background image

Cukier, lukier, róż. Rozmowa z dr. Grzegorzem Leszczyńskim, historykiem literatury 
dziecięcej, o tym, jak łowić arcydzieła wśród tandety
. Rozmawia J. Podgórska, 
„Polityka” 2007, nr 49, s. 82-83.

Joanna Podgórska: – Współpracował pan przy układaniu listy lektur kolekcji „Polityki”. Czy 

są tam tytuły szczególnie dla pana ważne?

Grzegorz Leszczyński:  – „Moje drzewko pomarańczowe” Vasconcelosa  – przepiękna  książka, 

kiedyś niesłychanie popularna, a potem zapomniana. To świetna lektura także dla dorosłych, bo 

zaprasza do powrotu do własnego dzieciństwa, pokazuje mechanizmy dziecięcego świata. A dla 

młodego człowieka, który po tę książkę sięga, to lekcja radosnej emocjonalności, która pozwala się 

zatrzymać i dojrzeć bogactwo świata w dzisiejszym pośpiechu i powierzchowności życia. Mój typ 

to także „Ronja córka zbójnika” Astrid Lindgren, książka o dziewczynie i chłopcu, którzy uciekają 

z domów skonfliktowani z ojcami. Stają twarzą w twarz wobec prawdziwych dramatów. Ogromnie 

cenię   twórczość   Endego   i jego   „Momo”   –   znakomitą   opowieść   o czasie,   z bardzo   mądrym 

przesłaniem   dla   współczesności.   Na   liście   znalazł   się   także   „Ferdynand   Wspaniały”   Ludwika 

Jerzego Kerna. Groteska, humor, ciepło, które towarzyszą przygodom Ferdynanda – to są wartości 

niezaprzeczalne. Taka lektura sprawia, że dziecko może pokochać książki. Żyć wśród nich.

Rynek   książki   dziecięcej   zalały   podróbki,   streszczenia,   bogato   ilustrowane   ersatze.   Jak 

odróżnić książkę od wyrobu książkopodobnego?

Tak jak szynkę od wyrobu szynkopodobnego albo buty od wyrobu butopodobnego. Wszystko jest 

kwestią doświadczenia. Gdy ktoś raz czy dwa sparzy się na butach, wie, jakich nie kupować. 

Podobnie jest z książką. Jedynym sposobem, żeby odróżnić chłam od rzeczy wartościowych, jest 

czytanie.  Wtedy   na   pierwszy   rzut   oka   widzimy,   czy   to   jest   tekst   oryginalny,   czy   streszczony, 

zniekształcony na różne sposoby. Sygnałem alarmowym może być brak nazwiska autora. Mamy 

książkę, która np. nosi tytuł „Wszystkie najpiękniejsze baśnie”, nie ma autorów wyboru, nie ma 

autorów poszczególnych baśni, chociaż otwieramy i widzimy, że to jest „Brzydkie kaczątko” albo 

„Śpiąca   królewna”.   Od   razu   widać,   że   to   jakieś   wariackie,   amatorskie   przeróbki.   Gdy   brak 

nazwiska tłumacza, to znaczy, że jakiś przypadkowo schwytany rzemieślnik słowa opracował tekst 

do   gotowych   ilustracji.   To   bardzo   rozpowszechnione   na   świecie   zjawisko.   Przygotowuje   się 

matrycę książki; ilustracje są już gotowe, a w białe plamy między nimi wprowadza się tekst. Nie 

może być dłuższy niż przewiduje miejsce; trzeba na przykład na 5 tys. znaków napisać historię 

Czerwonego Kapturka. I nie jest ważne, kto to zrobi, nieważne, czy będzie dobrze napisane, ważne, 

background image

żeby   się   zmieściło.   Pytanie   o to,   jak   odróżnić   ziarno   od   plew,   to   pytanie   o nasze   własne 

doświadczenia, o nasze oczytanie.

Skąd się bierze zalew tych podróbek? Tego wymaga rynek? Czy dzieci są takie, że trzeba 

czytać im streszczenia, a nie normalne książki?

Nie,   dzieci   są   normalne.   To   my   je   wprowadzamy   w świat   skarłowaciały.   Jest   to   związane 

z mechanizmami rynkowymi funkcjonowania książki. Dorosły czytelnik wręcz oczekuje ułatwionej 

wersji, uważa bowiem, że dziecko nie powinno mieć do czynienia ze zbyt drastycznymi motywami. 

Odpowiadają mu tego typu podróbki. Gdybyśmy wydali „Hamleta” czy „Czekając na Godota” 

w skróconej   i przerobionej   wersji,   podniosłoby   się   larum,   że   dokonuje   się   świętokradztwa. 

Tymczasem w przypadku książki dziecięcej jest inaczej. Dorośli pośrednicy, rodzice, dziadkowie, 

przywiązują do książki dziecięcej bardzo specyficzną miarę. To jest miara cukru, lukru i różu. Im 

bardziej słodko, im bardziej kiczowato, tym lepiej.

Bierze   się   to   z przeświadczenia,   że   powinniśmy   przedłużać   dzieciństwo,   jak   tylko   się   da,   bo 

dorosłość jest okrutna i straszna. Trzeba więc dziecko izolować od rzeczywistego okrucieństwa 

w baśniach, straszenia, momentów grozy. A to jest potwornie niebezpieczne. Jeżeli mamy opowieść 

o Czerwonym Kapturku, w której wilk doszedł do wniosku, że był bardzo niedobry, nawrócił się 

i stał jaroszem, a w wesołym zakończeniu tańczył dokoła domku z babcią i myśliwym, to dziecko 

nie   zrozumie   nigdy  toposu   wilka.  A wówczas   część   znaków   kultury  jest   po   prostu   zamknięta. 

Dotyczy to wszystkich baśni, bo one są znakami kultury. Jednocześnie są to historie, które mówią 

o walce dobra ze złem. W konsekwencji dziecko nie odróżnia dobra i zła, bo nie zna literackich 

sytuacji,   w których   dobro   jest   naprawdę   zwycięskie,   a zło   jest   naprawdę   skompromitowane 

i ukarane.   Tryumf   dobra   i pohańbienie zła   to   jedna   z najważniejszych   radości   czytania.   Jeśli 

człowiek nie odczuwa radości ze zwycięstwa dobra, to część jego wyposażenia humanistycznego 

po prostu karleje.

Druga konsekwencja obcowania z podróbkami to fakt, że dziecko styka się z utworami wypranymi 

z emocji,   bo   jakaż   to   emocja,   gdy zła   królowa   nie   musi   tańczyć   w żelaznych   trzewiczkach   na 

rozżarzonych węglach? Co to za emocja, w której zło nie zostaje ukarane? Potem pytamy, dlaczego 

dzieci nie chcą czytać książek. Dlatego że to, co się dzieje w grze komputerowej, jest bardziej 

emocjonujące, tam jest prawdziwe zło.

Czy to właśnie okrucieństwa najbardziej brakuje we współczesnych książkach dla dzieci?

Brakuje go w tych przeróbkach. Współczesna literatura dziecięca bardzo silnie operuje strachem. 

Niektórzy psychologowie tłumaczą to reakcją wahadła. Jeśli we wczesnym okresie dziecko obcuje 

z utworami wyjałowionymi, to jak zaczyna czytać samodzielnie, szuka książek, w których jest dużo 

background image

grozy.   Weźmy   choćby   „Koralinę”   Neila   Geimana   czy   „Serię   niefortunnych   zdarzeń”   Lemony 

Snicketa. Horrorem przesiąknięte są współczesne opowieści fantasy.  To efekt braku obcowania 

w dzieciństwie z prawdziwym zagrożeniem. W dzisiejszym świecie, który jest tak bardzo niepewny 

pod każdym względem, dzieci nie szukają w lekturach spokoju, tylko horroru.

Czy wspólne czytanie z dzieckiem może być drogą, by zainteresować je lekturą łagodniejszą 

emocjonalnie, bez potężnej dawki horroru?

Na wcześniejszym etapie na pewno. Wspólne czytanie to jest sprawa nie do przecenienia. Ale nie 

chodzi o to, aby była to lektura pozbawiona elementów grozy. Dziecko nie odbiera opowieści, którą 

fundujemy mu na dobranoc, w sposób dosłowny. To nie jest film, w którym mamy żywy plan i leje 

się krew. Grymas bólu Baby Jagi wkładanej do pieca to jest sfera symbolu. Jedne postacie są jasne 

jak   Śnieżka,   a inne   są   ciemne   jak   zbójcy,   co   mieszkają   w lesie,   czy zła   królowa.   Zło   zostaje 

zniszczone w symbolicznej walce. Dziecko, podobnie jak człowiek archaiczny, doskonale operuje 

kategoriami symbolicznymi. To my wraz z rozwojem cywilizacji zatraciliśmy tę umiejętność. Co to 

znaczy siedem dni stworzenia? Co to jest wąż, co to jest jabłko? To wszystko nic nie znaczy, jeśli 

czytamy dosłownie. To jest sfera symbolu. Był taki znany artykuł Wiesława Osterloffa, w którym 

tłumaczył,   skąd   się   wzięły   obozy   koncentracyjne.   Otóż   stąd,   że   mali   Niemcy   byli   karmieni 

baśniami   Grimmów,   w których   Jaś   z Małgosią   wkładają   Babę   Jagę   do   pieca.   Z Jasia   wyrósł 

esesman i mieliśmy obozy koncentracyjne. Absurd tego rozumowania jest straszny, niestety, bliski 

odczuciom współczesnych.

Czy rodzic może bezpiecznie sięgać do dawnych zasobów literatury dziecięcej? Czy należy 

przeprowadzić selekcję?

Naturalną selekcją jest czas. Niektóre książki są dziś dla małego czytelnika zupełnie obce. Niestety, 

z kanonu wypadają także rzeczy ważne. A tradycja jest czymś niesłychanie istotnym w literaturze 

dziecięcej.   Dziecko   powinno   mieć   kontakt   z dawnym   językiem,   dawnym   sposobem   myślenia. 

W ten sposób poszerza się jego sfera doświadczeń. Potem, gdy idzie do szkoły i ma przeczytać 

choćby fragment „Pana Tadeusza”, nie ma bariery językowej. Ale, co ważniejsze, dawne utwory są 

znakami   łączności   pokoleń.   Zwłaszcza   baśnie.   Dziecko   obcuje   w ten   sposób   z mądrością   nie 

jednego pisarza, ale zbieraną przez wieki. Oczywiście, to duży błąd, jeśli podsuwamy dziecku 

wyłącznie książki z własnego dzieciństwa, bo ono żyje w świecie innych problemów.

Czy   nie   niepokoi   pana   zjawisko,   które   można   określić   jako   makdonaldyzację   lektury,   to 

znaczy, że dzieci czytają wszystkie naraz to samo, np. kolejny tom Harry’ego Pottera?

Nie,   my   dorośli   też   podlegamy   modom   czytelniczym.   To   chyba   nie   ma   nic   wspólnego 

z makdonaldyzacją,   raczej   snobizmami   czytelniczymi.   Jeden   z bardzo   ważnych   mechanizmów, 

background image

powodujących zainteresowanie dziecka książką, to zasada: kolega czyta, więc i ja czytam. A droga 

prowadzi od książki do książki. Najpierw się czyta jedną i, jeśli będzie przygodą, sięga się po 

następną. Kiedyś sformułowałem kontrowersyjną może tezę, że jeśli dzieci nie czytają książek, nie 

jest to wina dzieci, tylko książek, bo często są po prostu nudne. Popularne dziś książki albo operują 

dużą dawką horroru, albo humoru. Młodzi ludzie szukają lektur o silnych emocjach, a nie z leniwie 

płynącą fabułą. Trzeba sobie uświadomić, w jaki sposób wychowane jest współczesne pokolenie 

czytelników. Od początku obcują z telewizją, a ulubionym programem małych dzieci wcale nie są 

kreskówki, ale reklamy. Reklama trwa 15–20 sekund. Dziecko jest wychowane na takich krótkich 

interwałach. Jak zainteresować je książką? Musi być naprawdę dynamiczna, budzić silne emocje.

Czy obserwuje pan skutki tego, że dzieci czytają za mało?

Pokolenie,   które   dzisiaj   przychodzi   na   studia   polonistyczne,   jest   dużo   mniej   oczytane   niż 

dawniejsze. Psychologowie alarmują z kolei, że jest to pokolenie zamknięte, ubogie wewnętrznie, 

skazane na samotność. Człowiek żyje w przestrzeni słów. Widzę w świecie tyle, ile potrafię nazwać. 

Jeśli wchodząc do lasu potrafię rozpoznać gatunki drzew, widzę rozmaitość drzew. Jeśli nie, widzę 

tylko   ścianę   lasu.   Za   lekturą   idzie   bogactwo   słownictwa,   a za   bogactwem   słownictwa   idzie 

bogactwo świata.

Jeszcze   ważniejsza   jest   kwestia   skazania   na   samotność.   Moje   relacje   z drugim   człowiekiem 

związane   są   oczywiście   z aurą,   jaka   towarzyszy  spotkaniu,   z gestami,   spojrzeniami,   ale   przede 

wszystkim z funkcjonowaniem słowa. Rozmawiając wymieniamy się nie tylko informacjami, ale 

i emocjami. Nieumiejętność wysłowienia się sprawia, że nie tylko nie umiemy ich rozpoznać, jak 

drzew  w lesie,  ale  również  nazwać  i wyrazić.  Zostaję  skazany  na zamknięcie  w obrębie  moich 

przeżyć, milczę. Nie umiem też wysłuchać drugiego człowieka. A lektura książki uczy właśnie 

rozpoznawania świata, siebie i drugiego człowieka. Nie zrozumiem drugiego człowieka, jeśli nie 

doświadczyłem obcowania z innym w lekturze; z innym, który inaczej myśli, mówi, ma odmienny 

świat wartości. Książka uczy tego, że bogactwo świata polega na wielogłosowości. Trywialnie 

można powiedzieć: uczy tolerancji.

W jednym   z wywiadów   mówił   pan,   że   stosunek   do   literatury   dziecięcej   w Polsce   jest 

specyficzny. W pewien sposób niepoważny.

Tak, przypisana jest jej niepoważność, a w konsekwencji gorszość. We Włoszech na przykład tak 

jak wychodzi cała seria tomów poświęconych Petrarce, tzw. petrarciana, tak wychodzą i collodiana, 

czyli tomy rozpraw poświęcone autorowi „Pinokia”. We Francji są 32 profesjonalne czasopisma 

poświęcone krytyce książki dziecięcej. W Polsce jedno.

Skąd się bierze to niepoważne traktowanie?

background image

Prof. Joanna Papuzińska uważa, że Polacy są infantylni i, bojąc się ujawnienia tego faktu, unikają 

wszystkiego,   co   dziecięce.  To   może   trochę   humorystyczna   hipoteza,   ale   problem   jest.   Brakuje 

choćby środowiska krytycznego. Dla literatury dziecięcej nie ma także miejsca w mediach. Pracuję 

na uniwersytecie 28 lat i przez cały ten czas śledzę to, co się dzieje. Przez te lata był jeden jedyny 

„Pegaz” poświęcony książce dziecięcej. Spójrzmy,  jaką  pozycję  mają  nagrody za  literaturę  dla 

dorosłych, a jaką dla dzieci. W wyniku moich długich starań została powołana nagroda prezydenta 

za twórczość dla dzieci i młodzieży. Prezydent Aleksander Kwaśniewski wręczył ją cztery razy. 

Potem   wielokrotnie   byłem   w Kancelarii   Prezydenta   Lecha   Kaczyńskiego.   Za   każdym   razem 

zapewniano mnie, że nagroda będzie kontynuowana, ale nie jest, przepadła.

Dlaczego   tak   nie   cenimy   książek   dziecięcych,   przecież   to   jeden   z najlepiej   rozwiniętych 

segmentów rynku wydawniczego.

Dziś   jedyną   naprawdę   czytającą   publicznością   są   dzieci   i w ogóle   nie   poświęca   się   jej   uwagi. 

Natomiast   poświęca   się   ją   publiczności   dorosłej,   opowiadając   jej,   czego   nie   czyta.  Większość 

mediów nie ma zwyczaju zamieszczać recenzji książek dziecięcych. Efekt jest taki, że człowiek, 

który szuka książki dla dziecka, pozostawiony jest sam sobie. To ogromna krzywda społeczna. 

Mam nadzieję, że inicjatywa „Polityki” doprowadzi do przełamania lodów.

 Prawa autorskie © POLITYKA S.P. 2005-2008. Wszystkie prawa zastrzeżone. 


Document Outline