background image

W.E.B. Griffin

William E. Butterworth IV

Sabotażyści

Ostatni bohaterowie #5

The Saboteurs

Tłumaczył Jerzy Łoziński

background image

Cykl „Ostatni bohaterowie” z szacunkiem dedykuję pamięci:

porucznika piechoty Wojsk Lądowych Stanów Zjednoczonych

Ameryki Aarona Banka odkomenderowanego do Biura Służb

Specjalnych (później pułkownika Sił Specjalnych)

23.11.1902–01.04.2004

oraz

porucznika piechoty Wojsk Lądowych Stanów Zjednoczonych

Ameryki Williama E. Colby’ego (później dyplomaty i dyrektora

Centralnej Agencji Wywiadowczej)

04.01.1920–28.04.1996

background image

Nie warto mówić:
„Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy”.
Trzeba po prostu zrobić to,
co konieczne.

Winston S. Churchill, premier Wielkiej Brytanii

background image

I

Jeden

Villa del Archimedes
Partanna, Sycylia
25 lutego 1943 roku, 12:15

„Nie chcę umierać w ten sposób” — myślał profesor Arturo Rossi, stanąwszy w drzwiach na 

końcu wyłożonego kaflami korytarza. „To straszliwie… nieludzkie”.

Wysoki pięćdziesięciopięciolatek, którego oliwkowa skóra była bledsza niż zwykle, czuł, że 

lada chwila zemdleje z powodu tego, co zobaczył.

Pokaleczone, zdeformowane ciała czterech mężczyzn leżały przytroczone do noszy ułożonych 

w pokoju. W starej willi, która ze szczytu zbocza spoglądała na Morze Śródziemne, znajdowało 
się sześć takich pokojów, trzy po każdej stronie korytarza, każdy z zimnego kamienia i z oknem 
o   zewnętrznym   parapecie.   W   innych   pokojach   leżało   ponad   trzydziestu   mężczyzn,   także 
przywiązanych do noszy, wszyscy żywi, ale ledwo, ledwo.

Ciepła dłoń miękko chwyciła go za ramię i podtrzymała; spojrzał na starego przyjaciela z 

uniwersytetu w Palermo.

Doktor Giuseppe Napoli, z burzą siwych włosów na głowie, przyprowadził go tutaj, aby na 

własne oczy zobaczył, czego dopuszczają się członkowie niemieckiej formacji Schutzstaffel–SS.

Szedł   śladem   wiekowego   lekarza,   ze   zgrozą   zaglądając   do   kolejnych   pokojów,   a   stan 

znajdujących się w nich ludzi był gorszy w każdym następnym. Aż wreszcie to pomieszczenie… 
przeniknięte odorem śmierci.

Najgorsze ze wszystkich.
Ciała odziane były w brudne, przepocone i zakrwawione łachmany odsłaniające ręce i nogi, a 

przeguby i kostki unieruchomiono skórzanymi pętami. Na wszystkich ciałach wykwitała jakaś 
wysypka.   W   kilku   przypadkach   na   nogach   widać   było   małe   ranki,   zakażone   i   ropiejące,   w 
licznych przypadkach na kończynach jątrzyły się wrzody.

Smród gnijących ciał pogarszał jeszcze — jeśli było to w ogóle możliwe — odór unoszący się 

z nieopróżnianych cynowych pojemników podwieszonych pod noszami. W nich gromadziła się 
treść trzewi, spływająca przez wykonane z teutońską starannością otwory.

Rossi szybko obrócił się na pięcie. Miał ściśnięte gardło, po policzku potoczyła się łza.
Było oczywiste, że ci mężczyźni — wszyscy co do jednego Sycylijczycy, o czym powiedział 

mu przyjaciel — straszliwie cierpieli przez ostatnie dni i tygodnie. Ale wykrzywione twarze 
zmarłych świadczyły o tym, że także śmierć nie oznaczała dla nich ulgi.

Poczuł, że jego oburzenie — oprócz oczywistej zgrozy w obliczu bezmiernego okrucieństwa 

— w znacznej mierze wynika z tego, iż jacyś obcy mogli się tak znęcać nad Sycylijczykami w 
ich ojczyźnie, i to w willi noszącej imię Archimedesa, zapewne najwybitniejszego ze wszystkich 
Sycylijczyków.

I że mogli to robić, zdało się, z całkowitą bezkarnością.
„Ale co można począć, skoro nikt nawet nie wie, że dzieje się coś takiego?”.
Willa   zbudowana   przez   Normanów   przed   dziewięcioma   wiekami   znajdowała   się   jakieś 

dziesięć   kilometrów   od   Quattro   Canti   w   Palermo,   z   jego   królewskim   pałacem,   także 
wzniesionym przez Normanów, oraz uniwersytetem.

„Dostatecznie daleko, aby krzyki nieszczęśników czy wystrzały pozostawały niezauważone. I 

background image

wszystko pozostaje w tajemnicy…”.

— Teraz już wiesz… — szepnął Napoli.
Rossi zerknął na przyjaciela, który usta i nos skrył za chusteczką. W jego oczach widać było 

smutek i trwogę.

Rossi z wolna pokiwał głową i raz jeszcze ogarnął spojrzeniem pokój.
—   Niemcy   mają   tu   zarazki   żółtej   febry   —   szeptał   dalej   lekarz.   —   Wszczepili   je 

aresztowanym… Chyba w jakiejś mierze po to, by pokazać, do czego są zdolni. Obawiam się, że 
to   dopiero   początek.   Podobno   Niemcy   w   innych   miejscach   przeprowadzają   jeszcze   gorsze 
eksperymenty.

Także i Rossi słyszał takie pogłoski na uniwersytecie rzymskim. Z ust do ust przechodziły 

wieści o tym, co dzieje się w niemieckich obozach koncentracyjnych kierowanych przez SS. 
Ludzie traktowani gorzej niż zwierzęta laboratoryjne.  Amputacje bez znieczulenia. Obojętnie 
ciskane na stosy ludzkie kończyny, jakby były kawałkami drewna.

Warunki były tam podobno tak okropne, że — jak głosiła plotka — niemieckich żołnierzy 

trzeba było przekupywać papierosami, kiełbasą i wódką, aby zgodzili się tam służyć.

„A teraz przenieśli swoje okrucieństwo na Sycylię, której mieszkańcy służą za pożywkę dla 

wirusa”.

— Skąd biorą tych biedaków? — spytał półgłosem.
— Oberst Müller z SD…
— Sicherheitsdienst?
Napoli pokiwał głową. Rossi wiedział, że SD to wywiadowcza gałąź SS; bez najmniejszych 

skrupułów wykonywali swe zadania, które polegały na wykrywaniu i likwidowaniu wszelkich 
zagrożeń dla rządów NSDAP.

— …kazał ich dostarczyć z więzień.
— Mussolini wsadzał do nich wszystkich swoich przeciwników; często byli z mafii.
— Także i z tych duża część jest z mafii. Oberst Müller twierdzi, że z błogosławieństwem II 

Duce załatwiają na amen. Zniknie jedno zagrożenie i będzie mniej ludzi do wykarmienia.

Rossi przytaknął. To także słyszał w Rzymie. Jeśli nie pomagało się nazistom, było się tylko 

bezużytecznym ciężarem.

— A w ten sposób jest z nich przynajmniej jakiś pożytek, powiada Müller — dokończył 

Napoli, a Rossi popatrzył mu głęboko w oczy.

— Do czego właściwie są im te wirusy?
Napoli rozejrzał się nieufnie i odrzekł:
— Mają być na Amerykanów i Anglików.
Rossi z niedowierzaniem pokręcił głową.
— Mówi się, że mogą zająć Sycylię, aby stąd przejść do Włoch i od południa zaatakować 

Niemcy — ciągnął Napoli. — Hitler jest związany na innych frontach, nie może ulokować tutaj 
wielu żołnierzy i dlatego szuka innej broni na wypadek inwazji. Ci nieliczni, których tu przysyła, 
jak chociażby Müller, są naprawdę bezwzględni.

Obaj odruchowo spojrzeli na ciała na noszach.
— Nie cofną się przed niczym — mruknął Rossi. Umilkli na dłuższą chwilę, po czym spytał: 

— A co z Carlem? Jak on może to znieść?

Doktor   Carlo   Modica,   znakomity   matematyk   i   człowiek   wielkiej   łagodności,   będący   już, 

podobnie jak Napoli, po siedemdziesiątce, od ponad dziesięciu lat kierował uniwersytetem w 
Palermo.   Jako   specjalista   od   metalurgii,   Rossi   często   z   nim   współpracował.   Napoli   położył 
Rossiemu rękę na ramieniu.

— Właśnie ze względu na Carla chciałem, żebyś to zobaczył na własne oczy.

background image

— Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że to wszystko się dzieje za jego przyzwoleniem?
Napoli nie odwrócił wzroku.
— Musisz wiedzieć, Arturo, że oberst Müller bardzo klarownie oznajmił doktorowi Modice, 

że współdziałanie leży tylko w jego najlepiej pojętym interesie. Podkreślił, że współpraca kogoś 
równie szanowanego będzie ważną wskazówką dla pozostałych.

Rossi najwyraźniej nie uwierzył.
— Nie obraź się, ale coś takiego wolałbym usłyszeć z ust samego Carla.
Napoli spuścił głowę.
— To nie będzie możliwe.
— Dlaczego?
— Müller mnie wyznaczył na jego miejsce.
— Jak to?
— Carlo robił zastrzyk „pacjentowi”, który… — Napoli chwilę szukał odpowiedniego słowa 

— …był oporny, doszło do szamotaniny, sprawa nie jest całkiem jasna, w każdym razie Carlo 
sam sobie wbił igłę.

— Ma żółtą febrę?
— Miał żółtą febrę.
Napoli kiwnął głową w głąb pokoju.
Rossi dokładniej przyjrzał się ciałom, a potem poczuł silny skurcz żołądka, gdyż teraz już 

rozpoznał zwłoki matematyka.

„Matko Przenajświętsza” — pomyślał Rossi, odruchowo się żegnając.
— Nikt z nas nie jest bezpieczny — półgłosem rzucił Napoli.

Dwa

Woburn Square
Londyn
25 lutego 1943 roku; 20:10

Major   Richard   M.   Canidy   z   Korpusu   Powietrznego   Wojsk   Lądowych   USA   stanowczym 

krokiem   wbiegł   po   schodach   prowadzących   do   mieszkania   numer   16   na   pierwszym   piętrze 
Woburn Mansions. Rosły, przystojny dwudziestopięciolatek poruszał się z taką pewnością siebie, 
że   postronny   obserwator   najpewniej   uznałby,   że   ma   przed   sobą   właściciela.   A   tymczasem 
apartament należał do Ann Chambers, pięknej kobiety, z którą łączyły wprawdzie Canidy’ego 
stosunki bardzo intymne, ale to nie ich wizja była przyczyną jego obecnego pośpiechu.

„Jeśli  w tej   chwili  nie  otworzy mi  drzwi  —  myślał   — zleję  się  w portki.  Prawie  sikam 

oczami”.

Dobrze wiedział, że w drzwiach był solidny mosiężny zamek z małą zapadką, która — jeśli 

zwolniona — pod naciskiem sprawiała, iż rygiel wysuwał się z framugi i drzwi można było 
otworzyć do środka. Cały mechanizm był na dodatek stary i zużyty.

„Są duże szanse, że znowu zostawiła niezamknięte”.
Płynnym   ruchem   wyszukał   w   ciemności   klamkę,   wymacał   zapadkę,   nacisnął   kciukiem   i 

naparł na drzwi.

W drobnym ułamku sekundy elektryczny impuls powędrował od kciuka do mózgu, który, 

zinterpretowawszy   tę   informację,   u   —   znał,   że   zapadka   nie   ustąpiła,   drzwi   więc   pozostały 
zamknięte, a jednocześnie ostry ból płynący od prawego barku zaświadczył o tym, iż drzwi ani 

background image

drgnęły.

„Niech to cholera!!!”.
Kilka razy szarpnął klamką, jednocześnie z pasją naciskając na guzik zapadki. Nic z tego! Nie 

było sensu atakować twardego drewna coraz bardziej bolącym barkiem. Błyskawicznym ruchem 
wydobył z kieszeni scyzoryk i wsunął jego ostrze w szczelinę między drzwiami a framugą na 
wysokości  rygla.  Teraz  kilkoma  ostrożnymi  ruchami  tak nacisnął  rygiel,  aby zwolnić  nacisk 
sprężyny i… Udało się!

Wskoczył do środka i zatrzasnął drzwi za sobą, a rygiel ze szczękiem powrócił na dawne 

miejsce we framudze.

W   mieszkaniu   było   ciemno,   ale   to   tylko   jeszcze   bardziej   uczuliło   Canidy’ego   na   słodki, 

delikatny zapach kobiecego ciała.

Po omacku odnalazł lampę i zapalił.
Mieszkanie, umeblowane starymi  sprzętami z miękką tapicerką, składało się z saloniku, z 

którego było wejście do dwóch małych sypialni, łazienki z toaletą i kuchni. Parkiet z ciemnego 
drzewa  pokrywały  grube,  wełniane   dywany.  Na  prawo od  wejścia   znajdował  się  kominek   z 
marmurowym gzymsem, zwieńczonym kryształowym lustrem o wymiarach metr dwadzieścia na 
półtora metra.

Canidy bardzo zdecydowanym krokiem ruszył do łazienki.
Sam był zaskoczony tym, jak długo trwało oddawanie moczu; szkoda, że nie odmierzył czasu 

na  zegarku.   Gorąco   poprzysiągł   sobie,  że   już  nigdy nie  minie  toalety   bez  rozważenia   stanu 
pęcherza, a także, w jakiej odległości może się znajdować następny kibel.

Skończył wreszcie. Kiedy mył ręce, usta rozdarło gwałtowne ziewnięcie. Teraz spojrzał na 

zegarek.

„Dopiero kwadrans po ósmej? Cholera, ale długi dzień. Już się obawiałem, że w ogóle się nie 

wyrwiemy   z   tej   Casablanki.   Pewnie   wyskoczyła   na   miasto.   Ciekawe,   kiedy   wróci?   Tak   się 
szykowałem na tę noc!” — pomyślał.

Ruszył  w kierunku kanapy;  przechodząc obok lampy,  zgasił światło. Raz jeszcze ziewnął, 

ułożył się wygodnie i ledwie przytknął głowę do poduszki, natychmiast zasnął.

* * *

Kiedy Ann Chambers mijała zaciemniony róg ulicy, poczuła, że obcas grzęźnie w otworze w 

chodniku. W Londynie pełno ich było po bombardowaniach.

— Cholera! — mruknęła pod nosem z wyraźnym południowym akcentem.
Obcas   tak   się   zaklinował,   że   stopa   wyskoczyła   z   buta   i   przez   pończochę   dotknęła 

nieprzyjemnie zimnej, kamiennej płyty. Nachyliła się i uwolniła but z potrzasku, ale tylko po to, 
by stwierdzić, że obcas niemal całkowicie oddzielił się od reszty buta.

Dziewiętnastoletnia   blondynka   ciężko   westchnęła.   To   była   przedprzedostatnia   para   butów 

ładnych i naprawdę wygodnych, a nie była pewna, jak szybko pojawią się uzupełnienia, o które 
napisała do domu. Bardzo wiele chodziła — jak wszyscy w Londynie — więc wygodne obuwie 
zajmowało wysoką lokatę na liście rzeczy niezbędnych do życia.

Teraz położyła torebkę na chodniku i starannie oddzieliła do końca obcas od podeszwy, a 

potem, przyklęknąwszy, w wątłym świetle oceniła stopień uszkodzenia; może uda się jeszcze coś 
naprawić.

Obok niej zatrzymał się elegancko ubrany mężczyzna w średnim wieku.
„Jasne” — pomyślała Ann. „Tylko tego było mi jeszcze trzeba”.
— Przepraszam, młoda damo, czy mogę w czymś pomóc?

background image

Popatrzyła w górę.
— Nie.
— Na pewno?
„Potrzebna mi co najwyżej ochrona przed facetami, którym nie wystarcza proste »nie«.”
— Na pewno.
Poczuł   się   najwyraźniej   urażony,   a   ona   pomyślała,   że   raczej   przesadziła;   nie   musiała   na 

nieznajomym wyładowywać swojej frustracji z powodu zniszczonego buta.

— Jestem już prawie w domu. Dziękuję.
— Rozumiem — odrzekł i zawrócił na pięcie.
Nie była pewna, czy uda się coś zaradzić; zdjęła drugi but i chociaż płyty chodnika były 

przeraźliwie zimne, na bosaka dotarła do 16 Woburn Mansions.

Znowu   przygnębił   ją   widok   wyrw   między   budynkami.   Niemieckie   bomby   już   zniszczyły 

sporą   część   miasta,   a   każdego   dnia   ruin   przybywało.   Tutaj   zmiotły   dziesięć   z   dwudziestu 
czterech budynków, a skwer, ongiś bujny i wypieszczony, zamieniły w otoczone resztkami płotu 
wertepy, pełne wykopów, z których zabierano piasek do worków; czasem — w razie alarmu 
lotniczego — pełniły rolę doraźnych schronów.

Budynek 16 Woburn Mansions się uchował, ale okna były zabite dyktą, a fasada z wapienia 

poczerniała od ognia, który kilkakrotnie szalał na ulicy.

Ann weszła po schodach, wydobyła z torebki klucz, włożyła go w ciężki zamek masywnych, 

drewnianych   drzwi,   a   po  usłyszeniu   szczęknięcia   nacisnęła   kciukiem   guzik   zapadki,   naparła 
ramieniem na drzwi i weszła do środka.

Westchnęła; jak dobrze być z powrotem w domu. Mieszkanie trudno byłoby nazwać dużym, 

ale z całą pewnością było wygodne, co obecnie w Londynie, zwłaszcza w okolicach Woburn 
Place, wcale nie było normą.

A najważniejsze — miała je tylko dla siebie.
Pomieszczenie pod numerem 16 zostało przyznane Chambers News Service. Z sugestią taką 

szef biura londyńskiego wystąpił do Central London Housing Authority, instytucji zajmującej się 
rozdziałem kwater, do której — via biuro kwaterunkowe SHAEF (Supreme Headquarters, Allied 
Expeditionary   Force:   Kwatery   Głównej   Zjednoczonych   Sił   Ekspedycyjnych)   —   dotarła 
odpowiednia notatka służbowa z kwatery CNS w Atlancie, stwierdzająca, że lokal potrzebny jest 
dla   pięciu   zatrudnionych   w   Londynie   pracownic   agencji,   których   nazwiska   zostaną   wkrótce 
dostarczone.

I chociaż  istotnie pod numerem  16 Woburn Mansions mieszkał  cały obecny w Londynie 

żeński   personel   —   w   osobie   miss   Ann   Chambers   —   to   jednak   szef   angielskiego   biura   nie 
wiedział, że Ann sama napisała notatkę, otrzymawszy delegację do Londynu, i bez trudu zebrała 
odpowiednie podpisy. Teoretycznie było wprawdzie możliwe, że pojawią się jeszcze nad Tamizą 
jakieś pracownice Chambers News Service, ale przynajmniej w najbliższym czasie było to mało 
prawdopodobne.

Sytuacja   ta   wprawiała   Ann   w   lekkie   zmieszanie,   gdyż   wiedziała,   że   w   Londynie   ludzie 

najczęściej gnieżdżą się w pomieszczeniach znacznie mniejszych od jej mieszkania. Zarazem 
jednak miała równie silne przekonanie, że natychmiast zrezygnowałaby z tego luksusu, gdyby 
tylko była pewna, że brak intymnego lokum w niczym nie zaszkodzi miłości jej życia.

Zresztą   zawsze   sobie   powtarzała,   że   znajdzie   jeszcze   okazję,   żeby   jakoś   odpokutować   to 

samolubstwo.

Mówiąc szczerze, szef biura podejrzewał, że Ann wykorzystała swoją pozycję, aby stworzyć 

taką okazję, ale przypuszczenia te wolał zachować dla siebie.

Po pierwsze dlatego, że Ann Chambers była córką właściciela Chambers Publishing Company 

background image

i   Chambers   News   Service,   któremu   —   jak   nietrudno   się   domyślić   —   podlegał   szef   filii 
londyńskiej.

Po   drugie,   była   akredytowaną   korespondentką   wojenną,   na   dodatek   bardzo   dobrą.   Miała 

niewątpliwy   talent,   nie   bała   się   ciężkiej   pracy   i   nieprzerwanie   dostarczała   artykuły,   które 
następnie   publikowano   na   całym   świecie.   Niezwykłym   powodzeniem   cieszyła   się   jej   seria 
„Oblicza Odwagi” pokazująca zwykłych obywateli, z racji wojny pełniących niezwykłe role.

I dyrektor filii miałby komuś takiemu rzucać kłody pod nogi tylko z powodu jakiejś formalnej 

niedokładności?   Szczególnie,   że   przecież   nie   mógł   wykluczyć,   iż   już   w   drodze   są   jakieś 
koleżanki Ann. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że wartość Ann dla agencji nie polegała 
tylko na tym, że była córką Brandona Chambersa; zresztą każdy, kto znał człowieka, uważanego 
za   uosobienie   beznamiętnego,   kierującego   się   tylko   profesjonalnymi   względami   biznesmena, 
nigdy nie podejrzewałby go o nepotyzm.

Bardzo szybko okazało się, że Ann, podobnie jak ojciec, łatwo daje sobie radę z językiem, 

wcale jednak nie czuł się uszczęśliwiony, gdy znienacka zjawiła się w jego gabinecie w Atlancie 
i   oznajmiła,   że   zostawia   na   razie   Bryn   Mawr,   a   jeśli   nie   zatrudni   jej   w   charakterze 
korespondentki,   którą   dorywczo   bywała   w   czasie   studiów,   to   z   pewnością   da   jej   stały   etat 
właściciel magazynu „Look”, Gardner Cowles, który zaciekle konkurując z Chambersem, za nic 
nie przepuściłby takiej gratki, jak zatrudnienie córki największego przeciwnika. Nie było więc 
sposobu   na   wyperswadowanie   Ann   jej   pomysłu.   „Ciekawe,   skąd   u   niej   taka   stanowczość   i 
bezwzględność?”,   spytała   zgryźliwie   matka   Ann,   gdy   Brandon   Chambers   poinformował   ją 
telefonicznie o planach córki; Ann zaś codziennie odtąd stawiała się w siedzibie agencji jako 
pełnoetatowa   korespondentka.   A   kilka   miesięcy   później   załatwiła   sobie   przeniesienie   do 
Londynu.

Także to postanowienie spowodowało protesty przewodniczącego rady nadzorczej agencji — 

który uważał, iż kobieta nigdy nie będzie dobrą korespondentką wojenną, nawet jeśli jest jego 
córką — ale szybko okazało się, że to kolejne starcie między córką a ojcem przegrane przez tego 
ostatniego.

* * *

Po dwudziestu minutach snu Canidy’ego zbudziło własne chrapanie. Trwało chwilę, zanim się 

zorientował, gdzie jest, a kiedy wreszcie sobie przypomniał, usłyszał szczęk klucza w zamku.

Chciał   się   poderwać   z   łóżka,   ale   pozostał   nieruchomy,   z   upodobaniem   wpatrując   się   w 

widoczną w otworze drzwi sylwetkę młodej  kobiety.  Ann zamknęła za sobą drzwi i zaczęła 
szukać lampy, a on wygodnie ułożył się na poduszce. Podekscytowała go sama jej obecność; 
czuł, jak mocno bije mu serce i jak potnieją dłonie. Już po chwili wyczuł jej zapach i uśmiechnął 
się.

Patrzył,  jak podchodzi do kominka („Jest na bosaka?”), a potem rzuca na podłogę buty i 

torebkę. Szukała po omacku, aż wreszcie wymacała zapałki i zapaliła świeczki ustawione w obu 
rogach kominka. Płomienie powoli się rozpaliły, kanapa jednak pozostała w cieniu.

„Cholera, jeśli teraz się odezwę, gotowa umrzeć ze strachu!”.
Zaczęła zdejmować płaszcz.
„No, no, naprawdę robi się ciekawie…”.

* * *

background image

Ann odłożyła zapałki na kominek i nie patrząc, cisnęła płaszcz na oparcie kanapy. Zdjęła 

sweter   w   serek   i   chciała   go   posłać   w   ślad   za   płaszczem,   ale   powstrzymała   ją   jakaś   myśl, 
podniosła do nosa miejsce okrywające pachę, skrzywiła się i kręcąc głową, ze zmarszczonym 
nosem odrzuciła wreszcie sweter.

Poprawiła   białą,   obcisłą   bluzkę,   wygładziła   spódniczkę,   podrapała   się   po   kształtnych 

pośladkach, wyrównała ustawienie świeczek i spoglądając w lustro, ułożyła fryzurę zburzoną 
podczas zdejmowania swetra.

Nie mogła się uwolnić od myśli o Sarze Spenser, której charakterystykę pisała przez cały 

dzień.

Większą część zeszłego tygodnia spędziła na kontaktach z odważną dwudziestoletnią małą 

blondynką, która służyła w Light Rescue Section, londyńskiej obronie cywilnej.

W   hełmie   z   roku   1914,   w   pumpiastych   męskich   spodniach   i   za   dużych   o   trzy   numery 

wellingtonach   pełniła   dwudziestoczterogodzinne   dyżury,   podczas   których   wyszukiwała   w 
ruinach   zbombardowanych   budynków  ofiary,   na  noszach   przenoszone  później  do  autobusów 
przekształconych w ambulanse.

Trzeba było kilku dni i jednego długiego, łzawego wieczoru przy paru pintach piwa w pubie 

Prince’s Bangers & Mash, aby Sara, ostatnia z rodziny Spenser, naprawdę się otworzyła.

Bracia polegli na froncie, rodzice i dziadkowie zginęli w bombardowaniu. Byli jeszcze jacyś 

dalsi krewni, ale Sara niezbyt martwiła się brakiem kontaktów.

— Nie wiem w końcu, może to jacyś aborygeni czy coś takiego. Równie dobrze mogliby nie 

żyć.

Ann do końca nie wiedziała, czy to z racji owej goryczy w głosie, czy dlatego, że uświadomiła 

sobie, jak niewiele lat je dzieli i niewiele brakowało, aby jej opowieść była niezwykle podobna 
— w każdym razie bardzo zrobiło jej się żal rozmówczyni. Tyle że Sara nie zniosłaby żadnych 
wyrazów współczucia.

—   Nie   ma   się   nad   czym   rozczulać   —   powiedziała,   jakby   z   góry   je   uprzedzając.   — 

Przynajmniej żyję i trzeba mieć nadzieję, że jeszcze trochę życia przede mną.

Ann była pełna podziwu dla siły tej dziewczyny, witalności, a także zdolności zachowania 

humoru nawet w najtrudniejszych sytuacjach.

Zaśmiewając się, opowiedziała Ann, jak dwa dni wcześniej przeszukiwała wraz z całą ekipą 

ruiny świeżo zbombardowanego  budynku,  najpierw ewakuując żywych,  potem wydobywając 
ciała zabitych, aż wreszcie dotarli do starszego jegomościa, który najwyraźniej nie odniósł żadnej 
poważnej kontuzji, natomiast świecił gołym tyłkiem, podczas gdy spodnie miał spuszczone do 
kostek, a wokół leżały elementy zawartości ubikacji.

Sara upiła duży łyk i mówiła:
— No to pomagam mu podciągnąć spodnie, pytam, czy wszystko z nim w porządku, a on: 

„Tak, tylko że to naprawdę dziwne siedzieć sobie w ubikacji, a kiedy chcę spuścić wodę, nagle 
wszystko dookoła eksploduje”.

Ann całymi dniami uganiała się po Londynie, zbierając opowieści i rozmawiając z ludźmi — i 

tymi, którzy przeżyli bombardowanie, i tymi, którzy z opuchniętymi powiekami opowiadali, jak 
nie mogą zasnąć, całymi nocami wyczekując syren alarmowych.

Niejeden raz zastanawiała się, co ona tu właściwie robi, zamiast wracać do domu w Atlancie 

czy   może…   na   Bryn   Mawr.   Czemu   nie   wraca   do   bezpiecznych   Stanów   i   spokojnej   rutyny 
codzienności. Wtedy jednak zaraz odpowiadała sama sobie, że wtedy nie spotykałaby takich osób 
jak Sara, a zresztą… A zresztą po prostu niepodobna sobie wyobrazić, że mogłaby teraz być 
gdzie indziej niż w Londynie. Wiedziała, że musi pisać o tej wojnie.

W świetle płomieni świec uśmiechnęła się do swego odbicia w lustrze.

background image

„Przecież   przed   samą   sobą   możesz   zdobyć   się   na   szczerość.   Tak   naprawdę   jesteś   tu   dla 

Dicka”.

I w ślad za tym natychmiast pojawiła się myśl.
„Ale gdzie on się, u diabła, podziewa? Upłynęły już prawie dwa tygodnie od jego wyjazdu, a 

tu ani słowa. Przy jego robocie, może być w niewoli albo…” — bała się dokończyć tę myśl. 
„Albo.

Wprawdzie major Richard M. Canidy nosił mundur Korpusu Powietrznego Wojsk Lądowych, 

ale Ann Chambers wiedziała, że służy w Biurze Służb Strategicznych, w którym zresztą pełni 
niepoślednią rolę.

Mniej czy bardziej powszechnie wiadomo było, że BSS zajmuje się wywiadem wojskowym, 

grupując szpiegów, analityków i specjalistów z bardzo różnych dziedzin i bardzo różnych sfer 
wojska, administracji i biznesu, przy czym niektórzy mieli rozliczne kontakty w najwyższych 
kręgach, co w jakimś stopniu było konsekwencją faktu, że szef Biura, pułkownik William J. 
„Dziki Bill” Donovan blisko zaprzyjaźnił się z prezydentem Franklinem Delano Rooseveltem 
jeszcze podczas wspólnych studiów prawniczych na Columbia University.

Chociaż szperała, gdzie mogła, niewiele więcej udało jej się dowiedzieć, a z kolei sam Dick 

nawet   tyle   nigdy   jej   sam   z   siebie   nie   powiedział.   Choćby   słowem   nie   skomentował   swojej 
ostatniej misji.

I tylko pożegnali się tutaj, w tym mieszkaniu, w bardzo czuły, bardzo intymny sposób.
„I właśnie, aby umożliwić takie sytuacje — myślała, patrząc na siebie z lustra zmrużonymi 

oczyma — jak długo trwa wojna, to miejsce będzie należało tylko do mnie. Do mnie i Dicka. 
Oby tylko wrócił!”.

* * *

Dick, owionięty ciepłem i zapachem płaszcza i swetra Ann, miał wrażenie, że znalazł się w 

niebie.   Nieco  mocniejsze  poruszenie   sprawiło,  iż   skrzypnęła  pod  nim  sprężyna.   Zobaczył   w 
lustrze jej oczy, czujnie szukające źródła dźwięku. Wreszcie spoczęły na kanapie.

„Trudno; teraz albo nigdy”.
Zanim jeszcze począł siadać, przemówił:
— Myś…

* * *

Ann   usłyszała   skrzypnięcie.   „Podłoga?”   —   pomyślała,   ale   szybko   omiotła   spojrzeniem 

odbicie pokoju w lustrze, aby się upewnić, że nie ma za nią nikogo, jednak na wszelki wypadek 
odwróciła się jeszcze.

Wydało  jej  się, że  słyszy  męski  głos, i  nawet przemknęła  jej  przez głowę  myśl:  „Dick”, 

ponieważ jednak wiedziała, że to niemożliwe, leciutko pokręciła głową; stanowczo ciężki dzień 
miała za sobą. Równocześnie odniosła jednak wrażenie, iż rzeczy, które cisnęła na kanapę… 
poruszają się?

Otworzyła   usta   do   krzyku,   ale   wtedy  właśnie   rozpoznała   Dicka   Canidy’ego,   który  ciągle 

jeszcze   z jej   swetrem  na głowie   wynurzał   się spod płaszcza.  W  mundurze,  z  roześmianymi 
oczyma, szeroko rozłożył ręce.

— …lałem, jaką by ci tu sprawić niespodziankę — dokończył. — Cześć, kochanie!
Ann głęboko odetchnęła i poczuła, że stoi na nie do końca pewnych nogach.

background image

— Dick! — wyszeptała przez łzy.
Kiedy znalazł się przy niej, zerwała mu z głowy sweter i wtuliła głowę w jego pierś. Ręce 

mężczyzny mocno ją przytuliły i było to niewiarygodne wprost uczucie.

Gdy wreszcie się rozłączyli, Dick ujął twarz dziewczyny w obie dłonie. Lekko odchylił jej 

policzek tak, aby padł na niego blask świec, i wtedy miał już pewność: od oka aż do brody 
ciągnęła się wilgotna ścieżka po łzie.

Poczuł mimowolne drżenie ciała, tak była piękna i pociągająca.
— Tęskniłaś za mną? — spytał i zaczął scałowywać ślad po łzach, Ann zaś już rozpinała 

guziki u jego koszuli.

* * *

— A jak się dostałeś do środka? — spytała i szklankę trzymaną przez Dicka napełniła do 

połowy porto.

Leżeli na podłodze naprzeciw kominka, na którym wesoło huczał teraz ogień. Pod sobą mieli 

wielkie poduszki w jedwabnych poszwach, a na sobie kołdrę w podobnej kopercie.

Ann   wetknęła   korek   do   butelki,   postawiła   ją   obok   kominka,   aby   nie   oziębła,   i   znowu 

przytuliła   się   do   Dicka.   Wysunął   w   jej   kierunku   szklankę,   unosząc   pytająco   brew;   Ann 
pociągnęła długi łyk, nachyliła się i ucałowała go, czując, jak po ciele rozpływa się błogie ciepło.

— No cóż — odrzekł Canidy — mam nadzieję, że nie posunę się zbyt daleko, informując, że 

dostawanie się tam, gdzie mnie nie oczekują, to jedna z wymaganych ode mnie umiejętności. A 
poza tym… — wzruszył ramieniem — …wyzwanie nie jest wielkie. Okna obite dyktą, połowa 
ścian zwalona…

— Tam właśnie byłeś? — spytała. — Gdzie cię nie oczekiwali?
— Annie, przecież dobrze wiesz, że nie mogę…
— Wiem, ale nie możesz mieć pretensji, że próbuję. — Popatrzyła mu prosto w oczy. — Tak 

strasznie się o ciebie niepokoję.

— Ciii. — Położył jej palec na ustach. — Już jestem z powrotem, pewne ważne kwestie 

zostały rozwiązane i mam  nadzieję, że teraz  przez  jakiś czas będziemy się mogli  regularnie 
spotykać.

Rozpromieniona Ann usiadła, odrzucając kołdrę i odsłaniając imponujący biust.
Równie rozpromieniony Dick ucałował czubek jej lewej piersi.
— Obiecujesz? — spytała miękko.
— Ann, dobrze wiesz, że moja wola nie jest tu decydująca. Muszę wykonywać rozkazy.
— Obiecaj — nalegała, tym razem bardziej stanowczo. Dick odstawił szklankę w pobliże 

butelki, przykrył kołdrą siebie i Ann, a potem mocno się do niej przytulił.

— Obiecuję — mruknął, wiedząc, że być może niedługo będzie musiał złamać przyrzeczenie.

Trzy

Terminal bazy wojsk lądowych USA
Brooklyn, Nowy Jork
26 lutego 1943 roku, 05:45

Tony „Zadziora” Lucchese, mający metr siedemdziesiąt wzrostu oraz prawie sto kilogramów 

wagi, gangster będący zarazem szefem lokalnej sekcji Międzynarodowego Związku Dokerów, 

background image

stał na skraju doków przemysłowych, kuląc się pod zimnymi podmuchami ciągnącymi od East 
River.

„Skurwysyn” — pomyślał. „Jaja sobie tutaj odmrożę”.
Zaciągnął się po raz ostatni cygarem, wrzucił jego końcówkę do wody, a następnie wsunął 

obie ręce do kieszeni, prawą zaciskając na kolbie rewolweru kaliber .375. Lucchese odprowadził 
spojrzeniem dżipa z ciemnooliwkową plandeką, który kołysał się na linach przenoszącego go 
dźwigu, wstrząsnął się pod wpływem  dreszczu, który przeleciał  mu  po krzyżu,  i spytał  sam 
siebie, czy to na pewno tylko z powodu zimna, czy także silnego strachu.

Siedemdziesiąt procent wojennych dostaw i żołnierzy wysyłanych do Europy przechodziło 

przez nowojorskie nabrzeża,  a znaczna  część owych  siedemdziesięciu  procent przypadała  na 
Brooklyn.

Nad tym wszystkim panował MZD.
Związek   pilnował,   aby   przeładunki   dokonywały   się   bez   przerw   i   terminowo   —   na 

podobieństwo pociągów tego sukinsyna Mussoliniego — nie tylko z uwagi na zwycięstwo w 
wojnie, lecz także dlatego, że płynność pozwalała chłopakom z MZD regularnie podciągać coś na 
boku. Im większy był przepływ, tym mniej prawdopodobne, że ktoś zwróci uwagę na to, że tu 
czy tam „zaginął” jakiś kontener czy inny pojemnik.

„Zaginął”, ale nie dla Lucchesego.
„Nie trzeba kończyć uniwersytetu, by wiedzieć, że mogą mi się za to dobrać do dupy, jeśli 

tylko coś zacznie się ślimaczyć” — myślał Lucchese.

Ale nawet jeśliby mu się nic nie stało z powodu jakichś zakłóceń w przepływie strumienia 

dóbr wojskowych, to marny będzie jego los, jeśli ktoś z MZD zorientuje się, że Tony za plecami 
wszystkich   prowadzi   jakieś   interesy   z   Harrym   Bridgesem,   szefem   związku   portowców   na 
Zachodnim Wybrzeżu  od Seattle po San Diego, który chciał  zdobyć  jakiś udział  w wielkim 
biznesie   transportowym   na   Wschodzie.   Nietrudno   zrozumieć,   że   takie   dzielenie   się   zyskami 
kompletnie nie odpowiadało szefom MZD.

Lucchese w zamyśleniu wiercił czubkiem buta w śniegu; ciągle miał okazję wycofać się ze 

wszystkiego, wystarczyłby jeden telefon. Tyle że… Tyle że, gdyby teraz zrezygnował, to — po 
pierwsze — Bridges będzie naprawdę wkurwiony, a po drugie — rozwieje się jak dym szansa na 
to,   że   wraz   z   wejściem   do   akcji   Bridgesa   także   i   Tony   znajdzie   się   w   elitarnym   gronie 
najmocniejszych graczy.

Zsunął na tył głowy hełm ochronny i zapatrzył się na ciągnące się, rzekłbyś, aż po horyzont, 

lory   czekające   na   wyładowywane   czołgi,   ciężarówki,   amunicję,   medykamenty,   żywność   i 
wszystkie inne rzeczy rozpaczliwie potrzebne, aby wygrać wojnę. W górze dźwigi portowe i 
okrętowe,  niczym  gigantyczne  łapy,   przenosiły  kontenery,  palety,   pojazdy na   wielkie   okręty 
transportowe EC2. Każda z tych długich na 135 metrów jednostek mogła przewieźć zawartość 
trzystu wagonów; kilkanaście z nich stało przy nabrzeżach, a dalszych kilka tuzinów czekało na 
redzie na swoją kolej.

Powszechnie mówiło się, że okręty zwane też Liberty, budowane w ekspresowym tempie w 

stoczniach   na   wschodzie,   zachodzie   i   południu,   równie   szybko   tonęły   za   sprawą 
nieprzyjacielskich torped.

Na płynące przez Atlantyk konwoje, których znaczną część stanowiły Liberty, czekały watahy 

niemieckich łodzi podwodnych, zatapiających setkami jednostki i ich załogi w lodowatej wodzie. 
W samym roku 1942 alianci stracili w ten sposób siedem i pół miliona ton przewożonych dóbr.

U–Booty miały tak straszliwą skuteczność, że władze wojskowe były zadowolone, jeśli EC2 

wykonał przynajmniej jeden rejs przez Atlantyk.

A to z kolei sprawiało, że obecne poczynania Lucchesego — o czym sam dobrze wiedział — 

background image

stawały się nie tyle wątpliwe, ile wręcz karygodne.

Na dźwięk syreny okrętowej Tony aż podskoczył i mało nie narobił w portki.
„Kurwa mać; trzeba to wreszcie zrobić, a nie mantyczyć”.

* * *

Tony   „Zadziora”   podszedł   do   niewielkiego   metalowego   baraku,   w   którym   mieściło   się 

portowe   biuro   Międzynarodowego   Związku   Dokerów,   użytkowane   przez   niego,   Michaela 
Francisa Mahoneya, znanego jako „Żelazny Mike”, oraz Franca Giuseppiego Biaggia, zwanego 
„Małym Joem”. Chwycił za kulistą klamkę, nie przekręcił jej jednak i znowu się zawahał.

Po marszu miał nieco przyspieszony oddech, denerwował go obwisły brzuch, a na dodatek 

czuł… tak, zgoda, strach, ale zmieszany z jakimś dziwnym podnieceniem, jakąś ekscytacją czy 
czymś takim.

„No już, jazda” — ponaglił sam siebie. „Trzeba to w końcu załatwić”.
Wziął głęboki oddech, przekręcił klamkę i otworzył drzwi na oścież.
W pomieszczeniu trzy i pół na trzy i pół metra stały trzy biurka, każde przy swojej ścianie; 

miejsca jednak było tak niewiele, że już dwa odsunięte fotele trochę sobie przeszkadzały. Biurko 
Lucchese — go znalazło się pod wychodzącym  na nabrzeże oknem o brudnej szybie, której 
szczyt   przesłaniała   licząca   sobie   już   trzy   lata   szarfa   z   napisem:   WESOŁYCH   ŚWIĄT   I 
SZCZĘŚLIWEGO   NOWEGO   ROKU!   Po   drugiej   stronie   pokoju   pod   tablicą   stało   biurko 
Mahoneya, na którym umieszczono biały segregator z karteczkami rejestrującymi, kto pracował 
przy jakim okręcie i w jakim charakterze: dźwigowego, ładowacza, kierowcy. Biurko Biaggia 
znalazło się na wprost drzwi.

Mieli jeden czarny podniszczony telefon o poskręcanym kablu; stał na biurku Biaggia, obok 

wypełnionej  po brzegi popielniczki  i sfatygowanego  radia RCA, z którego sączyła  się cicha 
muzyka.

Biaggio,   niski,   metr   sześćdziesiąt,   pięćdziesiąt   cztery   kilogramy,   ze   starannie   wygoloną, 

skądinąd i tak silnie łysiejącą głową, rozmawiał właśnie przez telefon. Do środka wpadł zimny 
wiatr, niosąc za sobą białe płatki.

— Zamknij te cholerne drzwi! — warknął Biaggio, jedną ręką łapiąc poderwane podmuchem 

kartki.

Mahoney, trzydziestodwulatek o gęstych, czarnych włosach, gładko zaczesanych na bok, był 

wzrostu Tony’ego, ale ważył siedemdziesiąt dwa kilogramy, a znacznie więcej niż tłuszczu było 
w tym mięśni codziennie ćwiczonych na siłowni u Nicky’ego.

Biaggio zerknął spod oka na Lucchesego, mruknął do słuchawki: „Muszę kończyć” i odłożył 

ją na widełki.

— Siadaj, Tony — powiedział. — Musimy pogadać. Biaggio był najbardziej rzutki z całej 

trójki, zajmował się dosłownie wszystkim, zjawił się w Nowym Jorku niecałe pół roku temu, 
kiedy lokalny szef związku powiedział, że: „Tony’emu trzeba dodać kogoś do pomocy, żeby 
przeładunki szły szybciej i w ogóle”.

Biaggio pokazał, że wykonuje to, co do niego należy, a jednocześnie świetnie się orientuje we 

wszystkim, co należy do obowiązków Mahoneya i Lucchesego. Odkąd się zjawił, Tony usilnie 
zwracał uwagę na wszystkie niedoróbki Mahoneya,  a chociaż Biaggio traktował te manewry 
podejrzliwie, Lucchese dalej robił swoje.

„Pewnie mu chodzi o ten przestój” — pomyślał i powiedział:
— Brygada już naprawiła tego dziesięciotonowego żurawia.
— Siadaj — odezwał się Mahoney i wstał.

background image

Lucchese spojrzał na niego spod zmrużonych brwi.
— O co znowu chodzi?
— Tony, nie utrudniaj całej sprawy — odparł spokojnie Biaggio. — Usiądź, proszę.
Lucchese uniósł do góry ręce z wyprostowanymi dłońmi, potem zdjął grube palto i opadł na 

krzesło. Ruchem brody wskazał telefon.

— Ktoś ma do mnie dzwonić.
— Tak, wiemy — rzekł Mahony.
Tony uniósł brwi w wyrazie zdziwienia.
— Wiemy wszystko — dorzucił Biaggio i powtórzył dobitnie: — Wszystko.
Lucchese zamrugał powiekami.
„Jak to: wszystko?”.
Biaggio wpatrywał się w niego, czekając, aż wiadomość w pełni zostanie przyswojona. Potem 

nieco teatralnym gestem wydobył pudełko lucky strike’ów, wyciągnął jednego papierosa i włożył 
między wargi. Następnie poszukał w kieszeni zapalniczki Zippo, przypalił, z lekkim trzaskiem 
zamknął pokrywę i odłożył zapalniczkę na blat.

Podsunął paczkę Tony’emu.
— Nie, dzięki, niedawno paliłem — odrzekł Lucchese, mając nadzieję, że w jego głosie nie 

słychać   strachu.   Sam   jednak   czuł   na   skórze   zimny   pot.   Może   jednak   lepiej   uspokoić   się 
papierosem. — Albo wiesz co, daj może.

Biaggio przypalił Tony’emu, schował zapalniczkę do kieszeni i ciągnął:
— Wiemy, z kim rozmawiałeś… — zerknął na telefon — …a co więcej, wiemy też, o czym  

rozmawiałeś. Więc nie pogrywaj tu z nami w bambuko.

Lucchese poczuł gwałtowny skurcz w żołądku, zaciągnął się dymem i spojrzał w okno.
— Możesz nam wyjaśnić dlaczego? — spytał Biaggio.
„Eee tam, gówno wiecie” — pomyślał Tony i odpowiedział pytaniem:
— Dlaczego co?
— Dlaczego wyrabiasz takie rzeczy — wyjaśnił Biaggio, udając bezgraniczne zdziwienie.
Tony odetchnął głęboko.
— Jakie rzeczy?
Mahoney walnął pięścią w blat biurka. Lucchese odsunął krzesło odrobinę w kierunku drzwi.
— O co wam, kurwa, chodzi?
— Ty jebańcu pie…
—   Spokojnie,   Mike   —   przerwał   mu   Biaggio   i   wyjrzał   przez   okno.   Nikt   specjalnie   nie 

interesował  się biurowym  baraczkiem.  Na dźwigowych  linach  sunął  w powietrzu  dżip.  Jego 
wzrok powrócił do Lucchesego. — Harry Bridges.

„O   kurwa!!!”.   Tony   odruchowo   spojrzał   na   telefon   i   natychmiast   tego   pożałował,   kiedy 

zorientował się, że Biaggio podążył za jego wzrokiem. Znowu zaciągnął się dymem, a potem 
spróbował brawury.

— Co takiego z Bridgesem? W porządku, znam go, rozmawialiśmy parę razy, ale takich ludzi 

są setki.

— Jasne, jednak nie każdy wchodzi z nim w konszachty.
— A co, ja wchodzę?
Biaggio westchnął ciężko. Zgasił resztkę papierosa, zapalił nowego, a potem wziął aparat 

telefoniczny i z trzaskiem postawił na biurku Tony’ego.

— Kiedy zadzwoni Bridges… — powiedział, patrząc mu zimno w oczy — …powiesz mu, że 

wszystko w porządku, ale teraz masz pilną rzecz do załatwienia i musisz kończyć.

— Myślisz, że Bridges jest taki skory do dzwonienia?

background image

Choć mówił prawdę — zadzwonić miał jeden z ludzi Bridgesa — ale co to zmieniało?
Biaggio znowu pokręcił głową, przestał jednak panować nad sobą i wrzasnął:
— To powiesz temu chujowi, który zadzwoni, że wszystko załatwione, jak się umawialiście!!! 

Jasne?! — Umilkł na chwilę, a potem powiedział spokojnie: — Naprawdę masz mnie, Tony, za 
takiego durnia?

Lucchese wolno pokręcił głową, wpatrzył się w końce butów, po jakiejś chwili znowu spojrzał 

w okno. A wszystko wydawało się takie proste…

„Gdzie się co spieprzyło? Kto wykapował?”.
Patrząc, jak za oknem dwie przyczepy Ben Hur, przeznaczone dla wojsk lądowych USA, suną 

w powietrzu, aby znaleźć się w ładowni EC2, Tony miał ochotę się rozpłakać.

Zadzwonił telefon.
Lucchese spojrzał na aparat, na zegar wskazujący 08:01 i na Biaggia.
Drugi dzwonek.
— Odbierz — polecił tamten.
— Teraz się skończy na dwóch sygnałach, za drugim razem mam odebrać po trzecim.
Odczekali minutę; gdy telefon zaterkotał po raz trzeci, Tony sięgnął po słuchawkę.
— Tak?
Biaggio wyczuł ruch Mahoneya i zerknął na niego. Ten wyciągał właśnie kolta .38 z dolnej 

szuflady biurka. Sprawdził naboje w obrotowym cylindrze, z lekkim kliknięciem wsunął go na 
powrót w korpus rewolweru, który umieścił w cholewie lewego buta, a potem opuścił nogawkę. 
Przez cały czas nie odrywał oczu od Lucchesego.

— Spoko — mówił Tony, wpatrzony w Biaggia. — Tak, wszystko załatwione. Jasne. — 

Chwilę słuchał, potem rzekł: — Nie ma sprawy. — Odłożył słuchawkę. Popatrzył na Biaggia. — 
I co dalej?

Spytany zgasił papierosa.
— Posiedź tu przy telefonie.
— Gdzieś zadzwonić?
— Chodź, Mike — zwrócił się Biaggio do Mahoneya. — Mamy sprawy do załatwienia.
— Czy odebrać? — dopytywał się Lucchese, ale tamci zignorowali jego pytania.
Patrzył, jak bez słowa nakładali palta, wełniane czapki na głowy, a na nie metalowe hełmy.
Zimny wiatr wdarł się do środka i przez chwilę słychać było odgłosy ciężkiego sprzętu, które 

przycichły, ledwie tylko zamknęły się drzwi.

W biurze było teraz cicho i tylko z radia delikatnie sączyła się muzyka.
Anthony Christopher Lucchese, znany jako „Tony Zadziora”, załkał pod nosem.
— O Boże, Boże… — stęknął.

* * *

Kiedy Biaggio i Mahoney opuszczali barak, wiedzieli, że z dziesięciotonowego bomu zwiesza 

się na linach dwuipółtonowa ciężarówka wojsk lądowych ogólnego przeznaczenia, o napędzie na 
wszystkich sześć kół.

Ten „koń pociągowy” wojsk lądowych USA, produkowany przez GMC, miał otwartą kabinę, 

przykrytą   plandeką   część   ładunkową,   na   ciemnooliwkowym   tle   znajdowały   się   białe 
oznakowania włącznie z pokrywającą niemal całe drzwi gwiazdą w kole o metrowej średnicy. Do 
6x6 bardzo często doczepiano Ben Hura.

— Teraz — powiedział Biaggio dla Mahoneya.
Jednocześnie   wyciągnęli   z   kieszeni   palt   wełniane   szaliki,   okręcili   nimi   szyje   i   równym 

background image

krokiem ruszyli ku ostatniemu ze stojących przy nabrzeżu Liberty.

Niemal w tej samej chwili posłyszeli buczenie bomu, który powoli zaczął przenosić swój 

ładunek   w   kierunku   najbliższego   okrętu,   ale   już   za   chwilę   rozległ   się   rozdzierający   gwizd 
przekładni, gdy wielka ciężarówka runęła w dół.

* * *

Tony uporczywie wpatrywał się w telefon, zadając sobie pytanie, kto zadzwoni i z jakim 

poleceniem. Na zewnątrz rozległ się straszliwy łoskot.

Poderwał głowę i spojrzał w duży świetlik w dachu; zobaczył lecącą na niego burooliwkową 

masę z białymi plamami. Zdążył jeszcze zarejestrować, jak pod naciskiem opon z nowiutkimi 
bieżnikami rozbryzguje się szkło. Dalej było już tylko mignięcie, którego jego mózg nie zdążył 
zanalizować, gdyż z całą resztą ciała zamienił się w miazgę.

Cztery

Sekcja londyńska Biura Służb Strategicznych
Berkeley Square
Londyn
28 lutego 1943 roku, 07:45

Na   dźwięk   pukania   w   drewnianą   framugę   pułkownik   David   Kirkpatrick   Este   Bruce, 

dystyngowany   szef   sekcji   londyńskiej   BSS,   podniósł  wzrok   znad   dokumentów,   nad   którymi 
ślęczał od szóstej rano.

Bruce zachowywał się w sposób godny i pełen rezerwy w stylu  zawodowego dyplomaty, 

którym   zresztą   postanowił   zostać   po   ukończeniu   Princeton   University.   Miał   kamienną, 
nieruchomą twarz, w której jednak oczy płonęły tak intensywnie, iż wydawał się starszy, niż był 
w rzeczywistości — przed dwoma tygodniami ukończył czterdzieści pięć lat.

W drzwiach pustego sekretariatu stał jego zastępca, podpułkownik Ed Stevens, zaczynający 

siwieć czterdziestoczterolatek, który zawsze wydawał się zamyślony i zatroskany.

— Dzień dobry, sir — powiedział Stevens i lekko uniósł w górę kopertę z napisem: ŚCIŚLE 

TAJNE. — Przed chwilą dostaliśmy to od pułkownika Donovana.

Bruce zerknął na stojący pod ścianą stolik. W srebrzystych i drewnianych ramkach stały tam 

jego   fotografie   z   wybitnymi   politykami   i   wojskowymi   —   między   innymi   z   premierem 
Winstonem   Churchillem   na   polu   golfowym   oraz   z   generałem   Dwightem   Eisenhowerem   w 
Algierze — a także z żoną Alisą. Na zdjęciu zrobionym w Nantucket dobre dziesięć lat wcześniej 
młoda para była rozpromieniona i widocznie zrelaksowana. Wyraźnie podchmielony Bruce był w 
ciemnym garniturze, ale ostatni guzik koszuli rozpiął, a rozluźniony pomarańczowo — czarny 
krawat mocno się przekrzywił. Alisa z perłowym naszyjnikiem na szyi siedziała mu na kolanach, 
w jednej ręce trzymając czółenka, a w drugiej — drinka.

Było to jedno z ulubionych zdjęć Bruce’a, gdyż utrwalona na nim została jedna z tych chwil, 

gdy nie liczyło się ich znaczne bogactwo (Bruce sam był majętnym człowiekiem, gdy brał ślub z 
Alisą, z domu Mellon, jedną z najbogatszych kobiet w Ameryce), albowiem byli szczęśliwą, 
zakochaną parą, co niekoniecznie trwało jeszcze dziś. Oto jedna z przyczyn, dla których Bruce 
był coraz bardziej markotny.

—  Witaj,   Ed  —  powiedział   z  roztargnieniem  i  ruchem  ręki   wezwał  Stevensa   do  środka, 

background image

jednocześnie brodą wskazując stojący na skraju biurka serwis do kawy. — Czy wybaczysz brak 
manier, gdy poproszę, abyś nalał sobie sam?

— Oczywiście — odparł Stevens, oddał kopertę i sięgnął po dzbanek, podczas gdy Bruce 

otwierał przesyłkę. Zrobiwszy to, szybko przemknął wzrokiem po pierwszych dwóch kartkach i 
dokładniej wczytał się w trzecią.

— Interesujące — powiedział wreszcie. — Chociaż raczej nie zaskakujące. — Włożył papiery 

z powrotem do koperty i popatrzył na Stevensa. — Dla mnie to bardzo dobra wiadomość.

Ed usiadł po drugiej stronie biurka, chwilę zwlekał jednak z odpowiedzią, smakując kawę.
— Canidy ma być tutaj rano — odezwał się.
— To dobrze. Powtórzę to, co zawsze mówiłem: moim zdaniem Canidy nie nadaje się do 

funkcji,   którą   mu   tutaj   przyznano.   Całe   szczęście,   że   jego   nieprzemyślane   akcje   tylko 
potwierdzają   moje   słowa.   —   Wskazał   palcem   na   odłożoną   na   biurko   kopertę.   —   Mam   tu 
informację od Howella, że przybył do Waszyngtonu z Vollmerem i Dyerami. Tylko tyle.

* * *

Dwa   dni   po   urodzinach,   14   lutego,   David   Bruce   otrzymał   opatrzoną   napisem:   DO   RĄK 

WŁASNYCH przesyłkę od Donovana, z której dowiedział się, że w podległej sekcji prowadzona 
jest akcja tak tajna — „pod osobistym nadzorem prezydenta” — że nie mógł być wprowadzony 
w jej szczegóły.

Już to byłoby trudne do przełknięcia, a na dodatek Bruce dowiedział się jeszcze, że mógł być 

wprowadzony w szczegóły Stevens (jego zastępca!), aczkolwiek Donovan zapewnił go solennie, 
że   Stevens   miał   dostęp   tylko   do   takich   informacji,   o   których   powinien   wiedzieć,   aby   inne 
działania sekcji nie storpedowały Akcji Nad Akcjami.

Była   to   oczywiście   sytuacja   także   dla   niego   bardzo   konsternująca,   pisał   szef   BSS,   ale 

decydował rozkaz FDR; kiedy tylko sytuacja się zmieni, Donovan bezzwłocznie uchyli rąbka 
tajemnicy przed Bruce’em.

Okazało się, że nie musiał, gdyż zrobił to za niego nie kto inny jak Canidy w wysłanej z 

okupowanych przez Niemców Węgier notce zaklasyfikowanej jako ŚCIŚLE TAJNE — DO RĄK 
WŁASNYCH.

Dick Canidy był w BSS oficerem bezpośrednio kierującym poczynaniami Erika Vollmera, 

kolegi   ze   studenckich   czasów,   nieślubnego,   urodzonego   w   Ameryce   syna   niemieckiego 
przemysłowca. Canidy wysłał Vollmera do Niemiec, aby wydostał z nich profesora Fredericka 
Dyera,   specjalistę   z   dziedziny   metalurgii   oraz   silników   odrzutowych   i   rakietowych. 
Pięćdziesięciodziewięcioletni naukowiec niechętnie odnosił się do nazistów, zwłaszcza Hitlera, i 
istniała   poważna   nadzieja,   iż   dopomoże   aliantom,   nie   tylko   wskazując   miejsce   produkcji 
komponentów do najnowocześniejszych silników — co pozwoli je następnie zbombardować — 
lecz także przyspieszając prace nad ich własnymi silnikami.

Ani   Canidy,   ani   Bruce,   Stevens   i   wszyscy   inni,   z  wyjątkiem   bardzo   wąskiej   grupy  osób 

zatwierdzonej osobiście przez prezydenta, nie wiedzieli, że posiadał też znaczną wiedzę, jeśli 
chodzi o rozszczepianie jąder atomowych, więc jego uprowadzenie oznaczało, że: a) opóźnią się 
prace Niemców; b) przyspieszeniu może ulec własny program atomowy USA o kryptonimie 
Manhattan Project, w którym odniesiono już pierwszy znaczny sukces, gdyż 2 grudnia 1942 roku 
w   tajnym   laboratorium   zorganizowanym   pod   stadionem   University   of   Chicago   udało   się 
przeprowadzić reakcję łańcuchową z użyciem uranu.

Dzięki pomocy agentów BSS i brytyjskich, a także członków ruchu oporu, profesora Dyera, 

jego  córkę  i  Vollmera  (który jako ślad  zostawił  za  sobą  kilkoro  zwłok)  miano  przerzucić  z 

background image

Marburga nad rzeką Lahn do Wiednia, dalej do Budapesztu, aż wreszcie na wybrzeże Adriatyku, 
skąd   kutrem   mieli   się   przedostać   na   wyspę   Vis,   gdzie   czekał   Canidy   z   zamaskowanym 
samolotem B–25.

Taki był plan. A plany, jak to plany, rzadko rozwijają się bez zakłóceń. Canidy donosił z Vis, 

że na wyspę udało się dotrzeć tylko atrakcyjnej, dwudziestodziewięcioletniej córce profesora 
Dyera, gdyż jej ojciec i Vollmer zostali zesłani na dziewięćdziesiąt dni do kopalni w Peczu jako 
spekulanci, którzy nie dali należnej łapówki.

Kiedy wiadomość dotarła do Waszyngtonu, Donovan szybko podjął decyzję: jeśli Canidy’emu 

w przeciągu dziesięciu dni nie uda się wyciągnąć profesora Dyera i Vołlmera, miał zadbać o to, 
aby na pewno nie dostali się w niemieckie ręce.

Dowiedziawszy się następnie, że podejmując niewybaczalne ryzyko, Canidy sam udał się na 

Węgry,   a   także,   iż   oddział   BSS   wysłany   na   pokładzie   C–47,   aby   wspierać   akcję, 
najprawdopodobniej zaginął, Donovan wydał rozkaz, by eskadra B–17, pozornie kierująca się na 
Budapeszt, zbombardowała więzienie jako cel rzekomo doraźny.

Tymczasem C–47 nie został zestrzelony, a tylko musiał awaryjnie lądować, i podczas gdy B–

17 równały z ziemią więzienie w Peczu, C–47 startował z Canidym, Vollmerem i profesorem 
Dyerem na pokładzie.

* * *

Bruce sięgnął po dzbanek i dolał sobie kawy, z najwyższą irytacją myśląc, jak daleko znowu 

posunął się krnąbrny Canidy w lekceważeniu standardowych procedur operacyjnych. I znowu 
wszystko mu ujdzie na sucho.

„A może nie” — myślał. „Może tym razem Donovan wezwie go do siebie na dywanik?!”.
Donovan dojrzał zakłopotanie w oczach Stevensa; jego słowa postawiły go w trudnej sytuacji 

konfliktu lojalności.

— Nie bierz sobie tego do serca, Ed. Myślałem na głos. — Przejrzał stos papierów, wyjął 

jeden i podsunął Stevensowi. — Widziałeś to?

Ed rzucił okiem na dokument i kiwnął głową.
— Piaskarz znowu z zamówieniem z Korsyki.
Bruce przytaknął.
— Rozumiem, że z bronią nie będzie kłopotów, ale co z pieniędzmi?
— Poczekasz chwilę? — spytał Stevens, ruchem głowy dając do zrozumienia, że musi coś 

sprawdzić u siebie w gabinecie.

— Jasne — odparł Bruce i raz jeszcze zaczął studiować meldunek agenta BSS z, okupowanej 

przez państwa Osi, Korsyki.

Dwa miesiące wcześniej, w połowie grudnia, BSS odnotowało poważny sukces w postaci 

lądowania pierwszych tajnych agentów Biura na terenie zajmowanej przez nazistów Europy. We 
wszystkich oddziałach BSS, od Afryki Północnej, przez Londyn po Waszyngton, z entuzjazmem 
powitano wiadomość, że oto z niewielkimi trudnościami grupie operacyjnej udało się uruchomić 
tajną radiostację o kryptonimie „Pearl Harbor”, która 25 grudnia 1942 roku przesłała do Algieru 
pierwszy   z   regularnie   potem   nadchodzących   meldunków   informujących   o   sile   oddziałów 
niemieckich i włoskich, a także o ich rozmieszczeniu.

Takie sukcesy były bardzo ważne dla niedawno powstałej agencji, aczkolwiek były miejsca, 

gdzie powitano je z kwaśnymi minami, jak na przykład w brytyjskiej SIS (Secret Intelligence 
Service), istniejącej od szesnastego wieku organizacji wywiadowczej, odnoszącej się do swych 
amerykańskich rywalek co najmniej z lekceważeniem.

background image

Dowódca sił alianckich, generał Dwight David Eisenhower, dość sceptycznie odnoszący się 

do nieortodoksyjnych  metod  pułkownika Donovana i jego gromadki rozbrykanych  szpiegów, 
zmienił   zdanie,   gdy   w   kwaterze   północnoafrykańskiej   zapoznano   go   z   informacjami   BSS   z 
Korsyki.

Okazało się, że wyspę zdobyło raptem dwadzieścia jeden tysięcy Włochów, a zrobili to bez 

specjalnego trudu, gdyż rząd w Vichy rozkazał dwóm stacjonującym tu batalionom francuskim, 
aby   nie   stawiały   oporu.   Oddziały   zdemobilizowano,   ich   dowódcę   osadzono   w   areszcie 
domowym,   Włosi   zaś   rozmieścili   posterunki   na   zachodnim   i   wschodnim   wybrzeżu,   a   także 
wzdłuż głównych szos.

Zachęcone sukcesem Biuro przygotowało dwie następne grupy, będące w stałym pogotowiu, 

na wypadek gdyby trzeba było ruszać z odsieczą albo zastąpić pierwszy oddział. Poza tym do 
samodzielnych   operacji   szkolono   agentów,   którzy   mieli   na   różne   sposoby   pomagać 
korsykańskim partyzantom.

Bruce studiował właśnie listę korsykańskich żandarmów, których agentom udało się pozyskać, 

gdy rozległy się: lekkie stukanie do drzwi i miły głos kobiecy:

— Dzień dobry, sir.
Podniósł wzrok znad papieru i zobaczył kapitan Helenę Dancy z Korpusu Kobiecego Wojsk 

Lądowych   USA.   Trzydziestokilkuletnia,   atrakcyjna   brunetka,   asystentka   Bruce’a   do   spraw 
administracyjnych,   wcześniej   była   sekretarką   wiceprezesa   Prudential   Insurance   Company   do 
spraw nieruchomości. Profesjonalistka w każdym calu, miała tę cudowną zdolność załatwiania 
spraw, przy których inni od razu by się poddali.

— Dzień dobry, pani kapitan. Wszystko w porządku dziś rano?
— Tak jest, sir! — Kiwnęła głową w kierunku pliku raportów. — Wcześnie pan zaczął. Czy 

jest tam coś dla mnie?

— To taka praca, że nigdy nie jest za wcześnie — powiedział Bruce z rezygnacją w głosie. — 

Pułkownik Stevens wyszedł właśnie coś sprawdzić. Ja w tej chwili nic dla pani nie mam, ale 
może jemu przyda się pomoc.

— Oczywiście, sir.
— Udało się pani zlokalizować kapitana Fine’a?
—   Tak   jest,   wczoraj   późnym   wieczorem.   Właśnie   przed   chwilą   minęłam   go   w   holu. 

Powiedział, że zaraz się zjawi.

Bruce spojrzał na list od Donovana z napisem: ŚCIŚLE TAJNE.
— Podobnie jak major Canidy.  Chciałbym  mu  utrzeć trochę nosa, ale chyba  do tego nie 

dojdzie, może jednak spróbuję obrócić to jakoś na swoją korzyść.

— Przepraszam, sir, ale nie nadążam za tokiem pańskich myśli.
— Nic, nic, mniejsza z tym. Myślałem na głos. Proszę ich natychmiast wpuścić, kiedy się 

stawią.

* * *

Kapitan Dancy napełniła dzbanek kawą, brudne filiżanki zastąpiła czystymi, a kiedy zasiadała 

za   biurkiem,   do   sekretariatu   wszedł   wysoki   mężczyzna   w   mundurze   Korpusu   Powietrznego 
Wojsk Lądowych USA.

— Przepraszam, że tyle to trwało — powiedział kapitan Stanley S. Fine.
— Nic nie szkodzi — odrzekła z uśmiechem Dancy. — Pułkownik Bruce powiedział, żeby 

zaraz pan wchodził, kapitanie.

Od dawna była pod wrażeniem trzydziestotrzyletniego kapitana, i to nie tylko dlatego, że 

background image

zanim wstąpił do BSS, wcześniej dowodząc eskadrą B–17 (aczkolwiek marzył  o pilotowaniu 
myśliwca), był prawnikiem w Hollywood. Oczywiście, że miało to swoje znaczenie, gdyż Dancy, 
podobnie jak wiele innych osób, fascynowała branża filmowa, najistotniejsze jednak było to, że 
uważała kapitana Fine’a za bardzo bystrą osobę, którą to opinię podzielali także pułkownicy 
Donovan i Bruce.

— Nie jest na mnie zły o spóźnienie? — upewnił się Fine.
— Nie, jeśli jest dziś na kogoś zły…  — zaczęła Dancy, ale przerwał jej znajomy głos z 

korytarza:

— Stan! Chcę z tobą zamienić kilka słów!
Ułamek sekundy później w drzwiach stanął major Richard Canidy, a Dancy dokończyła:
— …to raczej na niego.
— Co „na niego”? — spytał niewinnym głosem Canidy.  — Z całą pewnością nie jestem 

winien tego, o co się mnie oskarża, cokolwiek to jest. Mam rację?

Dancy lubiła Canidy’ego co najmniej tak jak kapitana Fine’a. Także i on był niezwykle bystry 

i rzutki, ale oprócz tego roztaczał wokół siebie jakiś dziwny magnetyzm, który sprawiał, iż w 
głębi duszy żałowała drobnej różnicy wieku między nimi obojgiem.

— Miło pana znowu widzieć w domu, majorze — powiedziała.
— Dzięki.
— Czy tych kilka słów może poczekać do obiadu? — spytał Fine.
— Zgoda, kapitanie Fine — odparł Canidy po chwili zastanowienia.
Kapitan Dancy wstała i ze słowami: „Proszę, panowie” otworzyła drzwi do gabinetu szefa 

sekcji londyńskiej Biura Służb Strategicznych.

* * *

David Bruce zamyślony patrzył przez okno, w jednej dłoni trzymając spodek, a w drugiej 

filiżankę,   z   której   popijał   kawę.   Lekko   drgnął,   gdy   otworzyły   się   drzwi,   a   kapitan   Dancy 
oznajmiła:

— Major Canidy i kapitan Fine, sir.
Bruce, nie odwracając się, powiedział:
— Niech wejdą.
Chwilę później Fine i Canidy wyrecytowali chórem:
— Dzień dobry, panie pułkowniku!
Bruce odwrócił się i zobaczył, jak za wychodzącą Dancy zamykają się drzwi.
— Dzień dobry — odrzekł i chwilę patrzył im w oczy. — Muszę powiedzieć, że odczuwam 

wielką ulgę, widząc was znowu. — Spojrzał przeciągle na Canidy’ego. — Bywają sytuacje, gdy 
wasz powrót wcale nie wydaje się pewny.

— Dzięki, sir — znowu odezwali się chórem.
— Cóż, z pewnością zasłużyliście sobie na odpoczynek, ale obawiam się, że trzeba będzie z 

tym poczekać. Jest pewna sprawa, którą należy zacząć jak najszybciej.

Fine i Canidy popatrzyli po sobie.
— Jaka sprawa, sir? — spytał Canidy. — Nie mieliśmy…
Drzwi otworzyły się ponownie, a kapitan Dancy zaanonsowała:
— Pułkownik Stevens, sir!
— Tak, tak, niech wchodzi! — niecierpliwie rzucił Bruce.
—   Stan!   Dick!   —   zawołał   od   progu   Stevens,   postawił   trzymane   w   dłoniach   nesesery, 

podskoczył   do   obu   przybyłych,   ściskając   ich   jednego   po   drugim   i   poklepując   po   plecach. 

background image

Odchrząknął i pewien, że teraz będzie już mógł zapanować nad głosem, dodał: — Naprawdę 
fajnie was znowu zobaczyć!

Już w następnej chwili na jego twarzy nie było widać żadnej emocji.
— Dzięki, Ed — powiedział Canidy.
— Fajnie jest wrócić — rzekł Fine. — Witaj, Ed.
Stevens leciutko kiwnął głową, wziął obie walizeczki i uniósł w górę ze słowami:
— Wiedziałem, że to mam w sejfie. Kazałem sprawdzić, ile jeszcze możemy zorganizować i 

na kiedy.

— Pieniądze? — spytał Canidy, a kiedy Stevens przytaknął, spojrzał na Bruce’a: — To o tym 

mówiłeś, Davidzie?

Bruce ruchem głowy wskazał kozetkę.
— Połóż je tam, Ed — nakazał, a potem zwrócił się do Canidy’ego i Fine’a. — Kawy? Helene 

właśnie zrobiła nową.

Kiedy obaj kiwnęli głowami, szef napełnił dwie filiżanki, podczas gdy Stevens układał oba 

nesesery na kozetce, po czym w każdym otworzył szyfrowy zamek i uniósł oba wieka.

— Pięknie. — Bruce pokiwał głową, patrząc na pliki używanych banknotów w papierowych 

opaskach. — Nie wiem, co to jest, że nawet jeśli się ktoś nie uskarża na brak pieniędzy, widok 
gotówki robi takie przyjemne wrażenie.

Wszyscy zachichotali, a Canidy powiedział:
— Ja nigdy nie wierzyłem kasjerom bankowym, kiedy powtarzali, że zupełnie beznamiętnie 

obracają codziennie całą tą forsą.

— Pewnie mówią tak, bo muszą — zasugerował Fine.
— A jednocześnie tylko czekają na okazję, żeby coś podciągnąć — ciągnął Canidy.
— Fakt faktem, że duże pieniądze to zawsze pokusa — mruknął Bruce.
— Do rzeczy — powiedział Stevens. — Tutaj… — wskazał na lewy neseser — …jest pół 

miliona franków, a tutaj… — gest w kierunku prawego — …sto tysięcy lirów. To w tej chwili, 
reszta jest w drodze. Mamy jeszcze dwieście tysięcy franków, ale nasz kontakt w banku Oranu 
zaczął być podejrzliwy, gdy pewien właściciel restauracji, któremu, cytuję, „nagle zaczęło się 
dobrze   powodzić”,   dokonał   kilku   kolejnych   wpłat   banknotami,   jak   się   okazało,   o   kolejnych 
numerach seryjnych.

Bruce chrząknął.
— Czy faszyści rzeczywiście uważają nas za takich idiotów? To obraźliwe.
—   Raczej   głupota   ze   strony   restauratora.   Lekkomyślność   albo   lenistwo.   Zamiast   nowe 

banknoty powoli rozprowadzać między starymi, puścił je w obieg naraz. Z tego, co słyszałem, 
ktoś go zastrzelił.

Bruce pokiwał głową. W tym interesie nie było miejsca na błędy, szczególnie na durne, a 

tymczasem   można   było   odnieść   wrażenie,   że   nigdy   nie   będzie   im   końca.   Szkoda,   że   go 
zastrzelono; podwójni agenci zawsze się przydają.

—   Na   razie   powinno   wystarczyć   Piaskarzowi   —   powiedział   Bruce   i   spojrzał   na   stos 

dokumentów na biurku, między którymi była też prośba z Korsyki.

W odpowiedzi na zapraszający gest Canidy i Fine zajęli miejsca w fotelach po drugiej stronie 

biurka.

— Tak jest, sir — rzekł Stevens, zamknął nesesery i usiadł obok nich na kozetce.
Canidy uniósł brwi.
— Piaskarz?
Bruce zmarszczył brwi.
W BSS obowiązywała reguła, iż nie stawiało się pytań. Jej złamanie mogło oznaczać — w 

background image

zależności od wagi sprawy — bardzo poważne kary,  jak na przykład przeniesienie na drugi 
kraniec świata aż do końca wojny i jeszcze trzy miesiące dłużej. Albo ktoś miał prawo wiedzieć, 
albo nie miał, a zbyt  wiele wiedzy oznaczało zbyt wielkie niebezpieczeństwo dla zbyt wielu 
ludzi.

Canidy oczywiście o tym wiedział, co do tego Bruce nie miał wątpliwości.
Nadal czuł się urażony, że Canidy, Fine i Stevens — jego zastępca, do cholery! — mieli 

prawo wiedzieć o czymś związanym z Dyerem i jego córką, o czym wiedzieć on nie miał prawa! 
To,  co możliwe  było   do przyjęcia   na poziomie  intelektualnym,   było  nieznośne   na poziomie 
emocjonalnym. A tu jeszcze Canidy z rozmysłem narusza jedną z podstawowych reguł!

Bruce musiał uczciwie przyznać sam przed sobą, że po prostu bardzo nie lubi majora Richarda 

M. Canidy’ego z Korpusu Powietrznego Wojsk Lądowych USA.

Zacząć   należałoby   od   tego,   że   na   przekór   złotym   skrzydełkom   majora,   widocznym   na 

epoletach,   Canidy   nie   był   bynajmniej   oficerem   Korpusu   Powietrznego.   Podczas   wojny   we 
wszystkich instytucjach typu BSS, które za nic nie chciały ściągać uwagi na swych pracowników, 
bardzo często cywilom nadawano nienależne im stopnie oficerskie. Kiedy z prośbą występowało 
BSS,   bardzo   niewiele   trzeba   było   zachodu,   aby   odpowiednia   komórka   sztabu   najwyższego 
wystawiła „konsultantowi technicznemu Canidy’emu” dokument identyfikujący go jako majora. 
Gdyby   ktoś bardzo  się  tym  zainteresował,  w  Ósmej  Armii   Lotniczej  znalazłby  odpowiednią 
teczkę obrazującą przebieg jego służby.

Uczciwość kazałaby przyznać, że nie była to bezpodstawna uzurpacja. Canidy w roku 1938 

ukończył   wydział   inżynierii   lotniczej   w   Massachusetts   Institute   of   Technology,   a   jako 
podporucznik   rezerwy   Wojsk   Powietrznych   USA   został   instruktorem   w   bazie   lotniczej 
Marynarki   USA   w   Pensacola,   skąd   zasilił   zorganizowaną   przez   Claire’a   Chennaulta   grupę 
ochotników, znaną jako Latające Tygrysy. Gdy Tygrysy zakończyły walki w Chinach, Canidy 
jako „konsultant techniczny” został zatrudniony w Biurze Koordynacji Informacji, poprzedniku 
BSS.

Bruce   doceniał   to,   iż   Canidy   dowiódł   swej   waleczności   i   cech   przywódczych,   natomiast 

bardzo   irytowało   go,   że   osoba   nazbyt   młoda   i   nazbyt   harda   prawem   kaduka   ma   trzeci   w 
kolejności   stopień   oficerski   w   londyńskiej   sekcji   BSS   z   siedzibą   w   Whitbey   House.   A 
szczególnie   już   wkurzało   go   to,   że   Canidy   nie   tylko   pakował   się   w   ryzykowne   sytuacje, 
niezmiennie pozostawiając po sobie brudy do posprzątania przez osoby jak Bruce obdarzone 
talentami dyplomatycznymi, lecz na dodatek zawsze uchodziło mu to na sucho.

A ostatecznie prowadziło to wszystko do sytuacji, że Canidy mógł bezkarnie stawiać pytania, 

których stawiać nie powinien.

— Ed — odezwał się w końcu Bruce. — Wprowadź ich w szczegóły.
— Tak jest, sir — odrzekł Stevens i spojrzał pytająco na Canidy’ego i Fine’a. — Słyszeliście 

o Pearl Harbor.

— Rozumiem, że chodzi o oddział BSS, a nie Hawaje? — mruknął Canidy.
Stevens przytaknął.
— Tak, słyszeliśmy — rzekł Fine.
Stevens   wstał,   podszedł   do   biurka,   uniósł   dzbanek,   powiódł   wzrokiem   po   wszystkich,   a 

następnie napełnił podsunięte filiżanki, swoją zostawiając na koniec.

— Piaskarz jest w Algierze — mówił w tym czasie. — I trenuje następne grupy, które chcemy 

przerzucić na Korsykę. Pierwsza z nich zabierze ze sobą tę forsę, której część zatrzyma, a resztę 
przekaże operującej już tam ekipie. Wiecie, jaki jest skład grup?

— Korsykanie — odparł Canidy. — Z Deuxième Bureau w Algierze.
Deuxième Bureau stanowiło sekcję wywiadowczą francuskiego sztabu generalnego.

background image

Stevens pokiwał głową.
—   Oficer   i   trzech   podoficerów,   łącznik   oraz   dwóch   radiooperatorów.   Piaskarz   urządził 

wszystko tak, że Casablanca…

— Francuski okręt podwodny? — upewnił się Canidy.
— Owszem. Na plażę dostali się w gumowej łodzi, biorąc ze sobą radioaparat, pieniądze, 

broń…

— Dużo C–2 — wtrącił Bruce.
— …dużo C–2 — przyznał z uśmiechem Stevens. — Okręt wypłynął w morze i poczekał na 

dnie dobę, by potem w uzgodnionym miejscu wynurzyć się na znak dany przez oddział, który, 
założywszy   w   tym   czasie   bazę,   pobrał   więcej   pistoletów,   półautomatycznych   stenów 
dziewięciomilimetrowych, amunicję i tak dalej, i tak dalej. — Stevens napił się kawy i ciągnął: 
— Już po kilku dniach zaczęliśmy otrzymywać od Pearl Harbor meldunki świadczące o sukcesie 
uzyskanym na różnych poziomach…

— Tak obiecujące — wtrącił się znowu Bruce — że teraz planujemy wysłanie grup do samej 

Francji.

Canidy i Fine w milczeniu rozważali tę wiadomość, delektując się kawą.
— Nie będę wchodził w dalsze szczegóły — podjął wątek Stevens. — W każdym razie model 

korsykański chcemy wykorzystać do zbudowania i zaopatrywania sieci ruchu oporu we Francji. 
Będzie to jednak znacznie trudniejsze. Sukces na Korsyce w dużej mierze zawdzięczamy temu, 
że   Niemcy   i   Włosi   zajęli   wyspę   właściwie   niebronioną   i   rozmieścili   na   niej   nieliczne   siły. 
Mieszkańcy nienawidzą włoskich faszystów i chętnie pomagają opozycji.

— Natomiast w samej Francji jest mnóstwo szkopów, a także żabojadów, którzy spoglądają 

na nich chętnym okiem.

— Zgoda — rzekł Stevens. — Wprawdzie jesteśmy pewni, że nie zbraknie Francuzów, którzy 

chcą walczyć z Niemcami, ale dotrzeć do nich nie będzie łatwo.

— I tutaj  jest miejsce  dla nas — powiedział  Canidy.  — C–2 i walizki  z forsą.  Ja w to  

wchodzę!

Na twarzy Bruce’a pojawiła się mina pełna wyższości.
— To miejsce kapitana Fine’a… — oznajmił szef londyńskiej sekcji — …który poleci z 

pieniędzmi do Algieru, gdzie przekaże je Piaskarzowi i zajmie się formowaniem grup, które 
zostaną przerzucone do Francji. Co zaś do pana, majorze, ponieważ cało wrócił pan z terenów 
okupowanych przez Niemców, interesują mnie pańskie obserwacje.

— Moja zasadnicza obserwacja… — zaczął Canidy.
— Dick — rzucił ostrzegawczo Fine.
—   Zanim   pan   powie   coś   nieprzemyślanego,   majorze…   —   wtrącił   Bruce   —   …chciałem 

podkreślić, że są ważne powody przemawiające za takim rozstrzygnięciem.

— Aha, powody — drwiąco powtórzył Canidy.
Bruce powstrzymał się od właściwej reakcji na tak wyzywające zachowanie, wziął z szuflady 

kopertę i z niejaką satysfakcją podał Canidy’emu za słowami:

— Do ciebie.
Dick otworzył kopertę, odłożył pierwszą stronę kwalifikacyjną z napisem: ŚCIŚLE TAJNE, 

potem   drugą   z   napisem:   ŚCIŚLE   TAJNE   —   TYLKO   DO   RĄK   BRUCE’A   STEVENSA 
CANIDY’EGO, by ostatecznie z nieruchomą twarzą przeczytać wiadomość:

ŚCIŚLE TAJNE
OPERACYJNE BEZZWŁOCZNE
OD: BSS WASZYNGTON DO: BSS LONDYN, TYLKO DO

background image

RĄK BRUCE’A STEVENSA CANIDY’EGO
CYTAT KORZYSTAJĄC ZE WSZYSTKICH DOSTĘPNYCH
ŚRODKÓW CANIDY MA SIĘ ZNALEŹĆ W WASZYNGTONIE
I ZAMELDOWAĆ BEZPOŚREDNIO U MNIE STOP
CANIDY’EMU NIE WOLNO POWTARZAM NIE WOLNO
WYZNACZAĆ SIEBIE DO JAKIEJKOLWIEK AKCJI ANI
KIEROWAĆ ŻADNĄ STOP DONOVAN
KONIEC CYTATU

Canidy schował papiery do koperty i odłożył ją na biurko.
— Ma pan jakieś przypuszczenia, o co chodzi?
Przez moment wpatrywali się w siebie, a potem Bruce rzekł:
— Oficjalnie nie wiem nic. Nieoficjalnie… to dość oczywiste.
Canidy w pytającym geście rozłożył ręce.
— To prawdziwe szczęście, że jesteś żywy i wolny, a nie żywy i w rękach Sicherheitsdienst. 

Wiesz zbyt wiele, aby ci wolno było wyprawiać się za linię wroga. Co by się stało, gdyby cię 
złapali?

— Ale nie złapali. A zadanie wykonane.
— Przy nieprawdopodobnie wielkim ryzyku — lodowato zauważył Bruce. — I bynajmniej 

nie bez strat. Kanał węgierski zerwany; ostatni radiowy komunikat donosił, że zostali namierzeni 
i lada chwila grozi im aresztowanie.

Canidy z zaciśniętymi wargami spoglądał w okno.
— A ocena pułkownika Donovana jest bardzo podobna, jeśli sądzić po jego słowach.
Po dłuższej chwili Canidy przeniósł wzrok na Bruce’a.
— Może ma pan rację — powiedział, odstawiając na biurko filiżankę ze spodkiem. — Bardzo 

mi przykro z powodu ludzi, którzy wpadli, ale zrobiłem to, co w konkretnej sytuacji uznałem za 
najlepsze.

— I zrobiłeś to, co w tej sytuacji było najlepsze — wsparł go Fine.
—   Dzięki,   Stan   —   rzekł   Canidy,   wstał   i   sięgnął   po   kopertę   z   rozkazem   Donovana.   — 

Wybaczy pan, sir, ale muszę się bezzwłocznie pakować.

background image

II

Jeden

U–Boot 134
30°35’ szer. płn.
81°39’dł.zach.

Na wysokości Manhattan Beach, Floryda

27 lutego 1943 roku, 24:05

Kapitänleutnant   Hans–Günther   Brosin   miał   dwadzieścia   sześć   lat,   młodzieńczą,   gładko 

ogoloną   twarz,   ciemne,   krótko   przycięte   włosy   i   miał   metr   sześćdziesiąt   siedem   wzrostu, 
pięćdziesiąt dziewięć kilogramów wagi, co z pewnością było dużo jak na kogoś, kto na ochotnika 
zgłosił się do służby na okręcie podwodnym, który ma wszystkiego dziewięć metrów wysokości i 
sześćdziesiąt długości. Lubił wprawdzie pływać pod wodą, jednak obecna misja doprowadzała go 
wprost do pasji.

Z pewnością na morale żołnierzy nie najlepiej wpływa konieczność wykonywania rozkazów 

podważających najgłębsze zasady ich wyszkolenia — a załoga U–Boota 134 była bez wątpienia 
szkolona do niszczenia jednostek pływających przeciwnika, ale jeszcze gorzej jest, gdy są to 
rozkazy takie same, jak podczas jednej z najbardziej ryzykownych wypraw, która na dodatek 
zakończyła się całkowitym fiaskiem.

Trudno   się   dziwić   podłemu   nastrojowi   kapitana   okrętu   podwodnego,   który   ma   za   sobą 

ponaddwutygodniową, odbytą w całkowitej ciszy radiowej przeprawę przez Atlantyk, podczas 
której znalazł się w pobliżu trzech konwojów okrętów Liberty, wiozących na wschód materiały 
wojenne, ale nie mógł w ich kierunku wystrzelić żadnej z czternastu posiadanych torped, gdyż 
otrzymane  przez kapitänleutnanta  Brosina rozkazy pozwalały jedynie na defensywny kontakt 
bojowy z nieprzyjacielem: „w sytuacji gdy inaczej byłoby zagrożone wykonanie zadania”.

„Do diabła, dowodzę przecież  w pełni  sprawnym  okrętem wojennym”  — myślał.  „A nie 

podwodnym promem pasażerskim”.

Pochylony nad mapą, na której naniesiony był ich kurs przez Atlantyk, Brosin zerknął spod 

oka na przyczynę całej tej nadzwyczaj frustrującej sytuacji.

Richard Koch i Rudolf Cremer dowodzili dwuosobowymi grupami, które miał wysadzić na 

brzeg.   Partnerem   Kocha   był   Kurt   Bayer,   a   Cremera   —   Rolf   Grossman.   Wszyscy   mieli   po 
dwadzieścia   kilka   lat,   przeciętny   wygląd   (żaden   nie   przypominał   typowego   Niemca),   byli 
identycznie ubrani: czarne, wełniane dresy z zakrywającymi twarz kapturami, u boków kabury z 
czarnej   skóry,   a   w   nich   półautomatyczne   walthery   9   mm   z   zapasowymi   ośmionabojowymi 
magazynkami.

Brosin   wiedział   jedynie,   że   ma   czterech   mężczyzn   wysadzić   na   wybrzeże   amerykańskie, 

natomiast  nie  miał  pojęcia,  kim oni  są, i  nie usiłował  się tego  dowiedzieć.  Nie miał  przeto 
pojęcia,   że  wszyscy  oni  spędzili  przed  wojną  całe   lata  w USA,  a  do ojczyzny   powrócili  w 
grudniu 1941 roku albo dwa, trzy miesiące później. Koch i Cremer służyli w wojsku, Bayera i 
Grossmana z cywila zwerbowała Abwehra, wojskowa agencja wywiadowcza, przede wszystkim 
z uwagi na ich znajomość stosunków amerykańskich.

A teraz płynęli znów do USA, każdy zaopatrzony w czarny, stalowy pojemnik wielkości dużej 

torby podróżnej, z czarnymi paskami na ramiona. Obecnie, jeden na drugim, ustawiali je obok 
drabinki do wierzchniego włazu kiosku.

background image

Koch poczuł na sobie wzrok Brosina, podniósł oczy i skinął głową kapitanowi, który nie 

odpowiedział na ten gest.

Koch, dobre piętnaście centymetrów wyższy od Brosina i osiemnaście kilogramów cięższy, 

bardzo szybko nabrał szacunku dla kapitana, zarówno z racji jego nader fachowego kierowania 
okrętem i załogą, jak i z powodu wielkiego opanowania oraz równowagi ducha. Wyczuwając 
irytację dowódcy, Koch starał się jak najmniej wchodzić mu w drogę i to samo polecił pozostałej 
trójce. Kiedy po raz kolejny omawiali jeden pod drugim szczegóły akcji, widywano ich tylko 
podczas posiłków.

Umieścili ostatni z pojemników, po czym Koch klepnął w ramię Cremera, a kiedy ten się 

oddalił, podszedł do Brosina, pilnując, żeby nie obijać się o elementy wewnętrznej architektury 
okrętu, co marynarzy zawsze albo śmieszyło, albo irytowało.

— Już niedługo, panie kapitanie — powiedział.
— I tak o wiele za długo — odrzekł Brosin, patrząc w przestrzeń.
Koch   dobrze   pamiętał,   że   dokładnie   w   takiej   samej   atmosferze   przebiegła   ich   pierwsza 

rozmowa, którą odbyli w kabinie kapitańskiej wkrótce po tym, jak U–134 wypłynął w morze z 
francuskiego portu w Breście.

— Jedną sprawę postawmy jasno — oznajmił Brosin, potrząsając trzymanymi w ręku tajnymi 

rozkazami.   —  Wysadzenie   agentów   z   pokładu   okrętu   podwodnego,   czego   próbowano   przed 
miesiącem, graniczyło z samobójstwem, a powtarzanie tej próby to już na poły szaleństwo.

— Chciałem zwrócić uwagę, panie kapitanie, że próba ta zakończyła się…
Brosin przerwał mu, gwałtownie unosząc dłoń.
— Kapitänleutnant Linder, mój bliski przyjaciel, dokładnie opowiedział mi przebieg operacji, 

kiedy jego U–202 wysadzał czterech wyszkolonych przez Abwehrę agentów na Long Island w 
Nowym Jorku. Przede wszystkim mówił, jak jego okręt osiadł na mieliźnie, kiedy tamci płynęli 
do brzegu.

— Może gdyby kapitan Linder…
— Donnerwetter! Tutaj nie ma żadnych „może”! Mój okręt jest dokładnie tego samego typu 

co U–202, znam każdy jego detal, wiem wszystko o jego parametrach, na przykład, że wymaga 
minimum, powtarzam, minimum pięciu metrów głębokości. Co więcej… — Brosin mówił coraz 
głośniej, a zorientowawszy się, że traci spokój, na chwilę umilkł, potem zaś ciągnął spokojniej: 
— Co więcej, panie Koch, bezpieczeństwo okrętu podwodnego zależne jest od ciszy głębin. Jeśli 
nie ma nad sobą trzydziestu metrów wody, nie mówiąc już o dziesięciu, pięciu, czy w ogóle, gdy 
osiądzie na mieliźnie, jest podobny do kaczki na strzelnicy. I taka dokładnie była sytuacja U–202. 
— Pokręcił głową i kontynuował z wyraźnym niesmakiem: — Czy ma pan świadomość, że gdy 
U–202 zrzucił część paliwa, aby zmniejszyć swą masę i nie pomogły silniki dieslowskie, kapitan 
Linder musiał rozkazać swoim ludziom, aby… — tu Brosin dramatycznie zawiesił głos — …
zepchnęli okręt z mielizny?

— Panie kapitanie, jestem przekonany…
— Mało mnie interesują pańskie przekonania. To są koszta, a jakie zyski? Przecież ta czwórka 

wysadzona na Long Island, podobnie jak teraz wasza, zostanie błyskawicznie schwytana przez 
Amerykanów   i   jeśli   nawet   nie   zamordowana   na   torturach,   to   osadzona   w   najsurowszym 
więzieniu.

Koch milczał, nie wiedział bowiem, co mógłby odpowiedzieć.
Brosin wyrzucił w górę ręce w geście najwyższego oburzenia.
— Rozpoczynanie takiej misji jest głupotą, jej powtarzanie to już kompletny idiotyzm.
— No cóż, panie kapitanie  — mruknął  wreszcie  Koch — wszyscy wykonujemy  rozkazy 

swoich przełożonych: my, pan, kapitan Linder i załoga U–202.

background image

— Co nie oznacza, że należy powtarzać błędy.
— Właśnie dlatego tym razem operacja przeprowadzana jest w zimie i na głębszej wodzie — 

zauważył   Koch.   —   Chciałem   zresztą   przypomnieć,   że   dowodzony   przez   kapitänleutnanta 
Deeckego U–584 bez najmniejszych trudności wysadził naszych agentów na Florydzie. A U–584 
to jednostka tego samego typu co pańska: VIIC.

— Ja w każdym razie nie ukrywam swojego stanowiska. Tak czy owak, nie mamy nawet 

najmniejszego marginesu błędu.

— Jasne, panie kapitanie. — Koch wstał, wyrzucił rękę w faszystowskim pozdrowieniu, a 

odwracając się, dorzucił jeszcze: — Zaczyna się nowy rok. Zwycięstwo Führera i Tysiącletniej 
Rzeszy nie każe długo na siebie czekać.

Brosin popatrzył na niego przeciągle.
— Oby.

* * *

Dwa   tygodnie   później   z   niewielkim   okładem   U–134   znajdował   się   około   szesnastu 

kilometrów od wschodniego wybrzeża Florydy.

— Jak tam, Willi? — zwrócił się Brosin do swego zastępcy, który przywarł do okularów 

peryskopu.

— Marna pogoda tam, na górze, panie kapitanie — odrzekł wachoffizier Wilhelm Detrick, 

barczysty,   dwudziestojednoletni   szatyn.   —   Deszcz,   lekki   wiatr   z   północnego   zachodu.   Lecz 
żadnego zagrożenia nie widać.

— Wynurzenie, Willi. Poruszamy się na bateriach, ale przygotowani do natychmiastowego 

przejścia na diesle w razie konieczności.

— Tak jest, panie kapitanie.

Dwa

Manhattan Beach, Floryda
28 lutego 1943 roku, 02:01

Peter Pappas, Yoeman Third Class — co w Straży Przybrzeżnej USA odpowiadało stopniowi 

kaprala — mierzył sto sześćdziesiąt pięć centymetrów, ważył pięćdziesiąt dziewięć kilogramów, 
a słońce i wiatr jeszcze wyostrzały jego skądinąd i tak wyraziste rysy. W tej chwili kulił się pod 
zimnymi,   przesiąkniętymi   deszczem  podmuchami  wiatru,   szczelniej   otulając  głowę  kapturem 
peleryny.

Przez całe dotychczasowe dwie godziny warty — z której pozostały jeszcze następne dwie — 

ulewa powracała w mniej więcej regularnych odstępach. Wiatr wiał stale z północnego zachodu, 
ale jeśliby go nie liczyć, minął spokojny sobotni wieczór i zaczynała się spokojna niedziela.

Pappas   zatrzymał   się   w   jednej   z   mniej   więcej   regularnych   przerw   między   wydmami, 

wydeptanych tysiącami stóp przemierzających drogę na plażę i z powrotem. Spojrzał w kierunku 
lądu,   nie   zobaczył   nic   podejrzanego,   potem   chusteczką   otarł   obiektyw   zawieszonej   na   szyi 
lornetki USA Navy, przyłożył ją do oczu i łukiem równym niemal 180° ogarnął całą plażę z 
północy na południe.

Nic, tylko ciemnoszary piach, ciemnoszare morze i ciemnoszare niebo.
Jeszcze raz.

background image

Skrzywił się, gdyż przypomniały mu się słowa, jakimi usiłował ściągnąć na plażę dziewczyny: 

„Chcesz zobaczyć wyścig okrętów podwodnych?”. „Cholera — pomyślał — teraz ja rozglądam 
się za nieistniejącymi okrętami podwodnymi”.

* * *

Rok wcześniej siedemnastoletni wówczas uczeń przedostatniej klasy liceum w Tarpon Springs 

zaczął się zastanawiać nad wstąpieniem do Straży Przybrzeżnej. Łodzie i woda były dla niego 
czymś naturalnym. Jego dziadkowie pochodzili z Grecji, osiedlili się w miasteczku rybaków i 
poławiaczy gąbek. Z czasem do morskiego biznesu został wciągnięty także ojciec Petera, chociaż 
zarobki   nie   były   wielkie   i   ledwie   pozwalały   rodzinie   przetrwać.   Nie   inaczej   stało   się   w 
następnym pokoleniu z Peterem, który już od najmłodszych lat zajmował się odcinaniem gąbek 
od dna Zatoki Meksykańskiej. W wieku siedemnastu lat zbuntował się; chciał inaczej urządzić 
swoje życie, w czym niebagatelną rolę odegrała Ana.

Anastasia Costas nie powiedziała może tego wprost, ale sam Pappas bardzo łatwo mógł się 

domyślić,   że   nawet   jeśli   klasyczne   rysy   i   swobodne   zachowanie   mogły   mu   zapewnić 
zainteresowanie   jedynej   córki   —   podówczas   piętnastoletniej   —   Alexandra   Costasa, 
długoletniego burmistrza, jednak nie potrwa ono długo, jeśli obiektem będzie poławiacz gąbek i 
specjalista od filetowania ryb.

Miasteczko   oferowało   niewiele   innych   możliwości,   szczególnie   że   Peter   nie   prezentował 

jakichś nadzwyczajnych zalet intelektu i tylko dzięki korepetycjom udawało mu się przechodzić 
z klasy do klasy. Myśl o innym rozwiązaniu podszepnął mu widok kutra Straży Przybrzeżnej, 
który   mijał   wracającą   do   domu   i   ciężką   od   ryb   „Sophię”,   jedną   z   dwóch   rybackich   łodzi 
Pappasów. Szczególne wrażenie zrobił na Peterze marynarz, który stał na rufie przy ciężkim 
karabinie   maszynowym   kalibru   chyba   50   mm   i   zrobił   w   kierunku   chłopaka   gest,   jakby  mu 
salutował.

Na nabrzeżu, czyszcząc dno łajby z resztek po patroszeniu ryb, Peter podjął decyzję. Tak, 

wstąpi do Straży Przybrzeżnej; to zapewni mu niezły zarobek, a na dodatek teraz, gdy Stany 
przystąpiły do wojny, mężczyźni w mundurach cieszyli się znacznym wzięciem u dziewczyn.

W biurze rekrutacyjnym w Tampa powitano go z radością, on zaś nie sprzeciwiał się wysłaniu 

do Jacksonville Beach na Florydzie, natomiast absolutnie nie spodziewał się, że kiedy jego kraj 
toczy wojnę, on zamiast obsługiwać ckm i chronić konwoje ze sprzętem wojskowym, będzie 
marzł w podmuchach chłodnego wiatru na plaży.

„Wszystko, tylko nie to” — myślał. „Nie jako kapral Straży Przybrzeżnej stojący po kostki w 

piachu   i   przez   lornetkę   bez   sensu   obserwujący   morze   szare   i   spokojne,   przykryte   jeszcze 
ciemniejszą czapą chmur”.

Jasne,   hasło   zagrożenia   wybrzeży   USA   nie   było   tylko   histerią,   bo   przecież   zeszłego   lata 

schwytano szpiegów niemieckich, ale to było już dawno, a poza tym, kto raz jeszcze próbowałby 
przeprowadzić akcję, która skończyła się takim niepowodzeniem? Nawet szkopy nie były takie 
głupie.

Jak dotąd jedyne dźwięki, jakie do niego dotarły, to były odgłosy jakiejś biesiady — między 

innymi wyrazisty głos rozochoconej kobiety — ale te bez wątpienia dochodziły od zabudowań 
Jacksonville Beach. Tutaj, na plaży, nic się nie działo i nie było powodu sądzić, że cokolwiek 
zmieni się do rana. Zwłaszcza przy takiej pogodzie.

„A zresztą — zastanawiał się z goryczą — nawet gdyby ktoś się pojawił, co niby miałbym 

zrobić? Nie dali mi żadnej broni, tylko kretyński gwizdek, lornetkę i jeszcze, co za łaskawość, 
chlebak na kanapkę”.

background image

Pomyślał o Anie.
Przynajmniej ta część jego planu nie zakończyła się kompletnym rozczarowaniem, aczkolwiek 

trzeba przyznać szczerze, że chociaż nadal pisali do siebie, przerwy między listami dziewczyny 
stawały się coraz dłuższe, a one same coraz krótsze i mniej nasycone osobistymi drobiazgami.

Sięgnął   do   kieszeni   na   piersi   i   wymacał   w   niej   list,   który   otrzymał   kilka   dni   wcześniej. 

Dziękowała za czekoladki, które wysłał jej z okazji walentynek, poza tym jednak były tylko same 
ogólniki i ani słowa na temat wspólnych planów.

Gdyby nie zgłosił się na ochotnika do Straży, z pewnością ten sobotni wieczór — a może i 

niedzielny poranek — spędziłby u boku Any i nie musiałby teraz głowić się, czy czasem jego 
miejsca nie zajął jakiś inny facet.

Do przykrości powodowanych przez aurę przyłączyło się silne przygnębienie.
Odszedł kilkanaście metrów w kierunku pniaka na pół zagrzebanego w piachu i usiadł. Pod 

wpływem odruchu chciał natychmiast zacząć pisać list do Any, zaraz jednak uświadomił sobie, 
że nie tylko jest na to za ciemno, lecz także nie ma przecież przy sobie nawet kawałka papieru. 
Odłożył więc na bok lornetkę, poszperał pod kurtką mundurową i wydobył owiniętą w pergamin 
kanapkę z mięsem indyka.  Nieco zaskoczyło  go to, że wydawała się ciepła, przynajmniej  w 
zestawieniu z temperaturą otoczenia.

Znowu pojawiła się myśl o liście i jego autorce, a w ślad za tym pojawił się jej wyrazisty 

obraz: opalone ciało w skąpym kostiumie kąpielowym, na plecach otwartym aż po przedziałek 
między pośladkami.

Spojrzał na kanapkę, potem zapatrzył się w mrok, aż wreszcie wzruszył ramieniem, jeszcze 

mocniej naciągnął na głowę kaptur, rozpiął rozporek, przesunął palcami po maśle i z obrazem 
Any przed oczyma sięgnął między nogi.

Trzy

U–134
30°36’ szer. płn.
81°39’ dł. zach.
Na wysokości Manhattan Beach, Floryda
27 lutego 1943 roku, 01:30

Niemiecki   okręt   podwodny,   mając   pod   sobą   dziewięć   i   pół   metra   wody,   kołysał   się 

nieruchomo   na   powierzchni   Atlantyku   trzysta   metrów   od   wybrzeża   Stanów   Zjednoczonych 
Ameryki Północnej.

Na kiosku było tłoczno. Znajdował się na nim kapitänleutnant Hans–Gunther Brosin, jego 

zastępca,  a także  kilkunastu  marynarzy,  którzy wydobywali  z wnętrza  okrętu  cztery stalowe 
pojemniki   i   wzdłuż   pokładu   przekazywali   je   do   dwóch   dwuosobowych   zespołów,   których 
członkowie kończyli właśnie nadmuchiwać ostatnią z niespełna dwumetrowych łodzi gumowych 
oraz przygotowywali trzy zwoje grubych na dwa centymetry lin, którymi łodzie miały zostać 
przymocowane do okrętu.

Brosin nerwowo spoglądał na gęste chmury.  Padała równa, przykra mżawka, z pewnością 

niemiła, ale Brosin był wdzięczny naturze za słabą widoczność i ciężkie chmury.

Cisza   i   spokój…   spokój   tak   wielki,   że   aż   niepokojący.   Wiejący   z   zachodu   wiatr   lekko 

marszczył powierzchnię morza, a małe fale cichutko chlupotały o brzeg, nie było więc żadnego 
naturalnego dźwięku, w którym mógłby się skryć jakiś przypadkowy hałas.

background image

Brosin przyłożył do oczu gumowe okulary lornetki Zeissa i dokładnie przyjrzał się wybrzeżu.
— Ile upłynęło, Willie? — mruknął. V Detrick zerknął na stoper.
— Upłynęło dziewięć i ćwierć minuty, dwadzieścia i trzy czwarte do zanurzenia.
— Wieczność — mruknął pod nosem Brosin. — Silniki.
— W pogotowiu. Alarm na pokładzie.
Opuściwszy lornetkę, kapitan zobaczył biegnącego w kierunku kiosku Kocha.
Kiedy ten wspiął się na mostek, Brosin warknął:
— Co tam? Jakieś kłopoty?
Koch podniósł rękę w obronnym geście.
— Zbliża się koniec wszystkich kłopotów z nami. Chciałem się tylko pożegnać. Ruszamy.
Brosin krótko skinął głową.
— Z Bogiem — powiedział  i zaraz dorzucił:  — Ale zwijajcie się. Dla okrętu śmiertelne 

zagrożenie. Za dwadzieścia minut schodzimy pod wodę, z łodziami czy bez nich.

Wiedział,   że   nie   jest   wprawdzie   absolutnie   nieodzowne,   aby   okręt   zabrał   ze   sobą   pod 

powierzchnię gumowe łodzie, natomiast bardzo by to ułatwiało sytuację agentom, którzy nie 
musieliby się troszczyć o ich zatopienie czy zakopanie i tylko odciski na plaży byłyby jedynym  
po nich śladem. A jeśli nie zostałyby żadne łodzie, nikt nie miałby powodu zastanawiać się, skąd 
też mogły przypłynąć.

Koch stuknął obcasami, lekko się ukłonił, zrobił w tył zwrot i powrócił do swoich towarzyszy.
Brosin spojrzał na Detricka.
— Willie, jeśli za piętnaście minut nie będzie sygnału, żeby ściągnąć łódki, przecinać liny.
— Tak jest, panie kapitanie.

* * *

Richard Koch zanurzył w wodę drewniane wiosła, zaparł się czubkami butów o wybrzuszenie 

w podłodze łodzi, nachylił się, a potem mocno odchylił do tyłu. Łódka nie poruszyła się, a tylko 
ugięła   pod   ciężarem   pojemnika   i   Kocha;   podobnie   na   pozór   bez   efektu   pozostało   drugie 
pociągnięcie wiosłami, ale przy trzecim Koch zobaczył, że burty zaczynają się przemieszczać w 
wodzie. Za sobą słyszał szmer pozostałych łodzi.

Przeładunek   ludzi   i   pojemników   do   łódek   odbył   się   odrobinę   mniej   gładko   niż   podczas 

treningów,   jakie   do   znudzenia   odbywali   we   Francji,   szczególnie   tych   ostatnich.   Najpierw 
przymocowali każdą z łódek do stanowiska działowego przed kioskiem, na wypadek gdyby na 
skutek   niedopatrzenia   któraś   z   nich   miała   znaleźć   się   przedwcześnie   w   wodzie   lub   w   niej 
przewrócić.   Kiedy   wszystkie   nadmuchano   przy   użyciu   nożnej   pompki,   opuszczono   je   po 
kadłubie, przy czym jedna istotnie się przekręciła, trzeba więc ją było wciągnąć z powrotem, 
usunąć z niej wodę i umieścić obok pozostałych. Teraz przyszła kolej na rozwinięcie drabinki 
sznurowej,   po   której   zszedł   Bayer   i   usadowił   się   w   pontonie   w   pozycji   umożliwiającej 
wiosłowanie,   podczas   gdy   kolebanie   łódki   starał   się   zminimalizować   marynarz   trzymający 
spuszczoną z dziobu linę. Kiedy Bayer był już gotów, na innej linie spuszczono czarny pojemnik 
z   mocującymi   go   na   plecach   paskami   zwróconymi   w   kierunku   kadłuba,   aby   zapobiec 
szczęknięciu metalu o metal. Agent przytroczył pojemnik do podłogi pontonu, po czym marynarz 
przeciągnął  go  na drugą  stronę  kadłuba,  a  miejsce   pod drabinką   zajęła  kolejna  łódka  i  cała 
operacja się powtórzyła.

Wszystko przebiegało bez żadnych komplikacji, aż przyszła kolej Rolfa Grossmana. Lina, na 

której spuszczany był pojemnik, wysmyknęła się ze zziębniętych palców marynarza i ciszę nocy 
zagłuszył bardzo głośny plusk; skąpany w zimnej morskiej wodzie agent z trudem powstrzymał 

background image

się od wyrzucenia z siebie całej kaskady przekleństw.

Zadanie   Kocha   było   dodatkowo   komplikowane   przez   fakt,   że   do   tyłu   jego   łódki 

przytwierdzona   była   linka,   ciągnąca   za   sobą   grubszą   stalówkę,   przyczepioną   z   kolei   do 
stanowiska ogniowego przed kioskiem, a przez marynarza na pokładzie stopniowo odwijaną ze 
zwoju wraz z tym, jak ponton oddalał się od okrętu.

Koch skupił się na rytmicznym wiosłowaniu i po pewnym czasie, znienacka, szybciej, niż się 

spodziewał, poczuł, że łódka bardziej zaczęła podskakiwać na falach, co oznaczało, że znalazł się 
na   przybrzeżnej   płyciźnie.   Mocniej   szarpnął   wiosłami   i   po   trzecim   szarpnięciu   poczuł,   jak 
szorują o dno, a dziób wbija się w piach brzegu.

Szybko   unieruchomił   wiosła   i   wyskoczył   z   pontonu,   nawet   nie   musnąwszy   wody. 

Błyskawicznie rozejrzał się dokoła, a nie dostrzegłszy niczego niepokojącego, sięgnął do wnętrza 
łódki, z niejakim wysiłkiem wydobył z niej metalowy pojemnik i omijając kawały sczerniałego 
drewna, przeniósł go w głąb plaży. Następnie zawrócił i ciągnąc za dziobową cumę, wydobył 
łódkę na piasek. Teraz cofnął się na skraj łodzi, wyglądając swoich towarzyszy; każdemu z nich 
gestami rąk pokazywał, aby zgrupowali pojemniki w jednym miejscu. Kiedy zrobił to ostatni, 
Grossman, Koch szybko i zręcznie dziobami do rufy połączył wszystkie cztery łódki w rządek, 
ostatecznie połączony z U–134.

Kiedy kończył to robić, u jego boku pojawił się Cremer.
— Herr Hauptmann — szepnął po niemiecku. — Dawać sygnał ręczny?
— Po pierwsze, nie „Herr Hauptmann” — żachnął się Koch po angielsku. — Po drugie, odtąd 

ani słowa po niemiecku! Dawaj!

— OK, sir, to znaczy OK, Richard — poprawił się Cremer. Podbiegł na skraj wody, wydobytą 

z kieszeni latarkę podniósł wysoko nad głowę i oddał umówiony sygnał dwóch serii po trzy

błyski.   Gdy   nie   było   natychmiastowej   odpowiedzi,   ponowił   sygnalizację.   Nagle   usłyszał 

dźwięk taki, jakby mała ławica ryb płynęła do brzegu, i zobaczył, jak stalowa lina gwałtownie się 
napręża, a chwilę później podrywa się z piasku i wpada do wody pierwsza z gumowych łódek. 
Marynarz   na   U–Boocie   już   po   pierwszym   sygnale   zaczął   zwijać   cumę,   ale   odrobinę   czasu 
musiało zabrać wybranie luzu.

Cremer schował latarkę i podskoczył  dopilnować, aby któryś z pozostałych pontonów nie 

zarył się w piachu, Koch natomiast odwrócił się, usłyszawszy za plecami skrzyp kroków.

— Herr… — rozległ się podekscytowany głos Bayera.
— Richard, do jas… — zaczął ze złością Koch, ale urwał, zorientowawszy się, że Bayer i 

Grossman nie są sami. Między nimi stał przerażony młody mężczyzna, właściwie chłopak, w 
mundurze   amerykańskiej   Straży   Przybrzeżnej.   Bayer   związał   mu   ręce   taśmą   z   jednego   z 
pojemników, a usta zakneblował jakąś szmatą. Grossman trzymał go na muszce walthera 9 mm.

— Zgaś to pieprzone światło! — syknął Koch po niemiecku pod adresem Cremera, który 

znalazł się za jego plecami, a potem nachylił się do ucha Bayera i szepnął: — Kto to taki?

— Chciałem znaleźć lepsze miejsce na pojemniki — odparł tamten też po niemiecku. — 

Między wydmami zobaczyłem jakieś pniaki, podchodzę, a stamtąd jakieś stękanie.

— Stękanie?
— Tak! Patrzę… coś jak peleryna, trzęsie się i stęka. Tak… no, przyjemnie stęka.
Koch pokręcił głową i splunął.
— Scheisse! — mruknął.
— Nie miał przy sobie broni — dorzucił Grossman. — Co z nim zrobić? Najprościej zabić, 

ale co dalej z ciałem?

Koch   błyskawicznie   rozważył   sytuację.   Chłopak   najpewniej   pełnił   wartę,   jeśli   więc   nie 

znajdzie   go   zmiennik   lub   też   nie   zjawi   się   w   porę   na   strażnicy,   zaczną   go   szukać.   Gdyby 

background image

znaleziono ciało, byłoby to fatalne dla powodzenia misji, a gdyby z kolei chcieli je dokładnie 
zakopać   i   zatrzeć   ślady,   zabrałoby   to   mnóstwo   bezcennego   czasu.   Z   ciemności   doleciał 
rozbawiony głos kobiecy, za plecami zaś rozległ się szurgot ciągniętej po piachu trzeciej łódki. 
Natychmiast podjął decyzję.

— Brać go! — warknął i rzucił się w kierunku czwartego pontonu.
Bayer i Grossman chwycili nieporadnie broniącego się Amerykanina i na wpół go niosąc, a na 

wpół wlokąc, pobiegli w ślad za Kochem.

—   Szybko!   Do   środka!   —   polecił   Koch,   wskazując   dno   łódki.   Pappas   szarpnął   się 

gwałtownie, ale kiedy Grossman dwukrotnie uderzył go kolbą pistoletu za prawym uchem, zwisł 
bezwładnie, co pozwoliło bez żadnych oporów wrzucić go do pontonu. Koch szybkim ruchem 
oplótł jego stopy trokiem, którym wcześniej mocował czarny pojemnik, a następnie dla pewności 
przywiązał do kostek pęta wiążące przeguby.

Kiedy   się   wyprostował,   zobaczył,   że   lina   przymocowana   do   dziobu   napięła   się,   ale 

znieruchomiała, podobnie jak trzecia łódka, która zastygła na poły tylko zanurzona w wodzie. 
Gestem ręki pokazał reszcie, aby obciążoną ciałem Pappasa łódkę zanieść do wody.

Kiedy i ona pomknęła w mrok, Koch popatrzył po towarzyszach.
—   Będzie   miał   kapitan   niespodziankę.   —   Cała   trójka   parsknęła   śmiechem,   ale   Koch 

natychmiast ich uciszył ruchem ręki. — Zbierajmy się, zanim się zorientują, że go nie ma. Będą 
trochę zdziwieni, gdzie też mógł się podziać.

* * *

U–134 przez jakieś pięć minut cicho wycofywał się na bateriach. Wprawdzie kapitan Hans–

Günther Brosin zamierzał czekać spokojnie, aż pontony znajdą się na pokładzie, ale zaniepokoił 
go ponowiony sygnał. Nie wiedział, co on może znaczyć, na wszelki wypadek wolał się oddalić, 
ale do pięciu marynarzy wstępnie wyznaczonych do ściągnięcia liny odkomenderował jeszcze 
dodatkowych pięciu, aby trwało to krócej.

Im szybciej znajdzie się na głębszej wodzie, tym pewniej się poczuje.
Ledwie   marynarze   zaczęli   zwijać   linę,   nastąpiło   kolejne   nieoczekiwane   zdarzenie.   Lina 

znienacka szarpnęła tak gwałtownie, iż pierwszy z ciągnących poleciał do przodu, a ponieważ 
zachwiało to pozostałymi, Brosin chciał już krzyknąć, żeby dali spokój, czym prędzej odłączyli 
balast i znikali pod pokładem, gdy przeszkoda ustąpiła równie gwałtownie, jak się pojawiła. 
Chwilę później kapitan zobaczył w lornetce zarys pierwszej łódki. Dwóch, specjalnie do tego 
wyznaczonych marynarzy natychmiast wciągnęło ją na pokład i otworzyło zawory powietrzne.

— Jak głębokość, Willie? — spytał Brosin.
Zastępca powtórzył pytanie w dół kiosku i po chwili odpowiedział:
— Trzydzieści metrów, panie kapitanie.
Widząc, że na pokład wędruje już drugi ponton, oddał lornetkę Detrickowi ze słowami:
— Obrócić okręt, potem kurs jeden–dwa–pięć, przejść na diesel, na początek pięć węzłów. I 

jak wciągną komplet, wszyscy pod pokład.

— Tak jest, panie kapitanie.
Brosin zszedł już dwa stopnie po drabince, gdy z pokładu dobiegły go okrzyki:
— Panie kapitanie! Panie kapitanie!

background image

Cztery

Lotnisko Gander Gander, Nowa Fundlandia
2 marca 1943 roku, 08:40

Dick Canidy przeczuwał, że Douglas C–54, tak nowiutki, jakby przed chwilą wyjechał z hali 

montażowej, będzie miał  problem z jednym  ze swych czterech silników gwiazdowych  Twin 
Wasp.

Lot Dowództwa Transportu Powietrznego trwał już osiem godzin dziesięć minut i piętnaście 

sekund   —   Dick   wyzerował   stoper   w   swym   zegarku   i   włączył   go   w   chwili   oderwania   kół 
maszyny od pasa startowego — gdy pojawiła się wibracja, która doświadczonemu  lotnikowi 
zasugerowała, że chodzi o coś więcej niż chwilowe zakłócenie.

Pół minuty później wibracja powtórzyła się, tym razem głośniejsza, wyraźnie zadygotało lewe 

śmigło, a zewnętrzny silnik zaczął ciągnąć za sobą smugę czarnego dymu. Pilot natychmiast go 
wyłączył, unieruchomił śmigła i wyrównał ułożenie maszyny.

Potrwało to kilka minut,  które — przynajmniej  dla niektórych  pasażerów — ciągnęły się 

niczym godziny, potem jednak z kabiny pilotów napłynęła uspokajająca informacja, że przyczyną 
było często zdarzające się zakłócenie ciśnienia oleju, które nie spowoduje zmiany lotu, z tym 
małym   wyjątkiem,   że   zaplanowane   międzylądowanie   w   Gander   odbędzie   się   z   małym 
opóźnieniem.

Canidy dobrze wiedział, że „małe opóźnienie” jest bardzo delikatnym określeniem, gdyż z 

jednym nieczynnym silnikiem samolot będzie pokonywał czterysta kilometrów na godzinę mniej.

Reszta natomiast brzmiała prawdopodobnie. Istotnie, kłopoty z ciśnieniem oleju w silnikach 

zdarzały się często, a na wysokości czterech i pół tysiąca metrów trzy silniki Pratt & Whitney, o 
mocy 1450 KM każdy, bez trudu mogły zapewnić stabilny lot.

To wiedział Canidy jako zawodowy lotnik, natomiast jako pasażer z prawdziwą ulgą dostrzegł 

zarys wybrzeża Nowej Fundlandii, a następnie zaśnieżone pole lotniska, które jeszcze pięć lat 
temu stanowiło niezamieszkaną płachtę północnego wybrzeża jeziora Gander.

Kiedy pilot C–54 wykręcił do lądowania, w kabinie pasażerskiej słychać było tylko pomruk 

silników i świst powietrza w wypuszczonych ze skrzydeł lotkach. Wystarczyło jednak, że koła 
podwozia dotknęły pasa, a pasażerowie zaczęli  klaskać i pokrzykiwać radośnie, dając w ten 
sposób wyraz dręczącemu ich od chwili awarii niepokojowi. W tym momencie w Canidym górę 
wziął   profesjonalista;   nie   przyłączając   się   do   ogólnej   wrzawy,   spokojnie   wyglądał   przez 
iluminator.

Gdy podchodzili do lądowania, miał okazję zobaczyć, że na płycie stały rzędami samoloty 

bojowe — lekkie bombowce Douglas Boston z oznaczeniami kanadyjskich sił lotniczych, B–25 
Mitchell i B–24 Liberator wojsk lądowych USA — najwyraźniej gotowe do wysyłki na wschód.

Znalazły się tu, gdyż najkrótsza droga z Ameryki Północnej do Europy prowadziła via Gander 

do Prestwick. Canidy przypomniał sobie, że na tym mroźnym, wysuniętym daleko na północ 
punkcie postojowym bywało czasami piętnaście tysięcy ludzi: Brytyjczyków, Kanadyjczyków i 
Amerykanów.

Teraz Dick nie widział już maszyn;  za oknem mógł  tylko dostrzec wysoką  ścianę śniegu 

odgarniętego z pasa startowego. Kiedy wychylił się i spojrzał przez przednie szyby, zobaczył, że 
ściany piętrzą się po obu stronach, tak iż można było odnieść wrażenie, że maszyna toczy się 
dnem białego kanionu.

Po   chwili   kołowania   C–54   wykręcił   w   odnogę   kanionu,   gdzie   czekał   już   na   niego   żółty 

samochód   z   napisem:   ZA   MNĄ.   Dopiero   teraz   Canidy   znowu   ujrzał   stojące   w   rzędach 

background image

bombowce, za którymi C–54 minął dwa hangary pełne, zdało się, czekających na remont maszyn, 
by zatrzymać się nieopodal centrum operacyjnego bazy. Dwóch pracowników obsługi lotnictwa, 
odzianych   w   grube,   zimowe   kombinezony,   machając   chorągiewkami,   wskazało   samolotowi 
miejsce do zaparkowania koło dwóch innych C–54. Zająwszy je, pilot wyłączył  trzy czynne 
silniki.

* * *

Po długim czasie spędzonym w męskiej toalecie Canidy spróbował się zorientować, jaki jest 

stan maszyny i kiedy może się spodziewać dotarcia do Elizabeth w stanie New Jersey.

Najpierw spróbował normalnej drogi regulaminowej.
„Będę miły i przyjazny. Na pewno coś uda się załatwić” — myślał.
Była to jednak płonna nadzieja.
„Niestety, panie majorze, precyzyjne określenie przyczyny awarii i jej usunięcie może potrwać 

kilka dni. Zwrócił pan może uwagę na pełne hangary remontowe? Miejsce w innym samolocie? 
Tak, oczywiście, zostanie pan wpisany na listę, ale ta nie jest krótka. Musi się pan uzbroić w 
cierpliwość. Niestety, nic na to nie poradzę, panie majorze. To przecież nie moja wina, że pański 
samolot miał awarię. I w ogóle niczyja. Tak już jest”.

A im mniej Canidy był miły i przyjazny, z tym bardziej zdecydowanym oporem się spotykał.
„Niech to jasna cholera!” — pomyślał wreszcie i udał się do Zarządu Lotów, gdzie dowiedział 

się, że lada chwila odleci do Waszyngtonu C–54 z silnikami pełnymi paliwa dostarczonego ze 
zbiorników bazy.

Nie czekając na pytanie, informujący go podporucznik dorzucił:
— I jak chyba łatwo zgadnąć, panie majorze, nie ma ani jednego wolnego miejsca.
Nie   bez   trudności   Dickowi   udało   się   dotrzeć   do   oficera   dyżurnego,   któremu   spróbował 

wyjaśnić swoją sytuację, ale nie znalazł w nim życzliwego słuchacza.

—   Tak,   oczywiście,   panie   majorze   —   odrzekł   z   lekceważeniem   w   głosie   pułkownik 

kanadyjskich sił lotniczych Pierre Tugnutt. — Wszystkim bardzo się spieszy.

Z   tymi   słowami   wysoki,   szczupły   blondyn   z   cieniutkimi,   jakby   nakreślonymi   ołówkiem 

wąsikami   i   kosmykiem   rzadkich   włosów   zaczesanych   na   coraz   wyższe   czoło,   odsunął 
pogardliwym gestem rozkaz podróżny wystawiony przez Korpus Powietrzny Wojsk Lądowych 
USA.

—   Ale   ja   nie   należę   do   „wszystkich”,   gdyż…   —   zaczął   Canidy   i   urwał,   zdawszy   sobie 

sprawę, że wszyscy obecni w pokoju przysłuchują się jego wymianie zdań z Tugnuttem. — Panie 
pułkowniku — ciągnął półgłosem. — Czy moglibyśmy zamienić kilka słów na osobności?

— Nie sądzę, panie majorze, by było jeszcze o czym rozmawiać.
— Panie pułkowniku — nie ustępował Canidy z nieco wymuszonym uśmiechem na twarzy. 

— Sądzę, że tak będzie lepiej dla nas obu.

I ruchem głowy wskazał mały pokoik przylegający do głównej sali.
Pułkownik Tugnutt popatrzył na niego przeciągle, a potem wyniośle kiwnął głową.
— Dobrze. Przejdźmy tam.
—   Dziękuję,   sir   —   powiedział   Canidy   głośniej   niż   poprzednio,   bardziej   na   użytek 

przysłuchujących się niż pułkownika.

Gdy znaleźli się w pokoiku, Tugnutt nie zamierzał ukrywać swej irytacji.
— Chciałbym być dobrze…
Ale Canidy nie dał mu dokończyć.
— Pokazuję panu ten dokument, panie pułkowniku, gdyż nie widzę już innego rozwiązania. 

background image

—   Canidy   otworzył   mały,   skórzany   portfelik,   w   którym   znajdowała   się   legitymacja   BSS, 
domagająca się od każdego i w każdej sytuacji pomocy dla jej posiadacza. — Jeśli nie umieści 
mnie pan na pokładzie tego samolotu, panie pułkowniku, będę musiał prosić o kontakt z oficerem 
dowodzącym.

Oficer dyżurny dostatecznie długo wpatrywał się w legitymację, aby stało się jasne, że tego 

typu dokument widzi po raz pierwszy, następnie zwrócił ją Canidy’emu ze słowami:

— Gdyby  pan zaprezentował  to na samym  początku, panie  majorze,  niepotrzebna  byłaby 

żadna rozmowa na osobności i, rzecz jasna, obyłoby się też bez pogróżek.

Dick  z  trudem  powstrzymał   się od  uwagi,   że  może   najlepiej  byłoby,  aby pan  pułkownik 

zechciał   udać   się   do   głównej   sali   i   wykonać   to,   do   czego   po   obejrzeniu   legitymacji   był 
zobowiązany — udzielić mu pomocy.

Najważniejsze jednak było, aby jak najszybciej wydostać się z przeklętego Gander.

* * *

Kiedy Canidy znalazł się na pokładzie C–54, wystarczyło, że zlokalizował jedyny wolny fotel, 

aby się zorientować, że najpewniej jego kłopoty nie skończą się wraz z zapięciem pasów. Zająć 
miał miejsce obok podpułkownika, którego kwaśna mina nie pozostawiała żadnych wątpliwości 
co do tego, że — po pierwsze — jest bardzo nierad, iż utracił towarzysza podróży, tym bardziej 
że — po drugie — zastąpił go jakiś marny majorzyna. Ponieważ nie czuł w sobie ani sił, ani 
ochoty na kolejną zwadę, postanowił sprawę rozwiązać w możliwie najprostszy sposób.

Usiadłszy   obok   nachmurzonego   podpułkownika,   wyciągnął   z   wewnętrznej   kieszeni   kurtki 

płaską, srebrzystą flaszkę, podniósł w kierunku towarzysza podróży i ze słowami: „Zalecenie 
lekarza” w trzech łykach opróżnił połowę piersiówki, następnie naciągnął czapkę głęboko na 
czoło i mając przed oczyma gorzko — słodkie obrazy chwil spędzonych w ramionach Ann — 
„Kiedy to było? Wczoraj wieczorem? Chryste Panie!!!” — szybko zapadł w głęboki sen.

Pięć

Anacostia, baza lotnicza Marynarki Wojennej USA
Waszyngton
2 marca 1943 roku, 15:20

Zmiana   dźwięku   czterech   gwiazdowych   silników   Twin   Wasp   należącego   do   Dowództwa 

Transportu Powietrznego C–54, gdy zaczął schodzić z podróżnej wysokości pięciu i pół tysiąca 
metrów, wyrwała ze snu majora Richarda Canidy’ego z Korpusu Powietrznego Wojsk Lądowych 
USA. Wcześniej na krótki moment ocknął się, gdyż miał wrażenie, że znowu coś jest nie w 
porządku z silnikami, ale stwierdziwszy, że wszystkie pracują normalnie, znowu zasnął.

Teraz   otworzył   jedno   oko,   a   kiedy   źrenica   przystosowała   się   do   światła   wczesnego 

popołudnia,   zerknął   ponad   prawym   skrzydłem   i   zobaczył   piękną   kołdrę   śniegu   dokładnie 
pokrywającą to, co jak uznał, musiało być stanem Delaware. „Nie, Maryland” — skorygował 
sam siebie, widząc zarys Chesapeake Bay.

Pilot   wykręcił   odrobinę   w   prawo,   a   Canidy   odwrócił   się   od   okna,   mrużąc   oczy   przed 

odbijającym   się   od   skrzydła   światłem   słonecznym.   Siedzący   obok   niego   podpułkownik   nie 
wydawał się ani odrobinę przychylniejszy niż przed startem, a w każdym razie wydawało się 
pewne, że nie należy się po nim spodziewać oferty, iż podrzuci współtowarzysza podróży do 

background image

stolicy.

Z   czym   zresztą   nie   będzie   problemów,   kontynuował   w   duchu   Canidy,   w   ślad   za 

podpułkownikiem schodząc na płytę lotniska, na której pośród ciemnooliwkowych sztabowych 
chevroletów dostrzegł też packarda 280 coupe rocznik 1941. O maskę wozu opierał się czytający 
„The Washington Star” starszy sierżant sztabowy, mający już za sobą dwadzieścia cztery lata 
służby,   o   czym   świadczyły   naszywki   na   rękawach   świetnie   skrojonego   munduru   Marynarki 
Wojennej USA.

Canidy dostrzegł, że podpułkownik z najwyższym zainteresowaniem wpatruje się w packarda, 

dlatego też z premedytacją przyspieszył kroku i wyprzedził tamtego ze słowami:

— Cześć, Ellis!
Starszy sierżant sztabowy zerknął znad gazety, a na widok Canidy’ego natychmiast odłożył ją 

na bok i dziarsko zasalutował.

— Witam, panie majorze!
Canidy cisnął w jego kierunku swoją torbę, Ellis chwycił ją w powietrzu i podskoczył, aby 

otworzyć drzwiczki przed majorem, a gdy ten wsiadł, wrzucił torbę do bagażnika, zatrzasnął 
klapę i błyskawicznie znalazł się za kierownicą.

Zesztywniały z oburzenia podpułkownik odprowadził wzrokiem oddalającą się limuzynę, w 

której mignął mu ironicznie salutujący major. Wściekły, dopiero po chwili zorientował się, że 
uchybił regulaminowi, nie oddając honorów.

—  No  i  jak  tam,   Szefie?   —  spytał  Canidy,  gdy Ellis  wykręcił   w  South   Capitol   Street   i 

pojechał w kierunku wiodącego do miasta mostu.

—   U   mnie   wszystko   w   porządku,   panie   majorze.   Ale   ten   podpułkownik   jakby   czemuś 

gniewny?

— Oficer dyżurny w Gander wyrzucił z samolotu jego kolegę, żeby zrobić dla mnie miejsce 

— odrzekł  Canidy,  przeglądając  jednocześnie  nagłówki  w „The Washington  Star”. — A na 
dodatek nie wyjaśnił mu dlaczego i stąd ta obrażona mina.

Ellis uśmiechnął się pod nosem.
— Bardzo się cieszę, że pana widzę, panie majorze. Obawiałem się, że może już do tego nie 

dojść.

Ellis  był  osobistym  asystentem  Donovana i rozumiał,  że jego zadanie polega  na robieniu 

wszystkiego, co konieczne, aby usuwać z drogi dyrektora wszystkie zbyteczne kłopoty, w ten 
sposób pomagając mu funkcjonować jak najbardziej efektywnie. W 99,99 procent wiedział o 
wszystkim,   co   Donovan   pisał,   mówił   czy   zlecał,   znał   także   wszystkie   szczegóły   wyprawy 
Canidy’ego   na   okupowane   przez   Niemców   Węgry.   Wiedział   też,   że   Donovan   wezwał   do 
Waszyngtonu Canidy’ego, gdyż to on sam wiadomość przeznaczoną do rąk własnych Bruce’a, 
Stevensa i Canidy’ego dostarczył do pokoju szyfrantów. Ellis bezbłędnie wykonywał obowiązki, 
ale wynikało to nie tylko ze służbistości, lecz przede wszystkim z osobistej sympatii. Donovan, 
lecz także i Canidy należeli do ludzi, dla których zrobiłby wszystko, nawet się nie zastanawiając, 
czy rozkazy tego wymagają, czy nie.

— Można spytać, czemu coś właśnie takiego czekało na mnie?
— Dostałem rozkaz, żebym raz w tygodniu usiadł za kółkiem, żeby landara nie zniszczyła się 

od samego tylko stania na Q Street.

Dom   przy   Q   Street,   zbudowany   na   przełomie   wieków,   a   należący   do   bogatej   rodziny 

Whittakerów, za dolara rocznie został wynajęty BSS, które zyskiwało w ten sposób leżącą na 
uboczu siedzibę, gdzie dyskretnie można było przyjmować i nocować polityków oraz agentów.

Powstała jeszcze przed wojną secesyjną Whittaker Contruction Company zrazu zajmowała się 

budowaniem linii kolejowych, obecnie jednak wznosiła także porty morskie i lotnicze, hotele, 

background image

biurowce,   a   obszar   jej   działalności   niezmiennie   się   rozszerzał.   Wielkiemu   bogactwu 
towarzyszyły   też   szerokie   koneksje   i   o   obecnym   głównym   udziałowcu   —   Jamesie   M.B. 
Whittakerze, absolwencie Harvardu z roku 1939, wypełniającym obecnie za liniami wroga, na 
Filipinach,   zadanie   zlecone   przez   BSS   —   mówiono,   iż   do   prezydenta   USA   zwraca   się   per 
„wujku” i że pozwala sobie na całkiem kąśliwe uwagi.

— Landara — mruknął z uśmiechem Canidy. — Zupełnie, jakbym słyszał Jimmy’ego.
— No więc wybierałem się właśnie na cotygodniowe pół godzinki, kiedy pułkownik zawołał 

mnie   i   mówi:   „A   może   by   pan,   Szefie,   wyskoczył   na   Anacosta   po   naszego   syna 
marnotrawnego?”.

— Jaki tam ze mnie syn marnotrawny, Szefie. Co innego Jimmie. Dlatego to jego samochód. I 

dom. Są jakieś wiadomości od niego?

Ellis leciutko pokręcił głową.
— No cóż, sam brak złych wiadomości można uznać za dobrą wiadomość.
I znowu odpowiedzią był tylko malutki ruch głową Ellisa, tym razem potakujący.
— Pułkownik mówił coś jeszcze na temat spotkania?
— Że najpierw zajrzy jeszcze do siebie w Georgetown.
— Świetnie. Przebrany będę się czuł dużo lepiej.
— Prysznic też na pewno nie zaszkodzi. — Ellis się uśmiechnął, wykręcając w lewo w M 

Street w kierunku Rock Creek Parkway.

* * *

Parcelę   przy   Q   Street,   gdzie   stał   dom   Whittakerów,   otaczał   dwuipółmetrowy   mur.   Ellis 

zatrzymał packarda, niemal dotykając zderzakiem ciężkiej, żelaznej bramy. Już chciał wystukać 
na klaksonie Shave and a Haircut, Two Bits — głównie z tego względu, że doprowadzało to do 
szału facetów z Secret Service, których serdecznie nie znosił — gdy z luki w żywopłocie wyszedł 
muskularny mężczyzna w cywilnym garniturze i wełnianym płaszczu; chrzęszcząc butami po 
śniegu, podszedł do samochodu od strony Elllisa.

Canidy   nie   miał   wątpliwości,   że   luźno   rozpięty   płaszcz   okrywa   półautomatycznego 

thompsona kaliber .45; mężczyzna nachylił się, rozpoznał Ellisa, kiwnął głową i znowu zniknął 
w żywopłocie, a w tej samej chwili brama otworzyła się do wewnątrz, aby zamknąć się, ledwie 
packard   znalazł   się   w   środku.   Wybrukowaną   drogą,   idącą   wzdłuż   domu,   Ellis   dojechał   do 
mieszczącego   pięć   wozów   garażu   —   zwanego   „stajnią”,   takie   bowiem   było   pierwotne 
przeznaczenie tej części rezydencji — a gdy obaj wysiedli, otworzył bagażnik i wyjął z niego 
torbę.

— Dobrze, Szefie, ja to poniosę — powiedział Canidy, wyciągając rękę, ale Ellis pokręcił 

głową.

— Nie ma sprawy, ja też nie jestem kaleką, a poza tym wiem, jak to jest, kiedy człowiek tyle  

godzin spędzi w samolocie.

— Bywają gorsze rzeczy.
Ellis otworzył drzwi prowadzące do kuchni i cofnął się, aby przepuścić Canidy’ego. Kuchnia 

— pełna w tej chwili zapachu duszonych na oliwie cebuli i czosnkU–Była duża, z kuchenkami, 
piecykami, kredensami i lodówkami, jakich prędzej oczekiwałoby się w restauracji. I było w niej 
głośno.

Niski, korpulentny, pięćdziesięcioletni mężczyzna o oliwkowej skórze wydawał zdecydowane 

komendy czteroosobowemu personelowi, każde polecenie podkreślając gestem ręki zbrojnej w 
długi nóż. Przed nim leżały na marmurowym blacie dwa czekające na pokrojenie połcie mięsa.

background image

Odwrócił się w kierunku wchodzących.
— Szef Ellis! — wykrzyknął, wykonując ruch naśladujący dźgnięcie. — Nie przeszkadzać!
— Chcemy tylko przejść, Antonio — odrzekł Ellis, podnosząc do góry otwartą dłoń. — Tylko 

przejść. Przywitaj się z majorem Canidym.

Antonio postąpił w ich kierunku, zatrzymał się półtora metra od Dicka, obie ręce — w jednej 

nadal trzymał nóż — spuścił wzdłuż ud, przesadnie długo wpatrzył się w czubki swoich butów, 
potem raptownie poderwał głowę i rzekł:

— To dla mnie prawdziwy zaszczyt, panie majorze. — Następnie spojrzał na Ellisa i dorzucił: 

— Szef Ellis nie ma tutaj wstępu. Po pierwsze, ciągle się wtrąca, a po drugie, znika jedzenie.

— Bardzo mi miło — powiedział Canidy. — Antonio, dobrze usłyszałem?
A gdy tamten z zapałem pokiwał głową, ciągnął:
—  Masz  absolutną  rację.  Kiedy  gdzieś  w  pobliżu  jest ktoś  z  marynarki,  trzeba   pilnować 

jedzenia i trunków. Skoro już przy tym jesteśmy… — Dick kiwnął głową w róg kuchni… — z 
chęcią bym czegoś spróbował u siebie w pokoju.

— Może pan iść śmiało pod prysznic, w pokoju będzie na pana czekała buteleczka i torba. 

Nawiasem   mówiąc,   pozwoliłem   sobie   oddać   pańskie   rzeczy   do   uprania   i   odprasowania. 
Wszystko jest w pokoju. Pułkownik powiedział, żeby go oczekiwać koło szóstej.

Canidy kiwnął głową.
— Dzięki, Szefie. — W drzwiach spojrzał przez ramię i dorzucił: — Z pewnością lepiej się 

przebrać, skoro może to być ostatnia wieczerza.

background image

III

Jeden

Q Street, NE
Waszyngton, DC
2 marca 1943 roku, 17:55

Dick Canidy wyszedł z pokoju znajdującego się na drugim, najwyższym piętrze rezydencji, w 

północnym jej skrzydle. Z trudem udało mu się dopiąć kołnierzyk wykrocłimalonej koszuli, a 
gdy wreszcie się z tym uporał, poczuł straszny ucisk na szyi. Najpierw zastanawiał się, czy przy 
praniu nie podmieniono mu czasem koszuli, potem doszedł do wniosku, że wszystkiemu winne 
jest   zbyt   mocne   nakrochmalenie.   Zresztą,   jakikolwiek   był   powód,   ucisk   stawał   się   wprost 
nieznośny, Canidy poluzował więc krawat i wcisnąwszy palce między szyję i kołnierzyk, zaczął 
ciągnąć w nadziei, że może materiał nieco się rozejdzie.

Trochę   pomogło,   poprawił   więc   krawat,   zapiął   na   jeden   guzik   marynarkę   ciemnoszarego 

garnituru od Brooks Brothers, spojrzał na swe odbicie w wielkim lustrze na końcu korytarza i 
szerokimi schodami zszedł na dół.

* * *

Jedna połowa dwuskrzydłowych drzwi do biblioteki była otwarta, wszedł więc i zamknął je za 

sobą.   Między   sięgającymi   do   sufitu   półkami   z   książkami   wisiały   olejne   portrety   generacji 
Whittakerów. Na ciemnym parkiecie ułożono cztery wielkie orientalne dywany, a na każdym 
ustawiono  masywną,  skórzaną  kanapę otoczoną  półkolem  foteli,  dzieląc  w ten  sposób jedno 
pomieszczenie na cztery w miarę niezależne części.

W   ścianie   naprzeciw   drzwi   znajdował   się   bogato   zdobiony   kominek,   na   którym   właśnie 

zaczynał się rozpalać ogień. Nad nim i po jego bokach zawisły myśliwskie trofea: wypchane łby 
lwa, nosorożca, zebry i kilku gazeli; nieopodal kominka stał ruchomy barek.

Canidy natychmiast skierował ku niemu swe kroki, a odgłos butów stąpających po twardych 

klepkach głośno rozbrzmiał w pustym pokoju. Przejrzał zasoby sowicie zaopatrzonego barku, 
lekko uniósł brwi, gdyż dwóch gatunków koniaku V.S.O.P. w ogóle nie znał, ale uwagę skupił na 
tym, czego szukał: sięgnął po butelkę famous grouse i do kryształowego kieliszka nalał podwójną 
porcję.

Pociągnął łyk, przez moment smakował whisky na języku, a potem stanął przed kominkiem i 

zapatrzył się w przeskakujące po drewienkach płomyki.

„I tak ma się skończyć ta przygoda? Przy dwudziestoczteroletniej whisky, w wykwintnym 

otoczeniu?”.

Popatrzył na trofea nad kominkiem i przepił do nich, podnosząc w górę kieliszek.
„Zróbcie mi tam jakieś wygodne miejsce, gdyż zaraz chyba do was dołączę”.
Odwrócił   się   na   szelest   otwieranych   drzwi.   Stał   w   nich   dystyngowany,   krępy,   barczysty 

mężczyzna pod sześćdziesiątkę, ze starannie zaczesaną, siwą czupryną i przenikliwymi oczyma 
spoglądającymi z poważnej twarzy Irlandczyka.

Miał na sobie znakomicie skrojony, dwurzędowy, szary garnitur, śnieżnobiałą koszulę i biało 

—   czerwony   krawat.   Na   pierwszy   rzut   oka   było   wiadomo,   że   ma   się   do   czynienia   z   silną 

background image

osobowością.

Canidy dobrze wiedział, jak słuszne jest to wrażenie. Był to człowiek, który odnosił sukcesy w 

każdej dziedzinie, którą się zajął, czy chodziło o praktykę prawniczą, żołnierkę — podczas I 
wojny światowej zasłużył sobie na Medal Honoru — czy o akcje wywiadowcze.

Człowiek, którego Canidy zawiódł.
—   Dzień   dobry,   sir   —   powiedział   Dick,   starając   się,   aby  wjego   głosie   nie   słychać   było 

niepewności, i ruszył przez pokój.

—   Witaj,   Dick   —   rzekł   ciepło   pułkownik   William   J.   Donovan,   dyrektor   Biura   Służb 

Strategicznych. — Jak się masz?

— Trochę lepiej po tym — przyznał Canidy i uniósł kieliszek. — Mam nadzieję, że wybaczy 

mi pan, że się sam poczęstowałem?

Spotkali się w środku pokoju i mocno uścisnęli sobie dłonie.
— Cieszę się, naprawdę się cieszę, że cię widzę, Dick — rzekł z powagą Donovan.
— Dziękuję, sir. Ja także bardzo się cieszę, widząc pana.
Po krótkiej chwili dyrektor wypuścił rękę Canidy’ego i ruchem brody wskazał drugą.
— Czy słusznie podejrzewam, że to famous grouse?
— Przed panem nic się nie ukryje, sir.
Donovan rozłożył ręce.
— Jak to się mówi, jeśli wpadniesz w złe towarzystwo, przynajmniej nie rzucaj się w oczy.
— Rozumiem, sir — odrzekł z uśmiechem Canidy. — Podwójna whisky.
Idąc do barku, zerknął na wiszące na ścianie łby i pomyślał: „Jeszcze nie teraz. Ale miejsce 

trzymajcie”. Kiedy napełniał kieliszek, usłyszał za plecami:

— Czytałem twój raport z akcji.
„I co? Czy teraz powinienem błagać sąd o łaskę i wyrozumiałość? Do diabła z sądem — 

prokuratora,   sędziego   i   kata   w   jednej   osobie.   Wyznać,   że   zawaliłem   sprawę,   przeprosić 
Donovana za wszystkie trudności i kłopoty, a potem prosić, żeby zechciał nie zsyłać mnie gdzieś 
na koniec świata czy — co gorsza — do j akiegoś wariatkowa?”.

Postanowił zagrać  na zwłokę i chociaż  wiedział,  że jego potwierdzenie  nic tu nie wnosi, 

powiedział:

— Tak jest, sir.
— Dzięki — rzekł Donovan, przyjmując kieliszek, i podniósł go ze słowami: — Za owocne 

misje…

— Sir?
— …które przyczynią się do zwycięstwa w wojnie.
Stuknęli się i wypili, ale było oczywiste, że Canidy nie był pewien intencji dyrektora.
— Dobre — powiedział Donovan, kręcąc kieliszek w palcach. — Bardzo dobre.
Podszedł do najbliższej kanapy, usiadł i wskazał Dickowi miejsce na fotelu. Ten zajmując 

miejsce,   pomyślał,   że   pomimo   wielkości   pokój   jest   tak   urządzony,   iż   nie   znika   wrażenie 
intymności.

Po krótkiej chwili milczenia Donovan spytał:
— Jest może coś ważnego, o czym nie wspomniałeś w raporcie?
„O co mu może chodzić? Przecież dobrze wie, że to niemożliwe, bym pominął coś istotnego”.
— Same drobiazgi. Jakieś trudności logistyczne, zakłócenia w łączności, takie rzeczy.
Donovan pokiwał głową i milczał.
„Cholera, trzeba to wreszcie raz mieć za sobą!”.
Canidy głęboko odetchnął.
— Tak, jest jedna kwestia, która nie znalazła się w raporcie.

background image

Donovan uniósł brew.
Dick wstał.
— Spieprzyłem sprawę, przepraszam, sir.
Dyrektor milczał.
—   Uznałem,   że   trzeba   coś   zrobić,   aby   zadanie   nie   zakończyło   się   fiaskiem.   Mając 

świadomość, że to ja jestem kontrolerem i wiem zbyt wiele, aby udawać się za linię wroga… 
jednak się zdecydowałem. — Dopił whisky i odstawił kieliszek na stolik, zastanawiając się, czy 
powinien powiedzieć to, co miał na końcu języka. „Raz kozie śmierć!”. — Przepraszam i mówię 
to szczerze, gdyż przykro mi, że naraziłem pana na trudności, ale gdyby sytuacja się powtórzyła, 
zrobiłbym   to   samo.   Nie   mogłem   tam   zostawić   Erica   i   profesora;   zbyt   wiele   wiedzieli.   Nie 
mogłem, po prostu nie mogłem. Najprawdopodobniej sytuacja mnie przerasta, ale nie wiem… nie 
wiem, jakie mam wyjście. Mam złożyć podanie o zwolnienie? Przekładać tu, w Waszyngtonie, 
papiery na biurku?

Donovan przeciągle popatrzył spod oka na Canidy’ego, potem spojrzał na kieliszek i opróżnił 

jego zawartość.

— Nic takiego nie wchodzi w grę, Dick, i nie muszę ci tego tłumaczyć.  Wiesz za dużo. 

Zatem… twoja propozycja zostaje odrzucona.

— Sir…
— Pozwól mi skończyć. Nie wykluczam, że nawet nie podejrzewasz, jak bardzo cenię sobie 

twoje dzisiejsze słowa, ale nie ściągałem cię z Londynu, aby cię wywalić.

Canidy wpatrywał się w dyrektora, nie wierząc własnym uszom.
— Skoro już stoisz… — Donovan uniósł kieliszek. — Ale tym razem tylko połowę. I z wodą.
Canidy kiwnął głową, a gdy zabrał się do robienia drinka, usłyszał pytanie:
— Powiedz, co, twoim zdaniem, robisz takiego w Anglii?
— Zwłaszcza, jak rozumiem, w BSS? — upewnił się Canidy, otwierając butelkę.
— Tak.
— No cóż, po pierwsze, wyciągamy z Niemiec takie cenne postacie jak profesor Dyer, po 

drugie, dzięki informacjom Erica Voll — mera zadajemy szkopom takie szkody jak zniszczenie 
fabryki, którą zbombardowaliśmy, po trzecie, mamy Projekt Afrodyta, napakowany torpedami 
B–17, który, zdalnie sterowany, ma rozwalić doki U–Bootów i wszystko, co się znajdzie przy tej 
okazji w zasięgu eksplozji. — Canidy postawił przez Donovanem kieliszek i karafkę z wodą. — 
To i akcje kontrwywiadowcze sąprowadzone z Whitbey House. — Wrócił do barku po swojego 
drinka i  zasiadł  w fotelu.  — Tuż  przed wyjazdem  dowiedziałem  się, że tracę  Stana  Fine’a, 
którego Bruce chciał posłać, może zresztą już to zrobił, do Algieru, aby stamtąd wysyłał  do 
Francji grupy podobne do tych, które zorganizowaliśmy na Korsyce.

Donovan nalał sobie wody, spróbował, lekko kiwnął głową i odstawił kieliszek na blat.
— Tak — rzekł. — Fine ma się zająć w Algierze konstruowaniem reseau — sieci oporu. — 

Zmarszczył   czoło.   —   Może   zacznę   od   najobszerniejszego   obrazu.   Alianci   szykują   się   do 
potężnego uderzenia i Hitler o tym wie. Nie trzeba wielkiej bystrości, by zgadnąć, że kluczem 
jest   Francja.   Kiedy   ją   zajmiemy,   pozostanie   już   tylko   marsz   na   Berlin.   Natomiast   nie   jest 
oczywiste, skąd uderzymy. Czy po prostu, najkrótszą drogą, przez kanał La Manche, czy też od 
południa, przez, jak to określa Churchill, miękkie podbrzusze Europy, a może jednocześnie z obu 
kierunków. Na dodatek, Hitler musi jeszcze odpierać natarcie Rosjan. Jeśli zważyć na to, ile w tej 
chwili mamy sił w Afryce Północnej, prawdopodobne wydaje się uderzenie na Włochy, a stamtąd 
na Francję. Niezależnie od tego, jaki wariant zostanie wybrany, prezydent w Casablance dwa 
tygodnie   temu   nie   pozostawił   żadnych   wątpliwości   co   do   tego,   że   w   grę   wchodzi   tylko 
bezwarunkowa  kapitulacja.  Hitler  wie,   że  nie   ma  żadnej  drogi   odwrotu,   pozostaje  mu  tylko 

background image

obrona, a jej perspektywy w wielkiej mierze zależą od sukcesów na Atlantyku.

Canidy przytaknął.
— Odciąć Anglię.
— Otóż to. Jak najmniej żywności, paliwa, broni, amunicji; wtedy niemiecka obrona Francji 

stanie się łatwiejsza i dotkliwiej będzie można nękać Londyn. Trzeba powiedzieć, że z powodu 
U–Bootów ponosimy znaczne straty na Atlantyku i Morzu Śródziemnym.  — Donovan wypił 
drugi łyk, chwilę się namyślał i ciągnął: — To szeroka panorama. W mniejszej mieści się to, co 
Bruce   szykuje   z   Fine’em.   Londyńska   sekcja   BSS   współpracuje   z   brytyjskim   OSE   i   Wolną 
Francją,   wspierając   Maąuis,   młodych   Francuzów,   którzy   woleli   iść   do   partyzantki   niż   do 
niemieckich obozów pracy.

— Trudno się dziwić, że nie ufają Petainowi.
—   Tak.   Jest   ich   kilka   ugrupowań.   Mamy   kontrolowanych   przez   komunistów   Tireurs   et 

Partisans. Mamy opowiadającą się za Giraudem Organisation de la Resistance dans 1’Armee. 
Mamy

gaullistowskie   Forces   Francaise   de   1’Interieur,   które   są   największe,   a   w   znacznej   części 

kierowane   z   Londynu   przez   Bureau   de   Ren   —   seignement   et   d’Action.   Jest   jeszcze   parę 
mniejszych organizacji.

— I co, wszystkie mamy wspierać? Donovan pokiwał głową.
— Popierać i nakłaniać do połączenia wysiłków. Teraz i po wojnie. Zresztą oni już teraz 

zaczynają rywalizować o miejsce w powojennej Francji. Tak czy owak, trzeba ich przeszkolić. 
Zapewnić broń, żywność i pieniądze.

— Potrzebują nas — skwitował Canidy.
—   Właśnie.   Na   Korsyce   odnieśliśmy   znaczny   sukces,   nie   widać   powodu,   dlaczego   nie 

miałoby   się   nam   to   udać   w   kontynentalnej   Francji.   Przed   okupacją   spora   część   Francuzów 
niechętnie odnosiła się do państw Osi, teraz powinno ich być jeszcze więcej. A tych, którzy się 
wahają,   można   przekonywać,   odwołując   się   do   ich   patriotyzmu   lub…   instynktu 
samozachowawczego.

— Co pan ma na myśli?
— Między życiem a śmiercią jest znaczna różnica — sentencjonalnie rzucił Donovan, chwilę 

odczekał i mówił dalej: — Będziemy pomagać Maquis w organizowaniu akcji zbrojnych, a także 
aktów   sabotażu   przeciw   magazynom,   liniom   kolejowym,   fabrykom,   elektrowniom,   przeciw 
wszystkiemu, czego brak Niemcy odczują dotkliwie. Naczelne Dowództwo będzie wskazywać 
cele, a nasi i brytyjscy agenci będę przekazywać  Maąuis konkretne zadania. Dalej wszystko 
zależy od sytuacji. Powiedzmy, że chodzi o jakąś pracującą dla potrzeb wojska fabrykę. Najpierw 
staramy się znaleźć w jej załodze ludzi chętnych do współpracy. Jeśli znajdą się tacy, będą psuć 
maszyny,   transformatory,   nadcinać   pasy   napędowe,   robić   wszystko,   aby   spowalniać   czy 
blokować produkcję. Jeśli się nie znajdą, zawsze pozostaje bombardowanie. Wtedy w ruinę idzie 
fabryka i jej otoczenie.

—   Jasne   —   powiedział   Canidy.   —   Niech   Francuzi   sami   decydują,   jak   wielka   ma   być 

dewastacja.

— Tak. I sądzę, że do bombardowań trzeba się będzie uciekać w ostateczności. Francuzi na 

Korsyce bardzo chętnie przyjmują naszą broń i dostawy. Aż za chętnie.

— Aż za chętnie? Jak to rozumieć?
Donovan chwilę wahał się z odpowiedzią, ale wreszcie rzekł:
— Kiedy zaczyna się taniec z diabłem, trzeba pamiętać, że nie przestaje on nim być i ma 

swoje własne, diabelskie intencje.

— Na czas po wojnie?

background image

— Nie wiem, czy muszę długo rozwodzić się nad tym, jednak tu, w Waszyngtonie, nietrudno 

znaleźć osoby niezbyt zachwycone tym, że zbroimy komunistów.

Canidy zmrużył oko.
— Ale alianci jako całość raczej nic nie mają przeciw temu. „Gdyby Hitler zaatakował piekło, 

w Izbie Gmin poczyniłbym co najmniej jakąś pochlebną wzmiankę o diable”.

Donovan uśmiechnął się.
—   Tak   mówi   Churchill.   Istotnie,   nawet   jeśli   z   niejakim   ociąganiem,   to   jednak   alianci 

akceptujątaką   strategię.   Sukces   Maąuis   ma   wielkie   znacznie   dla   powodzenia   sił   atakujących 
Francję, jakiekolwiek one będą. I to właśnie przyczyna, majorze Canidy, dla której wezwałem 
pana tutaj.

Canidy   usiłował   poskładać   wszystkie   elementy,   ale   czegoś   mu   brakowało.   Zobaczył,   że 

dyrektor BSS wpatruje się w niego.

— Być może rozczaruję pana, jednak muszę wyznać, że nie do końca za panem nadążam. 

Trzeba   wspierać   ruch   oporu   we   Francji,   w   porządku,   cały   jestem   za   tym,   wezmę   udział   w 
szkoleniu,  przygotowaniu  przerzutów,   ale  przecież  to  wszystko  mógłby  pan  zlecić  w trybie: 
„Ściśle tajne, do rąk własnych”, w efekcie czego byłbym teraz razem ze Stanem w drodze do 
Algieru.

— Tyle że ty nie pojedziesz do Francji.
Canidy nie potrafił ukryć zdziwienia.
— Byłem pewien, że właśnie coś takiego pan…
Donovan uciszył go krótkim gestem.
— Jak myślisz, Dick, dlaczego rozmawiamy tutaj we dwóch?
— Przypuszczałem, że… no, że trochę da mi pan popalić.
— Skoro jednak okazało się, że nie, nie czujesz się trochę zdziwiony?
Canidy tylko wzruszył ramieniem, bo już przed chwilą dał wyraz zdziwieniu.
— Ściągnąłem cię w taki, a nie inny sposób… — ciągnął z delikatnym uśmieszkiem dyrektor 

— …aby wszyscy sądzili, że istotnie marn do ciebie pretensję. W tej sytuacji, jeśli znikniesz z 
Whitbey House, nikt nie będzie specjalnie zaskoczony.

— Zniknę?
Donovan chwilę zwlekał z odpowiedzią, zapatrzony w kieliszek.
— Dobrze wiesz, że są ludzie niechętni BSS. I to nie po stronie naszych przeciwników, po 

naszej stronie, niekiedy bardzo wysoko w hierarchii władzy. Jednym z naszych protektorów jest 
prezydent Stanów Zjednoczonych.

— Mogłoby być gorzej, sir.
— Zapewne, ale takie kontakty często, a nawet bardzo często powodują niesnaski, szczególnie 

gdy otrzymujemy rozkazy bezpośrednio od pana prezydenta. Z tego powodu bardzo wiele osób 
nie rozumie, dlaczego tak zależało nam na workach, w których — jak się powszechnie uważa — 
był  głupi  piach.  Z tego  powodu bardzo  wiele  osób nie  rozumie,  dlaczego  takie  ważne  było 
wyrwanie z Niemiec profesora Dyera. I teraz bardzo wiele osób nie będzie rozumiało, dlaczego 
jest tak ważne, abyś udał się na Sycylię i tam organizował siatkę ruchu oporu.

— Na Sycylię?
—   Generał   Eisenhower   bardzo   wyraźnie   oznajmił   w   kwaterze   głównej   sił   alianckich   w 

Algierze, że zanim nastąpi inwazja na Sycylię, nie życzy sobie naszej — Biura — tam obecności. 
Obawia się, że gdyby jakaś z naszych operacji się nie udała, niepotrzebnie przyciągnęłoby to 
uwagę Mussoliniego i Hitlera.

— Rozumiem zatem, że atakujemy Francję od południa?
Donovan zignorował to pytanie.

background image

— W Waszyngtonie włoską sekcją wywiadowczą BSS kieruje bardzo zdolny i bardzo młody 

oficer wojsk lądowych o nazwisku Corvo. Poczynania sekcji jak na razie ograniczają się do 
zbierania   informacji   o   Sycylii   i   Włoszech   od   wszystkich:   na   turystach   zaczynając,   a   na 
nienawidzących   Mussoliniego   uciekinierach   z   Włoch   kończąc.   Pomagają   w   sporządzaniu 
dokładnych map, kompletowaniu listy ważnych strategicznie obiektów. Oczywiście niektórym 
chłopcom   z   wywiadu   marzą   się   operacje   specjalne,   ale   wtedy   powołujemy   się   na   zakaz 
Eisenhowera. Masz zatem zorganizować na Sycylii siatkę ruchu oporu, tak aby nie dowiedzieli 
się o tym Włosi, Niemcy, nasza sekcja wywiadu włoskiego, a przede wszystkim — Ike.

— Rozumiem, sir.
— Nie będzie łatwo. Sycylijczycy nienawidzą wprawdzie faszystów, ale niewiele to zmienia 

w ich generalnej niechęci do obcych. Jakoś będziesz musiał się z nimi ułożyć, gdyż absolutnie 
niezbędne są nam informacje, którymi moglibyśmy udobruchać Eisenhowera w wypadku, gdyby 
niespodziewanie dowiedział się o czymś, o czym przynajmniej na razie nie powinien wiedzieć. 
— Donovan spojrzał spod oka na Canidy’ego, a kiedy ten w milczeniu przytaknął, ciągnął: — 
Twoją przykrywką będzie wyciąganie kolejnego naukowca, Artura Rossiego, Sycylijczyka, który 
także   specjalizuje   się   w   metalurgii.   Co   więcej,   dobrze   zna   badaczy,   których   uczniowie   są 
niesłychanie ważni dla USA.

— Na przykład?
Donovan   znowu   skupił   uwagę   na   whisky;   widać   było,   że   nie   ma   ochoty   bezpośrednio 

odpowiadać na to pytanie.

—   Kiedy   przyjdzie   na   to   czas,   dowiesz   się   tego,   a   także   czemu   są   tak   ważni.   Na   razie 

wystarczy tyle, że jak mówi Dyer, blisko współpracował z Rossim, gdy obaj byli w Rzymie 
wizytującymi   profesorami.   Obawiamy   się,   że   kiedy   Niemcy   powiążą   Rossiego   z   Dyerem   i 
innymi znikającymi naukowcami, jego życie znajdzie się w niebezpieczeństwie. Jeśli już nie jest.

— Rozumiem.
— Trudność polega przede wszystkim na tym, że nie mamy tam żadnych kontaktów, a to 

oznacza konieczność nawiązania kontaktów z nieufnymi Sycylij…

Rozległo się pukanie do drzwi i Donovan urwał.
W   progu   stał   starszy   sierżant   sztabowy   Ellis,   a   obok   niego   elegancki,   mniej   więcej 

trzydziestoletni mężczyzna w ciemnym, dwurzędowym garniturze i białej koszuli z błękitnym 
krawatem oraz taką samą chusteczką w kieszonce. W prawym ręku trzymał brązową teczkę. Był 
przeciętnego   wzrostu,   miał   bladą   cerę,   lśniące,   czarne,   gładko   zaczesane   włosy   i   starannie 
wypielęgnowany wąsik.

— Major Gurfein, sir — oznajmił Ellis. — Antonio informuje, że może podawać za piętnaście 

minut.

— Dzięki, Szefie — powiedział Donovan i wstał, robiąc zapraszający gest. — Proszę, Murray, 

przyłącz się do nas.

Śladem dyrektora podniósł się Canidy.
Donovan uścisnął rękę Gurfeina, a potem obrócił się do Canidy’ego.
— Murray Gurfein, Dick Canidy. Dick, Murray.
Podali sobie ręce.
Donovan spojrzał życzliwie na Gurfeina.
— Napijesz się czegoś, Murray? Dick serwuje whisky.
— To na pewno mi się przyda — odparł z uśmiechem Gurfein.

* * *

background image

Dick przyniósł drinka i wręczył go Gurfeinowi. Donovan podniósł swój kieliszek.
— Za nasze miecze!
— Za nasze miecze! — powtórzyli zgodnie obaj pozostali.
— Niezłe, prawda? — spytał Donovan, kiedy przełknęli.
— Bardzo dobre — odrzekł Gurfein.
— Trzeba ci wiedzieć, Dick — zwrócił się Donovan do Canidy’ego — że ostatnim razem 

zdarzyło nam się pić whisky z Murrayem w przyjemnym, cieszącym się niejaką sławą barze 
hotelowym na Manhattanie, gdzie zjawiają się znane postacie, włącznie z burmistrzem Fiorello 
La Guardią. Towarzyszył nam prawnik, Moses Polakoff.

Mina Canidy’ego informowała, że to nazwisko nic mu nie mówi.
— Charles Luciano? — spytał Donovan.
Canidy pokręcił głową.
— „Lucky” Luciano? „Szczęściarz”? — podrzucił Gurfein.
Canidy uniósł z niedowierzaniem brwi.
— Szef mafii? Czy on nie siedzi?
Gurfein przytaknął.
— Od trzydziestu do pięćdziesięciu; dzieło mojego poprzedniego pracodawcy.
—   Zanim   Murray   nas   zasilił   —   wyjaśnił   Donovan   —   pracował   w   Wydziale   do   spraw 

Przestępczości   Zorganizowanej   nowojorskiego   biura   prokuratora   hrabstwa   Nowy   Jork. 
Prokurator   okręgowy,   Tom   Dewey,   wykonał   znakomitą   robotę,   walcząc   z   przestępczym 
podziemiem. Z Dutchem Schulzem, Waxeyem Gordonem, Legsem Diamondem.

— Luciano poszedł siedzieć w trzydziestym szóstym — dorzucił Gurfein — za zmuszanie 

kobiet do prostytucji.  Bronił  go Moses Polakoff. Aż do ostatniego  maja  Luciano  siedział  w 
Dannemora; potem załatwiliśmy mu przeniesienie do Great Meadow.

— Dlaczego? — spytał Canidy.
— Właśnie z tego powodu Murray jest tutaj — wyjaśnił Donovan. — Kiedy prowadził swój 

wydział, doszło do niezwykłej sytuacji, którą może będziesz mógł wykorzystać.

— Mam prosić o pomoc gangstera–makaroniarza?
Donovan spojrzał przeciągle na Canidy’ego.
— Czas zatańczyć z innym diabłem, Dick. — Zerknął na zegarek, a potem na Gurfeina. — To 

co? Opowiesz o wszystkim, Murray? Ale to już przy obiedzie.

Dwa

Manhattan Beach, Floryda
27 lutego 1943 roku, 03:30

Kurt   Bayer   i   Rolf   Grossman,   wspomagani   przez   Richarda   Kocha   i   Rudolfa   Cremera, 

pięćdziesiąt metrów od plaży, już za linią wydm, wykopali dwa doły, w których ukryli stalowe 
pojemniki,   wcześniej   opróżniwszy   je   z   materiałów   wybuchowych,   detonatorów,   pistoletów, 
amunicji, dolarów i ubrań.

Koch bardzo żałował, że nie widział reakcji kapitänleutnanta Hansa–Günthera Brosina, gdy 

ten zobaczył, że w ostatniej z powiązanych gumowych łódek znajduje się skrępowany żołnierz 
amerykańskiej Straży Przybrzeżnej.

Znaczą część dołów zasypali łopatkami, ale gdy zostało już tylko trzydzieści centymetrów 

głębokości, cisnęli narzędzia na pojemniki i dokończyli pracę rękami.

background image

Wyprostowali się, narzucili na plecy ciężkie torby, wyregulowali paski i ruszyli na południe 

wzdłuż   pasma   wydm:   przodem   Koch  z   Bayerem,   jakieś   dziesięć   kroków  za   nimi   Cremer   z 
Grossmanem.

Plan przewidywał, że obie pary możliwie szybko rozłączą się. Możliwie szybko — to znaczy 

zaraz po tym, jak przetransportuje ich ford sedan rocznik 1935, dostatecznie duży, by pomieścić 
całą czwórkę, a załatwiony przez Kocha za pośrednictwem dawnego znajomego.

Samochód stanowił swego rodzaju luksus, w każdym razie nie był absolutnie nieodzowny: 

wszyscy znali topografię terenu i w razie konieczności potrafili samodzielnie wytyczyć swoją 
marszrutę, jednak dla Kocha rozwiązanie to miało szczególny charakter.

Przez   trzy   lata   nieukończonych   studiów   inżynierskich   na   Florida   State   University   w 

Tallahassee Richard Koch dorywczo pracował dla browaru z Jacksonville, rozwożąc beczki i 
skrzynki z Auggie Busch po barach w nadmorskich miejscowościach hrabstwa Duval: Manhattan 
Beach, Jacksonville Beach i tak dalej aż po granicę w hrabstwem St. Johns.

Odbywał  takie  rundy trzy razy w tygodniu,  nawiązując liczne  znajomości  z barmanami  i 

restauratorami, ale najbliższą komitywę zawiązał z J. Whitem Stevensem, o przydomku „Jay”. 
Jay,   krępy   trzydziestolatek   ze   śmietanki   towarzyskiej   Filadelfii,   odziedziczył   po   swej 
ekscentrycznej babce małą knajpkę Pete’s Bar w Neptune Beach.

To   właśnie   z   powodu   babki   kilka   pokoleń   Stevensów   wakacje   zimowe   spędzało   w 

Jacksonville Beach. Śmiało sprzeciwiająca się poglądom swego otoczenia babka wszem wobec 
głosiła, że tłumy zapełniające takie miejscowości jak Palm Beach to nudni snobi. Bez wielkich 
sukcesów walczyła ze sztywniactwem u swego męża — dziadka Jaya, oraz syna — ojca Jaya, w 
każdym razie nikt się nie zdziwił, gdy owdowiawszy — jej małżonek zmarł na atak serca w 
swoim gabinecie wiceprezesa departamentu depozytów w Mellon Bank — przeniosła się na stałe 
do Jacksonville Beach, gdzie w kolejnym nonkonformistycznym akcie nabyła bar, aby mieć się 
czym zająć.

Ojciec   Jaya   także   pracował   u   Mellona,   osiągając   stanowisko   prezesa   działu   rachunków 

firmowych, wszyscy przeto oczekiwali, że także J. Whit pójdzie w ślady dziadka i ojca.

Takie  istotnie  były  jego pierwsze kroki. Skończył  zarządzanie  biznesem na University of 

Pennsylvania i zaraz po studiach został przyjęty do Mellon Bank.

Niezbyt  dobrze czuł się jednak w roli urzędnika, nużyły go wszystkie uroczyste imprezy. 

Zdarzało się, iż wstawał od zastawionego jadłem stołu podczas jakiejś uroczystej gali, wychodził, 
rozluźniał krawat i szedł zjeść stek z frytkami na 12 Ulicę.

Nie ulegało wątpliwości, że geny babki, ominąwszy pokolenie ojca, mocno oddziałały na 

wnuka, co ona zaakceptowała i w testamencie na niego scedowała swój bar, co potraktowała jako 
finalny akt rozluźniania więzów łączących ją ze Stevensami.

Akt nader skuteczny.
Kilka lat minęło już od jej pogrzebu, a była to ostatnia okazja, przy której Jay wystąpił w 

garniturze i pod krawatem. Obecnie z dumą paradował w znoszonych bojówkach, wypłowiałej 
koszuli kapitańskiej z epoletami i podniszczonej, błękitnej czapce greckiego marynarza, która 
zawsze zsuwała się na bok jego zmierzwionych włosów o barwie piasku.

Podobnie jak babka, także i jej wnuk był powszechnie lubiany, co w jakiejś mierze wynikało 

ze   zwyczaju,   by   witać   każdego   gościa   jowialnym   klepnięciem   w   plecy   —   uściskiem   zaś 
regularnych bywalców — a w jakiejś także z tego, że od czasu do czasu, gdy był „w dobrym 
humorze”, z jednej beczki kazał barmanom lać za darmo.

Biznes kręcił się dobrze. Stali klienci zapewniali dopływ  gotówki przez cały rok, a zyski 

stawały się naprawdę godziwe podczas dwóch szczytów sezonowych: od lipca do sierpnia i od 
połowy   listopada   do   początków   stycznia.   Mając   jeszcze   nad   barem   mieszkanie   z   dwiema 

background image

sypialniami, może nie najwytworniejsze, ale za to ze wspaniałym widokiem na plażę i Atlantyk, 
czegóż jeszcze miał wymagać Stevens od życia?

Chociaż robił wrażenie pogodnego luzaka, liczył jednak każdego dolara, dobrze wiedział, z 

którymi   dostawcami   najlepiej   współpracować,   miał   wyliczone,   jak   informacja   o   kolejnym 
przypływie „dobrego humoru” wpływa na zwiększenie liczby klientów. Co więcej, Jay znalazł 
też   kilka   sposobów   na   to,   aby   nie   wszystkie   dochody   znajdowały   się   w   rozrachunkach 
wędrujących do Bureau of Internal Revenue, dzięki czemu udało mu się odłożyć całkiem sporą 
sumkę na „ciężkie czasy” czy — jeśli zważyć na jej wielkość — „na bardzo ciężkie czasy”.

Zresztą dochody Jaya pochodziły nie tylko z baru. Był posiadaczem kilku klitek — tylko 

ściany i najbardziej nieodzowne sprzęty — ale wynajmował je bez trudu, gdyż znajdowały się tuż 
koło plaży. Popyt na nie utrzymywał się na wiosnę i w lecie, lecz w zimie nie było chętnych, od 
oceanu wiał bowiem przenikliwy wiatr, a jedynym  źródłem ciepła były drewniane piece. Jay 
trudnił się też dorywczo handlem samochodami.

Ponieważ w okolicy praca dorywcza była regułą, stolarze, malarze czy cieśle miewali krótsze 

lub  dłuższe   okresy  bezczynności,  a  najlepszym   pomysłem,   jaki   im  wówczas  przychodził  do 
głowy, było parę piw w Pete’s Bar. I tak stopniowo, bez rozgłosu Jay zaczął dawać pożyczki na 
poczet przyszłych zarobków, co niewątpliwie przyczyniło się do umocnienia jego popularności 
pośród wybranych.

Nie robił tego jednak tylko z potrzeby serca. Dostatecznie dobrze poznał już swoich klientów, 

aby wiedzieć, komu można pożyczyć, a komu nie, na dodatek gwarancją był tytuł prawny do 
samochodu delikwenta, w którego posiadanie wchodził Stevens z chwilą, gdy dług osiągał taką 
wielkość, iż jego spłacenie stawało się niemożliwe, bo — na przykład — dłużnik uporczywie nie 
mógł znaleźć pracy. W efekcie zdarzało się zatem, że Jay był właścicielem jednego, dwóch, a w 
porywach nawet sześciu samochodów.

Dwa czy trzy zawsze stały na parkingu przed barem — w trakcie dnia sugestia, że ktoś jest w 

środku, mogła skusić bywalców, po zmroku mogła odstraszyć kogoś o wyraźnie złych intencjach 
— inne, jeśli były, umieszczał koło plażowych domków.

Richard   Koch   nie   pobierał   żadnych   nauk   wprowadzających   w   arkana   zyskownych 

przedsięwzięć   —   otrzymał   surowe   wychowanie   w   rodzinie   silną   ręką   rządzonej   przez   ojca, 
mechanika samochodowego, który lepszych perspektyw poszukał, emigrując do Ameryki, lecz 
zdecydował się powrócić, gdy Richard miał dwadzieścia jeden lat — ale i on potrafił myśleć 
ekonomicznie.

Zawsze   miał   jakieś   zajęcie,   nigdy   nie   wydawał   więcej,   niż   zarabiał,   ba,   nawet   dzięki 

skrupulatnej codziennej oszczędności udało mu się odłożyć niebagatelną dla niego sumę trzech 
tysięcy dolarów. Nigdy nie musiał więc korzystać z kredytów Jaya, orientował się jednak w 
funkcjonowaniu   systemu.   Kiedy   więc   w   październiku   1941   wybierał   się   w   odwiedziny   do 
rodziny w Niemczech, poprosił Jaya, aby za małą opłatą zechciał przechować jego samochód. Co 
podszepnęło też rozwiązanie innego problemu. Nie będąc obywatelem USA, Richard nie palił się 
do przechowywania oszczędności w banku, gdyż obawiał się, iż mogą zostać skonfiskowane. A 
skoro   i   tak   już   miał   wykorzystać   znajomość   ze   Stevensem   do  przechowania   samochodu,   to 
czemu Jay nie miałby, nie wiedząc o tym, zaopiekować się też pieniędzmi?

Wystarczyło schować je w samochodzie.
Zapakował   banknoty   do  dwóch   toreb   z   grubego,  brązowego   papieru,   następnie   owinął   je 

czarną klejącą taśmą, a rozejrzawszy się po wnętrzu forda, za najlepszy schowek uznał tylne 
siedzenie.   Odłączył   je   od   podłogi,   przymocował   torby   do   metalowej   ramy,   i   z   powrotem 
umocował fotel w dawnym położeniu.

W   przeddzień   wyjazdu   zaparkował   samochód   przed   Pete’s   Bar,   zamknął   go,   przekazał 

background image

kluczyki   Jayowi   i   —   wyjechał,   nawet   nie   podejrzewając,   że   niebawem   Stany   Zjednoczone 
Ameryki Północnej znajdą się w stanie wojny z Niemcami, a on sam zostanie wcielony do armii.

* * *

W   grudniu   1942   roku   ze   sztabu   Abwehry   wysłano   rutynową   pocztę   do   Madrytu,   skąd 

hiszpański kurier dyplomatyczny doręczył ją do konsulatu w Nowym Jorku. Jeden z listów został 
dostarczony Evie Carr, jednej z zaufanych osób Fritza Kuhna, należącej do German–1American 
Bundi, a mieszkającej na Lower East Side.

Kiedy   nieefektownie   wyglądająca,   trzydziestopięcioletnia   brunetka   otworzyła   kopertę,   w 

środku znalazła inną, mniejszą, zaadresowaną:

Mr. J.W. Stevens
Pete’s Bar
117 1st St
Neptune Beach
Floryda
z adresem zwrotnym:
Richard Koch
General Delivery
Poczta Główna Nowego Jorku

„General Delivery” było angielskim odpowiednikiem francuskiego terminu „poste restante”, 

co znaczyło,  że  odpowiedź zwrotną  Richard  Koch  osobiście  odbierze  na poczcie;  dołączona 
notka nakazywała Evie Carr, aby nakleiła trzycentowy znaczek i wrzuciła list do jakiejkolwiek 
skrzynki w Nowym Jorku.

Gdyby Eva Carr otworzyła  mniejszą kopertę, znalazłaby w środku list napisany odręcznie 

przez Kocha, który po słowach: „Drogi Jayu!”, wypytywał następnie o zdrowie adresata, by na 
koniec oznajmić, że w ciągu najbliższych czterdziestu pięciu dni Koch zgłosi się do Stevensa, 
aby   odebrać   swój   samochód,   i   dlatego   dołącza   banknot   dwudziestodolarowy   (pochodzący   z 
zasobów niemieckiego kontrwywiadu), aby Jay zlecił komuś przegląd samochodu i zapewnienie 
jego zdatności dojazdy, sprawdzając stan akumulatorów, opon, benzyny itd. itd. List kończył się 
życzeniami powodzenia w nadchodzącym nowym roku.

Trzy

Szybkim krokiem, niemal truchtem, obie pary podążały na południe wzdłuż linii wydm. Kiedy 

dotarli do ścieżki łączącej plażę z parkingiem, zatrzymali się i uważnie sprawdzili, czy nie widać 
gdzieś jakiejś zakochanej pary lub zabłąkanego pijaka, i dopiero zorientowawszy się, że nikt nie 
może ich zobaczyć, kontynuowali marsz.

W pewnej chwili drogę przegrodził im ponadmetrowy płot i przez krótką chwilę debatowali, 

czy   szybciej   i   bezpieczniej   będzie   pokonać   parkan,   czy   też   obejść   go   od   strony   oceanu. 
Zdecydowali się na to pierwsze, przez następne trzy kwadranse maszerując na południe.

Potem natrafili na kolejną prowadzącą na plażę ścieżkę i słup z informacją:

background image

PLAŻA BEZ RATOWNIKÓW!

KĄPIEL NA WŁASNE RYZYKO!

RADA MIEJSKA ATLANTIC BEACH

Szczególnie ta ostatnia informacja była ważna dla Kocha, gdyż potwierdzała słuszność jego 

oceny topograficznej. Poczekał, aż dołączą do nich Cremer i Grossman; po chwili wynurzyli się z 
mroku, nieco zmęczeni.

— To… — Cremer urwał, aby nabrać oddechu — … to już tutaj?
— Ta dróżka powinna wychodzić na 16 Ulicę — szepnął Koch. — A jeśli tak, to jakieś 

pięćset metrów stąd, tam… — palcem wskazał na południe i odrobinę w głąb lądu, za małą kępę 
drzew — …są domki plażowe.

— Chodźmy — sapnął Grossman i ruchem ręki popędził Kocha.

* * *

Za   grupką   sosen   i   karłowatych   palm   zobaczyli   stojące   obok   siebie   dwa   sześciokątne 

budyneczki, ustawione na palach, prawie dwa metry nad piaskiem plaży i spoglądające na ocean. 
Koch wiedział, że należą do Jaya Stevensa, gdyż sam je dwa czy trzy razy wynajmował.

Były zbudowane z podniszczonych desek, które przykryto zardzewiałymi obecnie blaszanymi 

dachami.   Okiennice   były   zamknięte,   nawet   w   ciemności   łatwo   było   się   zorientować,   że   to 
sezonowe pomieszczenia, które naprawia się tylko wtedy, gdy nijak nie można sobie poradzić z 
uszkodzeniem, nie myśląc o stałej ich konserwacji i regularnych remontach.

Koch wyciągnął ze skórzanej kabury pistolet półautomatyczny, bardziej wyczuł, niż zobaczył, 

że jego ludzie robią to samo, i zaczął się podkradać do najbliższego domku.

Piasek pod stopami twardniał z każdym krokiem, u dołu schodków rosła nawet wątła trawa. 

Koch rozejrzał się w nadziei,  że na jednym  z wyłożonych  skorupami  miejsc, gdzie Stevens 
stawiał przetrzymywane tu samochody, zobaczy swego forda rocznik 1935, ale nadzieja okazała 
się płonna; nie było w ogóle żadnych samochodów. Trochę go to zirytowało, gdyż stało się jasne, 
że będzie musiał się udać do Pete’s Bar i na miejscu porozmawiać z Jayem.

Na   pomoście   u   szczytu   schodów   znalazł   klucz   za   framugą   drzwi,   jak   tego   oczekiwał.   Z 

niejakim wysiłkiem otworzył zamek, na którym widać było wyraźne ślady rdzy, potem przekręcił 
kulkę klamki, ale drzwi nie ustąpiły.

„Kurczę,   ta   cholerna   buda   się   krzywi   i   drzwi   się   zablokowały   we   framudze.   Jak   zacznę 

szarpać, wszystko jeszcze może się zawalić. Trudno, raz kozie śmierć!”.

Naparł barkiem na drzwi, potem rzucił się na nie, a wtedy ustąpiły, straszliwie skrzypiąc w 

zawiasach.

* * *

W środku było ciemno choć oko wykol.
Koch odszukał przycisk kontaktu, ale nic się nie zmieniło. To bardzo pasowało do Jaya — 

wyłączyć elektryczność w ramach oszczędności; podobnie mogło być z wodą. Nagle oślepiło go 
światło; to Grossman włączył latarkę i oświetlił wnętrze domku. Koch zmrużył oczy, a kiedy 
wzrok nawykł do blasku, kurz i pajęczyny upewniły go, że już od dawna nikt tu nie przebywał.

Przeszli teraz do kuchni, która stanowiła część głównego pomieszczenia; kiedy okiennice były 

podniesione, odsłaniał się widok na ocean. Z małego korytarza było przejście do dwóch sypialni i 

background image

łazienki. Wszyscy rozeszli się, aby sprawdzić, czy na pewno nikogo więcej nie ma, potem wrócili 
do głównego pomieszczenia, w którego centrum złożyli na podłodze swe torby.

Przyświecając sobie latarką, Koch sprawdził zawartość szafek w kuchni. Znalazł sól i paczkę 

świec. Ustawił jedną na stole, przytknął zapałkę, a potem wydobył z kieszeni paczkę derby i 
przypalił papierosa, gdyż teraz nareszcie można to było zrobić bez żadnego ryzyka.

— Jak tylko zrobi się jasno, natychmiast pójdę po samochód — powiedział Koch. — Wy się 

kładźcie. Ja potrzymam wartę.

— Nie, sir, pan niech się położy — sprzeciwił się Bayer. — Ja popilnuję. — Koch chciał 

zaprotestować, ale Bayer nie dopuścił go do słowa. — Mogę się zdrzemnąć, jak pan pójdzie po 
samochód. Wszyscy musimy być wypoczęci.

Grossman   prychnął,   najwyraźniej   uznawszy,   że   Bayer   podlizuje   się   Kochowi,   ten   zaś 

pomyślał, iż o wiele lepiej nie mieć za partnera Grossmana, bezwzględnego snajpera, który z 
równą łatwością podrzynał gardła.

— Tak, masz rację — zgodził  się Koch, dokończył  papierosa, zgasił, ułożył  poduszki na 

swojej   leżance   i   po   chwili   już   spał,   chociaż   na   wszelki   wypadek   nie   wypuścił   z   dłoni 
zabezpieczonego pistoletu.

Cztery

Neptune Beach, Floryda
27 lutego 1943 roku, 08:10

Richard Koch kroczący szybko Ocean Driver zrzucił z głowy kaptur kurtki. Naciągnął go dla 

ochrony przed zimną bryzą, gdy godzinę wcześniej opuszczał domek na plaży, teraz jednak był 
już nieco spocony. Oprócz grubej, szarej kurtki z napisem FSU miał na sobie jeszcze tenisówki i 
czarne spodnie.

„Jeden   z   miejscowych   na  spacerze”   —  myślał,   wciskając   dłonie   do  kieszeni.   „Tyle   że   z 

waltherem P38”.

Minął skrzyżowanie i poszedł na południe 1 Ulicą. Zobaczył szyld Pete’s, ale im bliżej był 

lokalu, tym bardziej rósł jego niepokój, gdyż żadnym z dwóch zaparkowanych tam samochodów 
nie  był   ford  sedan  1935.  Jednym  był  pikap  chevrolette  z  roku  1930,  z   wyblakłym  napisem 
HYDRAULIKA   STANA   na   żółtych   drzwiach,   czarnymi   zderzakami   (przedni   wyraźnie 
wgnieciony)   i   zardzewiałym,   metalowym   stelażem   z   tyłu,   umocowanym   dla   podtrzymania 
długich rur. Koch nie wiedział, czy słusznie, ale pikap kojarzył mu się z widokiem faceta, który 
na całego rzygał w toalecie, trzymając się za brzuch i stękając.

Koch bardzo lubił forda, nawet jeśli ten ustępował chevy’emu okazałością. Lubił jego wysoką, 

chromowaną   maskę   z   dwoma   wielki   reflektorami,   lubił   stylizowany,   powtórzony   także   na 
tabliczce emblemat V–8.

„No i pod tylnym siedzeniem miał kupę forsy!”.
Obszedł budynek i zaczął wchodzić po schodach przeciwpożarowych, dudniących pod jego 

stopami.

„Jeśli J. Whit dotąd jeszcze spał, to na pewno już się zbudził”.
Numer adresowy 117 A na framudze poczerniał od słońca, biedne A zwisało na lewej nóżce 

szczytem do ziemi, gdyż dwa pozostałe gwoździe wypadły.

„Zdaje się, że podobnie troszczy się o swój dom, jak o tamte rudery na plaży”.
Zapukał, od czego A się zakołysało.

background image

W środku słychać było poruszenie, odgłos kroków podchodzących do drzwi, a następnie zza 

nich głos Stevensa:

— Kto tam?
— Jay,  to  ja, Richard  Koch. Przepraszam,  że przeszkadzam  ci w niedzielę  rano, ale  czy 

możemy porozmawiać?

Po dłuższej chwili szczęknął zdejmowany łańcuch, klamka się przekręciła i w uchylonych do 

połowy drzwiach ukazał się Stevens, z dymiącą filiżanką kawy w ręku.

— Richard Koch? — powtórzył, lustrując spojrzeniem przybysza.
— Rozwoziłem produkty Buda, pamiętasz? I zostawiłem u ciebie forda.
Stevens przez chwilę jakby nie mógł sobie przypomnieć, ale później oczy rozbłysły.
— Aaa, ten Richard Koch.
— Wiesz, chodzi mi o samochód — powiedział Richard, uśmiechając się najprzyjaźniej, jak 

tylko potrafił.

— Wejdź, proszę — rzekł Stevens i cofnął się w głąb przedpokoju, a kiedy Richard go mijał, 

poczuł klepnięcie w bark i usłyszał: — Miło cię znowu zobaczyć.

Koch nigdy dotąd nie był w mieszkaniu Stevensa i dlatego kompletnie zaskoczył go widok 

czystego, wręcz wymuskanego, ze smakiem umeblowanego wnętrza. Wielka sofa, w komplecie z 
nią dwa fotele na biegunach, małe, gustowne stoliki pod kawę, na ścianach obrazy, na podłodze 
gruby indyjski dywan z wymyślnym deseniem czerwono–złoto–czarnym, pod ścianą kredens z 
szybkami z rżniętego szkła, a za nimi kosztowna chińska porcelana i szklane bibeloty, w części 
kuchennej pięknie wykończony stół. Z radia sączyły się dźwięki muzyki — Czterech pór roku 
Vivaldiego,   obok   dzbanka   z   kawą   leżał   najwyraźniej   czytany   przed   chwilą   numer   „Floryda 
Times–Union” z wielkim tytułem na pierwszej stronie: ATAKI U–BOOTÓW RZADSZE, ALE 
STRATY CIĄGLE WIELKIE: 300 000 TON W OSTATNIM MIESIĄCU!!!

Stevens podszedł do wschodniej ściany, a kiedy poruszana system krążków kotara zrolowała 

się   do   góry,   za   oknem   pokazała   się,   zapierająca   dech   w   piersiach,   panorama   oceanu   z 
promieniami słońca, które przedzierały się między rzedniejącymi chmurami.

Stevens zapatrzył się w okno i spytał przez ramię:
— Napije się pan kawy?
— Nie, dziękuję. Nie chciałbym przeszkadzać, mam nadzieję, że wszystko szybko załatwimy.
— To proszę usiąść.
— Dostał pan mój list? — spytał Koch, który nie skorzystał z zaproszenia.
Stevens odwrócił się od okna.
— Ten z banknotem dwudziestodolarowym? Tak. Tylko że…
Zawiesił głos.
— Tylko że? — powtórzył zaniepokojony nie na żarty Koch.
— Sytuacja odrobinę się zmieniła
— Co się stało? Ktoś go ukradł? Zniszczył?
— Proszę się nie gorączkować. Mam coś dla pana, ale na chwilę muszę przeprosić.
Stevens   odstawił   filiżankę   na   stół,   przeszedł   przez   pokój,   otworzył   drzwi   w   rogu   części 

kuchennej, a ponieważ zostawił je uchylone, Richard mógł dostrzec nogi łóżka. Podszedł do 
okna, popatrzył  na ocean,  odruchowo zastanawiając  się, gdzie  też  może  kryć  się jakiś okręt 
podwodny, a po chwili znowu usłyszał kroki Stevensa i głos:

— Proszę.
Odwrócił się. Stevens wyciągnął właśnie z grubej, brązowej teczki kopertę osiem na dziesięć z 

napisem   R.   KOCH   i   trzymał   ją   w   wyciągniętej   ręce.   Richard   wziął   ją,   nacisnął   plastikowy 
spinacz,   otworzył   i   zajrzał   do   środka,   gdzie   zobaczył   swój   list   ze   sterczącą   z   niego 

background image

dwudziestodolarówką, jakiś rachunek i ściśnięty opaską plik banknotów, zdaje się pięćdziesiątek.

— Osiem tysięcy czterdzieści pięć dolarów po odjęciu kosztów pośrednictwa — oznajmił z 

dumą Stevens, kiedy Richard wyciągał pieniądze. — Naprawdę dobra cena.

Koch nerwowo wyciągnął rachunek i zaczął go rozkładać.
— Sprzedał pan mój samochód? — wykrzyknął oburzony.
— Trafiła się okazja.
— Ale… ale kto panu pozwolił? Z pewnością nie ja! I co ja teraz zrobię?
Stevens przekrzywił głowę i przyglądał mu się spod oka.
— Nie potrzebowałem pańskiego pozwolenia. Prawo zezwala mi na to, gdy właściciel nie 

pokryje kosztów przechowania i konserwacji.

— Przecież… przecież umawialiśmy się!
—   Koszty   rosły.   A   poza   tym   dostałem   naprawdę   dobrą   cenę.   Raczej   oczekiwałbym 

podziękowań.

— Powinienem cię zastrzelić! — wybuchnął Koch i nawet pomyślał, żeby wydobyć walthera, 

ale w porę się pohamował. Wystraszony Stevens cofnął się o krok i bacznie przyglądał się, jak 
Koch wyciąga z kieszeni spodni pogniecioną paczkę papierosów z czarnym łbem konia i napisem 
Derby. Koch zaciągnął się głęboko, a potem zerknął na rachunek.

— Tam są szczegóły, suma, odliczenia i tak dalej. Miał pan się zgłosić wcześniej, a skoro 

nie…

— Gdzie mój samochód? — z naciskiem spytał Stevens. — To znaczy chodzi mi o to, kto go 

kupił.

Stevens   otworzył   usta,   żeby   coś   odpowiedzieć,   zamknął   je,   chwilę   myślał,   ostatecznie 

wzruszył ramionami.

— Nie muszę udzielać takich informacji, ale… W każdym razie mogę poszukać w papierach.
— Jak długo to potrwa?
—   Godzinę,   może   mniej.   Sprzedałem   go   pół   roku   temu,   więc   będzie   trochę   szperania. 

Naprawdę potrzebne to panu?

„Ma rację. Pół roku — co zrobię z informacją, nawet jak ją otrzymam? Trzeba by dopiero 

szukać faceta. Potrzebne mi cztery kółka”.

— W takim razie potrzebny mi jest samochód, i to natychmiast!
— Hm — zafrasował się Stevens. — Niestety nie mam w tej chwili żadnego na zbyciu.
— Cholera jasna!
— Bardzo mi przykro…
— Zaraz! — zawołał Koch, który przypomniał sobie parking. — A ten wóz przed barem?
Stevens zmarszczył brwi.
— Przed barem? Zaraz, zaraz, na pewno nie mój, może ktoś z klientów był za bardzo pijany i 

wolał wrócić pieszo… Skoro nie mój, to nie mogę.

Koch patrzył na niego, mrużąc oczy. „Mogę go po prostu ukraść”.
— Ale, ale, mam przecież pikapa. Co pan na to?
Wahanie trwało tylko moment.
— Dobra, kluczyki.
— Muszę jednak uprzedzić…
— Niech pan daje te kluczyki.
Stevens podniósł obie dłonie.
— Dobrze już, dobrze. A żeby nie miał pan pretensji o tego forda, zaoferuję panu korzystną 

cenę.

„Nawet nie wiesz, jak korzystną” — pomyślał Koch.

background image

— Chwilkę, muszę wyjąć kluczyki z sejfu.
W   drzwiach   sypialni   stanął   Stevens;   trzymał   w   dłoni   chromowanego   smitha   &   wessona 

kaliber .38 i celował z niego w Kocha.

* * *

Słysząc kroki na schodkach, Rudolf Cremer podszedł do drzwi z pistoletem w ręku. Uchylił je 

i cofnął, widząc przed sobą Roberta Kocha. W środku było jasno, gdyż jedna okiennica została 
otworzona.   Przy   kuchennym   stole   siedział   Rolf   Grossman   i   kończył   właśnie   składać   swego 
walthera, którego wcześniej rozebrał, dokładnie oczyścił z piasku i naoliwił.

Agenci zrzucili czarne stroje i mieli teraz na sobie lżejsze, bardziej codzienne ubrania. Na 

podłodze   rozłożyli   zawartość   toreb:   zapalniki,   opóźniacze,   najróżniejsze   lonty   o   różnych 
kształtach, ampułki z kwasem siarkowym, opakowania z amunicją 9 mm oraz pliki pieniędzy, 
wszystko dokładnie podzielili i z powrotem zapakowali. Kurt Beyer spojrzał znad swojej torby i 
znieruchomiał, spostrzegłszy zakrwawiony materiał, którym obwiązane było lewe udo Kocha.

— Donnerwetter! — sapnął. — Co się stało?
Leciutko utykając, Koch podszedł do pryczy i ciężko na niej usiadł.
— Nic — stęknął. Popatrzył na pakunki na podłodze. — Za ile wszyscy mogą być gotowi?
Cremer i Grossman poderwali się na równe nogi.
— A co, trzeba jak najszybciej? — spytał Cremer, nerwowo spoglądając na drzwi. — Coś 

nam grozi?

Koch pokręcił głową.
— Nie, spokojnie. Ale musimy się zbierać jak najszybciej.
Grossman wskazał nogę Kocha i spytał:
— Co takiego zrobiłeś, do cholery?
Koch popatrzył na niego zimno.
— Odwal się, powiedziałem, że wszystko w porządku. — Koch odwinął szmatę — Bayer 

rozpoznał w niej kawałek T–shirta — i ukazało się przedziurawione na wylot udo.

— Weszło i wyszło — rzeczowo oznajmił Koch. — Kość nietknięta, ścięgna w porządku, 

krwawienie już się skończyło, teraz trzeba jeszcze tylko oczyścić.

Grossman nachylił się, obejrzał ranę i powtórzył:
— Co takiego zrobiłeś, do cholery? — kiedy Koch nie odpowiedział, ciągnął: — Musimy 

wiedzieć, co nam grozi, kiedy się już rozłączymy.

— Ma rację — dodał Cremer. — Będą nas szukać?
—   W   porządku   —   wetchnął   Koch.   —   Poszedłem   więc   do   tego   faceta,   który   miał   mój 

samochód…

* * *

J. Whit Stevens trzymał w prawej ręce pięciostrzałowego banker’s special.
— Nie miałem żadnych  skrupułów, żeby sprzedać tego forda, po tym  jak dostałem list z 

dwudziestodolarówką. Wtedy zrozumiałem, że kroi się tu coś bardzo podejrzanego.

Koch zacisnął rękę na kolbie walthera, czekając na odpowiednią chwilę, żeby go wydobyć. 

Stevens inaczej zinterpretował jego milczenie.

— Nie rozumiesz, o co mi chodzi, prawda?
Koch wzruszył ramionami.

background image

— Nie mam najmniejszego pojęcia. Czy nie lepiej, żeby opuścił pan tę pukawkę, bo jeszcze 

komuś stanie się krzywda?

—  Już  wcześniej   coś mi  się  w tobie   nie  podobało,  ale  ten  banknot…  Jest  to  seria   Gold 

Certificate   z   roku   1928.  Od   kilku   lat   wycofana   z   obiegu.   Łatwo   ją   rozpoznać   po   tym,   że 
pieniądze są o jakąś jedną trzecią większe od używanych obecnie.

„Kurwa   mać!!!   Abwehra   wcisnęła   nam   lipne   pieniądze!!!”   —   pomyślał   Koch,   a   głośno 

powiedział:

— Jak to większe? Nie, nie, to musi być jakaś pomyłka.
— Nie ma żadnej. Pokaż no, koleżko, te swoje papierosy.
Koch znowu wzruszył ramieniem i lewą ręką wyciągnął z kieszeni paczkę derby. Stevens 

wskazał na nią lufą pistoletu.

—   Przed   wojną   trochę   jeździłem   po   Europie:   Anglia,   Francja,   Austria,   Niemcy.   Takie   z 

czarnym łbem dostać można tylko w Niemczech, Herr Koch.

Nic nie odpowiadając, Koch wstrząsnął paczką  tak, iż w zrobionym  na szczycie  otworze 

pokazał   się   jeden  papieros,   a   gdy  Stevens  odruchowo   po  niego   sięgnął,   cisnął   mu   w  twarz 
opakowanie.

Trzydziestka   ósemka   Stevensa   wypaliła.   Koch,   czując   przenikliwy   ból   w   lewym   udzie, 

wyrwał z kurtki prawą rękę, a jednocześnie prawym kolanem ugodził Stevensa w krocze. Ten z 
chrapliwym stęknięciem zgiął się wpół; lufa walthera znalazła się za jego lewym uchem i Koch 
pociągnął za spust.

Z dziury w szczycie czaszki trysnęła krew zmieszana z szarą masą mózgu; Stevens zwalił się 

na dywan, na którym natychmiast zaczęła się formować ciemna kałuża.

* * *

— …wziąłem więc kluczyki i przyjechałem do was — zakończył Koch.
Dla siebie zachował informację o dwunastu tysiącach dolarów — oszczędnościach J. Whita 

Stevensa — które wyjął z sejfu w sypialni wraz z kluczykami do pikapa.

—  Scheisse!  — syknął Cremer. — Nie minęła jeszcze doba od wylądowania, i już nie ma 

jednego strażnika wybrzeża, a właściciel baru nie żyje. Grunt to nie zwracać na siebie uwagi.

— Nie ma czasu, trzeba się zmywać! — wykrzyknął Grossman i zaczął dopinać swoją torbę.
— Jasne — zgodził się Koch. — Pięć minut na dezynfekcję postrzału i jestem gotów.

* * *

Dziesięć minut później, upewniwszy się, że nie zostawiają żadnych dekonspirujących śladów, 

czterej mężczyźni wyszli z domku. Cremer znieruchomiał na szczycie schodów.

— I to ma się nie rzucać w oczy? Niech cię cholera — powiedział, wskazując na stojącego na 

utwardzonym   miejscu   parkingowym   pikapa   z   krzykliwymi   żółtymi   drzwiami   reklamującymi 
hydraulika.

Koch zrobił bezradny gest mówiący, że nie miał wielkiego wyboru, rzucił torbę pod plandekę 

i usiadł za kierownicą. Cremer wymienił spojrzenie z Grossmanem, obydwaj się skrzywili, ale 
bez słowa pobiegli na tył wozu i wskoczyli na skrzynię, układając się na płask, aby jak najmniej 
było ich widać.

Koch włączył silnik, który dwa razy zakrztusił się, a potem zaskoczył. Za wolno toczącym się 

samochodem pobiegł Bayer, rzucił torbę na skrzynię, trafiając przy tym w głowę Grossmana, i 

background image

wskoczył na siedzenie obok Kocha.

Pikap przyspieszył, chrzęszcząc oponami po muszlach.

background image

IV

Jeden

Q Street, NW
Waszyngton, DC
2 marca 1943 roku, 18:50

— Luciano to bardzo ciekawy przykład żywego kłębka sprzeczności — powiedział Gurfein i 

ze smakiem spożył następny kęs pieczonej polędwicy wołowej.

Już niemal godzinę Canidy,  Gurfein i Donovan delektowali się obiadem, siedząc w małej 

jadalnej przestrzeni przylegającej do kuchni. Stół we właściwej jadalni z jakichś względów był 
wykorzystywany   jako   konferencyjny   i   zaściełające   go   papiery   oraz   mapy   uniemożliwiały 
wykorzystanie mebla do celów biesiadnych.

Z miejsca, gdzie obecnie  siedzieli,  roztaczał  się widok na zalany księżycowym  światłem, 

mniej   więcej   półhektarowy   ogród;   w   oddali   przegradzała   go   ściana   ośnieżonych   drzew,   za 
którymi biegł mur nieustannie, acz w nieregularnych odstępach kontrolowany przez uzbrojonych 
strażników.

Nakryty białym obrusem blat, mający mniej więcej metr na metr dwadzieścia, był całkiem 

wygodny   dla   dwóch   osób,   ale   trzem   było   już   nieco   za   ciasno   i   z   pewną   ostrożnością 
manewrowano   sztućcami   i   kieliszkami   z   winem   między   niemal   przylegającymi   do   siebie 
porcelanowymi talerzami.

Donovan i Canidy siedzieli po obu końcach, Gurfein zajął miejsce, z którego widać było 

ogród. Tuż za  nim  znajdował  się wąski,  ciągnący się wzdłuż  ściany trzymetrowy  pulpit,  na 
którym   stały   półmiski   z   pokrojoną   pieczenia,   ziemniakami   i   szparagami   zapiekanymi   z 
czosnkiem, pucharek z sosem cytrynowym, karafka z zimną wodą oraz pięć butelek Cabernet 
Sauvignon,   jedna   napoczęta,   pozostałe   otwarte,   aby   trochę   pooddychały,   zanim   zacznie   się 
nalewać.

Na samym  początku Donovan oznajmił służbie, że on i goście zupełnie swobodnie dadzą 

sobie radę sami, ale w razie potrzeby da znać, że potrzebuje kogoś do pomocy, naciskając guzik 
wmontowany w podłogę, a znajdujący się tuż obok jego prawej stopy.

— Sprzeczności? — pytającym głosem powtórzył Canidy, gdy przełknął kęs szparaga.
Gurfein także przełknął i odpowiedział:
— Wprawdzie obcesowy i wulgarny, ze swoimi nabrzmiałymi powiekami i bliznami na szyi 

od noża wygląda na prostaka i gbura, jednak chłodno i rzeczowo analizuje sytuację i gdyby tylko 
chciał, z powodzeniem prowadziłby dużą firmę. To znaczy legalną firmę, gdyż prowadzi wielką, 
ale nielegalną. Jest bezwzględnym mordercą, czyste dłonie nie są dla niego szczytem marzeń, 
niemniej   w   więzieniu   zachowuje   się   wzorowo   od   chwili,   gdy   się   w   nim   znalazł,   a   trzeba 
podkreślić, że na wcześniejsze zwolnienie liczyć może najwcześniej za trzynaście lat, to znaczy 
w roku 1956.

— Wyjdzie? — spytał Canidy.
— Mało prawdopodobne. Kiedy pierwszy raz go wsadzono — do Sing Sing — więzienny 

psychiatra uznał go za niebezpiecznego, a uwzględniając uzależnienie narkotykowe, sugerował, 
że raczej powinien być przeniesiony do Dannemora. Tak też zrobiono. W Dannemora szesnaście 
godzin na dobę spędzał w celi, a pozostały czas w pralni, z godziną zarezerwowaną na ćwiczenia 
fizyczne.

background image

Więzienie Sing Sing znajdowało się w Ossining niedaleko Nowego Jorku. Dannemora, trzecie 

pod   względem   starości   i   mające   najsilniejsze   zabezpieczenia   więzienie   stanu   Nowy   Jork   — 
zimne, ponure miejsce, w którym nieprzyjemnie było spędzić jedną noc, a co dopiero mówić o 
dożywociu — leżało sto kilometrów na północ od Albany.

Canidy   sięgnął   po   otwartą   butelkę   wina,   spojrzał   na   Donovana,   a   gdy   ten   powiedział: 

„Proszę”, Gurfein zaś entuzjastycznie kiwnął głową, uzupełnił ich kieliszki, a na koniec swój.

— Może najpierw krótko przedstawię historię Luciano, zanim zajmę się obecną sytuacją — 

powiedział Gurfein. — Ze względu na tę drugą, musiałem zająć się pierwszą i teraz bym o niej 
opowiedział, dobrze?

— Oczywiście — rzekł Donovan, a Canidy w milczeniu przytaknął.
Gurfein dokładnie żuł kolejny kęs mięsiwa, popił go dwoma łykami wina, spoglądając na 

zaśnieżony ogród, a potem zaczął:

— Po pierwsze, nie jest obywatelem USA, o czym nie wszyscy wiedzą. Urodził się jako 

Salvatore   Lucania   dwudziestego   czwartego   listopada   1897   roku   na   Sycylii,   jako   trzecie   z 
pięciorga dzieci. Gdy miał siedem lat, jego ojciec, Anthony, mechanik zajmujący się silnikami 
parowymi,   wyemigrował   do   Stanów   i   znalazł   pracę   na   Brooklynie   w   fabryce   produkującej 
mosiężne łóżka. Rok później do Ameryki przyjechał Salvatore wraz z matką i rodzeństwem. Cała 
rodzina   ciężko   pracowała   i   trzymała   się   z   dala   od   jakichkolwiek   kłopotów   z   policją   —   z 
wyjątkiem Luciano, który od samego początku był twardzielem. Jeszcze zanim wyrzucono go ze 
szkoły   w   piątej   klasie,   proponował   żydowskim   dzieciakom,   że   będzie   je   bronił   przed 
prześladowcami, ale za opłatą.

— Domyślam się — rzekł Canidy — że opornych bił tak długo, aż się zgodzili.
Gurfein kiwnął głową.
— Klasyczne wymuszenie.
Gurfein znowu skosztował wina i powiedział:
— Rzecz interesująca, że jeden z tych chłopaków, chuderlawy Żyd polskiego pochodzenia, nie 

poddał się Luciano. Nazywał się Maier Suchowljansky.

— Czy potem zmienił nazwisko na Meyer Lansky? — upewnił się Canidy.
— Celne przypuszczenie — przyznał Donovan.
Gurfein w zamyśleniu obracał kieliszek w palcach, a potem podjął opowieść.
— Chociaż Meyer  „Liliput”  Lansky był  pięć  lat młodszy od Luciano, ten szanował go i 

nauczył się go słuchać. Szybko stworzyli własny gang. Luciano miał kilkanaście lat, gdy złapano 
go na sprzedaży narkotyków i wylądował na Blackwell’s Island. Pomimo to, czy raczej wskutek 
tego, pozycja Luciano w świecie przestępczym umacniała się. Szybko związał się z ważnymi 
personami we włoskiej mafii. Wkrótce po tym jak Luciano zaczął pracować z Joem „Bossem” 
Masserią, zaczęła lać się krew.

Gurfein spostrzegł, że Canidy i Donovan skończyli już jeść, zamilkł więc na dłuższą chwilę, 

aby opróżnić własny talerz, potem napił się jeszcze wina i ciągnął.

— Capo di tutti capi — szef wszystkich szefów — Masseria dorobił się wielkich pieniędzy, a 

dzięki numerowi dwa, którym został Luciano, miał ich jeszcze więcej. W pewnym momencie 
Luciano   zasugerował,   że   powinni   rozszerzyć   sferę   swej   działalności,   a   więc   i   możliwości 
dochodów, nawiązując współpracę z gangami niewłoskimi.

— Trudno się dziwić, skoro jego przyjaciel, Lansky, był polskim Żydem — zauważył Canidy.
— Najpewniej tak właśnie myślał Luciano. Tyle że Luciano myślał o współpracy nie tylko z 

gangami niewłoskimi, ale także spoza Nowego Jorku. Już wtedy chodził mu po głowie pomysł 
ogólnokrajowego   związku   przestępczego.   Nie   wiadomo,   jak   przebiegały   rozmowy   między 
Lucianem i Masserią, w każdym razie ten ostatni ani myślał wiązać się z kimś innym niż Włosi. 

background image

Luciano   nalegał,   ale   nic   nie   udało   mu   się   zyskać.   Był   wściekły.   —   Gurfein   podsunął   swój 
kieliszek do Canidy’ego i ruchem brody wskazał butelkę. — Jeśli można. — Nie czekając, aż 
jego prośba zostanie spełniona, mówił dalej: — Zarazem Masseria zaczynał bać się Luciana, jak 
każdy boss, nie mogący dojść do ładu ze swym zastępcą, który w pewnej chwili może dojść do 
wniosku, że znacznie lepiej byłoby zająć miejsce szefa. Tak więc w pewien październikowy 
wieczór dwudziestego dziewiątego roku samochód zatrzymał się przy chodniku na skrzyżowaniu 
Broadwayu i Piątej Alei i wyskoczyli z niego faceci, wciągnęli do środka Luciana, który przed 
chwilą wyszedł z Flatiron Building. Związanego i zakneblowanego powieziono na Staten Island. 
Tam w opuszczonym magazynie obili go kolbami pistoletów i pałkami, a następnie powiesili za 
ręce i na odchodne poderżnęli mu gardło.

— Niezbyt dokładnie — mruknął Canidy. Jeśli ktoś znał przecinanie gardła tylko z filmów, 

nawet by nie przypuścił, jakie to trudne i brudne zadanie.

Gurfein pokiwał głową.
—   Naprawdę   okazał   się   twardzielem.   Skatowanemu   i   zakrwawionemu   udało   się   jakoś 

wyswobodzić  z pęt i wyczołgać  z magazynu.  Natknął się na niego  policyjny patrol  ze 123. 
komisariatu. Zawieźli go do szpitala, ani jednak po drodze, ani po ingerencji lekarzy nie pisnął 
nawet słowem, kto go tak urządził, nie pozostawało im więc nic innego, jak puścić go wolno.

— Trudno jest pisnąć cokolwiek, jeśli się nie wie, kto próbował cię zabić. On wiedział?
— Po pierwsze, był wierny kodeksowi gangsterskiemu: o mafii nie rozmawiasz z obcymi, 

zwłaszcza z policją. Po drugie, z początku istotnie nie wiedział, ale Lansky wyniuchał, kto zlecił 
morderstwo.

— Masseria.
Znowu potaknięcie ze strony Gurfeina.
— To także Lansky ułożył plan zemsty.  Po pierwsze, skontaktował Luciana z Salvatorem 

„Cezarkiem” Maranzanem.

— Dopiero teraz krew polała się na całego — wtrącił Donovan. — Masseria i Maranzano nie 

tylko   byli   konkurentami,   ale   serdecznie   też   się   nienawidzili.   Tak   wybuchła   wojna 
castellammareńczyków. Wielu jej uczestników, włącznie z samym Maranzanem, pochodziło z 
miasteczka Castellammare w zachodniej Sycylii. — Zerknął na Gurfeina. — Przepraszam, że 
przerwałem.

— Przez następne kilka lat toczyła się bezpardonowa, bardzo krwawa wojna. Nie podobna 

zliczyć, ilu gangsterów poległo. Masseria lękał się nie na darmo. Luciano doprowadził do tego, 
że mieli się spotkać w restauracji na Coney Island, ale tam czekali egzekutorzy. — Gurfein lekko 
uśmiechnął się znad kieliszka z winem. — Tak więc Luciano zemścił się na Masserii za tamten 
zamach. A w nagrodę Maranzano, który teraz został  capo di tutti capi,  wyznaczył Luciana na 
swego zastępcę.

— Melodia ta sama, tylko piosenka inna — zauważył Canidy.
— I tak, i nie. Powtarza się sytuacja, że Luciano gra drugie skrzypce, a na pierwszych gra 

bezwzględny boss, tyle  że temu podobał się pomysł  na ogólnokrajowy syndykat. Maranzano 
chciał   zostać  capo   di   tutti   capi  na   całe   Stany   Zjednoczone.   Ale   widział   dwie   zasadnicze 
przeszkody w realizacji tego planu. Pierwszą był gangster z Chicago nazwiskiem Al Capone, a 
drugą…

— …gangster z Nowego Jorku nazwiskiem Charlie Luciano — wpadł Gurfeinowi w słowo 

Canidy.

— Tak, istotnie, ta sama melodia, zmieniają się tylko słowa, a właściwie tylko nazwiska. — 

Gurfein   pokiwał   głową.   —   A   że   Luciano   znał   nieźle   tę   piosnkę,   więc   mając   oparcie   w 
„Lilipucie” Lanskym, wyprzedził uderzenie Maranzana i sam pierwszy zaatakował.

background image

— Czy to kiedykolwiek się skończy? — spytał sentencjonalnie Canidy.
Donovan skrzywił się.
—   Wątpliwe.   Natomiast   nieustannie   rozwijają   i   doskonalą   swoje  metody.   —  Spojrzał   na 

Gurfeina. — Może teraz o Deweyu.

Gurfein przytaknął, ale potem wzruszył ramieniem.
— Przecież pan, panie pułkowniku, zna lepiej i jego, i całą sprawę. Raczej oddam głos panu.
Nie   było   tajemnicą,   że   Donovan   zasłużył   się   w   Nowym   Jorku,   pilnując   jako   prokurator 

stanowy   Nowego   Jorku   realizacji   ustaw   prohibicyjnych.   Dopiero   potem   otworzył   kancelarię 
prawniczą na Wall Strett.

—  Teraz  następuje  interesująca  zmiana…   —  zaczął  Donovan,  ale  urwał  i   pod  wpływem 

jakiejś   refleksji   zwrócił   się   do   Gurfeina:   —   Wiesz,   Murray,   wolę   jednak,   żebyś   ty   o   tym 
opowiedział.

Tamten kiwnął głową i spojrzał na Canidy’ego.
— Zna pan Toma Deweya?
—   Tylko   z   prasy.   Przystojny,   błyskotliwy,   kandydował   bez   powodzenia   na   gubernatora 

Nowego Jorku, w roku trzydziestym ósmym, mając trzydzieści pięć czy trzydzieści sześć lat, 
oskarżał największe szychy mafii i inne podejrzane typy, jak ten szef amerykańskich nazistów, 
jak on się nazywał…

— Fritz Kuhn — podrzucił Gurfein.
— Tak, Fritz Kuhn. A Dewey znowu startuje na gubernatora, i jeśli nim zostanie, wtedy 

pewnie zacznie myśleć o prezydenturze.

— Mówiąc krótko, bardzo szybko utorował sobie szeroką drogę, zarazem sprawiając, że wielu 

ludzi na tym straciło — podsumował Gurfein. — Jak pan sądzi, czy mafia chciałaby go usunąć?

— Z pewnością.
— Ma pan rację. Donovan podniósł palec.
— I tutaj jest właśnie miejsce na tę zmianę. Gurfein wolno pokiwał głową.
— Luciano i Lansky wiedzieli, że kiedy nie ma już Masserii i Maranzana, mogą próbować 

połączyć różne frakcje gangsterskiego podziemia. Jeśli im się nie uda, trudno, ale spróbować 
warto. Kosztowało to wiele starań i zachodu, lecz wreszcie stworzyli, jak to nazwali, „Komisję”.

— Dutch Schulz, Lansky, Frank Costello, Joe Adonis i, rzecz jasna, Luciano jako prezes — 

wyliczył Donovan. — Przepraszam, proszę dalej.

— Był chyba 1935…
— Tak, trzydziesty piąty — potwierdził dyrektor BSS.
— …kiedy Dewey zabrał się za Dutcha Schulza. Ten zaczął się ukrywać, a wtedy z kolei 

burmistrz La Guardia zaczął kłaść rękę na jego automatach do gry. Dutchowi, rzecz jasna, bardzo 
się to nie spodobało i zaproponował Komisji, żeby usunęła Deweya. Na co Jonnie Torrio: „To 
samobójstwo zasadzać się na facetów ze szczytów”. Czy coś w tym stylu.

— Właśnie, zapomniałem o Torriu, on także należał do Komisji — powiedział Donovan. — 

Trudno się dziwić, skoro to był pierwszy gang Luciana.

Gurfein odczekał, aby się upewnić, że Donovan nie ma już nic więcej do dodania i ciągnął:
— Komisja naprawdę bała się, że zabójstwo popularnego prokuratora zwróci przeciw nim 

powszechny gniew. Nietrudno zgadnąć, że stanowcza odmowa nie zachwyciła Dutcha, który tak 
się   zeźlił,   że   postanowił   działać   na   własną   rękę.   Mówiąc   inaczej,   kazał   swoim   pistoletom 
rozwalić Deweya. Kiedy wiadomość dotarła do Luciana i Lansky’ego, uznali, że muszą jakoś 
przyhamować Dutcha Schulza.

— To znaczy radykalnie go wyeliminować — podsunął Canidy.
Gurfein pokiwał głową, ale ponieważ jednocześnie pił wodę ze szklanki, trochę jej wylał na 

background image

marynarkę.

— Cholera — mruknął i szybko zaczął się wycierać serwetką. — Tak więc Schulz — ciągnął 

po chwili — prawdziwe nazwisko Arthur Simon Flegenheimer, znany także jako Piwny Baron, w 
wieku trzydziestu trzech lat został ostrzelany w Palące Chop House, a kilka dni potem zmarł z 
powodu odniesionych ran.

— Dewey zaś — dorzucił Donovan — uniknął śmierci uratowany, paradoksalnie, przez mafię.
— Fascynujące, ale… — zaczął Canidy, Gurfein jednak nie dał mu dokończyć.
— W niczym nie zmieniło to postawy Deweya. Można powiedzieć, że zachowawszy Deweya 

przy życiu, Luciano napytał sobie biedy. Bezlitosny prokurator wziął się za niego na całego: jego 
ekipy najeżdżały burdele, a zamknięta w odosobnieniu ponad setka prostytutek i burdelmam po 
kilku tygodniach tyle powiedziała w trakcie przesłuchań, że można było postawić Lucianowi 
przed sądem zarzuty, na podstawie których został skazany na trzydzieści do pięćdziesięciu łat 
więzienia.

— Zdaje się, że istotnie Dewey zapudłował go do końca życia.
— Wszyscy tak myśleli — przyznał Donovan. — Jednak wtedy na scenie pojawiło się WMW, 

które z pasją, namiętnie, by tak rzec, szuka jakichkolwiek informacji o szpiegach i sabotażystach.

— Wywiad Marynarki Wojennej w Nowym Jorku miał poważne kłopoty… — zaczął Gurfein, 

ale Canidy mu przerwał:

— Muszę poprosić o chwilę przerwy, by odwiedzić toaletę.
— W ogóle może warto by się przenieść — powiedział Donovan i potoczył wzrokiem po 

stole, po czym bezgłośnie przycisnął guzik w podłodze. — To co, za dziesięć minut w bibliotece, 
dobrze?

Dwa

Na   stoliku   między   dwiema   ustawionymi   koło   kominka   sofami   stał   serwis   do   kawy,   a 

zawartość   trzech   filiżanek   była   w   różnym   stopniu   nadpita.   Pułkownik   William   „Dziki   Bill” 
Donovan wyszukał w pudełku cygaro, wyciągnął, wtedy wieko pudełka zamknęło się z lekkim, 
lecz wyraźnym trzaskiem.

Teraz   przyszła   pora   na   rytuał   odpakowywania   cygara,   obwąchiwania,   obcięcia   cieńszego 

końca i przypalenia drugiego, grubszego, złotą zapalniczką.

Majorowie   Richard   Canidy   i   Murray   Gurfein   stali   w   tym   czasie   przy   ruchomym   barku. 

Pierwszy trzymał  w ręku dwa pękate kieliszki  koniakowe, podczas gdy drugi napełniał  je z 
butelki zawierającej jeden z dwóch VSOP, których dotąd nie znał. Kiedy Gurfein z pełnymi 
kieliszkami poszedł, aby jeden postawić przed Donovanem, a z drugim usiąść na sofie, Canidy 
napełnił trzecią lampkę.

— Zatem  wywiad  Marynarki  Wojennej dostawał informacje o niemieckich  U–Bootach  w 

Upper Bay — powtórzył Canidy.

—   Tak   —   potwierdził   Gurfein   i   także   poczęstował   się   cygarem.   —   Ale   tylko   pogłoski, 

żadnych naocznych świadectw. Trudno się jednak dziwić, że byli nie na żarty zaniepokojeni, jeśli 
zważyć, ile jednostek tonie niedaleko od brzegu, a także jeśli pamiętać o tych schwytanych w 
czerwcu   sabotażystach,   których   na   Long   Island   dostarczył   okręt   podwodny.   No   i   jeszcze   o 
„Normandie”, która utonęła przy nabrzeżu 88.

— „Normandie”? — zmarszczył brwi Canidy.
— Luksusowy transatlantyk francuski SS „Normandie”. Gdy w 1932 został spuszczony na 

background image

wodę w St. Nazaire, był największym wówczas statkiem na świecie. Pokonał Atlantyk w obie 
strony ponad sto razy, aż wreszcie został internowany przez naszą Straż Przybrzeżną. Francuzi 
dość  spokojnie  na  to  przystali,   wcale   bowiem  nie  paliło   im  się  do tego,  aby  statek  przejęli 
Niemcy.   Departament   Wojny   przechrzcił   go   na   USS   „Lafayette”   i   zaczął   dostosowywać   do 
przewozu   żołnierzy.   Wszystko   było   na   ukończeniu,   gdy   dziewiątego   lutego   1942   roku   na 
pokładzie   wybuchł   pożar.   Szybko   w   ogniu   stanął   cały   statek,   w   czym   walnie   dopomogły 
powtarzające się eksplozje, i długo nie potrwało, a USS „Lafayette” przewrócił się na bok i 
zatonął.

Canidy pokręcił głową.
— Nie do wiary.
—   Nietrudno   chyba   sobie   wyobrazić,   jaka   potem   runęła   powódź   informacji   o 

prawdopodobnych   szpiegach   i   sabotażystach.   Wystarczyło   najmniejsze   podejrzenie,   a   ludzie 
natychmiast chwytali za telefony. Jeden facet był przekonany, że widział prywatnego mercedesa 
Führera, ale FBI, która nie lekceważyła żadnej informacji, tutaj musiała jednak uznać, że koleś 
nie jest do końca wiarygodny, gdy dwóch agentów zaczęło go przepytywać w barze na East 
Seventh.

— McSorley? — spytał z uśmiechem Canidy.
— Tak, McSorley’s Ale House. Facet był brudny jak cała reszta lokalu, ledwie się trzymał na 

nogach, jednak stanowczo utrzymywał, że widział to, co twierdzi, że widział. „Czego się nie 
zajmiecie swoją robotą?”, bełkotał. „Szkopy uwijają się wam pod nosem, a wy się do mnie 
przypieprzacie”.

Wszyscy trzej zachichotali.
— Widział pan, pułkowniku, „Lafayette”? Podnieśli go i nadal stoi tam. Większy niż „Queen 

Mary”, ale teraz to tylko wypalony wrak kadłuba. Jak znak ostrzegawczy.

— Tak, widziałem i to istotnie przygnębiający widok. Wspaniały statek podpalony tuż przed 

wyjściem w morze. Stąd te wszystkie plotki.

— Plotki?
Canidy spojrzał pytająco na Donovana, ale wątek podjął Gurfein.
—   Trzeci   wydział   WMW   odpowiada   za   zabezpieczenie   przybrzeża   w   Nowym   Jorku, 

Connecticut i części New Jersey…

— …a podlega? — wtrącił Canidy.
— Centralnemu Biuru Wywiadowczemu Marynarki w Waszyngtonie — odrzekł Donovan. — 

Czyli bezpośrednio Frankowi Knoksowi.

Frank Knox był sekretarzem marynarki wojennej.
— …aby nie dopuścić do żadnych przeszkód w załadunku oraz transporcie żołnierzy, sprzętu, 

broni i amunicji. Ludzie z wydziału tropią więc ślady wszelkiego sabotażu zarówno w portach, 
jak i na wybrzeżu.

— Jasne.
— Dlatego zbierali wszystkie możliwe sugestie w sprawie tragedii „Lafayette”.
— Na przykład?
— Na przykład, że była to robota mafii, która chciała pokazać, że może to samo zrobić z 

każdym innym statkiem, jeśli Luciano nie zostanie zwolniony przedterminowo.

— Czy to prawda?
— Jak na razie, nic na to nie wskazuje — odrzekł Donovan, a Canidy zastanowił się, co kryje 

się za tymi słowami.

— Były też sugestie, że sympatycy Osi, a zwłaszcza zwolennicy Fritza Kuhna i Związku 

Niemiecko–Amerykańskiego, chcieli utrudnić dostawy wojenne dla armii alianckich.

background image

— Brzmi rozsądnie — zauważył Canidy.
— Zgoda — przyznał Gurfein. — Ale nie natrafiono dotąd na żadne dowody. Od czasu tego 

pożaru wystarczy, że na Potomaku czy East River pojawi się tasergal, a zaraz rozdzwaniają się 
telefony z informacją o niemieckim U–Boocie.

— A chłopcy z WMW muszą to wszystko sprawdzać — stwierdził Canidy.
— Tak, ale udało im się wytropić tylko kilku agentów FBI wykonujących swoje zadania.
— Nie można zdobyć żadnych informacji także dlatego, że porty i przybrzeże to teren mafii. 

Agenci Marynarki usiłują się wcisnąć wszędzie i nawet nieźle im się to udaje, ale skoro są spoza 
mafii, nikt nie puści ani pary z gęby. Niepodobna zdobyć najdrobniejszych nawet poszlak.

Gurfein wypuścił kłąb niebieskawego dymu i rzekł:
— Powiedzmy, że zaczepiasz kogoś na środku Fulton Fish Market, wskazujesz stragan pełen 

tuńczyków i pytasz: „Przepraszam, co to za ryba?”. Jeśli zaczepiony uzna, że jesteś z WMW albo 
pracujesz dla niego, odpowie: „Ryba? Jaka ryba? Ja tu żadnej nie widzę” i zaśmieje ci się w nos.

—   A   tymczasem   —   dorzucił   Donovan   —   tonie   ogromna   liczba   okrętów.   W   marcu 

czterdziestego drugiego — pięćdziesiąt, tyle samo w kwietniu, w maju setka. I tak dalej, i tak 
dalej.

Gurfein przytaknął z powagą.
—   Z   czego   wynikają   dwa   wnioski   —   ciągnął   dyrektor.   —   Po   pierwsze,   ktoś   dostarcza 

informacji o transportach U–Bootom, które jak rekiny czają się przy brzegu. Po drugie, że te 
okręty podwodne gdzieś tutaj uzupełniają paliwo i mogą długo pozostawać na czatach. Inaczej 
nie byłyby tak skuteczne.

Gurfein przygasił cygaro, sięgnął po koniak i teraz on przemówił:
— Na WMW nieustannie wywierane są naciski, aby zdobywało informacje. Kiedy zaś usiłuje 

je pozyskać, natychmiast trafia na mur lojalności wobec mafii, która trzyma w garści wszystkie 
kutry,   bezpośrednio   lub   pośrednio,   gdyż   całkowicie   kontroluje   Fulton   Fish   Market,   gdzie 
sprzedawane są połowy zdobyte od Maine po Florydę, a więc na całym wschodnim wybrzeżu. A 
facet, któremu podlega rynek rybny, nazywa się Joe Lanza.

— Rozumiem więc, że Biuro skontaktowało się z Lanzą — powiedział Canidy.
— Nie bezpośrednio, gdyż wtedy nic by nie uzyskali. — Gurfein przez chwilę smakował na 

języku koniak, potem mówił dalej: — Joseph Lanza, pseudonim „Skarpeta”, czterdzieści jeden 
lat, urodzony zabijaka, nieschodzący nikomu z drogi chłopak z Lower East Side — najmłodszy z 
dziewięcioosobowego rodzeństwa — przeszedł długą drogę, zanim został doradcą gospodarczym 
lokalnego   oddziału   United   Seafood   Workers.   Kilkakrotnie   oskarżano   go   o   kradzieże, 
wymuszenia i zabójstwa, ale nigdy niczego nie udało mu się udowodnić. Nie ma świadków, nie 
ma zeznań.

Canidy pokiwał głową ze zrozumieniem.
— Trzeba było trafu, że kiedy ludzie z WMW zadzwonili do prokuratora, dopytując się o 

mafiosa Joego „Skarpetę”, my akurat mieliśmy go w pudle pod zarzutem wymuszeń. Dokerzy 
musieli płacić za ochronę, a jeśli nie chcieli, byli przykładnie katowani.

— Dodatkowe źródło dochodów — mruknął Canidy.
— Zorganizowaliśmy więc spotkanie ludzi z Marynarki i prawników Lanzy. Powiedzieliśmy, 

że potrzebne nam dojścia, informacje, stały nadzór i czy można liczyć na pomoc ze strony Lanzy.

— A co mu zaoferowaliście? — spytał Canidy. — Że jakoś się załatwi sprawę wymuszeń?
Gurfein stanowczo pokręcił głową.
— Nic takiego.
— Nic?
— Zupełnie nic — powtórzył Gurfein. — Odwoływaliśmy się tylko do poczucia patriotyzmu. 

background image

—   Dwa   razy   pociągnął   dym   z   cygara,   a   potem   powiedział,   podkreślając   każde   słowo 
stanowczym   ruchem   palca:   —   Trzeba   pamiętać,   że   ci   Włosi   i   Sycylijczycy   przyjechali   do 
Ameryki   w   poszukiwaniu   lepszego   życia,   a   ich   bliżsi   i   dalsi   krewniacy   zostali   tam,   gdzie 
Mussolini i jego faszyści robią z życia piekło. Na dodatek Il Duce z zajadłością zabrał się za 
tępienie mafii, wyposażając prefektów w szczególne uprawnienia. Wielu gangsterów wylądowało 
w koloniach karnych na wulkanicznych Wyspach Liparyjskich na Morzu Tyrreńskim, bossowie 
szukali schronienia w Kanadzie i innych miejscach. A więc taki apel do patriotyzmu nie musiał 
brzmieć dla nich jako tylko czcza gadanina.

— Nie wykluczam — wtrącił się Donovan — że sądzili, iż w przyszłości mogą liczyć na 

jakieś specjalne potraktowanie, szczególnie gdyby okazali się naprawdę pożyteczni.

— My w każdym razie nie zawieraliśmy z nimi żadnych umów — zaperzył się Gurfein.
— Tak, tak, jasne, Murray. — Donovan z uśmiechem podniósł obie dłonie. — Ja tylko usiłuję 

wejść w ich położenie.

— Przepraszam, sir. Zapomniałem, że przy panu nie muszę tego tłumaczyć.
— Przeprosiny przyjęte, chociaż niekonieczne. — Donovan znowu spojrzał na Canidy’ego. — 

Niewykluczone,   że   w   samym   zbieraniu   informacji   dojrzeli   dla   siebie   korzyść,   bo   przecież 
chodziło o penetrowany przez nich teren.

— Jasne. Nie ma to jak patriotyzm — mruknął Canidy.
— Dobrze, już dobrze — powiedział Gurfein. — Ostatecznie nie jestem aż tak naiwny. W 

porządku, każdy widział w tym jakąś korzyść dla siebie. Najważniejsze, że układ zaczął działać. 
Na   początku   powoli.   Nie   wszyscy   chcieli   się   podporządkować.   Potem   ktoś,   chyba   Lanza, 
zasugerował, że muszą przemówić odpowiedni ludzie, bossowie, a najlepiej, boss wszystkich 
bossów.

— I wtedy na horyzoncie pojawił się Luciano — dodał Canidy.
— Najpierw Polakoff — sprostował Donovan. — W barze hotelowym, pamiętasz?
Canidy uniósł brwi.
— Mhm.
— Luciano nie miał pojęcia co i dlaczego, ale załatwiliśmy mu przeniesienie z Dannemora do 

Great Meadows — choć wcześniej całą sprawę uzgodniliśmy oczywiście z Louisem Lyonem, 
nowojorskim komisarzem  do spraw resocjalizacji. „Jeśli oszczędzi  to życie  chociaż jednemu 
żołnierzowi amerykańskiemu, ja w to wchodzę”, powiedział. — Gurfein zerknął spod oka na 
Canidy’ego. — Nie ma to jak patriotyzm.

— Ok, w porządku, ale on jest po naszej stronie.
— Wielu jest takich, którzy powinni być po naszej stronie, ale czy są…
Gurfein zawiesił głos.
Donovan pokiwał głową i powiedział na poły do siebie:
— Niektórzy z naszych największych wrogów są w Waszyngtonie, nie w Europie.
Canidy i Gurfein wymienili spojrzenie.
Nie zdarzało się to często, niemniej jednak Canidy słyszał już kilka razy, jak dyrektor BSS 

uskarżał się, że walki z biurokratami bywają trudniejsze niż z żołnierzami nieprzyjaciela. Gurfein 
jednak, zdaje się, nigdy dotąd nie był jeszcze tego świadkiem.

— Tak więc oba więzienia wymieniły się ośmioma więźniami.
—  Ciekawe,  jak tych  siedmiu,   którzy  przenieśli   się z  Lucianem,  tłumaczyło   sobie,  czym 

zasłużyli na poprawę losu. Albo tych ośmiu, którzy poszli do Dannemora — czym zasłużyło 
sobie na pogorszenie.

— Ośmiu  — sprostował Gurfein. — Gdyż  Luciano  także  nie znał  przyczyny.  Polakoff i 

Lansky taki warunek postawili przed podjęciem prób nakłaniania Luciana. Po pierwsze, chodziło 

background image

im o to, że w ten sposób łatwiej będzie z nim nawiązać kontakt z Nowego Jorku. Ale chyba 
przede wszystkim szło o to, że chcieli sprawdzić, jak dalece na serio podchodzimy do sprawy, 
czy potrafimy załatwić przeniesienie.

— A on? — spytał Canidy.
— Czy zgodził się współpracować? Nie od razu. Jak zawsze ostrożny, oznajmił, że wcale nie 

wie, kto wygra tę wojnę, i dlatego nie chce, by ktokolwiek wiedział, że poszedł na współpracę. Z 
drugiej strony, lękał się, że może zostać z powrotem deportowany na Sycylię, a tam zabierze się 
do niego Mussolini, Hitler albo — jeszcze gorsza perspektywa — mafia. Ocenił więc wszystko, 
także to, że siedzi w lepszych warunkach i kiedy chce, ma kontakt z Lanskym i prawnikiem.

—   Oczywiście,   tylko   w   sprawach   informacji   ważnych   dla   armii,   a   nie   związanych   z 

gangsterskimi interesami — rzekł z przekąsem Canidy.

— Pierwszych dostarczał, a co do drugich… — Gurfein wzruszył ramieniem. — W każdym 

razie, kiedy Luciano kazał współpracować, wszystko natychmiast się zmieniło. Doszło nawet do 
tego, że ludzie z WMW dostali legitymacje związkowe, które pozwalały im wypływać na kutrach 
w morze, ale także na przykład występować jako szatniarze w nocnych klubach.

— A poza tym,  Dick — powiedział Donovan — to ci zapewni odpowiednie kontakty na 

Sycylii.

— Dzięki Lucianowi? Znowu zagra numer z patriotyzmem? Tutaj sprawa wygląda odrobinę 

inaczej.

— To nie takie oczywiste — odparł Donovan. — Dlaczego sądzisz, że Luciano nie chce 

umocnić swoich wpływów w ojczyźnie?

Canidy zastanawiał się chwilę, ale zanim powiedział cokolwiek, odezwał się Gurfein:
— Sam może pan o wszystko spytać. Przygotowałem panu spotkanie z Lanzą.

Trzy

Jacksonville, Floryda
28 lutego 1943 roku, 11:30

Richard Koch wykręcił żółto–czarnym chevroletem na autostradę US 1 i jadąc w kierunku St. 

Johns River, studiował zegary na tablicy. Szybkościomierz nie działał, na liczniku odległości 
widniała nieruchoma liczba 86802, a ponieważ było na nim miejsce tylko na pięć cyfr, więc 
sądząc   po   stanie   samochodu,   musiał   mieć   za   sobą   286802   kilometrów,   chociaż   bardziej 
prawdopodobna wydawała się liczba 386802.

Dobrze natomiast działały mierniki ciśnienia oleju i mocy prądu, wskazując: pierwszy — 3,45 

bara, podczas gdy strzałka amperowo/woltowa lokowała się między 8 a 14. Wskaźnik paliwa 
zaległ przy literze E — „End”, koniec — i Koch nie wiedział, czy kolejny instrument odmówił 
działania,   czy   też   istotnie   mieli   już   absolutną   końcówkę   benzyny.   Postukał   w   szkiełko,   ale 
strzałka ani drgnęła.

— Kurwa mać! — zaklął.
— Co się stało? — spytał Bayer.
— Potrzebna nam benzyna.
Bayer chwilę się zastanowił, a potem zauważył:
— Nie dali nam żadnych bonów.
„Pewnie gdyby dali i tak byłyby nieważne, tak jak ta dwudziestka”.
Bayer rozejrzał się po kabinie, a potem przez tylne okienko zerknął na skrzynię, gdzie na płask 

background image

leżeli Grossman i Cremer.

— Zdaje się, że jest tam z tyłu wąż gumowy. Można zassać z jakiegoś innego samochodu.
— Dobry pomysł — powiedział Koch. — Ale na wszelki wypadek sprawdź, co tam jest. — 

Wskazał brodą skrytkę w tablicy.

Bayer otworzył pokrywę, zza której wyleciały pogniecione papiery.
— Niech to cholera — mruknął Bayer i zaczął zbierać rachunki, a także kopie kwitów, z 

nagłówkiem HYDRAULIKA STANA, MANHATTAN BCH, FLOR. Nagle aż podskoczył.

— Zobacz tylko!!!
Koch zmienił biegi, gdyż podjeżdżał do skrzyżowania na czerwonym, i dopiero potem obrócił 

wzrok. Bayer triumfalnie podsuwał mu jakąś legitymację. Na jednej stronie znajdowało się hasło 
wzywające   do   zakupu   kuponów   wojennych,   na   drugiej   widniał   u   góry   napis   URZĄD 
REGULACJI   CEN   STANÓW   ZJEDNOCZONYCH   AMERYKI   PÓŁNOCNEJ,   a   w   drugiej 
linijce KARTA BENZYNOWA. Niżej widniał siedmiocyfrowy numer, a obok niego podwójnej 
wielkości litera T, jeszcze niżej odręcznie spisana informacja, że posiadacz — Stanley Smith — 
„zobowiązał się do przestrzegania nakazów i poleceń Urzędu Regulacji Cen”, a także podany był 
adres, model samochodu oraz jego numer rejestracyjny.

Koch   uśmiechnął   się   na   wzmiankę   o   przestrzeganiu   „nakazów   i   poleceń”,   ale   naprawdę 

uszczęśliwiła go litera, gdyż oznaczała, że pobrać mogą 23 litry.

— Świetnie, tyle właśnie nam trzeba. Ale kiedy staniemy, weź z tyłu tego węża, na wypadek 

gdyby trzeba było z niego skorzystać.

* * *

Znaleźli czynną stację, napełnili niemal doszczętnie już wyschnięty bak, a potem pokonali 

most na St. Johns River i wjechali do Jacksonville. Koch uważnie przyglądał się dochodzącym 
do Main Street przecznicom: Monroe, Duval i Church Street.

— Coś nie tak? — spytał Bayer.
Na kwitach, które wysypały się ze schowka na rękawiczki, leżał teraz u jego stóp niewielki 

zwój gumowego węża ponadcentymetrowej grubości.

Koch na razie nic nie odpowiedział i dopiero gdy dojechali do State Street, zaklął pod nosem.
— Za daleko. Jakoś nie tak to wyglądało.
Wykręcił w lewo, mijając pięć kolejnych ulic, dojechał do Broad Street, znowu w lewo, a 

potem w prawo w Water Street. Bayer ruchem głowy wskazał tory kolejowe. Koch przytaknął z 
uśmiechem i wymownie popatrzył na znak z symbolem szyn. „Wyglądają jak kawałek drabiny” 
— oraz strzałkę z napisem DWORZEC KOLEJOWY JACKSONVILLE.

Na końcu ulicy rząd wysokich, liczących  sobie po dziesięć metrów palm oddzielał Water 

Street od parkingu dworcowego.

Bayer pokręcił głową, wpatrzony w fasadę budynku.
— Imponujący — mruknął.
Czternaście doryckich kolumn niosło na sobie cztery piętra, ale to był dopiero hol, gdyż za 

nim jeszcze wyżej wypiętrzał się główny masyw dworca zwieńczony spadzistym dachem.

— Typowa amerykańska gigantomania — skrzywił się Koch. — Mówią, że to pomniejszona 

wersja nowojorskiej Penn Station, a ta z kolei była wzorowana na łaźni rzymskiej. Dla mnie to 
obrzydliwe.

Kiedy mocno nacisnął hamulec, rana odezwała się tak boleśnie, że oderwał stopę od pedału. 

Zmusił się do powtórzenia manewru, jednocześnie wyłączając silnik, w efekcie czego Grossman 
wyrżnął głową w ścianę kabiny.

background image

Obróciwszy się na głuchy dźwięk, Koch zobaczył, jak jego strzelec wyborowy ze wściekłą 

miną rozciera czoło, pełen złości patrząc na niego przez szybkę.

— Przepraszam — mruknął Koch i wzruszył ramieniem.
Bayer i Koch wyskoczyli z pikapa.
— Zaraz wracamy — rzucił Koch przez ramię.
— Pospieszcie się — syknął Grossman. — Lać mi się chce jak cholera.

* * *

Bayer miał wrażenie, że wnętrze jest jeszcze bardziej imponujące niż fasada.
Łukowate okna poczekalni sięgały aż pod sufit, a więc na pięć pięter. Marmurowa podłoga 

lśniła tak, jakby żadnego śladu na niej nie zostawiały nogi pasażerów, aczkolwiek kłębiło się ich 
mnóstwo, cywilów i żołnierzy,  niektórzy ewidentnie w podróży, inni — odprowadzający lub 
czekający   na   przyjezdnych.   Wszędzie   widać   było   ludzi   przysypiających   na   drewnianych 
ławkach, czytających gazety, zatopionych w rozmowie, niekiedy czule trzymających się za ręce. 
Tłoczno było w restauracji i barze, klientów miał też dworcowy fryzjer.

Obok głównego wyjścia na perony znajdowała się łukowata marmurowa ściana z kasami. 

Bayer na chwilę stracił z oczu Kocha, ale zaraz odnalazł go przepychającego się przez tłum w 
kierunku kas. Każdy z nich miał kupić po dwa powrotne bilety do różnych stacji, które następnie 
wręczą   Grossmanowi   i   Cremerowi.   Każdy   skorzysta   z   jednego   biletu,   drugi   traktując   jako 
awaryjny. Zakupem mieli zająć się właśnie oni, gdyż gdyby potem ktoś chciał zrekonstruować 
drogę agentów, niepodobna byłoby nawet stwierdzić, że nabywali bilety.

A przecież dość już i tak było niesnasek, że zostawiają za sobą zbyt krzyczące tropy.
O dziwo, kolejka posuwała się całkiem szybko i już po dziesięciu minutach Bayer znalazł się 

przed okienkiem.

— Dokąd, słoneczko? — spytała z uśmiechem blondynka po drugiej stronie. Pełen ciepła głos, 

miękki południowy akcent — wszystko to sprawiło, że Bayer zaniemówił.

— Musisz się zdecydować, dokąd chcesz jechać — upomniała go.
— Tak, przepraszam, Birmingham. — I pospiesznie dorzucił: — Powrotny.
— Atlanta czy Mobile.
Spojrzał na nią w osłupieniu i po chwili powtórzył z naciskiem:
— Proszę do Birmingham.
— Atlanta czy Mobile?
Czy to możliwe, by go nie słyszała? Blondynka przewróciła oczyma.
— Słonko, do Birmingham musisz jechać z przesiadką. Możesz jechać do Mobile, a potem na 

północ, albo do Atlanty, a potem na zachód.

„Cholera jasna” — zaklął w duchu Bayer. „Przecież to ćwiczyliśmy”.
— Jasne, Atlanta — powiedział, starając się ukryć zdenerwowanie.
— Wyjazd za kwadrans lub za cztery godziny. Kwadrans za wcześnie?
Zastanawiał się przez moment i pokręcił głową.
— Sześć dolarów.
— Sześć! — zawołał.
Uśmiechnęła się szeroko, ukazując białe zęby.
—   Orange   Blossom   Special,   kotku.   Prawdziwa   wygoda,   klimatyzacja,   lokomotywa 

dieslowska. Chcesz taniej, to jedź parową przez Mobile. — Zerknęła na rozkład. — Za dwie 
godziny.

— Nie, nie, w porządku.

background image

Bayer wydobył portfel, a z niego wyciągnął dziesiątkę i dwie jedynki.
— Dwa, bo jadę z przyjacielem.
Kiwnęła głową, sprawnie wybrała z przegródek osiem biletów, dwa zestawy po cztery włożyła 

do   kopert   z   pomarańczami   na   okładce   i   wysunęła   przez   okienko,   jednocześnie   zabierając 
pieniądze.

— Miłej podróży, słonko. Peron dwudziesty.
Kątem   oka   zobaczył,   że   Koch   ma   jeszcze   przed   sobą   dwie   osoby.   Zrobił   dwa   kroki   w 

kierunku wyjścia, kiedy usłyszał za sobą głos kasjerki.

— Nie tędy, kotku. W drugą stronę!
Obrócił się. Przez szybę machała ręką w kierunku peronów.
— Dwudziesty peron.
Pokiwał głową i zawrócił na perony. Do pikapa dotarł okrężną drogą, tak aby kasjerka go nie 

dostrzegła. Cremer i Grossman, najwyraźniej zaniepokojeni, stali na skrzyni. Grossman miał już 
przewieszoną przez ramię torbę.

— Gdzie Koch? — warknął Cremer.
—   Jeszcze   w   kolejce   po   zapasowe   bilety.   —   Dyskretnym   ruchem   podał   koperty.   —   Do 

Atlanty przez Birmingham. Odchodzi za piętnaście minut.

— Za piętnaście minut! — zawołał z niedowierzaniem w głosie Grossman. Schował bilety za 

pazuchę i zeskoczył ze skrzyni. — Olewam zapasowe — rzucił przez ramię, ruszając w kierunku 
dworca.

— Dokąd? — zawołał za nim Bayer.
— Odlać się i do pociągu.
Cremer popatrzył na Bayera, wzruszył ramieniem i także zeskoczył na jezdnię.
— Podziękuj Kochowi. — Uścisnęli sobie ręce. — Uważaj na siebie, Kurt.
—   Ty   też,   Rudolf.   —   Bayer   popatrzył   za   Grossmanem.   —   Żeby   ten   nie   narobił   wam 

kłopotów.

Cremer z uśmiechem pokiwał głową i ruszył w ślad za towarzyszem.

* * *

Grossman rozejrzał się po hali dworcowej i zobaczył odchodzącego od okienka kasowego 

Richarda Kocha. Ich spojrzenia spotkały się, Grossman leciutko pokręcił głową i ruszył w bok, 
tak aby nie natknąć się na Kocha. Toalety były po przeciwnej stronie wyjścia niż kasy. Grossman 
wszedł do ostatniej kabiny i zamknął za sobą drzwi na zasuwę. Wyszedł po dwóch minutach, z 
lżejszym pęcherzem i lżejszą torbą. Za drzwiami stał, przestępując z nogi na nogę, jakiś młody 
człowiek,  ale  Grossman  machnął  zniechęcająco  ręką  i pinezką  przyczepił  do drzwi kartkę  z 
czerwonym napisem: NIECZYNNE.

* * *

Koch wchodził na dworzec, gdy Cremer z niego wychodził, ale nie zobaczyli jeden drugiego.
Bayer siedział na miejscu dla pasażera; Koch wsunął się za kierownicę. Nie wydawał się 

zdziwiony informacją o dwóch pozostałych częściach grupy.

—   Powodzenia   —   mruknął   pod   nosem,   wrzucił   luz   i   nacisnął   starter.   Nic   się   nie   stało. 

Spróbował jeszcze raz z takim samym skutkiem.

— Wysiadł akumulator? — zasugerował Bayer.

background image

— Ciekawe, co innego? — prychnął Koch i otworzył drzwi. Stanęli obaj przed maską, unieśli 

ją i zobaczyli, że olej wyciekał niemal na każdym złączu, a mieszając się z kurzem, tworzył  
kleistą maź. Odszukali akumulator, pokryty tą samą mazią — jak dostał się tam olej, Koch nie 
miał pojęcia — a na dodatniej końcówce akumulatora widać było szary nalot.

—   Pięknie.   —   Bayer   pokiwał   głową.   —   Trudno,   żeby   przy   takiej   korozji   nie   przestał 

kontaktować. Chyba między narzędziami jest jakiś klucz. Zaraz przyniosę.

* * *

Cremer przeciskał się przez tłum przelewający się po peronie. Każdy tor kończył się kozłem 

oporowym, dużą, białą belką z wyraźnym numerem peronu. Na każdym stała w donicy wysoka 
na ponad metr palma, co przypominało okolice dworca.

Przy peronie dwudziestym stał pociąg, na którego każdym wagonie widniał napis: ORANGE 

BLOSSOM   SPECIAL.   Chciał   wsiąść   za   starszym   mężczyzną   w   garniturze   i   kapeluszu,   ten 
jednak z uśmiechem ustąpił mu miejsca.

— Żołnierze mają pierwszeństwo — powiedział.
Cremer musiał wydawać się stropiony, gdyż tamten ruchem głowy wskazał ciemnooliwkową 

torbę.

Teraz Cremer ze zrozumieniem pokiwał głową.
— Dzięki, ale wiek ma swoje prawa.
Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej i wsiadł do wagonu. Kiedy Cremer wspinał się za 

nim, kilka wagonów dalej zobaczył Grossmana.

* * *

Bayer   szukał   odpowiedniego   klucza   dłużej,   niż   sądził,   potem   trochę   czasu   zajęło   mu 

poluzowanie zacisku mocującego przewody do akumulatora. Wiedział, że nie może robić tego na 
łapu — capu, bo gdyby ułamał się zardzewiały detal, byliby uziemieni.

Rozległ się gwizd pociągu.
— Chyba ich — mruknął Koch.
Bayer spojrzał na zegarek i przytaknął. Jeszcze kilka minut i wreszcie udało się poluzować 

zacisk. Koch zaczął czyścić końcówkę i nagle obaj aż podskoczyli na odgłos potężnej eksplozji, 
Richard uderzył głową o uniesioną pokrywę maski.

Z budynku w popłochu wybiegali ludzie, niektórzy zakrwawieni, kilka osób w tlących się 

ubraniach.

— Cokolwiek to było, musimy się zmywać — powiedział Koch.
Bayer najlepiej jak potrafił podłączył znowu akumulator. Na parkingu zapanował chaos, gdyż 

jedni uciekali do samochodów, inni biegli w przeciwnym kierunku, niespokojni o swoich bliskich 
czy znajomych.  Bayer  nie  był  pewien,  ale wydawało  mu  się, iż  jedna  z kobiet  histerycznie 
krzycząc, pognała w kierunku dworca, zostawiając otwarty samochód na chodzie.

Koch wskoczył za kierownicę i nacisnął starter, ale silnik milczał. Spróbował jeszcze raz, 

również bez efektu.

—   Kurwa   mać!   —   Wyrżnął   pięścią   w   tablicę,   a   potem   wychylił   się,   żeby   zawołać 

zasłoniętego podniesioną maską Bayera, ale go nie dojrzał. — A z tym co się stało?

Wyskoczył z samochodu i usłyszał okrzyk:
— Richard!

background image

Obejrzał się i zobaczył, jak Bayer wrzuciwszy ich dwie torby na tylne siedzenie forda sedana 

1940, usadowił się za kierownicą. Wsiadł na fotel pasażera, a Bayer spokojnie ruszył, podczas 
gdy pod dworzec zajeżdżały już na sygnałach wozy straży pożarnej i policyjne.

Za wskazówkami Kocha Bayer powrócił na Main Street, skąd wykręcił w lewo i autostradą 

US 1 pojechał na północ.

Cztery

Penn Station
Nowy Jork
6 marca 1943 roku, 11:30

Pociąg   relacji   Waszyngton–Baltimore–Nowy   Jork   z   piskiem   hamulców   zatrzymał   się   na 

Pennsylvania Station w centrum Manhattanu, a major Korpusu Powietrznego Wojsk Lądowych 
USA, Richard Canidy, włożył czytany właśnie dokument do brązowej aktówki, którą wcześniej 
rano tego dnia otrzymał od Murraya Gurfeina na Union Station w Waszyngtonie.

Gruba na dziewięć centymetrów aktówka zawierała w sobie wszystkie dokumenty o Charlesie 

Lucianie, „Farciarzu”, jakie zebrał Gurfein.

Strona, którą Canidy właśnie na powrót umieścił w teczce, nosiła nagłówek:

Nowy Jork, Oddział Resocjalizacji
Więzienie Great Meadow
Comstock (hrabstwo Waszyngton), Nowy Jork
a dalej widniał raport lekarski

LUCIANO, CHARLES
Więzień #92168
Ww. biały mężczyzna, wiek 44 lata, został
przebadany przez niżej podpisanego, który
ustalił, co następuje:
GŁOWA: norma, skóra czaszki czysta.
OCZY: norma, pole widzenia, prawe — 90%,
lewe — 90%.
NOS: czysty.
JAMA USTNA: uzębienie dobre, brak migdałków.
SZYJA: norma, widoczne blizny, tarczyca w normie.
USZY: słyszalność 36/36 w obu.
KLATKA PIERSIOWA: norma, płuca czyste.
SERCE: mocne, nieregularne szmery.
GENITALIA: norma, bez zewnętrznych oznak chorób wenerycznych.
ODBYT: brak śladów hemoroidów.
PULS: 75 w stanie spoczynku, 95 po umiarkowanym wysiłku,
77 po dwuminutowym odpoczynku.
CIŚNIENIE KRWI: 125/85.
WZROST: 17 3.
WAGA: 7 2.

background image

WASSERMANN: negatywny.

UWAGI: Z uwagi na szmery w sercu, z medycznego
punktu widzenia należałoby nie wyznaczać więźniowi
zadań uciążliwych (jak np. praca w pralni).

12 maja 1942 roku
L A Thume MD
Leo A. Thume, M.D.

Patrząc na informację o wyniku testu Wassermanna — niemiecki bakteriolog August von 

Wassermann opracował go w roku 1906 jako jednoznacznie rozstrzygający, czy delikwent jest, 
czy  nie  jest  chory  na syfilis  —  Canidy  przypomniał   sobie  informację,   jaką  Murray  Gurfein 
przekazał podczas wczorajszego obiadu, że rozciągając swą władzę na prostytutki, Luciano tak 
intensywnie próbował swój „towar” — jak smakował rozprowadzaną heroinę — że raz zapadł na 
syfilis, a osiem razy — na rzeżączkę.

Pociąg   znieruchomiał,   Canidy   włożył   tekturową   aktówkę   do   skórzanego   neseseru   — 

uważając, aby nie zablokować dostępu do półautomatycznego kolta model 1911 .45 ACP — a 
potem wraz z innymi pasażerami poszedł do wyjścia. Kiedy schodził na peron, zauważył dwóch 
policjantów,   którzy   bardzo   uważnie   przyglądali   się   wysiadającym.   Tylko   machinalnie 
zarejestrował ten fakt i skierował się ku postojowi taksówek, po drodze jednak zastanowiło go, że 
o ile na Union Station funkcjonariuszy było ledwie kilku, tutaj widać ich było wszędzie.

Kolejka na postoju była długa, Canidy więc minął ją i poszedł na wschód 32 Ulicą. Udało mu 

się złapać taksówkę dwie przecznice dalej, na rogu Broadway. Z tylnego siedzenia podał adres — 
117 South Street — a potem wziął zostawiony przez kogoś numer „New York Word — Telegram 
& Sun” i przebiegł wzrokiem po nagłówkach. Jeden z artykułów — co było bardzo częste — 
przynosił   wypowiedź   prezydenta   na   temat   opinii   wygłoszonej   dnia   poprzedniego   (o   wojnie, 
gospodarce… cenie sera pleśniowego). Obok znajdowała się informacja o ataku dowodzonej 
przez generała broni George’a Kennedy’ego Piątej Armii Lotniczej na japoński konwój na Morzu 
Bismarcka, w efekcie którego zatonęły cztery niszczyciele i wszystkie osiem transportowców, a 
także   połowa   z   siedmiu   tysięcy   japońskich   marynarzy.   Niżej   zamieszczono   informację   o 
alianckim   konwoju   ON–166,   którego   czternaście   okrętów   zatopiły   w   lutym   U–Booty   na 
Atlantyku.

Uwagę Canidy’ego przykuła następująca informacja:

ROŚNIE LICZBA OFIAR
W GEORGII I NA FLORYDZIE
10 osób zabitych w eksplozjach na stacjach kolejowych
FBI: „Nie ma związku między eksplozjami”
Jeffrey Csatari, „New York Word — Telegram & Sun”
ATLANTA, 5 marca. — Kolejne dwie osoby
zmarły z powodu ran odniesionych podczas
niedzielnych wybuchów na dworcu głównym
w Atlancie i godzinę wcześniej w Jacksonville.
Jak dotąd suma ofiar śmiertelnych wynosi 10;
32 osoby zostały ranne, 4 są nadal hospitalizowane.
Na przekór opinii bezpośrednich świadków, że oba

background image

wybuchy były „podejrzane”, stanowi i federalni
oficerowie śledczy twierdzą, że nic nie wskazuje
na związek między tymi incydentami.
„Nic nie łączy obu wybuchów”, oznajmił
Christopher Gilman, agent specjalny biura FBI
w Atlancie. „Więcej nie mam do dodania”.
Osoba uczestnicząca w śledztwie w Jacksonville,
która chciała zachować anonimowość, powiedziała:
„Wydaje się, że zawinił nieszczelny przewód gazowy
prowadzący do grzejnika w męskiej toalecie, ale
na obecnym etapie śledztwa nie można tego
jednoznacznie potwierdzić”. Zapytany o niemiecki
pistolet znaleziony na dworcu w Atlancie,
Gilman odrzekł: „Bez komentarza”.

Samochód   gwałtownie   przyspieszył   na   klaksonie;   Canidy   podniósł   wzrok   i   zobaczył,   że 

kierowca za wszelką cenę chce przeskoczyć 17 Ulicę, zanim światło zmieni się na czerwone.

Po dziesięciu minutach takiej zawadiackiej jazdy, która kilka razy tylko o włos nie zakończyła 

się kolizją wykręcili z Fulton i pojechali South Street, ale zaraz za targiem rybnym kierowca 
gwałtownie zahamował z piskiem opon.

W   poprzek   ulicy   stał,   z   migającym   sygnałem   na   dachu,   samochód   nowojorskiej   policji 

drogowej.

— Co się stało? — spytał Canidy.
— Cholera wie — mruknął szofer, wysunął głowę z okienka i usiłował coś zobaczyć  za 

wozem policyjnym.

Canidy dostrzegł, że funkcjonariusze wyjmują drewniane szlabany z pomarańczowo–czarnymi 

pasami i niosą je w głąb ulicy. Zerknął na narożny numer i zorientował się, że jest już niedaleko 
od Meyer’s Hotel, którego adres otrzymał od Gurfeina, a w którym Joe „Skarpeta” Lanza stale 
wynajmował pokój, służący jako miejsce do załatwiania interesów.

Wyjął   z   kieszeni   banknot,   podał   kierowcy   ze   słowami:   „Reszty   nie   trzeba”   i   wysiadł   z 

neseserem w ręku.

Poszedł   chodnikiem,   wymijając   funkcjonariuszy,   którzy   właśnie   zaczęli   ustawiać   na   nim 

przegrodę.

— Ej! — zawołał jeden z nich. — Tam nie wolno!
Canidy   udał,   że   nie   słyszy,   i   dalej   szedł   w   kierunku   numeru   117,   słysząc   za   sobą 

zrezygnowane mruknięcie policjanta.

Przed Meyer’s Hotel — zniszczonym, trzypiętrowym budynkiem, którego połowę regularnie 

wynajmowała   mafia   —   grupka   policjantów   otaczała   wejście;   wpatrywali   się   w   jakiś   kształt 
oparty o ścianę.

Jeszcze kilka kroków i przestał to być jakiś kształt.
Canidy potrafił rozpoznać ludzkie zwłoki.
O   boczną   ścianę   opierał   się   zwalisty   facet   w   skórzanej   czapce,   flanelowej   koszuli, 

zatłuszczonej bluzie i sięgających do kolan gumowcach, który postąpił kilka kroków i zagrodził 
drogę Canidy’emu.

— Nie ma przejścia — warknął.
Miał metr osiemdziesiąt osiem wzrostu, jakieś sto dziesięć kilogramów wagi i Canidy musiał 

lekko podnieść głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.

background image

— Jestem umówiony na spotkanie — powiedział. — A ty co, gliniarz?
Facet studiował go bacznie.
— Nazywasz się Kennedy?
Lepiej było nie żartować.
— Canidy.
— Mhm. Kazał cię wprowadzić. — Facet zerknął w kierunku policjantów. — Coś się tam 

stało.

— Zdaje się.

background image

V

Jeden

Nick’s Cafe
Róg Pearl Street i Fletcher Street
Nowy Jork
6 marca 1943 roku, 12:40

Ubrany w mundur majora Korpusu Powietrznego Wojsk Lądowych USA, Richard Canidy z 

neseserem w ręku, w ślad za wielkim gorylem minął dwie przecznice w kierunku na południe, 
wykręcił we Fletcher Street i teraz minął kolejne dwie przecznice na zachód. „Niezłą musimy 
stanowić parę” — pomyślał.

— Tutaj  — mruknął  facet,  gdy znaleźli  się przy całodobowej restauracji na rogu Pearl i 

Fletcher   Street.   Lokal,   niewielki   i   ciemny,   pełen   był   kierowców   ciężarówek,   budowlańców, 
listonoszy, między którymi zdarzyła się nawet para policjantów z ulicznego patrolu.

Słychać było gwar rozmów, szczęk sztućców, brzęk szklanek, w powietrzu unosił się zapach 

czosnku i cebuli. Pomieszczenie było wąskie i długie. Od frontowego okna wychodzącego na 
Pearl Street, pod lewą ścianą ciągnął się długi blat, przy którym na wysokich trzonach ustawiono 
obrotowe fotele, wyłożone  winylem,  wzdłuż prawej — ciąg drewnianych  stołów z ławkami, 
obliczonych na czterech klientów każdy. Obok każdego miejsca wisiało na ścianie zdjęcie jakiejś 
greckiej wysepki.

Na   zapleczu   za   wahadłowymi   drzwiami   znajdowała   się   pełna   gwaru   kuchnia.   Drzwi   się 

rozstąpiły, a zza nich wynurzył się kelner z wielką, okrągłą tacą na przedramieniu, na niej zaś 
piętrzyły się talerze z sandwiczami, chipsami i czarkami z zupą. Tylne stoły rozświetliło światło 
z kuchni, które jeszcze przez chwilę padało na nie przerywanymi błyskami, a potem skrzydła 
drzwi znieruchomiały i znowu zapadł mrok.

— Tam — mruknął goryl i kiwnął głową.
Kiedy przeciskali  się między stołami,  siedzący podnosili głowy i pozdrawiali  wielkoluda. 

Zatrzymali się przy stojącym w rogu stole, przy którym siedział mężczyzna podobnie ubrany jak 
przewodnik Canidy’ego: flanelowa koszula z długimi rękawami, poplamiona bluza, gumowce, a 
obok   niego   dragi   —   w   czarnym,   tanim   garniturze,   mający   jakieś   metr   siedemdziesiąt   pięć 
wzrostu, siedemdziesiąt kilogramów wagi oraz bladą skórę. Obok małej filiżanki z kawą leżał 
egzemplarz   antyfaszystowskiej,   wydawanej   w   Nowym   Jorku   gazety   „Il   Nuovo   Mondo”   ze 
zdjęciem Mussoliniego na pierwszej stronie.

— To ten — oznajmił goryl.
Mężczyzna w garniturze lekko uniósł się z ławki i wyciągnął dłoń.
— Joe Guerin — przedstawił się.
Prawnik dokładnie pasował do opisu Gurfeina.
— Dick Canidy, bardzo mi miło.
— A to Mister Lanza — powiedział Guerin — mój klient.
Joe Lanza, niski, korpulentny, miał kostropatą twarz, źle przystrzyżone włosy i baczne, zimne 

oczy. Z informacji Gurfeina Canidy wiedział, że Lanza liczył sobie czterdzieści jeden lat, ale 
wyglądał na znacznie więcej.

Miał mocny, stanowczy uścisk dłoni.
— Miło mi — rzekł Canidy, na co Lanza odpowiedział tylko krótkim skinięciem głowy.

background image

— Niech pan siada — powiedział Guerin, wskazując miejsce obok siebie, a naprzeciwko 

Lanzy.

Kiedy Canidy siadał, goryl wycofał się w kąt, tak aby nie przeszkadzając w ruchu między 

kuchnią a lokalem, mieć na oku wejście i stolik szefa.

— Skontaktował się ze mną nasz wspólny przyjaciel — odezwał się Guerin. — A ja z kolei 

spytałem pana Lanzę, czy chciałby się z panem spotkać.

— Dzięki — powiedział Canidy do Guerina, potem to samo powtórzył pod adresem Lanzy: — 

Dziękuję.

Tamten zaakceptował podziękowanie wolnym ruchem powiek. Guerin przez chwilę smakował 

kawę, potem nagle się ożywił.

— Ale, ale… może coś by pan zjadł? Bardzo dobrze tutaj karmią.
— Nie, dzięki. Kawa zupełnie wystarczy.
Guerin   podchwycił   wzrok   goryla,   uniósł   filiżankę   i   ruchem   głowy   wskazał   Canidy’ego. 

Wielkolud podszedł do kelnera, który nachylał się nad jednym ze stolików, bez słowa zdjął z tacy 
jedną z filiżanek — czym zaskarbił sobie gniewne, natychmiast jednak spokorniałe spojrzenie — 
i już po chwili stawiał ją przed Canidym.

— Dzięki — powiedział ten ostatni, który już nie pamiętał, kiedy ostatni raz miał okazję do 

tak częstych podziękowań, a goryl bez słowa powrócił na swój posterunek.

— Czy można w takim razie wiedzieć, jakie są pańskie oczekiwania, panie Canidy? — spytał 

Guerin.

„No i co ja mam robić? W publicznym lokalu oznajmić włoskiemu gangsterowi, że chcę, aby 

jego boss skontaktował mnie z mafią na Sycylii? Cholera, nawet jak dla mnie to trochę za wiele”.

Spróbował okrężnej drogi.
—   Czy   Mur…   Czy   nasz   wspólny   przyjaciel   określił   jakoś   ogólnie   przedmiot   moich 

zainteresowań?

Guerin pokręcił głową.
— Nie, tylko powiedział, że to bardzo ważna sprawa. „Cudownie!”.
Canidy zerknął na wpatrzonego w drzwi wejściowe goryla. Sam z chęcią spojrzałby w tym 

kierunku, chociażby po to, aby się upewnić, że nikt ich nie podsłuchuje. Nie wydawało się to 
jednak jakimś szczególnie fortunnym zachowaniem.

— Nie wiem, czy to najlepsze miejsce na dyskutowanie szczegółów — powiedział w końcu.
Guerin potoczył wzrokiem dookoła.
— Zupełnie dobre. Nic się tu nie stanie bez zezwolenia mojego klienta. Właściciel, Nick, jest 

pod jego ochroną.

Canidy miał już na końcu języka: „Tak jak pod waszym hotelem?”, ale wolał to przemilczeć.
— Nie mam nic do tego konkretnie miejsca, ale wszędzie zdarzają się dziwne rzeczy…
— Na przykład?
Gurfein spoglądał uważnie na Canidy’ego, a ten uznał, że nie ma się co certolić.
— Na przykład… przed hotelem na South Street.
— To nieporozumienie — chłodno wtrącił Lanza. — Ustalamy, jak mogło do niego dojść.
— Właśnie czegoś takiego chcę uniknąć. — Teraz Canidy objął spojrzeniem lokal i popatrzył 

na Lanzę. — Nieporozumienia polegającego na tym, że ktoś usłyszy coś, czego nie powinien.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, a potem Lanza rzekł spokojnie:
—   Paru   facetów   w   porcie   nowojorskim   próbowało   coś   majstrować   przy   przeładunkach. 

Trzeba   ich   było   kopnąć   w   dupę,   co   miało   dalsze   konsekwencje,   między   innymi   dzisiejsze 
zdarzenie. Nieporozumienia. — Wzruszył ramieniem. — Zawsze się zdarzają i wtedy trzeba nad 
nimi popracować.

background image

„Ciekawe, jakiego rodzaju pracę ma na myśli?”.
— Ale wracajmy do naszego spotkania. Zjawiłeś się tu, gdyż mamy wspólnego przyjaciela. Z 

nim   mamy   honorowe   porozumienie,   podobnie   jak   ty.   Dlatego   jesteś  gli   amici,  przyjaciel 
przyjaciół. Capiche? — Bez specjalnego zainteresowania Lanza wpatrzył się w resztkę kawy w 
filiżance. — A więc czego chcesz?

„»Zadanie wykonane, panie pułkowniku! Zawarłem honorowe porozumienie z gangsterem — 

mordercą«. To niemożliwe, nieprawdopodobne, ale co tam…”.

—   Chciałbym   poprosić   Charliego   o   podobną   pomoc,   jakiej   udzielił   naszemu   wspólnemu 

przyjacielowi.

Lanza spojrzał na niego z wyraźnym zainteresowaniem.
— Charliego? Canidy przytaknął.
— A co więcej możemy zrobić? Macie pomoc w Nowym Jorku i na całym wybrzeżu.
Canidy nachylił się nad stołem.
— W domu Charliego.
— Cały Brooklyn pokryty.
Canidy pokręcił głową.
— W prawdziwym domu.
— Przecież… — Lanza umilkł i zmarszczył brwi. — Masz na myśli…
— Mhm.
Lanza spojrzał na Guerina, który tylko wzruszył ramieniem.
— A czego chcielibyście… w prawdziwym domu?
— Kontaktów. Miejscowych ze znajomościami, takich, którzy wskazaliby, na kogo można 

liczyć,   jeśli   chodzi   o   organizowanie   grup   oporu   przeciw…   —   wskazał   palcem   zdjęcie 
Mussoliniego — pewnym osobom.

Lanza beznamiętnie rozważał chwilę propozycję, a potem spytał:
— Czemu nie zwróciłeś się wprost do niego, tylko do mnie?
Canidy był przygotowany na to pytanie.
— Chodzi o szacunek.
Zauważył lekki błysk w oczach Lanzy. Gurfein wyjaśnił mu, że chociaż dla ludzi z zewnątrz 

mafioso są bezwzględni i prostaccy, dla nich samych szacunek był rzeczą ogromnie ważną. Bez 
szacunku   dla   bossów   i   organizacji   wszystko   sprowadziłoby   się   tylko   do   krwawych   jatek   i 
przemocy, do walk, w których nie było zwycięzców.

— W rozmowie z naszym wspólnym przyjacielem powiedziałem — ciągnął Canidy — że 

najpierw chcę poznać tych, z którymi będę pracował, aby to oni, jeśli ocenią mnie pozytywnie, 
przekazali moją prośbę dalej. Zwracanie się od razu do Mister Polakoffa mogłoby sugerować 
brak szacunku.

Uwagę tę Lanza pozostawił bez odpowiedzi, natomiast zaciekawił się:
— A co Charlie za to dostanie?
Canidy uśmiechnął się na wspomnienie rozmowy z Gurfeinem podczas obiadu.
— Powiedziałem jakiś kawał?
W głosie Lanzy Canidy posłyszał wymowę z Lower East Side; łatwo potrafił sobie wyobrazić 

ten ton,  pojawiający się,  gdy Lanza  zamierzał  użyć  bardziej  zdecydowanych  argumentów  w 
rozmowie z kimś, kto nie chce płacić w zamian za ochronę.

— Nie, skądże — odrzekł Canidy poważnie, ale bez zdenerwowania w głosie i sięgnął po 

kawę. —  To  samo,   co teraz,   głęboko  patriotyczne  poczucie,  że  przyczynia  się  do wygrania 
wojny.

Przez chwilę patrzyli  sobie w oczy,  potem Lanza odwrócił wzrok, dopił kawę i z lekkim 

background image

szczękiem odstawił filiżankę na spodek.

— E cosa mia — rzucił wreszcie, a gdy wyraz twarzy Canidy’ego pozostał bez zmiany, dodał: 

— Teraz to moja sprawa. Coś chyba da się zrobić.

Dwa

Usłyszawszy od Joego „Skarpety” Lanzy, żeby zadzwonił do Meyer’s Hotel za dwie godziny, 

Dick Canidy wyszedł z Nick’s Cafe i uznał, że najlepiej będzie się przejść, aby podczas spaceru 
wszystko na chłodno przemyśleć. Co więcej, widać było, że musi zmienić wcześniejsze plany, 
które zakładały powrót jeszcze tego samego dnia do Waszyngtonu; w związku z tym potrzebny 
mu był nocleg.

Szybko   znalazł   grupkę   trzech   automatów   telefonicznych   i   z   pamięci   wykręcił   numer 

Gramercy Park Hotel. Od recepcjonistki dowiedział się, że tak, mają miejsca, ponieważ jednak 
minęło   już   południe,   najlepiej   gdyby   stawił   się   na   miejscu   i   potwierdził   rezerwację.   Dick 
oznajmił, że zjawi się za godzinę, może mniej i odłożył słuchawkę.

Poszedł Pearl Street na północ; powietrze nadal było rześkie, niebo przejaśniło się jednak, 

oświecając jego stronę ulicy. Canidy zastanawiał się, skąd płynęło poczucie niepokoju, jakie mu 
pozostało po spotkaniu z gangsterem.

„Atmosfera zepsucia? Ta obecna w tle przemoc, gwałt, okrucieństwo, zabijanie? OK, zapewne 

tak.   Jednak   nie,   Dick,   nie   bądź   naiwny,   przecież   historia   pełna   jest   przemocy,   gwałtu, 
okrucieństwa i morderstw” — przemawiał do siebie w myślach.

Na rogu Broadwayu zobaczył pobliski ratusz.
„Najlepszym  dowodem na to, że okrucieństwo istnieć  będzie zawsze, są politycy.  Co tak 

naprawdę różni bandę urzędników, biorących łapówkę za przyznanie firmie robót publicznych, 
od włoskich mafioso, którzy biorą forsę za »ochronę« właściciela knajpy czy hotelowej dziwki? 
Czy   przemoc   jest   tylko   tam,   gdzie   gangsterzy?   Nie   bądź   śmieszny!   Zresztą,   ilu   polityków 
skończyło tak jak facet leżący pod hotelem, szczególnie jeśli wdali się w konszachty z mafią i nie 
dotrzymali obietnicy?”.

Canidy   mijał   właśnie   ratusz,   jak   zawsze   zachwycając   się   budynkiem,   a   przy   okazji 

zastanawiał   się,   ile   też   nakradli   w   latach   sześćdziesiątych   i   siedemdziesiątych   Boss   Tweed, 
nowojorski komisarz robót publicznych, i polityczna klika znana jako Tammany Hall.

„Ile tego było? Dwa miliony dolarów, i to ówczesnych! Korupcja na niewyobrażalną skalę. A 

przy takiej forsie jak mogło nie dojść do aktów przemocy? Komuś przestrzelono kolana, kogoś 
innego zabrano do portu na bezpowrotną wycieczkę…”.

Zatem   to   nie   ciemna   strona   działalności   mafii   rodziła   jego   niepokój,   uznał   Canidy.   Nie, 

bardziej chodziło o fakt, że z bliska mógł zobaczyć,  na jakiej zasadzie działała mafia. I jak 
słuszne były słowa Donovana o „tańcu z diabłem”.

„Mafia jest złem. Mniejszym jednak od tego, co czynią Hitler i Mussolini”.
Zbliżając się do skrzyżowania z Canal Street, minął ciąg witryn, z których uwagę przyciągnęła 

wystawa księgarni, eksponującej książki religijne. Kontynuując marsz na północ, zastanawiał się, 
co   Powiedziałby   jego   ojciec   o   kontaktach   syna   z   mafią.   To   znaczy,   gdyby   syn   go   o   tym 
poinformował, czego absolutnie nie miał zamiaru robić.

Wielebny George Crater Canidy, doktor filozofii i teologii, był dyrektorem St. Paul’s School 

w Cedar Rapids w Iowa. Był dobrym człowiekiem — prawdziwym dżentelmenem — pełnym 
takiej   wiary   w   Jezusa   Chrystusa,   że   równać   się   z   nią   mogło   —   jeśli   to   w   ogóle   było   do 

background image

pomyślenia — tylko jego oddanie sprawom szkoły i dobra uczniów.

Wielebny doktor Canidy mieszkał  w budynku szkoły episkopalnej, gdzie miał  także  swój 

gabinet, co sprawiało, iż każdą minutę swej aktywności poświęcać mógł powołaniu, które uważał 
za najszlachetniejsze i najbardziej zobowiązujące ze wszystkich możliwych ludzkich poczynań.

Dick   Canidy   kochał   ojca   i   darzył   szacunkiem,   prawdziwym,   nie   tym,   który   udawał   w 

rozmowie z Lanzą. Życie nie szczędziło wielebnemu Canidy’emu rozczarowań, ale potrafił je 
znosić w milczeniu.

Był wdowcem od dawna; Dick niemal w ogóle nie pamiętał matki, jeśli nie liczyć jakichś 

niejasnych   wspomnień   ze   szpitala,   których   najmocniejszym   elementem   był   natrętny, 
nieprzyjemny zapach, wiedział jednak, że jej choroba trwała długo, ojciec zaś cierpliwie trwał u 
jej boku i opiekował się nią przez cały ten czas.

Gdy umarła, spokojnie wszedł w rolę samotnego rodzica i nauczyciela.
„Co wcale nie było  łatwe” — myślał  z melancholią  Canidy,  który właśnie zbliżał  się do 

Houston Street.

Z   małym   Dickiem   sporo   było   kłopotów,   a   te   jeszcze   się   pogłębiły   wraz   z   tym,   jak   w 

podstawówce   do   klasy   niżej   przybył   Erik   Vollmer.   Erik   zjawił   się   w   Cedar   Rapids   w   nie 
najlepszym nastroju, gdyż dobrze wiedział, że to na życzenie matki trzeba było usadowić się 
gdzieś na prowincji. Monica Carlisle z wielką ochotą występowała w rolach kobiety pięknej i 
pożądanej,   a   fakt   posiadania   syna   nieco   kłóciłby   się   z   jej   obrazem,   jaki   niestrudzenie 
przedstawiali publiczności agenci reklamowi. Nie chodziło zresztą o to, iż syn nie był bynajmniej 
niemowlakiem,   ale   także   i   o   to,   iż   ojcem   tego   nieślubnego   dziecka   był   dobrze   widziany   w 
kręgach zauszników Hitlera niemiecki przemysłowiec.

To z tej przyczyny Erik został zesłany do Iowa. Tu niemal natychmiast zaprzyjaźnił się z 

synem   dyrektora   szkoły   i   wspólnie   zaczęli   dokonywać   najróżniejszych   wybryków;   może 
najbardziej widowiskowy polegał na podpaleniu zeschłych liści, które wcześniej starannie ułożyli 
w ciągłą dróżkę prowadzącą aż do baku benzynowego studebackera president.

Eksplozja była gwałtowna, podobnie jak i reakcja na ten występek.
Ponieważ pani Carlisle za nic nie chciała, aby zbyt wiele rozmawiano na temat wydarzenia, na 

miejscu  zjawił  się  młody,  błyskotliwy prawnik  nazwiskiem   Stanley  Fine,  a  jego  nienaganne 
maniery   tudzież   czek   wystawiony   na   całkiem   sporą   sumę   sprawiły,   że   na   całą   historię 
spuszczono zasłonę milczenia.

Nic jednak nie było w stanie usunąć z pamięci Dicka wyrazu rozczarowania, jaki dostrzegł w 

ojcowskich oczach. Nie inaczej było, gdy zapisał się do szkółki pilotażu na miejscowym lotnisku 
i ojciec zrozumiał, że syn nie zamierza podążyć żadną z dróg, jakie on sobie dla niego wymarzył, 
nie chce więc zabiegać o karierę kościelną ani akademicką.

Przepuszczając taksówkę na przejściu przez 10 Ulicę, Canidy nie miał złudzeń, że taki sam 

smutek   zagościłby   w   oczach   ojca,   gdyby   się   teraz   dowiedział,   iż   jego   latorośl   wchodzi   w 
konszachty z mordercami i bandytami.

„On sam za nic by się tego nie podjął” — myślał. „Podobnie jak większość ludzi, chce czynić 

tylko i wyłącznie dobro, a nawet jeśli nie czynić, to przynajmniej dostrzegać.

To jednak sprawia, że inni muszą się zajmować takimi sprawami jak ja.
I to jest w porządku.
Tyle… że chyba właśnie to mnie niepokoi.
Jak ojciec i syn mogą być tak od siebie różni?
Aczkolwiek może wcale aż tak bardzo się nie różnimy.
Przecież kontaktuję się z tymi cholernymi makaroniarzami nie dlatego, że bardzo tego chcę. 

Wprost przeciwnie — wcale nie chcę.

background image

Robię to tylko z konieczności”.
Ulicę   dalej   na   południe   od   Union   Square   Canidy   zatrzymał   się   przed   witryną   sklepu   z 

ekskluzywną bielizną damską, gdyż natychmiast przyszła mu na myśl Ann Chambers.

„Przynajmniej Ann spodobałaby się ojcu” — kontynuował rozmyślania.
„To naprawdę nieprawdopodobna dziewczyna… a na dodatek jak bardzo jest teraz odmienna 

od tej trzpiotki, którą dwa lata temu Poznałem na jej rodzinnej farmie w Alabamie. Piękna, 
bystra… I stanowcza. A jeśli coś mnie jednak niepokoi… To fakt, że mogę żywić tak gorące 
uczucia do jednej i tej samej kobiety przez tak długi czas. Do czego to wszystko doprowadzi?

Wojna nie skończy się jutro ani za tydzień, a ja przecież nie mogę nieustannie mówić jej, że 

teraz zostanę już na dłużej, a potem za chwilę łamać przyrzeczenie.

A teraz co? Na Sycylię?
Potrzebny mi ktoś do pomocy, do tych konszachtów z mafią.
Może wciągnąć Vollmera. Albo Staną Fine’a; pieprzyć Bruce’a.
Sycylia, niech to diabli!
Ann   bardzo   się   to   nie   spodoba;   znowu   wyjeżdżam   i   znowu   nie   będzie   wiedzieć,   dokąd 

pojadę”.

Jego uwagę przykuła jedwabna halka.
„Coś takiego dobrze byłoby jej przywieźć. Także mydło, jakieś perfumy. Nie ma co, jak tylko 

załatwię sprawę z hotelem, muszę zajść do Diehla na Trzeciej Alei, a potem… — zerknął na 
tabliczkę  nad  głową  — …potem  na 13  Ulicę.  Nawiasem  mówiąc,   skoro  jestem  bez  swoich 
przyborów toaletowych, mnie też potrzeba kilku rzeczy. Ale najpierw pokój”.

Trzy

Gramercy Park Hotel
2 Lexington Avenue
Nowy Jork
6 marca 1943 roku, 14:15

Dick Canidy nacisnął mosiężną rączkę ciężkich, obrotowych drzwi budynku, który uważał za 

jeden z sekretów Nowego Jorku. Gramercy, zbudowany w latach dwudziestych, miał w sobie 
prostą elegancję, dobrze pasującą do bardzo miłego otoczenia.

Zdaniem Canidy’ego w niczym nie ustępował, na przykład, The Roosevelt na rogu Madison i 

45 — raptem jakieś dwadzieścia przecznic stąd na północ — natomiast znajdował się w miejscu 
bez porównania bardziej spokojnym i cichym. Z tej racji hotel ściągał plejadę znanych polityków 
i innych ważnych osobistości, włącznie z Humphreyem Bogartem, który w ogrodzie na dachu 
wyprawił wesele z pierwszą lub drugą żoną (a może obydwiema).

Niektóre z tych postaci regularnie wynajmowały tu pokoje i nikogo to nie dziwiło, gdy drzwi 

windy otwierały się i wypadała  z nich para owczarków, entuzjastycznie  ciągnących  za sobą 
właściciela, aby jak najszybciej dotrzeć do pobliskiego parku.

Wszystko to odpowiedzialne było za miłą, domową atmosferę i Canidy delektował się nią tak 

często, jak to było możliwe.

W holu kilka osób siedziało w głębokich fotelach pod wielkim żyrandolem, w lewym rogu 

dwie czekały na windę, a przy znajdującym się na wprost wejścia kontuarze recepcyjnym stało 
—   ku   rozczarowaniu   Canidy’ego   —   troje   klientów,   dwóch   młodych   mężczyzn   i   kobieta   w 
średnim wieku. Ustawił się za nimi, wyrzucając sobie w duchu, że tyle czasu stracił na przemarsz 

background image

do hotelu.

Kobieta, z którą rozmawiał przez telefon, powiedziała mu, że jest już niewiele wolnych pokoi, 

z których co najmniej dwa zajmą jego poprzednicy w kolejce, a przecież nie wiadomo, ile osób 
zgłosiło się w trakcie godziny, która upłynęła od telefonu.

Blat recepcyjny był w istocie nie blatem, lecz dwuipółmetrową płytą z gładko polerowanego 

czarnego kamienia, inkrustowanego dębową wkładką. Ścianę zajmował dębowy regał z jakąś 
setką skrytek o wymiarach piętnaście na piętnaście centymetrów, u dołu mających przyczepione 
mosiężne plakietki z numerami. W środku znajdowały się klucze i kartki papieru lub koperty.

Młody   mężczyzna   w   urzędniczym   garniturze   poprosił   o   klucz   i   spytał,   czy   są   jakieś 

wiadomości. Recepcjonista wraz z kluczem podał mały plik karteczek. Tamten podziękował i 
oddalił się, przeglądając notki.

Do następnej  w kolejce niewiasty recepcjonista  zwrócił się po nazwisku, uśmiechając  się 

grzecznie. Poprosiła o zapasowy klucz do swojego pokoju.

— Widzi pan — wyjaśniła, ruchem głowy wskazując stojącego za nią młodzieńca — zdaje 

się, że mój syn zatrzasnął drzwi, zostawiając w środku swój klucz i mój.

Recepcjonista otworzył jedną z dolnych szafek i wydobył z niej dwa zapasowe klucze, które 

wręczył matce i synowi.

Teraz przyszła kolej na Canidy’ego.
Recepcjonista — VICTOR, jak informowała wizytówka w klapie — uśmiechnął się do niego.
— Czym mogę służyć?
— Mnie więcej godzinę temu dzwoniłem, pytając o pokój.
— Witamy w Gramercy. Zaraz sprawdzę, czym dysponujemy.
Victor   podszedł   do   drewnianego   pudełka   bez   przykrycia   i   zaczął   przerzucać   karty 

informacyjne.   Raz   i   drugi   skrzywił   twarz   w   grymasie,   wyjął   jedną   z   kart,   z   westchnieniem 
odłożył ją na powrót, aż wreszcie uśmiechnął się radośnie.

— Tak, mamy coś interesującego. Jednoosobowy apartament.
— Apartament?
— Tak, sir. Bardzo elegancki. Z widokiem na park.
Canidy wiedział z doświadczenia, że najmniejsze z generalnie dużych pokojów w Gramercy 

znajdują się na jedenastym piętrze.

— Coś odrobinę mniej wystawnego? Może na jedenastym piętrze, z widokiem na 21 Ulicę?
Recepcjonista uśmiechnął się przepraszająco do gościa, dla którego nie była to jak widać 

pierwsza wizyta w hotelu, i rozłożył ręce.

— Niestety, nie. Bardzo mi przykro.
„Cholera, ile może kosztować taki apartament? A właściwie co mnie to obchodzi; przecież to 

nie moje pieniądze,  a fundusze BSS wydają  się niewyczerpane.  Tyle  że… nie lubię  szastać 
forsą”.

— Czy będzie z tym jakiś problem?
„W końcu to tylko jedna noc, a nie wiadomo, gdzie przyjdzie mi spać jutro lub pojutrze”.
Już otwierał usta, by odpowiedzieć Victorowi, gdy ten nachylił się i rzekł półgłosem:
—   Stałemu   gościowi   mogę   zaproponować   takie   rozwiązanie:   hotel   z   prawdziwą 

przyjemnością będzie gościć pana w apartamencie za cenę pokoju na jedenastym piętrze.

Canidy uniósł brew.
— To byłoby bardzo miłe. Dziękuję.
— Cała przyjemność po naszej stronie.
Victor przypatrywał się ruchom dłoni wypełniającej rubrykę meldunkową, lekko zmarszczył 

brwi, starając się identyfikować litery, i spytał:

background image

— Pan Canidy?
— Tak, Richard.
Victor  odwrócił się,  szybko  przeszukał  plik papierków  podobnych  do tych,  jakie  wręczył 

pierwszemu z czekających, wyciągnął jeden i podał Canidy’emu.

— Wiadomość do pana sprzed… — zerknął na leżący obok arkusz — …dwudziestu minut.
„Co jest?” — pomyślał zaniepokojony Canidy. „Przecież nikt nie wiedział, że tu idę. Cholera, 

godzinę wcześniej sam nie wiedziałem”.

Rozejrzał   się   po   holu,   ale   zobaczył   tylko   niewinnie   wyglądających   gości.   Szybkim, 

niegrzecznym ruchem wyrwał Victorowi z ręki karteczkę, na której widniał napis:

„3/6, 14:05, Mr Canidy, WOrth 2–7625”.
Canidy podniósł wzrok.
— Nie ma żadnej informacji od kogo. Ma pan jakieś sugestie?
Victor raz jeszcze spojrzał na arkusz i pokręcił głową.
— Żadnych informacji. Przepraszam, ale to nie ja odbierałem.
— Gdzie będzie WOrth?
Recepcjonista chwilę się namyślał.
— Lower East Side, okolice targu rybnego.
Canidy kiwnął głową.
— Mogę prosić o klucz?

Cztery

Pokój 510
Gramercy Park Hotel
2 Lexington Avenue
Nowy Jork
6 marca 1943 roku, 14:45

W windzie Dick Canidy wcisnął guzik z numerem 5, a kiedy drzwi zamknęły się, zręcznym 

ruchem wydobył z nesesera półautomatycznego kolta .45 ACP i wcisnął z tyłu za pasek, czując 
ucisk na kręgosłupie.

„Kto wie, że tu jestem? I skąd? Czyżby mafia miała tu swoją wtyczkę?”.
Winda zatrzymała się na piątym piętrze; wytknął głowę, rozejrzał się w lewo i prawo.
Nikogo.
Jedna z dwóch strzałek na ścianie naprzeciw windy informowała, że do 510 musi iść w lewo. 

Otworzył   drzwi,   wymacał   kontakt   przy   drzwiach,   zapalił   światło   i   dopiero   teraz   wszedł, 
zamykając za sobą. Sprawdził ubikację, łazienkę, w sypialni zajrzał pod łóżko.

Nie zauważył niczego niepokojącego, nie znalazł też nikogo.
„To musiał być jeden z tych facetów, którzy przed knajpą rozmawiali z automatu; poszedł za 

mną i podsłuchał rozmowę albo może podejrzał, jaki wykręcam numer. Potem zadzwonił tutaj i 
zostawił dla mnie wiadomość. Czy chcieli w ten sposób uprzedzić: »Wszędzie cię znajdziemy«, 
czy też nie było w tym żadnej intencji? Tak czy owak, trzeba pilnować pleców”.

Raz jeszcze, teraz już na spokojnie, obejrzał apartament, który naprawdę okazał się piękny. W 

salonie znajdowały się dwie duże sofy oraz dwa fotele o tej samej jasnej tapicerce. Na owalnym 
stoliku   pod   kawę   leżały   egzemplarze   „Time’a”,   „Look”   i   „The   Saturday   Evening   Post”,   w 
wazonie bukiet kwiatów sączył delikatny, nasycający całe pomieszczenie aromat.

background image

Canidy położył aktówkę na stoliku, omal nie strącając wazonu, powrócił do drzwi, zablokował 

zamek, wyjął zza pasa pistolet i wsunął go do prawej kieszeni, nie przejmując się sterczącą kolbą. 
Teraz podszedł do sięgającej od sufitu do podłogi kotary i lekko ją odchylił. Victor nie przesadzał 
— z okna roztaczał się piękny widok na okolicę, a przede wszystkim na znajdujący się po drugiej 
stronie ulicy park. Apartament znajdował się na tyle wysoko, aby ukazywać daleką panoramę, a 
zarazem   nie   na   tyle,   aby   nie   widać   było   starannie   przystrzyżonych   krzewów,   klombów, 
żeliwnych ławek. Na jednej siedziała zatopiona w lekturze kobieta, a u jej stóp bawił się piłką 
młody terier. Canidy opuścił kotarę i przeszedł do sypialni.

Na ścianach piękna tapeta w błękitno–srebrne prążki. Rama wielkiego łoża zrobiona była z 

jasnej   sosny,   podobnie   jak  stoliki   stojące   po   obu  jego  stronach,   a   także   komoda   z  wielkim 
lustrem.

„A wszystko dla jednej osoby! Ann bardzo by się to spodobało”.
W ubikacji oddał mocz, potem przeszedł do łazienki i obmył  ręce oraz twarz (chociaż w 

ubikacji też była niewielka umywalka).

Z chromowanego pierścienia wystającego z wyłożonej białymi kaflami ściany zdjął gruby, 

biały ręcznik toaletowy, zaopatrzony — podobnie jak dwa inne oraz duży ręcznik kąpielowy — 
w zieloną metkę z napisem: GRAMERCY PARK HOTEL, i zanurzył w nim twarz, jakby się 
modlił.

„W co ja się pakuję?”. Spojrzał znad ręcznika w lustro. „Trzeba zadzwonić”.
W   salonie   wyjął   pistolet   z   kieszeni   i   położył   na   stoliku   obok   telefonu,   potem   wydobył 

karteczkę i wykręcił 962–7625. Słuchawkę podniesiono po trzecim dzwonku.

— Dunn — rozległ się basowy głos.
— Czy to WOrth dwa siedem sześć dwa pięć?
— Aha.
— Nazywam się Canidy. Miałem zadzwonić na ten numer.
— Tak?
— Taką dostałem informację.
— Jak się pan nazywasz?
— Canidy. C–a–n…
— Chwilę.
Canidy   usłyszał   trzask   słuchawki   odkładanej   na   twarde   podłoże,   odgłos   oddalających   się 

kroków, potem stłumiony głos powtarzający treść rozmowy. Po chwili znowu kroki, tym razem 
coraz głośniejsze, ktoś podniósł słuchawkę i inny głos:

— Tak?
— Richard, ja…
— Tak, wiem. Niedawno rozmawialiśmy. — „Lanza?”. — Ta sprawa, o której mówiłeś… 

Ktoś chce się z tobą spotkać. O ósmej wieczorem wyjdziesz z hotelu, po drugiej stronie ulicy, na 
północno–wschodnim rogu parku będzie czekał samochód, który cię zabierze. Wszystko jasne?

„Ani myślał skomentować faktu, że wie, który to hotel”.
— Jasne. Ósma, północno–wschodni róg.
— A, i wyskocz z tego garnituru. Nałóż coś, co może się zabrudzić. Lub zamoczyć.
„Zamoczyć?”.
Połączenie zostało przerwane.
Spojrzał na zegarek. Trzecia.
„Pięć godzin. Nie tak wiele”.

background image

* * *

Z koltem znowu na plecach Canidy zjechał windą na parter. Przy kontuarze recepcyjnym 

spytał Victora, gdzie najbliżej mógłby kupić jakieś używane ciuchy.

— Coś specjalnego?
„Jasne.   Coś,   co   śmiało   może   się   zabrudzić   albo   zamoczyć.   Takie   rzeczy   bardziej 

gangsterskie”.

— Nie. Flanelowa koszula, miękkie spodnie — powiedział, przypominając sobie, co mieli na 

sobie Lanza i jego goryl. Nie wspomniał o gumowcach.

— Leonwood — bez chwili zastanowienia rzucił Victor.
— Kto to taki?
— Projektant L.L. Bean.
— L.L. Bean? Ale przecież oni są w Maine.
— No tak, główną siedzibę mają we Freeport, ale po drugiej stronie Union Sąuare jest w 

podziemiu   mały   sklep,   gdzie   z   rabatem   sprzedają   zeszłoroczne   modele   i   rzeczy   z   małymi 
defektami. Canidy rozpromienił się.

— Świetnie. Dobrze i tanio.
Victor sięgnął po karteczkę, napisał na niej: „Leonwood’s, Broadway 867, róg 17 Ulicy” i 

podał Canidy’emu.

— Dzięki.

* * *

Półtorej godziny później rozradowany Canidy wychodził po schodach ze sklepu Leonwooda 

na Broadway.

Niósł pod pachą wielką, brązową torbę, a w niej trzy pary spodni treningowych  — dwie 

brązowe,   jedną   granatową   —   jedne   spodnie   wodoodporne,   impregnowane,   trzy   flanelowe 
koszule, w bezpiecznie ciemnych barwach, po dwie pary slipów i T–shirtów, wełnianą czapkę, a 
także drewnianego wabika na kaczki, o którym zawsze marzył, a które u Leonwooda właśnie 
wyprzedawali.

„Cholera, wydałem masę kasy, ale jednocześnie drugie tyle zaoszczędziłem. Co pozwala mi 

odwiedzić też Kiehla i ten miły sklepik z bielizną”.

* * *

Z   zakupami   przeznaczonymi   dla   Ann   poszło   znacznie   gorzej.   Canidy   nie   mógł   się 

zdecydować,   chwytał   to   jedną   rzecz,   to   drugą,   wracał   do   poprzedniej,   kazał   sobie   dać   do 
przejrzenia inne. „Do diabła” — irytował się w duchu. „U Leonwooda dobrze przynajmniej 
wiedziałem, o co mi chodzi, a tu, mówiąc szczerze, nie jestem do końca pewien, czy kupuję dla 
niej, czy dla siebie”. Ostatecznie skorzystał z pomocy bardzo miłej sprzedawczyni, która zaczęła 
— jakżeby inaczej — od subtelnych jedwabistych fig i staników. W efekcie, kiedy po trzech 
kwadransach Canidy opuszczał sklep, kierując się na róg Ulic 30 i 13, jego brązowa torba nie 
była dużo bardziej wypakowana, natomiast portfel po raz kolejny zrobił się znacznie lżejszy.

* * *

background image

Nad drzwiami widniał napis: KIEHL OD 1851; tu sprawa poszła znacznie szybciej. Canidy po 

prostu przeszedł dział damski,  biorąc po jednym  egzemplarzu  z różnych  gatunków: kremów 
nawilżających, żelów do mycia twarzy, środków do demakijażu, olejków do kąpieli, maści do 
pielęgnacji stóp i tak dalej.

„Jedno   jest   pewne,   nie   kupię   niczego,   co   nie   byłoby   przydatne”.   Zajrzał   też   do   działu 

męskiego, na moment potrzebny do zakupienia mydła do golenia oraz dezodorantu w sztyfcie. 
Kiedy zmierzał teraz do hotelu, lewa ręka była obciążona torbą porównywalnych rozmiarów do 
tej, którą trzymała prawa.

„Co  za   zwariowany   dzień!   Kto   z   kupujących   podejrzewałby,   że   czeka   mnie   dziś   jeszcze 

spotkanie z gangsterami?”.

* * *

Wchodząc do holu, zerknął, czy w recepcji dalej czuwa Victor, któremu chciał podziękować 

za wskazanie Leonwooda, skoro go jednak nie było, skierował się do wind.

W pokoju rzucił torby na łóżko i wybrał ubranie, które będzie mu potrzebne na wieczór. 

Zegarek   pokazywał   szóstą.   Dopiero   teraz   uświadomił   sobie,   że   nie   jadł   nic   od   śniadania   w 
Waszyngtonie.

„Dobrze byłoby się zdrzemnąć, ale muszę też coś zjeść”.

* * *

Restauracja Gramercy znajdowała się na parterze i jeszcze przed drzwiami Canidy posłyszał 

stłumiony gwar rozmów.

W środku znajdował się bar z wielką ladą, pod ścianami małe stoliki otoczone wygodnymi 

krzesłami, a w rogu błyszczące pianino, na którym muzyk grał właśnie utwór Elłingtona. Usiadł 
przy   barze   i   poprosił   o   kartę.   Kiedy   ją   przeglądał,   barman   postawił   przed   nim   szklankę   z 
lodowato  zimną   wodą  i  miseczkę   z pomarańczowymi   krakersami  w kształcie  rybek.  Canidy 
zaczerpnął pełną garść i natychmiast zaczął chrupać.

„Hm, serowe, świetne!”.
Krakersy   natychmiast   wyzwoliły   uczucie   pragnienia,   popatrzył   więc   po   dźwigniach   do 

ciągnięcia piwa z beczki, wybrał budweisera, a kiedy kufel stanął przed nim, poprosił o coś 
najprostszego: stek z frytkami.

Popijał piwo, chrupał krakersy i w lustrze nad barem oglądał salę za plecami.
„No i kto z nich nadaje mafii? Barman? Kelnerka? Ten facet przy fortepianie? Murray Gurfein 

mówi, że poprzez związki mafia jest wszędzie; ludzie z marynarki mogli dzięki nim pracować w 
porcie, na statkach, ciężarówkach, w restauracjach”.

Kiedy pięć minut później barman stawiał przed nim talerz, Canidy zastanawiał się, czy to aby 

nie jest fałszywy członek Międzynarodowego Związku Barmanów i Personelu Restauracyjnego.

Zaraz jednak się zreflektował.
„Nie, mafia nie byłaby chyba na tyle głupia, żeby z jakiegokolwiek powodu dopuszczać kogoś 

z marynarki tak blisko gorzałki”.

Stek nie tylko zjawił się szybko, lecz także był bardzo smaczny, odpowiednio wysmażony, a 

zarazem krwisty, frytki chrupały, pikle, chłodne i świeże, miały przyjemny posmak czosnku.

Szybko uwinął się zjedzeniem.
„Nawet nie przypuszczałem, jaki jestem głodny”.

background image

Kiwnął, że chce płacić, dopił piwo, na rachunku wstawił numer pokoju i poszedł do siebie.
Wziął prysznic, potem się przebrał.
Mundur włożył do worka na brudy w szafie i zadzwonił do recepcji.
— Pranie i prasowanie — powiedział. — A chcę je mieć na… — ziewnął szeroko i spojrzał 

na zegarek: wpół do ósmej, „piętnaście minut mi starczy”  — …rano. Budzenie poproszę na 
siódmą pięćdziesiąt.

— Tak, proszę pana, siódma pięćdziesiąt.
— To znaczy chwilę, dziewiętnasta pięćdziesiąt.
Po drugiej stronie moment konsternacji.
— Oczywiście, za dziesięć ósma wieczorem, czyli za dwadzieścia minut.
Canidy nastawił budzik na nocnym stoliku i wyciągnął się na łóżku.

* * *

Z głębokiego snu wyrwał go terkot budzika i dźwięk telefonu.
Rzucił okiem na zegarek: ósma.
Zerwał się jak oparzony.
„Cholera jasna!”.
Podbiegł do okna i zajrzał za kotarę; na umówionym rogu nie czekał żaden samochód.
„Może i on się spóźni. Sprawdźmy”.
Wsadził kolta za pas, narzucił bluzę i wciskając do kieszeni wełnianą czapkę, pobiegł do 

windy.

Nacisnął guzik, ale nie było żadnej reakcji. Spojrzał na oznaczenia nad drzwiami — strzałki 

pokazujące ułożone w półkole cyfry — lewy wskazywał 10, prawy 1; oba nieruchome. „To 
raptem piąte piętro!”.

Pognał   korytarzem,   pchnął   ciężkie   metalowe   drzwi   i   po   dwa   stopnie   zbiegł   schodami 

pożarowymi. Jak burza przemknął przez hol, musiał zwolnić przy drzwiach obrotowych. Na rogu 
rozejrzał się — żadnego samochodu. Nagle za plecami, po drugiej stronie metalowego płotu 
okalającego park, usłyszał jakiś szmer. Poczuł, jak włosy jeżą mu się na karku; pistolet wydawał 
się   bardzo   daleko   od   prawej   dłoni.   Zaczął   się   odwracać   w   kierunku   dźwięku,   jednocześnie 
sięgając po broń, gdy spomiędzy prętów wyskoczył tłusty kot i przemknął tuż obok Dicka.

„Uspokój się; tego wieczoru mogą cię czekać znacznie poważniejsze niespodzianki!”.
Z otaczającego park ronda wynurzył się samochód; gdy zwolnił koło Canidy’ego, otworzyły 

się tylne drzwiczki, a ze środka rozbrzmiał głos:

— Wsiadaj.
Canidy posłuchał, ale w środku znajdował się tylko siedzący za kierownicą goryl. To dlatego 

głos wydał się znajomy.

— Dokąd jedziemy?
— Niedaleko.
Ruszyli, po kilku manewrach znaleźli się na Pierwszej Alei, jadąc w kierunku Lower East 

Side.

„Trudno to uznać za niespodziankę”.
Jeszcze kilka skrętów i Canidy poznał South Street.
„Mam nadzieję, że spod Meyer’s Hotel usunięto już wszystkie trupy”.
Tymczasem nie zwalniając, minęli hotel, potem wykręcili na wschód i podążyli w kierunku 

doków nad East River.

„A to już niespodzianka”.

background image

Zatrzymali się przy nabrzeżu numer 10, o czym informowała tabliczka. Z pociągniętego rdzą 

statku, mającego jakieś dwadzieścia metrów długości, wyładowywano coś do ciężarówki.

— Tutaj — mruknął goryl. — „Annie”. Wysiadaj.

Pięć

Pokój 305
Adolphus Hotel
1321 Commerce Street
Dallas, Teksas
S marca 1943 roku, 15:40

Rolf Grossman był niespokojny.
Z kąta w kąt przemierzał duży pokój w luksusowym hotelu, w którym zatrzymał się wraz z 

Rudolfem Cremerem w środę, gdy przyjechali z Birmingham.

Przez cały ten czas starali się nie rzucać w oczy,  szczególnie że Grossman zgubił gdzieś 

swego walthera na stacji w Atlancie. A teraz nie mógł usiedzieć ani chwili.

— Ile jeszcze? — spytał.
Cremer, siedzący na rogu sofy przy otwartym oknie, przeglądał nagłówki w „Daily Times–

Herald”.   Bardzo   mu   się   nie   podobało   takie   zachowanie   tuż   przed   akcją.   Grossman   do 
wszystkiego   podchodził   zbyt   emocjonalnie,   co   miało   szkodliwe   efekty,   jak   chociażby   to 
nieszczęsne zgubienie pistoletu.

Obaj mieli na sobie seryjne czarne garnitury, białe koszule i lśniące, czarne buty.
Cremer popatrzył na timeksa.
— Wkrótce. Szczyt zaczyna się za dwadzieścia minut. Spokojnie.
Grossman ominął kupioną w Birmingham walizkę, która teraz stała obok drzwi, podszedł do 

stojącego   na   stoliku   między   łóżkami   radia   Westinghouse   i   włączył.   Głośnik   zatrzeszczał, 
Grossman przez chwilę starał się wyregulować aparat,  a gdy to się nie udało, z rozmachem 
walnął w niego otwartą na płask lewą dłonią.

— Od pierwszej chwili nie znoszę tego hotelu — warknął.
— A mnie się podoba — odpowiedział spokojnie Cremer. — Ten piwiarz…
— Zdrajca — syknął Grossman.
Cremer wzruszył ramionami.
—  Wiem,  ciągle   to  powtarzasz.   Busch  zaczął  produkować   piwo  w Ameryce   jeszcze  pod 

koniec zeszłego  wieku, więc nie wiem,  czy to sprawiedliwe  przykładać  do niego dzisiejsze, 
wojenne miarki.

— Albo jesteś Niemcem, albo nie, tyle ci powiem — prychnął Grossman.
— Możesz mi przypomnieć, jaka to krew płynie w twoich żyłach? — spytał zjadliwie Cremer. 

Grossman, który podczas długiej podróży z Birmingham do Dallas wyznał, że jego matka była 
Francuzką, wściekle spojrzał na towarzysza.

—   Otóż   Busch   zbudował   bardzo   ładny   hotel   w   niezbyt   ładnej   okolicy.   Nic   z   tego 

kowbojskiego szajsu, którego tyle jest tutaj.

Adolphus Busch zatroszczył się o to, aby nazwany od jego imienia hotel miał w sobie jak 

najwięcej   elementów   europejskich.   Pośrodku   prerii   na   północy   Teksasu   umieścił   odrobinę 
Bawarii, tworząc oazę elegancji w mieście, które trudno byłoby nazwać wytwornym.  Goście 
należeli z pewnością do zamożnych, z drugiej jednak strony, Grossman i Cremer widzieli kilka 

background image

osób odzianych w sposób, który byłby nie do przyjęcia w berlińskim hotelu dla gości z wyższych 
warstw. Mówiąc ściślej, wszystkie kobiety ubrane były bez zarzutu, natomiast o wiele bardziej 
zróżnicowane w stylu i smaku były stroje mężczyzn.

Niektórzy   do   eleganckich   garniturów   nosili   westernowe   buty   o   wąskich   szpicach,   tak 

wyglansowane,   że   lśniły   niczym   zwierciadła.   Zamiast   krawata   mieli   bolo,   miękki,   starannie 
wykończony   pasek   skórzany,   przytwierdzony   do   kołnierzyka   srebrną   spinką   najczęściej 
wysadzaną klejnotami.

Ale inni klienci Adolphusa mniej troszczyli się o zbytkowne dodatki; mieli wygląd ranczerów 

nie mających  czasu troszczyć  się o ubranie: garnitury nie wyglądały jak spod igły,  buty nie 
przyciągały uwagi blaskiem.

Co, naturalnie, było na rękę Cremerowi i Grossmanowi.
— Nikt nie spojrzał na nas drugi raz — mówił Cremer. — A poza tym, kto będzie oczekiwał, 

że dwóch Niemców zajmujących się eksplozjami schroni się w kosztownym hotelu. — Cremer 
nareszcie znalazł to, czego szukał, i rozłożył wydawany w Dallas „Daily Times — Herald”. — 
Szczególnie   że   eksplozje   zdarzają   się   na   Wschodnim   Wybrzeżu.   —   Podsunął   gazetę 
Grossmanowi. — Masz. Sam zobacz.

Grossman podszedł i zaczął czytać.

CORAZ CZĘSTSZE WYŁĄCZENIA
Tym razem Baltimore
3 dni i 3 miasta w ciemnościach
Gubernator wzywa do spokoju
Michael B. Goldman
Szef biura „Daily Times–Herald” w Waszyngtonie

WASZYNGTON D.C., 5 marca.
Burmistrz Baltimore, Md., zwołał wieczorem
cały swój sztab, gdy w połowie portowego
miasta zabrakło elektryczności, wyłączonej
o godzinie 18.00. Przerwa w dostawach
trwała 5 godzin.
Ulice, na których nagle stawały zatłoczone
tramwaje, były zakorkowane aż do północy.

Oddziały ratunkowe przyjmowały rekordową
liczbę rannych; rzecznik jednego ze szpitali
(zabronił podawania nazwy) mówi, że chodzi
o „setki” przypadków. „W takich chwilach
konieczna jest wyraźna obecność policji”,
powiedział burmistrz Sean MacDonald.
„Tego od nas oczekuje społeczeństwo”.
Rankiem w Baltimore znowu było światło
i powrócił spokój.
Chociaż nie do wszystkich.
„Ludzie są przestraszeni,”, stwierdził
Silas Rippy, demokrata, przedstawiciel
Marylandu w Izbie Reprezentantów, którego

background image

obwód obejmuje Baltimore. „To samo wydarzyło
się we wtorek w Karolinie, w czwartek w Wirginii.
Policja mówi o »przypadku«. Trudno w to uwierzyć.
Mamy prawo do prawdy”.
W Charlotte w Karolinie Północnej i Richmond
w Wirginii doszło do przerw w dostawie światła,
które spowodowały wypadki i panikę.
Według dyrekcji elektrowni w Baltimore
przyczyną awarii była niesprawność sprzętu.
„To niefortunny zbieg okoliczności”, jak mówi
Carl Hemple, rzecznik prasowy elektrowni.
„Trzeba trafu, że korzystamy z urządzeń producent
zaopatrującego także inne zakłady, które uległy
awarii. Wydaje się, że przyczyną była zima,
która wszystkim dała się we znaki. Ot i wszystko”.
Agenci FBI, badający przypadki w Karolinie
Północnej, Wirginii, a teraz w Marylandzie,
zgadzają się z tą opinią. „Ten sam sprzęt wysiadł
w tych samych warunkach”, orzekł agent specjalny
FBI z waszyngtońskiej kwatery. „Cała sieć
jest teraz przeglądana i na bieżąco usuwa
się wszystkie usterki”.
Te wyjaśnienia nie przekonują Silasa
Rippy’ego.
„Setki ofiar, a za wszystko ma odpowiadać
przypadek”, dziwi się. „Najpierw dworce,
teraz elektrownie. Co dalej?”.
Gubernator Marylandu Harold Clarke wzywa
mieszkańców do spokoju.
„Proszę wszystkich o zachowanie zdrowego
rozsądku. I złączmy się w modlitwie za
wszystkie ofiary tych nieszczęśliwych
zdarzeń”.

Grossman odłożył gazetę.
— Rząd robi, co może, ale zdaje się, że ludzie mu nie wierzą.
Cremer kiwnął głową.
— I reagują dokładnie tak, jak się spodziewaliśmy. Bayer i Koch wykonują dobrą robotę. 

Ciągłe niewielkie ataki. Niech mają o czym myśleć. — Spojrzał na Grossmana. — To samo 
dotyczy nas. Żadnych wielkich eksplozji.

Grossman nie spuścił oczu.
— Nie wracajmy do tego. Masz rację, trochę za dużo podłożyłem materiału w kiblu na stacji 

w   Atlancie.   —   Spojrzał   na   stolik,   na   którym   leżały   dwa   identyczne   komplety   materiałów 
wybuchowych i zapalników. — To powinno być w porządku.

Cremer przytaknął i zerknął na zegarek. Już czas. Trzeba ruszać.
Grossman wziął ze stołu jedną z paczek i umieścił w czarnej, skórzanej teczuszce.

background image

* * *

Windą zjechali na parter, przeszli wyłożony grubym dywanem hol, a portier w uniformie z 

ukłonem otworzył przed nimi ciężkie przeszklone drzwi.

— Dzień dobry panom — powiedział, gdy wychodzili na zatłoczony trotuar.
Włączyli się w płynący Commerce Street tłum urzędników i sekretarek, którzy najwidoczniej 

właśnie wyszli z pracy. Kilka osób stłoczyło się przy obrotowych drzwiach baru stanowiącego 
część Adolphus Hotel. Cremer zajrzał przez wielkie okna do środka. Przy długiej, lśniącej ladzie 
mężczyźni i kobiety zaczynali się delektować piątkowymi „happy hours”.

Na skrzyżowaniu zatrzymali się na czerwonym świetle, a kiedy się zmieniło, przeszli Akard 

Street   i   dalej   podążyli   Commerce   Street.   Kawałek   dalej   rozpoczął   się   ciąg   wielkich   witryn 
sklepowych, eksponujących drogie ubrania i biżuterię, a na ich końcu znajdował się wielki dom 
handlowy.   Nad   wejściem   widniał   ułożony   z   lśniących   metalowych   liter   napis:   NEIMAN 
MARCUS.

Przed nimi weszły cztery młode, atrakcyjne kobiety; w środku się rozdzielili, Cremer podążył 

za blondynką, Grossman za dwiema brunetkami.

Klientelę   stanowiły   przede   wszystkim   kobiety,   ale   nie   brakowało   też   mężczyzn. 

Umundurowany policjant uważnym wzrokiem obrzucił tłum kłębiący się na parterze, a potem 
zniknął w jadącej na piętro windzie.

Blondynka na chwilę zatrzymała się przy gablocie z kolczykami i klipsami, by zaraz ruszyć 

dalej. Cremer szedł za nią, zarazem starając się nie tracić z oczu Grossmana, który — zgodnie z 
planem — zatrzymał się w dziale z galanterią skórzaną: portfelami, paskami, saszetkami i tak 
dalej. Natychmiast podeszła do niego elegancka, czarnowłosa ekspedientka i coś powiedziała. 
Grossman kiwnął głową i wskazał jakiś przedmiot; dziewczyna otworzyła jedną z gablot, wyjęła 
portfel i podała Grossmanowi, który zaczął go oglądać, obojętnym gestem ułożywszy na ladzie 
teczuszkę z materiałami wybuchowymi.

— Czy mogę w czymś pomóc? — usłyszał za plecami Cremer. Obejrzał się i zobaczył ładną, 

rudowłosą ekspedientkę na tle szafki z biżuterią.

— Nie, dziękuję. Tylko się rozglądam — odparł.
— Może coś z tego? — spytała, wskazując na precjoza.
— Nie, dzięki — powiedział Cremer i ruszył w kierunku działu skórzanego.
Grossman właśnie oddawał portfel, kręcąc głową.
— Dziękuję, ale szukam raczej czegoś innego.
— Rozumiem — stwierdziła ekspedientka i przeniosła swe zainteresowanie na Cremera: — 

Czym mogę służyć?

—   Chciałbym   zrobić   prezent   młodej   niewieście   —   wyznał,   wskazując   stojącą   na  drugim 

końcu lady damską torebkę. Kiedy brał ją od sprzedawczyni, kątem oka zobaczył, że Grossman 
się oddalał — bez skórzanej teczuszki.

Piętnaście minut później Cremer opuszczał dom handlowy z przeciwnej strony niż ta, którą 

wszedł wraz z Grossmanem. W ręku trzymał małą, brązową torebkę w pionowe paski z logo 
NEIMAN   MARCUS.   W   środku   znajdowało   się   ćwierć   kilograma   solonych   orzeszków. 
Zaczerpnął garść, włożył do ust, poszedł Main Street, minął dwie przecznice, znowu skręcił w 
lewo w Field Street i dotarł nią do Commerce Street, a ta doprowadziła go przed Adolphus Hotel.

Kiedy   Cremer   wszedł   do   pokoju,   Grossman   trzymał   w   ręku   walizkę.   Zerknął   na   stolik; 

drugiego pakunku już na nim nie było. Pokiwał głową i spojrzał na Grossmana.

— Dobra, idź. Spotkamy się na stacji.

background image

* * *

Z hotelu było jakieś sześćset metrów do Union Station i przemierzając je, Cremer w każdej 

chwili   spodziewał   się   huku   eksplozji   w   domu   towarowym.   Na   dworcach   w   Jacksonville   i 
Atlancie Grossman zastosował zbyt krótkie lonty; w tym drugim wypadku omal sam nie padł 
ofiarą wybuchu. Cremer polecił mu, by tym razem spowodowane działaniem kwasu powolne 
tlenie się lontu trwało nie mniej niż godzinę, tyle że z Grossmanem nigdy niczego nie można 
było być pewnym.

Doszedł do South Houston Street i skręcił w lewo.
„Po tej eksplozji amerykański rząd będzie musiał w swych wyjaśnieniach uwzględnić nowy 

wątek. Najpierw dworce i elektrownie na Wschodnim Wybrzeżu. Teraz Neiman w Teksasie. 
Dalej trzymać się będą »zbiegu okoliczności«?”.

W   budynku   dworcowym   widać   było   kilkunastu   policjantów   uważnie   przypatrujących   się 

podróżnym. Cremer zobaczył strzałkę z napisem: DO POCIĄGÓW, a nad nią drugą: PUNKT 
MOBILIZACYJNY. Naciągnąwszy głębiej kapelusz, poszedł w tym kierunku, a w połowie drogi 
usłyszał syreny strażackie na ulicy. Kilku policjantów rzuciło się do wyjścia.

Spojrzał na zegarek i pokręcił głową.
„Ledwie pół godziny z minutami!”.

background image

VI

Jeden

Pomost numer 10
Targ rybny Fulton
Nowy Jork
6 marca 1943 roku, 20:25

W ciemności znikały tylne światła samochodu z gorylem za kierownicą; patrzący za nimi Dick 

Canidy skrzywił się niemiłosiernie.

„Ależ smród!”.
Pomimo chłodu drewniane belki, z których zbudowane były pomosty, cuchnęły zdechłymi 

rybami, a odór ten mieszał się z zapachem rozlewanego przez lata i wsiąkającego w drewno oleju 
dieslowskiego.

Pomosty nabrzeża wchodziły mniej więcej pięćdziesiąt metrów w rzekę; na przymocowanych 

do  nich   łodziach   trwała   krzątanina.   Ciężarówka   i   barka   majaczyły   w  mroku,   gdyż   jedynym 
mocniejszym źródłem światła był Brooklyn Terminal po drugiej stronie rzeki, gdzie odbywał się 
załadunek statków Liberty, podczas gdy na tym brzegu światła na nabrzeżu były albo wyłączone, 
albo mocno przytłumione. Zgodnie z obowiązującym od niemal roku zarządzeniem, od kwietnia 
1942   w   porcie   nowojorskim   obowiązywało   zaciemnienie,   jako   że   aktywność   niemieckich 
okrętów podwodnych była coraz większa.

Canidy dopiął kurtkę, chroniąc się przed zimnymi podmuchami wiatru, a z kieszeni wyciągnął 

wełnianą   czapkę,   gratulując   sobie,   że   zadbał   o   cieplejsze   odzienie.   Zbliżając   się,   zaczął 
rozróżniać żurawie, łańcuchy, ludzkie postacie, a także napis z białych liter na czarnym kadłubie: 
ANNIE.

Barka   okazała   się   oceanicznym   kutrem   rybackim.   Trzy   czwarte   liczącego   sobie   jakieś 

dwadzieścia metrów pokładu między rufą a bielejącą na dziobie sterówką zajmował tylko sprzęt 
rybacki i włazy do luków ładunkowych. Tuż za sterówką wznosił się metalowy maszt, którego 
bom, poruszany stalowymi linami, sięgał niemal aż na tył statku.

Canidy zatrzymał  się przy ciężarówce  i przez chwilę  przyglądał  się mężczyźnie,  który w 

swetrze   i   impregnowanych   spodniach   operował   dźwigniami   poruszającymi   bom,   na   którym 
wyjeżdżała   właśnie   z   ładowni   skrzynia   z   wystającymi   zmrożonymi   rybami   —   merlinem   i 
rekinem. Dwóch mężczyzn na pudle ciężarówki czekało, by skierować skrzynię na stos innych 
już załadowanych.

— Ej, ty! — krzyknął wyższy z nich.
Canidy spojrzał w górę.
— Zaraz to zjedzie ci prosto na głowę… — ruchem brody wskazał bom — …więc lepiej się 

odsuń.

Canidy posłusznie odsunął się w bok na jakieś dwadzieścia kroków, co sprawiło, że znalazł się 

tuż obok wiodącego na „Annie” trapu. Stąd obserwował, jak ociekająca wodą skrzynia zjeżdża w 
dół, zatrzymuje się, a potem przy pisku innego silnika przesuwa się w kierunku ciężarówki, gdzie 
czekały już na nią wyciągnięte ręce obu mężczyzn.

Kiedy haki odłączono od skrzyni, znowu zajęczały silniki, łańcuchy podjechały w górę i bom 

odkręcił się w kierunku pokładu.

Ten z mężczyzn, który wcześniej przestrzegł Dicka, zeskoczył z ciężarówki.

background image

— Ty jesteś Canidy?
Wyższy o głowę facet mówił z wyraźnym włoskim akcentem, najpewniej sycylijskim, jak 

przypuszczał Canidy. Miał trzydzieści kilka lat, krótko przycięte, gęste, czarne włosy, duży nos i 
zadbany wąsik.

— Tak.
Tamten kiwnął ręką.
— To chodź.
Weszli   po  trapie   i   skierowali   się   ku  zardzewiałej   sterówce.   Canidy  usłyszał   za   sobą,   jak 

ciężarówka włącza silnik i rusza z chrzęstem sprzęgła.

Operator bomu blokował go teraz, podczas gdy drugi z mężczyzn z ciężarówki odwiązywał 

cumę na pomoście.

Przewodnik Canidy’ego otworzył drzwi sterówki i obrócił się, podnosząc dłoń.
— Pomóż przy cumach, dobra?
Canidy kiwnął głową.
— I przyjdź, jak już wypłyniemy.
„Jak wypłyniemy? Co tu się dzieje? To zardzewiałe pudło naprawdę może się utrzymać na 

wodzie?” — pomyślał.

Wzruszył ramionami i poszedł na dziób.
Silnik zakrztusił się, ucichł, znowu zakaszlał i wreszcie Canidy poczuł pod nogami wibrację 

pokładu.

Facet, który na dole trzymał już w ręku zwiniętą linę, krzyknął: „Cuma!” i cisnął ją na pokład.
Canidy   chwycił   sznur   i   umocował   na   pachołku,   a   tymczasem   tamten   był   już   w   trakcie 

odwiązywania   cumy   na   wysokości   środka   statku.   Po   chwili   wszystko   się   powtórzyło,   lina 
pofrunęła na pokład, ale tym razem Canidy jej nie złapał. Kiedy ją podniósł, poczuł, że jest 
zimna, śliska i cuchnie rybą. Przypomniał sobie ciecz strumykami spływającą z przenoszonej 
bomem skrzyni.

Spiesznie zaczął zwijać sznur, widząc, że facet jest już przy rufowym pachołku, więc jeśli się 

nie pospieszy, następną cumę podniesie ubrudzoną szlamem pokrywającym pokład.

Teraz już wiedział, dlaczego Lanza przestrzegł go przed brudem.
Nerwowe ruchy sprawiły,  że nagle poślizgnął  się i przez  rozpaczliwie  długą chwilę łapał 

równowagę, prześladowany wizją lądowania na cuchnącym pokładzie.

Nie upadł jednak i zdążył na czas, aby pochwycić lecącą na pokład linę. Gdy skończył ją 

mocować i wyprostował się, zobaczył, jak facet, skoczywszy z nabrzeża, stanął na pokładzie tak 
pewnie, jakby był to bezpieczny, chropowaty chodnik.

„Ja najpewniej po takiej sztuczce wyjechałbym za burtę”.
Tamten dotknął palcami skroni w podzięce za pomoc, a Canidy poszedł do sterówki.
W środku były  tylko  dwie prycze;  jedna nad drugą pod dalszą ścianą, sfatygowany fotel 

kapitana na podwyższeniu i w kącie dwa składane krzesełka. W zbitym pospiesznie stojaku na 
lewo od steru stały dwie strzelby Ithaca Model 37 kaliber .12.

Było tu odrobinę cieplej, gdyż nie wdzierał się wiatr, ale smród ryb był tak samo intensywny.
Wysoki mężczyzna stał przy sterze i kontrolował rzekę za oknem.
— Dzięki za cumy — powiedział, robiąc lekki ruch głową w kierunku odbicia Canidy’ego w 

oknie.

— Nie ma za co — odrzekł Dick, ocierając dłonie o spodnie.
— Tam przy drzwiach jest ręcznik.
Canidy spojrzał i zobaczył wiszącą na kołku zesztywniała od brudu szmatę.
„Lepsze to niż nic”.

background image

Najlepiej jak się dało, wyczyścił ręce ze szlamu, a następnie podszedł do steru.
„Annie” mijała właśnie Liberty kierujący się ku Brooklyn Terminal.
Tamten wyciągnął dłoń.
— Francesco Nola.
Miał twardy uścisk.
— Richard Canidy, kapitanie.
— Mów mi Frank.
— Dick. Czy można spytać, dokąd płyniemy?
Nola leciutko się uśmiechnął.
— Podobno zbierasz informacje, więc pomyślałem sobie, że może będziesz chciał zobaczyć, 

jak się uzupełnia zbiorniki U–Bootom.

Canidy zmarszczył brwi i wpatrzył się w odbicie w szybie.
— Jeśli to miał być dowcip, to mało śmieszny — powiedział w końcu.
Z East River wpływali teraz w Upper New York Bay.
Nola otwartą dłonią odrobinę popchnął dźwignię gaźnika. Silnik chwilę się zawahał, jakby 

zalany paliwem, później pomruk silnika stał się głośniejszy, a dziób uniósł się w górę, gdy kuter 
przyspieszał.

— To żaden kawał — stwierdził wreszcie Nola. Twarz mu sposępniała. — A w każdym razie 

nie na żarty mnie o to oskarżono.

„Sprzedawał paliwo Niemcom? Chryste Panie! W jakie ja szambo wdepnąłem?!”.
— Jak mam to rozumieć?
— Twoi kolesie aresztowali mi łajbę w Montauk pół roku po tym, jak ją kupiłem.
— Jacy moi kolesie?
— Rządowi.
— FBI?
— No. Powiedzieli, że na „Annie” dostarczam olej szkopom.
— Skoro jesteśmy teraz tutaj, rozumiem, że nie dostarczałeś?
— Nie — odrzekł krótko i chłodno Nola.
— Tak czy siak, aresztowali twój kuter?
— Potem się okazało, że trochę go podrasowano w Massapequa. Jeszcze jako „Iris Lass”, 

„Annie” miała innego właściciela i podczas prohibicji przewożono na niej bimber. Zeszli do 
ładowni i mówią, że przegrody są nie tak. Jak zaczęli przy nich majstrować, znaleźli skrytki, a w 
nich jeszcze czternaście skrzynek wódki. Kurczę, nic o tym nie wiedziałem. Ale co, teraz wolno 
mieć gorzałę, tak?

— Tak.
— Jednak do tych z Montauk dotarła informacja, że „Annie” woziła bimber, ma specjalne 

schowki,   a   właściciel,   który   wygląda   na   Włocha,   ale   gada   jak   Amerykanin,   przepada   za 
Mussolinim i za Hitlerem, teraz więc zamiast wódki przewozi olej i przelewa go do niemieckich 
diesli. No i wszystko się zgadzało, z wyjątkiem tego, że właściciel nienawidzi faszystów i wozi 
ryby, nie olej. Ale co zrobisz, ludzie wierzą w to, w co chcą. I zajęli mi łajbę.

Canidy popatrzył w prawo i zobaczył w oddali światła portu wojskowego w Bayonne. Także 

tam odbywał się załadunek Liberty.

— Dobra, w porządku, nie mam do nich złości — ciągnął Nola.
— To ich robota. „U–Booty podkopują nasz wspólny wysiłek, jaki podejmujemy, aby wygrać 

wojnę”. — Nola zachichotał pod nosem.

— „Nasz” wysiłek. A co ja niby robię? Nawet nie jestem amerykańskim obywatelem. Jestem 

tylko sycylijskim rybakiem, a nawet i tym nie. — Popatrzył na Canidy’ego. — Gdybym tylko  

background image

mógł, sam bym ich tutaj potopił jak wściekłe koty.

Canidy zastanawiał się, jak dalece szczery jest płomień w oczach Noli.
— Posłuchaj. W ogóle nie chciałem wynosić się z Sycylii, ale zmusili mnie, ten skurwiel 

Mussolini i cała jego banda. Musiałem uciekać, bo byłem następny w kolejce. Część rodziny już 
wywieźli na te swoje pierdolone wysepki.

Canidy zobaczył, jak na kole sterowym zaciskają się ręce.
— Ale co tam ja — kontynuował Nola. — Chodziło o Annie. „O łódkę?”.
— Moja żona jest Żydówką. Ona… — Głos Noli się załamał.
— Cholera, trudno mi o tym mówić. Nie mam obywatelstwa amerykańskiego, ale zrobiłbym 

wszystko, aby dopieprzyć tym sukinsynom. Dla mojej żony, dla mojej rodziny, dla ojczyzny.

Canidy nie odzywał się przez chwilę, aż wreszcie, gdy stało się jasne, że Nola skończył, 

powiedział:

— Jak ci się udało odzyskać „Annie”?
Nola znowu patrzył w okno.
— Marynarka — mruknął.
— Marynarka wydostała kuter?
Nola pokiwał głową.
— Nie ma balii, nie ma roboty. Mister Lanza spytał, czemu przestałem sprzedawać ryby na 

targu, więc mu mówię co i jak, a on, że zobaczy, co da się zrobić. Tydzień później dzwoni: 
„Możesz odebrać kuter”. Załatwił z marynarką, żeby wydali mi „Annie”.

„Załatwił ci to Murray Gurfein. Ale nie ma co dzielić włosa na czworo”.
Nola chwilę milczał, potem dorzucił:
— Teraz mister Lanza mówi, że potrzebne panu informacje ważne dla wygrania wojny. — 

Znowu spojrzał na odbicie Canidy’ego w szybie. — Jestem do pana usług. Tak jak moja rodzina.

„A w czym mi pomogą jacyś rybacy? Chyba… Chyba że mają łódkę”.
— Mają na czym pływać?
Nola przytaknął.
— Chociaż nie coś takiego jak „Annie”.
„Do diaska, coś jeszcze marniejszego? Ale na wodzie chyba się utrzyma?”.
— Rozumiem. Ale to coś może niepostrzeżenie przewieźć kogoś na ląd?
— Dwie.
— Dwie łodzie?
— Dwie… jak to się mówi… floty.

Dwa

Gabinet lekarza prezydenta USA
Biały Dom
1600 Pennsylvania Avenue, NW
Washington, D.C.
6 marca 1943 roku, 18:15

—   Na   razie   to   wszystko,   Charles   —   powiedział   prezydent   Stanów   Zjednoczonych   USA, 

wjeżdżając do umeblowanego ze smakiem gabinetu.

Kamerdyner   —   Charles   Maples,   dystyngowany   Murzyn   w   słusznym   wieku,   szpakowaty, 

odziany w śnieżnobiałą koszulę, marynarkę, czarne spodnie i czarne, lśniące lakierki — przed 

background image

chwilą umieścił na blacie dębowego biurka lekarza tacę, na której stały: dzbanek z lodem, kilka 
kryształowych karafek z trunkami, trzy kryształowe szklanki, dzbanek z kawą i trzy porcelanowe 
filiżanki.

W głębokim fotelu w drugim kącie pokoju siedział William J. Donovan, dyrektor Biura Służb 

Strategicznych,   oraz   J.   Edgar   Hoover,   dyrektor   Federalnego   Biura   Śledczego,   FBI,   obaj   w 
czarnych garniturach, obydwaj pod krawatami. Obydwaj powstali jak na komendę.

— Witam, panowie — rzekł prezydent.
— Dobry wieczór, panie prezydencie — odpowiedzieli niemal chórem.
Kamerdyner cicho zamknął za sobą drzwi.
Roosevelt   —   w   garniturowych   spodniach,   białej   koszuli   i   krawacie   w   prążki   oraz   z 

cygarniczką w ustach — podjechał na wózku do obu gości.

— Siadajcie, proszę.

* * *

Tym, co łączyło dyrektorów obu biur, były urodziny pierwszego stycznia, gorący patriotyzm 

oraz dostęp do prezydenta (aczkolwiek reguły i skala tego dostępu były zmienne).

Nie   było   między   nimi   wrogości,   cenili   siebie   nawzajem,   natomiast   istotnie   różnili   się   w 

rozumieniu swojej misji i jej realizacji.

Hoover wszystko widział w tonacji czarno–białej, Donovan dostrzegał wiele odcieni szarości. 

Ten pierwszy piastował swoje stanowisko od niemal dziewiętnastu lat, niezmiennie trwając przy 
przekonaniu, że prawo jest prawem, i tyle. Z tym przekonaniem w duszy rządził FBI żelazną 
ręką. Nie mogło być mowy o kwestionowaniu jego kompetencji czy sukcesów. Hoover bardzo 
stanowczo korygował wszystkie wypowiedzi, z których nie wynikało w sposób oczywisty, że jest 
najbardziej skuteczny. Wszędzie szukał okazji, by w korzystnym świetle przedstawić siebie — 
czyli   Biuro,   gdyż   FBI   to   Hoover.   W   latach   trzydziestych   zasłynął   zdecydowanymi   akcjami 
podjętymi przeciw mafii: „tym nędznym zbirom, którzy zagrażają prawu i porządkowi, a więc — 
i   całej   naszej   cywilizacji”.   Wyznaczył   grupę   agentów,   którzy,   obojętnie,   ile   to   miałoby 
kosztować czasu i pieniędzy,  ostatecznie dopadną takich gangsterów jak „Piękniś” Floyd czy 
„Maszynowiec” Kelly. Kiedy agenci namierzyli już delikwenta, Hoover natychmiast zjawiał się 
na miejscu akcji i na zdjęciach to on zajmował środek pierwszego planu.

Trzeba  przyznać,  że Hoover okazał się mistrzem  PR; im lepiej  opinia publiczna  oceniała 

Biuro, tym łatwiej było zyskać przychylność — w sprawach finansowych i nie tylko — czy to na 
Kapitolu, czy w Białym Domu, a Hoover miał własne sposoby, jeśli chodzi o zdobywanie tego, 
czego w danej chwili potrzebował. Jednym z nich było gromadzenie tajnych dossier dla każdej 
osoby, która była podejrzana lub groźna z punktu widzenia: a) Stanów Zjednoczonych Ameryki 
Północnej; b) Hoovera i FBI.

Jeśli było to korzystne dla Biura, Hoover publicznie ujawniał posiadane informacje; czasami 

zresztą wystarczała sama tylko groźba upublicznienia.

O ile jednak Hoover świetnie czuł się w świetle reflektorów, o tyle Donovan zdecydowanie 

wolał pozostawać w cieniu. Dwanaście lat młodszy od Hoovera, już od dawna w ukryciu, ale 
bardzo efektywnie pracował na rzecz Roosevelta.

Powrócił   z   I   wojny   światowej   jako   bohater   i   zaczął   z   powodzeniem   prowadzić   firmę 

prawniczą   na   Wall   Street,   zostawszy   zastępcą   sekretarza   marynarki   wojennej;   Roosevelt 
potajemnie włączył ją do Biura Wywiadu Marynarki Wojennej i odtąd Donovan stale zbierał 
informacje wywiadowcze.

Kiedy konieczna stała się czystka w skompromitowanym Biurze Informacyjnym — które w 

background image

1935 roku zmieniło nazwę na Federalne Biuro Wywiadowcze — na szczycie listy kandydatów na 
nowego kierownika znalazło się nazwisko Donovan, ponieważ jednak ten o wiele bardziej cenił 
sobie   rolę   działającego   z   ukrycia   szpiega,   zaczął   po   cichu   lansować   kandydaturę   młodego 
prawnika z Departamentu Sprawiedliwości, Johna Edgara Hoovera.

Uwadze Hoovera nie uszła rola, jaką w jego nominacji odegrał Donovan, w efekcie więc uznał 

go za przyjaciela i mentora, z tym większą przykrością dowiedział się, że Roosevelt zamierza 
stworzyć nową tajną agencję, która nie tylko będzie zbierać informacje wywiadowcze na całym 
świecie   i   prowadzić   operacje   kontrwywiadowcze,   ale   której   szefem   na   dodatek   zostanie 
Donovan.

Uznawszy, że musi natychmiast uśmierzyć to zagrożenie dla FBI, użył całego swego kunsztu 

perswazyjnego, aby przekonać prezydenta, że skoro nowa agencja ma robić to, co robi już FBI, 
tylko   w   większej   skali,   powinna   być   podporządkowana   jemu,   gdyż   tylko   to   zapewni   jej 
odpowiednią efektywność.

Roosevelt   grzecznie   i   zręcznie   wyjaśnił   jednak,   że   decyzję   już   podjął,   ale   na   osłodę 

zagwarantował   Hooverowi   nadzór   nad   operacjami   przeprowadzanymi   we   wszystkich 
Amerykach: Północnej, Środkowej i Południowej.

W ten oto sposób w roku 1941 Dziki Bill Donovan jako cywil zaczął nadzorować docierającą 

do Roosevelta informację wywiadowczą, a kiedy w roku 1942 Biuro Informacyjne Marynarki 
Wojennej przekształciło się w BSS, on został powołany do służby czynnej i jako pułkownik 
wyznaczony na dyrektora Biura.

* * *

Donovan zauważył, że Roosevelt wygląda na bardziej zmęczonego niż zwykle.
Za okularami bez oprawek widać było cienie pod oczami, siwizna jeszcze dalej od skroni 

posunęła się na rzedniejących włosach, a ciało w fotelu było jakby jeszcze bardziej obwisłe.

„Trudno się dziwić, skoro wojna toczy się teraz już niemal na wszystkich kontynentach. A 

chociaż on nigdy sam by się do tego nie przyznał, jednak polio musi go mocno osłabiać”.

I w myśli odpowiedział sobie na dwa pytania — skąd Roosevelt wjechał i dlaczego spotkali 

się w gabinecie jego lekarza.

Prezydent najwyraźniej wjechał z Pokoju Wojennego, który znajdował się na parterze Białego 

Domu   między   Pokojem   Audiencji   Dyplomatycznych   a   gabinetem   lekarza.   W   Wojennym 
Roosevelt spędzał więcej czasu, niż można by przypuścić, starannie też odnotowywano, kto tam 
wszedł, kiedy i na jak długo.

Donovan   należał   do   nielicznego   grona   osób,   które   w   ogóle   wiedziały   o   istnieniu   Pokoju 

Wojennego. Należeli do niego żołnierze wojsk lądowych i marynarki na zmianę pełniący tam 
całodobowe   dyżury,   doradca   prezydencki   Harry   Hopkins,   admirał   William   Leahy,   generał 
George Marshall oraz brytyjski premier Winston Churchill.

To   właśnie   jego   wizyta   w   grudniu   1941   roku   zadecydowała   o   stworzeniu   pokoju,   gdyż 

Churchill przywiózł ze sobą małą replikę pokoju wojennego, jaki miał w podziemnej kwaterze 
londyńskiej. Na Roosevelcie szczególne wrażenie zrobił komplet map, na których na bieżąco 
można było śledzić sytuację we wszystkich teatrach wojennych.

Natychmiast kazał zorganizować podobne pomieszczenie w Białym Domu.
Dawną   damską   garderobę   pokryła   dźwiękoszczelna   wykładzina,   a   na   niej   rozwieszono 

wielkoskalowe mapy świata. Oficerowie nieustannie je aktualizowali, zaznaczając nadchodzące 
informacje   i   przy   użyciu   zróżnicowanych   chorągiewek   lokalizując   położenie   wszystkich 
istotnych „obiektów”: od okrętów po politycznych przywódców (Stalina reprezentowała fajka, 

background image

Churchilla — cygaro).

Donovan wiedział, że każdego poranka Roosevelt odwiedzał lekarza, a po badaniach i masażu 

niepostrzeżenie przenosił się do Pokoju Wojennego, gdzie informowano go, co stało się w ciągu 
nocy. Donovan należał zresztą do jeszcze węższego grona tych, którzy nie tylko wiedzieli o 
istnieniu PW, ale także w nim byli.

Nawet Eleanor Roosevelt nie miała tam wstępu. Wstępu tam nie miał również i Edgar Hoover, 

ba, nawet nie miał o nim pojęcia, skoro przed zjawieniem się prezydenta na głos zastanawiał się, 
dlaczego spotkanie zostało wyznaczone w tak dziwnym miejscu. I najwyraźniej dalej miał być 
utrzymywany w niewiedzy.

* * *

—   Bardzo   dziękuję,   że   zechcieliście   panowie   przybyć   —   powiedział   Roosevelt   głosem 

pełnym wigoru, co nie do końca pasowało do jego wyglądu.

— Witam, panie prezydencie — obaj odrzekli zgodnie.
— Może kawy lub drinka? — spytał Roosevelt, podjeżdżając do stołu. — Albo i jedno, i 

drugie?

— Ja dziękuję, panie prezydencie — odmówił Donovan.
— A ja… — zaczął Hoover, ale zmienił zdanie. — Nie, jednak nie, muszę jeszcze wrócić do 

pracy, a już zbyt wiele wypiłem kawy, jak na jeden dzień.

— To może ja panu coś naleję, panie prezydencie? — spytał Donovan.
— Nie, Bill, dzięki — odparł Roosevelt, potarł grzbiet nosa, włożył papierosa do cygarniczki, 

zapalił,  wydmuchnął  chmurkę  niebieskawego dymu  i powiedział:  — Dobrze. Jakie nowości, 
Edgarze?

Dyrektor FBI J. Edgar Hoover sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyciągnął z niej 

kartkę papieru, rozwinął, szybko przebiegł wzrokiem i zaczął mówić:

— Badania w naszych laboratoriach wykazały, że na dworcach kolejowych na Florydzie i w 

Georgii, a także w elektrowniach  w Karolinie Północnej, Wirginii  i Marylandzie  użyto  tego 
samego materiału wybuchowego, którego chemiczna nazwa brzmi cyklotrimetylenotrinitroamina.

— A mniej fachowa? — spytał prezydent.
—   Niemcy   nazywają   go   heksogenem…   —   zaczął   Donovan,   zaskarbiając   sobie   gniewne 

spojrzenie Hoovera, a kiedy spojrzał na niego Roosevelt, ciągnął: — …Brytyjczycy: RDX, Royal 
Demolition Explosive, Królewski Materiał Kruszący, a u nas jest to cyklonit. Bardzo popularny i 
bardzo skuteczny.

Roosevelt przeniósł wzrok na Hoovera:
— Zatem wszystkie eksplozje na Wschodnim Wybrzeżu łączą się ze sobą?
— Skoro, jak mówi Bill, jest to materiał łatwo dostępny…
— Mówiąc krótko, Edgarze, nie wiesz, czy tak?
— Nie, nie to chciałem powiedzieć, panie prezydencie. Natomiast pragnę zwrócić uwagę, że 

nie można wykluczyć naśladownictwa.

— Naśladownictwa?
— Gdzieś dochodzi do wybuchu, co staje się inspiracją dla jakichś ludzi, którym nie podoba 

się Ameryka albo, raczy pan wybaczyć, pańska polityka, czy nawet takich, którzy zachwyceni są 
wielkim bum.

Roosevelt rozważał to chwilę, potem zaś spytał:
— A co z tym niemieckim pistoletem w Atlancie?
— Zbadali go balistycy,  zdjęliśmy też odciski palców, ale jak na razie nie mamy jeszcze 

background image

konkretnych wniosków.

Roosevelt znowu zamyślił się, a Hoover dorzucił:
—   Jeśli   zastanawia   się   pan,   prezydencie,   czy   można   to   uznać   za   dowód,   że   chodzi   o 

niemieckich   agentów,   chciałbym   podkreślić,   że   w   kraju   są   całe   tysiące   waltherów   PPK, 
sprowadzonych jeszcze przed wojną. To popularna broń, chociaż produkowana w Niemczech. 
Brak   nam   po   prostu   danych,   panie   prezydencie,   aby  jednoznacznie   stwierdzić,   że   to   agenci 
wroga.

Roosevelt podniósł wzrok na Hoovera.
— A Dallas? Co tam znaleziono?
— Nie znam jeszcze szczegółów, panie prezydencie. Jak pan wie, wczoraj doszło do eksplozji 

w domu towarowym i na dworcu…

—   Wiem,   wiem   —   niecierpliwie   przerwał   Roosevelt   podniesionym   głosem   i   wskazał   na 

leżący na blacie stołu egzemplarz „The Washington Star”. — Wie, cholera, cały kraj.

— Tak, oczywiście, panie prezydencie — ciągnął niezrażony Hoover. — Skierowałem do tej 

sprawy wszystkich ludzi, których  mogłem zatrudnić bez zawalania innych  rzeczy.  Będziemy 
znać odpowiedź i schwytamy winnych.

Cygarniczka zgrzytnęła pod naciskiem zębów prezydenta.
— Tak jak w przypadku wcześniejszych eksplozji?
— Właśnie tak, panie prezydencie.
Była to odpowiedź pełna tupetu, gdyż dla Roosevelta nie było tajemnicą, że do schwytania 

niemieckich   agentów   w   niewielkim   stopniu   przyczyniła   się   zdolność   FBI   do   wykrywania 
wrogich konfidentów.

* * *

W czerwcu 1942 roku niemieckie okręty podwodne w ramach operacji Pastorius wysadziły na 

wybrzeżach USA ośmiu agentów, czterech na Long Island w Nowym Jorku, a czterech w pobliżu 
Jacksonville na Florydzie.

Czterech ostatnich rozpłynęło się bez śladu, natomiast ci z Nowego Jorku niemal natychmiast 

zostali wykryci przez strażnika patrolującego wybrzeże. Powiedzieli mu, że są rybakami, i dali w 
podarunku rybę, on zaś oddalił się, aby bezzwłocznie poinformować zwierzchników. Obławę na 
nich zarządzono zbyt późno i agenci linią Long Island Railroad dostali się do Nowego Jorku.

Nie wszyscy z nich byli zachwyceni swoim sukcesem. George Dasch od samego początku 

miał   zasadnicze   wątpliwości   co   do   całej   misji,   a   w   hotelu   udało   mu   się   natchnąć   swoimi 
wątpliwościami towarzysza Ernesta Burgera; pojechali więc do Waszyngtonu, gdzie z hotelu 
Mayflower, znajdującego się raptem o dwie przecznice od Białego Domu, zadzwonili do FBI, 
domagając się rozmowy z samym J. Edgarem Hooverem.

Hoover nie zareagował — nie jest do końca jasne, czy miał w ogóle taką możliwość — i w 

hotelu zjawili się agenci FBI, którzy przetransportowali Dascha i Burgera do siedziby Biura.

Obaj złożyli zeznania, oddali przywiezione dolary i mapy miejsc, które mieli zaatakować: 

elektrowni, stacji wodnych, dworców, fabryk i tak dalej.

Podali też szczegóły operacji, jakie mieli przeprowadzić pozostali agenci. Nie minęły dwa 

tygodnie i cała szóstka też została aresztowana.

Kiedy   Hoover   obwieścił   wyniki   polowania   na   niemieckich   agentów,   nawet   słowem   nie 

zająknął się o tym, że Dasch i Burger sami oddali się w ręce FBI i zadenuncjowali pozostałych. 
Prywatnie wyjaśnił, że chodziło o utrzymanie hitlerowskich władz w przekonaniu, że służby 
amerykańskie same wpadły na trop agentów. W duchu zaś dodawał: „A jeśli ktoś pomyśli, że oto 

background image

superogary z FBI po raz kolejny ocaliły kraj, tym lepiej”.

* * *

— Pamiętasz, co powiedzieli ci schwytani agenci? — spytał Roosevelt. — Że Hitler wysłał 

ich, aby przenieść wojnę do Ameryki.

— Tak, panie prezydencie.
— No i zdaje się, że mu się udało. Nie uważasz?
Hoover nic nie odpowiedział i tylko niespokojnie poprawił się na fotelu. Roosevelt spojrzał na 

Donovana, który uważnie studiował układ klepek parkietu.

—   Przepraszam,   panowie,   że   rozmowa   jakoś   zeszła   na   takie   tory.   Nie   miałem   zamiaru 

obwiniać żadnego z was o cokolwiek.

Donovan oderwał spojrzenie od podłogi.
— Nie ma żadnego powodu, żeby pan przepraszał, panie prezydencie.
— Żadnego — przyłączył się Hoover. — To zrozumiałe, że się pan niepokoi.
Roosevelt pokiwał głową.
— Wystarczyłyby same nagłówki w gazetach, a tu jeszcze jak tylko w Białym Domu zamruga 

światło, Eleanor jest przekonana, że nadszedł koniec świata.

Widząc uśmiech na wargach prezydenta, uśmiechnął się także i Hoover, a Donovan cicho 

zachichotał.

—   Proszę   mi   wierzyć,   panie   prezydencie,   że   nie   lekceważymy   możliwości,   iż   chodzi   o 

niemieckich   agentów   —   zapewnił   Hoover.   —   Znowu   przesłuchaliśmy   Dascha   i   Burgera. 
Powracamy do starych wątków i sprawdzamy raz jeszcze.

— Rozumiem — przytaknął Roosevelt. — Ale musimy zrobić, Edgarze, wszystko, co jest w 

naszej mocy. I dlatego umówiłem się z wami obydwoma. Chciałbym, żeby tą sprawą zajęli się 
też ludzie Billa.

— Na moim terenie? — spytał z niedowierzaniem Hoover i spojrzał wrogo na Donovana. Po 

Donovanie widać było, że słyszy o tym po raz pierwszy. Albo może znakomicie potrafił ukryć 
fakt, iż zapoznał się z planem wczoraj czy przed tygodniem.

— Będą korzystać z twojej sieci agenturalnej, aby sprawdzić, czy nie znajdą jakichś poszlak. 

Chciałbym, żeby twoi podwładni nie odmawiali im żadnych informacji.

„Po moim trupie” — pomyślał ze złością Hoover, ale głośno odrzekł:
— Tak jest, panie prezydencie.
— Jak mówię, nie wolno nam niczego zaniedbać. Szczególnie teraz.
Donovan i Hoover patrzyli wyczekująco na Roosevelta.
— To już coś innego niż U–Booty szwendające się przy na’ szych brzegach. Wdarli się w głąb 

kraju i teraz amerykańscy obywatele zaczną się lękać, że na każdym rogu może na nich czyhać 
niemiecki   sabotażysta.   No   i   zaatakowali   punkt   mobilizacyjny!!!   U   nas   w   kraju!!!   To 
niedopuszczalne. — Popatrzył na swoich gości. — Jakieś pytania?

— Nie, sir — odparł Donovan.
— Nie — powiedział  Hoover. — I jeśli to już wszystko, jeśli pan pozwoli, prezydencie, 

chciałbym wracać do swoich zajęć.

— Dzięki za przyjście, Edgarze.
Hoover wstał i uścisnął rękę prezydentowi oraz dyrektorowi BSS.
— Obu panom natychmiast przekażę informacje o Dallas, jak tylko się pojawią.
— Tak, proszę — powiedział Roosevelt. — I także o wszystkich innych sprawach, o których 

Bill powinien wiedzieć.

background image

Kiedy drzwi zamknęły się za Hooverem, Roosevelt zerknął na Donovana i powiedział:
— To co, teraz chyba możemy czymś się uraczyć. Na dzisiaj już dość mam pracy, muszę się 

trochę odprężyć.

— Zajmę się tym — powiedział Donovan i podszedł do stołu; lód w dzbanku w połowie się 

stopił. — Czy zadzwonić, żeby nam donieśli lodu?

— Nie, to starczy. Możemy sobie odrobinę przypomnieć czasy na Columbii, kiedy na lodzie 

tak bardzo nam nie zależało.

— Mówiąc szczerze, nie bardzo wiem, skąd u pana takie przekonanie, panie prezydencie, bo, 

o ile pamiętam, jeśli tylko pan mógł, trzymał się pan jak najdalej od uniwersytetu.

— Niech pana diabli wezmą, panie pułkowniku, skoro już mamy być na pan. Tak czy siak, 

poproszę podwójne martini. Wydaje się, że to właśnie pora, gdy Eleanor kontroluje żarówki w 
Białym Domu, więc chyba lepiej nie rzucać jej się w oczy.

Donovan nałożył lodu do dwóch szklanek, do jednej sowicie nalał martini, do drugiej — gin. 

Wrócił od stołu i wręczył martini Rooseveltowi.

— Za zwycięstwo — powiedział prezydent, podnosząc szklaneczkę.
— Za zwycięstwo — zawtórował mu Donovan.
Stuknęli się. Upiwszy łyk, Donovan powiedział:
— Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że Edgar za nic nie chce przyjąć do wiadomości, że to 

istotnie mogą być niemieccy agenci?

— Nie, Bill, tylko czuje się nieswojo. Wie, że są gdzieś tutaj, i chce ich przyszpilić, jak każdy, 

a może nawet bardziej. Zanim mu się to uda, dba o swój wizerunek, jak ten prefekt policji w 
Casablance, zaraz, jak on się…

Roosevelt urwał, usiłując sobie przypomnieć nazwisko.
— Kapitan Renault — podrzucił Donovan. — Grał go Claude Rains.
Donovan i jego żona Ruth należeli do grona wybrańców, którzy w grudniu zostali zaproszeni 

do sali projekcyjnej we wschodnim skrzydle Białego Domu, aby obejrzeć nowy hit filmowy z 
Humphreyem Bogartem oraz Ingrid Bergman.

Było w tej wzmiance coś ironicznego, skoro akcja romansu rozgrywała się we współczesnej, 

rozdzieranej wojną Afryce Północnej, a łuski pocisków użytych tam przed miesiącem w ramach 
operacji Pochodnia jeszcze nie zdążyły ostygnąć — ostatecznie jednak musiał to także wyczuwać 
sam Roosevelt.

— …właśnie. I teraz kapitan Hoover oświadcza: „To dla mnie szok, prawdziwy szok, gdy 

słyszę, że Niemcy są tutaj”. — Na ustach prezydenta pojawił się wątły uśmiech; posmakował 
martini i ciągnął: — Prawdziwe szczęście, że nie złapał pierwszych lepszych podejrzanych tylko 
po to, by natychmiast zwołać konferencję prasową.

Donovan zachichotał, ale Roosevelt dorzucił:
— Najgorsze, że to nie film, a sytuacja wcale nie jest zabawna. — Spojrzał przeciągle na 

Donovana, aby podkreślić wagę słów. — To się nie może dostać do opinii publicznej. Zupełnie 
jakby niczego nie było.

— Czy możesz powtórzyć, Frank?
Roosevelt chwilę milczał, jakby dla zaznaczenia, że są konteksty, w których woli, by zwracać 

się do niego per „panie prezydencie”.

— Bill, zależy mi na tym, żeby cała uwaga Amerykanów skupiała się na Europie i Pacyfiku. 

Tych niemieckich agentów ma nie być.

— Rozumiem.
— Jeśli Hoover ich złapie, zadba już o to, żeby nie tylko były odpowiednie nagłówki, ale 

także i zdjęcie w każdej gazecie. Dlatego to musi być twoja sprawa.

background image

— Ale kraj nie do mnie należy, więc…
— Bill — prezydent przerwał Donovanowi. — Wyraziłem się chyba jasno. Będziesz robić to, 

co musisz. Tylko szybko i po cichu.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, potem Donovan powiedział: „Tak jest, panie prezydencie” 

i sięgnął po drinka, żeby pociągnąć długi łyk.

Trzy

Newark, New Jersey
6 marca 1943 roku; 20:10

Kurt Bayer i Richard Koch bez kłopotów dotarli do Newark fordem rocznik 1940, którego 

zabrali z parkingu przed dworcem w Jacksonville.

W ciągu tygodnia  przebyli  samochodem  ponad półtora tysiąca  kilometrów,  zmieniając  po 

drodze tablice rejestracyjne, które ukradli w Karolinie Południowej i Delaware.

Auto niczym się nie wyróżniało od innych sedanów, które mijali w drodze do Nowego Jorku; 

z tego punktu widzenia było znacznie lepsze od jaskrawożółtego pikapa. Szczęście im sprzyjało, 
ale Koch czuł, że to może nie potrwać długo.

Od czasu, gdy wysadzili w powietrze elektrownię w Baltimore, na ulicach miast widzieli coraz 

więcej policji. Pełno było funkcjonariuszy na dworcu w Filadelfii, także w Trenton i nawet w 
małym Princeton. Koch podejrzewał, że mógł to być efekt jego wyobraźni, ale odnosił wrażenie, 
że pod każdym słupem wysokiego napięcia stoi zaparkowany wóz policyjny.

Nie inaczej było w Newark.
Pod Penn Station stało kilka wozów patrolowych; kilka zaparkowało po północnej stronie 

dworca autobusowego.

Coś przykuło uwagę Kocha po drugiej stronie ulicy: na ścianie budynku z brązowej cegły lśnił 

neon: BEFSZTYKOWY PAŁAC.

„Cholera, kawał mięsa i piwko czy dwa, to byłoby całkiem na miejscu, ale… Nie, nie tutaj, za 

dużo gliniarzy”.

— Najpierw pokój w hotelu, potem pozbędę się samochodu i wtedy możemy coś zjeść.
— W porządku — odrzekł Bayer.
Po drodze dokładnie rozważyli sprawę auta. Mieli jeszcze wiele zadań do wykonania, ale teraz 

trzeba   się   było   trochę   przyczaić,   zwłaszcza   po   ostatnim   wyczynie   Grossmana   i   Cremera   w 
Teksasie.   Począwszy   od   Wilmington   w   stanie   Delaware,   wszystkie   radiostacje   powtarzały 
informacje o wybuchu na stacji w Dallas i luksusowym domu towarowym, aż wreszcie znudzeni 
wyłączyli radio.

Trochę czasu stracili na zatłoczonym skrzyżowaniu Market Street i Broad Street; potem minęli 

kilka przecznic, skręcili raz w prawo, raz w lewo i wreszcie znaleźli się na Park Place.

— Tam — powiedział Koch i palcem wskazał na końcu ulicy Robert Treat Hotel.
— Mhm.
— Wysadź mnie tutaj, a potem zaparkuj po drugiej stronie parku. Ja w tym czasie wynajmę 

pokój,   później   odnajdę   ciebie   i   pójdziemy   razem,   tak   że   nikt   z   hotelu   nie   skojarzy   nas   z 
samochodem.

* * *

background image

Kwadrans później Bayer i Koch z walizkami wchodzili przez frontowe drzwi hotelu.
Był znacznie lepszy od moteli, w których nocowali przez cały ostatni tydzień. W holu, gdzie 

sufit podtrzymywały imponujące słupy, wszędzie lśniły marmury i szkło. Poszli do wind, po 
drodze   mijając   dwie   efektowne,   dwudziestokilkuletnie   dziewczyny,   blondynkę   i   rudzielca, 
siedzące w głębokich fotelach i pogrążone w ożywionej rozmowie.

Blondynka, której krótka spódniczka odsłaniała spory kawałek uda prawej, założonej na lewą, 

nogi, pochwyciła spojrzenie Bayera i uśmiechnęła się. Uciekł oczyma.

Kiedy zamykały się przed nimi drzwi windy, raz jeszcze spojrzał na blondynkę. Puściła do 

niego oko.

Kabina ruszyła, a Bayer powiedział:
— Całkiem niezłe dziewczyny, co?
Koch wpatrzony w przeskakujące na wskaźniku cyfry odrzekł obojętnie:
— Prostytutki.
— Dziwki? — Bayer pokręcił głową z niedowierzaniem. — Niemożliwe.
— Możliwe.
— Mówisz serio?
Winda zatrzymała się na trzecim piętrze.
— Oczywiście. — Koch przyjrzał się uważnie Bayerowi. — Pamiętaj, tylko bez żadnych 

głupot.

Kocha nie było ponad godzinę, chociaż zapowiadał, że pozbycie się samochodu zajmie mu nie 

więcej niż trzydzieści minut.

Bayer wprawdzie nie denerwował się, natomiast niemal od chwili, gdy towarzysz wyszedł, 

zaczął mu doskwierać głód. Przekopał bagaże w nadziei, że znajdzie jakąś zapomnianą gumę do 
żucia, jednak na próżno.

„Właściwie lepiej zrobiłoby coś słonego. Jakieś orzeszki czy chipsy”.
Na kartce papieru leżącej na stoliku między łóżkami napisał:

R
W BARZE
KB

potem ułożył ją na środku łóżka Bayera i wyszedł.
Bar, do którego — jak przypuszczał — wchodziło się z głównego holu, był zatłoczony i pełen 

papierosowego   dymu.   Główny   blat   z   ciemnego,   lśniącego   drewna   liczył   sobie   jakieś   sześć 
metrów   długości,   pod   ścianami   stało   dziesięć   stolików,   kilka   z   nich   zajętych:   dwa   przez 
szczebioczące do siebie pary, przy trzech siedzieli samotni mężczyźni.

Zobaczył   trzy   puste   stołki   na   końcu   baru   i   zajął   najdalszy   z   nich,   stwierdzając   z 

zadowoleniem,   że   ma   stąd   widok   na   hol   i   główne   wejście,   najpewniej   więc   zobaczy 
powracającego Kocha i będą mogli iść razem na obiad.

Uśmiechnął się do stojących na blacie salaterek z chipsami i orzeszkami. Nabierał właśnie te 

ostatnie, kiedy podszedł barman: po czterdziestce, wysoki, z rzadkimi, jasnymi włosami, cienkim 
wąsikiem   i   muszką   przypiętą   do   białej   koszuli   o   nieco   wystrzępionych   rękawach.   Złocista 
tabliczka na kieszeni marynarki informowała, że nazywa się SEAN O’NEILL.

— Dobry wieczór, czego się pan napije?
— Dobry wieczór, Sean. Wprawdzie początkowo myślałem o piwie, ale mam za sobą ciężki 

dzień, więc może coś mocniejszego.

— Co konkretnie?

background image

— W każdym razie coś mocniejszego od martini.
— Gin czy wódka?
— Gin. Macie Beefeatera?
— Oczywiście.
„Kto wyczuje Niemca w kimś gustującym w ginie?” — pomyślał Bayer.

* * *

Zanim stanął przed nim drugi gin, Bayer  zdążył  opróżnić salaterkę z orzeszkami  i był  w 

połowie czarki z chipsami. Tymczasem Kocha ani widu, ani słychu.

— Dzięki, Sean.
— Polecam się na przyszłość, sir.
Przypomniała mu się, nieco poniewczasie, przestroga ojca, by trzymać się daleko od ginu, 

gdyż człowiek od niego podleje lub głupieje; ale cóż, przecież teraz już nie wyleje napitku na 
podłogę.

Kiedy podnosił trunek do ust, barman postawił przed nim dwie nowe pełne salaterki. Chwilę 

smakował w ustach gin, postawił szklaneczkę na blacie, a gdy sięgał po orzeszki, ubiegły go 
szczupłe, gibkie palce z długimi, czerwonymi paznokciami.

— Przepraszam — usłyszał za plecami kobiecy głos.
Odwrócił się i zobaczył  ten sam uśmiech, który przesłoniły mu wcześniej zamykające się 

drzwi windy.

— Można się przysiąść? — spytała blondynka w wąskiej, czarnej spódnicy i nie czekając na 

odpowiedź, zajęła sąsiedni fotel, kładąc na blacie małą torebkę.

— Proszę — powiedział i chrząknął, lekko skonsternowany. „Nawet jeśli jest dziwką, to co z 

tego?” — pomyślał, patrząc, jak dziewczyna stara się przyciągnąć uwagę barmana. „A zresztą, 
skąd niby Koch wie? Przecież wystarczy się jej przyjrzeć, by zobaczyć, że to żadna kurwa. Za 
młoda”.

Odwróciła   się   i   ich   oczy   się   spotkały.   Uśmiechnęła   się   jeszcze   szerzej   i   dopiero   teraz 

zobaczył, że dziewczyna ma małą szczelinę między dwoma górnymi zębami. Popatrzył na drugi 
skraj blatu, gdzie barman wdał się w rozmowę z jednym z klientów.

— Sean! — powiedział, odrobinę podnosząc głos.
Barman spojrzał, leciutko się skrzywił, ale już za chwilę układał przed dziewczyną serwetkę.
— Czego się pani napije? — spytał Bayer.
— Mary.
— Krwawa Mary?
— Nie, głuptasie — zachichotała. — Na imię mam Mary. A napiję się… napiję się… chyba 

tego samego — powiedziała, wskazując na kieliszek Bayera.

Sean kiwnął lekko głową.
— Beefeater raz. Zaraz podaję.
Mary popatrzyła na Bayera.
— To gin, tak?
— A co, nie lubi pani?
— Nie, nie, w porządku.
— Lepiej proszę spróbować, będzie można zamówić coś innego.
— Mogę?
— Proszę.
Podsunął   jej   szklaneczkę;   wzięła   ją,   nie   spuszczając   z   niego   oczu,   i   upiła   mały   łyk, 

background image

zostawiając na brzegu ślad szminki. Bayer wątpił, by stało się to przypadkiem.

— Rany! — wykrzyknęła. — Mocne!
— Coś innego?
Podniósł rękę, aby przywołać barmana, ale chwyciła go.
— Nie, niech będzie.
Zapatrzył   się   w   jej   błyszczące   oczy,   a   kiedy   zdał   sobie   z   tego   sprawę,   speszony   zaczął 

nabierać orzeszków. Zaraz musiał je przełożyć do prawej ręki, gdyż zobaczył wyciągniętą dłoń.

— Więc, ja jestem Mary, a ty…?
— Kurt. Przepraszam, zupełnie zapomniałem. Kurt.
Ciepła i miękka dłoń wysunęła się z jego ręki z lekkim ociąganiem.
Sean ustawił drinka na serwetce przed Mary. Uniosła kieliszek w kierunku Bayera.
— Za nowe znajomości.
Lekko się stuknęli.
— Za nowe znajomości — powtórzył.
Nie był  pewien, czy ciepło, które poczuł, spowodował gin czy obecność Mary.  Wyjęła  z 

torebki srebrne pudełeczko, wydobyła papierosa i celowo wolnym ruchem umieściła w ustach.

Bayer rozejrzał się, z koszyka pełnego pudełek zapałek wyjął jedno i podał Mary ogień.
— Dziękuję — powiedziała i nad lewym ramieniem wypuściła dym za siebie.
Tym razem gin smakował trochę inaczej; przypomniał sobie, że to z racji szminki.
„Szminka szminką, ale gdyby jeszcze spróbować tych ust. Tylko jak zacząć?”.
Mary ułatwiła mu sytuację.
— Czy my się aby nie znamy?
— Tak, widzieliśmy się przy windach.
Uśmiechnęła się.
— Tak. Byłeś z kolegą.
Bayer machnął lekceważąco ręką.
— Tylko taki znajomy.
Jeszcze na U–Boocie uzgodnili, że będą się przedstawiać jako dwaj znajomi podróżujący do 

Nowego Jorku, gdyż chcą się włączyć do wojennego wysiłku, co istotnie robili, chociaż w sposób 
nieoczekiwany dla potencjalnych rozmówców.

— Ale i pani była z jakąś znajomą, prawda?
— Ma teraz randkę.
— O? Zmrużyła lewe oko.
— A może i my byśmy się umówili? „Ten cholerny Koch miał rację!”.
— My? — spytał, żeby zyskać na czasie.
Sączyła gin, spoglądając na niego znad brzegu kieliszka. Także Bayer sięgnął po drinka. „A co 

tam!”. Wzięła paczkę zapałek i napisała na niej 10/30.

— O dwunastej — powiedziała, wstała, pokazała dziesiątkę i uniosła jeden palec. — Albo… 

— koniec paznokcia dotknął trzydziestki — …całą noc.

„Przynajmniej nie będę się męczył z tym chrapaniem Kocha!”.
Myśląc to, ruchem palca obwiódł 30.
Mary odwróciła się z uwodzicielskim uśmiechem.

Cztery

New York Bay

background image

6 marca 1943 roku; 23:45

Francesco   Nola   odłożył   na   bok   czarną   lornetkę   i   napierając   na   drewniane   koło   sterowe, 

poprawił kurs „Annie”, dostosowując się do oznaczeń na wodzie. Za czarną linią na ekranie 
kompasu pokazała się biała cyfra 90.

Canidy orientował się, że płyną teraz cieśniną między Upper New York Bay i Lower New 

York Bay; wzięli kurs na wybrzeże. Za sobą mieli Staten Island, a wprost przed nimi majaczyły 
urządzenia portowe na południowo — zachodnim cyplu Long Island.

— Załaduję tu połów, w Montauk zaś na cztery dni zostawię „Annie” mojemu kuzynowi, 

potem wracam do miasta i tam możemy się spotkać.

Zredukował obroty silnika i kuter zaczął zwalniać.
— Masz mój domowy telefon, jeśli mnie nie zastaniesz, będę na targu.
— Jasne.
Przez okno sterówki zobaczył faceta, który rzucał mu cumy, a teraz szedł w kierunku dziobu. 

Już chciał zaoferować pomoc, ale zobaczył, że na pomoście stoi w pogotowiu jakiś mężczyzna. 
Na budynku za nim widniał wyblakły napis: BRKLYN LÓD I INNE. Długa zsypnia stercząca z 
okna   na   pierwszym   piętrze   sięgała   daleko   nad   nabrzeże,   do   którego   zamierzała   teraz   dobić 
„Annie”.

Canidy z uznaniem obserwował, jak Nola umiejętnie kontrując działanie silników — prawy w 

przód, lewy wstecz — a potem razem ustawiając je na wsteczny bieg, tak manewruje „Annie”, 
aby lód ze zsypni jak najłatwiej mógł dotrzeć do ładowni rybnych.

Po kilku minutach stateczek znieruchomiał przy pomoście, Nola zaś opuścił sterówkę, aby 

kontrolować   załadunek.   Z   aprobatą   kiwnął   głową,   widząc,   że   wszystkie   trzy   cumy 
przymocowane są do pachołków, potem odwrócił się i wyciągnął rękę do Canidy’ego.

— Na razie.
— Dziękuję — powiedział Canidy, potrząsając dłoń Noli.
— Jest na czas — rzekł ten ostatni, kiwając głową w kierunku nabrzeża.
Canidy popatrzył w tamtą stronę, nie zobaczył jednak nic szczególnego i już otwierał usta, by 

zadać pytanie, gdy nagle dojrzał zatrzymującą się taksówkę.

— Dla mnie?
Nola przytaknął z uśmiechem.
— Dzięki, niełatwo się pewnie stąd wydostać o tej porze.

* * *

Zbliżając się do samochodu, Canidy zorientował się, że wcale nie jest to taksówka.
Wsunął się na tylne siedzenie i szybko zamknął za sobą drzwi, rad z panującego wewnątrz 

ciepła.

— Świat jest mały — powiedział do siedzącego za kierownicą goryla.
Tamten   nie   odpowiedział,   wrzucił   bieg,   pociągnął   nosem,   lekko   przechylił   głowę   i 

mruknąwszy coś, opuścił szybę obok siebie, a potem po przeciwnej stronie.

„Z pewnością otworzyłby także tę obok mnie, gdyby tylko mógł tu sięgnąć” — pomyślał 

Canidy.

Mijała druga, kiedy samochód zatrzymał się pod numerem 2 na Lexington Avenue. Nie było 

widać nikogo, jeśli nie liczyć pary, która najwyraźniej po jakiejś imprezie wracała do Gramercy 
Park Hotel. Nikogo nie było też w holu ani w recepcji.

Wszystkie windy były na górze, nacisnął guzik, zastanawiając się jednocześnie, czy jednak 

background image

schodami   nie   byłoby   szybciej.   Uznał,   że   na   to   jest   zbyt   zmęczony;   nie   żałował,   bo   drzwi 
rozsunęły się już po chwili.

W pokoju czekał na niego wyprany i wyprasowany mundur.
Wyciągnął czterdziestkę piątkę ze schowka na plecach i wsunął broń pod poduszkę.
Ściągnął z siebie cuchnące ubranie, upchał w torbie i wystawił za drzwi, a potem zadzwonił do 

recepcji, informując, że zostawione na korytarzu rzeczy musi mieć uprane na ósmą, a sam chce 
zostać zbudzony o siódmej.

„Zadzwonię od razu do Donovana. Przy odrobinie szczęścia Erik Vollmer może tu dotrzeć 

jutro po południu. A w każdym razie przed poniedziałkiem, kiedy mam się zobaczyć z Nolą”.

Wziął gorący prysznic, nałożył świeże bokserki i T–shirt, a następnie wśliznął się pod kołdrę.
„Ann podobałoby się to łóżko” — pomyślał, ziewając i przekręcając się na bok. „A mnie ona 

w tym łóżku”.

background image

VII

Jeden

Red Rocket
Linia Rock Island, pociąg numer 507
Davis, Oklahoma
6 marca 1943 roku, 12:15

—   Powinniśmy   wybrać   Amarillo   —   powiedział   Grossman,   umieszczając   podobny   do 

czarnego, grubego cygara  przedmiot  na rozkładanym  stoliku. Mieli samodzielny przedział  w 
wagonie Pullmana.

— Kuć żelazo dopóki gorące.
„Cygarem” był półkilowy ładunek wybuchowy, ciasno owinięty w czarny papier.
— Czy to na pewno dobry pomysł? — spytał niespokojnie Cremer, przypatrując się, jak jego 

towarzysz wyciąga drugi ładunek.

— W jadącym pociągu?
Grossman spojrzał na niego z oburzeniem.
— Dobrze wiem, co robię — odrzekł ze złością i powrócił do swego zajęcia.
Zapalnik czasowy — lont trawiony kwasem — ułożył obok ładunku i detonatora, a potem 

wyciągnął z torby małą, skórzaną saszetkę. Połączył wszystkie trzy elementy i ostrożnie umieścił 
je w pojemniku.

— Teraz mamy pół kilograma z krótkim lontem i pół z długim — powiedział z dumą.
„Ciekawe, że w ogóle zna tę różnicę”.
— Żaden nie będzie nam potrzebny przed Kansas City.
— Co innego, gdybyśmy się zdecydowali na Amarillo.
O niecałe trzydzieści kilometrów na północny wschód od Amarillo rok wcześniej otwarto 

fabrykę   Pantex,   gdzie   przez   dwadzieścia   cztery   godziny   na   dobę   produkowano   dla   wojsk 
lądowych pociski.

Cremer pokręcił głową z niesmakiem. Grossman miał nienasycony apetyt na wysadzanie w 

powietrze wszystkiego, co się dało — co oczywiście było cechą przydatną w misji, jaką im 
zlecono — i eksplozja w fabryce amunicji bardzo poruszała jego wyobraźnię.

— Ile mam ci przypominać, że oberst Skorzeny kazał nam ograniczyć  się do niewielkich 

celów? Tego się trzymamy i dobrze nam idzie.

Trzydziestoczteroletni  Otto Skorzeny,  legendarny podpułkownik nazistowski, który zdobył 

Krzyż Żelazny, walcząc w Leibstandarte SS z Sowietami, został przez samego Adolfa Hitlera 
wybrany na dowódcę niemieckich komandosów. Regularne rysy ciemnowłosego i ciemnookiego 
mężczyzny zakłócała blizna, od brody przez lewy policzek sięgająca aż do ucha, pamiątka po 
szermierczym pojedynku w Wiedniu.

Radio w przedziale nadawało stację, która na różne sposoby rozwijała temat wybuchów w 

Dallas, ale sygnał słabł z każdą chwilą, zanikając w potężniejących szumach.

Grossman wstał i podszedł do odbiornika.
—   Ach,  wysadzić   fabrykę   amunicji   —   powiedział   rozmarzonym   głosem.   —  Wyobrażasz 

sobie te wtórne eksplozje…?

Istotnie, efekt musiałby być gigantyczny; być może zachwiałaby się akceptacja Amerykanów 

dla wysiłku wojennego. Ale cel był takich rozmiarów, że lepiej było zostawić go Luftwaffe, oni 

background image

zaś, dwaj mali agenci, mieli wszystkie wysiłki poświęcić nieustannemu trapieniu obywateli USA, 
utrwalaniu w nich stałej bojaźni i podejrzliwości.

Cremer był przekonany, że ten smukły, jaskrawoczerwony pociąg, jadący z Dallas do Kansas 

City przez Fort Worth i Oklahoma City, to najlepszy sposób na oderwanie się od wybuchów, 
rojów   funkcjonariuszy   policji   i   zyskanie   czasu   oraz   spokoju,   potrzebnych   do   przygotowania 
następnych akcji.

Podczas   tygodnia   spędzonego   w   Dallas   Cremer   zorientował   się,   że   mają   bardzo   wiele 

możliwości przeniesienia się z Dallas w inne okolice USA. Rocky Mountain Rocket, pociąg 
numer 107–7, jechał z Kansas do Denver; Californian, pociąg numer 43 — do Los Angeles, Mid 
— Continent Special, pociąg numer 17 z wagonami sypialnymi — do Minneapolis i Des Moines. 
Wykupił zatem przedział w Red Rocket, a kiedy zobaczył go w oryginale, musiał przyznać, że 
broszury reklamowe nie kłamały.

Przedział miał jakieś sześć na dziewięć metrów, z czterema wygodnymi, miękkimi fotelami, 

które można było swobodnie przemieszczać. Kiedy odstawiło sieje na bok, ze ścian można było 
opuścić dwa duże łóżka. W ścianę wbudowana też była duża szafa z bardzo dużym lustrem, a tuż 
obok niej znajdowało się wejście do łazienki z ubikacją, zlewem i prysznicem.

Cremer przysunął fotel pod jedno z dwóch dużych okien, z którego mógł spoglądać na zachód. 

Krajobraz powoli się zmieniał, mniej więcej przez godzinę po wyruszeniu z Dallas za oknami 
ciągnęła się równina, od czasu do czasu urozmaicana kępą drzew. Teraz jednak coraz więcej było 
pagórków i występów skalnych; najwyraźniej wjeżdżali w teren podgórza.

Grossman kręcił potencjometrem; z wielką ochotą słuchał wszystkich informacji o Dallas. Z 

szumów wyskoczył  znienacka wyraźnie koniec piosenki Boba Willsa i jego Texas Playboys. 
Cremer   słyszał   ich   trochę   w   Dallas   i   zaczęła   mu   się   podobać   ta   muzyka.   Inaczej   było   z 
Grossmanem, który niezmiennie nazywał ją „gównianą”. Ku zdziwieniu Cremera nie zrobił tego 
teraz ani nie wyłączył radia, ale najpewniej chodziło o to, że spiker zapowiedział zaraz potem 
wiadomości   z   nowymi   informacjami   o   wybuchach   w   Dallas,   więc   ciekawość   pozwalała 
Grossmanowi ścierpieć nawet „westernową muzykę”.

Towarzysz Cremera wrócił do stolika i znowu zajął się materiałami wybuchowymi, podczas 

gdy pociąg z rytmicznym stukotem kół gnał ku Oklahoma City.

„Sądząc z tego, ile czasu i pasji temu poświęca — myślał Cremer — wszystko powinno być 

gotowe już w Dallas”.

* * *

Pół godziny później pociąg zaczął zwalniać. Za oknem coraz więcej było zwartej zabudowy 

— domów i asfaltowych szos. Zbliżali się chyba do Oklahoma City, zapowiedziami miasta były 
działki ze schludnymi,  drewnianymi  domkami,  których  miejsce stopniowo zaczęły zajmować 
jedno– i dwupiętrowe budynki.

Cremer odchylił się i w oddali zobaczył  budynek dworca, wyraźnie zbyt  mały na to, aby 

mogło to być  Oklahoma  City.  W tej samej  chwili zza drzwi dobiegł głos konduktora, który 
przechodząc korytarzem, obwieszczał: „Norman, Oklahoma. Nie wysiadać!”.

Cremer i Grossman wymienili spojrzenia.
— Nie podoba mi się to — mruknął ten ostatni i szybko zgarnął do torby ładunki wybuchowe, 

tylko jeden zostawiając na stoliku.

— Bez paniki — uspokajał Cremer. — Pewnie chodzi tylko o zabranie poczty lub coś takiego.
Zapiszczały hamulce; Cremer zobaczył na peronie dwóch mężczyzn w szarych garniturach i 

czarnych fedorach oraz jednego w niebieskim uniformie i kolejowej czapce.

background image

Lokomotywa   zwolniła   tak   bardzo,   że   pociąg   ledwie   się   toczył,   a   kiedy   pierwszy   wagon 

zrównał się z peronem, obaj mężczyźni w garniturach zaczęli biec. Już po chwili znaleźli się za 
oknem — teraz widział ich i Grossman, który schował się za kotarę, a kiedy zza niej wyjrzał, 
zobaczył, jak mężczyźni wskakują na stopnie przy tylnych drzwiach przedostatniego i przednich 
ostatniego wagonu.

Cremer poczuł skurcz w żołądku.
„To nie są kolejarze” — pomyślał, a głośno powiedział:
— Właśnie wskoczyli do pociągu.
Grossman   zerwał   się   na   równe   nogi,   czarną   saszetkę   wsunął   do   kieszeni   marynarki   i 

podskoczył do drzwi, przywierając od nich uchem. Żadnych podejrzanych dźwięków.

Pociąg przyspieszył, za oknami znowu pokazały się przedmieścia Norman.
Cremer także wstał i kiedy w kieszeni spodni namacał walthera, poczuł, że ręce mu się pocą.
Grossman lekko uchylił drzwi, wyjrzał na korytarz, popatrzył w obie strony, a potem wyszedł 

i ruchem głowy poinformował Cremera, że idzie na tył wagonu. Zajął tam takie miejsce, żeby nie 
widział go nikt z dalszych wagonów, a potem ostrożnie zerknął w szybkę tylnych drzwi.

Zobaczył  dwóch mężczyzn  — jeden wysoki i gładko ogolony,  drugi niski i z sumiastym 

wąsem — którzy szli korytarzem ostatniego wagonu, pukając do drzwi kolejnych przedziałów.

Z czwartego z nich wyszedł szczupły mężczyzna i podał wąsaczowi portfel. Ten zadał kilka 

pytań, jednocześnie przeglądając dokumenty.  Po chwili kiwnął głową, oddał portfel i wraz z 
towarzyszem przeszli do następnego przedziału.

Tego   Grossmanowi   wystarczyło.   Trzymając   się   ściany,   wrócił   do   Cremera,   który   szybko 

zamknął za nim drzwi.

— Co tam widziałeś? — spytał.
— Dwóch facetów, może lokalna policja, ale raczej stanowa, czy nawet FBI, przedział po 

przedziale sprawdza dokumenty pasażerów.

— Nasze papiery są w porządku — rzekł spokojnie Cremer. — Mam to samo prawo jazdy jak 

wtedy, kiedy mieszkałem w New Jersey.

— Ja także — powiedział Grossman i szybko omiótł spojrzeniem przedział. — Ale coś mi się 

tu nie podoba. To nie są rutynowe działania. Na stacji w Oklahoma City pewnie czeka jeszcze 
więcej policji.

Nachylił się nad torbą i wyciągnął z niej czarną saszetkę.
— A ty co znowu zamierzasz zrobić? — spytał Cremer.
— Jak daleko do Oklahoma City?
Cremer wpatrując się w towarzysza, dokonał w myśli szacunków.
— Kwadrans… Może mniej.
Grossman lekko uniósł dłoń z bombą.
— Tutaj jest piętnastominutowy lont. Umieszczę ładunek w sąsiednim wagonie. Dojdą tam za 

jakieś dziesięć minut. My przeniesiemy się do przodu; kiedy nastąpi wybuch, pociąg stanie i 
wysiądziemy. Powinniśmy wtedy być już w mieście; łatwo rozpłyniemy się w tłumie.

„Może i ma rację” — myślał Cremer. „Tak, chyba tak. Jeśli ci gliniarze nie szukają nas, to po 

co wskakiwaliby do pociągu? W radiu nic tylko o Dallas i o Dallas. Dla Grossmana to nie lada 
frajda wysadzić w powietrze coś nowego”.

Sam poszedł na koniec i — jak przedtem Grossman — spojrzał przez szybę. Faceci w szarych  

garniturach i czarnych fedorach byli mniej więcej w połowie ostatniego wagonu.

Wrócił do przedziału.
— Nie bardzo mi się to podoba, ale… Ale chyba nie ma innego wyjścia.
— Dobra — powiedział Grossman i rozsunął zamek saszetki. — Uruchamiam lont.

background image

Wyciągnął zapalnik, popatrzył na niego, potem przyjrzał się jeszcze dokładniej i szepnął:
— Scheisse!
— Co się stało?
— Lont…

* * *

Kilka sekund później eksplozja pierwszej półkilogramowej bomby wyrwała bok wagonu, a 

Grossman i Cremer nie mieli nawet czasu na zrozumienie, co znaczy oślepiająco jasny błysk. 
Niemal natychmiast nastąpiły dalsze eksplozje; w sumie wybuchnęło jakieś dwadzieścia kilka 
kilogramów materiału wybuchowego; trzy ostatnie wagony pociągu zostały zerwane z toru, a ich 
szczątki rozrzucone po okolicy.

Dwa

Biuro Służb Strategicznych
Budynek Narodowego Instytutu Zdrowia
Waszyngton, D.C.
6 marca 1943 roku, 16:30

Kiedy prezydent Roosevelt w sierpniu 1941 roku poinformował Dzikiego Billa Donovana, 

jakie   miejsce   udało   mu   się   znaleźć,   aby   jego   doradca   do   spraw   koordynacji   informacji 
wywiadowczych mógł swobodnie funkcjonować w mieście, gdzie wszystko było drogie i gdzie 
nadzwyczaj trudno było o wolne lokum, Donovan był nieco skonsternowany.

„Narodowy Instytut Zdrowia?” — myślał z powątpiewaniem.
Szybko   jednak   okazało   się,   że   umieszczenie   Biura   Koordynacji   Wywiadowczej   —   które 

następnie   przekształciło   się   w  Biuro   Służb   Strategicznych   —   w  nie   rzucającym   się   w  oczy 
budynku, mieszczącym instytucję o niewinnej nazwie, było znakomitym posunięciem.

W gabinecie dyrektora stanęły: duże, lśniące biurko, pokryta czerwoną skórą sofa oraz dwa 

pasujące do niej fotele. To w jednym z nich siedział teraz Donovan i oparłszy nogi na niskim 
stoliku ze szklanym blatem, przeglądał rozłożoną na udach grubą teczkę.

— Cóż, wydaje się, że już nam się zwróciły koszty poniesione na wyciągnięcie profesora 

Dyera z Niemiec — zwrócił się do swego zastępcy.

— Tak jest, sir — odrzekł komandor Peter Stuart Douglass Sr. — Lista naukowców, którzy 

mogliby pójść w jego ślady, jest doprawdy imponująca.

Douglass był szczupły, gibki, miał czterdzieści jeden lat, piaskowe włosy i piegowatą twarz. 

W  marynarce  był  dowódcą  eskadry  niszczycieli,  potem  pracował  w wywiadzie.  Kiedy FDR 
wyznaczył Donovana na koordynatora informacji wywiadowczych, ten poprosił prezydenta, aby 
pomógł   mu   także   w   kompletowaniu   personelu.   Za   sugestią   Roosevelta   Sekretarz   Marynarki 
Wojennej bezterminowo odkomenderował Douglassa, aby został zastępcą Donovana.

Douglass, który nie bardzo wierzył w awans na admirała — i nawet nie był pewien, czy mu na 

tym zależy, szczególnie gdy żeglować miał za biurkiem w Waszyngtonie — z radością powitał 
pracę w Biurze Koordynacji Wywiadu, gdyż  był  przekonany,  że dzięki temu znajdzie się w 
centrum bardzo ważnych wydarzeń i poczynań. — Problem tylko — ciągnął Donovan — czy uda 
nam się ich wydostać, zanim Niemcy zorientują się, że, po pierwsze, Dyer bynajmniej się nie 
zawieruszył, a jest u nas, po drugie, że są naukowcy, którzy woleliby słuchać Lesliego Grovesa 

background image

niż Adolfa Hitlera.

* * *

Jeszcze   przez   dwoma   tygodniami   profesor   Frederick   Dyer,   pięćdziesięcioletni   pracownik 

naukowy w połatanej tweedowej marynarce, badał na marburskim uniwersytecie molekularną 
strukturę metali, co miało spore znaczenie dla prac nad turbinowym silnikiem samolotowym; 
prac,   które   wespół   z   innymi   przedsięwzięciami   miały   zapewnić   ostateczne   zwycięstwo 
Tysiącletniej Rzeszy.

BSS — a mówiąc dokładniej Erik Vollmer jako dowódca akcji oraz Dick Canidy jako jego 

prowadzący — przygotowało drogę ucieczki dla Dyera i jego dwudziestodziewięcioletniej córki, 
ale pełna niebezpieczeństw eskapada przez okupowane Węgry omal nie zakończyła się śmiercią 
wszystkich.

Ostatecznie jednak — co dokonało się przed dwoma dniami — Dyer znalazł się na University 

of   Chicago   i   dołączył   do   kilkunastoosobowego   grona   naukowców   —   obejmującego   też 
przyjaciela z Uniwersytetu Rzymskiego, Enrico Fermiego — które pod kierownictwem generała 
brygady   wojsk   lądowych   USA   Lesliego   Grovesa   pracowało   nad   ściśle   tajnym   projektem   o 
kryptonimie Manhattan.

Uciekając   z   rządzonych   przez   faszystów   Mussoliniego   Włoch,   Fermi   postąpił   jak   wielu 

innych naukowców, w Ameryce  szukających schronienia przed faszyzmem i nazizmem. Byli 
między nimi Duńczyk Niels Bohr, Niemiec Albert Einstein, Węgrzy Leo Szilard, Edward Telłer, 
Eugene Wigner.

W ich rozmowach stałym wątkiem była coraz bardziej realna możliwość wywołania przez 

rozszczepienie   atomu   uranu   reakcji   łańcuchowej,   co   oznaczałoby   wyzwolenie 
nieprawdopodobnej ilości energii. Teoretyczne obliczenia wskazywały, że reakcja łańcuchowa 
przebiegająca w czterdziestu pięciu kilogramach izotopu uranu U–235 dałaby tyle energii, co 
eksplozja dwudziestu tysięcy ton TNT (trinitrotoluenu, znanego też jako trotyl).

Niektórzy z naukowców powątpiewali w wykonalność takiej operacji, natomiast pośród tych, 

którzy uważali ją za możliwą, nie było zgody co do skutków wyzwolenia tak gigantycznej ilości 
energii.

Wszyscy natomiast zgadzali się, że w świecie nauki i polityki nie byli bynajmniej jedynymi, 

którzy   rozważali   realność   reakcji   łańcuchowej,   i   że   trzeba   się   liczyć   z   tym,   iż   do 
wtajemniczonych należy również Adolf Hitler.

Naukowcy–emigranci   —   a   przede   wszystkim   Węgrzy   Szilard,   Teller   i   Wigner,   którzy   z 

własnego doświadczenia wiedzieli, do jakich okrucieństw potrafią posunąć się naziści — uznali, 
że trzeba o całej sytuacji poinformować prezydenta USA.

Wspólnie ułożyli list, pod którym z datą 2 sierpnia 1939 roku podpisał się Albert Einstein, a 

który dostarczył Rooseveltowi jego bliski przyjaciel, ekonomista Alexander Sachs.

W   liście   naukowcy   nakreślili   możliwość   zbudowania   bomby   uranowej,   poinformowali   o 

miejscach,   gdzie   znajduje   się   ruda   bogata   w   rzadki   izotop   uranu,   podkreślili   ograniczoność 
funduszy,   jakimi   mogą   operować   akademiccy   badacze.   Wskazali   też   na   to,   że   po   zajęciu 
Czechosłowacji   przez   Niemców   przerwane   zostały   dostawy   stamtąd   rud   uranu,   a   prace   nad 
reakcją łańcuchową prowadzone obecnie w Ameryce toczą się też w berlińskim Kaiser Wilhelm 
Institut, gdzie zatrudniony jest Carl von Weizsacker, syn  nazistowskiego podsekretarza stanu 
Ernsta von Weizsackera.

FDR natychmiast zorientował się w powadze problemu. Stany Zjednoczone, nieuczestniczące 

w tym momencie w wojnie, i alianci musieli — po pierwsze — wyprzedzić Niemcy w pracach 

background image

nad bombą atomową, starannie ukrywając fakt ich prowadzenia, po drugie — za wszelką cenę 
przeszkodzić wysiłkom niemieckim.

Na pierwsze wyzwanie odpowiedział generał wojsk lądowych Leslie Groves, inicjując Projekt 

Manhattan,   który   trzymany   był   w   takiej   tajemnicy,   że   wiedziała   o   nim   tylko   grupa   osób: 
działający w jego ramach naukowcy, Roosevelt, Donovan, Hoover. Do grupy tej nie należał, na 
przykład, wiceprezydent Harry S. Truman.

Drugie   wyzwanie   było   jednym   z   powodów   powstania   Biura   Koordynowania   Informacji. 

Pośród  różnych   zadań  wywiadowczych,   kontrwywiadowczych   i  sabotażowych   miało   się ono 
zająć również wyciąganiem z państw Osi ważnych naukowców, a także wskazywaniem lotnictwu 
bombowemu celów istotnych dla budowy bomby atomowej.

* * *

Donovan przerzucił kilka dalszych stron i znowu się zatrzymał.
— Kopalnie, huty i pracujące dla nich fabryki urządzeń w rejonie Frankfurtu.
— Kolejny miły prezent od profesora. Wiedzieliśmy o największych spośród nich, ale nie o aż 

tylu, no i niemal nic o ich możliwościach. A tymczasem Niemcy mogli te zakłady zaopatrywać w 
maszyny i urządzenia zrabowane gdzie indziej.

Donovan uniósł brwi.
— Może Doug będzie w stanie je zlikwidować przy użyciu swoich latających torped.
Komandor Douglass uśmiechnął się na wzmiankę o synu.
Peter   Stuart   Douglass   Jr.,   dla   odróżnienia   od   ojca   zwany   przez   przyjaciół   „Doug”, 

dwudziestosześcioletni   absolwent   West   Point,   był   trzykrotnym   asem   lotnictwa   i   niedawno 
awansował na podpułkownika Korpusu Powietrznego Wojsk Lądowych USA.

Obecnie   przebywał   w  Anglii  i  walnie  uczestniczył   w  prowadzonym   przez  BSS Projekcie 

Afrodyta,   który   był   próbą   —   jak   na   razie   niezbyt   skuteczną   —   przekształcenia   B–17   w 
wypełnione   torpeksem,   zdalnie   sterowane   pociski   bezzałogowe,   które   miały   zaatakować 
niemieckie  schrony okrętów  podwodnych  i   inne  ważne   militarnie  obiekty,   takie  jak  zakłady 
produkujące na potrzeby wojska.

Podpułkownik Douglass uważał za potencjalnie dobry każdy pomysł, który mógł przyczynić 

się do ocalenia życia ludzkiego, a przemawiało za tym jego osobiste doświadczenie.

Jako  dowódca  344.  Grupy Bojowej   8.  Floty  Powietrznej  USA  ówczesny  major  Douglass 

stracił ponad czterdzieści procent personelu podczas nalotu na schrony niemieckich U–Bootów w 
St. Lazare; wtedy poprzysiągł sobie, że zrobi wszystko, aby już nigdy nie narażać życia swych 
podwładnych w tak okropny sposób.

Pośród lotników krążyła opowieść, że opuściwszy swój poharatany kulami P–38F, Douglass 

natychmiast  udał  się  do kwatery sztabu  głównego  8.  Floty  Powietrznej,  a  odszukawszy tam 
oficera   odpowiedzialnego   za   przygotowanie   całej   akcji,   jednym   ciosem   powalił   go,   silnie 
krwawiącego z nosa, na ziemię.

Doug był skłonny się zgodzić, że nie było to nazbyt roztropne posunięcie, ale z drugiej strony, 

czy   naprawdę   mógł   inaczej   postąpić   on,   lotnik,   który   sam   podczas   akcji   zniszczył   okręt 
podwodny, lotnik dowodzący formacją, której tylko sześćdziesiąt procent wróciło na lotnisko?

Nawet nieruchawa i rzadko popisująca się błyskotliwością biurokracja wojsk lądowych w tym 

przypadku   nie  posunęła  się  do ukarania   lotnika,  którego   lockheed  lightning   miał   na dziobie 
wymalowanych   dziesięć   „klopsików”   symbolizujących   zestrzelone   maszyny   japońskie,   sześć 
swastyk  symbolizujących  zestrzelonych   Niemców  oraz   sylwetkę  okrętu  podwodnego;  wprost 
przeciwnie — awansowała go na podpułkownika.

background image

—   Doug   z   pewnością   byłby   zachwycony   możliwością   zbombardowania   wszystkich   tych 

miejsc — powiedział zastępca dyrektora BSS. — Jest całkiem wyraźna rywalizacja z naszymi 
brytyjskimi   przyjaciółmi,   szczególnie   że   w  zeszłym   miesiącu   wysadzili   w  Norwegii   fabrykę 
azotanów.

Norwegia była głównym producentem tlenku deuteru — zwanego też „ciężką wodą” — który 

powstawał jako produkt uboczny przy wytwarzaniu nawozów sztucznych, a stanowił jedną z 
dwóch substancji pozwalających, jak stwierdzili naukowcy, na kontrolę (chłodzenie) reaktorów 
w trakcie produkcji nuklearnej. W efekcie przygotowanej przez brytyjską Special Operations 
Executive   operacji   zniszczono   w   Rjukan   pół   tony   ciężkiej   wody,   która   miała   zostać 
wykorzystana w nazistowskim programie nuklearnym.

— Tak była ważna dla Niemców, że teraz ją na potęgę odbudowują.
Douglass uśmiechnął się.
— No cóż, może całkiem niedługo Doug będzie miał okazję powtórzyć akcję Brytyjczyków, 

nawet z większym skutkiem.

— Może. Jeśli jednak Papież przyspieszy kroku, szansa przejdzie Dougowi koło nosa.
— A co ma do tego papież?
—   Fermi   —   wyjaśnił   Donovan.   —   Tak   we   Włoszech   nazywano   młodego   Fermiego   ze 

względu   na   jego   przekonanie   o   własnej   nieomylności,   a   chętnie   tego   przezwiska   używa 
Oppenheimer.

Doktor   J.   Robert   Oppenheimer,   znakomity   fizyk   z   University   of   California,   kierował 

naukowcami wciągniętymi do Projektu Manhattan.

Douglass lekko machnął ręką.
— Ach, ten. Słyszałem ten pseudonim. A już zacząłem myśleć o Rzymie.
— Według Oppenheimera, w dyskusjach z Papieżem po pierwszej reakcji łańcuchowej, jaką 

udało się uruchomić w Chicago, doszli do wniosku, że właściwie można już uznać, iż bomba jest 
w zasięgu ręki.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, potem Douglass lekko pokręcił głową.
— No, no, to jakby zupełnie zmieniało perspektywy.
— Tak, ale by zabezpieczyć tę możliwość, BSS musi zintensyfikować akcję wyłuskiwania 

naukowców, no i wskazywania celów bombardowania.

— Co znaczy, że Doug nie będzie się mógł uskarżać na brak zajęcia.
— Co znaczy, że nikt z nas nie będzie mógł na to narzekać.

Trzy

Narodowy Instytut Zdrowia
Waszyngton, D.C.
6 marca 1943 roku, 16:55

Młoda   recepcjonistka   w   budynku   NIZ   spojrzała   na   zmierzającego   w   jej   kierunku 

energicznym, pewnym siebie krokiem dwudziestokilkuletniego, jasnowłosego i niebieskookiego 
młodzieńca w mundurze porucznika wojsk lądowych USA.

Porucznikowi przypatrywali się także trzej policjanci: jeden, który siedział przy stoliku na 

prawo   od   recepcjonistki   i   jednym   uchem   nasłuchiwał   radia   nieprzerwanie   informującego   o 
wykolejeniu pociągu w Oklahomie, oraz dwaj stojący przy windach.

— Nazywam się Vollmer — oznajmił porucznik. — Czeka na mnie komandor Douglass.

background image

Recepcjonistka sprawdziła listę.
— Czy mogę prosić o jakiś dokument?
Vollmer podał jej legitymację wystawioną przez sztab wojsk lądowych USA, a stwierdzającą, 

że właścicielem jest „VOLLMER, Erik, por. piechoty Wojsk Lądowych USA”.

Recepcjonistka uważnie porównała zdjęcie z obliczem Erika, uśmiechnęła się i wręczyła mu 

plakietkę z napisem: GOŚĆ. Przyjął ją, odrobinę krzywiąc usta, był bowiem zdania, że powinno 
jakoś zostać zaznaczone, że nie jest jakimś tam sobie „gościem”, skoro jest członkiem BSS. 
Potem jednak zdał sobie sprawę z tego, że plakietka w niczym nie nawiązuje do BSS ani do 
jakiejkolwiek   instytucji,   i   —   uznawszy   to   za   bardzo   rozsądne   rozwiązanie   —   bez   żadnych 
ceregieli wpiął ją w klapę.

Stanął przy nich jeden z funkcjonariuszy pilnujących wind.
—   Proszę   zaprowadzić   pana   porucznika   do   gabinetu   komandora   Douglassa   —   poleciła 

recepcjonistka.

— Proszę za mną, sir — powiedział policjant.
Pojechali windą na drugie piętro i tam przemierzyli długi korytarz, na którego końcu, przed 

drzwiami z niewielkim napisem: DYREKTOR, kolejny policjant siedział na składanym krześle i 
czytał „The Washington Star”.

Obaj funkcjonariusze kiwnęli sobie głowami na przywitanie a pierwszy wprowadził Vollmera 

do sekretariatu, gdzie za biurkiem, na którym stał czarny telefon i tabliczka z wizytówką A. 
FISHBURNE, siedziała starsza, siwowłosa kobieta, dwie młodsze bardzo sprawnie rozkładały 
dokumenty do odpowiednich szafek, podczas gdy palce trzech innych śmigały po klawiaturach 
maszyn do pisania.

— Dzień dobry, poruczniku — powiedziała z uśmiechem pani Fishburne. — Pan komandor 

czeka na pana.

Na końcu sekretariatu znajdowało się dwoje drzwi, jedne z napisem: DYREKTOR, drugie — 

WICEDYREKTOR. Policjant ruszył  w kierunku tych drugich, ale siwowłosa kobieta skinęła 
głową w kierunku pierwszych.

— U szefa.
Funkcjonariusz przytaknął, podszedł do drzwi dyrektora, zapukał, a usłyszawszy z wewnątrz: 

„Proszę!”, otworzył je i oznajmił:

— Dzień dobry, sir. Przyszedł porucznik Vollmer.
— Niech wejdzie.
Policjant cofnął się, gestem zaprosił Vollmera, sam zaś odwrócił się i wyszedł z sekretariatu.
Vollmer wszedł do gabinetu, w którym znajdowało się dwóch oficerów, jeden, siwowłosy, w 

mundurze   pułkownika   wojsk   lądowych   USA,   drugi,   jasnowłosy,   w   mundurze   komandora 
marynarki  wojennej. Siedzieli  w czerwonych  fotelach,  przedzielonych  stolikiem ze szklanym 
blatem i sofą obciągniętą taką samą czerwoną skórą.

Vollmer stanął na baczność i energicznie zasalutował.
— Stawiam się na rozkaz, sir.
Obaj oficerowie powstali i oddali honory.
— Bardzo się cieszę, że mogę pana poznać, poruczniku — powiedział komandor i wyciągnął 

rękę. — Komandor Douglass. Zdaje się, że zna pan mojego syna.

Vollmer uścisnął podaną dłoń i odrzekł:
— To dla mnie prawdziwy zaszczyt, sir. Po pierwsze — poznać pana, po drugie — przyjaźnić 

się z Dougiem, to znaczy pułkownikiem Douglassem.

— Miło mi to słyszeć. — Douglass cofnął się o krok. — Mam przyjemność przedstawić pana 

pułkownikowi Donovanowi. Panie pułkowniku, porucznik Vollmer.

background image

Obaj podali sobie ręce; Erik zawsze lubił tak mocny uścisk dłoni jak w tym przypadku.
— Wiele o panu słyszałem, poruczniku.
— Tak, sir?
— Nie, nie, spokojnie. Same dobre rzeczy. Inaczej nie spotkalibyśmy się tutaj.
— Dziękuję, sir.
— Przejdźmy natychmiast do rzeczy, gdyż sprawa z każdą chwilą staje się coraz pilniejsza. 

Proszę siadać — rzekł Donovan i gestem zaprosił porucznika.

— Dziękuję. — Vollmer zajął wskazane mu miejsce na sofie.
Donovan podszedł do swego fotela i spojrzał na Douglassa.
— Nie wiem, jak porucznik Vollmer, w każdym razie jaz chęcią napiłbym się kawy.
Komandor spojrzał na Erika.
— Pan, poruczniku?
— Tak, poproszę.
Douglass podszedł do drzwi i odchylił je odrobinę, a przez szczelinę wdarł się stukot maszyn 

do pisania.

— Pani Fishburne, poproszę trzy kawy i może coś do przekąszenia.
Powiedziawszy to, komandor zamknął drzwi i powrócił na fotel naprzeciw dyrektora.
Donovan nachylił  się w kierunku stolika,  złożył  ręce  jak do modlitwy,  czubkami  palców 

podparł nos, złączonymi kciukami brodę i zmrużonymi oczyma wpatrzył się w Vollmera.

Pod ciężarem tego spojrzenia Erik poprawił się na sofie i wyprostował.
— O tym, co za chwilę panu powiem, poruczniku — zaczął dyrektor — wie w Biurze tylko 

kilka osób.

— Tak jest, sir.
—  Prezydent  rozkazał  BSS,  aby,  cytuję:   „szybko   i  bez   zwracania   uwagi”,  koniec  cytatu, 

położyło kres aktom sabotażu, jakie Niemcy przeprowadzają na amerykańskiej ziemi.

— Sir?
— Czy mam powtórzyć?
Vollmer   zerknął   na   Douglassa,   który   siedział   z   beznamiętną   miną   a   potem   jego   wzrok 

powrócił do Donovana.

— Nie, sir, tylko sądziłem, że wszelkie działania na terenie kraju może przeprowadzać tylko 

FBI.

— Ta zasada dalej obowiązuje i właśnie dlatego słowa te przekazuję panu w największej 

tajemnicy.

— Rozumiem, sir — odrzekł Vollmer po krótkiej chwili milczenia.
— Ma pan jakieś pytania?
— Tak jest, sir. Po pierwsze, dlaczego ja?
—   Ponieważ   pasuje   pan   jak   ulał   do   tego   zadania   —   wyjaśnił   Donovan,   prostując   się   i 

odchylając na oparcie fotela. — Wie pan, jak myśli szpieg, i wie pan, jak myśli Niemiec… Mówi 
pan biegle po niemiecku, mam rację?

— Tak jest, sir.
— Jakimi językami jeszcze pan włada?
—   Trzema   biegle,   czterema,   może   pięcioma   znośnie.   Ponieważ   mieszkałem   w   tak   wielu 

miejscach, nie było to specjalnie trudne.

Dyrektor pokiwał głową.
— Właśnie, języki, zdolność dopasowania się do bardzo różnych warunków, no i zręczność, 

jaką wykazał pan przy przerzucie Dyerów — wszystko to predestynuje pana do tego zadania. — 
Donovan lekko przygryzł wargi. — Nie traci pan głowy w warunkach napięcia, a tego w tym 

background image

wypadku na pewno nie zabraknie. — Zapadło milczenie; po jakimś czasie Donovan dorzucił: — 
Prezydent nie może dopuścić do tego, aby cokolwiek odciągało uwagę Amerykanów od wojny 
toczącej się poza granicami kraju.

— Rozumiem, sir. Co mam robić?
— Wszystko, co uzna pan za konieczne, poruczniku.
— Czyli…?
— Powtarzam: co uzna pan za konieczne.
Vollmer wolno pokiwał głową, a Donovan kontynuował:
—   FBI   dostało   polecenie,   aby   dzielić   się   z   nami   wszystkimi   swymi   informacjami   o 

eksplozjach. Brzmi nieźle, ale widzę co najmniej dwa poważne kłopoty. Po pierwsze, niezależnie 
od  polecenia   prezydenta,   dyrektor   Hoover   z   pewnością   nie   będzie   się   palił   do  dzielenia   się 
informacjami, jeśli tylko będzie widział najmniejszą choćby szansę, że to FBI mogłoby schwytać 
niemieckich age…

— Czy mamy pewność, że to są Niemcy? — wpadł mu w słowo Vollmer.
Donovan zerknął spod oka.
— Czy pozwoli pan skończyć, poruczniku?
— Oczywiście, sir. Przepraszam.
— Co do pańskiego pytania, mamy podstawy, by przypuszczać, że nawet jeśli nie są to osoby 

narodowości   niemieckiej,   to   przynajmniej   działają   na   zlecenie   Niemców.   Przede   wszystkim 
świadczą o tym ślady, jakie pozostawiają, a także zeznania świadków. Mamy tu akta…

Douglass ze słowami: „Ja podam” podszedł do dużego stołu i wziął z niego grubą teczkę
— …a w nich wszystko, co FBI uznało, że powinno nam przekazać. Najprawdopodobniej 

mamy do czynienia z wyszkolonymi przez Abwehrę agentami Skorzenego. Zakładam, że nie jest 
panu obce nazwisko oberleutnanta Skorzenego.

— Nie jest, panie dyrektorze.
Ton głosu Vollmera świadczył o tym, iż absurdalne wydało mu się samo przypuszczenie, że 

mógłby nie znać osoby tak sławnej jak Skorzeny.

— Tutaj dochodzimy do drugiego problemu. BSS jest zasadniczo organizacją wojskową, co 

znaczy, że działa na innych zasadach niż FBI. Wprawdzie dyrektor Hoover znany jest z tego, że 
bez specjalnych skrupułów nagina przepisy prawa do aktualnych potrzeb, jednak jeśli chodzi o 
biuro, w całości wszystko musi zmieścić się w dość wąskich karbach, co znacznie ogranicza jego 
możliwości. Mówię jasno?

— Raczej tak, sir. Trzeba zaryzykować, żeby wygrać.
— Otóż to. Prezydent zdaje sobie sprawę z tych ograniczeń i dlatego ma nadzieję, że BSS 

będzie mogło zaoferować coś więcej. — Na chwilę umilkł, a potem kontynuował: — Te ataki 
ujawniły   nasze   istotne   słabości.   Stany   Zjednoczone   nie   potrafią   skutecznie   obronić   swych 
długich granic, to po pierwsze, a po drugie, nasza infrastruktura jest właściwie bezbronna wobec 
akcji sabotażowych. Nie jesteśmy w stanie ochronić każdej stacji transformatorowej, każdego 
dworca, każdej hydroforni. Jest ich zbyt wiele, a teraz, podczas wojny, wszędzie brakuje nam 
ludzi.

— W tej sytuacji jeden sprytny sabotażysta może spowodować wielki zamęt — powiedział 

Vollmer.

— Poprawka — odezwał się Douglass. — Powoduje.
— A jeśli jest ich kilku, efekty rosną wielokrotnie.
— Kiedy ludzie dowiedzą się o dwóch, zaczną podejrzewać, że może być dwudziestu czy 

dwustu innych — myślał na głos Vollmer.

— Już tak jest w prasie — zauważył Douglass. — Spekulacje rosną na potęgę; jeszcze chwila, 

background image

a ktoś zauważy, że kolejne eksplozje są coraz większe.

— Dać Hooverowi odpowiednio dużo czasu, a przy jego Zasadzie Kryminalistycznej FBI 

dopadnie tych ludzi. Tyle że my nie mamy czasu.

— A jak brzmi Hoovera Zasada Kryminalistyczna? Nigdy jej nie słyszałem.
Donovan kiwnął brodą na Douglassa.
— Hoovera Zasada Kryminalistyczna głosi — rzekł ten ostatni — że wszyscy bez wyjątku 

przestępcy popełniają jakiś idiotyczny czyn przed zbrodnią, podczas niej lub po niej, co zawsze 
pozwala ich ostatecznie schwytać.

— Nie nalegamy na to, aby upowszechniał pan tę zasadę, poruczniku — powiedział Donovan. 

— Chodzi przede wszystkim o to, że my nie możemy sobie pozwolić na „ostatecznie”. To musi 
się odbyć błyskawicznie.

—   Tak   jest,   sir   —   zgodził   się   Vollmer.   —   Nie   mamy   czasu.   Donovan   pokiwał   głową, 

zadowolony z tego, co usłyszał. Vollmer dobrze rozumiał, jak nagląca jest sprawa, a poza tym 
mówiąc „my”, najwyraźniej dawał do zrozumienia, że podejmuje się zadania.

Rozległo się stukanie do drzwi.
Douglass zerknął na Donovana, a kiedy ten kiwnął głową, powiedział:
— Proszę!
W progu stanęła pani Fishburne, w ręku trzymająca tacę, na której stały trzy dymiące filiżanki 

z kawą oraz talerz ze stertą słodkich ciasteczek.

— Przepraszam, że to tak długo trwało — powiedziała, przestawiła filiżanki i talerz na stół, a 

wtedy   znienacka   pojawiła   się   w   jej   dłoni   zaklejona   koperta   z   czerwoną   pieczątką   ŚCIŚLE 
TAJNE.

— To do pana, panie pułkowniku. Przed chwilą zjawił się tu agent FBI i chciał osobiście 

wręczyć panu tę kopertę. Trochę potrwało, zanim zdołałam go przekonać, że nie ma ani pana, ani 
komandora Douglassa i że minie kilka godzin, zanim będzie można nawiązać z którymś z panów 
kontakt. Trochę się wahał, ale jego rozkazy chyba nie uwzględniały długiego czekania.

Donovan z aprobatą pokiwał głową, jednocześnie otwierając kopertę.
— Jak zwykle świetnie się pani sprawiła, pani Fishburne. FBI i wszyscy jego pracownicy 

mają   bardzo   wygórowane   mniemanie   o   sobie   i   godne   poparcia   są   wszystkie,   być   może   w 
rezultacie bezpłodne, próby ich zmitygowania.

— Tak, panie pułkowniku.
Zerknął znad otwartego dokumentu.
—   Ale   niech   pani   się   nie   dziwi,   jeśli   się   okaże,   że   postanowili   panią,   jak   to   mówią: 

„prześwielić”.

Pani Fishburne nie wydawała się zachwycona tą perspektywą.
—   Żartuję,   oczywiście,   jednak   z   drugiej   strony,   jeśli   tylko   słuszna   jest   Hoovera   Zasada 

Kryminalistyczna, gdy FBI już raz zacznie panią podejrzewać, prędzej lub później musi pani 
wpaść. — Douglass z trudem pohamował wesołość, natomiast pani Fishburne wcale nie było do 
śmiechu. — Dziękuję, to już wszystko.

Pani Fishburne zamknęła za sobą drzwi.
— No cóż, jak zwykle, jedna wiadomość zła, druga dobra — powiedział Donovan i pchnął po 

stole dokument ku Douglassowi, a przy okazji sięgnął po filiżankę. Spojrzał na Vollmera: — 
Proszę się częstować.

Douglass zaczął czytać.

Federalne Biuro Śledcze
Waszyngton, DC

background image

Zastępca Dyrektora
***ŚCIŚLE TAJNE***

07.03.1943

Do
Pułkownika Donovana

Dyrektor Hoover polecił mi przekazać Panu
w uzupełnieniu wcześniejszych informacji
o ostatnich aktach sabotażu, co następuje:
1. Według naszych agentów z Teksasu, jest
w 90 procentach pewne, że co najmniej
dwóch (2) Niemców jest odpowiedzialnych
za wybuch z 5 marca w domu handlowym
w Dallas, wskutek którego zginęły dwie (2),
a rannych zostało pięć (5) osób.
2. Według naszych agentów z Teksasu, jest
w 90 procentach pewne, że co najmniej jeden (1)
jest odpowiedzialny za wybuch z 5 marca
na stacji kolejowej w Dallas, gdzie znajdował
się też punkt mobilizacyjny. Zginęło pięciu (5)
żołnierzy, a dwudziestu (20) zostało rannych.
3. Według naszych agentów z Teksasu
i Oklahomy, jest w 70 procentach pewne,
że co najmniej jeden (1) niemiecki sabotażysta
jest odpowiedzialny za wybuch z 6 marca
w pociągu Red Rock (liczba ofiar ciągle jeszcze
nieznana).
4. Według naszych agentów z Oklahomy,
w wybuchu pociągu:
a) istnieje 50 procent pewności, że zginął
co najmniej jeden (1) niemiecki sabotażysta;
b) istnieje 100 procent pewności, że w służbie
ojczyźnie poległo dwóch agentów FBI.
W imieniu dyrektora
z wyrazami najgłębszego szacunku
Clyde
CA. Tolson

Douglass uniósł brwi, co widząc, Donovan spytał:
— Zastanawiasz się, czemu Tolson nam to przysłał, tak?
Zastępca dyrektora FBI Clyde Tolson niemal nie odstępował Hoovera na krok i w pracy, i 

poza nią, tak że uparcie krążyły pogłoski o ich homoseksualnym związku, chociaż Donovan, 
dobrze znający plotkarski Waszyngton, nie przywiązywał do nich większej wagi.

— Trochę — przyznał Douglass i nachylił się, aby podać dokument Vollmerowi. — Proszę, 

panie poruczniku, i moja dobra rada: trzeba czytać między wierszami.

background image

— Tak jest, sir — odrzekł Erik i zaczął czytać.
—   Prezydent   wprawdzie   polecił,   aby   BSS   było   na   bieżąco   informowane,   jednak   nie 

powiedział, że ma to robić Hoover osobiście — podrzucił Donovan.

— Tak więc korzystając z pośrednictwa Tolsona, sam Hoover nie musi zniżać się do poziomu 

nędznych działań operacyjnych. — Widząc spojrzenie Vollmera, Douglass dodał: — Proszę nie 
brać tego do siebie, poruczniku. Jeśli o nas chodzi, jesteśmy pełni szacunku i podziwu dla tych, 
którzy bezpośrednio realizują akcje.

Erik był pewien, że jest tak w przypadku Donovana, który podczas I wojny wykazał się wielką 

odwagą w polu, o czym świadczył Medal Honoru. Mniej wiedział o przeszłości Douglassa, ale, 
po pierwsze, nie mógł być byle kim ktoś, kogo Donovan wybrał na swego zastępcę, po drugie, 
śmiało   można   było   przyjąć,   że   brawura,   odwaga   granicząca   niekiedy   z   wariactwem   Douga 
Douglassa przynajmniej w jakiejś części zawarta była w genach.

— Proszę się nie obawiać, nie poczułem się dotknięty.
— Chodziło mi o coś jeszcze, gdy mówiłem o czytaniu między wierszami. — Zerknął na 

Donovana.   —   Jest   coś   zastanawiającego   w   szybkości,   z   jaką   Tolson   dostarczył   nam   tę 
informację. Na ogół trzeba się z nimi trochę naużerać, aby wydobyć raport meteorologiczny.

— Otóż to. Proszę o tym pamiętać, panie poruczniku, gdy będzie pan się zapoznawał z tą 

teczką.

— Będę pamiętać, sir.
— Gdzie się pan zatrzyma? — spytał Douglass.
—   Potrzebuję   czegoś,   chociaż   tylko   na   noc,   najwyżej   dwie.   Chcę   jak   najszybciej   ruszyć 

śladem tych sukinsynów.

Douglass spojrzał na Donovana, który w milczeniu kiwnął głową.
— Mamy dobre lokum na Q Street — powiedział zastępca dyrektora. — Polecę Ellisowi, żeby 

wszystko przygotował. Czegokolwiek będzie pan potrzebował, proszę mu tylko wspomnieć.

Douglass i Donovan podnieśli się.
— Powodzenia — rzekł dyrektor, wyciągając dłoń.
Vollmer poderwał się i z zapałem uścisnął podaną rękę.
— Niech pan weźmie teczkę, może ciastka i… — kiwnął głową w kierunku drzwi — …

zbieramy się.

Cztery

Pokój 809
Robert Treat Hotel
Newark, New Jersey
7 marca 1943 roku, 01:15

Zakreśliwszy na pudełku zapałek liczbę 30 i wybrawszy w ten sposób całonocną sesję z Mary, 

Kurt Bayer szybko musiał załatwić kilka spraw.

Po pierwsze, zostawić informację Richardowi Kochowi.
Po drugie, skoro — jak się okazało — Mary nie mieszkała w hotelu, musiał się zorientować, 

czy dostanie jakiś pokój na miejscu, a jeśli nie, to poszukać czegoś w okolicy Robert Treat, 
najlepiej przy Park Place. Przemknęła mu wprawdzie przez głowę myśl, czy nie skorzystać z 
pokoju, który wynajęli obydwaj, ale skoro zdecydował się na całą noc… Niewykluczone, że 
musiałby dzielić wdzięki Mary z Richardem, a to zupełnie mu nie odpowiadało.

background image

Na szczęście okazało się, że w Robert Treat jest trochę wolnych miejsc, wynajął więc pokój na 

ósmym piętrze, upewniwszy się, że ma ładny widok z okna, zapłacił — „Na razie”, jak podkreślił 
— za trzy doby i wrócił do baru z dwoma kluczami. Zamówił po jeszcze jednym podwójnym 
dżinie   („W   wysokich   kieliszkach”,   powiedział,   „żeby   nie   rozlały   się   po   drodze   na   górę”), 
podpisał rachunek wystawiony na pokój, jaki zajmowali z Kochem, i wręczył  Mary jeden z 
kluczy,  mówiąc, że zaraz do niej dołączy,  musi tylko albo poinformować znajomego, że ma 
plany na całą noc, albo zostawić odpowiednią notatkę.

Poprzednia kartka leżała na poduszce nieruszona, zastąpił ją więc nową:

R
Umieram z głodu. Nie mogę się ciebie doczekać. Zobaczymy się rano.

Uśmiechnął się pod nosem. To prawda, że nie mógł się doczekać, ale nie o głód jedzenia 

chodziło.

Mary leżała już w łóżku, jednak zorientował się dopiero po chwili, gdy oczy przyzwyczaiły 

się do półmroku. Wszystkie lampy były pogaszone, z radia sączyła się łagodna muzyka, a jedyny 
blask dawały nocne światła Newark widoczne za oknami, na których Mary rozsunęła kotary.

Po chwili rozpoznał złożone na krześle ubranie, buty stojące pod łóżkiem, a także zarys ciała 

pod prześcieradłem.

Sam zaczął się rozbierać w takim pośpiechu, że omal się nie przewrócił, a potem jednym 

skokiem znalazł się w pościeli, natychmiast jednak okazało się, że co nagle, to po diable.

Zbyt był podniecony i trzeba było półgodzinnych, intensywnych zabiegów Mary, aby znowu 

wezbrało libido Bayera, co pozwoliło im stworzyć bestię o podwójnych plecach.

* * *

Spoceni i wyczerpani leżeli teraz na wznak, spoglądając w sufit, a muzyka z radia tłumiła 

odgłos ich przyspieszonych oddechów. Mary pokręciła głową.

— No, no, no. Warto było poczekać.
Chichocząc, szarpnęła włosy na piersi Bayera.
— Masz rację — powiedział.
— Słodziutki jesteś.
Odwrócił się i chwilę wpatrywał w jej twarz, gładkie włosy, lśniące w ciemności oczy.
— A ty śliczna.
Z uśmiechem znowu przewróciła się na plecy. Muzyka umilkła, spiker poinformował, że grała 

orkiestra Glenna Millera, a teraz pora na wiadomości.

Bayer wyciągnął rękę i poszukał innej stacji.
— Nie lubisz Millera? — spytała Mary.
— Nie, tylko dość już mam tych wszystkich ponurych wiadomości.
Mary zrobiła figlarną minę.
— To może zajmijmy się czymś mniej ponurym.
— Chętnie — powiedział i nachylił się do jej ust.
— Poza tym to podniecające, jak mówią o… eksplozjach.
Odchylił się i spojrzał na nią podejrzliwie.
— Co takiego?
— No wiesz… Boję się, ale także… Jakby to powiedzieć… Eksplozja jest…
Zabrakło jej słów. „Cholera, o co jej chodzi?”.

background image

— Ile ty masz właściwie lat? — spytał na głos.
— Dwadzieścia dwa.
Lekko ścisnął jej prawą dłoń i szepnął do ucha:
— A ile naprawdę?
— Dwadzieścia dwa.
— Mary…
— No dobra. Dwadzieścia.
— Mary…
— W porządku. Osiemnaście. Ale czy to takie ważne? „Osiemnastoletnia kurwa?”.
— Od jak dawna to robisz?
— Co? — powiedziała, siadając na łóżku.
— No… to, co teraz.
Zapatrzyła się w okno, pociągnęła nosem i odrzuciła prześcieradło.
— E, chyba lepiej sobie pójdę.
Zaczęła wstawać, ale złapał ją za ramię i pociągnął z powrotem.
— Przepraszam, że spytałem.
Znowu pociągnęła nosem i krótko kiwnęła głową. „Trzeba to jakoś odkręcić” — pomyślał 

Bayer i spytał:

— A co cię tak fascynuje w eksplozjach?
— Nic.
— Przecież mówiłaś.
Odtrąciła jego rękę i usiadła.
— Dobra, mogę ci powiedzieć. — Spojrzała mu prosto w oczy. — Chodzi o tę siłę.
— Siłę?
— Jakbym potrafiła coś takiego, miałabym siłę, władzę.
— A co byś z nią zrobiła?
Także i teraz zapatrzyła się w okno. Po chwili odwróciła się do Bayera.
— Krótko się znamy, ale… lubię cię. Jesteś fajny. — Odetchnęła głęboko. — Jednak nie 

każdy facet jest fajny.

— Co masz na myśli?
— Miałam piętnaście lat, a mój chłopak dwadzieścia. Jego kumpel prowadził lokal w Lodi, 

obaj zaczęli mi opowiadać, że mogę zarobić sporo pieniędzy za sam tylko taniec. Sam taniec, 
tylko w ubraniu, żeby klientów trochę rozgrzać. Rozumiesz?

— Tak.
— No i z początku tak było. Rzeczywiście sporo forsy. Potem zaczęli mi dawać drinki, jeden, 

dwa, trzy, a Jake, mój chłopak, powiedział, że wszystko zależy ode mnie, on w każdym razie nie 
ma nic przeciw temu, żebym występowała topless, wszyscy wiedzą, że jestem jego dziewczyną, 
więc tym bardziej będą mu zazdrościć, jak zobaczą za pieniądze to, co on ma za darmo… — 
Spojrzała w kierunku stolika i sięgnęła po resztkę drinka. — Pieniędzy było coraz więcej, chłopy 
ściągały,   miałam   więcej   i   więcej   numerów.   Minęło   jeszcze   trochę   czasu,   skończyłam   już 
siedemnaście lat, zaczęły się tańce prywatne i to już naprawdę była dobra forsa. Jake powiedział, 
że jeśli chodzi o niego, wszystko jest OK, zresztą szybko się zorientowałam, dlaczego — miał 
już nową laskę.

— Eeee! — Bayer skrzywił się z niesmakiem i pogładził Mary po włosach.
— No więc Jake zniknął, a wtedy Ray, ten jego kumpel z Lodi, powiedział, że jestem mu 

winna za te wszystkie drinki, a na dodatek nie dzieliłam się napiwkami. No ale, stwierdził, jest 
sposób, żeby łatwo to zwrócić.

background image

— A to sukinsyn!
Przez chwilę milczała, potem ciągnęła:
— Najpierw nie chciałam, to mnie tak zbił, że cała byłam sina, nie mogłam pracować dobry 

miesiąc, a tu ten dług. Ale w końcu wyzdrowiałam…

Bayer pokiwał głową.
— Rozumiem, dlaczego pragniesz siły.
— Mhm — mruknęła, a później dodała ze sztucznym ożywieniem: — Dobrze, dość już o tym! 

Są przyjemniejsze tematy.

Przekręciła się i zarzuciła mu udo na brzuch. Bardzo mu ten ciężar odpowiadał. Uśmiechnął 

się w ciemności. „Powiedzieć jej?”.

— Potrafisz dochować sekretu?
— Jasne.
— Nikomu, ale to nikomu nie możesz tego powtórzyć.
Przytuliła się.
— A czego? — szepnęła.
— Wiem, kto to robi.
— Co?
— Wybuchy.
Głośno odetchnęła.
— Nie!? „Cholera, nie mogę!”.
— Kto?
— No…
— Naprawdę wiesz, czy… — jej palce zaczęły obmacywać jego genitalia — …czy masz po 

prostu za dużo tego?

Mruknął z satysfakcją.
— A co to tam się tak czarodziejsko podnosi?
Już w następnej chwili zachichotała pod jego ciężarem.

background image

VIII

Jeden

Pokój 501
Gramercy Park Hotel
2 Lexington Avenue
Nowy Jork
7 marca 1943 roku, 07:01

W jasnym świetle księżyca przemknęła Ann Chambers, a Dick Ca — nidy puścił się za nią 

biegiem, trawiastą dróżką wijącą się między drzewami magnolii stojącymi w pełnym rozkwicie. 
Miała na sobie jedwabną pidżamę, którą kupił jej w butiku na Broadwayu; górne guziki były 
rozpięte, a do uszu Dicka nieustannie dobiegał jej wesoły, rozbawiony śmiech.

Była to Plantacja, wielki, porośnięty lasem kawał ziemi w południowej Alabamie, jaki należał 

do rodziny Chambersów, a ścieżka wspinała się od asfaltowanej drugorzędnej drogi, nieopodal 
polowego   lotniska   —   na   którym   stał   dwupłatowiec   Beech   17,   z   powodu   cofnięcia   górnego 
skrzydła w stosunku do dolnego zwany „Kulawoskrzydłym”, „Staggerwing” — a kończyła się 
półtora kilometra dalej, na szczycie wzgórza, gdzie stała rezydencja, jakby żywcem wyjęta z 
„Przeminęło z wiatrem”, zwana przez rodzinę Chatką.

Dick widział, jak roześmiana Ann ogląda się przez ramię — jej długie blond włosy zamigotały 

w promieniach księżyca — i podbiega do bocznego wejścia.

Chwyciła za klamkę, ale drzwi — zamknięte od środka na haczyk — nie ustępowały. Szarpała 

rozchichotana, haczyk nie puszczał, góra pidżamy zsunęła się z prawego ramienia.

Dick, czując, jak mu łomocze serce, był coraz bliżej, drzwi stukotały, a on…

* * *

Stłumiony męski głos:
— Mister Canidy?
Poderwał głowę i potrząsnął nią.
Stuk, stuk, stuk.
— Mister Canidy? Służba hotelowa.
Już wiedział, to nie Plantacja, to hotel Gramercy w Nowym Jorku.
— Mister Canidy?
„Niczego nie zamawiałem do pokoju”.
Szybkim   ruchem   wyciągnął   spod   poduszki   czterdziestkę   piątkę,   wyśliznął   się   z   łóżka   i 

bezszelestnie przemknął do drzwi.

— Niczego nie zamawiałem — powiedział, prawym kciukiem odciągając kurek.
— Poranne śniadanie, sir.
„Ach,   tak.   Zamiast   dzwonić,   o   ustalonej   godzinie   dostarczają   do   pokoju   kawę,   herbatę   i 

poranną gazetę”.

Lewą dłonią przytrzymał kurek i nacisnął spust, a potem ostrożnie spuścił kurek.
— Proszę zostawić pod drzwiami.
— Jak pan sobie życzy, sir.

background image

— Dzięki. Napiwek zostawię na tacy.
Za drzwiami rozległ się lekki brzęk porcelany, gdy taca stawała na podłodze.
Canidy przeszedł do toalety, położył pistolet na wierzchu rezerwuaru i opróżnił pęcherz.
Strząsnął ostatnie kropelki moczu, zerknął do lustra.
„Cholera, nawet we snach nie mogę się od niej wyzwolić. Ale czy w ogóle chcę?”. Potem 

obmył ręce i twarz.

Z drzwi łazienki zdjął biały szlafrok frotte, wsunął pistolet do prawej kieszeni, upewnił się, że 

nie wyleci, i podszedł do drzwi.

Gdy zaczął je otwierać, zaskoczył  go opór, wychylił się przez szparę i okazało się, że na 

klamce wisi worek z wypranymi rzeczami, które miał na sobie podczas przejażdżki kutrem.

Otworzył   drzwi   na  oścież,   zdjął   worek,  położył   go  na  kanapie  i  wrócił  po  ustawioną   na 

podłodze tacę.

Nalewając kawę do jednej z dwóch filiżanek, ogarnął wzrokiem pierwszą stronę „The New 

York Times”. Największy nagłówek wolał:

U–BOOTY CORAZ BARDZIEJ AGRESYWNE

— Niech to cholera! — mruknął pod nosem.
Wziął gazetę do rąk i rozsiadł się w fotelu. Na pierwszej stronie był jeszcze duży, ilustrowany 

zdjęciami artykuł o sobotniej eksplozji i wykolejeniu pociągu w Oklahomie, a także informacja o 
nalocie   na   Londyn   dwusilnikowych   bombowców   Henkel   He   111.   Niewielka   notka   o   coraz 
większej liczbie ciężarnych amerykańskich nastolatek, a resztę strony zapełniały wiadomości — 
dobre wiadomości! — o sytuacji na frontach: Niemcy wycofują się z Turcji, RAF bombarduje 
Berlin, Australijczycy i Amerykanie spuszczają lanie Japończykom na Morzu Bismarcka.

Zaczął dokładnie czytać informacje o U–Bootach.
Zaatakowane zostały oba konwoje, które opuściły Nowy Jork w pierwszym tygodniu marca; 

straty: pięć okrętów transportowych — cztery ze sprzętem, jeden z żołnierzami.

— Kurwa mać!
Sięgnął po filiżankę i długo pił kawę.
Teraz przyszła pora na artykuł o Londynie; czytając go, zastanawiał się, czy właśnie w tej 

chwili Ann Chambers przeprowadza rozmowy z ocalonymi. Nagle zmiął gazetę z irytacją.

„A ja tutaj siedzę bezczynnie!”.
Dolał sobie kawy, rozprostował gazetę, popatrzył na zegarek: siódma dwadzieścia.
Sięgnął po słuchawkę telefonu i z pamięci wykręcił waszyngtoński numer.
— Telefonistka zero pięć, słucham — usłyszał.
— Major Canidy, czy zastałem Szefa Ellisa?
— Major Canidy? Proszę chwilę zaczekać.
Szczęk słuchawki, kolejny sygnał, wreszcie znajomy głos.
— Ellis.
— Co słychać, Szefie?
— Wczoraj słyszałem, jak boss pytał, czy udało się panu, majorze, coś załatwić i kiedy pan tu 

będzie. Chyba zaczyna się trochę niecierpliwić.

„Cholera!”.
— Jest może gdzieś w pobliżu?
— Niestety, nie.
— Jeśli będzie go pan widział, Szefie, zanim ja się z nim skontaktuję, proszę przekazać: 

„Bardzo niedługo pierwsze efekty”.

background image

— Dobrze. Jest w domu. Ja tutaj niańczę dla komandora.
Canidy widział, że Donovan mieszka w Georgetown, tuż obok Wisconsin Avenue, to zaś, że 

Ellis niańczy dla komandora, oznaczało, iż Douglass zlecił mu nad kimś opiekę na Q Street.

— Chciałem spytać, czy mógłbym do tej roboty wziąć Mięśniaka. — Pseudonim „Mięśniak” 

nadał Vollmerowi „Aptekarz” — Canidy — a używał go chętnie, gdyż Erikowi niezbyt się on 
podobał. Ellis zwlekał z odpowiedzią. — Myśli pan, Szefie, że to da się zrobić?

— Raczej nie, majorze.
— Naprawdę?
— Niech go pan sam spyta.
— Ale przecież boss jest w domu, tak?
— Nie, Mię… — Ellis urwał. — Vollmera. Jest tu obok.
Canidy słyszał, że słuchawka jest przekazywana, a potem rozległ się głos Erika:
— A może by tak dać już sobie spokój z tym „Mięśniakiem”, co, przyjacielu?
— Cześć, fajnie cię usłyszeć. I daruj sobie podziękowania za to, że ocaliłem cię przed niezłym 

przypiekaniem dupy.

— Dobrze wiesz, że jestem ci wdzięczny — odrzekł Vollmer. — Ale bardzo ci zależy na tym, 

abym czasem nie zapomniał, prawda?

— Jasne. Dzięki temu mogę liczyć na to, że mi nigdy nie odmówisz.
Vollmer zaśmiał się.
— Masz na myśli coś konkretnego? W ogóle co u ciebie?
— Jestem w Nowym Jorku. Siedzę po szyję w sprawie, a chyba niedługo nawet nosa nie będę 

mógł wynurzyć i dlatego miałem nadzieję, że mi pomożesz.

— No widzisz i od razu jednak muszę ci odmówić. Nie ma mowy. Boss… W każdym razie 

jestem, powiedzmy, zajęty.

— Coś, o czym wiem?
— Jeśli, to z radia i gazet. Sprawa zupełnie nowa.
— To ty jesteś odpowiedzialny za te wszystkie ciężarne dzierlatki?
— Bardzo śmieszne, zaraz pęknę ze śmiechu. Na razie całymi godzinami przedzieram się 

przez raporty FBI i mogę ci powiedzieć jedno — nigdy jeszcze nie przeczytałem tak wielkiej 
liczby   stron,   na   których   tak   niewiele   byłoby   informacji.   No   może   z   wyjątkiem   twoich 
wypracowań w St. Paul’s.

— Jak myślisz, kiedy będziesz wolny?
— Na razie nie ma o czym mówić. Zaczekaj chwilę.
Vollmer musiał odstawić słuchawkę od ucha, gdyż Canidy słyszał, jak pyta o coś Ellisa, a ten 

coś mu odpowiada.

— Gdzie jesteś?
— W Nowym Jorku.
— To wiem. Gdzie konkretnie?
— Gramercy.
— Miły zakątek.
— Dużo miejsca. Dostałem apartament.
—   Posłuchaj,   czytać   te   papiery   mogę   gdziekolwiek.   A   w   kilku   przypadkach   z   chęcią 

spytałbym cię o opinię.

— Znakomicie.
— Mogę być… ja wiem… koło południa.
— Pokój pięć zero jeden.
— Pięćset jeden, jasne.

background image

Dwa

Robert Treat Hotel
Newark, New Jersey
7 marca 1943, 08:15

W holu, gdzie znajdowało się jeszcze kilkanaście osób, Robert Koch, rozparty w fotelu, palił 

papierosa i przeglądał „The Trenton Times”. Zerknął znad gazety w kierunku rozsuwających się 
drzwi windy; wyszła z niej jedna z dwóch młodych kurewek, które widzieli wczoraj. Uśmiechnął 
się do niej, ale jej wzrok tylko przemknął po nim. „Tak samo ubrana jak wczoraj, malutka? Zdaje 
się, że nie narzekasz na brak pracy”. Odprowadził ją spojrzeniem, delektując się ruchem bioder. 
Oderwał oczy od kolebiącej się talii, gdyż zjechała druga winda, a w jej drzwiach pojawił się 
Kurt Bayer. „No, skubańcu, najwyższy czas”.

Złożył gazetę, wstał i lekko kiwnąwszy głową w kierunku Bayera, poszedł do wyjścia. Na 

zewnątrz poczekał na towarzysza.

— Cześć — pogodnie przywitał się Bayer.
— Czytałem twoją kartkę. Gdzie się podziewałeś, do jasnej cholery?
Bayer zerknął spod oka.
— Równie dobrze ja mógłbym o to spytać ciebie.
— Przecież dobrze wiesz, musiałem pozbyć się samochodu.
— Jasne, tylko że miało to potrwać pół godziny.
— Chodź, tu za rogiem jest knajpka — powiedział Koch, a potem mruknął: — Musiałem 

skorzystać z dodatkowych środków ostrożności.

— Dlaczego?
— Sam przeczytaj.
Koch stuknął Bayera w pierś zwiniętą w rulon gazetą. Bayer żachnął się, potem rozwinął 

gazetę, obejrzał nagłówki i zatrzymał oczy na zdjęciach zdemolowanego pociągu.

— Mein Gott!!! — powiedział półgłosem.
— Właśnie. — Zatrzymali się przed wejściem do barku. — Czytaj.
Weszli do środka.
Zatłoczony   lokalik   pełen   był   zapachów   kawy,   tłuszczu   i   smażeniny.   Zajęli   miejsce   w 

końcowym boksie, po chwili zjawiła się kelnerka z kawą i wodą, złożyli więc zamówienie.

Bayer odszukał w gazecie artykuł — długi, jak się okazało. Po jakiejś chwili mruknął znad 

tekstu:

— Piszą, że wybuch w pociągu łączy się z tymi w Dallas.
—   Wiem,   czytałem.   Trudno,   żeby   tego   nie   połączyli.   Nawet   dureń   doszedłby   do   tego 

wniosku. Dzień po dniu, a odległość raptem trzysta kilometrów. — Westchnął ciężko. — Co za 
durnie!

— Chyba przede wszystkim Grossman.
— Nieważne, który z nich, w każdym razie my musimy być tym bardziej ostrożni. Wszędzie 

pełno gliniarzy.

Przypłynęła kelnerka z kilkoma talerzami na wyciągniętej ręce. Przed Kochem postawiła jajka 

sadzone na szynce, przed Bayerem stos naleśników. Polał je sosem i zaczął jeść, czytając.

— „Władze odmawiają spekulacji na temat ewentualnego związku między tymi eksplozjami a 

incydentami z zeszłego tygodnia na Wschodnim Wybrzeżu” — zacytował i pokręcił głową. — 

background image

Cholera, robi się gorąco. — Z ust wypadł mu kawałek zżutego naleśnika. Skrzywił się, wyrzucił 
go do popielniczki i wytarł stół serwetką.

— Na razie chyba nic nam nie grozi — powiedział Koch. Siedząc w holu, kątem oka śledził, 

czy nikt go nie obserwuje. Teraz ogarnął wzrokiem wnętrze  knajpki. — Nie możemy  sobie 
pozwolić na najmniejszy nawet błąd.

Bayer   kiwnął   głową.   Koch   w   milczeniu   zabrał   się   za   jajka   i   szynkę,   a   gdy   skończył,   z 

brzękiem odłożył sztućce na talerz. Spojrzał na Bayera.

— To teraz gadaj, gdzie się zawieruszyłeś.
Bayer starannie przeżuł naleśnika, patrząc na Kocha, potem obrzucił wzrokiem lokal i znowu 

powrócił do towarzysza.

— Miałem randkę.
— Z tą dziwką? — spytał podejrzliwie Koch.
— Ma na imię Mary.
— Przestrzegałem cię przed wariactwami.
— Żadne wariactwo, po prostu schadzka.
— Pierwsza i ostatnia!
Koch ze złością klepnął w blat.
— A niby dlaczego? — Kiedy Koch nic nie odpowiadał, Bayer nachylił się nad stołem i z 

porozumiewawczym uśmiechem powiedział półgłosem: — Pewnie mógłbym cię umówić z tą 
rudą.

Koch zignorował propozycję, rzekł natomiast:
— Trzymamy się starego planu, ale na trzy, cztery dni musimy przywarować i zobaczyć, co 

teraz będą robić Cremer i Grossman, a także jak będą się zachowywać władze.

— No i dobrze — mruknął Bayer. — Ja tam nie będę się nudził.
Koch zmrużył oczy, widać było, że z trudem panuje nad sobą.
„Tak dobrze nam się układało, aż tu nagle wystarczył kawałek dupy i…”.
— Wracam do hotelu — oznajmił, wstając. — Tam porozmawiamy.
Bayer odprowadził Kocha wzrokiem.
„Przynajmniej zjem w spokoju”.
Podniósł pustą filiżankę i pokazał kelnerce, która podeszła, aby ją napełnić, zabrała nakrycie 

Kocha i zostawiła na blacie rachunek.

Bayer odkroił następny kawałek naleśnika i wrócił do lektury artykułu. Nie rozumiał, czemu 

Koch tak się denerwuje eksplozjami w Teksasie i Oklahomie. Cremer i Grossman dobrze sobie 
radzili, przecież wysłano ich właśnie po to, żeby siali chaos i niepokój. Dobra, nie tak wielkie 
eksplozje, ale efekt jest!

Lekko   kręcąc   głową,   przewrócił   stronę   i   zobaczył   wielką   reklamę   mody   wiosennej.   Nie 

potrzebował bardzo wysilać wyobraźni, aby w blondynce odzianej w kusząco skrojony żakiet 
zobaczyć Mary. Uśmiechnął się do niej i czytał dalej.

Dziesięć   minut   później   dopił   kawę,   sięgnął   do   prawej   kieszeni   spodni   i   poszukał   zwitka 

banknotów, jednak znalazł tylko monety.

„Cholera, wszystko wydałem na pokój i Mary!”.
Nie   musiała   długo   się   skarżyć,   żeby   dał   jej   sporą   sumkę,   która   miała   pokryć   kilka   dni 

spędzonych  razem, a którą ona miała  użyć  na uregulowanie części swoich długów. Chwycił 
rachunek i szybko przeliczył monety.

„Wystarczy, ale napiwek żałosny!”.
Ułożył pieniądze na rachunku i przemknął do wyjścia.

background image

* * *

Koch siedział  na nieposłanym  łóżku,  na którym  rozłożył  gazetę,  na niej  układając  części 

czyszczonego walthera 9 mm. Na nietkniętym łóżku Bayera leżały obie torby.

— Coś planujesz? — spytał Bayer.
— Konserwacja, kolego, konserwacja, o której lepiej nie zapominać. Jak skończę, raz jeszcze 

omówimy akcję w Nowym Jorku.

Bayer otworzył torbę i zaczął w niej szperać. Koch oderwał wzrok od broni.
— Czegoś szukasz?
Bauer wzruszył ramieniem.
— Forsy. Ledwie mi starczyło na zapłacenie rachunku.
— Co ty wygadujesz? Dwa dni temu dałem ci trzysta dolarów!
— Tak, ale wydałem.
— Na co, do cholery?
— No wiesz, benzyna, żarcie…
„No i Mary, ale to mu się nie spodoba”.
Koch wystawił palec w oskarżycielskim geście.
— I na tę dziwkę!!!
— Już mówiłem, że nazywa się Mary! Tak, zapłaciłem jej i co z tego? Mamy przecież kupę 

forsy.

Koch prychnął.
— Ale nie na takie głupoty! Przypominam ci, że to ja rządzę forsą!
Bayer popatrzył na niego z wściekłością.
„Głupi palant! Muszę mieć forsę… ale nie od razu, nie teraz. Mam kilka dni, coś wymyślę”. 

Wyciągnął z kieszeni walthera i zauważył ruch powiek Kocha. „A co to, kolego? Nie masz do 
mnie zaufania? I boisz się? Interesujące”.

Wydobył   magazynek,   potem   nabój   z   komory   i   rozłożył   pistolet,   żeby   zabrać   się   do 

czyszczenia.

— Podaj mi olej, co?

Trzy

Biblioteka publiczna
Róg Piątej Alei i 42 Ulicy
Nowy Jork
7 marca 1943 roku, 11:42

Dick Canidy stał na chodniku pod wielkim lwem wyniośle spoglądającym na Piątą Aleję i 

podniesioną ręką usiłował przywołać taksówkę. Wszystkie jadące na północ tylko śmigały obok 
niego, ale kiedy światła na 42 Ulicy zmieniły się na czerwone, jadący na północ wóz zawrócił o 
180 stopni i zahamował przed Dickiem.

„Coś za dobrze idzie” — pomyślał, wsiadając.
—   Gramercy   Park   Hotel   —   polecił   i   postawił   ciężki   neseser   na   podłodze,   podczas   gdy 

samochód ruszył w kierunku 21 Ulicy.

Dobrze mu poszło z szukaniem materiałów dotyczących Sycylii.
Po rozmowie z Vollmerem szybko ogolił się i wziął prysznic, w trakcie tego przyszła mu do 

background image

głowy myśl, że warto by sprawdzić, co znajdzie się na temat Sycylii w nowojorskiej bibliotece 
publicznej. I trzeba powiedzieć to szczerze, że spora część tych materiałów znajdowała się teraz 
w neseserze Canidy’ego.

Nie   przemawiała   przez   niego   chciwość,   jeśli   były   duplikaty,   zawsze   zadowalał   się   tylko 

jednym egzemplarzem, ale cóż miał począć, skoro były tylko pojedyncze egzemplarze kilkunastu 
książek — a pośród nich nieoceniony Michelin Guide — czy, o dziwo!, osiemnastowieczne mapy 
brytyjskiej   admiralicji   (z   nadrukami:   „Królewski   Urząd   Hydrograficzny”)   pokazujące   linię 
brzegową Włoch, Sycylii i mniejszych wysepek, rozkład portów, a także informujące o takich 
detalach jak jaskinie czy erozja wybrzeży.

O   wiele   trudniej   było   Dickowi   umieścić   to   wszystko   w   neseserze,   niż   wydostać   się   z 

biblioteki,   szczególnie   że   nie   użył   głównego   wyjścia,   a   wymknął   się   tylnymi   drzwiami   i 
wmieszał w tłum ludzi wchodzących do Bryant Park i wychodzących z niego.

Potem zaś znalazł się pod ciężkim spojrzeniem lwa i zaczął zatrzymywać taksówki.
„Ciekawe, skąd przyjdzie uderzenie”.

* * *

Taksówka zatrzymała się pod Gramercy dziesięć minut później; Canidy, zapłaciwszy za kurs, 

wszedł do holu i wjechał windą na piąte piętro. W pokoju nastawił należącą do NBC, a grającą 
jazz stację Blue Network. Otworzył neseser i czując się trochę jak psotny uczniak z St. PauFs w 
Cedar Rapids, zaczął wydobywać rzeczy „pożyczone” z biblioteki.

Dwie mapy admiralicji rozłożył na sofie, książki ustawił jedną na drugiej na stoliku do kawy 

obok skarpet i wabika na kaczki, które kupił w sklepie Leonwood.

Posiedziawszy chwilę nad mapami, doszedł do wniosku, że znacznie lepiej rozezna się w 

wysepkach,  jeśli sam Francesco Nola, by tak rzec,  oprowadzi go po nich, tłumacząc,  na co 
zwracać uwagę i do kogo gdzie można się zwrócić.

Potem rozsiadł się w fotelu z przewodnikiem Michelina, zanim go jednak otworzył, uznał, że 

nieźle  będzie  zadzwonić  do recepcji  i zamówić  sandwicza  z pieczoną  wołowiną,  którym  go 
uraczono poprzedniego wieczoru, oraz kawę. Odpowiedziano mu, że drugie śniadanie zostanie 
dostarczone do pokoju 501 za pół godziny, najdalej o wpół do pierwszej.

Canidy pokręcił głową, odkładając słuchawkę.
„Ciekawe, czy to koleś z marynarki, czy też z mafii? Tak czy siak, dlaczego tyle czasu mu 

potrzeba, aby przekazać zamówienie do kuchni?”.

* * *

Trzy godziny później, gdy z sandwicza pozostały już tylko dość odległe wspomnienia, ktoś 

zapukał do drzwi.

— Kto tam? — zawołał Canidy.
— To ja — rozległ się głos Vollmera.
Z   uśmiechem   na   twarzy   Canidy   podszedł   do   drzwi,   otworzył   zasuwę   i   przekręcił   gałkę 

klamki.

Przed progiem stał jasnowłosy, smukły Vollmer w świetnie skrojonym ciemnym garniturze od 

J. Press, białej koszuli i niebiesko–srebrnym krawacie. W prawej ręce trzymał walizeczkę, w 
lewej — aktówkę.

Canidy cofnął się.

background image

— Wchodź.
W pokoju Vollmer postawił bagaże na podłodze i obaj mocno się uściskali.
— Cholera — powiedział Canidy. — Nie wiem czemu, ale przypomina mi się szkoła i wizyta 

w gabinecie dyrektora.

Vollmer uśmiechnął się.
— Też tego nie wiem,  natomiast wiem,  że nadeszły czasy,  gdy przełożeni żądają od nas 

rzeczy z gatunku tych, za które kiedyś nas karano.

Canidy wskazał najdalszy kąt pokoju.
— Kanapa się rozkłada, pościel w schowku. Jadłeś już coś?
—   Ty,   jak   widzę,   już   się   o   siebie   zatroszczyłeś   —   stwierdził   Vollmer,   ruchem   brody 

wskazując wózek, na którym stał dzbanek po kawie i pusty talerz.

— Co powiesz na sandwicza z wołowiną? Mówię ci, pierwsza klasa. To był już mój drugi.
— Dzisiaj?
— Nie, nie, pierwszego zjadłem wczoraj na kolację.
— Tak, poproszę.
Canidy podniósł słuchawkę telefonu.
— Jakiś czas temu zamawiałem sandwicza z pieczoną wołowiną…
— Czy coś nie w porządku?
— Nie, nie, poproszę drugiego, zaraz… — zakrył dłonią mikrofon, widząc gwałtowne ruchy 

Vollmera, który wskazywał dzbanek — …aha, i jeszcze kawę.

Vollmer obejrzał mapy, a potem przeszedł do stolika. Canidy lekko się uśmiechnął.
— Trochę z tego powodu przypomniała mi się szkoła.
— A to?
Vollmer podniósł ze stolika wabik na kaczki. Canidy wzruszył ramieniem.
— Była wyprzedaż, więc…
Vollmer dmuchnął, ale z wabika rozległo się dość żałosne „kwa, kwa…”.
Canidy skrzywił się.
— Wydaje się, jakby sam się dopraszał, żeby go zastrzelić. Vollmer odłożył wabik i zajął się 

książkami.   Otworzył   pierwszą   —  Wino   i   róże:   romantyczna   podróż   po   Sycylii   sir   Jona  
Hedbloma
 — gdzie na wewnętrznej stronie okładki naklejony był kartonik długi na dwanaście, a 
szeroki   na   siedem   centymetrów,   z   nagłówkiem:   BIBLIOTEKA   PUBLICZNA   NOWEGO 
JORKU, pod którym w kolejnych rubrykach umieszczono nazwiska wypożyczających, a obok 
nich   daty;   ostatni   zapisek   brzmiał:   Angelica   Wilcom,   04   MAR   38.   Na   każdej   z   czterech 
pierwszych stron trzy razy umieszczono czerwoną, teraz już wyblakłą pieczątkę: WŁASNOŚĆ 
BIBLIOTEKI PUBLICZNEJ NOWEGO JORKU. Odwrócił okładki trzech następnych książek, 
wszędzie znajdując takie samo oznakowanie.

— Zdaje się, że zgubiłeś legitymację biblioteczną?
Canidy wzruszył ramionami.
— Po prostu na dłużej wypożyczyłem. Oddam jak nie będę już potrzebował.
— W każdym razie nie muszę pytać, dokąd się wybierasz.
Canidy rozłożył ręce.
— Mogę zupełnie szczerze powiedzieć, że nawet słówkiem ci o tym nie napomknąłem.
— Sycylia? Po cholerę, Dick?
— Polecenie bossa.
Vollmer wolno pokiwał głową.
— To dlatego chciałeś, żebym ci pomógł.
— Chciałem poprosić Donovana, żebyś mógł ze mną pracować.

background image

—   Może   da   się   to   zrobić,   ale   tylko   jeśli   zdążę   się   sprawić   z   tymi   wybuchami 

abwehrowskimi… Ja albo FBI.

— Te ostatnie… Vollmer, milcząc, przytaknął.
— Hoover pewnie jest w siódmym niebie — dodał Canidy.
—   Chyba   zgadujesz,   że   nie   ja   z   nim   rozmawiałem.   Wiem   tyle,   że   Roosevelt   kazał 

Donovanowi zakończyć sprawę szybko i cicho. Dlatego tu jestem.

— Masz jakiś trop?
— Tylko akta, które FBI nam dostarczyło, ale Donovan i Douglass radzili podchodzić do nich 

z dystansem, gdyż jest to dokładnie tyle, ile FBI chciało nam przekazać.

— Jasne, skoro wkraczasz na podwórko Hoovera.
— W każdym razie są tam sugestie, że z niemieckimi agentami mogą się kontaktować ludzie z 

nazistowskiej partii Fritza Kuhna. FBI zrobiło im przeszukanie, ale na nic nie trafiło. Tak czy 
siak, ja także potrząsnę tym drzewkiem i zobaczę, co z niego poleci. Dzisiaj wieczorem mam 
spotkanie w Upper East Side. Pamiętasz Ingrid Müller?

Canidy machnął ręką.
— A kto mógłby jej nie pamiętać?
Wysoka,   opalona   blondynka,   miała   szesnaście   lat,   gdy   wystąpiła   w   1933   w  Monkeying 

Around,  filmie, gdzie główną rolę grała matka Erika, Monica Carlisle. Wszyscy pełnokrwiści 
Amerykanie — a w ich liczbie, rzecz jasna, także wszyscy uczniowie szkoły St. Paul’s w Cedar 
Rapids w stanie Iowa — wręcz oszaleli na punkcie Ingrid. Vollmer i Canidy stawali na głowach, 
aby tylko załatwić jej wizytę w Iowa; między innymi słali jeden za drugim listy do matki Erika. 
Kiedy jednak nie było  żadnej reakcji — zachowanie  bardzo charakterystyczne  dla oficjalnie 
bezdzietnej Moniki Carlisle — w końcu poddali się.

I   nagle   w   Cedar   Rapids   zjawił   się   młody,   ledwie   dwudziestokilkuletni   doradca   prawny 

gwiazdy, Stanley S. Fine. Na widok jego samochodu w pierwszej chwili uznali, że pewnie został 
wysłany, aby im wyperswadować naprzykrzanie się artystce, ale potem zobaczyli, że razem z 
Fine’em przyjechała też… ni mniej, ni więcej… tak! Ingrid Müller we własnej, młodzieńczej 
osobie.

Okazało się, że szuka właściwego miejsca na swój następny film, który miał się rozgrywać w 

szkole z internatem, a mister Fine — jak oznajmiła — zasugerował, aby obejrzeć St. Paul’s. Ze 
szkołą mogą ją zapoznać Dick Canidy, syn dyrektora, i jego znajomy, niejaki Erik Vollmer. Sam 
Fine zadbał już o to, aby w trakcie dwudniowego pobytu Ingrid Müller w Cedar Rapids ani 
Canidy, ani Vollmer nie postawili jej w kłopotliwej sytuacji.

Krótkoterminowy efekt był taki, że obaj przyjaciele przez jakiś czas chodzili w glorii chwały, 

długoterminowy — że Vollmer nawiązał z panną Müller korespondencję, przy czym jego listy 
były bez porównania częstsze.

— Przyrzekłem, że nigdy jej nie zapomnę — powiedział Vołlmer.
— A mnie przysiągłeś, że się z nią prześpisz. Chyba się nawet założyliśmy. O co?
—   Także   i   ja   nie   pamiętam,   ale   sprawa   jeszcze   nie   jest   rozstrzygnięta.   Chyba   będzie 

zadowolona, gdy się dowie, że chciałbym wstąpić do Amerykańskiej Partii Nazistowskiej.

— Do której, jak rozumiem, ona należy.
—   Tak   mi   w   każdym   razie   pisała.   —   Na   chwilę   umilkł,   a   potem   ciągnął:   —   No   i 

przypuszczam,   że   z   radością   usłyszy,   iż   chcę   należeć   do   partii,   gdyż   jako   dobry   Niemiec 
uważam, że musimy wygrać tę wojnę. I wszystkie środki są dobre. I czy może mógłbym jakoś 
wspomóc tych niemieckich agentów, o których gazety piszą, jakoby tutaj, w Stanach, robili te 
wszystkie wybuchy.

Canidy przygryzł wargi.

background image

— A powiesz to przed zdjęciem jej majtek czy po?
— Przed. Nie, po. Cholera, nie wiem, byle zadziałało.
— A nie zamieniłbyś się?
Vollmer uniósł brwi.
— Co ty wygadujesz, przecież nawet nie wiem, co ty masz właściwie robić.
— Prosta sprawa, już to robiłeś. Trzeba wyrwać pewnego naukowca, zanim Niemcy się do 

niego zabiorą.

— I wszystko?
— Jeszcze coś więcej, ale tego mam się dowiedzieć na miejscu.
— Wiesz, to ja raczej zostanę przy Ingrid i sabotażystach. — Popatrzył na mapy. — No, ale 

teraz już rozumiem, dlaczego okradasz bibliotekę.

— Mam się od kogo uczyć.
Vollmer spojrzał na Canidy’ego pytającym wzrokiem.
— Wszedłem w kontakt z Księciem Złodziei.
Vollmer zmarszczył brwi.
— Charlie Lucky.
Erik dalej nie rozumiał.
— Facet, którego podejrzewano o najgorsze rzeczy, ale wsadzić się go dało za niepłacenie 

podatków.

Oczy Vollmera gwałtownie się rozszerzyły.
— Nie mów! Mafia?
— A wszystko zaczęło się od Murraya Gurfeina, który…

* * *

— …Zatem Luciano — powiedział Vollmer — siedzi wprawdzie za kratkami, ale jako szef 

szefów dalej zarządza całym interesem. Dobrze zrozumiałem?

— Bardzo dobrze. Przy okazji jednak zrobił wszystko, o co go poprosiliśmy.
Vollmer pokiwał głową.
— No cóż, ludzie potrafią zrobić bardzo wiele, nawet jeśli chodzi tylko o cień nadziei na 

wolność. Zresztą… Czy nie o to chodzi w tej wojnie?

— Jasne. Przynajmniej niektórym. Dla innych jest to jednak przede wszystkim czas robienia 

interesów.

Zadzwonił telefon, Canidy podniósł słuchawkę.
— Halo? — Vollmer nachylił się nad mapami. — Cześć, Frank. Co u ciebie…? Tak, dzisiaj 

może być… Tak, jasne. O szóstej u Sammy’ego. Czy mogę przyjść z przyjacielem? — Zerknął 
na Vollmera, który kiwnął głową. — Dobrze, zatem do zobaczenia, Frank.

Canidy odłożył słuchawkę i w tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi.
— To pewnie twoje sandwicze — powiedział Canidy, a kiedy szedł do drzwi, usłyszał za sobą 

dźwięk wabika. Z ręką na klamce odwrócił się. — Coś to miało znaczyć?

— Jak zadajesz się z mafią, dobrze pamiętać, że ktoś może cię wystawiać na strzał.

Cztery

Targ rybny Fulton
Nowy Jork

background image

7 marca 1943 roku, 17:50

Taksówka wioząca Dicka Canidy’ego i Erika Vollmera — obu po cywilnemu — wykręciła na 

południe   z   Beekman   Street   i   wolno   zajechała   pod   targ   rybny.   W   długim,   piętrowym, 
otynkowanym na biało budynku znajdowało się na parterze kilkanaście oddzielnych wejść, nad 
którymi   zawisły   tabliczki:   SMACZNA   RYBA,   SP.   Z   O.O.;   S&R   OWOCE   MORZA; 
MANHATTAŃSKA RYBA i tak dalej.

Trwał ożywiony załadunek  i rozładunek lokalnych  pikapów i dalekobieżnych  ciężarówek; 

robotnicy w ciężkich, gumowych ubiorach kursowali w obie strony z wózkami i skrzynkami.

—   Jest   —   powiedział   Canidy   i   wskazał   napis:   SAMMY.   HURTOWNIA   MORSKA.   Ku 

wejściu   toczył   się   właśnie   podnośnik,   który   na  widłowym   dźwigarze   wiózł   wysoki   na   metr 
dwadzieścia stos skrzynek z obłożonymi lodem rybami. Taksówkarz ostro przyhamował, aby nie 
doszło do kolizji.

Zapłacili za kurs i weszli do środka. Canidy niósł w teczce sycylijskie mapy i książki. Vollmer 

skrzywił się.

— Cuchnie.
Canidy wzruszył ramieniem.
— To? Daj spokój. Na kutrze, tam dopiero śmierdzi!
Zaraz za drzwiami musieli wyminąć podnośnik, który swój ładunek umieszczał właśnie obok 

długiego na dziewięć metrów stołu, pokrytego płatem pogiętej, zakrwawionej blachy. Przy nim 
stało czterech mężczyzn z długimi, wąskimi nożami do filetowania, którzy natychmiast zaczęli 
wydobywać ze skrzyni zmrożone ryby i sprawnymi — jak u chirurgów — ruchami zaczęli je 
patroszyć. Oczyszczone kawały rybiego mięsa sunęły na drugi koniec stołu,

gdzie   piąty   mężczyzna   ładował   je   na   dużą,   nieckowatą   szalę   zwisającą   na   łańcuchu   z 

biegnącej pod sufitem belki, a kiedy czarna strzałka pokryła się na skali z dziesiątką, przerzucał 
zawartość szali do mocnego, kartonowego pudła z napisem: RYBY — PRODUKT ŁATWO 
PSUJĄCY SIĘ — 10 KG — SAMMY. HURTOWNIA MORSKA, N. JORK

Kartony układano jedne na drugich, a gdy nazbierało się ich odpowiednio dużo, podnośnik 

zabierał je i wiózł do samochodów. Na innych  stołach widać było  ryby w różnych  stadiach 
przerobu: całe tusze, same łby czy oczyszczone z mięsa kręgosłupy. Co jakiś czas przesuwali się 
mężczyźni   wiozący   na   wózkach   stuosiemdziesięciolitrowe   wanny   z   kałamarnicami   i 
ośmiornicami.

Kierowca podnośnika — gruby, barczysty Włoch z czarnymi jak węgielki oczyma w ogorzałej 

twarzy — wrzucił wsteczny bieg, a kiedy widełki zupełnie wycofały się z otworów w skrzyniach, 
podniósł je na wysokość mniej więcej trzydziestu centymetrów nad podłogę, sprawnie obrócił 
wózkiem w miejscu, podprowadził go do wyjścia, tam zatrzymał się i zeskoczył z siedzenia.

— W czymś pomóc? — spytał, podchodząc do Canidy’ego i Vołłmera.
— Szukamy Franka Noli — wyjaśnił Dick, a gdy tamten świdrował go bacznym spojrzeniem, 

dorzucił: — Nazywam się Canidy. Jesteśmy umówieni.

— Chodźcie.
Poszli za Włochem na piętro. Znaczną jego część stanowiła metalowa kratownica oparta na 

stalowych belkach, wzdłuż lewej ściany ciągnął się wąski pas podłogi. Włoch kiwnął brodą.

— Tam na końcu.
W dalekim rogu dotarli do drzwi z napisem BIURO. Canidy zastukał, rozległy się ciężkie 

kroki i drzwi gwałtownie się otworzyły. W środku paliła się tylko jedna, zwisająca na drucie 
żarówka,   ale   światła   wystarczyło,   by   zobaczyli,   że   mierzy   w   nich   lufa   wysokokalibrowego 
karabinu, zgodnie więc poderwali w górę ręce z wyprostowanymi dłońmi; Canidy poczuł, jak 

background image

jego kciuk boleśnie się wygina pod ciężarem wiszącej na nim teczki.

Po drugiej stronie karabinu znajdował się kolejny włoski goryl, tym razem odrobinę mniej 

masywny, a odziany w ciemny, wełniany sweter i czarne, podgumowane spodnie. Canidy nie był 
pewien, ale miał wrażenie, że ten sam facet dzień wcześniej ładował skrzynki na ciężarówkę.

„Mógłbym spróbować odtrącić lufę, ale jeśli jest to istotnie pełny automat, wszystko może się 

skończyć bardzo niemiło”.

Za plecami goryla coś się poruszyło i Canidy usłyszał głos Francesca Noli:
— Mario, opuść pukawkę.
Po chwili Nola odsunął na bok goryla, poderwał lufę ku sufitowi i na odlew walnął w skroń 

swego   ochroniarza.   Canidy   i   Vołlmer   opuścili   ręce,   a  Dick   we   wzroku  przyjaciela   odczytał 
pytanie: „Mamy się zadawać z takimi facetami?”.

— Miłe powitanie — zauważył Canidy. — Nie chciałbym sprawdzać, jak jest w przypadku, 

kiedy się kogoś nie spodziewasz.

—   Przepraszam   —   powiedział   Nola.   —   Mario   jest   trochę   bezceremonialny.   No   dobra, 

wchodźcie.

Canidy rozejrzał się po wnętrzu biura. Pod jedną ścianą stała rdzewiejąca szafa na akta, pod 

drugą   —   brudna   kanapa   z   podartą   tapicerką,   a   na   środku   pokancerowane   biurko,   którego 
przednią nogę umocniono, przybijając doń dwie deszczułki.

— To mój dobry przyjaciel, Frank — powiedział Dick, wskazując na Erika, a Nola podał mu 

rękę ze słowami:

— Francesco Nola.
— Miło mi, mister Nola — odrzekł Vollmer, nie wymieniając swego nazwiska.
— Mów mi Frank.
— Można spytać, skąd Mario ma tę broń? — spytał Canidy.
— Broń jak broń — odparł Nola, wzruszając ramionami.
— Ale czy mógłbym się jej przyjrzeć? — nie dawał za wygraną Canidy.
— Mario, daj no tutaj tę pukawkę.
Mario powolnym ruchem przesunął broń tak, iż lufa wskazała najpierw na Vollmera, a potem 

Canidy’ego, który jednak tym razem podbił jaku sufitowi, mówiąc:

— Bez urazy, Mario, ale widziałem już, jak ludzie ginęli przy takich okazjach. Z karabinami 

trzeba uważać.

Nola ponownie uderzył Maria w głowę, mrucząc:
— Co za dureń!
Najwyraźniej obrażony Mario podał broń Canidy’emu, a ten dokładnie ją obejrzał w mdłym 

świetle żarówki. Pokiwał głową.

— Tak przypuszczałem. — Spojrzał na Vollmera: — Poznajesz? Ten zmrużył oczy.
— Johnny?
— Mhm. Rkm Johnsona, przystosowany do nabojów 30–06 Springfielda. Rzadki model.
—  I  świetny.   Na  Farmie  w  Wirginii   mieli  wersję  półautomatyczną;  Szef   mówił,  że   przy 

pełnym automacie wali na minutę czterysta pięćdziesiąt. Rzadko zawodzi, prawie się nie zacina. 
— W Wirginii znajdował się zwany Farmą obóz szkoleniowy BSS, na którym przyszli agenci, 
znający tylko swoje imiona, nigdy nazwisk, zapoznawali się ze wszystkimi możliwymi typami 
broni   palnej,   białej   i   materiałów   wybuchowych.   W   efekcie   nigdy   nie   mieli   kłopotów,   gdy 
przyszło   skorzystać   —   na   przykład   —   z   niemieckiego   mauzera   lub   brytyjskiego   stena. 
„Tommym”,   równie   pieszczotliwym   jak   „Johnny”   mianem,   oznaczano   pistolet   maszynowy 
Thompsona. — Faktycznie nieczęsto sieje widzi.

Canidy odłączył magazynek na dwadzieścia nabojów, włożył do niego ten, który wydobył z 

background image

komory i rzucił do Maria, mówiąc:

— Będę ci wdzięczny,  jeśli załadujesz dopiero po naszym  wyjściu, dobra? — Mario stał 

nachmurzony, gdyż wyraźnie nie spodobała mu się ta sugestia.

— Ma być tak, jak on mówi — odezwał się Nola, na co Mario krótko kiwnął głową, podszedł 

do kanapy i usiadł na niej, oparłszy kolbę między rozstawionymi stopami.

— Pytam  dlatego  — ciągnął  Canidy — gdyż  wydawało  mi  się, że  ma  je tylko  piechota 

morska.

„No a poza tym sam bym chciał mieć jeden taki”.
— Ten pochodzi z przesyłki, która miała pójść do Holandii.
Canidy zmarszczył brwi.
— Serio? — Zerknął na Vollmera. — Słyszałem, że na górze toczyły się niezłe kłótnie, by 

Johnny zastąpił BAR.

Uwielbiany BAR (Browning Automatic Rifle), zaklasyfikowany jako karabin, będący jednak 

w istocie ręcznym karabinem maszynowym, był bronią odporną na uszkodzenia i zacięcia. Wiele 
osób   uznawało,   że   żadna   inna   broń   automatyczna   nie   może   się   z   nim   równać.   Kiedy   więc 
bostoński   adwokat   —   i   oficer   rezerwy   piechoty   morskiej   —   Melvin   Maynard   Johnson   Jr. 
skonstruował pierwszy model „Johnny’ego”, który uważał za znacznie lepszy od M1 Garanda, 
walka   o   zaakceptowanie   nowej   broni   przez   dowództwo   wcale   nie   była   łatwa,   ono   bowiem 
uważało, że nowy oręż może co najwyżej zostać trofeum w rodzaju Red Ryder BB czy proca. 
Johnsonowi udało się zaopatrzyć w Ml941 żołnierzy piechoty morskiej. Zwłaszcza członkowie 
pierwszego batalionu spadochronowego bardzo go sobie chwalili, po pierwsze z racji wagi pięciu 
i pół kilograma (przy dziewięciu kilogramach BAR), po drugie — z uwagi na łatwość odłączania 
i montowania kolby oraz lufy.

— Ludzie z piechoty morskiej po Wyspach Salomona i Guadalcanal — ciągnął Canidy — 

wychwalali  Johnny’ego, twierdząc, że bije na głowę BAR szczególnie w dżungli, wtedy też 
Holendrzy zamówili partię dla swych oddziałów kolonialnych w Indiach Wschodnich.

— Ale wyspy zajęli Japończycy — dodał Vollmer.
— Tak. A ponieważ transport nie ruszył jeszcze w morze, więc został skonfiskowany. Dlatego 

nikt nie powinien mieć do Johnny’ego dostępu, aż tu… — Canidy rozłożył ręce. — Pewnie jacyś 
znajomi Skarpety pomogli?

Nola wzruszył ramionami.
— Nie bardzo mi się podoba, że taka broń trafia w ręce mafii — skonstatował Canidy.
— Co mam powiedzieć? Chyba lepiej niż w ręce Japońców? — mruknął Nola.
— Coś mi się obiło o uszy, że zniknął cały transport z jednego Liberty.
Nola znowu wzruszył ramionami.
— Ja tam nic takiego nie słyszałem, przepraszam.
„Nieźle nam się zaczyna współpraca” — pomyślał Canidy, a głośno spytał:
— Widziałeś się dzisiaj z Lanzą?
— Tak, zajrzał na targ.
— A jest  jeszcze?  Chętnie  bym  się z nim  zobaczył.  Nola podszedł  do biurka i  podniósł 

słuchawkę.

— Mówi Nola. Czy jest Mister Lanza? — Chwilę słuchał, a potem: — U siebie w biurze. 

Dziękuję. — Rozłączył się i wykręcił inny numer. — Mister Lanza? Tutaj Frank Nola… Tak jest, 
spakowane, załadowane i… Za trzy dni. Teraz „Annie” jest w morzu… Tak, oczywiście. Mister 
Lanza, jest u mnie pan Canidy. Chciałby się z panem zobaczyć… — Znowu zamilkł na chwilę. 
— Tak, przekażę. — Odłożył słuchawkę i spojrzał na Canidy’ego. — Powiedział, żebyś do niego 
wpadł. Teraz wychodzi coś zjeść, potem będzie siedział aż do północy.

background image

— W Meyer Hotel?
— Tak, pokój dwieście jeden.
— Dobra. — Canidy przeniósł teczkę na biurko. — Na razie chciałbym skorzystać z twojej 

wiedzy. Przyniosłem mapy Sycylii i wysp. Zechciałbyś mnie oprowadzić?

Nola pokiwał głową.
— Można spróbować.
Canidy rozłożył mapę południowego wybrzeża Sycylii.
— Startujemy stąd, z Porto Empedocle — zaczął Nola, pukając w mapę — i przez Cieśninę 

Sycylijską płyniemy do Czarnej Perły, a stamtąd do Tunezji. Masz północ Afryki.

— Poczekaj — rzekł Canidy i wyciągnął z teczki Michelin Guide.
Nola znalazł odpowiednią stronę i ciągnął:
— Tu, do Nabeulu, potem wokół przylądka Bon do samego Tunisu.
Canidy wskazał wysepkę położoną bliżej Tunezji niż Sycylii.
— To jest Czarna Perła?
— Tak nazywają Pantellerię. Czarna, wulkaniczna skała, czternaście na osiem, może dziewięć 

kilometrów. Znana jest z kaparów, fig, soczewicy i winogron. Mam tam krewnych, nazywają się 
Rizzo, ale tam jest wielu Rizzów. Są tonnarotti.

Canidy spojrzał pytającym wzrokiem.
— Łowcy tuńczyków — przełożył Vollmer.
Nola przytaknął z uśmiechem.
— Tuńczyk błękitny. Podobałoby ci się. W kilka łodzi z opuszczonymi sieciami otaczają dużą 

rybę jak kowboje byka. Ta zaczyna się rzucać, szarpać, woda aż bulgocze.

— Dochodzą  do stu osiemdziesięciu  kilogramów  — dorzucił  Vollmer,  a Nola znowu się 

uśmiechnął i powiedział:

—  Tak,   tak.  A  jak  się  dopadnie   całą   ławicę,   dwadzieścia,  trzydzieści   sztuk,  nazywają  to 

mattanza. Co może także znaczyć „masakra”. Pełno krwi w wodzie.

Canidy chwilę wpatrywał się w rozradowaną twarz Noli, a potem zerknął na leżącego na 

pryczy Maria. „Zdaje się, że walka, krew to ich żywioł”.

— Ile jest z Porto Empedocle do Tunisu?
— Jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów. W jedną stronę.
— Jak często twoi kuzyni przemierzają tę trasę?
— Łodzie pływają każdego dnia, tyle że w różnych kierunkach, bo każdy kuter, jeśli tylko nic 

nie   przeszkodzi,   na   przykład   patrol,   wychodzi   w   morze   na   trzy,   cztery   dni.   Żeby   łowić   i 
sprzedawać to, co złowią.

— A jeśli nie łowią, w ile mogą zrobić te sto pięćdziesiąt kilometrów?
— Bez przystanków? W mniej niż dzień. Zależy od tego, jakie jest morze.
— Co z tymi patrolami? — spytał Vollmer.
— Najczęściej Niemcy, czasami Włosi. Zwykle nas nie zatrzymują ale bywa, że sprawdzają 

czy nie ma na łodzi niczego podejrzanego. Często zabierają przy tym ryby. Jak to się mówi?

— Konfiskują — podrzucił Vollmer.
— Mówią że zawsze są jakieś koszty. Jeden z rybaków, akurat żaden z Gozzich, nie chciał 

oddać połowu, bo zrobili mu to półtora tygodnia wcześniej, no i posiekali łódkę z karabinu. 
Stracił nie tylko ryby, ale i kuter; szczęście, że w ogóle uszedł z życiem.

— Ile tam macie łódek? — spytał Canidy.
— Ostatnio, to znaczy, kiedy byłem tam ostatnim razem, dziewiętnaście, z czego dziewięć 

mogło wypływać daleko, długie na dwanaście metrów. Pozostałe są mniejsze, sześć metrów, i 
całkowicie odkryte.

background image

— Ilu ludzi załogi?
— Od dwóch do sześciu. Zależy od poru roku — w maju i czerwcu przeciągają wielkie 

tuńczyki — i od tego, kto jest pod ręką.

Canidy wskazał miejsce na południu Sycylii.
— Powiedzmy, że dopływam tutaj którąś z waszych łódek. Co zobaczę?
Twarz Noli rozpłynęła się w uśmiechu.
— Najpiękniejszy port na świecie. I najwspanialszych ludzi.
— A bardziej konkretnie?
— Zaraz.
Z pudła w kącie pokoju Nola wyjął dużą grubą na ponad siedem centymetrów księgę.
—   Zdjęcia   rodzinne   —   oznajmił   z   dumą.   Na   pierwszej   stronie   widniała   czarno–biała 

fotografia, na której pięciu barczystych mężczyzn w czarnych garniturach i butach oraz białych 
koszulach siedziało sztywno wyprostowanych na krzesłach, za których oparciami stało jeszcze 
pięciu.

— Padrones. To oni rządzą Porto Empedocle. Sprzed pięciu lat. Niektórzy dalej tam są. — 

Nola wskazał dwóch ze stojących, odrobinę wyższych i szczuplejszych od reszty. — To mój 
ojciec, a obok jego brat, mój stryj, Ignazio. Jest w radzie miasteczka. — Palec Noli powędrował 
do bardzo grubego, siwego mężczyzny na środkowym krześle. — A to burmistrz, Carlo Paglia. 
Bardzo mądry człowiek.

„I sądząc z wyglądu, wredny” — pomyślał Canidy.
— Faszyści wsadzili burmistrza Paglię i stryja Ignazia do pudła. Paru uciekło do Tunisu, ale 

inni zostali.

Nola z westchnieniem przewrócił stronę.
Pokazywał zdjęcie po zdjęciu, wyjaśniając, gdzie zostało zrobione, i wskazując odpowiednie 

miejsce na mapie, a także wypisując nazwiska. Kilka fotografii odłożył dla Canidy’ego.

Większość była zrobiona na Sycylii, w pogodnych, radosnych czasach; pokazywały ludzi przy 

ich codziennych zajęciach i chwilach rozrywki, pośród przyjaciół i z rodzinami, na plażach i przy 
straganach na rynku, w otoczeniu mnóstwa ryb, mięsa, warzyw i owoców.

Teraz na pewno wszystko wyglądało inaczej; jedzenie było racjonowane, większość plonów i 

połowów trzeba było oddawać na potrzeby wojska, powszechna była niechęć do faszystów i 
nazistów.

* * *

Po  dwóch  godzinach   Canidy  i Vollmer   mieli   wrażenie,  że  nieźle  poznali  Nolę  oraz  jego 

kuzynów i w Porto Empedocle, i w Tunisie. Nola wręczył notatki i zdjęcia Canidy’emu, który 
podziękowawszy, schował je do teczki, a następnie spytał:

— Jak myślisz, Frank, kiedy będziesz mógł wyruszyć?
— Dokąd?
— Ze mną.
— O niczym takim nie było mowy.
— Teraz jest.
— Nie da rady.
Canidy zerknął na Vollmera, a potem znowu na Nolę.
— Dlaczego?
— Nie mogę powiedzieć. W każdym razie wystarczy, że znajdziesz tam moją rodzinę, a list 

wszystko załatwi. Będziesz miał wielu pomocników.

background image

Canidy z pasją zaczął pakować z powrotem książki i mapy.  „Cholera, wiedziałem, że tak 

łatwo wszystko nie pójdzie”.

— Gdzie się, cholera, podział ten facet, który chciał sam wydusić wszystkich Niemców?
— Stoi przed tobą — rzekł poważnie Nola.
Canidy pokręcił głową.
— Frank, potrzeba mi dużo więcej niż tylko rodzinne fotki. Chodzi o szczegółowe informacje: 

gdzie są rozlokowane oddziały, w jakiej sile… kto dowodzi obroną portu, kto dowodzi obroną 
miasta…  gdzie  są pola mino  we na plażach i na brzegu… gdzie jeszcze mogą  być  pułapki 
minowe… Muszę znać trasy i pory przemieszczania się wojsk. Muszę…

— Będziesz miał to wszystko — zapewnił Nola.
Canidy popatrzył mu przeciągle w oczy, potem sprawdził czas i spojrzał na Vollmera.
— Czas zobaczyć się z Lanzą. Idziemy?
Vollmer przytaknął.
— Będziemy w kontakcie, Frank.
Obaj kiwnęli głowami Noli i nie spojrzawszy na Maria, wyszli.

* * *

Na zewnątrz przeszli przez South Street i skierowali się do Meyer Hotel.
— Skurwiel! — warknął pod nosem Canidy. — Nie wiem, czy bardziej jestem wściekły na to, 

że odmówił, czy na to, że nie spodziewałem się tu problemów.

— Ja bym się za bardzo nie przejmował. Masz na początek niezłą porcję informacji.
—  Tak,  tyle  że  każda   z nich  wymaga  następnych   i tak   dalej. —  Canidy  gwałtownie  się 

zatrzymał, Vollmer także przystanął i spojrzał pytająco na przyjaciela.

— Coś mi w tym śmierdzi — stwierdził Canidy.
Vollmer zaśmiał się na całe gardło.
— Coś? Tutaj wszystko śmierdzi.
— Dzięki, że tak bardzo starasz się mnie pokrzepić.

* * *

Drzwiom do pokoju 201 przydałoby się malowanie, co było obserwacją o tyle banalną, że 

solidny remont przydałby się całemu hotelowi.

Canidy nadal rozwścieczony odmową Noli zastukał tak mocno, że odpadło kilka strzępów 

łuszczącej się farby.

— Wyluzuj, Dick — mruknął Vollmer.
Drzwi otworzyły się gwałtownie i stanął w nich sam Joe Lanza, „Skarpeta”.
— Czemu tak walisz? — Spojrzał niechętnie na Vollmera. — Co to za jeden?
— Dobry przyjaciel.
Lanza zerknął w głąb korytarza.
— Nie ma co gadać w progu — powiedział i wrócił do pokoju, a Canidy i Vollmer poszli jego 

śladem.

Pokój   był   wprawdzie   podniszczony,   ale   jasno   oświetlony.   Na   biurku   kłębiły   się   gazety   i 

papiery, za nim stało krzesło, trzy inne, niedobrane, ustawiono w kątach. Jedyne — wychodzące 
na South Street — okno było zasłonięte brudnym prześcieradłem.

— Właśnie dowiedziałem się, że Frank Nola nie zamierza jechać ze mną.

background image

Lanza usiadł za biurkiem, Canidy i Vollmer przyciągnęli krzesła i zajęli miejsca naprzeciw 

niego.

— I…?
—   Spodziewałem   się,   że   właśnie   to   mi   pan   załatwi   —   dotarcie   na   Sycylię   i   kontakt   z 

miejscowymi.

— Nie podał panu żadnych nazwisk?
Canidy skrzywił się.
— Mam ich chyba więcej niż w książce telefonicznej Palermo.
— W czym więc problem? Z tą listą dostanie pan wszystko, czego będzie panu potrzeba. To 

mogę obiecać. Z tymi nazwiskami i z tym… — Lanza podał Canidy’emu wyjętą z wewnętrznej 
kieszeni kopertę — …nie będzie pan miał żadnych kłopotów.

W środku znajdowała się kartka z napisem angielskim i — chyba — sycylijskim. Canidy 

przeczytał pierwszy.

Marzec 1943
Posiadaczem tego listu jest Richard Canidy
Wraz z nim przekazuję Ci moje serdeczne pozdrowienia.
Ty z kolei masz posiadacza listu traktować z takim szacunkiem
i poważaniem, jak gdybym to ja osobiście stał przed Tobą.
Twoja przyjaźń z pewnością nie będzie zapomniana.

Charles Luciano
Salvatore Lucania

Data i pierwsza linia najwyraźniej zostały niedawno wypełnione.
— Zdaje się, że ma pan tego jakiś zapasik — rzekł sarkastycznie Canidy. — Wstawia się datę, 

nazwisko i co? Już, gotowe?

— Trzeba było to jakoś tak urządzić, kiedy nie ma bezpośredniego kontaktu z Charliem. — 

Ironia   nie   zrobiła   na   Lanzie   żadnego   wrażenia.   —   Z   jego   podpisem   list   będzie   wszędzie 
honorowany.

Canidy uniósł brwi.
— To się dopiero okaże. Ale są jeszcze inne przyczyny, dla których chcę, aby Nola jechał ze 

mną.

— Charlie Lucky kazał dać panu wszystko, czego będzie pan chciał. I tak robimy, ale Nola nie 

może jechać z panem.

Canidy znowu uniósł brwi.
— Wszystko?
Lanza westchnął.
— Wszystko… oprócz Noli.
— No więc chciałbym taki rkm Johnsona, jaki Nola dostał od pana.
Lanza popatrzył przeciągle Canidy’emu w oczy, a potem lekko wzruszył ramionami.
„Bingo!” — pomyślał Canidy. „Robota Lanzy. Ciekawe, czemu mnie to nie dziwi?”.
— To powiedzmy: dwa — rzekł Canidy i zerknął spod oka na Vollmera. — Każdemu z nas 

przyda się jeden, oczywiście z zapasem amunicji.

Lanza zastanawiał się dłuższą chwilę i kiwnął głową.
— Co jeszcze?
— A ile ich pan ma?

background image

Wydawało się, że Lanza ogłuchł.
— To przynajmniej, skąd je pan ma?
Lanza konsekwentnie milczał.
— No cóż, w tej sytuacji będę musiał dać cynk piechocie morskiej i chyba trochę się panu, że 

tak powiem, zagotuje koło dupy.

Lanza zmrużył oczy i po jakiejś półminucie sięgnął po telefon.
—   Tutaj   Joe.   Zapakuj   dwa   z   tych   nowych   patyków   do   pudła   i   wsadź   je   do   bagażnika 

samochodu… Tak, tych nowych. O nic nie pytaj, tylko zrób, co mówię. Dwa komplety… Tak, 
takie komplety. Wiesz, o co mi chodzi. — Odłożył słuchawkę i popatrzył na Canidy’ego. — Ja 
bym  specjalnie nie nagłaśniał sprawy.  Rzecz ma się tak, co może pan sam sprawdzić, że to 
wojskowy   zamówił   podciągnięcie   karabinów   ze   stojącego   tam   —   wskazujący   palec   Lanzy 
wymierzył   w   zasłonięte   prześcieradłem   okno   —   Liberty.   Więc   to   pańscy   kolesie.   Teraz 
załatwiamy pańskie sprawy, pan o coś prosi, my to robimy. Trochę luzu.

— To były te przeznaczone dla Holendrów?
Lanza uśmiechnął się lekko.
— Sam pan wie, więc o co chodzi?
— Bo z tego wcale jeszcze nie wynika, dlaczego wy je macie.
Lanza wzruszył ramieniem.
— Mała cząstka transportu zawieruszyła się na drodze między statkiem a magazynem. Ktoś je 

znalazł.

— Ale nie zwrócił?
Lanza znowu się uśmiechnął, jednak w głosie nie było rozbawienia.
— Świat jest, jaki jest. A poza tym, co to ma za znaczenie? Sto skrzynek gdzieś by stało i  

tylko się kurzyło, a stoi dziewięćdziesiąt dziewięć czy dziewięćdziesiąt osiem. Czy ile tam… — 
Zawiesił głos i ciągnął z naciskiem: — A teraz pan chce dwa dla siebie. A gdyby leżały w tych  
skrzyniach i rdzewiały, nic by pan o nich nie wiedział, co dopiero mówić o dostaniu.

„Cholera, ma rację” — pomyślał Canidy. Popatrzył na biurko, na gazety, potem na Vollmera. 

„A zresztą, co mam do stracenia. Cały ten taniec z diabłem to jedno wariactwo”. Sięgnął po 
leżący   na   wierzchu   numer   „New   York   Word–Telegram   &   Sun”   z   nagłówkiem   KOLEJNE 
EKSPLOZJE I CORAZ WIĘCEJ PYTAŃ.

— To może o czymś innym. Wiecie coś o tym?
— Niewiele. Pewnie mniej niż wy.
Przez chwilę spoglądali sobie w oczy.
— W każdym razie to nikt z naszych, jeśli o to panu chodzi.
— A mógłby się pan rozpytać? — wtrącił się Vollmer.
Lanza przytaknął.
— Nadstawię uszu. Coś jeszcze?
— W tej chwili to wszystko.
Lanza powstał.
— W takim razie was odprowadzę.

* * *

Wyszli z biura, poszli na tył hotelu i po drewnianych schodach wyszli na ciemny zaułek, gdzie 

w mroku jaśniała żółta taksówka. Kiedy podeszli, Canidy rozpoznał masywną sylwetkę goryla 
opartego o samochód.

— Masz patyki? — spytał go Lanza.

background image

— W bagażniku.
— Fajnie. Teraz są ich. Zawieź ich, gdzie będą chcieli.
Tamten bez słowa siadł za kierownicą i zatrzasnął za sobą drzwiczki.
Canidy odwrócił się, aby podziękować Lanzie, ale mężczyzna zniknął już w hotelu.
Canidy i Vollmer zajęli miejsca z tyłu.
— Gramercy — powiedział Canidy. — Na pewno znasz drogę.

background image

IX

Jeden

Gramercy Park Hotel
2 Lexington Avenue
Nowy Jork
7 marca 1943 roku, 22:10

Kiedy goryl  uniósł klapę  bagażnika,  w środku ukazały się trzy paczki, każda owinięta  w 

gruby,   brązowy   papier   używany   do   pakowania   ryb.   Dwie   mniejsze   miały   dwadzieścia   na 
dwadzieścia   pięć   centymetrów,   większa   była   płaska   i   prostokątna,   długa   na   sześćdziesiąt 
centymetrów, szeroka na trzydzieści i wysoka na czterdzieści pięć.

Vollmer sięgnął po jeden z małych pakunków i aż stęknął.
— Cholera, jakie to ciężkie!
— Puszka z nabojami trzydzieści zero sześć — usłyszał za sobą głos Canidy’ego.
Vollmer wziął większy pakunek.
— Lepiej.
— Jakieś dziesięć kilogramów?
— Powiedzmy.
— To będą patyki. — Canidy uniósł w górę teczkę. — Mam wolną tylko jedną rękę, więc ja 

wezmę te cacuszka, a ty obie puszki.

— Jasne. Serdeczne dzięki, przyjacielu.
Duży   pakunek   Canidy   umieścił   w   salonie   na   stoliku   do   kawy.   Chwilę   później   wszedł   z 

korytarza Vollmer, lekko się uginając pod ciężarem dwóch puszek z amunicją 30–06.

Zamknął obcasem drzwi, z głośnym stukotem postawił ciężar na podłodze i zaczął zrywać 

brązowy papier.

— Idę się odlać — powiedział Canidy.
Każda z brązowych puszek, opatrzona na boku żółtym napisem, miała na wierzchu rączkę, 

teraz płasko przylegającą do pokrywy. Vollmer pokręcił głową.

— Przecież mogłem to nieść za uchwyty, byłoby znacznie łatwiej — krzyknął w kierunku 

łazienki.

— Jasne — odrzekł przez zamknięte drzwi Canidy. — Żeby każdy wiedział, że to puszki z 

amunicją.

Kiedy wrócił kilka minut później, Vollmer trzymał w ręku kartonowy pojemnik z erkaemem i 

zaglądał do środka.

— Cholera! — zaklął Erik. — Oryginalne opakowanie.
Canidy także zajrzał do środka.
— Jak ja nienawidzę cosmoline! — jęknął.
Chroniący przed rdzą środek powlekający metalowe i drewniane części karabinu przypominał 

wazelinę, był jednak bardziej gęsty, smrodliwy i znacznie trudniejszy do usunięcia, a na dodatek 
miał bardzo nieprzyjemną tendencję, by zwłaszcza w wysokiej temperaturze wyciekać z każdej 
szczeliny broni — przede wszystkim w kolbie — na twarz strzelca, który, jak nietrudno zgadnąć, 
szczerze tego nie znosił.

— Jak to usuniemy?
— Jak? Normalnie. Narobimy bałaganu. I miejmy nadzieję, że większości się pozbędziemy.

background image

* * *

Jakieś czterdzieści minut później podłogę zaściełały ubabrane smarem ręczniki hotelowe, ale 

erkaemy właściwie lśniły.

— Wiedziałem — stwierdził z obrzydzeniem w głosie Vollmer.
— Co wiedziałeś?
— Spójrz tylko na mnie! Cały w tym cholernym cosmoline. Muszę wziąć solidny prysznic, 

zanim spotkam się z Ingrid.

— Prysznic? Jasne. Ciekawe, czym się wytrzesz?
Vollmer wykrzywił się złośliwie do Canidy’ego.
—   Posłuchaj,   może   lepiej   ja   pójdę?   —   zaproponował   Canidy.   —   Na   pewno   szybciej   ją 

przekonam.

— Wolałbym już pójść tak jak jestem.
Canidy z uśmiechem pokręcił głową i ruszył do drzwi.
— Zaraz wracam — powiedział.
W   łazience   Vollmer   wyregulował   wodę,  aby  była   jak  najgorętsza.   Szorstką   gąbką   zaczął 

szorować dłonie i ramiona. Po kilku minutach rozległo się pukanie.

— Cholera jasna!
Poszedł do drzwi, otrząsając ręce.
— Kto tam?
— Obsługa hotelowa.
Przekręcił klamkę, klnąc przy okazji, gdyż Canidy, wychodząc, posmarował ją cosmoline.
Przed   progiem   stał   uśmiechnięty   od   ucha   do   ucha   Canidy   z   naręczem   pięciu   ręczników 

kąpielowych.

— Mała konfiskata — powiedział, wszedł i rzucił ręczniki na fotel.
Vollmer wyciągnął jeden ze środkowych, którego nie dotykały dłonie Canidy’ego.
— Dziękuję w imieniu Ingrid.
— Bez trudu mogę sobie wyobrazić kilka sposobów, w jakich mogłaby to wyrazić osobiście.
— Nie wątpię.
Vollmer wrócił z ręcznikiem do łazienki i odkręcił prysznic.
Canidy otworzył jedną z puszek, nabrał garść lśniących pocisków i zaczął załadowywać jeden 

z sześciu magazynków, które dołączono do każdego z karabinów.

* * *

Stanąwszy w progu, Vollmer miał już na sobie spodnie oraz białą koszulę i tylko zaciągał 

węzeł   krawata.   Zobaczył,   że   Canidy   kolejnym   z   ręczników   wyciera   z   Johnny’ego   resztki 
cosmoline,  które  znowu się  pojawiły.  Obok puszek z  amunicją  leżały  w rządku załadowane 
magazynki.

— Naprawdę dobra rzecz — pochwalił Canidy. — Byle tylko nie trzeba było siedzieć z nią 

kilka godzin na słońcu.

— Wygląda nieźle.
— Chcesz wziąć ze sobą?
Vollmer zastanowił się chwilę i rzekł:
— Dzięki, ale to chyba przesada. Tu mam czterdziestkę piątkę… — Klepnął się w plecy na 

background image

wysokości pasa. — A tu… — dotknął lewego przedramienia — …malutkiego fairbairna.

W rękawie koszuli, w skórzanej pochwie znajdował się nóż o cienkim ostrzu, którego Vollmer 

używał wtedy, gdy walczyć trzeba było bez hałasu. Jeśli kwestia ciszy nie była istotna, podzielał 
zdanie Canidy’ego, że gdy się jest już na tyle blisko przeciwnika, by wrazić mu w mózg ostrze 
noża, równie dobrze można to uczynić pociskiem.

Nóż   obosieczny,   świetnie   się   sprawdzający   w   walkach   ulicznych,   stworzył   w   latach 

czterdziestych Anglik William Ewart Fairbairn, kierujący wówczas policją w Szanghaju. Potem 
na Fannie w Wirginii uczył agentów BSS, jak używać noża, dwudziestki dwójki z tłumikiem, a 
także innych broni i technik walki. „Regularnej” wersji fairbairna używali wszyscy brytyjscy 
komandosi, którzy pochwę umieszczali w bucie lub w nogawce.

Swoją miniaturową wersję Vollmer kupił od brytyjskiego sierżanta; klinga miała piętnaście 

centymetrów długości, a rękojeść nie wystawała z dłoni. Pochwę mocował do spodu przegubu, 
ostrze końcem dotykało więc łokcia. Canidy wiedział, że Erik w Niemczech, dokąd się udał, aby 
pomóc w przerzucie profesora Dyera i jego córki, Giselle, kilkakrotnie skutecznie użył noża, 
uśmiercając oficerów SS, którzy mieli nieszczęście stanąć mu na drodze.

— Masz rację, to powinno ci wystarczyć, gdyby odrzuciła twoje awanse.
— Czemu miałaby odrzucić? — spytał Vollmar i włożył marynarkę.
— Zmieńmy temat. Przez czas, jak się kąpałeś, zajmowałem się nie tylko bronią.
— Nooo?
— Nie, żebym miał jakieś zastrzeżenia do ciebie jako współlokatora, ale może mnie nie być 

tutaj, gdy wrócisz. Najpewniej mnie nie będzie.

— A czemu?
—   Uznałem,   że   mam   dość   informacji,   by  zacząć.   Czas   upływa.   Zabieram   mego   nowego 

przyjaciela, Johnny’ego, i do roboty. Chyba że mógłbym ci się jeszcze do czegoś przydać.

Vollmar zamyślił się głęboko, a potem pokręcił głową.
— Mnie nie, Dick. Ale chciałbym jechać z tobą.
— Zrób swoje i kto wie.
Vollmer pokiwał głową.
— Zapłacę za pokój, a ty tylko powiedz w recepcji, jak będziesz się wynosił na dobre — 

dodał Canidy.

— Dzięki, Dick.
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, potem mocno się uścisnęli. Następnie Canidy krótko tylko 

kiwnął głową, niezbyt pewien swego głosu, Vollmer wziął płaszcz i bez słowa wyszedł.

Dwa

Nowy Jork
8 marca 1943 roku, 00:15

O północy ulice były  niemal  puste, taksówka mknęła  więc Drugą Aleją, trochę  nawet za 

szybko dla Vollmera, który nie chciał dotrzeć na miejsce zbyt wcześnie. Przed spotkaniem z 
Ingrid Müller chciał trochę się przejść w nocnym chłodzie, a także rzucić okiem na Yorkville.

Taksówkarzowi kazał się zatrzymać na rogu Drugiej Alei i 8 Ulicy, a zatem na południowym 

skraju Yorkville.

Ta część Manhattanu, znana z tego, że rezydenci mieli niemieckie korzenie i pełno tu było 

sklepów i lokali przypominających Niemcy, rozciągała się od Ulicy 79 i 96 i od East River do 

background image

Trzeciej Alei. Ingrid Müller umówiła się z nim w Wagner’s Restaurant and Market na rogu 86 
Ulicy i Drugiej Alei; taksówka odjechała, a Erik ruszył w tym kierunku.

Zdziwiło go, że pomimo późnej pory i zimna na ulicach było całkiem sporo ludzi. W barze, 

nad którego drzwiami  widniał napis KONDITOREI KAFFEEHAUS, zajęta była  jakaś jedna 
czwarta   miejsc,   ale   bardziej   jeszcze   zwróciła   uwagę   Vollmera   ogromna   amerykańska   flaga 
wisząca obok wypisanego na zewnętrznej tablicy menu. Po drugiej stronie ulicy ciąg plakatów na 
murze   zachęcających,   aby   wstępować   do   piechoty   morskiej,   niemal   całkowicie   zakrył 
pronazistowskie  napisy.  Jeśli  jednak nie liczyć  tej  ostentacyjnej  proamerykańskości  — która 
jakby wstydliwie chciała przesłonić czające się gdzieniegdzie sympatie prohitlerowskie — oraz 
niemieckich nazw, Yorkville nie różniło się od innych dzielnic Nowego Jorku.

„Na pierwszy rzut oka trudno choćby przypuścić, że ktoś może tu knuć zdradzieckie akcje” — 

pomyślał Vollmer.

W   oddali   zobaczył   wejście   do   Wagner’s   Restaurant   and   Market.   Nazwę   złotymi   literami 

wypisano   na   głównej   witrynie   nad   okrągłym   neonem   reklamującym   piwo   Rheingold;   na 
szklanych plakietkach nad drzwiami złote cyfry obwieszczały numer ulicy.

Vollmer zerknął przez okno, ale w środku nie dostrzegł Ingrid. Chwycił za wielką, mosiężną 

kulę, musiał się nieco zaprzeć, aby otworzyć ciężkie drzwi. Natychmiast owionęła go fala ciepła. 
Zdjął płaszcz i przerzucił go przez lewą rękę, do której przytwierdzony był fairbairn. Rozejrzał 
się i uznał, że słowo „market” w nazwie lokalu było  trochę na wyrost; do kupienia było tu 
znaczniej  mniej niż w sklepie Schaller & Weber na Drugiej Alei, który mijał  przed chwilą. 
Ściany wyłożono ciemną boazerią; z podobnie ciemnego drewna zrobione były stoły, krzesła i 
ławy, a także bar po prawej stronie, gdzie nad półkami i lustrami zwisały w równych od siebie 
odstępach   amerykańskie   flagi.   W   lewym   rogu   stały   dwie   lodówki   z   kiełbasami,   szynkami, 
golonkami, sałatkami ziemniaczanymi, i tak dalej. Ot i cały „market”.

Połowa stołków barowych była zajęta; trzy pary sączyły koktajle przy stolikach. Jakiś ruch po 

lewej   stronie   kazał   mu   spojrzeć   w   kierunku   jednego   z   boksów;   machała   do   niego   stamtąd 
blondynka w ciemnym kostiumie. Siedziała sama, paliła papierosa, a przed sobą miała filiżankę, 
najpewniej z kawą.

„O kurczę! Wygląda jeszcze bardziej wystrzałowo niż kiedyś!”.
Z uśmiechem ruszył w kierunku Ingrid, na co i ona odpowiedziała uśmiechem.
—   Wiedziałam,   że   to   musisz   być   ty!   Nic   się   nie   zmieniłeś,   chociaż   nie…   Trochę,   ale 

poznałam od razu.

Nie wstała, tylko wyciągnęła prawą rękę. Kiedy nachylił się, nadstawiła też policzek. Dotknął 

jej twarzy policzkiem i cmoknął jak przy pocałunku.

„Ale ma skórę!”.
Wyprostował się i przyjrzał Ingrid. O ile mógł ocenić, była bez makijażu, ale też wcale go nie 

potrzebowała. Twarz gładka, wąska, z wystającymi kośćmi policzkowymi, wąski nos, delikatnie 
wykrojone   usta,   brwi   o   wyraźnych   łukach,   głęboko   osadzone,   jasnoniebieskie   oczy.   Gęste, 
mocne  włosy układały się w faliste  pukle. Dobrze skrojony kostium podkreślał fantastyczną 
figurę.

— Fajnie znowu cię zobaczyć, Ingrid. Wyglądasz wspaniale.
Uśmiechnęła się z zadowoleniem.
— Miło to usłyszeć. — Wskazała miejsca naprzeciwko. — Siadaj.
Vollmer   rzucił   płaszcz   na   ławę   i   wsunął   się   za   stół.   Tapicerka   musiała   być   już   bardzo 

sfatygowana,   gdyż   poczuł,   że   zapada   się   w   rodzaj   jamy,   a   nierówność   napiera   na   lufę 
czterdziestki piątki. Dyskretnie poprawił broń, aby nie wypadła z kabury.

— Także i ja się cieszę, że znowu się widzimy. Ile to lat upłynęło? Pięć? Sześć?

background image

— Dziesięć.
— Niemożliwe!!! Aż tyle?!
— I jeszcze jakieś dziesięć tysięcy listów.
Lekko się spłoniła i odruchowo przeciągnęła palcami lewej dłoni po włosach. Spuściła wzrok i 

zaciągnęła   się  papierosem,  potem  wypuściła   dym  i  oparła  się  na   prawym   łokciu,   wyginając 
przegub tak, aby papieros sterczał w bok.

— Jeśli chciałeś zrodzić we mnie poczucie winy, to ci się udało.
— Przepraszam.
— Nie, nie masz za co. Pisałeś piękne listy i naprawdę szkoda, że nie odpowiadałam.
— Przypuszczam, że dostajesz wiele listów od wielbicieli, więc trudno, żebyś odpowiadała na 

każdy. No a poza tym, na kilka przecież odpisałaś.

Jej uśmiech mówił: „Dzięki, że pomogłeś mi wybrnąć”.
— Napijesz się czegoś?
— To kawa?
— Nie, herbata.
— Hm… Chyba łatwo ulegam perswazji.
Przekrzywiła głowę i spojrzała pytająco.
— Ten neon za twoimi plecami. Obejrzała się.
— Tak?
— Mam wrażenie, że został tam umieszczony właśnie ze względu na mnie.
Zaśmiała   się   głębokim,   zmysłowym   śmiechem,   który   stał   się   jej   znakiem   firmowym   na 

ekranie, podobnie jak przeciągłe spojrzenia.

Vollmer   podniósł   rękę,   aby   przyciągnąć   uwagę   kelnera,   a   gdy   ten   podszedł,   zamówił 

rheingolda.

— Niech będą dwa — odezwała się Ingrid, a gdy Erik na nią popatrzył, odsunęła z grymasem 

filiżankę. — Nagle przestała mi smakować.

Erik odwrócił się do kelnera.
— Dwa rheingoldy.
— Dwa rheingoldy, zaraz podaję.
Vollmer znowu patrzył na Ingrid.
— Jak twoja matka? — spytała.
Chwilę zwlekał z odpowiedzią, a wreszcie mruknął:
— Przypuszczam, że wiesz więcej ode mnie.
Kiedy zdziwiona uniosła brew, dodał:
—   Myślałem,   że   słyszałaś.   Nie   kontaktujemy   się   ze   sobą.   Ja   dla   niej   nie   istnieję,   a 

przynajmniej nie istnieję dla Moniki Carlisle, gwiazdy srebrnego ekranu.

Wyciągnęła rękę i lekko dotknęła przegubu Erika. Podobał mu się ten gest.
— To okropne.
„Niech mnie diabli” — pomyślał, patrząc w jej oczy. „Są jeszcze bardziej urzekające niż na 

ekranie.   Ciekawe,   czy   ona   może   tak   spojrzeć,   kiedy   tylko   chce,   czy   to   może…   szczere?”. 
Wzruszył ramieniem.

— Można przywyknąć.
Wpatrzyła się gdzieś w dal.
— A ja myślałam, że tylko w stosunku do mnie jest taka wredna.
— Teraz już wiesz, że nie.
Spojrzała uważniej na przegub Erika.
— Masz strasznie suchą skórę.

background image

„Pieprzony cosmoline”.
Westchnął.
— Długa historia. Pobrudziłem ręce i niełatwo dawało się zmyć.
Zmarszczyła brwi i chciała o coś zapytać, ale właśnie zjawił się kelner i przed każdym z nich 

postawił szklankę z piwem.

— Danke — powiedział Vollmer.
Kelner tylko ukłonił się, w żaden sposób nie reagując na niemieckie podziękowanie.
Vollmer uśmiechnął się do Ingrid.
— Zmieńmy temat.
— Jasne.
Ingrid   cofnęła   dłoń,   a   Vollmer   pomyślał,   że   może   jednak   trzeba   było   jeszcze   trochę 

porozmawiać o matce. Podniósł kufel z piwem.

— Za ponowne spotkania! — rzekł.
— Za spotkania!
Stuknęli się i wypili.
Erik odstawił piwo.
— Opowiedz mi trochę o sobie.
— Ale co?
— Na przykład, co teraz porabiasz.
— Czytam okropne scenariusze, które agent przesyła mi z Hollywood, a potem krzyczę na 

niego, że zmusza mnie do czytania okropnych scenariuszy.

— A czemu są okropne?
Zaśmiała się swoim charakterystycznym śmiechem; Vollmer kątem oka zobaczył, że dwóch 

siedzących przy barze marynarzy odwróciło się i z uśmiechem wymieniło jakąś uwagę.

— To takie role, że nawet twoja matka by ich nie wzięła. — Skrzywiła się. — Dzisiaj z takim  

nazwiskiem jak moje nie dostaje się dobrych propozycji. Zastanawiam się nad zmianą agenta. 
Jest taki chłopak, nazywa się Ovitz, ostry, zdecydowany, lubię go.

— Stan Fine kiedyś o nim wspominał i jeśli dobrze pamiętam, były to pochlebne słowa. — 

Vollmer znowu upił piwa. — Ale chyba robisz coś jeszcze poza czytaniem scenariuszy?

— Różne rzeczy, ale pytasz z jakąś intencją?
Erik rozejrzał się po lokalu i nachylił nad stolikiem.
— Parę razy w listach pojawiał się wątek mojego ojca. Pamiętasz?
Przytaknęła i wypuściła strużkę dymu w kierunku sufitu. Kilka lat wcześniej Monica Carlisle, 

solidnie podpita po ciężkim dniu na planie, opowiedziała Ingrid o tym „pieprzonym sukinsynu”, 
z którym miała romans i nieślubnego syna, a który zajmował ważną pozycję w NSDAP, będąc 
dyrektorem ważnej firmy Vollmer Elektrische G.m.b.H.

— Kiedyś wspomniałaś, że znasz Fritza Kuhna.
Uciekła z oczyma.
— Wolałabym o tym nie rozmawiać.
Oboje sięgnęli po kufle.
Po chwili Vollmer rzucił konfidencjonalnie:
— Ingrid, potrzebna mi pomoc.
— Jaka?
— Chciałbym dotrzeć do Bundu.
Znowu   uważnie   patrzyła   mu   w   oczy;   najwyraźniej   wzmianka   o   związku   amerykańskich 

nazistów ją zainteresowała.

— Zwłaszcza jeśli ma jakiekolwiek związki z tymi eksplozjami.

background image

W jej oczach pojawiło się coś jak smutek czy rozczarowanie; starannie zgniotła papierosa w 

popielniczce.

— Myślę, że znacznie lepiej porozmawiać u mnie.
Odpowiedział uśmiechem na uśmiech.
„Pewnie, że lepiej. Jeśli tylko nie skończy się na rozmowie”.
Wzrokiem poszukał kelnera.
— Rachunek, proszę.

Trzy

Pokój 809
Robert Treat Hotel
Newark, New Jersey
8 marca 1943 roku, 18:29

Mary spóźniała się.
Kurt Bayer stał w hotelowym oknie i obserwował ulicę, ale z wysokości ósmego piętra co 

najwyżej mógł odróżnić garnitur od sukienki i kolor ciemny od jasnego.

Po raz kolejny spojrzał na zegarek.
Już ponad półtorej godziny.
Po półgodzinie miejsce podniecenia stopniowo zaczęła zajmować irytacja, po godzinie była to 

już złość, ale teraz, po półtorej godziny, zaczął się nie na żarty denerwować.

„I nawet nie mam sposobu, żeby sprawdzić, co się z nią dzieje” — irytował się w duchu. „Nie 

mogę przecież łazić, wypytując, gdzie są bary topless, a w środku dociekać, czy nie pracuje tu 
taka jedna Mary”.

Wiedział też, że nie może zwrócić się o pomoc do Richarda Kocha. Cały dzień spędzili razem 

na   omawianiu   po   raz   kolejny   —   piętnasty,   dwudziesty?   —   planu,   jak   podłożyć   bombę   w 
autobusie nowojorskim. W pewnym momencie, gdy Bayer poprosił o kilka dolarów — które 
ostatecznie  dostał  — Koch zaczął  się rozwodzić  nad jego związkiem  z  Mary i  z naciskiem 
powtarzać, że trzeba go zakończyć, i to jak najszybciej. A potem się domagał, aby sam Bayer 
przyznał, że romans jest bardzo głupi i stanowi zagrożenie dla ich misji. Tego Kurt już nie mógł 
znieść. Zerwał się, krzyknął, że nie zamierza rzucać kobiety, w której jest już chyba zakochany, i 
wybiegł do swego pokoju.

Tam dwie godziny później czekał coraz bardziej niecierpliwie.
„Dosyć   mam  siedzenia   w tym  cholernym   pokoju.  Zejdę na  dół,  przynajmniej   szybciej  ją 

zobaczę”.

Z szuflady szafki nocnej wyjął walthera PPK, wsunął go do kieszeni palta i wyszedł.
Kiedy stanął przy windach, zobaczył, że prawa stoi na dziesiątym piętrze. Wskaźnik przy 

lewej informował, że wznosi się w górę i mija właśnie szóste piętro.

„Może to ona”.
Kabina minęła jednak i siódme, i ósme piętro, a zatrzymała się na dziewiątym.
„Do cholery!”.
Nacisnął guzik. Światełko prawe ruszyło, minęło dziewiątkę, ale bynajmniej nie zatrzymało 

się przy ósemce, a znieruchomiało dopiero przy zerze.

„Co się dzieje, u diabła?”.
Guzik przyzywający kabinę nadal był podświetlony; poirytowany Bayer dwukrotnie dźgnął go 

background image

palcem. Lewa winda ruszyła, zatrzymała się na jego piętrze, a kiedy drzwi się rozsunęły, okazało 
się, iż jest pusta. Wszedł do środka, jednak kiedy drzwi zaczęły się zasuwać, nawiedziła go nagle 
myśl, że Mary może się pojawić, kiedy on będzie zjeżdżał. Szybko wystawił nogę, blokując ruch 
drzwi, a potem naparł na nie, aby się rozsunęły. Przez chwilę zastanawiał się, co robić dalej.

„Zaczynam  zachowywać się jak wariat. Co się ze mną dzieje? Co ta dziewczyna  ze mną 

zrobiła?”.

Pokręcił głową, cofnął się pod ścianę, nacisnął guzik oznaczony zerem i patrzył, jak drzwi się 

zasuwają.

Na dole najpierw obejrzał każdy zakątek holu, potem wyszedł na zewnątrz i przez dobre 

dwadzieścia minut chodził przed hotelem od jednego rogu do drugiego, na koniec wrócił do holu 
i zajął przypadkiem ten sam fotel, na którym z rana czekał Richard Koch.

Mając na widoku windy i drzwi wejściowe do hotelu, obserwował strumień podążających w 

przeciwnych kierunkach gości.

Wśród których nie było jednak Mary.
Po kolejnych dziesięciu minutach miał dość.
Wsiadł do winy i wrócił do siebie na ósme piętro.

* * *

Wysiadając, zauważył jakieś poruszenie z prawej strony. Przed drzwiami na końcu korytarza 

masywny, średniego wzrostu trzydziestolatek, odziany w czarny garnitur i kapelusz miał jakieś 
kłopoty z otworzeniem drzwi. Nachylony zerknął na Bayera i wzruszył ramionami. Był bardzo 
gęsto owłosiony; czarne kędziory wyzierały z rozpiętego kołnierza i rękawów.

Kurt obrócił się i poszedł do swego pokoju.
Otwierając drzwi, usłyszał dochodzący ze środka stłumiony szloch.
„Mary!”.
Otworzył drzwi na oścież i zobaczył ją leżącą na łóżku w pozycji płodowej, plecami do drzwi.
Była bez butów, ale ciągle miała na sobie palto, granatową spódniczkę, białą bluzkę, a na 

włosach kwiecistą chustkę.

— Mary! — wykrzyknął Bayer i z trzaskiem zamknął drzwi. Jedyną odpowiedzią był jeszcze 

bardziej rozpaczliwy szloch. Podbiegł do łóżka, nachylił się nad Mary i delikatnie dotknął jej 
ramienia. Skuliła się i odsunęła przed jego ręką. Usiadł i znowu jej dotknął; tym  razem nie 
uciekła, a lekko pociągnięta, dała się odwrócić na plecy. Twarz miała zakrytą chustką.

Chciał ściągnąć materiał, aby ucałować dziewczynę, ale przytrzymała tkaninę i dopiero po 

kilkukrotnej próbie ustąpiła.

Widok sińców i opuchlizn poraził go; zupełnie odruchowo zawołał po niemiecku:
— Mein lieber Gott!
Jedno oko było kompletnie zapuchnięte, drugie — zakrwawione. Uszy miała nabrzmiałe i 

purpurowe, jak gdyby po licznych ciosach, nos wydawał się złamany, nienaturalnie zgrubiałe 
wargi rozchylały się — chyba straciła jeden z przednich zębów. Spojrzał niżej; po lewej stronie 
szyi widać było cztery fioletowe pręgi, po prawej — trzy, najwyraźniej ktoś dusił Mary. Porwana 
bluzka kazała przypuszczać, że napastnik bił ją po całym ciele.

Nie mieściło mu się w głowie, że ktoś mógł się posunąć do tak bezsensownej brutalności; 

pokręcił głową, odetchnął głęboko, czując, że zbiera mu się płacz.

— Jak to się stało, Mary? Kto to zrobił?
Nie odpowiedziała, znowu naciągnęła chustkę na twarz, skuliła się i załkała. Chciał pogładzić 

japo plecach, ale gwałtowne drgnięcie powiedziało mu, że skatowano także plecy.

background image

Wstał, kilka razy przemierzył pokój, zatrzymał się i powiedział:
— Trzeba cię zawieźć do szpitala.
Dwa razy pokręciła głową i jęknęła:
— Nie!
„Jasne! Natychmiast zaczną podejrzewać, że to moja robota. A nawet jeśli nie, przecież muszę 

jak najmniej zwracać na siebie uwagę!”.

Znowu nachylił się nad dziewczyną i nie dotykając, obejrzał ją dokładnie. Była ciężko pobita, 

ale   raczej   nic   nie   zagrażało   życiu.   Chyba   nie   miała   obrażeń   wewnętrznych,   niczego   jej   nie 
złamano. Poszedł do łazienki i namoczył ręcznik, potem wykręcił go i wrócił do łóżka.

— Spokojnie, spróbuję cię trochę opatrzyć.
Zrazu nie zareagowała, ale potem wolno obróciła się na plecy.
Ostrożnie zdjął z twarzy chustkę; delikatnymi dotknięciami zaczął zmywać zaschniętą krew z 

warg, uważając, aby nie zerwać strupów na pęknięciach. Następnie tak samo oczyścił nos, a 
wtedy zmoczył drugi ręcznik, zwinął go i ułożył na czole Mary, po czym wrócił do obmywania 
skóry z krwi.

Po półgodzinie zabrał się do rozbierania dziewczyny; na początek zdjął palto, potem rozpiął i 

odłożył   na   bok   bluzkę.   Aż   skulił   się   na   widok   siniaków   na   brzuchu   i   plecach.   Troskliwie 
zaprowadził Mary do łazienki, ustawił pod prysznicem, a obmywszy, starannie wytarł i znowu 
ułożył  do łóżka. Zrobiwszy to wszystko, włączył  nastrojową muzykę, usiadł na krześle i tak 
długo gładził Mary po włosach, aż zapadła w głęboki sen.

* * *

Gdy Bayer ocknął się nazajutrz, zobaczył wpatrzone w niego niezapuchnięte oko Mary, aż po 

szyję okrytej kołdrą. Usiłowała się uśmiechnąć, ale wargi ledwie drgnęły.

— Dzień dobry — powiedział. — Jak się czujesz?
Wolno pokręciła głową.
— Podać ci coś?
Kolejne zaprzeczenie.
— Wyzdrowiejesz?
Tym razem przytaknęła.
Bayer wstał, poszedł do łazienki, napełnił szklankę wodą, wypił, napełnił raz jeszcze i zaniósł 

Mary.

— Masz. Musisz być spragniona.
Zamknęła oczy, ale się nie poruszyła. Zastanowił się, co robić dalej. Dostrzegł, że leciutko 

drgnęły stopy Mary, a potem reszta nóg. Najwyraźniej chciała się przesunąć, ale przychodziło jej 
to z największym trudem.

„Okropnie musi boleć”.
— Pomóc ci?
Potrząsnęła głową, przewróciła się na plecy i za pomocą łokci podciągnęła się trochę w górę, 

ciągnąc za sobą kołdrę. Bayer natychmiast odstawił szklankę i zaczął poprawiać poduszki tak, 
aby   mogła   wygodnie   się   na   nich   oprzeć.   Usadowiwszy   się,   wyciągnęła   rękę   i   sięgnęła   po 
szklankę.  Piła  małymi  łyczkami;   kiedy  odstawiła,  szklanka   była   jeszcze  w  trzech  czwartych 
pełna. Siedziała teraz z zamkniętymi oczyma i powoli, z wyraźnym wysiłkiem, oddychała. Po 
chwili znowu wzięła szklankę, przełknęła więcej niż poprzednio wody i nie zamykając zdrowego 
oka, powiodła wzrokiem za ręką, która odstawiła naczynie na stolik.

Spojrzała na Bayera, a on z ruchu jej warg odczytał: „Dziękuję”.

background image

Cicho i łagodnie ponowił pytanie:
— Kto to zrobił, Mary?
Przymknęła oczy, pokręciła głową i mozolnie schowała się pod kołdrą. Po chwili znowu spała.

Cztery

Londyńska sekcja BSS
Londyn
10 marca 1943 roku, 09:15

Jako zawodowy lotnik, major Richard M. Canidy z Korpusu Powietrznego Wojsk Lądowych 

USA   dobrze   wiedział,   że   z   Nowego   Jorku   najszybciej   —   co   było   określeniem   odrobinę 
zwodniczym, gdyż tak wielkiej odległości niepodobna pokonać szybko — można się dostać do 
Algieru, podążając na południe, potem na wschód, a następnie na północny wschód.

Ta   mała   eskapada   —   pięć   dni,   jeśli   się   miało   szczęście,   jeśli   nie,   dłużej   —   wymagała 

skorzystania z boeinga C–75 — jednego z przejętych przez wojska lądowe od Pan Am wielkich 
transkontynentalnych   clipperów,   z   czterema   silnikami   Wright   Cyclone   o   mocy   900   koni 
mechanicznych każdy — by przez Kubę i Gujanę Brytyjską dotrzeć do Brazylii, a stamtąd na 
pokładzie   przerobionego   bombowca   B–24   przeskoczyć   nad   Atlantykiem   do   Dakaru   we 
Francuskiej Afryce Zachodniej, przy czym po drodze trzeba się było zatrzymać dla uzupełnienia 
paliwa na skalistej Wyspie Wniebowstąpienia. Kiedy już udało się dotrzeć do Dakaru, potem 
czekał długi przelot nad Saharą, dalej nad górami Atlas do Marrakeszu i wreszcie czterogodzinna 
podróż   do  Algieru.   Dla   bardzo   już   w  tym   momencie   znużonego   podróżnika   widok   lotniska 
Maison Blanche był bardziej upragniony niż Washington National Airport.

Z   drugiej   strony,   Canidy   wiedział,   że   trasa   północna,   wprawdzie   nie   tak   „szybka”   jak 

południowa, miała co najmniej dwa punkty przewagi. Po pierwsze — a był to argument bardzo 
przemawiający   do   Canidy’ego,   który   jako   inżynier   lotniczy   dobrze   wiedział,   jak   zawodne 
potrafią   być   samoloty   —   w   razie   awarii   nie   trzeba   było   szukać   na   największym   akwenie 
oceanicznym na Ziemi kawałka twardego gruntu do lądowania. Po drugie — a był to argument 
bardzo przemawiający do Canidy’ego jako zakochanego — mógłby w drodze zatrzymać się i 
odwiedzić Ann Chambers. Który z tych argumentów wzięty z oddzielna jest istotniejszy, tego 
Canidy nie potrafiłby powiedzieć, wzięte łącznie — przemawiały za drugim wariantem.

Tak więc z nowojorskiego Gramercy Park Hotel pojechał do Elizabeth w stanie New Jersey, 

skąd   C–54   należący   do   Wojskowej   Służby   Transportu   Powietrznego   poniósł   go,   wraz   z 
osiemdziesięcioma towarzyszami broni, na nowofundlandzki Gander Field, a stamtąd na lotnisko 
Prestwick w Szkocji.

Sam nie wiedział, kiedy ze Szkocji dotarł do Londynu.

* * *

Z neseserem w każdej ręce — w jednym spoczywał Johnny w towarzystwie sześciu pełnych 

magazynków 30–06 — wkroczył do budynku BSS, wylegitymował się wartownikowi i poszedł 
na piętro, gdzie urzędowała kapitan Helenę Dancy z Korpusu Kobiecego Wojsk Lądowych USA, 
z której pokoju przechodziło się do gabinetu szefa sekcji, Davida Bruce’a.

Stała   właśnie   przed   szafką   z   aktami   i   nerwowo   przekładała   dokumenty.   Jak   zwykle 

pociągająca, w tej chwili nie wyglądała na uosobienie radości.

background image

— Czemuś taka przygnębiona? — spytał.
Wściekła, że ktoś ośmiela się jej przeszkadzać, odwróciła się z takim ogniem w oczach, iż 

mogłaby   wzrokiem   wypalać   dziury,   kiedy   jednak   rozpoznała   natręta,   natychmiast   się 
rozpogodziła, odsłaniając w uśmiechu równe, białe zęby.

— Dick! — zawołała, zamykając jednocześnie szafkę.
— Kiepski poranek?
— Zwykłe duperele, a ja nie jestem dzisiaj w nastroju do nich.
— Zwykłe?
— Nawet trochę gorzej. — Zmięła jakiś papier i cisnęła do kosza. — Co cię sprowadza? — 

Spojrzała na nesesery. — Zostajesz na dłużej?

— Czyżbyś nic nie wiedziała?
W milczeniu pokręciła głową. Mrugnął w kierunku gabinetu Bruce’a.
— A on?
— Jeśli coś wie, to mi przynajmniej nie mówił.
— Jest u siebie?
Pokręciła głową.
— Ale w kraju jest?
— Też nie.
— Świetnie. Nie marzyłem o spotkaniu z nim.
Pokręciła głową z rozbawieniem.
— Jesteś niemożliwy.
— A jak Stevens? Mam się z nim skontaktować, jak tylko dotrę do Londynu.
— Mogę do niego zadzwonić.
— Nie, nie, sam zajdę. Zacząłem od wstąpienia tutaj, z szacunku dla pułkownika Bruce’a.
— Coś mi się wydaje, że chodziło o coś jeszcze — powiedziała z domyślnym uśmiechem.
Canidy wyrzucił w górę rękę z wyrazem grozy na twarzy.
—   Co   takiego?   Sugerujesz,   że   mogłyby   mną   powodować   inne   racje   niż   tylko   czysto 

honorowe?

— Do rzeczy, majorze. Czego chce się pan napić?
— Pani kapitan! Jest pani najdomyślniejszą istotą na świecie. Kawa byłaby znakomita.
Gdy wychodził, w plecy trafiła go kulka zmiętego papieru.

* * *

Podpułkownik Ed Stevens siedział za biurkiem z nogami opartymi na blacie. Trzymał w ręku 

gruby plik dokumentów; przeczytane odkładał na pierś.

Kiedy Canidy zastukał we framugę drzwi, jego siwiejący, czterdziestoczteroletni przełożony 

zatopiony był w zadumie.

— Niezmiennie zastanawia się pan nad zagadką świata, panie pułkowniku? — spytał Canidy.
Stevens uniósł wzrok i uśmiechnął się na widok Canidy’ego. Odłożył papiery na biurko i 

wstał.

— Czekałem na ciebie, Dick. Odstaw torby w kąt.
Canidy posłuchał, potem uścisnęli sobie dłonie.
— Miło cię znowu zobaczyć.
Canidy wzruszył ramionami.
— Mówiąc szczerze, wyjeżdżając, nie wykluczałem tego, że więcej się już tu nie zjawię. 

Wyszło na to, że jeśli paść na twarz przed szefem, szef odeśle cię z powrotem, byś ściągnął na 

background image

siebie ogień przeciwnika. Niezły ze mnie szczęściarz, prawda?

Stevens podniósł ostrzegawczo palec.
— Jesteś, Dick, bardzo dobry w tym, co robisz. Niełatwo cię zastąpić.
Przez chwilę patrzyli na siebie, potem Canidy przerwał ciszę.
— Są jakieś wieści do Stana Fine’a?
— Jest w Algierze i stara się zaprowadzić jakiś porządek w tym, co delikatnie określił jako 

„kompletny bajzel”.

Canidy uśmiechnął się.
— Powie mi pan, jak go tam odnaleźć?
Stevens przytaknął.
— Jasne.
— I uprzedzi pan, że jadę do niego?
— Jasne.
Zapukano do drzwi i weszła kapitan Dancy z tacą, na której stały dwie dymiące filiżanki z 

kawą, dzbanek z mlekiem i mała cukiernica; wszystko ustawiła na biurku.

— Dzięki, Helene — powiedział Stevens.
— Dzięki — przyłączył się Canidy i sięgnął po jedną z filiżanek.
— Nie ma za co, panowie. Dajcie znać, jeśli będziecie potrzebować czegoś jeszcze.
Uśmiechnęła się i opuściła gabinet.
Stevens także wziął kawę i postukał w plik dokumentów.
—   Przez   Ellisa   dostałem   do   rąk   własnych   informację   od   pułkownika   Donovana,   że 

przyjeżdżasz,   i   polecenie,   aby   przygotować   ci   wszystko,   co   wywiad   ma   na   temat   profesora 
Rossiego. — Z tymi słowami Stevens wręczył Canidy’emu brunatną kopertę, którą dostarczono z 
biura   wywiadu   mieszczącego   się   w   podziemiach   budynku.   Canidy   otworzył   kopertę,   ale   w 
środku znalazł ledwie kilka kartek papieru.

— Niewiele — przyznał Stevens — ale mamy świeżą wiadomość, że Rossiego widziano 

tydzień temu na uniwersytecie w Palermo.

„Palermo?” — pomyślał Canidy. „Na północy Sycylii. Rodzina i znajomi Noli mieszkają w 

Porto Empedocle na południu, ale na pewno można dostać się łódką. Jeśli zważyć na patrole 
niemieckie, to jednak trochę jak wyprawa łodzią z Nowego Jorku do Londynu”.

— Czy Bruce wie? — spytał.
— Nie. Donovan postawił sprawę jasno: o tej sprawie mamy wiedzieć ty i ja.
Canidy rozłożył ręce.
— Nie nalegałem na to, pułkowniku.
— Wiem, nie przejmuj się, Dick. To nie pierwsza supertajna operacja, i raczej nie ostatnia.
„O profesorze Dyerze Bruce także nie wiedział” — pomyślał Canidy.
— Eisenhower będzie wściekły, gdy się dowie — zauważył.
Generał   Eisenhower,   głównodowodzący   alianckich   sił   ekspedycyjnych,   odniósł   niedawno 

wielki sukces, kierując lądowaniem aliantów w ramach operacji Pochodnia w Afryce Północnej, 
a  teraz  chciał   powtórzyć  tamto  dokonanie,  w  ramach   operacji  Husky,   zdobywając   Sycylię   i 
Włochy.

Stevens milcząco pokiwał głową.
— No cóż, szef ma swoje powody.
— Ale, ale — rzekł Stevens. — Mądrej głowie dość dwie słowie, więc powiem tylko tyle: 

trzymaj się z daleka od podpułkownika Owena.

— Kto to taki?
— Warren J. Owen.  Jeden z przybocznych Ike’a w Algierze. Facet z Ivy League, ukończył 

background image

„Harvard”   w   trzydziestym   szóstym,   nie   lubi   cygar,   ale   pali   je,   aby   zadawać   szyku;   pija 
kosztowne wina — a przynajmniej lubi tak opowiadać — o jakich nawet nie słyszałeś. Chyba 
wyczuwasz, co to za typ.

Canidy skrzywił się i przytaknął.
— Co gorsza, ma rzadki talent do wygadywania bzdur, w które jak najbardziej wierzy.
Canidy zachichotał.
— Co mi niezmiennie przypomina Turcję. Jeśli turecki urzędnik mówi ci: „Nie ma sprawy”, 

znaczy to, że sprawy istotnie nie ma, gdyż on nie zamierza palcem kiwnąć.

— Wszystko zrobi dla awansu. Mniejsza o nazwiska, w każdym razie kilka dni temu ktoś w 

Savoyu powiedział, że gdyby można było dostać medal bojowy za wysiadywanie w damskiej 
toalecie, Owen byłby pierwszy w kolejce.

Canidy szczerze się roześmiał.
— Właśnie, wszyscy tak samo zareagowali. Najwyraźniej jest to tajemnica poliszynela. Moim 

zdaniem, bardzo niedobrze, gdy taka krąży opinia o wysokim oficerze, a szczególnie o kimś z 
najbliższego otoczenia Ike’a.

— Zgoda. Jeszcze coś o pułkowniku Owenie?
— Wszystko ma być w całkowitej zgodzie z regulaminem. Przypuszczam, że właśnie dlatego 

podoba się Ike’owi. To jednak znaczy, że ani sam nie mąci, ani też nie znosi nikogo, kto się tak 
zachowuje.

Stevens spojrzał znacząco na Canidy’ego.
— Jasne, jasne! — Canidy podniósł ręce w obronnym geście. — Ja mu się z pewnością nie 

spodobam.   Zwłaszcza   gdyby   dowiedział   się   czegokolwiek   o   tym.   —   Canidy   uniósł   w   górę 
kopertę. — Ike wyraźnie dał do zrozumienia, że jest złego zdania o BSS, i z pewnością dostałby 
szału, dowiedziawszy się, iż na Sycylii byliśmy przed nim.

— Otóż to — powiedział Stevens.
— Wiem przynajmniej, czego się pilnować. — Canidy zerknął na zegarek i zmienił temat. — 

Muszę wpaść w jedno miejsce, żeby dostarczyć damskie fatałaszki. — Ruchem oczu wskazał 
jeden z neseserów. — Potem chcę ze Scompton którymś z B–17 RAF polecieć do Algieru.

Stevens uśmiechnął się z aprobatą.
— Dobry plan, ostrożność jednak nie zawadzi. Kiedy powiedziałem, że jesteś dobry w tym, co 

robisz, miałem na myśli szpiegowanie. Ale zakochana kobieta potrafi być o wiele groźniejszą 
bronią niż wszyscy agenci wroga razem wzięci.

— Ostrzeżenie przyjęte, panie pułkowniku.

* * *

Gdy   Stevens   zadzwonił   do   garażu   z   poleceniem,   aby   podstawić   jeden   z   samochodów 

będących   do   dyspozycji   sekcji   londyńskiej   BSS   —   nie   rzucających   się   w   oczy   angielskich 
sedanów — pełniący dyżur Brytyjczyk  zameldował, iż niestety wszystkie pojazdy są właśnie 
użytkowane i, przykro powiedzieć, garaż stoi pustką.

Usłyszawszy   znaczne   rozczarowanie   w   głosie   Stevensa,   Brytyjczyk   natychmiast 

zaproponował rozwiązanie awaryjne. Jeśli chodzi o podrzucenie Canidy’ego pod jakiś londyński 
adres, może to zrobić swoim wozem brat podoficera, który właśnie wpadł z drugim śniadaniem.

Oferta została zaakceptowana.

background image

* * *

Canidy wyszedł  z budynku  z neseserem w każdym  ręku. Natychmiast  podeszło do niego 

dwóch   Brytyjczyków   po   cywilnemu,   mniej   więcej   dwudziestoletnich   i   wyglądających   jak 
bliźniacy.

— Mister Canidy? — spytał ten z nich, który stał po lewej.
— Tak.
— Na imię mam Robert, sir, a to mój brat, Harry.
—   Bardzo   dziękuję   za   przysługę.   —   Canidy   dostrzegł,   że   Harry   podejrzliwie   patrzy   na 

trzymane przez niego torby. — Jakiś problem? — spytał.

— Chce pan to zabrać ze sobą? — spytał Harry.
— Oczywiście. A w czym rzecz?
Bracia spojrzeli po sobie, potem jak na komendę odwrócili się, a w powstałej w ten sposób 

przerwie między nimi Canidy zobaczył, jakim samochodem dysponował Harry.

Był   to   jasnoczerwony   austin   seven   65   rocznik   1937   —   nazywany   „Nippym”   —   mały, 

dwumiejscowy   samochodzik,   niewiele   większy   od   kabiny   pasażerskiej,   długiej   na   metr 
osiemdziesiąt, może dwa metry, szerokiej na jakiś metr, a dach był, wydawało się, na wysokości 
biodra Canidy’ego.

„Chyba lepiej powstrzymać się od komentarzy” — pomyślał Dick.
Obaj bracia znowu na niego patrzyli. Robert, używając charakterystycznego dla Anglików 

eufemizmu, rzekł:

— Może być trochę ciasno. — Natychmiast jednak uśmiechnął się, pokazując zęby, które 

najwyraźniej domagały się interwencji stomatologa, i dorzucił: — Ale mój brat potrafi zdziałać 
cuda. Prawda, Harry?

Harry   odpowiedział   na   spojrzenie   Roberta   wzrokiem   pełnym   powątpiewania,   ale   odparł: 

„Prawda”. Robert wyjął Canidy’emu z ręki jeden z neseserów i rzucił:

— No to ruszajmy.
Natychmiast Harry także uwolnił Canidy’ego od bagażu, postawił torbę obok samochodu i 

wyciągnął z bagażnika linę. Potem opuścił pionowo opadającą klapę i przytroczył do niej oba 
nesesery. Wyprostował się, chyba trochę zdziwiony, że tak łatwo potwierdził opinię brata, w 
każdym razie uniósł dłonie w triumfalnym geście.

Robert tymczasem stał już przy otwartych drzwiczkach samochodu:
— Proszę wsiadać, Mister Canidy.
Dick wcisnął się na fotel pasażera, podczas gdy Harry zajął miejsce za kierownicą. Było tak 

ciasno, że dotykali się ramionami. Aby zrobić trochę więcej miejsca, Canidy wystawił rękę przez 
otwór w drzwiczkach — nie było tam żadnej szyby — i rękę położył na dachu.

„Cholera, taki karaluch, że gdybym spuścił rękę, kciuki otarłbym o asfalt!”.
— Na Woburn Square — polecił Canidy. Harry wyraźnie zawahał się. — Wiesz, gdzie to jest?
— Jasne, tylko że…
— Co?
— Nic, może nie mam racji.
Harry chwycił za drążek, z chrzęstem wrzucił jedynkę, zwiększył obroty silnika o pojemności 

747   centymetrów   sześciennych   i   zwolniwszy   sprzęgło,   włączył   się   do   ruchu.   Wóz,   bardzo 
wyraźnie przeciążony, podskakiwał na każdej nierówności jezdni i przy każdej zmianie tempa, a 
udręczony Canidy zaczął  się zastanawiać, czy ostatecznie  nie było  lepiej  udać się pieszo na 
Woburn Square.

Sprawnie operując biegami, Harry lawirował w gęstym potoku pojazdów, jadąc Brook Street 

background image

w kierunku Hanover Square. Na rondzie tak zaczął przemykać między wozami, że Canidy nie na 
żarty   lękał   się,   iż   przy   którymś   manewrze   torby   zerwą   się   z   klapy   bagażnika,   a   odciążony 
samochód   przekoziołkuje   i   będzie   dachował.   Na   szczęście   nie   stało   się   tak   i   Harry   opuścił 
Hanover Square, Mortimer Street kierując się na wschód.

Wszędzie widniały ślady bombardowań Luftwaffe, o których Canidy czytał w nowojorskich 

gazetach.   Niektóre   witryny   przesłonięte   były   dyktą,   ale   bywały   też   sklepy   kompletnie 
zniszczone. Przed tymi, które były czynne, stały kolejki kobiet i dzieci.

Przy   stoliku   ustawionym   na   chodniku   dwóch   policjantów   popijało   herbatę,   na   chwilę 

przerwawszy patrol, z całego baru pozostała tylko frontowa część, gdyż  cała reszta budynku 
runęła. Gdy Harry wykręcił w Gower Street, Canidy zobaczył, że ta partia śródmieścia wygląda 
jeszcze gorzej, a przecież Woburn Square był już bardzo niedaleko.

Obrócił głowę do Harry’ego, ale nie musiał się nachylać, gdyż jego nos niemal utknął w uchu 

kierowcy. Lekko się odchylił i spytał:

— Dużo tutaj zniszczeń?
— Tu i ówdzie bardzo ciężkie, ale są całe partie nietknięte.
Canidy zawahał się na chwilę z kolejnym pytaniem.
— A Woburn Mansions?
Harry lekko pokręcił głową.
— Niewielkie.
Kiedy wjechali na Woburn Mansions, wszystko było tak zmienione, że Canidy dopiero po 

kilku sekundach zdołał się zorientować. Zlokalizował skwer i przesunął spojrzenie w miejsce, 
gdzie powinien stać budynek numer 16.

Nie dowierzał własnym oczom. Dom, w którym mieszkała Ann, dom, który ze wszystkich 

dotychczasowych   nalotów   wyszedł   ledwie   z   kilkoma   skazami   na   frontonie,   legł   w   gruzach, 
podobnie jak budynki po lewej i po prawej stronie.

„Zostały tylko gruzy! Ale co z Ann? Co z Ann?!”.

background image

X

Jeden

Robert Treat Hotel
Newark, New Jersey
9 marca 1943 roku, 09:15

Kurt   Bayer   wszedł   do   hotelu   z   brązową   torbą   z   napisem   APTEKA   TRENTON/ 

OBSŁUGUJEMY   CAŁE   MIASTO/   TELEFON   HILL   4–3466.   W   środku   miał   fiolkę   z 
pięćdziesięcioma tabletkami podwójnej aspiryny, paczkę sterylizowanej gazy, rolkę plastra, parę 
nożyczek o obłych końcach, półlitrową butelkę z płynem antyseptycznym, a także bombonierkę z 
czekoladkami Whitman’s.

Rozejrzał się dokładnie po holu, ale nigdzie nie dostrzegł Richarda Kocha. Z jednej strony, 

ucieszyło go to, gdyż dowiedziawszy się, że Kurt pieniądze znowu wydał na Mary, Koch z 
pewnością po raz kolejny zacząłby się wymądrzać: trzeba ten związek przerwać jak najszybciej, 
skupić się na misji, i tak dalej, i tak dalej. Z drugiej jednak strony przypuszczał, że jego partner  
mógłby w obecnej sytuacji doradzić coś rozsądnego.

Wysiadłszy   z   windy,   zauważył   jakieś   poruszenie   z   prawej   strony.   Spojrzał,   ale   zamiast 

masywnego, włochatego faceta w czarnym garniturze zobaczył wysokiego, gładko zaczesanego i 
mającego pod nosem cienki wąsik mężczyznę o ciemnej cerze, który ubrany był w skórzaną 
kurtkę. Także i on miał jakiś kłopot z zamkiem.

„Pewnie   tamten   kudłaty   o   niczym   nie   powiedział   w   recepcji”   —   myślał   Bayer,   idąc   w 

kierunku pokoju 809. „A więc nikt się nie zajął naprawą”.

Otworzył   drzwi   i   wśliznął   się   do   środka   bezszelestnie,   aby   nie   obudzić   Mary.   Nie   spała 

jednak; lampka przy łóżku była zapalona, a dziewczyna usiadła, chociaż z wyraźną trudnością.

— Cześć, kochana.
— Cześć — odrzekła w uśmiechu, odsłaniając dziurę po wybitym zębie.
Uniósł rękę z torbą.
— Byłem w aptece.
— Dziękuję.
Bayer zdjął palto, w którego kieszeni spoczywał walther, przewiesił je przez oparcie fotela i 

podszedł do okna.

— Odsłonić? Jest piękny dzień, chyba lepiej się poczujesz.
— Może.
Lewą ręką wolno odsunął kotarę, wpuszczając do pokoju światło. Kiedy odwrócił się, omal 

nie wypuścił z ręki torby. Przez noc sińce pociemniały i zalały twarz jedną wielką plamą.

„Jeśli tylko uda mi się dorwać tego skurwysyna…!”.
Wyciągnął z torby bombonierkę, usiadł obok Mary i podał jej czekoladki.
— To dla ciebie.
— Jesteś cudowny.
Odłożyła bombonierkę na stolik obok telefonu. Przez dłuższy czas wpatrywali się w siebie, 

wreszcie Bayer przerwał ciszę.

— Mary, musisz mi opowiedzieć, co się stało.
Przymknęła oczy, ale nie odezwała się ani słowem.
— Okradziono cię?

background image

Dalej milczała.
— Ktoś zabrał ci pieniądze, które ci dałem?
Zaczęła cicho łkać.
— Przepraszam, kochanie, nie chcę, żebyś płakała, ale muszę się dowiedzieć.
Otworzyła oczy.
— A nie będziesz się wściekał?
— Wściekał? Na ciebie? Tylko mi powiedz, kto to zrobił.
Po dłuższej chwili bąknęła:
— Donnie.
— Co za Donnie?
— Donnie Paselli.
— Kto to taki?
W odpowiedzi Mary tylko zachlipała.
Bayer  wstał  i poszedł  do łazienki  po chusteczki.  Najpierw wyjął  z pudełka  jedną, potem 

chwycił całe pudełko i ustawił na bombonierce. Sięgnęła po chusteczkę, lekko stękając, wytarła 
nos, wydmuchując krwisty śluz. Podał jej nowe chusteczki, a zużyte wyrzucił do kosza. Zerknęła, 
potem umknęła z oczyma.

— Nazywają go „Małpą”.
— Ale dlaczego…
— To ten, o którym ci mówiłam. Ten facet, który mówi, że mam mu zwrócić pieniądze.
„Chyba nie dałaś mu moich pieniędzy, do cholery?!”.
— Nie dałaś mu tych pieniędzy ode mnie?
Pokręciła głową.
— Miałam niezapłacone rachunki, czynsz… — Znowu chlipnęła. — Proszę, nie bij mnie.
„Uderzyć cię? Najchętniej bym cię przytulił, ale boję się, że jękniesz z bólu!”.
— Ciii — powiedział.
„Muszę wciągnąć w to Kocha. Sam nie dam sobie rady”.
Sięgnął po słuchawkę i wykręcił zero. Kiedy zgłosiła się recepcja, powiedział:
— Z pokojem trzysta dziesięć, poproszę. — Długa przerwa. — To ja… Gdzie? W hotelu… 

Nie, poczekaj, teraz jest ważniejsza sprawa. Wpadłem w kłopoty, a więc obaj mamy kłopoty. Nie 
spodoba ci się to, ale… Nie, teraz nie mogę… Przestań wrzeszczeć. Przyjdź do pokoju osiemset 
dziewięć i wtedy ci wszystko wytłumaczę… Tak, osiemset dziewięć.

Odłożył słuchawkę i spojrzał na Mary. Patrzyła na niego ze strachem.

* * *

Po pięciu minutach rozległo się pukanie do drzwi.
„Chyba jest nie na żarty wściekły! Tak szybko!”.
Bayer podszedł do drzwi, przekręcił klamkę i nagle poczuł, że zatacza się odepchnięty przez 

drzwi, a potem niemal jednocześnie nastąpiły trzy rzeczy: ktoś chwycił go za gardło, przycisnął 
do ściany na prawo od łóżka i wymierzył między oczy z pistoletu.

Trzymał go — marki Bayer nie rozpoznał, natomiast dokładnie widział wylot lufy — wysoki 

mężczyzna o ciemnej cerze, którego widział na końcu korytarza, gdy wysiadał z windy.

— Ani słowa! — ściszonym głosem ostrzegł napastnik.
Bayer leciutko kiwnął głową.
Mary zakwiliła, obaj spojrzeli w jej kierunku.
— Wypierdalaj z tego łóżka, Mary — powiedział mężczyzna. — Chcę widzieć twoje ręce.

background image

Bayer nie wierzył własnym uszom. „To oni się znają?!”.
Facet, jak gdyby czytał w myślach Kurta, spojrzał mu w oczy i syknął:
— Przyszedłem po forsę, którą ta dziwka jest winna Donniemu! No, jazda. — Kiwnął głową 

w kierunku Mary.

— Już, już, Chris.
Mary niezdarnie wygrzebała się z łóżka i naga stanęła obok niego, usiłując posiniaczonymi 

rękami zasłonić piersi i łono.

„Więc to ty, skurwysynu!” — pomyślał Bayer.
Tamten machnął w kierunku Mary pistoletem.
— Rusz się i zamknij.
Mary kuśtykając, przemknęła obok nich i stanęła przy drzwiach. Zamknęła je, ale była tak 

słaba, że nie usłyszeli kliknięcia zamka zapadkowego.

— Ile? — spytał Bayer zduszonym głosem.
— Trzysta dolców plus setka za karę.
„Skatowanie jej nie było jeszcze dostateczną karą?!”.
Leciutko przytaknął. Gardło miał tak ściśnięte, że ledwie przełknął ślinę.
— I to zaraz! — warknął napastnik.
Bayer chrząknął.
— Mam tam, w portfelu. — Kiwnął głową w kierunku wiszącego na fotelu palta.
Chris zerknął w tamtym kierunku i mruknął:
— Daj no, Mary, tutaj ten łach.
Podreptała do fotela.
— Pospiesz się, ty szmato!

Dwa

Odłożywszy słuchawkę, Richard Koch natychmiast opuścił pokój i wsiadł do windy, ale na 

siódmym piętrze przypomniał sobie, że zostawił w pokoju broń. Wrócił więc i uzbrojony wjechał 
już na ósme piętro. Minął pokój 803, 805, 807, ale gdy zbliżył się do 809, zobaczył, że drzwi są 
odrobinę uchylone, a przez szczelinę usłyszał męski głos:

— Pospiesz się, ty szmato!
Poczuł, że włosy jeżą mu się na karku. Gratulując sobie przezorności, wydobył  pistolet i 

wprowadził nabój 9 mm do lufy. Bezszelestnie podszedł do drzwi od strony zawiasów, potem 
nachylił się, usiłując coś dostrzec przez szparę, ale zobaczył tylko skrawek wykładziny i kawałek 
jakiegoś mebla. Usłyszał kobiecy szloch, a potem ten sam męski głos pytający:

— W której kieszeni?
„Kieszeni?”.
Odpowiedź była niezrozumiała, lecz bez wątpienia udzielił jej Bayer, i to udzielił w stanie 

najwyższego stresu.

„Nie wiem, ile tam jest osób!”.
Delikatnie nacisnął na drzwi, ustąpiły o kilka centymetrów; zaczekał, czy będzie jakaś reakcja, 

potem   zajrzał   przez   szerszą   teraz   szczelinę.   Z   przerażeniem   zobaczył   nagą   dziwkę   Bayera, 
posiniaczoną i poranioną; trzymała w ręku palto Bayera.

„Kurt ją zlał? I teraz jej alfons przyszedł wyrównać rachunki? Powiedział, że wpadł w kłopoty 

i to nasze wspólne kłopoty. Głupi skurwysyn! Mówiłem mu, że to tak się skończy!!!”.

background image

Odetchnął głęboko i powolutku zaczął otwierać drzwi.

Trzy

Christopher Salemo nosił przydomek „Egzekutor” i był z tego dumny. Głównie zajmował się, 

jak to sam określał, „ściąganiem długów”.

Miał   trzydzieści   jeden   lat,   a   perswazjami   wobec   dłużników   trudnił   się   od   dziesięciu   lat, 

przedtem — porzuciwszy szkołę w Hoboken — kilka lat wałęsając się po ulicy i rozglądając za 
jakimkolwiek szybkim zyskiem.

Po dekadzie pracy dla Donniego Pasellego, zwanego „Małpą”, uważał się za prawdziwego 

zawodowca.   Bardzo   dbał   o   formę   fizyczną,   ale   obok   sprawności   cielesnej   ważna   też   była 
psychiczna. Na przykład, w trakcie akcji trzeba mieć zawsze oczy wokół głowy. Chociażby teraz 
— miał we krwi moc adrenaliny, ale musiał nad tym panować i trzymać sprawy pod kontrolą, 
aczkolwiek jak na razie wszystko szło jak z płatka.

Skoro   Mary   opóźniała   się   ze   spłatą   długu,   bez   trudu   ustalili,   w   jakim   numerze   się 

zakotwiczyła,   a   potem,   cóż,   trzeba   jej   było   trochę   przylać,   w   trakcie   czego   wykrztusiła,   że 
posuwa ją teraz niejaki Kurt, który miał jej wyznać, że to on wraz z kolegą odpowiada za ostatnie 
eksplozje.

Paselli poczekał na korytarzu, by ocenić, z kim mają do czynienia, a potem kazał Salemowi 

wykończyć całą operację.

Mierzył teraz z półautomatycznego colta kaliber .25 w czoło Bayera. Pistolet był nie większy 

niż dłoń Chrisa, ale dobrze się spisywał w takich jak ta sytuacjach. Trzymał go w lewej ręce, 
prawą zaś ściskał Bayera za gardło, a ponieważ był dobre dwanaście kilogramów cięższy od 
tamtego, więc był panem sytuacji.

Kiedy zerknął na Mary, zobaczył, że jej wzrok ucieka do drzwi. A te powolutku się otwierały. 

Nie zdejmując ręki z gardła palanta, Salerno oderwał Bayera od ściany i przemknął za niego. 
Pistolet mierzył teraz w tył czaszki, tuż pod nasadą lewego ucha.

— Jedno słowo i po tobie! — syknął Bayerowi do ucha.
Drzwi gwałtownie się otworzyły, ukazując przykucniętego mężczyznę, który szybkim ruchem 

zbrojnej w pistolet dłoni omiótł pokój.

Salerno nacisnął spust. Rozległ się trzask, zużyta łuska wylądowała na łóżku, a mechanizm 

pistoletu wprowadził do komory świeży nabój. Ciało Bayera zwisnęło bezwładnie, Mary rozdarła 
się przeraźliwie.

Używając trupa jako tarczy, Salerno pchnął go na szarżującego napastnika, a sam padł na 

podłogę i przeturlał się w lewo. Tamten strzelił dwa razy, ale dwa razy chybił, natomiast Salerno 
z   czterech   pocisków   jeden   umieścił   w   podbrzuszu   przeciwnika,   a   drugi   w  prawym   kolanie. 
Mężczyzna zwalił się na zwłoki Bayera i stoczył z nich ku Salemowi, ten zaś przystawił mu lufę 
colta   do   podstawy   czaszki   i   wypalił,   następnie   błyskawicznym   ruchem   wyrwał   z   przedniej 
kieszeni spodni świeży magazynek, wcisnął go w miejsce starego, przeładował i wycelował.

Żadnego ruchu. Zerknął  na Bayera;  z lewego ucha wyciekała krew. W głowie żadnego z 

zabitych nie było widać rany wylotowej; pociski zostały w czaszkach, dewastując mózgi.

Salerno   wziął   pistolet   drugiego   z   mężczyzn   —   „No   proszę,   walther!”   —   i   schował   do 

kieszeni.

Słysząc histeryczny szloch Mary, poszukał jej wzrokiem. Znalazł ją w łazience. Leżała na 

lewym boku, głowę ochraniając rękami, z szyi ciekła stróżka krwi. „Cholera, któryś z nas musiał 

background image

ją trafić; ale jatka!”.

Odciągnął rękę Mary i przytknął lufę colta do prawego ucha. Ciało dziewczyny gwałtownie 

drgnęło i znieruchomiało.

Salerno wrócił do pokoju, gdzie przejrzał kieszenie palta; w prawej znalazł pistolet.
„O kurczę, znowu walther! I to taki sam!”.
Schował drugi pistolet i zaczął szukać pieniędzy, ale nie znalazł żadnych.
— Skurwiel! — mruknął pod nosem i zajął się kieszeniami spodni Bayera, jednak i tam nie 

znalazł żadnej forsy. Rozzłoszczony wymierzył kopniaka zwłokom, podszedł do drugich i także 
przeszukał   kieszenie.   W   prawej   znalazł   rulon   banknotów.   Wyjął   je   z   gumowej   opaski   i 
przeliczył.  Pięć tysięcy trzydzieści  jeden dolarów. Nieźle.  Znowu je zwinął i spiął;  w lewej 
kieszeni był klucz do pokoju 310.

„Tam może będzie jeszcze więcej
Podszedł do telefonu i z pamięci wykręcił numer.
— Mam forsę, ale trzeba tu posprzątać… Tak, niespodzianki… Trzy… Jakiś drugi facet, nie 

wiadomo skąd… Zajmij się tym, dobra?

Odłożył   słuchawkę,   jego   wzrok   padł   na   bombonierkę.   Otworzył,   wyszukał   wiśnię   w 

czekoladzie  i wrzucił  ją do ust. Chwilę  ssał, przełknął,  oblizał  usta, potem zaczerpnął  garść 
czekoladek, wrzucił do kieszeni skórzanej kurtki i wyszedł z pokoju.

Cztery

Algier, Algieria
12 marca 1943 roku, 16:25

Gwałtowny   wstrząs   obudził   majora   Richarda   M.   Canidy’ego   należącego   do   Korpusu 

Powietrznego  Wojsk Lądowych  USA. Potrzebował chwili, aby się zorientować, co się stało. 
Zasnął, i to głęboko, na podłodze B–17, tuż obok grodzi. Mógłby starać się zasnąć na jednym z 
foteli ulokowanych wzdłuż kadłuba, zabezpieczywszy się pasami. Z doświadczenia wiedział, że 
byłaby to podróż tak niewygodna, iż postanowił zaryzykować, układając się na podłodze. Ryzyko 
polegało na tym, że gwałtowny manewr — jak przed chwilą — wyrzuci go w powietrze i może 
nawet spowodować obijanie się po kadłubie.

Leciał na końcu liczącej cztery maszyny eskadry B–17. Każdy z ogromnych bombowców był 

cudem techniki lotniczej. B–17 miał cztery silniki Wright Cyclone o mocy tysiąca dwustu koni 
mechanicznych każdy. Miał szybkość podróżną prawie trzysta kilometrów na godzinę i zasięg 
ponad trzech tysięcy kilometrów przy obciążeniu trzech ton bomb (mógł udźwignąć trzy razy 
więcej, ale na mniejszą odległość). Jego uzbrojeniem było trzynaście karabinów maszynowych 
kalibru .50, które rozmieszczone były po całym kadłubie.

Latające   Fortece   poniosły   ich   z   Anglii   na   południe   nad   Atlantykiem,   potem   wzdłuż 

zachodniego wybrzeża Hiszpanii, następnie zaś na wschód nad Marokiem do Algierii.

Lot przebiegł na szczęście bez żadnych zakłóceń, co — jak Canidy wiedział — nie było regułą 

w przypadku B–17. W Korpusie Powietrznym opowiadano, że kiedy miesiąc wcześniej generał 
Eisenhower leciał mniej więcej tą samą trasą, aby na konferencji w Casablance spotkać się z 
prezydentem   Rooseveltem,   premierem   Churchillem   oraz   najwyższą   generalizacją,   w   jego 
Latającej Fortecy wysiadły dwa silniki. Ponieważ istniało poważne niebezpieczeństwo, że B–17 
nie dotrze do celu, Ike większość lotu spędził w uprzęży spadochronowej.

Canidy poczuł, że maszyna robi ostatni nawrót przed podejściem do lądowania na lotnisku 

background image

Maison Blanche.

Wstał, usiadł na jednym z foteli i zapiął pas.
Westchnął.
No   cóż,   z   przelotem   poszło   dobrze,   ale   to   wcale   nie   znaczyło,   że   nie   miał   się   czym 

przejmować.

Najbardziej nękała go myśl, co stało się z Ann Chambers.
„Wypytywałem, kogo się dało, wszystko na nic”.
Zadzwonił   do   Stevensa,   ten   obiecał,   że   BSS   ustali,   co   z   Ann,   a   wtedy   natychmiast 

porozumieją się z Canidym. Z kolei szef londyńskiego biura Chambers News Service — który 
także  dopiero  od  niego  dowiedział   się  o zbombardowaniu   Woburn  Mansions  — obiecał,  że 
wszelkie   wiadomości   o   losie   swej   podwładnej   (a   córki   szefa)   przekaże   podpułkownikowi 
Stevensowi.

„Na wojnie tak już jest, ludzie znikają, ale się odnajdują. Panie! Nigdy Cię nie zadręczałem 

swoimi prośbami, jednak teraz błagam: niech Ann się odnajdzie!”.

* * *

Canidy   zatrzymał   się   przed   Centrum   Operacyjnym   bazy   i   zdegustowany   pokręcił   głową. 

Kłębiący się przed nim tłum kilkudziesięciu osób wskazywał na brak skutecznego zarządzania 
logistycznego.   Przypomniało   mu   się   mrowisko   i   zachowanie   mrówek,   gdy   ktoś   znienacka 
rozdepcze ich siedzibę.

Poczuł,   że   ktoś   wyjmuje   mu   z   lewej   ręki   neseser,   i   odwrócił   się   gwałtownie,   gotów   do 

zdecydowanej reakcji.

— A to co…
Zaczął,   ale   urwał,   gdyż   stojący   przed   nim   chudy,   ciemnoskóry   mężczyzna,   o   gładko 

wygolonej, wąskiej twarzy i bystrych, migdałowych oczach, ruchem głowy wskazał parking i 
powiedział z wyraźnym francuskim akcentem:

— Taxi! Taxi!
„Właściwie, czemu nie?” — pomyślał Canidy i poszedł za tamtym,  w prawej ręce niosąc 

torbę, gdzie kilka ciuchów przykrywało Johnny’ego i amunicję.

Parking bardziej przypominał składowisko wraków samochodowych. Kiedy mężczyzna stanął 

przy   peugeocie   402   rocznik   1936,   Canidy   zatęsknił   za   austinem   „Nippym”.   Czarny   lakier 
samochodu w licznych miejscach został pokonany przez rdzę, bagażnik nie miał pokrywy, tylny 
zderzak był mocno wgięty do środka, w tylnym oknie ziała dziura po szybie.

Mężczyzna  ustawił neseser w odkrytym  bagażniku i dał znak Canidy’emu,  żeby zrobił to 

samo.

„Jeszcze czego! Żeby ktoś gwizdnął torby, gdy będziemy stali na światłach!”.
Ruchem brody wskazał tylne siedzenie; tamten zrozumiał, przeniósł torbę na fotel z tyłu, na 

którym chwilę później wylądowała druga, podczas gdy Canidy zajął miejsce obok kierowcy.

— Villa de Vue de Mer — polecił Canidy.
— Villa de Vue de Mer? — powtórzył taksówkarz ze zdziwieniem w głosie.
„O co mu chodzi? Przeciw Stevens powiedział, że tam się zatrzymał Fine”.
— Tak, Villa de Vue de Mer — powtórzył z przekonaniem, a taksówkarz kilkakrotnie pokiwał 

głową.

Okazało się, że droga nie była wprawdzie daleka — dwanaście, góra piętnaście kilometrów — 

ale   zajęła   im   dobrze   ponad   dwadzieścia   minut,   gdyż   wąskie   uliczki   Algieru   pełne   były 
wymieszanych ze sobą samochodów, wózków, zwierząt i przechodniów.

background image

Canidy   usiłował   skupić   się   na   tym,   że   pogoda   jest   przepiękna,   temperatura   łagodna, 

popołudniowe niebo bezchmurne i jasne.

Ze wzgórza, na które wspiął się samochód, roztoczył się widok na naturalną zatokę portu i 

rozciągające się dalej Morze Śródziemne.

Przy nabrzeżach portowych  wszystkimi  kolorami  lśniły drewniane kutry rybackie,  między 

którymi widać też było okręty amerykańskie i kilkanaście jednostek typu Liberty. Połyskując w 
promieniach zachodzącego słońca, bujały nad portem balony zaporowe, które chroniły statki i 
okręty przed atakami z powietrza.

Co  chwila  korzystając  z   klaksonu,  kierowca   zaczął  zjeżdżać  ku  centrum  miasta.  Za  sobą 

zostawili luksusowy Hotel St. George, z jednej strony spoglądający na port, z drugiej — na 
miasto. Canidy wyczytał, że hotel zbudowano w roku 1889, a utrzymany we francuskim stylu 
kolonialnym  budynek otaczały ogrody i tarasowe gaje palmowe. Przewodnik informował, że 
wnętrze   jest   olśniewające,   z   wysoko   sklepionymi,   zdobnymi   plafonami   i   ścianami,   które 
wyłożono różnobarwnymi, ręcznie malowanymi kaflami. Już nie z przewodnika Canidy wiedział, 
że właśnie Hotel St. George generał Eisenhower uczynił swą kwaterą główną, co oznaczało, iż 
mnóstwo w nim było najwyższych sztabowców, każdy z własnym orszakiem adiutantów.

„Od takich miejsc lepiej trzymać się z daleka”.
Mijając targ, zwolnili na tyle, że Canidy zdążył rozejrzeć się po straganach, a także kupcach i 

klientach. Jeden z przechodniów spojrzał w okno taksówki, przechodząc przed maską.

„Niech mnie cholera” — pomyślał Canidy. „Albo Francisco Nola, albo jego bliźniak”. Ale 

mężczyzna ani nie zwolnił kroku, ani nie przedłużył spojrzenia i po chwili rozpłynął się w tłumie. 
„Niewiarygodne,   ale   z   drugiej   strony…   kto   wie,   jak   licznie   rozsiane   są   geny   Noli   i   jego 
krewniaków po obu stronach Morza Śródziemnego”.

Kiedy   wyrwali   się   z   tłumu   kłębiącego   się   wokół   jarmarku,   kierowca   wykręcił   w   wąską 

uliczkę, pojechał w górę niezbyt stromego stoku i minąwszy trzy przecznice, zatrzymał się przed 
dużą willą w stylu kolonialnym, podobną do hotelu St. George, tyle że dwa, może trzy razy 
mniejszą,   z   fasadą   otynkowaną   na   różowo.   Nic   nie   sugerowało,   że   jest   to   coś   innego   niż 
prywatna rezydencja.

— La Villa de Vue de Mer — oznajmił kierowca i wysiadł z samochodu.
Canidy wziął z tylnego fotela oba nesesery; nie wiedział, ile zapłacić taksówkarzowi, który 

zastygł w oficjalnej pozie. Postawił torby na ziemi i trzykrotnym gestem wyprostowanych dłoni 
dał znak mężczyźnie, aby spokojnie poczekał.

Tamten spojrzał na niego podejrzliwie, ale kiwnął głową.
Canidy podszedł do solidnych dębowych drzwi, na których znajdowała się mosiężna kołatka, 

a obok niej małe okienko o powierzchni jakichś dwudziestu pięciu centymetrów kwadratowych.

Zastukał, okienko otworzyło się chwilę później, a w nim ukazała się chmurna twarz mniej 

więcej  pięćdziesięcioletniego  mężczyzny,  najwyraźniej  miejscowego. Nic nie  mówiąc,  uniósł 
brwi, jakby pytał: „Czego?”.

Canidy zerknął przez ramię na kierowcę przyglądającego się mu z mieszaniną niepokoju i 

zaciekawienia, następnie powiedział:

— Aptekarz do Aptekarza Dwa.
Podpułkownik Stevens zapowiedział Canidy’emu, że uprzedzając Fine’a o jego przybyciu, 

poda te kryptonimy.

Algierczyk skrzywił się, jakby nagle poczuł jakiś smród.
„Co tu się dzieje, do cholery?”. Na wszelki wypadek powtórzył po francusku:
— Pharmacien pour Pharmacien Deux.
Wizjer zamknął się.

background image

Canidy odwrócił się do kierowcy i pokazał mu uniesiony kciuk.
Po kilku minutach z drugiej strony drzwi doleciał dźwięk ciężkiej zasuwy, potem wierzeje 

otworzyły   się,   ukazując   szczupłego   i   gibkiego   kapitana   Stanleya   S.   Fine’a   z   Korpusu 
Powietrznego Wojsk Lądowych USA.

Za nim stał ze zmarszczonym czołem pilnujący wejścia Algierczyk.
Fine spojrzał nad ramieniem Canidy’ego.
— Niezłe auto — powiedział. Canidy wzruszył ramieniem.
Fine machnął na portiera, aby wziął od Canidy’ego nesesery.
— Miło cię znowu widzieć — rzekł Canidy i wyciągnął rękę. — Ile mam dać taksówkarzowi? 

— spytał.

Fine   powiedział   coś   po   francusku   do   Algierczyka,   który   ustawił   torby   w   kącie   holu,   a 

następnie podszedł do kierowcy i głośno zaczął się z nim wykłócać o taryfę.

— Chodź, napijemy się czegoś — powiedział Fine. — Akurat będziesz mógł obejrzeć zachód 

słońca. To naprawdę coś.

Fine zamknął drzwi, wtedy Canidy zobaczył, że blokowała je długa, gruba belka, zakładana na 

dwa stalowe jarzma po obu stronach framugi. Fine podążył za jego spojrzeniem.

—  Takie  małe   zabezpieczenie.   —  Objął  Canidy’ego   ramieniem.  —  Chodź,  trzeba  uczcić 

spotkanie.

Fine nalał do dwóch szklaneczek whisky i wyszedł na niewielki balkon, gdzie stał oparty o 

ścianę Canidy i chłonął roztaczający się przed nim niesamowity widok miasta łagodnym stokiem 
schodzącego ku portowi, odległemu o jakieś dziesięć kilometrów.

Słońce   —   czerwona   kula   zapadająca   się   za   horyzont   —   powlekło   niebo   najróżniejszymi 

odcieniami czerwieni i pomarańczy, które pokryły też statki, okręty, balony zaporowe, a także 
budynki w porcie i mieście.

— Piękne, naprawdę piękne — powiedział Canidy, sięgając po jedną ze szklanek. Spojrzał na 

Fine’a. — Można się do tego przyzwyczaić?

Fine trącił się z nim w toaście.
—   Mówiąc   szczerze,   nie.   Stale   wrażenie   jest   ogromne.   Napili   się   whisky,   przez   chwilę 

wpatrywali w niebo, aż wreszcie Fine powiedział:

— Przykro mi, że muszę zburzyć nastrój, ale zawsze byłem zdania, że złe wiadomości trzeba 

przekazywać  jak najprędzej. — Z kieszeni wyjął kartkę papieru i podał Canidy’emu.  — To 
znaczy wiadomość sama w sobie nie jest zła, ale chyba wolałbyś coś innego.

— „Żadnych nowin” — przeczytał na głos Canidy.
— Wiem, jak bardzo chciałbyś się dowiedzieć o Ann, ale…
Fine rozłożył bezradnie ręce.
Canidy przeniósł wzrok na chowające się za horyzontem słońce.
„Ależ Ann podobałby się ten widok!”.

* * *

— Najpierw ci opowiem o tym, co tutaj zastałem — powiedział Fine, powracając z nowym 

drinkiem. — A potem ty przedstawisz swoje życzenia.

— Ok. Zacznijmy od tego, jak załatwiłeś tę willę?
— Należy do Pameli Dutton, wdowy po koledze ze studiów Donovana, który dorobił się ni 

mniej,  ni więcej  tylko  na butach.  Damskich.  Pani Pamela,  która  ma,  czy raczej  miała,  tutaj 
rodzinę,   czas   swój   dzieli   między   Algierię   i  Włochy,   gdzie   znajduje   się   największa   fabryka. 
Wynajęła nam ten dom za dziesięć dolarów rocznie, w nadziei, że dzięki temu nikt go nie zajmie. 

background image

I tak zainstalowało się tutaj BSS.

— A co na to Kwatera Główna?
— Niezbyt zachwycona. Zasadniczo jej podlegamy…
— Siedzibę mają w St. George?
—   Przynajmniej   generalicja.   Z   uwagi   na   podporządkowanie   winniśmy   dostarczać   im 

wszystkie wiadomości, jakie zdobywamy, ale specjalnie się z tym nie spieszymy i reagujemy 
tylko na wyraźne żądania. Dlatego bardzo korzystne jest przestrzenne oddalenie. Canidy pokiwał 
głową.

— Wszystko po staremu.
—   Nie   ma   się   nad   tym   co   rozwodzić.   Ważniejsze   jest,   że   powtarzając   model   Korsyki, 

organizujemy   grupy,   które   przerzucone   do   Francji   zaczną   budować   siatkę   oporu.   To   samo 
rozwiązanie,   dowodzi   oficer   wywiadu,   któremu   podlega   oficer   łącznikowy   i   dwóch 
radiooperatorów.

— Anglicy zajęli Club des Pins, ośrodek plażowy, gdzie trenują swoich i naszych ludzi w 

telegrafii oraz kryptografii. Prowadzą nawet kursy spadochronowe. I… i to już wszystko. Nie 
szukam usprawiedliwień, ale jestem tutaj od niedawna.

— Tak, wiem — przyznał Canidy. — I tak brzmi nieźle.
Zajęli się drinkiem. Wreszcie odezwał się Fine.
— Rozumiem, że teraz ty sam zostaniesz przerzucony.
Canidy przytaknął.
— To konieczne, Stan. Bardzo nam zależy na tym facecie. A poza tym mam bezpośrednie 

rozkazy od szefa. — „A jeśli nie wrócę, cóż, trudno. Wszyscy ryzykujemy.  Ann także”.  — 
Najbliższy kłopot, jak dostać się do Palermo.

Fine na chwilę się zamyślił, a potem spytał:
— A gdyby tak PT z Bizerty?
Drewniane łodzie patrolowo–torpedowe Elco były bardzo szybkie i silnie uzbrojone. Długie 

na dwadzieścia pięć metrów napędzane były trzema dwunastocylindrowymi silnikami Packarda o 
mocy   tysiąca   pięciuset   koni   mechanicznych   każdy.   Ich   uzbrojenie   stanowiły   karabiny 
maszynowe kalibru .50, wyrzutnie torped, ładunki głębinowe, a także działko przeciwlotnicze 40 
mm.

— Zastanawiałem się nad tym, bo to kusząca perspektywa, ale… Jesteś wtedy zbyt widoczny, 

dystans duży, a poza tym przy PT ważne są spokojne morze i dobra widoczność.

— Zgoda. Pod wodą?
— Do rozważenia. Masz jakiś okręcik pod ręką?
—   Nie   całkiem   pod   ręką.   W   każdym   razie   za   trzy   dni   będzie   dostawa   dla   Piaskarza   na 

Korsyce.

— Korsykanie zwerbowani przez Deuxième Bureau?
— Tak. Weźmie ich Casablanca, a na wybrzeże dotrą w pontonach.
Canidy wyciągnął rękę w z drinkiem w kierunku godziny pierwszej.
— Chciałem delikatnie przypomnieć, Stan, że Korsyka to otoczona morzem wyspa leżąca 

gdzieś w tym kierunku. A Sycylia… — teraz ręka wskazywała godzinę trzecią — …znajduje się 
mniej więcej tam.

Fine wzruszył ramionami.
— Dlaczego po załatwieniu Korsyki nie mieliby podrzucić cię na Sycylię?
Canidy zmarszczył brwi.
— A potem zaczekać na ciebie w morzu albo na dnie?
Oczy Canidy’ego rozbłysły.

background image

— Poczekaj… gdyby najpierw mnie wysadzili, a zabrali w drodze powrotnej? W tym samym 

miejscu, gdzie wysiądę, plus jakieś awaryjne rozwiązanie.

— Brzmi rozsądnie — przyznał Fine. — Co jednak, jeśli na Korsyce pojawią się problemy?
— Przy każdym rozwiązaniu jest jakieś ryzyko. Poza tym mogę się przyczaić na Sycylii i 

zaczekać.

Fine rozważył te słowa.
—   Jeśli   to   ci   odpowiada,   Dick,   nie   widzę   przeciwwskazań   —   rzekł.   —   Tylko…   Tylko 

problem z tym, że zawsze znajdzie się tu ktoś, kto uważa, że nie mam racji.

— Niejaki pułkownik Owen?
Fine przytaknął.
— On… także inni, ale dam sobie z tym radę. Natomiast co do ciebie: czego ci potrzeba?
— Niczego, wszystko mam ze sobą, włącznie z pięknym, nowym erkaemem Johnsona.
Fine uniósł brwi.
— Proszę, proszę, a gdzie go zdobyłeś?
Canidy   opowiedział,   w   jaki   sposób   on   i   Vollmer   dostali   po   Johnnym   od   Joego   Lanzy, 

„Skarpety”.

— Nie do wiary — powiedział Fine. — Chociaż gdy się zastanowić chwilę, to wcale nie 

niemożliwe. Szczególnie gdy zważyć na to, jakie podejrzane typy krążą tu po mieście.

— Ale, ale… Jak jechaliśmy, zobaczyłem na ulicy faceta, który absolutnie nie ma prawa tutaj 

być.

— Wszystko tu jest rozgrzane do białości w oczekiwaniu na operację Husky. Pełno szpiegów 

ze   wszystkich   krajów   alianckich,   ale   także   agentów   komunistycznych,   faszystowskich, 
nazistowskich,   którzy   bez   wątpienia   potrafią   dodać   dwa   do   dwóch.   Mówiąc   szczerze,   nie 
zdziwiłbym się specjalnie, gdybym zobaczył gdzieś papieża.

Canidy w zamyśleniu wpatrywał się w morze.
— Należy więc oczekiwać, że także inne, podobne do mnie, osoby będą się przedostawać na 

Sycylię.

Fine pokiwał głową.
— Jeśli już się nie przedostały.
— Szef musi się w tym orientować. — Po dłuższym milczeniu Canidy ożywił się. — Nie, 

czekaj, jednak czegoś potrzebuję. Przyda mi się materiał wybuchowy, bo może trzeba będzie 
urządzić jedną czy dwie eksplozje. Trochę C–2, co ty na to?

— Nie ma sprawy.
— Nic więcej.
— Dobrze. Zadzwonię i coś nam dostarczą na kolację. Niewybuchowego.

Pięć

1010 East 83 Ulica
Nowy Jork
8 marca 1943 roku; 01:35

Erik Vollmer opuścił wraz z Ingrid Müller Wagner’s Restaurant and Market. Poszli na zachód 

w kłopotliwym milczeniu, które coraz bardziej ciążyło Vollmerowi, nie chcącemu publicznie 
rozwijać wątku German–American Bund.

— Widziałaś ostatnio jakiś dobry film? — spytał w końcu.

background image

— Nie. A ty?
— Niebiosa mogą zaczekać był niezły.
— Mnie się mdło robi na samą wzmiankę.
Popatrzył na nią zdziwiony.
— Dlaczego? Mnie się bardzo podobał. Taki romantyczny.
— Ubiegałam się o główną rolę.
— Och! Przepraszam, nie wiedziałem.
Znowu zapadło milczenie, które Ingrid przerwała, gdy przeszli przez Park Avenue.
— Nie zrozum mnie źle. Gene Tierney była świetna jako Martha Strable. Bardzo ją lubię. Ale 

mi ta rola była bardzo potrzebna. Bardzo.

— I co się stało?
— Nic. Jak ci mówiłam, w tym cała rzecz, że nic.
— Nie rozumiem.
— Ernst powiedział, że studio się na mnie nie zgadza.
— Ernst?
— Lubitsch.
— Aha.
— Może powinnam zmienić nazwisko i zacząć wszystko od początku. Albo wziąć się za 

reżyserię, bo jak widać, po drugiej stronie kamery śmiało może stanąć ktoś z Berlina. Ale aktorka 
— nie, co to, to nie.

Zatrzymali się przed wejściem do wysokiego apartamentowca. Mosiężna tabliczka w murze 

obwieszczała: ROY ALTON TOWERS.

Za parą drzwi o grubych szybach stał portier, po trzydziestce, ponad metr dziewięćdziesiąt, 

jakieś   sto   kilogramów   wagi,   odziany   w   granatowy   uniform   ze   złotymi   szamerunkami.   Bez 
najmniejszego wysiłku otworzył lewe skrzydło.

— Dobry wieczór, miss Müller — powiedział, kłaniając się.
Odpowiedziała swoim firmowym śmiechem.
— Jaki tam wieczór, Harold. Zaraz będzie świtać.
— Tak jest, madam. Oczywiście. Zatem dobry ranek. — Popatrzył podejrzliwie na Vollmera i 

rzekł sztywno: — Dobry ranek, sir.

Erik kiwnął głową i podążył za Ingrid do wind, rozglądając się po drodze po holu wyłożonym 

marmurami i oświetlonym kryształowym żyrandolem.

„Może   nie   dostaje   głównych   ról,   ale   honoraria   i   tak   są   niezłe.   To   nie   wygląda   na   tanie 

miejsce”.

Ingrid czekała w lewej windzie, nogą blokując drzwi, aby się nie zamknęły. Erik wsiadł i 

zobaczył, jak aktorka wciska guzik z numerem 9. Winda ruszyła, jechali w milczeniu.

„Co ciekawe, nie mieszka w Yorkville; ani nawet w pobliżu. Zupełnie, jakby Trzecia Aleja 

stanowiła   linię   oddzielającą   dobrą   dla   niej   część   miasta   od   złej”.   Ich   oczy   się   spotkały, 
uśmiechnęli się do siebie. „Jaki wniosek płynie z tego, że Ingrid nie chce mieszkać pośród swych 
ziomków w Yorkville?”.

Winda osiągnęła dziewiąte piętro i stanęła. Drzwi się rozsunęły.
Korytarz stanowił pomniejszoną wersję holu: marmury, lśniący żyrandol. Południowy koniec 

kończył się oknem, z którego widać było piękną panoramę tej części miasta. Vollmer stwierdził, 
że   odrobinę   wychyliwszy   się   w   bok,   może   zobaczyć   Metropolitan   Museum   of   Art,   a   także 
ciemną plamę Central Parku.

— Pięknie — powiedział.
Ingrid stała z pękiem kluczy w ręku przed drzwiami w połowie korytarza. Na kremowym tle 

background image

widniała czarna cyfra 911, na framudze czerniał przycisk dzwonka.

Miała kłopoty ze znalezieniem odpowiedniego klucza.
„Ale   jest   zdenerwowana.   Ktoś   by   pomyślał,   że   jestem   pierwszym   odwiedzającym   ją 

mężczyzną”.

— Może mi szybciej pójdzie — powiedział, ale właśnie trafiła na właściwy klucz i włożyła go 

do zamka w okrągłej klamce.

Otworzyła drzwi, pchnęła je i cofnęła się, mówiąc:
— Wejdź, proszę.
Vollmer kiwnął głową i wszedł do przedpokoju. Za nim poszła Ingrid.
— Zaraz zapalę — powiedziała, przesunęła się obok Erika i sięgnęła ręką do kontaktu po 

lewej, ale w tym samym momencie on usłyszał jakiś szelest z tyłu. Lewą ręką chwycił przegub 
Ingrid, nie pozwalając zaświecić światła, prawą wyrwał zza paska na plecach swoją czterdziestkę 
piątkę, ruchem kciuka ją odbezpieczając, a jednocześnie całą masą ciała rzucił się na drzwi. 
Poleciały w tył, ale się nie zamknęły. Zatrzymały się o dobrych dwadzieścia centymetrów od 
framugi, a z tego, co je zatrzymało, wydobyło się głuche stęknięcie, w ślad za nim metaliczny 
brzęk koło stopy Vollmera… — „Co to, kurwa, było?” — …i odgłos wystrzału z małokalibrowej 
broni.

„Pistolet! Kurwa mać, pistolet!!!”.
— Uciekaj! — krzyknął do Ingrid.
— Uważaj! — przestrzegła.
Raz jeszcze rzucił się na drzwi, co raz jeszcze spowodowało głuchy jęk. Sięgnął lewą ręką, 

zdecydowanie chwycił ramię człowieka zaklinowanego w drzwiach i mocno szarpnąwszy, zwalił 
go na podłogę.

Teraz było już oczywiste, że to istotnie mężczyzna.
Vollmer przycisnął kolanem jego kark, co sprawiło, że twarz obróciła się w prawo, a wtedy 

Erik przyłożył lufę pistoletu do prawego ucha.

— Rusz się, kurwa, a mózg ci…
— Erik, nie! — krzyknęła Ingrid. — On jest z FBI!
Włączyła światło, co sprawiło, że Vollmer zacisnął powieki i dopiero ułamek sekundy później 

mógł ocenić sytuację. Facet był od niego niższy, miał jakieś sto sześćdziesiąt pięć centymetrów, 
sześćdziesiąt kilogramów, trzydzieści kilka lat. Z nosa ciekła mu krew.

„To chyba od uderzenia drzwiami”.
Pod   ścianą   leżał   smith   &   wesson   kaliber   .38,   pięciostrzałowy   model   z   dwucalową   lufą 

przeznaczony   dla   wojska   i   policji.   Mężczyzna   z   pewnością   odbezpieczył   broń,   uderzenie   o 
podłogę spowodowało więc wystrzał.

„Ciekawe, gdzie pocisk? Szczęście, że nikogo nie trafił”.
Ingrid szybko zamknęła drzwi i uklękła obok Vollmera.
— Erik, proszę…
Spojrzał na nią spode łba.
— Znasz go?
Przytaknęła.
— Kto to taki?
— FBI — wychrypiał mężczyzna.
Prawe oko gniewnie spoglądało na Erika. A ten zareagował w sposób zupełnie nieoczekiwany 

dla Ingrid i agenta — zaczął się śmiać, z każdą chwilą głośniej.

„Cholera, że też musiało paść na kolesia, który jest po naszej stronie!”.
— Puszczaj mnie! — warknął tamten.

background image

Vollmer zerknął na Ingrid.
— Na pewno jest z FBI?
Wolno pokiwała głową.
— Co w tym śmiesznego?
— Mniejsza z tym — mruknął Vollmer, sięgnął lewą ręką do wewnętrznej kieszeni palta 

leżącego i wyciągnął z niej mały, skórzany portfelik. Szybkim ruchem obrócił dłoń i portfelik 
otworzył się, ukazując legitymację.

„No cóż, mocny, zdrowy seks mamy dzisiaj z głowy”.
Erik wstał i rzucił legitymację na podłogę, tuż obok twarzy agenta.

* * *

Ingrid Müller weszła z kuchni do pokoju, niosąc w lewej ręce torebkę z niebieskiej gumy, 

przed chwilą napełnioną lodem, a w prawej dzbanek z zimną wodą.

Erik Vollmer  i agent FBI Joseph Hall — tak przynajmniej  mówiła  o nim legitymacja  — 

siedzieli naprzeciw siebie w skórzanych fotelach.

„Pieniędzy starcza jej nie tylko na komorne — myślał Vollmer, rozglądając się po pokoju — 

ale i na kosztowne urządzenie mieszkania”.

O nowoczesnym guście Ingrid świadczyły już chociażby obrazy wiszące na ścianach — duże 

abstrakcyjne płótna utrzymane w spokojnych tonacjach, dobrze zharmonizowane z barwą ścian. 
Nieliczne meble musiały zdaniem Erika pochodzić z pracowni Le Corbusiera. Sofę i dwa fotele 
wykonano   z   chromowanej   stali,   powleczonej   czarną   skórą.   Między   nimi   znajdował   się   stół, 
którego szklany blat opierał się na chromowanym cokole.

Podłogę pokrywała kremowa mata zrobiona z włókna, zwanego — o ile Canidy mógł sobie 

przypomnieć — sizalem.

Meble były efektowne — jak właścicielka — ale wydawały się dziwnie niewygodne. Vollmer 

poprawił się na fotelu, bardzo zważając na to, by nie rozlać na skórzane obicie ani kropli whisky 
z lodem, którą zaoferowała mu Ingrid.

„Cholera, jakbym siedział w jakiejś skrzynce! Elegancka czy nie, ale skrzynka to skrzynka”.
— Trzymaj, Joe — powiedziała Ingrid, podając torebkę agentowi, który przycisnął ją do karku 

i po raz kolejny obdarzył Vollmera oburzonym spojrzeniem.

— A ten dzbanek po co? — spytał Erik.
— Na wypadek gdyby zjawił się Harold, mówiąc, że ktoś słyszał strzał. Wtedy jako głupiutka 

blondynka wyznam, że złapałam rozgrzany dzbanek i upuściłam go na stolik.

Vollmer uniósł brew.
— Może się udać.
— Nie zapominaj, proszę, że jestem aktorką. Wracając do sprawy. Jak mówiłam, zgodziłam 

się,   by   FBI   wykorzystało   moje   znajomości   w   kolonii   niemieckiej.   Jestem   amerykańską 
obywatelką i chcę w każdy dostępny mi sposób przyczynić się do wygrania tej okropnej wojny.

— Na przykład wystawić mnie na strzał.
Ingrid spoważniała.
— Gdybyś  chciał wspierać wroga, możesz być pewien, że żadne względy nie wstrzymają 

mnie przed pokonaniem Hitlera. Kiedy więc spotykam kogoś, kto pragnie nawiązać kontakt z 
członkami Bundu, kontaktuję go z osobą, o której zawsze mogę spokojnie utrzymywać, iż nic nie 
wiedziałam, że pracuje dla FBI.

— Sprytnie — przyznał Vollmer z uśmiechem. — Podziwiam też twoją lojalność. Właśnie 

dlatego skontaktowałem się z tobą.

background image

— Żeby dotrzeć do Bundu? — spytała.
— Może tak, może nie.
— Tak czy nie? — ostro wtrącił Hall.
— Nie pański interes.
— Pracuję w rządowej agencji ochrony prawa — stanowczo oznajmił agent. — Albo będzie 

pan odpowiadał na moje pytania, albo aresztuję pana.

Vollmer zachichotał.
— Wątpię. Natomiast chciałbym się dowiedzieć, co pan wie o powiązaniach Bundu z tymi 

cholernymi sabotażystami.

— Ani myślę dyskutować z panem o takich kwestiach.
— Nie chce pan czy nie może, bo po prostu nic pan nie wie?
Hall prychnął niecierpliwie.
— To ja jestem z FBI i to ja pytam.
Vollmer znowu się roześmiał.
— Mało brakowało, a wylądowałbyś, kurwa, w biurze koronera Nowego Jorku.
Hall wyniośle pominął milczeniem tę wypowiedź, Erik zaś spojrzał na Ingrid i dodał:
— Przepraszam.
Hall zmarszczył brwi i znowu zaatakował:
— Chcę wiedzieć, jakie ma pan prawo do stawiania takich pytań.
— Radzę ruszyć głową, a na pewno się pan domyśli.
— Proszę posłuchać, dość już mam tej bez…
— Nie, nie, daleko tak nie zajedziemy — przerwał mu spokojnym głosem Vollmer. — Niech 

pan się zbiera i zastanowi nad całą sprawą. Ja mam tu ważne sprawy do załatwienia.

„Sprawy, których ty, kolego, nie załatwiłeś. Zdaje się, że FBI nadal liczy na to, że niemieccy 

sabotażyści sami się oddadzą w ich ręce”.

Vollmer wstał, Hall patrzył na niego z fotela.
— Ja nie żartowałem. Wstawaj i do widzenia.
Agent spojrzał na Ingrid.
— Joe, lepiej go posłuchaj — powiedziała.
Hall skrzywił się, ale posłusznie wstał, wyciągając rękę.
— Nie masz na metro? — spytał Vollmer.
— Rewolwer — upomniał się Hall.
— W obecnej sytuacji nie czułbym się najlepiej ze świadomością, że jesteś uzbrojony. Wiem, 

gdzie pracujesz, więc prześlę spluwę do biura, a ty już wymyśl, jak wytłumaczyć, że ci zginęła.

— Nie możesz…
— Mogę, mogę. A teraz do widzenia.
I Erik wskazał agentowi drzwi.
Hall zatrzymał się w progu.
—   To   ci   nie   ujdzie   na   sucho!!!   —   oznajmił   z   gniewem   w   głosie   i   wyszedł,   trzaskając 

drzwiami.

— Może narobić jakichś kłopotów? — spytała po chwili Ingrid.
— Nie, zdecydowanie nie. Nie jest głupi, a poza tym nie będzie mu zależało na tym, żeby 

ktokolwiek dowiedział się, co tu się dzisiaj wydarzyło. — Zachichotał. — Jak trochę ochłonie, 
zacznie się zastanawiać, czy napisać raport o użyciu broni, bo jakoś musi się wytłumaczyć z 
braku naboju. — Dokończył drinka i odstawił szklaneczkę na szklany blat. — Chyba już pójdę. 
Dzięki za interesujący wieczór.

Odwrócił   się   w   kierunku   przedpokoju,   ale   wtedy   poczuł   na   ramieniu   rękę   Ingrid,   a   w 

background image

nozdrzach zapach jej perfum.

— Chyba powinnam przeprosić — mruknęła. — Może sprawdzilibyśmy, czy ranek będzie 

równie interesujący?

Poczuł jej dłoń na swoim pośladku.
Spojrzał na Ingrid z uśmiechem.
Przygryzła wargi.
— Wiesz… Podobało mi się, jak załatwiłeś tego faceta.
Potarła czubkiem nosa policzek Erika.
„I mnie podoba się w tobie wiele rzeczy”.

background image

XI

Jeden

39°10’ szer. płn. 13°22’ dł. wsch.
Pokład „Casablanki”
19 marca 1943 roku, 20:10

Cztery dni, jakie minęły od opuszczenia Algieru, wystarczyły, by Canidy docenił dowódcę 

„Casablanki”, komandora Jeana L’Herminiera, który okazał się prawdziwym  dżentelmenem i 
znakomitym   podwodnikiem.   Nie   był   zbyt   postawny   —   metr   siedemdziesiąt   wzrostu, 
sześćdziesiąt   kilka   kilogramów   wagi   —   ale   robił   wrażenie   znacznie   większego.   Nigdy   nie 
podnosił   głosu,   jednak   biła   z   niego   siła   człowieka,   który   dobrze   wie,   co   ma   robić,   a   taka 
stanowczość z pewnością zasługiwała na szacunek.

„Casablanca”,   okręt   podwodny   klasy   Agosta,   długości   dziewięćdziesięciu   dwóch   metrów, 

napędzany silnikiem dieslowskim, został wodowany 2 lutego 1935 roku we francuskiej stoczni 
St. Nazaire. Był uzbrojony w działka przeciwlotnicze i jedenaście wyrzutni torpedowych, a jego 
załoga liczyła pięćdziesięciu marynarzy i czterech oficerów.

Dystans   około   pięciuset   mil   morskich   dzielący   Algier   od   północno–zachodniego   skrawka 

Sycylii L’Herminierowi udało się pokonać w cztery dni. W nocy starał się jak najwięcej płynąć 
na powierzchni, wtedy bowiem okręt poruszał się dwa razy szybciej niż pod wodą, gdzie schodził 
za dnia. Takiej samej taktyki trzymał się w końcu listopada 1942 roku, kiedy wraz z całą załogą 
uciekł z leżącego na południu Francji portu w Tulonie. Większość stacjonujących tam jednostek 
francuskiej marynarki wojennej została zatopiona, aby nie dostały się w ręce nazistów, którzy 
zajęli Tulon w odpowiedzi na aliancką operację Pochodnia.

L’Herminier natomiast wziął kurs na Algier, gdzie przyłączył się do sił alianckich.
A teraz szykował się do wysadzenia Canidy’ego u wybrzeży Sycylii.
— Gotów pan, majorze? — spytał L’Herminier.
— Kiedy tylko pan rozkaże, komandorze!
Canidy   wiedział   od   Fine’a,   że   to   L’Herminier   zaproponował   najskuteczniejszy   sposób 

dostarczenia agenta na brzeg.

Pomysł   zakładał,   że   za   dnia   bada   się   przez   peryskop   linię   wybrzeża   i   wybiera 

najodpowiedniejsze   miejsce   do   lądowania.   („Na   przykład   nie   może   to   być   strome   urwisko 
skalne”, tłumaczył Fine). Potem okręt miał zejść na dno i tam poczekać do zmierzchu, by w 
mroku nocy wypłynąć na powierzchnię i wysadzić agentów, którzy w pontonach mieli dotrzeć do 
plaży. Tak właśnie postępowano z grupami przerzucanymi na Korsykę i owa taktyka stała się 
standardem.

Canidy   miał   na   sobie   wygodne   spodnie,   ciemny   sweter   i   granatową   czapkę   rybacką,   a 

wszystko to wydobył z szafy w wynajmowanej przez BSS La Villa de Vue de Mer. Ubranie 
pochodziło z Sycylii — prawdopodobnie należało do samego Duttona, magnata obuwniczego — 
i nawet jeśli nie, leżało na Canidym idealnie, nie było ani wyraźnie za małe, ani wyraźnie za 
duże.

Drugi   z   wziętych   z   szafy   garderobianej   willi   kompletów   odzieży   spoczywał   teraz   w 

podgumowanym   plecaku   obok   rkm   Johnsona,   sześciu   magazynków   do   niego,   czterech 
magazynków   do   pistoletu   kaliber   .45   ACP,   czterech   i   pół   kilograma   C–2,   dwóch   paczek 
krakersów   serowych,   pół   kilograma   salami   i   manierki   wody.   W   wodoszczelnym   pojemniku 

background image

umieszczono zapalniki do materiału wybuchowego, zaszyfrowane informacje o rodzinie Noli, 
kopię listu polecającego od Charliego Luciano oraz dokumenty BSS. W kieszeni Canidy miał 
słoik z kilkunastoma aspirynami oraz dwie fiolki kwasu pruskiego. Chowając je, myślał: „Jeśli na 
ból głowy nie pomoże aspiryna, to z pewnością upora się z nim cyjanowodór”.

L’Herminier po raz ostatni spojrzał w okular peryskopu i zadowolony tym, co w nim widział 

— czy raczej — czego nie widział — odwrócił się do pierwszego oficera:

— Na powierzchnię!

* * *

Pokład okrętu jeszcze ociekał wodą, gdy Canidy w towarzystwie dwóch marynarzy schodził 

po drabince z kiosku. Canidy niósł plecak, pierwszy z marynarzy — do połowy napompowany 
ponton, składane wiosło i pompkę, drugi — zwój liny.

Gdy   znaleźli   się   u   stóp   kiosku,   natychmiast   zajęli   się   mocowaniem   liny,   a   także 

nadmuchaniem gumowej łódki. Nieco zmęczony pod koniec tych zabiegów Canidy pomyślał, że 
określenie  „łódka”  jest  nieco  na  wyrost,  skoro chodziło  o  rzecz  niewiele  większą  od opony 
ciężarówki,   zaopatrzoną   w   podłogę   z   wulkanizowanej   gumy.   Jedyną   chyba   zaletę   pontonu 
stanowiło to, że po wylądowaniu nie powinno być wielkich kłopotów z jego ukryciem.

W Algierze wprawdzie przećwiczył wsiadanie, ale obecnie — gdy stał na mokrym pokładzie, 

a dookoła rozpościerało się morze — tamte doświadczenia wydawały się dość odległe.

Pokręcił głową.
— Teraz lub nigdy — mruknął, bardziej do siebie niż do obu marynarzy, niemniej jednak obaj 

odpowiedzieli zgodnie:

— Tak jest, sir.
Wiosło zostało przytroczone do pontonu, ten — dwiema linami do końca sznurowej drabinki, 

a marynarze powoli opuścili ponton po burcie okrętu, a wraz z tym rozwijała się też drabinka. 
Obaj wyprężyli się i zasalutowali.

— Powodzenia, sir.
— Dzięki. Obyście nie zapeszyli.
Canidy poprawił ramiączka plecaka, uklęknąwszy, zaczął się cofać, aż chwyciwszy klamrę, 

wymacał stopień drabinki i począł się po niej opuszczać. Chlupot morza o kadłub stawał się 
coraz głośniejszy. Znalazłszy się tuż nad jego powierzchnią, Canidy zaczął lewą nogą szukać 
pontonu, aby go zlokalizować, a następnie umieścić w nim stopę. Trwało to krótki moment, ale w 
końcu wymacał gumę, kiedy jednak gotował się do zdecydowanego stąpnięcia, ponton umknął 
mu   spod   nogi.   Ponowił   próbę,   jednak   prawa   stopa   omsknęła   się   ze   sznurowego   stopnia;   w 
efekcie poczuł, że wisi na wyciągniętych rękach, a nogi dyndają w powietrzu. Podciągnął się i 
umieścił prawą nogę na drabince; znowu zabrał się do szukania pontonu.

Wreszcie się udało.
Stanąwszy   na   gumowej   podłodze   obiema   nogami,   powoli   zaczął   się   opuszczać,   ręce 

przenosząc na coraz niższe szczeble, aż wreszcie ukląkł w wodzie, której trochę zdążyło  się 
uzbierać na dnie.

„Teraz nagle ponton się wywróci albo okręt zacznie się pogrążać, ze mną ciągle do niego 

przywiązanym”.

Tak szybko, jak tylko mógł, nie ryzykując przewrócenia pontonu, odwiązał linki łączące go z 

drabinką, którą szarpnął dwukrotnie, dając omówiony sygnał, a potem odepchnął się od kadłuba.

„Cholera, z tej perspektywy wydaje się ogromny!”.
Odwiązał wiosło, połączył obie części, zanurzył łopatkę i mocno pociągnął, a ponton prawie 

background image

okręcił się w miejscu.

„Równo, durniu, równo!”.
Obrócił   się   w   kierunku   brzegu,   prawą   łopatkę   zanurzył   przed   sobą,   mocno   pociągnął   i 

natychmiast to skontrował takim samym ruchem po lewej stronie. Ponton oddalił się od okrętu.

Wiosłował jakieś pięć minut, gdy nagle poczuł, że ponton przyspiesza bardziej, niż mogłyby 

to spowodować jego ramiona.

„Co się dzieje?”.
Ale zaraz zrozumiał — to „Casablanca” wspomagała go impetem swej śruby. Obejrzał się 

przez ramię, mrucząc: „Dzięki”, ale okrętu nie było już widać w ciemności. Nagle poczuł się 
bardzo   samotny.   Jeszcze   jakiś   czas   płynął   na   fali,   a   potem   znowu   wziął   się   za   wiosła.   Po 
następnych dziesięciu minutach dno pontonu z chrzęstem otarło się o piasek dna.

Dwa

Gramercy Park Hotel
2 Lexington Avenue
Nowy Jork
8 marca 1943,11:15

Kiedy taksówka zatrzymała się przed wejściem do hotelu, kierowca zobaczył w lusterku, że 

pasażer, który wsiadł na rogu Piątej Alei i 83 Ulicy, smacznie śpi.

— Jesteśmy na miejscu, proszę pana.
Erik Vollmer potrząsnął głową, przetarł oczy i ziewnął.
— Co? Aha! — Spojrzał przez szybę. — Dzięki.
Zapłacił za kurs i wszedł do hotelu przez drzwi obrotowe. W drodze do wind zatrzymał się i 

zawrócił do recepcji.

— Dzień dobry, przepraszam, jest coś może dla pięćset jeden?
Mężczyzna   ukłonił   się,   odwrócił   i   wyjął   ze   skrytki   dwie   żółte   kartki,   które   z   grymasem 

niesmaku podał Vollmerowi.

— Proszę, panie Canidy.
Ani myślał go poprawiać, a był zbyt zmęczony, żeby się zastanawiać, skąd muchy w nosie u 

recepcjonisty.

W windzie przeczytał obie wiadomości.
W pierwszej administracja hotelu powiadamiała, że musi niestety obciążyć gościa kosztami 

prania „niezwykle zabrudzonych” ręczników.

„To pewnie stąd ta mina. Nie ma sprawy, szczególnie że jestem tutaj »panem Canidym«.”
Druga wiadomość nadeszła godzinę wcześniej i ograniczała się do numeru telefonu: WOrth 2–

7625.

Pokój   był   starannie   wysprzątany,   bagaże   z   kąta   saloniku   powędrowały   do   sypialni,   a   w 

łazience   pojawił   się   komplet   świeżych   ręczników.   I   nie   było   nawet   śladu   majora   Korpusu 
Powietrznego Wojsk Lądowych USA, Richarda Canidy’ego.

„Ciekawe, co zrobił z moim Johnnym? Bo mam nadzieję, że nie zabrał ze sobą obydwóch”.
Poszukiwania w sypialni i saloniku skończyły się niepowodzeniem; erkaemu nie było też na 

podłodze szafy. Kiedy jednak Vollmer zaczął obmacywać koce ułożone na górnej półce, wyczuł 
twardy kształt.

„Bingo!”.

background image

Wyjął kartonowe pudło ze złożonym Johnnym i metalowe z amunicją.
„Dzięki, przyjacielu. Może mi się przydać”.
Umieścił oba pakunki w dawnym  miejscu, potem przeszedł do telefonu i wykręcił numer 

zapisany na kartce.

W słuchawce rozpoznał głos „Skarpety”.
— Vollmer. Dostałem wiadomość, więc dzwonię.
— Rozpytałem się trochę.
— I?
— Niczego się pan nie dowie tam, gdzie pan szukał wczoraj wieczorem.
„Co jest?”.
— A skąd pan wie, gdzie byłem wczoraj wieczorem?
— A jak pan myśli? Był pan w barze, tak? I rozmawiał pan po niemiecku z barmanem, tak?
Kiedy   w   nowojorskiej   komórce   wywiadu   marynarki   wojskowej   zastanawiano   się,   jak 

inwigilować członków German–American Bund w Yorkville, Lanza zasugerował, aby skorzystać 
ze związku mechaników obsługujących automaty barowe, na czele którego stał William McCabe, 
„Willie Twardziel”. A nawet nie tyle z mechaników, ile z działających pod przykrywką związku 
ludzi McCabe’ego, którzy przyjmując w barach zakłady, codziennie odwiedzali każdy lokal w 
Yorkville i znali wszystkich barmanów. Wszelkie zebrane wiadomości natychmiast docierały do 
Lanzy.

„Jeśli   wymówienie   jednego  danke  jest   rozmową   po   niemiecku,   w   porządku,   »Skarpeta«, 

rozmawiałem. Ale ważniejsze, że jego zdaniem to ślepa uliczka. Cholera, czy on wie także o 
Ingrid? I o tym facecie z FBI?”.

— Jeśli nie tam, to gdzie?
— Taksówka weźmie pana do Lodi.
— New Jersey?
— Tak. Przy szosie siedemnaście jest taka knajpa Lucky’s Pink Palace. Tam niech pan spyta o 

Christophera. Będzie na pana czekał.

— Kiedy?
— Teraz.
— Teraz?
— Zdawało mi się, że się panu spieszy. Ale jeśli chce pan trochę odczekać…
„Dzięki cudownej Ingrid najbardziej w tej chwili chcę, przyjacielu, walnąć się i trochę pospać. 

No ale trudno, trzeba sen odłożyć na później”.

— Kiedy będzie taksówka?
— Już czeka.
— Już? — powtórzył Vollmer z niedowierzaniem w głosie. Nie udało mu się powstrzymać 

ziewnięcia. — Dobra, zaraz schodzę.

Lanza odłożył słuchawkę.

* * *

Wyszedł na ulicę;  uznał, że czekający na rogu samochód  jest taksówką od Lanzy.  Kiedy 

ruszył w jego kierunku, szofer włączył silnik, wolno zaczął jechać mu na spotkanie i zatrzymał 
się tak, by tylne drzwiczki znalazły się naprzeciw niego. Ponieważ za kierownicą nie siedział 
znany mu goryl, wstawił głowę do środka i spytał:

— Od „Skarpety”?
— Aha — mruknął malutki facecik, jakieś niecałe metr sześćdziesiąt, pięćdziesiąt kilogramów 

background image

wagi,   mniej   więcej   trzydzieści   lat.   Miała   na   sobie   flanelową   koszulę,   sztruksowe   spodnie   i 
czarną, skórzaną czapkę.

Erik wsunął się na tylny fotel.
— A gdzie ten wielgas?
— Jaki wielgas?
— Mniejsza z tym — mruknął Vollmer, ziewnął, ułożył głowę na bocznym oparciu i niemal 

natychmiast zasnął.

* * *

Obudził go gwałtowny wstrząs. Poderwał się, ale samochód z niczym się nie zderzył, a tylko 

podskoczył przy wjeździe na parking.

Po dwupasmowej w obu kierunkach siedemnastce samochody jechały zderzak w zderzak, ona 

zaś   biegła   tu   między   tanimi   komisami   używanych   samochodów,   marnymi   budkami   z 
hamburgerami i hot dogami oraz klubami striptizowymi.

Przed sobą mieli piętrowy budynek wielkości sali gimnastycznej. Zbudowany z pustaków, z 

płaskim dachem i bez okien, cały był pomalowany na różowo. Na dole miał dwoje stalowych 
drzwi; nad jednymi widniał napis WEJŚCIE, nad drugimi — WYJŚCIE. Co najmniej na trzech 
ścianach,   a   także   na   sześciometrowym   słupie   górującym   nad   parkingiem   widniał   napis 
LUCKY’S PINK PALACE. Tuż pod okapem muru biegł napis powtarzający metrowymi literami 
— GIRLS! GIRLS! GIRLS!

Parking był pełny, a pośród samochodów przeważały ciężarówki.
— Co tu dużo mówić, istny pałac — powiedział Vollmer.
Kierowca tylko chrząknął i omijając parking, zajechał na tył budynku.
Także i tutaj było dwoje stalowych drzwi, tym razem jednak na różnych poziomach. Nad 

parterowymi   umieszczono   napis:   ŻADNYCH   DOSTAW   MIĘDZY   11.00   A   14.00.   Nad 
piętrowymi,   do   których   prowadził   ciąg   zardzewiałych   schodów,   był   napis:   WSTĘP 
WZBRONIONY! WYJŚCIE AWARYJNE! NIE BLOKOWAĆ!

Kierowca zatrzymał się, wyłączył silnik i powiedział, ruchem głowy wskazując górne drzwi:
— Wystarczy tam zapukać, to wpuszczą. Ja tu poczekam.
Kiedy   Erik   wysiadał,   kierowca   nastawił   radio   i   podgłośnił.   Na   szczycie   schodów 

przeciwpożarowych także słychać było głośną muzykę dochodzącą z wnętrza budynku. Drzwi 
zaopatrzono w trzy zamki, ale nie było w nich żadnego wizjera.

„Nie jest to wejście dla niespodziewanych gości”.
Zapukał. Najpierw nie było żadnej reakcji, potem jedna po drugiej otworzyły się trzy zasuwy. 

Drzwi uchyliły się odrobinę, a ze szczeliny ktoś spytał:

— Czego?
— Szukam Christophera — oznajmił Vollmer. — Joe „Skarpeta” mówił, że będzie na mnie 

czekał.

Po chwili drzwi otworzyły się na tyle, aby Vollmer mógł się przecisnąć, a gdy znalazł się w 

środku, zobaczył grubasa — prawdziwego grubasa, minimum sto dziesięć kilogramów, ale raczej 
sto dwadzieścia — w workowatych spodniach i wypuszczonej na wierzch ciemnej koszuli, który 
natychmiast zabrał się do zamykania zasuw.

Wyposażenie   biura   stanowiły   dwa   szare,   stalowe   biurka,   dwa   obrotowe   fotele,   kilka 

drewnianych   krzeseł,   na   jednej   ścianie   trzy   zdjęcia   z   wybrzeżem   New   Jersey,   na   drugiej 
kalendarz na rok 1943 z wykreślonymi dniami, które już minęły. Na wewnętrznych drzwiach 
wisiała tarcza do rzutków. Z kosza wylewały się pomięte i pożółkłe gazety. Za jednym biurkiem 

background image

siedział masywny, włochaty mężczyzna, za drugim — facet wysoki, ciemnoskóry i hodujący pod 
nosem cienki wąsik.

Ten drugi wstał z fotela.
— Vollmer?
— Tak.
— Christopher.
Podali sobie dłonie, Erik zarejestrował mocny uścisk.
— Zostaw nas na parę minut — powiedział Christopher do grubasa. Kiedy zamknął za nim 

drzwi, odezwał się włochaty:

— Joe mówi, że czegoś szukasz, tak?
— Kogoś. A ty jesteś…
— U siebie w biurze.
Chwilę patrzyli sobie w oczy.
„Dobra, niech będzie po twojemu” — pomyślał Vollmer.
—  Więc  tak.   Lanza  obiecał  mi  pomóc   w nakryciu  Niemców,   którzy  rozkładają   po  kraju 

bomby.

Żaden z dwójki nie zareagował nawet słowem.
— A wy podobno coś o tym wiecie.
Po jakiejś półminucie włochaty kiwnął głową.
— OK, ale pamiętaj, robię to tylko dlatego, że tak kazał Joe „Skarpeta”.
— Jasne.
Tamten sięgnął do szuflady biurka, wyjął z niej pistolet i wyciągnął rękę do Vollmera. Ten 

wziął broń i zważył na dłoni. Naładowany.

— Walther.
— Zabraliśmy to kolesiowi, który nie chciał płacić rachunków.
— I… — Vollmer zawiesiwszy głos, zrobił palcami zapraszający gest.
— No i podobno miał się przechwalać, że to on robi te eksplozje.
— A robił?
Włochaty wzruszył ramieniem.
— Gdzie jest teraz?
— Nie ma go.
— Gdzieś wyjechał?
— Nie ma i już.
— Posłuchaj. Muszę mieć coś więcej. Jak zamelduję: „Jeden facet z klubu striptizowego w 

New Jersey mówi, że tego od bomb cytuję »nie ma«, koniec cytatu”, to szefowie wyrwą mi nogi 
z dupy.

Włochaty przygryzł dolną wargę, a potem rzekł:
— Dobra, ten napalony szkop powiedział mojej dziwce, że to on z kumplem robią te numery 

na wschodnim wybrzeżu, a jest jeszcze jedna ekipa w Arizonie…

— Może w Teksasie?
— Może w Teksasie. Nie będę się zastanawiał, czy kogoś szuka pieprzone FBI, czy nie, kiedy 

jest mi winny za dziwkę. Zaczęliśmy go trochę naciskać — mnie tam, kurwa, nikt nie oszuka — 
a wtedy ten jego koleś wparował i zaczął strzelać. — Kudłacz znowu wzruszył ramieniem. — To 
dostali i teraz skurwiele karmią rybki. — Krzywo się uśmiechnął. — Tak ich nie ma.

Vollmer przez chwilę rozważał to, co usłyszał.
— I znaleźliście tylko ten pistolet? Żadnego portfela, dokumentów?
Tamten spojrzał na Christophera i zrobił gest znaczący: „Daj mu to”. Christopher wyciągnął 

background image

coś, co z daleka wyglądało na pióro.

— Znaleźliśmy to w torbie w ich pokoju. Może coś wymyślisz.
„Kwasowy  zapalnik   udający   pióro.   Gdzie   dym,   tam   ogień.   Więc   może   także   i   materiały 

wybuchowe?”.

— Było coś jeszcze w tej torbie?
— Nie — obojętnie oznajmił włochaty.
„Guzik   prawda.   Z   pewnością   było.   Ale,   dobra,   bierzcie,   co   tam   znaleźliście,   bo   inaczej 

niczego się nie dowiem”.

— Mogę skorzystać z telefonu? — spytał Vollmer.
— Tutaj — powiedział włochaty i wskazał aparat na swoim biurku.
Vollmer z pamięci wykręcił numer.
— Telefonistka numer pięć — odezwał się kobiecy glos.
— Vollmer do Ellisa.
— Chwilę.
Trzask, a potem męski głos.
— Ellis.
— Macie, Szefie, pod ręką coś do pisania?
— Kto… — Ellis błyskawicznie się połapał. — Aha, chwilę… Już.
— Wiadomość dla bossa. „Pożar ugaszony. Żadnych śladów”.
— „Pożar ugaszony. Żadnych śladów”. Świetnie. Ciekawy zbieg okoliczności.
— Jaki?
— Także inny pożar ugaszony. Będzie w gazetach.
— Naprawdę?
— Tak?
— To co, zaraz pan wraca?
— Raczej tak.
Vollmer odłożył słuchawkę.

* * *

Przez całą drogę powrotną na Manhattan Vollmer obmacywał w kieszeni walthera i zapalnik, 

zastanawiając się nad wszystkim.

„Trudno rozstrzygnąć, czy nie ma więcej pożarów do ugaszenia. Może już wszyscy nie żyją, a 

może inni przyczaili się na razie. Pozostaje tylko czekać, czy będą dalsze eksplozje, przez cały 
czas mieć oczy i uszy otwarte. Ale to mogę robić w Waszyngtonie, jednocześnie zajmując się 
czymś innym. Może nawet współpracą z Canidym”. Westchnął. „Ale najpierw muszę się raz 
jeszcze spotkać z Ingrid”.

Taksówkarz złapał nową stację, gdzie właśnie zaczynała się przerwa na reklamę.
—   Wiadomości   po   krótkiej   chwili   przeznaczonej   dla   jednego   z   naszych   sponsorów   — 

oznajmił spiker.

Po reklamie  dealera Forda, który obsługiwał stany New York, New Jersey i Connecticut, 

powrócił spiker.

—   A   teraz   główna   wiadomość   dzisiejszego   dnia.   Pół   godziny   temu   podczas   konferencji 

prasowej dyrektor FBI J. Edgar Hoover…

— Można podgłośnić? — ożywił się Vollmer.
Kierowca pokręcił potencjometr i obaj wsłuchali się w słowa Hoovera:
„…Powtarzam,   nie   ma   żadnych   śladów   wskazujących   na   to,   że   eksplozja   pociągu   w 

background image

Oklahomie miała jakąś inną przyczynę niż wyciek gazu…”.

„Prawdą   jest   to,   co   powtarzasz   dostatecznie   często”   —   pomyślał   Vollmer,   a   na   głos 

powiedział:

— Dobra, wystarczy. Ścisz albo przerzuć na jakąś muzykę.
Spoglądając w okno, zastanawiał się, co też robi w tej chwili Ingrid.

Trzy

Palermo, Sycylia
19 marca 1943 roku, 22:40

Major Richard M. Canidy dobrze znał wagę pierwszego wrażenia, a w przypadku Sycylii było 

to zaskoczenie, w jak niewielkim stopniu widać było po wyspie, że wokół toczy się brutalna 
wojna.

Po wylądowaniu na plaży pod Mondello niezwykle starannie ukrył pod kamieniami złożony 

ponton, a potem bardzo uważał, aby nie natknąć się na patrol włoski czy niemiecki, ale kiedy 
potem przekradał się przez miasteczko, mogło się wydać, że wszystkie te środki ostrożności były 
niepotrzebne.

Napotkał   jednego   bezdomnego   psa,   drogę   przebiegło   mu   kilka   kotów,   ale   poza   tym   nie 

zobaczył ani żywej duszy.

I dopiero teraz, gdy równolegle do szosy, ale w rozsądnej od niej odległości, przemierzał 

liczącą trochę ponad dziesięć kilometrów drogę do Palermo, zobaczył wreszcie kogoś.

Był to mężczyzna w stojącym pośród pól domku. Canidy widział, jak tamten przechodzi przez 

pokój i gasi światło. Popatrzył na rozgwieżdżone niebo i pokręcił głową. „Nie do wiary. Czy cała 
wyspa po prostu smacznie sobie śpi?”. Podjął marsz. „Nie wiem. Wiem natomiast, że za nic nie 
mogę sobie pozwolić na odprężenie i beztroskę. Za sześć dni mam się znowu znaleźć na tej 
plaży, gdyż w morzu będzie na mnie czekał okręt”.

* * *

Im bliżej głównego miasta Sycylii, tym bardziej jego łuna rozjaśniała czerń nieba.
Między kamiennymi, jasno tynkowanymi domami zaczął wreszcie spotykać ludzi; najpierw 

minął jednego mężczyznę, potem drugiego, następnie trzymającą się pod rękę parę.

Niewiele osób, ale przynajmniej jakieś życie.
Po jakimś czasie na podstawie oglądanych wcześniej zdjęć zorientował się, że jest w Quattro 

Canti, średniowiecznym centrum „czterech kątów”, otoczonym przez staronormańskie kamienne 
budowle. Uważnie rozejrzał się, a potem skierował w stronę — miał nadzieję! — uniwersytetu.

„Właściwie dlaczego nie miałbym sprawdzić teraz, kiedy prawie nie ma ludzi. Może się uda i 

wpadnę na samego pana profesora?”.

Po kwadransie, gdy dwa razy musiał zawracać, na rogu ulicy zobaczył tabliczkę ze strzałką i 

napisem: UNIVERSITA.

Potrząsnął triumfalnie pięścią.
Trzy   przecznice   dalej   znajdował   się   sam   uniwersytet,   którego   widok   był   nieco 

rozczarowujący, gdyż całe życie studenckie — campus, boiska, kluby — mieściło się w innej 
części miasta. Po prostu kamienny budynek niezbyt się różniący od innych, na fasadzie czarne 
litery na białym tle głosiły: PALERMO UNIVERSITA.

background image

Przez jedno z wielkich okien Canidy zajrzał do środka. Przy drzwiach na drewnianym krześle 

spał strażnik z drewnianą pałką ułożoną w poprzek ud.

„A gdyby tak zastukać w okno? Ale by podskoczył! Zabawne, choć mało rozsądne”. Obszedł 

budynek, stwierdzając, że we wszystkich oknach jest ciemno, a wszystkie drzwi są zamknięte. Na 
jednym z rogów znajdował się bar kawowy; ze środka dobiegały głosy. Zajrzał. Wokół okrągłego 
stołu siedziało ośmiu chłopaków, a chociaż na blacie leżały książki, fakt, że pięciu trzymało na 
kolanach rozdokazywane dziewczyny, sugerował, iż raczej nie przygotowują się do egzaminów. 
Jedna z dziewczyn spostrzegła Canidy’ego i uśmiechnęła się; odpowiedział uśmiechem, zamknął 
drzwi i ruszył przed siebie. Wykręcił w ulicę Leonardo da Vinci i zaczął schodzić w kierunku 
widocznego w oddali portu.

I znowu nikogo nie było wokół.
Rozejrzał się po nabrzeżu. Największą jednostką był długi na dwadzieścia pięć, dwadzieścia 

siedem metrów statek towarowy, z dużymi lukami w płaskim pokładzie i wysokimi bomami. 
Poza   tym   pełno   było   różnobarwnych   rybackich   łodzi,   kilka   większych,   mających   dwanaście 
metrów długości, ale większość była o połowę krótsza, z zaostrzonymi dziobami i rufami. Kilka 
takich   kutrów   wyciągniętych   było   na   brzeg   i   najwyraźniej   oczekiwało   na   remont.   Wysokie, 
ciemniejące w nocy budowle docierały aż do samej wody.

Z boku znajdował się targ rybny, wszystkie budki były zamknięte, stoły przypominały te na 

Fulton, także z blatami nachylonymi pod kątem trzydziestu stopni, u dołu mające pojemniki na 
lód.

Coś poruszyło się pośród stojących na kotwicy łodzi, Canidy przywarował za jedną z budek. 

Pośrodku pokrywającego jedną z nich brezentu zobaczył kota, który przed chwilą wskoczył na 
pokład, ale niemal natychmiast zeskoczył na nabrzeże. Nie bez powodu. Zza brezentu wyjrzała 
głowa rozwścieczonego mężczyzny, który cisnął pustą butelką za intruzem.

„Niezła sprawa, spać na wodzie. Może i ja bym tak spróbował? Którąkolwiek wybiorę, z 

pewnością będzie to ta, która już niedługo zacznie się szykować do wypłynięcia na połów. Nie 
warto ryzykować spotkania z właścicielem”. Spojrzenie pomknęło do łódek wyciągniętych na 
brzeg. „Ale tam… Z tych przez jakiś czas nikt nie będzie korzystał”.

Szybko znalazł się przy przedostatniej w rządku. Leżała na prawej burcie, dziób wskazywał w 

kierunku targu. Odchylił brezent; wnętrze miała wybebeszone. Sporo tu miał dla siebie miejsca. 
Popatrzył na zegarek: po pierwszej. Odlał się na żwir, potem wdrapał do łódki, zaciągnął za sobą 
brezent, pod plecakiem, który miał służyć za podgłówek, umieścił czterdziestkę piątkę i ziewnął.

„Nie zawsze potrzeba luksusów Gramercy, żeby smacznie zasnąć”.

* * *

Obudził go odgłos dieslowskiego silnika. Usiadł, przecierając oczy. Światło wdzierające się 

przez szczelinę mówiło, iż dnieje. Obie wskazówki zegarka były na szóstej. Słychać było męskie 
głosy i stukot butów o drewno nabrzeża.

Odchylił ostrożnie brezent, a widząc przed sobą tylko kadłub łodzi, wysunął się na zewnątrz.
Rybacy krzątali się przy kutrach; kilka odbiło już od nabrzeża i płynęło ku wyjściu z portu.
Ruch był już także na targu. Ktoś wykładał lód, ktoś inny zmywał blat, w powietrzu unosił się 

zapach kawy i soli.

Znowu dał upust pęcherzowi, zdaje się, że w tym samym co poprzednio miejscu, a potem 

sięgnął po plecak, ale powstrzymała go nagła myśl. Przyjrzał się uważnie łódce; nie zajmowano 
się nią od dłuższego czasu.

„Nie widać powodu, dla którego miałoby się to zmienić w ciągu najbliższej godziny”.

background image

Wsunął broń za pasek na plecach, poprawił sweter, naciągnął głębiej czapkę i skierował na 

targ w nadziei na poranną kawę. Idąc, uważnie przyglądał się rybakom: wszyscy mieli podobne 
ciemne spodnie i swetry, podobnie ciemną cerę i podobnie ciemne, gęste włosy, różnili się zaś 
przede   wszystkim   zarostem:   niektórzy   gładko   ogoleni,   inni   z   brodami   i   wąsami   różnych 
wielkości i kształtów.

W ślad za dwoma mężczyznami wszedł do jednej z budek, która okazała się jadłodajnią, a nie 

sklepem. W środku były dwa drewniane stoły; na jednym stały kosze z owocami i chlebem, na 
drugim dwa wielkie dzbany z kawą. Stała przy nich starowinka, która według Canidy’ego równie 
dobrze mogła mieć osiemdziesiąt jak sto osiemdziesiąt lat. Rybacy częstowali się, za nic nie 
płacąc.

Kobieta spojrzała na niego, a przez jej blade wargi przemknął ślad uśmiechu. Nalała kawy do 

wyszczerbionego, porcelanowego kubka i podała Erikowi. Lekko się ukłonił, wziął i wychodząc 
na zewnątrz, sięgnął do kosza po dwie figi. Oparł się o ścianę i popijając kawę, oglądał port.

Łódka ze śpiącym marynarzem stała na kotwicy, ciągle przykryta brezentem.
„Chyba tam poszła niejedna butelka”.
Do  dalekiego  końca   nabrzeża,  mającego   kształt   litery  „T”,  podpływał   spory kuter,   a  pod 

zardzewiałą kotwicą widać było nazwę STEFANIA.

Podniósł kubek do ust, ale o mało się nie zakrztusił na widok trzeciego ze schodzących na ląd 

marynarzy.

„Czyżbym się jeszcze na dobre nie rozbudził?” — spytał sam siebie w myślach.
Zajrzał do budki, odstawił kubek na stół i pospiesznie ruszył w kierunku łodzi. Im bliżej był 

„Stefanii”, tym bardziej było oczywiste, że nie ma żadnych zwidów. Facet stał do niego plecami, 
ale   Canidy   był   pewien,   kim   jest   mężczyzna.   Górował   nad   wszystkimi   swymi   prawie   stu 
dziewięćdziesięcioma centymetrami wzrostu oraz ponad stu dziesięcioma kilogramami wagi. A 
na dodatek…

„A jednak, nie myliłem się!!!”.
Zatrzymał  się przy burcie i spokojnie powiedział do mężczyzny podającego wielkoludowi 

drewnianą pakę:

— Cześć, Frank. Idę o zakład, że w tej skrzynce nie ma ryb.
Frank Nola nie wydawał się szczególnie zaskoczony widokiem Canidy’ego, natomiast goryl 

prawie wypuścił pakę z rąk. Nola rozejrzał się po nabrzeżu, a potem kiwnął za siebie głową w 
kierunku nadbudówki.

— Wejdź na pokład — rzekł cicho po angielsku, potem mruknął coś w sycylijskiej gwarze do 

olbrzyma i poszedł do kabiny.

Canidy wbiegł po trapie i podążył za Frankiem.
— Nie mogłeś jechać ze mną, a tu nagle, proszę — jesteś.
Nola z założonymi na piersi rękami zastygł w milczeniu obok steru.
— O co tu chodzi, do jasnej cholery?! — nie ustępował Canidy.
Nola dalej patrzył w morze, a potem mruknął:
— Wyjazd był już umówiony, zanim ty się zjawiłeś.
Canidy skrzywił się z niedowierzaniem. Spod pokładu wyszedł po schodkach marynarz ze 

skrzynią i bez słowa wyniósł ją na zewnątrz.

— Co jest w tych pakach? — zainteresował się Canidy.
— Czekoladki — odrzekł Nola i wzruszył ramionami.
— Nie pieprz.
— I lekarstwa.
— To już prędzej — zgodził się Canidy. — A coś jeszcze?

background image

— Mniejsza z tym.
— Broń? — naciskał Canidy.
Nola znowu zapatrzył się przed siebie, a potem spojrzał na Canidy’ego.
— Dobrze wiesz, po której jestem stronie.
— Jak to się dostało do Algieru?
—   Wiesz,   kto   ładuje   Liberty   w   Nowym   Jorku,   więc   chyba   nietrudno   zgadnąć,   kto   je 

rozładowuje.

„Skrzynka tu, skrzynka tam” — myślał  Canidy.  „Trudno, żeby ktoś się nimi przejmował, 

szczególnie gdy nie jest to widoczne. Czysta robota”.

— I co, bez kłopotu wpływacie i wypływacie? Puszczają?
— Nie wszyscy. Trzeba uważać na takiego Niemca, Müllera. — Po chwili milczenia ciągnął. 

— Tutaj od zawsze szedł handel w obie strony. Oliwki, oliwa, pomidory i tak dalej. Zawsze 
znajdzie się ktoś zainteresowany innymi rozwiązaniami.

Nola uniósł prawą rękę i potarł kciukiem o palec wskazujący.
— Dlaczego nic mi nie powiedziałeś, że pływacie tutaj?
— Nie pytałeś — zaśmiał się Nola.
— Jakoś nie widzę w tym nic dowcipnego.
Nola spoważniał.
— Powiedziałbym, ale ty się interesowałeś Porto Empedocle.
„Cholera, ma rację. Byłem pewien, że to tamtędy będziemy przerzucać profesora”.
— Myślałem, że stamtąd trzeba będzie zabrać profesora Rossiego.
— Rossiego?
— Znasz go?
Nola rozłożył ręce w niezobowiązującym geście.
— Pracuje tu na uniwersytecie…
Tym razem Frank machnął dłonią.
— Wiem, wiem. Jego siostra jest sąsiadką mojej kuzynki. Czasami zapraszają się na obiad, 

czasami grają w karty. Także doktorzy Napoli i Modica, ale słyszałem, że obaj nie żyją.

— Myślałem, że go nie znasz.
— Ja nie, moja kuzynka…
— Dobra, dobra, daj już spokój! — wybuchnął Canidy.
„Co za  facet!   Powinien  zostać   prawnikiem.  A  może   zapytam   precyzyjniej.  Zacznijmy  od 

zaraz”.

— Przepraszam, Frank. Posłuchaj… — Odetchnął głęboko. — Mógłbyś mnie skontaktować z 

Rossini?

Cztery

Port w Palermo, Sycylia
22 marca 1943 roku, 18:05

Silnik „Stefanii” pomrukiwał na jałowym biegu obok dużego statku towarowego, kiedy Dick 

Canidy   wprowadzał   profesora   Artura   Rossiego   na   pokład.   Rossi   niosący   walizkę   wypchaną 
papierami naukowymi, spieszył się tak bardzo, że omal nie spadł z trapu. Canidy podtrzymał go, 
wziął od niego walizkę i teraz bez kłopotu weszli już na „Stefanię”.

„Jak   tylko   się   zorientował,   że   mogą   go   stąd   wyciągnąć   —   myślał   Canidy,   prowadząc 

background image

profesora do kabiny — wpadł w tak straszne podniecenie, że trzeba go było pilnować, by nie 
zrobił jakiego głupstwa. Trudno się dziwić. Dwóch kolegów umarło, jeden zarażony straszną 
chorobą,   drugi   zastrzelony   na   jego   oczach   przez   tego   esesmana   Müllera,   który   teraz   jego 
zamierzał umieścić w tej upiornej willi. A to prawdziwy wyrok  śmierci”. Pomógł  Rossiemu 
rozłożyć się na dolnej pryczy. „Przynajmniej willa należy już do historii, czy też zacznie należeć 
za dwie godziny, kiedy ludzie Noli odpalą C–2. Co jednak miał na myśli Donovan, mówiąc, że to 
tylko przykrywka? Może chodzi o te wirusy?”.

— Dziękuję — powiedział Rossi.
— Jeśli będzie pan czegoś potrzebował, proszę się nie krępować.
Rossi popatrzył na niego wyczekująco.
— Coś jeszcze, panie profesorze?
— A co… co zrobicie z tabunem?
— Tabun to gaz, prawda?
— Tak, przecież z tego powodu jest pan tutaj?
Canidy odpowiedział pytaniem na pytanie:
— A więc co z tym tabunem?
— Zwrócił pan na pewno uwagę, jak mało jest tu Niemców? „Prawie w ogóle”.
— Tak.
— Mając tutaj tak słabe siły, Niemcy na wypadek ataku aliantów na Sycylię dostarczyli tu po 

cichu gaz paraliżujący.

„Chryste   Panie!   Mała   dawka   wystarcza,   a   człowiek   wpada   w   drgawki   i   umiera   w 

cierpieniach”.

— Gdzie on jest?
Rossi wskazał iluminator, za którym czerniał kadłub statku transportowego.
Canidy sięgnął do plecaka, wydobył z niego ostatnią porcję C–2 i wyszedł na pokład.
Nola był w sterówce.
— Gotów? — spytał na widok Canidy’ego.
— Masz swoich ludzi w porcie?
Nola pokręcił głową.
— Teraz nie.
—   Daj   mi   jeszcze   dziesięć   minut   —   rzekł   Canidy   i   wyjął   zegarek,   który   porównał   z 

czasomierzem Noli, a potem wybiegł na pokład i zeskoczył na nabrzeże.

* * *

Nola sprawdził czas; upłynęło już dziewięć minut. Wystawił głowę ze sterówki i polecił:
— Zwijać cumy.
Dwóch marynarzy zdjęło z pachołków linę dziobową i rafową, cisnęli je na pokład i wskoczyli 

w ślad za nimi.

Nola znowu spojrzał na zegarek.
Wskazówka sekundowa obiegła cyferblat.
„Dziesięć minut”.
Zmarszczył brwi, gdyż na nabrzeżu nie było widać nikogo.
Powoli przesunął dźwignię napędu i lekko obrócił drewniane koło sterowe w lewo; dziób 

zaczął się odsuwać od przystani, zwracając ku morzu. Niemal w ostatniej chwili usłyszał łoskot 
opadającego ciała, a moment później tupot nóg o pokład.

background image

* * *

„Stefania” z wygaszonym silnikiem i wyłącznymi światłami kołysała się na morzu na północ 

od Mondello, mniej więcej na wysokości Villa del Archimedes w Partannie.

Godzinę   temu   opuścili   Palermo;   Dick   Canidy   zastygł   z   lornetką   przy   oczach   i   zaczynał 

powątpiewać   w   swe   umiejętności.   Zwiesił   lornetkę   na   pasku   i   podniósł   do   twarzy   rękę   z 
zegarkiem, ale w tej samej chwili rozległy się jedna po drugiej dwie niewielkie eksplozje, później 
trzecia — o wiele większa.

Niebo pojaśniało.
„Ta trzecia to chyba zbiornik paliwa. A może coś jeszcze było tam na pokładzie” — pomyślał.
— Sądząc z ilości dymu — odezwał się Rossi, jakby odgadując jego myśli — płonie tam 

wszystko.

O sto metrów na północ od ich stanowiska rozległ się gwałtowny chlupot wody; w mroku 

pojawiła się ciemna masa okrętu podwodnego.

Canidy spojrzał na profesora.
— Czas na nas. Szkoda, że nie możemy poczekać, aż także willa wyleci w powietrze. Mam 

nadzieję, że i to nam się uda.


Document Outline