SUZANNE SIMMS
Sen na jawie
7
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Zero.
Dla Reida Dillona wynik, który ukazał się w okien-
ku kasy sklepowej, był zupełnie niedorzeczny. Widział
na własne oczy, Ŝe kobieta stojąca przed nim w kolejce
miała wózek wypełniony artykułami spoŜywczymi, za
które zapłaciła.
Jeszcze raz spojrzał uwaŜnie na kasę. Wiedział
oczywiście, Ŝe na kuli ziemskiej są nadal miejsca, do
których komputeryzacja jeszcze nie dotarła. Nie przy-
puszczał jednak, Ŝe jedno z nich znajduje się tak blisko.
Dowód był namacalny. Przedpotopowa kasa sklepowa,
uruchamiana ręcznie korbką, po raz trzeci błędnie
wskazywała wynik: zero.
To cholerne urządzenie powinno znajdować się nie
w sklepie, lecz w muzeum, stwierdził w duchu Reid,
słysząc, jak zdesperowana kasjerka mruczy coś pod
nosem. Odwróciła głowę i krzyknęła przez ramię:
- Charlie, znów wysiadła!
W głębi sklepu, zza lady stoiska z mięsem wynurzył
się męŜczyzna. Wytarł ręce w niezbyt czysty fartuch
rozpostarty na wydatnym brzuchu i powolnym kro-
kiem ruszył w stronę kasy, przed którą zaczęła się juŜ
tworzyć kolejka.
- Mówiłaś coś, Josie? - chropowatym głosem za
wołał z daleka tak głośno, jakby miał kłopoty ze
8
słuchem, lecz był zbyt ambitny, Ŝeby do tego się
przyznać.
Zdenerwowana kasjerka powtórzyła:
-
Znów wysiadła.
-
Poczekaj spokojnie. JuŜ nadchodzę... JuŜ nad-
chodzę... - głośno powtarzał Charlie.
Upłynęło sporo czasu, zanim dotarł na miejsce.
Stanął i w milczeniu przez dłuŜszą chwilę przyglądał się
antycznemu urządzeniu.
-
O co chodzi? - zapytał wreszcie.
-
O rany! - jęknął głośno Reid Dillon, wznosząc z
furią oczy ku górze.
Podniósł rękę i nerwowym gestem przeciągnął
palcami po bujnej, brązowej czuprynie. W Clarion był
dopiero niespełna dobę, a juŜ to małe pensylwańskie
miasteczko zaczynało działać mu na nerwy.
- Chyba wie pan, Ŝe cierpliwość jest zaletą charak-
teru.
Słowa te, wypowiedziane z całkowitym spokojem
tuŜ obok Reida, przerwały w jednej chwili przykry tok
jego myśli.
- Co, do diab... - warknął, lecz natychmiast się
odwrócił, Ŝeby obejrzeć właścicielkę zdumiewająco
brzmiącego głosu. Jak moŜe wyglądać kobieta, która
ni stąd, ni zowąd zagaduje obcego męŜczyznę i, co
gorsza, serwuje mu tak utarty frazes? Zaciekawił go
jednak niski, lekko szorstki głos.
To, co zobaczył, było jeszcze bardziej zaskakujące.
Mała. I młoda. Te dwa określenia przyszły mu
natychmiast do głowy, gdy tylko ujrzał stojącą tuŜ za
sobą nieznajomą. Dzięki swemu potęŜnemu wzrostowi
patrzył na nią dosłownie z góry.
Nie, nie jest bardzo młoda. Musi mieć juŜ dwadzieś-
9
cia kilka lat, skorygował swe pierwsze wraŜenie na
widok dojrzałej figury nieznajomej. Ma pełne piersi,
wąską talię i ładną, krągłą...
W tej właśnie chwili Reid Dillon napotkał wzrok
nieznajomej. Doznał prawdziwego wstrząsu. Jej oczy
miały przedziwny kolor. Były intensywnie błękitne,
usiane drobniutkimi, Ŝółtymi cętkami. DuŜe, ładne i
skrzące inteligencją, skojarzyły się Reidowi z promie-
niami słońca odbijającymi się w kryształowo czystych,
niebieskich wodach górskiego strumienia oglądanego
o brzasku dnia. W twierdzeniu, Ŝe męŜczyzna chętnie
by utonął w niezmierzonej głębi takich oczu, nie było
Ŝ
adnej przesady.
Włosy miała średniej długości. Ani długie, ani
krótkie. Tworzyły jasną chmurę wokół drobnej twarzy.
Nos prosty, niewielki i bez piegów, a usta wydatne,
niemal zbyt pełne. Rzucała się w oczy pięknie opalona
skóra, o złocistym odcieniu. Była widoczna na ramio-
nach i nogach, gdyŜ kobieta była ubrana w skąpą i
kusą bawełnianą, letnią sukienkę.
W oczach Reida nieznajoma stanowiła uosobienie
jasnowłosych i złotoskórych kalifornijskich dziewcząt,
które w snach nawiedzają dojrzewających męŜczyzn. Z
jednym tylko wyjątkiem. Była mała. Brakowało jej
więc długich, opalonych nóg i iluś tam centymetrów
wzrostu.
Nabrał powietrza i otworzył wreszcie usta.
-
Moim zdaniem, cierpliwość to cnota bardzo
przeceniana.
-
Tak sądzą zazwyczaj ludzie, którzy jej nie mają -
niemal bez zastanowienia Ŝartobliwym tonem odrzekła
nieznajoma. Oparła łokcie na poręczy wózka z
wiktuałami i podniosła głowę. - Jeśli zamierza pan
10
robić zakupy w tym sklepie, to powinien pan uzbroić
się w cierpliwość lub zapamiętać, Ŝe kasa psuje się tutaj
zawsze we wtorki i w czwartki, z regularnością zegar-
ka. A Ŝe dziś jest czwartek... - Zawiesiła głos, wzruszy-
ła ramionami i lekko się uśmiechnęła.
Na widok jej promiennej twarzy Reid gotów był
przysiąc, Ŝe właśnie w tej chwili słońce wychyliło się zza
chmur. Odruchowo odwzajemnił uśmiech, ukazując
idealnie równe, białe zęby w pięknie wykrojonych
ustach. Nie bez kozery wiele kobiet uwaŜało Reida
Dillona za piekielnie atrakcyjnego faceta.
- Proszę mi powiedzieć-zaczął ze swobodą męŜczyz-
ny świadomego swych niezaprzeczalnych wdzięków -co
taka dziewczyna, jak pani, robi w takim miejscu, jak to.
Tym razem roześmiała się perliście.
- Sądziłam, Ŝe to oczywiste. Robię zakupy.
Jej śmiech okazał się nadzwyczaj zaraźliwy, gdyŜ
Reid zawtórował mu natychmiast swym głębokim
barytonem.
-
Jasne. Wobec tego dlaczego pani tak cierpliwie to
znosi? - Chciał usłyszeć sympatycznie brzmiący głos
nieznajomej, a ponadto jej odpowiedź na to pytanie
naprawdę go interesowała.
-
Cierpliwie to znoszę? - powtórzyła zdziwiona,
potrząsając głową.
Ś
ciszył głos i zapytał:
- Dlaczego robi pani zakupy w sklepie, w którym
kasa wysiada co wtorek i czwartek?
Zmarszczyła lekko brwi.
- Charlie ma najlepsze świeŜe owoce i warzywa
w Clarion i okolicy, a ponadto sprzedaje je po bardzo
przyzwoitych cenach. Sprowadza to, co się u niego
specjalnie zamówi. Zakupy robię zazwyczaj w ponie-
11
działki, środy i piątki, więc nie naraŜam się na stanie w
kolejce do popsutej kasy.
Rozmowa z młodą kobietą zdawała się fascynować
Reida.
- Przychodzi pani tutaj aŜ trzy razy w tygodniu?
- zapytał z niedowierzaniem w głosie.
- Tak. Dwa lub trzy. Lubię jeść świeŜe produkty.
Reid spuścił wzrok i popatrzył na zawartość wózka,
na którym się opierała. Zobaczył w nim róŜne dziwacz-
ne rzeczy. Opakowanie otrąb pszennych, słoik miodu,
herbatę ziołową, karczocha, dynię o wydłuŜonym
kształcie, coś zielonego o liściach nieco przypominają-
cych sałatę, jakieś drobne owoce, pół tuzina pojem-
ników z naturalnym jogurtem i torbę z czymś Ŝółtym.
Reid robił zakupy rzadko i szybko. Tylko wtedy, kiedy
było to konieczne. I do tej czynności nie przywiązywał
Ŝ
adnej wagi. To, co zobaczył na wózku nieznajomej,
bardzo go zaskoczyło. Być moŜe powiedzenie: pokaŜ
mi, co jesz, a będę wiedział, kim naprawdę jesteś, ma
jakiś sens. Jeśli tak, to stojąca obok kobieta była albo
wegetarianką, albo osobą całkowicie zwariowaną na
punkcie zdrowej Ŝywności. A co o nim mówiła zawar-
tość wózka, który miał przed sobą?
Zobaczył, Ŝe nieznajoma zajmuje się dokładnie tym,
czym on, to znaczy dokonuje uwaŜnej inspekcji jego
zakupów.
Dobry BoŜe, jęknęła w duchu Callie, ten człowiek
sam się zabija!
Taki koniec Ŝywota stojącego przed nią męŜczyzny
był tylko kwestią czasu. Miała przed oczyma niezbity
dowód. W wózku z zakupami leŜało kilka fiolek z
tabletkami zobojętniającymi kwasy Ŝołądkowe i stała
gigantyczna butelka mleczka aluminiowego stosowa-
12
nego w tym samym celu. Znajdowały się tam takŜe:
pokaźnych rozmiarów krwisty befsztyk, duŜy pieczony
ziemniak w folii, pływający w ogromnej ilości
kwaśnej śmietany, paczka zamroŜonych, rozdrobnio-
nych warzyw, dwa opakowania pączków oblewanych
czekoladą, ciasto bananowe, słoik rozpuszczalnej,
niezdrowej kawy, bo nie pozbawionej kofeiny, karton
gęstej, wiejskiej śmietany i kilka paczek papierosów.
Nic dziwnego, Ŝe ten facet musi kupować leki na
Ŝ
ołądek! pomyślała z westchnieniem.
Popatrzyła na samobójcę. Był męŜczyzną w kaŜdym
calu, i to nie byle jakim. Dziwne, Ŝe tym razem tak
silnie reagowała na bliskość osobnika płci brzydkiej.
Prawie nigdy to się jej nie zdarzało.
Musiała przyznać, Ŝe wyglądał znakomicie. Miał
bujne włosy, inteligentny i bystry wzrok, mocno
zaznaczone, gęste brwi i wyraziste rysy twarzy. Był
wspaniale opalony. Na ciemny brąz.
To oczywisty przypadek, Ŝe właśnie taki odcień
skóry zawsze podobał się jej najbardziej.
Jedna tylko rzecz wzbudziła niesmak Callie. Ogro-
mna przewaga fizyczna tego męŜczyzny. Miał jakieś
sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu i był uoso-
bieniem siły i męskości. Przy nim czuła się jeszcze
mniejsza i drobniejsza niŜ zwykle.
Zastanawiała się, co sprawiło, Ŝe ten człowiek jest
w tak doskonałej formie. Uprawia sporty czy wykonuje
zawód wymagający sprawności fizycznej? W kaŜdym
razie potęŜna sylwetka stojącego obok męŜczyzny
działała na nią przytłaczająco.
Jestem mała, stwierdziła w duchu. Wyciągnęła
szyję, Ŝeby spojrzeć mu w twarz. Ale za to twarda. I to
się przede wszystkim liczy, dodała sobie otuchy.
13
MęŜczyzna zauwaŜył jej powaŜną minę.
- Nie podoba się pani? - nawiązał do oględzin
zawartości własnego wózka z zakupami.
Zmarszczyła czoło.
-
Nie powinnam się wtrącać, ale dlaczego mając
kłopoty z Ŝołądkiem, kupuje pan tak okropne jedzenie?
-
To drobnostka - skłamał bez mrugnięcia okiem. -
Jestem na lekkiej diecie. Mało kawy, ani kropli
alkoholu i bez papierosów. A więc pozbawiono mnie
przyjemności, które Ŝycie oferuje zwykłemu śmiertel-
nikowi. - Roześmiał się nieco ponuro, zerkając na
zawartość własnego wózka, w którym znajdowały się
zakazane wiktuały.
-
A więc - Callie wyprostowała się i z powaŜną
miną popatrzyła na niego - ma pan wrzód Ŝołądka.
-
Niezupełnie. - Rozmyślnie udzielił niejasnej od-
powiedzi. Był człowiekiem, który nie przyznaje się do
Ŝ
adnych słabości. Podobnie jak wielu innych męŜ-
czyzn, Reid Dillon uwaŜał się zawsze za niezniszczal-
nego. Był przekonany, Ŝe jeśli spotka go coś przykrego,
zawsze da sobie radę. W praktyce okazało się to jednak
niemoŜliwe. - Lekarz ostrzegł mnie, Ŝe muszę koniecz-
nie zmienić tryb Ŝycia - dodał nieco enigmatycznie.
-
A więc wstyd, panie... - Callie popatrzyła pytają-
co na swego rozmówcę.
-
Reidzie Dillon - uzupełnił.
-
A więc wstydź się, Reidzie Dillon! - powtórzyła
groźnym tonem, który wcale go nie zaniepokoił. Nie
miał nic przeciwko temu, Ŝeby być strofowanym przez
tę kobietę o głębokim, sympatycznym głosie. - Powi-
nien pan czym prędzej odstawić na półkę ten słoik
kawy z kofeiną i zrobić to samo z pączkami w czeko-
14
ladzie i papierosami - ciągnęła juŜ bez uśmiechu. -Te
grzechy przypłaci pan zdrowiem. - Callie zdała sobie
nagle sprawę z tego, Ŝe przemawia jak stara ciotka.
-
KaŜdy płaci za grzechy, panno...
-
Foster. Jestem Callie Jean Foster.
-
A więc, panno Foster - Reid obrzucił wzrokiem
od stóp do głów drobną sylwetkę stojącej obok kobiety
- czym pani właściwie się zajmuje oprócz pouczania
obcych męŜczyzn?
-
Obcych męŜczyzn? - powtórzyła pytającym to-
nem.
-
Dobrze pani wie, o co mi chodzi - mruknął.
- Czym pani się trudni?
Callie odrzuciła w tył gęste włosy.
- Jestem malarką - odparła, dumnie unosząc pod
bródek.
W oczach Reida Dillona zauwaŜyła zdziwienie.
- Malarką? - powtórzył. - A co pani maluje?
Akwarele? Obrazy olejne?
Z lekkim uśmiechem, który zagościł w kącikach jej
ust, odpowiedziała jednym słowem:
- Domy.
Na twarzy męŜczyzny pojawił się wyraz niedowie-
rzania.
- śarty pani sobie ze mnie stroi.
Obrzuciła wzrokiem jego długie nogi, spojrzała na
własne ręce i podniosła w górę roześmiane oczy.
- Nie sądzę, Ŝebym potrafiła. Gdybym nawet chciała.
Zignorował tę uwagę i powtórzył zdumiony:
- Domy? Chce pani, abym uwierzył, Ŝe takie kobie-
ciątko wdrapuje się na gigantyczne drabiny i maluje
domy?
15
Słysząc te słowa, Callie zdumiała się. Nawet na
pierwszy rzut oka rzadko myliła się w ocenie ludzi. Nie
przyszło jej w ogóle do głowy, Ŝe Reid Dillon moŜe być
antyfeministą. Wielka szkoda, westchnęła. Taki z nie-
go atrakcyjny męŜczyzna...
Postanowiła nie okazać, Ŝe ją uraził, i zachowywać
się dyplomatycznie.
-
Pan mi nie wierzy? - Uśmiechnęła się lekko.
-
Powiedzmy, Ŝe zawsze byłem kimś w rodzaju
niedowiarka.
Callie odrzuciła w tył głowę.
- A czy pan wie, co przy pracach malarskich
kojarzy się z aligatorem?
Reid zamrugał gwałtownie oczyma.
-
Z aligatorem? - powtórzył. Ta dziewczyna jest
chyba zwariowana.
-
CzyŜby pan nie wiedział, co to jest? - spytała
nieco zaczepnie.
-
Ma pani na myśli pewien gatunek duŜego gada,
który Ŝyje w południowo-wschodniej części Stanów
Zjednoczonych? Co ten stwór moŜe mieć wspólnego z
malowaniem?
Do diabła! Ten facet kpi sobie ze mnie, pomyślała
Callie. Kpi z nas obojga.
Uspokoiła się i otworzyła usta, przysięgając sobie
równocześnie, Ŝe będzie mówiła tonem lekkim i spo-
kojnym, choćby miało ją to wiele kosztować.
- Sporo. W pewnym sensie. Jeśli powierzchnia
domu nie jest odpowiednie przygotowana do malowa-
nia, naniesiona na nią powłoka farby będzie potem
pękać, odstawać od ściany i łuszczyć się. A więc
wyglądać zupełnie tak, jak skóra aligatora.
Słuchał spokojnie. Skinął głową.
16
-
Aha. Rozumiem.
-
Ś
wietnie. Wręcz doskonale. Piątka z plusem,
panie Dillon. - Callie zacisnęła zęby. Musi się
opanować. Nie powinna stroić sobie Ŝartów z tego
faceta. Przynajmniej jeszcze nie teraz kiedy zaczynał
wreszcie jej dowierzać. SpowaŜniała. - Malowanie
domów jest dla mnie świetnym relaksem po szkole —
wyjaśniła, mimo Ŝe juŜ przed laty poprzysięgła sobie,
Ŝ
e nigdy i nikomu z niczego tłumaczyć się nie będzie.
-
Aha!
Tym razem w cichym okrzyku Reida dosłyszała
inną, triumfującą nutę. Przekrzywił głowę i zaczął
uwaŜnie przyglądać się Callie. Trwało to całą wiecz-
ność. Postanowiła mieć w nosie te szczegółowe oglę-
dziny własnej osoby, ale nie potrafiła. Musiała przy-
znać, Ŝe Reid Dillon był niezwykle atrakcyjnym męŜ-
czyzną. I wiedziała, Ŝe on sam doskonale zdaje sobie z
tego sprawę. Wie ponadto, jak duŜe wraŜenie wywiera
na kobietach. Tacy męŜczyźnie jak on, atrakcyjni i
pełni uroku, sprawiali, Ŝe w ich obecności Callie
stawała się natychmiast nerwowa i niepewna. Całkiem
słusznie. Bo dla tak łatwowiernej i prosto-linijnej
kobiety jak ona stanowili powaŜne zagroŜenie.
Reid wreszcie przestał się jej przyglądać i stwierdził:
- Maluje pani domy po to, Ŝeby zarobić na utrzy-
manie. - Słysząc to zamrugała oczyma. Wymierzył
palec dokładnie w czubek jej nosa. - Callie Jean Foster,
pracujesz po to, Ŝeby móc skończyć college.
Machnęła ręką.
- Nie, nie chodzi o college.
UwaŜnym wzrokiem nadal się jej przyglądał, tak
17
jakby badał pod mikroskopem jakiś niezwykle inte-
resujący, rzadki okaz drobnoustroju.
-
Chyba nie o liceum... - powiedział ostroŜnie.
-
Nie, o liceum teŜ nie - odparła, starając się
usilnie, Ŝeby jej głos brzmiał spokojnie. - Uczę w piątej
i szóstej klasie.
-
Pani uczy? - Zdziwienie Reida nie miało granic.
-
Tak. Uczę. CzyŜbym wyraziła się niejasno?
- Byłem przekonany, Ŝe jest pani jeszcze studentką.
Callie była zawsze przeczulona na punkcie swego
młodego wyglądu. Stało się to jej piętą Achillesową.
W przeszłości zbyt często wyśmiewano się z niej, Ŝeby
mogła tę sprawę traktować lekko. Jeśli ten facet,
pomyślała o Reidzie, powie coś jeszcze o moim niskim
wzroście, to go zaraz zabiję!
Zrobiło się jej gorąco. Poczuła, Ŝe się rumieni.
- Niniejszym wyjaśniam, co następuje, Ŝeby unik-
nąć dalszych nieporozumień. Mam dwadzieścia osiem
lat i od sześciu jestem nauczycielką. Od chwili kiedy
zrobiłam dyplom z pedagogiki.
Ta dość ostra riposta nie zrobiła Ŝadnego wraŜenia
na stojącym obok męŜczyźnie. Callie zobaczyła, Ŝe
uśmiecha się teraz od ucha do ucha.
- A więc jest pani nauczycielką w szkole pod-
stawowej - stwierdził. Wyglądał na ubawionego.
- Mogę wiedzieć, gdzie?
Policzyła w myśli do dziesięciu i odpowiedziała
najspokojniejszym tonem, na jaki potrafiła się zdobyć:
- Tutaj. W Clarion.
-
Sześć lat temu skończyła pani college? Tym
razem policzyła uwaŜnie do dwudziestu.
-
Sześć lat temu skończyłam wyŜsze studia.
-
Chodziła pani do jednego z tych państwowych
18
college'ów, takich jak Clarion lub Slippery Rock?
- Z chwilą gdy wypowiedział te słowa, Reid zorien-
tował się, Ŝe popełnił błąd taktyczny.
- Studia pierwszego stopnia odbyłam w Slippery
Rock, a potem zrobiłam magisterium w Clarion. Dość
juŜ chyba rozmowy na mój temat - dodała rozmyślnie
miękkim głosem. - A czym pan się zajmuje, Reidzie
Dillon? Oczywiście oprócz wyciągania zbyt pochop-
nych wniosków.
Uniósł brwi i bezwiednie cofnął się o krok. Och! Ta
dziewczyna jest ostra. Jak brzytwa. Lubił takie kobie-
ty. W ogóle lubił błyskotliwych ludzi.
- Pracuję w przemyśle stalowym w Pittsburghu
- odparł udając, Ŝe nie usłyszał przytyku. -Do Clarion
przyjechałem na lato. Tutaj mieszkali moi dziadkowie
ze strony ojca. Dwa miesiące temu przenieśli się na
Florydę.
-
Dillonowie...? Dillonowie...? - głośno zastana-
wiała się Callie. - Czy pańscy dziadkowie mieszkali
przy Ósmej Alei?
-
Tak. Kiedy mi powiedzieli, Ŝe chcą wyjechać z
Clarion i zamieszkać w miejscu o łagodniejszym
klimacie, odkupiłem od nich dom. Chciałem, Ŝeby
pozostał w rodzinie. WiąŜą się z nim bardzo miłe
wspomnienia. Jako mały chłopiec przyjeŜdŜałem na
wakacje do dziadków.
Na czole Callie ukazała się zmarszczka.
- Przypomniałam sobie. Pańscy dziadkowie miesz-
kali w duŜym, białym domu. Chyba bardzo starym.
Musi mieć z pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt lat.
Reid wzruszył ramionami.
- Co najmniej tyle. Stare domy wymagają jednak,
niestety, remontów. Z tego powodu między innymi
19
tutaj przyjechałem. -Rzucił Callie przeciągłe, uwodzi-
cielskie spojrzenie, które na ulicach Pittsburgha z pew-
nością zbiłoby z nóg kaŜdą kobietę. - Czy zgodzi się
pani mi w tym pomóc, panno Foster?
Callie wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.
-
Ja miałabym panu pomagać? - Stała w miejscu i
rozbawiona potrząsała głową. - Nie wygląda pan na
kogoś, komu mogłaby być potrzebna moja pomoc.
Prawdę mówiąc, wygląda pan na człowieka, który ze
wszystkim umie świetnie sobie radzić. - Była tego
więcej niŜ pewna.
-
Nie ma się z czego śmiać. - Lekko szorstki,
zmysłowy głos Reida zaczynał juŜ robić wraŜenie na
Callie. Pochylił się teraz w jej stronę, oparł ramię na
wózku z zakupami i popatrzył prosto w oczy. -MoŜe
mi pani wierzyć lub nie, ale nie mam Ŝadnych zdolności
manualnych.
Callie poczuła nagle przyspieszone bicie serca.
Głośno westchnęła.
- Trudno mi w to uwierzyć - powiedziała powoli.
CzyŜby Reid Dillon uwaŜał ją za idiotkę? Ten
potęŜnie zbudowany męŜczyzna liczy na jej pomoc? To
przecieŜ nie ma sensu.
A w ogóle po co tu przyjechał? W Clarion nie
brakowało młodych męŜczyzn, zwłaszcza studentów.
Nie co dzień jednak zjawiał się tutaj jakiś dojrzały,
atrakcyjny męŜczyzna. Chyba Ŝe podczas festiwalu, ale
do jesieni było jeszcze daleko.
Callie uznała, Ŝe Reid Dillon zupełnie nie pasuje do
Clarion w stanie Pensylwania, mającego - według
ostatniego urzędowego spisu ludności - sześć tysięcy
sześciuset sześćdziesięciu czterech mieszkańców, nie
licząc czterech tysięcy studentów college'u.
20
Dlaczego taki człowiek, jak Reid Dillon, przyjeŜdŜa
tu na lato? Nie potrafiła tego zrozumieć.
Teraz stał obok, nieruchomo, i brązowymi oczyma
obserwował z uwagą jej twarz.
W tylko sobie znany sposób sprawił, Ŝe w jego
towarzystwie Callie poczuła się doskonale. Tak, jakby
była najbardziej fascynującą kobietą, jaką kiedykol-
wiek udało mu się spotkać.
-
Nie znałam osobiście pańskich dziadków, lecz
sporo o nich słyszałam - odezwała się po chwili. - Byli
tutaj przez wszystkich bardzo lubiani i szanowani. -
Postanowiła przeciągać rozmowę na tematy neutralne i
pozwolić mówić Reidowi.
-
Wcale się nie dziwię. To sympatyczni ludzie. -
Uśmiechnął się zniewalająco. - Ale dziadkowie bawią
teraz na Florydzie, a my oboje jesteśmy tutaj. To
okoliczność bardzo sprzyjająca.
Teraz Callie zachowała się jak zauroczona nastolat-
ka.
-
Tak. Jesteśmy tutaj. - Powiedziała to z promien-
nym uśmiechem na twarzy. Za takie kretyńskie za-
chowanie się powinna dać sama sobie natychmiast
solidnego kuksańca!
-
Wszyscy tu jesteśmy. A reszta czeka, aŜ prze-
staniecie flirtować - odezwała się głośno kasjerka.
Oboje natychmiast oprzytomnieli.
-
Josie daje nam do zrozumienia, panie Dillon, Ŝe
kasa juŜ działa - wyjaśniła Callie.
-
Na to wygląda, panno Foster. - Dopiero teraz
Reid zobaczył, Ŝe stojąca przed nim kobieta juŜ
zapłaciła za swe zakupy. Nie zraŜony wydłuŜającą się
kolejką zniecierpliwionych ludzi za plecami, zwrócił się
do Josie:
21
-
Chyba nie tamuję ruchu.
-
Oczywiście, Ŝe nie tamujesz, kochany - odparła
kasjerka. Nagle jednak widocznie uprzytomniła sobie,
Ŝ
e być moŜe jej poufałe odezwanie się do obcego
męŜczyzny jest nie na miejscu, i szybko się poprawiła:
-
Oczywiście, Ŝe nie, proszę pana.
Reid wyjął swe zakupy z wózka i ułoŜył na ladzie.
Z tylnej kieszeni spodni wyciągnął portfel, a z niego
pięćdziesięciodolarowy banknot.
-
Nie ma pan drobniejszych pieniędzy? - zapytała
Josie. -Proszę uprzejmie sprawdzić, jeśli to nie sprawi
panu kłopotu.
-
To Ŝaden kłopot. - Reid obdarzył kasjerkę uśmie-
chem z gatunku tych, które gwarantują pełny sukces u
starszych pań i małych dzieci. Wyciągnął z portfela
dwie dwudziestki.
-
Bardzo panu dziękuję -powiedziała Josie i wyda-
ła mu resztę takim gestem, jakby sławnej osobistości
wręczała uroczyście klucze do miasta. - Proszę konie-
cznie przyjść znowu do nas.
-
Przyjdę - obiecał z powaŜną miną. - Ale tylko w
poniedziałek, środę lub piątek. Tak będzie dobrze,
prawda, Callie Jean? - Odwrócił się do stojącej za nim
dziewczyny, obdarzył ją czułym uśmiechem i objął
ramieniem.
Oczywiście wszyscy ludzie znajdujący się w sklepie
uwaŜnie ich obserwowali.
Do diabła, co ten facet sobie właściwie myśli?
zirytowała się Callie. Miała ochotę strząsnąć z siebie
rękę Reida. Clarion wprawdzie nie było pruderyjnym
angielskim miasteczkiem z epoki wiktoriańskiej, ale w
tej małej dziurze wiadomości rozchodziły się z szyb-
kością ponaddźwiękową. Kojarzenie par nadal było
22
stałą rozrywką mieszkańców. Tym większą byłoby dla
niektórych frajdą, Ŝe tym razem chodziło o miejscową
nauczycielkę i zadeklarowaną starą pannę. Przez tego
okropnego faceta do jutra rana znajdę się na językach
całego Clarion, pomyślała z westchnieniem. Wszyscy
jednomyślnie uznają, Ŝe panna Foster ma przyjaciela.
-
A więc Ŝegnam, panie Dillon. Wszystkiego dob-
rego - powiedziała lodowatym tonem, przeciskając się
obok Reida. Miała przemoŜną ochotę Ŝyczyć mu w tej
chwili nie powodzenia, lecz pomyślnego wyjazdu z
Clarion. I to szybkiego.
-
Liczę na to, Ŝe rozwaŜy pani moją propozycję.
Potrzebuję pani pomocy. Nie potrafię odnowić domu.
Naprawdę nie umiem obchodzić się z pędzlem. - Reid
zrobił krótką pauzę i dodał: - Skontaktuję się z panią
za dzień lub dwa. Bardzo liczę na to, Ŝe zmieni pani
zdanie.
-
Proszę się nie fatygować. Zdania nie zmienię
- odparła oficjalnym tonem.
- To przecieŜ przywilej kobiet. - Reid zamierzał
obstawać przy swoim. - Callie Jean, bądź rozsądna.
Czy nie widzisz, Ŝe wstrzymujemy całą kolejkę? Daj mi
szybko swój adres i telefon, a natychmiast zejdę innym
z drogi.
Za plecami Callie ktoś głośno zachichotał. A więc tak
ma się sprawa. Reid Dillon robi z niej pośmiewisko!
- Niestety, nie mogę panu pomóc, panie Dillon
- odparła sucho. - Mam juŜ mnóstwo zamówień i nie
zrealizuję ich aŜ do końca lata.
Wiedział, Ŝe Callie nie mówi prawdy. Dostrzegła to
w jego oczach. Widać w nich było coś jeszcze. Gniew.
Był wyraźnie zły. Widocznie bardzo nie lubił spotykać
się z odmową, i to w obecności postronnych świadków.
23
-
A więc będziesz bez przerwy zajęta.
Odrzuciła w tył głowę.
-
Tak - potwierdziła.
- Będziemy musieli jakoś temu zaradzić, niepraw-
daŜ, Callie Jean Foster?
Rzuciwszy to wyzwanie, Reid Dillon odwrócił się i
wyszedł ze sklepu, trzymając pod pachą torbę z zaku-
pami.
Wszyscy ludzie stojący w kolejce jak jeden mąŜ
głośno odetchnęli z ulgą. Callie zaczęła szybko wy-
kładać zakupy z wózka. Prawdę mówiąc, przy cichym
akompaniamencie mruczenia pod nosem, niemal rzu-
cała je na ladę przed zdziwioną kasjerką.
- Co mówisz? - spytała Josie. Jej oczy rozbłysły
ciekawością.
Callie ze złością potrząsnęła głową.
- Ach, ci męŜczyźni! - warknęła. - Wszyscy sądzą,
Ŝ
e są cholernie atrakcyjni!
Pokręciwszy korbką, Josie roześmiała się głośno.
- Kochana, mam ci do przekazania rewelacyjną
wiadomość. Ten facet jest cholernie atrakcyjny.
Dla Callie Jean Foster słowa kasjerki nie były Ŝadną
rewelacją. Z tego, Ŝe Reid Dillon jest facetem nie-
przeciętnie przystojnym, zdała sobie sprawę w chwili,
gdy tylko go ujrzała.
24
ROZDZIAŁ DRUGI
W górę, w dół. W górę, w dół. Pędzel przesuwał się
rytmicznie po drewnianym podłoŜu.
Malowanie to znakomita terapia, juŜ po raz trzeci
tego przedpołudnia powtórzyła sobie Callie, naciągając
ochronną czapeczkę na oczy. Rozluźniła bolące
mięśnie pleców i ponownie zanurzyła pędzel w wiadrze
z farbą, wiszącym na aluminiowej drabinie.
Malowanie było zajęciem relaksującym i nawet
niezbyt nuŜącym. Callie nie mogła się więc uskarŜać.
Taka terapia była bez porównania tańsza niŜ chodze-
nie do psychologa, a ponadto malowanie domów to w
lecie zajęcie znacznie przyjemniejsze niŜ wiele in-
nych.
Dlaczego tak sobie je ceniła? Po pierwsze, przeby-
wała stale na powietrzu, a po drugie z daleka od ludzi.
Mówiąc o ludziach, miała przede wszystkim na myśli
swoich szkolnych podopiecznych. Błyskotliwych, a za-
razem nieznośnych piąto- i szóstoklasistów. Malowa-
nie domów było cięŜką pracą fizyczną. Ale czy stanie
w szkole cały dzień na nogach przy tablicy lub
chodzenie po klasie było lŜejsze? Niełatwo być nau-
czycielem w państwowej szkole podstawowej. Eduko-
wanie i wychowywanie małych dzieci stanowiło wpra-
wdzie dla Callie zajęcie pasjonujące, ale była przekona-
na, Ŝe dzięki swemu wakacyjnemu zajęciu nie popadła,
25
jak wielu pedagogów, w rutynę, bowiem praca ta była
dla niej źródłem inspiracji. W lecie, kiedy stała na
drabinie, przychodziły do głowy najlepsze pomysły
pedagogiczne.
Tak, dla Callie Jean Foster malowanie domów było
pracą wręcz idealną. Wykonywała ją juŜ od trzech lat.
Po dziewięciu miesiącach intensywnego, pełnego co-
dziennych napięć nauczania swoich podopiecznych,
podczas trzech następnych, spędzanych na drabinie, z
dala od szkoły i dzieciaków, odzyskiwała wewnętrzną
równowagę i spokój ducha.
Jej wakacyjne zajęcie miało jeszcze jedną zaletę. W
przeciwieństwie do nauczania dawało natychmias-
tową satysfakcję z dobrze wykonanej roboty i widocz-
ne gołym okiem rezultaty. W ciągu zaledwie paru
tygodni kaŜdemu staremu, zniszczonemu domowi
potrafiła nadać całkiem nowy wygląd. Trzy czwarte
roku była dobrą nauczycielką, a przez jedną czwartą -
równie dobrym rzemieślnikiem. Obie prace wykony-
wała z jednakową sumiennością i dokładnością.
Zupełnie świadomie zrezygnowała przy tym z per-
fekcjonizmu.
Dość wcześnie bowiem odkryła, Ŝe zbyt często
prowadzi on do chronicznego stresu. Bezustannego
napięcia, które, róŜnie u poszczególnych ludzi, przeja-
wia się w postaci złości, depresji, zmęczenia, niepoko-
ju, bezsenności, bólów głowy, a nawet chorób serca i
przewodu pokarmowego.
W przypadku Callie stres spowodowany jej stałym
dąŜeniem do doskonałości objawiał się w postaci
migren. Silnych bólów głowy, coraz silniejszych i coraz
częstszych w miarę piętrzących się przed nią zadań,
które sama sobie stawiała lub które wyznaczało jej
26
Ŝ
ycie. Nie mogła sprostać wszystkiemu i wszystkim.
Przekraczało to moŜliwości normalnego człowieka.
Z problemem tym postanowiła się uporać wyłącznie
własnymi siłami. Wybrała rozwiązanie polegające na
uproszczeniu sposobu Ŝycia i postępowaniu zgodnym
z zasadą: w zdrowym ciele zdrowy duch.
Z takich to przyczyn tego przepięknego czerw-
cowego dnia, kiedy świeciło słońce, a po niebieskim
niebie przesuwały się leniwie pierzaste, białe chmurki,
Callie Jean Foster stała na drabinie i odnawiała własny
mały, biały, drewniany domek. W chwili gdy za-
jmowała się właśnie wymyślaniem nowych zajęć dla
swych uczniów, z dołu dobiegł ją męski głos:
- Świetna robota.
Pędzel w ręku Callie znieruchomiał na chwilę, ale
zaraz potem zaczął przesuwać się miarowo w dół i w
górę. Upłynęły ze dwie minuty, zanim dała znać
męŜczyźnie stojącemu obok drabiny, Ŝe zdaje sobie
sprawę z jego obecności.
- Widzę, a właściwie słyszę, Ŝe pan jeszcze Ŝyje
- powiedziała szorstkim głosem.
Mimo okularów przeciwsłonecznych na nosie, Reid
Dillon osłonił ręką oczy i popatrzył w górę.
-
Dlaczego miałoby być inaczej? - zapytał zdziwio-
ny.
-
Wczoraj oglądałam przecieŜ pańskie zakupy.
- Skrzywiła się z niesmakiem. - Miałam więc podstawy
sądzić, Ŝe zjadł pan cały ten chłam.
-
Chłam? - powtórzył.
-
Tak. Chłam, który nazywa pan jedzeniem. Pas-
kudztwo zatruwające Ŝołądek, zwiększające poziom
cholesterolu w organizmie, wywołujące sensacje ser-
cowe i senne koszmary.
27
Między czubkiem drabiny a ziemią zawisła w po-
wietrzu głęboka cisza. Zupełnie jak po opuszczeniu po
raz ostatni kurtyny po odegraniu sztuki w trzech
aktach, która okazała się niewypałem.
- Nigdy jeszcze nie spotkałem takiej osoby, która
potrafiłaby równocześnie malować i pouczać - sucho
stwierdził Reid Dillon.
Na policzki Callie wystąpiły rumieńce.
Do licha! PrzecieŜ ten facet ma rację! Co mi się stało,
Ŝ
e tak się zachowuję? pomyślała zirytowana. Nie miała
zwyczaju pouczać ludzi. Zwłaszcza zaś poznanych
poprzedniego dnia. Nie powinno interesować jej to,
czym ten człowiek się Ŝywi. Nie jest ani jego matką, ani
ciotką, ani teŜ gospodynią. Niech robi, co chce.
W tej chwili szóstym zmysłem wyczuła, a moŜe
podpowiedziała jej to kobieca intuicja, Ŝe Reid Dillon
liczy co najmniej do dziesięciu. Uzbraja się w cierp-
liwość, bo wie, iŜ postępowanie z niektórymi kobieta-
mi wymaga wręcz świętej cierpliwości. Callie dosłysza-
ła z dołu jakiś pomruk i dźwięk, który do złudzenia
przypominał zgrzytanie zębami. Tak, teraz juŜ była
przekonana, Ŝe Reid Dillon usiłuje się uspokoić.
- Sądzę, Ŝe moŜemy się zgodzić, Ŝe w kwestii
jedzenia się nie zgadzamy. Zgadzasz się ze mną,
Callie?
W ustach Reida cały ten skomplikowany wywód
zabrzmiał nie jak pytanie, lecz jak twierdzenie. Callie
zanurzyła znów pędzel w wiadrze i na malowane
podłoŜe zaczęła nakładać grubą warstwę białej farby.
Zajęta tą czynnością, jakby mimochodem poinfor-
mowała Reida:
- Jest to po prostu sprawa zrozumienia potrzeb
Ŝ
ywieniowych organizmu ludzkiego.
28
Poczuła nagle, Ŝe drabina lekko się zachybotała. To
Reid oparł się o lekką, aluminiową konstrukcję.
- Inaczej mówiąc, w pełni pojmujesz potrzeby
fizjologiczne człowieka -powiedział z krzywym uśmie-
chem, odsłaniając idealnie równe i białe zęby.
Callie nie była pewna, czy w jego słowach wyczuwa
sarkazm, czy rozbawienie.
Odwróciła głowę od ściany domu i popatrzyła w
dół. W małej czapeczce na jasnozłotych włosach
wyglądała jak uosobienie niewinności.
-
Czy tak powiedziałam? - zapytała.
-
MoŜe trochę inaczej. - Wzruszył ramionami.
-
A moŜe zupełnie inaczej -mruknęła. Była zawsze
dokładna aŜ do przesady.
Reid popatrzył na nią chłodnym wzrokiem. Wy-
glądało na to, Ŝe dopiero teraz zauwaŜył mocno
zniszczone dŜinsy z obciętymi krótko nogawkami,
które miała na sobie, i zbyt obcisłą, bawełnianą
koszulkę, pamiętającą lepsze czasy.
- Powiedziałem: świetna robota.
Callie rzuciła mu z góry krótkie spojrzenie.
- Nieźle, drogi panie. MoŜe zechce pan powtórzyć
to jeszcze raz?
Zrobił to.
Jego upór zadziwił Callie.
-
Czy nikt jeszcze ci nie mówił, Ŝe jesteś ostra?
-
Jaka?
-
Ostra.
Zaczerwieniła się lekko i odwróciła twarz w stronę
ś
ciany. Dała spokój tej przeciągającej się głupawej
rozmowie.
- W jaki sposób udało ci się mnie odszukać?
- spytała. Zwlekał z odpowiedzią, więc spróbowała
29
z innej beczki: - A moŜe jesteś prywatnym
detektywem lub kimś w tym rodzaju?
Zobaczyła, Ŝe Reid się śmieje i potrząsa głową. Aby
lepiej mu się przyjrzeć, zsunęła czapeczkę z czoła,
odsłaniając twarz. Prawdę mówiąc, wcale nie sądziła,
Ŝ
e Reid Dillon jest prywatnym detektywem, ale czło-
wiek przecieŜ nigdy niczego nie moŜe być pewny.
Wcale nie wyglądał jak prywatny detektyw. Nie
byłby, przynajmniej jej zdaniem, ubrany w beŜowe
szorty i bawełnianą koszulkę z duŜym napisem „Szy-
bki Bill" biegnącym w poprzek piersi. I nie miałby na
sobie tenisówek, włoŜonych na gołe nogi. Ubiór Reida
Dillona był strojem raczej swobodnym, lecz zarazem
podkreślającym duŜą urodę jego właściciela. Kawał
chłopa z niego, pomyślała.
W oczach Callie facet stojący obok drabiny naleŜał
do klasy męŜczyzn, której przedstawicielami byli Mel
Gibson, Ben Cross, Tom Selleck i Bryan Brown.
Oczywiście, byli to aktorzy, głównie australijscy, a Re-
id powiedział jej wczoraj, Ŝe przyjechał z Pittsburgha i
Ŝ
e pracuje tam w przemyśle stalowym. Niemniej
jednak był okazem stuprocentowego męŜczyzny. Pra-
wdziwego samca. Na jej nieszczęście.
Na twarzy Callie pojawił się szeroki uśmiech. Od
ucha do ucha. Gdyby tylko uczniowie mogli teraz
poznać jej myśli! Pewnie nie przyszło by im w ogóle do
głowy, Ŝe panna Foster moŜe w taki sposób określać
męŜczyznę.
Uczniowie uwaŜali nauczycieli za ludzi szczególne-
go rodzaju. Podobnych do księŜy. Ani jedni, ani
drudzy nie mogli mieć prywatnego Ŝycia ani teŜ
popełniać Ŝadnych błędów w wykonywanym zawo-
dzie. Powinni przy tym znać zawsze odpowiedzi na
30
wszelkie zadawane im pytania. I czasami wymagało się
od nich, Ŝeby byli bardziej wyrozumiali, a czasami
bezwzględni.
Ta sprzeczność zawsze intrygowała, a zarazem
draŜniła Callie. Dlaczego ludzie uwaŜają, Ŝe wszyscy
nauczyciele i księŜa, na całej kuli ziemskiej źle opła-
cani i nie doceniani, powinni być chodzącymi ideała-
mi? Dlaczego poprzeczkę zasad moralnych stawia się
im zawsze znacznie wyŜej niŜ zwykłym śmiertelni-
kom?
Takie podejście miało większy sens w odniesieniu
do pokolenia jej ojca. Kiedy w latach pięćdziesiątych
zajął się nauczaniem w szkole państwowej, zawód
pedagoga jeszcze szanowano.
- Słuchaj...
Dochodzący z dołu, zdesperowany męski głos prze-
rwał nagle rozmyślania Callie.
- Co? - Kilkakrotnie zamrugała powiekami.
- Przepraszam, Reidzie. Co mówiłeś?
Do licha! Nie potrafił stać z zadartą do góry głową i
złościć się na tę dziewczynę, kiedy patrzyła na niego w
taki właśnie, szczególny sposób. Była kobieca i bardzo
ponętna, a plamka białej farby na samym czubku nosa
dodawała jej jeszcze uroku.
- Mówiłem, Ŝe nie wynajmowałbym prywatnego
detektywa, Ŝeby cię odnaleźć. I Ŝe nie jestem detek
tywem. - Urwał i zaczerpnął powietrza. - Odszukałem
cię, moja droga, w ksiąŜce telefonicznej. Po prostu
zrobiłem załoŜenie, Ŝe nie ma w Clarion dwóch osób
nazywających się Callie Jean Foster. Reszta była
drobnostką.
Popatrzyła na Reida z lekko rozchylonymi ustami.
- Och...
31
-
Tak. Och... - Rzucił okiem na Callie, a potem
zaczął rozglądać się wokoło. W powietrzu unosił się
zapach świeŜej farby. - Okropnie dziś gorąco - dodał
po chwili. - Otarł usta wierzchem dłoni.
-
Zanosi się na długie, upalne lato, podobnie jak w
zeszłym roku - powiedziała Callie. Zorientowała się
wreszcie, Ŝe Reid usiłuje zacząć prowadzić z nią coś na
kształt normalnej rozmowy, i postanowiła mu w tym
dopomóc.
Podniosła głowę i popatrzyła na rozpostarte nad nią
niebieskie niebo, a następnie przeniosła wzrok w dół.
Ma teraz oczy jeszcze bardziej błękitne niŜ zwykle,
stwierdził Reid.
-
Napijesz się mroŜonej herbaty? - spytała. -I tak
muszę zrobić przerwę w pracy.
-
Sądzisz, Ŝe mój lekarz wyraziłby na to zgodę? -
zaŜartował Reid.
Skinęła głową.
- UwaŜam, Ŝe tak. Pod warunkiem Ŝe będzie to
ziołowa herbata.
Wyciągnął rękę, Ŝeby pomóc Callie zejść z drabiny.
- Lepiej mnie nie dotykaj - ostrzegła, cofając się
nieco.
Oczy Reida na chwilę pociemniały.
- Dlaczego? - zapytał.
Pochyliła się i delikatnym ruchem spędziła muszkę,
która przysiadła na jego ramieniu. - Dlatego Ŝe
mógłbyś pobrudzić się farbą.
-
Och...
-
Tak. Och... - powtórzyła lekko zniecierpliwio-
nym tonem. Zaczęła gromadzić wokół siebie przybory
malarskie. - Czy mógłbyś wziąć drabinę?
-
Oczywiście - mruknął. Tym razem on wyszedł na
32
głupka. Robienie z siebie idioty całkiem dobrze za-
czynało mu juŜ wychodzić.
- Mówiłaś chyba, Ŝe masz zamówienia na całe lato.
Dlaczego więc tu jesteś?
Wziął do ręki drabinę i ruszył za Callie. Obeszli dom
i skierowali się w stronę tylnego ganku.
- Bo zaniedbałam własny dom. Wiesz, jak to
w Ŝyciu bywa. Szewc bez butów chodzi.
Pracowała dla innych i od dwóch sezonów nawet
nie tknęła pędzlem swojej chatki. Na początku tego
lata przyrzekła sobie, Ŝe musi ją pomalować.
Reid zauwaŜył, Ŝe nie odpowiedziała na zadane
pytanie. Postanowił jednak nie przypierać jej do muru.
Znaleźli się na ganku. Oparł drabinę o ścianę i zaczął
przyglądać się, jak Callie pedantycznie myje pędzel i
wiadro po farbie. Do tego celu słuŜyła jej duŜa balia.
Wreszcie skończyła. Otworzyła drzwi i poprowadzi-
ła gościa w głąb domu.
Podobnie jak jego właścicielka, był malutki. W
jakiś naturalny sposób do niej pasował. Reid szybko
ocenił, Ŝe jest wyposaŜony we wszystko, co potrzebne,
i bar-dzo funkcjonalny.
Pomyślał sobie, Ŝe powiedzenie: jaki dom, taka
kobieta, ma jednak jakiś sens.
Najpierw weszli oboje do kuchni. Na środku spore-
go pomieszczenia Reid zobaczył duŜy, staroświecki
stół na krzyŜowych nogach, a przy nim cztery proste,
twarde krzesła. Prawie całą ścianę za stołem zajmował
równie stary, wysoki drewniany kredens. Po kątach
stały wyplatane koszyki o przeróŜnych kształtach, a
takŜe drewniane skrzynie, a przy nich staromodne
miotły. Mimo tych dość dziwacznych rekwizytów,
pomieszczenie kuchenne było funkcjonalne, prze-
33
stronne i, ku zdumieniu Reida, wcale nie sprawiało
wraŜenia zagraconego.
Wszystkie meble charakteryzowała surowość kszta-
łtów, niezwykła prostota i walory uŜytkowe. Nie było
na nich Ŝadnych ornamentów ani upiększeń, którymi
tak często szafują stolarze. Były klasyczne. A takŜe
stare. Reid podejrzewał, Ŝe większość sprzętów znaj-
dujących się w domku jego właścicielka odnawiała
własnoręcznie.
-
Siadaj, proszę. Zaraz naleję mroŜonej herbaty -
powiedziała Callie do gościa. Odwróciła się w stronę
zlewu i zaczęła starannie myć ręce.
-
Wolę postać, jeśli nie masz nic przeciw temu -
odparł Reid. Przez dłuŜszą chwilę nie spuszczał
wzroku z Callie. Z zaciekawieniem obserwował kaŜdy
jej ruch. Potem zaczął rozglądać się po kuchni. Przez
otwarte drzwi dostrzegł część wnętrza innego pomie-
szczenia, pewnie saloniku. Był umeblowany w iden-
tycznym stylu co kuchnia. Zobaczył w nim kanapę i
małe, proste stoliki, a na podłodze ręcznie tkany
dywan.
-
Callie, twój dom bardzo mi się podoba - powie-
dział szczerze.
-
Miło mi, Ŝe tak sądzisz, ale jeszcze niewiele
widziałeś -odrzekła. Opinia gościa sprawiła jej przyje-
mność. Uśmiechając się wyjęła z lodówki dzbanek z
herbatą. - Pijesz z cytryną i z cukrem?
-
Nie, dziękuję. Bez cytryny i bez cukru. - Podjął
przerwany wątek. - To, co zdąŜyłem juŜ zobaczyć,
przypadło mi do gustu.
Do dwóch szklanek Callie wrzuciła kostki lodu i
zalała je zimną, zaparzoną wcześniej herbatą. Wzięła
do ręki jedną szklankę i podała ją Reidowi.
34
-
Chcesz obejrzeć resztę domu?
-
Tak. Bardzo. Jeśli, oczywiście, nie sprawi ci to
kłopotu.
Callie napotkała wzrok Reida i lekko się uśmiech-
nęła.
- Nie sprawi. W urządzenie i doprowadzenie domu
do porządku włoŜyłam mnóstwo pracy. I cieszę się,
kiedy od czasu do czasu mogę się nim pochwalić.
Weźmy szklanki z sobą i chodźmy obejrzeć resztę. Jak
widzisz, to nie jest duŜy dom.
Był naprawdę malutki i zwiedzanie go trwało
krótko. Składał się z saloniku, jadalni przerobionej na
gabinet do pracy, kuchni i mikroskopijnej łazienki
urządzonej na miejscu dawnej spiŜarni. Na pięterku
znajdowały się dwie sypialnie i duŜa łazienka.
Weszli na schody. Reid stanął w drzwiach jednego
z pokojów. Od razu wyczuł, Ŝe słuŜy on Callie za
sypialnię. Umeblowanie było tutaj równie proste i fun-
kcjonalne, jak w pozostałej części mieszkania. Całość
utrzymano w jednakowym, staroświeckim stylu.
- Czy to są meble w stylu Shakerów? - zapytał
Reid.
Przyglądał się uwaŜnie drewnianej skrzyni po jednej
stronie łóŜka, a potem skierował wzrok na fotel na
biegunach, ustawiony po drugiej.
- Tak. Oczywiście, nie są autentyczne. To później-
sze, bardziej lub mniej udane imitacje. Powynajdowa-
łam je na róŜnych wyprzedaŜach, targach i aukcjach.
Zjeździłam w tym celu całą okolicę. Na lepsze meble
w tym stylu nie byłoby mnie stać. - Callie lekko się
uśmiechnęła. - Oryginalny stół Shakerów, podobny do
tego, który mam w kuchni, takŜe na krzyŜowych
nogach, kosztuje dziś od piętnastu do dwudziestu
35
pięciu tysięcy dolarów. Pod warunkiem Ŝe jest w dob-
rym stanie.
Słysząc to Reid aŜ zagwizdał.
-
Och!
-
Tak. Och!- Callie znów się uśmiechnęła. - Shake-
rowie tworzyli wspólnotę religijną. Sektę. Byli bardzo
pracowici i prowadzili niezwykle surowy tryb Ŝycia. Z
pewnością nie przyszłoby im nawet do głowy, Ŝe
wytwarzane przez nich meble i inne przedmioty co-
dziennego uŜytku staną się pewnego dnia drogocen-
nymi antykami. Przedmiotem marzeń kolekcjonerów.
Reid słuchał uwaŜnie. Kiedy wychodzili z sypialni,
zatrzymał się w drzwiach, odwrócił i jeszcze raz
ogarnął wzrokiem wnętrze pokoju. U stóp łóŜka wisiał
barwny kilim, rozpięty na czymś w rodzaju ramy. Inny
kilim, niebiesko-biały, ozdobiony wielobarwnymi
wstawkami, słuŜył za narzutę na łóŜko.
W powietrzu unosił się jakiś dziwny, ledwie uchwyt-
ny aromat. Reid nie potrafił go zidentyfikować. Zaró-
wno wnętrze tego pokoju, jak i ten zapach, przywodzi-
ły mu na pamięć bardzo odległe chwile. Kojarzyły się
z niemal zamierzchłą przeszłością. Stojąc w sypialni
Callie, odniósł nagle wraŜenie, Ŝe przeniósł się do
zupełnie innego świata, Ŝe cofnął się w czasie. A moŜe
to wszystko było po prostu snem?
-
A tak urządziłam pokój gościnny - po raz drugi
powiedziała Callie. Zobaczyła, Ŝe Reid stał się nagle
nieobecny myślami. - Czy dobrze się czujesz? - zapyta-
ła z niepokojem. Miał dziwny, nie widzący wzrok.
-
Co mówisz? - Ocknął się z transu. - Nic mi nie
jest. Po prostu usiłowałem zidentyfikować ten za-pach.
Callie popatrzyła na Reida z zaciekawieniem.
36
-
Jaki zapach? Aha, juŜ chyba wiem, o co ci chodzi.
To wonna marzanna.
-
Wonna marzanna? - powtórzył.
-
Tak. Aromatyczne ziele o małych, białych kwiat-
kach. UŜywa się go do wyrobu perfum i mydeł.
Podoba ci się ten zapach?
-
Tak. Bardzo - przyznał. Miał przy tym roz-
marzoną minę. - Zupełnie nie wiem, dlaczego, ale
przypomniał mi dom dziadków. Lub moŜe nawet
wcześniejsze czasy. Dom prababki. Nie jestem pewien.
Prawda, Ŝe to przyjemny zapach? I jakiś taki staroświe-
cki. Kojarzy mi się z małymi koronkowymi serwet-
kami, którymi niegdyś przyozdabiano niemal wszyst-
kie meble.
-
Och, chciałabym bardzo mieć taką starą, koron-
kową serwetkę - westchnęła Callie. - To prawdziwe
trofeum dla kaŜdego kolekcjonera staroci.
Reid spojrzał uwaŜnie na stojącą obok kobietę.
- Ty naprawdę lubisz wszystko, co stare, prawda?
Skinęła głową i z trzymanej w ręku szklanki upiła
łyk zimnej herbaty.
-
Tak. Przepadam za starociami. Jeśli się wie, gdzie
szukać, moŜna czasami niedrogo kupić naprawdę
wspaniałe rzeczy. Nie masz pojęcia, jaka to frajda w
ten sposób samemu meblować i urządzać dom.
Zwłaszcza gdy kolekcjonowanie to hobby.
-
Jest z pewnością znakomitym pretekstem, Ŝeby
bezustannie odwiedzać rozmaite pchle targi i wszystkie
aukcje organizowane w okolicy. - Reid się roześmiał.
-
Tak. Oczywiście. - Callie odwzajemniła uśmiech.
- Chcesz więcej herbaty?
-
Proszę. - Reid był bardzo z siebie zadowolony, Ŝe
udało mu się nie poruszyć jeszcze tematu, który
37
nurtował go od chwili, w której zaparkował samochód
na podjeździe przed domem Callie. Całą sprawę musi
załatwić dyplomatycznie. Nadmierny pośpiech mógłby
wszystko popsuć.
Wrócili do kuchni i usiedli na wprost siebie przy stole.
-
Jak długo tutaj mieszkasz? - zapytał Reid.
-
Kupiłam ten dom jakieś cztery lata temu. - Callie
podniosła wzrok i popatrzyła na kalendarz wiszący na
ś
cianie obok lodówki. - Tak. W zeszłym tygodniu
upłynęły dokładnie cztery lata.
Reid skinął głową i zamilkł na chwilę. Potem zadał
następne, zaplanowane pytanie, poprzedzone rzeczo-
wym komplementem.
-
Wygląda świetnie. Sama go wyremontowałaś?
-
Tak. Na szczęście, konstrukcja była w dobrym
stanie. Oczywiście, musiałam sporo ponaprawiać. No i
oczywiście pomalować sufity, połoŜyć tapety, zrobić
porządki i takie tam róŜne rzeczy. Sama odnowiłam
takŜe większość mebli i innych przedmiotów.
Reid poruszył się niespokojnie. Uznał, Ŝe nie ma
sensu odkładać całej sprawy na potem. Muszę ją
poprosić. I to zaraz. Siedzącej naprzeciw Callie rzucił
jeden z najsympatyczniejszych uśmiechów ze swego
bogatego repertuaru i zaczął:
- Callie, mam do ciebie ogromną prośbę. Wiem, Ŝe
jesteś zapracowana i Ŝe przyjęłaś juŜ zamówienia na
całe lato. Zrób mi jednak tę grzeczność i zgódź się
rzucić okiem na dom dziadków. Powinienem właściwie
powiedzieć: na mój dom. Jest mi niezbędna fachowa
porada kogoś, kto zna się na remontach. Ja nie mam
o tym pojęcia.
Był bardzo pewny swego. Wiedział, jak naleŜy
rozmawiać z kobietą takiego pokroju, jak Callie Jean
38
Foster. Gdyby mówił ogródkami i próbował ją po-
dejść, natychmiast przejrzałaby jego taktykę. śadne
komplementy teŜ by nic nie pomogły. Musiał apelo-
wać do lepszej strony jej natury. Ładnie i grzecznie
poprosić o przysługę. JakŜe by mogła odmówić mu w
sytuacji, w której jej pomoc była mu tak potrzebna?
A jednak to się stało. Odmówiła. I na dodatek
kategorycznie i zdecydowanie.
-
Jest wiele osób, które znają się na remontach
znacznie lepiej niŜ ja - odparła spokojnie, potrząsając
głową. -Uwierz mi, jestem przekonana, Ŝe na niewiele
zdałaby ci się moja pomoc.
-
Pozwól, Ŝe ja to ocenię - upierał się Reid.
RozłoŜył ręce w pełnym zniecierpliwienia geście.
- Skąd zresztą wiesz? PrzecieŜ nawet nie rzuciłaś okiem
na ten dom. - Uznał, Ŝe logika tego rozumowania
powinna przemówić do Callie.
I przemówiła.
- No dobrze - ustąpiła. Poddała się, lecz nie bez
walki, z czym zresztą Reid od początku się liczył.
- Obejrzę ten twój dom. Ale z góry uprzedzam, Ŝe
odnawiać go nie będę. Jasne?
- Jasne - zapewnił, ze spuszczoną głową obser-
wując uwaŜnie ślady palców, które jego ciepła ręka
zostawiła na brzegu lodowatej szklanki. Wiedział, Ŝe
od chwili, w której się poznali, nawiązała się między
nimi jakaś mocna nić porozumienia. Równocześnie
zdawał sobie jednak sprawę z tego, Ŝe Callie nigdy by
się do tego nie przyznała. Przynajmniej na razie, na tak
wczesnym etapie znajomości. Postanowił jednak za
wszelką cenę utrzymać kontakt z tą kobietą - na tyle
bliski, by nie zniknęła mu z pola widzenia aŜ do chwili,
39
w której będzie gotowa przyznać się zarówno przed
sobą, jak i przed nim, Ŝe coś ich łączy.
-
Czy dobrze mnie zrozumiałeś? - zapytała.
-
Tak, oczywiście. Zrozumiałem, zrozumiałem
- powtórzył na uŜytek własny i rozmówczyni.
-
To świetnie. - Callie rzuciła mu przez stół szybkie
spojrzenie. Musiała się upewnić, czy do Reida rzeczy-
wiście dotarła jej odmowa. Dzięki temu potem nie
dojdzie do Ŝadnego wzajemnego obwiniania się.
-
Kiedy znajdziesz trochę czasu, Ŝeby obejrzeć
dom? Jaki termin będzie ci odpowiadał? - zapytał
Reid. Był zadowolony. Przekonany, Ŝe zgodnie z prze-
widywaniami sprawa posunęła się naprzód i Ŝe w tej
rozgrywce zdobył przewagę.
Callie wzruszyła ramionami i pełnym zniecierp-
liwienia gestem z westchnieniem rozłoŜyła ręce.
- Choćby zaraz. Im szybciej to załatwię, tym lepiej.
- Kątem oka spojrzała na swój przybrudzony roboczy
strój. - Zanim pojedziemy, muszę się przebrać.
Reid wyraźnie się rozluźnił. Odchylił się na krześle
i wypił duŜy łyk mroŜonej herbaty.
- Oczywiście. Nie krępuj się. Idź - powiedział. Stać
było go teraz na wspaniałomyślność, skoro namówił tę
kobietę na zrobienie czegoś, na czym mu zaleŜało.
- Jeśli pozwolisz, poczekam na ciebie w kuchni.
Callie odsunęła krzesło i wstała szybko od stołu.
Widząc, Ŝe gość chce zrobić to samo, powstrzymała go
gestem ręki.
- Nie, nie podnoś się, proszę. Jeśli chcesz, moŜesz
nalać sobie herbaty. To nie potrwa długo. Wrócę za
kilka minut.
Wyszła z kuchni i pobiegła po schodach na górę. W
łazience ściągnęła w pośpiechu bawełnianą ko-
40
- No i co o tym sądzisz? - zapytał.
Wysiadł, obszedł wóz i otworzył Callie szarmancko
drzwi. Ruszyli w stronę domu.
-
Pytasz mnie, co sądzę? - Szła rozmyślnie na szeroko
rozstawionych nogach, z dłońmi opartymi mocno na
biodrach. - UwaŜam, Ŝe dom jest duŜy i wymaga
odmalowania. - Kątem oka zobaczyła, Ŝe pod przeciw-
słonecznymi okularami brwi Reida unoszą się w górę. -
Nie traktuj powaŜnie tego, co powiedziałam. Obejdźmy
dom dokoła. Niech mu się dokładnie przyjrzę.
-
W porządku - odparł.
Szedł tuŜ obok Callie, ale nie na tyle blisko, Ŝeby ich
ciała się stykały.
UwaŜnie oglądała ściany domu.
-
Jak na swoje lata, jest w zadziwiająco dobrym
stanie - stwierdziła po chwili. - To dobra sosna. Nie
widzę Ŝadnych desek, które wymagałyby wymiany.
Część z nich trzeba będzie porządnie wygładzić. Przy
oknach zauwaŜyłam kilka miejsc, które wymagają
uszczelnienia. Ale to teŜ nie jest wielki problem.
Remont będzie łatwy.
-
Jak myślisz, ile czasu to potrwa?
-
To zaleŜy, oczywiście, od tego, ilu rzemieślników
będzie pracowało równocześnie. Przyzwoite przygoto-
wanie powierzchni i pomalowanie domu potrwa co
najmniej miesiąc, jeśli zatrudnisz jednego malarza. Ale
uprzedzam, to kosztowne przedsięwzięcie, bo dom jest
obszerny i piętrowy.
Reid zdjął przeciwsłoneczne okulary i zawiesił je na
palcu. Drugą ręką sięgnął do kieszeni szortów i wycią-
gnął paczkę papierosów. Wyjął jednego i zapalił.
- Zapłacę podwójnie za twoje usługi - powiedział
spokojnie.
41
- Zapłacisz podwójnie za moje usługi? - powtórzy-
ła zaskoczona Callie.
Nie była pewna, czy dobrze zrozumiała wypowie-
dziane przez Reida słowa. Przez chwilę wydawało się
jej nawet, Ŝe w ofercie, którą jej składa, jest jakiś wręcz
obraźliwy podtekst.
- Zapłacę podwójną stawkę za twoje usługi, to
znaczy za odnowienie tego domu - uściślił swoją
propozycję. W jego głosie brzmiała nuta zniecierp-
liwienia.
Widocznie ma umiejętność czytania w moich myś-
lach, uznała Callie. Przysłoniła ręką oczy i popatrzyła
na stojącego obok męŜczyznę.
- Jestem dobra - powiedziała po chwili. - Ale nie aŜ
tak dobra.
Odezwał się bez chwili namysłu:
- Jesteś dobra. A przynajmniej będziesz, jeśli znaj-
dziesz odpowiedniego nauczyciela - dodał. Wyglądał
na ubawionego własnym stwierdzeniem.
W tym, co powiedział, Callie nie dostrzegła nic
dowcipnego.
-
Mówiąc, Ŝe jestem dobra, miałam na myśli
wyłącznie moje rzemieślnicze kwalifikacje malarza
domów - wyjaśniła z powagą.
-
A ja nie. - Ze strony Reida była to wyraźna
zaczepka.
Uniosła w górę głowę.
- Nie znoszę tego rodzaju dowcipów. To tylko
uwaga na marginesie. Nie będę pracowała dla ciebie.
Sądziłam, Ŝe cię o tym uprzedziłam, zanim tutaj
przyjechaliśmy. Tego lata cały wolny czas przeznaczę
na odnowienie własnego domu. Przyrzekłam to sobie
i zdania nie zmienię.
42
-
Poczekam, aŜ skończysz malować swój dom.
-
Moja odpowiedź jest ostateczna i brzmi: nie -
odparła zirytowana.
-
Zapłacę ci potrójną stawkę.
-
Powtarzam: nie.
Reid przesunął dłonią po bujnej czuprynie. Popa-
trzył przez chwilę przed siebie. Wyglądał na zde-
sperowanego.
-
Do licha, Callie, czy ty naprawdę nic nie pojmu-
jesz? Nie rozumiesz, Ŝe chcę, abyś podjęła się tej pracy?
-
Podjęła się tej pracy? - powtórzyła Callie. W jej
głosie zaczynała przebijać nieco histeryczna nuta. - A
dlaczego miałabym godzić się na coś takiego? Czy
mógłbyś, z łaski swojej, mi to wytłumaczyć?
Zacisnął wargi tak mocno, Ŝe jego usta utworzyły
jedną cienką linię, i rzucił Callie wymowne spojrzenie.
- Pytasz, dlaczego? Bo pragnę umówić się z tobą na
randkę, a nie chcę, Ŝebyś sobie pomyślała, Ŝe robię to
tylko dlatego, aby namówić cię na odnawianie mego
domu! JuŜ teraz rozumiesz?
Stała przez chwilę jak wryta, z nieruchomą twarzą.
Dopiero potem się roześmiała.
- Czy to jest sposób na zdobycie malarza do
renowacji domu, czy teŜ metoda namówienia kobiety
na randkę - tak czy inaczej, najgenialniejsza metoda,
o jakiej kiedykolwiek słyszałam!
Reid rozluźnił się i obdarzył Callie nieco krzywym
uśmiechem.
-
Sądzę, Ŝe przynajmniej za usiłowania zasłuŜyłem
u pani na piątkę, panno Foster.
-
Jestem damą, proszę więc wybaczyć, Ŝe nie
powiem głośno, na co pan zasłuŜył, panie Dillon.
43
- Wyrzekłszy te słowa, z wyniosłą miną odwróciła się
i zaczęła iść w stronę frontowego wejścia domu.
Reid rzucił papierosa na trawę, obcasem wdeptał go
w ziemię i ruszył za Callie.
-
Poczekaj, złotko. Co mówiłaś? - zawołał za nią.
-
Mówiłam: nie! - odkrzyknęła przez ramię, nie
odwracając głowy.
-
A co z randką?
Callie zatrzymała się w pół kroku. Spojrzała na
Reida.
-
Własnym uszom nie wierzę! - Rzuciła mu wściek-
łe spojrzenie. Jej cierpliwość juŜ się wyczerpała.
-
Tylko spokój moŜe nas uratować, panno Foster.
Cierpliwość jest zaletą charakteru.
Jak ten obrzydliwy facet śmie drwić i powtarzać jej
własne słowa!
-
Cierpliwość to ja mam...
-
Ciii, ciii. Nie chcemy przecieŜ w obecności dzieci
powiedzieć czegoś, czego będziemy Ŝałowali, prawda,
pani nauczycielko? - Mówiąc to Reid zniŜył głos i
oskarŜycielskim gestem wycelował palec w Callie.
Odwróciła się szybko i zobaczyła dwóch chłopców,
którzy stali na chodniku przed domem Reida. Mają
jakieś osiem i dziesięć lat, oceniła szybko. Po ich
minach poznała, Ŝe z niesłychaną uwagą przysłuchiwali
się od początku całej rozmowie.
- Tak. Masz rację - przyznała, zaciskając zęby.
- Nie chcemy.
- Słuchaj, Callie. Jestem juŜ stanowczo za stary na
prowadzenie gierek i róŜne podchody.
W głosie Reida wyczuła odmienną, powaŜną nutę.
Wyglądało na to, Ŝe Ŝarty rzeczywiście skończyły się
definitywnie.
44
- Chcę, Ŝebyś odnowiła mój dom, ale jeszcze bar
dziej zaleŜy mi na tym, abyś się ze mną umówiła. Co ty
na to?
Callie poczuła nagle, Ŝe jej serce zaczęło bić nierów-
no i bardzo szybko. Otworzyła usta i zaraz potem je
zamknęła. Odetchnęła głęboko. Spróbowała jeszcze
raz.
- Nie odnowię twego domu, ale zgadzam się pójść
z tobą na randkę.
Usłyszawszy odpowiedź Callie, Reid uśmiechnął się
lekko.
-
Powinienem być chyba zadowolony. Połowa wy-
granej to nie jest zły wynik.
-
Połowa wygranej to nie jest zły wynik - potwier-
dziła Callie.
Spuściła głowę, odwróciła się i ruszyła w stronę
samochodu Reida.
Miała jednak jakieś dziwne i niewytłumaczalne
przeświadczenie, Ŝe od samego początku ten męŜczyz-
na grał o pełną stawkę.
45
ROZDZIAŁ TRZECI
- Dokąd mnie właściwie zabierasz i po co?
Callie podniosła wzrok i spojrzała na Reida. Miała
niepewną minę i uśmiechała się w sposób sztuczny.
Słońce w postaci ogromnej kuli wisiało nisko nad
horyzontem. Powietrze było wilgotne i przesycone
słodkim aromatem kapryfolium i świeŜo skoszonej
trawy. Było jeszcze bardzo ciepło. Ze wszystkich stron
docierały do domu odgłosy letniego wieczoru. Cykanie
ś
wierszczy, muzyka płynąca z otwartego szeroko ok-
na, głos matki przywołującej dziecko. W drzwiach
domu stał Reid. Wyglądał świetnie. Wysoki i opalony,
w białej koszuli z wykładanym kołnierzykiem i ręka-
wami podwiniętymi do łokcia. Miał na sobie dŜinsy.
Nie nowe i nie nazbyt zniszczone. Takie w sam raz.
Przyglądając się gościowi, Callie pomyślała nagle, Ŝe
jeśli jej wzrok przesunie się teraz w dół sylwetki Reida,
to napotka długie kowbojskie buty, ostatni krzyk
mody.
Gość miał jednak na nogach zwykłe obuwie. Lek-
kie, skórzane. Cały jego ubiór był swobodny i niefor-
malny. Wyglądał w nim pociągająco, a zarazem zupeł-
nie normalnie. Jedyną oznaką zamoŜności był kosz-
towny złoty zegarek, widoczny na przegubie lewej ręki.
Dzięki Bogu, Ŝe nie włoŜył garnituru, pomyślała
Callie. Odetchnęła z ulgą, myśląc o prostej sukience,
46
którą miała na sobie. Kobieta nigdy nie wie, jaki strój
ma na myśli męŜczyzna, kiedy prosi ją, Ŝeby ubrała się
„zwyczajnie".
Na wargach Reida igrał lekki uśmiech. Jego oczy
wydawały się teraz ciemniejsze niŜ przedtem. Bardziej
intensywne. Były koloru ciemnej, szlachetnej hiszpańs-
kiej brandy. Tego typu oczy u męŜczyzny przyciągają
kobiety, mają na nie magnetyczny wpływ i zakłócają
równowagę ducha. To nie jest w porządku, Ŝe natura
obdarzyła jednego męŜczyznę aŜ tyloma zewnętrznymi
zaletami, pomyślała Callie. To wręcz nieprzyzwoite.
- Zabieram cię do kina dla zmotoryzowanych na
stary film z Laurelem i Hardym - powiedział, wcho-
dząc do domu i spoglądając na Callie tymi swoimi
pięknymi oczyma. - Lubisz ich? - zapytał.
Callie z trudem zdobyła się na słaby uśmiech.
- Laurel i Hardy. Ta legendarna juŜ dzisiaj para
amerykańskich komików.
Nie potrafiła zdobyć się na to, aby powiedzieć
Reidowi, Ŝe ten rodzaj humoru zupełnie do niej nie
przemawia i Ŝe w błazenadzie Laurela i Hardy'ego nie
widzi nic śmiesznego. Zaczęła mówić, starannie dobie-
rając słowa:
-
Byłam przekonana, Ŝe kino dla zmotoryzowa-
nych pod Clarion juŜ jakiś czas temu zostało za-
mknięte.
-
Tak, masz rację. Po tym, jak odwiozłem cię
wczoraj do domu, przeprowadziłem mały wywiad.
Pojedziemy do takiego kina w pobliŜu Butler. Spraw-
dziłem. Jest czynne.
Callie zastanowiła się przez chwilę.
- To zabawny zbieg okoliczności. W dzisiejszej
prasie natknęłam się na ciekawy artykuł właśnie na
47
temat kin dla zmotoryzowanych. Poczekaj chwilę.
- Zniknęła w drzwiach kuchni i po chwili wróciła
wymachując trzymaną w ręku gazetą. - Mam!
Reid chwycił Callie za ramię.
- Chodźmy juŜ - ponaglił, uśmiechając się do niej.
- Opowiesz mi wszystko po drodze do Butler.
ZdąŜyła jeszcze wziąć torebkę i zamknąć drzwi
wejściowe, zanim zaciągnął ją do swego szarego buic-
ka, zaparkowanego na podjeździe.
ZauwaŜyła, Ŝe Reid zachowuje się bardzo powścią-
gliwie. Prawie wcale jej nie dotyka. A jeśli to robi, to
niemal odruchowo i zupełnie normalnie. Mimo to w
jego obecności czuła się nieswojo.
Siedząc w samochodzie, z zadowoleniem rozglą-
dała się po eleganckim wnętrzu. Reid siadł za kiero-
wnicą.
Ruszyli na południe. Za miastem wjechali na drogę
prowadzącą do Butler. To małe pensylwańskie mias-
teczko miało około siedemnastu tysięcy mieszkańców.
Znajdowało się o godzinę jazdy samochodem na
południowy zachód od Clarion i jakieś czterdzieści
kilka kilometrów na północ od Pittsburgha.
- W zeszłym roku prowadziłam w szkole zajęcia na
temat filmu - powiedziała Callie. Równocześnie w
rozłoŜonej przed sobą gazecie usiłowała odszukać ar-
tykuł, o którym wspomniała wcześniej Reidowi.
Jej słowa zaskoczyły go.
-
Na temat filmu? - powtórzył zdziwiony.
-
Tak. Zastanawialiśmy się na tym, w jaki sposób
filmy oddziałują na postawy Amerykanów, na ile
odtwarzają rzeczywistość i dlaczego sięgają dalej, poza
ś
wiat realny, do krainy fantazji. Te zajęcia lubiłam
chyba bardziej niŜ moi uczniowie.
48
-
Kiedy chodziłem do szkoły podstawowej, o ni-
czym takim jak filmy nigdy nie było mowy - powie-
dział Reid, rzucając Callie szybkie spojrzenie. - Mó-
wisz, Ŝe twoi uczniowie lubią się uczyć? - zapytał nieco
sceptycznie. - Jacy oni są?
-
Sympatyczni. I bardzo pojętni - odparła Callie,
nie przerywając wertowania gazety. Jej wzrok za-
trzymał się u dołu jednej strony. - O, juŜ znalazłam!
Zamilkła na dłuŜszą chwilę. Zaczęła czytać po cichu
początek odszukanego tekstu.
- Słuchaj, jest tu coś interesującego. Czy wiedzia-
łeś, Ŝe pierwsze kino dla zmotoryzowanych otworzono
szóstego czerwca tysiąc dziewięćset trzydziestego trze-
ciego roku w Camden w stanie New Jersey?
Reid uśmiechnął się lekko. -
- Nie. Nie wiedziałem.
- A czy wiesz, Ŝe wynalazcą takiego kina był niejaki
Richard Milton Hollingshead junior?
Tym razem Callie nie czekała na odpowiedź i ciąg-
nęła dalej:
-
Wygląda na to, Ŝe pan Hollingshead pierwszy
wpadł na pomysł, Ŝeby w czasach kryzysu połączyć
dwie rzeczy najbardziej uwielbiane przez Ameryka-
nów: ich własne samochody i kino. - Callie roześmiała
się swoim niskim altem i po cichu czytała dalej. - To
zdumiewające! - mruknęła w pewnej chwili do siebie.
-
Zachowujesz się nieładnie - łagodnym głosem
upomniał ją Reid. - Powiedz, o czym teraz czytasz.
Skinęła głową i przysunęła się bliŜej. Poczuł słod-
kawy zapach mydła, który unosił się wokół niej.
Mógłby przysiąc, Ŝe rozpoznaje subtelną, lecz dobrze
wyczuwalną woń marzanny.
Callie podniosła głowę znad gazety.
49
- Wbrew temu, co moŜna by przypuszczać, pierw-
sze kino dla zmotoryzowanych nie stało się jednak
szlagierem sezonu. Najpierw pojawił się problem in-
sektów. Nie śmiej się, naprawdę. Obok tego kina
w stanie New Jersey przepływała rzeczka, która okaza-
ła się być siedliskiem komarów. Przed kaŜdą projekcją
personel musiał wręczać widzom środek przeciw tym
paskudnym owadom.
W ciomnozłotych oczach Reida dojrzała rozbawie-
nie.
- Komary musiały doprowadzać wszystkich do
szału.
Callie roześmiała się głośno.
-
Wygląda na to, Ŝe mieli tam takŜe inne kłopoty.
Samochody grzęzły w gliniastym podłoŜu, a hałas
przeszkadzał mieszkańcom pobliskich domów. Dopie-
ro około tysiąc dziewięćset czterdziestego roku głoś-
niki zastąpiły duŜe tuby przypominające trąby, które
umieszczono wokół ekranu.
-
Ach, dobre to były czasy, kiedy bywało się w
takich kinach... - rozmarzył się Reid. - Miały
niepowtarzalną atmosferę. A takŜe złą reputację. Były
to ulubione miejsca młodych zakochanych.
-
Jasne, Ŝe dla ciebie były to dobre czasy - mruk-
nęła Callie. - Pochyliła głowę i zaczęła znów czytać
artykuł. - W latach tysiąc dziewięćset czterdzieści
osiem -pięćdziesiąt osiem liczba kin dla zmotoryzowa-
nych wzrosła do blisko czterech tysięcy. Piszą tutaj, Ŝe
ogromne zyski czerpali z nich ajenci bufetów z napoja-
mi i jedzeniem.
-
Co by to było za kino bez praŜonej kukurydzy z
masełkiem - westchnął Reid. - Lub paczki migdałów w
polewie cukrowej bądź lukrecji.
50
Callie skrzywiła się lekko.
-
Fe! Co to za jedzenie! -prychnęła z niesmakiem.
-
Nie chodzi o samo kino ani o kukurydzę czy
migdały. Chodzi mi o wspaniałą atmosferę tamtych
dni. O wspomnienia. Dla wielu ludzi, między innymi
dla mnie.
Nie potrafiła pojąć, o czym mówi Reid. W kinie dla
zmotoryzowanych była tylko raz w Ŝyciu. Z rodzicami,
jako mała dziewczynka. Dziś nie mogła sobie przypo-
mnieć nawet tytułu filmu, który wówczas oglądała.
- Wierzę ci na słowo. - Wzruszyła ramionami
i wróciła do lektury artykułu: - Cios dotknął kina dla
zmotoryzowanych w latach sześćdziesiątych. Praw-
dopodobnie dlatego, Ŝe w większości amerykańskich
domów pojawiły się juŜ telewizory. Dzisiaj w całych
Stanach są tylko dwa tysiące takich kin. O połowę
mniej niŜ w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym
ósmym. - Callie złoŜyła starannie gazetę i umieściła ją
obok siebie na siedzeniu wozu. - To wszystko, co
zawsze chciałam wiedzieć o kinach dla zmotoryzowa-
nych, a moŜe nawet więcej - dodała Ŝartem.
Najpierw zobaczyła błysk białych zębów, a potem
usłyszała miękki, ciepły śmiech.
-
W tym roku minęło dwadzieścia lat, ale nadal
ś
wietnie pamiętam, jak z chłopakami ładowaliśmy się
do białego chevroleta mego starszego brata i jechaliś-
my do kina oglądać Sandrę Dee, Jamesa Darrena i
Cliffa Robertsona w filmie Gidget.
-
Gidget? - powtórzyła Callie. Nic jej ten tytuł nie
mówił.
Reid potrząsnął głową i westchnął, zrezygnowany.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, Ŝe rozmawia z
osobą duŜo od siebie młodszą.
51
- Sądzę, Ŝe byłaś jeszcze za młoda, Ŝeby ten film
oglądać. Ale to były czasy... Długie letnie dni i jeszcze
dłuŜsze noce. Te chwile pozostaną na zawsze w pamię-
ci, mimo Ŝe spędzaliśmy je na znacznie bardziej
niewinnych zabawach niŜ dzisiejsza młodzieŜ. - Reid
zawiesił głos i zamyślił się głęboko.
Na jego twarzy Callie dostrzegła wyraz smutku, a
moŜe nawet Ŝalu.
Z kieszeni koszuli wyciągnął papierosa. Zapalił go i
ciągnął dalej:
- W sobotnie wieczory do kina pod Pittsburghiem
zjeŜdŜało wówczas mnóstwo pojazdów. To był rytuał,
a nasze spotkania stanowiły nieodłączną część ówczes-
nej młodzieŜowej kultury. Teraz w kinach dla zmoto-
ryzowanych pokazuje się tylko kiepskie filmy. Drugiej
kategorii. - Reid potrząsnął głową. - Wielka szkoda.
Gdybym miał syna, chciałbym, Ŝeby zobaczył, jak
niewinnie, a zarazem doskonale bawiła się wtedy
młodzieŜ. Chciałbym, Ŝeby przeŜył choć jedno takie
lato, jakie ja miałem jako młody chłopak. Sądzę
jednak, Ŝe nie byłoby to moŜliwe.
Reid zamilkł. ZwęŜonymi oczyma wpatrywał się w
pas szosy, która rozciągała się przed nimi jak ciemna,
aksamitna wstęga aŜ po czerwone niebo na horyzoncie.
-
Nie masz dzieci - powiedziała Callie.
-
Nie mam. Nigdy nie byłem Ŝonaty.
-
Te dwie rzeczy nie muszą się wykluczać - stwier-
dziła szorstkim głosem.
-
W moim kodeksie etycznym się wykluczają - od-
parł Reid ze zmarszczonym czołem. Zgniótł w popiel-
niczce papierosa.
Callie zwilŜyła językiem suche wargi. Zdecydowała
się pytać dalej.
52
-
Ile masz lat?
-
Trzydzieści sześć.
-
Och.
Musiała przyznać, Ŝe ją zaskoczył. Wyglądał mło-
dziej. Dałaby mu najwyŜej trzydzieści dwa lub trzy
lata.
Lewą ręką trzymał kierownicę. Prawą zrobił wymo-
wny gest.
- To zabawne, ale za kaŜdym razem gdy powiem
jakiejś kobiecie, ile mam lat, wówczas zawsze słyszę
okrzyk pełen zdumienia. Czy wszystkie kobiety uwa-
Ŝ
ają, Ŝe istnieją tylko dwa gatunki męŜczyzn, osiągają-
cych trzydzieści sześć lat w stanie bezŜennym: playboye
i faceci będący zupełnym ich przeciwieństwem?
Callie ponownie zaschło w ustach. Przeciągnęła
językiem po wargach i westchnęła głęboko.
- A do którego z tych gatunków ty sam siebie
zaliczasz, Reidzie Dillon?
Wyglądał na nieco ubawionego tym pytaniem. -
Chcesz wiedzieć, czy jestem świętym, czy grzesz-
nikiem, aniołem czy diabłem? O to ci chodzi? Była
ogromnie ciekawa jego odpowiedzi.
- Tak. O to.
Zanim się odezwał, zastanawiał się przez chwilę.
Callie nagle zdała sobie sprawę z tego, Ŝe przestał się
ś
miać i ma powaŜną minę.
- Sądzę, Ŝe jak większość męŜczyzn jestem gdzieś
pośrodku. - Dobierał starannie słowa. - Przyznaję, Ŝe
kiedy byłem młodszy, potrafiłem zachowywać się tak,
jakby diabeł we mnie wstąpił. Ale teraz... - urwał.
Myślami wrócił do wczesnej młodości. - Teraz uwa-
Ŝ
am się za człowieka o wyrobionych poglądach. Który
dobrze wie, z kim i w jaki sposób pragnie spędzać czas.
53
-
A więc jesteś nawróconym grzesznikiem. -W gło-
sie Callie brzmiało zdenerwowanie.
-
Być moŜe. - Reid rzucił jej ukradkowe, zacieka-
wione spojrzenie.
-
A ty, Callie Jean Foster, jaką jesteś kobietą, jeśli
chodzi o męŜczyzn?
Roześmiała się cicho, spuściła wzrok i zaczęła
przyglądać się swoim dłoniom.
- Sama chyba nie znam odpowiedzi na to pytanie.
Potrafiłabym ci powiedzieć, jaka jestem w stosunku do
dzieci, przyjaciół i rodziny. Ale w stosunku do męŜ-
czyzn? Nie wiem.
Odwróciła głowę i spojrzała w boczną szybę. Wi-
działa trawy przygięte wiatrem do ziemi i gdzieniegdzie
rozrzucone kępy drzew. I trawy, i drzewa miały tę
samą barwę. Soczystej, letniej zieleni.
Odwróciła głowę w drugą stronę i popatrzyła na
profil siedzącego obok męŜczyzny. Jakiej spodziewał
się odpowiedzi na swoje pytanie? śe jest naiwna, jeśli
chodzi o męŜczyzn? Niepewna? A moŜe ostroŜna?
Miała wszystkie te cechy i jeszcze inne, ale nie
zamierzała zdradzić Reidowi Dillonowi swych sek-
retów. śadna kobieta nie udziela chętnie takich in-
formacji.
Postanowiła nadać rozmowie lŜejszy ton.
-
Prawdę powiedziawszy, często wolę mieć do
czynienia z dziećmi niŜ z dorosłymi. Nie dlatego, Ŝe w
kaŜdym męŜczyźnie pozostaje zawsze coś z małego
chłopca. - Usłyszała, Ŝe Reid się roześmiał. - Potrafię
zrozumieć małych chłopców, ale wcale nie jestem
pewna, czy rozumiem duŜych.
-
A więc w kontaktach z męŜczyznami jesteś ostro-
Ŝ
na - podpowiedział.
54
- Jak wiele niezamęŜnych kobiet w moim wieku,
starałam się nie postępować lekkomyślnie - odparła
lekko. - Przyjaźniłabym się chętnie z męŜczyznami, ale
przekonałam się, Ŝe większość z nich nie pojmuje, co to
oznacza.
Reid zdawał się nie reagować na krytykę przed-
stawicieli własnej płci.
- A ja się przekonałem, Ŝe to samo dotyczy więk-
szości kobiet. Być moŜe dlatego, Ŝe przyjaźń między
męŜczyzną a kobietą uwaŜa się na ogół za niemoŜliwą.
Callie chciała powiedzieć, Ŝe to słuszne spostrzeŜe-
nie, ale nagle przed przednią szybą samochodu zoba-
czyła wielki, migający neon.
-
Spójrz, dojechaliśmy do kina.
-
Muszę ci się przyznać, Ŝe na myśl o praŜonej
kukurydzy z masełkiem napłynęła mi ślinka do ust.
Zastanawiam się, czy mają tutaj wiśniową colę.
-
Wiśniową colę? - zdziwiła się Callie, unosząc
brwi.
Reid zatrzymał samochód przy budce z kasą,
znajdującej się tuŜ przy wjeździe na teren kina.
- Pięć dolarów, proszę pana - usłyszał.
Z tylnej kieszeni dŜinsów wyciągnął skórzany port-
fel i wyjął z niego banknot dziesięciodolarowy. Wrę-
czył go kasjerce, w zamian za co, oprócz reszty,
otrzymał dwa bilety.
Reid odwrócił twarz w stronę Callie.
- Droga panno Foster, czyŜby przed chwilą chciała
pani mi powiedzieć, w ten swój jedyny i niepowtarzal-
ny sposób, Ŝe nigdy nie piła pani wiśniowej coli?
Energicznie pokręciła głową.
-
Nie. Nie piłam.
-
Jak się pani uchowała? - zapytał z przesadnie
55
dramatyczną nutką w głosie. - Callie, wiśniowa cola to
jest jeden z najsmaczniejszych napojów, jakie w ogóle
istnieją! - Opanował podniecenie i po chwili dodał: -
ChociaŜ, muszę przyznać, znam ludzi, którzy uwaŜają,
Ŝ
e nie dorównuje waniliowej.
Callie popatrzyła spod oka na Reida.
- Czy masz jeszcze w zanadrzu duŜo takich obco
brzmiących nazw? - spytała Ŝartobliwie, lecz z lekką
nutą irytacji w głosie.
Obrzucił ją spojrzeniem pełnym dezaprobaty.
-
Widzę, złotko, Ŝe bardzo zaniedbano twoją edu-
kację. - Nie sposób było poznać, czy mówi powaŜnie,
czy nie. -Coś mi się zdaje, Ŝe sam będę musiał wziąć się
za ciebie. - Oczy Callie rozszerzyły się nieco. - To,
oczywiście, przenośnia -wyjaśnił. Wyprostował umię-
ś
nione ramię i połoŜył je na oparciu siedzenia. - Wy-
gląda na to, Ŝe dziś nie będziemy mieli kłopotu ze
znalezieniem dobrego miejsca.
-
TeŜ mi się tak zdaje - przytaknęła Callie. Obszar,
który zajmowało kino, był prawie pusty.
-
Prawda, Ŝe nie chcemy zaparkować zbyt daleko
od bufetu?
-
Prawda - odparła, przypominając sobie upodo-
banie Reida do praŜonej kukurydzy, migdałów i coli.
-
Ale teŜ nie chcemy, Ŝeby światła z bufetu prze-
szkadzały nam w oglądaniu filmu - dodał.
-
Gotowa jestem się załoŜyć, Ŝe znajdowanie od-
powiedniego miejsca do zaparkowania samochodu w
kinie masz opanowane aŜ do perfekcji - docięła mu
Callie.
-
Sądzę, Ŝe to będzie idealne - mruknął pod nosem,
ustawiając samochód w wyznaczonym miejscu, w zu-
pełnie pustym sektorze kina.
56
Na nierównym gruncie przód wozu znalazł się
nieco wyŜej niŜ reszta samochodu, ale maska nie
zasłaniała widoku duŜego, srebrnego ekranu znaj-
dującego się przed nimi w odległości około czter-
dziestu metrów.
Reid zwrócił się do Callie:
- Czy będziesz stąd dobrze widziała?
Chciała zapytać, do czego to miejsce ma być
idealne, ale dała spokój.
- Tak. Dobrze. Dziękuję.
Wcisnął przycisk na tablicy rozdzielczej i szyby
automatycznie się opuściły. Wyłączył silnik, rozsiadł
się wygodnie i przez chwilę obserwował w milczeniu
ostatnie promienie słońca, które znikało powoli za
horyzontem.
Zachód słońca był zawsze sygnałem dla obsługi
kina do rozpoczęcia seansu.
Callie rozejrzała się wokoło i dopiero teraz uprzyto-
mniła sobie, jak bardzo będą odizolowani od innych
ludzi przez cały wieczór.
-
Pora, Ŝeby odwiedzić bufet - powiedział Reid.
Klepnął się w kolano. - Na co masz ochotę? Na
kukurydzę? Słodycze? Hot doga? Coś do picia?
-
Sądzę, Ŝe powinnam poznać smak tego, co,
twoim zdaniem, jest takie smaczne. Proszę o wiśniową
colę, jeśli ją tu mają.
-
Nie chcesz niczego więcej? - zapytał.
-
Nie - odparła stanowczym głosem.
-
Na pewno?
Nie odpowiedziała. Red milczał przez chwilę.
- Dobrze. Jak sobie Ŝyczysz. A więc dla ciebie jedna
wiśniowa cola. - Otworzył drzwi wozu i wysiadł. Oparł
się o samochód, pochylił i przez otwarte okno wsunął
57
do środka głowę. - Wrócę za kilka minut - oznajmił i
uśmiechnął się do Callie. - Tylko mi nie ucieknij.
Mruknęła coś w odpowiedzi i patrzyła, jak od-
chodzi w stronę małego bufetu, stanowiącego jedną
całość z kabiną projekcyjną.
Kabina stała dokładnie na środku obszernego tere-
nu, który zajmowało kino. Do Callie docierały odgłosy
muzyki rockowej z lokalnej radiostacji, wydobywające
się z pobliskich głośników. Wyglądały jak szereg
ołowianych Ŝołnierzyków rozstawionych po obu stro-
nach buicka.
Jeszcze raz rozejrzała się wokoło i na rozległym
terenie kina naliczyła zaledwie siedemdziesiąt róŜnych
samochodów osobowych i furgonetek. Spokojny ten
sobotni wieczór w Butler, pomyślała.
Lekki wietrzyk owiewał jej rozpalone ramiona. Po
upalnym dniu przynosił ulgę. Ostatnie promienie
zachodzącego słońca zapowiadały, Ŝe zaraz nadejdzie
upragnione ochłodzenie.
Callie oparła głowę i zamknęła oczy. Była zmęczo-
na. Bardzo zmęczona. Ten długi, uciąŜliwy dzień
zaczął się dla niej o świcie. Prowadziła bardzo regular-
ny tryb Ŝycia. Lubiła wcześnie wstawać i wcześnie się
kłaść. Wczoraj jednak bardzo długo przewracała się w
łóŜku i w Ŝaden sposób nie mogła zasnąć.
Wyglądało na to, Ŝe jej wewnętrzny zegar się
rozregulował. Wiedziała, co, a raczej kto, jest tego
przyczyną. Od wczoraj nie opuszczało jej jakieś dziw-
ne, niewytłumaczalne odczucie. Od wczoraj, a dokład-
nie od chwili, gdy zgodziła się umówić z męŜczyzną, o
którego istnieniu dowiedziała się zaledwie przed
siedemdziesięcioma dwiema godzinami. I to z męŜ-
czyzną, którego poznała ni mniej, ni więcej tylko
58
w sklepie spoŜywczym. Wtedy, u Charliego, nie przyszło
jej do głowy, Ŝe moŜe to być początek jakieś liczącej się
znajomości.
Dziwne, niewytłumaczalne uczucie nie opuszczało jej
przez cały wczorajszy dzień i nie pozwoliło usnąć aŜ do
późnych godzin nocnych. Nie ustąpiło rano, kiedy się
obudziła, ani potem, gdy stojąc na drabinie, malowała
dom. Towarzyszyło jej takŜe później, kiedy w ogródku
wyrywała chwasty na grządkach groszku i cebuli,
szpinaku i buraków, marchewki i pomidorów.
Męczyło ją takŜe przed wieczorem, gdy po skoń-
czonych zajęciach doprowadzała paznokcie do porządku,
robiąc manikiur. Malowanie i pielenie grządek było
zajęciem kojącym nerwy, lecz niszczącym ręce.
Callie zdała sobie sprawę z tego, Ŝe przez cały czas
unika nazwania tego uczucia, które ogarnęło ją w
chwili, w której poznała Reida Dillona. Gdyby musiała to
zrobić, mogła by uŜyć tylko jednego określenia. To było
podniecenie.
Callie Jean Foster nie były obce przeróŜne odczucia, ale
podniecenie do nich dotychczas nie naleŜało. Lub
przynajmniej ten rodzaj podniecenia, który wzniecił w
niej zdumiewający, dopiero co poznany męŜczyzna.
Miała troskliwą i kochającą matkę, grono przyjaciół i
Ŝ
yczliwych kolegów. Miała sympatycznych i pojętnych
uczniów. Miała tak wielu przyjaznych sąsiadów i
znajomych, Ŝe nie sposób byłoby ich zliczyć. Miała takŜe
marzenia. Ale w jej Ŝyciu brakowało podniecenia. I
głębokich przeŜyć. I własnego męŜczyzny.
Podobnie jak wiele wykształconych kobiet ze swego
pokolenia, juŜ kilka lat temu uznała, Ŝe jej wartość nie zaleŜy
od stanu cywilnego. Nie zamierzała opierać swej
59
egzystencji na męŜczyźnie. Nie dlatego, Ŝe miała
męŜczyznom coś do zarzucenia, lecz po prostu ze
względu na to, Ŝe była osobą z natury ostroŜną.
Dobrze wiedziała, czym mogą kończyć się związki,
w których kobieta Ŝyje tylko dla męŜczyzny i pokłada
w nim wszystkie nadzieje. A kiedy on ją porzuca i
odchodzi w siną dal, rozpada się cały jej świat.
Ten rodzaj miłości i bezgranicznego oddania się ze
strony kobiety jest nie dla mnie, uznała Callie. Cał-
kowita zaleŜność od drugiego człowieka świadczy o
słabości charakteru. Kobieta powinna być przede
wszystkim sobą. UzaleŜnienie się od męŜczyzny koń-
czy się często tragicznie. Jak w wypadku jej matki.
Callie otrząsnęła się z ponurych myśli. Podniosła
głowę.
Reid zbliŜał się do samochodu. Zobaczyła, jak idzie
szybkim krokiem po nierównym, wyboistym terenie.
Musiała przyznać, Ŝe ten męŜczyzna wygląda niezwyk-
le pociągająco.
Instynkt samozachowawczy ostrzegał Callie, Ŝe jest
to człowiek dla niej niebezpieczny. Obecność Reida
poruszyła ją, wniosła do Ŝycia uczucie podniecenia, a
takŜe wyzwoliła świadomość własnej kobiecości.
KaŜdym nerwem reagowała na jego bliskość.
Tak. Było bezspornym faktem, Ŝe Reid Dillon jest
męŜczyzną bardzo niebezpiecznym. Miała tego dowo-
dy. W ciągu zaledwie trzech dni potrafił zburzyć
spokój jej dotychczasowej egzystencji. Stanowił za-
groŜenie. Większe, niŜ początkowo przypuszczała.
- Szczęście nam dopisało! - wykrzyknął z daleka.
Mają tu...
- Wiśniową colę - dokończyła. - Podejdź bliŜej.
60
Pozwól, Ŝe ci pomogę. - Przesunęła się na miejsce
kierowcy i otworzyła drzwi wozu. Wyciągnęła ręce.
- Dziękuję.
Reid podał jej kubki z napojami. Był obładowany.
- Czegoś ty nakupował?
Wzniósł oczy do nieba.
-
Zaraz znów usłyszę, Ŝe moja skromna kolacja to
paskudztwo.
-
Niczego nie zjadłeś przed wyjściem z domu?
- zdziwiła się Callie.
Reid rozłoŜył przyniesione skarby. DuŜą tackę
pełną frytek, hot dogi, torbę praŜonej kukurydzy i
róŜne słodycze. W rękach Callie znajdowały się
jeszcze dwa kubki z wiśniową colą.
- Mówiłem ci przecieŜ, Ŝe nie jestem zaradny
- usprawiedliwił się szybko łagodnym głosem.
-
Sądziłam, Ŝe odnosi się to tylko do malowania
domów - odparła tłumiąc śmiech. - Nie przypusz-
czałam, Ŝe dotyczy takŜe przygotowywania posiłków.
-
Gotowania i wielu róŜnych innych rzeczy - przy-
znał bez cienia skruchy, wpychając do ust hot doga.
Zjadł jeszcze prawie wszystkie frytki, drugiego hot
doga, a dopiero potem znów się odezwał: -Dobrze, Ŝe
mi przypomniałaś o odnawianiu. Pracownik zakładu
usług malarskich oglądał dzisiaj mój dom. Koszt
remontu wycenił na trzy tysiące dolarów. Co o tym
sądzisz?
Reid mówił to wszystko z absolutnie niewinną
miną, ale Callie mu nie dowierzała. Wiedziała, Ŝe jest
przebiegły. To, Ŝe porusza sprawę malowania domu ot
tak, jakby od niechcenia, wzbudziło jej podejrzenia.
- Trzy tysiące dolarów? - powtórzyła zaskoczona
wysokością sumy. - To jest rozbój na równej drodze.
61
Obdarzył ją teraz spojrzeniem, które miało wyraŜać
całą jego bezradność.
- UwaŜasz, Ŝe to za duŜo?
Pokręciła przecząco głową.
- Oczywiście, Ŝe nie, jeśli za te pieniądze zamierzasz
odmalować domy w całej dzielnicy.
Reid wyprostował się, pozbierał rozrzucone opakowa-
nia po jedzeniu, zgniótł je i wepchnął do torby na śmieci.
- Widziałaś przecieŜ mój dom. Powiedz, ile powin-
no kosztować odnowienie? - zapytał.
Callie upiła łyk coli i przez chwilę się zastanawiała.
-
Ten napój, przyznaję, jest naprawdę świetny.
Pytasz o rzetelną cenę? Półtora tysiąca. NajwyŜej dwa.
Ale nie więcej. Tak uwaŜam.
-
Dziękuję. To mi wystarczy - oświadczył, zamy-
kając dyskusję, którą przed chwilą sam rozpoczął. Tak
jakby to, co powiedziała Callie, załatwiało sprawę. -
Seans chyba się juŜ zaczyna.
Usłyszeli teraz klakson jednego samochodu, a zaraz
potem drugiego, trzeciego i wielu następnych. Była to
przedziwna kakofonia dźwięków.
- Publiczność zaczyna się niecierpliwić - powie
działa Callie wychylając się przez okno.
Reid dotknął lekko jej ramienia.
- Zanim zacznie się film, muszę pozbyć się tych
rzeczy. - Wziął do ręki torbę ze śmieciami i otworzył
drzwi wozu. Wysiadł i wrzucił ją do stojącego w po-
bliŜu kosza.
Na krawędzi tylnego okna samochodu przyczepił
głośnik i podregulował natęŜenie dźwięku.
Obejrzeli w milczeniu kilka starych kreskówek, u
potem dwie pierwsze przedpotopowe scenki filmowe z
Laurelem i Hardym.
62
Callie wygładziła dół sukienki, Ŝeby jak najmniej ją
pognieść, i rozsiadła się wygodnie. Na widok Stana
Laurela i O1ivera Hardy'ego, wygłupiających się na
ekranie, bezwiednie westchnęła.
W pewnej chwili zmarszczyła czoło.
-
Byłam pewna, Ŝe filmy z Laurelem i Hardym są
czarno-białe. PrzecieŜ to starocie - powiedziała szep-
tem, nie odrywając wzroku od barwnego obrazu na
srebrzystym ekranie.
-
Masz rację. Były czarno-białe - odparł cicho
Reid. - Ale potem je pokolorowano. Kilka lat temu w
Hal Roach Studios zaczęto przetwarzać filmy czarno-
białe na barwne. Zastosowano do tego technikę
komputerową.
-
Teraz juŜ rozumiem.
Siedziała dalej w milczeniu, patrząc bez zaintereso-
wania na ekran i próbując śledzić nieciekawy wątek
następnej scenki i mało zabawne dowcipy obu komi-
ków. Zamknięta we wnętrzu samochodu miała niewie-
lki wybór. Mogła albo spoglądać na ekran, albo
przyglądać się ukradkiem Reidowi. Wybranie tej dru-
giej ewentualności nie wydawało się posunięciem roz-
sądnym. Siedząc tak blisko tego męŜczyzny i tak była
juŜ świadoma kaŜdego jego ruchu, a nawet oddechu.
Nagle zdała sobie sprawę z tego, Ŝe jej sąsiad wcale
na ekran nie patrzy. Poruszyła nieznacznie głową i
kątem oka dostrzegła, Ŝe Reid przestać oglądać film i
patrzy na nią.
-
Czy coś jest nie w porządku? - zapytała, obraca-
jąc twarz w jego stronę.
-
Nie wydaje mi się - odparł.
To nie jest Ŝadna sensowna odpowiedź, pomyślała
Callie, ale ten komentarz zachowała dla siebie.
63
- Dlaczego nie oglądasz filmu? - zapytała Reida.
Milczał przez chwilę.
-
Wolę przyglądać się tobie - odrzekł lekko za-
chrypniętym głosem, który sprawił, Ŝe przez ciało
Callie przebiegł nagły dreszcz.
-
Wolisz mnie się przyglądać? - Miała ogromną
ochotę wybuchnąć głośno śmiechem, ale się powstrzy-
mała. - Nie lubisz Laurela i Hardy'ego?
-
Nie są źli - odparł bezbarwnym głosem.
-
To dlaczego nie patrzysz na ekran?
-
Bo wolę patrzeć na ciebie.
Co na to powinnam odpowiedzieć? zastanawiała się
Callie. Nie ufała siedzącemu obok męŜczyźnie i nie
dowierzała Ŝadnym jego słowom.
Nagle poczuła, Ŝe ręka Reida, którą trzymał wycią-
gniętą na oparciu siedzenia, gładzi delikatnie jej ob-
naŜony kark. Ręka była ciepła i nieco szorstka. Chyba
juŜ od pewnego czasu dotykał jej skóry, lecz Callie nie
zdawała sobie z tego sprawy. PrzecieŜ na to nie
zezwoliła! Zaraz poinformuje tego zuchwalca, Ŝe nie
Ŝ
yczy sobie, aby tak się zachowywał. Musi natych-
miast przestać. Zaraz mu to powie, gdy tylko uda się jej
złapać oddech!
Odwrócił się w stronę Callie. JuŜ nawet nie udawał,
Ŝ
e ogląda film. Opuszką palca zaczął lekko obwodzić
zarys profilu jej twarzy. Zaczął od czoła u nasady
włosów. Potem przesunął palec wzdłuŜ nosa i jeszcze
delikatniej niŜ poprzednio obwodził nim rozchylone
wargi dziewczyny. Po chwili oderwał palce od jej ust i
zaczął głaskać podbródek.
Callie siedziała bez ruchu, jak skamieniała, mimo Ŝe
kaŜdym nerwem odczuwała pieszczoty Reida. Ten
człowiek to potrafi dotykać! Ale czy moŜna powiedzieć
64
mu, Ŝeby przestał? Nie, bo w ten sposób Callie da mu do
zrozumienia, Ŝe jego pieszczota robi na niej wraŜenie.
Za nic nie chciała okazać Reidowi, co z nią się dzieje.
Serce waliło jej w piersiach jak młotem. Podchodziło do
gardła.
Naprawdę niewiele kobiet było w stanie zainteresować
sobą Reida. Sam był zdziwiony własnym stosunkiem do
siedzącej obok dziewczyny. Musiał przyznać, Ŝe Callie
Jean Foster go zaintrygowała. I to bardzo.
Była nietypowa.
Miała dwoistą osobowość. Z jednej strony wydawała się
dziwnie staroświecka i tradycyjna. Były to zalety juŜ dziś
nie spotykane. Z drugiej jednak strony reprezentowała typ
w pełni współczesnej kobiety. Właśnie to połączenie
przeciwstawnych cech chyba najbardziej intrygowało
Reida.
Przysunął się bliŜej. Przyglądał się teraz jej jasnozłotym
włosom, opadającym jak chmura na ciemne, opalone
ramiona. Pragnął poznać bliŜej tę dziewczynę i wszystkie
jej sekrety. Interesowała go i pociągała. Chciał takŜe
wiedzieć, jak smakują jej wargi.
Pochylił głowę. Przyciągnął do siebie obnaŜone ramię
Callie. Poczuł, Ŝe dobrze mieć ją blisko siebie.
Zrobiło się jej nagle gorąco. Skóra paliła, tak jakby
padały na nią ostre promienie słońca. Ale słońca nie było.
Na granatowym niebie widniał tylko wąski sierp księŜyca.
Ś
wiecił bladym światłem. To ciało Callie płonęło ogniem
poŜądania. Rozpalona skóra dziewczyny była pokryta
cieniutką warstewką potu, połyskującego jak poranna
rosa.
I w tej właśnie chwili Reid ją pocałował. Straciła
oddech. Jego usta były gładkie, silne i wymagające.
65
Ujął ją pod brodę. Czuła jego palce poruszające się u
nasady szyi.
Callie wydawało się przez chwilę, Ŝe Reid szepce jej
imię, ale głośne bicie własnego serca zagłuszyło wszel-
kie dobiegające dźwięki. Usiłowała ostrzec się przed
groŜącym niebezpieczeństwem, które stwarzały poca-
łunki Reida i dotyk jego rąk. Wiedziała, Ŝe jeśli kobieta
pozna uczucie podniecenia, które wywoła w niej
męŜczyzna, przestanie być sobą. Pocałunek Reida miał
smak nektaru, lecz był groźny jak trucizna. Byłoby
znacznie lepiej, gdyby do niego nie doszło.
Nie posłuchała jednak własnego instynktu samoza-
chowawczego. ZlekcewaŜyła wszystkie sygnały alar-
mowe. Miała juŜ przecieŜ dwadzieścia osiem lat i wie-
lokrotnie kierowała się w Ŝyciu głosem rozsądku. Czy
i tym razem powinna postąpić tak samo?
Co zrobić?
Nie mogła juŜ jednak o niczym decydować. Reid
Dillon owładnął jej duszą i ciałem. Całował mocno, a
jego język wnikał głęboko w usta Callie. Głaskał jej
ramiona i obnaŜoną szyję.
W chwili w której ujrzała go po raz pierwszy,
przytłoczył ją ogromny wzrost tego męŜczyzny i potęŜ-
na sylwetka. Teraz przytłaczał ją znów. Tym razem
pocałunkiem, dotknięciem i samą bliskością.
Bez słowa wziął ją w ramiona i przyciągnął mocno
do siebie.
Noc otoczyła ich jak czarny welon. Collie słyszała
tylko bicie własnego serca pod ciepłą dłonią Reida. Nie
widziała nic oprócz zarysu jego twarzy tuŜ przed sobą.
Po jego pocałunku pozostał jej na wargach ostry,
męski zapach.
- Reidzie... - CzyŜby ten niski, schrypnięty głos
66
wydobywający się z trudem z gardła, naleŜał właśnie
do niej samej?
- Callie. - Łagodnie wymówił jej imię.
Zmobilizowała wszystkie siły. Odsunęła się i popa-
trzyła na Reida. Czubek jej głowy sięgał zaledwie jego
podbródka.
-
Och - zaczęła z pozornym spokojem - czy nie
sądzisz, Ŝe na amory w kinie dla zmotoryzowanych
jesteśmy zbyt dorośli? - Bardzo się starała, Ŝeby w jej
głosie zabrzmiała ironia.
-
Callie, na to nigdy nie będziesz za dorosła - odparł
i znów przycisnął usta do jej rozchylonych warg.
-
Nie, zostaw mnie. Przestań, proszę. - Usiłowała
wyswobodzić się z jego ramion i odsunąć. Poczuła
nagle dziwną bezsilność. Będąc sam na sam z tym
męŜczyzną, chyba nie byłaby w stanie mu się oprzeć.
Puścił ją. Puścił od razu. Przez chwilę przyglądał się
twarzy Callie widocznej w bladym świetle księŜyca.
- Dlaczego chcesz, Ŝebym przestał? - zapytał. Ujął
w dłonie twarz Callie. Przeciągnął palcem po roz-
chylonych wargach. - PrzecieŜ pragniesz tego tak
bardzo, jak ja.
DuŜe, niebieskie oczy Callie rozszerzyły się jeszcze
bardziej, mimo iŜ wiedziała, Ŝe to prawda. Pragnęła
Reida i jego pieszczot tak samo, jak on jej.
Z niechęcią odparła:
- Powstrzymałam cię, bo mnie przestraszyłeś.
Sprawiłeś, Ŝe zaczęłam obawiać się samej siebie. - Czy
rzeczywiście wypowiedziała te słowa na głos, i to do
człowieka, którego prawie nie znała?
Przyciągnął ją do siebie i przytrzymał w objęciach.
Oparł podbródek na czubku jej głowy.
67
- Och, Callie, nie komplikuj wszystkiego. Jesteśmy
po prostu męŜczyzną i kobietą, którym jest z sobą
dobrze.
Callie poczuła nagle, jak tęŜeją jej ramiona. Kiedy
Reid wypuścił ją z objęć, podniosła wzrok i popatrzyła
na niego podejrzliwie.
- Czy rzeczywiście tak sądzisz? - spytała cichym
głosem.
W odpowiedzi najpierw westchnął głęboko.
- Powiedziałaś mi dzisiaj, Ŝe nie wiesz, jaka jesteś
w stosunku do męŜczyzn. A ja juŜ chyba wiem. Jesteś
bardzo ostroŜna. Prawda? - Reid odsunął się. Siedział
teraz wyprostowany. Jego głos brzmiał łagodnie.
- Callie, nie bój się. Nie pozwól, aby Ŝycie przeszło
obok ciebie.
Te jego słowa odbijały się ciągłym echem w mózgu
dziewczyny podczas długiej drogi powrotnej do Cla-
rion. Słyszała je nadal, gdy Reid odprowadzał ją aŜ po
drzwi domu i wtedy, kiedy pochylił się i pocałował ją
na dobranoc.
Tej nocy Callie zapadła w sen, w którym odczuwała
na nowo pocałunki i dotyk dłoni Reida Dillona.
68
ROZDZIAŁ CZWARTY
- Do diabła, a cóŜ to za hałas!
Reid obudził się i usiadł błyskawicznie na łóŜku. Był
jeszcze nieprzytomny, bo rozespany, ale w Ŝołądku
odczuwał juŜ nieprzyjemny ucisk. Nasłuchiwał przez
chwilę. Wokół panowała cisza.
- Cholera, Ŝe teŜ coś musiało mnie obudzić! -jęknął.
PołoŜył się i wcisnął głowę pod poduszkę.
Męczył się w łóŜku jak potępieniec. Nie mógł
zasnąć. Dziesięć minut później usiłował przewrócić się
na bok, ale poczuł, Ŝe ma nogi zaplątane w pościel.
Zmełł w ustach następne przekleństwo. Uniósł głowę i
spojrzał na zegarek stojący na stoliku przy łóŜku.
Siódma.
Zawsze wstawał o tej porze. Zawsze, to znaczy
wtedy, kiedy chodził do pracy. Był do tego przy-
zwyczajony tak bardzo, Ŝe teraz wiedział, iŜ w ten
poniedziałkowy poranek w Ŝaden sposób juŜ nie
zaśnie. Marzył o filiŜance kawy. A właściwie o dwóch
lub nawet trzech. Tego było mu potrzeba.
No, ograniczy się do jednej, zdecydował. Na tyle
zezwolił mu Jim Andrews. Na jedną małą kawę
kaŜdego ranka. To fatalne, jeśli lekarz jest równocześ-
nie przyjacielem. Innemu konowałowi nawymyślałby
ile wlezie, gdyby ten próbował narzucić mu tak
69
nieludzkie ograniczenia. Ale wobec Jima po prostu nie
mógł się tak zachować. Za bardzo go lubił.
Czuł się fatalnie. Przez resztę weekendu, jeszcze do
tej pory, płacił za sobotnie grzechy. Z największą
niechęcią musiał przyznać, Ŝe Callie miała rację. Powi-
nien uwaŜać na to, co je i pije. Gdyby przestrzegał
diety, dziś czułby się znacznie lepiej.
Przykre uczucie w Ŝołądku zastąpił dobrze znany,
tępy ból, który gnębił go dniami i nocami. Teraz był
sygnałem, Ŝe Reid musi natychmiast coś zjeść. Gdy
tylko weźmie gorący prysznic i ogoli się, usmaŜy sobie
dwa jajka i wypije wymarzoną kawę.
A później? Co będzie robił potem? Dziś, jutro,
pojutrze, za tydzień, za dwa, aŜ do końca tego
przeklętego lata?
Sfrustrowany, przygładził dłonią rozczochrane
włosy. Odrzucił koc i wyskoczył z łóŜka, nagi jak Pan
Bóg go stworzył.
PołoŜył się na gołych deskach, na drewnianej pod-
łodze, po której jego dziadkowie stąpali przez prawie
czterdzieści lat, i zaczął robić pompki. Po pięćdziesię-
ciu opadł cięŜko dysząc na ziemię. Czuł chłód gładkich
desek przy twarzy. Wreszcie podniósł się na rękach i z
duŜym
wysiłkiem
zrobił
następne
pięćdziesiąt
pompek. Starzał się, to było widoczne. Ćwiczenia
przychodziły mu z coraz większą trudnością.
Po upływie kwadransa stał przed umywalką w ła-
zience, usiłując przy goleniu oglądać swoją twarz w
zaparowanym lustrze.
I właśnie wtedy ponownie usłyszał ten sam dziwny
odgłos, który go obudził. Przeraźliwy hałas, który
sprawił, Ŝe o tak nieprzyzwoicie wczesnej porze zwlókł
się dziś z łóŜka.
70
Chwycił szlafrok wiszący na klamce drzwi łazienki
i szybko naciągnął go na siebie. Ściągnął z wieszaka
ręcznik i biegnąc, wycierał nim twarz, usuwając resztki
kremu. Przeskakiwał po dwa schody naraz i po
minucie był juŜ na dole. Jednym nagłym ruchem
otworzył frontowe drzwi.
- Co, do licha...?
Nie dojrzał nikogo. Tylko na podjeździe pod do-
mem stała nieco zdezelowana, niebieska furgonetka.
Reid nie miał pojęcia, skąd się tu wzięła.
Zatrzasnął drzwi i poszedł wprost do kuchni. Dziw-
ne odgłosy zza okien słyszał stąd bardzo wyraźnie.
Przypominały skrobanie. Świdrowały w uszach i spra-
wiały, Ŝe Reidowi cierpły zęby.
Tym razem wybiegł tylnym wyjściem i zaczął okrą-
Ŝ
ać dom. Teraz w jego polu widzenia, oprócz niebies-
kiej furgonetki, znalazła się takŜe wysoka drabina,
oparta o ścianę budynku.
Zadarł głowę do góry i hen, na wysokości okien na
piętrze zobaczył drobną postać kobiecą ubraną w dŜin-
sy o odciętych nogawkach i jaskrawoczerwoną bluzkę.
Na ten niezwykły widok zmarszczka przecięła czoło
Reida. Zawołał:
- Callie!
Odwróciła głowę i spojrzała w dół. Na jej twarzy
zagościł szeroki uśmiech.
- Dzień dobry! - odkrzyknęła.
Była wesolutka jak szczygiełek, co Reida rozeźliło
jeszcze bardziej.
- Co ty tam robisz? - krzyknął ze złością.
Rozstawił nogi, oparł ręce na biodrach i wsunął
palce na pasek u spodni. Zadarł głowę i spojrzał w
górę.
71
Siedziała tak wysoko, Ŝe od samego patrzenia
robiło mu się niedobrze!
-
Postanowiłam wcześnie zacząć! - zawołała z czu-
bka drabiny.
-
Co zacząć? - zapytał.
-
Malowanie twojego domu. O tej porze pracuje się
łatwiej. Nie jest jeszcze gorąco - wyjaśniła.
-
Callie Jean Foster! Niech pani schodzi na dół.
Natychmiast! - krzyknął Reid gromkim głosem. -Mu-
szę z panią porozmawiać. - Zabrzmiało to jak rozkaz i
zapowiedź przykrej dyskusji.
Potrząsnęła przecząco głową i zabrała się z po-
wrotem do pracy.
-
Zaraz zejdę, ale przedtem muszę oczyścić ze starej
farby fragment ściany obok okna.
-
Callie! - wrzasnął Reid.
-
Poczekaj chwilę. Jeszcze tylko pięć minut. - Cal-
lie próbowała udobruchać Reida.
Wpadł w złość. Niewiele myśląc, zaczął wchodzić
po drabinie. Kiedy znalazł się wysoko w górze, przypo-
mniał sobie o nękającym go od lat lęku wysokości.
- Chcesz postradać Ŝycie? - zawołał, zadzierając
głowę.
Popatrzyła na Reida. Miała zaskoczoną minę.
- Czy pamiętasz, Ŝe o to samo ja ciebie spytałam,
kiedy się poznaliśmy? Pomyślałam wtedy, Ŝe mam do
czynienia z samobójcą.
Odwróciła się znów twarzą w stronę ściany i zaczęła
zeskrobywać warstwę farby, miejscami łuszczącej się i
odchodzącej od desek.
- Złaź natychmiast! - Reid zaklął pod nosem,
podciągnął się w górę i złapał Callie za przegub dłoni.
- Zejdź z tej drabiny, zanim skręcisz sobie kark!
72
-
Nic sobie nie skręcę, jeśli zostawisz mnie w spo-
koju - odparła z godnością. -Tak się składa, Ŝe jestem
przyzwyczajona do pracy na wysokości.
-
Do diabła, Callie!
-
No dobrze. JuŜ dobrze. - Wepchnęła papier
ś
cierny i skrobaczkę do kieszeni fartucha i zaczęła
schodzić. Był tylko jeden szkopuł. TuŜ pod nią na
drabinie znajdował się Reid. Nie poruszył się ani o
milimetr.
Collie zobaczyła, Ŝe jest dziwnie blady.
- Czy dobrze się czujesz? - zapytała.
- Zaraz mi przejdzie-mruknął niepewnym głosem.
O BoŜe, domyśliła się Callie, on ma lęk wysokości!
Znała sporo osób, męŜczyzn i kobiet, cierpiących na tę
przypadłość.
-
Odpocznij chwilę. Zaraz poczujesz się lepiej - po-
wiedziała łagodnym głosem.
-
Bardzo w to wątpię - warknął.
Zacisnął zęby i zaczął powoli, na sztywnych nogach,
zsuwać się z drabiny.
- Znam dobrze to uczucie. Odczuwam lęk wysoko-
ś
ci, gdy jestem w samolocie.
Reid zatrzymał się i popatrzył na Callie.
-
W samolocie? - powtórzył ze zdziwieniem.
-
Za kaŜdym razem, kiedy wybieram się w podróŜ
samolotem, juŜ kilka dni wcześniej umieram ze stra-
chu.
Teraz on potrząsnął z niedowierzaniem głową.
-
ś
artujesz.
-
Nie. Nie Ŝartuję. Zechciej zauwaŜyć, Ŝe od samo-
lotu w powietrzu jest całkiem spora odległość do ziemi.
-
Latałem mnóstwo razy. SłuŜbowo. I nigdy nawet
o tym nie pomyślałem. - Schodził powoli. -To dziwne,
73
Ŝ
e pracujesz stojąc na drabinie. A jak czujesz się w
lunaparku, na tych wszystkich kręcących się kołach?
-
Na karuzeli? - spytała Callie. Spojrzała na Reida,
chcąc się przekonać, czy przypadkiem z niej nie kpi. -
Nie mam pojęcia. Od lat nie byłam w wesołym
miasteczku. Ale nie przypominam sobie, Ŝeby mnie
tam kiedykolwiek dręczył lęk wysokości.
-
Wziąłem kiedyś siostrzeńca na krótką przejaŜdŜ-
kę po morzu piętrowym statkiem - powiedział Reid
stawiając z ulgą stopy na ziemi i pomagając Callie zejść
z drabiny. - Były to najdłuŜsze minuty w moim Ŝyciu.
Znalazła się wreszcie na dole. Popatrzyła na Reida,
który od chwili kiedy go poznała, bez przerwy przy-
tłaczał ją fizycznie, i pomyślała o sytuacji, w jakiej
przed chwilą oboje się znajdowali. Ostatnia scena była
szczególnie zabawna. Role się odwróciły. Ona okazała
się silniejsza. Zyskała przewagę nad Reidem.
Dopiero teraz zauwaŜyła, jak jest ubrany.
Rogiem ręcznika zwisającego Reidowi z ramienia
wytarła mu resztki kremu, który pozostał na brodzie.
Następnie zrobiła krok wstecz i obejrzała go uwaŜnie.
Od stóp do głów.
- Hej, chłopczyku, gdyby teraz mogła cię widzieć
twoja mama, uznałaby z pewnością, Ŝe synek nie jest
stosownie ubrany.
Reidowi wcale nie było do śmiechu. Nie chciał dać
Callie satysfakcji i powodu do Ŝartów, ale sam z tru-
dem zachowywał powagę. Stojąc przed nim na lekko
rozstawionych nogach i przyglądając mu się tymi
swoimi rozbawionymi, niebieskimi oczyma, wyglądała
niezwykle sympatycznie. Wreszcie się poddał i roze-
ś
miał. Nie potrafił oprzeć się urokowi tej małej,
zadziornej kobiety.
74
-
Witaj na ziemi. Jak się masz? - Pochylił się i bez
wysiłku wziął Callie na ręce. Ucałował czubek jej nosa.
-
Całkiem nieźle - mruknęła, zaciskając dłonie
wokół jego szyi. Robię to tylko dlatego, Ŝeby mnie nie
upuścił, powiedziała do siebie tytułem wyjaśnienia.
-
Nie sądź, młoda damo, Ŝe ze mną wygrałaś. -
Reid ucałował rozchylone usta Callie. ZauwaŜyła, Ŝe
nie jest juŜ rozbawiony. - Kiedy tylko w coś się
przyodzieję i zjem małe co nieco, zaŜądam wyczer-
pującego wyjaśnienia.
-
Dobrze, szanowny panie - szepnęła Collie.
-
Mówiłaś coś? - zapytał.
-
Mam propozycję nie do odrzucenia. Ja zrobię
ś
niadanie, a ty tymczasem się ubierzesz - powiedziała
łagodnym głosem. Wyswobodziła się z objęć Reida i po
chwili stopami dotknęła ziemi. Wsunęła rękę pod jego
ramię. Skierowali się w stronę kuchni. - Naprawdę
będzie szybciej, jeśli przygotuję ci coś do jedzenia.
-
Ś
wietnie. - Otworzył drzwi i zatrzymał się, Ŝeby
przepuścić Callie przed sobą. - Dla mnie jajecznica z
dwóch jajek, dwa tosty z masłem i filiŜanka kawy. Bez
cukru i bez mleka - złoŜył zamówienie.
Popatrzyła na Reida takim wzrokiem, jakby miała
do czynienia z człowiekiem, który postradał zmysły.
- Dostaniesz dwa jajka w koszulkach i szklankę
mleka. To jest dla ciebie odpowiednie jedzenie, nawet
jeśli nie dorobiłeś się jeszcze wrzodu Ŝołądka.
Zacisnął wargi.
-
Nie dorobiłem się - warknął.
-
Uwierz mi. To, co proponuję, jest lepsze.
Ta malutka kobieta jest uparta jak muł, pomyślał
zgnębiony Reid. Oparł się plecami o blat kuchenny i
złoŜył ręce na piersiach.
75
- Zgoda. Od biedy mogą być jajka w koszulkach,
ale Jim Andrews, to znaczy mój lekarz, pozwolił mi
wypijać jedną filiŜankę kawy na śniadanie.
Postanowił do końca się nie poddawać. Więc per-
traktował. Tak jakby chodziło nie o zwykłe śniadanie,
lecz o niezwykle waŜne interesy. We wszelkich negoc-
jacjach Callie Jean Foster była trudnym przeciw-
nikiem, nawet przy stole kuchennym.
- A więc dwa jajka w koszulkach, dwa tosty
z masłem i jedna kawa bez cukru i mleka - jednym
tchem wyrecytowała znuŜonym tonem doświadczonej
kelnerki.
Reid zaczął miotać się po kuchni. Otwierał róŜne
szafki i szuflady. Wyciągał talerze, sztućce, garnki i
szukał jeszcze innych naczyń.
- Zaraz dam ci wszystko.
Powstrzymała go jednym lekkim dotknięciem ręki.
- Nie męcz się. Jestem pewna, Ŝe sama znajdę
wszystko, czego będzie mi trzeba. Idź juŜ i ubierz się.
Ubierz się. Ubierz się wreszcie, powtarzała w du-
chu. Nie była w stanie przebywać dłuŜej w towarzyst-
wie półnagiego męŜczyzny. Zwłaszcza tak atrakcyj-
nego i niebezpiecznego, jak Reid Dillon.
-
Jesteś pewna, Ŝe sobie poradzisz? - zapytał z nie-
dowierzaniem.
-
Oczywiście. Umiem poruszać się po kuchni. Nie
przejmuj się, znajdę wszystko, co będzie mi potrzebne.
Wzruszył ramionami.
- Jak chcesz.
Odwrócił się i z ociąganiem wyszedł. Usłyszała na
schodach odgłosy jego bosych stóp. Zabrała się
ochoczo do roboty. Reid Dillon dostanie dziś na
ś
niadanie najlepiej przyrządzone jajka,
76
jakie kiedykolwiek zdarzyło mu się jeść. śałowała tylko,
Ŝ
e nie ma pod ręką swoich ziół i innych przypraw. W
kuchni Reida niczego takiego nie zauwaŜyła. Prawdę
powiedziawszy, znalazła tylko kawałek chleba i pojem-
nik z jajkami. Aha, i trochę masła. Nic więcej nie było.
Pomyślała o swojej spiŜarce. Pełno w niej było
ustawionych równiutko na półkach przeróŜnych słoików
i słoiczków. Miała tam mieszanki ziół, domowej roboty
ostre musztardy, pikle, jarzyny konserwowane na zimę,
soczyste
owoce,
a
takŜe pęki
suszących
się
aromatycznych ziół zwisających u powały.
Kiedy Reid wrócił po kwadransie, Callie miała juŜ
wszystko przygotowane.
Z lekko wrzącej wody wyjęła ostroŜnie łyŜką jajka
ugotowane bez skorupek i połoŜyła je na talerzu.
Spojrzała na pana domu, stojącego w progu. Był ubrany
w lekkie beŜowe spodnie i bawełnianą koszulę. Poczuł
kuchenne zapachy i Ŝołądek zaczął gwałtownie domagać
się jedzenia. Pod Reidem ugięły się nogi. Czuł, Ŝe
słabnie z głodu.
Callie wskazała mu gestem jedno z dwu krzeseł
stojących przy stole.
- Siadaj!
Posłuchał natychmiast i po chwili znalazły się przed
nim talerz z jajkami, dwa idealnie przyrumienione tosty
cienko posmarowane masłem i filiŜanka parującej,
aromatycznej kawy.
-
A juŜ myślałem, Ŝe umrę z głodu, no i pójdę do
nieba - powiedział między jednym kęsem a drugim.
-
To teŜ chyba mogłabym ci załatwić - odparła po
chwili namysłu.
Na chwilę znieruchomiał, po czym wzruszył ramio-
nami i roześmiał się.
77
-
Nie wątpię, Ŝe potrafisz. Ale poczekaj, aŜ skończę
jeść te wyśmienite jajka. Jeśli, oczywiście, nie sprawi ci
to róŜnicy.
-
Nie sprawi - odrzekła Callie. Na gładkiej powie-
rzchni stołu kreśliła palcem malutkie kółka. - Ale
sądzę, Ŝe na to jeszcze trochę poczekasz.
-
TeŜ mam taką nadzieję - mruknął Reid, wpycha-
jąc do ust następny kawałek tosta.
NajwyŜszy czas, pomyślał, Ŝeby zmienić temat.
Zresztą nigdy nie przepadał za rozmowami na temat
kresu własnego Ŝywota.
- Popraw
mnie,
jeśli
się
mylę-powiedział
podnosząc
wzrok i wpatrując się w Callie - ale byłem przekonany,
Ŝ
e nie masz zamiaru odnawiać mego domu.
Przez krótką chwilę wytrzymała jego spojrzenie, a
potem wzięła ze stołu stojącą przed nią szklankę i
wypiła łyk zimnej wody.
- PrzecieŜ sam mówiłeś, Ŝe kobiety lubią zmieniać
zdanie.
Nie spuszczał z niej wzroku.
- Rzeczywiście chyba coś takiego powiedziałem.
Przyglądała się teraz kostkom lodu topniejącym
powoli w szklance.
- Nie potrafiłabym spokojnie siedzieć i patrzeć, jak
dajesz się oszukiwać nieuczciwym ludziom.
-
TeŜ tak sądzę. Z pewnością nie potrafiłabyś.
Obdarzył ją ciepłym uśmiechem i rozsiadł się wygod-
niej na krześle. Powiedziała to, co chciał usłyszeć.
Zmieniła zdanie i zlitowała się nad nim. - Czy zawsze
zaczynasz pracę o świcie?
Dla Callie siódma rano to nie był Ŝaden świt.
- Często. JuŜ ci mówiłam, dlaczego. Bo potem robi
się gorąco i trudniej pracować.
78
Reid słuchał uwaŜnie jej słów.
-
To brzmi sensownie - przyznał.
-
A poza tym dzisiaj przed południem w pobliŜu
Kittanning odbywają się aukcja i targ. Chcę zdąŜyć
tam dojechać, zanim wykupią wszystkie najlepsze
rzeczy - przyznała. DuŜe, niebieskie oczy Callie oŜywi-
ły się nagle. - Przeczytałam w ogłoszeniu, Ŝe wy-
stawiają dziś na licytację staroświeckie tkaniny, narzu-
ty i dywany, dawne szkło i porcelanę.
Reid ze zdziwieniem popatrzył na siedzącą obok
dziewczynę.
- Naprawdę? - zapytał, chcąc zyskać na czasie, by
skupić myśli.
O czym, do licha, ona mówi? Nic z tego nie
rozumiał. Równie dobrze mogła zwracać się do niego
po francusku. Jako dodatkowy język w szkole miał
tylko hiszpański. Wielokrotnie zdarzało mu się widzieć
podniecenie w oczach kobiet, ale nigdy wtedy, kiedy
chodziło o jakieś stare szmaty czy uŜywane naczynia.
Najwidoczniej prawdziwy kolekcjoner ma w coś sobie.
Jakąś skazę psychiczną lub na przykład dodatkową
cząsteczkę DNA w kodzie genetycznym.
Westchnął cicho. Callie Jean Foster wyraźnie się
marnowała! Całe zainteresowanie i energię skupiała
nie na ludziach, lecz na bezuŜytecznych przedmiotach.
Byłoby oczywiście lepiej, gdyby swoją uwagę po-
ś
więciła jakiemuś męŜczyźnie. Powiedzmy, jemu.
Dopił kawę i odstawił na stół opróŜnioną filiŜankę.
- Naprawdę je uwielbiasz, złotko? Mam na myśli
wszelkie aukcje, pchle targi i inne tego rodzaju im-
prezy.
Callie roześmiała się głośno.
- Gdyby to było moŜliwe, pewnie zaraz rzuciłabym
79
posadę nauczycielki i otworzyłabym własny sklep ze
starociami.
Reid znów nic nie rozumiał. Jako człowiek czynu
zawsze to, na czym mu zaleŜało, od razu wprowadzał
w Ŝycie. Podejmowanie decyzji stanowiło dla niego
najprostszą rzecz na świecie.
-
No to dlaczego tego nie zrobisz? - spytał zdziwio-
ny.
-
A czy ty masz pojęcie, ile małych firm bankrutuje
corocznie w tym kraju?
-
Nie. Muszę przyznać, Ŝe nie wiem. - Reid wy-
glądał na zaskoczonego przebiegiem rozmowy.
Callie potrząsnęła głową i wstała od stołu.
- DuŜo.
Uśmiechnął się, wstał i z brudnymi naczyniami w
ręku poszedł za nią w stronę zlewu.
-
DuŜo? - powtórzył.
-
Tak. DuŜo. Nie miałabym Ŝadnej szansy. - Wy-
płukała szklankę, z której piła wodę, i postawiła ją na
suszarce. Odwróciła się w stronę Reida. - Być moŜe
sklep ze starociami to będzie dla mnie dobre roz-
wiązanie na starość. Ale na razie... - urwała i zerknęła
na zegarek. - Powinnam juŜ ruszać, jeśli chcę w porę
zdąŜyć na aukcję. Jakie masz plany na dzisiejszy dzień?
- zapytała jakby od niechcenia, spoglądając spod oka
na Reida.
Wzruszył ramionami i zrobił zgnębioną minę.
- Sam nie wiem. Nic konkretnego jeszcze nie
postanowiłem. Ale chyba obejrzę dom i zorientuję się,
od czego trzeba będzie zacząć ten koszmarny remont.
Callie westchnęła głęboko.
- A moŜe wybierzesz się ze mną na aukcję i pchli
targ? - spytała.
80
- Na aukcję i pchli targ? - powtórzył, tak jakby
tych słów nie słyszał nigdy przedtem. - Zgoda. Pojadę.
O której chcesz wyjechać?
Zastanawiała się przez chwilę.
- Muszę odwieźć do domu furgonetkę i ją roz-
ładować. Potem powinnam się przebrać i pójść do
banku, Ŝeby zrealizować czek - mówiła jakby do siebie.
- Będę gotowa za godzinę - powiedziała głośniej.
- Wobec tego zjawię się u ciebie o dziewiątej
- zaproponował Reid.
Callie potrząsnęła przecząco głową.
- Chcę jechać furgonetką. Bo jeśli uda mi się kupić
coś duŜego, będę mogła przywieźć to od razu do domu.
Wobec tego ja przyjadę po ciebie mniej więcej za
godzinę.
Reid przypomniał sobie nagle, Ŝe Callie zabrała ze
sobą duŜą drabinę.
- Pojadę teraz z tobą i pomogę ci rozładować
furgonetkę. Ta składana drabina jest dla ciebie zbyt
cięŜka, Ŝeby ją nosić.
Na końcu języka miała ciętą odpowiedź. Co on
sobie myśli? Za kogo ją ma? Za chuchro?
- Drogi panie Dillon, co roku przez całe lato mam
do czynienia z cięŜkimi drabinami - wyjaśniła z god-
nością.
Reid dojrzał wyrzut w oczach Callie.
- Nie wątpię. Ale Ŝaden człowiek przy zdrowych
zmysłach nie rezygnuje z oferowanej mu pomocy.
Odmowa nie byłaby dowodem niezaleŜności, lecz
zwykłej głupoty. Chyba zgodzi się pani ze mną, droga
panno Foster?
Westchnęła zrezygnowana. Logika argumentacji
Reida była bezsporna.
81
-
Poczekaj chwilkę, złotko - poprosił. - Zamknę
tylko dom i pojedziemy razem.
-
Rozkaz, szefie - mruknęła pod nosem.
Z jednej strony propozycja Reida bardzo ją ucieszy-
ła, z drugiej zaś złościła ją opiekuńczość tego męŜczyz-
ny. Tak przecieŜ jest zawsze, pomyślała. KaŜdy czło-
wiek lubi, Ŝeby się nim zajmować, i jednocześnie chce
robić wszystko sam.
Uśmiechnęła się, kiedy Reid podszedł i objął ją
ramieniem. Miała ogromną ochotę przytulić się do
szerokiej piersi tego męŜczyzny. Będąc tak blisko
niego, stałaby się mocniejsza. Siła Reida udzieliłaby się
jej.
Miewała ostatnio chwile, w których nie starczało sił,
kiedy pragnęła, Ŝeby znalazł się ktoś, kto będzie ją
wspierał, kto ją pokocha...
- Gotowa? - zapytał Reid.
Energicznym ruchem odrzuciła włosy na ramiona.
- Tak - odparła. Nonszalanckim zachowaniem
usiłowała zatuszować emocje, które nagle nią owład-
nęły w obecności tego męŜczyzny.
Szybko i sprawnie złoŜyli wspólnie drabinę i umieś-
cili ją w furgonetce. Ruszyli. Pięć minut później
zatrzymali się na podjeździe przed domem Callie.
Reid ujął w dłonie jej twarz i spojrzał głęboko w
oczy.
- Idź od razu się przebrać. A mnie pozwól, proszę,
samemu rozładować samochód. Jeśli koniecznie
chcesz, moŜesz to uznać za rewanŜ za przepyszne
ś
niadanie, którym mnie uraczyłaś. - Otworzył drzwi
i wysiadł z furgonetki.
Callie wyskoczyła z samochodu.
- Dziękuję. Wnieś wszystko do garaŜu. - Wskazała
82
barak stojący w głębi posesji. Z kieszeni dŜinsów
wyciągnęła klucze i otworzyła tylne drzwi do domu.
- Będę gotowa za parę minut! - zawołała.
Kiedy, przebrana, znalazła się znów na dole, zastała
Reida stojącego na ganku. Trzymał w ręku papierosa.
Okulary przeciwsłoneczne przewiesił przez palec i
mruŜąc oczy przyglądał się otoczeniu. Trawnikowi i
długim grządkom na tyłach domu.
W pierwszym odruchu chciała skarcić go za to, Ŝe
pali, ale się powstrzymała. PrzecieŜ był dorosłym
człowiekiem, świadomym tego, co robi. Nie powinna
go pouczać.
Odwrócił głowę i spojrzał na Callie.
-
Czy to twój ogród? - zapytał.
-
Tak - odparła. Była bardzo dumna ze swego
dzieła i lubiła się nim chwalić.
-
Ładny. I duŜy. Trzeba mnóstwo wysiłku, Ŝeby go
utrzymać, prawda?
Kiwnęła głową.
-
Tak. Ale to się opłaca. Z tyłu uprawiam warzywa,
a pod domem zioła i kwiaty.
-
A to co takiego? - wskazał kępkę zielonych,
dziwacznych liści.
Callie otworzyła drzwi ganku i wyszła na zewnątrz,
Pochyliła się i dotknęła ostroŜnie rośliny.
- Wielbłądzie ucho. Nie Ŝartuję, naprawdę tak się
nazywa. To jest tymianek, a to szałwia. Tutaj nastur-
cja, a za nią lawenda. - Wskazywała kolejno rośliny.
-
Gdy tylko urośnie pierwsza zielona sałata, zrobię ci
sałatkę z moimi ziołowymi przyprawami. A moŜe
nawet dostaniesz w prezencie specjalną mieszankę ziół.
-
Wyprostowała się powoli. - Musimy juŜ ruszać, jeŜeli
chcemy zdąŜyć na aukcję.
83
-
Ja prowadzę, a ty pilotujesz - zaproponował Reid
i wyciągnął w stronę Callie rękę po kluczyki do wozu.
-
Zgoda - przystała. Wyciągnęła je z torebki i upuś-
ciła na rozwartą dłoń Reida. O mały włos, a zapytałaby
go, czy kiedykolwiek prowadził furgonetkę. Byłoby to
niestosowne pytanie. Mógłby poczuć się uraŜony.
Najpierw zatrzymali się przed bankiem. Potem
opuścili miasto i drogą wijącą się wśród pensylwańs-
kich wzgórz wyjechali na rozległą, otwartą równinę
między Clarion a Kittanning.
Dzień był przepiękny. Dotychczas nie moŜna się
było uskarŜać na tegoroczne pensylwańskie lato. Chy-
ba jednak kontyngent ładnej pogody juŜ się wyczer-
pywał.
Poprzedni rok był upalny i zupełnie bez opadów,
tak Ŝe pod koniec lata w całej okolicy zapanowała
susza. Dokuczyła Callie, która miała kłopoty z pielęg-
nowaniem roślin w swoim ogrodzie, i, co gorsza, dała
się we znaki wszystkim tutejszym farmerom.
Zajrzała do gazety.
-
Aukcja zaczyna się o jedenastej. Jeśli zjawimy się
z godzinnym wyprzedzeniem, to zdąŜymy spokojnie
obejrzeć wszystkie rzeczy wystawione na licytację i
ewentualnie coś sobie upatrzyć. A potem pojedziemy
na pchli targ. O ile się nie mylę, obie te imprezy
odbywają się niedaleko siebie.
-
Zrobimy, jak zechcesz. - Reid zdjął dłoń z kiero-
wnicy i objął nią rękę Callie.
-
Ja tylko prowadzę. To ty kierujesz, złotko.
O, tak. Kierowała. Ale tylko na tyle, na ile on jej
pozwalał. Nie było Ŝadnego sensu się oszukiwać. Ten
męŜczyzna miał instynkt przywódcy. Był przyzwycza-
84
jony do rządzenia innymi ludźmi. Dla Callie było to
oczywiste.
Opuściła oczy i spoglądała teraz na duŜą i silną dłoń
Reida, gładzącą jej rękę. KaŜdym nerwem odczuwała
jego dotyk na skórze. Gdyby się odsunęła, dałaby
poznać, jak wielkie wraŜenie robi na niej ta lekka
pieszczota. Siedziała więc dalej nieruchomo.
Postanowiła przerwać milczenie.
-
Czy byłeś juŜ kiedyś na aukcji? - spytała.
-
Nie. Dziś będę tam po raz pierwszy - odparł i
ś
cisnął mocniej dłoń Callie.
-
Zanim dojedziemy na miejsce, muszę więc cię
ostrzec przed tak zwaną licytacyjną gorączką. - Zwil-
Ŝ
yła językiem zaschnięte wargi. - Czasami podczas
aukcji ludzi ogarnia podniecenie, dają się ponieść
emocjom i licytują za wysoko lub zgłaszają się nawet
wtedy, kiedy sprzedawany przedmiot w gruncie rzeczy
ich nie interesuje. Taka gorączka udziela się takŜe
stałym bywalcom aukcji, najwytrawniejszym z kupują-
cych. Skoro dziś będziesz pierwszy raz uczestniczył w
tej imprezie, uznałam, Ŝe powinnam ci o tym
powiedzieć.
Callie wydawało się, Ŝe Reid ma ochotę wybuchnąć
ś
miechem.
- Dziękuję ci, złotko, za ostrzeŜenie. Sądzę jednak,
Ŝ
e potrafię się powstrzymać i gorączki nie dostanę.
Wysunęła rękę z jego dłoni i westchnęła. Zrobiła, co
naleŜało. Próbowała go przestrzec. Jeśli ten cwaniak
nie chce jej słuchać, to niech potem sam sobie radzi!
Jechali dalej w milczeniu.
- Skręcamy na najbliŜszym skrzyŜowaniu - po
instruowała w pewnej chwili. - O, juŜ widać miejsce
aukcji. To tam, gdzie stoją te wszystkie samochody.
85
Wśród stłoczonych pojazdów Reid znalazł miejsce
do parkowania. Stanęli przy polnej drodze. Wysiedli i
zaczęli oglądać przedmioty wystawione na licytację.
Było tam niemal wszystko. Począwszy od garnków, aŜ
po maszyny rolnicze.
-
Popatrz! - Callie trąciła Reida w bok. Zatrzymała
się przed konikiem wystruganym z drewna. - Jestem
przekonana, Ŝe ta pomarańczowa farba jest oryginalna.
- Dotknęła lekko palcem prymitywnej, dziecinnej
zabawki.
-
Jak myślisz, ile moŜe mieć lat? - zapytał Reid.
Mimo woli całe to oglądanie zaczęło go wciągać.
-
Zrobiono ją, jak sądzę, gdzieś między rokiem
siedemdziesiątym a osiemdziesiątym zeszłego stulecia.
- Callie pochyliła się i uwaŜnie oglądała konika. - Ma
większą wartość, jeśli farba jest nietknięta i teŜ auten-
tyczna - dodała.
-
A co to jest? - Reid wziął do ręki jakiś metalowy
przedmiot o nie znanym mu przeznaczeniu.
-
To jest... To jest po prostu złom.
Przez następne trzy kwadranse łazili po polu i oglą-
dali wystawione na aukcji przedmioty. Potem zaczęła
się licytacja.
- Skąd wiesz, ile warto zapłacić za jakąś rzecz?
zapytał cicho Reid, kiedy przyglądali się sprzedaŜy
starego, sosnowego stołu z roku tysiąc osiemset czter-
dziestego.
- Po pierwsze, nie spuszczam z oka stałych kupców
odrzekła po chwili namysłu. -Najlepiej wiedzą, co ile
jest warte. Pośredniczą i odsprzedając muszą zarobić.
Jeśli licytują, to znaczy, Ŝe cena, na którą przystają, jest
jeszcze rozsądna. Wiem, jak ci ludzie wyglądają, bo stale
jeŜdŜę na wszystkie aukcje w okolicy i stąd ich znam.
86
Obserwowali sprzedaŜ kilku krzeseł, skrzyń i wielu
innych przedmiotów. Czas płynął powoli. Callie roz-
mawiała z jakąś starszą panią, która stała obok niej, kiedy
nagle kątem oka zauwaŜyła jakiś ruch. Odwróciła się i
zobaczyła, jak Reid podnosi w górę rękę.
-
Nie rób tego! - syknęła i pociągnęła go za ramię.
-
Dlaczego? PrzecieŜ licytuję. - Po raz drugi podniósł
rękę.
-
Licytujesz? - zdziwiła się Callie. - A więc proszę
przyjąć moje gratulacje, panie Dillon. - Wyciągnęła rękę i
z kpiącą miną uścisnęła Reidowi dłoń.
-
No to jak? Kupiłem tego drewnianego konia? Jest
mój? - zapytał rozentuzjazmowany.
Potrząsnęła głową.
-
Są twoje.
-
Są? - Nie rozumiał, co Callie ma na myśli.
-
Tak. Właśnie w tej uroczystej chwili stałeś się, mój
drogi, dumnym właścicielem trzech wschodnich dywanów.
Brudnych i nadgryzionych przez mole.
87
ROZDZIAŁ PIĄTY
-
Trzy wschodnie dywany? Brudne i nadgryzione
przez mole? - z niedowierzaniem powtórzył Reid.
-
Serdecznie gratuluję! - Callie nadal ściskała mu
dłoń. - A przy okazji przekonałeś się na własnej skórze,
co to jest licytacyjna gorączka. Brawo!
Reid złym okiem popatrzył na swą rozmówczynię.
- Ile te dywany mnie kosztowały? - zapytał bez
entuzjazmu.
- Nie masz się czym martwić - zapewniła go szybko.
To były małe dywany, a właściwie dywaniki. I w kiep-
skim stanie. Nie musiałeś więc o nie długo walczyć.
Podczas licytacji nie miałeś konkurentów, więc wy
szedłeś z niej obronną ręką. Kosztowały cię tylko
pięćdziesiąt dolarów.
-
KaŜdy? - zapytał ponuro.
-
Och, nie! Pięćdziesiąt dolarów za wszystkie trzy.
- Callie wsunęła rękę pod ramię Reida. - Chodźmy.
Musisz teraz odebrać swój wspaniały nabytek.
Ku jej zdziwieniu, Reid wydawał się zadowolony z
zakupu. Zapłacił za dywany i je odebrał.
- Wcale nie są w bardzo złym stanie - stwierdził.
Kiedy się je wyczyści, kto wie, moŜe okaŜą się
całkiem przyzwoite.
Kto wie - powtórzyła Callie i ugryzła się w język.
88
Mowa jest srebrem, a milczenie złotem, przypomniała
sobie w porę.
Reid wsunął portfel do kieszeni. Popatrzył przez
chwilę uwaŜnie na Callie.
-
Dlaczego pozwoliłaś mi je kupić? - zapytał
rozbawiony.
-
PrzecieŜ wiesz, jak to bywa z kolekcjonerami. To,
co dla jednej osoby jest chłamem, dla innej moŜe być
prawdziwym skarbem. Nie ośmieliłabym się nic ci
powiedzieć. A poza tym - dodała z anielskim uśmie-
chem na twarzy - nie miałam w ogóle pojęcia, Ŝe
włączyłeś się do licytacji i Ŝe chcesz kupić te dywany.
-
Ja teŜ nie - mruknął. Po chwili westchnął i zaczął
przyglądać się swojej zdobyczy. Dywany leŜały u jego
stóp, porządnie zrolowane i przewiązane sznurkiem.
- Co mam teraz z nimi zrobić? - zapytał. Był przejęty.
Callie wzruszyła ramionami.
- Na twoim miejscu podniosłabym je z ziemi,
załadowała do furgonetki i zawiozła do domu. A tam
wepchnęłabym je na strych lub do piwnicy. Niech
następne pokolenie martwi się, co z nimi zrobić.
Reid wybuchnął śmiechem. Śmiał się długo i głośno.
Potem pochylił się i wziął pod pachę dywany.
-
Chodźmy stąd wreszcie. - Callie przytrzymała
Reida za ramię i zaczęła popychać w stronę zapar-
kowanego samochodu. - Zmykajmy, zanim wpakujesz
się w następne tarapaty. Pchli targ jest niedaleko stąd.
Bądź spokojny, tam ani na chwilę nie spuszczę cię z
oka.
-
Złotko, naprawdę nie będą takie złe, jeśli się je
porządnie wyczyści - powtarzał Reid po raz nic
wiadomo który, kiedy wrzucali dywany do furgonetki.
- Jak mam teraz jechać? - zapytał.
89
- Zawróć do głównej drogi, na skrzyŜowaniu skręć
w prawo. Pojedziemy kilka kilometrów na zachód.
Callie była dobrym pilotem. Szybko dojechali na
miejsce. Wyskoczyła z wozu. Od razu podeszła do
stołu, na którym wyłoŜono róŜne stare publikacje.
-
Znalazłaś coś interesującego? - zapytał Reid
widząc, jak Callie otwiera jakąś ksiąŜkę.
-
Mniej więcej - mruknęła przerzucając poŜółkłe
kartki. - Chyba niewiele jest warta, ale pamiętam, Ŝe
moja babcia miała egzemplarz tej ksiąŜki. W dziecińst-
wie uwielbiałam jej bohaterkę. Młodą, szlachetną
dziewczynę, która zbierała zioła i leśne kwiaty.
Reid wyjął ksiąŜkę z rąk Callie. Przeczytał na głos
nazwisko widniejące na zniszczonej okładce:
-
Gene Stratton Porter. Kim on, do licha, był?
-
Nie on, lecz ona - poprawiła Callie. - Gene
Stratton Porter to kobieta. Bardzo popularna powieś-
ciopisarka z początku tego wieku. Współczesna takim
autorom, jak Booth Tarkington, Sherwood Anderson,
Zana Grey i H.G. Wells.
-
Zana Grey? - Reid zareagował natychmiast na
dźwięk tego nazwiska. - Jako chłopak czytywałem
jego westerny. Mój brat je zbierał. Czy chcesz kupić tę
ksiąŜkę? -spytał, wskazując egzemplarz, który Callie
nadal trzymała w ręku.
-
Jeszcze nie wiem. To zaleŜy, czy dogadam się ze
sprzedawczynią w sprawie ceny.
Reid cofnął się o krok i wziął się pod boki.
- No to sobie popatrzę, jak to robisz - szepnął
Callie do ucha. - A więc idź i działaj, ślicznotko!
Dziewczyna poczerwieniała z radości i podniecenia.
- No to sobie popatrz, jak kupuje na targu praw
dziwy profesjonalista.
90
Nie upłynęło nawet pięć minut, a miała juŜ pod
pachą ksiąŜkę pani Gene Stratton Porter.
-
Szybko to załatwiłaś - pochwalił Reid, ruszając
za Callie. - Kupiłaś tanio? Po twojej minie nie mogę się
zorientować.
-
O to właśnie chodzi - odparła zadowolona. - Tak.
Nawet bardzo tanio.
Popatrzył na nią z podziwem.
-
Callie Jean Foster, w razie gdybym kiedykolwiek
zapomniał, musisz mi zawsze przypominać, Ŝebym
nigdy nie siadał z tobą do pokera. Te błękitne oczęta są
niezwykle zwodnicze. Nie mogę im ufać.
-
Reidzie Dillon, o czym ty mówisz? - spytała,
spoglądając na niego niewinnym wzrokiem.
Uznał, Ŝe będzie rozsądniej zmienić temat.
-
Dokąd teraz jedziemy? - Był przekonany, Ŝe
obejrzeli juŜ wszystko, co wystawiono na sprzedaŜ.
-
Jeszcze się trochę rozejrzę i sprawdzę, czy gdzieś
nie ma starego szkła - powiedziała zamyślona. - No i
porcelany.
Zaczęli znów przepychać się wśród ludzi. Targ
zgromadził wiele osób. KaŜda z nich polowała na coś,
na czym najbardziej jej zaleŜało.
Dzisiejszego przedpołudnia Reid dowiedział się o
sobie zupełnie nowej rzeczy. Odkrył bowiem, Ŝe
nieobce jest mu podniecenie towarzyszące takiemu
polowaniu. Zaczynał powoli pojmować, dlaczego idą-
ca obok niego dziewczyna z własnej i nieprzymuszonej
woli ugania się po targach i aukcjach.
Kolekcjonowanie wymaga wielu umiejętności. Do-
brego oka, spostrzegawczości i gustu, pewnej wiedzy z
dziedziny historii sztuki oraz na temat rzemiosła. A
takŜe wyobraźni, sprawiającej, Ŝe przeróŜne przed-
91
mioty z odmiennych okresów historycznych i kręgów
kulturowych, kiedy się je zgromadzi, stworzą har-
monijną całość. W przeciwnym bowiem razie stałyby
się przypadkową mieszaniną.
Stał, przysłuchując się rozmowie małŜeństwa w śre-
dnim wieku, wyliczającego na głos zalety duŜego,
wiejskiego stołu, który jemu teŜ się podobał. Nagle
zorientował się, Ŝe Callie gdzieś się zapodziała. Od-
szukał ją wzrokiem. Stała przy sąsiednim straganie i
uwaŜnie oglądała jakąś kolorową tkaninę.
Podszedł i dotknął lekko ramienia dziewczyny.
-
Podoba ci się? - zapytał. Z bliska zobaczył, Ŝe
Callie trzyma w ręku grubą, pikowaną narzutę na
łóŜko.
-
Tak, bardzo. Popatrz, jakie ma piękne aplikacje.
Delikatny, kwiecisty wzór. Jest naprawdę śliczna. -
Jeszcze raz pogładziła dłonią tkaninę, westchnęła i z
Ŝ
alem w oczach odłoŜyła narzutę na bok.
Czoło Reida przecięła głęboka zmarszczka.
-
Rezygnujesz z kupienia tej narzuty?
-
Tak.
Reid objął Callie ramieniem.
-
Dlaczego? - zapytał, spoglądając na jej posmut-
niałą twarz.
-
Bo jest bardzo droga. Kosztuje kilkaset dolarów. Na
wydanie takiej masy pieniędzy nie mogę sobie pozwolić.
Wiesz przecieŜ, Ŝe jestem nauczycielką. To zawód
kiepsko płatny. - Callie wyprostowała się
i uniosła głowę. Dawała w ten sposób do zrozumienia
Reidowi, Ŝe całą rozmowę na temat narzuty uwaŜa za
zakończoną. - Obejrzę teraz stragany ze szkłem.
- Poczekaj. Gdzieś tutaj widziałem scyzoryki i stare
strzelby - powiedział, idąc obok Callie i wskazując
92
inny kierunek niŜ ten, w którym ruszyła. - Chciałbym
im się przyjrzeć. Spotkajmy się za pół godziny przy tym
duŜym klonie. Dobrze? Kiwnęła głową.
- Zgoda. Za pół godziny.
Reid pochylił się i pocałował ją lekko w usta.
Patrzył, jak odchodziła. Po chwili zginęła w tłumie.
Odwrócił się i zdecydowanym krokiem poszedł tam,
dokąd zamierzał.
Nie minęło jeszcze pół godziny, kiedy Callie zoba-
czyła Reida idącego w jej kierunku. Trzymał ręce w
kieszeniach. Z jego twarzy emanowała radość, a oczy
lśniły blaskiem, którego wcześniej nie dostrzegła.
Wyglądał inaczej niŜ przedtem. Wydawał się z czegoś
zadowolony, wręcz dumny z siebie.
-
Niczego nie kupiłeś - stwierdziła.
-
Nie znalazłem niczego, co by mi się spodobało.
Zresztą wystarczy obejrzeć jedną strzelbę, Ŝeby wie-
dzieć, jak wyglądają wszystkie.
Słysząc te słowa Callie roześmiała się głośno.
-
Jesteś niemoŜliwy! Mówisz okropne rzeczy. To
postawa niegodna kolekcjonera! - OdłoŜyła na ladę
szklane naczynie, które miała w ręku. - JuŜ chyba
obejrzałam wszystko, co chciałam. A ty?
-
Nie przyszło mi nawet do głowy, Ŝe potrafię
spędzić tutaj przyjemnie aŜ tyle czasu. To wciąga -
przyznał. - Zaczyna mnie jednak ssać w Ŝołądku. Pora,
Ŝ
eby coś zjeść. - Podniósł rękę i spojrzał na zegarek. -
Nic dziwnego, Ŝe zgłodniałem. Jest juŜ po pierwszej.
Czy wiesz, gdzie w tej okolicy znajduje się najbliŜsza
restauracja? PokaŜesz, jak tam dojechać?
-
Wiem. I pokaŜę - odparła Callie.
Ruszyli przez pole do zaparkowanej furgonetki.
93
Było późne popołudnie, kiedy Reid zatrzymał sa-
mochód na podjeździe pod domem Callie. Wyłączył
silnik i spojrzał na swoją pasaŜerkę. Obdarzył ją
szerokim, serdecznym uśmiechem.
-
Dziękuję, Ŝe zabrałaś mnie z sobą - powiedział.
-
A ja jestem wdzięczna, Ŝe zgodziłeś się pojechać
-
odrzekła. - Dasz się zaprosić na mroŜoną herbatę?
-
Roześmiała się wesoło. - Zaczyna wyglądać na to, Ŝe
częstowanie cię mroŜoną herbatą staje się moim zwy-
czajem.
Reid siedział nieruchomo. Milczał.
- Słyszałeś, co mówiłam? - spytała Callie.
Ocknął się szybko z zamyślenia.
- Tak. Przepraszam. Dziękuję za zaproszenie.
Wejdź do domu i poczekaj na mnie. Chciałbym tu
zostać przez chwilę i obejrzeć moje dywany.
Nie miała pojęcia, po co Reid chce je znowu
oglądać, ale nie zapytała o to.
- Dobrze. JuŜ idę. Daj mi tylko kluczyki od
samochodu. Na tym samym kółku mam klucz od
domu.
Rzucił pęk kluczy w jej stronę. Złapała je zręcznie.
- Zaraz przyjdę - zapewnił.
W domu od razu pootwierała wszystkie okna i
drzwi, Ŝeby przewietrzyć mieszkanie. Potem poszła do
kuchni. Z szafki wyjęła dwie szklanki, a z lodówki
dzbanek z herbatą.
Usłyszała kroki na ganku. Odwróciła się w stronę
drzwi. Reid stanął na progu kuchni. Pod pachą trzymał
duŜy pakunek. PołoŜył go na stole.
-
To dla ciebie - powiedział.
-
Dla mnie? - zdziwiła się Callie. - Nie rozumiem...
- urwała. Raz po raz przenosiła wzrok ze stojącego
94
obok męŜczyzny na paczkę w brązowym papierze,
przewiązaną zwykłym sznurkiem.
-
Zdejmij opakowanie. Chyba chcesz zobaczyć, co
jest w środku?
-
Mam otworzyć? - spytała niepewnie. - Sięgnęła
po paczkę. DrŜącymi rękoma rozwinęła gruby papier.
Na stole ujrzała pikowaną, barwną narzutę z aplikac-
jami w postaci kwiatów.
-
Och, nie rozumiem... - Była zaskoczona.
-
To prezent.
-
Prezent dla mnie - powiedziała zduszonym gło-
sem.
-
Tak. Dla ciebie. Tak się zachowujesz, jakbyś
nigdy nie dostawała Ŝadnych upominków. - Reid zaczął
się śmiać, ale natychmiast przestał, zobaczywszy
powaŜny wyraz twarzy Callie.
-
Na ogół nie dostaję. Od śmierci ojca - powiedzia-
ła cicho. - Przedtem od czasu do czasu coś mi kupował.
-Westchnęła głęboko. - Reidzie, to cudowny prezent.
Wspaniały.
Podszedł bliŜej i stanął za jej plecami. PołoŜył ręce
na drobnych ramionach. Jego oddech muskał złote
włosy.
- Callie, chciałem, Ŝebyś miała tę narzutę.
Odwróciła twarz. W niebieskich, głębokich oczach
dojrzał niemą prośbę o zrozumienie. I wybaczenie.
-
Nie mogę przyjąć tak kosztownego prezentu. To
nie byłoby w porządku.
-
To jest w porządku - zapewnił stanowczo. - Nie
rozumiesz, Ŝe chcę, abyś miała tę narzutę? To czysty
egoizm z mojej strony. Jestem piekielnie zadowolony,
Ŝ
e mogę ofiarować coś, co ci się podoba.
Zdjął dłonie z karku Callie i objął ją w talii.
95
- To nie egoizm. UwaŜam, Ŝe jesteś jednym z naj
milszych ludzi, jakich kiedykolwiek poznałam - od
parła niemal jednym tchem.
Przytuliła twarz do piersi Reida. Czuła się teraz
bezpiecznie.
-
Dziękuję za prezent - szepnęła cicho. - Bardzo
dziękuję.
-
Nie ma za co, złotko -mruknął Reid. - Nie ma za
co.
Nie ma za co? pomyślała ze zdumieniem Callie.
PrzecieŜ to był wspaniały, wręcz cudowny gest! Reid
nieświadomie otworzył nim drogę do jej serca, poru-
szył najczulsze struny. śadne słowa nie byłyby w stanie
wyrazić tego, co ten podarunek dla niej oznaczał.
Oczywiście, symbolicznie. Reid pragnął zrobić jej
przyjemność. Myślał o niej.
Spojrzała na niego. Porwał ją w ramiona, podniósł
w górę, tak Ŝe znalazła się w powietrzu.
Reid wpił się gorączkowo w wargi Callie. Zarzuciła
mu ręce na szyję i z zapamiętaniem oddała pocałunek.
Usiadł na krześle, nie wypuszczając jej z objęć.
Rozsunął nogi, tak Ŝe znalazła się między nimi.
Dotykał teraz dłońmi bawełnianej sukienki, pod cienką
warstwą ubrania wyczuwając ciało.
Poczuł nagle nieprzepartą chęć, by pieścić tę dziew-
czynę. Spojrzał jej prosto w oczy.
- Callie Jean Foster, muszę cię dotknąć. - Zaczął
powoli rozpinać guziki bluzki. - Nie bój się, nie zrobię
ci krzywdy - dodał powaŜnym tonem, nie odrywając
wzroku od jej oczu.
- Wiem - szepnęła głosem schrypniętym z wraŜenia.
Zsunął z ramion bluzkę, a potem koronkowy
biustonosz.
96
Po chwili serce Callie znalazło się pod ciepłą dłonią.
A kiedy lekko ścisnął nabrzmiałą pierś, zamknęła oczy
i z jękiem odrzuciła w tył głowę.
W tej chwili poza Reidem i odczuciami, które w niej
wywoływał, nic się nie liczyło. Głaskał ją i pieścił.
Podniecał kaŜdym ruchem. Sprawiał, Ŝe topniała w je-
go rękach. Stawała się uległa.
Podniosła powieki. Nie odrywając wzroku od oczu
Reida, powiedziała cicho, lecz bardzo wyraźnie:
- Ja teŜ chcę cię dotykać.
Wsunęła ręce pod jego koszulę. Rozpięła guziki,
odsłoniła szeroką, umięśnioną pierś. Przesuwała pal-
cami po gładkiej skórze. Zatrzymała dłonie na małych,
twardych sutkach.
Była zafascynowana jego bliskością. Zapomniała o
strachu i przezorności. Wyzbyła się zahamowań.
Byli teraz oboje obnaŜeni do pasa. Zatopili w sobie
wzrok. DrŜeli na całym ciele.
Wokół sutków Callie Reid zaczął kreślić wymyślne
wzory. A potem nachylił się i tam, gdzie przed chwilą
błądziły ruchliwe palce, znalazł się jego język.
Instynktownie wyciągnęła ręce, Ŝeby objąć Reida i
przytuliła się mocno do niego. Ścisnął jej dłonie w
Ŝ
elaznym uchwycie. Oddychał szybko i nierówno. Na
chwilę oparł czoło na czubku głowy Callie. Westchnął
i - ku największemu jej zdumieniu - odsunął się i
zaczął ją ubierać. Delikatnie, powoli, lekko drŜącymi
dłońmi, lecz ze stanowczością.
Był spokojny i opanowany. Pozbył się wszelkich
emocji.
- Dlaczego? - zapytała. - Dlaczego przerwałeś?
- dodała szeptem.
Odpowiedź była jednoznaczna i wyczerpująca.
97
- Bo wszystko między nami dzieje się za szybko.
-
Reid uśmiechnął się i wstał z krzesła. Zapiął koszulę.
-
Marzę o tym, Ŝeby znaleźć się z tobą w łóŜku. Pragnę
kochać się z tobą. Ale uwaŜam, Ŝe jest na to za
wcześnie. To niestosowny moment.
Collie kiwnęła głową. Dopiero teraz poczuła, jak
bardzo drŜy na całym ciele.
Nie spuszczając wzroku z Callie, mówił dalej:
- Nie naleŜysz do kobiet, które potrafiłyby pójść do
łóŜka z męŜczyzną po pięciu dniach znajomości i nadal
miały szacunek do siebie. Nie chcę, do diabła, być tym
facetem, który zrobi ci krzywdę - urwał. Wpychał
teraz niezdarnie koszulę do spodni. - Callie Jean
Foster, musisz wiedzieć jedno. śe bardzo cię pragnę.
Ale nie jestem narwanym, bezmyślnym szczeniakiem
szukającym szybkich i łatwych przygód. Mam trzy-
dzieści sześć lat. Będę kochał się z tobą dopiero wtedy,
kiedy będę przekonany, Ŝe ty teŜ tego chcesz. I Ŝe nie
oddajesz mi się z jakiejś idiotycznej wdzięczności.
Callie nie rozumiała, o czym mówi Reid.
-
Z wdzięczności? - powtórzyła. - Jakiej?
-
To przecieŜ oczywiste. Za prezent. Bo od tego
wszystko się zaczęło.
Popatrzyła na niego z największym zdumieniem.
Jeszcze nigdy nie była tak zaskoczona. I nagle ogarnął
ją pusty śmiech. Śmiała się, śmiała i w Ŝaden sposób nie
mogła się opanować. Wreszcie uspokoiła się na tyle, Ŝe
zdołała powiedzieć:
-
Przyznaję się bez bicia, Ŝe w stosunku do ciebie
Ŝ
ywię róŜne uczucia. Ale zapewniam cię, Ŝe wdzięcz-
ność do nich nie naleŜy. - BoŜe, co za zdumiewające
rzeczy wygaduje ten męŜczyzna!
-
Jesteś pewna? - spytał.
98
- Oczywiście.
Doprowadził wreszcie swój strój do porządku.
-
Tak czy inaczej, nie chciałem wykorzystać chwili
twojej słabości.
-
I dobrze zrobiłeś - przyznała uczciwie Callie. -
Dziękuję, Ŝe zapanowałeś nad sytuacją.
Ujął w dłonie jej spłonioną twarz.
- Nie dziękuj, złotko. Następnym razem nie licz na
moją szlachetność. Nie jestem wcale pewien, czy
potrafię się powstrzymać. Coś mi się zdaje, Ŝe miałem
dostać mroŜoną herbatę. Potem zabiorę moje bezcen-
ne dywany i ruszę do domu. Czekam na ciebie jutro,
panno Foster. Musisz wcześnie rozpocząć robotę
i pracować dziarsko.
Callie zasalutowała i strzeliła obcasami.
- Wedle rozkazu, panie Dillon.
Odwróciła się na pięcie, sięgnęła po szklanki i pode-
szła do lodówki po nowe kostki lodu.
- Pana Dillona czeka jutro wielka niespodzianka.
Nie ma pojęcia, jak wcześnie i jak dziarsko Callie Jean
Foster przystąpi do pracy!
99
ROZDZIAŁ SZÓSTY
- W porządku, Callie Jean. Postawiłaś na swoim
- mruknął pod nosem zaspany Reid, usiłując przy
gładzić rozczochrana czuprynę.
Wyglądał zupełnie jak potęŜny brązowy nie-
dźwiedź, wyrwany z głębokiego zimowego snu. Miał
zarost na twarzy. Raziło go ostre, poranne słońce.
Ponurym wzrokiem popatrzył na drobną postać ko-
biecą, stojącą na drabinie.
Był boso, ubrany w spłowiałe dŜinsy, włoŜone w
pośpiechu. Oprócz spodni nie miał na sobie nic.
Callie z niewinną miną rzuciła okiem na Reida.
Udawała, Ŝe nie ma pojęcia, o co mu chodzi.
-
Co miał pan na myśli, panie Dillon, mówiąc, Ŝe
postawiłam na swoim?
-
Droga panno Foster - głos męŜczyzny nie za-
brzmiał przyjemnie dla ucha - nie lubię w taki sposób
rozpoczynać poniedziałku ani, prawdę mówiąc, Ŝad-
nego innego dnia tygodnia. - Reid lekko rozstawił nogi
i wsunął palce za pasek spodni. - Oboje świetnie
wiemy, Ŝe przez poprzednie sześć dni roboczych zja-
wiała się tu pani o szóstej rano, dokładnie z wybiciem
zegara. Robiła to pani rozmyślnie. Z premedytacją.
Oboje wiemy takŜe, iŜ była to zemsta za to, co
powiedziałem w poprzedni poniedziałek.
-
Zemsta? - ze zdumieniem w głosie powtórzyła
100
Callie. Nie odrywała juŜ więcej wzroku od ściany i
dalej pracowała zawzięcie.
- Przyznaję, Ŝe mogło się wydawać, iŜ poleciłem
pani pracować dziarsko i wcześnie rozpoczynać malo-
wanie. Być moŜe moje słowa zabrzmiały wówczas zbyt
autorytatywnie.
Callie popatrzyła na Reida z wysokości drabiny.
-
Być moŜe? - powtórzyła lodowatym tonem.
-
No, zgoda. - Westchnął. - Nie będę upierał się
przy swoim. Chyba rzeczywiście nie powinienem uŜy-
wać wyraŜenia „być moŜe" - przyznał ponuro. - Ale
czy jest jakiś sensowny powód, dla którego zjawia się
tu pani juŜ o szóstej rano i zaczyna robić dziki hałas,
skrobiąc i drapiąc deski oraz waląc w ściany?
-
Po pierwsze, panie Dillon, nie skrobię, nie drapię
i nie walę w ściany - z godnością odparła Callie. -
Przynajmniej nie z samego rana. A po drugie, przez
cały czas bardzo się staram nie zakłócać pańskiego
snu. Nie, to nie jest powód, dla którego tak wcześnie
zaczynam pracę - poinformowała Reida, maczając
pędzel w farbie. - Mam nadzieję, Ŝe pamięć pana nie
zawodzi. Wie pan przecieŜ, iŜ staram się odnowić
równocześnie aŜ dwa domy. Pański i własny. Muszę
takŜe zajmować się ogrodem. Przez cały poprzedni
tydzień, oprócz niedzieli, pracowałam cięŜko od świtu
do nocy.
-
No dobrze, złotko - Reid zmienił ton. - Masz
rację, nie powinienem się uskarŜać - przyznał z mar-
sem na czole. Dobrze wiedział, Ŝe tej rundy wygrać mu
się nie udało.
Słysząc jego słowa Callie natychmiast złagodniała.
- Jestem zadowolona, Reidzie, Ŝe mogę ci pomóc.
Wiesz o tym. A ponadto zrobiłeś mi przepiękny
101
prezent. Narzuta podoba mi się coraz bardziej. PołoŜy-
łam ją na swoim łóŜku.
-
Być moŜe kiedyś mi ją pokaŜesz - powiedział
powoli, lekko schrypniętym, zmysłowym głosem, pod
wpływem którego poczuła dreszcze.
-
Być moŜe kiedyś ci ją pokaŜę - powtórzyła
machinalnie.
Twarz Reida nagle się oŜywiła.
- Mam pomysł, złotko. Zaraz pójdę się ubrać
i pomogę ci w malowaniu. Pod warunkiem Ŝe przez
cały czas będę mógł stać obydwiema nogami na ziemi.
Dasz mi krótką lekcję i chyba będę potrafił ciągnąć
pędzlem po ścianie.
- Twoja pomoc bardzo się przyda - odparła Callie.
Otrzymasz trudne i odpowiedzialne zadanie. Trzeba
podwiązać wszystkie rododendrony rosnące przy ścia-
nie za naroŜnikiem domu i dobrze je okryć. Zaraz
zaczynam tam pracę i nie chcę połamać gałęzi ani
spryskać ich farbą. Linkę nylonową i płachty znaj-
dziesz w furgonetce. MoŜesz od razu iść po nie.
-
Zgoda. PodwiąŜę te piekielne krzaki, ale najpierw
muszę się ubrać i zjeść śniadanie. Dopiero wtedy będę
nadawał się do pracy. Czy juŜ coś jadłaś? - zapytał,
otwierając drzwi do kuchni.
-
Tak. Owoce i kiełki pszenicy - odrzekła, wiedząc
doskonale, Ŝe jej śniadaniowe menu wzbudzi
obrzydzenie Reida. I nie przeliczyła się. Mruknął pod
nosem coś niezrozumiałego i po chwili zniknął w głębi
domu.
-
O rany, ten upał jest potworny! - jęczał kilka
godzin później, opatrując krzewy, których liczba wy-
dawała mu się równa nieskończoności. Miał dość tej
roboty. Pot spływał mu ciurkiem po plecach, tworząc
102
mokry ślad na bawełnianej koszulce. Piekły podrapane
ręce i ramiona.
Callie zsunęła się z drabiny i zaczęła uwaŜnie
przyglądać się rododendronom.
- Zastanawiam się, czy nie naleŜałoby ich trochę
przyciąć - powiedziała po chwili zastanowienia.
Zapadła niezręczna cisza.
Reid zmełł w ustach jakieś przekleństwo. W jego
oczach ukazały się złe błyski.
- Nie, chyba nie wymagają przycięcia - Callie
wycofała się i uśmiechnęła ciepło do Reida. -Wykona-
łeś świetną robotę - pochwaliła swego pomocnika.
Odetchnął z ulgą.
- Mam teraz ochotę na zimne piwo. Napijesz się?
- zapytał pogodnie.
-
Piwo przed lunchem?
-
Jestem pewny, Ŝe gdzieś na kuli ziemskiej ludzie
zjedli juŜ ten posiłek.
-
Jeśli tak - Callie szybko przyjęła wyjaśnienie
Reida - to zgoda. Napiję się z przyjemnością.
Dzień był wyjątkowo upalny i parny. Z nieba lał się
prawdziwy Ŝar. Pracując dalej, wypili jeszcze kilka piw.
- Nie sądziłam, Ŝe będę piła piwo podczas lunchu.
- powiedziała Callie, kiedy po posiłku wracali do
pracy.
Przywiozła w termosie, zimną zupę i kawał pełno-
ziarnistego chleba własnego wypieku. Wiedziała, Ŝe te
potrawy Reidowi nie zaszkodzą.
-
Złotko, nie musisz codziennie mnie karmić w po-
łudnie. Muszę jednak przyznać, Ŝe gotujesz świetnie.
-
Ktoś musi zadbać o twój Ŝołądek - powiedziała,
dając niedwuznacznie do zrozumienia, Ŝe on sam tego
nie robi. - Przeniosę się teraz na drugą stronę domu
103
i zacznę od piętra. Jeśli nadal chcesz mi pomagać, to
oczyść deski przy parterowych oknach.
- Człowiek nie ma chwili wytchnienia! - jęknął
Reid. Wziął skrobaczkę i papier ścierny, i zaczął
czyścić futrynę okienną, z której odłaziła farba.
Pracowali w ciszy i skupieniu.
Minęła godzina, potem druga. Zrobiło się niesamo-
wicie gorąco i parno. Nie do wytrzymania. Nie było
czym oddychać.
Callie odwróciła wzrok od ściany i popatrzyła na
niebo.
-
Słuchaj - zawołała do Reida - chyba będzie burza.
Nadciągają czarne chmury. Popatrz. O tam, od
zachodu.
-
Masz rację. Lepiej zacznijmy się zbierać. Deszcz
moŜe lunąć lada chwila.
Callie zsunęła się z drabiny. Wymyła pędzel i scho-
wała narzędzia do furgonetki. Reid złoŜył drabinę i
władował ją na samochód. Gdy zaciągali plandekę,
niebo przecięły błyskawice. Rozległy się grzmoty.
Lunął nagle tak rzęsisty deszcz, jakby oberwała się
chmura. Zanim dobiegli do domu, nie zostało na nich
suchej nitki.
Przemoczeni, wpadli do kuchni. Woda kapała z
ubrań na podłogę.
- Pójdę po coś do wytarcia - powiedział Reid.
Wrócił po chwili z ręcznikami pod pachą. ZdąŜył
przebrać się w suche dŜinsy. Miał na sobie nie dopiętą
czystą koszulę.
Patrząc na niego, Callie ponownie zdała sobie
sprawę z ogromnej witalności tego męŜczyzny. Miała
nieprzepartą ochotę przytulić się do niego. JakŜe
czułaby się bezpiecznie! Stałaby się silniejsza.
104
Brakowało jej w Ŝyciu opiekuńczych ramion, męskiego
wsparcia. Dopiero teraz uprzytomniła sobie, jak dotkliwy
jest ten brak.
-Callie...
Na dźwięk swego imienia drgnęła gwałtownie.
Oprzytomniała.
-
Callie, przyniosłem ci płaszcz kąpielowy. Zrzuć
przemoczone ubranie. WłoŜymy je do suszarki. Nie udało
mi się znaleźć Ŝadnej rzeczy, która by na ciebie pasowała.
Jesteś taka niska... to znaczy drobniutka -poprawił się
szybko. Z szerokim uśmiechem wręczył Callie ogromny
szlafrok. - Nic lepszego nie miałem.
-
Dziękuję. - Wzięła szlafrok i ręcznik.
-
Jeśli chcesz, skorzystaj z łazienki. Na dole. - Pokazał
jej właściwe drzwi.
Ś
wietnie wiedziała, gdzie na parterze jest łazienka.
PrzecieŜ od tygodnia tu pracowała.
Zdjęła mokre ubranie, wytarła się ręcznikiem i
ubrała w szlafrok. Sięgał prawie do ziemi. Podwinęła
rękawy.
Spojrzała odwaŜnie w lustro, w którym spodziewała się
zobaczyć paskudny obraz swojej twarzy, kiedy nagle
rozległo się pukanie do drzwi.
-
Pewnie potrzebujesz grzebienia. Weź mój. Jest
czysty. Podaj mokre rzeczy, od razu włoŜę je do
suszarki.
-
Dziękuję.
Callie lekko uchyliła drzwi i przez wąską szparę
wysunęła swoje ubrania i wzięła grzebień od Reida.
Zaczęła rozczesywać splątane włosy. Było to trudne
zadanie.
Bez makijaŜu i z mokrą głową, zdobyła się wreszcie na
odwagę i wyszła z łazienki.
105
Reid obserwował błyskawice na niebie. Słysząc
kroki Callie, odwrócił się od okna.
- Jak się czujesz? - zapytał. I nagle na jej widok
zaczęły mu drgać kąciki ust, a oczy zrobiły się podejrzanie
błyszczące. Zasłonił usta dłonią. Udał, Ŝe się zakrztusił.
-
Poczuję się lepiej, kiedy wyschnie moje ubranie
odparła Callie. Nie dała się zwieść. Świetnie wiedzia-
ła, Ŝe Reida rozśmieszył jej wygląd.
-
Przepraszam, złotko -powiedział. - Nie chciałem
być niegrzeczny. Roześmiałem się tylko dlatego, Ŝe tak
cholernie sympatycznie i ładnie teraz wyglądasz.
-
Miło, Ŝe tak sądzisz - mruknęła, ale w jej głosie
nie było urazy.
Patrzył na nią juŜ bez uśmiechu. Poczuła w nim
natychmiastową zmianę. Sama nagle uprzytomniła
sobie, Ŝe pod cięŜkim szlafrokiem jest zupełnie naga.
Wiedziała, Ŝe Reid teŜ jest tego świadomy.
Zobaczyła, jak pociemniały mu oczy. Odwrócił
wzrok.
- Weźmy sobie po piwie i chodźmy do pokoju
zaproponował lekko schrypniętym głosem.
Callie skinęła głową. Nie miała ochoty na rozmowę.
Reid teŜ nie.
Usiedli w saloniku na przeciwległych końcach ka-
napy i przez kilka minut bez słowa sączyli piwo.
-
Chyba ten deszcz jest potrzebny - powiedział
Reid spoglądając w okno.
-
Chyba tak - przyznała Callie. - Jeśli jednak nadal
będzie tak ulewny, moŜe przynieść więcej szkody niŜ
poŜytku.
I znów w pokoju zapanowała niezręczna cisza. Było
tylko słychać głośne tykanie zegara, od czasu do czasu
zgrzyt jakiejś spręŜyny w wysłuŜonej kanapie i uderze-
nia kropli deszczu o dach.
106
Nagle Reid odwrócił się w stronę Callie. Obdarzył ją
ciepłym uśmiechem.
- Zachowujemy się głupio - powiedział.
Callie poczuła promieniujące od niego ciepło.
- Masz rację. - Skinęła głową. - Nie jesteśmy
przecieŜ parą smarkaczy.
Głos Reida brzmiał teraz bardzo łagodnie.
- Udowodniliśmy to sobie juŜ w samochodowym
kinie, Callie Jean Foster.
Dziewczyna wcisnęła się jeszcze głębiej w kąt kanapy.
Postanowiła sprowadzić rozmowę na tematy bardziej
neutralne.
- Czy moŜesz mi powiedzieć, dlaczego spędzasz tu
lato? - zapytała.
- Chyba ci to juŜ wyjaśniłem - odparł.
Wiedział świetnie, Ŝe nic Callie nie mówił. Była tego
pewna.
- Nie - stwierdziła z uśmiechem na twarzy.
Wypił łyk piwa.
-
MoŜna by rzec, Ŝe przyjechałem tutaj na polecenie
lekarza.
-
Lekarza?
Reid pochylił się i zaczął wyciągać nitki z obicia
kanapy.
-
Nie byłem na urlopie mniej więcej od trzech lat.
Nazbierało się więc sporo wolnych dni. Jim uznał, Ŝe
powinienem coś z nimi zrobić.
-
Jim, to znaczy twój lekarz?
-
Tak. Jim Andrews. Jest takŜe moim przyjacielem,
-
Chodzi o twój Ŝołądek, prawda? Kiedy roz-
mawialiśmy po raz pierwszy, mówiłeś, Ŝe jeśli nie zmienisz
trybu Ŝycia, to dorobisz się wrzodu.
Podniósł brwi i uśmiechnął się krzywo.
107
- Masz, złotko, znakomitą pamięć.
Callie wcale nie była pewna, czy to komplement.
- Czasami. Jeśli coś mnie interesuje - przyznała.
Nie przyszło jej do głowy, Ŝe Reid podtrzyma ten
wątek.
- Rzeczywiście to cię interesuje? - zapytał.
Callie poczuła utkwiony w sobie wzrok siedzącego
obok męŜczyzny.
-
Tak. Jeszcze mi nie powiedziałeś, na czym polega
twoja praca.
-
Wiem - przyznał. - Chyba dlatego, Ŝe moje złe
samopoczucie ma z nią bezpośredni związek. Jestem
wiceprezesem spółki zajmującej się międzynarodowy-
mi rozliczeniami, pracującej dla zakładów stalowych
Branigana.
Callie podniosła wzrok.
-
Co to oznacza?
-
To oznacza cholerny ból głowy. A raczej Ŝołądka
- powiedział z ironią. - Czy wiesz coś o pensylwańskim
przemyśle stalowym?
-
Niewiele - odparła zgodnie z prawdą. - Podobnie
jak większość ludzi, wiem tylko, Ŝe od kilku lat
przeŜywa kryzys.
-
Niemal od zawsze Pensylwania była królestwem
stali. A teraz? Zajmuje dopiero trzecie miejsce i wy-
przadziły ją Indiana i Ohio. W całych Stanach Zjed-
noczonych produkujemy obecnie blisko o połowę
mniej stali niŜ w ostatnim pomyślnym roku, to znaczy
w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym.
-
O ile wiem, zagraniczna konkurencja stała się
powaŜnym zagroŜeniem takŜe dla innych gałęzi nasze-
go przemysłu - dorzuciła Callie.
-
Tak. Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo nas to
108
pogrąŜa! Japonia potrafi wytwarzać stal o połowę
mniejszym kosztem. Nawet Kanada produkuje znacznie
taniej niŜ my. Doszło juŜ do tego, Ŝe jedna czwarta stali
kupowanej w Stanach Zjednoczonych pochodzi z obcych
krajów.
-
Co oznacza drastyczne zmniejszenie się zatrudnienia
- ponurym głosem dodała Callie.
-
To prawdziwe nieszczęście, które w przemyśle
stalowym dotknęło wielu ludzi. Jest jeszcze jeden powaŜny
problem. Trzeba jak najszybciej zmodernizować nasze
fabryki.
-
Cała ta sytuacja odbija się na twoim zdrowiu,
prawda? Musi ci być bardzo cięŜko. - Callie wyciągnęła
rękę i dotknęła dłoni Reida. Poczuła uścisk jego palców.
-
Przez prawie cały zeszły rok jeździłem po świecie, Ŝeby
poznać najnowocześniejsze metody produkcji. Świetną
technologią dysponują Japończycy. Jej zastosowanie
bardzo by nam pomogło. Pozwala na zaoszczędzenie
energii, skrócenie czasu wytwarzania i uzyskanie stali o
lepszej jakości.
-
Pewnie masz rację. Znasz się na tym. - Callie
wzruszyła lekko ramionami. - Jedno jest dla mnie pewne.
Jesteś pod ciągłą presją, której nie moŜesz uniknąć, bo
sytuacja cię przerasta. śyjesz więc w sta-łym napięciu. W
bezustannym stresie. I przypłacasz to chorobą Ŝołądka.
Reid podniósł rękę i zdecydowanym gestem po-
wstrzymał dalsze wywody Callie.
- Zaczynasz teraz mówić zupełnie jak mój lekarz.
Jim ciągle powtarza, Ŝe grupę największego ryzyka
stanowią ludzie przedsiębiorczy i ambitni, którzy
wymagają zbyt wiele od siebie. śyją w ciągłym stresie.
109
-
To w pełni odnosi się do ciebie - nie wytrzymała
Callie. - Zresztą kaŜdy człowiek Ŝyje w jakimś napię-
ciu. Sekretarka, młoda matka, bezrobotny, członek
kierownictwa firmy, a nawet dziecko. Dzieci uzdol-
nione, które uczę, są szczególnie podatne na stres.
Wymagają zbyt wiele od siebie. -Westchnęła głęboko.
- Czasami myślę, Ŝe stres jest powszechną chorobą
naszego społeczeństwa. Pozostaje tylko jedno. Od-
powiedź na pytanie, jak sobie z nim radzić i jak pomóc
innym.
-
Zanim, złotko, zajmiemy się rozwaŜaniem tego
problemu, przyda się nam jeszcze jedno piwo -powie-
dział Reid wstając z kanapy.
Callie zaprotestowała gestem ręki.
-
Dla mnie nie przynoś. JuŜ wypiłam o jedno za
duŜo. - Zastanowiła się przez chwilę. - A moŜe nawet
o dwa. NiewaŜne. W kaŜdym razie czas na mnie.
Powinnam wracać do domu.
-
Podczas burzy? Nie moŜesz wyjść z domu w taką
okropną pogodę i do tego prowadzić samochodu. Sama
przecieŜ powiedziałaś przed chwilą, Ŝe wypiłaś o jedno
piwo za duŜo. A moŜe nawet o dwa.
-
Coś mi się zdaje, Ŝe masz rację. - Po raz pierwszy
głos Callie stał się nieco bełkotliwy. - W tej sytuacji
małe piwko nie powinno mi zaszkodzić. Jedno lub dwa
czy dwa lub trzy, a cóŜ to za róŜnica? - Roześmiała się
nienaturalnie i zbyt hałaśliwie.
Reid spojrzał na nią uwaŜnie.
- Sądzę, Ŝe masz juŜ dość. To zdumiewające - z nie
dowierzaniem potrząsnął głową - ale ty chyba rzeczy
wiście jesteś lekko zawiana.
Callie spojrzała z góry na Reida. Oczywiście w prze-
nośni, poniewaŜ gdy siedziała, a on stał, było to
110
niewykonalne. Zresztą nie byłoby moŜliwe takŜe wtedy,
kiedy stałaby na wprost niego.
- Mylisz się, mój drogi - powiedziała unosząc
dumnie głowę. - Wcale nie jestem zawiana. - Po
klepała miejsce na kanapie obok siebie. - Siadaj tutaj.
I rozmawiajmy dalej. - Zamilkła na moment.
- A o czym to właściwie mówiliśmy?
Reid westchnął głęboko.
- O Ŝyciu, złotko. O stresie. - Usiadł na kanapie
i popatrzył na Callie. Spojrzenie jej błękitnych
oczu było czyste. MoŜe rzeczywiście nie była wsta-
wiona, lecz tylko zmęczona? - Sama znasz stres
wyłącznie z teorii i nie masz pojęcia, co znaczy
go przeŜywać.
Oczy Callie zrobiły się jeszcze większe i kryształowo
czyste. Były to oczy zmęczone i... bardzo stare. Tak jakby
widziały juŜ wiele. Zbyt wiele. Zaskoczyło to Reida.
- Wiem, o czym mówię. Widziałam skutki stresu
- powiedziała odwracając wzrok. - I to wielokrotnie.
Znam ludzi Ŝyjących w ciągłym napięciu. Samotną
matkę mającą czworo malutkich dzieci. Zdolne dziec-
ko, które ma głowę pełną wyobraŜeń i w Ŝaden sposób
nie moŜe im sprostać. Pedagoga z powołania, który nie
tylko naucza, lecz takŜe wychowuje, doradza i kocha.
I widzi, Ŝe to wszystko nie wystarcza. śe nie jest
w stanie osiągnąć sukcesu.
Callie zwróciła teraz twarz w stronę Reida. Spo-jrzała
mu prosto w oczy.
- Poznałam takŜe menedŜera pracującego w prze-
myśle stalowym przeŜywającym kryzys. MęŜczyznę;
dla którego praca jest wszystkim, całym światem,
i który, bez Ŝony i dzieci, jest pozbawiony praw-
111
dziwego domu i nie ma do kogo wracać po skoń-
czonym dniu frustrującej pracy.
Reid jej nie przerywał, więc ciągnęła dalej:
-
Wszyscy ci ludzie Ŝyją w ustawicznym stresie. Na
Ŝ
yciu kaŜdego z nich wyciska on swe piętno. Przejawia
się to w przeróŜny sposób. U jednych w postaci
bezsenności czy podwyŜszonego ciśnienia krwi, u in-
nych w postaci depresji lub bólów głowy, u jeszcze
innych w postaci chorób serca...
-
I przewodu pokarmowego - powiedział cicho
Reid. Callie miała rację.
-
Tak. I wrzodów Ŝołądka - dodała spokojnym
głosem. -Podatność na stres jest indywidualną sprawą
kaŜdego człowieka. - Przełknęła ślinę i zaczęła mówić
jeszcze ciszej: - Swego czasu znałam człowieka, który
całe Ŝycie poświęcił nauczaniu. Karierze opartej na
poszanowaniu i wiedzy. Nie popłacającej, jeśli chodzi
o pieniądze. Ale on na to nie zwaŜał. Bezustannie piął
się w górę. Chciał być coraz lepszy, pragnął osiągnąć
więcej... I ciągle dąŜył do ideału, którego nie był w
stanie osiągnąć.
Reid przysunął się bliŜej Callie i objął ją ramieniem.
- Jesteś pewna, Ŝe chcesz teraz o tym rozmawiać?
Skinęła głową.
- UwaŜam, Ŝe problem tego człowieka polegał
częściowo na jego nieumiejętności znalezienia się
w świecie, w którym przestano doceniać szlachetność.
A mój ojciec był właśnie takim człowiekiem. Szlachet-
nym. W naszych czasach był to anachronizm. Świat
kierował się juŜ innymi zasadami. - Callie westchnęła,
a w jej oczach pojawił się głęboki smutek. - I pewnego
dnia wszystko się skończyło. W jednej krótkiej chwili...
- Zamilkła.
112
-
Co się stało? - Reid nie chciał zadawać tego
pytania, lecz wyczuł, Ŝe musi to zrobić.
-
Zmarł na zawał. Trzy lata temu - dodała łamią-
cym się głosem. - Miał zaledwie pięćdziesiąt pięć lat.
Mama była wtedy jeszcze młodsza. Och, nie powinnam
mówić ci o tym. - Callie spróbowała się uśmiechnąć. -
Moje gadulstwo to chyba rzeczywiście skutek nad-
miaru wypitego piwa. Na ogół nie opowiadam o swo-
im Ŝyciu.
Po jej policzku spłynęła jedna łza. W jakiś niepojęty
sposób poruszyła Reida bardziej, niŜ mogło to sprawić
całe morze łez.
- Callie - wyszeptał.
Wziął ją w objęcia i przytulił mocno do siebie.
Chłonęła siłę i ciepło promieniujące z ciała Reida.
Przycisnęła twarz do jego piersi. Poczuła się bezpiecz-
na.
Nagle ogarnęło ją ogromne zmęczenie. Zapragnęła
zasnąć. W ramionach tego jedynego w swoim rodzaju
męŜczyzny pogrąŜyć się w głęboki, spokojny sen.
I tak teŜ się stało.
113
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Obudził ją przeraźliwy, zawodzący dźwięk. Syrena
jednej z karetek pogotowia ratunkowego, która prze-
szywając ciszę nocną porusza do głębi serca. Po chwili
umilkła w oddali, pozostawiając po sobie ciszę jeszcze
większą i serca bijące szybciej niŜ poprzednio.
Callie usiłowała podnieść się i usiąść na łóŜku. Nagle
uprzytomniła sobie, Ŝe nie jest we własnym domu. LeŜała
na kanapie w saloniku Reida. Sama.
Ostatnią rzeczą, którą pamiętała, była promieniująca
ciepłem pierś Reida, do której przytulała twarz, dająca
poczucie spokoju i bezpieczeństwa.
Oparła się na łokciach i spojrzała w okno. Burza
minęła. Padał tylko drobny, letni deszcz. Zaczynał
zapadać zmierzch.
Jak długo spała? Pewnie kilka godzin.
Co ją obudziło? Po chwili przypomniała sobie
przenikliwy odgłos syreny karetki. BoŜe, jak bardzo
nienawidziła tego dźwięku!
Nie ona jedna. Setki, a nawet tysiące ludzi reagowały
identycznie. Odczuwały skurcz serca i nagły przypływ
strachu. Nie z powodu przykrego brzmienia syreny, lecz
dlatego, Ŝe zawsze oznajmiała o ludzkim nieszczęściu, o
tym, Ŝe zdarzyło się coś groźnego, a nawet być moŜe
nieodwracalnego.
W miarę upływu czasu niechęć Callie, a raczej
114
nienawiść do tego charakterystycznego, złowrogiego
dźwięku, wcale nie malała. Nie ustępowało takŜe
uczucie zagroŜenia i strachu. Być moŜe ten koszmarny
dźwięk będzie ją dręczył przez całe Ŝycie.
Dziś doszły do głosu takŜe inne obawy. Musiała
przyznać się do nich wobec samej siebie. Do lęku przed
miłością. Przed zakochaniem się i przed kochaniem.
Wiedziała, jak wielką krzywdę to uczucie jest w stanie
zrobić kobiecie. Strach przed miłością był uzasad-
niony. Bała się jej. Panicznie.
Callie Jean Foster była w gruncie rzeczy osobą
tchórzliwą. Dlatego stworzyła sobie spokojną egzys-
tencję, mały, bezpieczny własny świat. I pilnowała
niezwykle starannie, Ŝeby Ŝaden intruz nie przekroczył
jego granic.
Do tego małego, wyizolowanego świata zawsze
dopuszczała dzieci. A takŜe tych dorosłych, których się
nie obawiała, którzy nie stwarzali poczucia zagroŜenia.
Darzyli ją bezinteresowną przyjaźnią i niczego więcej
od niej się nie domagali.
Callie Jean Foster potrafiła kochać i świetnie zda-
wała sobie z tego sprawę. Ale uczuciem obdarowywała
nie ludzi, lecz rzeczy. Dlaczego skoncentrowała swą
miłość do świata tylko na przedmiotach? Odpowiedź
na to pytanie była łatwa i prosta. Dlatego, Ŝe tak było
po prostu bezpieczniej.
Było bezpieczniej pokochać ksiąŜki i delikatny
pachnący groszek rosnący za domem. Podobnie nie-
wielkiej odwagi wymagało polubienie własnej samo-
tności. Kochanie innego człowieka, męŜczyzny z krwi
i kości, pragnącego brać i dawać - to była zupełnie inna
sprawa! Taka miłość wymagała odwagi. I dziś, być
moŜe po raz pierwszy od lat, a raczej na pewno
115
pierwszy raz w Ŝyciu, Callie Jean Foster stanęła w
obliczu takiej ewentualności.
Czy rzeczywiście zaczynała darzyć uczuciem Reida
Dillona? Czy to on sprawił, Ŝe nagle zaczęła odczuwać
wewnętrzną pustkę i samotność? Czy to on wywołał w
niej tę nieodpartą potrzebę związania się z innym
człowiekiem, potrzebę, którą tylko on był w stanie
zaspokoić? Czy to w ogóle moŜliwe, Ŝeby tak błys-
kawicznie, bez Ŝadnych oporów poddała się urokowi
tego męŜczyzny?
Ś
wieŜo w pamięci miała te chwile, w których liczyły
się tylko jego dotknięcie, pieszczota i pocałunek. Świat
przestawał wówczas istnieć. I dobrze pamiętała mo-
ment, w którym Reid Dillon poruszył jej serce. Jak to
się stało, Ŝe pozwoliła temu męŜczyźnie przeniknąć do
własnego małego, hermetycznego i bezpiecznego świa-
ta?
Reid Dillon był przecieŜ zupełnie nie w jej typie. To
wręcz nieprawdopodobne, Ŝe w kimś takim jak on
mogłaby się kiedyś zakochać. I chciałaby się zakochać.
A moŜe wszystko, co odczuwała, było zwykłą
iluzją? Największą i najokrutniejszą w całym Ŝyciu? śe
to, co uznała za miłość, stanowiło jedynie fizyczne
poŜądanie? MoŜe przeŜywała teraz wprawdzie głęboki,
lecz jedynie przelotny romans? MoŜe to była letnia
przygoda?
Wszystkie te myśli kłębiły się w mózgu Callie.
Słyszała jeszcze w uszach dźwięk syreny, odczuwała
wywołany nim lęk. I swoje obawy. Zapragnęła scho-
wać głowę pod poduszkę, ponownie zasnąć i obudzić
się w innym miejscu i o innej porze. Sama i bezpieczna!
- No co, śpiochu, widzę, Ŝe wreszcie się obudziłaś -
dobiegł ją ciepły męski głos.
116
Reid stanął w drzwiach łączących kuchnię z saloni-
kiem.
Callie nie była w stanie wypowiedzieć nawet jed-
nego słowa, więc tylko kiwnęła głową, nie podnosząc
wzroku. Byłoby najlepiej, gdyby uznał, Ŝe jest zbyt
rozespana, aby prowadzić sensowną rozmowę.
-
Jak twoja głowa? - zapytał. Odetchnęła
głęboko i powiedziała cicho:
-
Chyba dobrze.
W jej głosie, w sposobie przechylenia głowy lub w
całej nieruchomej postaci musiało być coś, co ją
zdradziło, W sekundę Reid znalazł się tuŜ obok. Ujął
jej twarz w dłonie i popatrzył w oczy.
- Złotko, wyglądasz tak, jakbyś zaraz miała się
rozpłakać. Chcę usłyszeć, dlaczego.
Nie był niegrzeczny. Po prostu zaleŜało mu na tym,
Ŝ
eby się dowiedzieć prawdy.
Do czego mogła się przyznać? Jak mogła mówić
Reidowi o swych odczuciach, skoro nie była ich
pewna? Jedyna rzecz, o której mogła wspomnieć, to
tylko ta karetka o przeraźliwym sygnale, nadal od-
bijającym się echem w jej głowie.
-
Gdy tylko słyszę sygnał karetki, natychmiast
przypomina mi się straszny dzień sprzed trzech lat. -
Głos Callie się załamał. - Nie potrafię przestać myśleć,
czym ten dźwięk musiał być dla mojego ojca. I matki.
-
Dobry BoŜe... - Reid potrafił powiedzieć tylko
tyle.
-
Byłam w Clarion, kiedy to się stało. Rodzice
mieszkali pod Harrisburgiem. Kiedy dotarłam na
miejsce, było juŜ po wszystkim.
-
Och, Callie, tak mi przykro.
117
Co za bezsensowne słowa! Reid poczuł nagły ucisk
w gardle. Po co w ogóle zaczynał tę rozmowę?
Niepotrzebnie zdenerwował Callie. Teraz pozostało mu
tylko jedno: sprawić radość tej dziewczynie. Wziąć ją
w ramiona i przytulić mocno do siebie.
- Wspaniale troszczysz się o mnie - powiedziała
Callie jakiś czas potem, kiedy siedzieli objęci na
kanapie. Było jej znacznie lŜej. Potrafiła się juŜ nawet
ś
miać. - Ściągnąłeś mnie w porę z drabiny, chroniąc
przed burzą. Ratowałeś, kiedy przemokłam. Dałeś
własny szlafrok. PodłoŜyłeś poduszkę pod głowę, gdy
zasnęłam na kanapie. Najlepszy jednak jesteś wtedy,
kiedy uŜyczasz mi swych ramion.
Wzruszył nimi lekko.
- PrzecieŜ po to są. - Reid nachylił się i pocałował
Callie w rozchylone usta.
Przpomniała sobie, jak przedtem zasnęła w jego
objęciach.
- Powiedz, ile piw wypiłam po południu? - spytała
po chwili.
Lekko się zawahał, po czym lekcewaŜąco machnął
ręką.
-
A co to ma za znaczenie?
-
Ile? - z uporem powtórzyła Callie.
-
Tylko trzy - mruknął pod nosem.
-
Tylko? Nic dziwnego, Ŝe zasnęłam. Nie zapomi-
naj, Ŝe jestem drobna i mało mi trzeba, Ŝebym poczuła
się pijana. A ponadto, jak wiesz, byłam zmęczona.
-
Nie przyszło mi to do głowy. - Reid zaczął
nawijać na palec kosmyk włosów Callie. - Złotko,
naprawdę nie liczyłem. Miałem w lodówce pełny
karton. Z sześcioma piwami. Wypiliśmy wszystkie.
Sądziłem więc, Ŝe kaŜde z nas opróŜniło trzy puszki.
118
- Teraz wreszcie rozumiem, dlaczego zajmujesz się
rozliczeniami dewizowymi - powiedziała Callie przy-
mruŜywszy filuternie oko. - Jesteś świetny, jeśli chodzi
o arytmetykę.
Odsunął na bok jej puszyste włosy i czubkiem
języka zaczął delikatnie wodzić po obrzeŜu ucha.
- Uwielbiam cię, Callie Jean Foster - powiedział.
- Zawsze potrafisz mnie rozśmieszyć. A takŜe speszyć.
Tak bardzo, jak jeszcze nikomu to się nie udało.
Czasami mam ochotę ukręcić ci tę małą główkę,
a zaraz potem pragnę obsypać pocałunkami całe ciało.
-
Zamilkł na chwilę i dodał zmienionym głosem:
-
Chyba jednak wolę cię pieścić.
Przysunął się bliŜej. Jego głos brzmiał teraz nisko i
zmysłowo.
- Nie zapomnę chwili, w której po raz pierwszy
znalazłem się w twoim domu. Stałem w drzwiach
sypialni, kiedy ogarnęło mnie przedziwne uczucie. Nie
umiem go opisać. Wiem tylko, Ŝe coś takiego zdarza się
człowiekowi nadzwyczaj rzadko. Raz lub dwa w Ŝyciu.
Do licha, co on znów wyczynia! pomyślała zde-
sperowana Callie. Ten ekspert od uwodzenia zaczynał
wokół niej roztaczać prawdziwe czary. Z całą preme-
dytacją uŜywał głębokiego, urokliwego barytonu, na
dźwięk którego dostawała dreszczy.
Usłyszane przed chwilą słowa sprawiły, Ŝe stanęła
jej przed oczyma scena, o której mówił. Zobaczyła
Reida w drzwiach sypialni. Swą potęŜną sylwetką
wypełniał całą przestrzeń. Gdy obracał się w jej stronę,
pytając, co to za zapach unosi się w pokoju, miał
dziwny wyraz twarzy i rozświetlone oczy.
Mówił dalej:
- Ta niesamowita, ulotna woń marzanny sprawiła,
119
Ŝ
e nagle poczułem się tak, jakbym był tu juŜ przedtem.
PrzeŜywałem coś w rodzaju snu na jawie. Wiem, Ŝe
zabrzmi to niedorzecznie, ale przysięgam ci, juŜ wów-
czas byłem przekonany, Ŝe staniesz się dla mnie kimś
wyjątkowym.
Mówiąc to, Reid łagodnym, wręcz hipnotyzującym
ruchem gładził odkryte ramię Callie poniŜej krótkiego
rękawka sukienki. Jego dotknięcie pobudzało kaŜdy
nerw dziewczyny. Uczulało skórę i sprawiało, Ŝe paliła.
- Reidzie... - Z suchych warg Callie wydobył się
ledwie dosłyszalny dźwięk. Była pod urokiem tego
męŜczyzny. Oczarował ją słowami i dotykiem. - Re
idzie... -powtórzyła szeptem. -Mam do ciebie prośbę.
Mów mi zawsze prawdę. - Jej głos lekko się załamał.
- Bądźmy uczciwi względem siebie. I szczerzy.
Usłyszała, jak Reid głęboko westchnął.
-
Ciebie okłamywał nie będę. - Popatrzył na zmie-
nioną twarz Callie. - Jesteś chyba podobna do tej
dziewczyny z ksiąŜki pani Porter. Całkiem taka nie-
dzisiejsza. Jak z innego, dawnego świata.
-
Chyba masz rację - szepnęła.
Pochylił głowę i musnął wargami jej usta. Wilgoć
pocałunku kojarzyła się Callie z ciepłym deszczem,
oddech Reida - z wiatrem. Ten człowiek był słońcem,
wichurą i deszczem. Tym, czym przyroda obdarza
rośliny, Ŝeby mogły rozwijać się i dojrzewać.
Pocałunek Reida i dotyk jego rąk sprawiły, Ŝe oŜyła.
Zakwitła.
Na taką chwilę czekałam całe Ŝycie, pomyślała.
Reid Dillon sprawił, Ŝe po raz pierwszy poczuła, iŜ
naprawdę Ŝyje.
- Callie... - wyszeptał. W jego głosie wyczuła
prośbę. Wiedziała, czego dotyczy. Reid jej poŜądał.
120
Pragnął ją posiąść. Właśnie teraz. Dzisiejszego letniego
popołudnia.
Tej niemej prośby Callie nie potrafiła potraktować
obojętnie. Z bardzo prostego powodu. Bo sama prze-
stała być obojętna. Całym ciałem reagowała na słowa i
dotyk rąk Reida.
Pod grubym szlafrokiem stwardniały sutki. Poczuła
dziwny, dojmujący ból w podbrzuszu. Ból niezwykły.
Taki, jakiego dotychczas nie znała.
Pragnęła, Ŝeby Reid Dillon dotykał jej ramion,
piersi, brzucha i wewnętrznej strony ud. śeby dotykał
jej wszędzie.
Na chwilę jednak się zawahała.
-
Boję się - wyszeptała stłumionym głosem.
-
Boisz się? - W uszach Callie słowa Reida za-
brzmiały jak echo. - Czego? Kochanie, przecieŜ mnie
nie powinnaś się obawiać.
Serce Callie biło jak oszalałe.
- Ciebie teŜ. Boję się tego, Ŝe tak bardzo cię pragnę,
a to dla mnie nowe odczucie.
Popatrzył jej głęboko w oczy.
-
Ja teŜ poŜądam cię, dziewczyno. I takŜe mam
obawy.
-
Ty? NiemoŜliwe. Dlaczego? - zapytała z niedo-
wierzaniem.
-
Nie chcę zrobić ci krzywdy. Jesteś taka drobniut-
ka. Słaba i delikatna.
-
Jestem znacznie silniejsza i twardsza, niŜ na to
wyglądam - odparła bez chwili wahania.
-
Nie. - Wargi Reida zamknęły się na jej ustach.
Odchylił szlafrok i obnaŜył nabrzmiałe piersi Callie. -
Nie jesteś ani silna, ani twarda, moja słodka. Callie
Jean, jesteś delikatna i niezwykle tajemnicza. Trochę
121
nie z tego świata. - Objął jej pierś. Drugą rękę wsunął
w gęste włosy dziewczyny.
- Reidzie...
Przenikał ją wzrokiem. W jego oczach ukazały się
złociste iskry.
-
Kochaj się ze mną - poprosił. Nie
potrafiła mu odmówić. Nie potrafiła
odmówić sobie.
-
Dobrze. - Jak z oddali usłyszała własny głos.
PrzecieŜ oboje pragnęli tego samego!
Reid podniósł się z kanapy i wyciągnął rękę do
Callie. Bez chwili wahania podała mu swoją.
A potem poprowadził ją przez pokój, po schodach
na piętro, przez duŜy hol aŜ do przestronnej sypialni.
Ostatnie promienie słońca igrały na koronkowych
firanach. Pokój był zadbany. Umeblowany staromod-
nie, a zarazem skromnie. Pośrodku znajdowało się
szerokie łóŜko, a po obu stronach staroświeckie szkla-
ne lampki ozdabiały nocne stoliki. Z boku łóŜka stało
proste krzesło.
Callie gustowała w takich wnętrzach. Ten pokój od
razu jej się spodobał. Miał niepowtarzalną atmosferę.
Był miejscem, w którym od wielu, wielu lat kochali się
i zasypiali obok siebie męŜczyzna i kobieta.
Przeciągnęła dłonią po gładkiej poręczy łóŜka.
- Czy to tutaj twoi...
- Tak. To sypialnia dziadków. - Reid cofnął się
i popatrzył na Callie. - Byłem przekonany, Ŝe będziesz
pasowała do tego pokoju. Od początku o tym wiedzia-
łem - szepnął ciepłym głosem.
Wziął ją na ręce i połoŜył w poprzek łóŜka. Odchylił
pikowaną, staromodną narzutę, odkrywając blado-
niebieskie prześcieradło.
122
Potem zdjął koszulę i rzucił na poręcz krzesła. Stał
przez chwilę boso w spłowiałych dŜinsach. Przez cały
czas nie spuszczał wzroku z Callie. Nawet wtedy, kiedy
powoli rozpinał suwak w spodniach.
Rozbierał się spokojnie, bez pośpiechu. I tak jakoś
zupełnie naturalnie. Ani zbyt demonstracyjnie, ani
wstydliwie. DŜinsy pozostały tam, gdzie stał, na des-
kach podłogi.
Wreszcie podszedł do łóŜka.
Usiadł obok Callie. Rozplątał węzeł paska i po
chwili cięŜki szlafrok, w który była ubrana, podzielić
los spodni i takŜe znalazł się na ziemi.
- Moja słodka dziewczyno. Przekonasz się, Ŝe
będzie nam dobrze.
Oparł Callie na poduszkach i wyciągnął się obok.
Czubkami palców kreślił wzory na jej ciele. Od
twarzy aŜ do stóp. Potem rozpostartą dłoń przesunął
ku górze.
Pod wpływem tej pieszczoty Callie zaczęła drŜeć.
Ręka Reida znalazła się tuŜ przy piersi.
- Mocno bije ci serduszko - stwierdził nie bez
prawdziwej satysfakcji. Pod jego dłonią serce Callie
trzepotało jak ptaszek.
Oparła głowę na piersi Reida.
- Twoje serce teŜ dudni - szepnęła.
Po raz pierwszy dotknęła lekko skóry Reida.
Było to niemal muśnięcie. Wstrzymał oddech, kiedy
jej ręka zaczęła przesuwać się w dół, wzdłuŜ boków
ciała i pośladków. Błądziła długo po udach i wreszcie
się zatrzymała. Tam, gdzie pragnął najbardziej.
- Och, Callie! -jęknął zduszonym głosem. Zacisnął
dłonie na włosach dziewczyny, rozrzuconych na po-
duszce.
123
Calie pokrywała twarz, kark i piersi Reida drob-
nymi pocałunkami. Dawanie przyjemności temu męŜ-
czyźnie było dla niej najnaturalniejszą rzeczą pod
słońcem. Chciała ofiarować mu wszystko, czego za-
pragnie. W kaŜdy sposób, w jaki potrafi. Temu
jedynemu, kochanemu pragnęła przychylić nieba.
Wsunęła język między wargi Reida.
Mocno objął Callie, a potem uniósł się na rękach i
znalazł nad nią.
JuŜ wcześniej zastanawiał się nad tym, jak by to było,
gdyby ta niezwykła istota wszystkie swe pasje i całą energię
skupiła tylko na nim. Wiedział, Ŝe pozna odpowiedź na to
pytanie. Zaraz sam się o wszystkim przekona.
Pochylił głowę i przytulił ją do piersi Callie. Pod
cięŜarem jego ciała poruszyła się niespokojnie. Uniósł
się znów i popatrzył jej w oczy. Były przepastne. I
intensywnie niebieskie.
-
Jestem, kochanie, za cięŜki dla ciebie. - Uniósł
się na rękach.
-
Nie puszczaj mnie! Proszę! - bezwiednie wy-
krzyknęła Callie i wpiła palce w jego ramiona.
Musiała być pewna, czy Reid poŜąda jej z równą
mocą.
-
Uwielbiam cię, dziewczyno! Pragnę cię! - usłysza-
ła nad sobą chrapliwy szept.
-
Ja teŜ cię pragnę! - jęknęła obezwładniona ogro-
mem własnego uczucia.
-
Chodź do mnie. Pozwól mi się przekonać, jak
bardzo mnie pragniesz.
Poczuła, jak ręka Reida wędruje z jej piersi na
brzuch i wsuwa się między uda. Dotknął jej w taki
sposób, Ŝe zupełnie oszalała. Świat wokół zawirował.
Poczuła, jak otwiera się przed nim jej ciało.
124
-
Chcę cię - szepnęła z mocą.
-
Zaraz będziesz mnie miała.
Pozwolił, Ŝeby przyjęła go do siebie. Zaczął teraz
głaskać całe ciało dziewczyny. Od szyi i piersi aŜ po
brzuch i miejsce, w którym stali się jednością. Tu
zatrzymał rękę i pieścił ją lekko czubkiem palca.
Callie przeŜywała uniesienie. Czuła się lekko. Jak
wiatr. Jak ptak. Przez chwilę wydawało się jej, Ŝe na
skrzydłach unosi się w przestworzach.
Reid zaczął się poruszać. OstroŜnie i powoli. Pełna
obaw Callie szybko przekonała się, Ŝe pasują do siebie
doskonale.
Pieścił ją tak, jakby chciał, Ŝeby te chwile zapamię-
tała na całe Ŝycie. Zbadał kaŜdy zakamarek jej ciała.
Dotknął kaŜdego wraŜliwego miejsca i oŜywił je.
I nagle, zupełnie nieoczekiwanie dla Callie, wzmoc-
nił pieszczoty tak, Ŝe straciła oddech. Z trudem
wykrzyknęła:
- Reidzie!
I przywarła do niego z takim zapamiętaniem, jakby
był jedyną jej nadzieją i ostoją. Chronił przed całym
ś
wiatem, nawet przed nią samą.
-
Dobrze ci? - zapytał pełnym napięcia głosem.
-
Och, tak! Tak! - jęczała w ekstazie.
Callie wydawało się, Ŝe minęło nieskończenie wiele
czasu, zanim odsunęli się od siebie. Dopiero teraz
poczuła cięŜar ciała Reida. Wypuścił ją z objęć.
Znaleźli się obok siebie.
- Jak ci było? - odezwał się Reid, z twarzą wtuloną
w jej włosy. - Pamiętasz, Ŝe musisz powiedzieć mi
prawdę.
Półprzytomna skinęła głową.
- Wspaniale - szepnęła. - Cudownie. A jak ty się
125
czujesz? - Mówienie przychodziło Callie z wielką
trudnością.
- Jestem niewiarygodnie słaby - przyznał z błogim
uśmiechem na twarzy. - I równocześnie czuję się silny
- dodał, jakby zaskoczony własnymi doznaniami.
- Mógłbym wyruszyć teraz na podbój świata. Całego
wszechświata.
-
To trudne zadanie. Nawet dla ciebie - szepnęła
Callie. Powieki ciąŜyły jej jak ołów, oczy same się
zamykały. - Zanim wyruszysz na podbój świata, moŜe
najpierw się zdrzemniemy? - zaproponowała sennym
głosem.
-
Dobrze, złotko. Dobrze. - Roześmiał się i przyga-
rnął ją do siebie. Miała rację. Na podbijanie świata
starczy mu czasu. MoŜe zrobić to później.
Kiedy po jakimś czasie Callie otworzyła oczy,
zobaczyła, Ŝe leŜy sama w przestronnym łóŜku. Za
oknem panowała noc. W kącie pokoju paliła się mała
lampka.
Usłyszała kroki na schodach. Po chwili w drzwiach
sypialni stanął Reid. Był naguteńki. Trzymał w ręku
szklankę z płynem, który do złudzenia przypominał
mleko.
- Co ty, do licha, wyczyniasz? - zawołała Callie.
Natychmiast jednak uprzytomniła sobie, Ŝe zachowuje
się głupio.
Reid postawił szklankę na nocnym stoliku i wsunął
się do łóŜka.
- Pytasz, co robię? Będę pił mleko - poinformował
z uśmiechem na twarzy.
Ś
wietnie wiedział, Ŝe nie to miała na myśli. Za-
skoczyła ją jego nagość. Wziął szklankę i bohatersko
wypił zawartość. Do samego dna.
126
-
Zamierzasz pić mleko? - Callie rzuciła Reidowi
pełne niedowierzania spojrzenie.
-
Nie - szepnął, odwracając się do niej twarzą. -
Zamierzam zająć się całowaniem twego ponętnego ciała.
I pieścił ją znowu. AŜ do porannego brzasku.
127
ROZDZIAŁ ÓSMY
-
Prawda, Ŝe wygląda świetnie? - Reid objął Callie
ramieniem i z nie ukrywaną dumą popatrzył na dom.
Zmienił ton i dodał głębszym, zmysłowym głosem: -
Od początku mówiłem ci, złotko, Ŝe jesteś dobra.
-
Oboje wykonaliśmy dobrą robotę - uściśliła
Callie. Objęła Reida i przytuliła się do niego. Podniosła
wzrok i popatrzyła na frontową ścianę domu.
Co za szczęście! Praca skończona. JuŜ po wszyst-
kim! Oboje z Reidem podołali gigantycznemu zadaniu.
Oczyścili, zagruntowali i pomalowali ten obszerny,
piętrowy budynek. Caluteńki, od fundamentów aŜ po
facjatkę.
Kiedy skończyli malowanie i po raz ostatni sym-
bolicznie przeciągnęli pędzlem po frontowych
drzwiach, Callie z ulgą zdjęła umazane farbą tenisó-
wki. Okropnie bolały ją nogi. Koniec! Wreszcie nad-
szedł kres tej piekielnej roboty, powtarzała w myśli.
Była uszczęśliwiona.
- Od początku? - powtórzyła. - A kiedy w ogóle
raczyłeś powiedzieć, Ŝe dobrze pracuję? śe dobrze
maluję domy?
Reid odparł z tłumionym śmiechem:
- Zapomniałaś, kochanie? To było następnego
dnia po tym, jak spotkaliśmy się w sklepie Charliego.
A więc jakieś pięć czy sześć tygodni temu. Przyjecha-
128
łem wtedy do ciebie. Dochodziło południe. Było bardzo
gorąco. Stałaś na drabinie i malowałaś framugę okienną czy
coś w tym rodzaju. - Reid zamknął oczy i zrobił ręką
teatralny gest. - Stanąłem wówczas obok drabiny,
podniosłem na ciebie wzrok i wypowiedziałem pamiętne
słowa. śe jesteś dobra. - Otworzył szeroko oczy i
popatrzył na Callie z udawanym rozŜaleniem. -
Pochwaliłem cię wtedy, a ty mnie zignorowałaś!
Zachowałaś się obrzydliwie. Nawet nie drgnęłaś na mój
widok i dalej machałaś pędzlem malując te cholerne
deski. Tak jakbyś w ogóle nie zauwaŜyła, Ŝe przyjechałem
i stoję obok drabiny, lub miała mnie po prostu w nosie.
- Oczywiście, Ŝe cię zauwaŜyłam - przyznała Callie,
- Natychmiast, gdy tylko się pojawiłeś. Byłam zado-
wolona, Ŝe mnie odszukałeś-dodała miękkim głosem.
Reid pochylił się i pocałował ją.
- Callie... - zaczął lekko zachrypniętym głosem.
Odchrząknął i zaczął mówić normalnie: - Chcę, abyś
wiedziała, jak bardzo cenię twoją pracę i pomoc. Bez
ciebie nigdy nie doprowadziłbym do porządku tego
cholernego domu. Jednak jeszcze bardziej cieszę się, Ŝe
dzięki temu zbliŜyliśmy się do siebie. Kiedy pierwszy
raz cię odwiedziłem, od razu wiedziałem, Ŝe ta znajo-
mość moŜe stać się czymś waŜnym w naszym Ŝyciu.
Przeczuwałem teŜ, Ŝe będziesz robiła uniki, Ŝe nie
zezwolisz na to, abym zbliŜył się do ciebie.
Callie podniosła wzrok i z niedowierzaniem popa-trzyła
na Reida.
- Czy chcesz przez to powiedzieć, Ŝe umyślnie
z premedytacją zaaranŜowałeś... ciąg dalszy?
- Masz na myśli nasz romans?
Callie poczuła nagle, jak krew uderza jej do głowy
129
Nazwanie przez Reida romansem tego, co wytworzyło
się między nimi, wywołało głęboki niesmak. Słowo to
za bardzo kojarzyło się z czymś płytkim, niemal
wulgarnym. Z obściskiwaniem po kątach i w ciemnych
zaułkach, z potajemnymi schadzkami w drugorzęd-
nych hotelikach.
-
Tak. Nasz romans - potwierdziła martwym gło-
sem.
-
Powiedziałaś, Ŝe go zaaranŜowałem. To chyba,
złotko, nie jest właściwe określenie. Powiedzmy, Ŝe
nieco przyspieszyłem bieg spraw. - Reid wyglądał na
bardzo zadowolonego z siebie. - Uwielbiam cię, Callie
Jean Foster. Naprawdę uwielbiam - szepnął i musnął
policzkiem jej rozpaloną twarz.
-
Wiem - odrzekła z westchnieniem.
Mówił to chyba juŜ tysiąc razy, na tysiąc róŜnych
sposobów. Szeptał do ucha, kiedy siedzieli przytuleni
w długie letnie wieczory. Wykrzykiwał w chwilach
największych uniesień. Mówił jej to, kiedy razem
ś
mieli się z czegoś, i wówczas, gdy czymś go rozbawiła
lub zrobiła coś zaskakującego.
Callie zdawała sobie sprawę z tego, Ŝe Reid Dillon
bardzo ją lubi. Uwierzyła nawet w to, Ŝe ją uwielbia.
Nigdy jednak nie powiedział, Ŝe jest w niej zakochany.
Być uwielbianą a być kochaną - to zupełnie inne
rzeczy. A Callie bardzo zaleŜało na tym, by Reid ją
kochał. śeby odwzajemniał jej miłość.
-
Chodź, złotko. Zostawmy te wszystkie narzędzia
i idźmy się umyć. - Reid dał Callie lekkiego klapsa i
pociągnął ją w stronę domu.
-
Trzymaj ręce przy sobie. - Calie zrobiła groźną
minę.
-
Naprawdę tego chcesz? - Roześmiał się zaczep-
130
nie. - No dobrze, dobrze - dodał szybko, próbując
załagodzić sprawę.
Dzięki Bogu, robota skończona, pomyślał z zado-
woleniem. Zaraz ureguluje rachunki z Callie i będą mogli
zająć się znacznie przyjemniejszymi rzeczami.
Weszli do domu.
- Przykro mi, ale tego czeku przyjąć nie mogę
- oświadczyła Callie, kiedy po dziesięciu minutach
znaleźli się w kuchni.
-
A dlaczego? - zapytał Reid.
-
Bo to za duŜo pieniędzy. - Jeszcze raz rzuciła okiem
na czek, który trzymała w ręku. Reid wypisał go na dwa
tysiące dolarów. - Słuchaj, tysiąc pięćset to wszystko, co
mogę przyjąć. A poza tym przecieŜ nie pracowałam sama.
Bardzo mi pomagałeś. A takŜe jeździłeś i kupowałeś farbę,
kiedy jej zabrakło. Nie, nie mogę przyjąć więcej niŜ tysiąc
dolarów za tę pracę.
- Callie najchętniej nie wzięłaby od Reida ani centa.
Ale pieniądze były jej bardzo potrzebne.
- Callie Jean, weź, proszę, te pieniądze. Zarobiłaś
na nie. Wierz mi, jesteś warta dwa tysiące dolarów.
-
Odchrząknął głośno. - Och, do diabła, nie bierz tego
dosłownie. Nie tak chciałem powiedzieć. - Podniósł rękę
do góry, jakby chciał zasłonić się przed ciosem.
-
Wiem, co sobie teraz pomyślałaś, złotko. Po prostu źle
się wyraziłem, ale przecieŜ wiesz, co miałem na myśli.
- A skąd ty, u licha, moŜesz wiedzieć, co sobie
myślę? - krzyknęła Callie. Podarła czek na małe
kawałki i rzuciła je na podłogę. Odskoczyła od Reida.
Zrobiła się czerwona jak burak. Była bardzo zdener-
wowana. - Przyślę rachunek na tysiąc dolarów, panie
Dillon. To moje ostatnie słowo.
131
Reid spuścił wzrok i popatrzył na swoje ręce.
Zobaczył, jak drŜą. Zacisnął pięści. Do diabła z tą
dziwaczką! Do diabła z tym wszystkim! Co ona z nim
wyczynia? Dlaczego sam daje się tak traktować?
- Jesteś najbardziej denerwującą kobietą, jaką kie-
dykolwiek spotkałem - warknął nie ukrywając złości.
Zrobił krok w stronę Callie.
ZłoŜyła ramiona na piersiach, ale się nie cofnęła.
- Posłuchaj mnie uwaŜnie, Reidzie Dillon. To,
o czym mówimy, jest sprawą zasad i osobistej godno-
ś
ci. - Callie wskazała siebie palcem. - Powtarzam.
Chodzi o etykę. Moją.
Zatrzymał się tuŜ przed nią.
- Mógłbym przysiąc, Ŝe mówiliśmy wyłącznie
o pieniądzach - powiedział drwiącym głosem. - Zde-
sperowanym gestem przesunął dłonią po włosach.
- JuŜ nic nie rozumiem. Callie. Czy moŜesz wyjaśnić,
czego właściwie chcesz?
Przełknęła nerwowo ślinę i rozłoŜyła ramiona w
bezradnym geście.
-
Chcę wiedzieć, czy... czy ci na mnie zaleŜy.
Niezbyt przytomnym wzrokiem Reid obrzucił wnę-
trze kuchni. Był zdezorientowany.
-
A cóŜ to za pytanie!
-
Czy ci na mnie zaleŜy? - powtórzyła łamiącym się
głosem.
-
Och, Callie, złotko, wiesz przecieŜ, Ŝe tak! - zapewnił
szybko.
Przysunął się jeszcze bliŜej.
W oczach Reida dojrzała znajome błyski. Bała się, Ŝe
znów nie oprze się temu męŜczyźnie i podda jego urokowi.
Zaczęła mówić szybko i nerwowo:
- A więc jeśli zaleŜy ci na mnie, to nie traktuj mnie
132
tak, jakbyś płacił za „wykonane usługi", oferując duŜą
sumę pieniędzy. Uwierz mi. Tysiąc dolarów w zupełno-
ś
ci wystarczy. To przyzwoita zapłata. Postępuj więc ze
mną uczciwie. Niczego więcej od ciebie nie chcę.
Wzruszył ramionami.
- W porządku. Niech będzie tysiąc - przystał po
chwili namysłu.
Wiedziała, Ŝe nie jest zadowolony. Takie rozwiąza-
nie wcale mu się nie podobało. Wolałby postawić na
swoim.
- Dziękuję - odrzekła spokojnie.
To idiotyczne dziękować za to, Ŝe płaci jej mniej, niŜ
chciał. Ale chodzi przecieŜ o zasady i godność osobistą.
To mu powiedziała. Musi przecieŜ Ŝyć w zgodzie z
własnym sumieniem.
Reid oparł dłonie na karku Callie i zaczął lekko
masować jej napięte, obolałe mięśnie. Zawsze robił to
ś
wietnie. Za kaŜdym razem wyczuwał dokładnie, gdzie
dotyk jego ręki jest najbardziej potrzebny. Ten męŜ-
czyzna zawsze wiedział, kiedy i czego Callie potrzebu-
je. Było to cudowne odczucie, lecz czasami trochę
irytujące.
- Callie, od tygodni harowaliśmy oboje jak woły.
To zrozumiałe, Ŝe jesteśmy teraz wykończeni ner-
wowo. - Czuła ciepłe dłonie Reida na plecach. Jego
głos brzmiał niezwykle łagodnie. - Dziś jest wielki
dzień. Na tę okazję trzymam specjalnie butelkę szam
pana. Musimy oblać zakończenie prac malarskich.
Tylko we dwoje.
Zawahała się na chwilę.
- A czy nie byłoby lepiej wznieść toast mlecznym
koktajlem? Lekarz zabronił ci przecieŜ picia alkoholu.
- Zanim skończyła mówić, wiedziała, Ŝe popełniła błąd.
133
W mgnieniu oka Reid wpadł w złość.
-
Wiem, co mówił doktor. Mam ochotę na szam-
pana - wycedził z osobna kaŜde słowo.
-
No to sobie pij - powiedziała Callie, odsuwając
się od niego. - Ale tym razem zrobisz to beze mnie. -
Nie mogła być świadkiem tego, co uwaŜała za
zbrodnię. To, co wyczyniał Reid, było karygodne.
Słuchał jej słów z niechęcią. Od tygodnia, a moŜe
nawet dwóch, stawał się coraz bardziej rozdraŜniony.
Teraz wpadł we wściekłość.
-
Do jasnej cholery, co ci się nagle stało? - wy-
krzyknął ze złością. - Zaczynasz zachowywać się
nieznośnie. Zupełnie jak zrzędliwa Ŝona.
-
Ale przecieŜ nie jestem zrzędliwą Ŝoną! Nie jestem
twoją Ŝoną. - Callie zacisnęła wargi. Do licha, znów
powiedziała za duŜo. O wiele za duŜo.
-
To prawda. Nie jesteś moją Ŝoną - warknął Reid.
Na wargach igrał mu złośliwy uśmiech.
I to chyba najbardziej rozzłościło Callie.
-
Co ty sobie właściwie myślisz? Kogo chcesz
oszukać? - Była wściekła na Reida. Przestawała pano-
wać nad sobą. - PrzecieŜ nie jestem ślepa. Widzę, jak
bez przerwy ssiesz tabletki na Ŝołądek, tak jakby to były
zwykłe cukierki. Być moŜe oszukujesz się sam, Reidzie
Dillon, ale mnie nie zwiedziesz. Ani na chwilę. -Callie
trzęsła się cała. DrŜał takŜe jej głos od z trudem
powstrzymywanych emocji. - PrzecieŜ czujesz się.
coraz gorzej! KaŜdy by to zauwaŜył! Palisz i pijesz.
Zachowujesz się tak, jakbyś był absolutnie zdrów.
Zobaczysz, jeszcze się doigrasz.
-
Och, na litość boską, daj mi wreszcie spokój! -
wykrzyknął Reid.
134
Callie poczuła nagle łzy pod powiekami. Była
zupełnie bezradna.
- No to powiedz, co powinnam zrobić! Powiedz.
- Zapadło głuche milczenie. - Sądzisz, Ŝe mogę patrzeć
spokojnie na to, jak człowiek, którego kocham, sam się
zabija? - Wyczerpanie fizyczne i napięcie sprawiły, Ŝe
się poddała. - No mów wreszcie, co powinnam uczynić.
Przez chwilę stał nieruchomo, a dopiero potem się
odezwał:
-
Nie wiem, jakiej spodziewasz się odpowiedzi.
Skąd mam wiedzieć, co powinnaś robić? W kaŜdym
razie mnie nie pouczaj. I nie dyktuj, w jaki sposób mam
Ŝ
yć. - W głosie Reida brzmiał sarkazm. - Jakoś udało
mi się przeŜyć trzydzieści sześć lat bez twojej pomocy.
-
I bez mojej pomocy przeŜyjesz. - Callie juŜ nie
panowała nad sobą. Reid zranił ją bardzo i nie mogła
mu tego darować. - Ale juŜ nie następne trzydzieści
sześć lat. Przy trybie Ŝycia, jaki prowadzisz, masz małe
szanse. Nie pociągniesz tak długo.
Reid uśmiechnął się drwiąco. Oparty plecami o blat
kuchenny skrzyŜował ramiona na piersiach.
- Coś mi się zdaje, złotko, Ŝe ty sama równieŜ masz
małe szanse. Jestem od ciebie znacznie większy i silniej-
szy.
Kpił sobie z niej! Nie traktował powaŜnie jej słów,
podobnie jak nie przywiązywał wagi do własnej choro-
by! Za taką postawę Reid zapłaci w końcu duŜą cenę.
A poniewaŜ Callie go kocha, zapłaci takŜe ona.
Patrzyła, jak Reid sięga do kieszeni i wyjmuje do
połowy opróŜnioną paczkę papierosów. Wyciąga jed-
nego i zapala go. Na jego twarzy malowały się buta i
poczucie męskiej wyŜszości. Stał z papierosem w ręku i
patrzył na Callie.
135
Nigdy potem nie była w stanie pojąć, dlaczego
wtedy właśnie tak postąpiła. Ze złości? Z miłości? A
moŜe był to tylko zwykły ludzki odruch? W kaŜdym
razie podeszła do Reida i wytrąciła mu papierosa z
ręki, tak Ŝe upadł na podłogę. Pochyliła się, podniosła
go z ziemi i zgasiła w popielniczce stojącej na kuchen-
nym stole.
Kiedy spojrzała ponownie na Reida, płonęły jej
policzki.
- Od dziś, do diabła, jest to nie tylko twoje
Ŝ
ycie, lecz takŜe moje - powiedziała drŜącymi war-
gami.
Reid przytrzymał ją mocno za ramię.
- Pamiętaj, Ŝebyś nigdy więcej czegoś takiego nie
robiła - syknął z wściekłością. - Odczep się ode mnie
- dodał, Ŝeby wszystko było jasne do końca. - To nie
twoja sprawa.
- Mylisz się. - Callie nie dała za wygraną. - TakŜe
moja. Od chwili, w której zaczął się ten nasz cały...
romans. - Westchnęła głęboko i dokończyła smutnym
głosem: - Stała się moją sprawą od chwili, w której
zakochałam się w tobie.
Rzucił jej nieprzychylne spojrzenie.
-
A od kiedy to fakt pokochania drugiego człowie-
ka daje prawo do ingerowania w jego Ŝycie?
-
Nie daje. Nie wtrącam się w twoje sprawy. Ale nie
mogę być biernym obserwatorem i patrzeć spokojnie,
jak się zabijasz. ZaleŜy mi na tobie.
-
I sądzisz, Ŝe dlatego moŜesz się wtrącać w cudze
Ŝ
ycie? - Reid nie czekał na odpowiedź Callie. Z finezją
słonia buszującego w składzie porcelany ciągnął dalej:
- Zdajesz sobie, oczywiście, sprawę z tego, Ŝe nigdy nie
powiedziałem, Ŝe cię kocham.
136
-
A jak myślisz? - wykrzyknęła Callie, zaciskając
pięść. Podniosła ją do góry z zamiarem uderzenia
Reida, ale szybko opuściła rękę. - Jestem wściekła na
ciebie, bo sprawiłeś, Ŝe się w tobie zakochałam!
-
Co to, to nie - zaprotestował lodowatym tonem. -
Ani ja tego nie spowodowałem, ani ty nie sprawiłaś, Ŝe
zakochałem się w tobie. Kocham cię, Callie Jean
Foster. I o tym pamiętaj. - Energicznym ruchem
wyrzucił ręce do góry. - Ale zawsze będę robił to, co
zechcę. Pił, palił i czynił wszystko, na co przyjdzie mi
ochota. Miłość do kogoś nie oznacza ani posiadania go
na własność, ani prawa do wprowadzania zmian w
jego Ŝyciu. Kochając, akceptuje się drugiego czło-
wieka takiego, jaki jest.
Zapadło milczenie.
- Masz rację - po chwili powiedziała Callie. Jej głos
brzmiał podejrzanie spokojnie. - A więc będziesz
musiał przyjąć do wiadomości między innymi to, Ŝe nie
potrafię stać z boku i patrzyć, jak niszczysz swój
organizm. Po prostu nie mogę. Do tej pory starałam się
milczeć. Przez ostatnie kilka tygodni tyle razy za-
gryzałam zęby, Ŝe mam dziurki w języku.
DłuŜej nie mogła się powstrzymywać.
- To, co robisz, Reidzie, jest chore. PrzecieŜ jesteś
człowiekiem rozumnym. Wiesz, Ŝe sobie szkodzisz. śe
powoli popełniasz samobójstwo. Nie brzmi to zbyt
sympatycznie, ale to fakt. - Callie zobaczyła, Ŝe jej
słowa nie robią na Reidzie prawie Ŝadnego wraŜenia.
-Wobec tego Ŝyj, jak chcesz. Twoja wola. Pal, pij i rób,
co ci się Ŝywnie podoba. Ale mnie przy tym nie będzie.
- Odwróciła się i podeszła do drzwi. - Daj znać, jeśli
kiedyś zdecydujesz się zmienić swoje Ŝycie. I pamiętaj,
Ŝ
e kocham cię bardzo.
137
-
Poczekaj... - Reid nie mógł uwierzyć, Ŝe Callie go
opuszcza. - Złotko, nie mówiłaś serio -dodał niepewnie
się uśmiechając.
-
Mówiłam powaŜnie - odparła spokojnie. - Ko-
cham cię. Równie dobrze potrafiłabym cię jednak
znienawidzić. Wtedy, kiedy zmarłbyś i zostawiłbyś
mnie samą. Mogłabym wybaczyć ci wiele, prawdę
mówiąc niemal wszystko, ale nie to. Nie chcę znów
przeŜywać bezsensownej śmierci. Niczyjej.
-
A moŜe powiesz wreszcie prawdę? - W głosie
Reida zabrzmiał ostrzejszy ton. -Przyznaj uczciwie, Ŝe
się boisz. Obawiasz się mnie pokochać. Wygląda na to,
Ŝ
e jesteś zwykłym tchórzem, Callie Jean Foster. Zresz-
tą całe twoje pokolenie jest identyczne. Bez charakteru!
Wzruszyła ramionami. PołoŜyła rękę na klamce.
-
Nie trzeba mieć charakteru, Ŝeby się unicestwić.
Ale trzeba odwagi, Ŝeby Ŝyć. - Otworzyła drzwi.
-
Callie, kochanie! - wykrzyknął Reid. - Jesteś mi
potrzebna. Bez ciebie sobie nie poradzę.
Odwróciła się i popatrzyła na niego wzrokiem,
który odzwierciedlał głęboki ból. Potrząsnęła ze smut-
kiem głową.
- Nigdy nie przypuszczałam, Ŝe potrafisz grać
nieczysto - powiedziała martwym głosem.
Po chwili juŜ jej nie było.
Furgonetka odjechała spod domu. Wokół zapano-
wała cisza.
DrŜącymi rękoma Reid wyciągnął następnego pa-
pierosa i zapalił go. Stał pośrodku kuchni, zaciągając
się głęboko. Był zły. Okropnie zły. Niech diabli wezmą
tę nieznośną dziewczynę!
Prowadząc furgonetkę Siódmą Aleją, Callie przy-
sięgała sobie, Ŝe się nie rozpłacze. Przynajmniej jeszcze
138
nie teraz, podczas tej pięciominutowej jazdy do włas-
nego domu.
Była rozgniewana. Tak bardzo, jak chyba jeszcze
nigdy w Ŝyciu. Pełna gniewu i zraniona. Nic dziwnego.
Reid Dillon to czysty szaleniec! Zabijał się i nie myślał
ani o sobie, ani o niej. Z takim człowiekiem nie była
moŜliwa Ŝadna dyskusja. Dopiero teraz Callie zdała
sobie z tego sprawę. Do Reida nie docierały logiczne
argumenty, nie robiły na nim wraŜenia Ŝadne słowa.
A cóŜ one właściwie znaczą? Nic. Pragnienie zmiany
musi pochodzić od człowieka, którego miałaby ona
dotyczyć. Reid nigdy nie przestanie palić i pić, i nie
zmieni trybu Ŝycia, jeśli nie będzie mu na tym zaleŜało.
Dlatego nie powinna rozdzierać szat i martwić się o
coś, na co nie ma wpływu.
Dojechała bezpiecznie do domu. Ściągnęła brudne
ubranie i wzięła gorący prysznic.
Czuła się nieszczęśliwa i odrzucona. śal było jej
zarówno samej siebie, jak i Reida. Od samego począt-
ku wiedziała, Ŝe jest typem męŜczyzny, w jakim nie
chciałaby się zakochać. I wcale się nie pomyliła. Teraz
jednak myśl ta była niewielką pociechą. Nie dawała
Ŝ
adnej satysfakcji.
Callie wytarła się ręcznikiem i włoŜyła domowe
wdzianko. Poszła do sypialni i rzuciła się na nie
posłane łóŜko. W półprzytomnym stanie przeleŜała
popołudnie, wieczór i część nocy. Myślała, rozpaczała
i płakała. Płakała i myślała. Wreszcie, chyba nieco po
północy, udało się jej zasnąć.
Kiedy zadzwonił telefon, bezwiednie, siłą przy-
zwyczajenia, sięgnęła po omacku do budzika i wyłą-
czyła go. Ten dźwięk budził ją niezmiernie od lat. Ale
tym razem dzwonienie nie ustawało.
139
Zdała sobie wreszcie sprawę z tego, Ŝe słyszy telefon,
a nie budzik. Przesunęła się na drugą stronę łóŜka i
podniosła słuchawkę.
- Halo?
Kto dzwoni w środku nocy? A moŜe to juŜ wczesny
ranek?
-
Callie?
-
Tak - odparła. - Głos docierający z drugiego końca
linii był dobrze znany, ale brzmiał inaczej niŜ zwykle.
- Callie, jesteś mi potrzebna.
Serce podeszło jej do gardła.
-
Reidzie, co z tobą? Czy dobrze się czujesz? -
spytała zaniepokojona, zapalając równocześnie lampkę
na nocnym stoliku.
-
Nie bardzo, złotko, nie bardzo. Chyba jestem
chory. Mam krwotok.
Oprzytomniała w ciągu sekundy. Usiadła na brzegu
łóŜka. Jej serce biło jak oszalałe. Kurczowo zacisnęła
dłoń na słuchawce.
- Zaraz przyjadę. Nie ruszaj się. Zostań tam, gdzie
jesteś.
Słyszała urywany oddech Reida.
-
Chyba nawet nie mógłbym się ruszyć. Trochę mi
słabo.
-
Och! Czekaj spokojnie. Będę za dziesięć minut.
Słyszysz mnie?
-
Tak. Słyszę. Za dziesięć minut - powtórzył jej
słowa.
Głos Reida, mimo Ŝe zmieniony, rozpoznałaby
wszędzie i zawsze, gdyby nawet płynął z drugiego
końca świata.
- Odkładam słuchawkę, kochanie - powiedziała
czule. -I juŜ jadę do ciebie.
140
WłoŜyła błyskawicznie dŜinsy i bluzkę. Po chwili
biegła w stronę furgonetki.
Przejechała oba skrzyŜowania przy czerwonym
ś
wietle. Dzięki Bogu, o trzeciej nad ranem ruch w
Clarion był niewielki.
Dokładnie dziesięć minut później stała pod drzwia-
mi Reida. Miała klucz, ale ręce trzęsły się jej tak
bardzo, Ŝe nie mogła poradzić sobie z otwarciem
zamka.
Musiała się opanować. Musiała zachować spokój i
przytomność umysłu.
Otworzyła wreszcie drzwi i weszła do środka.
Zobaczyła, Ŝe w kuchni pali się światło.
- Reidzie! - zawołała.
W mieszkaniu panowała cisza. Callie słyszała tylko
własny głos i tykanie ściennego zegara. Zawołała
jeszcze raz. Donośniej.
-
Reidzie!
-
Jestem tutaj - dobiegła ją cicha odpowiedź.
Znalazła go w łazience na parterze. Siedział trzy-
mając ręce przy twarzy. Był w tym samym ubraniu,
które miał rano na sobie.
Na widok Callie uniósł głowę. Zobaczyła, Ŝe jest
blady jak ściana. Przód koszuli miał poplamiony
krwią.
- O mój BoŜe! - wykrzyknęła mimo woli.
Próbował się uśmiechnąć. Bezskutecznie. Był zlany
potem. Mokra koszula oblepiała tors.
- Co się stało? - spytała niemal szeptem.
W oczach Reida dojrzała ból.
-
Nie wiem. Sądzę jednak, Ŝe powinienem jechać
do szpitala.
-
MoŜesz iść o własnych siłach?
141
- Chyba nie dam rady. Po telefonie do ciebie ledwie
tutaj się przywlokłem.
Nie, nie uda się jej dowieźć Reida samej. Jest zbyt
cięŜki. A co będzie, jeśli zemdleje w drodze do furgone-
tki?
- Poczekaj tutaj, wezwę karetkę. - Callie starała się
mówić spokojnie.
Poszła do kuchni i ze stojącego tam aparatu wy-
kręciła numer pogotowia. Łamiącym się głosem poda-
ła nazwisko i adres Reida. Potem zapaliła światło nad
gankiem i zostawiła otwarte frontowe drzwi.
Wróciła do Reida.
- Przyjadą? - zapytał słabym głosem.
- Tak. Niedługo - zapewniła.
Upłynęło parę minut.
I nagle ciszę nocną rozdarł przenikliwy dźwięk
sygnału. W Ŝyłach Callie zmroził krew.
- Złotko... - Reid usiłował coś powiedzieć, ale nie
był w stanie. Brakowało mu i słów, i sił.
Lekko ścisnęła mu ramię.
- Wezmę furgonetkę i pojadę za wami.
Chwilę później sanitariusze sprawnie ułoŜyli Reida na
noszach i wynieśli do karetki. Jeden z nich zwrócił się
do Callie:
-
Wygląda pani bardzo mizernie. Proszę odpocząć
i się odpręŜyć, zanim pojedzie pani za nami do szpitala.
Nie chcemy, Ŝeby po drodze stało się pani coś złego.
-
Ma pan rację - szepnęła.
Po chwili znalazła się sama w opustoszałym domu.
Tę noc Callie będzie pamiętała chyba do końca
Ŝ
ycia. PrzeŜyła prawdziwy koszmar. Udało się jej
dojechać na pogotowie kilka minut po tym, kiedy
karetka przywiozła tam Reida. Potem, jak potrafiła
142
najlepiej, odpowiadała na zadawane pytania. Zastana-
wiała się, czy powinna natychmiast skontaktować się z
rodziną Reida. Postanowiła jednak odłoŜyć to do rana.
Siedziała sama w poczekalni szpitalnej i patrzyła
przed siebie nie widzącymi oczyma. Potem wstała i
zaczęła chodzić po małym pomieszczeniu. Przemie-
rzyła pokój dziesięć razy. Sto. MoŜe nawet więcej.
Chodziła dopóty, dopóki nie ścierpły jej ramiona i nie
rozbolały nogi.
TuŜ tuŜ przed świtem zza wahadłowych drzwi
wyszedł do niej lekarz w białym kitlu, Ŝeby zamienić
kilka słów. Miał poszarzałą, zmęczoną twarz. Podob-
nie jak Callie, był na nogach całą noc.
Kilka minut później drzwi otworzyły się znowu.
Ukazał się w nich Reid. Wyglądał kiepsko, ale zna-
cznie lepiej niŜ wtedy, kiedy ostatni raz go widziała.
- Doktor powiedział, Ŝe juŜ czujesz się lepiej i mo-
Ŝ
esz wracać do domu - powtórzyła słowa lekarza.
Reid skinął głową i rozejrzał się po pustej salce.
-
Czekałaś tu na mnie całą noc? - zapytał dość
ostrym głosem.
-
Tak. Mną się nie przejmuj, bardzo cię proszę.
Czuję się dobrze. Jestem tylko trochę zmęczona.
W tym momencie uprzytomniła sobie, Ŝe Reid jest
zły dlatego, iŜ widziała go w tak okropnym stanie.
Niezadowolony, Ŝe przez całą noc czekała tutaj sama,
aŜ zrobią mu wszystkie badania i lekarze ustalą
diagnozę.
Uznali, Ŝe nic złego mu się nie stało. Zaszkodził
tylko nadmiar szampana i papierosów wypalonych na
pusty Ŝołądek.
Callie bardzo uwaŜała, Ŝeby nie powiedzieć Reidowi:
143
a nie mówiłam? Nie dałoby to jej satysfakcji. Zresztą
była zbyt zmęczona, Ŝeby go pouczać. Słaniała się na
nogach. Nie była nawet w stanie mieć pretensji do
Reida, Ŝe z jego powodu spędziła koszmarną noc w
szpitalnej poczekalni.
-
JuŜ świta - powiedział, kiedy opuścili gmach
szpitala i ruszyli w stronę miejsca, w którym Callie
zostawiła furgonetkę.
-
Tak. - Ziewnęła. Ledwie się powstrzymała, Ŝeby
nie oprzeć głowy na ramieniu Reida.
-
Poprowadzę samochód. Jesteś wykończona. -
Reid wyjął kluczyki z rąk Callie.
-
Dobrze - odparła. Jeśli sam chce, niech siada przy
kierownicy.
Po kilku minutach znaleźli się w domu Reida.
Weszli do kuchni.
Zapadło milczenie. Przerwała je Callie.
-
Co robili ci w szpitalu? - spytała bez większego
zainteresowania.
-
RóŜne badania. Potem obserwowali przez jakiś
czas, dali małe, białe tabletki i powiedzieli, Ŝe mam
prowadzić się przyzwoicie. Wreszcie, na szczęście,
odesłali do domu.
-
Naprawdę się przeraziłam - powiedziała Callie.
-
Wiem, złotko. Sam teŜ porządnie się wystraszy-
łem. - Ręce drŜały mu lekko, kiedy bezskutecznie
próbował usunąć z koszuli ślady skrzepniętej krwi.
Odwrócił się, otworzył jakąś szufladę i zaczął w niej
szperać. Po chwili wyjął pudełko papierosów. Ściągnął
celofanowy pasek i rozerwał opakowanie.
Callie obserwowała te poczynania. Stała jak wroś-
nięta w ziemię. Nie była w stanie wykrztusić słowa.
Zaczęła powoli odsuwać się od Reida.
144
-
O co chodzi? - zapytał. Zobaczył, jak Callie,
zataczając się, idzie w stronę drzwi. - Złotko, co się
stało?
-
Czas na mnie.
-
Chcesz iść? Dlaczego?
Oczy Callie odzwierciedlały bezmiar rozpaczy i po-
niesionej klęski.
- Czy tego nie widzisz? Czy naprawdę nic nie
rozumiesz? - Zrobiła nieokreślony ruch ręką. - To
wszystko nie ma sensu. Po prostu nie ma sensu.
- Otworzyła drzwi i wyszła z kuchni.
Reid stał bez ruchu. Wpatrywał się w miejsce, w
którym przed chwilą znajdowała się Callie, a potem
opuścił wzrok i popatrzył na rękę, w której tkwił
papieros - takim wzrokiem, jakby dopiero teraz go
zobaczył. Rzucił soczyste przekleństwo i z furią zgniótł
w palcach papierosa, zamieniając go w kupkę tytoniu.
145
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Callie prowadziła wóz w wariackim tempie. I nagle
zdała sobie sprawę z tego, Ŝe nie ma ani po co, ani do
kogo się spieszyć. Zwolniła i zjechała na pobocze
Siódmej Alei. Zatrzymała się, nie wyłączając silnika.
Pochyliła głowę i oparła czoło na kierownicy.
Parę minut temu opuściła jedynego męŜczyznę,
jakiego kiedykolwiek kochała. Zostawiła go nie pierw-
szy raz. W ciągu niespełna doby zrobiła to dwukrotnie.
Dlaczego? Dlatego, Ŝe była przekonana, iŜ Reid
sam się unicestwi. Pewnego dnia. Nie dzisiaj i nie jutro,
lecz wtedy, kiedy skumulowane skutki niewłaściwego
trybu Ŝycia sprowadzą na niego nieszczęście. Do tego
dnia zostałoby jeszcze wiele czasu na miłość i wspólne
przeŜycia. Callie będzie tego bardzo brakowało. Dla-
czego więc juŜ teraz zdecydowała się opuścić Reida?
Nazwał ją tchórzem, zapewne nie bez racji. Obawia-
ła się go kochać? A moŜe po prostu bała się innego
Ŝ
ycia? Gdzie się podziało pokolenie romantyków,
którzy woleli kochać i cierpieć niŜ nie kochać wcale?
Callie odczuwała strach przed miłością, bo bała się
stracić człowieka, którego pokochała.
Podniosła głowę znad kierownicy i popatrzyła przez
przednią szybę furgonetki. Zanim poznała Reida Dil-
lona, prowadziła spokojne, ustabilizowane Ŝycie. Do
jej hermetycznego, bezpiecznego światka Reid wniósł
146
radość, podniecenie i emocje. śyjąc bez niego, będzie
musiała poŜegnać się z radością, podnieceniem i emoc-
jami. Pozostanie nadal w bezpiecznym, lecz pustym
ś
wiecie. Nie będzie miała własnego męŜczyzny.
Co w tej chwili pozostaje właściwie do zrobienia?
Było to trudne pytanie. Zakochała się przecieŜ po uszy
i nawiązała bliski, intymny stosunek z męŜczyzną. Tak
wyglądały fakty. Czy miała więc swobodę wyboru? A
moŜe juŜ go dokonała?
Pokochała Reida Dillona.
Te trzy słowa wyjaśniały w zasadzie wszystko. Czy
mogła więc go opuścić? Czy jej miłość jest tak słaba,
Ŝ
e nie przetrzyma niszczycielskich skutków upływu
czasu, tego, co przyniesie przyszłość? Była Reidowi
teraz bardziej potrzebna niŜ kiedykolwiek. I sama
takŜe
go
potrzebowała.
Były
to
następne
niezaprzeczalne fakty, które naleŜało wziąć pod
uwagę.
W tym momencie Callie powzięła decyzję. Wiedzia-
ła juŜ, co powinna zrobić.
Wyprostowała się na niewygodnym siedzeniu fur-
gonetki i rozejrzała wokoło.
Zaparkowała samochód mniej więcej w połowie
drogi między domem Reida a własnym. Dzwony na
wieŜy pobliskiego kościoła obwieszczały właśnie szós-
tą rano. Na szczęście ruch na ulicy panował jeszcze
niewielki. Callie ruszyła. Wracała do Reida. Wracała,
aby odwaŜnie spojrzeć w przyszłość.
Dojechała do skrzyŜowania i brawurowo zawróciła
furgonetkę, ocierając kołami o brzeg trotuaru. Miała
teraz przed sobą prostą drogę. Dodała gazu.
Zahamowała przed czerwonym światłem na następ-
nym skrzyŜowaniu. I wtedy zobaczyła szarego buicka,
nadjeŜdŜającego z przeciwnej strony.
147
To był Reid! Wyglądało na to, Ŝe jedzie do niej.
Zatrzymali samochody obok siebie. Opuścili szyby.
- Co ty wyczyniasz? - warknął Reid. - Gdzie się
rozbijasz po nocy?
Callie nerwowo postukiwała palcami w kierownicę.
-
Nic. Jadę do... do kogoś.
-
Do kogoś, kogo znam?
-
Tak. Chcę z panem zaraz porozmawiać, panie
Dillon. Załatwimy to w moim domu, czy w pańskim?
-
U mnie - odparł Reid. Był zaskoczony. Bał się, Ŝe
Callie w ogóle nie zechce go widzieć, a tu nagle sama
zaproponowała rozmowę. Nic z tego nie rozumiał.
Chwilę później zawrócił buicka i ruszył za Callie.
PodąŜali teraz oboje w jednym kierunku.
Z uśmiechem w kącikach ust, Reid obserwował
wariacką jazdę kierowcy furgonetki. Była strasznie
zdezelowana, a puszki farby i inne narzędzia klekotały
w tylnej, otwartej części samochodu.
Oba samochody stanęły obok siebie na podjeździe
pod domem. W oczach Callie Reid dostrzegł deter-
minację.
- Zdajesz sobie, oczywiście, sprawę, Ŝe oboje
jesteśmy
w
kiepskiej
formie
-
oświadczyła
wyprzedzając go w drzwiach kuchni.
- Nic dziwnego -mruknął pod nosem. -Jest szósta
rano. Nie zmruŜyliśmy oka tej nocy.
Zignorowała tę uwagę.
- Zakochałam się, Reidzie Dillon. I wiem, Ŝe coś
podobnego przydarzyło się tobie. Co zrobimy z tym
fantem? Chcę znać odpowiedź na to pytanie. - Wierz
chem dłoni Callie przetarła oczy i smutnym wzrokiem
popatrzyła na Reida. - Co... co z nami będzie? -dodała
prawie niedosłyszalnym szeptem.
148
Stał na lekko rozstawionych nogach i trzymał ręce
w kieszeniach.
- Och, czy ty naprawdę uwaŜasz, Ŝe taką rozmowę
moŜna prowadzić, mając pusty Ŝołądek? - Westchnął
głęboko.
- Pusty Ŝołądek? - powtórzyła. Znaczenie słów
Reida do Callie nie dotarło.
-
Chodzi o mój pusty brzuch, złotko - wyjaśnił siląc
się na spokój. - O ten sam, który sprawił nam dziś w
nocy tyle kłopotów.
-
Ile chcesz jajek? - spytała szybko.
Poczuła się nagle szczęśliwa. Podeszła szybko do
lodówki. Wyciągnęła karton świeŜych, wiejskich jaj,
mleko i masło.
Ta dziewczyna w kuchni zachowuje się wspaniale,
pomyślał rozentuzjazmowany Reid. Uwielbiał obser-
wować zwinne ruchy Callie, kiedy krzątała się między
zlewozmywakiem a stołem kuchennym. Była połącze-
niem dwóch kobiet. Staroświeckiej i nowoczesnej.
Zarówno w kuchni, jak i w łóŜku.
- Proszę o dwa jajka. - Reid zaczął wyciągać
sztućce, talerze i filiŜanki. Ustawił je na stole. -Wolisz
herbatę czy mleko? - zapytał.
Nastawiła wodę w czajniku.
-Mleko. - Jak przykładnie i nienagannie zachowu-
jemy się teraz oboje, pomyślała Callie, rozbijając
delikatnie ostatnią skorupkę jajka nad rondlem z lekko
wrzącą wodą. Tak jak byśmy zapomnieli o nocnej
awanturze i innych przeŜyciach. Instynkt samoza-
chowawczy to cudowna rzecz.
- Śniadanie było świetne. Gotujesz znakomicie
- piętnaście minut później Reid pochwalił Callie, kiedy po
posiłku siedzieli na wprost siebie przy kuchennym stole.
149
- Dziękuję - odparła z uśmiechem. - Zawsze
będziesz u mnie mile widzianym gościem. Kiedy tylko
zechcesz.
Reid odłoŜył widelec i popatrzył w oczy Callie tak
przenikliwie, Ŝe aŜ to ją zatrwoŜyło.
-
Właśnie o tym chciałem porozmawiać - powie-
dział powaŜnym głosem.
-
O moim gotowaniu?
-
Nie. O „kiedy tylko zechcesz". Pragnę, Ŝebyś
wiedziała, jak bardzo jestem ci wdzięczny za pomoc
ostatniej nocy. Chyba ci nawet jeszcze nie podziękowa-
łem.
Callie wyciągnęła rękę nad stołem i dotknęła dłoni
Reida.
-
Wiesz przecieŜ, Ŝe moŜesz zawsze na mnie liczyć.
Odwrócił głowę, popatrzył w okno, a potem pono-
wnie na Callie. W jego oczach dojrzała refleksy słońca.
- Jesteś mi potrzebna, Callie. Na zawsze.
Jego niski głos sprawił, Ŝe zadrŜała. A to, co mówił,
było wyznaniem miłości.
- Wczoraj wygadywałem róŜne okropne rzeczy.
Puścił rękę Callie i zrobił się niespokojny. ZauwaŜy-
ła jednak, Ŝe starym zwyczajem nie sięgnął po papiero-
sa.
-
Ja teŜ robiłam to samo - przyznała drŜącym
głosem. - Chyba oboje tego Ŝałujemy. Spróbujmy
wybaczyć sobie i zapomnieć.
-
Nie! - wykrzyknął Reid. Chwycił Callie za rękę. -
Nie chcę zapominać tego, co usłyszałem, bo trafiłaś w
dziesiątkę! Masz rację, kochanie, Ŝe to Ŝycie wymaga
odwagi. Zabijałem się powoli, poniewaŜ nie chciałem
dopuścić myśli, Ŝe moŜe mi się stać coś złego. To chyba
męska cecha. - Ściskał teraz mocno dłoń Callie.
150
- Jesteś mi potrzebna. Nie na dziś czy jutro, lecz na
wszystkie dni i noce, które są przed nami. Na za-
wsze.
Łzy, które ukazały się w oczach Callie, były łzami
radości.
- Czy jesteś tego pewny? - spytała.
-Tak, moja słodka. PomóŜ mi zdobyć wszechświat.
I siebie.
Callie oparła głowę na rękach.
- Miałeś rację. Od początku wiedziałeś -powiedziała
zduszonym głosem - Ŝe kocha się ludzi takimi, jacy są.
Miałeś rację - powtórzyła. - To ja się myliłam.
- Podniosła głowę i wzrokiem pełnym miłości popa-
trzyła na Reida. - Nie będę próbowała cię zmienić.
Chcę być z tobą na dobre i na złe, razem stawiać czoło
przeciwnościom losu. Czy przebaczysz mi tchórzost-
wo? Czy wybaczysz ucieczkę? Bałam się swojej miłości,
ale mam to juŜ poza sobą. Chcę cieszyć się dniem
dzisiejszym.
- A co z jutrem? - zapytał Reid. Wstał i obszedł stół
dokoła. Wziął Callie za rękę i podniósł ją z krzesła.
-
Zobaczymy - odparła, patrząc mu z czułością w
oczy. - Teraz liczy się tylko ta chwila.
-
To chodź do łóŜka. - Nie czekając na odpowiedź
pociągnął ją za sobą, ku schodom na piętro.
- Dobrze, kochany. - Callie nie była w stanie
powstrzymać ziewnięcia. - Chodźmy. Marzę o tym,
Ŝ
eby wreszcie zasnąć.
- Nie miałem na myśli spania - mruknął pod nosem
Reid, kiedy stanęli w drzwiach sypialni.
Pomógł Callie się rozebrać i połoŜył ją do łóŜka.
Potem zdjął szybko ubranie i wyciągnął się obok niej.
Zasnęli w pełnym świetle budzącego się nowego dnia...
151
Callie otworzyła powoli oczy. Było późne popołu-
dnie. Odwróciła głowę i zobaczyła, Ŝe Reid przygląda
się jej uwaŜnie brązowozłotymi oczyma, które od
początku tak bardzo ją intrygowały.
-Spałaś prawie dziesięć godzin -powiedział
głosem, w którym przebijała nuta zniecierpliwienia.
Przysunął się do Callie i objął ją mocno ramieniem. -
Nic zresztą dziwnego. Po takich przeŜyciach byłaś
wykończona.
-Ty teŜ miałeś wszystkiego dość - szepnęła roze-
spana. Z trudem otworzyła szerzej oczy i popatrzyła z
bliska na Reida. Był zadumany.
-O czym myślisz? - spytała. Dotknęła lekko
palcem jego zmarszczonych brwi.
-
Mamy pewien problem, złotko - odparł, zde-
jmując z twarzy jej rękę i przykładając do ust.
Callie stała się niespokojna.
- Masz problem? - powtórzyła.
-Aha - potwierdził. - Jest nas dwoje, a mamy aŜ
trzy domy. Dwa w Clarion i jeden w Pittsburghu.
Kiedy się pobierzemy, wystarczy nam tylko jeden.
Coś trzeba będzie zrobić z pozostałymi.
-Masz rację - szepnęła. Z Reidem mogłaby zamie-
szkać nawet w lepiance. To oczywiste, Ŝe przykro
będzie zostawić własny domek i ukochany ogród.
Przysięgła sobie jednak, Ŝe juŜ nigdy przedmioty ani
przyroda nie staną się dla niej waŜniejsze niŜ
człowiek.
- Ten problem jest łatwo rozwiązać. - Callie
przycisnęła wargi do kącika ust Reida. - Sprzedam
dom w Clarion i przeniosę się do Pittsburgha.
-Zrobisz to dla mnie?
-Oczywiście, głuptasie. - Roześmiała się radośnie.
W oczach Reida dojrzała teraz prawdziwe
szczęście.
Objęła go i przyciągnęła mocno do siebie.
152
- Kochany, przecieŜ wiesz, Ŝe dla ciebie byłabym
gotowa zrezygnować ze wszystkiego. - Odkrywała
przed nim serce. - Poza tobą nic się nie liczy. Prawdę
mówiąc, nieco inaczej wyobraŜałam Ŝycie z męŜczyz-
ną, ale mówi się trudno. I wcale nie jestem pewna, czy
chciałabym coś zmieniać... - Przeciągnęła językiem
wzdłuŜ warg Reida. Ogarnęło ją podniecenie. Od
sunęła głowę i przymruŜonymi oczyma popatrzyła na
leŜącego obok męŜczyznę. - Wygląda jednak na to, Ŝe
mamy inny, większy problem niŜ uporanie się z doma-
mi.
-Jasne. - Przyciągnął Callie mocno do siebie, dając
do zrozumienia, Ŝe wie dobrze, o co chodzi.
-
Zrozumiałeś mnie opacznie - zaprotestowała ze
ś
miechem. - Problem polega na tym, Ŝe jest nas tylko
dwoje, a mamy w piwnicy aŜ trzy wschodnie dywany.
-
No to postaramy się o trójkę dzieci i pewnego
pięknego dnia kaŜde dostanie w spadku po jednym -
zaproponował Reid.
-
A czy nie byłoby łatwiej po prostu wyrzucić te
szmaty? - szepnęła, świadoma coraz intensywniejszych
pieszczot Reida.
- MoŜe łatwiej, ale mniej zabawnie - odrzekł
stłumionym głosem. Całował teraz jej piersi.
- Punkt dla ciebie. - Callie jęknęła pod wpływem
dotyku rąk Reida.
LeŜeli teraz nago na łóŜku, oświetleni promieniami
popołudniowego słońca przenikającego przez koron-
kowe firanki.
Reid uniósł głowę i oparł się na łokciach.
- Złotkę, jestem jeszcze ci winien tysiąc dolarów.
Sprytny biznesmen dorzuciłby do tego parę centów
153
i pewnego dnia zainwestował... powiedzmy w sklep z
antykami.
-
Powiedzmy - powtórzyła Callie. - Gdyby udało
mu się znaleźć właściwego wspólnika, który poprowa-
dzi cały interes.
-
Och, to chyba jest do załatwienia -mruknął Reid,
odrywając na chwilę wargi od gładkiej skóry Callie.
-
Dla sprytnego biznesmena nie będzie to Ŝaden
problem:. - Callie odsunęła usta od rozgrzanej szyi
Reida.
-
A czy wiesz, kochanie, Ŝe nie dopuszczę do tego,
Ŝ
ebyś sprzedała swój domek? Jest przecieŜ nieodłączną
częścią ciebie. Sądzę, Ŝe będzie najlepiej, jeśli po-
zbędziemy się domu po dziadkach, a twój zostawimy
jako miejsce na weekendowe wypady i wakacje.
-
Och, jesteś wspaniały! Cudowny! - Serce Callie
wypełniła głęboka wdzięczność. - Dziękuję!
Reid popatrzył na nią z czułością.
-Musimy szybko załatwić formalności. Nie zamie-
rzam ryzykować, Ŝe znów mi uciekniesz. Czy zgadzasz
się zostać moją Ŝoną, Callie Jean Foster? Na zawsze.
Na dobre i na złe. Ze swojej strony przyrzekam, Ŝe
postaram się być męŜem dobrym i troskliwym. Za-
dbam nie tylko o ciebie, lecz takŜe o... siebie. No cóŜ -
westchnął głęboko z udawaną rezygnacją - unormuję
tryb Ŝycia. Będę jadł zdrowsze potrawy. Postaram się
nie palić i nie pić alkoholu. Spróbuję, złotko.
- Reidzie... - zaczęła Callie. Przygniatał ją teraz
całym ciałem. Poruszyła się niespokojnie.
-Pozwól mi mówić. Jeszcze nie skończyłem - prze-
rwał jej Reid. Znowu westchnął. Cała ta sprawa
wymagała więcej wysiłku, niŜ się spodziewał. - A ty?
Czy będziesz mnie kochała?
154
-Tak. Zawsze! - zapewniła gorąco, zanim zamknął
jej usta swoimi wargami.
Pocałunek był cudowny.
W ramionach Reida czuła się szczęśliwa i bezpiecz-
na. Pragnęła tego męŜczyzny. JuŜ teraz wiedziała na
pewno, Ŝe to na Reida Dillona czekała całe Ŝycie.
Oderwał na chwilę wargi od jej ust.
-
Od dziś nie musisz się niczego bać - powiedział,
przyciągając Callie mocno do siebie. - Zapamiętaj to
sobie na zawsze. Zawsze będę obok. Wystarczy, Ŝe
sięgniesz ręką.
-
Przyrzeknij - poprosiła.
- Przyrzekam. Sięgnij po mnie, kochanie. Weź
mnie. Całego.
- Bardzo cię pragnę, Reidzie. Chcę cię. Całego.
Zamilkli, bo dalsze słowa miłości zastąpiła rozkosz
wzajemnego oddania.
Znaleźli się we własnym zaczarowanym świecie, w
którym było wszystko, co najpiękniejsze. Egzotyczne
orchidee, szczyty gór i przestworza oceanów. Te
przeŜycia były ich wspólnym pragnieniem, a zarazem
najgłębszym sekretem.
Upłynęło wiele czasu, zanim powrócili na ziemię.
Ostatnie promienie słońca stojącego nisko nad hory-
zontem złociły ich obnaŜone ciała.
-
Jak się czujesz? - zapytał Reid.
-
Hmm - odparła Callie.
-AŜ tak dobrze? - Roześmiał się radośnie. -Ja czuję
się świetnie. Wspaniale.
-
Jak zawsze - mruknęła, odwracając się na bok.
-
Mogę przenosić góry! - entuzjazmował się Reid.
Pocałował Callie i całym ciałem przylgnął do jej
pleców.
155
-
Co ty właściwie robisz? - spytała, czując nowe
pieszczoty.
-
Sądziłem, Ŝe to oczywiste - odrzekł ze śmiechem i
znów zaczął ją całować.
-
Jesteś pewny, Ŝe... Ŝe wolno ci znów to robić? -
zapytała. Rzeczywiście niepokoiła się o samopoczucie
Reida.
Wziął ją w ramiona i popatrzył jej w oczy.
- Wierz mi, złotko. Jesteś dokładnie tym lekarst-
wem, jakie doktor mi zalecił. Wierz mi.
Uwierzyła.