background image

 

 

 

SAMANTHA DAY 

 

Nasza trójka 

 

(The three of us) 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Późnym  wieczorem  było  duszno  i  parno.  Wydawało  się,  że 

nadchodzi  burza.  Tysiące  gwiazd  rozjaśniało  nadal  jednak 

bezchmurne niebo.  

Deanna  Hamilton  bezskutecznie  próbowała  zatrzymać  senne 

marzenia.  Zdawały  się  ulatywać,  nieposłuszne  jej  woli.  Usiadła  z 

ciężkim westchnieniem. Wzrok jej padł na stojące na nocnym stoliku 

zdjęcie Ryana.  

Jego  rysy  rozmywały  się  w  mroku.  Strzępki  wspomnień  zaczęły 

powoli układać się w obrazy. Oto Ryan, pełen życia, zdrowy, radosny, 

pragnący jej i kochający ją...  

Podniosła  się  ociężale.  Oparła  się  o  futrynę  okna  i  patrzyła  na 

sąsiednią  posesję.  Przez  stojące  w  szeregu  drzewa  zamigotała  

powierzchnia basenu. Odbijały się w niej światła pobliskich latarni.  

Opanowała ją nagła chęć zanurzenia się w chłodnej wodzie. Czuła 

niemal,  jak  czysta  toń  pochłania  ją,  zamyka  się  nad  jej  rozgrzanym  

ciałem,  sprawia,  że  gorące  myśli,  dręcząca  tęsknota  oddalają  się. 

Spostrzegła, że myśli o czymś, co w zasadzie było zakazane.   

Woda jednak kusiła. Nikt przecież nie musi się o tym dowiedzieć. 

Jej  nowy  sąsiad  rzadko  bywa  w  domu,  a  od  kilku  dni  w  ogóle  nie 

dawał  znaku  życia.  Długo  nie  mogła  się  zdecydować.  Na  pewno  nie 

było  to  rozsądne.  No!  Dalej,  nie  bój się,  rozbrzmiewało  jej  w  głowie 

coraz głośniej.  

Nie była w stanie dłużej się opierać. W górnej szufladzie komody  

wyszperała  kostium  kąpielowy  i  po  cichu  wymknęła  się  z  domu.  Za 

background image

nią,  przez  szparę    w  drzwiach,  wyśliznęły  się  dwa  małe  kociaki  i 

natychmiast  zniknęły  wśród  krzewów  ogrodu.  Podeszła  szybko  do 

muru odgradzającego obie posesje i wspięła się na stojącą tam ławkę.  

Wyjrzała ostrożnie. Zgodnie z przypuszczeniami po tamtej stronie 

nie było nikogo. W oknach sąsiedniego domu nie paliło się światło.  

– W porządku. Spróbujemy –mruknęła do siebie i zdecydowanym 

ruchem podciągnęła się na rękach.  

Przerzuciła obie nogi na drugą stronę i usiadła na szczycie muru, 

uważnie nasłuchując i rozglądając się. Tu, na zewnątrz, było chłodno i 

przyjemnie.  Przez    chwilę  zastanawiała  się,  czy  nie  powinna  wrócić 

do  siebie  i  zadowolić  się  odświeżającym  prysznicem.  Skoro  jednak 

dotarła  aż  tutaj,  nie  było  sensu  wracać.  Migocąca  powierzchnia  

basenu stanowiła pokusę nie do odparcia.  

Wyciągnęła  stopę  tak  daleko,  jak  tylko  mogła,  by  dosięgnąć 

trawnika.  Lekko  zeskoczyła,  otrzepując  z  rąk  okruchy  cegły.  W 

sekundę później bezszelestnie zanurzyła się w krystalicznej toni.  

Przepłynęła parę metrów pod wodą. Wynurzyła się, by zaczerpnąć 

powietrza  i  obróciła  się  na  plecy.  Woda  była  chłodna  i  przynosiła 

oczekiwane  orzeźwienie.  Patrzyła  w  niebo,  myśląc  o  swoich  snach. 

Dzięki  nim  Ryan  był  znów  blisko  niej.  Choć  przez  chwilę... 

Westchnęła i zaczęła pływać znowu.  

Wróciły  wspomnienia  –  ostatni  weekend,  zanim  ich  świat  się 

zawalił,  wyprawa  na  narty  do  Quebec,  przytulne  schronisko.  Mogli 

zajmować się wyłącznie sobą, beztroscy i szczęśliwi.  

background image

Deanna dała nurka, chcąc obmyć cisnące się do oczu łzy. Płynęła 

pod  wodą  do  momentu,  aż  jej  płuca  nie  mogły  już  znieść  braku 

powietrza. Wynurzyła się, by je łapczywie zaczerpnąć.  

Podpłynęła  do  krawędzi  basenu  i  oparła  głowę  na  rękach.  Czuła 

się rześko. Wspomnienia odpłynęły. Tym razem na pewno z łatwością 

zapadnie w sen.  

Otarła  z  twarzy  krople  wody  i  spojrzała  w  górę.  Nad  nią  stał 

mężczyzna... Serce skoczyło jej do gardła. Odepchnęła się gwałtownie 

od brzegu, patrząc na niego przerażonymi oczami. Zrobił szybki krok 

do  przodu.  Ubrany  był  jedynie  w  białe  szorty,  a  jego  twarz 

pozbawiona była wyrazu.  

– Kim... kim pan jest?  

Głos  Deanny  drżał  nieco  i  brzmiał  nienaturalnie  głośno  w  ciszy 

wieczoru. Powoli starała się przesunąć w płytszy kraniec basenu.  

–  Wolałbym raczej wiedzieć kim pani jest i co, u licha, robi pani 

w  moim  basenie?! Proszę natychmiast wyjść!  

Obserwował, jak w panice gramoliła się z wody. Idąc w kierunku 

ogrodzenia, czuła w sobie lęk mieszający się z poniżającym uczuciem 

wstydu. Gdy szła, zostawiała za sobą na chodniku błyszczący, mokry 

ślad.  

–  Bardzo  przepraszam.  Więcej  już  tego  nie  zrobię  –  wyjąkała, 

oglądając się z wahaniem.  

Wyraz jego twarzy przekonał ją, że przeprosiny nie uspokoiły go. 

Nadal  stał  sztywno,  ze  zmarszczonymi  brwiami,  a  gdy  poruszył  się 

background image

nagle,  Deanna  poczuła  skurcz  w  żołądku.  Był  silny  i  wystarczająco 

wściekły, by ją zaatakować. Przyśpieszyła kroku.  

– Uciekaj, póki możesz. Zaraz zadzwonię po policję.  

Deanna nie potrzebowała dalszych ostrzeżeń. Strach dodał jej sił. 

Podciągnęła  się  na  rękach,  przełożyła  szybko  nogi  przez  mur  i 

zeskoczyła  na  swój  teren.  Pozbierawszy  się,  choć  od  skoku bolały  ją 

kolana  i  stopy,  pomknęła  do  tylnych  drzwi.  Jeszcze  zanim  je 

otworzyła, dobiegł ją złośliwy śmiech.  

Chodziła  teraz  po  kuchni  w  tę  i  z  powrotem,  przeklinając  się  w 

duchu za szalony pomysł. Czuła nie tylko  wstyd. Owszem, jej sąsiad 

miał  prawo  złościć  się,  jednak  jego  zachowanie  przekroczyło  pewne  

normy. Był prawie nieprzytomny z wściekłości, a w jego postawie, w 

tym śmiechu było coś przerażającego.  

Zwykle  po  czymś  takim  poszłaby  rano  przeprosić  za  incydent. 

Tym  razem  postanowiła  trzymać  się  jak  najdalej  od  tego  człowieka. 

Niezły sposób na rozpoczęcie znajomości, nie ma co, pomyślała.  Po 

chwili  wzruszyła  ramionami.  Najlepiej  było  chyba  zapomnieć  o  tej 

sprawie.  

Zbyt  była  wzburzona,  by  wrócić  do  łóżka.  Włożyła  krótki 

bawełniany szlafrok i usiadła przy stole. Przed nią piętrzyły się stosy 

zapisanych  kartek.  Kreśliła  coś  bezładnie  na  jednej  z  nich,  próbując  

przypomnieć sobie, co napisała poprzedniego dnia.   

Jej  myśli  jednak  mąciło  wyobrażenie,  jak  też  musiała  wyglądać,  

przyparta  dosłownie  do  muru,  cała  mokra,  w  kostiumie  kąpielowym, 

w świetle lamp ogrodowych, przeskakująca potem w pośpiechu mur.  

background image

Jego śmiech brzmiał ciągle  w jej uszach tak wyraźnie, jakby stał  

tuż za jej oknem. Na to wspomnienie skurczyła się w sobie.  

Z  wysiłkiem  skupiła  się  ponownie  nad  tym,  co  dotychczas 

napisała.  Upłynęło  nieco  czasu,  zanim  zdołała  przejść  ze  świata 

realnego  do  tego,  który  był  wytworem  jej  wyobraźni.  Zrobiła  kilka 

małych poprawek i po chwili zastanowienia zaczęła pisać.  

Po  jakimś  czasie  usłyszała  natarczywe  skrobanie  do  drzwi. 

Uniosła  głowę,  jakby  budząc  się  ze  snu.  Wstała,  przeciągając  się  i 

ziewając  otworzyła  drzwi.  Dwa  małe  kociaki  wpadły  z  impetem  do 

kuchni, kierując się natychmiast do swojej miski.  

– Cześć, zwierzaki – powiedziała i zamknęła drzwi.  

Z  szafki  wyjęła  pudełko  karmy  dla  kotów  i  dosypała  do  miski. 

Słysząc  odgłos  chrupania,  do  kuchni  wszedł  dostojnym  krokiem 

starszy  kot.  Zatrzymał  się  na  chwilę,  by  rzucić  spojrzenie  na  swą 

panią,  po  czym pomaszerował dalej.  

Uśmiechnęła się, widząc z jaką niechęcią patrzył na małe kociaki.  

–  Musisz  się  do  tego  przyzwyczaić,  Leo  –  mruknęła,  a  on 

próbował wepchnąć swoją szarą głowę pomiędzy dwie małe, czarne. – 

One będą z nami mieszkać.  

Kiedy  skończyły  jeść,  wypuściła  dużego  kocura  na  zewnątrz  i 

zgasiła światło. Weszła na górę do sypialni i natychmiast się położyła, 

walcząc  z  pokusą  spojrzenia  przez  okno  na  dom  sąsiada.  Chciała 

szybko zapomnieć o całej tej przygodzie.  

Następny dzień zaczął się o wiele za wcześnie. Obudził ją telefon  

z  ofertą  szczególnie  korzystnego  rabatu  na  czyszczenie  dywanów. 

background image

Odmówiła  na  tyle  grzecznie,  na  ile  pozwalała  jej  na  to  złość.  Nie 

znosiła tych telefonicznych domokrążców.  

Przytuliła  się  znów  do  poduszki,  próbując  przywołać  sen.  Po 

chwili  pomyślała  jednak,  że  właściwie  miło  byłoby  rozpocząć  dzień  

tak wcześnie. Miała trochę korekty do zrobienia. Gdyby udało się jej 

przebrnąć przez to teraz, wieczorem mogłaby pisać dalej.  

Wyjrzała  przez  okno  i  zobaczyła  piękne,  bezchmurne  niebo.  

Zanosiło  się  na  wspaniałą  pogodę.  Wzięła  prysznic  i  ubrała  się. 

Założyła spodnie khaki i czarną koszulkę. Spięła mokre włosy  spinką,  

mając  nadzieję,  że  poskromi  to  niesforne  loczki,  pojawiające  się  po 

wyschnięciu.  Nastawiła  kawę  i  zdjęła  pokrowiec  z  wiszącej  przy 

oknie klatki z  papugami.  

Dwa  ptaszki  natychmiast  zaczęły  świergotać  z  ożywieniem, 

drepcząc to w tę, to w drugą stronę po drewnianej poprzeczce.  

– Hej, wy tam! Dajcie spokój! Za wcześnie trochę na tyle hałasu.  

Nalała  sobie  kawy  i  zaczęła  przeglądać  to,  co  wczoraj  napisała. 

Do głowy przyszły nowe pomysły. Wzięła długopis i zaczęła pisać.  

Z  głębokiego  zamyślenia  wyrwało  ją  natarczywe  pukanie  do 

tylnych  drzwi.  Poderwała  się  od  stołu  zaskoczona,  wychlapując  przy 

okazji kawę z kubka prosto na rękopis.  

–  Psiakrew!  –  Rzuciła  na  stół  papierowy  ręcznik,  by  zapobiec 

zupełnej katastrofie.  

Pukanie  powtórzyło  się,  tym  razem  donośniej.  Deanna podbiegła 

do  drzwi.  Za  nimi  stał  wysoki,  przystojny  mężczyzna  –  okropnie... 

wściekły. Jego oczy, zwężone w szparki, aż błyszczały z irytacji.  

background image

O, mój Boże, pomyślała. To znowu sąsiad. Może w nieco bardziej 

kompletnym stroju, ale tak samo zły! O co chodzi tym razem?  

–  Za  tylnym  kołem  mojego  wozu  leży  szary  kot  –  wycedził,  aż 

nazbyt  wyraźnie.  –  Nie  wygląda  na to,  że  chce  się  stamtąd  ruszyć.  – 

Podniósł rękę i pokazał świeże, czerwone pręgi po kocich pazurach. – 

Czy to pani zwierzę?  

No  wspaniale!  Po  prostu  rewelacja!  –  pomyślała.  To  oczywiście 

Leo! Był stary i uparty. Czemu jednak upatrzył sobie tego człowieka 

za cel swoich fochów?  

– A więc? – sąsiad zmarszczył czoło niecierpliwie.  

– Uch, tak, sądzę, że to może być mój kot. Mogę go zobaczyć?  

– Owszem, i to szybko. Jestem już spóźniony i nie obchodzi mnie, 

czy przejadę tę bestię czy nie.  

Deanna spojrzała na niego zmrożona.  

– Pan chyba żartuje...  

Zaśmiał  się.  To  był  ten  sam  złośliwy  śmiech,  który  ścigał  ją 

uciekającą do domu zeszłej nocy.  

– Niech go pani zabiera i koniec! Muszę się przebrać. – Odwrócił 

się i szybkim krokiem odszedł w kierunku domu.  

Deanna,  klnąc  pod  nosem,  poszła  szukać  kota.  Zarozumialec 

siedział  oparty  o  tylne  koło  sportowego  samochodu.  Błyszcząca 

czystością    maska    była    cała  „ostemplowana”  zakurzonymi  kocimi 

łapami.  

Deanna przyklękła i pstryknęła palcami.  

background image

– No, Leo, chodź tu! Chodź, zanim zrobi z ciebie hamburgera! – 

Weszła pod samochód i wyciągnęła rękę, by go chwycić. Odsunął się.  

Zebrała  się  w  sobie  i  nagłym  wysunięciem  ramion  zdołała  go  złapać  

za    futro.  –  Mam  cię,  podły  dachowcu!  Chodźmy  stąd,  zanim  on 

wróci.  

– Za późno!  

Deanna aż mruknęła z wściekłości. Cała była czerwona z wysiłku  

i ze wstydu. Wyobraziła sobie, jak też musiała wyglądać, wczołgując  

się  pod  samochód,  z  siedzeniem  wystawionym  na  zewnątrz. 

Trzymając kota mocno w ramionach, spojrzała na niego.  

–  Nie  było  o  co  robić  tyle  hałasu.  Wystarczyło  włączyć  silnik. 

Przestraszyłby się i poszedł sobie.  

–  Gdy  zobaczyłem,  co  zrobił  z  moją  maską,  zastanawiałem  się, 

czy nie włączyć biegu i nieco go nie... spłaszczyć.  – Spojrzał szybko  

na  zegarek  i  potrząsnął  głową.  –  Jestem  już  spóźniony.  Następnym 

razem proszę trzymać to zwierzę z dala ode mnie.  

Przeszedł  obok  niej,  wsiadł  do  wozu,  włączył  silnik  i  szybko 

wyjechał na ulicę. Mam nadzieję, że  dostanie mandat za zbyt szybką 

jazdę, pomyślała  Deanna ze złością.  

Spojrzała na kota i wykrzywiła się do niego.  

–  Wielkie  dzięki,  Leo!  Wiesz,  nie  mogłam  się  wprost  doczekać,  

kiedy znów z nim porozmawiam!  

Wróciła do domu i postawiła kota na ziemi. Nalała sobie świeżej  

kawy i usiadła przy stole.  

background image

Jeszcze  parę  dni  temu  zamierzała  pójść  i  mu  się  przedstawić.  Z 

poprzednimi  sąsiadami  stosunki  układały  jej  się  bardzo  dobrze  i 

chciała  kontynuować  tę  tradycję.  Teraz  wydawało  się  jej  to 

niemożliwe.  Dwa  spotkania  –  dwa  zderzenia.  Miała  powyżej  uszu 

jego  arogancji  i zarozumialstwa.  

Kilka  dni  później  Deanna  znalazła  się  na  terenie  swego  sąsiada. 

Stary koszyk  wypełniony narzędziami wisiał jej na ramieniu. U stóp, 

na ziemi leżała mała drabinka i wiadro.  

Poprzedniego dnia otrzymała telefon. Jakaś kobieta szukała kogoś  

do wytapetowania pokoju. Dzwoniła do Deanny, bo zarekomendował 

ją  znajomy  jej  znajomej.  Deanna  chętnie  się  zgodziła.  Potrzebowała 

pieniędzy.  Wątpliwości  obudziły  się  w  niej  dopiero  wtedy,  gdy 

zapisała  adres.  To  była  jej  ulica,  a  numer  wskazywał  na  któryś  z 

pobliskich domów. Czyżby to TEN?  

A  więc  jednak!  Westchnęła  i przełożyła  koszyk  na drugie  famie. 

W  końcu  to  dla  niej  nie  pierwszyzna.  Wytapetowała  w  życiu  wiele 

mieszkań.  Znana  była  z  tego,  że  pracowała  szybko  i  fachowo.  Poza 

tym wiele osób wolało, by w ich domu pracowała kobieta.  

Właściwie  to  miała  ochotę  oddzwonić,  że  rezygnuje  ze  zlecenia,  

ale naprawdę każdy grosz się dla niej liczył. Poza tym był to przecież 

tylko biznes. Pozbierała swoje rzeczy i zadzwoniła do drzwi.  

Niemal  natychmiast  otworzyła  jej  kobieta  ze  śpiącym  dzieckiem 

na rękach.  

– O, dobrze, że pani już jest! Proszę wejść – uśmiechnęła się miło.  

background image

Deanna weszła do chłodnego, wyłożonego posadzką przedsionka. 

Hm,  a  więc  był  żonaty  i  miał  dziecko,  pomyślała.  To  trochę  dziwne, 

że nigdy przedtem nie widziała ich razem.  

Uśmiechnęła się tym swoim szerokim, przyjaznym uśmiechem.  

– Jestem Deanna Hamilton.  

–  A  ja  Sybil.  Proszę,  pokażę  pani,  który  pokój  Lee  chce 

wykończyć.  Przepraszam,  ale  nieco  się  śpieszę  –  dodała,  gdy  szły 

przez hol. – Muszę zawieźć Davy’ego do pediatry.  

Weszły  do  dużego,  jasnego  pomieszczenia.  Deanna  złożyła  na  

podłodze  swój  bagaż  i  rozejrzała  się.  Zwykłe,  proste  ściany 

pomalowane matową farbą. Łatwizna.  

–  To  pokój  Lee  –  powiedziała  Sybil.  Potarła  policzkiem  główkę 

dziecka.  –  Obiecałam  mu  pomóc  w  jego  urządzeniu,  ale  do  tej  pory 

nie mogłam znaleźć na to czasu. Pomyślałam więc, że chociaż pokażę 

mu  próbki  tapet,  żeby  coś  wybrał  i  zatrudnię  kogoś,  kto  je  ułoży. 

Tapeta  jest  tam,  pod  oknem.  –  Palcem  wskazała  piętrzący  się  stos 

rolek.  –  Strasznie  długo  to  trwało,  zanim  zrealizowali  zamówienie.  

Myślałam, że już nigdy to do nas nie dotrze. Dużo czasu zajmie pani 

praca?  

– Nie sądzę. Którą ścianę mam zrobić?  

– Tę za biurkiem i tę z oknami. Pomóc pani trochę z meblami?  

Stały  tam  tylko  dwa  kryte  czarną  skórą  fotele  i  stylowe  biurko  z 

komputerem.  

– Nie, dam sobie radę. Dziękuję.  

background image

– To dobrze – westchnęła Sybil. – Powiedziałam Lee, że zostanę,  

ale  muszę  już  iść  do  lekarza.  Dziś  Dave  dostaje  swoją  pierwszą 

szczepionkę – dodała, przytulając chłopca mocniej.  

–  Wiem,  że  to  głupie,  ale  nie  znoszę  tego.  Zwykle  mdleję  na 

widok  igły.  Nie  wiem,  co  zrobię,  jak  zobaczę,  że  wbijają  to  coś  w 

Davy’ego  –  skrzywiła  się.  –  Powiedziałam  Rickowi,  żeby  po  nas 

przyjechał  do przychodni.  Lee  miał  mu  o  tym  przypomnieć  w  pracy. 

Mam  nadzieję,  że  będzie  pamiętał.  Oni  tam  teraz  zupełnie  wariują, 

tyle mają roboty.  

Deanna zaczynała powoli rozumieć sytuację.  

– To znaczy, że to nie jest pani dom?  

Sybil wyglądała na zaskoczoną. Nagle wybuchnęła śmiechem.  

–  Ja z Lee? Nie! Dobry Boże, tylko nie to! Mój mąż i on pracują  

razem. Jesteśmy dobrymi znajomymi od czasu studiów. Ale teraz już  

muszę iść. Ma pani  wszystko,  co potrzebne?  

– Wszystko, oprócz wody.  

–  Kuchnia  jest  tam.  W  lodówce  są  zimne  napoje.  Och,  prawie  

zapomniałam!  W  razie  gdybym  się  spóźniła,  czek  dla  pani  leży  na  

biurku.  Mam  parę  rzeczy  do  załatwienia  w  mieście,  ale  powinnam 

zdążyć do popołudnia.  

– A właściciel?... To znaczy kiedy wraca z pracy?  

–  Znając  Lee  myślę,  że  dopiero  pod  wieczór.  U  niego  to  tylko 

praca,  praca  i  praca.  –  Sybil  zrobiła  cierpiętniczą  minę  i  pokręciła 

głową.  –  W  każdym  razie,  gdyby  musiała  pani  wyjść,  a  mnie  by 

background image

jeszcze nie było, proszę tylko zatrzasnąć dobrze drzwi za sobą, okay? 

Muszę lecieć. Pa!  

Deanna  westchnęła.  Oto  więc  stała  w  JEGO  domu.  Musiała  

wykonać robotę szybko i perfekcyjnie, zanim on wróci. W ten sposób 

może  nawet  się  nie  zorientuje,  że  to  ona  maczała  w  tym  palce.  Była 

przekonana, że jeśli odkryje kto był wykonawcą, z pewnością postara 

się znaleźć jakieś defekty.  

Zaczęła od rozłączenia komputera i przesunięcia biurka na środek 

pokoju.  Nie  wiedziała  zbyt  wiele  o  komputerach.  Miała  nadzieję,  że  

nie  skasowała  w  ten  sposób  czegoś  bezpowrotnie.  Przewód 

zawadzałby  jej  jednak  i  musiała  go  odłączyć.  Na  grubym,  ciemnym 

dywanie  rozłożyła  płachtę  foliową  i  poszła  do  kuchni  po  wiadro 

wody. Gdy już wszystko miała pod ręką, rozwinęła pierwszą rolkę.  

Kolor i wzór były szokujące. Małe, złociste rybki, wypuszczające 

pyszczkami  strumienie  bąbelków  pływały  pomiędzy  poziomymi, 

wijącymi    się    pasmami  ciemnopurpurowych  wodorostów.  Pasowało 

do tego tylko jedno słowo: szkaradne!  

– O, rany! To jest to? – powiedziała do siebie.  

Ten człowiek miał na pewno o wiele lepszy gust. Mogłoby to od  

biedy  pasować  do  łazienki,  ale  do  pracowni?!  Nie  ma  mowy!  Mimo  

sprzecznych  uczuć,  musiała  jednak  przyznać,  że  nie  pierwszy  raz  

miała tapetować pokój czymś tak okropnym. Każdy ma przecież inne 

upodobania i nie jej rzeczą było to kwestionować.  

Zwinęła  rolkę  i  sprawdziła  następną.  Wzór  był  identyczny.  

Wszystkie były jednakowe. Zajrzała do torby, w której je dostarczono 

background image

i  znalazła  kwit.  Numer  wzoru  zgadzał  się.  A  więc  to  nie  pomyłka. 

Wzruszyła ramionami i zabrała się do pracy.  

– Mam tylko nadzieję, że nie dostanę od tego choroby morskiej – 

mruknęła i przyłożyła pion do ściany.  

Praca  poszła  szybko.  Zawsze  tak  było  z  nudną  robotą.  Myślała 

wtedy o swoim pisaniu. Gdy tylko przychodziła jej do głowy ciekawa  

myśl, zapisywała ją zaraz w notesie,  który miała zawsze pod ręką.  

Miała  nadzieję,  że  nie  będzie  musiała  już  nigdy  podejmować 

żadnych  dorywczych  zajęć.  Kiedy  odeszła  z  pracy  w  firmie 

reklamowej,    myślała,  że  nareszcie  będzie  miała  mnóstwo  wolnego  

czasu na pisanie. Okazało się jednak, że w domu trzeba było dokonać  

paru większych napraw i to poważnie naruszyło jej oszczędności. Od  

tego  czasu  starała  się  wykorzystać  każdą  okazję  do  zarobienia 

pieniędzy.  

Wydanie  dwóch  książek  dla  dzieci  nie  wzbogaciło  jej  zbytnio.  

Pracowała  teraz  nad  trzecią  książką  z  tej  serii.  Miała  nadzieję,  że 

czytelnicy  pozostaną  jej  wierni.  Nowe  wydanie  w  Stanach  lub  w 

Europie było możliwe, ale trwało to zawsze tak długo... Przynajmniej  

jej  pierwsza  książka  nadal  sprzedawała  się  dobrze.  Czas  na  większe 

rzeczy dopiero nadchodził.  

Po przyklejeniu ostatniego paska Deanna odeszła parę kroków, by  

ocenić  jak    wypadło.  Potrząsnęła  głową  ze  złością.  Wyglądało  to  po 

prostu  okropnie!  W  całym  pokoju  roiło  się  od  małych,  paskudnych  

rybek!  Miała  nadzieję,  że  jej  sąsiad  rozchoruje  się  na    dobre  w  tym 

wnętrzu.  

background image

Sprzątnęła  szybko  i  jeszcze  raz  rzuciła  okiem  na  swoje  dzieło. 

Zauważyła, że róg tapety, tuż przy suficie, lekko odstaje. Wspięła się  

z powrotem na drabinkę i nożem, delikatnie doprowadziła to miejsce 

do porządku.  

– Co tu się, do licha, dzieje?!  

Zaskoczona  odwróciła  się  i  stopa  ześlizgnęła  się  jej  ze  szczebla.  

Wykonała  kilka  chaotycznych  ruchów  i  zdołała  złapać  równowagę. 

Mimo  to  z  dłoni  wyleciał  jej  nóż  i  uderzył  o  blat  biurka.  Na  jego 

lustrzanej powierzchni pozostało widoczne zadrapanie.  

Z  bijącym  sercem  Deanna  spojrzała  na  rozsierdzonego  sąsiada.  

Jego oczy najpierw rozszerzyły się ze zdumienia, a następnie zwęziły 

z wściekłości.  

– To pani? Co pani robi w moim domu?!  

– Tapetuję ściany – odpowiedziała zadziornie.  

– Sybil wspominała mi, że ktoś ma przyjść, ale... – rozglądał się z 

niesmakiem. – Co ona wymyśliła? Chodziła chyba od drzwi do drzwi 

szukając kogoś, kto zrobi to najgorzej jak się da. A może to pani sama 

zdecydowała się mi dokuczyć?  

Deanna zeszła z drabiny i stanęła tak, żeby rozdzielało ich biurko.  

–    Wyszło  mi  całkiem  nieźle  –  rzekła,  siląc  się  na  spokój.  –  Do  

licha, wygląda prawie idealnie!  

–  Idealnie?!  W  życiu  nie  widziałem  nic  bardziej  obrzydliwego!  

Skąd to się wzięło? Z wyprzedaży braków?  

Deanna uniosła podbródek i spojrzała na niego.  

background image

–  Nie  ja  wybieram  tapety.  Jeśli  się  panu  nie  podobają,  to  czemu 

pan je kupił?  

– Ja? Nie mam pojęcia kto to wybierał! Ja wybrałem zupełnie co  

innego!  Przecież  musiała  pani  chyba  zauważyć,  że  zaszła  jakaś 

pomyłka?  A  może  pani  specjalnie  dokonała  tu  małej  zamiany,  co?  – 

zapytał nagle, uważnie się jej przyglądając.  

–  Dość  tych  bredni.  Nie  jest  pan  wart  takiego  wysiłku  –  wzięła  

głęboki  oddech  i  powoli  wypuściła  powietrze.  –  Wczoraj  dostałam 

telefon  z  zapytaniem,  czy  nie  wytapetowałabym  pokoju.  Zgodziłam 

się. Potem stwierdziłam, że to ten dom, ale powiedziałam sobie: cóż z 

tego? Obiecałam, to zrobię.  

Przyszłam tu dziś rano, wpuściła mnie pana znajoma, Sybil. Dała 

mi  te  tapety  i  wyszła.  Przykleiłam  je,  bo  o  to  mnie  proszono  i  tyle. 

Jeśli sklep dostarczył panu nie to, co trzeba, to sprawa miedzy panem 

a nimi. Ja nie mam z tym nic wspólnego.  

– Owszem, ma pani. Pani to przykleiła i pani to zdejmie.  

– Nie ma mowy –  zaprotestowała hardo. – Niech pan dzwoni do  

sklepu, niech oni to zdejmą. To nie moja wina.  

Spojrzał raz jeszcze po ścianach.  

–  Musiała  pani  wiedzieć,  że  to  zła  tapeta.  Dlaczego  pani  to 

nakleiła?  

–  Skąd mogę wiedzieć, jaki pan ma gust? Powtarzam jeszcze raz:  

proszono mnie o położenie tej tapety i to zrobiłam. Wykonałam pracę, 

do której mnie wynajęto. To wszystko.  

Jego wzrok padł na fatalną rysę na biurku.  

background image

– Przypuszczam, że mój zniszczony stół to też nie pani wina?  

–  Przykro  mi  z  tego  powodu,  ale  pana  wejście  z  tymi  

impertynencjami  tak  mnie  przeraziło.  Ma  pan  szczęście,  że  nie 

spadłam z drabiny i nie rozbiłam sobie głowy.  

–  To  by  już  zupełnie  wykończyło  ten  mebel  –  wymamrotał  pod 

nosem. – Szybko się pani uwinęła z tym czekiem, który tu zostawiłem 

– dodał zaraz.  

Deanna poklepała się po tylnej kieszeni spodni.  

– Praca wykonana, czek jest mój.  

Wiedziała jednak, że gdyby  zaczął się kłócić i nalegać, oddałaby 

go bez wahania. Sprawa nie była warta wojny.  

Sąsiad patrzył ciągle na ściany z wyrazem rozpaczy na twarzy.  

– Nie, to nie może tak zostać. Nie będę mógł nic zrobić w takim 

pomieszczeniu. Coś pani powiem. Może pani zatrzymać całą zapłatę, 

jeśli zdejmie to pani z powrotem. Najlepiej od razu.  

Deanna  wahała  się.  Tak  naprawdę  nie  była  mu  nic  winna.  Mało 

tego,  to  on  winien  był  jej  lunch  i  jakiś  napój.  Pomyślała  jednak,  że 

dzięki  jej  ustępstwu  ta  idiotyczna  sytuacja  między  nimi  stałaby  się 

może nieco mniej napięta.  

–    W  porządku  –  powiedziała,  odgarniając  włosy  z  czoła.  –  Ale  

bez mycia ścian. To zostawię panu.  

Spojrzał na nią z cieniem rozbawienia w oczach.  

– Dużo czasu to pani zajmie?  

–  Nie więcej niż przyklejanie. Jeśli zostawi mnie pan teraz samą,  

będę mogła od razu zacząć.  

background image

– Może lepiej zostanę i dopilnuję, żeby tym razem wszystko było 

tak jak trzeba?  

–  Z  mojej  strony  wszystko  było  w  porządku.  Wolałabym  jednak 

pracować  bez  widowni.  Krytycznej  widowni  –  dodała  i  kciukiem 

wskazała drzwi. – Jeśli pan pozwoli...  

Na jego twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu.  

– Jestem w kuchni, jeśli będzie pani czegoś potrzebować.  

Nagle poczuła gwałtowną potrzebę, by zobaczyć, jak ten uśmiech 

wygląda w pełni.  

–  Nie  będę  niczego  potrzebować  –  powiedziała,  a  gdy  wyszedł, 

zastanawiała  się,  ileż  ta,  tak  bardzo  przystojna  przecież  twarz 

zyskałaby, gdyby nie była tak pochmurna.  

Złapała  za  róg  pierwszego  pasa  tapety  i  wzdychając,  powoli  

odciągnęła go od ściany. Cała robota na marne. No, ale przynajmniej 

miała ten czek. Mogło być gorzej.  

 

Budzik  zadzwonił  o  wiele  za  wcześnie.  Wyłączyła  go  i  mrucząc 

pod  nosem  zwlokła  się  z  łóżka.  Miała  nadzieję,  że  dane  jej  będzie 

pozostać dziś w domu i cały dzień pisać. Zatrzymała się na chwilę, by 

pogłaskać zwinięte w nogach łóżka kociaki.  

– No, Alfie! I ty też, Imp. Zabierajcie się stąd. Jak mogę pościelić,  

skoro się tu wylegujecie?  

Koty  wstały,  przeciągając  się  i  ziewając.  Na  dzień  dobry  jeden  

polizał  drugiego  w  pyszczek.  Po  tej  krótkiej  ceremonii  umościły  się 

znowu i natychmiast usnęły.  

background image

– Tacy to pożyją – westchnęła, idąc do kuchni.  

Na  dole  stary  kocur,  usłyszawszy  budzik,  jak  co  rano  czekał  z  

nosem przy drzwiach. Wypuściła go na zewnątrz, na jaskrawe poranne 

słońce.  

– Tylko zostaw ptaki w spokoju, Leo! – krzyknęła za nim.  

Rozsunęła  zasłony  nad  zlewem,  a  później  zdjęła  pokrowiec  z 

klatki  z  papugami.  Ptaszki  powitały  ją  rozgorączkowanym 

poskrzekiwaniem.  

–  Może  by  tak  trochę  ciszej?  –  mruknęła,  przeczesując  palcami 

włosy.  

Godzinę  później  wyszła  z  domu.  Był  piękny  poranek,  powietrze  

świeże,  niebo  ciemnobłękitne,  nie  zmatowione  jaszcze  spalinami  i  

upałem. Z odległości kilku przecznic dochodził tu szum samochodów  

wjeżdżających na most na Osborne Street w drodze do śródmieścia.  

Rzuciła szybkie spojrzenie na dom sąsiada. Wspaniale utrzymany 

teren był na szczęście pusty. Ani śladu człowieka. Miała nadzieję, że  

nie pojawi się do końca dnia. Nie potrzebowała kolejnej konfrontacji.  

„Special Moments” była kwiaciarnią w dzielnicy Osborne Village  

w  Winnipeg.  Ładne,  ekskluzywne  sklepiki  i  restauracje  stały  po  obu 

stronach ulicy, aż do samego mostu nad rzeką Assiniboine.  

W  tej  dzielnicy  mieszkali  różni  ludzie.  Skromne  bloki  stały  na 

przemian  z  pięknymi  willami.  Sporo  było  starych,  dużych  domów.  

Niektóre pięknie odnowione, inne z kolei podzielone na szereg pokoi 

do  wynajęcia  dla  studentów  i  uboższych  rodzin.  W  odróżnieniu  od 

przedmieść, te ulice pełne były życia przez całą dobę.  

background image

Deanna  weszła  do  sklepu  przesiąkniętego  zapachem  kwiatów. 

Przesunęła  wzrokiem  po  roślinach.  Tak,  to  naprawdę  było  miłe 

miejsce pracy.  

– Pat, to ja! – zawołała, idąc w kierunku zaplecza.  

Pat Hahn  wystawiła  głowę  z magazynka.  

– Dzień dobry, Deanna! Piękny dzień, co?  

– Wspaniały! Będzie dziś sporo roboty, prawda?  

–    Myślę,  że  tak  –  odrzekła  Pat  z  satysfakcją.  –  Kwiaty  na  ślub  

państwa  Symcko  już przyszły. Jak tylko je posortuję, zacznę układać. 

W  tym  czasie  chciałabym,  żebyś  zajęła  się  klientami.  Czy  mogłabyś  

też  wystawić  przed  sklep  nasz  bukiet  reklamowy?  To  przyciąga 

klientów. Sporo sprzedałyśmy ich wczoraj. Potem przyjdź tutaj. Kawa  

jest gotowa i przyniosłam trochę tych duńskich ciasteczek z piekarni. 

Są jeszcze ciepłe. – Schowała się z powrotem na zaplecze.  

Deanna uśmiechnęła się. Odłożyła torebkę i wzięła w ręce bukiet.  

Pat  była  osobą  po  czterdziestce,  tęgawą  i  nieco  już  siwiejącą.  Miała 

wesołe, choć nieco wścibskie usposobienie. Miło było z nią pracować, 

była dobrą przyjaciółką.  

Deanna  otworzyła  nogą  drzwi  i  ustawiła  bukiet  tak,  by  nie 

tamował  ruchu,  ale  by  każdy,  kto  przechodził,  mógł  go  zobaczyć.  

Zadowolona  wróciła  do  środka.  Nalała  sobie  kubek  gorącej  kawy  i 

przysiadła na brzegu długiego stołu. Wzięła podane jej ciastko.  

– Mmm – mruknęła z rozkoszą. – Fantastyczne! Dzięki, Pat.  

Pat zjadła właśnie ostatnie okruchy pierwszego ciastka i sięgnęła 

po następne.  

background image

–    Wiem,  nie  powinnam  –  powiedziała  z  westchnieniem.  –  Nie 

mam jednak za grosz charakteru. Ty z kolei mogłabyś zjeść ich tuzin i 

nie utyjesz ani grama!  

– Może bym i nie utyła, ale na pewno zrobiłoby mi się niedobrze. 

–  Deanna  wzięła  do  ust  ostatni  kęs  i  zlizała  z  palców  lukier.  –  Nie  

miałabym nic przeciwko przybraniu trochę na wadze – dodała.  

–  Może  i  tak,  ale  wyglądasz  świetnie  właśnie  tak!  Wysoka  i 

wiotka.  

– Wysoka i chuda! – zaprzeczyła z przekąsem. Miała prawie metr 

osiemdziesiąt  i  mimo  swego  apetytu  nie  mogła  w  żaden  sposób 

przybrać na wadze.  

– O, nie! Ty masz styl! Wyglądasz doskonale.  

– Dziękuję – mruknęła nieco onieśmielona komplementami.  

Tylko jeden człowiek sprawiał, że była piękna. Nie było go już w 

jej życiu. Pozostał tylko w mglistych wspomnieniach.  

– Ale rzeczywiście, wyglądasz na nieco zmęczoną. – Pat połykała  

kolejne ciastko. – Pisałaś wczoraj w nocy, co?  

Deanna pokiwała głową.  

–  Tak,  nie  mogłam  usnąć.  Nadziałam  się  znowu  na  mojego 

ulubionego sąsiada.  

– Co takiego zrobiłaś tym razem?  

–  Nic  nie  zrobiłam.  No,  w  każdym  razie  nie  celowo.  Gdybyś  go  

jednak posłuchała, mogłabyś sądzić, że byłam wmieszana w poważne 

przestępstwo kryminalne.  

– A więc o co poszło?  

background image

–  Żona  jednego  z  jego  współpracowników  najęła  mnie  do 

wytapetowania pokoju w jego domu. Dostała mój telefon od Cynthii. 

Tapetowałam pokój jej dziecka, pamiętasz?  

Pat skinęła głową twierdząco.  

– No i?  

–  Zrobiłam,  co  miałam  zrobić,  ale,  jak każe  moje  psie  szczęście, 

sklep  dostarczył  mu  zły  wzór.  Oczywiście,  był  to  najokropniejszy 

wzór,  jaki  kiedykolwiek  widziałam,  wliczając  w  to  ten  w  wielkie 

dynie, jaki kiedyś kładłam komuś w kuchni, pamiętasz?  

–  Och, to było straszne! – Pat pamiętała próbkę, którą Deanna jej  

pokazywała. – I mówisz, że to było jeszcze brzydsze?  

Deanna pokiwała głową.  

–  O  tak!  Małe,  obrzydliwe  rybki  z  bąbelkami  pływające  między  

purpurowymi  wodorostami!  W  każdym  razie,  właśnie  skończyłam 

kleić, gdy on wrócił.  

– I co?  

–  Właściwie  to  dostał  kręćka!  I,  oczywiście,  oskarżył  mnie  o 

celowe  położenie  złej  tapety.  Nie  rozumiem  tego  człowieka,  Pat!  – 

pokręciła  głową.  –  Jednego  uśmiechu,  jednego  miłego  słowa!  Co  za 

facet!  

– Zapłacił ci chociaż?  

–  Czek  miałam już  w  kieszeni.  Uspokoił  się  w  końcu  na tyle,  że 

zgodził  się,  żebym  go  zatrzymała,  jeśli  ściągnę  to  paskudztwo  ze 

ściany.  

– Zrobiłaś to?  

background image

–  Mhm.  I  zostawiłam  ściany  całe  pokryte  tą  kleistą  mazią  –  

skrzywiła się. – Mam nadzieję, że zeskrobanie tego zajęło mu całą noc 

–  westchnęła.  –  Musi  być  chyba  jakiś  lepszy  sposób  na  zarabianie 

pieniędzy.  

– Jest! – Pat uśmiechnęła się na dźwięk dzwonka u drzwi. – Idź i 

sprzedaj wreszcie trochę kwiatów.  

– Tak jest, szefie! – zasalutowała Deanna.  

Wstała z miejsca i wyszła powitać pierwszego klienta.  

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Minęły  prawie  dwa  tygodnie,  od  kiedy  Deanna  ostatni  raz 

widziała swego sąsiada. Przypuszczała, że znów wyjechał służbowo i 

ani trochę jej to nie przeszkadzało.  

Pewnego  dnia  wracała  późnym  popołudniem  z  kwiaciarni.  Było  

ciepło. Powietrze, zwykle klarowne i świeże, tego dnia było zamglone  

spalinami,  a hałas  uliczny  bardzo  męczący.  Przeszła  na  drugą  stronę, 

gdzie w cieniu drzew lżej się oddychało.  

Kilka  kroków  przed  nią  szła  mała  dziewczynka  z  rękami 

wsuniętymi  głęboko  w  kieszenie  krótkich  spodenek.  Kopała  przed 

sobą  jakiś  drobny  kamyk.  Widać  było,  że  się  nudziła.  W  pewnej 

chwili spojrzała przez ramię wyczuwając, że ktoś  za nią idzie. Zaraz 

też skręciła w ulicę, przy której mieszkała Deanna.  

Myśli  Deanny  krążyły  wokół  kolejnej  sceny  powieści.  Palce 

wprost swędziały ją do pisania. Niecierpliwie przyśpieszyła kroku.  

background image

Przechodząc  obok  sąsiedniej posesji,  zauważyła,  że  dziewczynka 

siedzi teraz na stopniach przed domem sąsiada i w skupieniu delektuje 

się  lizakiem.  Gdy  Deanna  przechodziła,  rzuciła  jej  przelotne 

spojrzenie.  

Deannie  wydało  się  dość  dziwne,  że  dziewczynka  wybrała 

właśnie ten  dom na miejsce odpoczynku. Zatrzymała się na moment, 

by  coś  powiedzieć,  gdy  przyszło  jej  do  głowy,  że  tak  naprawdę  to  ta 

mała  nic  złego  nie  robi.  Po  prostu...  siedzi  sobie.  Zmęczyła  się 

spacerem, więc przysiadła tam, gdzie znalazła wygodne miejsce.  

Weszła  wreszcie  na  swoją  działkę.  Chwilę  grzebała  w  torbie  w 

poszukiwaniu kluczy. W domu panował miły chłód. Zrzuciła sandały  

i  poszła  wprost  do  kuchni,  by  szybko  zapisać  scenę,  którą  przed 

chwilą obmyśliła.  

Po  jakimś  czasie  przypomniała  sobie  o  dziewczynce.  Odłożyła  

długopis  i  wyszła  na  zewnątrz.  Tak  jak  się  spodziewała,  nie  było  jej 

tam.  Gdy  jednak  podeszła  do  muru  oddzielającego  obie  działki,  by 

wyrwać  kilka  chwastów  rosnących  wśród  kwiatów  pod  ścianą,  z  

drugiej strony doszedł ją stłumiony plusk. Później jeszcze jeden i coś,  

co przypominało pomruki zadowolenia.  

Może  to  on,  pomyślała,  a  może...  może  to  była  ta  dziewczynka! 

Pamiętając o swojej przykrej przygodzie, Deanna postanowiła ostrzec 

dziecko  i  –  jeśli  będzie  trzeba  –  przegonić  je  stamtąd.  Ostrożnie 

wspięła się na ławkę.  

Dziewczynka  chodziła  wokół  basenu  i  siatką na kiju  wybierała  z  

wody liście i drobne patyczki. Nuciła sobie przy tym pod nosem.  

background image

Deanna podciągnęła się wyżej na rękach. Dziecko nie powinno w  

żadnym  razie  przebywać  na  obcym  terenie  i  do  tego  bawić  się  tak 

blisko  dość  głębokiej  wody.  Przerzuciła  nogi  na  drugą  stronę  i  –  tak  

jak owej pamiętnej nocy – zeskoczyła na drugą stronę.  

Dziewczynka nawet jej nie usłyszała.  

– Hej, ty, mała!  

Dziewczynka omal nie straciła równowagi. Zaskoczona spojrzała  

na Deannę. Nie miała więcej niż osiem, dziewięć lat. W jej okrągłych,  

niebieskich oczach dało się dostrzec cień zadziorności i uporu.  

– Nie powinnaś tutaj spacerować, wiesz?  

– Dlaczego?  

– To nie jest twój dom. A poza tym, to niebezpieczne bawić się w 

pobliżu basenu, gdy wokół nie ma nikogo.  

Dziewczynka  zacisnęła  usta  i  odrzuciła  opadające  jej  na  oczy 

kosmyki włosów.  

–  Ja  tu  mieszkam  –  powiedziała.  –  A  poza  tym  umiem  nieźle 

pływać...  

– Być może, ale mimo to nie powinnaś tu być.  

– Powiedziałam, że tu mieszkam.  

Deanna założyła ręce i spojrzała na nią z góry.  

– Ależ nie, nie mieszkasz tu.  

– Owszem, mieszkam!  

Deanna  omal  się  nie  uśmiechnęła  na  widok  jej  determinacji. 

Spróbowała z innej beczki.  

– Jak ci na imię?  

background image

– Mickey – skrzywiła się mała.  

– A jak dalej?  

– Wescott – parsknęła zniecierpliwiona.  

–  W  porządku,  Mickey  Wescott,  a  teraz:  gdzie  mieszkasz 

naprawdę?  

– Przecież mówiłam!  

–  W  porządku.  A  może  mogłabym  skontaktować  się  z  twoimi 

rodzicami?  

Zamrugała oczami.  

– Nie mam rodziców.  

W jej głosie było coś, co kazało Deannie uwierzyć.  

– A kto się tobą opiekuje? – zapytała nieco łagodniej.  

– Mój wujek, ale teraz jest w pracy.  

– A jak twój wujek ma na imię?  

– Lee.  

– A na nazwisko?  

– Hm... Stratton.  

Lee  Stratton.  To  nazwisko  widniało  na  czeku,  który  wręczył  jej  

sąsiad. A więc dziewczynka mówiła prawdę. Deanna spojrzała na nią 

z sympatią.  

– Niedawno się tu wprowadziłaś?  

– Mhm. Wczoraj.  

– A kto ma się tobą opiekować, gdy twój wujek jest w pracy?  

Nie  zostawiłby  chyba  jej  samej...  Była  o  wiele  za  mała,  by 

pozostawać tak długo bez opieki. Mickey skrzywiła się.  

background image

– Kyra była ze mną, ale przyszedł jej chłopak i mu się tu znudziło. 

Powiedział,  żeby  z  nim  poszła  na  jakąś  wystawę...  –  rzuciła  na 

Deannę niepewne spojrzenie.  

–  Na  Red  River  Exhibition.  To  taki  wielki  targ  organizowany 

zwykle  w  Winnipeg  o  tej  porze  roku.  Założę  się,  że  ta  Kyra  nie  jest 

dorosła, co?  

–  Jest  starsza  ode  mnie,  ale  ja  sama  nigdy  nie  zostawiłabym  

kogoś takiego jak ja bez opieki. Ma chyba niezłego fioła!  

–  Na  to  mi  wygląda  –  zgodziła  się  Deanna,  nie  próbując  już 

ukrywać rozbawienia. – A ile masz lat?  

–  Dziewięć.  A  raczej  prawie  dziewięć  –  poprawiła  się.  –  Mam 

urodziny w sierpniu.  

– Może powinnaś zadzwonić do wujka i powiedzieć mu, że Kyra 

sobie poszła?  

–    Mhm,  ale  kiedy  wyszłam  na  dwór,  drzwi  się  zatrzasnęły  i  nie  

mogę teraz wejść do środka.  

– W takim razie możemy zadzwonić z mojego domu.  

–  Nie  znam  numeru.  Leży  przy  telefonie,  ale  jeszcze  się  go  nie 

nauczyłam na pamięć.  

– A może pamiętasz nazwę firmy, w której pracuje twój wujek?  

– Nie.  

– A znasz kogoś innego, z kim mogłybyśmy porozmawiać?  

–  Nie  –  powiedziała  powoli.  –  Mieszkałam  u  znajomych  wujka. 

Później, gdy on wrócił, przywiózł mnie tutaj razem z moimi rzeczami.  

– Jak oni się nazywają?  

background image

–  Rick i Sybil. Mają teraz małe dziecko i pieska. Sybil pozwoliła  

mi pomagać przy dzidziusiu. Fajnie było.  

– Pamiętasz, jak mają na nazwisko?  

Mickey  usiadła  na  jednym  z  ogrodowych  foteli  stojących  w 

pobliżu.  Zmarszczyła  brwi  i  myślała  z  widocznym  wysiłkiem, 

opierając głowę na rękach.  

– Nie – powiedziała po chwili.  

– A wiesz gdzie mieszkają?  

– Gdzieś za miastem. Niedaleko, ale nie wiem, jak tam dojechać – 

wzruszyła ramionami. – Przykro mi.  

–  Nic się nie martw. – Deanna usiadła przy niej i lekko dotknęła  

jej  ramienia.  –  Poczekamy,  aż  wróci  twój  wujek.  To  na  pewno  nie 

potrwa długo.  

Mickey spojrzała na nią z ukosa.  

– Jestem trochę głodna... – powiedziała cicho.  

–  Wiesz,  właściwie  to  ja  też.  Chodźmy  do  mnie.  Zrobimy  sobie 

coś na kolację.  

Mickey rzuciła jej czujne spojrzenie.  

– W porządku. Masz dzieci? – zapytała wstając.  

– Nie, ale mam trzy koty i dwie papużki.  

– Super! Chodź, chcę je zobaczyć!  

Deanna uśmiechając się poszła za podskakującą z radości Mickey. 

Wiedziała, że postępuje właściwie. Nie mogłaby świadomie zostawić  

tego  dziecka  samego.  Jedyne,  co  mogła  teraz  zrobić,  to  zabrać  ją  do  

siebie.  

background image

Nawet,  jeśli  miałoby  to  oznaczać  ponowną  konfrontację  z 

sąsiadem.  Raczej  niemiła  perspektywa,  lecz  tym  razem wina była 

po jego stronie. I to bez cienia wątpliwości!  

Mickey weszła do domu za Deanną i zaciekawiona rozejrzała się 

wokół.  Oczy  jej  zalśniły  na  widok  dwóch  kotków,  które  weszły  do 

pokoju z podniesionymi ogonami.  

– Wyglądają jak bliźniaki.  

–  To  braciszkowie  –  Deanna  uśmiechnęła  się  na  widok  Mickey, 

która  już  klęczała  bawiąc  się  z  kociakami.  –  To  Alfie,  a  tamten 

nazywa  się  Imp.  Leo  na  pewno  czeka  przy  tylnych  drzwiach,  aż  go 

ktoś wpuści. Chodź, otworzymy mu.  

Gdy  przechodziły  przez  kuchnię,  w  klatce  odezwały  się  papugi.  

Mickey podbiegła i zajrzała do nich.  

– One też mają jakieś imiona?  

– Jasne. Whirlybird i Tinkerbell.  

Dziewczynka zachichotała.  

– Ale fajnie! Czemu masz tyle zwierzaków?  

–  Leo i papużki należały kiedyś do mojej cioci. To jest jej dom.  

W  zeszłym  roku  przeniosła  się  do  Victorii  i  zostawiła  je  tutaj.  A  te 

dwa małe kociaki znalazłam w zimie. Ktoś porzucił je na ulicy.  

Uchyliła drzwi i wpuściła starego kota. Położone po sobie uszy i 

powoli  poruszający  się  koniec  ogona  wskazywały,  że  Leo  nie  był  w 

najlepszym humorze. Deanna roześmiała się.  

background image

–  Jest  wściekły,  bo  siedział  cały  dzień  na  zewnątrz.  Ale  gdybym  

go  wpuściła,  byłby  nieszczęśliwy,  że  nie  jest  na  dworze.  On  chyba 

myśli, że zatrudnię odźwiernego specjalnie dla niego.  

–  Co  on  robi?  –  Mickey  patrzyła  zafrapowana,  jak  Leo  wchodzi 

na kredens i zamiera w bezruchu z nosem przy drzwiczkach.  

–  W  środku  jest  jego  jedzenie.  W  ten  sposób  mówi  mi,  żebym 

dała mu jeść. Jeśli chcesz, możesz wziąć jego miseczkę i nasypać mu 

trochę.  

–  Świetnie.  Pewnie,  że  chcę.  Sprytny  kot!  –  Wyjęła  z  szafki  

pudełko i nasypała do miseczki nieco kociej karmy. – Tyle wystarczy? 

– spojrzała na Deannę.  

– Jeszcze troszeczkę. O, tyle.  

Śmiejąc  się  obserwowały,  z  jakim  pośpiechem  małe  kociaki 

przybiegły do miski.  

–  Patrz,  jak  fajnie!  Wielka,  szara  głowa  pośrodku,  a dwie  czarne 

po bokach! – zauważyła Mickey. Odłożyła pudełko z kocim jadłem i 

uklękła przy kotkach, głaszcząc je delikatnie. – Zawsze chciałam mieć 

kotka, ale tam, gdzie mieszkaliśmy, nie mogliśmy trzymać zwierząt w 

domu.  

– A gdzie mieszkałaś?  

–  W  Edmonton,  a  przedtem  w  Calgary.  Mieszkaliśmy  też  w 

Saskatoon przez jakiś czas, ale nie pamiętam tego zbyt dobrze.  

–  To  ładne  miasta.  –  Deanna  chciałaby  dowiedzieć  się  czegoś 

więcej,  ale  czuła,  że  nie  powinna  męczyć  małej  pytaniami.  – 

Myślałam o spaghetti na kolację, co ty na to?  

background image

–  Wspaniale!  Bardzo  lubię  spaghetti.  Z  chlebem  czosnkowym.  

Mogę go zrobić, jeśli chcesz.  

– Ale przyrzeknij, że dasz dużo czosnku.  

– Jasne!  

– W takim razie możesz to zrobić. Jazda, umyjemy ręce i możemy 

zaczynać. Umieram z głodu.  

Mickey w skupieniu nawinęła spaghetti na widelec. Zanim jednak 

kłębek makaronu trafił do jej ust, spojrzała poważnie na Deannę.  

– Przecież ja nawet nie wiem, jak ci na imię.  

–  Przepraszam,  Mickey,  nazywam  się  Deanna  Hamilton. 

Oczywiście, możesz mówić mi Deanna.  

Mickey  kiwnęła  głową  i  podniosła  odłożony  przed  chwilą 

widelec.  

– Okay – nabrała pełne usta spaghetti. – Mhm! Pyszne! Świetnie 

gotujesz! 

– Dziękuję. Twoje grzanki z czosnkiem też są wspaniałe. Umiesz 

jeszcze coś robić?  

Mickey wzruszyła ramionami.  

–  Mnóstwo  rzeczy.  Zawsze  robiłam  kolację,  gdy  mama  była  w 

pracy.  

– Założę się, że jej się to podobało.  

–  O  tak,  owszem...  –  powiedziała  cicho.  Przez  chwilę  siedziała 

zamyślona  z  oczami  utkwionymi  w  jakimś  nieokreślonym  punkcie. 

Nagle odłożyła  widelec i  wstała. – Nie zjem już  więcej. Mogę  wyjść 

na dwór?  

background image

– Oczywiście! W ogrodzie na jabłoni wisi huśtawka, a jak dobrze 

poszukasz, to w tych krzakach przy ścianie znajdziesz małe gniazdko  

gila.  Czasami  wychylają  się  z  niego  małe.  Trzeba  tylko  być  bardzo 

cicho i cierpliwie czekać.  

–  Dobrze.  Dziękuję  bardzo  za  kolację  –  powiedziała  Mickey 

grzecznie, wsuwając swoje krzesło pod stół.  

– Proszę bardzo – odpowiedziała Deanna.   

Odprowadziła wzrokiem małą do drzwi i poczekała, aż je za sobą  

zamknie.  Wtedy  odsunęła  od  siebie  talerz  z  jedzeniem.  Biedny 

dzieciak, pomyślała. Ciekawe, jak to się stało, że znalazła się w takiej 

sytuacji?  

Gdy  posprzątała  stół  po  posiłku  i  ustawiła  brudne  naczynia  w  

zmywarce, uświadomiła sobie nagle, że przecież jej sąsiad nie będzie  

wiedział, co stało się z jego siostrzenicą. Napisała szybko wiadomość 

na kartce i poszła przykleić ją do drzwi. Tego jeszcze brakowało, żeby 

oskarżył ją o kidnaperstwo czy inną podobną bzdurę.  

Wróciła  do  kuchni  i  wyjęła  z  szafki  dwie  miseczki.  Nałożyła  do  

każdej porcję lodów czekoladowych i wyniosła je na zewnątrz. Jak na  

miejskie  standardy  miała  przed  domem  całkiem  spory  ogród, 

otoczony  ładnym  murem  z  gładkich  granitowych  głazów.  Optyczny 

ciężar muru był nieco złagodzony rosnącymi wzdłuż niego kwiatami.  

W  tylnej  części  rosły  dwie  śliwy  i  jabłoń.  Mały  warzywnik 

przyciągał wzrok równymi, wypielonymi do czysta grządkami. Nieco 

bliżej  domu  rosły  bladoczerwone  róże,  wypełniające  teraz  powietrze 

swym słodkim zapachem.  

background image

Mickey siedziała na huśtawce. Kołysała się powoli, zamyślona, ze 

wzrokiem utkwionym w ziemię. Dopiero teraz widać było, jak bardzo  

jest zaniedbana. Jej włosy domagały się szybkiej interwencji fryzjera. 

Pozlepiane  w  strąki  opadały    jej  na  twarz.  Gdy  wpadały  jej  do  oczu, 

odrzucała je ruchem głowy. Na kolanie goiło się brzydkie zadrapanie.  

Ogólnie  mówiąc, przydałoby  się  jej  dobre  szorowanie  w  wannie.  

Oczywiście,  Deanna  wiedziała,  jak  szybko  dzieci  brudzą  się 

przebywając  na  dworze,  ale  Mickey  wyglądała  jakby  nikt  o  nią  nie  

dbał przez dłuższy czas.  

Poprzednio  miała  okazję  zauważyć,  jak  dobrze  utrzymanym 

mężczyzną  był  Lee  Stratton.  Od  idealnie  przystrzyżonych  włosów, 

przez  modne  ubranie,  aż  po  czubki  lśniących  butów.  

Widząc  to  można  by  się  spodziewać,  że  dba  również  o  swoją  

siostrzenicę.  Skoro  jednak  wyglądała  tak  jak  wyglądała,  to  ciekawe, 

jak dużo troski jej poświęcał?  

–  Mickey,  mam  coś  na  deser!  –  Podała  jej  jedną  miseczkę  i 

usiadła po turecku na trawie. – Mam nadzieję, że lubisz czekoladowe?  

– Tak! To moje ulubione! Dziękuję.  

–    Moje  też.  A  szczególnie  w  takie  gorące  dni  jak  ten.  –  Wzięła 

pełną  łyżkę  lodów  i  mrucząc  z  zadowolenia  zaczęła  jeść.  –  Powiedz 

mi, kim jest twój wujek?  

– Robi komputery. On i Rick. Oni pracują razem. To Rick i Sybil 

mają  ten  komputer,  na  którym  mogę  sobie  grać.  Mają  mnóstwo 

fajnych gier. Wujek Lee też ma chyba komputer, ale nie wiem jeszcze  

background image

na  pewno.  Może  też  pozwoli  mi  go  używać?  –  W  jej  głosie  było 

jednak sporo wątpliwości.  

– Czy to jakaś duża firma?  

– Chyba tak! Mama mówiła, że zarabia tam dużo pieniędzy.  

Z  pewnością  tak  było.  Deanna  wiedziała,  że  sąsiedni  dom  był 

drogi.  Nawet  dom  jej  ciotki,  choć  znacznie  skromniejszy,  był  wart 

sporo pieniędzy, głównie z racji dobrej lokalizacji i dużego ogrodu.  

Mickey skończyła swoją porcję.  

– Mogłybyśmy pójść na spacer? – zapytała.  

–  Chciałabym  się  gdzieś  przejść,  ale  powinnyśmy  być  tu,  gdy 

wróci twój wujek.  

– Racja. A która teraz godzina?  

– Gdy przyniosłam lody była prawie siódma.  

– Mogłabym pooglądać telewizję?  

– Jeśli chcesz...  

– Fajnie! Chodźmy! – Mickey zeskoczyła z huśtawki i ruszyła w  

stronę domu z pustą miseczką po lodach w ręce.  

Było  wpół  do  dziesiątej,  gdy  Deanna  wyłączyła  telewizor.  Miała  

dość  tych  tandetnych  filmów,  powtarzanych  już  chyba  po  raz 

dziesiąty. Mickey natomiast wyglądała, jakby mogła spędzić całą noc 

przed ekranem. Oderwała wreszcie wzrok od telewizora i spojrzała na 

Deannę.  

– Wujek Lee nieźle się spóźnia, co?  

– Na pewno myśli, że siedzisz z opiekunką.  

background image

– Chyba tak. Mówił  jej  kiedyś,  że  czasem  będzie  wracał  późno i 

że  wtedy  będzie  płacił  jej  więcej.  Ona  się  na  to  zgodziła  –  Mickey 

skrzywiła  się.  –  Wszystko  było  dobrze,  dopóki  nie  wpadło  jej  do 

głowy, by sobie gdzieś pójść z tym chłopakiem.  

– To bardzo nieodpowiedzialnie z jej strony.  

Mickey  skinęła  głową.  Przez  chwilę  jakby  się  wahała,  drapiąc 

Impa pod brodą.  

– Czy... czy sprawiam ci kłopot?  

– Nie, oczywiście, że nie – odpowiedziała Deanna szybko.  

Powiedziała  to  zupełnie  szczerze.  Dziewczynka  była  śmiała,  

wygadana, z pewnością przyzwyczajona do kontaktów z dorosłymi.  

–  Podoba  mi  się  u  ciebie  –  Mickey  uśmiechnęła  się  do  niej 

smutno. – Miło tu.  

– Mnie też się tu podoba, wiesz?  

Przypomniała sobie, jak miły był to dom, gdy ciotka przygarnęła 

ją zaraz po śmierci Ryana. To tu właśnie powoli  dochodziła do siebie. 

Spojrzała na Mickey.  

– Wyglądasz na zmęczoną.  

– Tak, nie spałam zbyt dobrze ostatniej nocy.  

–  A  co  byś  powiedziała  na  chłodny,  miły  prysznic  i  na  małą 

drzemkę w moim łóżku?  

– Naprawdę nie miałabyś nic przeciwko temu?  

– Ależ to żaden problem. Miło mieć towarzystwo. A poza tym, to  

przecież  bez  sensu,  żebyś  czekała  nie  wiadomo  jak  długo,  aż  wróci 

twój wujek.  

background image

–  Fajnie!  Może  mogłybyśmy  popływać  w  basenie  zamiast 

prysznica?  

–  O,  nie.  Lepiej  nie...  –  odpowiedziała  Deanna  szybko,  

poganiając Mickey w kierunku łazienki.  

Przed  oczami  stanęła  jej  natychmiast  kompromitująca  scena 

kąpieli w basenie sąsiada i tego, co było potem.  

Dała  Mickey  jedną  ze  swoich  bawełnianych  koszulek  jako  strój 

po  kąpieli.  Po  podwinięciu  rękawów  doskonale  posłużyła  za  długą, 

nocną koszulę.  

–  To twoja piżama na dzisiaj – powiedziała, prowadząc małą do 

swej  sypialni.  –  Tu  będzie  ci  chłodniej  i  przyjemniej  niż  w  pokoju 

gościnnym.  

Pokój  Deanny  był  niedawno  odnawiany.  Wyglądał  świeżo  i  

atrakcyjnie  dzięki  pastelowym  kolorom  tapet  i  nowym,  stylowym 

białym meblom.  

–  Czy  to  twój  mąż?  –  zapytała  Mickey,  wskazując na  zdjęcie  na 

nocnym stoliku.  

– Tak, to był mój mąż – Deanna pokiwała głową powoli.  

– Rozwiodłaś się? – Mickey wsunęła się pod koc podkulając nogi.  

– Nie. On umarł kilka lat temu. Długo chorował.  

– Tak jak mamusia... – powiedziała cicho.  

Deanna usiadła przy niej na brzegu łóżka.  

– Twoja mama była chora?  

– Tak. A później umarła.  

– Och, Mickey, tak mi przykro!  

background image

Co to za straszna strata dla tak małego dziecka!  

–  Rozmawiała  ze  mną  o  tym  dużo,  gdy  jeszcze  była  w  szpitalu, 

ale i tak strasznie mi jej brak.  

–  Na  pewno.  Dobrze  wiem,  jak  to  jest  –  wyszeptała  Deanna  i 

wzięła  dziewczynkę  za  rękę.  –  To  nie  takie  łatwe  pożegnać  się  na 

zawsze z kimś, kogo się kocha.  

Mickey popatrzyła na nią w ciemności.  

– Czy tęsknisz jeszcze do swego męża?  

– Już nie tak jak na początku – odpowiedziała.  

Z  wyjątkiem  tych  długich  nocy,  kiedy  nie  mogę  spać,  dodała  w 

myśli,  no  i  wtedy,  gdy  robię  jakieś  plany  na  przyszłość.  Już  bez 

niego... Westchnęła cicho.  

–  Potem jest już lżej, Mickey. Przyrzekam ci. – Zawahała się. –  

A co z twoim tatą? – zapytała po chwili.  

–  Odszedł  od  nas,  jak  miałam  cztery  lata.  Dawno  go  już  nie 

widziałam.  

– Czy twój wujek jest bratem mamy?  

Mickey pokiwała głową twierdząco.  

– Mama sądziła, że on będzie mógł się mną zająć.  

Deanna szczerze w to wątpiła. Nie był nawet w stanie załatwić jej 

dobrej opiekunki.  

– A masz jakąś inną rodzinę?  

–  Nie.  Chyba  że  mój  tata  wróci  –  dodała  z  nadzieją  w  głosie. 

Potem jednak wzruszyła ramionami. – Wujek Lee jest w porządku. Po 

prostu jest mi teraz trochę samotnie...  

background image

– Nie przejmuj się. – Deanna ścisnęła mocniej jej dłoń w swojej. – 

Musi minąć trochę czasu, zanim się przyzwyczaisz do nowego domu i 

zanim poznasz nowych przyjaciół.  

– Masz chyba rację. Jak na razie nie mam tu żadnych przyjaciół.  

– Owszem, masz.  

Mickey zmarszczyła brwi.  

– Kogo?  

– Mnie, głuptasku!  

Twarz Mickey rozjaśniła się.  

– Tak! I Leo, i Impa, i Alfa! – dodała.  

– Nie zapomnij o papużkach!  

Dziewczynka zachichotała.  

– Śmiesznie się nazywają.  

– Bo to śmieszne ptaszki – odpowiedziała Deanna.  

– A teraz postaraj się już usnąć. Zrobiło się późno.  

Mickey położyła głowę na poduszce.  

–  Wujek  Lee  powinien  już  tu  być  –  powiedziała  nieco 

zmartwiona.  

–  Na  pewno  niedługo  wróci.  Nic  się  nie  przejmuj.  –  Deanna 

otuliła  ją  kołdrą.  –  Miło  mi,  że  jesteś  u  mnie.  Możesz  tu  zostać  tak 

długo,  jak  będziesz  potrzebować.  –  Odruchowo  pochyliła  się  i 

pocałowała ją w policzek. – Zobaczysz, wszystko się dobrze ułoży.  

Powoli zeszła  na  dół,  mając  nadzieję,  że  jej słowa się spełnią.  

Czy  sąsiad  był  w  stanie  zapewnić  opiekę  tej  małej,  zbolałej 

dziewczynce? Przecież ona potrzebowała ciepła, miłości.  

background image

Czy on mógł jej to dać? Deanna poważnie w to wątpiła. Wyglądał  

na człowieka zbyt aroganckiego i zbyt pobudliwego.  

Z westchnieniem opadła na kanapę. Wkrótce znów będzie musiała  

go  spotkać  i  z  nim  rozmawiać.  O  nie,  nie  była  to  na  pewno  miła 

perspektywa!  Deanna  nie  mogła  się  odprężyć.  Nic  nie  pomagało  ani 

leżenie, ani cicha, kojąca muzyka, ani przygaszone światło.  

W tej atmosferze zaczęły ją nachodzić wspomnienia.  

Przypomniała  sobie  z  bólem,  jak bardzo chcieli z Ryanem mieć 

dziecko. Jego choroba, w połączeniu z bardzo silnymi lekami obróciły 

wniwecz ich marzenia.  

By  oderwać  się  od  raniących  myśli  i  wspomnień,  podniosła  się 

powoli i poszła na górę. Mała spała spokojnie, z piąstką wciśniętą pod 

policzek.  Deanna  westchnęła  znowu  i  zeszła  z  powrotem  na  dół, 

ostrożnie  stawiając kroki, by schody nie skrzypiały.  

Z płytkiej drzemki, w którą zapadła, wyrwał ją dzwonek do drzwi. 

Zanim  zdążyła  podejść,  zabrzmiał  ponownie,  bardziej  natarczywie. 

Trzeci raz  zadzwonił, gdy trzymała już rękę na klamce.  

Za drzwiami stał, rzecz jasna, jej zdenerwowany sąsiad.  

– Gdzie jest Michelle? – zapytał bez wstępów.  

– Michelle? Mówi pan o Mickey?  

– Ile jeszcze małych dziewczynek udało się tam pani zgromadzić?  

Co ona tu w ogóle robi?  

Deanna spojrzała na niego surowo.  

–  Ostatecznie  mogłam  pozwolić,  by  siedziała  na  stopniach  pana  

domu  do  czasu,  gdy  zdecyduje  się  pan  na  powrót.  Mogłam  też 

background image

zadzwonić  na  policję,  by  zabrali  ją  do  przytułku.  Musiałby  się  pan 

później  gęsto  tłumaczyć,  dlaczego  zostawił  ją  pan  na  dworze  do  tak 

późnej  godziny.  Ale  tak  się  stało,  że  się  polubiłyśmy.  Myślę,  że  to 

lepiej. Dla niej – dodała z naciskiem.  

Patrzyła na niego wyzywająco, niemal pogardliwie. Jego brązowe  

oczy zwęziły się w szparki.  

– O co tu, u licha, chodzi?  

– Jak tylko zapanuje pan nieco nad swoimi nerwami, postaram się  

wszystko  wyjaśnić.  Proszę  jednak  wejść  do  środka,  bo  już  teraz 

połowa  naszych  sąsiadów  przygląda  się  nam  ze  swych  okien  – 

odsunęła się, by umożliwić mu wejście.  

Wszedł i odwrócił się szybko.  

– Nic jej nie jest?  

–  Wszystko  w  porządku.  Śpi  sobie  spokojnie  na  górze.  Gdyby 

mógł  pan  mówić  trochę  ciszej,  to  pospałaby  jeszcze  trochę,  gdy  my 

będziemy rozmawiać.  

– No więc, niech pani wreszcie mówi – sapnął ze złością.  

– Przejdźmy do salonu.  

Ręką wskazała mu drogę i poszła za nim.  

Stanął  przy  biblioteczce.  Widać  było,  że  jest  zły  i  zmęczony.  

Miał podwinięte rękawy koszuli, rozpięte górne guziki, poluzowany i 

przekrzywiony  krawat  oraz  spocone włosy.  Pracował  do  tej pory  czy 

siedział w pubie? Deanna usiadła na brzegu kanapy.  

– Proszę, niech pan spocznie – powiedziała chłodno.  

Miała mu co nieco do powiedzenia i musiał tego wysłuchać.  

background image

– Ciekaw jestem, co też pani teraz wymyśliła?  

Tylko  świadomość,  że  na  górze  śpi  dziecko,  powstrzymała  ją 

przed całkowitą utratą kontroli nad sobą. Przełknęła ślinę, a wraz z nią  

wszystkie cisnące się jej na usta przekleństwa.  

W krótkich, zwięzłych słowach opisała mu, jak znalazła Mickey, 

która  nie  mogła  dostać  się  do  domu,  pozostawiona  bez  opieki.  Gdy 

skończyła,  oczy  miał  zamknięte,  ręką  tarł  czoło,  jakby  dostał  ataku 

migreny.  

–  Dziękuję  –  powiedział  cicho.  –  Przyznam,  że  nieco  się 

zapędziłem.  Bardzo  się zmartwiłem, gdy jej nie zastałem. Zabiorę ją 

teraz do siebie. – Powoli uniósł się.  

Deanna podniosła dłoń do góry.  

– Jeszcze nie skończyłam.  

– Słucham? – opadł z powrotem na poduszki.  

–  To  dziecko  zostało  bez  jakiejkolwiek  opieki.  Mogę  zrozumieć,  

że nie mógł pan tego przewidzieć. Mógł pan jednak przygotować ją na  

wypadek różnych niespodziewanych sytuacji. Nie powinna była nigdy  

wyjść sama z domu.  

Powinna natychmiast zadzwonić do pana do pracy. Nie wolno jej 

było  pójść  za  mną,  wejść  do  mojego  domu,  do  domu  zupełnie  obcej 

osoby. Miała dużo szczęścia! I pan również. Dzieci znikają codziennie 

i mógł pan jej już nigdy nie zobaczyć!  

Uff! Wyrzuciła to z siebie. Teraz może się na nią gapić!  

– Koniec wykładu? – zapytał.  

– Owszem – wysyczała w odpowiedzi na jego zimną arogancję.  

background image

– To świetnie. Gdzie ona jest?  

Deanna wstała z zaciśniętymi ustami.  

– Tędy proszę.  

Weszli  na  górę.  Uchyliła  drzwi  do  sypialni  i  wpuściła  go  do 

środka.  Dwa  czarne  kociaki  otworzyły  oczy,  mrugając  oślepione 

światłem z korytarza. Leo otarł się o nogi Deanny i miaucząc poprosił, 

by go wypuściła na dwór.  

–  Co  to,  zoo?  –  wymamrotał,  podchodząc  do  łóżka.  Odsunął 

przykrycie  i  pochylił  się,  by  wziąć  małą  na  ręce.  Mickey  wyprężyła 

się  odpychając  go.  –  To  ja,  wujek  Lee,  Michelle  –  powiedział.  – 

Zabieram cię do domu.  

Otworzyła  oczy  i  patrzyła  na  niego  przez  chwilę  półprzytomnie. 

Poznała go w końcu i westchnęła uspokojona.  

Alfie  i  Imp  zeskoczyli  z  łóżka  i  przemaszerowali  przed  nim  z  

wysoko  podniesionymi  ogonami.  Deanna  przegoniła  ich  po  cichu  

schodami w dół, do kuchni i poszła otworzyć frontowe drzwi. Wyszła 

na  podest,  by  przepuścić  Lee  z  Mickey.  Odwróciła  się  i  napotkała 

chłodne spojrzenie jego zielonych oczu. Dziewczynka spała, opierając  

głowę na jego ramieniu.  

– Dziękuję – powiedział sucho i skinął głową. Słowo to z trudem  

przeszło mu przez gardło.  

Deanna spojrzała na niego.  

– Nie ma za co – szepnęła.  

background image

Zatrzasnęła drzwi i kręcąc głową z niedowierzaniem, przeszła do  

salonu.  Z  impetem  usiadła  na kanapie.  Co  za  arogancki  i uparty  typ! 

Już na samą myśl o nim cała aż się burzyła w środku!  

Myśl  o  Mickey  uspokoiła  nieco  jej  nerwy.  Biedne  dziecko.  Jak 

mogło wyglądać jej życie z  tym człowiekiem pod jednym dachem? I 

to  jeszcze  teraz,  gdy  tak  świeża  była  rana  po  śmierci  matki!  Czy  on 

był  w  stanie  zapewnić  jej  miłość  i  ciepło,  którego  tak  teraz 

potrzebowała?  Był  twardymi  niedostępnym  człowiekiem.  Na  pewno 

nie  był odpowiednim opiekunem dla dziecka w wieku Mickey.  

Z  jakichś  zakamarków  wyszedł  Leo.  Wtulając  głowę  w  jej  rękę, 

domagał się pieszczot. Drapała go za uszami i myślała, jak potoczy się 

dalsze  życie  Mickey.  Była  miłym  dzieckiem,  inteligentnym  i 

wrażliwym... A jednocześnie tak samotnym, dodała w myślach.  

–  Mam  nadzieję,  że  wolno  będzie  jej  nas  odwiedzać,  Leo  – 

mruknęła do kota, drapiąc go pod brodą.  

Pościel na jej łóżku była zmięta. Wygładziła fałdy i przysiadła na  

brzegu.  Odruchowo  wzięła  do  ręki  zdjęcie  Ryana.  Spojrzał  na  nią  z 

fotografii. Minęły już prawie trzy lata, od kiedy przegrał swą walkę z 

białaczką, a ona czuła, jakby nadal był częścią jej życia, jakby ciągle 

dzielił jej marzenia i radości.  

Uśmiechnęła  się  i  odłożyła  zdjęcie  na  stolik.  Wślizgnęła  się  pod 

koc i zgasiła lampę.  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Następnego  dnia  około  południa  odezwał  się  dzwonek  do  drzwi.  

Deanna  odłożyła  długopis,  wstała  od  stołu  i  ziewnęła.  Za  drzwiami 

stała Mickey, trzymając bawełnianą koszulkę w rękach.  

– Chciałam ją oddać – powiedziała nieśmiało.  

– Dziękuję, Mickey. Możesz wejść na chwilę?  

Mickey zmarszczyła brwi.  

–  Myślę,  że  tak.  Wujek  nie  kazał  mi  być  szybko  z  powrotem. 

Mogę zobaczyć kotki?  

– Jasne. Bawią się za domem. Na pewno próbują dostać się jakoś 

do gniazda gila.  

– Ojej! Naprawdę?  

–  Nie  przejmuj  się.  Nie  mają  się  tam  po  czym  wspiąć.  Lubią 

jednak ostrzyć sobie pazurki. O, są tam, widzisz?  

Deanna  patrzyła,  jak  Mickey  przykucnęła,  przywołując  kociaki. 

Wystrzeliły natychmiast spod krzaka, jak dwa cienie. Za nimi dumnie 

wytoczył się ten stary zrzęda Leo, powoli kręcąc koniuszkiem ogona.  

– Lepiej zostawcie te pisklaki w spokoju! – pogroziła im Mickey. 

– Macie przecież swoje jedzenie w kredensie.  

Deanna usiadła na trawie.  

– Co robiłaś rano? 

–  Wujek  wziął  mnie  do  pracy.  Właściwie  było  trochę  nudno, ale 

pozwolił  mi  pograć na komputerze.  Zadzwonił  też  do  Kyry  i  zwolnił 

ją za to, że zostawiła mnie samą. Długo rozmawiał z jej matką. Założę 

się, że się jej nieźle dostało!  

background image

– A z tobą też rozmawiał?  

–  Tak!  To  była  cała  lekcja!  Teraz  już  wiem,  jaki  jest  numer  do 

niego do pracy i że nie wolno chodzić do obcych – zmarszczyła brwi  

i spojrzała na Deanne. – Czy jesteś porywaczką?  

– A jak myślisz?  

–  Raczej  nie.  Ale  wujek  Lee  powiedział,  że  muszę  być  bardziej  

ostrożna  i  że  z  tymi  zwierzakami  i  takimi  włosami  mogłabyś  być 

czarownicą. Powiedział też, że mam szczęście, że mnie nie wsadziłaś  

do  pieca  i  nie  upiekłaś...  To  ostatnie  to  żart!  –  zachichotała.  – 

Powiedziałam mu, że jesteś za ładna na czarownicę.  

–  Wielkie  dzięki!  –  odparła  Deanna,  zastanawiając  się,  jak  jej 

sąsiad zareagował na tę ostatnią uwagę.  

Nie zapytała o to jednak. Ręką przygładziła swe niesforne włosy o  

jasnym,  rudobrązowym  odcieniu.  Kręciły  się  i  nigdy  nie  dawały  się  

ułożyć.  Były  tak  podcięte,  by  bałagan  zdawał  się  być  zgodny  z 

zamysłem.  

– A więc będziesz teraz miała nową opiekunkę? – zapytała.  

–  Może...  Jeśli  wujkowi  uda  się  kogoś  znaleźć.  –  Mickey  

postawiła  na  ziemi  jednego  kotka  i  wzięła  na  ręce  drugiego.  – 

Najlepiej, gdybym nie musiała mieć opiekunki – spojrzała na Deannę 

z  ukosa  –  i  gdybym  mogła  tu  przychodzić,  i  żebyś  ty  się  mną 

opiekowała.  

–  Twój  wujek  na  pewno  ma  inne  zamiary,  jeśli  o  to  chodzi.  Ale  

wiesz  co?  Możesz  przecież  przychodzić  tu,  kiedykolwiek  zechcesz!  

background image

Tylko  musisz  najpierw  zapytać  go  o  pozwolenie.  I  nie  martw  się  tak 

bardzo. On na pewno znajdzie tym  razem kogoś fajnego dla ciebie.  

Mickey rzuciła jej niepewne spojrzenie.  

– Może i tak. Nie lubię sprawiać mu kłopotu.  

–  Na  pewno  nie  sprawiasz  mu  żadnego  kłopotu!  –  zareagowała  

Deanna.    Zastanawiała  się  jednak,  czy  mówi  prawdę.  Teraz  Mickey 

powinna  raczej  czuć  się  jak  członek  jego  rodziny  niż  jak  źródło 

nowych utrapień.  

– Zajmie wam to nieco czasu, zanim się do siebie przyzwyczaicie.  

Przecież upłynęło dopiero parę dni!  

–  To  prawda.  –  Mickey  w  zamyśleniu  potarła  brodą  o  główkę  

kota. – Mimo  to chciałabym, by  znów  było  jak dawniej.  Żeby  mama 

nie musiała umrzeć.  

– Wiem, wiem, aniołku.  

Deanna  poczuła  łzy  napływające  jej  do  oczu.  Położyła  rękę  na 

ramieniu Mickey i przytuliła ją serdecznie.  

–  Myślę,  że  moglibyśmy  pójść  na  lody  do  tej  budki  na  rogu.  –  

Odezwała  się  po  dłuższej  chwili  milczenia.  –  Chcesz,  to  zapytamy 

twojego wujka, czy nie poszedłby z nami?  

Mickey rozpromieniła się.  

– Świetnie! – postawiła kota na ziemi. – Chodźmy!  

Deanna poszła powoli za nią. Czoło miała zachmurzone od trosk.  

Widać było, że dziewczynka potrzebowała teraz dużo ciepła i miłości.  

Zatrzymała  się  przed  domem,  czekając  na  Mickey,  która  weszła 

zapytać o pozwolenie.  

background image

Po krótkiej chwili mała pojawiła się w drzwiach. Jej wujek tuż za 

nią. Oparł się o framugę drzwi z założonymi rękami.  

– Chce pani zabrać Mickey na lody? – zapytał niechętnie.  

–  Czy  to  dozwolone?  –  Deanna  znów  poczuła  złość  na  tego 

człowieka.  

Wyprostował się i spojrzał na zegarek.  

– Proszę ją przyprowadzić za pół godziny – powiedział, po czym  

obrócił się i zamknął drzwi.  

Deanna patrzyła na nie jeszcze przez chwilę, zupełnie zaskoczona.  

– Wujek Lee jest trochę zmęczony – zaznaczyła Mickey z obawą  

w  głosie.  –  Bardzo  ciężko  pracuje.  Powiedział  mi,  że  robi  teraz  coś 

bardzo ważnego i że to już niedługo musi być skończone.  

– Owszem,  wygląda na zmęczonego. – Deanna starała się, by jej 

głos brzmiał spokojnie i naturalnie, choć wewnątrz aż się gotowała. – 

No, to co? Idziemy na lody?  

Mickey podskoczyła w miejscu. Jej oczy zaiskrzyły się radością.  

– Jasne!  

Gdy  doszły  do  domu  Mickey,  Deanna  schrupała  właśnie  ostatni 

kawałek wafla.  

–  Chciałabym  porozmawiać  przez  chwilę  z  twoim  wujkiem  –  

powiedziała,  wycierając lepkie palce w serwetkę.  

Mickey  dogoniła  językiem  uciekającą  po  waflu  białą  kroplę  i 

spojrzała na nią.  

– Czy zrobiłam coś złego?  

Deanna pociągnęła ją za jeden z loczków.  

background image

– Oczywiście, że nie. Chciałabym go tylko o coś zapytać.  

Mickey pobiegła do drzwi i otworzyła je przed Deanną.  

– Pójdę i zawołam go.  

Deanna zamknęła za sobą drzwi i czekała, rozglądając się wokół.  

Dużo  przestrzeni,  nowoczesny  wystrój,  jasne  kolory  tapet,  to 

wszystko sprawiało, że czuło się tu chłód, nawet bez klimatyzacji.  

Mickey  wracała  jasnym  korytarzem,  oświetlonym  naturalnym  

światłem. Za nią bez pośpiechu szedł wujek. Widocznie w czasie, gdy 

ich  nie  było,  wziął  prysznic  i  przebrał  się,  bo  wyglądał  nieco 

porządniej  i  był  spokojniejszy.  Jednak  niechętny  grymas  na  twarzy 

pozostał.  

Deanna uśmiechnęła się do Mickey.  

– Cała się umazałaś tymi lodami.  

Mała wytarła skwapliwie buzię wierzchem dłoni.  

– Nic nie pomogło. Lepiej idź do lusterka.  

Mickey spojrzała na nią rezolutnie i pokiwała głową.  

– Zaraz wrócę – powiedziała i odeszła w głąb korytarza.  

Lee  Stratton  stał  przed  nią  z  rękami  w  kieszeniach.  Ostro 

zarysowana linia brwi odcinała się śmiałym łukiem nad jego zielono-

brązowymi oczami.  

– Słucham – powiedział, siląc się na uprzejmość.  

–  Mickey  nieco  się  boi  zmiany  opiekunki  –  zaczęła  Deanna,  jak 

zwykle  bezpośrednio.  –  Może  powinien  pan  pomyśleć  o  tym,  by 

poświęcić  jej  nieco  więcej  czasu  albo  może  brać  ją  do  pracy  przez 

jakiś czas. Chodzi o to, by ułatwić jej zaadaptowanie się.  

background image

Lee zmarszczył brwi jeszcze bardziej.  

– To, co robię z moją siostrzenicą, nie powinno nikogo obchodzić, 

oprócz mnie.  

–  Ale  ktoś  musi  panu  powiedzieć  o  pewnych  sprawach.  Mickey 

na pewno sama tego nie zrobi. Nie chcę się wtrącać, ale...  

– Otóż właśnie: wtrąca się pani – uciął ostro.  

Deanna westchnęła bezsilnie.  

– Znalazł już pan opiekunkę?  

– Ciekaw byłem, kiedy o tym zaczniemy rozmawiać!  

– Słucham? – spytała Deanna zmieszana.  

–  Michelle  od  rana  nie  robi  nic  innego,  tylko  chodzi  za  mną  i 

plecie,  jak  bardzo  chciałaby,  aby  pani  się  nią  zajmowała.  Nie  mam  

wątpliwości,  że  pani  jej  to  zasugerowała.  Dla  mnie  byłoby  to 

właściwie niepojęte, jak kobieta w pani wieku mogłaby chcieć spędzić  

lato, opiekując się czyimś dzieckiem.  

Oczy  Deanny  były  teraz  szerokie  jak  spodki.  Chciała  coś 

powiedzieć, ale nie wiedziała co. Odezwała się po chwili.  

– Ależ to jest zwariowany pomysł! Pan chyba oszalał!  

– Tak. Mnie też się tak wydaje – wzruszył ramionami. – Ostatnio 

jednak  myślałem  o  tym  dość  poważnie.  Nie  widzę  powodu,  dla 

którego  pani  miałaby  być  gorsza  od  jakiejś  nastoletniej  podfruwajki. 

A  poza  tym  mogłoby  to  być  nawet  dość  wygodne  ze  względu  na 

bliskość pani domu.  

background image

Deanna  patrzyła  na  niego,  nie  mogąc  przemówić  słowa.  A  więc 

mówił  poważnie!  Mimo  tych  wszystkich  zarzutów,  jakie  miał 

przeciwko niej, myślał, by powierzyć jej opiekę nad Mickey!  

– No więc? Zgadza się pani?  

– Nie.  

–  Dlaczego?  Mam  wrażenie,  że  pani  nie  pracuje.  Opłaciłoby  się 

to, zapewniam.  

–  Owszem,  pracuję  w  kwiaciarni  na  część  etatu,  a  poza  tym 

tapetuję mieszkania od czasu do czasu.  

– To pamiętam – potwierdził dość oschle. – A więc mówi pani, że 

nie  mogłaby  pani  zająć  się  Michelle  do  czasu  kiedy  zacznie  się 

szkoła?  

Ten  facet  miał  charakter!  Deanna  otworzyła  właśnie  usta, by  mu  

powiedzieć,  co  może  sobie  zrobić  z  tą  całą  swoją  arogancją  i 

propozycjami  w  tym  rodzaju,  gdy  ujrzała  Mickey  wracającą 

korytarzem.  Podeszła  do  nich,  patrząc  pytająco  to  na  jedno,  to  na 

drugie.  

W  tym  momencie  złość  Deanny  ustąpiła  miejsca  trosce. 

Pomyślała,  że  skoro  Lee  wystąpił  z  tą  propozycją  do  niej,  czyli  do 

kogoś, kogo ani nie znał, ani zanadto nie poważał, to kogóż lepszego  

byłby  w  stanie  zapewnić  swej  małej  siostrzenicy  do  opieki,  jeśli  ona  

na to nie przystanie?  

Lee dobrze wyczuł jej chwilę wahania.  

– A więc? – zapytał.  

Deanna westchnęła zniecierpliwiona.  

background image

–    A  może  lepiej  byłoby  porozmawiać  o  tym  nieco  później?  –  

znacząco spojrzała na Mickey.  

– To cóż, może jutro około wpół do dziesiątej?  

– W porządku – wymamrotała i uśmiechnęła się do małej.  

– Idziesz już, Deanna?  

– Tak. Muszę wracać do moich kotów. Być może zobaczymy się 

znów jutro.  

– Chciałabym... Wyjdę z tobą na dwór.  

– Do zobaczenia, panie Stratton – pożegnała go Deanna chłodno.  

–  Do  widzenia.  Ach,  jeszcze  jedno.  Proszę  przynieść  ze  sobą 

referencje.  

Deanna rzuciła mu wściekłe spojrzenie. Chciała odpowiedzieć coś 

na tę impertynencję, ale on odwrócił się i odszedł.  

– Dałam wam dość czasu? – zapytała Mickey poufnie. – Wiem, że 

mnie odesłałaś, bo chciałaś z nim sama porozmawiać.  

–  Tak.  Rzeczywiście  miałam  mu  do  powiedzenia  parę  rzeczy.  

Dziękuję,  że  to  zrozumiałaś.  Nie  przejmuj  się,  nie  zrobiłaś  nic 

niewłaściwego.  

–    Nie?  O,  to  dobrze  –  odetchnęła  z  ulgą.  –  Zastanawiałam  się  

właśnie,  co  takiego  mogłoby  to  być,  ale  nic  sobie  nie  mogłam 

przypomnieć. W każdym razie nie dzisiaj.  

–  I  z  pewnością  od  razu  poczułaś  się  lepiej,  co?  –  Deanna 

zaśmiała  się  i  pociągnęła  dziewczynkę  żartobliwie  za  jeden  z  jej 

niesfornych loczków. – Do widzenia. Zobaczymy się jutro!  

background image

– Do widzenia! – uśmiechnęła się Mickey tym uśmiechem, który 

u Deanny powodował przypływ ciepłych uczuć.  

Po powrocie do domu czuła, że gdzieś w głębi duszy ciągle pali ją 

złość  do  Lee  Strattona.  Odłożyła  klucze  na  półeczkę  pod  lustrem  w 

holu i weszła do kuchni.  

Nalała  sobie  szklankę  mrożonej  herbaty.  Wypiła  duży  łyk  i 

zaczęła  niespokojnie  chodzić  po  kuchni.  O  mały  włos,  a 

powiedziałaby Lee w oczy, co o nim myśli. Gdyby Mickey wtedy nie 

weszła...  

Miał ją za dziecinną i złośliwą, a mimo to chciał zatrudnić ją jako  

opiekunkę  swojej  siostrzenicy!  Ciekawa  była  kogo  innego  mógłby 

przyjąć? Jeśli nie byłaby to właściwa osoba, na pewno ucierpiałaby na 

tym tylko Mickey.  

Nie mogła zaprzeczyć, że pomiędzy nią i małą nawiązała się jakaś 

więź.  Wiedziała,  że  Mickey  też  tak  czuje.  A  więc  jej  wątpliwości  co 

do  pracy  były  związane  jedynie  z  osobą  sąsiada.  Był  arogancki, 

zarozumiały, a jego zachowanie doprowadzało ją wprost do szału. Jak 

się to miało do Mickey, która potrzebowała miłości i serdeczności po  

tak ciężkim doświadczeniu, jakim była dla niej śmierć matki?  

Intuicyjnie  Deanna  wyczuła,  że  byłaby  w  stanie  wnieść  do  życia 

Mickey nieco ciepła. Sumienie nakazywało jej podjąć tę próbę.  

Ich kontakty mogły przynosić obopólne korzyści. Miło byłoby jej 

spędzać czas z kimś takim jak Mickey. Była ona tylko trochę młodsza 

niż dzieci, dla których pisała książki. Mogła dostarczać jej ciekawych 

spostrzeżeń i pomysłów. Na pewno obie świetnie by się bawiły.  

background image

Mickey  z  pewnością  też  odpowiadałby  taki  układ.  Potrzebowała 

kogoś,  z  kim  mogłaby  porozmawiać,  wyżalić  się.  A  jej  wujek  do  tej 

roli się nie nadawał. Chciał jedynie wypełnić swoje obowiązki wobec 

niej, ale nie stać go było na zrobienie kroku dalej.  

Deanna  zdecydowała  się.  Spojrzała  na  zegarek  i  zadzwoniła  do 

Pat Hahn. Pat gotowa była bez większych ceregieli iść jej na rękę.  

–  Jak przestaniesz u mnie pracować, to będę miała pretekst, żeby  

wreszcie  wyciągać  z  łóżka  moją  córkę  Kendrę.  Za  bardzo  lubi 

wylegiwać  się  z  rana  –  mówiła.  –  Dzięki  temu  popracuje  trochę, 

zamiast  latać  po  mieście,  wydawać  forsę  i  podrywać  pryszczatych 

chłopaków.  

–    Nie  zamęcz  jej,  Pat.  Spróbuj  sobie  przypomnieć  swoje  młode  

lata! – zaśmiała się Deanna.  

–  Próbuję,  próbuję,  ale  to  nie  takie  łatwe.  Dawno  to  było,  gdy 

miałam  szesnaście  lat.  A  więc  jesteś  już  pewna  tego?  To  znaczy 

pewna, jeśli chodzi o niego?  

–  Z  nim  jakoś  wytrzymam,  ale  robię  to  przede  wszystkim  dla  

Mickey.  To  wspaniały  dzieciak,  Pat,  i  potrzebuje  naprawdę  dobrej 

opieki. Mam nadzieję, że on nie zmieni zdania, ot tak, z przekory.  

–  Byłby  stuknięty,  gdyby  tak  zrobił.  Cokolwiek  się  stanie, 

wpadnij do mnie jutro. Chcę usłyszeć szczegóły. Wiesz, jak lubię ich 

słuchać.  

– Masz na myśli plotki...  

– Skoro tak wolisz to nazwać – roześmiała się Pat.  

– Zobaczymy się jutro!  

background image

– Cześć!  

Deanna  odłożyła  słuchawkę  śmiejąc  się.  Po  chwili  wstała, 

podeszła  do  lodówki  i  wzięła  jeszcze  jedną  kostkę  lodu  do  szklanki. 

Popijając  zimny  napój  myślała,  czy  Lee  zmieni  swe  plany,  czy  nie. 

Kto to mógł wiedzieć?  

Jedno  wiedziała  na  pewno.  Nie  będzie  już  dłużej  tolerować  jego 

nieuprzejmości. Mimo wszystko mógł zachowywać się  wobec niej w 

bardziej kulturalny sposób.  

Po  sposobie,  w  jaki  Lee  Stratton  przywitał  ją  w  drzwiach  widać 

było,  że  będzie  tę  rozmowę  traktował  poważnie.  Ucieszyła  się  w 

duchu, bo dawało to szansę na porozumienie bez zbytecznego ładunku 

emocji. Uspokojona weszła za nim do gabinetu.  

Rozejrzała się.  Wszystko było tu w takim stanie, jak poprzednio, 

tylko  na  biurku  piętrzyły  się  w  nieładzie  stosy  wydruków 

komputerowych.  Ściany  były  już  wymyte  z  kleju.  Przysunęła  sobie 

krzesło i usiadła naprzeciwko niego.  

–  Ładne ściany. Czyste... – zaznaczyła nieśmiało.   

Lee  rzucił  jej  krótkie  spojrzenie  i  uśmiechnął  się.  Był  to  bardzo 

atrakcyjny  uśmiech.  Wyglądało  na  to,  że  gościł  na  jego  twarzy 

częściej,  niż  się  z  początku  mogło  wydawać.  Uświadomiła  sobie,  że 

ma ochotę zobaczyć go jeszcze raz i szybko odwróciła spojrzenie.  

–  Prawda,  że  nieźle  się  prezentują?  –  odparł  dość  sucho, 

zasiadając za biurkiem.  

Wziął  do  ręki  długopis  i  przez  chwilę  pukał  nim  bezmyślnie  w 

klawiaturę komputera.  

background image

–  Sądzi  pani,  że  istnieje  jakakolwiek  szansa  na  to,  byśmy  mogli 

spokojnie  porozmawiać?  –  zapytał  wreszcie  z  ledwie  wyczuwalną 

nutką rozbawienia w głosie.  

Ta nieoczekiwana zmiana nastroju zupełnie zaskoczyła Deannę.  

–  To  zależy  całkowicie  od  pana  –  odrzekła  śmiało  i,  nie  mogąc 

oprzeć się urokowi jego uśmiechu, odwzajemniła go.  

–  Nie jest to tak całkowicie jednostronne, jak pani sądzi – oparł 

się wygodnie i obserwował ją spod przymkniętych powiek.  

Czy  to  była  aluzja,  czy    tylko  jej  się  zdawało?  Nie,  to  tylko 

wyobraźnia, odpowiedziała sama sobie.  

– Owszem, sądzę, że jest to jednostronne. A teraz co do Mickey...  

–  Właśnie,  czy  chciałaby  pani  przejąć  nad  nią  opiekę  do  końca 

lata?  

– Być może – odparła.  

Nie  chciała  dać  po  sobie  poznać,  że  właściwie  już  się 

zdecydowała.  

–  Dobrze.  Chciałbym  jednak  wiedzieć,  dlaczego  przyjmuje  pani 

moją propozycję?  

Pytanie było całkiem uzasadnione i zadane bez podtekstów.  

–  A  więc,  po  pierwsze,  piszę  książki.  Są  to  książki  dla  dzieci 

mniej  więcej  w  wieku  Mickey.  Nie  mam  zbyt  częstego  kontaktu  z 

dziećmi,  nie  na  co dzień  w  każdym  razie.  Byłaby  to  dla  mnie  szansa 

lepszego poznania ich świata. Po drugie,  bardzo polubiłam Mickey i 

miło mi z nią przebywać.  

background image

Deanna  czuła,  że  Lee  może  w  każdej  chwili  przerwać  jej  jakąś 

kąśliwą uwagą. On jednak słuchał jej z zainteresowaniem.  

–  To  są  referencje,  o  które  pan prosił  – powiedziała, podając mu 

papiery.  

Rzucił okiem na nazwiska.  

– Mhm – mruknął z zadowoleniem. – Dobrze. Proszę powiedzieć 

mi teraz coś o sobie.  

Deanna spojrzała na niego pytająco.  

– A co chciałby pan o mnie wiedzieć?  

–  Wszystko.  Po  prostu  wszystko.  Raz  zrobiłem  błąd  i  to  w 

zupełności wystarczy.  

Deanna  pomyślała,  że  popełnianie  błędów  nie  było  w  stylu  tego 

faceta.  Nie miał też  w sobie za grosz tolerancji. Obudziło się  w niej 

współczucie do Mickey.  

–  Mam  dwadzieścia  osiem  lat  –  zaczęła.  –  Od  trzech  lat  

mieszkam  w  domu  obok.  Wynajmuję  go  od  mojej  ciotki,  która  teraz 

mieszka  w  Victorii.  Do  zeszłego  roku  pracowałam  w  agencji 

reklamowej.  Nazwa  i  adres  są  w  papierach.  Teraz  dorabiam  sobie  w 

kwiaciarni i biorę różne prace dorywcze.  

–  A  więc  będzie  to  dla  pani  po  prostu  kolejna  forma  dorobienia 

sobie, czy tak?  

–  Niezupełnie.  Jak  już  powiedziałam,  lubię  Mickey.  Razem  

mogłybyśmy  mieć  fajne  wakacje.  Poza  tym  myślę,  że  Mickey 

potrzebuje  kogoś  więcej  niż  dziewczyny  do  dziecka.  Powinna  mieć  

background image

kogoś,  komu  mogłaby  zaufać...  przyjaciela.  Sądzę,  że  nadawałabym  

się do tego.  

Lee pochylił się w jej kierunku i spojrzał jej czujnie w oczy.  

– Czy rozmawiała z panią o swojej matce?  

–  Niewiele.  Wspomniała  też,  że  nie  wiadomo  gdzie  w  tej  chwili 

jest jej ojciec.  

Lee zacisnął usta.  

–  Owszem.  To  dla  niej  nawet  lepiej,  że  go  tu  nie  ma.  Mojej 

siostrze  też  lepiej  by  się  bez  niego  żyło  –  przerwał  nagle.  –  Tak,  ma  

pani rację. Mickey z pewnością potrzebuje kogoś bliskiego. Ja sam nie 

mogę jej teraz tego zapewnić. Zbyt dużo czasu pochłania mi praca.  

– Czym się pan zajmuje? – Deanna nie mogła powstrzymać się od 

tego pytania.  

– Jestem jednym ze  wspólników  Winntech Computer Graphics – 

odparł.  

– Słyszałam już tę nazwę.  

Deanna  przypomniała  sobie  artykuł  o  tej  firmie,  jednym  z 

najlepiej  prosperujących  przedsiębiorstw  w  Winnipeg.  Rozpoczęli 

swą działalność od programowania wymyślnych gier komputerowych.  

Teraz  zaczęli  także  produkować  programy  graficzne  dla  architektów, 

plastyków  i  projektantów.  Łatwo  było  sobie  wyobrazić,  jak 

wyczerpująca  musiała  to  być praca.  

–  Często  zostaję  po  godzinach  –  powiedział.  –  Nie  będę  wracał 

codziennie  o  piątej.  Czy  jest  pani  na  to  przygotowana?  W  grę 

background image

wchodzą  także  niektóre  weekendy.  Czasem  wyjeżdżam  też  w 

delegację.  

–  Z  pewnością  dam  sobie  radę.  Jeśli  zajdzie  taka  konieczność  i 

będę musiała wyjść, sama postaram się o właściwe zastępstwo.  

– Jakiej zapłaty pani oczekuje?  

– A co może pan zaoferować?  

Gdy wymienił sumę, oczy rozszerzyły jej się ze zdumienia.  

–    To  obejmuje  także  wieczory.  Będę  pani  płacił  dodatkowo  za 

dni, kiedy będę musiał wyjechać. Chciałbym także, by kupiła pani dla 

niej  jakieś  ubrania.  W  tej  chwili  po  prostu  nie  mam  jej  w  co  ubrać. 

Dam na to pieniądze oddzielnie.  

Przy okazji możecie także kupić trochę jedzenia. Cieszyłbym się, 

gdyby udało się pani wmusić w nią czasem jakiś posiłek. Jest strasznie 

grymaśna.  Myślę,  że  przydałoby  się  jej  też  trochę  książek.  Zresztą, 

proszę kupić jej to, co uważa pani, że jest jej potrzebne. 

Mówił  władczym  tonem,  zupełnie  jakby  wydawał  polecenia  w 

pracy. Spojrzał raz jeszcze na referencje Deanny.  

–  Będę  dzwonił  do  tych  osób  jutro.  Jeśli  wszystko  będzie  w 

porządku,  ma  pani  pracę.  –  Złożył  kartkę  i  wsunął  ją  sobie  do 

kieszonki  koszuli.  –  Dam  pani  znać  jutro  wieczorem  –  powiedział  

wstając.  –  Jutro  zabiorę  Michelle  do  biura.  Jeszcze  jeden  raz  nie 

zaszkodzi.  

Jemu czy dziecku? – pomyślała Deanna wstając szybko.  

– To chyba już wszystko, prawda? – zapytała.  

– Tak. A więc do usłyszenia jutro późnym wieczorem.  

background image

Deanna odwróciła się jeszcze w drzwiach i spojrzała mu prosto w 

oczy.  

–  Och,  omal  nie  zapomniałam.  Postaram  się  trzymać  Mickey  z 

dala  od  mojego  pieca  –  powiedziała,  nie  mogąc  się  wprost 

powstrzymać. – I nie zabiorę jej na przejażdżkę na miotle, choćby nie 

wiem jak o to błagała – podniosła dwa palce jak do przysięgi. – Słowo 

wiedźmy!  

Prześlizgnęła się przez drzwi zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.  

Dusząc  się  od  tłumionego  śmiechu,  przeszła  przez  korytarz  i  wyszła 

frontowymi drzwiami. Mimo złośliwości, którymi go poczęstowała na  

odchodne,  była  pewna,  że  otrzyma  tę  pracę. Mógł  sobie  robić  z tymi 

referencjami, co chciał, ale ona i tak wiedziała, że ją zatrudni.  

Czuł,  że  Mickey  potrzebuje  kogoś  bliskiego.  Chciał  pozbyć  się 

części  swojej  odpowiedzialności  i  był  gotów  nieźle  za  to  zapłacić.  

Mickey miała może miejsce w jego domu, ale nie w sercu.  

 

Pat zapakowała właśnie bukiet pięknych róż i przyczepiła do nich  

adres klienta dla kierowcy.  

– Ktoś dzwonił do mnie dziś rano w twojej sprawie – powiedziała 

i zerknęła na Deannę znad okularów.  

– Tak myślałam. Powiedziałaś mu, jaka jestem wspaniała?  

–  Zasypałam go wprost komplementami na twój temat. No i co?  

Głos ma całkiem seksowny, a jaki jest naprawdę?  

Deanna wyglądała na zamyśloną. Przesuwała zwiędły płatek róży 

w dłoni.  

background image

– Jest całkiem niczego sobie – powiedziała w końcu. Zabrzmiało  

to, jakby mówiła do siebie, a nie do Pat.  

– Och, Deanna! Szczegóły! Szczegóły! Jaki jest? Niski? Wysoki? 

Gruby? Chudy? No, powiedzże coś!  

Deanna roześmiała się.  

– No dobrze. A więc nie jest dużo wyższy ode mnie.  

– To znaczy kto? – przekomarzała się Pat.  

– Poczekaj! Chcesz znać szczegóły, to nie przerywaj!  

–  Dobrze,  już  dobrze.  A  więc  jest  całkiem  wysoki,  no  i...  – 

popędzała ją niecierpliwie.  

–  Nieźle  zbudowany,  choć  nie  do  przesady.  Bardzo  elegancko  i  

prosto  się  trzyma.  Wygląda  na  nieźle  wysportowanego  –  ciągnęła 

Deanna,  przypominając  sobie  jego  sylwetkę,  gdy  stał  na  brzegu 

basenu. – Ma brązowe, ciemne, świetnie przystrzyżone  włosy, trochę 

jaśniejszych  kosmyków  od  słońca.  Ma  piwne  oczy,  ale  o  nieco 

zielonkawym odcieniu. Twarz ma...  no  tak,  w  końcu  chyba  bardzo  

przystojną.  Mocno  zbudowany,  ale  w  typie intelektualisty.  

Pat chrząknęła znacząco.  

– Albo mi się zdaje, albo słyszę nutkę zadurzenia w twoim głosie?  

Deanna  pokręciła  szybko  głową.  Do  tej  pory  nie  zdawała  sobie 

sprawy, jak szczegółowe były jej obserwacje Lee Strattona. Owszem, 

był atrakcyjny, no ale w końcu...  

–  Wiesz,  żeby  ktoś  cię  pociągał,  najpierw  musisz  go  polubić  

–    powiedziała  z  przekonaniem.  –  Może  on  i  jest  przystojny,  ale 

okropnie  niemiły.  Nieuprzejmy  i  arogancki.  Nieczuły.  To  całkiem 

background image

jasne, że wziął do siebie Mickey tylko dlatego, że nie miała się gdzie 

podziać. Jest teraz dla niego tylko jednym z wielu obowiązków. I ona 

biedna to wyczuwa.  

–  Na  to  potrzeba  trochę  czasu,  Deanna. Miłość  nie  zjawia  się  na 

życzenie.  

–  Ale  to  taki  fajny  dzieciak,  mówię  ci!  Naprawdę  trudno  byłoby  

jej nie kochać! Mam wrażenie, że dla niego liczy się tylko jego własna 

praca i niewiele więcej.  

– Skoro z niego taki przystojniak, jak mówisz, to na pewno kreci 

się  wokół niego jakaś dziewczyna albo dwie. Może się niedługo ożeni 

i  będą  wszyscy  żyć  długo  i  szczęśliwie?  Nie  przejmuj  się  tym  tak 

bardzo.  

Deanna westchnęła ciężko.  

–  Może i rzeczywiście nie powinnam się tak martwić. Nie mogę 

zapewnić  Mickey  szczęśliwego  domu,  to  przynajmniej  będziemy 

miały fajne wakacje.  

–  Mam  co  do  tego  dobre  przeczucia  –  przyznała  Pat,  patrząc  na 

Deannę z troską.  

– Co masz na myśli?  

–  Wiesz,  jest  coś  takiego  w  twoim  głosie,  gdy  mówisz  o  tym 

swoim sąsiedzie, że węszę tu jakiś romans...  

Deanna spojrzała na nią zdziwiona.  

– Kwiatki ci pachną, a nie żaden romans! – zawołała. – Jeden już 

mam za sobą i to się więcej nie powtórzy! Nie z nim, w każdym razie.  

background image

Pat  pokiwała  głową  ze  zrozumieniem,  ale  bez  wielkiego 

przekonania.  

 

Mickey  stała  na  tarasie,  przeskakując  z  podniecenia  z  nogi  na 

nogę. Pół kroku za nią stał Lee.  

–  Wujek  Lee  mówi,  że  będziesz  się  teraz  mną  zajmować  –  

zaćwierkała  z  rozradowaną buzią. – To fajnie!  

– I ja tak myślę. Będziemy miały superwakacje, prawda?  

– Jasne! Mogę zobaczyć koty?  

– Tak. Możesz też zmienić wodę papugom, jeśli chcesz. Właśnie 

sama miałam zamiar to zrobić.  

– W porządku! – Mickey przecisnęła się obok Deanny i znikła w 

głębi korytarza.  

Deanna spojrzała na Lee.  

– Zechce pan wejść?  

–  Nie,  nie.  Dziękuję  –  przyglądał  się  jej  w  zamyśleniu.  –  To 

godne podziwu! Co za wzór odwagi i pracowitości!  

Deanna  zignorowała  tę  drobną  prowokację.  Dla  dobra  Mickey 

chciała  utrzymać  spokój  w  ich  wzajemnych  relacjach.  Spokój,  bo  o 

zażyłości nie mogło być, rzecz jasna, mowy.  

–  Dziękuję  –  usiadła  na  poręczy,  kołysząc  jedną  nogą  w 

powietrzu. – Czyli zaczynam od jutra?  

– Przyprowadzę Mickey około ósmej trzydzieści, przed wyjazdem 

do pracy. 

– W porządku.  

background image

Stratton wyprostował się i sięgnął do kieszeni.  

–  Proszę  –  powiedział,  podając  jej  klucz.  –  To  klucz  od  moich 

drzwi  frontowych.  Może  pani  korzystać  z  mojego  domu,  kiedy  pani 

zechce.  Chyba  nie  będziecie  siedzieć  tutaj  całymi  dniami.  Myślę,  że 

skorzystacie też z basenu... – znów zupełnie niespodziewanie pojawiła 

się w jego głosie nutka rozbawienia.  

Zaskoczona żartobliwym tonem wzięła klucz z jego ręki. Sięgnął 

raz jeszcze do kieszeni, tym razem po portfel.  

–  Tak  jak  mówiłem  wczoraj,  Mickey  potrzebuje  ubrań  i  wielu  

innych    drobiazgów.  Chciałbym,  żeby  wzięła  ją  pani  na  zakupy  – 

podał jej zwitek banknotów.  

Deanna stała nieco zmieszana z pieniędzmi w wyciągniętej dłoni. 

Mimo  wszystko  zakupy  były  koniecznością.  Wszystko,  co  Mickey 

miała, było już na nią za małe.  

– O której zwykle będzie pan wracał z pracy? – zapytała.  

–  To  doprawdy  trudno  powiedzieć  –  wzruszył  ramionami.  –  

Podpisujemy  właśnie  kontrakt  z  firmą  w  Kalifornii.  Wolę  być  w 

biurze  dopóki  oni  tam  nie  skończą  pracy,  czyli  do  siódmej  naszego  

czasu.  Och,  byłbym  zapomniał,  prawdopodobnie  wybiorę  się  tam  w 

przyszłym  tygodniu.  Szczegóły  nie  zostały  jeszcze  co  prawda 

uzgodnione, ale wygląda na to, że nie będzie mnie przez dwa, trzy dni. 

Czy będzie to kłopot dla pani zająć się wtedy Mickey? Oczywiście za 

dodatkową zapłatą.  

– To żaden kłopot. Nie mam planów na przyszły tydzień.  

background image

No  i  trochę  więcej  gotówki  też  się  przyda,  pomyślała  w  duchu. 

Jeśli szczęście jej dopisze, może uda się odrobić oszczędności jeszcze  

zanim Mickey wróci do szkoły. To z kolei pozwoliłoby jej na pisanie 

bez konieczności dorabiania sobie gdziekolwiek indziej.  

Lee spojrzał w kierunku ulicy.  

– Jeśli nie ma pani teraz więcej pytań, zabiorę ją do domu.  

– Wolałabym raczej odesłać ją za parę minut, jeśli nie ma pan nic  

przeciwko temu  – odparła.  

– Jak pani wygodniej – zgodził się. – Zatem, do zobaczenia jutro 

rano.  

Przechodząc  przez  kuchnię  Deanna  rzuciła  na  stół  zwitek 

banknotów.  Było  stąd  słychać,  jak Mickey  mówi  do  ptaków.  Weszła 

do pokoju.  

– Zmieniłaś im wodę?  

– Tak. Popatrz, Whirlybird się mnie boi, a Tinkerbell nie. Usiadła 

mi na palcu. Bo ona to jest... „ona”, prawda?  

–  Obie  są  „one”  –  roześmiała  się  Deanna  i  odgarnęła  włosy 

opadające Mickey na czoło. – A więc, jak rozumiem, podoba ci się ten 

pomysł, żebym opiekowała się tobą w czasie wakacji?  

Mickey przytaknęła skwapliwie.  

–  Wiesz,  już  się  bałam,  że  znajdzie  kogoś  innego,  takiego  jak 

Kyra,  albo  że  będę  musiała  chodzić  z  nim  codziennie  do  pracy.  To 

straszna  nuda.  Czy  on  już  poszedł  do  domu?  –  spytała,  patrząc  w 

kierunku drzwi.  

background image

–  Poszedł,  ale  ty  możesz  tu  jeszcze  zostać  przez  parę  minut. 

Chcesz lemoniady?  

– Tak, poproszę. – Mickey wspięła się na wysoki stołek i usiadła, 

huśtając nogami. – Co będziemy robić jutro?  

Deanna  napełniła  dwie  wysokie  szklanki  i  podała  jedną  z  nich 

Mickey.  

–  Wujek  Lee  chciał,  żebym  wzięła  cię  na  zakupy.  Może 

powinnyśmy przejrzeć twoje rzeczy i zobaczyć, czego potrzebujesz. A 

może znajdziemy też trochę czasu na fryzjera?  

Twarz Mickey rozjaśniła się. Skinęła głową.  

–  Świetny  pomysł!  –  zawołała.  Zaraz  jednak  zachmurzyła  się  i 

posmutniała,  wpatrzona  w  kostki  lodu  w  szklance.  –  Włosy  zawsze 

obcinała mi mama – powiedziała po chwili cicho.  

–  Na  pewno  dobrze  to  robiła  –  Deanna  poczuła  nagły  przypływ 

litości.  

Mickey pokiwała głową. Westchnęła ciężko i opuściła ramiona.  

– Chyba już nie chcę – powiedziała, wyciągając rękę ze szklanką.  

Deanna wzięła ją i odłożyła na stół.  

–  Myślisz, że pomogłoby, gdybym cię przytuliła?   

Mickey spojrzała na nią, nic nie mówiąc. Deanna już wiedziała...  

Podeszła  i  objęła  ją  mocno.  Przez  moment  Mickey  była  spięta.  Po 

chwili  jednak  poddała  się,  objęła  Deannę  za  szyję  i  wtuliła  głowę  w 

jej ramię.  

Deanna  poczuła,  że  łzy  cisną  się  jej  do  oczu.  Biedne  dziecko, 

pomyślała. Była zupełnie sama na tym świecie.  

background image

–  Dawno  nikt  mnie  tak  nie  przytulał  –  powiedziała  Mickey 

stłumionym głosem.  

– Mnie też. To miłe uczucie, prawda?  

Jakoś  nie  zaskoczyło  jej  to,  że  Lee  Stratton  nie  przytulał  swojej  

siostrzenicy.  Nie  wyczuwała  bowiem  pomiędzy  nimi  żadnej  więzi. 

Zaopiekował się nią ze zwykłego poczucia obowiązku, i to wszystko.  

Uścisnęła ją mocno raz jeszcze.  

–  A  więc  umowa  stoi:  jutro  zaczynamy  od  dużych  zakupów.  

Wstajemy wcześnie,  w porządku?  

– W porządku! – odrzekła Mickey. Sięgnęła po swoją szklankę i  

wzięła łyk napoju. – Możemy zjeść lunch poza domem?  

– Żaden problem!  

– McDonald?  

– A gdzieżby indziej!  

– Mniam, mniam, świetnie! Może już pójdę do domu, wykąpię się 

i przygotuję wszystko na jutro?  

Gdy szły do drzwi, spojrzała na Deannę.  

–  Wiesz,  jak  to  jest:  jak  wcześnie  idziesz  spać,  to  noc  prędzej  

mija i jutro szybciej przychodzi.  

– Wiem, wiem – uśmiechnęła się Deanna. – Do zobaczenia rano,  

duży bobasie!  – cmoknęła ją w czubek głowy.  

–  Dobranoc  –  odpowiedziała  Mickey  i  w  podskokach  pomknęła 

do siebie.  

Deanna stała jeszcze w drzwiach. Obserwowała dwóch chłopców, 

ścigających  się  na  małych  rowerkach  po  chodniku  po  przeciwnej 

background image

stronie ulicy. Myślała o matce Mickey. Z pewnością nie była podobna 

do  Lee.  By  wychować  tak  kochające  i  troskliwe  dziecko,  musiała 

sama być szczera i bardzo uczuciowa.  

On,  owszem,  był  całkiem  przystojny.  Nie  miał  jednak  za  grosz  

czułości. Ciekawe, czy także w relacjach z kobietami był tak chłodny?  

Czy  w  ogóle  poza  pracą  miał  potrzebę  prywatnych  kontaktów  i 

przyjaźni? Deanna miała nadzieję, że tak, że  w jego  życiu była jakaś 

kobieta,  która  skruszyłaby  jego  charakter,  która  pomogłaby  mu 

stworzyć dom dla Mickey.  

Westchnęła i weszła do domu. Musiała zabrać się za pisanie.  

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Usłyszała  przez  sen,  że  ktoś  dzwoni  do  drzwi.  Otworzyła  oczy  i 

trochę  zdezorientowana  rozglądała  się  wokół.  W  pokoju  było  już 

jasno.  Rzuciła  okiem  na budzik  i  stwierdziła,  że  jest  prawie  wpół  do  

dziewiątej.  Wyskoczyła  prędko  z  łóżka,  klnąc  sama  na  siebie  przy 

akompaniamencie kolejnego dzwonka.  

Przywdziała  krótki  szlafrok.  Pasek  wiązała  już  w  drodze  na  dół.  

Na  pół  sekundy  zatrzymała  się,  by  zerknąć  w  wiszące  w  holu  lustro.  

Skrzywiła  się,  desperacko  próbując  zrobić  coś  z  nieposłusznymi 

włosami.  Wyprostowała  jeszcze  tylko  kołnierz  szlafroka  i  otworzyła 

drzwi.  

Lee  i  Mickey  stali  na  tarasie.  Uśmiechnęła  się  sennie  do  małej  i 

spojrzała na Lee.  

background image

–  Bardzo mi przykro – powiedziała prędko. – Zaspałam. Pisałam  

do późna w nocy i powinnam była nastawić budzik.  

Zielonkawe  oczy  przyglądały  się  jej  uważnie,  a  teraz  właśnie  

oceniały  jej  długie  nogi.  Deanna  poruszyła  się  zmieszana.  Lepiej  by 

się czuła, gdyby mogła wziąć prysznic i ubrać się. A poza tym w jego 

spojrzeniu było coś zbyt osobistego, jak na tę sytuację.  

Natomiast  Lee  był  elegancki  do  najdrobniejszego  szczegółu. 

Każdy  włos  na  właściwym  miejscu,  idealnie  skrojony  garnitur, 

podkreślający  jego  mocną  figurę,  a  z  drugiej  strony  nadający  mu 

wygląd  profesjonalisty.  Do  licha,  ależ  z  niego  przystojny  gość, 

pomyślała.  

Ich oczy spotkały się na krótką chwilę. W jego spojrzeniu nie było 

tym razem tak dobrze znanej jej ironii i krytycyzmu. Było nieco ciepła  

i  akceptacji,  coś  jak  nie  wypowiedziany  komplement.  Szybko 

odwróciła wzrok, zaskoczona swoją reakcją.  

Poprawiła włosy i spojrzała na Mickey.  

– Widzę, że jesteś gotowa, żeby dobrze dziś wystartować?  

Mickey skinęła głową.  

– Śniadanie już zjadłam.  

–  Świetnie.  Wejdź  do  środka  –  odsunęła  się  i  przepuściła 

dziewczynkę.  –  A  więc  do  zobaczenia  wieczorem  –  zwróciła  się  do 

Lee.  

Im  szybciej  odejdzie,  tym  lepiej.  Nie  tyle  gapił  się  na  nią,  co  po 

prostu przyglądał się jej z nadspodziewanym zainteresowaniem.  

background image

–  Zadzwonię  po  południu  i  powiem  dokładniej,  kiedy  wracam.  

Jeśli nie będzie was w domu, zostawię informację na taśmie.  

– Nie mam automatycznej sekretarki – powiedziała Deanna.  

–  W  takim  razie  nagram  się  na  swojej.  Może  pani  sprawdzić 

później  –  zerknął  na  zegarek.  –  Muszę  pędzić.  Do  zobaczenia, 

Michelle! – uśmiechnął się do małej i odszedł.  

Odetchnąwszy z ulgą Deanna weszła do domu i zamknęła za sobą 

drzwi.  

– Muszę napić się kawy – powiedziała. – Chodźmy do kuchni.  

Zdjęła  pokrowiec  z  klatki  z  papugami.  Uśmiechnęła  się,  widząc  

zaskoczenie Mickey świergotem i podskokami rozbudzonych ptaków.  

W  czasie,  gdy  parzyła  się  kawa,  uprzątnęła  stół  z  papierów. 

Mickey przyglądała się temu z zaciekawieniem.  

– Co to jest? – zapytała, wskazując papiery.  

–  To  jest  książka,  którą  piszę.  –  Deanna  położyła  stos  kartek  na 

lodówce.  –  To  historia  małej  dziewczynki,  która  żyje  w  przyszłości. 

W kosmosie.  

Mickey usiadła za stołem, opierając podbródek na rękach.  

– To książka dla dzieci?  

–  Tak,  dla  dzieci  trochę  starszych  od  ciebie.  –  Niecierpliwie 

rzuciła  okiem  na  ekspres  do  kawy.  Ciągle  jeszcze  nie  była  gotowa! 

Nie wyspała się ani trochę i dawka kofeiny przydałaby się,  jak  nigdy.  

–    Jedna  moja  książka  została  już  wydana.  Może  będziesz  mogła  ją  

kiedyś przeczytać.  

– Nie za bardzo lubię czytać – skrzywiła się Mickey. – To nudne.  

background image

–  O,  szkoda.  –  Deanna  nalała  sobie  kawy  i  dodała  mleka.  Upiła  

duży  łyk  i  odetchnęła  głęboko.  Kawa  była  wyśmienita.  –  Myślałam, 

że  w  te  wakacje  mogłybyśmy  sobie  trochę  poczytać,  siedząc  w 

ogrodzie. Bardzo lubiłam to robić, jak byłam mała.  

– Twoja mama też ci czytała?  

Deanna  pokręciła  głową.  Żadne  z  jej  rodziców  nie  miało  ani 

czasu, ani chęci, by spędzać z nią czas w ten sposób.  

– Myślałam jednak, że fajnie byłoby czytać na głos na zmianę, raz 

ty,  raz  ja.  Powinnyśmy  kiedyś  spróbować.  Może  ci  się  spodoba,  kto 

wie?  

Oto i zadanie na wakacje, pomyślała.  

– Gdzie jest Alfie i Imp? – zapytała Mickey, by zmienić temat.  

– Są za domem. Możesz iść się z nimi pobawić, a ja w tym czasie 

wezmę prysznic.  

– Dobrze – Mickey zeskoczyła ze stołka i skierowała się do drzwi.  

– Nie wychodź poza ogród, to nie zajmie mi dużo czasu.  

Przez chwilę stała oparta o kredens patrząc, jak Mickey wywołuje  

koty  spod  krzaków.  Dopiła  resztkę  kawy,  a  potem  przeciągając  się  i 

ziewając poszła do łazienki.  

 

Deanna zrzuciła z nóg sandały i usiadła po turecku na podłodze w  

pokoju Mickey. Wytrząsnęła z torby kilka kolorowych podkoszulków, 

obcięła im metki i podała je Mickey.  

Dziewczynce bardzo podobały się zakupy. Oczy jej ciągle jeszcze  

błyszczały,  a  z  policzków  nie  schodził  rumieniec.  Wizyta  u  fryzjera 

background image

poprawiła  znacznie  jej  wygląd.  Zniknęły  brzydkie,  ciągle  wpadające 

do  oczu  kosmyki  włosów.  Teraz  fryzura  była  ładna  i  łatwa  do 

utrzymania.  

Po kilku minutach wszystkie nowe rzeczy znalazły się w szafie.  

– Kupiłaś mi mnóstwo ubrań – powiedziała Mickey.  

–  Twój  wujek  ci  je  kupił.  Ja  tylko  pomogłam  wybrać  to,  czego 

potrzebowałaś.  Pamiętaj,  żeby  mu  podziękować,  kiedy  wróci  do 

domu. A teraz zamówimy pizzę. Umieram z głodu.  

W  oczekiwaniu  na  dostawę  rozwinęły  nowe  plakaty  Mickey  i 

zastanawiały  się,  gdzie  je  przyczepić.  Trzy  z  nich  były  z  kotami,  a 

jeden z jednorożcem.  

–    Jednorożca  możemy  dać  nad  łóżko  –  oświadczyła  Mickey.  –  

Koty  na  tę  ścianę  koło  okna.  Te  trzy  białe  w  koszyku  powiesimy  w 

środku.  

– Dobry pomysł. Gdzie są nasze pinezki?  

– Tutaj! – Mickey podała jej małą torebkę.  

Deanna przypinała    plakaty  do  ściany,  a  Mickey  mówiła  jej,  czy 

wiszą prosto.  

– No i co? Jak to wygląda? – zapytała.  

– O wiele lepiej – ucieszyła się Mickey. – Od razu przyjemniej się 

tu zrobiło.  

–  Nie  przywiozłaś  ze  sobą  żadnych  swoich  rzeczy?  –  spytała 

Deanna.  

Pokój  wyglądał  tak  samo  sterylnie,  jak  inne  w  tym  domu:  ani 

pluszowych zabawek, ani lalek, ani półek z książkami i grami.  

background image

– Przywiozłam tylko trochę moich ubrań i parę drobiazgów. Tylu  

rzeczy zapomniałam zabrać, gdy wujek Lee przyjechał po mnie do tej  

pani,  u której  mieszkałam.  Teraz  już  nie  wiem,  gdzie  one  mogą  być. 

Nie  wiem  też,  co  stało  się  z  rzeczami  mamy  –  usiadła  ciężko  na 

brzegu  łóżka  kołysząc  nogą.  –  Wszystko  zostało  w  domu,  kiedy 

musiała  pójść  do  szpitala. Chyba teraz ma to ktoś inny.  

Mickey  wyjęła z pudełka małe radio z budzikiem, które kupiły, i 

postawiła je ostrożnie na komódce. Podłączyła je do prądu i znalazła 

jakąś stację z muzyką rockową. Podkręciła nieco i uśmiechnęła się do 

Deanny.  

– Teraz nie będzie już tu tak cicho – oświadczyła.  

–  No  dobrze.  A  teraz  zbierzmy  te  papiery  i  wyrzućmy  do  kosza. 

Masz, tu jest duża torba. Zbierz do niej te śmieci. Sprawdź też, czy na  

podłodze  nie  leżą  gdzieś  szpilki.  Lepiej  nie  nadepnąć  na  taką  rano 

bosą nogą.  

Zanim zabrały się na dobre do sprzątania, odezwał się dzwonek u  

drzwi. Mickey poderwała się pierwsza.  

– Pizza!  

– Lepiej się pośpiesz, zanim wystygnie – powiedziała Deanna ze  

śmiechem i dała jej pieniądze.  

Chyba  nic  się  nie  stanie,  jeśli  zjemy  tutaj,  pomyślała,  gdy  mała  

zniknęła  za  drzwiami.  Jadalnia,  gdzie  stał  nowoczesny  stół  ze 

szklanym, kryształowo czystym blatem i wymyślnymi nowoczesnymi 

krzesłami,  nie  była  dobrym  miejscem  na  tłustą  pizzę  w  rozmiękłym 

pudełku.  

background image

Także  i  kuchnia,  lśniąca  jak  sala  operacyjna  z  nieskazitelnie 

czystym wyposażeniem, nie była ani trochę przytulniejsza.  

Ten  dom  potrzebował  ożywienia,  ciepła.  Jej  dom  na  pewno  

nie  wygrałby  konkursu  na  projekt  wnętrza,  ale  przynajmniej 

przyciągał miłą atmosferą. Był to dom, w którym czuło się  obecność 

jego mieszkańców.  

Zastanawiała  się,  czy  Lee  był  zwolennikiem  takiego  surowego  

wystroju, czy też nie starczało mu gustu i odwagi, by wprowadzić tu i  

ówdzie    akcenty    własnego    pomysłu.  Uśmiechnęła  się  do  siebie.  Na 

widok  tych  małych,  purpurowych  rybek  niejednemu  odeszłaby 

wszelka ochota do eksperymentów z dekoracją wnętrz.  

Mickey  wróciła,  niosąc  ostrożnie  pudełko  z  pizzą  i  brązową 

torebkę z napojami.  

–  Oto  i  nasze  jedzenie  –  powiedziała  i  położyła  pudełko  na 

komódce. – Mmm, pachnie wspaniale!  

– No to jedzmy już.  

Usiadły  obie  na  dywanie,  kładąc  pizzę  pomiędzy  sobą.  Za  obrus 

posłużył im duży ręcznik kąpielowy. Grało radio, a Mickey poruszała 

głową w takt muzyki. Pociągnęła przez słomkę łyk mrożonego kakao 

z kubka.  

– Wspaniale smakuje pizza z czekoladą – orzekła.  

– O tak! Zawsze to lubiłam. Także z cheeseburgerami i chipsami!  

– Mhm. Kupimy sobie to jutro – uśmiechnęła się Mickey.  

– Może lepiej byłoby jednak coś ugotować?  

– Cheeseburgery! Uwielbiam takie niezdrowe jedzenie!  

background image

Deanna  podniosła  do  oczu  kawałek  pizzy  i  przyjrzała  się  mu 

uważnie.  

–  Dla  mnie  nie  wygląda  to  wcale  tak  niezdrowo  –  powiedziała  i 

ugryzła  porządny  kęs.  –  Patrz  jak  się  to  ciągnie!  –  Bełkocząc  z 

pełnymi  ustami,  starała  się  złapać  językiem  zwisające  nitki  gorącego 

sera.  

– A, to tutaj jesteście.  

Zaskoczone  podniosły  głowy.  Lee  stał  w  drzwiach  z  założonymi 

rękami. Miał jeszcze na sobie garnitur, ale krawat był poluzowany, a 

dwa    guziki  koszuli  rozpięte.  Właściwie  to  nie  wyglądał  wcale  tak 

groźnie.  

Deanna przełknęła spiesznie i wytarła usta serwetką.  

– Witam – uśmiechnęła się trochę sztywno. – Widzę,  że jest pan 

trochę wcześniej.  

–  Skończyłem  szybciej  niż  myślałem.  –  Wzruszył  ramionami  i 

rozejrzał  się  po  pokoju.  –  Zdaje  się,  że  wydałyście  trochę  pieniędzy, 

co?  

W oczach Mickey pojawiła się niepewność.  

– Tak. Czy może kupiłyśmy za dużo?  

– Chyba raczej nie, prawda? – zwrócił się do Deanny.  

Deanna wstała z podłogi.  

–  Mam  wszystkie  kwity  –  powiedziała  cicho,  sięgając  do  tylnej 

kieszeni  spodni.  –  Kupiłyśmy  tylko  potrzebne  jej  rzeczy,  ubrania  i 

buty,  a  także  parę  drobiazgów,  by  mogła  poczuć  się  trochę  bardziej 

background image

jak  u  siebie  w  domu.  –  Uśmiechnęła  się  do  Mickey.  –  Ja  się  już 

najadłam, a ty?  

Mickey przytaknęła.  

–  No to teraz posprzątajmy. Włożę te resztki do lodówki, a ty w  

tym  czasie  wyrzuć  papiery  –  zwróciła  się  do  dziewczynki,  ignorując  

obecność Lee. – Chcesz wypić resztę czekolady? – zapytała.  

– Nie, nie jestem już głodna. Te torby też są do wyrzucenia?  

–  Raczej  tak.  Przepraszam  –  zwróciła  się  do  Lee,  chcąc  wyjść  z 

pokoju.  

Odsunął  się,  ale  i  tak  otarła  się  o  niego  ramieniem.  Poczuła 

zapach  jego  wody  po  goleniu.  Natychmiast  jednak  zgasiła  w  sobie 

rozbudzone uczucie zainteresowania.  

Do licha z nim! – pomyślała. Czemu nie wrócił do domu choćby z 

miłym uśmiechem na twarzy, chwaląc Mickey za jej nowe uczesanie i 

wystrój  pokoju?  Biedny  dzieciak  martwi  się  teraz,  czy  czasem  nie 

wydały  za dużo pieniędzy na to wszystko! Chciała przecież sprawiać 

jak najmniej kłopotu swojemu wujkowi.  

Deanna  podejrzewała,  że  Mickey  podświadomie  wyczuwała 

reakcje  Lee.  Była  przekonana,  że  nie  do  końca  akceptował  jej 

obecność w domu.  

Lee wszedł do kuchni w chwili, gdy Deanna owijała folią resztki 

pizzy.  Stał  w  drzwiach  i  przyglądał  się  jej  przez  chwilę.  Zdjął  już  

marynarkę  i  krawat,  podwinął  rękawy  koszuli.  Wyglądał  raczej 

przystępnie,  jeśli  nie  bezbronnie.  Jedynie  w  oczach  miał  znów  ten 

chłodny błysk.  

background image

–  Nie  miałem  na  myśli  tego,  że  wydałyście  za  dużo  pieniędzy  – 

powiedział z oporem.  

Deanna zamknęła lodówkę i odwróciła się do niego.  

–  Tu  nie  chodzi  o  mnie.  Mickey  bardzo  się  tym  przejęła.  To 

przecież  całkiem  jasne,  że  ona  i  jej  matka  nie  miały  żadnych 

oszczędności. Teraz ona martwi się, że to samo będzie tutaj. Myślę, że 

powinien pan z nią na ten temat porozmawiać.  

Zobaczyła,  że  jego  oczy  zwęziły  się  w  szparki,  a  usta  zacisnęły, 

zupełnie  jakby  miał  jej  zamiar  powiedzieć,  by  zajęła  się  lepiej 

własnymi sprawami. Jednak w tej samej chwili weszła Mickey, niosąc 

wielką torbę wypchaną śmieciami.  

– To już wszystko. Mam to wynieść do śmietnika?  

– Twój wujek tym się zajmie. Odprowadź mnie. Muszę już iść. – 

Wzięła Mickey za rękę i uśmiechnęła się, mijając Lee. – Nie zapomni  

pan  o  tej  rozmowie,  którą  chciał  pan  z  nią  przeprowadzić,  prawda, 

panie Stratton?  

Pacnęła Mickey palcem w czoło.  

– Nie martw się, to nie będzie żadne kazanie. Wujek powie ci po 

prostu trochę o pieniążkach, żebyś się już więcej  nie  przejmowała  –  

tu posłała  Lee  władcze  spojrzenie.  Przecież  Mickey  powinna  zdawać 

sobie sprawę, że wujka stać na jej utrzymanie. – Do widzenia.  

Uśmiech,  którym  go  obdarzyła,  był  tak  samo  fałszywy,  jak  i 

spokojny ton głosu, który starała się utrzymać. Wyszła z podniesioną 

głową.  

background image

Następnego  ranka  Deanna  wstała  wcześnie.  Siedziała  właśnie  na  

stopniach  tarasu,  popijając  kawę  i  susząc  swoje  rudawe  włosy  w 

promieniach rannego słońca, gdy z sąsiedniego domu wyszła Mickey i 

Lee.  Gdy  nadeszli,  wyprostowała  się.  Powitała  Lee  chłodnym 

uśmiechem, który nabrał ciepła natychmiast, gdy jej wzrok spoczął na 

Mickey.  

– Cześć, dzieciaku! – powiedziała. – Co słychać?  

– Wszystko w porządku. Co będziemy dziś robić?  

– A co byś powiedziała na mały piknik w zoo?  

–  Świetnie!  Możemy  wziąć  ze  sobą  kanapki  z  masłem 

orzechowym i bananami!  

– Fuj, to musi okropnie smakować! No, ale skoro musisz...  

– Jasne, że muszę! Gdzie koty? – zapytała.  

– Leo wyleguje się na moim łóżku, a Alfie i Imp są za domem.  

Mickey wspięła się szybko po schodach i zniknęła w głębi domu. 

Deanna  patrzyła  za  nią  przez  moment,  po  czym  odwróciła  się.  Lee 

zbierał się do odejścia.  

–  Chwileczkę  –  powiedziała.  –  Zapomniałam  pana  o  coś  spytać 

wczoraj.  

– Coś takiego, nie wierzę własnym uszom! – odparł z ironią.  

Zignorowała jego ton i ciągnęła dalej.  

–  Zauważyłam,  że  w  pokoju  Mickey  nie  było  nic  z  jej  dawnego 

domu.  Ani  lalki,  ani  żadnego  miśka,  nawet  zdjęcia  jej  matki.  To 

ważne, żeby miała jakieś rzeczy z przeszłości. Jej życie nie rozpoczęło 

się przecież w dniu, kiedy się do pana przeniosła.  

background image

Deanna  robiła  wszystko,  by  nie  brzmiało  to  jak  oskarżenie.  Z  

wyrazu twarzy Lee wnioskowała jednak, że niezbyt jej się to udawało.  

Wpatrywał się w nią, z trudem panując nad sobą.  

– Płacę pani za opiekę nad Michelle, a nie za interesowanie się nie 

swoimi sprawami – odrzekł, siląc się na spokój.  

– Ależ to właśnie jest związane z opieką nad nią – odparła Deanna 

z naciskiem.  

– Niech pani lepiej nie próbuje przeciągać struny, bo...  

– Bo zwolni mnie pan? – wpadła mu w słowo. – W porządku, ale  

będzie  pan  tego  żałował  i  dobrze  pan  o  tym  wie.  Tak  czy  owak, 

Mickey  jest  teraz  pod  pana  opieką  i  to  pan  odpowiada  za  jej  rozwój 

wewnętrzny.  

– Czy to już wszystko?  

– Na teraz tak – odpowiedziała.  

Miała  nadzieję,  że  nie  zdobędzie  się  na  to,  by  rzeczywiście  ją 

zwolnić.  

–  A  więc  proszę  zapamiętać,  że  zatrudniłem  panią  jako  

opiekunkę  do  dziecka,  a  nie  psychologa  –  powiedział  chłodno.  – 

Późno dziś wrócę – dorzucił.  

Zerknął  na  zegarek,  odwrócił  się  i  odszedł.  Deanna  patrzyła  za 

nim  przez  chwilę.  Miała  ochotę  rzucić  czymś  w  tego  twardziela. 

Mrucząc  przekleństwa  pod  nosem  weszła  do  domu  i  zatrzasnęła  za 

sobą drzwi.  

background image

Mickey stała  w holu  w pobliżu drzwi. Jeden z kotków kurczowo 

trzymał  się  pazurkami  jej bluzki. Ciekawe,  ile  z  tej  rozmowy  dotarło 

do jej uszu, myślała Deanna ze złością.  

–  Kłócicie  się,  ty  i  wujek?  –  zapytała  dziewczynka  spokojnym 

głosem.  

– Tak jakby... – przyznała Deanna. Nie warto było udawać, że jest 

inaczej.  

– O mnie?  

–  Nie,  Mickey  –  Deanna  potrząsnęła  głową.  –  Nie  o  ciebie.  Po 

prostu  nie  zgadzamy  się  czasem  i  to  wszystko.  Dorosłym  się  to 

zdarza.  

Mickey pokiwała głową ze zrozumieniem.  

–  O  tak,  moja  mama  i  mój  tata  kłócili  się  czasem,  pamiętam. 

Wcale mi się to nie podobało.  

– Z pewnością – odparła Deanna. Musieli się nieźle kłócić, skoro  

Mickey do dziś to pamięta. – Ja i twój wujek nie kłócimy się aż  tak.  

Już po wszystkim. Nie musisz się tym przejmować, dobrze?  

– Zgoda – odpowiedziała mała.  

Deanna  wyczuwała,  że  Mickey  bała  się,  że  Lee  mógłby 

zaangażować  inną  opiekunkę.  Zamyślona  przytuliła  dziewczynkę  do 

siebie.  

 

Siedziała przed domem w fotelu ogrodowym. Był cichy wieczór.  

Od  zachodu  zaczęły  napływać  ciężkie,  ciemne  chmury.  Po  chwili  

przesłoniły  ostatnie promienie zachodzącego słońca. Gdzieś  w  oddali  

background image

błysnęło  po  raz  pierwszy.  Stłumiony  pomruk  burzy  przetoczył  się 

przez okolicę. Powietrze było ciężkie od duchoty.  

– Deanna...  

Zaskoczona  rozejrzała  się  wokół.  Przy  furtce  ogrodu  stał  Lee. 

Wyprostowała  się  w  fotelu  i  lekko  uśmiechnęła.  Czego  on  mógł 

chcieć?  

–  Zdawało  mi  się,  że  mówiła  pani  do  kogoś  –  powiedział,  

podchodząc  bliżej.  Miał  na  sobie  krótkie  spodenki  i  rozpiętą 

bawełnianą koszulę.  

– Tak, mówiłam do kotów – odrzekła niepewnie. Była zmęczona i 

nie  miała  ochoty  na  kolejną  dyskusję.  –  Słucham  pana  –  zapytała  w 

końcu.  

– Mogę usiąść?  

– Oczywiście – wskazała mu ręką drugi fotel. Lepsze było to, niż 

gdyby miał nad nią stać. – Jak się ma Mickey?  

– Śpi teraz.  

Deanna  spojrzała  na  zasnute  chmurami  niebo.  Wraz  z 

nadchodzącą  burzą  wzmagał  się  i  wiatr,  wprawiając  liście  drzew  w 

szalony taniec.  

– Burza może ją obudzić. Powinien pan przy niej być.  

– To nie potrwa długo. Nie zajmę pani dużo czasu.  

– Nowe rozkazy? – zapytała.  

–  Owszem  –  przyznał,  marszcząc  brwi.  –  Pojutrze  muszę 

wyjechać  do  Kalifornii.  Czy  sprawiłoby  pani  kłopot  wziąć  Michelle 

do siebie na ten czas?  

background image

–  Żaden  problem  –  odpowiedziała,  ciesząc  się  w  duchu,  że  

przynajmniej  nie  będzie  musiała  go  widywać  przez  parę  dni.  –  Jej  

towarzystwo  nie  sprawia  mi  kłopotu.  –  Wiatr  zarzucił  jej  na  twarz 

kosmyk włosów. – Jak długo pana nie będzie?  

– Nie mogę tego teraz dokładnie określić. Prawdopodobnie cztery,  

może  pięć    dni.   –  Spojrzał  w  niebo.  Na  południu  kłębiły  się  ciemne 

chmury. Na zachodzie, gdzie przed chwilą zniknęło słońce, było nieco 

jaśniej. – Może przejdzie bokiem – powiedział Lee.  

– Mam nadzieję, że nie. Nie mieliśmy ani jednej porządnej burzy 

tego lata.  

– Pani lubi burze, czy dobrze zgadłem?  

Blask  następnej  błyskawicy  i  grzmot  nadał  jego  słowom 

tajemniczości.  Deanna  wstała,  podniósłszy  twarz  na  spotkanie 

pierwszych  kropel  deszczu.  Spojrzała  na  niego  i  roześmiała  się, 

zapominając na chwilę o dzielącym ich konflikcie.  

–  Wspaniale,  prawda?  –  Znów  uniosła  twarz,  pozwalając,  by 

obmywały ją wielkie krople wody.  

– Wiedziałem, że jest pani czarownicą – mruknął i podniósł się z 

fotelika.  –  Założę  się,  że  wywołała  pani  tę  burzę  za  pomocą  swych 

czarodziejskich mocy.  

Spojrzała na niego roześmianymi oczami.  

–  To  nic  trudnego.  Bierze  się  po  prostu  oko  jaszczurki  i  palec 

ropuchy!  

Odwzajemnił  jej  uśmiech  i  stał  teraz  koło  niej  w  coraz  bardziej 

ulewnym  deszczu.  Wiał  cudownie  chłodny  wiatr,  niosąc  zapach 

background image

świeżo  nawilżonej  ziemi.  Ciemność  nieba  przecięły  postrzępione 

odnogi kolejnej błyskawicy. Huk grzmotu wstrząsnął okolicą.  

– Ta była niezła, co? – zapytała Deanna z zachwytem.  

Lee stał wpatrzony w niebo, jak ona. Deszcz obmywał mu twarz, 

szyję  i  spływał  za  koszulę.  Jego  szorty,  poczynając  od paska, powoli 

nasiąkały wodą. Także nogi miał już całkiem mokre.  

Deanna  spostrzegła  nagle,  że  przygląda  mu  się  z  rosnącym 

zainteresowaniem. Był niewątpliwie atrakcyjnym mężczyzną.  

Podniosła oczy. Patrzył na nią, na jej mokre, przylegające do ciała  

ubranie.  Szybko  odwróciła  wzrok.  Serce  zaczęło  jej  bić  szybciej. 

Poczuła  dotyk  jego  palców,  odsuwających  z  policzka  kosmyk  jej 

włosów.  

Cofnął rękę, zanim mogła zareagować. Wciąż jednak czuła ciepły 

ślad  pozostawiony  przez  jego  palce  na  swej  chłodnej  od  deszczu 

skórze. Z trudem powstrzymała się, by nie potrzeć ręką tego miejsca.  

Spojrzała na niego.  

– Lepiej będzie... – zaczęła.  

– ... jak wrócę do Michelle – dokończył cicho, przyglądając się jej 

z  bliska. – Wiem, tak będzie rzeczywiście lepiej.  

Wahał  się  przez  chwilę,  jakby  chcąc  jeszcze  coś  powiedzieć. 

Pokręcił  głową  z  rezygnacją  i  powoli  oddalił  się  w  kierunku  furtki. 

Kilka kroków przed nią zatrzymał się i odwrócił.  

– Dobranoc, Deanna.  

– Dobranoc, Lee – odrzekła.  

background image

Drżąc nieco z chłodu, potarła rękami swe odkryte ramiona. Potem  

dotknęła  policzka,  jakby  chcąc  zetrzeć  ślad  jego  palców.  Westchnęła 

ciężko.  

Była  już  zupełnie  przemoczona  i  zziębnięta,  ale  mimo  to  stała 

jeszcze  chwilę,  rozmyślając  o  swoich  reakcjach.  To,  że  jej  się 

spodobał było  zupełnie naturalne, powiedziała sobie z przekonaniem. 

Była  normalną,  młodą  kobietą.  Mimo  że  w  duchu  ciągle  czuła  silny 

związek  z  Ryanem,  miała  przecież  prawo  do  obdarzania  innych 

mężczyzn zainteresowaniem.  

Dotknął jej. No i cóż z tego? Delikatne dotknięcie. Nic w tym nie 

było  z  erotyki.  Prawda,  ale  z  kolei  nie  był  to  taki  zupełnie  obojętny 

odruch. W jego oczach widać było, że coś do niej czuł.  

W  porządku,  zgodziła  się  w  końcu.  Może  i  było  to  jakieś 

wzajemne  zainteresowanie,  ale  tylko  zewnętrzne.  Przecież  nawet  nie 

lubili się. Zamyślona  poszła  w  stronę  domu.  Za  nią  spod  stolika  

wyskoczył  Leo,  zły  na  deszcz moczący mu sierść.  

Po raz pierwszy rozstali się bez złości i kłótni. Przy okazji przeszli 

nawet  na  ty.  Zamiast  ulgi  zawładnęło  nią  jednak  dziwne  uczucie  

niepewności. Nie miała żadnej wątpliwości, że przed chwilą zaszła w 

ich stosunkach jakaś znacząca zmiana.  

Tej  nocy  upewniła  się,  że  naprawdę  zaczyna  coś  do  niego  czuć. 

Zupełnie coś innego niż złość i niechęć.  

background image

ROZDZIAŁ PIATY 

Deanna  myliłaby  się  sądząc,  że  sprawy  od  teraz  potoczą  się 

inaczej. Gdy poszła rano po Mickey, Lee zachowywał się jak zwykle 

chłodno.  Bez  słowa  wręczył  jej  zwitek  banknotów  jako 

wynagrodzenie  i  wyszedł,  w  roztargnieniu  pogłaskawszy  Mickey  na 

do widzenia.  

W  chwili  gdy  drzwi  zamykały  się  za  nim,  Deanna  uchwyciła 

smutny wyraz oczu Mickey. Tych dwoje nie zbliżyło się do siebie ani 

trochę.  Z  tego  też  powodu  dziewczynka  była  cicha  i  nieśmiała  w 

stosunku do swego opiekuna. Wydawało się, że Lee niewiele miał dla  

niej  uczucia,  poza  poczuciem  obowiązku.  Wszystko  to  było  takie 

przykre.  

Deanna pociągnęła Mickey za jeden z jej niesfornych loczków.  

–  No,  mała,  wiesz  już  od  czego  chciałabyś  zacząć?  Możemy 

przejechać się statkiem po rzece albo pójść do muzeum i planetarium.  

Mickey  wzruszyła  obojętnie  ramionami.  Nie  było  w  niej  dziś 

entuzjazmu.  

– Wszystko mi jedno – odpowiedziała.  

–  A  może  –  zaczęła  Deanna  i  przytuliła  ją  –  spędzimy  sobie  po 

prostu spokojnie dzień w ogrodzie z basenem, co?  

–  Tak,  to  byłoby  nieźle.  –  Głos  Mickey  był  przytłumiony.  Cały  

czas  trzymała  Deannę  mocno  za  szyję.  –  Mogłabyś  poczytać  mi 

trochę, gdybyś chciała.  

–  To  nawet  całkiem  dobry  pomysł.  –  Deanna  pocałowała  ją  w 

policzek i wyprostowała się. – Pójdę teraz do domu i założę kostium 

background image

kąpielowy.  Ty  też  idź  do  siebie  na  górę  i  włóż  swój.  Spotkamy  się 

przy basenie.  

Mickey pokiwała głową i odeszła powoli.  

Mój Boże, ona przecież tak bardzo potrzebuje miłości, pomyślała 

Deanna. Chce czuć się potrzebna.  

Dobrze  znała  to  uczucie  z  własnego  dzieciństwa.  Zawsze  miała 

wrażenie,  że  jej  rodzice  przede  wszystkim  kierowali  się  poczuciem 

obowiązku  wobec  niej.  Rozczarowała  ich  od  samego  początku. 

Urodziła się jako drugie dziecko, i do tego dziewczynka.  

Jej  siostra  była  od  niej  o  trzy  lata  starsza.  Rodzice  planowali, 

rzecz  jasna,  chłopca.  Cały  pokój  był  już  przystrojony  na  niebiesko. 

Pościel  w  kołysce  też  była  niebieska.  Urodzenie  się  Deanny 

rozczarowało ich. Po niecałych dwóch latach mama urodziła wreszcie 

upragnionego syna.  

Może  gdyby  odziedziczyła  po  rodzicach  bystrość,  spryt,  upór  w 

dążeniu  do  celu,  jej  życie  wyglądałoby  teraz  inaczej.  Była  jednak 

dzieckiem  cichym,  nieśmiałym.  Większość  dzieciństwa  przeżyła 

zatopiona  w  książkach,  snując  marzenia  o  nowych  lądach  i  obcych 

cywilizacjach. W odróżnieniu od swej siostry, która została lekarzem,  

i  brata,  który  ukończywszy  uniwersytet  został  prawnikiem,  ona 

przerwała naukę przed uzyskaniem stopnia naukowego.  

Może  i  rodzice  mogliby  być  z  niej  dumni,  gdyby  napisała  jakąś 

książkę,  zaakceptowaną  później  przez  kanadyjską  elitę  literacką. 

Książki  dla  dzieci,  książki  science-fiction  nie  liczyły  się  jednak  dla 

nich jako życiowe osiągnięcie.  

background image

Weszła do domu i poszła po kostium. Współczuła bardzo Mickey.  

Jacy by nie byli jej rodzice, z pewnością nie odpychali jej od siebie i 

nie traktowali ozięble. Może czasem byli na nią źli, ale nigdy obojętni. 

Może  nie  mogli  dać jej  wszystkiego,  czego  potrzebowała,  lecz  nigdy 

nie odmawiali jej uczucia.  

Biedna  Mickey.  Jakie  życie  ją  czekało?  Na  kogo  ona  wyrośnie?  

Ile  czasu  upłynie,  nim  stanie  się  zamknięta,  smutna,  pozbawiona 

energii? Jak Lee będzie na to reagował?  

Z  westchnieniem  otworzyła  bieliźniarkę  i  wyciągnęła  duży 

ręcznik kąpielowy. Czy tych dwoje zrozumie się kiedyś? Czy Deanna 

oszukiwała tylko samą siebie, sądząc, że może im pomóc?  

 

Dwa  dni  później  przygotowywała  w  domu  Lee  lekką  kolację  dla 

siebie i Mickey. Mała siedziała przed domem i czytała książkę.  

Deanna wyjrzała przez okno i zobaczyła, jak Mickey w skupieniu  

przewraca kartkę. Aż miło było popatrzeć, jak wciągnęły ją przygody 

Tashy  Tran  z  planety  Plenitude,  choć  książka była  zbyt  trudna na jej 

wiek.  

Deanna otworzyła lodówkę i wyciągnęła sałatę. Pokroiła warzywa  

ze swego ogrodu i zrobiła pyszną sałatkę. Właśnie zaczęła smarować 

chleb masłem, gdy zadźwięczał dzwonek u drzwi. Wciągnęła na siebie 

pierwszy z brzegu podkoszulek i poszła otworzyć.  

Za drzwiami, z rękami w kieszeniach, stał obcy mężczyzna.  

– Dzień dobry, słucham pana – zagadnęła Deanna.  

– Czy Lee jest w domu? – zapytał ostrożnie.  

background image

– Nie, nie ma go w tej chwili.  

– A kiedy wróci?  

– Trudno powiedzieć. Właściwie może wrócić w każdej chwili.  

Nie  miała  przecież  zamiaru  powiedzieć  temu  facetowi,  że  Lee 

wyjechał z kraju.  

– Pani jest jego... żoną?  

– Nie, zajmuję się jego siostrzenicą w czasie, gdy go nie ma.  

– O, a więc Mickey jest tutaj?  

–  Kim  pan  jest?  –  zapytała  Deanna  wprost,  choć  znała  już 

odpowiedź. Zdradzały go ciemne włosy, jasnoniebieskie oczy i śmiało 

zarysowany podbródek.  

–  Wade  Wescott.  Jestem  ojcem  Mickey.  Chciałbym  się  z  nią 

zobaczyć.  

Wspaniale!  –  pomyślała  Deanna  z  goryczą.  Dlaczego  po  tak 

długiej nieobecności  musiał pokazać się  akurat teraz?  Żałując,  że  nie 

ma w domu Lee, zastanawiała się, co ma właściwie zrobić.  

–  To  moje  dziecko  i  mam  prawo  ją  widywać,  kiedykolwiek 

zechcę – powiedział Wescott z odrobiną wyzwania w głosie.  

– Mickey nie widziała pana od wielu lat. Nie jestem nawet pewna, 

czy pana pozna. Może byłoby  lepiej,  gdybym  przygotowała  ją  na  

pana  odwiedziny.  Mógłby  mi  pan  podać  numer telefonu do siebie?  

–  Deanna?  –  Mickey  nadeszła  z  otwartą  książką  w  ręce.  Palcem 

pokazywała  jakieś  trudne  słowo,  którego  nie  mogła  zrozumieć.  –  Co 

to znaczy?  

background image

Gdy  Deanna  odwróciła  się  do  niej,  Wescott  otworzył  szerzej 

drzwi.  

– Mickey, to ty? – Uśmiech rozjaśnił mu twarz. – Ho, ho! ależ ty 

wyrosłaś!  

Mickey  patrzyła  na  niego  zmieszana.  Niepewność  powoli 

ustępowała z jej twarzy.  

– Jest pan moim ojcem?  

– Jasne! Jak się miewasz? – rozpromienił się.  

Deanna  przyglądała  się  reakcjom  Mickey.  Dziewczynka  zbladła,  

posmutniała i wpatrywała się w ojca wielkimi oczami.  

–  Mama umarła – powiedziała cichym głosem.   

Wade kucnął i z wahaniem położył jej rękę na ramieniu.  

– Słyszałem. Zadzwonili do mnie z wydziału opieki i powiedzieli 

mi. Dlatego właśnie tu przyjechałem. Bardzo mi przykro.  

Mickey  stała  sztywno,  przygnieciona  jego  ręką.  Być  może 

rozpoznała  go  jako  swego  ojca,  ale  nie  widziała  go  zbyt  długo,  by 

żywić do niego jakieś uczucia.  

Deanna  delikatnie  przyciągnęła  Mickey  do  siebie.  Poczuła,  jak  

dziewczynka rozluźniła się opierając się o nią.  

–  Panie  Wescott,  jak  pan  widzi,  dla  małej  jest  to  bardzo 

zaskakujące  spotkanie.  Myślę,  że  powinniśmy  postępować  nieco 

ostrożniej.  

Wade  wyprostował  się  i  spojrzał  na  Deannę.  Przez  chwilę 

myślała, że będzie się kłócić.  

background image

– W porządku – powiedział z ociąganiem. Spojrzał znów na małą. 

– Zobaczymy się jutro, dobrze?  

–  Dobrze  –  odpowiedziała  Mickey,  przywierając  mocniej  do 

Deanny. Stała spokojnie, patrząc, jak ojciec odchodzi.  

Deanna  poczekała,  aż  Wade  wejdzie  do  swojego  starego 

samochodu, 

pokrytego 

wyblakłym 

lakierem, 

spod 

którego 

gdzieniegdzie  wyzierała  rdza.  Gdy  zatrzasnął  drzwi  i  włączył  silnik, 

przykucnęła przy małej i objęła ją mocno.  

Mickey westchnęła.  

– No i co? Jak się czujesz? – zapytała Deanna.  

Mickey  wzruszyła  ramionami,  ale  nic  nie  powiedziała.  Odsunęła 

ją nieco od siebie i spojrzała jej w oczy z ciepłym uśmiechem.  

– Trochę zaskoczona, co?  

Mickey pokiwała głową w milczeniu. Do oczu napłynęły jej łzy.  

–  Myślałam,  że  się  ucieszę,  gdy  go  zobaczę,  ale...  –  Głos  się  jej 

załamał i pociągnęła nosem.  

– Tak naprawdę to przecież ty go wcale nie pamiętasz...  

–  Nie  wiedziałam  nawet,  że  to  on  –  pokręciła  głową.  –  I  co  ja 

mam teraz zrobić?  

Deanna  odsunęła  jej  kosmyk  włosów  z  policzka  i  przytuliła  do 

siebie.  

–  Po  pierwsze,  możesz  zacząć  go  odwiedzać  i  w  ten  sposób  

trochę lepiej go poznać. Chciałabyś?  

– Może. Czy... czy będę musiała z nim mieszkać?  

background image

– Nikt nie może cię do niczego  zmuszać. W tej chwili twój dom 

jest tutaj, u wujka.  

– Myślę, że ucieszyłby się, gdybym zamieszkała z tatą.  

– Tylko gdybyś sama tego chciała.  

Wcale jednak nie była tego taka pewna. Mickey mogła mieć rację.  

Lee  mógłby  się  ucieszyć,  gdyby  zechciała  zamieszkać  ze  swoim 

ojcem.  

Poczuła, jak dziewczynka wzdrygnęła się z zimna.  

–  Wiesz  co?  Wyskakuj  już  z  tego  mokrego  kostiumu.  Weź 

prysznic,  żeby  się  trochę  rozgrzać.  Jak  skończysz,  kolacja będzie  już 

gotowa, dobrze?  

– Dobrze – zgodziła się Mickey słabym głosem.  

Gdy odchodziła korytarzem, książka trzymana w bezwładnej ręce 

obijała  się  o  jej  kolana.  Mała  postać  ze  zwieszoną  główką  i 

opuszczonymi bezradnie ramionami.  

Deanna odczekała, aż dotarł do niej szum prysznica z łazienki na  

górze  i  poszła  zadzwonić  do  Lee.  Gdy  połączono  ją  z  jego  pokojem 

hotelowym,  w  słuchawce  zabrzmiał  miły  żeński  głos.  Kobieta 

poinformowała  ją,  że  Lee  właśnie  jest  na  spotkaniu  i  zapytała  co  ma 

mu przekazać, jak wróci.  

–  Proszę  mu  powiedzieć,  że  przyjechał  ojciec  Mickey  – 

powiedziała  z  naciskiem,  żałując,  że  nie  może  rozmawiać 

bezpośrednio  z  nim. –  Naprawdę  muszę  pilnie  porozmawiać  o  tym  z 

Lee  –  dodała.  –  Bardzo  proszę  przekazać  mu  tę  wiadomość 

background image

najszybciej, jak tylko będzie to możliwe. – Podziękowała i  odwiesiła 

słuchawkę.  

Przez  chwilę  zastanawiała  się,  kim  mogła  być  ta  kobieta. 

Pomyślała,  że  prawdopodobnie  Lee  wynajął  lub  zabrał  ze  sobą 

asystentkę. W myśl, że przygruchał sobie jakąś piękną blondyneczkę z 

plaży,  jakoś  nie  chciała  uwierzyć.  Miała  tylko  nadzieję,  że  szybko 

oddzwoni.  

Do  południa  następnego  dnia  Lee  nie  odezwał  się.  Deanna 

wywnioskowała z tego, że nie przejął się zbytnio obecnością Wade’a. 

Potwierdziło  to  tylko  jej  przypuszczenia,  że  nie  zależy  mu  wcale  na  

Mickey. Może w takim razie nie byłoby tak źle, gdyby ojciec Mickey  

znów pojawił  się  w  jej  życiu?   

To prawda, że nie miał z nią kontaktu przez ostatnie parę lat, ale 

przecież  Deanna  na  pewno  nie  znała  wszystkich  faktów.  Może  to  

matka  Mickey  uczyniła  małżeństwo  trudnym  do  utrzymania?  Teraz 

wyglądało  na  to,  że  on  chce  naprawić  ten  błąd.  Lepiej  późno  niż 

wcale, pomyślała.  

Gdy  późnym  popołudniem  Wade  Wescott  pojawił  się  znowu  w 

drzwiach,  Deanna  zaprosiła  go,  by  usiadł  z  nimi  koło  basenu  w 

ogrodzie.  

Mickey,  ciągle  osowiała  i  zamknięta  w  sobie,  cichym  głosem 

odpowiedziała na przywitanie ojca i usiadła skulona w jednym z foteli 

ogrodowych. Obok niej ułożył się jeden z  kotków. Deanna pozwoliła  

Mickey  przynieść  go  tu,  gdyż  wiedziała,  że  zwiększy  to  jej  poczucie 

bezpieczeństwa.  

background image

– Napije się pan czegoś? – zapytała Wade’a, gdy ten usiadł.  

– Owszem. Piwka bym nie odmówił, jeśli je macie – sapnął.  

– Nie mamy piwa. Może jakiś zimny napój?  

Wzruszył ramionami i uśmiechnął się nawet dość przyjemnie.  

– Może być. Cokolwiek. Byle zimne.  

Gdy  Deanna  wróciła  ze  szklankami,  zauważyła,  że  Wade 

przysunął swoje krzesło nieco bliżej  Mickey. Pochylony do przodu, z  

łokciami opartymi na kolanach, mówił coś do niej przyjaznym tonem. 

Nie  wygląda  na  aroganta,  pomyślała  Deanna,  stawiając  przed  nim 

szklankę  z  napojem.  

Co  prawda  jego  ubranie  nie  było  zbyt  schludne,  a  włosy 

dopominały się o fryzjera, ale z pewnością miał w sobie pewien urok.  

Deanna  widziała,  że  Mickey  powoli  się  do  niego  przekonuje.  To 

dobrze, pomyślała. Może tego właśnie potrzebowała.  

Wade podniósł szklankę do ust i pociągnął duży łyk.  

– Nie jest to piwo – skrzywił się nieco – ale w tym skwarze lepsze 

to  niż  nic.  Mickey,  co  byś  powiedziała  na  kąpiel,  co?  –  Kciukiem 

wskazał  za  siebie,  na  gładką  powierzchnię  basenu.  –  Póki  jeszcze  tu 

jestem, powinienem z tego skorzystać.  

Wstał,  zdjął  z  siebie  koszulę.  Wyjął  portfel  i  dokumenty  z 

kieszeni  szortów  i  położył  je  na  stole.  Usiadł  na  brzegu  basenu, 

wymachując  przez  chwilę  stopami  w  wodzie  i  skoczył  z  wielkim 

pluskiem. Po chwili wynurzył się.  

– Ho, ho, ho! Wspaniale! Wskakuj, Mickey, na co czekasz?  

background image

Mickey  poruszyła  nieznacznie  ramionami  i  pokręciła  głową. 

Deanna  przyglądała  się  im.  Czy  polubią  się  kiedyś?  Odniosła 

wrażenie, że Wade pragnie swej córki. Czy Lee pozwoliłby jej odejść? 

A  czy  miałby  jakiś  wybór?  Wade  zajmował  z  pewnością  silniejszą 

pozycję, jeśli o to chodzi. Miała tylko nadzieję, że cały ten problem da 

się rozwiązać spokojnie.  

Nadeszła  już  godzina  kolacji,  a  nic  nie  wskazywało  na  to,  że 

Wade chce zakończyć  wizytę. Deanna zastanawiała się przez chwilę,  

po czym spytała go, czy zechciałby z nimi zjeść posiłek. Przystał na to  

chętnie, co potwierdziło jej przypuszczenie, że oczekiwał zaproszenia.  

– Umieram z głodu – przyznał bez żenady, wycierając sobie twarz 

ręcznikiem Mickey. – Co macie do jedzenia?  

– Myślałam o hot dogach z grilla.  

Skrzywił się nieco.  

–  Befsztyki  z  makulatury,  co?  Zwykle  wolę  prawdziwe,  ale  cóż, 

dobre i to.  

A  żebyś  wiedział,  że  to  cholernie  dobre,  pomyślała  Deanna  ze 

złością  w  drodze  do  kuchni.  Zaczynał  robić  na  niej  wrażenie 

człowieka  nieco  gburowatego  i  hałaśliwego.  Tutaj  liczą  się    uczucia  

Mickey,  a  nie  moje,  powiedziała  sobie  jednak  twardo.  Może  Wade  

nie  był  wzorem  elegancji,  jak  Lee,  ale  jeśli  mógł  dać  Mickey 

prawdziwą miłość i opiekę, to tylko to się liczyło.  

– Nie macie piwka, co? – upewnił się Wade, przyjmując z jej rąk 

oszronioną  szklankę  lemoniady.  Wziął  łyk  i  skrzywił  się.  –  

background image

„Spożywane    w    nadmiarze  może    być    groźne    dla  zdrowia”!  – 

zachichotał.  

– Mogę zrobić herbatę albo kawę, jeśli pan woli. – Deanna starała 

się mówić obojętnym tonem.  

–  W  ten  upał?!  Dziękuję,  ale  dziękuję  –  uśmiechnął  się  do 

własnego  dowcipu,  jakby  zdając  sobie  sprawę  z  coraz  większej 

irytacji Deanny.  

Deanna odwróciła się od niego i zdjęła parujące kiełbaski z grilla.  

– Kolacja gotowa, Mickey! – zawołała.  

Mickey postawiła kotka na ziemię.  

– Nie jestem bardzo głodna – powiedziała, prostując się powoli.  

Deanna przytuliła ją lekko.  

–  Wiem,  że  nic  nie  smakuje  w  taki  upał.  Spróbuj  jednak  zjeść 

choć trochę. Zobaczysz, że lepiej się poczujesz.  

– Może i tak – wymamrotała mała.  

Wzięła od Deanny talerzyk i usiadła przy stole naprzeciwko  ojca. 

Z plastikowej butelki wycisnęła sobie na talerz trochę ketchupu.  

– Mickey, możesz mi to podać? – Wadę wyciągnął rękę po sos. – 

Ten smak trzeba czymś zabić.  

Mimo  że  chciała  lubić  tego  człowieka,  z  każdą  chwilą  coraz 

bardziej  ją  drażnił.  Trzymała  jednak  język  za  zębami.  Wzięła  swój 

talerz  i  podeszła  do  stołu.  Sama  też  nie  była  bardzo  głodna  i  ledwie 

ruszyła  jedzenie.  Wade  natomiast  pochłaniał  porcję  za  porcją,  jakby 

nie jadł od tygodnia.  

– Gdzie pan pracuje? – zapytała. Rzucił jej przelotne spojrzenie.  

background image

–  Państwowa  robota  –  burknął  i  łypnął  na  nią  okiem.  – 

Departament  bezrobocia:  płacą  marnie,  ale  za  to  godziny  pracy 

wspaniałe!  

Deanna uśmiechnęła się bez entuzjazmu.  

– A wcześniej?  

– Pracowałem tu i tam, nic ciekawego.  

– Tu, w Winnipeg?  

–  Nie  –  pokręcił  głową.  –  To  było  w  Yellowknife.  Próbowałem 

znaleźć coś na Północy. Tam też doszła do mnie wieść o... – spojrzał 

znacząco na Mickey.  

Deanna też spojrzała na Mickey, ale mała nie słuchała. Alfie i Imp 

siedziały  pod  stołem,  czekając  na  małe  kęsy  hot  doga,  które  im 

rzucała. Deanna zwróciła się do Wade’a:  

– A jak z poszukiwaniem pracy? – zapytała.  

–  Jeśli coś ciekawego wpadnie w ręce, to czemu nie, ale jeśli nie,  

to  cóż?  Dłuższe  wakacje  nigdy  nikomu  nie  zaszkodziły.  Znaleźć 

jakieś lokum, to jest problem.  

Deanna wyczuła podtekst tego stwierdzenia.  

– A gdzie teraz pan mieszka?  

– U kumpla z Północy. Pracowaliśmy razem przez kilka lat. Jego 

starej jest to jednak nie na rękę. Jęczy mu o to nad głową bez przerwy. 

Nie wiem, jak on może tego słuchać! 

Deanna  nie  dziwiła  się  tej  kobiecie  ani  trochę.  Nawet  niewielka  

dawka  Wade’a  wystarczała  na  długo...  Ulotniło  się  gdzieś  to  dość 

sympatyczne  wrażenie, jakie sprawiał na początku.  

background image

Wade patrzył na nią zamyślony.  

– A gdybym tak pomieszkał tu przez parę dni, co? Mickey by się 

to podobało, prawda, Mickey?  

–  Przykro  mi,  ale  nie  mogę  na  to  przystać  –  odrzekła  Deanna,  

zanim mała zdołała otworzyć usta. – Lee musiałby się na to zgodzić.  

–  Taak.  No  cóż,  on  nigdy  by  na  to  nie  przystał.  Od  kiedy 

poznałem Teri, zawsze coś do mnie miał. Chyba sądził, że nie jestem  

odpowiednim partnerem dla jego cudownej siostrzyczki.  

W jego głosie czuło się gorycz. Mickey patrzyła na niego szeroko 

otwartymi oczami.  

– To było tak dawno – ucięła jego wywód Deanna. Nie chciała, by 

Mickey  przysłuchiwała  się  tyradom  Wade’a  na  temat  jej  wujka.  –  

Teraz to już nie ma znaczenia. Jestem przekonana, że znajdzie pan coś  

niedrogiego  do  wynajęcia  w  okolicy.  No  i  zawsze  będzie  pan  miał 

bliżej do Mickey.  

–  Hmm.  No  cóż,  może  coś  by  z  tego  wyszło,  co?  Jak  myślisz, 

Mickey?  

Mickey spojrzała na niego z ukosa.  

– Czemu nie – powiedziała.  

–  Taak.  Moglibyśmy  robić  razem  wiele  fajnych  rzeczy.  Na 

przykład pójść do zoo. Założę się, że całe wieki nie byłaś w zoo, co? 

Moglibyśmy pokarmić małpy.  

Mickey spojrzała na Deannę, a później na ojca.  

– W zoo nie wolno karmić małp – odparła.  

– A tam! Nikt by nie zobaczył.  

background image

–  Ale  one  mogłyby  się  rozchorować.  Lepiej  karmić  kaczki  –  

dodała  szybko.  –  Tam  są  takie  maszyny,  że  wkłada  się  pieniążek  i 

dostaje się za to jedzenie dla nich.  

– W porządku. Oczywiście! A więc zgoda. W ciągu najbliższych 

paru  dni  pójdziemy  do  zoo  –  powiedział,  nie  chcąc  widocznie 

wyznaczać żadnego konkretnego terminu.  

Kiedy skończyli jeść, Deanna zebrała naczynia na tacę i odniosła 

je do kuchni. Zostawiła ich samych licząc, że Wade i Mickey bardziej 

zbliżą  się  do  siebie.  Zwykle  Mickey  była  dość  gadatliwa.  Jej 

milczenie tego popołudnia było bardzo znaczące. Deanna mogła sobie  

tylko wyobrazić, jakie myśli kłębiły się w głowie tego dziecka.  

Wycierała  właśnie  blat  stołu,  gdy  usłyszała  za  sobą  szmer. 

Odwróciła się, ciągle trzymając zmywak w ręce. W drzwiach stał Lee  

i  przyglądał  się  jej.  Wyraz  jego  oczu  był  podobny  do  tego,  jaki  miał 

wtedy,  podczas  burzy.  Zaskoczona  i  speszona  nie  wiedziała,  co 

powiedzieć.  Nieświadomie  przygryzła  dolną  wargę.  Serce  zabiło  jej 

mocniej.  

– Już jesteś – wykrztusiła wreszcie, starając się, by zabrzmiało to 

naturalnie. – Myślałam, że wrócisz dopiero jutro.  

Wyglądał  na  zmęczonego.  Czyżby  negocjacje  nie  wypadły 

pomyślnie?  

–  Udało  się  nam  załatwić  wszystko  wczoraj  wieczorem,  a  ściślej 

mówiąc, dziś rano.  

background image

Wszedł dalej, wziął stołek i usiadł na nim. Oparł głowę na rękach  

i  najspokojniej  w  świecie  zaczął  się  jej  przyglądać  rozleniwionym 

spojrzeniem.  

–  Co  się  tak  przypatrujesz?  –  zapytała  niepewnie.  Jego  śmiech 

zabrzmiał, o dziwo, dość ciepło.  

–  Właśnie  sobie  pomyślałem,  jak  to  miło  przyjść  do  domu  i 

ujrzeć,  jak  na  wpół  ubrana  nimfa  przygotowuje  ci  kolację.  Od  biedy 

mógłbym się do tego przyzwyczaić.  

–  To kolacja dla Mickey – poprawiła Deanna, tłumiąc uśmiech. –  

A  poza  tym  już  zjedliśmy.  Może  i  coś  bym  ci  zrobiła,  gdyby  nie  ta 

nimfa. Jeszcze parę takich uwag i będziesz jadł gdzie indziej. Sam.  

Gdy  się  śmiał,  w  kącikach  jego  oczu  pojawiały  się  zmarszczki. 

Bez  wątpienia  wyglądał  dużo  bardziej  przystępnie.  A  także  bardziej 

atrakcyjnie, na tyle, że Deanna musiała odwrócić wzrok.  

– Gdzie Michelle? – zapytał.  

– Jest na zewnątrz ze swoim ojcem.  

Twarz  Lee stężała momentalnie. Wyprostował się, patrząc na nią 

z niedowierzaniem.  

– Z ojcem? Wescott tu jest?!  

O,  mój  Boże,  pomyślała  Deanna  skupiwszy  się  nagle  na 

czyszczeniu jakiejś małej plamki w zlewie.  

– Tak. Pokazał się tu wczoraj.  

– Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?!  

Deanna obróciła się do niego.  

background image

–  Dzwoniłam  przecież  do  ciebie.  Zostawiłam  informację  jakiejś 

kobiecie. Powiedziałam, żebyś pilnie oddzwonił. Skoro nie dzwoniłeś, 

sądziłam,  że  mało  cię  to  obchodzi.  Przyszedł  dzisiaj  i 

zaproponowałam mu kolację.  

Lee wstał, gwałtownie odsuwając stołek.  

–  Nie  chcę  widzieć  tego  człowieka  w  moim  domu  –  powiedział 

przez zaciśnięte zęby.  

–  Skąd  miałam  o  tym  wiedzieć?  Trzeba  było  oddzwonić,  jak 

prosiłam!  

– Nie otrzymałem żadnej informacji. Na pewno dzwoniłaś?  

Deanna rzuciła zmywak do zlewu i założyła ręce.  

–  Dzwoniłam  –  oświadczyła  stanowczo.  –  Jeśli  nie  wierzysz, 

możesz  sprawdzić  wydruk  telefoniczny  pod  koniec  miesiąca.  A  poza  

tym  nie  wiem,  dlaczego  miałoby  go  tu  nie  być.  Wygląda  na  to,  że 

Mickey  tego  potrzebuje.  Nie  mając  żadnych  instrukcji  od  ciebie, 

zaryzykowałam.  

– Zaryzykowałaś o wiele za dużo, dziewczyno. Nie chcę, aby ten 

człowiek zbliżał się do Michelle!  

–  Ale  to  przecież  jej  ojciec!  Co  złego  może  przynieść  ich 

spotkanie? 

Lee bez słowa odwrócił się, pchnął drzwi i wyszedł na zewnątrz. 

Deanna poszła za nim.  

Wade  przeciągnął  leżak  na  słońce  i  leżał  spokojnie  z  rękami  za 

głową.  Mickey  siedziała  na  brzegu  basenu  i  pluskała  nogami  w 

wodzie. Obejrzała się, gdy usłyszała odgłos zamykanych drzwi.  

background image

Wade  otworzył  oczy  i  zauważył  Lee.  Podniósł  się  powoli  i 

przeciągnął.  

–  A  któż  to  taki?  Czy  to  nie  nasz  Wielki  Rycerz  powraca  z  pola 

bitwy o pieniążki? – powiedział zaczepnie.  

–  Ciekaw  byłem,  ile  czasu  ci  zajmie,  by  się  tu  pojawić  –  odparł 

Lee zimnym głosem.  

Wade wstał.  

–  Musiałem  sprawdzić,  czy  dobrze  zajmujesz  się  moim 

dzieckiem.  

– Ona teraz jest moja, Wescott. Tak mówi prawo.  

–  Doprawdy?  –  Wescott  uczynił  krok  w  kierunku  Lee.  –  Będę 

musiał to sprawdzić.  

Usta Lee zacisnęły się.  

– Możesz śmiało sprawdzać. Żaden sąd i tak nie przyzna dziecka 

bezrobotnemu pijakowi, który nie ma nawet gdzie mieszkać.  

Twarz Wade’a stała się purpurowa z wściekłości.  

–  Ja  jestem  jej  ojcem  –  wycedził,  zaciskając  dłonie.  –  Ten  fakt 

nadaje mi prawa.  

Deanna  wyczuwała  rosnące  z  każdą  chwilą  napięcie.  Nie  mogła 

przemówić  ani  słowa.  Miała  tylko  nadzieję,  że  nie  dojdzie  do 

rękoczynów.  

–  Nie  masz  żadnych  praw  do  Michelle  –  mówił  przez  zaciśnięte 

zęby  Lee.  –  Już  ich nie  masz!  Pozbyłeś  się  ich dawno  temu.  A  teraz 

zabieraj stąd swoje rzeczy i idź do...  

background image

– Przestańcie! Przestańcie! – Mickey stała na brzegu basenu, cała  

się  trzęsąc.  –  Nie  kłóćcie  się  już!  –  Szeroko  otwartymi  oczami 

patrzyła  to  na  jednego,  to  na  drugiego.  Odetchnęła  głęboko.  – 

Przestańcie już! – krzyknęła jeszcze, trzymając się rękami za brzuch.  

Nagle  zakrztusiła  się,  spojrzała  z  przerażeniem  na  Deannę  i 

zakrywając ręką usta wbiegła do domu.  

–  Jesteście  po  prostu  obrzydliwi!  –  krzyknęła  Deanna  w  ich 

stronę.  

Znalazła  małą  w  łazience,  skuloną  nad  toaletą.  Wstrząsały  nią 

gwałtowne wymioty.  

–  Biedne  dziecko  –  Deanna  przysiadła  koło  niej,  głaszcząc  jej 

plecy.  

–  Jest  mi  niedobrze.  Jestem  chora.  –  Mickey  spojrzała  na  nią 

oczami pełnymi łez.  

– Na pewno – powiedziała Deanna, kładąc rękę na jej czole.  

Mickey  cała  się  trzęsła,  a  jej  usta  nabrały  sinego  koloru.  Ręce 

jednak miała ciepłe.  

– Chodź, pomogę ci się umyć i położysz się do łóżka.  

Przeszły  na  górę.  Mickey  przebrała  się  z  mokrego  kostiumu  w  

piżamę, i ciągle  trzęsąc  się  z  zimna, weszła  pod  koc.  Deanna usiadła 

na brzegu łóżka i delikatnie głaskała ją po rozpalonym czole.  

– Zaraz będzie ci lepiej – pocieszała ją. – Czujesz może, że znowu 

będzie ci niedobrze?  

– Ciągle jeszcze gniecie mnie w brzuchu.  

background image

–  Zaraz  znajdę  jakąś  miskę,  żebyś  nie  musiała  chodzić  do 

łazienki. Poleżysz chwilkę sama?  

Mickey  pokiwała  słabo  głową.  Westchnęła  i  zamknęła  oczy. 

Deanna pochyliła  się, pocałowała  ją delikatnie  w  policzek  i  wyszła  z 

pokoju.  

W holu stał Lee.  

– Jak ona się czuje?  

Deanna nareszcie mogła dać upust swoim hamowanym uczuciom.  

– A jak może się czuć, skoro widziała, że kłócicie się o nią jak psy 

o  kość?  Jest  chora  i  załamana.  Na  pewno  nie  potrzebowała  takich 

atrakcji  po  tym,  co  ostatnio  przeżyła  –  ominęła  go  i  przeszła  do 

kuchni.  

Pod zlewem znalazła plastikową miseczkę, do drugiej ręki wzięła  

szklankę wody. Ignorując przyglądającego się jej Lee, pośpieszyła na 

górę.  Mickey  leżała  skulona  pod  kocem.  Co  chwila  jej  ciałem 

wstrząsał  dreszcz.  Deanna  postawiła  miseczkę  w  zasięgu  ręki,  a 

szklankę z wodą na nocnym stoliczku.  

– Jak się czujesz? – zapytała.  

– Zimno mi, Deanna.  

–  Przyniosę  ci  z  domu  termofor,  to  się  rozgrzejesz.  Poczekasz 

chwileczkę? 

– Tak, ale pośpiesz się – wyjąkała Mickey.  

– To potrwa sekundę.  

W drzwiach stał Lee. Na jego twarzy malował się nie tylko strach 

o  Mickey,  ale  i  wstyd.  Deanna  rada  była  to  widzieć.  Nigdy  nie 

background image

powinien  był  kłócić  się  z  Wade’em  w  obecności  Mickey.  Delikatnie 

wypchnęła go z pokoju i zamknęła za sobą drzwi.  

–  Ma  dreszcze.  Powinniśmy  zmierzyć  jej  temperaturę.  Masz 

termometr? 

– Jeden jest w szafce w mojej łazience. Zaraz przyniosę.  

– A termofor?  

Pokręcił głową.  

– W takim razie idę po mój, a ty zmierz jej gorączkę.  

Lee skrzywił się niepewnie.  

– Sądzisz, że pozwoli mi teraz do siebie podejść?  

– Oczywiście, że tak. Zaraz wracam.  

Gdy wyszła z domu, rozejrzała się wokół. Nie było tu ani Wade’a, 

ani jego samochodu. Jakoś nie zdziwiło jej to, że odjechał, nie chcąc 

się  nawet  przekonać,  jak  ma  się  jego  córka.  Lee  może  nie  był 

wzorowym opiekunem dla Mickey, ale Wade przekraczał już wszelkie 

normy.  

Czekając,  aż  zagotuje  się  woda,  przebrała  się  z  kostiumu 

kąpielowego w miękką, bawełnianą bluzkę i dobrała do tego spódnicę.  

Spięła  też  swoje  niesforne  włosy.  Po  chwili  napełniła  wrzątkiem 

termofor i pośpieszyła z powrotem.  

Gdy  weszła  do  pokoju,  Lee  siedział  na  brzegu  łóżka.  Mała 

pochlipywała  z  cicha.  Widać  znów  miała  atak.  Deanna  dostrzegła 

wyraz zatroskania na jego twarzy.  

Poszła do łazienki po myjkę i podała ją Lee.  

background image

–  Wytrzyj  jej  twarz,  a  ja  pójdę  umyć  miseczkę  –  powiedziała 

szeptem.  

Mickey miała zamknięte oczy. Gdy koniuszkiem wilgotnej myjki 

dotknął kącików jej ust, spojrzała na niego.  

– Przepraszam – wyszeptała, a oczy jej zaszkliły się od łez.  

– Nie musisz za nic przepraszać – oświadczył Lee zdecydowanie. 

–  To  po  prostu  początki  grypy.  Jutro  na  pewno  poczujesz  się  dużo 

lepiej. Spróbuj teraz trochę odpocząć.  

Mickey  wpatrywała  się  w  jego  twarz  szeroko  otwartymi  oczami. 

Gdy  weszła  Deanna  z  miską  i  termoforem,  odwróciła  głowę  i 

spojrzała na nią.  

– Zimno ci jeszcze, mała? – spytała Deanna.  

– Tak. Jeszcze troszkę.  

–  Masz,  potrzymaj  trochę.  –  Podała  jej  termofor  zawinięty  w 

ręcznik. – To cię rozgrzeje.  

Dziewczynka wzięła zawiniątko i przycisnęła do siebie.  

– Dziękuję – wyszeptała i zamknęła oczy.  

Lee  podniósł  się  powoli.  Skinął  na  Deannę  głową,  by  poszła  za 

nim.  

–  Co  się  z  nią  dzieje?  –  zapytał  natarczywie,  gdy  tylko  wyszli  z 

pokoju.  

–  Wygląda  na  grypę,  chociaż  –  ciągnęła,  dalej  patrząc  na  niego  

wymownie  –  niewykluczone,  że  ma  to  coś  wspólnego  z 

przedstawieniem, jakie daliście tu z jej ojcem.  

background image

–  Powtarzasz  się  –  powiedział  niechętnie.  –  Myślisz,  że 

powinniśmy wezwać lekarza?  

– A czy załatwiłeś dla niej stałego pediatrę?  

– Hmm, prawdę mówiąc nie.  

– W takim razie zadzwoń do przychodni i porozmawiaj z jakimś 

lekarzem. Ja posiedzę przy niej dopóki nie uśnie.  

Niech  teraz  i  on  poczuje  jakąś  odpowiedzialność  za  małą, 

pomyślała.  Po  cichu  otworzyła  drzwi  sypialni.  Usiadła  ostrożnie  na 

brzegu  łóżka.  Mickey  poruszyła  się  i  powiedziała  coś  niewyraźnie, 

gdy poczuła jej dłoń na swym czole. Nie otworzyła jednak oczu.  

Deanna  odczekała  jeszcze  chwilę,  po  czym  pewna,  że 

dziewczynka  już  śpi,  wyszła  z  pokoju.  Gdy  weszła  do  kuchni,  Lee 

właśnie odwieszał słuchawkę telefonu.  

– Więc? – spytała, wyciągając sobie stołek spod stołu.  

– Tak jak mówiłaś, prawdopodobnie grypa. Musi mieć teraz dużo  

spokoju i musimy pilnować, by nie wróciła jej gorączka.  

Deanne zaskoczyło to „my” w jego wypowiedzi. Pomyślała sobie, 

że  ta  historia  z  ojcem  Mickey,  obrzydliwa  kłótnia  i  w  końcu  tak 

drastyczna  reakcja  dziewczynki  na  tę  sytuację,  musiało  dać  w  końcu  

Lee  do  myślenia.  W  jego  zachowaniu  zaszła  jakaś  zmiana.  Mogła  to 

stwierdzić  już  tam,  w  sypialni,  przy  łóżku  Mickey.  Także  i  teraz,  po 

rozmowie z lekarzem, w jego oczach widać było troskę.  

–  Małe  biedactwo  –  westchnęła  Deanna  cicho,  po  długiej  chwili 

milczenia.  –  Martwi  się,  czy  nie  rozchoruje  się  czasem  tak  jak  jej 

mama.  

background image

W  głuchej  ciszy,  jaka  znów  zapadła  w  kuchni,  słychać  było 

miarowe tykanie zegara w holu.  

– Deanna... Czy...  czy ty jesteś wdową?  

Odwróciła oczy i patrząc gdzieś w dal powoli skinęła głową.  

– Przepraszam – powiedział szeptem, kładąc rękę na jej ramieniu. 

– Nie wiedziałem.  

– To nie ma znaczenia. – Wolała nie odpowiadać na pytania, które 

na  pewno  chciał  jej  zadać.  Nie  teraz...  –  Pójdę  i  prześcielę  Mickey 

łóżko.  

–  Nie.  Ja  to  zrobię  –  poderwał  się  z  miejsca  i  ruszył  korytarzem  

do sypialni małej. – Naprawdę chcesz z nami zostać na noc? – rzucił 

przez ramię.  

–  Dla  mnie  to  żaden  problem  –  Deanna  wzruszyła  ramionami  i 

poszła za nim. – Gdybym była pewna, że prześpi spokojnie całą noc, 

nie  przejmowałabym  się  tak  bardzo.  Jednak  z  tego,  co  widzę,  będzie 

się często budzić. Z dzieciakami tak jest. Położę się przy niej. W ten 

sposób będę pod ręką w razie potrzeby... – przerwała nagle i spojrzała 

na niego. – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu?  

– A nawet gdybym miał, czy coś by to zmieniło? – spytał oschle.  

– Raczej nie – odrzekła.  

–  Tak  też  sądziłem.  Możesz  zostać.  Żaden  problem.  Mickey  na  

pewno będzie spokojniejsza, gdy tu będziesz.  

Gdy  weszli,  dziewczynka  spała  spokojnie.  Obie  dłonie  miała 

ułożone pod policzkiem. Wyglądała jak niemowlę.  

background image

Lee  wziął  ją  delikatnie  na  ręce  i  ostrożnie  przeniósł  do  swojej 

sypialni, by można było zmienić przepocone prześcieradło i poszewki.  

W czasie, gdy on brał z szafki świeży komplet pościeli, ona zdjęła 

starą.  Chwyciwszy  za  dwa  rogi  pomogła  mu  naciągnąć  czyste 

prześcieradło na materac.  

Poruszała  się  powoli,  obserwując  go.  Nadal  wyglądał  na 

zmęczonego, ale napięcie już ustąpiło. Zdjął krawat i zawinął rękawy  

koszuli.  Całe  jego  przedramiona  były  pokryte  złotobrązowymi 

włosami,  aż  do  samych  dłoni.  Miał  ładne  ręce.  Długie,  gładkie,  o 

kanciastych końcach palców. Takie właśnie lubiła.  

Nagle uświadomiła sobie, jak intymną czynność wykonują razem.  

To  było  takie  jakieś  dziwne:  słać  łóżko  razem  z  nim,  z  kimś,  kogo 

ledwie  przecież  znała  i  niekoniecznie  lubiła...  A  może  jednak  tak? 

Może jednak go lubiła?...  

Wyprostował  się  i  przeciągnął,  masując  sobie  kark.  W  kącikach 

oczu  pojawiły  się  teraz  drobne  zmarszczki,  których  wcześniej  nie 

zauważyła.  

– Muszę  wpaść na chwilkę do domu po parę rzeczy. Za moment 

będę z powrotem.  

– W porządku – pokiwał głową. – Poczekam tu, przy Mickey.  

Deanna weszła do swego domu. Zatrzymała się na chwilę w holu, 

by podrapać za uszami Leo, który łasił się do niej od progu.  

Powoli, ciągle zamyślona, poszła na górę. Jakaś zmiana zaszła w 

Lee tego wieczoru. Był zdecydowanie bardziej sympatyczny. Myślała, 

background image

że  potraktuje  chorobę  Mickey  i  jej  objawy  z  obrzydzeniem,  ale  on 

wykazał zadziwiająco dużo zrozumienia i cierpliwości.  

Z pewnością więcej niż ojciec małej. Gdyby Wade choć trochę się 

przejął, zostałby przy niej niezależnie od tego, jak wściekły był Lee.  

Deanna  usiadła  na  łóżku.  Za  nią  wskoczył  kocur.  Z  położonymi 

po  sobie  uszami  zaczął  dopominać  się  pieszczot,  wciskając  puchatą 

głowę w jej dłoń.  

–  Leo,  ty  stary  pieszczochu  –  powiedziała  cicho,  w  zamyśleniu 

drapiąc go za uszami.  

Spojrzała  na  zdjęcie  Ryana i  poczuła  nagłe  ukłucie  w  sercu.  Tak  

bardzo  go  przecież  kochała,  tak  strasznie  rozpaczała,  gdy  umarł!  Od 

tamtej chwili nigdy nie potrzebowała innego mężczyzny!  

– Daj spokój! – jęknęła do siebie i potrząsnęła głową.  

Wstała,  spuszczając  kota  na  podłogę.  Lee  Stratton  mógł 

przyciągać  jej  uwagę.  To  dało  się  zaakceptować.  Przecież  to 

nieprawda, że jako kobieta nie miała żadnych potrzeb...   

Nie  znaczyło  to  jednak,  że  pod wpływem chwili, przelotnych 

uczuć,  będzie  podejmować  ważne  decyzje!  Doświadczyła  już  kiedyś 

prawdziwej  miłości  i  miała  naprawdę  piękne  wspomnienia,  które 

nigdy nie zatrą się w jej duszy.  

Nikt nigdy nie byłby w stanie dać jej tego, co Ryan i ona nikogo 

już nigdy nie pokocha tak jak jego.  

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Deanna zostawiła swoją kosmetyczkę w pustym pokoju Mickey i  

przeszła do sypialni Lee. Uchyliwszy drzwi, zajrzała do środka.  

Lee  siedział  na  brzegu  łóżka  i  patrzył  na  śpiącą  dziewczynkę.  

Jego twarz była nieruchoma, jakby wyrzeźbiona z kamienia. Oczy mu  

błyszczały.  Poruszył  się  nagle  i  westchnął  głęboko.  Uniósł  rękę 

niepewnym ruchem i koniuszkami palców pogłaskał lekko Mickey.  

Deanna  poczuła  ciepło  koło  serca.  Po  raz  pierwszy  widziała  Lee  

zatroskanego o swą siostrzenicę. Może więc Mickey nie była skazana 

na życie w samotności i wieczne poczucie odrzucenia?  

Weszła do pokoju.  

–  Cześć,  już  jestem  –  szepnęła  i  stanęła  jak  wryta.  W  nogach  

łóżka leżały zwinięte w kłębek Alfie i Imp.  

–  Wpuściłeś  je?!  –  zapytała  z  niedowierzaniem.  –  Na  swoje 

łóżko?  

– Nie mam nic przeciwko kotom – odrzekł z pewnym wahaniem. 

–  W  każdym  razie  nie  w  takich  ilościach.  Siedziały  na  tarasie  i 

pomyślałem sobie,  że Mickey chciałaby mieć je przy sobie.  

–  Z  pewnością  –  zgodziła  się  Deanna.  Ostatnią  rzeczą,  jakiej 

spodziewałaby się po Lee, to to, że wpuści jej koty do swego domu. – 

Jak ona się czuje?  

–  Śpi  spokojnie,  od  kiedy  wyszłaś.  –  Wstał  powoli,  pocierając 

dłonią  kark.  –  Skoro  już  jesteś,  chciałbym  wziąć  prysznic  i  przebrać 

się.  

– Jasne – powiedziała. – Wyglądasz na zmęczonego.  

background image

–  Jestem  skonany.  To  był  strasznie  długi  dzień.  A  właściwie  to 

cały  ten  tydzień  był  ciężki.  Wszystko  naraz!  Mam  wrażenie,  że 

niczego do końca nie zrobiłem – spojrzał na Mickey. – A już najmniej  

w jej sprawach.   

Złość,  jaką  do  niego  czuła,  zaczęła  natychmiast  topnieć,  gdy 

zobaczyła  troskę  w  jego  spojrzeniu.  Uśmiechnęła  się  do  niego 

łagodnie.  

–  Idź, weź prysznic. Ja przy niej posiedzę.   

Deanna patrzyła, jak zamykają się za nim drzwi.  

Teraz  nie  było  już  cienia  wątpliwości.  Nastawienie  Lee  uległo  

wielkiej zmianie. Przyszłość Mickey zaczęła rysować się lepiej, chyba  

że  jej  ojciec  zdecyduje  się  coś  tu  naplątać.  Zamyślona  przysiadła  na 

brzegu łóżka i spojrzała na spokojną twarz dziewczynki.  

Nie  wątpiła  już  teraz,  że  Wade  nie  był  odpowiednim  opiekunem 

dla  Mickey.  Brak  stałej  pracy  nie  zdawał  się  go  wcale  niepokoić.  A 

poza  tym,  jeśli  faktycznie  miał  problemy  z  alkoholem,  o  czym 

wspomniał Lee.. Nie, z pewnością dom Lee był bardziej odpowiednim 

miejscem dla Mickey.  

– Dasz sobie radę, dzieciaku – mruknęła Deanna pod nosem.  

Czule  dotknęła  gładkiego,  rumianego  policzka.  Jeden  z  kotów  

otworzył zielone oko i patrzył na nią przez chwilę. Zaraz też ziewnął, 

zwinął się w kłębek i zasnął znowu.  

Deanna  uśmiechnęła  się.  Mickey  cieszyłaby  się,  widząc  te  koty. 

Na  pewno  byłaby  nie  mniej  zaskoczona  niż  ona.  Podniosła  się  i 

podeszła  do  drzwi  balkonowych.  Łagodny,  ciepły  powiew,  który 

background image

przez nie docierał, mieszał się z chłodnym powietrzem z klimatyzacji. 

Na zewnątrz pachniało różami.  

Lekki  wiaterek  marszczył  delikatnie  powierzchnię  basenu.  Na  

pięknie  ukwieconym  drzewie  wiśni  gil  wyśpiewywał  swoją  ostatnią 

piosenkę  tego  wieczoru  –  wspaniały  akompaniament  dla  czerwonej 

kuli  słońca  powoli  tonącej  za  linią  horyzontu.  Deanna  oparła  się  o  

framugę drzwi, napawając się spokojną atmosferą.  

Szum  prysznica  ustał.  Po  chwili  otworzyły  się  drzwi  łazienki. 

Odwróciła  się.  Lee  wszedł  do  pokoju,  wycierając  ręcznikiem  włosy.  

Miał  narzucony  na  siebie  krótki,  biały  szlafrok,  przewiązany  dość 

niedbale  paskiem  w  talii.  Od  bieli  szlafroka  wspaniale  odcinały  się 

jego brązowe, dobrze umięśnione nogi.  

Deanna zdawała sobie sprawę, że przypatruje mu się może nazbyt 

wnikliwie.  Widziała  go  już  przecież  w  większym  negliżu  wtedy,  w 

świetle księżyca przy basenie, gdy postanowiła sobie popływać. Albo 

podczas burzy, gdy deszcz obmywał jego ciało. Żadna z tych sytuacji 

nie miała jednak tej intymności co ta.  

Oczy  ich  spotkały  się.  Długo  wytrzymywał  jej  spojrzenie.  Po 

chwili  dała  za  wygraną  i  odwróciła  wzrok.  To,  co  czuła,  mogłoby 

niepotrzebnie wyjść na jaw.  

– Mickey jeszcze śpi – odezwał się w końcu Lee.  

Nie  patrzył  jednak  na  swą  siostrzenicę,  lecz  na  Deannę.  Coś 

nieodgadnionego czaiło się w jego oczach. Deanna skinęła głową.  

background image

–  Teraz  najlepiej  będzie  dla  niej,  jak  trochę  pośpi. –  Jej  głos  był 

zaskakująco  spokojny.  Zauważyła,  że  znowu  przygląda  mu  się 

otwarcie. – Wyjdę na chwilę na zewnątrz – powiedziała pośpiesznie.  

Narzucił na ramiona ręcznik i otworzył szufladę komódki.  

–  Dobrze. Ja też zaraz tam zejdę – odrzekł.   

Deanna  odsunęła  drzwi  na  taras.  Wyszła  i  usiadła  w  jednym  z 

foteli.  Potrząsnęła  głową.  To  nie  do  wiary!  –  pomyślała. 

Zainteresowanie tym człowiekiem – uczucie, któremu tak mocno  się 

sprzeciwiała – rosło z każdą chwilą, mimo jej woli.  

Lee  wyszedł  na  taras  po  kilku  minutach.  Miał  na  sobie  starą  

bawełnianą koszulkę i wyblakłe szorty. Jego stopy wciąż były bose, a 

włosy dosychały w ostatnich promieniach słońca.  

Usiadł  naprzeciwko  niej,  wyciągając  przed  siebie  nogi.  Zamknął 

na chwilę oczy, po czym otworzył je leniwie.  

– Miły wieczór – powiedział powoli, rozglądając się wokół.  

– Mhm i nie ma komarów – odrzekła.  

–  Taak.  Całkiem  przyjemnie.  Chciałem  kiedyś  odgrodzić  cześć  

tego tarasu ekranem z siatki, ale do tej pory nie miałem na to czasu.  

Zamilkł.  Siedział  tak  z  rękami  założonymi  na  brzuchu  i 

przymkniętymi oczami.  

– Opowiedz mi o swojej siostrze – poprosiła Deanna cicho.  

–  Teri... – Przez chwilę zastanawiała się, czy w ogóle powie coś  

więcej.  Przerwa  nie  trwała  jednak  zbyt  długo.  –  Była  o  sześć  lat 

młodsza  ode  mnie.  Jako  dzieci  byliśmy  sobie  bardzo  bliscy. 

background image

Szczególnie po śmierci naszej mamy. Tata był, no, delikatnie mówiąc,  

nie najlepszym materiałem na ojca.  

– Żyje jeszcze? – wtrąciła Deanna Lee skinął głową twierdząco.  

– Tak, na Florydzie. Przynajmniej tak ostatnio słyszałem. Raczej 

nie należy do tych, którzy utrzymują ścisłe więzi z rodziną. Chyba że 

czegoś  potrzebuje.  –  W  jego  głosie  nie  było  goryczy,  tylko  nuta 

rezygnacji.  

– Mickey nie wspominała mi nigdy o kimkolwiek ze swej rodziny 

oprócz ciebie.  

– Wcale się nie dziwię. Tata wyrzucił Teri na bruk, gdy zaszła w  

ciążę  w  wieku  osiemnastu  lat.  Próbowałem  na  wszystkie  możliwe  

sposoby skłonić ją do zamieszkania ze mną. Ona jednak poszła wprost 

do  Wade’a.  Wade  z  kolei  włóczył  ją  za  sobą  od  miasta  do  miasta, 

szukając  zawsze  najłatwiejszego  sposobu  na  życie.  Nigdy  nie 

zapracował na to, czego chciał. Nigdy nie podjął pracy na dłużej, niż 

na czas, który upoważniał go do otrzymania zasiłku dla bezrobotnych.  

– Czy wy... czy wtedy także, ty i Teri, byliście sobie bliscy?  

–  Nie.  Wtedy  było  już  inaczej.  Wyrośliśmy  nieco  i  każde  poszło  

w swoją stronę. Ona dobrze wiedziała, jak bardzo nie lubiłem Wade’a. 

Gdy go rzuciła, próbowaliśmy wrócić do naszej dawnej zażyłości.  

Często  i  długo  rozmawialiśmy  przez  telefon.  Kiedykolwiek 

jednak proponowałem jej, by mnie odwiedziła lub kiedy sam chciałem 

do niej wpaść, zbywała mnie jakąś wymówką.  

Pozwalała  na  to,  bym  przysyłał  jej  co  jakiś  czas  pieniądze. 

Zdawała sobie po prostu sprawę, że  od Wade’a nie może się niczego 

background image

spodziewać. Mimo to nieźle się namęczyłem, zanim udało mi się ją do 

tego przekonać. Proponowałem, by obie zamieszkały ze mną, ale Teri 

nie chciała nawet o tym słyszeć!  

–  Pewnie  chciała  udowodnić  sobie  samej,  że  da  sobie  radę  – 

wtrąciła Deanna.  

Ona rozumiała to aż za dobrze.  

–    Tak  przypuszczam.  Właściwie  całkiem  nieźle  jej  szło.  Gdy  z 

nią  rozmawiałem,  wyglądała  na  szczęśliwą.  Miałem  wrażenie,  że  jej  

życie  zaczęło  znów  iść  w  sensownym  kierunku.  Okazało  się  jednak, 

że  miała  problemy,  którymi  nie  podzieliła  się  ze  mną  aż...  aż  do 

chwili, kiedy umierała.  

Głos Lee zrobił się jakiś bardziej szorstki, ale mówił dalej.  

–  Nawet  wówczas  powiedziała  mi  o  tym  dopiero,  gdy 

przyrzekłem,  że  zrobię  wszystko,  by  Wade  nigdy  nie  przejął  opieki 

nad Mickey.  

Myśl,  że  Wade  mógł  zostać  opiekunem  Mickey,  nie  była  zbyt 

optymistyczna.  

– A czy według prawa ma on na to jakieś szanse?  

Lee westchnął i ukrył twarz w dłoniach.  

–  Uczynię  wszystko,  by  ich  nie  miał.  Postaram  się  dotrzymać 

mojego przyrzeczenia, choćby nie wiem co. Nie byli małżeństwem, a  

on  nie  miał  kontaktu  z  Mickey  od  ponad  czterech  lat.  Teri  mnie 

wyznaczyła na opiekuna. Mam tylko nadzieję, że on nie zdecyduje się 

tego prawnie zakwestionować.  

background image

–  Dlaczego  Teri  tak  bardzo  nie  chciała,  by  Wade  zajmował  się 

małą?  

–  To  ten  jego  styl  życia,  picie,  gwałtowny  charakter  –  Lee  

zacisnął zęby. – Podobno czasem bił Teri. Ona jednak trzymała się go, 

dopóki  nie  zaczął  wyładowywać  się  na  Mickey.  Nigdy  właściwie  jej 

nie  uderzył,  ale  Teri  była  przekonana,  że  wcześniej  czy  później  do 

tego  dojdzie.  Wtedy  go  rzuciła.  Lepiej  byłoby,  gdyby...  –  zamilkł  na 

chwilę.  

– Co? – zapytała cicho.  

–  ...  gdyby  nie  chciała  być  tak  cholernie  niezależna  i  żeby 

pozwoliła  sobie  pomóc,  żeby  zaczęła  leczyć  się  wcześniej.  Może 

wtedy... – przerwał nagle.  

Deanna poczuła, że oczy zaczynają ją piec od łez.  

– Och, Lee! Nie wiesz przecież, jak potoczyłyby się wypadki. Nie  

możesz  siebie obwiniać za jej decyzje.  

–  Tak.  To  prawda  –  odrzekł  powoli.  –  Ale  przynajmniej  mogę  

starać się wypełnić przyrzeczenie i trzymać Mickey z dala od Wade’a.  

Teraz,  gdy  pojawił  się  na  horyzoncie,  sprawy  mogą  się  nieco 

skomplikować.  

–  Cóż,  pozostaje  nam  pilnować,  by  mu  się  nie  powiodło  – 

powiedziała Deanna.  

– Nam?  

Było  już  za  ciemno,  by  zobaczyć  jego  twarz,  ale  łatwo  mogła 

sobie  wyobrazić  uniesione  i  szeroko  otwarte  oczy.  Może  faktycznie 

zabrzmiało to trochę na wyrost, ale cóż z tego?  

background image

–  Z  tego,  co  zobaczyłam  dzisiejszego  wieczoru  oraz  z  tego,  co  

właśnie  mi  powiedziałeś,  sądzę,  że  Mickey  najlepiej  miałaby  przy 

tobie. A szczególnie teraz, gdy zdecydowałeś się...  

– ... spędzać z nią więcej czasu? – dokończył za nią.  

–  Tak.  Właśnie  tak.  To  jest  przemiła  mała  dziewczynka,  Lee, 

która bardzo chce czuć się potrzebna i kochana.  

Deanna  żałowała,  że  nie  może  dojrzeć  wyrazu  twarzy  Lee.  Jego 

milczenie niepokoiło ją. Czyżby znowu poszła za daleko?  

–  Myślę,  że  masz  rację  –  odezwał  się  w  końcu  dość  obojętnym  

tonem. – Chyba powinniśmy zobaczyć, co się z nią dzieje – podniósł 

się z miejsca i poszedł w stronę domu.  

Deanna poszła za nim.  

– Mogłabym zrobić coś do jedzenia, co ty na to? – powiedziała. –  

Mało zjadłam na kolację. Miałbyś ochotę na kanapkę?  

– Owszem, chętnie.  

– Masz jakieś szczególne życzenia?  

– Cokolwiek, byle nie masło orzechowe z bananami.  

Wyobraziła  sobie  teraz  raczej,  niż  zobaczyła,  jego  szelmowski  

uśmiech i  sama  się uśmiechnęła. Myśląc  o  Lee,  weszła  do  kuchni.  O 

ileż  spokojniejszy  i  delikatniejszy  wydawał  się  jej  teraz.  Nie  starała 

się już zaprzeczać, że robił na niej duże wrażenie.  

Stanęła  nagle  w  bezruchu  z  ręką  na  drzwiach  lodówki.  Nie  była 

zadowolona,  że  jej  myśli  schodziły  na  taki  temat.  Chciała  lubić  Lee, 

czuć się dobrze  w jego towarzystwie. To mogło pomóc Mickey. Nie 

chciała natomiast, by pociągał ją jako mężczyzna.  

background image

Potrząsnęła  głową  w  rozterce.  Otworzyła  lodówkę  i  zaczęła  

przygotowywać posiłek. Postanowiła dbać o to, by jej uczucia do Lee  

pozostawały  zawsze  pod  kontrolą  rozsądku.  Przyjaźń  zupełnie  jej 

wystarczała.  

Mickey  spała  dość  spokojnie  przez  pierwszą  część  nocy.  Później 

do  samego  rana  budziły  ją  nagłe  ataki  bólu  brzucha  i  wymioty. 

Deanna spała w przerwach, skulona na brzegu łóżka.  

Gdy Mickey zapadła wreszcie w spokojniejszy sen, na wschodzie  

jaśniała już złocista kula słońca. Deanna wstała jeszcze, by  wypuścić  

koty do ogrodu i wróciła do łóżka. Wyglądało na to, że najgorszy etap 

choroby Mickey był już za nią.  

Gdy  obudziła  się  ponownie,  była  sama  w  łóżku.  Z 

prześwitującego przez zaciągnięte zasłony słońca wywnioskowała, że  

musi  być  dość  późno.  Zerknęła  na  budzik.  Było  prawie  wpół  do 

dwunastej.  Przeciągnęła  się,  ziewnęła,  po  czym  skuliła  znowu  w 

ciepłej pościeli. Sen ogarniał momentalnie, ale trzeba już było zacząć 

nowy dzień.  

Z  wysiłkiem  usiadła  na  brzegu  łóżka.  Ziewnęła  i  przeczesała 

palcami  splątane  włosy.  Z  otwartych  drzwi  do  ogrodu  dochodziły 

stłumione  odgłosy  rozmowy.  Wstała  i,  rozchylając  żaluzje,  wyjrzała 

na zewnątrz.  

Lee  siedział  wygodnie  w  jednym  z  foteli  i  popijał  kawę. 

Uśmiechał  się  do  Mickey,  która  coś  do  niego  mówiła.  Mała,  ciągle 

jeszcze  w  piżamie,  wyglądała  o  niebo  lepiej  niż  wczoraj.  Ze  

zdumieniem  Deanna  spostrzegła  kubek  jogurtu  w  jej  ręce.  Ona  po  

background image

takiej nocy nie tknęłaby niczego, co przypominałoby jedzenie! Nie ma 

to jak żołądek dziecka.  

Uśmiechnęła  się.  Mogła  spokojnie  wziąć  prysznic  i  ubrać  się. 

Sprawy Mickey zaczęły wreszcie toczyć się właściwym torem.  

Odświeżona  i  odziana  w  lekką,  bawełnianą  koszulkę  wyszła  do 

ogrodu.  

– Dzień dobry! – przywitała ich radosnym głosem.  

Lee spojrzał wymownie na zegarek i podniósł na nią oczy.  

–    No  więc  dobrze,  wiem,  że  to  już  popołudnie  –  powiedziała  i  

usiadła  naprzeciwko  Mickey.  Uśmiechnęła  się  do  niej.  –  Nawet  nie 

ma co pytać, widać, że ci przeszło, co?  

–  Pewnie!  Czuję  się  świetnie  –  przyznała  dziewczynka,  choć  jej 

policzki bywały bardziej różowe. – Alfie i Imp byli ze mną przez całą 

noc!  

–  A  przed  chwilą  jedli  jogurt  na  śniadanie.  Widziałam,  jak  ich 

karmiłaś.  

– A ty, Deanna, jak się czujesz? – spytał Lee niespodziewanie.  – 

Pomyślałem  sobie,  że  zjem  coś  i  zaraz  pójdę  do  pracy.  Naprawdę 

muszę się dziś pokazać w biurze choć na chwilę.  

– Umiesz gotować?  

– Owszem.  

– Wspaniale! Umieram z głodu.  

– A ty, Mich... Mickey?  

– Też bym coś zjadła.  

background image

– W porządku. Zrobię francuskie tosty. Zawołam was, kiedy będą 

gotowe.  

Deanna odprowadziła go wzrokiem do drzwi domu. Coś się z nim 

stało.  Albo  zmienił  się  w  ciągu  jednej  nocy,  albo  stresy  związane  z 

sytuacją  Mickey  i  nerwowa  praca  sprawiły,  że  jego  prawdziwa 

osobowość nie mogła się do tej pory ujawnić. Nie miało to większego 

znaczenia, pod warunkiem, że taki pozostanie już na zawsze.  

–  Fajny  jest  –  odezwała  się  Mickey.  –  Milszy  niż  poprzednio. 

Nawet  nie  mrugnął  okiem,  kiedy  poprosiłam  go,  by  nazywał  mnie  

Mickey,  a  nie  Michelle  –  skrzywiła  się  troszkę.  –  Nazywano  mnie 

Michelle tylko wtedy, gdy zrobiłam coś złego.  

– A więc, Michelle...  

Mickey zaskoczona podniosła oczy.  

– Nic, nic, żartowałam – zaśmiała się Deanna i poczochrała małą 

po włosach. – Idź już i ubierz się wreszcie. Weź prysznic, jeśli chcesz.  

–  Okay  –  Mickey  poderwała  się  z  ziemi.  Tuż  przed  drzwiami 

zatrzymała się. – Czy mój tata ma tu jeszcze wrócić? – zapytała.  

–  Tego  nie  wiem,  Mickey,  ale  wiem  jedno:  twój  dom  jest  teraz 

tutaj.  Twoja  mama  prosiła  wujka  Lee,  by  się  tobą  zaopiekował  i  tak 

też się stanie. Nie musisz mieszkać ze swoim ojcem.  

– To dobrze. To znaczy... to wszystko jest takie dziwne – Mickey 

westchnęła,  pokazując  ręką na  ogród  i  dom. –  Jak na  razie  jednak tu 

mi jest najlepiej. Z tobą i z wujkiem Lee  – dodała i powoli skierowała 

się w stronę domu.  

background image

„Z  tobą  i  z  wujkiem  Lee”  –  te  słowa  obudziły  w  Deannie  jakiś  

wewnętrzny niepokój. Była przecież tylko sąsiadką i płatną opiekunką 

dziecka.  Cokolwiek  miałoby  się  wydarzyć,  będzie  z  Mickey  jeszcze 

tylko przez jakiś czas.  

To  naprawdę  dobrze,  że  Lee  zdecydował  się  poświęcić  swej  

siostrzenicy  nieco  więcej  czasu.  To  przekona  Mickey,  że  jej 

przyszłość związana jest z nim i tylko z nim.  

 

Dwa  dni  później  siedzieli  na  pięknej  plaży  jeziora  Winnipeg.  

Propozycja tego wyjazdu była zupełną niespodzianką dla Deanny. Po  

prostu Lee stwierdził, że nadszedł najwyższy czas, by wziąć kilka dni  

wolnego.  Akurat  część  projektu,  nad  którym  pracowali,  została 

sfinalizowana i był to idealny moment na małą przerwę.  

Popołudnie  powoli  przechodziło  w  wieczór.  Deanna cieszyła  się, 

że  Lee  nie  śpieszy  się  z  powrotem  do  miasta.  Powietrze  stawało  się 

coraz  bardziej  łagodne  i  aromatyczne.  Rybitwy  krążyły  niedaleko 

brzegu, wypatrując srebrzystych ryb pod powierzchnią wody.  

Pomarańczowa  tarcza  słońca,  chyląc  się  leniwie  w  kierunku 

horyzontu, przybierała coraz ciemniejszą barwę. Jezioro uspokoiło się 

już  i tylko  małe,  łagodne  fale  cichutkim pluskiem  urozmaicały  ciszę. 

Mickey  zamyślona  siedziała  opodal  brzegu  i  pluskała  nogami  w 

wodzie.  

– Opowiedz mi o swoim mężu – poprosił cicho Lee.  

Podniosła głowę i spojrzała na niego zdziwiona.  

background image

–  Słyszałem  kiedyś,  jak  Mickey  mówiła,  że  chorował  tak  jak  jej 

matka – dodał. – Wczoraj też coś o tym napomknęła. Jeśli trudno ci o 

tym mówić, to...  

– Nie, nie o to chodzi. Zaskoczyłeś mnie po prostu.  

Odłożyła  magazyn,  który  przeglądała.  Usiadła,  podkuliwszy 

kolana pod brodę. Zapatrzyła się gdzieś daleko, przed siebie.  

–  Miał  białaczkę  –  odezwała  się  w  końcu.  –  Męczył  się  całymi 

miesiącami.  

Nic  w  jej  głosie  nie  zdradziło  bólu,  jaki  powodowała  w  niej 

choroba Ryana, bólu straszliwej, upokarzającej bezsilności.  

– Kiedy się to stało?  

– Niedawno minęły trzy lata.  

– Tęsknisz za nim jeszcze...  

Deanna  zmarszczyła  czoło.  Zamyślona  bawiła  się  piaskiem,  

przesypując go między palcami.  

–  Tak.  Tęsknię  do  dzielenia  z  nim  życia.  Kiedy  wydałam  moją  

pierwszą  książkę,  on  był  jedynym  człowiekiem,  który  wiedział,  jak 

bardzo  było  to  dla  mnie  ważne.  Byliśmy  naprawdę  dobrymi  

przyjaciółmi – dodała cicho, wpatrując się w horyzont. – Nadal często  

czuję  się  samotna.  Może  byłoby  inaczej,  gdybyśmy  mogli  mieć 

dziecko.  Tak  bardzo  go  pragnęliśmy.  W  ten  sposób  przynajmniej 

mogłabym mieć przy sobie jakąś jego część, ale...  

Przerwała  nagle,  jakby  spostrzegła,  że  za  dużo  powiedziała.  Lee 

chciał znać po prostu kilka faktów z  jej życia, a nie słuchać lirycznej 

opowieści.  

background image

– Przepraszam – wyszeptała nieco zawstydzona.  

–  Nie  przepraszaj  –  zaprotestował  łagodnie,  przerzucając  mały 

kamyk z ręki do ręki.  

Deanna  zerknęła  na  niego.  Wyraz  jego  twarzy  zmienił  się. 

Widziała już taką zmianę u innych mężczyzn, którzy dowiadywali się,  

że  była  wdową.  Traktowali  ją  później  trochę  z  dystansem,  może 

trochę  bardziej  delikatnie...  Zwykle  od  tego  momentu  nie  było  już 

mowy  o  flirtach.  Może  to,  że  podzieliła  się  swym  bólem  z  Lee 

pomoże im zostać przyjaciółmi?  

Zauważyła, że Mickey na brzegu zabrała się do robienia zamku z 

piasku.  

–  A  twoja  rodzina?  –  odezwał  się  znowu.  –  Mieszkają  w 

Winnipeg?  

–  Nie, w Toronto – odpowiedziała. Była zadowolona, że Lee nie  

pytał już więcej o Ryana. – Moi rodzice są prawnikami. Teraz są już 

na  emeryturze.  Mój  młodszy  brat  też  jest  prawnikiem,  a  siostra 

lekarzem.  

– A ty jak tu dotarłaś?  

– Przyjechałam, żeby zamieszkać razem z ciotką. Jestem bardziej  

związana z nią niż z resztą rodziny. Ciotka pomogła mi pozbierać się 

po śmierci Ryana.  

– Chodźcie zobaczyć! Już skończyłam! – zawołała Mickey.  

Deanna  pomachała  jej  ręką  na  znak,  że  już  idą.  Podniosła  się, 

przeciągnęła i otrzepała z piasku.  

background image

–  Ty  też  już  chodź.  Teraz  czas  na  ochy,  achy  i    inne  objawy 

zachwytu nad twórczością małej.  

Lee leniwie wyciągnął rękę w jej kierunku.  

– Musisz mi pomóc – jęknął.  

Deanna  z  wahaniem  wyciągnęła  do  niego  swoją  dłoń.  Ich  palce  

splotły się. Pociągnęła lekko.  

– Mocniej – mruknął, patrząc na nią spod przymrużonych powiek.  

Deanna  złapała  jego  dłoń  obiema  rękami,  zaparła  się  mocno 

stopami w piasku i pociągnęła z całej siły. W tej chwili Lee poderwał 

się, a ona straciła równowagę. Z impetem wylądowała na piasku.  

–  Oho,  poczekaj!  Na  pewno  ci  jeszcze  kiedyś  pomogę!  – 

powiedziała ze złością.  

Z szelmowskim uśmieszkiem wyciągnął do niej rękę.  

– Pomóc ci? – zapytał słodkim głosem.  

– Wypchaj się.  

Wstała  sama  i,  z  dobrze  udawaną  nonszalancją,  otrzepała  nogi  z  

piasku. Czuła, że Lee śledzi z uwagą każdy jej ruch.  

Mickey spojrzała na nich.  

–  Idziecie,  czy  nie?  Ile  mam  na  was  czekać?  –  zawołała 

niecierpliwie.  

Lee spojrzał na Deanne i wymownie zmrużył oko. Deanna poszła 

za nim powoli, dziwiąc się sama sobie. To niesłychane, jak szybko jej 

nastawienie do tego człowieka uległo zmianie.  

Obejrzeli  dzieło  Mickey,  wyraźnie  podkreślając  swój  podziw,  co 

sprawiło jej widoczną przyjemność.  

background image

– Może zostaniesz architektem jak dorośniesz, co? – spytał Lee.  

– A co to znaczy? – Mickey spojrzała na niego niepewnie.  

–  Architekt  to  ktoś,  kto  projektuje  drogi,  mosty,  budynki  i  tak 

dalej.  

– Nie, to by mi się chyba nie podobało. Ja będę pisać książki, jak 

Deanna.  Albo  zostanę  astronautą.  –  W  szczyt  wieżyczki  zamku 

wetknęła muszlę małży. – To chyba strasznie fajne być w kosmosie.  

–  Brzmi  nieźle  –  odezwała  się  Deanna.  Obejrzała  się  i  spojrzała  

na  jezioro.  Słońce  posyłało  im  właśnie  swe  ostatnie  świetliste  

promienie znad horyzontu. – Robi się późno. Chodźcie, zrobimy sobie 

mały spacer, zanim wrócimy do domu.  

–  Świetnie  –  zgodził  się  Lee.  –  Nie  śpieszy  mi  się  jakoś  z 

powrotem. A ty Mickey? Chcesz?  

–  Okay  – powiedziała  mała  wstając. Cofnęła  się  o  kilka kroków, 

wzięła rozbieg i obiema nogami wskoczyła w środek swej budowli. – 

Po co zostawiać tę przyjemność komuś innemu, nie? – Weszła miedzy 

nich i wzięła ich za ręce. – Chodźmy.  

Było  już  prawie  ciemno,  gdy  wrócili  po  swoje  rzeczy.  Tylko  na 

zachodzie  piękne,  ciemnoczerwone  i  fioletowe  pasma  chmur 

rozpościerały  się  jak  kołdra  nad    uśpionym  słońcem.  Cała  ta  feeria  

kolorów  podwajała  się,  odbijając  w  wodzie.  W  kierunku  wschodu, 

tam,  gdzie  niebo  było  najciemniejsze,  widać  było  pierwsze  gwiazdy.  

Było cicho, bezwietrznie.  

Mickey  wciągnęła  przez  głowę  koszulkę,  a  Deanna  i  Lee  zaczęli 

się pakować. Deanna włożyła wszystkie drobiazgi do torby i spojrzała  

background image

na małą. Mickey stała z przyciśniętymi do piersi rękami i wpatrywała 

się  w  najjaśniejszą  gwiazdę.  Deanna  posłyszała  ciche  słowa 

wypowiadanego życzenia. Jej wzrok podążył za wzrokiem Mickey.  

– „Gwiazdko mała, gwiazdko złota...” – zaczęła szeptać.  

Przerwała po chwili. Ona też miała życzenie, ale póki co, bała się  

go jeszcze wypowiedzieć...  

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Gdy  wjeżdżali  do  Winnipeg,  blask  latarni  przyćmiewał  nieco 

światło  gwiazd.  Z  radia  płynęły  ciche  dźwięki  muzyki,  Mickey  zaś  

spała na tylnym siedzeniu. Deanna siedziała z przodu obok Lee.  

Mieli za sobą bardzo miły dzień. Jedyne, co dręczyło  Deannę,  to 

jej  rosnące  zainteresowanie  Lee.  Zaczynało  jej  się  podobać, jak  się  z  

nią  przekomarzał  z  tym  charakterystycznym  błyskiem  w  zielonych 

oczach. Już nie drażniło jej to tak jak kiedyś.  

Byli  na  dobrej  drodze,  by  zostać  przyjaciółmi.  Coś  jej  jednak  

mówiło,  że  mogli  zajść  dużo  dalej.  Co  zrobić,  gdy  on  wykona 

następny krok?  

Lee zwolnił i zatrzymał się na czerwonym świetle. Obrócił się za 

siebie, by spojrzeć na Mickey.  

–  Śpi  jak  suseł  –  powiedział.  –  Może  trochę  przedobrzyliśmy  z  

tymi atrakcjami, co? Przecież dopiero wyzdrowiała.  

–  Nic  jej  nie  będzie.  Po  prostu  padła  ze  zmęczenia.  Świetnie  się 

dziś  bawiła  przez  cały  dzień.  Na  pewno  więcej  jej  to  przyniosło 

dobrego niż złego.  

background image

–  Miło  było,  prawda?  –  spytał  ruszając.  Prowadził  płynnie,  bez  

szarpania, łagodnie zmieniając biegi.  

Deanna  nie  odpowiedziała.  Pozwoliła,  by  znów  zapadła  między 

nimi  cisza.  Jednak  jej  wewnętrzny  spokój  znikł.  Lee  siedział 

zdecydowanie za blisko, by tego nie czuła. Nie dotykał jej co prawda, 

a przecież cały jej  lewy bok pokrywała gęsia skórka. Była świadoma 

każdego ruchu jego rąk, ramion, oczu.  

Odsunęła się nieco w stronę drzwi. Skuliwszy się w fotelu, potarła 

dłonią odkryte ramię.  

– Zimno ci? – spytał Lee, rzucając jej szybkie spojrzenie.  

– Nie, nie. Wcale – odpowiedziała szybko.  

– Tak czy inaczej zaraz będziemy w domu.  

–  To  dobrze.  Nie  mogę  się  doczekać,  kiedy  wreszcie  zmyję  z 

siebie ten piasek i krem do opalania.  

– Mnie też przydałby się prysznic. Czuję się, jakbym miał połowę 

plaży na plecach.  

Deanna  przypomniała  sobie  gładkość  jego  skóry  pod  palcami, 

kiedy smarowała mu plecy kremem. Senność ledwie pozwoliła jej na 

walkę z tym wspomnieniem.  

Było  już  sporo  po  jedenastej,  kiedy  zaparkowali  na  podjeździe 

przy domu. Mickey nadal spała twardym snem. Lee wziął ją na ręce, a 

Deanna  poszła  przodem,  by  otworzyć  drzwi.  Odgarnęła  koc  z  łóżka 

Mickey, a Lee położył małą na prześcieradle.  

– Nie powinna spać w tym kostiumie. Znajdź jej koszulę nocną w  

drugiej szufladzie komódki, a ja ją rozbiorę.  

background image

–  Jestem  zmęczona  –  zaprotestowała  Mickey  półprzytomnie,  nie 

otwierając oczu.  

–  Tak,  wiem  kochanie  –  szepnęła  Deanna.  –  To  tylko  chwilka.  

Zobaczysz, że lepiej ci będzie w twojej koszulce. No, rączki do góry, 

o  tak.  Ściągamy  to  wszystko.  A  teraz  koszulka.  Widzisz,  jak  sucho  i 

jak dobrze?  

Mickey  opadła  na  poduszkę  i  natychmiast  zasnęła.  Deanna  

uśmiechnęła się łagodnie. Wygładziła jeszcze fałdy na prześcieradle i 

przykryła ją.  

– Dobranoc, mała, śpij dobrze.  

–  Dobranoc,  Mickey  –  Lee  pogłaskał  ją  delikatnie  po  czole.  – 

Mieliśmy dziś fajny dzień.  

Mickey  z  westchnieniem  przewróciła  się  na  drugi  bok  i  wsunęła 

sobie dłoń pod policzek. Lee i Deanna wyszli z pokoju, zamykając za 

sobą drzwi.  

– Był to dla mnie bardzo miły dzień, Lee – powiedziała Deanna. – 

Dziękuję.  

–  Dziękuję,  że  pojechałaś  –  odrzekł  Lee.  –  Bardzo  mi  pomogłaś  

przy Mickey. To naprawdę miło z twojej strony.  

–  Cieszę  się,  że  sprawy  zaczynają  się  dobrze  układać  między 

wami. – Uśmiechnęła się nagle. – Mickey uważa, że zmieniłeś się na 

lepsze, odkąd wróciłeś z Kalifornii.  

Lee zdziwiony podniósł brwi.  

– Powiedziała ci o tym?  

background image

–  Mhm.  Myśli,  że  coś  się  w  tobie  odmieniło.  –  Oczy  Deanny. 

iskrzyły się śmiechem. – Co to było, Lee?  

– Podpisałem umowę mojego życia.  

– To wszystko? Nic osobistego?  

Żartowała, ale tak naprawdę chciała się dowiedzieć. Myślała o tej  

kobiecie, która odebrała telefon w jego pokoju hotelowym.  

Lee zaśmiał się krótko.  

–  Nie  mam  życia  osobistego.  Do  czasu,  kiedy  Mickey  tu  

zamieszkała zajmowałem się wyłącznie pracą.  

A  jak  miało  być  teraz?  –  pomyślała  Deanna,  ale  nic  nie 

powiedziała. Spojrzała na zegar wiszący na ścianie.  

–  Muszę  już  wracać  –  podniosła  się.  –  Zabiorę  resztę  swoich 

rzeczy z samochodu.  

–  Zostaw  je  do  jutra  –  powiedział  Lee.  –  Słuchaj,  miałem 

nadzieję, że zostaniesz na chwilę. Moglibyśmy odpocząć przy drinku. 

Nie miałabyś na to ochoty?  

Deanna zawahała się, zaskoczona propozycją.  

– Tylko jeden mały drink – nalegał. – Co lubisz? Gin z tonikiem?  

– Hm... No dobrze. Prysznic może w końcu poczekać.  

–  Świetnie.  Usiądź  sobie  przy  basenie,  a  ja  zaraz  wszystko 

przygotuję.  

– Dla mnie zrób słabszy. Wlej więcej toniku i daj więcej lodu. Nie 

piję za dużo alkoholu.  

Lee wystawił z kredensu dwie wysokie szklanki.  

– Chcesz coś zjeść? – zapytał.  

background image

– A co masz?  

– Mam jeszcze puszkę dobrych orzeszków, co ty na to?  

– Doskonale. To wystarczy – odpowiedziała.  

Wyszła  do  ogrodu.  Gdy  usiadła  w  fotelu,  zapaliły  się  lampy  

podwodne. Prześwietlona chłodnym światłem woda wyglądała bardzo 

zachęcająco.  

Deanna wstała, zrzuciła z siebie koszulkę i szorty. Pozostała tylko  

w  kostiumie  kąpielowym.  Podeszła  do  krawędzi  basenu  i  wślizgnęła 

się do wody. Przez chwilę czuła zimno, które jednak szybko zmieniło  

się  w  jedwabiste  uczucie  świeżości.  Zanurkowała,  rozkoszując  się  

chłodem wody. Wypłynęła, by zaczerpnąć powietrza i przewróciła się  

na plecy. Odpoczywała chwilę, niemal w zupełnym bezruchu.  

Potem  przepłynęła szybkim kraulem w stronę głębokiego krańca 

basenu  i  z    powrotem.  Dopłynąwszy  do  końca,  podciągnęła  się  na 

rękach  i  usiadła  na  krawędzi.  Przechyliła  głowę  na  bok  i  wycisnęła 

wodę z włosów.  

W drzwiach domu pojawił się Lee, niosąc tacę z napojami i parę 

ręczników.  

–  Wiedziałem, że nie będziesz się mogła oprzeć – roześmiał się,  

kładąc jej ręcznik na ramieniu.  

– Dziękuję – powiedziała, wycierając sobie twarz.  

Lee obszedł basen i stanął na końcu trampoliny. Przez chwilę stał 

nieruchomo, po czym rozhuśtał się i wykonał piękny, klasyczny skok 

do wody. Deanna przyglądała się nienagannym proporcjom jego ciała.  

Po chwili wstała z westchnieniem i przeniosła się do stolika.  

background image

Pociągnęła  łyk  zimnego  napoju  ze  szklanki.  Chłód  i  pikantny 

smak  drinka  były  dokładnie  tym,  czego  teraz  potrzebowała.  Jeszcze 

raz podniosła szklankę do ust i oparła się wygodnie w fotelu.  

Przyglądała  się  Lee  rozleniwionym  spojrzeniem.  Ależ  ten  facet 

był  przystojny!  Nie  mogła  zaprzeczyć,  że  się  jej  podobał.  Co  gorsza 

jednak, zauważyła, że od jakiegoś czasu czuła do niego coś więcej niż 

tylko sympatię. Świadomość tego niepokoiła ją. Nie chciała zakochać 

się  w  nim  i  narazić  na  cierpienia.  Pociągnęła  następny  łyk,  wsysając  

powoli chłodną  ciecz. Zamyśliła się.  

Lee wyszedł z wody, chlapiąc wokół i prychając.  

–  Wspaniale!  Co  za  ulga!  –  Otarł  twarz  ręcznikiem,  zarzucił  go 

sobie na ramiona i usiadł naprzeciwko Deanny.  

Sięgnął po swoją szklankę i spojrzał na nią.  

– Coś się stało? – zapytał.  

–  Nic  –  odrzekła  pośpiesznie.  –  Po  prostu  jestem  zmęczona. 

Muszę  już  iść.  –  Odłożyła  szklankę  i  podniosła  się.  –  To  był 

rzeczywiście długi dzień – dodała.  

Lee także wstał z fotela i postawił swoją szklankę na stole.  

– Odprowadzę cię do domu – zaproponował. – Chyba, że chcesz 

przeskoczyć przez mur?  

–  Nie...  Chyba  nie  dzisiaj.  –  Deanna  zmusiła  się  do  uśmiechu  i  

zaczęła zbierać swoje rzeczy. Wsunęła stopy w sandały. – Nie musisz 

mnie odprowadzać – powiedziała.  

– Ale chcę – odparł. – Masz klucze?  

background image

Deanna  zajrzała  do  torebki  i po  krótkim  szperaniu  wyjęła  klucze 

od  domu.  Wolałaby,  żeby  został  tu,  ale  nie  miała  siły  spierać  się  z 

nim.  

– Klucze są, a po resztę zajrzę tu jutro.  

Noc  była  cicha.  Tylko  czasem  słychać  było  szum  samochodu  

przejeżdżającego  główną  ulicą.  Powietrze  było  łagodne  i  ciepłe. 

Otworzyła  drzwi  i  odwróciła  się  do  Lee,  otulając  się  nieco  ciaśniej 

ręcznikiem.  

– To był bardzo miły dzień. Dziękuję.  

Stał  przed  nią.  Był  odwrócony  plecami  do  świateł  ulicy  tak,  że 

trudno  było  dostrzec  jego  twarz.  Podniósł  rękę  i  odsunął  jej  z  czoła 

mokry kosmyk włosów.  

– Faktycznie miły. Dzięki tobie...  

Pochylił  się  z  łagodnym  uśmiechem.  Musnął  jej  usta  lekkim 

pocałunkiem.  Deanna  wzdrygnęła  się,  zaskoczona.  Czuła,  jak 

promieniujące  od  niego  wilgotne  ciepło  ciała  miesza  się  z  jej 

własnym.  Ciągle  czuła  dotyk  jego  warg.  Odsunęła  się  nagle, 

zmieszana i pełna sprzecznych uczuć.  

–  Nie  wyszeptała.  –  Proszę,  nie.  Nie  jestem  jeszcze...  Po  prostu 

nie mogę...  

Zagryzła  wargę  i  odwróciła  się  nagle.  Wpadła  do  domu, 

zatrzaskując  za  sobą  drzwi.  Stała  teraz  sama  w  ciemnym  holu, 

opierając się plecami o ścianę. Łzy piekły ją pod powiekami.  

Był  pierwszym  mężczyzną,  który  pocałował  ją  od  czasu  śmierci  

Ryana.  Nie  byłoby  w  tym  nic  takiego,  gdyby  przyjęła  to  obojętnie. 

background image

Ale  ten  pocałunek,  zupełnie  niewinny,  pozostawił  ją  przepełnioną 

uczuciem winy i pożądania.  

Nie  od  dziś  wiedziała,  że  się  jej  podoba.  Jednak  tak  wielka  siła  

doznań,  wzbudzonych  dotykiem  jego  ust,  była  dla  niej  ogromnym 

zaskoczeniem. Było to o wiele za dużo. I o wiele za wcześnie.  

Ta  noc  była  dla  niej  męczarnią.  Nie  zmrużyła  oka  na  dłużej,  niż 

na  kilkanaście  minut.  Wstała  dużo  wcześniej  niż  zazwyczaj.  Zrobiła 

sobie kawę i wyszła na zewnątrz, by wypić ją w towarzystwie kotów.  

Przez  jakiś  czas  przyglądała  się,  jak  gile  karmią  swoje  małe  w 

gnieździe.  

Myśli  jej  zaczęły  krążyć  wokół  Lee  i  wczorajszej  sytuacji. 

Przecież  to  był  zupełnie  zwykły  pocałunek.  Dlaczego  nie  mogła 

zdobyć  się  na  to,  by  się  roześmiać,  powiedzieć  coś  dowcipnego,  by  

rozładować  napięcie?  Teraz  będzie  ono  nękać  ich  oboje,  jak  jakieś  

fatum,  nadając  temu  pocałunkowi  dużo  większą  wagę,  niż  naprawdę 

miał.  

Nagle  uniosła  głowę.  Furtka  jej  ogrodu  otworzyła  się  i  wszedł 

Lee, zmierzając wprost do niej. Odłożyła kubek i nerwowo wygładziła 

fałdy spódnicy.  

– Dzień dobry – powiedziała, siląc się na spokojny ton głosu.  

Kiwnął głową w odpowiedzi. Miękkie kosmyki włosów zasłaniały 

mu czoło. Usiadł przy niej.  

– Mogę z tobą porozmawiać? – zapytał.  

Byle tylko nie o wczorajszym wieczorze, błagała w myślach.  

– Chciałbym cię przeprosić.  

background image

Deanna pośpiesznie pokręciła głową.  

–    Nie  ma  za  co.  Wiem,  że  zareagowałam  przesadnie.  Chodzi  o  

to,  że...  –  przerwała  i  zawstydzona  opuściła  głowę,  szukając 

właściwych słów.  

–  Nie  miałaś  jeszcze  nikogo,  odkąd  umarł  twój  mąż,  prawda?  – 

Lee starał się przyjść jej z pomocą.  

– Tak – rzekła cicho, nie podnosząc głowy.  

– Kochałaś go bardzo.  

Deanna spojrzała mu prosto w oczy. Nie była już w stanie dłużej  

ukrywać swej bezradności. Patrzył na nią uważnie. Potem uniósł dłoń 

i palcem dotknął delikatnie jej policzka.  

– Bardzo cię przepraszam – powiedział łagodnie.   

Deanna  wiedziała,  że  miał  na  myśli  dużo  więcej,  niż  ten 

nieszczęsny  pocałunek  zeszłej  nocy.  Uśmiechnęła  się  z  wysiłkiem  i 

kiwnęła głową.  

Lee pochylił się i oparł swe łokcie na kolanach.  

– Jest jeszcze coś, o czym chcę z tobą porozmawiać: Mickey.  

– Gdzie ona jest? – zapytała, zadowolona ze zmiany tematu.  

–  Śpi  jeszcze.  Zostawiłem  jej  kartkę,  że  tu  jestem.  Chciałem  z 

tobą pomówić, zanim się obudzi.  

–  W  porządku.  Wejdźmy  może  do  domu.  Zrobiłam  właśnie 

świeżą kawę.  

Lee poszedł za Deanna i poczekał, aż przygotuje dla niego kubek. 

Podała  mu  kawę  i  czekała,  aż  zacznie  mówić.  Nigdy  nie 

przypuszczała,  że  może  być  tak  wyrozumiały  i  delikatny.  Innych 

background image

mężczyzn  taka  reakcja  odstraszyłaby  od  niej  na  dobre.  On  jednak 

zaakceptował jej uczucia. Znów poczuła ciepło wokół serca.  

Lee wziął sobie krzesło i usiadł przy stole.  

–  Dziś  rano  przesłuchałem  taśmę  z  sekretarki  –  odezwał  się 

wreszcie. – Dzwonił Wescott. Chce wziąć Mickey na jeden dzień.  

–  O  nie!  –  Deannie  udzieliło  się  jego  napięcie  i  niepokój.  Miała  

nadzieję,  że  ojciec  Mickey  zniknął  już  z  pola  widzenia.  –  Co 

zamierzasz zrobić?  

– Wiem, co chciałbym zrobić – odrzekł z niechęcią w głosie – ale  

nie wiem, co powinienem zrobić. Dla dobra Mickey, rzecz jasna.  

Deanna  z  zadowoleniem  spostrzegła,  że  nie  miał  skłonności  do  

pochopnego  działania.  Nalała  sobie kawy  i  usiadła  po  drugiej  stronie 

stołu.  

– Ciekaw byłem, co ty o tym myślisz? – zapytał.  

– Rozmawiałeś z prawnikiem?  

–  Oczywiście.  –  Nerwowo  przeczesał  włosy  palcami.  – 

Powiedział,  że  wzbranianie  Mickey  kontaktów  z  ojcem  nie  pomoże 

mi, jeśli  ta  sprawa  kiedykolwiek  trafi  do  sądu. Muszę  udowodnić,  że 

starałem się, by Mickey nawiązała z nim normalne relacje.  

– A więc na dłuższą metę nie masz zbyt dużego wyboru.  

– To widzę, ale co będzie, gdy on zechce ją zatrzymać na dłużej?  

– Naprawdę sądzisz, że zechce?  

Lee westchnął i pokręcił głową.  

–  Tak naprawdę  to  myślę,  że  nie  zależy  mu  na Mickey,  tylko  na 

tym, by napsuć mi krwi.  

background image

– Ja myślę, że prawnik ma rację. Nie możesz nie pozwolić jej się 

z  nim  zobaczyć  –  rzekła  Deanna  po  namyśle.  –  Bądź  co  bądź  to 

przecież jej ojciec.  

– Dawno już zrzekł się swoich praw rodzicielskich...  

–  Ale  Mickey  postrzega  to  inaczej,  nie  tak jak  my.  Przynajmniej 

nie  na  tym  etapie  swojego  życia.  Sądzę,  że  powinna  mieć  chociaż 

szansę  poznania  go.  Ze  swej  strony  jestem  przekonana,  że  gdy  go 

pozna, nie będzie chciała z nim przebywać.  

Lee, z grymasem na twarzy, masował dłonią kark.  

– Jeśli tylko jest tak sprytna, jak sądzę... Mimo to ten pomysł mi 

się nie podoba. Po prostu nie ufam temu facetowi.  

–  I  pewnie  masz  rację.  –  Wskazującym  palcem  przesuwała  po 

obrzeżu  kubka,  wpatrując  się  weń,  jakby  na  jego  dnie  mogła  znaleźć 

rozwiązanie.  –  Musisz  dowiedzieć  się  dokładnie,  gdzie  on  chce  ją 

zabrać, wziąć adres, telefon i tak dalej. – Spojrzała na  niego. – Ja też 

nie  sądzę,  że  mu  na  niej  zależy.  Chyba  faktycznie  chce  ci  po  prostu 

wejść  w  drogę.  Dlatego  nie  prowokuj  go.  Nie  pokazuj,  że  cię  to 

wzrusza. Uśmiechnij się i życz mu wszystkiego dobrego.  

Lee skrzywił się z takim obrzydzeniem, że aż się roześmiała.  

– Poćwicz trochę przed lustrem – rzekła, ciągle się śmiejąc.  – Z 

taką miną go na to nie nabierzesz!  

Zwinął usta w trąbkę, udając groteskowy uśmiech.  

– A teraz? – wybełkotał.  

– Przestań! To okropne! – zachichotała.  

Nagle usłyszeli, jak otwierają się frontowe drzwi.  

background image

–  To  ja!  –  Głos  Mickey  zabrzmiał  w  holu.  Po  chwili  weszła  do 

kuchni. – Zobaczyłam twoją kartkę – zwróciła się do Lee – i od razu 

przyszłam.  

– Nietrudno to zauważyć – uśmiechnął się.  

Była  ubrana  w  czyste  szorty  i  bawełniany  podkoszulek.  Włosy 

jednak  nie  widziały  jeszcze  szczotki.  Były  splątane  i  sterczały  na 

wszystkie strony.  

Mickey stała i przyglądała się im z zatroskaną miną.  

– Spałeś tu, wujku? – zapytała w końcu.  

Lee  omal  nie  udławił  się  kawą.  Przełykając  pośpiesznie,  wytarł 

usta wierzchem dłoni.  

– No więc? – nalegała mała.  

– Oczywiście, że nie – odpowiedziała za niego Deanna widząc, że 

Lee jeszcze się krztusi i nie może przemówić słowa.  

– O... – na twarzy Mickey odmalowało się rozczarowanie.  

–  Twój  wujek  i  ja  jesteśmy  po  prostu  przyjaciółmi  –  

wytłumaczyła Deanna. – Tylko zakochani spędzają noce razem.  

– Chyba masz rację – westchnęła Mickey. – Koty są w ogrodzie? 

– spytała po chwili.  

–  Tak.  Wszystkie  trzy.  Możesz  iść  się  z  nimi  pobawić,  jeśli 

chcesz.  

–  Okay  –  podeszła  do  drzwi.  –  Nie  jadłam  jeszcze  śniadania  – 

dodała znacząco.  

–  W  takim  razie  zrobię  coś  dla  nas  wszystkich  –  zapewniła  ją 

Deanna. – Zawołam cię, jak już będzie gotowe.  

background image

– Skąd przychodzą jej do głowy takie rzeczy? – zapytał Lee, gdy 

dziewczynka wyszła.  

Deanna  przypomniała  sobie  jego  pocałunek  i  to  uczucie,  które 

przez chwilę nią zawładnęło. Tak łatwo byłoby teraz... Nie. Porzuciła 

tę myśl, zbyt późno jednak, by ustrzec się przed wyobrażeniem sobie 

ich  obojga  splecionych  w  uścisku.  Starała  się,  by  jej  głos  brzmiał 

spokojnie.  

–  Dzisiaj  dzieci  wiedzą  o  wiele  więcej  niż  my  w  ich  wieku  –  

powiedziała,  wstając  by  dolać  kawy.  –  A  może  i  Teri  miała... 

znajomych.  

–  Niekoniecznie.  Mogła  to  wziąć  z  telewizji,  a  może  od  innych  

dzieciaków. Nic wielkiego.  

Wiedziała jednak, o co chodziło Mickey.  

– A więc co? Masz ochotę na śniadanie? – spytała.  

– Jeśli nie sprawi ci to dużego kłopotu.  

–  Żaden problem.  Sama umieram  z  głodu.  Co  byś  powiedział  na 

omlet z serem i szynką?  

– Fantastycznie! Mogę ci w czymś pomóc?  

–  Nie,  dziękuję.  Sama  dam  sobie  radę.  Idź  lepiej  do  Mickey  i 

spróbuj porozmawiać z nią o ojcu.  

Lee skrzywił się.  

– Masz rację. Powinienem chyba spróbować.  

–  Postaraj  się  też  trzymać  emocje  na  wodzy  –  poradziła  mu 

jeszcze. – Myśl o niej, nie o sobie.  

background image

–  Właśnie  to  robię  –  powiedział  niewyraźnie.  –  Dlatego  też  

najchętniej pozbyłbym się Wescotta na dobre.  

Zaraz  po  ósmej  tego  wieczoru  zadzwonił  telefon.  Deanna 

odłożyła  długopis  i  wstała  od  stołu.  Gdy  przechodziła  obok  klatki, 

papugi jak zwykle podniosły głośny rwetes. Dzwonił Lee.  

– Deanna? Mogłabyś do mnie zajrzeć?  

Ton jego głosu sprawił, że nie zadawała więcej pytań.  

–  Zaraz będę. –  Odwiesiła  słuchawkę  i  wyszła  z  domu.    Lee  stał 

na progu w otwartych drzwiach.  

Wyglądał na zmartwionego. Spodnie i koszulę miał pogniecione, 

a spocone włosy opadały mu na czoło.  

– Nie odprowadził jeszcze Mickey – powiedział.  

– O której kazałeś mu ją odwieźć?  

–  Najpóźniej  o  ósmej.  Wiem,  ósma  dopiero  co  minęła,  ale 

dzwoniłem  pod  numer,  który  mi  zostawił  i  nie  ma  tam  nikogo!  

Wygląda  na  to,  że  wynajmował  u  kogoś  pokój.  Oni  powiedzieli,  że 

wczoraj  się  wyprowadził  i  że  miał  przenieść  się  gdzie  indziej.  Nie 

wiedzieli jednak gdzie. Wyczułem, że mało ich to w ogóle obchodzi. – 

Przyczesał  włosy  ręką.  –  Do  licha!  Powinienem  słuchać  swojego 

przeczucia, a nie rad jakiegoś tam prawnika!  

– Lee, skąd mogłeś wiedzieć... ?  

–  Mogłem  i  wiedziałem.  Nigdy  nie  powinienem  był  jej  tam 

puścić.  Jak  ja  teraz  mam  jej  szukać?  W  mieście  są  przecież  tysiące 

tanich pokoi i mieszkań do wynajęcia!  

background image

–  Jestem  pewna,  że  niedługo  ją  odwiezie,  Lee  –  zapewniała 

Deanna, choć i ona zaczynała się niepokoić. – Pewnie specjalnie chce 

się trochę spóźnić, żeby pograć ci na nerwach.  

–  Mam  nadzieję,  że  się  nie  mylisz.  Czy  mogłabyś  podzwonić 

trochę od siebie po administracjach okolicznych osiedli? Chętnie sam 

bym to zrobił, ale chcę, żeby mój telefon był wolny, jeśli zadzwonią.  

–  Nie  ma  sprawy.  Zaraz  się  za  to  zabiorę.  –  Odwróciła  się  i 

zaczęła  schodzić  po  stopniach  podestu.  –  Nie  martw  się,  wszystko 

będzie dobrze.  

– Mam nadzieję.  

Deanna dzwoniła gdzie się dało. Bez rezultatu. Nikt nie słyszał o  

Wescotcie. Zaniepokojona pobiegła z powrotem do Lee. Chodził tam i 

z powrotem po podeście przed domem. Zatrzymał się, gdy ją ujrzał.  

– Przykro mi. Żadnego skutku – powiedziała.   

Spojrzał  na  nią  zmęczonym  wzrokiem  i  oparł  się  plecami  o 

ścianę.  

–  Chcę  ją  mieć  z  powrotem.  –  W  jego  głosie  brzmiało  poczucie 

winy.  

–  Ja  też  chcę,  by  wróciła.  –  Deanna  współczująco  położyła  mu  

rękę na ramieniu. – Napiłbyś się czegoś zimnego? – spytała.  

– Chętnie – odrzekł w zamyśleniu.  

– Na co masz ochotę?  

– Cokolwiek zimnego.  

– W porządku, zaraz wrócę.  

background image

W  kuchni  nalała  soku  pomarańczowego  do  wysokich  szklanek, 

dodała  dużo  lodu  i  trochę  wody  sodowej.  Wciąż  miała  nadzieję,  że  

Mickey nic się nie stało i że Wade po prostu się spóźniał.  

Wprost  nie  mieściło  się  jej  w  głowie,  że  mogło  być  inaczej! 

Mickey musiała wrócić do tego domu! Tu było jej miejsce.  

Lee  siedział  przygnębiony  na  schodku.  Podała  mu  oszronioną 

szklankę. W ślad za Deanną przyczłapał stary Leo. Nadchodził powoli 

i ostrożnie. Podszedł do Lee i z uwagą obwąchał czubek jego buta. Po 

chwili  zdecydowanie  odwrócił  się  i  z  zamaszystym  machnięciem 

ogona znikł w zaroślach.  

– Nadal nie może się do ciebie przekonać – powiedziała Deanna, 

chcąc odciągnąć go od ponurych myśli.  

– Może nie podoba mu się twoje imię? Jest tak podobne do jego. 

On  nie  za  bardzo  lubi  obcych.  Ja,  to  co  innego,  ja  go  karmię.  Tak 

samo Mickey. Wszystkie koty ją lubią.  

Lee pociągnął łyk ze szklanki.  

–  Wspaniałe!  Dziękuję  ci  –  powiedział.  –  Właśnie  myślałem,  

żeby wziąć kociaka dla Mickey.  

–  A  Alfie  i  Imp?  –  zapytała  Deanna  spontanicznie.  –  Ona  je 

uwielbia.  I  już  się  przyzwyczaiły  do  twojego  domu.  Poza  tym  mają 

wszystkie konieczne szczepienia.  

–  Mówisz,  że  masz  zamiar  się  ich  pozbyć,  co?  –  zapytał,  lecz  

duchem był zupełnie nieobecny.  

–  To  niezupełnie  tak.  Wzięłam  je  dlatego,  że  nikt  inny  ich  nie 

chciał.  Moja  ciotka  wystawi  ten  dom  na  sprzedaż  raczej  prędzej  niż 

background image

później, a mnie trudno będzie znaleźć mieszkanie, gdzie zechcą mnie 

z kotem, a co dopiero mówić o trzech. Jeśli chcesz, podaruję Mickey 

te kociaki na jej urodziny w przyszłym tygodniu?  

–  Skoro  tak  wolisz,  nie  widzę  problemu.  Na  pewno  będzie 

zachwycona.–  Znów  łyknął  zimnego  napoju.  –  Mówisz,  że  ciotka 

będzie to sprzedawać? – wskazał na jej dom.  

–  Taki  miała  plan.  Najpierw  chciała  przez  rok  pomieszkać  w 

Victorii,  by  zobaczyć,  jak  się  jej  tam  będzie  podobało.  Z  tego,  co 

widzę,  podoba  się  jej  tam  bardzo.  Moim  zdaniem,  sprzeda  ten  dom 

jeszcze tej jesieni. Założę się, że znajdzie kupca błyskawicznie.  

– W tej okolicy chyba tak będzie. A ty nie zamierzasz go kupić?  

Deanna roześmiała się i pokręciła głową.  

– W żaden sposób nie byłoby mnie na to stać!  

– Co więc chcesz ze sobą zrobić?  

–  Tak  naprawdę  to  jeszcze  nie  wiem.  Być  może  sama  przeniosę 

się  do  Victorii.  Poczekam  z  decyzją,  aż  przyjdzie  czas  –  zamyślona 

pukała palcem w kostkę lodu, pływającą w szklance.  

Jeszcze  tak  niedawno  perspektywa  przeprowadzenia  się, 

dokądkolwiek tylko zechce w Kanadzie, wydawała się jej atrakcyjna. 

Ostatnio  jednak  myśl  o  konieczności  opuszczenia  tego  miejsca 

stawała  się  coraz  cięższa.  Spojrzała  na  Lee  i uświadomiła  sobie  

nagle,  że  odejście  stąd  –  od  niego  –  było  w  tej  chwili  czymś  nie  do 

pomyślenia.  

– Mickey będzie za tobą tęsknić – odezwał się Lee.  

background image

–  I  ja  będę  za  nią  tęsknić.  –  A  ty?  –  chciała  zapytać.  Czy  Lee 

tęskniłby  za  nią  tak  jak  ona  za  nim?  –  Będzie  już  wtedy  chodzić  do 

szkoły. Spotka nowych przyjaciół. Poza tym przecież ma ciebie.  

Lee zmarszczył brwi i spojrzał na zegarek.  

–  Nie  mam  pojęcia,  co  knuje  Wescott.  Psia  kość!  Mam  dość 

takiego bezczynnego siedzenia.  

Zerwał  się  na  nogi  i  znów  zaczął  szybkimi  krokami  przemierzać  

podest.  Do  pasji  doprowadzała  go  sytuacja,  której  nie  był  w  stanie 

kontrolować.  

– Odwiezie ją, Lee – próbowała go uspokoić Deanna. Sama była 

bardzo zaniepokojona, ale starała się tego nie okazywać.  

– Tak sądzisz? – Zatrzymał się nagle i spojrzał na nią z góry. – A 

co,  jeśli  zechciał  ją  zatrzymać?  Mógłby  być  już  w  połowie  drogi  do  

Saskatchewan  albo  dokądkolwiek  indziej.  Muszę  zadzwonić  na 

policję.  Mogliby  już  zacząć  jej  szukać!  Zapisałem  rejestrację  jego 

wozu.  

–  Poczekaj,  Lee  –  wtrąciła  Deanna. –  Jeszcze  na  to  za  wcześnie.  

Nie  masz  żadnej  pewności,  że  ją  porwał.  Poczekaj  jeszcze  trochę. 

Jestem  przekonana,  że  celowo  się  spóźnia,  by  w  ten  sposób 

zademonstrować  swą  przewagę  nad  tobą  i  wyprowadzić  cię  z 

równowagi.  Poczekaj  jeszcze  przynajmniej  z  godzinę.  W  tym  czasie 

odwiezie ją, zobaczysz.  

– Mam nadzieję, że masz rację – westchnął Lee nieco uspokojony.  

– Na pewno mam rację.  

background image

Z  krzaków  wyszedł  Leo.  Trzymając  ogon  prosto  do  góry, 

podszedł do Deanny i zaczął się do niej łasić. Podrapała go za uszami. 

Obserwowała nieustanny, wahadłowy spacer Lee. Tam i z powrotem, 

tam i  z powrotem  po  podeście,  patrzył  na  zegarek  niemal  za  każdym 

nawrotem.  

– Dziewiąta – stwierdził przystając.  

Deanna wyczuwała napięcie. W każdej chwili mogło ujawnić  się 

w postaci wybuchu wściekłości. Miała jednak nadzieję, że Lee potrafi  

zapanować nad nerwami. Dla dobra Mickey. To dziecko z pewnością 

miało dość widoku dwóch mężczyzn, skaczących sobie do oczu z jej 

powodu.  

–  Lee  –  odezwała  się  ostrożnie.  –  Wiem,  że  masz  tego  dość. 

Spróbuj jednak nie okazywać złości. Nie stawiaj Mickey w sytuacji, w 

której będzie musiała wybierać ciebie albo Wade’a.  

Lee spojrzał na nią. W jego oczach czaił się gniew.  

– Nie przejmuj się – powiedziała delikatnie. – Nie chodzi mi  o to, 

żebyś  mile  uśmiechał  się  do  tego  draba.  Gdyby  jednak  do  czegoś 

doszło, daj mi chociaż czas na odprowadzenie Mickey na górę. Potem 

rób sobie z nim co chcesz.  

Lee  niespodziewanie  zaśmiał  się.  Usiadł  koło  niej  na  stopniu. 

Pochylony do przodu oparł łokcie na kolanach.  

– Nie spiorę go – oświadczył. – Przyrzekam.  

– W porządku – położyła mu przyjaźnie dłoń na ramieniu.  

background image

W  ich  zaułek  wjechał  nagle  jakiś  samochód.  Oboje  w  napięciu 

obserwowali  każdy  metr  jego  trasy.  Rozcinając  reflektorami 

ciemność, przejechał jednak przed furtką i pojechał dalej.  

Deanna westchnęła i opuściła ramiona.  

– Widzę, że martwisz się co najmniej tak jak ja – odezwał się Lee.  

– To prawda – przyznała. – Chcę, by Mickey  wróciła tam, gdzie 

jest jej miejsce.  

– Podobnie jak... – przerwał nagle.  

Deanna podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem.  

Ulicą  szła  Mickey,  oświetlana  przez  mijane  latarnie.  Gdy  Lee 

zawołał  na  nią,  zaczęła  biec  w  ich  kierunku.  Całą  buzię  miała 

umorusaną. Widać było, że płakała. Wyglądała  na bardzo zmęczoną i 

nieszczęśliwą.  

– Mickey... – Deanna przyglądała się jej z niepokojem.  

Mała podbiegła i wtuliła twarz w jej ramię.  

–  Chcę,  żeby  moja  mama  wróciła  –  załkała.  –  Po  prostu  chcę  ją 

znowu mieć!  

–  Och,  mój  mały  misiaczku  –  wyszeptała  Deanna,  przytulając  ją  

mocniej. – Wiem, wszystko wiem.  

Kołysała  ją  w  ramionach.  Oczy  nabiegły  jej  łzami.  Spojrzała  na 

Lee.  

– Co się stało, Mickey? – zapytał. – Gdzie jest twój tata?  

Mickey powoli podniosła głowę i westchnęła.  

– Jest u... u siebie  – odrzekła, wycierając łzy wierzchem dłoni.  

background image

–  Ale  co  się  takiego  stało?  –  spytał  znowu  Lee.  Z  jego  twarzy 

Deanna  mogła  odczytać,  że  obawiał  się  tego  samego  co  i  ona.  –  Co 

dziś robiłaś?  

– Nic – Mickey pokręciła głową. – Po prostu on i ten jego kumpel 

siedzieli  tam  cały  czas  i  pili  piwo.  Nie  robiliśmy  nic!  Nie  poszliśmy 

wcale  do  zoo    ani nic  takiego... Musiałam  tam  siedzieć  i  patrzeć,  jak 

się wygłupiali – usta jej wygięły się znów do płaczu.  

Deanna odgarnęła jej włosy z czoła.  

– Nie wygląda mi to na dobrą zabawę, co?  

–  To  było  okropne  –  zgodziła  się  Mickey.  –  A  kiedy 

powiedziałam, że chcę już wracać do domu, on się naprawdę wściekł i  

powiedział,  żebym  się  zamknęła  i  że  odprowadzi  mnie,  kiedy  będzie 

chciał,  to  znaczy  może  nawet  nigdy  –  wyrzuciła  z  siebie  jednym 

tchem.  

Lee rzucił Deannie spojrzenie przepojone nienawiścią.  

–  Mickey,  czy  twój  tata  cię  skrzywdził?  –  zadał  pytanie,  które 

obojgu im nie dawało spokoju.  

Mickey pokręciła głową przecząco.  

– Nie. Wściekał się tylko czasami. To mi się wcale nie podobało.  

– Obróciła się w ramionach Deanny  tak, że teraz patrzyła na ulicę.  –  

On nie jest za bardzo miły – dodała z przekonaniem w głosie.  

–  Ludzie  zwykle  przestają  być  mili,  jak  wypiją  –  powiedziała 

Deanna.  

W  tonie  Mickey  można  było  usłyszeć  echa  zawiedzionych 

nadziei.  Wszystkie  wyobrażenia,  jakie  mogła  mieć  o  ojcu,  legły  w 

background image

gruzach.  Lee  pogładził  ją  delikatnie  po  policzkach  i  uśmiechnął  się. 

Odwróciła się, by spojrzeć na niego.  

– Daleko musiałaś iść? – zapytał.  

Znowu pokręciła głową.  

– Tylko z pięć przecznic. Liczyłam.  

– Czy on wie, że tu wróciłaś?  

– Myślę, że tak. Na stole leżał długopis, więc napisałam, że idę do  

domu.  Potem  wymknęłam  się  na  dwór,  gdy  wyszłam  do  łazienki. 

Chciałam  zadzwonić,  żebyś  po  mnie  przyjechał,  ale  nie  było  tam 

nawet telefonu. A poza tym wiedziałam, że trafię z powrotem.  

– Cieszę się, że przyszłaś – powiedział Lee ciepło. – Tęskniłem za 

tobą.  

Dziewczynka uśmiechnęła się trochę nieśmiało.  

–  Ja  też  –  powiedziała.  – Czy...  czy  będę  musiała  tam  wrócić?  – 

zapytała niepewnie.  

– Nie – odparł Lee zdecydowanie, a jego oczy nagle pociemniały.  

Deanna  miała  nadzieję,  że  będzie  mógł  dotrzymać  tego 

przyrzeczenia. Przyciągnęła do siebie Mickey i przytuliła ją. Cieszyła 

się, że mała jest już bezpieczna.  

Mickey oparła brodę o ramię Deanny.  

–  Mówił,  że  może  tu  przyjść  po  mnie  w  każdej  chwili  – 

powiedziała cicho. – I że on jest moim tatą, a ty tylko moim wujkiem 

– dodała po chwili.  

background image

–    Twoja  mama  chciała,  żebyś  mieszkała  ze  mną  –  odparł  Lee 

spokojnie,  głaszcząc  ją  delikatnie  po  głowie.  –  Obiecałem  jej,  że  tak 

będzie. Nikt cię nie zabierze, jeśli nie będziesz tego chciała.  

–  To  dobrze  –  westchnęła  Mickey.  –  Chcę  zostać  z  tobą  i  z 

Deanną.  

Deanna poczuła skurcz w sercu. Mała Mickey już wkrótce będzie 

musiała  się  przekonać,  że  jej  opiekunka  nie  była  częścią  tego  domu, 

który Lee przyrzekł jej stworzyć.  

–  Nie  chcę  odejść  –  powtórzyła  Mickey,  jakby  chcąc  się  jeszcze 

raz upewnić.  

–  Nie  będziesz  musiała  –  powiedział  Lee.  Trudnym  do 

odgadnięcia  spojrzeniem  patrzył  przez  chwilę  w  oczy  Deannie.  – 

Zrobię, co w mojej mocy, żebyś została ze mną. Nie musisz się już o 

to martwić.  

Deanna spojrzała w bok. Nie chciała, by odkrył w jej oczach to, o 

czym teraz myślała.  

Kiedy  wróciła do swego domu, większą część nocy przesiedziała  

na  schodach  przed  wejściem.  Nie  mogła  już  dłużej  opierać  się 

uczuciu, które powoli zawładnęło jej sercem.  

Westchnęła  zatroskana.  Pomyślała  o  Ryanie,  ale  po  raz pierwszy 

zamiast  jego  twarzy,  ujrzała  twarz  innego  mężczyzny.  Widziała 

zielone ogniki w roześmianych  oczach  Lee, jego ciepły uśmiech i ten 

kosmyk włosów opadający mu na czoło...  

Czyżby się w nim zakochała?  

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

–  Jeśli  idziecie  gdzieś  razem,  to  to  jest  randka  –  powiedziała 

Mickey.  

Siedziała  po  turecku  na  łóżku  Deanny  i  manipulując  ostrożnie  

pędzelkiem  malowała  sobie  paznokcie.  Buteleczka  z  lakierem 

niebezpiecznie chybotała się na jej kolanie.  

Deanna odwróciła się od lustra i spojrzała na nią.  

– Nie, to nie jest randka. Twój wujek po prostu zaprosił mnie na 

kolację. To wszystko. Nic więcej.  

W głębi ducha chciałaby jednak, by Mickey miała rację i by była 

to  prawdziwa  randka,  a nie  tylko  okazja  do  omówienia  na  osobności 

spraw Mickey i jej ojca.  

Dziewczynka wyciągnęła przed siebie dłoń, rozpostarła palce i, z 

miną znawczyni, oceniała swoje dzieło.  

– A jednak muszę zostać w domu – powiedziała z przekąsem.  

Deanna  w  ostatniej  chwili  złapała  buteleczkę  lakieru,  zsuwającą 

się wprost na łóżko.  

–  Nie  idziesz  dzisiaj  z  nami,  bo  to  będzie  pływające  party  na 

statku. To nie jest raczej miejsce dla dzieci.  

– Tańce? – uśmiechnęła się Mickey i oddała Deannie pędzelek. – 

W takim razie to jest randka – upierała się z naciskiem.  

Deanna  dała  za  wygraną  i  znów  odwróciła  się  do  lustra.  Mickey 

chciała  wierzyć,  że  była  to  randka,  a  ona  z  równą  determinacją  nie 

chciała pozwolić sobie na takie oczekiwania.  

background image

W  czasie  ostatnich  kilku  dni  Lee  prawie  nie  bywał  w  domu.  W 

rzadkich  momentach,  gdy  się  widywali,  informował  ją  tylko,  że 

pracuje teraz nad ostatecznym rozwiązaniem sprawy Mickey. Mówił, 

że  widział  się  kilkakrotnie  ze  swoim  prawnikiem  i  z  Wade’em. 

Deanna  miała  nadzieję,  że  dziś  właśnie  dowie  się  o  efektach  jego 

działania.  

Mickey  zachwycała  się  teraz  kolorem  swoich  paznokci, 

rozłożywszy obie dłonie na białej pościeli.  

– Jeśli wujek Lee się ożeni, to jego żona będzie moją ciocią, tak? 

– zapytała.  

–  Zgadza  się  –  przyznała  Deanna,  myślami  błądząc  już  w 

towarzystwie Lee.  

–  To  ich  dzieci  byłyby  moimi  kuzynami?  Właściwie  to  byłyby 

prawie  moimi  braćmi  i  siostrami,  bo  wujek  Lee  jest  dla  mnie  kimś 

więcej niż wujkiem. Mieszkam przecież u niego.  

Deanna nie mogła powstrzymać uśmiechu.  

– Nie myśl sobie za wiele, dziaciaku – powiedziała.  

– Z tego, co wiem, twój wujek nie ma jeszcze nawet koleżanki. – 

Tak,  to  była  właściwie  całkiem  miła  myśl.  Skoro  nie  miał  jeszcze 

nikogo,  to  może  było  tu  miejsce  dla  niej.  –  Być  może  długo  jeszcze 

będziecie mieszkać tylko we dwoje.  

–  I z tobą – dopowiedziała Mickey poufnym tonem. Leżała teraz 

na brzuchu, podpierając głowę rękami.  

–  Nie  będę  z  wami  zawsze  –  rzekła  Deanna,  ale  w  głębi  serca 

pragnęła, by jej słowa się nie sprawdziły. – Kiedy moja ciocia sprzeda 

background image

ten  dom,  będę  się  musiała  przeprowadzić.  Teraz  jeszcze  nie  wiem 

dokąd.  

– A ja myślę, że powinnaś się przenieść do nas.  

–  Ho,  ho,  ho  –  pokręciła  głową.  –  A  co  będzie,  jeśli  twój  wujek 

zechce zamieszkać z tą ciocią, której tak chcesz?  

Obie powinny być przygotowane na taką ewentualność. Nie było 

żadnej pewności, że Lee nie spotka kogoś i że się nie zakocha.  

–  Ale  ja  myślę,  że  to  powinnaś  być  ty!  –  Mickey  spojrzała  na 

zdjęcie  Ryana.  –  Twój  mąż  nie  miałby  chyba  nic  przeciwko  temu, 

żebyś wyszła za kogoś?  

To  pytanie,  zadane  tak  niespodziewanie,  dotykające  bolesnego 

miejsca  w  jej  sercu,  zaskoczyło  Deannę.  Podążyła  za  spojrzeniem 

Mickey.  Ryan nieruchomo patrzył na nią zza szkła.  

– Myślę, że nie – odrzekła cicho.  

Ryan powiedział, żeby starała się iść w życiu naprzód, nie patrząc  

zbyt  długo  w  przeszłość.  Do  tej  pory  realizowała  jego  życzenie. 

Starała  się żyć pełnią życia. Z wyjątkiem związku z mężczyzną.  

– A więc mogłabyś wyjść za wujka Lee! – Mickey zwykle lubiła 

się przekomarzać, ale tym razem jej głos brzmiał poważnie.  

Deanna  mogła  spodziewać  się  takiej  reakcji  ze  strony  małej. 

Wydarzenia ostatnich kilku miesięcy wywróciły przecież jej świat do 

góry  nogami.  To  naturalne,  że  pragnęła,  by  dwoje  dorosłych,  którym 

przyszło  się  nią  opiekować,  i  których  akceptowała,  zostało  ze  sobą 

razem na zawsze.  

Deanna uśmiechnęła się i pokręciła głową.  

background image

–  Dzięki  za  dobry  pomysł,  ale  nie  skorzystam.  Widzisz,  tylko 

ludzie, którzy się kochają pobierają się, a twój wujek i ja jesteśmy po 

prostu dobrymi przyjaciółmi.  

I to na dzisiaj wszystko, pomyślała. Jak do tej pory, Lee nie dał jej 

poznać,  że  jest  w  niej  zakochany.  Owszem,  dawał  takie  czy  inne 

oznaki zainteresowania, ale miłości? Nigdy.  

Mickey westchnęła smutno.  

– Chciałam chociaż spróbować – mruknęła bardziej do siebie niż 

do niej.  

Deanna  spojrzała  na  zegar.  Lee  powinien  zaraz  wrócić  z 

opiekunką z agencji. Czas, by kończyć toaletę i odprowadzić Mickey 

do domu.  

Ubrała  się  w  lekką  bluzeczkę  na  ramiączkach  i  piękną  czarną 

spódnicę w duże kwiaty o subtelnych kolorach. Na ramiona zarzuciła  

biały wełniany sweterek na wypadek, gdyby zrobiło się chłodniej.  

Makijaż  miała  dużo  staranniejszy  niż  co  dzień.  Linia  jej  

szaroniebieskich  oczu  była  umiejętnie  podkreślona  ciemną  kredką, 

włosy  mieniły  się  złotorudymi  odcieniami  i  łagodnie  spływały  na 

odkryte ramiona.  

– Wyglądasz świetnie – oceniła Mickey. – Założę się, że wujkowi 

też się spodobasz.  

–  Dziękuję  –  Deanna posłała jej ciepły uśmiech.   

Chciała podobać się  Lee. Chciała, by zobaczył ją  w nieco innym 

świetle  niż  dotychczas.  Może  wówczas  zainteresowanie,  jakie  jej 

okazywał, przerodziłoby się w coś głębszego...  

background image

Ta  kolacja  dała  im  szansę  na  wspaniały  odpoczynek.  Jedli  przy 

akompaniamencie  dobrej  muzyki.  Po  obu  stronach  statku  powoli 

przesuwały się brzegi Red River.  

–  Płynęłam  już  kiedyś  parowcem.  –  Deanna  oderwała  wzrok  od  

rozmigotanych odblasków na wodzie. – Nigdy jednak w nocy. To był  

naprawdę wspaniały pomysł, Lee. Dziękuję.  

Lee  usadowił  się  wygodnie  w  fotelu,  ze  szklanką  koniaku  w  

dłoniach.  Uśmiechnął  się lekko i pociągnął łyk złocistego napoju.  

– To był męczący tydzień – powiedział powoli.  

Deanna  zaczęła  się  trochę  niecierpliwić.  Chciała  się  dowiedzieć, 

jak posunęły się sprawy Mickey.  

– Opowiedz mi o tym – zachęciła go.  

– Zapłaciłem mu.  

Deanna otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.  

– Co takiego?  

– Dałem mu dokładnie tyle, ile chciał. Za dziesięć tysięcy kupiłem 

jego  przyrzeczenie,  że  zostawi  Mickey  w  spokoju. –  Pokręcił  głową.  

– Ten gość to szmata, Deanna. Tylko o to właśnie chodziło mu przez 

cały czas. O pieniądze. Mickey nic go nie obchodzi.  

–  Tak  sądziłam  –  mruknęła  Deanna.  Nie  podobała  się  jej  cała  ta 

sytuacja. – Wierzysz mu? To znaczy, myślisz, że nie wróci po więcej? 

Tych pieniędzy nie starczy mu na długo.  

– Powiedziałem mu, że to koniec, żeby się więcej nie spodziewał. 

Kazałem  mu  napisać  oświadczenie,  że  to  ja  zostaję  prawnym 

opiekunem Mickey, i że on zrzeka się wszelkich praw do niej. Napisał  

background image

też,  że  to  on  prosił  o  pieniądze.  Nie  chcę  być  później  posądzony  o 

przekupstwo.  

Lee zaśmiał się krótko.  

– Szkoda, że tego nie widziałaś! Ten człowiek byłby gotów zrobić 

wszystko,  byle  szybciej  mieć  czek  w  kieszeni.  To  było  naprawdę 

wstrętne!  

Deanna  łatwo  mogła  sobie  wyobrazić  twarz  Wade’a  w  tym  

momencie.  Miała  tylko  nadzieję,  że  Mickey  nie  dowie  się,  do  czego 

posunął się jej wujek.  

–  Ale  przecież  wiesz,  że  on  wróci,  prawda?  –  spytała 

przyciszonym głosem.  

Lee westchnął.  

– Pewnie wróci, bo będzie chciał więcej pieniędzy. Ale mówię  ci: 

więcej nie dostanie. Może sobie mnie szantażować do woli.  

– Rozmawiałeś ze swoim prawnikiem?  

– Tak, ale już po fakcie. Oczywiście oświadczenie Wade’a nie ma 

mocy prawnej, ale jego treść postawi go w złym świetle, gdyby chciał 

się ubiegać o prawo do opieki.  

– Myślisz, że będzie jeszcze próbował?  

–  Wróci, kiedy skończy się zabawa – odrzekł Lee spokojnie. – A  

gdy nie dam mu pieniędzy, odda sprawę do sądu.  

–  Ale  nigdy  nie  uda  mu  się  odzyskać  Mickey,  prawda?  Nikt  mu 

jej nie odda po tym, co uczynił.  

– Nigdy nie ma nic pewnego, Deanna. Ja wiem, że moje szanse są  

większe,  ale  fakt  pozostaje  faktem:  on  jest  jej  ojcem.  Kto  wie,  jaki 

background image

teatr  odstawi  przed  sądem?  To  wstrętny,  leniwy  łajdak,  ale  nie  jest 

tępakiem.  

– To mnie przeraża – powiedziała Deanna.  

Nie mogła sobie wyobrazić Mickey pod opieką Wade’a.  

–  Straszne,  prawda?  –  Lee  pochylony  nad  stolikiem  patrzył  jej 

teraz  prosto  w  oczy.  –  Deanna...  –  zaczął  i  nagle  przerwał.  –  Nie 

napiłabyś się jeszcze czegoś?  

– Może trochę później – odparła.  

Czuła, że nie o to chciał ją spytać. Była tego pewna.  

– Skoro tak, to chodźmy przejść się po pokładzie.  

Wstał,  odsuwając  krzesło.  Deanna  wyszła  za  nim  na  zewnątrz 

przez szklane drzwi. Oboje stanęli przy relingu, opierając się łokciami  

o  poręcz.  Pod  nimi,  wzdłuż  burt,  szumiała  woda  rozcinana  dziobem 

statku.  Stado  rybitw  unosiło  się  w  powietrzu  za  rufą,  w  nadziei 

otrzymania pożywienia.  

Ciepła,  przyjemna  bryza  niosła  ze  sobą  wilgotny  zapach  wody  i  

lata,  a  zachodzące  słońce  rzucało  na  wodę  pomarańczowoczerwone, 

świetliste pasma. Deanna wyczuwała obecność Lee u jej boku.  

Spojrzała  na  niego  kątem  oka.  Dobry  Boże!  Ależ  z  niego 

przystojny  facet,  pomyślała.  Znowu  dała  się  zaskoczyć  temu  uczuciu 

– uczuciu pożądania. Nie  pogodziła się jednak do końca z faktem, że 

jest  w  nim  zakochana,    choć   to uczucie  zdawało  się  w  niej  rosnąć  z 

dnia na dzień.  

Ciekawe,  pomyślała,  czy  gdyby  nie  chodziło  tu  o  Mickey,  ich  

zażyłość  miałaby  jakąkolwiek  szansę  na  rozwój?  Czy  chciał  ją  przy 

background image

sobie  mieć  tylko  ze  względu  na  swoją  siostrzenicę,  czy  też  żywił 

jakieś głębsze uczucia do niej samej?  

Poruszyła się niespokojnie, czując ciepło jego ramienia obok swej 

ręki.  W  restauracji,  wewnątrz  nadbudówki,  zespół  zaczął  grać  nową  

melodię.  Jej  dźwięki  mieszały  się  z  gwarem  ludzi  i  cichym, 

miarowym pomrukiem silnika.  

Deanna  drgnęła  nagle.  Poczuła,  rękę  Lee  na  swoim  ramieniu. 

Odwróciła głowę i spojrzała na niego.  

– Deanna, ja... – zaczął. Widać było, że coś go trapi. Powoli zdjął 

rękę z jej ramienia. – Chcesz zatańczyć? – zapytał w końcu.  

Znowu miała wrażenie, że nie to chciał powiedzieć.  

– Chętnie, chodźmy – odrzekła, siląc się na spokojny ton głosu.  

Uśmiechnął  się  jakoś  dziwnie  niemrawo  i  ujął  ją  delikatnie  pod 

rękę. Weszli do środka i przyłączyli się do innych, tańczących już par.  

Deanna  czuła  się  trochę  nieswojo.  Tak  dawno  przecież  nie 

tańczyła, a taniec z Lee wydawał się jej tym bardziej niezwykły.  

Prowadził  bardzo  spokojnie,  z  wyczuciem,  delikatnie  obejmując 

ją  wpół.  Spojrzała  na  niego.  Wyglądało  na  to,  że  myślami  jest  

zupełnie gdzie indziej. Stało się dla niej jasne, że tak naprawdę wcale 

nie miał ochoty na taniec. Czynił to zupełnie mechanicznie.  

– Nie musimy tańczyć, jeśli nie chcesz – odezwała się cicho.  

– Przepraszam cię. To prawda. Zbyt dużo rzeczy kłębi mi się teraz 

w głowie – odrzekł.  

– Wcale się nie dziwię. Po takim tygodniu.  

background image

Była  jednak  nieco  rozczarowana,  a  nawet  dotknięta.  Być  w  jego 

ramionach  znaczyło  dla  niej  wiele  i  nie  chodziło  tu  tylko  o  taniec. 

Jego  uwaga  była  jednak  tak  rozproszona,  że  prawie  w  ogóle  jej  nie 

zauważał.  W  każdym  razie  nie  w  sposób,  w  jaki  chciałaby  być 

zauważona.  

– Chodź, usiądziemy – zaproponowała.  

– Dobry pomysł. Weźmy jakiegoś drinka i wyjdźmy na zewnątrz 

– odrzekł z ulgą.  

Już  od  dłuższego  czasu  zastanawiała  się  nad  jego  niespokojnym  

zachowaniem.  Czy  to  tylko  wrażenia  i  zmęczenie  całym  tygodniem, 

czy też miał dosyć jej towarzystwa?  

Znaleźli wolną ławkę w dość zacisznym miejscu. Deanna usiadła  

wygodnie, popijając drinka. Lee nie odzywał się przez dłuższą chwilę.  

– O co chodzi, Lee? – zapytała wreszcie.  

– Co masz na myśli?  

– Widzę przecież, że myślami jesteś tysiące mil stąd. Co cię trapi?  

Oparł  się  wygodniej.  Siedział  tak  blisko,  że  ich  ramiona  stykały  

się. Zamyślony stukał palcem w szklankę.  

– Chciałem cię o coś spytać – odezwał się po dłuższej chwili.  

– Słucham.  

– Nie wiem, czy powinienem.  

– Dlaczego?  

– Nie wiem, jak zareagujesz.  

– Teraz już musisz, bo oszaleję z ciekawości! No, śmiało!  

background image

– W porządku. – Wziął głęboki oddech i spojrzał na nią. Światła  

statku  odbijały  się  w  jego  oczach.  –  Deanna,  chciałbym,  żebyś  mnie 

wysłuchała  i  przemyślała  to,  zanim  cokolwiek  zdecydujesz.  –  Zrobił  

pauzę,  zastanawiając  się  ciągle,  jak  sformułować  to  zdanie.  –  Czy 

wyjdziesz za mnie za mąż?  

Deanna  aż  drgnęła,  zaszokowana  tą  niespodziewaną  propozycją.  

Wyprostowała  się,  marząc  o  tym,  żeby  nie  zemdleć  i  nie  spaść  z 

ławki. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Nie była w stanie 

przemówić ani słowa.  

Lee uśmiechnął się nerwowo.  

–  Wiem,  że  to  ostatnia  rzecz,  jakiej  mogłabyś  się  po  mnie  

spodziewać, ale mówię poważnie.  

Deanna odzyskała wreszcie głos.  

– Chodzi ci o Mickey, prawda?  

–  Oczywiście  –  przyznał  z  taką  pewnością,  jakby  żadne  inne 

powody nie mogły wchodzić w rachubę.  

– Czy to sugestia twojego prawnika?  

Trudno było jej kontrolować swój głos na tyle, by nie brzmiała w 

nim ironia.  

–  Owszem.  Powiedział  mi,  że  to  mogłoby  pomóc  sprawie  – 

potwierdził. – Ale, widzisz, dobro Mickey zależy od nas obojga. Ona 

czuje,  że  oboje  się    nią  opiekujemy.  Dobrze  wiesz,  jak  bardzo  by 

przeżyła, gdybyś się wyprowadziła.  

Nietrudno  było  Deannie  wyobrazić  sobie  twarz  Mickey  przy 

pożegnaniu. Mimo to jego sugestia była dla niej nie do przyjęcia. Nie 

background image

w  momencie,    gdy    robił  to  tylko  ze  względu  na  małą.  Zmarszczyła 

brwi w zakłopotaniu i spojrzała na niego.  

– Lee, ależ to... szaleństwo – wyszeptała.  

–  Naprawdę?  Myślę,  że  moglibyśmy  stworzyć  dobry  dom  dla 

Mickey.  

–  Być  może,  Lee,  ale  w  małżeństwie  chodzi  chyba  o  coś  więcej,  

niż o stworzenie domu osieroconemu dziecku. Pomyśl sam.  

–  Już  to  przemyślałem.  Teraz  ty  pomyśl:  żadnych  dorywczych 

prac na pokrycie czynszu i innych wydatków, dużo czasu na pisanie, 

gdy tylko Mickey pójdzie do szkoły. Mało? 

–  Ależ  ludzie  nie  pobierają  się  z  takich  powodów!  Gdzie  w  tym 

wszystkim jest miejsce dla nas?  

Lee  wyciągnął  rękę  i  pogładził  ją  delikatnie  po  policzku. 

Uśmiechnął się łagodnie, gdy cofnęła się odruchowo.  

–  Och,  myślę,  że  znajdziemy  w  tym  coś  także  dla  siebie  – 

powiedział.  

Pochylił  się  i  pocałował  ją.  Jego  usta  ledwie  musnęły  jej  wargi, 

ale poczuła ich ciepło. Nie mogła się odwrócić. Pożądanie owładnęło 

nią jeszcze silniej, niż poprzednio i odwzajemniła pocałunek.  

Gdy  Lee  odsunął  się,  spojrzała  mu  w  twarz.  Otworzyła  usta,  by 

coś powiedzieć, ale on położył palec na jej wargach.  

– Przemyśl to, proszę. Teraz nie mów nic.  

Pozostało jej tylko skinąć głową. Oczywiście, taki układ  w ogóle 

nie  wchodził  w  rachubę  i  powinna  była  mu  to  od  razu  powiedzieć.  

background image

Zamiast jednak tak zrobić, zgodziła się to przemyśleć i teraz musiała 

przynajmniej udawać, że się zastanawia.  

Co  za  propozycja,  myślała  z  goryczą,  układając  się  do  spania.  

Gdy  Lee  wyliczał  wszystkie  zalety  układu,  brzmiało  to  raczej  jak 

oferta  biznesowa.  Mickey  zyskałaby  dwoje  oddanych  „rodziców”,  a 

Lee miałby większe szanse na uzyskanie statusu prawnego opiekuna i 

w  ten  sposób  mógłby  dotrzymać  swego  przyrzeczenia  złożonego 

siostrze. Deanna natomiast mogłaby się bardziej skupić na pisaniu.  

Idealny  układ!  Wygrana  dla  wszystkich!  Dla  Lee  był  to  plan 

czysto praktyczny. Deanna z westchnieniem usiadła na brzegu łóżka. 

Zastanawiała się, czy tylko o to mu chodziło. Chyba tak, stwierdziła w 

duchu.  Gdyby mu na niej zależało, gdyby ją kochał, powiedziałby to 

przecież.  

Oparła  się  plecami  o  wezgłowie  łóżka.  Podciągnęła  kolana  pod 

brodę,  objęła  je  rękami  i  zamyśliła  się,  wpatrzona  w  ciemny  kąt 

pokoju.  Wiedziała,  że  powinna  zdecydowanie  odmówić.  Każde  inne  

rozwiązanie byłoby szaleństwem.  

Uśmiechnęła  się  do  siebie  ze  smutkiem.  Miała  właściwie  tylko 

dwa  wyjścia:  żyć  sama  albo  dzielić  życie  z  Lee  i  Mickey.  Nawet  jej 

nie  kochając,  Lee  mógł  dać  jej  przecież  swoją  obecność.  Może 

miałaby nareszcie szansę zaznać szczęścia?  

Przyszła  jej  nagle  na  myśl  sytuacja  jednej  z  jej  dawnych 

koleżanek – Eve. Jej mąż odszedł i zostawił ją samą z córeczką. Eve 

musiała  więc  znaleźć  pracę,  by  zarobić  na  utrzymanie,  a  ponieważ 

background image

była  bardzo  ambitną,  energiczną  profesjonalistką,  a  do  tego  była 

ładna, nie miała z tym kłopotu.  

Teraz  obracała  się  w  wielu  różnych  środowiskach,  wśród 

ciekawych  ludzi,  intelektualistów  i  biznesmenów.  Mężczyźni  lgnęli 

do  niej.  Mogąc  przebierać  w  nich  jak  w  ulęgałkach,  była  jednak 

ciągle... samotna.  

Zwierzyła się kiedyś Deannie, że zawsze brak jej pewności, że jej 

aktualny  partner  to  właśnie  ten  jedyny,  dla  niej  przeznaczony.  I  tak 

szła  przez  życie  w  ciągłej  niepewności,  nie  wiedząc,  co  przyniesie  

jutro i nie zaznając nigdy pełnej satysfakcji.  

Co  za  świat,  pomyślała  Deanna.  Jedni,  jak  ona,  cierpią  na 

niedobór,  innym  źle  jest  w  nadmiarze...  I  gdzie  tu  jest  szczęście? 

Zrozumiała,  że  wahanie,  wątpliwości,  walka  i  cierpienie  nie  są  tylko  

jej  udziałem. Jej szczęście i przyszłość są w jej własnych rękach.   

Wszystko zależy od tego, jak wykorzysta dawane jej przez  życie  

możliwości.  Myśl  ta  uspokoiła ją nieco.  Zgasiła  lampkę  i ułożyła  się 

do snu.  

 

Deanna  wsunęła  głowę  przez  zasłonę  z  paciorków  na  zapleczu 

kwiaciarni.  

– Cześć, Pat – powiedziała.  

Pat podniosła oczy znad świeżej wiązanki, którą właśnie układała.  

–  Jak  się  masz,  Deanna!  –  przywitała  ją  jak  zwykle  radośnie.  – 

Najwyższy  już  czas  na  odwiedziny.  Dzwoniłam  do  ciebie  kilka  razy. 

background image

Chciałam dowiedzieć się, jak ci idzie, ale nigdy nie mogłam zastać cię 

w domu.  

–  Sporo  czasu przebywam  teraz  u  sąsiada –  wyjaśniła  Deanna.  – 

Tak  jest  gorąco  ostatnio,  że  większość  czasu  spędzamy  w  ogrodzie  i 

na basenie.  

– Kto „my”? – Pat spojrzała na nią zdziwiona.  

– Mickey i ja.  

Deanna podniosła z podłogi złamaną różę.  

– A co z wujkiem tej małej?  

–  Lee?  Bywa  czasem  w  domu,  nawet  dość  często.  Zaprosił  

mnie  wczoraj  na  kolację  – dodała ot tak sobie.  

Pat spojrzała na nią z zaciekawieniem.  

– No i?  

–  O  tym  właśnie  chcę  z  tobą  porozmawiać  –  odrzekła  Deanna, 

odkładając różę. – Masz czas?  

–  No  chyba  żartujesz!  Zawsze  będę  miała  czas  na  takie  sprawy! 

Choćbym  miała  umrzeć!  Słuchaj,  nie  piłam  jeszcze  dziś  kawy. 

Chodźmy naprzeciwko na dobrą kawusię, co?  

– Na pewno masz na to ochotę?  

– Oczywiście! Z twoich oczu widzę, że to jakaś superhistoria!  

– Zgadłaś.  

–  Wspaniale!  Potrzebuję  przecież  trochę  radości  w  tym  moim 

życiu.  Przyzwoitej  czy  też  nie,  wszystko  jedno.  Czekaj,  złapię  tylko 

torebkę i powiem Kendrze, że wychodzę.  

background image

Usiadły  na  tarasie  małej  restauracyjki.  Gdy  tylko  podano  im 

kawę, Pat pochyliła się nad stołem i nadstawiła ucha.  

– No więc?  

Deanna  uśmiechnęła  się.  Pat  miała  niezaspokojoną  ciekawość 

życia  innych  ludzi.  Umiała  jednak  wspaniale  słuchać,  a  tego  właśnie 

Deanna bardzo teraz potrzebowała.  

– Lee oświadczył mi się wczoraj – powiedziała krótko.   

Pat  omal  nie  spadła  z  krzesła.  Była  nie  mniej  zaskoczona  niż 

Deanna, gdy usłyszała propozycję.  

– Co takiego?! – zawołała.  

– To, co powiedziałam. Oświadczył mi się.  

– Nie wiedziałam, że między wami jest aż tak poważnie, Deanna. 

Ukrywałaś to przede mną.  

Deanna nie mogła powstrzymać się od śmiechu.  

–  To  niezupełnie  tak,  jak  myślisz,  Pat.  –  I  opowiedziała  jej  o 

Wescottcie.  –  ...  no  i  Lee  chce  zatrzymać  Mickey  przy  sobie  – 

zakończyła. – Dowiedział  się od swojego prawnika, że ożenek może 

mu w tym pomóc.  

–  Och!  –  Na  twarzy  Pat  odmalowało  się  rozczarowanie.  –  W  

takim razie, oczywiście, odmówiłaś?  

– Jeszcze nie. Prosił, żebym to przemyślała.  

– Ale odmówisz, prawda? – zapytała. – Chyba... chyba, że się  w 

nim zakochałaś?  

background image

Deanna  zawahała  się,  ale  pokiwała  w  końcu  głową.  Pat  miała 

rację.  Nie  warto  było  już  temu  zaprzeczać.  Jej  zainteresowanie 

przerodziło się w miłość.  

– W takim razie w czym problem? Aha. A czy... czy on też jest w 

tobie zakochany?  

– W każdym razie nie da się tego zauważyć...  

– Więc czemu w ogóle bierzesz to pod uwagę?  

–  Nie  wiem.  Myślałam  o  tym  przez  całą  noc.  Cześć  mojego  

sumienia  woła  wyraźnie  i  głośno  „nie”,  ale...  –  Deanna  westchnęła  i 

potrząsnęła  głową  w  rozterce.  –  Zaskoczył  mnie,  Pat.  Powinnam  mu  

była  od  razu  odmówić,  ale  on  prosił,  żebym  się  zastanowiła,  a  ja  im 

dłużej o tym myślę, tym... – urwała nagle.  

Podniosła  do  ust  filiżankę  z  kawą.  Pat  patrzyła  na  nią  w 

skupieniu.  

– Tak naprawdę, to chcesz powiedzieć „tak”, nieprawdaż?  

–  Tak.  Chyba  tak.  –  Deanna  odstawiła  kawę  i  spojrzała  na  Pat  z 

odrobiną przekory.  

– Nie będąc pewna jego miłości? Czujesz chyba, że to nie będzie 

pełny związek. Czegoś zawsze będzie ci brakowało.  

– Tak samo będę się czuła bez niego, a raczej bez nich.  Utraciłam  

kiedyś  wszystko  i  trudno  mi  teraz  żyć  samotnie  nie  z  własnego 

wyboru. Może powinnam brać to, co mi życie oferuje. To musi okazać 

się lepsze, niż nic.  

– Może i będzie – powiedziała cichym głosem Pat, kładąc rękę na 

dłoni Deanny.  

background image

– Wiesz, Pat. Naprawdę myślałam o tym przez całą noc i w końcu 

nie  wydaje  mi  się  to  aż  takie  złe.  Kocham  jego  i  Mickey.  To 

wspaniałe dziecko, które bardzo  potrzebuje mnie w tej chwili. Dobrze 

jest czuć się potrzebną, mówię ci.  

–  Możesz  być  z  Mickey,  niekoniecznie  wychodząc  za  Lee  – 

zauważyła Pat.  

– A co będzie, jeśli jej ojciec odda sprawę do sądu? Nikt nie może 

dać gwarancji, że nie wygra.  

– A wy? Co z tobą i Lee?  

Deanna przypomniała  sobie,  jak  wczoraj  Lee  odpowiedział  na  to 

pytanie.  

– Kocham go. Miło mi z nim przebywać. Poza tym jest dobry dla 

Mickey. Jestem pewna, że będzie dobrym ojcem, Pat, a ja bardzo chcę  

mieć  dzieci.  Naprawdę,  jeśli  się  trochę  zastanowić,  to  może  być  to 

bardzo dobry układ!  

Pat spojrzała na nią, jakby nie wierzyła własnym uszom.  

–  Nie  jestem  tego  taka  pewna,  Deanna.  Myślisz  głową,  a  nie 

sercem.  

–  Nie  –  odpowiedziała  Deanna po  chwili.  –  Gdybym  używała  tu 

rozsądku, w ogóle nie rozważałabym tej możliwości.  

– A więc masz zamiar powiedzieć „tak”?  

– Tego jeszcze nie wiem, Pat. Naprawdę, jeszcze tego nie wiem...  

 

background image

Był  już  zmrok,  gdy  Deanna  przeszła  przez  furtkę  w  ogrodzie  na 

sąsiednią posesję. Lee siedział na tarasie z wyciągniętymi przed siebie 

nogami. W dłoniach trzymał szklankę.  

– Cześć – powitała go przyciszonym głosem.  

Podniósł  raptownie  głowę  i  spojrzał  na  nią.  Poczuła  skurcz  w 

żołądku.  

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? Musimy porozmawiać.  

– Czekałem na ciebie – powiedział niskim, pozbawionym wyrazu  

głosem. – Chodź, usiądź sobie.  

Deanna  usiadła  w  foteliku  naprzeciwko  niego.  Założyła  nogę  na  

nogę i wygładziła spódnicę na kolanach.  

– Chcesz czegoś do picia? – zapytał.  

– Tak, chętnie – odrzekła.  

– Może być sangria?  

Na  stole  przygotowana  już  była  druga  szklanka.  Widocznie 

oczekiwał jej. 

– Doskonale. Dziękuję.  

Uniósł się, by nalać drinka.  

–  To  nie  jest  nic  mocnego  –  zapewnił  i  podał  jej  oszronioną 

szklankę.  

–  Nie  miałabym  nic  przeciwko  temu...  –  mruknęła  pod  nosem  i  

uśmiechnęła się z wysiłkiem. – Mickey już śpi?  

– Śpi jak suseł. Mieliśmy dziś dzień pełen wrażeń.  

– Co robiliście?  

background image

Jak okropnie sztucznie brzmiał teraz jej głos! Po raz pierwszy od 

dość dawna trudno jej było z nim rozmawiać.  

–  Wziąłem  ją  do  biura  na  parę  godzin,  a  resztę  popołudnia  

spędziliśmy  przeglądając  rzeczy  jej  mamy.  Przewieziono  mi  je  do 

firmy  po  tym,  jak...  –  zamilkł  nagle.  –  To  nie  było  takie  proste, 

Deanna – podjął po chwili, rozcierając sobie kark.  

– Domyślam się – powiedziała. – Ale bardzo potrzebne. Tak czy 

inaczej dobrze się stało, że zrobiliście to razem. Jak ona to zniosła?  

–    Całkiem dobrze.  Było  dużo  łez,  rozumiesz,  ale  były  one...  nie  

wiem... chyba oczyszczające.  

Deanna wiedziała, że nie były to tylko łzy Mickey.  

– Cieszę się. To pomaga goić się ranom.   

Spojrzał na nią spod nieco zapuchniętych powiek.  

– Tobie też kiedyś pomogło?  

– Dużo czasu minęło, zanim się do tego  zabrałam – przyznała. – 

Nie  mogłam  się  nawet  zdobyć,  by  posprzątać  nasze  mieszkanie. 

Rodzina musiała się tym zająć. Ale kiedy już byłam w stanie przejrzeć 

jego rzeczy i nawet część z nich rozdać, wiedziałam, że najgorsze jest 

już za mną.  

Nie  o  tym  chciała  z  nim  teraz  rozmawiać.  Stwierdziła  jednak  z 

zadowoleniem, że może już o tym mówić bez bólu.  

– I co? Przeszło ci wtedy?  

– Ból i gorycz tak, ale tęsknota, pragnienie, to trwało dłużej. Dużo 

dłużej. Najgłębsze rany pozostaną chyba na zawsze. Może nieco mniej 

bolą, ale zawsze są.  

background image

Zapadła  cisza.  Przez  długą  chwilę  przyglądał  się  jej  uważnie. 

Potem wstał i z rękami w kieszeniach zaczął niespokojnie przemierzać 

taras. Nagle zatrzymał się i obrócił do niej.  

– Czy myślałaś o tym, o czym rozmawialiśmy zeszłego wieczoru?  

– Prawie bez przerwy – odrzekła.  

Czuła się dziwnie nieswojo, a to, że stał nad nią, nie dodawało jej 

odwagi.  

– No i?  

Słychać  było,  że  jest  spięty.  Wzięła  głęboki  oddech  i...  słowa 

popłynęły same.  

–  Nie  mogę,  Lee  –  zaczęła.  –  Tak  bardzo  mi  przykro.  Naprawdę  

chciałabym,  żeby  to  wyszło,  ale...  po  prostu  nie  dam  rady.  –  W  jej 

głosie słychać było błaganie o wyrozumiałość.  

– Rozumiem – rzekł matowym głosem. Usiadł znowu w fotelu. – 

Czy cokolwiek jest w stanie zmienić twoje zdanie?  

Powiedz, że mnie kochasz, pomyślała.  

– Nie – powiedziała.  

– A więc to koniec. – Podniósł swoją szklankę do ust.  

Deanna  poczuła  lekki  skurcz  serca.  Te  słowa  zabrzmiały  tak 

definitywnie...  

–  Czy możemy być nadal przyjaciółmi? – zapytała.   

Uśmiechnął się niespodziewanie. Wziął jej dłoń w swoje ręce.  

–  Oczywiście  –  powiedział  delikatnie.  –  Nie  przejmuj  się  tym.  

Nie chciałem  cię zdenerwować. Myślałem tylko, że warto spróbować.  

background image

–  Bardzo  mi  przykro  –  powtórzyła.  Czuła  teraz  tyle  ciepła  w 

sobie!  Dotyk  jego  rąk  jeszcze  bardziej  ją  roztkliwiał.  –  Chciałabym  

móc  to  zrobić  dla  Mickey  –  dla  ciebie,  przebiegło  jej  przez  myśl.  – 

Naprawdę.  

–  Rozumiem  cię.  Chciałbym,  żebyś  podjęła  inną  decyzję,  ale  cię 

rozumiem.  Postaram  się poradzić  sobie  jakoś  sam. –  Puścił  jej  rękę  i 

oparł się wygodnie.  

Deanna nerwowo sięgnęła po swoją szklankę. O ile łatwiej byłoby 

jej  znieść  jego  gniew,  zamiast  tego  ciepłego,  niemal  czułego 

zrozumienia  i  współczucia.  Przez  krótką  chwilę  miała  ochotę 

powiedzieć mu, że zmieniła zdanie i że się zgadza.  

–  Powinnam  już  iść  –  odezwała  się  i  wstała.  Trudno  było  jej  

siedzieć koło niego ze świadomością, że przecież sprawiła mu zawód.  

–  Chciałam jeszcze trochę napisać tego wieczoru.  

To  była  czysta  wymówka.  Wiedziała,  że  nie  będzie  dziś  już  w  

stanie skreślić nawet marnego słowa.  

Skinął głową i podniósł się także.  

– Deanna...  

Spojrzała na niego. Położył rękę na jej ramieniu i przyciągnął do 

siebie. Trzymał ją teraz lekko w ramionach. Uśmiechnął się i musnął 

jej usta pocałunkiem.  

Krew  uderzyła  jej  do  głowy.  Zupełnie  podświadomie  objęła  go  

rękami  za  szyję  i  przywarła  do  niego  mocno.  Trwali  tak  długo  w  

głębokim,  upojnym  pocałunku.  Mocno  obejmując  się  ramionami, 

background image

czuli każdy cal swoich ciał. Przez chwilę jedynym marzeniem Deanny 

było spleść się z nim w miłosnym zapamiętaniu.  

Nagle odsunął ją od siebie. Patrzyła na niego bez tchu. Jego oczy  

błyszczały powstrzymywanym pożądaniem. Cofnął się o krok.  

– Deanna – zaczął zachrypniętym głosem. – Pewna jesteś swojej 

decyzji?  

Zrobiła krok w jego kierunku. Przez  ułamek sekundy wahała się, 

po  czym  pochyliła  głowę  i  potrząsnęła  nią  gwałtownie.  Z  pięścią  

przywartą do ust odwróciła się na pięcie i pobiegła w stronę furtki.  

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Była  to  kolejna  bezsenna  noc  Deanny  w  ostatnim  czasie.  Gdy 

tylko  zamykała  oczy,  natychmiast  widziała  przed  sobą  twarz  Lee, 

czuła  obejmujące  ją  ramiona  i  ciepło  jego  ust.  Pragnęła  go  teraz  tak 

bardzo!  

Gdyby tylko był w stanie odpowiedzieć na jej miłość...  

Wstała  wcześnie  i  zaparzyła  kawę.  Z  kubkiem  w  dłoni  usiadła 

przy  stole  i  przyglądała  się  skrzeczącym  papużkom.  Westchnęła 

ciężko i potarła dłonią czoło, jakby masując bolące miejsce.  

Trudno było odmówić Lee. Nie mogła oprzeć się myśli o rodzinie, 

jaką mogliby stworzyć we troje. Po jakimś czasie ta rodzina mogłaby 

się przecież powiększyć. Dla Mickey miałoby to ogromne  znaczenie. 

No i ta myśl, że nie żyłaby już dłużej samotnie...  

Ciszę  poranka  przerwał  dźwięk  dzwonka  u  drzwi.  Papugi 

skomentowały to głośniejszym skrzeczeniem i wesołymi podskokami 

background image

na  poprzeczce.  Deanna  odstawiła  kubek  i  poszła  otworzyć.  Za 

drzwiami stała Mickey, cała spocona i czerwona z podniecenia.  

–  Deanna!  –  zawołała  i  przypadła  do  niej,  obejmując  ją  mocno 

rękami. – Tak się cieszę!  

– Co się stało? – spytała Deanna zaskoczona.  

–  Ty  i  wujek  Lee  jednak  się  pobieracie!  Tak  jak  chciałam, 

będziesz  moją  ciocią!    –  Mickey  odsunęła  się  od  niej  na  odległość  

ramienia.  –  Dzisiaj  rano  było  mi  tak    źle.  Tak  tęskniłam  za  moją 

mamą.  I  wtedy  właśnie  usłyszałam,  jak  wujek  Lee  mówi  przez 

telefon, że będzie się żenił! – Westchnęła.  

Cała aż drżała z przejęcia. Znów przytuliła się do Deanny.  

Deanna wyprostowała się. Była kompletnie zdezorientowana. Co,  

u  licha,  Lee  miał  na  myśli?  Zobaczyła  przez  okno,  jak  biegiem 

przemierzał  dróżkę  do  jej  domu.  Czekała,  nie  mogąc  wykonać 

żadnego ruchu. A więc zrobił to, by ją zmusić?  

Zdenerwowana, czekała aż nadejdzie. W chwili, gdy stanął przed 

nią,  zaczęła  coś  mówić,  ale  przestała.  Nie  mogła  przy  Mickey 

powiedzieć  mu,  co  o  nim  myśli.  Biedny  dzieciak.  Jak  Lee  mógł  tak 

rozbudzić jej nadzieje? Spojrzała mu w oczy z wściekłością.  

Milcząc stał przed nią, oparty plecami o poręcz schodów. Deanna 

przytuliła Mickey do siebie jeszcze raz.  

–  Koty  poszły  do  ogrodu,  kochanie.  Spróbuj  je  odnaleźć,  może 

będą głodne?  Nie jadły jeszcze dziś śniadania.  

– Okay – uśmiechnęła się dziewczynka, odwróciła się i odeszła.  

Deanna założyła ręce na piersi.  

background image

– Wytłumacz się – zażądała chłodnym głosem.  

Wzruszył lekko ramionami. Wyglądał na zakłopotanego.  

–  Rozmawiałem  z  Wescottem  –  zaczął  niepewnie.  –  Ten  gość 

działa  mi  na  nerwy,  jak  nikt  dotąd.  Wymknęło  mi  się  to  w  gniewie.  

Myślałem, że odczepi się, gdy to powiem. Nie wiedziałem, że Mickey 

to usłyszała, dopóki cała rozszczebiotana nie wystrzeliła z domu, jak z 

procy. 

Uśmiechnął się trochę krzywo.  

–  Dobiegła  tu,  zanim  ją  dogoniłem  i  zanim  jej  wytłumaczyłem. 

Przykro mi, Deanna, ale może jednak powinniśmy dać tej myśli pożyć 

przez jakiś czas?  

–  Raczej  w  to  wątpię,  Lee  –  Deanna  pokręciła  głową 

zdecydowanie.  –  To  nie  to  samo,  co przyrzec  jej  pójście do  kina czy  

nowy  rower.  Wczoraj  powiedziałam  „nie”  i  dokładnie  to  miałam  na 

myśli.  

–  Nadal  jesteś  o  tym  przekonana?  –  spojrzał  na  nią  chmurnym 

wzrokiem.  

Deanna zmusiła się, by patrzeć mu prosto w twarz.  

– Widziałeś, co ona wyprawia. Zupełnie oszalała z radości. Myśli, 

że  to  już  załatwione!  Że  od  dziś  stworzymy  jeden,  wspaniały  dom  i 

jedną  wspaniałą  rodzinkę.  Na  zawsze!  To  nie  fair  pozwolić  jej,  by 

cieszyła się z niczego!  

Lee zmarszczył brwi rozczarowany.  

– Deanna, przecież chciałaś już powiedzieć „tak”. Do licha, wiem, 

że chciałaś! Czy ty w ogóle wiesz, czego chcesz?  

background image

–  Jedno,  co  wiem,  to  to,  że  nie  chcę  być  wmieszana  w  żaden 

układ, panie Stratton.  

I  tak  było  już  za  późno,  żeby  odkręcić  całą  tę  historię  nie  raniąc  

Mickey. Z bólem myślała, jakim ciosem będzie to dla dziewczynki.  

– Gdy Wescott dzwonił, u niego w domu właśnie trwała libacja –  

odezwał  się  Lee  po  chwili.  –  Nawet  o  tak  wczesnej  porze...  Znów  

chciał  wziąć  Mickey  na  dzień.  Po  tym,  co  zrobił  ostatnio  po  prostu 

powiedziałem „nie”, tym bardziej że  pił. Odpowiedział, że postara się 

spotkać dziś ze swoim prawnikiem.  

Deanna znowu poczuła, że złość na Lee natychmiast ją opuszcza.  

– O nie, tylko nie to! – zawołała. – Nie dzisiaj!  

– Ależ tak! Teraz czuje się silny, Deanna. Dostał pieniądze, ale to  

mu już nie wystarcza. On mnie chce pognębić. Mickey się tu nie liczy.  

Muszę  udowodnić,  że  jestem  w  stanie  zapewnić  jej  najlepszy  dom  i  

opiekę. Jestem pewien, że  wygram. Nawet bez ciebie. Byłoby jednak 

dużo lepiej, gdybyś zgodziła się wziąć udział w realizacji tego planu.  

–  Na  pewno  tak,  Lee,  ale...  –  Deanna  westchnęła  z  żalu  i 

bezsilności.  

Lee podniósł dłoń, chcąc jakby zatrzymać jej słowa.  

–  Posłuchaj.  Zrobię  wszystko,  byś  nie  musiała  czynić  wielu 

poświęceń.  –  Jego  głos  był  przepojony  determinacją.  –  Moja  firma  

zaczęła  mnie  teraz  nieźle  wynagradzać. Będą pieniądze  na  wszystko.  

Jestem  pewien,  że  jak  tylko  oswoisz  się  z  tą  myślą,  zobaczysz,  że 

wyniesiesz z tego sporo korzyści.  

background image

Deanna słuchała go i kręciła głową. Oswoić się, korzyści, te słowa  

nie    kojarzyły  się  przecież  z  wychodzeniem  za  mąż.  Powiedz  mi,  że  

mnie kochasz, Lee, pomyślała. Wtedy wszystko będzie tak jak trzeba.  

–  Wiesz,  to  nie  musi  być  układ  na  stałe.  Chodzi  tylko  o  to,  aby 

nadać  bieg  tej  sprawie.  Gdybyś  chciała  się  później  wycofać,  nie  ma 

problemu.  Zgódź  się,  Deanna  –  nalegał.  –  Jeśli  już  nie  dla 

czegokolwiek innego, to chociaż dla dobra Mickey!  

„Dla  czegokolwiek  innego”...  A  ona  chciała  wszystko!  Jak 

mogłaby  przystać  na  coś takiego?  

– Powiedz „tak”, Deanna. Dla dobra Mickey – powtórzył cichym 

głosem.  

–  To nie jest czysta gra, Lee – odrzekła w końcu.   

Kącik jego ust uniósł się prawie niezauważalnie.  

– Czy to oznacza twoje „tak”?  

Stała z pochyloną głową i założonymi rękami, wpatrzona w deski 

podestu. Właściwie to powinna być wściekła na Lee, że wykorzystuje 

jej  uczucia  do  Mickey  do  swoich  własnych  celów.  Czuła  w  sobie 

jednak jakiś dziwny spokój.  

Może nie podobały jej się jego  metody,  ale  jednak  pozostawał  

uczciwy w swych intencjach. Serce miał więc na właściwym miejscu. 

Rozumiała  jego  starania,  by  zaoszczędzić  Mickey  dalszych  cierpień. 

Chciał też w końcu wypełnić przyrzeczenie złożone siostrze.  

Podniosła oczy i spojrzała na niego.  

– Pod jednym warunkiem – rzuciła.  

Uśmiechnął się z widoczną ulgą.  

background image

– Mów śmiało!  

Może i nie mógł dać jej miłości, której chciała. Było jednak coś, 

co mógł jej ofiarować. Podniosła dumnie czoło.  

– Nie zależy mi na twoich pieniądzach – powiedziała.  

– Chcę mieć... dziecko.  

Na  jego  twarzy  odmalowało  się  osłupienie.  Spojrzał  na  nią 

zdumiony.  

–  Żaden  problem  –  oświadczył  po  chwili.  Pochylił  się  i  musnął 

pocałunkiem jej usta. – Naprawdę, żaden problem.  

Okręcił sobie wokół palca kosmyk jej włosów i przyglądał się jej 

twarzy.  

– Wszystko będzie dobrze, Deanna – zapewnił.  

W jej oczach czaiła się podejrzliwość.  

– Jesteś pewien? – zapytała.  

–  Jestem  pewien  –  odrzekł.  –  A  teraz  chodź,  trzeba  poszukać 

Mickey. Zabiorę was na śniadanie, zanim pojadę do pracy.  

Deanna poszła za nim, zastanawiając się, na co tak naprawdę się 

zgodziła.  Miała  świetną  okazję,  by  się  z  tego  wycofać  i  powiedzieć 

Mickey  całą  prawdę.  Dla  Mickey  byłoby  to  trudne,  ale  ból  minąłby 

szybko.  

Poddała  się  tak  jakoś  łatwo,  bez  złości,  do  której  miała  przecież 

prawo.  Była  niemal  zadowolona  z  tego,  że  decyzję  tę  Lee  podjął  za 

nią.  Może  nie  będzie  aż  tak  źle,  myślała.  Kochała  Mickey.  A  jeśli 

chodzi  o  Lee...  poczuła  mocniejsze  uderzenie  serca.  Może  i  on 

poczuje coś do niej, może choć trochę uczucia.  

background image

Mickey weszła do kuchni i spojrzała na nich.  

– Właśnie sobie pomyślałam – rzekła – że Alfie, Imp i papugi też  

się mogą do nas przenieść!  

– Fantastycznie! – mruknął Lee, robiąc minę męczennika.  

– Nieprawdaż? – podjęła Deanna, nie  zważając na jego udawane  

oznaki  cierpienia.  Poczuła,  że  radość  Mickey  oczyszcza  jej  duszę  z 

wszelkich  trosk  i  wątpliwości.  Przynajmniej  w  tej  chwili.  –  Wiecie 

co? – ciągnęła dalej. – Myślałam nawet, żeby wziąć jeszcze psa! Albo 

i dwa!  

–  Taak!  –  zawołała  Mickey,  skacząc  z  radości  po  dywaniku.  – 

Pudla i jamnika!  

–  Mhm  –  Deanna  uśmiechnęła  się  i  spojrzała  na  Lee.  – 

Nazwalibyśmy ich Mitzi i...  

– I Fred! Mitzi i Fred! Pozwolisz, wujku? Proszę.  

–  Nie  –  odpowiedział  Lee  spokojnie  –  ale,  jeśli  przestaniesz 

udawać  sprężynę,  to zabierzemy cię na śniadanie.  

– Ciasteczka truskawkowe?  

– Cokolwiek zechcesz, ale już musimy jechać. Powinienem być w 

biurze przed jedenastą.  

 

Wieczorem  Deanna  przeszła  przez  furtkę,  dzielącą  jej  ogród  od 

ogrodu  Lee,  niosąc  pod  pachą  małą,  ładnie  opakowaną  paczuszkę. 

Siedzieli właśnie przy stole nad książką. Deanna przypatrywała się im 

przez chwilę. No cóż, na dobre czy na złe, mieli zostać rodziną.  

– Cześć! – zawołała w końcu. – Co czytacie?  

background image

–  Twoją książkę – odrzekła Mickey. – Wujek Lee prosił, żebym 

mu  przeczytała  najfajniejsze  kawałki.  Być  może  Dave  zrobi  z  tego 

nową grę komputerową.  

Deanna  przysunęła  sobie  fotelik  i  usiadła.  Lee  posłał  jej  miły 

uśmiech.  

– Dave chciałby wykorzystać niektóre sceny i prosił mnie, żebym 

spytał  Mickey,  co  się  jej  najbardziej  podoba.  Z  tego  może  wyjść 

całkiem niezła gra, Deanna.  

– Cieszę się – odpowiedziała.  

–  Chciałabym,  żeby  wzięli  tę  część,  w  której  Tasha  jedzie  na 

tęczowym smoku, ucieka przed człekopodobnymi potworami i wtedy 

musi  wybrać  właściwy  wodospad,  tam,  gdzie  kryje  się  wejście  do 

jaskini,  która  wyprowadzi  ich  na  wolność.  To  fajna  część  i  będzie  z 

tego niezła zabawa! – Mickey spojrzała na leżącą na stole paczuszkę. 

– A co to? – zapytała.  

– To dla ciebie – uśmiechnęła się Deanna. – Otwórz.  

Mickey ostrożnie rozerwała papier.  

– O! To twoja nowa książka!  

–    Dostałam  dziś  kilka autorskich  egzemplarzy  i  pomyślałam,  że  

chciałabyś sobie poczytać.  

– Jasne, że chcę! Dziękuję! Nie mogę się doczekać, kiedy zacznę.  

–  Myślałam,  że  czytanie  jest  nudne...  –  zauważyła  Deanna  z 

przekąsem.  

– Kiedyś było. Teraz lubię czytać!  

background image

–  No więc – zaczął Lee i rzucił okiem na zegarek. – Połóż się już  

do łóżka, a leżąc możesz sobie czytać, aż uśniesz.  

– W porządku – zgodziła się Mickey.  

Zabrała ze stołu obie książki i przytulając je do siebie skierowała  

się  w  stronę  domu.  Zanim  jednak  doszła  do  drzwi,  odwróciła  się 

jeszcze.  

– Chyba chcecie teraz zostać sami, co? Skoro macie się pobrać.  

– Chyba tak – powiedział Lee. – Uciekaj prędko na górę!  

– Już idę, idę. – Posłała im jeszcze całusa i chichocząc weszła do 

środka.  

–  Wiesz    –  Lee  z  uśmiechem  patrzył  za  dziewczynką  –  Teri  

opowiadając mi o Mickey mówiła, że jest słodka jak miód i ostra jak 

chilli.  

– Bo dokładnie taka właśnie jest – przyznała Deanna.  

–  Czy  dużo  miałeś  okazji  do  rozmów  z  Teri,  zanim...  zanim 

umarła? – zapytała po chwili.  

– Kilka dni, niedużo – odrzekł. – Była bardzo słaba, ale mogliśmy 

rozmawiać.  Głównie  o  Mickey.  W  tamtej  chwili  najgorsza  była  dla 

niej chyba świadomość, że nie zobaczy, jak Mickey dorasta.  

Deanna  myślała  o  Lee,  który  przyglądał  się  swojej  umierającej 

siostrze.  Nazbyt dobrze znała to uczucie złości i bezsilności, które  z 

pewnością było i jego udziałem.  

– To były trudne chwile, prawda? – zapytała cicho, wspominając  

swoje ostatnie dni z Ryanem.  

background image

– Tak – odpowiedział. – Mówiła dużo o tym, jak wyobraża sobie 

przyszłość  Mickey.  Nie  chodziło  jej jednak  o  wybór  kariery  dla  niej. 

Chciała po prostu, by mała była szczęśliwa. Bóg jeden wie, jak mało 

sama zaznała tego szczęścia.  

–  Z  Mickey  wszystko  będzie  dobrze  –  powiedziała  Deanna  z 

przekonaniem w głosie.  

–  Jeśli  tylko  uda  nam  się  utrzymać  ją  z  dala  od  jej  ojca  –  dodał 

Lee.  

– Masz od niego jakieś nowe wieści?  

–  Ani  słowa.  Blefował,  gdy  dzwonił  ostatnim  razem.  Zanim 

spotka  się  z  prawnikiem,  forsa  przeleci  mu  przez  palce...  –  Przerwał 

nagle. – Dziękuję ci bardzo, że poszłaś mi na rękę dzisiaj rano. Wiem, 

że dałoby się  wszystko  wytłumaczyć Mickey. Mnie jednak zależy na 

tym, by w razie czego w sądzie zjawić się z pełną rodziną. Myślę, że 

to będzie najlepsze rozwiązanie.  

– Może  i  tak –  odparła  Deanna powoli.  –  Wiem  tylko  jedno:  nie  

chcę, by Mickey mieszkała z Wade’em. To byłaby dla niej katastrofa.  

Lee  przypatrywał  się  twarzy  Deanny.  Jej  włosy  mieniły  się 

pięknie złotymi odblaskami zachodzącego słońca.  

–  A więc jednak wyjdziesz za mnie? – zapytał.   

Deanna opuściła wzrok i spojrzała na swoje splecione dłonie.  

– Powiedziałam, że wyjdę – mruknęła cicho.  

– Ale masz jednak wątpliwości.  

– Oczywiście, że mam. – Spojrzała na niego.  

background image

Przypomniała  sobie,  jak  cudowna  była  to  chwila,  gdy  zakochała 

się w Ryanie.  Z jaką radością snuli wtedy swe plany na przyszłość!  

Tego  też  chciała  od  Lee.  Bardziej  niż  czegokolwiek  innego.  Czy  

nadejdzie  taki  dzień,  kiedy  życie  z  nim  stanie  się  nie  do  zniesienia,  

skoro nie będzie on w stanie odwzajemnić jej miłości?  

–  To  nie  jest  zupełnie  normalna  sytuacja,  prawda?  –  zapytała,  z 

trudem opanowując nutę rozczarowania w głosie.  

–  Masz  na  myśli  to,  że  nie  jesteśmy  w  sobie  zakochani  – 

stwierdził otwarcie.  

Ty nie jesteś zakochany, przeszło jej przez myśl.  

– Zwykle to zakochani się pobierają – powiedziała.  

– A ile z nich rozwodzi się po kilku latach? My wchodzimy w to z 

otwartymi oczami, Deanna. Nie będzie żadnych niespodzianek.  

O  tak,  będzie  ich  dużo,  pomyślała.  Lee  nie  był  nudnym 

człowiekiem.  

– A co się stanie, jeśli pewnego dnia zakochasz się w kimś innym. 

Może się tak przecież zdarzyć, nieprawda?  

– Nie zakocham się – odparł Lee zdecydowanie. – A ty?  

– Ja też nie – powoli pokręciła głową.  

Zapadła  cisza.  Deanna  wiedziała,  o  co  chodzi.  Myślał,  że  ona 

ciągle  kocha  Ryana.  Niech  sobie  tak  myśli  jeszcze  przez  jakiś  czas,  

zdecydowała Lee przyglądał się jej przez chwilę.  

Siedziała, wpatrzona w ciemny już o tej porze kąt ogrodu. Wstał i  

podszedł do niej z wyciągniętą ręką.  

– Chodź do mnie – powiedział.  

background image

Deanna  podała  mu  rękę,  by  pomógł  jej  podnieść  się  z  fotela. 

Delikatnie pogłaskał ją po głowie i spojrzał jej w oczy.  

– Myślę, że tak będzie najlepiej – wyszeptał. – Będzie dobrze nam 

wszystkim.  

Wygładził  palcami  jej  zmarszczone  czoło  i  delikatnie  musnął 

pocałunkiem  jej  usta.  Deanna  przytuliła  się  do  niego  mocniej.  Ufnie  

poddawała  się jego  coraz  to  gorętszej namiętności.  Ileż  to  już  czasu? 

Ile czasu?...  

Nagle  poczuła  przeszywające  ją  uczucie  paniki.  Omal  nie 

zatraciła  się  w  pożądaniu! Odepchnęła go gwałtownie, pełna lęku.  

–  Przestań.  Proszę,  przestań  –  wyszeptała,  próbując  odzyskać 

kontrolę nad sobą.  

Lee  przyglądał  się  jej  zaskoczony.  Jedną  rękę  trzymał  na  jej 

ramieniu tak, że nie mogła się odwrócić.  

– O co chodzi, Deanna? – zapytał z troską w głosie.  

Jakże miała  mu wyjaśnić swój ból, nie mówiąc mu, jak bardzo go 

kocha! Przecież nie takich słów od niej oczekiwał. Wyzwoliła  ramię  

z    jego  uchwytu.  Nie  protestował.  Odwróciła  się  i  wbiła  wzrok  w 

ciemność ogrodu.  

–  Potrzebuję  jeszcze  czasu  –  szepnęła.  –  Potrzebuję  czasu...  – 

Czasu,  na  pogodzenie  się  z  tym,  że  nie  ożeni  się  z  nią  z  miłości,  że 

jego zainteresowanie ma czysto fizyczny charakter, że brak mu mocy 

prawdziwego uczucia.  

background image

Lee  podszedł  do  niej.  Był  wyraźnie  podniecony  i  wzburzony. 

Wziął ją w  ramiona. Nie poddała się tym razem. Pozostała sztywna i 

chłodna.  

Obrócił ją do siebie tak, że musiała na niego patrzeć. Miał szeroko 

otwarte oczy. Lśniły jak w gorączce.  

Oparła ręce o jego pierś. Pozwoliło jej to zachować dystans.  

– Ile czasu jeszcze potrzebujesz? – zapytał.  

Jego  głos  był  łagodny,  ale  wyczuwało  się  w  nim  niecierpliwość. 

Deanna spojrzała na swe ręce, odcinające się pięknym brązem na jego 

białej koszuli.  

– Nie wiem – pokręciła głową.  

Ile czasu zajmie jej, by zobojętnieć na fakt, że jej miłość nigdy nie  

zostanie odwzajemniona?  

Lee  powoli  zwolnił  uścisk.  Delikatnie  odsunął  się,  odwrócił  i 

znów zaczął przemierzać taras tam i z powrotem.  

–  Przykro  mi,  Lee.  Naprawdę,  nie  dlatego,  że  chcę  się  z  tobą 

drażnić czy przekomarzać. Po prostu nie wiem. Jeszcze nie teraz.  

Lee  zatrzymał  się  na  chwilę.  Widać było,  że  nie  zachowywał  się 

naturalnie.  

– To on jest przyczyną, prawda? Chodzi o twojego męża. To jego 

pragniesz, a nie mnie, prawda?  

Otuliła  się  mocno  ramionami.  Nigdy  przedtem  Ryan  nie  był  od 

niej tak daleko...  

background image

– Ale nie możesz go mieć – ciągnął Lee. – I dlatego zdecydowałaś 

się  na  mnie.  Będziesz  miała  dom,  męża,  dzieci,  ale  zawsze  będziesz 

tęsknić za nim.  

– To nie jest tak, Lee – powiedziała cichym głosem. – Nie będzie 

tak, jak mówisz.  

– Nie? – zapytał z niedowierzaniem w głosie.  

–  Lee,  proszę  cię  tylko  o  czas.  Potrzebuję  czasu,  zanim  zrobimy 

następny  krok.  Chyba  nie  proszę  o  zbyt  wiele  w  takich 

okolicznościach?  

Lee  patrzył  na  nią.  Z  jego  twarzy  nie  dało  się  nic  odczytać.  Po  

chwili westchnął zmęczony i pokiwał głową.  

–  W  porządku. Będę  czekał.  Ale  nie  będzie  to  łatwe.  Pragnę  cię,  

Deanna,  i  to  bardzo  –  dodał.  –  A  teraz  lepiej  chyba  będzie,  jak  już 

pójdziesz.  

Deanna  wahała  się.  Nie  chciała  zostawiać  go  w  takim  stanie.  Po 

chwili jednak odwróciła się i odeszła. W tym momencie było to chyba 

najrozsądniejsze  wyjście.  Idąc  spojrzała  jeszcze  wstecz,  przez  ramię. 

Nie patrzył za nią.  

– Dobranoc – powiedziała, ale nie usłyszała żadnej odpowiedzi.  

Zagryzając wargę, pobiegła do domu.  

 

Od  dłuższego  już  czasu  siedziała  na  brzegu  łóżka,  trzymając  w  

rękach  oprawione  w  ramkę  zdjęcie  Ryana.  Wstała  powoli.  Z  szafy 

wyjęła małe  pudełko z pamiątkami z różnych okresów jej życia.  

background image

Odwiązała wstążki i otworzyła wieczko. Nie  zaglądając nawet do 

środka, położyła zdjęcie na wierzchu, po czym zamknęła je, i odłożyła  

na miejsce. To było jej ostatnie pożegnanie.  

Tyle  lat  zdjęcie  to  było  pierwszą  rzeczą,  jaką  widziała  z  rana,  i 

ostatnią,  na  którą  patrzyła  przed  zaśnięciem.  A  teraz  wszystko  się 

zmieni. Niedługo poślubi Lee. To jego twarz będzie oglądać każdego 

rana obok siebie. To Lee będzie ją przytulał, pieścił i kochał się z nią 

w nocy. On teraz będzie jej mężem.  

Nie będzie jej jednak kochał. Myśl o tym bolała ją: żyć w ciągłej 

obawie,  że  Lee  może  się  zakochać  w  kimś  innym.  Albo  też  i  nie 

zakocha  się.  Będzie  zawsze  z  nią,  nie  kochając  jej.  To  pierwsze 

byłoby dla niej tragedią. Drugie zaś dręczyłoby  ją powoli narastającą, 

beznadziejną tęsknotą.  

A  jaka  była  trzecia  możliwość?  Czy  zwykłe  fizyczne 

zainteresowanie mogło się kiedyś przerodzić w miłość? Ta myśl była 

jej jedyną nadzieją. Bez niej nie będzie umiała poradzić sobie w tym 

małżeństwie.  

Podeszła  do  okna  i uklękła,  opierając  łokcie  o parapet.  Światło  z 

sypialni Lee kładło się jasną smugą na tarasie. Zastanawiała się, co nie 

pozwala mu jeszcze spać? Pracował czy też przemierzał  pokój  swym  

długim, miarowym krokiem, myśląc o zmianach, które wkrótce miały 

nastąpić w jego życiu?  

Jeszcze  kilka  tygodni  temu  nie  musiał  się  o  nikogo  troszczyć, 

oprócz siebie i swojej pracy. Teraz czekało go życie pod przysięgą do 

grobowej deski.  

background image

Z  pewnością  dotrzyma  jej,  choćby  było  to  jednoznaczne  z  

małżeństwem  jedynie  w  celu  zapewnienia  Mickey  prawdziwego 

domu.  

 

Następnego  poranka  Lee  zadzwonił  do  jej  drzwi.  Wyglądał  na 

zmęczonego.  Ręce  trzymał  w  kieszeniach  swoich  bawełnianych 

spodni, oczy miał podkrążone i pozbawione swego zwykłego blasku.  

– Deanna – odezwał się. – Musimy porozmawiać.  

–  Gdzie  jest  Mickey?  –  zapytała,  prowadząc  go  przez  hol  do 

salonu.  

– Ogląda Piotrusia Pana na wideo – odrzekł. – Może zostać sama 

przez chwilę.  

Deanna  usiadła.  On  jednak  stał  nadal,  mierząc  ją  przenikliwym 

spojrzeniem.  

– O co chodzi? – spojrzała na niego. – O jej ojca?  

Lee pokręcił głową.  

– Nie. Tym razem chodzi o ciebie. O nas – poprawił.  

Deanna spuściła wzrok.  

–    Dużo  myślałem  ostatniej  nocy  i...  Wiesz,  stwierdziłem,  że  to  

chyba nie jest dobry pomysł.  

Zaskoczona podniosła głowę.  

– Co takiego?  

– Nakłaniam cię do czegoś, do czego nie jesteś jeszcze gotowa – 

wyrzucił z siebie.  

Oczy mu pociemniały, a twarz stężała z napięcia.  

background image

– Nie chcesz, żebyśmy się pobrali – stwierdziła z rezygnacją.  

Znowu pokręcił głową.  

Deanna zerwała się nagle na równe nogi.  

– Do licha, Lee!  W co ty się ze mną bawisz? Ja mówię nie, a ty  

za chwilę pozwalasz Mickey wierzyć, że jednak tak! Ja staram się iść  

ci na rękę, to ty mi teraz mówisz, że wszystko przemyślałeś i jednak 

nie! O co tutaj chodzi?  

Lee zaczerwienił się i odwrócił spojrzenie.  

– Tak. Masz rację. Nie mogę jednak wejść w ten układ.  

– Dlaczego?  

Deanna  stała  przed  nim  z  dumnie  uniesioną  głową.  Wewnątrz  

trawił ją ból nie do zniesienia.  

Kąciki  jego  ust  uniosły  się  w  półuśmiechu.  Podszedł  do  niej  i  

położył jej ręce na ramionach.  

–  Nie  chodzi  tu  o  ciebie  –  zaczął  przyciszonym  głosem.  –  No 

może  w  jakimś  sensie  tak...  Mam  jednak  poczucie,  że  nakłaniam  cię 

do tego, a to nie jest w porządku.  

Gdy  był  znów  tak  blisko  niej,  poczuła,  że  złość  i  rozczarowanie 

topnieją  w  niej  jak  wosk,  a  na  ich  miejsce  pojawia  się  tęsknota  i 

miłość.  

– Ależ Lee, przecież nie zgodziłabym się na to, gdyby nie...  

Cofnął się o krok i uniósł dłoń, jakby chciał zatrzymać jej słowa.  

– Nieważne. Wytłumaczę to Mickey. Będzie to dla niej trudne, ale 

zrozumie.  Zabieram  ją  stąd  na pewien  czas.  W  ten  sposób  łatwiej  jej 

będzie się z tym pogodzić.  

background image

W jego głosie było tyle rezygnacji...  

– Czy zobaczę was jeszcze? – zapytała skonsternowana.  

–  Trudno  będzie  tego  uniknąć  –  odrzekł  zamyślony.  –  Ale  może 

powinnaś spróbować oddalić się nieco od Mickey.  Ten dom znajdzie 

klienta, gdy tylko zostanie zgłoszony do agencji i co wtedy zrobisz?  

O  co  tu  chodzi?  Skąd  ta  nagła  zmiana  u  niego?,  pomyślała 

Deanna.  

– A co z ojcem Mickey?  

–  Będę  musiał  zaufać,  że  sąd  weźmie  pod  uwagę  wszystkie  

okoliczności  i  wyda  sprawiedliwy  wyrok  –  odrzekł,  wzruszając 

ramionami.  

Podeszła do niego i wzięła go za ramię.  

–  Lee,  nawet  jeszcze  nie  spróbowaliśmy  –  szepnęła.  –  Musimy 

dać sobie trochę czasu na dopasowanie się.  

Pieszczotliwie  przesunął  palcem  po  jej  podbródku,  a  potem 

wzdłuż linii ust. Znowu zrobił krok do tyłu. Myślami był daleko.  

– Tu nie chodzi o czas, Deanna – powiedział. – Zrozumiałem, że 

nie  mogę  angażować  się  w  połowiczny  związek.  Pragnę  mieć 

wszystko.  Całość.  –  Westchnął  głęboko.  –  Przykro  mi  –  zakończył  i 

odwrócił się do wyjścia.  

– Lee, zaczekaj!  

Deanna  poszła  za  nim.  On  jednak  nie  odwrócił  się  i  zamknął  za 

sobą drzwi. Tak nagle opuścił jej życie, jak nagle w nie wszedł.  

background image

Bezsilna  opadła  na  fotel.  Łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Teraz  nie  

została  jej  już  nawet  nadzieja,  że  kiedykolwiek  ją  pokocha.  Co  za 

gorzkie i beznadziejne uczucie!  

Przez znaczną część dnia siedziała bezczynnie, nie mogąc zmusić  

się do żadnej pracy. Pod wieczór poczuła, że nie może już tego dłużej 

znieść i że musi porozumieć się z Lee. Poza tym chciała zobaczyć, jak 

się miewa Mickey. Nie mogła przecież  w taki sposób odsunąć się od 

tego dziecka, nawet gdyby Lee sądził, że tak właśnie będzie najlepiej.  

Z  bijącym  sercem  poszła  tam  i  nacisnęła  dzwonek.  Nikt  nie 

otwierał.  Spróbowała  jeszcze  raz.  Znowu  cisza.  Przez  chwilę  wahała 

się.  Potem  wyjęła  z  kieszonki  klucz,  który  dostała kiedyś od Lee i 

otworzyła drzwi.  

Wewnątrz  było  chłodno  i  cicho.  Światło  docierało  z  zewnątrz  

przez  zasunięte  zasłony.  Wszędzie  panował  półmrok.  Zawołała 

niepewnie. Jej głos odbił się echem w pustym wnętrzu.  

Nikogo tu nie było!  

Poszła do pokoju Mickey. Szybkie spojrzenie na szafę i komódkę 

upewniło  ją,  że  nie  ma  większości  ubrań  małej.  Poczuła  rosnącą 

desperację. Co  się  stało?  Czy  rzeczywiście  zabrał  ją  i  wyjechał?  Tak 

po prostu?!  

Stanęła  w  drzwiach  jego  pokoju.  Ciemno  i  chłodno.  Wyczuwała 

jednak jego obecność. Zamknęła oczy i wciągnęła powietrze. Poczuła  

delikatny  zapach.  Tak,  to  był  on.  Jeszcze  jeden  oddech  i  oczami 

wyobraźni ujrzała przed sobą jego twarz.  

background image

Który  to  już  dzisiaj  raz  łzy  płynęły  jej  po  policzkach?  Dlaczego 

odjechał?  Mogli  przecież  wymyśleć  razem  jakieś  rozwiązanie.  W 

każdym razie mogli zostać przyjaciółmi!  

Już wkrótce Deanna poczuła, jak puste stało się jej życie bez Lee  

i  Mickey.  Była  niespokojna  i  niezdolna  do  żadnej  pracy.  Pod  koniec  

tygodnia  cisza  i  chłód  wionący  z  sąsiedniej  posesji  stały  się  nie  do 

zniesienia. Chciała, by wrócili. Natychmiast!  

Od  czasu,  gdy  rano  otwierała  oczy,  aż  do  zaśnięcia  myślała  o  

Lee.  Próbowała  szukać  zapomnienia  w  pisaniu,  ale  jego  twarz  stała 

ciągle  przed  nią  –  jego  zielonkawe,  błyszczące  oczy,  opadający 

niesfornie na oczy kosmyk złotawych włosów.  

Myślała  o  tym,  jaki  potrafił  być  delikatny.  Przypomniała  sobie 

jego  pocałunki,  namiętność,  z  jaką  przygarniał  ją  do  siebie  i  pieścił. 

Jakże tęskniła za dotykiem jego dłoni!  

Myślała  też,  jak  pewna  była  kiedyś,  że  już  nigdy  nie  będzie 

wstanie  nikogo  pokochać.  Szkoda,  że  nie  stało  się  inaczej!  Uczucie  

nieodwzajemnionej miłości było dla niej nie do zniesienia.  

Powiedział,  że  nie  chce  połowicznego  układu,  że  pragnie 

wszystkiego! Dlaczego nie od niej?  

Gdy tak bazgrała bezmyślnie po papierze, nagle olśniła ją pewna 

myśl. Przecież to ona pozwoliła Lee uwierzyć, że ciągle kocha Ryana, 

że to wspomnienie o nim powstrzymywało ją przed pełnym oddaniem 

się! Czy to możliwe?  

Lee  powiedział,  że  nie  chce  części.  Czyżby  miał  na  myśli  jej 

uczucie do niego?  

background image

Pamiętała  teraz,  jak  zachowywał  się  w  jej  ramionach.  Mogła  

wtedy  wyczuć,  że  chciał  zbliżyć  się  do  niej  jeszcze  bardziej. 

Przypomniała  sobie  jego  reakcję,  gdy  niespodziewanie  zaczęła 

odwzajemniać jego pieszczoty.  

A  zaraz  potem  odsunęła  się  od  niego,  prosząc  o  więcej  czasu  na  

zastanowienie.  Powiedziała  mu,  że  nie  jest  jeszcze  gotowa 

zaakceptować  go  jako  kochanka.  A  przecież  to  on  jej  pragnął  całym 

sobą!  Ona  zaś  odrzuciła  go.  Wiedział,  że  jest  wobec  niego  szczera  i 

otwarta, dlatego tak łatwo  uwierzył, że ciągle kocha Ryana.  

Deanna  odprężyła  się.  Z  jej  twarzy  znikł  grymas  napięcia. 

Uśmiechnęła  się  lekko.  Wstała  i  zaczęła  powoli  chodzić  po  kuchni. 

Musiała sobie to wszystko poukładać.  

Po  chwili  zaśmiała  się  i  wykonała  na  posadzce  piruet  radości. 

Zagwizdała  do  papużek  i  zachichotała,  gdy  odpowiedziały  jej 

entuzjastycznym skrzeczeniem.  

Usiadła  z  powrotem  na  krześle.  Powoli  się  uspokajała.  Przyszło  

jej do głowy, że jej założenia nie są całkiem pewne. Czy jeśli otworzy  

się przed Lee i opowie mu o swoich uczuciach wobec niego, czy i on  

uczyni to samo?  

Przypominało  to  trochę  hazard.  Można  sporo  przegrać,  ale 

wygrana była przecież nieporównanie większa! Musiała spróbować!  

 

Minęły  prawie  dwa  tygodnie,  zanim  coś  zaczęło  się  dziać  na 

sąsiedniej  posesji.  Cały  dzień  przesiedziała  u  Pat,  pomagając  jej 

układać wiązanki ślubne. Wróciwszy do domu otworzyła tylne drzwi  

background image

i  wypuściła  koty  do  ogrodu.  Właśnie  wtedy  usłyszała  głos  Mickey. 

Wzywała Lee do telefonu.  

Serce  podskoczyło  jej  do  gardła.  Tęskniła  za nimi tak bardzo,  że 

chciała  ich  natychmiast  znowu  zobaczyć!  Pohamowała  się  jednak.  

Późnym popołudniem, powiedziała sobie stanowczo.  

Czas wlókł się niesłychanie wolno. Czuła, jak z minuty na minutę 

rośnie  w  niej  napięcie.  W  końcu,  gdy  nadeszła  właściwa  chwila, 

wstała  z  fotela.  Przeszła  przez  swój  trawnik i  zajrzała  przez  furtkę  w 

ogrodzie. Stała tak i przyglądała się im przez chwilę.  

Byli  na  tarasie.  Lee  czytał  gazetę,  siedząc  przy  stole,  a  Mickey  

leżała na kocu cała obłożona komiksami. Deanna poczuła, jak zalewa 

ją fala czułości. Wzięła głęboki oddech i ruszyła naprzód.  

– Cześć – zawołała.  

Mickey podniosła głowę i, ujrzawszy ją, zerwała się na nogi.  

– Deanna! – krzyknęła.  

Lee  odłożył  gazetę.  Na  jego  twarzy  widać  było  zmieszanie. 

Mickey podbiegła do niej i śmiejąc się wpadła w jej ramiona. Deanna 

przytuliła ją mocno do siebie.  

– Dobrze cię znów widzieć, robaku! – powiedziała czule. – Fajne 

miałaś wakacje?  

– O, tak! Pojechaliśmy do chaty nad jeziorem. Pływaliśmy łodzią 

i  w  ogóle!  Wiesz,  jeździłam  nawet  na  nartach  wodnych!  No,  w  

każdym razie próbowałam. To trudne. Ale wujkowi się udało!  

background image

Deanna  zerknęła  na  Lee.  Siedział  w  fotelu  wyprostowany. 

Przyglądał się im spod przymrużonych powiek. Po chwili uśmiechnął  

się niepewnie, odprężył się nieco i odwzajemnił jej uśmiech.  

– Witaj, Deanna.  

Skinęła  głową  w  odpowiedzi  i  znów  zwróciła  się  do  Mickey, 

która mocno trzymała ją za ramię.  

– Co jeszcze robiliście, jak was nie było?  

– Mnóstwo różnych rzeczy!  Złowiłam kiedyś rybę. Okonia. Była 

całkiem duża, ale wujek Lee powiedział, że trzeba ją będzie oczyścić i 

zjeść.  Uch,  to  przecież  wstrętne!  Potem  już  nie  łowiłam  ryb.  Aha! 

Widziałam  też  jelenia  z  małymi  jelonkami.  Kąpały  się  w  wodzie.  To 

było fantastyczne!  

Deanna spojrzała na nią.  

– A więc nieźle się bawiłaś, co?  

Mała podniosła na nią oczy.  

– Tak. Szkoda tylko, że ciebie z nami nie było.  

– Masz  rację, ale  dobrze  się  stało,  że  mieliście  z  wujkiem trochę 

czasu dla siebie.  

Spojrzała  na  Lee.  Chciała,  żeby  teraz  on  coś  powiedział. 

Cokolwiek, co pomogłoby jej rozpoznać jego myśli.  

–  Powiedział,  że  jednak  się  nie  pobieracie  –  głos  Mickey 

zabrzmiał smutno.  

Deanna pogłaskała ją po głowie.  

–  Wiem.  Chciałabym  jednak  pomówić  z  nim  jeszcze  o  tym  – 

powiedziała, nie odrywając wzroku od twarzy Lee.  

background image

W  oczach  Mickey  pojawiła  się  iskierka  nadziei.  Spojrzała  na 

wujka i znowu na Deannę.  

– Czyli co? Powinnam chyba pójść się pobawić, prawda?  

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu – odparła Deanna.  

– Świetnie. Pójdę obejrzeć drugi odcinek „Wojen gwiezdnych” na 

wideo – podskoczyła z radości i pobiegła do domu.  

–  Wygląda  na  to,  że  mieliście  miły  wypoczynek?  –  Usiadła  po 

przeciwnej stronie stołu, założyła nogę na nogę i wygładziła spódnicę.  

– Nie było źle – wzruszył ramionami Lee. – Dużo napisałaś przez 

ten czas?  

Deanna powstrzymała westchnienie. Nie znosiła takich milutkich,  

jałowych  rozmówek. Zaczerpnęła powietrza w płuca.  

– Nie podoba mi się, że mnie w ten sposób zostawiłeś – wyrzuciła 

z siebie.  

Siedział  i  patrzył  na  nią.  Nie  padła  z  jego  ust  żadna  odpowiedź. 

Deanna  spuściła  wzrok.  To  była  trudna  rozmowa.  Nie  zamierzała 

jednak    pozwolić,  by  całe  to  uczucie,  jakim  go  darzyła,  poszło  na 

marne. Nie wykorzystała jeszcze wszystkich sposobów.  

Spojrzała na niego. Nadszedł czas, by postawić wszystko na jedną 

kartę. Życie jest zbyt krótkie, by się nad tym zastanawiać, przeszło jej 

przez myśl.  

– Wiesz, Ryan zmarł tak dawno temu. Istnieje teraz dla mnie jako 

czułe  wspomnienie  i  to  wszystko.  Nie  jestem  w  nim  zakochana.  Już 

nie.  

background image

Lee  nadal  siedział  wyprostowany.  Widać  było,  że  słucha  jej  z 

wielkim napięciem.  

– Skąd możesz być tego pewna? – zapytał, siląc się na spokój.  

Uśmiechnęła się do niego, zachęcona tym, że zaczął mówić.  

–    Wiem,  ponieważ  nie  chcę  spędzić  reszty  życia  zapatrzona  w  

przeszłość.  Chcę  iść  do  przodu  i  myśleć  o  tym,  co  będzie.  A  gdy  o 

tym myślę, widzę ciebie i Mickey. Chcę dzielić z wami moje życie.  

Lee przyglądał się jej przez chwilę uważnie.  

– Potrzebuję twojej miłości, Deanna. Pełnej. Nie jej części.  

Deanna odetchnęła z ulgą.  

–  To  dobrze  –  powiedziała  –  ponieważ  ja  potrzebuję  dokładnie 

tego samego od ciebie. – Patrzyła na niego teraz bez żadnych oporów. 

– Kocham pana, panie Stratton. Tak, to prawda, kocham cię.  

Lee  podniósł  się  powoli.  Podszedł  do  niej  i  wyciągnął  ręce. 

Podała  mu swoje. Stali tak przez chwilę w milczeniu, dopóki Deanna 

nie zarzuciła mu rąk na szyję. Przywarła do niego mocno, jakby chcąc 

wycisnąć z siebie całą tęsknotę, jaką do tej pory czuła.  

– A więc? – spytała.  

– Co „a więc”?  

Parsknęła niecierpliwie.  

– Więc czy mnie kochasz, czy ożenisz się ze mną? Ot takie sobie 

proste pytanka...  

Jego  oczy  odnalazły  jej  spojrzenie.  Odpowiedział  czułym  i  

namiętnym  pocałunkiem, który wprost odebrał jej oddech.  

background image

–    Tak, kocham cię.  Tak,  ożenię  się  z  tobą. –  Jego  głos  drżał  od  

powstrzymywanej namiętności. Pocałował ją znowu gorącymi ustami.  

–  Tęskniłem  za  tobą  tak  strasznie  –  szepnął,  trzymając  ją  mocno  w 

uścisku. – Jedyne, co mogłem uczynić, to wyjechać, by cię nie ranić.  

Deanna gładziła dłońmi jego mocne ramiona.  

–  I  ja  za  tobą  tęskniłam.  Sami  sobie  jesteśmy  winni,  bo  nie  

byliśmy  wystarczająco  szczerzy.  Twoje  odejście  uświadomiło  mi 

jednak,  jak  bardzo  potrzebuję  cię  w  moim  życiu.  I  jak  bardzo  cię 

kocham – dodała.  

– Och, Deanna – westchnął Lee. – Nawet nie wiesz, jak czekałem 

na te słowa!  

– Pokaż mi, jak bardzo.  

– Chciałbym, ale jest tu też i taka  mała, ciekawska dziewczynka,  

która może zechcieć sprawdzić, czy tym razem idzie nam jak trzeba. – 

Gładził ją czule po włosach. – Kocham cię i pragnę cię w moim życiu  

–    powiedział,  patrząc  jej  prosto  w  oczy.  –  Pobierzmy  się  jak 

najszybciej.  

Deanna  zamknęła  oczy,  wtulając  się  w  jego  pierś.  Czuła,  że  łzy  

znów  płyną  jej  po  policzkach.  Spojrzała  na  niego  i  uśmiechnęła  się 

wzruszona.  

–  Jak  najszybciej  –  powtórzyła  za  nim  jak  słowa  przysięgi.  – 

Kocham cię tak bardzo – pocałowała go delikatnie.  

Zza węgła wychynęła czupryna Mickey.  

– Okay! – zawołała, widząc ich oboje w objęciach.  

background image

Powietrze,  spokojne  i  przesiąknięte  upojną  wonią  zwilżonej  rosą 

zieleni,  wpływało  przez  otwarte  okno  do  sypialni  Lee.  To  była 

wspaniała noc pieszczot, pełna niespodzianek i cudownych odkryć. W 

objęciach Lee nie było miejsca na smutne wspomnienia.  

Deanna  obróciła  się  w  jego  ramionach.  Miło  było  czuć  blisko 

siebie ciepło jego ciała.  

– Powinnam już iść – mruknęła.  

– Mmm? Czemu? – zapytał sennie.  

– Zanim Mickey się zbudzi.  

Lee przygarnął ją do siebie.  

– Przecież ona nie będzie miała nic przeciwko temu, że tu jesteś.  

– Wiem – powiedziała, czule przesuwając dłonią po jego gładkim  

torsie. – Mimo to jednak... lepiej bym się czuła wobec niej.  

–  Skoro  tak  uważasz  –  zgodził  się  szeptem.  –  Zanim  jednak 

odejdziesz...  

Jego  pocałunek  był  ciepły  i  rozkosznie  senny.  Deanna  przytuliła 

się do niego mocniej.  

– Kocham cię, Deanna – mówił Lee, całując jej szyję.  

– Ja też cię kocham – odrzekła i odgarnęła mu włosy z czoła.  

Skuliła się w jego ramionach jak mała dziewczynka.  

– Kiedy się pobierzemy? – spytał Lee.  

– Im szybciej, tym lepiej – odpowiedziała. – Zaczniemy planować 

jutro. A może już dziś? – Jej wzrok  padł na coraz bardziej jaśniejące 

zasłony.  Przeciągnęła  się  z  lubością  jak  kotka.  –  Muszę  już  iść  – 

powtórzyła, ale już mniej stanowczo.  

background image

– Poczekaj jeszcze trochę – nalegał Lee i objął ją mocniej.  

–  Dobrze. Jeszcze chwilę – zgodziła się chętnie.   

Gdyby  nie  chodziło  o  zachowanie  pozorów  wobec  Mickey, 

zostałaby przecież do samego rana, a nawet i dłużej!  

Przez  kilka  chwil  leżeli  nieruchomo,  bez  słowa,  napawając  się 

swą obecnością.  

– Nie chce mi się teraz o tym myśleć, ale czy  Wade odzywał się 

ostatnio? – spytała w końcu Deanna.  

Nie mieli okazji porozmawiać o tym wcześniej.  

–  Zupełna  cisza  –  odparł  Lee.  –  Jeszcze  kilka  miesięcy  i  

pozbędzie  się  tej  forsy  co  do  grosza.  Kiedy  przyjdzie  po  więcej,  po 

prostu zaśmieję mu się w twarz.  

– A co będzie, jeśli odda sprawę do sądu?  

–  Nikt  przecież  nie  uwierzy,  że  zapewni  Mickey  lepszy  dom  niż 

my. Poza tym ona będzie wolała zostać z nami, a to bardzo się liczy. – 

Pocałował  ją.  –  Deanna,  myślę,  że  powinnaś  wiedzieć,  że  byłem  w 

tobie  po  uszy  zakochany  od  czasu  mojej  pierwszej  propozycji 

zaręczyn.  Nie  prosiłem  cię  wtedy  o  rękę  tylko  dla  dobra  Mickey. 

Pragnąłem cię dla siebie.  

Przytulił ją mocno.  

–  Pragnąłbym  cię,  nawet  bez  Mickey  –    dodał.  Pocałunek 

zmieszał jego słowa z jej oddechem. – Byłem tobą zafascynowany, od 

kiedy  zobaczyłem,  jak  przechodzisz  przez  mur!  Te  twoje  dłuuugie 

nogi i wielkie, niebieskie oczy...  

– W takim razie trochę mnie oszukałeś – powiedziała.  

background image

–  Wystraszyłeś  mnie  śmiertelnie. Od  tamtej pory myślałam, że  

jesteś  po  prostu  niesympatycznym  sąsiadem.  –  Pocałowała  go  w 

szorstki podbródek. – Później doceniłam jednak twoje zalety.  

– Tak się cieszę, że będziemy jedną rodziną – odezwał się Lee po 

chwili. – Tworzymy naprawdę wspaniałą trójkę. Ta nasza trójka to po 

prostu cud...  

Deanna skinęła głową.  

–  Ale  czy  musi  być  to  zawsze  trójka?  Myślałam,  że  nie 

zaszkodziłoby dodać kilkoro nowych członków do naszej rodziny, co?  

– Jak sądzę, nie masz teraz chyba na myśli tych, jak im tam, pudla 

i jamnika?  

Deanna podniosła głowę i spojrzała na niego z uśmiechem.  

–  Zgadza się. Pamiętaj, już raz przyrzekłeś. A Mickey na pewno  

będzie  wolała  parę kuzyniątek od pary piesków, prawda?  

–  Oczywiście  –  odparł  z  przekonaniem.  –  To  co?  Chcesz  to 

załatwić od razu? Teraz?  

–  Hm,  myślę,  że  przydałoby  się  nam  jeszcze  trochę  poćwiczyć  – 

szepnęła chichocząc.  

– A więc do roboty!  

Przygniótł jej usta gorącym pocałunkiem. Po chwili odsunął się i 

spojrzał jej w oczy.  

–  Kocham  cię,  Deanna  –  szepnął.  –  Tak  bardzo  się  cieszę,  że 

weszłaś w moje życie.  

Oczy Deanny błyszczały ze wzruszenia i radości.  

background image

–  Och,  Lee,  taka  jestem  szczęśliwa.  Tak  bardzo,  bardzo  cię 

kocham.  

Przygarnęła  go  mocno  do  siebie,  rozkoszując  się  cudem  jego 

miłości.