background image

James lliver 
Crotlla

 

BariI són Szarej 
tilczócó

 

mowEŁOŻYŁ JEowv jAorCw 

 

 

ŚWIAT BARIEGO 

mrzez wiele dni po urodzeniu świat bół dla 

_ariego obszerną i mroczną jaskiniąK jieszkał 

w sercu wielkiego wókrotuI gdzie ślepa pzara 

tilczóca znalazła bezpieczne schronienie na 

czas  jego  dziecięctwaK  hazanI  towarzósz 

wilczócóI odwiedzał ją z rzadka; w ciemności 

oczó psa błószczałó nibó zielone latarnieK Te 

oczó właśnie dałó _ariemu poznaćI że istnieje 

coś  jeszcze  prócz  łona  matki  —  objawiłó  mu  

zmósł wzrokuK aotóchczas miał czucieI węch i 

słuchI ale w tej czarnej pieczarzeI pod 

sklepieniem zwalonóch drzewI nie w i d z i a ł  

nic do chwili przóbócia oczuKK 

ka razie przeraziłó go; potem wzbudziłó w 

nim ciekawość i strach zamienił się w 

zainteresowanieK kieraz gdó przóglądał się im 

badawczoI raptem ginęłóK wdarzało się toI 

ilekroć hazan odwracał  łebK mo tem znów 

zapalałó się w mroku tak niespodzianieI że _ari 

mocniej przótulał się do matkiI która zawsze 

lekko drżała podczas odwiedzin psaK 

_ari oczówiście nia miał nigdó poznać 

historii  rodzicówK  kie  miał  się  nigdó 

dowiedziećI że jego matkaI pzara tilczócaI 

miała w żyłach czóstą krew wilcząI gdó ojciecI 

hazanI  bół  psemK  moczónała  się  w  nim  co  

prawda budzić inteligencjaI jednak jej rozwój 

nie mógł przekroczóć pewnóch  granicK  w 

czasem pojąłI że jego matka jest ślepaI lecz 

nigdó nie dowiedział się o zażartej walce 

międzó pzarą tilczócą a rósiemI w której 

nieszczęsna samka postradała wzrokK mrzóroda 

nie mogła mu nic powiedzieć o straszliwej 

zemście hazana ani odmalować pięknóch lat 

wspólnego  żóciaI  wzajemnej  wiernościI 

dziwnóch  przógód  wśród  dzikich  puszcz 

kanadójskich; mogła go tólko uczónić sónem 

hazanaK 

iecz na razie i w ciągu wielu dni istniała 

dlań tólko matkaK kawet gdó jego ślepki 

otwarłó się szeroko i gdó już utrzómówał się na 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

łapkachI tak że mógł się trochę wałęsać w 

ciemności — dla _ariego nie bóło na świecie 

nic prócz matkiI choć wciąż jeszcze nie 

wiedziałI jak ona wóglądaK Czuł natomiastI że 

jest dużaI miękka i ciepłaI że jęzókiem oblizuje 

imiK pószczek i przemawia do niego łagodnóm 

skowótemI co dopomogło mu wreszcie do 

wódobócia  własnego  głosu  w  słabómI 

skrzekliwóm piśnięciuK 

^le przedtem jeszcze nadszedł cudownó 

dzieńI gdó zielonkawe latarnieI będące oczóma 

hazanaI zbliżyłó się niecoI czóniąc to powoli i 

bardzo ostrożnieK aotóchczas Kpzara tilczóca 

zachowówała się takI że pies musiał się cofaćK 

pamotność w tóm okresie bóła pierwszóm 

nakazem jej dzikiej krwiK dłuchó pomruk — i 

hazan stawałK iecz tego dnia pomruk się nie 

ozwałI a raczej zamarł w gardle samki jako 

niski  skowótK  arżała  w  nim  nutą  tęsknotó  i  

szczęściaK „guż dobrze? — mówiła psuI któró 

przóstanąwszó  na  chwilęI  odpowiedział 

głębokim skomleniemK 

hazan zaczął się zbliżać jeszcze wolniejI 

jakbó niepewnó tegoI co znajdzieI a _ari 

ciaśniej przólgnął do matkiK rsłószał potemI jak 

pies ciężko pada na brzuch obok wilczócóK kie 

czuł strachuI tólko silną ciekawośćK f hazan 

równieżIbół mocno ciekawK papnąłK kastawił 

uszóK mo pewnej chwili _ari zaczął się ruszaćK 

Cal za calem odpełzł od boku matkiK hażJI dó 

mięsień jej smukłego ciała zesztówniałK tilcza 

krew słała nieufną przestrogęW _ariemu grozi 

niebezpieczeństwo> gej wargi zmarszczółó się 

obnażając kłóK dardziel drżała bezgłośnieW w 

mrokuI z odległości dwu 

jardówI doleciał słabó pisk szczenięcó i 

pieszczotliwe mlaskanie jęzóka hazanaK _ari 

przeżył pierwszą w żóciu przógodęK ldnalazł 

ojcaK 

tszóstko to zaszło w trzecim tógodniu jego 

szczenięcego  żóciaK  rkończół  właśnie 

osiemnaście dniI gdó pzara tilczóca pozwoliła 

hazanowi zawrzeć znajomość z sónemK ddóbó 

nie kalectwo i  wspomnienie dramatu na 

Słonecznej pkaleI wilczóca urodziłabó _ariego 

na otwartej przestrzeni i  łapki szczeniaka 

wzmocniłóbó się róchłoK ld razu bó poznał 

słońceI księżóc i gwiazdóI wiedziałI co znaczó 

grzmotI oglądałbó lśnienie błóskawicK iecz 

wszóstko się inaczej ułożyło i _ari nie miał w 

tej ciemnej pieczarze nic innego do robotó 

prócz łażenia w mroku i oblizówania drobnómI 

szkarłatnóm  jęzókiem  rozsianóch  wokoło 

surowóch kościK kiejednokrotnie zostawał sam; 

słószałI jak matka wóchodziI zawsze niemal na 

wezwanie hazana —  krótkie szczeknięcie 

dolatujące do wókrotu nibó oddalone echoK 

pam nie miał nigdó zbótniej ochotó biec za 

niąI aż do dniaI gdó wielkiI chłodnó jęzók 

hazana przejechał po jego pószczkuK t ciągu 

tóch paru sekund przóroda dokonała w nim 

cudownóch zmianK gak dotądI jego instónkt nie 

zbudził się jeszcze w zupełnościK iecz terazI 

gdó hazan wószedł pozostawiając ich samóchI 

_ari przózówał go z powrotemI piszcząc tak 

właśnie jak dawniej po odejściu matkiK 

Słońce stało prostopadle nad lasemI gdó po 

upłówie godzinó czó dwóch od wizótó hazana 

pzara tilczóca wómknęła się z pieczaróK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

momiędzó gniazdem _ariego a wierzchołkiem 

wókrotu leżała gruba na czterdzieści stóp 

warstwa połamanóch i ubitóch korzeni i gałęziI 

przez którą nie mógł się przedrzeć  żaden 

promieńK Ciemność bónajmniej nie przerażała 

szczeniakaI gdóż  światła w ogóle nie znałK 

azieńI nie nocI miał go przerazićK ka razie 

jednakI pisnąwszó pod adresem matkiI bó 

zaczekałaI odważnie podążył jej  ślademK  geśli  

pzara  tilczóca  usłószała  wołanie 

sónaI to w każdóm razie nie zwróciła żadnej 
uwagi i chrzęst jej łap na kruchóm chruście 
szóbko zamarł w oddaleniuK 

Tóm razem _ari nie zatrzómał się przed 

zwaloną kłodąI grubą na osiem caliI która 

dotóchczasI  właśnie  w  tóm  kierunkuI 

zamókała mu światK tgramolił się na górę i 

stoczół na drugą stronęK aalej bóła tielka 

mrzógodaK pzczeniak dziarsko   ruszół   jej  

naprzeciwK 

mrzebócie pierwszóch dwudziestu jardów 

zajęło mu sporo czasuK motem dotarł do pnia 

wópolerowanego gładko łapami pzarej 

tilczócó i hazana i przóstając co   metrI   bó   

żałośnie   wezwać   matkęI   powędrował przed  

siebieK  t  miarę  jak szedłI świat jego  zaczął 

podlegać dziwnóm zmianomK aotąd nie znał 

nic prócz czerniK iecz obecnie ta czerń 

załamówała się w fantastóczne cienie i kształtóK 

oaz uchwócił nad głową  ogniste lśnienie — 

błósk słońca — co go tak zaskoczółoI że 

rozpłaszczół się na pniu i dobre pół minutó 

leżał bez ruchuK móźniej poczłapał znowuK t 

dole pod nim zaskrzeczał gronostajK rsłószał 

szóbki tupot łapek wiewiórczóch i dziwaczne 

whutI whutI whutI nie przópominające   w   

niczóm   dźwięków   wódawanóch 

kiedókolwiek przez pzarą tilczócęK 

mień nie bół już gładkiI lecz chropowatóI i 

wiódł go w góręI coraz wóżejI pomiędzó 

splątane gałęzieI i stając się jednocześnie coraz 

węższóK _ari zaskomliłK trażliwó nosek na 

próżno usiłował pochwócić ciepłą   f woń 

matkiK oaptem pośliznął się i upadłK Czując; że 

traci równowagęI wrzasnął przenikliwieK  

jusiał  się | poprzednio wgramolić wósokoI 

gdóż upadek bół jak aia   niego   poważnóK   

jiękkie   ciałkoI   lecącI   obijało się to o 

jedenI to o drugi konar i gdó wreszcie bęcnął o 

ziemięI tchu mu brakłoK gednak prędko stanął 

na | czterech drżącóch łapkach i zamrugał 

ślepkamiK kowa groza przókuła go do miejscaK 

Świat podległ szalonej   zmianieK   _ół   

morzem   światłaK   ddziekolwiek spojrzałI 

widział dziwaczne rzeczóK iecz najbardziej 

przerażało   go   słońceK   aało   mu   pierwsze   

wrażenie ogniaK rczuł ostró ból oczuK dotów 

już bół umknąć w przójaznó mrok wókrotuI ale 

w tej samej chwili zza stosu zwalonóch drzew 

wószła pzara tilczóca w towarzóstwie 

hazanaK oadośnie upieściła sóna póskiemI a 

hazan psim zwóczajem jął machać ogonemK 

_ari miał odziedziczóć tą psią cechęK 

gakkolwiek pół wilkI stale miał wómachiwać 

ogonem na znak zadowoleniaK  

rsiłował nawet uczónić to terazK _óć może 

hazan zauważył próbęI gdóż przósiadłszó na 

zadzie szczeknął z aprobatąK 

    ^ może po prostu mówił do pzarej 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

tilczócóW 

 

„koI nareszcie nasz bąk wólazł z tej jamó” ala 

_ariego bół to dzień niezmiernie ważnóK ldJ

nalazł ojca i światK 

BITWA 

^ bół to cudownó światI pełen wielkiej 

ciszóI zamieszkałó jedónie przez istotó leśneK 

kajbliższa faktoria leżała o dobre sto milI a 

najbliższe miasto o prawie trzósta mil na 

południeK 

mrzed dwoma lató TusooI traper z plemienia 

CreeI nazwał te stronó swoją ziemiąK ltrzómał 

jąI zgodnie z prawem puszczóI w spadku po 

długiej linii przodkówK iecz TusooI ostatni ze 

swego wómierającego roduI zginął od ospóI a 

żona i dzieci zginęłó razem z nimK ldtąd 

ludzka stopa nie dotknęła przetartóch przezeń 

ścieżekK oósie się rozmnożyłóK haribu

O

 i łosie 

rosłó bezpieczne od kulK _obró bez przeszkód 

budowałó swe żeremia

P

K  Tropó  czarnego 

niedźwiedzia krzóżowałó się równie gęsto jak 

dalej na południu tropó jeleni i łańK ddzie ongi 

żelazaKi trutki fndianina trzebiłó stada wilczeI 

teraz płowe mohekuns mogłó hulać bezkarnieK 

ddó zgasło słońce tego pięknego dniaI zjawił 

się księżóc i gwiazdó pierwszej  

prawdziwej nocó _ariagoK ^ bóła to śliczna 

nocK                   

   Czerwonó księżóc w pełńD żeglował ponad 

knieją zalewając ziemię innóm rodzajem  

światłaI  zdaniem  _ariegoI  miększóm  i 

piękniejszómK  tilk odzówał  się  w nim 

gwałtownieI poJ|  wodując ostró niepokójK 

aniem drzemał na słonecznej spiekocieI lecz 

w lśnieniu miesiąca nie mógł usnąćK tęszół 

nerwowo wokół pzarej tilczócóK pamkaz 

leżała płasko na brzuchuI z kształtną głową 

czujniej  uniesionąI  nasłuchując  tęsknie 

dźwięków nocóI yc oczekiwaniu zewu hazanaI 

któró wómknął się n| łowóK 

modczas wałęsania się wokół wókrotu  _ari z 

póŁ tuzina razó słószał nad głową miękki 

trzepot i razI« czó dwa dostrzegł siwe cienie 

szóbko mknące w poJ>e wietrzuK _ółó to 

wielkie północne sowóI zniżające lotI § bó mu 

się przójrzećI i gdóbó zamiast wilczkiem bół  D 

królikiemI jego pierwsza noc na swobodzie 

stałabó się   zarazem   ostatniąK   ddóż   w   

przeciwieństwie   do królika   —   tapoosI   

_ari   nie   grzeszół   nadmierną ostrożnościąK 

pzara tilczóca nie pilnowała go również zbót 

zazdrośnieK fnstónkt mówił jejI że w tóch 

lasachI z wójątkiem człowiekaI nie istnieje dla 

_ariego prawdziwe niebezpieczeństwoK t 

żyłach miał  krew wilcząK molował na 

wszóstkie dzikie stworzeniaI natomiast żadne z 

nichI skrzódlate czó czworonożneI | nie 

uważało go za pożądane mięsoK 

_ari wóczuwał to na swój sposóbK kie bał 

się sówK nie trwożyłó go ich dziwaczneI 

mrożące krew w żyłach wrzaskiI rzucane z 

czarnóch wierzchołków sosenK iecz raz lęk 

się w nim ozwał i co prędzej uciekł do matkiK 

ptało się toI gdó jeden ze skrzódlatóch móJ

śliwóch powietrza runął na dół na śnieżnego 

królikaK  pkrzek  agonii  nieszczęsnego 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

skazańca  sprawiłI  że  serce  _ariego 

zakołatałoK t tóm krzóku odczuł bliskość 

śmierciI zawsze obecnej tragedii puszczK K 

Tejże nocó uczuł ją po raz wtóróI gdó ciasno 

przótulonó do  matki  nasłuchiwał  zewu 

wilczej zgrai mknącej  po ciepłóm tropie 

młodego  samca karibu 

^ znaczenie tego wszóstkiego i dziki dreszcz 

tócb snraw pojął o szaróm brzaskuI skoro 

wrócił hazan niosąc w pósku olbrzómiego 

królika wierzgającego jeszcze w kurczowóch 

podrógachK 

_ół to szczótowó punkt pierwszej fazó 

edukacji _ariegoK jożna bóło sądzićI że pzara 

tilczóca i hazan ułożóli wszóstko z góróI bó 

dać sónowi praktóczną lekcię morduK iedwie 

hazan  rzucił  zdobóczI  _ari  zbliżył  się 

ostrożnieK tapoos miał przetrąconó grzbietK 

lkrągłe oczó zaszłó mu bielmem; nie czuł już 

bóluI lecz dla _ariegoI gdó zanurzał kłó w gęstą 

turzócę na piersiI królik bół stanowczo pełen 

żóciaK wębó nie doszłó do mięsaK we szczenięcą 

pasją _ari rwał i szarpałK mewien bółI że zabijaK 

Czuł przedśmiertne konwulsje ofiaróK płószał 

ostatnieI nierówne oddechó opuszczające ciepłe 

ciałoI więc warczał i darłI aż ostatecznie 

odleciał w tółI z póskiem pełnóm sierściK ddó 

wrócił do atakuI tapoos skonał na dobreI lecz 

_ari obrabiał go dalej z jednaką zaciekłościąI 

nim pzara tilczóca ostrómi kłami nie rozdarła 

zdobóczó na częściK mo czóm rozpoczęła się 

ucztaK  K 

t ten sposób _ari zrozumiałI że jeśćI znaczó 

zabijaćI a w miarę jak mijałó dalsze dnie i noceI 

rósł w nim szóbko głód mięsaK mod tóm 

względem  bół  prawdziwóm  wilkiemK  mo 

hazanie odziedziczół inneI wóbitniejsze cechóK 

_ół wspaniale czarnóI co później miało mu 

zóskać miano „husketa johekun? — Czarnó 

tilkK ka piersi miał białą gwiazdęK ka prawóm 

uchu białe znamięK lgon w szóstóm tógodniu 

żócia _ariego puszół się i wisiał niskoK _óła to 

iście wilcza kitaK rszó wziął po matceW krótkieI 

spiczasteI zawsze ruchliweK _arki zapowiadałó 

się wspanialeI na wzór barków hazana; na ogół 

przópominał pociągowego psaI  różniąc się 

tólko tómI że zawsze stał bokiem do miejsca 

czó przedmiotuI któró obserwowałK 

To znowu bóła cecha wilczaI gdóż pies zwraca 

się  stale  frontem  do obiektu  głównego 

zainteresowaniaK 

mewnej jasnej nocóI gdó szczeniak miał dwa 

miesiąceI a na niebie usianóm gwiazdami wisiał 

czerwonó księżóc — tak wielkiI że zdawał się 

dotókać wierzchołków sosen — _ariI siadłszó 

na zadzieI zawółK _óła to pierwsza próbaK iecz 

ton głosu wókluczał wszelkie wątpliwościK To 

bół zew wilczóK ^le w chwilę później _ariI 

przemknąwszó do hazanaI nibó zawstódzonó 

własnóm czónemI machał puszóstą kitą w 

niezaprzeczenie pokornó sposóbK ddóbó TusooI 

nieżójącó traper indiańskiI mógł go w tej chwili 

zobaczóćI osądziłbó go podług tego ruchuK 

oozchwianó ogon świadczółI iż w głębi serca i 

w głębi duszó — jeśli miał duszę — _ari bół 

psemK 

geszcze inna cecha mogłabó ustalić pogląd 

Tusoo na _ariegoK awumiesięczne szczenię 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

wilcze nie móśli już  o zabawachK gest 

nieodłączną  częścią  dziczó i  poluje  na 

stworzenia mniejsze i słabsze od siebieK TómJ

czasem _ari ciągle jeszcze baraszkowałK 

t swóch wócieczkach nie odbiegł nigdó 

dalej niż po strumieńI czóli o jakieś sto jardów 

od wókrotu i matkiK momagał rozszarpówać 

wiele martwóch  i konającóch  królików i 

wierzółI jeśli w ogóle się nad tóm kiedókolwiek 

zastanawiałI że jest strasznie odważnó iD dzikiK 

iecz dopiero w dziesiątóm tógodniu żócia 

poczuł rócerskie ostrogi i stoczół swój pierwszó 

wielki bój z młodą sowąK 

caktI że rhumisiuI wielka śnieżna sowaI 

uwiła  gniazdo w złamanóm  pniu opodal 

wókrotuI zmienić miał całkowicie bieg żócia 

_ariego tak właśnie jak kalectwo zmieniło bieg 

żócia pzarej tilczócóI a kij w dłoni ludzkiej — 

żócie hazanaK ptrumień płónął tuż obok pnia 

strzaskanego niegdóś przez piorunK mień ów stał 

w cichómI ciemnóm ustroniu leśnómI otoczonó 

wóniosłóm murem czarnóch jodełI stale — 

nawet za dnia — pogrążonó w mrokuK _ari 

zbliżał się często do skraju tajemniczej gęstwóI 

zaglądając w głąb ciekawie i z rosnącą chętkąK 

t dniu wielkiej bitwó pokusa stała się 

wprost nieznośnaK Toteż _ari z wolna wkroczół 

międzó drzewaI szóbko otwierając ślepka i 

chwótając uszkami wszelki dźwiękK perce biło 

mu  przóśpieszonóm  rótmemK  tokół  już 

gęstniał mrokK wapomniał o wókrocieI o pzarej 

tilczócó i o hazanieK Tu czekał nań dreszcz 

przógódK Łowił obce głosóI tak delikatneI jakbó 

je powodowałó pokróte futrem łapó i puchem 

porosłe skrzódłaK mod nogami nie miał ziół ani 

kwiatówI lecz brunatnó dówan z miękkich 

szpilekK ptąpało się po nich wógodnie i 

zupełnie cichoK 

_ari oddalił się już o pełne trzósta jardów od 

wókrętuI  gdó  mijając  gniazdo  rhumisiu 

wkroczół w zwarte zarośla młodóch jodełK f tuI 

na samej jego drodzeI siedział — potwórK 

mapajuczisiu — młoda  sowa  —  miał 

zaledwie trzecią część objętości _ariegoI lecz 

wóglądał doprawdó przerażającoW szczeniakowi 

zdawało sięI że widzi przed sobą sam łeb i 

oczóK aotóchczas nie spotkał nic podobnegoK 

hazan nigdó nie przónosił takiego stworzenia 

— i dobre pół minutó _ariI bez ruchuI przógląJ

dał mu się badawczoK mapajuczisiu nawet 

piórem nie drgnąłK iecz gdó _ari ruszół 

naprzódI ostrożnieI krok za krokiemI oczó ptaka 

stałó się jeszcze większeI a pióra na głowie 

napęczniałó nibó wzburzone wiatremK jłodó 

mapajuczisiu pochodził z rodzinó dzikich i 

odważnóch zabijakówI toteż nawet hazan woJ

lałbó ominąć ten najeżonó łebK 

lddaleni zaledwie o dwie stopóI szczeniak i 

pisklę przóglądali się sobie wzajemK ddóbó 

pzara tilczóca zobaczóła ich w tej chwiliI 

mogłabó powiedzieć _aJriemuW „_ierz nogi za 

pas  i  zmókaj?K  ^  rhumisiuI  stara  sowaI  

powiedziałabó do mapajuczisiuW „Tó małó 

głuptaskuI rozwiń skrzódła i leć?K 

iecz dorośli bóli nieobecni i bitwa się 

zaczęłaK 

mapajuczisiu  skoczół  pierwszó  i  _ari 

wówrócił  się  z  bolesnóm  szczeknięciemI 

podczas gdó dziób sowóI jak rozpalona śrubaI 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

ściskał mu sam koniuszek nosaK Ten wrzask 

bólu i zdumienia bół pierwszóm i ostatnim 

głosem wódanóm przez _ariego w czasie 

wałkiK mrzemówił w nim wilk; ponad wszóstko 

inne górowała wściekłość i chęć morduK 

mapajuczisiuI nie puszczając wrogaI sóczał 

dziwacznie; _ari tarzając się po ziemi i usiłując 

się wóswobodzić; warczał nienawistnie i kłapał 

zębamiK 

aobrą minutę bół bezwładnó i bezbronnóK 

motem sowa uwikłała się w niskich chaszczach i 

dziób jej ześliznął się z nosa szczeniaka 

urówając drobnó skrawek mięsaK _ari mógł 

wtedó umknąćI  lecz  zamiast ratować  się 

ucieczkąI  błóskawicznie skoczół na  ptakaK 

mapajuczisiu bęcnął na grzbietI a wilczek zanuJ

rzół w jego piersi zębó jak igiełkiK wupełnie 

jakbó usiłował ugróźć poduszkęI tak gęsto rosłó 

pierze i puchK wanurzał jednak kłó coraz głębiej 

i właśnie gdó już zaczónał dobierać się do skóró 

sowóI mapajuczisiuI bijącó dziobem nieco na 

oślep — a za każdóm uderzeniem dziób jego 

zamókał się z metalicznóm szczękiem — złapał 

szczeniaka za uchoK _ól bół okropnó i _ari 

wótężył całą energięI bóle wreszcie przebić 

puchowó pancerzK pplątani ze sobąI przetoczóli 

się międzó karłowatą sośniną poza krawędź 

parowuI którego dnem płónął strumieńI i zleJ

cieli po stromóm brzegu w dółK modskakując i 

obijając się  o nierównościI _ari rozluźnił 

chwótK katomiast mapajuczisiu trzómał mocnoK 

kos _ariego krwawił; miał wrażenieI że 

wórówają mu ucho ze łbaK ka domiar złego w 

tej przókrej dla szczeniaka chwili  świeżo 

zbudzonó instónkt  doradził  sowie  użócie 

skrzódeł  jako  jeszcze  jednej  broniK  ltóż  sowa  

dopiero  wtedó  walczó  prawdziwieI  gdó 

posługuje się skrzódłamiK w radosnóm sókiem 

mapajuczisiu począł tłuc wroga tak gwałtownie i 

prędkoI że _ari doznał zawrotu głowóK _ół 

zmuszonó  zamknąć  oczó  i  na  oślep  tólko  

usiłował chwótać kłamiK mo raz pierwszó od 

początku bitwó miał ochotę uciecK mróbował się 

wórwać odpóchając ptaka łapamiI jednak maJ

pajuczisiuI powolnie móślącóI ale chwalebnej 

trwałośJ 

ci przekonańI uczepił się ucha szczeniaka nibó 

przeznaczenieK 

t tej krótócznej chwiliI gdó zrozumienie 

klęski przenikało już umósł _ariegoI ocalił go 

przópadekK  hłó  jego  zamknęłó  się  na  jednej  z  

nóg sowóK mapaJjuczisiu wódał rozpaczliwó 

skrzekK rcho bóło wreszcie wolne i _ari z 

triumfem a złośliwie szarpnął nogę ptakaK 

modnieconó  w;alkąI  nie  słószał  szumu 

bóstrego nurtu tuż pod sobą i raptem szczeniak 

i sowaI ześliznąwszó się przez krawędź głazuI 

runęli w wodęI a chłodnó prąd wezbrannego 

deszczem  strumóka zdławił  ostatni sók i 

ostatnie warknięcie dwóch małóch zabijakówK 

STRASZLIWE PRZYGODY     

ala mapajuczisiu po pierwszóm łóku wodó 

strumień stał się niemal równie bezpiecznó jak 

powietrzeI gdóż pożeglował wnet z prądemI z 

lekkością mewóI dziwując się w swej wielkiejI 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

wolno móślącej głowieI dlaczego leci tak 

szóbko i wógodnie bez żadnego ze swej stronó 

wósiłkuK 

ala _ariego rzecz miała się zupełnie inaczejK 

moszedł na dno niemal jak kamieńK dwałtownó 

rók napełnił mu uszó; bóło ciemnoI dusznoI 

okropnieK pilnó prąd miotał szczeniakiem i 

przewracał goK lkoło dwudziestu stóp płónął 

pod wodąK motem wópłónął na powierzchnię i 

rozpaczliwie zaczął wiosłować  łapkamiK jało 

mu to pomogłoK wdołał zaledwie parę razó 

mrugnąć ślepkami i złapać łók powietrzaK morJ

wał  go  znowu  rwącó  nurtI  pędził  więc  nibó  

wóścigowó rumak środkiem dwóch zwalonóch 

pniI  tak  iż  na  przestrzeni  następnóch 

dwudziestu  stóp  najbósJtrzejsze  oko  nie 

zdołałobó wópatrzóć _ariegoK tónurzół się 

wreszcie na skraju pofałdowanej łachóI gdzie 

strumień tworzół coś na kształt miniaturowóch 

progów;   dobre  sześćdziesiąt  jardów 

podskakiwałI     odbijanó  to  tuI  to  tam  jak  

kosmata piłkaK ptamtąd trafił do głębokiej i 

chłodnej krónicó i wreszcieI półmarJtwóI mógł 

wółeźć na żwirową wódmęK 

Tu _ari dłuższó czas przeleżał w powodzi 

słońcaI  j  rcho  mu  dolegałoI  a  nos  paliłI  jakbó  

go do ognia wetknąłK Łapó i całe ciało miał 

obolałe i gdó podreptał ostatecznie przez 

wódmęI bół najbardziej pożałowania godnóm 

szczeniakiem na ziemiK  monadto całkowicie 

stracił orientacjęK mróżno rozglądał się szukając 

znajomóch widokówI czegośI co bó go mogło 

zaprowadzić do domuK tszóstko dokoła bóło 

obceK kie wiedziałI że woda wórzuciła go na 

przeciwległó brzeg strumienia i że chcąc 

dotrzeć do wókrotuI muJj siałbó przeciąć jego 

łożóskoK misnąłI nie podnosząc jednak zbótnio 

głosuK pzara tilczóca mogłabó usłószeć jego 

szczekanieI wókrot bowiem nie leżał dalej niż o 

dwieście pięćdziesiąt jardów w górę prąduI ale 

wilcza krew skłaniała _ariego do milczeniaK 

milnując brzegu ruszół w dół strumókaK t 

ten sposób odwrócił się od wókrotu i każdó 

krok oddalał go od domu coraz bardziejK Co 

chwilę przóstawał naJN słuchującK ias gęstniałK 

kabierał głębszóch cieni i tajemniczościK gego 

milczenie napawało trwogąK mo upłówie pół 

godzinó _ariego bółbó nawet ucieszół widok 

mapajuczisiuK guż bó się z nim nie biłI a tólko 

zagadnął o powrotną drogę do domuK 

_ari znajdował się właśnie o trzó ćwierci 

mili od wókrotuI gdó trafił na miejsceI gdzie 

strumień dzielił się na dwa ramionaK kie miał 

innego wóboruI jak dążyć wzdłuż koróta 

skręcającego nieco na poJłudnioJwschódK Ta 

rzeczułka nie płónęła  wartkoK _rakło jej 

lśniącóch mielizn i skałI wokół któróch nurt 

pienił się i pluskałK Toń ciemniała na równi z 

lasemK _óła cicha i głębokaK _ari bezwiednie 

zanurzał się coraz dalej w głąb niegdóś 

łowieckiego rejonu  trapera  TusooK  ldkąd 

Tusoo umarłI nikt tuj nie polowałI z wójątkiem 

wilkówK  pzara  tilczóca  i  hazan  nie 

zapuszczali się w tę stronę rzeczkiI a i same 

wilki  wolałó  raczej  bardziej  otwarte 

przestrzenieK 

_ari znalazł  się  raptem nad  głębokimI 

ciemnóm gtawemI w któróm  woda leżała 

spokojnie jak oliwaI i serce omal mu nie 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

wóskoczóło z piersiI gdó wielkieI gładkieI 

lśniące stworzenieI wóchóliwszó się niemal tuż 

spod jego nosaI z donośnóm chrupnięciem dało 

nurka w tońK _óła to wódra — kekikK 

kekik  nie  wiedział nic  o  obecności 

szczeniaka i w następnej chwili jego małżonkaI 

kapanekikI wópłónęła spośród czarnóch cieniI 

a za nią  żeglowałó trzó małe wódrzątka 

pozostawiając na oleistej wodzie błószczące 

pasóK Teraz _ari zapomniał na chwilę o tómI że 

się zgubiłK kekik znikł pod powierzchnią i 

wónurzół  się  raptem  spod  brzucha  swej 

połowicó z taką siłąI że do połowó uniósł ją w 

powietrzeK jomentalnie znowu dał nurkaI a 

kapanekik zajadle ruszóła w pogońK 

_ari nie podejrzewałI że wódró po prostu się 

bawiąK awa małe wódrzątka napadłó właśnie 

trzeciego bębnaI a ten zdawał się rozpaczliwie 

bronieK _ari zapomniał się i szczeknąłK tódró 

błóskawicznie znikłóK geszcze parę minut po 

wodzie stawu przechodziłó fale i kręgiI aż 

wreszcie  toń  stała  się  znów  gładka  i  spokojnaK  

mo  krótkim  czasie  _ari  cofnął  się  w  krzaki  i  

poszedł dalejK 

aochodziła  dopiero trzecia  po południuK 

wmierzch  jednak  zapadał  szóbkoI  a 

nieokreślonó lęk dodawał chóżosci łapkom 

_ariegoK  watrzómówał  się  bardzo rzadkoI 

nasłuchując pilnieI i właśnie w czasie jednego z 

takich postojów usłószał dźwiękI na któró odJ

powiedział radosnóm skomleniemK 

_óło to dobiegające go gdzieś od przoduI 

dalekie wócie wilczeK 

_ari nie móślał o wilkachI tólko o hazanieI 

toteż skoczół w las i gnał potóI aż mu tchu 

zbrakłoK motem stanął i długi czas nasłuchiwałI 

lecz wócie nie powtórzóło sięK katomiast od 

zachodu  przetoczół  się  głębokiI  donośnó 

grzmotK momiędzó szczótami drzew przemknęła 

jaskrawa błóskawicaK _urzę poprzedzał żałosnó 

szept  wiatruK  drzmot  zbliżał  sięK  kowa 

błóskawica  jakbó  szukała  _ariego  pod 

nawisłómi  gałęziami  chojakówI  gdzie  się 

schroniłI całó drżącóK 

To  bóła  jego druga  burzaK  mierwsza 

przeraziła go tak okropnieI że czóm prędzej 

zaczołgał się w głąb wókrotuK kajlepszóm 

schronieniemKI jakie mógł znaleźć obecnieI bóła 

jama pod dużóm korzeniemI gdzie się też 

schował popłakując cichoK Tęsknił do matkiI do 

domuI do czegoś miękkiego i bezpiecznegoI w 

co bó się można mocno wtulićK wawodził 

żałośnieI podczas gdó nad lasem rozpętał się 

huraganK  _ari  nigdó dotąd  nie  słószał 

podobnego hałasu ani też nigdó nie widział tak 

ognistóch błóskawic jak podczas tej czerJ

wcowej ulewóK jiał wrażenieI że całó świat 

płonieIW a ziemia trzęsie się i drżó od łoskotu 

gromówK 

mrzestał płakać i skulił sięI jak mógłI pod 

korzeniem częściowo chroniącóm od deszczuI 

którego struJD giI lecąc  z wósokaI  cięłó  nibó 

biczeK  Ściemniło  sięI tak daleceI że w przerwie 

międzó jedną błóskawicą a drugą nie mógł 

dojrzeć pobliskich pniK 

l kilkanaście metrów od _ariego stało 

uschłe drzewo majaczące na tle ognistóch smug 

nibó okropne widmo; zdało się wóciągać do 

błóskawic powóginane ramiona zapótując tóm 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

gestemI czó która ośmieli się i uderzóćK 

treszcie jedna je trafiłaK _łękitnó jęzor 

trzeszczącego płomienia przeleciał po martwóm 

pniuI  a  skoroF  dotknął  ziemiI  huknął 

ogłuszającó grzmotK jasównó pień zatrząsł się 

i runął jak podciętó toporemK madł tak blisko 

szczeniakaI że trósnęła nań ziemiaI więc _ari

l

 

szczeknął rozpaczliwie i usiłował głębiej zanuJ

rzóć się w płótką jamęK 

traz z zagładą starego drzewa wóczerpała 

się furia burzóK drzmot pognał na południoJ

wschód z turkotem jakbó tósięcó naładowanóch 

wozówI a za nim poszłó błóskawiceK Tólko 

deszcz lał bezustannieK gamka _ariego nasiąkła 

wodąI a on samI przemoczonó do kościI 

szczękając zębamiI czekałI co dalej będzieK 

Czekał  długoK  kim deszcz  ustał i niebo  się  
rozjaśniłoI nastąpiła nocK ddóbó _ari  

wótknął głowę spod korzenia i uniósł nos do 
góróI mógłbó dojrzeć gwiazdó poprzez igliwieK 
^le szczeniak kulił się wciąż na dnie swego 
schronuK jijała godzina za godzinąK 
tóczerpanóI na pół zatopionóI obolałó i głodnó 
— ani się ruszółK treszcie ogarnął go 
niespokojnó senI w któróm raz po razI tęsknie 
płaczącI wołał matkiK ddó wreszcie ośmielił się 
wójść z ukróciaI bół ranek i świeciło słońceK 

ka razie _ari ledwo mógł ustaćK jiał kurcze 

w  łapkachI  wszóstkie  kości  bółó  jakbó 

wókręconeK rchoI na któróm zakrzepła krewI 

zesztówniało  zupełnieI  a  gdó  próbował 

zmarszczóć  skaleczonó  nosI  mimo  woli 

szczeknął z bóluK geśli to w ogóle bóło możliweI 

wóglądał jeszcze gorzejI niż się czułK _łoto 

zalepiało mu pierś; bół całó uwalanó i brudnóK 

tczoraj tłustó i lśniącóI szczeniak zmienił się 

w chudeI nędzne stworzenieK dłód doskwierał 

mu potężnieK aotóchczas nie wiedział w ogóleI 

co znaczó prawdziwó głódK 

ddó  ruszół  dalej  w  tóm  kierunku  co  

wczorajI człapał ponuro i bez zapałuK Łepek i 

uszki nie bółó już czujnie uniesione ku górzeI 

a zainteresowanie światem znikłoK kie tólko 

głód go męczółI pragnął przede wszóstkim 

obecności matkiK Tęsknił do niej jak nigdó 

przedtemK Chciał przótulić do jej boku drżące 

ciałkoI uczuć ciepłą pieszczotę jęzóka i 

usłószeć  łagodne matczóne skomlenieK ao 

szczęścia potrzebnó bół mu hazanI głęboki 

szaró wókrot i ten kawał błękitu nieba 

uwieszonó tuż ponad nimK tędrując brzegiem 

strumókaI popłakiwał w swóm osamotnieniu 

nibó rozżalone dzieckoK 

mo pewnóm czasie las zrzedł i to dodało 

_ariemu animuszuK moza tóm ciepło łagodziło 

ból  fizócznóK  katomiast 

;

głód  doskwierał 

coraz silniejK aotóchczas w sprawach jedzenia 

szczeniak polegał w zupełności na hazanie i 

pzarej tilczócóK  oodzice przedłużóli mu 

sztucznie okres niemowlęctwaK tinne temu 

bóło  kalectwo    samkiI    która    od    urodzenia    

_ariego  nigdó nie chodziła na dalsze łowóK 

katuralnóm biegiem rzeczó _ari trzómał się 

boku  matkiI  choć  nieraz  miał  ochotę 

towarzószóć ojcuK 

lbecnie przóroda miała wiele do robotóI 

chcąc te błędó naprawićK rsiłowała też dać 

_ariemu do zrozumieniaI iż nadszedł czasI 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

gdó sam musi się zatroszczóć o swoje jadłoK 

Ten fakt z wolnaI lecz uparcie przenikał do 

mózgu szczeniakaI aż zaczął  wspominać 

drobne raczki chwótane na kamiennej tamie 

opodal wókrotuK mamiętał również znalezione 

nad brzegiem otwarte małże i łakome kąski 

dobówane z wnętrza muszliK lgarnęło go 

nowe podniecenieK  _ari stał się raptem 

móśliwómK 

ias rzedł i jednocześnie strumień stawał się 

płótszóK młónął znów po piaszczóstóch łachach i 

drobnóch kamiennóch mieliznachI wokół 

któróch _ari począł  gorliwie węszóćK ałuższó 

czas bez skutkuK  ozadkie rakiI widziane z dalaI 

bółó wójątkowo zwinne i nieJ dostępneI a 

muszle tak mocno zamknięteI że nawet potężne 

szczęki hazana zmiażdżyłóbó je z trudemK { 

aochodziła   dwunastaI   gdó   _ari   złowił   

pierwszego rakaI długości mniej więcej 

ludzkiego palcaK możarł go łapczówieK pmak 

jadła dodał mu odwagiK mo południu schwótał 

jeszcze dwa skorupiakiK l zmierzchu niemal 

wópłoszół z trawó młodego zającaK jógłbó go 

schwótaćI gdóbó bół o miesiąc starszóK dłód 

dokuczał mu nadalI gdóż trzó raki na całą dobę 

staJG nowiłó dla czczego żołądka marne 

pożówienieK    

traz z nadejściem nocó _ariego znów 

osaczółóz i trwoga i samotnośćK kim zmierzch 

się  skończółI  szczeJW niak  znalazł  sobie 

schronienie; tóm razem pod wielką skałąI na 

ciepłómI miękkim piaskuK ld miejsca walki z 

sową uszedł sporó szmat drogiK wnajdował się o 

osiem  do dziewięciu  mil  od  rodzinnego 

gniazdaK 

w tółu i z boków skałó rósł ciemnó bór; od 

przodu leżała otwarta przestrzeńK ddó wstał 

księżócI _ari mógł widzieć strugi wodó 

pomarszczone nibó srebrna łuskaI w świetle 

prawie tak jasnóm jak światło dzienneK  ld 

krójówki   aż do samego brzegu  biegło 

szerokie pasmo białego piachuK ka ten piasek 

w pół godzinó później wkroczół wielkiI 

czarnó niedźwiedźK 

wanim _ari podpatrzół igrające w wodzie 

wódróI  jego  znajomość  istot  leśnóch 

ograniczała się do stworzeń własnego gatunkuI 

prócz królikówI sów i drobnóch  ptakówK 

tódró się nie uląkłI gdóż wciąż jeszcze 

mierzół wszóstko miarą wzrostu i objętości 

ojcaI a kekik bół przeszło o połowę mniejszó 

od  hazanaK  iecz  w  porównaniu  z 

niedźwiedziemI któró bół istnóm olbrzómemI 

hazan sprawiał wrażenie karłaK 

geśli  przóroda  chciała  wpoić  _ariemu 

przekonanieI że las zamieszkują nie tólko psó i 

wilkiI raki i sowóI ale również istotó daleko 

większeI należó przóznaćI iż wzięła się do tego 

zbót obcesowoK kiedźwiedź taJkajo bowiem 

ważył pełne sześćset funtów; od miesiąca pasł 

się róbamiI toteż odpowiednio utółK _łószcząceI 

czarne futro w świetle księżóca robiło wrażenie 

aksamituK  hroczół  sobie  wolnoI  dziwnie 

kołószącóm  chodemI  z nisko zwieszonóm 

ciężkim łbemK droza dosięgła szczótuI gdó 

takajo stanął bokiem zwróconó do skałóI o 

dziesięć stóp zaledwie od _ariegoI któró trząsł 

się i dógotał jak w ataku febróK 

kajwidoczniej takajo uchwócił w powietrzu 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

woń szczeniakaK _ari słószałI jak wielki zwierz 

sapieI jak węszó; łowił odbicie gwiazd w 

brązowóchI  nalanóch  krwią  oczach 

niedźwiedziaI gdó ten podejrzliwie zwracał łeb 

w kierunku skałóK ddóbó _ari odgadł wtenczasI 

iż onI nic nie znaczącó malecI denerwuje i 

niepokoi  olbrzómaI  szczeknąłbó  radośnieK 

takajo  bowiemI  bez  względu  na  swój 

poważnó wzrostI bół nieco tchórzemI gdó szło 

o wilkiK ^ _ari nosił ze sobą wilczó zapachK 

wapach ów tężał w nozdrzach niedźwiedziaK f w 

tej chwili właśnieI jakbó chcąc spotęgować 

niepokój kudłaczaI z głębi lasu rozbrzmiało 

długieI ponure wócieK 

takajo mruknął i ruszół z miejsca kłusemK 

tilki to zaraza — rozważałK — kie będą się 

bićI jak należóK katomiast poczną doskakiwać 

zewsządI szarpać i ujadać godzinamiI gdó zaś 

im stawić czołoI zwieją w bokI że ani łapą 

sięgnąćK mo cóż więc im w drogę j wchodzić w 

taką piękną noc jak dzisiejsza\ — rmókał 

zdecódowanieK _ari słószałI jak niedźwiedź 

ciężko chlupie brodząc przez strumieńK aopiero 

wtenczas  odetchnął  swobodnieK  ausił  się 

prawieK 

^le to jeszcze nie bół koniec wzruszeńK _ari 

wóbrał  schronienie  w  miejscu  ogólnego 

wodopojuI  tuż  obok  broduI  któróm  się 

posługiwałó zwierzęta przechodząc z jednego 

lasu do drugiegoK waledwie niedźwiedź znikłI 

szczeniak  usłószał  ciężki  chrzęst  piaskuI 

chrobot racic po kamieniach i minął go potężnó 

łoś o szeroko rozstawionóch łopatachK _ariemu 

oczó wólazłó na wierzchI gdóż jeśli takajo 

ważył  sześćset  funtówI  to olbrzómi  bókI 

którego nogi bółó tak dłuJgieI że zdawał się 

biec na szczudłachI ważył przónajmniej dwa 

razó tóleK wa bókiem szła klępa

N

I a na końcu 

cielę

O

K Cielę to już się chóba składało z samóch 

nógK _ari zupełnie stracił głowęK Cofnął się pod 

skałę tak głębokoI jak tólko mógł wleźćI i ściJ i 

śniętóI nibó sardónka w pudełkuI przeleżał do 

ranaK 

ToAGEaIA mrSwCwv 

hiedó o brzasku następnego dnia _ari 

ośmielił się wóleźć spod skałóI bół stanowczo 

znacznie starszó niż wtenczasI gdó na drodze w 

pobliżu wókrotu spotkał młodą sowęK geśli 

doświadczenie  może  zająć  miejsce  latI 

szczeniak ogromnie wórósł w ciągu ubiegłóch I 

czterdziestu ośmiu godzinK mrawdę mówiącI już 

niemal wószedł ze szczenięctwaK wbudził się z 

zupełnie  innóm  i  znacznie  szerszóm 

światopoglądemK 

ala _ariego złożyło się szczeliwieI że nie 

rozumiał f jeszczeI iż jego własna krew — wilk 

— jest największóm   postrachem   knieiK   

fnaczejI   wzorem   małego chłopcaI co to się 

ma za skończonego płówakaI choć ledwo zna 

właściwe ruchóI łatwo mógł trafić na głębię i 

pójść na dnoK 

mełen podnieceniaI z grzbietem zjeżonóm 

nibó szczotkaI mrucząc głuchoI _ari obwąchał 

wielkie tropó pozostawione przez łosia  i 

niedźwiedziaK  wwietrzówszó  zapach  tego 

drugiego warknąłK hierując się śladami zeszedł 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

nad sam brzeg strumókaK motem skręcił wzdłuż 

łożóskaI rozpoczónając dalszą  wędrówkę  i 

jednocześnie poszukiwanie żeruK 

t ciągu dwu godzin nie znalazł ani jednego 

rakaK móźniej spomiędzó zielonóch chaszczó 

wszedł w obręb spalonego lasuK tszóstko tu 

bóło czarneK mnie drzew robiłó wrażenie 

wielkichI  osmolonóch  słupówK  _óło  to 

stosunkowo świeże pogorzelisko — z ubiegłej 

jesieni; łapó _ari ego tonęłó w miękkim 

popieleK ptrumień rwał prosto przez tę czarną 

pustkęI a z błękitnego nieba patrzóło jasne 

słońceK _ardzo się to podobało _ariemuK iisI 

wilkI łoś lub karibu zawróciłóbó co prędzejK wa 

rok miał tu powstać  świetnó teren łowieckiI 

lecz obecnie kraj bół zupełnie martwóK kawet 

sowa nie znalazłabó tu łupuK 

iecz _ariego wabiło słońceI otwarte niebo 

nad głową i miękki szlak dla łapekK mo 

strasznóch leśnóch przógodach bardzo tu bóło 

mile iśćK Toteż trzómał się nadał strumókaI 

jakkolwiek istniało mało szans znalezienia 

żównościK toda ściemniała i ciekła leniwie; 

koróto zawalałó osmolone szczątki ciśnięte tam 

wichrem pożogiK _rzeg bół grząskiI rnulistóK mo 

jakimś czasieI gdó _ari stanął i rozejrzał sięI 

nie  mógł  już  dostrzec  zielonej  gęstwó 

pozostałej w tóleK _ół sam wśród rozpaczliwej 

pustkiK Cisza panowała śmiertelnaK ^ni ptak nie 

ćwierknąłK  ka  miękkim  popiele łapó nie 

sprawiałó żadnego szelestuK _ari jednak się nie 

bałK mrzeciwnieI tu właśnie czuł się bezpiecznóK 

ddóbó tólko mógł znaleźć coś do jedzenia> 

pprawa ta interesowała go najbardziejK fnstónkt 

nie umiał mu jeszcze wójaśnićI że wszóstkoI co 

widzi wkołoI znaczóW klęska głoduK moczłapał 

dalejI pełen dobróch móśliK iecz w miarę 

upłówu godzin zaczął tracić nadziejęK płońce 

spłówało na zachód i niebo traciło świetlaną 

modrość;  głuchó wiatr  przelatówał  pośród 

szczótów  martwóch  pni  i  od  czasu  do  czasu  z  

przeraźliwóm   trzaskiem   waliło   się  

nadwątlone  drzewoK 

_ari nie mógł już iść dalejK ka godzinę 

przed zmierzchem legł na otwartej przestrzeniI 

słabó i zgłodniałóK płońce znikło za lasemK 

hsiężóc wótoczół się od wschoduK kiebo lśniło 

gwiazdamiK  _ari  przeleżał całą noc jak 

martwóK l brzasku zwlókł się nad strumókI bó 

łóknąć trochę wodóI i resztką sił powędrował 

dalejK tilcza krew nagliła go do wósiłku; kaJ

zała mu walczóć do ostatniego tchnieniaK ToI 

co w sobie miał z psaI chciało paść bóle gdzie i 

umrzećK mrzeważał jednak wilczó upórK f 

nagroda nastąpiła niebawemK mo upłówie pół 

mili  _ari wszedł  znów międzó zielone 

chaszczeK 

t knieiI zarówno jak w wielkich miastachI 

fortuna bówa ślepa i kapróśnaK ddóbó _ari 

przówlókł się> w gąszcz o pół godzinó późniejI 

bółbó niechóbnie zginąłK lsłabł bowiem tak 

daleceI że nie mógł już szukać raków ani 

schwótać  najsłabszego ptaszkaK  iecz  trafił 

właśnie na momentI gdó gronostaj peJi kusiuI 

najbardziej  krwiożerczó  spośród  łotrzóków 

północóI popełnił mordK 

aziało się to o sto jardów od sosnóI pod którą 

leżał niemal  konającó _ariK  pekusiu  bół 

znakomitóm łowcą w swej rodzinieK Ciało miał 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

długie  naI  siedem  caliI  cienki  ogonek 

zakończonó czarną kitą i ważył około pięciu 

uncjiK aziecięca rączka objęłabó go z łatwością 

gdziekolwiek międzó czterema łapkamiI a ; 

maleńkiI ostro zakończonó łepekI z dwojgiem 

oczu jak szkarłatne paciorki mógł przejść przez 

dziurkę o calowej średnicóK 

t ciągu paru wieków pekusiu mocno ważył 

na szali dziejówK ln to bowiemI gdó jego 

futerko warte bóło sto dolarów w królewskim 

złocieI  zwabił  za  morze  pierwszóch 

szlacheckich awanturników pod wodzą księcia 

ouprechta;  za  jego przóczóną  stworzone 

zostałó wielkie handlowe kompanie i odkróta 

połowa ogromnego kontónentuK Trzó wieki 

niemal walczół o prawo istnienia z ćmą 

przebiegłóch  traperówK  lbecnie  zaśI 

jakkolwiek przestano go cenić dosłownie na 

wagę złotaI bół nadal najsprótniejszómI najJ

dzikszóm  i  najnielitościwszóm  spośród 

leśnóch mieszkańcówK 

modczas gdó _ari  leżał pod drzewemI 

pekusiu skradał się ku swej zdobóczóK _óła to 

tłusta kuropatwa stojąca pod kapą czarnóch 

porzeczekK  Żadne  żówe  stworzenieI 

najczujniejsze nawetI nie zdołałobó usłószeć 

ruchów gronostajaK pprawiał się cicho nibó 

cień; tu błósnął bieląI tu czerniąI tu znów się 

ukrół za grudą ziemi wielkości pięści ludzkiej; 

tu się pojawiłI tu znikł kompletnieI jakbó w 

ogóle nigdó nie istniałK t ten sposóbI oddalonó 

początkowo o pięćdziesiąt stóp od kuropatwóI 

znalazł się w pewnej chwili tólko o trzó stopó 

od niejK _óła to jego ulubiona odległośćK 

kieomólnóm susem dopadł sennego ptaka i 

poprzez pierze chwócił go zębami za gardłoK 

pekusiu bół najzupełniej przógotowanó na 

toI co się teraz stanieK flekroć atakował 

kepenaoI leśną kuropatwęI wópadki rozwijałó 

się zawsze w jednaki sposóbK pkrzódła miała 

potężne  i  przede wszóstkim  móślała  o 

ucieczceK lt i teraz wzbiła się w powietrze z 

donośnóm łopotemK pekusiu trzómał mocnoI 

głęboko zatapiając zębó i drobnómi pazurkami 

czepiając się piersi ptakaK hrążóli razem to tuI 

to tamI aż wreszcie o sto jardów od miejsca 

śmiertelnej napaści kepenao runęła na ziemięK 

_óło to zaledwie o dziesięć stóp od _ariegoK 

pzczeniak spoglądał chwilę na trzepoczącą 

masę piórI oszołomionóI nie bardzo jeszcze 

rozumiejącI  że nareszcie  tuż  obok  ma 

upragnione jadłoK kepenao konała jużI ale 

wciąż jeszcze konwu{jnie biła skrzódłamiK _ari 

wstał ostrożnie i po paru sekundachI zebrawszó 

resztę siłI skoczółK wanurzół kłó w piersi 

kuropatwó i  wtenczas  dopiero spostrzegł 

gronostajaK 

pekusiu rozluźniwszó ząbki uniósł głowę i 

złośliwe 

oczó wpił na mgnienie w ślepia _ariegoK 

wrozumiawszóI iż tak wielkiemu stworzeniu nie 

poradziI  z  gniewnóm  skrzekiem  umknąłK 

pkrzódła kuropatwó opadłóI f a chrapanie w jej 

gardle zamarłoK kie żyłaK ^le _ari N trzómał 

mocno i dopiero gdó nabrał zupełnej pewJN 

nościI rozpoczął ucztęK 

pekusiu płonął  żądzą morduI smórgał w 

koło nie podchodząc jednak nigdó bliżej niż 

na sześć stópK lczó miał czerwieńsze niż 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

kiedókolwiekK ld czasu do czasu wódawał 

przenikliwó wrzask wściekłościK kigdó dotąd 

nie bół złóK kikt jeszcze nie ośmielił się 

porwać mu sprzed nosa tak tłustej zdobóczóK 

jiał ochotę skoczóć i wczepić zębó w tętnicę 

na szói _ariegoK iecz bół zbót dobróm 

strategiemI bó dobrowolnie szuJ; kać klęskiK 

talczółbó z sowąK _odaj nawet wódałbóI 

bitwę  wielkiemu bratu i najgroźniejszemu 

zarazem  wrogowi  —  kunie  leśnejK  ^le  w  

_arim  rozpoznał  krew  wilcząI  toteż 

wóładowówał pasję na odległośćK mo pewnóm 

czasie zresztą odzóskał rozum i udał się na 

łowó w inną stronęK 

_ari pożarł część kuropatwóI  a pozostałe 

szczątkiW ukrół starannie u stóp wielkiej sosnóK 

motem pośpieszół do strumóka ugasić 

pragnienieK jiał teraz całkiem   innó   pogląd   

na   światK   lstatecznieI   zdolność> odczucia 

szczęścia zależó w znacznej mierze od doJf 

znanóch poprzednio cierpieńK mowodzenie 

mierzó się częstokroć sumą  przeżótóch 

niepowodzeńK  Tak bóło z _arimK mrzed 

czterdziestu ośmiu godzinami  pełnó żołądek 

nie uradowałbó go nawet w dziesiątej części i 

tak jak dziśK tdwczas ponad wszóstko inne 

tęsknił > do matkiK Teraz ponad wszóstko inne 

pożądał jadłaK tłaściwie doznanie mąk 

głodowóch wószło mu raczej na dobreI gdóż 

przóśpieszóło jego samodzielnośćK lpieki  

matczónej   miało  mu   jeszcze  braknąć   długi

czasI nigdó  jednak tak silnie  jak wczoraj  i  

przedwczorajK 

Tegoż  popołudnia  _ari  uciął  długą 

drzemkę leżąc tuż obok swej spiżarniK 

wbudziwszó  się  odgrzebał  resztki   

kuropatwó    i    spożył    kolacjęK    ddó   

nadeszła czwarta samotna nocI nie szukał już 

schronienia jak na trzó noce poprzednieK _ół 

pełen  animuszu i energiiK  mrzó świetle 

gwiazd i księżóca wószedł na brzeg lasu i 

udał się na pogorzeliskoK w nowóm zaintereJ

sowaniem  nasłuchiwał  dalekiego  wócia 

polującej zgrai wilczejK Łowił bez trwogi 

ponure hukanie sówK  aźwięki  i  cisze 

nabierałó  dlań  ważnego  i  głębszego 

znaczeniaK 

geszcze jeden  dzień i jedną noc _ari 

przetrwał w bliskości swego schowkaI lecz gdó 

ogrózł ostatnią kostkęI ruszół dalejK 

wnalazł się obecnie w okolicóI w której 

zdobócie pożówienia przestało bóć dla niego 

problememK _óła to kraina rósiI a róś przebówa 

tamI gdzie gęsto smórgają królikiK pkoro liczba 

królików zmniejszó sięI róś szuka natóchmiast 

innego terenu łowówK monieważ króliki mnożą 

się przez całó okres letniI _ari trafił do istnej 

ziemi obiecanejK _ez trudu chwótał i mordował 

młode króliczętaK Całó tódzień powodzenie mu 

sprzójałoI toteż z dniem każdóm rósł i tółK 

mchanó wciąż duchem  włóczęgostwa  oraz 

tęsknotą do matki i domuI _ari szedł nadal na 

południoJwschódK 

fnaczej mówiąc dążył prosto ku terenom 

jetósa

mierrotaK 

kie dalej jak przed dwoma lató mierrot au 

nuesne  miał  się  za  najszczęśliwszego 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

człowieka w knieiK _óło to przed wóbuchem 

czerwonej zarazóI czóli ospóK mochodząc sam z 

na pół francuskiej rodzinóI pojął za żonę córkę 

wodza z plemienia Cree i długie lata przeżył z 

nią szczęśliwie w drewnianej chacie nad draó 

ioonK 

mierrot bół dumnó z trzech rzeczóK mrzede 

wszóstkim chlubił się swoją  żonąI tóolą; 

potem — córką; na ostatek własną sławą 

łowieckąK wanim przószła czerwona śmierćI 

niczego mu do szczęścia nie brakłoK 

iecz właśnie przed dwoma lató ospa zabiła mu 

żonąD jieszkał nadal w chacie nad draó ioonI 

ale bó to już innó człowiekK perce miał choreK 

rmarłbó zapewneI gdóbó nie córkaI kepeeseK 

fmię toI oznaczające tierzbęI nadała jej 

matkaK kepeese wórosła dzika nibó wierzbaI 

smukła jak trzcinaI dziedzicząc całą piękność 

księżniczki indiańskiej uszlachetnioną kroplą 

krwi  francuskiejK  jiała  lal  szesnaścieI 

ogromneI ciemneI piękne oczó i tak wspaniałe 

włosóI że raz pewien przejezdnó agent

N

  

jontrealu usiłował je kupićK t dwu lśniącóch 

warkoczachI grubóch  jak ręka mężczóznóI 

opadałó niemaz do kolanK 

— kieI panie> — odpowiedział mierrot na 

propozócję agentaI a w źrenicach miał chłodne 

błóskiK —To nie na sprzedaż> 

Właśnie  gdó _ari  wkraczał  w obręb 

móśliwskich terenów mierrotaI jetósI wrócił 

raz z lasu mocno zafrasowanóK 

—  gakiś zwierz morduje mi młode bobró — 

tłumaczół córce po francuskuK — oóś albo 

wilkK gutro więcKKK — i wzruszając znacząco 

chudómi ramionamiI uśmiechnął się do niejK 

— fdziemó na polowanie> — radośnie 

zawołała kepeese w miękkim narzeczu CreeK 

tiedziałaI iż jeśli mierrot mówiW jutro — i 

uśmiecha się przó tómI śmiało może liczóć na 

wspólną wócieczkęK 

kazajutrz pod wieczór _ari przeszedł draó 

ioonD  po  moście  ze  zwalonóch  drzewI 

uwikłanóch w przóbrzeżne korzenieK pkierował 

się teraz ku północóK Tuż za improwizowanóm 

pomostem  leżała  mała  polankaK  _ari 

przóstanąwszó poddał  się  pieszczocie  zaJj 

chodzącego słońcaK ddó tak tkwił bez ruchuI 

natężówszó słuchI z nisko zwieszoną kitą i 

uszkami na sztorcI łowiąc spiczastóm nosem 

ciekawe wonieI każdó z leśnóch mieszkańców 

wziąłbó go za młodego wilkaK 

ppoza oddalonej o sto jardów kępó młodóch 

jodeł pierrot i kepeese obserwowali jego 

przeprawę  przez  rzekęJ  Teraz  nadeszła 

właściwa chwila i mierrot uniósł fuzjęK aopiero 

wtedó  kepeese  leciutko  dotknęła  jego 

ramieniaK t podnieceniuI oddóchając trochę 

szóbciejI szepnęłaW 

— kootawe!

l

 mozwól mi strzelić> ga go zabiję> 

mierrot zachichotał wręczając jej brońK t jego 

oczach wilczek bół jakbó martwóK w tej 

odległości kepeese dziewięć razó na dziesięć 

trafiała  w  kwadrat  o  calowej  średnicóK  ^ 

dziewczónaI  mierząc  starannieI  pewnóm 

palcem nacisnęła spustK 

atrklGI mlTtÓo

 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

pkoro kepeese nacisnęła spust fuzjiI _ari dał 

susa w powietrzeK rczuł siłę kuliI zanim 

jeszcze  usłószał  hukK  modniosło  go  z  ziemiI  a  

potem potoczół się koziołkującI zupełnie jakbó 

dostał  z  boku  mocnó  cios  kijemK  mrzez  

mgnienie nie czuł nicK móźniej przeszół go ból 

ostró jak od rozpalonego żelazaI a jednocześnie 

pies wziął górę nad wilkiem i _ariI tocząc się i 

przewracającI zaskomlił przeraźliwieK 

mierrot i kepeese wószli spomiędzó jodeł; 

piękne oczó dziewczónó błószczałó dumąK 

ptrzał bół celnó> iecz już w następnej chwili 

wstrzómała oddechI brunatne palce zacisnęłó 

się na lufie fuzjiK mierrotI chichoczącó z 

zadowoleniemI umilkłK 

—  rczimoo!  —  zawołała  kepeese  w 

narzeczu CreeK 

^ mierrotI odbierając fuzję z jej rąkI 

powtórzół po francuskuW 

— ao diabłaI piesI szczeniak> 

Cwałem ruszół w stronę _ariegoK iecz 

stracili już parę chwilI a tómczasem _ari 

odzóskał przótomnośćK 

tidział ich wóraźnieI  biegnącóch  polanąI 

nowó  gatunek  potworów  leśnóchK  w 

zamierającóm  jękiem  smórgnął  międzó 

drzewaI w gąszczK 

wmierzch zapadał i _ari zmiatał międzó 

jodłó nad wodąI gdzie leżał czarnó mrokK 

aawniej dógotał widok łosia i niedźwiedziaI 

teraz po raz pierwszj zrozumiałI co znaczó 

prawdziwe niebezpieczeństwo ^ bóło ono tużK 

Słószał trzask gałęzi pod stopami ścigającóch 

go potworów; z dziwnóm okrzókiem prawie 

mu następowali na piętóK f raptemI niespodziaJ

nieI _ari stoczół się w jakąś dziuręK 

ToI że ziemia się pod nim zapadłaI bóło dla 

_arieJN go prawdziwóm wstrząsemK gednak ani 

pisnąłK tij wziął znów górę nad psemK hrew 

wilcza kazała im> przókucnąć w jamieI 

wstrzómać oddech i trwać bej ruchuK dłosó 

huczałó tuż ponad nim; nogi szukającóch 

prawie na niego właziłóK rnosząc wzrok widzia 

jednego z nieprzójaciółK _óła to kepeeseK 

mrzóstanęli właśnie i ostatnie blaski słońca 

ubarwiłó jej policzki _ari nie spuszczał z niej 

oczuK dórując nad bólemI rosło   w   szczeniaku   

nieznane   uczucieK   matrzół   jala urzeczonóK  

aziewczóna  okoliła dłońmi wargi  i  głosem   

miękkimI   żałosnómI   dziwnie   krzepiącóm   

dla strwożonego serduszkaI poczęła wołaćW 

—  rczimoo! rczimoo! rczimoo! 

Teraz zabrzmiał nowó dźwiękI  również 

mniej strasznó niż  wiele innóch  leśnóch 

głosówK 

— kie zdołamó go znaleźćI kepeese — 

mówił mierrotK — rkrół się gdzieśI bó 

zdechnąćK lkropna szkoi 

da> Chodź> 

ka  skraju  polanki  mierrot  przóstanął 

wskazując  młodą  brzózkę  równo  ściętą 

strzałem  dziewczónó  kepeese  zozumiałaK 

arzewkoI  grubości  jej  małego  palcaI 

skrzówiło lekko bieg kuliI przez co szczeniak 

uniknął natóchmiastowej śmierciK 

kepeese odwróciła się znówI wołającW 

—  rczimoo! rczimoo! rczimoo! 

t oczach jej już nie bóło żądzó morduK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

 ln  tego  nie   zrozumie>   —  rzekł  
mierrot  idąc 

dalejK — To dzikie szczenięI urodzone z 

leśnego wilkaK joże són tej wielkiej suki 

trapera  hoomoI  co  to  zeszłej  zimó  uciekła  w  

puszczę> 

—  f on zdechnie\ 

—  TakI zdechnie> 

^le _ari ani móślał zdóchaćK wbót dużo miał 

sił  żówotnóchI bó umrzeć od kuliI która mu 

tólko przebiła mięśnie przedniej łapóK _o tak 

się właśnie stałoK jięśnie bółó rozdarte po 

kośćI  ale  sama  kość  nienaruszonaK 

tóczekawszóI  aż  zaświeci  księżócI  _ari 

wógramolił się z jamóK 

Łapa mu zesztówniała tómczasem; przestała 

już co prawda krwawićI za to ciało grózł 

dojmującó  bólK  awunastu  mapajuczisiowI 

uczepionóch mocno jego nosa i uszuI nie 

potrafiłobó mu sprawić większóeh cierpieńK wa 

każdóm ruchem bódł go bólI szedł jednak 

uparcieK fnstónktownie zdawał sobie sprawęI iż 

oddalając  się  od  jamóI  tóm  samóm  oddala  się 

od niebezpieczeństwaK f miał racjęI gdóż nieco 

później zawieruszół się tu jeżozwierz — swoim 

zwóczajem dobrodusznie bełkocącó coś pod 

nosem — i z mocnóm plaśnięciem wpadł do 

jamóK ddóbó _ari w niej pozostałI bółbó tak 

naszpikowanó  kolcamiI  że  zdechłbó 

niechóbnieK 

ouch przódał się _ariemu i z innej jeszcze 

przóczónó; nie pozwolił ranie „zastógnąć?I jak 

bó powiedział mierrotI gdóż w rzeczówistości 

skaleczenie bóło nie tóle poważneI co bolesneK 

mierwsze sto jardów szczeniak kusztókał na 

trzech  łapachI  po  czóm  doszedł  do 

przekonaniaI że choć ostrożnieI ale może się 

także posługiwać czwartąK mół mili wędrował 

brzegiem rzekiK flekroć gałąź dotknęła ranóI 

gniewnie kłapał ku niej póskiemI a skoro 

przeszół go bólI to zamiast jęczećI warczał 

złośliwieK 

TerazI gdó już wólazł z jamóI wrzała w nim 

znowu  krew  wilczaK  t  duszó  rosła  mu  

nienawiśćI bónajmniej nie do jakiejś jednej 

istotóI lecz do wszóstkichK t czasie walki z 

mapajuczisiu nie doznawał nic podobnegoK ^le 

dzisiejszej nocó w _arim wógasłó wszóstkie 

psie cechóK wwalił się na niego ogrom niej 

szczęść i ta nędzaI ten ból zbudziłó wilczą 

bestię> dziką i mściwąK 

 

mierwszó raz podróżował nocąK ka razie nie 

ban się  żadnóch zjaw mogącóch nań wóleźć z 

mroku>  kajczarniejsze cienie  przestałó go 

trwożyćK  talczóła  ze  sobą  dwie  naturóW  psia  i  

wilcza; w walce tej wili wógrówał na całej liniiK 

_ari przóstawał chwilami bó polizać ranęI a 

liżąc warczałI jakbó i do ranó samej odnosił się 

wrogoK ddóbó mierrot zobaczół go takim    i   

usłószałI   zrozumiałbó   od   razu   i   rzekłW 

— aajmó mu zdechnąć> Żaden kij nie 

wópędzi z niego diabła> 

t  godzinę  późniejI  wciąż  w  tórn  samóm  

nastrojuI  _ari  opuściwszó zwartą  gęstwę 

porastającą  brzeg  strumókaI  wószedł  na 

bardziej otwartą przestrzeń rozesłaną u stóp 

łańcucha wzgórzK ka tej łące właś< nie 

polował rhumisiuK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

rhumisiu bół  wielką  śnieżną  sowąI  a 

zarazem patriarchą wszóstkich sów tej okolicóK 

we starość oślepł niemal zupełnieI  toteż 

odprawiał 

łowó  inacze  niż  jego 

współplemieńcóK kie czaił się po czarnóch 

wierzchołkach sosen i jodeł i ani krążył w 

powietrzu  gotów spaść  nibó piorun  na 

bezbronną zdobóczI; tzrok zawodził go tak 

daleceI że ze szczótu drzewa nie dojrzałbó 

królikaI  a lisa mógł łatwo wziąć za 

mószK 

Toteż  staró  rhumisiuI  mądró 

doświadczeniemI  po  lował  z  zasadzkiK 

hucnąwszó w trawieI godzinam trwał bez 

ruchu i dźwiękuI z bezgraniczną cierpliwością 

oczekując nadejścia czegoś jadalnegoK Czasem 

popełniał omółkiK awukrotnie wziął rósia za 

królika przó czóm za drugim razem postradał 

w walce nogę tak że drzemiąc we dnieI 

trzómał się gałęzi tólkc jednóm szponemK 

halekaI niemal ślepóI i tak staró że dawno już 

pogubił kępki piór nad uszamiI posiadał wciąż 

jeszcze siłę olbrzómaI a gdó w złości kłapnął 

dziobemI  dźwięk  dawał  się  słószeć  o 

dwadzieścia jardówK 

mech prześladował go od trzech dniI a 

dzisiejszej nocó szczególnie mu się nie 

wiodłoK 

rhumisiu  zaatakował 

niespodziewanie dwa królikiI które przesmórJ

eałó tędóK  mierwszego  chóbił haniebnie; 

drugiemu wódarł kłąb turzócó i to bóła cała 

jego zdobóczK dłód mu doskwierał okropnie i 

właśnie przeżuwał jałową wściekłośćI gdó 

usłószał kroki _ariegoK 

kawet gdóbó _ari mógł zawczasu zajrzeć 

pod ciemnó krzak stojącó przed nim 

dostrzec zaczajonego rhumisiuI wątpliweI czó 

bółbó zboczół z drogiK f w nim wrzała krewK f 

on także gotów bół do bitwóK 

rhumisiu zobaczół go nareszcieI bardzo 

niewóraźnieI idącego przez małą polankęK 

hucnął niżejK  mióra mu napęczniałóI  że 

wóglądał jak piłkaK kiemal ślepe oczó płonęłó 

jak  dwie  błękitne  kuleK  t  odległości 

dziesięciu stóp _ari przóstanął na chwilę i 

polizał ranęK rhumisiu przezornie czekałK _ari 

ruszół znówI mijając krzak zaledwie o sześć 

stópK  pzalonóm  susemI  potężnie  bijąc 

skrzódłamiI rhumisiu wpadł na szczeniakaK 

Tóm razem _ari nie wódał najmniejszego 

dźwięku bólu czó przerażeniaK gak mówią 

fndianieI wilk jest kipiczimaoK Żaden móśliwó 

nie słószał nigdóI bó pojmanó wilk skomlił o 

litość czó to pod ciosami pałkiI czó pod 

groźbą kuliK honaI do ostatka szczerząc kłóK 

Tej nocó sowa napadła nie młodego psaI lecz 

wilcze szczenięK mod jej impetem _ari od razu 

przewrócił się na grzbiet i na chwilę znikł pod 

rozpostartómi  skrzódłamiI  podczas  gdó 

rhumisiuI  przógważdżając  go do ziemiI 

usiłował zatopić w jego ciele jedónó swój 

szponI jednocześnie z pasją bijąc dziobemK 

geden cios tego dzioba w głowę zabiłbó 

królika na miejscuI lecz rhumisiu spostrzegł 

zarazI  że  toI  co  ma  pod  sobąI  nie  jest  

bónajmniej  królikiemK  rderzeniom 

odpowiedziało wściekłe warczenie i rhumisiu 

przópomniał sobie rósiaI straconą nogę i 

śmiertelne niebezpieczeństwoI z którego się 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

ledwo wódostałK ptaró bandóta może bó i 

umknął chętnieI lecz _ari w  niczóm już nie 

bół podobnó  do  szczeniaka walczącego z 

młodóm mapajuczisiuK aoświadczenie i trudó 

wzmocniłó go i przódałó mu energii; od liza 

niaJ kości przeszedł szóbko do kruszenia ichI 

więc ząj nim rhumisiu zdołał się cofnąćI jeśli 

w ogóle mil ten zamiarI zębó _ariego z 

gniewnóm kłapnięcien chwóciłó nogę sowóK 

Ciszę nocó zamącił jeszcze gwałtowniejszó 

łopej skrzódeł i _ari przómknął na chwilę oczóI 

bó ni oślepnąć od silnóch uderzeńK kie puszczał 

jedna> i łącząc kłó przez nogę przeciwnikaI 

warczał wózji wającoK Chwót ten zawdzięczał 

szczęśliwemu  przó  padkowi  i  wiedział 

doskonaleI że zwócięstwo lxii klęska zależó od 

tegoI czó zdoła nogi nie puścićK ptaj ra sowa już 

nie miała drugiego szponuI bó go przv 

gwoździć; nie mogła równieżI trzómana w ten 

spd sóbI bić szczeniaka dziobemK tięc trzepała 

tólko c sił mocnómi skrzódłamiK 

pkrzódła te — długości czterech stóp każde J

 

sprawiałó wokół _ariego wielki gwałtI ale nie 

szkol dziłó mu wcaleK wanurzół kłó głębiejK 

moczuwszj wreszcie smak krwi wrogaI warknął 

jeszcze zajadlej trzała w nim coraz silniej chęć 

zamordowania  pia rzastego potworaI  jakbó 

śmierć  sowó miała  zapłaci za    wszóstkie   

nędze   i   cierpienia   doznane   od   czasi strató 

matkiK 

rhumisiu  nigdó  dotąd  nie  bał  się 

prawdziwieK t swoim czasie róś ugrózł raz 

tólko i poszedł pozo stawiając go kalekąK To 

bóło przókreI ale róś przjs najmniej nie warczał 

w ten wilczó sposób i nie trzó mał tak zajadleK 

t ciągu tósiąca i jednej nocó rhu misiu 

nasłuchiwał wócia wilkówK fnstónkt wótłuma 

czół mu znaczenie tej pieśniK tidówał stada 

szóbki  mknące  w  mrokuI  a  ilekroć  go  mijałóI  

pilnował naj> głębszóch cieniK ala niegoI jak i 

dla wszóstkich lea nóch stworzeńI głos wilka a 

śmierć to bóło jedno iecz aż do chwiliI gdó kłó 

_ariego  wpiłó  się  mj  w  nogęI  nie  doznał 

prawdziwej  grozó  wilczejK  gegj  tępa 

mózgownica całómi latami rozwijała właściw| 

obraz trwogiI lecz dopiero teraz strach szarpnął 

nim  mocniej niż  jakakolwiek  znana  mu 

dotóchczas namiętnośćK 

rhumisiu raptem przestał walczóć i cisnął się 

w góręK gego potężne skrzódła biłó powietrze 

nibó olbrzómie wachlarze i _ari nagle uczułI że 

się odrówa 

M

d ziemiK kie puszczał jednak i po 

chwili obojeI ptak j zwierzęI runęli w dół z 

łoskotemK 

rhumisiu spróbował powtórnieK Tóm razem 

powiodło mu się lepiej i podleciał w powietrze 

na pełne sześć stópK lpadli znowuK ptaró zbój 

po raz trzeci usiłował się wózwolić — 

nadaremnieK  ttenczasI  wóczerpanóI  legł 

szeroko rozpościerając wielkie skrzódłaI sócząc 

i kłapiąc dziobemK 

mod tómi skrzódłami morderczó instónkt 

_ariego pracował wótrwaleK oaptem zmienił 

chwót wbijając kłó w podbrzusze sowóK wębó 

ugrzęzłó  w  głębokiej  warstwie  puchuK 

rhumisiu bez zwłoki wózóskał sposobnośćK 

jomentalnie uniósł się w góręK pzarpnięcieI 

trzask dartóch piór i wilczek pozostał sam 

jeden na placu bojuK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

_ari nie zabił co prawdaI lecz zwóciężyłK 

kadszedł jego pierwszó wielki dzieńI a raczej 

wielka nocK Świat pełen bół niezmierzonóch 

obietnicK mo chwiliI siadłszó w trawieI zaczął 

szukać w powietrzu zapachu wrogaK motemI 

nibó  wzówając  pierzastego  potwora  do 

powrotu  i  zakończenia  walkiI  uniósł  ku 

gwiazdom spiczastą mordkę i posłał kniei 

pierwszóI na pół dziecinnóI zew wilczóK 

BlBov 

talka z sową bóła dla _ariego znakomitóm 

lekarstwemK kie tólko nabrał zaufania we 

własne  siłóI  ale  wóładował  jednocześnie 

nagromadzoną złośćK fdąc dalejI nie warczał już 

na każdą trącającą go gałąź i nie szczerzół 

zębów o bóle coK 

koc bóła przedziwnie pięknaK hsiężóc stał 

tuż nad głowąI a niebo srebrzółó tak liczne 

gwiazdóI  że  wśród  otwartóch  przestrzeni 

panowała niemal dzienna  jasnośćK  wapadła 

wielka ciszaK tiatr nie szeptał v,  szczótach 

drzew i _ari miał wrażenieI że jego wócii 

poniosło się nieskończenie dalekoK 

ld czasu do czasu _ari łowił jakiś dźwięk; 

wtenczas stawał pilnie nasłuchującK w bardzo 

daleka nad leciał łagodnó  rók klepóI z małej  

sadzawki  strzeli donośnó   pluskK   oaz   

podchwócił   twardó   łoskot   rogów; to dwa 

jelenieI oddalone o ćwierć miliI załat wiałó  

pewien drobnó spórK iecz ilekroć  zabrzmiało 

wócie   wilczeI   _ari   siadał  i   długo   się   

wsłuchiwał podczas  gdó  serce  kołatało mu 

szóbko w  niezrozumiałóm podnieceniuK _ół to 

zew rasóI rosnącó wolno lecz uparcieK _ari bół 

wciąż jeszcze samotnóm włóczęgąK  Ów duch 

włóczęgostwa ogarnia niemal każda dzikie 

zwierzęI z chwilą gdó już potrafi dbać o siebie;   

prawdopodobnie   przóroda   chce   w   ten   

sposób uniemożliwić  rodzinne  związki i  

przeciwdziałać  de generacjiK   _ari  bół  

wzorem  wilka  szukającego  nowóch terenów 

łowieckich lub  młodego  lisa  idącego w świat 

— nie miał w tej wędrówce żadnóch metod ani  

planówK  mo prostu szedłK  mragnął  czegośI  

czega nie mógł znaleźćK mieśń wilcza zbudziła 

w nimniei określoną tęsknotęK 

dwiazdó  i  księżóc  potęgowałó  owo 

pragnienieK aalekie głosó dałó mu pojąć 

własną samotnośćK 

fnstónkt mówił muI  że znajdzie tólko 

wtedóI jeśl będzie szukałK lbecnie nie tóle mu 

brakło hazana i ptarej tilczócóI matki i 

domuI  ile w ogóle towarzóstwaK  pkoro 

wóładował wilczą pasję w utarczce z sowąI 

pies przószedł znów do głosuI ta poczciwa 

część psiaI co to chce się tulić do jakiejś żówej 

i przójaznej istotóI nieraz wszóstko jedno do 

jakiejK 

Ciągle jeszcze dolegała mu rana od kuli; 

dokuczałó  też  skaleczenia  nabóte  w  czasie   

bitwóI   toteż    brzasku legł pod kępą buków 

nad brzegiem małego jeziorka  i  pozostał  tam  

do  południaK  motem  zaczaił węszóć   wśród   

trzcin   i   szuwarów   w   poszukiwani™ 

żównościK wnalazł martwego raka napoczętego 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

przez kunę i dokończół goK 

Tego  popołudnia  rana  dokuczała  mu 

znacznie mniej; o zmierzchu prawie jej już nie 

czułK ld czasu spotkania z ludźmi kierował się 

stałe mniej więcej na północI instónktownie 

pilnując  biegu  wodó;  ale  bóła  to  na  ogół 

powolna wędrówka i gdó znowu zapadła nocID 

od jamóI w której leżał po strzaleI dzieliło go 

zaledwie osiem do dziesięciu milK 

Tej nocó również nie uszedł zbót wieleK 

caktI iż kula dosięgła go o zmierzchuI a walka 

z sową odbóła się nocą — nieufnie nastroił go 

do ciemnościK kie bał się co prawdaI lecz na 

razie dosóć miał przógódI toteż zachowówał 

czujną  bacznośćK  tiedzionó  dziwnóm 

instónktemI obrał sobie leże u szczótu stromej 

skałóI na którą się z trudem wódostałK 

jożliweI iż miało to jakiś związek z 

gniazdemI które hazan i pzara tilczóca 

wómościli niegdóś na płonecznej pkaleK 

pkała _ariego stała nad rzeczułkąI z trzech 

stron otoczona lasemK _ari czuwał dobre kilka 

godzinI  bacznó na  wszóstkoI  ruchliwómi 

uszkami łowiąc każdó dźwiękK azisiejszej 

nocó powodowała nim tólko ciekawośćK mod 

pewnóm względem zakres jego wiadomości 

szóbko się poszerzałK tiedział jużI że jest 

małą drobinką na tej rozległej ziemiI i mocno 

pragnął zawrzeć z nią bliższą znajomość bez 

dalszóch walk i cierpieńK 

aziś rozumiałI że ogromne cienie cicho 

wópłówające z lasu na wógwieżdżoną  łączkę 

— to sowóI potworó z gatunku tego ptakaI z 

któróm stoczół zaciekłó bójK płószał trzask 

chrustu i chrzęst gałęziI gdó ciężkie ciała 

przedzierałó się przez gąszczK płószał także 

rók łosiK aochodziłó go również inne głosóI 

zupełnie obceW ostre ujadanie lisaI wrzask 

rósiaI niosącó się z odległości paru milI i niski 

skwir  nocnóch  jastrzębiK  tiatr  gwarzół 

dziwnie pośród szczótów drzewI a razI w 

chwili zupełnej ciszóI tuż za skałą donośnie 

gwizdnął  koziołI  bó wnet  zwietrzóć  w 

powietrzu wilczó odór i dać szalonego susa w 

ciemnośćK 

ala _ariego wszóstkie te dźwięki zawierałó 

nowąj  treśćK  pzóbko  przóswajał  sobie 

znajomość knieiK lczól mu błószczałóI krew 

wartko płónęła  w żyłachK  wrzadka tólko 

wókonówał  jakiś  ruchK  iecz  spośród> 

rozlicznóch głosów najpotężniej działał zew 

wilczó> Łowił go raz po razK Czasem leciał z 

dalaI z taki dalekaI iż sprawiał wrażenie szeptu 

prawie zamierającego w drodze; to znów 

brzmiał donośnieI gorącó> szaleństwem łowówI 

wabiąc na krwawó tropI nal dziką orgię 

broczącej posoki i dartego mięsa — i wzówałI 

wzówałI wzówałKKK 

_ari słuchał i drżałK t gardle narastał mu 

skowót> wstąpił na krawędź skałóK jiał  

ochotę  biecK  katura  wilcza  pchała  go 

gwałtownieK iecz zew kniei walczół z innóm 

głosemI w _arim bowiem przemawiał także 

pies  —  całe  pokolenie  stworzeń  o 

przótłumionóm pierwotnie instónkcie — i psia 

natura kazał mu pozostać w ukróciuK 

kastępnego ranka _ariI brodząc wzdłuż 

strumóka znalazł wiele raków i potó łókał ich 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

soczóste mięso aż mu się wódałoI że już 

nigdó nie będzie głodnó kic mu też nie 

smakowało tak  bardzoI  od  chwil  gdó 

zrabował gronostajowi kuropatwęK 

    mo południu _ari natrafił na część lasu 

niezmiernie cichą i spokojnąK ptrumień bół tu o 

wiele głębszóK 

   jiejscami brzegi  jego rozbiegałó się szerokoI 

tworząc   coś na   kształt   małóch   stawówK   

awukrotnie szczeniak  musiał nałożyć  drogi  

chcąc  je  wóminąćK 
    ld czasu owego nieszczęsnego rankaI kiedó 
porzuć rodzinnó wókrotI nie czuł się jeszcze 
nigdó tak „siebie?K jiał nareszcie wrażenieI że 
trafił w znajome stronóI że znajdzie tu i domI i 
przójaźńK _óć może przemawiał w nim 
cudownó instónktI gdóż bóła to dziedzina 
pzczerbategoK Tu właśnie ojciec jego i matka 
polowali przed jego przójściem na światK 
kiedaleko stąd hazan i pzczerbató stoczóli ów 
straszliwó podwodnó  pojedónekI  z  którego   
pies  ledwo  uszedł z żóciemK 

_ari nie miał się nigdó dowiedzieć o tóch 

wópadkachK kie miał nigdó zgadnąćI iż kroczó 

staróm   szlakiemK   ^   jednak   Coś 

doń 

przemawiałoK  tciągał  powietrzeI  jakbó 

odnajdując znajome wonieK 

ias gęstniałK _óło cudownieK wnikłó krzaki i 

chaszczeI więc szło się międzó pniami nibó 

obszernąI  tajemniczą jaskiniąI  przez której 

sklepienie  przezierało  złagodzone  światło 

dzienneI rozjaśnione tu i ówdzie złotą plamą 

słońcaK aobrą milę _ari spokojnie kroczół 

lasemK kie dostrzegł nic godnego uwagi prócz 

paru drobnóch ptaszątK móźniej trafił na stawI 

większó niż jakikolwiek z poprzednichK tkoło 

rósł zwartó zastęp wierzb i bukówK arzewa 

iglaste powoli rzedłó pozostając w tóleK _ari 

zobaczół połósk słońca na wodzieI a wnet 

potem usłószał odgłosó żóciaK 

ld czasu walki z hazanem i wódrą kolonia 

pzczerbatego nie uległa żadnóm większóm 

zmianomK ptaró wódz postarzał się jeszcze 

bardziejK rtółK pópiał dużo i stracił bodaj 

trochę dawnej przezornościK arzemał właśnie 

na wielkiej tamie z iłu i chrustuI której bół 

naczelnóm budowniczómI gdó _ari pojawił się 

na  wósokim  brzegu  o  pięćdziesiąt  lub 

sześćdziesiąt stóp od patriarchóK 

_ari zachowówał się tak bezgłośnieI że 

żaden z bobrów go nie zauważyłK oozpłaszczół 

się na brzuchu i ukrótó za kępą trawó ciekawie 

badał każdó ruch koloniiK pzczerbató obudził 

sięK Chwilę stał na czterech krótkich łapachI a 

potemI wspartó na szerokimI płaskim ogonieI 

nibó żołnierz na posterukuI gwizdnął ostro i z 

donośnóm pluskiem dał nurka w wodęK 

t następnej chwili _ari doznał wrażeniaI że 

całó staw roi się od bobrówK dłowó i ciała 

pojawiałó się i nikłóI ku jego najgłębszemu 

zdumieniuI mknąc to tuI to tamK _óła to 

wieczorna zabawa koloniiK lgonó biłó wodę 

jak wiosła trzómane na płaskK aziwaczne 

gwizdó górowałó ponad pluskiemI aż zabawa 

ustała równie nagleI jak się zaczęłaK 

_obrów bóło  około dwudziestuI nie 

licząc młodzi żóI a jednak na powtórnó 

gwizd uciszółó się wszóstkie jednocześnieK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

Część dała nurka i znikła pod wodąI 

większość jednak wólazła na brzegK 

Teraz bez zwłoki bobró zabrałó się do pracóI 

_ari obserwował je tak ostrożnieI że nie 

drgnęło nawet źdźbło trawóI w której bół 

ukrótóK rsiłowa zrozumiećK ptarał się znaleźć 

właściwe miejsce w swóm światopoglądzie dla 

tóch przójemnie wóglądającóch stworzeńK kie 

przerażałó goW ich liczba i wzrósł nie budziłó 

w nim żadnego lękuK  Toteż leżał  cicha nie ze 

strachu  bónajmniejI  lecz  raczej z  chęci 

zawarcia     bliższej       znajomości     z    

mieszkańcami  stawuK   gua teras za ich sprawą 

wielki las wódawał mu się mnie; obcóK ^le 

otoI tuż przed sobąI nie dalej niż o dziesięć 

stópI   zobaczół   coś   takiegoI   że   omal   nie   

zaskomli głośnoI przejętó szczenięcą tęsknotą 

do towarzóstwa aołemI po nagim skrawku 

wóbrzeżaI dreptał małó> tłustó rrnisk w gronie 

trzech towarzószóK rmisk bó akurat w wieku 

_ariegoI może o tódzień lub dwź młodszóK 

tażył tóle samoI przó czóm posiadał niema 

kwadratowó  kształtK  mrzóroda  nie  zdoła 

stworzóć nici milszego nad młodego bobraI 

chóba że jest to młodó> niedźwiadekI a rmisk 

wziąłbó  pierwszą  nagrodę  nal  każdóm  

konkursie  pięknościI  gego  trzej   przójaciela 

bóli nieco mniejsiK Cała czwórka wószła spoza 

niskiej> wierzbó podskakując wesołoI a płaskie 

ogonó wlokła im się u pięt nibó małe saneczkiK 

_óli tłuściI porośliz miękkim futrem i w 

oczach  _ariego  wóglądali  ogromó  nie 

przójaźnie;  toteż  serce  szczeniaka  zabiło 

radośnieK  gednak    _ari    ani    drgnąłK    iedwo    

oddóchałK   rmisk skręcił ku jednemu z 

towarzószó  i  przewrócił  go  na  grzbietK  

jomentalnie  dwa  pozostałe  bobró  wpadłó 

na  rmiska  i  już  cała  czwórka  tarzała  się  po  

ziemiI wierzgając krótkimi łapkamiI chlapiąc 

ogonami i pokrzókując skrzekliwie a wesołoK 

_ari wiedział doskonaleI że to nie walkaI 

lecz zabawaK rniósł się wolno i stanął na 

nogachK  wapomniałI  gdzie  się  znajduje 

obecnieI i zapomniał w ogóle 

o wszóstkim; widział jedónie owe rozigraneI 

miękkie kłębuszkiK ka krótką chwilę surowa 

lekcja przórodó wówietrzała mu z głowóK 

mrzestał  bóć  zabijakąI  móśliwómI 

poszukiwaczem żównościK _ół jedónie szczeJ

niakiemI ogarniętóm pragnieniem silniejszóm 

niż głódK jiał ogromną ochotę zejść na dół do 

rmiska i jego przójaciółI przewracać się z nimi 

i baraszkowaćK Chciał im powiedziećI gdóbó się 

to okazało możliweI że stracił dom i matkęI że 

jest mu bardzo ciężko i że chętnie bó pozostał 

tu wraz z nimiI jeśli nie mają nic przeciwko 

temuK 

t gardle wezbrał mu najcichszó skowótK _ół 

tak niskiI że rmisk i jego towarzósze nic nie 

usłószeliK wabawa pochłaniała ich całkowicieK 

w wolna _ari zrobił pierwszó krok w ich 

kierunkuI potem drugiI i trzeci — i oto już stał 

na samóm brzeguI o sześć stóp zaledwieK gego 

ostre uszki bółó pochólone ku przodowi; drżąc 

całóm ciałemI machał ogonem jak najszóbciejK 

Właśnie w tej chwili rmisk go spostrzegł i  

jego    tłuste    ciałko    momentalnie   

zesztówniałoK 

„azień dobró?> — rzekł _ari wókręcając 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

się całóm ciałem i mówiąc ruchami tak 

wóraźnieI jakbó użówał słówK  „Czó mogę się  

z wami pobawić\? 

rmisk  nie  odpowiedziałK  gego  trzej 

towarzósze wlepili także oczó w _ariegoK 

Żaden  ani  drgnąłK  oobili  wrażenie 

ogłuszonóchK  Czteró  paró  nieruchomóchI 

zdumionóch ślepek badałó przóbószaK 

_ari uczónił nowó wósiłekK mrzópadł na 

przednie łapóI podczas gdó tólne i ogon 

wókręcałó się przóJf jaźnieI i sapiąc ujął w 

zębó suchó patókK 

„koI dalejI przójmijcie mnie>? — nalegałK 

„ga  wiemI  jak  się  trzeba  bawić>?  ka  dowód  

podrzucił patók w powietrze i szczeknąłK 

rmisk i jego koledzó sprawiali wrażenie 

posążkówK 

s

 iecz wtem ktoś jeszcze dostrzegłJ _ariegoK 

_ół to wielki bóbrI któró płónął w dół stawu 

pchając przed sobą kawał drzewa do nowo 

budującej się tamóK _łóskawicznie zaprzestając 

robotó spojrzał ku brzeJff gowiK f wnet jakbó 

strzał karabinowó huknęło klasnięcie jego 

ogona po wodzie — bobrzó sógnał trwogiI 

cichą nocą rozlegającó się o pół miliK 

„kiebezpieczeństwo>? 

—  ogłaszałK 

„kiebezpieczeństwo> kiebezpieczeństwo>? 

iedwie ten dźwięk sią ozwałI już liczne 

ogonó biłó o wodę po całóm stawieI w 

ukrótóch  kanałach  na  zalewiskach  wśród 

buków i wierzbK rmisk i pog zostali malcó 

rozumieli jego znaczenieW 

„t nogiI jeśli wam żócie miłe>? 

_ari stał teraz sztówno i bez ruchuK mełen 

zduł mieniaI obserwowałI jak czteró małe 

bobró dają nurl ka w wodę i niknąK płószał 

plusk; potem zapadłą dziwna i niepokojąca 

ciszaK _ari zaskomlił cichutko> a w głosie jego 

przebijał prawie płaczK 

alaczego bobró uciekłó\ Co takiego uczóniłI 

ż| nie chcą się z nim bawić\ lgarnęła go 

niezmiernj  samotnośćI  większa  bodaj  niż 

pierwszej nocó po straj cie matkiK ddó tak stałI 

słońce  zeszło  nisko  na  za  chód  i  znikłoK  

Ciemniejsze cienie wópełzłó na zwier ciadło 

stawuK ppojrzał w lasI gdzie mrok już gęstniał i 

z nowóm skowótem cofnął się międzó drzewaK 

kie znalazł przójaźniK kie znalazł towarzóstwaK 

perca _ariego pełne bóło smutkuK 

tAKAJl

 

t ciągu dwóch czó trzech następnóch dni 

wój prawó _ariego coraz bardziej oddalałó go 

od stawijl iecz zawsze  

wracał tu nad wieczorem i dopiera trzeciej 
dobóI znalazłszó nową rzeczułką i takajaj 

sprzeniewierzół sią tej zasadzieK 

ozeczułka leżała o pełne dwie mile w głąb 

lasii _óła  

zupełnie inna niż strumieńK Śpiewała wesołoz 

mknąc po żwirowóm łożósku międzó stromómi 

śeią| nami spękanóch skałK Tworzóła głębokie 

krónic> i wiró pienisteI a gdó _ari trafił nad jej 

brzeg pf raz pierwszóI powietrze drżało dalekim 

grzmotem wodospaduK _óło tu znacznie raźniej 

niż  nad  ciemnawóm  milczącóm  stawem 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

bobrówK kurt wrzał  żóciemI a jego pęd i gwar 

budziłó w _arim nowe uczuciaK tolno i 

ostrożnie przeszedł się wzdłuż łożóska i dzięki 

właśnie tej ostrożnościI niespodziewanie i nie 

zauważonó  zobaczół  wielkiego  czarnego 

niedźwiedzia takajoI zajętego połowem róbK 

takajo stał po kolana w krónicó poza 

piaszczóstą tamą mieliznó i wiodło mu się 

bajecznieK  tłaśnie  gdó  _ari  cofał  się 

wótrzeszczając oczó na widok tego potwora 

oglądanego tólko raz przedtemI jedna z wielJ

kich łap niedźwiedzia wórzuciła wósoko w górę 

fontannę wodó i jednocześnie spora róba opadła 

na przóbrzeżnó żwirK kiezbót dawno łososie 

tósiącami płónęłó w górę rzeczułki dla odbócia 

tarłaD i na skutek przedwczesnóch susz wiele 

spośród nich trafiło do takich właśnie pułapekK 

Tłustó spasionó wógląd niedźwiedzia najlepiej 

świadczółI jak dalece sprzójająca bóła dlań ta 

okolicznośćK ToteżI pomimo że najlepszó sezon 

móśliwski minąłI futro takaja lśniło wspaJ

niałąI gęstą czerniąK 

_ari przóglądał mu się dobró kwadransI 

podczas gdó zwierz wórzucał róbó na brzegK 

ddó wreszcie dał temu pokójI wśród kamieni 

leżało ze dwadzieścia łososi; jedne bółó już 

martweI  inne  jeszcze  trzepocząceK  _ariI 

spłaszczonó pośród dwu skałI słószał chrzęst 

mięsa i trzask ości; niedźwiedź posilał się 

gruntownieK ldgłosó obiadu brzmiałó bardzo 

przójemnieI a świeża woń róbó nęciła silniej niż 

rakiI a nawet przepiórkaK 

_ez  względu  na  tuszę  i  wzrost  takajo  nie  

bół  żarłokiemI toteż zjadłszó czwartą róbęI 

łapami zgarnął resztę na kupęI przókrół je 

częściowoI  długimi  pazurami  narzuciwszó 

kamienie i piasekI a zakończół pracę  łamiąc 

małą jedlinę i w ten sposób do resztó 

zabezpieczając swoją zdobóczK motem oddalił 

się  z  wolna  w  kierunku  grzmiącego 

wodospaduK 

kie   minęło   dwadzieścia   sekund   od   

chwiliI   gdó takajo znikł za zakrętemI a 

_ari bół już pod złamaną jodełkąK tóciągnął 

jedną róbęI jeszcze żówąI wjadł całą i  

uznałI że smakuje wóśmienicieK 

_ari doszedł teraz do przekonaniaI że takajo 

rozwiązał dla niego problem  

aprowizacjiK Tego dnia ani dobó następnej nie 

wrócił nad staw bobrówK tielki niedźwiedź  

bezustannie   polował  to   w   górzeI   to  wl 

dole   rzeczułki   i   _ari   miał   okres   

nieprzerwanóchz ucztK wnalezienie spiżarni 

takaja nie przedstawiało> dlań żadnóch 

trudnościK tóstarczóło wolno kroczóć> z 

biegiem łożóska i węszóć starannieK kiektóre 

skrótki zawierałó nazbót starą zdobócz i zapach 

ich bół dla _ariego stanowczo przókróK Te 

wómijał starannieK wa to natknąwszó się na 

świeżo złowione róbó z rozkoszą chrupał jedną 

lub dwieK 

Całó dzień upłówał mu bez troskK ^ż 

nadszedł wielki  

przełomI równie gruntownie zmieniając bieg 
żócia  _ariegoI  jak  w  swoim  czasie 
morderstwo ludzkiej bestii  zmieniło bieg 
żócia hazanaK 

ptało się to w dniuI gdó _ariI truchcikiem 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

okrążając wielką   

skałę  w pobliżu wodospaduI  znalazł  sięz 

twarzą w twarz z móśliwóm mierrotem i 

ciemnooką dziewczóną kepeeseK 

kajpierw zobaczół kepeeseK ddóbó 

mężczózna nawinął   

mu się  pierwszóI  _ari  zwiałbó  momentalnieK 

iecz  stało   się   inaczej   i   w   szczeniaku   

przemówiła krew  psich  przodków  budząc  

niepojętóD dreszczK  t ten sposób zapewne 

goanna patrzóła niegdóś na hazanaK 

_ari stał bez ruchuK kepeese znajdowała się 

odef najdalej o 

dwadzieścia stópK piedząc na złomie skał{ w 
pełnóm świetle porankaI rozczesówała swoje 

piękne włosóK targi jej się rozchóliłóK lczó 

błószczałó m  kształt gwiazdK gedną rękę miała 

uniesioną ku górze moznała goK aostrzegła białą 

plamę na piersi i białe znamię na uchuK 

mółgłosem szepnęłaW — rczimoosis! 

_ół to bowiem  ten sam dziki  psiakI  

którego 

postrzeliła nad wodą i o któróm móślałaI że 
zginąłK 

moprzedniego wieczora mierrot i kepeeseK 

sklecili szałas u stop wielkiej skałóK Traper 

rozpalał właśnie ogień do śniadaniaI klęcząc na 

białejI  piaszczóstej  wódmieI  a dziewczóna 

plotła warkoczK mierrot podnosząc głowęI bó 

przemówić do córkiI dostrzegł _arieJgoK t 

tejże chwili czar prósłK _ari zobaczółI że mężJ

czózna wstajeK kibó pocisk runął do ucieczkiK 

kepeese bóła niemal równie szóbka jak onK 

— mrędkoI ojcze> — krzóknęłaK — To nasz 

szczeniak> mrędko> 

t chmurze rozwianóch włosów pomknęła za 

_arim nibó wiatrK mierrot ruszół za niąI w biegu 

chwótając fuzjęK Trudno mu bóło sprostać 

córceK mrzópominała duszki leśne lekkością 

lotu; nogiI obute w mokasónó lekko muskałó 

piasek czubkami KpalcówK tóglądała dziwnie 

uroczo w tóm szalonóm pędzieI z rozwianóm 

bujnóm włosemI i mierrot przópomniał sobie 

raptem jac TaggartaI agenta z iac _ainI oraz 

jego wczorajsze słowaK 

mierrot dumając o nich nie spał pół nocó i 

tólko zaciskał zębó; dzisiejszego zaś rankaI nim 

_ari się pojawiłI baczniej niż kiedókolwiek 

obserwował córkęK aoprawdó bóła pięknaK 

miękniejsza nawet niż jej matkaI tóolaI córka 

królewskaK Te włosóI na które mężczóźni 

patrzóli w oszołomieniuI jak gdóbó własnóm 

zmósłom nie wierzącK Te oczó nibó stawó w 

świetle  gwiazdK  pmukła  kibićI  podobna 

kwiatowej  łodódzeK  ^  jac  Taggart 

powiedziałKKK 

aoleciało go raptem podniecone wołanieW 

— mrędzejI nootawe! pkręcił w ślepó parów> 

guż nam teraz nie umknie> 

aószała mocnoI gdó się z nią zrównałK 

crancuska krew barwiła szkarłatem policzki i 

wargiK wębó bielałó jak mlekoK 

—  lI tu> — 
wskazała rękąK 
moszli dalejK 

^  na  przedzie _ari zmiatał  co siłK 

fnstónktowni>  czułI  że  te  dziwaczneI 

długonogie  stworzenia  są  obi  darzone 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

niezmierną potęgąK f one właśnie ścigała goKJ 

Słószał za sobą ich krokiK kepeese biegła 

niemal równie wartko jak on samK oaptem _ari 

skręcił •« szczelinę pomiędzó dwie wielkie 

skałóK awadzieścia stóp — i nieprzebótó mur 

zastąpił  mu  drogęK  Cofnął  się  pędemK  ddó  

wóskoczół ze szczelinó mknąc cwai łem w górę 

parowuI  kepeese  bóła  nie dalej niż o 

dwadzieścia jardówI a mierrot prawie u jej boku 

aziewczóna krzóknęłaW 

—  jana, mana! gest tutaj> 

rrwałaI  śpiesząc za  _arim  w gęstwie 

młodócł jodełekK  oozpuszczone jej  włosó 

zaplątałó się w ga

łęziach  nibó  wielkaI 

zgmatwana siećI więc przóstał nęłaI bó je 

zebrać przez ramięI wołaniem zachęcaj> ojca 

do pościguK mierrot minął ją; po paru chwilacł 

zwłoki skoczóła za nimK kagle jetós krzóknął 

ostrze gawczoK _ari skręcił gwałtownie i już 

rwał wstecz po własnóm śladzieI wprost na 

dziewczónęKK kie zaD uważył jej dość wcześnieI 

bó stanąć lub skręcić w bokI i kepeese rzuciła 

się na ziemię tuż przed szcze makiemK 

pekundę lub dwie leżeli razemK _ari poczu 

więzó jej włosów i uchwót rąkK motem wórwał 

si< i znów pomknął w górę ślepego parowuK 

kepeese skoczóła na równe nogiK Śmiała się 

oddó chając szóbkoK mierrot wracał ku niej 

biegiemK ke peese wskazała dłonią poza jego 

plecóK 

—  jiałam go i nie ugrózł mnie> —J rzuciła 

w podnieceniuK — jiałam go i nie ugrózł 

mnieI nooiawe 

t tóm się mieścił całó cudK kie ugrózł jejI 

pomima że go chwótała gołą rękąK 

matrzała wciąż w twarz ojcaK rśmiech z 

wolna uciekał z jej wargK _ardzo miękko 

szepnęłaW 

—  _ari> _ari> — co w mowie jej plemienia 

znaJj czółoW dziki piesI brat wilkaK 

—  Chodź> — przemówił mierrotK — _o nam 

ucieknie> 

wresztą   traper  bół  pełen   dobróch  móśliK   

maróva 

z

węził   się   znacznieK   _ari   nie   mógł   ich   

wóminąć niepostrzeżenieK 

mo upłówie trzech minut _ari dobiegł do 

ślepego końca parowu — stromej skałóI 

prostopadle biegnącej w góręK azięki obfitóm 

ucztom róbnóm oraz długim godzinom snu 

szczeniak  przótół  znacznieI  toteż  próżno 

szukając wójściaI z trudem łowił oddechK 

wnajdował się w głębi półokrągłej kotlinó na 

nagiej platformieI gdó kepeese i  mierrot 

dostrzegli go po raz wtóróK aziewczóna ruszóła 

na szczeniaka prosto jak strzeliłK mierrotI 

przewidującI co _ari teraz uczóniI pośpieszół 

na lewo pod prostóm kątem do ścianó parowuK 

_ari miotał się pośród głazówI rozpaczliwie 

szukając wójściaK mo chwili znalazł wółom — 

skalne wrotaK mrowadziłó one do prześlicznego 

zakątkaI obszaru mniej więcej akraI ze wszech 

stron  —  z  wójątkiem  bramó  łączącej  go  z  

parowem — zamkniętego wósokimi skalnómi 

muramiK t głębi wodospad skacząc ze skałó na 

skałę tworzół lśniące kaskadóK dęstąI zieloną 

trawę przetókałó barwne kwiatóK t tej pułapce 

mierrot schwótał już niejedną cenną zdobóczK 

gedóna droga ucieczki wiodła pod lufę jego 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

fuzjiK TraperI widzącI dokąd _ari biegnieI 

krzóknął na córkę i razem jęli się piąć pod 

góręK 

_ari dotarł już niemal do skraju łączki 

tworzącej naturalne więzienieI gdó wtem stanął 

tak nagleI że aż przósiadł na zadzie i serce 

skoczóło mu do gardłaK 

ka jego drodze tkwił takajoI wielki czarnó 

niedźwiedźK 

w pół minutó _ari wahał sięI ujętó międzó 

dwie groźbóK płószał głosó mierrota i kepeeseK 

Łowił chrobot kamieni pod ich nogamiK _ół 

pełen  okropnego  lękuK  ppojrzał  na 

niedźwiedziaK takajo stał jak wrótóK ln 

również nasłuchiwałK iecz dla niego istniałó 

rzeczó gorsze niż teI które mu słuch przónosił 

— płónąca powietrzem woń człowiekaK 

pzczeniak po raz pierwszó w żóciu spotkał 

się z niedźwiedziem oko w okoK lbserwował 

co prawdaI jak takajo łowił róbó; karmił się 

jego zdobócząW czuł jednak  

przed nim zawsze silnó respekt połączonó z 

trwogąK Teraz lęk pierzchł ustępując miejsca 

dziwnej ufnościK takajoI tak potężnó i silnó nie 

zemknie  chóba  przed  długonogimi 

stworzeniami ścigającómi goK ddóbó tólko _ari 

zdołał  niedźwieJi  dzia  wóminąćI  bółbó 

bezpiecznó> 

_ari skoczół pod ścianę parowu i pomknął 

ki łączceK takajo ani drgnąłI gdó szczeniak go 

mijał zupełnie jakbó ten bół ptakiem czó 

królikiemK  kadleciał  właśnie  nowó  kłąb 

powietrza nasóconó ludzką woniąK takajo 

momentalnie nabrał  żóciaK pkrę

cił i ciężko 

człapiąc podążył w ślad za _arimK _ar 

obejrzawszó  się  dostrzegł  niedźwiedzia  i 

pomóślał że to pogońK kepeese i mierrot wószli 

na szczót wó niosłości i jednocześnie zobaczóli 

szczeniaka i ta kajaK 

ka łące wśród gęstej  trawó _ari ostro skręcił 

Ą prawoK ieżał tu ogromnó głazI jednóm 

końcem wro słó  w  ziemięK  Całość  sprawiała  

wrażenie  znakomitej krójówki; _ari wśliznął 

się pod spódK 

takajo natomiast biegł wciąż przed siebieK 

we swego ukrócia _ari doskonale widział 

wszóstkoK waledwie wczołgał się pod głazI już 

mierrot i kepeese pojawili się w skalnóch 

wrotach i stanęliK ToI że stanęliI podnieciło 

_ariegoK  katuralnie  przestraszóli  się 

niedźwiedzia> tielki zwierz znajdował  się 

mnie; więcej w połowie łączkiK płońce biło nań 

z góró i futro błószczało nibó kosztownó czarnó 

atłasK mierrot przóglądał mu się chwilęK jetós 

nie zabijał dlal rozkoszó morduK iecz tóm 

razem spostrzegłI iż mimo spóźnionej poró 

skóra niedźwiedzia jest bardzo pięknaK  Toteż  

uniósł  karabin  do  ramieniaK 

_ari zauważył  ten  ruchK  wauważył  w 

sekundę późniejI jak coś wótróska z lufóK 

motem usłószał ogłun szającó łoskotI jak wtedó 

gdó kula kepeese przebiła mu mięśnieK pzóbko 

zwrócił oczó na takajaK tielki niedźwiedź 

potknął się i ukląkłK tstał z trudemK moczłapał 

dalejK 

cuzja huknęła znowu i takajo przewrócił 

się po raz wtóróK w tej odległości mierrot nie 

mógł chóbićK takajo bół wóśmienitóm celemK 

To  bół  mordK  iecz  dla  trapera  i  jego  córki  to  

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

bóła przede wszóstkim praca umożliwiająca 

egzóstencjęK 

_ari trząsł sięK w podniecenia raczej niż z 

trwogiI gdóż wobec tółu niespodzianek trwoga 

opuściła go zupełnieK matrząc na niedźwiedziaI 

zaskomlił cichoK kiedźwiedź wstał właśnie i 

obrócił się frontem do nieprzójaciółK mósk miał 

szeroko rozwartó i z wolna chwiał głowąI 

podczas gdó nogi uginałó się pod nimI a krew 

chlustała z przebitóch płucK euknął strzał trzeci 

i ostatniK takajo runąłK tielki łeb opadł 

międzó przednie łapóK Chrapliwó kaszel targnął 

powietrzemK  motem nastała ciszaK 

t chwilę późniejI tkwiąc nad trupemI 

mierrot powiedział do córkiW 

— miękna  skóraI  sakahet  j  t  iac  _ain  

dadzą za nią dwieście dolarów jak nic> 

aobół z kieszeni noża i począł go ostrzóć na 

kamieniuI któró zawsze nosił przó sobieK _ari 

mógłbó teraz wóleźć spod głazu i uciecI gdóż 

na razie zapomniano o nim zupełnieK motem 

kepeese  przópomniała  sobie  o  istnieniu 

szczeniaka  i  przemówiła  znów  swóm 

dziwnómI śpiewnóm głosemW 

— _ari> 

mierrotI klęczącó właśnieI podniósł na nią 

oczóK 

— TakI sakahet!  ln  się  urodził  w  kniei>  ^  

teraz umknął namKK 

kepeese przecząco pokręciła głowąK 

— kieI nie umknął> — rzekła i badawczo 

przesunęła  wzrokiem  po zalanej  słońcem 

łączceK 

ŚMIERĆ ZAGLĄDA W OCZY

 

modczas gdó kepeese rozglądała się wkoło 

po  ciasnej     pułapceI     do     której       zagnali      

_ariego  i  takajaI 

mierrotI unosząc głowę znad robotóI bąknął 

sarn do siebieW 

— kieI to niemożliwe> 

mrzed  dwoma  lató  pochowano  matkę 

kepeese pod wóniosłą jodłą w pobliżu chatóK 

Tego dnia słońce N mierrota zgasło raz na 

zawszeI a i w duszó kepeese N zapanował 

nieukojonó smutekK _óło ich wtenczas N troje 

nad świeżą mogiłąK mierrotI ona i piesI potężnó 

N huskó

N

 z białą gwiazdą na piersi i białóm 

znamięJN niem na czubku uchaK ld maleństwa 

bół ulubieńJN cem tóoli i sam nie odstępował 

jej na krokK ddól konałaI siedział przó łóżku z 

łbem na skraju kołdróK f tej nocó właśnieI wnet 

po pogrzebieI pies znikłKl mrzepadł równie 

cicho i całkowicie jak jego paniKl kikt go już 

nigdó  nie  widziałK  To  bóło  dziwneK  ala  f  

mierrota graniczóło to z cudemK t głębi serca 

piaJ stował przekonanieI że huskó towarzószół 

jego umiłowanej tóoli tamI dokąd odeszłaK 

iecz kepeese spędziła trzó lata w szkole 

misójnej  w  kelson  eouseK  kauczono  ją  tam  

wielu rzeJ;j_ czó o białóch ludziachI wiedziała 

więcI  że  toI  o  czóm  N  

;

móśli  mierrotI  jest 

niemożliweK mrzópuszczałaI że N pies jej matki 

zdechł albo przóstał do wilkówK _óło N więcej 

niż możliweI że to szczenię pochodziło z krwi f 

ulubieńca tóoliK _iała gwiazda na piersiI białe 

znaJ f mię na uchuI faktI że jej nie ugrózłI choć 

mógł to N łatwo uczónić> kabrała niemal 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

zupełnego przekoJN naniaI że się nie móliI i 

podczas gdó mierrot opraJ N wiał niedźwiedziaI 

kepeese zaczęła polować na _aJfl riegoK 

_ari ani się ruszół spod swej skałóK ieżał 

jakbó i ogłuszonóI z oczami wlepionómi w 

tragicznó obraz f na łąceK tidział cośI czego 

nigdó nie miał zapoJf mniećI tak jak nigdó nie 

zapomniał hazanaI pzarej f tilczócó i starego 

wókrotuK _ół  świadkiem śmierci> istotóI którą 

miał za wszechpotężnąK ^ przecie taJ;N kajo 

wcale nie stoczół walki> mierrot i kepeese 

zabili go nie

|

 d o t ó k a j ą c  n a w e t >  Teraz 

mężczózna  obrabiał  niedźwiedzia  czómś 

błószczącómI a

 

takajo  ani  drgnąłK  _ari 

zadógotał i cofnął się jeszcze o cal głębiejI 

choć i tak bół wciśniętó w sam kątK 

jógł  obserwować  kepeeseK  aziewczóna 

cofnęła się do skalnego przesmóku i stała teraz 

zaledwie o dwadzieścia stóp od _ariegoK 

mewnaI że jej szczeniak nie umknieI poczęła 

splatać lśniącó włos w dwa grube warkoczeK 

_ariI zapominając o mężczóźnieI śledził ją 

ciekawieK guż się wcale nie bałK mrzeciwnieI 

miał ochotę wópełznąć z krójówki i zbliżyć się 

do tej nadzwóczajnej istotó o oczach jak gwiaJ

zdóK 

aoznał wrażeniaI że niewidzialna nić szarpie 

go za serceK To nie pzara tilczócaI lecz hazan 

przemawiał doń głosem krwiK katomiast pzara 

tilczóca ciągnęła wsteczK tilcza krew kazała 

_ariemu leżeć w milczeniu i bez ruchuK 

kepeese rozglądała się wkoło z uśmiechemK 

ddó na chwilę odwróciła się do _ariego 

twarząI zobaczół błószczące oczó oraz białe 

lśnienie zębówK 

oaptem uklękła i zajrzała pod skałęK 

lczó ich się spotkałóK aobre pół minutó 

oboje ani drgnęliK kepeese zachowówała się 

tak cichoI że _ari nawet jej oddechu nie 

słószałK 

motem przemówiła szeptem niemalW 

J— _ari> _ari> rpi _ari> 

_ari po raz pierwszó słószał swe imięK t 

ustach  dziewczónó  brzmiało  niezmiernie 

łagodnie i kojącoI toteż pies  odpowiedział 

niskim skowótemK kepeese z wolna wóciągnęła 

ramięK _óło nagieI delikatne i okrągłeK _ari 

mógł  je  łatwo  schwócić  zębamiI  lecz  coś  go  

wstrzómówałoK tiedziałI że to nie wróg; wieJ

działI że ciemne oczóI patrzące nań tak 

promiennieI nie tają w sobie groźbóK ^ głos 

powtarzał wciążW 

— _ari> _ari> rpi _ari> 

kepeeseI  przemawiając  bez  ustankuI 

usiłowała> jeszcze odrobinę wczołgać się pod 

skałęK kie mogła szczeniaka dostaćK jiędzó jej 

palcami a _arim pozostawało z ćwierć metraK 

karaz spostrzegłaI że z drugiej stronó jest małe 

wgłębienieI w któróm leżó kamieńK momóślałaI 

że jeśli potrafi go usunąćI będzie się mogła 

tamtędó wcisnąćK 

Cofnęła się i wóprostowała w słońcuK _óła 

ogromJ; nie podnieconaK mierrot pracował z 

zapałem przó ściąganiu skóró; postanowiła go 

nie wołaćK moradzi sobie samaK rsiłowała 

wójąć kamień wciśniętó pod skałęI ale siedział 

mocnoK waczęła dłubać kijemK ddóbó mierrot 

stał obokI bółbó wnet zrozumiał znaczenie tego 

kamieniaI mniej więcej rozmiaru wiadraK ieżał 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

tu bóć może od stuleci zapewniając skale 

równowagęK 

rpłónęło pięć minut i kepeese mogła już 

kamień poruszóćK mociągnęła go ku sobieK Cal 

za calem wówlokła go z wgłębieniaK wnów 

spojrzała na mierJrotaK _ół ciągle jeszcze 

zajętóK kepeese parsknęła wesołóm śmiechemI 

zdejmującI z ramion wielkąI czerwonoJbiałą 

chustkęK włowi w nią szczeniakaK rpadłszó 

najpierw na kolanaI rozpłaszczóła się na ziemiI 

a potem wpełzła pod skałęK 

_ari poruszół się niespokojnieK jając tół 

głowó opartó o skałęI usłószał cośI czego 

kepeese  nie  ułowiła  wcale;  uczuł  też 

nieznacznóI lecz wciąż rosnącó nacisk i przed 

tóm  naciskiem  cofnął  się  wolnoK  pkałaI 

pozbawiona oparciaI osiadła niżejK kepeese nic 

nie podejrzewałaK tołała jeszcze tkliwiej i 

łagodniejW 

— _ari> _ari> _ari> 

GłowęI plecó i obie ręce miała już teraz pod 

skałąK  lczó  jej  lśniłó  tuż  obok  _ariegoK  _ari  

zaskomliłK  Czuł    bliskie   i   wielkie   

niebezpieczeństwoK   oaptemKKK 

t tej chwili kepeese uczuła na ramionach 

ciężar głazu i w oczach jej pojawiło się 

przerażenieK motem z gardła dziewczónó dobół 

się  przeszówającóI  okropnó krzókI  pełen 

rozpaczliwej trwogiK mierrot puścił ten pierwszó 

krzók mimo uszuI natomiast ułowił drugi i 

trzeciI podczas gdó skała miażdżyła z wolna 

szczupłe ciało dziewczónóK pkoczół na ratunek 

jak wiatrW hrzóki słabłóI zamierałó w jękuK 

wobaczół  _ariegoI  jak  wópełza  z  krójówki  i  

rwie co sił w stronę parowuI a potem dostrzegł 

skrawek sukni kepeese i jej nogi obute w 

mokasónóK oesztę przógniatał głazK 

mierrot począł rozkopówać ziemię z furią 

szaleńcaK ddó po upłówie paru chwil wódobół 

córkę  spod  skałóI  kepeese  zwisła  mu  w  

ramionach bezwładnieI z twarzą białą jak 

płótnoK lczó miała zamknięteK tóglądała jak 

trup i mierrot uczułI jak serce w nim zamieraK 

iecz wiedziałI jak należó walczóć o żócieK 

oozpiąwszó suknię stwierdził z ulgąI że żebra 

są całeK momknął po wodęK ddó wróciłI 

kepeese miała oczó otwarte i z trudem łowiła 

oddechK 

kepeese> joja kepeese> — jęknął mierrot 

padając przó niej na kolanaK 

Uśmiechnęła  się  do  ojcaI  a  mierrot 

przógarnął ją ku sobieK 

móźniej niecoI zaglądając pod skałęI mierrot 

zbladł gwałtownie i rzekłW 

—  jój  _ożeI  kepeeseI  gdóbó  nie  to  małe  

wgłębienieKKK> 

rrwał i  wzdrógnął sięI ale kepeeseI 

szczęśliwaI że ratunek przószedł  w poręI 

zrobiła dłońmi wómownó ruchK 

— _ółabóm  o takI zupełnie płaska> — 

rzekła wesoło i parsknęła śmiechemK 

jAa tlaĄ

 

mrzerażonó dzikim krzókiem kepeese oraz 

widokiem mierrota lecącego córce na ratunekI 

_ari gnał nibó wiatr i zwolnił dopiero wtedóI 

gdó mu zupełnie zabrakło tchuK wnajdował się 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

już daleko od parowuI  na drodze  ku  osadzie  

bobrówK  ld  tógodnia prawie nie zaglądał w 

te  stronóK  kie  zapomniał  bónajmniej 

pzczerbategoI rmiska i resztó mieszkańców 

żeremiI lecz takajo oraz codzienne porcje 

świeżej róbóI zdobówane bez żadnej fatógiI 

stanowiłó zbót wielką pokusęK 

Teraz takajo przepadłK _ari czułI że wielki 

czarnó niedźwiedź nigdó już nie będzie chwótał 

łososi w modróch stawach i po lśniącóch 

łachach i że tamI gdzie w ciągu wielu dni 

panowałó cisza i obfitośćI obecnie króluje 

groźbaK Toteż podobnie jak niegdóś zmókałbó 

w stronę rodzinnego wókrotuI tak terazł uciekał 

co prędzej do bobrowóch żeremiK 

Trudno bóło  ściśle  orzecI  czego  się 

właściwie bał; w każdóm razie nie kepeeseK 

aziewczóna ścigała KN go uparcieK rsiłowała 

go schwótaćK mamiętał dotók j jej rąk i 

muśnięcie włosówI a jednak jej właśnie N nie 

bał się wcaleK geśli przóstawał czasem w 

ucieczJN ceI bó spojrzeć wsteczI te po prostuI 

abó zobaczóćI> czó go przópadkiem nie goniK 

ld niej samej nie zmókałbó zbót spiesznieK 

lczó  jejI  głos  i  ręce  poJ  j  ruszółó  w  nim  

dziwne strunó; czuł samotnośćI głębszą niż 

kiedókolwiekI i wielką tęsknotęK 

tószukał sobie legowisko pod korzeniem 

sosnóI  

niedaleko bobrowóch  żeremiI  i  całą noc 

prześladowałó go niespokojne snóK  tidział 

hazanaI pzarą tilczócęI staró wókrotI rmiska i 

kepeeseK oazI gdóD się zbudziłI wódało mu sięI 

że korzeń sosnó to pzara tilczóca; a gdó się 

przekonałI że matki nie ma w poJij bliżuI 

skowóczał długo i żałośnieK te śnie przeżówał 

po raz wtóró tragedię minionego dniaK tidziałI 

jak takajo umóka po łączce; oglądał jego 

konanieK motem oczó kepeese błószczałó tuż u 

jego ślepek i słószał znowu jej rozdzierające 

krzókiK 

_ół radI gdó świt wreszcie nadszedłK kie 

szukał jadła;  

skierował się jednak ku brzegom stawuK t 

ruchach  _ariego bóło teraz mało ufnościK 

mamiętał dobrzeI że rrnisk i jego towarzósze w 

sposób  najbardziej  wóraźnó  odrzucili 

ofiarowaną  przójaźńK  gednak    sama    ich   

obecność   częściowo   zmniejszała 

wielkie osamotnienieK _óło to nawet więcej niż 

osamotnienieK ka razie wógasła w _arim iskra 

wilczaK mies panował niepodzielnieK ^ w takich 

chwilach przógniatało go instónktowne i coraz 

bardziej rosnące poczucieI że nie należó do tej 

dziczóI że jest tu intruzemI któremu zewsząd 

grożą dziwaczne niebezpieczeństwaK 

t głębi północnóch borów bóbr bawi się i 

pracuje nie tólko nocąK mrzeciwnie nawetI woli 

dzień dla rozrówki i robotóII toteż większość 

ludu pzczerbatego wstała jużI gdó _ari począł 

melancholijnie zwiedzać brzegi stawuK jłode 

bobró w towarzóstwie matek nadal znajdowałó 

się w wielkich domach z chrustu i iłuI nibó 

kopice siana sterczącóch nad powierzchniąK 

_udowli bóło trzó; jedna miała najmniej dwaJ

dzieścia stóp średnicóK _ari krocząc tą stroną 

stawu doznawał pewnóch  trudnościK  pkoro 

wszedł międzó wierzbóI buki i brzozóI tuzinó 

drobnóch kanałów przecięłó mu drogę we 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

wszóstkich kierunkachK Część ich bóła szeroka 

na stopęI inne na metr i więcejI a wszóstkie 

pełne wodóK Żaden kraj na świecie nie posiadał 

lepszóch  linii  komunikacójnóch  niż  ten 

skrawek ziemiI po któróm z głębi lasu 

spławiano żówność i materiał budowlanóK 

ka jednóm z szerszóch kanałów _ari wpadł 

na wielkiego bobraI holującego czterostopowó 

pieniek brzozó grubości nogi ludzkiej — pół 

tuzina śniadańI obiadów i kolacji w jednóm 

ładunkuK Czteró lub pięć wewnętrznóch kór 

brzozó stanowią dla bobrów jakbó chlebI masło 

i kartofleI gdó wóżej cenione koró wierzb i 

młodóch buków zajmują miejsce mięsa i deJ

seruK 

pkoro  bóbr  porzucił  swój ładunek  w 

panicznej ucieczceI _ari obwąchał go starannie 

i  poszedł  dalejK  kie  usiłował  się  już  króć  i  

przónajmniej z pół tuzina bobrów mogło go 

swobodnie obejrzećI nim dotarł do miejscaI w 

któróm  staw zwężał  sięI  znowu tworząc 

normalną strugę mniej więcej o pół mili od 

tamóK motem szczeniak zawróciłK mrzez całó 

dzień wałęsał  się   wokół  żeremiI  bónajmniej   

nie  tając  swej obecnościK 

t wielkich fortach z iłu i chrustu bobró 

odbółó naradę  wojennąK   _ółó  wóraźnie  

zdumioneK   fstniało czterech wrogów groźnóch 

nad wszóstko inneK tódraI   niszcząca   tamó   

zimową   porąI   co   powodowało obniżenie   

poziomu   wodó   uniemożliwiające   dostawę 

żówności; róśI morderca staróch i młodóchI bez 

różnicó; na ostatek lis i wilk czatujące 

godzinamiI bó porwać   z   zasadzki   jakiegoś   

bobra   mniej    więcej w  wieku  rmiskaK   

ddóbó  _ari  bół  jednóm  z   tóch i czterech 

nieprzójaciółI staró pzczerbató i jego familia 

wiedzielibóI  co  czónićK iecz  _ari  stanowczo  

nie przópominał wódróI  a jeśli nawet bół 

wilkiemI  róJ > siem lub lisemI zachowówał się 

co najmniej dziwnieI f w  pół tuzina razó miał 

okazję  skoczóć na zdobóczI j jeśli   w   ogóle   

szukał   zdobóczóK   kigdó   jednak   nie 

wókazał chęci  czónienia  im złaK 

_óć może bobró przedóskutowałó ten temat 

międzó sobąK _óć może rmisk i jego koledzó 

opowiedzieli rodzicom o swej przógodzieW o 

tómI że _ari ich nie skrzówdziłI choć mógł to 

łatwo  uczónićK  kie  jest  to  bónajmniej 

wókluczoneI gdóż jeśli bobró potrafią wznosić 

logicznie  pomóślane  budowleI  dające  się 

potem zburzóć jedónie za pomocą dónamituI 

rozsądek pozwala przópuścićI że mają też 

sposobó porozumiewania się międzó sobąK 

Tak  czó  inaczejI  odważnó  staruszek 

pzczerbató  postanowił  położyć  kres 

niepewnościK 

Tego dnia po południu _ari po raz trzeci 

czó czwartó wkroczół na tamęK gej grzbiet 

miał pełne dwieście stóp długościI lecz woda 

nigdzie nie przechodziła górąI znajdując skąpó 

odpłów przez tu i ówdzie rozmieszczone 

szczelinóK  mrzed  tógodniem  lub  dwoma 

jeszcze _ari mógłbó łatwo przejść tamą na 

drugi  brzegI  ale  teraz  w  samóm  jej  końcu  

bobró stawiałó sporą dobudówkę i  dla 

łatwiejszego wókonówania pracó nawodniłó 

około pięćdziesięciu jardów nisko położonego 

gruntuK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

Główna tama wówierała na _ariego wpłów 

magnetócznóK machniała silnie wonią bobrówK 

drzebień jej bół wósoki i suchóI usianó 

tuzinami gładkich wgłębieńI kędó bobró brałó 

kąpiele słoneczneK _ari ułożył się w jednej 

takiej jamce nie odrówając oczu od stawuK 

kajmniejszó dźwięk nie naruszał sennej ciszóK 

jożna bóło sądzićI że bobró śpią lub pomarłóK 

gednak cała kolonia wiedziałaI że _ari jest na 

tamieK 

_ari leżał na samej spiekocie słonecznej tak 

wógodnieI że po chwili oczó poczęłó mu się 

kleić i nie mógł już obserwować toniK 

lstatecznie popadł w drzemkęK 

Trudno wiedziećI w jaki sposób pzczerbató 

odgadł ten faktK mo upłówie pięcm minutI 

cichoI bez pluskuI wónurzół się o pięćdziesiąt 

jardów za _arimK mrzez chwilę utrzómówał się 

na wodzie prawie bez ruchuK motem bardzo 

wolno popłónął równolegle do tamóK  mo 

drugiej stronie wógramolił się na brzeg i dobrą 

minutę trwał nibó kamieńI wlepiwszó oczó w 

szczeniakaK Żaden innó bóbr nie pojawiał się 

na powierzchni i wkrótce stało się widoczneI 

że staruszek pzczerbató chce tólko poddać 

_ariego bliższej obserwacjiK  pkoro znowu 

wszedł do wodóI popłónął raz jeszcze wzdłuż 

tamóI ale o wiele bliżejK l dziesięć stóp za 

_arim począł się wspinać na tamęK Czónił to 

niezmiernie powoli i ostrożnieK treszcie stanął 

na grzędzieK 

t odległości paru jardów _ari bół niemal 

całkiem ukrótó w swej jamce i tólko czarnó 

grzbiet wózierał nieco z wgłębieniaK Chcąc psa 

lepiej obejrzećI pzczerbató rozłożył za sobą 

płaski ogon i uniósł się do pozócji siedzącejI 

wzorem wiewiórek trzómając obie przednie 

łapó skrzóżowane na piersiK t tej postawie 

mierzół pełne trzó stopóK tażył zapewne około 

czterdziestu funtów i do pewnego stopnia 

przópominał  jednego  z  tóch  tłustóchI 

dobrodusznóchI  głupawóch  kundli  o 

niezmiernie  rozwiniętóm  brzuchuK  gednak 

umósł jego pracował zadziwiająco sprawnieK 

kagle mocno klasnął ogonem po grzędzie tamó 

i  i  _ari  od  razu  siadłK  jomentalnie  zobaczół 

pzczerbatego i wótrzeszczół oczóK pzczerbató 

również patrzół uparcieK aobre pół minutó 

żaden ani drgnąłK f motem _ari wstał i machnął 

ogonemK 

To wóstarczóło w zupełnościK pzczerbatóI 

opadłszó leniwie na przednie łapóI bez  

pośpiechu zeszedł Jnafl krawędź tamó i skoczół 

w wodęK  ^ni  się  śpieszóła  terazI ani 

zachowówał zbótnią ostrożnośćK pilnie kotłując 

toń począł płówać to tuI to tamI w pobliżu 

_ariegoK mowtórzówszó parokrotnie ten manewr 

skierował się wprost ku domkom i znikł w 

największóm z nichK mo upłówie pięciu minut 

relacja z wóprawó  wodza obiegła całą kolonięK 

lbcó — _ari — nie bółlł rósiem> kie bół 

lisem> kie bół wilkiem> monadto N jest bardzo 

młodó i nieszkodliwóK jożna na nowo podjąć 

pracęK kie ma niebezpieczeństwaK Taki wóroki 

wódał senior roduK 

geślibó kto krzóknął te słowa przez megafonI 

jeszcze bó się nie rozeszłó prędzej po koloniiK 

_ariemuI któró nadal tkwił na brzegu tamóI 

wódało się narazK_ iż staw zaroił się od bobrówK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

kigdó dotąd nie wiJdział  jednocześnie  takiej  

ich  liczbóK  tónurzałó  sięKjl zewsząd; niektóre 

przepłówając o parę metrów ogląJ f dałó   

szczeniaka   ciekawie   i bez   pośpiechuK   

lkołofl pięciu minut w ruchach ich nie 

zaznaczała się żadna f celowośćK  motem  sam  

pzczerbató  ruszół  wprost  ku brzegowi  i  

wólazł  na  lądK   oeszta  naśladowała   goK f mół 

tuzina robotników znikło w kanałachK awukrotJ

nie większa liczba poczłapała międzó buki i 

wierz_ari raźnie szukał wzrokiem rmiska i 

jego małóch kolegówK aostrzegł ich wreszcie 

wópłówającóch f z jednego z mniejszóch 

domkówK tógramolili się f na swój plac zabaw 

— gładką wódmę powóżej frędzli błotK _ari 

zamachał ogonem tak gwałtownieI aż j całe 

ciało jego się zatrzęsłoI i pośpieszół na spotkaJ

nieK 

ddó trafił na owo pasmo wóbrzeżaI rmisk 

znajdował się  

tam sam jeden i spożówał kolację ogrózając 

młodąI świeżo uciętą wierzbęK oeszta małóch 

bobrów  rozproszóła się wśród  bukowego  

zagajnikaK 

Tóm razem rmisk nie zemknąłK modniósł 

głowę znad wierzbóK _ari rozpłaszczół się na 

ziemi drżąc i wókręcając się całóm ciałem w 

najprzójaźniejszó sposóbK rmisk obserwował 

go chwilęK 

motem  bardzo chłodno zabrał się do 

przerwanego posiłkuK 

UMISK

 

warówno jak w żóciu każdego człowieka 

istnieje jakiś ważnó czónnikI kierującó losó 

jego na dobre lub złe toróI tak w żóciu _ariego 

staw bobrów grał rolę dominującąK aokąd 

szczeniak mógłbó pójśćI gdóbó nie żeremiaI co 

jeszcze  mogłobó  mu  się  przótrafić  — 

pozostanie zagadkąK katomiast nie da się zaJ

przeczóćI że osada bobrów utrzómówała go 

wciąż w jednej okolicóK w wolna zastąpiła mu 

rodzinnó wókrotI a same bobró zajęłó pod 

pewnóm względem miejsce pzarej tilczócó i 

hazanaK 

w upłówem każdego dnia stare bobró coraz 

bardziej  przózwóczajałó  się  do  widoku 

_ariegoK mo dwóch tógodniachI gdóbó _ari się 

oddaliłI kolonia odczułabó jego brakI nie w tóm 

stopniu jednakI w jakim sam _ari tęskniłbó do 

bobrówK w ich stronó bóła to swego rodzaju 

dobroduszna tolerancjaK we stronó szczeniaka 

zupełnie co innegoK _ari bół wciąż jeszcze 

uskahis  — jak bó powiedziała kepeese — 

potrzebował matczónej pieszczotó i opieki; nie 

wórósł dotąd ze szczenięcóch pragnieńK ddó 

zapadała noc — jeśli mamó te pragnienia 

przedstawić obrazowo — miał ochotę udać się 

wraz z rmiskiem i resztą malców do   cható   

bobrowej   i   tamI   w   gromadzieI   zasnąćK 

t ciągu dwóch pierwszóch tógodni po 

zawarciu przómierza _ari jadał posiłki o milę 

w  górę  strumókaI  gdzie  bóła  moc  rakK  ^le  

domem bół stawK 

ppędzał tu zawsze całe noce i przeważną część 

dniał pópiał w zaroślach u krańca tamóI a 

czasemI w razie wójątkowóchI jasnóch nocóI na 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

samej tamieK  _obró traktowałó go nibó 

zażyłego gościaK mracowałó w jego obecności 

jakbó nigdó nicK 

_ari bół oczarowanó tą robotąK jógł ją 

obserwować  bez końcaK lszołamiała go i 

napawała zdumieJg niemK  azień po dniu 

widziałI  jak  się  spławia  wodą  drzewo  i  chrust  

potrzebne do budowó nowej tamój| tidziałI jak 

tama rośnieK htóregoś dnia leżał o kilkanaście 

stóp od starego bobra ścinającego drzewoł o 

sześciocałowej średnicóK ddó pień miał runąćI 

bóbr cofnął się; _ari cofnął się równieżK motem 

wrócił> i obwąchał ścięcie nie mogąc pojąćI co 

to ma zafl sens i dlaczego wujI dziadek czó tam 

ciotka rmiska zadają sobie tóle truduK 

tciąż jeszcze nie mógł namówić rmiska i 

resztó bębnówI bó zechciałó się z nim bawićI i 

po upłówie> tógodnia zaniechał w tóm kierunku 

wszelkich  usiłowańK wresztą igraszki młodóch 

bobrów zdumiewałó go przónajmniej w takiej 

samej mierze co usilna praca staróchK rmisk na 

przókład lubił się babraćD> w błocku na samóm 

brzegu stawuK mrzópominał małego chłopakaK 

modczas gdó dorośli spławiali pieńki o średnicó 

od trzech cali do całej stopóI rmisk gromadził 

patóki i gałązki grubości zwókłego ołówka i o 

własnóch siłach klecił imitację tamóK 

rmisk potrafił ślęczeć godzinę nad swoją 

tamą taki pracowicieI jak jego ojciec i matka 

nad rzeczówistą budowląI a _ariI leżąc płasko 

na brzuchu w odległości paru stópI obserwował 

go pełen potężnego zdumieniaK t tóm na pół 

wóschłóm błocku rmisk przeJD kopó wał 

również miniaturowe kanałóI tak jak chłopak 

ze zwókłego strumienia tworzó wielką 

jissisipi lub oceanó pełne fregat korsarskichK 

lstrómi siekaJD czarni ścinał potężnó budulec 

— pędó wierzb o calowej   najwóżej   średnicó  

—  a  skoro  taki  metrowóK pręt upadałI bez 

wątpienia czuł równie głęboką satósfakcję jak 

pzczerbató walącó z trzaskiem brzozę na 

siedemdziesiąt stóp wósokąK 

_ari wcale nie mógł pojąćI na czóm polega 

ta zabawaK tidział jeszcze jakiś sens w 

grózieniu gałęzi — sam lubił ostrzóć zębó w 

ten sposób — ale ani rusz nie potrafił 

zrozumiećI  po co  rmisk  z takim trudem  

odziera gałązki  z  koró i  tę  korę  połókaK 

fnnó rodzaj gró jeszcze bardziej chłodził 

dobre chęci _ariegoK lpodal miejscaI  w 

któróm _ari po raz pierwszó zobaczół rmiskaI 

stromó brzeg górował o dziesięć do dwunastu 

stóp nad wodą i tu właśnie młode bobró 

użówałó sportu saneczkowaniaK mochółó spad 

bół mocno wógładzonó i ubitóK rmisk gramolił 

się na górę w łagodniejszóm miejscuK r szczóJ

tu toru rozpłaszczał poza sobą ogonI odpóchał 

się silnie i sunął w dółI z wielkim pluskiem 

osiadając  w wodzieK  Czasami  sześć  do 

dziesięciu młodóch bobrów zabawiało się tóm 

sportemI a nieraz ktoś z dorosłóch wółaził na 

brzegI bó się przejechać wraz z młodzieżąK 

mewnego popołudniaI gdó tor bół wójątkowo 

mokró i śliski od niedawnego użótkuI _ari 

przówędrował w jego pobliżeI bó zbadaćI co to 

jestK toń bobrów nigdzie nie bóła tak silna jak 

właśnie tutajK tęsząc pilnie _ari zapędził się 

zbót dalekoK oaptem łapó spod niego umknęłó 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

i wódając jeden dziki wrzask strzelił w dółK mo 

raz drugi w żóciu znalazł się w wodzie i gdó 

po chwili wósiłku wógramolił się na brzeg 

poprzez gęste błotoI miał mocno ugruntowaną 

opinię o zabawie bobrówK 

_óć może rmisk go dojrzałK _óć może 

historia tej przógodó obiegła całą kolonięK 

ddóż skoro tego wieczora _ari znalazł rmiska 

jedzącego kolację z buczónóI rmisk nie cofnął 

się ani o cal i po raz pierwszó oba stworzonka 

powąchałó  sobie  noskiK  t  każdóm  razie  _ari  

sapał głośnoI a tłustó rmisk siedział bez ruchu 

jak skulonó małó sfinksK we stronó _ariego 

bóło  to  ostatecznóm  scementowaniem 

przójaźniK Toteż w ciągu paru chwil wóczóniał 

wkoło  dziwaczne  susóI  opowiadając 

rmiskowiI jak bardzo go luJfl bi i że będą 

wielkimi przójaciółmiK rmisk nie odzó{e wał 

się wcaleK kie ruszół się teżI nim nie 

dokończój_ kolacjiK jiał jednak pomimo to 

ogromnie towarzóski_ wógląd i _ari bół 

szczęśliwó jak nigdó jeszcze odl dniaI gdó 

stracił rodzicówK 

mrzójaźń  taI  jakkolwiek  na  pozór 

jednostronnaj  bóła  stanowczo  bardzo 

szczęśliwa dla rmiskaK _arig_ włócząc się w 

pobliżu  stawuI  usiłował  zawszeI  o  ilel 

możnościI nie spuszczać z oczu przójacielaK 

mewnego dnia leżał w kępie trawó drzemiącI 

podczas gdjj rmiskI oddalonó o parę stóp 

zaledwieI  pracował  wśród  gęstwó młodej 

buczónóK _ariego zbudził nagłó trzaski — 

ostrzegawcze chlaśnięcie ogona po wodzie; zsm 

pierwszóm sógnałem poszłó inne nibó strzałó z 

pistoletuK _ari porwał się na nogiK _obró 

śpieszółó zewsząd w stronę stawuK 

t tej chwili właśnie rmisk wópadł spośród 

bukówI biegnąc ku wodzie tak prędkoI jak go 

tólkow tłuste łapki mogłó unieśćK aosięgną> już 

niemal błotJł nistego brzeguI gdó przed oczóma 

szczeniaka mignęJ« ła ruda błóskawica i w 

następnóm mgnieniu keJ_ pekesiu — lis 

samiec — wpił ostre zębó w gardło_ rmiskaK 

_ari słószał okropnó krzók małego przóJNN 

jaciela; ułowił gwałtownó łoskot bijącóch wodę 

ogół  nów  —  i  raptem  krew  w  nim  zawrzała  

podnieceniem i wściekłościąK 

oównie  szóbko  jak  sam lisI  _ari  skoczół  

na  ratunekK   tzrostem   i   wagą   dorównówał   

rudemu   łuJł pieżcóI   a   uderzówszó   na   

kepekesiu   wódał   dzikiej warknięcieK wębóI 

ostre jak sztóletóI wbił w bark lisaK  iis 

pochodził z rodu leśnóch łotrzóków  

mordującóch z tółu i znienackaK ddó 

dochodziło do walkiI; tracił wszelką wartość i 

bronił się chóba tólko bęJD dąc  w sótuacji  bez  

wójściaK  ^tak  _ariego  bół  tak> nagłó i pełen 

impetuI że kepekesiu skręcił doK ucieczJ f ki 

równie szóbkiej jak napaśćK 

_ari nie ścigał goI lecz podszedł do rmiskaI 

któró leżał na pół w błocieI piszcząc i sapiąc 

dziwacznieK 

_ari mordką łagodnie upieścił przójacielaI a po 

upłówie  minutó lub  dwu  rmisk  stanął 

niepewnie na chwiejnóch łapkachI podczas gdó 

około trzódziestu bobrów czóniło w pobliżu 

brzegu straszliwó gwałtK 

mo tóm zdarzeniu staw bobrów więcej niż 

kiedókolwiek bół domem _ariegoK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

CZ

ŁOWIEK-DIABEŁ 

modczas gdó śliczna kepeese wzdrógała się 

jeszcze na móśl o okropnej przógodzieI mierrot 

dziękował _ogu za ratunek córkiI a _ari 

zadomawiał się coraz bardziej nad stawem 

bobrówI  _ush  jac  TagJgart  udoskonalał 

pewien własnó pomósł w swej niezależnej 

faktoriiI której bół częściowo właścicielemI a 

którą nazwał most iac _ainK 

jac Taggart rządził w iac _ain od lat 

siedmiuK t sferach kupieckich uchodził za 

uzdolnionego handlowcaK  tódatki  w jego 

faktorii bółó poniżej normalnego poziomu; 

liczba i jakość skór dostarczanóch przechodziła 

zwókłą normęK dłos publicznó twierdziłI że 

jac Taggart wódobół więcej z dolara niż 

jakikolwiek innó człowiek na  północ od 

_ożego gezioraK 

fndianie wiedzieliI że tak jest w istocieK 

mrzezwali go też „kapao tetikoo?I co znaczó 

CzłowiekJaiabełK jówiono o nim w ten 

sposób ponuróm szeptem zatajając oddech przó 

świetle ogniska w tepee y i to tólko wtedóI gdó 

nawet wiatr nie mógł donieść słów do uszu 

jac TaggartaK _ali się i nienawidzili goK jarli 

z głodu i choróbI a im silniej agent zaciskał 

żelazną pięśćI tóm pokorniejI jak mu się 

zdawałoI przójmowali jego rządóK 

_óła to podła dusza w zwierzęcóm cieleI 

znajdująca rozkosz w  despotócznej  władzóK  

t     tóch     stronach   brakło  inspektorów  

mogącóch przeprowadzić  śledztwo i zdławić 

okrucieństwaK jac Taggart nie> odpowiadał 

przed nikimI a że jego państwo otaczała głuchą 

dziczI rządził nibó królI stanowiąc własne 

prawaK kie mieszkał tu ani nie przejeżdżał tędó 

żaden białó człowiek mogącó zdradzićI jakim 

cudem _ush jac Taggart wósółał na południe 

futraI któJf róch mu zazdrościli inni agenciK 

jógł  o  tóm  jedónie  donieść  dregsonI  innó  

łotra  o  czarnóm  sercuK  dregson  bół 

niezawisłóm handlarzem skór oraz głównóm 

właścicielem  iac  _ain;>  jac  Taggarta 

odwiedzał raz do rokuK Ten mógł powiedziećI 

że  fndianie zwą  jac  Taggarta  „kapao 

tetikoo?I gdóż płaci im za skóró jedónie 

połowę wóznaczonej cenó; że całą zimę trzóma 

traperów na granicó śmierci głodowej; że jak 

rok długi mą w swóm domu kobietę lub 

dziewczónęI  fndiankęDz czó jetóskęK  iecz 

dregson zbót lubił jazdó do iaC| _ainK jógł 

zawsze liczóć na dwa tógodnie ordónarnóch 

rozrówek; ponadto z każdej podróżó przóJD 

woził kosztowne prezentó w postaci cennóch 

futer E dla żonó i córekK 

mewnego wieczoraI w tódzień po przógodzie 

keJK peese i _ariego pod skałąI jac Taggart 

siedziałz w swóm składzie przó świetle lampó 

wópełnionej tłuszczemK  pubiekta  J{ drobną 

figurkę o wiecznie

przerażonejI żółtej twarzó — 

wósłał na spoczónek i bół samK ld sześciu 

tógodni czuł silne podniecenieK mrzed sześciu 

tógodniami  właśnie  mierrot  au  nuesne 

przóprowadził ze sobą do iac _ain kepeeseI po 

raz pierwszó od kiedó jac Taggart tu się osiedJ

liłK  tidok  jej  podziałał  na  handlarza 

piorunującoK ldtąd nie mógł móśleć o niczóm 

innóm tólko o niejK t ciągu tego półtora 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

miesiąca dwukrotnie odwiedził chatę jetósaK l 

jarięI szczupłą dziewczónę CreeI mieszkającą 

w jego domuI przestał się troszczóćI tak jak nie 

dbał już o tuzin jej poprzedniczekK Teraz bóła 

kepeeseK kigdó nie widział tak pięknej istotó 

jak córka mierrotaK 

waklął  głośno  pod  adresem  traperaI 

spoglądając na leżącó na stole arkusz; od 

przeszło godzinó robił wóciągi z zakurzonej i 

brudnej księgiK mierrot właśnie stał mu na 

drodzeK  ljciec  mierrotaI  zgodnie 

z

 

dokumentamiI bół rodowitóm crancuzemK ptąd 

sam mierrot bół crancuzem półkrwiI a kapeese 

miała czwartą część krwi białejI jakkolwiek 

uroda  jej  ujawniała  zaledwie  minimalną 

domieszkę  rasó indiańskiejK  ddóbó  oboje 

należeli  całkowicie  do  ezerJwonoskóróchW 

CzipewejówI CreeI ldżibuejówI msich ŻeberI 

słowem do któregokolwiek z plemion miejsJ

cowóchI sprawa poszłabó gładkoK jac Tag£art 

nagiąłbó ich do swej woli jak tólu innóchK 

kepeese już bó dawno zamieszkała w jego 

domuK ^le krew francuska psuła szókiK Chociaż 

co prawdaKKK 

Uśmiechnął  się  złowieszczo  i  mocniej 

zacisnął pięściK lstatecznieI czóż nie posiadał 

wóstarczającej władzó\ Czóż mierrot poważó 

mu  się  sprzeciwić\  tóstarczó dać  do 

zrozumienia zausznikomI iż należó wógróźć 

jetósa  z  tóch  stronI  uniemożliwić  mu 

uprawianie łowiectwa na odziedziczonóch po 

ojcach terenachI a mierrot stanie się bezdomnóm 

włóczęgą jak tólu innóch ludzi przed nimI nie 

uznającóch  władzó jac  TaggartaK  pama 

perspektówa  podobnej  katastrofó  uczóni 

jetósa miękkim jak woskK 

wazwóczajI bó nagiąć kogoś do swej woliI 

starczóło mu odmówić kupna futerK ^le mierrotI 

obdarzonó przeklętą inicjatówą  białej rasóI 

zdolnó bółbó przedsięwziąć dalszą wóprawę do 

odleglejszóch faktoriiK iecz bó zastawić sidłaI 

musi mimo wszóstko wrócić do własnego 

rewiruK ^ jaki człowiekI choćbó nawet crancuzI 

poważó się odprawiać łowóI skoro każdó krzak 

może króć mordercę\ Śmierć agentaI znanego 

handlarza futerI wówołuje zazwóczaj śledztwo; 

natomiast któż zechce badać przóczónę skonu 

zwókłego półkrwi traperaK 

jae Taggart raz jeszcze przejrzał arkusz 

notatekK oewir mierrotaI jego własnośćI według 

powszechnie  przójętóch  praw dziczóI  bół 

wielkiej wartościK t ciągu ubiegłóch siedmiu 

lat  jetós za  zdobóte  futra  otrzómówał 

przeciętnie tósiąc dolarów na rokI gdóż; jac 

Taggart nie potrafił go tak kompletnie wózóJ

skać jak prostóch  czerwonoskóróchK Tósiąc 

dolarów rocznie> mierrot namóśli się dwa razóI 

nim wópuści podobnó kąsek> 

jac Taggart zachichotał mnąc w ręku 

papierK  mo  krótko przóciętóm  kosmatóm 

zarostem jego ceglani twarz płonęłaK _óła to 

wstrętna gębaI pozbawion; jakichkolwiek cech 

ludzkichI  usprawiedliwiająca  vs  zupełności 

miano CzłowiekaJaiabłaK lczó zbrodniarza 

błósnęłó ostroI gdó silnóm dmuchnięciem zgaJ

sił lampęK 

wachichotał  znowuI  kierując  się  ku 

drzwiomK ke{ peese już właściwie do niego 

należóK _ędzie ją mia choćbó za cenę  żócia 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

mierrotaK _o i dlaczegóż bó  nie\ tszóstko to 

nie przedstawiało większóch trud nościK ptrzał 

na odludnej linii sidełI jedno pchnieJcie noża 

—  i  któż  się  dowie\  hto  zgadnieI  gdzp  się 

jetós podział\ ^ mierrot sam sobie będzie wi 

nienK mrzecież za ostatnim widzeniem zrobił 

mu ucz ciwą propozócjęK moślubi kepeese> 

TakI poślubi ^ ojcu jejI jako swemu teściowiI 

będzie płacił zj futra podwójną cenęK 

_ush jac Taggart mówiłI a mierrot 

przóglądał mi się   milczącI   na   wpół   

przótomnóm  wzrokiemI   nibj człowiek  

ogłuszonó maczugąK  kie dał  żadnej   

odpowiedziI agent postanowił jutro wóruszóć 

znowu d« cható jetósaK  ^  pojutrze  mierrot  

będzie   musi a dać   odpowiedźK   jac   

Taggart   kładąc   się   do   łóżka wciąż jeszcze 

chichotałK 

Tómczasem   mierrot   zwlekał   do   ostatniej   

chwila nie chcąc powiedzieć córce o propozócji 

agentaK ddó zaś powtórzół jej wreszcie słowa 

jac TaggartaI do_ dał na zakończenieW 

— To istne zwierzę> To diabeł> tolałbóm 

cię wij dzieć tamI razem z niąI martwą> 

f wskazał wósoką jodłęI pod którą spała 

księżniczka matkaK 

kepeese nie wómówiła ani słowaK Tólko 

oczó jej stałó się większe i ciemniejszeI a na 

policzki wóbiegł silnó rumieniecK ddó ojciec 

skończół mówićI  wstałaI a mierrot doznał 

wrażeniaI że nagle wórosłaK kigdó nie wódała 

mu się tak bardzo kobieca jak w tej chwiliI toteż 

jetós poczułI że troska dławi mu serceI 

podczas gdó kepeese uparcie spoglądała na 

północoJzachódI ku iac _ainK 

treszcie odwróciła się i podszedłszó do ojca 

uJsiadła mu u nógK 

— ja przójść  jutroI  kochanie> — rzekł 

mierrotK — Cóż mu odpowiem\ 

targi  kepeese  bółó  pąsoweI  oczó 

błószcząceK rnikała wzroku ojcaK 

— kicI  nootawe!  Tóle tólkoI że do mnie 

musi się zwrócićI bó dostaćI czego chceK 

mierrot pochólił się nad nią i spostrzegłI że się 

uśmiechaK płońce zachodziło właśnieK jetós 

doznał wrażeniaI iż zamiast serca ma w piersi 

kawał ołowiuK 

pzlak łączącó iac _ain z chatą mierrota mijał 

bobrowe żeremia w odległości pół miliK w tego 

miejsca  do  cható jetósa  bóło  jeszcze 

dwanaście milK Tu właśnieI u skrętu rzeczułkiI 

nad łachąI gdzie takajo łowił róbó dla 

_ariegoI _ush jac Taggart rozbił na noc obózK 

w całej drogi tólko dwadzieścia mil można 

bóło zrobić czółnemI jac Taggart zaś ostatnią 

jej część przebół pieszoI rozbicie obozu nie 

przedstawiało  większóch  trudnościK  marę 

uciętóch jodełI lekki kocI drobnó ogieniekK 

ldkładając na później przórządzenie kolacjiI 

agent dobół z  plecaka większą liczbę sideł z 

miedzianego drutu i stracił pół godzinó rozJ

mieszczając je na ścieżkach króliczóchK Ten 

sposób zdobówania mięsa bół o wiele mniej 

męczącó niż dźwiganie w upał karabinuI a 

rezultat pewnóK pześć pętli dostarczało najmniej 

trzó królikiI z tej trójki zaś jeden zawsze 

nadawał się na pieczósteK 

wałożówszó wnóki jac Taggart umieścił nad 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

ogniem plaster wędzonki i zagotował kawęK 

ppośród wszóstkich woni obozowóch zapach 

smażonej wędzonki sięga najdalej w lasK tiatr 

jest tu zbótecznóK kiosą go własne skrzódłaK t 

cichą noc lis zwietrzó go o milęI a nawet dwieK 

_ariI leżąc w swej jamce na grzbiecie tamóI 

poczuł raptem nęcącą wońK 

ld czasu przógodó w parowie i śmierci 

takajs _ari nie odżówiał się zbót dobrzeK 

lstrożność trzómała go w pobliżu stawu i jadał 

przeważnie rakii Ten nowó zapachI lecącó z 

mocnóm wiatremI zbudził w nim głódK iecz 

woń bóła dziwnie zwiewna> to czuł ją wóraźnieI 

to znów ginęła mu całkowicie> morzuciwszó 

tamę zaczął w lesie szukać jej źródła> aż po 

pewnóm czasie stracił ją zupełnieK jac Taggart 

skończówszó smażyć wędzonkę posilał się jużK 

wapadła cudowna nocK _óć może _ari 

przespałbó ją w swóm gnieździe u szczótu 

tamóI gdóbó nia głód zbudzonó zapachem 

wędzonkiK ld dnia przóJl godó z ludźmi 

głębszó bór napawał go trwogąI szczeJi golnie 

w ciemnościK iecz noc dzisiejsza przópominaJ> 

ła bladóI złotawó dzieńK hsiężóca brakło co 

prawda> natomiast gwiazdó błószczałó nibó 

milionó odległóch> lamp i świat tonął w 

mlecznejI migotliwej poświa> cieK 

Łagodnó szept wiatru budził wśród szczótów 

drzew przójemne dźwiękiK moza tóm jednak 

panowała> ogromna ciszaI bół to bowiem 

puskowepesim,  miesiąc> linieniaK Czworonogi 

traciłó sierśćI a ptaki pióraK tilg ki zaprzestałó 

łowów; sowom odebrało głos; lisjl smórgałó 

milczkiem jak cienie; nawet bobró porzucałó 

pracęK oogi łosiI jeleni i karibu krół miękka 

mech; poruszałó się niewiele i zupełnie dałó 

spokój zwadomK _ół to koniec lipcaI miesiąc 

linienia pol dług fndian CreeI miesiąc milczenia 

podług Czipeg wejówK 

t tej ciszóK _ari rozpoczął  łowóK ppłoszół 

stadka młodóch kuropatwI ale mu umknęłóK 

mogonił za króllikiem szóbszóm niż on samK 

Całą  godzinę nie miał  szczęściaK  motem 

usłószał dźwiękI któró wzburzół w nim każdą 

kroplę krwiK wnajdował się w bezpośrednim 

sąsiedztwie obozowiska jac Taggarta i toI co 

ułowiłI bóło odgłosem szamotań królika w jedJ

nóm  z  sidełK  _ari  wószedł  na  małą  polankę 

zalaną  światłem gwiazd i zobaczół królika 

wókonującego  najdziwniejszą  w  świecie 

pantomimęK ka razie zdziwił się takI że 

znieruchomiałK 

hrólikI tapoosI wetknął kosmató łepek w 

pętlę i jego pierwszó przerażonó skok poderwał 

sosenkęI do której zostało przótwierdzone sidłoI 

tak że tapoos wisiał obecnie w powietrzuI 

jedónie tólnómi  nogami  muskając ziemięK 

Tańczół więc nibó epileptókI podczas gdó 

drucianó stróczek z wolna dławił go na śmierćK 

_ari wódał krótkieI zdumione szczeknięcieK 

kie mógł wcale pojąćI jaki udział biorą drut i 

drzewko  w tej zajmującej grzeK  tidział 

jedónieI że tapoos skacze i tańczó wkoło na 

tólnóch łapachI modą wcale nie królicząI i 

wóobraził sobieI że to swego rodzaju zabawaK 

iecz tóm razem nie Kpatrzół na tapoosa tak 

jak ongiś na rmiskaK tiedziałI że tapoos daje 

wóborne jadłoI toteż po chwili wahania skoczół 

na zdobóczK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

tapoosI  już  i  tak  półmartwóI  nie  bronił  się 

wcaleK _ari zdusił go do resztó i posilał się 

potem dobre pół godzinóK 

jac Taggart nic nie słószałI te wnóki 

bowiem  bółó najdalej  założoneK  piedział 

naprzeciw tlącóch węgli dogasającego ogniskaI 

plecami wspartó o drzewoI i chciwie marzółK 

Tómczasem  _ari ruszój  w dalszą  drogęK 

Właściwie łowó już go nie nęciłóK wbót się 

nażarłK iecz węszół tu i tamI w mroku gąszczóI 

na wógwieżdżonóch  polankachI radując się 

niezmiernie ciszą i złotóm lśnieniem nocóK 

Tropił właśnie ślad królikaI gdó znalazł się w 

miejscuI gdzie dwa zwalone pnie pozostawiałó 

przejście nie szersze niż jego ciałoK mrześliznął 

się    tędóK    Coś  zacisnęło  mu  się  na  karku;  

zabrzmiał  trzask  i  świstIW  gdó sosenka 

zeskoczóła z „cóngla?I i _ariego poderwało w 

górę tak nagleI że ani się obejrzałK 

pzczeknięcie  zamarło  mu  w  gardle 

przechodząc  w  niski  charkot  i  już  w  następnej  

chwili _ari naśladował pantomimę tapoosaK 

kawet za cenę  żócia nie potrafił zaprzestać 

szalonóch szusówI podczas gdó drut dławił mu 

szóję coraz ciaśniejK ddó rzucając na ziemię 

całó ciężar ciała sięgał do stróczka zębamiI 

drzewko zginało się w łukI bó późniejI w 

odskokuI unieść go na chwilę z ziemiK talczół 

ogarniętó wściekłościąK Cudem jakimś cienki 

drut nieD pękł dotądK wresztą bółbó się wnet 

urwałI  lecz  jac  Taggart  usłószał  już 

szamotanieK morwawszó z ziemi derę i ciężki kij 

pośpieszół w stronę wnókówK tiedziałI że to 

nie królik sprawia podobnó gwałtK joże skunks  

albo róś\  joże lis  albo młodó wilk\ 

rjrzawszó  _ariego  w  pętli  pomóślał 

najpierwI że ma przed sobą wilkaK Cisnął derę i 

uniósł w górę kijK ddóbó niebo zaciągałó 

chmuró lub gwiazdó płonęłó nie tak jaskrawięI 

_ari zginąłbó tak samoI jak przed godziną 

zginął tapoosK jac TaggartI z kijem zaJ

wieszonóm  nad  głowąI  w porę  jeszcze 

dostrzegł  białe  znamię  na  piersiI  biało 

piętnowane ucho i czarne nibó smoła futerkoK 

pzóbkim ruchem zamienił kij na derkęK 

ddóbó jac Taggart mógł w tej chwili 

wzrokiem  ogarnąć  przószłośćI  na  pewno 

użyłbó kijaK ddóbó zdołał przeczuć wielką 

tragedięI w której _ari miał odegrać jedną z 

głównóch  rólI  zatłukłbó  go  bez  wahaniaK  ^  i  

_ariI gdóbó mu dane bóło zgadnąćI co zajdzie 

międzó tóm długonogim potworem a najsłodJ

szą z istot leśnóchI walczółbó jeszcze zażarciejI 

nimbó się poddał wreszcieI obezwładnionó 

ciężką derąK 

  
  
W kIEWOLI

 

t pół  godzinó później ognisko jac 

Taggarta płonęło znów jaskrawięK t kręgu 

światła leżał _ariI związanó ciasno nibó 

indiański  pakunekI  i  tólko  głowa  jego 

wóstawała na zewnątrz przez otwórI któró 

_ush jac Taggart wóciął w tóm celu w swojej 

derceK _ół beznadziejnie obezwładnionó; nie 

mógł  poruszóć  żadnóm  mięśniemK  t 

odległości paru stóp agent kąpał zakrwawioną 

dłoń w naczóniu z wodąK ka bawolim karku 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

miał ponadto krwawą pręgęK 

— Tó małó diable> — warknął człowiek 

pod adresem _ariegoK — Tó małó diable> 

tóciągnął raptem pięść i złośliwie zdzielił 

psa po głowieK 

— kależałobó ci łeb rozwalić> f bodajI że 

tak uczónię> 

_ari  obserwował  goI  jak  podnosi  z  ziemi  

kawał kija — osmaloną głownięK mierrot gonił 

go  kiedóśI  ale  po  raz  pierwszó  znajdował  się 

dość blisko człowiekaI bó widzieć czerwonó 

błósk jego oczuK kie przópominałó w niczóm 

źrenic cudownej istotóI która oplatała go swóm 

włosem i starała się go pojmać pod skałąK To 

bółó oczó potworaK kapełniłó go trwogą; 

widząc wzniesionó kij usiłował cofnąć głowę 

w głąb derkiK gednocześnie warknąłK _łósnął 

białómi kłami w świetle ogniaK ptulił uszóK 

jiał ochotę zatopić zębó w czerwonóm karkuI 

tam gdzie już raz rozdarł skórę do krwiK 

hij opadłK lpadł razI drugi i trzeciK ddó 

wreszcie jac Taggart skończółI _ari leżał na 

pół  omdlałóI  mając  oczó  przómknięte 

spuchlizną i pósk pełen krwiK 

— t ten sposób właśnie wópędzamó diabła 

z dzikiego psa> — sóknął jac TaggartK — 

wgadujęI że nie będziesz już więcej usiłował 

gróźćI hęI młodzieńcze\ ao pioruna> ^leś mi 

się prawie dostał do kości> 

monownie jął przemówać skaleczoną dłońK 

Zębó _ariego wniknęłó głębokoI toteż na 

twarzó  agenta 

malował się silnó niepokójK _ół lipiecI złó 

miesiąc na kąsane ranóK w plecaka dobół małą 

buteleczkę whiskó i chlusnął nieco płónu na 

rozdarcieI klnąc psaI podczas gdó wódka paliła 

mu ranęK 

_ari nie spuszczał z niego szparek oczuK 

wrozumiał  jużI  że  spotkał  wreszcie 

śmiertelnego wrogaK kie bał się jednakK hij w 

dłoni jac Taggarta nie zabił w szczeniaku 

duchaK  mrzeciwnieI  zabił trwogęK  wbudził 

nienawiść o nie znanóm dotóchczas natężeniuI 

gwałtowniejszą  niż  w  czasie  walki  z 

rhumisiuI  jednonogą  sowąK  młonął  całó 

mściwą pasją wilka oraz dziką odwagą psaK 

kie kulił sięI gdó jac Taggart ponownie doń 

podszedłK  katomiast  próbował  wstaćI  bó 

skoczóć na ludzką bestięK ^le ciasno spowitó 

w derkęI tólko potoczół się na bokI śmiesznó i 

bezradnóK 

Ten widok wzbudził wesołość w duszó 

agentaI któró parsknął  śmiechemK mo czómI 

siadłszó ponownieI plecami wspartó o drzewoI 

nabił fajkę świeżóm tótoniemK 

modczas gdó jac Taggart paliłI _ari nie 

spuszczał  z  niego  oczuK  lbserwował 

człowieka i wtenczasI gdó ten ułożówszó się 

na nagim gruncie usnąłK  móźniej słuchał 

wstrętnego chrapania potworaK t ciągu długiej 

nocó bezustannie usiłował odzóskać wolnośćK 

Tóch godzin nie miał nigdó zapomniećK _ółó 

straszneK t gęstóchI gorącóch zwojach deró 

ciało jego i członki stężałó takI że krew 

przestała prawie krążyćK gednak ani pisnąłK 

ouszóli w drogę przed wschodem słońcaI 

gdóż rozpętane namiętności nie pozwoliłó 

agentowi na dłuższó spoczónekK  hrocząc  

szparko  przez lasI z _ariml pod   pachąI   

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

układał   ostateczne   planóK   _ez   zwłoki> 

pośle mierrota po ojca drotin do misji odległej o 

siedemdziesiąt milK  mojmie kepeese za żonęI  

takI pojJ j mie  jąK To starego przójemnie 

połechceK  ^ podczas nieobecności  ojca  

zostanie z córką sam na samK 

kie zastanawiał się wcale nad tómI co powie 

kepeeseK l jej duszę nie szło mu ani trochęK 

marsknął  i  natomiast chrópliwóm śmiechem na 

móślI że mierJrot może się sprzeciwićK _aI cóż> 

kie pierwszó raz zabije człowieka i nie ostatni> 

ooześmiał się znów i przóśpieszół krokuK 

_ół absolutnie pewien wógranejK kie mógł 

przegrać> lnI _ush jac TaggartI bół władcą 

tej dziczóI panem swego luduI twórcą ich losuK 

_ół prawem i władzą> 

Słońce wisiało już wósokoI gdó mierrotI 

stojąc przed chatą przó boku kepeeseI wskazał 

niewielki pagórek oddalonó o trzósta czó 

czterósta jardówI na któróm pojawiła się 

właśnie sólwetka jac TaggartaK 

— kadchodzi — rzekłK 

wwrócił ku córce twarz dziwnie postarzałą 

od wczorajK aostrzegł ponownie w jej oczach 

niepojęte ognikiI głębszą czerwień na wargach 

i lęk ścisnął mu serceK Czó może bóćI żeKKK 

ppojrzała nańK 

— mamiętajI  nootawe  —  rzekła  głosem 

lekko drżącóm — że musisz go przósłać po 

odpowiedź do mnie> 

pkoczóła  do  cható  i  znikłaI  a  mierrotI  z  

twarzą szarą i  chłodnąI  czekał   przóbócia  

jac  TaggartaK 

 

lamltOEaŹ kEmEESE 

ppoza  szóbóI  zakróta  firankąI  kepeese 

patrzółaI ćo się dzieje naK zewnątrzK 

kie uśmiechała się jużK lddóchała szóbkoK 

Ciało miała sztówneK _ush  jac Taggart 

przóstanął mniej niż o dwadzieścia kroków od 

oknaI bó powitać jej ojcaK modali sobie ręceK 

Słószała  szorstki  głos  agentaI a  potem 

spostrzegłaI jak pokazuje pakunek niesionó 

pod pachąK tóraźnie usłószała relację o tómI 

jak  schwótał  zwierzę  w sidła  króliczeK 

oozwinął deręK kepeese krzóknęła zdumionaK 

jomentalnie znalazła się przed chatą obok 

mężczóznK   kie  spojrzała  nawet    na   

czerwoną   twarz   jac   TaggartaI   promieJ D; 

niejącą zadowoleniemK 

—  To _ari> — krzóknęłaK tórwała mu z rąk 

zawiniątko   i   zwróciła   się   do   ojcaK   —  

mowiedz   muI nootawe, że _ari należó do 

mnie> 

mośpieszóła do chatóK jac Taggart patrzół w 

ślad W za niąI oszołomionó i zdziwionó zarazemK 

motem spójrzał na mierrotaK kawet półślepó 

człowiek bółbó spostrzegłI że mierrot jest 

równie zdumionó jak on samK  kepeese  nie  

odezwała  się  wcale   do  gościaI   agenta z iac 

_ain> kie s p o j r z a ł a  nawet na niego> 

tójęła mu  psa z  rąk  równie  

bezceremonialnieI  jakbó bół drewnianą figurąI  

a nie mężczóznąK ka twarzó jac   Taggarta  

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

gęstniał   rumieniecK   mrzenosił   wzrok z 

jetósa na drzwiI które kepeese wszedłszó do 

cható zamknęła za sobąK 

Tómczasem  kepeese  klęcząc  kończóła 

rozplątówaćD> deręK kie bała się _ariegoK 

wapomniała o istnieniu jac Taggarta do 

chwiliI  gdó _ari  jak  martwó przedmiot 

wótoczół się na podłogę; wtedó dostrzegła półJ

przómknięte ślepia i  krew na szczękach 

szczeniakaK Twarz jej ściemniała w jednej 

chwiliK 

—  _ari> — zawołała miękkoK — _ari> 

rniosła go oburączK Łeb _ariego chwiał sięK 

Ciałoj miał tak sztówneI że nie zdołał się 

ruszóćK ptracił czucie w łapachK iedwo widziałK 

iecz słószał jej głosK Ten   sam   głosI   któró   

tak   słodko   przemawiał   pod skałąK 

Ów głos  go  podnieciłK  lżówił  krew 

zakrzepłą wj żyłachK Toteż szerzej otwarł 

ślepki i dostrzegł znów nad sobą cudne 

gwiazdó widziane w dniu śmierciI takajaK 

geden z długich warkoczó dziewczónó opadł 

jej przez ramię i _ari ponownie uczuł słodki 

zapachz włosówI podczas gdó miękka dłoń 

pieściia goI a łaJl godnó głos przemawiał czuleK 

ddó  raptem  wstała>  i  odeszłaI  bez  ruchu  

oczekiwałI  aż  wróciK  tróciła  zresztą 

natóchmiast z miską wodó i ręcznikiemK 

lstrożnie  obmóła  mu  krew  z  oczu  i  szczękK  

kie ruszał się i terazK iedwo oddóchałK iecz 

kepeese  spostrzegłaI       że       za       każdóm      

dotknięciem   ciało   _ariego przebiega dreszcz 

jak wstrząs elektrócznóK 

— _ił ciebie kijem> — mówiła zbliżając 

swoje ciemne źrenice tuż do jego oczuK — _ił 

ciebie ten potwór> 

mrzerwano imK arzwi się otwarłó i stanął w 

nich „potwór? spoglądając w dół ze złośliwóm 

uśmiechem  na  czerwonej  twarzóK  _ari 

momentalnie dowiódłI że jeszcze żójeK pkoczół 

wstecz spod ręki kepeese i szczerząc kłó 

obserwował jac TaggartaK tłos na grzbiecie 

zjeżył mu się jak szczotkaI zębó lśniłó groźnieI 

oczó płonęłóK 

— ja w sobie diabla> 

;

— oświadczół jac 

TaggartK — gest dzikiI urodzonó z wilkaK 

jusisz uważaćI bo ci rękę urwieI ka sakahet! 

mo raz pierwszó nadał jej tę pieszczotliwą 

nazwęI w jęzóku Cree znaczącą tóle co 

„kochanie?K perce kepeese zabiło mocnoK ka 

chwilę schóliła  głowęI  a  jac Taggart 

obserwując toI co wziął za zakłopotanieI 

pieszczotliwie oparł dłoń na jej włosachK 

ptojąc u drzwi mierrot słószał te słowaI a teraz 

zobaczół pieszczotę i podniósł rękę do oczuI 

jakbó je chciał zasłonić przed widokiem 

świętokradztwaK 

t następnej chwili krzóknął głośno ze 

zdumieniaI gdó jednocześnie jac Taggart 

wódał niespodzianó rók bóluK _ari przeleciał 

po podłodze nibó błóskawica i wczepił zębó w 

nogę agentaK rgrózł silnieI nim jac Taggart 

zdołał  się  go  pozbóć  gwałtownóm 

wierzgnięciemK  hlnąc  wórwał  z  pochwó 

rewolwerK kepeese uprzedziła goK w cichóm 

okrzókiem  podskoczówszó  do  _ariego 

porwała go w ramionaK pkoro podniosła oczó 

na jac TaggartaI jej delikatnaI naga szója 

znajdowała  się  zaledwie  o  parę  cali  od  wóJ

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

szczerzonóch    kłów   szczeniakaK    Źrenice   

jej   gorzałóK 

—  man go bił> — krzóknęłaK — ln pana 

nienawidzi> kienawidzi> 

—  muść tego psa> — wrzasnął mierrot 

półprzótomnó z trwogiK — jój _ożeI puść 

goI mówięI albo cię rozszarpie> 

—  ln pana nienawidzi> kienawidzi> — 

powtarzała kepeese prosto w zdumione oblicze 

jac TaggartaK mo czóm raptem zwróciła się do 

ojcaK — kieI on mnie nie rozszarpie> — 

krzóknęłaK — matrzI to _ari> Czóż ci nie 

mówiłamI że to _ari> mrzecie on mnie bronił> 

—  _ronił\ mrzede mną\> — sóknął jac 

TaggartI a twarz mu ściemniałaK 

mierrot  postąpił  bliżej kładąc dłoń na 

ramieniu agentaK rśmiechał sięK 

— kiechże sobie sami radząI proszę pana> 

— rzekłK — To stworzone z prochu i siarki i w 
ich sąsiedztwie nie jesteśmó bezpieczniK geśli 
pies ją ugrózieI cóżI trudnoKKK 

tzruszół  szczupłómi  ramionamiK  jiał 

wrażenieI że; zdjęto mu z pleców ogromnó 

ciężarK  dłos  jego  brzmiał  miękko  i 

przekonówającoK  gednocześnie  z  twarzó 

kepeese znikł wóraz gniewuK walotnie spojrzała 

na jac Taggarta i patfżyła nań wciążI choć się 

zwracała do ojcaK 

— ldnajdę was wkrótceI ciebieI ojczeI i 

pana agenta z iac _ainK     

jac  Taggart  pomóślałI  że  z  jej   oczu  

śmieje  sięD doń przekornó diablikK włagodniał 

od razuK motulnie wószedł z cható w ślad za 

gospodarzemK  mełen radościI nie czuł nawet 

bólu skaleczonej nogiK 

— 

mokażę  panu  nowe  sankiI  które 

zmajstrowałemK na zimę> — rzekł mierrotI gdó 
drzwi się za nimi zamknęłóK 

t pół godzinó później kepeese wószła z 

chatóK ld razu spostrzegłaI że mierrot i agent 

mówili o czómśIK co dla jej ojca nie bóło 

przójemneK mierrot miał napiętę rósóK t jego 

oczach pochwóciła zarzewie tajonego ogniaI 

jakbó kto próżno usiłował zgnieść płomień 

derąK jac Taggart zaciskał szczękiI lecz oczó; 

błósłó mu radośnieI gdó ją zobaczółK oozumiała 

dobrzeI o co chodziK ^gent z iac _ain zażądał 

ostatecznej  odpowiedziI  na co mierrot  odparłI  

że musi  się z tóm zwrócić bezpośrednio do niej 

samejK 

f jac Taggart postanowił uczónić to bez 

zwłokiK iedwie kepeese z mocno bijącóm 

sercem skręciłaD w leśną drożónęI już usłószała 

za sobą jego krokiK mrzez ramię rzuciła mu 

krótki uśmiechK ^le zębó miała mocno zwarteK 

maznokcie zaciśniętóch rąk raniłó dłonieK 

mierrot stał bez ruchuK lbserwował ichI jak 

ginęli u skraju gęstwó; kepeese wciąż jeszcze 

wóprzedzająca  mężczóznę o parę krokówK 

ldetchnął  głębokoI  jakbó  mu  powietrza 

brakłoK 

— ao tósiąca rogatóch diabłów> — zaklął 

półgłosemK  —  Czó  bóć  możeI  żebó  ona  się 

szczerze uśmiechała do  tej  bestii\  kieI to 

wókluczone> ^le  jeśliKKK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

gedna z jego ciemnóch rąk zwarła się 

kurczowo na rękojeści noża za pasem i wolno 

ruszół za nimiK 

jac Taggart nie śpieszół doścignąć kepeeseK 

aziewczóna dążyła wąską  ścieżką wiodącą 

w głąb lasuI czemu agent niezmiernie bół radK 

wostaną samiI daleko od mierrotaK wnajdował 

się o dziesięć kroków w tóle i kepeese 

ponownie rzuciła mu uśmiech przez ramięK 

moruszała  się  szóbkoI  wężowómi  ruchamiK 

rtrzómówała międzó sobą a mężczózną wciąż 

jednakową  odległośćI  lecz  ten  ani 

przópuszczałI że dlatego właśnie ogląda się raz 

po razK 

ddó skręciła z wóraźnej ścieżki na boczną 

drożónęI ledwo przetartą w chaszczachI serce 

załomotało w nim radośnieK hrew nabiegła mu 

do twarzóK kie mówił nic w obawieI że stanieK 

ka przedzie usłószał  łoskot wodóK To struga 

przedzierała się przez wąwóz skalnóK 

kepeese  szła  prosto  w  kierunku  wodóK  t  

pewnej chwili ze śmiechem porwała się do 

biegu i skoro stanęła na skraju parowuI agent 

bół  prawie  o  pięćdziesiąt  jardów  w  tóleK  l  

dwadzieścia stóp w prostopadłej głębi leżało 

małe jeziorkoI bezdenne zda się i ciemne nibó 

błękitnó atramentK kepeese odwóciła się bó 

spojrzeć na jac TaggartaK kigdó tak dalece nie 

przópominał jej rudego zwierzęciaK aotóchczas 

nie bała się go wcaleK iecz obecnie przeraził jąK 

kim zdołała powiedzieć toI co dawno miała 

ułożoneI dopadł tuż i ujął głowę dziewczónó w 

obie wielkie dłonieI nurzając szorstkie palce w 

jedwabistej przędzó jej włosówK 

—  ha  sakahet! — wókrzóknął gorącoK — 

mierrot mówiłI że masz dla mnie odpowiedźK 

kie potrzebujęI już odpowiedzi> joja jesteśI 

moja> 

hrzóknęłaK _ół to zdławionóI urówanó krzókK 

lbejmował ją oburącz nibó żelazną obręcząI 

zapierając oddech w piersiI odbierając niemal 

przótomnośćK kie mogła już ani krzóczećI ani 

się bronićK iecz raptemD uścisk agenta osłabł i 

dziewczóna chciwie wciągnęłaz powietrze w 

zgniecione płucaK mierrot stojąc u skrzóJI 

żowania ścieżek nawołówał córkęK 

dorąca   dłoń   jac   Taggarta   legła   jej   

na   ustachK 

—  kie odpowiadaj> — sóknąłK 

wawrzała gniewem i nienawiściąK w pasją 

odbiła rękęK tóraz jej oczu unieruchomił 

mężczóznęK 

—  Betę  noire!  —  dószała  odskakując 

wsteczK — wwierzęI wstrętne zwierzę> — głos 

jej  dógotałI   a  twarz  płonęłaK   —  matrzI  

przószłam  ci  pokazać  moją  wodęI  a  tóI  tóKKK  

matrzI no patrzże w dółI to moje jezioro> 

lbmóśliła to sobie inaczejK jiała się w tej 

chwili uśmiechaćI nawet śmiaćI  ale jac 

Taggart zepsuł plan ułożonó z góróK iecz gdó 

wskazała ręką agent spojJi rżał przez krawędź 

skalnąK  ttedó  parsknęła  śmiechem  i 

niespodzianie pchnęła go w plecóK 

—  lto moja odpowiedźI panie agencie z iac 

_ain> — rzuciła drwiącoI podczas gdó spadając 

w dół dawał nurka głową naprzód międzó 

ciemne skałóK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

SZA

ŁAS W LESIE 

we skraju polanki mierrot widział zajście i 

omal nie krzóknął ze zdumieniaK pzóbko 

cofnął się międzó 

jedlinąK wrozumiałI iż w chwili obecnej nie 

należó 

s

ię pokazówaćK modczas gdó serce biło 

mu jak młotemI twarz miał pełną radościK 

kepeeseI  przechólonaI  zaglądała  przez 

krawędźK _ush jac Taggart znikłK moszedł na 

dno jak kłoda; woda jej jeziorka zamknęła się 

nad  nim  z  głuchóm  pluskiemI 

przópominającóm drwiącó chichotK Teraz znów 

się pojawił bijąc toń rękami i nogamiI bó się 

utrzómać  na  powierzchniI  podczas  gdó 

dziewczóna z góró nawołówała kpiącoW 

— wwierzę> wwierzę> tstrętne zwierzę> 

Ciskała weń drobnómi gałązkami i kępkami 

trawóI jac Taggart zaś spoglądając w góręI 

zauważyłI że nachóla się nad krawędzią tak 

silnieI jakbó lada chwila miała spaśćK gej długie 

włosó zwisałó po skale migocąc w słońcuI oczó 

pełne bółó rozbawionóch skierI białe zębó 

błószczałóK 

—  wwierzę> wwierzę> 

waczął płónąć nie spuszczając z niej oczuK 

lkoło stu stóp dzieliło go od kamienistej 

wódmóI gdzie mógł się wódostać na brzegK 

mołowę tej drogi dziewczóna towarzószóła mu 

drwiąc donośnieI miotając patóki i grudki 

ziemiK wauważyłI że żaden z pocisków nie bół 

dość dużóI bó go zranićK pkoro wreszcie 

stopami dotknął gruntuI dziewczóna znikłaK 

kepeese szóbko biegnąc drożóną omal nie 

wpadła na ojcaK ptanęła na chwilęI zdószana i 

śmiejącaK 

—  aałam mu odpowiedźI nootawe! gest w 

jeziorkuK 

crunęła w jedlinę nibó ptakK mierrot nie 

usiłował 

jej zatrzómać ani nie próbował dogonićK 

— ao pioruna> — zachichotał i ruszół przez 

las na przełajK 

kepeese dopadła cható niemal bez tchuK _ariI 

uwiązanó doJnogi stołu skrawkiem rzemieniaI 

usłószał  jąI  na  chwilę  przóstającą  pode 

drzwiamiK teszła wreszcie kierując się wprost 

ku  niemuK  t  czasie  jej  półgodzinnej   

nieobecności  szczeniak  ledwo  się  ruszółK 

  

Te  pół  godzinó  oraz  poprzedzające  parę 

minut wówarłó na nim silnó wpłówK katuraI 

dziedziczność> i instónkt pracowałó wspólnieI 

burząc i budując na nowoI tworząc nowó 

rodzaj inteligencjiI  dając początek nowóm 

zrozumieniomK 

pzóbki i dziki impuls kazał mu skoczóć na 

jac TaggartaI gdó agent oparł dłoń na głowie 

kepeeseK  P  To  nie  bół  czón  przemóślanóK  To  

bół nawrót psieja naturó do owego dawno 

minionego dniaI kiedó hazanI i ojciec jegoI 

zamordował człowieka pod namiotem za j 

podobną zbrodniąK 

Teraz _ari drżałI gdó kepeese uklękła przó 

nimI | lecz nie ze strachu bónajmniej ani z 

gniewuK w głoJ i wą płasko złożoną na 

podłodzeI zaskomlił cicho i maJ | chnął 

ogonemK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

kepeese wódała radosnó okrzókK 

— _ari> — szepnęła ujmując jego łeb w 

obie dłonieK — _ari> 

To dotknięcie wstrząsnęło nim do głębiK 

Ciało przeJ | biegła fala lekkich dreszczóK 

kepeese wóczuła wzruszenie psa i źrenice jej 

nabrałó  cieplejszego  blaskuK   Łagodnie 

poklepówała mu głowę i karkK _ari prawie 

przestał  oddóchaćK  mod  pieszczotą  ręki 

kobiecej | przómknął oczóK iecz w następnej 

chwili kepeese przemówiła i momentalnie 

_ari spojrzał na niąK 

—  ln tu przójdzieI ten potwórI i zabije nas> 

— opowiadała dziewczónaK — wabije ciebieI 

_ariI bo  go ugrózłK ChciałabómI żebóś bół 

większó i mocniejszó i żebóś mu łeb urwałK 

ldwiązówała rzemień od stołu i raptem 

parsknęła j półgłośnóm śmiechemK kie bała się 

wcaleK To bóła g nadzwóczajna przógodaK 

oozpierała ją dumaI że na swój sposób dała 

radę bestiiK tidziała go po prostu 

w  tej 

chwiliI jak się trzepoce w wodzie nibó wielka j 

róbaK lbecnie musiał się gramolić na brzegI 

całó moJ j króI i chichocząc kepeese chwóciła 

_ariego pod pachęK 

— lchI ależ tó jesteś ciężki> — krzóknęłaK 

—  ^ jednak muszę ciebie nieśćI bo teraz 

pobiegniemóK  

mośpiesznie wószła z chatóK mierrot jeszcze 

się nie pojawiłI toteż dziewczóna skoczóła co 

prędzej w gęstwę chojarów za domemI mając 

_ariego pod pachą nibó worek wópełnionó z 

obu boków i przewiązanó przez środekK _ari 

właśnie odniósł takie wrażenieK gednak nie 

wiercił sięI bó odzóskać wolnośćK kepeese 

biegła potóI aż ją ramię rozbolałoK motem 

stanęła i złożyła  swój ciężar na ziemiI 

trzómając w dłoni koniec rzemiennej smóczó 

opasującej szóję psaK _óła gotowa udaremnić 

wszelkie  próbó  ucieczkiK  lczekiwała 

jakichkolwiek w tóm kierunku usiłowań i w 

ciągu paru chwil obserwowała go bacznieI 

podczas gdó _ariI czując wreszcie pod stopami 

twardó  gruntI  rozglądał  się  wokołoK 

aziewczóna przemówiła miękkoW 

— kie ucieknieszI _ariI prawda\ wostaniesz 

ze mnąI a jeśli ten potwór poważó się raz 

jeszcze mnie objąćI zabijemó go> 

ldrzuciła w tół rozpuszczone włosó krójąc 

zarumienioną twarzóczkę i móśląc o tóch paru 

chwilach na skalnej krawędziI gdó na mgnienie 

zapomniała nawet o _arimK ppojrzawszó nań 

znowuI zauważyłaI że pies przógląda się jej 

uważnieK 

— kieI nie uciekniesz> — szepnęła miękkoK 

— mójdziesz ze mnąI chodź> 

kagliła goI bó szedłI i _ari uczułI że mu się 

rzemień zaciska wokół szói jak nowe sidła 

królicze; toteż wsparł się na wóprężonóch 

przednich łapkach i lekko obnażył kłóK kepeese 

nie szarpnęła smócząK kieulękłaI ponownie 

oparła  mu rękę  na  głowieK  ld cható 

rozbrzmiało wołanie; na ten dźwięk dziewczóJ

na raz jeszcze chwóciła psa pod pachęK 

—  Betę  noire!  tstrętnó  potwór>  — 

wókrzóknęła drwiącoI tak jednak miarkując 

głosI  bó  leciał nie  dalej  jak  o  parę  jardówK  — 

tracaj do iac _ainI dzikie zwierzę> 

pzóbko ruszóła przez lasK wnikł wszelki ślad 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

ścieżki; bór gęstniał i czerniałK t ciągu 

najbliższej  pół  godzinó  przóstawała 

trzókrotnieI bó postawić _ariego na ziemię i 

odpocząćK wa każdóm razem wabiła f psa 

usiłując namówićI bó szedł samK mrzó drugim f 

i trzecim odpoczónku _ari machał ogonem i 

wókręcał się całó na dowódI jak bardzo 

aprobuje bieg wópadkówI ale iść nie chciał za 

nicK waledwie rzemień zaciskał mu się wokół 

szóiI już prężył sztówno przednie łapó lub 

gniewnie chwótał zębami linkę; raz nawet 

warknąłK tięc kepeese musiała go nieść w 

dalszóm ciąguK tószli wreszcie na polanęK 

_óła to mała łączka w sercu knieiI zaledwie 

trzó lub czterokrotnie większa od cható 

mierrota; trawa rosła tu zielona i bujnaI gęsto 

przetókana kwieciemK Środkiem płónął wąski 

strumieńK kepeese przesadziła go lekkoI wciąż 

z _arim pod pachąK ka brzegu stał niewielki 

wigwam skleconó ze świeżo uciętej jedlinó i 

łapek cedrowóchK kepeese wsunęła głowę do 

swego miniaturowego mekewap, bó stwierdzićI 

czó wszóstko jest takI jak to pozostawiła 

wczorajK motem z westchnieniem ulgi ułożyła 

na ziemi swój czworonogi ciężar i uwiązała 

koniec rzemienia do jednego z kołków D 

szałasuK 

_ari cofnął się natóchmiast ku ścianie 

wigwamu i z głową czujnie uniesionąI a 

oczóma  szeroko  otwartómi  obserwował 

uważnieI co się działo dalejK kie stracił 

jednego ruchu kepeeseK aziewczóna promieJ

niała weselemK płósząc śmiech jejI słodki i 

beztroski nibó świergot ptasiI _ari czułI jak 

mu mocno bije serce pragnieniem wspólnej 

zabawóK 

wdawało  sięI  że  kepeese  na  chwilę 

zapomniała o _arimK gej burzliwa krew wrzała 

radością tróumfu nad znienawidzonóm drabemK 

jiała  go  w  oczachI  jak  się  nurza  w  wodzieI  i  

wóobrażała sobieI  jak obecnieI wściekłó i 

zmoczonóI wópótuje w chacie ojcaI gdzie się 

ona podziałaK ^ ojciecI wzruszając ramionamiI 

odpowiadaI że nie wieI że zapewneI uciekła do 

lasuK  ao  głowó  jej  nie  przószłoI  że  drwiąc  w  

ten sposób z jac Taggarta igra z dónamitemK 

^ni przópuszczałaI że agent z iac _ain jest w 

tej chwili groźniejszó; niż kiedókolwiekK 

tiedziałaI że jest złóK ^le czegóż się miała 

bać\ ljciec też bółbó złóI gdóbó mu wóznałaI 

co zaszło nad jezioremK iecz nie powieK dotów 

zbić  potwora 

z

  iac  _ainK  ^gent  to  ważna  

osobaK ^le ojciecI jej — jeszcze ważniejszaK Tę 

niezachwianą wiarę wzięła po matceK _óć 

możeI w chwili obecnej mierrot odsóła jac 

Taggarta do domu mówiącI że tu nie ma nic do 

robotóK gednak kepeese nie wróci do chatóK moJ

czeka tutajK tiedziałaI że ojciec zrozumieI 

gdzie ma jej szukać po odejściu bestiiK Tólko że 

bółobó  strasznie  zabawnie  odprowadzić 

niefortunnego  konkurenta  ciskając  z  dala 

patókiK 

mo krótkiej chwili kepeese wróciła do 

_ariegoK mrzóniosła mu wodó i dała kawał 

surowej róbóK ppędzili potem sami długie 

godzinóI  a  z  każdą  chwilą  rosła  w  _arim  chęć 

towarzószenia  dziewczónie  wszędzieI 

gdziekolwiek się ruszółaI tulenia się do niejI 

gdó siedziała na murawieI dotókania jej sukni i 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

rękiI słuchania jej głosuK iecz nie zdradzał tóch 

swoich pragnieńK _ół nadal małóm leśnóm 

dzikusemI  czworonogim  barbarzóńcąI  pół 

wilkiemI pół psem — toteż leżał cichoK w 

rmiskiem bółbó się bawiłK w rhumisiu — 

walczółK ka jac Taggarta wószczerzółbó kłó i 

przó okazji zanurzółbó je w mięśnieK w kepeese 

bóło zuJK pełnie inaczejK Dtzorem dawnego 

hazana _ari poczónał uwielbiać kobietęK 

ddóbó  kepeese  zwróciła  mu  wolnośćI  _ari  

już bó nie umknąłK ddóbó odeszłaI możliweI że 

podążjśłbó za nią — w oddaleniuK kie 

spuszczał z niej oczuK  lbserwowałI  jak 

roznieciwszó skromnó ogień gotowała płat 

róbóK  lbserwowałI  jak  spożówała  obiadK 

tieczór zapadałI gdó zbliżyła się i siadła tuż 

obok mając pełen  podołek kwieciaI które 

zaczęła wnet wplatać w warkoczeK gedną z tóch 

długich lśniącóch kos lekko uderzóła psaK _ari 

cofnął się pod gradem wesołóch ciosówI aż 

dziewczónaI  z  perlistóm  uśmiechemI 

przóciągnęła jego łeb do swóch kolan międzó 

rozsópane kwiatóK 

mrzemawiała do niegoK ałonią klepała 

ciemną głowęK  

motem ręka jej znieruchomiała tak bliskoI że 

_ari zapragnął naraz wósunąć ciepłó czerwonó 

jęzók i liznąć smukłe palceK iecz tólko wciągał 

ich woń przesóconą kwieciem i leżał nibó 

martwóK _óła to niezwókła chwilaK kepeeseI 

patrząc z góróI nie umiałabó powiedziećI czó 

pies dószó jeszczeK 

mrzerwano imK Trzasnęła sucha gałąźK mierrot 

wószedł z głębi lasu czając się jak kotK ^ gdó 

podnieśli  oczóI  stał  na  skraju  łączkiK  _ari  

wiedziałI że to nie jac TaggartK _ół to jednak 

dwunogi potwórK mies natóchmiast zesztówniał 

całó pod dłonią dziewczónóK _ardzo wolno i 

ostrożnie wócofał się spod jej rękiI a gdó 

mierrot postąpił bliżejI _ari warknąłK t naJ

stępnej chwili kepeese wstała i podbiegła do 

ojcaK tóraz jego twarzó przeraził jąK

N

 

—  Co takiego\ jów> — 

krzóknęłaK 

mierrot wzruszół 

ramionamK 

— kicI  moja  kepeeseI  tóle  tólkoI  żeś 

zbudziła tó siące diabłów w duszó agenta z iac 

_ainK f żeKKK 

rrwał na widok _ariego i wskazał go 

palcemK 

—  weszłej  nocó  ten  pies  ugrózł  agenta  w  

rękęK oęka spuchła do podwójnej objętości i 

widzę jużI jak mu krew czerniejeK To pechipoo! 

—  mechipoo! — wókrzóknęła kepeeseK 

ppojrzała w oczó mierrota; bółó zachmurzone 

i pełne ponuróch błóskówK momóślałaI że to 

płomień mściwej rozkoszóK 

— TakI to gangrena> — ciągnął mierrotK 

Chótró uśmiech przeleciał mu po twarzóI gdó 

rzucając  krótkie  spojrzenie  przez  ramięI 

kończółW  —  pchowałem  lekarstwo  i 

powiedziałem muI że bez  zwłoki winien 

śpieszóć do iac _ainK _oi sięI ten czort> Czeka 

na mnieK w tą czerniejącą ręką nie chce sam 

wóruszóć  będę musiał mu towarzószóćK f 

posłuchajI moja kepeeseI o zachodzie słońca 

już nas tu nie będzieI a przed odejściem 

chciałbóm ci coś rzecK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

_ari widział ichI jak stoją dłuższó czas blisko 

siebie w cieniu rzucanóm przez wóniosłe sosnóK 

Słószał niski szmer głosuI przeważnie głosu 

mierrotaK wobaczół potemI że kepeese zarzuca 

ramiona na szóję ojca i po chwili ten odchodziK 

jiał wrażenieI jże; dziewczóna nigdó już nie 

odwróci się doń twarząK Trwała bez ruchuI 

spoglądając w kierunkuI w któróm mierrot się 

oddaliłK ddó zaś po pewnóm czasie zbliżyła się 

do szałasuI nie przópominała w niczóm keJ

peese wplatającej kwiató w warkoczeK rśmiech 

znikł z jej oczu i twarzóK rklękła ofcfok 

_ariego i  krzóknęła  w nagłóm  porówie 

zawziętościW 

— _ari> To pechipoo! f to tóI tó wlałeś mu w 

żyłó truciznę> jam nadziejęI że umrze> _oję 

się goI boję> 

wadógotała nerwowoK 

mrawdopodobnie w tej chwili _ari pojął 

nareszcieI że nie istnieje dla niego na ziemi nic 

prócz tej dziewczónóI której ręka spoczówa 

właśnie na jego głowieK waskomlił cicho i cal za 

calem podpełzł bliżejI aż oparł ciemnó pósk na 

jej kolanachK 

BURZA

 

Długi czas po odejściu mierrota kepeese 

siedziała na ziemi obok _ariego bez ruchuK 

treszcie gęstniejącó mrok i głuchó łoskot nad 

głową zbudziłó jąD z trwożnego zamóśleniaK 

ddó spojrzała w góręI brunatne chmuró 

gromadziłó się z wolna na skrawku nieba 

międzó szczótami drzewK wapadała ciemnośćK 

pzept wiatru i nadchodząca czerń wieściłó 

bliskość burzóK _rakło dziś barwnego zachodu 

słońcaK kie zanosiło się też na pogodną godzinę 

zmierzchuI sposobną do podróżóI i jeśliK mierrot 

wraz z agentem nie znajdowali się już na 

szlakuI należało sądzićI że nie ruszą z cható 

wobec  gęstego     mrokuI       jaki     wkrótce    

spowinie  ziemięK 

kepeese zadrżała i uniosła się z trawóK mo raz 

pierwszó _ari wstał również tkwiąc tuż u jej 

bokuK  monad  nimi  jaskrawa  błóskawica 

przecięła chmuró nibó nóż ognistóI a nawet 

potem  zaróczał  przeraźliwó  grzmotK  _ari 

przósiadł i cofnął się jak uderzonó kijemK _ółbó 

zapadł  międzó  jedlinęI  stanowiącą  bok 

wigwamuI lecz spojrzawszó na kepeese nabrał 

otuchóK  drom  huknął  znowuK  ^le  pies  już  się 

nie cofałK lczó wlepił w dziewczónęK 

ptała  prosta  i  smukła  w tej  ciemni 

rozdzieranej lśnieniem  błóskawicI  z  piękną 

głową  odrzuconą  wsteczI  z  rozchólonómi 

wargamiI z oczómaI w któróch jaśniało niemal 

radosne oczekiwanie — rzeźbiona  boginka 

leśna nieulękła wobec siłó przórodóK kie bała 

się burzó; bóć może dlategoI iż sama przószłaz 

na świat w burzliwą nocK kiejednokrotnie 

rodziceI opowiadaliI jak w godzinie jej narodzin 

rók piorunów i ognie błóskawic rozpętałó na 

ziemi istne piekło; jak potoki wószłó z brzegówI 

jak tósiące drzew pękłó na pół lub ległó wódarte 

z korzeniamiI a łoskot ulewó na dachu zagłuszół 

jęk matki i pierwszó płacz noworodkaK 

_óć  możeI   iż  tej  nocó  auch   _urzó  

zamieszkał w sercu kepeeseK iubiła na nią 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

patrzeć;  obserwując  wspaniałe  szaleństwo 

przórodó zapominała o wszóstkimK gej półdzika 

natura drżała z rozkoszó wobec gromów i 

ognia; częstokroćI wóciągnąwszó przed siebie 

obnażone ręceI śmiała się czującI jak deszcz ją 

zmówaK f teraz nawet gotowa bóła czekaćI aż 

luną chłodne strugiI gdóbó nie zbudził jej z 

ekstazó skowót _ariegoK pkoro więc pierwsze 

ciężkie krople zaczęłó uderzać z dźwiękiem 

ołowianóch  kulI  weszła  wraz  z  psem  do  

namiotuK 

_ari  przeżył  już  poprzednio jedną  noc 

straszliwej burzóI tę właśnieI gdó ukrótó pod 

korzeniem  widziałI  jak wali  się  drzewo 

rozłupane  gromemK  iecz  teraz  miał 

towarzóstwoI a ciepłe muśnięcia dłoni kepeese 

na głowie i karku znakomicie dodawałó mu 

odwagiK ieciutko warczał na trzask piorunówK 

jiał  ochotę  chwótać  zębami  migocące 

błóskawiceK kepeese czułaI jak ciało psa prężó 

się pod jej rękąI a w chwili niesamowitej ciszó 

słószała ostróI nerwowó szczęk jego kłówK 

motem lunął deszczK tcale nie bół podobnó do 

deszczuI  jaki _ari już widówałK mrzópominał 

raczej potopK mo upłówie pięciu minut wnętrze 

namiotu można bóło porównać 

z

 prósznicemI a 

po półgodzinnej ulewie kepeese przemokła do 

kościK toda leciała cienkimi strugami wzdłuż 

jej pleców i piersiI obficie ciekła z warkoczóI 

kroplami spłówała z długich rzęsK aera pod nią 

nasiąkła nibó gąbkaK ala _ariego bóło to 

niemal równie przókre jak kąpiel w rzeczułce 

po bójce z mapajuJczisiuI toteż garnął się coraz 

ciaśniej pod opiekuńcze ramię kepeeseK jiał 

wrażenieI że trwało to bardzo długoI nim 

wreszcie grzmot przetoczół się na zachódI a 

błóskawice  skonałó w przestrzeniI  coraz 

bledsze i rzadszeK iecz deszcz lał jeszcze całą 

godzinęK motem ustał równie nagleI jak się 

zacząłK 

w krótkim śmiechem kepeese porwała się na 

nogiK toda chlupała w jej mokasónachI gdó 

szła na środek polanóK kie zwracała uwagi na 

_ariegoI lecz on śpieszół za niąK tiatr zmiatał 

znad  głowó resztki  chmurK  _łósła  jedna 

gwiazdaI potem druga; kepeese obserwowałaI 

jak się zapalają w górzeI aż bóło ich tóleI że już 

nie mogła zliczóćK Ciemność pierzchłaK mo 

mroku burzó jasne światło gwiazd zalało 

łączkęK 

ttedó spojrzała w dół i dostrzegła _ariegoK 

moprzednio odwiązała mu rzemień z szóiI stał 

więc zupełnie swobodnó mając zewsząd wolną 

przestrzeńKJjimo to nie uciekałK CzekałI mokró 

nibó szczurI nie zdejmując z niej badawczego 

spojrzeniaK kepeese uczóniła  w  jego  stronę  

lekki  ruch iDzawahała  sięK 

— kieI nie ucieknieszI _ari> kie będę cię 

wiązać> ^ teraz musimó mieć ogień> 

lgień> hażdó z wójątkiem mierrota mógłbó 

ją posądzić o obłędK t lesie nie bóło jednej 

gałązki łub patóka nie ociekającego wodąK 

wewsząd dochodził bełkot płónącóch strużekK 

— jusimó  mieć  ogień>  —  powtórzóła 

kepeeseK — pzukajmó wuskwi, _ari> 

t mokrej sukniI ciasno przólegającej do 

ciałaI nibó smukłó cień przebiegła grząską 

łączkę i znikła w leśnej   gęstwinieK   _ari  

dreptał tuż za niąK   ldnalazła natóchmiast 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

wielką brzozęI którą zauważyła już poprzednioI 

i poczęła drzeć luźną koręK mełne jej naręcze 

zaniosła przed wigwamI po czóm spiętrzóła po 

wierzchu stos mokróch  gałęziK w butelkiI 

ukrótej w szałasieI wójęła suchą zapałkę i za 

pierwszóm  dotknięciem  drobnego płomienia 

brzozowa kora zajęła się momentalnie nibó 

naoliwionóD papierK 

t pół godzinó później ogień kepeeseI gdóbó 

nie mur lasu stojącó wokółI mógłbó bóć 

widzianó bodaj o milęK aopiero gdó płomienie 

biłó o dwadzieścia stóp wzwóżI dziewczóna 

zaprzestała dorzucania nowóch gałęziK motem w 

miękki grunt wetknęła parę kołków i rozpięła 

na nich derkę do wósuszeniaK treszcie zaczęła 

się rozbieraćK 

aeszcz  odświeżył  powietrze  i  jego 

aromatócznó  dechI  przesóconó  zapachem 

balsamicznóch  sosenI  rozpłomienił  krew 

dziewczónóK  wapomniałaI  o  przókrościach 

ulewó;  zapomniała  o  agencie  z  iac  _ain  i  o  

słowach ojcaK lstatecznie bóła ptaszóną leśnąI 

dzikim kwiatem; toteż podczas cudownóch 

godzinI jakie nastąpiłó po burzóI nie móślała o 

groźbie wiszącej nadI nią i ojcemI nie czuła 

trwogi przed niczómK Tańczóła wokół _ariego 

powiewając  w  powietrzu  falą  ciemnóch 

włosówI błóskając oczóma i śmiejącK się 

wesołoK ptanęła wreszcie przed nim i krzóknęła 

wóciągając ręceW 

— _ariI gdóbóś tó mógł tak łatwo zrzucić 

skórę jak ja swoje suknie> 

ldetchnęła głęboko i na dnie jej źrenic 

błósnęła raptowna móślK w wolna usta jej 

przóbrałó kształt  szkarłatnego kółeczka  i 

chóląc się niżej nad psem szepnęłaW 

— kocó  dzisiejszej  będzie  głębokie  i 

miękkie> TakI pójdziemó> 

tsunęła stopó w mokre skórznie i wołając 

_ariego ruszóła ścieżką przez lasK l sto jardów 

od polanó wószła na brzeg jeziorkaK _óło tej 

nocó głębokie i pełneI dwakroć większe niż 

przed ulewąK aawał się słószeć bełkot lecącej  

wodóK     dwiazdó  lśniłó     na  sfałdowanej  

powierzchniK aziewczóna stała chwilę na skale 

mając chłodną głębię o sześć stóp poniżejK 

motemI odrzucając włosó wsteczI nibó smukłó 

białó pocisk strzeliła przez wógwieżdżonó 

mrokK  _ari  widział  jej  skokK  płószałI  jak  

nurkujeK aobre pół godzinó leżał spłaszczonó i 

bez ruchuI tuż na krawędzi skałI obserwując ją 

bacznieK kieraz znajdowała się tuż przó nimI 

bezgłośnie unosząc się na wodzieI a włosó 

tworzółó jej wezgłowie ciemniejsze niż toń; to 

znów płónęła niemal równie szóbko jak wódróI 

które oglądał niegdóśK Czasem ginęła pod 

powierzchniąI a _ari czekając czułI jak mu 

serce  bije  coraz  gwałtowniejK  oaz  nie 

ukazówała się długoK waskomliłK tiedziałI że 

nie jest z gatunku wódr i bobrówI toteż gdó 

wónurzóła się wreszcieI doznał niezmiernej 

ulgiK Tak minęła ich pierwsza nocK _urzaI 

wielkie ogniskoI głęboka toń jezioraK móźniejI 

gdó dera i suknia dziewczónó wóschłó — parę 

godzin snuK l brzasku wrócili do chatóK _ół to 

ostrożnó powrótK w komina jednak nie bił dómK 

arzwi zastali zamknięteK mierrot i _ush jac 

Taggart już odeszliK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

 

_ół początek sierpniaI czóli iecącego w 

dórę hsiężócaI gdó mierrot wrócił z iac _ainK 

wa  trzó dni  kepeese  miała  skończóć 

siedemnaście latK ljciec przówiózł jej moc 

prezentówW wstążki do włosówI prawdziwe 

trzewikiI jak teI które nosiłó dwie ^ngielki z 

kelson eouseI oraz cud nad cudóI ślicznó 

czerwonó materiał na suknięK modczas trzech 

zim spędzonóch w misji tamtejsze siostró 

uczóniłó dla kepeese bardzo wieleW nauczółó 

ją nie tólko modlić się i czótaćI ale także szóćK 

aziewczónaI  pełna  podziwu  dla  swóch 

mentorek

N

I nieraz nawet miała ochotę pójść w 

ich śladóK 

tięc  w  ciągu  trzech  dni  kepeese 

pracowicie ślęczała nad nową sukniąI a gdó w 

dniu urodzin stanęła przed ojcemI jetósowi 

aż dech zaparłoK aziewczóna spiętrzóła włosó 

na głowie w wielkich lśniącóchl falach i 

lokachI a w ich bogatą czerń wpięła jaskrawó> 

„płomók leśnó?K moniżej tej ozdobó oraz 

błószczącóch>  oczuI  pąsowóch  warg  i 

kremowóch  policzków — szłaz wspaniała 

czerwona suknia ciasno oblegająca szczuJj płą 

kibićI jak to przed dwoma lató bóło modna w 

kelsonK  ^  poniżej  sukniI  sięgającej  tólko  za  

koJj lana — kepeese zupełnie zapomniała o 

właściwej długości czó też materii jej zabrakło 

— bóła najważniejsza część  jej toaletóW 

prawdziwe pończochóW i trzewiki na wósokich 

obcasachK 

Całość stanowiła widokI wobec którego serce 

mogło   przestać    

bić   nawet   w   piersi   bóstw   leśnóch mierrot 

obrócił się na piętach raz i drugiI bez słowa lecz 

z uśmiechem;  natomiast gdó odeszła z _arim 

kulejąc w nieco przóciasnóm obuwiuI uśmiech 

znikł z jego twarzó pozostawiając ją chłodną i 

skupioną> 

— jon aieu!  —  szepnął  sam  do  siebie  i  

serca przeszół mu ostró bólK — kie ma nic z 

matkiI nic a nic> TakI to biała crancuzka> 

 

ld chwili powrotu zaszła w nim wóraźna 

zmiana> t ciągu  

trzódniowego szócia sukni kepeese bóła zbót 

zajętaI bó zauważyć cokolwiekI a i ojciec starał 

się przed nią taić troskęK kieobecność jego w 

związku z podróżą do iac _ain trwała półtora 

tógodniaK mrzówiózł stamtąd wieść radosnąI że 

jac Taggart jesi obłożnie choró na pechipoo, 

czóli zatrucie krwiI co usłószawszó kepeese 

klasnęła  w  dłonieI  wóbuchając  radosnóm 

śmiechemK iecz mierrot wiedziałI że ageni 

przójdzie  do  zdrowia  i  że  odwiedzi  znów  ich  

chatę nad draó ioonK ^ skoro się zjawiKKK 

flekroć o tóm móślałI twarz mu się 

kurczóła> a oczó płonęłóK t dniu jej urodzin  

również dumał nad tą sprawąI podczas gdó 

śmiech kepeese dźwięczał nibó pieśńK momimo 

siedemnastu lat bóła dziewczónkąI dzieckiem> 

kie  mogła  odgadnąć  jego  straszliwóch 

przeczućK ^ lęk zbudzenia jej z dziewczęcóch 

marzeń powstrzómówał go od wójawienia całej 

prawdóK kieI tego nie będzie> hochał ją tkliwie 

i głębokoK mostanowił stać na strażóK ^ ona 

niech się śmiejeI niech się bawi> 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

Tego dnia przóbół z południa jac aonaldI 

rządowó rósownik mapK _ół szpakowatóI śmiał 

się szczerze i donośnieI a serce miał czósteK 

wabawił  u  mierrota  dwa  dniK  lpowiadał 

dziewczónie o swoich dwóch córach i o ich 

matceI którą wielbił ponad wszóstkoK kim 

ruszół dalejI sfotografował kepeese takąI jak ją 

po raz pierwszó zobaczół w dniu urodzinW z 

upiętómi lśniącómi lokamiI w czerwonej suJ

kience i w bucikach z wósokimi obcasamiK 

hliszę zabrał ze sobą obiecując mierrotowiI że 

w ten czó innó sposób dostarczó mu zdjęciaK 

lto jak drobne i na pozór niewinne 

zdarzenia tworzą zaczątek dramatówK 

kad draó ioon dni i tógodnie płónęłó teraz 

w spokoju i ciszóK _ółó to dla _ariego cudne 

dniK ka razie odnosił się do mierrota nieufnieK 

mo pewnóm czasie zaczął go tolerowaćI a 

wreszcie pogodził się z nim jako z częścią 

składową cható i kepeeseK ptał się cieniem 

dziewczónóK mierrot z najgłębszóm zadoJ

woleniem stwierdzał przówiązanie psaK 

— ^chI jeśli za parę miesięcó skoczó do 

gardła agentaKKK — mruknął kiedóś pod nosemK 

te wrześniuI mając pół rokuI _ari wzrostem 

dorównówał niemal pzarej tilczócó; miał 

grube kościI długie kłóI szeroką pierś i szczękiI 

które już kruszółó gnató nibó suchą gałąźK kie 

odstępował  kepeeseI  gdziekolwiek  i 

kiedókolwiek szłaK  młówali razem w obu 

jeziorachI tóm leśnóm i tóm pośród skałK 

moczątkowo _ariego ogarniała panikaI gdó 

widziałI jak kepeese daje nurka z głazuI z 

którego niegdóś strąciła jac TaggartaK iecz po 

upłówie miesiąca nauczóła go również skakać 

przez te dwadzieścia stóp przestrzeniK 

pierpień miał się ku końcowiI gdó _ari 

zobaczóli pierwsze zwierzę własnego gatunku 

poza pzarą tilJ_ czócą i hazanemK t ciągu 

lata mierrot trzómał swej psó na swobodzieI na 

małej wósepce pośród jeziora i o parę mil 

oddalonego od chatóI i dwa razó w tóJN godniu 

łowił dla nich róbó niewodemK t czasie jedJN 

nej z takich wópraw kepeese towarzószóła ojcu 

wziąwszó ze sobą _ariegoK mierrot miał w 

pogotowiu długi bicz z jelit karibuK ppodziewał 

się walkiK kicg podobnego nie zaszłoK _ari 

przółączół się do sforóIe gdó psó rzuciłó się na 

róbóI i jadł razem z nimiK To ucieszóło jetósa 

bardziej niż wszóstko inneK 

— _ędzie z niego świetnó pies pociągowó 

—  zachichotałK  —  iepiej  zostawmó  go  na  
tódzień wraz ze sforąI moja kepeese> 

kepeese przóstała niechętnieK modczas gdó 

psó posilałó się jeszczeI ruszóli w powrotną 

drogęK ldjeJN chali już sporó kawałI nim _ari 

spostrzegłI  co się  f dziejeK  jomentalnie 

skoczół do wodó i doścignął ichl wpławI   po   

czóm   kepeese   pomogła   mu   wleźć   doi 

czółnaK 

ka początku września znajomó fndianin 

przóniósł>  

traperowi wieść  od jac TaggartaK ^gent 

przeszedł> ciężką chorobęK lmal nie umarł na 

zatrucie  krwiI>  lecz  teraz  wódobrzał  w 

zupełnościK Toteż wrazf z rzeźwóm tchnieniem 

jesieni nowó lęk ścisnął serceD mierrotaK ka razie 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

jednak nie podzielił się móślamiG z córkąK 

kepeese zapomniała prawie o istnieniu> agenta 

z  iac  _ainK  ddbPrwała  z  ojcem  długie  

wócieczki pomagając mu oczószczać nowe linie 

sidełI\ które miałó bóć użóte przó pierwszóm 

śnieguK _arii towarzószół jej staleK 

tiększość wolnóch godzin spędzała na 

przóuczaniu go  

do uprzężó i sańK waczęła od skrawka rzemienia 

i gałęziK    wmitrężyła całó dzieńI nim _ari się 

zgodził wlec za sobą tę gałąź nie obracając się 

co krokI bó ją chwócić zębami lub warknąć na 

niąK motem opasała go nowóm kawałkiem 

rzemienia i kazała ciągnąć dwa kijkiK t ten 

sposób powoli wdrożyła _ariego do noszenia 

uprzężóI aż po upłówie dwóch tógodni 

bohatersko ciągnął każdó przedmiotI jaki tólko 

chciała doń uczepićK mierrot przówiódł do domu 

dwa spomiędzó psów przebówającóch na 

wóspie i _ari przeszedł z nimi wspólną szkołę 

wlokąc puste sanieK kepeese nie posiadała się z 

radościK ddó spadł pierwszó śniegI  klaszcząc w  

ręce  krzóknęłaW 

—  ljczeI  do  połowó  zimó  _ari  będzie  

najlepszóm psem z całej sforó> 

Teraz nadszedł dla mierrota czas wójawienia 

swóch móśliK rśmiechnął sięK ao diaska> Czóż 

się ten potwórI agentI nie wścieknieI gdó 

spostrzeżeI  jak z  niego zadrwiono\  ^le 

jednakKKK 

rsiłował nadać głosowi spokojne i niedbałe 

brzmienieW 

— moślę cię do szkołó do kelson eouse tej 

zimó jeszczeI kochanie> — rzekłK — l 

pierwszej dobrej sannie _ari pomoże cię wieźćK  

kepeese wiązała właśnie węzeł u rzemieni 

_ariegoK Teraz wstała wolno i prostując się 

spojrzała na ojcaK lczó miała dużeI ciemne i 

nieugięteK 

—  kie pojadęI mój ojcze> 
mo raz pierwszó odzówała się w podobnó 

sposóbK mierrot drgnął radośnieK w trudem 

wótrzómówał jej wzrokK kie umiał kłamaćK 

aostrzegła wóraz jego twarzó; miał wrażenieI 

że czóta jego móśliK tórosła jakbóK lddóchała 

szóbciejK tidziałI jak jej pierś unosi się i opadaK 

kie dała mu przójść do słowaK 

— kie  pojadę>  —  powtórzóła  jeszcze 

bardziej 

sta 

nowczo i znów pochóliła się nad _arimK 

mierrotI obserwując jąI wzruszół ramionamiK 

lstatecznieI czóż nie bół rad\ Czó nie 

zabolałobó go serceI gdóbó dziewczóna okazała 

radość  na  móśl  o  porzuceniu  go\  wbliżył  się  i  

bardzo serdecznie oparł dłoń na jej lśniącóch 

włosachK kepeese uśmiechnęła się do ojcaK 

momiędzó  nimi  _ariI  kładąc  pósk  njj  ręku  

dziewczónóI szczęknął kłamiK 

mo raz pierwszó od paru tógodni świat 

mierrotg nabrał słonecznóch barwK tracając do 

cható wósokll niósł głowęK kepeese go nie 

porzuci> ooześmiał sięl cicho i zatarł ręceK ięk 

przed agentem z iac _aiig pierzchłK ptojąc w 

progu obejrzał się na córkę i psaKi 

— kiech _ogu będą dzięki> — szepnąłK — 

mierrotl au nuesne wie już terazI co ma robie> 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

ZEW WILCZEGO STADA

 

t końcu września przóbół do iac _ain jac 

> aoJ> naldI rósownik mapK ld dziesięciu dni 

dregsonI główJi nó wspólnikI bół gościem jac 

Taggarta w faktorii> i w ciągu tego czasu jaria 

dwukrotnie miała ochoto podkraść się do niego 

nocą i przebić go nożemK pama agent mało na 

nią teraz zwracał uwagiI co napeł-ł niałobó ją 

radościąI gdóbó nie dregsonK Ten ostatni> bół 

zachwóconó dziką urodą dziewczónó CreeI a 

jaci Taggart bez cienia zazdrości popóchał go 

ku niejKf jaria obrzódła mu do resztóK 

_ush  jac Taggart  szczerze przedstawił 

wspólnikowi 

sótuacjęK jiał ochotę pozbóć się jarii i jeśli 

onI dregsonI zechce ją ze sobą zabraćI 

wóświadczół  mu  wielką  przósługęK 

tótłumaczół dlaczegoK kiecfl późniejI skoro 

nastaną głębsze śniegiI sprowadzi doi faktorii   

córkę   mierrota   au   nuesneK   gak   złoczóńca 

złoczóńcóI opowiadał o swóch odwiedzinach w 

chacie nad draó ioon i o tómI jak go przójętoK 

momimo> 

wszóstko  — twierdził  — córka  mierrota  

zamieszka 

wkrótce w iac _ainK jac  aonald  przóbół  

właśnie  tego   dniaK   wabawi> 

tólko   przez   noc   i   ani   podejrzewającI   że   

dorzuca 

chrustu do ognia i tak już płonącego 

niebezpiecznie> 

wręczół agentowi fotografię kepeeseK  _óło to 

prze> 

śliczne zdjęcieK 

J geśli  dostarczó  pan  to  kiedó  tej  
dziewczónie> 

będę mocno zobowiązanó> — rzekł do jac 

TaggartaK — lbiecałem jej jedną odbitkęK 

ljciec jej nazówa się au nuesneI mierrot au 

nuesneK  man  zapewne go zna\ Co do 

dziewczónóKKK 

dorąco jął wóchwalaćI jak bóła tego dnia 

piękna  w swej czerwonej sukienceK  ^ni 

podejrzewałI że krew jac Taggarta jest bliska 

stanu wrzeniaKKK 

kazajutrz jac aonald wóruszół do korwaó 

eouseK  _ush  jac Taggart nie  pokazał 

fotografii dregsonowiK wachował ją dla siebie i 

nocami przó świetle lampó przóglądał się jejI 

coraz to bardziej umacniając się w swóch 

zamiarachK fstniała tólko jedna drogaK lgólnó 

plan  powziął od dawna; widok fotografii 

wpłónął  na  niego  decódującoK  kawet 

wspólnikowi nie śmiał powierzóć tajemnicóK 

^le sposób bół jedenK aziewczónę będzie miałK 

jusi tólko doczekać kopnóch śniegówI zasp 

zimowóchK Te głęboko króją śladó tragediiK 

jac Taggart bół radI gdó dregson ruszół do 

korwaó eouse w ślad za jac aonaldemI 

mrzez grzeczność odprowadził go dzień drogiK 

pkoro wrócił do domuI nie zastał jarii — 

znikłaK rcieszół sięK mchnął gońca doK jej 

plemienia z saniami darów i poselstwemW „kie 

bijcie jej> watrzómajcie ją> gest wolna>” traz z 

gwarem  i  zamętem  rozpoczónającego  się 

sezonu łowów jac Taggart jął urządzać dom 

na przójęcie kepeeseK wnał jej upodobaniaK 

hazał na biało pomalować  ścianó izb farbą 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

olejną użówaną do czółenK warządził zerwanie 

paru  przepierzeń  i  wstawienie  nowóchK 

fndiankaI  żona pewnego poganiacza psówI 

uszóła firanki do okienI a jac Taggart zwędził 

małó fonografI zakupionó właściwie do iac ia 

_icheK _ół pewien swego i liczół dniI w miarę 

jak mijałóK 

kad draó ioon mierrot i kepeese krzątali się 

pilnieK _óli tak zajęciI że jetós chwilami 

zapominał o trwodzeI a z móśli dziewczónó 

wówietrzałó w ogóle wszelkie troskiK kadszedł 

Czerwonó  hsiężócI  więc  serca    drżałó   

oczekiwaniem   zimowóch   łowówK   kepeese   

starannie       nurzała       siatkę      sideł      we      

wrzącóm  ;  tłuszczu karibu  zmieszanóm  z 

sadłem bobrówI podczas gdó mierrot sprawiał 

nowe wnókiK geśli się odJ\ dałał z cható dłużej 

niż na dzieńI córka towarzószóła mu zawszeK 

iecz i w domu pracó bóło zatrzęsienieI gdóż 

mierrotI wzorem wszóstkich mieszkańców  

aalekiej  mółnocóI dopiero wtenczas brał się do  

robotóI  gdó już ostró dech jesieni wisiał w 

powietrzuK kależało przepleść świeżóm 

rzemieniem rakietó śnieżne G oraz porąbać 

drzewo na okres zamieciK Trzeba bóło uszczelJ

nić mchem szparó w ścianachI powiązać nowe 

uprzeJj żeI naostrzóć noże do odzierania skórI 

uszóć zapasowej mokasónóI słowemI wókonać 

sto i jedną czónność — jak na przókład 

wzmocnić rusztowanie w tóle chatóI> gdzie  od  

początku  do  końca  chłodów  miałó  wisieć> 

combró renówI jeleni i łosiI przeznaczone na 

pokarmi dla ludziI a w razie braku róbó na racje 

dla psówKK> 

t tóm zamieszaniu kepeese z konieczności 

mogłą_ poświęcać  _ariemu  mniej uwagiK 

_awili się rzadziejI> nie kąpali wcaleI rankiem 

bowiem na ziemi leżał> gęstó szronI a woda 

bóła lodowato zimnaK kie odJfl bówali też 

długich wędrówek po lesie w poszukiwaJj niu 

kwiatów i jagódK _ari legiwał teraz godzinami> 

u nóg dziewczónóI obserwującI jak jej szczupłe 

palce> szóbko tworzą plecionkę rakietK ld 

czasu do czastj kepeese pochólała się niecoI 

bó oprzeć dłoń na głoJN wie psa i przemówić do 

niego to w miękkim narzeczu> CreeI to w 

rodowitóm jęzóku ojcaI to znów pol angielskuK 

wresztą _ari nauczół się rozumieć odcień jej 

głosuI> ruch wargI gestó i zmiennó wóraz 

twarzóK tiedziałI> co oznacza jej uśmiech; gdó 

wóbuchała śmiechemI> skakał nieraz wokół 

niej uczestnicząc w tej radościK> pzczęście jej 

bóło jego szczęściem; surowó ton  bolał> 

bardziej      niż      ciosK      mierrot      uderzół      go      

dwukrotnie i dwukrotnie _ari skoczół wsteczI 

obnażając kłó i warcząc wściekleI podczas gdó 

włos  na  karku  mu  się  jeżyłK  ddóbó  któró  z  

innóch  psów  na  to  się  poważyłI  mierrot  

ukarałbó go jak najostrzejK _ółbó to bowiem 

otwartó buntI a człowiek musi panować nad 

sforąK  iecz  _ariemu  uchodziło  wszóstko 

płazemK aotknięcie ręki kepeeseI jedno słowo 

z  jej  ust  —  i  włos  _ariego  opadał  z  wolnaI  a  

warknięcie zamierało w gardleK mierrot bół radK 

— ^ni móślę batem uczóć go pokoró> — 

mówił sam do siebieK — To dzikie zwierzę i 

niewolnik kepeeseK ala niej gotów zabić> 

Toteż z woli jetósaI choć nie podawał 

przóczónI  _ariego  ominęła  rola  psa 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

pociągowegoK  mozostawiono  mu  zupełną 

swobodę i nie wiązano nigdó jak resztę sforóK 

kepeese bóła radaI ale nie odgadłaI do czego 

dążó jej  ojciecK  mierrot  uśmiechał  się 

ukradkiemK Córka nie miała się dowiedziećI w 

jakim  celu  jetós  podsóca  w  _arim 

podejrzliwość względem siebieI doprowadzając 

go niemal  do nienawiściK  tómagało to 

znacznej dozó sprótuK ^le mierrotI mając na 

móśli przószłość córkiI rozumowałK geśli mnie 

znienawidziI znienawidzi wszóstkich ludzi> To 

dobrze> 

iecz dni pełne ożówczego tchnienia i mroźne 

noce zrodziłó w _arim wielką zmianęK To bóło 

nieuniknioneK mierrot wiedziałI iż to przójdzieI i 

pierwszej nocóI gdó _ari siadłszó na zadzie 

zawół w twarz Czerwonego hsiężócaI jetós 

przógotował córkęK 

— ln jest dzikim psemI kepeese> — rzekł 

do niejK — gest półwilkiem i zew przemówił w 

nim mocnoK mójdzie w lasK _ędzie nieraz 

przepadałK ^le nie należó go wiązać> tróci> 

tróci na pewno> 

wew zawitał do _ariego nibó złodziejI wolno 

i  ostrożnie skradając się do bronionego 

miejscaK _ari nie rozumiał go na razieK 

tskutek tego stał się niespokojnó i nerwowóI 

tak nerwowóI że kepeese często słószałaI   jak  

skomlił  przez   senK   lczekiwał  czegośK 

   ^le  czego\  mierrot wiedział i uśmiechał  się  
zagadkowoK 

iecz oto — przószło> _óła nocI cudowna 

nocI pełł na księżóca i gwiazdI nad ziemią 

wósrebrzoną szroł nemI gdó usłószeli pierwszó 

łowiecki  zew  wilczó  iatem  niekiedó 

rozbrzmiewało  samotne  wócie  włóczęgów 

leśnóchI  ale  to  bół  głos  stadaK  t  miarę  jak  

płónął poprzez głęboką ciszę i pustkę nocó — 

dni pieśń rodząca się od wieków wraz z nowiem 

Czerwonego jiesiąca — mierrot pojmowałI że 

toI na cl _ari oczekiwałI nadeszłoK 

_ari zrozumiał to momentalnieK jięśnie mu 

stężałó jak napięte postronkiI gdó tak tkwił w 

księżócowóm  blaskuI  łbem  zwróconó do 

tajemnicó dźwięk płószeliI jak skomli cichoI a 

mierrot schóliwszó sil dostrzegłI że pies drżóK 

— To jest meeJkool — szepnął córceK 

_ół  to istotnie zew krwiI gwałtownie 

tętniące> w żyłach _ariegoI wołanie przodkówI 

od hazana i pzarej tilczócó począwszóI a 

kończąc na  niezliczej  nóch  zamierzchłóch 

pokoleniachK _ół to głos jegj roduK kepeese 

czekała w natężeniuK tógrana luj przegrana — 

dla niej znaczóła najwięcejK tiedziae o tómK 

kie wódała żadnego dźwiękuI nie odpowiaf 

dała na szept ojcaI lecz wstrzómując oddech 

obsefl wowała _ariegoI jak z wolnaI krok za 

krokiemI gin| w cieniuK mo upłówie paru chwil 

znikłK ttedó wjf prostowała sięI odrzuciła w tół 

głowę i blaskiem ocg rówalizując ze światłem 

gwiazdW 

— _ari> — zawołała — _ari> _ari> 

jusiał bóć już na skraju boruI zdążyła 

bowieiji dwukrotnie głęboko odetchnąćI nim 

się znów pojawi iecz wrócił prosto jak strzała 

i zaskomlił podnoszą  łeb do jej twarzóK 

kepeese oparła mu rękę na głowił j 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

— jasz racjęI ojcze> — rzekłaK — ln 

pójdzie do wilkówI ale wróci> kigdó nie 

opuści mnie na długj> 

w jedną dłonią wciąż na głowie _ariegoI 

drugi wskazała czarną głąb lasuK 

— fdź do nichI _ari> — szepnęłaK — ^le 

musisz wrócić> jusisz> 

teszła do cható wraz z ojcem; drzwi się za 

nimi zamknęłóI a _ari został samK wapadła 

długa ciszaK t tej ciszó łowił stłumione 

dźwiękiW szczęk łańcuchów sforóI niespokojnó 

ruch  psich  ciałI trzepot czóichś miękkich 

skrzódeł i przede wszóstkim oddech samej 

nocóK ddóż dla _ariego noc drgała żóciem 

własnómK oaz jeszcze zanurzół się w niej i tuż 

u krawędzi lasu przóstanął nasłuchującK tiatr 

skręcił niosąc znów przeciągłeI przenikliwe 

wócie stadaK aaleko na zachodzie samotnó wilk 

zwrócił pósk ku niebu i odpowiedział na apel 

towarzószóK ^ potem ze wschodu nadleciał głos 

tak odległóI że przópominał raczej echoK 

t  gardle  _ariego  jakaś  nuta  drgnęła  i  

zamarłaK ldrzucił  łeb w tółK Tuż nad nim stał 

Czerwonó jiesiąc wzówając  do poznania 

dreszczó i tajemnic świataK kuta narosła mu w 

gardleI coraz głośniejszaI coraz bardziej mocnaI 

aż dosięgła gwiazdK t chacie mierrot i kepeese 

usłószeli jąK mierrot wzruszół ramionamiK 

— moszedł> — rzekłK 

— TakI ojczeI poszedł> — odparła kepeese 

wóglądając oknemK 

SZALONE 

ŁOWY 

jrok  lasu  nie  trwożył  już  _ariego  jak  za  

dawno minionóch dniK Tej nocó jego zew 

łowiecki uderzół w księżóc i gwiazdóI a w tóm 

krzóku po raz pierwszó posłał wózwanie 

ciemności i przestrzeni; przestrogę — dziczóI 

słowo przójaźni — braciomK 

w własnego głosu i otrzómanej odpowiedzi 

zaczerpnął nową mocI poznanieI że kniei i 

zamieszkującóch ją istot nie ma się czego bać; 

przeciwnieI to one drżą przed nimK 

moza ścianą cható i wpłówem kepeese 

znajdowało 

się to wszóstkoI co jego wilcza natura uznała 

otaecnie_  za  cenneW  stworzenia  własnego 

gatunkuI urok przógódI czerwonaI słodka krew 

łowów i wreszcie — towarzószka żóciaK mrawdę 

mówiącI to ostatnie wał biło go najsilniejI choć 

najmniej  je rozumiałK 

momknął w mrokI prosto na północoJzachódI 

nisko przópadając do ziemi pod gałęziami 

krzakówI  ze  zwieszoną  kitąI  na  wpół 

uniesionómi uszami stał wilkK ptado skręciło ku 

północó i poruszało się szóbciej niż onK Toteż 

po upłówie pół godzinó już nie umiał 

pochwócić wócia gromadóK iecz z zachodu 

samotnó zew wilczó bół coraz bliższó i _ari 

odpowiedział nań trzókrotnieK 

jinęła godzinaK _ari znów ułowił głos stada 

skręcającego tóm razem na południeK mierrot z 

łatwością  pojąłbó  ten  manewrK  Ścigana 

zwierzóna znalazła hezj  pieczne schronienie 

w jeziorze lub też przepłónęła i stado wpadło 

na nowó tropK t tóm czasie najwóżej ćwierć 

mili zagajnika dzieliło _ariego od samotnega 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

wilkaI lecz samotnik ten bół zarazem staróm 

wógąl toteż z nieomólnością długoletniego 

doświadczenia skręcił w kierunku łowów tak 

miarkującI że dążył do miejsca położonego o 

trzó ćwierci do pół mili przea czołem stadaK 

_ół to sprótnó manewr szaróch włóczęgówI 

którego _ari musiał się dopiero nauczóćK 
lbecnie przez swą nieświadomość i brak 
doświadczenia w ciągu najbliższej godzinó 
dwukrotnie znalazł się tuż obok stada i mimo 
to nie zdołał go dognaćK motem nastąpiła długa 
ciszaK ptado zbiło zwierzónę z nóg i ucztowało 
w milczeniuK 

oesztę nocóI a w każdóm razie niemal do 

zachodu księżócaI _ari włóczół  się sam 
jedenK wnajdował się daleko od chatóI a szlak 
jego bół powikłanó i krętóI mimo to jednak 
nie doznawał przókrego wrażenia że się 
zgubiłK lstatnie dwa czó trzó miesiące rozwiJ
nęłó w nim zmósł orientacjiI ten „szóstó 
zmósł? któró nieomólnie prowadzi gołębia do 
gniazda  i  najprostszą  drogą  kieruje 
niedźwiedzia do zeszłorocznego zimowego 
legowiskaK 

_ari nie zapomniał kepeeseK kiejednokrotnie 

odwracał głowę wstecz i skomliłI a zawsze 

wiedział doskonałeI  którędó należałobó iść 

chcąc z danego miejsca najprędzej trafić do 

chatóK kie wracał jednakK t miarę jak 

upłówałó godzinó nocóI coraz pilniej szukał 

tego czegośI za czóm tęsknił i czego nie mógł 

znaleźćK pkoro księżóc zbladł i szaró brzask 

zawitałI począł mu doskwierać głódI nie dość 

jednak silnóI bó go zachęcić do łowówK 

_óło zimnoI a stało się jeszcze zimniejI gdó 

zgasł  księżóc  i  gwiazdóK  mod  łapamiI 

szczególnie na otwartóch przestrzeniachI leżał 

gęstóI białó szronI na któróm _ari chwilami 

pozostawiał  wóraźne  odbicie  pazurów  i 

palcówK tędrował uparcieI godzinamiI przebół 

wiele mil i o świcie bół silnie zmęczonóK ^ż 

nadszedł momentI gdó raptemI z nagłómI 

ostróm kłapnięciem szczękI stanął w miejscu 

jak wrótóK 

treszcie nadeszło spotkanieI którego 

pragnąłK 

aziało się to na słabo oświetlonej sinóm 

brzaskiemI kolistejI amfiteatralnie wzniesionej 

polanceI u szczótu wzgórzaI którego stok 

opadał ku wschodowiK wwrócona ku niemu 

łbemI czekając aż się wónurzó z cieniaI 

wrażliwóm nosem chłonąc mocnó jego zapachI 

stała młoda wilczóca  jahigunK 

_ari nie zwęszół jej zawczasuI zobaczół 

natomiast  wóchodząc  spośród  opasującóchD 

polanę jodłowóch zarośliK ttedó stanął i przez 

minutę  żadne z nich ani drgnęłoK wdawali się 

prawie nie oddóchaćK 

kie  dzieliła  ich  nawet  dwutógodniowa 

różnica wiekuI jahigun bóła jednak znacznie 

mniejszaK Ciało miała również długieI lecz 

bardziej drobne; nogi szczupłeI podobne do łap 

lisichI i grzbiet nieco w łuk wógiętóI oznaka 

niezwókłej  szóbkościK  dotowała  się  do 

ucieczkiI gdó _ari zrobił w jej stronę pierwszó 

krokI po czómI bardzo wolnoI ciało jej traciło 

sztówność i w miarę jak pies się przóbliżałI 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

uszóD wilczócóI nastroszone nieufnieI zaczęłó 

opadaćI aż miękko zwisłó na bokiK 

_ari  zaskomliłK   rszó  miał  postawione  na  

sztorcI łeb  czujnie  uniesionóI  ogon wolno  

puszczonó i  puszóstóK pprótI jeśli nie strategiaI 

nadawałó mu wóższość męskąK wnajdował się o 

pięć stóp od jahigunI gdó nibó przópadkiem 

odwrócił się od niej łbem ku wschodowiI   gdzie   

słaba   smuga   o   barwie   purpuró f złota 

wieściła nadejście dniaK t ciągu paru chwil; 

sapałI rozglądał się wokoło i z wielką powagą 

szukał wiatruI jak gdóbó podkreślając wobec 

smukłej nieJN znajomej — jak to czóniło przed 

nim tóle dwunogich; istot — swoje wielkie 

znaczenie w świecieK 

jahigun bóła należócie przejętaK modstęp 

_ariego podziałał równie dobrze jak niejeden 

podstęp  ludzkiK  tciągał  powietrze z  tak 

wzruszającą gorliwościąII  że uszó jahigun 

strzeliłó ku przodowi i poczęła węJij szóć z nim 

wespółK lbracał łeb to tuID to tamI tak nerwowo 

i czujnieI że ciekawość lub może lęk skłoniłó 

wilczócę do wókonówania podobnóch ruchówK; 

^ gdó _ari zaskomliłI jak gdóbó ułowiwszó w 

powietrzu tajemnicęI której samka nie mogła 

pojąćI>  w gardle jej wezbrała odpowiedźI 

zdławiona jednak{ i niskaI jakbó nie bóła 

pewnaI czó wolno jej przeJj rwać zadumę pana i 

władcóK ka ten dźwięk _ari skręcił ku jahigun 

krokiem lekkim i tanecznómi i już w następnej 

chwili obwąchiwali sobie nosóK 

pkoro słońce wzeszło w pół godzinó późniejI 

znalazło ich jeszcze na małej polance u szczótu 

wzgórza> z głęboką smugą boru poniżej i 

rozesłaną u stóg równiną porosłą splotem 

chaszczóI które lśniące bielą szronu robiłó 

upiorne wrażenieK pponad tej płaszczóJ> znó 

trósł pierwszóI szkarłatnó blaskI zalewając poJl 

lane falą ciepła coraz rozkoszniejsząI w miarę 

jaa słońce pięło się wóżejK 

ka  razie  zarówno  _ariI  jak  i  jahigun  nie  

mielił ochotó się ruszaćI toteż godzinę czó 

dwie  wólegiwaliD  się      w       kotlince       u      

wierzchołka       stokuI       spoglądając  w  dół 

bacznómi i szeroko otwartómi oczóma na zaJ

lesioną równinę podobną do wielkiego morzaK 

jahigun również szukała łowieckiego stada 

i tak jak _ari nie zdołała go doścignąćK _óli 

zmęczeniI  nieco  zniechęceni  chwilowo  i 

głodniI  mimo  to  przejęci  dreszczem 

oczekiwaniaI wrażliwi na nowe i tajemnicze 

uczucie przójaźniK w pół tuzina razó _ari 

wstawał i węszół wokół jahigunI gdó leżała w 

słońcuI skomląc łagodnie i muskając póskiem 

jej miękką sierśćI lecz samka długi czas nie 

zwracała na niego uwagiK treszcie jednak 

zdecódowała się iść za nimK Całó dzień 

wędrowali  i  odpoczówali  wspólnieK  oaz 

jeszcze zapadła nocK 

_rakło gwiazd i księżócaK w północoJ

wschodu żeglowałó ogromne zwałó chmur i z 

nadejściem nocó nieznacznó powiew wiatru 

nie budził nawet szmeru w wierzchołkach 

drzewK l zmierzchu zaczął padać śniegI ciężkiI 

milczącóK kie bóło wcale zimnoI lecz głucho; 

tak  głuchoI  że  _ari  i  jahigun  po  ujściu  zaJ

ledwie paru jardów przóstawali nasłuchującK t 

ten  sposób  wędrowali  dziś  wszóscó 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

nocniKwłóczędzóI  jeśli  w  ogóle  porzucili 

legowiskoK _ół to bowiem pierwszó tielki 

ŚniegK 

ala  mięsożernóch  stworzeń  leśnóchI 

skrzódlatóch i czworonożnóchI tielki Śnieg 

dawał  początek  zimowóm  zapustomI 

morderstwu i obżarstwuI dzikiej przógodzie 

długich nocóI bezlitosnej pogoni po zaJ

marzłóm szlakuK ani troski o potomstwoI 

spokojne dni wiosnó i lata — minęłó; niebo 

sópiąc śniegiem  dawało zewW  na łowó> 

modnieceni  i  nieufniI  mieszkańcó  kniei 

poruszali się rzadko i ostrożnieK ala _ariego i 

jahigun z racji ich młodości wszóstko to bóło 

noweK hrew w żyłach krążyła szóbciejI łapó 

stąpałó   miękcejI   uszó   chwótałó   najlżejszó   

dźwiękK 

traz z pierwszóm tielkim Śniegiem uczuli 

podniecającó dreszcz nowego bótuK Dtabił ich 

i nęciłK jamiłI bó zechcieli się zapuścić w 

białą tajemnicę milczącej zamieciK  mchani 

niepokojem młodości i splotem pragnieńI szliK 

Śnieg pod łapami gęstniałK ka otwartóch 

przestrzeniach grzęźli po kolanaI a jeszcze 

prószół nadałI sóJ f piąć z nieba jak olbrzómia 

biała mgławicaK aochoJf dziła północI gdó 

przestało padaćK Chmuró się rozJf_ biegłóI 

błósłó gwiazdó i księżóc; _ari i jahigun> długi 

czas trwali bez ruchuI spoglądając ze szczótu> 

nagiego      wzniesienia      na      roztaczającó      się     

cudownó światK 

kigdó wzrok ich nie biegł tak dalekoI chóba 

tólko> dniemK mod sobą mieli równinęK tidzieli 

porastające> ją lasóI samotne drzewaI sterczące 

w zaspach jakł duchóI potok jeszcze nie skutó 

lodemI błóskającó> nibó rżnięte szkłoK _ari 

skierował kroki ku tej woJN dzieK kie móślał już 

o kepeese i przóstanąwszó wpół zboczaI 

zaskomlił  radośnieI  łbem  zwróconó  do 

janigunK jiał ochotę tarzać się w śniegu i 

igrać z towarzószką; miał ochotę ujadać lub 

zarzuciwszó łeb wósoko wóć do księżócaK 

Coś powstrzómało go od wókonania tóch 

demonstracji bóć może zachowanie jahigunK 

pztówno> przójmowała jego zabiegiK oaz czó 

dwa zdradziła> niemal lęk; parokrotnie _ari 

usłószał ostró szczęki jej kłówK moprzedniej 

nocó i w ciągu całej zamieci> zażyłość ich 

rosłaI lecz teraz ze stronó samki zaznaczóło się 

tajemnicze niedowierzanieK 

mierrot bółbó to wójaśnił w paru słowachK ka 

biaJN łóm śniegu w jaskrawóm świetle księżóca 

i gwiazd> _ari podległ przemianieI której 

nawet  blask  dziennó>  nie zdołałbó tak 

podkreślićK cutro jego lśniłoI niból polerowanó 

dżetK  hażdó włos na nim bół  czarnóKi 

C z a r n ó >  t tóm sękK mrzóroda usiłowała 

powiaJj domić jahigunI że spośród wszóstkich 

stworzeń> znienawidzonóch przez jej plemięI 

toI którego nienawidzili najsilniej i bali się 

zarazemI  bóło właśnie czarneK  t braku 

doświadczenia instónkt donosił wilczócó o 

wiekowóm krwawóm sporze pomiędzó buJl 

róm wilkiem a czarnóm niedźwiedziemK ^ 

futro _ariego przó księżócu i na śnieżnej 

pościeli bóła czarniejsze   niż   kiedókolwiek  

kudłó  takajanawe> 

t  majuI utuczonó obfitóm pokarmem róbnómI 

żaden miś nie mógł się poszczócić tak kruczą 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

barwąK 

wanim trafili na otwarte przestrzenie łąkI 

młoda wilczóca szła za _arirn bez wahaniaK 

lbecnie jednak w jej zachowaniu rosło dziwne 

niezdecódowanie  i  niepokójK  mrzóstawała 

dwukrotnieI gotowa bodaj puścić psa samegoK 

mo upłówie godzinóI odkąd wószli z lasuI 

usłószeli raptem lecącó z zachodu łowiecki zew 

stadaK kie bół zbót oddalonóK młónął zapewne 

spod stóp wzgórzaI z odległości miliI a ostreI 

nerwowe ujadanieI idące w ślad za pierwszóm 

głosemI dowodziło niezbicieI że móśliwi o 

długich kłach spłoszóli zwierzónę z bliska i 

depcą jej po piętachK 

ka głos swóch braci jahigun położyła uszó 

po sobie i skoczóła z miejsca nibó strzała 

puszczona  z  cięciwóK  rczóniła  to  tak 

niespodzianie i mknęła tak szóbkoI że w 

wóścigu przez równinę _ari pozostał daleko w 

tóleK dnała ślepoI na los szczęściaK t ciągu 

mniej więcej pięciu minut gromada bóła tak 

bliska łupuI że biegła w milczeniuI przó czóm 

zwierzóna i móśliwi zatoczówszó łuk szli 

wprost na jahigun i _ariegoK Ten ostatni 

począł już dopędzać towarzószkę i znajdował 

się od niej zaledwie o pół tuzina długościI gdó 

trzask chaszczó tuż na przedzie osadził ich w 

miejscu tak raptownieI że zaróli się w śniegI 

sztówno prężąc przednie łapó i nisko osiadając 

na zadachK t dziesięć sekund później młodó 

bók karibu wópadł z gąszczu i mignął przez 

polanęI  zaledwie  w  odległości  dwudziestu 

jardów od nichK płószeli jego szóbki oddechI 

gdó im ginął z oczuK motem nadleciało stadoK 

ka widok tóch śmigłóch buróch ciał serce 

skoczóło _ariemu do gardłaK wapomniał o 

jahigun i o tómI że go odbiegłaK hsiężóc i 

gwiazdó przestałó dlań istniećK kie czuł chłodu 

śniegu pod łapamiK _ół wilkiemI tólko wilkiemK 

w ciepłą wonią karibu w nozdrzachI z 

namiętnością  mordu  we  krwi  —  skoczół  za  

stademK 

iecz  i  teraz jahigun wóprzedzała go 

cokolwiekK _óło mu to obojętneK modnieconó 

pierwszómi  w żóJi ciu łowamiI nie czuł 

potrzebó jej bliskościK tkrótce> znalazł się u 

boku jednej z siwóch bestii — członka> stadaK 

t pół minutó później nowó móśliwiec wópadł> 

z krzakówI za nim drugiI trzeciK _ari mknął 

ramięjj w ramię z nowómi towarzószami; 

słószał w ich garJ> dłach nerwowe skowótóI to 

znów kłapnięcia paszczj w bieguI a na przodzieI 

w złotóm świetle księżócaI f grzmiał karibu 

sadząc przez zwarte krzewóI zwalone> pnie i 

wókrotóI w wóścigu o żócieK 

jożna bóło odnieść  wrażenieI  że _ari 

zawsze należał do stadaK mrzółączół się w 

najnaturalniejszó> sposóbI jak inne zbłąkane 

wilki nadbiegłe z głębi f boruI bez ostentacjiI 

bez powitań takich  jak przó f zawarciu 

znajomości z jahigun i bez wrogich objaJN 

wówK kależał do tóch lekkonogich leśnóch 

włóczęJN gów i wraz z nimi kłapał paszcząI a 

krew płonęła f w nim goręcejI w miarę jak woń 

karibu uderzała z silniejI a trzask gałęzi brzmiał 

bliżejK 

wdawało mu sięI że już prawie dosięgają 

zwierzónóI gdó wópadli na otwartą  łąkęI nagie 

pasmo f gruntu bez jednego drzewa czó krzakuI 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

połóskujące> w świetle księżóca i gwiazdK 

moprzez nieskalanó N dówan śniegu karibu rwał 

co sił o sto jardów przed zgrająK awaj naczelni 

łowcó nie trzómali się już> niewolniczo szlakuI 

lecz skręcili pod kątemI jeden f w prawoI drugi 

w lewo tropuI i nibó dobrze wóćwiJ i czone 

wojskoI gromada rozpadła się w tóralierkę na N 

kształt  wachlarzaI  gotowa  do  decódującej 

szarżóK 

awa  końce  łuku  płónęłó  prędzejI  coraz  się 

zaJ; cieśniającI aż prowadzące wilki mknęłó 

niemal na jednej linii z karibuI oddalone odeń o 

pięćdziesiąt do sześćdziesięciu stópK t ten 

sposóbI zręcznie i szóbkoI ze śmiertelną 

precózjąI  rozwinięte w podkowę  łóskającą 

bielą kłówI stado pozostawiło zwierzónie j 

jedną tólko drogę ucieczki — wprost przed 

siebieK pkręcić o pół stopnia w prawo lub lewo 

znaczóło  —  zginąćK  ao   obowiązku  

przodowników  należało  teraz 

zamknąć pętlęI dopaść tak blisko ofiaróI bó 

jeden lub drugi — czó też obaj razem — mogli 

wókonać skok do ścięgna tólnej nogiK aalszó 

ciąg bółbó już prostóK ptado zalałobó zdobócz 

jak fala powodziK 

_ari obrał sobie miejsce w głębi podkowóI 

toteż znajdował się w tóleI gdó nadszedł finałK 

oównina wklęsła nagleK tprost na przedzie 

migotała wodaI lśniąca miękko w świetle 

księżóca i gwiazdK Ten widok wlał nową moc 

w serce karibuI pękające już z wósiłkuK Trwało 

to jeszcze czterdzieści sekundI czterdzieści 

sekund pełnóch szalonóch zmagań w obronie 

żóciaK _ari odczuł dziki dreszczI toteż gnał co 

sił nie psując jednak szókuI podczas gdó jeden 

z wodzów dał raptownego susaK jierzół w 

ścięgno  prawej  tólnej  nogiK  ppudłował 

haniebnieK arugi wilk skoczółK Chóbił równieżK 

fnne wilki nie zdążyłó już wósunąć się na 

czołoK  w  załamanej głębi  podkowó _ari 

usłószał ciężki plusk; karibu runął w wodęK 

ddó _ari dopadł stada — oszalałejI spienionejI 

warczącej zgrai — kepeJmusI młodó bókI 

znajdował się niemal w połowie rzeki i płónął 

uparcie ku przeciwległej stronieK 

Teraz właśnie _ari znalazł się u boku 

jahigunK  aószała ciężko; czerwonó jęzók 

zwisał spośród rozwartóch szczęk; lecz na 

widok  psa  zamknęła  paszczę  z  ostróm 

trzaskiemI cofając się w gęstwinę zziajanej 

hordóK tilki bółó wściekłeI ale _ari tego nie 

odczułK kepeese oswoiła go z wodąI toteż nie 

mógł pojąćI dlaczego wąskie pasmo rzeki 

zatrzómało łowóK wbiegł nad wodę i zanurzonó 

w niej po brzuch spojrzał na oszalałe bestieI 

zdziwionóI  że  nie  idą  za  nimK  _ół  przó  tóm  

czarnóI  c z a r n ó >   motem  wrócił  znów  w  

gęstwę stada i wtenczas zauważono goK 

tilki przestałó się miotać nad brzegiemI 

pochłonięte w zupełności nową sprawąK Śmigłe 

cielska raptem zesztówniałóK maszcze zamknęłó 

się z trzaskiemK kieco na uboczu _ari dostrzegł 

jahigun w towarzóstwie wielkiegoI burego 

zwierzaK wbliżył się do niej znowuK Tóm razem 

dotrzómała placuI aż począł obwąchiwać jej 

karkK  ttenczas ze złośliwóm  warknięciem 

uderzóła go kłamiK wębó jej wniknęłó głęboko 

w    delikatne      mięśnie    ramienia    i      wobec    

niespodziewanego  bólu  _ari  zaskomlił 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

przeraźliwieK t następnej chwili ogromnó buró 

wilk wpadł na niegoK _ariKi znów zaatakowanó 

niespodziewanieI wówrócił sięI podczas gdó 

wilk trzómał go za gardłoK iecz _ari miał w 

sobie krew hazanaI jego mięśnie kościI ścięgnaI 

toteż  —  choć    po    raz  pierwszó  w  żóciu  —  

walczół takI   jak   ongiś   walczół   hazan   

podczas   straszliwego  i  spotkania   na   

Słonecznej   pkaleK   _ół  młodóI   musiał> się 

dopiero uczóć podstępów i strategii staróch 

zabijakówI  ale szczęki miał nibó stalowe sidłaI 

któróch j mierrot użówał na niedźwiedzieI a w 

sercu raptownie zbudzoną  ślepą wściekłośćI 

chęć mordu wóższą ponad j strach i bólK 

momimo młodości i niedoświadczenia 

_ariego walka taI odbóta lojalnieI przóniosłabó 

mu zwócięstwoI j rczciwie biorącI stado 

musiało czekać; prawem stada bóło  czekaćI   

aż  ulegnie  jeden  z  napastnikówK   iecz _ari  

bół   czarnóI   bół   obcómI   przóbłędą;   przó   

tóm N zauważóli go w chwiliI gdó krew wrzała 

im wścieJ i kłością  i  zawodemI   jakiego  

doznaje  mordercaI   gdó i mu się wómknie 

ofiaraK kowó wilk skoczół uderzaJ D jąc _ariego 

zdradliwie w bokI a gdó leżał w śniegu gniotąc   

zębami   łapę   pierwszego   napastnikaI   stado 

zwaliło się na niego hurmemK 

ala   karibu   podobnó   atak   równałbó   się   

śmierciI w   ciągu  niespełna   minutóK   hażdó   

kieł   miałbó   się gdzie zanurzóćK _ariego 

ocaliła od natóchmiastowegoz rozdarcia   w  

strzępó   fortunna   okolicznośćI   iż   leżał pod 

dwoma pierwszómi wilkami i bół osłoniętó ich 

ciałamiK   tiedziałI   że   walczó   o   żócieK   

monad   nim horda dzikich bestii przewalała 

się i kłębiła warczącI j Czuł palącó ból rwanóch 

mięśniK dniótł go okropnó j ciężarK petki nożó 

zdałó się ciąć go na sztukiK jimo to nie wódał 

głosu ani jęknął pośród tóch straszliwóch i 

beznadziejnóch zapasówK 

geszcze pół minutó i  bółbó koniecI gdóbó  

walka 

n

ie miała miejsca na samej krawędzi urwiskaK 

modmóta  wiosenną powodzią część brzegu 

zapadła się raptemI a wraz z nią zleciał _ari i 

połowa stadaK jomentalnie pies przópomniał 

sobie wodę i ucieczkę karibuK ka mgnienie oka 

uwolnionó od prześladowcówI dał szalonego 

susa poprzez kłębowisko buróch grzbietów w 

głęboką toń rzekiK Tuż za nim pół tuzina paszcz 

chwóciło puste powietrzeK iśniące w blasku 

miesięcznóm  wąskie pasmo wodó  ocaliło 

_ariego tak jak poprzednio bóka karibuK 

ozeczułka  miała  zaledwie  sto  stóp 

szerokościI mimo to _ari omal nie utonął w 

przeprawieK  aopiero  wówlókłszó  się  na 

przeciwległó brzeg odczuł w całej pełniI jak 

ciężko jest rannóK gedną tólną  łapę miał zuJ

pełnie bezwładnąI lewe przedramię otwarte do 

kościI łeb i całe ciało głęboko poszarpane i 

podarteI a gdó tak pełzł z wolnaI na śniegu poza 

nim pozostawał czerwonó śladK hrew płónęła 

mu ze zziajanej paszczóI w której jęzók 

broczółI ciekła wzdłuż barkówI brzucha i nóg; 

kapała z uszuI z któróch jedno bóło rozcięte na 

długość dwu cali nibó od ciosu nożaK wmósłó 

miał przómgloneI widział niejasno jaic przez 

grubó welonK mo upłówie paru minut nie słószał 

już z drugiego brzegu wócia zawiedzionego 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

stada i nie widziałI czó gwiazdó i księżóc płoną 

jeszcze na niebie czó też zgasłóK tlókł się 

półmartwóI aż traf sprawiłI że wópełzł w gąszcz 

karłowatej sośninóK Tu padł wóczerpanó do 

ostatkaK 

Całą noc aż do południa następnego dnia 

_ari przeleżał bez ruchuK dorączka gorzała mu 

we krwi; płomień wósoko i szóbko bił ku 

granicó śmierciI petemI op{dł z wolna i żócie 

zwóciężyłoK t południe pies wólazł z zarośliK 

_ół słabó i chwiał się na nogachK mrzeszówał 

go dojmującó bólW  powłóczół tólną  łapąK 

katomiast dzień zdarzół się prześlicznóK płońce 

grzało silnieI śnieg tajałI niebo bóło nibó 

wielkie błękitne morze i ciepłe fale żócia 

przenikałó znów żyłó _ariegoK iecz odtąd raz 

na zawsze zmienił cel pragnień iKpołożył kres 

wielkiej tęsknocieK 

t  oczach  zapłonęła  mu  krwawa  

wściekłośćI  gdóz warknął w stronę miejsca 

wczorajszej bitwó z wii czą hordąK tilki nie 

należałó już do jego plemienia kie bółó z jego 

krwiK wew łowiecki nie miał go jużz nigdó 

skusićK t duszó _ariego powstał novLó czónJg 

nikW   nienawiść   do   wilka;   nienawiśćI   która   

miałap w   nim   rosnąć   potóI   aż   się   stała   

chorobą   niemal; wiecznie obecnaI żądna 

pomstó na własnóm gatunkuj aziś bół 

samotnikiemK lkaleczonó i pociętóI do końca 

żócia noszącó znamię bliznI odbół naukę knieiK 

gutro pojutrze i przez nieskończonó szereg dni 

miał ją dobrze pamiętaćK 

PODSTĘP

 

t chacie nad draó ioonI czwartej nocó po 

odejJ  ,  ściu _ariegoI mierrot kurzół fajkę po 

solidnej  kolacji>  z  polędwicó  karibu 

przóniesionej z puszczóI a keJi peese słuchała 

opowieści  o jego celnóm  strzaleI  gdój 

przerwało im skrobanie do drzwiK kepeese 

otworzóła>  i  wszedł  _ariK  mowitalnó  okrzók  

zamarł na wargach> dziewczónóI a mierrot 

wótrzeszczół oczóI jak gdóbóś nie mogąc 

uwierzóćI że to zbiedzone zwierzę jesf dobrze 

mu znanómI dziarskim psemK 

Trzó dobó przómusowego postuI  gdóż 

bezwładna> noga przeszkadzała w łowachI 

wócisnęłó na _arimj piętno głoduK Całó w 

szramachI pokrótó skrzepłą> krwią lepiącą 

długi włosI przedstawiał Itak okropnó> widokI 

że kepeese boleśnie westchnęłaK mierrot po« 

chólił się z krzesła ku przodowiI a na wargach 

igrał mu dziwacznó uśmiech; potem wstał z 

wolna i obserwując psa rzekłW 

— TakI odnalazł stado i stado rzuciło sie na 

niegoK To nie bół pojedónek dwu wilkówI nie> 

To bóło całę_ stado>   gest   pokiereszowanó   

w   pięćdziesięciu   miejscachK f mimo to — 

żóje> 

t głosie mierrota rosło zdumienie i podziwK 

pkłonnó bół prawie nie wierzóć własnóm 

oczomK  ToI  ci 

zaszłoI przópominało bodaj cud; staró traper 

czas jakiś obserwował milczącI jak kepeeseI 

wreszcie oprzótomniawszóI karmi i opatruje 

psaK 

pkoro _ari podjadł chciwie zimnej kaszó 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

kukuróJdzanejI dziewczóna ciepłą wodą obmóła 

mu ranóI po czóm namaściła je sadłem 

niedźwiedzimI całó czas przemawiając łagodnie 

w miękkim narzeczu CreeK po mękachI głodzie i 

zdradach doznanóch w czasie wóprawó bół to 

dla _ariego cudownó powrót do rodzinnóch 

pieleszóK koc przespał u stóp łóżka kepeeseK 

kastępnego ranka  chłodna  pieszczota  jego 

jęzóka na nagiej  dłoni zbudziła dziewczónę ze 

snuK 

ldtąd na nowo podjęli żócie przerwane 

czasową dezercją psaK we stronó _ariego 

przówiązanie bóło głębsze niż kiedókolwiekK 

To on umknął od kepeeseI porzucił ją na zew 

stadaI i zdawało się nierazI że pojmuje głębię 

swego przeniewierstwa i stara się złagodzić 

swą winęK _ez wątpienia zaszła w nim wielka 

zmianaK milnował kepeese jak cieńK wamiast 

spędzać noce w budzie jodłowejI którą mu 

mierrot wóstawiłI sporządził sobie w ziemi małą 

jamkę tuż pod progiem chatóK  jetósowi 

zdawało sięI że rozumie psaK kepeese bóła 

pewnaI że pojmuje go jeszcze lepiej; jednak 

ściśle  mówiącI  _ari  zachował  tajemnicę 

postępowania dla siebieK 

kie baraszkował już po dawnemuK kie bawił 

się patókiem ani nie biegał dla samej radości 

pęduI aż mu tchu brakłoK watracił cechó 

szczenięceK  wdobół  natomiast  moc 

bałwochwalczego  uwielbienia  oraz  żrącą 

gorócz — miłość do dziewczónó i nienawiść do 

stada  oraz  wszelkich  jego sprawK flekroć 

usłószał  wilcze  wócieI  poczónał  głucho 

warczeć i obnażał kłó tak groźnieI że nawet 

mierrot  cofał się przed nimK  iecz  pod 

dotknięciem  ręki  kepeese  uspokajał  się 

natóchmiastK 

mo upłówie tógodnia czó dwu spadłó cięższe 

śniegi i mierrot zaczął odwiedzać linie sidełK 

wimó tej kepeese zawarła z ojcem pewien 

układK mierrot przójJ ją jako wspólnikaK Co 

piąte sidłoI co piąta łapka i co piąta zatruta 

przónęta miałó stanowić jej własnośćI a toI co 

w  nie  wpadnieI  dopomoże  do 

urzeczówistnienia  rozkosznóch  marzeń 

goszczącóch w serca dziewczónóK mierrot już 

obiecałK geśli ta zima okaż« się szczęśliwaI to 

po ostatnim śniegu udadzą sifl razem do 

kelson eouse i kupią wóstawionó tamK ni 

sprzedaż staró fonografK geśli zaś fonograf 

został juz sprzedanóI przepracują jeszcze jedną 

zimę i kupiąl nowó> 

azięki tóm projektom kepeese odnosiła się 

do linia sideł z gwałtownómI nigdó nie 

słabnącóm  zainteresowaniemK  we  stronó 

mierrota bół to po prostu manewr strategicznóK 

pprzedałbó własną prawicęI bó  jej  ofiarować 

fonograf; postanowił jużI że go otrzómą| bez 

względu na toI czó piąte sidłoI pułapka i 

przóneta dadzą jakie futroI czó też nieK rkład 

dla niegoj nic nie znaczółK katomiast zapewniał 

dziewczónie>  rozkoszne  poczucie 

samodzielnościK mierrot tego właś-ł nie pragnął; 

chciałI bó mu towarzószółaI ilekroć> opuszcza 

chatęK tiedziałI że _ush jac Taggart odg 

wiedzi ich znowuI zapewne niejeden raz w 

ciągu> zimóK ^gent miał szóbki zaprzągI a droga 

bóła>  krótkaK  pkoro  zaś  jac  Taggart 

przóbędzieI nie poJj winien zastać kepeese 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

samej> 

iinia sideł mierrota skręcała na północoJ

zachódł  zajmując  w  całości  przestrzeń 

pięćdziesięciu milI przól czóm na każdą milę 

przópadałó mniej więcej dwal sidłaI jedna 

pułapka i jedna zatruta przónętaK _ółl to krętó 

szlakI pilnującó brzegu wodó dla skór kunich i 

wódrzóchI tnącó najgłębszó bór  dla futerI 

skunksa i rósiaI wreszcie idącó przez zakrzepłe 

jezioJN ra i zamiatane wichrem barren

N

,  gdzie 

się kładła> trutki na lisó i wilkiK t pół drogi 

mierrot zbudowali małą chatę z okrąglakówI na 

samóm  zaś  końcu  drugąI  f  tak      że      dziennó    

przebieg   wónosił   dwadzieścia   pięć milK ala 

jetósa  bół  to  drobiazgI  a  i  kepeese  po  paru  

dniach odbówała podróż bez truduK 

t ciągu października i listopada regularnie 

co tódzień przeprowadzali inspekcję zużówając 

na obchód sześć dniI a dobę odpoczónku 

spędzając na zmianę w chacie nad draó ioon 

albo  w  chacie  na  końcu  szlakuK  ala  mierrota  

praca zimowa bóła poważnóm zajęciem wielu 

pokoleń jego przodków; dla kepeese i _ariego 

bóła to cudowna przógodaI zawsze nowaI 

nigdó nie nużącaK kawet staró traper nie mógł 

się obronić zachwótom tóch dwojgaK warażał 

go ich radosnó nastrójK ld śmierci żonó nigdó 

jeszcze nie czuł się tak szczęśliwóK 

_ółó  to  niezwókłe  miesiąceK  wdobócz 

zdarzała się częstoK kepeese nie tólko dźwigała 

na plecach wiązki skórI bó ulżyć ojcuI ale 

ponadto  wóćwiczóła  _ariego  w noszeniu 

lekkich koszóków własnego wórobuK t tóch 

koszókach leżałó trutkiK jniej więcej trzecia 

część sideł zawierała zawsze bezwartościowó 

drobiazgW królikiI sowóI sójki lub wiewiórkiK 

TeI odarte ze skóró lub oskubane z piórI 

dostarczałó przónętó dla większości innóch 

łapekK 

mewnego wieczora na początku grudniaI gdó 

wracali z obchodu ku draó ioonI mierrotI 

idącó o kilkanaście kroków przed córkąI 

przóstanął raptem i wlepił oczó w śniegK lbcó 

trop rakiet śnieżnóch przółączół się do ich 

szlaku i biegł ku chacieK aobre pół minutó 

jetós  milczałI nieruchomó zupełnieK Trop 

płónął z północóI a tam właśnie leżało iac 

_ainK moza tóm rakietó bółó bardzo dużeI a 

krok  świadczół  o  wósokim  wzroście 

wędrowcaK wanim ojciec przemówiłI kepeese 

już zgadłaK 

—  man agent z iac _ain — rzekłaK 

_ari podejrzliwie obwąchiwał dziwne śladóK 

rsłószeli niski warkot w gardle psaK mierrot 

zesztówniałK 

—  TakI to on> — przóświadczółK 

ouszóli dalej; serce dziewczónó biło w 

przóśpieszonóm tempieK kie bała się jac 

TaggartaI przónajmniej  nie  zdawała  sobie  z  

tego    sprawóI      a    jednak  coś  ją  dławiło  za  

gardło na móślI że go zaraz spotkaK tiedziałaI 

po co przószedłK kie miał nic innego do robotó 

nad draó ioonI jak tólko ją zobaczóćK hrew 

uderzóła  jej  do  twarzó  na  wspomnienie  owej  

chwili nad jeziorkiemK Czóżbó się znów miał 

ośmielić\ 

mierrot szedł pogrążonó w głębokiej 

zadumieK kepeese  natomiast  chętnie  łowiła 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

warkot  wzbierającó wciąż  w  piersi   _ariegoK   

_ół  to  dźwięk  zdławionóI lecz strasznóK l pół 

mili od cható odpięła mu z karku koszóki i 

poniosła je samaK 

kie bół to jac TaggartK mierrot go poznał i 

z westchnieniem ulgi zamachał dłoniąK _ół to 

ae _arI którego rewir leżał w nagiej pustóni 

na północ od iac _ainK mierrot znał go dobrzeK 

tómieniali nieraz lisie trutkiK Łączóła ich 

przójaźńI toteż wesoło ściJsnęli sobie prawiceK 

motem ae _ar spojrzał na kepeeseK 

— ao pioruna> tórosła na kobietę> — 

zawołałI a kepeeseI po kobiecemu zapłonionaI 

patrzóła na niegoI gdó zginał się przed nią w 

niskimI staroświeckim ukłonieK 

ae _ar bezzwłocznie wółożył swą misjęI 

toteż nim weszli do chatóI mierrot i kepeese 

wiedzieli jużI co go tu przówiodłoK wa pięć dni 

agent z iac _ain wóruszał w podróżI przósłał 

więc ae _araI bó wezwać mierrota do faktoriiK 

t czasie nieobecności jac Taggarta mierrot 

miał pomagać subiektowi i dozorcó składów 

w sprzedażó i kupnieK 

mierrot wósłuchał tego milcząc i na razie 

wstrzómał się od komentarzóK iecz mózg jego 

pracowałK alaczego jac Taggart przósłał po 

n i e g o  właśnie\ alaczego nie wóbrał kogoś 

z  bliżej  osiadłóch\ aopiero gdó ogień 

zapłonął w żelaznóm piecókuI a kepeese 

zakrzątnęła się koło kolacjiI wółuszczół przóJ

jacielowi wszóstkie wątpliwościK 

ae _ar wzruszół ramionamiK 

—  kajpierw   spótał   mnieI   czóbóm   mógł   

pomóc\ 

^le żona choruje mi właśnie na płucaK rbiegłej 

zimó K 

mróz nadwerężył jej zdrowie i boję się kobietę 

zostawić samą na długoK ao ciebieI mierrotI ma 

wielkie zaufanieK moza tóm znasz wszóstkich 

traperów związanóch z iac _ainK Dtięc mnie po 

ciebie przósłał i kazał rzecI żebóś się nie trapił o 

swoje sidłaK wapłaci ci podwójnie za toI co bóś 

mógł schwótać w ciągu tóch dni> 

— ^ kepeese\ — spótał mierrotK — Czó pan 

agent oczekujeI że ją z sobą wezmęK 

ppod pieca kepeese wótężyła słuch i serce 

jej zabiło normalnieI gdó ułowiła odpowiedźK 

— kic roi o tóm nie mówiłK ^le to bó 

oczówiście stanowiło rozrówkę dla panienki> 

mierrot skinął głowąK 

— jożliwe> 

Tego wieczora nie poruszali już powóższej 

sprawóI lecz mierrotI zadumanó i milczącóI sam 

sobie raz po raz zadawał pótanieW dlaczego jac 

Taggart  po  niego  posłał\  kie  on  jeden  mógł 

pomagać w faktorii pod nieobecność agenta> 

_ół na przókład taki tasJsonI półkrwi pzwedI 

mieszkającó zaledwie o czteró godzinó drogi 

od iac _ain; albo też _arocheI białoJbrodó 

crancuzI osiadłó bliżej jeszczeI którego słowo 

ceniono na równi z _ibliąK lstatecznie doszedł 

do przekonaniaI iż jac Taggart dlatego się doń 

zwróciłI że chce przekupić ojca kepeese i tóm 

samóm zaskarbić sobie przójaźń córkiK ddóż 

propozócjaI  jaką  mu  czóniono  za 

pośrednictwem ae _araI bóła bez wątpienia 

zaszczótnaK jimo to w głębi duszó zachował 

wóraźną podejrzliwośćK 

ddó  następnego  ranka  ae  _ar  miał  już 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

odejśćI mierrot rzekłW 

— mowiedz panu agentowiI że ruszę do iac 

_ain pojutrze> 

pkoro ae _ar znikłI zwrócił się do kepeeseW 

— ^ tó zostaniesz w domuI kochanieK kie 

wezmę ciebie do iac _ainK jiałem taki senI że 

agent nie wóbierze się nigdzieI że skłamał i że 

będzie c h o r ó I  gdó przójdę do faktoriiK jimo 

toI  gdóbóś  koniecznie  chciała  mi 

towarzószóćKKK 

kepeese wóprostowała się raptem nibó 

trzcinaK 

— kie> — krzóknęła tak gwałtownieI że 

mierrot parsknął śmiechem i zatarł ręceK 

lstatecznie więc w dwa dni po wizócie ae 

_arai mierrot wóruszół do iac _ainI a kepeese 

stojąc w drzwiach powiewała mu dłonią na 

pożegnanie tak długoI aż jej zginął z oczuK 

oankiem tego dnia _ush jac Taggart wstał z 

łóżka; jeszcze po ciemkuK Czas nadszedłK 

tahał się planując mord — zabójstwo mierrota 

— i znalazł wreszcieI inne wójścieK aia 

kepeese nie bóło już ratunku> 

tópracował  znakomitó planI  łatwó do 

wókonania i absolutnie niezawodnóK ^ mierrot 

będzie całó czad pewienI że on jest na 

wschodzieI w podróżó handlowejK 

ppożył  śniadanie przed brzaskiem i nim 

poczęłoW świtaćI ruszół w drogęK oozmóślnie 

skręcił prosto na wschódI tak bó mierrotI 

nadchodząc z południoJzachoduI nie trafił na 

ślad  jego  sańK  mostanowił  jużj  bowiemI  że  

jetós nie powinien  się niczego dowieJj 

dziecinie powinien nawet podejrzewać; wolał 

więc; nałożyć drogi i przóbóć nad draó ioon 

dopiero nazajutrzK? rmacniało jego planó i to 

jeszczeI  że mierrot mógł przecie opóźnić 

wójazdI o jedną dobęK Toteż nie usiłował nawet 

jechać  zbót  prędko;  szło  mu  o  to  jedónieI  bó  

zastać dziewczónę samą> 

Tómczasem  kepeese  ta  samotność 

bónajmniej niej ciążyłaK lbecnie bówałó nawet 

chwileI że móśl ej spędzeniu paru samotnóch 

dni  sprawiała  jej  przóJj  jemnośćK  iubiła  snuć 

snó i marzenia tajemneI któróch nie chciała 

dzielić z ojcemK tórastała na koJN bietę — nie 

rozwiniętó jeszcze pąk — o dziecinnómI 

wejrzeniuI jakbó przóroda nie wiedziała samaI 

czó; zbudzić ją jużI czó jeszcze pozostawić w 

uśpieniuK 

flekroć kepeeseI  będąc samaI nie miała 

określoneJgo  zajęciaI  przówdziewała  swą 

piękną czerwoną sukienkę i wósoko upinała 

włosó jak te panie na obrazkach  pism 

ilustrowanóchID dwa razó do roku przóJ

wożonóch przez mierrota z kelson eouseK Tak 

właśnie uczóniła nazajutrz po wójeździe ojcaI 

jedónie migotliwą falę włosów puściła luźno na 

ramiona i głowę opasała szkarłatną wstążkąK 

^le na tóm jeszcze nie bół koniec> aziś miała 

nadzwóczajnó projektK ka ścianie tuż koło 

lustra przópięła arkusz wójętó z kobiecego 

pisma — fotografię pięknej frózuróK l tósiąc 

pięćset mil na północ od pełnego słońca kaliJ

fornijskiego studioI w któróm robiono to 

zdjęcieI kepeeseI odómając pąsowe wargi i 

marszcząc czołoI usiłowała  posiąść  tajemnicę  

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

kunsztownóch  lokówK 

matrzała  w  lustro  zarumienionaI  z 

błószczącómi  oczómaI  próbując  nadać 

odpowiedni  kształt  pasmu  włosów 

opadającemu dobrze poniżej bioderI gdó drzwi 

za jej piecami otwarłó się i wszedł jac 

TaggartK 

ZM0RA

 

kepeese siedziała plecami do drzwiI gdó 

agent z iac _ain wszedł do cható iI pełna 

zdumieniaI na razie nie zdołała się nawet 

odwrócićK t pierwszej chwili pomóślałaI że to 

wraca  ojciecK  iecz  jednocześnie usłószała 

warknięcie _ariego i od razu skoczóła na nogiI 

twarzą do przóbószaK 

jac Taggart nie działał ślepoK waprzągI fuzje 

i ciężki płaszcz pozostawił na zewnątrzK ptał 

plecami opartó o drzwi; półprzótomnie patrzół 

na czerwoną suknię dziewczónó i na jej 

rozpuszczonó włosK ios sprzósiągł się przeciw 

córce mierrotaK geślibó nawet w duszó jac 

Taggarta tliła się iskra uczciwościI zgasłabó na 

jej widokK kigdó nie bóła tak pięknaI nawet 

wówczas gdó jac aonald ją fotografowałK 

Słońce wpadając przez okno igrało w jej 

włosachI  zarumieniona  twarz  w  ramie 

ciemnóch splotów sprawiała wrażenie kameiK 

^gent śnił o niej od dawnaI lecz nigdó nie 

marzół o tak wspaniałej zdobóczóK 

lczó ich spotkałó się w okropnóm milczeniu 

—  okropnóm  dla  kepeeseK  wrozumiała 

wreszcieI co jej> groziI co jej groziło w lesieI 

nad jeziorkiemI i jak niebacznie igrała z 

ogniemI któró ją teraz pochłonie> 

w warg jej spłówało westchnienieI podobne 

raczejj do jękuK 

— manie>  —  usiłowała  powiedziećI  ale 

słowo zamarło jej w gardleK 

rsłószała wóraźnie trzask żelaznej zasuwó 

zamókającej  drzwiK  jac  Taggart zrobił krok 

naprzódK 

^le tólko jeden krokK ka podłodze _ari leżał 

całó ten czas nibó posąg kamiennóK ^ni drgnąłK 

kie  wódał  dźwięku  poza  pierwszómI 

ostrzegawczóm  warknięciemI  zanim  jac 

Taggart nie uczónił tego właśnie krokuK iecz 

teraz błóskawicznie porwał się z ziemi i całó 

zjeżonó zasłonił sobą dziewczónęK 

ka strasznó rók psa jac Taggart skoczół 

wstecz> do zamkniętóch drzwiK gedno słowo z 

ust kepeese> i bółbó koniecK iecz krzóknęła o 

sekundę za późno> oęka i umósł mężczóznó 

działałó sprawniej w tómi wópadku niż instónkt 

zwierzęcia i gdó _ari dał susa> do gardła 

agentaI błósnął ogień i huknął strzał w saJN me 

niemal oczó psaK 

jac Taggart strzelił na ślepoI z biodraI 

posługując> się ciężkim rewolweremK _ari padł 

na miejscuK włoskotem uderzół o podłogę i 

potoczół się pod ścianę> ^ni drgnąłK jac 

Taggart  parsknął nerwowóm  śmieJ>  chem 

wsuwając broń do pochwóK tiedziałI że 

podobnó efekt mogła wówołać  jedónie kula w 

mózgK 

kepeese  czekałaI  wparta  plecami  w 

najdalszó kali izbóK jac Taggart słószał jej 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

zdószanó oddechK aaj ku niej parę krokówK 

— kepeeseI przószedłemI bó uczónić ciebie 

moją żoną> — rzekłK 

kie odpowiedziała nicK tiedziałI że z 

trudem łapiel powietrzeK modniosła rękę do 

gardłaK rczónił jeszcze> dwa  kroki  i  stanąłK   

kigdó  nie  widział  podobnóch oczuK 

—  mrzószedłemI bó uczónić ciebie moją 

żonąI kepeeseK gutro pojedziesz ze mną do 

kelson eouseI a potem do iae _ainI na 

zawsze> ka zawsze> — powtórzół z 

naciskiemK 

modniósł głosK kabierał odwagi i pewności 

siebie widzącI jak się słania niecoI oparta o 

ścianęK _óła bezbronnaK kie miała możności 

ucieczkiK mierrot odszedłK _ari nie żyłK 

kie przópuszczał nigdóI bó jakakolwiek żówa 

istota mogła wókonać tak błóskawicznó ruch 

jak keJpesseI gdó wóciągnął ku niej ręceK 

jilcząc przemknęła pod jednóm z jego ramionK 

modskoczół za niąI zgarnął  łapami powietrze i 

chwócił pasmo włosówK rsłószałI jak pęka 

trzeszczącI gdó wórwawszó się skoczóła ku 

drzwiomK  wdołała właśnie odsunąć zasuwęI 

kiedó ją porwał w objęciaK mociągnął ją wstecz i 

wtedó dopiero zaczęła krzóczećK t szaleństwie 

rozpaczó wzówała  mierrotaI  _ariegoI  cudu 

wreszcieI któró bó ją ocaliłK 

talczółaK pzarpała się potóI aż stanęła do 

swego prześladowcó twarzą w twarzK kie 

widziała nicK tłosó oplatałó ją całą tamując 

oddech  i  ruchóK  _roniła  się  jednakK  t  tóm  

szamotaniu jac Taggart potknął się o ciało 

_ariego  i  upadli  obojeK  kepeese  porwała  się  z  

ziemi o pięć sekund wcześniejK jogłabó dopaść 

drzwiI ale włosó przeszkodziłó jej znowuK ka 

mgnienie stanęła odrzucając wstecz gęstą falęI 

krójącą jej oczóI i jac Taggart ją wóprzedziłK 

kie zamknął drzwi na nowoI stał tólko i 

patrzół na niąK Twarz miał podrapaną i we krwiK 

kie bół to już człowiekI lecz szatanK kepeeseI 

zdószanaI nie miała sił do walkiK w łkaniem 

niemal podjęła z podłogi kawał drewnaK jac 

Taggart widziałI że czóni to z trudemK 

mostąpił znów ku niejI więc ścisnęła drzewo 

w  garściI  lecz  agent  zatracił  wszelką 

przezornośćK ounął naprzód nibó dzika bestiaK 

arzewo opadłoK iecz los i tóm razem 

sprzósiągł  się  przeciw  dziewczónieK  t 

obłędnóm strachu chwóciła pierwszeI co jej 

trafiło  pod  rękę  —  lekką  szczapęK    jimo    to  

uderzóła   z siłą rozpaczó i jac Taggart 

zachwiał sięK ^le nie wópuścił jej z objęćK 

mróżno walczóła teraz już nie o toI bó uderzół 

lub umknąćI lecz choćbó schwótać oddechK 

rsiłowaJf ła krzjrknąćI ale nie mogła wódać 

głosuK 

jac Taggart roześmiał się znowu i przez 

własnj|  śmiech  posłószałI  jak  drzwi  się 

otwierająK Czó ta wiatr\  ldwrócił sięI wciąż 

trzómając kepeeseK 

t otwartóch drzwiach stał mierrotK 

MAD PRZEPA

ŚCIĄ 

t ciągu tej krótkiej chwili miało się 

wrażenie> iż w małej chacie nad draó ioon 

mija cała wieczi nośćK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

mierrot stał wciąż w proguI nieruchomóK jac 

TagagartI  skulonó z  bezwładnóm  ciałem 

dziewczónó na rękuI patrzół na niego milczącK 

iecz kepeese otwiej rała już oczóI a przez 

ciało leżącego pod ścianą _ariego przebiegł 

nerwowó dreszczK manowała ogromna ciszaK t 

tej ciszó kepeese załkała głośnoK 

ttenczas mierrot ożyłK wa przókładem jac 

Taggarta  pozostawił  na  zewnątrz  płaszczI 

karabin i rękaJl wiceK mrzemówiłI lecz głos miał 

dziwnóI zupełnid obcóK 

—  aobró _óg zesłał mnie tu w poręI proszę 

pana> — rzekłK — ga również szedłem 

wschodnim szlałkiem i zobaczółem pański ślad 

skręcającó w nasza stronę> 

jac Taggart wzdrógnął się i rozluźnił ręceK 

keg  peese  upadła  na  podłogęK  ^gent 

wóprostował sijł z wolnaK 

— Czóż  nieprawdaI  proszę  pana  — 

powtórzół mierrot — że przószedłem w porę\> 

gakaż potężna siłaI strach bóć możeI zmusiła 

jaci Taggarta do skinięcia głowąK drubómi 

wargami wóĄ bełkotałW 

—  TakI w porę> 

lczó jednego szaleńca spotkałó teraz oczó 

drugiegoK momiędzó nimi stała śmierćK lbaj 

widzieli jąK lbu zdawało sięI że dostrzegają 

kierunekI w któróm wskazuje jej kościstó palecK 

hażdó bół pewien siebieK ałoń jac Taggarta 

nie sięgnęła po rewolwer u pasaI a mierrot nie 

wójął noża z pochwóK rderzóli pierś o pierśI 

dwie dzikie bestieI gdóż mierrot także bardziej 

przópominał teraz zwierzę niż człowiekaK 

jac Taggart bół wóższó i cięższóI obdarzonó 

siłą olbrzóma; mimo to pod wściekłóm atakiem 

jetósa runął na stół i zwalił się przezeń z 

trzaskiemK  talczół  nie  po  raz  pierwszó  w  

żóciuI lecz nigdó dotąd nie czuł na szói uścisku 

tak żólastóch palcówK lmal się nie zatchnął 

zaraz w pierwszej chwiliK hark mu chrupał; 

jeszcze momentI a bółbó się złamałK _ijąc 

pięściami na oślepI szamotał się gwałtownieI bó 

zrzucić  z  siebie żówó ciężarK  ^le mierrot 

trzómał uparcieI jak gronostaj trzóma szóję 

kuropatwóI  więc  szczęki  jac  Taggarta 

otworzółó się z wolnaI a twarz z czerwonej 

przóbrała szkarłatną barwęK 

Chłodne powietrze płónące przez drzwiI głos 

ojca i łoskot walki róchło zbudziłó kepeese z 

omdlenia; po chwili znalazła nawet dość siłóI 

bó siąść na podłodzeK rpadła obok _ariego i 

gdó podniosła głowęI oczó jej na chwilę 

zatrzómałó się na psieI nim je przesunęła na 

wałczącóchK _ari żył> ljialo jego drgało; ślepia 

miał otwarte; pod jej wzrokiem próbował nawet 

ruszóć łbemK 

rkląkłszó z trudem spojrzała na mężczóznK 

mierrot nawet poprzez szkarłatnó opar mordu 

musiał usłószeć ostró krzók radościI któró 

wódała widzącI że ojciec bierze góręK pzalonóm 

wósiłkiem zdołała wstać i czas jakiś stała tak 

bez ruchuI chwiejąc się na nogachK modczas gdó 

patrzóła w czerniejącą twarzI z której mierrot z 

wolna wóciskał resztę żóciaI ręka jac Taggarta 

na  oślep szukała rewolweruK  wnalazł goK 

kiepostrzeżenie wóciągnął z pochwóK  ios 

sprzójał mu i tóm razemI w podnieceniu 

bowiem postrzeliwszó  _ariegoI  nie  zamknął  

bezpiecznikaK   lbecnie pozostało mu tólko tóle 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

siłóI bó nacisnąć spustK awuJN krotnie szarpnął 

palcemK aałó się słószeć dwa stłujj monę 

strzałó oddane tuż przó ciele jetósaK 

w twarzó ojca kepeese wóczótałaI co zaszłoK 

perca jej przestało bićI gdó dostrzegła okropną 

zmianę>  mierrot  zesztówniałK  lczó  jego 

patrzółó gdzieś w dali szeroko otwarteK kie 

wódał głosuK targi jego bółó> nieruchome 

zupełnieK ^ż raptem potoczół się w jej> stronęI 

wópuszczając jac Taggarta z uściskuK ounęła 

na jego ciało w strasznejI milczącej rozpaczóK 

pkonali jużK 

kepeese nie umiałabó nigdó powiedziećI jak 

długo trwałaI skulona nad trupemI oczekując 

podświaJ_ domieI że jeszcze oczó otworzóI że 

przemówiK Tómj_ czasem jac Taggart uniósł 

się na nogi i stałI wsparł tó o ścianęI z 

rewolwerem w rękuI coraz bardziej przótomnóI 

w miarę jak ogarniał swój tróumfK wbrodnia nie 

przerażała go wcaleK guż terazI w paręl chwil po 

morderstwieI układał w móśli obronęK miergj rot 

napadł na niego zdradzieckoI bez powoduK 

wabił  —  w  obronie  własnejK  Czóż  nie  jest  

wpłówową;>  potężną  osobistością\  Czóż 

przedstawiciele  prawa  nij  uwierzą  raczej 

jemuI zamiast dać posłuch świadectwu tej 

dziewczónó\  oosła w nim  dzika radośćK 

kepeeseil bóła dziś stokroć bezradniejsza niż 

kiedókolwiekK wafl bierze ją ze sobą do iac 

_ain i po prostu każe mile czeć> 

matrząc na nią zapomniał  o wszóstkimK 

Trwałd_ schólona nad ciałem ojcaI krójąc go 

rozpuszczonóm™  włosami  nibó jedwabnóm 

całunemK  pchował  rewolwer   do  pochwó  i  

głęboko wciągnął powietrzeK ptałl jeszcze na 

nogach  niezbót  pewnieI ale twarz  jeg<e 

przóbrała właściwó muI okrutnó wórazK wrobił 

króla i jednocześnie dźwięk spod ścianó zbudził 

kepeeseI> _ari zdołał się już wesprzeć na 

przednich łapach ii teraz warczałK 

kepeese z wolna uniosła głowęK kieznana 

siła kazała jej spojrzeć w góręI aż wlepiła oczó 

w twarz jac TaggartaK moprzednio zapomniała 

prawie o jego obecnościK ToI co dostrzegła w 

rósach  agentaI  sprawiłoI  że  chwilowo 

zapomniała o stracie ojcaI uprzótomniając sobie 

natomiast grozę własnego położeniaK 

ptał nad niąK t twarzó nie miał cienia 

współczuciaI  śladu  zrozumienia  popełnionej 

zbrodniI jedónie obłędną żądzęK tóciągnął rękę 

i oparł dłoń na jej głowieK rczułaI że szorstkie 

palce gniotą jej włosóK rsiłowała wstaćI lecz ta 

dłoń przókuła ją do ziemiK 

kie prosiła o litośćI wiedziałaI że to się na nic 

nie zdaK t tej chwili żadne z nich nie zwracało 

uwagi na _ariegoK mies czołgał się przez izbęK 

ka tej krótkiej przestrzeni łapó dwukrotnie 

odmówiłó mu posłuszeństwaK Teraz bół obok 

jac TaggartaK mragnął jednóm susem skoczóć 

na kark draba i zdruzgotać mu kręgosłupI lecz 

brakło mu siłK  wad miał  wciąż  jeszcze 

częściowo sparaliżowanóK  katomiast  szczęki 

bółó mocne i nibó żelazne kleszcze zamknęłó 

się gwałtownie na łódce jac TaggartaK 

w krzókiem bólu agent puścił dziewczónę i 

kepeese wstała chwiejnieK t ciągu cennej pół 

minutó bóła wolna i podczas gdó agent kopał i 

ciskał  się  chcąc  się  wórwać  psuI  skoczóła  do  

drzwi chatóI na zewnątrzK Chłodne powietrze 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

uderzóło ją w twarzI dodało płucom nowej siłó; 

na ślepoI nie wiedzącI gdzie znajdzie ratunekI 

pobiegła przez śnieg w lasK 

jac Taggart pojawił się na progu właśnie w 

chwiliI gdó znikała w gęstwinieK kogę miał 

rozdartą kłami psaI lecz nie czuł bólu śpiesząc 

za  dziewczónąK  kie mogła  ujść  dalekoK 

Tróumfalnó wrzaskI nieludzki w swej dzikościI 

wódarł mu się z gardłaI gdó spostrzegłI jak się 

zatacza lecącK _ół w pół drogi międzó lasem a 

chatąI gdó _ari wówlókł się przez prógK pzczęki 

psa krwawiłóI gdóż jac Taggart skopał mu 

póskI  nim  wreszcie zdołał się wódrzećK 

momiędzó uszami miał małą  łósinkęI jakbó go 

kto napiętnował  rozpalonóm  żelazemK  Tu 

właśnie uderzóła kula jac TaggartaK l ćwierć 

cala niżejI a _ari bółbó skonałK Tak jednakI jak 

się rzecz miałaI omdlał jedónie nibó pod ciosem 

kijaK iecz obecnie mógł się  już ruszaj i z wolna 

brnął śladem dziewczónó i agentaK 

kepeese  biegnąc  odzóskała  jednocześnie 

władza umósłowe i trzeźwość sąduK pkręciła w 

wąską drol żónęI po której jac Taggart już ją 

raz ścigałI leci> nie docierając do skał ostro 

zwróciła  na  lewoK  ldJf  wracając głowę 

widziała za sobą jac TaggartaK kig śpieszół 

zbótnioI mimo to wóraźnie ją doganiał rozł 

koszując się jej bezradną mękąK l dwieście 

jardóv« poniżej głębokiego jezioraI do którego 

latem wepchnę  ła agentaI tuż za mieliznąI na 

którą się wówczas wól gramoliłI bół początek 

przesmóku _łękitnóch mióra _iegnąc w tę 

stronę wiedziała jużI co pocznie dalejl w 

każdóm kuiczowóm oddechem rosła w niej 

radosa na pewnośćK treszcie dopadła krawędzi 

i spojrzała w dółK f wtedó wóbiegła jej na wargi 

drżącóm  półJN  szeptem  pieśń matczónego 

plemieniaW 

ljcowie nasi, przójdźcie, 

mrzójdźcie z głębokich dolin! 

mrowadźcie nas, gdóż 

umieramó dzisiajK wiatr 

mówi nam o śmierciKKK 

rniosła ręceK ptała wósoka i gibka na tle 

białej> głuszó leśnejK l pięćdziesięt jardów 

poza nią ageni_ z iae _ain przóstanął raptem 

jak wrótóK 

— ^ch> — wóbełkotał — jakaż ona piękna> 

wa jac Taggartem coraz prędzej wlókł się 

_arii 

kepeese raz jeszcze spojrzała w dółK ptała 

tuźl nad przepaściąI gdóż opuściła ją wszelka 

Dtrwoga> aawniej niejednokrotnie czepiała się 

na tóm miejscg ręki ojcaI taki lęk ją ogarniałK Tu 

spadłszó nikt nie| mógł ujść z żóciemK l 

pięćdziesiąt stóp poniżej wodał nigdó nie skuta 

lodemI pieniła sięI wściekle bijąc oj kantó 

głazówK Toń leżała głęboka i ciemnaI bowienł 

międzó skalne muró nie dochodziłó promienie 

słońcał Łoskot grzmiał w uszach kepeeseK 

ldwróciła się i spojrzała na jac TaggartaK 

kawet i wtedó jeszcze nic nie przeczuł; szedł 

kul niej   wóciągając   ramionaK    mięćdziesiąt   

jardów>      To  bóło  małoI  a  z  każdą  sekundą 

odległość  zmniejszała 

s

ię  jeszczeK  kepeese 

ponownie poruszóła  wargamiK  t godzinie 

śmierci wzówała imienia matkiI i z jej imieniem 

na ustach skoczóła w przepaśćI cała omotana 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

falą włosówK 

PUSTKA

 

t chwilę później agent z iac _ain stanął na 

brzegu parowuK moprzednio już wódał okropnó 

wrzask — dziki krzók grozó i niewiaróK matrzół 

w dół zaciskając wielkieI czerwone pięści i 

wlepiając oczó w kipiącą topiel wśród czarnego 

rojowiska skałK mo dziewczónie nie bóło już 

nawet śladuK ^ zrobiła toI żebó uciec od niegoK 

wemdliło go raptem tak silnieI aż się 

chwiejnie cofnąłI mało co widząc wokółK kogi 

uginałó sie pod nimK wabił mierrota i uważał to 

za zwócięstwo{ przez całe żócie szedł bez 

skrupułówI nigdó nie doznając wzruszeńI nigdó 

nie czując podobnego wstrząsu jak w chwili 

obecnejK _ół po prostu sparaliżowanóK kie 

widział nawet _ari egoK kie słószał jękliwóch 

skomleń psa na krawędzi przepaściK t oczach 

miął ciemnośćK ^ż raptemI przezwóciężając 

bezwład mózgu i kończónI zaczął biec co sił 

brzegiem parowu spoglądając w dółI szukając 

w wodzie śladu dziewczónóK iecz jar bół coraz 

głębszó; wszelka nadzieja znikłaK 

ldeszła> ldeszła w ten sposóbI bóle tólko 

uciec od niegoK lbracał to w mózgu głupioI 

uparcieK Żadna inna móśl nie chciała w nim 

przemówićK rmarła> f mierrot umarł także> 

tszóstko to sprawił on sam> 

pkręcił wsteczI w stronę chatóI nie drożóną 

jednakI po której ścigał kepeeseI lecz na 

przełajI przez lasK moczęłó właśnie sópać 

wielkie płató śnieguK ppojrzał na nieboI kędó 

ciężkie chmuró toczółó się z półudnioJ

wschoduK płońce znikłoK tkrótce miała się 

rozpocząć zamiećI gwałtowna zamieć  śnieżnaK 

PłatkiI osiadające na obnażonej twarzó i rękachI 

nasunęłó>  mu  pewien  pomósłK  wawieja 

nadchodziła w sama poręK wasópie wszóstkoI 

wszóstkie śladóI  nawet  mogiłęI  w której 

pochowa mierrotaK 

Tego rodzaju człowiek łatwo się wózbówa 

skrupułów moralnóchK wanim jac Taggart 

ujrzał chatęI umósł jego pracował już sprawnie 

nad  rozwiązaniem  rzeczowóch  zagadnieńK 

mrawdę mówiącI głównie dramat polegał nie na 

tómI  że  obojeI  mierrot  i  kej 

peeseI zginęliI lecz na tóm wółącznieI że jego 

planó wzięłó w łebK Tu tkwiło rozczarowanieK 

oesztęI sama zbrodnięI łatwo bóło ukróćK  

kie sentóment bónajmniej kazał mu wókopać 

grób mierrota pod wósoką jodłąI tuż obok 

mogiłó  indiańJQ  skiej  księżniczkiK  kie 

sentómentI  lecz  przezornośćK>  mochował 

mierrota jak się patrzóK motem wóchlustałl na 

ścianó i podłogę całó zapas naftó jetósa i 

przóJU tknął zapałkęK Tkwił na skraju boru potóI 

aż chatą stała się jednóm morzem ogniaK Śnieg 

padał  gęstoK  Świeżo usópanó grób robił 

wrażenie  pagórkaI  a  wgłębienia  śladów 

wópełniałó się szóbkoK Toteż jac Taggart 

skręcił ku iac _ain bez cienia trwogi w sercu 

kikt przecie nie zajrzó do mogiłó mierrota aup 

nuesneK ^ jeśli nawet podobnó cud się 

przótrafiI to któż zdradzi sprawcę zbrodni\ 

katomiast czarna dusza agenta nie mogła się 

otrząsnąć z jednego wrażeniaK jiał zawsze 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

pamiętaćl bladąI zwócięską twarz kepeeseI taką 

właśnieI  jak  ją  ujrzał  w  chwiliI  gdó  wóbierała  

raczej śmierć niż żócie z nimK 

Tak samo jak _ush jac Taggart zapomniał o 

_arimI tak samo _ari zapomniał o agencie z 

iac _ainKf ddó jac Taggart pognał brzegiem 

parowuI _arii rozpłaszczół się nad skrajem 

przepaściI  w  śniegia  ubitóm  stopami 

dziewczónóI  i  wparłszó  w  krawędź  j  przednie  

łapóI spoglądał w dółK tidział jej skokKN 

kiejednokrotnie w ciągu ubiegłego lata dążył za 

niąI gdó dawała nurka w cichą toń jezioraK iecz 

tu  odległość  bóła  przerażającaK   toda 

wóglądała  również  

zupełnie inaczejK _ari widział czarne łbó 

głazówI pojawiające się i niknące w wirach 

pian  nibó głowó  rozigranóch  potworówK 

Łoskot wodó napawał go trwogą; od czasu do 

czasu łowił wzrokiem pokruszone ułamki lodu 

mknące z bóstróm nurtemK ^ ona tam poszła> 

jiał szaloną chęć udać się w ślad za niąI 

skoczóć równieżI jak to zwókle czóniłK jusiała 

bóć tamI w doleI jakkolwiek nie umiał jej 

dojrzećK _óć może igra wśród skałI chowa się 

w białej pianie i dziwiI że go nie maK tahał się 

jednakI mając łeb i szóję nad przepaściąI 

podczas gdó przednie łapó pełzałó po śnieguK w 

trudem cofnął się i zaskomliłK rłowił tuż 

świeżą woń skórzni jac Taggarta i skowót 

przeszedł w długie warczenieK oaz jeszcze 

spojrzał w głąbK tciąż nie mógł jej dostrzecK 

waszczekał dając krótkiI ostró sógnałI któróm 

ją przówołówał zazwóczajK kie bóło żadnej 

odpowiedziK tięc ujadał dalejI ale wótężając 

słuch chwótał tólko łoskot wzburzonej wodóK 

ttedó cofnął się nieco od brzegu i trwał tak 

czas jakiś milczącI z uszami nastawionómiI 

dógocąc pod  wpłówem  jakiejś niepojętej 

trwogiK 

Śnieg prószół jużI a jac Taggart kręcił się 

w pobliżu chatóK mo chwili _ari ruszół 

brzegiem parowu śladami agentaI a wszędzieI 

gdzie człowiek zatrzómał się poprzednioI bó 

okiem rzucić przez krawędźI _ari przóstawał 

równieżK 

ka razie chęć odszukania kepeese górowała 

w nim niepodzielnieI zacierając nienawiść do 

jac TaggartaI toteż nadal trzómał się parowuI 

aż o ćwierć mili poza końcowóm tropem 

człowieka dotarł do wąskiej ścieżkiI której on i 

kepeese użówali niejednokrotnie w czasie 

wóprawó po skalne fiołkiK hręta drożónaI 

wiodąca w dół urwiskaI bóła teraz zasópana 

śniegiemI mimo to _ari szedł po niej i stanął 

nad nie zamarzniętóm potokiemK f tu również 

nie bóło kepeeseK tięc znowu skomlił i 

ujadałI lecz obecnie w jego głosie drżała 

żałosna nutaI świadczącaI iż już się nie 

spodziewa  odpowiedziK  treszcie  umilkł  i  

dobre     pięć    minut  siedział    w     śnieguI    

nieruchomó> nibó skałaK 

hto  zgadnieI  co  szło  ku  niemu  z  ciemnej  i  

wrzącej głębi parowuI co za szept sił przórodó 

wójaśnia mu prawdęK matrzół i nasłuchiwałI a 

mięśnie muj drżałóK motem z wolna uniósł łeb 

ku  górzeI  czarnómi  póskiem  godząc  w 

chmurne nieboI i z gardła pol płónęło mu 

roztrzęsioneI  przeciągłe  wócie  psa  huskg 

opłakującego świeżą śmierć panaK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

ka  szlaku  wiodącóm  do  iac  _ain  

usłószał    _us  jac  Taggart  ten  głos  i  

wzdrógnął sięK 

aopiero  woń  dómuI  coraz  bardziej 

gęstniejącego w powierzuI odciągnęła psa znad 

parowu i kazała{ mu iść w stronę chatóK 

kiewiele z niej już zostało> gdó wójrzCł na 

polanęI jedónie szkarłatne pogorzeliskoK aługi 

czas _ari przesiedział w śniegu obserwując 

zgliszcza i nasłuchując pilnieK hontuzja odz kuli 

jac Taggarta nie dawała mu się już we znaki> 

natomiast zmósłó jego podlegałó innej zmianieI 

rówJp nie dziwnej i niespodziewanej jak 

niedawne omdlenieK t ciągu zaledwie godzinó 

świat _ariego całji kowicie zmienił obliczeK lto 

niedawno jeszcze keG peese siedziała w izbie 

przed lusterkiem rozmawiaJ> jąc z nim i śmiejąc 

się radośnieI podczas gdó orli sam w pełni 

zadowolenia wólegiwał się na podłoJj dzeK ^ 

teraz nie bóło ani chatóI ani kepeeseI aniDz 

mierrotaK _ari spokojnie usiłował to wszóstko 

pojąca  jinęło sporo czasuI  nim  wólazł 

spomiędzó gęsteG jedlinóI gdóż głęboka i 

rosnąca podejrzliwość okiełznaJg ła już jego 

ruchóK kie zbliżał się ku zgliszczomI naJg 

tomiast nisko przóczajonó okrążył polanę i 

podszedł> do psiej zagrodóK t ten sposób znalał 

się  pod  soką jodłąK mrzóstanął tuI dobrą 

minutę obwąchująca świeżo usópanó kopiec 

pod białóm płaszczem śnieJg guK ddó ruszół 

dalejI sunął jeszcze niżej przó zieJg mi i uszó 

kładł po sobieK 

msiarnia bóła szeroko otwarta i pusta; jac 

Taggart nie zapomniał o tómK oaz jeszcze _ari 

kucnąłG na zadzie i zawółK Tóm razem wieścił 

zgon mierrotaK 

    dłosił go nieco inaczej niż śmierć kepeeseI 

zdecódowanieI bez zwątpieńK kad przepaścią 

zew jego nosił piętno niepewnościI pótania i 

nadziei — bół prawie ludzkim zawodzeniemK 

Tu _ari  wiedziałI  co leżó pod świeżo 

usópanóm pagórkiemK Cienka warstwa ziemi 

nie mogła przed nim ukróć tajemnicóK To bóła 

śmierćI  wóraźna  i  bezapelacójnaK  kepeese 

zamierzał szukać nadalK 

ao południa nie oddalał się zbótnio od chatóI 

mimo to zaledwie jeden raz podszedł do 

zgliszczó i obJwąchał jeszcze tlące głownieK 

katomiast bez przerwó niemal krążył wokół 

polanóI  wciągając powietrze i nasłuchującK 

awukrotnie  wracałJ  do  parowuK  kad 

wieczorem raptownó impuls kazał mu szóbko 

pognać w lasK kie biegł zresztą otwarcie; 

rozwagaI podejrzliwość i strach zbudziłó w 

nim na nowo instónktó wilczeK jając uszó 

przólepione do łba i ogon zwieszonó tak niskoI 

że koniuszek kitó zamiatał śniegI kuląc grzbiet 

w sposób iście wilczóI mknąłI zlanó niemal w 

jedno z cieniem leśnego poszóciaK 

kie wahał się wcale w obiorze szlaku; droga 

jego wiodła prosto jak strzelił i doprowadziła o 

wczesnóm zmierzchu do tej samej polankiI 

gdzie kepeese umknęła w dniu przómusowej 

kąpieli jac TagJgartaK wamiast ówczesnego 

szałasu  z  jedlinóI  stało  tu  obecnie 

nieprzemakalne tepee z koró brzozowejI które 

kepeese zbudowała latem z pomocą ojcaK _ari 

szedł wprost na to schronisko i wetknął łeb do 

środka z niskimI pełnóm nadziei skowótemK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

ldpowiedź  nie  nadeszłaK  tnętrze  tepee 

ziało chłodem i ciemnościąK _ari rozróżnił 

niejasno dwa koceI rząd wielkich blaszanóch 

puszekI w któróch kepeese chowała swoje 

prowiantóI i wreszcie piec zaimprowizowanó 

przez mierrota z odpadków żelaza i blachóK ^le 

kepeese nie bółoK ka zewnątrz nie dostrzegał 

jej równieżK kiepokalanó śnieżnó dówan znaJ

czółó jedónie własne jego śladóK jrok zapadłI 

nim trócił do spalonej chatóK mrzez całą noc 

wałęsał się tokół opustoszałej psiarniI a śnieg 

sópał bez przerwóI tak że o brzasku _ari 

krocząc przez polanę zapadł niemal po grzbietK 

   

iecz  wraz  ze  świtem  niebo  się  przetarłoK 

tzeszło słońce i knieja migotała niemal zbót 

jaskrawoK _ari uczuł przópłów nowej energii i 

ufnościK rmósł jego pilniej jeszcze niż wczoraj 

silił się zrozumiećK lczó> wiście kepeese zaraz 

wróciK rsłószó jej głosK tój biegnie raptem z 

lasuK aa jakiś znakK gedna z tóci rzeczó musi się 

stać na pewnoI a może wszóstkie> N iada szmer 

osadzał go na miejscuK tęszółI kolej no 

zwracając pósk na wszóstkie stronó świataK tal 

łęsał się bez przerwó to tuI to tamK wnaczół 

głębokie drożónó wokół wielkiegoI białego 

kopca wieńczącego resztki chatóK Śladó jego 

wiodłó od psiarniK do jodłó nad grobemI a 

wzdłuż krawędzi parowu leżałó tak gęstoI jakbó 

przeszło tędó stado wilkówK 

Tegoż dnia po południu doznał nowego 

olśnienia> kie bół to rozsądek ani sam instónkt 

nawetK Coś połowicznego raczejK kepeese nie 

bóło w chacieI bo przecie chata znikłaK kie 

bóło jej również w tepeeK  kad parowem nie 

doszukał się jej śladówK ptanowi czo nie leżała 

pod sosną obok mierrotaK 

watem bez długich rozmóślańI a mimo to 

pewnfl swegoI _ari ruszół wzdłuż linii sideł na 
północoJzachódK 

GDZIE OCZY POkIOSĄ

 

Żaden człowiek nie odgadł dotądI w jaki 

sposób  tajemnica  śmierci  przenika  do 

świadomości północ> nego psaK momimo to 

dziesięć tósięcó ludzi złożjij ci przósięgęI iż 

psó ich dałó sógnał  śmierci na parę godzin 

przed jej faktócznóm nadejściemK monadtd 

niejeden  właściciel  zaprzęgu  wie  z 

doświadczeni że sfora jego staje raptem jak 

wróta o ćwierćI a na| wet o pół mili od chatóI 

w której leżó nie pocho| wanó trupK 

tczoraj  _ari zwęszół śmierć i wiedział bez 
prą

c

esu  

móślenia nawetI że zmarłóm jest mierrotK tieJ
działI że jetós nie żójeI choć nie rozumiał 
istotnego znaczenia śmierciKK iecz pewien bół 
jednej rzeczóW nigdó już nie zobaczó mierrotaI 
nigdó nie usłószó g

e

g° gł°

su

n

igdó 

n

i

e

 ułowi 

skrzópu jego rakifet śnieżnóch na zamarzłóm 
szlaku — toteż na linii sideł bónajmniej go nie 
wóglądałK mierrot odszedł na zawszeK 

^le _ari nie połączół jeszcze śmierci z 

wizerunkiem kepeeseK  mełen  bół wielkiego 

niepokoju; pod tchnieniem idącóm z parowu 

dógotał trwożnieK gego żałobne wócie nad 

przepaścią  przeznaczone  bóło  bodaj  dla 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

mierrotaI gdóż wierzółI że kepeese żójeI i bół 

dziś  tak  samo  pewienI  że  ją  doścignie  na  linii  

sidełI jak bół przekonanó wczorajI że ją 

odnajdzie w tepeeK 

ld  śniadaniaI  które wczorajszego ranka 

spożył razem z kepeeseI _ari nic jeszcze nie 

jadł; zaspokoić głód znaczóło polowaćI a zbót 

bół zajętó innómi móślamiI bó się tą sprawą 

zająćK mościłbó więc całó ten dzieńI gdóbó o 

trzó mile od cható nie trafił na wnókiI w 

któróch tkwił wielki królikK ptworzonko żyło 

jeszcze i _ari zabiwszó je podjadł do sótaK ^ż 

do zmroku nie ominął żadnej łapkiK t jednóch 

żeJlazach siedział róśI a w drugich skunks; na 

białej roztoczó jeziora pod śnieżnóm kopcem 

zwęszół ciało czerwonego lisa zabitego trutką 

mierrotaK  oóś  i  skunks  żyłó  obaI  a  ich  stalowe  

łańcuchó szczęknęłó ostroI gdó gotowałó się 

wódać _ariemu walkęK iecz _ari spojrzał na 

nie obojętnieK ppieszół dalejI coraz bardziej 

niespokojnóI w miarę jak mrok gęstniał a 

kepeese nie bóło widaćK 

mo zamieci nastała niezwókle przejrzósta 

nocI chłodna i błószczącaI pełna cieni tak 

wóraźnóch jak żówe istotóK Trzecia z rzędu 

móśl  opanowała  teraz  _ariegoK  tzorem 

wszóstkich zwierzątI dawał się powodować na 

ogół jednej móśli na razK lbecnie chciał 

możliwie jak najprędzej dopaść pierwszej z 

dwu chat mierrota wóstawionóch na linii sidełK 

Tam znajdzie kepeeseK 

t pośpiechu począł omijać poszczególne 

łapkiK ao spalonej sadóbó pierwszą z dwu chat 

dzieliło dwadzieścia pięć milI do zapadnięcia 

nocó  _ari  uszedł  dziesięćK  mozostałóch 

piętnaście stanowiło najcięższą próbęK  ka 

otwartóch przestrzeniach śnieg bół sópki i pies 

tonął w nim po brzuch; często przedzierał sil 

przez zaspóI w któróch grzęznął z głowąK 

Trzókrotg nie w ciągu nocó słószał dziki zew 

wilczóK oaz bół to tróumfalnó hejnałI gdó 

zgraja łowców w odleg głości zaledwie pół mili 

powaliła ściganą zdobócz>  iecz ten głos 

przestał go wabićK mrzeciwnieI napawał go 

wstrętem i nienawiściąK flekroć go słószałI 

stawał  jak  wrótó  i  obnażał  kłóI  podczas  gdó  

włos na karku jeżył mu się groźnieK 

lkoło północó _ari dotarł do niewielkiej 

porębó> skąd mierrot brał drzewo do budowó 

pierwszej z dwu chatK aobrą minutę stał na 

skraju  polanki  i  z  uszami  uniesionómi 

badawczoI a oczóma otwarł tómiI szerokoI 

pełen dobrej wiaróI węszółK kie bóło ani dómuI 

ani  żadnóch  dźwiękówI  ani  blasku  ognia  w  

jednóm okienku schroniskaK aoznał ogromnego 

zal wodu; pojął znów jałowość wszelkich 

usiłowańI  beza  owocność poszukiwaniaK  w 

wóraźnóm przógnębieniem pobrnął przez śnieg 

do drzwiK rszedł tego dnia dwag dzieścia pięć 

mil i bół zmęczonóK 

t progu nagromadziła się wósoka zaspa; tu 

_ara siadł i zaskomliłK kie bół to już pełen 

ufnościI proszącó skowót sprzed paru godzin; 

drżała w nim bezJi nadziejna  rozpaczK  

mrzesiedział  pół  godzinó   tółemI tspartó  o  

drzwiI  póskiem  zwróconó  do  wógwież dżonej 

knieiI jak gdóbó jeszcze wierząc wbrew wszóJ

stkiemuI   że   kepeese   nadejdzieK   motem   

wógrzebał w zaspie głęboką jamęI  zakopał się 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

w niej i spęg dził resztę nocó na niespokojnej 

drzemceK 

l pierwszóm brzasku ruszół dalejK Tego 

ranka nie bół już tak rześkiK lgon zwisał mu 

beznadziejG nieI w sposób zwanó przez fndian 

akoosewin, bedącó oznaką chorobóK ddóż _ari 

bół choróI nie cialemI  ale dusząK   kadzieja  w  

nim  zamarłaI  nie  spodziewał się już niczegoK 

aruga  chata na  samóm  końcu  rewiru 

ciągnęła go ku sobie nie budząc jednak nawet 

cienia  tegTF  zapałuI  z  jakim  śpieszół  do  

pierwszejK pzedł wolno i z przerwamiI gdóż 

podejrzliwość wobec puszczó górowała w nim 

znów ponad  wszóstkim  innómK  lstrożnie 

zbliżał się do każdóch sideł i dwukrotnie 

pokazał kłóW raz leśnej kunieI co kłapnęła nań 

zębami spod korzeniaI dokąd zawlekła żelazoI a 

raz wielkiej sowie śnieżnejK mtak złakomił się 

na przónętę i bół teraz uwięzionó na końcu 

stalowego  łańcuchaK  jożliweI  iż  _ari 

wóobraził sobieI że to sam rhumisiuI że dotąd 

pamiętał podstępną napaść i zaciekłą walkę z 

jednonogim potworemK ddóż nie tólko pokazał 

kłóW rozdarł sowę na strzępóK 

te wnókach mierrota pełno bóło królikówI 

_ari więc nie zaznał głoduK ao drugiego 

schroniska  dotarł  pod  wieczór  po 

dziesięciogodzinnej podróżóK  oozczarowanieI 

którego doznałI nie bóło zbót dotkliweI gdó nie 

spodziewał się właściwie niczegoK r progu 

cható śnieg spiętrzół się na trzó stopóI a okno 

powlekał białó mrózK t tóm miejscuI tuż na 

granicó  wielkiego  barrenI  pozbawionego 

niemal całkowicie lasówI mierrot zbudował 

skład  na  drzewo  i  ten  skład  _ari  obrał  sobie  

teraz jako chwilową siedzibęK Całą następną 

dobę  pozostał  w  tej  okolicóI  włócząc  się  po  

krawędzi barren i zwiedzając boczną linię 

sidełI którą mierrot i kepeese przerzucali przez 

mokradła obfitujące w tropó rósieK aopiero 

trzeciego dnia ruszół z powrotem ku draó 

ioonK 

kie śpieszół zbótnioI toteż zużył dwie dobó 

na pokrócie dwudziestu pięciu mil dzielącóch 

ostatnią chatę od środkowejK Tu pozostał znów 

trzó dniI a dziewiątego dnia znalazł się nad 

draó ioonK kic się tu nie zmieniłoK gedóne 

śladó widniejące na śniegu bółó jego własneK 

moszukiwanie kepeese  weszło teraz  w 

zwóczaj _aJriego; wókonówał je metodócznie 

i z rutónąK  Całó dzień nocował w psiarni i 

przónajmniej dwukrotniez międzó świtem a 

zmierzchem  biegł  do  szałasu  z  korjjj 

brzozowej i nad parówK gego szlakI wkrótce 

twardo ubitó w śnieguI bół tak wóraźnó jak do 

niedawna> linia sideł mierrotaK wnaczół las do 

tepee nieprzerwaną liniąI zbaczając jedónie 

lekko na wschódI taki bó przeciąć zamarzła toń 

jezioraI w któróm kepeesel latem zażówała 

kąpieliK  ld  tepee  łukiem  wracał  przezl 

puszczęI gdzie kepeese częstokroć zbierała 

całe  naJN  ręczą  „płomóków?K  treszcie 

docierał  do  parowu>  pzedł  w  dół  i  w  górę 

przepaści ku małej kotlince> i ścieżce wiodącej 

nad wodęI bó ostatecznie trafia znów do 

opuszczonej psiarniK 

Aż  wtem  niespodziewanie _ari  dokonał 

pewnej zmianóK ppędził noc w tepeeK  ldtądI 

ilekroć  bawij  nad  draó  ioonI  nocował  w  

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

szałasie na polanceK awiel deró bółó jego 

posłaniem; stanowiłó część kepeeseg f tak 

czekał całą długą zimęK 

ddóbó kepeese  wróciła  w  marcu  i 

zaskoczóła goj znienackaI znalazłabó go mocno 

zmienionegoK  _ardziej  niż  kiedókolwiek 

przópominał wilka; mimo tol nigdó nie wół po 

wilczemuI a słósząc zew stada warczał i 

obnażał kłóK t ciągu paru tógodni stara linijfl 

sideł dostarczała mu żównościI lecz teraz 

chadzał na łowóK tnętrze szałasu i jego 

otoczenie bółó usiał ne kłakami futra i kośćmiK 

oaz  sam  jeden  dopadł  młodego  kozła  w  

głębokim śniegu i zabił goK móźniej> w czasie 

gwałtownej zamieci lutowejI ścigał tak zajadle 

bóka karibuI że ten runął poprzez krawędź> 

skalną i skręcił karkK harmił się dobrzeI toteż co 

do rozmiaru i mocó wórastał na olbrzóma 

swego gątunkuK guż teraz prawie dorównówał 

hazanowi siła szczękI a po upłówie następnego 

półrocza miał osiąJ_ gnać ten sam wzrostK 

Tej zimó trzókrotnie staczał walkęK oaz z 

rósiemI któró skoczół z gałęzi na _ariegoI 

podczas gdó ten jadł  świeżo schwótanego 

królikaI a dwa razó z sa> motnómi wilkamiK oóś 

pokaleczół go niemiłosiernie lecz  w  końcu 

umknąłK  Co  do  wilkówI  to  młodego zabił; z 

drugim bój pozostał nie rozstrzógniętóK 

_ari coraz bardziej stawał się samotnikiem 

unikającóm  towarzóstwa  i  pogrążonóm  w 

zadumieK jarzół częstokroćI leżąc w szałasieI 

łowił głos kepeeseK płószałI jak wómawia jego 

imięI  jak  go  wołaI  jak  

s

ię  śmiejeI i nieraz 

porówał się na nogi — dawnó _ariI wzruszonó 

i radosnó — po to tólkoI bó znowu lec w swóm 

gnieździe  z  długimI  żałosnóm  skowótemK 

flekroć słószał w kniei trzask chrustuI w mózgu 

błóskała mu przede wszóstkim móśl o niejK 

htóregokolwiek  dnia  powróciK  Ta 

niezachwiana pewność stanowiła część jego 

istnienia na równi ze słońcemI księżócem i 

gwiazdamiK 

jinęła  zimaI  nadeszła  wiosna;  _ari 

nawiedzał wciąż stare szlaki zapuszczając się 

nieraz aż do najdalszej cható u kresu linii sidełK 

Żelaza pokróła rdza a wszóstkie sprężónó się 

zatrzasnęłó;  tającó  śnieg  odsłaniał  kościI 

turzócę i pióra wczepione międzó stalowe 

wrębó; pod klocami pułapek butwiałó strzępó 

futerI na lodach jezior gniłó padlinó zatrutóch 

lisów  i  wilkówK  lstatni  śnieg  zginąłK 

kabrzmiałe  potoki  szemrałó śpiewnie  po 

parowach i rozłogachK Trawa nabrała zieleni; 

zakwitłó pierwsze kwiatóK 

lczówiście teraz nadszedł  czas powrotu 

kepeese> _ari wóczekiwał jej z ufnościąK 

Coraz częściej chodził w las nad małe jeziorkoI 

włóczół się wokół zgliszcz cható i w pobliżu 

psiarniK awukrotnie skakał w wodę i płówał 

skomlącI jakbó wierzółI że dziewczóna weźmie 

udział w ulubionej zabawieK iecz w miarę jak 

mijała wiosna i nadchodziło latoI z wolna 

poczęła go ogarniać rozpaczliwa i mroczna 

beznadziejnośćK Łąki i polanó bółó całe w 

kwiatachI a pnące baknisz  gorzałó po lasach 

jaskrawą  purpurąK  wielona ruń króła  już 

częściowo czarnó kopiec pogorzeliskaK 

ani płónęłó za dniamiI ptaki skojarzówszó 

się w paró wiłó sobie gniazdaI a kepeese wciąż 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

nie bóło widaćK treszcie coś się załamało w 

_arim; jego ostatnia nadziejaI a może jego 

ostatni senK mewnego dniał _ari pożegnał draó 

ioonK 

htóż zgadnieI ile go to kosztowałoI kto 

wópowieIz jak   walczół  zrówając   więzó   

chcące   go   zatrzómaćI urok szałasu  z  koró  

brzozowejI  czar  jeziorkaI  woń znajomóch  

ścieżekI   tajemnicę  dwu  grobów  tak  saJD 

motnóch pod wóniosłą jodłąK ldszedłK kie miał 

żadnóch określonóch przóczón — po prostu 

odszedłK _óJpI może istnieje siłaI  której  dłoń 

kieruje zarówno  ruJQ chami ludziI  jak 

zwierzątW  w  stosunku  do  zwierząt siłę   tę   

zwiemó   instónktemK   _ari   porzucając   draó 

ioon szedł na spotkanie wielkiej przógodóK 

WŁÓCwĘGA

 

_ół początek sierpniaI gdó _ari opuścił draó 

ŁoonK kie miał przed sobą żadnego 

określonego celuK iecźl w  pamięciI  nibó  

lekkie  odbicie  świateł  i   cieni   nal kliszó    

fotograficznejI    pozostało    mu    

wspomnienie> pierwszóch  miesięcó żóciaK  

ozeczó  i  zdarzenia  niemal  kompletnie  

zapomniane   przemawiałó   znów   do jego 

zmósłówI podczas gdó coraz bardziej się 

oddalał od spalonej cható; dawne przeżócia 

ponownie nabiecz rałó  mocó  i  barwI   w  

miarę   jak  siedziba   kepeese pozostawała w 

tóleK 

_ezwiednie dążył szlakiem owóch 

wspomnieńI szlakiem spraw miniomLchI które 

nabierałó dlań więkJN szej  wagiK  ook stanowił  

dla  _ariego  dużoI  tóle  cdi dla człowieka lat 

dziesięćK tięcej niż rok minąłI odkąd   porzucił   

hazana  i   pzarą   Dtilczócę   oraz   staró 

wókrotK  ^  jednak  snułó  mu  się  nieraz  w  

pamięci przógodó dni szczenięcóchI potokI do 

którego wpadłII i zacięta walka z mapajuczisiuK  

kajżówiej  pamiętał zdarzenia ostatnieK 

aotarł do ślepego parowuI w któróm mierrot i 

kepeese  usiłowali  go  schwótaćK  jiał  

wrażenieI   że  to bóło zaledwie wczorajK 

tstąpił na małą łączkę i przół stanął obok 

skałóI pod którą kepeese omal nie została 

zgnieciona na śmierćK mrzópomniało mu się 

później miejsceI gdzie takajoI czarnó 

niedźwiedźI skonał od kuli mierrota; więc 

obwąchiwał zbielałe kościI rozproszone w 

trawie gęsto przetkanej różnobarwnóm 

kwieciemK Całó dzień i całą noc spędził w tej 

kotlinieI nim wószedł z parowu i skierował się 

nad rzeczułkę — teren dawnóch uczt z łaski 

takajaK lbecnie znajdował się tu innó 

niedźwiedź i ten również łowił róbóK _ół toI 

bóć możeI són albo wnuk takajaK _ari 

obwąchał krójówkiI które mu niegdóś służyłó 

jako spiżarnieI i trzó dobó karmił się znów 

róbamiI nim poszedł dalejI na północK 

mo  raz  pierwszó  od  wielu  tógodni  coś  z  

dawnej radości żócia przódało energii łapom 

_ariegoK  tspomnieniaI  dotąd  mgliste  i 

niejasneI nabrałó znowu cech realnóch i tak 

właśnieI jakbó biegł nad draó ioonI gdóbó 

kepeese żyła — z uczuciem wędrowca śpieJ

szącego pod dach rodzinnó — _ari wracał nad 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

stawI bobrówK 

_óła najpiękniejsza pora dnia letniego — 

zachód

  słońca

  —

  gdó

  tam

  dotarłK

 

mrzóstanąwszó w odległości stu jardów od 

stawuI którego nie dostrzegał jeszczeI wciągnął 

powietrze nasłuchującK ptaw bół na dawnóm 

miejscuK rłowił jego zimnóI miodowó oddechK 

^le  rmiskI  pzczerbató  i  reszta\  Czó  ich  odJ

szuka\  katężył  słuch  chcąc  pochwócić 

znajomó dźwięk i ten nadszedł po chwiliW 

głuche klaśnięcie ogona po wodzieK 

mo cichu przemknął międzó buki i stanął tuż 

obok miejscaI na któróm zawarł znajomość z 

rmiskiemK  mowierzchnia  stawu  lekko 

falowała; dwie lub trzó głowó wónurzółó się 

nad toń; pod przeciwległóm brzegiem dojrzał 

starego bobra holującego kawał drzewa; rzucił 

wzrokiem ku tamieW bóła takaI jaką pozostawił 

przed rokiemK 

kie pokazując się jeszczeI trwał czas jakiś 

ukrótó pośród bukówK CzułI jak rośnie w nim 

ogromnó spokójI  rozprężenie nerwów po 

długich miesiącach tęsknotó i samotnościK w 

głębokim  westchnieniem  legł  międzó 

drzewami wóstawiając łeb o tóle tólkoI ból 

móc dobrze widziećK t miarę jak słońce 

osiadało|  niżejI  staw się  ożówiałK  kad 

brzegiemI tam właśnieI gdzie uratował rmiska 

od napaści lisaI pojawiła się| nowa generacja 

młodóch bobrów — trzó stworzonka> tłuste i 

kolebiące się na krótkich łapkachK _ari jaki 

najciszej zaskomliłK 

Całó ten dzień przeleżał pośród bukówK ptaw 

boJN brów ponownie stał się jego domemK 

lkolicznościz bółó oczówiście zmienione i w 

miarę jak dni przeciągałó się w tógodnieI 

pzczerbató  i  jego  lud  nia  okazówali 

najmniejszej chęci pogodzenia się z doJl rosłóm 

_arimI tak jak się kiedóś pogodzili z małómi 

szczenięciemK _ół teraz wielkiI czarnó i zbót 

przópominął wilka — potężne zwierzę o 

długich kłach i groźnóm wóglądzieK ToteżI 

jakkolwiek nie uczónił> im nic złegoI bobró 

traktowałó  go  z  głęboką  obawą  i 

podejrzliwościąK w drugiej stronó _ari nie 

odczuwafl już dziecinnej chęci zabaw w gronie 

rówieśników> ich nieufność więc nie bolała go 

jak za dawnócłs dniK rmisk wórósł także; bół to 

tęgi samiecI któró właśnie zamierzał stworzóć 

domowe  ogniskoI  a  obecnie  z  zapałem 

gromadził zapasó zimoweK gest najg zupełniej 

prawdopodobneI że nie łączół wcale groźl negoI 

czarnego potwora z malutkim _arimI z którómz 

niegdóś  obwąchiwali  sobie  noskiI  a 

przópuszczalniez i _ari nie poznał rmiskaI 

chóba jako c z ę ś ć  dawJ| nóch wspomnieńK 

mrzez całó sierpień główna kwatera _ariego 

leżała nad stawem bobrówK kieraz w dalszóch 

wóprawachz oddalał się od żeremi na dwa lub 

trzó dniK tóprawó te kierował przeważnie na 

północI czasem skręJl cał nieco na wschód lub 

zachódI lecz nigdó na pog łudnieK treszcie na 

początku września na dobre porzucił kolonię 

bobrówK 

Dłuższó czas włóczęga jego nie miała 

określonego  celuK  molował  żówiąc  się 

przeważnie królikami lula też owóm gatunkiem 

kuropatw upośledzonóch na| umóśleI zwanóch 

przez  tubólców „głupie kuró?K  rrozmaicał 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

oczówiście ten jadłospisI ilekroć nadarzała się 

ku temu sposobnośćK aojrzewałó właśnie dzikie 

porzeczki i malinóI a _ari lubił je bardzoK iubił 

także gorzkie jagodó jarzębinI które wespół z 

żówicą sosen i jodełI zlizówaną z pni drzewI 

stanowiłó dla niego doskonałó lekK t płótkiej 

wodzie łowił czasem róbó; poważył się też 

parokrotnie  stoczóć  ostrożnó  bój  z 

jeżozwierzem i jeśli szczęście mu sprzójałoI 

ucztował później łókając to najdelikatniejszeI 

doskonałe w smaku mięsoK te wrześniu 

dwukrotnie ubił sarnęK ppotókane po drodze 

wielkie pogorzeliska nie napawałó go już 

trwogą; tłuste dni pozwoliłó mu zapomnieć o 

dniach głoduK 

t październiku zapędził się na zachódI aż po 

rzekę deikieI potem na północ do jeziora 

tollastonI położonego o dobre sto mil od draó 

ioonK t pierwszóm tógodniu listopada skręcił 

znowu na południe idąc czas jakiś wzdłuż rzeki 

Canoe i zwracając raz jeszcze ku zachodowi 

brzegiem krętej strugi zwanej „jałó Czarnó 

kiedźwiedź bez lgona?K kiejednokrotnie w 

ciągu tej włóczęgi _ari stókał się z ludźmiI lecz 

z wójątkiem móśliwca Cree w górnej części jeJ

ziora tollaston żaden człowiek go nie widziałK 

Trzókrotnie czaił się w chaszczachI pod 

brzegiem deikieI podczas gdó czółna mijałó go 

z bliska; parę razó w ciszó nocnej węszół wokół 

chat i schronisk wrąJcóch żóciem; raz dotarł tak 

blisko faktorii tollastonI że słószał ujadanie 

psów i nawołówanie ich panówK 

tciąż szukał; próbował znaleźć to cośI co 

mu zginęłoK tęszół u progu chat; ciasnóm 

kołem obiegał tepee łowiąc wiatr w czułe 

nozdrza i obserwował czółna wzrokiem pełnóm 

nadzieiK oaz wódało mu sięI że powietrze niesie 

woń kepeese i momentalnie łapó mu osłabłóI a 

serce przestało bićK Trwało to zaledwie sekundę 

lub dwieK lna wószła z namiotu — dziewczóna 

indiańskaI z rękoma pełnómi wierzbowego łóka 

—  na jej widok _ari umknął niepostrzeżonóK 

kadchodził grudzieńI gdó ierueI jetós z 

iac _ainI zauważył na świeżóm śniegu trop 

_ariegoI a niecdj później dostrzegł go 

migającego w gąszczuK 

— jówią wamI łapó ma wielkości mojej 

dłoni  a  czarnó  jest  nibó  skrzódło  kruka  —  

wókrzókiwał później w składzie hompaniiK — 

iis\  kie>  iedwo  dwa  razó  mniejszó  od  

niedźwiedzia> tilkI tak> f czarnóI panowieI 

jak sam diabeł> 

jac Taggart bół jednóm z  obecnóchK 

modpisówaa  właśnie list do zarząduI gdó 

dobiegłó  go  słowa  ieruel  oęka 

znieruchomiała mu tak raptownieI że kropla 

atramentu bróznęła na papierK t tej chwili 

drzwi się otworzółó i weszła jariaK jac 

Taggart  sprowaJl  dził  ją  znów  do  siebieK  gej  

wielkie  czarne  oczó  miałó  chorowite 

wejrzenie; w ciągu tego roku straciła nieJi co 

ze swej dzikiej urodóK 

—  mrzeleciał ot tak> — prawił ierue 

trzaskająd w palceK kagle zobaczół jarię i 

urwałK 

—  CzarnóI mówisz\ — zagadnął obojętnie 

Taggarl nie odrówając wzroku od papieruK — 
Czó nie przópominął czasem psa\ 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

ierue wzruszół ramionamiK 
—  rciekł nibó wiatrI proszę panaI ale to bół 
wilki 
jaria szepnęła parę cichóch słów do ucha 
agentaI złożówszó list jac Taggart wstał  

spiesznie opuszcza> jąc izbęK _awił dobrą 
godzinęK ierue i reszta gubili się w domósłachK 
jaria zaglądała do składu nie zmiernie rzadkoW 
w ogóle nie pokazówała się prawieK 
mozostawała ukróta w domostwie agentaI a iltł 
kroć ierue ją dojrzałI odnosił wrażenieI że ma 
znów szczuplejszą twarzI a oczó większe i 
bardziej smutneK Żałował jej ogromnieK 
kiejedną noc spędził pod małóm okienkiem 
sópialni jariiI czatował często godzinamiI bóle 
pochwócić z dala jej smutne spojrzenieI i rad 
bółI że dziewczóna go rozumieI że w tęsknóch 
oczach na jego widok zapala się nowe światłoK 
kikt ich nie podejrzewałW tólko oni sami znali 
swoją tajemnicęK ierue cierpliwie obserwował i 
czekałK 

— mewnego dnia — powtarzał sobie nieraz 

— pewnego dniaKKK 

t tóch dwóch słowach zawartó bół całó 

świat nadzieiK Ów dzień nadejdzieI zabierze 

jarią wprost do misjonarza w forcie Churchilla 

i wezmą  ślubK _ół to sen umożliwiającó 

cierpliwe przetrwanie długich dni i dłuższóch 

jeszcze nocó na samotnej linii sidełK ka razie 

oboje bóli niewolnikami wóższej władzóK ^le 

pewnego dniaKKK 

ierue rozmóślał o tóm wszóstkimI gdó jac 

Taggart wrócił po upłówie godzinóK ^gent 

podszedł wprost do wielkiego piecaI wokół 

którego siedziało z pół tuzina traperówI i z 

pomrukiem zadowolenia strząsnął z barków 

płatki świeżo spadłego śnieguK 

—  miotr  bustachó  przójął  rządową 

propozócję i będzie służył za przewodnika tej 

wóprawó naukowejI co wóbiera się zimą w głąb 

barren> — oznajmiłK — tiesz; ierueI on ma 

założonóch około stu pięćdziesięciu sideł i 

pułapek oraz dużó kawał terenu na trutkiK 

Świetnó rewirI co\ tódzierżawiłem go od 

miotra na ten sezonK To mi pozwoli użyć trochę 

ruchuI bo żócie siedzące mi nie służóK Trzó dni 

spędzę w domuI trzó dni na szlakuK CoI jak 

móśliszI dobrzem zrobił\ 

—  aobrze>  —  przóświadczół  ierue  bez  

namósłuK 

—  aobrze> — potwierdził oogetK 

—  iisów tam zatrzęsienie> — dodał trzeci 

traperI jons oouleK 

—  f drogi łatwe> — zakończół  młodó 

salence głosem podobnóm do głosu kobietóK 

CZARkY WILK 

iinia sideł miotra bustachego biegła o 

trzódzieści mil od iac _ain wprost na zachódK 

kie bóła tak rozległa jak niegdóś rewir 

mierrotaI lecz przecinała kraj bogató w cenne 

futraK kależała jeszcze do ojca bustachegoI a 

przedtem do dziada i pradziadaI sięgając w ten 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

sposóbI jak twierdził bustachóI przedstawiciela 

najwóższóch  rodów crancjiK hsięgi faktorii 

jac  Tagi  garta  zawierałó jedónie  tótułó 

własności  do czwartej generacji  włącznieI 

dalsze zaś papieró znajdowałó sij w forcie 

ChurchillaK  _ół  to najlepszó z  terenów 

łowieckich międzó jeziorem oeindeer a krainą 

barrenj mo długiej włóczędze _ari zawieruszół 

się w te stroi nó na początku grudniaK 

monownie szedł na południeI wędrując wolno 

i  krążącI  szukając padła  w największóch 

śniegachK histisim hestin, czóli tielka wamiećI 

wópadła tej zimó wcześJ| niej niż zwókle i całó 

tódzień po ustaniu zawieruchó ledwo się gdzie 

pazur lub kopóto ruszóło z leJjj gowiskaK _ariI 

postępując wbrew utartóm zwóczaj jomI nie 

zakopał się w zaspieI bó przeczekaćI aż się 

niebo wójaśni i powierzchnia śniegu stężejeK 

_ófl  wielkiI  potężnó i  miał  w sobie 

niespokojnego duchaK t wieku niespełna dwu 

lat ważył całe osiemdziesiąt funtówK Łapó miał 

szerokie o kształcie wilczómI pierśz i baró 

masówneI a mimo to zdatne do szóbkiego pęduK 

lczó jego osadzone bółó szerzej niż u 

przeciętneJ> go wilczuraI większe i całkowicie 

pozbawione krwawej błonkiI czóli tak zwanej 

wuttoi,  będącej  cecha  dzikiego  wilka  i 

niejednego huskiK pzczęki _ariegoz bółó równie 

straszne jak szczęki hazanaW bóć moża nawet 

silniejszeK 

Całó dzień wielkiej zamieci z konieczności 

obówał się bez jadłaK Czteró dni walił  śniegI 

miotała kurzawa i wiatr się srożyłI potem 

nastała trzódniowi fala okropnóch  chłodówI 

podczas któróch każde stworżenie kuliło sięI 

jak mogłoI w swoim legowiskuK kawet ptaki 

zakopałó się w śniegachK jożna bóła przejść po 

karku łosia lub karibu i nie wiedzieć o tómK 

_ari ukrówał się co prawda w czasie zadómki> 

ale nie dawał się pochłonąć zaspieK 

hażdó traperI  od  zatoki  eudsona  po 

^thabaskęi wiedziałI że po wielkiej zamieci 

zgłodniałe zwierzęta futerkowe szukać będą 

padła i że sidłaI odpowiednia nastawione i 

opatrzone właściwą przónętąI mogą dać  teraz 

zdobócz nierównie obfitszą niż w jakimkolwiek 

innóm okresieK Toteż niektórzó móśliwi już 

szóstego dnia ruszóli w puszczęI większość 

jednak wóczekała siedem do ośmiu dniK 

_ush jac Taggart dopiero po upłówie 

całego  tógodnia  wóbrał  się  do  rewiru 

wódzierżawionego od bustachegoK wmitrężył 

dwa dni na odkopówaniu sidełI odrzucaniu 

śnieguI odbudowie małóchI chroniącóch wnóki 

„chatónek? i zakładaniu przónętK 

Trzeciego dnia wrócił do iac _ainK 

Tegoż dnia właśnie _ari trafił na chatę 

stojącą u najdalszego krańca liniiK t śniegu 

wokół  obejścia  trop  agenta  pozostał  gęstó  i  

wóraźnó i ledwie tólko pies go zwęszółI każda 

kropla krwi w jego żyłach zawrzała dzikimD 

podnieceniemK jinęło około pół minutóI nim 

woń napełniająca nozdrza przówiodła mu na 

pamięć szereg dawnóch zdarzeńK iecz po 

upłówie  tóch  trzódziestu sekund z piersi 

_ariego dobóło się ponure warczenieK Tkwił 

potem dłuższó czas w śnieguI nibó czarna 

skałaI i obserwował chatęK treszcie począł z 

wolna wokół niej krążyćI zataczając koła coraz 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

węższeI aż ostatecznie obwąchiwał już prógK 

w wnętrza nie dochodziła żadna żówa wońI 

ale czuł  wóraźnie s t a r ó  zapach  jac 

TaggartaK ppojrzał w głąb knieiI w stronę gdzie 

linia sideł płónęła ku iac _ainK aógotałK 

jięśnie mu drżałóK waskomlił głuchoK lbrazóI 

coraz bardziej jasneI kłębiłó mu się w mózguW 

walka w chacieI kepeeseI dzika Kpogoń nad 

krawędzią jaru i najdawniejsze wspomnieniaI 

królicze wnókiI w które wpadł jako szczeniakK 

t  jego  skomleniu  brzmiała  ogromnaI 

wóczekująca  tęsknotaK  mo  chwili  umilkłK 

lstatecznie woń na śniegu pochodziła od 

istotóI której nienawidziłI którą pragnął zabićI 

nie zaś od istotó kochanejK ka krótki czas dane 

mu bóło kojarzenie się móśliI lecz to wkrótce 

pierzchłoK mrzestał więc skomlećI natomiast po 

raz wtóró warknął złowrogoK 

w wolna poszedł wzdłuż linii i o ćwierć mili 

znalazł pierwsze sidłaK  dłód tak mu wciągnął 

bokiI że wóglądał jak zabiedzonó wilkK t 

pierwszej „chatónce? jac Taggart umieścił na 

przónętę comber białego królikaK _ari ostrożnie 

wósunął łebK t rewi{ rze mierrota nauczół się 

ongiś wielu rzeczóK tiedziałI co znaczó trzask 

sprężónó; odczuł raz okropnó bólI gdó go 

żelazo chwóciło za łapę; lepiej niż sprótniejszó 

lis zdawał sobie sprawęI co uczóni kłoda 

pułapkiI skoro rzemień ześliznie się z k u r k aI 

a  kepeese  naJQ  uczóła  go  osobiścieI  że  nie  

wolno ruszać trutekK Toteż ostrożnie ścisnął 

mięso królicze i wódobół je tak leciutkoI że 

nawet jac Taggart lepiej bó nie potrafiłK 

ao zmroku zwiedził pięć sideł i spożył pięć 

przónęt nigdzie nie zatrzaskując żelazaK pzóstą 

bóła „martwa pułapka?K hrążył wokół niej potóI 

aż ubił w śniegu twardą dróżkęK motem udał się 

na porosłe sośninąI zaciszne moczaró i znalazł 

sobie nocne leżeK 

kastępnó dzień ujrzał  początek  zmagań 

mającóch  się  odbóć  międzó  inteligencją 

człowieka a sprótem zwierzęciaK ala _ariego 

okradanie sideł jac Taggarta nie stanowiło 

bónajmniej kroków wojennóch; bóło po prostu 

częścią istnieniaK mułapki i wnóki agenta miałó 

mu dostarczóć żównościI tak jak w swoim czaJ

m sie żelaza mierrota au nuesneK Czuł jednakI 

iż tóm razem musi się strzecK ddóbó czas bół 

sposobnó łowomI mógłbó sobie iść dalejI gdóż 

niewidzialna dłońI kierująca jego włóczęgąI z 

wolnaI lecz wóraźnie wlokła go znów nad draó 

ioonK ^ wobec wósokich i puQ szóstóch 

śniegówI tak puszóstóchI że miejscami zapadał 

w nie wóżej uszuI linia sideł jac Taggarta staJ

nowiła coś na kształt drogi usópanej manną dla 

jego wółącznie użótkuK 

Dążył zatem śladami rakiet agenta i w trzech 

wnókach zdusił królikaK ddó skończół ucztęI 

na miejscu mordu pozostało jedónie trochę 

turzócó i nieco plam krwiK tógłodzonó od 

tógodniaI _ari czuł iście wilczó apetót i zanim 

minął dzieńI okradł z przónętó około tuzina 

sidełK Trzókrotnie znajdował trutkiW jkaJwałó 

wędzonki lub świeżego sadła karibu z ukrótą 

wewnątrz pigułką stróchninó — i za każdóm 

razem  jego wrażliwe  nozdrza  odczuwałó 

niebezpieczeństwoK  mierrot  niejednokrotnie 

notował zdumiewającó faktI że _ari odgaduje 

obecność truciznó wtenczas nawetI jeśli ją 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

artóstócznie wstrzóknięto w mięso sarnieK _ariK 

ani tknął podobnie przóprawionej zwierzónóI 

gdó lisó i wilki zawsze dawałó się nabraćK 

Toteż i obecnie mijał smakołóki jac Taggarta 

obwąchując je po drodzeI a rósunkiem tropów 

na  śniegu  zaznaczając  wóraźnie  swą 

podejrzliwośćK jiejsca południowego postoju 

jac Taggarta _ari okrążał w ten sam bacznó i 

nieufnó sposóbK 

kazajutrzI mniej głodnóI natomiast bardziej 

czułó na znienawidzonó zapach wrogaI _ari 

uczónił więcej spustoszeńK jac Taggart nie bół 

tak  wprawnó  jak  miotr  bustachó  w 

niepozostawianiu na sidłach i „chatónkach? 

zapachu rąkI toteż raz po raz wstrętna woń 

wroga silnie uderzała w nozdrza psaK To wzbuJ

dziło w nim gwałtownó antagonizm i coraz 

szóbciej rosnącą nienawiśćI podczas gdó przed 

paru  dniami  jeszcze  ledwo  pamiętał  o 

egzóstencji tego człowiekaK 

fstnieje bóć może w mózgu zwierzęcia 

pewien proces móślowóI nie sięgającó granic 

rozumowań ani nie będącó czóstóm instónktemI 

niemniej przeto mającó coś z jednego i 

drugiegoK  _ari  nie  dodawał  dwa  i  dwaI  bó  

osiągnąć czteró; nie wracał wsteczI krok za 

krokiemI  bó dowieść  samemu  sobieI  że 

właściciel tego rewiru jest powodem  jego 

wszóstkich nieszczęśćI a jednak nienawidził go 

głęboką i gorzką nienawiściąK mrócz wilków 

jac Taggart bół jedóną istotąI którą obdarzał 

podobnóm uczuciemK jac Taggart go skrzóJ

wdziłI jac Taggart skrzówdził mierrotaI jac 

Taggart sprawiłI że kepeese gdzieś znikła iKKK 

jac Taggart chodził po tej linii sidełK geśli _ari 

włóczół pię dawniej po kniei bez celuI teraz 

miał określoną przóczónę wędrówekK jusiał 

pilnować sidełK jusiał jeśćI bó nie bóć głodnóK 

kazajutrz pośrodku jeziora znalazł ciało 

wilka padJłego od truciznóK aobre pół godzinó 

obrabiał trupaI aż  ze  skóró  pozostałó  same  

strzępóK  kie   próbował jeść mięsaK _óło mu 

wstrętneK jścił się tólko na wilczej rasieK fdąc 

daiej  przóstanął  o  sześć  mil  od  iac  f  _ain  i  

zawróciłK t tóm miejscu właśnie linia sidej 

przecinała zamarzła strugęI za którą leżała 

otwarta f przestrzeńI a po tej łąceI jeśli wiał 

odpowiedni wiatrjj niosło dómem i zapachem 

faktoriiK _ari spędził noc o  pełnóm brzuchu  w  

gęstwinie  karłowatóch sosen a trzeciego dnia 

wędrował znowu na zachód cofając się po 

własnóch śladachK 

Tego ranka o brzasku _ush jac Taggart 

wóruszółI  bó zebrać  swoją  zdobóczI  a 

przecinając strugę o sześć mil od iac _ain po 

raz pierwszó dojrzał trop _ariegoK mrzóstanął 

chcąc go zbadaćI przejętó nagłóm i nie 

uzasadnionóm  zainteresowaniem;  wreszcie 

uląkł i ściągając z prawej ręki rękawicęI 

podniósł ze śniegu jeden jedónó włosekK 

—  Czarnó wilk> 

tóbełkotał te słowa dziwnómI szorstkim 

głosem i mimo woli zwrócił oczó w kierunku 

draó ioonK  móźniejI  ostrożniej  jeszczeI 

obejrzał wóraźnie zaznaczonó tropK  ddó 

wstałI wóglądał na człowiekaI któró dokonał 

przókrego odkróciaK 

— Czarnó wilk> — powtórzół i wzruszół 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

ramionamiK — _a> ierue jest wariat> To pies> 

rrwał i po chwili dopiero dokończół 

głosem mało co głośniejszóm niż szeptW 

— gej  pies> 

ouszół dalej tropem _ariegoK lgarnęło go 

nowe  

podniecenieI silniejsze niż gorączka łowówK 

gako człowiekI wiedziałI że dwa i dwa dają w 

rezultacie czteró; w danóm wópadku dwa i dwa 

to bół _ari> kie wątpiłI iż tak jest w istocieK 

jóśl ta strzeliła mu już do głowóI gdó ierue po 

raz pierwszó wspomniał o czarnóm wilkuK mo 

zbadaniu  śladów  nabrał  niemal  zupełnej 

pewnościK tidział odciski łap psaI a pies ten 

bół czarnóK 

mo  chwili  dotarł  do  pierwszej  z 

okradzionóch  łapekK     waklął    pod     nosemK    

mrzónęta  znikłaI   a  jednak żelaza się  

nie zamknęłó; wóostrzonó kołekI na któró 

nadział mięsoI wójętó bół gładko z ziemiK 

Całó ten dzień _ush jac Taggart kroczół 

ścieżką pełną śladów pobótu _ariegoK gedną po 

drugiej  znajdował  okradzione  łapkiK  ka 

jeziorze zobaczół zmasakrowanego wilkaK ka 

razie zdenerwowanó tólko obecnością _ariegoI 

teraz począł wpadać w pasjęI a w miarę jak 

dzień upłówałI pasja rosłaK kie pierwszó to raz 

miał do czónienia z czworonogim złodziejemI 

lecz zazwóczaj lisI wilk czó pies okradającó siJ

dła psuje z nich tólko paręK t tóm wópadku 

jednak _ari sóstematócznie chodził od jednóch 

do  drugich  i  śladó  jego  wskazówałó  jasnoI  iż 

zatrzómuje się przó każdóchK 

wdaniem jac TaggartaI bóła w tóm niemal 

ludzka złośliwośćK mies omijał trutkiK ^ni razu 

nie wsunął  łba lub łapó pod kloc uwieszonó 

nad „martwą pułapką?K mozornie bez żadnej 

przóczónó  zniszczół  wspaniałego  skunksaK 

którego lśniące futro leżało rozmiotane po 

śniegu w bezwartościowóch szczątkachK mod 

koniec dnia jac Taggart przóbół do sidełI w 

któróch zdechł schwótanó róśK _ari nadszarpnął 

srebrzóstó bok kota tak daleceI iż odjął skórze 

przeszłe połowę wartości jac Taggart zaklął 

głośno i już sapał w pasjiK 

l zmroku dotarł do schroniskaI które miotr 

bustachó wóstawił w połowie liniiI i przejrzał 

dzienną zdobóczK tónosiła zaledwie trzecią 

część normalnejK oóś bół na pół zniszczonóI a 

jeden skunks przeciętó na dwojeK kazajutrz 

znalazł jeszcze gorszą ruinęI jeszcze więcej 

pustóch sidełK ^gent bół już bliski furiiK ddó 

nad wieczorem dotarł do drugiego schroniskaI 

trop _ariego na śniegu bół zaledwie sprzed 

godzinóK kocą trzókrotnie słószał wócie psaK 

Trzeciego dnia jac Taggart zamiast wracać 

do iac _ainI jął kunsztownie podchodzić 

_ariegoK ppadło na cal lub dwa świeżego 

śniegu i nibó rozkoszując się dokonaną zemstąI 

pies zostawił swój trop wokół cható w 

oddaleniu zaledwie stu jardówK jae Taggart 

zmitrężył pół godzinóI nim zdołał wreszcie 

odnaleźć kierunekI w jakim pies się oddaliłI po 

czóm dwie godzinó szedł  ślademI któró go 

zawiódł wreszcie na mokradła gęsto porosłe 

karłowatą sośJninąK 

_ari pilnował wiatruK ld czasu do czasu 

łowił woń prześladowcó; parokrotnie czekał 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

nieruchomó potóI aż usłószał trzask chrustu 

pod nogą człowieka lub metalicznó szczęk 

lufó o gałęzieK treszcieI pod wpłówem 

raptownego natchnieniaI które wówołało na 

usta  agenta  potok  przekleństwI  zatoczół 

wielkie półkole i ruszół wprost ku linii sidełK 

ddó koło południa jac TaggartKrównież 

dotarł do liniiI pies rozpoczął już dzieło 

zniszczeniaK wabił i zjadł królikaI okradł trzó 

łapki na przestrzeni pierwszej mili i w ten 

sposób wótrwale kroczół ku iac _ainK 

jac Taggart wrócił do faktorii dopiero na 

piątó dzieńK _ół w podłóm humorzeK t iac 

_ain zastał jedónie czterech crancuzów i 

trapera salenceK Ten wósłuchał historii psaJ

złodziejaI opowiedzianej w paru słowachI a 

potem  wómósłówI  którómi  jac  Taggart 

obsópał jarięK  kieco później dziewczóna 

przószła do składu z twarzą czerwoną od 

niedawnego policzkaK ddó subiekt podawał jej 

konserwó z łososiaI które jac Taggart chciał 

mieć do obiaduI salence zdołał jej szepnąć na 

uchoW 

—  man ierue schwótał srebrnego lisaK 

hocha ciebie i takie  ci  śle słowa ze swej  

cható nad jałóm kiedźwiedziem   bez   

lgonaW   _ądź    g o t o w a    do u c i e c z k i I   

gdó      ś n i e g       z m i ę k n i e >  

jaria nie spojrzała nań wcaleI ale usłószała 

wszóstJ g koI toteż gdó odbierała puszkę 

konserwI oczó jej tak i przópominałó gwiazdóI 

że po wójściu dziewczónó D młodó subiekt 

rzekłW 

— ao pioruna> ^leż ona jeszcze i teraz 

bówa piękna> 

ka co salence odpowiedział skinieniem 

głowó i tajemniczóm uśmiechemK 

 
 
STAiltE GkIAwal

 

lkoło połowó stócznia  wojna  pomiędzó 

_arim a _ush jac Taggartem stała się więcej 

niż przemijającóm  incódentemI  więcej niż 

chwilowóm zdarzeniem dla psaI a irótującóm 

wópadkiem dla człowiekaK _óła po prostu 

główną przóczóną ich istnieniaK 

_ari pilnował linii sidełK kawiedzał ją na 

kształt złośliwego i psotnego duchaI a ilekroć 

zwęszół na nowo agenta z iac _ainI więzó 

łączące go z tą okolicą zacieśniałó się jeszcze 

bardziejK oaz po raz wówodził w pole jac 

TaggartaW kradł nadal przónętóI coraz chętniej 

rozdzierał futerkowe zwierzęta złowione w 

sidłaI a największą jego przójemnością bóło nie 

opóchanie się mięsemI lecz właśnie niszczenieK 

t miarę jak mijałó tógodnieI płomień jego 

nienawiści gorzał coraz silniejI aż wreszcie 

warczał już na sam widok śladów i długimi 

kłami darł  śniegI po któróm kroczółó stopó 

wrogaK Całó ten czas poza oparem obłędu 

istniała wizja kepeeseI z każdą godziną barJ

dziej wóraźnaK  pamotność  długich  dni i 

dłuższóch jeszcze nocó oraz beznadziejność 

poszukiwań nad draó ioon przógniatała go 

znów  z  taką  siłąI  jak  bezpośrednio  po  jej  

stracieK modczas gwiezdnóch lub miesięcznóch 

nocó wzówał kepeese płaczliwóm wóciemI a 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

_ush jac Taggart słósząc ten tęsknó głos czułI 

jak mu przókró dreszcz przebiega wzdłuż pleJ

cówK 

kienawiść  człowieka  różniła  się  od 

nienawiści psaI lecz bóła może jeszcze bardziej 

zajadłaK  homplikowałó  ją  ponadto  inne 

uczuciaK Łączół się z nią nieokreślonó i 

przesądnó lękI  któró jac  Taggart  sam 

wóśmiewałI lecz któró go nie opuszczał ani na 

chwilęI tak samo jak woń agenta nie opuszczała 

nozdrzó _ariegoK 

_ari w pojęciu jac Taggarta bół nie tólko 

psemI  bół  d u c h e m   k e p e e s e >   Ta  móśl  

uparcie rosła w ciemnóm mózguK lbecnie nie 

bóło już dniaI bó nie  wspominał dziewczónó;  

nie  bóło    nocóI    bó  nie  widział      jej      twarzó      

we   śnieK   hiedóś   doznał   nawet wrażeniaI że 

słószó    jej    głos  w    zawodzeniu    wichruK  ^  

niespełna w minutę później ułowił w głębi boru 

wócie  psaK  ^ż  od  świtu  leżał  mu  na  sercu  

ołowianó ciężarK ptarał się go pozbóćK hurzół 

fajkę   tak długoI aż izba bóła pełna dómuK hlął 

_ariego i zamiećI ale nie  zdołał  odzóskać  

dawnejI  nieustraszonej  odwagiI   i kienawiść   

względem   psa   rosłaI   lecz   i   materialnó 

wzgląd przemawiał za róchłóm uśmierceniem 

goK hiedóś   we  śnie jac  Taggarta  dręczóła  

zmora;     potem     zaczęła  wiercić  mózg  i     o    

jasnóm dniuK  _ół prawie pewienW   auch 

kepeese każe  _ari emu niszczóć  jego sidła> 

mo pewnóm czasie  przestał opowiadać w 

faktorii o czarnóm wilkuI któró go okradaK  

    ptarannie ukrówał futra zniszczone kłami 

_ariego i w głębi duszó taił   swój   sekretK      

tóuczół   się   wszelkich   sposobów i 

podstępów od móśliwóch łowiącóch lisó i wilki 

na granicó barrenK mróbował trzech rozmaitóch 

truciznI jednej   tak   gwałtownejI   że   kropla   

jej   sprowadzała natóchmiastową  śmierćK  

Użówał  stróchninó w kapsułkach   

żelatónowóchI   w   tłuszczu   jeleniaI   w   łoju 

karibuI w wątrobie łosiej i nawet faszerował 

proszkiem mięso jeżozwierzaK mrzórządzając 

trutki maczał wpierw ręce w skromie  

bobrowómI bó usunąć własną wońK iisó i wilkiI 

a nawet kunó i gronostaje marłó zwabione 

przónętąI tólko _ari krążąc tuż w pobliżu nigdó 

jej nie dotknąłK t końcu stócznia jac Taggąrt 

zatruł już wszóstkie przónętó na całej liniiK Tu 

przónajmniej   osiągnął   jaki   taki   efektK   

ldtąd  _ari  nie tókał przónęt zjadając tólko 

żówe królikiK 

t tóm  czasie właśnie jac Taggart 

zobaczół  _ariego poraz  pierwszóK  lparł 

kiedóś  

fuzję  o  drzewo  i  znajdował  się  od  niej  w  

odległości  dwunastu  krokówK  jożna  bóło 

przópuścićI że _ari wie o tóm i przószedł 

zakpić z wrogaI gdóż skoro agent podniósł 

głowęI   _ari stał na tle  karłowatej  sosnóI  

oddalonó o niespełna sto jardówI błóskając 

białómi kłami i oczóma jak płonące węgleK 

aobrą chwilę jac Taggart patrzółI zamienionó 

w kamieńK To bół _ariK moznawał białą gwiazdę 

na piersiI białą plamę na uchu i serce łomotało 

mu jak młotK _ardzo wolno począł pełzać w 

kierunku fuzjiK pięgał właśnie po niąI gdó _ari 

znikł niczóm błóskawicaK 

tópadek  ten  nasunął  agentowi  pewien 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

pomósłK tótknął sobie nowó szlak poprzez 

kniejeI równoległó do linii sidełI lecz oddalonó 

od niej o dobre sto jardówK Tam gdzie bółó 

założone wnóki  lub pułapkiI nowó szlak 

skręcał gwałtownieI nibó ostrze klinaI tak że 

idąc po nimI można się bóło niepostrzeżenie 

zbliżyć do liniiK jae Taggart bół pewienI że 

dzięki owej strategii zdoła dostać psa na strzałK 

iecz i tóm razem przegrał haniebnieK 

waraz pierwszego dniaI gdó jac Taggart 

wóbrał się nowóm szlakiemI _ari trafił nań 

równieżK mrzez chwilę trwał  zdumionó i 

niepewnóK motem trzókrotnie biegał od starej 

drożónó do nowejK  treszcie wózbół się 

wszelkich wątpliwościK kowó szlak bół świeżó 

i pies ruszół śladem agenta z iac _ainK 

jac   Taggart   do  chwili   powrotu   ani  

podejrzewałK jak się rzeczó mająI dopiero gdó 

skręcił kuKD domowiI trop na śniegu zdradził mu 

prawdęK _ari odwiedził wszóstkie sidła bez 

wójątkuI zawsze wracając wzdłuż boku klinaK 

mo upłównie tógodnia jałowóch  wósiłkówI 

zasadzekI podchodzeń z wiatrem — okresuI 

gdó jac Taggart klął psa odchodząc niemal od 

zmósłów — olśniła go nowa móślI tak prostaI 

że nie mógł pojąćI iż wpadł na nią dopiero 

terazK 

ppiesznie wrócił do iac _ainK 

kazajutrz już o blasku ruszół w drogęK Tóm 

razem niósł tobół zawierającó tuzin mocnóch 

sideł wilczóch oraz królikaI któró poprzedniej 

nocó  wpadł  mu  we  wnókiK  oaz  po  raz  

niespokojnie spoglądał na nieboK _óło czóste 

aż do południaI gdó kłębó chmur wótoczółó się 

ze wschoduK t pół godzinó później upadłó 

pierwsze płatki śnieguK jac Taggart schwótał 

jedną śnieżónkę na wierzch rękawicó i obejrzał 

ją bacznieK _óła miękka i puszóstaK ooześmiał 

się z zadowoleniemK Tego mu właśnie bóło 

potrzebaK ao jutra rana sześciocałowa warstwa 

śniegu pokróje wszelkie śladóK ptanął przó 

ostatniej  z  rzędu  łapce  i  szóbko  wziął  się  do  

pracóK mrzede wszóstkim odrzucił zatrutą przóJ

nętę i zastąpił ją królikiemK motem jął 

rozmieszczać wilcze sidłaK Trzó ułożył tuż u 

wejścia do „chatónki?I gdóż tędó _ari musiał 

sięgnąć w głąbK mozostałóch    dziewięć 

rozproszół w kołoI jedno od drugiego oddalone 

o stopęI tak że gdó skończółI istnó kordon żeJ

laznó  pilnował  przónętóK  kie  umocował  

łańcuchów  N  do    pniI    lecz    luźno    puścił    w    

śniegK    _ół    pewienI    że  jeśli  _ari  zawadzi  o  

jedno sidłoI inne schwótają go równieżI więc i 

tak nie umknieK 

aokonawszó dzieła jac Taggart pośpieszół 

poprzez gęstniejącó mrok zimowego  

wieczora do schroniskaI   j _ół w siódmóm 

niebieK tiedziałI że tóm razem musi wógraćK mo 

drodze z iac _ain zatrzasnął wszóstkie sidłaK t 

żadnóm z nich _ari nie znajdzie żównościI aż 

trafi ostatecznie na żówego królika w 

„żelaznóm gnieździe?K 

Tej  nocó  spadło  siedem  cali  śniegu  i  

całó  światł  przówdział wspaniałą białą  

szatęK prebrna okiść zawisła na konarach i 

gałęziach; skałó i głazó dostałó siwe czapóK 

Śnieg pod nogami bół tak puszóstóI że 

wópuszczona z ręki kuropatwa tonęła aż do dnaK 

_ari wcześnie ruszół na linięK Tego ranka 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

bół bardziej  

ostrożnó niż zwókleI gdóż brakło mu znaków 

wótócznóch — śladów człowieka i jego woniK 

kapotkał pierwszą łapkę w pół drogi pomiędzó 

iac _ain a schroniskiemI w któróm czatował 

jac TaggartK Żelazo bóło puste i zatrzaśnięteK 

wwiedził inneI jedne po drugichW wszóstkie bółó 

pozbawione  przónętK  modejrzliwie  wciągnął 

powietrzeI  próżno  usiłując  ułowić  zapach 

człowieka lub woń dómuK 

lkoło  południa  dotarł  do  dwunastu 

zdradliwóch sidełI  

czekającóch nań z rozdziawionómi szczękami 

pod     głęboką    warstwą      śnieguK       aobrą     

minutę    tkwił  poza groźnóm  kręgiem 

nasłuchując  i  chłonąc  powietrzeK  aojrzał 

królika i chciwie kłapnął zębamiK wrobił jeszcze 

krokK  _ół  nadal  nieufnó;  z  jakowóchś 

nieokreślonóch  powodów  czuł  wiszącą  w 

powietrzu groźbęK  kiespokojnie szukał jej 

węchemI wzrokiem i słuchemK tokoło leżała 

wielkaI spokojna ciszaK monownie szczęknął 

kłamiK waskomliłK Coś działało mu na nervóóK 

^le gdzie się króło niebezpieczeństwoI jeśli nie 

mógł go ani zwietrzóćI ani dojrzeć\ 

w wolna okrążył „chatónkę?; okrążył ją 

jeszcze  dwukrotnieI  za  każdóm  razem 

zataczając ciaśniejsze kołoI aż wreszcie łapami 

dotókał niemal sidełK wnów stanął z uszami na 

płaskK momimo nęcącej woni królika coś 

w l e k ł o  go w s t e c z K  t następnej chwili 

bółbó odszedłI lecz wtem spoza „chatónki? 

dobiegł  szczurzó skrzek i  _ari zobaczół 

gronostajaI  bielszego niż  śniegiI żarłocznie 

rwącego świeże mięsoK 

ttedó zapomniał o złóch  przeczuciachK 

tarknął groźnieI lecz dzielnó małó drapieżnik 

ani móślał przerwać ucztóK 

f _ari skoczół wprost w „gniazdo?I które mu 

uwił jac TaggartK 

JIM CARVEL

 

kastępnego  ranka  _ush  jac  Taggart 

usłószał  szczęk  łańcucha  będąc  jeszcze 

oddalonó od „gniazda? o dobre pół miliK Czó to 

róś\  Czó rosomak\  Czó  _ari\  mrzebół 

pozostałą przestrzeń niemal biegiemI wreszcie 

dopadł wąskiej przesiekiI dającej dobró widokI 

i serce skoczóło w nim jak szaloneK tięc jedJ

nak schwótał wroga> wbliżył się mając na 

wszelki wópadek broń w pogotowiuK 

_ari leżał na boku ciężko dósząc z 

utrudzenia i dógocąc z bóluK Chrapliwó krzók 

tróumfu wódarł się z ust jae TaggartaK Śnieg 

wokół  „chatónki?  bół  twardo  ubitó 

szamotaniem psa i całó zbrukanó krwiąK hrew 

pochodziła przeważnie z póska _ariegoK f teraz   

jeszcze   silnie   broczółK   ptalowe   szczękiI   

ukróte  pod  śniegiemI  należócie  spełniłó 

zadanieK rjęłó jedną z przednich łap psa 

powóżej pierwszego stawu i obezwładniłó mu 

obie tólne nogiK Czwarte sidło chwóciło go za 

bok  i  uwalniając  się  z  tego  żelaza  _ari  wóJ

szarpał sobie płat skóró wielkości połowó 

dłoniK Śnieg mówił o jego rozpaczliwej walceI 

trwającej  całą  noc;  skrwawionó  pósk 

świadczółI  z  jakim  wósiłkiem  próbował 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

zmiażdżyć lub rozerwać żelazne kleszczeK ldJ

dóchał ciężkoK lczó miał nalane krwiąK gednak 

pomimo tólogodzinnej męczarni duch się w 

nim  nie  załamałK       iedwie       dojrzał    jac      

TaggartaI      usiłował      się  porwać  na  nogi;  

potem przó warował w śnieguK mrzednie łapó 

prężył sztównoI głowę i barki uniósł ku górzeI  

a   warczenie jego  przópominało  dzikością  

warczenie tógrósaK   waledwie w odległości 

paru metrów stał twór znienawidzonó bardziej 

niż plemię wilczeK ^ on bół bezsilnó> 

azikie warczenie nie przerażało już teraz 

agentaK aoskonale zdawał sobie sprawę z 

niemocó psaK  w tróumfalnóm  uśmiechem 

oparł karabin o drzewoI ściągnął rękawice i 

począł  ładować fuzjęK aługo oczekiwał tej 

chwili zwócięstwa — widoku tortur powaJ

lonego wrogaK moczątkowo zamierzał posłać 

psu kulęK ^le to bóło lepszeW patrzećI jak kona 

godzinamiI  drwić  zeń  i  drażnić  goI 

przechadzać się wkoło słuchając szczęku 

łańcuchówI  podczas gdó piesI  ociekającó 

krwiąI wókręcać będzie umęczone ciałoI bóle 

przeciwnika nie spuścić z oczuK iubował się 

zemstą tak daleceI że nie usłószał za sobą 

cichego skrzópu rakietK aopiero dźwięk głosu 

męskiego kazał mu się szóbko odwrócićK 

Mężczózna bół obcó i młodszó od jac 

Taggarta o lat dziesięćK t każdóm razieI 

pomimo krótkiej  blond  brodóI  wóglądał 

najwóżej na lat trzódzieści pięć lub sześćK 

Twarz miał tego rodzajuI że przeciętnó 

człowiek  polubiłbó  go  od  pierwszego 

wejrzenia  —  męskąI  a  jednocześnie 

chłopięcąI  o  jasnóch  oczach  patrzącóch   

szczerze   spod   futrzanego   otoku   czapkiK 

     we szczupłejI  żólastej postaci  przópominał 

fndianinaI  choć  rósom  brakło  surowej 

szorstkości leśnóch ludziK 

jac Taggart jednak wiedział od razuI że to 

człowiek tutejszóI ciałem i sercem zrosłó z 

głusząK kosił czapę z futra wódró i długi 

płaszcz z miękko wóprawionej skóró karibuI 

przeciągniętó  w pasie  szarfą  zdobną  w 

indiańskie frędzleK hurtka bóła podbita futremK 

mosługiwał się rakietami o smukłóm kształcieI 

właściwóm w zalesionej okolicóK ka plecach 

niósł niewielkiI ciasno zwiniętó pakunek; fuzję 

miał ukrótą w pokrowcuK ld kaptura po rakietó 

śnieżne wszóstko świadczóło o długiej drodzeK 

jac Taggart gotów bół na oko zarózókować 

twierdzenieI że obcó zrobił tósiąc miz w ciągu 

ostatnich kilku tógodniK 

^le  bónajmniej  nie  to  spostrzeżenie 

wówołało wzdłuż jego pleców niemiłó dreszczI 

lecz nagła obawaI że w jakiś tajemniczó sposób 

przenikła na południe część prawdó o dramacie 

nad draó ioon i że ten z daleka idącó 

podróżnik nosi pod płaszczem ze skóró karibu 

znak hrólewskiej honnej molicjiK lgarnęło go 

po prostu przerażenie i oniemiał na chwilęK 

lbcó  wódał  poprzednio  tólko  okrzók 

zdumienia; teraz rzekł nie spuszczając oczu z 

_ariegoW 

—  ^leż pan tego biedaka urządził> 

t głosie jego bóło cośI co uśmierzóło 

trwogę agentaK kie brzmiała w nim żadna 

podejrzliwośćK wauważył przó tómI iż obcó 

bardziej jest zajętó psem niż nim samómK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

ldetchnął głębokoK 

— włodziej sideł> — rzekłK 

lbcó obserwował _ariego jeszcze pilniejK 

mołożył fuzję na śniegu i przósunął się bliżejK 

—  ^leż to pies> — wókrzóknąłK 

jac  Taggart  obserwował  go  z  tółu 

wzrokiem łasicóK 

— TakI pies> — odparłK — aziki pies i co 

najmniej półkrwi wilkK kapsuł mi tej zimó 

futer na tósiąc dolarówI a może i więcej> 

lbcó kucnął przed _arimI  opierając na 

kolanach  

urękawiczone dłonie i błóskając w uśmiechu 

białómi zębamiK 

| Tó biedaku>   — rzekł ze współczuciemK  

— gesteś więc złodziejemI hę\ tórzutkiem 

społeczeństwa\ f  policja  cię schwótała\ 

mrawdę mówiącI z jej stronó  

gra bóła nie całkiem uczciwaK 

tstał i zwrócił się do jac TaggartaK 
—  fle ja się z nim namęczółem> — tłumaczół 

agent 

czerwieniąc się lekko pod upartóm 

wejrzeniem błęJ j kitnóch  oczuK   oaptem  

nabrał  fantazjiW  —  f  będzie tu zdóchał 

powolutku> aam mu konać z głodu i gnić w 

żełazach za to wszóstkoI co mi zrobił> — modjął 

z ziemi karabin i dodał nie spuszczając obcego 

z oczuI N a palcem muskając spustW — gestem 

_ush jac TagJf gartI wspólnik faktorii w iac  

_ainK  Czó pan idzie w tamtą stronę\ 

—  marę milK rdaję się dalejI na granicę 

wielkiego barren> 

jac Taggart uczuł znów niemiłó dreszczK 
—  rrzędowa sprawa\ J— 
zagadnąłK lbcó skinął 
gołwąK 

—  Czó może policja\ — nacierał jac 

TaggartK 

 

—  ko  takI  oczówiścieI  policja>  — rzekł 

obcó paJN trząc prosto w oczó agentaK — ^ 

terazI panieI jako o wielką grzeczność wobec 

prawaI  poproszę o kulę j w łeb dla tego 

stworzeniaI nim ruszómó dalejK rczóni pan to 

samI czó ja mam strzelić\ 

—  mrawo kniei każeI bó złodziej sideł gnił 

w  tóch  sidłach>  —  odparł  agentK  —  ^  to  

zwierzę jest istnóm diabłemK kiech pan tólko 

słucha> 

pzóbkoI a mimo to nie opuszczając żadnego 

ważnego szczegółuI opowiedział o walce z 

psemW o tómI jak zawodziłó najstaranniej 

opracowane planóI i o wściekłóm sprócie 

bestiiI którą mu się wreszcie powiodło ułowićK 

—  To  diabeł>  —  zakończół  z  pasjąK  —  ^  

terazI jak pan sądziI ma zginąć zaraz od kuliI 

czó też gnić tu na rató\ 

lbcó patrzół  na  _ariegoK  Twarz miał 

odwróconą od jac TaggartaK ozekłW 

— modejrzewamI iż ma pan racjęK kiech 

diabeł ginieK geśli pan wraca do iae _ainI 

zrobimó część drogi razem> 

modjął z ziemi karabinK jac Taggart ruszół 

przodemK mo upłówie godzinó obcó stanął 

wskazując na północW 

— mrosto tędóK aobróch pięćset mil — rzekł 

tak spokojnieI jakbó jeszcze dziś wieczór miał 

bóć w domuK — możegnam pana tutajK 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

kie podał agentowi rękiI lecz odchodząc 

rzuciłW 
— joże pan donieśćI że gohn jadison tędó 

przechodziłK 

hroczół później dobre pół godzinó wprost na 

północ poprzez głęboki bórK motem skręcił na 

zachódI a uszedłszó dwie mile zawrócił pod 

ostróm kątem na południe i nim minęła godzina 

od pożegnania z jac TaggartemI po raz wtóró 

kucnął w śniegu niemal na odległość ręki od 

pojmanego psaK 

f mówiłI jakbó miał przed sobą ludzką istotęW 

— ^ więc oto czóm bółeśI staróI złodziejemI 

hę\ tórzutkiem społeczeństwa> f w ciągu dwu 

miesięcó woKdziłeś za nos tego draba> f za toI 

żeś od niego sprótniejszóI chceI bóś tu konał jak 

najwolniejK  tórzutku  społeczeństwa>  — 

parsknął 

nagle 

śmiechemI 

lubianóm nawet przez zwierzętaK — homedia> 

mo winniśmó sobie ręce podaćI staróI jak _oga 

kocham> gesteś poza prawemI jak mówił tamten 

tópK CóżI ja także> mowiedziałemI że nazówam 

się gohn jadisonK kieprawdaK gestem gim 

CarvelK  f  bąknąłem  tólko 

słowoW policjaK Tu już nie ma kłamstwa> jóśii o 

mnie całe bractwoI szuka mnie całe bractwoI 

szuka mnie każdó policjant pomiędzó zatoką 

eudsona a jackenzieK aaj łapęI staró> gesteśmó 

w jednej łodzi> oadI że cię spotkałemK 

 
 
WYBAWCA

 

gim Carvel wóciągnął rękę i warknięcie 

wzbierające już w gardle _ariego zamarłoK 

Człowiek uniósł się na nogiK ptał patrząc w 

kierunku obranóm przez jac Taggarta i 

chichotał radośnieK motem znów spojrzał na 

_ariego; w oczach i w lśnieniu białóch zębów 

bóło współczucie i przójaźńK tótwarzał wokół 

siebie atmosferę rozjaśniającą nawet chmurnó 

dzieńI przódającą ciepła chłodnemu powietrzuK 

_ari to wóczuł> mo raz pierwszó od chwili 

nadejścia  ludzi  rozluźnił  napięte mięśnieK 

drzbiet mu zmiękł; zębó poczęłó szczękać z 

osłabienia  i  bóluK Temu człowieJI kowi 

zdradzał swoją niemocK t krwią nalanóch 

oczachI którómi obserwował wędrowcaI bół 

wóraz strasznego cierpieniaK f gim Carvel 

ponownie wóciągnął rękęI tóm razem znacznie 

bliżejK 

—  _iedaku>   —  rzekł  poważniejącK   —  
_iedaku> 

_ari przójął te słowa jak pieszczotęI 

pierwszą doznaną od strató kepeeseK wniżył 

łebI aż pósk legł mu na śnieguK Carvel widział 

krew płónącą ze szczęk psaK 

—  _iedaku> — powtórzółK 

tósunął   rękę   bez   trwogiK   jiał   w   

sobie   ufność f wielkiej szczerości i wielkiego 

współczuciaK aotknął łba   _ariego   i   

poklepał   go   braterskim   gestemI   po czóm 

nieco ostrożniej opuścił dłoń ku przedniej łapie 

schwótanej w sidłaK _ari na pół przótomnie 

usiłował pojąćI co się dziejeI lecz zrozumiał 

prawdęI dopiero f gdó żelazo się otwarło i mógł 

cofnąć okaleczoną nogęK ttedó uczónił cośI co 

dotąd robił jedónie w stoJ | sunku do kepeeseK 

oaz jeden wósunął gorącó jęzók i polizał dłoń  

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

CarvelaK  Człowiek roześmiał sięK  moJ i 

tężnómi rękami otworzół inne żelaza i _ari bół 

wolnóK marę chwil pies leżał bez ruchu 

wlepiając oczó w swego wóbawcęK Carvel 

przósiadł na zawalonóm N śniegiem pniu 

brzozó i ładował fajkęK _ari obserwowałI jak 

się tótoń zapala; łowił z zainteresowaniem 

pierwszó czerwonó kłębek dómu wóchodzącó z 

ust CarvelaK CzłowiekI siedząc zaledwie w 

odległości paru metrówI uśmiechnął się do 

_ariegoK 

— teź nerwó w garśćI staró chłopie> — 

zachęcałK — Żadnej kości złamanej> Tólko łapó 

trochę sztówne> joże bóśmó lepiej ruszóli\ 

wwrócił  twarz  w kierunku  iac _ainK 

modejrzewałI że jac Taggart gotów wrócićK 

_óć może to samo podejrzenie gościło w 

mózgu _ariegoI gdó bowiem Carvel spojrzał 

nań ponownieI pies stał już na łapach i chwiejąc 

się  niecoI  usiłował  odzóskać  równowagęK  t  

następnej chwili mężczózna zrzucił pakunek z 

pleców i otworzół goK w wnętrza dobół kawał 

świeżegoI czerwonego mięsaK 

— wabiłem dziś rano> — tłumaczół _ariemuK 

— _ocznó jeleńI delikatnó jak kuropatwaK ^ to 

polędwicaI najmiększaI jakąś w żóciu widziałK 

ppróbuj tólko>  

Cisnął _ariemu mięsoK _ari przójął dar bez 

wahaniaK _ół głodnóI a żówność pochodziła z 

przójaznej rękiK pzczęki poczęłó rwać i gróźćK 

mosiłek wlał mu w żyłó nowe ciepłoI lecz 

jedząc ani na chwilę nie spuszczał z Carvela 

zaognionóch oczuK jężczózna znów umocował 

plecak na ramionachK Teraz wstałI podjął z 

ziemi karabinI włożył rakietó i zwrócił twarz ku 

północóK 

— mójdźI chłopcze> — rzekłK — Czas ruszać 

w drogę> 

_óło to obojętne zaproszenieI jakbó ci dwaj 

dawno chodzili razemK _rzmiała w nim tólkoI 

bóć możeI lekka nuta komendóK _ari się 

zdziwiłK aobre pół minutó tkwił bez ruchuI 

obserwującI jak się Carvel oddalaK tstrząsnął 

nim nerwowó dreszcz; zwrócił  łeb w kierunku 

iac _ainK motem znów spojrzał na Carvela i 

zaskomlił  cichoK  Człowiek  miał  właśnie 

zniknąć w gęstej jedlinieK mrzóstanął i obejrzał 

sięK 

—  fdzieszI staró\ 

kawet z tej odległości _ari widział na jego 

twarzó  przójaznó    uśmiech;    dostrzegł   

wóciągniętą   dłońI   a głos wzbudził nowe 

uczucieK t niczóm nie przópominał głosu 

mierrota; _ari nigdó nie lubił mierrotaK ^le 

różnił się także od miękkiej mowó kepeeseK 

_ari znał dotóchczas zaledwie paru mężczózn i 

do wszóstkich  odnosił się z niechęcią i 

niedowierzaniemK iecz ten głos go rozbroiłK 

_ół prawdziwie kuszącóK  jiał ochotę go 

usłuchaćK wapragnął raptem iść u samej nogi 

obcego człowiekaK mo raz pierwszó w żóciu zaQ 

pragnął męskiej przójaźniK kie ruszół sięI nim 

CatĄ  vel nie wszedł międzó jodłóK motem 

podążył jego ślademK 

Tej nocó rozbili obóz w gęstej kępie jodeł i 

cedrówI o dziesięć mil na północ od rewiru 

_ush jac TaggartaK Śnieg sópał dwie godzinó i 

pokrół wszóstkie śladóK mrószóło i terazI lecz 

ani jeden płatek białej zamieci nie zdołał 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

przelecieć  przez  gęstą  kopułę  splecionóch 

konarówK  darvel  ustawiło  swój  malutki 

jedwabnó namiot i rozpalił ogień; spożóli już 

kolację?; i _ari leżał płasko na brzuchuI prawie 

na odległość ręki od wędrowcaI obserwował go 

bacznieK CarvelI plecami wspartó o drzewoI z 

rozkoszą ćmił fajkęK moprzednio zrzucił kaptur i 

płaszcz i w świetle płomieni wóglądał na 

młodego chłopcaK iecz zarósz szczęk pozostał 

po  dawnemu  twardóI   a  oczó  czujnei  i  

przenikliweK 

—  pwoją  drogą  przójemnie  jest  mieć  z  kim  

pogawędzić> — mówił do _ari egoK — 

mrzójemnie zwierzóćz się komuśI kto rozumie 

wszóstko i umie milczeć; Czó zdarzóło ci się 

kiedó mieć ochotę wóć i nie; śmieć dobóć 

głosu\ _o właśnie ze mną tak bów kieraz aż 

we łbie mi się kręciłoI tak strasznie chciaG łem 

mówićI a nie miałem do kogo> 

watarł ręce i wóciągnął je w stronę ogniaK 

_ar| obserwował ruchó mężczóznó i łowił 

chciwie każdóz dźwięk padającó z jego wargK 

t oczach miał teraa nieme uwielbienieI a pod 

tóm wejrzeniem Carve| czułI jak mu się ciepło 

robi na sercuK oaptem piel przóczołgał się do 

samóch nóg człowieka i wtedó

N

>  Carvel 

wóciągając rękę poklepał ciemnó łebK 

—  wbrodniczó  tóp  ze  mnie>  —  zachichotałK  

— Czó chcesz  wiedziećI co zaszło\ — 

przeczekał chwilęI a _ari obserwował go 

uparcieK — tięc widzisz — mówił poważnieI 

jakbó do człowieka — to bóło pięć lat temuK 

Właśnie pięć lat minęło w grudniuI przed 

dwiazdkąK jiałem ojcaK jorowó chłop bół 

mój ojciecK jatki już nieI tólko ojcaI a takeśmó 

się zżóli ze sobą jak jedna duszaK mojmujesz\ 

Aż zjawił się taki podłó skunksI imieniem 

eardóI i zastrzelił ojca pewnego dniaI że to bóli 

odrębnóch  poglądów  w  po 

litóceK  jordI  prawda\  ^  jednak  go  nie  

powiesili> kieI proszę panaI nie powiesili tego 

śmierdziela> jiał zbót wielu przójaciół i zbót 

dużo pieniędzóI toteż dostał tólko dwa lata 

domu poprawczegoK ^le do tego domu nie 

trafiłI jak _oga kocham> 

tóginał dłonieI aż trzeszczałó stawóK aumnó 

uśmiech opromieniał jego twarzI oczó odbijałó 

blask płomieniaK _ari westchnął głęboko — 

zupełnie przópadkowo — jednak chwila stała 

się jeszcze bardziej uroczóstaK 

— kieI nie trafił do domu poprawczego> — 

ciągnął Carvel uparcie patrząc na psaK — tiesz 

pewnieI staróI co mam na móśli\ awa lata 

tólkoKKK hto wieI może wópuszczono bó go już 

po rokuI a tuI mój ojciec — w grobie> tięc 

poszedłem  do  gmachu  sądu 

i w obliczu całej tej bandó; prokuratoraI 

obrońcóI 

świadków  i  przójaciółI 

z a s t r z e l i ł e m   go>  f  uciekłem>  pkoczółem  

przez oknoI nim się opamiętaliI zapadłem w las 

i odtąd stale włóczę się po świecieK Tamtego 

lata  przópadek  dopomógł  mi  w dziwnó 

sposób — właśnie kiedó policja deptała mi po 

piętach i perspektówó bółó jak najgorszeK t 

krainie oeindeerI tam gdzie bóli pewniI że mnie 

osaczonoI policjanci znaleźli zwłoki topielcaK 

Ten ktoś podobnó bół do mnie tak daleceI iż 

pochowali  go  pod  moim 

imieniemK watemI rozumieszI oficjalnie — nie 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

żóję> kie potrzebuję się niczego obawiaćI jak 

długo nikt mnie nie poznaK ^ jakie jest twoje 

zdanieI co\ 

mochólił  się   ku  przodowi   czekając   

odpowiedziK 

_ari słuchał pilnieK _óć może zrozumiał na 

swój f sposóbK iecz teraz uszu jego dobiegł 

innó dźwiękI nie tólko głos CarvelaK w łbem 

przólepionóm do ziemi łowił go zupełnie 

wóraźnieK waskomlił kończąc warczeniem tak 

głuchómI że Carvel je pochwóciłK jężczózna 

wóprostował sięK treszcie wstał i skierował 

wzrok na północI _ari tkwił obokI całó zjeJ

żonóI na sztównóch łapachK 

— Twoi krewniI staró> tilki> 

f wszedł do namiotu po naboje i karabinK 

OKROPkA kOC

 

_ari stał sztównoI nibó wókutó z głazuI gdó 

Carvel wószedł z namiotuK aobrą chwilę 

człowiek badawczo obserwował zwierzęK Czó 

pies odpowie na zew stada\ Czó należó do 

niego\ Czó odejdzie\ tilki nadciągałó bliżejK 

kie zataczałó kołaI jak bó to uczónił karibu lub 

jeleńI  lecz  szłó prosto jak strzelił na 

obozowiskoK Carvel bez trudu pojął przóczónęK 

t ciągu całego popołudnia łapó _ariego 

pozostawiałó a na śniegu woń krwi i wilki 

musiałó się na nią natknąć w głębi boruI gdzie 

pod drzewami śnieg nie przósópał śladówK 

Carvel się nie bałK kiejednokrotnie w ciągu 

pięJ j cioletniej włóczęgi pomiędzó górami a 

jorzem ^rJktócznóm miał z wilkami do 

czónieniaK oaz omal nie zginął; ale to bóło na 

otwartóm barrenK azisiejszej nocó miał ogieńI 

a gdóbó mu zabrakło paliwaI w pobliżu stało 

drzewoI na które się mógł wspiąćK gedóną jego 

troską bół obecnie _ariK Toteż rzekł j głosem 

jak najbardziej obojętnómW 

— kie odejdzieszI prawdaI staró\ 

geśli nawet _ari usłószał goI w żadnóm razie 

nie N dał   

tego  poznać  po  sobieK  iecz  Carvel  
obserwując go badawczo spostrzegłI iż sierść na 
karku psa zjeJżyła się bojowoI  po czóm 
usłószał rosnące z wolna t gardle _ariego 
nienawistne warczenieK t swoim czasie 
podobnó dźwięk osadzał na miejscu jac TagJ
gartaK CarvelI przełamując fuzjęI bó stwierdzićI 
że naboje są w porządkuI zachichotał radośnieK 

_ari musiał ułowić ten  uśmiechK joże 

zrozumiał go na swój sposóbK t każdóm razie 

odwrócił  raptem  głowę  i  z  uszami 

przólepionómi  do  czaszki  spojrzał  na 

towarzószaK 

tilki milczałó terazK Carvel wiedziałI co to 

znaczóI i rozglądał się uważnieK t ciszó 

odsuwanó  bezpiecznik  fuzji  szczęknął 

metalicznieK aobre parę minut nie słószeli nic 

prócz trzasku ogniaK oaptem _ari skoczół 

wsteczK Teraz patrzół w gęstwinę za plecami 

CarvelaI mając łeb na równóm poziomie z 

grzbietem i kłóI długie na calI wószczerzone 

groźnieK 

Carvel skręcił błóskawicznieK ToI co ujrzałI 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

napełniło go niemal przerażeniemK awoje oczuI 

płonącóch  zielonóm  ogniemI  obok  jeszcze 

dwoje i jeszczeI tak wieleI że nie sposób bóło 

zliczóćK hurczowo wciągnął powietrzeK _ółó to 

jakbó ślepia kotaI tólko znacznie większeK 

kiektóreI łowiąc w pełni blask ogniaI gorzałó 

czerwono; inne lśniłó zielono i błękitnieK 

pzóbkim wejrzeniem objął czarnó krąg boruK 

Tu również bóło ich pełno; patrzółó zewsząd; 

najgęściej jednak migałó tamI gdzie je najpierw 

zobaczółK  Chwilowo  Carvel  zapomniał  o 

_arimI  zaskoczonó  śmiertelnóm  wieńcem 

opasującóm obózK _estii bóło co najmniej 

pięćdziesiątI może stoI nie bojącóch się niczego 

prócz  ogniaK  kadbiegałó bezszelestnie nie 

trąciwszó żadnej suchej gałęziK ddóbó się to 

zdarzóło późniejI w czasie snuI a ogień bó 

wógasłKKK 

Carvel wzdrógnął się i na chwilę przestał 

panować  nad  nerwamiK  moprzednio  nie 

zamierzał strzelaćI chóba z koniecznościI lecz 

teraz fuzja sama skoczóła mu do ramienia i 

posłał deszcz kulI tam gdzie oczó płonęłó 

najgęściejK _ari wiedziałI co oznacza strzałI i 

pełen dzikiej chęci zatopienia zębów w gardle 

wroga  dał  szalonego  susa  w  mrokK  Carvel  

krzóknął  zdumionóK  rłowił  błósk  ciała 

_ariego; widziałI jak ciemność je pochłaniaI i 

w tej samej chwili usłószał okropnó szczęk 

kłów oraz chrzęst walczącóch ciałK mrzebiegł go 

dreszczK mies przópuścił atak sam jedenI a wilki 

czekałóK oezultat bół niewątpliwóK gego czwoJ

ronogi towarzósz wpadł wprost w paszczę 

śmierciK 

w  mroku  dobiegało  chciwe  kłapanieK 

Cervelowi zrobiło się mdłoK tbił w śnieg pustą 

fuzję kolbą w dółI natomiast wórwał zza pasa 

ciężki coltK Trzómając rewolwer na wósokości 

oczu dał nurka w ciemnośćI z dzikim krzókiemI 

któró można usłószeć o milę w krągK kacisnął 

spust wópróżniając całó magazón ffl tłum 

walczącóch bestiiK jiał osiem kul; wósłał je 

wszóstkie  i  wtedó  dopiero  cofnął  się  w  obręb  

światłaK 

kasłuchiwał  oddóchając  głębokoK  kie 

widział już jarzącóch ślepi ani nie łowił 

chrzęstu ciałK oaptowJność i zaciekłość jego 

napaści przeraziła wilki i stado umknęłoK ^le 

pies\ mowstrzómał oddech i jeszcze bardziej 

wótężył  wzrokK  gakiś  cień  pełzł  w  stronę 

świetlnego kołaK _ół to _ariK Carvel skoczół ku 

niemuI wziął na ręce i przóniósł do ogniskaK 

Długi czas jeszcze spoglądając na _ariego 

miał w oczach zdumione pótanieK kabił broń na 

nowoI ale z plecaka dobół trochę białóch szmatI 

którómi przewiązał trzó czó czteró najgłębsze 

ranó no noJ| gach psaK f pótał raz po razI nic nie 

rozumiejącW 

— CoI u diabłaI kazało ci to zrobić\ Co tó 

masz do wilków\ 

kie spał całą nocI tólko pilnował obozuK 

mrzógoda  z  wilkami  rozproszóła  resztę 

nieufności pomiędzó człowiekiem a psemK t 

ciągu wielu następnóch dniI gdó z wolna 

wędrowali  na  południoJzachódI  Carvel 

pielęgnował _ariego takI jakbó się troszczół o 

chore dzieckoK we względu na ranó psa robił 

jedónie parę mil na dobęK _ari rozumiał i rosła 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

w nim coraz mocniej miłość do tego człowieka 

o rękach równie delikatnóch jak ręce kepeese i 

glosie niosącóm ciepłą pieszczotę przójaźniK 

kie bał się już mężczóznó ani go podejrzewał o 

jakieś ukróte zamiaróK 

Carvel ze swej stronó obserwując psa 

spostrzegł pewne ciekawe szczegółóK mustka 

otaczającej  kniei  i  ogromna  samotność 

pozwoliłó  mu  poświęcać  wiele  uwagi 

drobiazgomK kiektóre faktó zainteresowałó go 

głębokoK flekroć stawali w drodzeI _ari obracał 

póskiem na południe; jeśli rozbili obózI pies 

najczęściej chwótał południowó wiatrK _óło to 

zupełnie zrozumiałe dla CarvelaI któró sądziłI 

że tam leżó dawnó teren móśliwski _ariegoK 

iecz w miarę jak dni mijałóI zanotował coś 

jeszczeK ld czasu do czasuI patrząc wstecz ku 

ziemiI z której właśnie przószliI _ari skomlił 

cicho wókazując potem silnó niepokójK kie 

zdradzał nigdó chęci porzucenia CarvelaI ale 

człowiek upewniał się coraz bardziejI że jakiś 

nieznanó zew woła psa na południeK 

Carvel miał zamiar iść ku dreat plaveI około 

ośmiuset mii na północnoJzachódI i dotrzeć 

tam przed porą roztopówK ptamtądI gdó ruszą 

lodóI chciał się przedzierać czółnem na zachódI 

do rzeki jackenzie i ostatecznie trafić w góró 

holumbii _rótójskiejK t lutóm zmienił planK 

t okolicó jeziora tholdaia schwótała ich 

śnieżna zamieć i gdó przószłość przedstawiała 

się jak najsmętniejI Carvel po omacku trafił na 

chatę stojącą w głębi świerkowego boruK t 

chacie leżał umarłóK pkonał od dawnaI gdóż 

ciało bóło sztówne i zakrzepłeK Carvel wópalił 

jamę w ziemi i pochował trupaK 

Chata okazała się istnóm skarbem dla 

_ariego  i  CarvelaK  kajwidoczniej  prócz 

właścicielaI któró umarłI nie miała żadnóch 

innóch  mieszkańcówK  _óła  urządzona 

wógodnieI zaopatrzona w żównośćI a ponadto 

właściciel jej złowił wiele cennóch futerI nim 

mu mróz nadwerężył płucaK Carvel przejrzał 

skóró uważnie i radośnieK t każdej faktorii 

warte  bółó  tósiąe    dolarów    i      nie      widział     

powoduI   dla  którego 

nie miałóbó obecnie zostać jego własnościąK t 

ciągu tógodnia oczóścił zawianą śniegiem linię 

sideł nieJN boszczóka i łowił już na własnó 

rachunekK 

aziało się to o dwieście mil na północoJ

zachódl  od draó ioonK  tkrótce Carvel 

zauważyłI że _ari nasłuchując zewu zwraca się 

nie wprost na południeI> lecz na południoJ

wschódK Tómczasem z każdą dobąl słońce 

wóżej wisiało na niebieI powietrze stawało> się 

cieplejszeI a śnieg pod nogami miękłK traz zj 

nadejściem  wiosnó _ariego ogarnęła nowa 

tęsknota;z wzówałó go samotne grobó draó 

ioonI spalona chaJN taI opuszczone tepee  na 

polance iKKK kepeeseK te śnie> majaczóło mu to 

wszóstkoK płószał niski głos dziewJf czónóI 

czuł dotók jej rękiI bawił się z nią w ciemnej 

głębi lasuI a CarvelI nieraz uparcie obserwując 

śpiąJz  cego  psaI  usiłował  pojąćI  co  się  z  nim  

dziejeK 

t kwietniu Carvel zarzucił na plecó pęk 

futer i ruszół z nimi do faktorii hompanii 

watoki eudsoJna y stojącej jeszcze dalej na 

północóK _ari towarzószół mu pół drogiI po 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

czóm — znikłI lecz Carvel wróciwszó o 

zmroku  do  cható  zastał  już  tam  psaKj  _ół  tak  

uszczęśliwionóI że objął  łeb _ariego i mocnoj 

przótulił go do piersiK mozostali razem do majaI 

gdó pąki poczęłó już nabrzmiewać i z ziemi 

biła wońj nowego istnieniaK 

mewnego  dnia  Carvel  znalazł  pierwszó  

pierwiosnekK Tejże nocó spakował swój plecakK 

— Czas  nam  w  drogę>   —  oznajmił  _ari 

emuK  — fKKK zmieniłem zdanieK fdziemó tam> 

tskazał dłonią południeK 

kAa GoAv illk

 

Carvel rozpoczónając wóprawę na południe 

bół w dziwnóm usposobieniuK kie wierzół w 

przeczucia dobre lub złeK mrzesądó grałó w 

jego żóciu  rolę  nieznacznąK  iecz  bół 

obdarzonó naturą pełną ciekawości i chęcią 

przógódI a lata samotnej włóczęgi rozwinęłó  

w   nim   trzeźwó   pogląd   na   rzeczóK 

tiedziałI że jakaś nieodparta siła wlecze 

_ariego na południe; że ciągnie go nie tólko w 

pewnóm kierunkuI  lecz i do określonego 

miejscaK _ez  wóraźnóch  powodów sótuacja 

poczęła  go interesować coraz  bardziejI  a 

ponieważ strata czasu nic go nie kosztowałaI bo 

nie  miał  żadnóch  specjalnóch  planówI 

postanowił dokonać doświadczeniaK t ciągu 

pierwszóch dwu dni znaczół podług kompasu 

drogę psaK pzła wprost na południoJwschódK 

Trzeciego ranka Carvel rozmóślnie skręcił na 

zachódK tkrótce zauważył w _arim wóraźną 

zmianęW początkowo niepokójI a potem smętnó 

wóglądI z jakim pies trzómał się jego piętK 

lkoło dwunastej Carvel ostro zwrócił na 

południe i niemal natóchmiast _ari odzóskał 

dawną wesołośćI raźnie wóprzedzając panaK 

ldtąd  w  ciągu  trzech  dni  Carvel  dążył 

śladem _ariegoK 

—  _óć  może  dureń  ze  mnieI  staró  —  

tłumaczół pewnego wieczoraK — ^le widzę w 

tóm rozrówkęK wresztąI tak czó inaczejI muszę 

gdziekolwiek przeciąć tor kolejowóI nim trafię 

w góróI więc co za różnica\ dodzę się na 

wszóstko  tak  długoI  dopóki  mnie  nie 

zaprowadzisz do tego jegomościa z iac _ainK 

Tólko o co ciI u diabłaI chodzi\ Czó szukasz 

jego linii sidełI bó się zemścić\ geśli taki jest 

twój planKKK 

tódmuchał  kłąb  dómu  badawczo 

obserwując psaI a _ariI z głową złożoną 

międzó przednie łapóI odpowiadał mu długim 

wejrzeniemK 

t tódzień później _ari dał odpowiedź na 

pótanie Carvela skręcając na zachódI tak bó w 

przózwoitej odległości  wóminąć  iac _ainK 

_óło wczesne popołudnieI gdó przecięli szlakI 

wzdłuż którego zimą _ush  jac Taggart 

rozmieszczał swoje sidłaK  _ari  szedł bez 

przerwóK aążył wprost na południe tak szóbkoI  

że  ginął  nieraz  z  oczu  CarvelaK   _ół   całó 

ogarniętó  hamowanómI  lecz  mimo  to 

widocznóm podnieceniem i skomliłI ilekroć 

Carvel przóstawał dla odpoczónkuI nieustannie 

łowiąc  nosem  wiatr  południowóK  tiosnaI 

kwiatóI zieleń murawóI śpiew ptakówI słodócz 

powietrza — cofałó go ku temu „wczoraj?I gdó 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

należał do kepeeseK t jego nie rozumującóm 

mózgu zima przestała istniećK mierzchłó bez 

śladu długie miesiące głodu i chłoduK tróciłó 

ptakiI kwiató i błękitne nieboI a wraz z nimi 

musiała wrócić także kepeese i czeka teraz 

poza ową frędzlą boruK 

auszą Carvela owładnęło już coś więcej niż 

zwókła  

ciekawośćK kim dotarli do stawu bobrówI całó 

bół  pochłoniętó  tajemniczością  dziwnej 

przógodóK ld żeremi _ari wiódł go brzegiem 

rzeczułkiI gdzie czarnó niedźwiedź takajo 

łowił niegdóś róbóI a stamtąd wprost ku draó 

ioonK 

_óło wczesne południe i dzień pogodnó jak 

rzadkoK t  

ogromnej ciszó wezbrane wodó wiosenneI 

bełkocząc i szemrząc tósiącem strużek i 

potokówI napełniałó lasó ciemną gędźbąK t 

ciepłóm słońcu gorzałó pnącze bakniszK  ka 

otwartóch  przestrzeniach  dószała  woń 

pierwiosnkówK tśród gałęzi drzew i krzewów 

skojarzone w paró ptactwo wiło swoje gniazdaK 

mo długim śnie zimowóm przóroda święciła 

bujne przebudzenieK 

_ół  rnekepesim,  jiesiąc dodówI miesiąc 

domowóch 
pieleszóI  _ari  wracał  do  domuK  kie 

towarzószki  żócia  szukałI  lecz  kepeeseK 

tiedziałI że ją teraz znajdzieI może na skraju 

parowuI gdzie ją widział po raz ostatniK _ędą 

wkrótce igrać razemI  tak  jak  wczorajI 

przedwczoraj i dawniej jeszczeI więc szczeJ

kałI pełen radościI i unosząc łeb ku twarzó 

Carvela naglił go do szóbszego choduK 

treszcie  dotarli  do  polanó i  _ari 

znieruchomiałK  Carvel  zobaczół  zetlałe 

zgliszcza chatóI a w chwilę później dwa 

grobó pod wóniosłą jodłąK waczónał rozumieć 

i z wolna zwrócił oczó ku wóczekującemuI 

nasłuchującemu psuK Coś go dławiło w gardle 

i rzekł miękkoI z trudem dobówając głosuW 

— ptaróI zgadujęI żeś w domu> 

_ari nie słószałK w uniesionóm łbem i nosem 

godzącóm w błękitne niebo węszółK CarvelI 

obserwując goI pótał sam siebieI dlaczego pies 

drżóI co łowi w cichóm powietrzuK kie bóło tu 

nic prócz pustki i śmierciK kagle _ari wódał 

dziwnó głos — niemal krzók ludzki — i 

skoczół w gąszczK 

Carvel poprzednio zdjął plecakK Teraz cisnął 

obok karabin i ruszół w ślad za _arimK _iegł 

szóbko przez polanęI w gęstwę karłowatej 

sośninóI po ścieżce zarosłej trawąK _iegłI aż mu 

tchu zbrakłoK mo czóm przóstanął nasłuchującK 

kie słószał wcale _ariegoK  iecz  dróżkaI 

udeptana niegdóś przez ludziI wiodła dalejI 

więc zapuścił się nią w lasK 

Tuż nad głębokim ciemnóm jeziorkiemI w 

któróm on i kepeese kąpali się tólokrotnieI _ari 

przóstanął równieżK płószał plusk wodó i oczó 

mu  błószczałóI  gdó  się  rozglądał  za 

dziewczónąK ppodziewał się ją tu ujrzećI w 

modrej toni czó na trawie pośród zwisającóch 

konarówK _acznie obszukał wzrokiem dobrze 

znaną krójówkęW wielką pękniętą skałę naK druJ

gim brzeguI wódmę  żwirowąI w której róli na 

wzór wódrI gałęzie jodłó końcami sięgające 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

wodóK iecz ostatecznie pojąłI że tu jej nie ma i 

że należó szukać dalejK 

pkręcił  w  las  na  dróżkę  wiodącą  do  tepeeK 

jałą polankę zatapiała fala słońcaK pzałas stał 

na niej po dawnemuK _ari nie dostrzegł w nim 

żadnóch zmianK ^ z ziemiI przed szałasemI biło 

ku niebu to właśnieI czego woń _ari ułowił od 

dawna — wąski słup dómuK kad małóm 

ogieńkiem chóliła się czójaś postać i _ari wcale 

się nie zdziwiłI że ten ktoś ma na plecach dwa 

długie czarne warkoczeK waskomliłK ka ten 

dźwięk postać zesztówniała nieco i  wolno 

odwróciła się ku niemuK 

mo czóm okazało sięI jako najnaturalniejsza 

rzecz w świecieI że to bóła kepeeseI nie kto 

innóK ptracił ją wczorajK aziś ją odnalazłK f w 

odpowiedzi  na  skowót  psa  zabrzmiał 

rozdzierającó krzók dziewczónóK 

Carvel znalazł ich w parę chwil późniejK mies 

przólgnął ciasno do kolan  dziewczónóI  a 

kepeese płakała jak małe dzieckoI z twarzą 

ukrótą na karku _ariegoK kie przeszkadzał imI 

lecz czekał cierpliwie; a podczas tego czekania 

cisza leśna zdawała się szeptać dzieje spalonej 

chatóI historię dwu grobów i znaczenie zewu z 

południaK 

 

SjAK KotI 

Tej nocó na polanie gorzało nowe ogniskoK 

kie bół to skąpó ogieniek nieconó w trwodzeI 

że go dostrzegą niepowołane oczóI  lecz 

prawdziwó stos o wósokich płomieniachK t 

jego blasku stał CarvelK wmienił się tak samo 

jak owa skromna kupka węgliI nad którą 

kepeese przórządzała obiadK wgolił brodęI odJ

rzucił płaszcz ze skóró karibuI rękawó zakasał 

do łokci; na twarzó kwitł mu rumieniecI 

pozostałość nie tólko wichrówI burz i słońcaK 

kie spuszczał oczu z kepeeseK piedziała przó 

ogniskuI pochólona nieco ku zarzewiuI a jej 

cudowne włosó mieniłó się lśniącoK Carvel 

obserwował jąI a w jego źrenicach rósł ciepłó 

blask — uwielbienie mężczóznó dla kobietóK 

oaptem kepeese odwróciła głowę i schwótała 

na sobie jego wejrzenieK kie króła się 

bónajmniej z wórazem własnóch oczuK ka 

równi  z  jej  twarzą  pełne  bółó  ufności  i  

szczęściaK Carvel siadł obok dziewczónó na 

zwalonej brzozie i ujął jeden z jej grubóch 

warkoczóK jówiąc gniótł go w rękachK r ich 

nógI obserwując obojeI leżał _ariK 

— gutro lub pojutrze pójdę do iac _ain> — 

oświadczół CarvelI a przez słodócz jego głosu 

przebijała szorstka nutaK — kie wrócęI nim go 

nie zabiję> 

kepeese patrzóła w ogieńK Chwilę trwała 

ciszaI przerówana jedónie trzaskiem płomieniI a 

w tej chwili Carvel przeplatał palce lśniącómi 

pasmami kruczóch włosówK jóślą cofał się 

wsteczK Co za okazję zmarnował wtenczas na 

linii sideł jac Taggarta> ^chI gdóbó tólko 

wiedział> pzczęki jego przóbrałó twardó zarósI 

podczas gdó w szkarłatnóm sercu   ogniska  

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

oglądał  odbicie  minionej   tragediiK 

lpowiedziała mu wszóstkoK rcieczkęK pkokI 

jak się zdawało śmiertelnóI w lodowatą toń 

przepaściK Cudowne ocalenieI gdó ją półmartwą 

znalazł TuboaI bezzębnó staró fndianin CreeI 

któremu mierrot z litości pozwolił polować w 

swóm rewirzeK Carveł odczuł we własnej duszó 

okropną mękę tóch  paru godzinI podczas 

któróch słońce zagasło nad światem kepeeseK 

tidziałI jak wiernóI staró Tuboa resztką sił 

niesie dziewczónę do swej cható o parę mil odJ

ległej od parowu; jak głodują potem oboje 

tógodniamiI miesiącamiI a żócie kepeese wisi 

na DwłoskuK gak wreszcie podczas najgłębszóch 

śniegów Tuboa umieraK 

Carvel zacisnął palce na warkoczu kepeeseK 

mo czómI z głębokim westchnieniemI patrząc w 

ogieńI rzekłW 

—  gutro pójdę do iac _ain> 

mrzez chwilę kepeese nie odpowiadałaK lna 

również miała  oczó wlepione  w ogieńK 

treszcie odparłaW 

—  Tuboa zamierzał go zabić na wiosnęI po 

zejściu śniegówI bo zimą nie mógł iść tak 

dalekoK ddó Tuboa umarłI wiedziałamI że ja 

muszę to zrobićK tięc przószłam z jego fuzjąK 

tczoraj włożyłam świeżó nabójK fI panie geem 

— tu spojrzała na niego z błóskiem tróumfu w 

oczach — nie potrzebuje się pan trudzić do iac 

_ainK tósłałam posłańcaK 

—  mosłańca\ 

—  TakI  ookimow  geem,  posłańcaK  mrzed 

dwoma  dniamiK      hazałam      powiedziećI       że      

nie   umarłamI   że 

jestem tuI czekam na niego i będę mu żonąK lKKK 

on przójdzieI ookimow geem, przójdzie szóbko; 

ale pan go nie zabijeI nie> — uśmiechnęła mu 

się z bliska w twarzI a serce Carvela uderzóło 

jak młotK — cuzja jest nabitaK  g a  strzelę> 

—  mrzed dwoma dniamiKKK\ — rzekł CarvelK 

— ^ do iac _ain mamóKKK 

—  Będzie  tu  jutro  —  odpowiedziała 

kepeese prędkoK — gutro o zachodzie słońca 

wkroczó  na  polanęK  tiemK  mrzez  całó  dzień 

krew we mnie śpiewaK gutro> ddóż on będzie 

śpieszółI ookimow geem! 

Carvel pochólił głowęK honiec warkocza 

dziewczónó przótulił  do  wargK  kepeeseI 

patrząca znów w ogieńI nie dostrzegła tego 

ruchuK iecz uczuła go i dusza zatrzepotała w 

niej nibó skrzódła  ptasieK 

—  lokimow  geem!  —  szepnęła  ledwo 

ruszając wargamiK aźwięk bół tak cichóI że 

Carvel go nie ułowiłK 

ddóbó staró Tuboa siedział tu z nimi 

dzisiejszej nocóI  wóczótałbó może dziwną 

przestrogę w porówach wiatruI gwarzącóch 

czasem wśród gałęzi drzewK ^lbo po prostu 

podejrzewałbó toI o czóm CarvelI młodó i ufnóI 

w ogóle nie móślałK „gutroI przójdzie jutro>? — 

powiedziała mu kepeeseK iecz staremu Tuboa 

wiatr  szepnąłbó  na  uchoW  a  d l a c z e g o   nie  

d z i ś >  

_óła północ i księżóc w pełni wisiał nad 

polanąK kepeese spała w tepeeK  t głębi poza 

ogniskiem spał _ariI zwiniętó pod zwisającą 

jedlinąI a dalej jeszczeI na skraju gęstwinóI 

CarvelK mies i człowiek bólijj mocno znużeniK 

Tego dnia odbóli długą włóczęgęI więc nie 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

słószeli nicK 

iecz  nie  szli  ani  tak  długoI  ani  tak  szóbkoI  

jakW _ush jac TaggartK ld wschodu słońca do 

północó agent zrobił czterdzieści milI nim 

wkroczół wreszcie na porębęI na której stała 

ongiś chata mierrotaK ka skraju boru nawołówał 

dwukrotnieI a nie otrzómawszó odpowiedziI 

tkwił nieruchomo nasłuchującK kepeese miała 

tu czekaćK _ół znużonóI lecz największeI nawet 

wóczerpanie nie mogło ugasić pożaru krwiK 

kamiętność doskwierała mu całó dzieńI a terazI 

będąc blisko wógranejI upijał się móślą o niej 

jak winemK ddzieś niedaleko stąd kepeese 

czekała> hrzóknął raz jeszczeK jilczenieK ^ż 

wtem oddech mu zaparłoK tciągnął powietrze i 

już wóraźnie ułowił woń dómuK 

hierowanó pierwotnóm instónktem leśnego 

człowiekaI  stanął twarzą  pod  wiatrK  kie 

nawołówał jużI lecz pośpieszół przez polanęK 

kepeese bóła tam gdzieś — śpiąca przó ogniu 

— i wezbrał w nim szalonó tróumfK aotarł na 

brzeg lasu; traf skierował jego kroki ku 

wódeptanej  ścieżce;  podążył  nią;  dóm 

dolatówał coraz wóraźniejK 

fnstónkt leśnego bówalca posłużył mu i teraz 

każąc iść ostrożnieK fnstónkt i kompletna cisza 

nocóK  kie  skruszół  stopą  ani  jednej  gałęziK  

oozgarniał chaszcze tak przezornieI żś uniknął 

wszelkiego szelestuK Trafiwszó wreszcie na 

skraj polankiI gdzie ognisko Carvela snuło 

jeszcze spirale żówicznego dómuI kroczół tak 

cichoI że nawet _ari się nie zbudziłK 

_óć może w głębi duszó zachował dawną 

podejrzliwość; bóć może chciał po prostu 

zaskoczóć dziewczónę we śnieK tidok tepee 

pobudził bicie jego sercaK mrzó księżócu jasno 

bóło jak w dzieńI dostrzegł więc rozwieszone 

przed namiotem kobiece szmatkiK mrzósunął się 

bliżejI miękko nibó lisI i stanął z ręką na derze 

zastępującej drzwiI pochólonóI chcąc ułowić 

najlżejszó dźwiękK płószał jej oddechK ka 

chwilę odwrócił twarzK hsiężóc przejrzał się w 

jego obłąkanóch oczachK motem bardzo cicho 

odsunął deręK 

ptanowczo nie  dźwięk  zbudził  _ariegoK 

mrawdopodobnie zdziałała to wońK kajpierw 

drgnęłó mu nozdrza; potem się ocknąłK marę 

sekund patrzół na zgiętą postać w drzwiach 

szałasuK tiedziałI że to nie CarvelK wnana wońI 

woń znienawidzonego człowiekaI napełniła mu 

nozdrzaK pkoczół na nogi i stał ukazując długie 

kłó spoza wolno ściąganóch wargK jac Taggart 

już znikłK w wnętrza namiotu dobiegał 

hałasI nagłó ruch ciał i zdławionóI pełen lęku 

krzókK t odpowiedzi _ari strzelił z cieniaI z 

wóciem mającóm w sobie zapowiedz śmierciK 

ka  skraju  gęstwó  sosnowej  Carvel 

przewracał się niespokojnieK _udziłó go dziwne 

dźwięki; krzókiI które w ogromnóm jego 

wóczerpaniu  zdawałó  mu  się  zupełnie 

nierealneK treszcie siadł i raptem w szalonej 

grozie skoczół na nogi i pomknął w stronę 

szałasuK kepeese stała na zewnątrz rozpaczliwie 

krzóczącW 

—  lókimow geem! lókimow geem! 

rjrzawszó Carvela wóciągnęła ku  niemu  

ręceK 
—  lókimow  geem! —  powtórzóła  jęczącK 

w szałasu dolatówałó chrapliwe wrzaski 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

człowieka i wściekłe warczenie zwierzęciaK 

Carvel zapomniałI że przóbół tu zaledwie 

wczorajI i z krzókiem przógarnął dziewczónę 

do piersiK warzuciła mu ręce na szójęK 

—  lókimow geem, to onI potwór z iac _ain> 

Carvel   zrozumiałK   Chwócił   dziewczónę   

na   ręce 

i uniósł ją szóbkoI dalej od dźwiękówI które 

stałó się ohódnie mdląceK aopiero w gąszczu 

postawił ją na nogiK lpasówała mu ciasno szóję 

ramionamiI dógocąc gwałtownie i łkającK lczó 

wlepiła w jego twarzK mrzótulił ją raptem i 

ucałował w same ustaK pzepnęła miękko i 

drżącoW 

—  lókimow geem! 

ddó Carvel wrócił sam jeden do ogniska z 

coltem w rękuI _ari czekał na niego przed 

szałasemK Carvel podjął z ziemi płonącą żagiew 

i wszedł do środkaK pkoro się znów ukazałI 

twarz miał zupełnie białąK Cisnął  żagiew w 

ogień  i  wrócił  do  kepeeseK  moprzednio  już 

otulił ją swoim kocem; teraz ukląkł obok biorąc 

ją w ramionaK 

—  rmarłI kepeeseK 

—  rmarł\ 

—  TakK _ari go zabiłK 

wdawała się wcale nie oddóchaćK ŁagodnieI z 

wargami  na  jej  włosachI  Carvel  rozwijał  

perspektówó przószłego szczęściaW 

—  aziś w nocó go pochowam i spalę szałas> 

gutro ruszamó do kelson eouseI gdzie jest 

misjonarzK motem wrócimó i zbudujemó nową 

chatę na miejscu spalonejK Czó kochasz mnieI 

sakahet\ 

—  lI takI ookimow geem, kocham> 

mrzerwano im raptemK _ari wódał wreszcie 

krzók tróumfuK rderzóło ku gwiazdomI jęknęło 

nad szczótami drzewI przeszóło ciche niebo 

pełne uniesienia wócie wilczeK bcho zamarło z 

wolna i znów nastała ciszaK oamię kepeese 

ciaśniej  objęło szóję CarvelaK 

 
 
Kitka słów o autorze

 

^merókański pisarz games lever Curwood 

urodził się NO czerwca NUTU roku w stanie 

jichigan  Eptanó  wjednoczone  ^meróki 

mółnocnejFI w małóm zagubionóm wśród lasów 

miasteczku lwossoK ljciec jego spokrewnionó 

bół z angielskim pisarzem marónistąI kptK 

cróderókiem jarróatemI matka — z indiańską 

księżniczką z plemienia johawkK azieciństwo 

spędził Curwood na farmie w stanie lhioI gdzie 

przebówał do trzónastego roku żóciaK jając 

osiem lat wóruszół ze strzelbą w swoją 

pierwszą wędrówkę po okolicznóch lasach; w 

rok później napisał pierwszą swój; powieśćI i to 

liczącą aż sto rozdziałówI która — oczówiście 

—  nigdó  nie  została  wódanaK  Tak  więc  w  

pierwszóch latach żócia uwidoczniłó się jego za 

miłowaniaI któróch zresztą nigdó nie zmieniłW 

do włóczęgi po lasach i do literaturóK 

moczątkowo przeważyło to pierwszeI i to tak 

da lecęI że stało się  przóczóną usunięcia  

Curwooda ze szkołóK werwawszó w ten sposób 

z naukąI która wó dawała   mu   się    

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

nieciekawa   i   przeszkadzała    tólko w 

odbówaniu ulubionóch wócieczek i polowańI 

roz począł długąI obfitującą w liczne przógodó 

wędrów kę  po  północnóch  stanachI   na   

przemian  handlując i polując na dzikie 

zwierzętaI od któróch podówcza roiłó się lasó w 

sąsiedztwie tielkich geziorK 

gednakże włóczęga nie wópełniała mu żócia; 

pragnął pisać i wkrótce zrozumiałI że abó 

zadośćuczónić tóm pragnieniomI musi się nadal 

kształcićK rkończówszó więc szkołę wstąpił na 

rniwersótet  jichigańskiI na któróm  odbół 

studia w latach NUVU—NVMMK 

ld NVMM do NVMT roku bół reporteremI a 

następnie redaktorem  wóchodzącej   w  aetroit  

kews  TribuneK 

jając trzódzieści latI w rok po ukończeniu 

pracó w redakcjiI wódał swą pierwszą książkę 

The  Courage  of  Captain  mlurns,  która 

zapoczątkowała  serię  dwudziestu  sześciu 

książekI napisanóch w ciągu dziewiętnastu lat 

pracó twórczejK hażda z tóch powieści poJ

wstawała pod wpłówem przeżyć i wnikliwóch 

obserwacji autoraK mracował nad nimi często po 

dwanaście godzin na dobęK 

„mrzebółem trzó tósiące mil w górę i w dół 

potężnej paskatchewanI  nim napisałem  The 

oiverDs  bnd,  i  gdóbóm  się  nie  udał  w  dół 

^thabaskiI ozeki kiewolniczej i jackenzie 

wraz z przógodnómi brógadami rzecznómiKKK 

nie napisałbóm  aolinó iudzi jilczącóch? — 

pisze o sobie CurwoodK 

modróżował  niemal  ciągle  po  ptanach 

wjednoczonóch ^meróki mółnocnej i hanadzieI 

przebówając tósiące mil na nartachI w kanoeI 

sankami zaprzężonómi  w psóI  zwiedzając 

dzikieI nie znane dotąd nikomu terenó i 

zbierając materiał do nowóch książekK hilka 

powieści — w tóm Złote sidła pzara tilczóca 

— powstało w chacie oddalonej o setki mil od 

cówilizacjiI inne pisał w czasie krótkich przerw 

w swóm dawnómI małóm pokoiku w domu 

ojcaI mimo iż miał własnóI pięknóI pełen 

zbiorów móśliwskich  domek  ukrótó wśród 

lasówK  Tam  jednak  —  jak  twierdził  —  

opuszczało go natchnienie; za blisko bół lasI 

któró wzówał do nowóch wędrówekI i za dużo 

bóło móśliwskich trofeówK 

TakI to mu przeszkadzało równieżI z biegiem 

czasu  bowiem  poznawszó  z  bliska  i 

pokochawszó dzikie zwierzęta  kanadójskich 

puszczI  zerwał  z  polowaniem  i   stał  się   

największóm  przójacielem   tóch  zwierzątK t 

wielu swoich książkachI w któróch głównómi 

bohaterami      są      czworonożni         mieszkańcó      

lasówI      pisze  o        nich         z         nieprzeciętną       

znajomością        ich        naturó  j  i  z  wielką 

miłościąK  Charakteróstócznóm  przókładem 

mogą   bóć   takie   powieści   jakW    Włóczęgi    

mółnocó  Eprzed  jej  napisaniem  Curwood 

przebówał trzó lata w   otoczeniu   ulubionóch   

zwierzątI   obserwując   ich obóczajeFI  pzara   

tilczóca,   Bari   i   Władca   skalnej dolinó — 

z czworonożnómi mieszkańcami puszcz jako 

bohateramiK 

te  wszóstkich  powieściach  CurwoodaI 

któróch  akcja rozgrówa się na mółnocóI 

spotóka się również ludzi zamieszkującóch te 

terenóK Żócie ich w surowóch warunkach 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

background image

przórodóI  wśród  ogromnóch  przestrzeni 

śnieżnóchI pełne jest dramatócznóch przógódK 

„mrzóroda jest moją religią — toteż moim 

żóczeniemI   ambicjąI   wielkim   celemI   któró   

pragnę   osiągnąćI jest przeniesienie 

czótelników w samo jej serceK hocham 

przórodę i czujęI że i oni będą musieli ją   

pokochaćI   jeśli   tólko   uda   mi   się  

zapoznać   ichI ze  sobą?  —  tak   brzmiało   

credo   literackie   pisarzaK 

Curwood zmarł NP sierpnia NVOT roku w 

swóm rodzinnóm lwossoK _ół już wówczas 

pisarzem znanóm nie tólko we własnóm 

krajuI lecz i daleko poza jego granicamiK 

 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
aigitalizował _odzioh_

 

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m

Click here to buy

A

B

B

Y

Y

PD

F Transfo

rm

er

3

.0

w

w

w .A

B B Y Y.

c o

m