background image

 

1

 
 

Barbara Boswell 

 

Potrójne kłopoty 

Tytuł oryginału: 

TROUBLE IN TRIPLICATE 

 
 
 

RS

background image

 

2

Poobijany  jeep  z  demobilu  wolno  sunął  wzdłuż  krawężnika.  Berry  Knudsen 
zahamowała  i  przyjrzała  się  jedynej  skrzynce  na  listy,  jaką  zdołała  wypatrzyć  w 
tym  wymarłym  zaułku.  Żadnego  nazwiska,  żadnego  numeru  domu.  Okropność. 
Zerknęła w bok na duże pudełko pizzy, które leżało na siedzeniu obok, i ponownie 

odczytała  adres.  5077  Ellenburg  Drive.  Bez  wątpienia  tutaj.  Znajdowała  się  na  Ellenburg 
Drive,  a  widniejący  przed  nią  dom  był  jedynym  budynkiem  w  promieniu  czterystu  metrów. 
Berry z jękiem oparła czoło o kierownicę. Wszystko wskazywało na to, że ostatnie wieczorne 
zamówienie było po prostu czyimś złośliwym kawałem. 

Trzypiętrowy  wiktoriański  budynek  stał  na  małym  wzniesieniu.  Sierp  księżyca 

wyłaniający  się  spoza  chmur  zalewał  okolicę  ponurym,  widmowym  blaskiem,  a  zimny, 
marcowy  wiatr  jęczał  w  gałęziach  olbrzymiego  dębu,  który  rósł  na  straży  południowego 
krańca  trawnika.  Berry  wykrzywiła  usta,  zdecydowała,  że  Kuba  Rozpruwacz  czułby  się  tu 
komfortowo. Zaś gdyby dodać dzwonnicę, Quasimodo byłby szczęśliwy, niczym małż w porze 
wysokiego  przypływu.  Hrabia  Drakula  natomiast...  hrabia  Drakula  w  Transylwanii  oddałby 
połowę  krwi  za  taką  siedzibę.  Jednak  dom  nie  jest  w  Transylwanii,  uświadomiła  sobie. 
Znajduje  się  na  przedmieściach  Seattle  i  prawdopodobnie  należy  do  jakiejś  miłej  staruszki 
oraz jej wnuka. 

Zauważyła ponuro, że nigdzie nie ma żadnej latarni. Na podjeździe nie było ani jednego 

auta.  Berry  nie  dostrzegła  nawet  śladu  żywej  duszy,  a  tym  bardziej  nikogo,  kto  mógłby 
zażądać dużej pizzy. Cholera. Pomyślała, że powinna zadzwonić, ale licho wie, co czai się za 
ozdobnymi, rzeźbionymi drzwiami. Może w ciemnościach kryje się jakiś goły zboczeniec, który 
czyha na dostawczynię pizzy? 

Barry  odgarnęła  za  uszy  krótkie  kędziory.  To  śmieszne,  powiedziała  sobie.  Dobry  Boże, 

skąd  takie  myśli?  Pan  Wielka  Pizza  po  prostu  wyszedł.  Prawdopodobnie  po  karton  piwa. 
Często się tak zdarza. Skoro zaś nie ma go w domu, jaki sens dobijać się do drzwi? Powinna 
raczej zabierać się do diabła z tego przerażającego zaułka. 

Nagły dźwięk zjeżył jej włosy na głowie. Nad górną wargą wystąpiły kropelki potu. Jakieś 

stworzenie,  siedzące  wysoko  na  gałęzi  dębu,  zamiauczało  rozdzierająco,  głosem  pełnym 
strachu i niepewności. Berry z ulgą zamknęła oczy, osuwając się na ziemię, gdy uświadomiła 
sobie, że ma do czynienia z kotem. Zamiauczał znowu i Berry wiedziała już, że nie ucieknie od 
własnego przeznaczenia. 

Była  etatową  opiekunką  zgubionych  psów,  piskląt,  które  wypadły  z  gniazd,  i 

opuszczonych  kotów.  Chwyciła  pudełko  z  pizzą,  po  czym  odważnie  przemierzyła  trawnik.  Z 
bliska  wiktoriański  dom  nie  wydawał  się  tak  opuszczony.  Był  świeżo  pomalowany  na 
cytrynowożółty  kolor,  a  zdobiące  go  zawiłe  drewniane  ornamenty  lśniły  bielą.  Kotary  nie 
zasłaniały  okien,  ale  szyby  były  wyraźnie  niedawno  umyte.  Kot  spojrzał  z  góry  na  Berry  i 
poruszył ogonem. 

Kici, kici, kici - zawołała miękko. 

Miau. 

Berry przygryzła wargi. Głupi kot utknął na drzewie. Mała puszysta kuleczka przywarła 

do gałęzi, gdy powiew wiatru zmierzwił kocie futerko. 

Nie zrozum mnie źle — mruknęła, wdrapując się na drzewo. — Rzecz nie w tym, że nie 

lubię kotów. I nie w tym, że nie lubię łażenia po drzewach. Po prostu wyczerpałam już pulę 
dobrych  uczynków  na  cały  tydzień.  —  Uchwyciła  się  najniższego  konaru,  podciągając  się 
niczym rasowy urwis. 

Wiesz,  kocie,  czego  dokonałam  w  tym  tygodniu?  Dałam  ogłoszenie,  że  potrzebuję 

dostawcy, po czym zatrudniłam zamiast niego trzy staruszki; Teraz one zajmują się produkcją 
pizzy,  a  ja  dostawami.—  Berry  zatrzymała  się,  by  złapać  oddech.  —  Nie  nadaję  się  na 

RS

background image

 

3

dostawcę.  Często  nie  umiem  znaleźć  adresu  i  nie  grzeszę  odwagą,  kiedy  muszę  pukać  do 
obcych drzwi. A jakby tego nie było dosyć, przyjęłam te starsze panie do swojego mieszkania. 

Kot popatrzył na nią i mrugnął. Berry westchnęła z rozdrażnieniem. 
—  Cóż innego miałam zrobić? One mieszkały dotąd na dworcu kolejowym. 
Wślizgnęła  się  na  konar  obok  kota  i  zadarła  głowę  ku  gwiazdom.  Na  drzewie  było 

przyjemnie.  Wiatr  gwizdał  pośród  gałęzi  i  rozwiewał  jasne  włosy  Berty.  Pomyślała,  że  ludzie 
powinni częściej siadywać na drzewach. To ekscytuje a zarazem uspokaja. Poza tym, można 
patrzeć  na  tyle  rzeczy  jednocześnie;  praktycznie  widać  stąd  wszystko,  aż  do  niewielkiego 
mostku  na  końcu  Ellenburg  Drive.  Zafascynowana,  obserwowała  w  milczeniu,  jak  światła 
samochodu  minęły  mostek  i  popełzły  w  górę,  w  jej  kierunku.  Miękki pomruk auta  wysokiej 
klasy zakłócił panującą ciszę. 

—  Boże.  —  Zaczerpnęła  tchu,  uświadamiając  sobie  nagle  własne  kłopotliwe  położenie: 

— Wielka Pizza wraca do domu, a ja siedzę na jego drzewie! 

Z otwartymi ustami zagapiła się na wjeżdżające na podjazd auto. Dokładnie takie samo 

mógłby  mieć  Wielki  Gatsby:  kremowe,  z  opuszczanym  dachem  z  brązowej  skóry,  kołami 
zaopatrzonymi  w  szprychy  i  stopniami  ułatwiającymi  wsiadanie.  Stutz  Bearcat,  pomyślała, 
lub  może  Stanley  Steamer.  Z  całą  pewnością  stare,  fantazyjne  oraz  doskonale  odnowione. 
Drzwi  garażu  otworzyły  się  automatycznie,  połknęły  zabytkową  maszynę  i  zatrzasnęły  się, 
pozostawiając w ciemnościach Berry wraz z kotem. 

Berry gwizdnęła przeciągle. 
—  Imponujące — zwróciła się do kota. — Ten facet ma styl i pieniądze. Prawdopodobnie 

jakiś  ekscentryczny  gangster.  Może  handlarz  narkotyków,  który  naoglądał  się  zbyt  wiele 
starych filmów. 

Wyobraziła go sobie jako Quasimoda w kapeluszu panama. Jej uwagę przyciągnęło białe 

pudełko z pizzą i pełna poczucia winy pomyślała, że powinna je chyba dostarczyć. Quasimodo 
jest teraz w domu i może być głodny. Poza tym była dumna ze swego zajęcia. Ani deszcz, ani 
deszcz  ze  śniegiem,  ani  śnieg  nie  powstrzymały  jej  nigdy  przed  dostarczeniem  pizzy.  Rzecz 
jasna nie ma co wierzyć w bzdury o niesamowitych ludziach czy nawiedzanych przez duchy 
domach,  ale  może  powinna  położyć  pudełko  w  progu,  zadzwonić  i  wiać  ile  sił  w  nogach. 
Wzięła  kota  pod  pachę,  przesuwając  się  bliżej  pnia  dębu.  Nic  nie  wskazywało  na  to,  aby  w 
zasięgu jej nogi znajdowały się jakieś gałęzie. 

—  Nie martw się, kocie — mruknęła. — Jeśli tylko... 
Gdy  medytowała  nad  kolejnym  ruchem,  zapaliło  się  światło  w  hallu  na  drugim  krańcu 

domu, a następnie rozbłysło okno bezpośrednio przed nią. Sypialnia. Sypialnia Quasimoda. A 
ona  siedzi  na  drzewie  i  wpatruje  się  w  najbardziej  atrakcyjnego  mężczyznę,  jakiego 
kiedykolwiek  widziała:  ponad  metr  osiemdziesiąt  wzrostu,  szeroki  w  barach,  wąski  w 
biodrach,  o  folujących,  niemal  czarnych  włosach  wijących  się  na  karku,  które  opadają  na 
wykładany kołnierz białej koszuli. Zdecydowanie nie przypominał Quasimoda. 

Cisnął książkę na łóżko i odpiął górny guzik koszuli. Potem następny. I następny. Berry 

mimowolnie przechyliła się w stronę okna. Gdyby mężczyzna okazał się gangsterem, czułaby 
się zobowiązana przekazać FBI szczegółowy opis. Powinna zatem wnikliwie obserwować, aby 
zorientować  się,  czy  ma  ukrytą  broń  oraz  ułatwiające  identyfikację  blizny.  Mężczyzna  zdjął 
koszulę i powiesił na krześle. Berry na ułamek sekundy zamknęła oczy, przełykając ślinę. Z 
całą  pewnością  nie  był  garbusem.  Miał  natomiast  dużo  muskułów  wszędzie  tam,  gdzie 
powinien je mieć, oraz płaski brzuch porośnięty jedwabistymi czarnymi włosami okalającymi 
pępek, schodzącymi ku jego... Chryste Panie! On rozpinał spodnie. 

Berry poczuła, że płoną jej policzki. 
—  Muszę zejść... — szepnęła kotu. — Muszę się stąd wydostać.  

RS

background image

 

4

Desperacko  zaczęła  szukać  wzrokiem  oparcia  dla  stóp,  żeby  zająć  czymś  oczy  i  nie 

patrzeć w okno. Kobiety zajmujące się dostarczaniem pizzy, nic powinny myśleć o podobnych 
sprawach.  Zaglądanie  do  okien  męskiej  sypialni  zaliczało  się  dorzeczy  zdecydowanie 
niewłaściwych.  Było  niegrzeczne,  niemoralne  i  mogło pociągnąć  za  sobą  całą furę  kłopotów. 
Berry  doszła  do  wniosku,  że  w  tym  mężczyźnie  tkwi  coś,  co  wróży  kłopoty.  Być  może  miała 
namyśli  ów  przedziwny  niepokój,  który  wzbudzał  w  ciele  kobiety...  w  jej  ciele.  Od  bardzo 
dawna  nie  odczuwała  podobnego  niepokoju.  Codzienna  czternastogodzinna  praca  przy 
wyrabianiu  pizzy  nie  pozostawiała  zbyt  wiele  czasu  ani  energii  na  romans.  Ostatnio  Berry 
była  przekonana,  że  jej  hormony  pozostają  w  stanie  przedwczesnego  spoczynku;  ale  w  tym 
mężczyźnie  było  coś,  co  je  budziło  z  uśpienia.  Poruszał  się  płynnie  niczym  atleta  i,  poza 
uznaniem  dla  jego  muskułów,  wywoływał  jeszcze  inne  emocje.  Wyraz  ust  mężczyzny 
świadczyło  poczuciu  humoru,  a  w  głębi  ciemnych  oczu  kryła  się  przekora  zmieszana  z 
władczością. 

Berry  instynktownie wyczuwała w  tym  człowieku  —  ubranym,  czy  nie  —  zagrożenie dla 

swego  zdrowia  umysłowego  i  równowagi  hormonalnej.  Umierała  niemal  z  ochoty,  by  jeszcze 
raz go podejrzeć. Zanim zdążyła się zorientować, już pożerała mężczyznę szeroko rozwartymi 
niebieskimi  oczami.  Stał  rozebrany  w  samych  niebieskich  slipkach.  Wsunął  kciuki  pod 
gumkę, szarpnął w dół i... 

—  Chryste Panie! — Berry zachłysnęła się, zakrywając twarz rękami. Serce skoczyło jej 

do gardła, gdy poczuła, że traci równowagę i leci. Nogą zaczepiła o dolny konar, który trzasnął 
pod  jej  ciężarem.  Jak  szalona  starała  się  złapać  w  locie  kolejne  gałęzie,  wreszcie  BĘC! 
trzepnęła na płask o ziemię, aż zaparło jej dech. Leżała nieruchomo, przed oczami wirowały 
jej drobne czarne plamki, a w uszach huczał ocean. 

W parę sekund później — a może upłynęły godziny? — Berry zamrugała gwałtownie; nad 

nią pochylała się zwalista sylwetka mężczyzny. 

Czy ja umarłam? 

Jeszcze nie. 

—  Czuję  się,  jakbym  umarła.  Chyba  krwawię.  Całe  plecy  mam  lepkie  i  ciepłe.  Sięgnął 

ręką pod jej łopatki, po czym przyjrzał się palcom. 

—  Nie  widzę  tu  żadnej  krwi,  tylko  sos  z  pizzy, który  wycieka  ze  zgniecionego  pudełka. 

Rozwaliłaś tę biedną pizzę w drobny mak. — Wyciągnął spod niej pudełko. — To dla mnie? 

Berry  przytaknęła.  Wyraźnie  jej  ulżyło,  kiedy  zobaczyła,  że  on  ma  na  sobie  dżinsy  i 

bawełnianą koszulkę z kapturem. Usiadła z wysiłkiem i skrupulatnie zaczęła sprawdzać, czy 
nie połamała sobie kości. 

—  Co się stało? Usłyszałem, jak coś trzasnęło w pobliżu, po czym znalazłem cię leżącą 

na mojej pizzy. Dobrze się czujesz? 

Wyciągał z jej zmierzwionych włosów kawałki kory. Gdy spojrzał na połamane, walające 

się  wokół  gałęzie,  w  jego  oczach  pojawił  się  błysk  zrozumienia.  Przeniósł  wzrok  na  drzewo, 
zerknął w górę i zatrzymał spojrzenie na dużym konarze, dokładnie naprzeciwko okna swojej 
sypialni. Na jego twarzy odmalował się wyraz niedowierzania. 

—  To  chyba  żarty!  Przecież  nie  jesteś  aż  tak  przyparta  do  muru,  żebyś  musiała 

podglądać nagiego mężczyznę? 

Berry zarumieniła się po korzonki włosów. 

W ogóle nie jestem przyparta do muru. Widziałam wielu nagich mężczyzn. 

 

Uniósł brwi. 

Wielu? 

Berry wstała z ziemi i zaczęła otrzepywać dżinsy. 

RS

background image

 

5

—  No,  być  może  nie  aż  tak  wielu.  Paru.  W  istocie  niewielu.  —  Sfrustrowana  do  głębi, 

pokazała w górę ręką. 

—  Do  diabła,  jestem  zajęta.  Nie  mam  czasu  szwendać  się  i  podglądać  gołych  facetów. 

Muszę  prowadzić  pizzerię.  Muszę  się  opiekować  staruszkami.  A  w  ogóle  wszystko  źle 
zrozumiałeś. Ratowałam kota. 

Oboje spojrzeli w górę, na drzewo. Nie było żadnego kota. 
Berry wskazała palcem. 

Tam na górze siedział kot! 

Aha. 

Ten  typ  jej  nie  wierzył.  Berry  zadarła  nos  i  obdarzyła  go  miażdżącym  spojrzeniem.  Do 

diabła  z  tobą,  mówiło  owo  spojrzenie,  nie  dbam,  co  sobie  pomyślisz.  Podniosła  pudełko  z 
pizzą i wsunęła mu w ręce. 

—  Proszę, pizza. Należy się dwanaście dziewięćdziesiąt pięć. 
Otworzył szeroko usta. 
Berry  zarumieniła  się  ponownie.  Być  może  cena  była  istotnie  zbyt  wygórowana  jak  na 

rozgniecioną pizzę. 

—  No dobrze — poprawiła się. — Nic nie kosztuje. 
Zdegustowany mężczyzna przyglądał się swoim palcom unurzanym w sosie pomidorowym 

spływającym po bokach pudełka. 

—  Obrzydliwość. 
Berry zawahała się. Usta nieznajomego były nader intrygujące. Miały uniesione kąciki, a 

zaliczały się chyba do największych ust, jakie w życiu widziała. 

Zamierzasz mnie pocałować? 

Oczywiście, że nie — odparła pospiesznie. 

Wokół  bystrych  oczu  pojawiły  się  drobne  zmarszczki  świadczące  o  skłonności  do 

śmiechu. 

Wgapiałaś się w moje usta. 

Są kapitalne. 

Zachichotał  miękko.  Z  narastającą  irytacją Berry  obserwowała,  jak  ogarnia  spojrzeniem 

jej  potargane  włosy  i  duże  chabrowe  oczy.  Następnie  dokonał  skrupulatnych  oględzin 
czerwonej kamizelki, koszuli w szkocką kratę i spranych dżinsów. 

Jesteś właścicielką tego poobijanego jeepa? 

Wcale nie poobijanego, jest prawie jak nowy. 

Niczym na zawołanie przy krawężniku coś raptem brzdęknęło, a jeep wolniutko potoczył 

się wstecz, w dół Ellenburg Drive. Na kilka sekund zastygli, wrośnięci w ziemię. 

Mój jeep! — wrzasnęła wreszcie Berry, rzucając się na przełaj przez trawnik, w ślad za 

uciekającym  wehikułem.  Jeep  nabrał  szybkości  na  zakręcie  wiodącego  w  dół  zbocza, 
przeskoczył  krawężnik,  zakolebał  się  wesoło  na  trawiastej  przestrzeni  i  skierował  ku 
prześwitowi  między  dwiema  wielkimi  brzozami.  Berry,  biegnąc  obok  auta,  dosięgała  już 
klamki drzwiczek i niemal czuła pod palcami chłód metalu, gdy naraz ktoś złapał ją od tyłu i 
przewrócił na ziemię. Podnosząc głowę, dostrzegła jeszcze, jak jeep prześlizguje się pomiędzy 
brzozami i katapultuje z sześciometrowej skały. 

Złaź!  —  wysapała,  wijąc  się  pod  ciężarem  napastnika.  —  Ważysz  chyba  ze  sto 

kilogramów! 

Osiemdziesiąt trzy, w tym ani grama tłuszczu, same mięśnie. 

O istnieniu jednego z tych wspaniałych mięśni Berry wiedziała aż nazbyt dobrze. Chociaż 

waliło  jej  w  skroniach,  wyraźnie  czuła  na  sobie  ciężar  jego  ciała.  Leżeli  suwak  w  suwak. 
Kolano mężczyzny przyjemnie drażniło wewnętrzną stronę jej uda. Wspierał się na łokciach w 

RS

background image

 

6

taki sposób, że klatką piersiową dotykał piersi Berry, zaś jego zachwycające usta znajdowały 
się  zaledwie  o  parę  centymetrów  od  jej  warg.  Berry  poczuła,  że  jej  serce  wywija  jakiegoś 
dziwnego koziołka, a brzuch ogarnia fala gorąca, rozlewająca się coraz niżej. Mrowienie wokół 
sutek sprawiło, że zamrugała raptownie. Nigdy by nie przypuszczała, że ten mężczyzna może 
tak  na  nią  działać.  Nie  miała  najmniejszych  wątpliwości,  że  go  pragnie.  Oczy  nieznajomego 
ściemniały, a przez wargi przemknął nieznaczny uśmieszek. 

—  Znowu gapisz się na moje usta — zamruczał głosem, który przywodził Berry na myśl 

dobrą bursztynową whisky i obcisłą atłasową kombinację. Z wrażenia rozchyliła wargi, ale nie 
wydobył  się  spomiędzy  nich  żaden  dźwięk.  Oblizała  się  nieświadomie,  rozważając,  czy  obcy 
może słyszeć, jak pod flanelową koszulą wali jej serce. Miał zamiar ją pocałować, poznała to 
po wyrazie jego oczu oraz po łagodniejącym zarysie ust. Rozluźnił się, przytulając ją do siebie. 
Położyła  mu  dłonie  na  ramionach,  zdecydowana  go  odepchnąć  —  po  czym,  zafascynowana, 
poddała się z przerażeniem działaniu własnego mózgu. Mimo woli wczepiła się w podkoszulek 
nieznajomego, przyciągając go coraz bliżej. 

Lekko,  niezobowiązująco,  musnął  ustami  jej  usta.  To  był  zwykły,  ciepły  pocałunek  na 

przywitanie.  Przez  moment  badali  się  czujnym  wzrokiem,  zaskoczeni  intensywnością  siły 
wzajemnego  przyciągania,  zupełnie  jakby  szacowali  śmieszność  całej  sytuacji.  Uwagę  Berry 
zwrócił wyraz jego twarzy. Zaskoczony? Zrezygnowany? Zdeterminowany? Chyba to ostatnie, 
sądząc  po  sposobie,  w  jaki  ją  nagle  pocałował,  władczo,  a  zarazem  łakomie.  Językiem 
rozwierał  jej  usta,  sprawdzając  reakcję.  Czuła  przebiegający  po  plecach  dreszcz,  zaś  w  jej 
mózgu  wybuchła  panika.  Zaczęło  się  od  zwykłego  dostarczenia  pizzy,  a  teraz  leży  oto 
przygnieciona ciężarem  blisko  stu kilogramów  pulsującej  męskości.  W  tej  chwili  zajmuje  się 
jej ustami, ale kto wie, jakimi częściami garderoby zajmie się za chwilę! Panika przerodziła się 
w  złość  na  samą  siebie,  na  niego,  na  głupiego  kota,  który  zwabił  ją  na  drzewo,  na 
nieodpowiedzialne samobójstwo jeepa. 

Mężczyzna przerwał pocałunek i z namysłem przyjrzał się Berry. 
—  Całujesz mnie, jakbyś była obecna a nieprzytomna. 
Berry uwolniła się i stanęła na drżących nogach. 
—  A  jak  ty  sobie  wyobrażasz?  —  gestykulowała  energicznie.  —  To  był  mój  jeep. 

Potrzebny jeep. Inaczej nie mogę dostarczać pizzy. Nie miałeś prawa tak się na mnie rzucać. 

Zwariowałaś? Przecież byś się zabiła. 

A teraz umrę powolną śmiercią głodową, ponieważ nie mam środków do życia. 

Odwróciła się na pięcie i podeszła do brzóz, by ocenić rozmiary zniszczeń. Co za cholerny 

pech,  wściekała  się.  Dostała  tego  jeepa  dwa  lata  temu,  dokładnie  w  dzień  po  uzyskaniu 
rozwodu, i ani przez moment nie sprawiał jej żadnych kłopotów. Oczywiście musiała wlać w 
niego każdego  piątku  kwartę  oleju. Być  może  rdza  i antena  zrobiona  z wieszaka  na  ubranie 
odbierały mu nieco elegancji, ale Berry nie przejmowała się byle drobiazgami. Nie każdy może 
sobie pozwolić na tak wymyślne auto, jak ten gorący gość tutaj. 

Stali  na  skraju  skały  i  w  świetle  księżyca  oglądali  leżący  brzuchem  do  góry,  solidnie 

pokiereszowany jeep. Berry westchnęła z rezygnacją. 

Zdechł. 

Nie wygląda dobrze — zgodził się. 

Berry  wyprostowała  się,  wysunęła  energicznie  podbródek,  po  czym  spojrzała  na 

mężczyznę z wysokości swych stu pięćdziesięciu czterech centymetrów. 

—  Och, bywa. 
Nic  więcej  nie  potrafiła  wymyślić.  W  końcu,  co  można,  do  licha,  powiedzieć,  kiedy  cała 

twoja  przeszłość  spadła  przed  chwilą  ze  skały?  Co  można  powiedzieć,  jeśli  najpierw  niemal 

RS

background image

 

7

atakuje  się  mężczyznę,  a  następnie  zmienia  zdanie  w  połowie  drogi?  Nie  rozpłaczę  się, 
postanowiła. Absolutnie niewolno mi się rozpłakać. 

Popatrzył na nią uważnie. 
—  Nie zamierzasz chyba się rozpłakać, prawda? 

Absolutnie  nie  zamierzam.  —  Duża  łza  zawisła  na  końcu  rzęs  i  pociekła  po  policzku 

Berry. — Cholera.  
 

Objął dziewczynę i otarł kciukiem Izę. 

Nie jest tak źle. Przecież za odszkodowanie z ubezpieczenia będziesz mogła kupić sobie 

coś nowego.  
 

Berry  mrugała  gorączkowo,  starając  się  powstrzymać  napływające  łzy.  Beształa  się  w 

duchu, że z powodu głupiego auta dala się aż tak bardzo ponieść emocjom. Przecież, szczerze 
mówiąc, jeep był kupą złomu. Z drugiej strony to była jej własna kupa złomu. Jedyna kupa 
złomu, jaką miała, i potrzeba będzie setek pizz, żeby ją czymkolwiek zastąpić. 

—  Nie masz ubezpieczenia — westchnął. 
—  Takiego nie mam. Zapłacą mi tylko wtedy, jeśli kogoś przejadę. — Wyprostowała się i 

otarła resztki łez. — Cóż, do widzenia. 

Szedł obok. 

Dokąd się wybierasz? 

Do domu. 

—To musi być ładny kawał drogi stąd. 
Berry  wzruszyła  tylko  ramionami.  Pomyślała,  że  zacznie  od  razu  przyzwyczajać  się  do 

chodzenia pieszo, skoro i tak się bez tego nie obędzie. A już z pewnością może uznać spacer 
za próbę pozbycia się owych dziwnych podskoków, które wyczynia jej żołądek na widok pana 
Niebieskie Slipki. Jedno jedyne zerknięcie na niego dawało ten sam efekt, co wypicie siedmiu 
filiżanek kawy... zwłaszcza teraz, kiedy wiedziała już, jak umie całować... 

Zaczekaj moment, proszę, podrzucę cię. 

Dziękuję, nie musisz. Poza tym pobrudzę twoje ekstrawaganckie auto. 

Moje ekstrawaganckie auto ma skórzane siedzenia. Myją się. Zaczekaj tutaj. 

 

Berry szła dalej. 

To naprawdę nie jest... 

Złapał ją silnie za ramiona i posadził na krawężniku. 

Masz czekać tutaj. 

Straszny z ciebie despota. 

Tak mówią. 

Zaintrygowana Berry patrzyła w ślad za nim, zastanawiając się, kto jeszcze uważa go za 

despotę. Może przyjaciółka? Żona? Położyła rękę na brzuchu. Myśli o żonach i przyjaciółkach 
przyprawiały ją o mdłości. 

Nie  przestała  się  zastanawiać  nawet  wtedy, gdy  kremowe  auto  zatrzymało  się  tuż  obok. 

Zdjęła kamizelkę i rozłożyła ją na podłodze wierzchem pobrudzonym mozzarellą. 

—  To bardzo miło z twojej strony. 
Uśmiechnął się od ucha do ucha i wyciągnął ku niej rękę. 
—  Jake Sawyer, miły facet. 
Berry spojrzała na wyciągniętą dłoń i zadrżała. Była pewna, że przy najmniejszej próbie 

dotknięcia włosy staną jej dęba, dostanie ataku śmiechu, a już co najmniej zacznie się jąkać 
lub  zarumieni  po  raz  setny  tego  wieczoru.  Przełknęła  ślinę,  uspokoiła  się,  po  czym  mocno 
uścisnęła jego rękę. 

Berry Knudsen. 

Berry? Jak jagody ostrokrzewu czy żurawiny? 

RS

background image

 

8

—  Lingonberry.  Moja  matka  była  nadzwyczaj  dumna  ze  swego  skandynawskiego 

dziedzictwa.  Cofnęła  rękę,  lokując  ją  dla  bezpieczeństwa  na  podołku.  Czuła  się  jak 
nastolatka,  która  straciła  głowę.  Gorączkowo  szukała  jakiegoś  obojętnego  tematu  do 
rozmowy, ale nie wytrzymała i wypaliła: 

—  Kto jeszcze uważa cię za despotę? Twoja żona? 
Jake  Sawyer  sprawiał  wrażenie  nieco  zakłopotanego.  Zamruczał  coś  nieinteligentnie,  a 

Berry  wydało  się,  że  jego  twarz  pokrył  lekki  rumieniec.  Poczuła  się  zdecydowanie  lepiej. 
Rumieniec Jake'a Sawyer sprawił jej wielką przyjemność. 

— 

Przepraszam, — wymamrotała — nie byłam zbyt delikatna.  

 

Jake uśmiechnął się. 

— 

Chodzi o moje dzieci. Serio. O nic innego, naprawdę. 

Jego dzieci?  A  zatem  ma  dzieci.  I  żonę.  A  przed  chwilą  całował  ją,  Berry.  Pomyślała,  że 

gdy tylko znajdzie się w domu, natychmiast wyszoruje zęby. 

— 

Ile masz dzieci? 

— 

Dwadzieścioro jeden. Dziś rano powiedziały mi dokładnie to, co ty. Że jestem despotą. 

— 

Dwadzieścioro jeden dzieciaków? 

—  Uczę  w  pierwszej  klasie.  I,  odpowiadając  na  twoje  poprzednie  pytanie,  nie  jestem 

żonaty. 

Berry  o  mało  nie  roześmiała  się  z  ulgą.  Nie  był  żonaty.  Nie,  żeby  to  miało  dla  niej 

jakiekolwiek  znaczenie.  Nie  interesowała  się  mężczyznami,  zwłaszcza  teraz.  Szczególnie  nie 
interesowała  się  tym  mężczyzną.  Niemniej,  dobrze  było  wiedzieć,  że  nie  całowała  się  z 
flirciarzem.  Ze  nie  wtargnęła  na  czyjeś  prywatne  terytorium.  Ze  pizza,  którą  rozgniotła,  nie 
była  rodzinną  pizzą.  A  ten  prowokujący  kawał  samca  z  autem  za  milion  dolarów  uczy 
pierwszoklasistów! 

—  Nie wyglądasz na nauczyciela pierwszoklasistów. 
—  Wiem  —  jęknął.  —  Jestem  za  duży.  Nie  mieszczę  się  w  żadnym  z  nowych  krzeseł. 

Trudno  mi  utrzymać w palcach kredę  czy  nożyczki. I kompletnie  nie  mogę  opanować  sztuki 
posługiwania  się  spinkami  do  włosów.  —  Osunął  się  na  swoim  fotelu.  —  Nie  pasuję  do 
pierwszej klasy. W życiu nie miałem trudniejszej pracy. 

Wizja Jake'a Sawyera odgrywającego rolę kwoki wobec gromady siedmiolatków wywołała 

uśmiech  na  wargach  Berry.  Gdyby  ona  miała  w  pierwszej  klasie  nauczyciela,  który 
wyglądałby jak Jake, robiłaby wszystko, żeby zostawać po lekcjach. Ale jej nauczycielka, pani 
Berman,  mierzyła  sto  pięćdziesiąt  centymetrów,  a  ważyła  blisko  sto  kilogramów.  Na  samo 
wspomnienie pani Berman Berry przebiegł dreszcz. 

—  Grosik za twoje myśli. 

Przepraszam, zamyśliłam się... 

Przestraszyłem się. Mogło ci się coś stać w głowę, kiedy spadłaś z drzewa. 

—  Nie.  Jedyne,  co  ucierpiało,  to  moja  duma  oraz  twoja  pizza.  —  Berry  skrzywiła  się  w 

ciemnościach.—  Na  następnych  światłach  skręć  w  prawo,  a  potem  jedź  prosto,  póki  nie 
zobaczysz napisu PIZZERIA. 

—  Mało elegancka dzielnica – zauważył.  
Berry wzruszyła ramionami. 
—  Międzynarodowa  zbieranina.  Włoskie  piekarnie.  Wietnamskie  pralnie.  Etiopskie 

restauracje. Każdy próbuje się przebić, jak ja. 

Jake zakręcił płynnie na światłach i spod zmarszczonych brwi spoglądał w głąb ciemnej 

ulicy z brudnymi witrynami. 

—  Dlaczego zdecydowałaś się na pracę w tej pizzerii? 

A dlaczego ty wybrałeś nauczanie początkowe? 

RS

background image

 

9

 

Jake uśmiechnął się z wysiłkiem. 

Jeśli ci powiem, mogę liczyć na rewanż? 

Cóż, mam nadzieję, że twoja historia jest ciekawsza od mojej. 

Wynalazłem gunie. 

Gunk? 

To  pełza  i  czołga  się.  Występuje  w  pięciu  zapachach  i  trzech  smakach.  Jest  jadalne, 

daje się zamrażać. I jest obrzydliwe. 

Już wiem. Widziałam reklamy w TV. 

Wynalazłem  to.  Pracowałem  w  laboratorium  Bartlów  nad  niedrogim  klejem 

organicznym, no i sfabrykowałem gunk. 

Jesteś chemikiem? 

Byłem.  Rzuciłem  chemię  w  chwili,  gdy  sprzedałem  patent  na  gunk.  Nienawidziłem 

świetlówek oraz rutynowej pracy od dziewiątej do piątej. Strasznie to nudne. Klej jest nudny. 
— Uśmiechnął się z dumą. — Teraz jestem wynalazcą. 

A skąd uczenie pierwszoklasistów? 

Są moimi królikami doświadczalnymi. Mogę na nich testować nowe pomysły. Poza tym, 

potrzebuję pieniędzy, a mam uprawnienia do nauczania. Całą forsę za gunk wpakowałem w 
auto iw ten monstrualny wiktoriański dom. 

Berry pokręciła głową. Rzucać przyzwoite zajęcie i traktować siedmiolatki niczym króliki 

doświadczalne... Ten Czaruś nie był znów taki nieskazitelny. 

Jakim cudem zatrudniła cię rada szkolna? 

Na  szczęście  pani  Newfarmer  miała  załamanie  nerwowe  i  jej  pierwsza  klasa  została 

nagłe bez opieki. Kiedy zgłosiłem się na zastępstwo, byli tak zdesperowani, że wzięli mnie pod 
uwagę. 

Załamanie nerwowe? Musisz mieć niezłe gagatki. 

Dzieciaki są wspaniałe. Pani Newfarmer przeżywała jakieś małżeńskie kłopoty. 

Hmm, pomyślała Berry. Była w stanie to zrozumieć. Małżeństwo istotnie łatwo wpędza w 

nerwowe załamanie. Może spowodować pokrzywkę, zniszczyć ręce od wieczornego szorowania 
garów  i  doprowadzić  do  paranoi.  Znała  to  z  własnego  doświadczenia.  Walczyła  cztery  lata, 
żeby przepchnąć męża przez studia medyczne, a potem odkryła, że bawi się w doktora z Mary 
Lou Marowski. Tak, drogi panie, jeśli idzie o małżeństwo, wiedziała wszystko. 

Teraz twoja kolej. Dlaczego tkwisz pośród międzynarodowej zbieraniny? 

Wyszłam  za  mąż  jeszcze  w  college'u.  Oboje  nie  mogliśmy  sobie  pozwolić  na  naukę  w 

pełnym  wymiarze  godzin,  więc  ja  rzuciłam  szkołę  i  poszłam  do  pracy.  Kiedy  po  czterech 
latach  małżeństwo  rozpadło  się,  nie  byłam  w  stanie  robić  niczego,  co  wymagałoby  dużej 
koncentracji  czy  zaangażowania.  Chciałam  robić  coś  własnymi  rękoma.  Coś,  co  wyczerpuje 
fizycznie. A poza tym mieści się dostatecznie blisko uniwersytetu, żebym mogła podjąć znowu 
studia. Znalazłam więc tę pizzerię. Najpierw przez rok pracowałam przy wyrobie pizzy, a kiedy 
siedem miesięcy temu właściciel przeszedł na emeryturę, zebrałam do kupy wszystkie centy, 
jakie mogłam wyskrobać, zastawiłam pod hipotekę własną duszę i kupiłam cały interes. 

Jake  zaparkował  przy  krawężniku,  po  czym  zlustrował  bacznym  wzrokiem  piętrowy 

budynek  z  żółtej  cegły.  W  witrynie  lśnił  krzykliwą  czerwienią  neonowy  napis  PIZZERIA.  W 
czterech oknach na piętrze wisiały białe, suto namarszczone firanki. 

Mieszkasz na górze? 

Tak. 

— 

Sama?  

— 

Już nie. W tym tygodniu adoptowałam trzy staruszki. 

 

Jake wzniósł pytająco brwi. 

RS

background image

 

10

— 

Och, to długa historia. 

Berry wysiadła z auta, z wyraźną ulgą powiększając przestrzeń pomiędzy sobą a Jake'm 

Sawyerem.  Ten  mężczyzna  wzbudzał  w  niej  fizyczny  niepokój.  Sprawiał,  że  ogarniały  ją  fale 
gorąca. Nawet nie była pewna, czy go lubi. Kupował ekstrawaganckie auta oraz ekscentryczne 
domy i gwizdał na zabezpieczenie własnej przyszłości. Był ryzykantem z wielkimi marzeniami. 

Marzenia Berry nie zaliczały się do wielkich. Chciała skończyć studia. Chciała mieć okno 

z  widokiem  na  łąkę,  strumień  czy  trawnik.  Chciała  miłego,  nudnego  męża,  wiernego  w 
małżeństwie,  ale  jeszcze  nie  teraz.  Najpierw  studia,  potem  mąż,  a  na  końcu  trawnik.  Taki 
miała  plan.  Z  zupełnie  oczywistych  powodów  nie  było  w  nim  miejsca  na  zawrót  głowy 
wywołany osobą Jake'a Sawyera. A do tego wszystkiego zachowywała się jak idiotka! Spaść z 
drzewa wprost na pizzę. O, Boże. 

Bolały  ją  plecy,  miała  podrapane  ręce,  a  na  kolanie  dżinsów  widniała  ogromna  dziura. 

Wymamrotała  jakieś  zaambarasowane  dziękuję,  ostrożnie  zamknęła  drzwi  cennego  auta  i 
pospiesznie zrejterowała do siebie. Z całą pewnością dzień nie zaliczał się do najlepszych w jej 
życiu. Podglądała  przez okno  sypialni  Jake'a  Sawyera  i  została  ukarana.  Jak inaczej  można 
wytłumaczyć samobójstwo jeepa? Berry z trudem posuwała się w górę po wąskich schodach. 
Można chyba uznać, że rachunki zostały już wyrównane. To raczej uczciwa cena — jej jeep za 
trzydzieści sekund widoku niemal nagiego Jake'a. 

Przygryzła  wargi.  Jakim  cudem  zdoła  kiedykolwiek  zastąpić  czymś  tego  głupiego  jeepa. 

Nie  miała  grosza  na  koncie  i  nie  miała  gdzie  zaciągnąć  kredytu.  Cholerny  pech.  A  właśnie 
zaczynało  iść  lepiej.  W  zeszłym  tygodniu  podpisała  dwa  kontrakty  na  dostawę  lunchu  do 
miejscowych restauracji. Jak ma teraz dostarczać pizzę bez jeepa? 

—  Cholera — zaklęła, wchodząc z trudem na górę — jasna cholera. 
U  szczytu  schodów  tkwiła,  wyprostowana  niczym  strzała,  pani  Dugan,  a  na  jej  twarzy 

malował się wyraz słusznego oburzenia. 

—  Hmm...  ładne  rzeczy,  kto  to  słyszał,  żeby  młoda  dama  wyrażała  się  w  podobny 

sposób. Chciałabym z góry zaznaczyć, że nie toleruję przekleństw. 

Inna siwowłosa staruszka ukazała się w drzwiach. 
—  Na  litość  boską,  Saro,  ona  powiedziała  tylko:  cholera.  Cholerę  trudno  uznać  za 

przekleństwo. Młodzi ludzie używają dzisiaj takich słów. Spoza drzwi dobiegł trzeci głos. 

—  Masz rację, Mildred, a co ona powiedziała? Ach, bzdura... Niech się skicham?... Nie, 

to  nie  to  samo,  zupełnie  nie  to  samo.  Czasem  dobre  przekleństwo  pomaga  się  odprężyć. 
Właśnie mam ochotę sobie zakląć. — Pulchna staruszka wypowiedziała epitet, wobec którego 
jasna  cholera  zdawała  się  fragmentem  grzecznej  rozmowy.  Wszystkie  panie,  nie  wyłączając 
Berry, wysoko uniosły brwi. 

—  Pani Fitz! 
Pani Fitz klepnęła się w udo i zarechotała. 
—  Świetne, prawda? Możecie mi wierzyć, teraz czuję się o wiele lepiej. 
Zmęczonym krokiem Berry przemierzyła pokój, po czym zatonęła w fotelu na biegunach. 

Dobry Boże! — wykrzyknęła pani Fitz. — A gdzieś ty się tak utytłała? Berry pociągnęła 

nosem. 

Najpierw ja zleciałam z drzewa na dużą pizzę... a potem jeep zleciał ze skały. 

Pani Dugan postawiła przy fotelu miseczkę wody i delikatnie zaczęła obmywać podrapany 

policzek Berry. 

Nie masz żadnych poważnych obrażeń, prawda? Nic, poza skaleczeniami? 

Nie, wszystko w porządku. 

Berry  uśmiechnęła  się.  Sporo  czasu  upłynęło,  odkąd  po  raz  ostatni  zajmowano  się  nią 

tak  troskliwie.  Jej  matka  mieszkała  o  setki  kilometrów  stąd,  w  McMinneville  w  Oregonie,  a 

RS

background image

 

11

eksmąż,  Allen,  nigdy  nie  poświęcał  żonie  zbyt  wiele  uwagi.  Nadal  zastanawiała  się,  jakim 
cudem  mogła  być  aż  tak  samotna  w  małżeństwie.  Spędziła  cztery  lata  z  mężczyzną,  który 
nigdy nie pamiętał o dniu jej urodzin i nigdy nie zwrócił uwagi na jej łzy. Tak bardzo dała się 
uwieść  jego  chłodnej  inteligencji  i  zawodowym  aspiracjom,  że  nie  bacząc  na  emocjonalne 
braki  Allena,  rzuciła  się  w  małżeństwo  głową  naprzód.  Dzięki  Bogu,  już  wszystko  poza  nią. 
Wydoroślała, zmądrzała, a ciężko wywalczona niezależność dawała jej wiele zadowolenia. 

Halo! — zawołał Jake Sawyer, przystając u szczytu schodów. 

Na Boga! — wykrzyknęła pani Fitz. — A cóż to za kawał chłopa? 

Jestem przyjacielem Berry. 

Zapadła  głucha  cisza.  Pani  Dugan  wpatrywała  się  w  Jake'a,  a  jej  wyciągnięta  ręka 

znieruchomiała! wpół gestu. 

Jake  dostrzegł  wodę  i  krew  spływające  po  ramieniu  Berry.  Delikatnie  wyjął  gałganek  z 

dłoni pani Dugan, namoczył go i przyłożył do skaleczonego miejsca. 

Berry  zesztywniała.  Pani  Dugan,  obmywająca  ją  z  brudu  i  krwi  to  jedno.  Jednak 

opatrywanie ran w wykonaniu Jake'a Sawyera sprawiało, że czynność ta przekształcała się w 
coś  niepokojąco  wręcz  intymnego.  Nawet  więcej  niż  intymnego.  Przekształcała  się  w 
absolutnie niechcianą czułość i troskliwość. Miała nadzieję, że wygląda dostatecznie groźnie, 
gdy zacisnęła zęby oraz przymrużyła oczy. 

—  Co tu robisz? 
—  Niech  mnie  diabli,  jeśli  potrafię  to  wyjaśnić.  Siedziałem  na  dole,  na  krawężniku  i 

próbowałem odjechać. Ale stale miałem przed oczami wizję, jak stoisz na szosie z pudełkiem 
pizzy pod pachą i machasz czekając, aż ktoś cię podwiezie. 

—  No i? 
—  No i to mi się bardzo nie podobało. — Jego ciemne oczy poszukały jej oczu. — Jesteś 

rzeczywiście w trudnej sytuacji. 

—  Jakoś sobie poradzę. 
Jake uśmiechnął się z zakłopotaniem. 

Muszę ci coś wyznać. To był mój kot. Bez przerwy włazi na drzewo. 

 

Berry wytrzeszczyła oczy. 

Twój kot? I przez cały czas traktowałeś mnie jak jakąś zwariowaną podglądaczkę?! 

Doprawdy? A nie podglądałaś? 

Tylko troszeczkę! — Na wspomnienie tamtej sytuacji poczuła raptowne uderzenie krwi 

do głowy. Nie czuje się winna, bo siedziała na drzewie z dobrego serca, a on praktycznie sam 
wystawił się na pokaz. Zeskoczyła z fotela i ujęła się pod boki. — Nie miałam innego wyjścia. 
Rozbierałeś  się  dokładnie  na  wprost  okna.  Nie  uznajesz  zasłon?  A  może  jesteś 
ekshibicjonistą? 

Dopiero  co  się  wprowadziłem.  Nie  miałem  czasu  wieszać  zasłon.  Poza  tym  nie  mam 

żadnych bliskich sąsiadów. 

Berry wykręciła się na pięcie, spoglądając na trzy zaniepokojone panie, stłoczone tuż za 

jej  plecami.  Ściągnięte  brwi  Berry  i  zmarszczony  nos  dawały  im  jasno  do  zrozumienia,  że 
starczy jedno, jedyne słowo, a znajdą się z powrotem na dworcu. 

Jake uniósł rękę. 
—  Zaczekaj.  Nie  przyszedłem,  żeby  dyskutować  o  twoich  voyerystycznych 

upodobaniach. 

—  Voyerystycznych upodobaniach! Ze wszystkiego... jesteś najbardziej... Ja nie jestem... 

—  Berry  przymknęła  powieki,  po  czym  parę  razy  głęboko  odetchnęła.  Następnie  otworzyła 
oczy i wykonała zamaszysty gest, wskazując drzwi. — Wynoś się. 

Jake usadowił się w wolnym bujanym fotelu i przyjął filiżankę kakao od pani Fitz. 

RS

background image

 

12

Chłopcze, ona jest rozdrażniona. 

Taaak..., ma chandrę? 

Berry odwróciła się i lekko poklepała po ramieniu panią Fitz. 
—  Pani Fitz, każdy by zauważył, że ten człowiek wychodzi. Nie podajemy kakao ludziom, 

którzy wychodzą. 

—  Nonsens. Zupełnie się tutaj zadomowił. — Pani Fitz zacisnęła z satysfakcją usta. — 

Czyż to nieprzyjemny i pokrzepiający widok? 

Mildred przyniosła talerzyk ciasteczek w czekoladzie. 
—  Świeżo  upieczone  dziś  wieczorem.  —  Zwróciła  się  do  pani  Fitz.  —  Mój  Boże, 

przyjemnie mieć w domu mężczyznę. 

— 

Od razu mam ochotę umalować usta — roześmiała się pani Fitz. — Niestety brakuje mi 

szminki. Mildred przytuliła tłuściutką, małą panią Fitz. 

— 

Wszystko w porządku. Wkrótce będziesz miała za co ją kupić. 

—  Berry  nas  zatrudniła  —  wyjaśniła  pani  Fitz  Jake'owi.  —  Żeby  zaoszczędzić  parę 

groszy  z  naszego  socjalnego  ubezpieczenia,  mieszkałyśmy  w  Southside  Hotel,  takim  hotelu 
dla pań. Ale zdecydowano przeprowadzić generalny remont budynku, a wnętrze przerobić na 
eleganckie apartamenty. Nie mogłyśmy sobie pozwolić na mieszkanie tam dłużej. Znalazłyśmy 
się  w  trudnej  sytuacji,  bo  nie  było  żadnego  dostatecznie  taniego  pokoju.  W  końcu  nas 
wyeksmitowano, więc zatrzymałyśmy się czasowo na dworcu kolejowym, a tam wpadło nam w 
oko  ogłoszenie,  które  Berry  dała  do  gazety.  —  Pani  Fitz  uśmiechnęła  się.  Cała  jej  postać 
mierzyła około stu pięćdziesięciu centymetrów, z czego co najmniej sześćdziesiąt przypadało 
na  jej  starannie  zaondulowaną  fryzurę,  spiętrzoną  ze  stalowosiwych  krótkich  włosów. 
Ponadto  odznaczała  się  pyzatymi,  rumianymi  policzkami,  obfitym  biustem,  a  także 
dołeczkami  na  łokciach  oraz  pulchnych  kolanach.  —  Wiemy,  że  jesteśmy  trójką  starych 
kobiet, ale doszłyśmy do wniosku, że powinno się nam udać. 

Mildred przysunęła stołek bliżej bujanego fotela. 

Całymi dniami przemierzałyśmy  miasto w  poszukiwaniu  pracy, aż  wreszcie  Berry  nas 

zatrudniła. Byłyśmy już o krok od poddania się. 

Historia z jeepem nic chyba nie zmieni? — zmartwiła się pani Fitz. — Czy jest bardzo 

uszkodzony? 

Nie ma takiej siły na ziemi ani w niebie, która mogłaby złożyć go do kupy — odezwała 

się Berry. 

Jake dopił kakao i wstał, zbierając się do odejścia. 
—  Wszystko  w  porządku, pani  Fitz.  Berry będzie  korzystała  z  mojego  auta,  dopóki  nie 

zdoła zastąpić czymś jeepa. 

Berry spojrzała nań szeroko otwartymi oczami. 
—  Nie mogę rozwozić pizzy twoim samochodem. 
Jake ponuro przeżuwał ciasteczko. 
—  Wszystko  zaczęło  się  od  mojego  kota.  Poczuwam  się  do  odpowiedzialności.  — 

Przechylił się ku Berry i wyszeptał jej wprost do ucha: — A poza tym umiesz się diablo dobrze 
całować! 

Berry udawała, że nie czuje rumieńca, którym płonęły jej policzki. 
— 

Nie mogę dostarczać pizzy samochodem wartym czterdzieści tysięcy dolarów! Pani Fitz 

gwizdnęła przeciągle spoza pleców Berry. 

— 

Chcesz powiedzieć, że poza swoim wyglądem ma na dodatek pieniądze? 

— 

Wynalazłem gunk. 

Pani Fitz szeroko otworzyła oczy. 
—  To obrzydliwe, śliskie paskudztwo do jedzenia? Lubię je! 

RS

background image

 

13

Jake odwrócił się ku Berry. Była pewna, że chce ją pocałować, ale zamiast tego pociągnął 

ją za włosy. 

—  Moja szkoła jest o trzy mile stąd. Podrzucę auto jutro rano, w drodze do pracy. 
 
 
 

Berry spojrzała na piętrzący się stos pudełek z pizzą, zastanawiając się, w jaki 
sposób  upchnie  je  w  dwuosobowym  samochodzie  Jake'a  Sawyera. 
Osiemnaście  dużych  pizz  i  siedem  małych,  wszystkie  mają  znaleźć  się  w 
Windmere  Technicals  o  dwunastej  trzydzieści.  Jęknęła.  Gdyby  nie  podpisane 

kontrakty  na  dostawy  lunchów,  nigdy  w  życiu  nie  przyjęłaby  oferty  Jake'a.  Auto  było  zbyt 
drogie,  zbyt  rzucające  się  w  oczy,  zbyt  egzotyczne.  A  jeśli  je  zarysuje?  Ten  wóz  wydawał  się 
jakby  stworzony  do  tego,  aby  się  w  nim  głośno  wypłakiwać.  Jakim  cudem  staroć  mógł 
wyglądać tak młodo? Nie chodzi przecież o dwustudolarowego jeepa, lecz o ekstrawagancką, 
urągającą zdrowemu rozsądkowi zabawkę jak spod igły. 

A  Jake  Sawyer?  Kolejna  zabawka  wprost  spod  igły,  zbyt  potężna,  zbyt  droga,  zbyt 

egzotyczna.  Północy  wspominała  jego  pocałunek,  pewna,  że  nie  chce,  aby  się  powtórzył. 
Takich pocałunków łatwo się nie zapomina. Mogą doprowadzić do zagubienia, mogą sprawić, 
że  straci  się  z  oczu  swój  cel.  Już  raz  przerwała  edukację  dla  mężczyzny  i  nie  miała 
najmniejszego zamiaru powtarzać tego błędu. Będzie korzystać z auta Jake'a dopóty, dopóki 
nie znajdzie lepszego wyjścia z sytuacji, utrzyma też pomiędzy nim a sobą dystans tak duży, 
jak to tylko będzie możliwe. 

Berry  nałożyła  na  palec  kluczyki,  a  następnie  pchnęła  frontowe  drzwi,  trzymając  w 

wyciągniętych  rękach  stertę  sześciu  dużych  pudełek pizzy,  Rozglądała  się  moment,  starając 
się dojrzeć poprzez padającą mżawkę, w którym miejscu Jake zaparkował wóz. Powiedział, że 
zostawił samochód bezpośrednio przed pizzerią. Berry przytrzymała stopą otwarte drzwi. 

—  Pani  Fitz,  pani  brała  dziś  rano  kluczyki  od  Jake'a.  Gdzie  on  zaparkował?  Pani  Fitz 

otarła pulchne ręce w duży biały fartuch i potrząsnęła głową. 

—  Na litość boską, dziecko, auto stoi dokładnie naprzeciwko ciebie. Przed... — Pani Fitz 

zamarła z otwartymi ustami. — Gdzie ono się podziało? 

—  Może Jake je przestawił. Może zmienił zamiar i... 

Nie sądzę. Mamy kluczyki. 

 

Krew odpłynęła z twarzy Berry. 

Boże, nie. Auto zniknęło. Jak to się stało? 

Wszystko wskazuje na to, że je ukradli. 

Chwiejnym  krokiem  Berry  wróciła  do  sklepu  i  położyła  pudełka  z  pizzą  na  kontuarze. 

Skradziono auto Jake'a Sawyera. Posiadała je dokładnie przez trzy i pół godziny, a teraz samo 
się ukradło. Poczuła narastające dudnienie w skroniach. 

Jake nie będzie szczęśliwy — wyszeptała pani Fitz. 

Chyba wstąpię do klasztoru albo wyjadę do Rio.  

 

Pani Fitz wykręciła jakiś numer telefonu. 

—  Zamówię  taksówkę,  niech  rozwiezie  pizze.  Ty  zostań  tutaj  i  wezwij  policję.  Może 

odnajdą samochód, zanim Jake wróci ze szkoły. 

Twarz  Berry  rozjaśniła  się.  W  projekcie  pani  Fitz  krył  się  cień  nadziei.  To  akurat  auto 

niezbyt  się  nadawało  do  rozbiórki  na  części.  Policja  prawdopodobnie  odnajdzie  je  bez 
większych  kłopotów.  Cztery  godziny  później  pani  Fitz  postawiła  przed  Jake'em  talerz 
ciasteczek i kubek mleka. 

—  Wszystko w porządku. Nikt nie ucierpiał. Straciłeś auto, ale tylko na chwileczkę. 

RS

background image

 

14

Jake  gapił  się  na  ciasteczka  szklanym  wzrokiem.  Berry  pomyślała,  że  wygląda  jak 

człowiek,  któremu  przed  chwilą  powiedziano,  iż  na  pobliskim  parkingu  wylądowali  kosmici. 
Pani Dugan klasnęła w ręce. 

Złożyłyśmy  doniesienie  na  policji  Funkcjonariusze  oświadczyli,  że  z  pewnością  znajdą 

coś tak niezwykłego. 

To  unikatowy  egzemplarz.  Zrobiony  na  zamówienie.  Na  całym  świecie  nie  ma 

podobnego. 

Wielkie  rzeczy,  wściekała  się  Berry,  zagniatając  ciasto  na  pizzę  na  dużym  drewnianym 

blacie  za  plecami  Jake'a.  W  kradzieży  auta  istotnie  nie  było  nic  wesołego,  współczuła 
Jake'owi,  ale  dlaczego,  do  cholery,  ktoś  połakomił  się  na  taki,  wóz.  Podwójnie  chromowane 
części, silnik, który byłby w stanie uciągnąć pociąg towarowy, oraz skórzane obicia. Ich cena 
przekraczała  prawdopodobnie  cały  roczny  dochód  Berry.  Wymierzyła  klapsa  w  pachnącą 
powierzchnię ciasta, zastanawiając się, dlaczego właściwie jest wściekła. Skoro Jake Sawyer 
chciał  mieć  tak  rzucające się  w oczy  auto,  cóż  mogła  poradzić?  To  nie  jej  interes,  że  musiał 
podbudować  swoje  ego  przy  pomocy  kawałka  maszynerii,  która  została  najwyraźniej 
stworzona po to, by pomnożyć wydolność określonej części samczego ciała. 

Przerwała  na  moment  swój  monolog  wewnętrzny.  Musiała  przyznać,  że  tak  naprawdę, 

jego  ego  nie  potrzebowało  żadnego  wsparcia.  A  z  obserwacji  prowadzonych  z  drzewa, 
wnioskowała iż żadna część jego ciała nie potrzebowała wzmocnienia. 

Dlaczego więc była taka wściekła? Być może winę ponosił sposób, w jaki Sawyer usadowił 

się  na krześle  i  z  zimną krwią  przysłuchiwał  się  gadaninie  staruszek, pomrukując  od  czasu 
do czasu: 

—  Wiedziałem, że jestem zgubiony, gdy tylko ją zobaczyłem. 
Co miał, do diabła, na myśli? Berry uformowała z ciasta okrągły placek. Podejrzewała, że 

uznał ją za wcielenie wszelkich nieszczęść. 

Pani Fitz rzuciła Berry zdumione spojrzenie poprzez ladę. 
—  Na Boga, dziecko, zatłuczesz chyba to ciasto na śmierć! 
Berry  westchnęła.  Po  rozwodzie  przez  rok  wyładowywała  emocje  na  cieście  do  pizzy. 

Gdyby  nie  miała  ciasta  pod  ręką,  zamieniłaby  się  chyba  w  maniakalnego  mordercę. 
Stopniowo,  wraz  z  upływem  czasu,  jej  życie  powróciło  do  normy,  a  miejsce  chaosu  i 
rozczarowania zajęły spokój oraz świadome dążenie do celu. 

Popatrzyła  uważnie  na  zmaltretowane ciasto.  Znała Jake'a  Sawyera  niecałe dwadzieścia 

cztery  godziny,  a  już  wyżywała  się  na  Bogu  ducha  winnym  produkcie.  Ten  mężczyzna 
stanowił  zagrożenie  dla  jej  równowagi.  Z  jego  powodu  bolał  ją  brzuch.  Sprawiał,  że 
zachowywała się jak tuman, rumieniła się, jąkała i spadała z drzewa. 

Przestała na chwilę myśleć. Uczciwość wobec samej siebie nakazywała jej przyznać, że w 

istocie źródła jej gniewu są znacznie bardziej skomplikowane. Jake Sawyer budził w niej coś. 
Pragnęła obserwować, jak się porusza, chciała z nim rozmawiać, dotykać go. Zupełnie jakby 
szła samopas przez pustynię i natknęła się nagle na mrożoną wodę sodową. To nie fair. Woda 
sodowa  wywoływała  w  niej  zawsze  dreszcze  i  Berry  była  pewna,  że  gdyby  dała  Jake'owi 
choćby najmniejszą szansę, on również wywołałby w niej dreszcze. Mógł także sprowadzić ból 
głowy, poczucie utraconego bezpieczeństwa i dręczącą samotność nieodwzajemnionej miłości. 

Nie potrzebuję tego, pomyślała z nachmurzoną twarzą Berry, waląc w ciasto z rozmachem 

drewnianym  wałkiem.  Pewnego  dnia  będę  gotowa  do  nowego  związku,  ale  nie  teraz.  Po 
pierwsze,  muszę  postawić  pizzerię  na  nogi.  Po  drugie,  muszę  skończyć  studia.  Po  trzecie... 
Wyliczanie  przerwał  dzwonek  telefonu.  Kiedy  pani  Fitz  podniosła  słuchawkę,  jej  twarz 
rozjaśniła się w uśmiechu, a okrągłe policzki nabrały wyglądu polerowanych jabłek. 

To policja. Znaleźli auto! 

RS

background image

 

15

 

Jake spojrzał na zapisany adres. 

Róg ulic Grande i Siedemnastej. 

Berry wciągnęła kamizelką na szarą bawełnianą koszulkę. 
—  Wiem, gdzie to jest. Nie dalej niż pół mili stąd. Możemy pójść pieszo. 
Jake  stanął  w  drzwiach  zaciągając  zamek  błyskawiczny  kurtki  i  ponurym  wzrokiem 

ogarnął  sąsiedztwo  pizzerii.  Zimna  mżawka  padała  na  oblepione  brudem  ceglane  fasady 
pobliskich  sklepów,  a  porywy  wiatru  uderzały  w  szklane  tafle  okien.  Namoknięte  gazety  i 
uliczne  śmieci  obijały  się  o  drzwi  wejściowe,  a  także  o  zatkane  odpływy  studzienek 
ściekowych. Po przeciwległej ulicy przemykał się z podwiniętym ogonem jakiś kundel. 

Berry wiedziała, co zobaczył Jake. Kraty, zainstalowane w oknach parteru, jako ochrona 

przed  włamywaczami.  Puste  puszki  po  piwie  oraz  butelki  od  wina  nie  wrzucone  do  dużych 
pojemników  naśmieci.  W  wyobraźni  widział  zapewne  bandytów  czających  się  w  zaułkach  i 
biedę ukrytą za zamkniętymi drzwiami. Raptownie poczuła, że musi stanąć w obronie swojego 
domu. 

—  Nie wszystko jest takie złe — stwierdziła. — Widzisz to wesołe żółte światło w oknie 

nad sklepem spożywczym Giovanniego? Pani Giovanni przygotowuje posiłek. Latem wiesza na 
kuchennym  oknie  skrzynki  i  sadzi  w  nich  wściekle  czerwone  geranium.  W  tym domu, obok 
mojej  pizzerii,  mieszkają  cztery  generacje  Lingów.  W  zeszłym  roku  Charlie  Ling  zdobył 
pierwszą  nagrodę  w szkole  za dobre  wyniki w  nauce.  A  w dole  ulicy...Jake  uśmiechnął się  i 
zwichrzył jej włosy. 

—  Robisz się ostra, kiedy ktoś wkracza na twoje podwórko. Naprawdę lubisz sąsiadów? 

Berry wzruszyła ramionami. 

—  Są okay. Jasne, że wolałabym wyglądać przez okno na trawnik czy góry, ale zamiast 

tego mogę sobie popatrzeć na czerwone geranium pani Giovanni. Staram się tym cieszyć. 

Jake  zamilkł  na  moment.  Berry  zdawało  się,  że  dostrzega  w  jego  oczach  przebłysk 

mimowolnego uznania, i sama zdziwiła się, jak wielką sprawiło jej to przyjemność. Wystawiła 
swą  nieprzyzwoicie  wręcz  rozpromienioną  twarz  na  ostre  podmuchy  wiatru,  by  uniknąć 
badawczego wzroku Jake'a. 

— 

Tędy — mruknęła, zmierzając w stronę ulicy Grande.  

 

Jake przytrzymał ją. 

— 

Zaczekaj, Złotowłosa. Gdzie twoja parasolka? 

— 

Nie mam parasolki. 

— 

W takim razie chociaż nałóż kaptur. 

— 

Nie cierpię chodzenia w kapturze. 

Pani  Dugan  stłucze  cię  swoją  drewnianą  łyżką,  jeśli  zobaczy,  że  chodzisz  po  deszczu 

bez nakrycia głowy — wyszeptał konspiracyjnym tonem. 

Mam dwadzieścia sześć lat i nie boję się pani Dugan. 

Jake Sawyer uśmiechnął się szeroko i pocałował Berry najpierw w czubek mokrego nosa, 

a  następnie  w  rozchylone  usta.  To  nie  był  pocałunek,  który  znaczył:  Kocham  cię,  czy: 
Chodźmy do łóżka. Ten pocałunek oznaczał: Zamknij się, ty wspaniała wariatko. 

Niczym  grzany  miód,  pocałunek  przeniknął  całe  ciało  Berry,  rozpuszczając  jej  gniew. 

Wcale nie była uszczęśliwiona mianem wspaniałej wariatki, ale pocałunek nią wstrząsnął. Nie 
cierpiała przyznawać,  że  pocałunki  Jake'a  Sawyera bezgranicznie  ją  cieszyły.  Tak  naprawdę 
prawie się już zdecydowała, aby odpłacić mu tym samym. 

Nawet  nie  zamierzam  zgadywać,  co  dzieje  się  w  twojej  głowie.  Przyglądasz  mi  się, 

jakbym był czymś do zjedzenia. 

Ależ skąd! To śmieszne. — Co za kreatura. Teraz chce z kolei czytać w myślach! 

RS

background image

 

16

Sawyer zadarł głowę do góry i roześmiał się na całe gardło, głośno i szczerze. Nie sposób 

było zignorować takiego uśmiechu. Diabelski wyraz pojawił się w jego oczach, gdy przysunął 
się bliżej, przyciskając Berry do framugi. Musnął wargami jej usta, mówiąc: 

Chcę cię pocałować jeszcze raz... żeby zapomnieć o aucie. 

Nie! 

Nie lubisz całować mężczyzn? 

Nie mam czasu na całowanie mężczyzn. 

Masz tylko czas, żeby wdrapywać się na drzewa i podglądać ich, kiedy się rozbierają? 

Tak. Nie! 

Muszę przyznać, że to, iż widziałaś mnie nagiego, jest całkiem podniecające. 

Nie widziałam cię nagiego. Spadłam z drzewa, zanim zdążyłeś pokazać jakieś naprawdę 

ciekawe rzeczy. — W istocie, niebieskie slipki były wystarczająco interesujące. Berry poczuła, 
że płonie jej twarz; wiedziała, że Jake'a Sawyera cieszy jej zakłopotanie. 

Wstydź się. Myślę, że cyganisz. 

Dobry Boże! 

Naciągnął  kaptur  na  głowę  Berry  i  zawiązał  troczki  na  kokardkę.  Poczuła  się  o  pięć  lat 

starsza. Bez słowa wziął ją za rękę i poprowadził obok siebie. 

Gdy  dochodzili  do  ulicy  Grande,  Berry  poczuła,  że  jego  uścisk  staje  się  silniejszy. 

Potężny, wielki Jake Sawyer denerwował się. Naprawdę był przywiązany do swojego głupiego 
auta.  Berry  nieszczególnie  znała  się  na  samochodach,  ale  doskonale  wiedziała,  czym  jest 
utrata rzeczy, którą się lubi. Rozumiała ból i niepokój wywołany stratą. Berry ogarnęło takie 
współczucie, że gotowa była pobiec i kupić Jake'owi Sawyerowi galon jego ulubionych lodów. 
Zamiast tego ścisnęła go za rękę, posyłając najbardziej pokrzepiający uśmiech. 

Wyraźnie  był  zdziwiony.  Popatrzył  w  dół  na  Berry,  po  czym  pozwolił  sobie  na 

uzewnętrznienie własnych uczuć. 

Jestem trochę zdenerwowany. 

Domyślam się. 

Chyba wszystko w porządku. 

—. Chyba tak — powiedziała Berry, myśląc w duchu, że jej wewnętrzna radość kurczy się 

wraz z każdym kolejnym krokiem. Auto będzie z pewnością bardziej ogołocone, niż pieczony 
indyk nazajutrz po Dniu Dziękczynienia. 

Skręcili  za  róg,  wpadając  na  paru  funkcjonariuszy.  Stali  z  rękoma  na  biodrach  przy 

biało-czarnym  policyjnym  aucie  i  lustrowali  spoczywający  przy  krawężniku  przedmiot. 
Upłynęło  kilka  sekund,  zanim  Jake  i  Berry  rozpoznali  obiekt  ich  zainteresowania.  Na 
pierwszy  rzut  oka  sprawiał  wrażenie  odrapanego  wraku  spoczywającego  na  czterech 
żużlowych blokach. 

Jake  wydał  starannie  modulowany  okrzyk  zdumienia,  aż  policjanci  odwrócili  się  ku 

niemu. 

—  Czy to moje auto? 
Starszy funkcjonariusz smutno pokiwał głową. 

Pan Jake Sawyer? 

 

Zdesperowany Jake wyciągnął ręce. 

Och, popatrz! Popatrz, nic z niego nie zostało. Jakim cudem zdążyli tak szybko? 

Nowoczesna technologia. 

Jake  kopnął  żużlowy  blok  i  jęknął.  Berry  biegała  za  nim,  gdy  przemierzał  tam  i  z 

powrotem dystans od początku do końca auta. 

—  Nie  jest  tak  źle.  Dostaniesz  odszkodowanie  i  sprawisz  sobie  nowe.  Przecież  jest 

ubezpieczone? 

RS

background image

 

17

—  Oczywiście,  że  jest  ubezpieczone.  Ale  kto  by  się  troszczył  o  ubezpieczenie.  Ten  wóz 

jest nie do zastąpienia! 

—  Nonsens. Gdzieś muszą być plany, znajdzie się je i dostaniesz nowy. 
—  Dostanę  nowy?  Berry,  nie  mówimy  o  ciastku  z  owocami.  To  był  doskonale  zgrany, 

ręcznie  wykonany  kawał  precyzyjnej  maszynerii.  —  Jake  przestał  biegać  i  wsadził  ręce  do 
kieszeni.  —  W  każdym  razie,  to  było  moje  gunk-auto.  Coś  zupełnie  specjalnego  —  dodał 
spokojnie. 

Berry  zaczynała  rozumieć.  On  zrobił  sam  sobie  prezent  —  to  nie  było  po  prostu  nowe 

auto, to było nowe życie bez koszmarnych świetlówek. Bez nudnego kleju. 

Być  może  wpakowanie  wszystkich  pieniędzy  w  dom  i  w  auto  stanowiło  akt  wiary  we 

własne siły. Wydaję wszystko, co dostałem za gunk, ponieważ zamierzam osiągnąć sukces w 
nowym  życiu.  A  teraz,  kiedy  stracił  auto,  prawdopodobnie  obawia  się,  że  nigdy  nie  zdoła 
sprawić sobie takiego samego. 

Jake zwrócił się do funkcjonariusza. 

Wie pan, czyja to sprawka? 

Rozpytujemy ludzi. Czasem się udaje.

 

To  cholernie  przygnębiające  —  westchnął  Jake,  spoglądając  markotnie  na  wóz.  Berry 

postanowiła poprawić mu choć trochę nastrój. 

Poradzisz  sobie,  Sawyer  —  zbeształa  go.  —  Jesteś  wynalazcą.  Masz  być  szczęśliwy  z 

definicji. 

Tak, tylko że ta smętna kupa złomu była moją ukochaną zabawką. 

Nie masz innych? Potrząsnął przecząco głową. 

W rzeczywistości nudny ze mnie facet. Nic, tylko praca, praca, praca. 

—  To  było  dawno,  wtedy,  kiedy  zajmowałeś  się  klejem.  Teraz,  kiedy  jesteś  wynalazcą, 

powyższe słowa powinny brzmieć: zabawa, zabawa, zabawa. 

Uśmiech,  rodzący  się  w  kącikach  ust  Jake'a,  sprawił  Berry  wielką  ulgę,  choć  nie  była 

pewna,  jak  ma  rozumieć  ów  lekko  zadumany,  nie  pozbawiony  wewnętrznego  blasku  wyraz 
jego oczu. Kryło się w nim coś poważnego. Coś, co budziło zarazem lęk i podniecenie. 

 
Berry otworzyła okno i skrzywiła się. Dopiero szósta, a pani Fitz już robi herbatę. 
—  Pani Fitz, czy pani nigdy nie sypia? 
—  Starzy ludzie nie potrzebują zbyt wiele snu. A spanie z tymi dwiema to nic wesołego. 

Obie chrapią.— Pani Fitz dodała do swej herbaty łyżeczkę miodu. — Wiesz, gdybym miała w 
łóżku mężczyznę... wtedy byłoby zupełnie co innego. 

Berry obciągnęła flanelową koszulę i spuściła nogi z tapczanu. Duży, położony od frontu 

pokój służył równocześnie za salon, jadalnię i wygodną kuchnię. Drugi, mniejszy, który dotąd 
pełnił  funkcje  jej  sypialni,  Berry  przekształciła  w  salę  sypialną  dla  staruszek.  Lubiła  je  i 
cieszyła  się  z  ich  towarzystwa,  ale  brak  własnego,  wygodnego  łóżka  dawał  się  mocno  we 
znaki.  Rozmasowała  bolące  miejsce  na  plecach,  pozostałość  po  przygodzie  z  drzewem,  i 
wsunęła stopy w ranne pantofle, przypominające wyglądem nastroszonego szopa. 

—  Może powinna pani powtórnie wyjść za mąż — powiedziała, ziewając. — Myślała pani 

kiedyś o mężu? 

—  Rozglądałam się trochę, ale nie widziałam dotąd nic, co by mi się spodobało. Wiesz, 

gdybym była młodsza, złapałabym tego Jake'a Sawyera. Ależ z niego kawał chłopa. 

Berry  wetknęła  do  kontaktu  wtyczkę  od  elektrycznego  dzbanka  do  kawy  i  westchnęła. 

Jake  to  rzeczywiście  niezły  kawał,  zgadza  się.  Przede  wszystkim,  kawał  kłopotów.  Czekał  ją 
dziś  egzamin  z  ekonomii,  o  którym  zupełnie  zapomniała.  Dwadzieścia  cztery  godziny 

RS

background image

 

18

znajomości  z  Jake'm  Sawyerem  wystarczyły,  by  zaniedbała  studia.  Otworzyła  lodówkę. 
Zaszczekały przesuwane słoiki. 

Czego szukasz? — zainteresowała się pani Fitz. 

Mojego mleka do kawy. 

Boże, dziecko, tam go nie znajdziesz. 

—  Och, rzeczywiście. — Do diabła, pomyślała, oto co robi z człowieka bezsenna noc. Ale 

jak można spać z wizją Jake'a Sawyera w głowie? Jake Sawyer w jedynym — w swoim rodzaju 
—  aucie.  Jake  Sawyer  w  jej  kuchni.  Jake  Sawyer  w  bieliźnie.  Berry  nalała  sobie  naparu  z 
suszonych śliwek. 

Pani Fitz uniosła ze zdziwieniem brwi. 

Mam nadzieję, że nie zamierzasz wychodzić gdzieś dalej? To duża dawka.  

 

Berry zajrzała do kubka i skrzywiła się. 

Brr, co to takiego? 

Pani Fitz wzniosła oczy ku górze, wylała napar do zlewu, wytarła kubek, po czym podała 

Berry kawę. 

Spadłaś z drzewa na głowę? 

Nie, wylądowałam na pizzy. 

Pani Fitz przyjrzała się Berry badawczo. 

Zdaje się, że zadurzyłaś się w tym facecie. 

Tak. Najgorsze, co mogło się stać. 

Co  z  ciebie  za  fujara  —  odezwała  się  pani  Fitz,  jawnie  zdegustowana.  W  kuchni 

pojawiła się pani Dugan. 

Kto jest fujarą? 

A ta tutaj, Lingonberry. Ona uważa, że miłość jest stratą czasu. 

—  Hm. Czasem jest. Pamiętasz Williama Criswalda? Stary bałwan. Podobał mi się przez 

siedem  lat,  a  gdy  już  go  prawie  złapałam,  umarł.  Nie  można  polegać  na  mężczyźnie  po 
siedemdziesiątce. Nigdy niewiadomo, jak długo zamierza pociągnąć. 

Ale ona nie zakochała się w takim starym koźle jak Criswald, tylko w Jake'u Sawyerze. 

Berry postawiła kubek na stole z takim rozmachem, że oblała sobie dłoń kawą. 

Och, cholera! Nie jestem wcale zakochana w Jake'u. 

Pani Dugan oraz pani Fitz wymieniły spojrzenia i uśmiechnęły się nieznacznie. 
—  Jest atrakcyjny i lubię go... całkiem zwyczajnie. 
Pani Fitz skrzyżowała pulchne ramiona na wydatnym biuście. 

Na pewno jest w nim zakochana — szepnęła do pani Dugan.  

 

Berry ostrożnie upiła łyk kawy i złożyła książki. 

Nie mogę być zakochana w kimś, kogo znam raptem dwadzieścia cztery godziny. 

A miłość od pierwszego wejrzenia? 

—  Przecież  to  dziecinada.  Poza  tym  nie  zamierzam  się  kochać.  Mam  inne  sprawy 

niecierpiące  zwłoki,  na  przykład  test  z  ekonomii,  do  którego  jestem  kompletnie  nie 
przygotowana. — Spojrzała na zegarek. Skrzywiła się; nie miała auta, a już była spóźniona. — 
Muszę  pędzić.  Chcę  pójść  do  biblioteki,  chociaż  trochę  się  pouczyć.  Wyślijcie  lunche  na 
zamówienie  taksówką,  tak  jak  ostatnio.  Wrócę  ó  wpół  do  czwartej.  Dacie  sobie  radę, 
dziewczyny? 

—  Jasne, dla nas to mięta. 
Berry rzuciła się w dół po schodach, jednak u podnóża doścignął ją głos pani Fitz. 
—  Lingonberry!  —  krzyknęła  starsza  pani.  —  Będziesz  wyglądała  cokolwiek  głupio 

wkraczając do klasy w nocnej koszuli i pantoflach z szopa! 

RS

background image

 

19

Po dziesięciu minutach Berry schodziła ze schodów trzymając się za guzik. Boże, żadnych 

dodatkowych  nieszczęść,  błagała  w  duchu.  Zamknęła  za  sobą  drzwi  i  odetchnęła  głęboko 
rześkim,  chłodnym  powietrzem.  W  nocy  przestało  padać,  cała  okolica  wydawała  się  świeżo 
umyta  na  powitanie  wiosny.  Berry  uśmiechnęła  się,  odczuwając  radość  płynącą  z  samego 
faktu istnienia, po czym podskoczyła z radości, gdy w szybie zakładu pralniczego dostrzegła 
własne odbicie. 

Szła szybkim krokiem. Minęła dwa bloki i zbliżyła się do szkoły podstawowej przy Willard 

Street.  Do  szkoły  Jake'a.  Uśmiechnęła  się  na  widok  starego,  dwupiętrowego  budynku  z 
czerwonych  cegieł.  Odżyły  wspomnienia  jej  własnych  szkolnych  dni  w  McMinneville,  gdy 
każdego ranka wędrowała ze swoją młodszą siostrą Katie po cichych, wysadzanych drzewami 
ulicach. 

Jej  dzieciństwo  pełne  było  niespodzianek.  Tuńczyk  albo  masło  orzechowe  i  galaretka  w 

pudełku  na  lunch.  Gorąca  owsianka  rankiem,  domowy  pudding  irysowy  po  południu  oraz 
lekcje  gry  na  fortepianie  w  każdy  czwartek.  Przez  lata  ona  i  Katie  nosiły  solidne,  czerwone 
buciki z szerokim paskiem i dużą, srebrną klamerką. Te buciki były kompromisem pomiędzy 
błyszczącymi  skórzanymi  trzewikami  ze  sklepu  Mary  Janes,  a  tradycyjnymi  brązowymi 
oxfordami. 

Berry  uzmysłowiła  sobie  naraz,  że  bez  większego  powodzenia  stara  się  odbudować 

poczucie  stabilizacji  z  okresu  dzieciństwa.  Jej  matka  była  mistrzynią porządku i  ustalonego 
toku zajęć. Każda rękawiczka miała swe właściwe miejsce, obiad podawano dokładnie o piątej 
trzydzieści,  łazienkę  zawsze  wypełniały  stosy  wyprasowanych  ręczników.  To  nie  był  dom,  w 
którym  panowała  żelazna  dyscyplina  wespół  z  rutyną.  To  był  dom  drobiazgowych,  nudnych 
kalkulacji i emocji, które nie zakłócały codziennego rytmu życia. 

A  moje  życie,  jęknęła  Berry,  moje  życie  jest  jednym  wielkim  chaosem.  Im  bardziej  się 

staram, tym gorzej wszystko wychodzi. Piorę ręczniki, ale nigdy nie mogę zdobyć się na to, by 
je poskładać. Gubię rękawiczki, zanim zdążę znaleźć dla nich właściwe miejsce, a mój obiad 
polega  na  myszkowaniu  w  lodówce  o  szóstej  trzydzieści  i  zastanawianiu  się,  co  u  diabla 
można przegryźć na chybcika. Teraz mieszkają u mnie trzy starsze panie, więc lodówka jest 
pełna naparu z suszonych śliwek, a także lekarstw na wyrównanie ciśnienia. 

Mijając  Willard  School,  Berry  potrząsnęła  głową.  Na  dodatek,  myślała,  żebym  była  już 

absolutnie  pewna,  że  moje  organizacyjne  wysiłki  poniosły  totalną  klęskę,  pojawił  się  Jake 
Sawyer i zniszczył wszelki spokój, jaki udało mi się w życiu odbudować. Dlaczego? Dlaczego 
właśnie ja? 

Spojrzała  na  zegarek,  przyspieszając  kroku.  Miała  nadzieję,  że  zna  chociaż  część 

materiału na dzisiejszy egzamin. Dni były stanowczo zbyt krótkie. Dwadzieścia cztery godziny 
po  prostu  nie  wystarczały.  Gdyby  miała  do  dyspozycji  dwadzieścia  sześć,  być  może  raz  na 
jakiś czas udałoby się jej zrobić nawet irysowy pudding. 

Raptem Berry uczuła, że ogarnia ją straszliwa potrzeba przygotowania puddingu. Goniąc 

za sukcesem, w ciągu sześciu lat rezygnowała z najdrobniejszych nawet przyjemności. Cztery 
lata z tych sześciu poświęciła na zabezpieczenie przyszłości męża, ale teraz ruszyła w pogoń 
za własnymi marzeniami. Była dumna ze swych osiągnięć, lecz teraz wszystko w niej łkało o 
irysowy pudding. 

Gdy  uświadomiła  sobie,  że  w  najbliższym  czasie  nie  zanosi  się  na  żaden  pudding,  łzy 

napłynęły jej do oczu. Czeka ją dwukrotnie więcej pracy, żeby jak najszybciej kupić cokolwiek 
w miejsce jeepa. 

Ze złością otarła spływające po policzku łzy, głęboko odetchnęła i spróbowała wziąć się w 

garść.  Miała  wżyciu  jeszcze  mniej  czasu  na  użalanie  się  nad  swoim  losem,  niż  na 
przygotowywanie  puddingu.  Jednak  wrodzone  poczucie  humoru  wzięło  górę  nad 

RS

background image

 

20

absurdalnym charakterem jej zmagań wewnętrznych. Berry roześmiała się i przysięgła sobie, 
że po skończeniu studiów będzie się żywiła wyłącznie puddingiem. 

 
 
 

Berry zauważyła kłąb czarnego dymu bijący w niebo o parę domów dalej, ale 
myślała właśnie o teście z ekonomii oraz o uśmiechu Jake'a Sawyera. Dopiero, 
gdy  skręciła  za  róg  i  dostrzegła  wozy  strażackie,  zrozumiała,  że  stało  się 
nieszczęście.  Wozy  stały  przed  pizzerią,  a  węże  na  wodę  przecinały  chodnik. 

Okna na piętrze były okopcone. 

—  Nie!  — Berry  wzdrygnęła  się, bezwiednie  zatykając sobie  usta  ręką.  — Boże,  nie!  — 

Pani Dugan, pani Fitz i Mildred znajdowały się raczej na' pewno w domu. O tej porze powinny 
drzemać, albo pić popołudniową herbatę w pokoju, który znajdował się dokładnie za czterema 
okopconymi oknami. Berry uczuła, że coś boleśnie dławi ją w gardle. Jak można tak szybko 
pokochać  trzy  małe  staruszki?  Znała  je  niecały  tydzień,  a  już  stały  się  istotną  częścią  jej 
życia. Otworzyła usta, zbyt przerażona, by wykrztusić choć słowo. 

Skręciła  i  na  oślep  rzuciła  się  biegiem  w  stronę  domu.  W  uszach  jej  łomotało,  żołądek 

ściskał strach. 

Gdy dostrzegła trzy siwe ufryzowane głowy wyłaniające się spoza strażackiego wozu, łzy 

napłynęły jej do oczu. Jej staruszki. Były bezpieczne! Wielka ulga sprawiła, że aż zakręciło się 
jej  w  głowie.  Wyciągnęła  rękę,  aby  uspokoić  rozedrgany  świat,  lecz  nagle  zmiękły  pod  nią 
nogi. Osunęła się na chodnik i pogrążyła w wirującej ciemności, która z rykiem wdzierała się 
w jej umysł. 

Parę  minut  później  Berry  dzielnie  starała  się  przebić  przez  mrok  podświadomości. 

Otworzyła oczy. 

— 

Dziękuję za pudding, mamo. 

 

Jake przytulił ją mocniej. 

— 

Co takiego? 

— 

Pudding. Był wspaniały. 

— 

Kochanie, ja nie jestem twoją mamą. Spójrz na mnie. 

Berry  zebrała  się  w  sobie  i  spojrzała,  otrząsając  się  z  resztek  zamroczenia.  Czyżby 

nazwała  Jake'a  Sawyera  mamą?  Cóż,  nadawał  się  na  mamę,  silny,  dający  poczucie 
bezpieczeństwa, zwłaszcza teraz, kiedy całował jej skronie i włosy. Nie miałaby nic przeciwko 
temu,  aby  podobne  zachowanie  weszło  mu  w  nawyk.  Przyzwyczaiłaby  się  bez  większego 
wysiłku. Jake mógłby być fantastyczną matką dla jakiejś kobiety... ale w tej chwili wyglądał 
strasznie.  Rozmazany  na  twarzy  brud  podkreślał  zacięty  wyraz  ust  i  paniczny  strach 
widniejący  w  zaczerwienionych  oczach.  Czubkiem  palca  dotknęła  spoconego  kosmyka 
włosów, który opadał mu na czoło. 

—  Wyglądasz okropnie. 
Jake wybuchnął śmiechem, a jego zęby zalśniły bielą w pobrudzonej sadzą twarzy. 
—  Czuję się dobrze, a ty? 
— 

Świetnie. 

— 

Zemdlałaś. 

— 

Tak bywa, kiedy brakuje czasu, aby zjeść śniadanie. Słabniesz. Mama mnie ostrzegała.  

 

Twarz Jake'a złagodniała. 

— 

Żebyś  mi  nigdy  więcej  nie  opuszczała  śniadań.  Starczy,  że  raz  nastraszyłaś  mnie 

śmiertelnie. 

RS

background image

 

21

Z niedowierzania Berry aż się uśmiechnęła. Zatem to ona spowodowała ów wyraz w jego 

oczach. Martwił się o nią. 

— 

Och, ty sukinsynu — szepnęła do siebie. — Czy to nie wspaniałe?  

 

Jake pomógł jej stanąć na nogi, a następnie otrzepał z kurzu kolana. 

— 

Co ma być wspaniałe? 

— 

Hmm? Ach, czy nie w s p a n i a 1 e, że nikt nie odniósł obrażeń. 

 

Jake przyjrzał się Berry troskliwie.

 

Jesteś  pewna,  że  dobrze  się  czujesz?  Twoje  mieszkanie  właśnie  przed  chwilą  zwęgliło 

się jak frytka, a ty uśmiechasz się od ucha do ucha niczym Cheshire Cat

*

Wiem. Ale nie mogę się opanować. — Berry  ściągnęła palcami koniuszki ust, starając 

się powstrzymać uśmiech. — Postaram się wyglądać poważniej. 

Pani Fitz wytarła nos chusteczką. 
—  Lingonberry,  tak  mi  przykro.  To  przeze  mnie.  Dostałam  całkiem  spory  napiwek  za 

dostarczenie  tych pizz i  wydałam  go  na  jakieś  elektroniczne  lokówki,  podobno  ostatni krzyk 
mody, a to przeklęte urządzenie spaliło mieszkanie. 

Berry spojrzała na Jake'a. 
—  Czy to prawda? Tak się zaczął pożar? 
Jake skinął potakująco głową. 
—  Pani  Fitz  włączyła  lokówki  do  kontaktu,  żeby  się  nagrzały,  a  potem  położyła  je  na 

tapczanie. Jakimś cudem przegrzały się i zaczęły iskrzyć. Najpierw zapalił się tapczan, potem 
zasłony. 

—  Wygląda bardzo źle? 
—  Mogło  być  gorzej.  Paliło  się  właściwie  tylko  wokół  tapczanu.  Najwięcej  zniszczeń 

spowodowały sadza i dym. Na parterze w ogóle nic się nie stało. 

—  Czy mogę wejść? 
—  Tak. Przed chwilą byłem tam z dowódcą strażaków. Już się pakują. Później będziesz 

musiała pójść do straży pożarnej, wypełnić jakieś formularze. 

Berry przytaknęła ruchem głowy i wyruszyła na inspekcję domu stając na czele pochodu, 

w skład którego wchodziły trzy staruszki oraz Jake Sawyer. Wymaszerowała po schodach na 
górę, do living roomu. Czuła, że wyciska stopami wodę z dywanu. Wszystko wokół było czarne 
niczym węgiel drzewny: ściany, sufit, dywan, okna. Tapczan, spalony na popiół, wyglądał tak, 
jakby w walce z żywiołem nadgorliwie roztarto go najpierw na proch, a następnie utopiono. 

—  Boże drogi. 

Chce mi się płakać na sam widok — odezwała się pani Fitz. — Był taki wygodny. 

 

Pani Dugan pociągnęła nosem. 

Wszystko tu śmierdzi, wszystko. Nasze ubrania, pościel, nawet herbata w torebkach. 

 

Berry zmarszczyła nos. 

Nieźle cuchnie. Jutro rano otworzymy okna i spróbujemy wywietrzyć. 

—  Być może powinnyśmy wrócić na pewien czas na dworzec — stwierdziła Mildred. — 

Możesz iść z nami, Lingonberry. 

Cierpiętnicze westchnienie Jake'a poruszyłoby nawet kamień. 
—  Nie  pójdziecie  na  żaden  dworzec.  Mam  dom,  w  którym  jest  dużo  miejsca.  Możecie 

mieszkać w nim, dopóki nie doprowadzimy mieszkania do ładu. 

Berry spojrzała nań z ukosa. 

Jesteś pewien, że tego chcesz? 

Nie. Tak. 

                                                

*

 

Kot z „Alicji w krainie czarów", który bez przerwy się uśmiechał, (przyp. tłum.)

 

RS

background image

 

22

—  Dom! — Pani Fitz trąciła łokciem panią Dugan. — Słyszysz? Będziemy mieszkały w 

domu. 

Mildred ostrożnie przebrnęła przez pokój. 
—  Wezmę  szczoteczkę  do  zębów  i  nocną  koszulę.  —  Przystanęła  w  drzwiach  łazienki  i 

głośno  zaczerpnęła  tchu.  Wyciągnęła  z  umywalki  okopcony  bury  przedmiot,  po  czym 
podniosła go bliżej oczu, aby lepiej zobaczyć. — To ma być moja szczoteczka do zębów? — łzy 
wypełniły  jej  okrągłe  oczy,  spłynęły  strumykami po pokrytych  sadzą  policzkach.  —  Tego  już 
za wiele. Nawet moja szczoteczka. 

Jake ogarnął panie ramionami i sprowadził po schodach na parter. 
—  Kupimy nowe szczoteczki i nowe koszule. Chodźmy. Rano wszystko będzie wyglądało 

lepiej. 

Berry postępowała za nimi, zdziwiona, że wcale się nie martwi. Mieszkanie wyglądało jak 

pobojowisko. Każdy przy zdrowych zmysłach wypłakiwałby sobie oczy, tymczasem ona czuła 
się  śpiewająco.  W  końcu  doszła  do  wniosku,  że  jej  zachowanie  jest  wynikiem  szoku  albo 
jakiejś dziwacznej reakcji na tragedię. 

Obserwowała  lśniącą  czarną  czuprynę  Jake'a,  taksowała  jego  szerokie  ramiona, 

podziwiała  biodra  i  stale  nakazywała  samej  sobie  powagę.  Przecież  sytuacja  była  poważna. 
Wymagała trzeźwego podejścia. Jakby to wyglądało, gdyby wyłoniła się ze swego spalonego na 
węgiel  mieszkania  z  uśmiechem  bez  mała  naokoło  głowy?  Ludzie  mogliby  wysnuć  błędne 
wnioski  i  podejrzewać,  że  zależy  jej,  by  zamieszkać  w  dużym  starym  domu  Jake'a  Sawyera. 
Kto wie, mogą nawet sądzić, że zależy jej, by zamieszkać w jego dużym starym łóżku. Berry 
potrząsnęła  głową,  jakby  starała  się  wyrzucić  z  niej  podobne  myśli.  Absolutnie  nie  miała 
ochoty spać z Jake'm Sawyerem. A gdyby miała ochotę, nigdy w życiu nie przyznałaby się do 
tego — nawet wobec siebie. 

Koniec, kropka — powiedziała. — Załatwione. 

 

Jake trzymał otwarte drzwi na dole. 

Co załatwione? I dlaczego jesteś taka z siebie zadowolona? 

Wcale nie jestem z siebie zadowolona. Jestem przygnębiona i zmartwiona stanem mego 

mieszkania. 

—  Jeśli  tak  wygląda  przygnębienie,  nie  mogę  się  doczekać,  żeby  zobaczyć  cię,  kiedy 

będziesz szczęśliwa. — Przekręcił klucz w drzwiach mieszkania, powiesił tabliczkę z napisem 
ZAMKNIĘTE w oknie pizzerii, po czym zamknął frontowe drzwi. — Mam auto z wypożyczalni. 
Stoi tuż przy domu. 

Berry przyjrzała się brązowej furgonetce. 
—  Furgonetka? Nie w twoim stylu. 
Jake pomógł pani Dugan ulokować się na tylnym siedzeniu. 
—  Nie  wiem,  co  jest  w  moim  stylu.  Raz  jestem  beztroskim  młodzieńcem,  który  żyje 

beztrosko z guńku...potem mam nagle dom pełen kobiet, z których żadna nie nadaje się dla 
szukającego szczęścia kawalera. 

Berry ujęła się pod boki. 
—  Co to ma znaczyć? Niby jak ja wyglądam? Jak pokraka? 
Ogarnął  jej  postać  żartobliwie  taksującym  spojrzeniem.  Zmrużyła  oczy,  gdy  studiował  z 

uwagą  potargane  kędziory,  lekko  zadarty  nos,  a  także  usta,  zaciśnięte  z  irytacji  w  wąską 
kreskę,  Następnie  przeniósł  wzrok  na  jej  szyję  i  brązową  koszulkę  safari,  pod  którą  unosiły 
się małe krągłe piersi. Berry niemal zazgrzytała zębami i poczuła, że narasta w niej chęć, by 
posiekać  go  na  kawałki.  Nigdy  dotąd  nie  przeżywała  podobnych  uczuć;  z  bliżej 
niewyjaśnionych przyczyn ogarnęły ją właśnie w tej chwili. 

Wyśmiewasz się ze mnie? — warknęła. 

RS

background image

 

23

Może troszeczkę. 

Kontynuował  niespiesznie,  zatrzymując  wzrok  na  dłuższą  chwilę  w  okolicach  zamka 

błyskawicznego  jej  dżinsów.  Trampkom  poświęcił  jeden  krótki  rzut  oka,  po  czym  spojrzał 
wprost w oczy Berry. W jego źrenicach czaił się śmiech, ale kryło się też coś więcej. Coś, co 
spowodowało, że podkurczyła palce stóp, zaś jej serce załomotało głucho w klatce piersiowej. 

Jake pociągnął złoty lok. 
—  Obawiam  się,  Lingonberry,  że  jesteś  jak  twoje  imię:  śliczna,  ale  właściwie 

nieosiągalna.  Nie  nadajesz  się  na  łatwą  zdobycz  dla  beztroskiego  kawalera.  Stanowisz 
zdecydowanie materiał na żonę. 

Ruchem,  który  niewiele  miał  wspólnego  z  elegancją,  Berry  klapnęła  na  siedzenie  obok 

kierowcy. 

—  Nie wiem, czy właśnie zostałam obrażona, czy usłyszałam komplement. 
Jake zapuścił silnik i ruszył, powoli oddalając się od krawężnika. Sięgnął po rękę Berry, 

przesuwając kciukiem po wrażliwych miejscach jej dłoni. 

—  Usłyszałaś komplement. 
Na usta Berry powrócił uśmiech, zaś wokół serca poczuła rozkoszny żar. Wiele lat minęło, 

odkąd usłyszała ostatni komplement z ust mężczyzny. Zapomniała już niemal, jakie to może 
być  przyjemne.  Kiedy  osiągnie  swój  cel,  to  znaczy  skończy  studia  i  zrobi  karierę  w  swoim 
zawodzie, musi koniecznie znaleźć czas, by rozejrzeć się za mężem, który prawi komplementy. 
Dopisze go do swojej listy przyjemności... tuż za irysowym puddingiem. 

Natomiast  na  pierwszym  miejscu  listy  powinien  się  znajdować  mężczyzna  z  wielkimi 

kciukami.  Kreślił  małe  kółka  po  wewnętrznej  stronie  jej  przegubu,  wzbudzając  w  myślach 
wizje bardziej intymnej aktywności palców. Dobry Boże. Berry zarumieniła się i cofnęła rękę. 
Powinna się wstydzić. 

Hej, popatrzcie — wykrzyknęła pani Fitz. — Jesteśmy na wsi, czy to nie wspaniałe? 

To nie jest żadna wieś — odezwała się pani Dugan - tylko przedmieście. Można to łatwo 

rozpoznać, ponieważ na przedmieściu nie ma krów, a na wsi są. 

Gdy  za  oknami  zmieniały  się  krajobrazy  Ellenburg  Drive,  Berry  starała  się  odprężyć. 

Niezależnie  od  obecności  czy  nieobecności  krów,  dla  niej  to  była  wieś.  Domy  stały  po  obu 
stronach  drogi,  w  sporej  odległości  od  siebie,  a  drzew  było  równie  wiele,  co  szczekających 
psów. W pewnym momencie droga zwęziła się, przeciął ją dość szeroki strumień, a następnie 
zaczęła  wić  się  w  górę,  zmierzając  w  kierunku  domu  Jake'a  Sawyera.  Berry  miała  uczucie, 
jakby  jechała  na  wakacje.  Wprawdzie  nie  zdarzyło  się  to  jej  przez  ostatnich  sześć  lat,  ale  z 
jazdą na wakacje jest jak z jazdą na rowerze — nigdy się jej nie zapomina. 

Auto  wypełniała  narastająca  atmosfera  napięcia.  Starsze  panie  na  tylnym  siedzeniu 

niemal  przestały  oddychać  w  oczekiwaniu  nadchodzących  wypadków,  zaś  Berry  nie  byłaby 
bardziej  podekscytowana,  nawet  gdyby  przyszło  jej  spędzić  tydzień  w  St.  Morritz.  Czeka  ją 
dużo spokoju i ciszy, głosu świerszczy, szumiących na wietrze drzew i widoku Jake'a Sawyera 
w bieliźnie. 

W  jej  głowie  rozdzwonił  się  sygnał  alarmowy.  Wyprostowała  się.  Stop.  Powtórz  tę  płytę. 

Jake Sawyer w bieliźnie. Cholera. Miała przed oczami wizję Jake'a w seksownych niebieskich 
slipkach. Ten obraz błąkał się po jej mózgu niczym refren piosenki, od której nie sposób się 
odczepić. Jake w bieliźnie. Czy można o czymś takim nie myśleć? 

Berry zagryzła wargi, jęknęła w duchu, po czym odkręciła nieco okno. Zrobiło się gorąco. 

Nic  z  tego  nie  wyjdzie;  powinna  czym  prędzej  zobaczyć  wszystkie  sprawy  we  właściwej 
perspektywie. To nie są wakacje. I z całą pewnością nie przydarzy się jej nic w rodzaju Jake'a 
Sawyera w jego-wiadomo-czym. 

Pani Fitz szturchnęła ją w ramię. 

RS

background image

 

24

Jesteśmy na miejscu? 

Prawie — burknęła Berry — ale to nie są wakacje. 

 

Pani Fitz potrząsnęła głową. 

Co za fujara. Oczywiście, że to są wakacje. 

Berry westchnęła osuwając się na fotelu. Nie zapowiada się lekko. 
W  dziennym  świetle  dom  sprawiał  wrażenie  znacznie  mniej  ponurego.  Właściwie,  jak 

Berry osądziła, był wręcz wesoły. Okalały go kwietne grządki, a także rozległy trawnik. Kilka 
dębów wyciągało konary ku słońcu, zaś krańce trawnika obsadzono rozmaitymi drzewami. 

Pomalowane  białą  farbą  drewniane  ornamenty  połyskiwały  w  słońcu.  Frontowe  drzwi 

domu wykonane zostały z rzeźbionego dębu, a ich górną część wypełniały kolorowe szybki. 

Pani Fitz gwizdnęła z uznaniem. 
—  Prawdziwa perełka. 
Stojąc w foyer Berry podziwiała świeżo wywoskowaną podłogę, ręcznie rzeźbione poręcze 

z  wiśniowego  drewna,  otaczające  spiralą  biegnące  w  górę  schody,  wreszcie ozdobne  framugi 
drzwi.  Cały  dół  utrzymany  był  w  kremowej  bieli,  przez  co  dom  zdawał  się  jaśniejszy  i 
obszerniejszy.  Tu  i  ówdzie  widniały  zaledwie  pojedyncze  meble.  W  living  roomie,  na  tle 
orientalnego dywanu, stał tapczan z barwionej skóry i dobrany do niego fotel klubowy. Przy 
fotelu,  na  podłodze  —  porcelanowa  lampa.  Z  foyer  można  było  przejść  na  tył  domu,  do 
jadalni,  gdzie  w  wykuszu  podłużnego,  zaokrąglonego  okna  gnieździł  się  duży,  okrągły, 
kuchenny stół. Berry uznała, że dom jest przestronny, spory i wart każdego centa, jaki Jake 
otrzymał  za  gunk.  Taki  dom  zasługiwał  bez  wątpienia,  by  gościć  w  garażu  owo  wspaniałe 
auto. Poczuła dręczące wyrzuty sumienia. Auto i dom należały do siebie. 

—  Może być zabawnie — odezwała się pani Fitz. — Zawsze chciałam mieszkać w takim 

domu.  Czuję  się  jak  u  siebie  i  mogłabym  zostać  tu  na  zawsze.  Dalej,  moje  panie,  chodźmy 
zwiedzić piętro. 

Berry  dostrzegła  wyraźny  strach  w  oczach  Jake'a  i  musiała  ugryźć  się  w  język,  aby  nie 

parsknąć śmiechem. Jake objął dłonią jej szyję, co sprawiło, że poczuła rozkoszne mrowienie 
nawet w koniuszkach palców stóp. 

—  Widziałem  ten  uśmiech.  Miałaś  zamiar  powiedzieć  coś  ważnego,  Lingonberry 

Knudsen.  —  Pieścił  kciukiem  okolice  jej  ucha,  dotykając  równocześnie  muskularnym  udem 
jej nogi. 

Oczy Berry przesłoniła mgła czystej rozkoszy. 
Jake przysunął usta do jej ucha i szepnął ochryple: 

Ona nie zostanie tu na zawsze, prawda? 

Hmmm — zamruczała Berry — może... 

Lubię panią Fitz, ale na samą myśl, że ma tu zostać, poderżnąłbym sobie gardło. 

Berry popatrzyła na szyję Jake'a, zastanawiając się, czy miałby coś przeciwko temu, żeby 

schrupała  ją  po  kawałeczku.  Jake  wyglądał  całkowicie  jadalnie,  a  przy  tym  wspaniale 
pachniał  klasycznie  męską  mieszaniną  zapachu  wody  kolońskiej  oraz  dymu  z  ogniska.  O, 
Boże,  pomyślała,  on  przecież  nie  pachnie  dymem  z  ogniska,  tylko  scalonym  na  węgiel 
tapczanem. Wracaj na ziemię. To nie wakacje. To nie romantyczne spotkanie. 

Jake wsunął ręce do kieszeni, uśmiechając się prowokująco. 

Zmieniłaś zdanie? 

Co masz na myśli? 

Przez chwilę wyglądałaś tak, jakbyś chciała schrupać po kawałku moją szyję. 

Oooch! 

Przysunął się na tyle blisko, że Berry zmuszona była oprzeć się plecami o ścianę. 

RS

background image

 

25

—  Żeby wszystko było jasne: uważam, że powinnaś wiedzieć, iż masz pełne prawo, aby 

pogryźć  moją  szyję,  gdy  tylko  przyjdzie  ci  na  to  ochota.  Przecież  nie  jesteśmy  sobie  obcy, 
widziałaś mnie w końcu w bieliźnie... 

Spojrzenie  Berry  wyrażało  stoicką  rezygnację.  Znowu  wróciła  kwestia  bielizny.  To  się 

chyba  nigdy  nie  skończy.  Jake  miał  diabelskie  poczucie  humoru,  potrafił  czytać  w  jej 
myślach, zaś na dodatek starczyło, by obniżył głos o oktawę, a już doprowadzał jej hormony 
do szaleństwa. 

—  Chyba  powinnam  iść  do  domu  —  zauważyła  Berry,  skręcając  się  w  środku,  gdy  jej 

głos załamał się przy słowie „dom”. 

Jake potrząsnął głową. 
—  Cicho, cicho. Gdzie twoje umiłowanie przygody? Nie chcesz być równie zuchwała, co 

czerwone geranium? — Choć mówił żartobliwym tonem, widziała, że oczy ma poważne, i czuła 
narastające pomiędzy nimi erotyczne napięcie. 

Przygryzła wargi. 
—  Jeszcze nie czas kwitnienia geranium. Ani ja jeszcze nie kwitnę — dodała. — Jeszcze 

nie sezon. 

Jake uśmiechnął się. Zawisł wzrokiem na jej ustach, przysuwając się coraz bliżej, a Berry 

poczuła  narastającą  panikę,  kiedy  koniuszki  jej  piersi  oparły  się  o  zagrodę  jego  klatki 
piersiowej.  O  Boże,  pomyślała,  on  zamierza  mnie  pocałować.  Zamierza  przylgnąć  swoimi 
niewiarygodnymi  wargami  do  moich  warg  i  sprawić,  że  stopią  się  nawet  podeszwy  moich 
trampek. Nie wiedziała co począć czy zamknąć oczy i błagać Boga, by powstrzymał Jake'a, czy 
wręcz  przeciwnie,  nie  mrugnąć  nawet,  aby  nic  nie  uszło  jej  uwagi.  Zanim  zdążyła  się 
zdecydować,  Jake  zbliżył  usta  do  jej  warg.  Delikatny  pocałunek  nie  trwał  długo,  a  Berry 
poczuła rodzącą się czułość. 

—  Nie zakwitłaś jeszcze? — wyszeptał jej prosto do ucha, a w jego głosie cień uśmiechu 

pobrzmiewał na równi z niecierpliwością. 

Nie  zakwitła?  Ona  płonęła!  Wsłuchiwała  się w  łomot  własnego  serca,  zastanawiając  się, 

jaki procent dwudziestosześcioletnich kobiet umiera na atak serca w trakcie pieszczot. 

Obserwowała, jak iskierki śmiechu ustępują z jego oczu, gdy badał jej reakcję. Przesunął 

palcem po dolnej wardze Berry i zanurzył rękę w jej włosach. Tym razem podczas pocałunku 
z  trudem  się  hamował.  Zgłodniały  język  poznawał  jej  usta.  Drżała  przy  każdym  kolejnym 
dotknięciu czując, jak wybucha w niej pragnienie miłości. Przylgnęła biodrami do jego bioder 
i jęczała cicho pod wpływem rozkosznego bólu. 

Przestał  ją  całować  i  dygocząc  przytrzymał  na  odległość  wyciągniętego  ramienia.  Na 

schodach rozległy się kroki pani Fitz. 

—  Poczekaj,  aż  zobaczysz,  co  jest  na  górze,  Berry.  To  po  prostu  wspaniałe!  — 

wykrzyknęła. — Nadzwyczajny widok. 

Z tyłu szła pani Dugan. 
—  Nie  ma  tu  zbyt  wielu  mebli,  no  i  nie  ma  zasłon.  Nie  mogę  mieszkać  w  domu  bez 

zasłon. Jake wskazał kartonowe pudła ustawione wzdłuż ścian living roomu. 

—  W którymś są zapasowe prześcieradła. Możemy powiesić je wieczorem w charakterze 

zasłon.  —Zapiął  kurtkę  na  zamek  błyskawiczny  i  otworzył  drzwi.  —  Sądzę,  że  teraz  będzie 
lepiej, jeśli wyjdę i kupię kilka szczoteczek do zębów. 

 
 

RS

background image

 

26

 Pani  Fitz,  pani  Dugan  oraz  Mildred  przycupnęły  na  brzeżku  kanapy  i  z 
szeroko otwartymi oczami, a nieco węziej — ustami, chłonęły ostatnie minuty 
Ghostbustersów nadawanych akurat na VCR. Wokół walały się resztki kolacji: 
pudełka  po  hamburgerach,  parę  nasiąkniętych  ketchupem  frytek,  pięć 

pustych  pojemników  po  mleku  i duże  pudło  z  samotnym  pączkiem.  Berry  ulokowała  się  na 
dywanie,  oparta  plecami  o  kanapę.  Na  ekranie  pojawił  się  gigantyczny  duch  błotny.  Berry 
osądziła, że nawet w połowie nie wygląda tak groźnie, jak Jake Sawyer, który właśnie rozpalał 
ogień w kominku. Obcisłe dżinsy uwydatniały najbardziej prowokujące okrągłości jakie Berry 
kiedykolwiek  miała  okazję  oglądać.  Zdecydowanie  nie  były  to  okrągłości  chemika.  Jawnym 
grzechem byłoby ukrywanie ich pod białym fartuchem i chowanie cały dzień w zakamarkach 
laboratorium. Jake Sawyer miał zaiste pośladki, jakich nie powstydziłby się żaden rozpalający 
wyobraźnię  pirat.  Oczy  Berry  zamgliły  się,  gdy  w  niemym  uznaniu  zapamiętywała  kuszące 
zarysy i spekulowała w myślach na temat reszty ukrytych szczegółów. Jake wstał, prostując 
się, a ona momentalnie wlepiła wzrok w ekran telewizora. 

Raczej  wyczuła  niż  zauważyła,  że  przysunął się  do  niej,  opierając  kolano  o  plecy.  Berry 

doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  że  jeśli  odwróci  teraz  głowę,  jej  spojrzenie  padnie 
bezpośrednio  na  intrygującą  wypukłość  w  okolicy  zamka  błyskawicznego,  a  zatem  na  ten 
fragment  anatomii  Jake'a,  który  był  prawdopodobnie  nieskończenie  bardziej  doskonały,  niż 
podziwiane  pośladki.  Nie  patrzeć,  ostrzegła  własne  oczy.  Świetnie  wiecie,  ilu  kłopotów 
przysporzyło mi wasze ostatnie spojrzenie na ową wypukłość! 

Jake ponownie trącił ją kolanem, tym razem silniej, aż musiała przesunąć się do przodu. 
—  Posuń się — szepnął. 
Zanim Berry zdołała pojąć, co się dzieje, usiadł za nią, opasując ją nogami. Pochyliła się, 

ale  objął  ją  w  pół,  przyciągnął  i  oparł  bezpiecznie  o  własną  pierś,  mrucząc  we  włosy:  — 
Przyjemnie. 

—  Przyjemnie?  -  To  brzmiało  niczym kpina  wobec  uczuć,  ogarniających jak  pożar  całe 

jej  wnętrze.  Niestety,  czas  nie  sprzyjał  uczuciowym  pożarom.  Berry  miała  wystarczająco 
skomplikowane życie. Ledwo mogła sobie dać radę z pizzerią i studiami jednocześnie, a i tak 
wszystko  waliło  się  jej  na  głowę.  Najpierw  staruszki,  następnie  jeep,  teraz  znowu pożar. Nie 
była w stanie wyobrazić sobie, co jeszcze może ją spotkać, ale wolała zrobić wszystko, aby nie 
było to złamane serce. 

Nie najlepszy pomysł. 

Cicho, film. Przeszkadzasz paniom. 

Berry  rozejrzała  się,  ale  staruszki  z  zapartym  tchem  przeżywały  bohaterskie czyny  Billa 

Murraya. Sprężyła się, próbując wyswobodzić z uścisku ramion Jake'a. 

—  Berry,  na  Boga,  teraz  mnie  przeszkadzasz.  Przestań  się  wiercić,  to  zaczyna  być 

kłopotliwe.  Ostrożnie  oparła  się o  jego pierś  i  zastygła  nieruchomo,  ciesząc  się  w duchu,  że 
nadal na niego działa. 

To  była  prawdziwa  frajda:  siedzieć  w  pokoju  z  trzema  staruszkami,  a  równocześnie 

czerpać  tyle  rozkoszy  z  ciepłych  objęć  Jake'a.  Silne  bicie  jego  serca  przenikało  jej  ciało,  o 
ciemne  okienne  szyby  zaczął  bębnić  deszcz,  a  błotny  duch  zmienił  się  w  płonącą  kulę  i 
eksplodował. 

Oczy  pani  Dugan  lśniły  z  podniecenia,  gdy  śledziła  niewiarygodne  wydarzenia 

rozgrywające się na ekranie. 

Po raz pierwszy oglądam program VCR. Coś wspaniałego. 

Istotnie, świetny prezent na taki wieczór — zgodziła się pani Fitz. Jake odsunął się od 

Berry. 

Jeśli mówimy o prezencie... mam co nieco do rozdzielenia. 

RS

background image

 

27

Za dwie minuty wyłonił się z kuchni, obładowany stosem toreb na zakupy. 
—  Pani  Fitz,  to  należy  do  pani.  A  tutaj  jest  pani  trofeum,  pani  Dugan.  —  Wręczył  też 

torbę Mildred. 

Szminka!  —  oznajmiła  pani  Fitz.  —  Kupił  mi  szminkę.  I  nocną  koszulę.  —  Rozłożyła 

koszulę i obejrzała dokładnie. — Ależ cacuszko. 

O, szczoteczki do zębów — uśmiechnęła się Mildred. — Lepiej niż na Boże Narodzenie. 

Dostałyśmy jeszcze ranne pantofle, krem do twarzy i szczotki do włosów. 

Berry popatrzyła uważnie na Jake'a. 
—  Masz chyba duże doświadczenie, jeśli idzie o damskie fatałaszki i przybory toaletowe. 
—  Mam  cztery  młodsze  siostry,  jestem  ekspertem  w  zakresie  rzeczy  dla  dziewczyn  ~ 

oświadczył z dumą. Mildred ziewnęła. 

—  Nie mogę się doczekać, żeby nałożyć tę koszulę i wleźć do łóżka. — Spojrzała pytająco 

na Jake'a.— Gdzie będę spać? 

Jake włożył ręce do kieszeni dżinsów. 
—  Dysponuję wprawdzie czterema sypialniami, ale za to tylko jednym łóżkiem. Myślę, że 

będzie najsensowniej, jeśli zajmą panie moje królewskie posłanie, a Berry i ja prześpimy się 
na dole. 

Pani Dugan przymrużyła oczy. 
—  Chyba nie planujesz niczego niewłaściwego? Nie będę tolerować żadnych bezeceństw. 
—  Nawet  mi  to  przez  myśl  nie  przeszło.  Berry  może  zająć  tapczan,  a  ja  rozłożę  sobie 

śpiwór na podłodze. Pani Dugan zacisnęła usta. 

—  Cóż,  wydaje  mi  się,  że  to  odpowiednie  rozwiązanie.  Ale  radzę  ci,  pamiętaj,  że  mam 

dobry słuch, młody człowieku. 

Twarz Jake'a wykrzywiła się w uśmiechu. 
—  Tak jest, proszę pani. 
Berry spoglądała na wspinające się po schodach kobiety. 

To  bardzo  ładnie  z  twojej  strony,  że  kupiłeś  im  szminkę  i  krem.  Sporo  czasu  minęło, 

odkąd mogły sobie pozwolić na takie luksusy. 

Nie zajrzałaś do swojej torby. 

Berry  przyjrzała  się  jasno  lawendowej  torbie  stojącej  na stoliku  do  kawy.  Była  mniejsza 

niż  pozostałe,  pochodziła  zaś  z  drogiego  sklepu  z  elegancką  bielizną  oraz  kosztownymi 
perfumami.  Przeznaczeniem  torby  tego  rodzaju  były  jedwabne  komplety  bielizny,  a  także 
paski z podwiązkami z czarnej koronki. 

Boję się. Czy w środku jest coś ekstrawaganckiego? 

Strój na noc. 

Wyciągnęła mały flakon perfum. Była niemal pewna, że kosztowały więcej niż jej jeep. 
—  Hmm... tu są tylko perfumy. 
—Aha. 

One dostały nocne koszule. 

A nie ma tam koszuli nocnej? 

 

Berry zajrzała do środka. 

Nie. 

Jake  dotknął  palcami  jej  policzka.  Jego  oczy  ściemniały  raptownie,  przypominały  teraz 

barwą mocną kawę. Ochrypły nagle głos zabrzmiał niepokojąco. 

—  Jesteś  tak  bardzo  piękna...  te  potargane  włosy,  aksamitna  kremowo-brzoskwiniowa 

skóra... Nie powinnaś nosić w łóżku nic, poza kroplą drogich perfum pomiędzy piersiami... i, 
być może, odrobiną w jeszcze innym, intymnym miejscu. — Przesunął dłońmi po smukłej szyi 

RS

background image

 

28

Berry,  pieszcząc  jej  barki.  —Muszę  ci  coś  wyznać.  Jestem  w  prawdziwym  kłopocie.  Mam 
sercowe problemy. 

—  Dobry Boże. Jakiego rodzaju? 
—  Ból serca, drżenie serca, łomotanie serca. Kiedy cię ujrzałem po raz pierwszy, leżącą 

na  ziemi  pod  wielkim  starym  dębem,  miałem  wrażenie,  że  moje  serce  zatrzymało  się. 
Wyglądałaś jak trochę upaćkana współczesna leśna nimfa. 

Berry szeroko otworzyła oczy. 
—  Trochę upaćkana? 
—  Kiedy  spadłaś,  rozdusiłaś  sobą  pizzę.  —  Roześmiał  się  na  widok  jej  oburzenia  i 

przytulił  mocniej.—  Być  może  któregoś  dnia  wpadniesz  w  sercowe  tarapaty  i  przyjdziesz  do 
mnie ubrana wyłącznie w dwie krople perfum. 

—  Nigdy w życiu. Nie, proszę pana. Nic z tego. 
Zatopił palce w jej włosach, więżąc głowę w silnym uścisku. Jego usta całowały wolno i 

delikatnie.  Berry  czuła  się  oszołomiona,  jak  pod  wpływem  narkotyku.  Bliskość  Jake'a 
zwolniła rytm jej myśli, podrywając serce do szybszego biegu. Pierwsze dotknięcie jego języka 
sprawiło,  że  wpadła  w  panikę.  Jake  przyciskał  się  do  niej  całym  ciałem,  otulał  dłońmi 
pośladki Berry, tak że nie mogła nie poczuć, jak bardzo jej pragnie. 

Poskarżę się pani Dugan — wymruczała. 

Nie boję się żadnej pani Dugan. 

Akurat! 

No zgoda, może troszeczkę. 

Tym razem pocałunek był zdecydowanie bardziej namiętny. Jake odpiął dwa górne guziki 

koszuli Berry, odsłaniając miękki zarys piersi i wsunął dłoń w koronkową miseczkę stanika, 
szukając tam podniecającego czubka sutki. 

Dreszcz,  jaki  wstrząsnął  ciałem  Berry,  na  moment  odebrał  jej  oddech.  Poczuła,  że  jej 

powieki  stają  się  ciężkie,  a  krew  gęstnieje  z  pożądania.  Jake  rytmicznie  poruszał  biodrami 
ocierając swą męskość o okolice zamka błyskawicznego jej dżinsów. Co takiego miał w sobie 
ten mężczyzna, że od pierwszego spojrzenia budził w niej równie gwałtowne reakcje? Pragnęła 
Jake'a  Sawyera.  Pragnęła  go  z  zaciekłością,  która  niweczyła  jej  najlepsze  intencje,  obalała 
normy, jakie sama dla siebie ustanowiła. Zsunęła ręce po jego plecach, zaplatając dłonie na 
szczupłych biodrach. Chciała go poznać teraz, zaraz, do reszty. 

Pocałunek  przestał  być  zabawą.  Język  zmysłowo  drażniący  dotąd  usta  Berry  wtargnął 

pomiędzy jej wargi. Nie ociągała się z odpowiedzią. Jęknęła cicho, gdy ręce Jake'a spoczęły na 
jej piersiach rozpinając koronkowy stanik, a następnie obnażyły nabrzmiałe sutki i wydały je 
na pastwę atakujących ust. 

Kroki na piętrze oraz natrętny kaszel sprawiły, iż szybko doszła do siebie. 

Kładziemy się! — zawołała pani Fitz. — Czy potrzebujecie czegoś z sypialni?  

 

Berry, nie do końca przytomna, spojrzała na Jake'a. 

Co? Och, do diabła! 

Komentarz  Jake'a  nie  był  tak  subtelny.  Wyciągnął  koszulę  z  dżinsów  i  zostawił  ją  na 

wierzchu, okrywając się starannie. 

—  Nie chciałbym przestraszyć pań. 
Berry  przyjrzała  mu się  i  parsknęła  śmiechem.  Koszula  nie  zdołała  zamaskować  reakcji 

jego  organizmu.  Wrócił  po  chwili  z  dwoma  śpiworami  przerzuconymi  przez  ramię.  W  ręku 
trzymał  niebieską  jedwabną  górę  od  piżamy.  Cisnął  śpiwory  na  podłogę,  a  górę 
zademonstrował Berry. 

—  Moja siostra Amy zrobiła mi prezent na Boże Narodzenie. Jak twierdzi, taka piżama 

ma podnieść image kawalerskiej egzystencji. 

RS

background image

 

29

—  Hmm? 
—  Wolę  wprawdzie,  żebyś  nosiła  w  łóżku  tylko  perfumy,  ale  jeśli  zaliczasz  się  do 

nieśmiałych, możesz spróbować spać w tym. 

Berry wzięła górę od piżamy. 

Po  pierwsze,  gdzie  jest  reszta?  —  zapytała,  a  jej  oczy  zwęziły  się  niebezpiecznie.  — 

Przyniosłeś tylko górę. 

Mówiłem, że sprawę dołu załatwimy we własnym zakresie. 

Nie pójdę z tobą do łóżka. 

Poszłabyś, gdyby pani Fitz nie przeszkodziła. 

Moment  słabości.  To  się  więcej  nie  powtórzy.  Być  może  po  prostu  prześpię  się  w 

ubraniu. 

Nie sądzisz, że to mało wygodne? 

Jednak  Berty  nie  mogła  sobie  wyobrazić  nic  bardziej  niewygodnego,  niż  spanie  w 

jedwabnej piżamie  Jake'a.  Już  sama  myśl  o  tym  wywoływała  atak pożądania.  Wybrała więc 
jeden ze śpiworów i ułożyła go na tapczanie. Jake obserwował ją z rozbawieniem. W kącikach 
ust błąkał się nikły uśmieszek. 

Wiesz, można spiąć je razem. 

Nie tej nocy. 

Zaczął się rozbierać; wolno, z premedytacją, na jej oczach. 

Co ty wyprawiasz? — spytała ochrypłym głosem. 

Rozbieram się. 

—  Nie  zamierzasz  zgasić  światła  ani  nałożyć  piżamy?  Nie  musisz  przypadkiem 

wyszorować zębów czy zrobić czegoś innego? 

—Nie. 

Straszne. — Berry nurknęła do swego śpiwora i odwróciła się twarzą w drugą stronę. 

Myślałem, że lubisz patrzeć na rozbierających się mężczyzn. 

—  Potwór  —  syknęła.  Męski  streaptease.  Poczuła  strużkę  potu  spływającą  między 

piersiami, nie do końca pewna, czy był to wynik zakłopotania, frustracji, czy może puchowego 
śpiwora. Chrząknęła, obrażona. 

—  Nie masz zamiaru popatrzeć? 
Zacisnęła  zęby,  słysząc  cichy  śmiech.  Dlaczego  Jake  był  taki  rozluźniony,  podczas  gdy 

ona pociła się jak prosię? Dlaczego nie czuł zdenerwowania? Zbyt dobrze potrafił sobie radzić 
z  przesyconymi  seksem  pocałunkami  oraz  z  nagością.  Jake  Sawyer  miał  prawdopodobnie 
więcej przyjaciółek w życiu niż kwakier owsa. 

Przeszedł bezszelestnie przez pokój, by zgasić światło. 

Ostatnia szansa — stwierdził scenicznym szeptem. 

Och! Puf! 

Znowu  dobiegł  ją  odgłos  tłumionego  śmiechu,  po  czym  pokój  pogrążył  się  w 

ciemnościach.  Berry  słyszała,  jak Jake  rozkładał  swój śpiwór  tak blisko  tapczanu,  jak  tylko 
się  dało.  Rozległ  się  szelest  materiału,  a  następnie  zgrzyt  suwaka.  Po  krótkiej  chwili  pokój 
wypełnił się cichym regularnym oddechem. Usnął. Co za nerwy! 

Berry  leżała  sztywno,  wściekła,  kompletnie  rozbudzona.  Uniosła  lekko  głowę  i  zerknęła 

na niego. Wyglądał nieprzyzwoicie kusząco. Nie mogła zaprzeczyć, że budził w niej skłonności 
voyerystyczne. Zaczynał także budzić parę innych uczuć — instynkt macierzyński, nieledwie 
małżeńską  refleksyjność,  a  także  niezadowolenia  z  samotności.  Berry,  wzdychając, 
uświadomiła sobie, że w grę wchodzi coś więcej, niż czysty seks. Wprawdzie istniało pomiędzy 
nimi  magnetyczne  wręcz  przyciąganie,  ale  zmarłoby  śmiercią  naturalną,  gdyby  nie  lubiła 
Jake'a. Był uprzejmy. Zabawny. Odważny. Tak, lubiła go. 

RS

background image

 

30

Wyciągnęła rękę i trąciła śpiącego w ramię. 

Hmm? 

Jake, śpisz? 

Teraz śpię. 

— 

Dlaczego chcesz się ze mną kochać? 

 

Jęknął cicho. 

— 

Budzisz mnie, żeby o to zapytać? 

— 

Uff... Tak. 

— 

Nie wiem. Zupełnie, jakbyś pytała kogoś, dlaczego chce się wspiąć na górę. Dlatego, że 

istnieje. 

—  Co? — Chciała zerwać się na nogi, zapominając, że jest uwięziona w śpiworze. — Do 

diabła! —Stoczyła się z tapczanu, lądując dokładnie na Jake'u. 

—  Puff... 
Berry zajrzała mu w oczy. 

Nic ci się nie stało? 

Niektóre kobiety robią wszystko, żeby się znaleźć na szczycie. 

Szturchnęła  go  w  pierś  i  niezgrabnie  sturlała  się  na  bok.  —  Jesteś  niemożliwy.  Wielki, 

głupi samiec. 

Nie jestem głupi. 

To była głupia odpowiedź. 

Okay, zaczekaj chwilę. Wymyślę lepszą. 

—  Za  późno.  Miałeś  tylko  jedną  szansę.  —  Pomyśleć,  że  zakochała  się  w  nim,  ciężka 

idiotka.  Chciała  prasować  mu  koszule,  a  on  myślał  o  niej  jako  o  górze  do  wspinania  się. 
Pieskie szczęście. Wgramoliła się znowu na tapczan. 

Berry... 

Nie odzywaj się do mnie. 

 
 

BĘC! 

Berry podskoczyła wyrwana ze snu i usiadła w śpiworze.  
TUP, TUP, TUP.  
Jake otworzył jedno oko. 

Mamy słonie na górze? Cyrk przyjechał w nocy do miasta, kiedy spałem? 

Myślę, że one już wstały. 

 

Jake spojrzał na zegarek. 

Jest piąta dwadzieścia. 

Na piętrze rozbłysło światło, zaś na schodach dały się słyszeć kroki. 
Wzdychając,  Jake  rozsunął  zamek  śpiwora.  W  półmroku  zalśniło  bielą  udo,  tak  więc 

Berry nie odrywała wzroku od sufitu, dopóki nie usłyszała zgrzytu suwaka spodni. 

Jake  zapalił  światło.  Pani  Fitz  przystanęła  mrugając  oczyma.  Miała  na  sobie  nową 

flanelową koszulę i różowe futrzane pantofle, a rozcapierzona fryzura sterczała na jej głowie. 

Boże — wyszeptał Jake — wygląda, jakby ją prąd kopnął.  

 

Berry przygryzła wargi. 

Coś się stało, pani Fitz? 

Chcę herbaty — burknęła, po czym powlokła się do kuchni. 

Pani  Dugan,  która  zeszła  po  schodach  jako  następna,  rzuciła  Jake'owi  oraz  Berry 

przelotne spojrzenie i, zagniewana, udała się za panią Fitz. Z kuchni dobiegał brzęk naczyń i 
sztućców. W parę minut później dołączyła do pań Mildred. Jake stał uśmiechnięty z rękoma 
na biodrach. 

RS

background image

 

31

—  Nie wydaje mi się, żeby miały dobrą noc. 
Berry  rzuciła  mu  ponure  spojrzenie.  Nie  tylko  staruszki  nie  miały  dobrej  nocy.  Ten 

człowiek  naprawdę  stanowił  zagrożenie.  Na  dodatek  nie  nosił  żadnej  bielizny.  Jego  slipki 
leżały  nieskromnie  w  towarzystwie  koszuli  oraz  skarpetek,  a  on  stał  z  bosymi  stopami  i 
obnażoną  piersią,  nie  mając  na  sobie  nic  poza  spranymi  dżinsami,  nisko  opuszczonymi  na 
szczupłych  biodrach.  Było  w  tym  coś  niepokojącego,  co  sprawiało,  że  gorąco  ogarniało 
najbardziej intymne miejsca Berry. Przyglądała mu się, a po jej głowie błądziła myśl, jakie to 
musi być uczucie, gdy drelich ociera się o twojego... 

—  Gdzie leży herbata? — zawołała poirytowana pani Fitz. — Niczego nie mogę znaleźć. 
Jake  potrząsnął  głową  i  wolnym  krokiem  ruszył  do  kuchni.  Wkrótce  do  uszu  Berry 

dotarły łagodne słowa. Pani Fitz usłyszała, że bardzo ładnie wygląda... taka pełna energii od 
samego rana. Pani Dugan i Mildred zostały podobnie spacyfikowane. Odnalazła się serweta, 
rozesłana  następnie  na  okrągłym  stole.  Pojawił  się  niebieski  dzbanek  do  herbaty,  a  wielkie 
paki z rzeczami służyły świetnie zamiast krzeseł. 

Berry przyłączyła się do towarzystwa w kuchni. Zauważyła, że pani Fitz zaczęła dochodzić 

do  siebie,  ale  Mildred  nadal  wygląda  jak  śmierć.  Oczy  miała  czerwone  jak  królik,  wygięte  w 
podkówkę usta i ziemistą cerę. 

—  Dobrze się czujesz, Mildred? 
Mildred postukała palcami w stół, wpatrując się szklanym wzrokiem w filiżankę herbaty. 

Nie  zmrużyłam  nawet  oka,  w  ogóle  nie  mogłam  spać.  Pani  Fitz  obdarzyła  ją  pełnym 

niesmaku spojrzeniem. 

Chrapałaś przez całą noc, ty stara nietoperzyco. I wyciągałaś spode mnie poduszkę. 

 

Pani Dugan przechyliła się przez stół. 

—  To  ty!  Ty  wyciągałaś  poduszkę.  Rzucałaś  się  bez  przerwy,  wierciłaś  i  narzekałaś.  W 

porównaniu z tobą Mildred zachowywała się wręcz idealnie. 

Jake postawił przed Berry parujący kubek kawy. 

Zdaje się, że mamy problem. 

Możemy oczekiwać zbiorowego morderstwa. 

Chyba pójdę dziś wypożyczyć parę łóżek. 

Pochylił się nad Berry, obejmując ją nagim ramieniem, i wyszeptał jej w samo ucho: 
—  W domu są tylko cztery sypialnie, a to oznacza, że w jednej będą musiały spać dwie 

osoby. 

—  Słyszałam. Wy, mężczyźni. Tylko jedno wam w głowie. Seks. Seks. Seks — odezwała 

się pani Dugan. Pani Fitz mrugnęła do Jake'a. 

—  Nie  zwracaj  na  nią  uwagi. Jest  nieznośna, ponieważ  również  myśli  tylko  o seksie,  a 

nie  bardzo  już  pamięta,  co  się  z  tym  robi.  Ostatnim  mężczyzną,  którego  znała  Dugan,  był 
stary Criswald. On także nie za dobrze pamiętał, co się z tym robi. 

Mildred  zachichotała,  zaś  pani  Dugan  zdawała  się  zgorszona.  Rozradowana  pani  Fitz 

uśmiechnęła się szeroko. 

—  Co myślicie o tym, żeby Jake, kiedy pójdzie wypożyczyć kilka łóżek, wypożyczył przy 

okazji paru przystojnych mężczyzn? 

Sara Dugan wydęła usta. 

To niesmaczne. 

Tak, ale sprawiło, że Mildred się śmieje i ma zaróżowione policzki. 

Berry  napiła  się  kawy.  Pomyślała,  że  nie  należy  nie  doceniać  pani  Fitz.  Jak  na  małą 

starszą  panią,  miała  mocno  nieortodoksyjne  metody,  ale  wiedziała,  co  robić  w  trudnych 
sytuacjach. Jake dopił kawę starając się powstrzymać śmiech. 

Dziś sobota. O której godzinie otwiera się w soboty pizzerię? 

RS

background image

 

32

O dziesiątej. 

Na pewno zdążymy. 

Najpierw śniadanie — stwierdziła pani Dugan. 

Potem  musimy  zrobić  pranie.  —  Pani  Fitz  skończyła  herbatę.  —  W  przeciwnym  razie 

będziemy musiały pracować w naszych nocnych koszulach. 

Jake odstawił filiżankę na stół i przeciągnął się za plecami Berry. 
—  Wezmę szybki prysznic. Potem możemy jechać na inspekcję mieszkania. 
 
Berry  z  trudem  hamowała  łzy.  Mieszkanie  wyglądało  znacznie  gorzej,  niż  zapamiętała. 

Sadza była wszędzie. Wdarła się do każdej szuflady, przylgnęła do ścian, pokryła okna. Jake 
objął Berry ramionami i oparł podbródek na czubku jej głowy. 

Nie zamierzasz płakać, prawda? 

Nie. Absolutnie nie. — Duża łza spłynęła jej po policzku, a Jake otarł ją kciukiem. 

Nie cierpię, kiedy płaczesz. Ściska mnie wtedy w gardle. 

Wszystko zrujnowane. 

Nie, nie wszystko. 

Berry spojrzała w dół, na dywan. 

Dywan zniszczony. 

Mhm.  —  Jego  głos  wibrował  w  jej  uszach  i  Berry  z  trudnością  mogła  skoncentrować 

uwagę na dywanie. Ręce Jake'a zsuwające się po jej plecach skutecznie to utrudniały. 

Tapczan też zniszczony. 

Mhm. Tapczan. — Kreślił palcami kółka na jej plecach, tuż ponad paskiem dżinsów. 

I... hm... — Nie potrafiła powiedzieć, co jeszcze uległo zniszczeniu. Miała to dokładnie 

na końcu języka, ale ręce Jake'a sprawiły, iż zapomniała o wszystkim. 

Nie  jest  tak  źle  —  zamruczał.  —  Lokówki  były  uszkodzone,  więc  producent  ponosi 

odpowiedzialność  za  zniszczenia,  łącznie  ze sprzątaniem.  Zabierzmy  ubrania  oraz pościel  do 
mnie, wypierzemy je, a resztę pozostaw profesjonalistom. 

Berry zacisnęła oczy, chcąc ukryć kolejną łzę. 

Smutno mi, kiedy patrzę na to wszystko. 

Mnie też. 

Może poczuję się lepiej, jeśli trochę posprzątam. 

Ja też. 

Naprawdę? 

Nie, ale zrobię wszystko, żeby kolejna łza nie popłynęła po twoim policzku. — Odwrócił 

się i zaczął buszować w szufladach przy zlewie. — Gdzie są te duże torby na śmiecie? 

Szufladę niżej. 

Znalazł torby i rzucił je Berry. 
—  Spakuj  ubrania  i  pościel.  Ja  tymczasem  wyniosę  dywan,  zanim  do  reszty  zniszczy 

podłogę.  

Berry  ułożyła  spakowane  rzeczy  w  furgonetce  i  spojrzała  w  górę  ku  szeroko  otwartym 

oknom. Przez jedno z nich Jake wypychał właśnie nasiąknięty wodą dywan. 

Zwolnić bomby! — wykrzyknął, zrzucając dywan na chodnik. 

Jake? 

Wychylił  się  z  okna  i  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu.  Rękawy  koszuli  miał  podwinięte 

powyżej łokci, zaś policzek przecinała smuga sadzy. 

Dziękuję. 

Szukasz może sposobu, żeby mi się odwdzięczyć? 

RS

background image

 

33

Berry  nie  zdołała  powstrzymać  uśmiechu.  Nie  mogła  nie  podziwiać  jego  wytrwałości  w 

dążeniu do celu. Minęła godzina, gdy po odwiezieniu rzeczy Berry wraz z panią Fitz i Mildred 
otwierały drzwi pizzerii. Z ulgą dostrzegły tylko parę zacieków na ścianach. 

Pani Fitz przepasała się śnieżnobiałym fartuchem. 
—  Damy  sobie  radę,  ty  idź  na  górę  i  pomóż  Jake'owi  porządkować  mieszkanie.  Z 

odgłosów sądząc, można by przypuścić, że wydaje przyjęcie. 

Berry  zmarszczyła  nos.  Istotnie,  zupełnie  jakby  wydawał  przyjęcie.  Z  radia  płynęła 

muzyka,  której  towarzyszyły  odgłosy  co  najmniej  tuzina  stóp.  Berry  wbiegła  po  schodach 
przeskakując po dwa stopnie naraz. W mieszkaniu kłębił się tłum ludzi. Pani Giovanni stała 
przy zlewie, po łokcie w mydlinach. Dorośli Lingowie skrobali ściany i szorowali podłogi, zaś 
mali  bawili  się  w  berka,  biegając  pomiędzy  sypialnią  a  living  roomem.  Wysoki,  czarnoskóry 
mężczyzna  odwracał  się  właśnie  od  wyczyszczonego  na  wysoki  połysk  frontowego  okna.  W 
ręku trzymał butelkę płynu do mycia szyb i sprawiał wrażenie wyraźnie zadowolonego. 

—  Są  już  zupełnie  czyste.  Możesz  teraz  oglądać  geranium  Mamy  Giovanni,  a  w  dole 

ulicy moją karaibską restaurację. 

Berty  złapała  za  ramię  Jake'a,  który  właśnie  holował  ładunek  śmieci  w  kierunku 

schodów. 

Co robią tutaj ci ludzie? 

Sami przyszli, kolejno. Miałaś rację, to przyjemni sąsiedzi. 

Przyszli, żeby mi pomóc? 

—  Pani  Ling  mówiła,  że  dzięki  tobie  jej  córka  wygrała  w  ubiegłym  miesiącu  szkolny 

konkurs poprawnej pisowni. Bo dawałaś jej darmowe korepetycje już parę tygodni wcześniej. 
Pani Giovanni powiedziała, że podwoziłaś ją do szpitala dzień w dzień, kiedy jej mąż miał w 
zimie atak serca. 

—  A ten czarny mężczyzna? — wyszeptała. — Nigdy go nie spotkałam. 

Widocznie pomogłaś jego żonie. 

 

Berry wyglądała na zakłopotaną. 

Anne-Marie. 

Berry szeroko otworzyła oczy. 
—  Anne  Marie!  —  wybuchnęła  śmiechem.  —  Anne  Marie  ma  sto  osiemdziesiąt 

centymetrów wzrostu, jest platynową blondynką i mówi tylko po francusku. Kiedy mąż idzie 
do pracy, zostaje sama. Wtedy przychodzi do mnie. Ja mówię po angielsku i robię pizzę, a ona 
siedzi  na  stołku,  robi  na  drutach  i  mówi  po  francusku.  Żadna  z  nas  nie  rozumie,  co  mówi 
druga. 

Jake potrząsnął głową. 
—  Jak znajdujesz czas na to wszystko, prowadząc pizzerię i chodząc na studia? 

Wyeliminowałam sen, a jadam raz dziennie. 

 

Spoważniał. 

A co z czasem dla Berry? 

Lubię mój styl życia. 

—  Sądzę, że gonisz za cieniem. Kiedy mówisz, że nie masz czasu na nagich mężczyzn, to 

chyba istotnie prawda. 

Nadzy mężczyźni nie odgrywają większej roli w moim życiu. 

 

Jake uśmiechnął się. 

Zamierzam to zmienić.

 

Masz szczęście, że pani Dugan została w domu przy praniu. Powiem jej, że opowiadałeś 

nieprzyzwoite rzeczy. 

RS

background image

 

34

To wcale nie były nieprzyzwoite rzeczy. — Pochylił się do jej ucha, uświadamiając Berry 

przez  chwilę,  jakie  są  jego  przyszłe  zamiary  wobec  niej.  Odstąpił  o  krok,  a  malujący  się  na 
twarzy  Berry  wyraz  zakłopotania  wprawił  go  w  znakomity  humor.  —  Dopiero  to  były 
nieprzyzwoite rzeczy — oświadczył roześmiany. 

Pani  Giovanni  uwijała  się  wszędzie  z  butelką  detergentu  w  ręce.  —  To  miły  młody 

mężczyzna.  Masz  szczęście,  że  ktoś  taki  opiekuje  się  tobą  —  powiedziała,  celując 
wyciągniętym palcem wprost w Berry.  

Jake szepnął konspiracyjnie: 

Widzisz, nawet pani Giovanni jest zdania, że powinienem się tobą zaopiekować. 

Ja nie potrzebuję opieki. 

Oczywiście, że potrzebujesz. 

Nie takiej, o jakiej myślisz. 

Zwłaszcza takiej. 

Berry zmrużyła oczy i wsparła ręce na biodrach. 
—  Sądzę,  że  sama  wiem,  czego  potrzebuję,  a  czego  nie.  Nie  potrzebuję  tego,  o  czym 

myślisz. Doskonale potrafię się sama sobą zaopiekować. 

Potrafisz, ale byłoby znacznie zabawniej, gdybyśmy robili to razem. 

Nie sądzę... doskonale wiesz... och, daj mi spokój! 

Jake wręczył jej torbę ze śmieciami. 
—  Proszę,  to  nie  jest  ciężkie,  w  środku  są  tylko  resztki  tapet  ze  ścian  twojej  sypialni. 

Znieś  je  na  dół,  po  drodze  nieco  ochłoniesz.  —  Mrugnął  do  pani  Giovanni.  —  Gdy  tylko 
znajdzie się obok mnie, zupełnie traci głowę. 

Berry ujęła torbę i rąbnęła nią Jake'a. 
—  Traci  głowę  —  wymamrotała,  gramoląc  się  po  schodach.  -  Natychmiast,  kiedy  go 

zobaczyłam,  wiedziałam,  że  jest  niebezpieczny.  Zarozumiały,  pewny  siebie  impertynent.  Do 
diabła z nim i jego podniecającym ciałem. 

Pani Fitz, stojąca w drzwiach pizzerii, cmoknęła na widok Berry. 

Wyglądasz, jakby ktoś właśnie zepsuł ci humor. 

Jake Sawyer. 

Fajny jest, co? 

Ten mężczyzna myśli tylko o jednym. 

O tobie? 

O seksie. 

Nie lekceważ go. 

Berry wzniosła pytająco brwi: 

Jest w tobie zakochany. 

Przecież ledwo się znamy. 

Czasem serce wie szybciej o tym, o czym głowa jeszcze nawet nie pomyślała. 

Nigdy mi nic nie powiedział.

 

Może sam nie wie. A może wie, ale się boi... jak ty. 

 

Berry wzruszyła ramionami. 

Ja się nie boję. 

Nie opowiadaj głupstw. 

Po prostu mam swój plan na życie. 

Pieprzysz bzdury. 

Pani Fitz! Co za słownictwo. 

Pani Fitz roześmiała się i plasnęła ręką o udo. 

RS

background image

 

35

—  Wiem,  wiem.  Czy  nie  jestem  upartą,  złośliwą  staruszką?  —  Potrząsnęła  głową, 

odwracając  się  w  stronę  rondla  z  bulgocącym  sosem  do  pizzy.  —  Musisz  być  elastyczna, 
Lingonberry.  Czasami  plany  trzeba  zmieniać,  w  przeciwnym  razie  tracisz  dobre  okazje.  Nie 
codziennie spotyka się kogoś takiego jak Jake Sawyer. To wspaniały mężczyzna. 

Mildred  zabrała  się  do  wyrabiania  pokaźnej  porcji  ciasta  na  blacie.  Przekorny  uśmiech 

przemknął przez jej usta. 

—  I ma wspaniałe pośladki — dodała spokojnie. 
 
 
 

Berry sprężyła się i wysiadła z auta. Zajrzała przez okno do pizzerii; nie było tam 
nikogo  poza  Jake'm.  Dzięki  Bogu.  Nie  miała  siły,  żeby  obsługiwać  klientów. 
Pchnęła ciężkie, oszklone drzwi, rzuciła portfel na kontuar i opadła na krzesło.— 
Jeszcze jeden dzień, jeszcze jeden dolar...Jake przyjrzał się jej. 

—  Wyglądasz okropnie! 
Berry wskazała na swoje wilgotne włosy i koszulę. 

Jak spod rynny. — Podniosła nogę, żeby zademonstrować poszarpane dżinsy. — Pies. 

Czy co wieczór miewasz takie przygody? 

Niektóre wieczory są gorsze od innych. Gdzie nasze panie? 

—  Odesłałem  je  taksówką  do  domu.  Sprawiały wrażenie kompletnie  wykończonych.  — 

Wziął Berry za ręce i szarpnął silnie, by stanęła na nogach. — Ty sprawiasz wrażenie jeszcze 
bardziej wykończonej. Chodźmy do domu. 

— 

Muszę wyczyścić brytfanny, a podłoga...Jake gwałtownym ruchem wskazał drzwi. 

— 

Do auta, kobieto! 

Berry była zbyt zmęczona, aby się spierać. Posłusznie poszła za Jake'm do auta i usiadła 

na  miejscu  obok  kierowcy.  Rozpamiętywała  sposób,  w  jaki  powiedział:  Chodźmy  do  domu, 
zupełnie jakby to był i jej dom. Kiedy otworzyła oczy, znajdowała się w garażu. 

—  Zbieraj się, śpiochu — zanucił Jake. — Jesteśmy w domu. 
Spojrzała nań, zaspana. Znowu to samo. W ustach Jake'a słowo dom nabierało swoistych 

znaczeń.  Dom  był  arką,  ucieczką  przed  powodzią,  zarazą  i  brutalnymi  kierowcami,  był 
niebem dla udręczonych, lekarstwem dla dewiantów. 

Poszła  za  Jake'm  do  kuchni.  Co  sprawia,  że  ten  dom  wydaje  się  przytulny?  Przecież 

prawie nie ma mebli. Głosy rozlegają się echem w pokojach, nie wytłumione przez kotary ani 
dywany.  Wedle  wszelkich  zasad,  ten  stary  budynek  winien  odpychać  wrażeniem 
niegościnności, tymczasem budził prawdziwie „domowe” uczucia. Berry niemal czuła zapach 
stygnącego na stole irysowego puddingu. 

Dawne rojenia zakłuły ją w serce. Jasnowłose dzieci, układane wieczorami do snu, mąż, 

który  obejmuje  ją  w  kuchni  za  szyję  i  mówi  o  ważnych  sprawach,  takich  jak  ta,  że  musiał 
wymienić dziś tłumik w aucie. Kiedy brała ślub, marzyła o rodzinie, o dużym starym domu, 
który  będzie  rozbrzmiewał  hałaśliwą  miłością,  a  sam  stanie  się  gwarancją  bezpieczeństwa. 
Cóż  za  naiwność!  Szczęście domowe  w  małżeństwie  z  Allenem!  W  rzeczywistości  ich  związek 
można  było  raczej  nazwać  porozumieniem  odnośnie  wspólnego  mieszkania,  na  pewno  nie 
małżeństwem. Oczekiwała wiele, a nic z tego nie wyszło. 

Przygryzła dolną  wargę.  Nie,  to  nie był  jednak  zupełnie  stracony  czas.  Odeszła od  męża 

zamkniętego  w  sobie  niczym  ślimak  w  skorupie,  świadoma  własnej  wartości,  z  jasno 
sprecyzowanym  sensem  życia.  W  jakiś  sposób  z  małżeńskiego  nieładu  wyłoniła  się  z 
ukształtowaną osobowością. I to napawało ją dumą. 

RS

background image

 

36

Oho, zdaje się, że za tymi przepięknymi niebieskimi oczami odbywa się poważny proces 

myślowy?  Serce  Berry  zamarło  na  chwilę.  Czy  Jake  czyta  w  jej  myślach?  Wykrztusiła  z 
trudem: 

Ten dom sprawia wrażenie, że powinien być pełen dzieci. 

Zgadzam się. Będzie doskonały dla gromady dzieciaków oraz pary długouchych psów. 

Berry, zmieszana, spojrzała na niego. Nie miał przecież ani dzieci, ani psa. Zatem o czym 

mówił?  Czy  kupił  ten  dom  jeszcze  dla  kogoś?  Jako  lokatę  kapitału?  Może  mieszka  tu  tylko 
czasowo? Boże, czyżby miał gdzieś tu przyjaciółkę w ciąży? 

Jake oparł się o blat. 

Mam plan. 

Jaki? 

Kiedy ostatnio jadłaś? 

Berry zamrugała, zdezorientowana nagłą zmianą tematu rozmowy. 

Hm... Nie pamiętam. 

A kolacja? 

Zarumieniła  się,  uświadamiając  sobie,  że  zamiast  planowanej  sałatki  zjadła  jedynie 

batonik. 

Co to ma wspólnego z twoim planem? 

Nic. Wszystko. — Jake otworzył lodówkę. — Nie ma tu zbyt wiele jedzenia. 

Czyli nie tylko ja o nim zapominam. 

—  Jadam  poza  domem,  najczęściej  u  siostry.  Mieszka  o  parę  kilometrów  stąd.  — 

Postawił na blacie mleko, z górnej szafki zdjął pudełko płatków z rodzynkami. — Mam tylko 
jedzenie na śniadania. —Wyjął łyżkę i nasypał Berry miseczkę płatków. 

Berry bezmyślnie grzebała łyżką pośród rodzynek. 
—  Nie jestem pewna, czy mam dość siły, żeby to zjeść. 
Jake  bez  słowa  zalał  płatki  mlekiem,  dodał  jajko,  a  po  dłuższych  poszukiwaniach  w 

małym pudełku wyciągnął dwie fiolki. 

—  Trochę wanilii i odrobina gałki muszkatołowej — oznajmił. 
Wymieszał miksturę i wlał pienisty kremowy likwor do wielkiej szklanki. — Proszę, tego 

nie musisz gryźć. 

W środku jest surowe jajko! 

W koktajlu mlecznym zwykle się pojawia. 

— 

Hmm... — Berry wypiła ostrożnie napój i czubkiem języka oblizała białe mleczne wąsy. 

Jake  włożył  szklankę  do  zmywarki,  po  czym  ogarnął  Berry  ramieniem  prowadząc  ją  ku 
schodom. 

— 

Chodźmy do łóżka. 

— 

Nie śpię na tapczanie? 

— 

Dziś dostarczono łóżka. Każda z pań ma własny pokój. 

— 

Więc? 

—  Ty śpisz w moim pokoju. — Otworzył drzwi do sypialni i zaprosił Berry do środka z 

szerokim, zamaszystym ukłonem godnym sir Waltera Raleigha. 

—  Och, nie — jęknęła. — Nie dzisiejszej nocy, Jake. Jestem wykończona. 
—  Nie, nie dzisiejszej nocy. Kiedy pierwszy raz będę z tobą w łóżku, chcę, żebyś była w 

pełni przytomna i świadoma. 

Berry  stała  przed  nim  z  twarzą  pozbawioną  jakiegokolwiek  wyrazu,  zbyt  zmęczona,  aby 

się odciąć. Utkwiło jej w pamięci, że powiedział: Kiedy będę z tobą w łóżku, a nie: Jeżeli  

Czy naprawdę było to nieuniknione? 

RS

background image

 

37

Narzucił jej na ramiona niebieską jedwabną piżamę, pocałował w czubek nosa i wyszedł 

zamykając za sobą drzwi. 

 
Berry  budziła  się  powoli,  rozprostowując  najpierw  nogi,  następnie  ręce.  Leżała  w 

największym, najwygodniejszym łóżku, w jakim kiedykolwiek spała. 

—  Och  —  westchnęła,  przewracając  się  na  plecy.  Delikatny  jedwab  góry  od  piżamy 

ocierał  się  o  jej  piersi.  Doszła  do  wniosku,  że  to  uroczy  sposób  budzenia  się.  Powoli  i 
luksusowo...  gdyby  tylko  nie  miała  owego  szczególnego  uczucia,  że  ktoś  ją  obserwuje. 
Ostrożnie otworzyła jedno oko. 

Cześć. — Jake powitał ją szerokim uśmiechem.  

 

Berry nakryła się po samą szyję. 

Co tu robisz? 

Szukam jakiegoś ubrania. Chcesz wziąć prysznic? 

Zerknęła na niego podejrzliwie. Przez ramię miał przerzucony ręcznik. 

Przecież ty właśnie tam idziesz. 

Tak, ale jestem porządnym facetem i chętnie wezmę ze sobą kumpla. 

Też mi kumpel. 

Potrafię wyczyniać cuda z pianą mydlaną. 

Nie sądzę, bym miała ochotę tego słuchać. 

Jake przysiadł na brzegu łóżka i przebiegał palcami po miękkim, niebieskim kołnierzyku 

piżamy. 

—  Boże, jaka ty jesteś rano podniecająca. Ciepła, seksowna i kompletnie rozczochrana. 

— Dotknął piżamy. — Lubię dotyk tego materiału na twoim ciele. Wiem teraz, dlaczego szyją z 
niego piżamy. 

Berry  też  lubiła.  Jakaż  to  odmiana,  budzić  się  wykwintnie  i  kobieco.  Jake  przesunął 

jedwab między palcami. 

Podobnie  poczujesz  się  pod  prysznicem,  kiedy  cię  namydlę.  —  Kiedy  mówił  w  ten 

sposób,  nie  słyszała  już  żartobliwego  tonu,  a  tylko  nieskrywane  pożądanie.  —  Lubisz  ten 
moment,  kiedy  pokrywa  cię  piana  z  mydlą?  Wyobrażasz  sobie  wtedy,  że  to  dłoń  mężczyzny 
prześlizguje się po wszystkich wrażliwych wypukłościach...? 

Ooch....—  Święci  pańscy.  Nikt  nigdy  nie  mówił  jej  niczego  podobnego.  Nawet  jej  mąż. 

Przede wszystkim nie mąż! 

Pożądanie  narastało  w  oczach  Jake'a  w  miarę,  jak  przesuwał  palec  po  małych 

wzniesieniach na czubkach jej piersi. 

Czujesz moje dotknięcie poprzez jedwab? 

Czy czuję? 

Płonęła  niczym  pochodnia.  Coś  niesamowicie  zmysłowego  kryło  się  w  tych  leniwych 

penetracjach  jej  osłoniętych  piżamą  piersi.  Przesunęła  językiem  po  wargach,  oczekując 
pocałunku  na  dzień  dobry.  Kiedy  nastąpił,  iskra  gorąca  przemknęła  pod  niebieskim 
jedwabiem, a Berry namiętnie oddała pocałunek rozchylając usta, by poczuć zachłanny język, 
i zatapiając palce w miękkich włosach Jake'a. 

Gdy przestał ją całować, jego oczy pełne byty wyczekiwania. 
—  Właśnie  to  byś  czuła,  gdybyśmy  poszli  razem  pod  prysznic  —  odezwał  się.  Rozpiął 

piżamę  Berry,  obnażając  nabrzmiałe  pożądaniem  piersi.  —  Gdyby  twoje  piersi  były 
namydlone,  byłyby  ciepłe,  delikatne...  zupełnie  jak  teraz  -  przesunął  dłonią  po  jej  brzuchu, 
póki nie wyczuł pod palcami majteczek. 

Berry utraciła zdolność myślenia. 

RS

background image

 

38

Dygotała,  wstrząsana  dreszczami,  a  z  obrzmiałych  sutek,  z  dłoni  mężczyzny  oraz 

napierającego  coraz  mocniej  na  majtki  stale  rosnącego  pączka  promieniowały  kolejne  fale 
gorąca. Drżącymi rękami chwyciła Jake'a za koszulę i ukryła płonącą twarz na jego piersi. 

Lepiej  przestańmy  —  wyszeptała  bez  tchu.  —  Zupełnie  straciłam  głowę.  Nigdy  dotąd 

tak się nie czułam. 

To nadzwyczajne uczucie, Berry. Nadzwyczajne, ponieważ dotyczy ciebie i mnie. 

 
— 

Tak, ale... chodzi o coś więcej... pierwszy raz... pierwszy raz czuję coś podobnego.  

 

Jake patrzył na nią w głuchej ciszy. 

— 

Berry, przez cztery lata byłaś mężatką. Czy nigdy się nie kochałaś? 

Wygląda  na  to,  że  ja  dawałam  miłość,  a  on  ją  przyjmował,  natomiast  nigdy  nie 

kochaliśmy się razem. Wykonywaliśmy wszystkie ruchy jak należy, ale nigdy nie odczuwałam 
żadnej satysfakcji. Wzniosła oczy ku górze. — To okropne. 

Mam  nadzieję,  że  nigdy  nie  spotkam  tego  faceta.  Nie  sądzę,  żebym  mógł  się 

powstrzymać i nie rozwalić mu nosa. 

To nie tylko jego wina. Byłam bardzo młoda. Myśleliśmy, że małżeństwo może stanowić 

jakieś  panaceum  na  nasze  własne  problemy.  Allen  był  kuty  na  cztery  nogi.  Umiał  kierować 
moim  życiem.  Chciał  zostać  lekarzem.  Ja  nie  radziłam  sobie  jeszcze  z  samą  sobą,  brnęłam 
przez  szkołę,  zmieniałam  specjalizację  po  każdym  semestrze,  ledwo  zaliczyłam  połowę 
przedmiotów.  Kiedy  Allen  wkroczył  w  moje  życie,  zdawał  się  ośrodkiem  ciszy  w  centrum 
huraganu.  Zimne,  niebieskie  oczy, dokładnie  zaczesane  włosy,  spodnie  zawsze  zaprasowane 
w  kant.  Sądzę,  że  podświadomie  każde  z  nas  czuło  się  niekompletne,  potrzebowało 
uzupełnienia.  Ja  szukałam  porządku  i  celu,  jemu  brakowało  emocji  i  uczuć.  Pewnie 
liczyliśmy na to, że wspólnie stworzymy doskonałą ludzką istotę. 

Niestety,  życie  nie  jest  takie  proste.  Małżeństwo  zaostrzyło  nasze  problemy.  Im  dłużej 

przebywaliśmy  razem,  tym  ja  stawałam  się  mniej  pewna  siebie,  a  on  —  mniej 
komunikatywny. Kiedy się przekonał, że nasze małżeństwo jest nieudane, zaczął się rozglądać 
za innymi kobietami. Być może zdrada miała być ostatnią próbą ratunku. — Berry wzruszyła 
ramionami. — Może w ten sposób chciał sobie udowodnić, że niczego mu nie brakuje. 

—  Albo, że jest draniem. 
Berry objęła kolana ramionami i roześmiała się. 
—  Taki  był  mój  pierwszy  wniosek.  Ale  czas  oraz  dorosłość  stępiły  ostrze  mojej  urazy. 

Ktoś, ciężko stąpając, przeszedł przez hall i zatrzymał się przed drzwiami sypialni Jake'a. 

—  Ktokolwiek chce skorzystać z łazienki, powinien to zrobić teraz — zasyczała głośnym 

szeptem pani Fitz. — Zanim wstanie pani Dugan. 

Jake zaśmiał się. 
—  Czy nie sądzisz, że ona próbuje dać nam coś do zrozumienia? 
 
Berry ostatnia przyszła na śniadanie. Spokojnie usiadła na pace z rzeczami i, starannie 

unikając spojrzenia Jake'a, nasypała sobie pełną miseczkę płatków zbożowych. Czuła się tak 
zakłopotana, że praktycznie  nie  wiedziała,  co  robi.  Opowieści o  mydlanej pianie  sprawiły,  iż 
jej  równowagę  umysłową  diabli  wzięli.  Czuła  się  tak,  jakby  przyszła  na  śniadanie  nago. 
Najpierw  zachowywała  się  niczym  maniaczka  seksualna,  a  potem  ni  stąd,  ni  zowąd, 
opowiedziała  Jake'owi  historię  swego  życia. Ależ  była  głupia!  Wbiła  wzrok  w  miseczkę,  choć 
prawdę mówiąc, wcale jej nie widziała. Dolała mleka i zamieszała. 

PAC!  Ziarnko  mieszanki  przeleciało  koło  ucha  Berry.  PAC,  PAC,  PAC.  Jej  śniadanie 

eksplodowało! 

Ziarnko trafiło panią Dugan w czoło. 

RS

background image

 

39

Jestem zastrzelona! — krzyknęła. — Ktoś we mnie strzelił. 

 

Pani Fitz nurknęła pod stół. 

Nikt w ciebie nie strzela, ty oślico. To płatki zbożowe. 

Jake zerwał się, nakrywając talerzem niemal już pustą miseczkę. 
—  Co to za sztuczki — wysapała Berry. 
Jake  ostrożnie  usunął  talerz.  Napęczniałe  mlekiem  ziarna  wydawały  dziwne,  syczące 

odgłosy. 

—  Nie  rozumiem.  Nigdy  się  to  dotąd  nie  zdarzyło.  Może  zaczęły  strzelać,  bo  je 

zamieszałaś. — Jake wziął pudełko oraz miseczkę, po czym zszedł do sutereny. 

Pani Dugan potrząsnęła głową. 

Kiedy mieszkałyśmy w Southside Hotel, nigdy się z czymś takim nie spotkałam.  

 

Pani Fitz wydłubywała ziarenka z włosów. 

Tak. Tam było nudno. Pełno staruchów. — Dreszcz przebiegł ją na samo wspomnienie. 

Mildred złożyła serwetkę. 

—  Mnie  się  tu  podoba,  tylko  wolałabym,  żeby  nie  zabierał  jedzenia.  Chciałam  trochę 

spróbować. Berry przyglądała się drzwiom do sutereny. Co Jake ma na dole... Laboratorium 
doktora  Jekylla?  Wreszcie  ciekawość  wzięła  górę  nad  zakłopotaniem.  Przeprosiła,  wstała  od 
stołu i ostrożnie uchyliła drzwi. 

Jake? 

Hmmm... 

Mogę zejść? Czy to jeszcze wybuchnie? 

Zaryzykuj. 

Berry  rozejrzała  się  po  zagraconym,  jasno  oświetlonym  pokoju.  Z  sufitu  zwieszały  się 

latawce, modele samolotów, rękawy wskazujące kierunek wiatru oraz koła rowerowe. Ściany 
pokrywały  półki,  na  których  stały  butelki,  a  na  blacie  leżały  wybebeszone  roboty,  części 
komputerów, worki  ryżu,  kukurydzy  oraz  pszenicy.  Wszędzie poniewierały  się  zabawki:  lalki 
bez  głów,  pluszowe  niedźwiadki,  wrotki,  gry.  Jake  usiadł  przy  masywnym  biurku, 
przyglądając  się  uważnie  rozmoczonym,  kiełkującym  ziarnom  ponabijanym  na  długi 
szpikulec. Berry przystanęła za jego plecami. 

—  Czuję się, jakbym odwiedzała pracownię alchemika. 
—  Większość tych rzeczy należy do dzieciaków Katy. Ja jestem tylko lekarzem zabawek. 

Problem w tym, że one psują je znacznie szybciej, niż ja naprawiam... — Rozejrzał się wokół. 
— Ale latawce, samoloty i rękawy wskazujące kierunek wiatru są moje. 

Berry spojrzała na niego spode łba. 

Mówiłeś, że nie miałeś żadnych zabawek. 

Kłamałem. 

—  Kiedy jeszcze kłamałeś? 
Jake odłożył szpikulec z ziarnami i odwrócił się razem z krzesłem, patrząc na Berry. 

Kłamałem, kiedy mówiłem, dlaczego chcę się z tobą kochać. Pamiętasz tę górską teorię? 

Ach, tak. — Cofnęła się. — Ma być o erotyce? Zamierzasz mówić o mydle? 

Więc jednak mydło cię wzięło? 

Jasne, że nie! 

Jake usadowił się wygodnie, wyciągnął długie nogi i założył ręce za głowę. 
—  Czyżbyś nie chciała poznać moich najskrytszych motywów? Nie interesuje cię główny 

plan? —zapytał z uśmiechem. 

Cóż, tak — potrząsnęła głową. — Nie. 

Zdecyduj się. 

 

RS

background image

 

40

Nie popędzaj. 

 

Jake cmoknął. 

Nie jesteś dziś zbyt odważna. 

Nie gadaj bzdur. Jestem prawie zawsze odważna. Kto jadł twoje głupie ziarno? 

Unikasz mnie. Sypałaś sobie te paprochy, nawet na mnie nie patrząc. 

Czy celowo podsunąłeś mi strzelające piątki? 

 

Jake niezwykle wiarygodnie odegrał rolę oburzonego. 

Moi

Berry przycupnęła na trzykołowym rowerku. 
—  Okay, w takim razie zaczynaj. Na czym polega ten twój główny plan? 
Jake pochylił się opierając łokcie na biurku. Jego oczy szelmowsko rozbłysły, a kąciki ust 

uniosły się w hamowanym uśmiechu. 

Zamierzamy  się  pobrać,  kupić  parę  psów  i  mieć  całą  gromadę  dzieciaków.  Być  może 

setkę. 
 

Berry zeskoczyła z rowerka. 

Dostałeś kota?

 

Cóż, dobrze... nie będziemy mieli setki. Jestem skłonny do negocjacji w sprawie dzieci. 

Jedno lub dwoje wystarczy. 

Nie.  Nigdy.  Nie  chcę  małżeństwa.  Byłam  już  mężatką,  nienawidzę  tego.  A  jeśli 

kiedykolwiek wezmę ślub, to nie z tobą. Jesteś ostatnim mężczyzną, za którego bym wyszła. 
—  Wierutne  kłamstwo.  Tak  bardzo  chciała  za  niego  wyjść,  aż  na  myśl  o  tym  cierpły  jej 
dziąsła. Skrzyżowała palce za plecami, żeby nie zapeszyć. 

Dlaczego nie chcesz? Co we mnie złego? 

Nic, i to właśnie jest złe. 

Czy zechcesz wyrażać się jaśniej? 

Mam pracę. Nie mogę stać tu przez cały dzień i rozmawiać o małżeństwie. Muszę robić 

pizze,  umyć  podłogę,  przygotować  się  do  testu  z  historii  sztuki.  —  Berry  skierowała  się  ku 
drzwiom. — Czy mogę pożyczyć auto? 

Nie. Ja cię zawiozę. Pogadamy po drodze. 

Nie chcę z tobą rozmawiać. 

W odpowiedzi Jake zapiał jak kogut, trzepocząc przy tym ramionami. 
—  Ugk — stęknęła. 
 
Jake oraz Berry siedzieli po ciemku w furgonetce i patrzyli jedno na drugie. 

Ja dostarczę pizzę - zgrzytnęła zębami Berry. 

Diabła tam ty. Ja. 

To moje zajęcie, moja pizzeria, moje pizze. 

Jake obrzucił wzrokiem mieszkalny budynek z żółtej cegły. 

Jest  dziesiąta  wieczorem.  Czeka  cię  spacer  na  czwarte  piętro  bez  windy  przez 

podejrzane  tereny.  Nie  zamierzam  siedzieć  tutaj  zbijając bąki, podczas  gdy  ciebie  napadną  i 
obrabują w jakimś ciemnym zakamarku. 

Dostarczałam tu pizzę już przedtem.

 

— 

W porządku. Teraz moja kolej. — Jake ujął za sznurek. — Zamknij drzwi, kiedy wyjdę.  

 

Berry chwyciła drugi koniec pudełka, ciągnąc je w swoją stronę. 

— 

Zaniesiesz tę pizzę, kiedy zobaczysz latające prosię! 

 

Jake westchnął i wyjrzał przez okno. 

— 

Spójrz! 

RS

background image

 

41

Berry wychyliła się, by zobaczyć, co przyciągnęło jego uwagę. Jake wyskoczył z pizzą zza 

kierownicy i zatrzasnął drzwiczki. 

—  Latające prosię! — wrzasnął do Berry. 
Zmrużyła oczy. 
—  Och, ty draniu! 
Rzuciła się w ślad za nim po schodach. 
—  Nienawidzę,  kiedy  mi  się  mówi,  co  mam  robić.  Nikt  nie  będzie  mi  rozkazywał.  To 

moja firma. To była moja pizza. A on chce się ze mną żenić! Ha! Nie ma szans. 

Dopędziła go, gdy inkasował pieniądze. 
—  Gdybym nie zmęczyła się przez te schody, zarobiłbyś kopniaka w kolano. 
—  No, no, jesteś wcale podniecająca, kiedy sięgasz po argumenty fizyczne. 
Berry zacisnęła pięści. 
-Hm. 
—  Zbyt  zmęczona,  żeby  rozmawiać,  tak?  — Pociągnął  za  zwisający  lok i  zwrócił  się do 

odbierającego pizzę mężczyzny. — Szaleje na moim punkcie, wszędzie za mną łazi. — Otoczył 
Berry ramieniem, gdy schodzili ze schodów. — Wiem, że lecisz na mnie, ale mogłaś zaczekać 
w aucie. 

Obawiam się, że nie chciałbyś wiedzieć, co bym z tobą najchętniej zrobiła. 

Coś przyjemnego? 

Bolesnego. Możliwie jak najbardziej. 

—  Prawdę mówiąc, nie przepadam za bólem. — Jake otworzył frontowe drzwi i spojrzał 

na pustą ulicę. — Gdzie jest auto? 

 
Była prawie pierwsza w nocy, kiedy Jake i Berry przekroczyli próg domu. Po cichu dostali 

się  do  kuchni,  po  czym  zabrali  się  do  przygotowywania  gigantycznej  przekąski.  Zawartość 
lodówki  wylądowała  na  okrągłym  dębowym  stole.  Oświetleni  srebrzystym  blaskiem  księżyca 
pałaszowali pikle, sandwicze, lody, sałatkę ziemniaczaną, a także truskawki. 

Kiedy Berry sięgnęła po ostatnią truskawkę, Jake odsunął się od stołu. 

Kochanie. 

 

Berry westchnęła. 

Wszystko w porządku. Rano wypożyczę nowe auto. 

 

Kolejne westchnienie. 

Podejrzenia policji są w pełni uzasadnione, jeśli wziąć pod uwagę, że w niecały tydzień 

skradziono nam dwa auta. 

W niecały tydzień rozwaliłam jeepa, ukradziono mi dwa auta, a moje mieszkanie spaliło 

się na węgiel. Czy myślisz, że ktoś próbuje dać mi coś do zrozumienia? 

Jake wzruszył ramionami. 

To negatywy. A pozytywy? 

A cóż w tym może być pozytywnego? 

Nasza przyjaźń. 

Berry spojrzała na niego. Mówił poważnie. Uśmiechnęła się. 
—  Tak, to się istotnie liczy. 
Przez chwilę, gdy łzy przesłoniły jej oczy, a twarz nabrała promiennego wyrazu, cieszyła 

się z ciemności panujących przy kuchennym stole. Takie emocje powinien był w niej budzić 
Allen.  Ale  nigdy  nie  wzbudził.  Jake  ujął  jej  rękę  i  pocałował  czule  przegub  od  wewnętrznej 
strony. Berry szarpnęła się. 

Nie całuj mojego nadgarstka. 

Okay. A co mam całować? 

RS

background image

 

42

Nie chcę, żebyś w ogóle cokolwiek całował. 

Głupie  gadanie.  —  Znowu  wziął  ją  za  rękę, całując  tym  razem  miękkie  wnętrze  dłoni. 

Jego oczy połyskiwały szelmowsko. — A co będzie jeśli pocałuję twoją... 

Ani się waż! 

Ssał przez moment czubek jej wskazującego palca. 

Czy mogę pocałować go pod prysznicem? 

Nie bierzemy prysznica. Przestań! — Z trudem przełknęła ślinę, gdy ponownie wziął w 

usta jej palec. Zdzieliła go na odlew torbą do chleba. 

Mówiłam, żebyś przestał. 

Ostro grasz, co? 

W nic nie gram. Chcę ci powiedzieć coś brzydkiego. Spadaj. — Berry wstała od stołu. — 

Wynoś się do domu. 

Ja jestem w domu. 

Och, rzeczywiście. — Wpakowała puszki z piklami i pojemnik z mielonką do lodówki.  

 

Czuła  się  jak  wsiowa  idiotka.  Nie  miała  doświadczenia  w  robieniu  scen,  a  poza  tym  za 

bardzo na nią działał, zbyt łatwo traciła przy nim głowę. Sprawiał, że czuła się niczym Mary 
Poppins w krainie absurdu. 

Na  piętrze  skrzypnęły  otwierane  drzwi  i  ktoś  przeszedł  po  wyłożonym  chodnikiem  hallu 

do łazienki. 

Jake włożył resztę talerzy do zmywarki. 

Zakład o dolara, że to pani Dugan. Rozpoznaję autorytatywne tup, tup, tup jej pantofli. 

Pani Dugan ma cię na oku. 

—  Wiem.  Jej  radar  reaguje  na  odgłos  pocałunku.  —  Zamknął  Berry  w  uścisku.  — 

Myślę, że możemy przeprowadzić test. Sprawdźmy, jak szybko uda się wywabić panią Dugan 
z łazienki. 

Berry pomyślała, że nie powinna całować Jake'a, ale tym razem uczestniczyła przecież w 

naukowym eksperymencie. Kim była, aby stawać na drodze nauki? 

—  To pierwszy z cyklu pocałunków na dobranoc — oznajmił Jake. Ciepłe wargi musnęły 

jej usta, gdy przyciągnął ją bliżej ku sobie pieszcząc dłońmi krągłe pośladki. Miękkim głosem 
szeptał  teraz  wprost  w  jej  ucho:  —  Są  różne  rodzaje  pocałunków  na dobranoc.  Takie,  kiedy 
właśnie  przed  chwilą  się  kochałaś  i  wiesz  już,  że  to  szczególna  noc.  —  Pocałował  wrażliwe 
miejsce  tuż  przy  uchu  Berry,  nakrywając  jednocześnie  dłonią  jej  pierś  i  wodząc  palcem  po 
twardniejącym czubku. — Są też takie, które stanowią preludium do czegoś więcej. Pocałunki 
niecierpliwe,  natarczywe  i  łakome.  —  Jego  palce  zacisnęły  się  lekko,  wargi  z  dziką  pasją 
szukały jej warg, a język wdzierał się głęboko w usta. 

Berry  jęknęła  cicho,  gdy  uczuła  na brzuchu  pchnięcie  jego  pobudzonej  męskości.  Język 

Jake'a przesunął się po jej języku. 

Drzwi  łazienki  otworzyły  się,  kroki  przemierzyły  z  powrotem  hall,  zatrzymując  się  u 

szczytu schodów. 

Czy ktoś jest na dole? 

Tylko my, pani Dugan — odparł Jake. — Zjedliśmy co nieco przed pójściem spać. 

Już późno. Najwyższa pora, aby piękna młoda osoba znajdowała się w łóżku. 

Właśnie się o to staram — westchnął Jake. 

Sama! 

— 

Dlaczego nie zaadoptowałaś gromadki staruszek, które miałyby kłopoty ze słuchem? — 

szepnął. 
 

Berry zachichotała. 

— 

A ponadto są takie pocałunki na dobranoc, które mówią po prostu: dobrej nocy! 

RS

background image

 

43

 

Jake wpatrywał się w nią pociemniałymi z namiętności oczami. 

—  Nie,  dla  ciebie  takie  pocałunki  nie  istnieją.  Powinnaś  znać  jedynie  takie,  które 

stanowią zapowiedź rzeczy mających dopiero nadejść. Takie, które; są obietnicą spełniających 
się spotkań. 

Berry odetchnęła. 
—  Nie, dopóki pani Dugan może cokolwiek zrobić w tej sprawie. 
—  Jesteś  z  góry  skazana,  Berry.  —  Na  jego  twarzy pojawił  się  psotny  uśmiech.  —  Tak 

samo, jak pani Dugan. — Odwrócił Berry twarzą ku schodom i klepnął w pupę. 

—  Marsz do łóżka. 
 
 

Znowu to robił. Rozbierał się, a następnie ubierał. Ten mężczyzna był nałogowym 
ekshibicjonistą.  Nakryta  powyżej  uszu  Berry  łowiła  spod  kołdry  odgłosy 
zapinania. Nie miał zupełnie wstydu. Ani skrupułów. 
—  Ubrałeś  się  już?  —  Wielki  Boże,  czyżby  ten  spanikowany  skrzek  miał być  jej 

głosem?! 

—  Dlaczego nie wyleziesz stamtąd i sama się nie przekonasz? 
Berry  nie  musiała  wcale  patrzeć,  aby  się  przekonać,  że  Jake  nie  jest  jeszcze  ubrany. 

Gęsia skórka na jej ramionach była niezawodnym wskaźnikiem. Do diabła z tym. 

—  Dlaczego musisz się ubierać w moim pokoju? 
—  Bo  tak  się  składa,  że  jest  to  także  mój  pokój.  Bo  mam  tu  swoje  ubrania.  Bo  trzy 

staruszki  okupują  obie  łazienki,  a  ja  się  spieszę.  —  Objął  Berry  i  pocałował  w  nos.  — 
Powinnaś popatrzeć, byłoby fajnie. 

Miał na sobie popielate spodnie i koszulę w biało-czerwone prążki. Berry przyglądała się, 

jak stojąc przy szafie wybierał krawat z dobrze zaopatrzonej półki. 

Rzeczywiście chciałeś, żebym patrzyła? 

Aha. 

I nie czułbyś się zakłopotany, że tylko ty jesteś bez ubrania? 

Czułbym  się.  Właśnie  o  to  chodzi.  Wiesz,  co  się  dzieje  z  mężczyznami,  kiedy  są 

zakłopotani? Oni dostają…

 

Wiem, czego dostają. Lepiej, żeby tobie się to nie przytrafiło! 

 

Zawiązał krawat na mały węzeł i zwrócił się twarzą do niej. 

No i jak? Czy wyglądam na nauczyciela pierwszej klasy? 

Berry  pomyślała,  że  przypomina  raczej  modela  z  kalendarza  Chippendale.  Usiadła  w 

łóżku, nakazując swemu sercu, aby się natychmiast uspokoiło. W końcu, do diabla, Jake był 
tylko  mężczyzną.  Zwyczajnym  mężczyzną  w  świetnie  skrojonych  spodniach,  opinających 
wąskie  biodra  i  wspaniałe  pośladki.  Zwyczajnym  mężczyzną  w  znakomicie  uszytej  koszuli, 
która podkreślała linię jego ramion i klatki piersiowej przechodzącej w płaski, twardy brzuch. 
Dlaczego, na Boga, stawała się tak spięta w obecności zwyczajnego mężczyzny? 

Bo  nie  był  zwyczajny.  Był  absolutnie  wspaniały  i  powinna  była  go  obejrzeć.  Głupio 

postąpiła, nie patrząc. Przecież już prawie widziała Jake'a całego. Przełknęła ślinę i gapiła się 
na niego, dokładając wszelkich starań, aby wyglądać jak uosobienie spokoju i opanowania. 

—  Bardzo  ładnie.  Każdy  pierwszoklasista  powinien  być  dumny,  że  ma  takiego 

nauczyciela. 

—  Dziękuję. — Ukłonił się lekko. — Muszę już pędzić. Dzwoniłem do agencji wynajmu 

samochodów. Przyślą ci wóz, powinien być przed ósmą. — Na podjeździe zatrąbiło auto. Jake 
zgarnął klucze i drobne z blatu biurka, a z szafy chwycił blezer z wielbłądziej wełny. 

6

 

RS

background image

 

44

Berry nasłuchiwała, jak zbiegał po schodach, a kiedy trzasnęły drzwi, wyskoczyła z łóżka 

i podbiegła do okna, żeby raz jeszcze rzucić na niego okiem. Za późno. Odjechał. Poza tym był 
ubrany. 

—  Cholera — szepnęła. — Powinnam była mu się przyjrzeć. 
Nawet  przy  śniadaniu  nie  potrafiła  myśleć  o  niczym  innym.  Dopiero  po  jakimś  czasie 

uświadomiła sobie, że przy stole panuje idealna cisza. Panie nie spuszczały z niej wzroku. 

Coś się stało? 

Nie. 

Nie? 

Jeśli chodzi o mnie, nic złego. 

Berry spojrzała na czyste firanki i nietknięte miseczki. 

Nie jecie? 

Może później. 

Za chwilę. 

Jeszcze nie teraz. 

Nie chcecie nawet herbaty? 

Pani Fitz poruszyła się niespokojnie na krześle. 
—  Trochę już wypiłyśmy. Na razie nie chce się nam pić. 
Berry wsypała do swojej miseczki nieco płatków zbożowych, po czym sięgnęła po mleko. 

Nagle zastygła w pół gestu. 

Och! 

Coś nie tak, kochanie? 

Nie,  w  porządku.  —  Spojrzała  na  karton  mleka.  Przeniosła  spojrzenie  na  płatki. 

Wyglądały jak zmieszane z rodzynkami otręby. Delikatnie odsunęła rodzynki czubkiem palca. 
Podniosła wzrok na trzy kobiety. 

Wyglądają jak płatki z rodzynkami. 

Tak. 

—  Też mi się tak wydaje.  
—Aha. 
Berry powąchała. 

Pachną jak płatki z rodzynkami. 

Na pewno? 

To dobrze. 

Pani Fitz przymrużyła oczy. 

W porządku. Dolej teraz mleka. 

 

Berry pchnęła karton mleka w jej stronę. 

Niech pani naleje. 

Pani Fitz przesunęła mleko na stare miejsce. 
—  Nie ja. W żadnym wypadku. Nigdy. Wydłubywanie ziaren z włosów zajęło mi wczoraj 

pół godziny. 

Berry zacisnęła usta. 

Śmieszne.  Przecież  to  zwykłe  płatki  z  rodzynkami.  —  Odsunęła  się  trochę  od  stołu  i 

wlała parę kropel mleka do swojego naczynia. Nic się nie wydarzyło. 

Rozmieszaj — zasugerowała pani Fitz. 

Berry  rozmieszała.  Nic  nie  pękło,  nie  wystrzeliło,  nie  wyleciało  w  powietrze.  Nawet  nie 

napęczniało. 

—  Płatki z rodzynkami. 
Pani Fitz napełniła swoją miseczkę. 

RS

background image

 

45

—  O, Boże, jestem taka głodna, że mogłabym zjeść konia z kopytami. 
Mildred podała herbatę i wszystkie zaczęły popijać małymi łykami. 
—  Smakuje jak herbata — oznajmiła Mildred. Pani Dugan przytaknęła. 
Pani Fitz przełknęła pełną łyżkę płatków. 
—  Cóż, jedno jest pewne. Jutro wstaję wcześniej i jem śniadanie z Jake'em. Od teraz on 

będzie wszystko próbował pierwszy. 

 
Berry szczodrze posmarowała pizzę sosem i ułożyła ser. Pokropiła to dzieło sztuki oliwą i 

w  tym  momencie  dostrzegła,  że  otwierają  się  drzwi  frontowe  przepuszczając  Jake'a  z 
zakupami.  Parę  kroków  za  nim  szedł  starszy  mężczyzna,  również  z  torbą.  Kącikiem  oczu 
Berry zauważyła, jak pani Fitz wyciera ręce w fartuch i poprawia włosy. 

Bandyta o szóstej wieczorem — wyszeptała pani Fitz. — Szykuje się do morderstwa. 

Ogląda pani za dużo telewizji, pani Fitz. 

— 

Filmów. Top Gun, mianowicie. Czy to nie Tom Cruise, kochanie? 

 

Jake położył torby na blacie i wyjął cztery plastikowe pojemniki z sałatą. 

— 

Gdzie Mildred i pani Dugan? 

— 

Mają dziś wolne. 

Jake przysunął stołek do blatu. 
—  Chodź,  Harry.  Rozminęliśmy  się  z  dwiema  paniami.  Mam  nadzieję,  że  zjesz  sporo 

sałatki. —Wykonał zapraszający ruch ręką. 

Berry,  pani  Fitz,  chciałbym  wam  przedstawić  mojego  dobrego  przyjaciela,  Harry'ego 

Fee. 
 

Pani Fitz wyciągnęła rękę. 

Jestem Lena. Proszę, oto widelec. Czy po kolacji masz ochotę wybrać siego kina? 

 

Berry uniosła brwi i skinęła na Jake'a. 

Możesz mi pomóc? 

Jake wziął torby, po czym zaczął na chybił trafił przekładać ich zawartość do lodówki. 

Co ty wyprawiasz? — szepnęła Berry. 

Wykładam jedzenie. 

Nie  mówię  o  zakupach.  Zaczekaj,  po  co  takie  zapasy?  Jogurt?  Pomarańcze?  Czy  to 

sałatka z tuńczyka? 

—  Nigdy nie jesz. Kiedy staruszki są na górze, muszę cię zmuszać do jedzenia. Dopóki 

mieszkasz w moim domu, nie będziesz się żywić batonikami. 

Kto ci powiedział? 

Mam swoje źródła. 

To kłamstwo. Dbam o siebie... przez większość czasu. 

—  Nikt, kto ma taki rozkład dnia jak ty, nie jest w stanie się o siebie troszczyć. Cierpisz 

na  brak  czasu  i  brak  pieniędzy.  Uczysz  się,  wałkujesz  pizzę,  nosisz  trampki  sklejone 
plastrem,  bo  oszczędzasz  na  nowego  jeepa.  Jakby  tego  nie  było  dosyć,  nie  pozwalasz 
własnemu  sercu  rządzić  własną  głową.  Kobiety  są  naprawdę  przemiłymi  istotami,  ale  nie 
powinny  brać  się  ani  za  kierowanie  samochodem,  ani  za  dostarczanie  pizzy.  —  Przerwał  i 
tęsknie popatrzył na usta Berry. — Nie powinny się także całować. 

—  Oczywiście, że powinny. Czy możesz mi wyjaśnić, jakim cudem znowu doszliśmy do 

całowania? 

Skubnął ją w lewe ucho. 

Masz na mnie erotyczny wpływ. — Pocałował pulsujące miejsce na szyi Berry. — Powoli 

popadam  w  obsesję.  Niezależnie  od  tego,  o  czym  zaczynam  myśleć,  wszystko  kończy  się  na 

RS

background image

 

46

całowaniu ciebie. To znaczy, prawdę mówiąc... myślę także o robieniu z tobą innych rzeczy, 
ale one też wiążą się z całowaniem. 

Bądź poważny. 

Jake dotknął kolanem wewnętrznej strony jej uda. 
—  Staram się. Ale mi w tym nie pomagasz. 
Berry  próbowała  się  skoncentrować,  ale  za Boga  nie  potrafiła  sobie przypomnieć,  jakim 

cudem  znaleźli  się  nagle  za  lodówką.  Może  miało  to  związek  z  sałatką  z  tuńczyka.  Nie, 
pomyślała,  nie  w  tym  rzecz.  Pani  Fitz  uwijała  się  pospiesznie  w  sklepie.  Podała  panu  Fee 
coca-colę i gorący kawałek pizzy. 

Wybierzemy się na wieczorny seans — powiedziała. — Muszę pomóc Berry, dopóki nie 

zamknie.  
 

Jake zanurzył twarz we włosach Berry, przesuwając dłonią po jej biodrze. 

W porządku, pani Fitz. Dziś wieczorem ja pomogę. 

 

Berry wyślizgnęła się z jego objęć. 

Nie! 

Tak. — Jake miał bardzo pewny siebie głos. 

—  Pomagałeś mi ostatniej nocy i skradziono nam auto. Nie chcę twojej pomocy. Jesteś 

pomocny jak dziura w moście. 

Jake objął ją ramieniem i pocałował w czubek głowy. 

Szaleje  za  mną  —  powiedział  Harry'emu.  —  Ale  jest  nieśmiała.  Sam  wiesz,  jakie  są 

kobiety...Pani Fitz sięgnęła po sweter i torebkę. 

Ona jest fujarą — szepnęła Harry'emu. — Nie umie korzystać z okazji. 

 

Harry przymrużył oko. 

Idę o zakład, że ty, Leno, nie przegapisz żadnej szansy. 

Jasne. Kłopot w tym, że nie zdarzają mi się zbyt często. 

Harry przepuścił ją przodem i trzymając drzwi puścił do Jake'a perskie oko. 
—  Nie czekajcie na nas. 
Berry ze zdumienia otworzyła usta. 

Co przez to rozumiesz?... 

On miał na myśli, że zamierzają się dobrze zabawić i nie powinniśmy na nich czekać. 

Ten stary zbereźnik ma ochotę na panią Fitz! — wykrzyknęła Berry. 

Nie wierzę własnym uszom... zachowujesz się niczym pani Dugan. 

Jeśli  cokolwiek  przydarzy  się  tej  drogiej,  słodkiej  staruszce,  będziesz  za  to  osobiście 

odpowiedzialny. 

Chyba żartujesz. Ja martwię się o Harry'ego. 

 

Berry wyjęła z pieca kilka pizz i włożyła je do pudełek. 

To naprawdę twój dobry przyjaciel? Jak długo się znacie? 

 

Jake spojrzał na zegarek. 

Czterdzieści pięć minut. 

Co? 

Spotkaliśmy  się  w  supersamie.  Miałem  zamiar  poznać  go  z  panią  Dugan.  Chyba 

wybiorę  się  jutro  spenetrować  stoisko  z  mrożonkami.  To  właściwe  miejsce  na  spotkanie  ze 
starymi przyjaciółmi. 

Ty...  ty  stręczycielu!  —  wybełkotała  w  furii  Berry.  —  Wiem  do  czego  zmierzasz.  Nie 

jestem głupia. Chcesz się pozbyć moich pań. Chcesz usunąć je z domu, żeby móc swobodnie 
rozprawiać o mydle! 

No. 

Potwierdzasz? 

RS

background image

 

47

No. 

To podłe. 

Jake z rękoma w kieszeniach wsparł się niedbale o kontuar. 
—  Pani  Fitz, pani  Dugan  oraz  Mildred  to  wspaniałe kobiety.  Są  żywe, inteligentne  —  i 

samotne. Nie trzeba geniusza, aby wywnioskować, że od czasu do czasu męskie towarzystwo 
sprawi  im  radość.  Nie  trzeba  także  geniusza,  aby  wiedzieć,  że  musiałbym  być  cudotwórcą, 
żeby  znaleźć  się  z  tobą  w  łóżku,  kiedy  w  pobliżu  krąży  pani  Dugan.  Wydaje  mi  się,  że 
znalazłem świetne rozwiązanie problemu, który dotyczy przecież nas wszystkich. 

Berry zacisnęła pięści. 
—  Mojego  problemu  nie  rozwiązuje.  Mój  problem  polega  na  tym,  jak  się  od  ciebie 

uwolnić.  Rujnujesz  mi  plany  życiowe.  Nie  chcę  żadnych  układów.  Nie  chcę  twojej  sałatki  z 
tuńczyka. Świetnie sobie radziłam, zanim się pojawiłeś. Po raz pierwszy w życiu wiedziałam, 
dokąd  zmierzam.  Miałam  środki,  kierunek  oraz  cel.  Miałam  właściwy  stosunek  do  siebie 
samej.  —  W  złości  uniosła  ręce.  —  Teraz  nie  wiem,  co  mam.  Fale  gorąca  nie  do 
powstrzymania i pragnienia, nad którymi nie umiem zapanować. 

Jake wydawał się wielce zadowolony. 

Naprawdę? 

Nie chcę pragnień, nad którymi nie umiem panować. Chcę się nauczyć historii sztuki. 

Czy możesz to zrozumieć? — zapytała z błagalną nutą w głosie. 

Jake przybliżył się o krok. 

Co to za pragnienia? 

Nie twój interes. 

Ależ  oczywiście,  że  mój.  —  Mówił  miękkim,  przyjemnie  zachrypniętym  głosem,  a  stał 

tak blisko, że Berry ogarniało gorąco, bijące od jego ciała. — Czuję się w obowiązku zająć się 
tymi pragnieniami nie do opanowania. 

Nic  nie  zrozumiał,  pomyślała  ze  smutkiem.  Rzecz  jasna,  miała  wiele  takich  pragnień,  o 

jakie mu chodziło, ale tych akurat się nie obawiała. Znacznie trudniej było poradzić sobie z 
apetytem na pudding lub potrzebą obecności dziecka. Albo z tym, co czuła, kiedy zajmowała 
się  jego  bielizną  i  prała  z  czułością  przepocone,  białe  skarpetki,  zmartwiona,  czy  są  aby 
dostatecznie miękkie i wystarczająco czyste. 

Nie powiesz mi? — nagabywał ją aksamitnym głosem. 

Nie. Nigdy. 

W takim razie będę zmuszony zastosować tortury, aby wydusić z ciebie prawdę. Zresztą 

ty lubisz moje tortury — dodał, uśmiechając się szeroko. 

Berry  odjęło  mowę.  Patrzyła  na  Jake'a,  zapędzona  w  kozi  róg,  niezdolna  do  podjęcia 

żadnej  decyzji.  Nie  wiedziała,  jak  ma  to  rozumieć,  nie  była  pewna,  czy  ma  do  czynienia  z 
chamem, czy z bohaterem. 

Tylko jedno nie ulegało wątpliwości: uśmiech Jake'a — na poły małego chłopca, na poły 

zuchwałego pirata — był w stu procentach skuteczny. 

Zdecydowała, że najrozsądniej będzie go zignorować i zmienić temat na bezpieczniejszy. 
Jake stłumił uśmiech, podsuwając talerz bliżej Berry. 
—  Możesz uciekać, ale nie możesz się ukryć, zwłaszcza odkąd mieszkasz w moim domu. 
Berry chrupała kawałek marchewki. 
—  Jutro  pomalują  mieszkanie.  Pojutrze  położą  dywan.  Zamierzam  uciec  tam 

najszybciej, jak się da, a następnie ukryć się w tym małym, bezpiecznym mieszkaniu, dopóki 
jedynymi moimi pragnieniami nie staną się pizza i historia sztuki. 

—  Hmmm. 

RS

background image

 

48

Berry  zastygła  z  widelcem  wyciągniętym  w  stronę  talerza.  „Hmmm”  brzmiało  bardzo 

wieloznacznie. Nie to, żeby odbierało nadzieję albo wyrażało brak zrozumienia. Nie. „Hmmm” 
Jake'a skrywało pewność siebie. Przerażającą pewność siebie. 

 
Deszcz  walił  w  okno  pizzerii.  Niewielkie  pomieszczenie  pogrążone  było  w  grobowych 

niemal ciemnościach. Piekarniki grzały Berry w plecy, ale świetlówki nie mogły sobie poradzić 
z ponurym nastrojem zimnych, kwietniowych burz. 

Frontowe  drzwi  otworzyły  się,  wpuszczając  do  środka  dwóch  obszarpanych  mężczyzn. 

Otrzepali krople deszczu z trampek, uśmiechając się aprobująco. 

Gdybym był na pani miejscu, przestawiłbym łóżko na dół. Pizza pachnie wspaniale.  

 

Berry wręczyła każdemu tekturowy talerzyk z porcją pizzy. 

Skończyliście, panowie? Dywan położony? 

—  Tak.  Boże,  nigdy  w  życiu  nie  cieszyłem  się  tak  ze  skończonej  roboty. Proszę  się  nie 

gniewać, ale pani mieszkanie naprawdę śmierdzi. 

Zakłopotana Berry czuła, że się rumieni. 
—  Tam był pożar. Dopiero skończyło się malowanie. 

Jakich farb pani używała? To miejsce czuć jak stare skarpetki. 

 

Drugi mężczyzna potrząsnął głową. 

Gorzej... czuć je jak zdechłe skarpetki. 

 

Berry popatrzyła na Mildred i panią Fitz. 

—  Powinnam  zajrzeć.  —  Istotnie,  kiedy  w  towarzystwie  Jake'a  oglądała  rano 

mieszkanie,  unosił  się  tam  silny  zapach  farby.  Padało,  więc  nie  mogli  otworzyć  okien,  ale 
Berry sądziła, że do teraz opary już znikły. U szczytu schodów zaczęły ją piec oczy. Mieli rację, 
zapach  był  straszny,  znacznie  gorszy  niż  rano.  Białe  niczym  skorupka  jajka  ściany 
kontrastowały  z  wcale  nie  najgorszym  beżowym  dywanem.  Okna  lśniły  czystością.  Za 
wszystko zapłaciła ubezpieczalnia. Były także pieniądze na nowe zasłony i tapczan, tyle tylko, 
że nie mieli czasu ich kupić. 

Berry odwróciła się, słysząc kroki na schodach i uśmiechnęła do Jake'a, nim przyciągnął 

ją  do  siebie,  całując  na  powitanie,  tak  jak  to  miał  w  zwyczaju.  Jakby  do  siebie  należeli, 
pomyślała. Zdawkowe mężowskie pocałunki. Hallo, dobry wieczór, dzień dobry. Nie zapraszał 
już Berry pod prysznic. Nie czynił żadnych aluzji na temat góry od piżamy. Powinna się czuć 
spokojniej, ale było wręcz odwrotnie —takim zachowaniem doprowadzał ją do szaleństwa. 

Zmarszczył nos. 

Co to tak cuchnie? 

Moje mieszkanie — jęknęła. — Jak mam w tym mieszkać? 

Nie  martw  się.  To  prawdopodobnie  kombinacja  świeżej  farby  z  nowym  dywanem.  Za 

parę dni powinno być lepiej. 

Berry miała ochotę krzyczeć. Za parę dni będzie za późno. Musi jak najszybciej odejść od 

Jake'a  Sawyera,  wyprowadzić  się  z  jego  domu,  z  jego  łóżka,  spod  jego  prysznica.  Zwłaszcza 
spód prysznica. Poranny prysznic, dotąd sposób, aby się obudzić, przekształcił się obecnie w 
erotyczne doświadczenie, które powodowało, iż przychodziła na śniadanie gryząc palce. 

Jake przyjrzał się jej bacznie. 
—  Masz szczególny wyraz twarzy. Jakiś taki... zdesperowany. 
Desperacja. Świetne określenie. Odwróciła się, aby się nie zorientował, że kłamie. 

To  nie  desperacja,  tylko  niezadowolenie.  Miałam  nadzieję,  że  wyprowadzę  się  dziś 

wieczorem. 

Jak  widać,  nic  z  tego.  Wyraźnie  twoim  przeznaczeniem  jest  przebywać  ze  mną  nieco 

dłużej —powiedział wesoło. 

RS

background image

 

49

Może jutro będzie pachniało lepiej. 

Wątpię, zwłaszcza jeżeli deszcz nie ustanie i nie da się otworzyć okna. 

Wydajesz się niezwykle zadowolony. 

—  Lubię mieć cię w moim łóżku. 
Berty była przekonana, iż jej serce przestało na moment bić. Najpierw piknęło, a potem 

nic  już  nieczuła.  —  Nic  —  jedynie  tabuny  mrówek  w  każdym  erotycznym  zakamarku  ciała. 
Ona też lubiła znajdować się w łóżku Jake'a. Lubiła sobie wyobrażać, że on leży obok, lubiła 
myśleć  o  jego  dłoniach  na  swoich  piersiach,  o  jego  ustach  na  swoich  ramionach...  dobry 
Boże, co się z nią dzieje. Wszystko przez te opary farby. 

Brzmi, jakbyś mówił o seksie grupowym. 

Sporo fantazjuję. A ty nie? 

Nigdy. Absolutnie nigdy. Przestań się wyszczerzać. 

—  Czasami jesteś taką gęsią. — Objął Berry ramieniem i sprowadził ze schodów. — Jak 

się dziś powiodło tobie i pani Dugan? Dużo pizzy sprzedałyście? 

Pani Dugan dziś nie pracuje. Zamiast niej mam Mildred.  

 

Zatrzymał się, chwytając Berry za ramiona. 

Nabierasz mnie? Pytałem panią Dugan podczas śniadania. 

Zdecydowała się zamienić, chyba cierpi na niestrawność. 

Jak może mieć niestrawność po takich ilościach duszonych śliwek, suszonych śliwek i 

naparu ze śliwek? 

Aż się boję zapytać, dlaczego tak się przejmujesz rozkładem pracy pani Dugan. 

Jake  zdjął  płaszcz  nieprzemakalny,  zarzucił  go  na  ramiona  Berry.  Otworzył  drzwi 

frontowe i wypchnął dziewczynę na deszcz. 

—  Szybko! 
Mildred  nawet  nie  zadała  sobie  trudu,  by  podnieść  głowę,  gdy  oboje  wpadli  do  sklepu. 

Wprowadzała właśnie krzepkiego dżentelmena w tajniki sztuki artystycznej produkcji pizzy. 

—  Całkiem dobrze ci idzie — oceniła z uznaniem. 
—  Byłem  kucharzem  w  marynarce,  zaś  kiedy  skończyłem  z  pływaniem,  zostałem 

rzeźnikiem. Przez czterdzieści lat prowadziłem własny sklep, a siedem lat temu przeszedłem 
na emeryturę. — Pokiwał głową. — Nie powinienem był. Życie na emeryturze jest potwornie 
nudne.  Żona  i  ja  zamierzaliśmy  podróżować,  ale  umarła,  nim  udało  się  nam  zrobić  coś  z 
niczego. 

Przykro mi - szepnęła Mildred. 

 

Machnął ręką. 

W porządku. Dobrze się nam razem żyło. 

 

Berry spojrzała na Jake'a. 

Znowu... 

On miał być dla pani Dugan. 

Zamierzałeś podsunąć pani Dugan mężczyznę z tatuażem? 

Kotwica symbolizuje wierność — Jake ukazał zęby w uśmiechu. 

 

Mildred wsunęła pizzę do piekarnika i skinęła na Berry. 

To William Koziński. Pokazywałam mu, jak się robi pizzę. 

 

William Koziński wyciągnął rękę. 

Bill. Jestem przyjacielem Jake'a. 

Nie wątpię, że jesteś — Berry spojrzała nart spod przymrużonych powiek. 

—  Dziś  wieczorem  wszyscy  zamawiają  dostawy  do  domu  —  oznajmiła  Mildred.  — 

Nikomu nie chce się wychodzić na deszcz. 

Jake ułożył stos pudełek. 

RS

background image

 

50

Chodź, Berry. Poprowadzisz auto, a ja rozniosę pizze. 

 

Berry rozejrzała się. 

A gdzie pani Fitz? 

Właśnie wyszła. — Mildred promieniała. — Ma randkę! 

 

Bill uniósł w górę wielką dłoń. 

Nie  martwcie  się,  przypilnujemy  wszystkiego  z  Mildred.  Śmiało  możecie  zająć  się 

dostawami. 
 

Berry odwróciła się. 

Nie zostawię tego sklerotyka z całą kasą — syknęła ze złością. 

On jest teściem mojej siostry. 

Och. 

Berry wsunęła się za kierownicę i przekręciła kluczyk w stacyjce. Deszcz bębnił w dach 

auta, a ciemne chmury gnały po niebie. 

Gdzie wieziemy pierwszą pizzę? 

Na Sudley Road. 

Sudley Road? — Berry zerknęła na Jake'a. — Dość daleko. Nie ma czegoś bliżej? 

Nie. 

Gdy  ruszyli,  obserwowała  go  kątem  oka.  Doszła  do  wniosku,  że  życie  z  Jake'em  jest 

bardzo  wygodne.  Właściwie,  gdyby  miała  rzetelnie  przeanalizować  swoje  uczucia,  musiałaby 
przyznać,  że  bierze  pod  uwagę  małżeństwo.  Przez  cztery  lata  formalnego  związku  z  Allenem 
nigdy nie odczuwała takiego kumpelskiego przywiązania. Życie jest bez wątpienia dziwne i nie 
bierze odpowiedzialności za uczucia. 

Skręciła w Sudley Road. Jake wyprostował się, patrząc na numery domów. 
—  Białe  rancho po  lewej.  —  Wziął  pudełko  pizzy,  wyskoczył  z  auta  i pobiegł do drzwi. 

Wrócił kompletnie przemoczony. 

Berry skrzywiła się, widząc jego zrujnowane uczesanie. Nigdy nie powinna była pozwolić 

mu  na  zajęcie  się  dostawami.  Nie  chciał  od  niej  pieniędzy.  Nawet  własnych  napiwków. 
Każdego dnia przychodził zaraz po szkole i pracował w pizzerii aż do zamknięcia. Zaczynała 
już w skrytości ducha liczyć na jego pomoc, co tylko pogłębiało jej poczucie winy. 

Po  trzeciej  dostawie Jake  nie  zwracał  więcej  uwagi  na  kaptur  kurtki.  Bardziej  zmoknąć 

nie  mógł.  Po  dziewiątej  pizzy  zdjął  buty  i  zawinął  spodnie  do  pół  łydki.  Zbliżała  się  szósta, 
powoli zapadały ciemności. 

Dość — ogłosił, gdy nasiąknięty wodą znalazł się w aucie. — Jadę do domu. Ani jednej 

pizzy więcej. 
 

Berry zajrzała na tylne siedzenie. 

Została ostatnia. 

—  Tym  gorzej.  Niech  jedzą  płatki  zbożowe.  Jestem  zmarznięty,  przemoczony,  a  to 

wszystko nie ma sensu. Grosza nie zarabiasz na dostawach. 

Ależ ja zawsze dostarczam... 

Od tej chwili koniec. Jedziemy do domu porozmawiać. 

Niby o czym? 

O tym biznesie z pizzą. A potem o nas. 

—  Nie ma o czym gadać. Mój interes z pizzą rozwija się dobrze, a żadnych „nas” nie ma 

Jest  tylko  układ  mieszkaniowy,  który  się  wkrótce  skończy.  Nie  chciałabym,  żeby  to 
zabrzmiało niegrzecznie. Byłeś bardzo uprzejmy. 

Uprzejmy?! — wykrzyknął. — Myślisz, że jestem uprzejmy? 

Cóż, tak. 

Uprzejmy to ja byłem wobec tych trzech staruszek, ale nie wobec ciebie. 

RS

background image

 

51

A jaki byłeś wobec mnie? 

—  Przede wszystkim cierpliwy. Starałem się pozbyć pani Dugan, żeby pobyć z tobą sam 

na sam dłużej niż dziesięć minut. Jesteśmy sami tylko, kiedy rozwozimy pizzę, a wówczas ja 
siedzę  z  nosem  utkwionym  w  planie  miasta,  a  ty  zasypiasz  na  siedząco.  Twój  styl  życia  nie 
sprzyja romansowi. 

Wiem,  Sherlocku.  —  Berry  skręciła  w  Ellenburg  Drive.  —  Uprzedzałam  cię.  Nie  mam 

czasu na romanse. 

Nieprawda. Ty nie chcesz mieć czasu. 

Co to znaczy? 

—  To znaczy, że nadal uciekasz, przerażona pierwszym małżeństwem. — Lekko trącił ją 

palcem w policzek. — Przestań, Berry. Pozwól sobie znowu się zakochać. 

—  Nic nie rozumiesz. Mam swój własny plan na życie. 

Podchodzisz  do  tego  w  taki  sposób,  jakby  miłość  stanowiła  jakąś  chorobę,  która 

zabierze ci czas. 
 

Berry wjechała do garażu i wyłączyła silnik. 

Mam wyrzuty sumienia z powodu ostatniej pizzy. 

—  A  ja  nie.  Jestem  pewien,,  że  ludzie,  którzy  ją  zamówili,  już  dawno  zjedli  co  innego. 

Rozwoziliśmy  siedem  pizz  dwie  godziny!  Wszystko  przez  ten  cholerny  deszcz.  Podgrzejmy 
ostatnią  i  zjedzmy.  — Otworzył  przed  Berry drzwi do kuchni  i położył  pudełko  na  blacie.  — 
Zaraz wracam. Muszę wziąć gorący prysznic i zmienić ubranie. 

Berry  przeszła  przez  kuchnię.  Jake  nie  miał  racji.  Nie  zapracowywała  się,  aby  uniknąć 

romansu.  Po  prostu  chciała  zrealizować  swój  plan.  Do  diabła.  Jake  sprawił,  że  miała  dość 
jakichkolwiek planów. Że czuła się niezadowolona. Na dodatek podetkał jej pod nos wszelkie 
przyjemności, jakich sobie zabroniła. Dobry Boże, już wystarczająco ciężko było obchodzić się 
bez irysowego puddingu. 

W łazience na górze umilkł szum wody. Jake zdążył już wziąć prysznic. Wepchnęła pizzę 

do  kuchenki  mikrofalowej,  po  czym  nabazgrała  pospiesznie  na  kartce,  że  wraca  do  pizzerii 
pomóc Mildred. Czy uciekała od romansu? Nie da się ukryć, że tak. 

 
Na czubkach palców Berry zakradła się do ciemnej kuchni. Minęła północ; gdyby miała 

szczęście, nie powinna nikogo obudzić. Krok po kroku przemierzała podłogę, wyczekując, aż 
jej oczy przywykną do nikłego światła, i niemal krzyknęła, wpadając na Jake'a. 

Odezwał się miękkim, leniwym głosem. — Jest późno. 
W McMinneville Berry chadzała na ryby z wujkiem Joe. Całymi dniami przesiadywała w 

cieniu  drzew  wsłuchując  się  w  bzykanie  ważek  i  brzęczenie  polnych  koników.  Kiedy  Berry 
była już bliska zaśnięcia, wujek Joe wyszeptywał jej w samo ucho: 

—  Hej,  spójrz...  duży,  stary  zębacz  w  końcu  dał  się  podejść.  Jeśli  tylko  posiedzimy 

cicho, sam połknie haczyk... i będziemy mieli zębacza na obiad. 

Ten sam rodzaj głosu zastosował teraz Jake. Głos na zębacza. 

Berry zrobiła co mogła, aby zwalczyć rodzącą się panikę. 

Mildred i Bill wyszli wcześniej, ja jeszcze posprzątałam.  

 

Objął dłońmi jej szyję, masując delikatnie. 

Jesteś bardzo spięta. 

Idę  o  zakład,  że  mam  prawo  być  spięta,  pomyślała  Berry.  Nie  jestem  taka  głupia,  jak 

stary zębacz. Wiem, kiedy ktoś mnie łapie na przynętę. 

Poczuła oddech Jake'a na swoich włosach w tej samej chwili, gdy jego wędrujące dłonie 

ogarnęły  jej  piersi.  To  był  łagodny  akt  posiadania.  Tak  samo,  jak  pocałunek.  Ciche 
potwierdzenie władzy, jaką Jake nad nią sprawował. Dotknął językiem jej warg z intymnością 

RS

background image

 

52

pieszczoty,  która  jest  świadoma  swej  mocy.  Na  brzuchu  czuła  jego  wezbraną  podnieceniem 
męskość. Oparła ręce o jego pierś i odepchnęła go. 

Boże, prawdopodobnie byłbyś zdolny do zamordowania zębacza bez skrupułów.  

 

Nawet w ciemności mogła dostrzec zdziwienie malujące się na jego twarzy. 

Zębacza? — Naraz oparł głowę o lodówkę i jęknął. — Czy słychać kogoś pod drzwiami? 

Mildred? 

Drzwi otworzyły się, a Bill scenicznym szeptem powiedział: 
—  Mildred, to był wspaniały wieczór. 
Mildred  odpowiedziała  coś  niskim  głosem.  Jake  i  Berry  nie  zrozumieli  ani  słowa. 

Nastąpiła przedłużająca się cisza. 

—  Wielkie nieba — szepnęła Berry. — Chyba nie przypuszczasz, że oni... 
—  Wygląda,  że  temu  staremu  bałwanowi  trafiła  się  bardziej  skłonna  do  współpracy 

partnerka,  niż  mnie.  Niezawodne  TUP,  TUP,  TUP  rozlegające  się  w  hallu,  a  potem  na 
schodach sprawiło, iż skulili się ze strachu. W living roomie rozbłysło światło. 

Mmmmmmildred! — głos pani Dugan przypominał przetaczający się grzmot. 

To Bill Koziński. Właśnie się żegnamy. 

On ma tatuaż. 

Tak, kotwicę. Był w marynarce. 

Na podjeździe trzasnęły drzwi auta i do towarzystwa dołączyli pani Fitz z Harrym. 

Co to znaczy, u diabła? — zapytała pani Fitz. — Dlaczego nie śpicie? 

 

Pani Dugan odparła atak. 

Musisz  być  niezadowolona.  Lubisz  mieć  cały  living  room  do  własnej  dyspozycji, 

prawda? 

Guzik.  Niby  jak  się  mamy  pieścić,  kiedy  tam  stoisz  i  gapisz  się  na  nas.  Bill  objął 

ramieniem Harry'ego: — Czas na nas. 

Wyszli szybko. 
Pani Fitz spojrzała na panią Dugan. 
—  Widzisz, co narobiłaś! Zmusiłaś ich, żeby sobie poszli. 
Pani Dugan pogroziła jej palcem. 
—  Jeśli  będziesz  tak  postępować,  nigdy  nie  złapiesz  mężczyzny.  Każdy  wie,  że  oni  nie 

kupują tego, co mogą dostać za darmo. 

—  Cóż, to mi odpowiada. Wcale nie chcę zostać kupiona. 
—  Ja  też  —  zachichotała  Mildred.  —  Nie  chcę  być  kupiona,  natomiast  można  mnie 

namówić, żebym oddała to za darmo. 

Pani  Dugan  oraz  pani  Fitz  wyglądały  tak,  jakby  krew  miała  za  chwilę  trysnąć  z  ich 

policzków. 

—  Mildred! 
—  Wydaje  mi  się,  że  powinniśmy  teraz  przenieść  się  do  kuchni  i  zaparzyć  dzbanek 

dobrej  herbaty.  —Mildred  uśmiechnęła  się  promiennie.  —  Umieram  z  niecierpliwości,  żeby 
opowiedzieć komuś o Billu. 

Jake jęknął: — O, Boże, czym zasłużyłem sobie na coś takiego? 
 
 
 

Berry  popijała  małymi  łykami  sok  pomarańczowy  i  kątem  oka  obserwowała 
zatopionego  w  myślach  Jake'a.  Sięgnął  po  kawę,  machinalnie  spoglądając  na 
zegarek.  Zasępiony,  wyraźnie  czekał  na  coś  lub  na  kogoś,  a  zmarszczone  brwi 
nadawały mu groźny wygląd. Berry unikała go od pamiętnej nocy w kuchni, ze 

RS

background image

 

53

wszystkich  sił  starając  się  dojść  do  ładu  z  własnymi  uczuciami.  Czute  się,  jakby  wróżyła  z 
płatków  akacji.  Trzymać  się  planu.  Zaniechać.  Trzymać  się  planu.  Zaniechać.  Trzymać  się 
planu. Zaniechać. 

Początkowo  zdecydowanym  zwolennikiem  odejścia  od  planu  było  jej  własne  ciało. 

Natomiast  teraz  coraz  częściej  odzywał  się  głos  rozumu.  W  Jake'u  kryło  się  poczucie 
bezpieczeństwa  i  porządek.  Ponadto,  niezależnie  od  pewnej  ekstrawagancji,  o  której 
świadczyło  zarówno  jedyne  w  swoim  rodzaju  auto,  jaki  eksplodujące  płatki  zbożowe,  umiał 
stworzyć  z  mieszkania  prawdziwy  dom.  Berry  zaniepokoiła  się.  Czyżby  potrzebowała  kogoś, 
kto by się nią opiekował? 

Pani Fitz, wpatrując się w truskawkowego koloru jajo, królujące na jej własnym talerzu, 

nie zwróciła uwagi na dziwne zachowanie Jake'a. 

Wygląda jak galaretka. 

 

Jake znów spojrzał na zegarek. 

Nie, to nie galaretka. 

Pani Fitz starała się przeciąć jajko, które uciekło jej spod noża na środek stołu. 
—  Śliski, mały czort — skomentowała. 
Na talerzu Berry leżało identyczne jajo, tyle tylko, że jadowicie zielone. 

Jesteś pewien, że to coś jadalnego? 

Oczywiście  —  odparł,  wyraźnie  urażony.  —  Jest  jadalne,  nie  jest  sztuczne  i  zawiera 

dużo protein. 

A skąd ten kolor? 

Ze szpinaku. 

Berry próbowała ujarzmić swoje śniadanie posługując się łyżką. 

Jak sobie z tym radzisz? 

 

Jake rozparł się w krześle. 

To najzabawniejsza część programu. 

Masz doprawdy dziwne poczucie humoru. 

 

Pani Fitz popchnęła jajko palcem. 

A może to któraś z tych zabawek do łóżka? Dla ludzi, którzy pacykują się bitą śmietaną 

czy czymś takim? 
 

Pani Dugan była zaszokowana. 

Na  litość  boską,  Leno,  jesteś  perwersyjna!  Skąd  przychodzą  ci  do  głowy  podobne 

pomysły? 

—  Jadałam już lepsze śniadania — narzekała pani Fitz. — O siódmej rano nie mam tyle 

energii, żeby uganiać się za własnym posiłkiem. 

Mildred zerknęła na zegarek. 

Siódma dawno minęła. Mamy dziewiątą trzydzieści, dziś sobota. 

To nie ma znaczenia, i tak jest wcześnie. 

Pani Dugan obdarzyła panią Fitz karcącym spojrzeniem. 
—  Gdybyś  poszła  do  łóżka  o  rozsądnej  porze,  mogłabyś  wstać  rano.  Naprawdę  wstyd, 

żeby kobieta w twoim wieku szwendała się do późnej nocy z mężczyzną! 

—  Co masz na myśli, mówiąc o kobiecie w moim wieku? — pani Fitz przymrużyła oczy. 

—  Nie  jestem  wcale  stara.  A  odkąd  pojawił  się  Harry,  czuję  się  coraz  młodsza.  Nie  miałam 
takiej uciechy przez ostatnich dwadzieścia lat. 

Mildred mieszała herbatę, wpatrując się melancholijnie w przestrzeń. 

Chyba się zakochałam — westchnęła. 

 

Pani Fitz pokręciła głową. 

Ten facet tak cię ogłupia. Trzy spotkania i już masz maślane oczy.

 

RS

background image

 

54

Czy  za  tym  coś  się  nie  kryje?  —  zastanowiła  się  głośno  Mildred.  —  Zupełnie  jak  na 

Statku Miłości, wszyscy się zakochują. Lena i Harry, ja i Bill, Berry i Jake... 

Berry i Jake wcale nie są zakochani! — wrzasnęła Berry. 

Brwi Jake'a powędrowały aż na środek czoła, zaś pani Fitz znowu była zdegustowana. 
—  Ależ są, każdy głupi by zobaczył. 
Berry  zgrzytnęła  zębami  i  zajęła  się  swoim  zielonym  jajem,  bezskutecznie  starając  się 

wbić w nie widelec. 

Ja nie jestem zakochana — oznajmiła. — Jake również nie jest.  

 

Jake spojrzał na nią na poły rozbawiony, na poły zdumiony. 

Skąd wiesz? — zapytał. 

Bo zakochanie wymaga czasu, a my się ledwie znamy. 

Wydaje mi się, że znam cię całkiem dobrze. 

Berry  uczuła,  że  gorący  rumieniec  pokrywa  jej  dekolt  i  twarz.  Jeśli  ten  facet  zacznie 

wgłębiać się w szczegóły, bez wahania rąbnie go zielonym jajem. 

Pani  Dugan  pociągnęła  parokrotnie  nosem,  po  czym  zajęła  się  oglądaniem  własnych 

paznokci. 

Och, Boże — zorientowała się Mildred — mam wrażenie, że zapomniałyśmy o jednej z 

nas. 
 

Pani Fitz objęła ramieniem panią Dugan. 

Saro, nie martw się, Jake znajdzie ci kogoś. 

Pani Dugan zesztywniała. 
—  Nie  potrzebuję pomocy  Jake'a.  Jeśli będzie mi  potrzebny  mężczyzna,  sama  go  sobie 

znajdę.  Wcale  mi  nie przeszkadza,  że  jedyna  wśród was  nie  mam przyjaciela.  - Jake  założył 
ręce  za  głowę  i  odchylił  się  na  oparcie  krzesła.  Zdawał  się  być  bardzo  z  siebie  zadowolony. 
Berry  pomyślała,  że  wygląda  wręcz  jak  triumfator.  Na  dźwięk  dzwonka  u  drzwi  wszyscy 
podskoczyli. 

Zwróćcie uwagę — odezwała się pani Fitz — że odkąd tu jesteśmy, po raz pierwszy ktoś 

nas odwiedza. 

Prawdopodobnie roznosiciel gazet przyszedł po pieniądze za prenumeratę. 

Cztery  kobiety  obserwowały,  jak  Jake  otwiera  drzwi  i  wpuszcza  do  domu  młodego 

człowieka z kurierskiej służby. Odebrał jakiś list i pomachał kopertą w stronę pani Dugan. 

—  To do pani. 
Pani Dugan zasłoniła dłonią usta. 
—  Ktoś umarł. 
Jake rzucił kopertę na stół. 
—  Nie sądzę. Jako nadawca figuruje biuro podróży. 
Pani  Dugan  nie  pozbyła  się  jednak  zmartwionej  miny,  gdy  otwierała  list.  Dokładnie 

przestudiowała treść, a jej oczy robiły się coraz większe. 

— Nic nie rozumiem. To pewnie jeden z tych chwytów reklamowych. 
Pani Fitz wyjęła jej list z ręki. 
—  Boże drogi, przecież zaraz umrzemy z ciekawości. — Czytała list, poruszając przy tym 

wargami. —Saro, wygrałaś rejs statkiem wycieczkowym. 

Berry zacisnęła usta, obrzucając Jake'a Sawyera groźnym spojrzeniem. 
—  Statkiem wycieczkowym? 
Jake uśmiechnął się z niewinną miną. 
—  Wygląda na to, że jednak pani Dugan znajdzie się w końcu na Statku Miłości. 
Pani Fitz czytała dalej. 

RS

background image

 

55

—  Piszą  tu,  że biuro  organizuje  morskie  wycieczki dla  samotnych  starszych osób, a  ty 

wylosowałaś  bezpłatny  bilet.  Pokrywają  wszystko.  Saro,  to  prawda.  Słyszałam,  że  ich 
wycieczki są wspaniałe. Dottie Silverstein była w ubiegłym roku na takim rejsie. 

Pani Dugan nerwowo obracała filiżankę od herbaty. 
—  Nie wiem. Muszę to przemyśleć. Sama na wycieczkę. Mój Boże. 

Lepiej się zbyt długo nie zastanawiaj. Statek odpływa jutro — przypomniała pani Fitz. 

 

Pani Dugan rzuciła okiem na dołączony do listu kolorowy folder. 

Ładny. Nigdy dotąd nie pływałam dużym statkiem. 

 

Pani Fitz poklepała ją po udzie. 

Saro, to jest coś! Tyle lat żyjesz na świecie, a nadarza ci się okazja spróbować czegoś po 

raz pierwszy. 
 

Pani Dugan powstała z krzesła. 

Dobrze!  —  oświadczyła,  kładąc  rękę  na  sercu.  —  Choć  muszę  wam  wyznać,  że 

śmiertelnie się boję. 
 

Berry  popatrzyła  na broszurkę  i dokonała  w  myślach  przeglądu  garderoby  pani Dugan. 

Sarze  będzie  potrzebna  wieczorowa  suknia,  kostium  kąpielowy,  coś  na  nieprzewidziane 
okazje...  Nic  podobnego  nie  wisiało  w  jej  szafie.  Te  kobiety  całymi  latami  poprzestawały  na 
absolutnym minimum. Ubierały się zwykle w praktyczne sukienki oraz znoszone swetry. 

—  Czy mogę prosić o jeszcze jedną filiżankę kawy? — wymamrotała Berry. 
Z filiżanką w ręce poszła do kuchni i spokojnie opróżniła cukierniczkę, której używała w 

charakterze  skarbonki.  Pieniądze  odkładała  wprawdzie  na  jeepa,  ale  sytuacja  była  zupełnie 
wyjątkowa. Podejrzewała, że za rym bezpłatnym biletem kryje się Jake, którego motywy nie są 
do  końca  czyste,  jednak  teraz  nie  miało  to  większego  znaczenia.  Berry  przeliczyła  leżące  na 
blacie pieniądze. Prawie trzysta dolarów. Nie za wiele, ale wystarczy na parę ładnych rzeczy. 

Zgarnęła pieniądze, wróciła do pokoju i wykonała iście dworski dyg przed panią Dugan. 
—  Przyjm,  o  pani,  tę  nędzną  kwotę,  byś  zaokrętowała  się  w  wielkim  stylu,  wyruszając 

na romantyczną morską wyprawę. Panie — zwróciła się do Mildred oraz pani Fitz — jesteście 
dziś  wolne  od  wszelkich  obowiązków  przy  pizzy.  Oczekuję,  iż  będziecie  towarzyszyły  pani 
Dugan  w  sklepowych  peregrynacjach.  Nie  pozwólcie  jej  poderwać  ładnego  młodego 
sprzedawcy — ma się oszczędzać na morską podróż. 

Pani Dugan, cała w pąsach, uśmiechnęła się. 
—  Cóż, mogę poderwać jednego, czy dwóch... tak dla wprawy. 
Berry  mało  nie  parsknęła  śmiechem.  Czyżby  podobne  słowa  przeszły  przez  gardło  tej 

sztywnej starszej pani? Za chwilę utonęła w objęciach pani Dugan. 

—  Wiem,  że  to  pieniądze  na  jeepa,  obiecuję  oddać  wszystko  co  do  centa  Po  powrocie 

będę pracowała za dwie. 

W oczach Berry zabłysły łzy. Pani Dugan w jednej chwili odmłodniała. Jej twarz, zwykle 

sucha  i  pomarszczona  niczym  gąbka,  momentalnie  zaokrągliła  się,  promieniejąc  szczęściem 
romantycznej  przygody.  Dlaczego  Berry  o  tym  nie  pomyślała?  Dlaczego  nie  uświadomiła 
sobie, że pani Dugan potrzebuje odrobiny uciechy? Odpowiedź zaparła jej dech w piersiach. 
Tak  bardzo  walczyła  z  własną  potrzebą  radości,  że  surowy  stoicyzm  pani  Dugan  uznała  za 
rzecz  całkowicie  normalną.  Boże  drogi,  a  więc  aż  tak?  Potarła  czoło  końcami  palców.  Być 
może powinna dać sobie spokój z planem na życie. A nawet zerwać z wytyczonymi celami. Kto 
wie, czy eliminowanie irysowego puddingu wychodzi komukolwiek na zdrowie? 

 
O  siódmej  wieczorem  Berry  przekręciła  wiszącą  w  oknie  tabliczkę  tak,  by  ukazał  się 

napis: ZAMKNIĘTE. Jake podniósł wzrok znad kasy. 

— 

Coś się stało? 

RS

background image

 

56

— 

Dziś zamykamy wcześniej. Urządzam pożegnalne przyjęcie. 

 

Jake przyłożył rękę do jej czoła. 

— 

Masz gorączkę? 

Berry cisnęła fartuch na kontuar. 
— 

Jeszcze nie, ale nic straconego, pora jest wczesna. 

— 

Lubię ten rodzaj rozmowy. 

— 

Musimy  zrobić  zakupy  na  wieczór.  Będą  nam  potrzebne  frytki,  dip  i  jakiś  niedrogi 

szampan. 

— 

Och, czuję, że wynajmę orkiestrę. 

— 

Myślę, że dość już zrobiłeś. Przecież postawiłeś pani Dugan bilet. 

— 

Nie możesz wiedzieć tego na sto procent. 

 

Berry zamknęła drzwi. 

— 

Zamierzasz się wypierać? 

— 

Nie. Ale nie zamierzam potwierdzać. 

—  Zajrzyj naprzeciwko, do piekarni Gromana, i sprawdź, czy mają jakiś tort. Może uda 

ci się ich przekonać, żeby napisali z wierzchu coś stosownego. Ja kupię szampana i chrupki. 
Spotkamy się w tym samym miejscu. 

Jake  zasalutował,  strzelając  obcasami,  a  następnie  wykonał  w  tył  zwrot,  zmierzając  w 

kierunku Gromana. Gdy po pół godzinie spotkali się obok auta, Jake dzierżył olbrzymie białe 
pudło. 

—  Poczekaj  tylko,  aż  zobaczysz  tort.  Pani  Kowalski  wściekła  się  na  męża  i  odwołała 

przyjęcie z okazji dwudziestej piątej rocznicy ślubu. 

—  Kupiłeś właśnie ten tort?! 

Zrobiłem naprawdę dobry interes. 

 

Berry zajrzała do środka. 

Tam jest chyba z dziesięć funtów lukru. 

Pani Kowalski lubi lukier. 

Ja poprowadzę, a ty trzymaj tort — zarządziła Berry, wślizgując się za kierownicę. 

 

Jake ulokował ciężkie pudło na kolanach. 

Sądziłem, że jedynie inwazja mogłaby cię skłonić do wcześniejszego zamknięcia pizzerii. 

Co się dzieje? 
 

Berry zacisnęła ręce na kierownicy. 

—  Wiesz,  pani  Dugan  miała  taki  wyraz  twarzy.,.  Zupełnie  jak  mała  dziewczynka  w 

wigilię Bożego Narodzenia. Nie spodziewała się, że może ją spotkać taka frajda. Sprzedaż pizzy 
wydała mi się raptem mało znacząca. 

Nieopisanie  delikatnie  Jake  dotknął  dłonią  jej  policzka,  przesunął  palce  na  szyję 

pieszczotliwym gestem i bawił się włosami Berry. 

Ty też zasługujesz na miłe rzeczy. Jeśli zafunduję ci morską wycieczkę... 

Nawet o tym nie myśl! Żadnych wycieczek! 

Być może wybierzemy się w podobną podróż podczas naszego miodowego miesiąca. 

MIODOWEGO  MIESIĄCA?  —  Auto  skręciło  w  niewłaściwy  zaułek  i  rąbnęło  w 

krawężnik. Tort podskoczył, zsunął się z kolan, walnął w deskę rozdzielczą, po czym osiadł na 
stopach  Jake'a.  Berry  zahamowała  z  piskiem  opon,  spoglądając  najpierw  na  kredowobiałą 
twarz  Jake'a,  a  potem  na  jego  nowiutkie  mokasyny pokryte  górą  lukru.  Z  wrażenia  uniosła 
rękę do ust. 

Och, mój Boże! 

Jake skubnął fragment tortu, spoczywający na nogawce spodni. 
—  Niezłe. 

RS

background image

 

57

Berry wzięła pokaźny kawałek z mankieta. 

Mniam, przekładany wiśniami. 

Pani Kowalski wie co robi, kiedy zamawia tort. 

Aha, a propos miesiąca miodowego — zdaje się, że wspomniałeś coś na ten temat? 

Mmmm.  Pamiętasz,  mówiłem  ci  o  moim  planie:  dzieciaki,  psy,  żona  plus  cała  reszta. 

Niekoniecznie  w  tej  kolejności.  Boże,  ten  tort  jest  wspaniały.  —  Podał  jej  kawałek  z  deski 
rozdzielczej. — Musisz koniecznie spróbować. Ma warstwę czekoladową. 

— 

Poważnie? 

— 

Jasne. Nie żartowałbym na temat czekoladowego tortu. 

Berry  poczuła,  że  drga  jej  powieka,  rzecz  dotąd  niespotykana.  Prawdopodobnie 

sygnalizuje zbliżający się udar, pomyślała. 

— 

Dzieciaki, psy, żona plus reszta? 

— 

Mówiłem ci o tym któregoś dnia w suterenie. 

Berry  godziła  się  z  wieloma  sprawami,  ale  to  przekraczało  już  wszelkie  dopuszczalne 

granice. Zacisnęła zęby i odjechała od krawężnika. 

— 

Nie zapomniałeś przypadkiem o małym drobiazgu? 

— 

Drobiazgu? Cóż, nie jestem pewien, jakiej rasy mają być psy... 

— 

A ja? Co ze mną? Co z oświadczynami? Co z naszymi ustaleniami?  

 

Jake oblizał palce. 

— 

Gdybym cię poprosił, żebyś za mnie wyszła, co byś odpowiedziała? 

— 

Nie! 

—  No właśnie. Doszedłem do wniosku, że najlepiej zrobię, kiedy nie odstąpię cię nawet 

na krok. Musisz zrozumieć, że jestem sympatyczny, a także niezastąpiony. 

Ja... ty... ulk... 

Jak ty to robisz, że wydajesz takie przedziwne dźwięki? 

Gdy  zahamowała,  Jake  zamierzał  poszukać  odpowiedzi  na  swoje  pytanie.  Natomiast 

Berry  odczuwała  nieprzepartą  chęć,  by  ścisnąć  go  za  szyję  i  dusić  tak  długo,  póki  sam  nie 
zacznie  wydawać  podobnie  dziwnych  odgłosów.  Była  przekonana,  że  każdy  sędzia  by  ją 
zrozumiał. 

Wjechała do garażu, przez cały czas rozważając ten pomysł. Przypuśćmy, że go nie udusi. 

Przypuśćmy,  że  jej  palce  zawędrują  na  jego  ramiona  i  zapłaczą  się  w  miękkich  włosach  na 
karku.  Ale  w  przeszłości  jej  palce  nie  zasługiwały  na  nadmiar  zaufania.  Prawdopodobnie 
projekt  uduszenia  nie  zaliczał  się  do  najlepszych  pomysłów.  I  co  ma  począć  z  nagłym 
przypływem pożądania, które czuła od chwili, gdy wspomniał o miesiącu miodowym. W końcu 
poniechała  krwiożerczych  zamiarów  —  nie  należy  do  dobrego  tonu  dusić  kogoś,  za  kogo 
można wyjść za mąż. Czy to są naprawdę jej własne myśli? 

Jake wysunął stopy z butów. 
—  Jeśli mi się uda, może pozbędę się większości tortu. 
Berry,  chichocząc  mimo  woli,  weszła  do  kuchni  i  położyła  torbę  z  zakupami  na  blacie. 

Pani Fitz przygotowywała herbatę. 

—  Wcześniej wróciliście! O Boże, co się stało? — zmartwiła się. - Kolejny pożar? Pizzeria 

doszczętnie spłonęła? 

—  Zamknęłam przed czasem. 
—  Nigdy  tego  nie  robisz.  Coś  się  na  pewno  stało,  tylko  nie  chcesz  mi  powiedzieć. 

Przewody gazowe? Wybuch? 

Berry wyjęła z szafki sporą miseczkę i energicznym ruchem napełniła ją frytkami. 
—  Po prostu zamknęłam wcześniej. Boże, czy macie mnie za jakiegoś robota? Można by 

pomyśleć, że nigdy nie zamykałam przed czasem. 

RS

background image

 

58

Pani Fitz obrzuciła wzrokiem Jake'a. 

Co mu się przydarzyło? 

Tort. 

Coście robili, jedliście go nogami? 

—  Zdarzył  się  mały  wypadek  —  wyjaśniła  Berry,  machnięciem  ręki  spychając  kwestię 

tortu  na  dalszy  plan.  —  Niezależnie  od  tego,  chcemy  wyprawić  pani  Dugan  pożegnalne 
przyjęcie. Kupiłam nawet szampana. 

Okrągła niczym jabłko twarz pani Fitz zmarszczyła się w uśmiechu. 
—  Co za wspaniały pomysł! Pędzę po Mildred i Sarę. Mierzą na górze dzisiejsze zakupy. 
Za chwilę w kuchni pojawiła się pani Dugan. 
—  I  co?  —  szepnęła.  Była  ubrana  w  eleganckie  ciemnoniebieskie  spodnium,  dobrane 

odcieniem  pantofle  oraz  białą  bluzkę.  Włosy  miała  obcięte  i  tak  ułożone,  aby  odsłaniały 
koniuszki uszu z parą małych perłowych klipsów. — Byłam w salonie piękności — wyznała. 
— Sądzisz, że to rozpusta? 

—  Wygląda  pani  ślicznie  —  uścisnęła  ją  Berry.  —  To  sprawia  dużo  więcej  radości  niż 

kupno jeepa. Jake wetknął pod pachę butelkę szampana i ustawił na tacy pięć kieliszków. 

—  Berry,  zajmij  się  zakąskami.  Urządzimy  przyjęcie  w  living  roomie,  a  pani  Dugan 

zademonstruje nam wszystkie kreacje. 

Pani Fitz zasiadła na kanapie. 
—  Nawet w kostiumie kąpielowym wygląda całkiem do rzeczy, jak na taką staroć. 

Wcale  nie  jestem  aż  taka  stara  —  oburzyła  się  pani  Dugan.  —  Mam  zupełnie  niezłą 

figurę i jestem prawie jak nowa. 
 

Byłoby  jeszcze  lepiej,  gdybyśmy  mieli  tort,  ale  i  tak  przyjęcie  się  udało.  —  Berry 

siedziała na kanapie, bawiąc się pustym kieliszkiem do szampana. 

Jake objął ją za ramiona. 

Wszystkie  panie  powędrowały  do  łóżek.  Nie  sądzisz,  że  moglibyśmy  teraz  uciąć  sobie 

poważną rozmowę?  
 

Berry jęknęła. Zdecydowanie nie nadawała się do prowadzenia poważnych rozmów. 

Czy mogę dostać jeszcze kieliszek szampana? 

Jesteś pewna, że chcesz jeszcze? Wyglądasz, jakbyś miała już dość.  

 

Dotąd poprzestawała zwykle na korzennym piwie oraz soku pomarańczowym. 

Co przez to rozumiesz? Świetnie mi idzie ten napój. 

Kiedy po raz ostatni piłaś szampana? 

—  Hmm... — Berry przytknęła palce do skroni. — Na ślubie kuzynki Melanii. Najpierw 

wznosiliśmy toasty za młodą parę, a potem zwymiotowałam. 

—  Teraz chyba nie chcesz zwymiotować? 
—  Och, wtedy to był nieświeży kurczak. — Zachichotała. Przesunęła dłońmi po koszuli 

Jake'a.  —  Wiesz,  jesteś  strasznie  ładny.  Czasami  muszę  siedzieć  na  własnych  rękach,  żeby 
nie zerwać z ciebie ciuchów. 

Jake z westchnieniem wzniósł w górę oczy. 
—  No tak, zalała się. Kiedy wreszcie jesteśmy sami, ona jest pijana jak skunks. 

No pewnie, że jestem pijana. Jak skunks. Chcesz mnie wykorzystać? 

 

Przyjrzał się jej. 

Myślałem o tym. Ale nie mogę. 

Jasne, że możesz. To łatwe. Pomogę ci. 

Usadowiła się na tyle blisko, żeby oprzeć głowę o jego pierś. 

Najpierw musimy cię rozebrać — oznajmiła, mocując się z guzikami koszuli. 

RS

background image

 

59

Przestań! Nikt nie jest... 

Nie  bądź  taki  nieśmiały,  widziałam  cię  już  bez  ubrania.  Prawie  całego,  nie  licząc  tych 

paru milimetrów. 
 

Spojrzał zezem. 

Zdaje się, że ktoś mnie właśnie obraża. 

—  Och — zaśmiała się Berry. — Mój drogi, sądziłeś, że mam na myśli... Nie, nie o tych 

milimetrach mówiłam. Myślałam o nich, ale nie w ten sposób. Nie chodziło o... uff, o długość. 

—  Nie miałabyś ochoty napić się kawy? 
W  odpowiedzi  Berry  odpięła  ostatni  guzik  i  odsuwając  na  bok  poły  koszuli  obnażyła 

porośniętą ciemnymi włosami pierś Jake'a. 

—  Hej  —  powiedziała  z  uznaniem.  —  Co  za  ciało!  Musiałam  być  wariatką,  kiedy 

myślałam,  że  masz  garb  niczym  Quasimodo.  —  Pochyliła  się  opierając  policzek  o  nagi  tors 
Jake'a. —.Ojej — jęknęła —zupełnie jak okruchy chleba. 

Jake otarł pot z czoła. 
—  Słucham? Okruchy? 
—  Jak  u  Jasia  i  Małgosi.  Pamiętasz,  jak  dotarli  do  domku  z  piernika,  idąc  tropem 

okruszyn?  Tuliła  się  do  Jake'a  i  nie  mogła  się  powstrzymać,  żeby  nie  skubać  wargami 
kuszącej ścieżki czarnych 

włosów  biegnącej  przez  płaski  brzuch.  Skubanie  stopniowo  przesuwało  się  w  niższe 

rejony, aż wreszcie koniec języka Berry utknął przy pasku dżinsów. 

Och! Twoje spodnie blokują mi drogę do domku z piernika. 

Berry! 

Tak, Jakey? 

Myślę, że lepiej położymy cię do łóżka. 

Nie teraz. — Oczy Berry zamknęły się. — Jestem naprawdę zbyt zmęczona. 

 

Kiedy postawił ją na podłodze, ugięły się pod nią nogi. 

Rrryms!  —  mruknęła,  waląc  się  na  niego.  —  Nie  mam  kolan.  Co  się  stało  z  moimi 

kolanami? 
 

Jake wziął Berry na ręce i ruszył w kierunku schodów. Na trzecim stopniu głowa Berry 

uderzyła o ścianę, zaś stopa zaczepiła się o drewnianą barierkę. 

Do licha — zaklął głośno. — Rettowi Butlerowi nigdy by się to nie zdarzyło. 

Komu? 

Posadził  ją  na  schodach,  opierając  o  ścianę,  i  chwilę  medytował,  jak  rozwiązać  trudny 

problem. W końcu przerzucił sobie Berry po prostu przez ramię, niczym worek ziemniaków i 
zaniósł do sypialni. 

Och,  nie  —  jąknęła,  padając  na  wznak  na  grubą  kapę.  —  Kręci  mi  się  w  głowie.  — 

Spuściła z łóżka jedną nogę, by stopą dotknąć podłogi. — O, tak jest znacznie lepiej. 

Kochanie, nie możesz spać w ten sposób. 

Czemu? 

Bo... 

Bęc. Berry zwaliła się z łóżka na dywan. 

Właśnie dlatego. — Jake pochylił się, aby jej pomóc. 

Kłopotliwa sytuacja. Nie podoba mi się. Nigdy się dotąd nie upiłam i nigdy więcej tego 

nie zrobię. To mi się nie zdarzało, kiedy piłam piwo z korzeniami. 

Jake odrzucił kapę, po czym wturlał Berry pod przykrycie. Delikatnie odgarnął jej włosy z 

czoła. 

Biedna Berry. 

Jestem okay. Teraz będę spała. 

RS

background image

 

60

Spod na wpół przymkniętych powiek Berry spojrzała na Jake'a. 

Czy rano zawsze jest tak jasno? 

Jak się czujesz? 

Mam oczy jak dwa smażone jabłka, a tłum małych ludzików w spiczastych kapeluszach 

i butach z ostrymi obcasami rozpycha się w moim żołądku. 

Chciałabyś coś zjeść? 

Nigdy wżyciu. 

Jake zerknął na zegarek. 

Wychodzę  odwieźć  panią  Dugan  na  statek,  a  panią  Fitz  i  Mildred  do  pizzerii  — 

oświadczył. — Ty masz dzień wolny. 

Pani Fitz i Mildred nie dadzą sobie rady z dostawami do domów. 

Dziś niedziela. W niedzielę nie ma dostaw. 

Od kiedy? 

Od teraz. Właśnie wprowadziłem nową zasadę. 

Właśnie  wprowadził  nową  zasadę?!  Co  za  bezczelność.  Tego  tylko  brakowało,  żeby 

ustanawiał dla niej zasady. Usiadła w łóżku i syknęła: 

Słuchaj, Sawyer...! 

Tak? 

Nagle Berry zrobiło się niedobrze. Ludziki w spiczastych kapeluszach wyczyniały dziwne 

rzeczy w jej żołądku. Przytknęła rękę do ust, odrzucając równocześnie przykrycie. 

—  Będę chorować. 
Zatrzasnęła drzwi łazienki i osunęła się na kafelkową podłogę, opierając głowę o brodzik 

pod  prysznicem.  Co  za  ulga.  Przyjemnie  i  chłodno.  Gdybyż  tylko  mogła  się  pozbyć  tych 
wściekłych ludzików. Jake zapukał. 

Berry, otwórz. 

Prędzej umrę. 

Czy jesteś okay? 

Nie. Choruję. 

Pomóc? 

Wymiotowania nie zalicza się do zajęć grupowych. 

Kilka minut później Berry otworzyła drzwi z głową owiniętą mokrym ręcznikiem. 
—  Teraz  idę  umierać  do  łóżka.  Zasada  o  zawieszeniu  wszystkich  dostaw  pizzy  w 

niedzielę brzmi całkiem rozsądnie, jeśli idzie o mnie. 

Jake pomógł jej wdrapać się do łóżka i okrył ją dokładnie. 

Wrócę, jak tylko uwolnię się od pani Dugan. 

Nie musisz się spieszyć. Mam zamiar leżeć i odpokutować mój wybryk. 

Berry  przespała  cały  poranek.  Pani  Fitz  i  Mildred  były  w  pizzerii,  a  Jake  jeszcze  nie 

powrócił  ze  statku,  gdy  zeszła  do  kuchni.  Zadecydowała,  że  przygotowanie  puddingu  nie 
zabiera tak wiele czasu. Mogła mu poświęcić dziesięć minut tygodniowo, tak samo jak mogła 
wcisnąć w swój rozkład zajęć niewielki romans... Nie chciała stać się drugą panią Dugan. 

Zdjęła gotowy pudding z ognia, dodała masło i wanilię. Tak, to znacznie lepszy plan. Po 

pierwsze,  zrobić  pudding.  Po  drugie  —  złapać  Jake'a.  Po  trzecie,  poddać  badaniom  własną 
głowę. Chyba zwariowała. Albo alkohol zamarynował jej mózg. Podobno jest to możliwe. 

Usłyszała  szum  nadjeżdżającego  auta.  Po  chwili  Jake  wszedł  do  kuchni.  Wiedziała,  że 

obserwuje  ją,  oparty  biodrami  o  blat,  z  rękoma  skrzyżowanymi  na  piersi.  Wiedziała  też,  co 
widzi:  Lingonberry  Knudson  ubrana  w  podkoszulkę  w  tygrysie  prążki  i  dopasowane  do  niej 
majteczki.  Zatupała  bosymi  stopami  w  kafelkową  podłogę,  aby  rozładować  jakoś”  własne 
zakłopotanie oraz strach. 

RS

background image

 

61

Wspaniale pachnie — mruknął niskim głosem. — Co to takiego? 

Irysowy pudding. — Wielkie nieba, czyżby potrafiła mówić tak ochryple i prowokująco? 

Przeszedł  przez  kuchnię,  poruszając  się  jak  wielki,  podkradający  się  do  ofiary  kot,  i  palcem 
zgarnął nieco puddingu ze ścianki naczynia. 

Dobre. 

Naprawdę? — zapytała Berry, przymykając ocienione rzęsami oczy. 

Chcesz spróbować? — Wyciągnął ku niej palec z resztkami ciepłego puddingu. 

Dotknęła językiem jego palca dostrzegając, jak oczy Jake'a ciemnieją w jednej sekundzie. 

Powoli  oblizała  palec  do  czysta,  przesuwając  językiem  wzdłuż  całej  długości,  aż  dotarła  do 
czubka. Possała przez chwilę, wciągając palec do ust prawie w całości. 

Zabawimy się? — Brzmiało to bardziej jak aksamitny pomruk, niż jak pytanie. Włożyła 

naczynie po puddingu do zmywarki, odetchnęła i poszła na całość. 

Mam ochotę na prysznic... z dużą ilością mydła.  

 

Zaszokowany Jake zdobył się tylko na jedno pytanie: 

Znowu piłaś? 

Nie. Myślałam trochę o irysowym puddingu i paru innych rzeczach. 

Przy schodach ściągnęła tygrysią podkoszulkę. Majtki znalazły się na dywanie w pół drogi 

na  piętro.  Nie  słysząc  za  plecami  kroków  Jake'a,  Berry  odwróciła  się,  opierając  dłonie  na 
biodrach. 

Nie idziesz? 

Nie, ale jestem bardzo blisko.  

 

Zarumieniła się. 

Nie chciałam... och, do diabła. 

Jake  rozpinał  koszulę.  Zanim  dotarł  do  łazienki,  ona  była  już  pod  prysznicem.  Cisnął 

dżinsy przy drzwiach, teraz walczył z napiętymi do granic wytrzymałości slipkami. 

Wspaniałe — powiedziała z nabożną czcią Berry. 

Sądzę, że mam trochę zbyt wiele tej rzeczy. 

Twoja rzecz jest doskonała. Po prostu masz za ciasne majtki. 

Pozbył  się  reszty  ubrania  i  odsuwając  szklane  drzwi,  przyłączył  się  do  niej  w  obszernej 

kabinie prysznica. 

Uśmiechnęła  się,  gdy  przyłapał  ją  na  przyglądaniu  się  kępie  czarnych  włosów,  kryjącej 

jego największą osobliwość. 

—  Wreszcie mogę cię całego obejrzeć. 
Jake  wziął  mydło  z  rąk  Berry,  przesuwając  spojrzeniem  od  jej  ramion  poprzez 

połyskujące kroplami wody piersi, aż do płaskiego brzucha. 

Czekała.  Wiedziała,  że  zamierza  zrobić  to  powoli,  ponieważ  już  przy  paru  okazjach 

wyszeptywał  jej  dokładnie,  ze  wszystkimi  wariackimi  szczegółami,  jak  ma  przebiegać  ta 
sytuacja.  Zapowiadał,  że  będzie  bezwzględny;  powoli  rozpali  ją  do  białości,  aż  usłyszy 
błaganie o litość. Nauki pobierał chyba w hiszpańskiej Inkwizycji, pomyślała lekkomyślnie. 

Przysunął  się  dostatecznie blisko, by  mogła poczuć,  jak  jego  twarda  męskość  dotyka  jej 

brzucha.  Namydlone  ręce  zsunęły się  z  szyi Berry  na  barki,  ześlizgnęły  na piersi,  delikatnie 
pieszcząc je śliskimi palcami. 

—  Lubisz, kiedy cię dotykam? — Drażnił jej sutki czubkiem palca. — Czy to ci sprawia 

przyjemność? 

—  Tak.  —  Oddychała  z  trudem,  gdy  objął  ją  mocno,  podniecona  do  granic 

wytrzymałości.  Teraz  ona  namydliła  jego  plecy,  ramiona,  pierś,  drażniąc  przy  tym  sutki, 
zsunęła  ręce  na  brzuch,  zanurzając  palce  w  czarnych  kędziorach.  Uświadomiła  sobie,  że 
stawia  wszystko  na  jedną  kartę.  Kochała  go  i  wszystko,  co  razem  robili,  było właściwe. Tak 

RS

background image

 

62

bardzo  czuła  się  w  tej  chwili  jego  żoną,  że  żadna  ślubna  ceremonia  nie  byłaby  w  stanie 
spotęgować jej uczuć. 

Rozchyliła  usta,  chłonąc  pocałunek.  Początkowo  delikatny,  nabrał  mocy,  niemal 

rozgniatając usta Berry, gdy jej palce zwarły się wśród gęstwy czarnych włosów. Namydlone 
ręce Jake'a pieściły jej pośladki, zaś śliskie palce stopniowo wdzierały się coraz głębiej w jej 
intymność.  Berry  zabrakło  tchu.  Zmrużyła  zamglone  pożądaniem  oczy,  poddana  silnym 
rękom  mężczyzny,  które  wtargnęły  pomiędzy  jej  uda,  rozsuwając  nogi,  i  delikatnie  szukały 
miejsca najwyższej rozkoszy. 

—  Tutaj? — odezwał się ochryple. — Lubisz to? 
Berry pokierowała jego ruchami. Tak. Dobry Boże, tak, lubiła. Obiecywał jej tę wspaniałą 

agonię,  ten  rozkoszny  ból,  którego  nie  mogła  już  znieść.  Usłyszała  swój  płytki,  chrapliwy 
oddech. Już blisko. Zwinęła się pod jego dotknięciem, a z jej gardła wydarł się jęk, gdy świat 
eksplodował, rozpryskując się na błyszczące czarne skorupy... 

Jake  zaniósł  ją  na  łóżko.  Leżąc  obok,  całował  jej  szyję,  miękki  zarys  piersi,  przesuwał 

ustami  po  płaskim  brzuchu  wędrując  aż  ku  wewnętrznej  stronie  ud.  Odnalazł  wezbrany 
wzgórek kobiecej rozkoszy i drażnił go czubkiem języka, wzmagając jej pragnienie. 

Berry  czuła,  jak  płynny  ogień  wrze  w  jej  piersiach  i  pulsuje  między  nogami.  Pragnęła 

Jake'a bezgranicznie, gorąca i rozdygotana marzyła, by wypełnił ją sobą. Poczuła ciężar jego 
ciała i szorstkie włosy na piersi, które ocierały się ojej nabrzmiałe sutki. Rozwarła nogi, a gdy 
wszedł w nią łagodnie, szeroko otworzyła oczy. 

—  Jesteś  taka  gorąca  i  sprężysta  —  szepnął,  poruszając  się  powoli.  Zamknął  oczy  i 

Berry  wiedziała,  że  poniechał  wszelkiej  kontroli.  Mruczał  ledwie  zrozumiale:  —  Kocham  cię, 
Berry. Mój Boże, jak ja cię kocham. 

Berry nigdy dotąd nie przeżyła czegoś podobnego. To było coś więcej niż gorąco i dreszcz 

rozkoszy.  To  była  harmonia  ciała  i  duszy,  pragnienie  całkowitego  zespolenia,  chęć 
najgłębszego odsłonięcia się. To była kulminacja miłości, a nie po prostu fizyczne zespolenie. 
Berry  uniosła  biodra,  drżąc  z  niecierpliwości.  Pchnął,  a  wtedy  przyjęła  go  całego,  pragnąc 
stale więcej i więcej, aż zatracili się w rytmie zapamiętałej pasji. 

Po paru godzinach Berry obróciła się, szukając przez sen Jake'a. Pragnęła go zachłannie, 

świadoma, że nigdy nie zdoła się nim nasycić. Przytuliła się do jego nagiego ciała, licząc, że 
się obudzi. Wygląda wspaniale, kiedy jest podniecony, myślała. Dziki i silny, to znów słodki i 
czuły, pełen delikatności. 

Jake sennie uchylił powieki. Wciągnął Berry na siebie, całując leniwie jej szyję i pieszcząc 

dłońmi łagodne linie pleców. 

—  O, Boże! — wykrzyknął naraz, spoglądając na zegarek. — Wiesz, która godzina? 
Odważnie wsparła rękę o jego udo. Co ją obchodził czas. Zależało jej wyłącznie na Jake'u. 

Pragnęła znowu poczuć w sobie jego ruchy. Pragnęła słyszeć, jak wymawia jej imię. Pragnęła, 
by ją sobą wypełnił. Jake zerwał się, sięgając po dżinsy. 

Biedna pani Fitz i Mildred zostały porzucone w pizzerii na cały dzień. 

Musisz iść? Właśnie teraz? Nie możesz zostać ze mną jeszcze chwilę? 

Nie mogę. Powinienem był przywieźć je godzinę temu. 

Nadąsała  się  jak  dziecko.  Miał  rację,  ale,  do  diabła,  to  wcale  nie  zmieniało  faktu,  że 

poczuła  się  odtrącona.  Owinięta  kołdrą,  ruszyła  do  łazienki.  Po  tych  wszystkich  latach 
celibatu mogła doprawdy znaleźć mężczyznę, który miałby dla niej czas. 

Zerknęła  na  swoje  odbicie  w  lustrze  i  wybuchnęła  śmiechem.  Seks  doprowadził  ją  do 

szaleństwa. 

 
 

RS

background image

 

63

Berry  siedziała  przed  telewizorem  i  z  furią  zmieniała  kanały.  Panie  spały  na 
górze, zwinięty w kłębek kot drzemał przed kominkiem, natomiast Jake'a ogarnął 
podczas  kolacji  nagły  przypływ  energii  twórczej,  w  związku  z  czym  zaszył  się  w 
suterenie.  O  jedenastej  trzydzieści  Berry  przestała  uważać  to  za  zabawne.  Jak 

mógł  zostawić  ją  samą?  Właśnie  teraz?  Uznała  mężczyzn  za  bezmyślne  bestie  i  energicznie 
trzasnęła drzwiami do sypialni. 

Przez  trzy  godziny  przewracała  się  z  boku  na  bok.  W  końcu  usnęła,  a  kiedy  otworzyła 

jedno oko, dostrzegła Jake'a, który krążył na palcach po pokoju i zbierał ubranie. 

Przepraszam, że cię obudziłem. Śpij. 

Co  robisz?  —  Był  w  brązowych  obcisłych  spodniach,  z  gołymi  stopami  i  obnażoną 

piersią,  a widok  ten  sprawił,  że  Berry przeciągnęła  się,  niczym  zadowolony kot.  —  Dlaczego 
nie przychodzisz do łóżka?— zamruczała miękko. 

Stał nad nią z krawatem w garści i niebieską koszulą przerzuconą przez ramię. 
—  Nie mogę. Muszę być wcześniej w szkole. Tylko te buty... — zajrzał pod łóżko. — Są! 

— Cmoknął Berry w czubek głowy i już go nie było. 

Berry  westchnęła,  wpatrując  się  w  zamknięte  drzwi.  Łza  zawisła  na  jej  rzęsach.  Nie 

chciała panikować, ale zaczynało się dziać zupełnie jak w jej małżeństwie. 

Coś  mi  się  zdaje  —  powiedziała  pani  Fitz,  gdy  Berry  ubrana  w  dżinsy  oraz  miękką 

flanelową koszulę zeszła do kuchni napić się kawy — że masz problem z mężczyzną. Co tym 
razem narozrabiał Jake Sawyer? 

Nic. 

Nic? Brzmi fatalnie. 

Czy jest pani zakochana w Harrym? 

Trudno  powiedzieć.  W  moim  wieku  nie  wie  się  dokładnie  czy  to  miłość,  czy  tylko 

działanie naparu z suszonych śliwek. 

Berry nalała sobie kawy i postawiła na ogniu patelnię. 

Lubi pani francuskie tosty? 

Czyjej roboty? 

Mojej. 

—  Tak, lubię. 
—  To  świetnie  —  odparła  Berry  wbijając  trzy  jajka  do  głębokiego  talerza  i  roztrzepując 

energicznie.— Zrobię je chyba z całego bochenka. 

Gdy tego wieczoru wróciły z panią Fitz do domu, w garażu stało już auto Jake'a, a okna 

parteru świeciły jasno. 

Coś  nie  tak?  —  zatroszczyła  się  pani  Fitz.  —  Byłaś  przeraźliwie  spokojna  przez  cały 

dzień. 

Zmęczenie — odparła krótko Berry. 

Uhu. 

Nie wierzy mi pani? 

Nie. 

Wszystko w porządku — Berry uścisnęła panią Fitz, która wzięła ją za rękę. — Nic mi 

nie jest. 

Jesteś taka zdechła, bo Jake nie pokazał się w pizzerii. Ale dzwonił i uprzedził, że ma 

coś do załatwienia. 
 

Berry wzruszyła ramionami. 

Wiem. Jestem po prostu głupia. 

 

Pani Fitz uśmiechnęła się. 

Jesteś głupia, istotnie. 

RS

background image

 

64

Kiedy weszły, Jake siedział przy kuchennym stole. 
—  Która godzina? — zapytał, patrząc ze zdziwieniem na zegarek. 
—  Jedenasta  —  odparła  pani  Fitz.  —  Ja  idę  do  łóżka.  Jestem  tak  zmęczona,  że 

mogłabym spać na gwoździach. 

Berry  przeciągnęła  palcem  po  karku  Jake'a.  Przytuliła  się  do  jego  pleców  i  musnęła 

ustami koniuszek ucha  

— A ty? Jesteś gotów do łóżka? 
— Jestem gotów, żeby szlag trafił mój mózg. Spójrz — wskazał palcem stos zeszytów. — 

W  życiu  nie  wygrzebię  się spod  tych  zaległości.  Nie  miałem  pojęcia,  że  muszę  oceniać  prace 
domowe. 

Nie możesz jutro? 

Na jutro mam dyktanda. 

Mogę ci pomóc?

 

— 

Nie. Muszę sam się z tym uporać. — Skrobnął swój podpis, zamknął zeszyt i sięgnął po 

kolejny. Berry wyjęła zakupy z torby, po czym pochłonęła w ekspresowym tempie trzy porcje 
puddingu. 

— 

Chyba pójdę do łóżka — rzuciła w przestrzeń. 

Ale  zarówno  przestrzeń,  jak  i  Jake  nie  odezwali  się  słowem.  Pocałowała  więc  Jake'a  w 

czubek  głowy  i  ruszyła  w  górę  po  schodach,  na  zakończenie  wędrówki  trzaskając  drzwiami 
sypialni. Rzuciła się na łóżko, a łzy frustracji i rozczarowania spływały jej po policzkach. Czy 
zawsze musi źle trafiać? 

Zagrzebała  się  w  poduszkach  szlochając  jak  mała  dziewczynka,  która  przez  cały  rok 

czeka na wigilię, a następnie odkrywa, że święty Mikołaj nie przyniósł jej żadnych prezentów. 

Cholera — powiedziała rankiem pani Fitz, kręcąc głową. — Wczoraj wyglądałaś fatalnie, 

ale dziś bijesz wszelkie rekordy. Masz oczy jak królik. 

Nie mogłam spać. 

Jake  też  nie  wyglądał  najlepiej.  Wyszedł  jakąś  godzinę  temu,  rozczochrany,  w 

przekrzywionym krawacie. 

Pytał o mnie? 

Nie. Bez przerwy mamrotał, że jeśli Joey Kowalchek nie nauczy się utrzymywać zeszytu 

w porządku, to obleje matematykę. 

Sporo  przemyślałam  przez  noc  —  oświadczyła  Berry,  dekorując  kupiony  wczoraj 

jabłkowy  placek  trzema  kulkami  lodów  waniliowych.  —  Zdecydowałam,  że  nie  będę  dłużej 
zakochana.  To  nie  jest  zabawne.  —  Przełknęła  pełną  łyżeczkę  lodów.  —  Jedzenie  jest 
zabawne. Można na nim polegać. 
 

Tak  to  się  kończy!  —  krzyknęła  Berry,  ciskając  książki  na  kontuar.  Pomachała 

kawałkiem kartki w stronę pani Fitz. — Oto czym kończy się miłość! Zawaliłam test z historii 
sztuki.  Wiedziałam,  że  tak  będzie.  Nie  umiem  myśleć  jednocześnie  o  Jake'u  Sawyerze  i 
Vincencie van Goghu — lamentowała. —Tak ciężko pracowałam. Wszystko poszło na marne z 
powodu paru chwil dzikiej namiętności. 

Pani Fitz szeroko otworzyła oczy. 

Naprawdę? Dzikiej namiętności? 

Dzikiej.  —  Berry  ugryzła  kęs  chleba.  —  A  ja  jestem  zakochana  jak  wariatka.  — 

Zmarszczyła  brwi.  —  Ale  dłużej  nie  będę.  Niedługo  mam  sesję  i  jeśli  popracuję,  uda  mi  się 
poprawić  stopnie.  —  Owinęła  białą  serwetę  wokół  bioder.  Poniosła  wprawdzie  fiasko  w 
miłości, lecz nie mogła sobie pozwolić, by to samo stało się z historią sztuki. 

RS

background image

 

65

O  jedenastej  wieczorem  Berry  kontemplowała  plecy  Jake'a  pochylonego  nad 

dwudziestoma  pięcioma  wypracowaniami.  Wiedziała,  że  wszystko  skończone.  Chciała  uciec, 
ale nie mogła. Nie miała dokąd. 

Jake ziewnął i przeciągnął się, obrzucając wzrokiem jej postać. 
—  Jesteś dzisiaj bardzo przygnębiona. 
W odpowiedzi wzruszyła ramionami. Wewnętrzna pustka odbierała jej chęć do rozmowy. 

Odwróciła  się  bez  słowa  i  wyszła,  licząc  że  pójdzie  za  nią.  Nie  poszedł.  Z  westchnieniem 
pochylił się nad zeszytami, machając jej na pożegnanie ręką. 

 
Berry,  która  przed  chwilą  zdjęła  z  mokrych  włosów  ręcznik,  przysłuchiwała  się 

dobiegającym z kuchni odgłosom. Najwyraźniej Jake wrócił, podczas gdy ona brała prysznic. 

— Nigdy nie mogę niczego znaleźć w tym cholernym domu — ciskał się. — Nic nie stoi na 

miejscu,  —  Kolejnej  serii  brzęknięć  towarzyszyło  dalsze  mamrotanie.  —  Za  dużo  kobiet! 
Chciałem tylko pizzy, a na czym się skończyło? Cztery kobiety nie mogą uzgodnić, gdzie ma 
stać patelnia.

 

Chciał tylko pizzy! W ciągu ostatniego tygodnia stało się to boleśnie oczywiste. Odkąd w 

ubiegłą  'niedzielę  wyskoczył  z  łóżka,  nie  powiedział  do  niej  więcej  niż  dziesięć  słów.  Berry 
nałożyła  niebieskie  koronkowe  majtki  i  wciągnęła  dżinsy,  składając  w  duchu  przysięgę,  że 
póki  życia  nie  pójdzie  z  mężczyzną  do  łóżka.  Przeżyła  już  dość  upokorzeń.  Energicznie 
szarpnęła zamek, ale zapiął się tylko do połowy. Zaklęła. Wciągnęła brzuch. Teraz suwak był 
zapięty,  za  to  guzik  sprawiał  kłopoty.  Wołająca  o  pomstę  do  nieba  talia  zwieszała  się  nad 
paskiem miękkim wałkiem tłuszczu. Berry spojrzała w lustro. Przytyła! To wina tego drania, 
Jake'a.  Zamiast  romansu  musiała  się  zadowolić  jedzeniem,  no  i  oto  skutki.  Była  gruba. 
Wciągnęła koszulkę, patrząc z niedowierzaniem, jak opina się na jej pełnych piersiach. 

Jakieś problemy? — Jake stanął w drzwiach. 

Spodnie przestały się na mnie dopinać. Sądzę, że to skutek irysowego puddingu. 

Mam nadzieję, że nie straciłaś apetytu. Przygotowałem kolację. 

Ty przygotowałeś kolację? 

Ściślej mówiąc, kupiłem, ale zarobiłem na to pieniądze. 

W progu jadalni spojrzeli na siebie w cichym przerażeniu. Berry pierwsza odzyskała głos. 

Na stole siedzi pies — stwierdziła. 

Do diabła, to niespodzianka. 

Istotnie,  niespodzianka.  Czy  półmisek  —  Berry  obrzuciła  wzrokiem  stół  —  miał  być 

pusty? 

Nie. Miał zawierać beef bourgigpon. Ten bezczelny pies zeżarł naszą kolację! 

Berry  z  trudem  powstrzymała  się  od  śmiechu.  Szczeniak  z  majtającymi  się  uszami 

przywodził  na  myśl  Buddę  w  futrze.  Siedział  pośrodku  stołu  i  jeździł  ogonem  po  białej, 
przybranej koronkami serwecie. 

Nie do wiary, że taki mały pies dał sobie radę z całym półmiskiem. 

Żartujesz? Spójrz na jego brzuch. Wygląda jak plażowa piłka na nogach. 

Pochłonął wszystko, oprócz groszku. 

Jake zdjął stworzenie ze stołu i pogładził lśniącą, czarną głowę. 

Myślałem,  że  będzie  spokojnie  siedział  w  tym  czymś,  co  dali  mi  w  sklepie  ze 

zwierzętami. 

Chodzi ci o to doszczętnie pogryzione pudło? 

Chyba powinniśmy nazwać go Szczęki. 

—  Albo  Bałaganiarz  —  odezwała  się  Berry,  obserwując,  jak  ganiający  po  podłodze 

szczeniak przycupnął na pupie. 

RS

background image

 

66

Jake przesunął ręką po włosach. 
—  Sądząc  z  tego  rozgardiaszu,  jedynym  odpowiednim  imieniem  będzie  Calamity  Jane. 

Wiesz, ta z westernów, która bez przerwy wpadała w jakieś tarapaty. 

Nigdy dotąd nie miałeś szczeniaka? 

Nie, a ty? 

Też nie. 

To  fragment  mojego  planu.  Pamiętasz,  psy  z  wiszącymi  uszami,  które  biegają  za 

gromadą dzieciaków. 

— Chyba nie masz gdzieś upchanej gromady dzieciaków? Jake uśmiechnął się szeroko. 

Nie, dzieci będą na końcu. To najprzyjemniejsza część planu. Musimy je zrobić. Jasna 

cholera. Twój pies właśnie narobił mi na buty. 

Mój pies? Och, nie. — Nawet nie starała się ukryć brzmiącej w głosie przyjemności. 

Na  filmach  się  to  nigdy  nie  zdarza.  Czy  kiedykolwiek  widziałaś,  żeby  pies  narobił  na 

nogi Robertowi Redfordowi, kiedy ten stara się być romantyczny? 

Berry spojrzała podejrzliwie. 

Dlaczego starasz się być romantyczny? 

Jest weekend, mam wolne. Pomyślałem, że możemy powtórzyć naszą przyjemność. 

Berry  poczuła,  jak  krew  zawrzała  w  niej  z  gniewu.  Odetchnęła  głęboko.  Płakała  przez 

tydzień,  utyła,  a  teraz  on  chcę  ponawiać  przyjemność  i  rozprawia  o  psach  oraz  dzieciach. 
Berry nie potrzebowała takiego męża. Co za niemiły gbur. 

—  Bardzo ładnie  z  twojej  strony,  że  byłaś  tak wyrozumiała  —  powiedział.  —  Nie  masz 

pojęcia,  co  znaczyło  dla  mnie  ślęczenie  po  nocach  nad  pracami  domowymi.  Miałem  chęć 
cisnąć  wszystko  w  diabły  i  iść  z  tobą  do  łóżka,  ale  nie  mogłem  wyciąć  dzieciom  takiego 
numeru. 

Berry poczuła, jak na jej twarz wypływa krwisty rumieniec. 
—  Aha, nie mogłeś — zgodziła się słabym głosem. 
—  Teraz  chciałbym  zrobić  coś  specjalnie  dla  ciebie.  Romantyczna  kolacja  we  dwoje, 

nieco bardziej zmysłowych tańców i dużo namiętnego kochania. 

Berry  czuła  się  podle.  Gardziła  sama  sobą,  wściekając  się,  że  była  zazdrosna  o 

dwudziestu pięciu pierwszoklasistów, ale poczucie przegranej nie mijało. 

— Dlaczego nie pójdziesz na górę i nie umyjesz się? Posprzątam tymczasem podłogę. 
Kiedy  skończyła,  wzięła  szczeniaka  pod  pachę  i  wyszła  za  dom,  na  porośnięty  trawą 

pagórek. Tydzień temu przyroda była niegościnna i uśpiona, ale kwietniowe deszcze, a także 
ciepła  pogoda  pobudziły  wzrost  traw  i  wegetację  drzew.  Berry  wyciągnęła  się  na  brzuchu 
obserwując, jak Calamity Jane podskakuje u podnóża pagórka, skowycząc ze strachu, ilekroć 
zderza się z dmuchawcem. 

—  Chcesz usłyszeć tajemnicę? — szepnęła wprost do psiego ucha. — Zawsze chciałam 

mieć czarnego szczeniaka z wiszącymi uszami. 

Szczeniak  wyglądał  tak,  jakby  za  moment  miał  pęknąć  ze  szczęścia.  Nieprzytomnie 

machał ogonem i przewracał się co chwila na grzbiet. Kiedy dostrzegł wychodzącego z domu 
Jake'a,  rzucił  się  w  jego  stronę.  Jake  postawił  na  trawie  wielkie  kartonowe  pudło,  obok 
rozesłał śnieżnobiałą lnianą serwetę.. 

—  Alternatywny  plan  na  wieczór,  to  egzotyczny,  romantyczny  piknik.  —  Ustawił  na 

serwecie dwa kryształowe kieliszki. 

Berry sceptycznie popatrzyła na butelkę w jego ręku. 
—  Szampan! 
—  Nie.  Zdecydowałem  rozegrać  to  bezpiecznie;  poprzestałem  na  musującym  soku 

jabłkowym. —Wyjął z pudła kolejno srebrne świeczniki, w których osadził stożkowe świece, a 

RS

background image

 

67

następnie  dwa  złoto-białe  talerze  z  chińskiej  porcelany  oraz  srebrną  tacę  z  ptifurkami.  Na 
każdy talerz rzucił owinięte w folię pakieciki. 

—  Masło orzechowe i galaretka — wyjaśnił. — Moja specjalność. 

To  lepsze  niż  beef  bourgignon.  —  Berry  przebierała  w  trawie  gołymi  palcami  u  nóg. 

Kropla deszczu spadła jej na nos. Kolejna — na czoło. 

Co  za  kwiecień  —  powiedziała,  pomagając  Jake'owi  spakować  naczynia.  —  Nadal  nie 

mogę otworzyć okien w mieszkaniu. Cuchnie tam gorzej niż kiedykolwiek. 

—  Nie będę kłamał mówiąc, że mi przykro. Lubię mieć cię w swoim domu. 

Cóż  —  odparła  niezręcznie,  zaambarasowana.  —  Hm.  Jake  zawinął  szczeniaka  w 

serwetę i wręczył tobołek Berry. 

Ty weź Calamity Jane. 

Dobiegli do domu tuż przed ulewą. Jake wypakował zawartość pudła, po czym wymościł 

w  nim  spanie  dla  szczeniaka.  Calamity  otworzyła  na  moment  duże  brązowe  ślepia  i  zaraz 
znowu zapadła w sen. Jake oraz Berry wyszli na palcach z kuchni do living roomu i rozpalili 
w kominku. Potem Jake włączył taśmę z muzyką taneczną, po czym zapalił świece. 

Berry  wsunęła  się  w  jego  objęcia,  zastanawiając  się  przez  ułamek  sekundy,  jak  ładną 

tworzą  parę.  Znali  każdy  centymetr  swoich  ciał.  Miło  jest,  pomyślała,  znać  tak  dokładnie 
drugiego  człowieka.  Jake  stał  się  przez  to  kimś  szczególnym  i  gdy  znajdowała  się  w  jego 
ramionach, cały świat zamieniał się w rozkosz. 

Jake poruszał się miękko w takt muzyki. Od czasu do czasu wtórował piosenkom niskim, 

aksamitnym  głosem,  od  czasu  do  czasu  czynił  zuchwałe  propozycje,  na  które  Berry 
odpowiadała  chichotem.  Pragnęła  Jake'a  Sawyera,  ale  nie  przeżyłaby  powtórki  sytuacji  z 
ostatniej niedzieli. 

Płomienie  świec  odbijały  się  w  jeziorkach  stearyny,  kłody  w  kominku  zmieniały  się  w 

żarzące węgle. Muzyka automatycznie wyłączyła się, lecz Jake nie wypuszczał Berry z objęć. 
Kołysali się powoli, nie chcąc utracić tej niemal doskonałej harmonii. 

Gdy  z  oddali  dobiegł  trzask  zamykanych  drzwiczek  samochodów,  Berry  niechętnie 

uniosła głowę spoczywającą na ramieniu Jake'a. Zmarszczyła brwi. 

Jake był równie zdumiony. 
—  Spodziewasz się kogoś? 
Szczęknął zamek frontowych drzwi i do foyer wtargnęli pani Fitz, Harry Fee, Mildred, Bill 

Koziński oraz grupka starszych osób. 

—  Nigdy  nie  zgadniecie!  Mildred  i  Bill  wzięli  ślub!  Czy  to  nie  cudowne?  —  pani  Fitz 

uścisnęła  Mildred  i  przyłożyła  chusteczkę  do  zaczerwienionych  oczu.  —  Kiedy  przyszli  do 
pizzerii,  żeby  mi  powiedzieć,  natychmiast  zadzwoniłam  do  paru  przyjaciółek  z  South  Side 
Hotel, bo pomyślałam, że musimy koniecznie urządzić ślubne przyjęcie. 

Berry zaschło w gardle. Bill i Mildred wzięli ślub. Jak długo się znali? Dwa tygodnie? 
Jake ujął Berry za łokieć popychając naprzód. 

To  cudownie.  Gratulacje.  —  Poprowadził  Berry  ku  Mildred.  —  Berry  i  ja  bardzo  się 

cieszymy. 

Berry wcale nie wygląda na szczęśliwą — zauważyła pani Fitz. 

Jest zaskoczona — wyjaśnił Jake. Berry, jak sparaliżowana, skinęła głową. 

Weź się w garść, rozkazała samej sobie, zdobywając się na słaby uśmiech. Mildred wyszła 

za mąż. Jak mogła postąpić tak nierozważnie? Czy nie znała statystyki rozwodów? Po co ten 
pośpiech? 

—  Wiem,  że  powinnam  zadzwonić i  uprzedzić...  —  pani  Fitz  spojrzała  na Jake'a  —  ale 

byłam tak podekscytowana... 

Jake uśmiechnął się uspokajająco. 

RS

background image

 

68

—  Wszystko  w  porządku.  Nie  codziennie  Mildred  wychodzi  za  teścia  mojej  siostry.  — 

Zwrócił się do pana młodego, który wyglądał tak, jakby stracił głowę. — Dzwoniłeś do Penny i 
Franka? 

—  Do kogo? 
—  Do twego syna. Jego żony. Mojej siostry. — Wzniósł oczy ku górze. — Mniejsza, sam 

ich zawiadomię.  

Zagrzmiał rock. 
—  Całe szczęście, że nie mam sąsiadów — skrzywił się Jake. Sięgnął po rękę Berry. — 

Planowałem nieco inny wieczór. Zbliżałem się do wielkiego finału. — Nakręcił numer telefonu 
siostry i rozbawionym głosem zaprosił ją wraz z mężem na przyjęcie. 

—  Co do mojego wielkiego finału... — odwrócił się ku Berry, odkładając słuchawkę. 
Berry  podejrzewała,  że  wie  wszystko  na  temat  wielkiego  finału.  Romantyczna  kolacja, 

zmysłowe  tańce,  wreszcie  ów  wielki  finał:  dużo  namiętnego  seksu.  Zamążpójście  Mildred 
bynajmniej nie uszczęśliwiło Berry, ale było jej w pewien sposób na rękę. Potrzebowała czasu 
do namysłu. 

— 

Cóż, wielki finał musi trochę poczekać. Nie możemy go chyba urządzać w domu pełnym 

ludzi. Jake wyglądał jak zdjęty z krzyża. 

— 

Jesteś  chyba  trochę  zdenerwowany  —  odezwała  się  głosem  pełnym  udawanego 

współczucia. 

— 

Raczej śmiertelnie wystraszony. Nigdy tego dotąd nie robiłem. 

 

Nigdy przedtem nie robił? Myślała, że robili już wszystko. Wszystko, prócz.... 

Chyba nie masz na myśli łańcuchów ani skórzanych rekwizytów?  

 

Pani Fitz przystanęła obok. 

Nie ma lodu! I to ma być przyjęcie?! 

Berry obronnym gestem skrzyżowała ręce na piersiach. 
—  Jake, co do tego finału... ja mam raczej tradycyjne upodobania. 
—> Do licha, teraz i ty wyprowadzasz mnie z równowagi. — Ogarnął wzrokiem kłębowisko 

gości  okupujących  jego  własny  dom.  —  Gdybyśmy  tylko  mogli  znaleźć  jakieś  zaciszne,  miłe 
miejsce... 

Och, nie musimy się aż tak spieszyć, lepiej poczekajmy. 

Aha!  —  Twarz  Jake'a  rozjaśniła  się  w  uśmiechu.  —  Łazienka.  Możemy  to  zrobić  w 

łazience. 

Boże drogi! 

Nim się obejrzała, już zamykał za nimi drzwi na klucz. 
—  Może usiądziesz? — zaproponował. 
Berry spojrzała na jedyne możliwe siedzenie i zaczęła wyłamywać kostki palców. 

Muszę? Nie możemy zacząć na stojąco? 

Oczywiście. Tylko pomyślałem, że to może być trochę niezręczne. 

Niezręczne?  To  nie  było  niezręczne,  to  był  czysty  obłęd.  Ten  człowiek  bez  wątpienia  był 

stuknięty i ona też. W przeciwnym razie, po co by tu przyszła? Jake zastanawiał się. 

—  Nie jestem pewien, jak zacząć. 
—  O  Boże!  —  Jak  to  się  stało,  że  ktoś,  kto  ma  zapisaną  w  genach  skandynawską 

racjonalność, mógł zostać skazany przez los na tak absurdalne życie? — Słuchaj, Jake, rzecz 
nie  w  tym,  że  mam  cokolwiek  przeciwko  robieniu  tego  w  łazience.  Pod  prysznicem  było 
wspaniale, ale tutaj... to co innego. Nieco... hm, dziwnie. 

Brwi Jake'a podjechały w górę, a twarz zajaśniała w łobuzerskim uśmiechu. 

Myślisz, że przyprowadziłem cię tu, aby gwałcić twoje ciało? 

Jasne, że nie. To śmieszne. — Przygryzła wargi. — Cóż, tak. 

RS

background image

 

69

Jego oczy połyskiwały figlarnie.  
— Kochanie, ależ ty masz nieprzyzwoite myśli. Policzki Berry zapłonęły.  
— Po kiego diabła mnie tu przywlokłeś? 
—  Żeby się oświadczyć. 
Opuściła przykrywkę sedesu i usiadła. — Mimo wszystko chyba usiądę. 
Jake  wyjął  z  kieszeni  małe  niebieskie  aksamitne  puzderko  i  przyjął  klasyczną  w 

podobnych wypadkach pozycję, przyklękając na jednym kolanie. 

—  Berry, czy zechcesz... 
Rozległo się pukanie do drzwi. 
— Zajęte! — wrzasnął. Otworzył pudełeczko. Za chwilę duży brylant zamigotał na palcu 

Berry.  —Wolałbym  mieć  więcej  czasu,  ale  ktoś  się  niecierpliwi.  Czy  zechcesz  zostać  moją 
żoną?

 

Berry siedziała kompletnie oniemiała i wpatrywała się z niedowierzaniem w pierścionek. 

Gdyby  rzeczywiście  wyszła  za  Jake'a,  któregoś  dnia  ich  dzieci  zapytałyby  ją,  gdzie  się 
zaręczyła,  i  musiałaby  wówczas  odpowiedzieć,  że  stało  się  to,  gdy  siedziała  na  sedesie.  Jej 
matka  zaręczyła  się  na  kościelnym  pikniku.  Siostra  w  wytwornej  restauracji.  Ona, 
Lingonberry Knudsen, zaręczyła się w łazience! 

Jake trącił ją w rękę.  
— Zbyt podniecona, żeby mówić? Dobrze się czujesz? Nie zamierzasz chyba zemdleć? 
Zemdleć? Omdlenie było ostatnią rzeczą, którą by zrobiła. Doszła już do siebie i czuła, że 

wręcz kipi z wściekłości. Zacisnęła pięści. 

Jake odstąpił o krok. — Uff, aleś ty wściekła. 
—  Pewnie, że wściekła. Cholernie dobrze wiesz, że nie chcę wychodzić za mąż. Poza tym, 

były to najgorsze oświadczyny w całej historii oświadczyn od początku świata. 

Przygotowałem  sobie  przemówienie,  ale  jakiś  szacowny  obywatel  koniecznie  chce 

skorzystać z wygódki. Berry podjęła daremną próbę uwolnienia się od pierścionka. 

Nie schodzi! — jęknęła. 

Kręciłaś nim, więc spuchł ci cały palec. 

Za chwilę tobie spuchnie nos. 

Nie chcesz za mnie wyjść? 

Mam swoje plany. 

Ja też. 

Wiem nawet jakie. — Dom, żona, psy, dzieci. 

A twoje plany wykluczają te sprawy? 

Nie, ale... 

Pocałował ją w nos. — Czyli nie ma żadnego problemu. 

Nie ma? Po pierwsze — odliczała na palcach — wybrałeś zupełnie nieodpowiedni czas. 

Po drugie, co z miłością? 

Kochasz mnie? 

Przełknęła  ślinę.  Jake  postawił  ją  w  trudnej  sytuacji.  Pewnie,  że  kochała  tego  wielkiego 

naiwniaka.  W  przeciwnym  razie  nie  byłaby  tak  wściekła.  Gdyby  go  nie  kochała,  potrafiłaby 
uśmiechnąć  się  i  z  wdziękiem  odrzucić  propozycję,  doceniając  komizm  całej  sytuacji.  Ale 
kochała  go  i  była  wściekła,  bo  zmuszał  ją,  by  radykalnie  zmieniła  plany,  porzuciła 
dotychczasowy  tryb  życia.  Jakim  prawem  ładował  się  w  jej  życie  i  niszczył  wszystko,  co 
osiągnęła?! A co, jeśli się okaże, że potrzebował jej tylko do realizacji ostatniego punktu jego 
listy — dzieci? 

A ty mnie kochasz? 

Ja pytałem pierwszy. 

RS

background image

 

70

Berry  bez  słowa  przymrużyła  oczy,  a  Jake  zamknął  ją  w  uścisku  i  pocałował  w  czubek 

głowy. —Oczywiście, że cię kocham. — Choć ton jego głosu odzwierciedlał całą głębię uczuć, 
Berry  uznała  to  stwierdzenie  za  kolejny  z  genialnych  dowcipów.  W  innych  okolicznościach 
czułaby  się  z  pewnością  wzruszona,  lecz  w  tym  szczególnym  otoczeniu...  Oczekiwała 
romantycznych  uczuć,  a  tę  sprawę  bez  wątpienia  trudno  było  do  nich  zaliczyć.  Myślała  o 
przyszłości. Nie miała cienia ochoty na drugie, obliczone na cztery lata, małżeństwo. Kolejny 
mąż winien być mądrzej wybrany. 

Powinien wystarczyć na zawsze. 
Pukanie do drzwi powtórzyło się. 
Jake otworzył, wpuszczając pulchną, siwowłosą damę. 

Przepraszam, że byliśmy tak długo. 

Wielkie nieba! — wykrzyknęła niewiasta, głośno łapiąc oddech. Z wyraźną dezaprobata 

obrzuciła wzrokiem Berry, po czym zatrzasnęła drzwi. 

Berry poczuła, że robi się jej gorąco. 
—  Ona myślała... 
W tym momencie wyrosła przed nimi pani Fitz, wymachując karcąco palcem. 
— 

Widziałam, jak wychodziliście razem z łazienki. Coście, u diabła, robili w środku?  

 

Jake podniósł w górę dłoń Berry, żeby pokazać pierścionek. 

— 

Zaręczyliśmy się. 

To cudownie! — wykrzyknęła pani Fitz, tuląc do piersi pulchne dłonie.  

 

Berry wyrwała się Jake'owi. 

W rzeczywistości tylko mówiliśmy o zaręczynach. Nie sądzę... 

Słuchajcie! — krzyknęła pani Fitz. - Berry i Jake zaręczyli się! 

Ładna brunetka wyciągnęła ku Berry rękę. — Jestem Penny, siostra Jake'a. Boże, co za 

szczęście. Myślałam już, że nigdy się nie zakocha. 

Doprawdy?  —  Berry  miała  ochotę  wymierzyć  sobie  osobiście  kopniaka  za  to 

uszczęśliwienie, które wręcz tryskało z jej głosu. Nie zamierzała okazywać zadowolenia, wręcz 
przeciwnie, zamierzała poinformować Penny, że wcale nie są zaręczeni. Cholera. 

Cała  rodzina  próbowała  wyszukać  mu  dziewczynę  —  Penny  uśmiechnęła  się  do 

starszego  brata.  —  Ale  nic  z  tego  nie  wynikało.  Jake  zawsze  powtarzał,  że  sam  będzie 
wiedział, kiedy pojawi się ta właściwa. 

Jake objął Berry.  
— To prawda — potwierdził. — Zawsze tak mówiłem. 
Berry  zerknęła  nań  z  ukosa.  Hmm.  Punkt  dla  Jake'a  Sawyera.  Okoliczności  istotnie 

wybrał  sobie  niecodzienne. Przyjrzała  się pięknemu  pierścionkowi  czując,  że coś dzieje  się  z 
jej  żołądkiem.  To  nie  jest  typowa  reakcja,  pomyślała.  Zaręczyny  nie  powinny  wywoływać 
mdłości. 

 
 
 

Berry  stała  w  progu  i  obserwowała,  jak  ostatnie  rzeczy  Mildred  znikały  w 
furgonetce. Pomachała ręką. 
— Do widzenia, Mildred — wyszeptała.  
Jake ogarnął ją ramieniem. 

—  Dlaczego taka smutna? Mildred i Billowi będzie ze sobą dobrze. 

Berry  wzruszyła  ramionami.  Nie  wiedziała  dlaczego  jest  smutna,  a  na  dodatek  była 

przekonaną  że  jedynie  krok  dzieli  ją  od  łez.  Pani  Dugan  wyjechała.  Teraz  odjeżdża  Mildred. 
Nowa rodzina Berry rozpadła się. Była osamotniona 

RS

background image

 

71

Myślisz, że jestem zupełnie głupia, co? 

Tak. — Jake trzymał ją tuż przy sobie, dotykając policzkiem kręconych włosów. 

—  Wiem, że kiedy przyjadą z podróży poślubnej, będą oboje pracować w pizzerii, a pani 

Dugan za tydzień wraca. Na dodatek jestem zaręczona. 

—  Mówisz o tym, jak o wizycie u dentysty. 
Berry spojrzała mu prosto w oczy.  
—- Nie chciałabym, żebyś wziął to do siebie, ale nie cierpię być zaręczona. To doprowadza 

mój żołądek do rozstroju. 

Jake groźnie zmarszczył czoło. — Nie chciałabyś, abym brał to do siebie? — powtórzył. 
—  Przez całą noc nie zmrużyłam oka. Leżałam i myślałam o psie, domu, pierścionku... o 

tobie. Czuję się tak, jakby spełniły się wszystkie moje marzenia, wszystko czego kiedykolwiek 
chciałam, zostało mi nagle rzucone do stóp. 

Więc na czym polega problem? 

Ilekroć spojrzę na pierścionek, dostaję mdłości. 

Może jesteś przeziębiona? 

A może mój żołądek jest mądrzejszy i próbuje dać mi coś do zrozumienia. Jake wygiął 

usta w krzywym uśmiechu. — Mówisz serio? 

Sądzisz, że zwariowałam, hę? 

Istotnie,  określenie  głupia  gęś  przemknęło  mi  przez  głowę.  Berry  nerwowo  kręciła  na 

palcu pierścionek. 

Nie słuchaj żołądka. Żołądki są głupie z natury. 

Uwagę Berry przyciągnęło długonogie, przemykające przez trawnik kociątko. 
—  Gdyby nie kot... 
W tym momencie pojawiła się pani Fitz. 
—  Gdzie  jest  ten  nieszczęsny  pies?  Chyba  zrobię  z  niego  befsztyki.  Zobacz,  co 

narozrabiał.  —Machnęła  ku  Berry  kawałkiem  poszarpanej,  brązowej  skóry.  —  To  przeklęte 
zwierzę  zeżarło  mój  portfel.  Nie  będę  mieszkać  w  tym  domu  ani  chwili  dłużej.  Na  szczęście, 
mam własne plany. 

Berry uniosła brwi.  
— Plany? 

Harry  zaraz  będzie  —  promieniała  pani  Fitz.  —  Pożyczył  od  syna  na  tydzień  motor  i 

jedziemy obejrzeć Wielki Kanion. Nigdy tam nie byłam. Martwiłam się, bo zostałabyś sama w 
pizzerii,  ale  Jake  powiedział,  że  wszystko  w  porządku.  Stwierdził,  że  we  dwójkę  doskonale 
sobie dacie radę. 

Jake wiedział? 

Pani Fitz omówiła ze mną sprawę dziś rano, kiedy brałaś prysznic. Wiedziałem, że nie 

staniesz jej na drodze do Wielkiego Kanionu. 

—  Nie, jasne, że nie, ale co z lunchami? Sama nie dam rady, a ty będziesz uczył. 
Jake otworzył drzwi, by wpuścić do domu nieco świeżego powietrza.  
— Moja nauczycielska kariera została raptownie ucięta. Pani Newfarmer poczuła się już 

lepiej i w poniedziałek wraca do swojej klasy. 

Berry ujęła się pod boki  
— Nikt mi nigdy nic nie mówi. Dlaczego zawsze dowiaduję się o wszystkim ostatnia? 
Pani  Fitz  odpowiedziała,  sznurując  usta:  —  Dlatego,  że  przesiadujesz  albo  z  nosem  w 

książce, albo z rękę w lodówce. A w wolnych chwilach tkwisz pod prysznicem. Jeszcze nigdy 
nie widziałam, żeby ktoś tak często brał prysznic. To cud, że nie wyrosły ci jeszcze płetwy. 

Odpoczywam pod prysznicem. Jake spojrzał na nią spod oka. 

Czasem ja też. 

RS

background image

 

72

Rozległ się klakson i pani Fitz szybko wspięła się na schody.  
— To Harry. Powiedzcie mu, że zejdę natychmiast, jak się tylko spakuję. 
Berry mocno ujęła Jake'a za rękę. — Pani Fitz odjeżdża! Zrób coś. 
—  Proponowałem

,

 że zniosę bagaż, ale odparła, że podróżuje tylko z podręcznym. 

Berry  odchrząknęła  z  rozdrażnieniem.  —  Nie  mówię  o  bagażu,  mówię  o  pani  Fitz  oraz 

Harrym. Musimy ich powstrzymać. 

—  Dlaczego? 
—  Ponieważ... — Berry przygryzła wargi. — Dlaczego? Jest wiele ważnych przyczyn. Są 

starzy. A jeśli pani Fitz zapomni o lekarstwach na ciśnienie? A jeśli nie będzie mogła dostać 
nigdzie naparu z suszonych śliwek? 

—  Mówisz jak matka, oczekująca powrotu syna z pierwszej randki. 
—  Do  diabła.  —  Przysiadła  na  najniższym  stopniu  schodów,  opierając  łokcie  na 

kolanach, a brodę na rękach. O co jej naprawdę chodzi? O to, że nie chce mieszkać z Jake'em 
w tym wspaniałym domu. Wydarzenia biegną zbyt szybko. W jednej chwili dostarcza pizzę dla 
Quasimodo,  a  po  trzech  tygodniach okazuje się,  że  jest  zaręczona.  Żołądek  podpowiadał jej, 
by  zdjęła  pierścionek,  ale  nie  mogła.  —  Siedział  na  palcu  jak  wrośnięty.  Wrośnięty  w 
opuchnięty palec i porażone miłością serce. Cóż za kłopotliwa sytuacja. 

Pani Fitz, w dżinsach, z plecakiem, przeszła po schodach obok Berry.  
— Jak wam się podobam? Harry wytrzasnął skądś te łachy. Niezłe, co? 
Harry pomachał im, pani Fitz uścisnęła Berry. — O rany, to będzie fantastyczne. Harry i 

ja zamierzamy żyć w grzechu i napawać się widokami Wielkiego Kanionu. To dopiero coś! 

Berry odprowadziła panią Fitz i stała w progu, przyglądając się, jak motor znika w oddali.  
— Kiedy dorosnę, chcę być podobna do pani Fitz. 
Jake wybuchnął głośnym śmiechem, odrzucając w tył głowę. — Najbardziej mi się podoba 

życie w grzechu! 

Wtem spojrzeli na siebie zdziwieni. Z głębi mieszkania dobiegł odgłos tłuczonego szkła. Po 

kolejnym brzęku z sutereny wypadł uciekający szczeniak i obaj z kotem rzucili się w stronę 
Berry oraz Jake'a. Jake chwycił Jane i wniósł ją do domu. — Na Boga, czyżbym nie zamknął 
tego psa w kuchni? 

Zaskoczona  Berry  wpatrywała  się  w  pogryzione  kawałki  drewna.  —  Wygryzła  sobie 

wyjście. Uff, co to za odór? 

—  Nic nie czuję — odezwał się Jake wyjątkowo niepewnym głosem. 
—  Chyba żartujesz? Tak śmierdzi, że zaraz chyba farba zacznie odpadać od ścian. Tak 

śmierdzi... jak moje mieszkanie. 

—  Niemożliwe. 
—  Wszędzie  rozpoznam  ten  odór.  Zupełnie  jak  rozkładająca  się  w  szafce  ryba.  —  Po 

chwilowym  zaskoczeniu  umysł  Berry  znowu  zaczął  pracować.  Zasłaniając  ścierką  nos, 
podeszła do drzwi sutereny.— Ten zapach wydobywa się z twego laboratorium. 

Jake  zabrał  jej  ścierkę  z  ponurą  determinacją.  —  Zejdę  na  dół  i  zbadam  rozmiary 

zniszczeń.  —  Po  paru  chwilach  wbiegł  z  powrotem  i  zatrzasnął  za  sobą  drzwi,  oddychając 
pełną piersią. Na jego twarzy widniał dość głupi uśmiech na poły zaambarasowanego chłopca, 
na poły zawstydzonego pirata. 

—  Wygląda  na  to,  że  zwierzaki  ganiały  się  tam  w  kółko  i  rozbiły  parę  zlewek.  Nic 

takiego,  tyle  że  dom  będzie  parę  dni  śmierdział  jak  zdechły  świstak.  Nawet  jeśli  wyłączę 
wentylację i pozamykam drzwi, opary przenikną na wyższe piętra. 

Berry zacisnęła zęby i wymaszerowała z domu. Długo to trwało, ale wreszcie dopasowała 

do  siebie  wszystkie  kawałki  łamigłówki.  Ten  smród  miał  ją  powstrzymać  od  powrotu  do 
własnego mieszkania... a Jake Sawyer spreparował go w swojej suterenie. 

RS

background image

 

73

—  Jeśli na świecie miałaby istnieć tylko jedna jedyna rzecz, której bym nie tolerowała — 

krzyknęła do niego — to byłby nią podstępny chemik! 

—  Boże, ale jesteś bystra, kiedy wpadasz w złość. 
—  Uff.  —  Palnęła  się  pięścią  w  czoło  i  wskazała  Jane.  —  Zabieraj  swojego  psa.  Ja 

odchodzę. Wracam do mojego uwędzonego mieszkania. 

Oto  dlaczego  nie  należy  wychodzić  za  mężczyznę,  którego  się  zna  raptem  dwa  tygodnie, 

pomyślała. 

Może  okazać  się  podłym  osobnikiem.  Oszustem  bez  skrupułów.  Manipulantem.  Może 

zrobić z człowieka kompletnego osła. 

Pobiegła w dół Ellenburg Drive wznosząc ręce ku niebu i wykrzykując z euforią:  
— O Boże, jak mogłam być tak naiwna? Jak mogłam się nabrać na jego namydlone palce 

i ogłupiające pocałunki! Zjeżdżaj! — wrzasnęła, słysząc za plecami klakson auta. 

—  Może podwieźć? 
—  NIE!  —  Nie  odwracała  głowy,  lecz  wiedziała,  że  auto  wlecze  się  za  nią.  W  końcu 

jednak straciła cierpliwość. — Dlaczego za mną jedziesz? 

Jake pomachał przez okno torebką. — Zapomniałaś kluczy. Dlaczego się tak wściekasz? 

Oszukałeś mnie! 

Tylko  trochę.  Zaraz  po  pożarze  twoje  mieszkanie  samo  z  siebie  nie  pachniało 

najpiękniej. 

—  Prawdopodobnie  oszukiwałeś  mnie  przy  paru  okazjach.  Niewątpliwie  masz  gdzieś 

żonę. I dzieci. I więcej psów. 

—  Wrr!  —  Calamity  siedziała  niczym  Król  Gór  na  stercie  ubrań  piętrzących  się  z  tyłu 

furgonetki. Z rosnącym niepokojem Berry przyjrzała się psu i ciuchom. — Co to za rzeczy? 

Jake uśmiechnął się uprzejmie. — Nasze ubrania. Zabieram je do ciebie. Pomyślałem, że 

skoro mój dom nie nadaje się do zamieszkania, zostaniemy przez jakiś czas nad pizzerią. 

My? To znaczy ty, ja i pies? Zwariowałeś? 

Możliwe. Wsiadaj. 

Berry  gwałtownie  szarpnęła  drzwiczki  i  wsiadła.  Złapała  torebkę,  przyciskając  ją  do 

piersi.  Jej  usta  zwarły  się  w  wąską  linię,  a  oczy  wpatrywały  się  przed  siebie  bez  jednego 
mrugnięcia. 

Nie możesz u mnie zostać. 

Dlaczego? 

Dlatego. To by nie było właściwe.  

 

Jake prychnął drwiąco. 

Berry zmrużyła oczy.  
—  Nie  zamierzam  stawać  się  przystanią  dla  mężczyzny,  który  wydaje  ironiczne  dźwięki, 

podczas gdy ja staram się odpowiadać na pytanie. 

—  Przystań. Podoba  mi  się  to  określenie.  Zupełnie  jakbym  dotarł do  zacisznego portu. 

Berry  ze  stoickim  spokojem  podniosła  głowę.  —  Oto  reakcja  typowa  dla  maniaka 
seksualnego. 

Maniak seksualny? Ja? — Wydął wargi, lecz już za chwilę rozciągnął je w uśmiechu. — 

To duża sprawa, dziękuję. 

To nie był komplement — warknęła. — Ale sądzę, że trudno jest zrozumieć cokolwiek, 

jeśli ma się tylko jedno na myśli. 

Jake,  nie  racząc  nawet  odpowiedzieć,  zaparkował  pod  pizzerią  i  sięgnął  w  tył,  żeby 

wypuścić Calamity Jane. 

Dlaczego nie możesz mieszkać u siostry? 

Jest uczulona na psy. Dostaje wysypki i astmy. 

RS

background image

 

74

Daję ci maksimum trzy dni. Moje warunki są następujące: śpisz w living roomie i nie 

odzywasz się do mnie. 

—  Załatwione — wyszeptał do psa, poruszając brwiami. — Nic nie powiedziała o mojej 

aktywności maniaka seksualnego. 

Berry  stała  przy  zlewie  myjąc  zawzięcie  ręce,  ale  pierścionek  nie  chciał  zejść.  Doszła 

przed  momentem  do  wniosku,  że  musi  się  od  niego  uwolnić.  Zaręczyny  i  szczeniaki  są 
piekłem dla hormonów. 

Mydło  nie  skutkowało,  zaczęła  więc  gorączkowo  przetrząsać  lodówkę  w  poszukiwaniu 

masła. Jajka, jogurt, kantalupa. Żadnego masła. Zajrzała do szafki i znalazła butelkę oleju. 

Jake spojrzał z zainteresowaniem. — Olej? 

Nie podniecaj się. 

Oliwisz palce? 

—  Palec z pierścionkiem. — Popchnęła silnie od dołu śliską obrączkę, która wystrzeliła 

w powietrze jak korek z butelki szampana. 

Jake śledził lot brylantowego cacka oraz upadek na puszysty dywan. 
— Zbyt mały? 
—  Zbyt przedwczesny. Nie jestem gotowa do zaręczyn. 
Jego  głos  był  równie  miękki  jak  dotknięcie.  Sięgnął  ręką,  głaszcząc  włosy  Berry, 

przesuwając  palcami  po  jej  szyi.  —  Jesteś  gotowa  do  wszystkiego...  do  dawania  miłości,  do 
przyjmowania, do posiadania szczeniaków. Berry szeroko otworzyła oczy. — Dobry Boże! Jane 
właśnie zjadła pierścionek! Jake sceptycznie popatrzył na małego psa. — To niemożliwe. 

—  Widziałam, jak Boga kocham. Połknęła brylant! 
—  Jane, ty psi koszu na śmieci — mamrotał Jake, stając na kolana i macając ręką po 

dywanie. —Powiedz, że nie zjadłaś tego drogiego, niestrawnego pierścionka. 

—  O Boże, co z nią będzie? — Berry troskliwie kołysała w objęciach tłustego szczeniaka. 

—  Wydobrzeje?  A  może  umrze?  Psy  nie  powinny  jeść  pierścionków,  prawda?  Tuż  za  rogiem 
jest klinika weterynaryjna. 

Gdy  Jake  otworzył  drzwi  prowadzące  do  pustej,  jasno  oświetlonej  poczekalni, 

recepcjonistka uśmiechnęła się do nich sponad maszyny do pisania. 

W niedziele nie przyjmujemy. Tylko w nagłych wypadkach. Czy to nagły wypadek? 

Szczeniak chyba zjadł pierścionek. Duży, cenny pierścionek. Recepcjonistka z sympatią 

skinęła  głową.  —  To  może  być  pilne.  Podała  Jake'owi  kartę  do  wypełnienia.  —  Poproszę 
doktora Pruetta. 

—  Mam nadzieję, że Pruett zna się na rzeczy — szepnęła Berry. — Może powinniśmy z 

nią iść do specjalisty? 

Najlepiej  do  jubilera.  —  Jake  otoczył  ramieniem  Berry.  —  Kochanie,  wszystko  będzie 

dobrze. 

Wiem. 

Recepcjonistka pomachała im z głębi hallu.  
— Pan i pani Sawyer, proszę wejść z Jane do gabinetu numer dwa. Doktor Pruett zaraz 

przyjdzie. 

Berry chciała ją poprawić, ale rozmyśliła się. Pani Sawyer, Berry Sawyer. To nawet nieźle 

brzmiało. Dojrzała uśmiech Jake'a i zacisnęła zęby. Panie Boże, ten człowiek jest niemożliwy. 
Nie przepuści żadnej okazji, a niech go diabli. 

Doktor  Pruett  okazał  się  niskim  otyłym  mężczyzną  z  rzednącymi  włosami  i  wielką 

miłością do szczeniaków. Podrapał Jane w szyję podczas mierzenia temperatury i opowiedział 
jej psi dowcip podczas  badania  zębów. — Jest  zupełnie  zdrowa —  zawyrokował wreszcie.  — 

RS

background image

 

75

Oczywiście, jeśli założymy, że w głębinie jej żołądka nie znajduje się pewien brylant. Idę z nią 
na prześwietlenie, zaraz wrócimy —oznajmił, pakując sobie psa pod pachę. 

Powrócił  po  dziesięciu  minutach  i  z  dumą  pokazał  rentgenowskie  klisze.  —  Mamy  go! 

Pierścionek utkwił w żołądku. — Zwrócił się do Jake'a. — Wszystko świadczy o tym, że jest 
pan zaręczony z cockerspanielem. 

Berry złapała Jake'a za rękę.  
— Czy trzeba ją operować? 
Doktor Pruett pogładził lśniące czarne uszy.  
— Są duże szanse, że sama sobie z tym poradzi. Możecie państwo zostawić Jane na dzień 

czy  dwa.  Napoimy  ją  niewielką  ilością  rycyny  i  będziemy  bacznie  obserwować.  Berry,  jak 
odrętwiała, skinęła potakująco głową. — Zadzwoni pan do nas, jeśli cokolwiek się... wydarzy? 

 
BĘC. Berry cisnęła kawał ciasta na stół i rąbnęła weń pięścią. 
—  Nie jesteś zbyt duża, ale z pewnością możesz kogoś sprać — ocenił Jake obserwując 

kątem oka jej poczynania. 

TRACH. Berry łomotnęła wałkiem do ciasta.  
— W ten sposób pozbywam się frustracji. 
—  Musisz być istotnie sfrustrowana. Cały dzień walisz w ciasto. — Nachylił się ku niej. 

— Chcesz wiedzieć, w jaki sposób ja pozbywam się moich frustracji? 

Nie! 

Czy twoje frustracje mają podłoże natury fizycznej? 

Nie! 

W jego głosie zabrzmiały miękkie nuty.  
— Chcesz o tym pomówić? 
Berry westchnęła. Odgarnęła włosy za uszy, pozostawiając na zarumienionych policzkach 

białe smugi mąki. — Nie. 

Jake wsparł się o kontuar.  
—  Nie  lubię  psuć  ci  przyjemności,  ale  jest  dziesiąta.  W  ciągu  ostatnich  trzech  godzin 

mieliśmy  trzech  klientów,  a  upieczonego  ciasta  na  pizze  starczyłoby  ci  na  cały  listopad.  Co 
byś powiedziała na stwierdzenie, iż jest późno? 

Berry uniosła wzrok sponad swego placka.  
— Już dziesiąta? 
Gładki głos Jake'a brzmiał żartobliwie wyzywająco.  
— Gdybym nie wiedział, mógłbym sądzić, że unikasz pójścia ze mną do łóżka. 
—  Absurd  — odparła, wycierając  ręce  w  fartuch  i  wojowniczo  zadzierając  nos.  — Poza 

tym wcale nie mam zamiaru iść z tobą do łóżka. Śpimy oddzielnie. Ja zamykam drzwi mojej 
sypialni i idę spać. Ty śpisz... gdzie indziej. 

—  Ale gdzie mogę spać poza twoją sypialnią? Nie mam nawet kanapy. 
—  Twoja sprawa. — Panie Boże, czuła się jak świnia. Przez cały dzień Jake był dla niej 

milszy  niż  kiedykolwiek.  Goją  kusiło,  żeby  tak  go  traktować.  Musiała  być  szurnięta.  Żadna 
kobieta przy zdrowych zmysłach nie odrzucałaby Jake'a Sawyera. 

Zamknęła  drzwi  pizzerii  na  klucz,  wieszając  tabliczkę  z  napisem  ZAMKNIĘTE.  W  myśli 

dokonywała przeglądu pościeli. Miała zapasowe prześcieradło oraz koc. Cała reszta została u 
Jake'a. Weszli po schodach, pociągając nosami. 

—  Sympatycznie pachnie — stwierdził Jake. — Świeżą pizzą. 
—  To nie twoja zasługa — ucięła krótko. 
Twarz mu się ściągnęła. Zacisnął usta, aż zadrżały mięśnie na policzku.  
— Masz jakiś wolny koc? 

RS

background image

 

76

Berry  podeszła  do  świeżo  odmalowanej  bieliźniarki,  a  następnie  wręczyła  Jake'owi 

prześcieradło  i  niemal  do  cna  przetarty  niebieski  koc.  —  Przykro  mi,  nie  mam  lepszego.  — 
Posłyszała,  że  niebezpiecznie  łamie  się  jej  głos,  i  odwróciła  się  szybko,  nim  zdołał  dostrzec 
napływające jej do oczu łzy. Wyprostowała ramiona, po czym energicznym krokiem ruszyła do 
sypialni, zamykając za sobą drzwi. 

Rzuciła  się  na  łóżko,  tłumiąc  łkanie  w  poduszce.  Dlaczego  miłość  tak  bardzo 

komplikowała jej życie? Zawsze uważała siebie za osobę, która łatwo potrafi się przystosować 
i  nosi  serce  na  dłoni.  Karmiła  przecież  bezdomne  psy,  opiekowała  się  staruszkami,  a  także 
porzuconymi kotami. 

Teraz,  zupełnie  nagle,  zrobiła  się  zamknięta  w  sobie.  Bała  się  miłości.  Najgorsze,  że 

zachowywała  się  podle  wobec  Jake'a.  Przez  ułamek  sekundy,  kiedy  wręczała  mu  koc, 
dostrzegła na jego twarzy skurcz bólu, wywołany jej sposobem postępowania. 

Gdy w sąsiednim pokoju zgasło światło, Berry otworzyła drzwi i spojrzała na Jake'a. Spał 

na  podłodze,  na  plecach,  z  ramieniem  podłożonym  pod  głowę.  Księżycowe  światło  srebrzyło 
jego  twarz  i  zarysy  ciała  widocznego  pod  cienkim  kocem.  Potrząsnęła  głową.  I  to  ma  być 
odpowiednie  traktowanie  kochanego  mężczyzny?  Zdjęła  kapę  ze  swego  łóżka  i  okryła 
starannie Jake'a. 

Rano wstanie wcześnie i przygotuje mu naleśniki. Powinna też z nim porozmawiać. Dotąd 

nie  czuła  się  gotowa,  lecz  teraz  wszystko  stało  się  proste.  Obawiała  się  fiaska,  lękała 
przegranej.  Małżeństwo  umieszczała  zawsze  na  końcu  swojego  planu,  żeby  nie  wygłupić  się 
wcześniej,  niż  to  nie  okaże  się  absolutnie  konieczne.  Cóż  to  za  plan,  zapytała  samą  siebie? 
Plan tchórza. 

Wysunęła podbródek i pomaszerowała z powrotem do sypialni. Lingonberry Knudsen nie 

była tchórzem. Jutro przeprowadzi ze sobą poważną rozmowę i uporządkuje ten cały bałagan. 
W następnej kolejności porozmawia z Jake'em. 

 
 
 

Berry otworzyła jedno oko i pociągnęła nosem. Ktoś smażył bekon. O 
piątej rano. Przygładziła włosy, narzuciła na nocną koszulę aksamitny 
szlafrok i zeszła do kuchni. Jake machnął jej na powitanie drewnianą 
łopatką. 

— Co tu robisz, u Boga Ojca? 

Śniadanie. Wiedziałem, że zapach bekonu cię zwabi. 

Jest piąta rano. Nie mogłeś wabić mnie o siódmej, a jeszcze lepiej o ósmej? 

Zapomniałaś, że dziś jest specjalny dzień? 

Ależ  skąd,  świetnie  pamiętam.  —  Jej  urodziny?  Jego  urodziny?  A  może  Narodowe 

Święto Ogórka? Co Jake ma na myśli? 

Tymczasem  Jake  nalał  Berry  filiżankę  kawy  i  postawił  talerz  jajecznicy,  posmarowaną 

masłem bułkę i co najmniej pół kilograma bekonu.  

— Przecież masz dziś egzamin z historii sztuki. 

Boże! Mój egzamin! 

Wiem, że kułaś cały tydzień, a potem miałaś dość burzliwy weekend, więc pomyślałem, 

że z pewnością zechcesz wstać trochę wcześniej i przejrzeć w ostatniej chwili…— Gruby zeszyt 
spoczął przy talerzu Berry. 

Berry poczuła, że jej oczy zaczynają niebezpiecznie wilgotnieć. Jake zerwał się z uwagi na 

jej  egzamin.  Jeśli  trafi  się  na  właściwego  mężczyznę,  pomyślała  marzycielsko,  on  nigdy  nie 

10 

RS

background image

 

77

przeszkodzi kobiecie w realizacji planów. Ich małżeństwo będzie zgodne i udane, bo Jake chce 
pomóc jej w osiągnięciu sukcesu. 

Tymczasem Jake utkwił w niej baczne spojrzenie. — Masz przedziwną minę. Dobrze się 

czujesz? 

—  Świetnie.  Zamierzam  zjeść  w  całości  to  szałowe  śniadanie,  a  następnie  do  godziny 

drugiej gnębić własny mózg. Natomiast, kiedy wrócę z egzaminu... 

Siedzący  naprzeciwko  Jake  grzebał  widelcem  w  swojej  porcji  bekonu.  —  O  ile  dobrze 

wiem, kiedy wrócisz, weźmiesz się za ekonomię. 

Miał rację. Egzamin z ekonomii był wyznaczony na jutrzejszy ranek. Na szczęście w tym 

semestrze nie czekało Berry już nic więcej, a ekonomię da się przełożyć. Fakt, że najdalej na 
środę. 

O dziesiątej zadzwonił telefon. 
—  To  doktor  Pruett  —  zawołał  Jake.  -  Dobre  wiadomości.  Pierścionek  przeszedł  z 

żołądka do kiszek. Już niedługo! 

Berry  zaśmiała  się.  miękkim,  gardłowym  śmiechem.  Wszystko  szło  ku  lepszemu. 

Przeczuwała, że zda śpiewająco historię sztuki, i doprawdy, nie wiedziała, po co zawraca sobie 
głowę powtórką materiału.  

—Mówisz,  jak  ojciec,  który  czeka,  aż  jego  spaniel  urodzi  zdrowy  pierścionek  z 

dwukaratowym brylantem. 

Jake ze zdziwieniem podniósł głowę.  
—  Gdyby  mi  ktoś  powiedział  dwa  miesiące  temu,  że  będę  się  zamartwiał  o  psa, 

stwierdziłbym, że oszalał. 

—  Pies będzie zdrowy, zobaczysz. 
—  Dziwne  rzeczy  się dzieją  — Jake  nie  spuszczał  z  Berry wzroku.  —  Wieczorem  ja  się 

tak zachowywałem. Teraz ty... 

Bo świetnie się czuję. Nie każdy może zdobywać laury, a równocześnie być potentatem 

pizzy. 

No tak, to dla ciebie istotne: być potentatem, co? 

Berry  wetknęła  nos  w książkę.  —  Niezupełnie.  Właściwie  mam  w  nosie  pizzę  jako  taką. 

Chodzi mi o sukces. 

—  Też mam w nosie pizzę — odezwał się po chwili milczenia Jake, kiwając głową, jakby 

wtórował  w  ten  sposób  własnym  myślom.  Pocałował  Berry  w  czubek  głowy.  —  Niemniej 
jednak  udaję  się  teraz  na  dół  i  będę  pracował,  aż  dostanę  pęcherzy,  żeby  zrealizować 
zamówienia na lunch. Wiesz może, dlaczego? — Miał psotny wyraz oczu. — Ponieważ muszę 
zapłacić cenę. Pozbyłem się twoich pań, żeby szybciej cię upolować, więc muszę teraz ponieść 
konsekwencje zdobywania potentata pizzy. 

Książka  Berry  przecięła  powietrze  i  głośno  rąbnęła  o  ścianę,  ale  Jake  Sawyer  dał  już 

drapaka na schody. 

 
Berry  pchnęła  drzwi  do  pizzerii  i  podeszła  do  kontuaru,  przy  którym  pracował  Jake.  — 

Jeszcze jedno przezrocze z sielankową szesnastowieczną doskonałością i oczy wyskoczą mi z 
głowy. Jake uśmiechnął się szeroko, wycierając ręce o fartuch. 

Trudny egzamin? 

Nie  wiem.  Zdrętwiał  mi  umysł.  —  Wyciągnęła  ku  niemu  rękę.  —  Nie  mogę  odłożyć 

ołówka. 

—  Biedna  Berry  —  westchnął,  starając  się  powstrzymać  śmiech,  gdy  wyjmował 

spomiędzy jej zaciśniętych palców ołówek. — Dobrze, że masz jeszcze tylko jeden egzamin. 

RS

background image

 

78

—  Istotnie,  dobrze.  —  Uwagę  Berry  przyciągnęło  naraz  dobiegające  z  kąta  restauracji 

skomlenie. — Jane!  

Szczeniak  leżał  w  kojcu.  Na  widok  Berry  zaczął  podrygiwać  z  radości.  Machał  ogonem, 

piszczał i tarzał się po plastykowej wyściółce.

 

Berry podbiegła i przytuliła Jane. — Pamięta mnie. Jest taka mądra — cieszyła się. 
—  Nie tylko mądra, ale i pusta, jeśli wiesz, co chcę powiedzieć — wtrącił Jake. 
—  Dobry  piesek!  —  Berry  wtuliła  policzek  w  jedwabiste,  czarne  ucho.  —  Bardzo 

rozsądnie postąpiłeś... hm, pozbywając się pierścionka. 

Jake postawił sałatkę i hamburgera na stoliku tuż przy kojcu.  
—  Chodź  tutaj,  Złotowłosa.  Przygotowałem  ci  coś  do  zjedzenia,  a  potem  możesz  iść  na 

górę i uczyć się dalej. 

Dzięki, umieram z głodu. — Jane powędrowała ponownie do kojca. 

Nie masz już kłopotów z żołądkiem? 

—  Żadnych. Wszystko przeszło, czuję się świetnie, jak nigdy w życiu.  
Jake zesztywniał. — Wspaniale. Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa. 
—  Tak.  —  Chrupała  marchewkę  obserwując,  jak  Jane  przeżuwa  kawałek  smacznego 

mięsa. — Ten kojec to świetny pomysł. 

—  Pożyczyłem od siostry. Należy do osób podtrzymujących stosunki rodzinne. 
Co się dzieje, zastanawiała się Berry. Zupełnie niespodziewanie Jake zaczął zachowywać 

się  jak ktoś kompletnie pomylony.  Zjadła  ostatni  kęs  hamburgera i  sięgnęła  do  miseczki  po 
samotny kawałek brokuła. 

—  Wspaniałe. Chyba siądę teraz do nauki. 
Jake pochylił się nad kawałkiem ciasta. BĘC, rąbnął wałkiem. 
Kilka  godzin  później  uwagę  ślęczącej  nad  książkami  Berry  przyciągnęły  głośne kroki  na 

schodach.  Jake  przechylił  kojec  i  bezceremonialnie  wyrzucił  szczeniaka  na  dywan.  —  Do 
diabła, ten pies nie chce w ogóle siedzieć cicho. 

Berry  zamknęła  książkę  do  ekonomii  i  stanęła  przy  krześle  obok  stołu.  Jake  nadal 

zachowywał  się  jak  pomylony.  Zdecydowała  jednak,  że  bezsensem  byłoby  mieć  jakiekolwiek 
pretensje. Od piątej rano pomagał jej się uczyć, a potem przez dwanaście godzin robił pizzę. 

—  Wrr — warczała Jane, kręcąc się w kółko za własnym ogonem. 
No, ale już wszystko zbliżało się do szczęśliwego końca. Jake będzie mógł odpocząć, ona 

zaopiekuje  się  Jane.  Udowodni  mu,  że  są  w  stanie  wychować  razem  setki  szczeniaków. 
Złapała Jane i pocałowała. 

Czy szczeniak jadł? 

Dostał pizzę pepperoni przed siódmą. 

To nie szkodzi? To znaczy, czy pies nie wymaga teraz szczególnej diety? 

Jake  spochmurniał.  —  W  drodze  specjalnego  traktowania  puściłem  go,  żeby  sobie 

pobiegał, a on zjadł pizzę jakiemuś facetowi, który akurat wyszedł do toalety. 

Och, cholera. 

Zjadł nawet jego serwetkę. 

Jest jeszcze coś, co powinnam wiedzieć? Co z jego żołądkiem? 

W porządku. A co z twoim? 

Wyraźnie nie chciał rozmawiać o psie, 

Świetnie. 

Hm. — Osunął się na stołek i zajął gazetą. 

Berry obrzuciła go wzrokiem. Czuła, że serce rwie jej się na strzępy. Boże, jak go kochała. 

Allan  zachowywał  się  jak  współlokator,  natomiast  Jake  był  przyjacielem,  kochankiem, 

RS

background image

 

79

towarzyszem życia. Podskakując z radości poszła do kuchni, żeby napełnić wodą miseczkę dla 
szczeniaka. 

Jake zerknął sponad gazety na jej błazeństwa. 

Nie jesteś zmęczony? Nie chcesz pójść do łóżka? — zapytała z nadzieją w głosie. 

Chciałbym przedtem przeczytać gazetę. 

Dobrze.  Zdąży  się  przygotować.  Zapowiada  się  pełna  niespodzianek  noc.  Najpierw 

prysznic. Uśmiechnęła się i zrobiła w łazience mały streaptease dla samej siebie. — La-la — 
nuciła szeptem ciskając w tył bluzkę. — Tam-da-da-tam. Zrzuciła dżinsy. A teraz wielki finał. 
—  Bam-bara-bam.  Dokonała  efektownego  wyjścia  z  majtek.  Woda  kaskadami  spłynęła  na 
plecy Berry, omywając ciepłymi strumieniami brzuch oraz długie nogi. Z czcią wzięła do ręki 
nowy  kawałek  mydła.  Pomyśleć,  że  przez  wszystkie  ubiegłe  lata  brała  prysznic  tylko  po  to, 
żeby  się  umyć.  Namydliła  się  starannie  wyobrażając  sobie,  że  to  ręce  Jake'a  rozprowadzają 
śliską  pianę  po  jej  plecach  i  ramionach,  po  delikatnych  piersiach.  Gdy  dotknęła  kępki 
kręconych  włosków, które  kryły  intymne  miejsca,  uczuła  nagły  przypływ  rozkoszy  namyśl  o 
poszukujących  ustach  Jake'a  i  jego  natarczywych  palcach.  Ucieszona  własną  śmiałością, 
stała dłuższy czas pod tryskającą wodą, rozkoszując się świadomością kobiety, która wie, że 
jest kochana. 

Gdy poczuła, że jest już zupełnie gotowa, wyszła spod prysznica. Potrząsnęła głową, żeby 

przeschły jej włosy. Uperfumowała odrobinę piersi, a za moment, wiedziona impulsem nie do 
odparcia, roztarta dodatkową kroplę perfum w strategicznym miejscu. 

Boże, Berry, to takie... nieprzyzwoite! 
Nałożyła  przejrzystą  czarną  koszulkę  i  obejrzała  siew  lustrze.  Wyglądała  dekadencko. 

Zdecydowanie  dekadencko.  Śmiały dekolt  odsłaniał  zarysy  piersi,  zaś  rąbek  koszulki  ledwie 
muskał jej pupę. 

—  Może  być.  —  Zaśmiała  się  nerwowo  i  otworzyła  drzwi  do  pogrążonego  w  półmroku 

living  roomu.  Gdy  jej  oczy  przyzwyczaiły  się  do  słabego  światła,  zamrugała  ze  strachu  na 
widok  nieruchomego,  rozciągniętego  na  podłodze  kształtu.  Jake  spał!  Berry  stała  z 
rozchylonymi  ustami,  obserwując  miarowe  wznoszenie  się  i  opadanie  jego  klatki  piersiowej. 
Zwinięty w kłębek szczeniak spał obok, schowany bezpiecznie pod lewym ramieniem Jake'a. 
Do diabła. — Powiedzcie mi, że to nieprawda — wymamrotała.— To musi być żart. 

Ale  nie  był.  Ona  stała  uperfumowana,  a  on  spał.  Co  teraz?  Może  go  obudzić?  Może  się 

pokręcić,  narobić  trochę  hałasu  w  kuchni?  Ale  to  nie  za  bardzo  w  porządku.  Cóż,  zatem  to 
byłoby na tyle dekadencji. 

Cofnęła się do sypialni, wrzuciła grzeszny strzępek nylonu do szafy i naciągnęła znoszoną 

trykotową koszulkę. — Mężczyźni — warknęła, waląc pięścią w poduszkę, która przypominała 
po chwili bezkształtny, biały tobół. Nawet gdyby dożyła stu lat, nigdy nie wiedziałaby, czego 
się  można  spodziewać  po  mężczyźnie.  Właśnie  kiedy  się  w  końcu  decydujesz,  że  go  chcesz, 
cóż  on  robi?  Idzie  spać.  Trudno,  nie  będzie  więcej  seksownych  niespodzianek  dla  Jake'a 
Sawyera:  Nigdy.  Kiedy  następnym  razem  zechce  się  z  nim  kochać,  wystosuje  najpierw 
podanie  i  ustali  termin  na  piśmie.  A  pierwsze,  co  rano  wykona,  to  spali  tę  przeklętą  nocną 
koszulę! 

Okryła się kołdrą po szyję, zgasiła lampkę na nocnym stoliku i ponuro wpatrywała się w 

fosforyzujące  cyfry  zegarka.  Światła  przejeżdżających  aut  omiatały  co  jakiś  czas  zasłony.  — 
Nie  mogę  usnąć  —  jęknęła  Berry,  kiedy  już  zdrapała  lakier  do  paznokci  ze  wskazującego 
palca. — Jestem zbyt podniecona. 

Dobra, spróbujmy metod naukowych. Rozluźnij palce. Rozluźnij kostki. Rozluźnij kolana. 

Rozluźnij uda. Rozluźnij... Nic z tego. 

RS

background image

 

80

Przekręciła  się  na  brzuch  i  wcisnęła  twarz  w  poduszkę.  Musiała  zająć  się  czymś,  co 

pozwoliłoby  jej  nie  myśleć  o  własnym  ciele.  Mogła  martwić  się  o  panią  Fitz,  Pani  Fitz 
pojechała z Harrym. Berry spojrzała na zegarek zastanawiając się, co może robić w tej chwili 
pani  Fitz.  Najprawdopodobniej  jest  w  łóżku.  Z  Harrym.  Cholera!  Przewróciła  się  na  plecy, 
potem  znowu  na  brzuch.  Wreszcie  zaplątała  się  beznadziejnie  w  prześcieradłach.  Wszystko 
przez tego drania, Jake'a. Jak on mógł iść spać, kiedy ona jest w takim stanie. 

Z living roomu dobiegł jakiś hałas, a za chwilę pod drzwiami zabłysła smuga światła. 
—  Co znowu, do diabła? — ryknął Jake. — Och, cholera! 
Berry zastanowiła się moment, nim wysunęła oczywistą konkluzję.  
— Pizza? — zawołała. 
—  To świństwo. Dlaczego ten pies zawsze musi chorować koło mnie? 
Berry  pogratulowała  sobie  w  duchu.  Teraz  Jake  będzie  musiał  wziąć  prysznic  i  znaleźć 

inne miejsce do spania. Wygładziła prześcieradło i poprawiła poduszkę. 

Jake, mamrocząc pod nosem niecenzuralne słowa, wpadł do łazienki jak burza i trzasnął 

drzwiami.  W  parę  minut  później  ukazał  się  z  wilgotnymi  włosami  i  ręcznikiem  jako  tako 
umocowanym wokół bioder. Stanął przy łóżku i spojrzał na Berry. — Potrzebny mi inny koc. 

Berry poruszyła się pod przykryciem. — Ojej — udała zdziwienie — nie mam już żadnego. 

Pościel jest u ciebie. 

Do diabła, nie mogę spać w tamtym pokoju. Jest zimno, twardo mi na podłodze, a na 

dodatek  śmierdzi.  Berry  przemknęło  przez  myśl,  że  Jake  sprawia  wrażenie  wojowniczego 
czterolatka. Jakie to ładne. 

No więc? — zapytał. 

Co: no więc? — odezwał się myśliwy do zdobywcy. 

—  Nie  zamierzasz  proponować  mi,  żebym  spał  tutaj?  Chyba  możesz  się  na  to  zdobyć? 

Ostatecznie to twój pies zachorował. 

A propos mojego psa: gdzie podziewa się to kochane maleństwo? 

Wrzuciłem je do kojca. 

Hmmm. 

Co to znaczy hmmm? 

Berry  umknęła  na  przeciwległy  brzeg  łóżka.  —  Myślę,  że  pies  istotnie  powinien  spać  w 

kojcu. — Położyła rękę na piersi, gdy usłyszała szelest opadającego na podłogę ręcznika. Na 
Boga, ucisz się, moje serce. 

Jake wsunął się pod kołdrę i zwrócił się do Berry. — Słuchaj, Berry. - Westchnął ciężko, 

po czym położył się do niej tyłem. — Diabli nadali. 

Coś tu nie gra, pomyślała Berry. Była w łóżku z nagim mężczyzną, a on odwraca się do 

niej plecami. Rozumiała jego zmęczenie, ale posuwał się za daleko. Zaczynał się zachowywać 
obraźliwie. Zresztą niech go diabli wezmą. Ją też mogą wziąć, a nie będzie się ślinić na widok 
jego  cennego  ciała,  skoro  on  nie  zwraca  cienia  uwagi  na  nią.  Prychnęła,  odsunęła  się, 
obciągając swoją nocną koszulkę, i byle jak poprawiła poduszkę. 

Co ty wyprawiasz, Berry? Trenujesz polkę? 

Nie mogę się ułożyć. Nie przywykłam spać z kimś. 

Nie żartuj. 

Puf. — Berry walnęła go poduszką. 

Jake wyrwał jej poduszkę i wpakował sobie pod głowę. 

Jake'u Sawyerze, oddaj moją poduszkę! 

Posiadanie to dziewięć dziesiątych prawa do własności. Teraz jest moja! 

RS

background image

 

81

Berry  zerwała  z  niego  kołdrę  i  zawinęła  się  nią  jak  w  kokon,  napawając  się  jego 

zaskoczoną  miną.  To  była  gra  dla  dwojga.  Nie  tylko  on  potrafi  zachowywać  się  jak  dziecko. 
Jake chwycił brzeg kołdry i szarpnął, wyrzucając Berry ze środka. 

Hej, posiadanie to dziewięć dziesiątych prawa do własności! 

Tylko wówczas, gdy się jest dużym i silnym jak ja. 

Położył poduszkę na środku łóżka i wskazał palcem. — Ta polowa jest twoja. — Przykrył 

oboje kołdrą. Berry odsunęła się raptownie, gdy Jake mościł się na swojej połowie, i uniosła 
się wsparta na łokciu. 

—  Jake,  to  nie  zdaje  egzaminu.  Nie  mogę  się  położyć,  twoje  ramiona  są  zbyt  dosko..., 

chciałam powiedzieć, że są za szerokie. 

Bez  słowa  każde  odsunęło  się  na  swój  koniec  łóżka.  Leżeli  teraz  plecy  w  plecy.  Berry 

obserwowała  cyferki  przeskakujące  na  elektronicznym  zegarku.  Nadal  nie  mogła  spać. 
Wstrzymała  oddech  i  powolutku  zaczęła  się  obracać.  Gdy  leżała  już  twarzą  do  jego  pleców, 
odetchnęła. Tak było nieporównanie wygodniej. 

Nie  miała  co  zrobić  ze  swoją  ręką,  więc  beztrosko  oplotła  Jake'a  w  pasie.  Jej  policzek 

znajdował się o parę milimetrów od jego szyi. Było coraz wygodniej, tylko ten kąt nachylenia... 
Z  pewnością  uśnie,  jeśli  przysunie  się  odrobinę  bliżej.  Wierciła  się  tak  długo,  aż  dokładnie 
przylgnęła do Jake'a, wpasowana w linię jego pleców. 

Westchnęła, usatysfakcjonowana. — Ach... — ciepła strużka powietrza połaskotała szyję i 

ucho Jake'a. 

Och... 

Pardon — szepnęła, ciężkim od snu głosem. 

Wygodnie ci? — zapytał z wysiłkiem. 

Berry wyciągnęła się nieco, przytulając piersi do jego pleców. 
—  Mhm. A tobie? 
Usłyszała  w  odpowiedzi  niski  jęk  i  poczuła,  jak  napięły  się  mięśnie  jego  pośladków. 

Zmieniła  pozycję;  brzeg  jej  nocnej  koszuli  podwinął  się  przy  tym  ruchu,  obnażając  kępkę 
kręconych  włosków,  —  Jestem  taka  zmęczona,  że  ledwo  widzę  na  oczy.  A  ty?  —  zapytała 
ocierając się o ciemną szczelinę, rozdzielającą drugą spośród najlepszych rzeczy Jake'a. 

—  Wcale  nie  jestem  zmęczony.  Prawdę  mówiąc,  zupełnie  się  rozbudziłem....  z  każdą 

chwilą  coraz  bardziej.  Palce  Berry  beztrosko  osunęły  się  na  brzuch  Jake'a.  —  Może 
potrzebujesz odrobiny relaksu? 

—  Relaksu?  Kiedy  wbijasz  mi  piersi  w  plecy,  a  palec  w  pępek?  -  Westchnął 

zdesperowany i odwrócił się twarzą ku Berry. — Słuchaj, jest coś, co chcę ci powiedzieć. 

Berry  poczuła,  jak  swoją  wezbraną  twardością  toruje  sobie  ukradkiem  drogę  pod  jej 

koszulę.  Przesunęła  dłońmi  po  gładkich  muskularnych  plecach  i  pocałowała  pulsujące 
miejsce  na  szyi.  Kochała  go.  Całym  sercem  i  duszą  i każdym  hormonem  z  osobna.  Kochała 
sposób, w jaki się ekscytował swymi zwariowanymi żywnościowymi wynalazkami, i sposób, w 
jaki  traktował  kobiety.  Umiał  opatrzyć  skaleczenie,  postawić  na  nogi  zdechłe  ego,  zrobić 
wspaniałą pizzę pepperoni i przy pomocy jednego spojrzenia sprawić, że ona, Berry czuła się 
jak konkursowa idiotka. 

—  Też  chcę  ci  coś  powiedzieć.  Po  pierwsze,  zamierzam  się  z  tobą  wściekle  kochać.  — 

Palec Jake'a drażnił naprężoną sutkę. — A po drugie? — Berry przygryzła wargi. Jego kciuk 
prowadził ją ku słodkiemu zapomnieniu. — Po drugie? 

 
 

RS

background image

 

82

Berry niemal mruczała ze szczęścia. To wspaniałe uczucie, budzić się 
w  ramionach  kochanka,  myślała.  Szczególnie,  gdy  kochanek  jest 
prawie mężem i ojcem twych dzieci. W każdym razie przypuszczała, że 
jest  prawie  mężem  i  ojcem  jej  dzieci,  choć  ostatniej  nocy  Jake  nie 

wspomniał o małżeństwie. Gdy zaczęła o tym myśleć, uświadomiła też sobie, że nie zwrócił jej 
pierścionka.  Przytuliła  policzek  do  jego  piersi,  wsłuchując  się  w  bicie  serca.  Czuła  się 
bezpieczna. Na ulicy rozległ się pisk hamulców. 

Jeszcze  jedno!  —  wykrzyknął  znajomy  głos.  —  Ja  nie  chrapię!  To  ty  chrapiesz!  Pani 

Fitz? Berry wyskoczyła z łóżka i podbiegła do okna. 

Co tu robisz, u diabła? Dlaczego nie jesteś w dużym domu? 

Długa  historia.  A  dlaczego  pani  nie  jest  w  drodze  do  Wielkiego  Kanionu?  Pani  Fitz 

machnęła ręką w ślad za odjeżdżającym. 

Próbowałaś żyć kiedykolwiek ze starym mężczyzną? To tak, jakbym straciła siedem lat 

życia.  Prowadzi  jak  maniak.  Siorbie  przy  śniadaniu.  Poza  tym  nie  mogę  znieść  sposobu,  w 
jaki wyciera nos. Po prostu trąbi. Naprawdę, nie trzeba od razu trąbić, kiedy się wyciera nos. 
— Wyłowiła klucze z torebki i wsunęła w drzwi. — Boże, co za rozkosz wrócić do domu. Nie 
mogę się wprost doczekać, kiedy zrobię sobie herbaty. 

Miałem właśnie najstraszniejszy sen pod słońcem — powiedział Jake siadając w łóżku. 

—Wydawało mi się, że usłyszałem, jak pani Fitz mówi, że dobrze być w domu. 

Berry zatoczyła się na ścianę. — To nie był sen. Harry siorbał i trąbił, tak więc pani Fitz 

pozbyła się go. — Wciągnęła dżinsy i włożyła żółtą podkoszulkę. — Zrobię kawy, a ty możesz 
wyprowadzić Jane. 

Starzy faceci — pomrukiwała w kuchni pani Fitz. — Żadnego z nich pożytku. 

Myślałam, że dobrze się wam układa z Harrym. 

Akurat,  dobrze.  Nie  zna  się  naprawdę  żadnego  mężczyzny,  dopóki  nie  siedzi  się 

naprzeciwko niego przy śniadaniu. 

Berry oparła się o blat czekając, aż kawa będzie gotowa. 

Jake podczas śniadania jest wystrzałowy. 

Istotnie, śniadanie z Jake'em może człowieka wykończyć. 

Z ulicy dobiegły jakieś głosy. Berry i pani Fitz spojrzały po sobie i zdziwione, uniosły brwi, 

gdy usłyszały trzask otwieranych drzwi. 

—  Lepiej,  żeby  to  nie  był  Harry.  Skończyłam  z nim  —  oświadczyła  pani  Fitz,  gniewnie 

krzyżując ręce na piersiach. 

Berry pochyliła się do przodu. — To nie Harry. To Mildred i Bill oraz pani Dugan! 

Zatrułam  się  —  wyjaśniła  pani  Dugan,  wieszając  torebkę  na  oparciu  krzesła.  — 

Myślałam, że umrę. Towarzystwo okrętowe bardzo ładnie się zachowało. Położyli mnie na dwa 
dni do szpitala w Vancouver, a następnie odesłali do domu samolotem. Próbowałam dzwonić 
wczoraj wieczorem z lotniska, ale z domu nikt nie odpowiadał, a w pizzerii stale było zajęte. 

Wtedy  zadzwoniła  do  nas  —  uśmiechnęła  się  Mildred.  —  Na  szczęście  wróciliśmy 

wcześniej z podróży poślubnej. — Uściskała panią Dugan. — Opowiedz im o Franku. 

Pani Dugan nalała sobie herbaty. — Zanim zachorowałam, poznałam nadzwyczaj miłego 

mężczyznę. Mieszka o parę domów dalej. Możecie to sobie wyobrazić? 

—  Ma przyjaciół? — zapytała pani Fitz. — Potrzebuję nowego chłopaka. 
Bill  zajadał  bułeczkę. —  Nicky Petrowski będzie  zadowolony, gdy  to  usłyszy.  Widział  cię 

na naszym przyjęciu i wpadłaś mu w oko. 

Pani Fitz spojrzała sceptycznie. — Nicky Petrowski. Czy to ten z tatuażem na czole? 

Nie, tamten nazywa się Bucky Weaver. Brakuje mu paru klepek. Nie sądzę, byś chciała 

z nim chodzić. Nicky to ten, który może dosięgnąć językiem do własnego nosa. 

11 

RS

background image

 

83

Pamiętam. Był bardzo zręczny — powiedziała pani Fitz. 

Berry zerknęła na zegarek i wychyliła filiżankę do dna.  
—  Chciałabym  zostać,  żeby  więcej  usłyszeć  o  języku  Nicky'ego  Petrowskiego,  ale  mam 

egzamin z ekonomii. 

—  Podrzucę cię — powiedział Jake, sięgając po leżące na blacie kluczyki. 
Droga  do  college'u  minęła  spokojnie.  Berry  gapiła  się  na  swój  palec  i  puste  miejsce  po 

pierścionku.  Zastanawiała  się,  czy  nadal  jest  zaręczona.  Bała  się  zapytać.  A  gdyby  Jake 
powiedział; nie? Podniosła lekko brodę. Cóż, zrobiła wszystko, co leżało w jej mocy. Wiedziała, 
że lubił z nią sypiać, ale gdyby ich stosunki miały się na tym zakończyć, powinna z każdym 
dniem  ograniczać  swoje  uczucia.  Tylko  jak  tego  dokonać,  jeśli  ma  fioła  na  jego  punkcie? 
Splotła  ręce.  Czekanie  będzie  bolesne.  Tak  bardzo  chciała  do  niego  należeć  od  razu, 
natychmiast.  Chciała  dzielić  z  nim  głupie  żarty,  milczenie,  podniecenie,  sprawdzanie 
podatków.  Dziecko.  Zwłaszcza  dziecko.  Zacisnęła  usta.  Ironia  polegała  na  tym,  że  w 
momencie,  gdy  ona  zrozumiała  jego  niecierpliwość,  Jake  przyswoił  sobie  jej  wstrzemięźliwy 
tryb postępowania. 

Podjechał teraz do krawężnika i wyłączył silnik. Mięśnie jego twarzy napięły się, kiedy nie 

odrywał wzroku od kierownicy. 

Żołądek Berry zaczął się buntować. Tak, pomyślała. To musi być to. Chce ze mną zerwać. 

To będzie pożegnalny pocałunek. Cześć, Berry, było fajnie. 

—  Berry, muszę ci o czymś powiedzieć... 
Znajdowała  się  na  granicy  mdłości.  Albo  płaczu.  A  może obu  rzeczy  naraz.  Trzymaj  się, 

Berry, nakazała sobie. Nie możesz chorować w wypożyczonym aucie. 

— Jesteś blada jak kreda! Czy to twój żołądek? — zapytał Jake pełnym nadziei głosem, 

kładąc rękę na jej czole. 

Zdawał  się  uszczęśliwiony.  Prawdopodobnie  byłby  w  ekstazie,  gdyby  zachorowała  na 

dezynterię. 

Egzamin. Boję się. 

W takim razie, może lepiej porozmawiajmy później? 

Tak. Później będzie zdecydowanie lepiej. — Najlepiej za dwieście lat. 

 

Berry  zbiegała  po  schodach  radosna  niczym  szczygiełek.  Już  po  wszystkim,  zdała 

śpiewająco  egzaminy.  Jeśli  w  letnim  semestrze  wysłucha  cyklu  wykładów,  znajdzie  się 
jesienią na ostatnim roku. 

Czyjeś  ramię  złapało  ją  za  łokieć.  —  Hej,  dokąd  tak  pędzisz?  Berry  zerknęła  na 

pochylającego się nad nią Jake'a Sawyera. — Koniec. Zdałam. Wiem, że to brzmi głupio, ale 
mam ochotę tańczyć ze szczęścia. 

Mroczna  mina  Jake'a  zniknęła  niczym  zdmuchnięta.  Uśmiech  opromieniający  twarz 

rozjaśnił mu oczy. — Wspaniale. Bardzo się cieszę. 

Berry przycisnęła książki do piersi. — Teraz możemy pomówić. 
—  Chyba tak. — Wsunął ręce do kieszeni i wbił wzrok we własne buty. — Mam dobre 

wiadomości,  mam  również  złe.  —  Rozejrzał  się.  —  Nie  masz  nic  przeciwko  temu,  żebyśmy 
wrócili do domu? Tam się lepiej rozmawia. 

Przytaknęła skinieniem głowy i ruszyła za nim do auta. Cóż, niech będzie, najwyżej mnie 

porzuci.  Tam,  skąd  przybył,  musiał  mieć  mnóstwo  takich  jak  ja.  Potrząsnęła  głową.  Berry, 
Berry,  Berry.  Kogo  starasz  się  oszukać?  Jak  powiedziała  pani  Fitz,  śniadanie  z  Jake'em 
Sawyerem może człowieka wykończyć. 

Gdzie furgonetka? — zapytała, rozglądając się w poszukiwaniu wozu. 

To jedna z dobrych wieści. Kupiłem nowe auto. Co o nim myślisz? 

RS

background image

 

84

To jest twoje nowe auto? Ten czerwony, wystrzałowy wózek? Co to takiego u licha? 

Ferrari. 

Na  Boga,  ferrari.  Wyglądało  tak,  że  James  Bond  powinien  stanowić  jego  standardowe 

wyposażenie.  Berry  wślizgnęła  się  na  miejsce  pasażera.  Kolejny  cios.  To  nie  było  auto  dla 
rodziny. Prawdopodobnie Jake kupił tę cholerną rzecz za pieniądze, które otrzymał ze zwrotu 
pierścionka.  —  Okay,  jedźmy.  Jedźmy  do  domu,  żebym  mogła  wreszcie  usłyszeć  złe 
wiadomości. Nie mogę się już doczekać. Uwielbiam złe wieści. 

Nie podoba ci się auto? — zapytał, włączając się w strumień popołudniowego ruchu. 

Chyba żartujesz? Jak można się nim nie zachwycać? Jest... szykowne. 

Pewnie,  że  go  nie  cierpię,  ty  zatwardziały,  stary  kawalerze,  pomyślała.  Dlaczego  nie 

kupiłeś  czterodrzwiowego  sedana,  w  którym  mógłbyś  zmieścić  dzieci  i  ciężarną  żonę? 
Furgonetka  byłaby  jeszcze  lepsza,  bo  i  psy  by  wlazły.  Skrzyżowała  ramiona  na  piersiach  i 
zagłębiła  się  w  fotelu.  Jutro  wypłacze  sobie  oczy,  a  potem  będzie  walić  w  ciasto,  aż  do 
skrajnego wyczerpania. Nie jest tak źle, powiedziała sobie. Już przez to przechodziłaś. Wiesz, 
jak zreperować złamane serce i nadwyrężone ego. 

Jake zahamował na podjeździe i obrócił w palcach kółko z kluczami. Spojrzał na dom, po 

czym westchnął. — Złe wiadomości... są takie: dom nadal śmierdzi. 

To mają być złe wiadomości? — Berry nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać. Weź 

się w garść, nakazała. Stajesz się histeryczką. 

Wiem, że ten zapach doprowadza cię do furii, więc wpadłem w panikę. Tak bardzo cię 

kocham,  że  utraciłem zdolność  trzeźwego  myślenia.  Wiem  tylko,  że  nie  mogę  bez  ciebie żyć. 
Zmieniłaś  tę  wielką,  pustą  budowlę  w  prawdziwy  dom.  Starczyło,  że  przekroczyłaś  próg,  od 
razu poczułem zapach puddingu i usłyszałem biegające tam i z powrotem po schodach dzieci. 
Wtedy  narodził  się  mój  plan.  Chciałem  mieć  ciebie  u  boku.  I  psa.  O  niczym  więcej  nie 
marzyłem.  Wiem,  że  takie  pospieszne  kupowanie  Jane  było  głupotą,  ale  dla  mnie  stało  się 
symbolem  mojego  zaangażowania.  Sądzę,  iż  w  ten  sposób  zapewniałem  samego  siebie,  że 
wszystko się uda... że na stałe będziesz częścią mojego życia. — Walnął pięścią w kierownicę. 
—  Boże,  może  istotnie  działałem  za  szybko.  Ale  myślałem,  że  kiedy  mnie  bliżej  poznasz,  to 
może...  —  Odwrócił  się  twarzą  ku  Berry  i  drżącymi  palcami  przesunął  po  jej  policzku.  — 
Berry,  kocham  cię  bardziej  niż  własne  życie.  Wiem,  że  mój  pierścionek  przyprawia  cię  o 
mdłości, ale... 

Co? 

Jestem gotów zaczekać. Możemy trochę pomieszkać razem. Bez żadnej presji, po prostu 

dopóki nie poczujesz się gotowa. Obiecuję, że więcej nie wspomnę o pierścionku. Nie musimy 
też  mieć  natychmiast  dzieci.  Możemy  kupić  drugiego  psa.  —  Dostrzegł  przerażenie  na  jej 
twarzy i pospiesznie uniósł ręce. — Okay, żadnych psów! 

Dlatego bez przerwy pytałeś mnie o żołądek? 

Gdy tylko zdjęłaś pierścionek, od razu poczułaś się lepiej. 

Nerwowy uśmieszek Berry zmienił się w zduszony chichot, aż w końcu nie wytrzymała i 

wybuchnęła  salwą  śmiechu.  Objęła  Jake'a  z  całych  sił,  wyciskając  na  jego  ustach  głośnego 
całusa. 

 
Odchyliła głowę i spojrzała mu w oczy, promieniujące bezgraniczną miłością. — Boże, ale 

byłam głupia! — Całowała go powoli, delikatnie, zupełnie jakby mówiła: kocham cię, pragnę i 
chcę za ciebie wyjść. 

Mam  ci  mnóstwo  do  powiedzenia,  ale  najpierw  chcę  się  z  tobą  kochać  w  tym 

wystrzałowym wózku. 

Nie jest zbyt duży. 

RS

background image

 

85

Będzie, kiedy skończę. 

Zmrużył roześmiane oczy. — Miałem na myśli auto. 

Wiem o tym. Zamierzasz kłócić się, czy robić co innego? 

Myślę, że wolę co innego. 

Pół  godziny  później  wyturlali  się  z  auta  na  trawę  i  leżeli  wstrząsani  parkosyzmami 

śmiechu. 

Dopięliśmy swego — sapnęła Berry wygładzając bluzkę. 

Moje plecy już nigdy nie dojdą do siebie. Chyba jestem za stary na wygibasy w aucie. 

Teraz będę mogła mówić, że zwariowałam na punkcie ferrari. — Berry dostała kolejnego 

ataku śmiechu. 

Wieczorem  zamierzam  przygotować  wszystko  jak  należy  —  ściszona  muzyka,  świece, 

atłasowe prześcieradła. 

Brzmi cudownie, tylko za ścianą mamy nasze panie. 

Nie  znasz  reszty  dobrych  wiadomości.  Sprzedałem  część  praw  do  gry  komputerowej, 

którą  wynalazłem  z  myślą  o  moim  wnuku.  A  w  przyszłym  miesiącu  United  Foods  zaczyna 
masową  produkcję  guńku.  Jesteśmy  więc  względnie  bogaci.  Możemy  spać,  gdzie  się  nam 
zamarzy.  W  Juneau,  stolicy  Alaski,  w  Japonii,  w  Wielkim  Kanionie.  —  Patrzył  na  nią 
rozkochanym  wzrokiem.  —  Chcę  tak  ułożyć  nam  życie,  abyś  miała  wygodnie.  Jeśli  chcesz 
kończyć  szkołę  i  zostać  potentatem  pizzy,  to  wspaniale.  Ale  mam  zamiar  cię  również  trochę 
porozpieszczać. 

Berry ujrzała, że Jake sięga do kieszeni dżinsów i wyjmuje coś, co zalśniło w gasnącym 

świetle dnia. 

— Mój pierścionek! 

Wysterylizowałem go i powiększyłem. — Wsunął brylant na palec Berry. — To jest tak 

samo  wiążące,  jak  nasza  ślubna  ceremonia,  Lingonberry  Knudsen.  Obiecuję  kochać  cię 
zawsze i wszędzie, na dobre i na złe, dopóki śmierć nas nie rozłączy. 

Dopóki śmierć nas nie rozłączy — powtórzyła. — Na dobre i na złe. 

RS