background image

Gordon R. Dickson

Nekromanta

Przełożył Zbigniew A. Królicki

background image

Ścieżka się dzieli. Za rozstajnym progiem

Widzę zaczątek mrocznej realności

Bliźniaka skrzesanego z prastarej Jedności

- I mnie, com wiecznym mego Brata wrogiem!

Zaklęta Wieża

Hal Mayne

background image

Księga Pierwsza

IZOLOWANY

I oto widzę za lunety szkłami

Twarz mego Brata mroczniejącą w dali

Wesprzyj nas, Thorze, którzyśmy więźniami.

Młot ześlij, Panie! Niech mury rozwali

Zaklęta Wieża

background image

Rozdział 1

Kopalnia   była   automatyczna.   Składało   się   na   nią   wyposażenie   o   wartości   stu 

osiemdziesięciu   milionów   dolarów   oraz   sześć   kilometrów   sześciennych   kwarcu   i   granitu   z 

wtrąceniami   złota.   Całość   zaś   kontrolowano   z   jednej   konsoli,   przy   której   zasiadał   dyżurny 

inżynier zmiany.

Kopalnia   wędrowała   wśród   pokładów   skalnych   niczym   ociężały,   wielofunkcyjny 

organizm, mozolnie przeżuwający złotonośną rudę, kruszący ją na niewielkie jak kamyki kęsy i 

przesyłający transporterami ponad dwieście metrów w górę, do znajdujących się na powierzchni 

przetwórni. Wraz z przenoszeniem się machiny powstawały i pustoszały kominy wentylacyjne, 

szyby wind  transportowych,  poziomy i  ściany  eksploatacyjne. Rozprzestrzeniał  się  też  coraz 

bardziej obszerny labirynt korytarzy, przez które w miarę postępu robót przesuwała się konsola 

sterownicza i ciężka maszyneria na kładzionych z przodu i rozbieranych z tyłu szynach.

Wszystkim   tym   sterował   jeden   inżynier.   Odrobina   megalomanii   z   jego   strony   nie 

przeszkadzała   w   pracy.   Czuwał   nad   ekranami   kontrolnymi   konsoli   jak   świadomość   nad 

mózgiem,   spełniając   rolę   najwyższej   i   ostatecznej   instancji.   Danych,   na   podstawie   których 

powstawały jego decyzje, dostarczały wbudowane w maszynerię czujniki komputera. Muskając 

palcami   klawiaturę,   można   było   otrzymać   optymalne   reakcje   stalowego   potwora.   Często 

okazywało się jednak, że podobnie jak samo życie, nowoczesne górnictwo to coś więcej niż tylko 

logika.

Najlepsi z inżynierów mieli  wyczucie.  Była nim wrażliwość zrodzona z doświadczenia, 

talentu oraz czegoś zbliżonego do miłości, z jaką rozkazywali skałom i machinie, którą kierowali.

Tę   cechę   dodano   do   listy   ludzkich   umiejętności,   których   wymagano   na   równi   z 

matematyką i geologią. Wśród kończących szkoły młodych inżynierów górnictwa, mniej niż 

dziesięć procent okazywało się posiadaczami owych szczególnych talentów, koniecznych, aby 

zespolić   się   w   jedność   z   tytanem,   którego   mieli   dosiąść.   Dlatego   nawet   na   przepełnionych 

rynkach   pracy   XXI   wieku   kopalnie   nieustannie   poszukiwały   nowych   inżynierów.   Proces 

stawania się nieomylnym bogiem machiny, choćby tylko na cztery godziny, był długi nawet dla 

tych dziesięciu procent wybrańców. A machina nigdy nie odpoczywała.

background image

Dwieście metrów nad głową człowieka za konsolą, Paul Formain, rozpoczynając swój 

pierwszy dzień w kopalni Malabar, wyszedł z segmentu mieszkalnego o ścianach z plastykowej 

pianki i zobaczył góry.

To było widzenie. Zdarzało mu się to wielokrotnie od czasu wypadku z łodzią, przed 

pięciu laty, a ostatnio coraz częściej.

Teraz jednak nie ujrzał otwartego morza. Nie zobaczył też zamglonego obrazu dziwnej, 

mrocznej   postaci   człowieka   w   opończy   i   wysokim,   stożkowatym   kapeluszu,   który,   jak   się 

Paulowi zdawało, przywrócił go do życia, po tym, jak umarł w łodzi i zanim odnalazła go straż 

przybrzeżna.

Tym razem były to góry.

Odwróciwszy  się   od   białych   plastykowych   drzwi,   zatrzymał   się   nagle   i   zobaczył   je. 

Wokół rozciągało się stronie, pokryte innymi białymi zabudowaniami zbocze kopalni Malabar. 

Wyżej, przejrzyście błękitne, wiosenne niebo przeglądało się w ciemnej, modrej toni jeziora, 

które   wypełniało   rozpadlinę   górskiego   grzbietu.   Zewsząd   otaczały   Paula   kanadyjskie   Góry 

Skaliste, sięgające jednym końcem do odległego o pięćdziesiąt kilometrów, leżącego w Kolumbii 

Brytyjskiej   miasta   Kamloops,   w   drugim   zaś   kierunku   dochodzące   do   Pasma   Nabrzeżnego   i 

skalistych plaż lizanych słonym przybojem Pacyfiku.

Góry powstały i otoczyły Paula niczym królowie. Jego ciało przeniknął grzmot trzęsienia 

ziemi   i   nagle   poczuł,   że   rośnie   i   kroczy   im   na   spotkanie.   Wkrótce   dorównał   wzrostem 

najwyższym szczytom. Wraz z nimi kontemplował odwieczny ruch trzewi planety. Potem góry 

tchnęły ku niemu słowa:

Strzeż się.

Nie zjeżdżaj dziś do kopalni!

- ...oswoi się pan z tym i przywyknie - zapewniał go po wypadku psychiatra w San Diego. 

- Teraz popracował pan nad sobą i rozumie pan istotę problemu.

- Owszem - odparł Paul.

Wszystko było logiczne i miało sens - tłumaczył sobie, stosując się do sugestii psychiatry. 

Był sierotą od dziesiątego roku życia, kiedy stracił rodziców w wypadku drogowym. Oddano go 

background image

pod opiekę rodziny zastępczej. Ci ludzie byli dlań dobrzy, ale nie zastąpili mu ojca i matki. Na 

zawsze pozostał samotny.

Brakowało   mu   tego,   co   psychiatra   w   San   Diego   nazywał   “obronnym   egoizmem”. 

Posiadał za to zdolność odgadywania intencji ludzi, ale bez skłonności, by wykorzystywać tę 

wiedzę   dla   własnej   korzyści.   Ci,   którzy   mogliby   zostać   jego   przyjaciółmi,   odczuwali 

zakłopotanie, gdy odkrywali w nim tę umiejętność. Ona budziła w nich instynktowną potrzebę 

trzymania   Paula   na   bezpieczny   dystans.   Podświadomie   obawiali   się   go   i   nie   ufali   jego 

powściągliwości. Gdy był jeszcze chłopcem, czuł ich rezerwę i nie pojmował przyczyn, które ją 

powodowały. To zaś, orzekł psychiatra, dało mu fałszywy obraz sytuacji, w jakiej się znajdował.

- ...i tak - mówił lekarz - ów brak chęci wykorzystywania przewagi płynącej z pańskich 

zdolności stał się ułomnością. Nie jest to jednak czymś poważniejszym niż jakakolwiek inna 

ułomność, taka jak ślepota czy kalectwo. Nie powinien pan sądzić, iż nie można z tym żyć.

Jednak w głębi duszy Paul tak to właśnie odczuwał. Przekonanie to zaowocowało w 

końcu zaplanowaną podświadomie próbą samobójstwa.

- ...nie ulega wątpliwości - ciągnął psychiatra - że odebrał pan ostrzeżenie o złej pogodzie, 

nadane przez straż przybrzeżną. I wiedział pan, iż niezależnie od rodzaju pogody, żeglując w tak 

małej łodzi zapędzi się pan zbyt daleko od brzegu...

Sztorm zepchnął łódź Paula w morze. Zniosło go daleko od szlaków żeglugowych i w 

ciszy morskiej, która nastała zaraz po burzy, śmierć jak ociężałe, szare ptaszysko przysiadła 

wyczekująco na maszcie.

- ...warunki, w których pan się znalazł, sprzyjały halucynacjom - orzekł psychiatra. - To 

naturalne, iż wyobraził pan sobie, że już umarł. Później zaś, gdy przyszło ocalenie, nieświadomie 

szukał pan wyjaśnienia faktu, że pozostał pan przy życiu. Podświadomość dostarczyła pożywki 

dla   tej   fantazji,   którą   było   pańskie   rzekome   zmartwychwstanie   spowodowane   przez   kogoś 

tajemniczego, podobnego do pańskiego ojca, i odzianego w szaty, które sugerowały magiczne 

umiejętności tego człowieka. Jednak po powrocie do zdrowia, rozsądek podpowiedział panu, iż 

historia ta jest raczej nieprawdopodobna.

Istotnie,   pomyślał   Paul,   trudno   było   sądzić   inaczej.   Przypomniał   sobie,   jak   leżał   w 

szpitalu w San Diego i zastanawiał się nad tym, co zapamiętał.

- Aby więc wesprzeć prawdopodobieństwo tej historii, wykształcił pan w sobie zdolność 

do chwilowego odczuwania niezwykle głębokiej, prawie bolesnej nadwrażliwości. Zaspokoiło to 

background image

dwie pańskie potrzeby; dostarczyło podstaw do zrodzonej z maligny fantazji o zmartwychwstaniu 

i   stanowiło   wymówkę   dla   tego,   co   wywołało   w   panu   pierwotne   pragnienie   śmierci. 

Podświadomie wytłumaczył pan sobie, że nie jest upośledzony, tylko inny.

- Tak - powiedział wówczas Paul. - Rozumiem.

-   Teraz   zaś,   skoro   odkrył   pan   prawdę   o   sobie,   potrzeba   takiego   usprawiedliwienia 

powinna stopniowo zanikać. Fantastyczna wizja nieznajomego zbawcy powinna zatrzeć się w 

pańskiej pamięci, a chwile nadwrażliwości będą zdarzać się panu coraz rzadziej, aż w końcu i 

one znikną.

- Miło mi to słyszeć - rzekł Paul.

Tyle że po pięciu latach wcale nie zaznał spokoju. Chwile nadwrażliwości zdarzały mu 

się   nadal,   a   pierwotna   wizja   nieznajomego   uparcie   tkwiła   gdzieś   w   zakamarkach   jego 

świadomości. Rozmyślał nawet o wizycie u innego psychiatry, ale później doszedł do wniosku, 

że skoro nie pomógł mu jeden, to jaki jest sens szukać porady u drugiego?

Zamiast tego, nauczył się żyć z tym problemem, opierając się na czymś, co odkrył w 

sobie po wypadku. Głęboko wewnątrz jego jaźni tkwiło od tamtej pory coś nienazwanego i 

niepojętego, co niczym kamienny obelisk przeciwstawiało się zmiennym porywom uczyć. Sądził, 

że to coś w jakiś sposób łączy się z wizją maga w wysokim kapeluszu, choć równocześnie jest od 

niej niezależne. Tak więc, gdy jak teraz, wiatry szeptały mu do ucha ostrzeżenie, słyszał je, ale 

nie czuł się nim poruszony.

Strzeż się! - powiedziały góry. - Nie zjeżdżaj dziś do kopalni.

“To głupota” - orzekł jego umysł, przypominając mu, że dostał wreszcie to, do czego 

przygotowywał   się   przez   całe   swoje   świadome   życie.   Dostał   pracę,   o   jakiej   w   dzisiejszym 

przeludnionym świecie marzyło wielu, a która przypadała w udziale nielicznym. Sięgnął więc 

teraz do tego, co niepokonane trwało na dnie jego umysłu.

Lęk, mówiło mu coś, jest po prostu jednym z wielu czynników, jakie należy brać pod 

uwagę, przesuwając się od punktu A do punktu B.

Paul otrząsnął się z przeczuć i powrócił do rzeczywistości. Wszędzie wokół wznosiły się 

zabudowania   kopalni   Malabar.   Niedaleko   miejsca   gdzie   stał,   żona   radcy   prawnego   kopalni 

wyszła   na   ganek   i   ponad   niewysokim,   białym   płotem   wołała   coś   do   stojącej   na   sąsiednim 

background image

podwórku żony pracującego na powierzchni technika. Dla Paula był to pierwszy dzień pracy i już 

spóźniał się na zmianę pod ziemią. Odwrócił spojrzenie od gór i budynków, po czym odszukał 

wzrokiem betonową ścieżkę prowadzącą do głównego szybu. Ruszył ku niej i czekającemu nań 

ślizgowi.

background image

Rozdział 2

Ślizg   zwiózł   Paula   pochyłą   sztolnią   w   głąb   góry.   Dwieście   metrów   w   dół.   Mimo 

romantycznej i nieco staromodnej nazwy, ślizg był w istocie zwykłą windą magnetyczną. Gdy 

Paul zjeżdżał, poprzez przejrzyste ścianki szybu windy skrzyły się ku niemu granit i różowy 

kwarc. Minerały przemawiały podobnie jak góry. Te nowe głosy były cichsze, lecz bezlitosne i 

krystalicznie twarde. Zjeżdżającemu Paulowi dotrzymywało towarzystwa jego odbicie w ściance 

rury - wizerunek barczystego dwudziestotrzyletniego młodego człowieka, który miał już za sobą 

wiek chłopięcy i młodzieńczy.

Paul   był   mężczyzną   grubokościstym,   mocno   zbudowanym,   o   okrągłej   głowie   i 

atletycznym wyglądzie. Takich jak on można było zobaczyć na boiskach, choć nie przypominał 

najczęściej   spotykanego   typu   piłkarza.   Nie   dość   krępy,   by   grać   w   ataku,   nie   posiadał   też 

zwinności potrzebnej w obronie. Dobrze natomiast spisywał się na bramce. Był silny, opanowany 

i   miał   ręce   o   długich   palcach,   którymi   mógł   pewnie   uchwycić   piłkę.   W   czasie   studiów 

występował w barwach podstawowego składu drużyny Instytutu Górnictwa Colorado.

Jego oczy miały intrygująco głęboką i ciepłą, szarą barwę. Usta o wąskich wargach były 

szerokie i o przyjaznym wyrazie. Proste, jasnobrązowe włosy Paula zaczynały już rzednąć na 

skroniach.   Strzygł   się   krótko   i   widać   było,   że   wyłysieje   wkrótce   po   trzydziestce.   Ponieważ 

jednak nie należał do ludzi, którzy przesadnie dbają o wygląd zewnętrzny, nie miało to dla niego 

większego znaczenia.

Sprawiał wrażenie urodzonego przywódcy; męskiego, inteligentnego, silnego, umiejącego 

każdy problem ocenić prawidłowo od pierwszego spojrzenia. I takim też był w istocie. Dopiero 

po bliższym poznaniu ludzie dostrzegali głębiej ukryte cechy jego charakteru, które były częścią 

jego własnego wyobrażenia o sobie. Zdarzały się chwile, takie jak ta, w których Paul dostrzegał 

nagle swój wizerunek, odbity w jakimś zwierciadle i zastygał zdumiony, jakby stanął twarzą w 

twarz z kimś obcym.

Ślizg zatrzymał się na poziomie eksploatacyjnym. Paul wkroczył do jasno oświetlonej, 

rozległej pieczary, aż po wysokie sklepienie wypełnionej tytanem i stalą maszynerii wspartej 

ciężko na szynach. Rześkie i ostre powietrze podziemi poraziło chłodem jego płuca. Wydało mu 

się, że atmosfera kopalni przenika go na wskroś. Ruszył wzdłuż kruszarki i po kilkudziesięciu 

background image

krokach dotarł do konsoli sterowniczej. Wypełniające ją klawisze i przełączniki przypominały 

klawiaturę   wielkich   organów   elektronicznych.   Tylko   trzy   niewielkie,   umieszczone   centralnie 

ekrany   przeczyły   temu   wrażeniu.   Siedzący   wewnątrz   niewysoki,   krępy   i   ciemnowłosy 

mężczyzna po czterdziestce kończył właśnie czynności obowiązujące przy zdawaniu służby.

Paul zbliżył się do brzegu platformy, na której znajdowała się konsola i operator.

- Cześć! - powiedział. Operator spojrzał nań z góry.

- Jestem nowy, Paul Formain - przedstawił się Paul. - Gotów do zmiany?

Opuszczający  stanowisko  inżynier  ruchliwymi  dłońmi  wykonał   jeszcze  parę  szybkich 

czynności na konsoli. Potem odchylił się na fotelu i przeciągnął. Wreszcie wstał i zwrócił ku 

Paulowi twardą, lecz przyjazną twarz.

- Paul? - spytał. - A jak dalej?

- Formain. Paul Formain.

- Ach tak. Pat Teasley - wyciągnął do Paula małą, ale zaskakująco krzepką dłoń.

Uścisnęli   sobie   ręce.   Teasley   mówił   z   akcentem   australijskim,   tą   szczególną   jego 

odmianą,   którą   Amerykanie   zazwyczaj   biorą   za   akcent   londyński,   rozjuszając   tym 

Australijczyków. Wyglądał na osobnika tak otwartego i prostolinijnego, jak sama ziemia. Po 

gwałtowności gór, Paul poczuł uspokajającą odmianę.

-   Sądząc   z   próbek   -   rzekł   Teasley   -   podczas   swej   pierwszej   zmiany   będziesz   miał 

spokojne i równe kopanie.

- Miło mi to słyszeć - odparł Paul.

- Właśnie. Nie widać żadnych większych uskoków, a żyła odchyla się od pionu nie więcej 

niż o osiem stopni. Uważaj na korki w sztolni A.

- Aha - mruknął Paul. - Przestoje w pracy?

- Właściwie to nie. Wagoniki zakleszczały się i stłaczały tuż za klapą numer osiem, około 

stu czterdziestu metrów od wylotu. Sztolnia jest tam nieco za wąska, ale poszerzanie jej nie ma 

sensu, skoro za sto pięćdziesiąt godzin będziemy bili nową. Tak czy owak, podczas tej zmiany 

dwukrotnie musiałem tam pójść, aby cofnąć wagon z zębatki.

-   Dobra   -   rzekł   Paul.   -   Dziękuję.   -   Przeszedł   obok   Teasleya   i   usiadł   przed   konsolą. 

Podniósł   wzrok   na   niewysokiego   mężczyznę.   -   Może   spotkamy   się   w   barze   na   górze,   dziś 

wieczorem po zmianie?

-   Czemu   nie?   -   podchwycił   myśl   Teasley.   Zwrócił   ku   Paulowi   swą   szczerą   twarz.   - 

background image

Ukończyłeś jeden z tych amerykańskich instytutów?

- W Kolorado.

- Masz tu żonę i rodzinę?

Paul potrząsnął głową. Jego palce przesuwały się już po konsoli, zaznajamiając się z jej 

budową.

- Nie - odparł. - Jestem kawalerem i sierotą.

-   Wpadnij   kiedyś   do   nas   na   kolację   -   zaproponował   Teasley.   -   Moja   żona   uwielbia 

gotować dla gości.

- Dziękuję - rzekł Paul. - Nie omieszkam.

- No to do zobaczenia.

Paul usłyszał chrzęst żwiru pod stopami odchodzącego Teasleya. Popatrzył uważnie na 

pulpit i zajął się czynnościami wymaganymi przez instrukcję przy przejmowaniu zmiany. Zajęło 

mu to około sześciu minut. Gdy skończył, znał już pozycję każdego urządzenia i wiedział też, co 

robi   każde   z   nich.   Następnie   zajrzał   do   sekcji   programów,   po   czym   uruchomił   prognozę   i 

oszacowanie wydobycia w ciągu najbliższych czterech godzin.

Wszystko zgadzało się z oceną Teasleya. Zapowiadała się łatwa, rutynowa zmiana. Przez 

chwilę trzymał palce na obudowie komputera, próbując poprzez odbierane opuszkami delikatne 

drgania robocze wyczuć indywidualne cechy kombajnu. Wróciło mu wrażenie obcowania ze 

ślepą,   przemożną   siłą,   podobne,   choć   nie   takie   samo,   jak   w   przypadku   machin   w   innych 

kopalniach, których dotykał w czasie studenckich praktyk. Cofnął dłonie.

Przez jakiś czas nie będzie miał nic do roboty. Oparł głowę o zagłówek fotela i szybko 

rozważył możliwość opuszczenia konsoli i zajrzenia do sztolni transportowej, w której według 

raportu   Teasleya   korkowały   się   wózki   z   rudą.   Zdecydował,   że   tego   nie   zrobi.   Dopóki   nie 

przywyknie do nowej kopalni, lepiej siedzieć przy konsoli.

Wskaźniki   świetlne   i   ekrany   kontrolne   wskazywały   normalną   pracę   kombajnu 

wydobywczego.   Wyciągnął   rękę   i   na   ekran   centralnego   systemu   wizyjnego   rzucił   obraz 

wiadomości telewizyjnych z Vancouver.

Ujrzał   plac   przed   wejściem   do   hotelu   Koh-I-Nor   w   Kompleksie   Chicago.   Poznał   to 

miejsce; w tym hotelu zatrzymał się raz czy dwa, podczas pobytów w Chicago. Patrząc teraz z 

góry ujrzał małą grupkę ludzi niosących kamery i inny sprzęt reporterski, którzy stłoczyli się 

wokół   trzech   osób.   Punkt   widzenia   błyskawicznie   opadł   w   dół,   by   zatrzymać   się   metr   nad 

background image

głowami obecnych, po czym nastąpiło sekundowe zbliżenie dwojga z tej trójki, stojących w 

pewnej odległości za swym szefem. Zobaczył bezbarwnego, krótko ostrzyżonego mężczyznę w 

średnim wieku i wysoką, szczupłą dziewczynę, swoją rówieśniczkę. Kamera zmieniła położenie i 

dziewczyna   zniknęła   sprzed   oczu   Paula,   który   zmarszczył   brwi,   usiłując   zrozumieć,   jaka 

szczególna cecha tej kobiety wzbudziła jego zainteresowanie. Nigdy przedtem nie widział ani jej, 

ani tamtego bezbarwnego faceta.

Szybko jednak zapomniał o dziewczynie. Na ekranie pojawił się trzeci z członków grupy. 

Było w nim coś, co natychmiast przykuło uwagę Paula.

Zobaczył   wysokiego,   niemal   olbrzymiego,   poważnego,   starego   człowieka,   w 

przepisowym czarno-białym stroju wieczorowym. Choć jak na swój wiek mężczyzna ów trzymał 

się prosto, to jednak podpierał się trzymaną w prawej ręce grubą laską o rzeźbionej gałce. W 

pewnym momencie jego szerokie bary uniosły się jeszcze bardziej, tak iż wydawało się, że 

zastygł jak posąg nad tłumem reporterów. Wyraz oczu kryły ciemne szkła okularów, ale i bez 

tego  jego  twarz  była  nieprzenikniona.  Choć  wyraźnie  widoczna  na  ekranie,  umykała  jednak 

percepcji Paula. Dostrzegał wyłącznie jej pojedyncze elementy, nie ogarniał natomiast całości. 

Mógł się skupić tylko na wąskich ustach i głębokich bruzdach w kącikach warg nieznajomego. 

Ten zaś mówił:

-   ...szaty?   -   usta   rozciągnęły   się   w   uśmiechu.   -   Przecież   nie   spodziewa   się   pan,   że 

mechanik przyjdzie na kolację w ubraniu roboczym, nieprawdaż? - wydobywający się spomiędzy 

warg głos był głęboki i odpowiednio drwiący. - Jeśli państwo chcecie zobaczyć mnie w oficjal­

nych szatach, musicie umówić się ze mną w godzinach urzędowania.

- Wielki Mistrzu, czy Gildia Orędowników ma godziny urzędowania? - zapytał kolejny 

reporter. Rozległy się śmiechy, nie pozbawione jednak szacunku. Usta ponownie rozciągnęły się 

w uśmiechu.

- Niech pan przyjdzie i przekona się sam - powiedziały.

Paul zmarszczył brwi. W jego pamięci otworzyła się mała, zamknięta dotąd szufladka. 

Słyszał już o Gildii Orędowników, zwanej inaczej Societe Chanterie. Mówiło się o nich tu i tam, 

nawet dość często. Byli jakąś grupą kultową, czcicielami Szatana, czy czymś w tym guście. 

Zawsze myślał o nich jako o sekcie zwariowanych ekscentryków. Ten człowiek jednak, ten 

Wielki Mistrz nie wyglądał ani na ekscentryka, ani na stukniętego. Był...

Poirytowany Paul odruchowo wyciągnął dłoń przed siebie, jakby chciał zetrzeć z ekranu 

background image

wizerunek tego mężczyzny. Jednak tylko bezsilnie musnął opuszkami palców w chłodną, szklaną 

powierzchnię. Reporterzy nadal zadawali pytania:

- Wielki Mistrzu, czy mógłby pan powiedzieć nam coś o Operacji Odskocznia?

Usta skrzywiły się ironicznie.

- Co mianowicie?

- Czy Gildia sprzeciwia się próbom dotarcia do najbliższych gwiazd?

- Cóż znowu, panie i panowie... - usta ponownie rozciągnęły się w uśmiechu. - Jak to 

powiadali Sumerowie i Semici w czasach starych bogów? Oni nazywali planety owcami, które są 

zbyt daleko. Czy nie tak? Odpowiedzialni za to stwierdzenie byli Shamash i Adad, jak możecie to 

państwo wyczytać w starych księgach. A jeśli nadające się do zamieszkania światy są niczym 

owce, to na pewno wiele z nich zabłąkało się wokół dalszych gwiazd i możemy je tam odnaleźć.

Uśmiech pozostał na wargach.

- A więc Gildia popiera działalność stacji na Merkurym? Nie sprzeciwiacie się pracom 

nad technikami podróży międzygwiezdnych?

- To już - odezwały się wargi, z których zniknął uśmiech - nie moja sprawa ani naszej 

Gildii. Ludzkość może igrać zabawkami technicznymi i nauką, tak jak to czyniła w przeszłości. 

Może też igrać z przestrzenią i gwiazdami. Jednak zabawa ta jeszcze bardziej ją osłabi. Już 

niemal nastąpił krach! My w Gildii zajmujemy się tylko jedną rzeczą; jest nią destrukcja, która 

uratuje ludzkość przed nią samą.

- Wielki Mistrzu - odezwał się jakiś głos. - Nie zamierza pan chyba rzec, że totalna...

-   Totalna   i   ostateczna!   -   głośnik   zadudnił   głębokim   basem   mówcy.   -   Całkowita 

destrukcja. Destrukcja Ludzkości i wszystkich jej dzieł. - Głos rozbrzmiewał coraz głośniej i 

dźwięczniej, wstrząsając Paulem jak szok po dożylnie podanym środku podniecającym. - Są 

moce,   które   od   sześciuset   lat   pracują,   by   uratować   Ludzkość   przed   samozagładą.   Biada 

Ludzkości, gdy nadejdzie ów dzień i zastanie ją bezpieczną i chronioną. Biada kobietom i nie 

narodzonym, jeśli Ludzkości skradziona zostanie ostatnia szansa samozniszczenia. Przez swe 

wieczne trwanie zostanie skazana na zagładę, przetrwać zaś może tylko dzięki destrukcji.

Brzęczyk alarmu oznajmił Paulowi, że w sztolni A zakleszczyła się kolejka transportowa. 

Dłoń Paula poruszyła się i niemal odruchowo wyłączyła zasilanie sztolni na piętnaście minut.

- I wzywam was - głos mówcy zabrzmiał niczym werbel pod gilotyną - abyście wejrzeli 

na dobro Ludzkości, nie zaś na swe własne. Byście odwrócili się precz od fałszywych obietnic 

background image

życia i gotowali się na śmierć. Byście pojęli swą powinność. A tą jest kompletna, ostateczna i 

totalna destrukcja. Destrukcja. Destrukcja!

Destrukcja...

Paul przetarł oczy i siadł prosto.

Wokół wznosiły się ściany kopalni. Siedział za konsolą, pośrodku której, na ekranie, na 

placyku   przed   hotelem   Koh-I-Nor   rozchodziła   się   grupka   ludzi.   Stary   człowiek   wraz   z 

towarzyszącymi mu dziewczyną i mężczyzną podążali za szczupłym młodzieńcem o czarnej 

czuprynie, który sprężystym krokiem wchodził właśnie do hotelu. Paul patrzył na to wszystko z 

ogromnym   zdumieniem.   Czuł,   że   minęła   zaledwie   minuta   i   to   było   zaskakujące.   Z   jakichś 

nieznanych  powodów  był  absolutnie  niepodatny  na hipnozę.  Ta  przeszkoda  utrudniała  pracę 

psychiatry, który zajmował się nim po wypadku z łodzią. Jakże więc mógł nie zauważyć upływu 

choćby minuty?

Wspomnienie zakleszczonych w sztolni wózków oderwało jego myśli od tej zagadki. Jeśli 

zaraz nie upora się z tym problemem, trzeba będzie wyłączyć z ruchu kilka urządzeń. Wyszedł z 

konsoli i wsiadł do znajdującej się obok sztolni A windy łańcuchowej. Ekran konsoli wskazywał 

zakleszczenie   na   sto   trzydziestym   piątym   metrze   poniżej   powierzchni.   Paul   dotarł   do   klapy 

numer osiem, włączył światła w tej sekcji sztolni i wczołgał się do środka. Przyczynę zatoru 

zobaczył tuż przed sobą.

Sztolnia A, podobnie jak szyb ślizgu, wznosiła się pod kątem sześćdziesięciu stopni. 

Środkiem   tunelu   biegły   szyny   zasilania.   Pękate   wózki   wypełnione   rozdrobnionym   urobkiem 

nadjeżdżały z dołu, tocząc swe zębate koła po izolowanych sworzniach łączących obie szyny. 

Sworznie   te   służyły   Paulowi   jako   uchwyty,   gdy   wspinał   się   ku   miejscu,   w   którym   jeden   z 

wózków zeskoczył z szyny i zablokował się na skalnej ścianie.

Myśląc wciąż o znajomo wyglądającej dziewczynie i tym dziwacznym fanatyku, który 

kazał   nazywać   się   Wielkim   Mistrzem,   Paul   wcisnął   się   pomiędzy   wykolejony   wózek   a 

chropowatą ścianę sztolni. Kopnął w obluzowany zaczep pomiędzy dwoma wózkami. Po trzecim 

uderzeniu zaczep wrócił do prawidłowego położenia, z którego wyskoczył, gdy wagonik otarł się 

o skałę. Ze szczękiem i zgrzytem blokujący cały skład wózek ponownie stanął na szynach.

Równocześnie światła w sztolni przygasły i rozbłysły, a wszystkie silniki wózków ożyły. 

Skład szarpnął i ruszył w górę sztolni. Paul bez namysłu skoczył i przylgnął do przedostatniego 

wagonika.

background image

W nagłym olśnieniu, równie wyrazistym jak widok gór na tle wiosennego nieba, pojął, że 

zajęty myślami o transmisji telewizyjnej, wyłączył zasilanie sztolni tylko na piętnaście minut, a 

po chwilowej utracie świadomości nie przełączył sterowania zasilaniem na kontrolę ręczną.

I oto został uniesiony w górę sztolni przez przedostatni wagon zestawu. Gdyby dotknął 

szyny   zasilania   znajdującej   się   kilkanaście   centymetrów   niżej,   zostałby   porażony   prądem. 

Wysokie wózki, wypełniające prawie cały prześwit sztolni, uniemożliwiały jakąkolwiek próbę 

otwarcia   mijanych   przez   skład   luków   ewakuacyjnych   znajdujących   się   pomiędzy   Paulem   a 

powierzchnią.

Ściany sztolni i jej sufit były coraz bliżej.

O pułap niemal się ocierał. Wyrąbany w granicie i kwarcu strop wznosił się i opadał w 

nierównych odstępach. Paul wiedział, że w niektórych miejscach wózki z rudą prawie dotykały 

sklepienia sztolni. Jeśli będzie trzymał się nisko, może uda mu się wyjechać z wózkiem, do 

którego przylgnął, aż na powierzchnię. Uczepiony tylnej ścianki wagonika czuł jednak, że jego 

chwyt słabnie.

Podciągnął się i ułożył płasko na powierzchni urobku. Gdy kolejka zanurzając się w mrok 

opuszczała oświetloną sekcję tunelu, sklepienie sztolni szorstko musnęło tył głowy leżącego na 

wózku   człowieka.   Wbiwszy   dłonie   w   drobne   i   ostre   bryłki,   Paul   rył   rozpaczliwie,   usiłując 

zagrzebać się w urobku. Rozchybotany, hałaśliwy skład podążał w górę. Pogrążony w ciemności 

Paul nie dostrzegł obniżenia pułapu, ku któremu się zbliżał...

Pełniący   służbę   na   powierzchni   inżynier   dyżurny,   zaalarmowany   migotaniem   białego 

światełka na swej konsoli i późniejszym sygnałem wyłączenia mocy w sztolni A, szedł ku jej 

wylotowi. Zbliżył się do otworu, a kilka minut później dołączył do niego szef nadzoru, który z 

uwagi na pierwsze zejście na dół nowego pracownika, śledził dotąd sytuację na monitorach w 

swoim biurze.

- Już jadą - odezwał się inżynier dyżurny, szczupły mężczyzna równie młody jak Paul, 

gdy usłyszeli pomruk motorów odbijający się wzdłuż ścian tunelu. - Ustawił je.

- Trochę to trwało - mruknął szef nadzoru i zmarszczył brwi. - Poczekajmy chwilę i 

sprawdźmy, co tam się zacięło.

Czekali   więc.   Słyszeli   coraz   bliższy   grzechot   i   szczęk   zębatek.   Pierwszy   z   wózków 

background image

wychynął na światło słoneczne i zjechał na płaski grunt.

- A cóż to? - spytał nagle dyżurny. Zbliżający się przedostatni wózek niósł na sobie coś, 

co w półmroku sztolni widzieli niezbyt wyraźnie.

Skład przejeżdżał obok. Interesujący ich wózek wyjechał na powierzchnię i jasne światło 

dnia wyraźnie ukazało sylwetkę człowieka, nieruchomą i na wpół zagrzebaną w ładunku rudy.

- Mój Boże! - sapnął szef nadzoru. - Niech pan zatrzyma te wózki i pomoże mi go 

wyciągnąć!

Lecz młody inżynier dyżurny odwrócił się, oparł o ścianę kruszarni spowitej długimi 

cieniami gór i zaczął wymiotować.

background image

Rozdział 3

Pracujący po południu, na dziennej zmianie recepcjonista hotelu Koh-I-Nor był świadomy 

faktu, iż jego testy przydatnościowe wykazały, że posiada dosyć szczególny talent kaligraficzny. 

Zajęciem,   które   najbardziej   mu   odpowiadało   była   ornamentacja   -   dziedzina   mało   potrzebna 

według współczesnych zasad prowadzenia hoteli. Dlatego recepcjonista świadomie rozwijał w 

sobie   podstawową   cechę   dobrej   ornamentacji   polegającą   na   tym,   że   powinno   się   jej   nie 

dostrzegać.

Gdy   usłyszał   kroki   zbliżającego   się   do   recepcji   gościa,   nawet   nie   podniósł   głowy. 

Ozdobnym pismem, na karcie czerpanego papieru tworzył listę aktualnie godnych uwagi gości 

hotelowych.

- Mam tu rezerwację - usłyszał głos przybysza. - Paul Formain.

- To doskonale - skwitował recepcjonista, dodając kolejne nazwisko do swej listy i wciąż 

nie podnosząc głowy. Przerwał na chwilę, by podziwiać zamaszyste i płynne Pętle, którymi 

kunsztownie ozdobił litery P i L.

Nieoczekiwanie poczuł, że za rękę chwyciła go dłoń znacznie większa niż jego własna. W 

chwycie obcego dłoń recepcjonisty była jak uwięziona mucha - nieznajomy nie miażdżył jej, ale 

czuło się, iż ma jeszcze duży zapas krzepy. Zaskoczony i przestraszony recepcjonista przyjrzał 

się przybyszowi.

Nieznajomy okazał się wysokim, młodym człowiekiem, posiadającym tylko jedno ramię, 

którego dłoń trzymała recepcjonistę piekielnie mocno, choć niedbale.

- Słucham pana - rzekł recepcjonista. Jego głos zabrzmiał nieco bardziej jękliwie, niż 

zamierzył.

- Powiedziałem - odparł cierpliwie wysoki mężczyzna - że mam tu rezerwację.

- Tak jest, proszę pana. Oczywiście - recepcjonista podjął ponowną próbę uwolnienia 

zgniatanej dłoni. Wysoki mężczyzna puścił ją jakby po namyśle.

Recepcjonista szybko odwrócił się do rejestru rezerwacji i wybrał nazwisko gościa. Ekran 

rejestru wyświetlił informację.

- Tak, proszę pana. Oto jest. Oddzielny, pojedynczy.

Jaki wystrój?

background image

- Współczesny.

- Oczywiście, panie Formain. Pokój 1412. Windy w lewo i za rogiem. Dopilnuję, by 

bagaż dostarczono panu natychmiast po przybyciu. Dziękuję...

Wysoki, jednoręki mężczyzna już szedł w stronę wind. Recepcjonista popatrzył w ślad za 

nim, a potem spojrzał na swą rękę. Na próbę poruszył palcami. Nigdy przedtem nie pomyślał o 

tym, jakim cudem techniki są poruszające się palce.

Na górze w pokoju 1412 Paul rozebrał się i wziął prysznic. Gdy wyszedł z łazienki, jego 

walizka czekała już w niszy bagażowej w ścianie przy drzwiach. Na wpół odziany, popatrzył na 

swoje  odbicie  w  lustrze. Przed nim  stał szczupły,  muskularny  mężczyzna  w  szarozielonych, 

luźnych spodniach hotelowych, które wyjął z szafki w łazience. Widoczna nad spodniami górna 

część jego ciała była zdrowo opalona. Delikatne blizny po operacjach plastycznych już prawie 

zniknęły. Od czasu wypadku minęło osiem miesięcy.

Kikut lewej ręki Paula wyglądał jak przykurczony. Powodował to nie tyle brak dalszej 

części ramienia, co kontrast z drugą ręką Paula.

Jej regeneracja przebiegała, zdaniem lekarzy, z niezwykłą szybkością i intensywnością. 

Teraz, widoczna w odbiciu lustra, zwisała bez ruchu niczym konar lub grań z kości i muskułów. 

Nad złączeni obojczyka i stawu barkowego górował jak skała mięsień kapturowy, poniżej widać 

było, spływające ku węzłom muskulatury łokcia, zbocza wałów bicepsu i tricepsu. Dalej jeszcze, 

niczym   łańcuchy   niższych   wzgórz,   ciągnęły   się   sznury   mięśni   przedramienia,   zakończone 

rumowiskiem muskulatury kciuka.

Paul   czasami  myślał   o  swej   prawej   ręce   właśnie   jak  o   konarze   lub   górskim   zboczu. 

Przypominała ona potężny, niezwyciężony taran z mięśni, ścięgien i kości. W ciągu minionych 

miesięcy,   dzielących   wypadek   w   kopalni   od   chwili   obecnej,   podczas   drugiego   procesu 

rehabilitacji i regeneracji, w niej właśnie zagnieździła się owa niezwyciężona, najgłębsza część 

jego osobowości. Prawe ramię stało się autonomiczną częścią Paula, która nie poddawała się 

zwątpieniu, a z pewnością nie wątpiła w samą siebie. Nie traciła też czasu, by tam, na dole 

ustawić recepcjonistę.

Było w tym fakcie coś niejasnego i niepokojącego. Niczym człowiek badający językiem 

zbolały ząb, Paul nieustannie odczuwał pokusę próbowania siły ramienia na różnych rzeczach i 

background image

za   każdym   razem   zaskakiwały   go   rezultaty   tych   prób.   Teraz   na   przykład,   stojąc   przed 

zwierciadłem, wyciągnął rękę i zdjął z szafki ubraniowej jedyny przedmiot zdobiący pokój - 

odlany   w   kształcie   tulipana,   cynowy,   kilkunastocentymetrowej   wysokości   wazon   z   jedną, 

wstawioną weń czerwoną różą. Wazon doskonale mieścił się w dłoni i Paul podniósł go, powoli 

zwiększając siłę uścisku.

Przez chwilę wydawało się, że grube metalowe ścianki naczynia nie ulegną. Potem jednak 

wazon wolno zapadł się w głąb, aż złamana w połowie łodygi róża przechyliła się na bok, a 

przelana przez brzeg naczynia woda pociekła po zaciśniętych palcach. Paul rozluźnił uchwyt, 

otworzył dłoń i przyjrzał się zmiażdżonemu naczyniu. Potem wrzucił szczątki do stojącego obok 

szafki kosza i kilkakrotnie poruszył palcami. Nawet nie zdrętwiały. Po takim wysiłku ramię 

powinno zesztywnieć i odmówić mu posłuszeństwa. Tymczasem wcale tak się nie stało.

Ubrał się i zjechał na parking mieszczący się w podziemiach hotelu. Pomiędzy pustymi 

pojazdami znalazł wóz jednoosobowy. Wsiadł i wybrał standardowe 4441, numer Zarządu w 

każdym   Kompleksie,   mieście   i   ośrodku   zamieszkanym  przez   więcej   niż   pięćdziesiąt   tysięcy 

ludzi. Niewielki pojazd włączył się do ruchu miejskiego i po piętnastu minutach przeniósł Paula 

sześćdziesiąt kilometrów dalej, pod terminal Zarządu.

Paul   zatwierdził   swą   kartę   kredytową   w   Książnicy   Kompleksu   Chicago   i   obsługa 

skierowała go do kabiny na dziewiątym piętrze. W towarzystwie paru innych osób stanął na 

dysku transportowym, gdzie jego uwagę przykuła książka, którą trzymała jakaś dziewczyna.

Książka  tkwiła  w  niewielkiej,  podręcznej  przeglądarce, z  której  ekranu wyglądała  ku 

Paulowi okładka dzieła. Z okładki zaś spoglądały na niego ciemne okulary i zaciśnięte, wąskie 

usta twarzy, którą widział tamtego feralnego dnia w kopalni. To było to samo oblicze. Jedyna 

różnica polegała na tym, że zamiast białego kołnierzyka i krawata, pod brodą Wielkiego Mistrza 

pyszniła się czerwonozłota, ceremonialna szata.

Na tle tej czerwieni i złota odciśnięto czarne litery tytułu książki: “NISZCZ”.

Odrywając   wzrok   od   okładki,   spojrzał   na   dziewczynę.   Patrzyła   na   niego   wyraźnie 

wstrząśnięta, on zaś na widok jej twarzy poczuł w sobie bezgłośny wybuch. Znalazł się oko w 

oko z tą samą dziewczyną, którą widział stojącą za Wielkim Mistrzem wtedy, gdy w kopalni 

oglądał transmisję sprzed wejścia do hotelu.

- Proszę mi wybaczyć - odezwała się teraz. - Przepraszam.

Odwróciła się i przeciskając się na oślep pomiędzy innymi pasażerami dysku wysiadła o 

background image

jeden poziom wcześniej, niż zamierzał Paul.

Pod wpływem nagłego impulsu ruszył za nią. Ona jednak szybko przepadła w tłumie. 

Paul   stwierdził,   że   znalazł   się   w   sekcji   muzycznej   biblioteki   Zarządu.   Potrącany   przez 

przechodniów stał przez chwilę, na próżno usiłując dojrzeć dziewczynę ponad głowami tłumu. 

Pół kroku od niego ciągnął się rząd kabin. Zza uchylonych drzwi jednej z nich dolatywała cicha 

melodia   pieśni,   nuconej   przez   śpiewającą   sopranem   kobietę,   której   wtórował   powolny   rytm 

dzwonów...

W kwieciu jabłoni moje czekanie

Ta melodia ogarnęła Paula niczym dmący z dali wiatr i popychający go zewsząd ludzie 

stali się nagle nieobecni i nieważni jak cienie. Był to głos dziewczyny z książką. Wiedział to, 

choć usłyszał tylko te kilka słów w windzie. Muzyka ogarnęła go i pochłonęła, poruszając w nim 

struny głębokich uczuć, zbyt gwałtownych, by nazwać je miłością i zbyt wielkich, by określić je 

mianem smutku.

Długie i słodkie moje kochanie

Słowa i dźwięki były niczym wiatr lecący nad bezkresnym, ośnieżonym polem ku jaskini, 

gdzie palce wichury wygrywają kuranty na kryształach lodowych sopli....

W jesiennych liściach i kwieciu wiosny

Moja tęsknota łkać nie przestanie

Wysiłkiem woli uwolnił się od czaru.

Coś w nim zgasło. Stał i patrzył wokół siebie, ponownie świadom obecności innych ludzi. 

Dobiegająca   z   kabiny   melodia   ponownie   stała   się   wątłą   nicią   dźwięków,   słyszanych   na   tle 

szmeru kroków i pomruku rozmów przypominających szum morza.

Rozejrzał się dookoła; ze wszystkich stron otaczały go tylko regały sekcji muzycznej. 

Czar i urok gdzieś zniknęły.

Dziewczyna również.

background image

Udał się na dziewiąte piętro i znalazł wolną kabinę. Usiadł, zamknął drzwi i stukając w 

klawiaturę,   zażądał   listy   miejscowych   psychiatrów,   podając   swój   niedawno   zarejestrowany 

numer kredytowy. Po chwili namysłu dorzucił poprawkę, że lista powinna ograniczać się tylko 

do tych psychiatrów, którzy w przeszłości zajmowali się problemami amputacji. Ekran przed 

Paulem rozbłysnął, sygnalizując przyjęcie poprawki, pojawił się też na nim komunikat, iż na 

odpowiedź przyjdzie poczekać dziesięć do piętnastu minut.

Paul usiadł wiec wygodniej. Potem pod wpływem impulsu wybrał tytuł książki, którą 

niosła ze sobą dziewczyna, potwierdził chęć nabycia jednego egzemplarza i po upływie sekundy 

ze szczeliny podajnika na biurko przed nim wysunęła się standardowa przeglądarka.

Podniósł ją. Odniósł wrażenie, że twarz z okładki patrzy nań z drwiną, jakby radując się 

jakimś, sobie tylko wiadomym sekretem. Była to ta sama twarz, którą widział na ekranie w 

kopalni, ale wtedy jej rysy nie dawały się złożyć w jedno wyraziste oblicze. Teraz mógł obejrzeć 

ją całą. Było w niej coś niewłaściwego. Coś, co budziło sprzeciw. Nie patrzył na ludzką twarz, 

ale na woskową maskę bez życia i wyrazu. Dotknął przycisku, by zmienić wizerunek okładki na 

obraz pierwszej strony.

Na tle białego papieru, raz jeszcze pojawiły się litery tytułu:

“NISZCZ”

Walter Blunt

Paul odwrócił tę stronę i zaczął czytać pierwsze wiersze wstępu, napisanego przez nie 

znanego mu autora. Szybko przebiegł wzrokiem kilka stron.

Dowiedział się, iż Walter Blunt urodził się jako syn majętnych rodziców. Jego rodzina 

posiadała   kontrolny   pakiet   akcji   jednej   z   wielkich   szkół   hodowlanych   tuńczyka   błękitnego. 

Młody Blunt prowadził życie bogatego próżniaka, aż do dnia, kiedy to polując na jelenie w 

głuszy Lakę Superior, wraz z kilkoma myśliwymi został pochwycony w objęcia nagłej śnieżycy, 

która zerwała się grubo za wcześnie jak na tę porę roku.

Czterech członków grupy Blunta umarło z wyczerpania i zimna. Blunt, mieszczuch z 

urodzenia   i   równie   jak   tamci   niezahartowany,   w   krytycznym   momencie   stworzył   koncepcję 

background image

Alternatywnych Sił Istnienia i w zamian za możliwość przetrwania, ofiarował im swoje usługi. 

Potem mimo kąśliwej wichury i tężejącego mrozu, którym mógł przeciwstawić jedynie lekką 

odzież   myśliwską,   Blunt   zdołał   bezpiecznie   wydostać   się   z   lasów,   a   następnie   dotarł   do 

schroniska pełen sił i nawet niezmarznięty.

Po tym doświadczeniu poświęcił się Siłom Alternatywnym. W ciągu całego swego życia 

stworzył i zorganizował Gildię Orędowników, inaczej zwaną Societe Chanterie, wśród których 

znaleźli   się   wszyscy   późniejsi   badacze   Sił   Alternatywnych.   Celem   Gildii   było   głoszenie 

konieczności powszechnej akceptacji zasady pozytywnej destrukcji. Jedynie bowiem destrukcja 

mogła określić stosunek Ludzkości do Sił Alternatywnych, jedynie zaś Alternatywne Siły i ich 

prawa posiadały dość mocy, by uratować Ludzkość przed pułapką cywilizacji technicznej, która 

zamykała się wokół niej, jak kropla żywicy wokół uwięzionej muchy.

Łagodny dźwięk brzęczyka przyciągnął uwagę Paula ku ekranowi. Zobaczył na nim listę 

nazwisk,   adresów   i   numerów   telefonicznych.   Korzystając   ze   znajdującej   się   poniżej   ekranu 

klawiatury wystukał informację dla wszystkich lekarzy, których nazwiska znalazły się na liście:

W wypadku, który zdarzył się blisko osiem miesięcy temu, straciłem obie ręce. Do dnia  

dzisiejszego   mój   organizm   odrzuca   wszelkie   próby   wszczepienia   zalążka   regeneracji   lewego 

ramienia. Zwykle badania fizjologiczne nie wyjaśniły przyczyny tego braku tolerancji. Lekarze  

poradzili   mi,   abym   zbadał,   czy   u   podłoża   odrzutów   nie   leżą   przyczyny   natury   psychicznej. 

Zaproponowano  mi  też,  bym  skorzystał  z  usług tutejszych  psychiatrów,  ponieważ  oddali  oni  

wielkie usługi ludziom, którzy przeszli amputacje. Czy byłby pan (pani) uprzejmy (a) zająć się 

moim przypadkiem?

Paul Allen Formain

Akta nr 432 36 47865 2551 OG3 K122b

Pokój 1412, hotel Koh-I-Nor Kompleks Chicago

Wstał, wziął książkę, którą nabył przed chwilą i wrócił do hotelu. Podczas jazdy i po 

powrocie   do   swego   pokoju   czytał   dalej   dzieło   Blunta.   Rozciągnięty   na   łóżku   hotelowym 

pochłaniał   fascynującą   mieszankę   czystych   bzdur   i   niezaprzeczalnych   faktów,   przez   którą 

przebijało   naglące   wezwanie,   by   czytelnik   niezwłocznie   rozpoczął   nauki   pod   kierunkiem 

background image

jakiegoś uświadomionego już adepta Gildii. Nagrodą za pomyślne odbycie studiów miała być 

potęga,   przewyższająca   wszystko,   co   kiedykolwiek   śniło   się   komukolwiek   o   możliwościach 

magii.

Było to zbyt zabawne, by rzecz potraktować poważnie.

Paul zmarszczył brwi.

Nagle   stwierdził,   że   dotyka   książki   bardzo   ostrożnie.   Była   ona   nieruchoma   w   sensie 

fizycznym, ale wibracje, które z niej emanowały, mroziły szpik w kościach. W pokoju zapadła 

dzwoniąca w uszach cisza. Paul poczuł, że zbliża się jeden z jego ataków. Jak wilk wietrzący 

pułapkę, z  wysiłkiem  zachował  spokój. Niebawem  ściany  pokoju tchnęły ku  niemu  znanym 

podmuchem. Śpiew ciszy wzmógł się. Miejsce i chwila przemówiły do niego:

NIEBEZPIECZEŃSTWO.

Odłóż tę książkę.

Cisza rozśpiewała się głośniej, tłumiąc wrażenia innych zmysłów...

Niebezpieczeństwo,  odparła   niepokonana   część   jego   osobowości,   jest   słowem 

wymyślonym przez dzieci, które dla dorosłych nie ma żadnego znaczenia.

Prawa ręka nacisnęła przycisk i odwróciła stronę. Paul przeczytał tytuł nowego rozdziału:

SIŁY   ALTERNATYWNE   A   ODRASTANIE   UTRACONYCH   CZŁONKÓW   I 

REGENERACJA ZWŁOK

Regeneracja utraconych części ciała drogą epimorfozy lub odrostu, którego zaczątkiem 

jest   uformowanie   na   powierzchni   rany   blastemu,   czyli   zalążka,   jest   możliwa   tylko   dzięki  

stymulacji  Sil   Alternatywnych.  Zjawiska  te   znajdują  swe  wytłumaczenie  i  źródło  w  celowym  

działaniu   autodestrukcyjnym.   Jak   w   każdym   przypadku   manipulacji   Siłami   Alternatywnymi, 

mechanizm zjawiska jest prosty, o ile tylko zrozumie się kierunek działania Sil. W tym przypadku  

jest   on   skierowany   przeciwko   Ewolucji   (blokując   biernie   działanie   Sil   Natury)   i   przeciwko 

Postępowi   (aktywnie   działając   wbrew   Siłom   Natury).   Zasady   te   są   nie   tylko   negatywne  

statycznie,   ale   dynamicznie,   tak   iż   z   ich   dynamizmu   wynikają   siły   dostarczające   energii  

niezbędnej do procesu regeneracji...

W tej chwili, przerywając działanie zaklęcia, w pokoju Paula rozdzwonił się telefon. 

background image

Wszystko wróciło do normy i książka przestała wysyłać tajemnicze wibracje. Ze swego łóżka 

zobaczył, że rozjaśnia się ekran nad aparatem.

- Notatka z Zarządu, odpowiedź na pańskie poszukiwania - rozległ się mechaniczny głos 

spod ekranu.

Wkrótce   pojawiła   się   lista   nazwisk   z   towarzyszącymi   im   stopniami   naukowymi. 

Nazwiska   gasły   kolejno,   aż   wreszcie   pozostało   tylko   jedno.   Paul   odczytał   je   unosząc   lekko 

głowę.

DR ELIZABETH WILLIAMS

W chwilę później obok tego nazwiska pojawiło się słowo Przyjęte. Paul odłożył książkę 

na stolik obok łóżka.

background image

Rozdział 4

Jak się pan czuje?  Był to głos kobiety. Paul otworzył oczy. Nad fotelem, w  którym 

siedział, stała dr Elizabeth Williams. Odłożyła strzykawkę ultradźwiękową na biurko i okrążyła 

je, aby zasiąść naprzeciwko pacjenta.

- Czy coś mówiłem? - Paul wyprostował się w fotelu.

- Chce pan wiedzieć, czy odpowiadał pan na moje pytania? Nie.

Dr Williams spojrzała nań zza biurka. Była niewysoką, krępą kobietą o brązowych oczach 

i zupełnie przeciętnej twarzy.

- Od jak dawna wie pan o swojej wysokiej odporności na hipnozę?

- A opierałem się? - spytał Paul. - Sądziłem, że usiłuję współpracować.

- Od jak dawna?

- Od tego wypadku z łodzią. To było pięć lat temu. - Paul spojrzał na nią ponownie. - Cóż 

więc mówiłem?

Dr Williams spojrzała mu w oczy. 

Nazwał mnie pan głupią babą.

Paul mrugnął szelmowsko.

- Tylko tyle? - spytał. - Nie powiedziałem niczego więcej?

- To wszystko - ponownie spojrzała na Paula ponad biurkiem. Wyczuł emanującą od niej 

ciekawość i pewną samotność. - Paul, czy jest coś, czego powinien się pan obawiać?

- Obawiać? - powtórzył pytanie i zmarszczył brwi. - Obawiać się...? Właściwie to nie. 

Nie.

- Może coś pana gnębi? Zastanowił się krótko.

- Nie, nie w tej chwili - odpowiedział w końcu. - Nie istnieje nic takiego, co mogłoby 

mnie przygnębić.

- Może czuje się pan nieszczęśliwy?

Uśmiechnął się. Potem, dość nieoczekiwanie, zmarszczył brwi.

- Nie - odparł i zawahał się. - To znaczy, tak sądzę.

- Więc po co pan do mnie przyszedł? Spojrzał na nią ze zdziwieniem.

- No jak to, z powodu mej ręki...

background image

- A nie dlatego, iż osierocono pana w dzieciństwie? Nie dlatego, że zawsze pędził pan 

życie samotnika, który nie ma nawet przyjaciół? Nie dlatego, że pięć lat temu usiłował pan 

popełnić samobójstwo w łodzi i ponownie spróbował pan w kopalni, mniej niż rok temu?

- Wolnego! - przerwał jej Paul. Spojrzała na niego uprzejmie i pytająco.

- Sądzi pani, że sam zaaranżowałem te wypadki, bo chciałem się zabić?

- A nie powinnam tak myśleć?

- Jasne, że nie.

- Dlaczego?

- No bo... - i nagle Paul zrozumiał wszystko. Pojął też, że ona niczego nie dostrzega. 

Patrzył na nią i na jego oczach dr Williams jakby się postarzała i zapadła w samą siebie. Wstał z 

fotela. - To nie ma znaczenia - powiedział.

- Paul, powinien pan to przemyśleć.

- Nie omieszkam. Przemyślę wszystko.

- To dobrze - nie wstała ze swego miejsca i wbrew brzmiącej w jej głosie pewności siebie, 

nie była już tak spokojna, jak na początku tej rozmowy. - Termin następnej wizyty uzgodni pan z 

recepcjonistką.

- Dziękuję - odparł. - Żegnam.

- Miłego popołudnia, panie Formain.

Wyszedł   z   gabinetu.   W   poczekalni   recepcjonistka   podniosła   nań   spojrzenie   znad 

segregatora.

- Panie Formain? - pochyliła się nad aktami. - Czy chce pan umówić się na następną 

wizytę już teraz?

- Nie - odparł Paul. - Raczej nie.

Kilka pięter, dzielących biuro dr Williams od parteru, pokonał pieszo. Na parterze znalazł 

publiczną rozmównicę. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Czuł się jak nowo narodzony. 

Przesuwając   palcami   po   klawiaturze   zażądał   listy  mieszkających   w   okolicy  członków   Gildii 

Orędowników. Ekran rozświetlił się nazwiskami.

background image

Walter Blunt, Wielki Mistrz (brak numeru telefonu)

Jason Warren, Nekromanta, Sekretarz Gildii Orędowników, numer telefonu 66 433 35246

Kantela Maki (brak numeru telefonu)

Morton Brown, 66 433 67420

Warra, Mag, 64 256 89235

(lista powyższa, zgodnie z życzeniem abonenta, zawiera tylko nazwiska starszyzny Gildii)

Paul wybrał numer 66 433 35246. Ekran zabłysł bielą, upłynęło jednak pół minuty, zanim 

pojawiła się na nim twarz jednego z ludzi, których Paul oglądał na ekranie telewizora rok temu w 

kopalni. Była to twarz tego młodego, chudego bruneta o głęboko osadzonych, patrzących upor­

czywie oczach.

- Nazywani się Paul Formain - oznajmił Paul. - Chciałbym mówić z Jasonem Warrenem.

- To ja. O co chodzi?

- Właśnie przeczytałem książkę Waltera Blunta, gdzie napisano, że Siły Alternatywne 

mogą spowodować odrost utraconych części ciała - Paul przesunął się tak, aby rozmówca mógł 

zobaczyć jego pusty, lewy rękaw.

- Pojmuję - Warren celował w niego swymi nieruchomymi oczami. - I cóż dalej?

- Chciałbym pomówić o tym z panem.

- Sądzę, że dałoby się to załatwić. Kiedy chciałby pan do mnie zajrzeć?

- Teraz - wypalił Paul.

Ciemne brwi na ekranie drgnęły nieznacznie.

- Teraz?

- Liczyłem na to - nie ustępował Paul.

- Doprawdy?

Paul czekał bez słowa.

- No dobrze, w takim razie niech pan przyjeżdża. - Ekran zgasł nagle, ale Paul widział na 

nim   jeszcze   przez   chwilę   pozostałość   obrazu   -   ciemną   twarz,   która   wpatrywała   się   weń   ze 

szczególną uwagą i napięciem. Wstał i westchnął z ulgą. Wyszedł nie myśląc już o tej sekundzie 

objawienia,   którego   doznał   w   gabinecie   Elizabeth   Williams.   Wtedy   właśnie   nieoczekiwanie 

pojął,  że   jej   praktyka   i   wykształcenie,   w   jego   przypadku,   uniemożliwiały   dotarcie   do  istoty 

rzeczy. Ona niczego nie rozumiała. Prawda ta poraziła go niczym eksplozja. Dr Williams była jak 

ktoś, kto usiłuje zmierzyć prędkość światła za pomocą zwykłego stopera, dlatego że ufa temu 

background image

narzędziu. A jeśli ona nie ustrzegła się tego błędu, to pewnie i psychiatra w San Diego, do 

którego udał się po wypadku z łodzią, popełnił tę samą pomyłkę.

Paul przystąpił do działania bez chwili namysłu, ale instynkt mówił mu, że się nie myli. 

Do tej pory szukał pomocy opierając się na żałosnej i zniekształcającej rzeczywisty obraz świata 

wierze w skuteczność ręcznych stoperów. Gdzieś tam, przekonywał sam siebie, musi być głębsza 

wiedza.   Ulgę   przynosił   mu   fakt,   iż   wyrusza   na   poszukiwania   pozbywszy   się   uprzedzeń   i   z 

rozbudzonym umysłem.

background image

Rozdział 5

Gdy  Paul przekroczył drzwi apartamentu Jasona Warrena, ujrzał, że w pomieszczeniu 

tym, przypominającym połączenie salonu i biura, byli już inni ludzie.

Niewielka   grupka   wyłaniała   się   właśnie   z   pokoju   w   głębi.   Paul   dostrzegł   ich   tylko 

przelotnie. Jedną z tych osób rozpoznał ze zdumieniem. Była nią dziewczyna, którą widział w 

bibliotece. Obok szedł bezbarwny gość w średnim wieku, roztaczający wokół siebie atmosferę 

spokojnej fachowości. On również towarzyszył dziewczynie i Bluntowi rok temu. Przez krótką 

chwilę Paul zastanawiał się, czy i Blunt jest gdzieś niedaleko. Potem przestał o tym myśleć. 

Stwierdził bowiem, iż patrzy właśnie na ciemną, bystrą twarz Jasona Warrena.

- Paul Formain - przedstawił się. - Telefonowałem...

- Proszę usiąść. - Warren skinieniem dłoni wskazał Paulowi krzesło, sam zaś zajął stojące 

naprzeciw.   Obserwował   Paula   nie   kryjąc   zainteresowania,   jak   dziecko   nieświadome 

popełnianego nietaktu. - Czym mogę panu służyć?

Paul   również   obrzucił   rozmówcę   taksującym   spojrzeniem.   Warren   siedział   niedbale, 

niemal pokładając się na fotelu, ale jego szczupłe ciało instynktownie utrzymywało równowagę, 

jak ciało tancerza lub atlety w szczytowej formie. Widać było, że mógłby błyskawicznie zerwać 

się na nogi.

- Chciałbym, aby odrosło mi ramię - oznajmił Paul.

- A, tak - odparł Warren zerkając w stronę telefonu. - Po rozmowie z panem zasięgnąłem 

o panu informacji z dostępnych źródeł. - Jest pan inżynierem.

- Byłem - stwierdził Paul, nieco zdumiony brzmiącą w jego głosie nutką goryczy.

- Wierzy pan w Siły Alternatywne?

- Nie - przyznał się Paul. - Mówiąc szczerze, to nie.

- Ale sądzi pan, że dzięki nim może odzyskać ramię?

- Zawsze to jakaś szansa.

- No tak - skwitował Warren. - Oto inżynier. Praktyczny realista, dopóki coś działa, nie 

obchodzi go zasada działania.

- To tylko część prawdy - zaprotestował Paul.

- Ale dlaczego zawraca pan sobie głowę Siłami Alternatywnymi? Dlaczego po prostu nie 

background image

wyhodował pan nowego ramienia, korzystając z banku zalążków?

- Próbowałem - przyznał Paul. - Nie przyjęły się.

Przez kilka sekund Warren siedział w całkowitym bezruchu. Paul nie dostrzegł żadnej 

zmiany   w   wyrazie   jego   twarzy   lub   postawy,   odniósł   jednak   wrażenie,   iż   nagle   w   umyśle 

rozmówcy uruchomił się jakiś subtelny mechanizm.

- Proszę - rzekł Warren, wolno i wyraźnie wymawiając słowa - niech mi pan wszystko 

opowie.

I Paul spełnił tę prośbę. Kiedy mówił, Warren siedział w milczeniu i słuchał. Przez cały 

kwadrans, jaki zajęła Paulowi relacja, jego rozmówca nie drgnął ani razu. I dość nieoczekiwanie 

Paul  przypomniał   sobie,  u  kogo  widział  już   taką  zdolność  koncentracji.  Kiedyś   obserwował 

wyżła   wystawiającego   ptaka:   nos   wysunięty   do   przodu,   tworzący   jedną   linię   z   grzbietem   i 

ogonem, uniesiona łapa, a całość nieruchoma jak Śmierć na starej ikonie.

Gdy  Paul   skończył,   Warren   milczał   jeszcze   przez   chwilę.   Bez   słowa,   nie   poruszając 

żadnym zbędnym mięśniem, uniósł prawą rękę i wyciągnął ku Paulowi palec wskazujący. Ruch 

ten miał w sobie coś z nieuchronności działania maszyny lub chylenia się wierzchołka ściętego 

drzewa.

- Proszę patrzeć na mój palec - odezwał się monotonnym głosem. - Proszę patrzeć na sam 

koniec mojego palca. Niech pan patrzy bardzo uważnie. Na końcu palca, pod paznokciem, widzi 

pan   małą   czerwoną   plamkę.   To   kropla   krwi,   wypływającej   spod   paznokcia.   Widzi   pan,   jak 

nabrzmiewa. Robi się coraz większa. Za chwilę opadnie na ziemię. Teraz jednak ona rośnie, jest 

większa, większa, większa...

- Przepraszam - przerwał Paul. - Nie widzę żadnej kropli krwi. Traci pan czas, swój i mój.

Warren opuścił rękę.

- Ciekawe - powiedział tylko. - Bardzo ciekawe.

- Doprawdy? - spytał Paul.

- Wyzwolonych członków  Gildii Orędowników również nie można zahipnotyzować - 

stwierdził Warren. - Pan jednak przyznał, iż nie wierzy w Siły Alternatywne.

- Wydaje się więc, że mógłbym startować poza konkursem - orzekł Paul.

Warren, zgodnie z oczekiwaniami Paula, podniósł się z fotela jednym płynnym ruchem. 

Szybkim i lekkim krokiem przeciął pokój, przy ścianie odwrócił się i ruszył z powrotem.

-   Aby   oprzeć   się   hipnozie   -   powiedział   zatrzymując   się   przed   Paulem   -   musiał   pan 

background image

korzystać   z   Sił   Alternatywnych,   choćby   nie   uznawał   pan   ich   istnienia.   Podstawą   Sił 

Alternatywnych jest ich absolutna niezależność od jakiejkolwiek siły, fizycznej, czy innej natury.

- I vice versa? - spytał Paul z uśmiechem.

- I vice versa - potwierdził Warren z powagą. Nadal stał, spoglądając na Paula z góry. - 

Pytam pana raz jeszcze: czego pan oczekuje ode mnie?

- Chcę odzyskać moje ramię - powtórzył Paul.

- Nie mogę oddać panu ramienia. Nie mogę zrobić dla pana niczego. Siły Alternatywne 

służą tylko tym, którzy korzystają z nich sami.

- Proszę mi więc pokazać, jak to zrobić.

Warren   westchnął   cicho.   Paul   usłyszał   w   tym   dźwięku   nie   tylko   znużenie,   ale   i 

zniecierpliwienie.

- Nie wie pan, do licha, o co pan prosi - rzekł Warren. - Aby wyćwiczyć pana tak, by 

mógł pan korzystać z Sił Alternatywnych, musiałbym przyjąć pana w charakterze czeladnika 

nekromanty.

- Z książki Blunta wywnioskowałem, iż Gildia potrzebuje ludzi.

- Owszem, potrzebujemy ludzi - przyznał Warren. - Pilnie potrzebujemy kogoś takiego 

jak   Leonardo   da   Vinci.   Radzi   bylibyśmy   przyjąć   też   kogoś   o   kwalifikacjach   Miltona   czy 

Einsteina. Oczywiście, tak naprawdę potrzebny jest nam ktoś o talencie zupełnie jeszcze nie 

znanym, taki swego rodzaju geniusz X. Dlatego ogłaszamy nabór kandydatów.

- Więc tak naprawdę nie potrzebujecie ludzi?

- Tego nie powiedziałem - Warren ponownie odwrócił się, przeszedł przez pokój i wrócił 

do Paula. - Pan naprawdę chciałby wstąpić do Gildii?

- Jeśli Gildia zwróci mi ramię...

- Gildia nie zwróci  panu ramienia. Powiadam panu, że nie może tego zrobić nikt, poza 

panem. Pomiędzy Siłami Alternatywnymi a pracami Gildii istnieje pewien związek, nie jest on 

jednak taki, jak pan sądzi.

- Proszę mnie zatem oświecić - poprosił Paul.

- No dobrze - zgodził się Warren. Wetknął dłonie w kieszenie i stał teraz nad Paulem 

nieco przygarbiony. - Niechże pan przemyśli, co następuje: żyjemy, panie Formain, w świecie, 

który został dotknięty chorobą w postaci nadmiaru luksusów technicznych. Świat przeładowany 

jest ludźmi, zbliżającymi się do kresu drogi - Warren nie spuszczał z Paula spojrzenia swych 

background image

głęboko osadzonych oczu. - Współcześni nam ludzie są jak człowiek, który sądzi, że wszystko, 

co zapewnia szczęście, przychodzi automatycznie z sukcesem zawodowym. No i osiągnęli ten 

swój   sukces,   czyli   doskonałość   cywilizacji   technicznej,   w   której   pod   względem   fizycznego 

luksusu nikomu niczego nie brakuje. Trafili jednak do fałszywego raju. Jak rozbiegany

*

  silnik 

elektryczny, psychika ludzka bez celu i potrzeby rozwoju zaczyna toczyć się na manowce. Coraz 

prędzej, prędzej, aż wreszcie zniszczy i rozwali świat, który stworzyła. Przerwał.

- I co pan na to? - spytał.

- To nie jest niemożliwe - przyznał Paul. - Osobiście nie wierzę, iż w takiej właśnie 

znaleźliśmy się sytuacji, ale nie jest to niemożliwe.

-   Doskonale   -   skwitował   Warren.   -   Teraz   proszę,   by   zechciał   pan   zauważyć,   że   w 

ogólnym   zamieszaniu,   najpewniejszą   drogą   oszukania   wroga   jest   powiedzenie   mu   czystej 

prawdy.   I   to   właśnie   zrobił   Wielki   Mistrz:   wyłożył   w   swej   książce   czystą   prawdę.   Gildia 

Orędowników nie jest zainteresowana propagowaniem konsumpcji Sił Alternatywnych. Gildia 

pragnie kształcić i wykorzystać do swego celu osoby, które mogą już używać Sił. A celem tym 

jest   przyspieszenie   nieuniknionego   końca   i   doprowadzenie   do   zniszczenia   współczesnej 

cywilizacji.

Warren przerwał. Wydawało się, że czeka, aż Paul coś powie. Jednak Paul też czekał.

-   Jesteśmy   -   podjął   więc   dalej   Warren   -   nieliczną,   ale   potężną   i   wpływową   grupą 

rewolucjonistów, których celem jest doprowadzenie tego chorego świata do kompletnego chaosu 

i   zapaści.   Siły   Alternatywne   są   prawdziwe,   natomiast   większa   część   naszej   struktury 

organizacyjnej jest fikcją. Jeśli zechce pan zostać moim uczniem, poświęci się pan pracy, której 

celem ostatecznym jest zniszczenie cywilizacji technicznej.

- Czy to jedyny sposób, abym nauczył się korzystać z Sił Alternatywnych? - spytał Paul.

- Jeśli zaakceptuje pan filozofię i cele Gildii, to tak - odparł Warren. - W przeciwnym 

razie, nie.

- Nie wierzę - stwierdził nagle Paul. - Jeśli te wasze Siły Alternatywne istnieją, posłużą 

równie dobrze mnie samemu, jak wszystkim razem wziętym członkom Gildii.

Warren opadł na fotel i przez chwilę bez słowa patrzył na Paula.

-   Arogant   -   odezwał   się   w   końcu.   -   Absolutny   arogant.   Przekonajmy   się...   -   wstał, 

przeszedł do przeciwległej ściany i dotknął jakiegoś punktu.

Ściana   cofnęła   się,   odsłaniając   pomieszczenie,   które   wyglądało   jak   połączenie 

background image

współczesnego   laboratorium   i   pracowni   alchemika.   Na   stojącym   na   środku   pokoju   stole 

znajdowały się  gliniane  pojemniki, metalowe  dzbany i  spora butla  pełna  krwistoczerwonego 

płynu.

Warren  otworzył   szufladę  pod   blatem   stołu   i   wyjął   z  niej   coś,  czego  Paul   nie  mógł 

dostrzec, bo widok zasłaniało mu ciało Nekromanty. Ten zaś zamknął  schowek i wrócił do 

rozmówcy, niosąc starą muszlę, wypolerowaną przez częste dotykanie.

Położył muszlę na bocznym stoliku, metr od fotela, na którym siedział Paul.

- Jak to działa? - spytał Paul, z ciekawością przyglądając się muszli.

- Na mnie - odparł Warren - na wiele sposobów. Ta informacja na nic się panu nie przyda, 

no, chyba że Powiem, iż muszla jest wrażliwa na działanie Sił Alternatywnych. Sprawdźmy, czy 

ta pańska arogancja może coś z nią zdziałać.

Paul zmarszczył brwi i spojrzał na muszlę. Przez moment sytuacja wydawała mu się po 

prostu zabawna. I nagle stało się, jakby przeszyła go igła jasności. Gdzieś, głęboko wewnątrz 

siebie, poczuł niesamowite wrażenie, jakby zabrzmiał tam niski, donośny głos dzwonu. A potem 

doznał zawrotu głowy. Nawał wspomnień dawno i nie wiadomo już kiedy zapomnianych, ruszył 

do szturmu na drzwi od piwnicy pamięci, by wyrwać się na wolność.

Muszla drgnęła i zmieniła położenie, dotykając teraz blatu stolika niezgodnie z prawami 

równowagi. Z odległego okna strzelił jasny promień światła, a zza drzwi sąsiedniego pokoju 

dobiegły   ciche,   łagodne   dźwięki   muzyki.   I   muszla   przemówiła   przenikliwym,   choć   cichym 

głosem:

ciemności większej do światła nikłego. A potem znowu ku ciemności dąży...

Łomot  do zamkniętych drzwi w  umyśle Paula rozpłynął się w  ciszę. Muszla straciła 

równowagę i upadła z łoskotem na bok. Siedzący naprzeciw Paula Warren zaczerpnął głęboko 

tchu, wstał i podniósł muszlę.

- Może to u pana wrodzone - mruknął.

- Wrodzone? - Paul spojrzał na niego pytająco.

- W dziedzinie Sił Alternatywnych istnieją pewne zdolności, które mogą przypaść w 

udziale tym, co nie wiedzą nic o prawdziwej naturze tych Sił. Na przykład czytanie w myślach. 

Albo natchnienie artystyczne.

- Ach tak? - zainteresował się Paul. - A w czym upatruje pan różnicę pomiędzy tymi 

ludźmi a wami, znawcami Sił Alternatywnych?

background image

- To bardzo proste - odparł Warren. Ton jego głosu, a także sposób, w jaki trzymał muszlę 

i mierzył Paula wzrokiem, mówiły jednak co innego. - W przypadku owych ludzi, ich zdolności 

przejawiają się spontanicznie i nie zawsze wtedy, gdy trzeba z nich skorzystać. Natomiast nas nie 

zawodzą nigdy.

- Na przykład czytanie myśli?

- Jestem Nekromantą - wyjaśnił zwięźle Warren. - Nie Jasnowidzem. Posłużyłem się 

zresztą   określeniem   powszechnie   znanym.   Mówiono   mi,   iż   myśli   się   nie   czyta,   a   raczej 

doświadcza.

- Kiedy ktoś wdziera się do umysłu drugiej osoby, traci własny punkt widzenia?

- Owszem - odparł Warren. - Ale wracając do pana, te zdolności są u pana wrodzone - 

zaniósł muszlę z powrotem do pracowni i schował ją. Potem odwrócił się i przemówił z miejsca, 

w którym stał.

- Coś w panu jest. To może być coś cennego, a może i nie. Zgadzam się jednak wziąć 

pana  na   próbę.   Jeśli   po   jakimś   czasie   dojdę   do   wniosku,   że   zapowiada   się   pan   obiecująco, 

zostanie pan przyjęty w poczet pełnoprawnych członków Gildii w stopniu czeladnika. Jeśli tak 

się   stanie,   zażąda   się   od   pana,   aby   przekazał   pan   cały   swój   osobisty   majątek   i   ewentualne 

przyszłe   dochody  do  dyspozycji   Gildii.  Jeśli  jednak  do  tego  dojdzie,  nie  będzie  pan  musiał 

martwić się o sprawy materialne - usta Warrena drgnęły lekko. - Zatroszczy się o pana Gildia. 

Niech pan uczy się i studiuje, a któregoś dnia będzie pan mógł odtworzyć swe ramię.

Paul wstał.

- Gwarantuje to pan? - spytał.

- Oczywiście - padła odpowiedź. Warren nie drgnął nawet patrząc na Paula nieruchomym 

wzrokiem.

background image

Rozdział 6

Przeciskając   się   jednoosobowym   pojazdem   przez   wielopoziomowy   labirynt   ulic   i 

budynków Kompleksu Chicago, Paul oparł głowę o poduszkę siedzenia i zamknął oczy.

Był wyczerpany, a wyczerpanie to, jak podejrzewał, zrodziło się z czegoś więcej, niż 

tylko z fizycznego wysiłku. Gdy pojął naiwność i śmieszność podejścia psychiatrów do jego 

problemu,   odczuł   zmęczenie   jak   po   całym   dniu   ciężkiej   pracy.   Wyczerpało   go   również 

doświadczenie z muszlą.

Zmęczeniu mógł jednak zaradzić wypoczynek. Teraz ważniejsze od snu były dwie inne 

sprawy. Pierwsza z nich to wyraźne uświadomienie sobie, iż zbyt wiele przytrafiało się jemu 

samemu  albo  działo   się   wokół   niego,  aby   złożyć   to  wszystko  na   karb   przypadku.   Ale   jeśli 

odrzucić   wyjaśnienie   dr   Williams,   iż   podświadomie   dążył   do   samozniszczenia,   to   jedynym 

racjonalnym wyjaśnieniem pozostawał przypadek.

Drugim problemem był fakt, że ten Nekromanta, Warren, nazwał go arogantem.

Zaniepokojonego   tym   Paula   najbardziej   zaskoczył   fakt,   iż   taki   niepokój   był   dlań 

niezwykły. Teraz, kiedy się nad tym zastanawiał, zrozumiał, że niezależnie od tego, co go w 

życiu   spotkało,   nigdy   nie   przyszło   mu   do   głowy,   iż   może   być   kiedyś   zdany   na   łaskę   sił 

niezależnych od jego woli. Możliwe, pomyślał, że to właśnie jest arogancją, nie sądził jednak, 

aby miało to okazać się prawdą. Przede wszystkim przywykł ufać własnym uczuciom i wcale nie 

czuł się arogantem. Zdał sobie z tego sprawę, gdy zaczął zastanawiać się nad przyczynami swojej 

spokojnej pewności siebie. To ten niepokonany element jego osobowości przyjmował wszystkie 

wydarzenia tak niewzruszenie.

Arogancja, rozmyślał Paul z zamkniętymi oczyma, odchylając się do tyłu w fotelu, jest 

ostatnią   z   rzeczy,   o   jakie   można   byłoby   mnie   posądzić.   Był   jak   człowiek,   który   z   łodzi 

zakotwiczonej   w   zacisznej   zatoczce,   przez   gładką   powierzchnię   wody   obserwuje   życie 

mieszkańców głębin. Na jego oczach dzieją się zdumiewające rzeczy i trwa to, dopóki nic nie 

zakłóci   spokoju   wód.   Wystarczy   jednak   podmuch   wiatru,   czy   muśnięcie   palcem,   tworzące 

zmarszczkę na powierzchni i świat w dole staje się izolowany i nietknięty. Kluczowym słowem 

była łagodność.  Łagodność  i   najwyższa  troska.  Stopniowo  zaczął  wydzielać   i  identyfikować 

elementy wspomnień: ślad ruchu, zmiana barwy, wyłaniający się z głębin kształt...

background image

Oparłszy się wygodnie i zamknąwszy oczy Paul zatracił się w półśnie i marzeniach o 

rzeczach, które kiedyś oglądał.

Nagłe szarpnięcie wyrwało go z fotela. Wóz zatrzymał się raptownie. Paul otworzył oczy 

i rozejrzał się dookoła spoglądając przez przejrzystą kopułę.

Znajdował się na środkowym poziomie wielowarstwowego skrzyżowania ulic. Poniżej i 

powyżej rozciągały się zespoły biurowe i mieszkalne wielkiej, trójwymiarowej układanki, jaką 

był Kompleks Chicago. Pojazd Paula zatrzymał się pośrodku skrzyżowania, w którego rogach 

znajdowały   się   niewielkie   sklepy   i   biura.   Za   budynkami   z   lewej,   widoczny   w   prześwicie 

rozciągał się rejon wypoczynkowy, podobny do porośniętego drzewami parku. Paul jednak nie 

spostrzegł w pobliżu żadnych ludzi. W sklepach nie widział klientów. Park zupełnie opustoszał. 

Ulice, jak okiem sięgnąć, puste i ciche.

Pochylił się do przodu i podał parametry parkingu przy hotelu Koh-I-Nor. Wóz nawet nie 

drgnął. Paul wybrał więc numer kontroli ruchu, zamierzając zgłosić usterkę.

Ekran nad tablicą rozdzielczą rozbłysł bladym światełkiem.

- Słucham? - we wnętrzu wozu rozległ się żeński, mechaniczny głos. - Czym możemy 

służyć?

- Siedzę w jednoosobowym wozie, który zatrzymał się bez powodu - oznajmił Paul. - 

Utknąłem na skrzyżowaniu - zerknął na oznakowanie ulic - Poziom 2432 i AANB.

-   Sprawdzamy   -   odparł   mechaniczny   głos.   Nastąpiła   chwila   milczenia,   potem   głos 

odezwał się ponownie: - Czy jest pan pewien, iż podał właściwą lokalizację? Rejon, w którym 

pan się znalazł, zamknięto dla ruchu. Podczas minionych trzydziestu minut, pański wóz nie mógł 

tam wjechać.

- Wygląda na to, że jednak wjechał - przerwał Paul szorstko. Wydało mu się, iż słyszy coś 

niezwykłego.   Wysiadł   z   wozu   i   stanął   obok.   Teraz   słyszał   wyraźniej.   Był   to   pogłos   pieśni, 

śpiewanej przez wielu ludzi i rozbrzmiewający coraz bliżej.

-   Rejon,   w   którym   się   pan   znalazł   -   oznajmił   głos   z   wozu   -   został   zwolniony   dla 

manifestacji. Czy nie zechciałby pan raz jeszcze sprawdzić swą lokalizację? Jeśli jest taka, jak 

pan nam podał, prosimy o natychmiastowe opuszczenie pojazdu i przejście na wyższy poziom, 

gdzie znajdzie pan drugi wóz. Powtarzam, prosimy o natychmiastowe opuszczenie pojazdu.

Paul odsunął się od wozu. Po drugiej stronie ulicy zobaczył spiralę ruchomych schodów. 

Dotarłszy do nich, dał się unieść do góry. Transporter zataczał szeroki łuk nad ulicą, którą Paul 

background image

właśnie opuścił. Zawodzenie stało się bardzo wyraźne. Nie były to słowa, lecz pozbawione sensu 

dźwięki.

- Hej, hej! Hej, hej! Hej, hej!

Zaintrygowany   Paul   zstąpił   z   ruchomej   rampy   i   wyjrzał   ponad   wysokim   po   pierś 

poboczem.   Na   skrzyżowanie,   gdzie   utknął   jego   wóz,   z   bocznicy   wylewał   się   tłum   ludzi, 

biegnących całą szerokością jezdni w szeregach po dwudziestu.

Nadciągnęli   szybko.   Młodzi   ludzie,   mężczyźni   i   kobiety,   odziani   przeważnie   w 

niebieskie,  luźne  spodnie,  białe koszule i  zielone, trójgraniaste kapelusze.  Biegli  złączywszy 

ramiona i dostosowawszy krok do rytmu zawodzenia.

Paul   zrozumiał,   kim   są.   Oto   miał   przed   sobą   jedną   z   tak   zwanych   maszerujących 

społeczności. Takie grupy zbierały się razem w jednym tylko celu; aby raz, czy dwa razy w 

miesiącu biec przed siebie ulicami. O ile Paul dobrze pamiętał, był to rodzaj kontrolowanego 

upustu   histerii.   Jak   utrzymywali   socjologowie,   takie   manifestacje   dawały   upust   większości 

nagromadzonych   napięć   społecznych.   Dopóki   takie   grupy   nie   natrafiały   na   opór,   biegły   nie 

wyrządzając nikomu krzywdy, dlatego wcale im nie przeszkadzano.

Zbliżyli się już na tyle, że Paul dostrzegł ich oczy. Wszyscy patrzyli do przodu. Nie były 

to   jednak   szkliste   spojrzenia   ludzi   pijanych   lub   znajdujących   się   pod   wpływem   narkotyku. 

Biegnący   spoglądali   przed   siebie   wzrokiem   jasnym,   choć   pustym,   jakby   przeżywali   chwilę 

uniesienia lub szaleństwa. Teraz znajdowali się niemal pod Paulem. Wbiegali na skrzyżowanie.

Paul spostrzegł, że jego porzucony wóz znajduje się dokładnie na drodze tłumu. Szybko 

dotarli   do   pojazdu.   Rytmiczny   łomot   stóp   o   asfalt   wstrząsał   przęsłem,   na   którym   stał   Paul. 

Wydawało się, że cała struktura Kompleksu, poziom za poziomem, wibruje poddana wysokim 

szybkim   drganiom.   Dotarła   doń   fala   ciepła,   wydzielanego   przez   rozpędzone   ciała,   a   głośne 

zawodzenie drażniło mu uszy, tak jak zdarza się to niekiedy chorym w gorączce. Oszołomiony 

falą hałasu i gorąca, Paul ujrzał, jak pierwsze szeregi wpadają na jego pusty wóz niczym bydło 

podczas bezmyślnej ucieczki na oślep. Nie zatrzymując się przewrócili pojazd na bok, unieśli ze 

sobą, aż wreszcie zepchnęli ponad barierą na niższy poziom. Paul widział, jak pudło wozu spada 

w przepaść i znika z pola widzenia. Łoskot uderzenia utonął we wszechogarniającej wrzawie 

tłumu.

Paul spojrzał w kierunku ulicy, z której nadeszli demonstranci. Rzeka ludzka ginęła z 

oczu gdzieś za odległym zakrętem. Teraz jednak spostrzegł, iż dalsze szeregi nie są już tak 

background image

stłoczone i gęste. Usłyszał również, wybijające się ponad rozgardiasz, przenikliwe jęki syren 

karetek pogotowia, wolno podążających za tłumem.

Wspiął się na kolejny poziom, znalazł na poboczu pusty, dwuosobowy pojazd i wrócił 

nim do hotelu.

Kiedy dotarł do swego pokoju, zastał drzwi otwarte. Gdy wszedł, z krzesła podniósł się 

niewielki,   szary   człowieczek   w   garniturze   i   podsunął   mu   do   obejrzenia   otwarty   portfel   z 

wizytówką.

- Panie Formain, jestem detektywem hotelowym - wyjaśnił. - James Butler.

- Cóż pana sprowadza? - spytał Paul. Fala zmęczenia ogarnęła go niczym ciemny i ciężki 

płaszcz.

-   Sprawy   służbowe,   panie   Formain.   Obsługa   zauważyła   w   pańskim   pokoju   nieco 

zniekształcony wazon.

-   Proszę   obciążyć   tym   mój   rachunek   -   uciął   Paul.   -   Teraz   zaś,   jeśli   zechciałby   pan 

wybaczyć...

- Waza to drobiazg, panie Formain. Domyślamy się jednak, iż złożył pan wizytę jednemu 

z psychiatrów?

- I owszem, odwiedziłem dr Elizabeth Williams, l co z tego?

- Sprawa zwykłej rutyny, dyrekcja hotelu jest powiadamiana, jeśli którykolwiek z gości 

poddaje się kuracji psychiatrycznej. Wydział Zdrowia Publicznego Kompleksu Chicago zezwala 

nam   odmówić   gościny   osobnikom,   którzy   mogą   sprawić   kłopoty.   Oczywiście,   w   pańskim 

przypadku nie ma o tym mowy.

- Wyprowadzam się jutro rano - stwierdził Paul.

- Czyżby? Przykro mi to słyszeć - szybko rzucił Butler. - Śpieszę pana zapewnić, iż nie 

zamierzaliśmy   pana   czymkolwiek   urazić.   Mamy   po   prostu   zwyczaj   informować   gości,   iż 

powiadomiono nas o ich dolegliwościach.

- Tak czy owak,  zamierzałem wyjechać - przerwał Paul. Spojrzał na nieprzeniknioną 

twarz oraz nieruchome ciało detektywa i osobowość Jamesa Butlera stanęła przed nim otworem, 

czytelna   niczym   księga.   Butler   był   niebezpiecznym,   małym   człowieczkiem.   Niewielką,   lecz 

skutecznie   działającą   machiną   kontroli,   wcieloną   podejrzliwością.   Jednak   w   głębi   jego 

background image

osobowości, pod osłoną wewnętrznego lęku, kryło się coś jeszcze... - Teraz chciałbym wypocząć. 

Jeśli więc nie ma pan nic przeciwko temu...

Butler lekko skłonił głowę.

- Ależ skąd... chyba że chciałby pan jeszcze coś wyjaśnić.

- Nie, to już wszystko.

- Dziękuję panu - Butler odwrócił się i posuwistym krokiem ruszył do wyjścia. - Proszę 

się nie krępować i o dowolnej porze dzwonić na obsługę - powiedział i wyszedł, zamykając 

drzwi za sobą.

Paul zmarszczył brwi. Chwilę potem odczuł w pełni ciężar znużenia. Rozebrał się i zwalił 

na łóżko. Sen pochłonął go i otulił, niczym wielkie, szare skrzydła.

Śnił, że idzie samotnie, brukowaną drogą, w mroku rozświetlanym tylko przez gwiazdy. 

Brukowce stawały się coraz większe, aż w końcu musiał się na nie wspinać. Wydało mu się, że 

unieruchomiony unosi się w nad nocnymi ulicami Kompleksu Chicago. Żeglował nad nimi nie 

dotykając ziemi, po chwili zaś znalazł się pod kręgiem światła latarni, która zamieniła się w 

gigantyczną laskę cukrową. Tuż za nią zobaczył witrynę sklepu, która właśnie zmieniła się w 

topniejący szybko lód.

Gdy zbudził się rano, poczuł się tak, jakby zamiast czternastu godzin przespał czternaście 

lat. Spakował się szybko i zjechał do hallu, by uregulować rachunek.

Udając się na podziemny parking, skrócił drogę przechodząc przez jeden z hotelowych 

barów. O tak wczesnej godzinie było tu prawie pusto. Przy stoliku nad smukłym kielichem, 

wypełnionym jakimś purpurowym płynem, siedział jeden tylko samotny, otyły gość w średnim 

wieku.   Mijając   go   Paul   odniósł   wrażenie,   iż   człowiek   ten   jest   pijany.   Jednak   zaraz   poczuł 

unoszący się z kielicha zapach cynamonu i zobaczył, że źrenice nieznajomego zwęziły się do 

wielkości główki szpilki. Nieco w głębi sali, kryjąc się w mrocznym rogu, siedział obserwujący 

wszystko Butler. Paul podszedł do detektywa.

- Czy jesteście również informowani o narkomanach? - spytał.

- W naszym barze dostępne są tylko nieszkodliwe syntetyki, nie powodujące uzależnienia 

- rzekł Butler. - Wszystko zgodnie z prawem.

- Nie odpowiedział pan na moje pytanie.

- Hotel poczuwa się do odpowiedzialności za niektórych rezydentów - odparł detektyw. 

Podniósł   wzrok   na   Paula.   -   To   również   jest   zgodne   z   prawem.   Dodatkowe   opłaty   są   dość 

background image

skromne. Gdyby nie to, iż raczy pan wyjeżdżać, panie Formain, mógłbym panu polecić niektóre z 

naszych usług.

Paul   bez   słowa   odwrócił   się   i   wyszedł.   Na   parkingu   znalazł   jednoosobowy   wóz   i 

wsiadłszy do niego, wybrał adres Warrena. Pierwszym życzeniem Nekromanty było, aby podczas 

okresu próbnego Paul zamieszkał u niego.

Po   przybyciu   na   miejsce   Paul   stwierdził,   że   Warren   go   oczekuje.   Nekromanta 

przekształcił   jedną   ze   swoich   sypialni   w   apartament   dla   gościa,   a   następnie,   z   sobie   tylko 

znanych   powodów,   zostawił   go   samego.   Do   końca   tygodnia   Paul   prawie   nie   widywał 

zapracowanego młodego człowieka.

Pięć   dni   później   skrajnie   znudzony   Paul   przeglądał   kolekcję   utworów   muzycznych, 

zebranych w odtwarzaczu Warrena. I nagle zobaczył tytuł, który przykuł jego uwagę.

W KWIECIU JABŁONI... pieśń. Wykonuje - Kantela

Kantela. W umyśle Paula wszystko się nagle złożyło. Imię to znajdowało się na liście 

miejscowych członków Gildii Orędowników.  Kantela Maki.  Teraz dowiedział się, że istniała 

dziewczyna, która śpiewała profesjonalnie posługując się imieniem Kantela. To musiała być ta 

sama dziewczyna, którą widział w telewizji, a później w Zarządzie. Nacisnął niewielki czarny 

przycisk znajdujący się obok tytułu pieśni.

Po sekundzie z odtwarzacza popłynęły delikatne, miękkie dźwięki muzyki, przeplatające 

się z zimnymi niczym srebrne dzwonki tonami głosu, który Paul natychmiast rozpoznał.

W kwieciu jabłoni jam cię czekała

O, jakżem długo na cię czekała

W jesiennych liściach i kwieciu...

Słysząc   za   sobą   niespodziewane   westchnienie,   Paul   szybko   wyłączył   odtwarzacz   i 

odwrócił się. Znalazł się oko w oko z wykonawczynią pieśni.

Stała obok regału, na którym ustawiono staromodne tomy książek. Paul odkrył, ku swemu 

zdziwieniu, że regał przesunięto z jego zwykłego miejsca, odsłaniając znajdujące się za nim 

wejście   do   niewielkiego   pomieszczenia,   umeblowanego   jak   biuro.   Spostrzegłszy,   że   Paul 

background image

przygląda   się   temu   wszystkiemu,   Kantela   otrząsnęła   się   z   zaskoczenia,   wyciągnąwszy   rękę 

popchnęła regał na miejsce i zamknęła przejście. Przez chwilę oboje stali i patrzyli na siebie.

- Nie wiedziałam... - odezwała się wreszcie. - Zapomniałam, że teraz pan tu mieszka.

Paul patrzył na nią z zainteresowaniem. Dziewczyna wyraźnie pobladła.

- Myślała pani, że zastanie tu kogoś innego?

- Tak. To znaczy... - zaplątała się - sądziłam, że spotkam tu Jase'a.

Należała   do   osób,   które   nie   potrafią   kłamać.   Czuł   dzielącą   ich,   oprócz   przestrzeni, 

nieufność.

- Ma pani miły głos - stwierdził. - Słuchałem właśnie jednej z pani pieśni...

- Owszem, słyszałam - przerwała mu. - Wolałabym, aby pan tego nie robił, jeśli łaska.

- Doprawdy? - spytał Paul.

- Ma ona dla mnie pewne szczególne znaczenie. Jeśli byłby pan tak uprzejmy...

- Jeśli pani nie chce, oczywiście nie będę jej słuchał - odparł Paul. Postąpił krok ku niej i 

nagle przystanął, widząc, iż dziewczyna cofnęła się odruchowo pod ścianę.

- Jase... - zaczęła - lada chwila będzie tu Jase.

Paul   obserwował   ją,   marszcząc   lekko   brwi.   Był   zaskoczony   i   zdenerwowany,   ale   i 

dziwnie wzruszony. Uczucia takie mógłby wzbudzić w nim ktoś absolutnie bezbronny i nie 

zdający sobie sprawy z tego, iż Paul nie zamierza wyrządzić mu żadnej krzywdy. To również 

było   niezwykłe,   ponieważ   Kantela   nie   sprawiała   wrażenia   osoby   bezbronnej,   przeciwnie, 

wyglądała na kogoś z charakterem. Paul bliski już był zaskoczony i zdenerwowany, ale i dziwnie 

wzruszony. Uczucia takie mógłby wzbudzić w nim ktoś absolutnie bezbronny i nie zdający sobie 

sprawy z tego, iż Paul nie zamierza wyrządzić mu żadnej krzywdy. To również było niezwykłe, 

ponieważ Kantela nie sprawiała wrażenia osoby bezbronnej, przeciwnie, wyglądała na kogoś z 

charakterem.   Paul   bliski   już   był   sformułowania   swych   odczuć   w   postaci   słów,   gdy   szelest 

otwieranych drzwi spowodował, iż oboje zwrócili głowy w tamtą stronę.

Do pokoju wszedł Warren i bezbarwny, znany Paulowi z ekranu telewizyjnego, krótko 

ostrzyżony jegomość, ten sam który wychodził z Kantelą, gdy Paul po raz pierwszy odwiedzał 

Warrena. Obaj ruszyli wprost ku Paulowi i dziewczynie.

background image

Rozdział 7

Nikt  nie  odpowiadał  na  pukanie  do  drzwi -  stwierdził  Warren  zatrzymując  się przed 

Paulem i spoglądając na Kantelę. 

- Nie pukał pan - odparł Paul.

- On ma na myśli moje... moje mieszkanie, to znaczy następne drzwi - wyjaśniła Kantela, 

unikając   wzroku   Paula.   -   Jase,   zapomniałam   o   obecności   tego   pana.   Usłyszałam   muzykę, 

ponieważ zaś wiedziałam, że wyszedłeś, zajrzałam tu ze swego biura.

- Rozumiem - rzekł Warren. Jego szczupła, ciemna, inteligentna twarz zwróciła się ku 

Paulowi. - No cóż, spotkalibyście się i tak. Znacie się? Kantelo, to Paul Formain.  Paul, oto 

Kantela Maki.

- Miło mi panią poznać - rzucił Paul w stronę dziewczyny i uśmiechnął się przyjaźnie. 

Dziewczyna odpowiedziała grymasem, który od biedy można było uznać za uśmiech.

- A to Burton McLeod.

- McCloud? - powtórzył Paul potrząsając dłonią przybysza.

- Pisze się McLeod, wymawia McCloud - wyjaśnił McLeod. Wypowiedział te słowa 

spokojnym,   nieco   ochrypłym   głosem.   Miał   pewny,   mocny   uścisk   dłoni.   Jego   spojrzenie 

przypominało   smutny,   tęskny   i   dziki   wzrok   siedzącego   na   rękawicy   myśliwskiego   sokoła. 

Spotkany   przed   tygodniem   detektyw   hotelowy,   Butler,   wywarł   na   Paulu   wrażenie 

niebezpiecznego   mężczyzny.   McLeod   również   emanował   niebezpieczeństwem,   ale   innego 

rodzaju. Jeśli Butlera można byłoby porównać do sztyletu, ostrego i gładkiego jak igła, to ten 

człowiek przypominał ciężki, dwuręczny miecz renesansowego piechura.

Podczas gdy Paul i McLeod wymieniali uścisk dłoni, Warren i Kantela przez chwilę 

patrzyli sobie w oczy. I nagle Warren szybko odwrócił się od dziewczyny i wyjął z kieszeni 

niewielkie pudełko. Otworzył je tak, by Paul mógł zajrzeć do środka.

Paul zobaczył rząd równo ułożonych białych żelatynowych kapsułek. Warren wyjął jedną 

z nich i podawszy pudełko McLeodowi, zgniótł kapsułkę w palcach i wysypał z niej na dłoń biały 

proszek.

- Proszę skosztować - polecił Paulowi.

Ten zmarszczył brwi.

background image

- To zupełnie nieszkodliwe - zapewnił go Warren. Zanurzył zwilżoną śliną opuszkę palca 

w   proszku   i   podniósł   go   do   ust.   Przez   chwilę   Paul   jeszcze   się   wahał,   potem   poszedł   za 

przykładem Nekromanty. Na języku poczuł słodycz.

- Cukier? - spytał patrząc na Warrena.

- Owszem - Nekromanta oczyścił dłoń nad najbliższą popielniczką. - Ale dla mężczyzny, 

któremu przekaże pan to pudełko, będzie to kokaina. Podkreślam - Warren wbił wzrok w Paula - 

to  będzie  kokaina. Stanie się tak w tej samej chwili, w której pudełka dotkną dłonie odbiorcy. 

Wspominam  o   tym   po   to,  aby  pan   wiedział,   że   z   punktu  widzenia   prawa   nie   popełnia  pan 

żadnego wykroczenia trzymając to pudełko w kieszeni.

- Chce pan, bym je komuś przekazał? - spytał Paul. - Komu?

- Zna pan rozkład pomieszczeń w  hotelu Koh-I-Nor? Chciałbym, aby zaniósł  pan to 

pudełko   do   apartamentu   2309.   Proszę   nie   pytać   o   wskazówki   ani   recepcjonisty,   ani   nikogo 

innego. Odda pan przesyłkę mężczyźnie, którego znajdzie pan wewnątrz. Jeśli napotka pan jakieś 

trudności... - Warren zawahał się i rzucił szybkie spojrzenie na Kantelę. - Nie spodziewam się, 

ale... Na sześćdziesiątym poziomie, w salach bankietowych rozgrywany jest turniej szachowy. 

Proszę tam wjechać i odszukać Kantelę. Ona wyprowadzi pana na zewnątrz.

Przerwał. W pokoju zapadła chwila ciszy.

- Gdyby to była kokaina - odezwał się Paul - nie wziąłbym jej, to chyba jasne.

- Będzie pan niósł cukier - przypomniał mu Warren. Przez jego szczupłą twarz przemknął 

grymas gniewu. - Przemieni się on w narkotyk dopiero wtedy, gdy go pan przekaże. Może pan 

wierzyć lub nie, może pan iść tam lub pozostać ze mną, jak pan woli.

-   Wezmę   to   -   zdecydował   Paul.   Wyciągnął   rękę   i   wziął   pudełko   od   McLeoda.   - 

Dwadzieścia trzy, zero dziewięć?

- Dwadzieścia trzy, zero dziewięć - powtórzył Warren. Wychodząc z pokoju, Paul czuł na 

swoich plecach skupione spojrzenia całej trójki.

Recepcjonista, którego minął przy wejściu do Koh-I-Nor był nowy i nie podniósł nawet 

głowy. Paul wsiadł do windy i pojechał na dwudzieste trzecie piętro.

Znalazł   się   we   wnętrzu   zaprojektowanym   nowocześnie,   w   stylu   przypominającym 

apartamenty dla ważnych gości. Takich, co zarabiają nie mniej niż sto tysięcy rocznie i bez bólu 

mogą   zapłacić   każdy   rachunek.   Paul   ruszył   szerokim   j   korytarzem   rozjaśnionym   światłem 

wpadającym przez dwa wysokie okna na obu końcach i dotarł do drzwi oznaczonych liczbą 2309. 

background image

Napis znajdujący się poniżej numeru powiadamiał, iż jest to wejście służbowe.

Paul   dotknął   drzwi.   Były   otwarte,   a   nawet   lekko   uchylone.   Dotknięte   przez   niego, 

bezgłośnie cofnęły się w głąb. Paul znalazł się w niewielkiej kuchni, należącej do wskazanego 

mu apartamentu.

Z głębi dobiegały odgłosy rozmowy. Zamarł w bezruchu i usłyszał cichy dźwięk wydany 

przez   zamykające   się   za   nim   drzwi.   Jeden   z   rozmówców   przemawiał   zjadliwym   tenorem, 

drżącym ze zdenerwowania. Głos drugiego był głębszy, ponury i mniej wyraźny.

- ...się w garść! - to tenor.

Ponury mruknął coś niezrozumiale.

- Wiesz o tym doskonale! - nacierał tenor. - Nie chcesz, żeby cię wyleczyli, oto w czym 

rzecz.   Namiastki   były   wystarczająco   kłopotliwe.   Jednak   twoje   kombinacje   z   prawdziwymi 

narkotykami narażają na niebezpieczeństwo cały Wydział, o ile nie całą Grupę. Dlaczego nie 

skorzystałeś z urlopu i nie odwiedziłeś psychiatry, kiedy w marcu dałem ci taką możliwość?

Niższy głos mruknął coś o zupie lub czymś o podobnym brzmieniu.

- Nie zawracaj sobie tym głowy! - zdenerwował się tenor. - Ze zmęczenia widzisz już 

duchy za każdymi drzwiami. Elektronika to elektronika, nie mniej, nie więcej. Czy nie sądzisz, że 

gdyby było tam coś więcej, ja wiedziałbym o tym wcześniej?

- Chyba że... - bąknął niższy głos - już wpadłeś.

- Dla twego własnego dobra - tenor ociekał teraz niesmakiem - zobacz się z lekarzem. 

Załatw sobie zwolnienie. Przez kilka najbliższych dni zostawię wasz Wydział w spokoju. Da ci 

to czas potrzebny na załatwienie miejsca w szpitalu, gdzie masz prawo odmawiać odpowiedzi na 

Pytania. Tak sprawy stoją w chwili obecnej. Wybór należy do ciebie - rozległ się dźwięk kroków 

zmierzających ku drzwiom, potem Paul usłyszał trzask mechanizmu zamka. - Cztery dni. Ani 

godziny dłużej!

Paul poczuł nagle przeszywający go chłodny dreszcz podejrzenia. Odwrócił się szybko i 

wyszedł na korytarz przez te same drzwi, którymi wszedł. Dwa metry dalej, w ścianie znajdowała 

się   płytka   nisza.   Paul   ukrył   się   w   niej,   cofnął   w   cień   i   spojrzał   w   stronę   głównych   drzwi 

wejściowych do apartamentu 2309.

Wyszedł z nich niewysoki, trzymający się prosto mężczyzna o rzadkich, siwych włosach, 

który ruszył ku windom znajdującym się w drugim końcu korytarza. Kiedy odwracał się, jego 

jastrzębi profil mignął na tle błękitnej poświaty padającej przez okno i Paul poznał go. Gdy 

background image

słuchał rozmowy, jeden z głosów, tenor, brzmiał znajomo i Paul pomyślał, że może to być głos 

tego detektywa, Butlera. Teraz jednak zrozumiał, dlaczego wydawało mu się, iż poznaje ten głos.

Człowiekiem   stojącym   przy   windzie   był   Kirk   Tyne,   Inżynier   Naczelny   Kompleksu 

Światowego.   Pełnił   funkcję   szefa   zespołu   obliczeniowego,   który   koordynował   działania 

sprzężonych Kompleksów składających się z urządzeń technicznych, umożliwiających życie na 

planecie. On i jego Grupa Inżynierów posiadali największą władzę na świecie, ponieważ decyzje 

podejmowane przez komputery musiały być ostatecznie sprawdzane i zatwierdzane przez ludzi. 

Tyne wyciągał rękę, by otworzyć drzwi windy.

Zaledwie   zdążył   ich   dotknąć,   większą   część   padającego   z   okna   blasku   przysłoniły 

szerokie bary wysokiego mężczyzny, który wyszedł z sąsiedniej kabiny.

- Proszę, proszę... Kirk - rzekł wysoki. - Nie spodziewałem się, że cię tu zastanę.

W uszach podsłuchującego Paula, głos ten zabrzmiał jak echo, pod sklepieniem rozległej, 

głębokiej pieczary, w której ktoś uderzył w gong. Był to głos Waltera Blunta. Paul ryzykując 

odkrycie   wysunął   całą   głowę   ze   swej   kryjówki,   aby   lepiej   przyjrzeć   się   przywódcy   Gildii 

Orędowników. Blunt stał jednak zwrócony tak, że jego twarz była skryta w cieniu.

- Och, to pomyłka - odparł Tyne, szybko i bez zająknienia. - Jadę na górę, na ten turniej 

szachowy. A ty co tu robisz, Walt?

- Jakże to? - Blunt wsparł się na swej grubej lasce, a w jego głosie pojawiły się nutki 

rozbawienia. - Zobaczyłem ciebie i wysiadłem, żeby się z tobą przywitać. Zjeżdżałem do hallu, 

by kogoś spotkać. Nieźle wyglądasz, Kirk - odstawił laskę, opierając ją o ścianę i podał Tyne'owi 

dłoń. Tyne uścisnął rękę Blunta.

-   Dziękuję,   Walterze   -   odparł.   I   dodał   nie   bez   kpiny   w   głosie:   -   Myślę,   że   jeszcze 

pożyjemy, co?

- No cóż, chyba nie, Kirk - odparł Blunt. - Narzędzia Armageddonu zabrały się już do 

dzieła. Kiedy dojdzie do konfliktu, zamierzam znaleźć się wśród tych, co przetrwają, nie sądzę 

jednak, aby tobie się to udało.

Tyne potrząsnął głową.

- Walt, zdumiewasz mnie - powiedział. - Wiesz doskonale, iż jestem jedyną osobą, która 

wie   wszystko   o   twojej   sekcie,   włącznie   z   faktem,   że   naprawdę   jest   was   nie   więcej   niż 

sześćdziesiąt tysięcy, rozrzuconych po całym globie. A jednak mówisz mi w oczy, iż zamierzacie 

przejąć władzę nad światem. I co z nim zrobicie, gdy już będziecie go mieli? Nie dacie rady 

background image

kierować nim, bez uciekania się do usług tego samego zespołu kompleksów technologicznych, o 

którym powiadacie, że chcecie go zniszczyć.

- No cóż - odparł Blunt. - Istnieje wiele wersji naszego świata, Kirk. Ty znasz jedną, tę z 

tymi twoimi kompleksami zaopatrzeniowymi. To świat funkcjonujący jak zegarek. Szkoda tylko, 

że nie przestaje rozwijać się i komplikować. Oprócz niego istnieje też świat fanatyków, ludzi, 

którzy   zajmują   się   niebezpiecznymi   sportami,   wyznają   szalone   religie,   a   także   świat 

maszerujących społeczności. Dalej masz tajemniczy, mglisty świat spirytystów, świat pionierów 

odrzucających tradycję, artystów i naukowców. Istnieje i świat tych, dla których dawne obyczaje 

i   przeszłość   są   jedynymi   trwałymi   wartościami   życia.   Jest   nawet   świat   psychotyków   i 

neurotyków.

- Przemawiasz tak, jakby tamte inne... odchylenia posiadały równie istotne wartości, jak 

normalne i cywilizowane społeczeństwo.

- Ależ posiadają, Kirk, posiadają - odparł Blunt, górujący wzrostem nad niewysokim 

rozmówcą. - Zapytaj o to członka któregokolwiek z nich. Nie patrz tak na mnie, człowieku. To 

jest twój świat, świat, który tacy jak ty zapoczątkowali rewolucją przemysłową, czterysta lat 

temu. Ale aby wyrazić się prostacko, jeśli żyjemy w raju, to dlaczego nadal miewamy bóle 

brzucha?

- Miewamy bóle brzucha - odciął się Tyne, robiąc ruch w stronę windy - ale mamy i 

doktorów, którzy je leczą. Co nie zawsze sprawdzało się w przeszłości. Jeśli zechciałbyś mi 

wybaczyć, Walt, to przejadę się do góry, na turniej. Też tam jedziesz?

- Nie tracąc ani chwili - odparł Blunt.

Tyne stanął jedną nogą na dysku unoszącym się w rurze obok niego. Dysk zatrzymał się.

- Jak się czuje pani Tyne? - spytał Blunt.

- Świetnie - oznajmił Tyne. Wstąpił na dysk drugą nogą i uniesiony w górę zniknął 

Paulowi z oczu.

Blunt  również   odwrócił   się   i   wkroczywszy   w   otwarte   drzwi   windy,   wszedł   na   dysk 

zjeżdżający w dół i również zniknął.

Paul wyszedł z ukrycia. Laska Blunta nadal stała pod ścianą, tam gdzie odstawił ją Wielki 

Mistrz, zanim uścisnął dłoń Tyne'a. Paul przypomniał sobie sposób, w jaki Blunt odwracał się od 

jego niszy i nagle zdał sobie sprawę z faktu, że nigdy dotąd nie miał okazji spojrzeć przywódcy 

Gildii Orędowników prosto w twarz. Dotychczas była to jedynie drobnostka, błąkająca się gdzieś 

background image

po zakamarkach l umysłu. Teraz pragnienie spotkania z Bluntem stanęło w centrum uwagi Paula.

Nagle też zdał sobie sprawę z czegoś, co do tej pory przyjmował jako rzecz naturalną. 

Gdy kogoś spotykał, automatycznie dowiadywał się o nim wielu rzeczy dzięki swemu darowi 

wewnętrznego postrzegania. Blunt zaś był dla niego zagadką. I to zagadką, która odgrywała 

coraz większą rolę w życiu Paula. Zarówno w przypadku Blunta, jak i samej Gildii, wiele spraw 

nie było najwyraźniej takimi, jakimi wydawały się na pozór. Paul podszedł do wind i podniósł 

zgubę. Blunt nie będzie mógł uniknąć spotkania z człowiekiem, który odda mu jego laskę.

Wrócił do apartamentu 2309, tym razem kierując się ku głównemu wejściu, temu, przez 

które wyszedł Tyne. Wdusił przycisk na drzwiach, a te ustąpiły przed naciskiem dłoni Paula. 

Wszedł i znalazł się w bawialni apartamentu, przed tym samym człowiekiem, którego widział 

naćpanego i pod nadzorem Butlera wtedy, gdy wyprowadzał się z hotelu.

Dźwięk zamykających się drzwi spowodował, iż ów człowiek uniósł głowę. Aż do tej 

bowiem chwili był on głęboko pochylony i wdychał coś z małej bibułki. Słysząc szczęk zamka, 

poderwał   się   gwałtownym   ruchem.   Na   widok   wchodzącego   zaczął   cofać   się   w   głąb 

pomieszczenia powłócząc nogami i bełkocząc coś, jak człowiek skrajnie przerażony, któremu 

strach całkowicie odebrał zdolność logicznego rozumowania. Zatrzymał się dopiero pod wyso­

kim, szerokim oknem.

Stał tam jak schwytane w pułapkę zwierzę, gapiąc się na Paula, mrugając oczami, drżąc i 

tak mocno wtulając się w szybę, jakby chciał przepchnąć się przez nią ku dzielącym go od ziemi 

dwudziestu trzem piętrom swobodnego spadania.

Paul wyczuł to. Niczym potężny przy bój oceanu, ogarnęła go fala strachu i odrazy, bijąca 

od tego człowieka. Zatrzymał się na chwilę porażony wstrętem. Nigdy nie Podejrzewał, iż istota 

myśląca może doprowadzić się do takiego stanu.

Nieznajomy wbił wzrok w Paula. Niedługo to trwało. Za moment jego oczy zaszły łzami i 

pociągał też nosem. Najwyraźniej nie mógł nad tym zapanować. Twarz mieszkańca apartamentu 

była teraz szara i napięta. W jego umyśle toczyła się jakaś walka. Coś mocno pokiereszowanego 

usiłowało dojść do głosu.

- Już dobrze - powiedział Paul. - Wszystko w porządku... - podchodził do nieznajomego 

powoli i łagodnie, wetknąwszy laskę Blunta pod prawą pachę, a pudełko z kapsułkami trzymając 

w wyciągniętej dłoni. - Proszę... Właśnie przyniosłem panu te...

Nieznajomy nadal wytrzeszczał oczy na Paula i spazmatycznie wdychał powietrze nosem. 

background image

Paul, który znalazł się od niego w odległości wyciągniętego ramienia, położył pudełko na stole. 

Potem   tknięty   nową   myślą,   otworzył   pudełko   i   dwoma   palcami   wyjął   zeń   jedną   z   białych 

kapsułek.

- Widzi pan? - spytał. - O, proszę... - podał ją nieznajomemu, tamten jednak, czy to 

sięgając po nią zbyt gorączkowo, czy też pragnąc ją odepchnąć od siebie, wytrącił pigułkę z 

palców Paula. Paul odruchowo schylił się by ją podnieść.

Był   jeszcze   pochylony,   gdy   rozdzwonił   się   jego   wewnętrzny   sygnał   alarmowy. 

Wyprostował się szybko, tylko po to, by spojrzeć wprost w lufę niewielkiego czarnego pistoletu, 

tkwiącego w rozdygotanej dłoni ćpuna. Koniec lufy i chwiał się niepewnie.

- Ejże - powiedział Paul. - Spokojnie... Wydawało się, że tamten nawet go nie słyszy. 

Narkoman; zrobił krok do przodu. Paul cofnął się machinalnie.

- Przysłało cię - wychrypiał nieznajomy. - Przysłało j cię...

- Nic mnie nie przysłało - zaprotestował Paul. -   Przyszedłem tu, by przynieść panu to 

pudełko. O, proszę - wskazał na stół.

Tamten nawet nie spojrzał w tę stronę. Idąc w głąb pokoju, zaczai okrążać Paula, cały 

czas nie spuszczając zeń wzroku i muszki broni.

- Zabiję cię - powiedział. - Myślisz, że tego nie zrobię, a jednak cię zabiję.

- Za co? - spytał Paul. Pomyślał, że to pytanie powinno wytrącić ćpuna z transu, tamten 

jednak zdawał się niczego nie słyszeć.

-   Przysłało   cię,   żebyś   mnie   zabił   -   mówił.   -   Samo   zabić   nie   może.   Tak   zostało 

skonstruowane, że nie może. Ale potrafi tak ustawić okoliczności, że brudna robota i tak zostanie 

wykonana.

- Nie zamierzam pana skrzywdzić - zapewnił Paul.

- Nie ma sensu przeczyć - odparł narkoman.

Paul wyczuł, iż tamten zbiera resztki pozostałej mu jeszcze siły woli, by pociągnąć za 

spust. Zaczął się nawet prostować, a w oczach błysnęło mu coś na kształt dumy.

-   Widzisz,   ja   rozumiem.   Wiem   o   nim   wszystko.   Nieznajomy   stał   teraz   dokładnie 

pomiędzy Paulem a wyjściem, o krok, poza zasięgiem ręki. Paul wykonał ruch w jego stronę i 

wylot lufy natychmiast uniósł się wyżej.

- Nie, nie! - uprzedził mężczyzna. - Nie!

Paul zatrzymał się. Nagle uświadomił sobie, że pod pachą nadal trzyma twardą i gładką 

background image

laskę Blunta. Miała ponad metr długości. Rozluźnił uścisk, tak by laska zaczęła osuwać się w 

jego dłoń.

- Jeszcze chwilę - odezwał się tamten. - Jeden moment... To sądziło, że znajdziesz mnie tu 

samego. Nie wiedziało, że mam broń. Nie ma mowy, by się dowiedziało, że ją ukradłem. Brak 

zapisków... co robisz!

Ostatnie   słowa   zostały   wywrzeszczane.   Nieznajomy   spostrzegł   osuwający   się   w   dłoń 

Paula koniec laski. Lufa broni nagle skoczyła do przodu. Paul rzucił się w bok i przed siebie. Na 

to, by wytrącić laska broń, tak jak to planował, nie miał już czasu. Zobaczył, jak tamten odwraca 

się, by wziąć go na muszkę. Prawie mu się udało.

- A masz! - wrzasnął narkoman. Laska w dłoni Paula sama pomknęła w górę i dół. 

Poczuł, że trafiła w coś twardego. Nieznajomy runął w bok.

Przewrócił się jeszcze na plecy i znieruchomiał na dywanie. Pistolet wypadł mu z dłoni. 

Leżał tak i wbijał w sufit oskarżycielskie i przerażone zarazem spojrzenie.

Trzymając laskę w dłoni Paul postąpił krok do przodu. Spojrzał z góry na przeciwnika. 

Ten leżał bez ruchu. Jego pokryte siecią krwawych żyłek oczy nie skupiały się już na Paulu, 

który   uniósł   nieco   trzymaną   w   dłoni   laskę   i   uważnie   ją   obejrzał.   Ciemne   drewno   było 

wgniecione, ale nie złamane. Ponownie spojrzał na rozciągniętego na ziemi mężczyznę i bardzo 

powoli opuścił rękę i laskę.

Spomiędzy   rzadkich   włosów   pokrywających   ciemię   nieznajomego   zaczęła   wypływać 

krew.   Paul   poczuł   pustkę   w   duszy,   jakby   nagle   zaczerpnął   potężny   haust   nicości.   Pęknięta 

czaszka nieboszczyka wyglądała, jak rozłupana ciosem miecza.

background image

Rozdział 8

Ten   człowiek   nie   żyje,   pomyślał   Paul.   Znów   zaczerpnął   głęboko   tchu.   Poczucie 

wewnętrznej pustki jednak nie ustąpiło. Dlaczego nie czuję nic więcej?

Niegdyś mógłby oczekiwać odpowiedzi od tej niepokonanej cząstki swej osobowości, 

która kryła się głęboko w zakamarkach umysłu. Ale wraz z podjęciem tamtej decyzji w gabinecie 

psychiatry owa część osobowości niepostrzeżenie rozpłynęła się pośród reszty jego świadomości. 

Potrafił jednak wyobrazić sobie jej widmowy szept odpowiadający na jego pytanie.

Śmierć, brzmiałaby odpowiedź, jest również tylko czynnikiem.

W dłoni nadal trzymał laskę. Rozluźnił uścisk i na dywan upadł niewielki przedmiot. Paul 

pochylił się i podniósł go. Była to kapsułka, którą chciał podać martwemu teraz człowiekowi. 

Została ona zgnieciona i spłaszczona pomiędzy dłonią a laską. Wetknął kapsułkę do kieszeni, 

odwrócił się i wyszedł z pomieszczenia.

Zamknął za sobą drzwi i był już w połowie drogi do wind, z których przedtem skorzystali 

Tyne i Blunt, kiedy jego umysł znów zaczai funkcjonować normalnie. I wtedy stanął jak wryty.

Dlaczego   mam   uciekać?   -   zapytał   sam   siebie.   Działał   przecież   w   samoobronie, 

zaatakowany ni mniej, ni więcej, tylko przez wymachującego bronią szaleńca. Pod wpływem tej 

myśli wrócił do apartamentu 2309 i sięgnął po telefon, by wezwać policję hotelową.

Biuro ochrony odpowiedziało na wezwanie nie rozjaśniając ekranu wizyjnego. Z szarej 

pustki przemówił do Paula bezcielesny głos.

- Słucham, kto mówi?

- Apartament 2309. Nie należę do gości hotelowych. Chciałbym złożyć doniesienie o...

- Proszę zaczekać.

Nastąpiła chwila ciszy. Ekran dalej pozostawał szary. Potem rozjaśnił się nagle i Paul 

spojrzał na szczupłą, nie wyrażającą żadnych uczuć twarz Jamesa Butlera.

- Panie Formain - odezwał się Butler. - Dwadzieścia osiem minut temu poinformowano 

mnie, że wszedł pan na teren hotelu wejściem od placu.

- Przyniosłem coś dla...

-   Tak   przypuszczaliśmy   -   przerwał   Butler.   -   Do   naszych   zwykłych   praktyk   należy 

śledzenie kamerami ludzi, którzy nie są gośćmi hotelu, o ile o ich wizycie nie zawiadomiono nas 

background image

wcześniej. Czy mieszkaniec apartamentu 2309 jest teraz z panem, panie Formain?

- Owszem - odparł Paul. - Obawiam się jednak, iż miał tu miejsce pewien wypadek.

- Wypadek? - Wyraz twarzy Butlera i brzmienie jego głosu pozostały bez zmian.

- Człowiek, którego tu spotkałem groził mi bronią. - Paul zawahał się, po czym oznajmił: 

- On nie żyje.

- Nie żyje? - spytał Butler. Na chwilę w jego oczach zabłysło zainteresowanie. - Panie 

Formain, musiał pan paść ofiarą pomyłki, przynajmniej jeśli idzie o tę broń. Posiadamy dokładne 

informacje o mieszkańcu apartamentu 2309. Nie miał przy sobie żadnej broni.

- No tak. Powiedział mi, że ją ukradł.

- Panie Formain, nie zamierzam się z panem spierać. Muszę jednak powiadomić pana, że 

zgodnie z przepisami policyjnymi rozmowa ta jest zapisywana i zapisu tego nie można wymazać.

- Zapisywana? - zaskoczony Paul wytrzeszczył oczy na ekran.

-   Nie   inaczej,   panie   Formain.   Widzi   pan,   tak   się   składa,   iż   wiemy,   że   mieszkaniec 

apartamentu 2309 nie miał żadnej szansy na popełnienie kradzieży broni. Znajdował się pod 

ścisłym nadzorem naszych pracowników.

- To znaczy, że się wam wyniknął!

- Obawiam się, że i to jest niemożliwe. Do apartamentu, w którym pan się teraz znajduje, 

broń mogła przeniknąć tylko w jeden sposób. Pan musiał ją przynieść ze sobą!

- Wolnego - Paul pochylił się ku ekranowi. - Kirk Tyne, Inżynier Naczelny Kompleksu 

Światowego, był tu przede mną.

- Pan Tyne - stwierdził Butler - opuścił mieszkanie w North Tower o 14.09 i korzystając z 

windy o 14.10 pojawił się na poziomie sześćdziesiątym, na turnieju szachowym. Kamery na 

korytarzach przekazały, że podczas ostatnich sześciu godzin do apartamentu 2309 nie wchodził 

nikt, prócz pana. Wynika z tego...

Butler na ułamek sekundy uciekł spojrzeniem w bok i to uświadomiło Paulowi bliskość 

pułapki,   która   już   się   zatrzaskiwała.   Detektyw   hotelowy   był   nie   byle   jakim   hipnotyzerem. 

Monotonia jego głosu i twarz nie wyrażająca żadnych uczuć sprowadzały problem zabójstwa do 

kategorii nudnych historyjek o zagubionych kluczach lub odesłanych pod niewłaściwy adres 

bagażach. Byłoby to niezwykle skuteczne przeciwko każdemu, kto nie dysponował wrodzoną 

odpornością Paula.

Nie tracąc czasu nawet na wyłączenie telefonu, Paul pozwolił, by inicjatywę przejęły jego 

background image

odruchy.   Był   w   drzwiach   i   wypadał   na   korytarz,   zanim   Butler   zdążył   przerwać   mowę.   Na 

zewnątrz nie zastał nikogo.

Minął windy i szybko przebiegł korytarzem do wyjścia ewakuacyjnego. Otworzył je i 

znalazł się w betonowym szybie klatki schodowej. Stał na niewielkim podeście. Z jednej strony 

schody ciągnęły się w górę, po drugiej opadały w dół. Obok pierwszego stopnia wiodącego w dół 

dostrzegł wsunięte w ścianę dodatkowe drzwi przeciwpożarowe.

Pomknął schodami w dół. Poruszał się cicho, na klatce schodowej panowała jednak taka 

cisza, jakby przed wiekami zapieczętowano ją na głucho. Paul przebiegł cztery piętra i jak dotąd 

nic nie wskazywało na jakiekolwiek zagrożenie. Ale gdy dotarł do podestu znajdującego się pięć 

pięter niżej, dalszą drogę w dół zamknęły mu wysunięte ze ściany drzwi.

Po krótkim namyśle odwrócił się i wyszedł na korytarz osiemnastego piętra.

- Panie Formain - odezwał się uprzejmy głos tuż przy jego uchu. - Czy nie zechciałby pan 

pójść za mną...

Agent ochrony, sądząc po głosie jakiś młodzik, stał plecami do ściany po drugiej stronie 

drzwi i czekał, aż Paul wyjdzie. Gdy tylko się pokazał, agent powiedział swoją kwestię i zrobił 

krok do przodu, aby go pochwycić. Paul poczuł, że lewa dłoń przeciwnika wprawnie wyszukuje 

sploty nerwowe tuż nad jego łokciem, prawa zaś sięga po kciuk, by wyłamać go ku nadgarstkowi 

w dyskretnym chwycie zwanym przez policjantów „chodź bratku”.

Szukające swych celów palce agenta chybiły, ale nie z jego winy. Były dwie przeszkody, 

których ochroniarz nie mógł oczekiwać. Po pierwsze, kciuk i palec środkowy lewej dłoni agenta 

trafiły na osłaniającą nerw potężną muskulaturę nad łokciem Paula. Drugi powód był taki, że 

Paul   nie   obmyśliwał   swoich   działań.   Nagłe   zagrożenie   sprawiło,   iż   reakcję   pozostawił   tej 

niepokonanej części swego umysłu, która już wcześniej uzurpowała sobie wyłączność do jego 

prawego   ramienia.   Dlatego   też,   gdy   agent   sięgnął   po   Paula,   by   wziąć   go   jak   chłystka,   ten 

przystąpił już do działania.

Czując dotknięcie przeciwnika, błyskawicznie przesunął się odrobinę w prawo i z całej 

siły uderzył łokciem w tył.

Ruch   ten   wykonany   został   z   szybkością   i   precyzją,   które   poraziłyby   zawodowego 

zapaśnika. Taki cios musiał być śmiertelny. Koniec łokcia poruszając się z dołu w górę wystrzelił 

z   potworną   siłą   prosto   w   nie   chronione   miejsce,   znajdujące   się   tuż   poniżej   mostka.   Gdyby 

dosięgnął celu, rozdarłby płuca, zmiażdżył arterie i zgniótł serce. Jedynym powodem, dla którego 

background image

tak się nie stało, było to, że w ostatnim ułamku sekundy Paul pojął, jaki będzie efekt tego ciosu, i 

udało mu się zmienić nieco jego kierunek.

Mimo wszystko, uderzenie uniosło agenta w powietrze i rzuciło nim o ścianę korytarza, 

od której odbił się i runął na dywan. Pozostał na podłodze w pozycji embriona z zamkniętymi 

oczami   i   drgającymi   konwulsyjnie   nogami.   Zmiana   kierunku   uderzenia   nie   uchroniła   go   od 

połamania żeber.

Paul miał wrażenie, jakby on też oberwał.

Poczuł się tak, jakby zadany przez niego cios trafił weń z tą samą siłą. Całym jego ciałem 

wstrząsnęła fala bólu. Chwiejąc się na nogach, oszołomiony, skulony i na wpół ślepy, ruszył 

korytarzem walcząc z ogarniającymi go mdłościami. Uparcie szedł jednak przed siebie i w końcu 

zdołał zapanować nad swoim ciałem. Szukał i znalazł w sobie siły niezbędne do odzyskania 

samokontroli i stało się to tak, jakby wdusił jakiś przełącznik. Szok minął momentalnie i mógł się 

wyprostować.

Znalazł się teraz na końcu korytarza, przy ocienionych zasłonami oknach. Nie opodal 

były   rury   wind   -   jedyna   droga   ucieczki.   Przypomniał   sobie,   że   w   razie   kłopotów   miał   na 

sześćdziesiątym piętrze odszukać Kantelę i stanął na dysku wiszącym w rurze prowadzącej do 

góry.

Dysk uniósł go szybko. Znajdujące się nad głową Paula dno następnego dysku zamykało 

go jak w niewielkiej puszce. Przez jakiś czas mógł się czuć bezpiecznie. Przez przezroczyste 

ściany   windy   widział   kolejne   piętra.   Żaden   z   przypadkowych   przechodniów   na   mijanych 

korytarzach, nie zwrócił na niego szczególnej uwagi.

Założył, że jeśli agenci ochrony mieliby gdzieś czekać, to zaczailiby się w ogrodzie na 

dachu   hotelu,   gdzie   znajdowało   się   małe   lądowisko   dla   helikopterów.   Jednak   dach   leżał 

trzydzieści pięter wyżej niż to, na które wybierał się Paul.

Mijając piętro pięćdziesiąte ósme, przeszedł na skraj dysku i gdy podjechał do poziomu 

sześćdziesiątego, wyszedł na zewnątrz.

Prawie natychmiast wpadł w tłum ludzi, którzy przechadzali się tu i tam lub zbierali się w 

niewielkie, zajęte rozmowami grupy. Przecisnął się między nimi i wszedł do pierwszej z brzegu 

sali   bankietowej.   Wewnątrz   stały   stoliki,   na   których   rozgrywano   partie   szachowe.   Wokół 

niektórych graczy zgromadziły się niewielkie grupki kibiców. Nigdzie nie dostrzegł Kanteli. 

Wyszedł stąd i ruszył dalej.

background image

Znalazł   dziewczynę   dopiero   w   trzeciej   sali.   Stała   pośród   paru   innych   osób,   które 

obserwowały rozgrywaną partię. Za Kantelą znajdowały się oszklone drzwi, prowadzące na taras 

lub balkon. Przed nią, w fotelu, siedział Blunt. Paul poczuł nagły przypływ ekscytacji. Zajęty 

obserwacją sytuacji na szachownicy Wielki Mistrz pochylał się właśnie do przodu, a Kantelą 

położyła dłoń na jego szerokim ramieniu.

Paul znalazł się oto w obliczu szansy wcześniejszego, niż się spodziewał, spotkania z 

Bluntem. Ruszył w stronę stolika, na który patrzyli Blunt i Kantelą, i wtem przystanął.

Stwierdził, że nie ma przy sobie laski Blunta.

Stał nieruchomo przez kilka sekund. Świadomość tego faktu wyparła z umysłu Paula 

szmer rozmów i obecność innych. Dłoń miał pustą. Nie pamiętał jednak, by odkładał łaskę lub ją 

rzucał na ziemię. Odgadł, iż musiał ją upuścić w chwili częściowej utraty panowania nad sobą, 

która była reakcją jego psychiki na powalenie agenta ochrony. Jeśli rzeczywiście tak się stało, 

Blunt będzie musiał złożyć wyjaśnienia na policji, choć możliwe, że do tego nie dojdzie. Być 

może, że tak jak i w przypadku wizyty Tyne'a w pokoju 2309, ochrona hotelu zatuszuje sprawę.

Tak czy owak, Paul postanowił porozmawiać z przywódcą Gildii Orędowników właśnie 

teraz.

Niestety,   już   się   spóźnił.   Dostrzegł,   iż   patrzy   nań   Kantelą.   Z   twarzą   nienaturalnie 

obojętną, nieznacznym skinieniem głowy wskazała mu oszklone drzwi za sobą. Przez ułamek 

sekundy Paul wahał się, czy usłuchać, potem jednak postąpił zgodnie z niemym poleceniem.

Minął stolik i wyszedł na zewnątrz. Tak jak się spodziewał, trafił na długi i wąski taras, 

otoczony   wysokim   do   pasa   parapetem   z   rzeźbionego   marmuru.   W   dali   widać   było   dachy 

niższych,   otaczających   hotel   budynków   oraz   odległe   poziomy   Kompleksu   Chicago.   Było 

bezchmurne   popołudnie   i   na   białych   powierzchniach   rozstawionych   na   balkonie   okrągłych 

stolików oraz ażurowych krzeseł, igrały wesoło promienie słońca. Paul podszedł do parapetu i 

spojrzał w dół.

Zobaczył   ścianę   Północnej  Wieży   hotelu  Koh-I-Nor  opadającą  pionowo   ku  leżącemu 

sześćdziesiąt pięter niżej poziomowi komunikacyjnemu. Szachownica ciemnych okien i jasnych 

płyt okładziny zewnętrznej zwężała się w dół zgodnie z prawami perspektywy. Wprost pod sobą 

Paul ujrzał plac przed głównym wejściem, który z tej wysokości wydawał się nie większy od 

znaczka   pocztowego.   Po   drugiej   stronie   placu,   w   odległości   dwustu   metrów   znajdował   się 

znacznie niższy od hotelu biurowiec. Na dachu tego budynku stał helikopter. W lustrzanych 

background image

ścianach biurowca przeglądało się intensywnie błękitne niebo.

Paul odwrócił się od parapetu. Na blacie najbliższego, białego stolika ujrzał jaskrawo 

ilustrowany magazyn typu „przeczytaj i wyrzuć” zostawiony tu przez jakiegoś gościa. Lekki 

wietrzyk bawił się kartkami pisma. Paul rzucił okiem na barwne tytuły artykułów. Jeden z nich 

przykuł uwagę zbiega.

CZY GANDHI MIAŁ RACJĘ?

Niżej zaś, mniejszymi literami: „Psychozy przeludnionych miast”

Paul zauważył z zainteresowaniem, że autorką artykułu była dr Elizabeth Williams, z 

którą zetknął się przed tygodniem.

Sięgnął po magazyn, by przejrzeć ten artykuł.

- Formain! - usłyszał. Podniósł wzrok znad magazynu i odwrócił się.

W odległości pięciu kroków, oparty jedną dłonią o uchylone skrzydło oszklonych drzwi, 

stał Butler. Drugą dłoń niewysoki agent wetknął w  kieszeń swej workowatej marynarki. Na 

twarzy miał wyraz zawodowej uprzejmości.

- Formain, lepiej będzie, jeśli pójdziesz ze mną bez żadnych awantur - stwierdził.

Paul upuścił magazyn. Palce jego jedynej dłoni odruchowo zwinęły się w pięść. Niby 

przypadkiem, zrobił krok w stronę Butlera.

- Zatrzymaj się! - ostrzegł go Butler. Wyjął dłoń z kieszeni ukazując trzymany w niej 

rewolwer. Paul przystanął.

- Bez wygłupów - odezwał się Paul.

Na twarzy detektywa błysnęło coś, co przy odrobinie dobrej woli można było wziąć za 

uśmiech.

- Myślę, że to moja kwestia - rzekł Butler. - Bez wygłupów, Formain. Podejdź spokojnie.

Paul zmierzył wzrokiem dzielącą ich odległość. Pierwszym jego odruchem, tak jak wtedy, 

gdy spotkał tamtego ochroniarza na korytarzu, było natychmiastowe działanie. Powstrzymał się 

jednak. Teraz jedna część jego osobowości krytycznie obserwowała poczynania drugiej. Spojrzał 

na Butlera i spróbował zawęzić swe psychiczne pole widzenia. Usiłował ujrzeć tamtego jako 

jednostkę ograniczoną siłami, które wiążą ją z jej środowiskiem, czyniąc ją tak niebezpieczną.

Każdego można zrozumieć, powiedział sobie Paul. Każdego, bez wyjątku.

background image

Paul   wytężył   wzrok   i   w   ciągu   ułamka   sekundy   na   siatkówce   jego   oczu   pojawił   się 

rozmyty, jakby oglądany przez dno butelki wizerunek Butlera. Obraz szybko nabrał ostrości.

- Nie zamierzam się wygłupiać - stwierdził Paul. Usiadł przy stoliku, obok którego się 

zatrzymał. - Nigdzie też z panem nie pójdę.

- Pójdziesz - odparł Butler. Nadal trzymał wymierzoną w Paula broń.

- Nie - zaprzeczył Paul. - Jeśli mnie pan ruszy, zeznam na policji, że dostarczał pan 

narkotyków człowiekowi z apartamentu 2309. Powiem im, że sam pan używał narkotyków.

Butler westchnął ze znużeniem.

- Formain, daj temu spokój i chodźmy.

- Nigdzie nie idę - ponownie sprzeciwił się Paul. - Aby mnie stąd ruszyć, będzie pan 

musiał użyć broni. Jeśli mnie pan zabije, spowoduje to śledztwo, którego wolałby pan uniknąć. 

Jeżeli zaś nie uda się panu zabić mnie na miejscu, spełnię swoją groźbę.

Na balkonie zapadła cisza. Słychać było tylko szelest kartek magazynu przewracanych 

tchnieniami wiatru.

- Nie jestem narkomanem - odezwał się Butler.

- Teraz nie - stwierdził Paul. - Był pan nim jednak, dopóki pewien rodzaj fanatyzmu i 

szczególnego zaślepienia nie dały panu siły, potrzebnej do wyzwolenia się z nałogu. Obawia się 

pan nie tyle samego ujawnienia tej tajemnicy, co raczej ryzyka, że śledztwo w tej sprawie odetnie 

pana od źródła pańskiej siły. Jeśli zeznam to na policji, będą musieli rzecz sprawdzić. Tak więc 

pozwoli mi pan spokojnie odejść.

Butler zmierzył Paula wzrokiem. Z jego twarzy nadal nie można było niczego wyczytać, 

jednak   trzymana   przez   niego   broń   drgnęła   raptownie,   gdy   ręką   detektywa   wstrząsnął   nagły 

dreszcz. Szybko schował rewolwer do kieszeni marynarki.

- Kto ci powiedział? - zapytał.

- Pan sam - odparł Paul. - Jeśli wziąć pod uwagę to, jakim jest pan człowiekiem, reszty 

łatwo się domyślić.

Butler patrzył nań jeszcze przez chwilę, potem odwrócił się w stronę oszklonych drzwi.

- Któregoś dna zmuszę cię, abyś zdradził mi, kto ci powiedział - rzucił na odchodne i 

wrócił do sali, w której toczyli boje szachiści.

Zaledwie za detektywem zamknęły się jedne drzwi, natychmiast otworzyły się sąsiednie i 

weszła przez nie Kantela, starannie je za sobą domykając. Jej twarz o delikatnych rysach była 

background image

blada. Zaciskając wargi podeszła szybko do Paula. Miała na sobie doskonale dobrany, błękitny 

żakiet o prostym kroju, a przez jedno ramię przerzuciła skórzaną szelkę ciężkiej, podręcznej 

torby.

- Jak pan zdołał... nie, proszę nic nie mówić - powiedziała podchodząc do Paula. - Nie ma 

czasu. W salach bankietowych myszkuje kilkunastu agentów. Proszę...

Położyła torbę na jednym ze stolików i przycisnęła ją w kilku miejscach. Torba rozkwitła, 

jak otwierające się w zwolnionym tempie magiczne pudełko, z którego wyskakuje diabełek. Po 

chwili zamiast torby na stoliku leżał jednoosobowy spadokopter, używany przez załogi samolo­

tów i strażaków w sytuacjach awaryjnych. Dziewczyna rozpięła pasy, które miały umocować 

aparat na plecach, po czym pomogła Paulowi włożyć go na siebie.

-   Będzie   pan   bezpieczny,   o   ile   nie   spostrzegą   pana   policjanci   z   kontroli   ruchu   - 

powiedziała Kantela, zaciskając pasy. - Proszę lecieć na dach przeciwległego budynku.

Nagły   łoskot   i   szczęk   sprawiły,   że   oboje   odwrócili   się   gwałtownie.   Silnie   pchnięte 

skrzydło szklanych drzwi uderzyło o stolik, rozbijając się w drobny mak. Na taras wkroczyli 

dwaj agenci, którzy natychmiast sięgnęli po broń.

Paul   bez   namysłu   chwycił   stojący   obok   stolik   i   cisnął   nim   w   pędzących   na   niego 

mężczyzn z taką łatwością, jakby była to tekturowa atrapa.

Uchylili się, jednak nie dość szybko. Trafieni, runęli jak kręgle. Paul porwał Kantelę, 

jednym susem wskoczył na parapet i dal nura w sześćdziesięciopiętrową przepaść.

background image

Rozdział 9

Dopóki   Paul,   nie   mogąc   swobodnie   poruszać   ręką,   którą   przytrzymywał   Kantelę, 

gorączkowo szukał palcami tabliczki kontrolnej spadokoptera, lecieli w dół jak kamień. W końcu 

natrafił   na   nią,   nacisnął   przycisk   i   nagle   potężny   hamulec   przeciwstawił   się   sile   grawitacji. 

Wirujące nad nimi płaty powstrzymały dalszy upadek.

- Przykro mi - odezwał się Paul do Kanteli - ale oni widzieli nas razem. Nie mogłem 

zostawić pani na ich pastwę.

Nie odpowiedziała. Przechyliła głowę na ramię i zamknęła oczy. Na jej twarzy malowała 

się rezygnacja właściwa komuś, kto musi ustąpić przed przemocą.

Paul skupił uwagę na doprowadzeniu koptera do przeciwległego budynku. Udało mu się, 

choć   niezupełnie   tak,   jak   to   planował.   Aparat,   dysponujący   silnikiem   wystarczającym   do 

uniesienia   osobnika   ważącego   maksymalnie   sto   dwadzieścia   kilogramów,   obciążony   teraz 

łącznym ciężarem mężczyzny i kobiety, przekraczających przeciętną wagę swej płci, przegrywał 

walkę z wysokością. Spływali w dół po łagodnie pochylonej krzywej, przypominającej lot uno­

szonego wiatrem skrzydlatego nasienia klonu.

-   Mówiła   pani   coś   o   dachu?   -   spytał   Paul.   Oczy   dziewczyny   pozostały   zamknięte. 

Potrząsnął nią lekko. - Kantelo!

Powoli uchyliła powieki.

- Tak? - odezwała się wreszcie. - Co to za hałas? Dookoła nich słychać było przeciągłe, 

świszczące dźwięki.

Spoglądając przez ramię, Paul zobaczył, że agenci, których zwalił z nóg, opierali się teraz 

o parapet, wyciągając przed siebie ramiona. Obaj strzelali do Paula i Kanteli.

Maleńkie   strzałki   usypiające,   którymi   załadowane   były   pistolety   agentów,   nie   mogły 

trafiać celnie z tej odległości, która zresztą stale się powiększała. Większym zagrożeniem dla 

uciekinierów   była   policja   powietrzna.   Paul   zabębnił   palcami   po   guzikach   sterowniczych   i 

zakręcili o sto osiemdziesiąt stopni.

Na   północ   od   nich   i   może   sto   pięćdziesiąt   metrów   wyżej,   widać   było   dwie   szybko 

zbliżające się plamki. Kantela zobaczyła je równie wyraźnie, jak Paul, skwitowała to jednak 

milczeniem.

background image

- A co po wylądowaniu na dachu? - spytał Paul. Spojrzał przy tym z góry na jej twarz. 

Znowu zamknęła oczy.

- Piętro niżej czeka na nas Jase. - Powiedziała to prawie sennym głosem i ponownie 

oparła głowę o ramię Paula,

-   Piętro   niżej?   -   Paul   był   zdumiony   jej   zagadkowym   zachowaniem.   Wydało   się,   że 

wszystko pozostawiła jego inicjatywie. - Nie dostaniemy się na dach, brak nam wysokości - 

oznajmił. - Spróbuję dotrzeć do okna.

- Jeśli Jase je otworzy... - powiedziała tym samym sennym głosem, nie uchylając powiek.

Paul pojął, co miała na myśli. Opadali zbyt szybko, nawet jak na lot ślizgowy. Jeśli Jason 

Warren nie spostrzeże, że lecą w stronę okna i nie otworzy go w porę, to uderzą o niełamliwe 

szyby, i z pogiętymi płatami nośnymi runą w dół na rozciągające się trzydzieści pięter niżej 

poziomy komunikacyjne. Z czegoś takiego nie można było ujść z życiem.

- Otworzy je - stwierdził Paul. Dziewczyna nie odezwała się.

Pojazdy  policyjne  zbliżały się  do  nich  rosnąc w  oczach.  Ale  i  budynek, ku  któremu 

zmierzali,   był   tuż,   tuż.   Spoglądając   w   dół,   Paul   zauważył,   że   jedno   z   większych   okien 

najwyższego piętra otwiera się i przymyka.

Skierował kopter w tę stronę.

Przez chwilę wydawało mu się, iż opadają zbyt szybko, by zdołali prześlizgnąć się nad 

parapetem. Nagle okno skoczyło im na spotkanie. Paul gorączkowo wduszał przyciski kontrolne, 

usiłując wydobyć z silnika całą moc, gotów nawet zatrzeć niewielki motorek teraz, gdy spełnił on 

już swe zadanie.

Uratował ich ostatni wysiłek rozlatującego się aparatu. Kopter przeleciał przez okno i 

zatrzymał się w zamęcie huraganu wywołanego przez siebie w zamkniętej przestrzeni. Wirujące 

płaty aparatu znieruchomiały z rozdzierającym uszy zgrzytem. Paul i Kantela opadli o kilka 

centymetrów i stanęli na podłodze pomieszczenia.

Tornado fruwających wszędzie dokumentów i lżejszych przedmiotów nagle ucichło i z 

odległego rogu pokoju ruszył ku nim Nekromanta. Kantela otworzyła oczy, rozejrzała się wokół i 

zesztywniawszy nieoczekiwanie, gwałtownym ruchem odepchnęła Paula od siebie. Odwróciła się 

i zrobiła parę chwiejnych kroków, dopóki nie zatrzymało jej biurko. Paul patrzył na nią zma­

rszczywszy brwi.

-   Zdejmuj   pan   ten   kopter   -   poradził   Warren.   Paul   odpiął   taśmy   nośne.   Resztki 

background image

zniszczonego aparatu spadły z łoskotem na podłogę.

-   I   co   dalej,   Jase?   -   spytał   Paul.   W   chwili   gdy   to   powiedział,   poczuł,   jak   dziwnie 

zabrzmiało   to   imię   w   jego   ustach.   Zdał   sobie   sprawę   z   tego,   iż   do   tej   pory,   myśląc   o 

Nekromancie   używał   zawsze   jego   nazwiska.   To,   że   nazwał   go   teraz   imieniem,   którym 

posługiwały się osoby znające Warrena bliżej, było przełamaniem pewnej bariery. Spostrzegł, iż 

tamten rzucił mu krótkie, zagadkowe spojrzenie.

- Już  nas  zlokalizowali  - rzekł  Jase. -  Prawdopodobnie  jesteśmy okrążeni.  Będziemy 

musieli wydostać pana stąd inną drogą.

- Dlaczego w ogóle zadajecie sobie tyle trudu? - spytał Paul. Jase znów rzucił mu to 

dziwne spojrzenie.

- Przecież to jasne, że dbamy o swoich - odparł.

- A należę do nich? - spytał Paul.

Nekromanta znieruchomiał i spojrzał na niego po raz trzeci.

- Co, nie chce pan? - spytał w końcu. Wskazał dłonią drzwi pokoju i dodał z kpiną w 

głosie: - Jeśli ma pan ochotę wyjść, nie będę pana zatrzymywał.

- Nie - odpowiedział Paul i ku swemu zdziwieniu stwierdził, iż uśmiecha się z odrobiną 

melancholii. - W porządku, jestem jednym w was.

- To dobrze - Jase szybko odwrócił się w stronę biurka i jednym ruchem dłoni zmiótł 

wszystkie leżące  na nim przedmioty. - Zamknij  okno! - rozkazał Kanteli, która  natychmiast 

ruszyła, by wykonać polecenie. Jase wyjął spod stołu niewielką walizeczkę i otworzył ją.

Z dyplomatki wyciągnął obszerną, czarną opończę z kapturem, która skryła go prawie 

całkowicie. W rzucanym przez kaptur cieniu twarz Nekromanty straciła swą tożsamość. Kantela 

wróciła do biurka. Jase wyjął z walizeczki trzy stożki kadzidła i zapalił je. Natychmiast zaczął 

unosić się gęsty, ciężki dym, który szybko wypełnił całe pomieszczenie. Paul wyczuł słodkawy, 

oszałamiający zapach. W dymie musiał być jakiś narkotyk. Już po kilku pierwszych haustach 

zaszemrało Paulowi w głowie.

Wszyscy skupili się wokół biurka. Pokój był już pełen dymu. Przytępione zmysły Paula 

utrudniały mu skupienie uwagi na czymkolwiek. I nagle usłyszał głos Nekromanty, głębszy niż 

zwykle, miarowy, śpiewny...

Oto noc, gniewna noc, noc nadejdzie snadnie.

Z drugiej strony stołu odpowiedział dźwięczny głos Kanteli. Słowa, które w ustach Jasona 

background image

były zwykłą recytacją, wypowiadane przez dziewczynę stały się muzyką.

Ogień, zamieć, blaski świec, wszystko niech przepadnie! 

Nekromanta wyjął jeszcze jedną rzecz i położył ją na biurku. Na widok tego przedmiotu 

w   umyśle   Paula   rozdzwoniły   się   sygnały   alarmowe.   Kiepskim   byłby   inżynierem   górnikiem, 

gdyby nie poznał tego, co Jason wyjął z walizeczki. Był to przesycony plastycznym materiałem 

wybuchowym sześcian bawełny, o boku długości pięciu centymetrów, wystarczający, by roznieść 

na strzępy całe biuro i wszystkich znajdujących się wewnątrz. Do kostki przymocowano lont, 

którego  czas  spalania nie przekraczał  dziewięćdziesięciu sekund.  Paul  patrzył  poprzez  kłęby 

dymu, jak Nekromanta ujmuje lont w palce i zapala go.

Dokonując tego Jason śpiewał:

Choćbyś z daleka gościu szedł...

W tym momencie przyłączyła się doń Kantela:

Noc nadejdzie snadnie...

W Czarnym Kurhanie spoczniesz wnet - znów samotnie zaciągnął Jason.

I wszystko niech przepadnie! - raz jeszcze włączyła się Kantela.

Paul nie powinien rozpoznać tego, co śpiewali, stało się jednak inaczej. W tej chwili, 

wśród   dymu   i   mgły   nie   potrafiłby   odpowiedzieć,   skąd   wiedział   co   to   za   śpiew.   Była   to 

zmodyfikowana   wersja   jednej   z   pieśni   żałobnych   śpiewanych   w   północnej   Anglii,   podczas 

czuwania przy zwłokach ułożonych pod stołem z czarką soli na piersiach. Ta pieśń rytualna 

zrodziła   się   grubo   przed   chrześcijaństwem,   wśród   pogańskich   Celtów.   Ci   niewysocy, 

ciemnoskórzy   mężczyźni   zbierali   się   w   lesie,   w   noc   po   zgonie,   by   pośpiewać   martwym 

krewniakom wyruszającym w mroczną drogę. Wersja, którą teraz Paul słyszał nie miała w sobie 

nic   z   powagi   melodii   siedemnastowiecznej,   brzmiała   jak   ochrypłe,   atonalne   za-śpiewy 

barbarzyńców, lodowate niczym menhiry w zimie i bezlitosne jak hulający wśród nich wiatr. 

Rozwijała się dalej. Jason przemawiał, a Kantela dołączała doń tworząc duet. Brzmiało to jak 

pieśń zmartwychwstałego wilkołaka.

- Jeśliś ogień znał i dach

- Noc nadejdzie snadnie...

- Teraz grobu poznasz piach

- I wszystko niech przepadnie!

background image

- Gdy stojące głazy miniesz

- Noc nadejdzie snadnie...

- W głuchej pustce się rozpłyniesz

- I wszystko niech przepadnie!

- Rybom, ptactwu będziesz żerem

- Noc nadejdzie snadnie...

Jakby z ogromnej dali, poprzez wijące się dymy i poprzez słowa pieśni, zza zamkniętego 

okna dotarł do Paula potężny, metaliczny jazgot:

- Formain! Paul Formain! Mówi policja. Jesteś otoczony. Jeśli w ciągu dwu minut nie 

wyjdziesz razem z tymi, którzy są tam z tobą, wyłamiemy drzwi - nastąpiła chwila ciszy i ryk 

megafonów raz jeszcze wstrząsnął szybami okien. - Formain! Paul Formain! Tu policja. Jesteś 

otoczony...

W biurze dym był tak gęsty, że Paul nie widział już ładunku wybuchowej bawełny i 

szybko spalającego się lontu. Wydawało mu się też, iż Jason i Kantela śpiewają coraz głośniej:

- Z głuchej pustki nie ucieczesz

Noc nadejdzie snadnie...

- Znajdziesz tam swój kres, człowiecze

I wszystko niech przepadnie!

Coś się działo. Lont już się dopalał. Pomiędzy całą trójką, skupioną wokół stołu, narastało 

dziwne napięcie. Paul poczuł raptowną i nieodpartą potrzebę przyłączenia się do śpiewu Kanteli. 

Usłyszał   syk   lontu.   Jedna   część   jego   osobowości   krzyczała   w   nim,   że   za   ułamek   sekundy 

zostanie rozerwany na strzępy. Ale ta druga zachowywała się tak, jakby jej to nie dotyczyło i z 

zainteresowaniem śledziła bieg wydarzeń, przypominając sobie słowa pieśni, które za moment 

uleciały z ust Paula:

- Jeżeliś wziął choć jedną rzecz

Noc nadejdzie snadnie...

- Z progu Wieczności pójdziesz precz

background image

I wszystko niech przepadnie!

Głosy Jasona i Kanteli krążyły wokół Paula jak zwoje liny, wiążącej ich coraz ciaśniej ze 

sobą. Lont musiał się już dopalić.

- Lecz jeśliś puste dłonie miał

Noc nadejdzie snadnie...

- Po kres Wieczności będziesz trwał

A wszystko niech przepadnie!

Nagle Kantela i Jason gdzieś zniknęli i prawie w tym samym mgnieniu oka świat wokół 

Paula   rozjaśnił   potężny   błysk.   Paul   poczuł,   że   powietrze   stężało   i   uderzyło   weń,   jak   dwie 

ogromne dłonie tłukące muchę. Przez ułamek sekundy, podczas którego mógł jeszcze cokolwiek 

odczuwać, widział rozlatujące się wokół siebie biuro, a potem poleciał w pustkę.

background image

Księga druga

USIDLONY

Poprzez kamienne schody, hali i długi ciemny loch

Gdzie cienie jęczą w labiryntach mroku

Tkajcie sieci zwątpienia, o głupcy! i zabijcie

Tę cząstkę siebie, w którą nie wątpicie.

Zaklęta Wieża

background image

Rozdział 10

Jest rzeczą ogólnie znaną, że w pewnych dramatycznych sytuacjach, w ostatnim ułamku 

sekundy poprzedzającym nagłą śmierć, może nastąpić gwałtowny wybuch myśli i wspomnień.

W dziewięćdziesiąt trzy lata po chwili, w której Paul został pochwycony przez wybuch 

plastycznego   żelu,   fenomen   nie-czasu   -   to   jest   stanu   istnienia,   w   którym   brak   czasu,   został 

ostatecznie i całkowicie wyjaśniony. Zjawisko to, oczywiście, wykorzystywano wcześniej, przed 

powstaniem Gildii Orędowników. Były to jednak wypadki rzadkie, zdarzające się na zasadzie 

prób i błędów. Jednak wraz z rozwojem komunikacji międzynarodowej, opartej na zjawisku 

przesunięcia fazowego, co umożliwiło ludzkości ekspansję kosmiczną, pojawiła się konieczność 

zrozumienia   bardziej   podstawowego   efektu   nie-czasu,   bez   którego   niemożliwe   byłoby 

przesunięcie   faz.   Mówiąc   zwięźle   i   w   sposób   uproszczony:   istnieje   wzajemne   powiązanie 

pomiędzy   czasem   i   pozycją   w   przestrzeni.   Jeśli   czas   zaniknie,   lub   raczej   przestanie   płynąć, 

wybór pozycji staje się praktycznie nieograniczony.

Istnieją, oczywiście, praktyczne trudności w stosowaniu tej zasady, które powstają wtedy, 

gdy pojawia się problem obliczenia pozycji pożądanej

*

. Być może zjawisko nie-czasu odegra 

jeszcze dużą rolę w przyszłości, kiedy nabiorą znaczenia filozoficzne aspekty tego zagadnienia. 

Wracając zaś do konkretnego momentu wybuchu plastyku, przyjmijmy dla celów praktycznych, 

że nie-czas może być po prostu uważany za dowolną ilość nieograniczonego czasu.

Nikt, dosłownie nikt, nie może ustrzec się przed popełnianiem błędów. Paul popełnił błąd 

zwlekając z udaniem się za Jasonem i Kantelą i w rezultacie został ogarnięty przez pierwszą falę 

eksplozji. W tej sytuacji pozostała mu tylko jedna droga ucieczki. Unikając unicestwienia, instyn­

ktownie przeszedł w stan nie-czasu, tak jak czynili to wcześniej inni ludzie. Prawie każdy słyszał 

o potwierdzonym dowodami przypadku człowieka, który obchodząc konie przy swojej bryczce 

wkroczył w niebyt. Znane są też inne zdarzenia tego rodzaju.

Paul zachował w nie-czasie przytomność umysłu, dzięki temu, że od czasu wypadku z 

łodzią   pewna   część   jego   umysłu   zawsze   czuwała.   Nawet   podczas   snu   oddawał   się 

asymbolicznym   rozmyślaniom   na   poziomie   podświadomości.   Jego   marzenia   senne   pełniły 

funkcję bardzo drobno mielącego młynu, w którym rozdrabniano dane, wydobyte za dnia, z 

materii   codzienności   za   pośrednictwem   zmysłów.   Dane   owe   były   wstępnie   kruszone   przez 

background image

inteligencję, podczas snu zaś mielono je na pył i przesiewano na tajemniczych sitach procesów 

myślowych, które oddzielały czyste elementy pojmowania o dużej wartości poznawczej.

Nic innego nie miało wpływu na świadomość Paula. Kiedyś sądził on, że właśnie to jest 

przyczyną jego niepodatności na hipnozę. Wyjaśnienie to jednak nie zadowoliło go całkowicie, 

ponieważ sprzeciwiało się tej formie jego percepcji, która przejawiała największą wrażliwość, 

czyli   intuicji.   Paul   wyraźnie   czuł,   że   nie   jest   to   pełna   odpowiedź.   Jeśli   racjonalny   proces 

poznawczy, dzięki któremu usiłował pojmować i kontrolować swe otoczenie, był podobny do 

działania mechanicznego, to intuicję należałoby porównać do trawienia chemicznego. Było to 

narzędzie tak potężne i tak skuteczne w praktyce, że wykorzystywanie go stłumiło w Paulu 

zwykłe sposoby rozumowania. Z dużym trudem przychodziło mu dodanie dwu do dwu tak, by 

otrzymać cztery. Niezwykle łatwo natomiast potrafił rozpatrywać dwójkę jako symbol sam w 

sobie, element izolowany i dojść do pojęcia czwórki na drodze implikacji, czyli możliwości 

wynikającej z samego istnienia dwójki.

Na   wszystkie   byty   Paul   spoglądał   zawsze   jakby   przez   szkło   powiększające,   które 

ukazywało jedynie ich pojedyncze składniki. Wszystko rozpatrywał jako odrębne jednostki i 

charakteryzujące je możliwości. Na przykład, całość czasu, a w tym i historia, była ukryta w 

pojedynczych chwilach, które mógł dowolnie wybrać i badać. Każda chwila była bytem osobnym 

i niezmiennie oddzielonym od wszystkich innych, ale z każdego takiego izolowanego momentu 

można było metodą implikacji wyprowadzić całą historię i czas.

Z powyższego wynikało to, iż niemożliwe było oszukanie lub okłamanie Paula. Każdy 

fałsz,   który   usiłowano   mu   wmówić,   natychmiast   załamywał   się   zgnieciony   własnymi 

konsekwencjami   logicznymi   tak,   jak   słaba   budowla   zapadająca   się   pod   własnym   ciężarem. 

Wynikało z tego również, a nie zawsze było to pożyteczne, że rzeczą prawie niemożliwą było 

zaskoczenie Paula czymkolwiek. Każdy rozwój wypadków, ukryty jako implikacja logiczna w 

chwili   poprzedzającej   jego   zaistnienie,   wynikał   z   tej   chwili   w   sposób   dla   Paula   absolutnie 

naturalny. W rezultacie nie podawał on w wątpliwość bardzo wielu rzeczy, które normalnemu 

człowiekowi mogłyby wydać się absurdalne i nie do przyjęcia.

Zgodnie z tym, Paul nie podawał w wątpliwość wiedzy, której posiadanie przypisywali 

sobie członkowie Gildii Orędowników. Wydawało mu się, a przynajmniej tak mniemała część 

jego jaźni, że podjęta przez Jasona i Kantelę próba ucieczki z pomocą narkotycznych dymów, 

archaicznych pieśni żałobnych i kostki wybuchowego plastyku z krótkim lontem, nie kłóci się ze 

background image

zdrowym rozsądkiem. Mimo to pozwolił, by obserwacja tego, co się dzieje tak go zajęła, iż został 

w tyle i zaskoczyła go pierwsza mikrosekunda wybuchu.

Zniosło go na samą krawędź świadomości, ale nie dalej. Zdawał sobie sprawę z tego, że 

porusza się bardzo szybko, niesiony przez eksplozję w nieprawdopodobnie mały wylot czegoś, 

co   wyglądało   na   gigantyczny   komin.   Walcząc   o   przetrwanie,   przeleciał   przezeń   całkowicie 

świadom tego, co się z nim dzieje. Znalazł się w głębinach nieskończonych mroków, jednak 

gdzieś nad nim było światło i życie.

Nie poddając się i walcząc, popłynął w górę.

Jego umysł zareagował na odzyskanie świadomości szybciej niż jego ciało. Wychynął na 

powierzchnię rzeczywistości w jakimś niewielkim pokoiku o gołych ścianach i czymś w rodzaju 

podwyższenia lub sceny na środku. Czterech mężczyzn szarpało się z nim, usiłując sprowadzić 

go z tego podium.

Pojął,   co   się   dzieje   i   przestał   się   miotać.   W   sekundę   później,   trzymający   go   ludzie 

rozluźnili chwyty. Rozstąpili się przed nim i Paul ujrzał swój wizerunek w zwierciadle, wiszącym 

na drzwiach. Jego odzież była w strzępach, poszarpana eksplozją, krwawił też lekko z nosa. 

Wyjął z kieszeni chusteczkę i wytarł krew z górnej wargi. Z drugiego krańca pomieszczenia 

obserwowali go Jason i Kantela.

- Nic nie rozumiem - odezwał się jeden z mężczyzn, którzy przed chwilą trzymali Paula. 

Był to niewysoki, żwawy człowieczek z czupryną brązowych włosów kłębiących się nad ostro 

rzeźbioną twarzą. Spojrzał na Paula niemal wyzywająco. - Jakżeś się tu dostał? Jeśli zabrał cię 

Jase, dlaczego nie przybyłeś razem z nim? Paul zmarszczył brwi.

- Wydaje się, że byłem nieco za wolny - odparł.

- Nieważne - odezwał się Jase. - Paul, jeśli dobrze się czujesz, to chodź z nami.

Wyszedł z pomieszczenia. Za nim ruszyła Kantela, rzuciwszy przedtem Paulowi krótkie, 

niespokojne spojrzenie. Paul poszedł za nimi.

Na zewnątrz znajdował się korytarz pozbawiony okien i prowadzący pod kątem w górę. 

Po jakimś czasie minęli zakręt i wyszli na otwartą przestrzeń. Było to rozległe pole, upstrzone 

plamkami wznoszących się tu i ówdzie białych betonowych placyków, na których tkwiły statki 

kosmiczne oplecione kratownicami wind i urządzeń pomocniczych. Nieco dalej wznosiły się 

ośnieżone szczyty gór, których Paul nie umiał rozpoznać.

Nie   było   to   lądowisko   powszechnego   użytku.   Jednolitość   konstrukcji   i   kolor 

background image

kombinezonów personelu świadczyły, że jest to instytucja rządowa.

- Gdzie jesteśmy? - spytał Paul.

Jason i Kantela bez słowa skierowali się ku płycie, na której przycupnął pękaty statek 

dalekiego   zasięgu.   Wyglądał   jak   wielokrotnie   powiększony   starożytny   pocisk   artyleryjski, 

otoczony kołnierzem silników rakietowych i opleciony taśmami łączącymi wachlarze napędu 

atmosferycznego. Pośrodku kadłuba umieszczono jeszcze silniki korygujące. Paul podszedł do 

Jasona i Kanteli.

- Gdzie jesteśmy? - spytał ponownie.

- Powiem ci, jak znajdziemy się na pokładzie - odparł zwięźle Jason. Gdy szli tak obok 

siebie, a Jason patrzył na statek, wyraz twarzy Nekromanty przywiódł Paulowi na myśl ostrze 

noża. Kantela nic nie mówiąc opuściła wzrok na spieczoną, pozbawioną trawy powierzchnię pola 

startowego. Paul patrząc na nią poczuł nagły przypływ smutku.

Pomyślał o tym, że istoty ludzkie pozostają tak odległe od siebie ciałem i duszą, jakby 

były   przykute   do   nie   zazębiających   się   trybów   machiny   przeznaczenia.   I   nagle,   zupełnie 

nieoczekiwanie odkrył ze zdumieniem, że w całym Wszechświecie istnieje jeden tylko gatunek, 

który stara się przełamać granice dzielące jednych od drugich - gatunek ludzki.

Świadomość tej prawdy eksplodowała w umyśle Paula niczym torebka magnezji przed 

człowiekiem, który bezgwiezdną nocą zagubił się w opustoszałym mieście. Taki błysk oślepia 

raczej, niż rozjaśnia drogę, pozostawia on jednak na siatkówce oczu nocnego wędrowca wyraźną 

pozostałość  obrazu najbliższej  okolicy.  Z  umysłem  wolnym  od  innych  problemów,  Paul  jak 

automat wszedł do tunelu znajdującego się u podstawy płyty startowej. Potem podjechał w górę 

windą i nie zwracał uwagi na otoczenie, dopóki wycie wachlarzy napędu atmosferycznego nie 

przywróciło go rzeczywistości. Ocknął się, by stwierdzić, iż znajduje się w kabinie pasażerskiej i 

siedzi w fotelu redukującym skutki przyspieszenia. Przed sobą widział czubek pokrytej czarnymi 

kędziorami   głowy   Jase'a,   która   wystawała   nieco   ponad   zagłówek   fotela.   Z   lewej   na   tle 

walcowatej ściany kabiny dostrzegł profil Kanteli.

Statek uniósł się w górę. Po paru sekundach dźwięk wachlarzy zanikł w narastającym 

grzmocie   silników   rakietowych,   które   ryczały   coraz   głośniej,   aż   w   końcu   ucichły.   Wkrótce 

rozjaśnił się przestrzenny ekran na przodzie kabiny. Paul spoglądając w to niby-okno ujrzał 

odrywający   się   od   kadłuba   pierścień   silników   atmosferycznych.   Pomknęły   w   dół,   niczym 

ogromny ptak, pikujący z gracją, ku oplecionej koronką chmur powierzchni Ziemi.

background image

- Wszyscy pasażerowie proszeni są o zajęcie miejsc w fotelach - rozległo się wezwanie z 

głośnika, umieszczonego gdzieś nad głową Paula. - Wszyscy pasażerowie...

Fotele drgnęły i przechyliły się do poziomu. Dookoła ciała Paula napęczniały poduszki 

amortyzujące. Nastąpił moment ciszy i zaskoczyły silniki marszowe. Ich potężny ciąg pchnął 

pękaty kadłub statku, wraz z Kantelą, Jase'em, Paulem i innymi prosto w gwiazdy.

Rejs   na   Merkurego   trwał   pięć   dni.   Na   statku,   pomiędzy   położoną   na   dziobie   kabiną 

pilotów   a   przedziałem   napędowym   znajdującym   się   na   rufie,   rozciągały   się   cztery   poziomy 

załogowe. Dwa z nich udostępniono pasażerom. Ze względu na przepisy rządowe, poproszono 

ich o zażycie na czas lotu łagodnego środka usypiającego. Kantelą pogrążyła się we śnie wraz z 

trójką pozostałych pasażerów, których Paul nie znał. Jase zniknął w sekcji przeznaczonej dla 

załogi i podczas pierwszych czterech dni rejsu Paul w ogóle go nie widywał. Ponieważ zaś 

Kantelą   działanie   środka   nasennego   wsparła   swą   nie   skrywaną   niechęcią   do   jakichkolwiek 

kontaktów z Paulem, Paul raz jeszcze musiał pogodzić się z samotnością.

Z powodu nietypowej kombinacji reakcji psychicznych i chemicznych, środek nasenny 

unieruchamiając ciało Paula, wzmógł wyrazistość jego myśli. Jase zniknął, zanim Paul zdążył go 

o cokolwiek spytać, jednak wysoki, trzymający się prosto mężczyzna, zajmujący fotel za Paulem, 

zareagował na jego pytania.

- Operacja Odskocznia - wyjaśnił zwięźle. Obrzucił Paula niemal wrogim spojrzeniem 

oczu, patrzących znad równo przystrzyżonych, siwych wąsów, które kontrastowały z opaloną na 

ciemny   brąz   twarzą.   -   Słyszałeś   chyba   o   projekcie   dotarcia   do   planet   Arktura?   Jesteś 

czeladnikiem, prawda?

- Owszem - odparł Paul.

- Chłopcze, spytaj swego mistrza! On ci odpowie. Któż to taki? Nekromanta Warren?

Rozbawiony tym, że ktoś zwraca się doń per „chłopcze”, co ostatni raz miało miejsce 

przed ukończeniem przez niego czternastego roku życia, Paul skinął głową.

- Owszem - potwierdził. - Czy i ty również jesteś Nekromantą?

- Nie, nie - odparł tamten. - Jestem Socjologiem, oni tak nazywają „nieutytułowanych”. 

Nie miałem cierpliwości do tych bzdetów. Ale dla młodego człowieka, takiego jak ty, to piękna 

sprawa...   -   nieoczekiwanie   spochmurniał.   Jego   białe   wąsy   gniewnie   się   najeżyły.   -   Wielka 

sprawa!

- Nekromancja? - spytał Paul.

background image

- Wszystko. Dosłownie wszystko. Pomyśl o naszych dzieciach... I dzieciach ich dzieci.

Z   fotela   ustawionego   po   tej   samej   stronie   przejścia,   co   fotel   Paula,   wychylił   się 

mężczyzna, który wyglądał na rówieśnika siwego wąsacza.

- Heber! - odezwał się surowo.

- Dobrze już, dobrze - odparł wąsacz, kryjąc się w swym fotelu. - Masz rację, Tom. 

Chłopcze, nie mnie zadawaj pytania. Pytaj swego mistrza. Ja zaś zajmę się moimi medytacjami - 

sięgnął po coś do schowka w poręczy fotela, a Paul się cofnął w głąb własnego kokonu.

I tak miał mnóstwo spraw do rozważenia. Pozwolił, by jego umysł sam wybrał niektóre z 

nich.

Był   to   typ   rozmyślań   nierozłącznie   związany   z   przyjemnością.   Paul   pojął   dopiero 

niedawno,   że   byłaby   ona   częściej   osiągalna,   gdyby   na   przeszkodzie   nie   stało   bezwzględne 

dążenie do sukcesu. Teraz doraźne życiowe cele i sposoby ich osiągania przestały zajmować 

uwagę Paula. Dzięki temu mógł oddać się przyjemności puszczania myśli luzem w wielkim, 

mrocznym labiryncie wiedzy o sobie. Nie było to zajęcie dla tych, którzy w ciemnościach łatwo 

wpadają w panikę. Jednak ci, co nie znają strachu i mają koci wzrok, chętnie wyruszają, by 

błąkać się po tych posępnych korytarzach, dopóki z cieniów nie wyłonią się kształty, z kształtów 

plan, a z planu pierwotny zamysł i zasada działania. Dopiero wtedy, gdy wędrowiec przyswoi 

sobie i pojmie ów pierwotny zamysł, dojdzie, być może, do poważniejszych prób użycia tej 

wiedzy w nowych konstrukcjach myślowych.

Tak więc podczas tych pięciu dni Paul prawie całkowicie pogrążył się w penetracji nie 

znanych mu dotąd zaułków w labiryncie swej osobowości. Oderwano go od tego zajęcia krótko 

przed lądowaniem na Merkurym, osobą zaś, która to uczyniła była Kantela.

- Nie zamierzałam pytać cię o powody... - oznajmiła. Paul otworzył oczy i stwierdził, że 

dziewczyna stoi przed jego fotelem i patrzy nań z góry. - Ale nie umiem się powstrzymać... 

Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego musiałeś zabić Malorna?

- Kogo? - spytał Paul. Przez chwilę ona sama i jej pytanie mieszały się z tym, o czym 

rozmyślał. Potem tamte rozważania gdzieś umknęły i Paul mógł skupić się nad tym, co mówiła 

Kantela.

- Kevina Malorna, tego mężczyznę w hotelu.

-   Kevina   Malorna...   -   powtórzył   za   nią.   Przez   jego   umysł   przemknęło   uczucie 

nieskończonego żalu i smutku, iż stał się przyczyną śmierci człowieka oraz że aż do tej chwili nie 

background image

słyszał nazwiska, pod którym jego ofiarę znali inni ludzie.

- Nie zdradzisz mi tego? - spytała Kantela, gdy nie odpowiadał przez chwilę.

- Owszem - odparł. - Choć prawdopodobnie mi nie uwierzysz, ja go nie zabiłem. Nie 

wiem też, co było przyczyną jego śmierci.

Patrzyła nań jeszcze przez chwilę, potem zakręciła się w miejscu i wyszła z kabiny. Paul 

podążył   za   nią   wkrótce   potem   i   niebawem   odnalazł   wszystkich   pasażerów   z   jego   poziomu, 

zebranych w komorze głównej. Czekali tam na start ładownika, który miał niebawem przewieźć 

ich bezpiecznie na powierzchnię Merkurego.

background image

Rozdział 11

Niecały kilometr dzielący statek od kopuły recepcyjnej Stacji Odskoczni pasażerowie 

przebyli pieszo, w kombinezonach ochronnych. Bezchmurne niebo było jasne z prawej i ciemne 

z lewej strony. W Strefie Zmierzchu Merkurego było dość atmosfery, by rozproszyć słoneczne 

światło.   Powstała   w   wyniku   tego   zjawiska   poświata,   widziana   przez   szybkę   hełmu   Paula, 

przypominała żółtawe lśnienia przed burzą pod łagodnym niebem Ziemi. W tym nieruchomym 

oświetleniu   cała   okolica   przypominała   zwałowisko   potrzaskanych   i   zniekształconych 

fragmentów   rzeźb.   Musiało   to   być   efektem   szybkich   i   ostrych   zmian   temperatury.   Po 

kilkusetstopniowym żarze dnia, nocami panował tu ziąb kosmicznej pustki. W tych warunkach 

rozrywane   naprężeniami   technicznymi   skały   pękały   jak   polanę   wrzątkiem   szkło,   tworząc 

najdziwniejsze kształty. Swoje robiły również wulkany ciągnące się wzdłuż osłabień skorupy 

Merkurego.   Skąpany   w   żółtym   świetle   krajobraz   przypominał   nierzeczywisty   sen,   ogród 

koszmarów, założony i pielęgnowany przez wiedźmy.

Pod kopułą, po przejściu przez śluzę skierowali się do windy, która opadła na znaczną 

głębokość. Paul ocenił, że znaleźli się przeszło sto metrów pod powierzchnią gruntu. Ponieważ 

winda była mechaniczna, a nie magnetyczna, jazda w dół była dość niewygodna. Gdy kabina 

stanęła, otworzyły się kolejne drzwi i weszli do przebieralni, gdzie zdjęli kombinezony.

Z   przebieralni   skierowano   ich   do   niewielkich,   oddzielnych   pomieszczeń,   które   jak 

wynikało z informacji udzielonych Paulowi przez Jase'a, pełniły funkcję komór dezynfekcyjnych. 

Ukryty w ścianie głośnik polecił przybyszowi, by się rozebrał i przeszedł pod prysznic, a potem 

przez kolejne drzwi udał się do salki, gdzie czekało nań nowe ubranie.

Paul usłuchał i po kilku minutach znalazł się w następnym pomieszczeniu. Była to po 

prostu komora wyrąbana w surowym granicie. Na betonowej ławie leżała odzież.

Zaczął ją wkładać, odkrywając równocześnie jej osobliwy krój. Na zestaw składały się 

miękkie, płowe, skórkowe buty, na końcu ścięte w szpic, następnie długie zielone pończochy, 

zielona bluza z luźnym pasem, za pomocą którego można było ją ściągać oraz coś w rodzaju 

kurtki z rękawami do łokci.

Paul zaczął podejrzewać, że tu, na Merkurym, członkowie Gildii Orędowników odziewają 

się szczególnie uroczyście. Kurtkę i bluzę uszyto bez lewego rękawa. Cała odzież pasowała nań 

background image

jak ulał. Ubrawszy się przeszedł do trzeciej komory.

Odruchowo przystanął, by się rozejrzeć.

Znalazł   się   w   nisko   sklepionej,   również   wyrąbanej   w   surowej   skale   komnacie,   którą 

oświetlały   dwie   pochodnie,   osadzone   w   ciężkich,   przymocowanych   do   ścian   uchwytach   z 

poczerniałego   żelaza.   Nierówna   powierzchnia   podłogi   dawała   się   wyczuć   poprzez   cienkie 

podeszwy miękkich trzewików. Za pochodniami, jak daleko Paul mógł sięgnąć wzrokiem, trwała 

ciemność.

Odwrócił   się   w   stronę   drzwi,   którymi   tu   wszedł   i   zamarł   w   bezruchu.   Tam,   gdzie 

przechodził przed minutą, nie było żadnych drzwi. Widział chropowatą powierzchnię skały i nic 

więcej. Przesunął po niej dłonią. Twardości i solidności ściany mógłby zaufać równie pewnie, jak 

nieuchronności Dnia Sądu Ostatecznego.

Odwrócił   się   ku   pochodniom.   Dostrzegł   teraz   stojącego   pomiędzy   nimi   człowieka, 

którego zwano Heber i zobaczył połysk światła na jego wąsach. W odróżnieniu od Paula tamten 

odziany był w długą purpurową szatę z kapturem. Kaptur rzucał cień na twarz Hebera, a długie 

rękawy szaty zwisały luźno poniżej splecionych przed sobą dłoni.

- Podejdź tu - odezwał się Heber. Po ostatnim słowie jego wargi zadrżały, jakby z trudem 

wstrzymał się od dodania słowa „chłopcze!” Paul podszedł więc i przystanął. Heber spoglądał 

gdzieś, ponad głową Paula. Ocienione kapturem oczy starszego mężczyzny sprawiały wrażenie 

patrzących z ogromnej dali.

- Jestem tu, by opiekować się tym uczniem - oznajmił Heber - podczas wprowadzania go 

w szeregi Gildii Orędowników. Wymaga się jednak, aby opiekunów było dwu, jeden widzialny i 

drugi niewidzialny. Czy drugi opiekun jest obecny?

- Jestem - nieoczekiwanie, obok prawego ucha Paula rozległ się głos Jasona Warrena. 

Paul odwrócił się, ale nie dostrzegł niczego, prócz ścian komnaty. Mimo to wyczuł obok siebie 

obecność Jase'a.

Odwrócił się do Hebera. Ujrzał, iż białowąsy mężczyzna trzyma teraz w dłoniach wielką, 

oprawną w skórę księgę. W drugiej ręce dzierżył wijącego się, niemal dwumetrowego węża.

- Przeszedłeś oto pod jurysdykcję Sił Alternatywnych - powiedział Heber. - Jurysdykcji 

Sił   Alternatywnych   poświęcasz   się   i   oddajesz.   I   będziesz   podlegać   jej,   w   przyszłości, 

teraźniejszości i poza czasem, dopóki Siły Alternatywne nie utracą mocy.

- Poświadczam - odezwał się głos Jase'a nad ramieniem Paula.

background image

- Weź więc swą włócznię - rzekł Heber. Podał węża Paulowi, wsuwając go w jego jedyną 

dłoń.

Paul ujął gada, a ten pod dotykiem palców znieruchomiał i zmartwiał. Paul stwierdził, że 

trzyma w dłoni długą włócznię o matowo połyskującym, stalowym grocie.

- Weź i tarczę - powiedział następnie Heber postępując do przodu z księgą. Lecz była to 

już owalna tarcza o skórzanych, umocowanych do drewnianej obręczy uchwytach, którą Heber 

zawiesił u bezrękiego ramienia Paula. - Teraz pójdź za mną - Heber ruszył w mrok, poza granicę 

światła pochodni. Paul, usłuchawszy wezwania, poszedł opadającym lekko tunelem. Na jego 

końcu  znajdowało   się   niewielkie,   kwadratowe   pomieszczenie,   gdzie   kolejne   dwie   pochodnie 

płonęły   po   bokach   czegoś,   co   przypominało   kamienny   ołtarz.   Na   nim   od   lewej   do   prawej 

złożono:   mały   model   przewróconej   na   burtę   żaglówki,   z   której   bezwładnie   wychylała   się 

miniaturowa   figurka   żeglarza,   nieduży   model   kopalnianej   konsoli,   brudną,   wytartą   muszlę   i 

trójwymiarowe zdjęcie rozbitego czerepu Malorna.

Paul i Heber zatrzymali się przed ołtarzem.

- Niech drugi z opiekunów powie nowicjuszowi, co ów ma czynić - rzekł Heber.

- Nowicjusz zostaje czeladnikiem w sztuce Nekroman-cji - oznajmił niewidzialny Jase. - 

Dlatego przywiedliśmy go do korzeni drzewa. Niech czeladnik przyjrzy się uważnie.

Paul ponownie spojrzał na ołtarz. Ze skały wyłonił się potężny korzeń drzewa i omijając 

leżące na płycie przedmioty opuścił się na podłogę.

- Oto - ciągnął dalej głos Jase'a - jest studnia Hvergelmer w państwie umarłych. Korzeń to 

pierwszy z korzeni jesionu Yggrasila, drzewa życia, wiedzy, przeznaczenia, czasu i przestrzeni. 

Podczas czuwania tutaj, nowicjusz ma obowiązek strzec korzenia i leżących na ołtarzu części 

swego życia. Może się zdarzyć, że w trakcie czuwania nowicjusz nie będzie niepokojony. Może 

jednak stać się i tak, że smok Nidhug i jego plemię przyjdą tu, by przegryźć korzeń drzewa. W 

takim wypadku nowicjusz może, wedle swego wyboru, odwołać się do Sił Alternatywnych lub 

nie, jeśli jednak nie pokona Nidhuga, zostanie pożarty.

Głos Jase'a umilkł. Przemówił teraz Heber i Paul odwrócił głowę ku białowąsemu.

- Drzewo - stwierdził z powagą Heber - jest złudzeniem. Złudzeniem jest i życie. Nidhug i 

jego plemię również są ułudą, podobnie jak cały Wszechświat, czas i wieczność. Istnieją jedynie 

Siły Alternatywne, a czas, przestrzeń i wszystko, co w nich się zawiera, są jedynie igraszkami Sił 

Alternatywnych. Uznaj tę prawdę, a będziesz niepokonany.

background image

- Masz trzymać tu straż - dodał głos Nekromanty - aż do trzeciego uderzenia w gong. Gdy 

gong przebrzmi po raz trzeci, zostaniesz uwolniony z królestwa śmierci i wrócisz do światłości i 

życia. Teraz cię opuszczam, aż do trzeciego gongu.

Paul poczuł, że obok niego zrobiła się pustka. Odruchowo odwrócił się ku Heberowi. 

Białowąsy ciągle stał przy nim.

- I ja zostawię cię samego - powiedział - dopóki gong nie zabrzmi trzeci raz - przeszedł 

obok Paula idąc w stronę wyjścia. Gdy mijał młodego adepta, ten zauważył szybkie drgnienie 

jego   powieki,   jakby   Heber   powstrzymał   się   od   mrugnięcia   okiem.   Paul   usłyszał   też,   jak 

białowąsy mruczy do siebie pod nosem:

- Błazenada...

Potem Heber zniknął w mroku. W pomieszczeniu nastała cisza.

Było to milczenie skał tam, gdzie skały, głęboko pod ziemią, zachowują swą nieskalaną 

naturę. Znikąd nie kapała woda. Wszędzie panowało niezmącone, zimne milczenie żywiołów. 

Nawet   pochodnie   płonęły   bezgłośnie.   W   ich   czerwonym,   migotliwym   świetle   oddech   Paula 

zakwitał białymi pióropuszami.

Paul zaczai wczuwać się w otoczenie.

Wokół niego, we wszystkich kierunkach rozciągała się kamienna skorupa Merkurego. 

Stopami badał nierówności podłoża, chłód zaś otulił go jak mroźna opończa. W ciszy mijały 

kolejne minuty, każda bliźniaczo podobna do drugiej. Paul wyczuwał upływ czasu tylko po coraz 

mocniejszym ucisku rzemienia tarczy na ramieniu i sztywnieniu palców zaciśniętych na drzewcu 

włóczni. Drugi koniec drzewca oparł o podłoże, odchylając od siebie ostrze, niczym rzymski 

legionista na warcie. Minęła godzina, za nią przemknęła następna. I, być może, jeszcze jedna...

Głęboki, wibrujący dźwięk spiżowego gongu porażając słuch Paula odbił się od ścian 

komnaty. I ucichł, pozostawiając po sobie pogłos, który zaniknął wśród mijających minut.

Umysł Paula odpłynął w niewyobrażalną dal. Rozmyślał o łańcuchach górskich, których 

kamienne zbocza otaczała próżnia o migających światełkach odległych osiedli na szczytach gór i 

światełkach,   będących   ognikami   dalszych   jeszcze,   niewidocznych   z   Ziemi   gwiazd.   Jak 

nieuchwytny  zapach   płonącej   wonnej   żywicy,  w   sercu  Paula   obudziły   się  uczucia   gorzkie   i 

słodkie zarazem. Smutek i tęsknota. Ścierały się w nim miłość i pożądanie...

I nagle, gdzieś w jego jaźni, rozdzwonił się dzwonek alarmowy.

Powrócił   duchem   do   kamiennej   komnaty.   Wyglądała   tak   jak   przedtem.   Bezgłośnie 

background image

płonęły pochodnie, a jego oddech nadal rozpływał się niezakłócenie w nieruchomym powietrzu. 

Ale było tu coś jeszcze. W czasie gdy oddawał się snom na jawie, do komnaty zaczęła napływać 

czarna woda zagrożenia. Niebezpieczeństwo czaiło się w ciemnościach, tuż za kręgiem światła. 

Coś drgnęło w głębinach tych wód.

Nidhug i jego łuskowate plemię.

Nie byli prawdziwi. Byli iluzją, podobnie jak głębokie wody, które uczyniły z komnaty 

zalewaną zewsząd wysepkę.

Paul szybko zdał sobie z tego sprawę i nie żywił w tym względzie żadnych wątpliwości. 

Ci   spośród   członków   Gildii,   którzy   posiadali   umysły   zdolne   do   takich   sztuczek,   potrafili 

nasączyć skałę emanacją strachu i obaw, postrzegalną jako gęsta i czarna woda. Pośród tych 

lęków,   pod   postacią   odrażającego,   pokrytego   łuskami   potwora   i   jego   pomiotu,   stworzyli 

personifikację zwątpienia w siebie. Wszystko to było grą wyobraźni, co wcale nie znaczyło, iż 

Paulowi nic nie grozi. Strach był śmiertelnie niebezpieczny dla umysłu, a brak wiary w siebie, co 

Paul doskonale wiedział, mógł popchnąć organizm do samozniszczenia. Wiedzy można użyć jak 

tarczy, mądrości jako broni, by jednak posłużyć się nimi, potrzebna była wielka siła ducha.

Paul zebrał się w sobie. Podnoszący się coraz wyżej przypływ fali strachu zaczął już 

zalewać komnatę. Jeśli pozwoli swym zmysłom ulec w tej grze złudzeń, zobaczy wkrótce, jak 

srebrne strumyczki przerażenia, niczym nitki rtęci, rozpełzają się po zagłębieniach nierównej 

posadzki. Nidhug i jego pomiot byli już bardzo blisko.

W tym momencie dźwięk gongu rozległ się po raz drugi.

Czarne wody spiętrzyły się nagle i bezładną falą runęły w głąb komnaty. Zalały Paula po 

kolana,   objęły   w   pasie   i   po   kilku   sekundach   sięgnęły   szyi.   Przelały   się   ponad   jego   głową. 

Dotknęły sklepienia. Pomieszczenie wypełniło się wodą.

Nadejście zbliżającego się Nidhuga zwiastowała potężna fala przypływu. Nidhug wyłonił 

się z wód niczym demon z mroku i w sekundę później jego potworny pysk zablokował wejście 

do komnaty.

Paul kuląc się za tarczą ruszył mu na spotkanie z pochyloną włócznią. Jak w koszmarnym 

śnie, gęste wody strachu i obaw spowolniły jego pchnięcie. Dobrze wymierzony grot włóczni 

przemknął pomiędzy zbliżającymi się szczękami i przejechał po pysku udręczonego smoka.

Ale mięśnie przerośniętego ramienia Paula, podobnie jak to, co nimi kierowało, były 

czymś więcej, niż tylko zwykłymi muskularni. Ześlizgujący się grot wyrył więc w pysku gada 

background image

głęboką bruzdę, od wykręconych bólem szczęk aż po wybałuszone ślepia. W komnacie zaczęła 

rozpływać się gęsta chmura purpurowej krwi.

Bitwa toczyła się w coraz gęstszym mroku. Paul raz za razem, w posępnej ciszy odpierał 

pchnięciami   nieustające   ataki   wroga.   Stopniowo   zaczął   pojmować,   że   walka   będzie   trwać 

wiecznie i że jego przeciwnik siłę czerpie od niego samego. Aby zwyciężyć, musi zignorować 

wroga i zaprzestać walki. Zrozumiawszy to, wybuchnął śmiechem.

I odrzucił precz tarczę i włócznię.

Nidhug runął na niego niczym rozpędzony pociąg. Paul stał bez ruchu. I oto potworne 

szczęki zatrzymały się tuż przed nim i zamknęły, jakby uderzyły w niewidzialną ścianę. Stwór 

zniknął.

Wody zaczęły wypływać z pomieszczenia. Z daleka do uszu Paula dotarły pierwsze tony 

trzeciego uderzenia w gong.

W tej samej chwili, w tym szczególnym ułamku sekundy, gdy smok rozpływał się w 

niebycie,   a   wody   znikały,   z   mroków   uderzyło   w   Paula   coś   realnego   i   śmiertelnie 

niebezpiecznego.

Nadeszło z głębin przestrzeni, w której odległości pomiędzy najdalszymi gwiazdami są 

jak   pierwszy   krok   całodziennej   wędrówki.   Nadciągnęło   z   szybkością,   przy   której   prędkość 

światła   jest   zbyt   mała,   by   można   ją   było   zmierzyć.   Nadleciało   tym   długim,   brukowanym, 

wyboistym szlakiem, o którym Paul śnił po powrocie do hotelu z pierwszego spotkania z Jase'em. 

Było to młode, niedoświadczone i niewprawne, ale instynktownie rozpoznało swego wroga. I 

natychmiast zaatakowało.

Rzuciło Pauła na kolana z łatwością, z jaką olbrzym powaliłby na ziemię dziecko. Jednak 

zaraz potem trafiło na twardy jak stal opór nieustępliwej cząstki jaźni młodego adepta. Przez 

ułamek sekundy  obie  siły  spierały się  zaciekle, potem  gasnący  huk gongu  zamknął  tajemne 

wrota,  przez  które  nie  tracąc  czasu,  w  ciągu  mikrosekundy  uciekło  owo  nieznane  coś.  Paul 

wolny, ale otępiały i ślepy, pozostał klęcząc na twardej, skalistej podłodze.

Odzyskawszy   wzrok   ujrzał   białe   sklepienie   pokoju   nad   łóżkiem,   w   którym   leżał.   Z 

trudem przypominał sobie, jak go tu niesiono.

Pochyliła   się   nad   nim   twarz   Jase'a.   W   jej   ostrych   rysach   był   teraz   wyraz   przyjaźni, 

którego   Paul   wcześniej   w   niej   nie   dostrzegał.   Nieco   dalej   spostrzegł   zatroskane   oblicze 

białowąsego Hebera.

background image

- Kiedy już było po wszystkim - powiedział Jase - zaskoczyłeś nas swą reakcją. Nie 

spodziewaliśmy się, że runiesz na ziemię.

Paul wbił w Nekromantę uporczywe spojrzenie.

- Doprawdy? - spytał. - Na pewno oczekiwaliście, że utrzymam się na nogach?

Teraz Jase zmarszczył lekko brwi.

- A dlaczegóż by nie? - odparł. - Jeśli wytrzymałeś starcie, czemu padłeś, gdy wszystko 

było już za tobą?

I wtedy Paul zdał sobie sprawę z tego, iż Jase i inni obserwatorzy o niczym nie wiedzieli. 

Osłabiony i nieco rozczarowany zamknął oczy. W końcu zaczął coś rozumieć, a to, co właśnie 

odkrywał, było niczym bogactwo - nie zawsze przynosiło ze sobą szczęście...

- No właśnie, dlaczego? - spytał po chwili. - Może nie przyszedłem dość szybko do 

siebie?

background image

Rozdział 12

Tydzień później, odziany w zwykłą kurtkę i luźne spodnie, Paul razem z trzema innymi 

czeladnikami   Gildii   Orędowników   siedział   w   sali   konferencyjnej   oficjalnej   części   Stacji 

Odskoczni. Przemawiał do nich krótko ostrzyżony i atletycznie zbudowany młody człowiek, 

niewiele starszy od samego Paula, a na pewno młodszy od dwu innych czeladników, którzy 

wyglądali na nieco speszonych domokrążców z nadwagą i po trzydziestce. Czwarty z uczniów, 

od którego zalatywał intensywny zapach wody po goleniu, wyróżniał się znacznie wyższym od 

pozostałych wzrostem.

- Nie można  nauczyć się  Sił Alternatywnych - stwierdził na początek instruktor, który 

przysiadł   na   brzegu   stolika   i   spoglądał   z   góry   na   rozpartą   w   niskich,   wygodnych   fotelach 

czwórkę uczniów. - Podobnie, jak nie można nauczyć się podstawowej zdolności tworzenia dzieł 

sztuki lub istoty przekonań religijnych. Czy mówię zrozumiale?

- Ach, nauczanie! - zupełnie nieoczekiwanym, dźwięcznym basem odezwał się czwarty z 

grupy, wysoki młody człowiek o ciemnobrązowych włosach. - Jakichże zbrodni dokonano w 

jego imieniu!

Ponieważ nie odzywał się wcześniej, pozostałych, z instruktorem włącznie, zaskoczyło 

nie tyle samo stwierdzenie, co głębokość i barwa tonu głosu, jakim je wypowiedziano.

-   Jest   to   dość   bliskie   prawdy   -   stwierdził   instruktor   po   chwili   milczenia.   -   I   bardzo 

prawdziwe w odniesieniu do Sił Alternatywnych. Uprośćmy je aż do przesady i powiedzmy, że 

zasadę   ich  działania   można   zwięźle   ująć   tak  oto:   istnieje  możliwość,   iż   elektromagnetyczne 

prawo trzech palców, świetnie funkcjonujące w przypadku innych osób, zawiedzie w waszym 

przypadku.   Inaczej   mówiąc,   jeśli   chcecie   dotrzeć   na   szczyt   góry   i   widzicie   wiodącą   nań 

doskonale oznakowaną i przetartą drogę, to jest to ostatni ze szlaków, jaki powinniście wybrać.

Przerwał. Wszyscy spojrzeli nań wyczekująco.

- Nie - skwitował ich spojrzenia. - Wcale nie zamierzam powiedzieć wam, dlaczego tak 

jest. To byłoby nauczanie. Nauczanie dobre jest dla uczniów, nie dla odkrywców. Teraz zaś 

macie jedyną okazję, by jako członkowie Gildii pytać o coś i szukać odpowiedzi - objął ich 

wszystkich   uważnym   spojrzeniem.   -   Macie   wolny   wybór   i   jeśli   zechcecie,   to   wy   możecie 

wyjaśnić mi, dlaczego tak jest.

background image

- Aaa - odezwał się jeden z „domokrążców”. Wtrącił się dość nieoczekiwanie i wszyscy 

słuchacze zauważyli natychmiast, że jego głos, choć mocny i brzmiący dość pewnie, nie był 

basem ani nie miał miłej dla ucha barwy. - Ja... ehm... pojąłem, iż Siły Alternatywne są natury 

para-psychologicznej.   Czy   nie   jest   tak,   że   zajmowanie   się   zwykłymi,   to   znaczy...   ehm... 

naukowymi prawami wywiera pewien niepożądany i niesprzyjający wpływ na osobowość... mam 

na   myśli   ten   szczególny   typ   osobowości,   której   posiadacz   może   posługiwać   się   Siłami 

Alternatywnymi? - szybko zaczerpnął tchu i dodał: - To znaczy, zmienia ją w sposób zasadniczy?

- Nie - uprzejmym głosem odparł instruktor.

-   Nie?   Aaa...   -   uczeń   rozsiadł   się   wygodniej,   odchrząknął,   skrzyżował   nogi,   wyjął 

chusteczkę i hałaśliwie przedmuchał nos.

- Parapsychologia - wyjaśnił instruktor - zajmuje się tylko drobną częścią wszechświata 

czasu i przestrzeni. Siły Alternatywne obejmują całość i... jeszcze więcej.

- Są takie, jak ich nazwa, nieprawdaż? - spytał nagle drugi z przypominających handlarzy 

adeptów.   -   Siły   lub   Prawa   Alternatywne   to   po   prostu   inne   prawa.   Jedynym   zaś   sposobem 

odkrycia innej drogi jest unikanie szlaków już ustalonych.

- Słusznie - stwierdził instruktor.

- Działanie twórcze - zadźwięczał bas drągala.

- I to jest głęboko słuszne - przyznał instruktor. Przyjrzał się uważnie każdemu z nich po 

kolei.   -   Żaden   z   was   nie   dotarłby   aż   tutaj,   gdyby   przedtem   nie   zademonstrował   pewnych 

zdolności w dziedzinie Sił Alternatywnych. Zdolności te mogły być natury parapsychologicznej, 

jak   na   przykład   teleportacja.   Lub   autentyczny   talent   poetycki.   Może   to   być   też   szczególna 

wrażliwość   na   potrzeby   rozwijających   się   roślin.   Nie   myślcie   jednak,   iż   chcę   przez   to 

powiedzieć,   że   zdolności   twórcze   są   istotą   Sił   Alternatywnych,   czy   choćby   kluczem   do   ich 

zrozumienia.

-   Aaa   -   odezwał   się   rosły   „domokrążca”   -   z   pewnością   nie   oczekuje   się   od   nas,   że 

zaczniemy tu pisać wiersze, hodować rośliny, czy się teleportować.

- Nie - skwitował jego wypowiedź instruktor.

- Zatem... ehm... czy chcesz przez to rzec... - na czole mężczyzny zaczął zbierać się pot - 

że   te   rzeczy,   czymkolwiek   by   one   były,   są   jedynie   częścią   Sił   Alternatywnych?   I   czy   nie 

powinniśmy odnaleźć reszty? Musimy próbować?

- Owszem - odparł instruktor. - To bardzo trafne stwierdzenie, ale nie jest to w żadnym 

background image

razie pełna odpowiedź...

-   Nie,   nie,   oczywiście,   że   nie...   -   wtrącił   „domokrążca”,   uśmiechając   się   przy   tym, 

rumieniąc i wyjmując chusteczkę. Ponownie przedmuchał nos tak energicznie, jakby trąbił na 

trwogę.

-  ...w   żadnym   razie  pełna   odpowiedź   -  ciągnął   niewzruszenie   instruktor.  -   W  rzeczy 

samej, jeśli nawet istnieje pełna odpowiedź, nic mi o tym nie wiadomo. W tej materii każdy 

zdany jest na własne domysły. Teraz zaś myślę - rzekł wstając - iż to omawianie przedmiotu ze 

swej natury nieomawialnego, wystarczy, by dać wam temat do rozmyślań na całe życie. O ile w 

ogóle nie zaszkodziliśmy wam, poprzez wszczepienie pewnych sztywnych pojęć. Pamiętajcie - 

jego głos i sposób bycia uległy nagłej zmianie, jakby nałożył na siebie niewidzialny płaszcz - 

życie jest iluzją. Czas, przestrzeń i wszystko, co istnieje, jest iluzją. Nie ma niczego, dosłownie 

niczego, poza Siłami Alternatywnymi.

Umilkł nagle. Czeladnicy wstali i ruszyli do wyjścia. Gdy Paul mijał instruktora, ten 

wyciągnął rękę i dotknął ramienia adepta.

- Chwileczkę - odezwał się instruktor. Paul odwrócił się ku niemu. Tamten poczekał, aż 

pozostali wyjdą z pokoju. - W ogóle się nie odzywałeś - stwierdził.

- I owszem - odparł Paul. - To prawda.

- Wolno spytać, dlaczego?

-   Jeśli   dobrze   pamiętam   -   rzekł   Paul   -   kluczowym   słowem   w   książce   Blunta   jest 

destrukcja.

- Tak jest.

-   My   zaś   -   stwierdził   Paul   spoglądając   na   instruktora   z   wyżyn   swego   wzrostu   - 

mówiliśmy o tworzeniu.

- Mmmm... - odezwał się instruktor, kiwając z namysłem głową. - Pojmuję. Sądzisz, że 

ktoś tu kłamie?

- Nie - zaprzeczył Paul. Poczuł nagłe osłabienie, które nie było słabością fizyczną. - Po 

prostu nie było o czym mówić.

Instruktor spojrzał na niego ze zdziwieniem.

- Teraz ty mnie zdumiewasz - powiedział wreszcie. - Nie rozumiem cię.

- Sądzę - wyjaśnił spokojnie Paul - że omawianie czegokolwiek nie ma sensu.

Instruktor potrząsnął głową.

background image

- Nadal cię nie rozumiem - powiedział. - Ale to nic nie szkodzi - uśmiechnął się. - W 

Gildii jest tak: Jeśli jesteś wierny sobie, nie musisz niczego wyjaśniać innym.

Poklepał Paula po ramieniu.

- Śmiało, człowieku! - powiedział na pożegnanie.

Wracając do swego pokoju, co polecił mu Jase, w przypadku, gdyby nie miał nic innego 

do roboty, Paul szedł pomostem ponad salą łączności w służbowej części Stacji. Miał kiepskie 

pojęcie o tym, co działo się w trzystopniowym akceleratorze, który zajmował obszerną, wysoką 

na   pięć   pięter   jaskinię,   gdzie   rurę   głównego   urządzenia   otaczały   kilkunastometrowe   ściany 

aparatury  pomocniczej.  Paul  wiedział   tylko,  a   wiedzę  czerpał   z  wiadomości   telewizyjnych  i 

magazynów popularnonaukowych, że zasada działania urządzenia opiera się na przesyłaniu tam i 

z powrotem pęku energii o wysokim stopniu koncentracji, dopóki ów pęk nie osiągnął prędkości 

bliskiej szybkości światła. Następowało wtedy „przebicie”, pęk energii znikał stając się punktem 

nie-czasu, podążającym w tym samym kierunku. Punkt ów, odpowiednio zsynchronizowany z 

punktem nie-czasu w laboratorium Kompleksu Kwatery Głównej Inżynierii Światowej, tworzył 

ścieżkę natychmiastowej, bezczasowej transmisji.

Ponieważ ów punkt nie-czasu posiadał konkretne wymiary fizyczne, można było tym 

sposobem   przesyłać   przedmioty   różnych   rozmiarów   ze   stacji   nadawczej   na   Ziemi   do   stacji 

odbiorczej   na   Merkurym.   Z   pewnych   powodów   istniała   krytyczna   odległość,   która   musiała 

dzielić obie stacje - Mars i Wenus były położone zbyt blisko Ziemi. Stacje, które zbudowano na 

tych   planetach,   nie   spełniły   oczekiwań.   Teoretycznie   baza   na   Merkurym   mogła   być 

zaopatrywana wprost z Kompleksu Inżynierii Światowej we wszystko, co było jej potrzebne. 

Jednakże nie wykorzystywano tej możliwości. Akcelerator używano tylko do eksperymentów na 

końcu   ścieżki   transmisyjnej.   Większość   materialnych   potrzeb   Stacji   zaspokajano   drogą 

eksploatacji gleby i skał Merkurego.

Przesyłanie istot żywych, w tym i ludzi, było możliwe i wykonalne. Niestety, reakcje 

tych, którzy wypróbowali ów sposób, były dość różne; od szaleństwa i śmierci do trwałego urazu 

psychicznego. Natomiast nieliczni, którzy wyszli z tego cało, nie godzili się na żadne ponowne 

próby. Mówi, iż doznawali pozbawionego poczucia upływu czasu wrażenia rozpraszania się ich 

jaźni w nieskończoność, po którym następowało skupianie świadomości w punkcie odbiorczym. 

background image

Niewiele pomagało używanie środków uspokajających lub nasennych - uraz psychiczny stawał 

się   wtedy   śmiertelnym   szokiem.   Lekarze   zapewniali,   iż   pracują   nad   pewnymi   środkami 

odurzającymi i problem zostanie niebawem rozwiązany. Na razie jednak w tunelu nie było widać 

światełka.

Tymczasem do pobliskich gwiazd, o których wiedziano, że posiadają systemy planetarne, 

wysyłano   poruszające   się   z   szybkością   podświetlną   statki   bezzałogowe.   Statki   te   wiozły   na 

swych   pokładach   zestawy   automatów,   zdolnych   po   wylądowaniu   na   odpowiedniej   planecie 

założyć tam stację odbiorczą. Jeśli medycyna zdoła kiedykolwiek uporać się z problemem szoku 

psychicznego, system transportowy będzie gotów w porę.

Wszystko to jednak niewiele Paula obchodziło. Spojrzał na urządzenie i poszedł dalej. 

Odczuł   tylko,   jak   zawsze   gdy   tędy   przechodził,   emanującą   od   aparatury   aurę   łagodnego, 

przyjemnego podniecenia. Było to uczucie podobne do tak zwanej elektryzacji powietrza przed 

burzą, spowodowanej nie tylko obecnością jonów, ale również kontrastem światła i mroku, kiedy 

ciemne chmury zasnuwają stopniowo jasne niebo.

Paul   minął   akcelerator   i   wkroczył   w   rejon   węższych   korytarzy   i   pomieszczeń 

mieszkalnych. Przeszedł też obok podwójnych, zbudowanych z przezroczystego plastyku drzwi 

śluzy   basenu   kąpielowego.   Ponieważ   woda   była   cenna,   pomieszczenie   z   basenem   stanowiło 

osobny   system   zamknięty,   niezależny   od   reszty   stacji.   Wyposażono   je   także   w   urządzenia 

zwiększające grawitację Merkurego, by można było pływać i nurkować tak jak na Ziemi. Jedyną 

osobą kąpiącą się teraz była Kantela. Gdy przechodził obok, zobaczył jak wdzięcznym ruchem 

skacze   z   niższej   trampoliny.  Zatrzymał   się,   by  niewidoczny   dla   niej,  patrzeć,  jak  płynie   ku 

brzegowi basenu, tuż obok szklanej ściany, przy której stał. W kostiumie kąpielowym wydawała 

mu się bardzo zgrabna i przez chwilę Paul głęboko odczuł własną samotność.

Ruszył dalej, zanim zdążyła wspiąć się po drabince i zobaczyć go. Gdy dotarł do swego 

pokoju,  zauważył   od   razu   przypiętą   do  drzwi   kartkę:  „Wykład  wstępny.  Sala   numer   osiem, 

poziom osiemnasty, po obiedzie, godz. 13.30”.

Wykład wstępny odbył się w jeszcze innej sali konferencyjnej niż poprzednie spotkanie. 

Prowadził   go   mężczyzna   po   sześćdziesiątce,   który   wyglądem   i   zachowaniem   przypominał 

doświadczonego nauczyciela akademickiego. Przysiadł na niewysokim podwyższeniu i spojrzał z 

background image

góry na audytorium składające się z Paula, trzech mężczyzn, którzy towarzyszyli Formainowi 

ostatnim razem oraz sześciu innych ludzi. Wśród tych nowych znajdowała się młoda kobieta tuż 

po dwudziestce, niezbyt ładna, ale o zaskakująco radosnej twarzy, na której doskonale odbijały 

się wszystkie uczucia. Prowadzący zajęcia przedstawił się jako Leland Minault i nie zaczął od 

wykładu. Poprosił natomiast o zadawanie mu pytań.

W tym momencie, jak zwykle w takich wypadkach, zaległa cisza. Przerwał ją w końcu 

jeden z pięciu nie znanych Paulowi mężczyzn.

- Nie rozumiem, jaki związek ma Gildia Orędowników z Projektem Odskoczni i tutejszą 

Stacją - powiedział. Leland Minault spojrzał na pytającego zezując tak, jakby na nosie miał 

niewidoczne binokle.

- To - rzekł - jest stwierdzenie, nie pytanie.

- No dobrze - przyznał rozmówca. - Czy Gildia Orędowników popiera działalność Stacji 

Odskoczni   albo   czy   prowadzi   badania   nad   sposobami   wydostania   się   w   przestrzeń 

międzygwiezdną?

- Nie - odparł Minault.

- Cóż więc w takim razie - pytał dalej tamten - robimy tutaj?

- Jesteśmy tu - rzekł Minault starannie dobierając słowa i składając dłonie na swym nieco 

zbyt wypukłym brzuchu - ponieważ machina nie jest człowiekiem, o przepraszam, istotą ludzką. 

Istota ludzka bowiem, jeśli umieści się ją w miejscu takim jak, powiedzmy, Merkury, w warun­

kach, które pozostają w absolutnej niezgodzie z celem, dla jakiego ją tam umieszczono, prędzej 

czy później zacznie się rozglądać i dopatrywać ukrytych związków.

I uśmiechnął się promiennie do rozmówcy.

- Wtedy zaś - ciągnął dalej - istnieje możliwość, że po otrzymaniu właściwej odpowiedzi, 

istota owa przemyśli problem głębiej, zamiast po prostu przełknąć gotową formułkę. Co być 

może stanie się waszym udziałem, jeśli zależy wam tylko na informacji.

Wszyscy obecni wymienili uśmiechy.

- Niech będzie - poddał się ten, co zadał pytanie. - Każdy z nas mógł dać się naciąć. Nadal 

jednak nie otrzymałem odpowiedzi.

- Słuszna uwaga - rzekł Minault. - Cóż, sedno w tym, że istota ludzka reaguje tak, a nie 

inaczej z powodu wrodzonej ciekawości. Machina zaś, nazwijmy ją monstrum technologicznym, 

może posiadać najróżniejsze cechy, ograniczona jest jednak brakiem wrodzonej ciekawości. Ten 

background image

talent zarezerwowano wyłącznie dla istot żywych.

Przerwał ponownie. Słuchacze milczeli.

-   Nasz   obecny   świat   -   podjął   po   chwili   Minault   -   znajduje   się   w   krzepkim   uścisku 

mechanicznego   potwora,   którego   głową,   jeśli   zgodzicie   się   na   to   określenie,   jest   Kompleks 

Inżynierii Światowej. Potwór ów jest nam wrogi i może nas aż nazbyt swobodnie śledzić. Na 

przykład, poprzez każdą  transakcję, jakiej dokonujemy  za  pomocą  kart  kredytowych, lub za 

każdym razem, gdy używamy środków transportu publicznego, jemy posiłek, czy wynajmujemy 

mieszkanie, słowem tak długo, dopóki pozostajemy na Ziemi. Kompleks zaopatrzeniowy tu, na 

Stacji   Odskoczni,   oficjalnie   jest   częścią   Kompleksu-Matki   tam,   na   Ziemi.   W   istocie   jednak 

obecnie obie planety nie mają żadnego kontaktu, poza eksperymentalnym łączem transportowym 

- obdarzył całą grupę szerokim uśmiechem. - Tak więc - ciągnął dalej - kryjemy się tutaj pod 

pozorami uczestnictwa w Operacji Odskocznia. Właściwie to w chwili obecnej kontrolujemy tę 

operację.   Nie   interesuje   nas   ona,   po   prostu   służy   jako   zasłona   dymna.   Oczywiście,   nasza 

obecność intryguje tych pracowników Stacji, którzy nie są członkami Gildii. Machina jednak, 

jako się rzekło, nie reaguje tak jak istota ludzka. Jeśli czegoś nie widzi, zakłada po prostu, że tego 

nie ma i nie zagląda, nie szpera po mrocznych kątach dlatego tylko, iż mogłaby natknąć się tam 

na wrogów.

Czyjaś dłoń uniosła się w górę. Odwróciwszy głowę Paul spostrzegł, że należała ona do 

tej energicznej, młodej dziewczyny.

- Tak? - spytał Minault.

- To nie ma sensu - powiedziała. - Kompleks Inżynierii Światowej jest zarządzany przez 

ludzi, nie przez machiny.

-   A,   tak   -   odparł   Minault.   -   Ale   mówiąc   to,   zakładasz   jednak,   że   sprawami   kierują 

Naczelny Inżynier Świata i jego zespół. Tak nie jest. Oni są kontrolowani przez naukowców, 

którzy z kolei ulegają... użyjmy tej nazwy dla wygody, Kompleksowi Ziemi, bez którego oni 

sami nie mogą istnieć.

Dziewczyna zmarszczyła brwi.

- Czyżbyś twierdził - zawahała się na moment, jak pływak mający zamiar dać nura do 

zimnej   wody,   wyraźnie   zaskoczona   niezwykłością   tego,   co   zamierzała   powiedzieć   -   że 

Kompleks-Matka posiada inteligencje?

-   O,   jestem   tego   całkowicie   pewien   -   beztrosko   oznajmił   Minault.   -   Posiada   on 

background image

fantastyczną wiedzę, a także coś w rodzaju śladowej inteligencji. Nie sądzę jednak, żeby właśnie 

o nią ci chodziło. Chciałabyś  się dowiedzieć, czy Kompleks-Matka,  albo,  jak  wielu  zaczęło 

nazywać go ostatnio, Superkompleks, posiada świadomość i własną osobowość.

- No... owszem - przyznała się.

- Tak myślałem. Cóż, odpowiedź na to pytanie, droga pani i wy, drodzy panowie, jest 

dość zaskakująca. Jak najbardziej, posiada.

Cała grupa, przysłuchująca się dotąd w milczeniu sokratejskiemu dialogowi dziewczyny i 

Minaulta, ocknęła się raptownie i odpowiedziała pomrukiem niedowierzania.

- O, nie w rozumieniu ludzkim, nie w rozumieniu ludzkim - rzekł Minault uspokajająco. - 

Nie zamierzam nadużywać waszej łatwowierności. Na pewno jednak wszyscy, wcześniej czy 

później, pojmiecie, iż machinie owej niezbędna była zdolność elementarnego rozumowania, a do 

tego trzeba było osiągnąć pewien stopień komplikacji systemu. I dlaczegóż by nie? Poręcznie jest 

mieć   machinę,   która   potrafi   rozumować   i   stopniowo   nauczy   się   nie   powtarzać   swych 

popełnionych już błędów.

- Aaa - odezwał się rosły, sprawiający wrażenie domokrążcy uczeń, poznany przez Paula 

na wcześniejszych zajęciach. - W takim przypadku nie potrafię dostrzec... może inaczej... wynikł 

z tego problem kontroli, której wolelibyśmy uniknąć. Czy nie tak?

- Ja tylko - zastrzegł się Minault, zerkając na pytającego - wyjaśniani, w jaki sposób 

Kompleks-Matka uzyskał osobowość.

- Och, rozumiem - powiedział tamten i oparłszy się wygodniej tradycyjnie przedmuchał 

nos.

- Twoje pytanie było dobre, choć nieco przedwczesne - stwierdził Minault. - W tej chwili 

musicie   pojąć,   co   mam   na   myśli   mówiąc   o   ego   machiny.   Pomyślcie   o   rozrastających   się   i 

sterowanych   przez   komputery   Kompleksach,   jak   o   zwierzęciu,   którego   zadaniem   jest   coraz 

częstsze wyręczanie ludzkości w jej staraniach o utrzymanie się przy życiu i dobrobyt. Zespół 

owych Kompleksów rozrasta się, stając się środkiem, za pomocą którego ludzkość może istnieć i 

opływać w dostatek. Rozrasta się więc, aż w końcu powstaje potrzeba wbudowania weń pewnej 

umiejętności samodzielnego rozumowania, tak by, na przykład, nie ustalał pięknej pogody w 

Kalifornii, kiedy może to spowodować huragany na kanadyjskich polach uprawnych. Jeśli zaś 

daliśmy mu aż tyle samodzielności, jaki jest następny, logiczny krok?

- Instynkt samozachowawczy? - spytała szybko dziewczyna, podczas gdy „domokrążca” 

background image

chrząkaniem przygotowywał swą krtań do kolejnego „Aaa”.

- Całkiem słusznie.

- Aaa, powinienem więc sądzić, iż będzie on uważał działania ludzkie, które przeczą jego 

wnioskom, za... jak by to rzec... żwir wrzucony do dobrze pracującego mechanizmu?

- Czy będzie on posiadał aż tyle wyobraźni? - spytała dziewczyna. Ona i „Aaa” patrzyli 

na Minaulta. który siedział odprężony i zerkał na nich zmrużywszy powieki.

- Właściwie, nie miałem na myśli wyobraźni. Aaa, to był przykład.

- I całkiem niezły - powiedział Minault, przerywając dziewczynie, która otwierała już 

usta, by coś wtrącić. - Kompleks-Matka jest czymś w rodzaju dobrodusznego i pełnego dobrych 

zamiarów potwora, którego jedynym pragnieniem jest udławić nas nadmiarem usług i dóbr. Jest 

to   rodzaj   machiny,   która   nie   ma   wytyczonego   wyraźnie   celu,   ale   która   przejawia   instynkt 

samozachowawczy i tendencję do coraz szerszego pojmowania dobra ludzkości i dbania o to 

dobro.   Nas,   członków   Gildii   Orędowników   oraz   wszystkich   tych,   którzy   manifestują   swą 

niezależność poprzez zażywanie narkotyków, przyłączanie się do wspólnot kultowych lub żyją w 

inny, nie zaplanowany przez niego sposób, uważa on za rodzaj żwiru, ciśniętego do gładko 

pracującego urządzenia. Żwir ten, któregoś dnia, trzeba będzie usunąć.

Spojrzał na tył grupki słuchaczy.

- Tak? - spytał.

Paul   obejrzał   się   i   spostrzegł,   iż   siedzący   z   tyłu   młody,   opalony   człowiek   opuszcza 

właśnie rękę.

- Sądzę - stwierdził on - iż to głupota zadawać sobie tyle trudu, by przeciwstawić się 

kupie urządzeń dostawczych, nieistotne, jak bardzo skomplikowanych.

-   Mój   młody,   drogi   przyjacielu   -   rzekł   Minault.   -   My,   z   Gildii   Orędowników   nie 

przeciwstawiamy   się   kupie   urządzeń   dostawczych.   Przeciwstawiamy   się   idei   coraz 

popularniejszej   od   paru   setek   lat,   iż   szczęście   rasy   ludzkiej   polega   na   coraz   ciaśniejszym 

zawijaniu jej w pieluchy cywilizacji technologicznej - przerwał na chwilę. - Sądzę, że na razie 

macie dość tematów do przetrawienia. Proponuję, byście to wszystko gruntownie przemyśleli.

Zszedł z podium i ruszył do wyjścia. Audytorium również wstało z miejsc. Gdy Paul tuż 

za   Minaultem   przeciskał   się   przez   drzwi,   spostrzegł,   że   dziewczyna   szarpie   rosłego 

„domokrążcę” za guzik kurtki.

-  Myślę,  że  mylisz  się  całkowicie,  jeśli  sądzisz,  iż  Kompleks-Matka   ma  jakąkolwiek 

background image

wyobraźnię - rzekła poważnym tonem.

background image

Rozdział 13

Czy  zdarzało   ci   się   mieć   do   czynienia   z   materiałami   wybuchowymi?   -   spytał   chudy 

instruktor o opalonej twarzy. Trzymał on w dłoni paczkę miękkiego, samoprzylepnego żelu z 

wetkniętym weń detonatorem z trzyminutowym lontem.

- Zdarzało się - odparł Paul.

Stali na krawędzi doskonale realistycznej imitacji przepaści w górach, głębokiej na jakieś 

dwieście   metrów,   ponad   którą   przerzucono   pajęczynę   mostu   zbudowanego   z   przęseł 

magnezowych. Kraniec mostu, przy którym znajdowali się Paul i instruktor, osadzono w skrzyni 

z drewnianych bali, wypełnionej odłamkami skał. Przyczółek wysunięty był na odległość ponad 

pięciu metrów poza krawędź skały.

- Taką ilość plastyku - rzekł instruktor ważąc materiał w dłoni - można, nie wzbudzając 

niczyich podejrzeń, przenieść w walizeczce czy dyplomatce. Ładunek ten ma dość mocy, by 

przeciąć wybuchem dwie lub trzy drewniane belki albo jedną, czy dwie metalowe sztaby, które tu 

widzisz. Jak zabrałbyś się do całkowitego zniszczenia tego tu mostu?

Paul ponownie spojrzał na rozciągającą się przed nim konstrukcję. Podczas ubiegłych 

dziewięciu dni przeszedł przez kilka  sesji  - było to jedyne słowo, opisujące rzecz właściwie. 

Wyglądało to na zbiór zajęć z dziwnie odległych przedmiotów, z których niejeden pozornie nie 

miał   żadnego   związku   z   Gildią   Orędowników.   Najdłużej   trwające   zajęcia   nie   przekroczyły 

dwudziestu minut, informacje zaś, jakich dostarczały, były mgliste i niejasne. W istocie nie było 

pewne, czy sesje miały dostarczyć adeptom informacji, czy też poddawać ich testom. Skład 

audytorium był różny za każdym razem. Na swój użytek Paul uznał, że celem było jedno i drugie. 

Prawdopodobnie chodziło też o pobudzenie umysłów adeptów. Żywił przekonanie, że niektórzy z 

jego towarzyszy byli w zmowie z prowadzącymi zajęcia. Do niektórych sesji idealnie pasowało 

określenie „stek nonsensów”.

Na przykład sesja obecna; on sam na sam z instruktorem, materiałem wybuchowym i 

repliką mostu znajdującego się gdzieś na Ziemi. Czy miał to być instruktaż, test, jakaś bzdura, 

czy może coś innego?

Most i przepaść wykonano doskonale. Musiał to być w dużej części hologram, sceneria ta 

w żaden sposób nie dałaby się bowiem odtworzyć tu, głęboko pod powierzchnią Merkurego. 

background image

Oczy Paula spoglądały na głęboką, może ćwierćkilometrową przepaść, z której dobiegał odległy 

ryk górskiej rzeki. Powietrze było rozrzedzone i suche, jak wszędzie na dużych wysokościach. 

Na niebie nie dostrzegł żadnych chmur.

Problem polegał na tym, iż Paul nie wiedział, co z tego było prawdziwe, a co złudzeniem. 

Jeśli prawdziwy był blok materiału wybuchowego i jeśli miał on zostać zdetonowany w małej 

komorze   podziemnej   o   rozmiarach   podobnych   do   rozmiarów   pomieszczeń,   w   których   Paul 

odbywał   ostatnie   sesje,   to   koniecznie   trzeba   będzie   odwołać   się   do   Sił   Alternatywnych,   by 

objaśnić powód, dla którego Paul i instruktor mieliby przeżyć eksplozję. Paul położył dłoń na 

drewnianym przyczółku mostu i wyjrzał za krawędź przepaści. Jego wzrok zagubił się w zasnutej 

oparami głębinie. Jeśli miał wierzyć swym zmysłom, od dna dzieliła go duża odległość. Ile 

dokładnie, tego nie potrafił określić. Ale poza krawędzią przepaści naprawdę czuło się głębię. Z 

drugiej   strony,   przedmioty,   których   dotykał   dłonią   sprawiały   wrażenie   rzeczywistych,   ale 

wrażenie to było podszyte fałszem.

- Cóż... - zaczai - nie jestem specem od mostów. Ale sądzę, że sztuka polega na zerwaniu 

tej belki - pokazał. - Jeśli jej koniec poleci w dół i wyłamie tamtą, to całość runie w przepaść.

- Nieźle wykombinowane - ocenił instruktor. - A jak zabrałbyś się do zerwania go od 

naszej strony?

- Podejrzewam - odparł Paul wskazując miejsce, w którym koniec przyczółka łączył się z 

magnezowym dwuteownikiem - że jeśli rozwalimy go właśnie tutaj, przecinając wybuchem ten 

dźwigar, to ciężar reszty konstrukcji skręci ją w dół, załamie i rozerwie drugi łuk nośny. Wtedy 

runie cały ten koniec mostu.

-   Doskonale   -   instruktor   podał   Paulowi   blok   plastyku.   -   Zobaczmy,   jak   sobie   z   tym 

poradzisz.

Paul ponownie przyjrzał się mostowi. Następnie wetknął plastyk za pasek od spodni i 

zaczął wspinać się po belkach przyczółka. Brak jednej dłoni nie przeszkadzał mu aż tak bardzo, 

jak   mogło   się   to   wydawać   instruktorowi.   Siła,   którą   dysponowało   prawe   ramię,   pozwalała 

Paulowi utrzymać ciężar ciała pod kątami nieosiągalnymi dla przeciętnego wspinacza. Kiedy 

dotarł na miejsce, zatrzymał się, pozornie po to, by odetchnąć, w istocie zaś dla uporządkowania 

myśli.

Nadal wyczuwał, że z mostem jest coś nie tak. Oddzielił nieznacznie drzazgę od belki, na 

której siedział i zrzucił ją w dół. Opadała łagodnie, dopóki nie stracił jej z oczu jakieś dziesięć, 

background image

może piętnaście metrów niżej. Cóż, przynajmniej odległość pod nim nie była złudzeniem. Raz 

jeszcze przyjrzał się miejscu, w którym powinien przymocować ładunek.

Był to punkt tuż powyżej pojedynczej, ostatniej belki przyczółka. Aby wykonać zadanie, 

będzie musiał stanąć na tej belce i umieścić plastyk tam, gdzie stykała się ona z magnezową 

szyną nośną w kształcie dwóch liter „T” połączonych podstawami. Ruszył dalej. Wspiął się na 

dwuteownik, wychylił i znalazł się nad belką. Trzymając się metalu, ostrożnie opuścił stopy, aż 

oparły się na belce.

I   wtedy,   tak   dyskretnie,   jak   to   było   możliwe,   nie   puszczając   dwuteownika,   obiema 

stopami zaczął coraz silniej naciskać belkę.

Drzewo pękło z rozdzierającym trzaskiem. Belka nagle umknęła mu spod stóp i Paul 

zawisł na wyciągniętej ręce, uczepiony dwuteownika. Przez chwilę widział pod sobą obracającą 

się i obijającą o ściany przepaści belkę, na której miał stanąć, aż wreszcie ta znikła nagle jakieś 

dwadzieścia metrów niżej. Wisząc spojrzał na miejsce, w którym dolną część belki połączono z 

górną   za   pośrednictwem   metalowej   obejmy   umocowanej   czterema   grubymi,   magnezowymi 

nitami.

W drewnie górnej połowy belki nie dostrzegł ani dziur po nitach, ani nawet zerwanych 

nitów. Widział tylko złamany koniec drewnianego kołka klinowego o grubości  zaledwie kilku 

milimetrów.

Łatwo podciągnął się na szynę ze stopu magnezu. Most trzymał się pewnie, najwidoczniej 

zrównoważono go na podporach inaczej, niż wydawało się to na pierwszy rzut oka. Paul wspiął 

się do instruktora, na stały grunt i podał mu paczkę plastyku.

- I co teraz? - spytał.

- Cóż... - odparł instruktor. - Wrócimy na górę do biur. Nie wiem, co powie twój mistrz, 

to jego sprawa. Jeśli jednak chodzi o mnie, powiedziałbym, że zdałeś.

Opuścili górską makietę sytuacyjną i powróciwszy do oficjalnej części Stacji, podjechali 

windą kilka pięter. Paul odniósł wrażenie, że znaleźli się tuż pod powierzchnią, o ile nie na niej 

samej. Wrażenie to potwierdziło się, gdy weszli do pomieszczenia biurowego, gdzie znajdowało 

się prawdziwe okno, przez które widać było żółtawy zmierzch i czarcie ogrody rozciągające się 

wokół Stacji na powierzchni Merkurego.

Byli   tu   Jase,   Heber   i   kilku   ludzi,   których   Paul   nie   znał.   Instruktor   polecił   Paulowi 

poczekać przy wejściu, a sam ruszył dalej i przez chwilę mówił coś do tamtych ściszonym 

background image

głosem. Potem Jase z instruktorem przeszli do jednego z biurek i zaczęli przeglądać leżące na 

nim akta. Do Paula dotarły słowa: „uczeń” i „test”.

- Podejdź tu do okna - polecił Jase.

Paul usłuchał. Szczupły Nekromanta był w tak wesołym nastroju, w jakim Paul go jeszcze 

nie widział. Mimo to w ruchach Warrena nadal była czujność czyhającego na mysz kota.

- Siadaj.

Paul   usiadł   więc   w   niskim,   miękkim   fotelu.   Jase   rozsiadł   się   w   drugim,   stojącym 

naprzeciwko.

- Stałeś się obecnie - zaczął Jase, bacznie obserwując Paula swymi ciemnymi, głęboko 

osadzonymi   oczami   -   pełnoprawnym   członkiem   Gildii   Orędowników.   Zanim   przyszedłeś   do 

mnie, miałeś określony pogląd dotyczący ciebie samego i twego utraconego ramienia. Teraz 

wyjaśnię ci, jak naprawdę wygląda sytuacja widziana oczyma kogoś, kto jak ja, jest biegły w 

prawach Sił Alternatywnych... - przerwał na moment. - Zamierzałeś coś powiedzieć? - spytał.

- Nie - odparł Paul.

- Doskonale - rzekł Jase. - Sprawa ma się tak. W zakresie Sił Alternatywnych posiadasz 

zdolności, które prawdopodobnie są natury parapsychologicznej. Kiedy spotkałem cię po raz 

pierwszy, powiedziałem ci, a do moich zdolności zalicza się umiejętność oceny charakteru, coś o 

twej zdumiewającej arogancji.

Paul zmarszczył brwi. To, że Nekromanta nazwał go aroganckim, odstawił na boczny tor 

pamięci. Była to jedyna rzecz, z którą nie mógł się pogodzić.

- Teraz lepiej już pojmuję powody, dla jakich powinieneś być arogantem - ciągnął Jase. - 

Nie miałem pojęcia, żaden z nas, zwykłych członków Gildii, nie miał pojęcia o granicach twych 

zdolności. Nie mieliśmy jednak wątpliwości co do ich charakteru. Twoje umiejętności polegają 

na   wykorzystywaniu   Sił   Alternatywnych   do   prawie   doskonałej   obrony   samego   siebie. 

Próbowaliśmy   wszystkiego,   prócz   bezpośredniego   zamachu   na   twe   życie.   Wyszedłeś   z   tego 

obronną ręką. Powiedz mi, czy dałbyś radę objaśnić słowami, co wzbudziło twoje podejrzenia 

tam na belce, nad przepaścią? Nie proszę, byś mi to wyjaśnił, pytam jedynie, czy myślisz, że 

potrafiłbyś mi to wyjaśnić?

- Nie - odparł Paul po namyśle. - Sądzę, że nie.

- Tak właśnie sądziliśmy. No dobrze. To, co zechcesz zrobić z twoimi umiejętnościami, 

zależy teraz tylko od ciebie. Ja osobiście mniemam, iż powodem, dla którego nie przyjmuje się u 

background image

ciebie przeszczep lewej ręki, jest związane z nim niebezpieczeństwo, które w tym przeszczepie 

widzą twoje mechanizmy obronne. Jeśli umiałbyś określić, jakiego rodzaju jest owo zagrożenie, 

to może potrafiłbyś  znaleźć sposób na uniknięcie go i następne ramię, które  kazałbyś sobie 

wszczepić, przyjęłoby się zamiast obumierać.

Przerwał. Paul odniósł wrażenie, że po raz pierwszy, od chwili kiedy się poznali, Jase jest 

lekko zbity z tropu.

-   Jak   już   powiedziałem   -   odezwał   się   znowu   Nekromanta;   mówił   nieco   wolniej   niż 

zwykle - we wszystkim, oprócz nazwy, jesteś teraz członkiem Gildii. Pracowaliśmy nad tobą nie 

tylko tutaj, ale i na Ziemi. Jeśli zechcesz wrócić, będziesz musiał stawić czoło policyjnemu 

śledztwu   w   sprawie   śmierci   Kevina   Malorna,   tego   człowieka   w   Koh-I-Nor,   któremu   miałeś 

dostarczyć narkotyki.

- Zastanawiałem się nad tym - rzekł Paul.

- Już nie musisz - stwierdził Jase. - W dziale muzycznym księgarni Zarządu Kompleksu 

Chicago istnieje zapis, stwierdzający, że nabyłeś tam taśmę z nagraniem pewnej pieśni, dokładnie 

w chwili, kiedy zabito Malorna. Jedyne, co powinieneś zrobić, to pojawić się tam i poświadczyć 

prawdziwość tego faktu. Ponieważ zapisy dokonywane są automatycznie, powszechnie uważa 

się, że nie można ich zafałszować. Tak więc, po upływie godziny od momentu pojawienia się w 

Chicago, będziesz wolny od podejrzeń w związku ze śmiercią Malorna.

- Rozumiem - rzekł Paul. - Ta taśma z pieśnią... czy nie chodzi przypadkiem o tę, gdzie 

Kantela śpiewa coś o kwieciu jabloni!

Jase zmarszczył brwi.

- I owszem - przyznał. - W rzeczy samej, tak. A co?

- Nic - odparł Paul. - Słyszałem to nagranie, ale nie do końca.

-   Wybór   był   dość   oczywisty   -   rzekł   Jase.   -   Zapis   wskazuje   mój   numer   kredytowy. 

Kupowałeś na moją prośbę. To naturalne, ponieważ Kantela i ja jesteśmy starymi przyjaciółmi, a 

pieśń skomponował dla niej Blunt.

- Blunt?

- No tak - Jase uśmiechnął się cierpko. - Nie wiedziałeś, iż Wielki Mistrz komponował 

muzykę?

- Nie.

- On robi mnóstwo rzeczy - stwierdził Jase z cieniem kpiny w głosie. - Tak czy inaczej, 

background image

możesz bez przeszkód wracać na Ziemię, gdzie będziesz cieszył się pełną wolnością. Oczywiście, 

z jednym wyjątkiem; jako członek Gildii powinieneś wykonywać rozkazy mistrzów, takich jak 

ja.

- Pojmuję - bez entuzjazmu zgodził się Paul.

-   Czyżby?   -   odparł   Jase   i   westchnął.   -   Nie,   myślę,   że   nie.   Niczego,   psiakrew,   nie 

pojmujesz! Czy mógłbyś bez żadnych uprzedzeń posłuchać mnie choć przez pięć minut?

- Oczywiście - zgodził się Paul.

-   Doskonale   -   rzekł   Jase.   -   Ludzkość   otrzymała   impuls   pobudzający   w   czasach 

Renesansu.   Wtedy   to   zainicjowano   dwa   procesy   intelektualne.   Jeden   z   nich   zintensyfikował 

badania naukowe, które pchnęły Ludzkość na drogę cywilizacji technicznej. Celem tej drogi jest 

zbudowanie Ludzkości domu i utrzymywanie jej w nim, dobrze odkarmionej i szczęśliwej dzięki 

wykorzystaniu machin.

- Co, jak rozumiem, jest rzeczą zlał - spytał Paul.

- Ależ nie - odparł Jase. - Nie ma niczego złego w podpieraniu się protezami, kiedy nie 

ma zamienników. Ty jednak, na przykład, wolałbyś mieć ramię z krwi i kości, nieprawdaż?

- Cóż dalej?

- Stało się tak, iż w procesie rewolucji technologicznej pierwotna rola machin uległa 

zmianie. Zaczęto je uważać nie za środek do osiągnięcia pożądanego celu, ale za część celu samą 

w   sobie.   Proces   ten   uległ   przyspieszeniu   w   dziewiętnastym   stuleciu,   a   rozkwitł   w   pełni   w 

dwudziestym. Człowiek zaczai żądać coraz większych i szerszych usług od technologii, a ona ich 

dostarczała. Ceną za to były kolejne ustępstwa w dziedzinie indywidualnych, ukrytych zapasów 

energii ludzkiej. W końcu, za naszych czasów, technologia stała się czymś bardzo zbliżonym do 

religii. Zostaliśmy schwytani w jej pułapkę, co nas tak osłabiło, iż wmawiamy sobie, że jest to 

jedyny możliwy sposób życia. Że innej drogi po prostu nie ma.

- Ja... - zaczai Paul i umilkł.

- Właśnie, „Ja” - przytaknął Jase. - To aroganckie „Ja” z wbudowanymi weń cechami, 

umożliwiającymi przetrwanie. Inni ludzie nie są jednak tacy jak ty.

- To niezupełnie to, co chciałem powiedzieć - żachnął się Paul.

- Nieważne - uciął Jase. - Nie chodzi o ciebie, ale o świat, zdany na łaskę nieustannie 

rozwijającego się systemu technologicznego.

- Który ma być celem ataku Gildii?

background image

- Ataku? - zdziwił się Jase. - Gildia Orędowników została założona przez Blunta po to, by 

chronić jej członków przed atakami systemu.

-   Innymi   słowy   -   zauważył   Paul   -   wasi   członkowie   wyrastają   z   tradycji   innej,   niż 

technologiczna.

- Trafna uwaga - przyznał Jase spokojnie. - Wyrastają z innej tradycji. Tak jak ty.

Paul spojrzał na Nekromantę badawczo, ale wyraz ciemnej twarzy Jase'a był szczery jak 

nigdy przedtem.

-   Powiedziałem,   że   w   czasach   Renesansu   zainicjowano   dwa   procesy   -   ciągnął 

niewzruszenie Jase. - Jeden zaowocował powstaniem korzeni systemu, który dał początek naszej 

cywilizacji   technicznej,   utrzymującej,   iż   jest   tylko   jeden   sposób   życia   dla   Człowieka:   być 

rozpieszczanym przez machiny. Drugi proces zapoczątkował wszystkie inne systemy, a w tym 

zasadę wolności, która leży u podstawy Sił Alternatywnych. Pierwszy proces czyni Człowieka 

podmiotem, drugi uznaje jego supremację.

Spojrzał na Paula, jakby czekając na jego reakcję.

- Nie sprzeciwiam się idei supremacji - stwierdził Paul.

- Gdy wszyscy z Wujem Charlie na czele - mówił dalej Jase - coraz bardziej wielbili i 

ubóstwiali   machinę,   kilku   utalentowanych   ludzi   utrzymywało,   że   Człowiek   stanął   u   progu 

boskości, ale  proces  ten nawet  się nie  zaczai. W każdym pokoleniu działał jakiś  geniusz, a 

geniusz ma zawsze do czynienia z Siłami Alternatywnymi. Niestety, po pewnym czasie machina 

obrosła w piórka na tyle, by zacząć deptać geniuszom po piętach, co sprowadza nas do chwili 

obecnej, Paul.

- Wydaje mi się, że cały czas do niej zmierzaliśmy - zakpił Paul, nie mogąc powstrzymać 

się od uśmiechu.

- Sądziłem, iż obiecałeś wysłuchać mnie bez uprzedzeń - żachnął się Jase.

- Przepraszam.

-   No   dobrze   -   udobruchał   się   Nekromanta.   -   Odpowiedz   mi   na   jedno   pytanie. 

Przypuśćmy, że jesteś osobnikiem, żyjącym w jednym z pokoleń, do mniej więcej pięćdziesięciu 

lat wstecz, którego zdolności i skłonności popychają go do czegoś większego, niż to, co jest 

osiągalne dla ogółu ludzi w tym czasie. Cóż się stanie?

- Słucham bez uprzedzeń - powiedział Paul.

- Taki człowiek mógł ulec tendencji ogólnej i odrzucając swe zdolności, zginąć jako 

background image

jednostka.   Mógł   też   wznieść   się   ponad   przeciętność   i   unosić   się   nad   masami   dzięki   swym 

nadzwyczajnym umiejętnościom. Zgoda?

Paul przytaknął kiwnięciem głowy.

- Innymi słowy, może on wygrać lub przegrać swą prywatną bitwę z opinią publiczną 

swoich czasów - Jase ponownie spojrzał na Paula, który znów skinął głową. - W naszych czasach 

taki osobnik nie przeciwstawia się opiniom lub nastawieniom współobywateli. Przeciwko sobie 

ma poglądy, które zrodziły się i rozwinęły w mechanicznym monstrum, z którym nie można się 

spierać,   czy   dyskutować   i   którego   nie   da   się   przestroić.   Człowiek   ów   nie   ma   szans   na 

zwycięstwo, podobnie jak nie może wygrać ten, co idzie z gołymi rękami na spychacz. Człowiek 

ten nie może się nawet poddać, bo buldożer nie zna pojęcia kapitulacji. Spychacz zna jedynie 

pojęcie wykonanego zadania.

Jase oparłszy obie dłonie na kolanach, pochylił się ku przodowi. Emocje, jakie teraz 

przeżywał, ugodziły Paula jak grot strzały.

-   Nie   pojmujesz?   -   spytał   Nekromanta.   -   Gildię   Orędowników   założono,   ponieważ 

współczesny   nam   system   technologiczny   usiłuje   zabijać   ludzi,   którzy   wybijają   się   ponad 

przeciętność! Każdego z nich, wszystkich, zlikwidować ich co do jednego! - Jase utkwił płonący 

uniesieniem wzrok w twarzy Paula. - Tak, jak próbował zabić ciebie!

Paul również przez długą chwilę nie odrywał wzroku od Jase'a.

- Mnie? - spytał w końcu.

- Ostrzeżenie przed burzą, którego nie odebrałeś - zaczął wyliczać Jase. - Dezorientacja 

czasowa, z powodu której zostałeś zmiażdżony przez wózki w szybie kopalni. Zboczenie z trasy 

wozu, który postawił cię na drodze przeznaczonej dla maszerujących. Owszem - odparł, kiedy 

Paul uniósł brwi w niemym zapytaniu. - Gdy opuszczałeś moje mieszkanie, podrzuciliśmy ci 

pluskwę i od tej chwili nie spuszczaliśmy cię z oczu. To zwykła praktyka - przez chwilę był 

wyraźnie speszony. - Część wojny, jaką prowadzimy z TYM.

-   Rozumiem   -   powiedział   Paul,   zastanawiając   się   równocześnie   nad   niektórymi 

wydarzeniem! ze swej przeszłości.

-   Czy   to   ci   się   podoba,   czy   nie,   bierzesz   udział   w   tej   wojnie   po   stronie   Gildii. 

Chcielibyśmy, abyś wziął w niej udział  aktywny. Jeśli twe zdolności w dziedzinie Sił Alter­

natywnych są takie, jak nam się wydaje, będziesz dla Gildii nabytkiem bardziej cennym, niż 

ktokolwiek inny.

background image

- Dlaczegóż to? - spytał Paul.

Jase wzruszył ramionami w geście lekkiej irytacji.

- Nie mogę powiedzieć ci tego teraz - odparł. - Przedtem musisz poświęcić się sprawie 

Gildii, to znaczy spróbować zdobyć stopień Nekromanty, mistrza. Poddamy cię próbie. Jeśli 

przejdziesz ją pomyślnie, w swoim czasie dowiesz się, co mógłbyś zrobić dla Gildii. Dowiesz się 

tego   od   jedynego   człowieka,   który   będzie   mógł   wydawać   ci   polecenia,   gdy   będziesz   już 

mistrzem. Od samego Wielkiego Mistrza, Waltera Blunta.

- Od Blunta?

Paul   poczuł,   że   nazwisko   to   wypełnia   określone   miejsce   łamigłówki   wydarzeń   w 

Odskoczni na Merkurym. Poczuł też, że zalewa go fala zapomnianych uczuć, potem smutku, a 

wreszcie w głębi jego jaźni zbudziła się determinacja, by zmusić Blunta do odkrycia kart.

- Oczywiście - usłyszał Jase'a. - Któż inny mógłby wydawać polecenia mistrzowi? Blunt 

jest naszym generałem.

- Zgadzam się - głos Paula był spokojny i zdecydowany. - Co mam zrobić?

- Cóż - odparł Jase, cofając dłonie z kolan i siadając prosto. - Mówiłem ci, że chcemy 

określić zasięg twoich zdolności. Powiedziałem, że aby cię zabić, próbowaliśmy już wszystkiego, 

oprócz bezpośredniego zamachu na twoje życie. Teraz zamierzamy podjąć tę próbę. Zaplanujemy 

rzecz   starannie   i   zrobimy,   co   tylko   w   naszej   mocy.   Poprzemy   nasze   wysiłki   wszelkimi 

sposobami, na jakie może zdobyć się Gildia, bez żadnych zabezpieczeń i zobaczymy, czy uda ci 

się przeżyć...

background image

Rozdział 14

Jako nominalny mistrz i Nekromanta, czując na karku chłód groźby, że któregoś dnia ktoś 

dokona  zamachu na  jego życie, Paul  wrócił na Ziemię i  do Kompleksu Chicago. Oficjalnie 

powracał z wycieczki łodzią do Parku Narodowego Quetico, leżącego nad granicą kanadyjską w 

pobliżu Lakę Superior. Policjanci zdjęli go z zewnętrznego terminalu Kompleksu, skąd został 

odwieziony   do   Komendy   Głównej   i   tam   złożył   wyjaśnienia,   gdzie   przebywał,   podczas   gdy 

nieznany osobnik, czy osobnicy, mordowali Malorna. Policja zwolniła go po złożeniu zeznań, a 

gdy   opuszczał   gmach,   dopadł   go   reporter   kroniki   policyjnej   jednego   z   dzienników   i 

przeprowadził z nim pośpieszny wywiad.

- Co odczuwa człowiek - spytał reporter usiłując dotrzymać kroku Paulowi, gdy obaj szli 

w   stronę   wozów   przy   parkingu   policyjnym   -   który   właśnie   uniknął   spodziewanego   wyroku 

śmierci?

- Nie wie pan? - spytał Paul wsiadając do dwuosobowego wozu, który zaraz ruszył. 

Reporter przez chwilę zastanawiał się nad tymi trzema słowami, a potem wykasował je. Uznał, że 

wypowiedź jest za bardzo beztroska.

- Oczywiście, odczuwam ulgę - podyktował. - Znając jednak współczesne metody śledcze 

i jakość sprzętu, którym posługuje się policja, nie miałem żadnych wątpliwości, iż potwierdzą 

one moją niewinność. - Włożył magnetofon do kieszeni i ruszył do biura oficera dyżurnego.

Paul, zwróciwszy się do Jase'a, który również powrócił na Ziemię, otrzymał polecenie, by 

wynająć apartament nie opodal Suntden Place i zająć się czymkolwiek. I tak też zrobił. W ciągu 

kilku następnych tygodni miał wolne. Kładł się spać późno, włóczył się po Kompleksie, poznając 

dzielnice i zamieszkujące je tłumy. Czekał, aż na jego kark spadnie cios zawieszonego nad nim 

topora.

Topór jednak nie spadał. Urlopowany i odstawiony przez Gildię Orędowników na boczny 

tor Paul zdążył zresztą prawie o nim zapomnieć. Gdy jednak kontaktował się z Nekromanta, za 

każdym   razem   przekonywał   się,   że   Jase   jest   pogrążony   w   jakiejś   gorączkowej   działalności. 

Podobnie było z Kantelą, którą Paul widział przelotnie raz czy dwa. Podczas jednej z wizyt u 

Jase'a, Paul podjął próbę dowiedzenia się, jak mógłby dotrzeć do Blunta. Jase nie owijając w 

bawełnę   poinformował   go,   że   kiedy   taka   informacja   będzie   mu   potrzebna,   otrzyma   ją 

background image

niezwłocznie,   ale   dopiero   wtedy   i   nie   wcześniej.   Paul   domyślał   się,   że   Blunt   nie   posiada 

określonego   miejsca   zamieszkania.   Miejsce   jego   aktualnego   pobytu   zależało   od   chwilowej 

decyzji i było znane tylko najbliższym współpracownikom, takim jak Jase, czy Kantelą.

Poniedziałek pierwszego tygodnia maja zastał Paula w Wisconsin Dells, dokąd wybrał się 

pod pozorem polowania na wiewiórki. W zasadzie przestał już, przynajmniej świadomie, strzec 

się zamachu na swe życie, który obiecał mu Jase. Jednak dbająca o takie sprawy, skryta część 

jego jaźni, miała się na baczności.

Pochodziwszy po lesie rozsiadł się wygodnie, opierając plecy o pień srebrnego klonu. 

Jakiś czas wpół drzemał w potokach ciepła, lejącego się z błękitnego, wiosennego nieba. Potem 

zaczął przeglądać przywieziony ze sobą stos periodyków i dzienników. Broń jednak trzymał 

wciąż na kolanach i siedział tyłem do kilkunastometrowego urwiska, opadającego stromo zaraz 

za pniem klonu. Patrząc przez rzadki zagajnik młodych klonów, sosen i topoli miał doskonały 

widok na rozległe pole czarnoziemu, z rzadka upstrzone zielenią kiełkującej pszenicy. W sumie 

zajął doskonałą pozycję obronną.

Na drzewach porastających zbocze uwijały się szare wiewiórki. Gdy Paul rozsiadał się 

pod klonem, trzymały się z daleka, ale że przedstawicielkom gatunku Sciurus carolinensis nigdy 

nie   brakowało   wścibstwa,   pozwalały   więc   sobie   na   coraz   bliższe   igraszki.   Po   prawie 

dwugodzinnym bezruchu pogrążonego w lekturze Paula, jakiś bezczelny młodzik rozzuchwalił 

się do tego stopnia, że nie dalej jak o dwa metry od siedzącego człowieka wychylił się zza pnia 

topoli i zaczął się gapić na człowieka. Paul zdawał sobie sprawę z uwagi, z jaką obserwowały go 

zwierzątka. Sprawiało mu to przyjemność i nie zamierzał im przeszkadzać. Zabijanie ich było 

ostatnią rzeczą, na jaką miał teraz ochotę. Odkrył właśnie, że żywił głębszą niechęć do zabijania, 

niż dotąd sądził. Uznał je za rodzaj samookaleczenia. W takiej jak ta chwili, kiedy pozwolił sobie 

na głębokie zjednoczenie się z życiem i ruchem tej cząstki świata, która go otaczała, byłby to po 

prostu koszmar. Pławiąc się w cieple, blasku i pulsującej wokół aktywności, całą uwagę skupił na 

czytaniu materiałów, które kupił przed przybyciem tutaj.

Była to luźna kolekcja wielu osiągalnych aktualnie periodyków, które kupił wybierając je 

zupełnie przypadkowo. Przeglądając to teraz, doznał szoku. Zastanawiał się też, jak to się stało, 

że nie słyszał wcześniej tak licznych głosów wieszczących nieszczęście.

Artykuły pełne były niepokojących danych. Testy przeprowadzane wśród dzieci w wieku 

szkolnym ujawniały, że siedem procent osobników do lat ośmiu cierpi na poważne schorzenia 

background image

umysłowe. Od pięćdziesięciu lat stale wzrastał wskaźnik przestępczości, który tylko w bieżącym 

roku podskoczył o dwadzieścia trzy procent. Wszystko to działo się w świecie, w którym nikt nie 

cierpiał   na   brak   środków   do   życia,   a   większość   obywateli   cieszyła   się   bez   mała   luksusem. 

Szybko   wzrastał   światowy   wskaźnik   samobójstw.   Wzrastała   również   liczba   wyznawców 

najrozmaitszych   kultów.   Nasilały   się   przeróżne   histerie,   takie   jak   te,   którym   dawały   upust 

społeczności maszerujące. Obniżał się wskaźnik urodzin.

Kolejne artykuły albo poszukiwały wyjścia z sytuacji, albo przedstawiały własne metody 

indywidualnego   przystosowania   się   do   niej.   A   jednak,   jak   stwierdził   Paul,   gdy   ponownie 

przejrzał   leżące   przed   nim   pisma,   dość   było   innych   tematów,   takich   jak   sport,   najnowsze 

wiadomości, humor, sztuka czy nauka, by niewygodne informacje rozpłynęły się w nich i nie 

dotarły do świadomości. Ktoś taki jak Paul, kto nie cierpiał szczególnie dotkliwie, bez trudu 

ignorował   dysonanse   w   ogólnej   symfonii   pochwalnej   na   cześć   osiągnięć   współczesnej 

cywilizacji.

Paul zmarszczył brwi. Nie uwierzył w to, co przeczytał, lub w to, co powiedzieli mu inni. 

Wierzył tylko w to, co mógł poddać próbie swoich przeczuć. Teraz zaś wydało mu się, że czuje 

coś w związku z tym spisem niedostatków i niedoli. Cichy, oddalony jęk, jakby ktoś płakał. A 

może się łudził?

Odsunął   od   siebie   stertę   papieru   i   przymknąwszy   oczy   pogrążył   się   w   kontemplacji 

prześwitującego   przez   liście   światła   słonecznego.   Wyczuwał   ciężar   spoczywającej   na   udach 

strzelby i słyszał zwykłe szmery pośród drzew. Po wiewiórce z awanturniczą żyłką pojawiły się 

dwie   następne,   ale   ta   pierwsza   przewodziła.   Gdy   Paul,   nie   poruszywszy   się,   obserwował   je 

zaciekawiony, ta najzuchwalsza pomknęła nagle ku obcasowi jego lewego buta i obwąchała go 

drżącym noskiem.

Dwie towarzyszki ruszyły za nią. Człowiek, rozmyślał leniwie Paul, rozwija się skokami, 

jak te wiewiórki, a każde nowe odkrycie wywraca stary świat do góry nogami. Każdy zwrot 

rzeczywistości wydaje się zagrażać wiecznej nocy. Przyjrzał się wiewiórkom. Wszystkie trzy 

badały   teraz   strzelbę,   która   mierzyła   w   powietrze   obok   jego   prawego   kolana.   Ich   czarne, 

zafascynowane oczka zaglądały do luf. Próbował wyobrazić sobie, co się czuje, kiedy jest się 

jedną   z   nich   i   na   sekundę   jego   widzenie   rzeczywistości   rozpłynęło   się   w   fantastycznym, 

zawartym w kolumnach i gałęziach drzew świecie skoków i lądowań, snu, głodu i nieznanego.

Zza najbliższego drzewa nagle wyskoczyła ku niemu nowa wiewiórka. Nieoczekiwanie 

background image

ruchy   wszystkich   zwierzątek   nabrały   celowości.   Gdy   do   aktualnej   trójki   dołączył   kolejny 

przybysz, wszystkie trzy z nienaturalną precyzją, niczym jeden zespół, rzuciły nagle całą masę 

swych wiewiórczych ciał na czubek wystającej lufy. Strzelba chybnęła się i przechyliła, a wylot 

lufy oparł się o pierś Paula.

W tej samej chwili czwarta wiewiórka skoczyła wprost na spust broni.

Wszystko stało się w jednym, eksplodującym ułamku sekundy. Ramię Paula ożyło w 

jednej   błyskawicznej   i   absolutnie   precyzyjnej   reakcji.   Gdy   czwarta   wiewiórka   śmigała   nad 

ściółką pokrytą cętkami plam słońca, jego długie palce schwytały zwierzątko w locie i złamały 

mu kark.

Pozostałe wiewiórki szurnęły na wszystkie strony. Nastąpiła cisza. Paul stwierdził, że stoi 

nad dubeltówką, pośród sterty rozrzuconych gazet, wokół nie ma żadnych żywych stworzeń, a on 

trzyma w dłoni martwą wiewiórkę.

Serce Paula załomotało gwałtownie. Spojrzał na swoją ofiarę. Czarne oczka zwierzątka 

były mocno zaciśnięte, jak u każdego żywego stworzenia, zmuszonego do podjęcia największego 

z możliwych ryzyka i zagonionego do szalonej wycieczki w nieznane.

Paul poczuł, że gdzieś w głębi jego istoty krwawi rana jak po amputacji. We wpatrzonych 

w wiewiórkę oczach pojawiły się łzy. Słońce skrywało się właśnie za chmurą i poszycie lasu 

przybrało jednolity ciemny kolor. Paul ostrożnie ułożył małe szare ciałko u podnóża srebrnego 

klonu i wygładził zmierzwione futerko. Następnie ujął strzelbę za chłodny metal lufy i zagłębił 

się pomiędzy drzewa.

Gdy wrócił do swego apartamentu w Kompleksie Chicago, Jase czekał już tam na niego.

- Gratulacje... Nekromanto - przywitał go, gdy tylko Paul przekroczył próg.

Paul spojrzał mu prosto w oczy. Pod naporem tego spojrzenia, Jase mimo woli cofnął się 

o krok.

background image

Rozdział 15

Paul w ciągu paru najbliższych dni został członkiem Gabinetu - grupy, która pracowała 

pod kierunkiem samego Blunta. W skład Gabinetu wchodzili Jase, Kantela, Burton McLeod - 

tego przypominającego dwuręczny miecz mężczyznę Paul poznał już wcześniej w apartamencie 

Jase'a - oraz nieokreślony niczym szary opłatek człowieczek o nazwisku Eaton White. White 

zajmował   wysokie   stanowisko   w   sztabie   Kirka   Tyne'a   i   pierwszą   rzeczą,   jaką   zrobił,   było 

zabranie   Paula   na   spotkanie   z   Tyne'em   dotyczące   podjęcia   przez   Paula   pracy   w   biurze 

Naczelnego Inżyniera Świata.

-   Przypuszczam   -   odezwał   się   Tyne,   gdy   w   świetle   porannych   promieni   słońca 

docierających przez wysokie okna luksusowego biura, położonego dwieście poziomów ponad 

ulicami Chicago, wymieniali uścisk dłoni - że zastanawia się pan, dlaczego żywię tak niewiele 

wątpliwości przed zatrudnieniem człowieka Gildii jako członka mojego osobistego personelu? 

Proszę usiąść. Ty też siadaj, Eat.

Paul   i   Eaton   White   zajęli   miejsca   w   wygodnych   fotelach.   Tyne   również   usiadł   i 

wyciągnął nogi. Wydawało się, iż doskonale pasuje do tego miejsca. Odpowiedzialność związana 

z jego stanowiskiem nie wywierała na nim większego wrażenia. Jego oczy, spoglądające w oczy 

Paula spod krótkich rzęs, były zaskakująco bystre.

- Owszem, byłem zdziwiony - przyznał Paul.

- No cóż, składa się na to wiele powodów - rzekł Tyne. - Czy kiedykolwiek zastanawiał 

się pan nad trudnościami, związanymi ze zmienianiem teraźniejszości.

- Zmienianiem teraźniejszości...?

- Jest to możliwe - stwierdził Tyne niemal wesołym tonem. - Choć bardzo niewielu ludzi 

zadaje sobie trud, by o tym pomyśleć i pojąć ten fakt. Kiedy ujmuje pan choćby centymetr 

teraźniejszości, by go przesunąć, przesuwa pan równocześnie parę tysięcy kilometrów historii.

-  A,   rozumiem   -   rzekł   Paul.   -   Chce   pan   powiedzieć,   że   aby   zmienić   teraźniejszość, 

przedtem należy zmienić przeszłość.

- Dokładnie tak - odpowiedział Tyne. - O tym zawsze zapominają reformatorzy. Mówią o 

zmianie przyszłości. Jak gdyby było to wielkim i nowym osiągnięciem. Jako istoty ludzkie, 

zajmujemy się głównie zmienianiem przyszłości. W rzeczy samej, jest to jedyne, co możemy 

background image

zmienić.   Teraźniejszość   jest   pochodną   przeszłości,   ale   nawet   jeśli   potrafilibyśmy   igrać   z 

przeszłością, któż by się na to ośmielił? Zmieńmy jeden drobny czynnik i rezultaty tego postępku 

w teraźniejszości mogą rozwalić ludzkość w drobny mak. Tak więc wasi reformatorzy, wasi 

wielcy działacze oszukują samych siebie. Rozprawiają o zmianie przyszłości, podczas gdy tak 

naprawdę chcą zmienić teraźniejszość, w której żyją. Nie pojmują, że usiłują przesuwać meble w 

pokoju, w którym przybito je do podłogi.

- Uważa pan więc, że Gildia jest niczym więcej, niż cechem tragarzy mebli? - spytał Paul.

- W zasadzie, tak - odparł Tyne. Pochylił się do przodu. - Och, chciałbym, aby pan 

wiedział, że wysoko cenię sobie Gildię i jej członków, a moja opinia o Walterze

Bluncie jest więcej niż pochlebna. Walt mnie przeraża i nie wstydzę się do tego przyznać. 

Nie zmienia to jednak faktu, iż... jak by to rzec... ujada pod niewłaściwym drzewem.

- On nie ukrywa, że myśli o panu to samo - rzekł Paul.

-   Oczywiście!   -   ucieszył   się   Tyne.   -   Musi   tak   myśleć,   nie   ma   innego   wyjścia.   Jest 

urodzonym rewolucjonistą idealistą. Ja zaś jestem rewolucjonistą realistą. Wiem, że nie można 

zmienić teraźniejszości i skupiam się na zmianie przyszłości. I zmieniam ją naprawdę, ciężką 

pracą, odkryciami i postępem. Inaczej nie da się tego zrobić.

Paul spojrzał na niego nie bez ciekawości.

- Jaka jest pańska idea przyszłości? - spytał.

- Utopia - odparł Tyne. - Rzeczywista Utopia, w której wszyscy znajdziemy swe miejsce. 

Wie   pan,   to   właśnie   jest   prawdziwym   mankamentem   teraźniejszości.   Dzięki   naszej   nauce   i 

technologii osiągnęliśmy w praktyce Utopię. Jedynym naszym problemem jest to, że my sami 

jeszcze się do niej nie przystosowaliśmy. Podejrzewamy nieustannie, że gdzieś musi tkwić jakiś 

haczyk, coś, z czym trzeba walczyć, co trzeba pokonywać. Tak przy okazji, to właśnie jest 

ułomnością Walta. Nie potrafi ustrzec się uczucia, że powinien buntować się przeciwko czemuś, 

co jest nie do przyjęcia. Ponieważ zaś nie może znaleźć owego czegoś, z czym nie wolno się 

godzić,   zadał   sobie   ogromny   trud   podjęcia   rewolty   przeciwko   czemuś,   co   nie   tylko   jest   do 

przyjęcia, ale jest ogromnie pożądane. Wystąpił więc przeciwko zjawiskom, które są naszym 

celem od stuleci. Przeciwko dobrobytowi, wolności i bogactwu.

- Sądzę - odezwał się Paul marszcząc brwi, bo przez jego myśli przemknęło wspomnienie 

małej szarej wiewiórki - że nie przejmuje się pan zbytnio wzrostem wskaźników przestępczości, 

samobójstw, chorób psychicznych i tak dalej?

background image

- Rozmyślam nad nimi, ale istotnie nie przejmuję się nimi - powiedział Tyne, pochylając 

się   do   przodu.   -   W   postaci   Kompleksu-Matki,   mam   na   myśli   połączenie   pojedynczych 

Kompleksów,   tutaj,   w   gmachu   Kwatery,   otrzymaliśmy   najwspanialsze   narzędzie,   jakie 

kiedykolwiek wytworzył Człowiek, by rozwiązywać problemy Ludzkości. Niewątpliwie potrwa 

to jeszcze kilka pokoleń, ale w końcu wykorzenimy te emocjonalne reakcje, które są powodem 

zjawisk, o jakich pan wspominał.

- Emocjonalne reakcje? - spytał Paul.

- Oczywiście! Po raz pierwszy w historii ludzkości, od czasu kiedy człowiek wytknął nos 

z bezpiecznej nory w ziemi, ludzie nie muszą się niczego bać, o nic nie muszą się martwić. Czy 

to dziwne, że w tych warunkach wszystkie drobne indywidualne niechęci i uprzedzenia rozwijają 

skrzydła?

- Trudno mi uwierzyć - sprzeciwił się Paul starannie dobierając słowa - że powodem 

wszystkiego,   o   czym   przeczytałem   w   gazetach   i   czasopismach   są   uprzedzenia   niektórych 

jednostek.

- No, oczywiście nie takie to proste - Tyne z powrotem odchylił się do tyłu. - W ludzkiej 

naturze tkwią silne elementy zespołowe. Choćby religia, która legła u podstaw wszystkich kultów 

i sekt. Skłonność do histerii i skupiania się w tłumy spowodowała pojawienie się społeczności 

maszerujących. Stajemy się społeczeństwem podzielonym. Jednak tylko dlatego, iż Utopia jest 

czymś nowym, nie można uparcie stawać okoniem. Jak powiedziałem, jeszcze pokolenie lub 

dwa, a wszystko się ułoży.

Przerwał mowę.

-  No  cóż...  -  powiedział  Paul,  ponieważ  oczekiwano  od  niego  odpowiedzi.  -  To  jest 

niezwykle zajmujące. Zakładam, iż usiłuje pan nawrócić zgubioną owieczkę?

- Dokładnie tak - przyznał się Tyne. - Jak powiedziałem, nie zgadzam się z Waltem, ale 

muszę przyznać, że werbuje on najlepszych ludzi. Batona, na przykład. Biedak Malorn również 

był członkiem Gildii.

- Malorn! - powiedział Paul wpatrując się uważnie w twarz Tyne'a.

- Owszem, może pan uznać, że jestem panu coś winien za to, iż niesłusznie oskarżono 

pana w związku z jego śmiercią. Zawdzięcza pan to usterce urządzeń policyjnych, ja zaś jestem 

odpowiedzialny za niezakłócone funkcjonowanie wszelkich aparatów.

- Ale chyba nie dlatego dał mi pan pracę?

background image

- Nie, oczywiście, że nie. Eat ma o panu dobrą opinię i utrzymuje, że nie dał się pan 

zupełnie otumanić i olśnić teoriom Walta. Chętnie podejmę ryzyko przedstawienia panu mojego 

punktu widzenia, jeśli zechce pan posłuchać. Oczywiście Walt również będzie mile połechtany, 

jeśli uda mu się pana tu wetknąć. Widzi pan, on sądzi, że przechytrzył mnie swą całkowitą 

szczerością i otwartością w otaczaniu mnie swymi ludźmi.

- Pan zaś - zauważył Paul - uważa, iż przechytrzył jego.

- Ja wiem, że tak jest w istocie - odparł Tyne z uśmiechem. - I mam inteligentnego 

przyjaciela, który też tak twierdzi.

- A zatem, rzecz załatwiona - skwitował Paul. Wstał, razem z nim podnieśli się Tyne i 

Eaton. - Chciałbym poznać pańskiego inteligentnego przyjaciela.

- Kiedyś to może nastąpi - odparł Tyne. Wymienili uściski dłoni.

- W istocie, sądzę, że tak się stanie. To właśnie jego opinia zadecydowała o tym, że 

przyjąłem pana do swego zespołu.

Paul spojrzał bystro na Naczelnego. Z ostatnimi słowami wyraz twarzy Tyne'a zmienił się 

nagle. Ta zmiana była tak szybka i tak szybki był powrót do normalności, że niemożliwe było 

określenie, co właściwie mignęło w tej twarzy. Przypominało to nagłe obnażenie klingi.

- Poczekam zatem - zakończył Paul, a Eaton wyprowadził go na zewnątrz.

Opuściwszy   gmach   kompleksu   Kwatery   Głównej   Naczelnego   Inżyniera   Świata, 

rozdzielili się. Eaton wrócił do swych zajęć, Paul zaś odszukał Jase'a.

Przechodząc przez drzwi apartamentu Nekromanty i wsuwając klucz do kieszeni, usłyszał 

głosy. Jeden  należał  do  Jase'a.  Drugi  jednak...  Paul zatrzymał  się  usłyszawszy  ten głos,  był 

głębokim, dźwięcznym i sarkastycznie brzmiącym basem Blunta.

- Jase - mówił Blunt - zdaję sobie sprawę z tego, że niekiedy posądzasz mnie o to, iż zbyt 

wiele czasu poświęcam na udawanie playboya. Z tym jednak musisz się pogodzić.

-   Walt!   Wcale   tak   nie   myślę!   -   sądząc   po   głosie,   młodszy   mężczyzna   był   ponury   i 

zmęczony. - Któż, spośród wszystkich ludzi, mógłby powiedzieć tobie, co masz robić? Po prostu 

chciałbym wiedzieć, co zamierzasz, na wypadek gdybym musiał przejąć kierowanie  biegiem 

naszych spraw.

- Jeśli przejmiesz władzę, pokierujesz sprawami po swojemu i tak powinno być - odparł 

Blunt. - Zajmujmy się przeszkodami wtedy, gdy się wyłaniają, nie wcześniej. Być może, nie 

będziesz musiał brać spraw w swoje ręce. Kto wszedł?

background image

Przy ostatnich słowach Paul, mijając zakręt w przedpokoju, wchodził właśnie do saloniku 

apartamentu   Jase'a.   Przejście   w   ścianie   do   biura   w   mieszkaniu   Kanteli   było   otwarte   i   Paul 

zobaczył przez nie szerokie barki i plecy Blunta i częściowo zasłoniętą nimi zdumioną twarz 

Jase'a.

- To ja, Formain - oznajmił Paul i ruszył w stronę przejścia w ścianie. Jase jednak szybko 

przeszedł obok Blunta i wkroczył do swego mieszkania, zamykając za sobą drzwi do biura.

- O co chodzi? - spytał Paula.

-   Wygląda   na   to,   że   jestem   teraz   członkiem   osobistego   sztabu   Naczelnego   Inżyniera 

Świata - oznajmił Paul. Ponad ramieniem Jase'a spojrzał na zamkniętą ścianę. - Tam jest Walter 

Blunt, nieprawdaż? Chciałbym z nim pomówić.

Minął Jase'a, podszedł do ściany i odsunął ją. Zobaczył za nią puste biuro.

- Gdzie on się podział? - zwrócił się do Jase'a.

- Wyobrażam to sobie tak - zakpił Jase - że gdyby chciał zostać i pomówić z tobą, to 

pewnie by został...

Paul odwrócił się i wszedł do biura. Idąc dalej, dotarł do położonych głębiej pokojów 

Kanteli.   Nie   było   tu   nikogo.   Przy   drzwiach   wejściowych   nie   spostrzegł   jednak   nic,   co 

świadczyłoby o tym, że Walter Blunt tędy wychodził.

Paul  wrócił  do mieszkania Nekromanty.  Nie zastał  Jase'a, który najwyraźniej  też  już 

wyszedł. Paul, zakłopotany i zmieszany, miał już zamiar pójść za jego przykładem, kiedy wejście 

do pokoju Jase'a otworzyło się z cichym trzaskiem i ktoś wszedł.

Oczekujący   Blunta,   Jase'a   lub   ich   obu   razem   Paul   znieruchomiał   z   wrażenia,   gdy   w 

pokoju pojawiła się Kantela. Niosąca jakiś pakunek dziewczyna przystanęła.

- Paul! - nie taiła swego zaskoczenia.

Sposób, w jaki Kantela wymówiła jego imię świadczył, że obecność Paula bynajmniej jej 

nie ucieszyła.

- Słucham - powiedział nie bez smutku.

- Gdzie zniknął... - tu nieco się zawahała - ...Jase?

- I Walter Blunt - uzupełnił Paul. - Sam chciałbym wiedzieć, gdzie zniknęli i z jakich 

przyczyn?

-   Prawdopodobnie   musieli   odwiedzić   jakieś   miejsce   -   Kantela   nie   skrywała   swego 

niepokoju. Obronnym gestem przycisnęła do piersi swój pakunek.

background image

- Nie miałem pojęcia - rzekł Paul usiłując sprowadzić rozmowę na neutralny temat - że 

Blunt skomponował pieśń „W kwieciu jabłoni” dla ciebie. Dopiero Jase mi to powiedział.

Obrzuciła go szybkim, wyzywającym spojrzeniem.

- To cię zaskoczyło, prawda? - spytała.

- No... - odparł. - Nie.

- Nie?

- Nie wiem, czy to, co czułem - stwierdził - można nazwać zaskoczeniem. Nie wiedziałem 

po prostu, że Wielki Mistrz pisze muzykę. I...

- I co?

- I nic - powiedział z wysiłkiem starając się zachować spokój. - Tyle tylko, że pierwszą 

zwrotkę   usłyszałem   tamtego   dnia,   zanim   weszłaś,   a   kiedyś   słyszałem   ją   wcześniej.   Wtedy 

wydawało mi się jednak, że jest to pieśń, którą śpiewa młody mężczyzna.

Kantela przeszła obok niego nie kryjąc irytacji. Paul odniósł wrażenie, że fakt, iż miała na 

kim wyładować swe uczucia sprawia jej satysfakcję. Nacisnęła guzik na odtwarzaczu Jase'a i 

odwróciła się na pięcie ku rozmówcy.

- Czas więc, byś usłyszał drugą zwrotkę, nieprawdaż?- syknęła. W sekundę później ze 

stojącego za nią głośnika rozległ się jej śpiew.

W kwieciu jabłoni moje czekanie 

Długie i słodkie moje kochanie

- Pieśń młodzieńca, nieprawdaż? - powiedziała z gryzącą ironią.

W jesiennych liściach i kwieciu wiosny 

Moja tęsknota łkać nie przestanie

Jej   dźwięczny   niczym   śpiew   górskiego   strumienia   głos   umilkł   na   chwilę,   potem 

zabrzmiały takty drugiej zwrotki. Kantela z zaciśniętymi ustami wbiła wzrok w Paula.

Teraz jesienią w moim schronieniu

Wśród pełnych dzbanów sączę wspomnienia

background image

Stróżem mej męki lawa wygodna 

Pamięć amorów wypijam do dna

Muzyka   ucichła.   Paul   odkrył,   iż   dziewczyna   jest   głęboko   wzruszona   i   autentycznie 

nieszczęśliwa. Podszedł bliżej.

- Przykro mi - powiedział stając przed nią. - Nie pozwól, by moja opinia wpływała ma 

twój nastrój. Zapomnij w ogóle o tym, że mówiłem cokolwiek na ten temat.

Usiłując cofnąć się przed nim, Kantela odkryła, że za nią jest już ściana. Przycisnęła do 

niej   głowę,  a  Paul   przekonany,  że  dziewczyna  zaraz  upadnie,  wyciągnął  szybko  swe  długie 

ramię. Kantela jednak wciąż stała, plecami do ściany i zamknąwszy oczy odwróciła od niego 

twarz. Spod jej zaciśniętych powiek zaczęły wypływać łzy.

- Och! - szepnęła - dlaczego sobie gdzieś nie pójdziesz? - Mówiąc to przytuliła policzek 

do ściany. - Proszę, zostaw mnie samą!

Głęboko poruszony jej rozpaczą, Paul odwrócił się i wyszedł, zostawiając ją zmartwiałą, 

nieszczęśliwą i wciąż przytuloną do ściany.

background image

Rozdział 16

Podczas paru następnych dni Paul jej nie widywał. Kantela wyraźnie go unikała. W końcu 

nawet musiała porozmawiać o nim z Jase'em, ponieważ któregoś dnia Nekromanta poruszył ten 

temat.

- Tracisz czas - powiedział wprost. - Ona należy do Walta.

-   Wiem   -   skwitował   Paul   i   spojrzał   na   siedzącego   po   drugiej   stronie   stołu   Jase'a. 

Nekromanta   zaprosił   go   na   lunch   nie   opodal   gmachu   siedziby   Zarządu   Inżynierii   Świata   i 

przyniósł ze sobą długą listę rozmaitych kultów i towarzystw, wśród których, jak to ujął, Gildia 

miała pewne wpływy. Paul miał nauczyć się nazw i obyczajów tych grup, ponieważ pewnego 

dnia Gildia mogła z tych wpływów skorzystać. Paul wziął listę bez sprzeciwu. Wbrew teorii, 

według której polecenia miał otrzymywać wyłącznie od Wielkiego Mistrza, spotkanie z Bluntem 

miał jeszcze przed sobą. Wszystkie instrukcje przekazywał mu Jase. Paul zdecydował, iż na razie 

nie będzie robił z tego sprawy. Wiedział, że powinien się jeszcze wiele nauczyć.

Gildia   Orędowników   skupiała   w   swych   szeregach   około   sześćdziesięciu   tysięcy 

członków. Może tysiąc pięciuset z nich miało wybitne talenty parapsychologiczne. W świecie, 

który   godził   się   z   tymi   zjawiskami,   choć   traktowano   je   głównie   jako   wdzięczne   tematy   do 

banalnych rozmówek, typu umiejętność poruszania uszami, piętnaście setek ludzi przedstawiało 

sobą ogromną, potencjalną siłę. Paul musiał nauczyć się danych, dotyczących każdego z tych 

ludzi: co potrafi, kiedy i w jakich okolicznościach objawia swe umiejętności oraz co najbardziej 

istotne,   kto   rozwijał   jego   możliwości,   badając   je   w   mistycznym   i   rozproszonym   świetle   Sił 

Alternatywnych.

Ponadto, Paul musiał poznać wiele innych aspektów działalności Gildii, takich jak lista, 

którą Jase przyniósł ze sobą na to spotkanie. Dodatkowym obciążeniem była praca w Kompleksie 

Inżynierii Świata.

Na całym świecie pogoda była kapryśna i zła. Zima na południowej półkuli okazała się 

mroźna i burzliwa. Tutaj zaś dni były duszne i upalne, choć bezdeszczowe. Kompleks Kontroli 

Pogody   znalazł   się   w   sytuacji   kogoś,   kto   usiłuje   okryć   się   przykrótkim   kocem.   Wilgoć 

przeniesiona w jeden potrzebujący jej rejon pozostawiała inne, albo spieczone do cna, albo zalane 

ulewnymi deszczami wyrządzającymi znaczne szkody. Sytuacja nie była kryzysowa, ale irytująca 

background image

i niewygodna. Wielkie kompleksy miejskie posiadały własne regulatory niezależnie od pogody 

zewnętrznej. Jednak emocjonalne efekty tych zaburzeń, zakodowane w naturalnym rytmie pór 

roku docierały nawet do klimatyzowanych wnętrz, takich jak to, w którym siedzieli Paul i Jase.

- Powinieneś po prostu przyjąć do wiadomości, że ona należy do Walta - powtórzył Jase. 

Po raz pierwszy od czasu, gdy się poznali, Paul wyczuł w głosie rozmówcy pewną miękkość. - 

Ona pochodzi z Finlandii, i ciekaw jestem, czy wiesz, skąd się wzięło jej imię?

- Nie - przyznał się Paul. - Nie mam pojęcia.

- „Kalevala” to fiński poemat narodowy. Longfellow wzorował się na nim pisząc swoją 

„Hiawathę”. Wiedziałeś o tym?

- Nie - powtórzył Paul.

- Kaleva to Finlandia - rzekł Jase.

Wiatr dmący ponad ośnieżonymi polami. Zaśpiew wichru grającego na soplach w jaskini 

- wiedziałem od samego początku, pomyślał Paul.

- Kaleva miał trzech synów. Urodziwego Lemmnikainena, biegłego w sztuce kowalskiej 

Ilmarinena i wiekowego Väinämöinena.

Paul obserwował Jase'a z ciekawością. Po raz pierwszy zniknęły gdzieś charakterystyczne 

dla Nekromanty pośpiech i napięcie wewnętrzne.

- Väinämöinen stworzył świętą harfę - Kantelę. I ona jest harfą, naszą Kantelą. Harfą 

ukształtowaną dla dłoni bogów lub herosów. Dlatego Walt trzyma ją przy sobie. Choć jest stary, 

folguje   tylko   własnej   woli   i   postępuje   po   swojemu   -   patrząc   ponad   stołem   na   Paula,   Jase 

potrząsnął głową. - Paul, możesz sobie być arogantem i nie uznawać autorytetów. Nawet ty 

jednak musisz przyznać, że Walt jest kimś więcej, niż zwykłym człowiekiem.

Paul dyskretnie się uśmiechnął. Obserwujący go Jase zaśmiał się krótko. Przed Paulem 

znów siedział zamknięty w sobie, błyskotliwy Nekromanta.

- Ponieważ sądzisz, że nie można cię zabić - stwierdził Jase - uważasz też, że nie można 

cię pokonać!

Paul potrząsnął głową.

- Jestem absolutnie pewien, że zabić mnie można - odparł. - Wątpię natomiast w to, czy 

można mnie pokonać.

- Dlaczegóż to? - spytał Jase pochylając się ku przodowi. Paul stwierdził ze zdziwieniem, 

że pytanie to zostało zadane z całą powagą.

background image

- Nie wiem. Po prostu... tak czuję - powiedział niepewnie.

Jase parsknął, zdradzając duże zniecierpliwienie i wstał od stolika.

- Przestudiuj tę listę - polecił. - Burt poprosił mnie, bym ci przekazał, że wpadnie po 

ciebie dziś wieczorem, gdy skończysz dyżur, oczywiście, jeśli nie jesteś już umówiony gdzie 

indziej. Możesz do niego zadzwonić.

- Zadzwonię - obiecał Paul i jeszcze przez chwilę patrzył za manewrującym zręcznie i 

szybko pomiędzy stolikami, oddalającym się Nekromantą.

Burton McLeod, dwuręczny miecz z ludzkim umysłem i duszą, stał się jedyną osobą w 

życiu Paula, którą z braku lepszego określenia można było nazwać jego przyjacielem. Znajomość 

ta rozwijała się od kilku miesięcy.

McLeod niedawno ukończył czterdziestkę. Niekiedy jednak wyglądał znacznie starzej. 

Zdarzały się też chwile, gdy można go było wziąć za chłopca. Były w nim pokłady głębokiego, 

nieustającego smutku, powstałe w rezultacie gwałtu, który zadawał. Samo szafowanie śmiercią 

nie było jednak przyczyną jego melancholii. McLeod nie żałował swoich uczynków.

Nie widział powodów, dla jakich wróg Gildii miałby ujść z życiem. Lecz w głębi duszy 

czuł smutek, ponieważ walki, które staczał nie były uświęcone. Skrytobójstwo z samej swej 

istoty nie miało tej prawości i świętości, co uczciwa, otwarta bitwa i godnie przyjęta śmierć na 

udeptanej ziemi.

McLeod nigdy nie poprosiłby o łaskę dla siebie i odczuwał niepokój na myśl o tym, że 

świat, w którym żyje uparcie trzyma się koncepcji łaski bez wyjątku dla wszystkich. Nawet dla 

tych,   których   uważał   za   niegodnych   życia.   Był   w   istocie   mężczyzną   łagodnym   i   nieco 

nieśmiałym w stosunku do tych, których uznawał za wyższych przedstawicieli rasy ludzkiej - 

obok Blunta, Kanteli i Jase'a zaliczył do tej kategorii także Paula, ku zadowoleniu i zakłopotaniu 

tego ostatniego. McLeod posiadał błyskotliwy umysł i kochał książki. Jego kodeks moralny był 

tak zrośnięty z nim samym, że wydawało się, iż pomiędzy McLeodem a możliwością nieprawego 

postępku wznosi się nieprzebyta ściana.

Był, jak i Paul, samotnikiem. Być może właśnie ta wspólna im cecha zbliżyła ich do 

siebie. Pewną rolę odegrało również i to, że obaj byli wobec siebie uczciwi oraz nie znali uczucia 

zwykłego   strachu.   Wszystko   zapoczątkowały   lekcje   technik   samoobrony,   które   były   częścią 

background image

szkolenia członka Gildii. Obaj odkryli wkrótce, że pokryte przerośniętą muskulaturą ramię Paula 

jest całkowicie niepodatne na atak czy uszkodzenie.

- Rzecz w szybkości - stwierdził McLeod pewnego wieczoru w sali ćwiczeń, po kilku 

nieudanych   próbach   założenia   dźwigni   na   ramię   Paula.   -   Jeśli   dysponujesz   szybkością   i 

odpowiednio dużą zręcznością, nie potrzebujesz zbyt wielkich muskułów. Choć trzeba przyznać, 

że i na nich ci nie zbywa - przyjrzał się z zainteresowaniem ręce Paula. - Nie pojmuję jednego. 

Powinieneś być powolny jak spychacz. A ty jesteś równie szybki jak ja, a może i szybszy.

- Wybryk natury -  stwierdził  Paul  otwierając i  zaciskając pięść, by  obserwować, jak 

naprężają się i rozluźniają mięśnie przedramienia.

-   O   właśnie!   -   zgodził   się   McLeod,   nie   zdradzając   intonacją   głosu,   co   myśli   o 

stwierdzeniu Paula. - To nie jest zwykła, przerośnięta ręka. To jest prawidłowo ukształtowane i 

wyćwiczone ramię kogoś wyższego od ciebie o dwadzieścia centymetrów. Gość byłby raczej 

szczupły, w świetnej formie fizycznej, wysoki mniej więcej na dwa metry. Czy twoje drugie 

ramię też było takie długie?

Paul opuścił rękę wzdłuż boku. Z nagle rozbudzonym zainteresowaniem spostrzegł, że 

czubkami palców sięga kolana.

- Nie - odparł. - To, zresztą, również nie.

- No tak... - Mc Leod skwitował rzecz wzruszeniem ramion. Zaczął wciągać koszulę, 

którą zdjął zaczynając lekcję z Paulem. - Właściwie tośmy się nawet nie spocili, Prysznic wezmę 

w domu. Postawić ci kielicha?

- Jeśli pozwolisz, że ja postawię następnego - zgodził się Paul i taki był początek ich 

przyjaźni.

Dzień, w którym Jase zostawił Paulowi listę kultów i stowarzyszeń, powiadamiając go o 

tym, że McLeod zamierza zobaczyć się z nim po pracy, był jednym z ostatnich dni lipca.

Paul zadzwonił z biura i umówił się z McLeodem w barze tej samej restauracji, w której 

jadł   obiad   z   Jase'em.   Pozostałą   część   popołudnia   miał   spędzić   w   sercu   ogromnego 

dwustupiętrowego budynku, który w prawie całej objętości wypełniała maszyneria sterownicza 

świata, nazywana potocznie Superkompleksem.

Służba ta, wypadająca raz w miesiącu, obciążała każdego pracownika sztabu Tyne'a, nie 

wyłączając   samego   Naczelnego.   Superkompleks   był   na   razie   półautomatem.   Nieustannie 

wprowadzano doń poprawki, by zestroić go z aparaturą i mechanizmami świata zewnętrznego, z 

background image

którymi był połączony i które kontrolował. W pewnych granicach wszakże był on zdolny, a 

zdolność tę pogłębiano nieustannymi ćwiczeniami, dostrajać się i przekształcać samoistnie. W 

związku z tym, każdy członek sztabu Tyne'a zobowiązany był mieć własny zestaw schematów i 

informacji   o   Superkompleksie.   Zaczynało   się   od   grubego   pliku   notatek   o   zmianach   już 

dokonanych, sprawdzało działające poziomy i odnotowywało zmiany, które zaszły aktualnie. 

Gdyby nie to ludzka obsada dyżuru mogłaby się pogubić w próbach wprowadzania korekt w 

miejscach, w których już ich dokonano.

Praca   związana   ze   stanowiskiem   członka   zespołu   współpracowników   Naczelnego 

Inżyniera   Świata   była   dość   prosta   i   polegała   na   konieczności   aktualizacji   danych   w   przy­

dzielonym zakresie odpowiedzialności.

W przypadku Paula zajęcie okazało się mniej nudne i rutynowe, niż sądził. Poruszając się 

losowo wybranymi korytarzami, będącymi również drogami dla ruchomych jednostek samego 

Superkompleksu,   otoczony   niewiarygodnie   skomplikowaną   i   cicho   brzęczącą   aparaturą,   Paul 

zrozumiał, że kogoś tak słabego psychicznie, jak otumaniony narkotykami Malorn, sam pobyt w 

takim miejscu mógł wypchnąć poza granice szaleństwa. Paul wyczuwał z absolutną pewnością, 

że w tym nieprzerwanie działającym labiryncie przetwarzania i kontroli było życie. Nie takie, jak 

pojmował   je   człowiek.   Ono   nie   objawiało   się   bezpośrednio.   Czaiło   się   za   zgromadzoną   tu 

aparaturą. Czyhało w korytarzu zamkniętym przez przemieszczającą się jednostkę samobieżną, 

której ruch bezustannie zmieniał konfigurację dostępnych przejść na danym poziomie, tworząc 

labirynt o ruchomych ścianach.

Podczas   dwu   poprzednich   dyżurów,   których   celem   była   aktualizacja   danych   w   jego 

rewirze, Paul nie zważał zbytnio na to, że w mechanicznym życiu, jakie wyczuwał wokół siebie 

było sporo celowości. Teraz zastanawiał się, jak odbierał to Malorn.

Stało się to dla Paula jasne dopiero w chwili, gdy dla celów porównawczych odtworzył 

sobie załamaną osobowość Malorna. Ten człowiek panicznie bał się tego, co go otaczało!

Na sześćdziesiątym siódmym poziomie Paul stał przez chwilę nieruchomo i rozglądał się 

dookoła. Daleko, w głębi korytarza, wysoki lśniący blok przesunął się o kilka metrów, zamykając 

jeden tunel i otwierając nowe przejście po prawej. Paul poczuł się jak mrówka poruszająca się 

pomiędzy ruchomymi częściami jakiegoś gigantycznego silnika, który bez trudu mógł zmiażdżyć 

stworzonko, krzątające się w jego wnętrzu.

Paul badawczo przyjrzał się swojemu zestawowi schematów. Nigdy przedtem nie wpadło 

background image

mu na myśl, żeby przeglądać plany całych poziomów. Podobnie jak inni członkowie sztabu, po 

prostu podążał do punktu, w którym należało sprawdzić zgodność układu ze schematem, robił 

swoje   i   najkrótszą   drogą   ruszał   ku   następnemu   punktowi,   w   którym   zaszły   zmiany.   Stale 

aktualizowany plik notatek był więc zapisem historii zmian, sięgających wstecz aż do schematu 

podstawowego, ustalanego na początku każdego roku. Paul zaczął to przeglądać.

Przekonał się, że poziom czterdziesty dziewiąty pozostał nie zmieniony od początku roku. 

Na tym piętrze Super-kompleksu znajdowały się elementy łączące ziemski terminal nie-czasu ze 

Stacją Odskoczni na Merkurym. Były tu także urządzenia, które odpowiadały za powiązania tego 

projektu z ekonomiką, czynnikami natury socjologicznej i stanem nauki na Ziemi. Przyglądając 

się schematowi tego poziomu Paul zmarszczył brwi. Wydało mu się nieprawdopodobne, że rejon, 

w którym zajmowano się badaniami i odkryciami nie wykazał licznych zmian w ciągu ostatnich 

paru miesięcy. Ba! Nie wykazał żadnej zmiany!

Pomyślał,   że   istnieje   możliwość,   iż   informacja   o   zmianach   w   tym   rejonie   może   być 

zastrzeżona i dostępna tylko określonej grupie ludzi. Być może, wyłącznie samemu Tyne'owi. 

Naczelny Inżynier Świata nie raz jednak, ale wiele razy powtarzał, że Paul powinien pytać o 

wszystko,   co   go   intryguje.   Paul   podniósł   więc   mikrofon   na   nadgarstku   i   wezwał   biuro   na 

dwusetnym poziomie.

-   Nancy   -   powiedział   do   sekretarki   -   tu   Paul.   Czy   w   rejonach,   w   których   się   teraz 

znajduję, jest coś, o czym nie powinienem wiedzieć lub gdzie nie powinienem włazić?

- Ależ skądże - odparła dziewczyna. Na niewielkim ekraniku telełącza Paula jej twarz 

była   drobna,   radosna   i   cokolwiek   zaskoczona.   -   Wewnątrz   Supera   członkowie   sztabu   mogą 

chodzić gdzie chcą.

- Rozumiem - rzekł Paul. - Czy mogę pomówić z Tyne'em?

- Cóż, około pięciu minut temu sam zjechał do Supera.

- Schematy?

- Właśnie.

- Zabrał ze sobą telefon, prawda?

- Chwileczkę... - spojrzała w dół. - Chyba musiał zostawić go na biurku. Wie pan, że on 

nie lubi tego nosić - uśmiechnęła się do Paula. - Niestety, wszyscy pozostali muszą przestrzegać 

przepisów.

- Niech tam - stwierdził Paul. - Złapię go później, gdy wróci.

background image

- Powiem mu, że pan dzwonił, Paul. Na razie.

- Na razie, Nancy. - Paul wyłączył komunikator. Po krótkim namyśle ruszył w stronę nie 

zmienianych rejonów pomiędzy poziomami czterdziestym dziewiątym a pięćdziesiątym drugim. 

Na czterdziestym dziewiątym piętrze nie odkrył niczego, co różniłoby je od innych, dopóki nie 

dotarł   do   długiej,   wznoszącej   się   nad   nim   wypukłości   tuby   akceleratora.   Minął   jeden   z   jej 

końców   i   znalazł   się   w   niewielkim   pustym   pomieszczeniu,   które   było   odpowiednikiem 

oglądanego   przezeń   na   Odskoczni   punktu   kontaktowego.   Był   to   koniec   ścieżki   nie-czasu, 

łączącej przestrzeń dzielącą oba terminale.

Z pierwszym krokiem, którym wstąpił na lśniącą podłogę tego miejsca w świadomości 

Paula rozdzwonił się sygnał alarmowy. W tej samej jednak chwili coś innego przykuło jego 

uwagę.

Usłyszał rozmowę. Obaj rozmówcy mieli niskie, męskie głosy, jednym z nich był głos 

Tyne'a. Drugi brzmiał dość nienaturalnie.

Dotarły   one   do   uszu   Paula,   gdy   doszedł   do   zakrętu   korytarza,   wijącego   się   wśród 

wysokich bloków z aparaturą. Nie zastanawiając się nad przyczyną swego postępowania, Paul 

cicho ruszył w stronę głosów.

Skręcił   za   róg   i   przystanął,   kryjąc   się   za   krawędzią   wysokiego   na   sześć   metrów, 

srebrzystego   prostopadłościanu.   Przed   sobą   ujrzał   spory   prostokątny   plac   otoczony 

dwupoziomowymi blokami. Niższe ich platformy były oświetlone, górne części zaś krył mrok. 

Wznosiły się one wokół prostokąta otwartej przestrzeni jak pięknie wypolerowane posągi w 

świątyni. Naprzeciw ściany jednego z obelisków stał drobny w porównaniu z nim Tyne.

- Nie ulega wątpliwości - mówił Główny Inżynier - że pogoda... i wszystko pozostałe, 

staje na głowie i buntuje się. Sytuacja na całym świecie jest nienormalna.

- Wszystko odnotowano - głos wydobywał się ze ściany bloku, przed którym stał Tyne. - 

Wszystko zostało przedstawione w postaci symboli i porównane z sytuacją podstawową. Na razie 

nie istnieje potrzeba zastosowania środków nadzwyczajnych.

- Atmosfera społeczna jest napięta. Sam to wyczuwam.

- Nie zasygnalizowano i nie odnotowano żadnych konkretnych przejawów.

-   No...   nie   wiem   -   powiedział   Tyne,   mówiąc   teraz   jakby   do   siebie.   -   Myślę,   że 

powinienem cię przestroić, tak byś zareagował na tę sytuację.

- Przestrojenie - odezwał się głos - wprowadzi nieprzewidywalny czynnik, podnoszący 

background image

szczytową podatność o dwanaście procent na okres ponadosiemnastomiesięczny.

- Po prostu nie mogę ignorować tej sytuacji.

- Nie ignoruje się żadnej sytuacji. Aby usunąć zakłócenia, stosuje się środki rutynowe.

- Sądzisz, że to wystarczy?

- Sytuacja ulegnie poprawie.

- Co oznacza, że ty uważasz, iż środki owe poskutkują - gniewnym tonem rzekł Tyne. - 

Kiedyś   będę   musiał   wziąć   urlop   i   zaprojektować   dla   ciebie   obwód   uczciwej   samokrytyki   i 

zwątpienia.

Odpowiedziało mu milczenie.

- Cóż więc powinienem zrobić? - spytał wreszcie Tyne.

- Postępować jak zwykle.

- Powinienem był się domyślić - mruknął Tyne. Odwrócił się nagle i ruszył w kierunku 

drugiej strony placyku. Przed nim otworzył się nowy korytarz. Tyne wszedł weń i przejście 

zamknęło się chwilę potem.

Paul obserwował to wszystko w milczeniu.

Teraz zaś spokojnie wyszedł na plac i rozejrzał się dookoła. Bloki, na które patrzył, z 

wyglądu nie różniły się niczym od zespołów komputerowych na innych poziomach. Podszedł do 

prostopadłościanu, przed którym wcześniej stał Tyne. Na fasadzie bloku nie potrafił dostrzec 

głośnika.

Cichy szum z tyłu sprawił, że Paul odwrócił się szybko. Korytarz, którym dotarł do tego 

placyku   przestał   istnieć.   Nieruchome,   stojące   ciasno   jeden   obok   drugiego,   srebrzyste   bloki 

otaczały Paula ze wszystkich stron.

-   Paul   Formain   -   rozległ   się   głos,   który   poprzednio   przemawiał   do   Tyne'a.   -   Twoja 

obecność w tym punkcie czasu i przestrzeni pozostaje w sprzeczności z symboliczną strukturą 

społeczności ludzkiej. Zgodnie z tym, skutki twej likwidacji będą usprawiedliwione.

background image

Księga trzecia

WZÓR

Zstępując na ostatnią, bitewną równinę 

Usłyszałem jęk dzwonu, co górą popłynął 

Drugi! I dusza Thora z mą duszą się zlała 

Gdy smocza postać z wolna słońce przesłaniała.

Zaklęta Wieża

background image

Rozdział 17

Wpadłem! - rzekł Paul. Słowo, które wypowiedział zagubiło się i przepadło w ciszy 

otulającej mroczne wierzchołki otaczających Paula bloków. Ponownie usłyszał za sobą cichy 

szmer. Obejrzał się i zobaczył, że oto otwiera się wylot kolejnego korytarza. Po przeciwnej 

stronie placu jeden z bloków przesunął się, wypełniając sobą całą wolną przestrzeń i ruszył w 

stronę Paula. Tocząc się powoli, spychał człowieka w kierunku nowo otwartego przejścia. Paul 

nie miał wyboru, musiał pójść tą drogą.

- Możesz więc krzywdzić ludzi - stwierdził oskarżycielsko.

- Nie - zaprzeczył głos, który przedtem przemawiał do Tyne'a. Paul odniósł wrażenie, że 

głos ów dobywa się teraz z bloku, który nań następował.

- Wyrządzasz mi krzywdę, właśnie w tej chwili.

- Usuwam wadę - odparł głos. - Twój system ocen jest subiektywny i fałszywy. W chwili 

obecnej zakłóca on funkcjonowanie symbolicznej matrycy społeczeństwa.

- Mimo to - sprzeciwił się Paul - jesteś za mnie odpowiedzialny, tak samo jak za resztę 

społeczeństwa.

- W stosunku do tych - odparł blok, dalej napierając na Paula i zmuszając go, by cofnął 

się w głąb korytarza - którzy nie są zdrowi i nie mają poczucia odpowiedzialności, możliwe jest 

zastosowanie innej skali wartości.

- Ja nie jestem zdrowy?

- Nie - odparła machina. - Nie jesteś.

- Chciałbym zatem - powiedział Paul - usłyszeć twoją definicję zdrowia.

- Zdrowie istoty ludzkiej - rzekł głos - polega na jej chęci zaspokojenia naturalnych 

potrzeb. Zdrowo jest spać, jeść, poszukiwać żywności, by się nasycić, walczyć, gdy jest się 

zaatakowanym, i spać, jeśli się nie ma innego zajęcia.

Paul   dotknął   łopatkami   czegoś   twardego.   Odwróciwszy   się   stwierdził,   że   dotarł   do 

zakrętu   korytarza,   w   który   go   zapędzano.   Toczący   się   na   niewidocznych   rolkach   blok   nie 

zatrzymał się. Zmienił kierunek i dalej napierał na człowieka.

- A myślenie? Czy myślenie jest zdrowe?

-   Myślenie   jest   absolutnie   zdrowe,   dopóki   przebiega   zdrowymi   ścieżkami   mózgu 

background image

ludzkiego.

- Tymi, które dotyczą spania i jedzenia?

- Tak.

- Ale nie tymi, które dotyczą malowania obrazów lub odkrywania nowych metod podróży 

międzygwiezdnych? - dopytywał się Paul.

- Takie myślenie - odparł blok - jest reakcją na niewygody środowiska, w którym żyje 

dany człowiek. Doskonale zdrowa istota ludzka nie ma innych potrzeb, niż żyć i rozmnażać się w 

warunkach najwyższego komfortu.

-   Według   tych   kryteriów   -   stwierdził   Paul   -   większość   rasy   ludzkiej   to   osobnicy 

niezdrowi.

- Mylisz się całkowicie - odparł głos. - W rzeczywistości około osiemdziesięciu pięciu 

procent populacji nie ma innych potrzeb poza tymi, które wymieniono. Z pozostałych piętnastu 

jedna   trzecia   nie   podejmuje   żadnych   wysiłków,   by   w   praktyce   zaspokoić   swe   niezdrowe 

potrzeby. Na przyszłe pokolenia ma wpływ dwa procent aktualnej populacji, a jedna dziesiąta 

procent bywa później przedmiotem podziwu zdrowych.

-   Nie   będę   się   spierał   -   odparł   Paul   czując,   jak   jego   lewy   bark   ociera   się   o   blok, 

nieustępliwy jak ceglany mur za człowiekiem stojącym przed plutonem egzekucyjnym. - Nawet 

gdybym mógł. Nie sądzisz jednak, że fakt, iż ludzie należący do ostatniej z wymienionych przez 

ciebie kategorii, są podziwiani nawet przez zdrowych według twojej definicji, jest dowodem na 

to, że chodzi tu o coś innego niż szaleństwo.

- Nie - odparł głos.

- Wybacz mi - rzekł Paul. - Sądzę, iż oceniłem cię za wysoko. Pozwól zatem, że ujmę 

rzecz w kategoriach, które będziesz mógł zrozumieć. Kiedy już uda ci się wytworzyć te idealne 

warunki dla rasy ludzkiej, co stanie się ze sztuką, nauką i odkrywaniem natury Wszechświata?

- Zdrowi wyrzekną się ich.

Przyparty do ściany Paul poczuł, że blok za nim cofa się, odsłaniając kolejne przejście. 

Równocześnie   prostopadłościan,   który   nań   napierał,   dojechał   do   tego   miejsca   i   stanął.   Paul 

stwierdził,   że   stoi   twarzą   do   ściany.   Odwrócił   się   więc   i   rozejrzał   dookoła.   Stał   otoczony 

czterema   zwartymi   szeregami   bloków   w   rejonie   styku   pod   wylotem   trójstopniowego 

akceleratora. Nad głową Paula, jak lufa działa nad wróblem szukającym w niej schronienia przed 

szponami   sokoła,   sterczała   aktywna   końcówka   terminalu,   który   mógł   wyssać   Paula   z   tego 

background image

miejsca i cisnąć do jakiego bądź punktu we Wszechświecie nie-czasu.

- A jaki los spotka wtedy niezdrowych? - spytał.

- Wtedy już nie będzie niezdrowych - odparł głos. - Zniszczą się sami.

Paul nie dostrzegł nic i niczego nie usłyszał, ale głęboko w sobie, w mięśniach i szpiku 

kostnym poczuł, że akcelerator zaczyna działać. Tam i z powrotem, przebywając błyskawicznie 

kilometrowe odległości, pulsował zgęstek energii, który miał się stać punktem nie-czasu. Paul 

pomyślał o Odskoczni i o próżni przestrzeni kosmicznej.

- Stwarzałeś już okoliczności, w których mogłem zginąć z własnej ręki, prawda? - spytał 

Paul, przypominając sobie to, co ongiś powiedział Jase. - W kopalni i tamtego dnia, przed grupą 

demonstrantów?

- Zawsze stwarzało ci się możliwości, byś zginął z własnej ręki. To najlepsza metoda na 

niezdrowych. Zdrowych łatwo jest zabić. Niezdrowi walczą z uporem i nie dają się zabijać, są 

jednak bardziej podatni, kiedy stwarza im się okoliczności sprzyjające samozniszczeniu.

- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że twoja definicja zdrowia i jego braku jest całkowicie 

sztuczna i błędna? - spytał Paul wczuwając się w pulsację akceleratora.

- Nie - odparła machina - nie potrafię postępować inaczej, niż właściwie. Mój błąd jest 

absolutnie wykluczony.

- Trzeba ci wiedzieć - sprzeciwił się Paul - że jedno fałszywe założenie, użyte  jako 

przesłanka dla późniejszych wniosków, może być przyczyną błędu całego rozumowania.

- Wiem o tym. Wiem również, że przyjęte przeze mnie przesłanki nie są fałszywe - odparł 

głos.

Przytłaczający mrok czający się nad głową Paula wydawał się opadać w dół. Bezosobowy 

głos również opadł i zabrzmiał teraz niemal konfidencjonalnie.

- Moje przesłanki zostały wielokrotnie przetestowane dla sprawdzenia, czy oparta na nich 

struktura zagwarantuje bezpieczne i niezakłócone istnienie ludzkości. Jestem strażnikiem rodzaju 

ludzkiego. Ty zaś, przeciwnie, jesteś jego niszczycielem.

- Ja? - spytał Paul wpatrując się w wiszący nad nim mrok.

- Znam cię. Jesteś zgubą ludzkości. Jesteś wojownikiem, który nie podejmie walki i nie 

można go pokonać. Jesteś dumny - mówiła machina. - Znam cię, Nekromanto. Dokonałeś już 

nieobliczalnych szkód i stworzyłeś pierwszą iskierkę życia niepojętego dla mnie wroga.

W umyśle Paula spadła jakaś zasłona. Nie widział jeszcze, co cię za nią kryje, doznał 

background image

jednak   ulgi   i   pokrzepienia.   Poczuł   się   jak   żołnierz,   który   po   długim   okresie   wyczekiwania, 

otrzymuje wreszcie rozkaz wyruszenia na niebezpieczną wyprawę.

- Rozumiem - rzekł spokojnie, bardziej do siebie niż do machiny.

- Nie wystarczy rozumieć - odparł mechanizm. - Nie dość jest przeprosić. Jestem żyjącą 

wolą rodzaju ludzkiego, wcieloną w materię. Mam prawo kierować ludźmi. Ty nie. Oni nie 

należą do ciebie. Należą do mnie - ton głosu, jakim wypowiedziano te słowa, nie zmienił się, 

Paul jednak odniósł wrażenie, że machanizm go oskarża. - Nie pozwolę ci poprowadzić rodzaju 

ludzkiego na oślep, poprzez mroczny labirynt ku końcowi, którego nie potrafią pojąć. Mimo 

kilku prób, nie potrafiłem cię zniszczyć. Mogę cię jednak usunąć.

Głos zamilkł.

Paul zdał sobie sprawę z cichego pomruku, wydobywającego się z wylotu wielkiego, 

wymierzonego   weń   cylindra.   Akcelerator   osiągał   już   punkt   przebicia   do   nie-czasu,   który   za 

moment miał uderzyć w człowieka niczym piorun i usunąć go z miejsca, w którym był teraz. 

Paul zdążył jeszcze przypomnieć sobie, że raz już doświadczył nie--czasu, kiedy uciekając przed 

policją, podążał śladami Kanteli i Jase'a. Wtedy jednak przypominało to zbieganie po schodach, 

teraz zaś miał zostać z nich brutalnie zrzucony. Zaledwie starczyło mu czasu, by wziąć się w 

garść.

Teraz - rzekła machina.

I   Paul,   wyrwany   ze   swego   miejsca   w   czasie   i   przestrzeni,   został   rozproszony   po 

najdalszych zakątkach Wszechświata.

background image

Rozdział 18

Paul nie znalazł się od razu tam, gdzie skierowała go machina.

To, co zrobił z nim akcelerator, przypominało zepchnięcie w dół z rozciągających się w 

nieskończoność   schodów.   Ale   gdy   leciał   tak   na   zbity   łeb,   owa   nieustępliwa   część   jego 

osobowości, działająca teraz jak odruch świetnie wytrenowanego atlety, instynktownie kazała mu 

podkurczyć stopy, odzyskać równowagę i powstrzymała upadek. Ona postawiła go też na nogi, 

choć jego świadomość była wciąż oszołomiona i niezdolna do akcji. Działając instynktownie, jak 

częściowo znokautowany bokser, zbyt dobrze wyćwiczony, by zwalić się na ring, Paul zdołał 

pokonać skutki impulsu akceleratora i obrazowo mówiąc, wylądował na poboczu schodów.

Znalazł   się   jednak   w   całkowicie   innej   sytuacji   niż   wtedy,   gdy   uciekając   z   gmachu 

stojącego naprzeciwko Koh-I-Nor, przechodził przez nie-czas podążając tuż za Jase'em i Kan-

telą. Sposób, w  jaki wkroczyli wtedy w nie-czas był o wiele bardziej znośny emocjonalnie. 

Metoda akceleracji nie złagodzona medykamentami, których jeszcze nie odkryto, była po prostu 

okrutna i prymitywna.

To właśnie było przyczyną najróżniejszych efektów ubocznych, od poważnego załamania 

nerwowego   do   śmierci   ochotników   Operacji   Odskocznia,   transmitowanych   do   terminalu 

opuszczonego teraz przez Paula. Podczas tego procesu, osobowość człowieka wznosiła się na 

poziom   nie-czasu,   aby   ujść   przed   nieoczekiwaną   i   nieznośną   zmianą   warunków,   w   jakich 

musiałaby trwać w realnej przestrzeni. Obiekty nieożywione, oczywiście, nie doznawały tych 

przykrości.   Ludzka   psychika   jednak   nie   potrafiła   się   przeorientować.   W   pełni   świadoma 

rozproszenia po wszystkich wymiarach Wszechświata, nie umiała się potem ponownie skupić. W 

instynktownej samoobronie, uciekała więc do wszechświata subiektywnego.

Paul doświadczający tego teraz, pojął nagle, jak działały Siły Alternatywne. Jednak w 

chwili, gdy to zrozumiał, nie potrafił nawiązać kontaktu z aktywnymi, lecz pozostającymi w 

szoku, częściami swego umysłu. Przetrawiały one subiektywne aspekty tej linii postępowania, 

której poświęciła się główna część jego osobowości.

W subiektywnym wszechświecie, w którym błądził, nie istniały kształty ani wymiary. Był 

on rzeczywistością, narzuconą przez symbolikę podświadomości Paula. Zgodnie z tym, przyjął 

postać rozległej, pustej równiny, pokrytej drobnymi kamykami, które w miarę oddalania się od 

background image

środka równiny, były coraz większe. O tej właśnie równinie Paul śnił w hotelu po powrocie z 

pierwszego spotkania z Jase'em.

Wtedy   przemierzał   ją   powoli,   jakby   idąc   pieszo.   Teraz   przesuwał   się   szybko, 

jednocześnie   unosząc   się   nad   jej   powierzchnią.   Szaroczarna   równina,   pokryta   rumoszem 

spłowiałych kamieni, rozciągała się wokół niego we wszystkich kierunkach, nie ku horyzontom 

jednak,   ale   na   ogromne,   choć   skończone   odległości.   Panująca   tu   atmosfera   wywierała 

przygnębiające  wrażenie   pustki   duchowej   i   osamotnienia.  Mimo   iż   przytomna   część   umysłu 

Paula   podpowiadała   mu,   że   jest   to   tylko   subiektywna   interpretacja   doświadczonych   przezeń 

wielkich odległości, czasu, przestrzeni oraz  wszystkiego, czemu kiedykolwiek się poświęcał, 

targnął nim dreszcz grozy.

Arogant - pomrukiwał wiatr dmący nad rumowiskiem.

Oni należą do mnie, nie do ciebie - metalicznym tchnieniem szeptała bryza nadlatująca z 

przeciwnej strony. A potem, ciszej jeszcze i z większej odległości: - Znam cię, Nekromanto...

Szybko odepchnął od siebie te głosy. Otaczające go kamienie rozrosły się tymczasem w 

głazy o mamucich kształtach, a w końcu przekształciły się w potężne góry poznaczone plamami 

czerni. W końcu, przelatując ponad najdalszymi i najwyższymi, dotarł do skraju równiny.

Była tu kotlina, za którą wyczuwał światłość. Nie mógł jej jednak zobaczyć, oddzielał go 

bowiem od niej pas głębokiej ciemności. W tej czerni coś drgnęło.

Był to zaledwie zaczątek życia. Embrion, ameba, o świadomości, którą stać było zaledwie 

na   wyczucie   obecności   Paula   wtedy,   gdy   głęboko   pod   skałami   Merkurego   poddawano   go 

obrzędowi inicjacji. Reakcje tego stwora pozwoliły mu jedynie na jeden jedyny instynktowny 

atak. Istota ta dopiero zaczynała się rozrastać.

Cała była złem w sensie, w jakim pojmował je Super-kompleks. I była dziełem Paula. Bez 

niego nigdy by nie powstała. Teraz żyła i rosła w siłę, coraz więcej też rozumiała.

Opanowała .Paula przemożna chęć zaatakowania tego stwora i załatwienia się z nim raz i 

na   zawsze.   Kiedy   jednak   przemieścił   się   bliżej,   natrafił   na   niewidzialną   zaporę,   która   nie 

pozwoliła mu przejść. Była to bariera praw, dzięki którym tworzył to, co się tam poruszało. 

Prawa te broniły go przed jego dziełem oraz chroniły je przed nim samym. Miało tak być, dopóki 

obaj przeciwnicy nie urosną w siłę na tyle, by przełamać wszelkie zapory. I nagle mgła otulająca 

oszołomiony umysł Paula zaczęła się rozwiewać i pojął on, że gdyby teraz zaatakował i zniszczył 

to coś, niczego by nie udowodnił. Niczego by też nie dokonał. Przede wszystkim zaś zrozumiał, 

background image

że niepotrzebnie stworzył to coś.

W końcu odzyskał jasność umysłu. Szybko cofnął się i wrócił do miejsca, gdzie kamienie 

miały wielkość żwiru. Tutaj, nie opodal miejsca, w którym zaczął wędrówkę, znalazł świeżo 

ułożoną piramidę z głazów, jakby kurhan. Stos ten był trzykrotnie wyższy od Paula, a będące 

dziełem przypadku szczeliny pomiędzy kamieniami sprawiały niesamowite wrażenie otworów 

strzeleckich. Paul czuł, że, przynajmniej na razie, wewnątrz nie kryje się nic żywego. Stojąc obok 

kurhanu raz jeszcze rozejrzał się dookoła i zobaczył, że gdzieniegdzie, u najdalszych granic 

równiny, subiektywny krajobraz uniósł się, otaczając go kręgiem rodzących się wzgórz.

Wtedy poddał się początkowemu impulsowi, który go tu przywiódł i ruszył ku swemu 

przeznaczeniu.

Świadomość odzyskał w miejscu wyglądającym na niewielki apartament. Zdążył tylko 

obrzucić go błyskawicznym spojrzeniem i jego nogi - dostał się tu w takiej samej pozycji, w 

jakiej znajdował się dyskutując z Superem - załamały się pod nim. Cała energia szoku, którego 

doznał, wyładowała się w jego ciele. Runął na ziemię jak pod ciosem olbrzymiej maczugi.

I znów, jak zwykle, nie poddał się całkowicie nieświadomości. Według zwykłych norm, 

powinien natychmiast stracić przytomność, w rzeczywistości jednak doświadczał niewyraźnego, 

nietrwałego stanu, który był fizycznym odpowiednikiem oszołomienia, w jakim błąkał się po 

swym subiektywnym wszechświecie.

W   ciągu   następnych   dni   stan   Nekromanty   ulegał   powolnej   poprawie.   Paul   niejasno 

zdawał sobie sprawę z tego, że dźwignął się z podłogi i przeszedł na pobliską kanapę i że raz czy 

dwa razy napił się wody z kranu obok. Poza tym nie jadł i nie spał. Nie ulegał nawet temu 

półaktywnemu, pełnemu snów stanowi, który zastępował mu zwykłą drzemkę.

W   fizycznym   sensie   nie   ucierpiał.   W   wyniku   przerzutu   do   tego   miejsca   nie   doznał 

najmniejszego cielesnego uszczerbku. Zaatakowano go i rozdarto na strzępy, ale przedmiotem 

napaści była jego niematerialna tożsamość. Ostateczny efekt podobny był do ataku głębokiej 

depresji. Fizycznie pozostał sprawny i zdolny do podniesienia się i zbadania otoczenia. Akt ten 

jednak  wymagał  woli,  a   wysiłek   Paula   podobny  był   do   tego,   z   jakim   porusza   się   człowiek 

wykrwawiony prawie na śmierć. Stopniowo jednak przychodził do siebie. Przede wszystkim 

dotarło doń, że pomieszczenie, w którym leżał było częścią cylindra z podłogą wbudowaną w 

dolną krzywiznę. Umeblowano je z oszczędnym luksusem, jak kabinę oceanicznego liniowca 

wycieczkowego. Pomiędzy wklęsłymi ścianami ustawiono kanapę, fotele, odtwarzacz muzyczny, 

background image

szafki, bar, kuchenkę, a nawet kilka rzeźb z czerwonej, czarnej i żółtej gliny oraz pięć inte­

resujących obrazów abstrakcyjnych, w tym jeden w oleju. Znajdował się tu także, wypolerowany 

do ciemnego połysku, kwadrat na podłodze, będący terminalem końcowym podróży Paula.

Trzeciego dnia Paul odkrył, że jak ogłupiały, godzinami wpatruje się w malowidła. Jego 

mizerna jeszcze, ale jasna już percepcja skojarzyła to błyskawicznie i na ustach Paula wykwit! 

nikły uśmiech. Nagle zdał sobie sprawę z istnienia plazmy twórczej, która mogła zastąpić krew 

psychiczną, której tak wiele stracił.

Z   trudem   dźwignął   się   z   kanapy   i   potykając   się,   poczołgał   na   czworakach   ku 

odtwarzaczowi. Następnie ruszył ku szafkom i przylegającym półkom, gdzie znalazł katalog 

haseł.

Po dwudziestu minutach ponownie leżał na kanapie.

Z głośników odtwarzacza sączyły się złote frazy Trubadura, na przestrzennym ekranie 

pyszniła się bogata faktura „Hołdu Trzech Króli” Rubensa, a na trzymanej przez Paula karcie 

papieru   niczym   przytłumiony   dźwięk   dzwonów   drżały   poważne   i   wzruszające   strofy   sonetu 

niewidomego Miltona:

Kiedy rozmyślam, na com światło trawił

pół życia pędząc w pełnym mroku świecie

Leżał tak, przerzucając się od sztuki, poezji i muzyki do matematyki, filozofii, medycyny 

i wszystkich innych dziedzin działalności ludzkiej. Powoli też, życie tych, którzy umieli coś 

życiu dać, wlewało się ponownie w jego wyjałowioną duszę i odzyskał siły.

Czwartego dnia wróciła mu dawna sprawność. Korzystając z kuchenki przygotował sobie 

solidny posiłek, a potem zajął się badaniem celi więziennej, w której go osadzono.

Miała ona około dziesięciu metrów długości i prawie tyleż samo szerokości i wysokości. 

Każdy z jej końców był wielkim okręgiem, spłaszczonym u dołu linią podłogi. Pod jedną z 

poprzecznych ścian znajdował się terminal, który przyjął Paula. Druga po prostu ograniczała jego 

przestrzeń życiową.

Jej właśnie Paul przyjrzał się z najwyższym zainteresowaniem. Ściana przy terminalu 

background image

kryła   prawdopodobnie   roboczą   część   akceleratora.   Za   drugą   jednak   mogło   znajdować   się 

wyjście. Gdy więzień obejrzał ją bliżej, stwierdził, iż krąg ten w istocie jest zwykłą pokrywą, 

utrzymywaną przez zamek magnetyczny.

Otworzył ów zamek i dolna połowa ściany cofnęła się przed nim jak wielkie drzwi od 

garażu. Przeszedł przez nie i trafił do dalszej części cylindra, trzykrotnie dłuższej niż poprzednia, 

wypełnionej skrzyniami z narzędziami i oprzyrządowaniem. Szybko zorientował się, że były to 

podzespoły, którymi należało uzupełnić tutejszy odbiorczy terminal, aby mógł on pełnić funkcję 

nadawczą.

Paul   obejrzał   tabliczki,   przymocowane   do   niektórych   ze   skrzyń.   Były   to   karty 

przewozowe, oznakowane skrótami, których nie znał. Poszedł więc ku kolejnej kolistej ścianie, 

która   zamykała   tę   część   cylindra.   Ta   została   przyspawana   perełkami   zgrzewanego   plastyku. 

Wykonano to tak, by przeszkoda była łatwo usuwalna, ale tylko przez kogoś, kto wiedział, jak się 

do tego zabrać.

Paul   cofnął   się   i   raz   jeszcze   przeszukał   całe   pomieszczenie,   nie   znalazł   jednak 

umieszczonej w widocznym miejscu instrukcji czy wiadomości dla użytkownika terminalu.

Wrócił   więc   do   pomieszczenia   mieszkalnego   i   zajął   się   systematycznymi 

poszukiwaniami. Powysuwał szuflady. Zbadał zawartość szaf i szafek. Nie znalazł ani instrukcji 

obsługi, ani nawet podręcznika poświęconego problemom nie-czasu. Najwidoczniej oczekiwano, 

że osobnik, dla którego zaprojektowano owe miejsce, informację, jakiej szukał Paul, posiada po 

prostu w pamięci. Gdy na koniec stanął pośrodku celi i rozglądał się dookoła, szukając miejsca, 

gdzie jeszcze nie zajrzał, nagle usłyszał szum uruchamianego akceleratora.

Paul spojrzał w stronę terminalu. Na gładkiej i lśniącej powierzchni podłogi leżała gazeta, 

podszedł i podniósł ją do oczu.

Przez chwilę nie potrafił domyślić się przyczyny, dla której Super miałby przesyłać mu 

najnowsze   wiadomości.   Nagłówki   na   pierwszej   stronie   wrzaskliwie   donosiły   o   rozruchach, 

panice i trzęsieniach ziemi. Po chwili jednak, przesuwając wzrok z jednej szpalty na drugą i z 

góry na dół, jak człowiek wprawiony w szybkim czytaniu, zauważył niewielki akapit:

NADZWYCZAJNE UPRAWNIENIA DLA NACZELNEGO INŻYNIERA ŚWIATA

Po niespodziewanym przebiegu ogólnoświatowego głosowania, Naczelny Inżynier Świata 

background image

został   uprawniony   do   zamrażania   kont   kredytowych   i   odmawiania   usług   Kompleksu  

buntownikom i tym, których podejrzewa się o zakłócanie spokoju. Na tablicach informacyjnych  

Kompleksu-Matki wykazano wysoką, wynoszącą 82 % frekwencję w głosowaniu, w którym 97,54  

%   zarejestrowanych   głosów   oddano   za   wnioskiem,   przyznającym   Naczelnemu   Inżynierowi 

Świata dodatkową władzę.

Ot, niewielka notatka. Paul zmarszczył brwi. Notatka była ważna, on jednak nie uważał 

jej za aż tak ważną, by Super posyłał mu gazetę. Nie sądził również, by warto było ją przysyłać z 

powodu   innych,   opisywanych   na   pierwszej   stronie,   historii   -   tych   o   wzrastającym   zasięgu 

rozruchów czy o zaburzeniach emocjonalnych. Machina nie została przystosowana do tego, by 

się   chełpić,   a   jakiż   byłby   inny   powód   informowania   go   o   wydarzeniach,   na   które   nie   miał 

najmniejszego wpływu?

Nadal zaintrygowany, Paul otworzył gazetę, by przejrzeć stronę drugą i następne. I wtedy 

to zobaczył.

Jakaś   wada,   czy   celowe   działanie   spowodowały,   że   na   tych   dwu   stronach   druk   był 

niewyraźny   i   nieczytelny,   z   wyjątkiem   małej,   równie   niewielkiej   jak   ta   z   pierwszej   strony, 

notatki, która jednak wyróżniała się właśnie dzięki temu

STRACONA SONDA

Kompleks-Matka otrzymał dziś doniesienie, że jedna z sond bezzałogowych, biorących  

udział  w Operacji  Odskocznia, zaginęła  w przestrzeni  kosmicznej.  Sonda ta miała na  swym 

pokładzie aparaturę automatycznego terminalu odbiorczego, przeznaczoną dla znanej jako Nowa 

Ziemia, czwartej  planety w układzie  Syriusza. Ostatnia znana pozycja statku wskazywała, iż 

wkrótce dotrze on do Nowej Ziemi. Sonda nie osiągnęła jednak wybranego lądowiska i trafiła  

poza orbitę planety. Nowy tor wyniesie statek poza układ Syriusza. Kompleks-Matka podkreśla, 

iż nie ma nadziei na nawiązanie kontaktu z sondą oraz na odzyskanie aparatury.

Paul wypuścił gazetę z dłoni i zawróciwszy na pięcie, szybko przeszedł do drugiego 

pomieszczenia. Tam chwycił narzędzie podobne do dłuta i zaatakował plastykowy zgrzew wokół 

kręgu zamykającego przejście. Pod naporem dłuta plastyk ustąpił, ukazując wąską szczelinę w 

background image

metalu. Paul wcisnął w nią ostrze. Pokrywa opierała się tylko przez chwilę, potem dłuto przeszło 

na wylot. Obok dłoni Paula rozległ się głośny świst zasysanego powietrza i plastykowy zgrzew 

puścił nagle na całej długości krawędzi. Niższa połowa pokrywy cofnęła się ze szczękiem. Na 

oczach Paula poprzez ścianę przemknęła pozioma szczelina i dolna połówka oddzieliwszy się 

gładko od górnej, wpadła do pomieszczenia.

Paul przytrzymał ją. Była to cienka blacha z lekkiego stopu magnezu. Wciągnął ją do 

środka i położył płasko na podłodze. Potem postąpił krok do przodu i patrząc przez grube szkło, 

wyjrzał na zewnątrz.

Zobaczył przed sobą pofałdowany krajobraz, przykryty żółtawym niebem. W atmosferze 

unosiła się lekka mgiełka. Podłoże porastał dywan roślin podobnych do paproci. Z ich gąszczu 

wyrastały   rozrzucone   tu   i   ówdzie   kamienie   oraz   granitowe   skałki.   Dalej   zauważył   niskie, 

przysadziste   drzewa,   których   pnie   i   konary   wyglądały   jakby   poskręcano   je   z   ciemnych   żył. 

Całość oświetlały przedzierające się przez mgiełkę jaskrawe promienie dwu gwiazd typu AO, 

położonych tak blisko siebie, że wydawało się, iż lada moment wpadną jedna na drugą.

Zobaczywszy słońca i przyjrzawszy się krajobrazowi, który oświetlały, Paul bez trudu 

odnalazł   związek   pomiędzy   miejscem   swego   pobytu   a   znajdującymi   się   w   artykułach 

popularnonaukowych opisami planet docelowych bezzałogowych sond Operacji Odskocznia.

Podwójne   słońce   na   niebie   mogło   być   jedynie   Syriuszem   i   jego   towarzyszem.   Co 

oznaczało, że znalazł się na Nowej Ziemi i jasnym stawał się sens przysłania mu tej gazety. Paula 

i sondę, w której go uwięziono, celowo, z rozmysłem i oficjalnie „stracono” dla zapisów.

Czując nagłą słabość, oparł czoło o chłodną szybę. Bezsilnym gestem naparł palcami 

jedynej dłoni na powierzchnię przejrzystej płyty. Tam, na zewnątrz, zgodnie z doniesieniami 

oficjalnych raportów, była dusząca atmosfera dwutlenku siarki. Za plecami Paula znajdowało się 

zapakowane do skrzyń oprzyrządowanie, którego nie potrafił złożyć.

I nagle zesztywniał. Cofnął dłoń od szklanej płaszczyzny i uniósł głowę. Z napięciem 

wpatrzył się w leżący za przejrzystą przegrodą krajobraz.

Nie dalej niż o kilkanaście kroków od sondy, oparta o należący do innego świata głaz, 

stała solidna laska z ciemnego drewna. Laska Waltera Blunta! Jej główka była rozszczepiona i 

pęknięta, jakby użyto jej do rozbicia ludzkiej czaszki.

background image

Rozdział 19

Widzę - rzekł spokojnie Paul w pustkę pokoju i do krajobrazu za szkłem. - Oczywiście.

Poczuł się jak ktoś, kto w nocy jedzie przez nie znane mu miasto i jest przekonany, że 

północ   leży   po   prawej.   I   nagle,   szybki   rzut   oka   na   przypadkowo   zauważony   znak   uliczny, 

drobny, lecz niepodważalny strzęp informacji, pozwala mu niezaprzeczalnie stwierdzić, iż północ 

znajduje się po lewej. Nagle i w ciszy, fizycznie nie ruszając się z miejsca, cały Wszechświat robi 

zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i pojmujesz, że zmierzasz na zachód, nie na wschód.

Równie   nieoczekiwanie,   wydarzenia,   w   których   Paul   brał   udział,   złożyły   się   w 

konstrukcję jasną i przejrzystą aż do najdrobniejszych szczegółów.

Wszystko, rzecz jasna, było dziełem Blunta. Przez cały ten czas Paul czuł instynktownie, 

że  Blunt  - człowiek, który  ani  razu  nie  odwrócił  się  i  nie  pokazał wprost  swej  twarzy,  był 

demonem. Paul raz jeszcze przemówił głośno, nie zwracał się jednak do Blunta:

- Zabierz mnie stąd - powiedział.

Nie,   nadeszła   odpowiedź   z   głębi   jaźni,   gdzie   kryła   się   nieustępliwa   część   jego 

osobowości.

- Chcesz powiedzieć, że obaj tu skończymy? - spytał Paul. - Ty i ja, razem?

Nie.

- Więc cóż?

Tu jest tylko jeden z nas.

- Rozumiem - odparł Paul spokojnym tonem. - Powinienem był wiedzieć.

Mogę   dokonać   wszystkiego,   czego   zapragniesz.   Jeśli   jednak   to   zrobię,   jakaż   będzie 

korzyść? Nie znaleźliśmy innego sposobu, niż silą. Wszystko, czego dokonaliśmy, poszłoby na 

marne, jak ten żywy mrok, tam, za głazami, gdybyś go zabił. Albo jeśli zabijesz go teraz, kiedy  

jeszcze się nie rozwinął i nie dojrzał. Od ciebie zależy, czy znajdzie się inna droga.

- Nie droga machiny? - spytał Paul. - Nie sposób, w jaki zabrałeś mnie wtedy z biura za 

Jase'em i Kantelą? Sposób inny od tych dwu?

Tak.

- Nie wiem, od czego zacząć.

Wejrzyj w siebie. Przeżyj to jeszcze raz. Wczuj się.

background image

-   Dobrze   -   zgodził   się   Paul.   Spojrzał   na   żylaste   pnie   za   oknem   i   na   laskę.   -   Dla 

wszechświatów, obiektywnego i subiektywnego, istnieje tylko jedna rzecz wspólna. Tożsamość 

jednostki.

Tak jest. Mów dalej.

-   Wszechświat   obiektywny   może   być   wyrażony   w   swoich   najniższych   wspólnych 

mianownikach jako nagromadzenie odrębnych i niezależnych tożsamości, zarówno żywych, jak i 

nieożywionych.

Słusznie.

- Konkretne tożsamości, aby żyć, to znaczy, aby funkcjonować wzdłuż pojedynczego 

wymiaru na linii czasu, muszą łączyć się i rozłączać, tworząc i zmieniając kombinacje, które 

można nazwać zbiorami lub ustawieniami.

Dalejże, Bracie.

- Ustawienia te, aby w obiektywnej przestrzeni i czasie stworzyć iluzję rzeczywistości, 

muszą przez cały czas formować jeden wzór. Wzór ten może się zmieniać, nie można jednak 

porzucić go, czy zniszczyć, jednocześnie nie niszcząc lub porzucając iluzji realności.

Dokładnie tak. Rozumowanie znakomite, jak na tożsamość cząstkową, która ograniczona 

jest do posługiwania się emocjami i reakcjami. Możemy być z ciebie dumni. Cóż dalej? Jaki jest 

krok następny?

Paul zmarszczył brwi.

- To już wszystko.

Zastosowanie.

-   Zastosowanie?   Ach   tak!   -   wypalił   nagle   Paul.   -   Oczywiście.   Tak   zwane   Siły 

Alternatywne - raz jeszcze spojrzał na opartą o głaz laskę - i talenty do korzystania z nich są po 

prostu metodami zmiany wzoru w taki sposób, że iluzja rzeczywistości chwilowo pozwala na 

akcje, zazwyczaj niedozwolone... - Zastanowił się krótko. - Blunt tego nie rozumie - stwierdził.

Jesteś pewien?

Paul pozwolił sobie na skąpy uśmiech.

- To moja specjalność, nieprawdaż? Zrozumienie. 

Poddaję się. Kontynuuj.

Paul zawahał się.

- A jest coś jeszcze? - spytał.

background image

Chciałeś się stąd wydostać. Wejrzałeś w siebie. Odtworzyłeś przeszłość. Od tej chwili 

zostawiasz mnie na twoim terenie. Wczuj się.

Paul zamknął oczy. Stojąc w żółtej, padającej z zewnątrz poświacie, którą wyczuwał 

poprzez zamknięte powieki, usiłował nawiązać całkowity kontakt ze wszystkim, co go otaczało; 

z pokojem, sondą, planetami, słońcami i przestrzenią. Próba ta przypominała subtelny wysiłek 

stwierdzenia   za   pomocą   samego   tylko   dotyku,   jak   wygląda   wnętrze   oddalonego   na   długość 

ramienia skomplikowanego mechanizmu. Różnica polegała na tym, że usiłowania

Paula były natury nie fizycznej. Sięgał na zewnątrz, by dokładnie i w pełni wczuć się w 

wielki   wzór   obiektywnego   Wszechświata,   by   precyzyjnie   wpiąć   własną   tożsamość   w   punkt 

zwrotny jego struktury.

Przez chwilę rzecz się nie udawała. Trwało to ułamek sekundy, podczas którego czuł się 

absolutnie   obnażony,   czując   wszystko,   nie   mając   jednak   żadnej   możliwości   kontaktu,   jakby 

unosił się w próżni. I nagle zdarzyło się coś, co przypominało chwilę orientacji, jak wtedy, gdy 

za   szybą   zobaczył   tę   laskę.   Teraz   jednak   odczucie   to   było   o   wiele   głębsze,   wspanialsze   i 

połączone z wrażeniem stapiania się, ustępującym jedynie uczuciu, którego doznał, gdy skończył 

się seans u dr Elizabeth Williams.

W   jednym,   niespodziewanym   ułamku   nie-czasu,   Paul   i   nieustępliwa   część   jego 

osobowości nieodwracalnie zlali się w jedno.

Poczuł się jak ktoś stojący na niewielkiej scenie, wokół której nagle podniesiono w górę 

wysokie kurtyny. Odkrywał, że może spoglądać we wszystkich kierunkach na dowolnie wielkie 

odległości. Odkrywał też, że jest sam.

-  Ave atque vale  - powiedział i uśmiechnął się nie bez smutku. - Bądź pozdrowiony i 

żegnaj - odwrócił się do okna. - Niszcz - powiedział. - Oczywiście. Blunt zaplanował to dla mnie 

i na miarę swych ograniczonych możliwości miał rację.

Wrócił do znajdującej się za plecami skrzyni z narzędziami. Wybrał ciężki młot i ruszył 

do okna. Pierwsze uderzenie zgięło metalowy trzon młota, powierzchnia szkła zaś została tylko 

draśnięta. Jednak po drugim  ciosie  cała  szklana ściana legła w  gruzach, a młot wyleciał na 

zewnątrz.

Paul zdążył zrobić trzy kroki w stronę głazu, przy którym spoczywała laska, zanim żrąca 

atmosfera Nowej Ziemi stępiła jego zmysł powonienia i wypełniła mu płuca. Sięgnął po laskę i 

chwycił ją w tej samej chwili, w której wzrok zaćmiły napływające do oczu łzy. Niemal słyszał 

background image

śpiew Blunta, jak wtedy, na ekranie w kopalni Malabar.

- Destrukcja! Destrukcja ostateczna! Destrukcja twórcza, która uratuje Człowieka przed 

tym, by wiecznie go ratowano... . . .

Paul poczuł uderzenie kolan o grunt. Chwilę później jego osobowość porzuciła na zawsze 

to  okaleczone  ciało, pozostawiając  je  leżące  i  konające, z  pięścią  jedynej ręki  zaciśniętą  na 

pękniętej lasce, w duszącej atmosferze świata, który nosił miano Nowej Ziemi.

background image

Rozdział 20

Pięć dwudziestek sążni w głębinę płyń śmiało. Kości te leżą na morza dnie...

Pięćdziesiąt kilometrów na zachód od La Jolla w Kalifornii, w miejscu, które znajdziesz 

płynąc wzdłuż brzegu na pomoc od San Diego, na piaszczystej podmorskiej równinie, około 

dwustu metrów pod błękitną, wiecznie ruchliwą powierzchnią Pacyfiku, pozbawiona ciała dusza 

Paula unosiła się nad szkieletem mężczyzny zaplątanym w zardzewiały łańcuch. Początkowo 

Paul   nie   zamierzał   odwiedzać   tego   miejsca,   zboczył   tu   jednak,   by   uporać   się   z   własnymi 

emocjami. Teraz zaś, unosząc się nad swym szkieletem poczuł ulgę, że ciało, które mu kiedyś 

służyło,   umarło   naturalną   śmiercią.   Paul   nie   wątpił,   że   Blunt   dla   osiągnięcia   swego   celu 

potrafiłby uciec się do morderstwa. Dlatego wolał, by karta, na której miał podsumować swe 

rachunki z Bluntem, zawierała możliwie najmniej niejasnych punktów.

Zostawił białe kości w pokoju otulającego je wiecznego mroku i ruszył dalej swoją drogą. 

Szlak ów, ten sam, którym przesłano na Nową Ziemię laskę Blunta, doprowadził w końcu Paula 

do przebudzenia się wewnątrz czegoś, co przypominało trumnę. Leżał na plecach, w metalowym 

pojemniku, z wyprostowanymi nogami i złożonymi na piersiach ramionami. Oczy miał otwarte, 

ale   nie   dostrzegał   nic,   prócz   ciemności.   Jednak   jego   percepcja   wtopiona   w   ogólny   wzór 

rzeczywistości   pozwoliła   mu   stwierdzić,   gdzie   spoczywa.   Był   to   zestaw   dwuipółmetrowych 

szuflad w kostnicy publicznej. Ciało, które zajmował obecnie, było identyczne z tym, do którego 

przywykł. Od poprzedniego różniło się tylko tym, iż miało dwoje sprawnych rąk. Wydawało się 

jednak całkowicie sparaliżowane.

Przyczyną tego paraliżu, jak w przebłysku ponurej wesołości zorientował się Paul, był 

fakt. iż ciało zamrożono na kamień. Pojemnik, w którym je złożono, otaczały zwoje chłodnicy i 

temperatura tkanek wynosiła minus sześć stopni Celsjusza. Zanim będzie można obudzić w nim 

życie, ciało to trzeba było najpierw rozmrozić.

Paul zbadał otaczający go wzór. Byłby zdziwiony, gdyby okazało się, że Blunt, który 

zadał   sobie   dlań   tyle   trudu,   nie   przygotował   czegoś   i   tutaj.   I   rzeczywiście,   okazało   się,   iż 

pojemnik spoczywa na szynach, wewnątrz zamrażarki zaś trzyma go jedynie zwykły zatrzask. 

Paul poczynił konieczne, acz drobne zmiany we wzorze rzeczywistości i zatrzask puścił. Ciało 

ześlizgnęło się do jasno oświetlonego pokoju bez okien.

background image

Gdy tylko znalazł się w tym pomieszczeniu, temperatura otoczenia ostro podskoczyła z 

poniżej punktu zamarzania wody do ponad dwudziestu stopni. Paul leżał teraz nachylony pod 

niewielkim kątem, ze stopami przy podłodze i głową uniesioną nieco ku górze. Z tej pozycji 

mógł dostrzec, że pokój, do którego trafił jest niezbyt obszerny, ma pojedyncze drzwi i wyłożono 

go białymi kafelkami.

Jedyną   godną   uwagi   rzeczą   była   wiadomość,   którą   napisano   dużymi   literami   na 

przeciwległej ścianie. Brzmiała ona jak następuje:

Paul, tak szybko, jak tylko zdołasz,

przybądź i przyłącz się do nas. Czekamy w Koh-I-Nor, 

apartament 1243.

Walt Blunt

Dotychczasowy   pojemnik,   w   którym   spoczywało   ciało   Paula   zmienił   funkcję. 

Promieniował   teraz   głębokim,   łagodnym   ciepłem,  obejmując   nim   zmrożone  kości   i   mięśnie. 

Musiało upłynąć pół godziny lub więcej, zanim temperatura podniesie się na tyle, że Paul będzie 

mógł przejąć kontrolę nad swoim nowym ciałem. Blunt oczywiście zakładał, iż Paul ze swej 

strony pomoże przyspieszyć ten proces. Plan Wielkiego Mistrza był, nie da się ukryć, piękny i 

wskazywał na dalekie od skromności nastawienie Blunta do innych ludzi i Wszechświata. Po raz 

pierwszy - ot, w jak nieoczekiwany sposób, drobne sprawy z przeszłości wyjaśniają się same - 

Paul otrzymał nowy punkt widzenia na powtarzane przez Jase'a oskarżenia o arogancję. Podczas 

minionych lat, jako osoba bliska Bluntowi, Jase dobrze poznał oblicza arogancji...

Paul  postanowił,  że  przyspieszy  bieg  wydarzeń.  Uczyni  to jednak  w  sposób,  którego 

Blunt, ze swą mniej pełną znajomością wzoru, nie może się spodziewać. Blunt nie oczekiwał 

mianowicie, że wiadomość na ścianie będzie dla Paula jasnym i czytelnym ostrzeżeniem, że 

Gildia Orędowników wykonała już swój ruch. Poza ścianami tego pokoju świat uwikłał się w 

wojnę   -   dziwną,   niesamowitą   wojnę,   jakiej   nie   znała   przeszłość.   Blunt,   jako   generał   sił 

nacierających, zaplanował, iż na pole bitwy Paul wkroczy w chwili najbardziej dogodnej z jego, 

Blunta, punktu widzenia.

Tyle tylko, że Paul dotrze tam wcześniej.

Sięgnął w głąb wzoru i do tej niewidzialnej wiedzy, jaka stała się częścią jego osobowości 

background image

i jego zdolności. Przerwał pewne linie związków przypadkowych i ustanowił nowe.

W bezpośredniej bliskości jego ciała wzór uległ zmianie. Samo zaś ciało uniosło się w 

górę i popłynęło nad podłogą.

Skierował je ku drzwiom. Te otworzyły się. Przemykając tuż nad stopniami schodów, 

ciało Paula pokonało piętro i przez następne drzwi dotarło do krótkiego korytarza. Na jego końcu 

były trzecie, przezroczyste drzwi, które otwierały się na znaną Paulowi ulicę, odległą od Koh-1-

Nor o kilka przecznic. Za drzwiami panowała noc i nie wiadomo dlaczego Kompleks wydawał 

się pogrążony w mroku głębszym, niż należałoby się spodziewać. Ciało Paula minęło ostatnie 

drzwi i wypłynęło w upalną, lipcową noc. Dział Kontroli Pogody Kompleksu zawiódł chyba na 

całej linii, ponieważ temperatura na zewnątrz sięgała bez mała czterdziestu stopni, a wilgotność 

wynosiła blisko 100 %. Nieruchome, ciężkie powietrze Kompleksu, parnymi uściskami objęło 

lodowate ciało Paula.

W pobliżu nie było żadnych poruszających się pojazdów. Mroczne cienie wypełniały 

odstępy między budynkami. Ulice, przynajmniej w tej okolicy, wydawały się opustoszałe. Paul 

skręcił i popłynął wzdłuż betonowej ściany w kierunku hotelu Koh-I-Nor.

Dalsze ulice były również puste. Mieszkańcy Kompleksu najwyraźniej pozamykali się w 

zabarykadowanych   domach,   chroniąc   się   przed   hulającym   na   zewnątrz   szaleństwem.   Po 

przebyciu połowy drogi, Paul usłyszał niesamowity, brzękliwy odgłos wadliwie funkcjonującej 

lampy   ulicznej.   Przyjrzał   się   rozsiewanej   przez   nią   pulsującej   niepewnie   poświacie   i   ujrzał 

powód, dla którego, częściowo przynajmniej, lampa była niesprawna. Okazało się, że osadzono 

ją na ogromnym patyku od lizaka, owiniętym biało-czerwoną pasiastą folią, Paul popłynął dalej. 

Za   kolejnym   rogiem   minął   zamknięte   drzwi.   Ze   szczeliny   pod   nimi   wypływała   struga 

czerwonego   płynu,   który   barwą   i   konsystencją   przypominał   krew.   Przemieściwszy   się   do 

następnego budynku,

Paul skręcił w kolejną ulicę i natknął się na pierwszą żywą istotę.

Był to mężczyzna w rozdartej koszuli, siedzący na progu otwartych drzwi i obracający w 

dłoniach kuchenny nóż. Gdy Paul zbliżył się do niego, mężczyzna podniósł wzrok na przybysza.

- Czy jest pan psychiatrą? - spytał. - Potrzebuję... - w tej chwili dostrzegł, iż pomiędzy 

stopami   Paula   a   płytami   trotuaru   zieje   spora   szczelina.   -   Och   -   powiedział   tylko.   Spojrzał 

ponownie na swoje dłonie i zaczął bawić się nożem.

Paul zatrzymał się, ale zdał sobie sprawę z faktu, że nie może mówić, ruszył więc dalej. 

background image

Równocześnie   raz   jeszcze   sięgnął   do   wzoru.   Można   było,   tak   jak   podejrzewał   o   to   Blunta, 

przyspieszyć   pewne   wydarzenia,   ale   żywych   komórek   nie   wolno   było   odmrażać   równie 

intensywnie,   jak   martwego   mięsa.   Stopniowe   i   równomierne   czerpanie   ciepła   z   otoczenia 

okazywało się skuteczniejsze, niż rozmrażanie za pomocą grzejnika mikrofalowego, w który 

wyposażono pojemnik w przechowalni zwłok. Powoli, ale szybciej, niż ktokolwiek mógłby się 

spodziewać, ciało Paula wzbierało ożywczym ciepłem.

Po drodze natknął się na rzeczy, które miały niewielki związek z normalnością. Pomnik 

na środku jednego z mijanych skrzyżowań topił się wolno, niczym wosk w piecyku. Kamienna 

głowa lwa, wkomponowanego w masywny balkon obejmujący narożnik wysokiego budynku, 

pochyliła się i ryknęła, gdy Paul przemykał dołem. Pośrodku jednej z ulic minął krąg czerni - 

pustą dziurę, przez którą nie dostrzegało się niższego poziomu, ale zniekształcenie przestrzeni, na 

którym  oko   ludzkie   nie   potrafiło   się   skupić.   Po   ulicach   nie   przejeżdżały   żadne   samochody. 

Transport   Kompleksu   musiał   zawieść   lub   został   pozbawiony   zasilania,   podobnie   jak   Dział 

Kontroli Pogody. Od czasu do czasu Paul dostrzegał w oddali samotnych przechodniów. Żaden z 

nich nie zatrzymał się na jego widok. Gdy spostrzegli, że się do nich zbliża, każdy spiesznie 

umykał w bok.

Ciało Paula szybko wypełniało się życiem. Dość wcześnie zapoczątkował akcję serca. 

Gdy  dotarł do  placu przed hotelem, jego temperatura  wynosiła  już  trzydzieści  sześć i  sześć 

dziesiątych   stopnia,   a   puls   i   oddech   miał   prawie   w   normie.   Mógłby   już   iść   pieszo,   ale   z 

postawieniem stopy na ziemi poczekał do chwili, w której dotarł do Północnej Wieży Koh-I-Nor.

Wkroczył do mrocznego hallu, oświetlonego jedynie światłami awaryjnymi, w którym nie 

było żadnych gości hotelowych. Spod ściany za biurkiem gapiła się na niego czyjaś blada jak 

papier twarz. Był to znajomy recepcjonista kaligraf. Paul minął go, nie zwracając nań uwagi i 

skierował się ku windom.

Te, jako system zrównoważony, pracujący na zgromadzonej energii, nie zostały dotknięte 

brakiem zasilania. Milcząco, delikatnie i skutecznie, jakby rasa ludzka już wymarła i pozostały 

jedynie maszyny, dyski unosiły się w regularnych odstępach, płynąc w górę i w dół, w prze­

zroczystych rurach swoich szybów. Paul zrobił krok i stanął na z dysku wznoszącym się do góry.

Pomknął   gładko,   przecinając   szereg   korytarzy,   oświetlonych   jedynie   światełkami 

oznaczającymi wejścia do klatki schodowej. Zobaczył tylko jedną osobę. Mijał wtedy dziewiąty 

poziom. Była to młoda kobieta. Gdy dostrzegła Paula, szybko odwróciła się i schroniła w pokoju.

background image

Dwunasty poziom, w przeciwieństwie do reszty świata, widzianej przez Paula tej nocy, 

był   całkowicie   oświetlony.   W   porównaniu   z   panującymi   wszędzie   mrokami,   to   oświetlenie 

wydawało się jaskrawe i ostentacyjne. Jednak i na tym korytarzu nie widać było żadnego ruchu. 

Co więcej, za mijanymi przez siebie drzwiami Paul wyczuwał mrok i pustkę. Apartament 1243, 

ku któremu zmierzał, był na tym jasnym poziomie jedyną oazą życia.

Gdy skręcił za róg, zobaczył, że drzwi apartamentu stoją otworem. Cofnięto je w głąb 

ściany na trzy czwarte szerokości. Dobiegał stamtąd stanowczy, męski głos.

Głos ów należał do Kirka Tyne'a.

-   ...twój   ślepy   upór   -   mówił   Naczelny   Inżynier.   -   Nie   umiem   tego   pojąć,   Walt.   Jak 

człowiek   o   twej   inteligencji   może   uważać,   że   teraźniejszość   da   się   zmienić   działaniami   w 

teraźniejszości, bez cofnięcia się w czasie i zmiany czynników, które w przeszłości ukształtowały 

tę   teraźniejszość?   A   jednak   zdecydowałeś   się   uwolnić   moce,   które   są   źródłem   szaleństw, 

dziejących się tej nocy na całym świecie.

Paul zatrzymał się przed wejściem. Słyszał już te argumenty z ust Tyne'a wtedy, gdy ten 

przyjmował go do swego sztabu. Teraz zaś Paul zapragnął dowiedzieć się, jakiej odpowiedzi 

udzieli Blunt.

- Sprzedałeś swe pierworództwo za miskę mikroprocesorów - odparł głos Blunta. - Nie 

myślisz samodzielnie, Kirk. Niczym papuga powtarzasz to, czym karmi cię Super. Jeśli nie da się 

zmienić przeszłości, należy zmienić teraźniejszość. Trzeba to zrobić ze względu na przyszłość.

- Czy nie zechciałbyś posłużyć się odrobiną logiki? - spytał Tyne. - Powiadam ci, że 

teraźniejszości  nie da się  zmienić, nie dokonując zmian w  przeszłości. Nawet Super, z całą 

zgromadzoną przez siebie wiedzą, nie potrafiłby wyliczyć możliwych konsekwencji zmiany w 

przeszłości przebiegu życia nawet jednego owada. A to droga łatwiejsza. Wy zaś, dzisiejszej 

nocy, próbujecie czegoś daleko trudniejszego.

- Kirk - rozległa się odpowiedź Blunta - jesteś głupcem. Fakty, które zdecydowały o 

takim, a nie innym biegu wydarzeń dzisiejszej nocy, zdarzyły się nieodwołalnie setki lat temu. 

Wszystko, czego musimy dokonać, to rozpoznać je i posłużyć się tą wiedzą.

- Powiadam ci, że to nieprawda!

- Wszystko dlatego, że twój Super... - zaczął Blunt.

Ironia w jego dźwięcznym głosie cięła niczym stal, gdy Paul podjął decyzję o wejściu na 

scenę. Przeszedł przez drzwi i znalazł się w salonie apartamentu, który był najlepszym z tych, 

background image

jakie Koh-I-Nor mógł zaoferować swym gościom.

Pod ścianami rozległego pokoju jak do fotografii ustawiło się siedmioro ludzi. Najbliżej, 

na lewo od Paula stała Kantela. Tuż przy niej, częściowo tyłem do wejścia znajdował się Blunt. Z 

szerokich ramion Wielkiego Mistrza zwisała ciężka, obramowana purpurowym szlakiem czarna 

peleryna, a na głowie miał dziwny wysoki kapelusz. Obok Blunta stał Burton McLeod, który 

najmniej z całej siódemki zdawał się przejmować powagą sytuacji. Dwa kroki dalej był Jase, 

także w pelerynie i kapeluszu. Zwrócony plecami do błękitnych zasłon, osłaniających szerokie na 

całą ścianę okno po przeciwnej stronie pokoju, niczym niewysoki, bezbarwny manekin, sterczał 

Eaton White. Po jego lewej stronie zajął pozycję agent ochrony Koh-I-Nor, James Butler. Widać 

było po nim, że nie ominęło go szaleństwo dzisiejszej nocy. Miał na sobie jednolicie czarny 

sweter   i   luźne   spodnie   wdziewane   przez   członków   jednej   z   szerzej   znanych   społeczności 

maszerujących.   Kombinezon   ten   obnażał   mu   tylko   twarz   i   dłonie.   W   jednej   z   nich   trzymał 

podłużny, śmiertelnie skuteczny policyjny pistolet z usuniętą muszką. Zamiast muszki na lufie 

broni umieszczono mały metalowy błękitny krzyżyk.

Stojących naprzeciwko siebie Burtona i McLeoda rozdzielało kilka metrów wyłożonej 

dywanem   podłogi.   Trzymany   niby   niedbale   pistolet   wymierzony   był   pierś   McLeoda.   Obaj 

przeciwnicy stali spokojnie, wydawało się jednak, że nie dostrzegają w pokoju nikogo, prócz 

siebie nawzajem.

Najbliżej ze wszystkich, z prawej strony Paula, stał Tyne. Spoglądał on na replikującego 

Blunta   i   on   też,   wespół   z   bezbarwnym   i   nieruchomym   Eatonem   White,   pierwszy   zauważył 

wkraczającego do pokoju Paula.

Naczelny Inżynier Świata wytrzeszczył oczy przerywając tym przemówienie Wielkiego 

Mistrza.   Za   chwilę   pozostali,   nie   wyłączając   McLeoda   i   Butlera,   odwrócili   się   ku   Paulowi. 

Kantela jęknęła zduszonym głosem. Wszyscy, prócz Blunta, wyglądali jak ludzie, na oczach 

których popełniono właśnie gwałt na prawach Natury.

Blunt   oparł   się   na   srebrnej   gałce   swej   nowej   laski   i   uśmiechnął   się   tylko.   Podobny 

uśmiech musiał rozjaśnić oblicze ateńskiego polemarchy Callimacha, gdy dwa tysiące pięćset 

czterdzieści lat temu, pewnego pochmurnego, wrześniowego dnia, ujrzał w rzadkich promieniach 

słońca   pył   wzbijany   przez   wzmocnione   skrzydła   szyku,   którymi   Grecy   zamykali   pierścień 

okrążenia wokół hord perskich na równinie Maratonu.

- Zjawiłeś się nieco za wcześnie, choć to drobiazg - powiedział patrząc na Paula. - Ten tu 

background image

Kirk jeszcze nie został dostatecznie zmiękczony. Ale wejdź, mój dwójniku.

Paul zaś, wchodząc do pokoju, po raz pierwszy wprost i z bliska zajrzał Bluntowi w twarz 

i... ujrzał samego siebie!

background image

Rozdział 21

Paul wszedł do pokoju. Wszyscy obecni wpatrzyli się w niego, w niczyim jednak wzroku 

nie   uwidocznił   się   aż   taki   wstrząs,   jak   w   błękitnych   oczach   Kanteli.   Ona   jedna   spośród 

wszystkich obecnych czuła to od początku, ale nie chciała się z tym pogodzić. Właśnie to z taką 

siłą ciągnęło ją ku Paulowi i temu tak bardzo się opierała. Paul nie winił jej wtedy, obdarzony zaś 

zrozumieniem, tym bardziej nie winił jej obecnie. Nawet dla niego samego, gdy zatrzymał się, 

stając o krok przed Bluntem i spojrzał tamtemu w twarz, było to nienaturalne doświadczenie.

Wiedział też, że ci, którzy ich obserwują, muszą odbierać to o wiele gorzej. Nie chodziło 

tylko o jego fizyczne podobieństwo do Blunta. Obaj byli wysocy, barczyści i mocno zbudowani. 

Obaj   mieli   wyraziste   rysy   twarzy.   Na   tym   jednak   kończyło   się   podobieństwo   ciał.   O   wiele 

bardziej   drażniła   ich   wspólna   tożsamość,   ponieważ   polegała   ona   na   dwoistości   wcale   nie 

fizycznej. Nie powinni byli wyglądać podobnie. A wyglądali.

Było to tak niesamowite, jakby ten sam człowiek nosił dwa odmienne ciała. Obaj różnili 

się wyglądem zewnętrznym, mieli jednak identyczne postawy, sposób poruszania się, te same 

nawyki   i   upodobania.   Wszystkie   te   podobieństwa   przeświecały   przez   powłokę   zewnętrzną, 

podobnie jak płomień świecy przez różne ornamenty latarni.

- Pojmujesz teraz - rzekł Blunt, zwracając się do Paula tonem rozmowy towarzyskiej - 

dlaczego przez cały czas unikałem twej obecności?

- Oczywiście - odparł Paul.

W tym momencie Kirk Tyne odzyskał wreszcie głos. Ton, jakim się odezwał, świadczył 

wyraźnie   o   tym,   iż   po   raz   pierwszy   coś   poważnie   zachwiało   przekonaniami   Na-.   czelnego 

Inżyniera Świata.

- Walt, cóż to za przeciwne naturze diabelstwo? - wypalił bez ogródek.

- Długo by o tym mówić - powiedział Blunt. Opierał się wciąż na swej lasce i przyglądał 

Paulowi w ten sam sposób, w  jaki wytrawny koneser kontempluje szczególnie cenne dzieło 

sztuki. - Ale sprowadziłem cię tutaj, Kirk, po to, byś wszystkiego wysłuchał.

Tyne wodził wzrokiem od Paula do Blunta i z powrotem, z wysiłkiem i jakby wbrew 

swojej woli.

- Nie wierzę - wydusił z siebie.

background image

- I światu, i mnie - odparł Blunt, nie spuszczając wzroku z Paula - będzie wszystko jedno, 

co sobie pomyślisz, gdy przeminie dzisiejsza noc.

- Szatan! - zabrzmiał czyjś okrzyk. Wszyscy obecni, nie wyłączając Paula spojrzeli w tę 

stronę. Głos należał do agenta Butlera, który podnosił trzymany w dłoni pistolet. Umieszczony na 

lufie broni krzyżyk skierował się ku Paulowi, a potem zadrżał i przesunął się w stronę Blunta. - 

Bluźnierca!

Coś jasnego mignęło w powietrzu. Rozległ się łagodny odgłos uderzenia, Butler zachwiał 

się   i   wypuścił   broń.   Z   bicepsu   agenta   wystawał   koniec   gładkiej   liściokształtnej   klingi 

pozbawionego rękojeści sztyletu. Do Butlera niespiesznym krokiem podszedł McLeod. Pochylił 

się po pistolet, wetknął go sobie za pas, potem lewą dłonią ujął detektywa za ramię, prawą zaś 

wyciągnął sztylet z rany. Następnie wydobył z kieszeni samozaciskający się opatrunek, owinął 

nim ranę Butlera i chwyciwszy bezwładną rękę agenta, podniósł ją i włożył w jego zdrową dłoń.

- Proszę tak trzymać - polecił. Butler wpatrywał się weń bez słowa. McLeod wrócił na 

swe miejsce obok Blunta.

- Tak więc - odezwał się pobladły Kirk - teraz szczujesz swych opryszków na mnie i na 

przyzwoitych ludzi?

- Tego fanatyka nazywasz przyzwoitym człowiekiem? - spytał Blunt kiwając głową w 

stronę odzianego w czerń Butlera. - Jak można nazywać przyzwoitym kogoś, kto bez namysłu 

zastrzeliłby mnie albo Paula? A zrobiłby to, gdyby Burt go nie powstrzymał.

- Wszystko jedno - odparł Tyne. Na ich oczach, dzięki niezwykłemu wysiłkowi woli, 

Naczelny Inżynier Świata wziął się w garść i opanował. - Wszystko jedno - rzekł o wiele bardziej 

spokojnym głosem. - Nic z tego nie wpływa na moją opinię. Was jest tylko sześćdziesiąt tysięcy. 

Za mało, by zniszczyć świat.

- Kirk - rzekł Blunt - wiesz, jak lubię się z tobą spierać. Jesteś tak uroczo naiwny.

- Ty zaś jesteś równie zabawny - z kpiną w głosie odciął się Kirk.

- Owszem, coś w tym jest - Blunt skinął głową z namysłem. - Widzisz, Kirk, liczę na to, 

że cię złamię. Jeśli uda się dokonać tego bez bólu, zaliczę cię w szeregi ludzi, którzy przewrócą 

tę cywilizację do góry nogami. Swój cel osiągnę dzięki temu dwukrotnie szybciej. W prze­

ciwnym razie nie traciłbym czasu na tę rozmowę.

- Zapewniam cię - odparł Kirk - że nie czuję się ani trochę załamany.

- Bo nie powinieneś... na razie - uciął Blunt.

background image

- Wszystko, co widziałem do tej pory - stwierdził

Kirk  -   to   seria   zorganizowanych  na   nieco  szerszą  skalę  sztuczek   z   Dnia  Wszystkich 

Świętych.

- Na przykład - podsunął mu Blunt - ten tu Paul, nieprawdaż?

Kirk spojrzał na Paula.

- Nie wierzę w zjawiska nadprzyrodzone - powiedział po chwili wahania.

- Ja też - stwierdził Blunt. - Ja wierzę w Siły Alternatywne. Dzięki nim stworzyłem Paula. 

Czy nie tak, Paul?

- Nie - odparł Paul. - Tworzenie nie jest aż tak proste.

-   Ach,   przepraszam   -   odparł   Blunt.   -   Ujmijmy   to   w   ten   sposób;   zbudowałem   cię. 

Ożywiłem. Ile z tego pamiętasz?

-   Pamiętam,   że   umierałem   -   przyznał   Paul.   -   Pamiętam   wysokiego   człowieka,   w 

kapeluszu i płaszczu takich jak te, które teraz masz na sobie. Ten człowiek przywrócił mnie do 

życia.

- Nie zrobił tego - odparł Blunt. - Prawdziwy Paul Formain nie żyje - czyżbyś o tym nie 

wiedział?

- Teraz już wiem - rzekł Paul. - Zbadałem sprawę.

- Kilkunastu takich jak on młodzików śledziłem od ponad piętnastu lat - mówił dalej 

Blunt - i czekałem na dogodną chwilę. Wszystko przemawiało na moją korzyść. Prędzej czy 

później, któryś z nich musiał umrzeć w dogodnych dla mnie okolicznościach.

- Mogłeś uratować go z tej żaglówki, gdy jeszcze żył - rzekł Paul.

- Owszem, mogłem - odparł Blunt i spojrzał Paulowi prosto w oczy. - Ale myślę, że 

wiesz, czemu tego nie zrobiłem. Musiałem dostać go w momencie śmierci. Pobrałem z jego ciała 

kilka żyjących jeszcze komórek. Dzięki mocy, jaką dały mi Siły Alternatywne, z każdej z tych 

komórek wyhodowałem ożywione ciało.

- Chcesz powiedzieć, że takich jak on jest kilku?! - wyrzucił z siebie Kirk, patrząc na 

Paula jak na coś przerażająco obcego.

Blunt potrząsnął głową.

- Ożywione, ale nie obdarzone życiem - rzekł. - W rzeczy samej, nie było w nich więcej 

życia, niż w tym konającym ciele, z którego je pobrałem. Osobowość żyjącej istoty ludzkiej to 

coś więcej, niż tylko arytmetyczna suma jej składników - przez moment milcząco wpatrywał się 

background image

w   Paula,   potem   powiedział   niespiesznie:   -   Z   pomocą   Sił   Alternatywnych,   zapaliłem   w   nim 

iskierkę życia, oddając mu część własnego.

W pokoju zapadła cisza, tak głęboka, że można by pomyśleć, iż wszyscy wstrzymali 

oddechy.

- Stworzyłem drugiego siebie - mówił dalej Blunt. - Ciało, pamięć, nawyki i umiejętności 

należały do chłopaka, który skonał przed chwilą. Ale w istocie, był on mną.

- Tylko pod jednym względem - poprawił go Paul - byłem tobą.

- Dobrze, pod jednym tylko, ale najistotniejszym względem - odparł Blunt. - Dlatego nie 

chciał   się   przyjąć   przeszczep   ramienia.   Komórki   twego   ciała   zużyły   już   swój   biologiczny 

potencjał podczas procesu tworzenia ciebie. Dalszy wzrost i przekształcenia były niemożliwe.

- On ma dwa ramiona - stwierdził Kirk.

- To nie jest ciało, w którym go zapoczątkowałem - odparł Blunt. - Przypuszczam, że 

pierwsze musiałeś zostawić na Nowej Ziemi? - spojrzał na Paula pytająco.

- Obok twojej laski - rzekł Paul.

- A tak, obok tamtej laski.

- Jakiej laski? - spytał Kirk.

- Tej, którą zabito Malorna - odpowiedział Paul i spokojnie spojrzał w oczy Bluntowi. - 

Tej, którą on zabił Malorna.

- Nie - odezwał się zza Blunta McLeod. - To ja.

Potrzebny był ktoś, kto wiedział, jak posłużyć się nią, niczym pałką. Walt zmienił Siły 

Alternatywne, tak bym mógł tego dokonać.

- Ale dlaczego? - krzyknął Kirk. - Morderstwa, laski, Nowa Ziemia? Nie rozumiem! - 

spojrzał zdumiony. - Aby wyszkolić Paula w... - przerwał.

- Załamujesz się, aż miło, Kirk - rzekł Blunt na krótko zwracając twarz ku Naczelnemu 

Inżynierowi Świata i ponownie przenosząc spojrzenie na Paula. - Widzisz, jak niewiele wiesz? 

Twój Super nawet się nie pofatygował, by poinformować cię, że użył wewnętrznego akceleratora 

do wysłania Paula na planetę krążącą wokół Syriusza i jego towarzysza. Dopowiem ci resztę i 

zobaczymy, jak to wytrzymasz - wskazał na zasłonięte okno. - Otwórz je - polecił Eatonowi 

White.

Bezbarwny człowieczek zawahał się.

- No, dalejże - szorstkim głosem ponaglił go Kirk. White chwycił fałd tkaniny i pociągnął. 

background image

Zasłony cofnęły się, ukazując okno zajmujące całą szerokość ściany. Niski parapet znajdował się 

na wysokości nieco ponad pół metra.

- Do końca - rozkazał Blunt.

White wyciągnął dłoń i nacisnął jakiś przełącznik. Całe okno zjechało w dół, kryjąc się w 

parapecie.   Do   chłodnego,   klimatyzowanego   apartamentu   buchnęła   fala   upalnego,   parnego 

powietrza.

- Patrz! - powiedział Blunt. - Posłuchaj tego tam. - Wskazał laską ciemność, wypełniająca 

Kompleks,   gdzieniegdzie   tylko   rozjaśnioną   nikłymi   błyskami   światła.   W   gorącym   mroku 

rozbrzmiewał śpiewny okrzyk Hej-ha! Hej-ha! maszerujących społeczności. A nieco bliżej, poza 

zasięgiem wzroku, dwanaście poziomów poniżej okna, rozlegało się długie, przeciągłe wycie 

stworzenia, które niedawno było człowiekiem, ale teraz cofnęło się daleko wstecz ku swym 

zwierzęcym przodkom. - Patrz! - powtórzył Blunt i wyrzucił laskę przez okno. Laska zawirowała 

wokół   osi   przechodzącej   przez   jej   środek   i   oba   jej   końce   przekształciły   się   w   muszlowate, 

trzepocące skrzydła. Pomiędzy nimi pojawiło się ciało gryzonia i to, co było laską, teraz jako 

czarny nietoperz uniosło się w górę, śmignęło do wnętrza pokoju i oto w dłoni Blunta ponownie 

pojawiła się laska. - Powiadasz, sześćdziesiąt tysięcy - rzekł Blunt zwracając się do Kirka. - 

Ugrupowania nieformalne, organizacje i ruchy żywiołowe w tym waszym świecie składają się 

prawie na jedną piątą jego ludności. Od czterdziestu lat Gildia Orędowników przygotowywała je 

do chwili ostatecznej zapaści systemu. Kirk, jedna piąta świata odrzuciła dziś rozum.

- Nie - odparł Kirk. - Nie uwierzę w to.

- Tak, Kirk. - Blunt ponownie wsparł się na lasce. Jego ciemne, skryte pod krzaczastymi 

brwiami oczy ponownie wpiły się w rozmówcę. - Od setek lat, aż do chwili obecnej ty i tobie 

podobni   trzymali   na   smyczy   psy   Szaleństwa   i   wzbraniali   im   dostępu   do   świata.   Teraz   my 

puściliśmy je wolno,  jak  niegdyś   i na  dobre.  Od tej  chwili  nie  będzie  już  w  życiu niczego 

pewnego.   Od   tej   chwili   zawsze   istnieć   będzie   możliwość,   że   niezmienne   dotąd   prawa   nie 

zadziałają.   Wskazówki   podsuwane   przez   rozum   i   dotychczasowe   doświadczenia   społeczne 

zawiodą. Pojedynczemu człowiekowi nie pozostanie nic, na czym mógłby polegać, z wyjątkiem 

jego samego.

- Nic z tego nie będzie - sprzeciwił się Kirk. - Te ulice, tam w dole są prawie puste. Ja, 

mój  sztab   i   Super-kompleks   działaliśmy   zbyt   szybko,   byś   mógł   wykorzystać   sytuację.   Brak 

światła, brak wygód, brak usług. Ludzie kryją się w swych mieszkaniach, bo to my zmusiliśmy 

background image

ich do takiej reakcji. Mogą ukrywać się przez pewien czas. Potem podstawowe potrzeby, głód i 

znużenie wezmą górę. Wyjdą na światło dzienne i przekonają się, w jak niewielkim stopniu te 

twoje   sztuczki   rodem   z   maskarady   na   Wszystkich   Świętych,   zmieniły   podstawy   ich   życia. 

Przystosują się i nauczą żyć z tą twoją magią, tak samo jak nauczyli się żyć z zagrożeniem 

wypadkami ulicznymi lub niebezpieczeństwem śmierci od pioruna.

-  Wy  działaliście   za   szybko!   -   zagrzmiał   Blunt.   -   Reagowaliście   jedynie   ze   ślepym 

posłuszeństwem, godnym jednej z waszych machin. Ulice kryje mrok, ponieważ ja chciałem, aby 

tak było. Upał zmusza ludzi, by się rozdzielali. Zostawia sam na sam z ich obawami, każdego we 

własnym pokoju, ponieważ one są najlepszą wylęgarnią Szaleństwa. Noc dzisiejsza nie stanie się 

czymś, do czego ludzie przywykną. Jest to tylko pierwsza bitwa w wojnie, która będzie trwała 

wiecznie, w której zastosuje się coraz to nowe bronie, którą rozgrywać się będzie na wciąż 

nowych polach bitew, dopóki ty i tobie podobni nie zostaniecie pokonani i zniszczeni!

Podbródek Blunta uniósł się nieco.

- Dopóki nie nadejdzie moment destrukcji ostatecznej! - jego głos jak grzmot dzwonu 

rozbrzmiał w pokoju i wśród nocnej ciszy za oknem. - Dopóki Człowiek nie zostanie zmuszony 

do odrzucenia swych kuł i lasek! Dopóki nie strząśnie kajdanów z nóg i nie rozwali krat, które 

sam wzniósł wokół siebie. Dopóki nie stanie na własnych nogach, samotny i wolny! Wolny w 

zwątpieniu, wolny duchem, wolny świadomością tego, że naprawdę istnieją jedynie dwie rzeczy: 

on sam i podatny na zmiany Wszechświat.

Szerokie bary Blunta chybnęły się ku przodowi nad laską, na której się opierał, jakby 

osobiście zamierzał rzucić się na Kirka Tyne'a. Naczelny Inżynier Świata nie cofnął się przed 

tym ruchem. Wydawało się jednak, że to co usłyszał zachwiało jego pewnością siebie i głos mu 

drżał, gdy odpowiadał:

- Nie poddam ci się, Walt - powiedział. - Będę walczył aż do końca. Dopóki jeden z nas 

dwu nie legnie trupem.

- A więc już przegrałeś - stwierdził Blunt, a w jego głosie zabrzmiała nutka szaleństwa. - 

Ja   wycofuję   się   z   gry   na   dobre.   Pozwól,   Kirk,   że   przedstawię   ci   człowieka   młodszego   i 

silniejszego niż ty sam, obecnego przywódcę Gildii Orędowników!

Skończył mowę, a cisza, która teraz zapadła wywarła wrażenie podobne temu, jakie czyni 

nagły   błysk   gromu   podczas   letniej   nocy.   I   zaraz   potem   Jase   wydał   z   siebie   nagły, 

nieartykułowany okrzyk.

background image

- Nie, Jase - odezwał się Paul. - Wszystko w porządku. Przywództwo Gildii przejdzie na 

ciebie. Moje zadanie polega na czymś innym.

Wszyscy obecni utkwili w nim swe spojrzenia.

- Czymś innym? - spytał Blunt z kpiną. - A ty cóż takiego zamierzasz robić?

Paul uśmiechnął się smutno do niego i pozostałych.

-   Coś,   co   jest   brutalne   i   nieuczciwe   w   stosunku   do   was   wszystkich   -   powiedział.   - 

Zamierzam nie robić nic!

background image

Rozdział 22

Wszyscy patrzyli nań bez słowa. Podczas tej chwili zdarzyło się coś nieuniknionego i 

wcale   nie   wyjątkowego.   Zdarzało   się   to   już   wcześniej   na   zebraniach,   które   jak   obecne, 

przebiegały według wzoru, opartego na jednej, silnej osobowości. Zdarzało się wtedy, że ktoś coś 

mówił i nagle, choć nikt spośród obecnych nie czynił żadnego ruchu, przywódcą grupy stawał się 

kto  inny.   Wzór   zmieniał   się   i   choć   w   sensie   fizycznym   nie   działo   się   nic,   wszyscy   obecni 

wyczuwali emocjonalne skutki reorientacji.

To właśnie stało się teraz. Paul dotknął wzoru stapiając się z innymi niczym pojedyncza 

kropla i nagle stał się ogniskiem emocji wszystkich obecnych, zajmując miejsce Blunta.

Kolejny raz spojrzał Bluntowi w oczy. Wielki Mistrz odpowiedział mu beznamiętnym 

spojrzeniem   i   nie   odezwał   się   ani   słowem.   Nadal   wspierał   się   na   swej   lasce,   jakby   nic 

szczególnego się nie stało. Paul jednak wyczuł, że cały geniusz Blunta nagle zwraca się ku niemu 

i poczyna pojmować, czym stał się młody inżynier.

- Nic? - spytał Jase przerywając ciszę. Załamanie się planu, opracowanego przez Blunta 

było dlań oczywiste, podobnie jak dla pozostałych osób w pokoju.

- Ponieważ, jeśli nie uczynię nic, wszyscy podążycie swoimi drogami - wyjaśnił Paul. - 

Gildia będzie trwała i będzie się rozwijała. Zwolennicy cywilizacji technologicznej przetrwają i 

będą ją nadal rozwijać. Podobnie jak grupy kultowe i społeczności maszerujące. Nawet i... - oczy 

Paula, błądzące po pomieszczeniu, na moment spotkały się ze wzrokiem Burtona McLeoda - i 

inne elementy.

- I chcesz, by tak się stało? - spytał Tyne. - Ty?

- Myślę, że to konieczne - odparł Paul, zwracając się do Naczelnego Inżyniera Świata. - 

Nadszedł czas, w którym rodzaj ludzki musi się rozdzielić, tak by rozmaite fragmenty, składające 

się na oblicze cywilizacji mogły rozwijać się same, w pełni i bez wpływu innych - Paul obejrzał 

się przez ramię na Blunta. - Jeden silny przywódca - mówił dalej - może powstrzymać ten proces 

na jakiś czas, ale tylko na krótko, bo po jego śmierci nie znajdzie się nikt, kto mógłby mu 

dorównać znaczeniem i zająć jego miejsce. Nawet jednak na krótko wstrzymując ten proces, 

człowiek   ów   może   dokonać   trwałych   szkód,   wpływających   na   późniejszy   rozwój   dziedzin, 

darzonych przez niego niechęcią.

background image

Teraz Paul przeniósł wzrok na Kirka. Na twarzy Naczelnego Inżyniera Świata malowała 

się zgroza.

-   Ale   mówiłeś,   że   jesteś  przeciwko  Waltowi   -   wyjąkał   Kirk.   -   Cały   czas   mu   się 

przeciwstawiałeś.

-   Możliwe   -   przyznał   Paul,   nieco   zakłopotany.   -   W   pewnym   sensie.   Lepiej   byłoby 

powiedzieć, że nie jestem za nikim, włączając w to Walta.

Kirk przez chwilę wpatrywał się w twarz rozmówcy, a wyraz jego twarzy zmieniał się od 

szoku do odrazy i wrogości.

- Ale dlaczego? - wypalił wreszcie. - Dlaczego?

- Obawiam się - przyznał Paul - że niełatwo to wyjaśnić. Być może mógłby pan to pojąć, 

gdybym jako przykładu użył hipnozy. Po tym, jak Walt obudził do życia aktualnie zajmowane 

przeze mnie ciało, przeżyłem dość długi okres, nie wiedząc w istocie, kim jestem. Było jednak 

kilka spraw, które mnie zastanawiały. Na przykład fakt, że nie podlegam hipnozie.

- Siły Alternatywne... - zaczął Jase z głębi pokoju.

- Nie - zaprzeczył Paul. - Myślę, że któregoś dnia członkowie Gildii odkryją coś, do 

czego Siły Alternatywne będą miały się tak, jak alchemia do współczesnej chemii. Nie można 

było mnie zahipnotyzować, ponieważ najsłabsza nawet forma hipnozy, podobnie jak naprawdę 

głęboka   nieświadomość,   wymaga   poddania   się   pewnej   części   osobowości,   to   zaś   w   moim 

przypadku jest niemożliwe - powiódł po nich spojrzeniem. - Z doświadczenia, polegającego na 

dzieleniu   tożsamości   z   Waltem,   wynika   w   sposób   nieunikniony,   że   powinienem   uzyskać 

zdolność dzielenia tożsamości z każdą jednostką ludzką, z którą mógłbym się zetknąć.

Paul spostrzegł, że obecni, pominąwszy Blunta, nie w pełni pojęli znaczenie jego słów.

- Mówię o zrozumieniu - powiedział cierpliwie. - Potrafię dzielić tożsamość z każdym z 

was, a czyniąc to odkryłem, że każde z was ma do zaofiarowania wartościową formę przyszłości 

społeczności ludzkiej. Na razie jednak nie ma w niej miejsca na inne i zostaną one stłamszone, 

jeśli w ogóle przetrwają. Nie mogę poprzeć żadnej z nich, ponieważ wszystkie powinny dojść do 

głosu na równych prawach.

- Wszystkie? - spytał Kirk. W tym samym momencie pytanie to zadał również Jase:

- Wszystkie?

-   Pan   zresztą   zdawał   sobie   z   tego   sprawę,   Kirk   -   mówił   Paul.   -   Jak   sam   pan   mi 

powiedział, społeczeństwo musi przejść przez nieuniknione stadium podziałów. Przy obecnym 

background image

stanie badań, wynalezienie leku, który przekształci prace nad Projektem Odskoczni w podstawy 

systemu transportu, jest tylko kwestią czasu. Gdy zaś ludzie rozprzestrzenia się wśród gwiazd, 

podziały się pogłębią.

Przerwał, pozwalając, by jego słowa głęboko wryły im się w pamięć.

-   Żaden   z   was   -   ciągnął   dalej   po   chwili   -   nie   powinien   tracić   czasu   na   zwalczanie 

pozostałych. Każdy powinien zająć się poszukiwaniami tych, co myślą podobnie jak on sam i 

wespół z nimi zacząć wykuwać własną wizję przyszłości.

Tym razem przerwał na dłużej, dając im szansę odpowiedzi.

Nikt  jednak  nie  był  chętny do  zabrania  głosu. W  końcu  odezwał  się  ten,  po którym 

odpowiedzi należało się najmniej spodziewać.

- Nie  ma  żadnego powodu,  dla  jakiego mielibyśmy uwierzyć  w  którekolwiek z  tych 

twierdzeń - swym suchym, ciężkim głosem rzucił Eaton White.

- Oczywiście, że nie ma - zgodził się z nim Paul. - Jeśli mi nie wierzycie, potrzebna wam 

tylko odwaga do obstawania przy swych przekonaniach i zignorowania tego, co powiedziałem - 

popatrzył na nich po kolei. - Nie podejrzewacie mnie z pewnością o to, że usiłuję namówić was 

do czegokolwiek. Wszystko, czego pragnę, to możliwość zejścia ze sceny i udania się swą własną 

drogą, spodziewam się też, iż wszyscy tu obecni pragnęliby tego samego.

Odwrócił się do Blunta.

- Tak czy owak  - ciągnął  dalej  - w   historii  ludzkości nadszedł  okres  przejściowy, o 

którym Tyne tak często mówił nie tylko mnie. Nadszedł czas napięć i zmagań, w takich zaś 

okresach wszelkie sprawy przejawiają skłonność do dramatyzacji. Oczywiście, każde pokolenie 

lubi myśleć o sobie jako o tym, które pchnęło historię na nowe tory. Ludzie lubią też mniemać, iż 

decyzje podjęte w ich czasach mogą popchnąć ludzkość na drogę prawdy lub fałszu. W istocie 

jednak nie należy do tego podchodzić z aż taką powagą. Tak naprawdę, Ludzkość jest bryłą zbyt 

masywną, by dała się zepchnąć na nowe tory. Jedyny skuteczny w jej przypadku sposób zmiany 

kierunku ruchu, to długi, trwający wiele pokoleń, łagodny zakręt. Odwrócił się do Naczelnego 

Inżyniera Świata.

-   Kirk,   jak   mówiłem,   nie   usiłuję   nikogo   przekonywać   -   powiedział.   -   Ale   pan 

niewątpliwie widzi, że mówię z sensem?

Kirk podniósł głowę, podejmując decyzję.

- Owszem - rzekł ostrym tonem. - Widzę. - Spojrzał na Blunta i powrócił wzrokiem do 

background image

Paula. - Wszystko, co powiedziałeś, ma sens. Każdy z nas ma osobę, która może go napiętnować. 

Dla mnie tą osobą był Walt. - Odwrócił się znów do Błunta. - A to dlatego, Walt, że zawsze cię 

podziwiałem. Chciałem wierzyć w to, co mówisz. W rezultacie niemal udało ci się wmówić mi, 

że   świat   stanął   na   głowie   i   że   trzeba   go   jeszcze   przenicować.   I   musiał   pojawić   się   ktoś, 

trzymający się ziemi, jak ten tu Paul, by przywrócić mnie do rzeczywistości. Oczywiście, nasza 

cywilizacja techniczna, mająca ponaddwustuletnią tradycję, nie jest czymś, co da się obalić i 

wymazać z rzeczywistości wydarzeniami jednej nocy. Niewiele jednak brakowało, a udało by ci 

się sprawić, że zacząłbym tak myśleć.

Podszedł do Paula i podał mu rękę. Paul przyjął uścisk.

- Każdy z nas wiele ci zawdzięcza - powiedział Kirk, potrząsając dłonią Paula. - A ja 

najwięcej ze wszystkich. Chciałbym, abyś wiedział, że nigdy w ciebie nie wątpiłem. Natychmiast 

wezmę się za przywrócenie funkcjonowania usług. Chodźmy, Eat! - Obejrzał się na Blunta, 

zawahał krótko, potem potrząsnął głową i odwróciwszy się ponownie, ruszył ku drzwiom. Blunt 

posłał za nim ponury uśmieszek.

Od okna odszedł Eaton White. Mijając Paula przystanął, spojrzał na niego i otworzył usta, 

jakby chciał coś powiedzieć. Potem jednak bez słowa podążył za Kirkiem. Za nimi wyszedł Jase.

- Jim -  łagodnym głosem odezwał się Paul do odzianego w czerń agenta, który nadal 

podtrzymywał swe bezwładne ramię. - Prawdopodobnie czekają na pana obowiązki.

Usłyszawszy swe imię, Butler potrząsnął głową, jak człowiek, który budzi się ze snu. 

Jego czarne oczy, niczym dwie lufy, zwróciły się ku Paulowi.

- Owszem - przerwał. - Czekają na mnie obowiązki. Ale nie te, o których myślisz. Byłeś 

mi narzędziem objawienia Nowego Jeruzalem! Przyszłość może kryć w sobie rzeczy, których 

wielu się nie spodziewa.

Odwrócił się i wyprostowany, podtrzymując zranioną rękę, wyszedł na korytarz, skręcił w 

bok i znikł im z oczu.

- Żegnaj, Walt - rozległ się nowy głos. Paul i Kantela odwrócili się, by ujrzeć jak do 

Blunta podchodzi McLeod i kładzie mu rękę na ramieniu. Blunt, wsparty ciągle na swej lasce, 

spojrzał na dłoń spoczywającą na swym barku.

- I ty? - spytał nieco ochrypłym głosem.

- Dasz sobie radę, Walt - rzekł McLeod. - Prawda jest taka, że myślałem o tym już od 

pewnego czasu.

background image

- Od sześciu tygodni, wiem - stwierdził Blunt, uśmiechając się wilczym uśmieszkiem. - 

Nie, nie zatrzymuj się, idź, Burt. I tak nie masz tu po co zostawać.

Burt   uścisnął   okryte   peleryną   ramię,   spojrzał   na   Paula   ze   zrozumieniem   i   ruszył   ku 

drzwiom. Pozostała w pokoju trójka patrzyła w milczeniu, jak wychodził.

Gdy Burt  zniknął, Blunt  nadal wsparty na  lasce, zwrócił się do Paula i spojrzał nań 

kpiąco.

- Czy konieczne jest, abym cię kochał? - spytał.

- Nie - odparł Paul. - Nie, oczywiście, że nie. Nawet nie prosiłbym o to.

- A więc przeklinam cię! - wrzasnął Blunt. - Obyś był przeklęty i gnił w piekle aż do dnia 

Sądu!

Paul uśmiechnął się ze smutkiem.

- Nie zechcesz mi powiedzieć, dlaczego? - spytał Blunt.

- Zrobiłbym to - odparł Paul - gdybym mógł. Ale to kwestia słów. Brak mi wyrażeń, 

których mógłbym użyć, zwracając się do ciebie... - zawahał się. - Mógłbyś przyjąć to na wiarę?

- Owszem - przyznał Blunt nieoczekiwanie tak zmęczonym głosem, jakby opuściła go 

cała energia. - Mógłbym przyjąć to na wiarę, gdybym był kimś większym. - Wyprostował się 

nagle i obrzucił Paula przenikliwym i zaintrygowanym spojrzeniem.

Empatia - powiedział. - Powinienem domyślić się wcześniej. Skąd jednak ten talent u 

ciebie?

-   Z   twoich   planów   dotyczących   mojej   osoby   -   odparł   Paul.   -   Powiedziałem   prawdę. 

Wysoka to ściana, która oddziela wnętrze jednej tożsamości od drugiej. Doświadczyłem jej braku 

pomiędzy mną i tobą, a to nauczyło mnie obniżać te ściany, które dzieliły mnie od innych.

- Ale po co? - dopytywał się Blunt. - Dlaczego w ogóle się fatygowałeś?

Paul ponownie pozwolił sobie na uśmiech.

-   Po   części   dlatego,   że   nieograniczona   potęga,   czy   siła,   przypomina   nieco   kredyt 

bankowy. Początkowo wydaje się, że dość ją mieć, by dokonać wszystkiego, co zamierzasz. Ale 

gdy ją posiądziesz, przekonujesz się, że i ona ma swe ograniczenia. Są dziedziny, w których jest 

ona bezsilna i zawodzi, jak wszystko inne. Czy potrafiłbyś młotem wygładzić rysę w delikatnie 

rzeźbionym jadeicie?

Blunt potrząsnął głową.

- Nie dostrzegam analogii - przyznał.

background image

- Chodzi o to, że mam z nimi kilka cech wspólnych - rzekł Paul. - A Kirk Tyne był bardzo 

bliski prawdy. Niemożliwa jest zmiana przyszłości, chyba że zmienimy teraźniejszość. Jedyną 

zaś drogą do zmiany teraźniejszości jest cofnięcie się w czasie i zmiana przeszłości.

- Cofnięcie się? - spytał Blunt. - Zmiana? - Jego oczy straciły poprzednią twardość. Teraz 

były pełne życia.

Opierając się na lasce spojrzał Paulowi w twarz. - Któż mógłby zmienić przeszłość?

- Być może, ktoś obdarzony intuicją - odpowiedział Paul.

- Intuicją?

- Owszem. Ktoś, kto potrafiłby dostrzec pojedyncze drzewo w lesie - ciągnął dalej Paul. - 

I kto wiedziałby, że gdyby ściąć to drzewo, za kilka lat zmieniłoby to życie innego osobnika, 

żyjącego   w   odległości   paru   lat   świetlnych.   Powiedzmy,   że   musiałby   to   być   człowiek   o 

wrodzonych zdolnościach intuicyjnych, który umiałby natychmiast wyobrazić sobie wszystkie 

możliwe konsekwencje jakiejkolwiek akcji w momencie, w którym rozważa jej podjecie. Ktoś 

taki mógłby cofnąć się w czasie i być może, poczynić zmiany nie ryzykując pomyłki.

Na twarzy Blunta malował się absolutny spokój.

- Nie byłeś mną, w najmniejszym stopniu - stwierdził. - Nigdy nie byłeś mną. Myślę, że 

to ty animowałeś ciało Paula Formaina, a ja nie miałem z tym nic wspólnego. Kim jesteś?

- Kiedyś - odparł Paul - byłem zawodowym żołnierzem.

- I intuicjonistą? - spytał Blunt. - A  teraz stałeś się również empatą - w jego głosie 

zabrzmiały twardsze nutki. - Cóż dalej?

- Osobowość - przemówił Paul wolno - powinna być dynamiczna, nie statyczna. Jeśli jest 

statyczna, staje się bezsilna wobec wzoru wyznaczającego jej istnienie. To lekcja, której człowiek 

będzie musiał się nauczyć. Jeśli osobowość jest dynamiczna, może kierować swą egzystencją, tak 

jak kieruje się machiną górniczą w drodze przez niemożliwą do przebycia mieszaninę skał znaną 

pod nazwą rzeczywistości. Zamiast zostać przez nie zdominowana i unieruchomiona, może ona 

zapanować   nad   nimi   i   wykorzystać   je   dla   swych   celów.   A   w   ciągu   swej   egzystencji   może 

przekopywać, rozdrabniać i przerabiać rzeczywistość, dopóki nie wydzieli z niej tych naprawdę 

rzadkich i cennych elementów, które zechce uczynić swą własnością.

Blunt  powoli,   jak   człowiek   bardzo   stary,   kiwał   głową.   Niejasne   było,   czy   zrozumiał 

wywód i zgadzał się z nim, czy po prostu zrezygnował z prób zrozumienia i godził się dla 

świętego spokoju.

background image

- Każdy z nich będzie miał swą przyszłość - odezwał się. - To właśnie im obiecałeś, 

nieprawdaż?   -   przestał   kiwać   głową   i   po   raz   pierwszy   spojrzał   na   Paula   wzrokiem   nieco 

przyćmionym. - Ale nie mnie.

- Oczywiście, że i tobie - zaprotestował Paul. - Po prostu twoja wizja jest jedną z tych 

największych, które spełnią się najpóźniej. To wszystko.

Blunt ponownie kiwnął głową.

- Ale nie za mego życia - stwierdził. - Nie za mego życia.

- Przykro, mi. Niestety, nie.

- No tak - rzekł Blunt. Zaczerpnął głęboko tchu i wyprostował się. - Miałem co do ciebie 

pewne plany wyrosłe z niewiedzy. Wszystko dla ciebie przygotowałem - spojrzał na Kantelę. - 

To było prawie tak, jakbym miał... - powstrzymał się, z dumą uniósł głowę i mocniej ujął laskę. - 

Gdyby wydarzenia dzisiejszej nocy potoczyły się zgodnie z moją wolą i tak wycofałbym się z 

czynnego życia.

Zaczai się odwracać. Wtem znieruchomiał na chwilę. Zawahał się, jakby nie wiedział co 

powiedzieć i spojrzał na Kantelę.

- Nie sądzę... - rzekł - ale nie... - przerwał, wyprostował się i ruszył tak wyprostowany, że 

jego laska muskała tylko powierzchnię dywanu. Cofając barki wypchnął pierś do przodu i ostatni 

raz,   na   krótką   chwilę   stał   się   najdumniejszym   i   najbardziej   władczym   człowiekiem   w 

apartamencie.

- To było pouczające - powiedział i oddał Paulowi salut laską. Następnie odwrócił się i 

wyszedł. Stojąca za nim Kantela wykonała bezradny gest, potem opuściła ręce, a jej spojrzenie 

powędrowało ku podłodze. Stała tak z pochyloną głową i wzrokiem wbitym w dywan, niczym 

branka pod strażą.

Paul popatrzył na nią uważnie.

- Ty go kochasz - stwierdził.

-   Zawsze   tak   było   -   odpowiedziała   dziewczyna   prawie   niesłyszalnym   szeptem,   nie 

podnosząc głowy.

- Głupio więc robisz, zostając tutaj.

Milczała. Po dłuższej jednak chwili odezwała się ponownie, niepewnym głosem i wciąż 

nie odrywając wzroku od dywanu.

- Możesz się mylić.

background image

- Nie - odparł Paul. Ona zaś nie ujrzała setek lat udręki, które przejrzały się w jego 

oczach, gdy wypowiadał słowa: - Nigdy nie popełniam błędów.