background image

Anne-Lise Boge

 
 

Saga Grzech pierworodny

Część 10

Prawda ujawniona

Przełożyła Magdalena Kwiatek-Słoboda

 

Copyright © 2006 Anne-Lise Boge

 
 

background image

Wydarzenia przedstawione w serii powieściowej „Grzech pierworodny" rozgrywają się w  

gospodarstwie należącym do rodziny mojej matki. Dwór, przyroda, postaci i tło kulturowe są 
autentyczne. Chciałabym jednak zaznaczyć, że ani ludzie, ani cala historia opisana w serii nie  
mają żadnego związku z rzeczywistością. To powstało w mojej wyobraźni.

 
 

 Dla Ann-Louis mojego słoneczka. Dziękuję, że jesteś. 

Anne-Lise Boge

 
 
 

ROZDZIAŁ 1.

 
- Sivert, Sivert, wracaj!
Mali usiłowała zatrzymać chłopca, który puścił się biegiem pod górę, ku łąkom. Ale on nie 

słuchał. Nawet nie odwrócił głowy, choć Mali była pewna, że ją słyszy. Westchnęła. 
Popatrzyła w ślad za wysoką, szczupłą sylwetką syna o charakterystycznym sprężystym 
kroku. Jego ojciec poruszał się tak samo. Pamiętała doskonale. Lekko niczym zwinna sarna. 
Sivert miał wiele z ojca; odziedziczył jego regularne rysy, promienny uśmiech i zielonoszare 
oczy z żółtymi plamkami, ciemne, kręcone włosy, które zwijały się w fale i miękko opadały 
na kark, a także gibkie, silne ciało. Nos i usta natomiast odziedziczył po niej. Mimo śniadej 
cery nie przypominał na szczęście cygańskiego dziecka, czego Mali obawiała się najbardziej. 
Gdyby wdał się w ojca, mogłoby to sprowadzić na nich plotki jeszcze gorsze od tych, które 
już krążyły po okolicy, chociaż otwarcie nikt nigdy złego słowa o dziedzicu ze Stornes nie 
powiedział.

Bóg obdarzył Siverta tym co najlepsze po obojgu rodzicach, a zwłaszcza jeśli chodzi o 

wygląd zewnętrzny, pomyślała Mali, po czym odwróciła się i poszła w stronę pralni. 
Zatrzymywać Siverta? Nie, to bez sensu, a na pewno nie teraz. Znała go doskonale i 
wiedziała, że nie pojawi się w domu w ciągu najbliższych kilku godzin.

Sivert Stornes wyrósł na niezwykle urodziwego młodego mężczyznę. Tej wiosny tysiąc 

dziewięćset dwudziestego dziewiątego roku skończył siedemnaście lat. Dziewczęta nie 
odrywały od niego wzroku. Nawet te, które widziały go pierwszy raz, lgnęły do niego, jakby 

background image

przyciągane jakąś niewidzialną siłą. Mali wielokrotnie obserwowała, jak dziewczęta wdzięczą 
się przed nim i wręcz zachęcają do większej zażyłości. Sivert jednak zdawał się nie 
dostrzegać tych zabiegów. Mali ze zdziwieniem stwierdziła, że bywa wobec nich 
zawstydzony i woli trzymać się z tyłu.

Mieszała właśnie farbę w czarnym kociołku nad paleniskiem. Niespodziewanie zrobiło jej 

się smutno i do oczu napłynęły łzy. Pomyślała bowiem o usposobieniu syna, które w niczym 
nie przypominało ani jej charakteru, ani też nie przystawało do jej marzeń o tym, jaki jej syn 
powinien być. Westchnęła ciężko i przeciągnęła dłonią po spoconym czole. Jej pierworodny 
jest miły, troskliwy, dobry, a jednocześnie niezwykle wrażliwy. Nie trzeba wiele, aby go 
zranić. Niekiedy dochodziło między nimi do nieporozumień z tego powodu. Mali pomyślała, 
że wszystko pewnie przez tę jego artystyczną naturę. Już teraz Sivert biegle grał na 
skrzypcach i dzięki temu znany był w całej okolicy. I to właśnie, zdaniem matki, stanowiło 
kłopot. Bo to muzyka była całym jego życiem, a skrzypce wielką i chyba jedyną 
namiętnością. Wcale nie majątek, nie dwór w Stornes, jak miała nadzieję.

Sivert rzadko kiedy sprzeciwiał się komukolwiek. Wszystko łatwo było z nim wyjaśnić, 

wszystko mu wytłumaczyć. Nie lubił nikomu sprawiać przykrości, a już na pewno nie jej. Ale 
gdy tylko podejmowali rozmowę o dziedzictwie i prowadzeniu dworu...

To właśnie dyskusja o gospodarstwie spowodowała, że tamtego zimowego słonecznego 

popołudnia uciekł w stronę lasu i gór. Mali poprosiła najpierw, żeby poszedł z nią do pralni, 
gdzie zajmowała się farbowaniem włóczki.

Przypomniała synowi, że czas najwyższy, aby złożył prośbę o przyjęcie do szkoły rolniczej 

w Vikebukt. Nauka zaczyna się już w sierpniu i chociaż Sivert kończy osiemnaście lat 
dopiero wiosną następnego roku, to, jak sądziła, na pewno zostanie przyjęty. Mali rozmawiała 
nawet przez telefon z dyrektorem szkoły, ale uczyniła to w największym sekrecie.

-  Nie możemy dłużej czekać, Sivert - oświadczyła i utkwiła wzrok w chłopcu, którego 

policzki zaróżowiły się od ognia trzaskającego na palenisku. - Co się z tobą dzieje? Masz 
wystarczająco dobre oceny ze szkoły średniej, na pewno się dostaniesz. Dlaczego czekasz?

-  Ja po prostu nie chcę iść do tej szkoły - odparł krótko. - I nie jest to dla ciebie nic 

nowego, mamo. Powtarzam ci to od kilku lat, ale ty jakoś nie chcesz mnie zrozumieć. Tak, ty 
już dokładnie zaplanowałaś moje życie i moją przyszłość. Ale ja nie jestem taki, jak byś 
chciała, zrozum to, mamo! Przykro mi, ale nic na to nie poradzę. Rozmawialiśmy już o tym 
tyle razy, naprawdę nie pojmuję, dlaczego mamy do tego wciąż i wciąż wracać - dodał lekko 
poirytowany.

-  Co masz na myśli - zapytała z drżącym sercem Mali - mówiąc, że nie jesteś taki, jak bym 

chciała?

-  Po prostu żaden ze mnie rolnik. Chcę tylko grać. Doskonale o tym wiesz. Liczyłaś, że to 

minie, ale to nie minęło. Muzyka jest dla mnie wszystkim, pragnę zostać muzykiem.

-  Ale przecież jesteś najstarszy z rodzeństwa, Sivercie. - Mali spojrzała na syna. - To ty 

powinieneś...

-  Wiem, co chcesz powiedzieć. Co powinienem robić i czego słuchać. Próbowałem spełnić 

twoje oczekiwania, poszedłem do szkoły średniej w Todalen.

-  Moje oczekiwania? A mnie się zdaje, że sam chciałeś iść do tej szkoły - odpowiedziała 

krótko. - Liczyłam raczej, że wybierzesz uniwersytet ludowy. No ale skoro Trygve pomógł ci 
się dostać do tego słynnego nauczyciela muzyki, tego tam, z Trondheim, który obiecał cię 
prowadzić... Przecież właśnie dlatego pojechałeś do Todalen i do tamtejszej szkoły średniej. 
To nie ja chciałam, żebyś się zapisał, to ty sam, bo nadarzyła się okazja, żeby ten Sandermann 
dawał ci lekcje gry. A nie było to wcale tanie, jeżeli mam być szczera - dodała z nutką 
goryczy w głosie.

-  Mamo, obiecuję, że wcześniej czy później zwrócę ci wszystko, co włożyłaś w moją 

naukę gry na skrzypcach - odparł wolno. - Ale pamiętaj, że dalej pójdę swoją własną drogą. 

background image

To jest moje życie, ty masz Oję. Dlaczego nie możesz się pogodzić z tym, że to on przejmie 
gospodarstwo? To urodzony rolnik, dlaczego więc, twoim zdaniem, to koniecznie 
powinienem być ja?

Mali nerwowo zamieszała w kociołku. Stała teraz odwrócona plecami do syna. Dlaczego? 

Dlatego, że poświęciła wszystko, by to on kiedyś przejął dwór, a dziś sprawia jej taki zawód! 
Wygląda na to, że wszystko, co uczyniła, pójdzie na marne. Czuła olbrzymi ciężar, miała 
wrażenie, że gorycz pali ją w środku, jakby tam miała otwartą ranę.

-  Oja tak samo nadaje się na rolnika jak ja, mamo. Może nawet bardziej, sama o tym 

wiesz. A przecież obaj jesteśmy twoimi synami. Gospodarstwo pozostanie w rodzinie. Chyba 
to właśnie jest najważniejsze, czy nie mam racji?

-  Nie, to nie to samo - odparła Mali ostro. - Pomyśl tylko, co ludzie powiedzą, Sivercie.
Sivert roześmiał się.
-  Co ludzie powiedzą? - powtórzył. - A od kiedy to martwisz się tym, co powiedzą ludzie? 

Oj, mamo, lepiej poszukaj jakiegoś lepszego argumentu.

Nie, tego nie może zrobić. Poczuła niespodziewanie narastającą bezradność. Nie może 

przecież wyznać, czyim synem naprawdę jest Sivert. To nie wchodzi w rachubę. Czuła, że 
kompletnie zaplątała się w sieć uplecioną z własnych kłamstw.

-  Mam zamiar cię zapisać do szkoły rolniczej - rzekła krótko. - I nakazuję ci tam pojechać.
-  Nie pojadę - w odpowiedzi usłyszała twardy, niski głos syna. - Przykro mi, mamo. W 

czerwcu wybieram się w okolice Kristiansund. Sandermann będzie tam tego lata. Mam 
zamiar dalej się u niego uczyć, a poza tym dostałem tam wiele zamówień i będę grywał przez 
całe lato. Nie zostanę na gospodarce, niech Oja się nią zajmie.

Mali poczuła, jak gorycz i złość zaczynają w niej buzować. Uniosła dłoń, ale spojrzenie 

Siverta ją powstrzymało. On ją niemal piorunował spojrzeniem.

-  Matko, raz mnie już uderzyłaś. Radzę ci, nie rób tego nigdy więcej - rzekł cicho. - Mam 

prawo być tym, kim chcę. Pozwól mi na to. Czy ja cię kiedyś zmuszałem, żebyś była kimś 
innym, niż jesteś, albo żebyś robiła co innego, niż pragniesz? Zastanów się, dlaczego 
wymagasz czegoś od innych, skoro inni tego od ciebie nie żądają - zapytał. - Zawsze 
kochałem cię taką, jaka jesteś, a przecież nie jesteś bez skazy - dodał z lekkim sarkazmem. - 
Wciąż jesteś mi bardzo droga, ale moje życie, mamo, należy do mnie, nie do ciebie, pamiętaj.

Obrócił się na pięcie i odszedł. Gdy Mali ochłonęła, był już daleko na wzgórzu. Wiedziała, 

że nie warto za nim wołać, jednak krzyknęła. A kiedy wróciła do pralni, zrozumiała, że 
przegrała. Sivert nie przejmie gospodarstwa w Stornes.

 
Sivert zatrzymał się dopiero, gdy wspiął się aż do Seterhaen, niewielkiego wzniesienia 

nieco powyżej pastwisk. Zdjął z siebie czarną koszulę i zawiesił ją na wystającym z ziemi 
wysokim kamieniu. Przez chwilę powiewała delikatnie na wietrze, który wiał od strony 
szczytu Stortind. Zimna bryza chodziła nagi tors młodzieńca, choć słońce nadal 
przygrzewało. Odwrócił się i spojrzał w górę. Jak zwykle, gdy przyglądał się szczytowi z 
bliska, odczuwał dla niego niezwykły respekt. Śnieg nadal pokrywał zbocza, ale 
gdzieniegdzie Sivert dostrzegał ciemniejsze fragmenty darni wyzierające spod białej 
pierzyny.

Stał tak dłuższą chwilę i gapił się z uniesioną głową na ośnieżony masyw szczytu i 

rozpięty nad nim ciemnoniebieski nieboskłon. Wokół panowała niczym niezmącona cisza. 
Dało się jedynie słyszeć świst wiatru i slaby szelest przywiędłych traw i zleżałych, 
brunatnych liści. Sivert rozłożył ramiona i stanąwszy twarzą ku górom, z nagim torsem, sycił 
się siłą, która, wyraźnie to czuł, spływała na niego od skalnych zboczy. Powoli uspokajał się, 
wracał do równowagi.

Usiadł plecami do rzędu sterczących kamieni, które ktoś tu poukładał, by wytyczyć 

ścieżkę. Odchylił głowę do tylu i przymknął oczy. Wciągnął głęboko powietrze i po chwili 

background image

westchnął. Miał przed sobą wyraźny obraz matki. Wiedział doskonale, że ją zranił i mocno 
zawiódł. Ale nie miał wyjścia, w tej chwili nie znajdował dobrego rozwiązania. Odkąd 
pamiętał, muzyka wypełniała mu cały świat. Bez niej usechłby jak jesienny liść. Bez niej nie 
potrafił żyć. I choć tak bardzo kochał matkę, nie był w stanie poświęcić dla niej miłości 
swojego życia.

Wielokrotnie w ciągu minionych lat próbował jej wytłumaczyć, że nie interesuje go 

gospodarstwo. Albo więc ona w to nie wierzyła, albo też nie potrafiła się z tym pogodzić. Był 
najstarszym synem, zatem nie było dyskusji. Rozmyślał o tym, że powinien zostać 
gospodarzem we dworze. I to całe gadanie, że musi przejąć ziemię. Może gdyby był jedynym 
dziedzicem w Stornes, łatwiej by mu to było zrozumieć. Ale nie mógł pojąć, o co tyle hałasu, 
skoro jest przecież Oja. Chłopak urodzony do pracy na roli - czuło się to wyraźnie, odkąd 
podrósł. Sivert uśmiechnął się na myśl o młodszym bracie. Są tak do siebie niepodobni, mają 
takie różne charaktery. Oja wyrósł na dobrze zbudowanego, muskularnego trzynastolatka o 
silnych dłoniach i palcach jak kołki. Sivert wyciągnął przed siebie ręce i rozsunął swoje 
długie, smukłe palce. W niczym nie przypominały ręki rolnika. Ale za to jak poruszają się po 
strunach!

Sivert nie mógł pojąć, dlaczego matka tak kurczowo trzyma się decyzji, że to właśnie on 

ma pozostać we dworze. Zdarzało się przecież, że nawet sama kręciła ze zdumieniem głową, 
obserwując jego nieudane próby pomocy w gospodarstwie. Odkąd był małym chłopcem, 
mówiono o dziedziczeniu jakby o jakiejś świętości. Nikt nie może zrezygnować z tego prawa, 
skoro już mu od urodzenia przypadło. Nie rozumiał takiego myślenia. A już zwłaszcza że 
wiedział, iż ma brata i tamten kocha grzebać się w ziemi, przerzucać gnojówkę czy kosić 
trawę. To Oja jest rolnikiem, a nie on. Nawet wówczas, gdy Sivert zaczął grać, matka nie 
pogodziła się z jego wyborem. Nigdy nie pojmował zawziętości, z jaką narzucała mu rolę 
dziedzica. Akurat ona! Przecież sama ma naturę artystki i musi rozumieć, jak wiele to znaczy. 
Pewnie jest ulepiona z jakiejś szczególnej gliny, pomyślał Sivert i sięgnął po koszulę, bo 
poczuł, że robi mu się chłodno. Matce udało się połączyć sztukę z obowiązkami gospodyni. 
Nie znał wielu osób podobnych do niej.

Zerwał pożółkłe źdźbło i włożył je do ust. Podziwiał matkę. Jako chłopiec uwielbiał ją 

bezgranicznie. Była dla niego najbliższą osobą i jednocześnie osobą najsilniejszą na świecie. 
Potrafiła wszystko, radziła sobie z każdą sprawą. Nigdy nie zauważył, aby się poddawała. Nie 
zdarzyło się dotychczas, żeby ktoś lub coś ją złamało. Tak jakby została obdarzona jakąś 
nadludzką siłą, myślał ze zdumieniem. Nic jej nie zmoże. Podziwiał ją, ale ta nadludzka siła 
matki go też przerażała. Tak jakby nie była zwyczajnym człowiekiem.

Ojca prawie nie pamiętał. Umarł bardzo wcześnie. Ledwie przypominał sobie obraz 

łysiejącego mężczyzny, który często nosił go na barana, a kiedyś nawet podarował mu konia - 
Simę. Chłopak nigdy tego nie zapomni.

Sivert przyglądał się pastwiskom, a wspomnienia przemykały obok, niczym przesłonięte 

mgłą obrazy, których i tak nie mógł przy sobie zatrzymać. Było coś niezwykłego w tej 
okolicy. Zawsze kiedy się tu pojawiał, ogarniał go chłód. To tak, jakby te stare ściany chatki z 
grubych bali skrywały jakąś ponurą tajemnicę. Nie potrafił tylko pojąć, co to takiego. Kochał 
pastwiska, tutejszą przyrodę i góry. Dopiero tu, w samym sercu monumentalnej przyrody i w 
tej niezmąconej niczym ciszy, czuł, że rozumie swoją niespokojną naturę. Nosił bowiem w 
sobie jakiś niepokój. Od zawsze. Jakby smutek albo strach, nie był pewien. Coś, czego nie 
potrafił zgłębić, coś, co na szczęście w jednej chwili znikało, gdy tylko znalazł się w górach 
albo kiedy grał. Wtedy czuł, że jest sobą. Blisko tętniącego, pulsującego życia i wszystkiego, 
co w nim najlepsze. I właśnie dlatego nie mógł postąpić tak, jak chce matka. Jeśli kiedyś z 
jakiegoś powodu nie będzie mógł grać, z pewnością umrze. Był o tym święcie przekonany.

background image

Przeciągnął palcami po gęstych włosach. Przypominał sobie inne palce, które kiedyś 

czyniły to samo. Ciepłe palce dziewczyny. Miękkie, dziewczęce dłonie dotykające jego 
nagiego ciała. Zasłonił oczy, chcąc odsunąć wspomnienie, ale obrazy uporczywie wracały.

Zdarzyło się to, kiedy chodził do szkoły w Todalen. Przedtem niewiele miał do czynienia z 

dziewczętami. Czuł, że się im podoba, widział to w ich oczach, odczytywał z ich uśmiechów. 
Sam jednak trzymał się na uboczu. Nie dlatego, że nie lubił dziewcząt. Uwielbiał swoje dwie 
siostry, a szczególnie Ruth, która była mu najbliższa. Taka delikatna, kochana i wrażliwa. To 
z nią rozmawiał, gdy miewał jakieś problemy, choć jest od niego znacznie młodsza. W głębi 
serca czuł, że Ruth go rozumie. Wiedział także, że Ruth nigdy nie opowie nikomu tego, z 
czego się jej zwierzał. Nie jest taka.

Bardzo lubił też Ragnhild, córkę Ane i Aslaka. Odkąd pamięta, traktował ją jak siostrę. 

Jednak z Ragnhild rzecz się miała inaczej. Istniało między nimi coś, czego nie mógł pojąć. 
Nigdy jej nie dotknął. W czasie, gdy wybierał się do szkoły, była małą dziewczynką, a on 
miał tylko niejasne pojęcie o dziewczętach. Wydawało mu się, jakby one w jakiś sposób go 
odstraszały.

Dopiero w Todalen pojął, że różni się od pozostałych chłopców. W rok po konfirmacji był 

już uczniem szkoły średniej. Dopiero na wiosnę kończył piętnaście lat. Domyślał się jednak, 
że chłopcy od dawna zabawiają się z dziewczętami. Niektórzy nawet chwalili się, że niejedną 
już zaciągnęli na siano. Sivert był zszokowany. Nie miał bladego pojęcia, co oznacza 
zakochanie, miłość; jemu ona kojarzyła się z muzyką, ze świętością nieomal. Nie z zabawą, 
nie z czymś, co się zaraz wyrzuca z pamięci albo uważa za złe. Bezwartościowe. Miał 
niejasne przeczucie o „niej", o tej jedynej, którą pokocha raz na całe życie. Tej, którą będzie 
wielbił jak nikogo na świecie. Nie wiedział, kim jest ani kiedy ją spotka. Ale był przekonany, 
że nadejdzie taki dzień, kiedy znajdzie swoją miłość.

W Todalen w sobotnie wieczory dawał się wyciągać na zabawy, choć tego nie lubił. Nie 

znosił głośnej muzyki i cuchnącego, zadymionego powietrza w ogarniętych półmrokiem 
pomieszczeniach. Wokół snuli się podpici chłopcy, klejąc się do dziewcząt w taki sposób, że 
było mu wstyd i dostawał mdłości. Tuż obok inni bili się tak, że z nosów tryskała im krew i 
pękały wargi. Tak po prostu, z głupoty albo z byle jakiej przyczyny, przynajmniej Sivert tak 
uważał.

Odbywała się właśnie zabawa z okazji zakończenia szkoły i wtedy to Sivert po raz 

pierwszy posmakował bimbru. Ktoś wcisnął mu butelkę z alkoholem do ręki i oświadczył, że 
musi się napić. - Przez cały rok szkolny odmawiałeś - zauważył z ironicznym uśmiechem 
kolega, podając mu wódkę. Teraz więc nie ma wyjścia i musi spróbować męskiego trunku. 
Jest przecież dorosły, po konfirmacji! I Sivert dał się przekonać. Ale z tego, co zdarzyło się 
potem, pamiętał ledwie urywki. Jego głowa nagle stała się taka lekka, choć widział niezbyt 
wyraźnie. W jednej chwili nabrał odwagi, aby tańczyć i śmiać się głośno. Przypominał sobie, 
że wciąż brał w ramiona różne dziewczyny. Wszystkie młode, o jędrnych piersiach, z 
lubością przytulały się do niego. Po raz pierwszy poczuł, że ich bliskość wyraźnie na niego 
działa. Zesztywniał cały i z trudem stawiał kroki.

-  Widzę, że ci się podobam, co? - dziewczyna, z którą właśnie tańczył, uśmiechnęła się 

szeroko. - Jesteś najładniejszym chłopakiem, jakiego znam. Wszystkie na ciebie lecą.

Zaśmiał się głupawo. Gdy kolejny z chłopców podał mu butelkę, pociągnął znowu kilka 

głębokich łyków. Świat nagle stał się bezproblemowy. Żadnych zmartwień, tylko kuszące, 
dziewczęce ciało, pełne biodra i sprężyste piersi, gorące dłonie, niepostrzeżenie wsuwające 
się pod jego koszulę.

W jaki sposób znalazł się pod krzakami bzu na tyłach lokalu, nie pamiętał. Poczuł tylko, że 

rozporek o mało mu nie pęknie, jakby zaraz miał eksplodować. A dziewczyna dobrze 
wiedziała, co robić. Popchnęła go w trawę i położyła się na nim. Jej usta wpiły się żarliwie w 

background image

jego wargi. Poczuł, że liznęła go zachęcająco w ucho, aż jęknął. Rozpięła bluzkę i położyła 
jego dłonie na swoich jędrnych, dziewczęcych piersiach.

-  Pocałuj je - poprosiła, po czym lekko przyciągnęła do siebie jego głowę. - Ugryź.
Roześmiała się, widząc, jaki jest nieporadny.
-  Nie robiłeś tego wcześniej, Sivert? - zdumiała się, po czym odpięła pasek u jego spodni. 

- Jak ci się udało utrzymać dziewczyny z daleka, kiedy z ciebie taki książę!

Sivert nie był w stanie nic odpowiedzieć. Za to ona sprawnie zsunęła mu spodnie aż do 

kolan, usiadła i wpatrywała się w niego.

-  Wielkie nieba, masz się czym pochwalić! - zauważyła niskim, chrapliwym głosem, po 

czym ujęła jego naprężony do granic członek w dłonie.

W chwilę potem przysiadła na nim. Sivert nigdy nie zapomni tego niezwykłego uczucia, 

gdy wchodził w jej miękkie, ciepłe ciało. Ani tego, jak poruszała się nad nim rytmicznie 
niczym klacz w kłusie, aż do momentu spełnienia, któremu towarzyszył jego stłumiony jęk.

-  Poszło szybko, mój ty mały mężczyzno - oświadczyła, po czym stoczyła się z niego na 

bok. - Pierwszy raz nie mogło być inaczej. Ale teraz ja chcę coś dla siebie.

To, co nastąpiło potem, chciałby na zawsze wymazać z pamięci. Robiła z nim, co chciała, 

aby ponownie przywrócić mu wigor, a on pozwalał na wszystko, aż w końcu posiadł ją tak, 
jak każdy mężczyzna powinien posiąść kobietę.

Po wszystkim dziewczyna nalegała, by wrócił z nią do lokalu, ale odmówił. Chciał jeszcze 

pozostać na świeżym powietrzu.

-  No dobrze. Trzeba ci trochę czasu, żeby się po tym ogarnąć - roześmiała się, pokazując 

białe zęby. Jej wzrok był lekko zamglony. - Ale wróć do środka, jak się ubierzesz, potem 
zrobimy powtórkę. Bo chyba ci się podobało, co?

Na wspomnienie tego, co się zdarzyło, zwymiotował w krzakach. Było mu niedobrze z 

nadmiaru alkoholu, ale też z powodu tego, co zrobił. Gdy po jakimś czasie zaczął jaśniej 
myśleć, poczuł do siebie odrazę. Właśnie podeptał coś, co uznawał za świętość. Było tak, 
jakby połamał swoje ukochane skrzypce. Chory z żalu i pełen wstydu, ruszył z powrotem do 
domu, gdzie mieszkał, w ciszy spakował wszystkie swoje rzeczy, wsiadł na rower i w jasną, 
letnią noc udał się w drogę powrotną do Stornes.

Nawet się nie dowiedział, jak ta dziewczyna ma na imię.

-  Co się stało? - zapytał Havard, kiedy po kolacji w ruchliwym korytarzu natknął się na 

Mali. - Masz takie chmurne oczy.

-  Chodzi o Siverta - odparła krótko. - Nie chcę o tym mówić.
-  Nie będzie wcale lepiej, jeśli zatrzymasz to dla siebie - odpowiedział roztropnie Havard. 

- Chodź, przejdziemy się trochę po polach. To nie miejsce na rozmowę, a wieczór jest dziś 
naprawdę cudowny.

Szli wolno pod górę. Na łąkach zrobiło się już zielono. Trawa falowała lekko w 

podmuchach wieczornego wiatru.

-  On kategorycznie odmawia pójścia do szkoły rolniczej - stwierdził Havard.
-  A ty skąd to wiesz? - Mali była wyraźnie zaskoczona.
-  Przecież o nic innego nie chodziło przez cały ten rok. A to się ciągnie znacznie dłużej - 

odparł Havard. -Teraz pewnie wyraził się na tyle jasno, że zrozumiałaś, iż chłopak mówi 
poważnie.

Mali pochyliła głowę. Gorące, słone łzy spływały jej po policzkach. 
Havard objął ją ramieniem i przytulił.
-  Wiem, jak wiele to dla ciebie znaczy, moja droga - rzekł wolno. - Znacznie więcej, niż 

sam mogę pojąć. Ale to przecież nie koniec świata. Masz Oję. Lepszego dziedzica nie 
znajdziesz dla Stornes. Wiem, że zawsze pragnęłaś, by to Sivert przejął dwór - dodał, gdy 
zauważył, że Mali chce coś wtrącić. - Pamiętaj, Mali, każdy z nas jest zupełnie inny. Z Siverta 

background image

żaden gospodarz. Nigdy nim nie był i nigdy nie zostanie. Wcale to nie znaczy, że jest 
gorszym człowiekiem. Przeciwnie. Nie znajdziesz nikogo takiego jak on. Pozwól mu być 
dorosłym. Chcesz dla niego jak najlepiej; jednak wiem, że jego kochasz najbardziej ze 
wszystkich. Dlatego powinnaś go puścić.

-  Ale... - Mali zwróciła załzawioną twarz ku Havardowi. - Przecież to dla Siverta. Całe 

życie byłam pewna, że właśnie on zostanie tutaj.

-  Zgoda, tyle tylko, że ty jesteś Mali, a on Sivert - odrzekł Havard i pogładził policzek 

żony szorstką, spracowaną dłonią. - Pozwól mu decydować o sobie, najdroższa.

Słyszeli, że coś zaskrzypiało ponad nimi przy ogrodzeniu koło letniej obory. W ich 

kierunku szedł Sivert. Zachodzące słońce rzucało na niego złoty cień. Mali poczuła z 
ukłuciem w sercu, jak bardzo kocha tego syna. Może dlatego ból zawodu jest taki silny. Sivert 
zranił ją boleśnie, nie poddając się jej woli. Okazał się równie twardy i bezkompromisowy jak 
ona sama. A mimo to różnimy się od siebie tak bardzo, pomyślała.

-  Mali, proszę, nie odsuwaj go od siebie, bo oboje będziecie nieszczęśliwi. On kocha cię 

bardzo, tak jak ty jego, wierz mi. Daj mu wolną rękę - poprosił cicho Havard i przytulił żonę. 
- Pozwól mu iść własną drogą.

Mali pokiwała głową, ale jej serce krwawiło, tak z powodu Siverta, jak i z żalu nad sobą. 

Musiała przyznać, że najbardziej bolała nad sobą.

-  Jakżeż on wydoroślał! - zauważył Havard i spojrzał w kierunku Siverta, który właśnie 

zbliżał się od strony obór. - Ci twoi synowie w ogóle nie są do siebie podobni - dodał 
łagodnie. - Ani z sylwetki, ani z charakteru.

-  Te dwie panny, które mam z tobą, też się mocno różnią - odgryzła się Mali. - I z 

sylwetki, i z charakteru.

-  No tak, masz rację - zgodził się Havard i objął ją ramieniem. - Za każdym razem rodzisz 

inne - dodał z uśmiechem. - Jedno podobne do ojca, a drugie do ciebie.

Mali nie odezwała się ani słowem.
-  Czy nie byłoby dobrze, żebyś przygotowała dokumenty, tak by Oja mógł przejąć 

gospodarstwo, jak już nadejdzie czas? - Havard pospiesznie zmienił temat.

Mali wysunęła się z jego objęć i spojrzała mu prosto w twarz.
-  Nie ma mowy - rzekła cicho. - Nie chcę o tym więcej słyszeć, zapamiętaj to sobie!
Właśnie wtedy Sivert stanął tuż obok. Widać było, że szedł szybko, bo na jego koszuli, 

zwłaszcza pod pachami i na plecach, pojawiły się wyraźne ślady potu, a wilgotne włosy 
rozprostowały się i opadły na kark.

-  Jak spacer? - zapytał Havard.
-  Świetny - odparł chłopak. - Teraz, gdy nadeszła wiosna, tam na wzgórzach jest 

najpiękniej. Słyszałem nawet kukułkę - dodał.

Mali poczuła na sobie ciężkie spojrzenie syna, ale nie podniosła wzroku. Nie odezwała się 

też ani słowem. Odwróciła się i podążyła w dół ku dworowi.

Nie padło już ani jedno słowo.

ROZDZIAŁ 2.

-  Nie ma pośpiechu z tymi papierami dla gospodarstwa - orzekła Mali, gdy oboje z 

Havardem dotarli wieczorem na poddasze, do sypialni. - Nie miałam zamiaru cię urazić, 
kiedy wspomniałeś o tym, ale Oja ma dopiero trzynaście lat i wcale nie musi od razu wiedzieć 
o wszystkim. Ani on, ani nikt inny - dodała krótko. - A poza tym nic nie jest jeszcze 
przesądzone. Zapamiętaj to sobie.

background image

-  Bo ty, kobieto, wciąż łudzisz się nadzieją, że to jednak Sivert pozostanie na gospodarce - 

odparł Havard. -Wydaje mi się, że sama byłabyś spokojniejsza, gdyby już teraz zostało to 
postanowione. W jakimś stopniu kłopot byłby z głowy.

Kłopot z głowy, dobre sobie! Mali odwróciła się do Havarda plecami i zaczęła rozpinać 

bluzkę. Jeśli rzeczywiście tak się potoczą sprawy i Sivert odrzuci majątek, ona nigdy nie 
zazna spokoju! Dawne wspomnienia powróciły nagle z wyjątkową intensywnością i Mali 
poczuła się niemal tak, jakby nienawidziła swojego pierworodnego syna. Jak on, po tym, co 
dla niego uczyniła, mógł jej to zrobić? Jednak po chwili uświadomiła sobie, że on przecież o 
niczym nie wie. Sivert uważał, że jest najstarszym synem Johana Stornesa, a Oja jego 
rodzonym bratem. A nie przyrodnim. Nie kto inny, tylko ona sama postarała się o to, aby 
Sivert nie znał prawdy o swoim pochodzeniu! Z przerażeniem pomyślała, że Sivert mógłby 
zareagować bardzo gwałtownie, gdyby się teraz o tym dowiedział. To wyjątkowo porządny 
chłopak, uczciwy aż do granic. Gdyby więc doszło do ujawnienia tajemnicy, to nie ona 
powinna mieć żal do niego. To ona zawiodła syna i było tak od dnia jego narodzin.

Co by zrobił Sivert, gdyby dowiedział się prawdy? Czy znienawidziłby swoją matkę i 

odwrócił się od niej raz na zawsze? Na tę myśl Mali przeszedł zimny dreszcz. Ale to dotyczy 
nie tylko Siverta, pomyślała, rozplatając warkocz. Przez te wszystkie lata okłamała i zwiodła 
tak wielu ludzi, także Havarda. A gdyby on się dowiedział? Co by się stało, gdyby wszyscy 
postanowili się od niej odwrócić?

Jęknęła głucho.
-  Czy tak bardzo martwią cię sprawy Siverta, Mali? - zapytał Havard, leżąc już w łóżku. - 

Mam wiele zrozumienia dla tej całej tradycji z dziedziczeniem, ale czegoś tu naprawdę nie 
potrafię pojąć. Mam wrażenie, że trwasz w jakimś potwornym przeświadczeniu, że to Sivert, 
nie kto inny, winien pozostać we dworze. Ale masz, kobieto, dwóch synów z Johanem, a 
skoro jeden z nich nie ma ochoty do gospodarowania ani się do tego nie nadaje, czego nie da 
się ukryć, czemu w takim razie ten drugi nie miałby być brany pod uwagę, skoro on się akurat 
nadaje? W twoich oczach Oja chyba nie jest dość dobry. I nigdy nie był. Mimo że nawet ktoś, 
kto ma ledwie blade pojęcie o gospodarce, od razu zauważy, że to Oja najlepiej się sprawdza 
w polu.

Mali energicznym ruchem rozczesała włosy. Oja doskonale się nadaje i nie na tym polega 

kłopot. Nawet ona sama zauważyła, że gospodarstwo miałoby się znacznie lepiej, gdyby to 
Oja zarządzał dworem. Ale on jest synem Johana! Gdybym przez moment przypuszczała, że 
ta historia tak się potoczy, zostałabym tamtego lata u boku Jo, pomyślała, z trudem 
przełykając ślinę. Podążyłaby za głosem serca, za głosem miłości. Czy tego naprawdę 
chciała? Czy miłość do Jo była na tyle silna, by wytrwać w niepewnym, wędrownym życiu na 
wiejskich traktach albo na małym skrawku ziemi tu lub gdziekolwiek indziej, gdzie ledwo 
mieliby co do garnka włożyć?

Mali potrząsnęła energicznie głową, grzywka jej się rozwiała, tworząc nad czołem jasną 

chmurę. Szybko odrzuciła od siebie tę myśl. Jednak powracający obraz męczył ją. Nie chciała 
dłużej tego roztrząsać. Z biegiem lat coraz częściej zastanawiała się, czy uczucie, jakim 
obdarzyła Jo, nie było wyłącznie zauroczeniem. Dzika namiętność, która jeszcze spotęgowała 
rosnącą nienawiść do Johana. Desperackie pragnienie oddania się mężczyźnie z własnej woli, 
a nie z przymusu. A przecież Jo, choć też jej pragnął, nie kochał jej. Prawdziwej miłości Mali 
nie zaznała, dopóki nie spotkała Havarda. Przez ostatnie lata często się nad tym zastanawiała. 
Najgorsze, że straciła tyle czasu, zanim zrozumiała, co w życiu jest największą wartością. Co 
trzeba pielęgnować. Zanim do tego doszła, robiła rzeczy, których do dziś gorzko żałuje, o 
których chciałaby zapomnieć. Ale one nieubłaganie powracają - zarówno we śnie, jak i na 
jawie. Złe mary z przeszłości.

Odłożyła grzebień, wsunęła się do łóżka i przytuliła się do Havarda. On podłożył jej ramię 

pod głowę i delikatnie przyciągnął do siebie.

background image

-  Mali, moja gwiazdko - wyszeptał. - Nie lubię, jak jesteś taka smutna. Chciałbym, żebyś 

zawsze była zadowolona, szczęśliwa.

Mali odwróciła się do niego i spojrzała w ukochane oczy. Havard trzymał się wciąż bardzo 

dobrze mimo swoich trzydziestu ośmiu lat. Nadal był przystojnym mężczyzną, sprężystym i 
muskularnym. Miał ładne, jasne, gęste włosy, wciąż tak samo niesforne, a jego grzywka jak 
zwykle falą opadała na czoło. Na twarzy Havarda wciąż gościł ten sam chłopięcy, ciepły 
uśmiech. Delikatnie przesunęła palcem po policzku męża. Ten mężczyzna jest w jej życiu 
tym, którego naprawdę kocha.

Po nieszczęsnej historii z Torgrimem nigdy więcej nie spojrzała na innego mężczyznę, 

chociaż widziała, jak wielu z nich patrzy na nią pożądliwym wzrokiem. Ona sama teraz też 
wygląda atrakcyjnie; szczupła i prosta jak za dawnych młodych lat, a jej bujne włosy nadal 
nie noszą śladu siwizny.

-  Jestem szczęśliwa, Havard - powiedziała cicho i wtuliła się w jego ramiona. - Jestem 

szczęśliwa, że mam ciebie. No i dzieci, oczywiście - dorzuciła natychmiast. - Na razie nie 
będę myślała o tej sprawie z Sivertem. Niech robi to, na co ma ochotę, no i z pewnością nie 
ma co liczyć, że pójdzie do szkoły rolniczej w tym roku. Poczekamy i zobaczymy.

-  To znaczy, że pozwolisz mu tego lata wyjechać i powiesz mu to? Wspominał mi, że 

wybiera się w okolice Kristiansund.

Havard bawił się kosmykiem jej długich włosów, nawijał go sobie na palec.
-  Porozmawiam z nim jutro na ten temat - obiecała cicho Mali.
-  Ale zrób wszystko, żeby nie wzbudzić w nim wyrzutów sumienia - ciągnął Havard. - 

Obiecaj mi, proszę, Mali. On się zawsze tak przejmuje tym, co o nim myślisz. Sivert 
doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że cię zawiódł - dodał, patrząc żonie prosto w oczy i 
gładząc ją po włosach.

Na pewno nie przejmuje się aż tak, żeby nie iść za głosem swojego powołania, pomyślała 

Mali, ale nie powiedziała tego głośno.

-  Czy ty wiesz, że ja wciąż kocham cię tak samo mocno jak wtedy, gdy zjawiłem się w 

Stornes? - Havard musnął wargami jej policzek. - Nie dlatego, że już wiele lat wcześniej 
byłem w tobie zakochany. Grzeszyłem - roześmiał się. - Pożądałem żony bliźniego swego. 
No, ale z tym mogę jakoś żyć - dodał. - Jest za to jedna rzecz, której nigdy nie żałowałem - to, 
że zamieszkałem w Stornes i się z tobą ożeniłem. To najwspanialsze wydarzenie w moim 
życiu, w końcu cię zdobyłem.

-  Oj, Havard, Havard - wyszeptała Mali i ukryła twarz w jego objęciach. - Czasem mam 

wrażenie, że ja na ciebie nie zasługuję.

Havard zaśmiał się i wsunął rozgrzaną dłoń pod jej nocną koszulę.
-  No to już na pewno nie jest prawda - odrzekł. - Skąd ci się biorą takie myśli?
Mali nie odpowiedziała. Rozkoszowała się ciepłem płynącym od niego i drżała pod jego 

delikatnymi pieszczotami. Wszystko inne odsunęła teraz od siebie. Wszystko, co sprawiało 
ból, wszystko to, co skrywała głęboko. Zarzuciła mu ramiona na szyję i przytuliła się do 
niego żarliwie. Pragnęła go i umiała to okazać. Wiedziała, że fizyczne zbliżenie przez jakiś 
czas przyniesie jej umęczonemu sumieniu spokój i radość. Podobnie czyniła już wcześniej, 
nie bacząc na to, czy to grzech, czy nie. Spełnienie było jak lekarstwo, jak pocieszenie, 
pomyślała i jeszcze mocniej przylgnęła do nagiego ciała ukochanego mężczyzny.

-  Bądź przy mnie, Havard - wyszeptała łagodnie. - Bądź dla mnie czuły!
Havard nie dał się prosić dwa razy.

-  No, dzieciaki, śniadanie skończone? - zapytał Havard następnego ranka. - Dzisiaj 

będziemy sadzić ziemniaki, więc zbierajcie się do wyjścia w pole. Nie zapomnijcie tylko 
wziąć sobie po kawałku ciasta.

background image

-  Ja nie idę - stwierdziła szybko Dorbet i złożyła buzię w ciup. - Idę do Innstad pobawić 

się z...

-  Nie przed obiadem - odparł Havard i wstał, zabierając pusty kubek po kawie, po czym 

wstawił go do dużej cynkowej miednicy. - Dzisiaj w Innstad przed obiadem też sadzą 
ziemniaki i wszystkie dzieci na pewno będą pomagać. Tak samo jak ty - dodał z uśmiechem i 
udał, że nie widzi kwaśnej miny córki.

-  Ale Sigrid powiedziała...
-  Będziesz mogła tam pójść po obiedzie - powtórzył Havard i zmierzwił bujną czuprynkę 

złotych loków, które wiły się wokół główki Dorbet osadzonej na smukłej szyi dziewczynki. - 
I poproś mamę, żeby ci zaplotła warkocze - dodał. - Nie możesz sadzić ziemniaków z taką 
opadającą na oczy grzywą.

Mali zerknęła na najmłodszą córkę. Brązowe oczy dziewczynki ciskały błyskawice. 

Miękkie usta zacisnęła w cienką kreskę. Dorbet ze złością odepchnęła dłoń ojca.

-  No, no, moje ty małe stworzonko - rzucił ciepło Havard. - Nie zawsze wszystko idzie 

tak, jak się chce. Nawet ty musisz się do tego w końcu przyzwyczaić.

Dorbet odwróciła energicznie głowę i nic nie powiedziała. Właśnie skończyła dziewięć lat, 

ale wyglądała dojrzalej. Pod bluzką widać już było zarysy drobniutkich piersi, co 
dziewczynka usiłowała jak najbardziej podkreślić. W przeciwieństwie do Ruth, która nadal 
była delikatna, posłuszna, troskliwa, może nawet nieco zbyt cicha i zawstydzona, zwłaszcza 
wobec obcych, i z reguły trzymała się z tyłu. Dorbet stanowiła żywe zaprzeczenie Ruth, 
zarówno w wyglądzie zewnętrznym, jak i pod względem charakteru. O Ruth nie można było 
powiedzieć, że jest brzydka, co to, to nie. Była zwyczajną dwunastoletnią dziewczynką, ale 
urodę miała dość pospolitą. Kanciasta buzia, niesforne, brązowe włosy i niezdarny, 
flegmatyczny sposób poruszania się. Sprawiała wrażenie raczej opóźnionej w rozwoju 
fizycznym, w przeciwieństwie do nad wyraz szybko dojrzewającej Dorbet. U Ruth nie było 
jeszcze śladu kobiecych kształtów.

Wszystkie przewidywania dotyczące najmłodszej córki ze Stornes spełniły się co do joty. 

Dorbet była śliczną osóbką. Uroczą twarzyczkę otaczała chmura jasnych loków, a wielkie 
brązowe oczy przełamywały wszelkie lody - jeżeli oczywiście dziewczynka tego chciała. 
Innym razem, gdy coś szło nie po jej myśli, w jej wzroku pojawiała się lodowata złość. 
Dorbet nie była ani cierpliwym, ani uczynnym, ani też troskliwym dzieckiem. Myślała tyko o 
sobie, zawsze najpierw o sobie. A to, co najbardziej martwiło Mali, to fakt, że dziewczynka 
zwykle potrafiła wszystkich owinąć wokół palca i w taki czy inny sposób osiągała to, czego 
chciała. Miała tyle uroku, że trudno jej się było w czymkolwiek oprzeć. Zwłaszcza kiedy 
chodzi o ojca, braci lub innych chłopców, myślała ze zdumieniem Mali. Dorbet bowiem miała 
niezwykły wpływ na mężczyzn. Tak jakby mała dziewczynka już rozumiała, w jaki sposób 
zyskać ich przychylność. Gdy pragnęła coś osiągnąć, albo obdarowywała szybkim buziakiem, 
albo obejmowała czule, a jej promienny uśmiech wciąż wypełniał pomieszczenie, choć jej już 
w nim nie było.

Była uparta i łatwo wpadała w złość. Mali miała krzyż pański, żeby jako tako utrzymać 

córkę w ryzach. Wewnętrzne przeczucie mówiło jej, że musi ją trzymać krótko. Znacznie 
krócej niż pozostałe dzieci. Nierzadko Mali przewracała się w bezsenne noce z boku na bok i 
niespokojnie rozmyślała o najmłodszej z pociech. Niepokój o córkę odbierał jej sen. 
Najmłodsza latorośl poważnie ją martwiła. To niedobrze, gdy taka mała panienka odznacza 
się aż taką urodą, a w dodatku doskonale to rozumie i wykorzystuje, kiedy tylko może. Uroda 
i wyrachowanie tworzą bardzo niebezpieczne połączenie, myślała Mali. Mogą z czasem 
doprowadzić do kłopotów.

Mali martwiła się też o Oję. Obserwowała teraz syna, gdy siedział nachylony nad talerzem. 

On, podobnie jak Ruth, nie należał do zbyt urodziwych, ale był silny i postawny, a poza tym 
miał w sobie coś sympatycznego, zwłaszcza kiedy był w dobrym nastroju. On także potrafił 

background image

postawić na swoim, choć ostatnio jakby trochę złagodniał, pomyślała Mali. Teraz bardziej 
niepokoiła się o coś innego. Oja pod wieloma względami bardzo przypominał swego ojca. 
Ważne było dla niego to, że pochodzi z dobrego domu i szanowanego dworu. Czasami 
sprawiał nawet wrażenie aroganckiego i zarozumiałego wobec ludzi o niższym niż on 
statusie. Mali bardzo się to nie podobało i wiele razy próbowała mu tłumaczyć, że liczy się 
wnętrze człowieka, a nie to, czyim jest synem albo z jakiego pochodzi domu. Wówczas Oja 
zwykle się śmiał.

-  Przestań, synu - karciła go i potrząsała mocno za ramię. - Nie życzę sobie, żebyś mi tu 

chodził z zadartym nosem i uważał się za kogoś lepszego, bo wcale taki nie jesteś, zapamiętaj 
to sobie.

-  Wiem, kim jestem - Oja w takich chwilach mierzył matkę spojrzeniem, które jej do 

złudzenia przypominało spojrzenie Johana. - Pochodzę z dworu Stornes.

-  Ale to nie czyni cię lepszym od innych - ucięła Mali. - Nie mam zamiaru tolerować 

takiego zachowania. Nie chcę u ciebie widzieć nawet śladu takiej pychy.

Oja milczał, wyszarpywał tylko rękę, którą matka trzymała twardo, odwracał się i 

odchodził.

Mali westchnęła, po czym zaczęła uprzątać ze stołu.
-  Już was tu nie widzę, ziemniaki na polu czekają - rozkazała stanowczo.
-  Ale Sigrid powiedziała, że mogę dzisiaj do nich przyjść - powtórzyła Dorbet i przytuliła 

się do mamy. Spojrzenie brązowych oczu było błagalne. - Mamo, mogę?

-  Tak, możesz - odparła Mali i zaczęła zaplatać córce warkocze. - Ale słyszałaś, co 

powiedział ojciec. Najpierw trzeba posadzić ziemniaki.

-  No to ja nie wiem, czy chcę w ogóle iść do Innstad - odrzekła Dorbet kwaśno. - 

Dlaczego ty zostajesz w domu, jeśli ja...

-  Zrobisz to, co ci kazano - oznajmiła Mali i mocno ściągnęła córce włosy rzemykiem. - 

Co ja mam w domu do roboty, to nie twoja sprawa. Nie myśl sobie, że ktokolwiek tutaj w 
domu leniuchuje i tylko ciebie jedną zagania się do pracy. Zadzwonię do Sigrid i będziesz 
mogła do niej pójść, jak tylko zjesz obiad - dodała już łagodniejszym tonem, po czym 
pogładziła córkę po włosach. - Będziesz jeszcze miała dość czasu na zabawę.

Gdy dziewczynka obrażona wychodziła z pokoju, drzwi za nią zatrzasnęły się jakby zbyt 

głośno. Mali pokręciła głową.

-  Mówią, że dzieci to największe szczęście - westchnęła i zabrała się do sprzątania ze 

stołu. - Ale czasem mam zupełnie inne wrażenie!

-  Mali, one zawsze mają swoje humory, zwłaszcza gdy dorastają, stawiają na swoim i 

okropnie chcą być dorosłe - Ane starała się ją udobruchać. - My też kiedyś tacy byliśmy - 
dodała i uśmiechnęła się ciepło.

-  Twoja Ragnhild jakoś nie ma żadnych humorów. W każdym razie ja nic takiego nie 

zauważyłam - stwierdziła Mali. - To taka miła i pogodna dziewczynka.

-  Twoje dzieci też są miłe - odparła Ane. - Oczywiście na swój sposób - dodała po 

dłuższej chwili, unikając spojrzenia Mali. - Wszystko z czasem się poprawi. Wyrosną ze 
złych nawyków, uwierz mi.

Mali nie odezwała się ani słowem. Johan wcale nie wyrósł, pomyślała. Odłożyła ścierkę, 

którą wycierała stół, podczas gdy Ingeborg hałasowała niemiłosiernie, zmywając talerze i 
kubki.

-  Ane ma pewnie rację - wtrąciła Ingeborg. - Z czasem im to przejdzie. Ale powiem wam, 

że wcale tak bardzo nie żałuję, że nie dane mi jest mieć własnych dzieci - dodała sucho.

 
Mali wytarła ręce i wyszła na korytarz, by zadzwonić do Innstad, do Sigrid. Przez chwilę 

stała zadumana w zimnym pomieszczeniu. Troski o dzieci powróciły.

background image

Latem minie osiem lat od śmierci Margrethe. Osiem lat, w ciągu których rozpacz omal nie 

zabiła Bengta. Ledwie był w stanie zająć się własnymi dziećmi. Jak by to się potoczyło, 
gdyby nie Sigrid? Mali wolała o tym nie myśleć. To właśnie Sigrid zaopiekowała się dziećmi 
Bengta i Margrethe, to dzięki niej życie w Innstad jakoś się dalej potoczyło. I to ona 
przemówiła Bengtowi do rozsądku, sprawiła, że wrócił do żywych.

Dlatego wcale nie byli zaskoczeni, gdy Sigrid i Bengt któregoś dnia zjawili się w Stornes i 

oświadczyli, że chcą być razem. Ale woleli to jeszcze utrzymać w tajemnicy i nie pobierać 
się, dopóki Mali nie wyrazi na to zgody. Dla obojga było to niezwykle ważne.

-  Wiem, jak bardzo droga była ci twoja siostra - oświadczył Bengt, siedząc na tapczanie i 

nerwowo ściskając dłonie Sigrid. - I nie myśl, że o niej zapomniałem. Była dla mnie 
wszystkim, moja ukochana Margrethe.

-  Wiem o tym - odparła Mali spokojnie. - Ale wiem też, że życie musi toczyć się dalej, 

Bengt. Margrethe na pewno teraz uśmiecha się do was z góry. Przecież prosiła Sigrid o 
zaopiekowanie się tobą i dziećmi, gdy jej już zabraknie. Jestem pewna, że właśnie to miała na 
myśli - dodała schrypniętym ze wzruszenia głosem.

Podeszła do nich i wyciągnęła ręce do Bengta i Sigrid. Długo ściskała dłonie obojga.
-  Macie moje błogosławieństwo - powiedziała z uśmiechem. - Jeśli już koniecznie jest 

wam ono potrzebne. Bardzo się cieszę, że przyjechaliście do nas, żeby oznajmić nam tę 
nowinę. Margrethe może być spokojna zarówno o dzieci, jak i o ciebie, Bengt - dodała, 
ocierając fartuchem kilka spływających po twarzy łez. - Bądźcie oboje szczęśliwi.

 
Niedługo potem odbył się skromny, spokojny ślub, w którym uczestniczyła jedynie 

najbliższa rodzina. Mimo że Mali była bardzo szczęśliwa z powodu tego wydarzenia, to z 
trudem powstrzymywała łzy, kiedy Sigrid i Bengt uklękli przed ołtarzem i powiedzieli sobie 
„tak". W tym momencie po raz pierwszy tak wyraźnie zdała sobie sprawę, że Margrethe 
naprawdę odeszła. Odeszła na zawsze. Przez chwilę wydawało jej się, że nie zniesie tej myśli. 
Ale zaraz potem promień słońca spoczął na jej policzku, niczym muśnięcie delikatnej dłoni. 
Niespodziewanie odczuła, że Margrethe jest tuż obok, a wrażenie było tak głębokie, że 
przeniknął ją zimny dreszcz. Nie było to jednak przykre ani niepokojące doznanie. 
Przeciwnie, sprawiło, że Mali uspokoiła się, po czym przyłożyła dłoń do swego policzka - 
jakby pragnęła dotknąć dłoni zmarłej siostry, zanim tamta odejdzie. Napotkała jednak tylko 
mokrą od łez skórę.

 
Przez jakiś czas po weselu na wsi głośno było od plotek i nieżyczliwych komentarzy, ale 

głosy te dość szybko umilkły. Wszyscy podziwiali Sigrid oraz sprawność, z jaką udało jej się 
podźwignąć Bengta i otoczyć opieką dzieci. Można powiedzieć, że Sigrid uratowała całe 
gospodarstwo w Innstad. Mali tak właśnie to oceniała. Mimo wszystko fakt, że Sigrid nie 
pochodzi ze starego, dobrego rodu, dawał pożywkę do wielu nieprzychylnych uwag. Ten 
Bengt lubi, widać, kobiety niskiego stanu, powtarzano złośliwie. Ale i te plotki wkrótce 
ucichły, bo ludzie mogli się przekonać, jaką zaradną gospodynią okazała się Sigrid. Niewiele 
kobiet mogło jej dorównać. Ludzie ze wsi musieli to przyznać.

Sigrid i Bengt nie doczekali się własnych dzieci, chociaż Mali nie uważała, że to stanowi 

jakiś problem. Mieli przecież i tak pokaźną gromadkę, którą trzeba wykarmić i wychować; 
pięcioro dzieci Bengta i Guro, córkę Sigrid.

Mali przygładziła dłonią włosy i sięgnęła po słuchawkę telefonu.
-  Halo, tu Sigrid z Innstad - Mali usłyszała łagodny głos żony Bengta.
-  Witaj, Sigrid, tu Mali. Nie wiem, jak się umówiłaś z Dorbet, ale podobno zaprosiłaś ją na 

dzisiaj?

-  Twoje dzieci są u mnie zawsze mile widziane i nie potrzebują specjalnego zaproszenia - 

odparła Sigrid. - Ale rzeczywiście powiedziałam jej, że może do nas przyjść dzisiaj po 

background image

obiedzie. Wiesz, że te nasze pociechy mogłyby ze sobą spędzać całe dnie i zawsze świetnie 
się bawią. W każdym razie nieczęsto zdarzają się konflikty - dodała.

-  Mówiłaś, że po obiedzie? - upewniła się Mali.
-  No tak, bo przed obiadem sadzimy ziemniaki - odparła Sigrid. - Teraz cała gromada jest 

w polu. Wydawało mi się, że też będziecie robić to samo. Bengt coś na ten temat wspominał.

-  Tak, tak, rzeczywiście - potwierdziła Mali. - Chciałam się tylko upewnić, bo Dorbet 

znów próbowała coś przekręcić. Oświadczyła, że ma przyjść przed obiadem i dlatego nie 
może razem ze wszystkimi sadzić ziemniaków.

-  Niezła z niej spryciula, ta twoja Dorbet - zaśmiała się Sigrid. - To znaczy, że jest w 

drodze do nas?

-  Nie, dzisiaj jej się nie udało okręcić ojca dookoła palca - oświadczyła sucho Mali. - Ze 

skwaszoną miną pracuje przy ziemniakach.

-  No to pewnie przyjdzie po obiedzie? - domyśliła się Sigrid. - Zobaczysz, humor szybko 

jej wróci. Jest zmienna niczym pogoda w kwietniu.

Rzeczywiście, to prawda, myślała Mali.
-  A ty byś do nas nie wpadła? - spytała Sigrid. - Dzisiaj taki piękny dzień.
-  Dziękuję ci, ale mam inne zajęcia. Muszę zmienić pościel i przygotować duże pranie na 

jutro - odrzekła Mali. - Ale przyjdę niedługo, jeśli nie masz nic przeciwko.

-  Oczywiście. Jesteś u nas zawsze mile widziana, kochana Mali. Nic się nie zmieniło.
 
A kiedy już Dorbet zjadła obiad i pozwolono jej włożyć sukienkę w czerwoną kratkę, a 

Mali pięknie wyszczotkowała jej włosy, wplatając czerwoną wstążkę, kwaśna minka małej 
zniknęła jak ręką odjął. Dorbet okręciła się wokół jak w tańcu, tak że spod spódnicy widać 
było cale nogi.

-  Ładnie wyglądam? - spytała, zerkając szelmowsko na ojca.
-  Ślicznie, jak jakaś księżniczka - Havard uśmiechnął się leniwie.
-  Oj, gdybym nie miał Ane, to pewnie bym się do ciebie zalecał - stwierdził wesoło Aslak. 

- Wyglądasz jak mała panna młoda.

Na dźwięk pochwał brązowe oczka Dorbet roziskrzyły się, a dziewczynka posłała 

Aslakowi promienny uśmiech. Mali wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. To był jeden z tych 
wyjątkowo świadomych uśmiechów. Uśmiech, który kusił i z pewnością nie pasował do 
dziewięcioletniej osóbki.

Tym razem, kiedy Dorbet lekkim, tanecznym krokiem opuszczała izbę, drzwi za nią 

zamknęły się łagodnie.

ROZDZIAŁ 3.

 
Mali długo leżała, nie mogąc zasnąć, i rozmyślała, co też ma powiedzieć Sivertowi. Bo 

przecież musi z nim porozmawiać. Była pewna, że tego lata powinna pozwolić mu na wyjazd. 
Zresztą chłopak i tak zrobi, co zechce, nawet bez jej zgody. Havard ma z pewnością wiele 
racji, mówiąc, że oboje byliby spokojniejsi, zarówno ona sama, jak i Sivert, gdyby zgodziła 
się na wyjazd syna i udzieliła mu swojego błogosławieństwa. Ale to wcale nie znaczy, że 
Mali da za wygraną i pozwoli, żeby gospodarstwo przejął Oja. Suchymi, piekącymi oczyma 
obserwowała, jak promienie księżyca połyskują na ścianie z grubych bali, a ona nieustannie 
wracała do myśli, że przecież wszystko mogło się ułożyć zupełnie inaczej.

Jak długo będziesz się dręczyła z powodu Siverta? - pytała samą siebie. - Jakie masz prawo 

czuć się zawiedziona? Uważasz, że zranił cię tym, co uczynił? A cóż takiego on właściwie 
zrobił? Dzieci nie są własnością rodziców, jak byś chciała. Rodzice posiadają je tylko przez 

background image

chwilę. Nie jesteś w stanie znieść tego, że Sivert nie ugnie się pod twoją wolą, chociaż tak 
wiele dla niego poświęciłaś. A co tak naprawdę mu ofiarowałaś, Mali Stornes? Zaspokajając 
pożądanie, oddałaś się Cyganowi. I jeszcze postanowiłaś ukarać Johana za to, co ci zrobił. 
Pragnęłaś zemsty, ot co. Nazywasz to miłością, ale gdyby naprawdę chodziło o gorące 
uczucie, odeszłabyś tamtego lata z Jo.

Mali przewróciła się niespokojnie na drugi bok. Jakże ona nienawidziła tego 

wewnętrznego głosu!

Gdybyś naprawdę kochała, nikt i nic nie mogłoby cię powstrzymać - przekonywał głos. 

Jesteś bezwzględna, jeśli tylko istnieje coś, czego pragniesz za wszelką cenę. Zostałaś w 
Stornes, bo chciałaś zagarnąć dla siebie wszystko. Ale to niemożliwe i dobrze o tym wiesz. 
Wybrałaś więc bogactwo i wysoką pozycję, choć w zamian musiałaś przystać na życie z 
Johanem. Mimo to udało ci się zachować jakąś cząstkę ukochanego mężczyzny, bo z tego 
grzesznego związku urodziło się dziecko. Teraz chcesz kierować jego życiem. A Sivert nie 
jest i nigdy nie był twój. On należy wyłącznie do siebie.

Mali skuliła się w sobie. Nie, nie ma prawa obwiniać nikogo poza sobą, teraz zdała sobie z 

tego sprawę. Sama zgotowała sobie taki los, a jedno zdarzenie pociągało za sobą kolejne. 
Przez długie lata drżała, że tajemnica wyjdzie na jaw, ale jak dotychczas udało się wszystko 
zataić. Teraz miała poczucie, że niebezpieczeństwo minęło, chociaż Helga mieszka niedaleko 
i prawdopodobnie niejednego się domyśla, pielęgnując w sobie nienawiść i chęć zemsty. Mali 
jednak się jej nie obawiała. Akurat tej kobiecie potrafi zamknąć usta. Helga nie jest bez skazy, 
a ponadto jak ognia boi się utracić pozycję, którą osiągnęła. Nie będzie więc rozpuszczać 
plotek, które mogłyby sprawić, że na zawsze musiałaby opuścić Gjelstad. Ale co się stanie, 
jeśli życie potoczy się nie po myśli Mali, nie tak, jak by chciała, jak sobie wymarzyła? Kiedy 
tak leżała i gorączkowo rozważała swoją sytuację, zrozumiała, że Sivert sam, z własnej woli, 
nie zostanie gospodarzem w majątku Stornes, choć uczyniła wszystko, by tak się stało. Nagle 
Mali ujrzała twarz Johana, którą wykrzywiał złośliwy, szyderczy uśmiech. Och, jak on by się 
cieszył z takiego obrotu rzeczy!

Mali naciągnęła kołdrę na głowę i westchnęła ciężko. Ten się śmieje, kto się śmieje 

ostatni. Niewykluczone, że to Johan Stornes z zaświatów z czasem będzie mógł śmiać się 
jeszcze głośniej. Lawina zwykle zaczyna się bardzo niewinnie. Nie wolno na to pozwolić!

Mali przewróciła się na drugi bok. Widząc plecy Havarda przed sobą, przytuliła się do 

niego mocno w nadziei, że jego ciepłe ciało da jej pocieszenie. Jak na ironię, wydało jej się 
naraz, że jest na świecie sama jak palec. I bardzo się boi.

-  Synu, czy mógłbyś pomóc mi przynieść coś ze spichlerza? - zapytała, kładąc dłoń na 

ramieniu Siverta, gdy oboje wstawali rano od śniadania.

-  Wybierałem się właśnie w pole - odparł Sivert, kierując wzrok na ojca, który zmierzał w 

stronę wyjścia. - Mamy dzisiaj walcować.

-  Jeśli twoja matka potrzebuje pomocy, to najpierw zrób to, o co prosi - polecił Havard. - 

To ci chyba nie zajmie całego przedpołudnia, co? A jak skończycie, to przyjdziesz na pole. 
Przez jakiś czas damy sobie radę bez ciebie.

Sivert przytaknął. Właściwie powinien być zadowolony z takiego obrotu sprawy, 

pomyślała Mali. Chłopak uważał, że to wstyd i hańba, by ciągnąć ciężki walec po dopiero co 
zasianym polu. Młode nasionka należało bowiem wcisnąć w twardą glebę. To ważna praca, 
której nie można było pominąć. Gdyby nasionek nie ukryto głęboko w ziemi, to wygłodniałe, 
poszukujące jedzenia ptaki wydziobałyby całe zboże. Tyle tylko, że Sivert był zdania, iż 
ptakom też coś się należy. Mali wiedziała, że chłopak właśnie to ma na myśli, ale wstydzi się 
do tego przyznać. To on wczesną wiosną do czysta zbierał ze stołu i z deseczek wszystkie 
okruchy, żeby dokarmiać ptactwo. Mali nieraz była tego świadkiem, widziała także, jak Oja 

background image

podśmiewuje się z dobrego serca brata. Oja z kolei zupełnie nie przejmował się losem dzikich 
stworzeń. Nigdy.

-  Po co, u diabła, to robisz? - pytał brata, który stał pośrodku stada ptaków, choćby były to 

rozwrzeszczane mewy. - O ile wiem, one same znajdą sobie pożywienie.

-  O tej porze nie ma jeszcze dla nich na polu dość karmy - łagodnie odpierał zarzuty 

Sivert. - A poza tym one są bardzo pożyteczne, zwłaszcza wczesną wiosną. A okruchy, zdaje 
się, nikomu innemu nie są potrzebne.

-  Ale z ciebie dziwak - prychnął rozbawiony Oja. - Karmić ptaki, kto to słyszał!
Sivert nie odpowiedział.
 
Sivert wziął od matki puste wiadro na wodę, po czym przeszli przez podwórze.
-  Po co ci to wiadro? - zapytał Sivert, gdy dotarli do spichlerza i stanęli obok siebie w 

chłodnym, ciemnym pomieszczeniu.

-  Nie jest mi potrzebne, ale chciałam zamienić z tobą kilka słów bez świadków - zaczęła 

Mali. - W domu zawsze ktoś się kręci. Nie ma kąta, żeby ktoś nie podglądał lub nie 
podsłuchiwał.

Sivert milczał. Usiadł na taborecie obok masywnej beczki i przyglądał się matce.
-  A to, co chcesz mi powiedzieć, nie może dojść do niczyich uszu, tak? - raczej oznajmił, 

niż spytał.

Mali zastanawiała się chwilę, od czego zacząć.
-  Chciałam w każdym razie pierwsza z tobą porozmawiać - rzekła i także przysiadła obok. 

Kolana miała miękkie jak z waty.

Sivert milczał. Kreślił niewyraźne figury w rozsypanej na posadzce mące i zalegających tu 

odpadkach. Mali przyglądała się jego ciemnym włosom, które wiły się miękko i opadały na 
kark, a także jego długim, smukłym palcom.

-  Chodzi o szkołę rolniczą - zaczęła.
Sivert wyprostował się i spojrzał jej prosto w oczy, ale milczał. Mali odchrząknęła, bo 

miała wrażenie, jakby coś dusiło ją w gardle. Czuła bolesne drapanie i nie mogła wydobyć z 
siebie głosu.

-  Rozumiem, że nie chcesz w tym roku jechać do Vikebukt - ciągnęła niepewnie. - A ja 

uznałam, że nie mogę cię dłużej do tego zmuszać. Postąpisz tak, jak uważasz za stosowne.

-  I nie jesteś na mnie zła? - spytał ze zdziwieniem Sivert.
-  Nie, nie jestem na ciebie zła - odparła cicho matka. - Liczyłam, że wybierzesz szkolę 

rolniczą, ale skoro nie chcesz... - Poruszyła się niespokojnie, po czym nerwowo przygładziła 
włosy. - Jakże mogłabym być na ciebie zła? Nie. Zawsze sądziłam, że to ty... że ty zostaniesz 
tu gospodarzem. Wiesz o tym, bo przecież jesteś najstarszy i tak powinno być. Ale rozumiem, 
że muzyka jest w tej chwili dla ciebie najważniejsza, i dlatego nie widzę sensu, byśmy oboje 
poróżnili się z tego powodu. Zawsze pragnęłam dla ciebie jak najlepiej, synu - dodała wolno. 
- Chyba wiesz o tym?

-  Pewnie, że wiem - odparł łagodnie. W jego oczach rozbłysły żółte plamki. - Ale ty 

miałaś nadzieję, że będę bardziej... bardziej taki, jakiego mnie sobie wyobraziłaś, bardziej 
podobny do ojca. Z tego, co wiem, był świetnym gospodarzem i rolnikiem. Ja chyba jednak 
wrodziłem się w ciebie, bo to ty jesteś artystką, mamo, ale całkiem inną od pozostałych. 
Znasz się na wszystkim. Prowadzisz gospodarstwo, kierujesz ludźmi, a jeszcze znajdujesz 
czas, by tworzyć piękne dzieła. Ja nie jestem taki jak ty, nie posiadam tylu zdolności. Ale 
rozumiem, jak ważna jest dla ciebie sprawa dziedziczenia majątku. Możliwe, że nawet 
ważniejsza, niż potrafię pojąć. Wierz mi, że bardzo chciałbym cię uradować i spełnić twoje 
oczekiwania - dodał, po czym wyciągnął ku niej dłoń i położył na kolanie. - Ale naprawdę nic 
nie mogę poradzić.

background image

Mali struchlała na te słowa. Sama to wcześniej przeżyła; wiedziała doskonale, co to 

znaczy, gdy nie można zapanować nad uczuciami. Właśnie w ten sposób usprawiedliwiała 
swój własny grzeszny postępek. Wtedy nie umiała sobą pokierować. Przez dłuższą chwilę 
oboje milczeli.

-  Jeśli idzie o muzykę... - Sivert utkwił wzrok w matce. - Powiedziałaś, że nie muszę iść 

do szkoły w tym roku, bo muzyka ma dla mnie ogromne znaczenie.

Wstał. Był wysoki i smukły, a mimo to muskularny i zwinny niczym sarna. Po chwili 

podszedł do maleńkiego okienka i wyjrzał na zewnątrz. - Zawsze tak było z muzyką w moim 
życiu: ja i ona to jedno - ciągnął, zwrócony do matki plecami. - Musisz to zrozumieć. Ja tak 
naprawdę czuję i nie chcę, żebyś nadal łudziła się jakąś nierealną nadzieją. Dla mnie muzyka 
jest wszystkim, mamo.

Mali skuliła się w sobie jeszcze bardziej. Coś ścisnęło ją boleśnie w żołądku.
-  Ale nie możesz żyć tylko...
-  Nie trzeba mi wiele do życia - odparł i odwrócił się do niej. - I wiem dobrze, czego chcę. 

Jadę do Trondheim. Nie teraz, ale za rok lub dwa. Nie wiem, czy jestem dość dobry, ale mam 
zamiar spróbować. Chcę się wykształcić na muzyka. Może nawet zostanę członkiem orkiestry 
symfonicznej albo...

-  Ależ Sivert...
-  Mamo, wiem, że takie plany nie muszą się spełnić. Ale będę próbował. Czy ty mnie 

rozumiesz? Nie spocznę, dopóki nie spróbuję.

Mali pochyliła głowę i poczuła, że ogarniają przygniatające uczucie bezradności. Sivert 

jest szczery. Nie pozostawił jej żadnych złudzeń. Nie będzie mogła wspierać się myślą, że to 
tylko jego chwilowa zabawa w muzykowanie, a za rok czy dwa powróci na wieś i zostanie 
gospodarzem z krwi i kości. Obejmie dwór, który ona ma dla niego w spadku. On nie chce 
Stornes i nic na to nie można poradzić!

Sivert niespodziewanie objął matkę ramieniem. Był niemal o głowę od niej wyższy. 

Przytulił ją mocno do siebie i pozwolił, by położyła głowę na jego piersi. Przez dłuższą 
chwilę stali tak bez słowa. Mali poczuła, że z oczu zaczynają płynąć jej ciężkie łzy. Powoli 
także i ona wtuliła się w młode, muskularne ciało syna. Na koniec westchnęła głęboko.

-  Mamo, bardzo cię kocham.
Nie była w stanie wykrztusić z siebie ani słowa, kiwnęła jedynie głową, wciąż przytulona 

do Siverta.

-  Zawsze będę tu wracał - dodał spokojnie.
-  Tak - wyszeptała. - I to jest dla mnie najważniejsze, pamiętaj, żebyś nigdy o nas nie 

zapomniał. Bo ty spośród wszystkich dzieci zajmujesz w moim sercu szczególne miejsce. 
Właściwie nie powinnam tego mówić, ale tak jest naprawdę. Tak zawsze było, nie wiem 
doprawdy, co takiego w tobie jest. Może dlatego, że jesteś pierworodnym - dodała.

Sivert ujął jej twarz w dłonie i skierował ku sobie. Przez moment Mali miała wrażenie, że 

nogi odmówią jej posłuszeństwa i upadnie. Tak jakby właśnie spoglądała na Jo. Jakby stała w 
jego objęciach i tonęła w przepastnej studni jego tygrysich oczu z charakterystycznymi 
żółtymi plamkami. Odsunęła się delikatnie od syna, po czym pogładziła go po policzku.

-  Nikt nie rezygnuje z dziedzictwa - powiedziała cicho. - Ale nie mam serca patrzeć, jak 

usychasz z tęsknoty za innym życiem - dodała Mali. - Proszę cię jednak, zachowajmy to przez 
jakiś czas w tajemnicy. Nie ma przecież pośpiechu. Niech czas będzie naszym doradcą. Sivert 
przytaknął, po czym wypuścił Mali z objęć.

-  Dziękuję, mamo - odparł łagodnie. - Tak się bałem, że będziesz... że cię stracę. Że nie 

będziesz chciała mnie znać, jeśli...

-  Nie, tak się nigdy nie stanie, synu - odpowiedziała, po czym skierowała się ku drzwiom. 

- Nigdy.

 

background image

Przez resztę dnia Mali snuła się niczym we śnie. Kręciła się między spichlerzem a pralnią, 

przygotowywała posiłki, wydawała dyspozycje służbie, zajmowała się zwierzętami. Ale jej 
myśli wciąż krążyły zupełnie gdzie indziej.

Rozmowa z Sivertem przebiegła inaczej, niż to sobie zaplanowała. Mimo to postanowiła, 

że pozwoli mu tego lata samemu decydować, co chce robić. Zdała sobie sprawę, że nie ma co 
marzyć o szkole rolniczej, w każdym razie nie wcześniej niż przyszłej jesieni. Bo wcale nie 
zamierzała się poddawać, choć wiedziała, że dyskusje z Sivertem nie mają na razie sensu. Ale 
kiedy rozmawiali we dwoje w spichlerzu, nie potrafiła się mu przeciwstawić. Dostrzegła, jak 
ważna jest dla syna muzyka. I, jak twierdził, nie może na to nic poradzić.

Niech więc chłopak, w imię Boże, ma swobodę wyboru. Cóż bowiem innego mogła 

uczynić? Zgodziła się, choć trawił ją żal. Narastała w niej wielka nienawiść do Johana. W 
końcu to on wygrywa, ale o tym nikt nigdy nie może się dowiedzieć. Mali musi znaleźć 
sposób, żeby to jakoś wytłumaczyć, gdy przyjdzie odpowiedni czas. Na razie nie trzeba się 
spieszyć.

 
Gdy skończyli doić krowy, Mali nie wyszła z obory.
-  Ingeborg, możesz wracać - rzekła. - Ja tu jeszcze zostanę i zajrzę do tego cielaczka, co 

się wczoraj urodził. A potem jeszcze wejdę na strych i sprawdzę, ile nam zostało siana.

-  Nie chcesz, żebym ci w czymś pomogła?
-  Nie, wszystko już obrządzone - powiedziała Mali. - Chcę się tu rozejrzeć - powtórzyła.
Podeszła do zagrody, w której cielak, urodzony niespełna dobę temu, próbował ustać na 

cienkich, długich i słabych nóżkach. Był to śliczny młodziutki byczek. Nie zdecydowali 
jeszcze, czy go zatrzymają, czy też dadzą na ubój. Może podkarmi się go przez jakieś pół 
roku, a potem sprzeda. Nadeszły trudne czasy i chociaż w Stornes nikomu głód nie 
doskwierał, to i oni musieli oszczędzać wszędzie tam, gdzie się tylko dało.

Mali wyciągnęła rękę w stronę cielaka, który bez wahania pochwycił jej palec i zaczął 

łapczywie ssać. Szorstki język drapał jej skórę, a ślina ściekała zwierzęciu z aksamitnych 
warg.

-  Ciekawe, co też z ciebie wyrośnie? - rzekła do siebie Mali i pogładziła zwierzę po łbie. - 

I co w ogóle stanie się z nami - dodała w zadumie.

Oparta o ścianę boksu poczuła, że ogarniają fala bezmiernej rezygnacji i smutku. 

Wcześniej jej się to raczej nie zdarzało. Nigdy nie pozwalała sobie na chwile słabości i 
natychmiast przeganiała złe myśli. W każdej sytuacji potrafiła znaleźć jakieś rozwiązanie. A 
teraz niespodziewanie zabrakło jej siły, by wziąć się w garść. Zadręczała się myślą o synu, 
który wkrótce ją opuści. Będzie za nim bardzo tęsknić. Wyglądało na to, że trud wkładany 
przez długie lata w budowanie czegoś trwałego na nic się nie zdał. Wiedziała, że życie i tak 
potoczy się dalej. Najpewniej Oja przejmie gospodarstwo, ale to już nie będzie to samo.

Myślała też o tym, co piszą w gazetach, o tym, jak ludziom źle się powodzi. O głodzie, 

bezrobociu i biedzie. O chłopach, którzy zmuszeni są opuszczać swoje maleńkie zagrody. 
Dzięki Bogu w Stornes taki los nikogo nie spotka. To istny cud, że udało im się uratować 
pieniądze, zanim banki zbankrutowały. Przez moment Mali stanęła przed oczami ściana izby 
jadalnej, pod którą ona i Havard ukryli pieniądze, które wcześniej pobrali z banku w 
Kristiansund. Szkatułka z gotówką z latami coraz bardziej się napełniała. Mali sprzedała kilka 
dużych prac, a gospodarstwo, sprawnie prowadzone przez Havarda, dawało niezłe zyski. 
Większość zarobionych pieniędzy odkładali w szkatułce, a robili to zwykle wieczorami, kiedy 
wszyscy mieszkańcy dworu udali się już na spoczynek. Dobrze było wiedzieć, że jest trochę 
gotówki na czarną godzinę, zwłaszcza w tych trudnych czasach. A teraz Sivert z tym swoim 
wyjazdem... Jakby ich dwór wcale nie był tak wiele wart!

Mali wyprostowała plecy i cofnęła mocno już oblizaną dłoń sprzed pyska cielątka. Nie, nie 

może sobie pozwolić na takie ponure myśli. Stornes to Stornes. Trzeba dbać o ziemię i 

background image

gospodarkę, bo dwór musi pozostać w rodzinie jeszcze przez wiele pokoleń. Nieważne, kto 
go przejmie. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości!

Opłukała ręce w wiadrze z wodą i wytarła je do sucha. Wolno zsunęła z głowy chustkę, 

której zwykle używała w oborze, i powiesiła ją na haku. Odwiązała z tyłu troki szerokiego, 
ciemnoniebieskiego fartucha i zmieniła go na ten, który zawsze nosiła w domu. Jeszcze raz 
objęła spojrzeniem przeżuwające krowy, syte i spokojne w zamkniętych przegrodach. 
Odwróciła się, by wracać do domu.

Ale gdy przechodziła pod włazem na strych, przez który zrzucali z góry siano dla krów, 

przystanęła. Przypomniała sobie, że chciała sprawdzić, ile siana jeszcze zostało. Nie dlatego, 
że nie zaufała Havardowi. Od dnia, kiedy się pojawił w Stornes, dwór znajdował się w 
najlepszych rękach. Mali lubiła też sama wiedzieć, co się wokół dzieje.

Tak jak powinna dobra gospodyni, pomyślała i jakby bezwiednie wyprostowała plecy.
Podciągnęła szeroką spódnicę i wspięła się po drabinie na górę aż do włazu. Na strychu 

panował półmrok. Stała przez chwilę nieruchomo, aby przyzwyczaić wzrok do ciemności. 
Siana nie zostało już za wiele, właściwie krowy dojadają resztki paszy, tak jak mówił Havard. 
Na ten rok jeszcze wystarczy. Już za kilka tygodni krowy wypuści się na pastwiska, i chwała 
Bogu, bo to najwyższy czas. Gdyby miały dłużej stać w oborze, paszy na pewno by zabrakło.

Mieli teraz cztery młode, ponadroczne jałówki, a ich żarłoczność dało się zauważyć po 

szybkim ubytku siana. Zachowali też na zimę więcej owiec, niż planowali, prócz tego kilka 
baranów dobrej krwi. Z ich powodu też szybciej niż zazwyczaj ubywało siana. Na szczęście 
teraz owce mogły już skubać pierwszą wiosenną trawkę, więc resztę przeznaczy się dla krów. 
Mali nigdy nie bała się, że zabraknie im paszy. Havard miał wszystko pod kontrolą.

Nagle zaczęła nasłuchiwać. Wydawało jej się, że w pobliżu ktoś płacze. Nadstawiła uszu i 

teraz szloch dotarł do niej jeszcze wyraźniej. Płakała dziewczyna.

Mali po cichutku skradała się w głąb strychu. Tuż przy niewielkiej wnęce przy ścianie, 

gdzie jeszcze leżało trochę siana, dostrzegła jakieś cienie. Bezszelestnie przesuwała się w 
tamtym kierunku i znowu usłyszała zdławiony płacz. Zrobiła jeszcze jeden krok w stronę 
cieni, po czym zamarła. Serce zaczęło tłuc się w piersi. W ostatnich promieniach wieczornego 
światła ujrzała blade, gołe pośladki chłopaka rytmicznie poruszające się nad ciałem 
dziewczyny. Minęła wieczność, zanim Mali była w stanie zareagować. Gdy jednak 
otrzeźwiała, z głuchym krzykiem rzuciła się do przodu, by po chwili zimną jak lód ręką 
chwycić za kark Oję i poderwać go w górę.

-  A ty co tu wyprawiasz? - wysyczała z wściekłością, bo głos odmawiał jej posłuszeństwa. 

- Co ty wyprawiasz?

Oja patrzył na nią przerażony. Po omacku szukał spodni, chciał je podciągnąć, ale Mali 

trzymała go w żelaznym uścisku i nie był w stanie się ruszyć. Po chwili skierowała spojrzenie 
w stronę siana i tam ujrzała skuloną Ragnhild, która teraz próbowała poprawić ubranie. 
Dziewczynka zanosiła się szlochem.

-  Coś ty jej zrobił?
Głos Mali siekł powietrze niczym bat. Nie miała pojęcia, skąd ma w sobie tyle siły, ale 

wciąż potrząsała synem tak, jakby trzynastoletni wyrośnięty młodzik był szmacianą lalką.

-  Coś ty jej zrobił, pytam! - powtórzyła ostro. Oczy miała czarne niczym węgle.
-  A co ty myślisz? - odezwał się wreszcie Oja i już znacznie pewniej spojrzał matce w 

oczy. - Że co chłop robi z babą na sianie?

Dłoń Mali przecięła powietrze i trafiła w twarz syna z taką siłą, że chłopak się zachwiał. 

Gdyby nadal kurczowo nie trzymała go drugą ręką za kark, z pewnością by się przewrócił.

-  Masz... masz...
-  Zabawiłem się z nią, to prawda - odpowiedział i bezczelnie patrzył matce prosto w 

twarz.

background image

Mali popchnęła go tak gwałtownie, że upadł z łoskotem i grzmotnął całym ciałem w 

ścianę. Wtedy ona pochyliła się nad rozdygotaną dziewczyną, która wciąż leżała na ziemi.

-  Ragnhild, dziecino - powiedziała łagodnie. - Jak ty się czujesz?
Dziewczyna znowu uderzyła w płacz, kryjąc twarz w dłoniach.
-  Tylko nie mów nic matce ani ojcu, proszę - błagała.
-  Ale dlaczego się na to zgodziłaś? - zapytała Mali i zaczęła wybierać z jej włosów i 

ubrania słomę. - Przecież wy jeszcze jesteście dziećmi, i ty, i on. Nie rozumiem.

-  Powiedział, że jeśli mu nie pozwolę, to zrobi wszystko, żebyśmy się musieli wynosić ze 

Stornes, matka, ojciec i ja - wyszeptała Ragnhild tak cichutko, że Mali, aby usłyszeć, co mówi 
dziewczynka, musiała nachylić się tuż nad nią. - A wtedy... wtedy...

Mali z wielkim trudem wzięła głęboki oddech.
-  Czy robił to już wcześniej? - spytała cicho. 
Ragnhild przytaknęła.
-  Zaczęło się zimą - szepnęła. - Czy teraz będziemy musieli opuścić Stornes? - spytała, 

wpatrując się w Mali wielkimi z przerażenia oczami.

Mali podniosła się sztywno. Jej wzrok padł na syna, który już zdążył naciągnąć portki i stał 

teraz niedbale oparty o ścianę.

-  Czy to prawda? - zapytała i zrobiła ku niemu krok. Usunął się bezwiednie w obawie 

przed kolejnym palącym jak ogień uderzeniem. - Straszyłeś Ragnhild po to, żeby ją zaciągnąć 
na siano?

-  Straszyłeś, nie straszyłeś... - rzekł, próbując robić wrażenie hardego i niewzruszonego.
Ale Mali widziała, że zbladł i trzęsie się jak galareta. Bo wcale nie był taki odważny, za 

jakiego chciał uchodzić. Usta mu drżały.

-  To przecież tylko służąca, takich wszędzie mnóstwo. Po co zaraz robić tyle rabanu tylko 

dlatego, że chciałem sobie...

Mali wymierzyła synowi kolejny policzek. Chłopiec chwycił się za twarz, a w oczach 

stanęły mu łzy. Jego spojrzenie stało się czarne jak bezgwiezdna noc. Teraz ciskał ku matce 
błyskawice, ale nic nie powiedział. Panicznie się bał, żeby matka nie wpadła w jeszcze 
większą furię. Bo Mali była naprawdę wściekła. Wściekła i zrozpaczona. Paliło ją uczucie 
bliskie nienawiści. Co z niego za człowiek, skoro wpadł na taki pomysł? I to jej własny syn! 
Jak wychowała tego chłopaka, że w ogóle nie ma szacunku dla drugiego człowieka? Patrzyła 
na niego i nagle ujrzała przed sobą Johana.

-  Wynoś mi się stąd, ale już! - krzyknęła gniewnie. - Masz iść do swojej izby. Przyjdę tam, 

jak tylko porozmawiam z Ragnhild.

-  Mali, czy teraz będziemy musieli odejść? - po raz drugi spytała zatrwożona 

dziewczynka.

-  Nie, nie musicie odchodzić - zapewniła Mali i pogłaskała ją delikatnie po policzku. - 

Jeśli ktoś ma opuścić ten dwór, to już prędzej Oja. W Stornes nie ma miejsca dla takich 
smarkaczy - dodała ze ściśniętym gardłem.

-  Nie możesz mnie wyrzucić z gospodarstwa! - zawołał łamiącym się głosem Oja. Chyba 

teraz dotarło do niego, że to nie żarty. - Należę do rodu Stornesów. Nie możesz mnie stąd 
wypędzić.

-  Mogę zrobić to, co uznam za stosowne - odparła Mali lodowatym tonem, nie podnosząc 

wzroku. - Jesteś smarkaczem, Oja. Nawet nie wiem, czy mam jeszcze chęć na ciebie patrzeć - 
dodała z goryczą. - A teraz możesz odejść!

 
Gdy pozostała sam na sam z Ragnhild, przysiadła koło niej na sianie.
-  Wiesz, że to, co się stało, jest złe, Ragnhild? - spytała cicho.
Ragnhild pokiwała twierdząco głową.

background image

-  Nigdy więcej nie pozwól, żeby ktokolwiek straszył cię w ten sposób. Pamiętaj - 

powiedziała zdecydowanie Mali.

-  Ale Oja powiedział...
-  Niestety, Oja nie jest jedyny, który tak czyni. Zadufani w sobie chłopcy z bogatych 

rodzin albo dziedzice uważają, że mogą cię mieć tylko dlatego, że jesteś od nich biedniejsza. 
Nigdy, przenigdy nie opowiadaj, kim jesteś. Jesteś tak samo ważna jak każda dziewczynka, 
pamiętaj, proszę. I nigdy nie rób tego z chłopcem, zanim nie spotkasz tego jedynego, z 
którym będziesz chciała spędzić życie. Rozumiesz mnie, Ragnhild?

-  Ale ja się bałam, że będziemy musieli... Mama i tata mówili, że teraz są takie trudne 

czasy. Pomyślałam, że jak będzie trzeba opuścić Stornes, to...

-  Powinnaś wtedy najpierw przyjść do mnie albo do mamy - odparła Mali. - Oja to tylko 

przemądrzały chłystek. To nie on decyduje, co się stanie w tym dworze. A to, co zrobił... - 
Mali westchnęła ciężko i z drżeniem w głosie dodała: - Na takie zachowanie nigdy nie było i 
nie będzie przyzwolenia tu, w Stornes, i to powinnaś już chyba pojąć.

Przez chwilę obie nie odzywały się ani słowem. Płacz dziewczynki powoli ustawał. Od 

czasu do czasu Ragnhild jedynie pochlipywała.

-  Czy miałaś już krwawienia? - spytała Mali. - Mam nadzieję, że mama opowiedziała ci o 

tym. Wiesz chyba, że każda dziewczynka jeden raz w miesiącu ma krwawienia, kiedy... kiedy 
już dorośnie, można powiedzieć - dorzuciła z zakłopotaniem.

-  Krwawienia? - Ragnhild spojrzała na Mali wielkimi ze zdumienia oczyma. - Jakie 

krwawienia?

Ach, więc Ane jeszcze nie zdążyła uświadomić córki, pomyślała Mali. Trochę ją to 

zdziwiło. Wydawało jej się, że Ane będzie umiała porozmawiać z dziewczynką i przygotować 
ją na to, co może się zdarzyć w każdej chwili. Ragnhild mogła już przecież mieć pierwszą 
menstruację. Może Ane sądziła, że jest jeszcze dość czasu, bo Ragnhild ma przecież dopiero 
dwanaście i pół roku. Ale nigdy nie wiadomo, zwłaszcza gdy miesiączka pojawia się po raz 
pierwszy. U Ragnhild, na szczęście, nie zaczął się jeszcze czas dojrzewania, pomyślała Mali i 
odetchnęła z wyraźną ulgą. Nie ma zatem obawy, że Ragnhild zajdzie w ciążę.

-  Jeśli chodzi o te krwawienia, zapytaj któregoś dnia swoją mamę. Ona ci wszystko 

opowie - podpowiedziała Mali.

-  Ale ty nic jej nie powiesz, Mali? - powtórzyła dziewczynka z trwogą w głosie. - Ona by 

zaraz wygadała ojcu, a wtedy...

No właśnie, co wtedy? - zastanawiała się Mali. Mogła sobie jedynie wyobrazić, co 

zrobiłby Havard, gdyby się dowiedział, że jakiś dwunastoletni smarkacz zmusza jedną z jego 
córek do współżycia. Na samą myśl o tym jej ciałem wstrząsnął lodowaty dreszcz.

-  Nie, nic nikomu nie powiem - obiecała i delikatnie objęła dziewczynkę ramieniem. - 

Nigdy więcej już o tym nie wspomnimy. I nie bój się, że Oja cokolwiek wygada. Ja już się 
postaram o to, żeby słowa nie pisnął. Możesz być spokojna - dodała zmęczonym głosem.

Ragnhild pokiwała głową, po czym oparła się o ramię Mali i cicho westchnęła.
-  Dziękuję - wyszeptała. - Jesteś taka dobra, Mali.
Mali nie odpowiedziała. Siedziała bez ruchu, trzymając w ramionach dziewczynkę, 

gładziła ją po głowie i od czasu do czasu wybierała z jej odzienia resztki siana.

-  Ale ty musisz mi za to coś obiecać - dorzuciła. - Musisz mi dać słowo, że nigdy nikomu 

nie pozwolisz przymusić się do tego, co tu robiliście. Nigdy więcej! Jesteś wartościową 
dziewczynką i żaden mężczyzna nie ma prawa poniżać cię w taki sposób. Zapamiętaj to sobie 
dobrze. Nie oddawaj się nikomu, jeśli sama, z własnej woli, nie będziesz tego pragnęła. 
Możesz mi to obiecać?

Ragnhild wyciągnęła do Mali brudną rączkę i z powagą skinęła głową.
-  Obiecuję ci, Mali - odparła niskim głosem.

background image

-  A teraz pójdziesz do obory, ogarniesz się i porządnie umyjesz, zanim wrócisz do domu. 

Twoi rodzice także niedługo zejdą z pola. Najlepiej zapomnij o tym, co się dzisiaj stało, i już 
nigdy z nikim o tym nie rozmawiaj.

-  Nigdy - powtórzyła Ragnhild i spojrzała na Mali skupionym, poważnym wzrokiem. - 

Nigdy, nigdy.

I to z pewnością się jej uda, pomyślała Mali, po czym wstała i pomogła dziewczynce się 

podnieść. W końcu mała skrywała swoją tajemnicę od początku zimy. Co do tego Mali nie 
miała najmniejszych wątpliwości.

-  Idź już, Ragnhild - odrzekła i przepuściła dziewczynkę przodem. - Powinnaś być w 

domu, zanim ktokolwiek zacznie się zastanawiać, gdzie się podziewasz.

Gdy stanęły przy wejściu, Ragnhild puściła dłoń Mali, a po chwili raz jeszcze spojrzała na 

kobietę swymi okrągłymi jak monety oczyma. Zaraz potem zniknęła przy wyjściu.

 
Kiedy Mali weszła do izby, w której sypiali chłopcy, syn siedział na stołku przy oknie. 

Słysząc jej kroki, pospiesznie wstał.

-  Zdajesz sobie sprawę z tego, czego się dopuściłeś? - spytała Mali półgłosem, w pełni 

świadoma, że w domu panuje idealna cisza.

Skinął głową, ale nie podniósł wzroku.
-  Nigdy nie przyszło mi do głowy, że zamiast syna doczekam się takiego drania - ciągnęła 

Mali. - Czy ty pojmujesz, że to, co zrobiłeś, jest karalne? Ragnhild to jeszcze dziecko. Jest w 
takim wieku, że nikt nie ma prawa tknąć jej ciała! Poza tym ty też jesteś jeszcze za młody na 
takie sprawy - dodała. - Ale najgorsze, że zmusiłeś ją szantażem, że ją straszyłeś. A wszystko 
dlatego, że, nie wiedzieć czemu, uważasz się za lepszego od niej.

Oja usiadł na brzegu łóżka i westchnął ciężko.
-  Ta historia nigdy nie może wyjść poza te cztery ściany. Nikt nie może się o tym 

dowiedzieć, rozumiesz? - powtórzyła dobitnie. - Ani pary z gęby. Dobrze wiem, co z ciebie za 
gagatek; już cię korci, żeby się zacząć przechwalać. Ale jeśli piśniesz choć słówko albo jeśli 
choć raz zbliżysz się do Ragnhild czy do innej dziewczyny wbrew jej woli, nawet jak 
będziesz zupełnie dorosły, to nie zawaham się ani chwili, po prostu wypędzę cię z domu na 
zbity pysk! Rozumiesz? Wyślę cię daleko stąd i powiem, że masz nie po kolei w głowie i 
dlatego nie możemy odpowiadać za ciebie tu we dworze.

Oja podniósł na matkę wielkie ze zdumienia oczy.
-  Nie możesz... - zaczął.
-  Chcesz mnie wypróbować? - odcięła się lodowato Mali. - Nie radzę, synu.
Chłopak zgarbił się i kurczowo zacisnął dłonie na krawędzi łóżka.
-   Zrozumiałeś?
Głos Mali był niski i pełen nienawiści. 
Chłopak wolno pokiwał głową.
-  Spójrz mi w oczy i odpowiedz - nakazała z zaciśniętymi ustami.
-  Tak, rozumiem - odparł chrapliwie.
-  A jeśli uważasz się za skrzywdzonego, ty przemądrzały łobuzie, i sądzisz, że będziesz 

mógł się kiedyś na mnie odegrać, to pamiętaj, że ze mną nie ma żartów. Już ja sobie dawałam 
radę z gorszymi od ciebie. Niech nikt się lepiej ze mną nie próbuje. A już na pewno nie ty! Bo 
będziesz skończony w tym domu. I to na dobre - dodała zacietrzewiona, po czym odwróciła 
się na pięcie i w okamgnieniu zniknęła za drzwiami.

 
Stąpając cicho, skierowała się na strych, do swojej sypialni, którą dzieliła z Havardem. Bez 

sił opadła na krzesło przy oknie, oparła brodę na dłoniach i zaczęła gorzko płakać. Bolał ją 
brzuch, miała też wrażenie, jakby ktoś ściskał ją za gardło, że traci oddech. Przecież nie może 
powiedzieć Havardowi. Ten ciężar znowu przyszło jej dźwigać samotnie.

background image

Po jakimś czasie podniosła się, opłukała twarz zimną wodą i przygładziła włosy. Wzięła 

głęboki oddech i wyprostowała plecy. Otworzyła drzwi i powoli zeszła na dół. Wydawało jej 
się, że nogi zaraz odmówią jej posłuszeństwa. Ciężar stawał się coraz większy.

ROZDZIAŁ 4.

-  Atmosfera w domu jest jakaś ponura - stwierdził Havard któregoś wieczoru, gdy Mali 

już się położyła. Przyciągnął ją do siebie i delikatnie pogłaskał po włosach. - Powiedz mi, 
Mali, co cię znowu tak trapi?

-  Nie, nic takiego - odparła wymijająco. - Jestem teraz taka zmęczona, bo tyle spraw mam 

na głowie. Cały dzień to piłowanie drewna, a tu we dworze też zawsze jest coś do roboty. 
Myślę, że po prostu jesteśmy wszyscy wyczerpani - dodała.

-  O nie, to coś jeszcze - upierał się Havard. - Dobrze cię znam. Coś cię dręczy, a ja 

podejrzewam, że znowu chodzi o Siverta. Niedługo wyjeżdża i tobie trudno to znieść. 
Rozumiem cię - przyznał i przytulił ją mocniej. - Ale on jesienią wróci. Na początku 
września, sam powiedział. Ostatnio z nim rozmawiałem. Ten czas szybko zleci, zobaczysz. 
Zaraz lato i żniwa, tyle spraw, którymi się trzeba zająć, że nawet się nie obejrzysz.

Mali nie odzywała się. Leżała sztywno obok męża i wciąż milczała. Wcale nie miała 

ochoty rozmawiać o tym, co leży jej na sercu.

-  Ale czuję, że to nie dotyczy tylko Siverta - drążył Havard. - Czy wy się z Oją 

pokłóciliście? Ostatnio prawie się do siebie nie odzywacie, przecież to widać gołym okiem. 
Powiesz mi, co się stało?

-  Oja to przemądrzały smarkacz, który myśli, że jest lepszy od innych - oznajmiła krótko 

Mali. - Kilka dni temu mieliśmy ostrą wymianę zdań na ten temat. Ale on nie znosi 
strofowania i podejrzewam, że humor mu się nie poprawi do końca wakacji.

-  Czy ty czasem trochę nie przesadzasz? - Havard zabawił się kosmykiem jej włosów, 

uśmiechając się dobrotliwie. - Chłopiec przechodzi trudny okres. Wydaje mu się, że jest 
dorosły, i chce się zachowywać jak dorosły. Często tak bywa, kiedy młody człowiek chce 
wyrwać się spod maminej spódnicy - dodał.

-  Oja nigdy nie trzymał się mojej spódnicy - odparła Mali z goryczą i odsunęła się nieco. - 

Ale ma te same paskudne cechy co jego ojciec, a ja nie mam zamiaru tego znosić. 
Powiedziałam mu to jasno - oświadczyła zmęczonym głosem.

Gdyby tylko Havard wiedział, pomyślała. Wtedy na pewno nie przyszłoby mu do głowy 

brać chłopaka w obronę.

-  Ale w ten sposób trudno poprawić sytuację - zauważył Havard. - Oja jest synem Johana, 

czy ci się to podoba, czy nie, i nic dziwnego, że odziedziczył po nim niektóre cechy. A 
przecież kiedyś to ty zdecydowałaś się wybrać Johana - dodał i pociągnął ją za lok. - 
Cokolwiek by mówić, bracia są do siebie tacy niepodobni - mruknął pod nosem. - Nie mają 
chyba ani jednej cechy wspólnej.

Mali oblała fala gorąca. Nie zamierzała ciągnąć tej dyskusji. Kryło się w niej tyle 

przemilczeń i kłamstw, że nieopatrznie mogła popełnić błąd. Powiedzieć coś, co niosłoby ze 
sobą brzemienne w skutki następstwa.

-  Rozmawialiśmy o tym już nie raz, o ile sobie przypominam - ucięła krótko. - Nie są do 

siebie podobni. Trudno nawet znaleźć dwóch tak odmiennych jak Oja i Sivert. Ale tak już 
jest, jak się ma dzieci - westchnęła, kierując rozmowę na inne tory. - Bywa, że wyrastają na 
zupełnie innych ludzi, niż byśmy chcieli.

-  No wiesz, ani ja, ani ty też nie byliśmy tacy, jak chcieli nasi rodzice - zaśmiał się 

Havard. - Pamiętam, że mój ojciec nieustannie na mnie narzekał. Nigdy nie zrobiłem nic tak, 

background image

jak by on sobie życzył. Tylko najstarszy w domu coś znaczył. Taki już był ten mój ojciec. A 
ty... ty też, zdaje się, nie byłaś aniołkiem. Przyznaj, że twoi rodzice, tam w Buvika, też mieli 
się o kogo martwić - śmiał się dobrotliwie. - Wszystko jednak z czasem się układa. W końcu 
musisz przyznać, że mamy czwórkę dobrych dzieci.

-  Może i tak - odpowiedziała z wahaniem, po czym podciągnęła koc pod szyję.
-  Zimno ci? - spytał Havard i wsunął dłoń pod nocną koszulę żony. - O, jesteś rozgrzana.
-  Czuję się zmęczona - ucięła Mali.
-  Jesteś skwaszona - stwierdził spokojnie Havard. - Skwaszona i zniechęcona. Czy nie tak 

było w bajce, że najpierw książę zamienił się w żabę, a potem, kiedy pocałowała go 
księżniczka, stanął przed nią piękny mężczyzna? To pewnie można i odwrotnie. Ty jesteś tą 
księżniczką przemienioną w żabkę, a kiedy ja cię pocałuję, to...

Zanim Mali zdążyła się odwrócić, Havard uniósł się na łokciach i pocałował ją. Próbowała 

go odepchnąć, ale był od niej silniejszy. Jego cieple, wilgotne usta wędrowały po jej twarzy. 
Nie chciała tego! Miała głowę pełną zmartwień, a ostatnie, o czym mogłaby teraz myśleć, to 
swawole w łóżku.

Westchnęła. Sivert zaczął się już pakować do wyjazdu, a Oja ledwie się do niej odzywał. 

Co chwilę napotykała utkwione w siebie wielkie oczy Ragnhild. Przerażone i niepewne oczy 
małej dziewczynki. To wszystko przelewało kielich goryczy. Ponadto źle się czuła, udając 
wobec Ane, że wszystko jest, jak należy. Co jednak mogłaby jej powiedzieć? Rozważała to 
po wielekroć. Może mimo wszystko powinna z nią porozmawiać? Ale za każdym razem 
odrzucała tę myśl. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jakie by to mogło mieć następstwa. Mali 
czuła się bardzo źle wobec pracowitej i życzliwej służącej, a to pogłębiało z kolei jej 
narastającą niechęć w stosunku do Oi. To przecież on doprowadził do tej nieszczęsnej 
sytuacji.

Dłonie Havarda coraz bardziej zachłannie pieściły ciało Mali. W końcu kobieta schwyciła 

ramię męża i odepchnęła mocno.

-  Jestem zmęczona, Havard! - powtórzyła z naciskiem i z powrotem naciągnęła koszulę 

nocną, która teraz nawet nie zakrywała jej brzucha. - Czy chociaż raz nie możesz tego 
uszanować?

Puścił ją natychmiast, po czym sam odwrócił się na plecy.
-  Oczywiście, że nie będę cię zmuszał - powiedział spokojnie. - Chociaż raz... - powtórzył 

i skierował na nią swój wzrok. - Czy ja cię często zmuszam wbrew twojej woli?

-  Nie, naprawdę, wcale tak nie myślałam - odparła zakłopotana Mali. - Przecież wiesz, jak 

bardzo cię kocham, i chciałabym... Havard, wiesz dobrze, że uwielbiam twoją bliskość. 
Pragnę ciebie tak samo mocno, jak ty mnie. Ale akurat teraz... teraz tyle spraw mam na 
głowie i jestem po prostu taka zmęczona - powtórzyła.

-  W takim razie mam nadzieję, że będziesz dobrze spała - rzekł Havard, odwrócił się do 

niej plecami i szczelnie opatulił kocem. - I może jutro ubędzie ci tych spraw, które tak cię 
trapią. Ale ostatnio to nic nowego, bo ciągle masz jakieś zmartwienia. Widzę to w twoich 
oczach - dodał. - Zresztą zawsze tak było, odkąd ja się tu pojawiłem. I z czasem nic się nie 
zmienia na lepsze.

Mali zmartwiała. Była przekonana, że udaje jej się zachować pozory i nikt nie dostrzega, 

że skrywa głęboką tajemnicę. Powinna się była jednak domyśle, że Havard widzi to, czego 
nie zauważają inni. Jest bardzo spostrzegawczy i zna ją zbyt dobrze.

-  Nie jest aż tak źle - rzekła uspokajająco i poklepała go po plecach. - Od czasu do czasu 

zawsze pojawiają się jakieś kłopoty. Zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci - powtórzyła.

-  To prawda - odparł, nie odwracając się. - Ale kłopoty to zupełnie co innego niż 

prawdziwy ciężar. A ja wiem, że właśnie taki ciężar w sobie nosisz, Mali. Jestem przy tobie, o 
ile kiedyś uznasz, że chcesz się nim ze mną podzielić. Zresztą nieraz ci to już mówiłem - 
zakończył.

background image

Mali leżała bez słowa, otuliła się jedynie mocniej kocem.
-  Dziękuję - wyszeptała.
Jak by to było wspaniale porozmawiać z Havardem o wszystkim, pomyślała. Ale tego 

ciężaru, który nosiła, nie mogła, niestety, z nikim dzielić. Nawet z Havardem. Wówczas z 
pewnością zostawiłby ją, była o tym bardziej niż przekonana. Któż by jej przebaczył to całe 
zło, którego się dopuściła, a szczególnie to, co zrobiła Havardowi. Mali nie mogła nawet 
znieść myśli, co by się stało, gdyby straciła Havarda. Nie, tylko nie jego.

 
Kiedy Sivert opuścił dwór, Mali poczuła się tak, jakby w domu zawaliła się jedna ze ścian. 

Była przygotowana na to, że będzie jej brakować syna, bo przecież poznała to uczucie, kiedy 
wyjechał do szkoły w Todalen, ale wtedy wydawało się to wszystko jakieś inne. Szkoła była 
bliżej, a ona wcale tak bardzo się o syna nie musiała martwić. Teraz niepokój o Siverta jej nie 
opuszczał ani na moment, chociaż nie umiała powiedzieć, dlaczego. Może dlatego, że nagle 
dojrzał? Teraz był dorosłym, przystojnym mężczyzną. Choć z drugiej strony wydawał jej się 
nadal taki młody, taki ufny. Mali obawiała się, żeby nie wplątał się w jakieś kłopoty, 
szczególnie z dziewczętami. Mógł dać się łatwo oszukać albo skrzywdzić. Albo związać z 
kobietą, która nie byłaby dla niego odpowiednią partią.

Bo Mali była przekonana, że Sivert nie ma doświadczenia z dziewczętami. W każdym 

razie nigdy nie zauważyła, żeby okazywał im jakieś większe zainteresowanie. Sivert nigdy też 
nie wymieniał imienia żadnej dziewczyny, w każdym razie Mali na pewno nic takiego nie 
słyszała. Dla Siverta istniały tylko skrzypce, tylko muzyka. W tej sytuacji nietrudno 
doświadczonej w podbojach kobiecie uwieść młodego chłopaka. A Mali była pewna, że 
prędzej czy później tak się stanie. Żeby tylko nie dał się namówić na coś głupiego, pomyślała 
i poprawiła włosy. Szybko jednak odrzuciła tę myśl. Dla Siverta muzyka jest znacznie 
ważniejsza niż kobiety. To skrzypce są jego namiętnością, pocieszała się w duchu.

Westchnęła i rozciągnęła obrus na dużym stole w jadalnej izbie. Miała nadzieję, że to ona 

znajdzie dla syna godną kandydatkę na żonę. Prawdę mówiąc, to samo planowała wobec 
pozostałych dzieci. Może niekoniecznie ona powinna dokonać wyboru, ale chciałaby 
uczestniczyć w podejmowaniu decyzji, mieć coś do powiedzenia, gdy nadejdzie właściwy 
czas. Przecież wie, co będzie dla nich najlepsze. A jeśli żadne z nich nie zapyta jej o radę ani 
nawet o to, co na ten temat myśli? No może z wyjątkiem Ruth. Ruth z pewnością będzie 
słuchała matki. Ale o los Ruth Mali akurat najmniej się martwiła. Dziewczyna jest skromna, 
wstydliwa i delikatna. Będzie z niej znakomita żona dla spokojnego, porządnego rolnika z 
dużym gospodarstwem, może kilka lat starszego od niej, myślała w duchu. Bo Ruth 
najpewniej będzie potrzebowała kogoś, kto się nią zajmie, zaopiekuje, kogoś, kto ją ochroni, 
będzie dobry, łagodny i doceni umiejętności tej myślącej dziewczyny.

A dwoje pozostałych... Ech, po co się martwić przedwcześnie, pomyślała. Była 

przekonana, że zarówno Dorbet, jak i Oja bez wątpienia przysporzą jej znacznie więcej trosk 
niż Ruth. Ale postara się mieć ich na oku i wspierać w ważnych sprawach, i to wszystkich, 
niezależnie od tego, czy im się to spodoba, czy też nie.

 
Mężczyźni zakończyli wycinkę w końcu maja. Teraz nie było już tak łatwo sprzedać 

drewno. Nadeszły ciężkie czasy i ludzie nie mieli pieniędzy na kupno. Z drugiej strony 
nieoczekiwanie zaprzestano zakupów drewna na podkłady kolejowe potrzebne przy budowie 
kolei Surnabanen. A stało się tak dlatego, że gdy w tysiąc dziewięćset dwudziestym trzecim 
roku oficjalnie ogłoszono nowe plany budowy kolei, przedsięwzięcie Surnabanen nie zostało 
w nich uwzględnione. Za najważniejsze uznano połączenia komunikacyjne w dystryktach 
położonych najbardziej na zachód. Decyzja ta wywołała przerażenie i złość w całym rejonie 
Nordmore. Znowu mieszkańcy Sunnmore uzyskali kolejny przywilej, mawiano. Jak zwykle!

background image

-  Jacy to oni mocni w gębie, nie nam się z nimi mierzyć - z goryczą komentowali 

mieszkańcy dolin. - Na pewno powysyłali mnóstwo pism i nieraz stukali do drzwi 
urzędników w Oslo. Ci z Sunnmore nigdy się łatwo nie poddają. Dla nich zwyczajne „nie" nie 
kończy sprawy. O nie, to ich dopiero zachęca do działania. Pewnie tym razem też było tak 
samo, a my...

Sytuacja wcale się nie poprawiła, gdy ogłoszono plany budowy kolei; wówczas 

mieszkańcy Sunnmore ani myśleli ruszyć choćby palcem i wesprzeć sąsiadów z Nordmore. 
Oni już dostali to, czego chcieli, a inni niech radzą sobie sami.

-  Co za dranie - utyskiwali mieszkańcy północnych okolic na swoich ziomków z południa. 

- Daj kurze grzędę, a wyżej siędzie, a i tego im jeszcze mało! To dopiero sąsiedzi!

Najgorzej mieli się ci wszyscy, którzy przez długi czas skupowali i przechowywali drewno 

na podkłady kolejowe z myślą o oczekiwanej budowie. Ci stracili najwięcej. Wśród ludzi 
narastała niechęć do mieszkańców z południa, która coraz częściej odbijała się na 
codziennych kontaktach, także na handlu. Nie mówiąc już o bliskich związkach. Jeszcze 
przez długie lata małżeństwo z mieszkańcem z Sunnmore było bardzo źle widziane. Do dziś 
właściwie niewiele się zmieniło, pomyślała któregoś majowego popołudnia Mali, widząc 
powracających z wycinki mężczyzn z ostatnim ładunkiem drewna. Surnabanen, z budową i 
rozwojem, z którymi wszyscy wiązali takie nadzieje, jak na ironię wywołała poważne zatargi 
między mieszkańcami obu sąsiadujących dystryktów: Sunnmore i Nordmore. A jeszcze 
niejeden sprytnie podgrzewał wrogie nastroje, więc niechęć z pewnością szybko nie ustąpi 
miejsca przyjaźni.

Nadszedł ciepły, słoneczny czerwiec. Morze we fiordach wygładziło się, lustrzanej tafli nie 

mąciła żadna zmarszczka. Wszędzie pachniało bzem, okna całymi dniami otwierano na oścież 
i wreszcie można było zrzucić ciężkie, ciemne okrycia. Mężczyźni wkładali bawełniane 
spodnie, a kobiety przewiewne sukienki. Wietrzono skóry, trzepano pledy i chowano je w 
kufrach. Teraz za nakrycie wystarczały lekkie koce. Dnie stały się dłuższe, a wieczory i noce 
jasne. Góry aż do późnych godzin nocnych spowijały bajeczne fiolety, a śnieg, który jeszcze 
miejscami zalegał na szczycie Stortind, powoli poddawał się letnim promieniom słońca. W 
końcu zupełnie zniknął, ukazując majestatyczne wzgórze w całej krasie. Nadeszło lato.

 
-  No, wreszcie drewno z pastwisk poskładane - oświadczył któregoś dnia Havard. 
Właśnie siedzieli przy stole, spożywając popołudniowy posiłek.
Mężczyźni zdążyli wrócić po dwudniowej pracy na górskich pastwiskach, gdzie wycinali i 

układali drewno.

-  Dobrze byłoby pobyć tam przez kilka dni - dodał Havard, po czym grubo posmarował 

sobie masłem kolejną pajdę chleba. - W górach jest teraz naprawdę pięknie.

W pracy na gospodarce nie mogli liczyć na długi odpoczynek. Każda pora roku wiązała się 

z określonymi obowiązkami. Nie było mowy o tym, żeby coś odłożyć i tak po prostu 
wyjechać.

-  Nie moglibyśmy pojechać tam chociaż na kilka dni? - zapytała Ruth i spojrzała prosząco 

na ojca. - Górska hala to najpiękniejsze miejsce, jakie znam. Gdybyśmy mogli tam zostać, 
przenocować...

-  A gdzie ty się tam chcesz wybierać? - zapytał Oja. - Tam się przecież nic nie dzieje, 

poza tym, że dopadnie cię rój komarów.

-  W górach jest tak niezwykle cicho - odparła z rozmarzeniem Ruth. - Można w spokoju 

porozmyślać.

-  A o czymże ty chciałabyś tak w spokoju porozmyślać, Ruth? - zapytał ciepło Havard, 

spoglądając z czułością na córkę.

Ruth poczerwieniała.

background image

-  Nie, o niczym szczególnym - odrzekła i nagle upuściła kromkę chleba posmarowaną 

stroną na dół. Dziewczynka jeszcze bardziej się zawstydziła. - Ale... tam... tam jest tak 
cichutko, że ja...

Przerwała, bo nie miała odwagi więcej wyjaśniać. Wstała, aby przynieść ścierkę i zetrzeć 

masło ze stołu.

-  Być może moglibyśmy się wybrać w góry na jakieś dwa, trzy dni, jak już skończymy 

utwardzać drogę - stwierdził Havard i pogłaskał przechodzącą koło niego dziewczynkę po 
policzku. - Potem mamy cały tydzień, więc chyba moglibyśmy odpocząć przez parę dni od 
zajęć we dworze, chociaż co nieco trzeba jednak będzie w tym czasie wykonać. Co na to 
powiesz, Mali? Pozwolimy sobie na tych kilka dni wolnego w górach?

-  Ja się nigdzie nie ruszam - rzekł twardo Oja, zanim Mali zdążyła cokolwiek 

odpowiedzieć.

-  Ani ja - dodała Dorbet. - Trzeba tak daleko iść, a poza tym tam jest nudno.
-  Myślę, że mogłoby być bardzo przyjemnie - wtrąciła wreszcie Mali i zerknęła na męża. - 

Gdyby się nam tylko udało wygospodarować trochę czasu.

Dobrze by nam to zrobiło, pomyślała, spoglądając na fantazyjnie zwisającą nad czołem 

grzywkę Havarda. Niespodziewanie ogarnęła ją fala czułości. Mieli ostatnio tak mało czasu 
dla siebie, tylko we dwoje. Ale gdyby zabrali Ruth...

-  A może Guro z Innstad chciałaby pojechać z tobą? - zwróciła się do córki. - Wtedy wy 

obie zamieszkałybyście w domku Ane, a ja z tatą w naszym.

-  Och, to byłoby wspaniałe! - zawołała Ruth. - Czy mogę pobiec do Innstad i zapytać?
-  Najpierw skończmy nasz posiłek - mruknął Havard i posłał Mali długie, 

porozumiewawcze spojrzenie, co sprawiło, że przeszedł ją przyjemny dreszcz. - A tych 
dwoje, którzy nie chcą jechać z nami, niech zostanie w domu. Może ty, Dorbet, będziesz 
nawet mogła zamieszkać na ten czas w Innstad razem z Olaug i miałabyś pewną odmianę - 
dodał z zadowoleniem w głosie.

Mali nagle dostrzegła trwożliwe spojrzenie Ragnhild.
-  Ragnhild, a ty nie dołączyłabyś do nas? - zapytała przyjaźnie Mali.
-  Jeśli mogę - odpowiedziała cicho i czerwieniąc się, spuściła wzrok. - Ale nie wiadomo, 

czy Ruth i Guro chciałyby, żebym ja...

-  O tak, to będzie naprawdę przyjemne, jeśli i ty masz ochotę - odrzekła jak zwykle 

szczerze i serdecznie Ruth. - Myślałam, że może wolisz zostać, ale...

-  Jakby rodzice pozwolili, z chęcią bym pojechała - Ragnhild spojrzała z nadzieją na 

swojego ojca.

-  Jeśli mama nie ma nic przeciwko temu, to ja też nie - odpowiedział Aslak z ustami 

pełnymi jedzenia.

-  Ależ oczywiście, córeczko - dodała Ane. - Skoro znajdzie się dla ciebie miejsce, 

zgadzam się.

Na twarzy Ragnhild dało się zauważyć wyraźną ulgę. Jej wzrok na chwilę podążył w 

kierunku Oi. Nie miała najmniejszej ochoty zostać z nim sam na sam, zwłaszcza Jeśli Dorbet 
przeniosłaby się do Innstad. Mali wprawdzie była pewna, że Oja nie zbliżył się do 
dziewczynki po karczemnej awanturze, jaką mu urządziła, bo pytała ją o to kilka razy, jednak 
ostrożności nigdy za wiele.

-  Zatem w tym roku będziemy mieli wakacje - zaśmiał się Havard. - Wygląda na to, że 

plan jest już opracowany.

-  No, przecież to twój pomysł - wtrąciła się Mali. - Czyżbyś teraz żałował?
Ich spojrzenia się spotkały. Pełne czułości, młodzieńczego oszołomienia i prawdziwej 

namiętności, aż Mali poczerwieniała i o mało nie przewróciła kubka z mlekiem.

-  Nie, w żadnym razie nie żałuję. Wręcz przeciwnie, dawno się tak nie cieszyłem jak teraz 

- odparł spokojnie, lego śnieżnobiałe zęby błysnęły w szerokim uśmiechu.

background image

-  No to jedziemy na wakacje w góry - zawtórowała rozradowana Mali. - Kończcie jak 

najszybciej tę drogę, ale nie zapomnijcie o wykopaniu rowów, bo tak czy siak, nie możemy 
pozwolić sobie na długą nieobecność. Czeka nas w tym roku położenie nowej warstwy darni 
na dachu w oborze i dobrze byłoby to zrobić dość szybko.

-  Pokrycie dachu to jedno - wtrącił Havard, nalewając sobie szklankę mleka. - Z tym nie 

będzie problemu, bo skrzykniemy do pomocy mężczyzn z pozostałych dworów, więc sądzę, 
że pójdzie nam sprawnie, mimo że to czasochłonna robota. Tak naprawdę jestem bardzo 
zadowolony z tego, że w ubiegłym roku pokryliśmy dach nad izbą jadalną. Teraz mamy na 
długo spokój.

-  No właśnie, robota przy dachu nie idzie wcale tak szybko - dodała Mali. - Nawet jak 

pomagają mężczyźni z dworów i gospodarze z mniejszych domostw. Jedna rzecz to uporać 
się z robotą tu w Stornes, ale przecież nie łatwo ich namówić, bo wędrują od domu do domu i 
zaciągają się do prac w innych gospodarstwach. Dachy we dworach pokrywa się na nowo 
prawie każdego roku - ciągnęła Mali. - A przynajmniej tak to wygląda. Rzadko kto pozwala 
sobie na to, by przeczekać rok czy dwa lata.

-  Nie, aż tak często nie naprawiają dachów - wtrącił się Aslak i rękoma podparł obolały 

krzyż. Od dłuższego czasu po pracy przy wycince miewał bóle pleców. - Dach kryty darnią 
trzyma się dobrych kilka lat.

-  To prawda - przyznał Havard. - Ale nie licząc zabudowań, które znajdują się w każdym 

dworze - kuźnia, szopa na łodzie, letnia obora i jeszcze budynki w górach, na pastwiskach. 
Wychodzi na to, że każdego roku trzeba od nowa przykrywać jakiś dach. Na szczęście 
czasem wystarczy je tylko trochę podreperować - dodał. - Wyrzucić przegniłą deskę i 
uzupełnić darń tam, gdzie się wykruszyła albo zapadła.

-   Słyszałem, że w okolicach Surnadalen kładą jakieś nowe dachy - do rozmowy włączył 

się O1av. - Może z czasem warto by się tym zainteresować.

-  Tak, tak, sam ostatnio taki widziałem w Surnadalen - odpowiedział Havard. - Nawet 

rozmawiałem z chłopem, który go krył, a jakże. Liczy, że te nowe dachy będą się trzymać, jak 
należy. Ale zanim się zdecyduję, wolę odczekać parę lat i zobaczyć, jak to wyjdzie. Ten nasz 
nad izbą jadalną poleży sobie na razie aż do następnej naprawy. Nie po to harowaliśmy przy 
nim rok temu, żeby go zaraz zrywać, co to, to nie - stwierdził dobitnie. - A wracając do 
wakacji i wyjazdu w góry - spojrzał na żonę. - Myślę, że wszystko da się pogodzić.

-  Nie zapomnij, że i wy obiecaliście pomóc w Oppdal - przypomniała.
-  Pamiętam, że mamy pomóc i w Oppdal, i w Innstad - dodał z uśmiechem. - Oj, podjemy 

sobie w tym roku kaszy ze śmietaną, panowie - stwierdził, klepiąc się ze smakiem po 
brzuchu. - Wszędzie, gdzie trwają prace przy dachach, nic innego nie podają. A jak robota 
będzie miała się ku końcowi, sądzę, że właśnie ta potrawa będzie nam wychodzić bokiem - 
zaśmiał się. - To dopiero! Ileż to się człowiek naje takiej kaszy w ciągu całego roku, co? - 
spojrzał pytająco w stronę Aslaka i O1ava, a oni pokiwali głowami. - Powiem wam, że lubię 
tę sąsiedzką pomoc. Nawet gdy człowiek siedzi i upycha na dachu darń, można sobie pogadać 
o tym i o owym.

Havard wstał od stołu.
-  Skoro planujemy nowy dach i utwardzamy drogę, należą nam się wakacje - zakończył 

wesołym głosem i podszedł do Ruth, otaczając ją ramieniem. - Bardzo się z tego cieszę.

Mali również była zadowolona. Spojrzała na męża: widok postawnego, atrakcyjnego 

mężczyzny, który w dodatku należy do niej, sprawił, że poczuła przyjemne łaskotanie w 
podbrzuszu. Wspaniale będzie oderwać się od prac na gospodarce i od codziennych 
obowiązków, choćby na kilka dni. Odsunąć od siebie wszystkie troski i wśliznąć się do 
wąskiego posłania w zabudowaniach na hali u boku Havarda. Spędzić w błogiej ciszy kilka 
letnich nocy, nie myśleć o niczym, wypoczywać. Nie robić nic innego, tylko chłonąć pełnię 

background image

lata i rozkoszować się wzajemną bliskością. Bo obecność trzech dziewcząt w niczym im nie 
przeszkodzi.

-  Ja także bardzo się cieszę - powiedziała Mali. 
Havard posłał jej ciepły uśmiech i mrugnął zalotnie, a Mali znów poczerwieniała. Przez 

krótką chwilę poczuła się jak młodziutka dziewczyna. Zakochana i pełna oczekiwań.

Piękna pogoda wciąż się utrzymywała. Kiedy już postanowili, że udadzą się na kilka dni w 

góry, Mali zaczęła się obawiać, że ich plany pokrzyżuje deszcz i mgła. Przy takiej pogodzie 
trudno wytrzymać w dolinie, a co dopiero wysoko w górach. Tam wysoko w porze opadów i 
mgły robi się wyjątkowo nieprzyjemnie. A Mali coraz bardziej cieszyła się na te wolne dni. 
Ciężar i troski, jakie odczuwała wcześniej, zniknęły bez śladu. Przestała już uporczywie 
rozmyślać o Sivercie i udało jej się przezwyciężyć niechęć, zwracając się do młodszego syna. 
Ale kontakt między nimi nie uległ znacznej poprawie. Oja trzymał się od matki z daleka, ona 
też nie pragnęła z nim rozmawiać. Nie spuszczała go z oczu i chłopak doskonale o tym 
wiedział. Widziała to po chmurnym spojrzeniu, jakie jej posyłał za każdym razem, gdy się 
mijali. Mali nie obawiała się już, że Oja zbliży się do Ragnhild. Dostał od niej tak potężną 
burę, że z pewnością przez długi czas to popamięta. Ale wcześniej czy później może znów 
skrzywdzić jakąś nieszczęsną dziewczynę, choćby po to, by zaspokoić cielesne potrzeby. 
Dojdzie do tego, gdy najgorsze wspomnienia z przygody z Ragnhild zapadną w niepamięć. 
Ten smarkacz Oja ma to we krwi, pomyślała Mali. Jest przekonany, że należy mu się 
wszystko, na co ma ochotę. Tak samo jak jego ojciec.

 
Wszystko, co było im potrzebne w górach, zapakowali w nosidła przewieszone przez 

koński grzbiet.

-  Masz zamiar wziąć konia? - spytała z zaciekawieniem Mali.
Była przekonana, że w upale przyjdzie im dźwigać bagaże na samą górę.
-  No, służba też sobie od nas odpocznie - oświadczył Havard. - Nie tylko my mamy 

wakacje. Mimo że trzeba wydoić krowy i doglądać gospodarstwa, dni będą tu teraz spokojne. 
Nasi ludzie też zasługują na chwilę oddechu.

-  No, oczywiście - zgodziła się Mali. - Znajdziecie sobie z pewnością jakąś rozrywkę, 

czymś się zajmiecie, co? - zwróciła się do Ane i Ingeborg, które pomagały wynosić pakunki.

-  Właśnie o tym rozmawiałyśmy - odpowiedziała z uśmiechem Ane. - Pewnie wypuścimy 

się ze dwa razy nad fiord, by popływać.

-  No, jak tak, to dobrze - stwierdziła Mali. - Teraz, kiedy Dorbet przeniosła się do Innstad, 

tylko Oję wystarczy mieć na oku.

-  Nie potrzebuję, żeby ktoś miał mnie na oku - wtrącił kwaśno chłopiec.
Stał, śledząc, jak ładują pakunki na grzbiet konia. Mali spojrzała na niego chmurnym 

wzrokiem i wtedy chłopak poczerwieniał.

-  Będziesz się zachowywał jak człowiek i robił to, co ci nakazano - stwierdziła krótko. - 

Nie myśl, że gdy nas nie ma, wszystko ci wolno.

Oja nie odpowiedział. Kopnął z irytacją kilka kamyków, wzniecając wokół niewielką 

chmurę kurzu.

-  Wszystko będzie dobrze - załagodziła Ane. - Nic się nie martw i już o tym nie myśl, 

Mali.

Zadowolona grupka turystów ruszyła w drogę, kierując się w górę, ku halom. Trzy 

rozgadane i roześmiane dziewczynki dreptały z przodu. Kilka metrów za nimi stąpał koń, a na 
końcu Mali i Havard.

-  Czuję się tak, jakbym dopiero co się ożenił - wyznał z radością Havard i otoczył żonę 

ramieniem. - Długo marzyłem o tym, żeby mieć cię wreszcie tylko dla siebie.

-  Nie zapomnij, że dziewczynki są z nami - Mali miękkim ruchem odgarnęła opadający na 

czoło lok. - Nie będziemy tak zupełnie sami.

background image

-  Dziewczynki nie będą nam przeszkadzać - rzekł z tajemniczym uśmiechem. - One mają 

swoje sprawy.

Mali rozpięła guziki koszuli pod szyją. Havard nie czekał na zaproszenie i wsunął tam 

dłoń, obejmując jej pierś. Mali zadrżała, przywołując go do porządku, i nie pozwoliła na 
dalsze pieszczoty.

-  Mogą nas zobaczyć.
-  Zobaczą tylko podrygujący koński grzbiet - zaśmiał się Havard i pocałował żonę. - To 

dlatego postanowiłem go zabrać. Jest tak szeroki, że nikt nie dojrzy, co dzieje się za jego 
bujną grzywą.

-  No nie! Ale ty masz pomysły! - zauważyła z rozbawieniem Mali.
Tym razem go nie powstrzymywała, gdy jego dłoń ukradkiem powędrowała pod jej 

bluzkę. Nie spuszczając z oka trzech idących przed nimi dziewczynek, Mali pozwoliła 
mężowi pieścić sutek, który twardniał pod delikatnym dotykiem jego palców. Poczuła rosnące 
podniecenie, gdy w palącym słońcu przemierzali dolinę, a ona pozwalała mu na takie 
pieszczoty.

-  Ależ to obiecujące - szepnął Havard i ucałował górną wargę jej ust. - Zniewalasz mnie, 

moja kobieto. Chyba cię dziś schrupię.

Mali poczerwieniała.
-  Wariat z ciebie - odrzekła, czując, jak ogarnia ją lekkie oszołomienie.
 
Zatrzymali się nad strumykiem, by ugasić pragnienie. Gdy już mieli ruszać, Ragnhild 

podeszła do Mali i wzięła ją za rękę. Dziewczynka wyraźnie chciała z nią porozmawiać. Mali 
odczekała chwilę, aż pozostali odejdą, po czym spojrzała na Ragnhild.

-  Pomyślałam, że powinnam ci powiedzieć, że ja... - zaczerwieniła się i spuściła wzrok. - 

Nie rozumiałam, o czym mówiłaś wtedy na strychu, o tych krwawieniach. Ale teraz je 
dostałam - dodała, nie podnosząc oczu. - Pojawiły się kilka dni po tym, jak...

Mali odetchnęła z ulgą. Chwała Bogu! Na razie nie ma więc obawy, że Ragnhild zaszła w 

ciążę. A mogło się to naprawdę źle skończyć. Jak to dobrze, że ich nakryłam, pomyślała. 
Gdyby ta sytuacja trwała dłużej, Ragnhild zapewne oczekiwałaby teraz dziecka. To byłby 
dramat; nie tylko dla dziewczynki, ale i dla niej samej.

-  Rozmawiałaś już o tym ze swoją mamą? Mam na myśli krwawienia.
-  Tak, powiedziałam jej o tym. Pouczyła mnie, co robić, jak używać podpaski - 

odpowiedziała Ragnhild. - Mówiła, że jestem już dorosła i teraz muszę na siebie uważać, bo 
mogę odtąd mieć dzieci. Tak powiedziała. To oznaczają te krwawienia.

-  Ale nie wspomniałaś nic o...
-  Nie, o tym nigdy nikomu nic nie powiem - odparła Ragnhild, spoglądając Mali głęboko 

w oczy. - Oni mi ufają. I mama, i tata. Po tym, co się stało, dużo się nauczyłam.

-  Masz teraz krwawienia? - zapytała Mali.
-  Nie, skończyły się po czterech dniach - oświadczyła Ragnhild. - Mama mówiła, że 

następne będzie dopiero za miesiąc. Chciałam tylko, żebyś o tym wiedziała - szepnęła na 
koniec i puściła dłoń Mali.

Pobiegła lekkim krokiem do koleżanek, które zdążyły już wspiąć się wysoko po zboczu.
-  Co się stało? - zapytał Havard, gdy Mali go dogoniła.
-  A nic, takie kobiece zwierzenia. Ragnhild po raz pierwszy dostała okres.
-  Coś takiego! - rzekł zaskoczony Havard. - Jak te pannice szybko rosną. Następna będzie 

pewnie Ruth. Ależ ten czas leci.

Objął żonę ramieniem i uśmiechnął się.
-  Moja kochana, zanim się obejrzysz, zostaniesz babcią - zażartował wesoło.
-  Wtedy i ty zostaniesz dziadkiem - Mali roześmiała się filuternie. - Powiem ci, że to 

wcale nie lepsze niż bycie babcią. Ale miejmy nadzieję, że jest jeszcze na to czas - dodała.

background image

-  To prawda, dziewczynki są jeszcze młodziutkie - stwierdził Havard. - Ale Sivert to już 

mężczyzna w całym tego słowa znaczeniu.

Mali przeszył ból. Właśnie tej myśli nie chciała do siebie dopuścić.
-  Czy powiedziałem coś złego? - spytał Havard i uniósł jej twarz ku swojej. - Co zrobić, 

kiedy taka jest prawda, Mali. Nasze dzieci dorastają, i tak już jest, że w końcu zaczną szukać 
sobie partnerów na całe życie. A może ty masz zamiar sama znaleźć im współmałżonków? - 
zapytał, odgarniając ze spoconego czoła żony niesforne loki. - Jeśli tak, to myślę, że się 
przeliczysz, kochana Mali. Twoje dzieci są tak samo niepokorne, jak ich matka. Wróżę, że nie 
obędzie się bez oporów. No, może z wyjątkiem Ruth - ciągnął, spoglądając na najstarszą 
córkę, która lekko, jak sarenka, przeskakiwała teraz z kamienia na kamień na długich, mocno 
opalonych nogach. - Ale i ona powinna sama o sobie decydować.

Mali milczała.
-  Ach, więc masz jednak zamiar znaleźć dla nich partnerów - stwierdził ze zdumieniem 

Havard. - Taaak, powinienem się tego domyślać - przyznał. - Że też przyszło ci to do głowy.

-  Wcale nie przyszło mi do głowy - Mali wreszcie się odezwała, ale nie podniosła wzroku. 

- Każdy młody człowiek potrzebuje rady rodziców w tak poważnych sprawach - nie 
poddawała się. - Nie możemy przecież oddać ich byle komu.

Havard roześmiał się. Po chwili stanął i przyciągnął ją do siebie.
-  Czy ty wiesz, że kiedy mijasz się z prawdą, twoje oczy robią się czarne? - nie przestawał 

się śmiać.

O nie, to niemożliwe, pomyślała skrycie. Nie tak łatwo ją podejść. W przeciwnym razie już 

dawno prawda wyszłaby na jaw. Przeciwnie, z latami, jak sądziła, stała się mistrzynią w 
lawirowaniu. Ucałowała Havarda w czubek nosa i zwinnie wysunęła się z jego ramion.

-  Przyjdzie czas, będziemy się martwić - ucięła.
-  Chciałbym mieć nadzieję, że będzie to dla nas radość - rzekł Havard i klasnął konia po 

zadzie, by ten ruszył w dalszą drogę.

 
Trzy dni, które spędzili w górach, Mali zawsze będzie ciepło wspominać. Havard miał 

rację - dziewczęta widywali w zasadzie tylko podczas posiłków. Wieczory i noce były jasne i 
gorące. Mali leżała naga u boku męża i rozkoszowała się bliskością jego ciała. Dni pełne 
słońca i górskie, rześkie powietrze sprawiły, że była spragniona miłości. Pod jego dłońmi 
czuła się piękna. Piękna i pociągająca. Brodawki jej piersi twardniały, gdy Havard leciutko 
muskał je językiem. Była zawsze gotowa, by go przyjąć. Wszystko, czego pragnął, również 
ona spełniała z radością. Nie istniały żadne zakazy, a wzajemne pieszczoty dawały im wielką 
rozkosz. Ostatni raz kochaliśmy się tak namiętnie, kiedy Havard pierwszy raz zjawił się w 
Stornes, pomyślała Mali, gdy oboje wieczorną porą wykradli się nad strumyk. Górska woda 
przyjemnie chłodziła ich mokre od potu ciała.

-  A gdyby nas zobaczyły? - szepnęła Mali i zerknęła w kierunku domku na hali, który 

teraz spowijała ciemność.

-  One już dawno śpią - cichutko odpowiedział Havard. - Poza tym nie podejrzewają nas o 

to - dodał z filuternym uśmiechem. - Dla nich jesteśmy starzy, a starzy ludzie nie robią takich 
rzeczy.

Twarz Mali pojaśniała. Mój ty Boże, pomyślała, i w tym momencie przeniknęła ją kolejna, 

gwałtowna fala pożądania. Gdyby tylko wiedziały, co robią ci starzy ludzie!

 
Ostatniego dnia pobytu na hali niebo za szczytem Stortind zaciągnęło się chmurami i 

wzmógł się zimny, górski wiatr. Zanosiło się na zmianę pogody.

Mali słyszała, jak dziewczęta podczas wieczornej kąpieli pluskają się w strumyku. 

Docierał do niej ich wesoły śmiech i przyciszone rozmowy. W końcu wyszła na zewnątrz.

background image

-  Moje panny, czas do łóżek. Jutro musimy rano wstać, bo po naszym pobycie trzeba 

sprzątnąć chatę. Przed obiadem ruszamy z powrotem.

Dziewczynki piszczały, ochlapując się zimną wodą, a zabawa ta niewiele miała wspólnego 

z prawdziwą kąpielą. Guro i Ragnhild wbiegły roześmiane do strumyka, Ruth zaś pozostała 
na brzegu.

Siedziała teraz na kamieniu w miejscu, gdzie strumień zataczał łuk, by po chwili podnieść 

wzrok na szczyt Stortind.

-  Ach, jak tu pięknie - rzekła w zamyśleniu. - Zupełnie tak, jakby człowiek znajdował się 

bliżej nieba.

Mali przysiadła koło córki.
-  Mamo, czy ty wierzysz w Boga? - Ruth spytała niespodziewanie.
Mali zaskoczyło to bezpośrednie pytanie. Nie miała pojęcia, że Ruth w ogóle zastanawia 

się nad takimi sprawami.

-  No, raczej wierzę - odpowiedziała po chwili namysłu. - Ale często wydaje mi się, że Bóg 

znajduje się gdzieś bardzo daleko. Że nie zawsze na nas patrzy i słucha.

-  O, nie. Jestem przekonana, że wszystko widzi i czuwa niezmiennie. - Ruth zwróciła się 

ku matce i spojrzała na nią rozpromienionym wzrokiem. - Na pewno. Choć nie zawsze 
dostajemy to, o co prosimy, ale to wcale nie znaczy, że Bóg nas nie słucha. On tylko lepiej 
wie, czego nam tak naprawdę potrzeba.

-  Kto ci to powiedział, Ruth? - zaciekawiła się Mali. - Przecież jeszcze nie zaczęłaś 

przygotowań do konfirmacji. Myślałam, że tam mówią o takich sprawach.

-  Ja zawsze w to wierzyłam - odparła zwyczajnie Ruth. - To Bóg wszystkim kieruje. 

Mamo, spójrz choćby na góry, na targaną wiatrem wełniankę, wsłuchaj się w śpiew ptaków. 
Przecież to wszystko stworzył Bóg. A my, my też pochodzimy od niego - dodała. - Dlatego 
nie musimy się niczego obawiać. Bóg nas prowadzi i jest dobry.

Mali pokiwała głową. Była kompletnie zaskoczona. Nie wiedziała, że Ruth jest aż tak 

pochłonięta sprawami stworzenia świata. Prawdę mówiąc, trochę się wystraszyła. Ruth to 
jeszcze dziewczynka. Dwunastoletnia panienka nie powinna patrzeć na życie z taką powagą.

-  No, zmarzłaś już - stwierdziła Mali i położyła dłoń na ramieniu córki. - Chodź już do 

łóżka.

Ruth wstała i wytarła ręcznikiem wilgotne stopy, a zaraz potem zarzuciła Mali ramiona na 

szyję i mocno się przytuliła.

-  Mamo, tak mi się tu podoba. Chciałabym tu częściej przyjeżdżać. To miejsce daje mi 

taki spokój.

-  Spokój? - zapytała zaskoczona Mali.
-  Tak, moja dusza znajduje tu spokój. Sivert mnie rozumie, bo on czuje tak samo. Tu, w 

górach, jesteśmy bliżej prawdy - ciągnęła. - Bliżej życia. Sivert też tak uważa.

Mali pogładziła córkę po plecach i pocałowała w czoło.
-  No dobrze, chodź już do środka, zanim mi się tu zaziębisz - powiedziała przyjaźnie.
Sama została na zewnątrz. Siedziała na kamieniu nad sennie szemrzącym strumykiem i 

spoglądała na szczyt Stortind, wokół którego, gnane wiatrem, pędziły postrzępione chmury. 
Może fakt, że Ruth tak często myśli o Bogu, nie powinien jej niepokoić. Wręcz przeciwnie, 
może to dobrze. A jednak zaniepokoiła się, choć nie bardzo wiedziała, dlaczego.

-  Co się stało? - spytał Havard, gdy Mali pojawiła się w drzwiach chatki. - Masz taką 

poważną minę.

Mali wdrapała się na łóżko i przysiadła na brzegu, ale nie weszła pod koc.
-  Rozbierz się i chodź do mnie, to cię ogrzeję.
Mali zaczęła zdejmować ubranie. Odłożyła fartuch, potem bieliznę i w końcu stanęła 

całkiem naga w półmroku, z falą opadających na ramiona włosów.

-  Dobry Boże, co za widok - westchnął cicho Havard. - No chodź!

background image

-  Martwię się, bo Ruth jakoś za bardzo przeżywa sprawy wiary - powiedziała, składając 

ubranie, które Havard wcześniej bezładnie rozrzucił. - Wiedziałeś, że ona wciąż rozmyśla o 
początku świata, o spokoju duszy i o tym, że Bóg wszystkim kieruje?

-  No nie, nie wiedziałem - odparł Havard i podparł się na łokciach. - Ale dziewczynki w 

jej wieku są takie rozmarzone. Chyba nie powinnaś robić z tego problemu. Mogłaby przecież 
zajmować myśli czymś znacznie bardziej kłopotliwym - dodał.

-  No tak, ale Ruth... Wiesz, mówi o tym z taką powagą. To dość dziwne jak na 

dwunastoletnią dziewczynkę, nie sądzisz? Jakoś nie mogę sobie przypomnieć, żebym ja w jej 
wieku zastanawiała się nad takimi sprawami.

Havard zapraszająco poklepał puste miejsce na posłaniu i Mali wśliznęła się do niego. 

Objął ją, przyciągnął do siebie i bardzo mocno przytulił, po czym westchnął z zadowoleniem.

-  Ale jesteś zziębnięta - wyszeptał. - Chcesz, żebym cię porządnie rozgrzał?
Mali ujęła jego twarz w dłonie i spojrzała głęboko w oczy.
-  Nie uważasz, że to nie jest całkiem normalne? Mam na myśli Ruth. Bardzo się o nią 

martwię.

-  Daj spokój, Mali. Akurat o Ruth nie powinnaś się zamartwiać. Na razie przegoń te złe 

myśli i zapomnij o tym. Teraz jesteś tutaj, ze mną.

Był gorący. Obejmował ją wpół i pieścił jej ciało. Splótł jej nogi ze swoimi i całował ją 

czule w policzki. Po chwili wypuścił żonę z objęć i zaczął się jej badawczo przyglądać. Mali 
chwyciła koniec koca. Pod jego spojrzeniem poczuła się zawstydzona.

-  Nie nakrywaj się, proszę, chciałbym na ciebie patrzeć.
Nagle stanęła jej przed oczami zupełnie inna noc w tym samym łóżku. Noc, którą spędziła 

z Jo. Nie przypuszczała, że można się tak namiętnie kochać, jak miało to miejsce wówczas. 
Była to noc dzika, upojna, szalona, poprzedzona długą tęsknotą. Wtedy wszystko chcieli 
nadrobić ten jeden raz. A skończyło się koszmarem.

Mali przeniknął bolesny dreszcz wspomnień, aż przetarła oczy, by przegnać ponure 

obrazy.

-  Co ci jest? - spytał Havard, a ona poczuła ciepło jego ust przy uchu. - Ty drżysz.
Mali zarzuciła mu ramiona na szyję i desperacko do niego przywarła.
-  Jestem twoja - oznajmiła cicho. - Havard, wiesz o tym. Jestem tylko twoja. Bądź blisko.
Wsunął jej ramiona pod plecy i mocno do siebie przyciągnął.
-  Czy widzisz teraz swoje duchy, Mali? - wyszeptał.
Nie odpowiedziała, tylko przyjęła go z miłością i mocno się w niego wtuliła. Z rozkoszą 

chłonęła bliskość jego muskularnego, rozgrzanego ciała, by po chwili dać się ponieść 
żarliwemu, pełnemu pożądania rytmowi. Spełnienie odpędziło wszystkie złe myśli i 
wspomnienia. Teraz jej głowa stała się zupełnie lekka i wolna od trosk. Tuż obok czuła 
jedynie silne, opalone ciało ukochanego mężczyzny, a także jej własny, tłukący w skroniach 
puls.

Kiedy skończyli, leżała przy nim zlana potem, z trudem łapiąc oddech.
-  Płaczesz? - pogładził ją po policzku.
-  To dlatego, że jestem taka szczęśliwa - wyszeptała. 
To nie była prawda. Nie pełna prawda. Płakała nad dawnymi demonami, które teraz stały 

przy jej łóżku i chichotały.

 

 
 

background image

 

ROZDZIAŁ 5.

 
Nadeszła zmiana pogody. Byli w drodze powrotnej, kiedy zaczęło lać i nad całą okolicą 

zawisła gęsta mgła. Wiatr od strony Stortind smagał lodowatymi podmuchami. Niewiele 
przypominało im teraz o lecie.

Mimo to, gdy wędrowali w dół zboczy, Mali przepełniała wewnętrzna radość i sama 

musiała przyznać, że dawno tak się nie czuła. Te trzy dni, które spędzili na hali, okazały się 
zbawienne i dla ciała, i dla duszy. Ukradkiem zerkała w kierunku Havarda, który stawiał 
długie, pewne kroki, prowadząc konia za uzdę. Włosy mu się posklejały, po twarzy spływały 
grube krople deszczu, a przemoczona koszula przylgnęła do ciała. Wygląda teraz jak zmokły 
pies, pomyślała w duchu. Niespodziewanie przeszył ją słodki dreszcz. Havard był dla niej 
wszystkim, urzeczywistniał jej najskrytsze marzenia. Nie przypuszczała, że tak bezgranicznie 
pokocha drugiego człowieka. Niekiedy porządnie się spierali, obowiązki dnia codziennego 
sprawiały, że zmęczenie dawało o sobie znać i wówczas częściej się na niego gniewała. Ale to 
nie miało żadnego wpływu na siłę uczucia, jakim Mali darzyła męża. Dręczyło ją jedynie, że 
ma przed nim tajemnice. Ale cóż, co się stało, to się nie odstanie. To właśnie on sprawił, że 
jest szczęśliwa. Na tę myśl uśmiechnęła się, podeszła do męża i pogładziła mokrą od deszczu 
twarz mężczyzny. Nie wiedziała, jak długo będzie jej dane żyć u boku Havarda. Czasami ta 
niepewność budziła w niej strach, sprawiała, że nieraz zrywała się w środku nocy. Obawiała 
się, że Havard mógłby się czegoś dowiedzieć i po prostu ją porzucić.

Postanowiła, że nigdy więcej go już nie zawiedzie. Wyciągnęła ku niemu dłoń i ujęła za 

rękę. Ten wspaniały mężczyzna nie zasługuje, by cierpieć, a już z pewnością nie przez nią. 
Tego, co wydarzyło się przed laty, nie da się ani naprawić, ani odwrócić i Mali musi się z tym 
pogodzić. Niekiedy tylko nachodziły ją złe myśli i pojawiała się jakaś trwoga. Zjawy z 
przeszłości, choć spowite gęstą mgłą, nadal czaiły się gdzieś w ukryciu, jak złowieszcze 
chmury zwiastujące burzę.

 
Niepogoda zwykle utrzymywała się dłuższy czas. Robiło się smutno i szaro i trwało to aż 

do poranka na świętego Jana. Ale dzieciaki za nic miały siąpiący deszcz czy pochmurne niebo 
i niezmordowanie taszczyły drewno na plażę, przygotowując wielkie ognisko, które, jak każe 
tradycja, miało zapłonąć w Stornes właśnie na świętego Jana.

-  Obawiam się, że nic z tego nie wyjdzie - orzekł Havard przy obiedzie w przeddzień 

święta. - Przy takiej pogodzie nawet nie ma co marzyć o rozpaleniu ognia. I pewnie nikt nie 
przyjdzie - dodał. - Komu by się chciało sterczeć, marznąć i moknąć w taki paskudny dzień?

-  Ja na pewno przyjdę - zapowiedział zdecydowanie Oja. - Ola z Innstad też. No i 

dzieciaki z Oppstad powiedziały, że będą.

-  A może jutro się wypogodzi? - zauważyła z nadzieją w głosie Ruth.
-  Nie sądzę - odparł Havard i wyjrzał przez okno. - Szkoda, że nie będziecie mogli się 

pobawić i ognisko przejdzie koło nosa, ale musicie wiedzieć, że zbożom potrzebny jest 
deszcz. Każda kropla, która spadnie przed świętym Jana, to błogosławieństwo dla ziemi. Tak 
mawiano dawniej i coś w tym musi być.

-  Mnie to nie obchodzi - prychnęła Dorbet, przybierając skwaszoną minę. Również ona 

wypatrywała choćby jednego promyka słońca na niebie. - Pada i pada. Może w końcu 
przestanie, bo inaczej nie będzie zabawy.

-  Kiedy byłem wczoraj w Innstad, stary chłop mówił, że od jutra ma się wypogodzić - 

odezwał się Oja. - A jak idzie o pogodę, on zwykle ma rację. Stary zna się na tym, nie ma co - 
dodał.

background image

-  To prawda - przyznała Mali. - Miejmy nadzieję, że i tym razem się nie pomyli. Wypieki 

już gotowe i przygotowałam całą misę ciasta na wafle. Wprawdzie zawsze możemy zjeść je w 
domu albo zabrać na cypel Stornes. No, zaczekajmy do jutra.

 
Stary chłop z Innstad nie pomylił się. Kiedy następnego ranka Mali odsłoniła firanki, zza 

chmur wyjrzało piękne słońce. Nad polami i łąkami unosiła się delikatna mgiełka, a kropelki 
rosy przypominające maleńkie diamenty spływały leniwie z liści i źdźbeł trawy, migocząc 
wszystkimi kolorami tęczy.

-  Słońce!
Drzwi na stryszek w części, gdzie znajdowały się pokoje sypialne, otworzyły się z 

impetem i ukazała się w nich bosonoga, rozpromieniona Dorbet. Jedynie potężny kołtun na 
głowie przypominał, że dziewczynka dopiero co wstała z łóżka.

-  Hurra, hurra! Będzie ognisko, prawda? - zawołała, po czym wskoczyła radośnie do łóżka 

taty, który jeszcze leniwie się przeciągał.

-  Wygląda na to, że masz rację - uśmiechnął się i lekko szarpnął córkę za włosy. - 

Cieszysz się?

-  No pewnie - odrzekła i przytuliła się do ojca. - I włożę dziś moją najładniejszą sukienkę, 

dobrze, mamo? - Dorbet spojrzała prosząco ku Mali. - Mamo, zgódź się.

-  Zobaczymy, czy nie będzie za gorąco - orzekła Mali, wlewając do balii wodę na 

zmywanie. - Wiesz, że na świętego Jana dzień jest długi. Nie możesz włożyć najlepszej 
sukienki i zaraz jej ubrudzić. W taki dzień lepiej ubrać coś prostego. Twoja nowa sukienka 
nie nadaje się do prania.

-  Mamo, będę uważać, proszę - błagała Dorbet. - Na pewno się nie ubrudzę - dodała z 

lekko obrażoną minką. - Chcę włożyć tę sukienkę! Zobaczycie, kiedy będę się żenić, ubiorę 
się jak księżniczka. Ta, co została żoną króla. Ingeborg mi ją pokazywała w gazecie.

-  Masz pewnie na myśli księżniczkę szwedzką. W tym roku poślubiła następcę tronu - 

przypomniał Havard. - I ja widziałem to zdjęcie. Ale chyba nie zamierzasz teraz iść do ślubu, 
moja panno? - dodał żartobliwym tonem i pogładził córkę po policzku.

-  No co ty, tato - Dorbet pokiwała z politowaniem głową. - Teraz nie, ale jak będę duża. 

Wtedy pójdę za mąż.

-  No proszę. A więc chcesz znaleźć sobie kogoś na męża. - Havard udał zdumienie i 

mrugnął porozumiewawczo do Mali.

-  Tak - odpowiedziała z powagą dziewczynka. - Może nawet ożenię się z kimś, kto też 

zostanie królem - dodała rozmarzona.

-  No, takie bajki wybij sobie lepiej z głowy - ucięła Mali. - Dobrze będzie, jeśli weźmie 

cię jaki dziedzic. Nie trafiają się często.

-  Ani takie dobre partie, co ja - odparła dumnie dziewięciolatka, odrzucając w tył aureolę 

gęstych włosów.

-  No, coś podobnego! — Mali spojrzała ze zdumieniem na córkę. - Co ty sobie 

wyobrażasz? Ale ma zachcianki! Zmykaj do swojego pokoju i raz, dwa się ubieraj. Ojciec już 
dawno powinien być na nogach - dodała i spojrzała na zegar. - Wieczorem zabawa, tym 
bardziej rano nie będziemy się obijać.

-  Ale ja chcę nową sukienkę - burknęła pod nosem Dorbet, po czym wygramoliła się z 

posłania. - Dziś będę ładnie wyglądać, prawda, tato? - dodała i utkwiła ogromne brązowe 
oczy w Havardzie.

-  Kochanie, to mama zdecyduje, co na siebie włożysz - rzekł stanowczo. - Ale najpierw 

sprawdźmy, jaka jest pogoda. Poza tym i tak jesteś śliczna, niezależnie od tego, w co się 
ubierzesz. Jesteś najładniejszą dziewczynką, jaką znam - dodał z uśmiechem.

-  No, to mogłeś sobie już darować - zauważyła Mali, gdy ich córka opuściła izbę. - Nie 

musisz jej powtarzać, jaka jest ładna, sam zresztą słyszałeś. Ona doskonale o tym wie i, 

background image

spryciula, umie to wykorzystać. Czasami aż mnie to przeraża. Coś mi się zdaje, że ona 
wkrótce zacznie oglądać się za chłopcami.

-  Powiedziałbym raczej, że trudno będzie utrzymać chłopców z dala od niej - zaśmiał się 

Havard.

-  Oj, tak, wcale się nie mylisz. Polecą za nią jak pszczoły do miodu. Ja to już zauważyłam. 

Dorbet trzeba mieć na oku, Havard.

-  Mali, co ty mówisz? Ona ma dopiero dziewięć lat - zdumiał się Havard i podniósł się z 

łóżka.

-  To prawda, ale z niej już taki mały podlotek. Nie widzisz, jaka jest pewna swojej urody? 

Czasem aż trudno uwierzyć. Łatwo nam z nią nie będzie, wierz mi - dodała Mali z 
przekonaniem w głosie.

-  Wielkie nieba, ależ ty dzisiaj czarno widzisz, kobieto! Nie będzie tak źle - powiedział, a 

po chwili podszedł do żony, objął ją czule i położył głowę na jej ramieniu. - Jej matka też 
zawsze była ładna, nawet ładniejsza, i tak zostało do dziś, a przecież, o ile mi wiadomo, 
świetnie dała sobie radę.

Mali się nie odezwała. Nie miała pewności, czy Havard się nie myli. Gdyby bowiem Mali 

była dziewczyną bardziej pospolitą, zwłaszcza z wyglądu, to Johan Stornes nigdy nie 
zatrzymałby na niej wzroku i nie postanowił sobie, że ją zdobędzie. Wówczas nie wyszłaby 
za niego za mąż i nie pozostałaby we dworze Stornes, a jej życie z pewnością potoczyłoby się 
zupełnie inaczej. Może zostałaby gospodynią w maleńkim gospodarstwie z niewielkim 
spłachetkiem ziemi, ale za to bez ciężaru grzechu pierworodnego, który wciąż wisi nad nią i 
jej bliskimi. Tyle tylko, że wtedy nie poznałabym też Havarda, pomyślała, a zaraz potem 
odwróciła się do niego i spoglądając mu głęboko w oczy, pogłaskała czule po policzku. Bez 
dziedzictwa czy bez majątku dałabym sobie radę, ale nie mogłabym żyć bez Havarda, 
przyznała przed sobą. Na koniec westchnęła ciężko.

 
Kiedy słońce w końcu przebiło się przez chmury, zrobiło się nagle tak gorąco jak w piecu. 

Na zewnątrz panowała niemiłosierna duchota, wystarczyło tylko przekroczyć próg, a już 
człowieka uderzała fala gorąca i oślepiało słońce. Po wielu zimnych, deszczowych i 
pochmurnych dniach wzrok nie zdążył przywyknąć do jaskrawego światła. Przyroda nagle 
ożyła, a wszystko w mgnieniu oka obeschło. Od strony grządek, gdzie Mali posadziła róże, 
dochodził odurzający zapach, a wzdłuż drogi podniosły się kolorowe łubiny z kwiatami 
zebranymi w liliowe i różowe grona. Obok pięły się w niebo mokre od rosy stokrotki, 
dzwonki chyliły się w pokłonie, muskane delikatną, letnią bryzą, a pszczoły bzyczały, 
fruwając z kwiatu na kwiat. Miały tyle do nadrobienia po długotrwałej smutnej aurze.

-  Ależ pogoda - zauważyła Ane, gdy obie z Ingeborg oraz Mali siedziały w słoneczne 

przedpołudnie z filiżankami kawy w dłoniach. - Kto by pomyślał, że będzie taki piękny dzień. 
Jeszcze wczoraj wydawało się, że lato już nie wróci. A przecież przedtem było zaledwie kilka 
ładnych, ciepłych dni.

-  Z pogodą różnie bywa - wtrąciła Mali, zwracając twarz do słońca. - Trzeba się pogodzić 

z dobrą i ze złą.

-  To dokładnie tak jak z ludźmi - dodała cicho Ingeborg, zerkając w stronę kładki, po 

której właśnie na sztywnych nogach kroczyła Beret.

Beret skończyła w tym roku osiemdziesiąt dwa lata. Czarne, nieco przerzedzone włosy 

przyprószyła już lekka siwizna, ale kobieta każdego dnia wciąż wiązała sobie na głowie 
pokaźny kok. Musiało ją to kosztować wiele sił, gdyż Beret dokuczał reumatyzm. Wciąż 
jednak przykładała dużą wagę do swojego wyglądu.

Beret nie pokazywała się w ogóle w ostatnie deszczowe dni. Choroba nie dawała jej 

spokoju, szarpiąc drobne stare ciało, dlatego większość czasu spędzała w łóżku z 
rozgrzewającą butelką pod plecami i pod ramionami. Mali zaglądała do niej kilka razy w 

background image

ciągu dnia i pilnowała, czy kobiecie nie brakuje jedzenia i czy nie potrzebuje pomocy. Mimo 
że Beret postarzała się w ciągu kilku dni, miała nadal niezwykłą jasność umysłu, nie skąpiła 
też, jak dawniej, ciętych uwag. Doskonale wiedziała, co dzieje się we dworze, i wcale nie 
powstrzymywała się, by dać upust temu, co myśli.

Ostatnią sprawą, która wyprowadziła ją z równowagi, był wyjazd Siverta. Uważała, że 

wymigał się i od żniw, i od pozostałych obowiązków.

-  No tak, temu chłopakowi nie możemy pozwolić przejąć gospodarki - prychnęła z 

niechęcią. - Mówiłam to nie raz. Żaden z niego rolnik. Swoją drogą, nie rozumiem, jak ty to 
sobie umyśliłaś, skoro pozwalasz mu robić, co tylko chce. Bóg jeden wie, do czego to 
doprowadzi - dodała, utkwiwszy przenikliwy wzrok w Mali. - Powiedziałabym, że to jakiś 
podrzutek, a nie rodzony syn mojego własnego Johana.

-  Jest taki, jaki ma być - odpowiedziała krótko Mali, choć serce podeszło jej do gardła. - 

Sivert potrzebuje trochę czasu dla siebie.

-  Odkąd pamiętam, wciąż ma wolny czas - rzuciła kąśliwie Beret. - Bogu dzięki, że mamy 

chociaż w Stornes Olę Johana. Ten przynajmniej wrodził się w swego ojca - dodała znacznie 
łagodniejszym tonem.

-  O, tak, tu się zgodzę. To nieodrodny syn Johana - odrzekła Mali. - Wypisz, wymaluj, aż 

mnie czasem ciarki przechodzą.

-  Co takiego masz na myśli? - Beret spojrzała na Mali surowym wzrokiem.
-  To, co powiedziałam - odparła. - A dziedzictwo należy do Siverta, gdybyś przypadkiem 

zapomniała - dodała. - On tu jest pierworodny.

-  Tak, tak, pierworodny to on może i jest, ale do przejęcia majątku to on się nie nadaje i 

już! Kiedyś sama to przyznasz - stwierdziła Beret. - Może nie ma co się tym z góry 
zamartwiać. Sivert zawsze robił to, co mu się żywnie podoba. Jeśli tak dalej pójdzie, 
gospodarzem w Stornes nie zostanie, choćbyś nie wiem jak bardzo tego chciała - dodała Beret 
z tryumfem w głosie.

Mali nic nie odpowiedziała. Wychodząc od Beret, straciła dobry nastrój. Stara kobieta 

nadal potrafiła wyprowadzić ją z równowagi. Dzień był zmarnowany.

 
Wieczór na świętego Jana okazał się ciepły i spokojny. Bezchmurne niebo rozzłacały 

promienie słoneczne. Skąpana w czerwieni kula powoli chyliła się ku zachodowi, 
przyoblekając górskie szczyty i granatową taflę wody złocistoczerwonymi muśnięciami.

Na cyplu Stornes zgromadziło się mnóstwo ludzi. Wyglądało na to, że i młodzi, i starzy, 

strudzeni deszczem i chłodem, zapragnęli się w ten piękny wieczór zabawić. Zjawili się 
mieszkańcy czterech okolicznych dworów, a oprócz tego służba i gospodarze z komorniczych 
chat. Wokół panował radosny nastrój, a kiedy mężczyźni posmakowali już bimbru, atmosfera 
zrobiła się jeszcze swobodniejsza.

Trzeba było trochę czasu, by rozniecić ognisko. Drewno, które przydźwigały dzieci, mimo 

słonecznego dnia zawilgotniało i nie chciało się palić. W końcu jednak, gdy dorzucili trochę 
starych kartonów i suchych szczap, udało się im skrzesać ogień. Kiedy w niebo buchnął 
potężny ognisty slup, dzieciaki zapiszczały z zachwytu. Snopy iskier rozbryzgiwały się na 
boki.

Wkrótce potem na trawiastej polanie na cyplu rozpoczęła się zabawa. Początkowo bawiły 

się tylko dzieci. Dorośli rozsiedli się na cyplu, skupieni w małe grupki, niczym ptaki w 
gniazdach. Popijali kawę, jedli ciastka i wafle i rozprawiali, o czym się dało. Rzadko mieli 
okazję na spotkania, a jeszcze rzadziej trochę czasu, by swobodnie pogawędzić i pożartować.

-  Może też się przyłączycie? - Dorbet stanęła niespodziewanie obok ojca i pozostałych 

mieszkańców Stornes, spoglądając na nich zachęcająco. - Jest bardzo przyjemnie - dodała.

background image

-  A dlaczegóż by nie - odparł z zadowoleniem Aslak, po czym podniósł się chwiejnie. Był 

już po kilku szklaneczkach bimbru, co nie uszło uwagi Mali. - Kto by się oparł, kiedy taka 
piękna młoda dama prosi do tańca? - dokończył i ujął Dorbet za rączkę.

-  Za stary jesteś na takie zabawy, Aslak - zaprotestowała Ane. - Ledwo się trzymasz na 

nogach - dodała. Ale wcale nie kryła zadowolenia. Cieszyła się, że w taki wieczór Aslak chce 
się pobawić. Dobry z niego mężczyzna, nieczęsto ma takie okazje. - Żebyś się tylko nie 
przewrócił, jak zaczniesz tak brykać.

-  Czy my też jesteśmy za starzy? - Havard wstał, klepiąc O1ava po ramieniu. - Chodź, 

chłopie, pokażmy naszym kobietom, co jeszcze potrafimy. Tylko raz w roku mamy takie 
święto.

I nagle mnóstwo mężczyzn i kobiet dołączyło do zabawy. Biegali, ślizgali się i wywracali 

na śliskiej od deszczu trawie, ale wzbudzało to jedynie salwy śmiechu.

 
Mali także przyłączyła się do wspólnej zabawy. Od dawna nie brała udziału w podobnych 

swawolach. Kiedy miała kilkanaście lat, z zapamiętaniem uczestniczyła w potańcówkach, 
zarówno z okazji wianków, jak i na zakończenie żniw.

Przez moment przeniosła się myślami w inną rzeczywistość i przywołała pewien obraz 

sprzed dziewięciu laty. Margrethe spotkała wówczas Bengta. Mali pamiętała, jak dziewczyna 
lekko biegnie ku niemu przez trawy i wrzosowiska, z ogniem w oczach, z rozwianym włosem 
przypominającym łopoczącą na wietrze chorągiew. Teraz Bengtowi towarzyszyła Sigrid, a on 
czule obejmował ją ramieniem. Stał, czekając na swoją kolejkę, kiedy to miał puścić się w 
pogoń za nią i pierwszy ją pochwycić, zanim ktoś inny ją dogoni. Sigrid zerkała na niego 
oczami pełnymi oddania. Mali z całego serca zazdrościła im szczęścia. Ich radość była taka 
budująca.

-  Dobrze się bawisz, moja żono? - nieoczekiwanie spytał Havard, kiedy wreszcie udało 

mu się dogonić żonę i chwycić ją w ramiona.

-  Ty wiesz, że nie przypuszczałam, jaka to frajda? odparła, przytulając się do męża. - 

Zupełnie zapomniałam, że można się tak bawić.

-  No właśnie, za mało mamy rozrywki - zaśmiał się Havard, po czym pozwolił, by Mali 

wysunęła się z jego objęć.

Nie powinien był tego robić, bo nieoczekiwanie Mali została porwana przez Aslaka.
-  Przecież ją puściłeś! - zawołał z szerokim uśmiechem i odepchnął Havarda. - Teraz jest 

moja!

Chwycił Mali wpół i pociągnął za sobą na koniec kolejki, gdzie inni już czekali gotowi, by 

puścić się w następną pogoń. Havard pozostał samotnie na środku placu, więc teraz to on miał 
„łowić" kolejną osobę.

-  Następna para na środek! - zawołał, stojąc plecami do bawiących się.
Smukła kobieca sylwetka przemknęła obok Mali. Jej włosy rozplotły się i rozsypały na 

plecy. Mali odwróciła się, by przyjrzeć się, kto to taki. Laura! Skąd ona się tu wzięła? Gdy na 
początku zabawy Mali witała się z mieszkańcami Oppstad, Laury wśród nich nie było. 
Tymczasem teraz ta piękna długonoga kobieta bawi się z jej mężem!

-  Kiedy ona się tu pojawiła? - zapytała Aslaka, odczuwając zarazem bolesny ucisk w 

żołądku.

-  Kto taki? - zdumiony mężczyzna odwrócił się i spojrzał w tłum.
-  No, Laura - odrzekła Mali i podążyła za nią wzrokiem. - Nie miałam pojęcia, że mieszka 

w Oppstad.

-  Ane mówi, że ona dość często tam zagląda. Razem z synem - odpowiedział Aslak.
-  A jej mąż?
-  No, nie wiem. Baby, zdaje się, gadają, że nie za dobrze im się układa.

background image

Mali znowu powiodła wzrokiem w dół porośniętego soczystą trawą zbocza. Havard już 

prawie doganiał Laurę i Mali mogłaby przysiąc, że kobieta specjalnie zwolniła, by Havard 
mógł ją schwycić. Wyciągnął do niej ramiona i po chwili oboje, roześmiani, leżeli w trawie, 
Havard na górze, Laura pod nim. Mali poczuła gorzkie ukłucie w sercu. Nie mogła oderwać 
wzroku od leżącej na ziemi i zaśmiewającej się pary. Laura najwyraźniej wcale nie 
zamierzała uwolnić się z objęć mężczyzny. Przeciwnie, zarzuciła Havardowi ramiona na szyję 
i przytuliła się mocno.

-  Chyba się za bardzo zbiegałam - oświadczyła nagle Aslakowi. - Nie dam już rady. 

Musisz znaleźć sobie inną dziewczynę.

Ruszyła ku zatoczce, gdzie wcześniej wypoczywali całą grupą, i usiadła. Nie spuszczała 

wzroku z Havardu i Laury. Oboje wreszcie podnieśli się z ziemi i stanęli na końcu kolejki, 
podczas gdy on obejmował ją w pasie.

-  No proszę, a ja słyszałam właśnie, że Laura wróciła - odezwała się Ingeborg, która nagle 

pojawiła się tuż obok.

-  Tak? - Mali zerknęła w kierunku Ingeborg. - Przedtem jej tu nie było, jestem pewna.
-  Nie, dopiero co przyszła. Ale jej syn jest tu już dłuższy czas. Siedzi na dole, przy 

ognisku, i pomaga. Taki ciemny chłopak, więc nie trudno go rozpoznać - zaśmiała się 
Ingeborg.

-  A jej mąż, Ola?
Mali dostrzegła, jak Laura splata swoje palce z dłońmi Havarda. Bardzo ją to zabolało, 

zazdrość zapiekła jak ogień.

-  Ola Storhaug nigdy tu nie bywa - odparła Ingeborg. - Ale ona przeciwnie. Często 

zagląda. Prawdę powiedziawszy, trochę to dziwne, że gospodyni ze Storhaug może w każdej 
chwili porzucić robotę i tu przyjeżdżać - I dodała. - Ta Laura Oppstad zawsze robiła, co 
chciała.

Mali nic nie odpowiedziała. Wypatrywała Havarda, ale ani jego, ani Laury nie mogła 

odszukać wzrokiem. Zniknęli gdzieś za grupką rozbawionych osób.

-  Co by nie mówić, trzyma się dobrze - dodała Ingeborg. - Zawsze była ładną kobietą.
Piękna i niebezpieczna, pomyślała w duchu Mali. Odkąd pamięta, Laura zawsze krążyła w 

pobliżu Havarda. Przez ostatnie lata Mali w ogóle o niej nie myślała, gdyż spotykały się 
niezwykle rzadko. Wydawało jej się, iż Havarda Laura zupełnie nie interesuje. Ale Laura go 
nie zapomniała, to jasne. Może nawet miała zamiar go uwieść? Po tym, jak przytuliła się do 
niego, Mali nie była już taka spokojna.

Uczestników zabawy zmęczyło najwyraźniej nieustanne bieganie. Zaczęli teraz bawić się 

w „skradziono - znaleziono".

-  Chodź, żono - zawołał O1av, wciągając do wspólnej zabawy Ingeborg. - Tobie też 

przyda się trochę rozrywki.

I oboje zbiegli w dół zbocza. Mali została zupełnie sama. Poczuła, że jest wyczerpana i 

zziębnięta. Pozbierała puste kubki i schowała je do koszyka. Ciasta owinęła w ściereczki i 
ułożyła na wierzchu. Nadal nie spuszczała z oczu roześmianej, rozśpiewanej grupki. Havard 
cały czas bawił się w najlepsze. Tańczył w kółko, dokazywał to z jedną, to z drugą kobietą. 
Ale zawsze, gdy Laura miała wybierać partnera do tańca, jej wybór padał na Havarda. 
Wyciągała ku niemu ramiona, tonęła w jego objęciach, zalotnie odrzucała w tył długie, bujne 
włosy, wpatrując się w niego promiennym wzrokiem i ukazując przy tym rząd lśniących, 
białych zębów. Że też ma czelność tak się mizdrzyć, pomyślała Mali. Zrobiło jej się słabo. 
Przecież to jasne, że Laura podrywa jej męża! Że też nie ma za grosz wstydu!

-  Ane!
Mali przywołała służącą, która teraz żywo rozprawiała z Sigrid. Ane podniosła się z trawy 

i podeszła do Mali.

background image

-  Źle się czuję - oświadczyła Mali. - Chyba najlepiej będzie, jak wrócę do domu. Powiesz 

Havardowi, że już poszłam. I bądź tak dobra, pomóż mu zabrać dzieci. Ingeborg też może 
wam pomóc - dodała. - Nie mam serca odrywać ich tak wcześnie od zabawy.

-  Czy to coś poważnego? - Ane spojrzała na Mali z zatroskaniem. - Może jednak zawołam 

Havarda?

-  Nie, nie trzeba, dam sobie radę - odparła szybko Mali. - Powiedz tylko, że wróciłam do 

domu.

 
Poruszona do głębi Mali położyła się do łóżka. Gdy domownicy zaczęli schodzić się do 

domu, nie wstała. Podciągnęła koc wysoko pod szyję i nasłuchiwała, a zazdrość trawiła ją 
coraz bardziej. Słyszała, jak na górze Ingeborg układa dzieci do snu, a potem razem z 
O1avem udaje się na spoczynek. Leżała spięta jak na szpilkach. Gdzie jest Havard? Co się z 
nim stało? Wkrótce posłyszała na schodach jego kroki. Domyśliła się, że najpierw zajrzał do 
dziewcząt, potem do Oi, żeby życzyć im dobrej nocy. W końcu stanął w drzwiach ich 
sypialni.

-  A ty, jak słyszałem, zaniemogłaś - rzekł do niej, ale nie podszedł do łóżka. Zaczął się 

rozbierać.

Mali nie odezwała się ani słowem. Leżała i obserwowała, jak Havard nalewa sobie wodę 

do miski, a potem przeciera mokrym ręcznikiem twarz i tors. Kiedy unosił ramiona, na jego 
plecach pod skórą wyraźnie rysowały się mięśnie.

-  Czy i zaniemówiłaś do tego? - zapytał i wtedy dopiero do niej podszedł.
-  Nnie... ja... ja... nie za dobrze się czułam, więc wróciłam do domu - odparła Mali 

wymijająco. - Uprzedzałam Ane.

-  A co ci się stało? - pochylił się nad łóżkiem i wpatrywał badawczo w żonę.
-  Wiesz, stało się... no... nie wiem, ale...
Havard nieoczekiwanie zsunął z niej koc, ujął jej dłoń i przyciągnął do siebie. Mali leżała 

na brzegu łóżka i gdyby nie to, że ją pochwycił i mocno przytulił, pewnie spadłaby na 
podłogę.

-  Co ty wyprawiasz? - wyszeptała w zagłębienie jego torsu.
Ciało mężczyzny było nadal wilgotne po wieczornej toalecie i pachniało mydłem.
-  Mam coś dla ciebie - szepnął, po czym pogłaskał ją czule po ramionach.
Mali nie zauważyła, żeby Havard coś przyniósł. I chyba nic nie odkładał na bok. Teraz 

wypuścił jej dłoń i wyciągnął rękę w stronę stołka, na którym wcześniej ułożył koszulę. Był 
to wianek, który włożył jej wolno na głowę.

-  Przypominasz sobie dzień świętego Jana, kiedy pierwszy raz się tu pojawiłem? - spytał i 

znów ją do siebie przytulił. - Wtedy zapadłaś na tę samą chorobę, moje słonko. Jesteś o mnie 
po prostu zazdrosna. Myślisz, że na widok Laury zapominam o całym świecie.

Uśmiechnął się pod nosem, nie przestając głaskać jej ramion. Jeden na wpół zwiędnięty 

dzwonek wysunął się ze splotu i połaskotał Mali w nos. Wianek zabawnie się przekrzywił.

-  Wtedy mogłem zrozumieć, że byłaś zazdrosna, ale teraz? Głuptasku, co ty sobie 

myślisz? Kiedy wreszcie pojmiesz, że dla mnie liczy się tylko jedna kobieta? Czy 
kiedykolwiek dałem ci choć jeden powód, żebyś myślała inaczej? Że mógłby być ktoś inny?

Mali pokręciła przecząco głową. Wianek zsunął się zupełnie i spadł na łóżko. Havard 

pocałował żonę, a jego wargi były gorące i miękkie.

-  Płakałaś? - wyszeptał i ujął jej głowę. - Dlaczego płakałaś, Malinko?
-  Bo... bo... bałam się, że cię stracę - zaniosła się płaczem jak dziecko.
Havard podniósł wianek, włożył go z powrotem na jej głowę, a ją ułożył wygodnie na 

posłaniu. Potem przykrył ją sobą i przywarł mocno do jej ciała. Serce Mali załomotało 
radośnie.

-  Moja ty czerwcowa ukochana - wyszeptał jej prosto w policzek.

background image

Zarzuciła mu ręce na szyję i upojona bliskością, ofiarowała mu siebie.

 

ROZDZIAŁ 6.

 
Ze Stornes w drogę Sivert wybrał się statkiem parowym. Nie znalazł sobie jeszcze 

noclegu, bo nie miało to dla niego szczególnego znaczenia, choć matka nie była tym 
zachwycona. Wolała mieć pewność, że Sivert zamieszka u porządnych ludzi i nie trafi w złe 
towarzystwo. Upewnił tą, że nie musi się martwić. Zawsze znajdą się takie domy, gdzie za 
niewielkie pieniądze można wynająć wolny pokój. Obiecał też Mali, że zadzwoni do niej, jak 
tylko znajdzie sobie lokum. Mali wręczyła mu nawet dodatkowe pieniądze na ten cel.

-  Mamo, mam pieniądze - wzbraniał się i chciał je zwrócić.
-  Nie oddawaj mi ich, ale zachowaj - rzekła dobitnie. - To na telefon. Chcę wiedzieć, co 

się z tobą dzieje, więc proszę, żebyś dzwonił do mnie od czasu do czasu. Chyba nie 
wymagam zbyt wiele - dodała z lekką goryczą w głosie.

W końcu Sivert przyjął pieniądze od Mali.
Najpierw musiał sprawdzić, gdzie mieszka Sandermann, bo zamierzał wynająć sobie pokój 

gdzieś w pobliżu mistrza. W kieszeni chował kartkę z odręcznie spisanym adresem 
nauczyciela. Dostał go od Trygvego. Ale ani nazwa miejsca, ani też nazwiska osób nic mu nie 
mówiły. Nie chciał wspominać matce o tej karteczce, na wypadek gdyby znała i miejsce, i 
ludzi, do których się wybiera. Może okazałoby się, że nie są w jej oczach odpowiedni? 
Wystarczy, że cierpi z powodu mojego wyjazdu, myślał sobie i dobrze ukrył adres 
Sandermanna.

Sivert nawiązał bardzo dobry kontakt z Sandermannem, uczęszczając do szkoły średniej w 

Todalen. Wiele się tam nauczył. Sandermann był skrzypkiem w wielkich orkiestrach 
symfonicznych zarówno w kraju, jak i za granicą. Teraz przede wszystkim objeżdżał 
okoliczne kościoły, dając w nich koncerty, a także uczył nielicznych wybrańców.

-  Jestem już za stary, żeby grać jak dawniej - mówił do Siverta. - Wszystko ma swój czas, 

młody przyjacielu, nie ma co się oszukiwać. Ale i tak dziękuję Bogu, że reumatyzm mi 
jeszcze specjalnie nie dokucza i palce nadal mi służą. Czymże byłoby życie bez muzyki?

Sivert nie miał najmniejszych problemów, by to zrozumieć. Sam odczuwał dokładnie to 

samo. Również dla niego muzyka stanowiła największą wartość.

Kiedy wręczał mistrzowi list polecający od Trygvego, bardzo się denerwował. A jeśli 

Sandermann nie będzie chciał go przyjąć? Sivert słyszał, że nauczyciel pracował tylko z 
nielicznymi. Można powiedzieć, że niezwykle rzadko przyjmował uczniów.

Sandermann w milczeniu przeczytał list. Od czasu do czasu spoglądał na Siverta, a w jego 

szarych oczach widać było zadumę. Po chwili wracał do lektury.

-  Zagraj dla mnie - poprosił i odłożył list na bok. -Wszystko jedno, co.
Sivert wybrał Ave Maria. Gdy tylko zaczął grać, zdenerwowanie i niepokój zniknęły. 

Przymknął oczy i wczuł się w takty melodii, która płynęła spod palców. Gdy chłopak 
skończył, Sandermann jeszcze długo siedział zamyślony. Sivert czuł, że zaczyna się pocić i 
powraca zdenerwowanie. Krople potu spływały mu strużką po plecach, i wilgotne z napięcia 
dłonie musiał wytrzeć o spodnie.

-  Kim ty właściwie jesteś, Sivercie Stornes? - zapytał w końcu starszy mężczyzna i 

spojrzał na niego badawczo. - Bo prostym chłopem z pewnością nie. Jesteś największym 
talentem, jaki dotąd spotkałem, a to w moich ustach duży komplement. Zaszczytem będzie 
dla mnie przekazać ci wszystko, czego sam się nauczyłem.

background image

Sivert w czasie, kiedy był uczniem w szkole w Todalen, przychodził na lekcje do 

Sandermanna dwa razy w tygodniu. Niekiedy nawet częściej. Chłonął dosłownie wszystko, 
czego uczył mistrz. Z czasem między starym skrzypkiem a młodym dziedzicem ze Stornes 
zawiązała się głęboka przyjaźń. Mieli wiele wspólnego, a to pogłębiało nierozerwalną więź: 
była nią muzyka.

Sivert spoglądał w kierunku gospodarstwa, które położone było na zboczu. Rozpytywał 

wielu i teraz wreszcie stanął przed dworem, gdzie mieszka mistrz Sandermann. Dwór ten 
należał do rodziny Hogset. Na polach ludzie zajęci byli pracami przy sianokosach. Jeden za 
drugim ciągnęły się wozy wypełnione pachnącą, świeżo skoszoną trawą. Przez chwilę Sivert 
poczuł palące wyrzuty sumienia; on także powinien pomagać w polu, a nie wyjeżdżać z domu 
ze skrzypcami pod pachą. Ale szybko odegnał tę myśl i ruszył drogą pod górę.

Hogset był dużym, dobrze utrzymanym dworem. Tuż pod ścianami ścieliły się kolorowe 

grządki kwiatów, u podwórze było zamiecione i uporządkowane. Stał przez chwilę w nadziei, 
że ktoś wyjdzie mu naprzeciw. Nikt się jednak nie pojawiał. W końcu zastukał do drzwi. 
Czekał jakiś czas, po czym usłyszał kroki wewnątrz. Drzwi otworzyły się i stanął twarzą w 
twarz z pulchną kobietą o wydatnym biuście i sympatycznych rysach. Spoglądała na niego z 
zaciekawieniem.

-  Gość z daleka, jak widzę? - uśmiechnęła się przyjaźnie. - I to w środku tygodnia. Kim 

jesteś?

-  Nazywam się Sivert Stornes. Chciałem się dowiedzieć, czy mieszka tu mistrz 

Sandermann - rzekł i wyciągnął rękę na przywitanie.

-  Ach, więc ty jesteś Sivert Stornes? Tak, Sandermann wspominał o tobie.
Odpowiedziała mu uściskiem dłoni, jednocześnie przyglądając mu się badawczo.
-  Jestem tu gospodynią. Nazywam się Maria Hogset, przedstawiła się. - Mój mąż, Olaf 

Hogset, prowadzi ten dwór. No oczywiście z pomocą swoich dwóch synów - dodała z 
odrobiną nieskrywanej dumy. - Mamy też do pomocy trzy córki i dwie służące.

Sivert kiwnął głową.
-  Przepraszam, że zjawiam się w samym środku prac polowych - powiedział na 

usprawiedliwienie. - Ale mistrz Sandermann obiecał latem udzielać mi lekcji, więc 
postanowiłem najpierw upewnić się, czy tu mieszka, zanim sam wynajmę jakiś pokój - dodał 
dla wyjaśnienia. - Chciałbym ulokować się niedaleko stąd, tak właśnie.

-  Ach, więc nie pochodzisz ze dworu? - spytała Maria, zerkając na niego z 

zainteresowaniem. Jej spojrzenie spoczęło na skrzypcach, które ściskał pod pachą. - No tak, 
nie wypuszczałbyś się wtedy w drogę, gdy w polu najwięcej roboty.

-  Nnno, niezupełnie. Prawdę mówiąc, jestem dziedzicem ze Stornes - odpowiedział Sivert. 

- To dwór położony w dolinie Inndalen, jeśli znasz trochę te okolice. Mniej więcej taki sam 
jak wasz. To prawda, powinienem być teraz w domu i... - zaczerwienił się, po czym spuścił 
wzrok. - Ale kiepski ze mnie rolnik. Moim światem jest muzyka. I skrzypce - wyjaśnił, 
wskazując na futerał z instrumentem. - Na szczęście mam brata, który doskonale radzi sobie 
przy gospodarce, chociaż jest ode mnie młodszy. Mam też służbę do pomocy.

-  No, no, dziedzic, który wyrusza w drogę, żeby grać na skrzypcach w samym środku 

zbiorów.

Zmierzyła go wzrokiem, tak jakby był dziwolągiem. W rzeczywistości trochę nim jestem, 

pomyślał Sivert i zawstydzony spuścił oczy.

-  Coś podobnego! Twoja rodzina to najwyraźniej dobrzy i wyrozumiali ludzie - dodała.
Maria Hogset nie przestawała mierzyć go z góry na dół swoimi błękitnymi oczami.
-  No, coś takiego - dziwiła się. - Sandermann twierdził to samo: kiepski z ciebie materiał 

na rolnika. Ale za to ponoć grasz jak mało kto!

-  No, nie jestem pewien - wtrącił zakłopotany.

background image

-  Gdybyś nie miał talentu, Sandermann nie przyjąłby cię na lekcje - odparła otwarcie. - 

Jest dalekim kuzynem mego męża ze strony ojca, więc dość dobrze go znam. No, chłopcze, 
chodź do środka - powiedziała nagle i odwróciła się. - Zawołam Sandermanna. Pewnie 
jeszcze odpoczywa.

-  Ależ nie chciałbym mu przeszkadzać - wtrącił szybko Sivert. - Mogę się przecież 

przejść. Nie ma pośpiechu.

-  Nie, zostań. Już czas, żeby zszedł - zadecydowała i skierowała spojrzenie na nakryty do 

posiłku stół. - Niedługo obiad. Usiądź, a ja zajrzę do niego, może już jest na nogach.

Sivert przycupnął na brzegu kanapy, a gospodyni zniknęła za drzwiami. Futerał z 

instrumentem odłożył na bok i wytarł spoconą twarz nie całkiem już świeżą chusteczką. 
Mimo że okno było otwarte, w pomieszczeniu panował zaduch. Pachniało pulpetami rybnymi 
i smażoną słoniną. Sivert poczuł, że jest głodny.

Wzdrygnął się, gdy otworzyły się drzwi. Liczył, że zobaczy w nich gospodynię Marię i 

Sandermanna. To jednak nie było żadne z nich. Do izby weszła młoda kobieta, jak 
przypuszczał, służąca. Wstał szybko i nagle go zamurowało. Ujrzał dziewczynę. Coś w nim 
drgnęło, coś zawibrowało.

Była to najpiękniejsza istota, jaką dotąd spotkał; niewysoka, niezwykle szczupła, o lekko 

zaokrąglonych biodrach i wydatnym biuście. Jej czarne niczym smoła włosy zebrane były w 
długi, gruby warkocz, a skóra nosiła od cień jasnozłotego jedwabiu.

-  Dzień dobry - przywitał się Sivert i musiał wziąć sic w garść, bo nagle nie potrafił 

wydusić z siebie nic więcej. - Ja... jestem...

-  Wiem, kim jesteś - odparła i uśmiechnęła się. - Gospodyni mi powiedziała.
Uśmiech odkrył rząd śnieżnobiałych, równiutkich zębów. Sivert nie był w stanie oderwać 

od niej wzroku. Stał otępiały i zastanawiał się, czy już wcześniej mógł ją spotkać. Miał 
bowiem wrażenie, że w jakiś sposób ją zna.

-  Właśnie chciałem porozmawiać z mistrzem Sandermannem - wreszcie udało mu się coś 

z siebie wydusić.

-  I o tym też wiem - zaśmiała się i podeszła do ławy, na której postawiła przyniesione 

naczynia. Najwyraźniej wracała ze spiżarni. - Pewnie zaraz tu będzie.

-  Kim jesteś? - zapytał Sivert. - Przez chwilę zdawało mi się, że cię znam. Ale to raczej 

niemożliwe - dodał, czerwieniąc się. - Właściwie sam nie wiem, dlaczego tak pomyślałem.

-  Ja ciebie w każdym razie na pewno nie znam - stwierdziła i popatrzyła na niego zalotnie. 

- Nazywam się Tordhild i jestem tu służącą. Nie na stałe, ale pracuję tu już drugie lato. To 
dobry dwór i mili ludzie. Jestem dobrze traktowana.

Sivert jedynie pokiwał głową. Nie mógł pojąć, dlaczego ktoś mógłby ją źle traktować.
-  Jadłeś już obiad? - spytała, odwróciła się i znowu spojrzała na niego dużymi, brązowymi 

oczami.

-  Nie, ale ja...
-  No, to nakryję i dla ciebie - zadecydowała. - Jest dość miejsca, a i jedzenia wystarczy dla 

gościa. Jestem pewna, że gospodyni też tak zadecyduje. To bardzo gościnna pani. Lubi 
spotykać nowych ludzi, posłuchać trochę wieści z różnych stron. Wie prawie o wszystkim.

Tordhild kucnęła przy kredensie, by wyjąć brakujący talerz. Sivert podszedł do niej. Nie 

usłyszała go i kiedy się podnosiła, niechcący otarła się o niego biodrem. Chłopak, czerwony 
ze wstydu, odsunął się jak oparzony.

-  Pomyślałem, że mogę w czymś pomóc - wydusił z siebie. - Nie miałem zamiaru...
-  Dziękuję, ale nie trzeba - odpowiedziała i jej twarz znów rozjaśnił uśmiech.
Ten uśmiech sprawił, że w jej oczach pojawiły się pobłyskujące iskierki. Widział to 

dokładnie, bo stał na wyciągnięcie ręki. Był oszołomiony. Nie mógł zrobić kroku i tylko się 
jej przyglądał. Serce waliło mu jak szalone, a on zapragnął choć na moment dotknąć tej 
jedwabistej skóry, poczuć ją pod palcami, poczuć w dłoniach gruby, przepiękny warkocz.

background image

-  Czy coś się stało? - zapytała i położyła dłoń na jego ramieniu. - Słabo ci? Tak się nagle 

zmieniłeś.

Miejsce, w którym go dotknęła, tak go dziwnie zapiekło, więc natychmiast odsunął się w 

stronę kanapy.

-  Nie... ja... nie wiem - Sivert nachylił się nad podłogą i udał, że poprawia coś przy 

futerale. - Może dlatego, że trochę... zgłodniałem. Nic nie jadłem od rana, od śniadania.

Nie odezwała się, zajęta była swoją pracą. Sivert usiadł, lecz nie spuszczał z niej wzroku. 

Miała w sobie coś takiego, co sprawiało, że był jakby odurzony. Nigdy przedtem tak się nie 
czuł. Po tamtej nieszczęsnej przygodzie w Todalen nie spojrzał na żadną dziewczynę. A tu 
nagle nie mógł oderwać od niej wzroku. Miał wrażenie, że zachowuje się jak dzieciak, 
nieporadnie i głupio. Płonęły mu policzki. Nie bardzo rozumiał, co się z nim dzieje. Ta 
czarnowłosa istota obudziła w nim nagle nieznane uczucia. Nie wiedział, że mogą być jego 
udziałem.

 
Spotkanie z Sandermannem wypadło niezwykle serdecznie. Sivert bardzo się ucieszył, 

ściskając na przywitanie jego dużą dłoń. Zaproszono go do stołu, a pulpety rybne nigdy 
przedtem tak bardzo mu nie smakowały.

-  Nie byłem pewien, czy się w ogóle zjawisz - oświadczył Sandermann. - Teraz pora 

sianokosów, a ty masz gospodarstwo.

-  To prawda. Rzeczywiście powinienem być teraz w domu i pomagać - powiedział cicho. - 

Ale...

Bezradnie spojrzał na Sandermanna.
-  Rozmawialiśmy już kiedyś o tym - przerwał nauczyciel i podał Sivertowi misę z 

ziemniakami. - Teraz jesteś u nas. Postaramy się, żeby wykorzystać całe lato jak najlepiej. 
Trygve opowiadał, że dostałeś wiele zleceń w różnych miejscach.

-  Tak, mam grać na dwóch weselach i na wielu uroczystościach. Nawet całkiem niedaleko 

stąd. I mam jeszcze zagrać przez dwie niedziele w Kristiansund... - dodał i spuścił wzrok. - W 
kościele Nordland.

-  Co ty powiesz? - Sandermann pokręcił ze zdumieniem głową. - Jak ci się to udało?
-  Pewnie dlatego, że moja matka wykonała dla tamtejszego kościoła kilka gobelinów - 

odparł Sivert. - Ona pięknie przędzie i dzięki temu zyskała sobie duże uznanie - dodał, gdy 
dostrzegł wyraźne zainteresowanie Marii Hogset. - Opowiadała tam o mnie i w ten sposób 
dowiedzieli się o moim istnieniu.

Drgnął, kiedy ciepłe ramię dotknęło jego ramienia Odwrócił się i przez chwilę wpatrywał 

się w dwoje wielkich brązowych oczu utkanych złotawymi punkcikami.

-  Czy zjesz jeszcze pulpety? - spytała Tordhild.
Jej krągłe biodro musnęło jego udo, gdy sięgała po stojącą z drugiej strony stołu miskę. 

Sivert zakrztusił się, przełykając, aż popłynęły mu łzy.

-  Nie, dziękuję, już się najadłem - wychrypiał szorstkim głosem. - Naprawdę dziękuję.
-  A gdzie masz zamiar zamieszkać? - zapytał Sandermann, gdy już wstali od stołu. - Mam 

nadzieję, że niedaleko stąd. Liczę, że będziesz mógł często do mnie przychodzić.

-  Jeszcze nie znalazłem pokoju - przyznał Sivert. Wyciągnął do gospodyni rękę i 

podziękował za poczęstunek. - Spróbuję pochodzić i popytać o jakiś kąt.

-  Ależ chłopcze, możesz przecież mieszkać tutaj! - zawołała z radością Maria. - Mamy 

mnóstwo miejsca, a ty sprawiasz wrażenie miłego i porządnego młodego mężczyzny. Tak 
byłoby dla ciebie najwygodniej, skoro Sandermann ma dawać ci lekcje - dodała.

Serce Siverta podskoczyło z radości. Na ułamek sekundy skierował wzrok ku Tordhild. 

Chłopak znów poczerwieniał.

-  Nie, tak nie może być - zaprotestował. - Nie chciałbym być dla was ciężarem. Nie mogę 

przyjąć tej propozycji.

background image

-  Możesz, jeśli tylko masz ochotę - uśmiechnęła się gospodyni. - Olaf, prawda, że mógłby 

zamieszkać na stryszku?

Pani Hogset posłała mężowi pytające spojrzenie.
-  Pewnie, że może - odparł mężczyzna. - Nie znajdziesz lepszego miejsca niż tu, u nas. 

Maria to gościnna kobieta, więc na pewno nie umrzesz z głodu.

-  Skoro wyrażacie zgodę, żebym został, bardzo dziękuję - rzekł Sivert i uścisnął dłoń 

gospodarza. - Ale chcę zapłacić za siebie, inaczej nie mogę przyjąć gościny.

-  Wystarczy nam pieniędzy, jak już o to idzie - stwierdził Olaf Hogset i wypiął dumnie 

wydatną pierś. - Ale rozumiem, że nie chcesz mieszkać u nas za darmo. Spodziewałem się 
tego po kimś, kto pochodzi z takiej rodziny co ty. Widać, że wychowałeś się wśród godnych 
ludzi. A co do ceny, na pewno się dogadamy.

-  Dziękuję raz jeszcze - powiedział Sivert i puścił dłoń Olafa Hogseta. - Mam chyba 

dzisiaj swój szczęśliwy dzień.

Kiedy wypowiadał te słowa, ponownie spojrzał na Tordhild. Stała przy kuchennej ławie i 

również go obserwowała. Była poważna, ale po chwili uśmiechnęła się, a ten uśmiech 
sprawił, że ugięły się pod nim kolana. Spuścił oczy.

 
Tej nocy marzył wyłącznie o niej. Przybiegła do niego boso, przecinając kwiatową 

grządkę, a jej kruczoczarne włosy na wszystkie strony rozwiewał wiatr. Złociste punkciki w 
oczach mieniły się tysiącem barw, a wokół niej Sivert słyszał muzykę. Muzyka płynęła z gór i 
niosła Tordhild na swoich skrzydłach. Do niego.

 
 
 

ROZDZIAŁ 7.

 
W Stornes wszyscy uwijali się w pocie czoła przy zwozić siana. Czas największych 

upałów minął i tego lata przeszedł na szczęście wyjątkowo łagodnie. Wokół w rozedrganym, 
lipcowym powietrzu roztaczała się woń suszonego siana i polnych kwiatów. Soczysty 
krajobraz dopełniał piękna.

-  Ale duchota, dawno takiej nie pamiętam - westchnęła ciężko Ane, krocząc obok wozu z 

sianem z grabiami w dłoni. - To chyba najgorętsze lato, jakie pamiętam.

-  Mówisz tak każdego roku - uśmiechnęła się Mali, po czym przetarła ręką spocone czoło. 

- Ale rzeczywiście, masz rację: straszny dziś upał.

Zatrzymały się na chwilę, oparły o trzonki od grabi i czekały, aż Oja wróci z pustym 

wozem. Rzadko mogły sobie pozwolić na krótki odpoczynek, ponieważ w Stornes zwozili 
siano aż dwoma wozami: jednym powoził Oja, drugim Aslak.

Kiedy posłyszały na drodze skrzypienie kół, i Mali, i Ane wyprostowały plecy.
-  Trzeba przyznać, że z Oi dobry pomocnik - zauważyła Ane. - Radzi sobie tak, jak 

przystało na dorosłego mężczyznę, i pracuje za dwóch. To dobrze, skoro Sivert wyjechał - 
dodała.

Mali zabolała ta uwaga. Nie było dnia, żeby nie myślała o tym, że jej najstarszy syn 

powinien teraz pomagać przy sianokosach i, jak każdy mężczyzna, wypełniać swój 
podstawowy obowiązek. Nie wątpiła, że będzie z tego wiele gadania na wsi. Ale co zrobić? 
Prawdziwa burza zacznie się dopiero wtedy, gdy ludzie zrozumieją, że Sivert nie ma zamiaru 
przejąć dworu. Pomimo upalnego dnia Mali przeszedł po plecach zimny dreszcz. Do dziś nie 
mógł pogodzić się z tą myślą. Cieszyła się, że Sivertowi muzyka sprawia radość, a jednak jej 
zdaniem odmowę przyjęcia majątku można byłoby usprawiedliwić jedynie trwałym 
kalectwem lub śmiercią.

background image

-  To prawda, Oja daje sobie świetnie radę - odpowiedziała, nie patrząc na Ane.
Oja właśnie zajechał, więc kobiety zaczęły zbierać grabiami siano z drewnianych kozłów i 

przerzucać je na wóz. Havard odbierał je w stodole i równomiernie rozkładał, Olav zaś razem 
z Mali i Ane pracowali przy kozłach. Na moment Oja znikał pod stertą siana, które narzucali 
na górę. Chłopak nie narzekał, tylko od czasu do czasu strzepywał z siebie źdźbła wysuszonej 
trawy i ugniatał siano nogami. Pot perlił mu się na czole.

Kiedy już do pełna załadowali wóz, Mali wyjęła z koszyka kubek z sokiem, który chowała 

w cieniu za jednym z kozłów, i podała synowi.

-  Nieźle się napracowałeś, Oja. Pewnie chce ci się pić? - powiedziała serdecznie.
Oja nachylił się w stronę matki i wziął od niej kubek sok był letni. W taki upał nawet cień 

nie zapewniał dostatecznego chłodu. Bądź co bądź, nawet letni sok nieźle gasi pragnienie.

-  Wszystko się mnie czepia, chyba nigdy nie pozbędę się tego siana z ubrania - skarżył się 

Oja, łapczywie wlewając napój do gardła. - Uff, jak gorąco. Będzie co suszyć! Ojciec 
zaznacza każdy kolejny ładunek, który zwozimy do stodoły. Dzisiaj ma już sporo tych kresek 
i wygląda na zadowolonego - dodał z uśmiechem.

-  Ale i ty radzisz sobie całkiem dobrze - pochwaliła go Mali i odebrała pusty kubek. - 

Cieszę się, że nam pomagasz, synu.

Opalona, zapocona twarz chłopca pojaśniała z zadowolenia. Spojrzenie, które posłał 

matce, nie miało już w sobie śladu wrogości. Nic nie powiedział, tylko wyprostował się i z 
jeszcze większym zapałem zabrał się do pracy. Niemało czasu zajęło mu nakłonienie konia do 
marszu, bo zwierzęciu także dokuczał upał. Oja musiał pokrzykiwać, a nawet wymierzył mu 
kilka smagnięć batem. Koń zasmakował w chwilach odpoczynku, kiedy, stojąc przy koźle, 
spokojnie pożywiał się sianem. O1av pilnował, by koń regularnie dostawał pić. Między 
posiłkami zużywali wiele wiader wody, ale na szczęście nie było do niej daleko. Wzdłuż 
kamiennego ogrodzenia, które dzieliło pastwiska należące do Stornes od tych z Innstad, 
płynął niewielki strumyk. Nieco wyżej, przy oborach, z których korzystano latem, 
rozpościerały się pola i lasy. Stornesowie byli też właścicielami pól położonych dalej, nad 
samym morzem, obok najbardziej wysuniętych we wsi komorniczych chat. Tam do koszenia 
zabiorą się wtedy, gdy już uporają się z sianokosami najbliżej dworu i zakończą zwózkę na 
pastwiskach.

Pastwiska skoszą w jeden, góra dwa dni, ale wykoszenie wszystkich pól zajmie pewnie ze 

czternaście. Pola te z dawien dawna podzielono między cztery gospodarstwa, choć bywało, że 
leżały dość daleko od siebie. Każdy z dworów miał własną ziemię pod wypas, ale prawo jej 
użytkowania było wspólne. Bydło ze wszystkich gospodarstw wypasano, zanim udano się na 
pastwiska, a także po powrocie z nich. To samo było z wypasem owiec i mniejszych zwierząt 
gospodarskich.

Koszenie pól stanowiło ważne zajęcie; bez siana trudno byłoby sobie wyobrazić, że 

zwierzęta przetrwają długą, srogą zimę. Znaczna część lata schodziła więc na sianokosy, bez 
względu na pogodę.

 
Napięty, niemal wrogi kontakt pomiędzy Mali i Oją, jaki zapanował, odkąd matka 

przyłapała syna z Ragnhild, stopniowo łagodniał. Zwłaszcza po wyjeździe Siverta Oja okazał 
się pracowity i przydatny w gospodarstwie. Spodziewała się raczej, iż będzie robił uwagi z 
powodu nieobecności brata lub próbował ją ranić albo mścić się na matce za to, że tak go 
postraszyła. Oja wiedział doskonale, że Mali nie pochwalała wyboru starszego syna. Ale nie 
odezwał się na ten temat ani słowem, ani razu się nie poskarżył, że Sivert wyjechał. 
Przeciwnie, był tym bardziej pomocny. I mimo że nie starał się zbliżać nadmiernie do Mali, 
nie odzywał się do niej bez wyraźnego powodu, to przynajmniej nie posyłał jej 
nienawistnego, chmurnego spojrzenia, co czynił wcześniej. Kiedy zadawała mu pytania, 
odpowiadał normalnie i w ogóle łatwiej można się było z nim porozumieć. Ciekawe, co też on 

background image

zamyśla, zastanawiała się, obserwując chłopca, który chyboczącym się, mocno 
przeładowanym wozem usiłował przejechać po drewnianych kłodach, przykrywających stary 
wykop.

Najważniejsze, że we dworze nie panuje już taki przygnębiający nastrój. Nieporozumienie 

powstało wprawdzie między Mali a Oją, ale jego skutki kładły się cieniem na cały dom i 
zatruwały atmosferę w obejściu, choć nikt poza nimi dwojgiem nie wiedział, co jest tego 
przyczyną.

Mali nie zdobyła się na odwagę, by opowiedzieć Havardowi o tym, co zaszło w stodole, 

chociaż nie jeden raz miała ku temu sposobność. Havard też wyczuwał posępny klimat 
między matką a synem i kilka razy próbował dociekać, o co chodzi. Jednak Mali za każdym 
razem zręcznie unikała prawdy. Trzymała się wcześniejszej wersji: między nimi doszło do 
poważnej sprzeczki, gdyż, jej zdaniem, Oja zachowywał się zbyt wyniośle. Tak samo jak jego 
ojciec, dodawała. Nie miała najmniejszego zamiaru tego tolerować.

-  Jest coś więcej - stwierdził któregoś dnia Havard, kiedy Oja był wyjątkowo milczący i 

miał chmurne spojrzenie. - Skoro jednak chcesz to zachować dla siebie, twoja sprawa.

-  Wiem - ucięła, choć z trudem hamowała potrzebę, by wyznać mężowi prawdę.
Havard często widział wszystko inaczej. Tęskniła za bliskością męża, pragnęła przytulić 

się do niego i w jego ramionach zapomnieć o kłopotach. Problemy z Oją bardzo ją martwiły. 
Wielokrotnie była o krok od tego, by podzielić się nimi ze swoim mężczyzną, ale w ostatniej 
chwili rezygnowała. Teraz sprawy jakoś się ułożyły, więc może już trochę za późno, by je 
ponownie rozgrzebywać. Chłopak dostał porządną nauczkę. Przynajmniej taką miała 
nadzieję. Widziała, że Oję przeraża myśl o tym, iż matka może odesłać go z domu. Musiała 
jednak pogodzić się z faktem, że chłopiec coraz częściej ogląda się za dziewczętami. Trapiło 
ją tylko zbyt lekkie podejście syna do tych spraw. Przygoda z Ragnhild zakończyła się w 
sposób najlepszy z możliwych. Obyło się bez poważnych następstw. Mali nie miała nawet 
odwagi myśleć, co by było, gdyby Ragnhild zaszła w ciążę.

 
Po długim, męczącym dniu Mali zabrała ze sobą ręcznik i udała się w stronę szopy, w 

której przechowywali łodzie i sprzęt do połowów. Nieczęsto kąpała się w morzu, ale teraz 
zapragnęła spłukać z siebie kurz i resztki siana. Ane zjawiła się tam nieco wcześniej i była już 
po kąpieli. Woda we fiordzie okazała się niezbyt zimna. I rzeczywiście, zanurzając ciało w 
chłodnej, przyjemnej toni, Mali poczuła wyraźną ulgę.

Zabrała ze sobą kawałek mydła, ale z powodu słonej wody słabo się pieniło. Kiedy 

ponownie włożyła ubranie, odniosła wrażenie, że jest jak nowo narodzona. Przysiadła, 
opierając się plecami o nagrzaną ścianę szopy, zamknęła powieki i oddychała głęboko. 
Zdecydowała, że może pozwolić sobie na piętnaście minut odpoczynku. Potem czeka ją 
przygotowanie kolacji.

-  Tu siedzisz?
Mali drgnęła. Tuż obok, z ręcznikiem w dłoni, stanął Oja.
-  Musiałam się opłukać z kurzu - zwierzyła się i wyprostowała nieco, po czym dodała: - 

Wszystko mnie swędziało, miałam wrażenie, jakbym kleiła się od potu. Pozostawała mi tylko 
szybka kąpiel.

-  No właśnie. Ja też przyszedłem się wykąpać - powiedział i usiadł obok niej. - 

Przychodzę tu każdego wieczoru. Nawet nauczyłem się pływać! I to zupełnie sam 
-oświadczył z dumą.

-  Co ty powiesz, naprawdę? No, no. Wszyscy powinniśmy umieć pływać. Można bez 

obawy wybrać się łodzią w morze, a tak to dość niebezpieczne. Ja się jakoś nie nauczyłam, 
nie było sposobności - dodała. - W domu, w Buvika, był jedynie mały stawik, w którym od 
czasu do czasu się taplaliśmy, zwłaszcza w upalne dni. A tutaj fiord jest za zwyczaj tak 

background image

zimny, że skóra cierpnie, kiedy człowiek zanurzy choćby mały palec. Komu by się chciało 
długo siedzieć w wodzie? W każdym razie kiepska to zachęta do nauki.

Spojrzała na Oję. Siedział z podciągniętymi pod brodę kolanami. Ze zdumieniem 

spostrzegła, że wydoroślał jego śniade ramiona zmężniały, rysy twarzy stały się bardziej 
wyraziste. To już nie mały chłopiec. Nagle, po raz pierwszy od dawna, poczuła do niego 
ciepłe uczucia. Musiała przyznać, że nieczęsto jej się to zdarzało. Nie mogła sobie 
przypomnieć, kiedy po raz ostatni siedzieli tak razem i gawędzili. To było miłe uczucie.

-  Doskonale sobie radzisz przy robocie, Oja - pochwaliła syna. - Pewnie już ci to 

mówiłam, ale chcę, żebyś wiedział, że to zauważyłam. Masz smykałkę do pracy na 
gospodarce jak mało kto - dodała, po czym poruszyła się niespokojnie.

Zahaczyła o drażliwy temat.
-  Wiem, że martwisz się o Siverta - rzekł Oja, nie patrząc na matkę. - Ale tak pewnie już 

będzie: on wyjechał, a ja jestem na miejscu - dodał.

-  Bardzo się cieszę - odpowiedziała cicho Mali. - To fakt, nie da się ukryć, że z Siverta 

żaden rolnik. Ale ma za to inne talenty. Może kiedyś podszkoli się nieco w pracy na roli. 
Potrzebuje trochę czasu.

Nie pomyślała, że będzie rozmawiać z Oją na takie tematy. Nie wiedziała nawet, dlaczego 

dała się wciągnąć w tę rozmowę. Oja był ostatnią osobą, z którą chciałaby omawiać wybory 
Siverta i jego brak zainteresowania gospodarką. No, może z wyjątkiem Beret, która 
nieustannie drążyła ten temat.

-  Mamo, nie musisz się tym wcale martwić - powiedział i nagle spojrzał jej prosto w oczy. 

- Jeśli Sivert nie zechce przejąć dworu, ja uczynię to z chęcią. Wiem, że nie mam do tego 
prawa, ale skoro...

Mali milczała. W jednej chwili poczuła się zagubiona. Dlaczego to powiedział? Może 

chciał ją tylko uspokoić, ale nie była pewna. Oja nie różnił się wiele od swojego ojca. Nigdy 
nie wiadomo, czy za pozornym przejawem troskliwości nie kryje się jakiś podstęp, jakiś 
ukryty cel. Bezinteresowności nie spodziewała się jakoś dostrzec u Oi.

-  Rozmawiałeś już z kimś o tym? - spytała głosem pełnym napięcia. - No, że mógłbyś...
-  Nie, nie ma tu o czym dyskutować. Ale Sivert... jemu bardziej muzyka w głowie niż 

gospodarka. Każdy to powie. Babka twierdzi, że...

-  Ach, więc jednak rozmawiałeś z babką? No tak, mogłam się spodziewać, że zechce 

wtrącić swoje trzy grosze - przerwała, gorzko się uśmiechając. - Tyle że to moja sprawa, 
pamiętaj. Dziedzictwo należy do twojego brata i niech to będzie dla ciebie jasne.

Urwała źdźbło trawy i zaczęła je nerwowo żuć. Czuła, że ręce zaczęły jej lekko drżeć. O 

nie, to z pewnością nie troska o dwór sprawia, że Oja próbuje ją pocieszyć. On myśli przede 
wszystkim o sobie, a babka go w tym utwierdza.

-  Mamo, to, co mówię, widzisz zawsze w najgorszym świetle - rzekł, po czym ściągnął 

koszulę. - Nie mam zamiaru czegokolwiek zabierać Sivertowi, chociaż to prawda: bardzo 
chciałbym prowadzić gospodarstwo. Ale nie mam złych zamiarów - dodał, a potem wstał. - 
Nie zapominaj, że też jestem twoim synem. Sivert był zawsze dla ciebie oczkiem w głowie, ja 
się nie liczyłem.

Jego słowa ją zabolały. Stał przed nią ubrany tylko w spodnie. Masywny, wysoki, śniady 

młody człowiek, który kochał zajęcie, jakie Siverta zupełnie nie obchodziło. Oja to też jej 
syn. Być może ocenia Oję oraz motywy, jakimi się kieruje, zbyt surowo, niesprawiedliwie.

-  Nie chciałam cię zranić - przeprosiła, wyciągając rękę na pojednanie - ale...
-  Nie rozmawiajmy już o tym - odpowiedział i odsunął się na tyle, by matka nie mogła 

dosięgnąć jego dłoni. - Chciałem tylko, żebyś wiedziała, że lubię pracować na roli i chętnie 
zajmę się gospodarstwem.

background image

-  Wiem o tym - odparła i także wstała z miejsca. - Bardzo się z tego cieszę, wierz mi. - 

Strzepnęła z sukienki jakiś pyłek i przygładziła włosy. - Dobrze, że jesteś. Bo gdyby jednak 
się okazało, że Sivert... że on nie... nie przejmie majątku...

Po tych słowach odwróciła się i skierowała w stronę zabudowań.
Oja odczekał, aż matka zniknie mu z oczu, i dopiero wtedy zrzucił z siebie spodnie i 

zupełnie nagi wskoczył do wody. Zanurzył głowę i z zadowoleniem przeciągnął dłońmi po 
mokrych włosach. Potem, odpychając się długimi, mocnymi pociągnięciami ramion, 
podpłynął kawałek. Po Jakimś czasie przewrócił się na plecy i pozwolił, by ciało lekko 
unosiło się na wodzie. Jego wzrok padł na okazały dwór, który teraz skąpany był w 
popołudniowym, złocistoczerwonym słońcu. Oja uśmiechnął się do siebie. Ten dwór będzie 
mój, pomyślał. Sivert nigdy nie zechce go objąć, bo nie jeden raz dał mu to do zrozumienia. 
Dręczyły go wyrzuty sumienia, ponieważ w środku lata, w najgorętszym dla gospodarstwa 
okresie, zdecydował się je opuścić. Sam przyznał, że nigdy nie będzie z niego dobry rolnik. 
Cieszył się, że ma brata, który chce przejąć rolę gospodarza, więc i tak majątek zostanie w 
rodzinie. Zdaniem Siverta właśnie to jest najważniejsze.

-  Matka na razie widzi to inaczej - stwierdził. - Naprawdę nie wiem, dlaczego. Ale jak 

tylko oswoi się z tą myślą... Przecież obaj jesteśmy synami Johana Stornesa, więc co to za 
różnica, który z nas będzie tu gospodarzył.

Oja obiecał, że nie wyjawi, o czym ze sobą rozmawiali. Matka jest wyjątkowo wyczulona 

na tym punkcie, więc nie ma potrzeby, żeby Oja zawracał jej tym głowę bez potrzeby. Jeszcze 
nie teraz. Oja doskonale to rozumiał. Widział, jak Mali wszystko przeżywa, i zdawał sobie 
sprawę, że matka nie należy do osób, które łatwo dadzą za wygraną. Znał ją dobrze i sądził 
nawet, że ma na tym punkcie jakąś obsesję. Nie dopuszcza myśli, że ktoś inny, a nie Sivert, 
może objąć dwór. Nie podda się od razu, będzie zapewne trwać przy swoim jeszcze przez 
jakiś czas. Ale on, Oja, poczeka. Wszystko i tak pójdzie zgodnie z jego planem, nie miał co 
do tego żadnych wątpliwości. Uparta, władcza matka będzie w końcu musiała ulec i to jemu 
przekazać gospodarstwo!

Po raz kolejny na twarzy Oi pojawił się przebiegły uśmieszek. Jeszcze im udowodni, że 

bez niego nie dadzą sobie rady. Będzie pracował za dwóch i nigdy nie da matce powodu do 
irytacji. Wesprze brata w jego wyborze czy też „powołaniu", jak to określił Sivert. Zresztą po 
co to całe gadanie? Będzie po stronie brata, o ile posłuży to jego interesom, jeśli to on, Oja 
Stornes, obejmie gospodarstwo. Tak będzie! Matka już zmiękła, w przeciwnym razie nigdy 
nie wyraziłaby zgody na wyjazd Siverta. Sprzeciwiłaby się kategorycznie, a wówczas Sivert 
nie mógłby zrobić jej na przekór. O nie, na to jest za słaby, pomyślał Oja. To pewne, że matka 
już się waha, kto ma przejąć dwór: starszy czy młodszy z synów? Jej zachowanie nie może 
oznaczać nic innego.

Oja powoli brodził w kierunku brzegu, a po jego nagim ciele spływały strużki wody. Kiedy 

wyszedł już na porośnięte soczystą trawą zbocze, niespodziewanie uniósł w górę ramię i 
wydał okrzyk radości. Tak jakby już wygrał, jakby wielką wygraną miał w kieszeni!

 
Orszak, który towarzyszył przeprowadzce na górskie pastwiska, sunął wolno pod górę. 

Również i w tym roku to Ingeborg odpowiadała ze przygotowania i porządki na halach 
należących do dworu Stornes. Z biegiem lat wyszkoliła się na zaradną „pastuszkę", a przy 
tym polubiła to zajęcie. Dokuczało jej jedynie długie rozstanie z O1avem. Mali wiedziała 
jednak, że Olav pod koniec każdego tygodnia odwiedzi żonę w górach, więc nikt specjalnie 
nie narzekał.

Gdyby Sivert pozostał we dworze, rola pastuszka przypadłaby Oi. Chłopak nie znosił tego 

zajęcia. Rok wcześniej pasł krowy na hali, ale prawie go do tego zmuszono. Nie cierpiał 
obowiązków pastuszka, nieustannego łażenia za bydłem. Na szczęście tego lata uniknął 

background image

zajmowania się krowami, ponieważ Sivert wyjechał i Oja okazał się nieodzowny w 
gospodarstwie.

-  Kto się teraz zaopiekuje bydłem? - zastanawiała się któregoś popołudnia Mali, gdy 

siedzieli przy posiłku. - Nie bardzo jest spośród kogo wybierać.

-  A czy to musi być chłopak? - zapytała ostrożnie Ruth.
Mali ze zdziwieniem spojrzała na córkę.
-  Zawsze wybiera się chłopaka - odpowiedziała. - A dlaczego pytasz?
-  No bo ja mogłabym pojechać na hale. Lubię chodzić po górach - odrzekła Ruth i zaraz 

poczerwieniała. - Wydaje mi się, że potrafiłabym pilnować krów jak każdy chłopak - dodała 
już nieco odważniej.

-  Ależ, dziecko, to może być niebezpieczne zajęcie. A co będzie, jeśli natkniesz się na 

dzikie zwierzę albo...

-  Myślę, że poradziłabym sobie wcale nie gorzej niż Oja - odparła spokojnie Ruth.
Havard mruknął coś pod nosem.
-  Kochana Ruth. Jesteś tak inna niż pozostałe dziewczynki w twoim wieku - powiedział, 

zwracając się z rozczuleniem do najstarszej córki, i skierował wzrok na Mali. - Ale jeśli ona 
ma na to ochotę...

-  Ale to dziewczynka... - sprzeciwiła się Mali.
-  Tylko dziewczynka - powtórzył Havard. - Ty jesteś tylko kobietą, ale czy nie 

podejmowałaś się zadań, których ani mężczyźni, ani kobiety nie byliby w stanie wykonać? 
Jeśli chce, pozwólmy jej. Takie jest moje zdanie - zakończył.

I tak też się stało. Gdy na wsi rozeszła się wieść, ludzie kręcili głowami, ale milczeli. 

Wszyscy darzyli Ruth sympatią, więc mało kto chciałby mówić o niej źle. Tylko stara Beret 
nie powstrzymała się od zjadliwych uwag.

-  Co wy wyprawiacie? - syknęła ze złością. - Kto to widział, żeby dziewczynę wysyłać w 

góry! Przecież to nie do pomyślenia! Nikt tego wcześniej nie robił!

-  To prawda, ale tak to już jest. Zawsze musi być ten pierwszy raz - odparł łagodnie 

Havard.

-  Ale co ludzie powiedzą! - ciągnęła rozdygotana Beret.
-  O to my się już w ogóle nie martwimy - odparł Havard. - Ludzie zawsze będą gadać.
-  Tak, tak, powinnam się tego domyślić - warknęła lodowato babka. - Nigdy was nie 

obchodziło, co powiedzą porządni ludzie, ani ciebie, ani Mali.

-  Jakoś nie słyszałem, żeby wielu krytykowało sposób, w jaki prowadzimy gospodarkę - 

powiedział pojednawczo Havard i postawił przed Beret kubek z kawą. - Mamy jeszcze ciasto 
prosto z pieca - dodał, uśmiechając się w stronę kobiety, której oczy nadal ciskały błyskawice. 
- Może spróbujecie kawałek?

Beret burknęła coś pod nosem, ale nie odmówiła, gdy Mali położyła przed nią pachnące, 

apetyczne ciasto. Więcej nie wracali już do tej sprawy.

Kiedy więc orszak z zapasami koło dwudziestego lipca zaczynał piąć się pod górę, ku 

halom, wśród idących była też Ruth, która z wielką radością podbiegała to z lewa, to z prawa, 
pilnując, by krowy trzymały się ustalonego szlaku.

-  Każdy robi to, co lubi - mruknął pogardliwie Oja i wzruszył ramionami.
-  Każdy robi to, co lubi - powtórzyła Dorbet, przedrzeźniając brata, po czym dumnie 

odrzuciła w tył jasne jak zboże włosy.

 
Kontakt z gospodarstwem Gjelstad z biegiem lat stawał się coraz luźniejszy, zwłaszcza po 

śmierci gospodarza. Helga nigdy jednak nie zapomniała dramatycznego epizodu, który 
towarzyszył śmierci teścia, i dlatego jej nienawiść do Mali nie wygasła. Przeciwnie, Mali, 
choć z rzadka spotykała Helgę, zawsze miała wrażenie, że to uczucie i roku na rok się 
wzmacnia.

background image

Helga uważała, że ją oszukano i zmuszono do milczenia. Kobieta, gdy tylko nadarzała się 

okazja, dawała temu wyraz. Ale Mali się tym nie przejmowała. Wprawdzie Helga mogła 
zacząć rozpuszczać plotki, gdyby za mocno nadepnęła jej na odcisk, lecz Mali dobrze się 
pilnowała. Nie pozwoli, by ktokolwiek zniszczył jej szczęście, a już z pewnością nie Helga. 
Dlatego za każdym razem, gdy Helga zadzierała nosa i groziła, że wyjawi to i owo o śmierci 
gospodarza z Gjelstad czy ciekawostki o Sivercie, Mali uświadamiała szwagierce, że sama 
niejedno wie. Nie była jednak pewna, czym tak naprawdę Helga może ją zaskoczyć: czy zna 
prawdę, czy też tylko snuje domysły.

Nie lubiła Helgi. Kobiety nigdy nie żyły ze sobą blisko. Helga była wyniosła i miała 

paskudny charakter. Mali starała się śledzić poczynania chłopców z Gjelstad, obiecała to ich 
matce, ale teraz byli już dorosłymi mężczyznami i radzili sobie sami. Z pewnością życie w 
Gjelstad, w domu od dawna pozbawionym ciepła i miłości, nie było usłane różami. Helga 
nigdy nie ukrywała, że nic nie czuje do synów Kristena, chociaż obaj wyrośli na zaradnych i 
pracowitych młodych mężczyzn.

Dla Helgi oczkiem w głowie była córka, jedyne wspólne dziecko jej i Kristena. Matka 

zachwycała się dziewczynką i rozpieszczała ją ponad miarę. Mali zastanawiała się, co też z 
takiej rozwydrzonej pannicy wyrośnie. Mało które dziecko umiałoby bez szkody dla siebie 
przyjąć taką nadopiekuńczość. Ruth Lina nosiła wytworne stroje, a zajmowano się nią tak, 
jakby pochodziła z królewskiego rodu. Mali nieraz się zastanawiała, czy Helga kiedykolwiek 
odda córkę jakiemuś mężczyźnie. Jeśli tak, z pewnością nie będzie to byle kto.

Na dziewczynkę wołano Lina, bo takie imię nosiła matka Helgi. Heldze nie podobało się, 

że córka ma nazywać się tak jak teściowa, Ruth Lina, ale dokąd żył stary gospodarz, musiała 
się z tym pogodzić. Dopiero po śmierci teścia zażądała, aby odtąd dziecko nazywać wyłącznie 
Lina, choć Mali dobrze wiedziała, że Kristen nie był tym zachwycony. Nie miał on jednak 
zbyt wiele do powiedzenia i unikał spięć ze swoją upartą, nieugiętą żoną. Zresztą nie 
próbował nawet się targować. Z biegiem lat marniał, garbił się, a cera wyraźnie mu 
poszarzała. Kristen toczył teraz smutne, samotne życie, choć z żoną i dziećmi u boku. Helga 
nie próbowała skrywać pogardy dla męża. Gdyby nie okazałe gospodarstwo i pozycja, jaką 
zyskała dzięki małżeństwu z Kristenem, już dawno by go porzuciła. Mali nie miała co do tego 
najmniejszych wątpliwości.

Któregoś dnia zadzwonił telefon. Kiedy Mali w słuchawce usłyszała ostry głos Helgi, 

drgnęła.

-  Od ostatniego spotkania minęło sporo czasu - stwierdziła. - Niedawno rozmawiałam z 

Havardem o tym, żeby was w którąś niedzielę przed sianokosami prosić na obiad.

-  Nie ma takiej potrzeby, żeby się często spotykać - odcięła się krótko Helga. - Ale tym 

razem to ja was zapraszam. Słyszałaś pewnie, że Oddleiv wyjeżdża we wrześniu do szkoły 
rolniczej, więc postanowiliśmy to uczcić. Nie każdy się tam dostaje - dodała z wyraźną 
złośliwością w głosie. - Tak daleko mogą zajść tylko niektórzy.

Mali poczuła bolesny ucisk w żołądku. Słyszała, że Oddleiv dostał się do szkoły w 

Vikebukt. Bardzo liczyła na to, że obaj chłopcy, on i Sivert, będą razem uczęszczać na 
zajęcia. Ale w tym samym czasie, gdy Oddleiv przygotowywał się do objęcia gospodarstwa w 
Gjelstad, Sivert kategorycznie odmówił i opuścił majątek, zabierając ze sobą swoje ukochane 
skrzypce.

-  Owszem, słyszałam, że twój syn został przyjęty - odpowiedziała zduszonym głosem 

Mali.

-  Tak, co za szczęście, że w Gjelstad mamy syna, który dobrze zna swoje obowiązki 

wobec rodziców i gospodarstwa - odpowiedziała kąśliwie Helga. - A Sivert podobno wybył i 
to w taki czas? No, no! Zresztą czegóż tu się dziwić - dodała pogardliwie. - Niedaleko pada 
jabłko od jabłoni. Jaki ojciec, taki syn, ten wasz muzyk!

background image

Mali tak mocno zacisnęła palce na słuchawce, że omal jej nie zgniotła. Co za paskudne 

babsko, pomyślała z wściekłością. Najchętniej przerwałaby tę rozmowę, ale tym samym 
przyznałaby rację szwagierce. Mali nie mogła tego zrobić. Poza tym musiała uważać na to, co 
mówi do telefonu. Mali nie miała za grosz zaufania do Astrid, która najczęściej pełniła dyżury 
w centrali. Znana była z tego, że podsłuchuje rozmowy, a potem rozgłasza je wokół „w 
największej tajemnicy". W trakcie rozmów przez telefon Mali nie opuszczało wrażenie, że w 
tle słyszy głuchy, astmatyczny oddech Astrid.

-  Oczywiście, że przyjdziemy – odrzekła kwaśno. – I będziemy życzyć Oddleivowi 

powodzenia.

-  Dobrze - powiedziała Helga. - Przyjdźcie w niedzielę na obiad. Zabierzcie też Oję i 

Dorbet. Lina chce się z nimi zobaczyć.

-  Dziękuję, będziemy wszyscy - ucięła Mali. 
Jeszcze długo po tym, jak zakończyły rozmowę, Mali trzymała w ręku słuchawkę. Była 

kompletnie sparaliżowana. Przygnębienie, ale i wściekłość znów dały o sobie znać. Trochę się 
też wystraszyła, choć nie bardzo wiedziała, czego. Mimo woli ogarnęło ją uczucie niepokoju i 
przebiegł ją dreszcz, chociaż był to sam środek lata. Drgnęła ponownie, gdy w słuchawce 
usłyszała chrypliwy glos Astrid i pytanie, czy rozmowa już skończona. Tak jakby Astrid nie 
wiedziała! - pomyślała z irytacją Mali. Da sobie rękę uciąć, że kobieta siedzi w centrali ze 
słuchawką przyklejoną do ucha.

-  Tak, rozmowa skończona. Zapomniałam oddzwonić - usprawiedliwiła się szybko, 

odwiesiła słuchawkę i dwukrotnie przekręciła korbką.

Helga jest jak pająk, pomyślała. Może długi czas pozostawać w uśpieniu, udając martwą i 

bezbronną, tylko po to, by nagle obudzić się i pochwycić swoją zdobycz. Choć Helga nie 
pozostawia na nikim suchej nitki, to pogrążenie jednej osoby - Mali - sprawiłoby jej 
wyjątkową satysfakcję.

 
Havard westchnął z niechęcią, kiedy Mali poinformowała go, że zostali zaproszeni na 

obiad do Gjelstad.

-  Oj, wolałbym coś przyjemniejszego - rzekł kwaśno.
-  Ja także - odpowiedziała i rozpuściła włosy. - Ale Kristen jest jednak twoim najstarszym 

bratem, a nie da się ukryć, że widujemy się z nimi niezwykle rzadko. Nie tylko z 
mieszkańcami Gjelstad, ale i z każdym z rodzeństwa - dodała.

-  Wiem, masz rację - przyznał Havard. - Widzimy się sporadycznie z okazji domowych 

uroczystości albo świąt. Każdy zajęty jest sobą.

-  No, nie wiem. Szczerze mówiąc, brak mi spotkań z rodziną. Naprawdę. Tyle że to taka 

daleka podróż...

-  Na ten obiad trzeba będzie pójść - przyznał Havard zmartwiony i spojrzał na żonę. - A ja 

już teraz wiem, że przyjemne to dla ciebie nie będzie. Helga nie powstrzyma swojego ciętego 
języka. Dobrze wie, jak bardzo przeżywasz to, że Sivert nie pojedzie do Vikebukt, więc 
złośliwości na ten temat z pewnością usłyszysz niemało.

-  Myślałam o tym - odpowiedziała Mali. - Ale przyjmę to ze spokojem. Jej właśnie o to 

chodzi, żeby mnie zranić i wyprowadzić z równowagi, lecz tym razem nie dam jej tej 
satysfakcji.

-  No, to może jednak będzie miło - uznał Havard. - Mam nadzieję, że chociaż mój brat 

ucieszy się z naszej wizyty. Wydaje mi się, że nie jest mu lekko. Ostatnio mocno się 
postarzał.

-  We dworze w Gjelstad tylko jednej osobie jest lekko - to Lina, ukochana córunia swojej 

mamusi.

Havard przesunął się nieco, gdy Mali położyła się do łóżka. Wtulił nos we włosy żony, po 

czym uśmiechnął się.

background image

-  Pachniesz słoną morską wodą i wodorostami.
-  Nic dziwnego, codziennie kąpię się po pracy w morzu - wyjaśniła Mali. - Ale nareszcie 

skończyliśmy, więc wkrótce wskoczę do balii i porządnie umyję włosy. Od tej słonej wody są 
okrutnie polepione. Muszę znaleźć na to czas przed niedzielą - dodała.

-  Moim zdaniem pachniesz bardzo ładnie - szepnął i wtulił twarz w jej szyję. - A poza tym 

jesteś wyjątkowo smakowita - dodał, po czym polizał ją. - Słona i niesłychanie apetyczna.

Gdy język Havarda wędrował delikatnie po jej ciele, Mali poczuła, że jej piersi twardnieją. 

Odwróciła się i przytuliła do niego. Wsunęła palce w jego włosy, a potem jej usta 
prześlizgnęły się miękko, muskając jego wargi. Minęło już trochę czasu, odkąd byli ze sobą 
tak blisko. Podczas znojnych, pracowitych sianokosów oboje z reguły zasypiali, jak tylko 
przyłożyli głowy do poduszek.

-  Czy moja morska nimfa jest zmęczona? - szepnął jej do ucha.
Mali pokręciła przecząco głową.
 
Do Gjelstad przybyli na krótką chwilę przed posiłkiem. Dzień był szary, choć ciepły. 

Nawet cieplejszy niż w owe upalne letnie dni, pomyślała Mali, wycierając spocone czoło.

-  Zanosi się na zmianę pogody - zauważył Havard, pomagając jej przy wysiadaniu z 

dwukółki. - Czuję w kościach, że zbliża się potężna burza.

ROZDZIAŁ 8.

 
Sivert przysiadł na schodach prowadzących do spichlerza.
Był jeden z tych cudownych letnich wieczorów. W rozedrganym upale przyroda 

wstrzymała oddech. Słońce, niczym rozżarzona do białości kula, wisiało nieruchomo nad 
ziemią, a na polach w pocie czoła uwijali się półnadzy, spaleni na brąz mężczyźni, ładując na 
wozy pachnące, wysuszone siano. Kobiety nie mogły powstrzymać się przed rozpinaniem 
bluzek, bardziej niż zwykle ukazując dekolty. Bez przerwy ładowały siano na wozy, zbierając 
do ostatniego pojedyncze źdźbła. Najważniejsze, by zdążyć ze zbiorem całego siana, zanim 
pogoda się załamie.

Ale na przesilenie się nie zanosi, pomyślał Sivert. Przymknął oczy i zwrócił twarz ku 

zachodowi, gdzie akurat słońce chowało się za jedno z tych okazałych pasm górskich, 
wznoszących się z godnością w czerwonozłote wieczorne niebo.

Tutaj w Hogset było inaczej niż w domu. W Stornes słońce od razu chyliło się ku 

zachodowi i bezpowrotnie tonęło w morzu. Tu nie było śladu morza ani nawet skrawka 
fiordu. Brakowało mu tego bardzo. Fiord i morskie fale zawsze go zachwycały, czy to 
podczas sztormu, czy w bezmiernej ciszy. Wtedy czuł, że ogarnia go jakiś niezwykły spokój, 
dając inspirację i przeobrażając się w nim w muzykę, która pochodzi prosto z serca. W domu 
w ciepłe, letnie noce zdarzało mu się godzinami przesiadywać koło szopy na łodzie i 
wsłuchiwać w delikatny szept morskich fal, które smagały gładkie, skaliste nabrzeże. 
Wdychał woń wodorostów i oniemiały wpatrywał się w grę świateł. Magia słońca, które 
żegna się z dniem, zawsze wprawiała go w największe zdumienie i budziła najwyższy 
podziw.

W Hogset krajobraz różnił się od tego w Stornes. Z tyłu, za gospodarstwem, widoczne 

były niskie, choć strome wzniesienia pokryte dorodną, soczyście zieloną roślinnością. Po 
przeciwnej stronie doliny w niebo wzbijały się ciemne, monumentalne góry, a słońce za nimi 
skrywało się znacznie wcześniej, niż do tego przywykł. Najbliższą wodą, jaką napotkał w 
pobliżu, był spory wodospad, który z łoskotem opadał w dół wzniesienia tuż za dworem. 
Początkowo nieustanny szum wodospadu przez długie godziny nie pozwalał mu zasnąć. 

background image

Teraz jednak nie był pewien, czy kiedykolwiek uda mu się zapaść w sen, jeśli nie będzie mu 
towarzyszył pomruk spadającej z wysokości wody.

 
Niemal codziennie grywał z Sandermannem. Pochłaniał każde słowo i każdą wskazówkę, 

jakie przekazywał mu nauczyciel, i nigdy nie miał dość wielokrotnego powtarzania tego 
samego fragmentu. A kiedy Sandermann z zadowoleniem kiwał głową, przechodzili do 
ćwiczeń nad kolejnym utworem. Potem Sivert brał skrzypce pod pachę i wspinał się na 
zbocza, aby ćwiczyć w spokoju. Zwłaszcza podczas sprzyjającej pogody. Mógł też grywać do 
woli na stryszku, gdzie mieszkał, z wyjątkiem tych kilku chwil po obiedzie, kiedy mężczyźni 
wypoczywali przed rozpoczęciem kolejnej popołudniowej pracy. Proszono go także, aby nie 
grywał późno w nocy. We dworze Hogset, podobnie zresztą jak w Stornes, dzień pracy 
rozpoczynał się bladym świtem i równie wcześnie się kończył. Sivert najbardziej jednak lubił 
ćwiczyć z dala od ludzi, w samotności. W okazałym domu pełnym zgiełku zawsze mogło 
zdarzyć się coś, co rozpraszało jego uwagę.

Przez dwie ostatnie soboty i niedziele grywał na weselach. Było to zajęcie dobrze płatne, 

chociaż nie ten rodzaj muzykowania dawał mu największe zadowolenie. Ale potrzebował 
pieniędzy. Dotrzymał również obietnicy i dwukrotnie dzwonił do matki. Kiedy opowiedział 
jej, że mieszka we dworze Hogset, Mali wyraźnie się ucieszyła, choć Sivert nie miał pojęcia, 
skąd matka wie, że to akurat godni szacunku ludzie. Poza tym nie mieli jednak sobie zbyt 
wiele do powiedzenia, a Sivert ani słowem nie wspomniał o Tordhild.

O Tordhild nie wspominał zresztą nikomu, chociaż ani na chwilę nie mógł przestać o niej 

myśleć. Za każdym razem, kiedy patrzył na nią, gdy uśmiechała się do niego albo 
nawiązywała rozmowę, odczuwał głęboką tęsknotę. Krew w żyłach zaczynała pulsować 
niczym rwący potok, a na gardle zaciskała mu się niewidzialna obręcz, tak że aż przeszywał 
go ból.

 
W miarę jak dni przechodziły w tygodnie, Sivert coraz bardziej pojmował, że Tordhild jest 

tą jedyną w jego życiu. Albo ona, albo żadna inna, myślał i wiedział, że kieruje nim uczucie, 
jakiego dotąd nie zaznał. Ale nie miał odwagi wyjawić tego swojej wybrance. Nawet nie 
próbował się do niej zbliżyć czy choćby porozmawiać przez chwilę, mimo że pragnął tego 
całym sercem. Uczucie do Tordhild było jednak tak silne, tak dla niego niepojęte, że bał się 
uczynić cokolwiek w obawie, że ją spłoszy.

Nigdy przedtem nie poświęcał dziewczętom wiele uwagi. Myślał wprawdzie o tym, że w 

przyszłości zapewne przyjdzie mu założyć rodzinę i związać się z kobietą, ale perspektywa ta 
wydawała mu się nadzwyczaj odległa. Muzyka była dla Siverta najważniejsza. Nigdy nie 
przypuszczał, że cokolwiek będzie w stanie przysłonić mu miłość do muzyki. Tak się jednak 
właśnie stało, kiedy pojawiła się Tordhild. Bywało, że godzinami nie mógł zasnąć i wtedy 
wyobrażał sobie, że chyba nic więcej nie potrzebowałby do szczęścia, gdyby miał i ją, i swój 
świat pełen muzyki. I może właśnie w strachu przed odrzuceniem, którego zapewne by nie 
przeżył, wręcz kulił się w sobie i krył po kątach, kiedy ona się pojawiała. Stawał się coraz 
bardziej milczący i niemal chudł w oczach, co bardzo niepokoiło gospodynię w Hogset.

-  Nie mogę powiedzieć, że byłeś gruby, kiedy się u nas pojawiłeś, ale teraz, Sivert, 

zrobiłeś się chudy jak szczapa - oświadczyła któregoś dnia Maria, stawiając przed chłopcem 
dwie dodatkowe porcje ciasta. - Czyżby nie smakowały ci moje posiłki, a może źle się u nas 
czujesz?

Sivert w jednej chwili poczuł się zażenowany i upuścił widelec. Sos z talerza bryznął na 

wszystkie strony.

-  Ależ nie, jest mi tu wyśmienicie - pospieszył z odpowiedzią, a na jego policzki wypłynął 

rumieniec. - Wierz mi, Mario, mówię prawdę. Nigdzie nie mógłbym czuć się lepiej niż u was. 
A jedzenie robicie wyborne, sami zresztą dobrze wiecie. To pewnie przez upał - dodał cicho.

background image

-  Albo chodzi o kobietę - Olaf Hogset, siedzący na końcu stołu, na honorowym miejscu, 

wydobył z siebie niski, wesoły bulgot. - Kiedy chłop myśli o babie, to nie w głowie mu 
jedzenie. Tak było zawsze i tak będzie. A ty pewnie nie możesz się opędzić od propozycji, 
kiedy tam sobie pogrywasz na weselach. Ładny z ciebie kawaler, nie ma co, to nawet ja 
potrafię zauważyć. Na brak powodzenia to ty pewnie nie narzekasz, co? - dodał i zerknął 
badawczo na Siverta.

-  On jest nie tylko ładny, ale i bardzo postawny - uśmiechnęła się Maria. - I do tego inny 

niż wszyscy. Pomyśleć tylko: dziedzic, który woli skrzypce od okazałego dworu. Oj, Sivert, 
Sivert. Ja to się nie rozumiem na takich jak ty.

-  A ja akurat rozumiem, że to dla wielu może wyglądać dziwnie - Sandermann pospieszył 

z pomocą kulącemu się z zakłopotania Sivertowi. - Zdarza się, że niektórym dany jest wielki 
dar. Tak, nie boję się użyć tego słowa, Sivert otrzymał taki dar. To chłopiec niezwykle 
uzdolniony, wielki talent, chociaż nie jestem pewien, czy wy to pojmujecie. Ja nie mam 
wątpliwości. Jeszcze usłyszycie o tym chłopcu, wspomnicie moje słowa, bo wiem, co mówię. 
A skoro już ktoś ów talent otrzymał, to nie ma znaczenia, że to dziedzic, który powinien 
prowadzić gospodarstwo - dodał i wytarł wilgotne usta. - Nie ma rady, trzeba wówczas iść za 
powołaniem, za wewnętrznym pragnieniem, którego nie sposób odsunąć ani zlekceważyć. To 
siła, którą on posiadł - dokończył.

-  No, ja w każdym razie nie znam się na tym zupełnie - odparła Maria. - Ale 

przysłuchiwałam się, jak Sivert gra, i muszę przyznać, że nie jest to żadne rzępolenie, choć 
znawcą to ja nie jestem. Ale to nie oznacza, że mamy pozwolić chłopakowi zagłodzić się na 
śmierć. Musisz jeść, Sivert. Nie wyobrażam sobie, abyś po pobycie u nas, w Hogset, nagle 
wrócił do domu i wyglądał jak ten chuderlak. Co by o nas pomyśleli twoi bliscy?

-  Nic mu nie będzie, z głodu na pewno nie umrze, Mario - zauważył rezolutnie gospodarz. 

- Zobaczysz, i on dojdzie do siebie. Chłopak jest po prostu trochę inny niż młodzi, których 
znamy. Słyszysz, co mówi Sandermann. Zostaw go w spokoju, to mu się najbardziej 
przysłużysz.

Sivert podniósł wzrok i posłał pełne wdzięczności spojrzenie gospodarzowi Olafowi. Stary 

Hogset ma rację. Niech go tylko zostawią w spokoju.

-  Siedzisz tu sam?
Sivert drgnął, gdy usłyszał tuż obok znajomy głos. Kiedy podniósł głowę, ujrzał przed 

sobą wielkie brązowe oczy Tordhild. Serce mu zamarło, ale po chwili dla odmiany zaczęło się 
tłuc jak szalone. Ona na pewno to słyszy, pomyślał w duchu, po czym przyłożył rękę do 
piersi, jakby w nadziei, że stłumi ten łomot.

-  Zamierzałem obejrzeć zachód słońca - wyjaśnił. 
Wyglądało na to, że Tordhild zakończyła tego dnia służbę. Nie miała na sobie fartucha, a 

tylko zwykłą niebieską sukienkę. Kilka górnych guzików odpięła i Sivert dostrzegł na jej 
smukłej, opalonej szyi pulsującą żyłkę. Na ten widok zaschło mu w gardle.

-  A ja wybieram się w górę rzeki - odparła. - Często tam chodzę, kiedy jest taki skwar. Jak 

się człowiek położy, to nic nie pomaga i trudno zasnąć. Byłeś kiedy przy tym dużym 
strumieniu?

Sivert skinął głową.
-  Często tam sobie siedzę i gram - powiedział. - Lubię wodę. Mój dom leży nad długim 

fiordem, ale tu fiordu nie ma. Chodzę chociaż nad strumień, kiedy...

-  Może więc wybierzesz się ze mną? - zapytała zwyczajnie.
Sivert podniósł się szybko i nic nie mówiąc, podążył w ślad za dziewczyną.
Droga była wąska, Sivert szedł więc tuż za nią. Zachwycał się jej plecami wygiętymi w 

delikatny łuk, wąziutką talią i grubym warkoczem, który sięgał jej do pasa i bujał się to w 
lewo, to w prawo w rytm jej kroków. Poruszała się lekko i bezszelestnie. Jak łania, pomyślał 
sobie.

background image

Był tak skupiony i spięty, że nie zwrócił uwagi, gdy Tordhild zatrzymała się. 

Niespodziewanie wpadł na nią, a ponieważ zachwiała się, natychmiast rzucił się do niej i 
schwycił wpół.

-  Ja... nie chciałem... - wykrztusił. - Zamyśliłem się i nie zauważyłem, że...
-  Nic się nie stało - odpowiedziała zwyczajnie i uśmiechnęła się ciepło.
Zorientował się, że nadal ją obejmuje. Kiedy mówiła do niego, czuł słodki oddech na 

swojej twarzy, a także bliskość jej krągłych bioder i sprężystych piersi. Musiał przełknąć 
ślinę.

-  No, jesteśmy na miejscu - oświadczyła, po czym ujęła jego dłoń i lekko pociągnęła za 

sobą, tak by oboje przysiedli na trawie. - Jak przyjemnie poczuć chłód od wody.

Tuż nad ich głowami bulgotał wodospad, opadając ciężko ze stromej skały. Za to w dole 

strumień był cichy i spokojny. Otaczał ich gęsty las, skrywając niewielką polanę i paseczek 
szarobiałego piasku, który tworzył wąską plażę już u zejścia do wody. Wokół powoli zapadał 
mrok i roztaczała się słodkawa woń letnich kwiatów.

Siedzieli blisko siebie. Sivert pomyślał, że chyba powinien się odsunąć, ale nie miał ani 

odwagi, ani chęci ruszyć się choćby na milimetr.

-  Rozmowny ty nie jesteś - stwierdziła Tordhild, uśmiechając się do niego. Żółte plamki w 

jej oczach migotały jak diamenty. - Wiem, że nazywasz się Sivert Stornes i pięknie grasz na 
skrzypcach. Podobno jesteś dziedzicem wielkiego dworu, czy tak?

Sivert odchrząknął, nie mogąc dobyć głosu.
-  Tak, pochodzę ze Stornes - wydusił wreszcie. - To duży majątek i wyjątkowo piękne 

miejsce.

-  A jednak opuściłeś dom? - zauważyła i zerwała stokrotkę, którą zaczęła obracać w 

palcach, dotykając szyi.

-  Taaak... - Sivert wpatrywał się zafascynowany, jak płatki stokrotki muskają jej 

jedwabistą skórę. - Sandermann...

-  A co z gospodarstwem, kto je prowadzi?
-  Właściwie teraz gospodarstwo należy do mojej matki - przyznał i odgarnął dłonią czarną 

grzywkę. Pot perlił mu się na czole. - Matka była żoną Johana Stornesa, mego ojca, ale on 
zmarł na serce. Byłem wtedy mały i nawet go nie pamiętam - dodał. Wziął do ust pożółkłe 
źdźbło i zaczął je przeżuwać. - A potem mama wyszła za mąż za Havarda Gjelstada z dworu 
w Gjelstad. To bardzo dobry człowiek. Nie mógłbym sobie wyobrazić lepszego gospodarza w 
Stornes. Jest wyjątkowo zaradny.

-  Masz rodzeństwo? - spytała, zerkając na niego z boku. Jakby niechcący zbliżyła kwiat 

do jego twarzy, a on nie wiedział, czy zrobiła to celowo, czy tak wyszło. Płatki musnęły jego 
policzek.

-  Rodzeństwo... tak, mam młodszego brata - odparł i wytarł spocone z wrażenia dłonie o 

spodnie. - Matka była w ciąży, kiedy mój ojciec, Johan, odszedł, nigdy więc nie zobaczył 
drugiego syna, on ma na imię Oja.

-  Oja? - zdziwiła się Tordhild i spojrzała na niego roześmianymi oczyma. - To imię?
-  No, nie. On nazywa się naprawdę Ola Johan, ale to ja kiedyś... chyba uznałem, że to za 

trudne, i zacząłem na niego wołać Oja. Byłem małym dzieckiem - dodał i zaczerwienił się po 
uszy. - I wtedy wszyscy też zaczęli go tak nazywać. No, z wyjątkiem babki, matki ojca. Ona 
tego strasznie nie lubi. Jako jedyna zwraca się do wnuka pełnym imieniem.

Sivert podniósł kilka małych kamyczków i zaczął wrzucać je do wody, jeden po drugim, a 

one od razu opadały na dno. Chłopak śledził kręgi, które tworzyły się potem i rozrastały w 
coraz to większe i większe kółka.

-  Mam też dwie siostry, a w zasadzie siostry przyrodnie - dodał szybko. - Matka ma z 

Havardem dwie córki.

background image

Przez dłuższą chwilę żadne z nich nic nie mówiło. Gdzieś między drzewami zaśpiewał 

kos, a z oddali dochodził ich szmer wodospadu.

-  A ty? - zainteresował się Sivert i zwrócił twarz w jej kierunku. Jego dłoń delikatnie 

otarła się o jej nagie ramię, co sprawiło, że cicho westchnął.

-  Ja... - nie patrząc na niego, dotknęła wargami płatków stokrotki i odpowiedziała: - Nie 

pochodzę ze znacznego rodu. Ale o tym już wiesz. Jestem tylko służącą. Oboje moi rodzice 
nie żyją. Mam bliską rodzinę, która się mną zajęła. Ani ja, ani moi dwaj bracia nie cierpieli 
głodu. Bracia przyrodni - przyznała. - Ojciec po śmierci mamy ponownie się ożenił.

-  Dla mnie nigdy nie miało znaczenia, czy ktoś pochodzi z dobrej rodziny, czy nie. Taki 

nie jestem - wyjaśnił Sivert.

-  Tak mi się wydawało. Ale pamiętaj, że jestem Cyganką - dodała jakby z odrobiną 

smutku w głosie, wciąż unikając jego wzroku.

-  Naprawdę? Odkąd pamiętam, mieliśmy we dworze wizyty Cyganów w każde lato - 

powiedział. - To dobrzy ludzie. Jeden z nich kiedyś stwierdził, że ładnie gram na skrzypcach, 
i namówił moją mamę, żeby mi je kupiła. Nazywał się Martin. To on zaczął mnie uczyć nut. 
Wiele mu zawdzięczam, ale innym Cyganom także - rzekł z uśmiechem na twarzy.

-  Nie każdy tak na to patrzy - oznajmiła Tordhild cicho. - Zarówno księża, jak i urzędnicy 

nas nie lubią. Tak jest podobno od wielu lat, wiem to od mojej ciotki. Ostatnio nawet ta 
niechęć jakby się pogłębiła. Ludzie twierdzą, że jesteśmy od nich gorsi, wiesz, taki drugi sort.

Jej duże brązowe oczy zrobiły się teraz niemal czarne. Żółte plamki zgasły. Po policzkach 

popłynęły łzy. Zanim Sivert zdał sobie sprawę z tego, co robi, objął dziewczynę i przytulił 
mocno.

-  Słyszałem, że ludzie tak gadają - powiedział pewnym głosem. - Ale tam, skąd pochodzę, 

nie dzieje się to zbyt często. U nas zawsze ciepło przyjmowano Cyganów i nadal jest 
podobnie. Chociaż...

Otarł łzę spływającą z policzka dziewczyny.
-  Nie jesteś gorsza - wyszeptał. - Jesteś Tordhild. Cyganka, córka gospodarza czy 

kogokolwiek innego, cóż to za różnica? Wszyscy jesteśmy ludźmi. Liczy się, jacy jesteśmy. 
Tak to widzę - dodał cichutko, po czym jeszcze raz pogładził ją ostrożnie po twarzy.

Nie miał pojęcia, jak do tego doszło, ale niespodziewanie Tordhild znalazła się pod nim, 

na trawie. Zarzuciła mu ramiona na szyję. Jej wilgotne, półotwarte usta zapraszały. Sivert 
nachylił się i pocałował ją.

Od tej chwili wszystko było zbyt nierealne, zupełnie stracił głowę. Tylko serce tłukło mu 

się w piersi jak kowalski młot. Nie wiedział, co się stało, że oboje zrzucili ubrania. Kiedy 
wsparł się na łokciach i spojrzał na piękne, śniade ciało dziewczyny, jęknął. Nigdy wcześniej 
nie widział kobiety o tak nienagannych kształtach. Miała skórę o złotawobrązowym odcieniu. 
Jej pełne piersi były kształtne, z ciemnymi, sterczącymi sutkami, które teraz stały się niemal 
czarne, a brzuch płaski, miękki niczym jedwab. Niżej pępek, jak zalotne oczko, właśnie wiódł 
go na pokuszenie. A jeszcze dalej...

Sivert znowu westchnął, gdy jego wzrok padł na kępkę ciemnych loczków skrywających 

jej łono.

-  Boże, tak bardzo za tobą tęskniłem - wyszeptał chrapliwym głosem. - Nigdy przedtem 

nic podobnego nie przeżywałem. Dla mnie istniała tylko muzyka i byłem pewien, że zawsze 
już tak pozostanie. Ale teraz...

Nie odpowiedziała, tylko przyciągnęła go mocno do siebie w oczekiwaniu na kolejne 

pocałunki. Jej rozgrzane i pełne radosnego oczekiwania ciało gotowe było na spełnienie. 
Kiedy byli już jednym ciałem, jęknęła z rozkoszy. Pragnęła go, gorąca i wilgotna, a on nie 
mógł się nią nasycić. Po raz pierwszy zrozumiał, czym jest prawdziwe pożądanie, co 
naprawdę znaczy kochać kobietę. Miał wrażenie, że w duszy śpiewa mu niebiański chór, a 

background image

przed oczyma wybuchają tysiące roziskrzonych gwiazd. W zawrotnym tempie przemknął nad 
bajecznie kolorową tęczą. Potem nic już nie pamiętał.

 
Powoli otworzył oczy. Tordhild leżała na boku, wsparta na jednym łokciu, i przyglądała 

mu się z uwagą.

-  Myślałam, że ty... że nigdy mnie nie zechcesz - przyznała cichutko i musnęła wargami 

jego policzek. - Od pierwszego dnia, kiedy się tu zjawiłeś, wiedziałam już, że tylko ciebie 
pragnę.

-  Ale nie dałaś tego po sobie poznać - powiedział, wypełniając swoje dłonie jej 

kruczoczarnymi lokami, które delikatnie łaskotały go po twarzy.

-  A jakże ja mogłabym sobie coś wyobrażać, na coś liczyć? Ja, Cyganka? - spytała, 

spoglądając mu głęboko w oczy.

-  Ty jesteś Tordhild - powiedział i przyciągnął ją do siebie. - Dla mnie nie ma znaczenia, z 

jakiej pochodzisz rodziny. Dla mnie jesteś tylko Tordhild, moją jedyną kobietą.

-  Boję się, że twoi bliscy spojrzą na to inaczej, choć mogą być życzliwymi ludźmi - 

odparła cicho. - Cygan to Cygan, dobry, dopóki wpadnie raz na rok i prześpi kilka nocy w 
stodole, a potem ruszy w drogę. Ale gdybyś chciał zabrać mnie ze sobą i...

Sivert sunął palcami z góry na dół, wzdłuż miękkiej linii jej nagich pleców. Czuł cudowną 

bliskość jędrnych piersi na swojej skórze.

-  I to właśnie mam zamiar uczynić - oświadczył. - Kiedy we wrześniu wybiorę się do 

domu, będziesz mi towarzyszyć. Oczywiście, jeśli zechcesz - dodał. - Dla mnie istniejesz 
tylko ty jedna, żadna inna. Nie pytaj, skąd to wiem. Wierz mi, nigdy przedtem nie byłem 
czegoś tak pewny jak teraz. - Widząc, że Tordhild chce zaprotestować, położył palec na jej 
miękkich, wilgotnych wargach. - Jakiś wewnętrzny głos mi to mówi. Znam cię i kocham, 
odkąd pamiętam, Tordhild, teraz jestem o tym przekonany.

-  Och, Sivert, tak mało wiesz o życiu i o ludziach - szepnęła ze smutkiem w głosie i 

wtuliła się w niego. - Myślisz, że wszyscy są tacy dobrzy jak ty.

Jej palce wędrowały po nagim torsie mężczyzny.
-  Nie chcę powiedzieć niczego złego o twoich najbliższych, żebyś tak czasem i o mnie nie 

pomyślał - ciągnęła. - Ale jestem więcej niż pewna, że jeśli przybędziesz tam ze mną, z 
Cyganką, która w dodatku jest o dwa lata starsza od ciebie, wtedy...

Uśmiechnął się. Uniósł się nieco i z góry spojrzał na nią.
-  Polubią cię - powiedział z wyjątkową pewnością w głosie. - Jesteś jedyną kobietą, której 

pragnę. A czy ty mnie chcesz, Tordhild?  

Po policzkach dziewczyny spłynęło kilka wielkich łez.
-  Czy to są oświadczyny? - spytała wzruszona, po czym przyjrzała mu się szeroko 

otwartymi oczami.

Sivert sięgnął po spory żółty kwiat mleczu, który rósł na wyciągnięcie ręki, zerwał go i 

wręczył dziewczynie. Złotawe plamki w jego oczach nabrały blasku.

-  Tak, to oświadczyny. Tordhild, czy zechciałabyś zostać moją żoną? - spytał i ujął jej 

głowę w dłonie.

Nie wyrzekła ani jednego słowa, a łzy nadal spływały jej po policzkach. Skinęła tylko 

głową.

-  Ale proszę cię, nie płacz - powiedział łagodnie. - Czy nie jesteś szczęśliwa?
-  Och, Sivert, jestem. Ale również bardzo się boję. Boję się, że to, co do siebie czujemy, 

nie może się spełnić - przyznała, wciąż pochlipując.

-  To nieprawda. Moja matka całe życie obawiała się że ja nie zechcę objąć majątku, który 

mi się należy. I muszę przyznać, że miała do tego powody - wyjaśniał spokojnie. - Chciałem 
go przekazać mojemu bratu, ponieważ kiepski ze mnie rolnik. Jestem muzykiem i muzykiem 
chciałbym pozostać. Ale teraz...

background image

Zaśmiał się głośno, pełen wewnętrznej radości, i obsypał twarz dziewczyny dziesiątkami 

delikatnych pocałunków.

-  Teraz, kiedy dostałem ciebie, mam zamiar objąć Stornes - rzekł. - Havard mi pomoże, i 

mam przecież brała Oję, a poza tym parobków. Uda się. Znajdzie się czas i na to, żebym grał.

Tordhild zarzuciła mu ręce na szyję i ukryła twarz w zagłębieniu jego piersi. Czuł na 

skórze jej gorący oddech.

-  Naprawdę, nie przypuszczałem, że może istnieć dla mnie coś ważniejszego od muzyki - 

ciągnął z odrobiną zdziwienia w głosie. - Ty sprawiłaś, że jest inaczej. Stałaś się dla mnie 
najważniejsza, jesteś największym skarbem, jaki otrzymałem w swoim życiu. Udamy się 
razem do domu, a ja z czasem obejmę gospodarstwo i zapełnimy je gromadą dzieci, które 
będą tak samo urodziwe jak ich mama. I jak moja matka. Zobaczysz, Mali polubi cię bardziej, 
niż myślisz, a to dlatego, że dzięki tobie zdecydowałem się zrobić to, do czego ona nie mogła 
nakłonić mnie przez wiele lat. Pozostanę dziedzicem w Stornes.

Sivert przewrócił się na plecy, a Tordhild znalazła się nad nim, delikatnie głaszcząc go po 

twarzy. Potem jej palce przesunęły się niżej, pieszcząc jego tors. Podniecenie wróciło i Sivert 
znów gotów był ją kochać.

-  A co tu masz? - spytała nieoczekiwanie.
Jej palce zatrzymały się tuż pod jedną z brodawek na piersi mężczyzny.
-  To moje zapasowe serce - uśmiechnął się. - Ten znak mam od urodzenia i teraz już 

wiem, dlaczego. Potrzebne mi są dwa serca, jedno dla ciebie, a drugie dla muzyki.

Wolniutko przesuwała palcami wokół znamienia, zataczając kręgi.
-  Czyżby ci się nie podobało?
-  Wszystko mi się w tobie podoba - wyszeptała. Nachyliła się nad nim i pocałowała 

miejsce pokryte znamieniem.

-  W każdym razie to nic groźnego. Przypuszczam, że wielu ludzi posiada podobne. Dzieci 

często rodzą się z takimi znamionami. Może niespotykany jest tylko kształt mojego - serce.

Ujął jej twarz w dłonie i odnalazł ustami jej wargi. Włosy Tordhild rozsypały się i opadły 

na nich niczym peleryna, okrywając ich mrokiem.

-  Będziesz musiała podzielić się mną z muzyką - powiedział Sivert. - Czy jesteś na to 

gotowa?

Przytaknęła.
-  Z muzyką tak, ale z nikim innym - odparła cicho. - Jestem kobietą jednego mężczyzny.
-  Nigdy nie będzie innej, Tordhild. Nigdy.
Objął dłońmi jej jędrne piersi i pieścił je długo, aż poczuł bolesne ssanie w dole brzucha. 

Powoli uniósł głowę i zamknął swoje usta na ciemnej brodawce. Tordhild przesunęła dłonie 
w dół jego nagiego ciała i sama zsunęła się niżej. Kiedy jej delikatne palce dotknęły 
najczulszych miejsc, Sivertem wstrząsnął rozkoszny dreszcz. Tordhild obsypywała jego ciało 
dziesiątkami pocałunków. Sivert jęknął. Znów zapragnął jej ust, więc podciągnął ją do siebie. 
Najpierw poznawał językiem linię jej warg, a potem wniknął w nią zachłannie. Wreszcie 
uniósł ją lekko, by po chwili pozwolić jej opaść, i poczuł, że jest bliski spełnienia. Odrzuciła 
w tył głowę, rozsypując aureolę włosów, a wtedy ujrzał niebo. Miało barwę czerwonego 
złota.

Tuż nad ich głowami grzmiał wodospad.
 
 
 

ROZDZIAŁ 9.

 
Pod koniec lata do Stornes zawitał tabor cygański.

background image

Mali właśnie myła okna, kiedy nad drogą uniósł się potężny tuman kurzu. Wkrótce potem 

na wysokości Oppstad, w miejscu, gdzie droga wynurzała się zza drzew, ujrzała karawanę 
złożoną z trzech cygańskich wozów. Jak zwykle poczuła ukłucie w sercu. Pewnie nigdy się 
tego nie pozbędę, pomyślała. Energicznie wykręciła szmatę, którą właśnie zmywała parapety.

Tak naprawdę nie ma się już czego obawiać. Wprawdzie ostatnim razem, kiedy w Stornes 

zjawiła się Karoline, po jej spojrzeniu Mali pojęła, że kobieta dobrze wie, kim jest Sivert. To 
dlatego Cyganka wręczyła chłopcu pierścień, który niegdyś należał do Jo. Ów podarunek miał 
Sivertowi przypominać ojca, chociaż Karoline nic bliżej nie wyjaśniła, a i Sivert, jak się 
zdawało, niewiele rozumiał. Mali mogła się o tym przekonać, gdy syn pochwalił się jej 
podarunkiem. Karoline powiedziała mu, że to prezent od kogoś, komu Sivert jest bardzo 
bliski. Na szczęście chłopak nie zastanawiał się zbytnio, co to może oznaczać.

Któregoś dnia, korzystając z okazji, że Sivert jest w szkole, Mali wykradła mu pierścień i 

ukryła razem ze swoim w blaszanej skrzyneczce pod kamieniem, niedaleko strumienia, przy 
którym zwykle robi pranie. To na wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy pytać, skąd 
wzięły się te sygnety, zwłaszcza że były niemal takie same, a do tego jedyne w swoim 
rodzaju. Potem Mali czuła się paskudnie. Miała głęboką nadzieję, że chłopiec nie zauważy 
zniknięcia pierścienia, a w tym czasie i tak był dla niego za duży. Sivert jednak szybko się 
zorientował i szukał zguby wszędzie, gdzie się dało. Gdy poszukiwania nie przyniosły 
rezultatu, był bardzo zmartwiony. Mali dręczyły wyrzuty sumienia, ale na szczęście sprawa 
jakoś przycichła i to było dla niej pewną pociechą. Przecież postąpiła tak, by chronić syna. A 
może... może raczej siebie? Miała pewność, że Karoline nigdy nie wyjawi jej tajemnicy. 
Spojrzenie Karoline mówiło jej, że kobieta nie uczyni nic, co mogłoby zaszkodzić Sivertowi. 
Obie zapewne zdawały sobie sprawę, że gdyby rozeszło się, iż dziedzic w Stornes jest synem 
Cygana, jego los byłby przesądzony.

O nie, Karoline nie jest dla nich zagrożeniem.
Mali ponownie wykręciła ścierkę, a wtedy promień słońca musnął złotą obrączkę na 

serdecznym palcu i sprawił, że zalśniła niczym diament. Przez moment Mali wpatrywała się 
w nią, a potem jej wzrok skierował się na wody strumienia. Pierścień Siverta z pewnością 
teraz pasuje na jego palce, pomyślała i poczuła ukłucie w okolicy serca. Trudno, Sivert nie 
dostanie go z powrotem, bo wtedy Mali musiałaby odpowiadać na wiele niewygodnych 
pytań. Gdyby chciała go zwrócić synowi, gorzka prawda wyszłaby na jaw, a o tym nie może 
być mowy.

 
Cyganie zajechali na podwórze i Mali wyszła ich przywitać. Bez powodzenia usiłowała 

spośród przybyłych wyłowić jakieś znajome twarze. Wreszcie podszedł do niej starszy 
mężczyzna, którego nigdy przedtem nie widziała.

-  Dzień dobry - przywitał się i wyciągnął rękę. - Czy to ty jesteś tu gospodynią?
-  Tak, nazywam się Mali Stornes - przedstawiła się.
-  Witaj, Mali Stornes. Ludzie powiadają, że Stornes to dobre miejsce na odpoczynek, a 

ostatnio coraz trudniej o przyjazny dom - zauważył, a na jego śniadą twarz wypłynął smutek. 
- Bylibyśmy bardzo wdzięczni, gdybyś pozwoliła nam zatrzymać się tu na kilka dni.

-  Proszę bardzo - odpowiedziała Mali i nie przestawała wypatrywać znajomych. Nikogo 

takiego jednak nie dostrzegła.

-  Mam wrażenie, że nie spotkaliśmy się przedtem? - chciała się upewnić.
-  Nie, nie znamy się. Och, wybacz, proszę. Rozmawiam z tobą, a nawet nie powiedziałem, 

kim jestem - zauważył i uśmiechnął się przyjaźnie. - Nazywam się Peder i jestem 
przewodnikiem tego taboru. Przybyliśmy tu po raz pierwszy. Tym razem wędrujemy innym 
szlakiem niż zwykle - dodał. - Ale tak to już jest z nami, Cyganami, często zamieniamy się 
szlakami z innymi taborami.

background image

-  A no właśnie. Nic dziwnego, że nie mogę wypatrzyć nikogo znajomego - wyjaśniła 

Mali. - Nieraz zdarzało mi się spotykać kilkakrotnie te same osoby, w końcu prawie co rok do 
nas przybywacie. A może znasz Karoline? Tyle że nie widziałam jej pewnie ze dwa lata.

-  I niestety więcej nie zobaczysz - rzeki z powagą w głosie. - Wiem, o kim mówisz. 

Karoline zginęła w ubiegłym roku w wypadku. To naprawdę smutna historia. Była to bardzo 
dobra kobieta. Zostawiła męża i dzieci, chociaż one są już prawie dorosłe.

Mali nerwowo poprawiła włosy i z niedowierzaniem pokręciła głową.
-  Karoline była ostatnią z trójki rodzeństwa - ciągnął. - Miała też dwóch braci, Jo i 

Torgrima, ale obaj pomarli jeszcze przed nią. W ogóle wszyscy oni odeszli zbyt wcześnie i 
wszyscy zginęli w wypadkach - wyznał ze smutkiem. - Można powiedzieć, że prześladował 
ich jakiś zły los.

Jego słowa docierały do Mali bardzo powoli, jakby z trudem przedzierały się przez gęstą 

mgłę. A więc Karoline nie żyje! Kiedy Mali dowiedziała się, że zmarł Torgrim, tak naprawdę 
odczuła ulgę. Zawsze obawiała się, że Torgrim będzie się przechwalał, iż udało mu się 
zaciągnąć do łoża gospodynię ze Stornes, i że znowu we dworze obudzi to niepotrzebne 
plotki. Teraz poczuła wielki smutek, tak jakby straciła bliską osobę. I w pewnym sensie tak 
było. Gdyby tamtego lata zdecydowała się związać z Jo, Karoline byłaby jej szwagierką. No i 
ciotką Siverta. Smutna wiadomość o śmierci Karoline poruszyła ją do głębi, choć bliskie 
sobie nigdy nie były.

-  A może znałaś też braci Karoline? - spytał zaciekawiony mężczyzna.
-  Owszem, obaj swego czasu u mnie gościli - odpowiedziała cicho i drżącą dłonią 

przetarła twarz.

Dopiero po chwili dotarła do niej dwuznaczność tych słów i wtedy Mali zaczerwieniła się 

aż po koniuszki włosów. Rzeczywiście, bracia gościli u niej, i to nie tylko dosłownie.

-  Na szczęście nie jest nam dane wiedzieć, co nas spotka w przyszłości - zauważył Cygan, 

uprzedzając wyjaśnienie Mali. - Bóg dobrze wiedział, co robi, nie dając nam tej umiejętności.

Mali w zadumie pokiwała głową.
-   Przyślę tu zaraz służącą, która wskaże wam miejsce na nocleg - poinformowała i ujęła w 

dłonie brzegi szerokiej spódnicy, kierując się ku izbie jadalnej.

 
Oja nie przejął się ani trochę wizytą Cyganów. Nigdy zresztą nie robiło to na nim 

większego wrażenia.

-  Oja, proszę - nakłaniała Dorbet, kiedy już zjedli popołudniowy posiłek. - Chodź ze mną 

do stodoły.

-  A co ty tam będziesz robić? - spytał bez zainteresowania. - To nie są nasi ludzie.
-  Jak to nie są nasi ludzie? Co to znaczy, Oja? - obruszyła się Mali.
-  Nic, tylko to, co powiedziałem - odparł i spojrzał na matkę. W jego wzroku nie było 

wyzwania. - O ile wiem, nie są z nami spokrewnieni. My w Stornes nie pochodzimy od 
Cyganów.

-  A co to ma do rzeczy? - zdumiona Mali starała się pohamować emocje.
Chociaż Oja mówił spokojnym głosem i nie miał zamiaru denerwować matki, Mali 

poczuła się sprowokowana.

-  Całe lata pojawiali się tu Cyganie i dla nikogo nie stanowiło to problemu.
-  Pewnie najmniej dla Siverta - odparł Oja. - On zawsze się wokół nich kręcił.
-  A ty nie?
-  Ja nie. To nie znaczy, że mam coś przeciwko nim.
-  Cyganie to zwyczajni ludzie, tak samo jak my - broniła ich Mali. - A może uważasz, że 

jesteś od nich lepszy?

-  Masz rację, to zwykli ludzie, ale nie z mojego rodu - powtórzył dobitnie chłopak, po 

czym wstał. - Nie mam zamiaru spędzać czasu w ich towarzystwie. Nie znam ich.

background image

-  Cygańscy chłopcy są dużo ładniejsi od ciebie! - wtrąciła Dorbet i utkwiła wzrok w 

swoim bracie. - Pewnie to cię tak drażni, bo im zazdrościsz!

Oczy dziewczynki rozbłysły.
-  To dopiero! A ty masz zamiar tam pójść, żeby ich sobie pooglądać - Oja prychnął 

pogardliwie. - Dzieciaku! Ty masz chyba nie po kolei w głowie!

Po tych słowach wyszedł, a Mali stała z tłukącym się sercem i lodowatymi dłońmi.
-  Ruth, chodź ze mną - Dorbet zwróciła się błagalnie do siostry. - Chcę na nich popatrzeć.
-  To nieładnie tak stać i tylko przyglądać się - odpowiedziała Ruth. - Nie wypada.
-  Ja mogę się z tobą przejść - zaproponowała Ragnhild. - Chodź, Dorbet, pójdziemy obie, 

ja i ty.

Mali nagle otrzeźwiała. Dobry Boże, co ona ma za dzieci? Oja uważa się za lepszego od 

Cyganów. Bez wątpienia właśnie dlatego nie chce się z nimi zadawać. To akurat nie powinno 
jej wcale dziwić. Nie trzeba być Cyganem, aby zyskać sobie nieprzychylność Oi. Uważa, że 
pochodzi z lepszej rodziny, mimo że ostatnio wyraźnie powstrzymywał nieprzychylne osądy. 
Za to Dorbet, jej śliczna i bystra dziewięciolatka, dostrzega, że są ładniejsi i brzydsi chłopcy! 
Mało tego, znajduje dobrą rozrywkę, patrząc na tych pierwszych!

-  Możecie tam pójść - powiedziała Mali i wytarła o spódnicę lepkie od potu dłonie. - I 

zabierzcie ze sobą Ruth.

I tak rzecz się ma ze wszystkim, pomyślała Mali. Gdy Ruth jest w pobliżu, nic 

niestosownego nie może się wydarzyć. Ale co to znaczy - niestosownego? Dziewięcioletnia 
dziewczynka nie zachowa się chyba niestosownie? Toż to jeszcze dziecko!

Podążyła wzrokiem za najmłodszą córką, która w tej chwili niecierpliwie przestępowała z 

nogi na nogę. Jej bujne włosy wiły się wokół drobnej twarzyczki, tworząc złotą aureolę, w 
oczach pojawił się blask, a małe ząbki lśniły białością. Zasznurowała bluzeczkę tak mocno, że 
materiał aż opinał maleńkie piersi. Dziewczynka poprawiła spódnicę i wyprostowała plecy. 
Tej małej nie można spuścić z oka! - pomyślała Mali i poczuła bolesny ucisk w żołądku.

-  Mali, tylko nie zapomnij dać im patelnię do smażenia wafli - wtrąciła Ane i podeszła do 

szafy z garnkami. - Trzeba ją wreszcie naprawić.

-  Oj, dobrze, że przypomniałaś. W takim razie sama się tam wybiorę.
-  Jeśli chcesz, mogę cię wyręczyć - zaproponowała służąca.
-  Nie, dziękuję - odparła Mali, nie tłumacząc nic więcej.
Chciała sprawdzić, jak zachowają się dziewczynki. Najchętniej znalazłaby jakiś powód, 

żeby je zabrać z powrotem. Dorbet zdążyła się już pewnie napatrzeć, pomyślała i 
jednocześnie poczuła dziwną bezsilność wobec córki. Nie miała pojęcia, jak utemperować to 
dzikie zwierzątko.

Nie tak łatwo wyzwolić się od dziedzictwa, odezwał się w niej wewnętrzny głos. Dorbet, 

nieodrodna córeczka swojej matki. Ją też pociągają Cyganie.

Mali nerwowo przetarła twarz, zabrała patelnię do smażenia wafli i wyszła z domu.
 
Zanim jeszcze zdążyła obejść róg budynku, usłyszała czarujący śmiech najmłodszej córki. 

Zaczęła skradać się wolno wzdłuż ściany, tak by dziewczynki jej nie zauważyły. Ukryła się 
pomiędzy gałęziami gruszy przytulonej do krótszej ściany domu, którą bujnie porastały liście. 
Drzewo sięgało aż do samego strychu, gdzie spali.

Wokół stodoły panował duży ruch. Mężczyźni naprawiali narzędzia albo rzeźbili w 

drewnie, kobiety zaś opiekowały się dziećmi i przygotowywały posiłek. Kilka staruszek, 
zajętych robótkami ręcznymi, wygrzewało się w promieniach popołudniowego słońca i żywo 
dyskutowało.

Upłynęło parę minut, zanim Mali dostrzegła dziewczynki. Najpierw zauważyła Ruth. 

Starsza córka siedziała na trawie i rozmawiała z Cyganką, która mogła być w jej wieku. W 
chwilę potem znów usłyszała perlisty śmiech Dorbet. Mała pojawiła się za rogiem stodoły w 

background image

towarzystwie czterech młodych Cyganów, znacznie od niej starszych. Kilka kroków za nią 
samotnie dreptała Ragnhild.

Mali stanęła jak wryta. Dorbet szła tuż obok wysokiego, niezwykle urodziwego chłopca, 

śmiejąc się do niego pełnymi blasku oczyma i szturchając go lekko, zachęcając do zabawy. 
Gdy objął ją ramieniem, dziewczynka wcale się nie odsunęła. Przeciwnie, jeszcze bardziej się 
przytuliła, bezwstydnie flirtując i zachęcając do dalszych uścisków. Mali wstrzymała oddech. 
To, że Dorbet chce kogoś oczarować, nie było dla niej nowością. Ale dziś przeszła samą 
siebie. Zachowywała się tak, jakby była dorosłą kobietą. Flirtowała z nieznajomymi 
chłopcami!

-  Dorbet!
Głos Mali przeciął powietrze niczym ostrze noża, mącąc popołudniową idyllę. Ludzie 

podnieśli głowy, Dorbet zaś w jednej chwili wyśliznęła się z objęć Cygana.

-  Natychmiast do mnie, wszystkie trzy! - nakazała kategorycznie Mali. - Wracamy do 

domu.

Ruth posłusznie skierowała się w stronę Mali. Widać było, że czuje się winna.
-  Mamo, nie mogę cały czas chodzić krok w krok za Dorbet. Ona wcale mnie nie słucha, 

kiedy ją upominam. Robi to, co chce - przyznała ze smutkiem, spuszczając wzrok.

-  Nic złego nie zrobiłaś, Ruth, nie mam do ciebie pretensji - powiedziała Mali, nie patrząc 

na córkę. - Ale miałam nadzieję, że twoja siostra zachowa się przyzwoicie, gdy będziecie 
razem.

Jej wzrok zawisł na Dorbet, która zbliżała się ciężkim krokiem. Nagle małej przypomniało 

się, że może szukać pomocy u Ragnhild. Wzięła starszą dziewczynkę za rękę i szła pół kroku 
za nią.

-  Co ty najlepszego wyrabiasz, moja panno? - spytała Mali niskim, lodowatym głosem. - 

Zachowujesz się jak... jak... jakbyś się jeszcze nie nauczyła przyzwoitości. Wstydu za grosz!

-  Co ja złego zrobiłam? - spytała wyzywająco mała, odrzucając w tył jasne włosy. - Chyba 

wolno mi rozmawiać z chłopcami?

-  Żeby rozmawiać, nie trzeba się bezwstydnie spoufalać - odparła krótko Mali. - Skoro 

tak, koniec tych swawoli. Jeśli jeszcze nie zrozumiałaś, to zapamiętaj, że należysz do rodziny 
Stornesów. A wśród Stornesów nikt nie pozwala sobie na takie bezwstydne zachowanie. 
Wszystkie trzy marsz do domu, ale to już!

Mali odwróciła się i ruszyła z powrotem pod górę, a dziewczynki podążyły za nią bez 

słowa. Nawet Dorbet umilkła. Ale nim jeszcze schowała się za rogiem, uniosła rękę i w 
dyskretnym pozdrowieniu pomachała w stronę grupki chłopców. Mali widziała to kątem oka, 
ale nic już nie powiedziała.

 
-  Co ja mam z tą Dorbet.
Mali nie zdążyła jeszcze zamknąć drzwi od izby sypialnej, kiedy natknęła się na Havarda.
-  A co ona znowu spsociła? - uśmiechnął się Havard.
-  Tu nie ma się z czego śmiać - odparła i poczuła, jak narasta w niej złość. - Nie wiem, co 

się z tą dziewczynką dzieje. Zachowuje się po prostu bezwstydnie. Włóczy się za cygańskimi 
chłopcami, aż...

-  Och, to chyba nic poważnego - uspokajał żonę Havard, czule ją obejmując. - Są 

niezwykle urodziwi, czy ty się czasem za nimi nie oglądałaś?

-  Havard, ona ma dopiero dziewięć lat! - oburzyła się Mali, unikając odpowiedzi na 

pytanie męża.

-  No tak, ale dziewczynki są różne. Na pewno przyda się jej krótki kurs dobrego 

wychowania. Ale nie wydaje mi się, żeby był z tym jakiś problem; szybko jej wyjaśnisz, jak 
ma się zachowywać - tłumaczył spokojnie i zalotnie pociągnął Mali za warkocz. - Daj sobie z 
tym spokój, jesteś taka spięta. Proszę, proszę, czerwona jak burak aż po same uszy!

background image

Mali wzięła głęboki oddech.
-  Rozmawiałam z nią - rzekła. - Zabroniłam jej schodzić do stodoły, dopóki Cyganie nie 

odjadą. Ale że ja muszę takie rzeczy mówić dziewięciolatce? Co z niej wyrośnie?

-  No, no, już się nie denerwuj - powiedział łagodnie Havard, ujął jej głowę w dłonie i 

zajrzał głęboko w oczy. - Zobaczysz, że wkrótce się uspokoi. Kochana Mali, to tylko 
bezmyślne dziecko.

-  No właśnie - odparła Mali. - Tylko dziecko, ale wcale nie takie bezmyślne. Ona 

doskonale wie, co robi.

Znów nerwowo złapała oddech i poczuła, że kolana się pod nią uginają.
-  Co z niej wyrośnie za kilka lat? Nie chcę tu jakiejś... latawicy we dworze - dodała z 

wściekłością.

Na jej twarz wypłynął ciemny rumieniec. Już mają jedną taką nieobyczajną w Stornes i to 

ją samą! Ale Mali stała się taka dopiero, gdy poznała Jo. A może nie? Przypomniała sobie 
teraz Magnara i jego ciepłe dłonie, błądzące w czułym dotyku po jej młodzieńczych piersiach. 
Jego też nie powstrzymała. Jak daleko pozwoliłaby mu zajść, gdyby się upierał?

Tyle że Mali miała nie dziewięć, tylko czternaście lat, a to duża różnica. Nie mogła 

przecież pozwolić, by córka stała się taka jak ona. No i Mali zawsze kierowała się miłością.

Czyżby? - odezwał się pełen szyderstwa wewnętrzny głos. To ładnie brzmi, ale i ona, Mali 

Stornes, wykorzystywała urodę i osobisty czar. Dostawała wszystko, czego zapragnęła. 
Niczego sobie nie odmawiała! Miłość? Najpierw oddala się bogaczowi, choć go wcale nie 
kochała. Jak to nazwać? Potem Jo i Torgrim. Czy to miłość, czy raczej pragnienie zemsty 
albo zwyczajne pożądanie?

Mali położyła swoje dłonie na dłoniach Havarda, chcąc odejść. Nie miała już sił myśleć o 

Dorbet ani o jej przyszłości. Dość miała zmartwień na dziś.

-  Masz rację - rzekła. - Może ja rzeczywiście przesadzam. Ale to dziecko staje mi się 

jakieś obce. Moja dobra, mała Dorbet. Muszę ją odtąd trzymać krócej.

Kiedy chciała wyśliznąć się z rąk Havarda, nie puścił jej. Przeciwnie, przyciągnął bliżej ku 

sobie.

-  Ty dla odmiany nie musisz się ode mnie odwracać - zaśmiał się zachęcająco. - Jestem 

twoim mężem, nam wolno.

-  Ale ja nie mam siły - odpowiedziała wymijająco. - Miałam dziś ciężki dzień.
-  I właśnie dlatego potrzebujesz, żeby ktoś był dla ciebie czuły - rzekł zalotnie, po czym 

wziął ją na ręce i poniósł w stronę łóżka.

Mali nie protestowała. Nie dlatego, że nie miała ochoty na czułości, ale ponieważ w ten 

sposób nie drążyli już tematu Cyganów ani kłopotów z córką, która bardziej się wdała w 
matkę, niż Havard mógł przypuszczać.

Pozwoliła, by sam się rozebrał, ale gdy poczuła na skórze powiew chłodnego, wieczornego 

powietrza, ogarnęło ją gorące pragnienie. Wielka żądza, która pojawiła się nieoczekiwanie i 
porwała ją za sobą. Mali przywarła do męża i zaczęła go żarliwie całować. Wyprężona jak 
struna, westchnęła rozkosznie, gdy poczuła jego twarde muskularne ciało. Podążyła dłonią w 
dół ku jego stalowym udom.

-  Ale z ciebie gorąca kobieta, moja najdroższa - szepnął jej do ucha.
-  Jesteś moim mężczyzną - odparła cicho. - Wolno mi ciebie pragnąć.
Mali odpędziła na bok wszelkie myśli i pozwoliła ponieść się fali namiętności.
Pod koniec sierpnia do gospodarstwa w Stornes zawitał gość. Był to misjonarz i tak się 

złożyło, że wybrał właśnie dom Mali i Havarda.

Misjonarze często wędrowali po okolicznych dworach, ale zazwyczaj na postój wybierali 

te największe. Na spotkania, które organizowali, by szerzyć wiarę, przychodziły tłumy i Mali 
nieraz o nich słyszała. Bywały lata, że spotkania takie odbywały się wyjątkowo często. Gdy 
tylko pojawiała się informacja, że w okolicy przebywa misjonarz, ludzie ciągnęli nawet z 

background image

najdalej położonych dolin. Na spotkania chadzali najczęściej starsi, bogobojni i od lat 
związani z Kościołem. Jednak młodzi również nie stronili od słowa przekazywanego przez 
misjonarzy.

Mali uczestniczyła w podobnych spotkaniach zaledwie kilka razy. Nie dlatego, że nie 

wierzyła w Boga, bo w głębi serca liczyła, że On istnieje. Choć często miewała wrażenie, że 
Bóg jest niezmiernie daleko i wcale się o nią nie martwi, to mimo wszystko wiara, którą 
nosiła w sobie od dziecka, pozostała. Zniechęcała ją jednak atmosfera takich spotkań, głośne 
rozważania o Sądzie Ostatecznym i mękach piekielnych, jakie czekały tych, którzy się nie 
nawrócą. Wydawało jej się też, że wielu z tych, którzy trwożliwie klękają przed 
wysłannikiem Kościoła, czyni to raczej ze strachu przed piekłem niż z prawdziwej miłości do 
Boga.

Organizatorzy spotkań najczęściej byli dobrymi mówcami, a nadto umieli przekonywać. 

Stosowali przestrogi, ale nie skąpili zachęt, wabiąc ludzi ku sobie. Mali się to nie podobało, 
dlatego zaniechała uczestnictwa w spotkaniach. Nie pomogły usilne namowy ze strony Beret, 
która chciała mieć w Mali towarzyszkę. Najpewniej po to, żeby ją ktoś podwoził, pomyślała z 
goryczą Mali. Beret należała bowiem do wiernych zwolenniczek misjonarzy i wszelkich 
religijnych spotkań. Stara kobieta nie omieszkała przypomnieć, co czeka Mali w dniu Sądu 
Ostatecznego tylko dlatego, że młoda gospodyni ze Stornes nie chce brać udziału w 
rozważaniach. Mali nie przejmowała się tym gadaniem. Nie pozwoli, by ktokolwiek zmuszał 
ją do wiary na pokaz. Jeśli sama, z głębi serca, poczuje potrzebę uczestnictwa, to co innego. 
Wtedy pójdzie, bo będzie przekonana, że tego naprawdę pragnie, że to jej własny wybór. Tym 
razem poleciła stajennemu, by zawiózł Beret na miejsce spotkania.

 
To było coś nowego. Po raz pierwszy misjonarz przybył do Inndalen, by wygłosić kilka 

kazań. Mali nic o tym nie wiedziała, dopiero Beret poinformowała ją o wizycie dostojnego 
gościa w ich dworze. Wielkie emocje sprawiły, że blade policzki Beret pokryły się dużymi 
czerwonymi plamami, gdy teściowa pojawiła się z gorącą wiadomością.

-  No nareszcie! Co za wydarzenie! - zawołała z przejęciem, a następnie rozsiadła się w 

kuchni, zanim ktokolwiek jej to zaproponował. - Tyle razy namawiałam, żeby któryś z 
misjonarzy zechciał zajrzeć do nas i zatrzymać się na kilka dni, ale dotąd nigdy się tak nie 
składało. No i w końcu Pan Bóg wysłuchał mojej prośby! - dodała podniesionym głosem i 
skierowała dziękczynny wzrok w sufit.

-  Czyżby misjonarz miał zamieszkać tu u nas? - Mali spojrzała z zaskoczeniem na 

teściową. - Szczerze mówiąc, nikt mnie nie pytał, czy...

-  Czy ci to odpowiada? - Beret utkwiła wzrok w Mali. - Wyobraź sobie, że ja pozwoliłam 

sobie wyrazić zgodę w imieniu naszej rodziny. Jeszcze by tego brakowało, żeby nie przyjąć 
pod dach takiego gościa! Stornes to największy dwór we wsi i ja tu nadal mam coś do 
powiedzenia. Wielka szkoda, że brakuje tu ludzi głębokiej wiary. Kiedyś było inaczej - 
dodała, mocno uderzając laską w podłogę i zagryzając wąskie, blade usta w cienką kreskę. - 
Zanim ty się tu zjawiłaś - rzuciła z niesmakiem.

-  Mogłabyś sobie oszczędzić tych uwag, matko - rzekła Mali.
Ale nie powiedziała nic więcej. Zaogniłaby tylko sytuację i doprowadziła do kłótni, a tego 

Mali nie chciała. W końcu mogli na kilka dni przyjąć pod dach człowieka Kościoła. Tyle 
tylko, że wszystko odbyło się bez jej wiedzy i była tym poirytowana. Musi zatem dopilnować, 
żeby misjonarz nie wystraszył dzieci jakimiś historiami o Sądzie Ostatecznym, ogniu 
piekielnym, grzechu i podobnych okropnościach. Ale te sprawy omówi z nim osobiście, nie 
zamierza do tego mieszać Beret. Misjonarz zamieszka u nich, ale wyłącznie na jej warunkach.

 
Okazało się jednak, że Konrad Brattvag to zupełnie inny człowiek, niż spodziewała się 

Mali. Kiedy uścisnęła dłoń gościa i spojrzała w jego spokojne, błękitnoszare oczy, które 

background image

otaczały delikatne zmarszczki, zwłaszcza kiedy się uśmiechał, wiedziała już, że polubi tego 
mężczyznę. Jego pełna dobroci twarz zdradzała, że niejednego w życiu doświadczył.

-  Witam w Stornes - przywitała go serdecznie. - Cieszymy się, że zechcieliście się u nas 

zatrzymać.

-  Dziękuję - odparł i poklepał ją życzliwie po ręce. - Jestem rad, że mogę spędzić u was 

najbliższy tydzień.

Beret prawdopodobnie przeoczyła chwilę przyjazdu gościa i dopiero teraz wybiegła mu na 

spotkanie. Miała na sobie czarną suknię, a na ramiona zarzuciła szal. Mali od dawna nie 
widziała, żeby teściowa tak żwawo się poruszała.

-  Witamy, witamy! - zawołała w zachwycie i podała przybyłemu rękę, przepychając się 

przed Mali. - Nieustannie dziękuję Bogu, odkąd dowiedziałam się, że raczyliście nas 
odwiedzić.

Misjonarz uśmiechnął się i uścisnął dłoń starszej pani. Mali nie omieszkała zauważyć, że 

Beret aż nazbyt długo odwzajemnia ten uścisk.

-  To dla mnie zaszczyt gościć w waszym domu - rzekł przyjaznym tonem. - I do tego 

zamieszkać w tak okazałym dworze.

Rozejrzał się wokoło, najpierw podziwiając ciemny fiord i monumentalne wzgórza, a 

potem popatrzył na złote pola i ciemny las.

-  W takim miejscu człowiek ma wrażenie, że jest blisko Boga - stwierdził. - Tak tu 

spokojnie.

-  Różnie to bywa - odparła Beret, spoglądając z ukosa w stronę Mali. - My, stare 

pokolenie, wiarę nosimy głęboko w sercu. Ale ci młodzi...

-  O, wierzyć można na wiele sposobów - spokojnie odpowiedział Konrad Brattvag. - 

Wiara to niekoniecznie obecność w kościele czy w domu modlitw. Największą katedrą Pana 
jest przyroda, najpiękniejsze z Boskich stworzeń.

Dokładnie tak ujęłaby to Mali! Uśmiechnęła się.
-  Zapraszam serdecznie do środka! - powiedziała. - Pokażę wam pokój, w którym 

będziecie spać. No i niedługo obiad.

-  Bardzo dziękuję - odpowiedział. - Mam nadzieję, że i wy zechcecie z nami zjeść? - 

zwrócił się pytająco do Beret.

-  No tak, to oczywiste. W czasie waszej wizyty będę tu przychodzić tak często, jak tylko 

dam radę - oświadczyła. - Musicie wiedzieć, że wasza wizyta bardzo wiele dla mnie znaczy.

-  Miło to słyszeć - ucieszył się misjonarz i podał Beret ramię.
Kobieta wyprostowała plecy i wzięła go pod rękę. Kroczy przez podwórze niczym jaka 

księżna, pomyślała Mali. Babka z pewnością będzie miała się czym chwalić.

Mali wzięła dwie walizki gościa, po czym cała trójka weszła do domu.
Był to bardzo przyjemny obiad. Mali zauważyła, że i Havard, i służba zdumieli się, jak 

życzliwym człowiekiem okazał się ich gość. Początkowo nie byli pewni, jak się zachować, 
ale wkrótce nawet dzieci zerkały z sympatią na mężczyznę o siwych włosach i życzliwym 
usposobieniu. Jeśli ktokolwiek oczekiwał, że Brattvag uporczywie będzie ich straszył 
gniewem Bożym, grubo się pomylił. Jedyną rzeczą, która odróżniała ten posiłek od innych, 
była modlitwa przed jedzeniem. Mężczyzna złożył dłonie i spojrzał pytająco ku Mali.

-  Czy możemy się chwilę pomodlić?
-  Tak, oczywiście, bardzo prosimy - odpowiedziała Mali, lekko się przy tym czerwieniąc.
-  Ona nie jest właściwą osobą - wtrąciła kwaśno Beret. - Jeśli ktoś się tu modli przed 

posiłkiem, jest to moja zasługa - dodała, prostując plecy.

-  Babciu, kiedy ciebie tu nie ma, też się modlimy - zauważyła Ruth. - Może nie zawsze, 

ale często - dodała, a na jej policzki również wypłynął rumieniec.

-  To dobry zwyczaj - Brattvag zwrócił się do Ruth, posyłając jej życzliwy uśmiech. - A 

może ty zechcesz odmówić modlitwę?

background image

Zawstydzona Ruth jeszcze bardziej spąsowiała i pokręciła przecząco głową.
-  To może innym razem - oświadczył spokojnym głosem misjonarz. - Bardzo by mnie to 

ucieszyło.

 
Następny tydzień okazał się niezwykle pracowity. Każdego wieczora w domu spotkań 

odbywały się zebrania. Ludzie przybywali z Kvannes i z Surnadalen, wielu z nich wstępowało 
do dworu w Stornes zarówno przed, jak i po rozważaniach. Przez dwór przewijało się 
mnóstwo ludzi i było dużo dodatkowej pracy. Do tego Beret kręciła się tuż obok od bladego 
świtu aż do późnej nocy. Nie opuściła ani jednego spotkania. Mali nie mogła wyjść ze 
zdumienia, że kobieta ma tyle energii i zapału. Jest przecież stara i cierpi na reumatyzm. Ale 
niecodzienne wydarzenie, jakim okazała się wizyta misjonarza, sprawiło, że w Beret wstąpiły 
nadludzkie siły.

Na pierwsze spotkanie wybrali się wszyscy mieszkańcy Stornes, w tym dzieci, chociaż ani 

Oja, ani Dorbet nie mieli na to najmniejszej ochoty. Mali była jednak nieugięta; uważała, że 
wszyscy bez wyjątku powinni się stawić, chociażby ten jeden raz. Są przecież gospodarzami.

Spotkanie przebiegło zupełnie inaczej, niż Mali mogłaby się spodziewać. Okazało się, że 

Konrad Brattvag jest znakomitym mówcą. Unikał podniosłych słów i grzmiącego głosu, a 
mimo to nikt nie uronił z jego rozważania ani słowa. Opowiadał o Bogu, który jest 
nieskończenie dobry i który kocha swoje owieczki. O Bogu, dla którego nie ma znaczenia, 
czy ktoś jest bogaty czy biedny. Przed Nim bowiem wszyscy są równi.

Mówił też o przebaczeniu, o odpuszczeniu grzechów i o raju, który czeka na nich 

wszystkich. Jego słowa całkowicie Mali uwiodły. Nigdy wcześniej nie słyszała, aby ksiądz 
lub misjonarz opowiadał o Bogu w taki sposób. Właśnie takiego Boga, o którym teraz mówił 
Brattvag, Mali skrycie szukała. Takiego Boga, któremu jako mała dziewczynka powierzyła 
swoją wiarę i ufność, a w którego z biegiem lat przestała wierzyć. A może taki Bóg jednak 
istnieje, może nawet dla niej, grzesznej, jest nadzieja?

 
Któregoś popołudnia Mali nieoczekiwanie natknęła się na Brattvaga. Potrzebowała czegoś 

ze spiżarni i zastała go siedzącego w słońcu na schodkach prowadzących do schowka.

-  Widzę, Mali, że się uwijasz - zauważył. - Przeze mnie macie znacznie więcej pracy.
-  Nic nie szkodzi - odpowiedziała, zatrzymując się. - Jestem naprawdę szczęśliwa, że 

gościcie u nas.

-  Przysiądź koło mnie na chwilę - zaproponował, po czym przesunął się nieco, robiąc jej 

miejsce. - Chyba się nie gniewasz, że mówię do ciebie po imieniu? Przyznam, że nie 
przepadam za formą grzecznościową, ale rozumiem, że starsza pani przywiązuje do tego dużą 
wagę. Więc niech i tak zostanie. Ale jeśli chodzi o ciebie, znamy się już tak dobrze, więc jeśli 
nie miałabyś nic przeciwko temu... Przynajmniej wtedy, kiedy jesteśmy sami - dodał. - W ten 
sposób nikogo nie urazimy.

Mali poczerwieniała. I ona nie przywykła, by do tak godnej osoby jak misjonarz zwracać 

się po imieniu. Ale on może naturalnie mówić o niej Mali. Także ona bardzo się z 
Brattvagiem lubiła. Obdarzyła go większą sympatią, niż sama mogła przypuszczać. Przysiadła 
obok i przez dłuższą chwilę nie odzywali się ani słowem.

-  Bałam się, że... że nastraszycie dzieci i nas, dorosłych, mękami piekielnymi - 

powiedziała z zawstydzeniem i uśmiechnęła się. - Słyszałam już podobne przestrogi z ust 
niejednego misjonarza.

-  I wcale ci się nie spodobały, jak zgaduję?
-  Nie, te ich kazania... - odparła cicho Mali. - O piekle, grzechu i Sądzie Ostatecznym, o 

mękach na tamtym świecie, które czekają każdego, kto nie będzie żył, jak należy. I...

-  Przykro mi - rzekł, odwracając głowę. - Bo Bóg taki nie jest, to pewne. Bóg jest dobry.
Mali przebierała palcami i milczała.

background image

-  Nie wierzysz mi? - zapytał.
-  Kiedyś w to wierzyłam - odparła cicho. - Ale potem tyle się wydarzyło w moim życiu, 

że... Pewnie wiele razy sama zawiniłam, nie mogę zaprzeczyć. Ale gdy modliłam się do 
Niego, błagając o pomoc, wydawało mi się, że... że mnie nie słucha, że Go nie ma... a 
przynajmniej nie ma Go dla mnie.

-  Jest, moje dziecko, zapewniam cię, że jest. Bóg istnieje dla ciebie, ale zdarza się, że 

jesteśmy tak pochłonięci własnym grzechem i bezradnością, że nie dostrzegamy Go, nie 
słuchamy Jego słów. Ale On jest tam i słucha ciebie.

-  Zgrzeszyłam nie raz.
Te słowa wypowiedziała, zanim zdążyła się zastanowić.
-  Wszyscy zgrzeszyliśmy, drogie dziecko - odparł mężczyzna i wziął ją za rękę. - Nikt nie 

jest bez grzechu, wierz mi. Nawet ja.

-  Ale ja... ja...
-  Nie mów mi nic, czego później miałabyś żałować - przerwał jej łagodnym głosem. - Jeśli 

naprawdę chcesz, wysłucham cię z przyjemnością. Ale chciałbym, jeśli już na coś się 
zdecydujesz, żebyś najpierw dobrze to przemyślała. Zauważyłem, że nosisz w sobie duży 
ciężar, Mali Stornes. Po tylu latach pracy z ludźmi widzi się takie rzeczy. Może najlepiej, 
żebyś porozmawiała o tym z Panem Bogiem. Kto wie, niewykluczone, że to sprawa tylko 
między tobą a Nim.

Jego ciepła dłoń sprawiła, że Mali nieoczekiwanie ogarnął dziwny spokój.
-  Nie mówię tego po to, by zniechęcić cię do wyznań. Mógłbym pewnie coś ci poradzić. 

Ale wydaje mi się, że nie tego potrzebujesz. Potrzebne ci jest przymierze z Panem Bogiem, a 
o tym tylko z Nim możesz porozmawiać, rozumiesz?

Mali pokiwała wolno głową. Poczuła niezwykłą ulgę, że jednak nie wyrzuciła z siebie 

całej listy swoich grzechów. Wiedziała, że później miałaby do siebie pretensje. Nie może o 
tym nikomu powiedzieć, nikomu. Nawet tak dobremu człowiekowi, jakim jest Brattvag.

-  Porozmawiaj na osobności z Bogiem - powiedział. - On cię wysłucha.
-  A jeśli mam zamknięte serce? - zapytała trwożliwie Mali. - No bo...
-  Pamiętaj, że aby powrócić do Królestwa Niebieskiego, musimy stać się jak dzieci. 

Spójrz na swoją córkę Ruth. Ona czegoś poszukuje. Wiele z nią rozmawiałem. To wyjątkowo 
dobra, mądra dziewczynka. Otwarta i pełna prawdziwej, głębokiej wiary. Mało jest takich 
dzieci jak ona, ja w każdym razie nieczęsto je spotykam. Jedyne, co mnie niepokoi, to... jak 
by to powiedzieć... ona jest taka nieporadna w poszukiwaniach. Uważaj, żeby nikt nie zwiódł 
jej na złe ścieżki. Żeby nikt nie wykorzystywał słowa Bożego, by ją za sobą pociągnąć. Są 
tacy ludzie. Sama mówiłaś, że nieraz ich spotkałaś.

Mali kiwnęła głową i spojrzała zdumiona na Brattvaga.
-  A więc Ruth rozmawiała z tobą? - spytała. - A o czym?
-  To niech zostanie między mną a Ruth - odparł i uśmiechnął się do Mali, a jego życzliwe 

oczy rozbłysły w uśmiechu. - Mam nadzieję, że pomogłem jej znaleźć odpowiedź na kilka 
pytań. Tak, pamiętaj o tym i opiekuj się nią - powtórzył.

Mali przytaknęła, a zaraz potem podniosła się i wygładziła spódnicę.
-  Mam nadzieję, że jeszcze do nas wrócicie - powiedziała i było to naprawdę szczere 

wyznanie.

-  Jak Bóg da, może i wrócę - odpowiedział spokojnie.
 
Mali uklękła, by wydoić krowę. Popołudniowe słońce wdarło się przez górne okno do 

obory. Nagle poczuła, jakby światło zyskało fizyczną postać, jakby wypełniło ją samą i 
uspokoiło wewnętrznie.

-  Panie Boże?

background image

Nikt nie odpowiedział. Nic się nie wydarzyło, a jednak Mali poczuła, że ciężar, który nosi 

w sercu, nie jest już tak dotkliwy.

ROZDZIAŁ 10.

Jesień była w pełni. Oszałamiające barwy górskich zboczy z tygodnia na tydzień traciły 

swój blask i bywało, że wiatr od strony Stortind smagał mroźnymi podmuchami, zwiastując 
srogą zimę. Jeśli tylko nadejdzie porządny sztorm, ostatnie liście z pewnością opadną z 
drzew, pomyślała Mali. A to przecież dopiero ostatni tydzień września.

Ale zdarzały się też dni pogodne, kiedy to słońce ładnie przygrzewało, a roje bzyczących 

much przysiadały na parapetach. Mężczyźni obserwowali niebo i fiordy, usiłując przewidzieć, 
czy pogoda aby się nie załamie. Wówczas musieliby na gwałt sprowadzać bydło z górskich 
pastwisk przy letnich oborach oraz owce, pasące się bliżej, pod lasem.

-  Na razie nie wygląda na to, żeby pogoda miała się załamać - oświadczył któregoś dnia 

przy obiedzie Havard, po tym, jak długo wpatrywał się w wody fiordu. - Wiatr wieje z 
właściwej strony, więc myślę, że mamy jeszcze z tydzień albo dwa spokoju. To samo mówi 
chłop z Innstad, a on się przecież dobrze zna na pogodzie.

-  Nie sądzisz, że warto jednak sprowadzić chociaż krowy? - spytała Mali. - Będą dużo 

spokojniejsze, jeśli przez tych kilka dni przetrzymamy je na łące, zanim nie wrócą do obór. 
Nie chciałabym czekać na ostatnią chwilę.

-  Myślałem o tym - odparł Havard. - Sprowadzimy je za kilka dni, ale owce mogą się 

jeszcze trochę popaść.

 
W ostatni dzień września pogoda była przepiękna. Słońce zawisło nad bezchmurnym 

niebem, a od południa wiał ciepły, łagodny wiatr. Mali uporała się szybko z najważniejszymi 
pracami i wraz ze służbą mogła zabrać się do wymiany pościeli.

Zazwyczaj wielkie pranie dokładnie planowano i namaczano w przeddzień. Tym razem 

jednak Mali nie spodziewała się takiej ładnej pogody, więc postanowiła wykorzystać ją na 
suszenie, zanim zrobi się chłodno i mokro. Zrezygnowała więc z moczenia pościeli, uznając, 
że jakoś to będzie.

Ingeborg napaliła w pralni, podczas gdy Mali i Ane wędrowały z pokoju do pokoju, 

ściągając brudną pościel i zbierając ręczniki. Po niedługim czasie z pralni zaczęły dobywać 
się gorące opary, a pierwsze pranie kobiety spłukały i wywiesiły jeszcze przed obiadem.

 
Mali płukała na klęczkach bieliznę przy strumieniu, kiedy usłyszała skrzypienie dwukółki. 

Ze zdziwieniem zauważyła, że do dworu zbliża się obcy powóz. Podniosła się szybko i 
wytarła mokre dłonie o fartuch, po czym zdjęła go i położyła na trawie przy strumyku. Gdyby 
to był tylko sąsiad, nie przerywałaby pracy. Często bowiem wpadał ktoś, by zamienić kilka 
słów z Havardem. O drewnie, o pogodzie albo o czymś innym. Nie wtrącała się do tych 
męskich rozmów. Ale kiedy dwór odwiedzali obcy, zwyczaj kazał gospodyni godnie ich 
przywitać.

-  Ingeborg, przejmij ode mnie płukanie - krzyknęła w kierunku otwartych drzwi pralni. - 

Jacyś obcy do nas jadą.

Spocona i zaczerwieniona z gorąca Ingeborg wyszła na dwór i pomachała w stronę 

powozu, który właśnie zajechał na podwórze.

-  Obcy? A gdzie tam. Przecież to Sivert!

background image

Serce w piersi Mali podskoczyło radośnie. Od ponad miesiąca nie miała od syna żadnych 

wiadomości, nie wspominał też podczas ostatniej rozmowy przez telefon o żadnej konkretnej 
dacie przyjazdu.

-  Mamo, zobaczysz, że przyjadę - obiecywał. - I to w dodatku z niespodzianką!
-  O tym już wcale nie myśl - mitygowała go Mali. Syn chce mi pewnie coś kupić, myślała. 

- Najważniejsze, żebyś przyjechał do domu - dodała stęskniona.

Sivert zaśmiał się. Odniosła wrażenie, że jest to radosny, pełen serdeczności śmiech.
-  Niespodzianka i tak będzie, co byś nie mówiła - zakończył rozmowę.
Mali przygładziła dłonią włosy, próbując uporządkować niesforne loki, które wysunęły się 

zza uszu. Ale ręce tak jej drżały, że w końcu dała sobie spokój z fryzurą. Jakie to ma 
znaczenie? Najważniejsze, że Sivert jest znowu w domu! Rozpierała ją radość, bo tęskniła za 
synem znacznie bardziej, niż mogła to przed sobą przyznać.

Podbiegła w kierunku powozu, a wtedy Sivert zeskoczył lekko na ziemię. Mali zdążyła 

zauważyć, że ładnie się opalił, gdy odwrócił się, podając ramię siedzącej w powozie osobie. 
Wcześniej nikogo tam nie dostrzegła. Ten ktoś musiał siedzieć bardzo blisko Siverta, 
pomyślała i raptownie się zatrzymała.

Z powozu wysiadła młoda kobieta. Sivert otoczył ją ramieniem i zwrócił się do matki.
-  Mamo, przyjechałem z niespodzianką – powiedział i wyciągnął ku matce rękę. - To jest 

Tordhild.

Mali stanęła jak wryta, wpatrując się w dziewczynę. Była to wyjątkowo piękna kobieta - 

zgrabna, smukła, o wydatnym biuście, z twarzą o nienagannych, miękkich rysach i 
kształtnych, pełnych ustach. Jej skóra wydawała się aksamitna, gładka i opalona. Jakby o ton 
ciemniejsza od naturalnej opalenizny, pomyślała Mali, czując bolesny skurcz w żołądku. Na 
jej plecach zwisał ciężko gruby warkocz, którego kolor w świetle promieni słonecznych 
zmieniał się od czerni do granatu. Mali przeniosła wzrok z kobiety na Siverta, a po chwili z 
powrotem na przybyłą. Poczuła, że cała krew odpływa z jej twarzy i uginają się pod nią 
kolana.

-  Mamo, źle się czujesz?
Sivert puścił dziewczynę i podszedł do matki, czule ją obejmując. W odpowiedzi Mali 

przytuliła się do niego tak, jakby już nigdy więcej nie miała wypuścić go ze swych ramion. 
Wielki Boże, co się tu dzieje? - pomyślała w panice. Kim jest osoba, z którą zjawił się jej 
syn?

-  Mamo, co ci jest? - spytał Sivert i ujął obie jej dłonie, uwalniając się jednocześnie z 

desperackiego uścisku.

Mali wzięła głęboki oddech i wyprostowała plecy.
-  To chyba przez pranie - wydukała i zmusiła się do uśmiechu. - Siedziałam w kucki nad 

strumieniem. Czasem robi mi się ciemno przed oczami, gdy zbyt szybko się podniosę. No i 
twój przyjazd...

Ujęła dłoń syna i spojrzała mu w oczy. Był opalony, a z jego twarzy biła radość. Mali 

nigdy wcześniej takim go nie widziała. Chłopca rozpierało wprost szczęście. Nigdy nie 
dostrzegła w jego szarozielonych oczach aż tyle żółtych plamek. Chyba nigdy tyle ich nie 
było! Powód mógł być tylko jeden; dziewczyna, która teraz, nieco zakłopotana, kryje się za 
jego plecami.

-  Witam cię w domu, synu - rzekła sucho.
-  Dziękuję, ale musisz przywitać też Tordhild - rzekł z uśmiechem Sivert, po czym 

ponownie otoczył dziewczynę ramieniem. - Bardzo się bała przyjazdu do Stornes. Obawiała 
się, że jej nie polubicie.

-  Dlaczego mielibyśmy jej nie polubić? - zdziwiła się Mali.

background image

-  O, to długa historia - rzekł beztrosko Sivert, po czym skierował pełne czułości spojrzenie 

na Tordhild. - Krótko mówiąc, mamo: oto twoja przyszła córka. Lepszej nie mogłabyś sobie 
wymarzyć. Ani piękniejszej - dorzucił ze wzruszeniem.

Mali stała jak skamieniała, nie była w stanie odezwać się słowem. Spojrzała na syna, 

wysokiego, ładnie opalonego mężczyznę, który, jak przypuszczała, świata nie widzi poza 
Tordhild. Mógłby się tak nie spieszyć, a nie chwalić się bez ogródek taką nowiną. Nawet nie 
zdążył się ze mną przywitać, pomyślała z goryczą. Jakże to do niego podobne, cały Sivert. 
Gdy jest szczęśliwy, natychmiast cały świat musi o tym wiedzieć. Jakby szczęście było tym 
większe, im więcej ludzi o nim wie.

-  No i Tordhild pochodzi z rodziny cygańskiej - dodał, podnosząc wzrok na matkę. - Może 

dlatego tak bardzo obawiała się, że nie przyjmiecie jej w Stornes. Że ma złe pochodzenie. Ale 
wciąż jej powtarzałem, że ani ty, ani Havard tak tego nie odbierzecie. To, że Tordhild jest 
Cyganką, nie ma najmniejszego znaczenia.

Mali czuła, że zapada się coraz głębiej i głębiej. Czy on nie widzi, że ta młoda dziewczyna 

o imieniu Tordhild jest do niego podobna? Ich rysy wyraźnie wskazują, że w żyłach obojga 
płynie cygańska krew! Nie ma najmniejszej wątpliwości, że Sivert i Tordhild są ze sobą 
spokrewnieni. Wiele na to wskazuje, choćby wspólne charakterystyczne rysy twarzy, które się 
u obojga uwidoczniły. Jak to możliwe, że nikt im dotąd nie uzmysłowił, jak bardzo są do 
siebie podobni? Nie, z pewnością nikt im nie uświadomił tego, w każdym razie nie wyrażał 
się na tyle jasno, by ich podobieństwo Siverta zastanowiło. Chłopak zakochał się po uszy i był 
ogromnie szczęśliwy. Nie przyszłoby mu do głowy czymkolwiek się teraz zamartwiać.

Mali wciąż stała bez ruchu, czując, że świat wokół niej wali się w gruzy. Żołądek zacisnął 

się w bolesny węzeł. Teraz, kiedy wszystko powoli zaczynało się układać, kiedy ci, którzy 
mogliby ją zdradzić, pomarli albo zamilkli w trosce o własną skórę, zjawia się Sivert z 
ukochaną pod ręką - kobietą z rodu jego własnego ojca. Jakby tego było mało, oświadcza w 
najlepsze, że oto sprowadził do domu narzeczoną, kobietę, z którą pragnie dzielić życie!

Myśli wirowały w jej głowie jak oszalałe. Co ma powiedzieć? Co może powiedzieć? Na 

razie chyba zupełnie nic. Musi jak najszybciej wziąć się w garść i zachowywać, jakby nigdy 
nic. Powinna przywitać Tordhild, a potem zobaczy, co z tego wyniknie, jak sobie dalej radzić. 
Jeśli jednak nie uda jej się odprawić dziewczyny ze dworu, tyle lat skrywana prawda 
wcześniej czy później ujrzy światło dzienne. Ktoś z pewnością zauważy ich podobieństwo, o 
tym Mali była święcie przekonana. A kiedy już dowiedzą się, że przyszła żona Siverta, która 
ma z nim tak wiele wspólnego, jest Cyganką...

Samo to wystarczy, by wywołać wielki skandal, pomyślała, po czym przeciągnęła po 

policzku zimną jak lód, drżącą dłonią. Nawet ci, którzy mają życzliwy stosunek do Cyganów, 
przyjmując ich od czasu do czasu w kilkudniową gościnę, z pewnością nie zgodziliby się na 
to, by przyjąć kogoś takiego do rodziny. Mali przypomniała sobie teraz, że nawet Margrethe 
była tego zdania.

Nie, to stanowczo zbyt niebezpieczne! Kwestią czasu było, kiedy Helga, ujrzawszy 

Tordhild, zacznie składać wszystkie fakty. Mali nie będzie w stanie jej powstrzymać. Beret 
zaś... Na samą myśl zimna strużka potu spłynęła jej po plecach. Jeśli jak najszybciej nie da 
rady odesłać Tordhild, będzie zmuszona opowiedzieć synowi całą prawdę. Widząc, jak 
bardzo Sivert jest zakochany, nie miała pojęcia, jak to zrobi. Prawdę będzie też musiał poznać 
Havard.

Wzięła głęboki oddech i spróbowała się uspokoić. Musi mieć czas do namysłu. Czas na 

znalezienie takiego rozwiązania, które uchroni ją i nie zdradzi pochodzenia syna. Tymczasem 
jednak w głowie miała wielki mętlik, przejmował ją strach i zwątpienie. Jak to się stało, że ze 
wszystkich dziewcząt Sivert wybrał właśnie Cygankę? Mógłby przecież mieć każdą kobietę, 
pomyślała z goryczą. To, co nieprawdopodobne, niestety stało się faktem.

background image

-  Witamy cię w Stornes, Tordhild - powiedziała i wyciągnęła do dziewczyny obie ręce. 

Były zimne niczym lód.

-  No widzisz - uśmiechnął się Sivert i pogładził Tordhild po policzku. - Mówiłem, że 

mama przyjmie cię z otwartymi ramionami.

Na twarzy młodej kobiety pojawił się dyskretny uśmiech, uśmiech, który sprawił, że zęby 

błysnęły bielą, a w orzechowobrązowych oczach pojawiły się radosne iskierki. Spięta twarz 
wygładziła się i dziewczyna wydała się jeszcze piękniejsza.

-  Dziękuję - rzekła cicho. - Muszę przyznać, że bardzo się bałam tego spotkania.
Jej głos był ciepły i melodyjny. Nie mniej urzekający niż ona sama, pomyślała Mali.
-  Poza tym mówiłem ci, że mama będzie naprawdę uszczęśliwiona, kiedy dowie się, że w 

końcu znalazłem sobie dziewczynę, z którą chcę dzielić życie - wtrącił żywiołowo Sivert. - 
Bo naprawdę znalazłem - dodał i przytulił czule Tordhild.

-  Zabieracie bagaże? - niecierpliwie przerwał dorożkarz. - Mam inne zajęcia, a nie tylko 

sterczenie tu przez cały dzień. No i podróż nie jest za darmo - dodał, wyciągając rękę po 
zapłatę.

-  Przepraszam - odparł Sivert i wypuścił Tordhild z objęć.
Zestawił na ziemię trzy walizki i futerał ze skrzypcami i sięgnął do kieszeni po pieniądze.
-  No, dobrze. Chodźmy więc do domu - Mali zwróciła się do Tordhild i skierowała w dół 

w stronę wejścia.

 
Mali rzadko kiedy ogarniał strach, ale teraz naprawdę była bliska paniki. Niewidzialna 

obręcz zaciskała jej się wokół szyi, a po plecach nieustannie spływał lodowaty pot. Na chwilę 
przymknęła oczy w nadziei, że kiedy je otworzy, wszystko będzie po staremu. Że to tylko zły 
sen. Ale kiedy ponownie uniosła powieki, młodzi nadal przed nią stali.

Nie miała pojęcia, jak poradzi sobie z tą sytuacją, jak ma ich wszystkich ratować. Siebie 

samą i Siverta. Bo o to przecież chodzi: trzeba się ratować!

Zacisnęła paznokcie aż do bólu i znów starała się zapanować nad zdenerwowaniem. Musi 

w cztery oczy porozmawiać z Sivertem i dowiedzieć się, jak długo oboje się znają i czy 
może... Aż poczerwieniała na tę myśl. Ale oczywiście, że tak! Chłopak ma to wypisane na 
twarzy. Na szczęście Tordhild jest bardzo szczupła, więc chyb nie zaszła w ciążę. I teraz tylko 
to jest najważniejsze. Mali musi odprawić Tordhild, zanim będzie za późno!

Tak zrobi. Tyle że nie będzie to wcale proste. Teraz ujrzała uszczęśliwione spojrzenie 

Siverta. Widać, że chłopak bardzo kocha dziewczynę, zapewne więc za nic świecie nie zgodzi 
się na taki krok. Kiedy tylko coś sobie postanowi, nie ma siły, żeby go od tego odwieść. 
Przekonałam się o tym aż za dobrze, jeśli chodzi o muzykę, pomyślała.

Muzyka! A gdyby tak dać mu pieniądze i zorganizować mu naukę gry w Trondheim? 

Takiej okazji z pewności nie przepuści. Przecież muzyka jest całym jego światem. 
Wprawdzie nie będzie to tanie przedsięwzięcie, zwłaszcza w tych trudnych czasach, ale cóż to 
znaczy?

Tak, musi iść tym kierunku.
W miarę jak mieszkańcy dworu schodzili się na kolację, wśród dorosłych i dzieci rosło 

zdumienie. Mali celowo nie podejmowała rozmowy na temat, gdzie zostanie ulokowana 
Tordhild. Zdała sobie sprawę, że tak czy siak dziewczyna zostanie w Stornes przez jakiś czas. 
Przyszło jej także do głowy, że Sivert zechce dzielić z nią pokój, ale na to za żadne skarby nie 
wyrazi zgody. A jednak była pewna, że młodzi bez kłopotu znajdą okazję, by być razem. 
Śpiąc oddzielnie, będą chociaż mieli mniej możliwości ku temu. Na razie jedynie 
zaprowadziła Tordhild do kuchni i pokazała, gdzie dziewczyna może się umyć po podróży. 
Bagaże nadal stały w ganku przy wejściu. Mali postanowiła, że po kolacji porozmawia z 
Sivertem. Wtedy wyjaśni, że nie może być mowy o wspólnym pokoju. Choćby ze względu na 

background image

Beret. Babka nie zgodzi się na taką nieobyczajność we dworze. Młodzi muszą uszanować 
zdanie starszej kobiety. Tak, tak właśnie powie synowi.

Jednak zupełnie inną kwestią było to, co powie Beret, gdy dowie się, że Tordhild jest 

Cyganką. Mali spodziewała się nawet, że Beret może zażądać natychmiastowego odesłania 
dziewczyny, zanim ktokolwiek dowie się o planach Siverta. Jeśli kobieta uprze się przy tym, 
albo dojdzie do piekielnej awantury, albo też Sivert zabierze Tordhild ze sobą i wyjedzie na 
dobre. Nie wyobrażała sobie, by zechciał pozostać w Stornes bez niej.

Zazwyczaj miała odmienne poglądy od Beret w sprawach, do których, zdaniem Mali, 

babka nie powinna się mieszać. Ale tym razem Beret mogła stanowić ostatnią deskę ratunku. 
Chociaż Mali nie chciała, by Sivert opuścił Stornes, byłoby to jednak lepsze niż ujawnienie 
całej prawdy.

 
Kiedy Tordhild weszła do kuchni, Ane i Ingeborg spojrzały pytająco na Mali, ale zanim ta 

zdążyła cokolwiek powiedzieć, Sivert już oświadczył, że oto stoi przed nimi jego przyszła 
żona. Żadna ze służących nie odezwała się ani słowem. Kobiety przywitały się życzliwie z 
Tordhild, ale Mali czuła na sobie ich zaciekawione spojrzenia, więc unikała ich wzroku i 
czym prędzej zabrała się do przygotowywania posiłku.

-  Wielkie nieba! - zawołał z uśmiechem Havard, wchodząc w towarzystwie dzieci i 

parobków do izby. - Jesteś nareszcie, chłopcze! Najwyższy czas, bo bardzo się już za tobą 
stęskniliśmy. Żebyś ty wiedział, jak!

-  Dziękuję, ojcze - odparł Sivert i pomógł Tordhild wstać z kanapy. - Ale nie 

przyjechałem sam. Tato, to jest Tordhild.

Dorbet, która właśnie zamierzała rzucić się bratu na szyję, w jednej chwili zamarła. Nagle 

w izbie zrobiło się cicho jak makiem zasiał.

-  Tordhild? - spytał zdziwiony Havard, przyglądając się dziewczynie z wyraźnym 

podziwem. - A kim jest ta piękna Tordhild? Gdzie ty ją znalazłeś?

-  Była służącą w Hogset, tam gdzie wynajmowałem pokój - odparł Sivert, otaczając 

dziewczynę ramieniem i przyciągając do siebie. - No i wracając do domu, nie mogłem jej tam 
przecież zostawić - dodał z uśmiechem. - Bo zamierzam się z nią ożenić.

-   Będziecie się żenić? - zawołała zdumiona Dorbet i spojrzała na oboje. - To w Stornes 

będzie wesele?

-  Na to wygląda, chociaż może nie tak od razu - zaśmiał się wesoło Sivert. - Chodź, 

Dorbet, przywitaj się z Tordhild.

Dorbet podeszła do przybyłej, podała jej rękę i przyglądała się badawczo.
-  Ale jesteś ładna - oświadczyła mała bez ogródek. - W białej sukni i z wiankiem na 

włosach będziesz wyglądać jak księżniczka.

Tordhild zaczerwieniła się i jednocześnie uśmiechnęła.
-  No, dobrze już - przerwała szybko Mali. - Nie ma pośpiechu. Sivert wrócił do domu i w 

dodatku nie sam. Na razie chyba za wcześnie na takie plany - dodała, starając się, by jej głos 
zabrzmiał naturalnie i beztrosko. - Tordhild dopiero co przekroczyła próg.

-  A to dopiero wydarzenie! - powiedział Havard i podszedł do obojga młodych. - W takim 

razie, synu, chciałbym ci pogratulować. I tobie także, Tordhild - dodał, ujmując delikatną 
dłoń dziewczyny w swoją silną rękę. - Ciekaw jestem, co też ty w sobie takiego masz, bo dla 
tego chłopaka dotąd nic się nie liczyło poza skrzypcami. Ale tobie udało się go odmienić, jak 
widzę.

Tordhild oblał ciemnoczerwony rumieniec i dziewczyna z zawstydzeniem spuściła głowę.
-  No, ale jest na co popatrzeć - wtrącił prostolinijnie Aslak. - Znalazłeś sobie piękną 

pannę, Sivert.

-  Nie znam piękniejszej - odparł dumny chłopak. - Ale Tordhild jest nie tylko piękna. To 

najcudowniejsza dziewczyna, jaką spotkałem.

background image

-  Na pewno, skoro już postanowiłeś rzucić dla niej skrzypce.
-  Wcale nie mam zamiaru porzucać skrzypiec - rzeki Sivert. - Całe lato grałem z 

Sandermannem. Między innymi w kościele Nordland w Kristiansund. Nawet w gazecie było 
zdjęcie! Mam je w torbie, zaraz wam pokażę. Pisali, że...

Nagle zawstydził się i poczerwieniał.
-  A właściwie później sami przeczytacie - dodał.
-  W gazecie napisali, że Sivert to jeden z najbardziej utalentowanych muzyków - 

dokończyła Tordhild.

Nieoczekiwanie włączyła się do rozmowy. Z miłością i podziwem wpatrywała się w 

Siverta.

-  Ja też widziałam - ciągnęła. - Koncert był tak piękny, że ludzie mieli łzy w oczach. A 

potem zaczęli przybywać inni panowie z Kistiansund i z Trondheim i pytali, czy Sivert zechce 
u nich zagrać. I jeden...

Podeszła do Siverta i wtuliła się w niego, uśmiechając ciepło. Wielkie nieba, cóż to za 

olśniewający uśmiech, pomyślała Mali.

-  Jeden proponował, żeby Sivert wystąpił o stypendium. I on mógłby w tym pomóc. 

Powiedział też, że Sivert z pewnością je otrzyma.

-  Stypendium? Naprawdę? - zdumiała się Mali i w jednej chwili ujrzała szansę na to, by 

odesłać syna do Trondheim. A kto wie, może nawet do Oslo.

Wiedziała, że stypendium nie wystarczy, by oboje zdołali się z niego utrzymać. Jeśli Sivert 

wyjedzie i rozstanie się z tą dziewczyną, niewątpliwie muzyka powróci do jego życia. Co do 
tego nie miała żadnych wątpliwości. A o to przecież właśnie chodzi. Gdyby Sivert wrócił do 
domu sam, czyniłaby wszystko, by zatrzymać go w Stornes. Ale w tej sytuacji... Tak, należy 
koniecznie wysłać go jak najdalej. Jak najdalej od tej dziewczyny, która może zniszczyć jego 
życie. Może doprowadzić do katastrofy. Może sprawić, że prawda wyjdzie na jaw, a razem z 
nią grzech pierworodny. Mali byłaby zdolna zrobić znacznie więcej, aby do tego nie 
dopuścić.

-  Tordhild, kochana, już mnie tak nie chwal. Nie jestem wcale taki dobry, jak mówisz - 

rzekł, spoglądając na nią czule.

-  Jesteś, jesteś - odparła. - Nawet Sandermann tak uważa - dodała i z dumą spojrzała na 

zaciekawione twarze domowników. - Mówi, że jest... niezwykły.

-  Zawsze taki był - wtrąciła niespodziewanie Ruth. - Sivert ma wrażliwą duszę i dlatego 

potrafi tak grać.

-  Za to nie ma za wiele innych umiejętności - dodał sucho Oja i nie czekając na 

przyzwolenie rodziców, zasiadł do stołu. - Ziemi to on uprawiać nie potrafi. Ale co robić, jak 
ma się taki talent. Trzeba chwytać okazję, kiedy się nadarza. Nie każdy otrzymuje 
stypendium. Kto wie, może nawet uda ci się dostać do Oslo i będziesz sławny?

Mali spojrzała zdumiona na Oję. Nie spodziewała się, że to on zechce namawiać brata do 

kontynuowania gry na skrzypcach. Miała wrażenie, że słyszy nowe tony w jego głosie. Ale 
zanim zdołała zastanowić się nad jego słowami, otworzyły się drzwi i w progu stanęła Beret. 
Jej ponure spojrzenie omiotło obecnych. W końcu zatrzymała wzrok na Sivercie i Tordhild.

-  Doszły mnie słuchy, że sam dziedzic przyjechał - powiedziała. - I do tego mamy gości - 

dodała, po czym zaczęła wpatrywać się w Tordhild.

-  Tak, Sivert przyjechał z Tordhild - odparła wymijająco Mali. - Ma...
-  Oni się ożenią - zaszczebiotała Dorbet. - Będzie wielkie wesele, a ja...
-  Ożenią się? - Stara kobieta weszła do środka i jakby zbyt głośno zamknęła za sobą 

drzwi. - Z tą tutaj Tordhild? To dopiero! A kim ty jesteś, Tordhild, że masz zamiar wejść do 
naszej rodziny? Kim są twoi rodzice?

background image

Beret obrzuciła Tordhild chmurnym spojrzeniem, a Mali poczuła, jak uginają się pod nią 

kolana. Jednocześnie wydało jej się, że skóra Tordhild w jednej chwili nabrała ciemniejszego 
odcienia, podkreślając jej odmienność.

-  Pochodzi z rodziny cygańskiej - odpowiedział spokojnie Sivert. - Chociaż to nie ma 

najmniejszego znaczenia - dodał głosem nieco wyzywającym i spojrzał babce prosto w oczy.

Jej twarz natychmiast się napięła i cała krew z niej odpłynęła. Przez moment Mali 

wydawało się, że starsza pani zemdleje, bo oparła się o framugę.

-  Z rodziny cygańskiej, powiadasz - rzekła drżącym głosem. - I postanowiłeś, że ona 

zostanie gospodynią w Stornes, tak?

Mali usłyszała, że Ingeborg wydała z siebie pełen przerażenia jęk. Także pozostali obecni 

zrobili wielkie oczy, ale nikt nie odezwał się ani słowem.

-  Dostał też propozycję stypendium muzycznego - wtrącił Oja, zwracając się do babki. - 

Może nawet pojedzie do Oslo i zostanie sławny. Pisali o nim w gazecie - dodał.

-  Rzeczywiście, zaproponowano mi stypendium - oświadczył spokojnie Sivert. - Ale nie 

skorzystam z niego. Dotąd wydawało mi się, że w moim życiu liczy się tylko muzyka. Na 
pewno nie przestanę grać. Ale kiedy spotkałem Tordhild, pojąłem, że są jeszcze ważniejsze 
rzeczy. A Tordhild zgadza się na to, bym dalej grał. Nawet wtedy, gdy się już z nią ożenię. 
Postanowiłem już, mamo - mówił, kierując wzrok na Mali. - Wróciłem do Stornes na dobre i 
przejmę gospodarstwo, gdy nadejdzie czas.

Przez długą chwilę w izbie słychać było tylko bzyczenie much przy parapecie. Mali 

wpijała wzrok w Siverta, jakby ujrzała go po raz pierwszy. Wolno usiadła przy stole. Nogi 
odmówiły jej posłuszeństwa.

Wrócił do domu, by przejąć dziedzictwo, do którego ona przez lata bezskutecznie 

próbowała go zachęcać. Teraz, kiedy niemal pogodziła się z faktem, że to Oja obejmie dwór i 
będzie kontynuował jej dorobek życia, Sivertowi niespodziewanie się odmieniło. Chce zostać 
dziedzicem. To, czego jej nie udało się osiągnąć przez lata, Tordhild zdołała dokonać 
zaledwie w ciągu kilku letnich miesięcy.

Właściwie powinnam się cieszyć, pomyślała Mali. Ale zamiast tego siedziała jak 

skamieniała, sparaliżowana strachem. Nie ma wątpliwości, że Sivert nie żartuje. Myśli 
poważnie o tym, aby się ustatkować, założyć rodzinę i prowadzić gospodarkę. Nawet 
stypendium muzyczne nie jest w stanie go odwieść od tego kroku! Najprawdopodobniej nie 
zdaje sobie sprawy, jaki wywoła skandal i jakie problemy ściągnie na siebie i na całą rodzinę 
poprzez ślub z Cyganką. Tyle że on zupełnie nie widzi w niej Cyganki! - pomyślała Mali i 
spojrzała piekącymi oczyma na tych dwoje. Dla Siverta Tordhild jest dziewczyną, z którą on 
chce odtąd dzielić życie.

Jeszcze raz skierowała swój wzrok na młodych, którzy stali teraz przy kanapie, mocno do 

siebie przytuleni. Czy te nieszczęścia kiedyś się wreszcie skończą? Gdyby Sivert przywiódł 
ze sobą jakąkolwiek inną młodą kobietę i oświadczyłby, że pragnie pozostać na gospodarce, 
Mali płakałaby ze szczęścia. Teraz, przepojona strachem, czuła się bliska załamania. To nie 
może się zdarzyć, nie można do tego dopuścić! A jednak to, co niemożliwe, już się stało, 
pomyślała w duchu, przykładając dłoń do brzucha, który zacisnął się w bolesnym skurczu.

Grzech pierworodny znów dał o sobie znać! Mali już przeczuwała zbliżającą się katastrofę, 

słysząc w głowie narastający pomruk, jakby to była lawina. Nie miała pojęcia, jak ją 
zatrzymać.

To się musi skończyć porażką, wkrótce ta lawina pochłonie ich wszystkich.

background image

ROZDZIAŁ 11.

 
Nie pamiętała, czy tego dnia zdołała jeszcze cokolwiek przełknąć. W jej głowie myśli 

wirowały jak szalone i Mali nie mogła ich ogarnąć. Cały czas miała wrażenie, że siedzi oto 
przy stole i z boku obserwuje samą siebie. Bolał ją kark i dokuczało uporczywe dudnienie w 
skroniach. Nie mogła sobie nawet przypomnieć, kiedy po raz ostatni tak źle się czuła, 
zdarzało się to bowiem niezwykle rzadko.

Wyglądało na to, że Sivert, przedstawiając Tordhild jako swoją narzeczoną, specjalnie się 

nie przejął niezadowoleniem ze strony Beret ani też nie zareagował na widoczny w oczach 
pozostałych domowników niepokój. Wzruszył tylko ramionami, kiedy zaskoczona i do głębi 
poruszona wiadomością babka szybko opuściła izbę. Wcześniej oświadczyła jedynie, że 
jeszcze tego wieczoru życzy sobie mówić z Mali. I oczywiście to Mali, nie kto inny, będzie 
musiała się tłumaczyć. Przecież babka nie wyraziła ochoty rozmawiać z Sivertem. Jego 
wybranki najchętniej w ogóle nie chciałaby oglądać.

Havard jako jedyny podtrzymywał rozmowę przy stole. Mali zorientowała się, że nawet i 

on jest zatroskany, ale starał się to ukryć. Przypuszczała, znając Havarda, że fakt, iż w żyłach 
Tordhild płynie cygańska krew, nie robi na nim większego wrażenia. Havard kieruje się 
innymi zasadami niż pozostali. Z pewnością jednak nie mógł nie dostrzec problemów, do 
których niechybnie doprowadzi postępowanie najstarszego syna. Skutki mogą być opłakane 
nie tylko dla tych dwojga, ale również dla całego Stornes. Chłopakowi nawet nie przyszło do 
głowy, jak bardzo skomplikuje życie sobie i innym. Cały on, pomyślała Mali i skierowała 
wzrok na Siverta. Za nic ma ludzkie gadanie, nie obchodzi go, że może wywołać wielki 
skandal. Nigdy nie słuchał plotek. Zawsze tak samo naiwny, pomyślała Mali z odrobiną 
goryczy. Myśli, że wszyscy są podobni do niego, życzliwi i dobroduszni. Być może teraz 
przyjdzie mu doświadczyć czegoś zupełnie nowego.

 
Wydawało się, że tym razem posiłek nigdy się nie skończy. Wreszcie Havard podniósł się 

z miejsca.

-  No, panowie, czas sprowadzić resztę stada - oświadczył, przeciągając się leniwie. - Ojej, 

znowu chyba się przejadłem - dodał i poklepał się po brzuchu. - Ale co zrobić, kiedy nie 
umiem odmówić sobie chleba prosto z pieca...

Od samego rana zajmowali się sprowadzaniem krów z pastwisk. Teraz większość bydła 

stała już przypięta do pali na polu niedaleko strumienia, dokładnie tam, gdzie kobiety miały 
zwyczaj prać. Zwierzęta nie były zachwycone przeprowadzką, toteż muczały żałośnie, 
szarpiąc za łańcuchy albo kręcąc się w kółko, aż w końcu tak je sobie owinęły wokół szyj, że 
w ogóle nie mogły się ruszyć. Do obowiązków najmłodszych należało uwalnianie bydła, 
które zaplątało się w łańcuchy. Wszyscy dobrze wiedzieli, że dopiero wtedy zwierzęta się 
uspokoją. Na hali przy letnich oborach pozostało już tylko pięć krów i należało sprowadzić je 
przed wieczorem.

Oja także podniósł się z miejsca i podszedł do drzwi.
-  Dzisiaj nie było z ciebie żadnego pożytku - stwierdził, spoglądając na Siverta. - Ale 

skoro zamierzasz uprawiać ziemię, radzę ci, znajdź sobie na jutro robocze ubranie. Nie mam 
zamiaru się tu zaharowywać jak jaki parobek.

Nawet nie próbował ukryć goryczy. W pewnym stopniu Mali go rozumiała. Odkąd Sivert 

wyjechał z domu, Oja liczył, że starszy brat całkowicie poświęci się muzyce, a dwór 
przypadnie właśnie jemu. Także ona powoli zaczynała godzić się z tą myślą. Aż tu nagle 
pojawia się Sivert, z płonącym spojrzeniem, z kobietą u boku, i to on chce wszystko zagarnąć. 
Postanowił dla odmiany, że zostanie rolnikiem!

Mali dziwiła się nawet, że Oja nic nie powiedział, kiedy okazało się, że Tordhild jest 

Cyganką. To, że gospodyni w Stornes miałaby takie pochodzenie, dla niego było równie 

background image

niepojęte jak dla Beret. A jednak milczał. Chyba nie porzucił jeszcze nadziei na objęcie 
dworu. Sam zachęcał Siverta do przyjęcia stypendium i roztaczał przed nim perspektywę 
sławy i powszechnego szacunku. Tyle tylko, że tak naprawdę wcale nie życzy bratu, 
przyszłemu artyście, wielkiego sukcesu, pomyślała Mali. Oja myśli przede wszystkim o sobie, 
zastanawia się, co zrobić, by Sivert opuścił Stornes na dobre.

Sivert spojrzał na Oję nieco zaskoczony. Bez wątpienia zauważył nieprzyjazny ton w 

głosie brata, ale pokiwał tylko głową i wolno otarł z brody ślady po mleku.

-  Jasne - rzekł. - Ale najpierw się tu z Tordhild ulokujemy. Jutro rano będę gotów do pracy 

- dorzucił.

Oja syknął pogardliwie, po czym wyszedł z izby, trzaskając mocno drzwiami.
-  W takim razie chodźcie na górę - rzekła Mali. - Ingeborg, zajmij się, proszę, praniem, a 

ja pójdę z nimi i pokażę, gdzie mają spać. Dziewczynki mogą pomóc nosić kosze z bielizną i 
rozwieszać ją do suszenia. A ty, Ane, posprzątasz tutaj - dodała.

-  Czy ty jesteś prawdziwą Cyganką? - zapytała Dorbet, wpatrując się z zachwytem w 

Tordhild, gdy ta wstawała od stołu.

-  Tak - odparła cicho Tordhild, oblewając się rumieńcem.
-  No tak, to ja jestem gorsza od Siverta - stwierdziła dziewczynka, odrzucając w tył burzę 

loków. - On może sobie wziąć Cygankę na żonę, a na mnie zaraz wszyscy krzyczą, jak tylko 
się odezwę do Cygana - dodała z obrażoną minką, po czym posłała Mali dobitne spojrzenie.

-  Już cię tu nie ma. Idź pomóc Ingeborg - ucięła krótko Mali. - A wy chodźcie ze mną - 

zwróciła się do Siverta i Tordhild.

-  Pomyślałem, że może będziemy spać w... - zaczął Sivert, gdy już wchodzili po schodach 

na strych.

-  Ty zamieszkasz w swoim pokoju - odparła Mali, nie odwracając się. - Tym, który 

dzieliłeś przed swoim wyjazdem z Oją. A Tordhild będzie spała na małym stryszku.

-  Ale... mamo, my chcemy być razem - zaprotestował chłopak.
-  Nie mam wam wcale zamiaru tego utrudniać - odpowiedziała. - Ale nie zgodzę się na to, 

żebyście spali w jednej izbie. Dobrze wiesz, jak babka zapatruje się na te sprawy. Uważam, że 
trzeba okazać jej choć trochę szacunku.

-  Ale to przecież bez sensu - Sivert nie dawał za wygraną. - Mamy zamiar się pobrać, to 

tylko kwestia czasu. Jakie to ma znaczenie, że zamieszkamy w tym samym pokoju? To 
jedyne chwile, kiedy możemy mieć trochę czasu dla siebie - dodał i zaraz poczerwieniał.

-  Zrobimy, jak każe twoja matka, Sivert - włączyła się Tordhild i wzięła go za rękę. - Sam 

powiedziałeś, że to tylko kwestia czasu. Najważniejsze, że tak dobrze mnie tu przyjęto, 
chociaż zauważyłam, że... że...

-  Jeśli masz na myśli zachowanie Beret, nie musisz się martwić - pocieszał Sivert. Dotarli 

właśnie na górę. - Nawet gdybyś była księżniczką, babka nie omieszkałaby okazać swego 
niezadowolenia - dodał, uśmiechając się lekko, a po chwili objął Tordhild ramieniem. - Taka 
już jest. Zawsze ma pretensje i musisz się do tego po prostu przyzwyczaić.

-  Ale jest wśród was najstarsza - rzekła Tordhild. - Twoja mama ma rację: powinniśmy 

okazać jej szacunek. Starszym się to należy i dobrze o tym wiem. Tak mnie uczono - dodała. - 
Wierz mi, ostatnie, czego bym chciała, to doprowadzić do nieporozumień. Chyba mnie 
rozumiesz, Sivert?

-  No dobrze, ale dlaczego akurat wspólny pokój dla nas miałby prowadzić do 

nieporozumień? - rzekł, zwieszając głowę. - Babka zawsze była przesadnie poprawna. Dla 
niej liczy się, co powiedzą sąsiedzi. To obłuda, ot co. Nie przypuszczałem, że i ty, mamo, 
będziesz się tym przejmować. Sama zawsze mówiłaś...

-  Tak już jest - ucięła Mali. - Nie mam zamiaru więcej o tym dyskutować, Sivert. Zrobicie, 

jak powiedziałam. Idź teraz do siebie, a ja tymczasem pokażę Tordhild jej pokój. Zaraz tam 

background image

do ciebie przyjdę - dodała, spoglądając na syna. - Zanim zejdziesz na dół, chciałabym z tobą 
zamienić kilka słów.

 
Gdy Tordhild ujrzała swój pokoik na strychu, wpadła w zachwyt.
-  Jaki śliczny pokój! - wykrzyknęła, po czym przesunęła dłonią po białej szydełkowanej 

narzucie, która przykrywała łóżko. - I jaki stąd piękny widok!

Zatrzymała się przy oknie i wpatrywała się w góry i fiord.
-  Teraz dopiero rozumiem, dlaczego Sivert uważa Stornes za najpiękniejsze miejsce na 

świecie. Bardzo tęsknił za fiordem - dodała. - W Hogset jest zupełnie inaczej. Zauważyłam, 
że cały dwór w Stornes wiele dla niego znaczy.

Odwróciła się do Mali i spojrzała na nią wielkimi, pełnymi wyrazu oczyma. Mali nie 

odezwała się ani słowem. O tym, że samo miejsce i dwór wiele dla Siverta znaczą, wiedziała 
doskonale. Ale na jego sposób. Kochał przyrodę, góry i spowity mrokiem fiord, bo one dają 
mu natchnienie. Odrywają go od rzeczywistości i przenoszą w świat marzeń, pomyślała z 
goryczą. To zupełnie co innego niż wartość, jaką niesie ze sobą dziedzictwo i gospodarka. To 
akurat nie ma dla niego znaczenia. Teraz jednak coś się odmieniło. Ciekawe, jak długo tym 
razem potrwa jego nowe zainteresowanie, pomyślała Mali. Trudno, będzie robić wszystko, 
żeby Sivert wybrał muzykę. Niech wyjedzie i najlepiej niech zabierze ze sobą Tordhild. Mali 
nie będzie się wtrącać ani decydować, czy to z nią się Sivert ożeni, czy nie. Niech tylko dzieje 
się to z dala od Stornes.

-  Tutaj mogłabym się czuć dobrze - powiedziała cicho Tordhild. - Jestem taka wdzięczna, 

że ty... że wy wszyscy tak życzliwie mnie przyjęliście. Dobrze wiem, że to dla was niełatwe. 
Że najstarszy syn, dziedzic, zjawia się w domu z...

Urwała. Przez chwilę stała odwrócona plecami i wyglądała przez okno. Szybko jednak 

opanowała się i mówiła dalej.

-  Lud, z którego pochodzę, nigdy nie budził szacunku, to prawda. Ale bywało znacznie 

gorzej. Ty też o tym wiesz, prawda?

Mali pokiwała głową, ale wciąż milczała. Przebierała nerwowo palcami, które teraz stały 

się zimne jak sople lodu. Miała wiele pytań do Tordhild. Na razie wiedziała tylko, że 
dziewczyna jest Cyganką, nic więcej. Z tym można jednak poczekać do jutra.

-  A Sivert... Tłumaczyłam mu, że przyjąć kogoś takiego do rodziny to nie to samo co 

gościć Cyganów w stodole - ciągnęła cicho Tordhild. - Tyle że on widzi to inaczej. 
Powiedział, że u was, w Stornes, liczy się co innego.

Sivert nie wie, jak bardzo się myli, pomyślała Mali. Sama nie ma przecież nic przeciwko 

tej młodej kobiecie, która przed nią stoi. Zachowuje się przyzwoicie i skromnie, oprócz tego 
jest niezwykle urodziwa. W istocie trudno oderwać od niej wzrok. Chodzi o coś zupełnie 
innego. Chodzi o to, że jest Cyganką! Nawet gdyby w żyłach Siverta nie płynęła cygańska 
krew, stanowiłoby to duży problem. Mali nie wyobrażała sobie, aby gospodynią we dworze 
Stornes mogła zostać Cyganka. Z trudem przyznawała to sama przed sobą, ale taka jest 
prawda. Cyganka to Cyganka. Jej miejsce jest w stodole albo w taborze na wiejskich traktach.

Widać jednak, że wszystko uchodzi, jeżeli ktoś jest półkrwi Cyganem - odezwał się 

szyderczo wewnętrzny głos. Jak syn Mali. Choć on, biedak, nawet nie wie, kim jest, a jej 
udało się tę prawdę przed nim zataić. Może już nawet zapomniała, że w jego żyłach także 
płynie cygańska krew? Tak to już z grzechem jest: skoro raz się go popełniło, niełatwo go 
wymazać. Wcześniej czy później wyjdzie na jaw, a wtedy biada. Nie pomoże nawet taka 
biegłość w kłamstwie.

Mali zadrżała i nerwowo przesunęła dłonią po rozłożonej na łóżku narzucie.
-  Mam nadzieję, że będzie ci tu wygodnie - powiedziała. - Ubrania możesz powiesić w 

szafie. Jest pusta. Zaraz poproszę, żeby ktoś przyniósł ci ciepłą wodę. Dobrze jest odświeżyć 
się po podróży.

background image

-  Wodę mogę przynieść sama - odparła Tordhild. - Nie trzeba nikogo kłopotać. Nie 

przywykłam, żeby mi ktoś usługiwał - dodała z uśmiechem. - Przekonasz się, Mali, że nie 
boję się pracy i umiem sobie dobrze radzić. Nie mam zamiaru się tu obijać. Chciałabym wam 
pomóc, jeśli pozwolisz.

-  Dobrze, będziesz mogła pomagać - powiedziała Mali. - Mamy teraz mnóstwo 

obowiązków we dworze, włącznie z myciem, strzyżeniem i ubojem owiec.

-  Wszystko to robiłam wcześniej - pochwaliła się Tordhild. - Wykonywałam nawet 

niektóre wspólne prace, które należały do mężczyzn - dodała. - Postaram się najlepiej, jak 
umiem.

Stała wyprostowana, pełna życzliwości i chęci do pomocy. Na Boga, gdyby tylko nie była 

Cyganką, pomyślała Mali. Byłaby najlepszą synową, jaką którakolwiek matka mogłaby sobie 
wymarzyć. Ale tak...

-  Rozgość się tu, Tordhild - poprosiła Mali. - A jak już będziesz gotowa, możesz zejść na 

dół, do jadalni. A ja idę teraz do Siverta. Nie widziałam się z nim całe lato i mam wiele spraw 
do omówienia. Sam na sam - dodała, utkwiwszy wzrok w dziewczynie.

Na twarzy Tordhild pojawił się lekki rumieniec, a po chwili dziewczyna spuściła wzrok.
-  Rozumiem - odpowiedziała cicho. - Nie będę przeszkadzać.
 
Gdy Mali weszła do pokoju syna, Sivert właśnie rozpakowywał swoje rzeczy. Na środku 

leżał już pokaźny stos ubrań.

-  Czy mogę to jeszcze dziś dorzucić do prania? - Sivert podniósł wzrok i spojrzał na 

matkę. - Zauważyłem, że kotły już rozgrzane.

-  Nie jest tego dużo, te rzeczy można przeprać innego dnia - odparła. - Dzisiaj 

skończyłyśmy już z gotowaniem, więc już za późno.

Usiadła na stołku przy oknie i utkwiła wzrok w synu, podczas gdy on wyciągał z walizki 

kolejne ubrania.

-  Co myślisz o Tordhild? - zapytał nagle i podniósł głowę.
Nie odpowiedziała od razu. Siedziała dłuższą chwilę w milczeniu i bawiła się guzikiem 

przy bluzce.

-  Nie znam jej jeszcze - odparła wymijająco. - Ale sprawia wrażenie dobrej i pracowitej 

dziewczyny.

-  Czyż nie jest piękna? - Sivert uśmiechnął się szeroko. - Poczekaj, jak tylko ją bliżej 

poznasz. Ona jest naprawdę taka cudowna, taka kochana, to porządna i uczciwa dziewczyna. 
Ma w sobie tyle ciepła i jest bardzo troskliwa. Będę dla niej grać najpiękniejsze utwory. 
Tordhild rozumie, jak wiele znaczy dla mnie muzyka.

Stanął rozmarzony z koszulą w dłoni, uśmiechając się do siebie.
-  Kiedy spytałem, czy mnie zechce, zapytałem też, czy jest gotowa pogodzić się z moją 

pasją, z muzyką - ciągnął łagodnie. - Bo muzyka zawsze będzie dla mnie częścią życia. 
Odrzekła wtedy, że owszem, może się dzielić mną, ale wyłącznie z muzyką, z nikim innym. 
Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek spotkam taką wspaniałą dziewczynę.

-  Nie zastanawiałeś się przypadkiem, że pochodzenie Tordhild może nastręczyć 

problemów? - zapytała cicho Mali.

Zdumiony spojrzał na matkę.
-  Nie - odparł. - A jakich problemów? Tu, w domu, zawsze mieliśmy życzliwy stosunek 

do Cyganów. A poza tym, o ile wiem, nieważne jest, skąd się pochodzi, tylko jakim się jest 
człowiekiem. Przecież sama mnie tego zawsze uczyłaś. W każdym razie wydawało mi się, że 
właśnie tak to widzisz. Odkąd przybyłaś do dworu, nie uznajesz wywyższania się i 
zakłamania.

Mali westchnęła ciężko. To prawda, Sivert ma rację. Ale są pewne granice. Z biegiem lat 

znaczenie, jakie przywiązywała do dobrego imienia rodu oraz szacunku dla dworu, okazało 

background image

się ważniejsze, niż mogła przypuszczać. Rzeczywiście, nie uznaje zakłamania. Tyle że 
istnieje pewna granica. Dla Mali stanowią ją Cyganie. Sama myślała o tym, czy nie odejść od 
Johana, opuścić Stornes i nie rozpocząć życia u boku Jo. W końcu zdecydowała się pozostać. 
Teraz, po latach, pojęła, że najprawdopodobniej wcale nie marzyła o tym, by należeć do tego 
wędrownego ludu. Widać miłość do Jo nie była na tyle silna, by porzucić to, co dotąd zdołała 
osiągnąć: dobrobyt i wysoką pozycję. Zapragnęła złapać dwie sroki za ogon, ale to nie było 
możliwe. W końcu postanowiła poświęcić Jo. Czy można więc nazwać jej uczucie do Jo 
wielką miłością? Już dawno zrozumiała, że wtedy bardziej kierowało nią pożądanie i 
chwilowe zauroczenie. To nie była prawdziwa miłość, lecz nieodparty pociąg do zakazanego 
owocu. Pociąg do urodziwych, śniadych mężczyzn, do ich pięknie zbudowanych ciał. Tę 
cechę pewnie przejęła Dorbet, pomyślała nagle i nerwowo przygładziła włosy.

Mali nie miała nic przeciwko Cyganom, to dobrzy ludzie. W żyłach jej własnego syna 

płynie przecież ich krew. Ale dopiero teraz pojęła, że nigdy nie widziała w Sivercie Cygana. 
Sivert to jej syn i koniec, tak to odbierała. Świadomość, że pochodzi z tego wędrownego ludu, 
usiłowała odepchnąć od siebie jak najdalej. Bo tak jest wygodniej.

-  Wiele razy przyjmowaliśmy w Stornes Cyganów - przyznała Mali. - Zresztą nie tylko 

my, także inne dwory we wsi. A jednak nie da się ukryć, że różnią się od nas, Sivercie - 
dodała, nie podnosząc wzroku. - Oni... oni nie są...

Zdała sobie sprawę, że mówi zupełnie to samo co Oja, i nagle poczerwieniała. Odwróciła 

głowę w stronę okna i zaczęła wpatrywać się we fiord. Może właśnie dlatego zazwyczaj 
mocno się irytowała, gdy Oja wyrażał się niepochlebnie o Cyganach? Może w głębi serca 
myślała podobnie? Przeraziła ją ta myśl.

-  Nie są dość dobrzy? - dokończył wolno Sivert i przysiadł na krawędzi łóżka. - Czy ty 

także należysz do tych, którzy uważają Cyganów za naród niższej kategorii?

-  Nie - odparła szybko. - Nie, naprawdę nie to mam na myśli. Tylko zastanawiam się nad 

tym, co powiedzą ludzie. Nie pogodzą się z tym, że gospodyni w Stornes jest Cyganką. Nawet 
ci, z którymi dobrze żyjemy, których znamy, nie zaakceptują jej. Ani nasza rodzina - dodała.

-  Nic mnie to nie obchodzi - oświadczył Sivert. - Tordhild nie jest dla mnie Cyganką, 

tylko wspaniałym, życzliwym człowiekiem. Dlaczego inni nie mogliby tak jej odbierać?

-  Ponieważ uważają inaczej - odpowiedziała cicho Mali.
-  Naprawdę nie ma to dla mnie żadnego znaczenia, mamo. Oczywiście dopóki ty myślisz 

podobnie. Ty i Havard. Jeśli wy nas wesprzecie, przetrwamy wszystko. Ty także kiedyś z 
kimś walczyłaś.

-  Chcę jedynie twojego dobra, synu - Mali nie odpowiedziała na słowa Siverta. - Pragnę 

twojego szczęścia. Dla ciebie zawsze najważniejsza była muzyka i nigdy nie przejmowałeś 
się tym, co mówią ludzie. Ale ludzkie gadanie może... może was wykluczyć ze społeczności - 
dodała podenerwowana. - Ludzie są bezlitośni. Zwłaszcza gdy polują w grupie. I pewnie tak 
się stanie. Wiem, co mówię.

Siedział dłuższą chwilę bez słowa i tylko wzruszał ramionami.
-  Co ty mi chcesz powiedzieć, mamo? - spytał cicho.
-  Że ty... że może byłoby najlepiej, gdybyście...
-  Gdybyśmy się rozstali?
Roześmiał się głucho. Jego śmiech bardziej jednak przypominał płacz.
-  Nigdy nie przypuszczałem, że to powiesz - ciągnął. - Nie ma mowy. Dla mnie liczy się 

tylko Tordhild. Co do dworu, jestem dziedzicem, więc na pewno tu zostaniemy. Ty i cała 
reszta możecie sobie mówić, co wam się podoba. We dwoje sobie poradzimy.

Serce w piersi Mali zamarło. Zatem Sivert nie opuści dworu dobrowolnie. Wyraził się 

dostatecznie jasno. Nie zamierza też oddać gospodarstwa. Boże, ileż ona się naprosiła, by 
chciał je przejąć! Tymczasem teraz chce w Stornes stworzyć dom dla siebie i swojej 
narzeczonej.

background image

Przez chwilę Mali wyobraziła sobie, jak mogłyby wyglądać ich dzieci, jeśli już do tego 

dojdzie. Oboje pochodzą z cygańskich rodzin, więc najprawdopodobniej na świat przyszłoby 
ciemnowłose, śniade potomstwo.

Mali przetarła zmęczone oczy. W jednej chwili wydało jej się, że jest okropnie stara. Stara 

i bezradna. W głowie, która nagle zrobiła się ciężka jak ołów, poczuła pustkę. Nie widziała 
żadnego wyjścia, a przecież to ona sama doprowadziła do tej beznadziejnej sytuacji, 
pogrążając siebie i resztę rodziny. Może byłaby w stanie pogodzić się z małżeństwem Siverta 
z Tordhild, mimo ludzkiego gadania, mimo tego, że dobre imię i sława dworu zostałyby 
wystawione na poważną próbę. Ale musi liczyć się z tym, że kiedy ludzie zobaczą tych dwoje 
razem, prawda o ich pokrewieństwie prędzej czy później ujrzy światło dzienne, a do tego 
Mali pod żadnym pozorem nie może dopuścić. Nie wyobrażała sobie wcześniej, że jest zdolna 
nakazać Sivertowi opuścić dom wraz z narzeczoną. Tymczasem sytuacja zrobiła się 
dramatyczna. Nie chodzi jedynie o złośliwe komentarze. Ktoś może domyślić się prawdy o 
Sivercie!

Przed oczami stanęła jej Helga i w jednej chwili Mali dostała gęsiej skórki. Dla Helgi to 

jakby ktoś dolał wody na młyn. I jeszcze Beret. Przypomniała sobie, że teściowa koniecznie 
chce z nią mówić. Tę rozmowę Mali najchętniej by sobie darowała, ale dobrze wiedziała, że 
nie ma od niej ucieczki. Prędzej czy później musi stawić czoło tej surowej kobiecie.

-  A może zastanawiasz się, czy mi nie odebrać dziedzictwa? - spytał nagłe Sivert, 

powodując, że Mali poderwała się z miejsca.

-  Odebrać dziedzictwo?
-  No tak, skoro to jedyny sposób, żeby się nas stąd pozbyć - odpowiedział. - Wówczas 

musielibyśmy odejść.

-  Nic podobnego nie przyszło mi na myśl - odparła zmęczonym głosem.
-  To o czym myślisz? - drążył Sivert, nie spuszczając matki z oka.
-  Nie, myślę tylko, że... Chyba nie do końca zdajesz sobie sprawę, jakie ta sytuacja może 

mieć następstwa. Czy naprawdę chcesz narazić Tordhild na... na to wszystko?

Nie od razu odpowiedział. Siedział na krawędzi łóżka i nerwowo miętosił koszulę.
- Akurat w tej chwili nie mam zamiaru o tym rozmawiać - rzekł. - I wolałbym, żebyś teraz 

sobie poszła, mamo. Chcę zostać sam.

Mali podniosła się z trudem. Zapragnęła nagle otoczyć syna ramieniem, przytulić mocno i 

powiedzieć, że wszystko jakoś się ułoży, że nigdy go nie zawiedzie. Ale ona już go zawiodła i 
to od dnia, kiedy przyszedł na świat. Sivert nie wie przecież nawet, kim jest! Cóż więc w tym 
dziwnego, że zakochał się w Tordhild? Trudno oprzeć się tak pięknej i ujmującej młodej 
kobiecie; poza tym oboje pochodzą z tej samej społeczności. To swój lud. Ale on tego nie 
wie. Mali nigdy nie zdobyła się na to, by wyjawić ten fakt synowi. Ujawniłaby wówczas 
swoje postępki. Musiałaby spojrzeć mu prosto w oczy i przyznać się. Każdy człowiek ma 
prawo wiedzieć, kim jest, ale ona tego prawa Sivertowi odmówiła.

Przechodząc obok syna, delikatnie musnęła dłonią jego policzek. Jej serce krwawiło, ale 

nie mogła tego okazać. Kochała go bardzo, a mimo to była gotowa go zdradzić, by ratować 
własną skórę. Zwiesiła głowę, jakby niewidzialny ciężar przygniatał jej kark. 

Cicho zamknęła za sobą drzwi.

ROZDZIAŁ 12.

 
Mali schodziła właśnie na dół, kiedy zadzwonił telefon. Drzwi izby jadalnej otworzyły się 

i stanęła w nich Ane.

-  Ja odbiorę - krzyknęła Mali.

background image

-  A, jesteś tu - rzekła służąca. - Nie wiedziałam, co się z tobą stało. Na dole siedzi 

zawstydzona dziewczyna i czeka na Siverta - dodała.

-  On zaraz zejdzie - odparła Mali. 
Podniosła słuchawkę.
-  Dwór Stornes, dzień dobry.
-  Halo, czy rozmawiam z Mali Stornes?
-  Tak, to ja.
-  Tu Iver Moe, dyrektor szkoły.
Nie musiał się przedstawiać, i tak go poznałam, pomyślała Mali. Zawsze mówił 

pompatycznie, tak jakby stał na mównicy. Przez chwilę Mali zastanawiała się, czego Moe 
może chcieć. Nieczęsto dzwonią do niej ze szkoły.

-  Czy mogłabyś wygospodarować parę minut i wpaść dzisiaj do mnie do szkoły? - zapytał. 

- Jest coś, o czym chciałbym z tobą porozmawiać.

-  Czy musisz spotkać się właśnie ze mną? - zdumiała się i poczuła niepokojący ucisk w 

żołądku.

-  Tak, właśnie o to mi chodzi - odparł. - Ale to nie potrwa długo. Gdybyś tylko mogła do 

mnie zajść.

-  No, dobrze - zgodziła się Mali. - Będę więc za jakieś pół godziny.
-  Nie ma pośpiechu. Przyjdź wtedy, kiedy ci najbardziej pasuje - powiedział i zakończył 

rozmowę.

Mali odłożyła słuchawkę i przez chwilę stała w zamyśleniu. Co takiego może chcieć od 

niej dyrektor szkoły? Nigdy wcześniej nie wzywał jej w żadnej sprawie tak oficjalnie. Raz do 
roku wszyscy rodzice stawiają się w szkole, by porozmawiać o postępach dzieci, ale 
spotkania takie odbywały się zwykle po Bożym Narodzeniu. Tymczasem rok szkolny dla Oi, 
Dorbet i Ruth dopiero się rozpoczął. Oja zaczął naukę w ostatniej klasie, a w przyszłym roku 
czeka go konfirmacja. Jak ten czas leci, pomyślała Mali. Wystarczy spojrzeć na własne 
pociechy.

Miała niejasne przeczucie, że tego dnia na jej głowę spadną dodatkowe problemy. Mali 

westchnęła głęboko i weszła do izby jadalnej. Gdy stanęła w drzwiach, Tordhild poderwała 
się na równe nogi, ale po chwili, widząc Mali, opadła na kanapę. Miała pewnie nadzieję, że to 
Sivert.

-  Sivert nie zejdzie na dół? - zapytała zaniepokojona, spoglądając na Mali brązowymi, 

błyszczącymi oczyma.

-  Zejdzie na pewno. Na razie się rozpakowuje - odparła. - Jeśli chcesz, możesz teraz do 

niego iść - dodała. - Widziałaś, gdzie ma pokój, więc chyba trafisz sama?

-  Naprawdę mogę? - spytała, oblewając się rumieńcem.
-  Możesz.
Tordhild szybko podniosła się z miejsca. Mali zauważyła, że dziewczyna zdążyła się 

przebrać. Ubrana była teraz w błękitną codzienną sukienkę z okrągłym wykończeniem pod 
szyją. Sukienka układała się miękko, delikatnie podkreślając jej smukłą sylwetkę. Mali 
zwróciła uwagę na chód dziewczyny, gdy ta zmierzała w kierunku drzwi. Tordhild poruszała 
się lekko i bezszelestnie, niczym sarna. Dokładnie tak jak Sivert, pomyślała Mali.

Drzwi cicho się za nią zamknęły.
-  Szkoda mi tej dziewczyny - odezwała się Ane. - Na pewno niełatwo jej zjawiać się we 

dworze jako... jako narzeczona Siverta, dziedzica. Pewnie każdemu byłoby trudno, mam na 
myśli Beret, no i to ludzkie gadanie. W dodatku jeszcze Cyganka...

Mali nie odezwała się ani słowem. Podeszła do miski z wodą, spłukała ręce i twarz.
-  Sivert ma już na swoim koncie niejeden dziwaczny pomysł - ciągnęła Ane. - Ale teraz... 

Chyba naprawdę nie rozumie, jakie kłopoty mogą z tego wyniknąć. Dla was wszystkich - 
dodała.

background image

-  To prawda. Jak zwykle kieruje się bardziej uczuciem niż rozsądkiem - westchnęła ciężko 

Mali, przyciskając dłonie do pulsujących skroni. - Zupełnie nie wiem, co mam robić - 
przyznała szczerze i spojrzała na Ane. - Nie chodzi przecież o to, że mam tej dziewczynie coś 
do zarzucenia. Przeciwnie, sprawia wrażenie dobrze wychowanej i porządnej. Chyba jest 
pracowita, ale...

-  Ale jest Cyganką - dokończyła Ane. - To nie będzie łatwe.
-  Nie, to nie będzie łatwe - przyznała Mali. - Ale cóż robić, zobaczymy, jak się sprawy 

ułożą. Muszę mieć czas, żeby to przemyśleć. Teraz czuję jedynie chaos w głowie - dodała na 
koniec.

Sięgnęła po ręcznik i wytarła twarz. Zimna woda schłodziła nieco rozpaloną skórę. Ból w 

skroniach nieznacznie zelżał.

-  Przygotowałaś już kolację? - spytała, zwracając się do Ane. - Ingeborg pewnie zaraz 

wróci. Nie zostawiłam jej wiele prania. Wyjdę teraz na chwilę, niedługo będę z powrotem - 
dodała, nie wyjaśniając, gdzie się wybiera. Nie była pewna, czy chciałaby z kimkolwiek 
dzielić się szczegółami na temat spotkania z dyrektorem szkoły.

-  Oczywiście - powiedziała Ane. - Ingeborg zdejmuje właśnie ostatnie rzeczy ze sznura. 

Zebrał się za to spory stos do prasowania - dorzuciła, przewracając oczami.

-  Poradzimy sobie - rzekła Mali. - Bardzo możliwe, że Tordhild nam pomoże. Jest chętna 

do pracy, a skoro już tu jest... No, to ja idę. Na razie, Ane.

  
Kiedy była już w drodze do szkoły, przypomniało jej się, że się nie przebrała w lepsze 

ubranie. Zatrzymała się, przygładziła nieco spódnicę i poprawiła bluzkę. Przeciągnęła dłonią 
po włosach, sprawdzając, czy warkocz się nie rozplótł. Skoro Moe dzwoni do niej tak 
niespodziewanie, nie powinien mieć jej za złe, że zjawia się u niego w codziennym stroju. To 
nie żadne święto. I nie ona wprasza się z wizytą. Nie odniosła zresztą wrażenia, aby miało to 
być spotkanie przy kawie. Znowu poczuła dziwny ucisk w brzuchu.

-  O, jesteś już - ucieszył się na widok Mali dyrektor szkoły i otworzył furtkę, wpuszczając 

ją do przyszkolnego ogrodu.

Pewnie czekał na mnie, pomyślała, wyciągając rękę na przywitanie.
-  No tak, nie codziennie wzywam do siebie rodziców w taki sposób. No, z wyjątkiem 

spotkania rocznego - zaczął, wyraźnie skrępowany. - Ale jest taka sprawa, którą muszę z tobą 
omówić. Myślę, że najlepiej porozmawiać o tym już teraz, na początku roku szkolnego - 
dodał, puszczając Mali przed sobą, gdy byli na schodach do budynku.

Pachnie tu kredą, kurzem i szkołą, pomyślała Mali, kiedy znaleźli się już w pustej szkolnej 

klasie. Tego zapachu, zapachu szkoły, nigdy chyba nie zapomni. Iver Moe podsunął jej 
krzesło i poprosił, by usiadła.

-  Cieszę się, że mogę uczyć twoje dzieci - zaczął niepewnie i zaraz wyjął z kieszeni 

śnieżnobiałą chusteczkę, by przetrzeć wilgotne czoło. Mali zauważyła, że mężczyzna się poci. 
- Oja to bystry i uważny chłopiec - dodał.

-  Czy to w jego sprawie zostałam wezwana? - zaciekawiła się Mali.
Dudnienie w skroniach powróciło. Mali poczuła się słabo.
-  Nie, chciałem pomówić o Dordi Beret - wykrztusił wreszcie mężczyzna, po czym zaczął 

przekładać papiery, które leżały przed nim na biurku. - Najpierw dodam, że nie spotkałem tak 
zdolnej i dobrze wychowanej dziewczynki jak Ruth. Jest...

-  Ale chciałeś przecież porozmawiać o Dorbet - przerwała Mali.
-  Tak - zawahał się i jeszcze raz przetarł chusteczką zlaną potem twarz. - Nie bardzo 

wiem, jak mam to powiedzieć. Dordi Beret to też mądre dziecko i...

Poruszył niespokojnie nogami.
-  Ale byłoby znacznie lepiej, gdyby bardziej skupiła się na zajęciach - dodał, wyraźnie 

unikając spojrzenia Mali.

background image

-  Czyżby nie uważała na lekcjach?
-  No, nie jest tak źle, ale powiedziałbym raczej, że jest trochę... hm... Powiem wprost... 

chyba za bardzo interesuje się chłopcami. Zbyt wiele uwagi im poświęca. I do tego jakoś nie 
tak, jak na dziewięciolatkę przystało - dodał.

Mali na moment przymknęła oczy. Ta cecha u najmłodszej córki wcale nie była jej obca i 

nie od dziś spędzała jej sen z powiek. Jednak zaskoczyło ją, że właśnie z tego powodu została 
tak niespodziewanie wezwana. Czyżby było aż tak źle?

-  To normalne, że chłopcy i dziewczynki bawią się razem. Nie w tym rzecz - ciągnął. - 

Ale, moim zdaniem, nie wygląda to jedynie na zwykłą dziecięcą zabawę. Już dwa razy 
natknąłem się na twoją córkę za krzakami malin w towarzystwie jednego z chłopców - 
poinformował i spojrzał na Mali. - Bynajmniej nie wyglądało to na niewinną zabawę.

Mali oblała się rumieńcem. Złość się w niej zagotowała. Zdawało jej się, że Dorbet 

zrozumiała, gdzie jest granica przyzwoitości i jak ma się zachowywać porządna dziewczynka. 
Rozmówiła się z nią przecież po epizodzie z Cyganami w stodole. Ale córka pomyślała może, 
że zakaz dotyczy wyłącznie chłopców tej wędrownej społeczności!

-  Musiałem ci to powiedzieć, Mali - tłumaczył się Iver Moe. - Ona jest jeszcze dzieckiem, 

więc poczytuję to za zwykłą bezmyślność. To śliczna dziewczynka i nic dziwnego, że chłopcy 
wciąż się za nią uganiają. Prawdę mówiąc, nie zawsze uroda jest takim błogosławieństwem, 
zwłaszcza jeśli dziewczynka jest dużo atrakcyjniejsza niż jej koleżanki - zauważył z 
zasępioną miną. - Nie mogę jednak przymykać oczu na takie zachowanie - rzekł z powagą. - 
Mam nadzieję, że się ze mną zgadzasz?

-  Oczywiście, jestem tego samego zdania - odparła krótko Mali. - I naturalnie 

porozmawiam sobie z Dorbet. Sądzę, że nie będziesz musiał wzywać mnie w tej sprawie 
ponownie - podkreśliła, wstając z miejsca.

-  Wierz mi, poprosiłem cię tutaj do siebie w trosce o to, by ta sprawa pozostała wyłącznie 

między nami - wyjaśnił dyrektor i również się podniósł. - Kobieta z centrali często 
podsłuchuje i jest aż nadto gadatliwa, mimo obowiązku tajemnicy służbowej. Plotki zaś 
bardzo szybko się rozchodzą. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. Dlatego...

-  Doceniam to - powiedziała Mali. - Zatem i ja mogę mieć pewność, że nikt się o tym nie 

dowie? - dodała znacząco i utkwiła wzrok w swoim rozmówcy, aż mężczyzna poczerwieniał 
z zakłopotania. - Obiecuję, że się nią zajmę. To małe, dzikie zwierzątko. Robi coś, zanim 
pomyśli. Dziecięca bezmyślność. Zapewniam cię, że i my w Stornes nie tolerujemy takiego 
zachowania.

-  Tak myślałem - oznajmił. - Jestem przekonany, że szybko ją przywołasz do porządku. Ta 

rozmowa nigdy nie wyjdzie poza te cztery ściany - podkreślił. - Ale takich sygnałów nie 
należy lekceważyć. Porządni z was ludzie i wszyscy tak uważają.

Gdyby tylko wiedział, pomyślała Mali. Chyba nie ma tak wielu miejsc, w których działoby 

się aż tyle nieprzyzwoitości co w Stornes. I sama to wywołała. Jakby tego było mało, jej 
własne dzieci przejęły po matce niechlubną cechę! Oj, mieliby ludzie o czym gadać! Musi 
natychmiast zająć się tą sprawą.

 
Gdy wróciła do domu, do kolacji było jeszcze sporo czasu. Ani Ane, ani Ingeborg nie 

pytały, gdzie wychodziła gospodyni. Mali również nie zamierzała tego wyjaśniać. Była 
głęboko zaniepokojona, a niepokój ów mieszał się z zatroskaniem spowodowanym związkiem 
Siverta z Tordhild. Tego wieczoru Mali nie była w stanie nic przełknąć. Perspektywa trudnej 
rozmowy z Beret bynajmniej nie poprawiała jej nastroju. Nie ma jednak wyjścia, musi jeszcze 
tego wieczora porozmawiać z teściową, choć wydarzenia mijającego dnia już teraz sprawiły, 
że znalazła się na skraju przepaści.

-  Nic nie jesz, Mali - zauważył Havard.

background image

Napotkała nad stołem jego spojrzenie. Dobrze wiedział, jak jej ciężko, ale nie mogli teraz 

podejmować tematu. Muszą zaczekać, aż zapadnie zmrok i udadzą się do swoich pokoi. Mali 
nie miała pojęcia, co ma powiedzieć Havardowi. Musi się zastanowić.

 
Po kolacji poprosiła Ruth i Ragnhild, by obie zajęły się zmywaniem.
-  Ingeborg ma na głowie całe pranie, więc niech już nie myśli o brudnych naczyniach - 

postanowiła. - A ty, Dorbet, pójdziesz ze mną do spichlerza.

-  Ale ja już pomagałam przy praniu - oburzyła sic dziewczynka.
-  Więc ominie cię zmywanie - odparła spokojnie Mali. - Zresztą nie będziesz mi długo 

potrzebna.

-  Ja chętnie pozmywam naczynia - odezwała się Tordhild.
-  Na to jeszcze znajdzie się czas, a tymczasem dzisiaj masz wolne.
-  Świetnie - wtrącił się Sivert, obejmując dziewczynę ramieniem. - Miałem właśnie zamiar 

oprowadzić cię po okolicy. Nie masz pojęcia, ile tu u nas pięknych miejsc.

-  Tyle o nich opowiadałeś - uśmiechnęła się, splatając swoje palce z palcami Siverta. - 

Szopa na łodzie, o której tak często mówiłeś...

-  Ją też zobaczysz. A teraz weź szal, bo wieczorem, jak będziemy oglądać zachód słońca, 

może być chłodno.

Nie tylko zachód słońca będą sobie oglądać, pomyślała Mali i westchnęła ciężko. Trawa na 

dole przy szopie na łodzie nadaje się równie dobrze do innych rzeczy. Jak mogłaby jednak ich 
powstrzymać? Nie odezwała się więc ani słowem.

-  Dorbet, idziemy - zwróciła się do córki, wręczając jej miskę.
-  Nie masz chyba za wiele w tym spichlerzu, skoro wystarczy miska? - zauważyła z 

przekąsem Dorbet.

-  Nie, to akurat nie najważniejsze - odparła Mali, kiedy już znajdowały się na podwórzu. - 

Chcę z tobą spokojnie porozmawiać.

-  Co ja znowu takiego zrobiłam? - obruszyła się dziewięciolatka, przewracając oczyma. - 

Bo na pewno chodzi o coś złego, jeśli mnie ciągniesz aż do spichlerza, żeby porozmawiać.

Mali milczała. Otworzyła drzwi do pomieszczenia, a gdy już weszły do środka, zamknęła 

je za sobą.

-  Siadaj - nakazała córce, wskazując taboret.
Dorbet przysiadła i wyciągnęła przed siebie długie, opalone nóżki.
-  Dzisiaj wezwał mnie do siebie dyrektor szkoły - zaczęła Mali. - Wiesz, o czym chciał ze 

mną porozmawiać?

-  Skąd mogę wiedzieć? - zdziwiła się Dorbet i wzruszyła ramionami. - To taki człowiek, 

że potrafi narobić hałasu o byle co.

-  Nigdy przedtem nie wzywano mnie na prywatną rozmowę - odparta krótko Mali. - A 

wychowałam już czworo dzieci i każde od wielu lat chodzi do szkoły. Jesteś najmłodsza, ale 
to o tobie musiałam się nasłuchać. Dyrektor niepokoi się o ciebie - dodała, wpatrując się w 
córkę.

Miał rację, mówiąc, że uroda nie zawsze niesie ze sobą błogosławieństwo, pomyślała Mali. 

Najmłodsza córka Mali jest w istocie wyjątkowo urodziwa. Ponadto ma w sobie coś takiego, 
co przyciąga wzrok. Sprawia, że ludzie poddają się jej urokowi. Problem w tym, że 
dziewczynka doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Korzysta z tego, choć ma ledwie dziewięć 
lat!

-  Na ostatnim sprawdzianie z rachunków nie miałam żadnego błędu - oświadczyła mała.
-  A co takiego robisz za maliniakiem? - spytała Mali, świdrując ją wzrokiem. - Jak 

zrozumiałam, nie przesiadywałaś tam, żeby powtarzać lekcje?

Dorbet poczerwieniała. Pokaźny rumieniec wypłynął na jej policzki i dziewczynka 

zwiesiła głowę.

background image

-  Wyobrażał sobie pewnie nie wiadomo co - odezwała się prowokacyjnie i kopnęła 

wiadro, które przewróciło się i z łoskotem potoczyło po podłodze. - Uwziął się na mnie, stary 
głupiec - dodała szybko. - Nie podoba mu się, że... że chłopcy mnie lubią, a na jego córkę 
wcale się nie patrzą. Bo ona wygląda jak...

-  Dorbet!
Na głos Mali ściany aż drgnęły.
-  Nie obchodzi mnie córka dyrektora! Chcę natychmiast usłyszeć, co zrobiłaś!
Dorbet poruszyła się niespokojnie. Bluzka wysunęła się jej zza spódnicy, odkrywając 

gładką, białą skórę brzucha.

-  Rozmawiałam tylko trochę z Haraldem.
-  Słyszałam zupełnie co innego! I w tych malinach, zdaje się, byli z tobą także inni 

chłopcy.

-  Nic złego się nie wydarzyło - odparła krótko Dorbet. - Chyba tego się boisz, mamo? 

Boisz się, że śpię z chłopcami, tak?

Mali wprost nie mogła wyjść ze zdumienia.
-  Że śpisz z chłopcami? Dziecko drogie! Nawet mi to przez myśl nie przeszło! - 

wykrzyknęła, czując, że narasta w niej wściekłość. - Skąd ty możesz wiedzieć cokolwiek...

-  Nie bądź głupia, mamo - powiedziała dziewczynka. - Dobrze wiem, co mężczyźni robią 

z kobietami. Czego chcą od nich. Ale nic takiego nie zrobiłam.

-  Tego by jeszcze brakowało! Na litość boską, masz dopiero dziewięć lat!
-  Nic nie zrobiłam - broniła się dziewczynka. - Ale co poradzę, kiedy oni mnie lubią i...
Na jej twarz wypłynął delikatny, zawadiacki uśmieszek.
-  Mnie też się podobają. Nie robimy nic poza... no, tylko się troszkę całujemy i...
-  I co?
-  Nie, nic.
-  Pozwalasz się im dotykać? - drążyła Mali. Była bardziej zaskoczona, niż mogła 

przypuszczać. Ta mała paskudnica! - Tak?

-  Mamo, czy ty nigdy nie byłaś młoda? Nie pozwalałaś na to? - odcięła się mała. - Sama 

słyszałam o tobie niejedno.

Mali oblał zimny pot.
-  Co takiego słyszałaś? - spytała zgrzytliwym głosem.
-  O, Lina mówiła coś takiego, jak byliśmy w Gjelstad. Ponoć słyszała, jak jej matka 

opowiada, że wcale chłopców od siebie nie odpędzałaś.

Drżąc na całym ciele, Mali wzięła głęboki wdech. No, nie, to nie może być prawda! Nawet 

Helga nie ważyłaby się...

-  Niech to wszyscy diabli! To wierutne kłamstwo i paskudne oszczerstwo - rzekła do głębi 

wzburzona. Dopiero po chwili zorientowała się, że przeklina w obecności córki. - Już ja sobie 
z Helgą porozmawiam. Ale nie o mnie tu mowa, Dorbet, tylko o tobie! Wyrabiasz mi tu 
rzeczy niesłychane. Rozumiesz, co mówię?

Dorbet odrzuciła włosy na plecy, ale nie odezwała się ani słowem. To jeszcze bardziej 

rozsierdziło Mali. Podeszła do córki, postawiła ją jednym szarpnięciem na nogi i potrząsnęła.

-  Jeśli nie będziesz zachowywać się przyzwoicie, zamknę cię w domu i nie wyjdziesz na 

krok - oznajmiła szorstkim głosem. - Nie mam więcej zamiaru świecić przez ciebie oczyma 
przed dyrektorem. A jeśli kiedykolwiek usłyszę, że moja córka jest... jest puszczalska, to... 
Rozumiesz?

-  Tak, zamkniesz mnie w domu? Nie możesz trzymać mnie pod kluczem.
-  Wszystko mogę i zrobię to - odparła Mali rozedrganym głosem.
-  To niedozwolone - broniła się Dorbet.
-  Chcesz się ze mną spróbować? - spytała Mali, zwalniając uścisk.

background image

Dorbet poprawiła ubranie, obdarzając matkę zaciętym spojrzeniem. Brązowe oczy płonęły 

ze złości.

-  Nie możesz mi zwracać uwagi - rzuciła Mali prosto w twarz. - Ludzie mówią, że akurat 

ciebie w tym przypominam.

Utkwiła w Mali świdrujący, pełen złośliwości wzrok.
Zanim Mali pomyślała, wymierzyła córce potężny policzek. W jednej chwili wiedziała, że 

źle postąpiła. To tylko pogorszy sprawę. Kto by jednak dopuścił, aby przekorna, dojrzała nad 
wiek dziewięcioletnia dziewczynka tak bezczelnie zachowywała się wobec własnej matki? 
Mali z trudem chwytała powietrze. Może tego właśnie się obawiała? Może z latami rósł w 
niej strach, że Dorbet będzie podobna do niej samej?

Mali patrzyła teraz, jak córka przykłada dłoń do palącej skóry. Oczy małej błyszczały. 

Powinna powiedzieć, że się zdenerwowała. Że nie chciała uderzyć. Nie znalazła na to jednak 
dość siły.

-  Teraz wiesz, jak masz się zachowywać - oświadczyła krótko córce.
Dorbet milczała. Kopnęła leżące na ziemi wiadro tak, że tym razem uderzyło w ścianę i 

potoczyło się na zewnątrz. Wychodząc, trzasnęła wściekle drzwiami. Mali usiadła bez sił, 
obejmując dłońmi obolałą głowę. Miała wrażenie, że wszystko wymyka jej się spod kontroli. 
I Sivert, i Oja, a teraz jeszcze ta smarkula Dorbet. Po jej twarzy spłynął strumień łez.

 
-  Proszę - usłyszała Mali, kiedy zapukała do pokoju teściowej.
Zdążyła zajść do siebie na górę i trochę się ogarnąć. Najpierw opłukała poczerwieniałą, 

mokrą od łez twarz, a potem położyła się na chwilę, przykładając na czoło zimny okład. Nie 
na wiele się to jednak zdało. Nie mogła się uspokoić, nawet gdy przymykała oczy i 
przekonywała samą siebie, że tak to już jest z dziećmi. Zawsze coś nabroją. Chodziło o coś 
zupełnie innego. Nie o Siverta ani o Dorbet. Sprawy miały się znacznie gorzej.

-  Chciałaś ze mną mówić - zaczęła Mali, zamykając za sobą drzwi.
-  Ktoś musi tu zacząć rządzić - powiedziała Beret. - Bo tego już za wiele!
-  Rozumiem, że... że się zdenerwowałaś z powodu Tordhild - ciągnęła Mali, przysiadłszy 

na krawędzi krzesła, mimo że teściowa nie okazała gościnności. - Ja też nic o tym nie 
wiedziałam, zanim się tu z nią nie pojawił - dodała.

-  A co w takim razie zamierzasz? - spytała kobieta, utkwiwszy mroczne spojrzenie w 

synowej. - Jedno ci powiem, Mali. Wystarczyło mi, kiedy Johan sprowadził cię do nas, taką 
biedaczkę i służącą, i że zwykła sługa została gospodynią we dworze Stornes. Ale cóż, 
chłopakiem nie dało się wtedy pokierować. Był naszym jedynym synem. Nie pozostawił nam 
wyboru, a trzeba było zadbać o ciągłość rodu. Mówił: ty albo żadna.

Oddychała szybko, nerwowo przebierając palcami, w których trzymała robótkę na drutach, 

a te, uderzając o siebie, wydawały metaliczny dźwięk.

-  Szczęśliwy to on nie był - dodała. - Chociaż ty zachowałaś się nadspodziewanie dobrze. 

Dwór zachował dobre imię, jak przystało na porządny, godny dom. Ale teraz...

Mali nie odpowiedziała. Kurczowo przyciskała dłonie do brzucha, nie podnosząc wzroku.
-  Wszystko ma swoje granice, Mali - ciągnęła Beret. - Mam nadzieję, że i ty to rozumiesz. 

Tym razem granicę przekroczono. Nie ma mowy o tym, żeby jakaś Cyganka została 
gospodynią w Stornes. Nigdy! - podkreśliła stanowczo.

-  Rozumiem, że... że ty... Mnie też to ani trochę nie cieszy, Beret. Ja... zgadzam się z tobą. 

Gdyby Sivert... upierał się, żeby z nią zostać... nic dobrego z tego by nie wynikło. 
Próbowałam już z nim rozmawiać - dodała cicho. - Ale on żadnego problemu nie widzi.

-  No, tak, czegóż innego można by się spodziewać po takim lekkoduchu? - odparła Beret z 

szyderczym uśmiechem. - Nigdy nic nie rozumiał. Żyje w swoim własnym świecie. A tu, we 
dworze, mamy dwóch synów. Jeśli Sivert nie uwolni się od tej Cyganichy, zanim się po wsi 
rozniesie, to sama postaram się o to, by się go stąd pozbyć! A gospodarkę przejmie Ola Johan.

background image

-  Matko, nie masz prawa wyrzucać Siverta z domu - zaoponowała Mali. - Jest synem 

Johana, i to najstarszym.

-  Zrobię to bez względu na wszystko - oświadczyła kobieta z irytacją w glosie. - Już ja się 

osobiście z tymi dwojgiem rozmówię i powiem, co o nich myślę, a wtedy Sivert sam wyjedzie 
- dodała. - Żebyś wiedziała!

Mali nawet nie drgnęła. Siedziała jak zamurowana. Wydawało jej się, że już nigdy nie 

znajdzie dość sił, by się podnieść. O, Beret z pewnością nie zawaha się ani chwili. Bez 
skrupułów wypędzi Siverta ze dworu. Kiedy już wyrzuci z siebie wszystko, co myśli o 
Tordhild, Sivert nie zechce tu pozostać ani minuty dłużej. Zwłaszcza że i ona sama nie 
zamierza go wspierać. Nie może. Jeden jedyny raz obie z babką się zgadzają.

Powoli podniosła się z miejsca.
-  Co zrobisz? - spytała stara kobieta.
-  Jeszcze raz spróbuję z nim pomówić - odpowiedziała ze smutkiem.
-  A jeśli będzie się upierał?
-  Nie wątpię, że tak będzie - rzekła.
Zamknęła za sobą drzwi, po czym zatrzymała się i oparła o ścianę. Owszem, Sivert 

zrozumie powagę sytuacji, a w dodatku ona nie powie mu nic innego niż to, co usłyszy z ust 
babki. Będzie musiał wybrać pomiędzy Tordhild a Stornes. Nie miała najmniejszych 
wątpliwości, jaka będzie jego odpowiedź. Własna matka go zdradzi, ale musi to uczynić. 
Tego ciężaru Sivert zaś nie uniesie.

To wszystko moja wina, pomyślała zdesperowana. Ale cóż innego mogłaby zrobić? 

Poświęci syna, by ratować siebie i resztę rodziny.

Nie znalazła lepszego rozwiązania.

ROZDZIAŁ 13.

 
Tej nocy źle spała. Kłębiące się myśli nie dawały jej spokoju. Starała się nie kręcić, ale i 

tak w środku nocy zbudziła Havarda. Nic nie powiedział, tylko przytulił ją mocno do siebie i 
dotknął policzkiem jej włosów. Leżeli tak dłuższy czas, aż wreszcie Mali nieco się odprężyła. 
Przywarła umęczonym, lecz napiętym ciałem do męża, sycąc się ciepłem i spokojem, który 
od niego płynął. Potrzebowała jego siły.

-  Widzę, że te ostatnie wydarzenia cię wykończyły - rzekł cicho prosto w jej włosy.
Pokiwała tylko głową. Nie chciała płakać, jednak łzy same popłynęły. Była zmęczona i 

zdruzgotana. Kompletnie bezradna, zarówno w kwestii Siverta, jak i Dorbet. Tyle że Sivert 
martwił ją najbardziej. Z Dorbet jakoś sobie poradzi.

-  Nie możemy pozwolić, żeby Sivert uczynił z Tordhild gospodynię w Stornes - 

wyszeptała i przeciągnęła dłonią po mokrej twarzy. - Nie mam nic przeciwko niej, Havard, 
ale tym razem chłopak posunął się za daleko. A Beret...

-  Tak mi się właśnie wydawało, że ona się z tym nie pogodzi - odparł. - Może to i nie takie 

dziwne. To osoba starej daty, z mlekiem matki wyssała przekonanie, że jeden jest lepszy, 
drugi gorszy. Ludzie mogą sobie gadać, co chcą, ale w naszej wiosce różnice klasowe 
przebiegają aż za wyraźnie i trudno się temu przeciwstawić.

-  Żeby chociaż nie była Cyganką, tylko zwyczajną, prostą dziewczyną - wtrąciła Mali. - 

Walczyłabym wtedy z całych sił o jedno i o drugie. Ale tak, Havard? Prawdziwa Cyganka?

-  Zauważyłem - powiedział, delikatnie głaszcząc żonę po plecach. - Zdaję sobie sprawę, 

jakie to ze sobą niesie problemy. Pozostaje pytanie, czy mamy poddać się presji ludzkiego 
gadania i przestarzałym tradycjom, czy też...

-  Havard, pomyśl o nich! - przerwała Mali, przekręcając się na bok tak, że mogła teraz 

zobaczyć w świetle księżyca kontury twarzy męża. - Po pierwsze, ucierpi dobre imię dworu. 

background image

Najgorsze jednak będzie to, co stanie się z Sivertem i Tordhild. Wiesz, jacy potrafią być 
ludzie! Zjedzą ich żywcem. Chyba nie zdają sobie w pełni sprawy, na co się narażają. A co z 
ich dziećmi...

-  I ja nad tym myślałem - powiedział. - Jeśli o mnie chodzi, mogliby przejąć dwór. To 

dwoje dobrych, młodych ludzi. To, że dziewczyna akurat jest Cyganką, nie powinno niszczyć 
uczucia, jakie ich łączy. To prawdziwa, głęboka miłość. Siła aż bije od nich - dodał.

Mali milczała. Zastanawiała się, jak Havard przyjąłby wiadomość o tym, czyim naprawdę 

synem jest Sivert. Wtedy dopiero pojąłby, jak trudno Mali pogodzić się z tą sytuacją. W 
każdym razie, gdyby młodzi mieli pozostać w Stornes.

Mali wiedziała, jak silne bywają rodzinne więzy wśród Cyganów. Tordhild z czasem 

zaczną odwiedzać kuzyni, rodzina, przyjaciele, dumni, jak wysoką pozycję zyskała. To z 
pewnością wzmoże plotki, a źli ludzie resztę już sobie dopowiedzą sami. Zaczną się obojgu 
baczniej przyglądać. Gdyby prawda wyszła na jaw, Mali również musiałaby się stąd wynosić. 
Dobrze o tym wiedziała. Być może Havard podążyłby za nią. A jeśli nie?

Z trudem wciągnęła powietrze, po czym zarzuciła mężowi ręce na szyję.
-  Naprawdę, nie wiem już, co robić! - szepnęła, wtulając nos w jego tors.
-  Teraz o tym nie myśl - poprosił cicho i ucałował jej miękkie włosy. - Spróbuj zasnąć. 

Zajmiemy się tym powolutku.

Mali zwinęła się w kłębek, wciąż mocno przytulona do Havarda, wzdychając ciężko. Jutro 

zacznie rozmyślać na nowo.

Powoli zapadała w sen, który roztoczył wokół niej błogą, kojącą ciemność.
 
Następnego ranka Mali czekało wielkie prasowanie. Była właśnie w drodze do pralni, by 

zebrać solidną stertę świeżo wypranej bielizny, gdy zawołała ją Ane.

-  Mali, telefon do ciebie!
Ciekawe, co tym razem, pomyślała zmęczona. Może plotki już się rozeszły? Czyżby Helga 

zwietrzyła sensację? Mali zapowiedziała, że o Tordhild nikt na razie nie ma prawa pisnąć ani 
słowem, ale nie wiedziała, czy może polegać na Dorbet. Niewykluczone, że mała szepnęła co 
nieco Linie Gjelstad, koleżance z klasy, tak bowiem była podekscytowana faktem, że w 
Stornes szykuje się wesele. No i pewnie chce się zemścić, pomyślała Mali. Jej chmurne 
spojrzenie i obrażona mina mówiły Mali, że Dorbet gniewa się z powodu rozmowy, jaką 
przeprowadziły poprzedniego dnia. Tyle że lekcje jeszcze się nie skończyły, więc Lina nie 
mogła na razie podzielić się nowinami ze swoją mamą.

-  To z Trondheim - szepnęła Ane.
-  Z Trondheim? - Mali uniosła w zdumieniu brwi. - Od kogo?
-  Tego nie wiem - odparła służąca, wręczając Mali słuchawkę, po czym skierowała się do 

izby jadalnej. - Ale Astrid z centrali twierdzi, że to jakaś ważna osoba. Musisz się liczyć z 
tym, że rozmowa będzie podsłuchiwana.

-  Mali Stornes przy telefonie, słucham?
-  Dzień dobry, Mali Stornes - w słuchawce odezwał się uprzejmy głos. - Nazywam się 

Hans Tellnes i dzwonię z Trondheim.

-  W czym mogę pomóc? - spytała wyczekująco Mali, próbując przypomnieć sobie, czy 

zna to nazwisko.

-  Pani mnie z pewnością nie zna - kontynuował mężczyzna o niskim głosie. - Ja natomiast 

o pani słyszałem, chociaż nie miałem jeszcze przyjemności poznać. Widziałem za to wiele 
pani prac i muszę przyznać, że zrobiły na mnie duże wrażenie - dodał.

Jego dialekt był dość charakterystyczny; częściowo przypominał język elit z rejonu 

Trondheim, ale były w nim elementy mowy, których Mali nie umiała umiejscowić. Zapewne 
pochodził z innej części kraju, a jedynie przybył jakiś czas temu do Trondheim.

W obliczu kłopotów, które otaczały ją zewsząd, Mali uradowały te komplementy.

background image

-  Miło mi to słyszeć - odpowiedziała, uśmiechając się do siebie.
-  Powinienem się bliżej przedstawić, bo zdaję sobie sprawę, że moje nazwisko nic pani nie 

mówi - rzekł. - Jestem przewodniczącym rady parafialnej przy kościele Lademoen w 
Trondheim, a także przewodniczącym komitetu zajmującego się wystrojem naszego kościoła.

-  Jak to? - Mali zacisnęła kurczowo palce na słuchawce. - Czy pan jest...
-  Tak - odparł i słychać było, że się uśmiecha. - Słyszała pani może o naszym kościele? 

No, największa i najbardziej znana jest oczywiście katedra Nidaros, wszak to nasza świątynia 
narodowa. Niemniej kościół Lademoen to także piękny, stary obiekt sakralny.

Mali nie wiedziała, co ma odpowiedzieć, milczała więc.
-  Z pewnością słyszała też pani o tym, że w tym stuleciu wielu Norwegów wyemigrowało 

do Ameryki - ciągnął Tellnes. - Trzeba powiedzieć, że owa fala emigracji wcale nie osłabła.

-  Owszem, słyszałam co nieco - odrzekła niepewnie Mali. - Mówiono mi o osobach, które 

wyjechały za morze, ale osobiście nie znam nikogo takiego.

Ciekawe, co też emigranci mają wspólnego ze mną i z kościołem Lademoen? - pomyślała.
-  Tak, tak, wielu wyjechało w poszukiwaniu lepszego jutra w kraju, jak sądzili, mlekiem i 

miodem płynącym - kontynuował. - Wprawdzie nie zawsze ich oczekiwania się spełniały, 
niemniej sporo naszych rodaków pozostało w Ameryce i tam zapuściło korzenie. Niektórym 
nawet bardzo dobrze się powiodło. Często właśnie stamtąd otrzymujemy dary dla kościoła. 
Bo trzeba przyznać, że oni nie zapomnieli starego kraju. I, co ciekawe - dodał z lekkim 
uśmiechem - Norwegia wciąż odgrywa duże znaczenie dla ich potomków. Ludzie chcą 
wiedzieć, skąd pochodzą. Zwłaszcza kiedy los rzuca ich daleko od ojczyzny. Tęsknota za 
rodzinnym krajem pozostaje.

-  Ach, tak - westchnęła Mali, nadal zachodząc w głowę, dokąd zaprowadzi ich ta 

rozmowa.

-  Tak się składa, że kościół Lademoen właśnie otrzymał w darze znaczącą kwotę od 

potomka jednego z emigrantów, który niegdyś posiadał małe gospodarstwo pod Trondheim. 
Ów emigrant już nie żyje, ale jego syn nadal utrzymuje kontakt z rodziną. I to on dowiedział 
się o pani.

-  O mnie? - spytała Mali zdumiona.
-  Otóż właśnie. Ma ponoć kuzyna, który ożenił się w Rindalen - wyjaśnił Tellnes. - Być 

może stamtąd jakoś się dowiedział. Podobno czasem przysyłają mu nawet gazety. Postanowił 
ufundować dar dla kościoła w Lademoen, gdyż u nas właśnie, przed wielu laty, ochrzczono 
jego ojca. Stawia on jeden tylko warunek: jego pieniądze mają zostać wydane na zakup pracy, 
którą pani wykona.

-  Ja?
-  Tak, pani. Pomyśleliśmy, że dobrze byłoby zakupić jakiś kilim. Oglądałem wiele 

gobelinów, które wyszły spod pani ręki, to naprawdę piękne prace. Chcemy powiesić go we 
wschodniej nawie kościoła. Jako motyw proponowałbym historię cierpienia Jezusa. To 
znaczy, jest to raczej propozycja darczyńcy, ale nie mamy nic przeciwko takiemu pomysłowi. 
Prawdę mówiąc, mowa jest nie tylko o jednej pracy - poprawił się. - Mam na myśli kilka 
gobelinów. Na przykład trzy.

-  Ach, tak - wydukała Mali, chrząkając. Czuła, że kompletnie zaschło jej w ustach.
-  Czy zechciałaby pani podjąć się takiej pracy? - spytał Tellnes. - To poważne zajęcie i nie 

spodziewamy się, że wykona pani wszystko naraz. Musimy jednak wiedzieć, czy wyraża pani 
zgodę.

-  Ależ... ja nie wiem, czy sprostam... - z trudem się odezwała.
-  To akurat rozważaliśmy wcześniej - mężczyzna po drugiej stronie słuchawki zaśmiał się 

serdecznie. - Jesteśmy pewni, że pani sobie poradzi. Życzeniem ofiarodawcy jest, jak już 
nadmieniłem, by to pani wykonała te prace. Otrzyma pani godziwą zapłatę - dodał Tellnes. - 
Wygląda na to, że ów czcigodny człowiek, a zwie się on Martin Bakken, nie musi liczyć się z 

background image

pieniędzmi. Oświadczył, że mógłby nawet przyjechać do Norwegii na uroczystość 
odsłonięcia. Przedtem nigdy nie był w starym kraju.

Mali poczuła, że kręci jej się w głowie. Musiała oprzeć się o ścianę. Dłoń trzymająca 

słuchawkę była zimna jak lód.

-  Halo, czy jest tam pani? - usłyszała głos.
-  Tak, tak, jestem - odpowiedziała, prostując plecy. - Przyznam, że trudno mi uwierzyć, że 

składa mi pan taką propozycję. To niesłychane! Boję się, że... że ja...

-  Mali Stornes, czy podejmie się pani tej pracy? Czy miałaby pani na to ochotę?
-  Ależ naturalnie, że miałabym ochotę - odparła szybko. - Ale tak się boję, że nie...
-  My nie mamy takich obaw - rzekł pewnym, niskim głosem. - Chcielibyśmy jednak to 

wszystko szczegółowo z panią omówić. Opracowaliśmy już pewien szkic tej pracy, a 
właściwie kilku prac. Miałyby one wisieć obok siebie. Darczyńca z Ameryki życzy sobie 
obejrzeć taki szkic. Postanowiliśmy oczywiście, że będzie pani miała wolną rękę, jeśli chodzi 
o kształt dzieła. Wykona je pani tak, jak będzie pani uważała za stosowne, i on wyraził na to 
zgodę. Nalega jednak, by mógł zapoznać się ze szkicem. Miałaby pani możliwość odwiedzić 
nas jesienią w Trondheim?

-  Oczywiście, to się na pewno da zrobić - wyszeptała z przejęciem.
-  Zatem pozwolę sobie zadzwonić do pani, jak tylko ustalę najdogodniejszy termin. 

Myślę, że niedługo się skontaktujemy - dodał. - Dziękuję pani bardzo za tę rozmowę. Mogę 
pani powiedzieć, że znam człowieka, daleko w Ameryce, który także będzie uszczęśliwiony. 
Będzie nam bardzo miło gościć panią w kościele Lademoen.

-  I ja się cieszę - wydukała Mali.
Odłożyła słuchawkę, ale paraliż, wywołany niesamowitą wiadomością, jej nie opuścił. W 

ostatnich latach rzeczywiście wykonała kilka dużych prac. Niektóre z nich wzbudziły nawet 
szersze zainteresowanie, fotografowano je i omawiano w gazetach. Ale takie zlecenie?

W jednej chwili zapomniała o wszelkich problemach i ciemnych chmurach, które zebrały 

się nad jej głową. Otworzyła na oścież drzwi do izby jadalnej, po czym wpadła do środka.

-  Co się stało? - przeraziła się Ane. - Czy coś złego?
-  Wręcz przeciwnie. Mam wykonać serię gobelinów dla kościoła Lademoen w Trondheim 

- pochwaliła się, spoglądając promiennie wokół siebie. - Na zlecenie bogatego Amerykanina, 
potomka jakiegoś norweskiego emigranta spod Trondheim.

-  Coś takiego! - Ane upuściła ze zdumienia ścierkę, którą trzymała w dłoni. - Ależ to...
-  To nadzwyczajna wiadomość - śmiała się Mali, okręcając się tanecznym krokiem wokół 

siebie. - Jeszcze nigdy nie dostałam tak poważnego zamówienia!

Odwróciła się niespodziewanie, gdy usłyszała, że za jej plecami otwierają się drzwi izby. 

Stanęła w nich Tordhild, niosąc w ręku wiadro.

-  Pomyślałam, że zrobię małe pranie. Chciałabym odświeżyć moje rzeczy i ubrania 

Siverta. Czy mogę wziąć trochę wrzątku?

-  Proszę - odrzekła Mali, poprawiając warkocz, który rozplótł się w tańcu i wisiał teraz 

bezładnie. - Mydło i wszystko, co ci będzie potrzebne, znajdziesz w pralni.

-  Wyglądasz na uszczęśliwioną. Czy coś się stało? - spytała zaciekawiona Tordhild.
-  Dostałam właśnie duże zamówienie na gobeliny - odpowiedziała wymijająco Mali.
-  Aż z samego Trondheim! - dodała z dumą Ane, schylając się po ściereczkę, którą 

wcześniej upuściła.

-  To niesłychane - rzekła Tordhild. - Bardzo się cieszę i gratuluję z całego serca.
-  Dziękuję - odparła Mali, podchodząc do pieca. - Chodź, naleję ci wrzątku.
 
Po krótkiej chwili Mali podążyła w ślad za Tordhild. Już od samego rana planowała, że 

porozmawia z dziewczyną. Właściwie nic o niej nie wie, poza tym, że jest Cyganką. Może 
chociaż jedno z jej rodziców jest innego pochodzenia, pomyślała z nadzieją. Taka myśl 

background image

przemknęła jej nocą przez głowę. A nuż Cyganami byli jacyś jej dalecy kuzyni? Sprawa 
byłaby wówczas znacznie prostsza. Może sytuacja nie jest wcale tak beznadziejna. Dalekie 
pokrewieństwo łatwiej zaakceptować.

Tordhild podskoczyła, gdy Mali otworzyła drzwi. Dziewczyna spojrzała na nią z 

przerażeniem.

-  Spokojnie, przecież nie zrobię ci krzywdy - uśmiechnęła się ciepło Mali, zamykając za 

sobą drzwi.

W chłodnej o tej porze dnia pralni zapanował półmrok, ale Mali nie przeszkadzał brak 

światła. Wolała, żeby nikt z zewnątrz nie podsłuchał tej rozmowy. Usiadła na stołku, kierując 
wzrok na młodą dziewczynę. Tordhild podwinęła rękawy bluzki i założyła fartuch. Kilka 
kosmyków jej czarnych włosów wysunęło się z warkocza. Z rękoma w mydlanej pianie 
wyglądała jeszcze młodziej.

-  Chciałam po prostu trochę z tobą porozmawiać - wyznała Mali. - Jakoś dotąd nie 

nadarzyła się nam okazja.

-  Ale rozmawiałaś już z Sivertem? - niepewnie zapytała Tordhild.
-  Tak, ale zupełnie o czym innym - odpowiedziała wymijająco Mali, zastanawiając się w 

duchu, na ile szczegółowo Sivert zrelacjonował Tordhild tamtą rozmowę. - Przecież nawet 
nie wiem, kim jesteś - rzekła. - Kim są twoi rodzice. W ciągu ostatnich lat nieraz odwiedzali 
nas tu Cyganie, więc niewykluczone, że mamy nawet wspólnych znajomych - dodała, czując, 
że serce jej się zaciska.

-  Może i tak - przyznała Tordhild, nie podnosząc wzroku.
-  Co mówią twoi rodzice na to, że związałaś się z Sivertem? - zaciekawiła się Mali.
-  Nic nie mogą powiedzieć. Oboje nie żyją - odparła ze smutkiem Tordhild.
-  Bardzo mi przykro z tego powodu - powiedziała Mali. - Ale masz chyba jakichś 

bliskich?

-  Mam opiekunów - wyjaśniła Tordhild, wyciskając bluzkę. - Ale najbliżsi już odeszli. 

Ostatnią najbliższą mi osobą, która zmarła dwa lata temu, była moja ciotka. Moja mama 
zmarła niedługo po moim urodzeniu, więc jej nawet nie pamiętam. Odtąd opiekowała się mną 
siostra mojego ojca. Była dla mnie jak matka - dodała. - Kiedy odeszła, bardzo to przeżyłam.

-  Rozumiem - wtrąciła cicho Mali.
-  Nie znam wspanialszej kobiety niż Karoline - ciągnęła Tordhild.
Mali o mały włos nie spadła ze stołka. Karoline? Chyba nie mogło chodzić o tę samą 

Karoline, którą ona znała! Siostrę Jo. Serce zaczęło jej walić jak miotem. Nieświadomie 
poczuła, że kurczowo zaciska pięści, wpijając paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. Nie, 
przecież wiele kobiet nosi to imię! - pomyślała w panice.

-  A twój ojciec...
-  Po śmierci mamy stał się jakiś nieobecny - powiedziała Tordhild i odgarnęła opadające 

na czoło włosy. - W każdym razie tak mi opowiadano. W zasadzie niewiele pamiętam. Ojciec 
umieścił mnie na jakiś czas u siostry, Karoline. Odkąd trochę podrosłam, właściwie sama 
dawałam sobie jakoś radę. To mnie wzmocniło i uodporniło - dodała, mimowolnie prostując 
plecy. - Gdy ojciec zmarł, nie załamałam się.

-  Jak to się stało? - Mali zacisnęła dłonie tak mocno, aż pobielały jej kostki.
-  Słyszałam, że pewnego lata najął się do pracy w dużym dworze i wtedy... podobno spadł 

z wysokości. To był wypadek - dodała, spoglądając na Mali.

Mali oparła się o ścianę i chwyciła za głowę. Przed oczami ujrzała czarne punkciki i 

poczuła, że zbiera jej się na torsje. To nie może być prawda! To jakaś straszna pomyłka! 
Nieporozumienie!

-  Jak nazywał się twój ojciec? - spytała chrapliwie, ledwie dobywając z siebie głos.

background image

-  Zawsze wołano za nim Cygan Jo - rzekła Tordhild, wkładając do miski kolejną koszulę. 

- Miał dwoje rodzeństwa: siostrę Karoline i brata Torgrima. Wujka prawie wcale nie znałam. 
Był samotnikiem i zawsze wędrował z innym taborem.

-  Jo? Twój ojciec nazywał się Jo?
-  Tak, tak właśnie miał na imię - odparła w zadumie Tordhild, nie odwracając się. - Nie 

miałam z nim zbyt wiele kontaktu, bo ciągle gdzieś wyjeżdżał. Trzymałam się z ciocią 
Karoline, czasami przebywałam też u innych krewnych. Gdy skończył pracę w tamtym 
dużym dworze i wrócił do domu, bardzo schudł i zmarniał. Nawet ja pamiętam, że się wtedy 
bardzo zmienił. Wszyscy mówili, że pewnie jest poważnie chory. Ale z czasem mu to 
przeszło. Po wielu latach ożenił się i teraz mam troje przyrodniego rodzeństwa.

Dziewczyno, masz czworo, usłyszała własne myśli Mali. Nie było już żadnego ratunku, 

żadnej nadziei, że wszystko jest tylko koszmarnym nieporozumieniem. Sivert ma przyrodnią 
siostrę!

Jakby nie dość było, że przybył do domu z Cyganką u boku. Ale teraz? Mali jęknęła. 

Sivert nieświadomie dopuścił się karalnego czynu i to tylko dlatego, że ona nigdy nie 
przyznała mu się, czyim naprawdę jest synem. Teraz może nawet skończyć w więzieniu. 
Przecież współżył z przyrodnią siostrą, a to niedopuszczalne! Mali odniosła wrażenie, że 
grzech, który popełniła, uderzył w nią ze zdwojoną siłą.

-  Mali, źle się czujesz?
Tordhild wytarła dłonie o fartuch, podeszła do Mali i objęła ją ramieniem.
-  Jesteś strasznie blada.
-  Słabo mi jakoś - z trudem wyszeptała kobieta. - Chyba się położę.
-  Może odprowadzę cię do pokoju?
-  Nie, dziękuję. Pewnie coś zjadłam i zrobiło mi się niedobrze.
Mali, wychodząc z pralni, dostrzegła na sobie pełne niepokoju spojrzenie Tordhild. Z 

ledwością trzymała się na nogach. Przez chwilę musiała oprzeć się o framugę drzwi. Podążyła 
wzrokiem za dziewczyną, która teraz pochyliła się nad miską z praniem. Przyrodnia siostra 
Siverta! Świadomość tego faktu sprawiła, że Mali oblał lodowaty pot. Ogromnym wysiłkiem 
woli opanowała się, by nie upaść. Ze wszystkich koszmarów ten był najstraszniejszy. Tak 
okropny, że poczuła po prostu ochotę położyć się na ziemi w miejscu, gdzie stoi, i umrzeć. 
Takiego ciężaru przenigdy nie udźwignie!

Znów spojrzała na Tordhild. Boże, Boże przenajświętszy! Nie pozwól, żeby to była 

prawda! - cisnęło jej się przez gardło.

Wiedziała jednak, że to nic nie da. Bóg wcale nie ma zamiaru zrobić czegokolwiek, by jej 

pomóc. Teraz nadejdzie kara! Nie ma już żadnej ucieczki. Mali musi opowiedzieć prawdę 
obojgu: i Sivertowi, i Tordhild, zanim nie zdarzy się coś jeszcze gorszego.

 
Przez resztę dnia była kompletnie nieobecna i unikała jakiegokolwiek kontaktu z 

domownikami. Tłumaczyła, że bardzo źle się czuje i boli ją głowa, więc musi się położyć. 
Spięta, z zawrotami głowy, z trudem pokonywała schody, a gdy już znalazła się w swoim 
pokoju, opadła bez sił na łóżko. Leżała chyba wieczność, wpatrując się tępo w sufit, a oczy 
niemiłosiernie ją piekły. Zastanawiała się, co ma powiedzieć synowi i jego wybrance. A nad 
czym tu dumać, pomyślała jakiś czas potem. Popełniła ciężki grzech, kłamała i zdradzała 
swoich bliskich. Nigdy nie przeszło jej przez myśl, iż pociągnie to za sobą tak dramatyczne 
skutki. Co z Havardem? Zwinęła się w kłębek i jęknęła. Wcześniej czy później także mężowi 
będzie zmuszona wszystko wyjawić. Może zrozumie, że zdarzyła się rzecz straszna, ale ma 
prawo znać prawdę. Mali nie miała pojęcia, jak go przekonać, by z nią pozostał. Gdyby ją 
porzucił, dla wszystkich oznaczałoby to katastrofę.

Jej dłoń zacisnęła się kurczowo wokół krzyżyka, który nosiła na szyi. Przed laty dostała go 

od babci Johana.

background image

-  Boże, oszczędź mi tych cierpień, błagam! Nie zniosę już nic więcej - jęczała, zanosząc 

się głuchym płaczem.

Przez moment pomyślała, że pójdzie nad fiord. Skończy ze wszystkim raz na zawsze. Ale 

po krótkiej chwili odegnała tę myśl. Przecież sama napytała sobie biedy, mało tego: 
doprowadziła do nieszczęścia. Musi przyznać się do błędu i wyjawić całą prawdę, jest to 
winna chociażby Sivertowi i Tordhild, którzy przecież, niczego nieświadomi, sądzą, że mają 
prawo obdarzać się uczuciem i być ze sobą.

Nie miała siły zastanawiać się dłużej, co będzie potem.
 
Gdy usłyszała, że ktoś idzie na górę, uniosła się na łokciach. Żeby tylko nie zjawił się tu 

Havard, by sprawdzić, co się z nią dzieje. Wkrótce będzie musiała przeprowadzić z nim 
poważną rozmowę, ale jeszcze nie teraz. Najpierw czeka ją ciężka przeprawa z Sivertem i 
Tordhild.

Nie miała odwagi wyobrażać sobie, jak na jej wyznanie zareagują młodzi. Zabrakło jej 

siły. Mogła jedynie przypuszczać, że Sivert przenigdy jej nie wybaczy. Ten syn, którego 
bezgranicznie kochała i tak bardzo obawiała się utracić, opuści ją rozgoryczony i skrajnie 
załamany. Może nawet ją znienawidzi. Mimo że zawsze pragnęła, by był szczęśliwy, sprawi 
oto, że jego życie obróci się w ruinę.

Ostatni schodek zaskrzypiał i Mali posłyszała śmiech Siverta. On i Tordhild właśnie 

kierowali się do pokoju na piętrze.

-  Sivert - usłyszała ciepły, miękki glos Cyganki. - Zaczekaj, aż wejdziemy do sypialni!
Po kilkunastu sekundach ktoś zatrzasnął drzwi i nastała cisza.
Mali natychmiast się podniosła. Nawet nie obmyła twarzy wodą ani nie przygładziła 

włosów. Musi ich powstrzymać!

Nie zapukała do drzwi, tylko weszła bez pytania. Sivert i Tordhild leżeli na łóżku. 

Kruczoczarne włosy Tordhild rozsypały się po śnieżnobiałej poduszce. Sivert rozpinał guziki 
jej bluzki. Mali dostrzegła fragment złocistej skóry dziewczyny i beżową brodawkę jej piersi.

Słysząc, że ktoś wchodzi, Sivert natychmiast się odwrócił. Przerażona Tordhild czym 

prędzej poprawiła bluzkę.

-  Powinnaś chyba najpierw zapukać, mamo - zauważył cierpko Sivert.
Wyraźnie poczerwieniał.
-  Muszę z wami porozmawiać - rzekła szorstkim głosem Mali, ignorując uwagę syna. - 

Jest coś, o czym musicie wiedzieć.

Sivert przyciągnął Tordhild do siebie. W jego oczach zamigotały żółte iskierki.
-  W takim razie najpierw ja - odparł, gładząc czule policzek Tordhild. - My też mamy ci 

coś ważnego do powiedzenia. Nie ma nic ważniejszego ponad to, co chcę ci teraz oznajmić - 
dodał, uśmiechając się szeroko.

Mali, na miękkich nogach, oparła się o drzwi. Jej oczy przysłoniła mgła. Ci dwoje siedzieli 

na łóżku spleceni tak, jakby stanowili jedno ciało. Mali przymknęła powieki i dotknęła 
rozpalonej twarzy.

-  Mamo, mam wspaniałą nowinę! Tordhild spodziewa się dziecka!