pokrzyżowała   jego   zamiary.   Betty   nigdy   nie   dopuściłaby   do   czegoś 
podobnego, powiedziała sobie w duchu, lecz zaraz uświadomiła sobie, że 
jej kuzynka właściwie nigdy nie wyznała, iż chce zostać żoną markiza. 

— Nie, nie... To nie może być prawda! — powiedziała szeptem— To 

straszne... okropne... I nigdy nie pozwolę jej uczynić czegoś podobnego. 

—  Powtarzam:  nie  chciałem  tobą   wstrząsnąć  —  stwierdził  markiz  ze 

spokojem. 

—   Ale   jednak...   wstrząsnął   mną   pan!   —   krzyknęła   Tarina—   Nie 

wiedziałam prawie nic o życiu w wielkim świecie, póki nie trafiłam na 
pański jacht. Już teraz pojmuję znaczenie słowa „cnota" i jestem pewna, że 
nikt mi jej nie odbierze! Poczuła, jak drży szarpana emocjami. Z trudem 
panowała nad sobą, by nie wybuchnąć płaczem. Zrozumiała, że szczęście i 
niewinność,  jaką wyniosła z dzieciństwa, zostały jej nagle odebrane,  że 
została   siłą   wepchnięta   w   dorosłe   życie.   Znalazła   się   w   obcym   i 
przerażającym świecie, którego nie 

rozumiała. 

A on znowu przejrzał jej myśli, ujął jej dłoń, 

background image

i powiedział. 

—   Daruj   mi.   Nie   chciałem   cię   denerwować.   Byłem   egoistyczny   i 

myślałem wyłącznie o sobie. Masz rację... Nie zdawałem sobie sprawy z 
tego, że jesteś taka niewinna. Mówiłem ci, abyś spoglądała w gwiazdy, a 
nie na ich odbicie w brudnej wodzie. 

— I próbowałam to robić, lecz teraz wiem, że 

brud skala wszystko. 

Poczuła, jak jego palce zaciskają się na jej dłoni. Markiz rzekł: 
—   Chyba   nie   przyjrzałaś   się   tamtym   malowidłom   dość   dokładnie. 

Księcia zawsze kuszą demony zła i zostaje on uratowany dopiero w osta-
tniej chwili przez boską Dewę. 

Tarina milczała. Wiedziała, iż on zwraca się wprost do niej. Wiedziała, 

że to niewłaściwe, iż pozwala mu trzymać swą rękę, lecz w głębi serca 
pragnęła  przylgnąć  do niego  cała.  Pogrążyła się  w strasznym  świecie, 
którego istnienia nie podejrzewała aż do tej chwili. Przypomniała sobie 
ciemne   oczy   lady   Millicent,   jej   pełne,   uwodzicielskie   usta   i   zmysłowe 
kołysanie biodrami, kiedy spacerowała po pokładzie. 

Markiz   najwyraźniej   nie   potrafił   oprzeć   się   pokusom   kobiecych 

wdzięków. Jednak lady Millicent nie było już na jachcie, a on jakoś nie 
wydawał się za nią tęsknić. 

— Myślę— zaczął markiz, wyrywając Tarinę z zamyślenia—że ty właśnie 

jesteś ową Dewą, która została zesłana, by mi przynieść pomoc i odciągnąć 
od pokus stwarzanych przez demony ciemności. 

Powiedział   to   z   taką   szczerością,   że   Tarina   popatrzyła   na   niego,   by 

przekonać się, czy przypadkiem nie żartuje. 

— Nie mam sposobności ingerować w pańskie życie — odezwała się. — 

Tylko pan może nim pokierować. 

Pokręcił głową. 

— To nieprawda. Dla każdego mężczyzny istnieje ta jedyna niewiasta, 

która go inspiruje i wiedzie niczym gwiazda. Jeśli mężczyzna zbłądzi i 
zejdzie z właściwej drogi, to należy mu wybaczyć. 

— Kto miałby wybaczyć? 
— Przypuszczam,  że  odpowiedź  brzmi: Bóg  — odpowiedział  markiz 

nieco oschle. — Ja jednak proszę o przebaczenie ciebie, Tarino. 

background image

— Za to, że mnie pan podejrzewał? 
— Nie, za to, że rozbudziłem twoje myśli. Gdybym znał cię lepiej, to 

prędzej dałbym sobie uciąć prawe ramię, niż skalać kogoś takiego jak ty. 

Tarina popatrzyła na niego zdziwiona nagłą odmianą w jego głosie. 

— Nigdy dotąd się nie całowałaś, powiedz? 
—   Oczywiście   że   nie   —   odparła   Tarina,   odwracając   się   od   niego 

raptownie. 

Powinna była wyrwać dłoń z jego objęć. On jednak i tak by jej nie puścił. 

— Tak właśnie sądziłem — stwierdził — więc zacznijmy wszystko od 

początku. Pozostaw wszystko mnie. Znajdę sposób, byśmy nie utracili się 
nawzajem, choć na razie wydaje mi się to trudne. 

— A...lady Bradwell? 

Po chwili milczenia markiz odpowiedział: 

— Może powinienem to wyjaśnić: jestem zatwardziałym kawalerem. I 

zamierzam nim pozostać. 

Tarina pomyślała, że Berty będzie rozczarowana. Z tonu głosu markiza 

wywnioskowała   jednak,   że   to   jego   nieodwołalna   decyzja.   Zarazem 
obawiała się, że w czasie powrotnego rejsu do domu Berty może zachować 
się tak samo jak lady Millicent. Lecz po chwili powiedziała sobie, że to 
wykluczone. Betty nie była taka. Mówiła jej o hrabim i o księciu, ale Tarina 
miała   przekonanie,   że   Betty   nie   zostałaby   ich  kochanką.   Mogła   z   nimi 
flirtować, to zrozumiałe, była przecież niezwykle uroczą osobą... 

Naraz Tarina poczuła się zagubiona, jak dziecko płaczące na pustkowiu 

— bez domu, rodziny, bez nikogo bliskiego. Chwyciła więc rękę markiza, 
niczym tonący na wzburzonym morzu liny. 

— Ja... nie rozumiem — szepnęła. 

Nie musiała więcej tłumaczyć. On spojrzał na nią i powiedział: 

— Zostaw wszystko mnie. Rozwiążę wszelkie problemy. Tylko mi zaufaj. 

Przemknęło  jej przez  myśl, że  markiz,  jeśli  na  coś nie  zasługiwał, to 

właśnie na zaufanie. Skoro jednak prosi ją o to... 

Czuła wibracje jego dłoni. Spojrzała na niego i pomyślała, że chyba jej nie 

zawiedzie i znajdzie wyjście z tego skomplikowanego położenia, w jakim 
się znalazła. 

— Odsunę od ciebie wszystko, co wstrętne — zapewnił ją niskim głosem. 

background image

— Pragnę, by pan to zrobił — odpowiedziała. — Zostałam zupełnie sama 

na świecie i boję się. 

— Kiedy wrócimy na jacht — rzekł markiz — zaprowadzę cię do kajuty, 

gdzie stoją moje obrazy. Zrozumiesz przekaz w nich zawarty... jest w nich 
to, co sam usiłuję ci powiedzieć. 

Tarina westchnęła cicho, jednak tym razem z ulgą. 

Nagle wstrząsnęła nią myśl, że gdyby teraz markiz objął ją i przyciągnął 

do siebie, to odebrałaby to jedynie jako czuły i opiekuńczy gest. W tejże 
chwili zaczęła odczuwać wibracje jeszcze mocniej. 

Zdawały się przenikać jej ręce i docierać aż do piersi, i przejmować rytm, 
w jakim biło jej serce. Wtedy zobaczyła nadbrzeże koło pałacu i zdała 
sobie sprawę, że to, co ona czuje, jest miłością! Uczucie to spadło na nią w 
najmniej   oczekiwanym   momencie,   a   jednak   było   mocne   i   żywe   jak 
błyskawica, zniewalające bez reszty. 

Markiz nie pojawił się na śniadaniu, a gdy Betty zapytała o niego, jeden ze 
stewardów odparł, że je posiłek w swej kabinie. Spojrzała przez stół, by 
uśmiechnąć się do Harry'ego Prestwooda, ale Harry patrzył w zamyśleniu 
na łodzie na rzece, jakby były bardziej interesujące niż Betty. 

Od przybycia do Bangkoku jadali na pokładzie, w miejscu osłoniętym 

specjalnym   baldachimem.   Betty   również   zaczęła   spoglądać   na   rzekę, 
rozżalona, że Harry nie zdradza większego zainteresowania jej osobą. Byli 
oboje sami i, chcąc przyciągnąć jego uwagę, upuściła z hałasem sztućce na 
podłogę. 

— Harry! — zawołała. Nie odwrócił głowy. 
— O co chodzi? — spytał tylko: 
— Co się dzieje? 
— A kto powiedział, że coś się dzieje? 
— Ja! Od pewnego czasu zacząłeś wyraźnie mnie unikać. Co takiego 
uczyniłam, czym cię zdenerwowałam? 

— Niczym. 
— Ale wiem, że coś jest nie tak. 
— Nie mam ochoty o tym rozmawiać. 
— Ale ja mam! — nalegała Betty — Przyjaźniliśmy się, przynajmniej tak 

mi się zdawało, kiedy płynęliśmy po Morzu Śródziemnym, przez Kanał 

background image

Sueski i Morze Czerwone. Teraz dziwnie się zachowujesz. 

Harry nie odpowiadał, więc po chwili milczenia rzekła z patosem: 

— Proszę, powiedz mi. To nie daje mi spokoju, spędza sen z powiek. 

Dopiero teraz Harry oderwał wzrok od rzeki i zerknął na Betty. 

— Masz na myśli... tamto? 
— Oczywiście że tak! Jak możesz być taki... nieuprzejmy? 

Wyraźnie zawahała się przed ostatnim słowem i Harry nagle wstał od 

stołu, mówiąc: 

— Muszę z tobą porozmawiać, ale nie tutaj. 
— No to gdzie? 
— Gdzieś, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał. 

Popatrzył na brzeg i dodał: 

— Chodź ze mną teraz, natychmiast, póki Lorainowie nie zjawią się na 

śniadaniu. 

Betty spojrzała na niego wzburzona. 

— Teraz!? W takim stroju? 
— Pójdziemy do ogrodu. Kapelusz nie będzie 

ci potrzebny. 

Mówił tak gorączkowo i tak dziwnym tonem, że bez słowa ruszyła za 

nim po pokładzie i zeszła na nadbrzeże, wiodące do bramy pałacowego 
ogrodu. Zdawało się, że poza nimi — z powodu tak wczesnej pory — nie 
ma   tu   nikogo.   Szli   pod   drzewami   do   zacienionego   miejsca   wśród 
klombów,   gdzie   mogli   ukryć   się   przed   wzrokiem   przypadkowych 
spacerowiczów. 

Usiedli na drewnianej ławeczce. I Betty wydało się, że Harry celowo 

usiadł w pewnej odległości od niej. Spojrzała na niego pytająco. Jednakże 
on nie odzywał się i patrzył gdzieś przed siebie. 

— O co chodzi, Harry? — spytała w końcu. 
— Nie wiesz? 
— Nie mam pojęcia! 

Westchnął ciężko i szorstkim głosem powiedział:. 

— Muszę natychmiast opuścić statek... I wrócić 

do kraju... 

— Dlaczego? — zapytała patrząc na niego 

background image

zdumiona. — Co się stało? 

— Zdawało mi się, że rozumiesz. 
— Nie rozumiem. I nie wiem, czemu się tak zachowujesz. Och, Harry, 

powiedz, cóż ja takiego 

zrobiłam? 

Zabrzmiało to jak płaczliwa prośba skrzywdzonego dziecka i Harry 
natychmiast odwrócił się do niej. 

— Na litość boską, moja kochana — rzekł. — Nie mów tak. Nie zniosę 

tego! 

Betty patrzyła nań z coraz większym zdziwieniem. 

— Kocham  cię! Sądziłem, że się tego domyślasz.  Jestem bliski utraty 

zmysłów. Musisz mnie zrozumieć. 

— Więc w tym rzecz! — wykrzyknęła Betty. — Czemu po prostu mi tego 

nie powiedziałeś? Ja także cię kocham, Harry! Kocham cię od tygodni i 
jestem zrozpaczona, bo wydaje mi się, że ty... jesteś wobec mnie... obojętny. 

— Obojętny? — powtórzył i jakby nie potrafił nad sobą zapanować, wziął 

ją w ramiona i obsypał pocałunkami. 

— Podziwiam cię! Ubóstwiam! — mówił. — Jesteś niezwykle piękna. 

Bałem się, iż nie mam żadnych szans, byś do mnie należała. 

— Ale dlaczego?... 
— Bo znalazłaś się tu, aby zabawiać Viviena. A ja nie mam ci niczego do 

zaoferowania. 

— Niczego?... 

Harry mocno zacisnął palce na jej dłoniach. . 

— Gdybym mógł ci się oświadczyć, dawno już bym to uczynił. — Nie 

odpowiadała, więc po chwili podjął: — Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką w 
życiu spotkałem. Wszystko w tobie jest pełne uroku — twoja słodycz, twoja 
wyrozumiałość, twoje współczucie... — Westchnął.— Mógłbym godzinami 
wyliczać twoje zalety, a jednak muszę od ciebie odejść... 

— Dlaczego? Dlaczego? — pytała Betty. Puścił jej dłonie, wbił wzrok w 
jakieś drzewo 

i wyznał: 

—   Ponieważ   nie   posiadam   niczego...   niczego!   Mój   ojciec   tonie   w 

astronomicznych długach, które pewnie mnie przyjdzie spłacać... Gdyby 

background image

nie Vivien, to pewnie już zamknęliby mnie w więzieniu! 

Betty aż krzyknęła z przerażenia. 

— Ale... chyba możesz coś zrobić? 
—   Jeśli   powiesz   mi   co,   uczynię   to   bezzwłocznie.   —   Zapanowało 

milczenie   i   Harry   podjął:   —   Odkąd   przekonałem   się,   że   cię   kocham, 
wymyślam   niestworzone   historie,   za   sprawą   których   mogłabyś   zostać 
moją żoną. 

Betty zasłoniła dłonią usta, nie chcąc mu przerywać. 
— Nie mam jednak szans na zdobycie pieniędzy, a nie chcę dłużej 

siedzieć w kieszeniach przyjaciół, zwłaszcza Viviena. Na to nie zezwala 
mi mój honor! 

Powiedział   to   z   taką   goryczą,   że   aż   Betty   położyła   dłoń   na   jego 

ramieniu. 

— Proszę cię, Harry, nie chcę, byś był... nieszczęśliwy. 

— Jak może być inaczej, skoro cię kocham? — zapytał. — Och, Boże, 

dlaczego przytrafiło się to akurat mnie? Znam wiele kobiet i nie będę 
udawał, że były mi obojętne, lecz nigdy nie pragnąłem, by którakolwiek z 
nich została moją żoną, była ze mną na zawsze... Póki nie spotkałem 
ciebie. 
Zapanowało milczenie. Wtedy Betty rzekła: 

— Wiem, że jesteś bardzo ambitny, ale... ja będę miała trochę pieniędzy. 

Nawet jeśli wyjdę za mąż powtórnie. 

— Myślałem nad tym— przyznał Harry — ale mój honor nie pozwoliłby 

mi korzystać z pieniędzy żony. 

—   To   nie   całkiem   tak,   Harry...   Mój   mąż   zostawił   mi   wszystko,   co 

posiadał, jednak gdybym ponownie stanęła na ślubnym kobiercu, to będę 
miała prawo rozporządzać jedną czwartą tego, czym dysponuję teraz. 

— Nawet gdyby chodziło tylko o parę szylingów, to i tak nie byłoby o 

czym mówić — odparł Harry. — Poza tym nie zniósłbym myśli, że przeze 
mnie tracisz cokolwiek, choćby te wszystkie suknie, w których tak pięknie 
wyglądasz? 

—   Czy   naprawdę   nie   daje   ci   to   spokoju?   Mój   kochany,   przy   tobie 

byłabym   szczęśliwa   nawet   mieszkając   pod   namiotem   lub   sypiając   w 
stodole. Nigdy w życiu nie czułam do nikogo tego, co teraz do ciebie... 

background image

Wyznała to z taką pasją, że Harry z westchnieniem — na poły uniesienia, 

a   na   poły   głębokiej   rozpaczy   —   wziął   ją   w   ramiona   i   zaczął   długo   i 
namiętnie całować. 

Wreszcie powiedział drżącym głosem: 
— Moja najdroższa, kocham cię jak nikt na świecie, ale odpowiedź 

brzmi: nie! Kategorycznie 
i absolutnie nie! 

— Dlaczego? — zapytała Betty — Dlaczego? 
— Znalazłaś już swoje miejsce w wielkim świecie — odrzekł Harry. — 

Ciesz się tym i zapomnij o głupcu zwanym Harrym Prestwoodem, który 
będzie cię kochać do śmierci. 

— Proszę, Harry, nie mów tak! — krzyknęła Betty.— Chcę, żebyś ze 

mną został... Nie mogę 

cię utracić! 

—   Jesteś   bardzo   młoda—   odpowiedział   Harry.   —   W   twoim   życiu 

zjawią się jeszcze dziesiątki mężczyzn i wśród nich znajdziesz kogoś, 
kogc pokochasz i kto z pewnością odwzajemni twoj< uczucia... Ja jednak 
nie mogę o tym nawet myśleć 

— Kiedy owdowiałam— powiedziała— pc myślałam, że już nie wyjdę 

za mąż, Nie byłar w małżeństwie szczęśliwa. Ale teraz pragnę poślubić 
ciebie,   Harry.   Pragnę   zostać   twą   żoną,   pieniądze   nie   mają   dla   mnie 
znaczenia. 

— Ale mają dla mnie! — odparł Harry. — Jesteś taka piękna, więc jak 

mógłbym narazić cię na upokorzenie życia w nędzy. Musielibyśmy prosić 
o pomoc przyjaciół, bo inaczej po prostu byśmy głodowali! — Zaczerpnął 
powietrza   i  dodał:   —  Moja   kochana,   moja   śliczna,   dbaj   o  siebie.   Gdy 
powrócimy na jacht, pożyczę pieniądze od Viviena... które Bóg wie kiedy 
będę w stanie mu zwrócić... i wsiądę na najbliższy statek odpływający do 
Anglii. 

— Och, Harry, nie rób tego — błagała Betty. — Proszę, zostań ze mną... 

przynajmniej jeszcze trochę. Tak, abyśmy mogli podjąć jakąś decyzję. 

— To nie ma sensu, kochana — powiedział. — Kocham cię i patrzenie na 

ciebie   ze   świadomością,   że   nigdy   nie   będziesz   do   mnie   należała, 
sprawiałoby mi ogromny ból. 

background image

— A jeśli wyjedziesz... To czy weźmiesz mnie ze sobą? — spytała Betty 

cicho. — Nie możesz mnie poślubić... ale przynajmniej możemy być razem. 

Harry odpowiedział gniewnie: 

— Nie wolno ci tak mówić! Przyznam ci się, że o tym myślałem, ale teraz 

wstydzę się tych myśli? — Ponownie ujął jej dłoń. — Ty nie jesteś podobna 
do lady Millicent, Betty. Jesteś dobra i czysta. — Wpatrywał się w jej twarz 
i dodał: — Jesteś stworzona na żonę i matkę. Nie powinnaś przebywać w 
tym rozwiązłym towarzystwie, w jakie Vivien z pewnością cię wprowadzi. 

— Nigdzie mnie nie wprowadzi! — zaprotestowała. — Jeśli będę mogła 

być z tobą. 

— Uwielbiam cię, najdroższa, za te słowa, lecz odpowiedź wciąż brzmi: 

nie! Nie masz pojęcia, jak bardzo różnisz się od tych wszystkich niewiast, 
jakie poznałem razem z Vivienem. Nie pozwolę, byś zeszła na złą drogę. 

Uniósł jej rękę do ust, zaczął całować każdy z jej palców, a potem, 

gorączkowo i namiętnie, całą dłoń. 

—   A   gdybym—   odezwała   się   Betty   bardzo   cicho   —   stała   się...   tak 

zepsuta i niemoralna... jak lady Millicent? 

Harry popatrzył jej w oczy. 

— Chcę, żebyś mi obiecała, moja najdroższa, iż nigdy tak się nie stanie. 

Przyrzeknij mi to, na wszystko, co święte, i na naszą miłość, że pozo-
staniesz   taka,   jaką   jesteś   teraz,   dopóki   nie   znajdziesz   przyzwoitego 
mężczyzny, którego pokochasz. 

— Obiecuję — szepnęła Betty — bo nigdy nikogo takiego nie znajdę. 

Jedyną osobą bliską memu sercu jesteś ty, Harry, i Bóg mi świadkiem, że 
żadnego już nie pokocham. 

Dostrzegła   ból   w   jego   oczach,   nim   zdążył   objąć   ją   ramieniem   i 

pocałować. 

Teraz  całował   ją  rozkoszując   się   każdą   chwilą  i  zarazem   tak,   jakby 

chciał okazać jej swój najgłębszy szacunek. 

Potem uśmiechnął się i powiedział: 

— To na pożegnanie, moja najdroższa. Nie tknę cię już więcej i nie będę 

nawet miał śmiałości rozmawiać z tobą na osobności. Zapamiętaj, co ci 
rzekłem. Jeżeli w przyszłości uczynisz coś złego, to zniszczysz ten piękny 
wizerunek, jaki będę przechowywać w swoim sercu i swej duszy. 

background image

— Och... Harry! Jak możesz tak mówić? — rozpłakała się Betty. 

Łzy spływały jej po twarzy. Łzy, których nie próbowała nawet otrzeć. 

— Kocham cię! Kocham cię! 
— A ja będę cię kochać całą wieczność. Popatrzył na nią przez dłuższą 
chwilą, jakby 

chciał utrwalić jej obraz w swoim umyśle. A potem odwrócił się i odszedł, 
zostawiając ją samą w ogrodzie. 

Rozdział 7 

1 arina wróciła na jacht i ukryła się w swojej kajucie. Czuła się tak, jakby 

cały jej świat wywrócił się do góry nogami. Nie miała pojęcia, co teraz 
począć. Wiedziała tylko jedno — że cała należy do markiza, ponieważ go 
kocha. Rozum podpowiadał jej jednak, iż marzenia zwiodą ją tylko na 
manowce i powinna trzymać się od niego z dala. 

Zdawało   się   jej,   że   całe   jej   ciało   stało   się   polem   bitewnym,   a   serce 

pozostanie rozdarte na zawsze. 

— Kocham go! — szeptała cicho w swej małej kabinie— Ale on nigdy nie 

zrozumie...   że   nie   mogę   postępować   jak   lady   Millicent...   To   byłoby 
straszne! Z drugiej strony nie była właściwie pewna, co markiz miał na 
myśli mówiąc, że pragnie, by Tarina postępowała tak jak lady Millicent. 
Miał   rację   twierdząc,   że   jej,   Tariny,   miłość   jest   czysta   niczym   światło 
gwiazd, jak piękno, które zdaje się dostrzegać tak niewiele osób. Kochała 
go i starała się znaleźć jakieś usprawiedliwienie dla jego słów, jednakże 
mimo wszystko zdawała sobie sprawę z grzesznych intencji markiza. 

Usiadła na łóżku i pomyślała, że gdyby tylko żył jej ojciec, to mogłaby się 

zwrócić do niego ze swymi problemami. A on nie tylko wyjaśniłby jej 
wszystko, ale i poradził, co ma czynić. 

Jednak była sama, zupełnie sama i nikt nie mógł jej przyjść z pomocą. 

Pozostała jej tylko modlitwa. A więc modliła się, prosząc o wsparcie, ale 
nawet wtedy czuła, że jej serce zwraca się w stronę obiektu jej miłości. 

— Jak ja mogłam się w nim zakochać? Jak mogło stać się to tak nagle? — 

pytała siebie Tarina. 

background image

Zdawała   sobie   jednak   sprawę,   że   markiz   wywarł   na   niej   wielkie 

wrażenie już w chwili, kiedy spotkała go pierwszy raz. Teraz czuła, iż 
nawet gdyby już więcej mieli się nie zobaczyć, to i tak złączyła ich oboje 
mistyczna   więź,   możliwa   do   wyjaśnienia   jedynie   przez   buddyjskich 
mędrców. 

Wracała pamięcią do obrazów, które zobaczyła w jego kabinie. 

— Skoro on rozumie ich znaczenie, to chyba, pojmuje też, że nie mogę 

odegrać takiej roli w jego życiu? — przekonywała się Tarina. 

Całymi   godzinami   rozmyślała   o   markizie.   Wspominała,   jak   oboje 

siedzieli obok siebie w łodzi na rzece, i jej serce wyrywało się do niego. 

— Co mam począć? — pytała siebie z rozpaczą— Och, mamo, poradź 

mi. 

Zdawało jej się, że nie ma wyjścia z sytuacji, w jakiej się znalazła. Nagle 

spojrzała na zegar i uświadomiła sobie,  że czeka na nią Betty. Zdjęła 
kapelusz, przygładziła włosy nie patrząc nawet w lustro, a potem szybko 
przeszła korytarzem do kajuty kuzynki. 

Zasłony były częściowo zaciągnięte. Betty leżała na łóżku z otwartymi 

oczami. Nie odzywała się. Tarina zajęła się jej strojami i zapytała: 

— Czy czegoś potrzebujesz? 
— Nie. Nie chcę niczego — odparła Betty. Powiedziała to bardzo 
zgnębionym głosem, ale 

Tarina nie chciała pytać, co się stało, by jej nie denerwować. Powiadomiła 
tylko stewarda, że Betty już nie śpi, i kazała mu przynieść do kabiny na-
czynie   z   gorącą   wodą.   Steward   był   jak   zwykle   w   dobrym   humorze, 
jednak Tarina ledwie zmusiła 

się do przywitania go. Kiedy wyszedł, Tarina 

podjęła decyzję: „Muszę stąd zniknąć... nie mogę opierać si 

markizowi, skoro i tak wiem, że... ulegnę". Betty niemal się nie 

odzywała podczas ubierani 

Kiedy tylko wyszła na pokład na śniadanie, Tarina 

wróciła do siebie. Wiedziała, co teraz musi uczynić. „Nie mogę zostać 

dłużej z markizem... Jeśli będę go widywała, słuchała jego głosu, 
prędzej czy później ulegnę mu". 

Właściwie nie orientowała się dokładnie, czego od niej chciał. Słyszała 

background image

tylko kiedyś, że zamożni arystokraci, tacy jak markiz, oferują swą „opiekę" 
aktorkom i tancerkom, które zostają ich kochankami. Wiedziała też, że król 
francuski miał piękne kochanki, które zajmowały całkiem znaczącą pozycję 
na dworze. Czytała o madame de Pompa-dour i madame de Maintenon, 
które  odegrały rolę  w  historii  Francji.  Siebie  samej  nie  potrafiła  jednak 
wyobrazić sobie w podobnej sytuacji. Wychowana na plebanii, właściwie 
bez   kontaktu   z   mężczyznami   —   za   wyjątkiem   paru   starszych   dżen-
telmenów — odbierała wszystko to, co było związane z miłością, jako coś 
nierealnego i nie dotyczącego jej osobiście. 

Właściwie nie miała najmniejszego pojęcia, co robi mężczyzna z kobietą, 

kiedy   się   „kochają".   Pomyślała   teraz,   jak   bardzo   była   wstrząśnięta 
dowiadując   się,   że   markiz   jest   kochankiem   lady   Millicent.   Jej   samej 
wystarczało słyszeć jego głos lub widzieć go z daleka. On zaś kochał się z 
zamężną   kobietą   i   ta   świadomość   wprawiała   Tarinę   w   pomieszanie. 
Jednakże, wyuczona logicznego myślenia, nie chowała głowy w piasek w 
obliczu   prawdy.   Jej   miłość   do   markiza   przypominała   zachwyt   nad 
gwiazdami,   do   których   i   tak   nie   można   dotrzeć.   Tęsknota   za   nim, 
pragnienie   przebywania   blisko   niego   wprawiały   tylko   Tarinę   w 
przygnębienie. Czuła, że w końcu uległaby mu, byłaby z nim tak blisko, 
jakby   tego   pragnął.   Wiedziała,   że   to   okropne,   ponieważ   nie   byli 
małżeństwem. 

— Muszę uciekać! To mogło świadczyć o jej słabości, lecz bała się, 

iż miłość uniemożliwi jej odróżnianie rzeczy dobrych od złych. 

— Muszę być dzielna — powiedziała sobie — choć to będzie potworne 

opuścić go. 

Wszyscy jej przodkowie słynęli z odwagi, walczyli za kraj. Jej ojciec zaś 

nauczył ją oddzielać to, co dobre i prawe, od tego, co złe i diabelskie. 

Znalazła więc w sobie tę determinację i jak tylko Betty udała się na 

śniadanie, postanowiła, że poprosi ją o pożyczenie pieniędzy na powrót 
do kraju. 

Wiedziała   dobrze,   że   zawija   tu  mnóstwo   statków   i  któryś   z   nich   z 

pewnością odpłynie wkrótce do Anglii. Wtedy przyszło jej do głowy, że 
będzie musiała jakoś wyjaśnić Betty tę decyzję, a nie chciała wyznać jej 
prawdy. 

background image

Stanowiło to nowy problem. Usiadła i próbowała wymyślić jakiś powód 

tej nagłej decyzji bez przyznawania się, że po prostu ucieka od markiza. 
Pomyślała, że Betty również go kocha. A on, choć wciąż powtarza, iż 
pragnie pozostać kawalerem, pokocha na pewno Betty. 

Zdawało się jej niewiarygodne, że ktoś może nie zakochać się w tak 

pięknej i uroczej osobie. Ale wówczas zaczęła podejrzewać, że Betty nie 
byłaby w stanie pojąć ukrytego znaczenia „jataków" i że tylko ją, Tarinę, i 
markiza łączą owe mistyczne wibracje. 

„A   jednak   to   on   jest   markizem   Oakenshaw,   a   ja   zwykłą   służącą", 

pomyślała i raz jeszcze uprzytomniła sobie, że markiz to odległa gwiazda, 
ku której lepiej nawet nie spoglądać. 

—   Cóż   robić?   Och,   co   ja   mam   czynić?   —   spytała   na   głos   i   niemal 

usłyszała głęboki głos markiza mówiącego: — „Zaufaj mi". 

Było bardzo cicho. Tarina siedziała w swej kabinie i rozmyślała, kiedy 

nagle  dobiegły  ją  kroki  na  korytarzu.  Wiedziała,  że  to Betty  wraca  do 
siebie. Usłyszała po chwili trzaśnięcie drzwiami. Poczuła, że stało się coś 
złego. Wyszła i bez pukania wpadła do kajuty kuzynki. 

Betty leżała z twarzą wtuloną w poduszkę i płakała żałośnie, jakby miało 

za chwilę pęknąć jej serce. 

—   Najdroższa,   o   co   chodzi?   —   zapytała   skonsternowana   Tarina.   — 

Powiedz mi, proszę, co cię tak wzburzyło? 

Betty nie odpowiadała. Nadal szlochała. Tarina przysiadła na brzegu 

łóżka i objęła ją ramionami. 

—   Nie   wolno   tak   rozpaczać   —   powiedziała.   —-Co   takiego   się 

wydarzyło? 

Betty   zdołała   odezwać   się   dopiero   po   paru   minutach.   Potem 

roztrzęsionym głosem rzekła: 

— Harry... wyjeżdża! 
— Harry? 
— Już nigdy... go nie zobaczę!— szlochała Betty. — Kocham go, Tarino... 

Och, kocham go... tak bardzo! 

— Powiedziałaś: Harry? — spytała Tarina, ale Betty ciągnęła: 
— Chciałam wyjechać z nim, ale on mi nie pozwolił... Chyba nie mogę... 

bez niego żyć. 

background image

Raz   jeszcze   zalała   się   łzami.   Tarina,   oszołomiona,   objęła   ją   jeszcze 

mocniej i powiedziała: 

— Proszę, najdroższa, nie płacz. Opowiedz mi wszystko, a może zdołam 

coś zaradzić. 

— Nikt nie zaradzi. On mnie kocha,  a ja kocham jego! Och,  Tarino, 

chciałabym...   umrzeć!   —   I   zaniosła   się   takim   płaczem,   że   aż   dreszcz 
przeszył jej ciało. 

Tarina starała się ją uspokoić, myśląc przy tym, że oto stało się coś, czego 

nigdy by nie podejrzewała. Była pewna, że Betty zależy przede wszystkim 
na   markizie   i   nie   przypuszczała,   iż   może   ona   zakochać   się   właśnie   w 
Harrym   Prestwoodzie.   Tarina   widywała   go   przechadzającego   się   po 
pokładzie   i   uznała,   że   jest   bardzo   przystojny.   Betty   często   o   nim 
opowiadała,   powtarzając   różne   historie,   którymi   ją   zabawiał,   i 
komplementy, jakimi ją raczył. Cieszyła się nawet, że Harry odwodzi Betty 
od myśli o markizie i lady Millicent. 

Nawet mu była wdzięczna za to, że oszczędza Betty zgryzot z powodu 

postępowania markiza. 

Teraz uświadomiła sobie, że po tym, jak opuścili Kalkutę, Betty 
wyraźnie posmutniała, chwilami nawet była przygnębiona. I owe 
ponure nastroje zdawały się pogłębiać z dnia na dzień. 

— Tarino... I co ja mam zrobić? — spytała teraz. Tarina bardzo 
delikatnie ułożyła ją na poduszkach 

i rzekła: 

— Przyniosę trochę zimnej wody i przemyję ci oczy. Nie wolno ci już 

płakać. 

— To nieważne, jak wyglądam, jeśli Harry'ego tu nie ma... — odparła 

Betty. — Och, Tarino, kocham go tak rozpaczliwie. Na piechotę poszłabym 
za nim stąd do Anglii, gdyby tylko mi pozwolił. 

— Czy powiedziałaś mu to? 
— Oczywiście! Ale chociaż wyznał, że będzie kochać mnie przez całe 

życie...   postanowił,   że   już   nie   będziemy   się   widywać...   Ja   tego   nie 
wytrzymam! 

Jej głos załamał się na ostatnich słowach i łzy ponownie spłynęły po 

policzkach.   Nie   wiedząc,   jak   ją   pocieszyć,   Tarina   przyniosła   dzbanek 

background image

wody i przemyła gąbką oczy Betty, która była u kresu wytrzymałości. 
Potem   wytarła   jej   twarz   ręcznikiem,   lecz   ledwie   skończyła,   Betty 
rozpłakała się na nowo. 

— Powiedziałam mu, że mogłabym mieszkać gdziekolwiek... byle tylko 

być z nim razem. Och, Harry... Harry!... Jak ja będę żyła bez ciebie? 

Harry, powróciwszy z ogrodu, udał się wprost do kajuty markiza, którego 
zastał siedzącego za biurkiem i zajętego pisaniem. Gdy markiz zobaczył 
przyjaciela, rzucił szybko: 

— Nie mam teraz czasu, Harry! 
— Chcę powiedzieć ci coś bardzo ważnego — 

odrzekł Harry. 

Markiz odłożył pióro i popatrzył na przyjaciela. 

— O co chodzi? — zapytał poważnie. Po chwili milczenia Harry 
odpowiedział: 

— Przyszedłem, Vivien, aby cię prosić, byś pożyczył mi pieniędzy na 

najtańszą podróż powrotną do kraju. Możliwe, że upłynie sporo czasu, 
zanim będę w stanie je zwrócić. 

Wyrzekł to twardym, opanowanym głosem, jakby wypychając słowa z 

gardła. 

Markiz popatrzył na niego ze zdumieniem. 

— Czy to ma znaczyć, że pragniesz opuścić statek? — spytał. — Jaki jest 

powód tej nagłej 

decyzji? 

— Wolę tego nie tłumaczyć — odparł Harry. — Proszę cię jedynie o 

pożyczkę. 

Markiz rozparł się w fotelu. 
— Chyba nie sądzisz, że zadowolę się taką odpowiedzią? Ostatecznie 

przyjaźnimy się nie od dziś, Harry. Jeżeli masz kłopoty, zrobię wszystko, 
by ci pomóc. 

— Gdyby w grę wchodziły kłopoty, o jakich zapewne myślisz, 

powiedziałbym ci bez wahani" Tym razem jednak nie oczekuj ode mnie 
odpowiedzi 

— Nie bądź głupcem, Harry! — wykrzyknął markiz.— Dobrze wiesz, że 
pożyczę ci tyle pieniędzy, ile tylko zechcesz. Ale skoro jesteś moim 

background image

przyjacielem, to wyjaśnij mi, dlaczego chcesz mnie opuścić. 

— Nie w tym rzecz i dobrze o tym wiesz... Jednak, Vivien, naprawdę 

muszę wyjechać. Nic innego mi nie pozostało. 

Markiz milczał chwilę. Następnie zapytał: 

— Czy powód twojej decyzji ma jakiś związek z Betty Bradwell? 
— Już wspominałem, że nie chcę o tym rozmawiać. 
— Znam cię dobrze— stwierdził markiz — i zauważyłem, że coś ci się 

popsuł humor, kiedy dobiliśmy do Kalkuty. 

— Prosiłeś mnie, żebym dotrzymywał jej towarzystwa, bo byłeś zajęty 

kimś innym — odparł Harry. — Wiedząc, ile ci zawdzięczam, starałem się 
zadośćuczynić tej prośbie. 

— Czy ty się zakochałeś? 

Harry nie musiał odpowiadać na to pytanie. Wyraz jego twarzy mówił 

wszystko. Markiz uśmiechnął się. 

— Świetnie! Jestem zachwycony! Rozumiem, Harry, chcesz być lojalny w 

stosunku   do   mnie,   ale   nie   martw   się!   Uważam,   że   Betty   jest   bardzo 
powabna, ale nie jestem nią zainteresowany. 

Ku jego zdumieniu Harry wcale się nie rozchmurzył. 
— Muszę wyjechać, Vivien — powtórzył raz jeszcze. 
— Czemu? Dała ci kosza? I stąd ten cały pomysł? Harry podszedł do 
wizjera. 
— Chyba już lepiej, byś znał prawdę, Vivien — stwierdził. — Ona jest 

pierwszą kobietą, którą zapragnąłem uczynić swoją żoną. Jednak znasz 
moją sytuację... Jedyne honorowe rozwiązanie to opuścić ją tak szybko, jak 
to tylko możliwe. 

— Jesteś całkowicie przekonany, że kochasz ją aż tak? — spytał markiz 

cicho. 

— Tak jak pewien tego, że życie bez niej to pasmo udręk! 

— Więc zapewne?... — markiz zaczął. Harry odwrócił się i 
przerwał mu: 

— Czy uważasz, że nie przemyślałem wszystkiego? Tak, wiem, że ona 

ma trochę pieniędzy, lecz nie tknę ich. Owszem, wiem, że mógłbym zostać 
zarządcą   jednego   z   twoich   majątków,   ale   czy   sądzisz,   iż   mógłbym 
zaoferować los żony zarządcy takiej damie jak Betty? — Gdy markiz nie 

background image

odpowiedział,   podjął   dalej:   —   Czy   miałbym   prawo   skazać   ją   na 
towarzystwo   ludzi,   którzy   usiłują   wyłudzać   od   ciebie   pieniądze,   czy 
mógłbym mieszkać z nią w domu bez służby, mieć z nią dzieci, których nie 
dałbym rady należycie wykształcić? 

—   Chyba   najważniejsze,   żebyście   oboje   byli   ze   sobą   szczęśliwi?   — 

zauważył markiz. 

— I jak mógłbym dopuścić, by odebrano jej rzeczy, którymi dysponuje 
teraz? Pewnie zaczęłaby mnie nienawidzić, wspominając czasy, kiedy 
obracała się w wytwornym towarzystwie. 

— Czy powiedziałeś to wszystko Betty? 
— Odrzekła, że może mieszkać ze mną wszędzie, bylebyśmy tylko byli 

razem... Gotowa ze wszystkiego zrezygnować. 

—   A   więc   to   twoja   duma   przywiodła   cię   do   pomysłu,   który   ja 

określiłbym jako nierozsądny — stwierdził sucho markiz. 

— Cóż innego mogę począć? 
— Musi być jakieś wyjście. 
— Ale jakie? Wiesz dobrze, że prędzej czy później będę zrujnowany z 

powodu długów ojca! 

— Zaryzykuj — podsunął markiz spokojnie. — Jestem pewien, że ktoś z 

twoją odwagą i inteligencją, zdoła sobie poradzić. 

— Chyba oszalałeś! — Spojrzał na markiza i dorzucił: — Nie takich słów 

oczekiwałem od ciebie! 

— Niby jakich? 
—   ...   że   powinienem   skorzystać   z   okazji   i   uczynić   Betty   moją,   nie 

troszcząc się o przyszłość. 

— Czemu tak nie zrobisz? 
—  Ponieważ —  odparł  Harry  podnosząc  głos  — zbyt  ją kocham,  by 

traktować ją tak, jak traktowałeś Millicent Carson i tuziny innych kobiet, z 
którymi zabawialiśmy się w przeszłości. — Przerwał, zaczerpnął powietrza 
i   dokończył:   —   Jest   jeszcze   młoda,   niewinna   i   nigdy   nie   zaznała 
prawdziwej miłości. Zbyt ją kocham, by uczynić z niej kolejną igraszkę. 

Harry mówił to gorączkowo. Wreszcie, jakby zawstydzony, że przestał 

nad sobą panować, obrócił się na pięcie i dodał innym już tonem: 

— Na litość boską, Vivien, pożycz mi te pieniądze i pozwól mi stąd 

background image

zniknąć! 

— Naturalnie, dam ci je, jednak myślę, że robisz błąd. Skoro oboje się 

kochacie, oboje będziecie cierpieć. 

— To już nasza sprawa. 

Markiz zrozumiał, że Harry jest już u kresu wytrzymałości. Otworzył 

zatem szufladę i wyciągnął z niej książeczkę czekową. 

—  Mogę  ci pożyczyć   tysiąc  funtów  — stwierdził.  — I  nie  stawaj  na 

głowie, by mi je zwrócić! — Harry milczał, markiz podjął więc: — Liczę 
tylko na to, że jak tylko wrócisz do kraju na jakimś cuchnącym parowcu, to 
odzyskasz rozum i przyjdziesz do portu powitać nas. 

— Próżna nadzieja — odpowiedział szybko Harry. — W kraju postaram 

się zorientować, czy da się coś jeszcze ocalić z fortuny ojca. 

Markiz   pojął   z   tonu   jego   głosu,   że   żadne   argumenty   nie   trafią   do 

przyjaciela. Podpisał czek na tysiąc funtów i położył na biurku. Harry z 
wahaniem   wziął   czek   do   ręki.   W   tej   samej   chwili   wszedł   jeden   ze 
stewardów. 

— O co chodzi, Jenkins? — zapytał markiz ostr 

Telegram do pana Prestwooda z konsulatu brytyjskiego. To chyba 

pilne   —   powiedział   steward   wręczając   telegram   Harry'emu,   który 
odczekał, aż  drzwi się  zamkną  za  Jenkinsem,  i  zaskoczony   zerknął  na 
papier. 

— Domyślam się, w jakiej sprawie... — odezwał się cicho. 
— Twój ojciec nie żyje? Zabiorę cię do kraju tak szybko, jak to możliwe 

— rzekł markiz. 

Powoli Harry otworzył kopertę. Markiz obserwował jego twarz. Harry 

przeczytał wszystko uważnie i parokrotnie, jakby nie dowierzał własnym 
oczom. Nagle krzyknął tak, że głos jego odbił się echem po jachcie. 

Cisnął telegram na biurko i wybiegł na korytarz. Markiz patrzył chwilę 

za Harrym, potem wziął do ręki papier i zaczął czytać: 

Dla Pana Edwarda Prestwooda, jacht „Morska Syrena", Brytyjskie poselstwo w 

Bangkoku, Syjam. 

Z głębokim żalem zawiadamiamy Pana, że pański ojciec, sir Roger Prestwood, 

zmarł wczorajszego popołudnia na atak serca wywołany wiadomością, iż wygrał 
on na loterii w Południowej Afryce sumę stanowiącą równowartość 200 tysięcy 

background image

funtów szterlingów. Pogrzeb odbędzie się w sobotę. Prosimy Pana o możliwie 
najrychlejszy powrót dla rozwiązania pilnych spraw związanych z pozostawionym 
majątkiem. 

Markiz przeczytał telegram po raz drugi, następnie wstał i podążył za 

przyjacielem. 
Betty nadal miała łzy w oczach, ale przestała już szlochać.  Gdy Tarina 
odstawiła na bok wodę, usłyszała pytanie: 

— Co ja mam... zrobić, Tarino? Nie jestem w stanie pozbierać myśli. 

Jestem taka... nieszczęśliwa. .. 

Nie dokończyła, bo oto w drzwiach stanął nagle Harry. Przez chwilę po 

prostu   na   nią   patrzył.   Berty   usiadła   na   łóżku   i   wyciągnęła   ku   niemu 
ramiona. 

— Harry! 

Nie odzywał się, tylko wciąż na nią patrzył. Następnie, jakby ociągając 

się przysiadł na jej łóżku. Ona także wpatrywała się w niego, a w jej oczach 
czaiło się nieme błaganie. Wreszcie Harry przemówił chropawym głosem: 

— Wszystko już dobrze, moja ukochana! Kiedy się pobierzemy? 
— Harry! 

Zabrzmiało to jak krzyk ptaka wzlatującego do nieba. 

— Mój ojciec zmarł. I zamiast długów pozostawił mi fortunę! 

Betty   znowu   się   rozpłakała,   tym   razem   jednak   ze   szczęścia.   Harry 

przytulił ją tak, jakby chciał ją zapewnić, że nigdy nie pozwoli jej odejść. 

Stojąca z boku Tarina wpatrywała się w nich, myśląc, że anioł stróż nie 

opuścił Betty w ciężkiej chwili i że cały czas nad nią czuwał. 

— Kocham cię! — powiedział Harry. — Możemy wziąć ślub tutaj, przed 

powrotem do domu. Nie będzie już więcej problemów, przestaniesz się 
smucić. 

— Aż trudno uwierzyć!... — rzekła Betty łamiącym się głosem. 
—   Jednak   to   prawda!   Prawda!   Możemy   być   razem,   najdroższa.   Nie 

będzie rozstań ani łez! 

Zwrócił   ku   niej   twarz   i   pocałował   ją.   Ten   widok   wyrwał   Tarinę   z 

zamyślenia. Dopiero teraz przyszło jej do głowy, że trzeba zostawić ich 
samych. Spojrzała na drzwi, ale wtedy Betty powstrzymała ją ruchem ręki. 

— Nie odchodź, Tarino... Harry powinien poznać tajemnicę... kim jesteś i 

background image

jak wiele dla mnie znaczysz. 

Tarina podbiegła do łóżka. 

— Liczy się tylko to — powiedziała — że teraz będziesz szczęśliwa— to 

naprawdę cudowne! 

Pocałowała Betty w policzek, a Harry spytał: 

— Jaki to sekret przede mną trzymałyście? 
—   Tarina   to  moja  kuzynka   —   odparła   Betty   —  i   bardzo  ją   kocham. 

Pragnę, byś pokochał ją także. 

— Tak się stanie — odpowiedział Harry — ale pozwól mi, kochana, 

myśleć wyłącznie o tobie. 

Spojrzeli   na   siebie   rozmarzonym   wzrokiem.   Tarina   wycofała   się   na 

palcach z pomieszczenia i po chwili zdała sobie sprawę, że ktoś jeszcze 
usłyszał wyznanie Betty. 

W   drzwiach   stał   markiz,   przyglądając   się   dramatycznej   scenie, 

rozgrywającej się pomiędzy kochankami. Patrzył na to wszystko jakby z 
niedowierzaniem. Na jego widok Tarinie serce znowu zaczęło bić szybciej 
w piersi. Nie była w stanie powiedzieć cokolwiek. Chciała wyjść niepo-
strzeżenie na korytarz. Betty i Harry nie widzieli w tej chwili świata poza 
sobą. 

—   Myślę,   Tarino,   że   jesteśmy   tu   zbyteczni   —   rzekł   cicho   markiz, 

przepuszczając ją przodem i powoli zamykając za sobą drzwi. 

Tarina   zatrzymała   się   w   korytarzu,   niezdecydowana,   czy   wracać   do 

siebie, kiedy on powiedział: 

— Chodź ze mną. Chcę z tobą porozmawiać. 

I znów świat zadrżał jej pod nogami. Weszła do jego gabinetu, gdzie 

malowidła, obecnie oparte o regały z książkami, zdawały się wysyłać ku 
niej magiczne światło. Odwróciła się, by spojrzeć na markiza, a on rzekł: 

—   A   więc   w   końcu   sekret   wyszedł   na   jaw...   Jesteś   kuzynką   Betty 

Bradwell! 

— Tak... 
— To czemu udawałaś jej służącą? 

Popatrzyła na niego z obawą, bojąc się jego gniewu. 

— Mój ojciec zmarł... Zostałam bez pieniędzy i przyjechałam do Londynu 

w   poszukiwaniu...   pracy.   —   Markiz   uniósł   brwi,   lecz   nie   odzywał   się. 

background image

Tarina podjęła: — Potrzebowałam referencji i choć nie widziałam się z Betty 
przez dwa lata, ponieważ mieszkała poza krajem, to wiedziałam, że mogę 
na nią liczyć. 

— I zatrudniła cię... 
—   Jej   pokojówka   złamała   nogę   i...   nadarzyła   się   dla   mnie   wspaniała 

okazja, żeby zwiedzić Syjam. 

— Takie to proste... — zaśmiał się markiz. — Próbowałem rozwiązać tę 

zagadkę przez całą noc: skąd masz stroje, na jakie zwyczajna pokojówka 
nie mogłaby sobie nigdy pozwolić. 

— Betty podarowała mi swoje suknie, których już nie nosiła. 
—   Bardzo   proste   wyłumaczenie.   I   jakże   inne   od   domysłów,   które 

wzbudzały moją zazdrość. 

Słysząc to, Tarina oblała się rumieńcem. 

— Teraz już wszystko jasne. I skoro Betty i Harry mają zamiar pobrać się 

jeszcze tu, w Bangkoku, proponuję, byśmy uczynili to samo. 

Przez   moment   Tarina   sądziła,   że   się   przesłyszała.   Aby   się   upewnić, 

zapytała szeptem: 

— Czy prosi mnie pan... o rękę? 
— Oczywiście! — odparł markiz— Mówiłem przecież, żebyś mi zaufała. 

— Słyszałam, że... chce pan pozostać kawalerem. .. i nie ma zamiaru się 

żenić. 

— Bo to była prawda, dopóki nie poznałem ciebie. 

Zapanowało milczenie. Markiz nie ruszał się, a Tarina nie patrzyła na 

niego. W końcu odezwała się bardzo cicho: 

— Czy prosi mnie pan... o rękę... tylko dlatego, że jestem... kuzynką 

Berty? 

Uśmiechnął się. 

— Mogłem się domyślić, że coś podobnego przyjdzie do twej zmyślnej 

główki. Aby cię przekonać, że moje zamiary są poważne, pokażę ci list, jaki 
napisałem do lorda Rosebery. 

List leżał na biurku. Markiz napisał go, nim przyszedł do niego Harry z 

prośbą o pożyczkę. Teraz markiz wręczył kartkę Tarinie, która wahała się 
przez moment, więc zachęcił ją słowami: 

— Przeczytaj. Chcę, żebyś to przeczytała. Posłusznie spojrzała na 

background image

papier w swej dłoni. 

Drogi Archibaldzie 
Przesyłam raport z moich rozmów z królem, która to relacja, jak mniemam, 

rozwieje twoje obawy. Przekonałem króla do złożenia wizyty w Anglii i być może 
w innych krajach europejskich w przyszłym roku. Król uczyni to z chęcią, a ja 
obiecałem mu gorące przyjęcie w Anglii. 

Nawiązując jeszcze do naszej rozmowy przed wyjazdem... Otóż muszę cię 
poinformować, że ta podróż była naprawdę odkrywcza i odnalazłem rzeczoną 
„gwiazdę", w istocie... Podjąłem decyzję o zawarciu małżeństwa. Z powodów, 
które szerzej wyjaśnię później, rezygnuję ze wszystkich stanowisk w 
administracji państw owej, zamierzając cieszyć się małżeńskim szczęściem. 

Przesyłam ci najserdeczniejsze pozdrowienia i oczekuję rychłej odpowiedzi. 

Gdy   Tarina   skończyła   czytać,   markiz   odebrał   jej   list,   podarł   i   ku   jej 

zdumieniu rzucił na podłogę. 

— Będę musiał napisać drugi, w którym zgodzę się na objęcie jakiegoś 

stanowiska. Liczę na to, że moja żona będzie mi pomagać w obowiązkach i 
uczyni mnie szczęśliwym. — Mówiąc to, objął ją ramieniem i przyciągnął 
do siebie. — Chyba nie masz nic przeciwko temu? 

Tarina spojrzała mu w oczy. 

— Ale... nie może pan... mnie poślubić! 
— Dlaczego? Sądziłem, że mnie kochasz. 
— Owszem. Kocham, i to do szaleństwa... Lecz pan... nie pragnie się 

żenić. 

— Nie chciałem się żenić przez wiele lat — przyznał markiz. — Jednak 

kiedy wróciliśmy z targu na wodzie, to zdałem sobie sprawę, iż nie mogę 
bez ciebie żyć, że musimy być razem. 

Nachylił się, aby ją pocałować, lecz Tarina zaparła się dłońmi o jego pierś 

i powiedziała: 

—   Proszę...   jeszcze   nie!   Kocham   pana   i   mam...   takie   przedziwne 

uczucie... jakbym już do pana należała... Jednak nie jestem pewna... czy po-
winien pan... żenić się ze mną. 

— To jak inaczej moglibyśmy być razem? 
— Nie wiem... czy jestem dla pana... najważniejsza. 

Markiz zaśmiał się, szczerze rozbawiony. 

background image

— Jesteś teraz zabawna — rzekł. — Przecież wiesz dobrze, że myślimy 

tak samo, tak samo czujemy, że jesteśmy jednością! Małżeństwo niczego 
nie zmieni. — Wstrzymała oddech, a on dodał: — Pragnę cię nie tylko jako 
swego bóstwa, ale i jako kobiety. I już dłużej nie mogę udawać, że nie jesteś 
częścią mego życia. Teraz i na zawsze. 

Zanim   Tarina   zdążyła   odpowiedzieć,   on   przyciągnął   ją   do   siebie   i 

pocałował. 

Ów pocałunek był tym, czego pragnęła od dawna, tyle że cudowniejszy, 

niż potrafiła to sobie wyobrazić. Czuła żar jego ust, przenikający niczym 
słoneczny promień całe jej ciało. Gdy trzymał ją tak w objęciach, zdawało 
jej się, iż wibracje ich obojga zgrały się w jednym rytmie, tak jakby istotnie 
stali się jedną osobą. Lecz jego pocałunek był czymś więcej. Nie sądziła, że 
możliwe   jest   odczuwanie   takiej   ekstazy...   Zupełnie   jakby   wzleciała   do 
nieba, gdzie nie ma żadnych kłopotów, żadnych problemów, a jedynie 
niebiańska szczęśliwość, jakiej nie sposób opisać słowami. 

Wreszcie markiz uniósł głowę i Tarina rzekła, chwytając oddech: 

— Kocham cię... kocham. Nie wiedziałam, że... miłość może być taka... 

cudowna! 

— Ani ja — odparł. — Najdroższa, nie wiem, co bym począł, gdybym cię 

utracił. 

Wtedy pocałował ją jeszcze raz, namiętnie, żarliwie, ona zaś pomyślała, 

że znalazła się w niebie, z którego nikt nie chciałby powracać na ziemię. 

Jakiś czas później markiz powiedział: 

— Tak bardzo mi się poszczęściło. Odnalazłem to, czego szukałem przez 

całe życie, i to w dodatku na swym własnym jachcie. 

—   Nie   mogłeś   oczekiwać,   że   odnajdziesz   swoją   żonę   w   przebraniu 

pokojówki. 

—   Nigdy   tak   naprawdę   nie   wierzyłem,   że   jesteś   służącą   —   odparł 

markiz.   —   Kiedy   ujrzałem   cię   pierwszy   raz,   a   ty   patrzyłaś   na   mnie   z 
ciemności   na   pokładzie...   kiedy   światło   księżyca   odbijało   się   od   twej 
twarzy, to pomyślałem, że jesteś jakąś cudną zjawą. — Pocałował ją w 
czoło i podjął: — Nie spotkałem nikogo równie pięknego jak ty. Myśla- 
łem, że spadłaś prosto z nieba. — Tarina nie odpowiadała, położyła mu 
tylko głowę na ramieniu, on zaś dodał: — Teraz jesteś na ziemi. Muszę ci 

background image

coś wyznać, ukochana. Choć przeszedłem przez te wszystkie pokusy złych 
demonów, to zobaczysz, że będę wzorowym małżonkiem — uśmiechnął 
się do niej z czułością. — Mogę obiecać ci, że odtąd nie ulegnę żadnym 
pokusom. Dlatego że jesteś taka piękna i że łączy nas coś nieziemskiego. 

— Mam nadzieję, że to prawda — powiedziała Tarina. — Kocham cię 

całym sercem. Chcę stanowić dla ciebie natchnienie. I przekonać cię, iż 
naprawdę jestem tą gwiazdą, której poszukiwałeś, a nie tylko jej odbiciem 
w mętnej wodzie. 

Markiz zaśmiał się, poznając swe własne słowa. 

— Jesteś kobieca i niewiarygodnie śliczna. Nie wystarczy mi życia, by 

opowiedzieć ci o twej piękności. 

Tarina zerknęła na obrazy. 

— Ja... nadal trochę się boję... 
— Czegóż to? 
— ...że nie jestem na tyle znacząca dla ciebie, by zostać twą żoną. Prawie 

nie znam życia i może nie potrafię uczynić cię... szczęśliwym. 

Markiz przytulił ją mocno. 

— Podziwiam twą niewinność i czystość, kochana. Mogę cię nauczyć 

wiele, tak samo jak ty mnie. I ufam, że oboje będziemy najszczęśliwszymi 
ludźmi na ziemi. — Spojrzeli na malowidła i on dodał: — Powiedziałaś, że 
te obrazy nie uczą, lecz rozwijają ducha. I ja czuję teraz, że rozwinąłem się 
duchowo,   stałem   się   silniejszy.   Więcej,   odkąd   ciebie   poznałem,   inaczej 
spoglądam na życie. 

— Czy to prawda? — spytała Tarina. 

— Sądzę, że instynkt podpowiedziałby ci, gdybym kłamał. 

Westchnęła cicho. 

— Nie wierzyłam, że życie może być takie cudowne! Mówisz tak, jak 

dawniej mawiał mi papa. 

Markiz objął ją jeszcze mocniej i rzekł: 

— Kiedy po raz pierwszy ujrzałem twoją kuzynkę, to pomyślałem, że jest 

najpiękniejszą kobietą na świecie, lecz gdy potem zobaczyłem ciebie, to 
stwierdziłem, iż się pomyliłem. Ty jesteś najpiękniejsza, bo twoja uroda jest 
odbiciem twej duszy. 

Tarina aż krzyknęła. 

background image

— Zawsze pragnęłam usłyszeć takie słowa! 
— Sam się sobie dziwię! — zaśmiał się. — Jednak nigdy do nikogo nie 

czułem tego, co teraz czuję do ciebie. 

—   Jestem   taka   szczęśliwa...   Tak   bardzo...   bardzo   szczęśliwa   — 

powiedziała. — I zawsze pozostanę wdzięczna, że los nas połączył. — 
Urwała i dokończyła bardzo uroczyście: — Los zawsze mnie prowadził. 
Zawiódł   mnie   do   Betty   w   odpowiednim   momencie,   kiedy   oczekiwała 
twego zaproszenia na pokład „Morskiej Syreny".. 

Markiz nie odpowiedział, tylko pocałował ją delikatnie. Potem jednak 

przywarł gorąco do jej warg i raz jeszcze porwała ich ekstaza miłości i 
uniosła do gwiazd. 

Wkrótce markiz i Tarina poszli poszukać Betty i Harry'ego, by oznajmić 
im,   iż   zamierzają   się   pobrać.   Betty   i   Harry   przez   moment   milczeli 
zaskoczeni, a potem Harry zakrzyknął: 

— Nie mogę w to uwierzyć! Co za wspaniała nowina! — Zwrócił się do 

Tariny: — Dzięki ci za to, że usidliłaś najbardziej zatwardziałego kawalera, 
który dotąd nie uległ żadnym namowom! 

Markiz zaśmiał się. 

— Nie zawstydzaj Tariny — rzekł. — To nie ona mnie schwytała, to ja 

schwytałem ją! 

Betty objęła Tarinę i pocałowała ją. 

—   Och,   moja   droga,   ogromnie   się   cieszę.   Harry   i   ja   jesteśmy   tak 

szczęśliwi, że pragniemy, by wszyscy dzielili z nami tę radość. 

— Tak to już bywa w Syjamie — wtrącił markiz. 
— W tej „krainie uśmiechu" — dokończyła Tarina. 
— Pierwsza rzecz, jaką musimy zrobić — stwierdził Harry praktycznie 

— to pójść do brytyjskiego poselstwa i dowiedzieć się, kiedy mogą odbyć 
się zaślubiny. 

— Myślę, że nie będzie z tym żadnych problemów — odparł markiz. — 

Wiem, Harry, jak spieszno ci do kraju. A więc nie traćmy czasu! 

—   Nie   mogę   wyobrazić   sobie   niczego   cudowniejszego:   Tarina   i   ja 

wychodzimy za mąż w Syjamie — powiedziała Betty. — Martwię się tylko, 
czy   nasze   suknie,   w   których   pójdziemy   do   ślubu,   dobrze   będą   się 
prezentować przy naszych przystojnych wybrańcach. 

background image

— Nawet bez strojów będziecie piękne — rzekł Harry cicho. 

Betty spąsowiała i spojrzała w oczy Harry'emu. Było jasne, że nie widzi 

poza nim świata. Markiz zabrał więc Tarinę z powrotem do siebie. Po 
drodze zatrzymał stewarda: 

— Zamów powóz do brytyjskiego poselstwa. Ma być gotowy za pół 

godziny! 

— Tak jest, milordzie! 

Steward   pospieszył   wykonać   polecenie,   a   markiz   z   Tariną   weszli   do 

gabinetu i zamknęli za sobą drzwi. 

— Mam pół godziny na to, żeby ci wyznać, jak bardzo cię kocham — 

powiedział markiz. 

Spojrzała na podarty list leżący na podłodze i rzekła: 

— Może powinnam pozostawić cię na chwilę samego, byś mógł napisać 

nowy list do lorda Rosebery. 

— Odłożę to na później. Objął ją i przyciągnął do siebie: 
—   A   teraz   powiedz   mi,   że   ci   okropnie   przykro,   iż   się   przez   ciebie 

denerwowałem.   —   Popatrzyła   na   niego   zdumiona,   a   on   wyjaśnił:   — 
Rozumiesz chyba, że miałem powody obawiać się, iż moje małżeństwo 
może   nie   zostanie   zaakceptowane.   Nie   zapominaj,   że   zajmuję   wiele 
ważnych stanowisk. 

— A czy... zostanie zaakceptowane teraz? 
— Jak wiesz — zaczął — byłem gotów zrezygnować ze wszystkiego i 

poślubić ciebie, kochana. Jednak teraz okazało się, że jesteś kuzynką Betty, 
a ona wywodzi się ze starej szlacheckiej rodziny. 

— Skąd... skąd o tym wiesz? 
—   Jestem   dosyć   dociekliwy   —   odparł   markiz.—   Lubię   wiedzieć 

wszystko o swoich przyjaciołach. 

Odsunęła się od niego, aby zapytać: 

— A gdybym rzeczywiście była... jakąś ubogą panienką z Francji? 
— To nadal pragnąłbym cię za żonę. Ponieważ cię kocham, nie mógłbym 

cię utracić. — Westchnął z ulgą i dokończył: — Jednak, najukochańsza, 
bogowie okazali się łaskawi. Łatwiej płynąć z prądem niż pod prąd. 

— Naprawdę byłeś gotów... poślubić... „pannę Nikt"? — dopytywała się 

Tarina. 

background image

— Już ci mówiłem, że przy nikim nie czułem się tak jak przy tobie. Nikt 

wcześniej nie uświadomił mi, że miłość jest darem od Boga. 

Na te słowa Tarina wyzbyła się ostatnich obaw. Podeszła do niego i 

zarzuciła mu ramiona na szyję. 

— Kocham cię... kocham!— powiedziała — Ale nie mogę ci niczego dać 

poza swą miłością. Czy ci to wystarczy? 

Wiedział, że musi na to odpowiedzieć w zgodzie z własnym sumieniem. 

— Ty jesteś wszystkim, czego pragnę teraz i na zawsze. Oboje wiemy, że 

stanowimy jedność, i oboje możemy tak wiele dać światu i innym ludziom, 
którzy nie są tak szczęśliwi jak my. 

To właśnie chciała usłyszeć. Jej oczy zabłysły blaskiem radości i szczęścia. 

Podała markizowi swe usta i dopiero po długiej chwili powiedziała cichym 
rwącym się głosem: 

— Naucz mnie... Proszę, naucz mnie wszystkiego... Co powinnam dla 

ciebie   czynić.—   Nie   odpowiedział,   więc   dodała   szeptem:   —   Mogę 
popełniać błędy i... przynieść ci w ten sposób wstyd. 

Markiz ujął w palce jej podbródek. 

— Nauczę cię miłości, kochana — zapewnił. — I będę także nad tobą 

czuwał,   aby   nic   złego  cię   nie   spotkało.   I   pamiętaj,   że   od   towarzyskich 
konwenansów istotniejszy jest fakt, iż dajesz ludziom ciepło, które wszyscy 
odczuwają. 

I zaczął ją całować namiętnie i porywczo. 

— Powóz przybędzie za kilka minut — powiedział. — Idź teraz, kochana, 

i załóż swój kapelusz. Bangkok słynie z klejnotów, a więc po drodze do 
poselstwa mam zamiar kupić ci pierścionek, który połączy nas na zawsze. 

— To brzmi... cudownie! — odrzekła. — Wolę jednak twoje... pocałunki... 

od wszystkich klejnotów Syjamu i całego świata. 

Markiz chciał ponownie wziąć ją w ramiona, ale wymknęła mu się i z 

uśmiechem wybiegła z kabiny. On zaś patrzył przez chwilę na zamknięte 
drzwi. A potem zwrócił wzrok ku malowidłom. 

— Rzuciłyście na mnie urok! — powiedział niemal gniewnie. 

Odpowiedź rozbrzmiała mu w sercu: 

— Przywiodłyśmy cię ku gwieździe! 


Document Outline