background image

SUZANNE SIMMS

 

Sen na jawie

 

background image

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

Zero.

 

Dla Reida Dillona wynik, który ukazał się w okien-

ku kasy sklepowej, był zupełnie niedorzeczny. Widział 
na własne oczy, Ŝe kobieta stojąca przed nim w kolejce 
miała wózek wypełniony artykułami spoŜywczymi, za 
które zapłaciła.

 

Jeszcze  raz  spojrzał  uwaŜnie  na  kasę.  Wiedział 

oczywiście,  Ŝe  na  kuli  ziemskiej  są  nadal  miejsca,  do 
których komputeryzacja jeszcze nie dotarła. Nie przy-
puszczał jednak, Ŝe jedno z nich znajduje się tak blisko. 
Dowód był namacalny. Przedpotopowa kasa sklepowa, 
uruchamiana  ręcznie  korbką,  po  raz  trzeci  błędnie 
wskazywała wynik: zero.

 

To cholerne urządzenie powinno znajdować się nie 

w  sklepie,  lecz  w  muzeum,  stwierdził  w  duchu  Reid, 
słysząc,  jak  zdesperowana  kasjerka  mruczy  coś  pod 
nosem. Odwróciła głowę i krzyknęła przez ramię:

 

-  Charlie, znów wysiadła!

 

W głębi sklepu, zza lady stoiska z mięsem wynurzył 

się  męŜczyzna.  Wytarł  ręce  w  niezbyt  czysty  fartuch 
rozpostarty  na  wydatnym  brzuchu  i  powolnym  kro-
kiem ruszył w stronę kasy, przed którą zaczęła się juŜ 
tworzyć kolejka.

 

-  Mówiłaś  coś,  Josie?  -  chropowatym  głosem  za 

wołał z daleka tak głośno, jakby miał kłopoty ze

 

background image

 

słuchem,  lecz  był  zbyt  ambitny,  Ŝeby  do  tego  się 
przyznać.

 

Zdenerwowana kasjerka powtórzyła:

 

-

 

Znów wysiadła. 

-

 

Poczekaj  spokojnie.  JuŜ  nadchodzę...  JuŜ  nad-

chodzę... - głośno powtarzał Charlie. 

Upłynęło  sporo  czasu,  zanim  dotarł  na  miejsce. 

Stanął i w milczeniu przez dłuŜszą chwilę przyglądał się 
antycznemu urządzeniu.

 

-

 

O co chodzi? - zapytał wreszcie. 

-

 

O rany! - jęknął głośno Reid Dillon, wznosząc z 

furią oczy ku górze. 

Podniósł  rękę  i  nerwowym  gestem  przeciągnął 

palcami po bujnej, brązowej czuprynie. W Clarion był 
dopiero  niespełna  dobę,  a  juŜ  to  małe  pensylwańskie 
miasteczko zaczynało działać mu na nerwy.

 

-  Chyba wie pan, Ŝe cierpliwość jest zaletą charak- 

teru.

 

Słowa  te,  wypowiedziane  z  całkowitym  spokojem 

tuŜ obok Reida, przerwały w jednej chwili przykry tok 
jego myśli.

 

-  Co,  do  diab...  -  warknął,  lecz  natychmiast  się 

odwrócił,  Ŝeby  obejrzeć  właścicielkę  zdumiewająco 
brzmiącego  głosu.  Jak  moŜe  wyglądać  kobieta,  która 
ni  stąd,  ni  zowąd  zagaduje  obcego  męŜczyznę  i,  co 
gorsza,  serwuje  mu  tak  utarty  frazes?  Zaciekawił  go 
jednak niski, lekko szorstki głos.

 

To, co zobaczył, było jeszcze bardziej zaskakujące.

 

Mała.  I  młoda.  Te  dwa  określenia  przyszły  mu 

natychmiast  do  głowy,  gdy  tylko  ujrzał  stojącą  tuŜ  za 
sobą nieznajomą. Dzięki swemu potęŜnemu wzrostowi 
patrzył na nią dosłownie z góry.

 

Nie, nie jest bardzo młoda. Musi mieć juŜ dwadzieś-

 

background image

 

cia  kilka  lat,  skorygował  swe  pierwsze  wraŜenie  na 
widok  dojrzałej  figury  nieznajomej.  Ma  pełne  piersi, 
wąską talię i ładną, krągłą...

 

W  tej  właśnie  chwili  Reid  Dillon  napotkał  wzrok 

nieznajomej.  Doznał  prawdziwego  wstrząsu.  Jej  oczy 
miały  przedziwny  kolor.  Były  intensywnie  błękitne, 
usiane  drobniutkimi,  Ŝółtymi  cętkami.  DuŜe,  ładne  i 
skrzące  inteligencją,  skojarzyły  się  Reidowi  z  promie-
niami słońca odbijającymi się w kryształowo czystych, 
niebieskich  wodach  górskiego  strumienia  oglądanego 
o  brzasku  dnia.  W  twierdzeniu,  Ŝe  męŜczyzna  chętnie 
by utonął w niezmierzonej głębi takich oczu, nie było 
Ŝ

adnej przesady.

 

Włosy  miała  średniej  długości.  Ani  długie,  ani 

krótkie. Tworzyły jasną chmurę wokół drobnej twarzy. 
Nos  prosty,  niewielki  i  bez  piegów,  a  usta  wydatne, 
niemal zbyt pełne. Rzucała się w oczy pięknie opalona 
skóra, o złocistym odcieniu. Była widoczna na ramio-
nach  i  nogach,  gdyŜ  kobieta  była  ubrana  w  skąpą  i 
kusą bawełnianą, letnią sukienkę.

 

W  oczach  Reida  nieznajoma  stanowiła  uosobienie 

jasnowłosych i złotoskórych kalifornijskich dziewcząt, 
które w snach nawiedzają dojrzewających męŜczyzn. Z 
jednym  tylko  wyjątkiem.  Była  mała.  Brakowało  jej 
więc  długich,  opalonych  nóg  i  iluś  tam  centymetrów 
wzrostu.

 

Nabrał powietrza i otworzył wreszcie usta.

 

-

 

Moim  zdaniem,  cierpliwość  to  cnota  bardzo 

przeceniana. 

-

 

Tak sądzą zazwyczaj ludzie, którzy jej nie mają - 

niemal bez zastanowienia Ŝartobliwym tonem odrzekła 
nieznajoma.  Oparła  łokcie  na  poręczy  wózka  z 
wiktuałami i podniosła głowę. - Jeśli zamierza pan 

background image

 

10 

robić  zakupy  w  tym  sklepie,  to  powinien  pan  uzbroić 
się w cierpliwość lub zapamiętać, Ŝe kasa psuje się tutaj 
zawsze we wtorki i w czwartki, z regularnością zegar-
ka. A Ŝe dziś jest czwartek... - Zawiesiła głos, wzruszy-
ła ramionami i lekko się uśmiechnęła.

 

Na  widok  jej  promiennej  twarzy  Reid  gotów  był 

przysiąc, Ŝe właśnie w tej chwili słońce wychyliło się zza 
chmur.  Odruchowo  odwzajemnił  uśmiech,  ukazując 
idealnie  równe,  białe  zęby  w  pięknie  wykrojonych 
ustach.  Nie  bez  kozery  wiele  kobiet  uwaŜało  Reida 
Dillona za piekielnie atrakcyjnego faceta.

 

-  Proszę mi powiedzieć-zaczął ze swobodą męŜczyz- 

ny świadomego swych niezaprzeczalnych wdzięków -co 
taka dziewczyna, jak pani, robi w takim miejscu, jak to.

 

Tym razem roześmiała się perliście.

 

-  Sądziłam, Ŝe to oczywiste. Robię zakupy.

 

Jej  śmiech  okazał  się  nadzwyczaj  zaraźliwy,  gdyŜ 

Reid  zawtórował  mu  natychmiast  swym  głębokim 
barytonem.

 

-

 

Jasne. Wobec tego dlaczego pani tak cierpliwie to 

znosi?  -  Chciał  usłyszeć  sympatycznie  brzmiący  głos 
nieznajomej,  a  ponadto  jej  odpowiedź  na  to  pytanie 
naprawdę go interesowała. 

-

 

Cierpliwie  to  znoszę?  -  powtórzyła  zdziwiona, 

potrząsając głową. 

Ś

ciszył głos i zapytał:

 

-  Dlaczego  robi  pani  zakupy  w  sklepie,  w  którym 

kasa wysiada co wtorek i czwartek?

 

Zmarszczyła lekko brwi.

 

-  Charlie  ma  najlepsze  świeŜe  owoce  i  warzywa 

w Clarion i okolicy, a ponadto sprzedaje je po bardzo 
przyzwoitych  cenach.  Sprowadza  to,  co  się  u  niego 
specjalnie zamówi. Zakupy robię zazwyczaj w ponie-

 

background image

 

11 

działki, środy i piątki, więc nie naraŜam się na stanie w 
kolejce do popsutej kasy.

 

Rozmowa z młodą kobietą zdawała się fascynować 

Reida.

 

-  Przychodzi  pani  tutaj  aŜ  trzy  razy  w  tygodniu? 

- zapytał z niedowierzaniem w głosie.

 

-  Tak. Dwa lub trzy. Lubię jeść świeŜe produkty. 
Reid spuścił wzrok i popatrzył na zawartość wózka,

 

na którym się opierała. Zobaczył w nim róŜne dziwacz-
ne  rzeczy.  Opakowanie otrąb pszennych,  słoik miodu, 
herbatę  ziołową,  karczocha,  dynię  o  wydłuŜonym 
kształcie, coś zielonego o liściach nieco przypominają-
cych  sałatę,  jakieś  drobne  owoce,  pół  tuzina  pojem-
ników z naturalnym  jogurtem  i  torbę  z  czymś  Ŝółtym. 
Reid robił zakupy rzadko i szybko. Tylko wtedy, kiedy 
było to konieczne. I do tej czynności nie przywiązywał 
Ŝ

adnej  wagi.  To,  co  zobaczył  na  wózku  nieznajomej, 

bardzo  go  zaskoczyło.  Być  moŜe  powiedzenie:  pokaŜ 
mi, co jesz, a będę wiedział, kim naprawdę jesteś, ma 
jakiś  sens.  Jeśli  tak,  to  stojąca obok  kobieta  była  albo 
wegetarianką,  albo  osobą  całkowicie  zwariowaną  na 
punkcie zdrowej Ŝywności. A co o nim mówiła zawar-
tość wózka, który miał przed sobą?

 

Zobaczył, Ŝe nieznajoma zajmuje się dokładnie tym, 

czym  on,  to  znaczy  dokonuje  uwaŜnej  inspekcji  jego 
zakupów.

 

Dobry  BoŜe,  jęknęła  w  duchu  Callie,  ten  człowiek 

sam się zabija!

 

Taki koniec Ŝywota stojącego przed nią męŜczyzny 

był tylko kwestią czasu. Miała przed oczyma niezbity 
dowód.  W  wózku  z  zakupami  leŜało  kilka  fiolek  z 
tabletkami  zobojętniającymi  kwasy  Ŝołądkowe  i  stała 
gigantyczna butelka mleczka aluminiowego stosowa-

 

background image

 

12 

nego  w  tym  samym  celu.  Znajdowały  się  tam  takŜe: 
pokaźnych rozmiarów krwisty befsztyk, duŜy pieczony 
ziemniak  w  folii,  pływający  w  ogromnej  ilości 
kwaśnej  śmietany,  paczka  zamroŜonych,  rozdrobnio-
nych  warzyw,  dwa  opakowania  pączków  oblewanych 
czekoladą,  ciasto  bananowe,  słoik  rozpuszczalnej, 
niezdrowej kawy,  bo  nie  pozbawionej kofeiny,  karton 
gęstej, wiejskiej śmietany i kilka paczek papierosów.

 

Nic  dziwnego,  Ŝe  ten  facet  musi  kupować  leki  na 

Ŝ

ołądek! pomyślała z westchnieniem.

 

Popatrzyła na samobójcę. Był męŜczyzną w kaŜdym 

calu,  i  to  nie  byle  jakim.  Dziwne,  Ŝe  tym  razem  tak 
silnie  reagowała  na  bliskość  osobnika  płci  brzydkiej. 
Prawie nigdy to się jej nie zdarzało.

 

Musiała  przyznać,  Ŝe  wyglądał  znakomicie.  Miał 

bujne  włosy,  inteligentny  i  bystry  wzrok,  mocno 
zaznaczone,  gęste  brwi  i  wyraziste  rysy  twarzy.  Był 
wspaniale opalony. Na ciemny brąz.

 

To  oczywisty  przypadek,  Ŝe  właśnie  taki  odcień 

skóry zawsze podobał się jej najbardziej.

 

Jedna  tylko rzecz  wzbudziła  niesmak  Callie.  Ogro-

mna  przewaga  fizyczna  tego  męŜczyzny.  Miał  jakieś 
sto  dziewięćdziesiąt  centymetrów  wzrostu  i  był  uoso-
bieniem  siły  i  męskości.  Przy  nim  czuła  się  jeszcze 
mniejsza i drobniejsza niŜ zwykle.

 

Zastanawiała  się,  co  sprawiło,  Ŝe  ten  człowiek  jest 

w tak doskonałej formie. Uprawia sporty czy wykonuje 
zawód  wymagający  sprawności  fizycznej?  W  kaŜdym 
razie  potęŜna  sylwetka  stojącego  obok  męŜczyzny 
działała na nią przytłaczająco.

 

Jestem  mała,  stwierdziła  w  duchu.  Wyciągnęła 

szyję, Ŝeby spojrzeć mu w twarz. Ale za to twarda. I to 
się przede wszystkim liczy, dodała sobie otuchy.

 

background image

 

13 

MęŜczyzna zauwaŜył jej powaŜną minę.

 

-  Nie  podoba  się  pani?  -  nawiązał  do  oględzin 

zawartości własnego wózka z zakupami.

 

Zmarszczyła czoło.

 

-

 

Nie  powinnam  się  wtrącać,  ale  dlaczego  mając 

kłopoty z Ŝołądkiem, kupuje pan tak okropne jedzenie? 

-

 

To drobnostka - skłamał bez mrugnięcia okiem. - 

Jestem  na  lekkiej  diecie.  Mało  kawy,  ani  kropli 
alkoholu  i  bez  papierosów.  A  więc  pozbawiono  mnie 
przyjemności,  które  Ŝycie  oferuje  zwykłemu  śmiertel-
nikowi.  -  Roześmiał  się  nieco  ponuro,  zerkając  na 
zawartość  własnego  wózka,  w  którym  znajdowały  się 
zakazane wiktuały. 

-

 

A  więc  -  Callie  wyprostowała  się  i  z  powaŜną 

miną popatrzyła na niego - ma pan wrzód Ŝołądka. 

-

 

Niezupełnie.  -  Rozmyślnie  udzielił  niejasnej  od-

powiedzi. Był człowiekiem, który nie przyznaje się do 
Ŝ

adnych  słabości.  Podobnie  jak  wielu  innych  męŜ-

czyzn, Reid Dillon uwaŜał się zawsze za niezniszczal-
nego. Był przekonany, Ŝe jeśli spotka go coś przykrego, 
zawsze da sobie radę. W praktyce okazało się to jednak 
niemoŜliwe. - Lekarz ostrzegł mnie, Ŝe muszę koniecz-
nie zmienić tryb Ŝycia - dodał nieco enigmatycznie. 

-

 

A więc wstyd, panie... - Callie popatrzyła pytają-

co na swego rozmówcę. 

-

 

Reidzie Dillon - uzupełnił. 

-

 

A  więc  wstydź  się,  Reidzie  Dillon!  -  powtórzyła 

groźnym  tonem,  który  wcale  go  nie  zaniepokoił.  Nie 
miał nic przeciwko temu, Ŝeby być strofowanym przez 
tę  kobietę  o  głębokim,  sympatycznym  głosie.  -  Powi-
nien  pan  czym  prędzej  odstawić  na  półkę  ten  słoik 
kawy z kofeiną i zrobić to samo z pączkami w czeko- 

background image

 

14 

ladzie  i  papierosami  -  ciągnęła  juŜ  bez  uśmiechu.  -Te 
grzechy  przypłaci  pan  zdrowiem.  -  Callie  zdała  sobie 
nagle sprawę z tego, Ŝe przemawia jak stara ciotka.

 

-

 

KaŜdy płaci za grzechy, panno... 

-

 

Foster. Jestem Callie Jean Foster. 

-

 

A  więc,  panno  Foster  -  Reid  obrzucił  wzrokiem 

od stóp do głów drobną sylwetkę stojącej obok kobiety 

-  czym  pani  właściwie  się  zajmuje  oprócz  pouczania 
obcych męŜczyzn?

 

-

 

Obcych  męŜczyzn?  -  powtórzyła  pytającym  to-

nem. 

-

 

Dobrze pani wie, o co mi chodzi - mruknął. 

-  Czym pani się trudni?

 

Callie odrzuciła w tył gęste włosy.

 

-  Jestem  malarką  -  odparła,  dumnie  unosząc  pod 

bródek.

 

W oczach Reida Dillona zauwaŜyła zdziwienie.

 

-  Malarką?  -  powtórzył.  -  A  co  pani  maluje? 

Akwarele? Obrazy olejne?

 

Z lekkim uśmiechem, który zagościł w kącikach jej 

ust, odpowiedziała jednym słowem:

 

-  Domy.

 

Na twarzy męŜczyzny pojawił się wyraz niedowie-

rzania.

 

-  śarty pani sobie ze mnie stroi.

 

Obrzuciła  wzrokiem  jego  długie  nogi,  spojrzała  na 

własne ręce i podniosła w górę roześmiane oczy.

 

-  Nie sądzę, Ŝebym potrafiła. Gdybym nawet chciała. 
Zignorował tę uwagę i powtórzył zdumiony:

 

-  Domy? Chce pani, abym uwierzył, Ŝe takie kobie- 

ciątko  wdrapuje  się  na  gigantyczne  drabiny  i  maluje 
domy?

 

background image

 

15 

Słysząc  te  słowa,  Callie  zdumiała  się.  Nawet  na 

pierwszy rzut oka rzadko myliła się w ocenie ludzi. Nie 
przyszło jej w ogóle do głowy, Ŝe Reid Dillon moŜe być 
antyfeministą. Wielka szkoda, westchnęła. Taki z nie-
go atrakcyjny męŜczyzna...

 

Postanowiła nie okazać, Ŝe ją uraził, i zachowywać 

się dyplomatycznie.

 

-

 

Pan mi nie wierzy? - Uśmiechnęła się lekko. 

-

 

Powiedzmy,  Ŝe  zawsze  byłem  kimś  w  rodzaju 

niedowiarka. 

Callie odrzuciła w tył głowę.

 

-  A  czy  pan  wie,  co  przy  pracach  malarskich 

kojarzy się z aligatorem?

 

Reid zamrugał gwałtownie oczyma.

 

-

 

Z  aligatorem?  -  powtórzył.  Ta  dziewczyna  jest 

chyba zwariowana. 

-

 

CzyŜby  pan  nie  wiedział,  co  to  jest?  -  spytała 

nieco zaczepnie. 

-

 

Ma  pani  na  myśli  pewien  gatunek  duŜego  gada, 

który  Ŝyje  w  południowo-wschodniej  części  Stanów 
Zjednoczonych? Co ten stwór moŜe mieć wspólnego z 
malowaniem? 

Do  diabła!  Ten  facet  kpi  sobie  ze  mnie,  pomyślała 

Callie. Kpi z nas obojga.

 

Uspokoiła  się  i  otworzyła  usta,  przysięgając  sobie 

równocześnie,  Ŝe  będzie  mówiła  tonem  lekkim  i  spo-
kojnym, choćby miało ją to wiele kosztować.

 

-  Sporo.  W  pewnym  sensie.  Jeśli  powierzchnia 

domu nie jest odpowiednie przygotowana do malowa- 
nia,  naniesiona  na  nią  powłoka  farby  będzie  potem 
pękać,  odstawać  od  ściany  i  łuszczyć  się.  A  więc 
wyglądać zupełnie tak, jak skóra aligatora.

 

Słuchał spokojnie. Skinął głową.

 

background image

 

16

-

 

Aha. Rozumiem. 

-

 

Ś

wietnie.  Wręcz  doskonale.  Piątka  z  plusem, 

panie  Dillon.  -  Callie  zacisnęła  zęby.  Musi  się 
opanować.  Nie  powinna  stroić  sobie  Ŝartów  z  tego 
faceta.  Przynajmniej  jeszcze  nie  teraz  kiedy  zaczynał 
wreszcie  jej  dowierzać.  SpowaŜniała.  -  Malowanie 
domów jest dla mnie świetnym relaksem po szkole — 
wyjaśniła,  mimo  Ŝe  juŜ  przed  laty  poprzysięgła  sobie, 
Ŝ

e nigdy i nikomu z niczego tłumaczyć się nie będzie. 

-

 

Aha! 

Tym  razem  w  cichym  okrzyku  Reida  dosłyszała 

inną,  triumfującą  nutę.  Przekrzywił  głowę  i  zaczął 
uwaŜnie  przyglądać  się  Callie.  Trwało  to  całą  wiecz-
ność.  Postanowiła  mieć  w  nosie  te  szczegółowe  oglę-
dziny  własnej  osoby,  ale  nie  potrafiła.  Musiała  przy-
znać, Ŝe Reid Dillon był niezwykle atrakcyjnym  męŜ-
czyzną. I wiedziała, Ŝe on sam doskonale zdaje sobie z 
tego sprawę. Wie ponadto, jak duŜe wraŜenie wywiera 
na  kobietach.  Tacy  męŜczyźnie  jak  on,  atrakcyjni  i 
pełni  uroku,  sprawiali,  Ŝe  w  ich  obecności  Callie 
stawała się natychmiast nerwowa i niepewna. Całkiem 
słusznie.  Bo  dla  tak  łatwowiernej  i  prosto-linijnej 
kobiety jak ona stanowili powaŜne zagroŜenie.

 

Reid wreszcie przestał się jej przyglądać i stwierdził:

 

-  Maluje  pani  domy  po  to,  Ŝeby  zarobić  na  utrzy- 

manie.  -  Słysząc  to  zamrugała  oczyma.  Wymierzył 
palec dokładnie w czubek jej nosa. - Callie Jean Foster, 
pracujesz po to, Ŝeby móc skończyć college.

 

Machnęła ręką.

 

-  Nie, nie chodzi o college.

 

UwaŜnym wzrokiem nadal się jej przyglądał, tak

 

background image

 

17 

jakby  badał  pod  mikroskopem  jakiś  niezwykle  inte-
resujący, rzadki okaz drobnoustroju.

 

-

 

Chyba nie o liceum... - powiedział ostroŜnie. 

-

 

Nie,  o  liceum  teŜ  nie  -  odparła,  starając  się 

usilnie, Ŝeby jej głos brzmiał spokojnie. - Uczę w piątej 
i szóstej klasie. 

-

 

Pani uczy? - Zdziwienie Reida nie miało granic. 

-

 

Tak. Uczę. CzyŜbym wyraziła się niejasno? 

-  Byłem przekonany, Ŝe jest pani jeszcze studentką. 
Callie była zawsze przeczulona na punkcie swego

 

młodego  wyglądu.  Stało  się  to  jej  piętą  Achillesową. 
W przeszłości zbyt często wyśmiewano się z niej, Ŝeby 
mogła  tę  sprawę  traktować  lekko.  Jeśli  ten  facet, 
pomyślała o Reidzie, powie coś jeszcze o moim niskim 
wzroście, to go zaraz zabiję!

 

Zrobiło się jej gorąco. Poczuła, Ŝe się rumieni.

 

-  Niniejszym  wyjaśniam,  co  następuje,  Ŝeby  unik- 

nąć dalszych nieporozumień. Mam dwadzieścia osiem 
lat  i  od  sześciu  jestem  nauczycielką.  Od  chwili  kiedy 
zrobiłam dyplom z pedagogiki.

 

Ta  dość  ostra  riposta  nie  zrobiła  Ŝadnego  wraŜenia 

na  stojącym  obok  męŜczyźnie.  Callie  zobaczyła,  Ŝe 
uśmiecha się teraz od ucha do ucha.

 

-  A  więc  jest  pani  nauczycielką  w  szkole  pod- 

stawowej  -  stwierdził.  Wyglądał  na  ubawionego. 
- Mogę wiedzieć, gdzie?

 

Policzyła  w  myśli  do  dziesięciu  i  odpowiedziała 

najspokojniejszym tonem, na jaki potrafiła się zdobyć:

 

-  Tutaj. W Clarion.

 

-

 

Sześć lat temu skończyła pani college? Tym 

razem policzyła uwaŜnie do dwudziestu. 
-

 

Sześć lat temu skończyłam wyŜsze studia. 

-

 

Chodziła pani do jednego z tych państwowych 

background image

 

18 

college'ów, takich jak Clarion lub Slippery Rock?

 

-  Z  chwilą  gdy  wypowiedział  te  słowa,  Reid  zorien- 
tował się, Ŝe popełnił błąd taktyczny.

 

-  Studia  pierwszego  stopnia  odbyłam  w  Slippery 

Rock, a potem zrobiłam magisterium w Clarion. Dość 
juŜ chyba rozmowy na mój temat - dodała rozmyślnie 
miękkim  głosem.  -  A  czym  pan  się  zajmuje,  Reidzie 
Dillon?  Oczywiście  oprócz  wyciągania  zbyt  pochop- 
nych wniosków.

 

Uniósł brwi i bezwiednie cofnął się o krok. Och! Ta 

dziewczyna  jest  ostra.  Jak brzytwa. Lubił  takie kobie-
ty. W ogóle lubił błyskotliwych ludzi.

 

-  Pracuję w przemyśle stalowym w Pittsburghu

 

-  odparł  udając,  Ŝe  nie  usłyszał  przytyku.  -Do  Clarion 
przyjechałem na  lato. Tutaj  mieszkali  moi dziadkowie 
ze  strony  ojca.  Dwa  miesiące  temu  przenieśli  się  na 
Florydę.

 

-

 

Dillonowie...?  Dillonowie...?  -  głośno  zastana-

wiała  się  Callie.  -  Czy  pańscy  dziadkowie  mieszkali 
przy Ósmej Alei? 

-

 

Tak.  Kiedy  mi  powiedzieli,  Ŝe  chcą  wyjechać  z 

Clarion  i  zamieszkać  w  miejscu  o  łagodniejszym 
klimacie,  odkupiłem  od  nich  dom.  Chciałem,  Ŝeby 
pozostał  w  rodzinie.  WiąŜą  się  z  nim  bardzo  miłe 
wspomnienia.  Jako  mały  chłopiec  przyjeŜdŜałem  na 
wakacje do dziadków. 

Na czole Callie ukazała się zmarszczka.

 

-  Przypomniałam sobie. Pańscy dziadkowie miesz- 

kali  w  duŜym,  białym  domu.  Chyba  bardzo  starym. 
Musi mieć z pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt lat.

 

Reid wzruszył ramionami.

 

-  Co  najmniej  tyle.  Stare  domy  wymagają  jednak, 

niestety, remontów. Z tego powodu między innymi

 

background image

 

19 

tutaj  przyjechałem.  -Rzucił  Callie  przeciągłe,  uwodzi-
cielskie spojrzenie, które na ulicach Pittsburgha z pew-
nością  zbiłoby  z  nóg  kaŜdą  kobietę.  -  Czy  zgodzi  się 
pani mi w tym pomóc, panno Foster?

 

Callie wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.

 

-

 

Ja miałabym panu pomagać? - Stała w miejscu i 

rozbawiona  potrząsała  głową.  -  Nie  wygląda  pan  na 
kogoś,  komu  mogłaby  być  potrzebna  moja  pomoc. 
Prawdę  mówiąc,  wygląda  pan  na  człowieka,  który  ze 
wszystkim  umie  świetnie  sobie  radzić.  -  Była  tego 
więcej niŜ pewna. 

-

 

Nie  ma  się  z  czego  śmiać.  -  Lekko  szorstki, 

zmysłowy  głos  Reida  zaczynał  juŜ  robić  wraŜenie  na 
Callie.  Pochylił  się  teraz  w  jej  stronę,  oparł  ramię  na 
wózku  z  zakupami  i  popatrzył  prosto  w  oczy.  -MoŜe 
mi pani wierzyć lub nie, ale nie mam Ŝadnych zdolności 
manualnych. 

Callie  poczuła  nagle  przyspieszone  bicie  serca. 

Głośno westchnęła.

 

-  Trudno mi w to uwierzyć - powiedziała powoli. 
CzyŜby Reid Dillon uwaŜał ją za idiotkę? Ten

 

potęŜnie zbudowany męŜczyzna liczy na jej pomoc? To 
przecieŜ nie ma sensu.

 

A  w  ogóle  po  co  tu  przyjechał?  W  Clarion  nie 

brakowało  młodych  męŜczyzn,  zwłaszcza  studentów. 
Nie  co  dzień  jednak  zjawiał  się  tutaj  jakiś  dojrzały, 
atrakcyjny męŜczyzna. Chyba Ŝe podczas festiwalu, ale 
do jesieni było jeszcze daleko.

 

Callie uznała, Ŝe Reid Dillon zupełnie nie pasuje do 

Clarion  w  stanie  Pensylwania,  mającego  -  według 
ostatniego  urzędowego  spisu  ludności  -  sześć  tysięcy 
sześciuset  sześćdziesięciu  czterech  mieszkańców,  nie 
licząc czterech tysięcy studentów college'u.

 

background image

 

20 

Dlaczego taki człowiek, jak Reid Dillon, przyjeŜdŜa 

tu na lato? Nie potrafiła tego zrozumieć.

 

Teraz  stał  obok,  nieruchomo,  i  brązowymi  oczyma 

obserwował z uwagą jej twarz.

 

W  tylko  sobie  znany  sposób  sprawił,  Ŝe  w  jego 

towarzystwie Callie poczuła się doskonale. Tak, jakby 
była  najbardziej  fascynującą  kobietą,  jaką  kiedykol-
wiek udało mu się spotkać.

 

-

 

Nie  znałam  osobiście  pańskich  dziadków,  lecz 

sporo o nich słyszałam - odezwała się po chwili. - Byli 
tutaj  przez  wszystkich  bardzo  lubiani  i  szanowani.  -
Postanowiła przeciągać rozmowę na tematy neutralne i 
pozwolić mówić Reidowi. 

-

 

Wcale  się  nie  dziwię.  To  sympatyczni  ludzie.  - 

Uśmiechnął się zniewalająco. - Ale dziadkowie bawią 
teraz  na  Florydzie,  a  my  oboje  jesteśmy  tutaj.  To 
okoliczność bardzo sprzyjająca. 

Teraz Callie zachowała się jak zauroczona nastolat-

ka.

 

-

 

Tak.  Jesteśmy  tutaj.  -  Powiedziała  to  z  promien-

nym  uśmiechem  na  twarzy.  Za  takie  kretyńskie  za-
chowanie  się  powinna  dać  sama  sobie  natychmiast 
solidnego kuksańca! 

-

 

Wszyscy  tu  jesteśmy.  A  reszta  czeka,  aŜ  prze-

staniecie flirtować - odezwała się głośno kasjerka. 

Oboje natychmiast oprzytomnieli.

 

-

 

Josie  daje  nam  do  zrozumienia,  panie  Dillon,  Ŝe 

kasa juŜ działa - wyjaśniła Callie. 

-

 

Na  to  wygląda,  panno  Foster.  -  Dopiero  teraz 

Reid  zobaczył,  Ŝe  stojąca  przed  nim  kobieta  juŜ 
zapłaciła za swe zakupy. Nie zraŜony wydłuŜającą się 
kolejką zniecierpliwionych ludzi za plecami, zwrócił się 
do Josie: 

background image

 

21 

-

 

Chyba nie tamuję ruchu. 

-

 

Oczywiście,  Ŝe  nie  tamujesz,  kochany  -  odparła 

kasjerka. Nagle jednak widocznie uprzytomniła sobie, 
Ŝ

e  być  moŜe  jej  poufałe  odezwanie  się  do  obcego 

męŜczyzny jest nie na miejscu, i szybko się poprawiła: 

-

 

Oczywiście, Ŝe nie, proszę pana. 

Reid wyjął swe zakupy z wózka i ułoŜył na ladzie. 

Z  tylnej  kieszeni  spodni  wyciągnął  portfel,  a  z  niego 
pięćdziesięciodolarowy banknot.

 

-

 

Nie  ma  pan  drobniejszych  pieniędzy?  -  zapytała 

Josie. -Proszę uprzejmie sprawdzić, jeśli to nie sprawi 
panu kłopotu. 

-

 

To Ŝaden kłopot. - Reid obdarzył kasjerkę uśmie-

chem z gatunku tych, które gwarantują pełny sukces u 
starszych  pań  i  małych  dzieci.  Wyciągnął  z  portfela 
dwie dwudziestki. 

-

 

Bardzo panu dziękuję -powiedziała Josie i wyda-

ła  mu  resztę  takim  gestem,  jakby  sławnej  osobistości 
wręczała uroczyście klucze do miasta. - Proszę konie-
cznie przyjść znowu do nas. 

-

 

Przyjdę - obiecał z powaŜną miną. - Ale tylko w 

poniedziałek,  środę  lub  piątek.  Tak  będzie  dobrze, 
prawda, Callie Jean? - Odwrócił się do stojącej za nim 
dziewczyny,  obdarzył  ją  czułym  uśmiechem  i  objął 
ramieniem. 

Oczywiście wszyscy ludzie znajdujący się w sklepie 

uwaŜnie ich obserwowali.

 

Do  diabła,  co  ten  facet  sobie  właściwie  myśli? 

zirytowała  się  Callie.  Miała  ochotę  strząsnąć  z  siebie 
rękę  Reida.  Clarion  wprawdzie  nie  było  pruderyjnym 
angielskim miasteczkiem z epoki wiktoriańskiej, ale w 
tej  małej  dziurze  wiadomości  rozchodziły  się  z  szyb-
kością ponaddźwiękową. Kojarzenie par nadal było

 

background image

 

22 

stałą rozrywką mieszkańców. Tym większą byłoby dla 
niektórych frajdą, Ŝe tym razem chodziło o miejscową 
nauczycielkę  i  zadeklarowaną  starą  pannę.  Przez  tego 
okropnego  faceta do  jutra  rana  znajdę  się  na  językach 
całego  Clarion,  pomyślała  z  westchnieniem.  Wszyscy 
jednomyślnie uznają, Ŝe panna Foster ma przyjaciela.

 

-

 

A  więc  Ŝegnam,  panie Dillon.  Wszystkiego dob-

rego - powiedziała lodowatym tonem, przeciskając się 
obok Reida. Miała przemoŜną ochotę Ŝyczyć mu w tej 
chwili  nie  powodzenia,  lecz  pomyślnego  wyjazdu  z 
Clarion. I to szybkiego. 

-

 

Liczę  na  to,  Ŝe  rozwaŜy  pani  moją  propozycję. 

Potrzebuję  pani  pomocy.  Nie  potrafię  odnowić  domu. 
Naprawdę nie umiem obchodzić się z pędzlem. - Reid 
zrobił  krótką  pauzę  i  dodał:  -  Skontaktuję  się  z  panią 
za  dzień  lub  dwa.  Bardzo  liczę  na  to,  Ŝe  zmieni  pani 
zdanie. 

-

 

Proszę się nie fatygować. Zdania nie zmienię 

-  odparła oficjalnym tonem.

 

-  To  przecieŜ  przywilej  kobiet.  -  Reid  zamierzał 

obstawać  przy  swoim.  -  Callie  Jean,  bądź  rozsądna. 
Czy nie widzisz, Ŝe wstrzymujemy całą kolejkę? Daj mi 
szybko swój adres i telefon, a natychmiast zejdę innym 
z drogi.

 

Za plecami Callie ktoś głośno zachichotał. A więc tak 

ma się sprawa. Reid Dillon robi z niej pośmiewisko!

 

-  Niestety, nie mogę panu pomóc, panie Dillon

 

-  odparła  sucho.  -  Mam  juŜ  mnóstwo  zamówień  i  nie 
zrealizuję ich aŜ do końca lata.

 

Wiedział, Ŝe Callie nie mówi prawdy. Dostrzegła to 

w jego oczach. Widać w nich było coś jeszcze. Gniew. 
Był wyraźnie zły. Widocznie bardzo nie lubił spotykać 
się z odmową, i to w obecności postronnych świadków.

 

background image

 

23 

-

 

A więc będziesz bez przerwy zajęta. 

Odrzuciła w tył głowę. 
-

 

Tak - potwierdziła. 

-  Będziemy musieli jakoś temu zaradzić, niepraw- 

daŜ, Callie Jean Foster?

 

Rzuciwszy to wyzwanie, Reid Dillon odwrócił się i 

wyszedł ze sklepu, trzymając pod pachą torbę z zaku-
pami.

 

Wszyscy  ludzie  stojący  w  kolejce  jak  jeden  mąŜ 

głośno  odetchnęli  z  ulgą.  Callie  zaczęła  szybko  wy-
kładać zakupy z wózka. Prawdę mówiąc, przy cichym 
akompaniamencie  mruczenia  pod  nosem,  niemal  rzu-
cała je na ladę przed zdziwioną kasjerką.

 

-  Co  mówisz?  -  spytała  Josie.  Jej  oczy  rozbłysły 

ciekawością.

 

Callie ze złością potrząsnęła głową.

 

-  Ach, ci męŜczyźni! - warknęła. - Wszyscy sądzą, 

Ŝ

e są cholernie atrakcyjni!

 

Pokręciwszy korbką, Josie roześmiała się głośno.

 

-  Kochana,  mam  ci  do  przekazania  rewelacyjną 

wiadomość. Ten facet jest cholernie atrakcyjny.

 

Dla Callie Jean Foster słowa kasjerki nie były Ŝadną 

rewelacją.  Z  tego,  Ŝe  Reid  Dillon  jest  facetem  nie-
przeciętnie przystojnym, zdała sobie sprawę w chwili, 
gdy tylko go ujrzała.

 

background image

 

24 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

W górę, w dół. W górę, w dół. Pędzel przesuwał się 

rytmicznie po drewnianym podłoŜu.

 

Malowanie  to  znakomita  terapia,  juŜ  po  raz  trzeci 

tego przedpołudnia powtórzyła sobie Callie, naciągając 
ochronną  czapeczkę  na  oczy.  Rozluźniła  bolące 
mięśnie pleców i ponownie zanurzyła pędzel w wiadrze 
z farbą, wiszącym na aluminiowej drabinie.

 

Malowanie  było  zajęciem  relaksującym  i  nawet 

niezbyt  nuŜącym.  Callie  nie  mogła  się  więc  uskarŜać. 
Taka  terapia  była  bez  porównania  tańsza  niŜ  chodze-
nie do psychologa, a ponadto malowanie domów to w 
lecie  zajęcie  znacznie  przyjemniejsze  niŜ  wiele  in-
nych.

 

Dlaczego tak sobie je ceniła? Po pierwsze, przeby-

wała stale na powietrzu, a po drugie z daleka od ludzi. 
Mówiąc o  ludziach,  miała  przede  wszystkim na myśli 
swoich szkolnych podopiecznych. Błyskotliwych, a za-
razem  nieznośnych  piąto-  i  szóstoklasistów.  Malowa-
nie domów było cięŜką pracą fizyczną. Ale czy stanie 
w  szkole  cały  dzień  na  nogach  przy  tablicy  lub 
chodzenie  po  klasie  było  lŜejsze?  Niełatwo  być  nau-
czycielem w państwowej szkole podstawowej. Eduko-
wanie i wychowywanie małych dzieci stanowiło wpra-
wdzie dla Callie zajęcie pasjonujące, ale była przekona-
na, Ŝe dzięki swemu wakacyjnemu zajęciu nie popadła,

 

background image

 

25 

jak wielu pedagogów, w rutynę, bowiem praca ta była 
dla  niej  źródłem  inspiracji.  W  lecie,  kiedy  stała  na 
drabinie,  przychodziły  do  głowy  najlepsze  pomysły 
pedagogiczne.

 

Tak, dla Callie Jean Foster malowanie domów było 

pracą wręcz idealną. Wykonywała ją juŜ od trzech lat. 
Po  dziewięciu  miesiącach  intensywnego,  pełnego  co-
dziennych  napięć  nauczania  swoich  podopiecznych, 
podczas  trzech  następnych,  spędzanych  na  drabinie,  z 
dala od szkoły i dzieciaków, odzyskiwała wewnętrzną 
równowagę i spokój ducha.

 

Jej wakacyjne zajęcie miało jeszcze jedną zaletę. W 

przeciwieństwie  do  nauczania  dawało  natychmias-
tową satysfakcję z dobrze wykonanej roboty i widocz-
ne  gołym  okiem  rezultaty.  W  ciągu  zaledwie  paru 
tygodni  kaŜdemu  staremu,  zniszczonemu  domowi 
potrafiła  nadać  całkiem  nowy  wygląd.  Trzy  czwarte 
roku była dobrą nauczycielką, a przez jedną czwartą - 
równie  dobrym  rzemieślnikiem.  Obie  prace  wykony-
wała z jednakową sumiennością i dokładnością.

 

Zupełnie  świadomie  zrezygnowała przy  tym  z  per-

fekcjonizmu.

 

Dość  wcześnie  bowiem  odkryła,  Ŝe  zbyt  często 

prowadzi  on  do  chronicznego  stresu.  Bezustannego 
napięcia, które, róŜnie u poszczególnych ludzi, przeja-
wia się w postaci złości, depresji, zmęczenia, niepoko-
ju,  bezsenności,  bólów  głowy,  a  nawet  chorób  serca  i 
przewodu pokarmowego.

 

W  przypadku  Callie  stres  spowodowany  jej  stałym 

dąŜeniem  do  doskonałości  objawiał  się  w  postaci 
migren. Silnych bólów głowy, coraz silniejszych i coraz 
częstszych  w  miarę  piętrzących  się  przed  nią  zadań, 
które sama sobie stawiała lub które wyznaczało jej

 

background image

 

26 

Ŝ

ycie.  Nie  mogła  sprostać  wszystkiemu  i  wszystkim. 

Przekraczało to moŜliwości normalnego człowieka.

 

Z problemem tym postanowiła się uporać wyłącznie 

własnymi  siłami.  Wybrała  rozwiązanie  polegające  na 
uproszczeniu  sposobu  Ŝycia  i  postępowaniu  zgodnym 
z zasadą: w zdrowym ciele zdrowy duch.

 

Z  takich  to  przyczyn  tego  przepięknego  czerw-

cowego  dnia,  kiedy  świeciło  słońce,  a  po  niebieskim 
niebie przesuwały się leniwie pierzaste, białe chmurki, 
Callie Jean Foster stała na drabinie i odnawiała własny 
mały,  biały,  drewniany  domek.  W  chwili  gdy  za-
jmowała  się  właśnie  wymyślaniem  nowych  zajęć  dla 
swych uczniów, z dołu dobiegł ją męski głos:

 

-  Świetna robota.

 

Pędzel  w  ręku  Callie  znieruchomiał  na  chwilę,  ale 

zaraz  potem  zaczął  przesuwać  się  miarowo  w  dół  i  w 
górę.  Upłynęły  ze  dwie  minuty,  zanim  dała  znać 
męŜczyźnie  stojącemu  obok  drabiny,  Ŝe  zdaje  sobie 
sprawę z jego obecności.

 

-  Widzę, a właściwie słyszę, Ŝe pan jeszcze Ŝyje

 

-  powiedziała szorstkim głosem.

 

Mimo okularów przeciwsłonecznych na nosie, Reid 

Dillon osłonił ręką oczy i popatrzył w górę.

 

-

 

Dlaczego miałoby być inaczej? - zapytał zdziwio-

ny. 

-

 

Wczoraj oglądałam przecieŜ pańskie zakupy. 

-  Skrzywiła się z niesmakiem. - Miałam więc podstawy 
sądzić, Ŝe zjadł pan cały ten chłam.

 

-

 

Chłam? - powtórzył. 

-

 

Tak.  Chłam,  który  nazywa  pan  jedzeniem.  Pas-

kudztwo  zatruwające  Ŝołądek,  zwiększające  poziom 
cholesterolu  w  organizmie,  wywołujące  sensacje  ser-
cowe i senne koszmary. 

background image

 

27 

Między  czubkiem  drabiny  a  ziemią  zawisła  w  po-

wietrzu głęboka cisza. Zupełnie jak po opuszczeniu po 
raz  ostatni  kurtyny  po  odegraniu  sztuki  w  trzech 
aktach, która okazała się niewypałem.

 

-  Nigdy  jeszcze  nie  spotkałem  takiej  osoby,  która 

potrafiłaby  równocześnie  malować  i  pouczać  -  sucho 
stwierdził Reid Dillon.

 

Na policzki Callie wystąpiły rumieńce.

 

Do licha! PrzecieŜ ten facet ma rację! Co mi się stało, 

Ŝ

e tak się zachowuję? pomyślała zirytowana. Nie miała 

zwyczaju  pouczać  ludzi.  Zwłaszcza  zaś  poznanych 
poprzedniego  dnia.  Nie  powinno  interesować  jej  to, 
czym ten człowiek się Ŝywi. Nie jest ani jego matką, ani 
ciotką, ani teŜ gospodynią. Niech robi, co chce.

 

W  tej  chwili  szóstym  zmysłem  wyczuła,  a  moŜe 

podpowiedziała jej to kobieca intuicja, Ŝe Reid Dillon 
liczy  co  najmniej  do  dziesięciu.  Uzbraja  się  w  cierp-
liwość, bo wie, iŜ postępowanie z niektórymi kobieta-
mi wymaga wręcz świętej cierpliwości. Callie dosłysza-
ła  z  dołu  jakiś  pomruk  i  dźwięk,  który  do  złudzenia 
przypominał  zgrzytanie  zębami.  Tak,  teraz  juŜ  była 
przekonana, Ŝe Reid Dillon usiłuje się uspokoić.

 

-  Sądzę,  Ŝe  moŜemy  się  zgodzić,  Ŝe  w  kwestii 

jedzenia  się  nie  zgadzamy.  Zgadzasz  się  ze  mną, 
Callie?

 

W  ustach  Reida  cały  ten  skomplikowany  wywód 

zabrzmiał nie jak pytanie, lecz jak twierdzenie. Callie 
zanurzyła  znów  pędzel  w  wiadrze  i  na  malowane 
podłoŜe  zaczęła  nakładać  grubą  warstwę  białej  farby. 
Zajęta  tą  czynnością,  jakby  mimochodem  poinfor-
mowała Reida:

 

-  Jest  to  po  prostu  sprawa  zrozumienia  potrzeb 

Ŝ

ywieniowych organizmu ludzkiego.

 

background image

 

28

Poczuła nagle, Ŝe drabina lekko się zachybotała. To 

Reid oparł się o lekką, aluminiową konstrukcję.

 

-  Inaczej  mówiąc,  w  pełni  pojmujesz  potrzeby 

fizjologiczne człowieka -powiedział z krzywym uśmie- 
chem, odsłaniając idealnie równe i białe zęby.

 

Callie nie była pewna, czy w jego słowach wyczuwa 

sarkazm, czy rozbawienie.

 

Odwróciła  głowę  od  ściany  domu  i  popatrzyła  w 

dół.  W  małej  czapeczce  na  jasnozłotych  włosach 
wyglądała jak uosobienie niewinności.

 

-

 

Czy tak powiedziałam? - zapytała. 

-

 

MoŜe trochę inaczej. - Wzruszył ramionami. 

-

 

A moŜe zupełnie inaczej -mruknęła. Była zawsze 

dokładna aŜ do przesady. 

Reid  popatrzył  na  nią  chłodnym  wzrokiem.  Wy-

glądało  na  to,  Ŝe  dopiero  teraz  zauwaŜył  mocno 
zniszczone  dŜinsy  z  obciętymi  krótko  nogawkami, 
które  miała  na  sobie,  i  zbyt  obcisłą,  bawełnianą 
koszulkę, pamiętającą lepsze czasy.

 

-  Powiedziałem: świetna robota.

 

Callie rzuciła mu z góry krótkie spojrzenie.

 

-  Nieźle,  drogi  panie.  MoŜe  zechce  pan  powtórzyć 

to jeszcze raz?

 

Zrobił to.

 

Jego upór zadziwił Callie.

 

-

 

Czy nikt jeszcze ci nie mówił, Ŝe jesteś ostra? 

-

 

Jaka? 

-

 

Ostra. 

Zaczerwieniła się lekko i odwróciła twarz w stronę 

ś

ciany.  Dała  spokój  tej  przeciągającej  się  głupawej 

rozmowie.

 

-  W  jaki  sposób  udało  ci  się  mnie  odszukać? 

- spytała. Zwlekał z odpowiedzią, więc spróbowała

 

background image

 

29 

z  innej  beczki:  -  A  moŜe  jesteś  prywatnym 
detektywem lub kimś w tym rodzaju?

 

Zobaczyła, Ŝe Reid się śmieje i potrząsa głową. Aby 

lepiej  mu  się  przyjrzeć,  zsunęła  czapeczkę  z  czoła, 
odsłaniając  twarz.  Prawdę  mówiąc,  wcale  nie  sądziła, 
Ŝ

e  Reid  Dillon  jest  prywatnym  detektywem,  ale  czło-

wiek przecieŜ nigdy niczego nie moŜe być pewny.

 

Wcale  nie  wyglądał  jak  prywatny  detektyw.  Nie 

byłby,  przynajmniej  jej  zdaniem,  ubrany  w  beŜowe 
szorty  i  bawełnianą  koszulkę  z  duŜym  napisem  „Szy-
bki Bill" biegnącym w poprzek piersi. I nie miałby na 
sobie tenisówek, włoŜonych na gołe nogi. Ubiór Reida 
Dillona  był  strojem  raczej  swobodnym,  lecz  zarazem 
podkreślającym  duŜą  urodę  jego  właściciela.  Kawał 
chłopa z niego, pomyślała.

 

W oczach Callie facet stojący obok drabiny naleŜał 

do  klasy  męŜczyzn, której  przedstawicielami  byli  Mel 
Gibson,  Ben  Cross,  Tom  Selleck  i  Bryan  Brown. 
Oczywiście, byli to aktorzy, głównie australijscy, a Re-
id powiedział jej wczoraj, Ŝe przyjechał z Pittsburgha i 
Ŝ

e  pracuje  tam  w  przemyśle  stalowym.  Niemniej 

jednak  był  okazem  stuprocentowego  męŜczyzny.  Pra-
wdziwego samca. Na jej nieszczęście.

 

Na  twarzy  Callie  pojawił  się  szeroki  uśmiech.  Od 

ucha  do  ucha.  Gdyby  tylko  uczniowie  mogli  teraz 
poznać jej myśli! Pewnie nie przyszło by im w ogóle do 
głowy,  Ŝe  panna  Foster  moŜe  w  taki  sposób  określać 
męŜczyznę.

 

Uczniowie uwaŜali nauczycieli za ludzi szczególne-

go  rodzaju.  Podobnych  do  księŜy.  Ani  jedni,  ani 
drudzy  nie  mogli  mieć  prywatnego  Ŝycia  ani  teŜ 
popełniać  Ŝadnych  błędów  w  wykonywanym  zawo-
dzie. Powinni przy tym znać zawsze odpowiedzi na

 

background image

 

30 

wszelkie zadawane im pytania. I czasami wymagało się 
od  nich,  Ŝeby  byli  bardziej  wyrozumiali,  a  czasami 
bezwzględni.

 

Ta  sprzeczność  zawsze  intrygowała,  a  zarazem 

draŜniła  Callie.  Dlaczego  ludzie  uwaŜają,  Ŝe  wszyscy 
nauczyciele  i  księŜa,  na  całej  kuli  ziemskiej  źle  opła-
cani  i  nie  doceniani,  powinni  być  chodzącymi  ideała-
mi?  Dlaczego  poprzeczkę  zasad  moralnych  stawia  się 
im  zawsze  znacznie  wyŜej  niŜ  zwykłym  śmiertelni-
kom?

 

Takie  podejście  miało  większy  sens  w  odniesieniu 

do  pokolenia  jej  ojca.  Kiedy  w  latach  pięćdziesiątych 
zajął  się  nauczaniem  w  szkole  państwowej,  zawód 
pedagoga jeszcze szanowano.

 

-  Słuchaj...

 

Dochodzący z dołu, zdesperowany męski głos prze-

rwał nagle rozmyślania Callie.

 

-  Co?  -  Kilkakrotnie  zamrugała  powiekami. 

- Przepraszam, Reidzie. Co mówiłeś?

 

Do licha! Nie potrafił stać z zadartą do góry głową i 

złościć się na tę dziewczynę, kiedy patrzyła na niego w 
taki właśnie, szczególny sposób. Była kobieca i bardzo 
ponętna, a plamka białej farby na samym czubku nosa 
dodawała jej jeszcze uroku.

 

-  Mówiłem,  Ŝe  nie  wynajmowałbym  prywatnego 

detektywa,  Ŝeby  cię  odnaleźć.  I  Ŝe  nie  jestem  detek 
tywem. - Urwał i zaczerpnął powietrza. - Odszukałem 
cię,  moja  droga,  w  ksiąŜce  telefonicznej.  Po  prostu 
zrobiłem  załoŜenie,  Ŝe  nie  ma  w  Clarion  dwóch  osób 
nazywających  się  Callie  Jean  Foster.  Reszta  była 
drobnostką.

 

Popatrzyła na Reida z lekko rozchylonymi ustami.

 

-  Och...

 

background image

 

31 

-

 

Tak.  Och...  -  Rzucił  okiem  na  Callie,  a  potem 

zaczął  rozglądać  się  wokoło.  W  powietrzu  unosił  się 
zapach  świeŜej  farby.  -  Okropnie  dziś  gorąco  -  dodał 
po chwili. - Otarł usta wierzchem dłoni. 

-

 

Zanosi się na długie, upalne lato, podobnie jak w 

zeszłym  roku  -  powiedziała  Callie.  Zorientowała  się 
wreszcie, Ŝe Reid usiłuje zacząć prowadzić z nią coś na 
kształt  normalnej  rozmowy,  i  postanowiła  mu  w  tym 
dopomóc. 

Podniosła głowę i popatrzyła na rozpostarte nad nią 

niebieskie  niebo,  a  następnie  przeniosła  wzrok  w  dół. 
Ma  teraz  oczy  jeszcze  bardziej  błękitne  niŜ  zwykle, 
stwierdził Reid.

 

-

 

Napijesz  się  mroŜonej  herbaty?  -  spytała.  -I  tak 

muszę zrobić przerwę w pracy. 

-

 

Sądzisz,  Ŝe  mój  lekarz  wyraziłby  na  to  zgodę?  - 

zaŜartował Reid. 

Skinęła głową.

 

-  UwaŜam,  Ŝe  tak.  Pod  warunkiem  Ŝe  będzie  to 

ziołowa herbata.

 

Wyciągnął rękę, Ŝeby pomóc Callie zejść z drabiny.

 

-  Lepiej  mnie  nie  dotykaj  -  ostrzegła,  cofając  się 

nieco.

 

Oczy Reida na chwilę pociemniały.

 

-  Dlaczego? - zapytał.

 

Pochyliła się i delikatnym ruchem spędziła muszkę, 

która  przysiadła  na  jego  ramieniu.  -  Dlatego  Ŝe 
mógłbyś pobrudzić się farbą.

 

-

 

Och... 

-

 

Tak.  Och...  -  powtórzyła  lekko  zniecierpliwio-

nym tonem. Zaczęła gromadzić wokół siebie przybory 
malarskie. - Czy mógłbyś wziąć drabinę? 

-

 

Oczywiście - mruknął. Tym razem on wyszedł na 

background image

 

32 

głupka.  Robienie  z  siebie  idioty  całkiem  dobrze  za-
czynało mu juŜ wychodzić.

 

-  Mówiłaś chyba, Ŝe masz zamówienia na całe lato. 

Dlaczego więc tu jesteś?

 

Wziął do ręki drabinę i ruszył za Callie. Obeszli dom 

i skierowali się w stronę tylnego ganku.

 

-  Bo  zaniedbałam  własny  dom.  Wiesz,  jak  to 

w Ŝyciu bywa. Szewc bez butów chodzi.

 

Pracowała  dla  innych  i  od  dwóch  sezonów  nawet 

nie  tknęła  pędzlem  swojej  chatki.  Na  początku  tego 
lata przyrzekła sobie, Ŝe musi ją pomalować.

 

Reid  zauwaŜył,  Ŝe  nie  odpowiedziała  na  zadane 

pytanie. Postanowił jednak nie przypierać jej do muru. 
Znaleźli  się na  ganku.  Oparł drabinę o  ścianę  i  zaczął 
przyglądać  się,  jak  Callie  pedantycznie  myje  pędzel  i 
wiadro po farbie. Do tego celu słuŜyła jej duŜa balia.

 

Wreszcie skończyła. Otworzyła drzwi i poprowadzi-

ła gościa w głąb domu.

 

Podobnie  jak  jego  właścicielka,  był  malutki.  W 

jakiś  naturalny  sposób  do  niej  pasował.  Reid  szybko 
ocenił, Ŝe jest wyposaŜony we wszystko, co potrzebne, 
i bar-dzo funkcjonalny.

 

Pomyślał  sobie,  Ŝe  powiedzenie:  jaki  dom,  taka 

kobieta, ma jednak jakiś sens.

 

Najpierw weszli oboje do kuchni. Na środku spore-

go  pomieszczenia  Reid  zobaczył  duŜy,  staroświecki 
stół  na  krzyŜowych  nogach,  a  przy  nim  cztery  proste, 
twarde krzesła. Prawie całą ścianę za stołem zajmował 
równie  stary,  wysoki  drewniany  kredens.  Po  kątach 
stały  wyplatane  koszyki  o  przeróŜnych  kształtach,  a 
takŜe  drewniane  skrzynie,  a  przy  nich  staromodne 
miotły.  Mimo  tych  dość  dziwacznych  rekwizytów, 
pomieszczenie kuchenne  było  funkcjonalne,  prze-

 

background image

 

33 

stronne  i,  ku  zdumieniu  Reida,  wcale  nie  sprawiało 
wraŜenia zagraconego.

 

Wszystkie meble charakteryzowała surowość kszta-

łtów, niezwykła prostota i walory uŜytkowe. Nie było 
na  nich  Ŝadnych  ornamentów  ani  upiększeń,  którymi 
tak  często  szafują  stolarze.  Były  klasyczne.  A  takŜe 
stare.  Reid  podejrzewał,  Ŝe  większość  sprzętów  znaj-
dujących  się  w  domku  jego  właścicielka  odnawiała 
własnoręcznie.

 

-

 

Siadaj,  proszę.  Zaraz  naleję  mroŜonej  herbaty  - 

powiedziała  Callie  do  gościa.  Odwróciła  się  w  stronę 
zlewu i zaczęła starannie myć ręce. 

-

 

Wolę  postać,  jeśli  nie  masz  nic  przeciw  temu  - 

odparł  Reid.  Przez  dłuŜszą  chwilę  nie  spuszczał 
wzroku z Callie. Z zaciekawieniem obserwował kaŜdy 
jej  ruch.  Potem  zaczął  rozglądać  się  po  kuchni.  Przez 
otwarte  drzwi  dostrzegł  część  wnętrza  innego  pomie-
szczenia,  pewnie  saloniku.  Był  umeblowany  w  iden-
tycznym  stylu  co  kuchnia.  Zobaczył  w  nim  kanapę  i 
małe,  proste  stoliki,  a  na  podłodze  ręcznie  tkany 
dywan. 

-

 

Callie,  twój  dom  bardzo  mi  się  podoba  -  powie-

dział szczerze. 

-

 

Miło  mi,  Ŝe  tak  sądzisz,  ale  jeszcze  niewiele 

widziałeś -odrzekła. Opinia gościa sprawiła jej przyje-
mność.  Uśmiechając  się  wyjęła  z  lodówki  dzbanek  z 
herbatą. - Pijesz z cytryną i z cukrem? 

-

 

Nie,  dziękuję.  Bez  cytryny  i  bez  cukru.  -  Podjął 

przerwany  wątek.  -  To,  co  zdąŜyłem  juŜ  zobaczyć, 
przypadło mi do gustu. 

Do  dwóch  szklanek  Callie  wrzuciła  kostki  lodu  i 

zalała  je  zimną,  zaparzoną  wcześniej  herbatą.  Wzięła 
do ręki jedną szklankę i podała ją Reidowi.

 

background image

 

34 

-

 

Chcesz obejrzeć resztę domu? 

-

 

Tak.  Bardzo.  Jeśli,  oczywiście,  nie  sprawi  ci  to 

kłopotu. 

Callie  napotkała  wzrok  Reida  i  lekko  się  uśmiech-

nęła.

 

-  Nie sprawi. W urządzenie i doprowadzenie domu 

do  porządku  włoŜyłam  mnóstwo  pracy.  I  cieszę  się, 
kiedy  od  czasu  do  czasu  mogę  się  nim  pochwalić. 
Weźmy szklanki z sobą i chodźmy obejrzeć resztę. Jak 
widzisz, to nie jest duŜy dom.

 

Był  naprawdę  malutki  i  zwiedzanie  go  trwało 

krótko. Składał się z saloniku, jadalni przerobionej na 
gabinet  do  pracy,  kuchni  i  mikroskopijnej  łazienki 
urządzonej  na  miejscu  dawnej  spiŜarni.  Na  pięterku 
znajdowały się dwie sypialnie i duŜa łazienka.

 

Weszli  na  schody.  Reid  stanął  w drzwiach  jednego 

z  pokojów.  Od  razu  wyczuł,  Ŝe  słuŜy  on  Callie  za 
sypialnię. Umeblowanie było tutaj równie proste i fun-
kcjonalne,  jak  w pozostałej  części  mieszkania. Całość 
utrzymano w jednakowym, staroświeckim stylu.

 

-  Czy  to  są  meble  w  stylu  Shakerów?  -  zapytał 

Reid.

 

Przyglądał się uwaŜnie drewnianej skrzyni po jednej 

stronie  łóŜka,  a  potem  skierował  wzrok  na  fotel  na 
biegunach, ustawiony po drugiej.

 

-  Tak. Oczywiście, nie są autentyczne. To później- 

sze,  bardziej  lub  mniej udane  imitacje.  Powynajdowa- 
łam  je  na  róŜnych  wyprzedaŜach,  targach  i  aukcjach. 
Zjeździłam  w  tym  celu  całą  okolicę.  Na  lepsze  meble 
w  tym  stylu  nie  byłoby  mnie  stać.  -  Callie  lekko  się 
uśmiechnęła. - Oryginalny stół Shakerów, podobny do 
tego,  który  mam  w  kuchni,  takŜe  na  krzyŜowych 
nogach, kosztuje dziś od piętnastu do dwudziestu

 

 

background image

 

35 

pięciu tysięcy dolarów. Pod warunkiem Ŝe jest w dob-
rym stanie.

 

Słysząc to Reid aŜ zagwizdał.

 

-

 

Och! 

-

 

Tak. Och!- Callie znów się uśmiechnęła. - Shake-

rowie tworzyli wspólnotę religijną. Sektę. Byli bardzo 
pracowici i prowadzili niezwykle surowy tryb Ŝycia. Z 
pewnością  nie  przyszłoby  im  nawet  do  głowy,  Ŝe 
wytwarzane  przez  nich  meble  i  inne  przedmioty  co-
dziennego  uŜytku  staną  się  pewnego  dnia  drogocen-
nymi antykami. Przedmiotem marzeń kolekcjonerów. 

Reid słuchał uwaŜnie. Kiedy wychodzili z sypialni, 

zatrzymał  się  w  drzwiach,  odwrócił  i  jeszcze  raz 
ogarnął wzrokiem wnętrze pokoju. U stóp łóŜka wisiał 
barwny kilim, rozpięty na czymś w rodzaju ramy. Inny 
kilim,  niebiesko-biały,  ozdobiony  wielobarwnymi 
wstawkami, słuŜył za narzutę na łóŜko.

 

W powietrzu unosił się jakiś dziwny, ledwie uchwyt-

ny  aromat.  Reid  nie potrafił  go  zidentyfikować.  Zaró-
wno wnętrze tego pokoju, jak i ten zapach, przywodzi-
ły mu na pamięć bardzo odległe chwile. Kojarzyły się 
z  niemal  zamierzchłą  przeszłością.  Stojąc  w  sypialni 
Callie,  odniósł  nagle  wraŜenie,  Ŝe  przeniósł  się  do 
zupełnie innego świata, Ŝe cofnął się w czasie. A moŜe 
to wszystko było po prostu snem?

 

-

 

A  tak  urządziłam  pokój  gościnny  -  po  raz  drugi 

powiedziała  Callie.  Zobaczyła,  Ŝe  Reid  stał  się  nagle 
nieobecny myślami. - Czy dobrze się czujesz? - zapyta-
ła z niepokojem. Miał dziwny, nie widzący wzrok. 

-

 

Co  mówisz?  -  Ocknął  się  z  transu.  -  Nic  mi  nie 

jest. Po prostu usiłowałem zidentyfikować ten za-pach. 

Callie popatrzyła na Reida z zaciekawieniem.

 

background image

 

36 

-

 

Jaki zapach? Aha, juŜ chyba wiem, o co ci chodzi. 

To wonna marzanna. 

-

 

Wonna marzanna? - powtórzył. 

-

 

Tak. Aromatyczne ziele o małych, białych kwiat-

kach.  UŜywa  się  go  do  wyrobu  perfum  i  mydeł. 
Podoba ci się ten zapach? 

-

 

Tak.  Bardzo  -  przyznał.  Miał  przy  tym  roz-

marzoną  minę.  -  Zupełnie  nie  wiem,  dlaczego,  ale 
przypomniał  mi  dom  dziadków.  Lub  moŜe  nawet 
wcześniejsze czasy. Dom prababki. Nie jestem pewien. 
Prawda, Ŝe to przyjemny zapach? I jakiś taki staroświe-
cki.  Kojarzy  mi  się  z  małymi  koronkowymi  serwet-
kami,  którymi  niegdyś  przyozdabiano  niemal  wszyst-
kie meble. 

-

 

Och,  chciałabym  bardzo  mieć  taką  starą,  koron-

kową  serwetkę  -  westchnęła  Callie.  -  To  prawdziwe 
trofeum dla kaŜdego kolekcjonera staroci. 

Reid spojrzał uwaŜnie na stojącą obok kobietę.

 

-  Ty naprawdę lubisz wszystko, co stare, prawda? 
Skinęła głową i z trzymanej w ręku szklanki upiła

 

łyk zimnej herbaty.

 

-

 

Tak. Przepadam za starociami. Jeśli się wie, gdzie 

szukać,  moŜna  czasami  niedrogo  kupić  naprawdę 
wspaniałe  rzeczy.  Nie  masz  pojęcia,  jaka  to  frajda  w 
ten  sposób  samemu  meblować  i  urządzać  dom. 
Zwłaszcza gdy kolekcjonowanie to hobby. 

-

 

Jest  z  pewnością  znakomitym  pretekstem,  Ŝeby 

bezustannie odwiedzać rozmaite pchle targi i wszystkie 
aukcje organizowane w okolicy. - Reid się roześmiał. 

-

 

Tak. Oczywiście. - Callie odwzajemniła uśmiech. 

- Chcesz więcej herbaty? 

-

 

Proszę. - Reid był bardzo z siebie zadowolony, Ŝe 

udało mu się nie poruszyć jeszcze tematu, który 

background image

 

37 

nurtował go od chwili, w której zaparkował samochód 
na podjeździe przed domem Callie. Całą sprawę musi 
załatwić dyplomatycznie. Nadmierny pośpiech mógłby 
wszystko popsuć.

 

Wrócili do kuchni i usiedli na wprost siebie przy stole.

 

-

 

Jak długo tutaj mieszkasz? - zapytał Reid. 

-

 

Kupiłam ten dom jakieś cztery lata temu. - Callie 

podniosła wzrok i popatrzyła na kalendarz wiszący na 
ś

cianie  obok  lodówki.  -  Tak.  W  zeszłym  tygodniu 

upłynęły dokładnie cztery lata. 

Reid skinął głową i zamilkł na chwilę. Potem zadał 

następne,  zaplanowane  pytanie,  poprzedzone  rzeczo-
wym komplementem.

 

-

 

Wygląda świetnie. Sama go wyremontowałaś? 

-

 

Tak.  Na  szczęście,  konstrukcja  była  w  dobrym 

stanie. Oczywiście, musiałam sporo ponaprawiać. No i 
oczywiście  pomalować  sufity,  połoŜyć  tapety,  zrobić 
porządki  i  takie  tam  róŜne  rzeczy.  Sama  odnowiłam 
takŜe większość mebli i innych przedmiotów. 

Reid  poruszył  się  niespokojnie.  Uznał,  Ŝe  nie  ma 

sensu  odkładać  całej  sprawy  na  potem.  Muszę  ją 
poprosić. I to zaraz. Siedzącej naprzeciw Callie rzucił 
jeden  z  najsympatyczniejszych  uśmiechów  ze  swego 
bogatego repertuaru i zaczął:

 

-  Callie, mam do ciebie ogromną prośbę. Wiem, Ŝe 

jesteś  zapracowana  i  Ŝe  przyjęłaś  juŜ  zamówienia  na 
całe  lato.  Zrób  mi  jednak  tę  grzeczność  i  zgódź  się 
rzucić okiem na dom dziadków. Powinienem właściwie 
powiedzieć:  na  mój  dom.  Jest  mi  niezbędna  fachowa 
porada  kogoś,  kto  zna  się  na  remontach.  Ja  nie  mam 
o tym pojęcia.

 

Był  bardzo  pewny  swego.  Wiedział,  jak  naleŜy 

rozmawiać z kobietą takiego pokroju, jak Callie Jean

 

background image

 

38 

Foster.  Gdyby  mówił  ogródkami  i  próbował  ją  po-
dejść,  natychmiast  przejrzałaby  jego  taktykę.  śadne 
komplementy  teŜ  by  nic  nie  pomogły.  Musiał  apelo-
wać  do  lepszej  strony  jej  natury.  Ładnie  i  grzecznie 
poprosić o przysługę. JakŜe by mogła odmówić mu w 
sytuacji, w której jej pomoc była mu tak potrzebna?

 

A  jednak  to  się  stało.  Odmówiła.  I  na  dodatek 

kategorycznie i zdecydowanie.

 

-

 

Jest  wiele  osób,  które  znają  się  na  remontach 

znacznie  lepiej  niŜ  ja  -  odparła  spokojnie,  potrząsając 
głową. -Uwierz mi, jestem przekonana, Ŝe na niewiele 
zdałaby ci się moja pomoc. 

-

 

Pozwól,  Ŝe  ja  to  ocenię  -  upierał  się  Reid. 

RozłoŜył  ręce  w  pełnym  zniecierpliwienia  geście. 
-  Skąd zresztą wiesz? PrzecieŜ nawet nie rzuciłaś okiem 
na  ten  dom.  -  Uznał,  Ŝe  logika  tego  rozumowania 
powinna przemówić do Callie.

 

I przemówiła.

 

-  No  dobrze  -  ustąpiła.  Poddała  się,  lecz  nie  bez 

walki, z czym zresztą Reid od początku się liczył.

 

-  Obejrzę  ten  twój  dom.  Ale  z  góry  uprzedzam,  Ŝe 
odnawiać go nie będę. Jasne?

 

-  Jasne  -  zapewnił,  ze  spuszczoną  głową  obser- 

wując  uwaŜnie  ślady  palców,  które  jego  ciepła  ręka 
zostawiła  na  brzegu  lodowatej  szklanki.  Wiedział,  Ŝe 
od  chwili,  w  której  się  poznali,  nawiązała  się  między 
nimi  jakaś  mocna  nić  porozumienia.  Równocześnie 
zdawał sobie jednak sprawę z tego, Ŝe Callie nigdy by 
się do tego nie przyznała. Przynajmniej na razie, na tak 
wczesnym  etapie  znajomości.  Postanowił  jednak  za 
wszelką  cenę  utrzymać  kontakt  z  tą  kobietą  -  na  tyle 
bliski, by nie zniknęła mu z pola widzenia aŜ do chwili,

 

background image

 

39

w  której  będzie  gotowa  przyznać  się  zarówno  przed 
sobą, jak i przed nim, Ŝe coś ich łączy.

 

-

 

Czy dobrze mnie zrozumiałeś? - zapytała. 

-

 

Tak,   oczywiście.   Zrozumiałem,  zrozumiałem 

-  powtórzył na uŜytek własny i rozmówczyni.

 

-

 

To świetnie. - Callie rzuciła mu przez stół szybkie 

spojrzenie. Musiała się upewnić, czy do Reida rzeczy-
wiście  dotarła  jej  odmowa.  Dzięki  temu  potem  nie 
dojdzie do Ŝadnego wzajemnego obwiniania się. 

-

 

Kiedy  znajdziesz  trochę  czasu,  Ŝeby  obejrzeć 

dom?  Jaki  termin  będzie  ci  odpowiadał?  -  zapytał 
Reid. Był zadowolony. Przekonany, Ŝe zgodnie z prze-
widywaniami  sprawa  posunęła  się  naprzód  i  Ŝe  w  tej 
rozgrywce zdobył przewagę. 

Callie  wzruszyła  ramionami  i  pełnym  zniecierp-

liwienia gestem z westchnieniem rozłoŜyła ręce.

 

-  Choćby zaraz. Im szybciej to załatwię, tym lepiej. 

-  Kątem  oka  spojrzała  na  swój  przybrudzony  roboczy 
strój. - Zanim pojedziemy, muszę się przebrać.

 

Reid wyraźnie się rozluźnił. Odchylił się na krześle 

i wypił duŜy łyk mroŜonej herbaty.

 

-  Oczywiście. Nie krępuj się. Idź - powiedział. Stać 

było go teraz na wspaniałomyślność, skoro namówił tę 
kobietę na zrobienie czegoś, na czym mu zaleŜało.

 

-  Jeśli pozwolisz, poczekam na ciebie w kuchni.

 

Callie  odsunęła  krzesło  i  wstała  szybko  od  stołu. 

Widząc, Ŝe gość chce zrobić to samo, powstrzymała go 
gestem ręki.

 

-  Nie,  nie  podnoś  się,  proszę.  Jeśli  chcesz,  moŜesz 

nalać  sobie  herbaty.  To  nie  potrwa  długo.  Wrócę  za 
kilka minut.

 

Wyszła z kuchni i pobiegła po schodach na górę. W 
łazience ściągnęła w pośpiechu bawełnianą ko-

 

background image

 

40 

-  No i co o tym sądzisz? - zapytał.

 

Wysiadł, obszedł wóz i otworzył Callie szarmancko 

drzwi. Ruszyli w stronę domu.

 

-

 

Pytasz mnie, co sądzę? - Szła rozmyślnie na szeroko 

rozstawionych  nogach,  z  dłońmi  opartymi  mocno  na 
biodrach.  -  UwaŜam,  Ŝe  dom  jest  duŜy  i  wymaga 
odmalowania. - Kątem oka zobaczyła, Ŝe pod przeciw-
słonecznymi okularami brwi Reida unoszą się w górę. - 
Nie traktuj powaŜnie tego, co powiedziałam. Obejdźmy 
dom dokoła. Niech mu się dokładnie przyjrzę. 

-

 

W porządku - odparł. 

Szedł tuŜ obok Callie, ale nie na tyle blisko, Ŝeby ich 

ciała się stykały.

 

UwaŜnie oglądała ściany domu.

 

-

 

Jak  na  swoje  lata,  jest  w  zadziwiająco  dobrym 

stanie  -  stwierdziła  po  chwili.  -  To  dobra  sosna.  Nie 
widzę  Ŝadnych  desek,  które  wymagałyby  wymiany. 
Część  z  nich  trzeba  będzie  porządnie  wygładzić.  Przy 
oknach  zauwaŜyłam  kilka  miejsc,  które  wymagają 
uszczelnienia.  Ale  to  teŜ  nie  jest  wielki  problem. 
Remont będzie łatwy. 

-

 

Jak myślisz, ile czasu to potrwa? 

-

 

To zaleŜy, oczywiście, od tego, ilu rzemieślników 

będzie pracowało równocześnie. Przyzwoite przygoto-
wanie  powierzchni  i  pomalowanie  domu  potrwa  co 
najmniej miesiąc, jeśli zatrudnisz jednego malarza. Ale 
uprzedzam, to kosztowne przedsięwzięcie, bo dom jest 
obszerny i piętrowy. 

Reid zdjął przeciwsłoneczne okulary i zawiesił je na 

palcu. Drugą ręką sięgnął do kieszeni szortów i wycią-
gnął paczkę papierosów. Wyjął jednego i zapalił.

 

-  Zapłacę  podwójnie  za  twoje  usługi  -  powiedział 

spokojnie.

 

background image

 

41

-  Zapłacisz podwójnie za moje usługi? - powtórzy- 

ła zaskoczona Callie.

 

Nie  była  pewna,  czy  dobrze  zrozumiała  wypowie-

dziane przez Reida słowa. Przez chwilę wydawało się 
jej nawet, Ŝe w ofercie, którą jej składa, jest jakiś wręcz 
obraźliwy podtekst.

 

-  Zapłacę  podwójną  stawkę  za  twoje  usługi,  to 

znaczy  za  odnowienie  tego  domu  -  uściślił  swoją 
propozycję.  W  jego  głosie  brzmiała  nuta  zniecierp- 
liwienia.

 

Widocznie ma umiejętność czytania w moich myś-

lach, uznała Callie. Przysłoniła ręką oczy i popatrzyła 
na stojącego obok męŜczyznę.

 

-  Jestem dobra - powiedziała po chwili. - Ale nie aŜ 

tak dobra.

 

Odezwał się bez chwili namysłu:

 

-  Jesteś dobra. A przynajmniej będziesz, jeśli znaj- 

dziesz  odpowiedniego  nauczyciela  -  dodał.  Wyglądał 
na ubawionego własnym stwierdzeniem.

 

W  tym,  co  powiedział,  Callie  nie  dostrzegła  nic 

dowcipnego.

 

-

 

Mówiąc,  Ŝe  jestem  dobra,  miałam  na  myśli 

wyłącznie  moje  rzemieślnicze  kwalifikacje  malarza 
domów - wyjaśniła z powagą. 

-

 

A  ja  nie.  -  Ze  strony  Reida  była  to  wyraźna 

zaczepka. 

Uniosła w górę głowę.

 

-  Nie  znoszę  tego  rodzaju  dowcipów.  To  tylko 

uwaga  na  marginesie.  Nie  będę  pracowała  dla  ciebie. 
Sądziłam,  Ŝe  cię  o  tym  uprzedziłam,  zanim  tutaj 
przyjechaliśmy. Tego lata cały wolny czas przeznaczę 
na  odnowienie  własnego  domu.  Przyrzekłam  to  sobie 
i zdania nie zmienię.

 

background image

 

42 

-

 

Poczekam, aŜ skończysz malować swój dom. 

-

 

Moja  odpowiedź  jest  ostateczna  i  brzmi:  nie  - 

odparła zirytowana. 

-

 

Zapłacę ci potrójną stawkę. 

-

 

Powtarzam: nie. 

Reid  przesunął  dłonią  po  bujnej  czuprynie.  Popa-

trzył  przez  chwilę  przed  siebie.  Wyglądał  na  zde-
sperowanego.

 

-

 

Do licha, Callie, czy ty naprawdę nic nie pojmu-

jesz? Nie rozumiesz, Ŝe chcę, abyś podjęła się tej pracy? 

-

 

Podjęła  się  tej  pracy?  -  powtórzyła  Callie.  W  jej 

głosie  zaczynała  przebijać  nieco  histeryczna  nuta.  -  A 
dlaczego  miałabym  godzić  się  na  coś  takiego?  Czy 
mógłbyś, z łaski swojej, mi to wytłumaczyć? 

Zacisnął  wargi  tak  mocno,  Ŝe  jego  usta  utworzyły 

jedną cienką linię, i rzucił Callie wymowne spojrzenie.

 

-  Pytasz, dlaczego? Bo pragnę umówić się z tobą na 

randkę, a nie chcę, Ŝebyś sobie pomyślała, Ŝe robię to 
tylko  dlatego,  aby  namówić  cię  na  odnawianie  mego 
domu! JuŜ teraz rozumiesz?

 

Stała przez chwilę jak wryta, z nieruchomą twarzą. 

Dopiero potem się roześmiała.

 

-  Czy  to  jest  sposób  na  zdobycie  malarza  do 

renowacji  domu,  czy  teŜ  metoda  namówienia  kobiety 
na  randkę  -  tak  czy  inaczej,  najgenialniejsza  metoda, 
o jakiej kiedykolwiek słyszałam!

 

Reid rozluźnił się i obdarzył Callie nieco krzywym 

uśmiechem.

 

-

 

Sądzę, Ŝe przynajmniej za usiłowania zasłuŜyłem 

u pani na piątkę, panno Foster. 

-

 

Jestem  damą,  proszę  więc  wybaczyć,  Ŝe  nie 

powiem głośno, na co pan zasłuŜył, panie Dillon. 

 

background image

 

43

-  Wyrzekłszy te słowa, z wyniosłą miną odwróciła się 
i zaczęła iść w stronę frontowego wejścia domu.

 

Reid rzucił papierosa na trawę, obcasem wdeptał go 

w ziemię i ruszył za Callie.

 

-

 

Poczekaj, złotko. Co mówiłaś? - zawołał za nią. 

-

 

Mówiłam:  nie!  -  odkrzyknęła  przez  ramię,  nie 

odwracając głowy. 

-

 

A co z randką? 

Callie  zatrzymała  się  w  pół  kroku.  Spojrzała  na 

Reida.

 

-

 

Własnym uszom nie wierzę! - Rzuciła mu wściek-

łe spojrzenie. Jej cierpliwość juŜ się wyczerpała. 

-

 

Tylko  spokój  moŜe  nas  uratować,  panno  Foster. 

Cierpliwość jest zaletą charakteru. 

Jak ten obrzydliwy facet śmie drwić i powtarzać jej 

własne słowa!

 

-

 

Cierpliwość to ja mam... 

-

 

Ciii, ciii. Nie chcemy przecieŜ w obecności dzieci 

powiedzieć czegoś, czego będziemy Ŝałowali, prawda, 
pani  nauczycielko?  -  Mówiąc  to  Reid  zniŜył  głos  i 
oskarŜycielskim gestem wycelował palec w Callie. 

Odwróciła się szybko i zobaczyła dwóch chłopców, 

którzy  stali  na  chodniku  przed  domem  Reida.  Mają 
jakieś  osiem  i  dziesięć  lat,  oceniła  szybko.  Po  ich 
minach poznała, Ŝe z niesłychaną uwagą przysłuchiwali 
się od początku całej rozmowie.

 

-  Tak. Masz rację - przyznała, zaciskając zęby.

 

-  Nie chcemy.

 

-  Słuchaj, Callie. Jestem juŜ stanowczo za stary na 

prowadzenie gierek i róŜne podchody.

 

W  głosie  Reida  wyczuła  odmienną,  powaŜną  nutę. 

Wyglądało  na  to,  Ŝe  Ŝarty  rzeczywiście  skończyły  się 
definitywnie.

 

background image

 

44 

-  Chcę,  Ŝebyś  odnowiła  mój  dom,  ale  jeszcze  bar 

dziej zaleŜy mi na tym, abyś się ze mną umówiła. Co ty 
na to?

 

Callie poczuła nagle, Ŝe jej serce zaczęło bić nierów-

no  i  bardzo  szybko.  Otworzyła  usta  i  zaraz  potem  je 
zamknęła.  Odetchnęła  głęboko.  Spróbowała  jeszcze 
raz.

 

-  Nie odnowię twego domu, ale zgadzam się pójść 

z tobą na randkę.

 

Usłyszawszy odpowiedź Callie, Reid uśmiechnął się 

lekko.

 

-

 

Powinienem być chyba zadowolony. Połowa wy-

granej to nie jest zły wynik. 

-

 

Połowa wygranej to nie jest zły wynik - potwier-

dziła Callie. 

Spuściła  głowę,  odwróciła  się  i  ruszyła  w  stronę 

samochodu Reida.

 

Miała  jednak  jakieś  dziwne  i  niewytłumaczalne 

przeświadczenie, Ŝe od samego początku ten męŜczyz-
na grał o pełną stawkę.

 

background image

 

45 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

- Dokąd mnie właściwie zabierasz i po co?

 

Callie podniosła wzrok i spojrzała na Reida. Miała 

niepewną minę i uśmiechała się w sposób sztuczny.

 

Słońce  w  postaci  ogromnej  kuli  wisiało  nisko  nad 

horyzontem.  Powietrze  było  wilgotne  i  przesycone 
słodkim  aromatem  kapryfolium  i  świeŜo  skoszonej 
trawy. Było jeszcze bardzo ciepło. Ze wszystkich stron 
docierały do domu odgłosy letniego wieczoru. Cykanie 
ś

wierszczy,  muzyka  płynąca  z  otwartego  szeroko  ok-

na,  głos  matki  przywołującej  dziecko.  W  drzwiach 
domu stał Reid. Wyglądał świetnie. Wysoki i opalony, 
w  białej  koszuli  z  wykładanym  kołnierzykiem  i  ręka-
wami  podwiniętymi  do  łokcia.  Miał  na  sobie  dŜinsy. 
Nie  nowe  i  nie  nazbyt  zniszczone.  Takie  w  sam  raz. 
Przyglądając  się  gościowi,  Callie  pomyślała  nagle,  Ŝe 
jeśli jej wzrok przesunie się teraz w dół sylwetki Reida, 
to  napotka  długie  kowbojskie  buty,  ostatni  krzyk 
mody.

 

Gość  miał  jednak  na  nogach  zwykłe  obuwie.  Lek-

kie,  skórzane.  Cały  jego  ubiór był  swobodny  i niefor-
malny. Wyglądał w nim pociągająco, a zarazem zupeł-
nie  normalnie.  Jedyną  oznaką  zamoŜności  był  kosz-
towny złoty zegarek, widoczny na przegubie lewej ręki.

 

Dzięki  Bogu,  Ŝe  nie  włoŜył  garnituru,  pomyślała 

Callie. Odetchnęła z ulgą, myśląc o prostej sukience,

 

background image

 

46 

którą miała na sobie. Kobieta nigdy nie wie, jaki strój 
ma na myśli męŜczyzna, kiedy prosi ją, Ŝeby ubrała się 
„zwyczajnie".

 

Na  wargach  Reida  igrał  lekki  uśmiech.  Jego  oczy 

wydawały się teraz ciemniejsze niŜ przedtem. Bardziej 
intensywne. Były koloru ciemnej, szlachetnej hiszpańs-
kiej brandy. Tego typu oczy u męŜczyzny przyciągają 
kobiety,  mają  na  nie  magnetyczny  wpływ  i  zakłócają 
równowagę  ducha.  To  nie  jest  w  porządku,  Ŝe  natura 
obdarzyła jednego męŜczyznę aŜ tyloma zewnętrznymi 
zaletami, pomyślała Callie. To wręcz nieprzyzwoite.

 

-  Zabieram  cię  do  kina  dla  zmotoryzowanych  na 

stary  film  z  Laurelem  i  Hardym  -  powiedział,  wcho- 
dząc  do  domu  i  spoglądając  na  Callie  tymi  swoimi 
pięknymi oczyma. - Lubisz ich? - zapytał.

 

Callie z trudem zdobyła się na słaby uśmiech.

 

-  Laurel  i  Hardy.  Ta  legendarna  juŜ  dzisiaj  para 

amerykańskich komików.

 

Nie  potrafiła  zdobyć  się  na  to,  aby  powiedzieć 

Reidowi,  Ŝe  ten  rodzaj  humoru  zupełnie  do  niej  nie 
przemawia i Ŝe w błazenadzie Laurela i Hardy'ego nie 
widzi nic śmiesznego. Zaczęła mówić, starannie dobie-
rając słowa:

 

-

 

Byłam  przekonana,  Ŝe  kino  dla  zmotoryzowa-

nych  pod  Clarion  juŜ  jakiś  czas  temu  zostało  za-
mknięte. 

-

 

Tak,  masz  rację.  Po  tym,  jak  odwiozłem  cię 

wczoraj  do  domu,  przeprowadziłem  mały  wywiad. 
Pojedziemy  do  takiego kina  w pobliŜu  Butler.  Spraw-
dziłem. Jest czynne. 

Callie zastanowiła się przez chwilę.

 

-  To  zabawny  zbieg  okoliczności.  W  dzisiejszej 

prasie natknęłam się na ciekawy artykuł właśnie na

 

background image

 

47 

temat kin dla zmotoryzowanych. Poczekaj chwilę.

 

-  Zniknęła w drzwiach kuchni i po chwili wróciła 
wymachując trzymaną w ręku gazetą. - Mam!

 

Reid chwycił Callie za ramię.

 

-  Chodźmy juŜ - ponaglił, uśmiechając się do niej.

 

-  Opowiesz mi wszystko po drodze do Butler.

 

ZdąŜyła  jeszcze  wziąć  torebkę  i  zamknąć  drzwi 

wejściowe, zanim zaciągnął ją do swego szarego buic-
ka, zaparkowanego na podjeździe.

 

ZauwaŜyła, Ŝe Reid zachowuje się bardzo powścią-

gliwie. Prawie wcale jej nie dotyka. A jeśli to robi, to 
niemal  odruchowo  i  zupełnie  normalnie.  Mimo  to  w 
jego obecności czuła się nieswojo.

 

Siedząc  w  samochodzie,  z  zadowoleniem  rozglą-

dała  się  po  eleganckim  wnętrzu.  Reid  siadł  za  kiero-
wnicą.

 

Ruszyli na południe. Za miastem wjechali na drogę 

prowadzącą  do  Butler.  To  małe  pensylwańskie  mias-
teczko miało około siedemnastu tysięcy mieszkańców. 
Znajdowało  się  o  godzinę  jazdy  samochodem  na 
południowy  zachód  od  Clarion  i  jakieś  czterdzieści 
kilka kilometrów na północ od Pittsburgha.

 

-  W zeszłym roku prowadziłam w szkole zajęcia na 

temat  filmu  -  powiedziała  Callie.  Równocześnie  w 
rozłoŜonej  przed  sobą  gazecie  usiłowała  odszukać  ar- 
tykuł, o którym wspomniała wcześniej Reidowi.

 

Jej słowa zaskoczyły go.

 

-

 

Na temat filmu? - powtórzył zdziwiony. 

-

 

Tak.  Zastanawialiśmy  się  na  tym,  w  jaki  sposób 

filmy  oddziałują  na  postawy  Amerykanów,  na  ile 
odtwarzają rzeczywistość i dlaczego sięgają dalej, poza 
ś

wiat  realny,  do  krainy  fantazji.  Te  zajęcia  lubiłam 

chyba bardziej niŜ moi uczniowie. 

background image

 

48 

-

 

Kiedy  chodziłem  do  szkoły  podstawowej,  o  ni-

czym  takim  jak  filmy  nigdy  nie  było  mowy  -  powie-
dział  Reid,  rzucając  Callie  szybkie  spojrzenie.  -  Mó-
wisz, Ŝe twoi uczniowie lubią się uczyć? - zapytał nieco 
sceptycznie. - Jacy oni są? 

-

 

Sympatyczni.  I  bardzo  pojętni  -  odparła  Callie, 

nie  przerywając  wertowania  gazety.  Jej  wzrok  za-
trzymał się u dołu jednej strony. - O, juŜ znalazłam! 

Zamilkła na dłuŜszą chwilę. Zaczęła czytać po cichu 

początek odszukanego tekstu.

 

-  Słuchaj,  jest  tu  coś  interesującego.  Czy  wiedzia- 

łeś, Ŝe pierwsze kino dla zmotoryzowanych otworzono 
szóstego czerwca tysiąc dziewięćset trzydziestego trze- 
ciego roku w Camden w stanie New Jersey?

 

Reid uśmiechnął się lekko. 

- Nie. Nie wiedziałem.

 

-  A czy wiesz, Ŝe wynalazcą takiego kina był niejaki 

Richard Milton Hollingshead junior?

 

Tym razem Callie nie czekała na odpowiedź i ciąg-

nęła dalej:

 

-

 

Wygląda  na  to,  Ŝe  pan  Hollingshead  pierwszy 

wpadł  na  pomysł,  Ŝeby  w  czasach  kryzysu  połączyć 
dwie  rzeczy  najbardziej  uwielbiane  przez  Ameryka-
nów: ich własne samochody i kino. - Callie roześmiała 
się  swoim  niskim  altem  i  po  cichu  czytała  dalej.  -  To 
zdumiewające! - mruknęła w pewnej chwili do siebie. 

-

 

Zachowujesz  się  nieładnie  -  łagodnym  głosem 

upomniał ją Reid. - Powiedz, o czym teraz czytasz. 

Skinęła  głową  i  przysunęła  się  bliŜej.  Poczuł  słod-

kawy  zapach  mydła,  który  unosił  się  wokół  niej. 
Mógłby  przysiąc,  Ŝe  rozpoznaje  subtelną,  lecz  dobrze 
wyczuwalną woń marzanny.

 

Callie podniosła głowę znad gazety.

 

background image

 

49 

-  Wbrew temu, co moŜna by przypuszczać, pierw- 

sze  kino  dla  zmotoryzowanych  nie  stało  się  jednak 
szlagierem  sezonu.  Najpierw  pojawił  się  problem  in- 
sektów.  Nie  śmiej  się,  naprawdę.  Obok  tego  kina 
w stanie New Jersey przepływała rzeczka, która okaza- 
ła się być siedliskiem komarów. Przed kaŜdą projekcją 
personel  musiał  wręczać  widzom  środek  przeciw  tym 
paskudnym owadom.

 

W  ciomnozłotych  oczach  Reida  dojrzała  rozbawie-

nie.

 

-  Komary  musiały  doprowadzać  wszystkich  do 

szału.

 

Callie roześmiała się głośno.

 

-

 

Wygląda  na  to,  Ŝe  mieli  tam  takŜe  inne  kłopoty. 

Samochody  grzęzły  w  gliniastym  podłoŜu,  a  hałas 
przeszkadzał mieszkańcom pobliskich domów. Dopie-
ro  około  tysiąc  dziewięćset  czterdziestego  roku  głoś-
niki  zastąpiły  duŜe  tuby  przypominające  trąby,  które 
umieszczono wokół ekranu. 

-

 

Ach,  dobre  to  były  czasy,  kiedy  bywało  się  w 

takich  kinach...  -  rozmarzył  się  Reid.  -  Miały 
niepowtarzalną atmosferę. A takŜe złą reputację. Były 
to ulubione miejsca młodych zakochanych. 

-

 

Jasne,  Ŝe  dla  ciebie  były  to  dobre  czasy  -  mruk-

nęła  Callie.  -  Pochyliła  głowę  i  zaczęła  znów  czytać 
artykuł.  -  W  latach  tysiąc  dziewięćset  czterdzieści 
osiem -pięćdziesiąt osiem liczba kin dla zmotoryzowa-
nych wzrosła do blisko czterech tysięcy. Piszą tutaj, Ŝe 
ogromne zyski czerpali z nich ajenci bufetów z napoja-
mi i jedzeniem. 

-

 

Co  by  to było  za  kino  bez  praŜonej  kukurydzy  z 

masełkiem - westchnął Reid. - Lub paczki migdałów w 
polewie cukrowej bądź lukrecji. 

background image

 

50 

Callie skrzywiła się lekko.

 

-

 

Fe! Co to za jedzenie! -prychnęła z niesmakiem. 

-

 

Nie  chodzi  o  samo  kino  ani  o  kukurydzę  czy 

migdały.  Chodzi  mi  o  wspaniałą  atmosferę  tamtych 
dni.  O  wspomnienia.  Dla  wielu  ludzi,  między  innymi 
dla mnie. 

Nie potrafiła pojąć, o czym mówi Reid. W kinie dla 

zmotoryzowanych była tylko raz w Ŝyciu. Z rodzicami, 
jako mała dziewczynka. Dziś nie mogła sobie przypo-
mnieć nawet tytułu filmu, który wówczas oglądała.

 

-  Wierzę  ci  na  słowo.  -  Wzruszyła  ramionami 

i  wróciła  do  lektury  artykułu:  -  Cios  dotknął  kina  dla 
zmotoryzowanych  w  latach  sześćdziesiątych.  Praw- 
dopodobnie  dlatego,  Ŝe  w  większości  amerykańskich 
domów  pojawiły  się  juŜ  telewizory.  Dzisiaj  w  całych 
Stanach  są  tylko  dwa  tysiące  takich  kin.  O  połowę 
mniej  niŜ  w  roku  tysiąc  dziewięćset  pięćdziesiątym 
ósmym. - Callie złoŜyła starannie gazetę i umieściła ją 
obok  siebie  na  siedzeniu  wozu.  -  To  wszystko,  co 
zawsze chciałam  wiedzieć  o  kinach dla  zmotoryzowa- 
nych, a moŜe nawet więcej - dodała Ŝartem.

 

Najpierw  zobaczyła  błysk  białych  zębów,  a  potem 

usłyszała miękki, ciepły śmiech.

 

-

 

W  tym  roku  minęło  dwadzieścia  lat,  ale  nadal 

ś

wietnie  pamiętam,  jak  z  chłopakami  ładowaliśmy  się 

do  białego  chevroleta  mego  starszego  brata  i  jechaliś-
my  do  kina  oglądać  Sandrę  Dee,  Jamesa  Darrena  i 
Cliffa Robertsona w filmie Gidget. 

-

 

Gidget? - powtórzyła Callie. Nic jej ten tytuł nie 

mówił. 

Reid  potrząsnął  głową  i  westchnął,  zrezygnowany. 

Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, Ŝe rozmawia z 
osobą duŜo od siebie młodszą.

 

background image

 

51 

-  Sądzę,  Ŝe  byłaś  jeszcze  za  młoda,  Ŝeby  ten  film 

oglądać. Ale to były czasy... Długie letnie dni i jeszcze 
dłuŜsze noce. Te chwile pozostaną na zawsze w pamię- 
ci,  mimo  Ŝe  spędzaliśmy  je  na  znacznie  bardziej 
niewinnych  zabawach  niŜ  dzisiejsza  młodzieŜ.  -  Reid 
zawiesił głos i zamyślił się głęboko.

 

Na  jego  twarzy  Callie  dostrzegła  wyraz  smutku,  a 

moŜe nawet Ŝalu.

 

Z kieszeni koszuli wyciągnął papierosa. Zapalił go i 

ciągnął dalej:

 

-  W  sobotnie  wieczory  do  kina  pod  Pittsburghiem 

zjeŜdŜało wówczas mnóstwo pojazdów. To był rytuał, 
a nasze spotkania stanowiły nieodłączną część ówczes- 
nej  młodzieŜowej  kultury.  Teraz  w  kinach  dla  zmoto- 
ryzowanych pokazuje się tylko kiepskie filmy. Drugiej 
kategorii.  -  Reid  potrząsnął  głową.  -  Wielka  szkoda. 
Gdybym  miał  syna,  chciałbym,  Ŝeby  zobaczył,  jak 
niewinnie,  a  zarazem  doskonale  bawiła  się  wtedy 
młodzieŜ.  Chciałbym,  Ŝeby  przeŜył  choć  jedno  takie 
lato,  jakie  ja  miałem  jako  młody  chłopak.  Sądzę 
jednak, Ŝe nie byłoby to moŜliwe.

 

Reid zamilkł. ZwęŜonymi oczyma wpatrywał się w 

pas  szosy,  która  rozciągała  się  przed  nimi  jak  ciemna, 
aksamitna wstęga aŜ po czerwone niebo na horyzoncie.

 

-

 

Nie masz dzieci - powiedziała Callie. 

-

 

Nie mam. Nigdy nie byłem Ŝonaty. 

-

 

Te dwie rzeczy nie muszą się wykluczać - stwier-

dziła szorstkim głosem. 

-

 

W moim kodeksie etycznym się wykluczają - od-

parł Reid ze zmarszczonym czołem. Zgniótł w popiel-
niczce papierosa. 

Callie zwilŜyła językiem suche wargi. Zdecydowała 

się pytać dalej.

 

background image

 

52 

-

 

Ile masz lat? 

-

 

Trzydzieści sześć. 

-

 

Och. 

Musiała  przyznać,  Ŝe  ją  zaskoczył.  Wyglądał  mło-

dziej.  Dałaby  mu  najwyŜej  trzydzieści  dwa  lub  trzy 
lata.

 

Lewą ręką trzymał kierownicę. Prawą zrobił wymo-

wny gest.

 

-  To  zabawne,  ale  za  kaŜdym  razem  gdy  powiem 

jakiejś  kobiecie,  ile  mam  lat,  wówczas  zawsze  słyszę 
okrzyk  pełen  zdumienia.  Czy  wszystkie  kobiety  uwa- 
Ŝ

ają, Ŝe istnieją tylko dwa gatunki męŜczyzn, osiągają- 

cych trzydzieści sześć lat w stanie bezŜennym: playboye 
i faceci będący zupełnym ich przeciwieństwem?

 

Callie  ponownie  zaschło  w  ustach.  Przeciągnęła 

językiem po wargach i westchnęła głęboko.

 

-  A  do  którego  z  tych  gatunków  ty  sam  siebie 

zaliczasz, Reidzie Dillon?

 

Wyglądał na nieco ubawionego tym pytaniem. - 
Chcesz wiedzieć, czy jestem świętym, czy grzesz-
nikiem, aniołem czy diabłem? O to ci chodzi? Była 
ogromnie ciekawa jego odpowiedzi.

 

-  Tak. O to.

 

Zanim  się  odezwał,  zastanawiał  się  przez  chwilę. 

Callie nagle zdała sobie sprawę z tego, Ŝe przestał się 
ś

miać i ma powaŜną minę.

 

-  Sądzę,  Ŝe  jak  większość  męŜczyzn  jestem  gdzieś 

pośrodku.  -  Dobierał  starannie  słowa.  -  Przyznaję,  Ŝe 
kiedy byłem młodszy, potrafiłem zachowywać się tak, 
jakby  diabeł  we  mnie  wstąpił.  Ale  teraz...  -  urwał. 
Myślami  wrócił  do  wczesnej  młodości.  -  Teraz  uwa- 
Ŝ

am się za człowieka o wyrobionych poglądach. Który 

dobrze wie, z kim i w jaki sposób pragnie spędzać czas.

 

background image

 

53 

-

 

A więc jesteś nawróconym grzesznikiem. -W gło-

sie Callie brzmiało zdenerwowanie. 

-

 

Być  moŜe.  -  Reid  rzucił  jej  ukradkowe,  zacieka-

wione spojrzenie. 

-

 

A ty, Callie Jean Foster, jaką jesteś kobietą, jeśli 

chodzi o męŜczyzn? 

Roześmiała  się  cicho,  spuściła  wzrok  i  zaczęła 

przyglądać się swoim dłoniom.

 

-  Sama  chyba  nie  znam odpowiedzi na  to pytanie. 

Potrafiłabym ci powiedzieć, jaka jestem w stosunku do 
dzieci,  przyjaciół  i  rodziny.  Ale  w  stosunku  do  męŜ- 
czyzn? Nie wiem.

 

Odwróciła  głowę  i  spojrzała  w  boczną  szybę.  Wi-

działa trawy przygięte wiatrem do ziemi i gdzieniegdzie 
rozrzucone  kępy  drzew.  I  trawy,  i  drzewa  miały  tę 
samą barwę. Soczystej, letniej zieleni.

 

Odwróciła  głowę  w  drugą  stronę  i  popatrzyła  na 

profil  siedzącego  obok  męŜczyzny.  Jakiej  spodziewał 
się odpowiedzi na swoje pytanie? śe jest naiwna, jeśli 
chodzi  o  męŜczyzn?  Niepewna?  A  moŜe  ostroŜna? 
Miała  wszystkie  te  cechy  i  jeszcze  inne,  ale  nie 
zamierzała  zdradzić  Reidowi  Dillonowi  swych  sek-
retów.  śadna  kobieta  nie  udziela  chętnie  takich  in-
formacji.

 

Postanowiła nadać rozmowie lŜejszy ton.

 

-

 

Prawdę  powiedziawszy,  często  wolę  mieć  do 

czynienia z dziećmi niŜ z dorosłymi. Nie dlatego, Ŝe w 
kaŜdym  męŜczyźnie  pozostaje  zawsze  coś  z  małego 
chłopca.  -  Usłyszała,  Ŝe  Reid  się  roześmiał.  -  Potrafię 
zrozumieć  małych  chłopców,  ale  wcale  nie  jestem 
pewna, czy rozumiem duŜych. 

-

 

A więc w kontaktach z męŜczyznami jesteś ostro-

Ŝ

na - podpowiedział. 

background image

 

54 

-  Jak  wiele  niezamęŜnych  kobiet  w  moim  wieku, 

starałam  się  nie  postępować  lekkomyślnie  -  odparła 
lekko. - Przyjaźniłabym się chętnie z męŜczyznami, ale 
przekonałam się, Ŝe większość z nich nie pojmuje, co to 
oznacza.

 

Reid  zdawał  się  nie  reagować  na  krytykę  przed-

stawicieli własnej płci.

 

-  A  ja  się  przekonałem,  Ŝe  to  samo  dotyczy  więk- 

szości  kobiet.  Być  moŜe  dlatego,  Ŝe  przyjaźń  między 
męŜczyzną a kobietą uwaŜa się na ogół za niemoŜliwą.

 

Callie chciała powiedzieć, Ŝe to słuszne spostrzeŜe-

nie,  ale  nagle  przed  przednią  szybą  samochodu  zoba-
czyła wielki, migający neon.

 

-

 

Spójrz, dojechaliśmy do kina. 

-

 

Muszę  ci  się  przyznać,  Ŝe  na  myśl  o  praŜonej 

kukurydzy  z  masełkiem  napłynęła  mi  ślinka  do  ust. 
Zastanawiam się, czy mają tutaj wiśniową colę. 

-

 

Wiśniową  colę?  -  zdziwiła  się  Callie,  unosząc 

brwi. 

Reid  zatrzymał  samochód  przy  budce  z  kasą, 

znajdującej się tuŜ przy wjeździe na teren kina.

 

-  Pięć dolarów, proszę pana - usłyszał.

 

Z tylnej kieszeni dŜinsów wyciągnął skórzany port-

fel  i  wyjął  z  niego  banknot  dziesięciodolarowy.  Wrę-
czył  go  kasjerce,  w  zamian  za  co,  oprócz  reszty, 
otrzymał dwa bilety.

 

Reid odwrócił twarz w stronę Callie.

 

-  Droga panno Foster, czyŜby przed chwilą chciała 

pani mi powiedzieć, w ten swój jedyny i niepowtarzal- 
ny sposób, Ŝe nigdy nie piła pani wiśniowej coli?

 

Energicznie pokręciła głową.

 

-

 

Nie. Nie piłam. 

-

 

Jak się pani uchowała? - zapytał z przesadnie 

background image

 

55

dramatyczną nutką w głosie. - Callie, wiśniowa cola to 
jest jeden z najsmaczniejszych napojów, jakie w ogóle 
istnieją!  -  Opanował  podniecenie  i  po  chwili  dodał:  - 
ChociaŜ, muszę przyznać, znam ludzi, którzy uwaŜają, 
Ŝ

e nie dorównuje waniliowej.

 

Callie popatrzyła spod oka na Reida.

 

-  Czy  masz  jeszcze  w  zanadrzu  duŜo  takich  obco 

brzmiących  nazw?  -  spytała  Ŝartobliwie,  lecz  z  lekką 
nutą irytacji w głosie.

 

Obrzucił ją spojrzeniem pełnym dezaprobaty.

 

-

 

Widzę,  złotko,  Ŝe  bardzo  zaniedbano  twoją  edu-

kację. - Nie sposób było poznać, czy mówi powaŜnie, 
czy nie. -Coś mi się zdaje, Ŝe sam będę musiał wziąć się 
za  ciebie.  -  Oczy  Callie  rozszerzyły  się  nieco.  -  To, 
oczywiście,  przenośnia  -wyjaśnił.  Wyprostował  umię-
ś

nione  ramię  i  połoŜył  je  na  oparciu  siedzenia.  -  Wy-

gląda  na  to,  Ŝe  dziś  nie  będziemy  mieli  kłopotu  ze 
znalezieniem dobrego miejsca. 

-

 

TeŜ mi się tak zdaje - przytaknęła Callie. Obszar, 

który zajmowało kino, był prawie pusty. 

-

 

Prawda,  Ŝe  nie  chcemy  zaparkować  zbyt  daleko 

od bufetu? 

-

 

Prawda  -  odparła,  przypominając  sobie  upodo-

banie Reida do praŜonej kukurydzy, migdałów i coli. 

-

 

Ale  teŜ  nie  chcemy,  Ŝeby  światła  z  bufetu  prze-

szkadzały nam w oglądaniu filmu - dodał. 

-

 

Gotowa  jestem  się  załoŜyć,  Ŝe  znajdowanie  od-

powiedniego  miejsca  do  zaparkowania  samochodu  w 
kinie  masz  opanowane  aŜ  do  perfekcji  -  docięła  mu 
Callie. 

-

 

Sądzę, Ŝe to będzie idealne - mruknął pod nosem, 

ustawiając samochód w wyznaczonym miejscu,  w zu-
pełnie pustym sektorze kina. 

background image

 

56 

Na  nierównym  gruncie  przód  wozu  znalazł  się 

nieco  wyŜej  niŜ  reszta  samochodu,  ale  maska  nie 
zasłaniała  widoku  duŜego,  srebrnego  ekranu  znaj-
dującego  się  przed  nimi  w  odległości  około  czter-
dziestu metrów.

 

Reid zwrócił się do Callie:

 

-  Czy będziesz stąd dobrze widziała?

 

Chciała  zapytać,  do  czego  to  miejsce  ma  być 

idealne, ale dała spokój.

 

-  Tak. Dobrze. Dziękuję.

 

Wcisnął  przycisk  na  tablicy  rozdzielczej  i  szyby 

automatycznie  się  opuściły.  Wyłączył  silnik,  rozsiadł 
się  wygodnie  i  przez  chwilę  obserwował  w  milczeniu 
ostatnie  promienie  słońca,  które  znikało  powoli  za 
horyzontem.

 

Zachód  słońca  był  zawsze  sygnałem  dla  obsługi 

kina do rozpoczęcia seansu.

 

Callie rozejrzała się wokoło i dopiero teraz uprzyto-

mniła  sobie,  jak  bardzo  będą  odizolowani  od  innych 
ludzi przez cały wieczór.

 

-

 

Pora,  Ŝeby  odwiedzić  bufet  -  powiedział  Reid. 

Klepnął  się  w  kolano.  -  Na  co  masz  ochotę?  Na 
kukurydzę? Słodycze? Hot doga? Coś do picia? 

-

 

Sądzę,  Ŝe  powinnam  poznać  smak  tego,  co, 

twoim zdaniem, jest takie smaczne. Proszę o wiśniową 
colę, jeśli ją tu mają. 

-

 

Nie chcesz niczego więcej? - zapytał. 

-

 

Nie - odparła stanowczym głosem. 

-

 

Na pewno? 

Nie odpowiedziała. Red milczał przez chwilę.

 

-  Dobrze. Jak sobie Ŝyczysz. A więc dla ciebie jedna 

wiśniowa cola. - Otworzył drzwi wozu i wysiadł. Oparł 
się o samochód, pochylił i przez otwarte okno wsunął

 

background image

 

57 

do  środka  głowę. -  Wrócę  za kilka  minut  - oznajmił  i 
uśmiechnął się do Callie. - Tylko mi nie ucieknij.

 

Mruknęła  coś  w  odpowiedzi  i  patrzyła,  jak  od-

chodzi  w  stronę  małego  bufetu,  stanowiącego  jedną 
całość z kabiną projekcyjną.

 

Kabina  stała  dokładnie  na  środku  obszernego  tere-

nu, który zajmowało kino. Do Callie docierały odgłosy 
muzyki rockowej z lokalnej radiostacji, wydobywające 
się  z  pobliskich  głośników.  Wyglądały  jak  szereg 
ołowianych  Ŝołnierzyków  rozstawionych  po  obu  stro-
nach buicka.

 

Jeszcze  raz  rozejrzała  się  wokoło  i  na  rozległym 

terenie kina naliczyła zaledwie siedemdziesiąt róŜnych 
samochodów  osobowych  i  furgonetek.  Spokojny  ten 
sobotni wieczór w Butler, pomyślała.

 

Lekki  wietrzyk  owiewał  jej  rozpalone  ramiona.  Po 

upalnym  dniu  przynosił  ulgę.  Ostatnie  promienie 
zachodzącego  słońca  zapowiadały,  Ŝe  zaraz  nadejdzie 
upragnione ochłodzenie.

 

Callie oparła głowę i zamknęła oczy. Była zmęczo-

na.  Bardzo  zmęczona.  Ten  długi,  uciąŜliwy  dzień 
zaczął się dla niej o świcie. Prowadziła bardzo regular-
ny tryb Ŝycia. Lubiła wcześnie wstawać i wcześnie się 
kłaść. Wczoraj jednak bardzo długo przewracała się w 
łóŜku i w Ŝaden sposób nie mogła zasnąć.

 

Wyglądało  na  to,  Ŝe  jej  wewnętrzny  zegar  się 

rozregulował.  Wiedziała,  co,  a  raczej  kto,  jest  tego 
przyczyną. Od wczoraj nie opuszczało jej jakieś dziw-
ne, niewytłumaczalne odczucie. Od wczoraj, a dokład-
nie od chwili, gdy zgodziła się umówić z męŜczyzną, o 
którego  istnieniu  dowiedziała  się  zaledwie  przed 
siedemdziesięcioma  dwiema  godzinami.  I  to  z  męŜ-
czyzną, którego poznała ni mniej, ni więcej tylko

 

background image

 

58 

w  sklepie  spoŜywczym.  Wtedy,  u  Charliego,  nie  przyszło 
jej do głowy, Ŝe moŜe to być początek jakieś liczącej się 
znajomości. 

Dziwne,  niewytłumaczalne  uczucie  nie  opuszczało  jej 

przez  cały  wczorajszy  dzień  i  nie  pozwoliło  usnąć  aŜ  do 
późnych  godzin  nocnych.  Nie  ustąpiło  rano,  kiedy  się 
obudziła,  ani  potem,  gdy  stojąc  na  drabinie,  malowała 
dom.  Towarzyszyło  jej  takŜe  później,  kiedy  w  ogródku 
wyrywała  chwasty  na  grządkach  groszku  i  cebuli, 
szpinaku i buraków, marchewki i pomidorów. 

Męczyło  ją  takŜe  przed  wieczorem,  gdy  po  skoń-

czonych zajęciach doprowadzała paznokcie do porządku, 
robiąc  manikiur.  Malowanie  i  pielenie  grządek  było 
zajęciem kojącym nerwy, lecz niszczącym ręce. 

Callie  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe  przez  cały  czas 

unika  nazwania  tego  uczucia,  które  ogarnęło  ją  w 
chwili, w której poznała Reida Dillona. Gdyby musiała to 
zrobić, mogła by uŜyć tylko jednego określenia. To było 
podniecenie. 

Callie Jean Foster nie były obce przeróŜne odczucia,  ale 

podniecenie  do  nich  dotychczas  nie  naleŜało.  Lub 
przynajmniej  ten  rodzaj  podniecenia,  który  wzniecił  w 
niej zdumiewający, dopiero co poznany męŜczyzna. 

Miała  troskliwą  i  kochającą  matkę,  grono przyjaciół i 

Ŝ

yczliwych  kolegów.  Miała  sympatycznych  i  pojętnych 

uczniów.  Miała  tak  wielu  przyjaznych  sąsiadów  i 
znajomych, Ŝe nie sposób byłoby ich zliczyć. Miała takŜe 
marzenia.  Ale  w  jej  Ŝyciu  brakowało  podniecenia.  I 
głębokich przeŜyć. I własnego męŜczyzny. 

Podobnie  jak  wiele  wykształconych  kobiet  ze  swego 

pokolenia, juŜ kilka lat temu uznała, Ŝe jej wartość nie zaleŜy 
od stanu cywilnego. Nie zamierzała opierać swej 

background image

 

59 

egzystencji  na  męŜczyźnie.  Nie  dlatego,  Ŝe  miała 
męŜczyznom  coś  do  zarzucenia,  lecz  po  prostu  ze 
względu na to, Ŝe była osobą z natury ostroŜną.

 

Dobrze wiedziała, czym mogą kończyć się związki, 

w których kobieta Ŝyje tylko dla męŜczyzny i pokłada 
w  nim  wszystkie  nadzieje.  A  kiedy  on  ją  porzuca  i 
odchodzi w siną dal, rozpada się cały jej świat.

 

Ten rodzaj miłości i bezgranicznego oddania się ze 

strony  kobiety  jest  nie  dla  mnie,  uznała  Callie.  Cał-
kowita  zaleŜność  od  drugiego  człowieka  świadczy  o 
słabości  charakteru.  Kobieta  powinna  być  przede 
wszystkim  sobą.  UzaleŜnienie  się  od  męŜczyzny  koń-
czy się często tragicznie. Jak w wypadku jej matki.

 

Callie  otrząsnęła  się  z  ponurych  myśli.  Podniosła 

głowę.

 

Reid zbliŜał się do samochodu. Zobaczyła, jak idzie 

szybkim  krokiem  po  nierównym,  wyboistym  terenie. 
Musiała przyznać, Ŝe ten męŜczyzna wygląda niezwyk-
le pociągająco.

 

Instynkt samozachowawczy ostrzegał Callie, Ŝe jest 

to  człowiek  dla  niej  niebezpieczny.  Obecność  Reida 
poruszyła  ją,  wniosła  do  Ŝycia  uczucie podniecenia,  a 
takŜe  wyzwoliła  świadomość  własnej  kobiecości. 
KaŜdym nerwem reagowała na jego bliskość.

 

Tak.  Było  bezspornym  faktem,  Ŝe  Reid  Dillon  jest 

męŜczyzną bardzo niebezpiecznym. Miała tego dowo-
dy.  W  ciągu  zaledwie  trzech  dni  potrafił  zburzyć 
spokój  jej  dotychczasowej  egzystencji.  Stanowił  za-
groŜenie. Większe, niŜ początkowo przypuszczała.

 

-  Szczęście nam dopisało! - wykrzyknął z daleka. 
Mają tu...

 

-  Wiśniową colę - dokończyła. - Podejdź bliŜej.

 

background image

 

60 

Pozwól,  Ŝe  ci  pomogę.  -  Przesunęła  się  na  miejsce 
kierowcy i otworzyła drzwi wozu. Wyciągnęła ręce.

 

-  Dziękuję.

 

Reid podał jej kubki z napojami. Był obładowany.

 

-  Czegoś ty nakupował? 
Wzniósł oczy do nieba.

 

-

 

Zaraz znów usłyszę, Ŝe moja skromna kolacja to 

paskudztwo. 

-

 

Niczego nie zjadłeś przed wyjściem z domu? 

-  zdziwiła się Callie.

 

Reid  rozłoŜył  przyniesione  skarby.  DuŜą  tackę 

pełną  frytek,  hot  dogi,  torbę  praŜonej  kukurydzy  i 
róŜne  słodycze.  W  rękach  Callie  znajdowały  się 
jeszcze dwa kubki z wiśniową colą.

 

-  Mówiłem ci przecieŜ, Ŝe nie jestem zaradny

 

-  usprawiedliwił się szybko łagodnym głosem.

 

-

 

Sądziłam,  Ŝe  odnosi  się  to  tylko  do  malowania 

domów  -  odparła  tłumiąc  śmiech.  -  Nie  przypusz-
czałam, Ŝe dotyczy takŜe przygotowywania posiłków. 

-

 

Gotowania i wielu róŜnych innych rzeczy - przy-

znał  bez  cienia  skruchy,  wpychając  do  ust  hot  doga. 
Zjadł  jeszcze  prawie  wszystkie  frytki,  drugiego  hot 
doga, a dopiero potem znów się odezwał: -Dobrze, Ŝe 
mi  przypomniałaś  o  odnawianiu.  Pracownik  zakładu 
usług  malarskich  oglądał  dzisiaj  mój  dom.  Koszt 
remontu  wycenił  na  trzy  tysiące  dolarów.  Co  o  tym 
sądzisz? 

Reid  mówił  to  wszystko  z  absolutnie  niewinną 

miną, ale Callie mu nie dowierzała. Wiedziała, Ŝe jest 
przebiegły. To, Ŝe porusza sprawę malowania domu ot 
tak, jakby od niechcenia, wzbudziło jej podejrzenia.

 

-  Trzy  tysiące  dolarów?  -  powtórzyła  zaskoczona 

wysokością sumy. - To jest rozbój na równej drodze.

 

background image

 

61 

Obdarzył ją teraz spojrzeniem, które miało wyraŜać 

całą jego bezradność.

 

-  UwaŜasz, Ŝe to za duŜo? 
Pokręciła przecząco głową.

 

-  Oczywiście, Ŝe nie, jeśli za te pieniądze zamierzasz 

odmalować domy w całej dzielnicy.

 

Reid wyprostował się, pozbierał rozrzucone opakowa-

nia po jedzeniu, zgniótł je i wepchnął do torby na śmieci.

 

-  Widziałaś przecieŜ mój dom. Powiedz, ile powin- 

no kosztować odnowienie? - zapytał.

 

Callie upiła łyk coli i przez chwilę się zastanawiała.

 

-

 

Ten  napój,  przyznaję,  jest  naprawdę  świetny. 

Pytasz o rzetelną cenę? Półtora tysiąca. NajwyŜej dwa. 
Ale nie więcej. Tak uwaŜam. 

-

 

Dziękuję.  To  mi  wystarczy  -  oświadczył,  zamy-

kając dyskusję, którą przed chwilą sam rozpoczął. Tak 
jakby  to,  co  powiedziała  Callie,  załatwiało  sprawę.  - 
Seans chyba się juŜ zaczyna. 

Usłyszeli teraz klakson jednego samochodu, a zaraz 

potem drugiego, trzeciego i wielu następnych. Była to 
przedziwna kakofonia dźwięków.

 

-  Publiczność  zaczyna  się  niecierpliwić  -  powie 

działa Callie wychylając się przez okno.

 

Reid dotknął lekko jej ramienia.

 

-  Zanim  zacznie  się  film,  muszę  pozbyć  się  tych 

rzeczy.  -  Wziął  do  ręki  torbę  ze  śmieciami  i  otworzył 
drzwi  wozu.  Wysiadł  i  wrzucił  ją  do  stojącego  w  po- 
bliŜu kosza.

 

Na  krawędzi  tylnego  okna  samochodu  przyczepił 

głośnik i podregulował natęŜenie dźwięku.

 

Obejrzeli  w  milczeniu  kilka  starych  kreskówek,  u 

potem dwie pierwsze przedpotopowe scenki filmowe z 
Laurelem i Hardym.

 

background image

 

62 

Callie wygładziła dół sukienki, Ŝeby jak najmniej ją 

pognieść,  i  rozsiadła  się  wygodnie.  Na  widok  Stana 
Laurela  i  O1ivera  Hardy'ego,  wygłupiających  się  na 
ekranie, bezwiednie westchnęła.

 

W pewnej chwili zmarszczyła czoło.

 

-

 

Byłam pewna, Ŝe filmy  z Laurelem i Hardym są 

czarno-białe.  PrzecieŜ  to  starocie  -  powiedziała  szep-
tem,  nie  odrywając  wzroku  od  barwnego  obrazu  na 
srebrzystym ekranie. 

-

 

Masz  rację.  Były  czarno-białe  -  odparł  cicho 

Reid. - Ale potem je pokolorowano. Kilka lat temu w 
Hal  Roach  Studios  zaczęto  przetwarzać  filmy  czarno-
białe  na  barwne.  Zastosowano  do  tego  technikę 
komputerową. 

-

 

Teraz juŜ rozumiem. 

Siedziała dalej w milczeniu, patrząc bez zaintereso-

wania  na  ekran  i  próbując  śledzić  nieciekawy  wątek 
następnej  scenki  i  mało  zabawne  dowcipy  obu  komi-
ków. Zamknięta we wnętrzu samochodu miała niewie-
lki  wybór.  Mogła  albo  spoglądać  na  ekran,  albo 
przyglądać  się  ukradkiem  Reidowi.  Wybranie  tej  dru-
giej  ewentualności nie  wydawało  się posunięciem  roz-
sądnym. Siedząc tak blisko tego męŜczyzny i tak była 
juŜ świadoma kaŜdego jego ruchu, a nawet oddechu.

 

Nagle zdała sobie sprawę z tego, Ŝe jej sąsiad wcale 

na  ekran  nie  patrzy.  Poruszyła  nieznacznie  głową  i 
kątem  oka dostrzegła,  Ŝe  Reid przestać  oglądać film  i 
patrzy na nią.

 

-

 

Czy coś jest nie w porządku? - zapytała, obraca-

jąc twarz w jego stronę. 

-

 

Nie wydaje mi się - odparł. 

To  nie  jest  Ŝadna  sensowna  odpowiedź,  pomyślała 

Callie, ale ten komentarz zachowała dla siebie.

 

background image

 

63 

-  Dlaczego nie oglądasz filmu? - zapytała Reida. 
Milczał przez chwilę.

 

-

 

Wolę  przyglądać  się  tobie  -  odrzekł  lekko  za-

chrypniętym  głosem,  który  sprawił,  Ŝe  przez  ciało 
Callie przebiegł nagły dreszcz. 

-

 

Wolisz  mnie  się  przyglądać?  -  Miała  ogromną 

ochotę wybuchnąć głośno śmiechem, ale się powstrzy-
mała. - Nie lubisz Laurela i Hardy'ego? 

-

 

Nie są źli - odparł bezbarwnym głosem. 

-

 

To dlaczego nie patrzysz na ekran? 

-

 

Bo wolę patrzeć na ciebie. 

Co na to powinnam odpowiedzieć? zastanawiała się 

Callie.  Nie  ufała  siedzącemu  obok  męŜczyźnie  i  nie 
dowierzała Ŝadnym jego słowom.

 

Nagle poczuła, Ŝe ręka Reida, którą trzymał wycią-

gniętą  na  oparciu  siedzenia,  gładzi  delikatnie  jej  ob-
naŜony kark. Ręka była ciepła i nieco szorstka. Chyba 
juŜ od pewnego czasu dotykał jej skóry, lecz Callie nie 
zdawała  sobie  z  tego  sprawy.  PrzecieŜ  na  to  nie 
zezwoliła!  Zaraz  poinformuje  tego  zuchwalca,  Ŝe  nie 
Ŝ

yczy  sobie,  aby  tak  się  zachowywał.  Musi  natych-

miast przestać. Zaraz mu to powie, gdy tylko uda się jej 
złapać oddech!

 

Odwrócił się w stronę Callie. JuŜ nawet nie udawał, 

Ŝ

e  ogląda  film.  Opuszką  palca  zaczął  lekko  obwodzić 

zarys  profilu  jej  twarzy.  Zaczął  od  czoła  u  nasady 
włosów.  Potem  przesunął  palec  wzdłuŜ  nosa  i  jeszcze 
delikatniej  niŜ  poprzednio  obwodził  nim  rozchylone 
wargi dziewczyny. Po chwili oderwał palce od jej ust i 
zaczął głaskać podbródek.

 

Callie siedziała bez ruchu, jak skamieniała, mimo Ŝe 

kaŜdym  nerwem  odczuwała  pieszczoty  Reida.  Ten 
człowiek to potrafi dotykać! Ale czy moŜna powiedzieć

 

background image

 

64 

mu, Ŝeby przestał? Nie, bo w ten sposób Callie da mu do 
zrozumienia, Ŝe jego pieszczota robi na niej wraŜenie. 

Za nic nie chciała okazać Reidowi, co z nią się dzieje. 

Serce waliło jej w piersiach jak młotem. Podchodziło  do 
gardła. 

Naprawdę  niewiele  kobiet  było  w  stanie  zainteresować 

sobą  Reida.  Sam  był  zdziwiony  własnym  stosunkiem  do 
siedzącej  obok  dziewczyny.  Musiał  przyznać,  Ŝe  Callie 
Jean Foster go zaintrygowała. I to bardzo. 

Była nietypowa. 

Miała dwoistą osobowość. Z jednej strony wydawała się 

dziwnie  staroświecka  i  tradycyjna.  Były  to  zalety  juŜ  dziś 
nie spotykane. Z drugiej jednak strony reprezentowała typ 
w  pełni  współczesnej  kobiety.  Właśnie  to  połączenie 
przeciwstawnych  cech  chyba  najbardziej  intrygowało 
Reida. 

Przysunął się bliŜej. Przyglądał się teraz jej jasnozłotym 

włosom,  opadającym  jak  chmura  na  ciemne,  opalone 
ramiona. Pragnął poznać bliŜej tę dziewczynę i wszystkie 
jej  sekrety.  Interesowała  go  i  pociągała.  Chciał  takŜe 
wiedzieć, jak smakują jej wargi. 

Pochylił głowę. Przyciągnął do siebie obnaŜone ramię 

Callie. Poczuł, Ŝe dobrze mieć ją blisko siebie. 

Zrobiło  się  jej  nagle  gorąco.  Skóra  paliła,  tak  jakby 

padały na nią ostre promienie słońca. Ale słońca nie było. 
Na granatowym niebie widniał tylko wąski sierp księŜyca. 
Ś

wiecił bladym światłem. To ciało Callie płonęło ogniem 

poŜądania.  Rozpalona  skóra  dziewczyny  była  pokryta 
cieniutką  warstewką  potu,  połyskującego  jak  poranna 
rosa. 

I  w  tej  właśnie  chwili  Reid  ją  pocałował.  Straciła 

oddech. Jego usta były gładkie, silne i wymagające. 

background image

 

65

Ujął  ją  pod  brodę.  Czuła  jego  palce poruszające  się  u 
nasady szyi.

 

Callie wydawało się przez chwilę, Ŝe Reid szepce jej 

imię, ale głośne bicie własnego serca zagłuszyło wszel-
kie  dobiegające  dźwięki.  Usiłowała  ostrzec  się  przed 
groŜącym  niebezpieczeństwem,  które  stwarzały  poca-
łunki Reida i dotyk jego rąk. Wiedziała, Ŝe jeśli kobieta 
pozna  uczucie  podniecenia,  które  wywoła  w  niej 
męŜczyzna, przestanie być sobą. Pocałunek Reida miał 
smak  nektaru,  lecz  był  groźny  jak  trucizna.  Byłoby 
znacznie lepiej, gdyby do niego nie doszło.

 

Nie  posłuchała  jednak własnego  instynktu  samoza-

chowawczego.  ZlekcewaŜyła  wszystkie  sygnały  alar-
mowe. Miała juŜ przecieŜ dwadzieścia osiem lat i wie-
lokrotnie kierowała się w Ŝyciu głosem rozsądku. Czy 
i tym razem powinna postąpić tak samo?

 

Co zrobić?

 

Nie  mogła  juŜ  jednak  o  niczym  decydować.  Reid 

Dillon owładnął jej duszą i ciałem. Całował mocno, a 
jego  język  wnikał  głęboko  w  usta  Callie.  Głaskał  jej 
ramiona i obnaŜoną szyję.

 

W  chwili  w  której  ujrzała  go  po  raz  pierwszy, 

przytłoczył ją ogromny wzrost tego męŜczyzny i potęŜ-
na  sylwetka.  Teraz  przytłaczał  ją  znów.  Tym  razem 
pocałunkiem, dotknięciem i samą bliskością.

 

Bez słowa wziął ją w ramiona i przyciągnął mocno 

do siebie.

 

Noc  otoczyła  ich  jak  czarny  welon.  Collie  słyszała 

tylko bicie własnego serca pod ciepłą dłonią Reida. Nie 
widziała nic oprócz zarysu jego twarzy tuŜ przed sobą.

 

Po  jego  pocałunku  pozostał  jej  na  wargach  ostry, 

męski zapach.

 

- Reidzie... - CzyŜby ten niski, schrypnięty głos

 

background image

 

66 

wydobywający  się  z  trudem  z  gardła,  naleŜał  właśnie 
do niej samej?

 

-  Callie. - Łagodnie wymówił jej imię.

 

Zmobilizowała wszystkie siły. Odsunęła się i popa-

trzyła na Reida. Czubek jej głowy sięgał zaledwie jego 
podbródka.

 

-

 

Och  -  zaczęła  z  pozornym  spokojem  -  czy  nie 

sądzisz,  Ŝe  na  amory  w  kinie  dla  zmotoryzowanych 
jesteśmy  zbyt  dorośli?  -  Bardzo  się  starała,  Ŝeby  w  jej 
głosie zabrzmiała ironia. 

-

 

Callie, na to nigdy nie będziesz za dorosła - odparł 

i znów przycisnął usta do jej rozchylonych warg. 

-

 

Nie,  zostaw  mnie.  Przestań,  proszę.  -  Usiłowała 

wyswobodzić  się  z  jego  ramion  i  odsunąć.  Poczuła 
nagle  dziwną  bezsilność.  Będąc  sam  na  sam  z  tym 
męŜczyzną, chyba nie byłaby w stanie mu się oprzeć. 

Puścił ją. Puścił od razu. Przez chwilę przyglądał się 

twarzy Callie widocznej w bladym świetle księŜyca.

 

-  Dlaczego  chcesz,  Ŝebym  przestał?  -  zapytał.  Ujął 

w  dłonie  twarz  Callie.  Przeciągnął  palcem  po  roz- 
chylonych  wargach.  -  PrzecieŜ  pragniesz  tego  tak 
bardzo, jak ja.

 

DuŜe, niebieskie oczy Callie rozszerzyły się jeszcze 

bardziej,  mimo  iŜ  wiedziała,  Ŝe  to  prawda.  Pragnęła 
Reida i jego pieszczot tak samo, jak on jej.

 

Z niechęcią odparła:

 

-  Powstrzymałam  cię,  bo  mnie  przestraszyłeś. 

Sprawiłeś, Ŝe zaczęłam obawiać się samej siebie. - Czy 
rzeczywiście  wypowiedziała  te  słowa  na  głos,  i  to  do 
człowieka, którego prawie nie znała?

 

Przyciągnął  ją  do  siebie  i  przytrzymał  w  objęciach. 

Oparł podbródek na czubku jej głowy.

 

background image

 

67

-  Och, Callie, nie komplikuj wszystkiego. Jesteśmy 

po  prostu  męŜczyzną  i  kobietą,  którym  jest  z  sobą 
dobrze.

 

Callie  poczuła  nagle,  jak  tęŜeją  jej  ramiona.  Kiedy 

Reid wypuścił ją z objęć, podniosła wzrok i popatrzyła 
na niego podejrzliwie.

 

-  Czy  rzeczywiście  tak  sądzisz?  -  spytała  cichym 

głosem.

 

W odpowiedzi najpierw westchnął głęboko.

 

-  Powiedziałaś mi dzisiaj, Ŝe nie wiesz, jaka jesteś 

w stosunku do męŜczyzn. A ja juŜ chyba wiem. Jesteś 
bardzo  ostroŜna.  Prawda? -  Reid odsunął  się.  Siedział 
teraz  wyprostowany.  Jego  głos  brzmiał  łagodnie. 
-  Callie,  nie  bój  się.  Nie  pozwól,  aby  Ŝycie  przeszło 
obok ciebie.

 

Te jego słowa odbijały się ciągłym echem w mózgu 

dziewczyny  podczas  długiej  drogi  powrotnej  do  Cla-
rion. Słyszała je nadal, gdy Reid odprowadzał ją aŜ po 
drzwi domu i wtedy, kiedy pochylił się i pocałował ją 
na dobranoc.

 

Tej nocy Callie zapadła w sen, w którym odczuwała 

na nowo pocałunki i dotyk dłoni Reida Dillona.

 

background image

 

68 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

-  Do diabła, a cóŜ to za hałas!

 

Reid obudził się i usiadł błyskawicznie na łóŜku. Był 

jeszcze  nieprzytomny,  bo  rozespany,  ale  w  Ŝołądku 
odczuwał  juŜ  nieprzyjemny  ucisk.  Nasłuchiwał  przez 
chwilę. Wokół panowała cisza.

 

-  Cholera, Ŝe teŜ coś musiało mnie obudzić! -jęknął. 

PołoŜył się i wcisnął głowę pod poduszkę.

 

Męczył  się  w  łóŜku  jak  potępieniec.  Nie  mógł 

zasnąć. Dziesięć minut później usiłował przewrócić się 
na  bok,  ale  poczuł,  Ŝe  ma  nogi  zaplątane  w  pościel. 
Zmełł w ustach następne przekleństwo. Uniósł głowę i 
spojrzał na zegarek stojący na stoliku przy łóŜku.

 

Siódma.

 

 

Zawsze  wstawał  o  tej  porze.  Zawsze,  to  znaczy 

wtedy,  kiedy  chodził  do  pracy.  Był  do  tego  przy- 
zwyczajony  tak  bardzo,  Ŝe  teraz  wiedział,  iŜ  w  ten 
poniedziałkowy  poranek  w  Ŝaden  sposób  juŜ  nie 
zaśnie. Marzył o filiŜance kawy. A właściwie o dwóch 
lub nawet trzech. Tego było mu potrzeba.

 

 

No,  ograniczy  się  do  jednej,  zdecydował.  Na  tyle 

zezwolił  mu  Jim  Andrews.  Na  jedną  małą  kawę 
kaŜdego ranka. To fatalne, jeśli lekarz jest równocześ-
nie  przyjacielem.  Innemu  konowałowi  nawymyślałby 
ile wlezie, gdyby ten próbował narzucić mu tak

 

background image

 

69 

nieludzkie ograniczenia. Ale wobec Jima po prostu nie 
mógł się tak zachować. Za bardzo go lubił.

 

Czuł się fatalnie. Przez resztę weekendu, jeszcze do 

tej  pory,  płacił  za  sobotnie  grzechy.  Z  największą 
niechęcią musiał przyznać, Ŝe Callie miała rację. Powi-
nien  uwaŜać  na  to,  co  je  i  pije.  Gdyby  przestrzegał 
diety, dziś czułby się znacznie lepiej.

 

Przykre  uczucie  w  Ŝołądku  zastąpił  dobrze  znany, 

tępy  ból,  który  gnębił  go  dniami  i  nocami.  Teraz  był 
sygnałem,  Ŝe  Reid  musi  natychmiast  coś  zjeść.  Gdy 
tylko weźmie gorący prysznic i ogoli się, usmaŜy sobie 
dwa jajka i wypije wymarzoną kawę.

 

A  później?  Co  będzie  robił  potem?  Dziś,  jutro, 

pojutrze,  za  tydzień,  za  dwa,  aŜ  do  końca  tego 
przeklętego lata?

 

Sfrustrowany,  przygładził  dłonią  rozczochrane 

włosy. Odrzucił koc i wyskoczył z łóŜka, nagi jak Pan 
Bóg go stworzył.

 

PołoŜył  się  na  gołych  deskach,  na  drewnianej pod-

łodze,  po  której  jego  dziadkowie  stąpali  przez  prawie 
czterdzieści lat, i zaczął robić pompki. Po pięćdziesię-
ciu opadł cięŜko dysząc na ziemię. Czuł chłód gładkich 
desek przy twarzy. Wreszcie podniósł się na rękach i z 
duŜym 

wysiłkiem 

zrobił 

następne 

pięćdziesiąt 

pompek.  Starzał  się,  to  było  widoczne.  Ćwiczenia 
przychodziły mu z coraz większą trudnością.

 

Po  upływie  kwadransa  stał  przed  umywalką  w  ła-

zience,  usiłując  przy  goleniu  oglądać  swoją  twarz  w 
zaparowanym lustrze.

 

I właśnie wtedy ponownie usłyszał ten sam dziwny 

odgłos,  który  go  obudził.  Przeraźliwy  hałas,  który 
sprawił, Ŝe o tak nieprzyzwoicie wczesnej porze zwlókł 
się dziś z łóŜka.

 

background image

 

70 

Chwycił szlafrok wiszący na klamce drzwi łazienki 

i  szybko  naciągnął  go  na  siebie.  Ściągnął  z  wieszaka 
ręcznik i biegnąc, wycierał nim twarz, usuwając resztki 
kremu.  Przeskakiwał  po  dwa  schody  naraz  i  po 
minucie  był  juŜ  na  dole.  Jednym  nagłym  ruchem 
otworzył frontowe drzwi.

 

-  Co, do licha...?

 

Nie  dojrzał  nikogo.  Tylko  na  podjeździe  pod  do-

mem  stała  nieco  zdezelowana,  niebieska  furgonetka. 
Reid nie miał pojęcia, skąd się tu wzięła.

 

Zatrzasnął drzwi i poszedł wprost do kuchni. Dziw-

ne  odgłosy  zza  okien  słyszał  stąd  bardzo  wyraźnie. 
Przypominały skrobanie. Świdrowały w uszach i spra-
wiały, Ŝe Reidowi cierpły zęby.

 

Tym razem wybiegł tylnym wyjściem i zaczął okrą-

Ŝ

ać dom. Teraz w jego polu widzenia, oprócz niebies-

kiej  furgonetki,  znalazła  się  takŜe  wysoka  drabina, 
oparta o ścianę budynku.

 

Zadarł głowę do góry i hen, na wysokości okien na 

piętrze zobaczył drobną postać kobiecą ubraną w dŜin-
sy o odciętych nogawkach i jaskrawoczerwoną bluzkę.

 

Na ten niezwykły widok zmarszczka przecięła czoło 

Reida. Zawołał:

 

-  Callie!

 

Odwróciła  głowę  i  spojrzała  w  dół.  Na  jej  twarzy 

zagościł szeroki uśmiech.

 

-  Dzień dobry! - odkrzyknęła.

 

Była wesolutka jak szczygiełek, co Reida rozeźliło 

jeszcze bardziej.

 

-  Co ty tam robisz? - krzyknął ze złością. 
Rozstawił nogi, oparł ręce na biodrach i wsunął

 

palce na pasek u spodni. Zadarł głowę i spojrzał w 
górę.

 

background image

 

71 

Siedziała  tak  wysoko,  Ŝe  od  samego  patrzenia 

robiło mu się niedobrze!

 

-

 

Postanowiłam wcześnie zacząć! - zawołała z czu-

bka drabiny. 

-

 

Co zacząć? - zapytał. 

-

 

Malowanie twojego domu. O tej porze pracuje się 

łatwiej. Nie jest jeszcze gorąco - wyjaśniła. 

-

 

Callie  Jean  Foster!  Niech  pani  schodzi  na  dół. 

Natychmiast!  -  krzyknął  Reid  gromkim  głosem.  -Mu-
szę z panią porozmawiać. - Zabrzmiało to jak rozkaz i 
zapowiedź przykrej dyskusji. 

Potrząsnęła  przecząco  głową  i  zabrała  się  z  po-

wrotem do pracy.

 

-

 

Zaraz zejdę, ale przedtem muszę oczyścić ze starej 

farby fragment ściany obok okna. 

-

 

Callie! - wrzasnął Reid. 

-

 

Poczekaj chwilę. Jeszcze tylko pięć minut. - Cal-

lie próbowała udobruchać Reida. 

Wpadł  w  złość.  Niewiele  myśląc,  zaczął  wchodzić 

po drabinie. Kiedy znalazł się wysoko w górze, przypo-
mniał sobie o nękającym go od lat lęku wysokości.

 

-  Chcesz  postradać  Ŝycie?  -  zawołał,  zadzierając 

głowę.

 

Popatrzyła na Reida. Miała zaskoczoną minę.

 

-  Czy  pamiętasz,  Ŝe  o  to  samo  ja  ciebie  spytałam, 

kiedy się poznaliśmy? Pomyślałam wtedy, Ŝe mam do 
czynienia z samobójcą.

 

Odwróciła się znów twarzą w stronę ściany i zaczęła 

zeskrobywać warstwę farby, miejscami łuszczącej się i 
odchodzącej od desek.

 

-  Złaź  natychmiast!  -  Reid  zaklął  pod  nosem, 

podciągnął się w górę i złapał Callie za przegub dłoni. 
- Zejdź z tej drabiny, zanim skręcisz sobie kark!

 

background image

 

72 

-

 

Nic sobie nie skręcę, jeśli zostawisz mnie w spo-

koju - odparła z godnością. -Tak się składa, Ŝe jestem 
przyzwyczajona do pracy na wysokości. 

-

 

Do diabła, Callie! 

-

 

No  dobrze.  JuŜ  dobrze.  -  Wepchnęła  papier 

ś

cierny  i  skrobaczkę  do  kieszeni  fartucha  i  zaczęła 

schodzić.  Był  tylko  jeden  szkopuł.  TuŜ  pod  nią  na 
drabinie  znajdował  się  Reid.  Nie  poruszył  się  ani  o 
milimetr. 

Collie zobaczyła, Ŝe jest dziwnie blady.

 

-  Czy dobrze się czujesz? - zapytała.

 

-  Zaraz mi przejdzie-mruknął niepewnym głosem. 
O BoŜe, domyśliła się Callie, on ma lęk wysokości!

 

Znała sporo osób, męŜczyzn i kobiet, cierpiących na tę 
przypadłość.

 

-

 

Odpocznij chwilę. Zaraz poczujesz się lepiej - po-

wiedziała łagodnym głosem. 

-

 

Bardzo w to wątpię - warknął. 

Zacisnął zęby i zaczął powoli, na sztywnych nogach, 

zsuwać się z drabiny.

 

-  Znam dobrze to uczucie. Odczuwam lęk wysoko- 

ś

ci, gdy jestem w samolocie.

 

Reid zatrzymał się i popatrzył na Callie.

 

-

 

W samolocie? - powtórzył ze zdziwieniem. 

-

 

Za kaŜdym razem, kiedy wybieram się w podróŜ 

samolotem,  juŜ  kilka  dni  wcześniej  umieram  ze  stra-
chu. 

Teraz on potrząsnął z niedowierzaniem głową.

 

-

 

ś

artujesz. 

-

 

Nie. Nie Ŝartuję. Zechciej zauwaŜyć, Ŝe od samo-

lotu w powietrzu jest całkiem spora odległość do ziemi. 

-

 

Latałem mnóstwo razy. SłuŜbowo. I nigdy nawet 

o tym nie pomyślałem. - Schodził powoli. -To dziwne, 

background image

 

73 

Ŝ

e  pracujesz  stojąc  na  drabinie.  A  jak  czujesz  się  w 

lunaparku, na tych wszystkich kręcących się kołach?

 

-

 

Na karuzeli? - spytała Callie. Spojrzała na Reida, 

chcąc się przekonać, czy przypadkiem z niej nie kpi. - 
Nie  mam  pojęcia.  Od  lat  nie  byłam  w  wesołym 
miasteczku.  Ale  nie  przypominam  sobie,  Ŝeby  mnie 
tam kiedykolwiek dręczył lęk wysokości. 

-

 

Wziąłem  kiedyś  siostrzeńca na krótką przejaŜdŜ-

kę  po  morzu  piętrowym  statkiem  -  powiedział  Reid 
stawiając z ulgą stopy na ziemi i pomagając Callie zejść 
z drabiny. - Były to najdłuŜsze minuty w moim Ŝyciu. 

Znalazła się wreszcie na dole. Popatrzyła na Reida, 

który  od  chwili  kiedy  go  poznała,  bez  przerwy  przy-
tłaczał  ją  fizycznie,  i  pomyślała  o  sytuacji,  w  jakiej 
przed chwilą oboje się znajdowali. Ostatnia scena była 
szczególnie zabawna. Role się odwróciły. Ona okazała 
się silniejsza. Zyskała przewagę nad Reidem.

 

Dopiero teraz zauwaŜyła, jak jest ubrany.

 

Rogiem  ręcznika  zwisającego  Reidowi  z  ramienia 

wytarła  mu  resztki  kremu,  który  pozostał  na  brodzie. 
Następnie zrobiła krok wstecz i obejrzała go uwaŜnie. 
Od stóp do głów.

 

-  Hej,  chłopczyku,  gdyby  teraz  mogła  cię  widzieć 

twoja  mama,  uznałaby  z  pewnością,  Ŝe  synek  nie  jest 
stosownie ubrany.

 

Reidowi wcale nie było do śmiechu. Nie chciał dać 

Callie  satysfakcji  i  powodu  do  Ŝartów,  ale  sam  z  tru-
dem  zachowywał  powagę.  Stojąc  przed  nim  na  lekko 
rozstawionych  nogach  i  przyglądając  mu  się  tymi 
swoimi rozbawionymi, niebieskimi oczyma, wyglądała 
niezwykle  sympatycznie.  Wreszcie  się  poddał  i  roze-
ś

miał.  Nie  potrafił  oprzeć  się  urokowi  tej  małej, 

zadziornej kobiety.

 

background image

 

74 

-

 

Witaj na ziemi. Jak się masz? - Pochylił się i bez 

wysiłku wziął Callie na ręce. Ucałował czubek jej nosa. 

-

 

Całkiem  nieźle  -  mruknęła,  zaciskając  dłonie 

wokół jego szyi. Robię to tylko dlatego, Ŝeby mnie nie 
upuścił, powiedziała do siebie tytułem wyjaśnienia. 

-

 

Nie  sądź,  młoda  damo,  Ŝe  ze  mną  wygrałaś.  - 

Reid  ucałował  rozchylone  usta  Callie.  ZauwaŜyła,  Ŝe 
nie  jest  juŜ  rozbawiony.  -  Kiedy  tylko  w  coś  się 
przyodzieję  i  zjem  małe  co  nieco,  zaŜądam  wyczer-
pującego wyjaśnienia. 

-

 

Dobrze, szanowny panie - szepnęła Collie. 

-

 

Mówiłaś coś? - zapytał. 

-

 

Mam  propozycję  nie  do  odrzucenia.  Ja  zrobię 

ś

niadanie,  a  ty  tymczasem  się  ubierzesz  -  powiedziała 

łagodnym głosem. Wyswobodziła się z objęć Reida i po 
chwili stopami dotknęła ziemi. Wsunęła rękę pod jego 
ramię.  Skierowali  się  w  stronę  kuchni.  -  Naprawdę 
będzie szybciej, jeśli przygotuję ci coś do jedzenia. 

-

 

Ś

wietnie.  -  Otworzył  drzwi  i  zatrzymał  się,  Ŝeby 

przepuścić  Callie  przed  sobą.  -  Dla  mnie  jajecznica  z 
dwóch jajek, dwa tosty z masłem i filiŜanka kawy. Bez 
cukru i bez mleka - złoŜył zamówienie. 

Popatrzyła  na  Reida  takim  wzrokiem,  jakby  miała 

do czynienia z człowiekiem, który postradał zmysły.

 

-  Dostaniesz  dwa  jajka  w  koszulkach  i  szklankę 

mleka. To jest dla ciebie odpowiednie jedzenie, nawet 
jeśli nie dorobiłeś się jeszcze wrzodu Ŝołądka.

 

Zacisnął wargi.

 

-

 

Nie dorobiłem się - warknął. 

-

 

Uwierz mi. To, co proponuję, jest lepsze. 

Ta  malutka  kobieta  jest  uparta  jak  muł,  pomyślał 

zgnębiony  Reid.  Oparł  się  plecami  o  blat  kuchenny  i 
złoŜył ręce na piersiach.

 

background image

 

75 

-  Zgoda.  Od  biedy  mogą  być  jajka  w  koszulkach, 

ale  Jim  Andrews,  to  znaczy  mój  lekarz,  pozwolił  mi 
wypijać jedną filiŜankę kawy na śniadanie.

 

Postanowił  do  końca  się  nie  poddawać.  Więc  per-

traktował. Tak jakby chodziło nie o zwykłe śniadanie, 
lecz o niezwykle waŜne interesy. We wszelkich negoc-
jacjach  Callie  Jean  Foster  była  trudnym  przeciw-
nikiem, nawet przy stole kuchennym.

 

-  A  więc  dwa  jajka  w  koszulkach,  dwa  tosty 

z  masłem  i  jedna  kawa  bez  cukru  i  mleka  -  jednym 
tchem  wyrecytowała  znuŜonym  tonem  doświadczonej 
kelnerki.

 

Reid  zaczął  miotać  się  po  kuchni.  Otwierał  róŜne 

szafki  i  szuflady.  Wyciągał  talerze,  sztućce,  garnki  i 
szukał jeszcze innych naczyń.

 

-  Zaraz dam ci wszystko.

 

Powstrzymała go jednym lekkim dotknięciem ręki.

 

-  Nie  męcz  się.  Jestem  pewna,  Ŝe  sama  znajdę 

wszystko, czego będzie mi trzeba. Idź juŜ i ubierz się.

 

Ubierz  się.  Ubierz  się  wreszcie,  powtarzała  w  du-

chu. Nie była w stanie przebywać dłuŜej w towarzyst-
wie  półnagiego  męŜczyzny.  Zwłaszcza  tak  atrakcyj-
nego i niebezpiecznego, jak Reid Dillon.

 

-

 

Jesteś pewna, Ŝe sobie poradzisz? - zapytał z nie-

dowierzaniem. 

-

 

Oczywiście. Umiem poruszać się po kuchni. Nie 

przejmuj się, znajdę wszystko, co będzie mi potrzebne. 

Wzruszył ramionami.

 

-  Jak chcesz.

 

Odwrócił się i z ociąganiem wyszedł. Usłyszała na 
schodach odgłosy jego bosych stóp. Zabrała się 
ochoczo do roboty. Reid Dillon dostanie dziś na 
ś

niadanie najlepiej przyrządzone jajka,

 

background image

 

76 

jakie kiedykolwiek zdarzyło mu się jeść. śałowała tylko, 
Ŝ

e  nie  ma  pod  ręką  swoich  ziół  i  innych  przypraw.  W 

kuchni  Reida  niczego  takiego  nie  zauwaŜyła.  Prawdę 
powiedziawszy, znalazła tylko kawałek chleba i pojem-
nik z jajkami. Aha, i trochę masła. Nic więcej nie było. 
Pomyślała  o  swojej  spiŜarce.  Pełno  w  niej  było 
ustawionych równiutko na półkach przeróŜnych słoików 
i słoiczków. Miała tam mieszanki ziół, domowej roboty 
ostre musztardy, pikle, jarzyny konserwowane na zimę, 
soczyste 

owoce, 

takŜe  pęki 

suszących 

się 

aromatycznych ziół zwisających u powały.

 

Kiedy  Reid  wrócił  po  kwadransie,  Callie  miała  juŜ 

wszystko przygotowane.

 

Z  lekko  wrzącej  wody  wyjęła  ostroŜnie  łyŜką  jajka 

ugotowane bez skorupek i połoŜyła je na talerzu.

 

Spojrzała na pana domu, stojącego w progu. Był ubrany 
w  lekkie  beŜowe  spodnie  i  bawełnianą  koszulę.  Poczuł 
kuchenne zapachy i Ŝołądek zaczął gwałtownie domagać 
się  jedzenia.  Pod  Reidem  ugięły  się  nogi.  Czuł,  Ŝe 
słabnie z głodu.

 

Callie  wskazała  mu  gestem  jedno  z  dwu  krzeseł 

stojących przy stole.

 

-  Siadaj!

 

Posłuchał natychmiast i po chwili znalazły się przed 

nim talerz z jajkami, dwa idealnie przyrumienione tosty 
cienko  posmarowane  masłem  i  filiŜanka  parującej, 
aromatycznej kawy.

 

-

 

A  juŜ  myślałem,  Ŝe  umrę  z  głodu,  no  i  pójdę  do 

nieba - powiedział między jednym kęsem a drugim. 

-

 

To  teŜ  chyba  mogłabym  ci  załatwić  -  odparła  po 

chwili namysłu. 

Na  chwilę  znieruchomiał,  po  czym  wzruszył  ramio-

nami i roześmiał się.

 

background image

 

77 

-

 

Nie wątpię, Ŝe potrafisz. Ale poczekaj, aŜ skończę 

jeść te wyśmienite jajka. Jeśli, oczywiście, nie sprawi ci 
to róŜnicy. 

-

 

Nie sprawi - odrzekła Callie. Na gładkiej powie-

rzchni  stołu  kreśliła  palcem  malutkie  kółka.  -  Ale 
sądzę, Ŝe na to jeszcze trochę poczekasz. 

-

 

TeŜ mam taką nadzieję - mruknął Reid, wpycha-

jąc do ust następny kawałek tosta. 

NajwyŜszy  czas,  pomyślał,  Ŝeby  zmienić  temat. 

Zresztą  nigdy  nie  przepadał  za  rozmowami  na  temat 
kresu własnego Ŝywota.

 

-  Popraw 

mnie, 

jeśli 

się 

mylę-powiedział 

podnosząc 
wzrok i wpatrując się w Callie - ale byłem przekonany, 
Ŝ

e nie masz zamiaru odnawiać mego domu.

 

Przez  krótką  chwilę  wytrzymała  jego  spojrzenie,  a 

potem  wzięła  ze  stołu  stojącą  przed  nią  szklankę  i 
wypiła łyk zimnej wody.

 

-  PrzecieŜ sam mówiłeś, Ŝe kobiety lubią zmieniać 

zdanie.

 

Nie spuszczał z niej wzroku.

 

-  Rzeczywiście chyba coś takiego powiedziałem. 
Przyglądała się teraz kostkom lodu topniejącym

 

powoli w szklance.

 

-  Nie potrafiłabym spokojnie siedzieć i patrzeć, jak 

dajesz się oszukiwać nieuczciwym ludziom.

 

TeŜ  tak  sądzę.  Z  pewnością  nie  potrafiłabyś. 

Obdarzył  ją  ciepłym  uśmiechem  i  rozsiadł  się  wygod- 
niej  na  krześle.  Powiedziała  to,  co  chciał  usłyszeć. 
Zmieniła zdanie i zlitowała się nad nim. - Czy zawsze 
zaczynasz pracę o świcie?

 

Dla Callie siódma rano to nie był Ŝaden świt.

 

-  Często. JuŜ ci mówiłam, dlaczego. Bo potem robi 

się gorąco i trudniej pracować.

 

background image

 

78 

Reid słuchał uwaŜnie jej słów.

 

-

 

To brzmi sensownie - przyznał. 

-

 

A  poza  tym  dzisiaj  przed  południem  w  pobliŜu 

Kittanning  odbywają  się  aukcja  i  targ.  Chcę  zdąŜyć 
tam  dojechać,  zanim  wykupią  wszystkie  najlepsze 
rzeczy - przyznała. DuŜe, niebieskie oczy Callie oŜywi-
ły  się  nagle.  -  Przeczytałam  w  ogłoszeniu,  Ŝe  wy-
stawiają dziś na licytację staroświeckie tkaniny, narzu-
ty i dywany, dawne szkło i porcelanę. 

Reid  ze  zdziwieniem  popatrzył  na  siedzącą  obok 

dziewczynę.

 

-  Naprawdę? - zapytał, chcąc zyskać na czasie, by 

skupić myśli.

 

O  czym,  do  licha,  ona  mówi?  Nic  z  tego  nie 

rozumiał.  Równie  dobrze  mogła  zwracać  się  do  niego 
po  francusku.  Jako  dodatkowy  język  w  szkole  miał 
tylko hiszpański. Wielokrotnie zdarzało mu się widzieć 
podniecenie  w  oczach  kobiet,  ale  nigdy  wtedy,  kiedy 
chodziło  o  jakieś  stare  szmaty  czy  uŜywane  naczynia. 
Najwidoczniej prawdziwy kolekcjoner ma w coś sobie. 
Jakąś  skazę  psychiczną  lub  na  przykład  dodatkową 
cząsteczkę DNA w kodzie genetycznym.

 

Westchnął  cicho.  Callie  Jean  Foster  wyraźnie  się 

marnowała!  Całe  zainteresowanie  i  energię  skupiała 
nie na ludziach, lecz na bezuŜytecznych przedmiotach. 
Byłoby  oczywiście  lepiej,  gdyby  swoją  uwagę  po-
ś

więciła jakiemuś męŜczyźnie. Powiedzmy, jemu.

 

Dopił kawę i odstawił na stół opróŜnioną filiŜankę.

 

-  Naprawdę  je  uwielbiasz,  złotko?  Mam  na  myśli 

wszelkie  aukcje,  pchle  targi  i  inne  tego  rodzaju  im- 
prezy.

 

Callie roześmiała się głośno.

 

-  Gdyby to było moŜliwe, pewnie zaraz rzuciłabym

 

background image

 

79 

posadę  nauczycielki  i  otworzyłabym  własny  sklep  ze 
starociami.

 

Reid  znów  nic  nie  rozumiał.  Jako  człowiek  czynu 

zawsze to, na czym mu zaleŜało, od razu wprowadzał 
w  Ŝycie.  Podejmowanie  decyzji  stanowiło  dla  niego 
najprostszą rzecz na świecie.

 

-

 

No to dlaczego tego nie zrobisz? - spytał zdziwio-

ny. 

-

 

A czy ty masz pojęcie, ile małych firm bankrutuje 

corocznie w tym kraju? 

-

 

Nie.  Muszę  przyznać,  Ŝe  nie  wiem.  -  Reid  wy-

glądał na zaskoczonego przebiegiem rozmowy. 

Callie potrząsnęła głową i wstała od stołu.

 

-  DuŜo.

 

Uśmiechnął  się,  wstał  i  z  brudnymi  naczyniami  w 

ręku poszedł za nią w stronę zlewu.

 

-

 

DuŜo? - powtórzył. 

-

 

Tak.  DuŜo.  Nie  miałabym  Ŝadnej  szansy.  -  Wy-

płukała szklankę, z której piła wodę, i postawiła ją na 
suszarce.  Odwróciła  się  w  stronę  Reida.  -  Być  moŜe 
sklep  ze  starociami  to  będzie  dla  mnie  dobre  roz-
wiązanie na starość. Ale na razie... - urwała i zerknęła 
na  zegarek.  -  Powinnam  juŜ  ruszać,  jeśli  chcę  w  porę 
zdąŜyć na aukcję. Jakie masz plany na dzisiejszy dzień? 
-  zapytała  jakby  od  niechcenia,  spoglądając  spod  oka 
na Reida. 

Wzruszył ramionami i zrobił zgnębioną minę.

 

-  Sam  nie  wiem.  Nic  konkretnego  jeszcze  nie 

postanowiłem. Ale chyba obejrzę dom i zorientuję się, 
od czego trzeba będzie zacząć ten koszmarny remont.

 

Callie westchnęła głęboko.

 

-  A  moŜe  wybierzesz  się ze  mną na  aukcję  i pchli 

targ? - spytała.

 

background image

 

80 

-  Na  aukcję  i  pchli  targ?  -  powtórzył,  tak  jakby 

tych słów nie słyszał nigdy przedtem. - Zgoda. Pojadę. 
O której chcesz wyjechać?

 

Zastanawiała się przez chwilę.

 

-  Muszę  odwieźć  do  domu  furgonetkę  i  ją  roz- 

ładować.  Potem  powinnam  się  przebrać  i  pójść  do 
banku, Ŝeby zrealizować czek - mówiła jakby do siebie.

 

-  Będę gotowa za godzinę - powiedziała głośniej.

 

-  Wobec tego zjawię się u ciebie o dziewiątej

 

-  zaproponował Reid.

 

Callie potrząsnęła przecząco głową.

 

-  Chcę jechać furgonetką. Bo jeśli uda mi się kupić 

coś duŜego, będę mogła przywieźć to od razu do domu. 
Wobec  tego  ja  przyjadę  po  ciebie  mniej  więcej  za 
godzinę.

 

Reid przypomniał sobie nagle, Ŝe Callie zabrała ze 

sobą duŜą drabinę.

 

-  Pojadę  teraz  z  tobą  i  pomogę  ci  rozładować 

furgonetkę.  Ta  składana  drabina  jest  dla  ciebie  zbyt 
cięŜka, Ŝeby ją nosić.

 

Na  końcu  języka  miała  ciętą  odpowiedź.  Co  on 

sobie myśli? Za kogo ją ma? Za chuchro?

 

-  Drogi panie Dillon, co roku przez całe lato mam 

do  czynienia  z  cięŜkimi  drabinami  -  wyjaśniła  z  god- 
nością.

 

Reid dojrzał wyrzut w oczach Callie.

 

-  Nie  wątpię.  Ale  Ŝaden  człowiek  przy  zdrowych 

zmysłach  nie  rezygnuje  z  oferowanej  mu  pomocy. 
Odmowa  nie  byłaby  dowodem  niezaleŜności,  lecz 
zwykłej głupoty. Chyba zgodzi się pani ze mną, droga 
panno Foster?

 

Westchnęła  zrezygnowana.  Logika  argumentacji 

Reida była bezsporna.

 

background image

 

81 

-

 

Poczekaj  chwilkę,  złotko  -  poprosił.  -  Zamknę 

tylko dom i pojedziemy razem. 

-

 

Rozkaz, szefie - mruknęła pod nosem. 

Z jednej strony propozycja Reida bardzo ją ucieszy-

ła, z drugiej zaś złościła ją opiekuńczość tego męŜczyz-
ny.  Tak  przecieŜ  jest  zawsze,  pomyślała.  KaŜdy  czło-
wiek lubi, Ŝeby się nim zajmować, i jednocześnie chce 
robić wszystko sam.

 

Uśmiechnęła  się,  kiedy  Reid  podszedł  i  objął  ją 

ramieniem.  Miała  ogromną  ochotę  przytulić  się  do 
szerokiej  piersi  tego  męŜczyzny.  Będąc  tak  blisko 
niego, stałaby się mocniejsza. Siła Reida udzieliłaby się 
jej.

 

Miewała ostatnio chwile, w których nie starczało sił, 

kiedy  pragnęła,  Ŝeby  znalazł  się  ktoś,  kto  będzie  ją 
wspierał, kto ją pokocha...

 

-  Gotowa? - zapytał Reid.

 

Energicznym ruchem odrzuciła włosy na ramiona.

 

-  Tak  -  odparła.  Nonszalanckim  zachowaniem 

usiłowała  zatuszować  emocje,  które  nagle  nią  owład- 
nęły w obecności tego męŜczyzny.

 

Szybko i sprawnie złoŜyli wspólnie drabinę i umieś-

cili  ją  w  furgonetce.  Ruszyli.  Pięć  minut  później 
zatrzymali się na podjeździe przed domem Callie.

 

Reid  ujął  w  dłonie  jej  twarz  i  spojrzał  głęboko  w 

oczy.

 

-  Idź od razu się przebrać. A mnie pozwól, proszę, 

samemu  rozładować  samochód.  Jeśli  koniecznie 
chcesz,  moŜesz  to  uznać  za  rewanŜ  za  przepyszne 
ś

niadanie,  którym  mnie  uraczyłaś.  -  Otworzył  drzwi 

i wysiadł z furgonetki.

 

Callie wyskoczyła z samochodu.

 

-  Dziękuję. Wnieś wszystko do garaŜu. - Wskazała

 

background image

 

82 

barak  stojący  w  głębi  posesji.  Z  kieszeni  dŜinsów 
wyciągnęła klucze i otworzyła tylne drzwi do domu.

 

-  Będę gotowa za parę minut! - zawołała.

 

Kiedy, przebrana, znalazła się znów na dole, zastała 

Reida  stojącego  na ganku.  Trzymał  w ręku papierosa. 
Okulary  przeciwsłoneczne  przewiesił  przez  palec  i 
mruŜąc  oczy  przyglądał  się  otoczeniu.  Trawnikowi  i 
długim grządkom na tyłach domu.

 

W  pierwszym  odruchu  chciała  skarcić  go  za  to,  Ŝe 

pali,  ale  się  powstrzymała.  PrzecieŜ  był  dorosłym 
człowiekiem,  świadomym  tego,  co  robi.  Nie  powinna 
go pouczać.

 

Odwrócił głowę i spojrzał na Callie.

 

-

 

Czy to twój ogród? - zapytał. 

-

 

Tak  -  odparła.  Była  bardzo  dumna  ze  swego 

dzieła i lubiła się nim chwalić. 

-

 

Ładny. I duŜy. Trzeba mnóstwo wysiłku, Ŝeby go 

utrzymać, prawda? 

Kiwnęła głową.

 

-

 

Tak. Ale to się opłaca. Z tyłu uprawiam warzywa, 

a pod domem zioła i kwiaty. 

-

 

A  to  co  takiego?  -  wskazał  kępkę  zielonych, 

dziwacznych liści. 

Callie otworzyła drzwi ganku i wyszła na zewnątrz, 

Pochyliła się i dotknęła ostroŜnie rośliny.

 

-  Wielbłądzie  ucho.  Nie  Ŝartuję,  naprawdę  tak  się 

nazywa.  To  jest  tymianek,  a  to  szałwia.  Tutaj  nastur- 
cja, a za nią lawenda. - Wskazywała kolejno rośliny.

 

-

 

Gdy  tylko  urośnie  pierwsza  zielona  sałata,  zrobię  ci 

sałatkę  z  moimi  ziołowymi  przyprawami.  A  moŜe 
nawet dostaniesz w prezencie specjalną mieszankę ziół. 
-

 

Wyprostowała się powoli. - Musimy juŜ ruszać, jeŜeli 

chcemy zdąŜyć na aukcję. 

background image

 

83 

-

 

Ja prowadzę, a ty pilotujesz - zaproponował Reid 

i wyciągnął w stronę Callie rękę po kluczyki do wozu. 

-

 

Zgoda - przystała. Wyciągnęła je z torebki i upuś-

ciła na rozwartą dłoń Reida. O mały włos, a zapytałaby 
go, czy kiedykolwiek prowadził furgonetkę. Byłoby to 
niestosowne pytanie. Mógłby poczuć się uraŜony. 

Najpierw  zatrzymali  się  przed  bankiem.  Potem 

opuścili  miasto  i  drogą  wijącą  się  wśród  pensylwańs-
kich  wzgórz  wyjechali  na  rozległą,  otwartą  równinę 
między Clarion a Kittanning.

 

Dzień  był  przepiękny.  Dotychczas  nie  moŜna  się 

było uskarŜać na tegoroczne pensylwańskie lato. Chy-
ba  jednak  kontyngent  ładnej  pogody  juŜ  się  wyczer-
pywał.

 

Poprzedni  rok  był  upalny  i  zupełnie  bez  opadów, 

tak  Ŝe  pod  koniec  lata  w  całej  okolicy  zapanowała 
susza. Dokuczyła Callie, która miała kłopoty z pielęg-
nowaniem roślin w swoim ogrodzie, i, co gorsza, dała 
się we znaki wszystkim tutejszym farmerom.

 

Zajrzała do gazety.

 

-

 

Aukcja zaczyna się o jedenastej. Jeśli zjawimy się 

z  godzinnym  wyprzedzeniem,  to  zdąŜymy  spokojnie 
obejrzeć  wszystkie  rzeczy  wystawione  na  licytację  i 
ewentualnie  coś  sobie  upatrzyć.  A  potem  pojedziemy 
na  pchli  targ.  O  ile  się  nie  mylę,  obie  te  imprezy 
odbywają się niedaleko siebie. 

-

 

Zrobimy, jak zechcesz. - Reid zdjął dłoń z kiero-

wnicy i objął nią rękę Callie. 

-

 

Ja tylko prowadzę. To ty kierujesz, złotko. 

O,  tak.  Kierowała.  Ale  tylko  na  tyle,  na  ile  on  jej 

pozwalał. Nie było Ŝadnego sensu się oszukiwać. Ten 
męŜczyzna miał instynkt przywódcy. Był przyzwycza-

 

background image

 

84 

jony  do  rządzenia  innymi  ludźmi.  Dla  Callie  było  to 
oczywiste.

 

Opuściła oczy i spoglądała teraz na duŜą i silną dłoń 

Reida,  gładzącą  jej  rękę.  KaŜdym  nerwem  odczuwała 
jego  dotyk  na  skórze.  Gdyby  się  odsunęła,  dałaby 
poznać,  jak  wielkie  wraŜenie  robi  na  niej  ta  lekka 
pieszczota. Siedziała więc dalej nieruchomo.

 

Postanowiła przerwać milczenie.

 

-

 

Czy byłeś juŜ kiedyś na aukcji? - spytała. 

-

 

Nie.  Dziś  będę  tam  po  raz  pierwszy  -  odparł  i 

ś

cisnął mocniej dłoń Callie. 

-

 

Zanim  dojedziemy  na  miejsce,  muszę  więc  cię 

ostrzec  przed  tak  zwaną  licytacyjną  gorączką.  -  Zwil-
Ŝ

yła  językiem  zaschnięte  wargi.  -  Czasami  podczas 

aukcji  ludzi  ogarnia  podniecenie,  dają  się  ponieść 
emocjom  i  licytują  za  wysoko  lub  zgłaszają  się nawet 
wtedy, kiedy sprzedawany przedmiot w gruncie rzeczy 
ich  nie  interesuje.  Taka  gorączka  udziela  się  takŜe 
stałym bywalcom aukcji, najwytrawniejszym z kupują-
cych. Skoro dziś będziesz pierwszy raz uczestniczył w 
tej  imprezie,  uznałam,  Ŝe  powinnam  ci  o  tym 
powiedzieć. 

Callie wydawało się, Ŝe Reid ma ochotę wybuchnąć 

ś

miechem.

 

-  Dziękuję ci, złotko, za ostrzeŜenie. Sądzę jednak, 

Ŝ

e potrafię się powstrzymać i gorączki nie dostanę.

 

Wysunęła rękę z jego dłoni i westchnęła. Zrobiła, co 

naleŜało.  Próbowała  go  przestrzec.  Jeśli  ten  cwaniak 
nie chce jej słuchać, to niech potem sam sobie radzi!

 

Jechali dalej w milczeniu.

 

-  Skręcamy  na  najbliŜszym  skrzyŜowaniu  -  po 

instruowała  w  pewnej  chwili.  -  O,  juŜ  widać  miejsce 
aukcji. To tam, gdzie stoją te wszystkie samochody.

 

background image

 

85

Wśród  stłoczonych  pojazdów  Reid  znalazł  miejsce 

do parkowania. Stanęli przy polnej drodze. Wysiedli i 
zaczęli  oglądać  przedmioty  wystawione  na  licytację. 
Było tam niemal wszystko. Począwszy od garnków, aŜ 
po maszyny rolnicze.

 

-

 

Popatrz! - Callie trąciła Reida w bok. Zatrzymała 

się  przed  konikiem  wystruganym  z  drewna.  -  Jestem 
przekonana, Ŝe ta pomarańczowa farba jest oryginalna. 
-  Dotknęła  lekko  palcem  prymitywnej,  dziecinnej 
zabawki. 

-

 

Jak  myślisz,  ile  moŜe  mieć  lat?  -  zapytał  Reid. 

Mimo woli całe to oglądanie zaczęło go wciągać. 

-

 

Zrobiono  ją,  jak  sądzę,  gdzieś  między  rokiem 

siedemdziesiątym a osiemdziesiątym zeszłego stulecia. 
- Callie pochyliła się i uwaŜnie oglądała konika. - Ma 
większą wartość, jeśli farba jest nietknięta i teŜ auten-
tyczna - dodała. 

-

 

A co to jest? - Reid wziął do ręki jakiś metalowy 

przedmiot o nie znanym mu przeznaczeniu. 

-

 

To jest... To jest po prostu złom. 

Przez następne trzy kwadranse łazili po polu i oglą-

dali  wystawione  na  aukcji  przedmioty.  Potem  zaczęła 
się licytacja.

 

-  Skąd wiesz, ile warto zapłacić za jakąś rzecz? 

zapytał cicho Reid, kiedy przyglądali się sprzedaŜy

 

starego, sosnowego stołu z roku tysiąc osiemset czter-
dziestego.

 

-  Po pierwsze, nie spuszczam z oka stałych kupców 

odrzekła po chwili namysłu. -Najlepiej wiedzą, co ile

 

jest  warte.  Pośredniczą  i  odsprzedając  muszą  zarobić. 
Jeśli licytują, to znaczy, Ŝe cena, na którą przystają, jest 
jeszcze rozsądna. Wiem, jak ci ludzie wyglądają, bo stale 
jeŜdŜę na wszystkie aukcje w okolicy i stąd ich znam.

 

background image

 

86 

Obserwowali  sprzedaŜ  kilku  krzeseł,  skrzyń  i  wielu 

innych  przedmiotów.  Czas  płynął  powoli.  Callie  roz-
mawiała z jakąś starszą panią, która stała obok niej, kiedy 
nagle  kątem  oka  zauwaŜyła  jakiś  ruch.  Odwróciła  się  i 
zobaczyła, jak Reid podnosi w górę rękę. 

-

 

Nie rób tego! - syknęła i pociągnęła go za ramię. 

-

 

Dlaczego? PrzecieŜ licytuję. - Po raz drugi podniósł 

rękę. 

-

 

Licytujesz?  -  zdziwiła  się  Callie.  -  A  więc  proszę 

przyjąć moje gratulacje, panie Dillon. - Wyciągnęła rękę i 
z kpiącą miną uścisnęła Reidowi dłoń. 

-

 

No  to  jak?  Kupiłem  tego  drewnianego  konia?  Jest 

mój? - zapytał rozentuzjazmowany. 

Potrząsnęła głową. 

-

 

Są twoje. 

-

 

Są? - Nie rozumiał, co Callie ma na myśli. 

-

 

Tak. Właśnie w tej uroczystej chwili stałeś się, mój 

drogi, dumnym właścicielem trzech wschodnich dywanów. 
Brudnych i nadgryzionych przez mole. 

background image

 

87 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ PIĄTY

 

-

 

Trzy  wschodnie  dywany?  Brudne  i  nadgryzione 

przez mole? - z niedowierzaniem powtórzył Reid. 

-

 

Serdecznie  gratuluję!  -  Callie  nadal  ściskała  mu 

dłoń. - A przy okazji przekonałeś się na własnej skórze, 
co to jest licytacyjna gorączka. Brawo! 

Reid złym okiem popatrzył na swą rozmówczynię.

 

-  Ile  te  dywany  mnie  kosztowały?  -  zapytał  bez 

entuzjazmu.

 

-  Nie masz się czym martwić - zapewniła go szybko. 

To były małe dywany, a właściwie dywaniki. I w kiep- 
skim  stanie.  Nie  musiałeś  więc  o  nie  długo  walczyć. 
Podczas  licytacji  nie  miałeś  konkurentów,  więc  wy 
szedłeś  z  niej  obronną  ręką.  Kosztowały  cię  tylko 
pięćdziesiąt dolarów.

 

-

 

KaŜdy? - zapytał ponuro. 

-

 

Och, nie! Pięćdziesiąt dolarów za wszystkie trzy. 

-  Callie  wsunęła  rękę  pod  ramię  Reida.  -  Chodźmy. 
Musisz teraz odebrać swój wspaniały nabytek. 

Ku jej zdziwieniu, Reid wydawał się zadowolony z 

zakupu. Zapłacił za dywany i je odebrał.

 

-  Wcale nie są w bardzo złym stanie - stwierdził. 
Kiedy się je wyczyści, kto wie, moŜe okaŜą się

 

całkiem przyzwoite.

 

Kto wie - powtórzyła Callie i ugryzła się w język.

 

background image

 

88 

Mowa jest srebrem, a milczenie złotem, przypomniała 
sobie w porę.

 

Reid  wsunął  portfel  do  kieszeni.  Popatrzył  przez 

chwilę uwaŜnie na Callie.

 

-

 

Dlaczego  pozwoliłaś  mi  je  kupić?  -  zapytał 

rozbawiony. 

-

 

PrzecieŜ wiesz, jak to bywa z kolekcjonerami. To, 

co dla jednej osoby jest chłamem, dla innej moŜe być 
prawdziwym  skarbem.  Nie  ośmieliłabym  się  nic  ci 
powiedzieć.  A  poza  tym  -  dodała  z  anielskim  uśmie-
chem  na  twarzy  -  nie  miałam  w  ogóle  pojęcia,  Ŝe 
włączyłeś się do licytacji i Ŝe chcesz kupić te dywany. 

-

 

Ja teŜ nie - mruknął. Po chwili westchnął i zaczął 

przyglądać się swojej zdobyczy. Dywany leŜały u jego 
stóp, porządnie zrolowane i przewiązane sznurkiem. 
-  Co mam teraz z nimi zrobić? - zapytał. Był przejęty.

 

Callie wzruszyła ramionami.

 

-  Na  twoim  miejscu  podniosłabym  je  z  ziemi, 

załadowała  do  furgonetki  i  zawiozła  do  domu.  A  tam 
wepchnęłabym  je  na  strych  lub  do  piwnicy.  Niech 
następne pokolenie martwi się, co z nimi zrobić.

 

Reid wybuchnął śmiechem. Śmiał się długo i głośno. 

Potem pochylił się i wziął pod pachę dywany.

 

-

 

Chodźmy  stąd  wreszcie.  -  Callie  przytrzymała 

Reida  za  ramię  i  zaczęła  popychać  w  stronę  zapar-
kowanego samochodu. - Zmykajmy, zanim wpakujesz 
się w następne tarapaty. Pchli targ jest niedaleko stąd. 
Bądź  spokojny,  tam  ani  na  chwilę  nie  spuszczę  cię  z 
oka. 

-

 

Złotko,  naprawdę  nie  będą  takie  złe,  jeśli  się  je 

porządnie  wyczyści  -  powtarzał  Reid  po  raz  nic 
wiadomo który, kiedy wrzucali dywany do furgonetki. 
-  Jak mam teraz jechać? - zapytał.

 

background image

 

89 

-  Zawróć do głównej drogi, na skrzyŜowaniu skręć 

w prawo. Pojedziemy kilka kilometrów na zachód.

 

Callie  była  dobrym  pilotem.  Szybko  dojechali  na 

miejsce.  Wyskoczyła  z  wozu.  Od  razu  podeszła  do 
stołu, na którym wyłoŜono róŜne stare publikacje.

 

-

 

Znalazłaś  coś  interesującego?  -  zapytał  Reid 

widząc, jak Callie otwiera jakąś ksiąŜkę. 

-

 

Mniej  więcej  -  mruknęła  przerzucając  poŜółkłe 

kartki.  -  Chyba  niewiele  jest  warta,  ale  pamiętam,  Ŝe 
moja babcia miała egzemplarz tej ksiąŜki. W dziecińst-
wie  uwielbiałam  jej  bohaterkę.  Młodą,  szlachetną 
dziewczynę, która zbierała zioła i leśne kwiaty. 

Reid wyjął ksiąŜkę z rąk Callie. Przeczytał na głos 

nazwisko widniejące na zniszczonej okładce:

 

-

 

Gene Stratton Porter. Kim on, do licha, był? 

-

 

Nie  on,  lecz  ona  -  poprawiła  Callie.  -  Gene 

Stratton  Porter  to  kobieta.  Bardzo  popularna  powieś-
ciopisarka z początku tego wieku. Współczesna takim 
autorom,  jak  Booth  Tarkington,  Sherwood  Anderson, 
Zana Grey i H.G. Wells. 

-

 

Zana  Grey?  -  Reid  zareagował  natychmiast  na 

dźwięk  tego  nazwiska.  -  Jako  chłopak  czytywałem 
jego westerny. Mój brat je zbierał. Czy chcesz kupić tę 
ksiąŜkę?  -spytał,  wskazując  egzemplarz,  który  Callie 
nadal trzymała w ręku. 

-

 

Jeszcze nie wiem. To zaleŜy, czy dogadam się ze 

sprzedawczynią w sprawie ceny. 

Reid cofnął się o krok i wziął się pod boki.

 

-  No  to  sobie  popatrzę,  jak  to  robisz  -  szepnął 

Callie do ucha. - A więc idź i działaj, ślicznotko!

 

Dziewczyna poczerwieniała z radości i podniecenia.

 

-  No  to  sobie  popatrz,  jak  kupuje  na  targu  praw 

dziwy profesjonalista.

 

background image

 

90 

Nie  upłynęło  nawet  pięć  minut,  a  miała  juŜ  pod 

pachą ksiąŜkę pani Gene Stratton Porter.

 

-

 

Szybko  to  załatwiłaś  -  pochwalił  Reid,  ruszając 

za Callie. - Kupiłaś tanio? Po twojej minie nie mogę się 
zorientować. 

-

 

O to właśnie chodzi - odparła zadowolona. - Tak. 

Nawet bardzo tanio. 

Popatrzył na nią z podziwem.

 

-

 

Callie Jean Foster, w razie gdybym kiedykolwiek 

zapomniał,  musisz  mi  zawsze  przypominać,  Ŝebym 
nigdy nie siadał z tobą do pokera. Te błękitne oczęta są 
niezwykle zwodnicze. Nie mogę im ufać. 

-

 

Reidzie  Dillon,  o  czym  ty  mówisz?  -  spytała, 

spoglądając na niego niewinnym wzrokiem. 

Uznał, Ŝe będzie rozsądniej zmienić temat.

 

-

 

Dokąd  teraz  jedziemy?  -  Był  przekonany,  Ŝe 

obejrzeli juŜ wszystko, co wystawiono na sprzedaŜ. 

-

 

Jeszcze się trochę rozejrzę i sprawdzę, czy gdzieś 

nie  ma  starego  szkła  -  powiedziała  zamyślona.  -  No  i 
porcelany. 

Zaczęli  znów  przepychać  się  wśród  ludzi.  Targ 

zgromadził wiele osób. KaŜda z nich polowała na coś, 
na czym najbardziej jej zaleŜało.

 

Dzisiejszego  przedpołudnia  Reid  dowiedział  się  o 

sobie  zupełnie  nowej  rzeczy.  Odkrył  bowiem,  Ŝe 
nieobce  jest  mu  podniecenie  towarzyszące  takiemu 
polowaniu.  Zaczynał  powoli  pojmować,  dlaczego  idą-
ca obok niego dziewczyna z własnej i nieprzymuszonej 
woli ugania się po targach i aukcjach.

 

Kolekcjonowanie  wymaga  wielu  umiejętności.  Do-

brego oka, spostrzegawczości i gustu, pewnej wiedzy z 
dziedziny  historii  sztuki  oraz  na  temat  rzemiosła.  A 
takŜe wyobraźni, sprawiającej, Ŝe przeróŜne przed-

 

background image

 

91 

mioty z odmiennych okresów historycznych i kręgów 
kulturowych,  kiedy  się  je  zgromadzi,  stworzą  har-
monijną całość. W przeciwnym bowiem razie stałyby 
się przypadkową mieszaniną.

 

Stał, przysłuchując się rozmowie małŜeństwa w śre-

dnim  wieku,  wyliczającego  na  głos  zalety  duŜego, 
wiejskiego  stołu,  który  jemu  teŜ  się  podobał.  Nagle 
zorientował  się,  Ŝe  Callie  gdzieś  się  zapodziała.  Od-
szukał  ją  wzrokiem.  Stała  przy  sąsiednim  straganie  i 
uwaŜnie oglądała jakąś kolorową tkaninę.

 

Podszedł i dotknął lekko ramienia dziewczyny.

 

-

 

Podoba  ci  się?  -  zapytał.  Z  bliska  zobaczył,  Ŝe 

Callie  trzyma  w  ręku  grubą,  pikowaną  narzutę  na 
łóŜko. 

-

 

Tak,  bardzo.  Popatrz,  jakie  ma  piękne  aplikacje. 

Delikatny,  kwiecisty  wzór.  Jest  naprawdę  śliczna.  - 
Jeszcze  raz  pogładziła  dłonią  tkaninę,  westchnęła  i  z 
Ŝ

alem w oczach odłoŜyła narzutę na bok. 

Czoło Reida przecięła głęboka zmarszczka.

 

-

 

Rezygnujesz z kupienia tej narzuty? 

-

 

Tak. 

Reid objął Callie ramieniem.

 

-

 

Dlaczego?  -  zapytał,  spoglądając  na  jej  posmut-

niałą twarz. 

-

 

Bo jest bardzo droga. Kosztuje kilkaset dolarów. Na 

wydanie takiej masy pieniędzy nie mogę sobie pozwolić. 
Wiesz przecieŜ, Ŝe jestem nauczycielką. To   zawód 
kiepsko płatny. - Callie wyprostowała się 

i uniosła głowę. Dawała w ten sposób do zrozumienia 
Reidowi, Ŝe całą rozmowę na temat narzuty uwaŜa za 
zakończoną. - Obejrzę teraz stragany ze szkłem.

 

-  Poczekaj. Gdzieś tutaj widziałem scyzoryki i stare 

strzelby - powiedział, idąc obok Callie i wskazując

 

background image

 

92 

inny kierunek niŜ ten, w którym ruszyła. - Chciałbym 
im się przyjrzeć. Spotkajmy się za pół godziny przy tym 
duŜym klonie. Dobrze? Kiwnęła głową.

 

-  Zgoda. Za pół godziny.

 

Reid pochylił się i pocałował ją lekko w usta.

 

Patrzył, jak odchodziła. Po chwili zginęła w tłumie. 

Odwrócił  się  i  zdecydowanym  krokiem  poszedł  tam, 
dokąd zamierzał.

 

Nie minęło jeszcze pół godziny, kiedy Callie zoba-

czyła  Reida  idącego  w  jej  kierunku.  Trzymał  ręce  w 
kieszeniach.  Z  jego  twarzy  emanowała  radość,  a  oczy 
lśniły  blaskiem,  którego  wcześniej  nie  dostrzegła. 
Wyglądał inaczej niŜ przedtem. Wydawał się z czegoś 
zadowolony, wręcz dumny z siebie.

 

-

 

Niczego nie kupiłeś - stwierdziła. 

-

 

Nie  znalazłem  niczego,  co  by  mi  się  spodobało. 

Zresztą  wystarczy  obejrzeć  jedną  strzelbę,  Ŝeby  wie-
dzieć, jak wyglądają wszystkie. 

Słysząc te słowa Callie roześmiała się głośno.

 

-

 

Jesteś  niemoŜliwy!  Mówisz  okropne  rzeczy.  To 

postawa  niegodna  kolekcjonera!  -  OdłoŜyła  na  ladę 
szklane  naczynie,  które  miała  w  ręku.  -  JuŜ  chyba 
obejrzałam wszystko, co chciałam. A ty? 

-

 

Nie  przyszło  mi  nawet  do  głowy,  Ŝe  potrafię 

spędzić  tutaj  przyjemnie  aŜ  tyle  czasu.  To  wciąga  - 
przyznał. - Zaczyna mnie jednak ssać w Ŝołądku. Pora, 
Ŝ

eby coś zjeść. - Podniósł rękę i spojrzał na zegarek. - 

Nic  dziwnego,  Ŝe  zgłodniałem.  Jest  juŜ  po  pierwszej. 
Czy wiesz, gdzie w tej okolicy znajduje się najbliŜsza 
restauracja? PokaŜesz, jak tam dojechać? 

-

 

Wiem. I pokaŜę - odparła Callie. 

Ruszyli przez pole do zaparkowanej furgonetki.

 

background image

 

93 

Było  późne  popołudnie,  kiedy  Reid  zatrzymał  sa-

mochód  na  podjeździe  pod  domem  Callie.  Wyłączył 
silnik  i  spojrzał  na  swoją  pasaŜerkę.  Obdarzył  ją 
szerokim, serdecznym uśmiechem.

 

-

 

Dziękuję, Ŝe zabrałaś mnie z sobą - powiedział. 

-

 

A ja jestem wdzięczna, Ŝe zgodziłeś się pojechać 

 

-

 

odrzekła. - Dasz się zaprosić na mroŜoną herbatę? 

-

 

Roześmiała się wesoło. - Zaczyna wyglądać na to, Ŝe 

częstowanie  cię mroŜoną herbatą staje się moim zwy-
czajem. 

Reid siedział nieruchomo. Milczał.

 

-  Słyszałeś, co mówiłam? - spytała Callie. 
Ocknął się szybko z zamyślenia.

 

-  Tak.  Przepraszam.  Dziękuję  za  zaproszenie. 

Wejdź  do  domu  i  poczekaj  na  mnie.  Chciałbym  tu 
zostać przez chwilę i obejrzeć moje dywany.

 

Nie  miała  pojęcia,  po  co  Reid  chce  je  znowu 

oglądać, ale nie zapytała o to.

 

-  Dobrze.  JuŜ  idę.  Daj  mi  tylko  kluczyki  od 

samochodu.  Na  tym  samym  kółku  mam  klucz  od 
domu.

 

Rzucił pęk kluczy w jej stronę. Złapała je zręcznie.

 

-  Zaraz przyjdę - zapewnił.

 

W  domu  od  razu  pootwierała  wszystkie  okna  i 

drzwi, Ŝeby przewietrzyć mieszkanie. Potem poszła do 
kuchni.  Z  szafki  wyjęła  dwie  szklanki,  a  z  lodówki 
dzbanek z herbatą.

 

Usłyszała  kroki  na  ganku.  Odwróciła  się  w  stronę 

drzwi. Reid stanął na progu kuchni. Pod pachą trzymał 
duŜy pakunek. PołoŜył go na stole.

 

-

 

To dla ciebie - powiedział. 

-

 

Dla mnie? - zdziwiła się Callie. - Nie rozumiem... 

-  urwała. Raz po raz przenosiła wzrok ze stojącego

 

background image

 

94 

obok  męŜczyzny  na  paczkę  w  brązowym  papierze, 
przewiązaną zwykłym sznurkiem.

 

-

 

Zdejmij opakowanie. Chyba chcesz zobaczyć, co 

jest w środku? 

-

 

Mam  otworzyć?  -  spytała  niepewnie.  -  Sięgnęła 

po  paczkę.  DrŜącymi  rękoma  rozwinęła  gruby  papier. 
Na  stole  ujrzała  pikowaną,  barwną  narzutę  z  aplikac-
jami w postaci kwiatów. 

-

 

Och, nie rozumiem... - Była zaskoczona. 

-

 

To prezent. 

-

 

Prezent  dla  mnie  -  powiedziała  zduszonym  gło-

sem. 

-

 

Tak.  Dla  ciebie.  Tak  się  zachowujesz,  jakbyś 

nigdy nie dostawała Ŝadnych upominków. - Reid zaczął 
się  śmiać,  ale  natychmiast  przestał,  zobaczywszy 
powaŜny wyraz twarzy Callie. 

-

 

Na ogół nie dostaję. Od śmierci ojca - powiedzia-

ła cicho. - Przedtem od czasu do czasu coś mi kupował. 
-Westchnęła  głęboko.  -  Reidzie,  to  cudowny  prezent. 
Wspaniały. 

Podszedł bliŜej i stanął za jej plecami. PołoŜył ręce 

na  drobnych  ramionach.  Jego  oddech  muskał  złote 
włosy.

 

-  Callie, chciałem, Ŝebyś miała tę narzutę. 
Odwróciła twarz. W niebieskich, głębokich oczach

 

dojrzał niemą prośbę o zrozumienie. I wybaczenie.

 

-

 

Nie  mogę  przyjąć  tak  kosztownego  prezentu.  To 

nie byłoby w porządku. 

-

 

To  jest  w  porządku  -  zapewnił  stanowczo.  -  Nie 

rozumiesz,  Ŝe  chcę,  abyś  miała  tę  narzutę?  To  czysty 
egoizm z mojej strony. Jestem piekielnie zadowolony, 
Ŝ

e mogę ofiarować coś, co ci się podoba. 

Zdjął dłonie z karku Callie i objął ją w talii.

 

background image

 

95 

-  To  nie  egoizm.  UwaŜam,  Ŝe  jesteś  jednym  z  naj 

milszych  ludzi,  jakich  kiedykolwiek  poznałam  -  od 
parła niemal jednym tchem.

 

Przytuliła  twarz  do  piersi  Reida.  Czuła  się  teraz 

bezpiecznie.

 

-

 

Dziękuję  za  prezent  -  szepnęła  cicho.  -  Bardzo 

dziękuję. 

-

 

Nie ma za co, złotko -mruknął Reid. - Nie ma za 

co. 

Nie  ma  za  co?  pomyślała  ze  zdumieniem  Callie. 

PrzecieŜ  to  był  wspaniały,  wręcz  cudowny  gest!  Reid 
nieświadomie  otworzył  nim  drogę  do  jej  serca,  poru-
szył najczulsze struny. śadne słowa nie byłyby w stanie 
wyrazić  tego,  co  ten  podarunek  dla  niej  oznaczał. 
Oczywiście,  symbolicznie.  Reid  pragnął  zrobić  jej 
przyjemność. Myślał o niej.

 

Spojrzała  na  niego.  Porwał  ją  w  ramiona,  podniósł 

w górę, tak Ŝe znalazła się w powietrzu.

 

Reid wpił się gorączkowo w wargi Callie. Zarzuciła 

mu ręce na szyję i z zapamiętaniem oddała pocałunek.

 

Usiadł  na  krześle,  nie  wypuszczając  jej  z  objęć. 

Rozsunął  nogi,  tak  Ŝe  znalazła  się  między  nimi. 
Dotykał teraz dłońmi bawełnianej sukienki, pod cienką 
warstwą ubrania wyczuwając ciało.

 

Poczuł nagle nieprzepartą chęć, by pieścić tę dziew-

czynę. Spojrzał jej prosto w oczy.

 

-  Callie  Jean  Foster,  muszę  cię  dotknąć.  -  Zaczął 

powoli rozpinać guziki bluzki. - Nie bój się, nie zrobię 
ci  krzywdy  -  dodał  powaŜnym  tonem,  nie  odrywając 
wzroku od jej oczu.

 

-  Wiem - szepnęła głosem schrypniętym z wraŜenia. 
Zsunął z ramion bluzkę,  a potem koronkowy

 

biustonosz.

 

background image

 

96 

Po chwili serce Callie znalazło się pod ciepłą dłonią. 

A kiedy lekko ścisnął nabrzmiałą pierś, zamknęła oczy 
i z jękiem odrzuciła w tył głowę.

 

W tej chwili poza Reidem i odczuciami, które w niej 

wywoływał,  nic  się  nie  liczyło.  Głaskał  ją  i  pieścił. 
Podniecał kaŜdym ruchem. Sprawiał, Ŝe topniała w je-
go rękach. Stawała się uległa.

 

Podniosła powieki. Nie odrywając wzroku od oczu 

Reida, powiedziała cicho, lecz bardzo wyraźnie:

 

-  Ja teŜ chcę cię dotykać.

 

Wsunęła  ręce  pod  jego  koszulę.  Rozpięła  guziki, 

odsłoniła  szeroką,  umięśnioną  pierś.  Przesuwała  pal-
cami po gładkiej skórze. Zatrzymała dłonie na małych, 
twardych sutkach.

 

Była zafascynowana jego bliskością. Zapomniała o 

strachu i przezorności. Wyzbyła się zahamowań.

 

Byli teraz oboje obnaŜeni do pasa. Zatopili w sobie 

wzrok. DrŜeli na całym ciele.

 

Wokół sutków Callie Reid zaczął kreślić wymyślne 

wzory. A potem nachylił się i tam, gdzie przed chwilą 
błądziły ruchliwe palce, znalazł się jego język.

 

Instynktownie  wyciągnęła  ręce,  Ŝeby  objąć  Reida  i 

przytuliła  się  mocno  do  niego.  Ścisnął  jej  dłonie  w 
Ŝ

elaznym uchwycie. Oddychał szybko i nierówno. Na 

chwilę oparł czoło na czubku głowy Callie. Westchnął 
i  -  ku  największemu  jej  zdumieniu  -  odsunął  się  i 
zaczął  ją  ubierać.  Delikatnie,  powoli,  lekko  drŜącymi 
dłońmi, lecz ze stanowczością.

 

Był  spokojny  i  opanowany.  Pozbył  się  wszelkich 

emocji.

 

-  Dlaczego?  -  zapytała.  -  Dlaczego  przerwałeś? 

- dodała szeptem.

 

Odpowiedź była jednoznaczna i wyczerpująca.

 

background image

 

97

-  Bo wszystko między nami dzieje się za szybko.

 

-

 

Reid uśmiechnął się i wstał z krzesła. Zapiął koszulę. 

-

 

Marzę o tym, Ŝeby znaleźć się z tobą w łóŜku. Pragnę 

kochać  się  z  tobą.  Ale  uwaŜam,  Ŝe  jest  na  to  za 
wcześnie. To niestosowny moment. 

Collie  kiwnęła  głową.  Dopiero  teraz  poczuła,  jak 

bardzo drŜy na całym ciele.

 

Nie spuszczając wzroku z Callie, mówił dalej:

 

-  Nie naleŜysz do kobiet, które potrafiłyby pójść do 

łóŜka z męŜczyzną po pięciu dniach znajomości i nadal 
miały szacunek do siebie. Nie chcę, do diabła, być tym 
facetem,  który  zrobi  ci  krzywdę  -  urwał.  Wpychał 
teraz  niezdarnie  koszulę  do  spodni.  -  Callie  Jean 
Foster,  musisz  wiedzieć  jedno.  śe  bardzo  cię  pragnę. 
Ale  nie  jestem  narwanym,  bezmyślnym  szczeniakiem 
szukającym  szybkich  i  łatwych  przygód.  Mam  trzy- 
dzieści sześć lat. Będę kochał się z tobą dopiero wtedy, 
kiedy będę przekonany, Ŝe ty teŜ tego chcesz. I Ŝe nie 
oddajesz mi się z jakiejś idiotycznej wdzięczności.

 

Callie nie rozumiała, o czym mówi Reid.

 

-

 

Z wdzięczności? - powtórzyła. - Jakiej? 

-

 

To  przecieŜ  oczywiste.  Za  prezent.  Bo  od  tego 

wszystko się zaczęło. 

Popatrzyła  na  niego  z  największym  zdumieniem. 

Jeszcze nigdy nie była tak zaskoczona. I nagle ogarnął 
ją pusty śmiech. Śmiała się, śmiała i w Ŝaden sposób nie 
mogła się opanować. Wreszcie uspokoiła się na tyle, Ŝe 
zdołała powiedzieć:

 

-

 

Przyznaję  się  bez  bicia,  Ŝe  w  stosunku  do  ciebie 

Ŝ

ywię róŜne uczucia. Ale zapewniam cię, Ŝe wdzięcz-

ność  do  nich  nie  naleŜy.  -  BoŜe,  co  za  zdumiewające 
rzeczy wygaduje ten męŜczyzna! 

-

 

Jesteś pewna? - spytał. 

background image

 

98 

-  Oczywiście.

 

Doprowadził wreszcie swój strój do porządku.

 

-

 

Tak czy inaczej, nie chciałem wykorzystać chwili 

twojej słabości. 

-

 

I  dobrze  zrobiłeś  -  przyznała  uczciwie  Callie.  - 

Dziękuję, Ŝe zapanowałeś nad sytuacją. 

Ujął w dłonie jej spłonioną twarz.

 

-  Nie dziękuj, złotko. Następnym razem nie licz na 

moją  szlachetność.  Nie  jestem  wcale  pewien,  czy 
potrafię się powstrzymać. Coś mi się zdaje, Ŝe miałem 
dostać  mroŜoną  herbatę.  Potem  zabiorę  moje  bezcen- 
ne  dywany  i  ruszę  do  domu.  Czekam  na  ciebie  jutro, 
panno  Foster.  Musisz  wcześnie  rozpocząć  robotę 
i pracować dziarsko.

 

Callie zasalutowała i strzeliła obcasami.

 

-  Wedle rozkazu, panie Dillon.

 

Odwróciła się na pięcie, sięgnęła po szklanki i pode-

szła do lodówki po nowe kostki lodu.

 

-  Pana  Dillona  czeka  jutro  wielka  niespodzianka. 

Nie ma pojęcia, jak wcześnie i jak dziarsko Callie Jean 
Foster przystąpi do pracy!

 

background image

 

99 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ SZÓSTY

 

-  W  porządku,  Callie  Jean.  Postawiłaś  na  swoim 

-  mruknął  pod  nosem  zaspany  Reid,  usiłując  przy 
gładzić rozczochrana czuprynę.

 

Wyglądał  zupełnie  jak  potęŜny  brązowy  nie-

dźwiedź,  wyrwany  z  głębokiego  zimowego  snu.  Miał 
zarost  na  twarzy.  Raziło  go  ostre,  poranne  słońce. 
Ponurym  wzrokiem  popatrzył  na  drobną  postać  ko-
biecą, stojącą na drabinie.

 

Był  boso,  ubrany  w  spłowiałe  dŜinsy,  włoŜone  w 

pośpiechu. Oprócz spodni nie miał na sobie nic.

 

Callie  z  niewinną  miną  rzuciła  okiem  na  Reida. 

Udawała, Ŝe nie ma pojęcia, o co mu chodzi.

 

-

 

Co  miał  pan  na  myśli,  panie  Dillon,  mówiąc,  Ŝe 

postawiłam na swoim? 

-

 

Droga  panno  Foster  -  głos  męŜczyzny  nie  za-

brzmiał przyjemnie dla ucha - nie lubię w taki sposób 
rozpoczynać  poniedziałku  ani,  prawdę  mówiąc,  Ŝad-
nego innego dnia tygodnia. - Reid lekko rozstawił nogi 
i  wsunął  palce  za  pasek  spodni.  -  Oboje  świetnie 
wiemy,  Ŝe  przez  poprzednie  sześć  dni  roboczych  zja-
wiała się tu pani o szóstej rano, dokładnie z wybiciem 
zegara.  Robiła  to  pani  rozmyślnie.  Z  premedytacją. 
Oboje  wiemy  takŜe,  iŜ  była  to  zemsta  za  to,  co 
powiedziałem w poprzedni poniedziałek. 

-

 

Zemsta? - ze zdumieniem w głosie powtórzyła 

background image

 

100

Callie.  Nie  odrywała  juŜ  więcej  wzroku  od  ściany  i 
dalej pracowała zawzięcie.

 

-  Przyznaję,  Ŝe  mogło  się  wydawać,  iŜ  poleciłem 

pani pracować dziarsko i wcześnie rozpoczynać malo- 
wanie. Być moŜe moje słowa zabrzmiały wówczas zbyt 
autorytatywnie.

 

Callie popatrzyła na Reida z wysokości drabiny.

 

-

 

Być moŜe? - powtórzyła lodowatym tonem. 

-

 

No,  zgoda.  -  Westchnął.  -  Nie  będę  upierał  się 

przy swoim. Chyba rzeczywiście nie powinienem uŜy-
wać  wyraŜenia  „być  moŜe"  -  przyznał  ponuro.  -  Ale 
czy jest jakiś sensowny powód, dla którego zjawia się 
tu  pani  juŜ  o  szóstej  rano  i  zaczyna  robić  dziki  hałas, 
skrobiąc i drapiąc deski oraz waląc w ściany? 

-

 

Po pierwsze, panie Dillon, nie skrobię, nie drapię 

i  nie  walę  w  ściany  -  z  godnością  odparła  Callie.  - 
Przynajmniej  nie  z  samego  rana.  A  po  drugie,  przez 
cały  czas  bardzo  się  staram  nie  zakłócać  pańskiego 
snu.  Nie,  to  nie  jest  powód,  dla  którego  tak  wcześnie 
zaczynam  pracę  -  poinformowała  Reida,  maczając 
pędzel  w  farbie.  -  Mam  nadzieję,  Ŝe  pamięć  pana  nie 
zawodzi.  Wie  pan  przecieŜ,  iŜ  staram  się  odnowić 
równocześnie  aŜ  dwa  domy.  Pański  i  własny.  Muszę 
takŜe  zajmować  się  ogrodem.  Przez  cały  poprzedni 
tydzień, oprócz niedzieli, pracowałam cięŜko od świtu 
do nocy. 

-

 

No  dobrze,  złotko  -  Reid  zmienił  ton.  -  Masz 

rację,  nie  powinienem  się  uskarŜać  -  przyznał  z  mar-
sem na czole. Dobrze wiedział, Ŝe tej rundy wygrać mu 
się nie udało. 

Słysząc jego słowa Callie natychmiast złagodniała.

 

-  Jestem  zadowolona,  Reidzie,  Ŝe  mogę  ci  pomóc. 

Wiesz o tym. A ponadto zrobiłeś mi przepiękny

 

background image

 

101 

prezent. Narzuta podoba mi się coraz bardziej. PołoŜy-
łam ją na swoim łóŜku.

 

-

 

Być  moŜe  kiedyś  mi  ją  pokaŜesz  -  powiedział 

powoli, lekko schrypniętym, zmysłowym głosem, pod 
wpływem którego poczuła dreszcze. 

-

 

Być  moŜe  kiedyś  ci  ją  pokaŜę  -  powtórzyła 

machinalnie. 

Twarz Reida nagle się oŜywiła.

 

-  Mam  pomysł,  złotko.  Zaraz  pójdę  się  ubrać 

i  pomogę  ci  w  malowaniu.  Pod  warunkiem  Ŝe  przez 
cały czas będę mógł stać obydwiema nogami na ziemi. 
Dasz  mi  krótką  lekcję  i  chyba  będę  potrafił  ciągnąć 
pędzlem po ścianie.

 

-  Twoja pomoc bardzo się przyda - odparła Callie. 

Otrzymasz trudne i odpowiedzialne zadanie. Trzeba

 

podwiązać wszystkie rododendrony rosnące przy ścia-
nie  za  naroŜnikiem  domu  i  dobrze  je  okryć.  Zaraz 
zaczynam  tam  pracę  i  nie  chcę  połamać  gałęzi  ani 
spryskać  ich  farbą.  Linkę  nylonową  i  płachty  znaj-
dziesz w furgonetce. MoŜesz od razu iść po nie.

 

-

 

Zgoda. PodwiąŜę te piekielne krzaki, ale najpierw 

muszę się ubrać i zjeść śniadanie. Dopiero wtedy będę 
nadawał  się  do  pracy.  Czy  juŜ  coś  jadłaś?  -  zapytał, 
otwierając drzwi do kuchni. 

-

 

Tak. Owoce i kiełki pszenicy - odrzekła, wiedząc 

doskonale,  Ŝe  jej  śniadaniowe  menu  wzbudzi 
obrzydzenie Reida. I nie przeliczyła się. Mruknął pod 
nosem coś niezrozumiałego i po chwili zniknął w głębi 
domu. 

-

 

O  rany,  ten  upał  jest  potworny!  -  jęczał  kilka 

godzin  później,  opatrując  krzewy,  których  liczba  wy-
dawała  mu  się  równa  nieskończoności.  Miał  dość  tej 
roboty. Pot spływał mu ciurkiem po plecach, tworząc 

background image

 

102 

mokry ślad na bawełnianej koszulce. Piekły podrapane 
ręce i ramiona.

 

Callie  zsunęła  się  z  drabiny  i  zaczęła  uwaŜnie 

przyglądać się rododendronom.

 

-  Zastanawiam  się,  czy  nie  naleŜałoby  ich  trochę 

przyciąć - powiedziała po chwili zastanowienia.

 

Zapadła niezręczna cisza.

 

Reid  zmełł  w  ustach  jakieś  przekleństwo.  W  jego 

oczach ukazały się złe błyski.

 

-  Nie,  chyba  nie  wymagają  przycięcia  -  Callie 

wycofała się i uśmiechnęła ciepło do Reida. -Wykona- 
łeś świetną robotę - pochwaliła swego pomocnika.

 

Odetchnął z ulgą.

 

-  Mam teraz ochotę na zimne piwo. Napijesz się?

 

-  zapytał pogodnie.

 

-

 

Piwo przed lunchem? 

-

 

Jestem pewny, Ŝe gdzieś na kuli ziemskiej ludzie 

zjedli juŜ ten posiłek. 

-

 

Jeśli  tak  -  Callie  szybko  przyjęła  wyjaśnienie 

Reida - to zgoda. Napiję się z przyjemnością. 

Dzień był wyjątkowo upalny i parny. Z nieba lał się 

prawdziwy Ŝar. Pracując dalej, wypili jeszcze kilka piw.

 

-  Nie sądziłam, Ŝe będę piła piwo podczas lunchu.

 

-  powiedziała  Callie,  kiedy  po  posiłku  wracali  do 
pracy.

 

Przywiozła  w  termosie,  zimną  zupę  i  kawał  pełno-

ziarnistego chleba własnego wypieku. Wiedziała, Ŝe te 
potrawy Reidowi nie zaszkodzą.

 

-

 

Złotko, nie musisz codziennie mnie karmić w po-

łudnie. Muszę jednak przyznać, Ŝe gotujesz świetnie. 

-

 

Ktoś  musi  zadbać  o  twój  Ŝołądek  -  powiedziała, 

dając niedwuznacznie do zrozumienia, Ŝe on sam tego 
nie robi. - Przeniosę się teraz na drugą stronę domu 

background image

 

103

i  zacznę  od  piętra.  Jeśli  nadal  chcesz  mi  pomagać,  to 
oczyść deski przy parterowych oknach.

 

-  Człowiek  nie  ma  chwili  wytchnienia!  -  jęknął 

Reid.  Wziął  skrobaczkę  i  papier  ścierny,  i  zaczął 
czyścić futrynę okienną, z której odłaziła farba.

 

Pracowali w ciszy i skupieniu.

 

Minęła godzina, potem druga. Zrobiło się niesamo-

wicie  gorąco  i  parno.  Nie  do  wytrzymania.  Nie  było 
czym oddychać.

 

Callie  odwróciła  wzrok  od  ściany  i  popatrzyła  na 

niebo.

 

-

 

Słuchaj - zawołała do Reida - chyba będzie burza. 

Nadciągają  czarne  chmury.  Popatrz.  O  tam,  od 
zachodu. 

-

 

Masz rację. Lepiej zacznijmy się zbierać. Deszcz 

moŜe lunąć lada chwila. 

Callie zsunęła się z drabiny. Wymyła pędzel i scho-

wała    narzędzia  do  furgonetki.  Reid  złoŜył  drabinę  i 
władował  ją  na  samochód.  Gdy  zaciągali  plandekę, 
niebo  przecięły  błyskawice.  Rozległy  się  grzmoty. 
Lunął  nagle  tak  rzęsisty  deszcz,  jakby  oberwała  się 
chmura.  Zanim  dobiegli  do domu, nie  zostało na  nich 
suchej nitki.

 

Przemoczeni,  wpadli  do  kuchni.  Woda  kapała  z 

ubrań na podłogę.

 

-  Pójdę po coś do wytarcia - powiedział Reid. 
Wrócił po chwili z ręcznikami pod pachą. ZdąŜył

 

przebrać się w suche dŜinsy. Miał na sobie nie dopiętą 
czystą koszulę.

 

Patrząc  na  niego,  Callie  ponownie  zdała  sobie 

sprawę  z ogromnej  witalności  tego  męŜczyzny.  Miała 
nieprzepartą  ochotę  przytulić  się  do  niego.  JakŜe 
czułaby się bezpiecznie! Stałaby się silniejsza.

 

background image

 

104

Brakowało jej w Ŝyciu opiekuńczych ramion, męskiego 

wsparcia. Dopiero teraz uprzytomniła sobie, jak dotkliwy 
jest ten brak. 

-Callie... 

Na  dźwięk  swego  imienia  drgnęła  gwałtownie. 

Oprzytomniała. 

-

 

Callie,  przyniosłem  ci  płaszcz  kąpielowy.  Zrzuć 

przemoczone ubranie. WłoŜymy je do suszarki. Nie udało 
mi się znaleźć Ŝadnej rzeczy, która by na ciebie pasowała. 
Jesteś  taka  niska...  to  znaczy  drobniutka  -poprawił  się 
szybko.  Z  szerokim  uśmiechem  wręczył  Callie  ogromny 
szlafrok. - Nic lepszego nie miałem. 

-

 

Dziękuję. - Wzięła szlafrok i ręcznik. 

-

 

Jeśli chcesz, skorzystaj z łazienki. Na dole. - Pokazał 

jej właściwe drzwi. 

Ś

wietnie  wiedziała,  gdzie  na  parterze  jest  łazienka. 

PrzecieŜ od tygodnia tu pracowała. 

Zdjęła  mokre  ubranie,  wytarła  się  ręcznikiem  i 

ubrała  w  szlafrok.  Sięgał  prawie  do  ziemi.  Podwinęła 
rękawy. 

Spojrzała odwaŜnie w lustro, w którym spodziewała się 

zobaczyć  paskudny  obraz  swojej  twarzy,  kiedy  nagle 
rozległo się pukanie do drzwi. 

-

 

Pewnie  potrzebujesz  grzebienia.  Weź  mój.  Jest 

czysty.  Podaj  mokre  rzeczy,  od  razu  włoŜę  je  do 
suszarki. 

-

 

Dziękuję. 

Callie  lekko  uchyliła  drzwi  i  przez  wąską  szparę 

wysunęła swoje ubrania i wzięła grzebień od Reida. 

Zaczęła  rozczesywać  splątane  włosy.  Było  to  trudne 

zadanie. 

Bez makijaŜu i z mokrą głową, zdobyła się wreszcie na 

odwagę i wyszła z łazienki. 

background image

 

105 

Reid  obserwował  błyskawice  na  niebie.  Słysząc 

kroki Callie, odwrócił się od okna.

 

-  Jak  się  czujesz?  -  zapytał.  I  nagle  na  jej  widok 

zaczęły mu drgać kąciki ust, a oczy zrobiły się podejrzanie 
błyszczące. Zasłonił usta dłonią. Udał, Ŝe się zakrztusił.

 

Poczuję się lepiej, kiedy wyschnie moje ubranie 

odparła Callie. Nie dała się zwieść. Świetnie wiedzia- 
ła, Ŝe Reida rozśmieszył jej wygląd.

 

-

 

Przepraszam,  złotko  -powiedział.  -  Nie  chciałem 

być niegrzeczny. Roześmiałem się tylko dlatego, Ŝe tak 
cholernie sympatycznie i ładnie teraz wyglądasz. 

-

 

Miło,  Ŝe  tak  sądzisz  -  mruknęła,  ale  w  jej  głosie 

nie było urazy. 

Patrzył  na  nią  juŜ  bez  uśmiechu.  Poczuła  w  nim 

natychmiastową  zmianę.  Sama  nagle  uprzytomniła 
sobie,  Ŝe  pod  cięŜkim  szlafrokiem  jest  zupełnie  naga. 
Wiedziała, Ŝe Reid teŜ jest tego świadomy.

 

Zobaczyła, jak pociemniały mu oczy. Odwrócił 
wzrok.

 

-  Weźmy sobie po piwie i chodźmy do pokoju 

zaproponował lekko schrypniętym głosem.

 

Callie skinęła głową. Nie miała ochoty na rozmowę. 

Reid teŜ nie.

 

Usiedli  w  saloniku  na  przeciwległych  końcach  ka-

napy i przez kilka minut bez słowa sączyli piwo.

 

-

 

Chyba  ten  deszcz  jest  potrzebny  -  powiedział 

Reid spoglądając w okno. 

-

 

Chyba tak - przyznała Callie. - Jeśli jednak nadal 

będzie tak ulewny, moŜe przynieść więcej szkody niŜ 
poŜytku. 

I znów w pokoju zapanowała niezręczna cisza. Było 

tylko słychać głośne tykanie zegara, od czasu do czasu 
zgrzyt jakiejś spręŜyny w wysłuŜonej kanapie i uderze-
nia kropli deszczu o dach.

 

background image

 

106

Nagle  Reid  odwrócił  się  w  stronę  Callie.  Obdarzył  ją 

ciepłym uśmiechem. 

-  Zachowujemy się głupio - powiedział. 
Callie poczuła promieniujące od niego ciepło. 
-  Masz  rację.  -  Skinęła  głową.  -  Nie  jesteśmy 

przecieŜ parą smarkaczy. 

Głos Reida brzmiał teraz bardzo łagodnie. 

-  Udowodniliśmy  to  sobie  juŜ  w  samochodowym 

kinie, Callie Jean Foster. 

Dziewczyna  wcisnęła  się  jeszcze  głębiej  w  kąt  kanapy. 

Postanowiła  sprowadzić  rozmowę  na  tematy  bardziej 
neutralne. 

-  Czy  moŜesz  mi  powiedzieć,  dlaczego  spędzasz  tu 

lato? - zapytała. 

-  Chyba ci to juŜ wyjaśniłem - odparł. 
Wiedział świetnie, Ŝe nic Callie nie mówił. Była tego 

pewna. 

-  Nie - stwierdziła z uśmiechem na twarzy. 
Wypił łyk piwa. 
-

 

MoŜna  by  rzec,  Ŝe  przyjechałem  tutaj  na  polecenie 

lekarza. 

-

 

Lekarza? 

Reid  pochylił  się  i  zaczął  wyciągać  nitki  z  obicia 

kanapy. 

-

 

Nie  byłem  na  urlopie  mniej  więcej  od  trzech  lat. 

Nazbierało  się  więc  sporo  wolnych  dni.  Jim  uznał,  Ŝe 
powinienem coś z nimi zrobić. 

-

 

Jim, to znaczy twój lekarz? 

-

 

Tak. Jim Andrews. Jest takŜe moim przyjacielem, 

-

 

Chodzi  o  twój  Ŝołądek,  prawda?  Kiedy  roz-

mawialiśmy po raz pierwszy, mówiłeś, Ŝe jeśli nie zmienisz 
trybu Ŝycia, to dorobisz się wrzodu. 

Podniósł brwi i uśmiechnął się krzywo. 

background image

 

107 

-  Masz, złotko, znakomitą pamięć.

 

Callie wcale nie była pewna, czy to komplement.

 

-  Czasami.  Jeśli  coś  mnie  interesuje  -  przyznała. 

Nie  przyszło  jej  do  głowy,  Ŝe  Reid  podtrzyma  ten 
wątek.

 

-  Rzeczywiście to cię interesuje? - zapytał. 
Callie poczuła utkwiony w sobie wzrok siedzącego

 

obok męŜczyzny.

 

-

 

Tak. Jeszcze mi nie powiedziałeś, na czym polega 

twoja praca. 

-

 

Wiem  -  przyznał.  -  Chyba  dlatego,  Ŝe  moje  złe 

samopoczucie  ma  z  nią  bezpośredni  związek.  Jestem 
wiceprezesem  spółki  zajmującej  się  międzynarodowy-
mi  rozliczeniami,  pracującej  dla  zakładów  stalowych 
Branigana. 

Callie podniosła wzrok.

 

-

 

Co to oznacza? 

-

 

To oznacza cholerny ból głowy. A raczej Ŝołądka 

- powiedział z ironią. - Czy wiesz coś o pensylwańskim 
przemyśle stalowym? 

-

 

Niewiele - odparła zgodnie z prawdą. - Podobnie 

jak  większość  ludzi,  wiem  tylko,  Ŝe  od  kilku  lat 
przeŜywa kryzys. 

-

 

Niemal  od  zawsze  Pensylwania  była  królestwem 

stali.  A  teraz?  Zajmuje  dopiero  trzecie  miejsce  i  wy-
przadziły  ją  Indiana  i  Ohio.  W  całych  Stanach  Zjed-
noczonych  produkujemy  obecnie  blisko  o  połowę 
mniej stali niŜ w ostatnim pomyślnym roku, to znaczy 
w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym. 

-

 

O  ile  wiem,  zagraniczna  konkurencja  stała  się 

powaŜnym zagroŜeniem takŜe dla innych gałęzi nasze-
go przemysłu - dorzuciła Callie. 

-

 

Tak. Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo nas to 

background image

 

108 

pogrąŜa!  Japonia  potrafi  wytwarzać  stal  o  połowę 
mniejszym  kosztem.  Nawet  Kanada  produkuje  znacznie 
taniej  niŜ  my.  Doszło  juŜ  do  tego,  Ŝe  jedna  czwarta  stali 
kupowanej w Stanach Zjednoczonych pochodzi z obcych 
krajów. 

-

 

Co oznacza drastyczne zmniejszenie się zatrudnienia 

- ponurym głosem dodała Callie. 

-

 

To  prawdziwe  nieszczęście,  które  w  przemyśle 

stalowym dotknęło wielu ludzi. Jest jeszcze jeden powaŜny 
problem.  Trzeba  jak  najszybciej  zmodernizować  nasze 
fabryki. 

-

 

Cała  ta  sytuacja  odbija  się  na  twoim  zdrowiu, 

prawda?  Musi  ci  być  bardzo  cięŜko.  -  Callie  wyciągnęła 
rękę i dotknęła dłoni Reida. Poczuła uścisk jego palców. 

-

 

Przez prawie cały zeszły rok jeździłem po świecie, Ŝeby 

poznać  najnowocześniejsze  metody  produkcji.  Świetną 
technologią  dysponują  Japończycy.  Jej  zastosowanie 
bardzo  by  nam  pomogło.  Pozwala  na  zaoszczędzenie 
energii, skrócenie czasu wytwarzania i uzyskanie  stali  o 
lepszej jakości. 

-

 

Pewnie  masz  rację.  Znasz  się  na  tym.  -  Callie 

wzruszyła lekko ramionami. - Jedno jest dla mnie pewne. 
Jesteś  pod  ciągłą  presją,  której  nie  moŜesz  uniknąć,  bo 
sytuacja  cię  przerasta.  śyjesz  więc  w  sta-łym  napięciu.  W 
bezustannym stresie. I przypłacasz to chorobą Ŝołądka.

 

 

Reid  podniósł  rękę  i  zdecydowanym  gestem  po-

wstrzymał dalsze wywody Callie. 

-  Zaczynasz  teraz  mówić  zupełnie  jak  mój  lekarz. 

Jim  ciągle  powtarza,  Ŝe  grupę  największego  ryzyka 
stanowią  ludzie  przedsiębiorczy  i  ambitni,  którzy 
wymagają zbyt wiele od siebie. śyją w ciągłym stresie. 

background image

 

109

-

 

To w pełni odnosi się do ciebie - nie wytrzymała 

Callie. - Zresztą kaŜdy człowiek Ŝyje w jakimś napię-
ciu.  Sekretarka,  młoda  matka,  bezrobotny,  członek 
kierownictwa  firmy,  a  nawet  dziecko.  Dzieci  uzdol-
nione,  które  uczę,  są  szczególnie  podatne  na  stres. 
Wymagają zbyt wiele od siebie. -Westchnęła głęboko. 
-  Czasami  myślę,  Ŝe  stres  jest  powszechną  chorobą 
naszego  społeczeństwa.  Pozostaje  tylko  jedno.  Od-
powiedź na pytanie, jak sobie z nim radzić i jak pomóc 
innym. 

-

 

Zanim,  złotko,  zajmiemy  się  rozwaŜaniem  tego 

problemu, przyda się nam jeszcze jedno piwo -powie-
dział Reid wstając z kanapy. 

Callie zaprotestowała gestem ręki.

 

-

 

Dla  mnie  nie  przynoś.  JuŜ  wypiłam  o  jedno  za 

duŜo. - Zastanowiła się przez chwilę. - A moŜe nawet 
o  dwa.  NiewaŜne.  W  kaŜdym  razie  czas  na  mnie. 
Powinnam wracać do domu. 

-

 

Podczas burzy? Nie moŜesz wyjść z domu w taką 

okropną pogodę i do tego prowadzić samochodu. Sama 
przecieŜ powiedziałaś przed chwilą, Ŝe wypiłaś o jedno 
piwo za duŜo. A moŜe nawet o dwa. 

-

 

Coś mi się zdaje, Ŝe masz rację. - Po raz pierwszy 

głos  Callie  stał  się  nieco  bełkotliwy.  -  W  tej  sytuacji 
małe piwko nie powinno mi zaszkodzić. Jedno lub dwa 
czy dwa lub trzy, a cóŜ to za róŜnica? - Roześmiała się 
nienaturalnie i zbyt hałaśliwie. 

Reid spojrzał na nią uwaŜnie.

 

-  Sądzę, Ŝe masz juŜ dość. To zdumiewające - z nie 

dowierzaniem  potrząsnął  głową  -  ale  ty  chyba  rzeczy 
wiście jesteś lekko zawiana.

 

Callie spojrzała z góry na Reida. Oczywiście w prze-

nośni, poniewaŜ gdy siedziała, a on stał, było to

 

background image

 

110 

niewykonalne.  Zresztą  nie  byłoby  moŜliwe  takŜe  wtedy, 
kiedy stałaby na wprost niego. 

-  Mylisz  się,  mój  drogi  -  powiedziała  unosząc 

dumnie  głowę.  -  Wcale  nie  jestem  zawiana.  -  Po 
klepała  miejsce  na  kanapie  obok  siebie.  -  Siadaj  tutaj. 
I   rozmawiajmy   dalej.   -  Zamilkła   na  moment. 
-  A o czym to właściwie mówiliśmy? 

Reid westchnął głęboko. 

-  O  Ŝyciu,  złotko.  O  stresie.  -  Usiadł  na  kanapie 

i  popatrzył  na  Callie.  Spojrzenie  jej  błękitnych 
oczu  było  czyste.  MoŜe  rzeczywiście  nie  była  wsta- 
wiona,  lecz  tylko  zmęczona?  -  Sama  znasz  stres 
wyłącznie  z  teorii  i  nie  masz  pojęcia,  co  znaczy 
go przeŜywać. 

Oczy  Callie  zrobiły  się  jeszcze  większe  i  kryształowo 

czyste. Były to oczy zmęczone i... bardzo stare. Tak jakby 
widziały juŜ wiele. Zbyt wiele. Zaskoczyło to Reida. 

-  Wiem, o czym mówię. Widziałam skutki stresu 

-  powiedziała  odwracając  wzrok.  -  I  to  wielokrotnie. 
Znam  ludzi  Ŝyjących  w  ciągłym  napięciu.  Samotną 
matkę  mającą  czworo  malutkich  dzieci.  Zdolne  dziec- 
ko,  które  ma  głowę  pełną  wyobraŜeń  i  w  Ŝaden  sposób 
nie  moŜe  im  sprostać.  Pedagoga  z  powołania,  który  nie 
tylko  naucza,  lecz  takŜe  wychowuje,  doradza  i  kocha. 
I  widzi,  Ŝe  to  wszystko  nie  wystarcza.  śe  nie  jest 
w stanie osiągnąć sukcesu. 

Callie zwróciła teraz twarz w stronę Reida. Spo-jrzała 

mu prosto w oczy. 

-  Poznałam  takŜe  menedŜera  pracującego  w  prze- 

myśle  stalowym  przeŜywającym  kryzys.  MęŜczyznę; 
dla  którego  praca  jest  wszystkim,  całym  światem, 
i który, bez Ŝony i dzieci, jest pozbawiony praw- 

background image

 

111 

dziwego  domu  i  nie  ma  do  kogo  wracać  po  skoń-
czonym dniu frustrującej pracy.

 

Reid jej nie przerywał, więc ciągnęła dalej:

 

-

 

Wszyscy ci ludzie Ŝyją w ustawicznym stresie. Na 

Ŝ

yciu kaŜdego z nich wyciska on swe piętno. Przejawia 

się  to  w  przeróŜny  sposób.  U  jednych  w  postaci 
bezsenności  czy  podwyŜszonego  ciśnienia  krwi,  u  in-
nych  w  postaci  depresji  lub  bólów  głowy,  u  jeszcze 
innych w postaci chorób serca... 

-

 

I  przewodu  pokarmowego  -  powiedział  cicho 

Reid. Callie miała rację. 

-

 

Tak.  I  wrzodów  Ŝołądka  -  dodała  spokojnym 

głosem.  -Podatność  na  stres  jest  indywidualną  sprawą 
kaŜdego człowieka. - Przełknęła ślinę i zaczęła mówić 
jeszcze ciszej: - Swego czasu znałam człowieka, który 
całe  Ŝycie  poświęcił  nauczaniu.  Karierze  opartej  na 
poszanowaniu  i  wiedzy.  Nie  popłacającej,  jeśli  chodzi 
o pieniądze. Ale on na to nie zwaŜał. Bezustannie piął 
się  w  górę.  Chciał  być  coraz  lepszy,  pragnął  osiągnąć 
więcej...  I  ciągle  dąŜył  do  ideału,  którego  nie  był  w 
stanie osiągnąć. 

Reid przysunął się bliŜej Callie i objął ją ramieniem.

 

-  Jesteś pewna, Ŝe chcesz teraz o tym rozmawiać? 
Skinęła głową.

 

-  UwaŜam,  Ŝe  problem  tego  człowieka  polegał 

częściowo  na  jego  nieumiejętności  znalezienia  się 
w świecie, w którym przestano doceniać szlachetność. 
A mój ojciec był właśnie takim człowiekiem. Szlachet- 
nym.  W  naszych  czasach  był  to  anachronizm.  Świat 
kierował się juŜ innymi zasadami. - Callie westchnęła, 
a w jej oczach pojawił się głęboki smutek. - I pewnego 
dnia wszystko się skończyło. W jednej krótkiej chwili... 
- Zamilkła.

 

background image

 

112 

-

 

Co  się  stało?  -  Reid  nie  chciał  zadawać  tego 

pytania, lecz wyczuł, Ŝe musi to zrobić. 

-

 

Zmarł  na  zawał.  Trzy  lata  temu  -  dodała  łamią-

cym  się  głosem.  -  Miał  zaledwie  pięćdziesiąt  pięć  lat. 
Mama była wtedy jeszcze młodsza. Och, nie powinnam 
mówić ci o tym. - Callie spróbowała się uśmiechnąć. - 
Moje  gadulstwo  to  chyba  rzeczywiście  skutek  nad-
miaru wypitego piwa. Na ogół nie opowiadam o swo-
im Ŝyciu. 

Po jej policzku spłynęła jedna łza. W jakiś niepojęty 

sposób poruszyła Reida bardziej, niŜ mogło to sprawić 
całe morze łez.

 

-  Callie - wyszeptał.

 

Wziął ją w objęcia i przytulił mocno do siebie.

 

Chłonęła  siłę  i  ciepło  promieniujące  z  ciała  Reida. 

Przycisnęła twarz do jego piersi. Poczuła się bezpiecz-
na.

 

Nagle  ogarnęło  ją  ogromne  zmęczenie.  Zapragnęła 

zasnąć. W ramionach tego jedynego w swoim rodzaju 
męŜczyzny pogrąŜyć się w głęboki, spokojny sen.

 

I tak teŜ się stało.

 

background image

 

113 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ SIÓDMY

 

Obudził  ją  przeraźliwy,  zawodzący  dźwięk.  Syrena 

jednej  z  karetek  pogotowia  ratunkowego,  która  prze-
szywając  ciszę  nocną  porusza  do  głębi  serca.  Po  chwili 
umilkła  w  oddali,  pozostawiając  po  sobie  ciszę  jeszcze 
większą i serca bijące szybciej niŜ poprzednio. 

Callie usiłowała podnieść się i usiąść na łóŜku. Nagle 

uprzytomniła sobie, Ŝe nie jest we własnym domu. LeŜała 
na kanapie w saloniku Reida. Sama. 

Ostatnią  rzeczą,  którą  pamiętała,  była  promieniująca 

ciepłem  pierś  Reida,  do  której  przytulała  twarz,  dająca 
poczucie spokoju i bezpieczeństwa. 

Oparła  się  na  łokciach  i  spojrzała  w  okno.  Burza 

minęła.  Padał  tylko  drobny,  letni  deszcz.  Zaczynał 
zapadać zmierzch. 

Jak długo spała? Pewnie kilka godzin. 
Co  ją  obudziło?  Po  chwili  przypomniała  sobie 

przenikliwy  odgłos  syreny  karetki.  BoŜe,  jak  bardzo 
nienawidziła tego dźwięku! 

Nie  ona  jedna.  Setki,  a  nawet  tysiące  ludzi  reagowały 

identycznie.  Odczuwały  skurcz  serca  i  nagły  przypływ 
strachu. Nie z powodu przykrego brzmienia syreny, lecz 
dlatego, Ŝe zawsze oznajmiała o ludzkim nieszczęściu,  o 
tym,  Ŝe  zdarzyło  się  coś  groźnego,  a  nawet  być  moŜe 
nieodwracalnego. 

W miarę upływu czasu niechęć Callie, a raczej 

background image

 

114 

nienawiść  do  tego  charakterystycznego,  złowrogiego 
dźwięku,  wcale  nie  malała.  Nie  ustępowało  takŜe 
uczucie zagroŜenia i strachu. Być moŜe ten koszmarny 
dźwięk będzie ją dręczył przez całe Ŝycie.

 

Dziś  doszły  do  głosu  takŜe  inne  obawy.  Musiała 

przyznać się do nich wobec samej siebie. Do lęku przed 
miłością.  Przed  zakochaniem  się  i  przed  kochaniem. 
Wiedziała, jak wielką krzywdę to uczucie jest w stanie 
zrobić  kobiecie.  Strach  przed  miłością  był  uzasad-
niony. Bała się jej. Panicznie.

 

Callie  Jean  Foster  była  w  gruncie  rzeczy  osobą 

tchórzliwą.  Dlatego  stworzyła  sobie  spokojną  egzys-
tencję,  mały,  bezpieczny  własny  świat.  I  pilnowała 
niezwykle starannie, Ŝeby Ŝaden intruz nie przekroczył 
jego granic.

 

Do  tego  małego,  wyizolowanego  świata  zawsze 

dopuszczała dzieci. A takŜe tych dorosłych, których się 
nie obawiała, którzy nie stwarzali poczucia zagroŜenia. 
Darzyli  ją  bezinteresowną  przyjaźnią  i  niczego więcej 
od niej się nie domagali.

 

Callie  Jean  Foster  potrafiła  kochać  i  świetnie  zda-

wała sobie z tego sprawę. Ale uczuciem obdarowywała 
nie  ludzi,  lecz  rzeczy.  Dlaczego  skoncentrowała  swą 
miłość  do  świata  tylko  na  przedmiotach?  Odpowiedź 
na  to pytanie była  łatwa  i  prosta.  Dlatego,  Ŝe  tak było 
po prostu bezpieczniej.

 

Było  bezpieczniej  pokochać  ksiąŜki  i  delikatny 

pachnący  groszek  rosnący  za  domem.  Podobnie  nie-
wielkiej  odwagi  wymagało  polubienie  własnej  samo-
tności. Kochanie innego człowieka, męŜczyzny z krwi 
i kości, pragnącego brać i dawać - to była zupełnie inna 
sprawa!  Taka  miłość  wymagała  odwagi.  I  dziś,  być 
moŜe po raz pierwszy od lat, a raczej na pewno

 

background image

 

115 

pierwszy  raz  w  Ŝyciu,  Callie  Jean  Foster  stanęła  w 
obliczu takiej ewentualności.

 

Czy rzeczywiście zaczynała darzyć uczuciem Reida 

Dillona? Czy to on sprawił, Ŝe nagle zaczęła odczuwać 
wewnętrzną pustkę i samotność? Czy to on wywołał w 
niej  tę  nieodpartą  potrzebę  związania  się  z  innym 
człowiekiem,  potrzebę,  którą  tylko  on  był  w  stanie 
zaspokoić?  Czy  to  w  ogóle  moŜliwe,  Ŝeby  tak  błys-
kawicznie,  bez  Ŝadnych  oporów  poddała  się  urokowi 
tego męŜczyzny?

 

Ś

wieŜo w pamięci miała te chwile, w których liczyły 

się tylko jego dotknięcie, pieszczota i pocałunek. Świat 
przestawał  wówczas  istnieć.  I  dobrze  pamiętała  mo-
ment, w którym Reid Dillon poruszył jej serce. Jak to 
się stało, Ŝe pozwoliła temu męŜczyźnie przeniknąć do 
własnego małego, hermetycznego i bezpiecznego świa-
ta?

 

Reid Dillon był przecieŜ zupełnie nie w jej typie. To 

wręcz  nieprawdopodobne,  Ŝe  w  kimś  takim  jak  on 
mogłaby się kiedyś zakochać. I chciałaby się zakochać.

 

A  moŜe  wszystko,  co  odczuwała,  było  zwykłą 

iluzją? Największą i najokrutniejszą w całym Ŝyciu? śe 
to,  co  uznała  za  miłość,  stanowiło  jedynie  fizyczne 
poŜądanie? MoŜe przeŜywała teraz wprawdzie głęboki, 
lecz  jedynie  przelotny  romans?  MoŜe  to  była  letnia 
przygoda?

 

Wszystkie  te  myśli  kłębiły  się  w  mózgu  Callie. 

Słyszała  jeszcze  w  uszach  dźwięk  syreny,  odczuwała 
wywołany  nim  lęk.  I  swoje  obawy.  Zapragnęła  scho-
wać  głowę  pod  poduszkę,  ponownie  zasnąć  i  obudzić 
się w innym miejscu i o innej porze. Sama i bezpieczna!

 

- No co, śpiochu, widzę, Ŝe wreszcie się obudziłaś - 

dobiegł ją ciepły męski głos.

 

background image

 

116

Reid stanął w drzwiach łączących kuchnię z saloni-

kiem.

 

Callie  nie  była  w  stanie  wypowiedzieć  nawet  jed-

nego  słowa,  więc  tylko kiwnęła  głową, nie  podnosząc 
wzroku.  Byłoby  najlepiej,  gdyby  uznał,  Ŝe  jest  zbyt 
rozespana, aby prowadzić sensowną rozmowę.

 

-

 

Jak twoja głowa? - zapytał. Odetchnęła 

głęboko i powiedziała cicho: 
-

 

Chyba dobrze. 

W jej głosie, w sposobie przechylenia głowy lub w 

całej  nieruchomej  postaci  musiało  być  coś,  co  ją 
zdradziło,  W  sekundę  Reid  znalazł  się  tuŜ  obok.  Ujął 
jej twarz w dłonie i popatrzył w oczy.

 

-  Złotko,  wyglądasz  tak,  jakbyś  zaraz  miała  się 

rozpłakać. Chcę usłyszeć, dlaczego.

 

Nie był niegrzeczny. Po prostu zaleŜało mu na tym, 

Ŝ

eby się dowiedzieć prawdy.

 

Do  czego  mogła  się  przyznać?  Jak  mogła  mówić 

Reidowi  o  swych  odczuciach,  skoro  nie  była  ich 
pewna?  Jedyna  rzecz,  o  której  mogła  wspomnieć,  to 
tylko  ta  karetka  o  przeraźliwym  sygnale,  nadal  od-
bijającym się echem w jej głowie.

 

-

 

Gdy  tylko  słyszę  sygnał  karetki,  natychmiast 

przypomina  mi  się  straszny  dzień  sprzed  trzech  lat.  - 
Głos Callie się załamał. - Nie potrafię przestać myśleć, 
czym ten dźwięk musiał być dla mojego ojca. I matki. 

-

 

Dobry  BoŜe...  -  Reid  potrafił  powiedzieć  tylko 

tyle. 

-

 

Byłam  w  Clarion,  kiedy  to  się  stało.  Rodzice 

mieszkali  pod  Harrisburgiem.  Kiedy  dotarłam  na 
miejsce, było juŜ po wszystkim. 

-

 

Och, Callie, tak mi przykro. 

background image

 

117 

Co za bezsensowne słowa! Reid poczuł nagły ucisk 

w  gardle.  Po  co  w  ogóle  zaczynał  tę  rozmowę? 
Niepotrzebnie zdenerwował Callie. Teraz pozostało mu 
tylko  jedno:  sprawić  radość  tej  dziewczynie.  Wziąć  ją 
w ramiona i przytulić mocno do siebie.

 

-  Wspaniale  troszczysz  się  o  mnie  -  powiedziała 

Callie  jakiś  czas  potem,  kiedy  siedzieli  objęci  na 
kanapie. Było jej znacznie lŜej. Potrafiła się juŜ nawet 
ś

miać.  -  Ściągnąłeś  mnie  w  porę  z  drabiny,  chroniąc 

przed  burzą.  Ratowałeś,  kiedy  przemokłam.  Dałeś 
własny szlafrok. PodłoŜyłeś poduszkę pod głowę, gdy 
zasnęłam  na  kanapie.  Najlepszy  jednak  jesteś  wtedy, 
kiedy uŜyczasz mi swych ramion.

 

Wzruszył nimi lekko.

 

-  PrzecieŜ po to są. - Reid nachylił się i pocałował 

Callie w rozchylone usta.

 

Przpomniała  sobie,  jak  przedtem  zasnęła  w  jego 

objęciach.

 

-  Powiedz, ile piw wypiłam po południu? - spytała 

po chwili.

 

Lekko  się  zawahał,  po  czym  lekcewaŜąco  machnął 

ręką.

 

-

 

A co to ma za znaczenie? 

-

 

Ile? - z uporem powtórzyła Callie. 

-

 

Tylko trzy - mruknął pod nosem. 

-

 

Tylko?  Nic  dziwnego,  Ŝe  zasnęłam.  Nie zapomi-

naj, Ŝe jestem drobna i mało mi trzeba, Ŝebym poczuła 
się pijana. A ponadto, jak wiesz, byłam zmęczona. 

-

 

Nie  przyszło  mi  to  do  głowy.  -  Reid  zaczął 

nawijać  na  palec  kosmyk  włosów  Callie.  -  Złotko, 
naprawdę  nie  liczyłem.  Miałem  w  lodówce  pełny 
karton.  Z  sześcioma  piwami.  Wypiliśmy  wszystkie. 
Sądziłem więc, Ŝe kaŜde z nas opróŜniło trzy puszki. 

background image

 

118 

-  Teraz wreszcie rozumiem, dlaczego zajmujesz się 

rozliczeniami  dewizowymi  -  powiedziała  Callie  przy- 
mruŜywszy filuternie oko. - Jesteś świetny, jeśli chodzi 
o arytmetykę.

 

Odsunął  na  bok  jej  puszyste  włosy  i  czubkiem 

języka zaczął delikatnie wodzić po obrzeŜu ucha.

 

-  Uwielbiam cię, Callie Jean Foster - powiedział.

 

-  Zawsze potrafisz mnie rozśmieszyć. A takŜe speszyć. 
Tak  bardzo,  jak  jeszcze  nikomu  to  się  nie  udało. 
Czasami  mam  ochotę  ukręcić  ci  tę  małą  główkę, 
a zaraz potem pragnę obsypać pocałunkami całe ciało.

 

-

 

Zamilkł na chwilę i dodał zmienionym głosem: 

-

 

Chyba jednak wolę cię pieścić. 

Przysunął się bliŜej. Jego głos brzmiał teraz nisko i 

zmysłowo.

 

-  Nie  zapomnę  chwili,  w  której  po  raz  pierwszy 

znalazłem  się  w  twoim  domu.  Stałem  w  drzwiach 
sypialni, kiedy ogarnęło mnie przedziwne uczucie. Nie 
umiem go opisać. Wiem tylko, Ŝe coś takiego zdarza się 
człowiekowi nadzwyczaj rzadko. Raz lub dwa w Ŝyciu.

 

Do  licha,  co  on  znów  wyczynia!  pomyślała  zde-

sperowana Callie. Ten ekspert od uwodzenia zaczynał 
wokół  niej  roztaczać  prawdziwe  czary.  Z  całą  preme-
dytacją  uŜywał  głębokiego,  urokliwego  barytonu,  na 
dźwięk którego dostawała dreszczy.

 

Usłyszane  przed  chwilą  słowa  sprawiły,  Ŝe  stanęła 

jej  przed  oczyma  scena,  o  której  mówił.  Zobaczyła 
Reida  w  drzwiach  sypialni.  Swą  potęŜną  sylwetką 
wypełniał całą przestrzeń. Gdy obracał się w jej stronę, 
pytając,  co  to  za  zapach  unosi  się  w  pokoju,  miał 
dziwny wyraz twarzy i rozświetlone oczy.

 

Mówił dalej:

 

-  Ta niesamowita, ulotna woń marzanny sprawiła,

 

background image

 

119 

Ŝ

e nagle poczułem się tak, jakbym był tu juŜ przedtem. 

PrzeŜywałem  coś  w  rodzaju  snu  na  jawie.  Wiem,  Ŝe 
zabrzmi to niedorzecznie, ale przysięgam ci, juŜ wów-
czas byłem przekonany, Ŝe staniesz się dla mnie kimś 
wyjątkowym.

 

Mówiąc  to,  Reid  łagodnym,  wręcz  hipnotyzującym 

ruchem gładził odkryte ramię Callie poniŜej krótkiego 
rękawka  sukienki.  Jego  dotknięcie  pobudzało  kaŜdy 
nerw dziewczyny. Uczulało skórę i sprawiało, Ŝe paliła.

 

-  Reidzie...  -  Z  suchych  warg  Callie  wydobył  się 

ledwie  dosłyszalny  dźwięk.  Była  pod  urokiem  tego 
męŜczyzny.  Oczarował  ją  słowami  i  dotykiem.  -  Re 
idzie...  -powtórzyła  szeptem.  -Mam  do  ciebie  prośbę. 
Mów  mi  zawsze  prawdę.  -  Jej  głos  lekko  się załamał. 
- Bądźmy uczciwi względem siebie. I szczerzy.

 

Usłyszała, jak Reid głęboko westchnął.

 

-

 

Ciebie okłamywał nie będę. - Popatrzył na zmie-

nioną  twarz  Callie.  -  Jesteś  chyba  podobna  do  tej 
dziewczyny  z  ksiąŜki  pani  Porter.  Całkiem  taka  nie-
dzisiejsza. Jak z innego, dawnego świata. 

-

 

Chyba masz rację - szepnęła. 

Pochylił  głowę  i  musnął  wargami  jej  usta.  Wilgoć 

pocałunku  kojarzyła  się  Callie  z  ciepłym  deszczem, 
oddech Reida - z wiatrem. Ten człowiek był słońcem, 
wichurą  i  deszczem.  Tym,  czym  przyroda  obdarza 
rośliny, Ŝeby mogły rozwijać się i dojrzewać.

 

Pocałunek Reida i dotyk jego rąk sprawiły, Ŝe oŜyła. 

Zakwitła.

 

Na  taką  chwilę  czekałam  całe  Ŝycie,  pomyślała. 

Reid  Dillon  sprawił,  Ŝe  po  raz  pierwszy  poczuła,  iŜ 
naprawdę Ŝyje.

 

-  Callie...  -  wyszeptał.  W  jego  głosie  wyczuła 

prośbę. Wiedziała, czego dotyczy. Reid jej poŜądał.

 

background image

 

120 

Pragnął ją posiąść. Właśnie teraz. Dzisiejszego letniego 
popołudnia.

 

Tej  niemej  prośby  Callie  nie  potrafiła  potraktować 

obojętnie.  Z  bardzo  prostego  powodu.  Bo  sama  prze-
stała być obojętna. Całym ciałem reagowała na słowa i 
dotyk rąk Reida.

 

Pod grubym szlafrokiem stwardniały sutki. Poczuła 

dziwny, dojmujący ból w podbrzuszu. Ból niezwykły. 
Taki, jakiego dotychczas nie znała.

 

Pragnęła,  Ŝeby  Reid  Dillon  dotykał  jej  ramion, 

piersi,  brzucha  i  wewnętrznej  strony  ud.  śeby  dotykał 
jej wszędzie.

 

Na chwilę jednak się zawahała.

 

-

 

Boję się - wyszeptała stłumionym głosem. 

-

 

Boisz  się?  -  W  uszach  Callie  słowa  Reida  za-

brzmiały  jak  echo.  -  Czego?  Kochanie,  przecieŜ  mnie 
nie powinnaś się obawiać. 

Serce Callie biło jak oszalałe.

 

-  Ciebie teŜ. Boję się tego, Ŝe tak bardzo cię pragnę, 

a to dla mnie nowe odczucie.

 

Popatrzył jej głęboko w oczy.

 

-

 

Ja  teŜ  poŜądam  cię,  dziewczyno.  I  takŜe  mam 

obawy. 

-

 

Ty?  NiemoŜliwe.  Dlaczego?  -  zapytała  z  niedo-

wierzaniem. 

-

 

Nie chcę zrobić ci krzywdy. Jesteś taka drobniut-

ka. Słaba i delikatna. 

-

 

Jestem  znacznie  silniejsza  i  twardsza,  niŜ  na  to 

wyglądam - odparła bez chwili wahania. 

-

 

Nie.  -  Wargi  Reida  zamknęły  się  na  jej  ustach. 

Odchylił szlafrok i obnaŜył nabrzmiałe piersi Callie. - 
Nie  jesteś  ani  silna,  ani  twarda,  moja  słodka.  Callie 
Jean, jesteś delikatna i niezwykle tajemnicza. Trochę 

background image

 

121 

nie z tego świata. - Objął jej pierś. Drugą rękę wsunął 
w gęste włosy dziewczyny.

 

-  Reidzie...

 

Przenikał  ją  wzrokiem.  W  jego  oczach  ukazały  się 

złociste iskry.

 

-

 

Kochaj się ze mną - poprosił. Nie 

potrafiła mu odmówić. Nie potrafiła 
odmówić sobie. 
-

 

Dobrze. - Jak z oddali usłyszała własny głos. 

PrzecieŜ oboje pragnęli tego samego! 

Reid  podniósł  się  z  kanapy  i  wyciągnął  rękę  do 

Callie. Bez chwili wahania podała mu swoją.

 

A  potem  poprowadził  ją  przez  pokój,  po  schodach 

na piętro, przez duŜy hol aŜ do przestronnej sypialni.

 

Ostatnie  promienie  słońca  igrały  na  koronkowych 

firanach.  Pokój  był  zadbany.  Umeblowany  staromod-
nie,  a  zarazem  skromnie.  Pośrodku  znajdowało  się 
szerokie łóŜko, a po obu stronach staroświeckie szkla-
ne lampki ozdabiały nocne stoliki. Z boku łóŜka stało 
proste krzesło.

 

Callie gustowała w takich wnętrzach. Ten pokój od 

razu  jej  się  spodobał.  Miał  niepowtarzalną  atmosferę. 
Był miejscem, w którym od wielu, wielu lat kochali się 
i zasypiali obok siebie męŜczyzna i kobieta.

 

Przeciągnęła dłonią po gładkiej poręczy łóŜka.

 

-  Czy to tutaj twoi...

 

-  Tak.  To  sypialnia  dziadków.  -  Reid  cofnął  się 

i popatrzył na Callie. - Byłem przekonany, Ŝe będziesz 
pasowała do tego pokoju. Od początku o tym wiedzia- 
łem - szepnął ciepłym głosem.

 

Wziął ją na ręce i połoŜył w poprzek łóŜka. Odchylił 

pikowaną,  staromodną  narzutę,  odkrywając  blado-
niebieskie prześcieradło.

 

background image

 

122 

Potem zdjął koszulę i rzucił na poręcz krzesła. Stał 

przez chwilę boso w spłowiałych dŜinsach. Przez cały 
czas nie spuszczał wzroku z Callie. Nawet wtedy, kiedy 
powoli rozpinał suwak w spodniach.

 

Rozbierał się spokojnie, bez pośpiechu. I tak jakoś 

zupełnie naturalnie. Ani zbyt demonstracyjnie, ani 
wstydliwie. DŜinsy pozostały tam, gdzie stał, na des-
kach podłogi.

 

Wreszcie podszedł do łóŜka.

 

Usiadł  obok  Callie.  Rozplątał  węzeł  paska  i  po 

chwili  cięŜki  szlafrok,  w  który  była  ubrana,  podzielić 
los spodni i takŜe znalazł się na ziemi.

 

-  Moja  słodka  dziewczyno.  Przekonasz  się,  Ŝe 

będzie nam dobrze.

 

Oparł Callie na poduszkach i wyciągnął się obok.

 

Czubkami  palców  kreślił  wzory  na  jej  ciele.  Od 

twarzy  aŜ  do  stóp.  Potem  rozpostartą  dłoń  przesunął 
ku górze.

 

 

Pod wpływem tej pieszczoty Callie zaczęła drŜeć.

 

Ręka Reida znalazła się tuŜ przy piersi.

 

-  Mocno  bije  ci  serduszko  -  stwierdził  nie  bez 

prawdziwej  satysfakcji.  Pod  jego  dłonią  serce  Callie 
trzepotało jak ptaszek.

 

Oparła głowę na piersi Reida.

 

-  Twoje serce teŜ dudni - szepnęła.

 

Po raz pierwszy dotknęła lekko skóry Reida.

 

Było to niemal muśnięcie. Wstrzymał oddech, kiedy 

jej  ręka  zaczęła  przesuwać  się  w  dół,  wzdłuŜ  boków 
ciała i pośladków. Błądziła długo po udach i wreszcie 
się zatrzymała. Tam, gdzie pragnął najbardziej.       

 

-  Och, Callie! -jęknął zduszonym głosem. Zacisnął 

dłonie  na  włosach  dziewczyny,  rozrzuconych  na  po- 
duszce.

 

 

background image

 

123 

Calie  pokrywała  twarz,  kark  i  piersi  Reida  drob-

nymi  pocałunkami.  Dawanie  przyjemności  temu  męŜ-
czyźnie  było  dla  niej  najnaturalniejszą  rzeczą  pod 
słońcem.  Chciała  ofiarować  mu  wszystko,  czego  za-
pragnie.  W  kaŜdy  sposób,  w  jaki  potrafi.  Temu 
jedynemu,  kochanemu  pragnęła  przychylić  nieba. 
Wsunęła język między wargi Reida.

 

Mocno objął  Callie,  a  potem  uniósł  się na rękach  i 

znalazł nad nią.

 

JuŜ wcześniej zastanawiał się nad tym, jak by to było, 

gdyby ta niezwykła istota wszystkie swe pasje i całą energię 
skupiła tylko na nim. Wiedział, Ŝe pozna odpowiedź na to 
pytanie. Zaraz sam się o wszystkim przekona.

 

Pochylił  głowę  i  przytulił  ją  do  piersi  Callie.  Pod 

cięŜarem jego ciała poruszyła się niespokojnie. Uniósł 
się  znów  i  popatrzył  jej  w  oczy.  Były  przepastne.  I 
intensywnie niebieskie.

 

-

 

Jestem,  kochanie,  za  cięŜki  dla  ciebie.  -  Uniósł 

się na rękach. 

-

 

Nie  puszczaj  mnie!  Proszę!  -  bezwiednie  wy-

krzyknęła Callie i wpiła palce w jego ramiona. 

Musiała  być  pewna,  czy  Reid  poŜąda  jej  z  równą 

mocą.

 

-

 

Uwielbiam cię, dziewczyno! Pragnę cię! - usłysza-

ła nad sobą chrapliwy szept. 

-

 

Ja teŜ cię pragnę! - jęknęła obezwładniona ogro-

mem własnego uczucia. 

-

 

Chodź  do  mnie.  Pozwól  mi  się  przekonać,  jak 

bardzo mnie pragniesz. 

Poczuła,  jak  ręka  Reida  wędruje  z  jej  piersi  na 

brzuch  i  wsuwa  się  między  uda.  Dotknął  jej  w  taki 
sposób,  Ŝe  zupełnie oszalała.  Świat  wokół  zawirował. 
Poczuła, jak otwiera się przed nim jej ciało.

 

background image

 

124 

-

 

Chcę cię - szepnęła z mocą. 

-

 

Zaraz będziesz mnie miała. 

Pozwolił,  Ŝeby  przyjęła  go  do  siebie.  Zaczął  teraz 

głaskać  całe  ciało  dziewczyny.  Od  szyi  i  piersi  aŜ  po 
brzuch  i  miejsce,  w  którym  stali  się  jednością.  Tu 
zatrzymał rękę i pieścił ją lekko czubkiem palca.

 

Callie  przeŜywała  uniesienie.  Czuła  się  lekko.  Jak 

wiatr.  Jak  ptak.  Przez  chwilę  wydawało  się  jej,  Ŝe  na 
skrzydłach unosi się w przestworzach.

 

Reid zaczął się poruszać. OstroŜnie i powoli. Pełna 

obaw Callie szybko przekonała się, Ŝe pasują do siebie 
doskonale.

 

Pieścił ją tak, jakby chciał, Ŝeby te chwile zapamię-

tała  na  całe  Ŝycie.  Zbadał  kaŜdy  zakamarek  jej  ciała. 
Dotknął kaŜdego wraŜliwego miejsca i oŜywił je.

 

I nagle, zupełnie nieoczekiwanie dla Callie, wzmoc-

nił  pieszczoty  tak,  Ŝe  straciła  oddech.  Z  trudem 
wykrzyknęła:

 

-  Reidzie!

 

I przywarła do niego z takim zapamiętaniem, jakby 

był  jedyną  jej  nadzieją  i  ostoją.  Chronił  przed  całym 
ś

wiatem, nawet przed nią samą.

 

-

 

Dobrze ci? - zapytał pełnym napięcia głosem. 

-

 

Och, tak! Tak! - jęczała w ekstazie. 

Callie wydawało się, Ŝe minęło nieskończenie wiele 

czasu,  zanim  odsunęli  się  od  siebie.  Dopiero  teraz 
poczuła  cięŜar  ciała  Reida.  Wypuścił  ją  z  objęć. 
Znaleźli się obok siebie.

 

-  Jak ci było? - odezwał się Reid, z twarzą wtuloną 

w  jej  włosy.  -  Pamiętasz,  Ŝe  musisz  powiedzieć  mi 
prawdę.

 

Półprzytomna skinęła głową.

 

-  Wspaniale - szepnęła. - Cudownie. A jak ty się

 

background image

 

125 

czujesz?  -  Mówienie  przychodziło  Callie  z  wielką 
trudnością.

 

-  Jestem niewiarygodnie słaby - przyznał z błogim 

uśmiechem na twarzy. - I równocześnie czuję się silny

 

-  dodał, jakby zaskoczony własnymi doznaniami.

 

-  Mógłbym  wyruszyć  teraz  na  podbój  świata.  Całego 
wszechświata.

 

-

 

To  trudne  zadanie.  Nawet  dla  ciebie  -  szepnęła 

Callie.  Powieki  ciąŜyły  jej  jak  ołów,  oczy  same  się 
zamykały. - Zanim wyruszysz na podbój świata, moŜe 
najpierw  się  zdrzemniemy?  -  zaproponowała  sennym 
głosem. 

-

 

Dobrze, złotko. Dobrze. - Roześmiał się i przyga-

rnął  ją  do  siebie.  Miała  rację.  Na  podbijanie  świata 
starczy mu czasu. MoŜe zrobić to później. 

Kiedy  po  jakimś  czasie  Callie  otworzyła  oczy, 

zobaczyła,  Ŝe  leŜy  sama  w  przestronnym  łóŜku.  Za 
oknem  panowała noc. W  kącie  pokoju  paliła  się  mała 
lampka.

 

Usłyszała kroki na schodach. Po chwili w drzwiach 

sypialni  stanął  Reid.  Był  naguteńki.  Trzymał  w  ręku 
szklankę  z  płynem,  który  do  złudzenia  przypominał 
mleko.

 

-  Co  ty,  do  licha,  wyczyniasz?  -  zawołała  Callie. 

Natychmiast jednak uprzytomniła sobie, Ŝe zachowuje 
się głupio.

 

Reid postawił szklankę na nocnym stoliku i wsunął 

się do łóŜka.

 

-  Pytasz, co robię? Będę pił mleko - poinformował 

z uśmiechem na twarzy.

 

Ś

wietnie  wiedział,  Ŝe  nie  to  miała  na  myśli.  Za-

skoczyła  ją  jego  nagość.  Wziął  szklankę  i  bohatersko 
wypił zawartość. Do samego dna.

 

background image

 

126 

-

 

Zamierzasz  pić  mleko?  -  Callie  rzuciła  Reidowi 

pełne niedowierzania spojrzenie. 

-

 

Nie  -  szepnął,  odwracając  się  do  niej  twarzą.  - 

Zamierzam zająć się całowaniem twego ponętnego ciała. 

I pieścił ją znowu. AŜ do porannego brzasku. 

background image

 

127 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ ÓSMY

 

-

 

Prawda, Ŝe wygląda świetnie? - Reid objął Callie 

ramieniem  i  z  nie  ukrywaną  dumą  popatrzył  na  dom. 
Zmienił  ton  i  dodał  głębszym,  zmysłowym  głosem:  - 
Od początku mówiłem ci, złotko, Ŝe jesteś dobra. 

-

 

Oboje  wykonaliśmy  dobrą  robotę  -  uściśliła 

Callie. Objęła Reida i przytuliła się do niego. Podniosła 
wzrok i popatrzyła na frontową ścianę domu. 

Co  za  szczęście!  Praca  skończona.  JuŜ  po  wszyst-

kim! Oboje z Reidem podołali gigantycznemu zadaniu. 
Oczyścili,  zagruntowali  i  pomalowali  ten  obszerny, 
piętrowy  budynek.  Caluteńki,  od  fundamentów  aŜ  po 
facjatkę.

 

Kiedy  skończyli  malowanie  i  po  raz  ostatni  sym-

bolicznie  przeciągnęli  pędzlem  po  frontowych 
drzwiach,  Callie  z  ulgą  zdjęła  umazane  farbą  tenisó-
wki.  Okropnie  bolały  ją  nogi.  Koniec!  Wreszcie  nad-
szedł  kres  tej  piekielnej  roboty,  powtarzała  w  myśli. 
Była uszczęśliwiona.

 

-  Od  początku?  -  powtórzyła.  -  A  kiedy  w  ogóle 

raczyłeś  powiedzieć,  Ŝe  dobrze  pracuję?  śe  dobrze 
maluję domy?

 

Reid odparł z tłumionym śmiechem:

 

-  Zapomniałaś,  kochanie?  To  było  następnego 

dnia po  tym,  jak  spotkaliśmy  się  w  sklepie  Charliego. 
A więc jakieś pięć czy sześć tygodni temu. Przyjecha-

 

background image

 

128 

łem wtedy do ciebie. Dochodziło południe. Było bardzo 
gorąco. Stałaś na drabinie i malowałaś framugę okienną czy 
coś  w  tym  rodzaju.  -  Reid  zamknął  oczy  i  zrobił  ręką 
teatralny  gest.  -  Stanąłem  wówczas  obok  drabiny, 
podniosłem  na  ciebie  wzrok  i  wypowiedziałem  pamiętne 
słowa.  śe  jesteś  dobra.  -  Otworzył  szeroko  oczy  i 
popatrzył  na  Callie  z  udawanym  rozŜaleniem.  - 
Pochwaliłem  cię  wtedy,  a  ty  mnie  zignorowałaś! 
Zachowałaś  się  obrzydliwie.  Nawet  nie  drgnęłaś  na  mój 
widok  i  dalej  machałaś  pędzlem  malując  te  cholerne 
deski. Tak jakbyś w ogóle nie zauwaŜyła, Ŝe przyjechałem 
i stoję obok drabiny, lub miała mnie po prostu w nosie. 

-  Oczywiście,  Ŝe  cię  zauwaŜyłam  -  przyznała  Callie, 

-  Natychmiast,  gdy  tylko  się  pojawiłeś.  Byłam  zado- 
wolona, Ŝe mnie odszukałeś-dodała miękkim głosem. 

Reid pochylił się i pocałował ją. 

-  Callie...  -  zaczął  lekko  zachrypniętym  głosem. 

Odchrząknął  i  zaczął  mówić  normalnie:  -  Chcę,  abyś 
wiedziała,  jak  bardzo  cenię  twoją  pracę  i  pomoc.  Bez 
ciebie  nigdy  nie  doprowadziłbym  do  porządku  tego 
cholernego  domu.  Jednak  jeszcze  bardziej  cieszę  się,  Ŝe 
dzięki  temu  zbliŜyliśmy  się  do  siebie.  Kiedy  pierwszy 
raz  cię  odwiedziłem,  od  razu  wiedziałem,  Ŝe  ta  znajo- 
mość  moŜe  stać  się  czymś  waŜnym  w  naszym  Ŝyciu. 
Przeczuwałem  teŜ,  Ŝe  będziesz  robiła  uniki,  Ŝe  nie 
zezwolisz na to, abym zbliŜył się do ciebie.

 

 

Callie podniosła wzrok i z niedowierzaniem popa-trzyła 

na Reida. 

-  Czy  chcesz  przez  to  powiedzieć,  Ŝe  umyślnie 

z premedytacją zaaranŜowałeś... ciąg dalszy? 

-  Masz na myśli nasz romans?

 

 

Callie poczuła nagle, jak krew uderza jej do głowy 

background image

 

129 

Nazwanie przez Reida romansem tego, co wytworzyło 
się między nimi, wywołało głęboki niesmak. Słowo to 
za  bardzo  kojarzyło  się  z  czymś  płytkim,  niemal 
wulgarnym. Z obściskiwaniem po kątach i w ciemnych 
zaułkach,  z  potajemnymi  schadzkami  w  drugorzęd-
nych hotelikach.

 

-

 

Tak.  Nasz  romans  -  potwierdziła  martwym  gło-

sem. 

-

 

Powiedziałaś,  Ŝe  go  zaaranŜowałem.  To  chyba, 

złotko,  nie  jest  właściwe  określenie.  Powiedzmy,  Ŝe 
nieco  przyspieszyłem  bieg  spraw.  -  Reid  wyglądał  na 
bardzo zadowolonego z siebie. - Uwielbiam cię, Callie 
Jean  Foster.  Naprawdę  uwielbiam  -  szepnął  i  musnął 
policzkiem jej rozpaloną twarz. 

-

 

Wiem - odrzekła z westchnieniem. 

Mówił  to  chyba  juŜ  tysiąc  razy,  na  tysiąc  róŜnych 

sposobów.  Szeptał  do  ucha,  kiedy  siedzieli  przytuleni 
w  długie  letnie  wieczory.  Wykrzykiwał  w  chwilach 
największych  uniesień.  Mówił  jej  to,  kiedy  razem 
ś

mieli się z czegoś, i wówczas, gdy czymś go rozbawiła 

lub zrobiła coś zaskakującego.

 

Callie zdawała sobie sprawę z tego, Ŝe Reid Dillon 

bardzo  ją  lubi.  Uwierzyła  nawet  w  to,  Ŝe  ją  uwielbia. 
Nigdy jednak nie powiedział, Ŝe jest w niej zakochany. 
Być  uwielbianą  a  być  kochaną  -  to  zupełnie  inne 
rzeczy.  A  Callie  bardzo  zaleŜało  na  tym,  by  Reid  ją 
kochał. śeby odwzajemniał jej miłość.

 

-

 

Chodź,  złotko.  Zostawmy  te  wszystkie narzędzia 

i  idźmy  się  umyć.  -  Reid  dał  Callie  lekkiego  klapsa  i 
pociągnął ją w stronę domu. 

-

 

Trzymaj  ręce  przy  sobie.  -  Calie  zrobiła  groźną 

minę. 

-

 

Naprawdę tego chcesz? - Roześmiał się zaczep- 

background image

 

130 

nie.  -  No  dobrze,  dobrze  -  dodał  szybko,  próbując 
załagodzić sprawę. 

Dzięki  Bogu,  robota  skończona,  pomyślał  z  zado-

woleniem. Zaraz ureguluje rachunki z Callie i będą mogli 
zająć się znacznie przyjemniejszymi rzeczami. 

Weszli do domu. 

-  Przykro mi, ale tego czeku przyjąć nie mogę 

-  oświadczyła  Callie,  kiedy  po  dziesięciu  minutach 
znaleźli się w kuchni. 

-

 

A dlaczego? - zapytał Reid. 

-

 

Bo to za duŜo pieniędzy. - Jeszcze raz rzuciła okiem 

na  czek,  który  trzymała  w  ręku.  Reid  wypisał  go  na  dwa 
tysiące dolarów. - Słuchaj, tysiąc pięćset to wszystko, co 
mogę przyjąć. A poza tym przecieŜ nie pracowałam sama. 
Bardzo mi pomagałeś. A takŜe jeździłeś i kupowałeś farbę, 
kiedy jej zabrakło. Nie, nie mogę przyjąć więcej niŜ tysiąc 
dolarów za tę pracę. 
-  Callie  najchętniej  nie  wzięłaby  od  Reida  ani  centa. 
Ale pieniądze były jej bardzo potrzebne. 

-  Callie  Jean,  weź,  proszę,  te  pieniądze.  Zarobiłaś 

na nie. Wierz mi, jesteś warta dwa tysiące dolarów. 
-

 

Odchrząknął  głośno.  -  Och,  do  diabła,  nie  bierz  tego 

dosłownie.  Nie  tak  chciałem  powiedzieć.  -  Podniósł  rękę 
do góry, jakby chciał zasłonić się przed ciosem. 
-

 

Wiem,  co  sobie  teraz  pomyślałaś,  złotko.  Po  prostu  źle 

się wyraziłem, ale przecieŜ wiesz, co miałem na myśli. 

-  A  skąd  ty,  u  licha,  moŜesz  wiedzieć,  co  sobie 

myślę?  -  krzyknęła  Callie.  Podarła  czek  na  małe 
kawałki  i  rzuciła  je  na  podłogę.  Odskoczyła  od  Reida. 
Zrobiła  się  czerwona  jak  burak.  Była  bardzo  zdener- 
wowana.  -  Przyślę  rachunek  na  tysiąc  dolarów,  panie 
Dillon. To moje ostatnie słowo. 

background image

 

131

Reid  spuścił  wzrok  i  popatrzył  na  swoje  ręce. 

Zobaczył,  jak  drŜą.  Zacisnął  pięści.  Do  diabła  z  tą 
dziwaczką!  Do  diabła  z  tym  wszystkim!  Co  ona  z  nim 
wyczynia? Dlaczego sam daje się tak traktować? 

-  Jesteś  najbardziej  denerwującą  kobietą,  jaką  kie- 

dykolwiek  spotkałem  -  warknął  nie  ukrywając  złości. 
Zrobił krok w stronę Callie. 

ZłoŜyła ramiona na piersiach, ale się nie cofnęła. 
-  Posłuchaj  mnie  uwaŜnie,  Reidzie  Dillon.  To, 

o  czym  mówimy,  jest  sprawą  zasad  i  osobistej  godno- 
ś

ci.  -  Callie  wskazała  siebie  palcem.  -  Powtarzam. 

Chodzi o etykę. Moją. 

Zatrzymał się tuŜ przed nią. 
-  Mógłbym  przysiąc,  Ŝe  mówiliśmy  wyłącznie 

o  pieniądzach  -  powiedział  drwiącym  głosem.  -  Zde- 
sperowanym  gestem  przesunął  dłonią  po  włosach. 
-  JuŜ  nic  nie  rozumiem.  Callie.  Czy  moŜesz  wyjaśnić, 
czego właściwie chcesz? 

Przełknęła  nerwowo  ślinę  i  rozłoŜyła  ramiona  w 

bezradnym geście. 

Chcę wiedzieć, czy... czy ci na mnie zaleŜy. 

Niezbyt przytomnym wzrokiem Reid obrzucił wnę- 
trze kuchni. Był zdezorientowany. 

-

 

A cóŜ to za pytanie! 

-

 

Czy  ci  na  mnie  zaleŜy?  -  powtórzyła  łamiącym  się 

głosem. 

-

 

Och, Callie, złotko, wiesz przecieŜ, Ŝe tak! - zapewnił 

szybko. 

Przysunął się jeszcze bliŜej. 

W  oczach  Reida  dojrzała  znajome  błyski.  Bała  się,  Ŝe 

znów nie oprze się temu męŜczyźnie i podda jego urokowi. 
Zaczęła mówić szybko i nerwowo: 

-  A więc jeśli zaleŜy ci na mnie, to nie traktuj mnie 

background image

 

132 

tak, jakbyś płacił za „wykonane usługi", oferując duŜą 
sumę pieniędzy. Uwierz mi. Tysiąc dolarów w zupełno-
ś

ci wystarczy. To przyzwoita zapłata. Postępuj więc ze 

mną uczciwie. Niczego więcej od ciebie nie chcę. 
Wzruszył ramionami.

 

-  W  porządku.  Niech  będzie  tysiąc  -  przystał  po 

chwili namysłu.

 

Wiedziała, Ŝe nie jest zadowolony. Takie rozwiąza-

nie  wcale  mu  się  nie  podobało.  Wolałby  postawić  na 
swoim.

 

-  Dziękuję - odrzekła spokojnie.

 

To idiotyczne dziękować za to, Ŝe płaci jej mniej, niŜ 

chciał. Ale chodzi przecieŜ o zasady i godność osobistą. 
To  mu  powiedziała.  Musi  przecieŜ  Ŝyć  w  zgodzie  z 
własnym sumieniem.

 

Reid  oparł  dłonie  na  karku  Callie  i  zaczął  lekko 

masować jej napięte, obolałe mięśnie. Zawsze robił to 
ś

wietnie. Za kaŜdym razem wyczuwał dokładnie, gdzie 

dotyk  jego  ręki  jest  najbardziej  potrzebny.  Ten  męŜ-
czyzna zawsze wiedział, kiedy i czego Callie potrzebu-
je.  Było  to  cudowne  odczucie,  lecz  czasami  trochę 
irytujące.

 

-  Callie,  od  tygodni  harowaliśmy  oboje  jak  woły. 

To  zrozumiałe,  Ŝe  jesteśmy  teraz  wykończeni  ner- 
wowo.  -  Czuła  ciepłe  dłonie  Reida  na  plecach.  Jego 
głos  brzmiał  niezwykle  łagodnie.  -  Dziś  jest  wielki 
dzień.  Na  tę  okazję  trzymam  specjalnie  butelkę  szam 
pana.  Musimy  oblać  zakończenie  prac  malarskich. 
Tylko we dwoje.

 

Zawahała się na chwilę.

 

-  A  czy  nie byłoby  lepiej wznieść  toast  mlecznym 

koktajlem? Lekarz zabronił ci przecieŜ picia alkoholu. 
- Zanim skończyła mówić, wiedziała, Ŝe popełniła błąd.

 

background image

 

133 

W mgnieniu oka Reid wpadł w złość.

 

-

 

Wiem,  co  mówił  doktor.  Mam  ochotę  na  szam-

pana - wycedził z osobna kaŜde słowo. 

-

 

No  to  sobie  pij  -  powiedziała  Callie,  odsuwając 

się  od niego.  - Ale  tym  razem  zrobisz  to beze  mnie.  - 
Nie  mogła  być  świadkiem  tego,  co  uwaŜała  za 
zbrodnię. To, co wyczyniał Reid, było karygodne. 

Słuchał  jej  słów  z  niechęcią.  Od  tygodnia,  a  moŜe 

nawet  dwóch,  stawał  się  coraz  bardziej  rozdraŜniony. 
Teraz wpadł we wściekłość.

 

-

 

Do  jasnej  cholery,  co  ci  się  nagle  stało?  -  wy-

krzyknął  ze  złością.  -  Zaczynasz  zachowywać  się 
nieznośnie. Zupełnie jak zrzędliwa Ŝona. 

-

 

Ale przecieŜ nie jestem zrzędliwą Ŝoną! Nie jestem 

twoją  Ŝoną.  -  Callie  zacisnęła  wargi.  Do  licha,  znów 
powiedziała za duŜo. O wiele za duŜo. 

-

 

To prawda. Nie jesteś moją Ŝoną - warknął Reid. 

Na wargach igrał mu złośliwy uśmiech. 

I to chyba najbardziej rozzłościło Callie.

 

-

 

Co  ty  sobie  właściwie  myślisz?  Kogo  chcesz 

oszukać?  -  Była  wściekła  na  Reida.  Przestawała  pano-
wać  nad  sobą.  -  PrzecieŜ  nie  jestem  ślepa.  Widzę,  jak 
bez przerwy ssiesz tabletki na Ŝołądek, tak jakby to były 
zwykłe cukierki. Być moŜe oszukujesz się sam, Reidzie 
Dillon,  ale  mnie  nie  zwiedziesz.  Ani  na  chwilę.  -Callie 
trzęsła  się  cała.  DrŜał  takŜe  jej  głos  od  z  trudem 
powstrzymywanych  emocji.  -  PrzecieŜ  czujesz  się. 
coraz  gorzej!  KaŜdy  by  to  zauwaŜył!  Palisz  i  pijesz. 
Zachowujesz  się  tak,  jakbyś  był  absolutnie  zdrów. 
Zobaczysz, jeszcze się doigrasz. 

-

 

Och,  na  litość  boską,  daj  mi  wreszcie  spokój!  - 

wykrzyknął Reid. 

background image

 

134 

Callie  poczuła  nagle  łzy  pod  powiekami.  Była 

zupełnie bezradna.

 

-  No  to  powiedz,  co  powinnam  zrobić!  Powiedz. 

- Zapadło głuche milczenie. - Sądzisz, Ŝe mogę patrzeć 
spokojnie na to, jak człowiek, którego kocham, sam się 
zabija? - Wyczerpanie fizyczne i napięcie sprawiły, Ŝe 
się poddała. - No mów wreszcie, co powinnam uczynić.

 

Przez  chwilę  stał  nieruchomo,  a  dopiero  potem  się 

odezwał:

 

-

 

Nie  wiem,  jakiej  spodziewasz  się  odpowiedzi. 

Skąd  mam  wiedzieć,  co  powinnaś  robić?  W  kaŜdym 
razie mnie nie pouczaj. I nie dyktuj, w jaki sposób mam 
Ŝ

yć.  -  W  głosie  Reida brzmiał  sarkazm.  -  Jakoś  udało 

mi się przeŜyć trzydzieści sześć lat bez twojej pomocy. 

-

 

I  bez  mojej  pomocy  przeŜyjesz.  -  Callie  juŜ  nie 

panowała  nad  sobą.  Reid  zranił  ją  bardzo  i  nie  mogła 
mu  tego  darować.  -  Ale  juŜ  nie  następne  trzydzieści 
sześć lat. Przy trybie Ŝycia, jaki prowadzisz, masz małe 
szanse. Nie pociągniesz tak długo. 

Reid uśmiechnął się drwiąco. Oparty plecami o blat 

kuchenny skrzyŜował ramiona na piersiach.

 

-  Coś mi się zdaje, złotko, Ŝe ty sama równieŜ masz 

małe szanse. Jestem od ciebie znacznie większy i silniej- 
szy.

 

Kpił sobie z niej! Nie traktował powaŜnie jej słów, 

podobnie jak nie przywiązywał wagi do własnej choro-
by! Za taką postawę Reid zapłaci w końcu duŜą cenę. 
A poniewaŜ Callie go kocha, zapłaci takŜe ona.

 

Patrzyła,  jak  Reid  sięga  do  kieszeni  i  wyjmuje  do 

połowy  opróŜnioną  paczkę  papierosów.  Wyciąga  jed-
nego  i  zapala go.  Na  jego  twarzy  malowały  się  buta  i 
poczucie męskiej wyŜszości. Stał z papierosem w ręku i 
patrzył na Callie.

 

background image

 

135

Nigdy  potem  nie  była  w  stanie  pojąć,  dlaczego 

wtedy  właśnie  tak  postąpiła.  Ze  złości?  Z  miłości?  A 
moŜe  był  to  tylko  zwykły  ludzki  odruch?  W  kaŜdym 
razie  podeszła  do  Reida  i  wytrąciła  mu  papierosa  z 
ręki,  tak  Ŝe  upadł  na  podłogę.  Pochyliła  się,  podniosła 
go z ziemi i zgasiła w popielniczce stojącej na kuchen-
nym stole.

 

Kiedy  spojrzała  ponownie  na  Reida,  płonęły  jej 

policzki.

 

-  Od  dziś,  do  diabła,  jest  to  nie  tylko  twoje 

Ŝ

ycie,  lecz  takŜe  moje  -  powiedziała  drŜącymi  war- 

gami.

 

Reid przytrzymał ją mocno za ramię.

 

-  Pamiętaj,  Ŝebyś  nigdy  więcej  czegoś  takiego  nie 

robiła - syknął z wściekłością. - Odczep się ode mnie

 

-  dodał, Ŝeby wszystko było jasne do końca. To nie 
twoja sprawa.

 

-  Mylisz się. - Callie nie dała za wygraną. - TakŜe 

moja.  Od  chwili,  w  której  zaczął  się  ten  nasz  cały... 
romans.  -  Westchnęła  głęboko  i  dokończyła  smutnym 
głosem:  -  Stała  się  moją  sprawą  od  chwili,  w  której 
zakochałam się w tobie.

 

Rzucił jej nieprzychylne spojrzenie.

 

-

 

A od kiedy to fakt pokochania drugiego człowie-

ka daje prawo do ingerowania w jego Ŝycie? 

-

 

Nie daje. Nie wtrącam się w twoje sprawy. Ale nie 

mogę  być  biernym  obserwatorem  i  patrzeć  spokojnie, 
jak się zabijasz. ZaleŜy mi na tobie. 

-

 

I sądzisz, Ŝe dlatego moŜesz się wtrącać w cudze 

Ŝ

ycie? - Reid nie czekał na odpowiedź Callie. Z finezją 

słonia buszującego w składzie porcelany ciągnął dalej: 

-  Zdajesz sobie, oczywiście, sprawę z tego, Ŝe nigdy nie 
powiedziałem, Ŝe cię kocham.

 

background image

 

136 

-

 

A  jak  myślisz?  -  wykrzyknęła  Callie,  zaciskając 

pięść.  Podniosła  ją  do  góry  z  zamiarem  uderzenia 
Reida,  ale  szybko opuściła  rękę.  -  Jestem  wściekła na 
ciebie, bo sprawiłeś, Ŝe się w tobie zakochałam! 

-

 

Co to, to nie - zaprotestował lodowatym tonem. -

Ani ja tego nie spowodowałem, ani ty nie sprawiłaś, Ŝe 
zakochałem  się  w  tobie.  Kocham  cię,  Callie  Jean 
Foster.  I  o  tym  pamiętaj.  -  Energicznym  ruchem 
wyrzucił  ręce  do  góry.  -  Ale  zawsze  będę  robił  to,  co 
zechcę. Pił, palił i czynił wszystko, na co przyjdzie mi 
ochota. Miłość do kogoś nie oznacza ani posiadania go 
na  własność,  ani  prawa  do  wprowadzania  zmian  w 
jego  Ŝyciu.  Kochając,  akceptuje  się  drugiego  czło-
wieka takiego, jaki jest. 

Zapadło milczenie.

 

-  Masz rację - po chwili powiedziała Callie. Jej głos 

brzmiał  podejrzanie  spokojnie.  -  A  więc  będziesz 
musiał przyjąć do wiadomości między innymi to, Ŝe nie 
potrafię  stać  z  boku  i  patrzyć,  jak  niszczysz  swój 
organizm. Po prostu nie mogę. Do tej pory starałam się 
milczeć.  Przez  ostatnie  kilka  tygodni  tyle  razy  za- 
gryzałam zęby, Ŝe mam dziurki w języku.

 

DłuŜej nie mogła się powstrzymywać.

 

-  To, co robisz, Reidzie, jest chore. PrzecieŜ jesteś 

człowiekiem rozumnym. Wiesz, Ŝe sobie szkodzisz. śe 
powoli  popełniasz  samobójstwo.  Nie  brzmi  to  zbyt 
sympatycznie,  ale  to  fakt.  -  Callie  zobaczyła,  Ŝe  jej 
słowa  nie  robią  na  Reidzie  prawie  Ŝadnego  wraŜenia. 
-Wobec tego Ŝyj, jak chcesz. Twoja wola. Pal, pij i rób, 
co ci się Ŝywnie podoba. Ale mnie przy tym nie będzie. 
-  Odwróciła  się  i  podeszła  do  drzwi.  -  Daj  znać,  jeśli 
kiedyś zdecydujesz się zmienić swoje Ŝycie. I pamiętaj, 
Ŝ

e kocham cię bardzo.

 

background image

 

137 

-

 

Poczekaj... - Reid nie mógł uwierzyć, Ŝe Callie go 

opuszcza. - Złotko, nie mówiłaś serio -dodał niepewnie 
się uśmiechając. 

-

 

Mówiłam  powaŜnie  -  odparła  spokojnie.  -  Ko-

cham  cię.  Równie  dobrze  potrafiłabym  cię  jednak 
znienawidzić.  Wtedy,  kiedy  zmarłbyś  i  zostawiłbyś 
mnie  samą.  Mogłabym  wybaczyć  ci  wiele,  prawdę 
mówiąc  niemal  wszystko,  ale  nie  to.  Nie  chcę  znów 
przeŜywać bezsensownej śmierci. Niczyjej. 

-

 

A  moŜe  powiesz  wreszcie  prawdę?  -  W  głosie 

Reida zabrzmiał ostrzejszy ton. -Przyznaj uczciwie, Ŝe 
się boisz. Obawiasz się mnie pokochać. Wygląda na to, 
Ŝ

e jesteś zwykłym tchórzem, Callie Jean Foster. Zresz-

tą całe twoje pokolenie jest identyczne. Bez charakteru! 

Wzruszyła ramionami. PołoŜyła rękę na klamce.

 

-

 

Nie  trzeba  mieć  charakteru,  Ŝeby  się  unicestwić. 

Ale trzeba odwagi, Ŝeby Ŝyć. - Otworzyła drzwi. 

-

 

Callie,  kochanie!  -  wykrzyknął  Reid.  -  Jesteś  mi 

potrzebna. Bez ciebie sobie nie poradzę. 

Odwróciła  się  i  popatrzyła  na  niego  wzrokiem, 

który odzwierciedlał głęboki ból. Potrząsnęła ze smut-
kiem głową.

 

-  Nigdy  nie  przypuszczałam,  Ŝe  potrafisz  grać 

nieczysto - powiedziała martwym głosem.

 

Po chwili juŜ jej nie było.

 

Furgonetka  odjechała  spod  domu.  Wokół  zapano-

wała cisza.

 

DrŜącymi  rękoma  Reid  wyciągnął  następnego  pa-

pierosa  i  zapalił  go.  Stał  pośrodku  kuchni,  zaciągając 
się głęboko. Był zły. Okropnie zły. Niech diabli wezmą 
tę nieznośną dziewczynę!

 

Prowadząc  furgonetkę  Siódmą  Aleją,  Callie  przy-

sięgała sobie, Ŝe się nie rozpłacze. Przynajmniej jeszcze

 

background image

 

138 

nie  teraz,  podczas  tej  pięciominutowej  jazdy  do  włas-
nego domu.

 

Była  rozgniewana.  Tak  bardzo,  jak  chyba  jeszcze 

nigdy w Ŝyciu. Pełna gniewu i zraniona. Nic dziwnego. 
Reid Dillon to czysty szaleniec! Zabijał się i nie myślał 
ani  o  sobie,  ani  o  niej.  Z  takim  człowiekiem  nie  była 
moŜliwa  Ŝadna  dyskusja.  Dopiero  teraz  Callie  zdała 
sobie  z  tego  sprawę.  Do  Reida  nie  docierały  logiczne 
argumenty, nie robiły na nim wraŜenia Ŝadne słowa.

 

A cóŜ one właściwie znaczą? Nic. Pragnienie zmiany 

musi  pochodzić  od  człowieka,  którego  miałaby  ona 
dotyczyć.  Reid  nigdy  nie  przestanie  palić  i  pić,  i  nie 
zmieni trybu Ŝycia, jeśli nie będzie mu na tym zaleŜało. 
Dlatego  nie  powinna  rozdzierać  szat  i  martwić  się  o 
coś, na co nie ma wpływu.

 

Dojechała  bezpiecznie  do  domu.  Ściągnęła  brudne 

ubranie i wzięła gorący prysznic.

 

Czuła  się  nieszczęśliwa  i  odrzucona.  śal  było  jej 

zarówno samej siebie, jak i Reida. Od samego począt-
ku  wiedziała,  Ŝe  jest  typem  męŜczyzny,  w  jakim  nie 
chciałaby się zakochać. I wcale się nie pomyliła. Teraz 
jednak  myśl  ta  była  niewielką  pociechą.  Nie  dawała 
Ŝ

adnej satysfakcji.

 

Callie  wytarła  się  ręcznikiem  i  włoŜyła  domowe 

wdzianko.  Poszła  do  sypialni  i  rzuciła  się  na  nie 
posłane  łóŜko.  W  półprzytomnym  stanie  przeleŜała 
popołudnie, wieczór i część nocy. Myślała, rozpaczała 
i płakała. Płakała i myślała. Wreszcie, chyba nieco po 
północy, udało się jej zasnąć.

 

Kiedy  zadzwonił  telefon,  bezwiednie,  siłą  przy-

zwyczajenia,  sięgnęła  po  omacku  do  budzika  i  wyłą-
czyła go. Ten dźwięk budził ją niezmiernie od lat. Ale 
tym razem dzwonienie nie ustawało.

 

background image

 

139 

Zdała sobie wreszcie sprawę z tego, Ŝe słyszy telefon, 

a  nie  budzik.  Przesunęła  się  na  drugą  stronę  łóŜka  i 
podniosła słuchawkę.

 

-  Halo?

 

Kto dzwoni w środku nocy? A moŜe to juŜ wczesny 

ranek?

 

-

 

Callie? 

-

 

Tak - odparła. - Głos docierający z drugiego końca 

linii był dobrze znany, ale brzmiał inaczej niŜ zwykle. 

-  Callie, jesteś mi potrzebna. 
Serce podeszło jej do gardła.

 

-

 

Reidzie,  co  z  tobą?  Czy  dobrze  się  czujesz?  - 

spytała zaniepokojona, zapalając równocześnie lampkę 
na nocnym stoliku. 

-

 

Nie  bardzo,  złotko,  nie  bardzo.  Chyba  jestem 

chory. Mam krwotok. 

Oprzytomniała w ciągu sekundy. Usiadła na brzegu 

łóŜka.  Jej  serce  biło  jak  oszalałe.  Kurczowo  zacisnęła 
dłoń na słuchawce.

 

-  Zaraz przyjadę. Nie ruszaj się. Zostań tam, gdzie 

jesteś.

 

Słyszała urywany oddech Reida.

 

-

 

Chyba nawet nie mógłbym się ruszyć. Trochę mi 

słabo. 

-

 

Och!  Czekaj  spokojnie.  Będę  za  dziesięć  minut. 

Słyszysz mnie? 

-

 

Tak.  Słyszę.  Za  dziesięć  minut  -  powtórzył  jej 

słowa. 

Głos  Reida,  mimo  Ŝe  zmieniony,  rozpoznałaby 

wszędzie  i  zawsze,  gdyby  nawet  płynął  z  drugiego 
końca świata.

 

-  Odkładam  słuchawkę,  kochanie  -  powiedziała 

czule. -I  juŜ jadę do ciebie.

 

background image

 

140 

WłoŜyła  błyskawicznie  dŜinsy  i  bluzkę.  Po  chwili 

biegła w stronę furgonetki.

 

Przejechała  oba  skrzyŜowania  przy  czerwonym 

ś

wietle.  Dzięki  Bogu,  o  trzeciej  nad  ranem  ruch  w 

Clarion był niewielki.

 

Dokładnie dziesięć minut później stała pod drzwia-

mi  Reida.  Miała  klucz,  ale  ręce  trzęsły  się  jej  tak 
bardzo,  Ŝe  nie  mogła  poradzić  sobie  z  otwarciem 
zamka.

 

Musiała  się  opanować.  Musiała  zachować  spokój  i 

przytomność umysłu.

 

Otworzyła  wreszcie  drzwi  i  weszła  do  środka. 

Zobaczyła, Ŝe w kuchni pali się światło.

 

-  Reidzie! - zawołała.

 

W mieszkaniu panowała cisza. Callie słyszała tylko 
własny głos i tykanie ściennego zegara. Zawołała 
jeszcze raz. Donośniej.

 

-

 

Reidzie! 

-

 

Jestem tutaj - dobiegła ją cicha odpowiedź. 

Znalazła  go  w  łazience  na  parterze.  Siedział  trzy-

mając  ręce  przy  twarzy.  Był  w  tym  samym  ubraniu, 
które miał rano na sobie.

 

Na  widok  Callie  uniósł  głowę.  Zobaczyła,  Ŝe  jest 

blady  jak  ściana.  Przód  koszuli  miał  poplamiony 
krwią.

 

-  O mój BoŜe! - wykrzyknęła mimo woli. 
Próbował się uśmiechnąć. Bezskutecznie. Był zlany

 

potem. Mokra koszula oblepiała tors.

 

-  Co się stało? - spytała niemal szeptem. 
W oczach Reida dojrzała ból.

 

-

 

Nie  wiem.  Sądzę  jednak,  Ŝe  powinienem  jechać 

do szpitala. 

-

 

MoŜesz iść o własnych siłach? 

background image

 

141 

-  Chyba nie dam rady. Po telefonie do ciebie ledwie 

tutaj się przywlokłem.

 

Nie, nie uda się jej dowieźć Reida samej. Jest zbyt 

cięŜki. A co będzie, jeśli zemdleje w drodze do furgone-
tki?

 

-  Poczekaj tutaj, wezwę karetkę. - Callie starała się 

mówić spokojnie.

 

Poszła  do  kuchni  i  ze  stojącego  tam  aparatu  wy-

kręciła numer pogotowia. Łamiącym się głosem poda-
ła nazwisko i adres Reida. Potem zapaliła światło nad 
gankiem i zostawiła otwarte frontowe drzwi.

 

Wróciła do Reida.

 

-  Przyjadą? - zapytał słabym głosem.

 

-  Tak. Niedługo - zapewniła. 
Upłynęło parę minut.

 

I  nagle  ciszę  nocną  rozdarł  przenikliwy  dźwięk 

sygnału. W Ŝyłach Callie zmroził krew.

 

-  Złotko...  -  Reid usiłował  coś  powiedzieć,  ale  nie 

był w stanie. Brakowało mu i słów, i sił.

 

Lekko ścisnęła mu ramię.

 

-  Wezmę furgonetkę i pojadę za wami.

 

Chwilę później sanitariusze sprawnie ułoŜyli Reida na 
noszach i wynieśli do karetki. Jeden z nich zwrócił się 
do Callie:

 

-

 

Wygląda pani bardzo  mizernie.  Proszę odpocząć 

i się odpręŜyć, zanim pojedzie pani za nami do szpitala. 
Nie chcemy, Ŝeby po drodze stało się pani coś złego. 

-

 

Ma pan rację - szepnęła. 

Po chwili znalazła się sama w opustoszałym domu.

 

Tę  noc  Callie  będzie  pamiętała  chyba  do  końca 

Ŝ

ycia.  PrzeŜyła  prawdziwy  koszmar.  Udało  się  jej 

dojechać  na  pogotowie  kilka  minut  po  tym,  kiedy 
karetka przywiozła tam Reida. Potem, jak potrafiła

 

background image

 

142 

najlepiej,  odpowiadała  na  zadawane  pytania.  Zastana-
wiała się, czy powinna natychmiast skontaktować się z 
rodziną Reida. Postanowiła jednak odłoŜyć to do rana.

 

Siedziała  sama  w  poczekalni  szpitalnej  i  patrzyła 

przed  siebie  nie  widzącymi  oczyma.  Potem  wstała  i 
zaczęła  chodzić  po  małym  pomieszczeniu.  Przemie-
rzyła  pokój  dziesięć  razy.  Sto.  MoŜe  nawet  więcej. 
Chodziła dopóty, dopóki nie ścierpły jej ramiona i nie 
rozbolały nogi.

 

TuŜ  tuŜ  przed  świtem  zza  wahadłowych  drzwi 

wyszedł  do  niej  lekarz  w  białym  kitlu,  Ŝeby  zamienić 
kilka  słów.  Miał  poszarzałą,  zmęczoną  twarz.  Podob-
nie jak Callie, był na nogach całą noc.

 

Kilka  minut  później  drzwi  otworzyły  się  znowu. 

Ukazał  się  w  nich  Reid.  Wyglądał  kiepsko,  ale  zna-
cznie lepiej niŜ wtedy, kiedy ostatni raz go widziała.

 

-  Doktor powiedział, Ŝe juŜ czujesz się lepiej i mo- 

Ŝ

esz wracać do domu - powtórzyła słowa lekarza.

 

Reid skinął głową i rozejrzał się po pustej salce.

 

-

 

Czekałaś  tu  na  mnie  całą  noc?  -  zapytał  dość 

ostrym głosem. 

-

 

Tak.  Mną  się  nie  przejmuj,  bardzo  cię  proszę. 

Czuję się dobrze. Jestem tylko trochę zmęczona. 

W  tym  momencie  uprzytomniła  sobie,  Ŝe  Reid  jest 

zły  dlatego,  iŜ  widziała  go  w  tak  okropnym  stanie. 
Niezadowolony, Ŝe przez całą noc czekała tutaj sama, 
aŜ  zrobią  mu  wszystkie  badania  i  lekarze  ustalą 
diagnozę.

 

Uznali,  Ŝe  nic  złego  mu  się  nie  stało.  Zaszkodził 

tylko  nadmiar  szampana  i  papierosów  wypalonych  na 
pusty Ŝołądek.

 

Callie bardzo uwaŜała, Ŝeby nie powiedzieć Reidowi:

 

background image

 

143 

a  nie  mówiłam?  Nie  dałoby  to  jej  satysfakcji.  Zresztą 
była  zbyt  zmęczona,  Ŝeby  go  pouczać.  Słaniała  się  na 
nogach.  Nie  była  nawet  w  stanie  mieć  pretensji  do 
Reida,  Ŝe  z  jego  powodu  spędziła  koszmarną  noc  w 
szpitalnej poczekalni.

 

-

 

JuŜ  świta  -  powiedział,  kiedy  opuścili  gmach 

szpitala  i  ruszyli  w  stronę  miejsca,  w  którym  Callie 
zostawiła furgonetkę. 

-

 

Tak. - Ziewnęła. Ledwie się powstrzymała, Ŝeby 

nie oprzeć głowy na ramieniu Reida. 

-

 

Poprowadzę  samochód.  Jesteś  wykończona.  - 

Reid wyjął kluczyki z rąk Callie. 

-

 

Dobrze - odparła. Jeśli sam chce, niech siada przy 

kierownicy. 

Po  kilku  minutach  znaleźli  się  w  domu  Reida. 

Weszli do kuchni.

 

Zapadło milczenie. Przerwała je Callie.

 

-

 

Co  robili  ci  w  szpitalu?  -  spytała  bez  większego 

zainteresowania. 

-

 

RóŜne  badania.  Potem  obserwowali  przez  jakiś 

czas,  dali  małe,  białe  tabletki  i  powiedzieli,  Ŝe  mam 
prowadzić  się  przyzwoicie.  Wreszcie,  na  szczęście, 
odesłali do domu. 

-

 

Naprawdę się przeraziłam - powiedziała Callie. 

-

 

Wiem,  złotko.  Sam  teŜ  porządnie  się  wystraszy-

łem.  -  Ręce  drŜały  mu  lekko,  kiedy  bezskutecznie 
próbował usunąć z koszuli ślady skrzepniętej krwi. 

Odwrócił się, otworzył jakąś szufladę i zaczął w niej 

szperać. Po chwili wyjął pudełko papierosów. Ściągnął 
celofanowy pasek i rozerwał opakowanie.

 

Callie  obserwowała  te  poczynania.  Stała  jak  wroś-

nięta  w  ziemię.  Nie  była  w  stanie  wykrztusić  słowa. 
Zaczęła powoli odsuwać się od Reida.

 

background image

 

144

-

 

O  co  chodzi?  -  zapytał.  Zobaczył,  jak  Callie, 

zataczając  się,  idzie  w  stronę  drzwi.  -  Złotko,  co  się 
stało? 

-

 

Czas na mnie. 

-

 

Chcesz iść? Dlaczego? 

Oczy Callie odzwierciedlały bezmiar rozpaczy i po-

niesionej klęski.

 

-  Czy  tego  nie  widzisz?  Czy  naprawdę  nic  nie 

rozumiesz?  -  Zrobiła  nieokreślony  ruch  ręką.  -  To 
wszystko  nie  ma  sensu.  Po  prostu  nie  ma  sensu. 
- Otworzyła drzwi i wyszła z kuchni.

 

Reid  stał  bez  ruchu.  Wpatrywał  się  w  miejsce,  w 

którym  przed  chwilą  znajdowała  się  Callie,  a  potem 
opuścił  wzrok  i  popatrzył  na  rękę,  w  której  tkwił 
papieros  -  takim  wzrokiem,  jakby  dopiero  teraz  go 
zobaczył. Rzucił soczyste przekleństwo i z furią zgniótł 
w palcach papierosa, zamieniając go w kupkę tytoniu.

 

background image

 

145

 
 
 
 
 
 
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

 

Callie prowadziła wóz w wariackim tempie. I nagle 

zdała sobie sprawę z tego, Ŝe nie ma ani po co, ani do 
kogo  się  spieszyć.  Zwolniła  i  zjechała  na  pobocze 
Siódmej  Alei.  Zatrzymała  się,  nie  wyłączając  silnika. 
Pochyliła głowę i oparła czoło na kierownicy.

 

Parę  minut  temu  opuściła  jedynego  męŜczyznę, 

jakiego kiedykolwiek kochała. Zostawiła go nie pierw-
szy raz. W ciągu niespełna doby zrobiła to dwukrotnie.

 

Dlaczego?  Dlatego,  Ŝe  była  przekonana,  iŜ  Reid 

sam się unicestwi. Pewnego dnia. Nie dzisiaj i nie jutro, 
lecz wtedy, kiedy skumulowane skutki niewłaściwego 
trybu Ŝycia sprowadzą na niego nieszczęście. Do tego 
dnia zostałoby jeszcze wiele czasu na miłość i wspólne 
przeŜycia.  Callie  będzie  tego  bardzo  brakowało.  Dla-
czego więc juŜ teraz zdecydowała się opuścić Reida?

 

Nazwał ją tchórzem, zapewne nie bez racji. Obawia-

ła  się  go  kochać?  A  moŜe  po  prostu  bała  się  innego 
Ŝ

ycia?  Gdzie  się  podziało  pokolenie  romantyków, 

którzy  woleli  kochać  i cierpieć  niŜ  nie  kochać wcale? 
Callie  odczuwała  strach  przed  miłością,  bo  bała  się 
stracić człowieka, którego pokochała.

 

Podniosła głowę znad kierownicy i popatrzyła przez 

przednią  szybę  furgonetki.  Zanim  poznała  Reida  Dil-
lona,  prowadziła  spokojne,  ustabilizowane  Ŝycie.  Do 
jej hermetycznego, bezpiecznego światka Reid wniósł

 

background image

 

146 

radość, podniecenie i emocje. śyjąc bez niego, będzie 
musiała poŜegnać się z radością, podnieceniem i emoc-
jami.  Pozostanie  nadal  w  bezpiecznym,  lecz  pustym 
ś

wiecie. Nie będzie miała własnego męŜczyzny.

 

Co  w  tej  chwili  pozostaje  właściwie  do  zrobienia? 

Było to trudne pytanie. Zakochała się przecieŜ po uszy 
i nawiązała bliski, intymny stosunek z męŜczyzną. Tak 
wyglądały fakty. Czy miała więc swobodę wyboru? A 
moŜe juŜ go dokonała?

 

Pokochała Reida Dillona.

 

Te trzy słowa wyjaśniały w zasadzie wszystko. Czy 

mogła  więc  go  opuścić?  Czy  jej  miłość  jest  tak  słaba, 
Ŝ

e  nie  przetrzyma  niszczycielskich  skutków  upływu 

czasu,  tego,  co  przyniesie  przyszłość?  Była  Reidowi 
teraz  bardziej  potrzebna  niŜ  kiedykolwiek.  I  sama 
takŜe 

go 

potrzebowała. 

Były 

to 

następne 

niezaprzeczalne  fakty,  które  naleŜało  wziąć  pod 
uwagę.

 

W tym momencie Callie powzięła decyzję. Wiedzia-

ła juŜ, co powinna zrobić.

 

Wyprostowała  się  na  niewygodnym  siedzeniu  fur-

gonetki i rozejrzała wokoło.

 

Zaparkowała  samochód  mniej  więcej  w  połowie 

drogi  między  domem  Reida  a  własnym.  Dzwony  na 
wieŜy pobliskiego kościoła obwieszczały właśnie szós-
tą  rano.  Na  szczęście  ruch  na  ulicy  panował  jeszcze 
niewielki.  Callie  ruszyła.  Wracała  do  Reida.  Wracała, 
aby odwaŜnie spojrzeć w przyszłość.

 

Dojechała do skrzyŜowania i brawurowo zawróciła 

furgonetkę,  ocierając  kołami  o  brzeg  trotuaru.  Miała 
teraz przed sobą prostą drogę. Dodała gazu.

 

Zahamowała przed czerwonym światłem na następ-

nym skrzyŜowaniu. I wtedy zobaczyła szarego buicka, 
nadjeŜdŜającego z przeciwnej strony.

 

background image

 

147 

To był Reid! Wyglądało na to, Ŝe jedzie do niej. 
Zatrzymali samochody obok siebie. Opuścili szyby.

 

-  Co  ty  wyczyniasz?  -  warknął  Reid.  -  Gdzie  się 

rozbijasz po nocy?

 

Callie nerwowo postukiwała palcami w kierownicę.

 

-

 

Nic. Jadę do... do kogoś. 

-

 

Do kogoś, kogo znam? 

-

 

Tak.  Chcę  z  panem  zaraz  porozmawiać,  panie 

Dillon. Załatwimy to w moim domu, czy w pańskim? 

-

 

U mnie - odparł Reid. Był zaskoczony. Bał się, Ŝe 

Callie w ogóle nie zechce go widzieć, a tu nagle sama 
zaproponowała rozmowę. Nic z tego nie rozumiał. 

Chwilę  później  zawrócił  buicka  i  ruszył  za  Callie. 

PodąŜali teraz oboje w jednym kierunku.

 

Z  uśmiechem  w  kącikach  ust,  Reid  obserwował 

wariacką  jazdę  kierowcy  furgonetki.  Była  strasznie 
zdezelowana, a puszki farby i inne narzędzia klekotały 
w tylnej, otwartej części samochodu.

 

Oba  samochody  stanęły  obok  siebie  na  podjeździe 

pod  domem.  W  oczach  Callie  Reid  dostrzegł  deter-
minację.

 

-  Zdajesz  sobie,  oczywiście,  sprawę,  Ŝe  oboje 

jesteśmy 

kiepskiej 

formie 

oświadczyła 

wyprzedzając go w drzwiach kuchni.

 

-  Nic  dziwnego  -mruknął  pod  nosem.  -Jest  szósta 

rano. Nie zmruŜyliśmy oka tej nocy.

 

Zignorowała tę uwagę.

 

-  Zakochałam  się,  Reidzie  Dillon.  I  wiem,  Ŝe  coś 

podobnego  przydarzyło  się  tobie.  Co  zrobimy  z  tym 
fantem?  Chcę  znać  odpowiedź  na  to  pytanie.  -  Wierz 
chem dłoni Callie przetarła oczy i smutnym wzrokiem 
popatrzyła na Reida. - Co... co z nami będzie? -dodała 
prawie niedosłyszalnym szeptem.

 

background image

 

148 

Stał  na  lekko  rozstawionych  nogach  i  trzymał  ręce 

w kieszeniach.

 

-  Och, czy ty naprawdę uwaŜasz, Ŝe taką rozmowę 

moŜna  prowadzić,  mając  pusty  Ŝołądek?  -  Westchnął 
głęboko.

 

-  Pusty  Ŝołądek?  -  powtórzyła.  Znaczenie  słów 

Reida do Callie nie dotarło.

 

-

 

Chodzi o mój pusty brzuch, złotko - wyjaśnił siląc 

się  na  spokój.  -  O  ten  sam,  który  sprawił  nam  dziś  w 
nocy tyle kłopotów. 

-

 

Ile chcesz jajek? - spytała szybko. 

Poczuła  się  nagle  szczęśliwa.  Podeszła  szybko  do 

lodówki.  Wyciągnęła  karton  świeŜych,  wiejskich  jaj, 
mleko i masło.

 

Ta  dziewczyna  w  kuchni  zachowuje  się  wspaniale, 

pomyślał  rozentuzjazmowany  Reid.  Uwielbiał  obser-
wować zwinne ruchy Callie, kiedy krzątała się między 
zlewozmywakiem  a  stołem  kuchennym.  Była  połącze-
niem  dwóch  kobiet.  Staroświeckiej  i  nowoczesnej. 
Zarówno w kuchni, jak i w łóŜku.

 

-  Proszę  o  dwa  jajka.  -  Reid  zaczął  wyciągać 

sztućce, talerze i filiŜanki. Ustawił je na stole. -Wolisz 
herbatę czy mleko? - zapytał.

 

Nastawiła wodę w czajniku.

 

-Mleko.  -  Jak  przykładnie  i  nienagannie  zachowu-

jemy  się  teraz  oboje,  pomyślała  Callie,  rozbijając 
delikatnie ostatnią skorupkę jajka nad rondlem z lekko 
wrzącą  wodą.  Tak  jak  byśmy  zapomnieli  o  nocnej 
awanturze  i  innych  przeŜyciach.  Instynkt  samoza-
chowawczy to cudowna rzecz.

 

-  Śniadanie  było  świetne.  Gotujesz  znakomicie 

- piętnaście minut później Reid pochwalił Callie, kiedy po 
posiłku siedzieli na wprost siebie przy kuchennym stole.

 

background image

 

149 

-  Dziękuję  -  odparła  z  uśmiechem.  -  Zawsze 

będziesz u mnie mile widzianym gościem. Kiedy tylko 
zechcesz.

 

Reid odłoŜył widelec i popatrzył w oczy Callie tak 

przenikliwie, Ŝe aŜ to ją zatrwoŜyło.

 

-

 

Właśnie  o  tym  chciałem  porozmawiać  -  powie-

dział powaŜnym głosem. 

-

 

O moim gotowaniu? 

-

 

Nie.  O  „kiedy  tylko  zechcesz".  Pragnę,  Ŝebyś 

wiedziała,  jak  bardzo  jestem  ci  wdzięczny  za  pomoc 
ostatniej nocy. Chyba ci nawet jeszcze nie podziękowa-
łem. 

Callie wyciągnęła rękę nad stołem i dotknęła dłoni 

Reida.

 

Wiesz przecieŜ, Ŝe moŜesz zawsze na mnie liczyć. 

Odwrócił głowę, popatrzył w okno, a potem pono- 

wnie na Callie. W jego oczach dojrzała refleksy słońca.

 

-  Jesteś mi potrzebna, Callie. Na zawsze.

 

Jego niski głos sprawił, Ŝe zadrŜała. A to, co mówił, 

było wyznaniem miłości.

 

-  Wczoraj wygadywałem róŜne okropne rzeczy.

 

Puścił rękę Callie i zrobił się niespokojny. ZauwaŜy-

ła jednak, Ŝe starym zwyczajem nie sięgnął po papiero-
sa.

 

-

 

Ja  teŜ  robiłam  to  samo  -  przyznała  drŜącym 

głosem.  -  Chyba  oboje  tego  Ŝałujemy.  Spróbujmy 
wybaczyć sobie i zapomnieć. 

-

 

Nie! - wykrzyknął Reid. Chwycił Callie za rękę. - 

Nie chcę zapominać tego, co usłyszałem, bo trafiłaś w 
dziesiątkę!  Masz  rację,  kochanie,  Ŝe  to  Ŝycie  wymaga 
odwagi.  Zabijałem  się  powoli,  poniewaŜ  nie  chciałem 
dopuścić myśli, Ŝe moŜe mi się stać coś złego. To chyba 
męska cecha. - Ściskał teraz mocno dłoń Callie. 

background image

 

150

-  Jesteś  mi  potrzebna.  Nie  na  dziś  czy  jutro,  lecz  na 
wszystkie  dni  i  noce,  które  są  przed  nami.  Na  za- 
wsze.

 

Łzy, które ukazały się w oczach Callie, były łzami 

radości.

 

-  Czy jesteś tego pewny? - spytała.

 

-Tak, moja słodka. PomóŜ mi zdobyć wszechświat. 

I siebie.

 

Callie oparła głowę na rękach.

 

- Miałeś rację. Od początku wiedziałeś -powiedziała 

zduszonym głosem - Ŝe kocha się ludzi takimi, jacy są. 
Miałeś rację - powtórzyła. - To ja się myliłam.

 

-  Podniosła  głowę  i  wzrokiem  pełnym  miłości  popa- 
trzyła  na  Reida.  -  Nie  będę  próbowała  cię  zmienić. 
Chcę być z tobą na dobre i na złe, razem stawiać czoło 
przeciwnościom  losu.  Czy  przebaczysz  mi  tchórzost- 
wo? Czy wybaczysz ucieczkę? Bałam się swojej miłości, 
ale  mam  to  juŜ  poza  sobą.  Chcę  cieszyć  się  dniem 
dzisiejszym.

 

-  A co z jutrem? - zapytał Reid. Wstał i obszedł stół 

dokoła. Wziął Callie za rękę i podniósł ją z krzesła.

 

-

 

Zobaczymy  -  odparła,  patrząc  mu  z  czułością  w 

oczy. - Teraz liczy się tylko ta chwila. 

-

 

To  chodź  do  łóŜka.  -  Nie  czekając  na odpowiedź 

pociągnął ją za sobą, ku schodom na piętro. 

-  Dobrze,  kochany.  -  Callie  nie  była  w  stanie 

powstrzymać  ziewnięcia.  -  Chodźmy.  Marzę  o  tym, 
Ŝ

eby wreszcie zasnąć.

 

-  Nie miałem na myśli spania - mruknął pod nosem 

Reid, kiedy stanęli w drzwiach sypialni.

 

Pomógł  Callie  się  rozebrać  i  połoŜył  ją  do  łóŜka. 

Potem zdjął szybko ubranie i wyciągnął się obok niej. 
Zasnęli w pełnym świetle budzącego się nowego dnia...

 

background image

 

151 

Callie otworzyła powoli oczy. Było późne popołu-

dnie. Odwróciła głowę i zobaczyła, Ŝe Reid przygląda 
się  jej  uwaŜnie  brązowozłotymi  oczyma,  które  od 
początku tak bardzo ją intrygowały.

 

-Spałaś  prawie  dziesięć  godzin  -powiedział 

głosem,  w  którym  przebijała  nuta  zniecierpliwienia. 
Przysunął się do Callie i objął ją mocno ramieniem. - 
Nic  zresztą  dziwnego.  Po  takich  przeŜyciach  byłaś 
wykończona.

 

-Ty  teŜ  miałeś  wszystkiego  dość  -  szepnęła  roze-

spana. Z trudem otworzyła szerzej oczy i popatrzyła z 
bliska na Reida. Był zadumany. 

-O  czym  myślisz?  -  spytała.  Dotknęła  lekko 

palcem jego zmarszczonych brwi. 

Mamy  pewien  problem,  złotko  -  odparł,  zde- 

jmując z twarzy jej rękę i przykładając do ust.

 

Callie stała się niespokojna.

 

-  Masz problem? - powtórzyła.

 

-Aha  -  potwierdził.  -  Jest  nas  dwoje,  a  mamy  aŜ 

trzy  domy.  Dwa  w  Clarion  i  jeden  w  Pittsburghu. 
Kiedy  się  pobierzemy,  wystarczy  nam  tylko  jeden. 
Coś trzeba będzie zrobić z pozostałymi. 

-Masz rację - szepnęła. Z Reidem mogłaby zamie-

szkać  nawet  w  lepiance.  To  oczywiste,  Ŝe  przykro 
będzie  zostawić  własny  domek  i  ukochany  ogród. 
Przysięgła sobie jednak, Ŝe juŜ nigdy przedmioty ani 
przyroda  nie  staną  się  dla  niej  waŜniejsze  niŜ 
człowiek. 

- Ten  problem  jest  łatwo  rozwiązać.  -  Callie 

przycisnęła  wargi  do  kącika  ust  Reida.  -  Sprzedam 
dom w Clarion i przeniosę się do Pittsburgha.

 

-Zrobisz to dla mnie? 
-Oczywiście, głuptasie. - Roześmiała się radośnie. 
W oczach Reida dojrzała teraz prawdziwe 
szczęście. 

Objęła go i przyciągnęła mocno do siebie.

 

background image

 

152 

-  Kochany,  przecieŜ  wiesz,  Ŝe  dla  ciebie  byłabym 

gotowa  zrezygnować  ze  wszystkiego.  -  Odkrywała 
przed nim serce. - Poza tobą nic się nie liczy. Prawdę 
mówiąc, nieco inaczej wyobraŜałam Ŝycie z męŜczyz- 
ną, ale mówi się trudno. I wcale nie jestem pewna, czy 
chciałabym  coś  zmieniać...  -  Przeciągnęła  językiem 
wzdłuŜ  warg  Reida.  Ogarnęło  ją  podniecenie.  Od 
sunęła  głowę  i  przymruŜonymi  oczyma  popatrzyła  na 
leŜącego obok męŜczyznę. - Wygląda jednak na to, Ŝe 
mamy inny, większy problem niŜ uporanie się z doma- 
mi.

 

-Jasne. - Przyciągnął Callie mocno do siebie, dając 

do zrozumienia, Ŝe wie dobrze, o co chodzi.

 

-

 

Zrozumiałeś  mnie  opacznie  -  zaprotestowała  ze 

ś

miechem.  -  Problem  polega na  tym,  Ŝe  jest  nas tylko 

dwoje, a mamy w piwnicy aŜ trzy wschodnie dywany. 

-

 

No  to  postaramy  się  o  trójkę  dzieci  i  pewnego 

pięknego  dnia  kaŜde  dostanie  w  spadku  po  jednym  - 
zaproponował Reid. 

-

 

A  czy  nie  byłoby  łatwiej  po  prostu  wyrzucić  te 

szmaty? - szepnęła, świadoma coraz intensywniejszych 
pieszczot Reida. 

-  MoŜe  łatwiej,  ale  mniej  zabawnie  -  odrzekł 

stłumionym głosem. Całował teraz jej piersi.

 

-  Punkt  dla  ciebie.  -  Callie  jęknęła  pod  wpływem 

dotyku rąk Reida.

 

LeŜeli teraz nago na łóŜku, oświetleni promieniami 

popołudniowego  słońca  przenikającego  przez  koron-
kowe firanki.

 

Reid uniósł głowę i oparł się na łokciach.

 

-  Złotkę,  jestem  jeszcze  ci  winien  tysiąc  dolarów. 

Sprytny biznesmen dorzuciłby do tego parę centów

 

background image

 

153

i  pewnego  dnia zainwestował...  powiedzmy  w  sklep  z 
antykami.

 

-

 

Powiedzmy  -  powtórzyła  Callie.  -  Gdyby  udało 

mu się znaleźć właściwego wspólnika, który poprowa-
dzi cały interes. 

-

 

Och,  to  chyba  jest do  załatwienia  -mruknął  Reid, 

odrywając na chwilę wargi od gładkiej skóry Callie. 

-

 

Dla  sprytnego  biznesmena  nie  będzie  to  Ŝaden 

problem:.  -  Callie  odsunęła  usta  od  rozgrzanej  szyi 
Reida. 

-

 

A czy wiesz, kochanie, Ŝe nie dopuszczę do tego, 

Ŝ

ebyś sprzedała swój domek? Jest przecieŜ nieodłączną 

częścią  ciebie.  Sądzę,  Ŝe  będzie  najlepiej,  jeśli  po-
zbędziemy  się  domu  po  dziadkach,  a  twój  zostawimy 
jako miejsce na weekendowe wypady i wakacje. 

-

 

Och,  jesteś  wspaniały!  Cudowny!  -  Serce  Callie 

wypełniła głęboka wdzięczność. - Dziękuję! 

Reid popatrzył na nią z czułością.

 

-Musimy  szybko  załatwić  formalności.  Nie  zamie-

rzam ryzykować, Ŝe znów mi uciekniesz. Czy zgadzasz 
się  zostać  moją  Ŝoną,  Callie  Jean  Foster?  Na  zawsze. 
Na  dobre  i  na  złe.  Ze  swojej  strony  przyrzekam,  Ŝe 
postaram  się  być  męŜem  dobrym  i  troskliwym.  Za-
dbam nie tylko o ciebie, lecz takŜe o... siebie. No cóŜ - 
westchnął  głęboko  z  udawaną  rezygnacją  -  unormuję 
tryb  Ŝycia.  Będę  jadł  zdrowsze  potrawy.  Postaram  się 
nie palić i nie pić alkoholu. Spróbuję, złotko.

 

-  Reidzie...  -  zaczęła  Callie.  Przygniatał  ją  teraz 

całym ciałem. Poruszyła się niespokojnie.

 

-Pozwól mi mówić. Jeszcze nie skończyłem - prze-

rwał  jej  Reid.  Znowu  westchnął.  Cała  ta  sprawa 
wymagała więcej wysiłku, niŜ się spodziewał. - A ty? 
Czy będziesz mnie kochała?

 

background image

 

154 

-Tak.  Zawsze!  -  zapewniła  gorąco,  zanim  zamknął 

jej usta swoimi wargami.

 

Pocałunek był cudowny.

 

W ramionach Reida czuła się szczęśliwa i bezpiecz-

na.  Pragnęła  tego  męŜczyzny.  JuŜ  teraz  wiedziała  na 
pewno, Ŝe to na Reida Dillona czekała całe Ŝycie.

 

Oderwał na chwilę wargi od jej ust.

 

-

 

Od dziś nie  musisz  się niczego  bać -  powiedział, 

przyciągając  Callie  mocno  do  siebie.  -  Zapamiętaj  to 
sobie  na  zawsze.  Zawsze  będę  obok.  Wystarczy,  Ŝe 
sięgniesz ręką. 

-

 

Przyrzeknij - poprosiła. 

-  Przyrzekam.  Sięgnij  po  mnie,  kochanie.  Weź 

mnie. Całego.

 

-  Bardzo cię pragnę, Reidzie. Chcę cię. Całego. 
Zamilkli, bo dalsze słowa miłości zastąpiła rozkosz

 

wzajemnego oddania.

 

Znaleźli się we własnym zaczarowanym świecie, w 

którym  było  wszystko,  co  najpiękniejsze.  Egzotyczne 
orchidee,  szczyty  gór  i  przestworza  oceanów.  Te 
przeŜycia  były  ich  wspólnym  pragnieniem,  a  zarazem 
najgłębszym sekretem.

 

Upłynęło  wiele  czasu,  zanim  powrócili  na  ziemię. 

Ostatnie  promienie  słońca  stojącego  nisko  nad  hory-
zontem złociły ich obnaŜone ciała.

 

-

 

Jak się czujesz? - zapytał Reid. 

-

 

Hmm - odparła Callie. 

-AŜ tak dobrze? - Roześmiał się radośnie. -Ja czuję 

się świetnie. Wspaniale.

 

-

 

Jak zawsze - mruknęła, odwracając się na bok. 

-

 

Mogę przenosić góry! - entuzjazmował się Reid. 

Pocałował Callie i całym ciałem przylgnął do jej 

pleców.

 

background image

 

155 

-

 

Co  ty  właściwie  robisz?  -  spytała,  czując  nowe 

pieszczoty. 

-

 

Sądziłem,  Ŝe  to  oczywiste  -  odrzekł  ze  śmiechem  i 

znów zaczął ją całować. 

-

 

Jesteś  pewny,  Ŝe...  Ŝe  wolno  ci  znów  to  robić?  - 

zapytała.  Rzeczywiście  niepokoiła  się  o  samopoczucie 
Reida. 

Wziął ją w ramiona i popatrzył jej w oczy. 
-  Wierz  mi,  złotko.  Jesteś  dokładnie  tym  lekarst- 

wem, jakie doktor mi zalecił. Wierz mi. 

Uwierzyła.