background image

 

 

PAULA  MARSHALL 

 

ODNALEZIONA  MARKIZA 

 

Tłumaczyła Anna Kruczkowska 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Jesień 1812 roku  

-  No  nie  -  odezwał  się  Marcus,  lord  Angmering,  w  typowy  dla 

niego,  prostodusznie  żartobliwy  sposób  -  przecież  małżeństwo  to 

absurd!  Nie  rozumiem,  dlaczego  wszyscy  tak  się  do  niego  palą. 

Utrzymanka  jest  znacznie  wygodniejszym  rozwiązaniem.  Taka 

kobieta nie ma prawa wtrącać się do twego życia i spotykasz się z nią 

tylko wtedy, kiedy masz na to ochotę.  

-  Jak  zatem  chcesz  rozwiązać  problem  ciągłości  rodu?  W  naszej 

sferze  dziedziczenie  to  bardzo  istotna  kwestia;  chodzi  przecież  o 

majątek i tytuł - cedząc słowa, zapytał jego nowy przyjaciel, Jack. Był 

podobno  dalekim  krewnym  rozgałęzionej  rodziny  Percevalów,  -  To 

jest  przecież  możliwe  tylko  w  ramach  uświęconego  związku,  czyli 

małżeństwa.  

-  Dobry  Boże  -  odparł  Marcus,  który  nadal  trwał  w  żartobliwym 

nastroju.  -  w  mojej  sytuacji  nie  ma  z  tym  żadnego  problemu.  Nie 

muszę  się  żenić;  mam  przecież  dwóch  dorastających  przyrodnich 

braci.  Niech  inni  mężczyźni  dają  się  zakuwać  w  kajdany,  ja  wolę 

zostać kawalerem.  

Marcus  nie  dodał,  że  nieudane  małżeństwa  -  a  znał  ich  wiele  - 

skutecznie  go  zniechęcały  do  ożenku.  W  jego  przypadku  było  to 

zupełnie  zrozumiałe.  Dziś  tylko  dlatego  pozwolił  sobie  na  taką 

szczerość  w  tej  kwestii,  że  wypił  o  parę  kieliszków  za  dużo  i  miał 

lekko zaćmiony umysł.  

background image

Rzadko sobie na to pozwalał, a nigdy się nie upijał. Jednak dzień 

dzisiejszy  był  wyjątkowy;  jeden  z  jego  bliskich  znajomych,  Nick 

Cameron,  ożenił  się  właśnie  ze  znaną  z  urody  i  inteligencji  panną 

Ateną Filmer i oblewał tę uroczystość w gronie przyjaciół.  

- Odnoszę wrażenie, jakby zapanowała jakaś epidemia. Co chwila 

ktoś staje na ślubnym kobiercu. Nigdy przedtem tego nie było - mówił 

dalej  Marcus,  pociągając  kolejny  łyk  porto,  chociaż  w  zasadzie  nie 

przepadał za tym trunkiem. - Moja siostra również wychodzi za mąż; 

ślub został zaplanowany na Boże Narodzenie. W domu z tego powodu 

panuje  taki  zamęt,  jakby,  nie  przymierzając,  chodziło  o  koronowaną 

głowę. Nie mogę zrozumieć, dlaczego wszyscy tak się tym ekscytują. 

Widocznie  jest  to  bardzo  zaraźliwe.  Co  do  mnie,  na  pewno  nie 

poddam się tej modzie i nie porzucę wolnego stanu.  

- Możemy się założyć? - zapytał przeciągle Jack.  

-  Dlaczego  nie?  Pieniądze  będą  jak  darowane,  bo  wiem,  że 

wygram.  

- Doskonale. Kelner! -  zawołał Jack gromkim głosem. - Przynieś 

mi papier i pióro. Szybko, zanim mój przyjaciel się rozmyśli.  

-  W  żadnym  razie  -  zapewnił  go  Marcus.  Spojrzał  na  niego  z 

pogardą znad swego wydatnego nosa. Tylko taki idiota jak Jack może 

sądzić,  że  on,  Marcus  Cleeve,  jest  chorągiewką,  która  zmienia 

kierunek  za  każdym  razem,  kiedy  wiatr  powieje  inaczej.  Jeżeli  tak 

uważa, to znaczy, że zupełnie go nie zna.  

Jego  prześladowca  wciąż  na  niego  spoglądał  i  uśmiechał  się 

domyślnie,  tak  jak  gdyby  tylko  on  jeden  z  całego  towarzystwa  znał 

background image

przyszłość  Marcusa.  Po  chwili  zadyszany  kelner  przyniósł  żądane 

przedmioty.  

- A teraz - oznajmił Jack, uśmiechając się promiennie - pozostaje 

tylko  pytanie,  o  jaką  sumę  się  zakładamy?  Pięćset  gwinei? 

Utrzymujesz,  że  nie  ożenisz  się  przed  upływem  roku?  Ja  jestem 

innego  zdania.  Jeżeli  przegrasz,  zapłacisz  mi  sumę  wymienioną  w 

umowie.  

Marcus  nie  był  na  tyle  pijany,  żeby  nie  brać  pod  uwagę  takiej 

ewentualności.  Jeśli  przegra,  pięćset  gwinei  pójdzie  w  błoto,  choć 

teraz przysiągł sobie pozostać do końca życia kawalerem. Kto wie, co 

się może zdarzyć? Nie sprzeciwi się przecież ojcu, jeżeli ten uzależni 

przekazanie  mu  rodowego  majątku  i  tytułu  od  poślubienia  jakiejś 

posażnej panny. Prawdę mówiąc, ojciec wielokrotnie czynił uwagi na 

ten temat w rozmowie ze swoim najstarszym synem.  

-  Czas  najwyższy,  abyś  się  wreszcie  ustatkował,  Marcusie. 

Małżeństwo wpływa stabilizująco na mężczyznę.  

- Myślę, że i bez tego jestem wystarczająco stateczny - zazwyczaj 

ripostował wtedy Marcus i ucinał rozmowę. Nie chciał sprzeczać się z 

ojcem.  

W  tej  chwili,  mimo  że  mocno  podchmielony,  odpowiedział 

Jackowi z powagą:  

- Pieniądze to nie wszystko.  

Nazajutrz  rano  miał  pomyśleć  posępnie,  że  wyłącznie  pijaństwu 

zawdzięcza,  że  tak  lekkomyślnie  zaryzykował  całkiem  spore 

background image

pieniądze.  Szkoda,  że  nie  zwalił  się  pod  stół  nieprzytomny,  zanim 

zaczął wychwalać zalety kawalerskiego stanu.  

- Nie przepadam za hazardem - dodał jeszcze na zakończenie.  

-  Czas  najwyższy,  abyś  zaczął  -  odparł  Jack.  Był  namiętnym 

graczem  i  chciał  zarazić  swą  pasją  Marcusa.  -  Nie  próbuj  udawać 

biedaka,  Angmering.  Wszyscy  wiemy,  że  twój  ojciec  zrobił  wielki 

majątek podczas pobytu w Indiach.  

- To prawda, ale ja nie jestem moim ojcem. Niech będzie dwieście 

pięćdziesiąt i przy tej sumie zostańmy.  

Nie  mógł  już  wycofać  się  z  zakładu,  to  nie  byłoby  godne 

dżentelmena,  nie  mówiąc  już  o  utytułowanym  potomku  wysokiego 

rodu.  

- Trzysta - zaproponował z nadzieją w głosie Jack. Nie wiadomo 

dlaczego,  ale  przyszło  mu  do  głowy,  że  taki  gorący  zwolennik 

kawalerskiego  stanu  jak  jego  przyjaciel  może  faktycznie  być 

zagrożony utratą tej tak cennej dla niego wolności.  

-  Dwieście  pięćdziesiąt  i  ani  grosza  więcej  -  oświadczył 

stanowczym tonem Marcus. - W przeciwnym razie nici z zakładu.  

-  Dobrze,  niech  ci  będzie.  Jack  nagryzmolił  warunki  umowy, 

podpisał  się  i  podsunął  papier  Marcusowi,  aby  zrobił  to  samo. 

Następnie  przekazał  dokument  swym  podpitym  towarzyszom,  którzy 

niepewną ręką złożyli na nim podpisy w charakterze świadków.  

-  A  więc  załatwione.  A  teraz,  panowie,  proponuję  zmienić  lokai. 

Kto jest za tym, aby odwiedzić „Węglową Jamę”?  

background image

- Ja rezygnuję - oświadczył Marcus, który miał już dość na dzisiaj 

towarzystwa  Jacka.  -  Nie  byłbym  w  stanie  się  tam  dowlec  -  dodał, 

kładąc  głowę  na  zaśmieconym  stole  i  zamykając  oczy.  Zasnął  albo, 

jak podejrzewali koledzy, udawał, że się zdrzemnął.  

Marcus  nie  symulował,  żeby  pozbyć  się  męczącej  kompanii.  Po 

godzinie  kelner,  który  ich  uprzednio  obsługiwał,  z  trudem  zdołał  go 

dobudzić.  Pomógł  mu  dojść  do  drzwi  i  wezwał  powóz,  żeby  go 

odwiózł  do  domu.  Słowo  „dom”  w  wypadku Marcusa nie było  może 

adekwatne  do  rzeczywistości.  Budynek  przy  Berkeley  Square  był 

londyńską  siedzibą  jego  ojca  i  miejscem,  które  Marcus  rzadko 

odwiedzał, ponieważ nigdy nie był pewien, jak zostanie przyjęty.  

Kiedy  znalazł  się  w  łóżku,  zasnął  kamiennym  snem  i  spał  przez 

wiele  godzin.  Obudził  go  lokaj,  przypominając,  że  po  południu 

obiecał  swej  siostrze  Sophii,  iż  zabierze  ją  na  przejażdżkę  do  Hyde 

Parku.  Byli  tam  umówieni  z  jej  narzeczonym  księciem  Sharnbrook, 

który chciał ich przedstawić jednej ze swych nobliwych ciotek.  

Lokaj  przyniósł  mu  do  łóżka  śniadanie  oraz  tacę  ze  szklanką  i 

karafką. Marcus wypił porto, krzywiąc się niemiłosiernie, ale trunek i 

jedzenie  uspokoiły  nieco  jego  podrażniony  żołądek.  Jest  nadzieja,  że 

jeszcze pożyje!  

Na  przyszłość  muszę  uważać  z  piciem,  przyrzekł  sobie  solennie. 

Weźmy  tylko  przykład  Sywella,  popatrzmy,  dokąd  go  ono 

zaprowadziło.  Od  dawna  leży  w  grobie  i  na  dodatek,  jak  okropnie 

zszedł z tego świata!  

background image

Poczuwszy się lepiej, postanowił wstać z łóżka i przywitać nowy 

dzień.  Nie  przypuszczał,  aby  ojciec  był  jeszcze  w  domu,  a  Sophia  z 

pewnością wkrótce zacznie się szykować na spotkanie z narzeczonym. 

Świetnie  byłoby  mieć  dom  dla  siebie,  poczytać  „Morning  Post”, 

zadzwonić  po  kawę,  poprzeciągać  się,  poziewać,  a  nawet  trochę 

podrzemać.  

Zasługiwał  na  małe  wakacje  i  odrobinę  spokoju  po  ciężkich 

trudach  zarządzania  północnymi  włościami  ojca.  Szczęśliwie 

doprowadził je wreszcie do kwitnącego stanu. Zanim do tego doszło, 

pod  rządami  ostatniego  dzierżawcy  przedstawiały  obraz  zupełnej 

ruiny.  

Los  jednak  zrządził  inaczej.  Schodząc  na  dół,  przy  wejściu  na 

klatkę schodową zobaczył młodą kobietę. Marcus nigdy przedtem nie 

widział  równie  uroczego  stworzenia. Stała, jakby  specjalnie  na niego 

czekała.  Miała  lekko  kręcone  włosy,  których  złoty  odcień 

przypominał  kruszec  wydobywany  we  francuskiej  kolonii  zwanej 

Gwineą i tak jak on przebłyskiwał tonami delikatnej czerwieni. W jej 

powabnej  twarzyczce  szczególną  uwagę  zwracał  mały  zuchowaty 

nosek i usta tak słodkie i kruszące, że Marcus od razu poczuł ochotę, 

aby je ucałować.  

Figurę miała również powabną - zręczną i zgrabną, co sprawiało, 

że  wyglądała  jak  mała  Wenus.  Marcus  uwielbiał  ten  typ  urody  u 

kobiety.  Ubrana  była  tak,  jak  lubił,  z  gustowną  prostotą,  cechującą 

prawdziwą elegancję. Miała na sobie jasnozielony wyjściowy kostium 

background image

z wykończeniami w delikatnym cytrynowym kolorze, który doskonale 

pasował do barwy jej oczu i płomienistych włosów.  

Urocze  stworzenie  było  w  towarzystwie  służącej,  która  stała  za 

nią  z  wielkimi  pudłami  w  rękach.  Lokaj  w  nieznanej  Marcusowi 

liberii co chwila wnosił do holu dalsze podobne pudła. Wydawali się 

czekać  i  żadne  z  nich  nie  spostrzegło  schodzącego  ze  schodów 

mężczyzny.  

Może  to  gość?  Nie  słyszał  jednak,  aby  lokaj  anonsował  czyjeś 

przybycie.  Marcus,  zaintrygowany  i  rycerski  jak  zwykle,  zwrócił  się 

do damy z pytaniem:  

- Gzy mogę pani w czymś pomóc, madame?  

Jego  mała  Wenus  odwróciła  się  zaskoczona  i  obrzuciła  go 

uważnym spojrzeniem. Stał przed nią postawny, krzepki i muskularny 

mężczyzna. Spoglądał na nią z wysoka. Oceniła, że mierzył nie mniej 

niż sześć stóp.  

- Z kim mam przyjemność, sir?  

Głos  również  pasował  do  jej  ujmującej  powierzchowności.  Był 

dźwięczny  i  melodyjny.  Mówiła  z  akcentem,  który  wskazywał,  że 

może  być  z  pochodzenia  Francuzką.  Jej  twarzyczka  wydała  mu  się 

znajoma.  Odniósł  wrażenie,  jakby  już  gdzieś  ją  widział,  a  zarazem 

gotów był przysiąc, że nigdy jej przedtem nie spotkał. Z pewnością by 

zapamiętał takie prześliczne stworzenie.  

Skłonił się nisko.  

-  Jestem  Marcus  Angmering,  do  usług.  Najstarszy  syn  hrabiego 

Yardleya,  jak  przypuszczalnie  pani  wiadomo.  A  ja,  z  kim  mam 

background image

przyjemność,  madame?  Czyżby  lokaj  nie  zaanonsował  pani?  To 

nieładnie pozwalać, żeby pani czekała w holu.  

-  Bardzo  to  uprzejmie  z  pana  strony  -  odparła  półgłosem  dama  - 

ale  proszę  się  nie  kłopotać.  Lokaj  właśnie  poszedł  powiadomić  lady 

Sophię i jej matkę o moim przybyciu. Jestem madame Felice, modiste. 

Mam zaszczyt projektować ślubną suknię lady Sophii i jej małżeńską 

wyprawę.  

Ta odpowiedź wyjaśniała wszystko - pudła, lokaja oraz francuski 

akcent;  większość  znanych  krawcowych  w  Londynie  była 

Francuzkami.  Na  Marcusie  już  od  dawna  żadna  kobieta  nie  zrobiła 

takiego  wrażenia  od  pierwszego  rzutu  oka.  Jeśli  kreacje  madame 

dorównywały  pięknością  projektantce,  to  Sophia  rzeczywiście  może 

nazywać  się  szczęściarą.  Będzie  ubrana  przez  największą  mistrzynię 

krawieckiego fachu w stolicy.  

Co  teraz  powiedzieć?  Nie  mógł  pozwolić,  aby  oddaliła  się  i 

zniknęła z jego życia, a on nie podjął żadnej próby, żeby podtrzymać 

ich  znajomość.  Pod  tym  ostatnim  pojęciem  Marcus  rozumiał,  rzecz 

jasna,  dalsze,  mniej  oficjalne  spotkania,  a  w  bardziej  odległej 

perspektywie możliwość zrobienia z niej swojej kochanki. A mówiąc 

bardziej  konkretnie,  liczył,  że  po  prostu  uda  mu  się  zaciągnąć  ją  do 

łóżka.  

Marcus  znał  francuskie  powiedzenie  coups  de  foudre.  Odnosiło 

się do sytuacji, w której kobieta robi na mężczyźnie takie wrażenie, że 

ten  zakochuje  się  w  niej  od  pierwszego  wejrzenia.  Przedtem  Marcus 

na  samą  myśl  o  takiej  sytuacji  zaśmiewał  się  do  łez.  Zawsze  chełpił 

background image

się  swym  beznamiętnym  stosunkiem  do  życia  i  miłości.  A  teraz, 

proszę, sam znalazł się w takim niewygodnym położeniu.  

Zaledwie kilka minut temu schodził po schodach, wesoły, pewny 

siebie  i  wolny  jak  ptak,  ale  nim  znalazł  się  na  dole,  para  zielonych 

oczu i śliczna twarzyczka sprawiły, że zupełnie stracił pewność siebie 

i tylko z trudem klecił banalne zdania.  

Musiał być ze sobą szczery: wprost oniemiał z wrażenia. Jedynym 

wyjaśnieniem  jego  dziwnego  zachowania  był  ascetyczny  tryb  życia, 

jaki od dłuższego już czasu prowadził w Northumberland. Mieszkanie 

na  odludziu  nie  sprzyjało  uciechom.  Całkowicie  poświęcił  się  pracy, 

która  wysysała  z  niego  wszystkie  siły  i  tamowała  chęć do  miłosnych 

igraszek.  

Już  miał  zrobić  kolejną  banalną  uwagę,  która  prawdopodobnie 

utwierdziłaby  tylko  madame  w  przekonaniu,  że  jest  skończonym 

bałwanem,  kiedy  nadszedł  Cardew,  kamerdyner.  Za  nim  pojawili  się 

dwaj  lokaje;  ci  ostatni  mieli  nosić  niezliczone  pudła  z  galanterią 

madame.  Było  tego  tyle,  że  ich  zawartością  można  by  obdzielić  nie 

jedną, ale pięć panien młodych, pomyślał Marcus.  

-  Tędy,  madame  Felice  -  polecił  kamerdyner,  prowadząc  całą 

grupę  po  schodach  na  górę.  Przechodząc  obok  Marcusa,  który  sam 

ustąpił im z drogi i zszedł do holu, powiedział uniżenie:  

- Za pozwoleniem, milordzie.  

Marcus  skinął  mu  głową  z  roztargnieniem.  Madame,  mijając  go, 

skłoniła  się  lekko.  Spoglądał  na  nią  tęsknym  wzrokiem,  dopóki  nie 

zniknęła za zakrętem schodów. Pomyślał później, że musiał wyglądać 

background image

jak  kompletny  cymbał,  którego  nagły  przypływ  żądzy  zupełnie 

ogłupił.  

 

Madame  Felice,  która  w  rzeczywistości  wcale  się  tak  nie 

nazywała,  nie  odwróciła  głowy  i  nie  spojrzała  na  mężczyznę,  który 

przyglądał się jej z taką ciekawością. Była przyzwyczajona do tego, że 

wszędzie,  gdziekolwiek  się  pojawiała,  budziła  zainteresowanie  płci 

odmiennej.  

Dotyczyło  to  mężczyzn  w  różnym  wieku  i  z  rozmaitych 

środowisk. Ich natrętne, a często zuchwałe spojrzenia nie robiły już na 

niej  wrażenia.  Wiedziała,  że  dżentelmen  schodzący  po  schodach  to 

Marcus  Cleeve,  lord  Angmering,  najstarszy  syn  hrabiego  Yardleya. 

Widziała  go  ostatnio  na  przejażdżce  w  Hyde  Parku,  którą  odbywał 

tylko w towarzystwie chłopca stajennego.  

Rozpoznała  go  od  razu,  mimo  że  wiele  wody  upłynęło  od  czasu, 

kiedy, będąc małą dziewczynką, spotkała go spacerującego w pobliżu 

opactwa  Steepwood.  Z  jego  zachowania  wynikało,  że  jej  nie  poznał. 

Nie  było  to  dla  niej  zaskoczeniem.  Wiedziała,  że  bardzo  się  od  tego 

dnia  zmieniła.  Poza  tym  fakt,  że  mówiła  z  francuskim  akcentem, 

chociaż udawanym, musiał ostatecznie rozproszyć wątpliwości, jeżeli 

je miał.  

Zważywszy,  że  większość  mężczyzn  z  tak  zwanych  wyższych 

sfer uważała modiste za dobrą zwierzynę, za coś pośredniego między 

aktorką  a  kobietą  lekkich  obyczajów,  nie  było  zaskakujące,  że  i  ją 

traktowali  podobnie.  W  rezultacie  ona  również  zachowywała  się  jak 

background image

tropione  zwierzę  -  broniąc  się  przed  napastnikami  na  wszelkie 

możliwe sposoby.  

Och,  dobrze  znała  ten  wyraz  malujący  się  w  oczach  Marcusa 

Angmeringa.  Widziała  go  już  tyle  razy!  To  spojrzenie  mówiło,  że 

bardzo  mu  się  podoba  i  że  przypuszcza,  iż  to  uznanie  jej  pochlebia. 

Pomyślała, że może krzywdzi go takim posądzeniem, ale była prawie 

pewna,  że  się  nie  myli.  Życie  dało  jej  niejedną  nauczkę,  a  ta  była 

jedną  z  tych,  o  których  nigdy  nie  powinna  zapominać,  jeżeli  nadal 

chce bezpiecznie egzystować.  

W tej chwili musi jednak przestać o nim myśleć i skoncentrować 

się  na  zadaniu,  które  przywiodło  ją  tutaj.  Mimo  to  nie  bardzo  mogła 

się  przemóc.  Wciąż  się  zastanawiała,  co  by  pomyślał  Marcus 

Angmering,  gdyby  znał  jej  historię,  prawdziwe  nazwisko  oraz 

wiedział, jakie więzy - chociaż dalekie - łączą ich ze sobą. Jak on by 

wtedy na nią spojrzał?  

Co powiedziałby, gdyby wiedział, że madame Felice nazywała się 

kiedyś  Louise  Hanslope  i  była  żoną  nieżyjącego  już  i  ogólnie 

znienawidzonego  markiza  Sywella?  Uciekła  od  niego  do  Londynu, 

gdzie, udając francuską modiste, założyła pracownię krawiecką i stała 

się  w  krótkim  czasie  najbardziej  wziętą  projektantką  mody  i 

krawcową szyjącą na zamówienia miejscowej arystokracji.  

A przechodząc bardziej do sedna, co by powiedział, gdyby odkrył, 

że  nie  jest  nawet  Louise  Hanslope?  To  ostatnie  też  nie  było  jej 

prawdziwym  nazwiskiem.  Była  mianowicie  córką  od  dawna 

nieżyjącego  kuzyna  ojca  Marcusa  -  nigdy  nie  pamiętała  którego  - 

background image

bliższego  czy  dalszego  i  w  związku  z  tym  powinno  się  ją  tytułować 

lady  Louise  Cleeve.  Jak  dotąd  nie  miała  jednak  środków,  okazji  ani 

chęci, by dowieść ludziom prawdy o swoim pochodzeniu.  

Gdyby  wszystko  działo  się  zgodnie  z  prawem,  ona  również 

mogłaby oczekiwać, że wyjdzie za mąż za człowieka z wyższych sfer. 

Wówczas to jej by szyto ślubną wyprawę, a nie odwrotnie. Ona musi 

je  szyć  teraz  dla  innych  wysoko  urodzonych  kobiet.  Nie  mogła 

stłumić  złośliwego  chichom,  kiedy  wyobraziła  sobie  minę,  jaką  by 

zrobił Marcus, gdyby zwróciła się do niego „kuzynie”.  

Przestań,  nakazała  sobie  w  duchu  stanowczo.  Rzeczywistość  jest 

taka, jaka jest, a ponieważ nie ma na nią rady, musisz pilnować pracy, 

z  której  żyjesz,  czyli  teraz  przygotować  małżeńską  wyprawę  dla 

kuzynki  Sophii.  Kreacje  madame  Felice,  ulubionej  krawcowej 

londyńskiej  socjety,  powinny,  jak  zwykle,  być  eleganckie  i 

olśniewające.  

-  Śliczna,  prześliczna  -  zachwycała  się  Marissa,  lady  Yardley, 

obchodząc dookoła Swą córkę.  

Sophia  stała  przed  długim  lustrem  i  mierzyła  wytworną  ślubną 

suknię kremowego koloru.  Louise przywiozła ją  w ogromnym pudle, 

jednym  z  tych,  które  Marcus  widział  w  holu.  Sophia  z  podziwem 

przyglądała się swemu odbiciu.  

-  Ta  toaleta  jest  dokładnie  taka,  jak  sobie  wymarzyłyśmy:  ja  i 

córka  -  powiedziała  z  uznaniem  lady  Yardley.  -  Jest  niezwykle 

wytworna,  właśnie  przez  swoją  prostotę,  i  nie  przeładowana 

ozdóbkami.  Na  figurze  wygląda  nawet  lepiej  niż  na  szkicach,  które 

background image

widziałyśmy  u  pani  w  pracowni.  Jeżeli  reszta  wyprawy  jest  równie 

udana,  to  będziemy  sobie  gratulować  decyzji,  że  to  właśnie  panią 

zatrudniłyśmy. Czyż nie tak, córeczko?  

-  Tak,  mamo,  ale  nie  jestem  zaskoczona,  że  suknia  jest  taka 

piękna.  Widziałam  ślubną  wyprawę  obecnej  żony  Nicka  Camerona, 

która również była dziełem madame. Po prostu rwała oczy, taka była 

wspaniała.  Cieszę  się  jednak,  że  moje  suknie  nie  są  podobne  do 

strojów Ateny.  

Na  szczęście  madame  Felice  wzięła  pod  uwagę  moje  fizyczne 

warunki,  a  nie  najnowsze  trendy  w  modzie,  co  w  tym  szczególnym 

przypadku tylko wyszło sukni na dobre. Ja w strojach Ateny na pewno 

nie wyglądałabym korzystnie, a ona natomiast nie czułaby się dobrze 

w moich. Mamy odmienny typ urody i różną karnację.  

-  To  prawda  -  potwierdziła  jej  matka.  -  Madame,  należą  się  pani 

gratulacje. Nie mogę doczekać się chwili, kiedy zobaczę minę księcia 

Sharnbrook, kiedy ujrzy córkę w tej kreacji w kościele.  

-  Jest  pani  dla  mnie  bardzo  uprzejma  -  skinęła  głową  Louise,  z 

wdziękiem przyjmując komplementy. - Na szczęście, natura szczodrze 

obdarzyła zarówno pani córkę, jak i pannę Atenę; obydwie są piękne i 

mają  doskonałe  figury.  Szyć  dla  nich  to  czysta  przyjemność. 

Problemy powstają wtedy, kiedy przychodzi mi projektować stroje dla 

osób, które los pozbawił podobnych atutów.  

Stały  w  sypialni  Sophii,  zarzuconej  już  gotowymi  sukniami  i 

sztukami materiałów, z których miały być uszyte dalsze kreacje. Panie 

zamówiły również u madame bieliznę dla Sophii - nocną i dzienną. W 

background image

tym  celu  Louise  przywiozła  ze  sobą  próbki  materiałów  i  kilka 

gotowych wzorów, a także parę sztuk cięższej odzieży, na zimniejsze 

dni,  jak  płaszcz  i  żakiet  w  husarskim  stylu,  które,  jak  uważała, 

również będą Sophii potrzebne.  

Gdy lady Yardley zjawiła się w jej pracowni z prośbą, aby uszyła 

dla jej córki ślubną wyprawę, Felice lub Louise, jak zawsze nazywała 

siebie  w  myślach,  początkowo  zdecydowana  była  odmówić. 

Próbowała  zasłonić  się  nawałem  pracy  i  krótkim  terminem.  Myśl,  że 

przekroczy  progi  budynku,  który  mogła  nazwać  przecież  śmiało 

swoim domem, i że spotka tam krewnych, nie mających pojęcia o jej 

prawdziwej tożsamości, była dla niej bardzo denerwująca.  

Ale  potem  spoglądając  spoza  pleców  lady  Yardley  w  długie 

lustro, w którym i jej postać się również odbijała, powiedziała sobie w 

duchu:  nie  będę  szukać  wykrętów.  Przyjmę  to  zamówienie.  Zawsze 

stawiałam  czoło  przeciwnościom  losu.  Nigdy  od  niczego  nie  ucieka-

łam,  wyjąwszy  tego  łotra  Sywella.  I  od  tego  zadania  też  nie  będę 

uciekać.  

Poza tym, kto wie, co się może zdarzyć?  

Teraz,  kiedy  już  znalazła  się  w  domu  Yardleyów,  odczuła  nawet 

pewien rodzaj złośliwej satysfakcji z tego powodu. Oto wtargnęła do 

gniazda  Cleeve'ów  niczym  kukułka,  a  jego  właściciele  nie  mieli 

pojęcia,  kim  jest  pierzaste  stworzenie,  które  się  w  nim  pojawiło. 

Oczywiście, nie jestem żadną kukułką, poprawiła się w duchu Louise, 

tylko takim samym ptakiem jak oni!  

background image

Rzecz jasna, żadnej z tych myśli, które krążyły jej po głowie, nie 

wyraziła.  Uklękła  przed  Sophią,  aby  zaznaczyć  szpilkami  długość 

sukni  -  chciała  ukazać  jej  ładne  kostki  -  a  także  tu  i  ówdzie  coś 

zmienić lub dodać. Sugerowała też delikatnie obu paniom, jaki rodzaj 

biżuterii  najlepiej  pasuje  do  ślubnej  sukni.  Louise  była  zdania,  że 

panna młoda nie powinna obwieszać się nadmiernie klejnotami.  

- Ma pani zupełną rację - zgodziła się lady Yardley. - Bardzo mi 

się podobała ślubna wyprawa uszyta przez panią dla córki Tenisonów. 

Powiedziano  mi,  że  sprzeciwiła  się  pani  matce  panny  młodej,  która 

koniecznie  chciała  obwiesić  córkę  błyskotkami,  niczym  bożonaro-

dzeniową choinkę.  

Moim  zdaniem,  największym  atutem  panny  młodej  jest  jej 

niewinność  i  czystość  i  właśnie  te  elementy  należy  w  sukni  ślubnej 

uwypuklić,  czy  to  przez  niepokalaną  biel  tkaniny,  prostotę  i 

szlachetność  kroju,  czy  też  dyskretną  biżuterię.  Boże  uchowaj, 

żadnych  bransolet,  wisiorów  lub  broszek.  Będzie  czas  nosić  je 

później, kiedy świeżość pierwszej młodości przeminie.  

-  To  prawda  -  przytaknęła  Louise,  z  gracją  podnosząc  się  z 

klęczek  i  przy  okazji  odsłaniając  własną  zgrabną  kostkę  -  szczegół, 

który  Marcusa  z  pewnością  wprawiłby  w  zachwyt,  gdyby  mógł  być 

przy  tym  obecny.  -  Bardzo  to  pani dobrze  ujęła,  milady,  jeżeli  mogę 

się tak wyrazić.  

Uważaj,  zwróciła  sobie  w  duchu  uwagę,  nie  przesadzaj  z 

uniżonością. Godne zachowanie znacznie bardziej popłaca.  

background image

Nawyk  prowadzenia  rozmowy  w  myślach  wziął  się  u  Louise 

jeszcze z czasów dzieciństwa i przetrwał aż do tej chwili. Poza Ateną 

Filmer, obecnie Ateną Cameron, nie miała przyjaciółek, musiała więc 

sobie  stworzyć  ich  namiastkę.  Ożywiła  w  wyobraźni  postać 

wyimaginowanej  przyjaciółki  z  lat  dziewczęcych,  z  którą  często 

wiodła spory, ale która, wiedziała, zawsze będzie przy niej.  

Na  koniec,  po  tym,  kiedy  już  wszystkie  szczegóły  związane  ze 

strojami  panny  młodej  zostały  omówione  i  ostatecznie  zatwierdzone, 

Louise  zdjęła  miarę  z  lady  Yardley.  Matka  panny  młodej  z  okazji 

ślubu córki również musiała mieć nową kreację.  

Suknia  winna  być  elegancka  i  wytworna,  ale  też  na  tyle 

stonowana, aby nie przyćmiewać strojów weselnych gości. Louise już 

po  raz  kolejny  stwierdziła,  że  szyć  dla  lady  Sophii  i  jej  mamy  było 

prawdziwą przyjemnością. Były nie tylko uprzejmymi klientkami, ale 

także odznaczały się podobnym jak ona gustem.  

Lady Yardley  w młodości nie była  może  wybitną pięknością, ale 

jej  rysy,  charakter  i  wrodzona  dystynkcja  sprawiały,  że  łata  -  była  w 

średnim wieku - nie tylko nie nadwerężyły jej urody, ale nawet jakby 

dodały  uroku.  W  każdym  razie  wyglądała  obecnie  znacznie  ko-

rzystniej  niż  niejedna  kobieta,  którą  uważano  za  ładną,  kiedy  była 

młodą dziewczyną.  

Louise  zastanawiała  się  czasami,  jaka  była  pierwsza  żona  lorda 

Yardleya.  Jedna  z  plotek,  które  doszły  do  jej  uszu,  głosiła,  że 

małżeństwo nie należało do udanych, w przeciwieństwie do obecnego, 

które ogół określał jako bardzo szczęśliwe.  

background image

Rzecz  jasna,  nie  były  to  jednak  tematy,  które  mogła  poruszyć  w 

rozmowie  ze  swymi  klientkami,  ale  zważywszy  na  fakt,  że,  bądź  co 

bądź, była to jej rodzina, nawet jeżeli ten interesujący szczegół nigdy 

nie miał ujrzeć światła dziennego, jej zainteresowanie tymi sprawami 

było rzeczą całkowicie naturalną.  

Zastanawiała  się,  czy  uda  jej  się  zobaczyć  Marcusa  przed 

wyjściem. Nie był przystojny w powszechnym rozumieniu tego słowa 

-  w  przeciwieństwie  do  swego  ojca  -  ale  emanowały  z  niego  ukryta 

siła  i  moc,  które  w  szczególny  sposób  przemawiały  do  wyobraźni 

Louise.  

A  tak  w  ogóle,  to  czy  uroda  ma  jakieś  znaczenie?  Sywell  w 

młodości  był  bardzo  przystojnym  mężczyzną,  ale  w  późniejszych 

latach  tak  się  zmienił  na  niekorzyść,  że  nikt  by  tego  nie  zdołał 

odgadnąć.  

Louise  nie  dociekała,  dlaczego  chciała  raz  jeszcze  zobaczyć 

Marcusa  -  zwłaszcza  że  od  czasu  małżeństwa  z  Sywellem  starała  się 

unikać  mężczyzn.  Ten  jedyny  mężczyzna  w  jej  życiu  był  takim 

potworem, że nic dziwnego, iż przysięgła sobie nigdy więcej nie mieć 

z nimi do czynienia.  

W  świetle  tego  wszystkiego  wrażenie,  jakie  sprawił  na  niej 

Marcus Angmering, wydawało się jej tym dziwniejsze.  

 

Marcus  odkrył,  że  ojciec  został  w  domu  tego  ranka.  Zazwyczaj 

wychodził o tej porze do klubu lub - rzadziej - do parlamentu.  

background image

Wszedł do biblioteki w poszukiwaniu „Morning Post” i zobaczył, 

że  hrabia  już  tam  jest.  Marcus  odniósł  wrażenie,  że  ojciec  ostatnio 

jakby  podupadł  na  zdrowiu.  Siły  wyraźnie  przestały  mu  dopisywać. 

Miał też dziwnie bladą, prawie przezroczystą cerę, która sprawiała, że 

wyglądał  na  starszego,  niż  był  w  rzeczywistości.  Niemniej,  kiedy 

zobaczył wchodzącego syna, wyraźnie się ożywił.  

Napięte stosunki z najstarszym synem były dla hrabiego źródłem 

wielkiego  zmartwienia.  Panowała  między  nimi  jakaś  sztuczność  i 

zakłopotanie,  mające  związek  przypuszczalnie  z  nieudanym 

małżeństwem  z  matką  Marcusa.  Lorda  Yardleya  pocieszała  myśl,  że 

Marcus i Marissa byli ze sobą w dobrej komitywie.  

Marcus  szanował  macochę,  ponieważ  uczyniła  jego  ojca 

szczęśliwym  i  zarządzała  domem  sprawną  i  sprawiedliwą  ręką.  Lady 

Yardley  lubiła  i  ceniła  Marcusa  przede  wszystkim  za  prawość 

charakteru i uczciwość, z jaką podchodził do życia i ludzi.  

-  Witaj,  Angmering,  zamierzałem  właśnie  z  tobą  porozmawiać  - 

zaczął ojciec. - Jest kilka spraw, które pragnę z tobą przedyskutować. 

Nie  chodzi  o  interesy  -  przejrzałem  dokumenty  i  sprawozdania,  jakie 

przywiozłeś  z  północy,  wraz  z  twoim  raportem  o  zmianach,  które 

poczyniłeś w systemie zarządzania tamtejszymi posiadłościami.  

Jestem  niezwykle  zadowolony  z  rezultatów  twojej  pracy.  Już 

dawno  powinienem  pozbyć  się  Sansoma  -  z  latami  stawał  się  coraz 

mniej  efektywny  i  coraz  gorzej  gospodarował.  Brak  mi  słów  uznania 

dla  zmian,  jakie  tam  wprowadziłeś,  i  sposobu,  w  jaki  usprawniłeś 

administrowanie moim majątkiem.  

background image

Chcę  pomówić  o  bardziej  osobistych  sprawach.  Mam  błogą 

nadzieję, że weźmiesz sobie moje słowa do serca. Aż za dobrze wiem, 

jak bardzo cenisz sobie wolność i jak niechętny jest twój stosunek do 

małżeństwa.  Muszę  jednak  prosić  cię  znowu,  abyś  rozważył 

ewentualność  poślubienia  odpowiedniej  osoby  -  nie  tylko  po  to,  aby 

zapewnić ciągłość rodu i przejąć po mnie majątek rodzinny, ale przede 

wszystkim dlatego, iż pragnę, abyś znalazł w nim tyle szczęścia co ja 

z  moją  drogą  Marissą.  Nie  chcę,  żeby  ta  sprawa  nas  poróżniła,  ale 

czuję się w obowiązku wyrazić swoje zdanie na ten temat.  

Marcus wiedział, że ojcu niełatwo przyszła ta prośba. Świadczył o 

tym sposób, w jaki się wysławiał - mówił powoli i z rozwagą dobierał 

słowa.  Było  to  bardzo  do  niego  niepodobne;  zazwyczaj  był  dość 

szorstki i mówił bez ogródek, co myśli o danej sprawie.  

Czuł  się  w  obowiązku  szczerze  przedstawić  ojcu  własne  racje. 

Ostatnimi  czasy,  zwłaszcza  od  kiedy  ujawnił  swoje  organizacyjne  i 

gospodarskie talenty  w północnych włościach ojca, istniejący między 

nimi  dystans  się  zmniejszył.  W  rezultacie  odpowiedź  Marcusa  była 

dyplomatycznym kompromisem.  

-  Wiesz,  ojcze,  że  nie  jestem  wielkim  zwolennikiem  instytucji 

małżeństwa i wolałbym trwać w kawalerskim stanie, jak długo się da. 

Nie  podjąłem  tej  decyzji  lekkomyślnie.  Oprócz  mnie  masz  jeszcze 

dwóch synów, którzy, na dodatek, dobrze się zapowiadają. Wszystko 

wskazuje  na  to,  że  wyrosną  na  godnych  następców  swego 

szlachetnego rodzica i zapewnią ciągłość rodu.  

Hrabia przerwał mu niecierpliwie.  

background image

- Może i tak będzie, Marcusie, ale los bywa kapryśny i nie można 

liczyć,  że  zawsze  będzie  nam  sprzyjał.  W  ostatnich  latach  widziałem 

wiele  podobnych  przykładów.  Rodziny,  w  których  było  po  kilku 

synów, w wielu przypadkach potraciły ich w wyniku nieszczęśliwych 

zdarzeń lub choroby. Majątek i tytuł przeszedł w inne, nieznane ręce - 

dostał  się  ludziom,  którzy  nie  mieli  żadnych  danych,  aby  godnie 

pełnić rolę przedstawiciela rodu, i w konsekwencji nie cenili tego, co 

tak łatwo im się dostało.  

Nie  chciałbym  pozbawić  możliwości  dziedziczenia  majątku  i 

tytułu  ani  Edmunda,  ani  Edwarda,  ani  też  któregokolwiek  z  ich 

synów,  ale  to  właśnie  od  ciebie  chciałbym  doczekać  się  przyszłego 

dziedzica.  Pragnę  tego  tym  bardziej,  że  wyrosłeś  na  wyjątkowo 

odpowiedzialnego i rozsądnego człowieka. Moim gorącym życzeniem 

jest, abyś się ożenił, i to  w niedługim czasie. Wiem, że nie mogę cię 

zmusić  -  ale,  proszę,  rozważ  ponownie  tę  prośbę.  Jesteś  mądrym 

człowiekiem,  a  ja  nie  mogę  zrobić  nic  więcej,  jak  tylko  gorąco 

apelować do twego rozumu i serca.  

Marcus skłonił głowę.  

-  Dobrze,  sir,  zrobię  tak,  jak  sobie  życzysz.  Pomyślę  o 

małżeństwie.  Dotychczas  jednak  nie  spotkałem  nikogo,  z  kim 

chciałbym  dzielić  resztę  życia.  Jakkolwiek  wygląda  prawda  o  twoim 

małżeństwie  z  moją  matką,  to  obecny  twój  związek  z  Marissą  jest  z 

pewnością  niezwykle  udany.  Gdybym  spotkał  kogoś  chociaż  w 

połowie tak wartościowego...  

background image

Urwał  i  wzruszył  ramionami.  Następnie  rozłożył  ręce  i  mówił 

dalej:  

- Na razie nikogo takiego nie poznałem. Jeżeli jednak to nastąpi, 

bez  wahania  pójdę  w  twoje  ślady.  W  tej  chwili  nie  mogę  ci  obiecać 

nic więcej.  

Pojednawcze  stanowisko  syna  wyraźnie  ucieszyło  lorda.  Miał 

nadzieję, że Marcus mówił szczerze, a nie tylko starał się go uspokoić.  

-  Doskonale  -  odrzekł.  -  Chciałbym,  żebyś  pozostał  w  Londynie 

jeszcze  przez  jakiś  czas.  Potem  wszyscy  razem  pojedziemy  do 

Northampton,  aby  świętować  małżeństwo  Sophii.  Książę  Shambrook 

bardzo na to nalegał. Przyrzekłem uczynić zadość jego życzeniu.  

Proszę  tylko  Boga,  aby  paskudna  historia  związana  z 

morderstwem  Sywella  nie  rzuciła  cienia  na  to  radosne  wydarzenie. 

Przyjaciel  z  Ministerstwa  Spraw  Wewnętrznych  poinformował  mnie 

ostatnio,  że  nic  nowego  w  tej  sprawie  nie  wykryto.  Nadal  nie 

wiadomo, kto popełnił zbrodnię. Kłopot polega na tym, że wiele osób 

życzyło mu śmierci, ale brakuje dowodów, kto spośród podejrzanych 

jest zabójcą.  

Marcus zmarszczył brwi. Wiedział, że krążą plotki, iż jego ojciec 

jest  zamieszany  w  tę  zbrodnię,  ale  nie  wierzył,  aby  to  było  prawdą. 

Spodziewał się, że morderca zostanie wkrótce odnaleziony i że płotki 

wreszcie  ucichną.  Istnienie  Sywella,  niczym  ciemna  chmura,  wisiało 

nad  rodem  Cleeve'ów,  a  jego  intrygująca  okrutna  śmierć  jedynie  tę 

chmurę powiększyła zamiast ją rozpędzić.  

background image

-  Przyszły  mi  do  głowy  dwa  pytania  -  odezwał  się.  -  Pierwsze 

dotyczy  młodej  markizy,  żony  Sywella.  Co  się  z  nią  mogło  stać? 

Drugie  to:  dlaczego  śledztwo  w  sprawie  zabójstwa  toczy  się  tak 

ospale?  Biorąc  pod  uwagę  niegodziwy  charakter  Sywella,  jego 

podłość  i  krzywdy,  które  wyrządził  tylu  ludziom,  nie  wyłączając 

ciebie,  sir.  trudno  się  oprzeć  refleksji,  dlaczego  nie  potraktować  jego 

zamordowania jako swego rodzaju zadośćuczynienia za zło, które ten 

łajdak wyrządził społeczeństwu i swoim licznym ofiarom. Sywell był 

chwastem, który, tak czy inaczej, należało wyrwać.  

- No cóż - odpowiedział ojciec - w tych smutnych czasach, kiedy 

przeciwnicy  ustalonego  porządku  dochodzą  do  głosu  i  wzniecają 

wokół  niepokoje,  gdy  duch  rewolucji  francuskiej  ciągłe  nas  straszy, 

rządzący  są  zdania,  że  zamordowanie  arystokraty,  nawet  jeśli  był  to 

taki niegodziwiec jak Sywell, nie powinno ujść bezkarnie.  

Co się tyczy jego  zaginionej żony,  wydaje się, że organa śledcze 

podejrzewają,  że  to  sam  Sywell  jej  się  pozbył  i  że  dalsze 

poszukiwania markizy,  jako  ewentualnej  morderczyni,  są tylko  stratą 

czasu.  Poza  tym,  jak  wskazują  ślady,  zabójca  był  mężczyzną,  a  nie 

kobietą.  

Marcus wzruszył ramionami.  

- W obydwu twoich przypuszczeniach tkwi ziarno prawdy. Zaś co 

do  jego  żony,  to  rzecz  jasna,  dopóki  nie  znajdą  ciała,  wszystkie 

hipotezy są dopuszczalne.  

- To prawda. Odkąd jednak opactwo i pozostałe grunta wróciły do 

mnie  po  tym,  jak  Solomon  Burneck  wyznał,  że  mój  kuzyn  nie  tylko 

background image

został  podstępem  wyzuty  z  majątku,  ale  na  dodatek  zamordowany 

przez  Sywella, sprawa jej losu bardzo leży mi na sercu. Jeśli żyje, to 

musi być w wielkiej nędzy. Chętnie bym coś dla niej zrobił. Wiem, że 

Sywell  obchodził  się  z  nią  okrutnie.  Musiała  przejść  koszmar.  Nikt, 

kto  znał  niegodziwy  charakter  tego  człowieka,  nie  będzie  tym 

zaskoczony.  

Po  jakimś  czasie  Marcus  miał  przypomnieć  sobie  rozmowę  z 

ojcem na temat zaginionej żony Sywella i na myśl o niej uśmiechnąć 

się  niewesoło.  Temat  markiza  został  wyczerpany,  więc  skorzystał  z 

okazji,  aby  przedyskutować  z  Ojcem  niektóre  dalsze  zmiany,  jakie 

zamierzał poczynić w północnych posiadłościach, a następnie zostawił 

ojca  i  skierował  się  na  dół,  do  holu,  aby  sprawdzić,  czy  jego  blond 

Wenus  jest  jeszcze,  czy  już  wyszła.  Jeżeli  nie  wyszła,  to  postara  się 

znaleźć sposób, aby zamienić z nią kilka słów.  

Z  bieganiny  po  schodach  wywnioskował,  że  madame  Felice 

wprawdzie  wciąż  jeszcze  przebywała  w  domu,  ale  że  już  szykuje  się 

do  wyjścia.  Pudła  i  kartony  z  galanterią  i  kapeluszami  oraz  barwne 

sztuki  materiałów  wynoszono  z  holu  do  jej  powozu.  Ona  sama 

trzymała  się  na  uboczu,  kierując  operacją  równie  sprawnie  jak 

Wellington swymi wojskami na polu bitwy.  

Wspaniałe!  Musi  teraz  wymyślić  jakiś  sensowny  pretekst,  aby 

zatrzymać  ją  tutaj  przez  kilka  minut,  starając  się  równocześnie,  żeby 

jego  wysiłki  wypadły  możliwie  naturalnie.  Na  szczęście  los  mu 

sprzyjał.  Dwaj  lokaje  wynieśli  właśnie  ostatnie  bagaże  madame 

Felice;  ona  sama  została  jeszcze  w  holu  ze  swą  małą  podręczną 

background image

torebką.  W  pewnym  momencie  drzwi  otworzyły  się  szeroko  i  dwaj 

przyrodni bracia Marcusa hałaśliwie wdarli się do środka, mocując się 

ze  sobą.  Idący  za  nimi  guwerner  bezskutecznie  próbował  ich 

mitygować.  

Zajęci  zabawą,  nie  zauważyli  madame  Felice.  W  ferworze  walki 

jeden  z  nich  zawadził  ją  ramieniem  i  popchnął na  ścianę.  Widząc to, 

Marcus jednym susem przeskoczył ostanie dwa stopnie i rzucił się do 

nich.  Pochwycił  jednego  chłopca  za  ucho,  drugiego  za  nadgarstek, 

zanim nauczyciel zdążył ich rozdzielić i skarcić.  

-  Dość  tego!  -  odezwał  się  ostro  Marcus.  -  Rozkazuję  wam  na 

kolanach przeprosić madame.  

- Puść nas, Marku Antoniuszu! - wykrzyknął jeden z chłopców. - 

My się przecież tylko bawimy. Nie wiedzieliśmy, że ktoś tu jest.  

-  Teraz  już  wiecie.  Ani  słowa  więcej.  Klękajcie  i  jazda, 

przepraszać panią!  

- Bardzo przepraszamy i tak dalej - powiedział arogancko drugi z 

chłopców, ale posłusznie ukląkł. Oberwało mu się za to zuchwalstwo 

od Marcusa, który szturchnął go boleśnie.  

Louise odstąpiła od ściany. Cios był lekki i niezbyt go odczuła, a 

cała  scena  z  Marcusem  w  roli  anioła  zemsty  dość  ją  ubawiła.  Miała 

już  do  czynienia  z  chłopcami  w  tym  wieku  i  dlatego  podchodziła  do 

ich wybryków z tolerancją.  

Mistrzyni w pracowni krawieckiej francuskiej emigrantki, u której 

Louise  uczyła  się  fachu,  miała  trzech  takich  urwisów.  Louise  często 

przyłączała  się  do  ich  zabaw,  ale  kiedy  ze  swawolnej  dziewczynki 

background image

stała  się  młodą  damą,  zrozumiała,  że  chłopięce  wybryki  czasami  źle 

się kończą.  

- Ci dwaj chłopcy przed panią - wskazał Marcus na klęczących i 

proszących  o  przebaczenie  urwisów  -  to  dwaj  Nedowie,  Edward  i 

Edmund... Jak saksońscy królowie, na cześć których zostali nazwani, 

nigdy nie przyswoili sobie dobrych manier.  

- Mama twierdzi, że jesteśmy już za starzy, abyś nas tak nazywał - 

zauważył  starszy  z  bliźniaków,  Edward, który  pierwszy  przyszedł  na 

świat. Drugi urodził się dwie minuty po nim.  

- To prawda - przyznał Marcus, naśladując ulubiony zwrot swego 

ojca.  -  A  ja  z  kolei  też  już  jestem  za  stary,  byście  nazywali  mnie 

Markiem Antoniuszem.  

-  Jesteś  naszym  bratem,  ale  tak  nas  musztrujesz,  jakbyś  co 

najmniej był naszym wujem - nadal buntował się Edward.  

- Daj spokój, Nedzie Pierwszy - uspokajał go Edmund, który miał 

bardziej pokojowe usposobienie. - On zawsze nas broni. Wiesz o tym 

dobrze.  

Zwrócił  się  do  guwernera,  który  od  chwili  kiedy  Marcus  wziął 

sprawę w swoje ręce, nie odezwał się słowem.  

- Hol nie jest miejscem do zabawy, prawda, panie Wright?  

- Masz rację, Nedzie Drugi, przepraszam, Edmundzie.  

-  Już  dobrze,  nic  się  przecież  takiego  nie  stało.  Przeprosiliście 

mnie i wyraziliście skruchę, mam nadzieję, ze szczerą, więc dajmy już 

temu pokój - powiedziała Louise, szybko kładąc kres całej sprawie. Z 

przyjemnością odnotowała widoczną zażyłość, jaka panowała między 

background image

Marcusem a jego przyrodnimi braćmi. - A teraz pozwolą - państwo, że 

się oddalę. Na mnie już czas.  

-  Pod  jednym  warunkiem  -  odezwał  się  Marcus  z  galanterią 

podając jej ramię. - Pozwoli pani, że odprowadzę ją do powozu.  

Czyż  mogła  odmówić  takiej  kuszącej  propozycji?  Wypadało 

podziękować, nie mogła być przecież niegrzeczna.  

- Dziękuję, milordzie.  

-  Świetnie.  Tędy,  proszę.  -  Prowadził  ją  ostrożnie  do  miejsca, 

gdzie  czekał  na  nią  powóz,  już  załadowany  po  dach  pudłami, 

kartonami i innymi przedmiotami.  

Kiedy  znaleźli  się  na  zewnątrz,  Louise  wysunęła  spod  jego 

ramienia  swą  małą  dłoń.  Jednak  Marcus  ujął  ją  łagodnie  i  zapytał 

uprzejmie:  

-  Mam  nadzieję,  że  przymiarka  ślubnej  wyprawy  mojej  siostry 

wypadła dobrze.  

Dlaczego  nagle  zabrakło  jej  tchu?  Dlaczego  poczuła  się  taka 

onieśmielona  i  zakłopotana?  Przecież  potrafiła  osadzić  w  miejscu 

nawet  gwałtownego  Sywella.  Co  sprawiło,  że  ten  potężny,  ale  trzeba 

przyznać,  bardzo  grzeczny  mężczyzna  sprawił  na  niej  tak  wielkie 

wrażenie?  

Chciała  wyrwać  rękę  z  jego  dłoni,  ale  rozsądek  nakazywał  nie 

działać pod wpływem impulsu. Nie mogła poznać własnego głosu, tak 

chłodno zabrzmiał, kiedy odrzekła:  

background image

- Bardziej niż dobrze, milordzie. Zarówno pańska siostra, jak i jej 

matka  wydają  się  bardzo  zadowolone  z  mojej  pracy.  Na  szczęście 

nasze gusty są zbieżne.  

-  Cieszę  się  -  odpowiedział  Marcus.  Nie  był  w  stanie  wymyślić 

żadnego  rozsądnego  powodu,  który  pozwoliłby  kontynuować 

rozmowę,  nie  sprawiając  wrażenia,  że  chce  na  niej  wymusić  zgodę, 

żeby się z nim spotkała. A o to przecież mu chodziło.  

- O ile mi wiadomo, pani pracownia mieści się przy Bond Street.  

Spoglądał na nią z nieukrywanym zachwytem. Nie mogła udawać, 

że  tego  nie  zauważa.  Pomyślała,  że  dobrze  się  składa,  iż  konie 

zaczynają już bić kopytami o ziemię z niecierpliwości.  

-  Czas  już  na  mnie  -  powtórzyła  znowu.  -  Czekają  mnie  jeszcze 

inne spotkania.  

-  Umówiła  się  pani  z  mężem?  -  nie  mógł  powstrzymać  się  od 

pytania Marcus.  

Nareszcie mogła odpowiedzieć zgodnie z prawdą.  

- Nie, nie jestem mężatką, jestem wdową - odparła. Być może to 

powstrzyma go od czynienia jej awansów. Nie ulegało wątpliwości, że 

miał na to wielką ochotę.  

-  Ale  pani  wdowieństwo,  rozumiem,  nie  jest  świeżej  daty?  - 

zauważył.  

Zirytowała  go  banalność  tej  rozmowy.  Pomyślał,  że  jej  poziom 

jest  absolutnie  karygodny.  Reakcja  Louise  była  podobna.  Co  się  z 

nami dzieje, pomyślała spłoszona.  

background image

-  Rzeczywiście,  owdowiałam  już  jakiś  czas  temu  -  odrzekła.  I  to 

miała być właściwa odpowiedź?  

Marcus puścił jej rękę, ucałowawszy ją przedtem z galanterią.  

-  Pozwoli  pani,  że  pomogę  wsiąść  do  powozu.  Kiedy  uwolnił  jej 

rękę, doznała wrażenia, jak gdyby nagle kogoś przy niej zabrakło. To 

uczucie wydało jej się dość dziwne, ponieważ od dawna przywykła do 

tego, że jest niezależna i zdana na samą siebie. Wrażenie znikło, kiedy 

pomagał jej wsiąść do powozu, i powróciło, gdy od niej odstąpił.  

Wiedziała,  choć  nie  odważyła  się  spojrzeć  za  siebie,  że 

obserwował  ją,  dopóki  powóz  nie  zniknął  za  zakrętem.  Coś  mówiło 

jej, że niedługo zobaczy go znowu.  

Pozostawało  tylko  pytanie,  czy  ona  może  pozwolić  sobie  na 

znajomość z tym mężczyzną - niezależnie od tego, jak bardzo by tego 

chciała.  Anonimowość  była  jej  bronią  od  dnia,  w  którym  opuściła 

opactwo  Steepwood,  aby  poszukać  schronienia  przed  swoim 

prześladowcą i przed każdym, kto mógł pamiętać małą biedną Louise 

Hanslope.  

Marcus spoglądał za oddalającym się powozem. Od natłoku myśli 

wirowało  mu  w  głowie.  Podobnie  jak  Louise,  nie  był  w  stanie 

uwierzyć,  że  osoba,  którą  widział  po  raz  pierwszy,  i  to  tak  krótko, 

sprawiła  na  nim  tak  silne  wrażenie.  Koniecznie  musi  ją  znowu 

zobaczyć. Za wszelką cenę.  

Ale w jaki sposób?  

 

 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

-  Gronow,  stary  druhu,  czy  wiesz,  kim  jest  ta  piękna  mała 

modiste, która nazywa się madame Felice?  

Marcus podejrzewał, że nie ma rzeczy ani osoby, o której kapitan 

Gronow nie miałby jakichś danych, i nie bardzo się mylił. Szczęśliwie 

spotkał  go  w  Hyde  Parku, dokąd  wybrał  się tego  samego  popołudnia 

co on. Skorzystał z okazji, podjechał do niego i zapytał, czy ma jakieś 

informacje na temat madame.  

-  Chodzi  ci  o  tę  modną  krawcową,  u  której  ubierają  się  panie  z 

towarzystwa?  O  tę,  która  ma  pracownię  przy  Bond  Street?  Niewiele 

mogę  o  niej  powiedzieć.  Moja  wiedza  oparta jest  tylko  na plotkach  i 

domysłach,  które  mogą,  ale  nie  muszą,  być  prawdziwe.  Czy  to  cię 

satysfakcjonuje?  

- Oczywiście. Lepsze to, niż nie wiedzieć nic.  

Gronow zastanawiał się przez chwilę. Nie musiał pytać Marcusa, 

dlaczego interesuje się madame. Nietrudno się było domyślić.  

- Pojawiła się w stolicy jakiś czas temu, ale nikt nie wie, skąd się 

wzięła.  Musiała  mieć  pieniądze,  ponieważ  kupiła  sklep  przy  Bond 

Street,  który  gruntownie  przerobiła.  Podejrzewają,  że  ma  bogatego 

protektora,  albo  tu,  albo  w  Paryżu,  ponieważ  ogólnie  uchodzi  za 

Francuzkę.  Podkreślam:  uchodzi,  ponieważ  także  i  w  tej  kwestii  nie 

ma całkowitej pewności.  

Ale nikt nie wie, kim jest ten bogaty opiekun; Wszystkich nurtuje 

to  pytanie.  Nikt  nigdy  nie  widział  jej  w  męskim  towarzystwie. 

background image

Czasami przed wieczorem jeździ tutaj konno, ale zawsze sama. Żaden 

z mężczyzn też się do niej nie przyznaje.  

Tajemnicza  sprawa,  nie  uważasz?  Nasze  panie  twierdzą,  że  ona 

zachowuje  się  jak  prawdziwa  dama.  Ma  doskonałe  maniery,  nie 

wywyższa się ani nie podkreśla swej pozycji w świecie mody. Nie ma 

zwyczaju narzucać swego zdania, tylko delikatnie sugeruje poprawki, 

zwłaszcza  takim  prowincjonalnym  gęsiom  jak  teściowa  Adriana 

Kinlocha - której gust, jak mówią, jest wprost skandaliczny.  

-  Jednym  słowem  wzór  doskonałości  -  zauważył  sucho  Marcus. 

To, co usłyszał od Gronowa, nie było zachęcające. Dowiedział się, że 

albo  jego  piękność  jest  wyjątkowo  cnotliwa,  albo  stoi  za  nią  jakiś 

bogaty  nieznany  protektor.  Musiał  jednak  przyznać,  że  dyskretna 

powściągliwość,  jaką  odznaczała  się  madame,  dobrze  o  niej 

świadczyła.  

- Czy to prawda, że ona mieszka nad pracownią?  

-  Tego  też  nikt nie  wie  na  pewno.  Doszło  do  moich  uszu,  że  ten 

osioł  Sandiman  zachował  się  kiedyś  prostacko  w  jej  pracowni  - 

usiłował  ją  napastować  czy  coś  w  tym  rodzaju.  Jak  plotka  głosi, 

uderzyła go w twarz tak mocno, że aż krew puściła mu się z nosa. Tak 

go  ukarała  za  zuchwalstwo.  Dowodzi  to,  że  albo  jest  cnotliwa,  albo 

tylko stwarza takie pozory.  

Marcusa zaciekawiła ta historia.  

-  Ona  wydaje  się  taka  drobna  i  delikatna.  Skąd,  na  Boga,  wzięła 

siłę, aby rozkwasić nos takiemu drabowi?  

background image

- Podobno posłużyła się pogrzebaczem. Biedny głupiec wcale się 

tego  nie  spodziewał.  Najpierw  podprowadziła  go  trochę,  a  następnie, 

kiedy już się zupełnie zapamiętał, ugodziła go tym żelastwem w twarz 

z  taką  siłą,  na  jaką  tylko  rozsierdzona  kobieta  może  się  zdobyć.  Na 

twoim  miejscu  byłbym  ostrożny,  Angmering.  Uważaj,  jeżeli  masz 

zamiar  zawrzeć  bliższą  znajomość  z  tą  damą.  Nie  chciałbym,  żebyś 

poniósł szwank na urodzie.  

-  Dziękuję  za  ostrzeżenie,  Gronow.  Zawsze  dobrze  wiedzieć,  co 

może cię czekać, nie uważasz?  

- W miłości i na wojnie wszystkie środki są dozwolone.  

-  Czy  masz  jakieś  wyobrażenie,  kto  za  nią  może  stać?  Jeżeli 

rzeczywiście  ktoś  za  nią  stoi.  Czy  pieniądze,  jakie  wydała  na 

uruchomienie  pracowni,  stanowiły  zapłatę  za  określone  usługi  z  jej 

strony, czy też były rodzajem odprawy, jak sądzisz?  

-  Nie  mam  najmniejszego  pojęcia,  stary,  najmniejszego.  Jeżeli 

czegoś się dowiem, to bądź pewien, że nie będę trzymał tej informacji 

tylko dla siebie.  

Ta madame Felice to rzeczywiście jakaś tajemnicza postać, uznał 

Marcus.  W  dodatku  bardzo  zdecydowana.  Musi  mieć  zapalczywe 

usposobienie.  Wskazują  na  to  jej  włosy  i  kształt  podbródka;  ten 

ostatni szczególnie się Marcusowi podobał.  

Wrócił  do  tego  miejsca  w  Hyde  Parku,  gdzie  jego  siostra 

rozmawiała  z  księciem  Shamobrook  -  ten  facet  to  był  dopiero  okaz. 

Musi  przemówić  Sophii  do  rozumu,  aby  wreszcie  utarła  nosa 

ukochanemu.  

background image

W  tej  chwili  zależało  mu  tylko  na  jednym  -  aby  udało  mu  się 

przekonać  madame  -  jeżeli  rzeczywiście  jest  wolna  -  że  on,  Marcus, 

jest  równie  dobrym  kandydatem  na bliskiego  przyjaciela  i  protektora 

jak inni, i że ona bez obawy może zawrzeć z nim bliższą znajomość, a 

nawet zamieszkać w jednym domu.  

W takim wolnym związku mogą być oboje szczęśliwi jak Sophia 

w  małżeństwie  z  księciem  Sharnbrook,  zawartym  z  zachowaniem 

wszelkich zasad. Przy tym pozostawaliby wolni. Małżeństwo stwarza 

masę  niepotrzebnych  komplikacji  i  problemów.  Teraz  pozostawało 

mu  tylko  znaleźć  sposób,  jak  zachęcić  uroczą  madame  do  bliższej  z 

nim  znajomości.  Dobrze  jednak  wiedział,  że  nie  będzie  to  łatwe 

zadanie.  

W  innych  warunkach  mógł  skorzystać  z  tysiąca  okazji  na 

pogłębienie  przyjaźni  z  kobietą,  która  go  pociągała.  Gdyby  należała 

do towarzystwa, mógłby spotykać ją w parku, na balach urządzanych 

przez  licznych przyjaciół oraz składać grzecznościowe popołudniowe 

wizyty  w  jej  domu;  tak  jak  to  było  w  zwyczaju.  Nawet  gdyby 

pochodziła z półświatka też znalazłoby się wyjście. W Londynie było 

wiele  miejsc  i  lokali,  w  których  zbierały  się  kobiety  z  tego 

intrygującego środowiska.  

Jednak madame Felice różniła się od innych kobiet. Nie należała 

do  żadnej  z  tych  dwóch  społecznych  grup.  Miała  swoją  własną 

pracownię krawiecką i z pewnością kółko przyjaciół - ale Marcus, lord 

Angmering,  należący  do  wyższych  sfer,  niewiele  mógł  mieć  z  nimi 

background image

wspólnego,  choć,  prawdę  mówiąc,  nie  bardzo  też  lgnął  do  ludzi  ze 

swojego własnego arystokratycznego środowiska.  

Czasami, myśląc o tym, Marcus uprzytamniał sobie, że właściwie, 

z wyjątkiem krótkich pobytów w Londynie, prowadzi bardzo samotne 

życie,  i  to  z  dala  od  socjety.  Musi  zatem  wymyślić  koniecznie  jakiś 

sposób,  aby  zawrzeć  bliższą  znajomość  z  madame.  Przyjaźń  z  tą 

ślicznotką  na  pewno  doda  pikanterii  jego  egzystencji,  która,  jak 

szczerze przyznawał, stała się ostatnio trochę nudna.  

Tak więc po południu wybrał się na przechadzkę po Bond Street. 

Szedł wolnym krokiem z niewinną miną, chociaż Bóg raczy wiedzieć, 

dlaczego  postanowił  udawać  świętoszka.  Nosił  się  przecież  z 

zamiarem  uwiedzenia  kobiety,  która,  z  tego  co  wiedział,  prowadziła 

się cnotliwie. Jednak w świecie, w którym obracał się Marcus, młode 

krawcowe,  w  rodzaju  madame,  rzadko  bywały  niewinne.  Wprawdzie 

jego przyjaciel Gronow nie chciał wydawać o niej sądu, co bardzo mu 

się chwaliło, ale nie było żadnym dowodem.  

Pogrążony  w  myślach  dotarł  w  końcu  do  pracowni  madame.  W 

małej  witrynie,  mieszczącej  się  w  głębokim  wykuszowym  oknie, 

królował  tylko  wielki  kapelusz  położony  na  malowniczych  zwojach 

kremowego  szala.  Czyżby  miała  to  być  aluzja  do  charakteru  mada-

me? Marcus miał nadzieję, że tak nie jest.  

Teraz  powinien  wejść  do  środka,  ale  co  ma  powiedzieć,  jaki 

wymyślić pretekst? Nie może przecież zamówić u niej nowej, modnej 

sukni.  A  może  by  ją  tak  poprosić,  aby  uszyła  mu  koszulę?  Ciekawe, 

czy  potrafi  szyć  męską  bieliznę?  W  razie  potrzeby  zawsze  może 

background image

przecież posłużyć się argumentem, że jego obecny krawiec nie jest na 

tyle  pomysłowy,  aby  zaproponować  ciekawy  krój  koszuli  dla 

mężczyzny, który chce dobrze wyglądać na weselu swojej siostry.  

Tak właśnie zrobi.  

Nie był to może najbardziej przekonujący pretekst, ale żaden inny 

pomysł nie przyszedł mu do głowy.  

Marcus pchnął drzwi i wszedł do środka.  

 

Louise  miała  ciężki  dzień.  Kierowniczka  pracowni  dostała 

gorączki  i  nie  przyszła  do  pracy,  a  jej  najlepsza  krojczym  wpadła  w 

złość, kiedy zwróciła się do niej, aby wykonała coś, na co ta ostatnia 

nie  miała  ochoty.  W  końcu  Louise  zmuszona  była  sama  zrobić 

projekt,  żeby  jej  udowodnić,  że  pomysł  jest  nie  tylko  możliwy  do 

wykonania, ale również interesujący. Kobieta uspokoiła się w końcu, 

ale świadomość, że nie miała racji, sprawiła, że już przez  resztę dnia 

siedziała w swym kącie milcząca i nastroszona.  

A  teraz,  na  dodatek,  pomocnica,  która  urzędowała  w  sklepie  za 

ladą, przybiegła do niej podekscytowana.  

-  Madame,  przyszedł  pan,  który  chce  uszyć  sobie  tutaj  koszulę. 

Odpowiedziałam, że pani jest damską krawcową, ale on nie przyjmuje 

tego do wiadomości i chce rozmawiać tylko z panią.  

- Doprawdy? Czy ten mężczyzna powiedział, jak się nazywa?  

- On na pewno ma jakieś nazwisko, ale mi go nie podał.  

Louise  westchnęła  ciężko.  Jakie  jeszcze  niespodzianki  czekają  ją 

dzisiaj? Czyż nie dość już miała problemów?  

background image

-  Dobrze,  Charlotte.  Zostań  tutaj,  a  ja  pójdę  i  pozbędę  się  tego 

pana.  

Jakiś mężczyzna chce, abym uszyła mu koszulę? Czy słyszał ktoś 

o czymś podobnym?! Ciekawe, kim może być ten człowiek?  

Energicznym  krokiem  weszła  do  sklepu  i  oniemiała  z  wrażenia. 

To był Marcus. To on okazał się tajemniczym klientem.  

Podobnie jak za pierwszym razem i dziś również sam jego widok 

wystarczył, aby zbić ją z tropu.  

- Ach, więc to pan - odezwała się niedorzecznie. Po czym, chcąc 

zyskać trochę na czasie, dodała: - Powinnam się była domyślić.  

Uśmiechnął  się  do  niej.  Wyglądał  dzisiaj  imponująco,  o  wiele 

lepiej  niż  wtedy  kiedy  go  ujrzała  po  raz  pierwszy.  Pomyślała,  że 

trudno  nazwać  go  przystojnym;  nie  był  nim  w  każdym  razie  w 

potocznym  rozumieniu  tego  słowa;  miał  na  to  zbyt  wydatne  rysy. 

Odpowiedź  Marcusa  nie  zdziwiła  Louise.  Była  dokładnie  w  jego 

stylu.  

-  Doprawdy?  Czyż  jestem  aż  taki  ekscentryczny?  -  zapytał  z 

uśmiechem.  

-  Prośba  o  uszycie  koszuli  na  to  wskazuje.  Przecież  ma  pan  z 

pewnością na swoje usługi krawca.  

-  Nie  myli  się  pani,  rzeczywiście  tak  jest.  Pragnę  poznać  panią 

bliżej,  a  to  był  jedyny  wybieg,  jaki  przyszedł  mi  do  głowy.  Nie 

potrafiłem znaleźć innego pretekstu. Mało prawdopodobne, bym mógł 

panią  spotkać  w  modnych  salonach,  a  nie  wiedziałem,  gdzie  pani 

mieszka - domyślałem się, że nad pracownią, na górze.  

background image

A  teraz,  wracając  do  mojej  prośby,  czy  zgodzi  się  pani 

zaprojektować  dla  mnie  -  podobno  takiego  określenia  używają 

obecnie modne damy - koszulę, w której mógłbym wystąpić na ślubie 

mojej  siostry?  Chciałbym  zrobić  na  towarzystwie  jak  najlepsze 

wrażenie.  

Louise  zaczęła  się  śmiać.  Tej  niepoważnej  propozycji 

towarzyszyła  taka  rozbrajająca  mina  -  żartobliwa  i  zuchwała 

równocześnie  -  że  nie  potrafiła  zachować  powagi.  Trudno  jej  teraz 

będzie  wyprosić  go,  ot  tak  sobie,  za  drzwi.  Odmówi  mu  oczywiście, 

ale postara się to zrobić w możliwie najgrzeczniejszy sposób.  

-  Pan  chyba  raczy  żartować,  milordzie.  Sądzę,  że  mogłabym 

zadośćuczynić  pańskiemu  życzeniu,  ale  czy  rzeczywiście  ta  cała 

komedia  -  niepoważna  rozmowa  ze  mną  i  moją  ekspedientką  -  ma 

tylko  na  celu  poznanie  mnie  bliżej?  Jeżeli  tak,  to  do  czego  pan 

zmierza? Nie chce mi się wierzyć, żeby pańskie intencje wobec mnie 

były  uczciwe.  Pochodzimy  z  zupełnie  różnych  środowisk.  Pan  stoi 

znacznie wyżej ode mnie na społecznej drabinie.  

To  było  otwarte  postawienie  sprawy,  nie  ma  co.  Zresztą  nie 

powinien  spodziewać  się  innego  stanowiska  od  osoby,  którą  los 

obdarzył takim kolorem włosów i takim uroczym, choć świadczącym 

o uporze podbródkiem. Postanowił być z nią tak samo szczery jak ona 

z nim.  

- Nie może pani wiedzieć, madame, jak wielkie wrażenie wywarła 

pani  na  mnie  swą  urodą  i  osobowością.  Wprost  nie  mogę  o  pani 

zapomnieć od chwili, kiedy panią ujrzałem. Może zresztą się pani tego 

background image

domyśla;  trudno  mi  bowiem  uwierzyć,  żeby  już  przedtem  nikt  nie 

zakochał się w pani od pierwszego wejrzenia.  

Louise  pomyślała  ze  smutkiem,  że  on  nie  wie  o  jednej  rzeczy  - 

tego  mianowicie,  że  ona,  wyjąwszy  jej  brutalnego  nieżyjącego  męża, 

nie  ma  żadnego  erotycznego  doświadczenia.  Nie  zna  metod 

postępowania mężczyzn, Ich gierek ani podstępów.  

Od  kiedy  opuściła  opactwo  Steepwood,  prawie  nie  rozmawiała  z 

przedstawicielami  płci  odmiennej.  Dlatego  też  nie  bardzo  zdawała 

sobie sprawę, czy to, co czuje za każdym razem, kiedy go widzi, jest 

normalne. Nie wiedziała, czy ta szalona radość, która przepełniała całą 

jej istotę, jest naturalną reakcją.  

Po  ucieczce  ze  swego  więzienia,  od  męża,  który  okazał  się 

brutalem  i  cynikiem  pozbawionym  jakiejkolwiek  moralności, 

przyrzekła  sobie  nigdy  więcej  nie  zadawać  się  z  mężczyznami.  I  oto 

jak dotrzymała danego sobie słowa. Stoi i przekomarza się z jednym z 

przedstawicieli  tego  podłego  gatunku,  czując  przy  tym,  jak  dreszcz 

podniecenia  przebiega  jej  po  krzyżu.  Przerażała  ją  także  myśl,  że 

jeżeli  go  ośmieli,  to  może  okazać  się  na  ostatku  wcale  nie  lepszy  od 

Sywella - a może nawet gorszy.  

Czy mogła mu wierzyć?  

Może, kiedy spoglądał na nią, jakby...  

Jakby co? Nie chciała o tym myśleć.  

- Proszę mnie posłuchać, milordzie - odezwała się ze smutkiem w 

głosie.  Żartobliwy  ton,  jakim  rozmawiała  z  nim  do  tej  pory,  zniknął 

background image

bez śladu, - Wie pan równie dobrze jak ja, że pańskie intencje nie są 

uczciwe. Dzieli nas wielka przepaść.  

Marcus  skinął  głową  ze  zrozumieniem.  Nie  zamierzał  temu 

zaprzeczać.  Mógł  ją  tylko  zapewnić,  że  będzie  dla  niej  dobry  i  że 

nigdy  jej  nie  zawiedzie.  Nie  postąpi  z  nią  tak  jak  niektórzy  znajomi 

mężczyźni  z  jego  sfery  ze  swymi  kochankami,  niezależnie  od  tego, 

czy wywodzą się z towarzystwa, czy demi - monde 

*

, tego niezwykłe 

intrygującego  półświatka,  usytuowanego  w  cieniu  warstw  wyższych, 

szanowanej klasy średniej i uczciwej biedoty.  

-  W  kategoriach  społeczeństwa,  w  którym  żyjemy  -  rany  boskie, 

ależ  to  pompatycznie  zabrzmiało  -  może  ma  pani  słuszność,  ale  w 

kategoriach ogólnoludzkich ja jestem mężczyzną, a pani kobietą, która 

mi  się  bardzo  podoba,  i  nic  nie  powinno  nas  dzielić.  Innymi  słowy, 

jesteśmy Adamem i Ewą, a nie lordem Adamem i panną Ewą.  

Marcus nie mógł uwierzyć, że to są jego własne słowa; zazwyczaj 

nigdy  się  tak  nie  wyrażał.  Postanowił  jednak  grać  z  nią  w  otwarte 

karty. Nie chciał, by ktoś kiedyś mu zarzucił, że próbował ją oszukać, 

zdobyć  podstępem.  Postępował  tak,  jak  dyktowała  mu  jego  natura  - 

szczera, otwarta i prostolinijna, która brzydziła się wszelkim fałszem. 

Wyjąwszy,  pomyślał  smętnie,  wizyty  w  jej  pracowni  pod  pretekstem 

chęci  zamówienia  koszuli.  Jeżeli  takie  postępowanie  nie  było 

oszukaństwem, to jak je w takim razie można nazwać?  

Louise  musiała  myśleć  podobnie,  ponieważ  ściągnęła  zabawnie 

usta i rzekła:  

demi - monde - półświatek 

background image

- Zgodzi się pan jednak ze mną, milordzie, że świat przebył długą 

drogę od czasów, kiedy Adam i Ewa chodzili po ziemi - a jedna rzecz 

jest  pewna,  jeżeli  chodzi  o  Adama;  nasz  praojciec  nie  potrzebował 

zamawiać sobie koszuli, kiedy przebywał w raju.  

- Istotnie - stwierdził Marcus z ukłonem. Udało mu się chwycić ją 

za  rękę  i  na  dodatek  wycisnąć  pocałunek  na  wewnętrznej  stronie 

dłoni.  -  Mam  wrażenie,  że  dojrzę  pani  rozumie,  co  chcę  powiedzieć. 

Pragnąłbym mianowicie widywać panią częściej, madame Felice, jak 

najczęściej.  Zostaje  tylko  kwestia,  w  jaki  sposób  mógłbym  swoje 

marzenia  urzeczywistnić,  skoro  nie  obracamy  się  w  tych  samych 

kręgach. - Mówiąc te słowa, uśmiechnął się znacząco.  

- Go się mnie tyczy, milordzie - odparła Louise - to mój problem 

jest  całkiem  innego  rodzaju.  Ja  nie  obracam  się  w  ogóle  w  żadnych 

kręgach. Prowadzę ciche, odludne życie i chcę, żeby takie zostało.  

-  Ale  niech  pani  pomyśli,  ile  szczęścia  by  to  dało  nam  obojgu  - 

nalegał  Marcus,  nie  wypuszczając  jej  ręki  ze  swojej  dłoni  -  gdyby 

zechciała  pani  chociaż  trochę  odstąpić  od  swoich  surowych  zasad, 

nawet  odrobinę.  Zapewniam  panią,  a  wszyscy  wiedzą,  że  nie  rzucam 

słów  na  wiatr.  Byłbym  dla  pani  troskliwym  opiekunem  i  nigdy  bym 

jej nie zawiódł ani nie skrzywdził.  

-  Z  wyjątkiem  jednej  rzeczy,  dla  mnie  absolutnie  podstawowej  - 

podkreśliła  zdecydowanym  tonem  Louise.  -  Jedno  jest  bowiem 

pewne:  w  naszym  przypadku  nie  może  być  mowy  o  małżeństwie. 

Żaden  taki  czy  inny  układ  między  nami  nie  przewiduje  podobnej 

background image

ewentualności. Nie należę do sfery, z której lord Angmering, następca 

hrabiego Yardleya, wybiera sobie kandydatkę na żonę.  

- Rzecz w tym - odparł Marcus, znowu całując jej dłoń; z radością 

stwierdził,  że  nie  próbuje  wyrwać  ręki  z  jego  uścisku  -  że  lord 

Angmering,  następca  hrabiego  Yardleya,  nie  zamierza  w  ogóle  się 

żenić. Nie szuka kandydatki na żonę ani w wyższych, ani w niższych 

sferach  społeczeństwa,  a  na  swoje  bettes  amies 

*

  wybiera  kobiety  na 

poziomie.  

Dlaczego w dalszym ciągu przekomarzała się z mężczyzną, który 

nie  ukrywał,  że  ma  wobec  niej  niemoralne  zamiary?  Czy  dlatego,  że 

lubiła  walkę  na  słowa?  A  może  dlatego,  że  mimo  wszystko  ten 

mężczyzna  jej  się  podobał,  i  to  do  tego  stopnia,  że  sam  jego  widok 

przy-prawiał  o  szybsze  bicie  serca?  Nie  może  jednak  dać  się  zwieść 

uwodzicielskim  słówkom  i  popełnić  głupstwa,  na  które  ją  namawia. 

Musi się dobrze zastanowić, zanim mu odpowie.  

-  Ach  -  odrzekła  z  lekkim  westchnieniem  -  musi  pan  jednak 

przyznać,  milordzie,  że  pańskie  bettes  amies  nie  są  zbyt  cnotliwe;  w 

przeciwnym  wypadku  nie  godziłyby  się  na  status  kochanki.  Żadna 

przyzwoita  kobieta  nie  zaakceptowałaby  takiego  układu.  Nie  należę 

do  wyższych  sfer,  ale  nie  zamierzam  zrezygnować  ze  swojej  cnoty, 

nawet jeżeli będzie to oznaczało, że nigdy nie wyjdę za mąż.  

-  Cóż  warta  jest  cnota  -  odpowiedział  Marcus,  uśmiechając  się 

czarująco - jeżeli nie pozwala nam zaznać szczęścia.  

bettes amies - (j, franc), przyjaciółki, kochanki, (przyp. tłum.).  

 

background image

-  Zostanie  pańską  kochanką  nie  przyniosłoby  mi  szczęścia, 

milordzie, i byłabym wdzięczna, gdyby zechciał pan puścić moją rękę. 

Nie dałam panu pozwolenia na jej trzymanie.  

- Oczywiście, zastosuję się do pani życzenia, ale przedtem proszę 

mi pozwolić jeszcze raz ucałować tę śliczną łapkę.  

- Jest pan bardzo zuchwały, sir.  

- Zawsze taki jestem, kiedy mam do czynienia z piękną kobietą - 

odpowiedział, całując jej dłoń, a następnie wypuszczając ją z wolna. - 

Nie  chciałbym  pani  rozgniewać,  odmawiając  takiej  umiarkowanej 

prośbie.  

- Będę bardzo zobowiązana, jeśli zastosuje się pan teraz do mojej 

drugiej umiarkowanej prośby i opuści ten lokai.  

- Nie zamawiając przedtem koszuli? - zapytał z komicznie żałosną 

miną.  

Louise  nie  wytrzymała.  Zaczęła  się  serdecznie  śmiać. 

Uspokoiwszy się trochę, rzekła stanowczo:  

-  Lordzie  Angmering,  doprawdy  zachowuje  się  pan niemożliwie. 

Proszę,  niech  się  pan  stąd  jak  najszybciej  zabiera,  razem  ze  swoją 

niestosowną  propozycją,  i  to  bezzwłocznie.  Go  mam  jeszcze 

powiedzieć,  żeby  panu  wybić  z  głowy  ten  pomysł?  Nawet  mi  przez 

myśl  nie  przyjdzie  wziąć  go  pod  uwagę,  chociaż  pan,  jak 

przypuszczam, uważa, iż powinnam czuć się nim zaszczycona.  

- A więc, jak rozumiem, nie zgadza się pani?  

-  Nie,  nie  i  jeszcze  raz  nie.  Czyżby  spodziewał  się  pan  innej 

odpowiedzi, milordzie?  

background image

- Spodziewałem się... Czego się spodziewałem? - zapytał Marcus 

bardziej siebie niż Louise. Pomyślał, że świat należy do odważnych, a 

on, Marcus Angmering, nigdy nie był nieśmiały.  

Pochylił  się,  aby  zajrzeć  w  jej  piękne  oczy  i  długo  się  w  nie 

wpatrywał.  

- Muszę pani coś wyznać - szepnął poufale. - Mam bardzo dziwny 

zwyczaj.  Nie  uznaję  słowa  „nie”.  Myślę  nawet,  że  stanowi  ono  dla 

mnie większe wyzwanie niż słowo „tak”.  

Louise zdusiła w sobie ponowną chęć do śmiechu. Miała nadzieję, 

że  jej  uparte  naleganie  sprawi,  że  Marcus  opuści  pracownię  i  da  jej 

wreszcie  spokój.  Nie  chciała  zaostrzać  rozmowy  ani  pozować  na 

cnotkę; nie dobierał się do niej siłą, w przeciwieństwie do Sandimana 

i  innych  mężczyzn,  o  których  słyszała,  że  nie  zwykli  liczyć  się  z 

kobietą. On ujmował ją tylko delikatnie za rękę, głaskał ją i całował, 

to wszystko.  

- Czy ja dobrze słyszę, milordzie? Pan lubi wyzwania? Jeżeli tak, 

to  proszę  przyjąć  do  wiadomości,  że  nie  mam  zamiaru  wdawać  się  z 

panem  w  dyskusję  na  temat  tego,  czy  mam  zostać,  czy  nie  pańską 

najnowszą  kochanką.  Nawet  gdyby  mi  się  pan  oświadczył,  moja 

odpowiedź i tak brzmiałaby „nie” zważywszy na to, że prawie się nie 

znamy.  

Powiedziawszy te słowa, wyciągnęła mały kieszonkowy zegarek i 

spojrzała na niego, po czym oświadczyła:  

-  Jak  obliczyłam,  obydwa  nasze  spotkania,  razem  wziąwszy,  nie 

trwały  dłużej  niż  pół  godziny.  To  całkiem  niezły  wynik,  biorąc  pod 

background image

uwagę  fakt,  że  w  ciągu  tego  krótkiego  czasu  sporo  się  wydarzyło; 

złożył mi pan niemoralną propozycję, którą ja dwukrotnie odrzuciłam. 

Poza tym muszę zwrócić panu uwagę, że jestem bardzo zajęta i mam 

jeszcze  dużo  pilnych  prac,  które  czekają aa ukończenie.  Po  raz drugi 

zwracam się zatem do pana z prośbą, aby pan opuścił moją pracownię. 

Jest  pan  szlachcicem,  więc  nie  wątpię,  że  zachowa  się  pan  jak 

dżentelmen  i  bezzwłocznie  zastosuje  się  do  mego  życzenia.  Marcus 

skłonił głowę.  

- Doskonale, madame. Wydaje mi się, że pani i ja z powodzeniem 

moglibyśmy  napisać  farsę  dla  teatru  Drury  Lane,  i  to  nie  gorszą  niż 

Sheridan. Gdybyśmy oboje nie byli tak zajęci, zaproponowałbym pani 

współpracę.  Sam  ten  fakt  każe  mi  odejść,  bo  jak  mówi  znane 

przysłowie: „Ten, kto walczy i ucieka, dożyje następnej walki”.  

Skłonił  się przed  nią nisko  i  szedł  już  ku drzwiom,  kiedy  Louise 

rzuciła jeszcze za nim od niechcenia:  

-  Czyżbym  się  przesłyszała,  milordzie?  Wspomniał  pan  o  walce. 

Czy my naprawdę ze sobą walczymy?  

Odwrócił  się  w  jej  stronę,  ale  nim  wyszedł,  potrząsnął  głową  i 

powiedział:  

-  Proszę  do  mnie  mówić,  Angmering,  jeśli  łaska,  milordzie. 

Widzę,  że  nie  jest  pani  jeszcze  gotowa  nazywać  mnie  Marcusem. 

Wkrótce tu wrócę.  

Louise  zajęła  jedno  z  krzeseł  przeznaczonych  dla  klientek  i 

podniosła rękę do zarumienionego policzka.  

background image

Nie,  nie  jestem  gotowa  ani  na  to,  ani  na  niego,  ani  w  ogóle  na 

nikogo,  powiedziała  sobie  w  duchu.  Sądziłam,  że  małżeństwo  z 

Sywellem  podziała  na  mnie  odstraszająco,  kontynuowała  rozmowę  z 

samą  sobą,  zaszczepi  mnie  przeciwko  mężczyznom,  ale  okazuje  się, 

że nic z tego.  

A  najbardziej  zaskakuje  mnie  to,  że  on  w  najmniejszym  stopniu 

nie  przypomina  bohatera,  o  jakim  marzyłam  w  dzieciństwie  -  kiedy 

byłam  małą  biedną  Louise  Hanslope  -  bohatera,  który  miał  mnie 

wybawić  z  nędzy  i  poniżenia.  Trudno  powiedzieć  o  nim,  że  jest 

przystojny, ale ma  za to jakiś nieuchwytny urok, któremu nie sposób 

się oprzeć.  

Nie  jest  także  na  szczęście  typem  dandysa  ani  lalusia.  Jest  po 

prostu  prawdziwym  mocnym  mężczyzną,  bardzo,  na  dodatek, 

pewnym  siebie.  Nie  zdobędzie  mnie  jednak,  jeżeli  ja  sama  tego  nie 

zechcę, a ja nie wiem doprawdy, jakie są moje rzeczywiste uczucia dla 

niego - lub jakie mogą być.  

Louise wiedziała jednak, że okłamuje samą siebie. Ciągnęło ją do 

niego, i to tak silnie, że nawet teraz, kiedy już odszedł, dreszcz wciąż 

jeszcze wstrząsał jej ciałem. To przecież musiało coś znaczyć.  

Z  pewnością  tak  było,  ale  Louise  nie  chciała  o  tym  myśleć  ani 

wiedzieć.  

 

Marcus  również  nie  zdawał  sobie  sprawy  z  własnych  uczuć.  Nie 

był  na  tyle  zarozumiały,  by  sądzić,  że  madame  Felice  ulegnie  mu 

background image

natychmiast,  ale  uważał,  że  nie  będzie  miał  z  jej  zdobyciem 

większych trudności.  

Teraz już tak nie myślał. Jego pewność siebie uległa zachwianiu. 

Gdyby  sądzić  po  wyglądzie,  ta  kobieta  była  krucha  i  słaba.  Krucha! 

Może  tak  wyglądała,  ale  w  rzeczywistości  była  wytrzymała  jak 

Napoleon  lub  któryś  z  jego  marszałków.  Wysłać  ją  do  Hiszpanii,  a 

Wellington błyskawicznie wygra tam wojnę.  

Musiał  jednak  przyznać,  że  łatwe  zwycięstwo  to  żadna 

przyjemność.  Zabiegi,  aby  zaciągnąć  ją  do  łóżka,  mogą  potrwać 

długo, ale jest nadzieja, że ta popołudniowa wizyta w pracowni stanie 

się  zaczynem  większej  zażyłości,  a  nagroda,  jaka  go  czeka  na  końcu 

drogi, jest doprawdy warta wszelkich zachodów.  

Łupy dla zwycięzcy - a teraz pora wracać do rutyny jednostajnego 

życia. Czekają go odwiedziny u starej ciotki, siostry jego matki, która 

przybyła do Londynu z krótką wizytą. Otrzymał od niej list, w którym 

napisała, że bardzo pragnie się z nim zobaczyć.  

Ciekawiło  go,  co  miała  mu  takiego  ważnego  do  posiedzenia. 

Spotkał  ją  raz  w  życiu  przed  wielu  łaty,  kiery  był  dorastającym 

chłopcem,  ale  pamiętał,  że  w  przeciwieństwie  do  jego  matki  nie 

odznaczała  się  urodą.  Słyszał,  -  że  wyszła  za  mąż  za  bogatego 

ziemianina  z  hrabstwa  Norfolk  i  że  miała  kilkoro  dzieci.  Marcus 

jednakże nigdy nie spotkał żadnego z tych kuzynów.  

Stwierdził,  że  ciotka  rzeczywiście  nie  musiała  być  pięknością  w 

młodości, ale że, podobnie jak jego macocha, miała interesującą, pełną 

wyrazu twarz. Szczerze cieszyła się na jego widok.  

background image

-  Ależ  jesteś  podobny  do  ojca!  -  wykrzyknęła  po  powitalnych 

formalnościach.  Zasiedli  oboje  na  jednej  kanapie.  Marcus  dał  się 

namówić na kieliszek madery migdałowe herbatniki.  

- Wiesz, twój ojciec zawsze mi się podobał i było - przykro, kiedy 

z  nas  dwóch  wybrał  Danielle.  Potem  byłam  zadowolona,  że  tak  się 

stało.  Gdybym  została  jego  żoną,  nie  spotkałabym  mego  drogiego 

Roberta,  świeć  Panie  nad  jego  duszą,  który  okazał  się  najwspa-

nialszym mężem na świecie.  

Robert Hallowes zmarł kilka lat temu i owdowiała ciotka Marcusa 

mieszkała  teraz  w  rodzinnej  posiadłości  Hallowesów,  Dower  House 

niedaleko  King's  Lynn.  Opowiedziawszy  Marcusowi  pokrótce  o 

życiu,  jakie  tam  wiodła,  zapytała  go  z  kolei  o  jego  pobyt  w 

Northumberland.  

- Przypuszczam, że słyszałeś o tym strasznym człowieku Sywellu, 

a może nawet miałeś z nim do czynienia? Takich ludzi jak on należy 

unikać.  Od  pierwszej  chwili,  kiedy  pojawił  się  w  towarzystwie, 

wzbudził  ogólną  niechęć.  Miał  fatalną  opinię  w  naszych  kręgach. 

Twój ojciec z czasem też powziął ku niemu głęboką odrazę.  

Krążyły nawet plotki, że obaj byli  zainteresowani tą samą młodą 

kobietą  i  stąd  ta  niechęć.  Ale  to  było,  zanim  twój  ojciec  poznał  nas 

obie  -  Danielle  i  mnie.  Stało  się  to  z  okazji  naszego  towarzyskiego 

debiutu;  po  raz  pierwszy  wystąpiłyśmy  wtedy  w  salonach.  Ja  na 

szczęście  nie  należałam  do  grona  młodych  zamożnych  piękności,  na 

które Sywell zawsze polował.  

background image

Zaśmiała  się  wesoło  przy  ostatnich  słowach.  Marcus  nie  mógł 

uwierzyć,  że  ta  miła  starsza  pani  jest  siostrą  jego  matki.  Była  tak  do 

niej  niepodobna!  Upiła  madery  z  kieliszka,  po  czym  już  znacznie 

poważniejszym tonem powiedziała:  

-  Myślę,  że  czas  najwyższy  wyjawić  ci,  dlaczego  chciałam  się  z 

tobą  zobaczyć.  Zawsze  byłam  zdania,  że  powinieneś  znać  prawdę  o 

małżeństwie twoich rodziców. Kiedy dowiedziałam się od przyjaciół, 

że  stosunki  między  tobą  a  twoim  ojcem  nie  układają  się  dobrze, 

przypuszczalnie,  ich  zdaniem,  w  wyniku  małżeńskich  niesnasek 

twoich rodziców, tym bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że jest 

to moim obowiązkiem. Dlatego cię wezwałam.  

Przerwała. Na jej twarzy  w tej chwili malowała się taka powaga, 

że sprawiała wrażenie zupełnie innej osoby.  

-  Musisz  zrozumieć,  Marcusie,  że  Danielle  była  bardzo  piękną 

dziewczyną  i  nasi  rodzice  mieli  nadzieję,  że  doskonale  wyjdzie  za 

mąż.  Namawiali  ją  usilnie  na  małżeństwo  z  twoim  ojcem,  o  którym 

wiedziano,  że  według  wszelkiego  prawdopodobieństwa  odziedziczy 

fortunę  Yardleyów  i  który  był  bardzo  obiecującym  młodym 

człowiekiem.  

Cały  kłopot  polegał  na  tym,  że  Danielle  była  już  zakochana. 

Obiektem  jej  uczuć  był  przyszły  dziedzic  niewielkiego  majątku  w 

naszym  sąsiedztwie,  za  którego  uparcie  chciała  wyjść  za  mąż. 

Jednakże któregoś dnia zmieniła zdanie; przypuszczalnie perspektywa 

zostania  lady  Yardley  wydała  jej  się  na  tyle  kusząca,  że  postanowiła 

porzucić młodzieńczą miłość.  

background image

Przykro  mi  tak  mówić  o  własnej  siostrze,  ale  zawsze  była  osobą 

płochą i niestałą.  Ciągle  zmieniała  zdanie  i uważała  za  punkt honoru 

zawracać  w  głowach  wszystkim  nowo  poznanym  młodym 

mężczyznom.  Rodzice  chcieli  jak  najprędzej  wydać  ją  za  mąż, 

ponieważ  myśleli,  że  się  ustatkuje.  Niestety,  niewiele  to  pomogło. 

Gdy  poślubiła  twego  ojca,  stała  się  nawet  jeszcze  bardziej 

nieodpowiedzialna niż przedtem.  

Tęskniła  za  swoim  dawnym  ukochanym  i  próbowała  złagodzić 

ból  rozstania  w  inny  sposób.  Zachowywała  się,  mówiąc  delikatnie, 

bardzo  niekonwencjonalnie  i  tylko  obawa  przed  towarzyskim 

ostracyzmem  powstrzymywała  ją  od  zbyt  radykalnych  wybryków. 

Była  taka,  jak  obecnie  jest  w  naszej  sferze  lady  Caroline  Lamb; 

lekceważyła reguły i zasady.  

Najgorsze  jednak  ze  wszystkiego  było  to,  że  jej  zachowanie 

wzbudziło  w  twoim  ojcu  wątpliwość,  czy  rzeczywiście  jesteś  jego 

synem. Dopiero gdy podrosłeś i twoje podobieństwo do niego stało się 

już  dla  wszystkich  oczywiste,  uwierzył,  iż  naprawdę  jesteś  jego 

potomkiem.  

Marcus  drgnął,  słysząc  te  słowa.  Dopiero  teraz  zrozumiał, 

dlaczego  ojciec  odnosił  się  do  niego  tak  powściągliwie  i  chłodno. 

Kiedy  się  odezwał,  nie  poznał  swego  głosu,  tak  był  zmieniony  ze 

wzruszenia.  

- Czy on miał jakieś podstawy sądzić, że matka mówiła prawdę?  

Ciotka roześmiała się smutno.  

background image

- Może jakieś i były, ale, niestety, Danielle, kiedy się pokłócili, a 

zdarzało  się  to  często,  lubiła  mu  dokuczać,  dając  do  zrozumienia,  że 

nie  jesteś  jego  synem.  Przykro  mi  to  mówić,  ale  główną  winę  za 

rozdźwięk  w  ich  małżeństwie  ponosi  Danielle,  a  nie  twój  ojciec. 

Prawdę  mówiąc,  on  wykazał  aż  nadto  wyrozumiałości  dla  jej 

wybryków.  Niestety,  jej  zachowanie  wywarło  negatywny  wpływ  na 

wasze  wzajemne  stosunki,  które  stały  się  chłodne  i  pełne  wzajemnej 

niechęci.  

Danielle 

czuła 

się 

nieszczęśliwa 

tym 

małżeństwie, 

unieszczęśliwiła  swego  męża,  i  na  dodatek  wszystkiego,  zniszczyła 

uczucie,  jakim  powinny  być  nacechowane  relacje  między  ojcem  a 

synem. Pomyślałam, że sprawiedliwość wymaga, abyś poznał prawdę. 

Uważałam, że jest to moim obowiązkiem wobec twego ojca i ciebie.  

O  ile  mi  wiadomo,  jego  drugie  małżeństwo  jest  bardzo  udane. 

Wiem  również,  iż  lubisz  swoją  macochę  i  że  ona  lubi  ciebie,  a  moja 

biedna  siostra  ma  wiele  rzeczy  na  sumieniu,  za  które  będzie  musiała 

odpowiedzieć  przed  Bogiem.  Zerwała  wszelkie  stosunki  z  naszymi 

rodzicami i ze mną - ku naszemu wielkiemu żalowi.  

Marcus  westchnął.  Pomyślał  z  goryczą  o  dotkliwym  dla  niego 

dystansie, jaki przez  wiele lat oddzielał go od ojca. Ostatnio stosunki 

między  nimi  poprawiły  się,  a  teraz  powstała  nadzieja  -  jeżeli  można 

wierzyć słowom ciotki - a przypuszczał, że można, że uda się zaleczyć 

ranę powstałą w wyniku nieporozumienia.  

Starsza pani dostrzegła jego rozterkę i niepokój.  

background image

-  Mam  nadzieję,  że  nie  popełniłam  błędu,  mówiąc  ci  o  tym,  ale 

sądziłam, że będzie dla ciebie lepiej, jeżeli poznasz prawdę - odezwała 

się z troską.  

Marcus nachylił się i spontanicznie pocałował ją w policzek.  

-  Nie  popełniłaś  żadnego  błędu,  przeciwnie,  postąpiłaś  słusznie. 

Żałuję  tylko,  że  nie  wiedziałem  o  tym  wcześniej.  Wyobrażam  sobie, 

że nie przyszło ci łatwo powiedzieć tyle złego o siostrze, którą kiedyś 

z pewnością musiałaś bardzo kochać.  

- Jesteś taki sam jak twój ojciec - stwierdziła ciotka. - Odważny, 

śmiały  i  zdecydowany.  Twój  ojciec  nigdy  do  nikogo  nie  wyraził  się 

źle  o  Danielle.  W  milczeniu  znosił  jej  niegodne  zachowanie,  jak 

przystało  na  prawdziwego  mężczyznę.  Marissa  wynagrodziła  mu 

dawne cierpienia - i nie wątpię, że ty również jesteś dla niego wielką 

podporą.  Ale  pomówmy  teraz  o  przyjemniejszych  rzeczach.  Mam 

nadzieję,  że  odwiedzicie  mnie  kiedyś  wszyscy.  Bardzo  chciałabym 

poznać twoją przyrodnią siostrę i obu braci.  

-  A  więc  poznasz  ich  -  obiecał  Marcus  z  żywością.  -  Musisz 

przyjechać również na ślub Sophii. Bądź co bądź, jesteś moją ciotką, a 

ja  na  dodatek  mam  teraz  wobec  ciebie  dług  wdzięczności  za  to,  że 

powiedziałaś mi prawdę o przeszłości rodziców.  

Wracając do domu, Marcus przez całą drogę rozmyślał o tym, co 

usłyszał  od  ciotki.  Myśli  skakały  mu  po  głowie  niczym  zwierzęta 

dokazujące w ciasnej klatce. Jako dziecko uważał, że to on jest winien 

temu, że ojciec tak mało okazuje mu uczucia. Widocznie coś musiało 

być z nim nie w porządku, uznał, skoro rodzic tak się zachowywał.  

background image

Później  stosunek  hrabiego  uległ  zmianie  na  lepsze,  a  historia, 

którą opowiedziała mu ciotka, wyjaśniła resztę. Powinien postarać się 

zapomnieć  o  swoich  urazach  i  wynagrodzić  im  obu  lata  wzajemnych 

pretensji i nieporozumień, które jak ciężki głaz legły między nimi.  

 

Czyżby miała go już więcej nie ujrzeć? Louise nie wierzyła w to. 

Wyczuła  w  Marcusie  Angmeringu  upartą  zawziętość,  która  jej  się 

bardzo  podobała,  ale  też  i  trochę  przerażała.  Miał  rację,  kiedy 

twierdził, że mało jest miejsc, w których mogliby się spotkać, ale nie 

wątpiła, że prędzej czy później, znajdzie sposób, żeby się z nią znowu 

zobaczyć.  

Miała mały domek w dzielnicy Chelsea, do którego przenosiła się 

na  weekend.  W  ciągu  tygodnia  mieszkała  nad  pracownią.  Trzymała 

swoje  pomocnice  krótko  :  wymagała  od  nich  wiele,  ale  tylko  przez 

pięć  dni  w  tygodniu.  Na  owe  czasy  była  to  prawdziwa  rewolucja  w 

systemie  zatrudnienia, ale  Louise stwierdziła, że jej dziewczęta przez 

pięć  dni  pracują  lepiej  i  wydajniej  niż  robotnicy,  od  których 

pracodawcy wymagali więcej godzin i w o wiele gorszych warunkach.  

Aż za dobrze pamiętała swoją własną trudną młodość, aby chcieć 

wyzyskiwać  innych,  i  z  rozbawieniem  odkryła,  że  liberalne 

traktowanie  pracowników  nie  tylko  nie  umniejsza  jej  dochodów,  ale 

odwrotnie,  znacznie  ich  przysparza.  Dwa  dni  po  odwiedzinach 

Marcusa  spostrzegła,  że  ktoś  ją  śledzi.  A  może  tak  się  jej  tylko 

wydawało? Pożycie z Sywellem wyrobiło w niej szósty zmysł.  

background image

Dwukrotnie  zauważyła  tego  samego  obcego  człowieka  na  rogu, 

niedaleko  jej  pracowni,  kiedy  wyszła  przed  wieczorem  na 

przechadzkę, by zaczerpnąć świeżego powietrza. I na pewno nie było 

przypadkiem,  że  ten  sam  człowiek  pojawił  się  na  chodniku  przed  jej 

domkiem  w  Chelsea.  Ten  domek  był  jej  azylem,  gdzie  mogła  się 

chronić  przed  światem,  i  nikt,  nawet  jej  główna  krawcowa,  nie  znał 

jego adresu. Wszyscy myśleli, że ona mieszka na stałe nad pracownią.  

Czyżby  Marcus  Angmering  ośmielił  się  kazać  ją  śledzić?  Mogła 

się  tego  po  nim  spodziewać.  Co  ona  miała  w  sobie  takiego,  że 

przyciągała  głównie  mężczyzn,  w  których  drzemał  tyran  i  despota  i 

których celem było tylko podporządkować ją sobie całkowicie? Czyż 

nie dość się nacierpiała w małżeństwie z tym okrutnikiem Sywellem? 

Czy  koniecznie  los  po  raz  drugi  musi  ją  doświadczać,  stawiając  na 

drodze  mężczyznę,  który  upatrzył  ją  sobie  i  za  nic  nie  chce 

zrezygnować?  

A  może  ona  tylko  dlatego  węszy  wrogów  na  każdym  kroku,  że 

życie  nauczyło  ją  bać  się  wszystkich  i  wszystkiego?  Chciałaby  tak 

myśleć, ale nie miała takiej pewności.  

Louise  nie  myliła  się.  Prosto  od  niej  Marcus  pojechał  do  domu 

byłego  policjanta,  którego  adres  podał  mu  jego  przyjaciel,  Nick 

Cameron.  W  swoim  czasie  zatrudnił  go,  aby  zebrał  informacje  o 

Atenie Filmer, kobiecie, w której Nick się zakochał.  

-  To  proste  zadanie  -  oświadczył  mężczyźnie  o  przebiegłych 

oczach  i  chytrym  wyrazie  twarzy.  Detektyw  od  razu  odgadł,  że  jego 

background image

klient  jest  człowiekiem  stanowczym  i  zdecydowanym,  który  wie, 

czego chce, i potrafi realizować swe pragnienia.  

- Chciałbym, żeby się pan dowiedział, czy owa dama mieszka nad 

pracownią, czy też ma jakieś inne lokum. Chcę także wiedzieć, z kim 

się  przyjaźni  i  w  jakim  towarzystwie  się  obraca,  jeżeli  w  ogóle  ma 

jakichś znajomych - dodał, pamiętając, że  Louise powiedziała, że nie 

ma żadnych przyjaciół i z nikim się nie widuje.  

Jackson,  rzecz  jasna,  nie  zapytał,  do  czego  milordowi  potrzebne 

są te informacje. Skinął głową i zapewnił Marcusa o swojej dyskrecji.  

- Może pan być pewien, milordzie, że dowiem się wszystkiego, co 

pana  interesuje,  i  to  w  taki  sposób,  że  owa  dama  nawet  nie  domyśli 

się, iż zbieram o niej wiadomości.  

-  Doskonałe  -  odrzekł  Marcus.  Lord  Yardley  zobaczył  Jacksona, 

gdy ten opuszczał jego dom po złożeniu meldunku Marcusowi.  

-  Własnym  oczom  nie  wierzę,  synu.  Były  policjant  u  ciebie? 

Czyżbyś go zatrudniał? - spytał, unosząc znacząco brwi. - To ludzie o 

często  podejrzanej  przeszłości,  chociaż  wydaje  się,  że  ten  akurat  jest 

przyzwoitym człowiekiem.  

Nie  powiedział  Marcusowi,  że  Jackson  odwiedził  co  ostatnio  na 

polecenie  Ministerstwa  Spraw  Wewnętrznych  w  związku  z 

zamordowaniem  Sywella,  ani  też  nie  zadał  synowi  pytania,  w  jakim 

celu go zaangażował.  

Marcus odparł spokojnie.  

background image

- Mój przyjaciel Cameron polecił mi tego człowieka. Zapewnił, że 

jest  uczciwym  detektywem.  Potrzebuję  jego  pomocy  w  pewnej 

dyskretnej sprawie. Chcę to zaćmie, póki jestem jeszcze w Londynie.  

Hrabia  nie  zapytał,  co  to  za  dyskretna  sprawa,  i  zmierzał  do 

odejścia. Marcus zatrzymał ojca.  

-  Sir,  chciałbym  cię  poinformować  o  czymś  ważnym,  a  właśnie 

nadarza się okazja. Byłbym ci wdzięczny, gdybyś  zechciał poświęcić 

mi trochę czasu, to wszystko.  

Ojciec odwrócił się w jego stronę i odpowiedział z powagą:  

-  Jestem  do  twojej  dyspozycji,  Angmering.  Ogromnie  żałuję,  że 

„kiedyś  nie  miałem  dla  ciebie  czasu.  Obiecuję  cię  wysłuchać  z 

największą uwagą.  

Marcus  zdumiał  się  oświadczeniem  ojca,  ale  starał  się  tego  nie 

okazać.  Wydawało  mu  się,  że  jego  rodzic  domyśla  się,  o  czym  będą 

mówili. Weszli do gabinetu. Hrabia nie usiadł jak zwykle za biurkiem, 

ale przeszedł przez pokój i zajął miejsce na krześle obok okna. Wska-

zał synowi miejsce naprzeciwko siebie.  

Teraz, kiedy nadszedł właściwy moment, Marcus poczuł pustkę w 

głowie.  Nie  wiedział,  od  czego  zacząć.  Gdyby  do  takiej  rozmowy 

doszło  kilka  lat  temu,  kiedy  był  młodszy  i  bardziej  porywczy, 

przypuszczalnie  zalałby  ojca  lawiną  słów,  opowiedział  o  tym,  co 

usłyszał  od  ciotki,  i  wyrzucał  krzywdy,  jakich  od  niego  doznał  - 

wypominał, że ojciec mścił się na nim za swe nieudane małżeństwo i 

wybryki  matki.  Obecnie,  mądrzejszy  o  to,  co  usłyszał  od  ciotki, 

background image

Marcus  czuł  jedynie  litość  dla  człowieka,  który  był  taką  samą  ofiarą 

jak on.  

- Sir - zaczął Marcus - spotkałem się z ciotką, siostrą mojej matki. 

To  ona  poprosiła  mnie  o  spotkanie.  Opowiedziała  mi  prawdziwą 

historię  waszego  małżeństwa  i  wyjaśniła  dlaczego,  kiedy  byłem 

dzieckiem, traktowałeś mnie tak nieprzyjaźnie.  

Był to najłagodniejszy sposób na wyrażenie chłodu i obojętności, 

z  jaką  jego  ojciec  odnosił  się  do  niego,  odkąd  tylko  sięgał  pamięcią. 

Ponieważ  lord  milczał,  Marcus  brnął  dalej.  Zdziwiła  go  własna 

oględność w formułowaniu słów; nigdy by siebie nie posądzał o takie 

dyplomatyczne zdolności.  

- Wyjaśniła mi także, dlaczego, kiedy dorosłem, twój stosunek do 

mnie zmienił się na lepsze. Teraz, gdy patrzę na twój portret z czasów, 

kiedy byłeś w moim wieku, a potem przyglądam się sobie, widzę, jak 

bardzo  jesteśmy  do  siebie  podobni.  To  przekonuje  mnie,  a 

najwyraźniej  przekonało  również  ciebie,  że  rzeczywiście  jestem 

twoim synem.  

Na  twarzy  lorda  Yardleya  pojawił  się  wyraz  bólu.  Mimo  to 

Marcus poczuł się w obowiązku kontynuować:  

-  Ciotka  wyjaśniła  mi  również,  że  to  nie  ty  ponosisz  winę  za 

nieudane małżeństwo z moją matką; wręcz przeciwnie, byłeś dla niej, 

jak  mówiła,  ponad  miarę  wyrozumiały  i  cierpliwie  znosiłeś  jej 

wybryki aż do chwili, kiedy porzuciła nas obu.  

Zamilkł.  Ojciec  nadal  się  nie  odzywał.  Przemówił  dopiero  po 

dłuższej chwili.  

background image

- Trudno mi jest o tym mówić. Od dawna już wyrzucam sobie, że 

tak  surowo  traktowałem  niewinne  dziecko.  Gdybym  nawet,  jak 

twierdziła  twoja  matka,  nie  był  twoim  ojcem,  w  żadnym  razie  nie 

powinienem dopuścić do tego, by mój gniew skupiał się na tobie. To 

niedopuszczalne - byłeś przecież wtedy tylko małą bezbronną istotą.  

Wina  za  chłód  i  napięcie  między  nami  leży  wyłącznie  po  mojej 

stronie.  Widzę  teraz,  jak  niemądrze  postąpiłem,  pozwalając,  żeby 

kłamstwo przez tyle lat ciążyło nad moim i twoim życiem. Proszę cię : 

wybaczenie.  Chcę,  abyś  uwierzył,  że  od  tej  pory  będziemy 

przyjaciółmi.  Nie  można  wymazać  przeszłości  ani  jej  zmienić,  ale 

możemy  nie  dopuścić  do  tego,  by  położyła  się  cieniem  na  naszym 

przyszłym życiu.  

Pocieszam  się  myślą,  że  moje  zachowanie  nie  pozostawiło 

większych  śladów  na  twojej  psychice  -  wyrosłeś  na  dzielnego, 

mądrego  człowieka,  którego  każdy  ojciec  może  mi  pozazdrościć. 

Jeszcze raz proszę cię o wybaczenie - jeżeli jesteś w stanie to uczynić.  

Marcus pochylił się i odpowiedział tak, jak miał to w zwyczaju - 

prosto i szczerze:  

- Nie ma czego  wybaczać, sir. Mówmy raczej o zrozumieniu. Po 

tym,  co  usłyszałem  od  ciotki,  poczułem  dla  ciebie  wielkie 

współczucie, które po części złagodziło mój ból.  

Hrabia wstał i wyciągnął do syna rękę ze słowami:  

-  Potraktujmy  to  jako  epitafium  dla  umarłej  przeszłości, 

Angmering.  Zapomnijmy  o  niej  i  podajmy  sobie  ręce  na  zgodę. 

background image

Wypada, abyśmy się pogodzili przed ślubem twojej siostry i wystąpili 

na nim jak prawdziwie kochający się ojciec i syn.  

Marcus  podniósł  się  również.  Stali  teraz  naprzeciwko  siebie 

twarzą w twarz - surowy ojciec i jego syn, podobni do siebie jak dwie 

krople wody - rysami twarzy, głosem i sposobem bycia.  

- Masz rację, sir, nigdy więcej nie wracajmy do tej sprawy.  

Ojciec  przytaknął  ruchem  głowy.  Przez  moment  obaj  trwali  w 

milczeniu.  Ciszę  w  pokoju  zakłócał  jedynie  staroświecki  zegar, 

którego  miarowe  tykanie  było  najlepszym  komentarzem  do 

upływającego czasu.  

Marcus  nie  musiał  długo  czekać  na  wyniki  detektywistycznych 

poszukiwań  byłego  policjanta  Jacksona.  Detektyw  uprzedził  go 

przecież, że w porównaniu z innymi wyzwaniami zadanie, jakie zlecił 

mu Marcus, było dziecinną igraszką.  

W następny poniedziałek po południu Jackson zjawił się w domu 

przy Berkeley Square.  

-  Przypuszczam,  że  dowiedziałem  się  wszystkiego,  co  pana 

interesuje,  milordzie.  Wspomniana  dama  mieszka  nad  swoją 

pracownią  przy  Bond  Street  przez  pięć  dni  -  .  tygodniu.  W  piątek  o 

szóstej  wieczorem  wynajmuje  powóz  i  jedzie  do  małego  domku  w 

Chelsea, położonego niedaleko rzeki, w którym spędza cały weekend.  

W  niedzielę  idzie  do  kościoła,  tak jak  to  robią  wszyscy  porządni 

obywatele,  ale  z  nikim  nie  rozmawia.  Po  nabożeństwie  żegna  się  z 

duchownym  przez  podanie  ręki.  Wczesnym  rankiem  w  poniedziałek 

wraca do swej pracowni.  

background image

W  domku  w  Chelsea  zatrudnia  dwie  służące:  gosposię 

dziewczynę do wszystkiego. Nie wydaje się, aby utrzymywała bliższe 

stosunki  z  sąsiadami,  a  przez  cały  czas,  kiedy  ją  obserwowałem,  ani 

razu nikt nie zapukał do jej drzwi z wyjątkiem chłopca, który roznosi 

mleko. Przerwał, by zebrać myśli, po czym kontynuował:  

-  Moim  zdaniem to  bardzo  bystra  osóbka.  Podejrzewam,  że  dość 

szybko zorientowała się, że jest śledzona. musiała mnie zauważyć już 

pierwszego  dnia.  Przyznaję,  że  nie  zachowywałem  odpowiedniej 

ostrożności i nie zanadto się przed nią kryłem. Od tej pory, za każdym 

razem, kiedy wychodzi z domu, rozgląda się bacznie dookoła.  

Zabrałem  o  niej  dyskretnie  garść  informacji,  które,  jak 

przypuszczam,  zainteresują  pana.  Wydaje  się,  że  nie  odwiedza  jej 

żaden  mężczyzna  ani  na  Bond  Street,  ani  w  jej  domku  w  Chelsea. 

Panuje  opinia,  że  zachowuje  się  jak dama  - powściągliwie  i  z  wielką 

godnością.  

-  Świetnie  -  odrzekł  Marcus.  -  To  wszystko,  co  chciałem 

wiedzieć. Czy mam zapłacić panu od razu?  

- Jeżeli to panu nie robi różnicy, milordzie, to owszem, tak.  

Marcus wręczył mu umówioną kwotę. Było mu trochę głupio, że 

kazał  śledzić  madame  Felice,  ale  to  uczucie  nie  było  na  tyle 

dojmujące,  by  stłumić  rozczarowanie,  jakie  ogarnęło  go  na  myśl,  że 

będzie musiał czekać aż do soboty, aby jej złożyć wizytę.  

W  sobotę  rano  wynajął  powóz  i  kazał  się  zawieść  do  Chelsea. 

Modiste  albo  świetnie  zarabiała,  albo  była  majętną  osobą,  ponieważ 

jej  mały  domek  był  istnym  cackiem.  Świeżo  odremontowany  i 

background image

odmalowany, prezentował się bez  zarzutu. Marcus pomyślał,  że poza 

świeżą  farbą  wygląd  tego  domku  bardzo  przypomina  jego  piękną 

właścicielkę.  Pogwizdując  z  cicha,  zapłacił  woźnicy  i  zapukał  do 

eleganckich frontowych drzwi...  

 

Louise  właśnie  skończyła  jeść  późne  śniadanie  i  raczyła  się 

filiżanką  wybornej  kawy  -  zawsze  robiła  z  a  -  kupy  u  Jacksona  na 

Piccadilly  -  kiedy  usłyszała  pukanie  do  drzwi.  Podniosła  głowę  znad 

filiżanki, zastanawiając się, kto może do niej przychodzić o tak nieod-

powiedniej porze.  

Nie musiała długo czekać. Nadeszła służąca i oznajmiła:  

- Jakiś dżentelmen pragnie się widzieć z panią, madame.  

- Dżentelmen, Jessie? Czy się przedstawił?  

-  Nie,  madame.  Powiedział,  że  pani  na  pewno  wie,  kim  on  jest. 

Powiedział, że potrzebuje koszuli - ale jakoś trudno mi w to uwierzyć. 

On ma na sobie bardzo ładną koszulę.  

-  Coś  podobnego!  -  Louise  szybko  podniosła  się  z  krzesła,  po 

części rozbawiona, a po części rozgniewała. - Powiedz mu, aby sobie 

natychmiast poszedł.  

-  Tak  jest,  madame.  Jessie  zniknęła,  ale  po  kilku  minutach 

pojawiła się znowu.  

-  Och,  madame,  on  mówi,  że  nie  odejdzie.  Mówi,  ze  koniecznie 

musi zobaczyć się z panią i że gotów jest czekać na zewnątrz dopóty, 

dopóki pani nie zdecyduje się go przyjąć. Dał mi nawet pół suwerena 

za to, aby to rani powiedzieć, o, proszę spojrzeć!  

background image

Louise,  która  już  siedziała,  znowu  zerwała  się  na  nocą.  A  więc 

ucieka  się  już  do  takich  metod  jak  przekupstwo?  Co  jeszcze  ten 

człowiek  wymyśli?  Louise  nie  miała  najmniejszej  wątpliwości,  że  to 

lord  Angmering  rył  tym  intruzem,  który  czekał  pod  drzwiami. 

Widocznie udało mu się w jakiś sposób wyśledzić, gdzie ona mieszka.  

- Czy mam oddać te pieniądze, madame? - zapytała niespokojnie 

służąca.  

-  Naturalnie,  że  nie.  Powinien  stracić  więcej  niż  pół  suwerena. 

Jego zachowanie na to zasługuje. Powiedz mu to. - Werwa opuściła ją 

nagle. Niech diabli porwą tego mężczyznę! Jakie jeszcze słowa ma mu 

przekazać, aby odstąpił od swego zamiaru? - Powiedz mu, że jeśli nie 

odejdzie, zawołam posterunkowego, aby usunął go siłą - oświadczyła 

w końcu.  

- Nie sądzę, aby go to odstraszyło, madame - zauważyła służąca. 

Wciąż była niespokojna.  

- Też jestem tego zdania, ale, niemniej, powtórz mu to.  

Po odejściu dziewczyny Louise znowu podniosła filiżankę z kawą 

do ust; była wstrząśnięta i podekscytowana.  

Służąca  powróciła  po  chwili,  ale  już  nie  sama.  W  ślad  za  nią 

postępował ten pyszałek Marcus Angmering. Widocznie bardzo chciał 

ją  zobaczyć,  skoro  nic  go  nie  zniechęciło  -  żadne  groźby  ani 

perswazje.  

-  Nie  chciałem  narażać  pani  na  kłopot  wzywania  policji  i 

pozbywania się mnie siłą - zażartował, kiedy służąca wyszła z pokoju 

i  zostali  sami.  -  Postanowiłem  pomówić  z  panią  osobiście.  Pragnę, 

background image

byśmy  jak  najszybciej  rozwiązali  nasze  trudności.  Proszę  tylko  nie 

gniewać się na służącą za to, że mnie wpuściła do środka. Próbowała 

zagrodzić mi drogę, ale nie dała rady. Jestem przecież od niej wyższy 

i silniejszy.  

Louise  spoglądała  na  niego  oniemiała.  Ręka,  w  której  trzymała 

filiżankę  z  kawą,  zawisła  w  powietrzu.  W  końcu,  o  zgrozo,  zamiast 

rozkazać mu, aby natychmiast opuścił jej dom,  wykrztusiła jedynie z 

wysiłkiem:  

- Jakie trudności, sir? O co panu chodzi?  

- Mam na myśli odrzucenie przez panią mej uprzejmej propozycji, 

abym został jej protektorem.  

Odstawiła filiżankę na spodeczek.  

- Pańska bezczelność, sir, nie ma granic. Wdziera się pan siłą do 

mego domu, terroryzuje służącą...  

Marcus nie pozwolił jej skończyć.  

- Przesada - mruknął, wykrzywiając zabawnie wargi. - Wcisnąłem 

jej tylko do ręki pół suwerena. Czy to można nazwać terrorem?  

- No, nie! - wykrzyknęła z irytacją Louise. - Pan naprawdę nie jest 

dżentelmenem,  sir.  Przekręca  pan  każde  moje  słowo.  Pan  doskonale 

wie,  o  co  mi  chodzi  -  nie  ma  żadnych  trudności  w  sprawie  pańskiej 

propozycji  zostania  moim  protektorem.  Ta  sprawa  nie  istnieje, 

przecież  kategorycznie  odrzuciłam  pańską  ofertę,  o  ile  mnie  pamięć 

nie myli.  

-  Moim  skromnym  zdaniem  bardzo  się  pani  z  tą  odmową 

pośpieszyła  -  sprzeciwił  się  Marcus.  -  Nawet  nie  starała  się  pani 

background image

udawać, że ją rozważy. W interesach nie postępuje się tak pochopnie. 

Trzeba się dobrze zastanowić, nim się odrzuci czyjąś ofertę.  

-  Nigdy  nie  udaję,  sir  -  oświadczyła  Louise.  Pomyślała,  że  to 

kłamstwo  przeszło  jej  przez  gardło  z  dziwną  łatwością.  Przecież 

udawała  przez  całe  życie;  nawet  jej  nazwisko  było  nieprawdziwe.  - 

Odpowiedziałam  już  panu.  Proszę  pozwolić,  by  Jessie  odprowadziła 

pana do drzwi.  

- Nie zaproponuje mi pani nawet filiżanki kawy - odezwał się ze 

smutkiem. - To nieładnie tak traktować gościa, madame. Myślałem, że 

jest pani bardziej uprzejma.  

-  Pan  nie  jest  gościem  -  odpaliła  Louise.  -  Przyszedł  pan  tutaj 

nieproszony, wdarł się pan siłą do mego mieszkania...  

- To prawda - przyznał z tym samym smutkiem w głosie. - Proszę 

mi  jednak  powiedzieć,  czy  w  inny  sposób  mógłbym  się  z  panią 

spotkać? Śmiem twierdzić, że nie.  

Jego  uśmiech  był  taki  figlarny,  a  oczy  spoglądały  na  nią  z  taką 

przekorą,  że  Louise  poczuła,  jak  złość  powoli  zaczynają  opuszczać. 

Nigdy  przedtem  nie  doświadczyła  takiego  uczucia.  Po  raz  wtóry 

stwierdziła, że nie jest przystojny; ujmował jednak manierami i jakimś 

nieuchwytnym  wdziękiem,  który  sprawiał,  że  trudno  było  mu  się 

oprzeć.  

Musiało tak być, w przeciwnym razie jego obecność nie robiłaby 

na niej takiego wrażenia. Oblizała wargi i zobaczyła, że na ten widok 

zmienił się na twarzy. Zastanawiała się, co mogło nim tak wstrząsnąć.  

background image

Louise  nie  miała  żadnej praktyki  w  sztuce  miłości.  Jej  erotyczne 

doświadczenia  sprowadzały  się  do  aktów  niezaspokojonej  żądzy 

byłego męża. Nie miała wyobrażenia, co może pociągać lub podniecać 

mężczyznę.  Marcus,  który  przez  cały  czas  obserwował  ją  uważnie, 

doszedł ze zdziwieniem do wniosku, że naprawdę musi być niewinna i 

że obawa, która maluje się na jej twarzy, wcale nie jest udawana.  

Ogarnęły  go  nagłe  wstyd  i  zażenowanie.  Droczył  się  z  nią 

podobnie  jak  ze  swoją  siostrą  Sophią  i  Dwoma  Nedami.  Tamto 

przekomarzanie się było tylko zwykłą zabawą, podczas gdy sposób, w 

jaki  prowadził  rozmowę  z  madame,  mógł  w  istocie  wydać  się 

złośliwy.  Jego  zakłopotanie  zwiększył  jeszcze  widok  jej  drgających 

warg i drżących rąk.  

-  Przepraszam  -  odezwał  się  ze  skruchą.  -  Nie  powinienem  tak 

postępować. Nie zamierzałem pani przestraszyć. Rzeczywiście, muszę 

odejść. - Odwrócił się, by skierować się do drzwi, którymi poprzednio 

wyszła służąca.  

Znowu  zostanie  sama.  Jakkolwiek  przestraszona,  Louise 

zrozumiała  nagle,  że  wcale  nie  chce,  aby  odszedł.  Oprócz  obawy, 

którą  jego  obecność  w  niej  wzbudzała,  a  która  nie  uszła  uwagi 

Marcusa, na dnie jej duszy drzemał jeszcze inny lęk.  

Była  taka  samotna.  Przez  całe  życie  była  samotna.  Na  ciemnym 

niebie  jej  osamotnienia  świeciły  tylko  zwie  jasne  gwiazdy  -  jej 

opiekun,  a  później  Atena  Filmer.  Straciła  obydwoje.  Jeżeli  Marcus 

opuści jej dom, do kogo się dzisiaj odezwie? Do gosposi, do służącej, 

background image

a potem być może do sprzedawców i ekspedientek; tylko i jedynie do 

nich.  

-  Nie  -  zaprotestowała,  z  trudem  wypowiadając  słowa  przez 

ściśnięte  gardło  -  Proszę  nie  odchodzić.  Stoi  pan  tutaj  nade  mną  jak 

wieża. Proszę, niech pan usiądzie.  

Marcusa  zaskoczyła  ta  nagła  zmiana.  Ciekawe,  co  mogło  ją 

spowodować? - zadał sobie w duchu pytanie. Uśmiechnęła się nawet, 

wprawdzie  blado  i  nieznacznie,  ale  niemniej był  to  uśmiech.  Czyżby 

udało  mu  się  dokonać  pierwszego  wyłomu  w  obronnych  murach  jej 

cnoty?  

Odpowiedział z taką swobodą, na jaką tylko potrafił się zdobyć:  

-  Nie  jestem  aż  taki  wysoki,  aby  można  mnie  było  określić 

mianem  wieży,  ale  pani,  z  kolei,  jest  taka  krucha  i  drobna,  że 

rozumiem,  iż  w  jej  odczuciu  mogę  się  wydawać  jeśli  nie  wieżą,  to 

przynajmniej  wieżyczką  strzelniczą.  -  Po  tych  słowach  wyciągnął 

krzesło i usiadł naprzeciwko gospodyni przy stole.  

Ta ostatnia uwaga wywołała na jej twarzy oczekiwany, ale nieco 

smętny  uśmiech.  Ośmielony  nim  Marcus  zwrócił  się  do  niej 

przymilnie jak chłopczyk, który domaga się łakoci.  

-  Czy  pani  posunie  się  w  swej  uprzejmości  tak  dalece,  aby 

poczęstować  mnie  filiżanką  tej  aromatycznej  kawy?  Już  sam  zapach 

wskazuje, że jej smak musi być wyborny. Tak mi było pilno zobaczyć 

się z panią, że nie zdążyłem zjeść śniadania.  

Był  doprawdy  niemożliwy!  Jak,  na  miłość  boską,  udało  mu  się 

zmiękczyć  ją  do  tego  stopnia,  że  nie  tylko  nie  wyrzuciła  go  z  domu, 

background image

ale  także  pozwoliła  usiąść  razem  ze  sobą  przy  stole,  a  na  dodatek, 

uśmiechać  się  przyjaźnie,  tak  jakby  tu,  w  tej  jadalni,  było  jego 

właściwe miejsce, jakby dopiero co obudzili się ze snu i siedli razem 

do  śniadania,  niczym  owa  para  ze  znanej  ludowej  ballady  -  Darby  i 

Joan.  

Co gorsza, zaczęła jej się podobać ta niecna gra, w którą usiłował 

ją wciągnąć. Wstała, otworzyła drzwiczki kredensu, który stał za nią i 

w którym znajdował się komplet pięknej porcelany, wyjęła filiżankę i 

spodeczek  i  nalała  mu  kawy.  Podsunęła  także  dzbanuszek  ze 

śmietanką i cukierniczkę.  

- Wielkie dzięki - powiedział, unosząc filiżankę do ust. Pił wolno, 

ze  znawstwem,  rozkoszując  się  smakiem  napoju.  Podniósł  na  Louise 

wzrok znad filiżanki, ale kiedy się odezwał, w jego głosie nie było już 

cienia przekory.  

- Proszę uwierzyć moim słowom. Uciekam się do takich środków 

tylko  dlatego,  że  nie  mam  innego  wyjścia.  Pragnę  się  z  panią 

widywać,  ponieważ  mi  na  pani  zależy.  Chcę  zdobyć  pani  względy,  a 

dobrze pani wie, ze nie będzie to łatwe zadanie - wyjaśnił z powagą.  

-  Starać  się  o  moje  względy?  -  żachnęła  się  znowu  Louise.  - 

Umizgiwać się do mnie po to, żeby mnie nakłonić do zostania pańską 

kochanką?  W  normalnym  języku  to  się  nazywa  uwiedzenie.  Czy  nie 

szanuje pan cnoty?  

Marcus odłożył na spodeczek pustą filiżankę.  

-  Możemy  podyskutować  na  temat,  z  czego  składa  się  cnota.  To 

może okazać się bardzo dla nas przydatne.  

background image

-  Nie,  nie  możemy.  Obydwoje  doskonale  wiemy,  co  to  takiego. 

Pańskie zachowanie, sir, jest po prostu obrzydliwe.  

-  W  przeciwieństwie  do  pani  kawy  -  wtrącił,  nie  zmieniając 

wyrazu twarzy.  

- O, tak, jest pan niemożliwy. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że 

traktuje mnie pan w dalszym ciągu jak cenną zwierzynę. Zadaję sobie 

tylko pytanie, dlaczego nie wyrzuciłam pana za drzwi.  

- Chce pani wiedzieć? - odparł, wbijając w nią przenikliwy wzrok. 

-  Już  to  wyjaśniam:  dlatego,  że  się  sobie  nawzajem  podobamy.  Czyż 

nie  mam  racji?  Proszę  mi  wierzyć,  że  gdyby  została  pani  moją  bette 

amie, traktowałbym panią tak, jak gdyby była pani moją żoną - nie, co 

mówię,  z  o  wiele  większą  miłością  i  dbałością,  niż  większość  moich 

znajomych traktuje swoje żony.  

Zapewniam,  że  nie  dlatego  nie  proponuję  pani  małżeństwa,  że 

stoję  wyżej  w  hierarchii  społecznej,  ale  dlatego,  iż  nie  mam  w  ogóle 

zamiaru  się  żenić.  Z  wyjątkiem  jednego,  wszystkie  znane  mi 

małżeństwa  są  nieudane.  Nie  mam  więc  podstaw  sądzić,  że  moje 

będzie  inne.  Błagam,  niech  się  pani  zgodzi  na  moją  propozycję. 

Obiecuję być wiernym i zrobię wszystko, co w mej mocy, aby uczynić 

panią szczęśliwą.  

W tym, co mówił, było sporo prawdy. Czymże bowiem innym był 

jej  związek  z  Sywellem  jak  nie  upiorną  parodią  prawdziwego 

małżeństwa? Co  więcej,  wiedziała dobrze,  że pod demonstrowaną na 

zewnątrz zgodą w wielu małżeństwach kryje się pustka i brak miłości.  

background image

Ale,  i  to  było  wielkie  ale,  Louise  uważała,  że  pomimo  swej 

skomplikowanej biografii, która wymogła na niej popełnienie różnych 

czynów  -  musiała  się  przecież  w  jakiś  sposób  ratować  -  ocaliła 

podstawowe dla siebie wartości: cnotę i honor i zamierzała przy nich 

pozostać.  

- Wierzę panu - odparła wolno. - Uważam, że jest pan rzetelnym 

człowiekiem, który dotrzymuje słowa, lecz to nie wystarczy.  

- Co mam zrobić, aby nakłonić panią do zmiany zdania?  

- Nic.  

Przechylił się przez stół i ujął ją za rękę.  

-  Nie  zrezygnuję  z  pani.  Muszę  znowu  zobaczyć  się  z  panią.  W 

dalszym ciągu będę się starał przekonać panią do swojej propozycji.  

Potrząsnęła głową przecząco.  

- Nie? Nawet jeżeli zostanę tylko przyjacielem? - zapytał Marcus i 

dodał bezwiednie:  -  Felice,  jestem  człowiekiem  samotnym  i  tak było 

od  dzieciństwa.  Jeżeli  przyrzeknę  pani,  że  nie  będę  cię  dręczył  ani 

śledził...  

-  Ani  kazał  innym  mnie  śledzić  -  wtrąciła. Marcus  schylił  głowę 

zażenowany.  

-  Tak,  proszę  o  wybaczenie,  ale  byłem  w  desperacji.  Jeżeli 

obiecam,  że  będę  zachowywał  się  przyzwoicie,  to  czy  możemy  się 

spotkać  od  czasu  do  czasu?  Choćby  tylko  po  to,  aby  porozmawiać  i 

pobyć trochę w swoim towarzystwie?  

background image

-  Skąd  mogę  wiedzieć,  że  pan  nie  będzie...  -  Urwała  i  po  chwili 

namysłu  zapytała:  -  Ale  w  jaki  sposób  będziemy  się  spotykać? 

Prywatnie czy publicznie?  

-  Nie  w  towarzystwie,  to  pewne,  ale  czasami  zabiorę  panią  na 

spacer lub pojedziemy gdzieś za miasto, gdzie nikt nas nie zna.  

-  A  zatem  w  sekrecie  -  zauważyła  Louise,  myśląc  z  goryczą,  że 

przecież całe jej dotychczasowe życie było jednym wielkim sekretem.  

-  Niekoniecznie  -  odpowiedział.  -  Proponuję  zastosować 

nieszkodliwe  kłamstewko,  za  pani  zgodą  oczywiście.  Będę  udawać 

pani kuzyna, który zaginął przed lary, ale teraz się odnalazł i odszukał 

panią.  

- Nieznana kuzynka lorda Angmeringa? - rzekła pytającym tonem 

Louise. Zagadkowy uśmiech przemknął jej po twarzy.  

- W żadnym wypadku lorda Angmeringa. Kuzynka pana Marksa. 

Będę panem Marksem, przeciętnym londyńczykiem, z którym zostaje 

pani  w  dyskretnie  przyjacielskich  stosunkach.  Pan  Marks  nie  jest 

człowiekiem bogatym i ubiera się stosownie do swej pozycji.  

Louise  odniosła  wrażenie,  że  milord  bawi  się  tą  całą  sytuacją. 

Przywodził  jej  na  myśl  małego  chłopca,  który  otrzymał  nową 

zabawkę. Obawa, którą w niej wzbudził, nieco zmalała.  

-  Nie  powinnam  pana  słuchać  -  odezwała  się  -  ale...  -  Urwała  i 

zawahała się.  

-  Niemniej  słucha  mnie  pani  -  odparł  z  żywością.  -  Niech  pani 

myśli,  jaką  przyjemnością  będą  dla  nas  te  spotkania;  mówię  tu 

oczywiście o rozmowach.  

background image

- Oczywiście - odparła szyderczo Louise. - Tak długo, jak będzie 

pan  o  tym  pamiętał,  milordzie,  nie  będzie  powodu  do  sprzeczki 

między nami.  

-  Panie  Marksie  -  poprawił  ją.  -  Proszę  nie  zapominać,  że  od  tej 

chwili jestem panem Marksem. Pani będzie łatwiej stwarzać pozory w 

tej naszej grze, ponieważ zachowa pani swoje nazwisko.  

-  Tak  długo,  jak  zachowam  swoją  cześć  -  zauważyła  z 

uśmiechem.  

-  Obiecuję,  że  pan  Marks  będzie  lepiej  wychowany  od  lorda 

Angmeringa.  A  teraz  proszę  wyrazić  zgodę,  aby  pan  Marks  zabrał 

madame  Felice  na  krótką  przejażdżkę  dziś  po  południu  -  nie  w 

powoziku  milorda,  ale  w  powozie  Hackneya,  który  zajedzie  przed 

pani  dom  o  drugiej.  Proszę  zapewnić  swą  służącą,  że  kiedy  znowu 

tutaj  przyjadę,  zachowam  się  jak  na  prawdziwego  dżentelmena 

przystało. A tymczasem prosiłbym o jeszcze jedną filiżankę kawy.  

- Niestety, kawa już  wystygła, ale po południu, kiedy  wrócimy  z 

przejażdżki, zaproszę pana na herbatę.  

Marcus wstał i skłonił się nisko.  

-  Lord  Angmering  zostawia  teraz  madame  Felice,  aby  za  kilka 

godzin zjawić się ponownie, już jako pan Marks.  

Ja  chyba  oszalałam,  uznała  w  popłochu  Louise.  Drżała  trochę  z 

niewiadomego  powodu,  zła,  że  w  ogóle  dała  mu  punkt  zaczepienia, 

stworzyła szansę, aby mógł znowu zawracać jej głowę swą idiotyczną 

propozycją. Dlaczego, do licha, ustąpiłam? - zadawała sobie pytanie.   

background image

Nie była szczera wobec siebie, wiedziała o tym. Uległa, ponieważ 

po  raz  pierwszy  w  życiu  pozwoliła,  aby  emocje  wzięły  górę  nad 

rozsądkiem.  Uczyniła  to  w  pełni  świadoma  zaskakującej  ironii 

wydarzenia.  Marcus  Angmering  będzie  udawał  jej  kuzyna,  a 

tymczasem faktycznie jest jej kuzynem, wprawdzie dalekim, niemniej 

prawdziwym.  

Louise rozważała tę zabawną myśl, wchodząc do kuchni, w której 

gosposia ze służącą rajcowały zawzięcie. Nie ulegało wątpliwości, że 

rozmawiały  o  dziwnym  gościu.  Nie  miała  potrzeby  ani  obowiązku 

tłumaczyć  służbie,  kim  był  mężczyzna,  który  ją  odwiedził,  ale  po-

myślała,  że  zręczniej  będzie  podać  im  krótkie  wyjaśnienie,  jeżeli 

Marcus rzeczywiście ma ją częściej odwiedzać.  

- Okazuje się - rzekła, kiedy już zarządziła, co ma być na obiad - 

że  dżentelmen,  który  dziś  złożył  mi  wizytę,  jest  moim  dalekim 

zaginionym krewnym. - To przecież nie jest kłamstwo, tylko prawda, 

uspokajała swe sumienie. - Nazywa się pan Marks. Bardzo długo mnie 

szukał, ale w końcu znalazł mój adres. Z pewnością nieraz tu jeszcze 

zajrzy.  

Jeżeli  nawet  obie,  wpatrujące  się  w  nią  kobiety  uważały  to  za 

wierutne  kłamstwo,  niczym,  nawet  najmniejszym  mrugnięciem  oka, 

nie dały tego po sobie poznać.  

-  Ach,  więc  to  dlatego  wręczył  mi  pół  suwerena!  -  wykrzyknęła 

służąca.  

-  Chyba  tak  -  zgodziła  się  Louise,  zadowolona,  że  udało  jej  się 

wybrnąć  z  kolejnej  niezręcznej  sytuacji.  Miała  tylko  nadzieję,  że  nie 

background image

będzie musiała znowu kłamać... Jej dotychczasowe życie składało się 

z wciąż nowych trudnych sytuacji, a dzisiejsza była tylko najnowszą. 

Wierzyła  głęboko,  że  szczęśliwa  gwiazda,  która  do  tej  pory  tak 

opiekuńczo nad nią świeciła, w dalszym ciągu będzie jej sprzyjać.  

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Marcus  Angmering  pomyślał,  że  szczęście  mu  sprzyja. 

Nieoczekiwana  zgoda  madame  Felice  na  jego  drugą  wizytę  po 

południu była co najmniej obiecująca. Czuł w niej jednak jakiś opór, 

który kazał mu powątpiewać w szybki sukces. Wstępne napomknienia 

na ten temat Louise skwitowała pogardliwym prychnięciem, choć nie 

ulegało wątpliwości, że Marcus jej się podobał.  

Po  sympatycznej  przejażdżce  we  dwoje,  podczas  której 

zachowywał  się  nienagannie,  wrócił  na  Berkeley  Square.  W  domu 

odkrył,  że  ojciec  miał  niespodziewanego  gościa.  Był  to  detektyw 

Jackson, którego spotkał w drzwiach przy wyjściu.  

- Czy to mnie pan szukał? - zapytał zaskoczony Marcus.  

-  Nie  -  odrzekł  Jackson.  -  Byłem  z  wizytą  u  pańskiego  ojca. 

Chciałem  wyjaśnić  niektóre  szczegóły  związane  z  zamordowaniem 

markiza  Sywella.  Skoro  już  pana  spotkałem,  byłbym  wdzięczny, 

gdyby  zechciał  pan  poświęcić  mi  parę  minut.  Chciałbym  zadać  panu 

kilka pytań.  

Marcus uniósł brwi ze zdziwienia.  

-  W  czasie,  kiedy  popełniono  morderstwo,  przebywałem  w 

Northumberland. Wobec powyższego nie sądzę, abym mógł panu być 

background image

w czymś pomocny. Moje zeznania nic nie wniosą, ponieważ nie mam 

panu nic do powiedzenia.  

-  Niemniej  -  nalegał  Jackson  -  jest  możliwość,  że  wie  pan  o 

czymś, co pańskim zdaniem nie zasługuje na uwagę, a dla mnie może 

mieć bardzo duże znaczenie.  

- Jeżeli tak, to jestem do pańskiej dyspozycji. Uważam jednak, że 

nic to nie da; marnuje pan tylko czas.  

-  Pomimo  to  zaryzykuję  -  odparł  wesoło  Jackson,  wchodząc  za 

Marcusem do salonu. - Przejdziemy zatem od razu do rzeczy. O ile mi 

wiadomo,  odwiedzał  pan  czasami  Jafrrey  House  w  okresie,  gdy  w 

Steepwood  mieszkał  zamordowany  markiz.  Czy  spotkał  go  pan 

kiedykolwiek lub, co ważniejsze, czy widział pan jego żonę?  

Marcus potrząsnął głową przecząco.  

- Ojciec zalecił mi, abym, jeżeli to możliwe, starał się go unikać. 

To  prawda,  widziałem  Sywella  kilka  razy  podczas  mojej  bytności  w 

Jaffrey  House,  ale  tylko  z  daleka.  Nic  nie  wiem  o  jego  życiu  w 

Steepwood,  z  wyjątkiem  plotek,  których  pan  z  pewnością  zdążył 

wysłuchać.  

Jackson pokiwał głową w zamyśleniu.  

-  Tak  też  myślałem.  A  czy  widział  pan  kiedykolwiek  jego  żonę, 

młodą markizę? Czy ma pan wyobrażenie, jak ona wygląda? Problem 

polega  na  tym,  co  wydaje  się  dość  dziwne,  że  wszystkie 

przesłuchiwane  przeze  mnie  osoby  twierdziły  zgodnie,  że  niewiele 

pamiętają. Byłoby  dobrze,  gdyby  pan  sobie  coś  przypomniał  -  coś,  o 

czym pan słyszał lub widział. Bardzo by mi to ułatwiło sytuację.  

background image

Marcus  znowu  potrząsnął  głową.  Nie  mógł  przyznać  się 

Jacksonowi, że nie znosił jego  wizyt u ojca. Wprawdzie nie zdarzało 

się  to  często,  ale  Marcus  zawsze  w  takich  wypadkach  starał  się  go 

unikać - nie wiadomo dlaczego, lecz sprawiało mu to przykrość. Miał 

nadzieję, że to już koniec przesłuchania, jednak Jackson miał jeszcze 

jedno pytanie.  

- Z tego, czego dowiedziałem się poufnie od pewnej osoby, młoda 

żona  markiza  bardzo  się  swojego  czasu  przyjaźniła  z  panną  Ateną 

Filmer,  obecną  żoną  jednego  z  pańskich  znajomych.  Panna  Filmer 

określiła  nam  jej  powierzchowność,  ale  jej  opis  niewiele  dał.  Może 

pasować  do  każdej  kobiety.  Wydaje  się,  że  panna  Filmer  nie  miała 

wiele  przyjaciółek,  i  ciekawi  mnie,  czy  widział  ją  pan  kiedyś  z 

markizą.  Może  wtedy,  gdy  były  jeszcze  dziewczynkami,  a  może  w 

późniejszym czasie?  

-  Nie  przypominam  sobie  dokładnie  -  odpowiedział  Marcus, 

szukając  w  pamięci  jakiegoś  szczegółu,  którego  Jackson  mógłby  się 

uczepić.  Przyszły  mu  na  myśl  dawne  spacery  po  lesie  Steepwood. 

Jakiś  zamazany  obraz  kołatał  się  mu  w  głowie.  Rzeczywiście,  kiedy 

miał  lat  czternaście,  przyjechał  na  jakiś  czas  do  Jaffrey  House  i 

pewnego  razu  na  spacerze  natknął  się  na  młodziutką  dziewczynę, 

która  mogła  być  Ateną  Filmer.  Towarzyszyła  jej  inna,  mniejsza 

dziewczynka.  Ta  ostatnia,  bawiąc  się  i  skacząc  nad  sadzawką, 

potknęła się, upadła i rozcięła sobie kolano.  

Marcus  pamiętał,  że  zatrzymał  się  i  własną  chusteczką  oczyści  i 

przewiązał  skaleczenie.  Dziewczynka  odbiegła,  kuśtykając...  Na  tym 

background image

wspomnienie  się  urwało.  Coś  go  w  tej  dziewczynce  uderzyło,  jakiś 

szczegół, który koniecznie powinien sobie przypomnieć, ponieważ był 

ważny.  W  pamięci utkwił  mu  tylko  jej  wdzięczny  głosik.  Postanowił 

powiedzieć o tym Jacksonowi.  

-  Piękne,  bujne  złociste  włosy  -  rzekł  wolno.  -  To  było  dawno 

temu,  jeszcze  zanim  wstąpiłem  na  uniwersytet.  W  lesie  Steepwood 

spotkałem  Atenę  Filmer.  Towarzyszyła  jej  mniejsza  dziewczynka, 

która miała piękne złociste włosy i uderzające oczy. Przypuszczam, iż 

mogło to być dziecko, które potem zostało markizą.  

Panna Filmer powiedziała kiedyś, że przez jakiś czas w młodości 

przyjaźniła  się  z  przyszłą  żoną  Sywella.  Nie  przypominam  sobie 

jednak,  bym  potem  spotkał  osobę,  która  mogła  nią  być,  ponieważ  w 

owym czasie rzadko odwiedzałem Steepwood.  

Co było takiego szczególnego w oczach tej dziewczynki? I co go 

jeszcze  na  przelotną  chwilę  zaintrygowało?  Nadal  nie  był  w  stanie 

sobie przypomnieć.  

Jackson skinął głową.  

- To by się zgadzało - zauważył. - To samo powiedziało mi kilka 

innych  osób,  którym  wydawało  się,  że  ją  widziały,  ale  jest  wiele 

młodych  kobiet  o  podobnych  cechach  urody.  To  żaden  wyróżnik. 

Mówi pan o pannie Filmer. To prawda, nie miała wielu przyjaciółek, 

ale  jedną  z  nich  jest  na  pewno  owa  słynna  krawcowa  z  Bond  Street, 

która ubiera panie z towarzystwa.  

-  Madame  Felice!  -  wykrzyknął  Marcus.  -  Ona  jest  przyjaciółką 

Ateny! W jaki sposób ją poznała?  

background image

-  Otóż  to  -  odparł  Jackson.  -  Widzi  pan,  panna  Filmer,  obecna 

pani  Cameron,  twierdzi,  że  nie  ma  pojęcia,  gdzie  markiza  może 

przebywać  w  tej  chwili,  ale  ja  nie  bardzo  wierzę  jej  słowom.  To 

przebiegła kobieta.  

-  To  prawda  -  przyznał  Marcus  z uśmiechem.  - Co  jednak  wcale 

nie  świadczy  o  tym,  że  panna  Filmer  wie,  w  którym  miejscu  żona 

Sywella  ukryła  się  po  ucieczce  ze  Steepwood.  -  Ta  sprawa 

zaintrygowała  Marcusa  i  ciekaw  był,  co  Jackson  może  mu  na  ten 

temat powiedzieć.  

Detektyw  jednak  zmienił  taktykę  w  sposób  niepokojący.  Była  to 

jego ulubiona metoda.  

-  Przypuszczam,  że  jest  panu  wiadome,  jak  bardzo  pański  ojciec 

nie znosił Sywella.  

-  Wszyscy,  którzy  znali  Sywella,  nie  cierpieli  go  serdecznie  - 

odrzekł sucho Marcus.  

-  Każdy  powtarza  to  samo.  Jednak  im  więcej  dowiaduję  się  o 

Sywellu,  tym  oczywistsze  stają  się  dla  mnie  związki  rodziny 

Yardleyów  z  markizem.  Zacznijmy  od  początku.  Do  tej  pory 

wiedzieliśmy,  że  Edmund  Cleeve,  zrozpaczony  po  śmierci  jedynego 

syna,  pojechał do  Londynu  i tu  spotkał  Sywella.  Zasiedli do  kart i  w 

ciągu  jednego  wieczoru  hrabia  Yardley  przegrał  cały  majątek,  po 

czym się zastrzelił.  

Okazało się jednak, że zginął w pojedynku zaaranżowanym przez 

Sywella. Zeznanie Solomona Burnecka potwierdziło, że pojedynek rył 

ukartowany,  czyli,  innymi  słowy,  popełnione  zostało  morderstwo. 

background image

Sywell  zamordował pańskiego krewnego i  w konsekwencji wszedł  w 

posiadanie  opactwa  Steepwood  -  on,  a  nie  pański  ojciec.  Wydawało 

się, że Yardleyowie już na zawsze stracili rodzinną posiadłość.  

Ach, więc to tak. Jackson wyraźnie sugeruje, że jego ojciec miał 

uzasadniony powód, aby zamordować Sywella. A ponieważ  zeznania 

Burnecka obciążające Sywella zostały złożone już po śmierci markiza, 

podejrzenie  o  morderstwo  przede  wszystkim  musi  paść  na  jego  ojca. 

Zarzucą mu, że chciał tą drogą odzyskać opactwo.  

- Pańskie rozumowanie jest całkowicie błędne - oświadczył zimno 

Marcus.  -  Opactwo  jest  niewiele  warte.  To  ruina.  Trzeba  wielkich 

nakładów  pieniężnych,  aby  zaczęło  przynosić  dochód.  Mój  ojciec 

rzeczywiście  wszedł  ponownie  w  posiadanie  tego  majątku  po 

ujawnieniu  przez  Burnecka  faktu,  że  Sywell  zdobył  go  w  sposób 

oszukańczy i na dodatek zamordował mego kuzyna. Jednak długo nie 

będzie miał z niego korzyści. Trzeba być głupcem, aby zabijać kogoś 

dla takiej ruiny.  

- To prawda, a pański ojciec z pewnością nim nie jest  - przyznał 

Jackson.  -  Całkowicie  się  z  panem  zgadzam.  Szkoda,  że  musimy 

fatygować  i  przepytywać  tylu  zacnych  ludzi,  aby  odnaleźć  osobę, 

która  zabiła  takiego  nędznika  jak  Sywell,  ale,  rozumie  pan, 

sprawiedliwości  musi  stać  się  zadość.  Nie  możemy  pozwolić,  aby 

zbrodniarze, którzy mordują markizów, uniknęli kary.  

- W pełni popieram pańską pierwszą tezę - odpowiedział Marcus z 

uśmiechem  -  ale  mam  zastrzeżenia  co  do  drogiej.  Skoro  wymiar 

sprawiedliwości  nie  był  w  stanie  rozprawić  się  z  Sywellem, 

background image

powinniśmy  być  wdzięczni  człowiekowi,  który  go  wreszcie  usunął  z 

tego świata. Przecież ten łotr był wrzodem na ciele społeczeństwa, nie 

mówiąc już o tym, że kompromitował naszą sferę, nie sądzi pan?  

Jackson skinął głową twierdząco.  

-  Można  tak  powiedzieć.  Dziękuję,  że  poświęcił  mi  pan  czas, 

milordzie.  Rozmowa  z  panem  dużo  mi  dała.  -  Zawrócił  w  stronę 

drzwi.  

-  To  nic  wielkiego  -  rzucił  za  nim  Marcus  wesołym  tonem.  Był 

rad,  że  detektyw  wreszcie  sobie  idzie.  Za  wcześnie  się  jednak 

ucieszył.  Jackson  doszedł  do  drzwi,  otworzył  je,  ale  na  progu 

przystanął i odwracając się w stronę Marcusa, powiedział:  

- A przy okazji, jeżeli przypomni pan sobie więcej szczegółów na 

temat  wyglądu  przyjaciółki  panny  Filmer  -  która  może  być  żoną 

Sywella  -  proszę  mnie  o  tym  łaskawie  powiadomić.  Pan  wie,  gdzie 

mnie szukać. Bardzo bym chciał ją przesłuchać.  

Marcus  patrzył  w  bezruchu  na  zamknięte  drzwi.  Co  to  wszystko 

ma  znaczyć?  A  madame  Felice,  jak  to  się  stało,  że  jej  imię  padło  w 

trakcie  tej  rozmowy?  Co  ją  łączy  z  tajemnicą  opactwa  Steepwood  - 

poza tym, że ryła przyjaciółką Ateny Filmer? Rzecz dziwna, detektyw 

Jackson nie uznał za stosowne poinformować mnie o tym fakcie, gdy 

angażowałem go do zbierania informacji na temat madame, pomyślał.  

Ten  szczwany  lis  widocznie  odgadł,  że  wiedziałem  coś  więcej  o 

małej  przyjaciółce  Ateny,  niż  zapamiętałem,  snuł  domysły  Marcus, 

ale  żeby  mnie  kto  zabił,  nie  mogę  sobie  przypomnieć,  co  takiego 

szczególnego uderzyło mnie w niej przed laty.  

background image

Marcus  się  nie  zdziwił,  kiedy  usłyszał,  że  Jackson  złożył  wizytę 

madame Felice w poniedziałek rano. Okazało się, że zaszedł tego dnia 

do jej pracowni i oznajmił dziewczynie za ladą, że pragnie widzieć się 

z  właścicielką.  Louise  poinformowała  Marcusa  o  tej  wizycie,  gdy 

odwiedził  ją  w  jej  domku  w  Chelsea  wczesnym  rankiem  następnej 

soboty.  

Poleciła służącej wprowadzić go do środka, ale kiedy przekroczył 

próg uroczego saloniku, przywitała go zimnym jak lód spojrzeniem.  

-  No,  no,  panie  Marksie  -  odezwała  się  chłodno.  -  Znowu  pan 

nasłał na mnie tego człowieka. Jeżeli to prawda, należą mi się od pana 

kolejne przeprosiny.  

- Jakiego człowieka? - zapytał obłudnie Marcus. Dobrze wiedział, 

kogo Louise ma na myśli.  

-  Jacksona.  Niech  pan  nie  udaje,  że  nie  wie,  o  kim  mówię. 

Widziałam, jak obserwował mój dom przed tym, zanim pan złożył mi 

wizytę  w  Chelsea.  Rozpoznałam  go  natychmiast.  Przyszedł  mnie 

indagować  na  temat  przyjaźni  z  Ateną  Filmer.  Oświadczył,  że  jest 

byłym policjantem z Bow Street, ale nadal pracuje dla rządu.  

Pytał  mnie,  czy  jako  przyjaciółka  Ateny  wiem  coś.  o  jej  innych 

koleżankach,  a  zwłaszcza  o  zaginionej  markizie.  Wspomniał 

mimochodem, ale jestem pewna, że zrobił to celowo, że rozmawiał z 

panem.  Czy  to  pan  podsunął  mu  pomysł,  aby  mnie  przesłuchiwać? 

Jeżeli to prawda, proszę uprzejmie, żeby natychmiast opuścił pan mój 

dom.  

background image

-  Daję  pani  najświętsze  słowo  honoru,  że  to  nie  ja  -  zapewnił  ją 

Marcus,  wznosząc  do  góry  rękę  uroczystym  gestem.  -  To  prawda,  że 

zatrudniłem go, aby dowiedział się dla mnie, gdzie pani mieszka, ale z 

przesłuchaniem  nie  mam  naprawdę  nic  wspólnego.  Chciał  wiedzieć, 

czy  spotkałem  kiedyś  markizę,  gdy  była  jeszcze  dzieckiem,  czy  też 

później,  po  wyjściu  za  mąż  za  Sywella,  ale  odparłem,  że  nie 

przypominam sobie nic takiego.  

-  Nie  wiem,  czy  mogę  panu  wierzyć  -  zauważyła  z 

powątpiewaniem Felice. Była wyraźnie zdenerwowana. - Jeżeli to nie 

pan go nasłał, to co go w takim razie do mnie sprowadziło?  

-  On  prowadzi  śledztwo  w  sprawie  morderstwa  Sywella  i 

przepytuje  każdego,  kto  miał  cokolwiek  do  czynienia  z  opactwem 

Steepwood  i  markizem.  Dał  mi  do  zrozumienia,  że,  między  innymi, 

podejrzewa również mego ojca. Twierdzi, że ojciec miał powody, aby 

pozbyć się Sywella. Nie jest pani zatem jedyną, która znajduje się na 

jego liście podejrzanych osób.  

To  prawda,  pomyślała  Louise,  ale  to  ja  jestem  właśnie  zaginioną 

markizą. Przeszedł ją dreszcz, gdy uświadomiła sobie ten fakt.  

- Czy mogę panu wierzyć?  

Marcus  ukląkł  przy  jej  krześle  i  łagodnie  wziął  jej  ręce  w  swoje 

dłonie.  

-  Felice,  niech  mi  pani  zaufa.  Nie  ma  pani  pojęcia,  jak  okropnie 

się  czułem,  kiedy  mnie  przesłuchiwał.  Miałem  wrażenie,  że  zupełnie 

nie  różnię  się  od  tych  wszystkich  rzezimieszków,  którzy  trafiają  na 

ławę  oskarżonych  w  Old  Bailey.  Za  nic  nie  chciałbym,  żeby  pani 

background image

również  przeżywała  podobne  upokorzenie.  On  przypomina  mi 

jednego  z  tych  psów,  którzy  pędzą  za  ociekającym  niedźwiedziem,  a 

kiedy go dopadną, chwytają za gardło i już nie wypuszczają.  

Przyrzekam  solennie,  że  gdybym  kiedykolwiek  stanął  przed 

podobnym  dylematem,  najpierw  bym  panią  zapytał  o  zgodę  na  takie 

przesłuchanie!  Czy  ta  obietnica  wystarczy?  Bardzo  chciała  mu 

wierzyć. Był taki szczery i prostolinijny, a ponadto uprzejmy i dobrze 

wychowany.  

W  każdych  okolicznościach  zachowywał  się  elegancko  -  czy  to 

wtedy  w sklepię, kiedy usiłował ją namówić, aby uszyła mu koszulę, 

czy  później,  gdy,  nieproszony,  pojawił  się  w  jej  domku  w  Chelsea. 

Dobrze  wiedziała,  że  w  porównaniu  z  innymi  mężczyznami  z  jego 

sfery,  którzy  próbowali  uwodzić  młode  kobiety  z  niższych  warstw, 

Marcus zachowywał się bez zarzutu. Nawet jeżeli jej dotknął, robił to 

w  sposób  bardzo  czuły  i  delikatny  -  ale  jak  dotąd  na  palcach  jednej 

ręki mogła policzyć takie próby.  

-  Wynika  z  tego,  że  on  przyszedł  do  mnie  z  własnej  inicjatywy. 

Nikt mu nie kazał?  

- Tak jest. Ja go na pewno do pani nie przysłałem. Jeżeli zjawi się 

ponownie,  proszę  być  ostrożną;  pod  jowialną  powierzchownością 

kryje się bardzo sprytny jegomość.  

- Takie też odniosłam wrażenie. Na szczęście niewiele miałam mu 

ciekawego  do  opowiedzenia.  -  Znowu  skłamała!  Po  raz  kolejny! 

Komu  jak  komu,  ale  właśnie  Jacksonowi  najmniej  miała  ochotę 

ujawniać swą prawdziwą tożsamość.  

background image

Marcus uśmiechnął się.  

-  Musiał  być  bardzo  rozczarowany,  jak  przypuszczam.  On  jest 

urodzonym  detektywem  do  spraw  kryminalnych,  takim,  co  to  ściga 

złodziei  i  morderców.  Denerwuje  go,  że  nie  może  wykryć  zabójcy 

Sywella,  chociaż  dobrze  wie,  że  łotr  zasłużył  sobie  na  podobny 

koniec.  Jackson  ma  ciężki  orzech  do  zgryzienia.  Jest  bardzo  wielu 

ludzi,  którzy  mogli  zamordować  Sywella,  włącznie  z  jego  własną 

żoną.  

- Pomówmy o czymś innym. Czy mam dzwonić po kawę?  

- Przebaczyła mi pani zatem? Jakże się cieszę!  

- Tak, jeżeli panu na tym zależy. Nie sądzę jednak, żeby było coś 

do wybaczania.  

- Skoro tak, mam pomysł. Dzień jest piękny, chociaż dość zimny, 

proponuję  więc  spacer  nad  rzekę.  Popatrzymy  sobie  na  jej  bystre 

wody.  

Marcus  w  towarzystwie  Louise  czuł  się  niezmiernie  szczęśliwy, 

chociaż  jednocześnie  cierpiał  przy  niej  katusze  pożądania.  Panował 

jednak  nad  sobą,  pamiętając,  że  dał  jej  słowo,  iż  nie  będzie  się 

narzucał  z  czułościami.  Im  dłużej  przebywał  z  Felice,  jak  ją  teraz 

zaczął w myśli nazywać, tym bardziej jej pragnął.  

I nie tylko czysto fizyczna żądza wchodziła tu w grę. Owszem, jej 

zgrabna figura i śliczna twarz ogromnie go pociągały; ale rozmowa z 

nią  również  sprawiała  mu  przyjemność.  Rozmawiał  z  nią  tak  jak 

nigdy przedtem z żadną kobietą.  

background image

Przy całej swej subtelnej i delikatnej urodzie  Louise była osóbką 

tak  samo  konkretną  i  rozsądną  jak  on  i  nie  wahała  się  ostro  z  nim 

sprzeczać,  jeżeli  miała  odmienne  zdanie.  Tak  samo  jak  on  lubiła 

proste, niewyrafinowane przyjemności.  

Przy  drodze  obok  rzeki  stał  sprzedawca  z  wózkiem  pieczonych 

kasztanów.  Marcus,  widząc  tęskny  wzrok  swej  towarzyszki,  wskazał 

na przysmak wytwornym ruchem swej, jak to Louise zawsze określała 

w duchu, lordowskiej ręki i zapytał:  

- Ma pani na nie ochotę?  

-  Owszem,  jeżeli  pan  także  ją  ma  -  odparła.  -  Jego  lordowskiej 

mości nie wypada chyba jeść kasztanów na ulicy, prawda? To ciężkie 

wykroczenie przeciwko etykiecie.  

-  Zapomniała  pani,  że  jestem  dzisiaj  tylko  panem  Marksem  - 

odpowiedział. - Pan Marks jest przeciętnym obywatelem i może sobie 

na  to  pozwolić.  Nie  jest  żadnym  arystokratą.  Nie  towarzyszą  mu 

lokaje i nie musi podkreślać, że jest kimś ważnym, która to sytuacja, 

nawiasem  mówiąc,  bardzo  mu  odpowiada.  Nie  lubię  występować  w 

roli  dostojnika,  moja  droga  Felice,  ale  jestem  na  nią  skazany.  Dziś 

natomiast jestem tylko jednym z ludzi w tłumie.  

Louise nie odpowiedziała od razu. Zastanawiała się przez chwilę, 

zanim rzekła:  

-  Odnoszę  wrażenie,  że  mówi  pan  szczerze,  panie  Marksie.  Czy 

kiedy przebywa pan na wsi, we włościach swego ojca, na północy, też 

się  pań  tak  skromnie  zachowuje?  -  Pamiętała,  że  powiedział  jej 

background image

niedawno,  że  rzadko  bywa  w  Londynie,  ponieważ  woli  życie  na 

prowincji.  

- Tyle, na ile mogę, ale szlachectwo zobowiązuje, jak to się mówi 

i  choćbym  nie  wiem  jak  tego  nie  lubił,  muszę  zachowywać  się 

zgodnie  ze  swoim  społecznym  statusem.  To  mój  obowiązek,  sama 

rozumiesz.  

- Sywell nigdy w ten sposób nie myślał - wyrwało się Louise.  

- Tak przypuszczam, ale on nie może być wzorem dla nikogo ani 

jako człowiek, ani jako szlachcic. 

Doszli  do  Embankment  i  usiedli  na  jednej  z  ławek.  Mieli  z  niej 

piękny  widok  na  rzekę.  Patrzyli  na  wodę  i  raczyli  się  kasztanami  z 

papierowej  torebki,  w  którą  zapakował  je  sprzedawca,  grzejąc  sobie 

przy okazji zmarznięte dłonie.  

-  Chelsea  to  bardzo  interesująca  dzielnica  -  zauważył  w  pewnej 

chwili  Marcus.  -  Znajduje  się  tu  wiele  ciekawych  miejsc  i  obiektów, 

żeby wspomnieć tylko Królewski Szpital dla Weteranów Wojennych. 

O ile mi wiadomo, jego piękne ogrody są ogólnie dostępne. Jednakże 

o  tej  porze  roku  niewiele  jest  tam  do  zobaczenia  -  poza  samym 

budynkiem,  oczywiście.  Mam  wyrzuty  sumienia,  jeśli  chodzi  o  to 

miejsce.  Przebywają  w  nim  ludzie,  którzy  poświęcili  młodość  i 

zdrowie dla ojczyzny, podczas gdy ja nie zrobiłem dla niej nic.  

Powiedział  to  z  takim  uczuciem  i  żalem  w  głosie,  że  Louise 

bezwiednie 

położyła 

dłoń, 

obciągniętą 

wytworną 

skórzaną 

rękawiczką,  na  jego  ręce.  Już  po  raz  drugi  w  tym  dniu  działa  pod 

wpływem impulsu, pomyślała zaskoczona.  

background image

- Chciałby pan służyć w wojsku? - zapytała.  

- Bardzo, ale mój ojciec na to nie zezwolił. I chociaż w tym czasie 

byliśmy ze sobą na pieńku, niemniej uważałem, że należy uszanować 

jego  wolę.  Jest  przecież  głową  rodziny  i  powinienem  być  mu 

posłuszny. Przez jakiś czas miałem nawet nadzieję, że udobrucham go 

swoją  uległością,  ale...  -  Marcus  nie  dokończył,  wzruszając 

ramionami.  

Opowiedział jej o rzeczach, o których nigdy przedtem z nikim nie 

rozmawiał. Chociaż znali się niedługo, to kiedy tak razem siedzieli na 

ławce  nad  rzeką,  wydawało  mu  się,  że  są  oboje  jak  owa  para  z 

ludowej ballady - Darby i Joan. Z pewnością byli sobie bardziej bliscy 

niż niejedno wieloletnie małżeństwo.  

-  Przepraszam,  że  o  to  pytam,  ale  czy  nadal  jest  pan  z  ojcem  na 

wojennej stopie?  

-  Nie,  ostatnio  pogodziliśmy  się  nawet  i  muszę  przyznać,  że 

zarówno  jemu,  jak  i  mnie  kamień  spadł  z  serca.  Zawsze  go 

szanowałem, ale nie darzyłem miłością. Rzecz dziwna, kocham za to 

bardzo moją macochę oraz przyrodnie rodzeństwo - dwóch jej synów i 

córkę, dla której szyje pani teraz ślubną wyprawę.  

Roześmiał się krótko i dodał:  

-  Bardzo  się  ucieszyłem,  kiedy  dowiedziałem  się,  że  przybędzie 

mi dwóch braci bliźniaków. Miała pani okazję poznać Dwóch Nedów. 

To ja ich tak nazwałem.  

Louise  pomyślała,  że  Marcus  widocznie  musi  mieć  do  niej  duże 

zaufanie,  skoro  jej  tak  szczerze  i  otwarcie  opowiada  o  swym 

background image

skomplikowanym  rodzinnym  życiu.  Czuła  się  trochę  zakłopotana, 

ponieważ ona sama wciąż miała uczucie, że nie ufa mu do końca.  

- Podoba mi się to - odezwała się, patrząc na niego z uśmiechem.  

Jej  twarz  miała  taki  słodki  i ujmujący  wyraz,  że  serce  zabiło  mu 

żywiej w piersi.  

- Czy oni lubią swoje przydomki?  

-  O,  tak!  Widzi  pani,  oni  uwielbiają  przekomarzać  się  ze  mną. 

Mówią,  że  jestem  stary  i  zacofany,  a  ja  odwdzięczam  się  im  w 

podobny  sposób  -  nazywam  ich  postrzelonymi  dzieciuchami  -  ale 

nasze sprzeczki nie mają poważnego charakteru.  

- Szczęśliwy  z pana człowiek!  -  wykrzyknęła impulsywnie. - Ma 

pan taką kochającą rodzinę. Mnie zawsze tego brakowało.  

Wypowiedziała  te  słowa  z  tak  przejmującym  smutkiem,  że 

Marcusa ogarnęła ochota, aby wziąć ją w ramiona, utulić i pocałować, 

a także oświadczyć: ja zastąpię ci rodzinę. Pomny jednak obietnicy, że 

będą  tylko  przyjaciółmi,  przycisnął  jedynie  lekko  jej  dłoń,  którą  ona 

bezwiednie złożyła na jego ręce.  

Robiło  się  coraz  zimniej.  Marcus  podał  ramię  Louise  i  powoli 

udali  się  w  stronę  jej  domu.  Zaprosiła  go  po  spacerze  na  herbatę,  co 

prawie  weszło  już  w  zwyczaj.  Idąc,  rozmawiali  z  ożywieniem.  Byli 

tak  zajęci  sobą,  że  żadne  z  nich  nie  dostrzegło,  że  śledzi  ich  para 

ciekawskich  oczu.  Mężczyzna  był  najwyraźniej  zdziwiony  tym,  co 

zobaczył, ale nie zdecydował się iść za nimi.  

Niemniej,  przyrzekł  sobie,  kiedy  następnym  razem  spotka  się  z 

Angmeringiem, nie omieszka zapytać go o jego najnowszą zdobycz: o 

background image

małą modiste, która do tej pory z powodzeniem trzymała na odległość 

wszystkich  zalotników.  Lekceważyła  nawet  ich  czołobitne  ukłony. 

Sandiman nie był jedynym nieszczęśnikiem, który został tak boleśnie 

odprawiony.  Ciekawe,  jaki  urok  rzucił  na  nią  Angmering,  że 

spoglądała na niego z taką ufnością w oczach.  

Podczas ich krótkiego spaceru Marcus, zgodnie z przyrzeczeniem, 

zachowywał  się  nienagannie,  chociaż  Bóg  jeden  wie,  ile  go  ta 

powściągliwość  kosztowała.  U  niej  w  domu  na  herbacie  też  nie 

pozwolił  sobie  na  żadne  poufałości.  Pił  aromatyczny  napój  z 

wytwornej  filiżanki  i  opowiadał  o  sławnym  klaunie  Grimaldim, 

którego  występy  oglądał  w  teatrze  Sadler's  Wells.  Madame  Felice 

również widziała to przedstawienie.  

Była  jeszcze  za  mała,  mówiła  mu,  aby  zabrano  ją  na  spektakl  z 

udziałem  sławnego  mistrza  Betty'ego.  Ten  niezwykłe  utalentowany 

młodzieniec  przez  krótki  czas  zabawiał  Londyn  kilkanaście  lat  temu, 

zanim moda na wcielanie młodych chłopców  w role szekspirowskich 

bohaterów nie przeminęła ostatecznie.  

-  A  więc  -  zauważył  Marcus  -  mamy  jeszcze  jedno  wspólne 

zamiłowanie:  teatr.  Gdyby  nie  to,  że  nie  możemy  się  razem 

pokazywać  publicznie,  byłbym  szczęśliwy,  gdybym  mógł  zabrać 

panią  któregoś  wieczoru  do  teatru.  Co  za  szkoda,  że  nie  żyjemy  w 

środku  ubiegłego  wieku;  mogłabyś  nosić  maskę  i  nikt  by  cię  nie 

rozpoznał,  ale  w  obecnych  czasach...  -  Urwał  i  skrzywił  się  z 

niesmakiem.  

background image

Louise  również  pomyślała,  że  to  wielka  szkoda,  ale  nie 

powiedziała  tego  głośno.  Uważała,  że  dla  własnego  dobra  powinna 

trzymać  Marcusa  na  dystans.  Zaczynała  uświadamiać  sobie,  że  im 

dłużej  przebywa  w  jego  towarzystwie,  tym  bardziej  go  lubi.  Obojgu 

nie przyszło na głowy użyć słowa „miłość” na określenie tego, co się 

między  nimi  zrodziło,  ponieważ  mogłoby  ich  ono  zapędzić  w 

nieznane i groźne rejony.  

-  Czy  mogę  panią  odwiedzić  w  przyszłym  tygodniu?  -  zapytał 

Marcus, żegnając się z Louise. Ujął jej rękę i pocałował. Ta niewinna 

pieszczota  sprawiła,  że  obojgu  krew  zaczęła,  szybciej  krążyć  w 

żyłach.  Nim  się  rozstali,  każde  z  nich  zadało  jeszcze  sobie  w  duszy 

pytanie, jaka to siła popychała ich ku sobie z taką mocą.  

Louise  przeżywała  to  szczególnie.  Nie  była  tak  doświadczona  w 

sprawach  miłości  jak  Marcus.  Nigdy  nie  zapałała  namiętnością  do 

żadnego mężczyzny, a brutalność jej zmarłego męża sprawiła, że sama 

myśl o fizycznym zbliżeniu budziła w niej strach i odrazę. Nie wyob-

rażała sobie, że obecność któregoś z nich może wprawić jej zmysły w 

stan  takiego  podniecenia.  Znała  tylko  uczucie  wstrętu  -  o,  tak,  tego 

uczucia doświadczyła aż nadto!  

Przy  Marcusie  sprawa  przedstawiała  się  zupełnie  inaczej.  Dzień 

wydawał  się  jaśniejszy,  kiedy  spędzali  go  wspólnie.  Każdy  jego 

dotyk, nawet  najlżejszy,  wzniecał  w  niej podniecenie, którego  źródło 

było dla niej całkowitą tajemnicą.  

Żadna  powieść,  jaką  czytała,  nie  mówiła  o  takich  sprawach. 

Wszystko  w  tych  książkach  było  bardzo  przyzwoite.  Kobiety  i 

background image

mężczyźni  przekomarzali  się  i  flirtowali  ze  sobą,  ale  te  rozkoszne 

dreszcze,  które  w  tej  chwili  drobnymi  fałami  przebiegały  jej  ciało, 

nigdy nie zostały opisane na stronach tych powieści. Po raz pierwszy 

zrozumiała,  dlaczego  kobiety  dają  się  uwieść  mężczyznom;  nie tylko 

ci je zdradzają, ale ich własne ciała również.  

Kiedy  więc  Marcus  zapytał,  czy  pozwoli  mu  odwiedzić  się  za 

tydzień,  w  sobotę,  wprawdzie  odpowiedziała  uprzejmie  „Tak, 

oczywiście”, niemniej gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, nakazała 

sobie stanowczo być bardziej wobec niego powściągliwą. Zrozumiała, 

że największym zdrajcą w obozie jej cnoty jest przede wszystkim ona 

sama.  

Marcus  miał  uczucie,  jakby  nagłe  znalazł  się  na  rozdrożu.  Nie 

bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Na wsi, we włościach swego ojca, 

zawsze  było  coś  do  roboty,  musiał  rozwiązywać  problemy, 

podejmować decyzje; miał przyjaciół, z którymi należało się zobaczyć 

czy wybrać się z nimi na konną przejażdżkę.  

Tutaj, w Londynie, dni mijały na ciągłym próżnowaniu. Jałowość 

takiego życia doprowadzała go do rozpaczy. Rozumiał teraz, dlaczego 

wielu  jego  znajomych  piło,  grało  lub  uganiało  się  za  spódniczkami. 

Oni po prostu nie mieli nic innego do roboty. Ile czasu można siedzieć 

i czytać książkę, choćby nawet najciekawszą?  

Gdyby  przyszło  żyć  mu  tutaj  na  stałe,  powiedział  sobie, 

koniecznie  musiałby  znaleźć  jakieś  interesujące  zajęcie.  Może  by 

zbudował  naukowe  laboratorium,  zaczął  eksperymentować  z 

background image

bicyklami  bądź  pogłębiał  rolniczą  wiedzę,  ucząc  się  nowoczesnego 

gospodarowania ziemią.  

Mógłby  również  zostać  dyplomatą  jak  lord  Granville  Leveson 

Gower,  aczkolwiek  byłoby  to  trochę  niepoważne,  zważywszy,  jak 

słabym  dyplomatą był  w  życiu. Mógłby  także  zająć  się polityką jako 

członek  parlamentu.  Wszystko  byłoby  lepsze  od  ciągłego 

próżnowania.  Na  razie  wyglądało  jednak  na  to,  że  wkrótce  wróci  na 

północ,  do  posiadłości  ojca,  gdzie  był  nie  tylko  szczęśliwy,  ale  i 

użyteczny, nie było więc sensu zajmować się czymś nowym.  

W środę rano postanowił udać się do sali sportowej pana Jacksona 

przy Bond Street 13. Miejsce miało również tę  zaletę, że  znajdowało 

się  niedaleko  pracowni  madame  Felice;  istniała  szansa,  że  jeżeli 

szczęście mu dopisze, ujrzy ją chociaż przelotnie. Nie mógł doczekać 

się  soboty,  żeby  znowu  się  z  nią  zobaczyć  -  ale  ponieważ  dał  słowo 

honoru,  że  nie  będzie  się  jej  naprzykrzał,  postanowił  poświęcić  się 

chwilowo innym zajęciom - najlepiej sportowym.  

Sala  Jacksona  była  już  pełna,  kiedy  się  w  niej  pojawił.  Wśród 

obecnych  tam  mężczyzn  -  niektórzy  przebrani  już  byli  do  walki  z 

pięściarzami - byli książę Sharnbrook, przyszły mąż jego siostry, oraz 

Jack  Perceval.  Jack  właśnie  wycierał  się  ręcznikiem.  Kiedy  ujrzał 

Marcusa,  pomachał  mu  ręką  na  powitanie  i  wykrzyknął  w  jego 

kierunku kilka niezrozumiałych słów.  

Marcus  wzruszył  ramionami  i  usiadł  z  zamiarem  poczekania  na 

właściciela,  który  był  chwilowo  zajęty.  Uważał  Jacksona,  w  pewnej 

mierze,  za  swego  przyjaciela.  Jackson  szanował  Marcusa  za  jego 

background image

uczciwość i prostolinijność oraz za dobry lewy sierpowy. Marcus nie 

był  z  tych,  którzy  tylko  pozują  na  bokserów  -  przychodził  do  jego 

ośrodka za każdym razem, kiedy pojawiał się w Londynie.  

Jack  Perceval  skorzystał  z  okazji,  by  dokuczyć  Marcusowi. 

Zaczepił go wesoło, kiedy rozmawiał on z księciem Sharnbrook.  

-  Chytry  z  ciebie  lisek,  Angmering,  nie  ma  co  mówić!  Jak  ci  się 

udało  doprowadzić do  tego,  że  ta  zarozumiała  ślicznotka  je ci  z  ręki, 

podczas  gdy  reszta  wychodzi  ze  skóry,  żeby  choć  raczyła  na  nas 

spojrzeć,  nie  mówiąc  już  o  czymś  poważniejszym.  Natomiast  ty 

spacerujesz sobie z nią w najlepsze po King's Road i Embankment.  

Gdyby  wzrok  Marcusa  był  w  stanie  zabijać,  Jack  z  pewnością 

byłby już trapem.  

- Nie wiem, o czym mówisz, stary. Słowo „stary” zabrzmiało jak 

obelga,  ale  Marcus  chciał,  żeby  to  tak  właśnie  wypadło.  Co  za  pech, 

że  tego  największego  plotkarza  londyńskiej  socjety  musiał  spotkać 

wtedy, gdy spacerował po Chelsea z  madame Felice.  Ale, co u licha, 

Jack Perceval robił w tej dzielnicy?  

Jack przyłożył palec do nosa.  

-  Przeklęte  płotki,  Angmering.  Albo  naprawdę  byłeś  w 

towarzystwie  tej  ślicznotki,  madame  Felice  w  Chelsea  w  ubiegły 

weekend,  albo  oboje  macie  sobowtórów  -  zauważył  drwiąco  i 

roześmiał się rubasznie.  

Marcus  czuł  na  sobie  domyślne  spojrzenie  księcia  Sharnbrook. 

Był  wściekły;  jego  stosunki  z  madame  miały  dotychczas  wyłącznie 

przyjacielski  charakter,  poczuł  się  więc  dotknięty  uwagą  Jacka. 

background image

Rozsadzała  go  także  chęć  zemsty.  Ręka  go  świerzbiła,  żeby 

wymierzyć mocny cios w wątły podbródek Percevala, i tym sposobem 

nauczyć go, by szanował dobre imię uczciwej kobiety.  

Marcus do tej pory uważał Jacka za znajomego i był przekonany, 

że  będzie  on  na  tyle  taktowny,  że  zatrzyma  dla  siebie  wiadomość  o 

tym,  co  zobaczył.  Przyszło  mu  jednak  do  głowy,  że  powinien  do 

pewnego stopnia zrozumieć Jacka; pokusa, by rozpowiedzieć o takiej 

sensacji  znajomym,  była  dla  takiego  plotkarza  jak  on  stanowczo  za 

silna.  

Dobrze,  sprawi  zatem,  że  Jack  będzie  milczał,  ponieważ  myśl  o 

wesołości,  jaką  wiadomość  o  jego  rzekomym  romansie  z  madame 

Felice wywoła w towarzystwie, była dla niego nie do zniesienia.  

Kierowany  odruchem  wstał,  pochylił  się  do  przodu  i  złapał  za 

końce ręcznika, który Jack zarzucił sobie na szyję.  Zacisnął je lekko, 

mówiąc jednocześnie przez zęby:  

-  Ile  mam  ci  zapłacić,  Perceval,  abyś  przestał  rozsiewać  podłe 

plotki o kobiecie, która swym zachowaniem nie dała ci najmniejszych 

podstaw  do  powątpiewania  w  jej  przyzwoitość  -  i  również  moją  - 

jeżeli już o to chodzi? Czego byś chciał, Perceval? - spytał, zaciskając 

mocniej  ręcznik  wokół  jego  szyi.  Wydawało  się,  że  zamierza  go 

udusić.  

Marcus, rzecz jasna, nie miał najmniejszego pojęcia, z jaką miną 

wypowiadał  te  słowa.  Jego  oczy  były  jak  dwie  płytki  stali,  a  twarz 

miała  zły  i  zacięty  wyraz.  Jack  zbladł  jak  płótno  i  śliniąc  się, 

wybełkotał:  

background image

-  Przestań,  Angmering,  nie  miałem  nic  złego  na  myśli,  wiesz 

przecież.  To  była  tylko  żartobliwa,  nic  nieznacząca  paplanina. 

Wszyscy przecież lubimy takie tematy. Dobrze o tym wiesz.  

-  Nie,  nie  wiem,  Perceval,  i  będę  ci  wdzięczny,  jeżeli  na 

przyszłość  nie  będziesz  szargał  w  mojej  obecności  dobrego  imienia 

żadnej kobiety. Przyrzeknij, że nigdy już tego więcej nie zrobisz, bo w 

przeciwnym wypadku ukręcę ci łeb.  

Sharnbrook położył rękę na ramieniu Marcusa.  

-  Uspokój  się.  Przestań  grozić  biednemu  Jackowi,  ponieważ  jest 

to narwaniec. Wiemy o tym wszyscy, prawda, Jack?  

- Tak, ale czy on o tym wie?  

- Teraz wie na pewno - uśmiechnął się Shambrook. - Powiedz, że 

przyrzekasz  być  na  przyszłość  grzecznym  chłopcem,  a  Angmering 

puści  cię  wolno.  -  Mówiąc  to,  zacisnął  mocniej  dłoń  na  ramieniu 

Marcusa.  

Marcus  z  ociąganiem  uwolnił  mruczącego  przeproszenia  Jacka  i 

opuścił ręce. W tym momencie na sali pojawił się pan Jackson.  

-  Panowie,  uprzejmie  proszę,  tylko  bez  awantur  -  spokojnie 

przywołał ich do porządku. - Wałki toczymy na ringu. A co do pana, 

panie  Perceval,  powinien  pan  już  znać  panującą  w  tym  miejscu 

zasadę:  nie  plotkujemy  na  temat  płci  pięknej.  Proszę  to  sobie  zapa-

miętać.  

- Nic złego nie miałem na myśli - wymamrotał Jack z opuszczoną 

głową.  

background image

-  Jeżeli  tak  rzeczywiście  było,  sir,  to  trzeba  było  raczej  trzymać 

język za zębami, nie sądzi pan?  

Po  tych  słowach  Jackson  opuścił  salę  wraz  z  księciem 

Shambrook. Zawiązując rękawice wokół jego nadgarstków, zauważył 

półgłosem:  

- Nigdy nie przypuszczałem, że lord Angmering jest taki krewki. 

Zawsze go miałem za człowieka spokojnego i opanowanego.  

- Jeżeli chodzi o kobiety - odparł Shambrook, przyjmując pozę do 

walki - wszyscy łatwo się zapalamy. Moim zdaniem Angmering obrał 

zły  kierunek,  i  to  po  raz  pierwszy,  śmiem  twierdzić.  A  teraz 

zabierajmy się do roboty.  

 

Nieświadoma,  że  stała  się  obiektem  złośliwej  plotki  wytwornego 

towarzystwa,  Louise  pilnie  pracowała  nad  wykończeniem  wyprawy 

Sophii  Cleeve.  Własnoręcznie  skroiła  jej  suknię  ślubną  i  właśnie 

zajęta  była  fastrygowaniem  spódnicy  i  stanika,  kiedy  dziewczyna  ze 

sklepu  przyszła  jej  oznajmić,  że  detektyw  z  Bow  Street  pojawił  się 

znowu i prosi madame o chwilę rozmowy.  

- Co, jeszcze raz! -  wykrzyknęła  Louise, omal nie wbijając sobie 

szpilki w dłoń zamiast w poduszeczkę. Wiadomość, że Jackson znowu 

ją odwiedza, wyprowadziła ją z równowagi. Po pierwszej rozmowie z 

detektywem  była  przekonana,  że  nigdy  więcej  go  nie  zobaczy,  i 

cierpła teraz na myśl o kolejnej serii podchwytliwych pytań.  

Zdawała  sobie  jednak  sprawę  z  tego,  że  nie  może  mu  odmówić; 

mogłoby mu się to wydać podejrzane.  

background image

-  Przekaż  mu,  że  będę  u  siebie  w  biurze,  na  zapleczu.  Zaraz  tam 

przyjdę.  

Nie chciała rozmawiać z nim w obecności swoich pracownic - ich 

wścibskie  spojrzenia  śledziłyby  każde  drgnienie  widoczne  na  jej 

twarzy.  Kiedy Jackson stawił się w  wyznaczonym miejscu, odezwała 

się z przekąsem:  

-  Nie  wątpię,  że  powód,  który  pana  dzisiaj  do  mnie  sprowadza, 

jest  rzeczywiście  ważny,  panie  Jackson.  Zdaje  pan  sobie  sprawę  z 

tego, że źle to wpłynie na moją opinię wśród klientek, jeżeli dowiedzą 

się,  że  znany  londyński  detektyw  zajmujący  się  sprawami  kryminal-

nymi wciąż mnie przesłuchuje.  

-  Przykro  mi,  madame,  że  tak  często  panią  nachodzę  -  odparł  z 

miną,  która  całkowicie  temu  zaprzeczała  -  ale  usiłuję  połączyć 

niektóre  luźne,  na  pozór  niezwiązane  ze  sobą,  wątki,  to  wszystko. 

Chodzi mi o łata, które spędziła pani w Steepwood. Ustaliliśmy już, że 

nigdy nie spotkała pani markizy w okresie, kiedy owa dama mieszkała 

tam  ze  swoim  mężem,  prawda?  O  ile  pamiętam,  wyznała  pani 

również, że przyjaźniła się swego czasu z panną Filmer, obecną panią 

Cameron,  kiedy  obie  byłyście  młodziutkimi  dziewczętami.  Proszę 

mnie poprawić, jeżeli w którymś miejscu mijam się z prawdą.  

- Nie mija się pan z prawdą - odparła lodowatym tonem Louise.. - 

Czy przyszedł pan tylko po to, aby mi zadać to pytanie? Jeżeli tak, to 

mógł pan sobie oszczędzić tej wizyty.  

Jackson wyciągnął z kieszeni wymięty kawałek papieru, rzucił na 

niego okiem i rzekł półgłosem:  

background image

-  Tak,  o  to  mi  właśnie  chodzi.  Poprzednim  razem  nie  zapytałem 

pani,  czy  spotkała  pani  markizę  w  okresie,  kiedy  była  ona  małą 

dziewczynką. Musiała mniej więcej mieć tyle lat co pani wówczas, a 

nazywała  się  Louise  Hanslope.  Pani  była  w  tamtym  czasie 

przyjaciółką  obecnej  pani  Cameron.  Przypuszczam,  że  mogła  istnieć 

taka możliwość. Jeżeli coś takiego miało miejsce, byłbym wdzięczny, 

gdyby zechciała pani opisać mi jej wygląd. Widzi pani, to dziwne, ale 

bardzo  niewielu  ludzi  miało  okazję  ją  zobaczyć,  a  jeżeli  już  coś 

pamiętają, to raczej mało znaczące szczegóły.  

-  Pyta  mnie  pan,  czy  pamiętam  dziewczynkę,  którą,  być  może, 

widziałam przed wielu łaty, w nadziei, że to naprowadzi pana na trop 

dorosłej  kobiety?  Uważam,  że  to  pytanie  jest jeszcze  dziwniejsze  niż 

ludzie,  którzy  nie  zdołali  dobrze  zapamiętać  osoby,  którą  rzadko  i 

tylko  w przelocie, ale jednak widywali. Nie, nie przypominam sobie, 

abym ją kiedykolwiek spotkała, nie potrafię więc opisać jej wyglądu.  

Zaczęła  się  obawiać,  że  Jackson  coś  zwęszy.  Najwyraźniej 

podejrzewał,  że  istnieje  związek  między  małą  Louise  Hanslope, 

zaginioną  markizą  i  madame  Felice.  Następne  pytanie  detektywa 

dowiodło, że jej niepokój nie był bezpodstawny.  

-  Jest  inne  możliwe  powiązanie,  madame.  Widzi  pani, 

dowiedziałem  się  ostatnio,  prawie  zupełnie  przypadkowo,  że  Louise 

Hanslope  wyjechała  z  tej  okolicy,  będąc  praktycznie  jeszcze 

dzieckiem,  żeby  uczyć  się  krawieckiego  fachu.  Pani  również  pracuje 

w tym zawodzie. Może się kiedyś pani na nią natknęła?  

background image

Miała rację, ten człowiek był kimś więcej niż szpiclem - był psem 

gończym,  psem,  który  zagrażał  jej  bezpieczeństwu  i  spokojowi, 

egzystencji, którą sobie z takim mozołem zbudowała.  

-  Gzy  wolno  mi  zapytać,  u  kogo  ta  dziewczynka  uczyła  się 

krawiectwa, panie Jackson?  

Znowu zerknął na swój wymięty karteluszek.  

- O ile mi wiadomo, w Northampton.  

-  Northampton!  -  Louise  wybuchnęła  histerycznym  śmiechem. 

Nie  była  w  stanie  się  opanować.  Wietrzyła  nadciągające 

niebezpieczeństwo  i  to  sprawiało,  że  zaczynała  tracić  kontrolę  nad 

swoim  zachowaniem.  -  Nie,  nigdy  nie  spotkałam  tej  pani  -  ja 

praktykowałam gdzie indziej. Obawiam się, że niewiele panu pomogę. 

Jackson wetknął papier do kieszeni.  

-  Wielka  szkoda.  Nie  fatygowałbym  pani,  gdyby  nie  to,  że 

natykam się na mur, jeżeli chodzi o osobę markizy. Proszę wybaczyć, 

że niepokoiłem panią po raz drugi, ale moim obowiązkiem jest zbadać 

każdy ślad, który może mnie do niej zaprowadzić.  

- Oczywiście, rozumiem. Czy na tym będzie już koniec?  

Jackson  nie  odpowiedział  od  razu.  Skierował  się  do  drzwi,  ale 

zanim ujął za klamkę, odwrócił się i obcesowym tonem oświadczył:  

-  Nie  jestem  pewien.  Mam  nadzieję,  że  nie  będę  musiał  znowu 

pani niepokoić, ale jeszcze jedna rzecz mnie intryguje.  

- Cóż takiego, panie Jackson? - wykrztusiła z trudem. Nie chciała 

znać  odpowiedzi,  ponieważ  przypuszczała,  że  nie  będzie  ona  po  jej 

background image

myśli.  Nieoczekiwanie  nabrała  pewności,  że  ten  człowiek  coś 

podejrzewa i próbuje zastawić na nią pułapkę.  

-  Jedna  z  nauczycielek  w  szkole  pani  Guarding  zapamiętała,  że 

Louise  doskonale,  jak  na  taką  małą  dziewczynkę,  mówiła  po 

francusku.  W  szkole  była  bardzo  dobra  z  tego  języka.  Dlatego  też 

pomyślałem,  że  pani  może  -  przerwał,  jak  gdyby  szukając 

odpowiedniego  słowa  na  wyrażenie  swojej  myśli,  po  czym 

wykrzyknął  triumfalnie  -  że  może  pani  ją  znać.  Jest  pani  przecież 

Francuzką,  nieprawdaż?  Skoro  jednak  pani  twierdzi,  że  jej  nie  znała, 

to wobec tego nie mamy o czym mówić, prawda?  

Nadal  ociągał  się  z  odejściem.  Louise  odezwała  się  oschłym 

tonem:  

-  Czy  to  już  wszystko  na  dzisiaj,  panie  Jackson?  Jak  pan  wie, 

jestem osobą bardzo zajętą. Muszę wykończyć kilka ślubnych kreacji, 

i  to  w  terminie.  Nie  mogę  sobie  pozwolić  na  luksus  plotkowania  o 

wydarzeniach z przeszłości.  

Jackson  posłał  jej  uśmiech.  Louise  pomyślała,  że  przypomina  jej 

wilka przypatrującego się swej zdobyczy.  

-  Myślę,  że  na  dzisiaj  to  wszystko,  madame.  Do  widzenia  pani, 

proszę nie odprowadzać mnie do drzwi. Sam trafię do wyjścia.  

Louise  po  jego  odejściu  padła  na  krzesło  i  ukryła  w  dłoniach 

rozognioną  twarz.  On  wie  albo  podejrzewa,  że  jestem  markizą, 

pomyślała w panice, ale na razie nie ma na to dowodów.  

A co będzie, kiedy i jeżeli mu się to uda? Co wtedy ona pocznie?  

background image

Nie ma znaczenia, że mogę udowodnić, iż to nie ja zabiłam tego 

łotra, swego męża. Skandal, który takie zdemaskowanie nieuchronnie 

za sobą pociągnie, zniszczy mnie oraz cały mój dorobek, pomyślała z 

rozpaczą.  

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

-  Droga  madame  -  powiedział  Cardew,  kamerdyner  Yardleyów  - 

milady  i  lady  Sophia  kazały  panią  przeprosić  i  powiedzieć,  że  nie  są 

jeszcze  gotowe  do  przymiarki.  Miały  nieoczekiwanego  gościa  dziś 

rano  i  właśnie  w  tej  chwili  spożywają  spóźniony  lunch.  Proszą,  aby 

pani łaskawie zgodziła się zaczekać na nie w galerii. Służba poda tam 

pani kawę i biskwity. Pani lokaj oraz służąca proszone są do kuchni, 

gdzie otrzymają poczęstunek.  

Mina  kamerdynera  mówiła  wyraźnie,  jakie  jest  jego  zdanie  o 

ludziach, którzy składają wizyty o takiej niefortunnej porze. Sztywno 

wyprostowany,  zaprowadził  Louise  do  galerii.  Ta  szumna  nazwa 

odnosiła  się  do  długiego  korytarza  obwieszonego  rodzinnymi 

portretami  i  starymi  obrazami  przedstawiającymi  głównie  pejzaże. 

Oczywiście, był tam także niski stolik, na którym stała taca z kawą i 

herbatnikami.  

Louise  usiadła,  wypiła  kawę,  którą  czuwający  w  pobliżu  lokaj 

nalał  jej  do  wytwornej  filiżanki,  i  schrupała  kilka  ciasteczek. 

Następnie,  aby  skrócić  sobie  czekanie,  postanowiła  obejrzeć  obrazy. 

Pobieżnie  rzuciła  okiem  na  więcej  niż  banalne  pejzaże,  a  następnie 

zaczęła  oglądać  portrety  zmarłych  członków  rodziny  Cleeve'ów. 

background image

Niektóre  liczyły  ponad  dwieście  łat.  Interesowały  ją  -  wszak  byli  to 

także  jej  krewni  -  i  ciekawa  była,  jak  wyglądali, a  także  czy  ona  jest 

choć trochę do nich podobna.  

Doszła  właśnie  do  części  poświęconej  niewiastom  Cleeve'ów, 

kiedy  drzwi  otworzyły  się  i  stanął  w  nich  Marcus.  Louise  była  tak 

pochłonięta  oglądaniem  podobizn  jej  nieznanych  przodków,  że  nie 

usłyszała, jak wchodził...  

Marcus  spędził  ranek  na  rozmowie  z  ojcem.  Tematem  była  jego 

przyszłość. Był to pierwszy rezultat ich świeżo zawartej zgody. Nigdy 

przedtem  ojciec  z  synem  nie  gawędzili  ze  sobą  tak  swobodnie  i 

przyjacielsko.  

-  Moim  życzeniem  jest  w  dalszym  ciągu  mieszkać  w  Jaffrey 

House  -  oświadczył  lord  Yardley.  -  To  jest  mój  prawdziwy  dom. 

Opactwo  nigdy  nim  nie  było.  Niemniej  jestem  absolutnie 

zdecydowany  przywrócić  opactwu  dawną  świetność,  a  to  oznacza 

wielki  wysiłek  na  rzecz  odbudowy  i  odrestaurowania.  Sywell  ograbił 

je do reszty  z tych nielicznych mebli, jakie jeszcze zostały, i wnętrze 

rezydencji przypomina bardziej psią budę niż stare rodzinne gniazdo.  

Mój  obecny  sekretarz  i  zarazem  bibliotekarz  twierdzi,  że  tysiące 

łat  temu  poganie,  którzy  założyli  Święty  Gaj  i  położyli  kamień 

runiczny,  rzucili  klątwę  na  Steepwood.  Tych  wszystkich,  którzy  po 

nich  nastali,  a  nie  czcili  kamienia,  tylko  wierzyli  w  fałszywych 

bogów,  po  wsze  czasy  miały  nawiedzać  nieszczęścia  i  różnego 

rodzaju  kataklizmy.  Burzliwa  historia  Steepwood,  dowodzi  mój 

sekretarz, wydaje się świadczyć o prawdziwości tej tezy.  

background image

Thomas  Cleeve  zamyślił  się  chwilę,  po  czym  kontynuował 

opowieść.  

-  Opactwo,  które  tam  zostało  założone,  rzeczywiście  upadło  i 

zamieniło się w ruinę, a wszystkich jego  właścicieli kolejno spotykał 

tragiczny  los,  nie  wyłączając  Sywella,  który,  jak  wiemy,  marnie 

skończył.  Podzielam  zatem  zdanie  mego  sekretarza,  że  taka  niepra-

wdopodobna  rzecz  jak  klątwa  rzeczywiście  mogła  zostać  rzucona. 

Niezależnie od wszystkiego, trzeba myśleć o przyszłości. Mając to na 

uwadze,  chcę  cię  prosić,  abyś  rozważył  starannie  propozycję,  którą 

zamierzam ci złożyć, a która dotyczy objęcia przez ciebie opactwa na 

własność.  

Lord  Yardley  znów  przerwał,  poprawił  się  w  fotelu,  po  czym 

podjął wywód.  

- Jeden z tamtejszych obywateli ziemskich, którzy kupili znaczną 

część  gruntów  opactwa  od  Sywella,  popadł  w  długi  i  zaproponował 

mi,  abym  je  odkupił.  Zgodziłem  się.  Trzeba  będzie  jednak  włożyć 

wiele  pracy  i  wysiłku,  aby  doprowadzić  majątek  do  takiego  stanu, 

żeby  znowu  zaczął  przynosić  zyski.  Ponieważ  dowiodłeś  swoich 

gospodarskich  i  organizacyjnych  zdolności,  zarządzając  mymi 

północnymi  posiadłościami,  chcę  ci  zaproponować,  abyś  podjął  się 

podobnego zadania w Steepwood.  

Dobrze  byłoby  również,  gdybyś  zaczął  jednocześnie  restaurować 

opactwo  z  uwagi  na  to,  że  w  przyszłości,  kiedy  ja  odejdę  już  z  tego 

świata,  stanie  się  ono  twoją  stałą  siedzibą.  Jaffrey  House  przypadnie 

background image

wdowie,  ale  do  ciebie  oczywiście  będzie  należała  ostateczna  decyzja 

w tym względzie. Do mnie już nie.  

Nie  musisz  mi  od  razu  dawać  odpowiedzi,  ale  chciałbym,  żebyś 

nie  zastanawiał  się  nad  nią  zbyt  długo.  Ten  ambitny  projekt  będzie 

miał  również  tę  dobrą  stronę,  że  na  dłuższy  czas  zapewni  pracę 

miejscowej  ludności.  Odbudowane  opactwo  też  będzie  wymagało 

stałego  licznego  personelu.  To  wielki  obiekt  i  trzeba  będzie  ciągłej 

troski, by go utrzymać w dobrym stanie. Marcus spojrzał na ojca.  

-  Jesteś  pewien,  że  dobrze  przemyślałeś  tę  decyzję,  ojcze?  Tak 

długo  czekałeś  na  to,  żeby  odzyskać  opactwo,  byłoby  więc  rzeczą 

naturalną, abyś sam zajął się restaurowaniem rezydencji.  

Lord Yardley potrząsnął głową.  

-  Jestem  na  to  za  stary,  Angmering.  Chcę  tylko  zabezpieczyć 

przyszłość  i  spokojny  byt  rodzinie,  dając  tobie  w  tej  sprawie  carte 

blanche. Jesteś odpowiedzialnym człowiekiem, nigdy się na tobie nie 

zawiodłem. Potraktuj to jako zadośćuczynienie za moje zaniedbania w 

stosunku do ciebie w przeszłości. Żywię nadzieję, że wkrótce ożenisz 

się  osiądziesz  wraz  z  żoną  w  Steepwood.  Oby  to  się  stało  jak 

najszybciej.  Uważałem  za  swój  obowiązek  uprzedzić  cię  o  klątwie 

ciążącej na opactwie, zanim podejmiesz decyzję.  

Pierwszym  odruchem  Marcusa  było  odrzucić  propozycję,  ale  po 

chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że przecież jego działalność 

w  Northhumberland  i  tak  dobiegła  już  końca.  Teraz  wystarczy  tam 

zatrudnić dobrego administratora, który dopatrzy, aby rekultywowane 

background image

grunty  przynosiły  obfity  plon,  a  reszta  i  tak  będzie  toczyła  się 

wyznaczonym przez niego torem.  

Przyszło mu również na myśl, że przecież ostatnio często zadawał 

sobie pytanie, jakiemu zajęciu ma się oddać w przyszłości. Teraz już 

wie,  jakie  ma  przed  sobą  zadanie.  Ojciec  daje  mu  jedyną  w  życiu 

okazję,  aby  odrobić  wiekowe  zaniedbania  -  przodkowie  Yardleyów 

niewiele dbali o ziemię.  

Co  do  klątwy,  to  nie  przywiązywał  do  niej  wagi.  Był  dzieckiem 

Oświecenia  i  odrzucał  takie  średniowieczne  przesądy.  Nie  było 

obawy,  aby  ten  czynnik  nawet  w  najmniejszym  stopniu  zaważył  na 

jego decyzji.  

Ojciec znowu wspomniał o tym, że pragnie, aby syn się ożenił, i 

po  raz  pierwszy  Marcus  nie  odrzucił  tej  myśli  natychmiast.  Żona 

faktycznie  bardzo  by  mu  się  w  realizacji  tego  zadania  przydała, 

zwłaszcza  kiedy  przyjdzie  czas  na  urządzanie  wnętrz  i  meblowanie 

opactwa.  W  przeciwnym  wypadku  będzie  całkowicie  zdany  na 

stolarzy, antykwariuszy i tapicerów. Wyobraził sobie nagle Felice, jak 

biega  po  pokojach  z  próbkami  materiałów,  jak  dobiera  dywany  i 

lustra... Jego macocha twierdziła, że Felice ma bezbłędny gust.  

Uświadomił  sobie,  że  ojciec  oczekuje  od  niego  odpowiedzi. 

Otrzyma ją, i na dodatek taką, która, jak miał nadzieję, całkowicie go 

usatysfakcjonuje.  

-  Muszę  przyznać,  że  nieźle  mnie  zaskoczyłeś,  ojcze.  To  trudny 

orzech  do  zgryzienia  -  odezwał  się  w  końcu.  -  Miesiąc  temu  moja 

odpowiedź  z  pewnością  brzmiałaby  „nie”.  W  tej  chwili  mogę  cię 

background image

zapewnić,  że  jestem  skłonny  spełnić  twoje  życzenia,  ale  chciałbym, 

żebyś zostawił mi trochę czasu do namysłu. Znasz mnie, ojcze. Muszę 

starannie  rozważyć  twoją  propozycję;  jest  zbyt  ważna,  by  ją  przyjąć 

tak od razu, bez głębszego zastanowienia.  

- Zgadzam się z tobą, Angmering - odrzekł hrabia.  

-  Proszę  jednak,  byś  nie  zwlekał  zbyt  długo  z  ostateczną 

odpowiedzią.  Jestem  starszym  człowiekiem  i  ważna  jest  dla  mnie 

świadomość,  że  zanim  zejdę  z  tego  świata,  przekażę  ster  rodzinnej 

nawy w ręce dobrego i odpowiedzialnego sternika.  

Rozmawiali  jeszcze  przez  jakiś  czas  o  innych,  mniej  ważnych 

sprawach,  po  czym  ojciec  pojechał  do  siedziby  rządu  w  Whitehall 

Marcus  natomiast  skierował  kroki  na  dół  do  głównego  przedsionka. 

Tam  spotkał  Cardew.  Marcus  zawsze  odnosił  wrażenie,  że  służba 

więcej  wie  o  pracodawcach,  niż  im  się  wydaje,  a  Cardew  tylko 

potwierdził to przypuszczenie.  

- Słóweczko, milordzie - zatrzymał go kamerdyner.  

- Milady i lady Sophia bardzo późno jadły dziś lunch i w związku 

z tym prosiły modiste, która przyjechała z przymiarką, aby poczekała 

na  nie  przez  ten  czas  w  galerii.  Poleciłem  podać  jej  tam  kawę  i 

biskwity.  

Przerwał  znacząco,  jakby  oczekiwał  od  młodego  pana  jakiejś 

odpowiedzi.  

Marcus,  którego  myśli  zajęte  były  niedawną  rozmową  z  ojcem, 

odparł cokolwiek niecierpliwie:  

- Tak, Cardew, tak. Słucham, o co konkretnie chodzi?  

background image

-  Drobiazg,  milordzie,  sądziłem  po  prostu,  że  wiadomość,  iż 

madame Felice jest tu, w domu, zainteresuje pana.  

-  Naprawdę  tak  myślałeś?  -  Oczywiście,  służący  miał  rację,  ale, 

do  licha,  skąd  on  wiedział,  że  lord  Angmering  jest  zadurzony  w 

modiste! Czyżby to już było znane całemu światu? Jakim sposobem?  

Marcus  postanowił  nie  zastanawiać  się  dłużej  nad  tym 

zagadnieniem. Odpowiedział kamerdynerowi:  

- Dziękuję ci za informację, Cardew. Powiedz mi, jak sądzisz, czy 

madame zechciałaby uszyć mi koszulę?  

Udało  mu  się  -  wytrawny  sługa  stracił  rezon,  ale  na  krótko. 

Cardew uśmiechnął się.  

- Och, milordzie, przypuszczam, że sam pan może ją o to zapytać 

- oświadczył i odszedł, stąpając cicho jak kot.  

No  cóż,  dlaczego  nie  zastosować  się  do  jego  sugestii  i  zobaczyć 

się  z  madame?  Wszyscy  w  domu  już  wiedzą  o  tej  wizycie,  nikogo 

więc  nie  zdziwi,  że  rozmawia  z  gościem.  Będzie  to  dla  niego 

wspaniała  sposobność,  aby  pobyć  z  Louise  trochę  sam  na  sam  - 

zachowując się z odpowiednim szacunkiem, oczywiście.  

Wbiegł  lekkim  krokiem  na  schody  i  skręcił  na  pierwszym 

podeście w stronę drzwi prowadzących do galerii. Otworzył je jednym 

pchnięciem i ujrzał Felice. Stała pośrodku i spoglądała na portret jego 

prababki Adelaide Cleeve.  

Nie  słyszała,  jak  wszedł.  Marcus  zatrzymał  się  na  progu,  aby 

przyjrzeć  się  jej  w  momencie,  gdy  sądziła,  że  nikt  jej nie  obserwuje. 

Stała z głową odchyloną do tyłu i spoglądała na portret z uwagą, która 

background image

cechowała  wszystkie  jej  poczynania.  Kinkiet  na  ścianie  oświetlał  jej 

postać, tworząc nad jej głową rodzaj aureoli.  

W  tym  momencie  Marcus  zrozumiał  nagle,  że  już  widział  ten 

mocny  mały  podbródek,  i  teraz  uświadomił  sobie,  kiedy  i  gdzie  to 

było.  Taki  podbródek  miało  dziecko,  któremu  kiedyś  bandażował 

skaleczone  kolano  w  lesie  Steepwood.  Pamiętał,  że  dziewczynka 

zadarła  wtedy  do  góry  bródkę  i  oświadczyła  mężnie:  „Nie  jestem 

tchórzem,  chłopcze,  chociaż  jestem  dziewczynką”.  Tę  właśnie 

dziewczynkę widział w towarzystwie Ateny Filmer, a Jackson właśnie 

o nią rozpytywał ostatnio tak uporczywie.  

Ledwie  zdążył  ochłonąć  po  tym  pierwszym  zadziwiającym 

odkryciu,  kiedy  dokonał  drugiego,  równie  fascynującego.  Z 

niewymownym  zdziwieniem  stwierdził,  że  kipiąca  energią  młoda 

kobieta stojąca pośrodku galerii i jego dawno zmarła prababka, której 

namalowana  twarz  widniała  na  portrecie  wiszącym  na  ścianie,  są  do 

siebie łudząco podobne, jakby były bliźniaczkami.  

Nie  miał  już  teraz  wątpliwości,  że  madame  Felice  nie  jest  żadną 

Francuzką,  tylko  dorosłą  Louise  Hanslope  -  ową  Louise  Hanslope, 

która  wyszła  później  za  mąż  za  Sywella  i  została  markizą.  Ciekawe, 

co  na  to  powie  Jackson?  I  jak  on,  Marcus  Cleeve,  lord  Angmering, 

pierworodny syn i następca hrabiego Yardleya, ma się teraz zachować 

wobec  damy,  która  miała  twarz  i  karnację  rodziny  Cleeve'ów? 

Dlaczego, na miłość boską, dotąd tego nie zauważył?  

Stał nieruchomo w miejscu aż do chwili, gdy Louise poruszyła się 

i  wreszcie  go  spostrzegła.  Marcus pomyślał,  że  muszą  mieć  podobne 

background image

miny,  ponieważ  jej  twarz  również  wyrażała  zaskoczenie  i 

niedowierzanie.  

Spoglądali  na  siebie  w  milczeniu. Marcus poruszył  się  pierwszy. 

Kiedy  się  odezwał,  własny  głos  zabrzmiał  mu  w  uszach  dziwnie 

głucho i obco.  

- Widziałem cię już kiedyś, prawda? Przed  wielu laty. Wcale nie 

zamierzał  odezwać  się  w  ten  sposób.  Był  świadomy,  że  to  pytanie 

zabrzmiało  jak  oskarżenie,  ale  nie  potrafił  powstrzymać  się  od  tej 

uwagi. Był do głębi wstrząśnięty swym odkryciem.  

Louise  nie  zrozumiała,  co  Marcus  miał  na  myśli.  Do  czego 

odnosiły się jego słowa? Skonsternowana, zapytała niepewnie:  

- Dlaczego? Dlaczego tak myślisz? Gdzie i kiedy mnie widziałeś, 

milordzie?  -  Wzrok,  jakim na nią  spoglądał,  wywołał  zimny  dreszcz. 

Usiłowała grać, pokrywać niepokój żartobliwym tonem, jakim zwykle 

z  nim  rozmawiała,  powiedzieć  coś  w  rodzaju.  „Mój  drogi  panie 

Marksie, cokolwiek pan sobie myśli”, ale słowa uwięzły jej w gardle.  

Marcus  był  tak  zaskoczony,  że  nie  wiedział,  którą  zagadkę  ma 

najpierw  wyjaśniać,  do której  się  przede  wszystkim  odnieść  -  czy  do 

odkrycia,  że  madame  Felice  jest  prawie  na  pewno  Louise  Hanslope, 

oraz tego wszystkiego, co się z nim łączy, czy też do drugiej za-gadki, 

jaką było niezwykłe podobieństwo madame Felice do jego prababki.  

-  Chcesz  powiedzieć,  że  nie  przypominasz  sobie,  że  mnie  już 

dawniej  spotkałaś  -  odezwał  się  w  końcu,  świadomy,  jak  kulawo  i 

niedorzecznie wypadła ta uwaga.  

background image

-  Nic  mi  o  tym  nie  wiadomo  -  odparła  Louise.  -  Skąd  to 

przypuszczenie, że się już kiedyś widzieliśmy?  

Było  jednak  coś  w  wyrazie  twarzy  Marcusa,  co  ją  poważnie 

zaniepokoiło. Nie przerażało jej odkrycie, że jest podobna do Adelaide 

Cleeve  -  bała  się  tylko,  jak  na  to  zareaguje  Marcus.  Jego 

oświadczenie,  że  spotkali  się  już  dawniej,  zastanowiło  ją  i  bardzo 

chciała wiedzieć, skąd się brała ta jego pewność. Lękała się, że więzy 

przyjaźni  i  zrozumienia,  jakie  się  między  nimi  nawiązały,  mogą  na 

tym ucierpieć - jeżeli już nie zostały zerwane.  

-  Naprawdę  nie  przypomina  pani  sobie?  Na  dobrą  sprawę, 

pomyślał,  mogło  tak  rzeczywiście  być.  Bądź  co  bądź,  była  wtedy 

prawie  dzieckiem.  Dziewczynki  nie  zmieniają  się  z  łatami  do  tego 

stopnia co chłopcy. Rysy dorosłej kobiety zachowują w dużej mierze 

dziecinne  cechy,  podczas  gdy  chłopiec  między  trzynastym  a 

czternastym rokiem życia przeobraża się w zupełnie innego człowieka 

i  nie  sposób  domyślić  się,  jak  wyglądał,  zanim  wkroczył  w  okres 

dojrzewania.  

-  To  było  w  Steepwood  -  wyjaśnił.  -  Wyszedłem  się  przejść  do 

lasu  któregoś  popołudnia  i  spotkałem  małą  dziewczynkę.  To  była 

pani. Nie jestem pewien, ile mogłaś mieć wtedy lat, ale byłaś jeszcze 

dzieckiem.  Towarzyszyła  pani  Atena  Filmer.  W  pewnym  momencie 

potknęłaś  się  i  upadłaś,  kalecząc  sobie  kolano.  Przewiązałem  ci 

skaleczenie  swoją  chusteczką.  Pamiętam,  że  prosiłem,  abyś  nie 

płakała, na co ty wtedy, przypominam sobie, odpowiedziałaś hardo, że 

nie będziesz płakać, bo nie jesteś tchórzem.  

background image

Zauważył,  że  w  miarę  jak  mówił,  jej  twarz  zmieniała  wyraz. 

Louise  nie  pamiętała  dokładnie  tego  wydarzenia,  ale  ono  musiało 

tkwić  gdzieś  w  zakamarkach  jej  świadomości,  czekając,  aż  jakieś 

wydarzenie  czy  przypadkowe  zrządzenie  losu  wyciągnie  je  na 

powierzchnię.  

-  To  pan  był  tym  chłopcem?  Pamiętam  jak  przez  mgłę,  że  coś 

takiego  rzeczywiście  miało  miejsce.  Jednak  w  najmniejszym  stopniu 

nie  przypominasz  chłopca,  który  wtedy  chusteczką  opatrzył  mi 

skaleczenie.  Nigdy  bym  pana nie  rozpoznała  i nawet  teraz  trudno  mi 

uwierzyć, że pan nim był. Gdyby nie to, że opisał pan ten wypadek z 

takimi  szczegółami,  za  nic  na  świecie  bym  pana  nie  skojarzyła  z 

tamtym wydarzeniem. Dlaczego tak na mnie patrzysz, milordzie?  

-  Panie  Marksie  -  poprawił  ją  machinalnie  Marcus.  -  Jestem 

panem Marksem.  

-  Owszem,  ale  nie  w  tym  miejscu  -  odparła  -  i  nie  w  tej  chwili. 

Wydaje mi się, że jeszcze coś pana gnębi, czy mam rację?  

-  Wiele  rzeczy  mnie  gnębi  -  odrzekł.  -  To,  że  nie  jest  pani 

Francuzką,  za  jaką  się  podaje  że,  jeżeli  się  nie  mylę,  jest  pani 

naprawdę  Louise  Hanslope  i  wdową  po  Sywellu  oraz  to,  że  nie 

powiedziała mi pani o tym - ani, jak rozumiem, również Jacksonowi. 

Dlaczego? Po co ta cała tajemnica? Z tego, co słyszałem, i z tego, na 

ile  zdołałem  panią  poznać,  jest  niemożliwe,  aby  pani  zamordowała 

Sywella. Oskarżanie pani o tę zbrodnię byłoby rzeczą absurdalną...  

Przerwał, aby zaczerpnąć tchu.  

background image

- No cóż, milordzie - odezwała się Louise, świadoma, że słodko - 

gorzka  znajomość  z  panem  Marksem  umiera  na  jej  oczach.  -  Cieszę 

się, że nie wierzysz, iż popełniłam tę zbrodnię, a ja z kolei mogę dać 

słowo,  że  jej  nie  dokonałam.  Ale  powtarzam,  czuję,  że  jeszcze  coś 

innego pana gnębi, i bardzo chciałabym wiedzieć, co to takiego?  

-  Wie  pani  dobrze  -  odparł,  wskazując  na  portret,  przed  którym 

stali  teraz  oboje.  -  O  to  chodzi.  Jeśli  rzeczywiście  jesteś  Louise 

Hanslope,  to  nie  do  wiary,  jak  bardzo  przypomina  pani  Adelaide 

Cleeve,  moją  prababkę.  Jesteście  podobne  do  siebie  jak  dwie  krople 

wody. Ile tajemnic ukrywasz, madame Felice, i dlaczego to robisz?  

-  Och  -  odparła  ze  smutkiem  Louise.  Gorycz  przepełniała  jej 

serce, że w taki oto sposób Marcus dowie się o jej skrzętnie skrywanej 

tajemnicy. Jednocześnie czuła, jak rośnie jej gniew na niego za to, że 

on,  który  w  przyszłości  będzie  hrabią  i  wielkim  panem,  nie  zdaje 

sobie  sprawy,  jak  trudna  jest  egzystencja  niższych  warstw 

społeczeństwa, pośród które przed laty rzucił ją okrutny los.  

-  Cóż  ja,  biedna,  pocznę,  jeżeli  moja  prawdziwa  tożsamość 

zostanie odkryta? Zewsząd, w takim wypadku, grozi mi zguba. Muszę 

bronić  się  na  wszelkie  możliwe  sposoby.  Jeżeli  Jackson  odkryje,  że 

jestem  Louise  Hanslope,  zaginioną  markizą,  i  ujawni  ten  fakt  przed 

światem,  mogę  na  zawsze  pożegnać  się  ze  spokojnym  życiem  i 

pracownią, którą z takim trudem założyłam i rozwijałam.  

W jaki sposób zarobię na życie? Będę miała tylko jedno wyjście, 

aby nie umrzeć z głodu: przyjąć pańską niemoralną propozycję. Kiedy 

w  końcu  sprzykrzę  się  panu  i  porzuci  mnie  pan  dla  innej,  młodszej, 

background image

zostanie  mi  już  tylko  owe  przysłowiowe  miejsce  pod  latarnią,  dokąd 

trafiają  młode,  porzucone  przez  mężczyzn  lub  życiowo  niezaradne 

kobiety.  

- Nie - zaoponował Marcus, usiłując wziąć ją w ramiona. - Zaufaj 

mi  choć  trochę,  madame.  Opowiedz  mi  historię  Louise  Hanslope  i 

wyjaśnij - jeżeli wiesz - dlaczego jesteś podobna do mojej rodziny, do 

Cleeve'ów.  

Czy mogła mu zaufać? Czy musi mu ufać? Nie ma chyba wyboru. 

Czy  jest  jakieś  inne  rozwiązanie?  Co  ma  zrobić,  żeby  wyjść  obronną 

ręką z tej skomplikowanej sytuacji?  

Louise  popatrzyła  uważnie  na  Marcusa.  Coś  z  tego,  co 

powiedziała,  musiało  sprawić  na  nim  wrażenie,  ponieważ  miał  już 

zupełnie  inną  minę.  Spoglądał  na  nią  już  nie  oskarżycielsko,  a  ze 

współczuciem. Pomyślała, że jest to na pewno lepsze niż gniew.  

-  Powinnam  przedtem  opowiedzieć  o  tym,  milordzie.  Nie  będę 

przepraszała za to co zrobiłam, ale wyjaśnię, dlaczego zachowywałam 

tajemnicę przed światem. Bałam się tego świata, zawsze był dla mnie 

okrutny  i  wrogi.  Po  tym,  jeżeli  pan  uzna  za  stosowne,  możesz  mnie 

osądzić,  potępić  i  odtrącić  od  siebie,  jeżeli  to,  co  zrobiłam,  zraziło 

pana do mnie.  

Nie możemy jednak rozmawiać o tym w tym miejscu - nie teraz. 

Lady  Yardley  i  lady  Sophia  zjawią  się  lada  moment,  a  ja  nie  chcę 

sprawić im zawodu. Muszę skończyć pracę, której się podjęłam. Świat 

nie  może  przestać  funkcjonować  dlatego,  że  lord  Angmering  żąda 

natychmiastowej  odpowiedzi  na  swoje  pytania.  Jutro  mam  wolny 

background image

dzień  -  od  dawna  go  planowałam.  Pan  Marks,  jeśli  chce,  może  mnie 

odwiedzić  w  moim  domu  w  Chelsea.  Lord  Angmering,  jednakże, 

niech raczej zostanie tutaj, przy Berkeley Square.  

Jakaż z niej piękna, wspaniała, dzielna istota, nawet jeżeli trochę 

przebiegła,  pomyślał  Marcus  z  uznaniem.  Postąpi  zgodnie  z  jej 

życzeniem,  ponieważ  jest  to  kobieta,  za  którą  tęskni,  której  pożąda  i 

którą pragnie widywać. W żadnym wypadku nie może, nie powinien i 

nie chce jej teraz utracić.  

Tej nocy Louise nie była w stanie zasnąć. Zdołała jakoś przetrwać 

żmudną  przymiarkę  z  hrabiną  i  jej  córką,  nie  pokazując  niczym  po 

sobie zdenerwowania, które nie opuszczało jej od chwili, gdy Marcus 

w  galerii  przed  portretem  swej  prababki  Adelaide  odkrył  jej 

prawdziwą tożsamość.  

Wiedziała, 

że 

Marcus 

jest 

bystrym 

człowiekiem, 

nie 

przypuszczała  jednak,  że  do  tego  stopnia.  Dowiódł  swej  bystrości, 

kiedy rozpoznał ją po takim długim czasie i natychmiast wyciągnął z 

tego  faktu  jedyny  słuszny  wniosek  -  a  mianowicie,  że  to  ona  jest 

markizą  Sywell.  Zrozumiał,  że  to  nieprawdopodobne  -  tak  samo 

pewnie myśli Jackson - aby Atena Filmer miała dwie takie same małe 

przyjaciółki i że wobec tego ta przyjaciółka musi być zaginioną żoną 

Sywella.  

Jedyną  rzeczą,  której  na  razie  zbytnio  nie  dociekał,  było  jej 

uderzające  podobieństwo  do  rodziny  Cleeve'ów.  Jeżeli  opowie  mu 

prawdę  o  Louise  Hanslope  i  jak  to  się  stało,  że  poślubiła  Sywella,  a 

potem  od  niego  uciekła,  musi  także  wyjawić  największą  z  jej 

background image

wszystkich  tajemnic  -  kim  właściwie  jest  i  z  jakiej  wywodzi  się 

rodziny.  

I  to  był  jej  największy  problem.  To  gryzło  ją  najbardziej  i  nie 

pozwoliło zmrużyć oka tej nocy. W czasie długich bezsennych godzin 

zadawała  sobie  pytanie,  czy  on  w  tę  prawdę  uwierzy?  Może,  na 

przykład,  pomyśleć,  że  Louise  fantazjuje,  twierdząc,  że  między  nią  a 

rodziną  Cleeve'ów  istnieją  więzy  krwi.  Jednak  niezależnie  od 

wszystkiego  dobrze  zdawała  sobie  sprawę,  jaka  trudna  będzie  ta 

rozmowa  i  ile  ją  będzie  kosztować  nerwów.  Musi  ją  jednak  odbyć. 

Nie  może  dłużej  oszukiwać  Marcusa,  jeżeli  pragnie  zachować  jego 

szacunek, nie mówiąc już o miłości.  

Mogła  z  niego  pokpiwać,  nazywając  panem  Marksem,  mogła  z 

pogardą  odrzucić  jego  propozycję,  by  została  jego  kochanką, 

przekonywać  go  wyniośle,  że  nic  dla  niej  nie  znaczy,  ale  nie  mogła 

zatajać przed sobą prawdy - tego, że jest w nim zakochana.  

Wrażliwy chłopak, który przewiązał jej kolano swoją chusteczką, 

wyrósł  na  silnego,  ujmującego  mężczyznę.  Mógł  przed  przyjaciółmi 

udawać zblazowanego, ale jego twarz mówiła co innego; przebijała z 

niej dobroć i uczciwość. Nie miała pojęcia, do jakiego stopnia trudne 

dzieciństwo  przyczyniło  się  do  tego,  że  wyrósł  na  tak  szlachetnego 

człowieka, ale poznała tego mężczyznę, i to z najlepszej strony.  

Jednocześnie  zdawała  sobie  sprawę,  że  choć  kocha  go  bardzo, 

nigdy nie zdobędzie się na to, aby zostać jego utrzymanką. Zamierzała 

być tak samo uczciwa w stosunku do własnej osoby, jak on był wobec 

siebie.  Czas  pokaże,  co  z  tego  wszystkiego  wyniknie.  Najbardziej  ze 

background image

wszystkiego bała się, czy prawda o niej, o jej przeszłości, o tym, kim 

była, może stanąć na drodze do ich szczęścia.  

- Zaufaj mi - zwrócił się do niej ostatnio z prośbą. Po raz pierwszy 

w życiu ktoś odezwał się do niej w ten sposób.  

Nic dziwnego, że kiedy nastał ranek, z napięciem oczekiwała jego 

wizyty.  Myślała,  że  będzie  się  trzymał  etykiety  i  nie  przyjdzie  przed 

południem,  ale,  jak  powinna  się  była  tego  spodziewać,  Marcus  nie 

zwracał uwagi na takie rzeczy. Pan Marks i Marcus, lord Angmering, 

kierowali się w życiu swoim własnym kodeksem.  

Był na tyle dobrze wychowany, że odczekał, aż ona zje śniadanie, 

ale  w  momencie,  kiedy  francuski  zegar  na  kominku  wydzwonił 

jedenastą, zapukał do jej drzwi. Przyszedł przebrany za pana Marksa, 

w  prostym  nierzucającym  się  w  oczy  ubraniu.  Wyglądał  jak 

prawdziwy kancelista. Louise pomyślała z podziwem, że kamerdyner 

dobrze doradził, co ma na siebie włożyć.  

Nie  mogła  wiedzieć,  że  kamerdyner  Marcusa  miał  ze  swoim 

panem istny krzyż pański. Musiał ubierać go przecież na różne okazje, 

a  było  ich  wiele  i  różnorodne.  Był  czas,  kiedy  szykował  mu  galowy 

strój  z  białej  satyny  na  wykwintne  bankiety,  a.  czasami  stroił  jak 

dandysa.  Najczęściej  jednak  pomagał  mu  przy  wkładaniu  prostych 

wygodnych  ubrań  na  pola  i  do  lasu,  kiedy  Marcus  zarządzał 

włościami ojca.  

Louise  poczuła  lekki  niepokój,  gdy  służąca  wprowadziła  go  do 

salonu,  ale  odetchnęła  z  ulgą,  widząc,  że  zachowanie  Marcusa  w 

niczym się nie zmieniło. Odnosił się do niej jak dawniej.  

background image

Ukłonił  jej  się  jak  zawsze  -  głęboko  i  z  szacunkiem:  Przyjął 

kieliszek madery, tak jakby to była banalna grzecznościowa wizyta, a 

nie szczególnie denerwujące spotkanie,  w czasie którego, spodziewał 

się, Louise opowie mu całą prawdę o sobie.  

Nie  domyślał  się,  jak  szczegółowe  i  zaskakujące  będzie  jej 

wyznanie, ale jedno wiedział na pewno - nic nie zmieni jego stosunku 

do Louise. Będzie odnosił się do niej z taką samą miłością i uwagą jak 

przedtem,  przed  tą  feralną  chwilą,  kiedy  zobaczył  ją,  jak  stała  przed 

portretem jego prababki w galerii.  

Usiedli naprzeciwko siebie, rozmawiając o banalnych rzeczach: o 

pogodzie i o tym, że przymiarka sukien Sophii i jej matki, wczoraj po 

południu, bardzo się udała. Louise zauważyła, że Marcus wygląda na 

zmęczonego; twarz miał zszarzałą i posępną. Widocznie i on również 

źle spał tej nocy. Nic jednak na ten temat nie powiedziała.  

Na  koniec  temat  rozmowy  wyczerpał  się.  Louise  odstawiła 

kieliszek  z  winem,  którego  prawie  nie  tknęła,  i  odezwała  się 

niepewnie:  

- Milordzie...  

- Panie Marksie - poprawił. - Tutaj, u pani w domu, jestem panem 

Marksem.  

-  A  zatem  dobrze,  panie  Marksie.  Obiecałam,  że  opowiem  całą 

prawdę o życiu Louise Hanslope, którą poznałeś jako madame Felice. 

Nie  muszę  ci  mówić,  jak  trudno  mi  przychodzi  ujawniać  moją 

skomplikowaną  przeszłość,  niemniej  uważam  za  swój  obowiązek 

background image

wyznać  ci  wszystko  uczciwie,  jak  na  spowiedzi,  niczego  nie 

ukrywając.  

Przede  wszystkim  chcę  poinformować,  że  ani  Louise  Hanslope 

nie  jest  moim  prawdziwym  imieniem  i  nazwiskiem,  ani  madame 

Felice Morisot. Pragnę też pana uprzedzić, że gdy ujawnię panu swoje 

rzeczywiste  nazwisko  i  uznasz  za  stosowne  opuścić  mój  dom  i 

wymazać  mnie  ze  swej  pamięci,  zrozumiem  to,  nie  będę  miała  o  to 

żalu. Jest to ryzykowny krok, ale zdecydowana jestem go zrobić.  

Przerwała, nie wiedząc, co mówić dalej. Marcus odpowiedział jej 

łagodnie:  

- Ja także muszę podjąć to ryzyko. Nie wydaje mi się, żeby miało 

być ono zbyt duże.  

-  Mówisz  tak  w  tej  chwili,  ponieważ  nie  znasz  całej  prawdy, 

milordzie. Obawiam się, że twoja reakcja będzie zupełnie inna, kiedy 

poznasz szczegóły.  

-  Niewykluczone,  że  tak  będzie  -  odparł  z  powagą  Marcus.  - 

Najpierw  jednak,  proszę  opowiedzieć  mi  swoją  historię.  Sam  będę 

wiedział, jak ją osądzić.  

-  A  więc  dobrze,  zanim  jednak  zacznę,  musi  pan  wiedzieć,  że 

część  z  tego,  co  opowiem,  została  mi  przekazana  przez  inną  osobę. 

Jest to więc relacja z drugiej ręki. John Hanslope nie był moim ojcem. 

Był najpierw rządcą majątku hrabiego Yardleya, który stracił opactwo 

Steepwood,  a  następnie  markiza  Sywella.  W  rezultacie  znał  dobrze 

całą  hrabiowską  rodzinę,  a  zwłaszcza  lorda  Ruperta  Cleeve'a,  który 

był, oczywiście, pańskim dalekim krewnym.  

background image

Lord  Rupert  powinien  właściwie  być  nazywany  lordem 

Angmering,  ale  z  jakiejś  niewiadomej  przyczyny  wolał  nie  używać 

tego  tytułu.  Lord  Rupert,  ku  wielkiemu  niezadowoleniu  swego  ojca, 

związał  się  i  podobno  poślubił  francuską  damę,  Marie  de  Ferrers, 

która była katoliczką. Hrabia był tym tak rozgniewany, że  wyparł się 

syna  i  zabronił  mu  przekraczać progu  swego  domu.  Dawał  nawet  do 

zrozumienia,  ponieważ  wybranka  syna  była  innego  niż  on  wyznania, 

że ich małżeństwo jest nieważne.  

Lord  Rupert  powiedział  jednak  rządcy,  kiedy  zostawiał  u  niego 

swą żonę i dziecko, małą dziewczynkę, aby poszukać dla nich domu, 

że  wzięli ślub i są prawowitym małżeństwem.  To trudna część mojej 

historii,  ponieważ  tą  małą  dziewczynką  był  nie  kto  inny  tylko  ja  - 

Louise  Cleeve.  Oczywiście  nie  mogę  nic  z  tego  pamiętać,  w  owym 

czasie byłam bowiem niemowlęciem.  

Marcus  wydał  z  siebie  cichy  okrzyk.  Louise  zamilkła  spłoszona. 

W jej szeroko otwartych oczach malowały się niepokój i zakłopotanie. 

Ruchem ręki polecił jej mówić dalej.  

-  John  opowiadał  mi  później,  że  mój  ojciec  po  jakimś  czasie 

powrócił i zabrał nas ze sobą. Potem dowiedział się jednak, że ojciec 

zostawił  moją  matkę  w  Cheltenham,  a  sam  udał  się  do  Francji,  aby 

odzyskać  należną  jej  część  majątku.  To  wszystko  oczywiście  działo 

się  już  po  wybuchu  rewolucji  francuskiej.  Stosunek  do  tego 

wydarzenia  był  również  kością  niezgody  między  lordem  Rupertem  a 

jego ojcem. Byli w tej kwestii całkowicie odmiennego zdania.  

background image

Mój  ojciec  początkowo  sympatyzował  z  rewolucjonistami. 

Później jednak, gdy zaczęła się era Wielkiego Terroru, zmienił zdanie. 

Niestety, został we Francji złapany i tam umarł, ale w jaki sposób i w 

jakich okolicznościach - tego nikt nie wie. Tak więc lord Rupert, mój 

ojciec, z Francji nie wrócił. John nigdy się nie dowiedział, czy zdołał 

on spotkać się z rodziną mojej matki ani nawet tego, czy tej rodzinie 

udało się przeżyć rewolucję, czy też stała się jej ofiarą jak tylu innych 

francuskich arystokratów.  

- Z pani opowieści wynika - wtrącił się Marcus - że jeśli mówisz 

prawdę, to według prawa jesteś panną Louise Cleeve.  

Skinęła głową i mówiła dalej:  

-  John  nie  słyszał  więcej  o  lordzie  Rupercie  ani  o  jego  żonie, 

chociaż nie szczędził wysiłków, aby ich odszukać, aż do momentu, w 

którym otrzymał list od mojej matki. Powiadamiała go o śmierci męża 

we  Francji  oraz  o  tym,  że  ona  sama  mieszka  w  wielkiej  biedzie  w 

Cheltenham i  że  jest  umierająca.  Błagała  go,  aby  zaopiekował  się  jej 

dzieckiem, to znaczy mną.  

Nie zwróciła się o pomoc do hrabiego, ponieważ nie chciała, aby 

zajął  się  jej  wychowywaną  w  katolickiej  religii  córeczką.  Nie 

wiedziała,  że  on  już  nie  żyje  i  że  to  pański  ojciec,  daleki  kuzyn, 

odziedziczył  hrabiowski  tytuł.  John  natychmiast  udał  się  do 

Cheltenham.  Zdążył  w  samą  porę,  ponieważ  moja  matka  wkrótce  po 

jego przyjeździe wydała ostatnie tchnienie.  

Głos  jej  się  załamał.  Przełknęła  łzy,  po  czym  wróciła  do  swojej 

opowieści:  

background image

-  Pamiętam  moment  jej  śmierci  oraz  przyjazd  Johna,  ale  tylko 

urywkowo.  Naturalnie  w  ogóle  nie  pamiętam  ojca.  Matka  przed 

śmiercią  błagała  Johna,  żeby  mnie  zaadoptował,  a  także  by  dołożył 

wszelkich  starań,  żebym  w  przyszłości  zajęła  należne  mi  miejsce  w 

świecie. Zgodził się i zabrał mnie do Steepwood.  

Niestety,  mój  opiekun,  jakim  stał  się  John  Hanslope,  nie  mógł 

znaleźć żadnego dowodu ani dokumentu, który by potwierdzał, że moi 

rodzice  byli  rzeczywiście  legalnym  małżeństwem.  Sądził,  że  pobrali 

się  we  Francji, chociaż  z  tego,  co  lord Rupert  mu kiedyś  powiedział, 

zrozumiał, że podobno wzięli ślub w Anglii.  

W  tej  sytuacji  Hanslope'owie  zaczęli  wychowywać  mnie  jak 

własną  córkę.  Nie  tylko  nie  mieli  żadnych  dokumentów,  które  by 

potwierdzały,  że  pochodzę  z  legalnego  małżeńskiego  związku,  ale 

trudno  by  im  było  udowodnić,  że  w  ogóle  jestem  krewniaczką 

Cleeve'ów, choćby nawet nieprawą. Pani Hanslope, która swego czasu 

była guwernantką we francuskiej rodzinie i bardzo dobrze mówiła po 

francusku, od wczesnego dzieciństwa uczyła mnie tego języka.  

Zapewniła mi też doskonałe wykształcenie. Nie miałam w owym 

czasie  pojęcia,  że  jestem  Louise  Cleeve.  Przypuszczałam,  że  moi 

rodzice dlatego oddali mnie Johnowi i jego żonie na wychowanie, że 

moja  rodzina  była  biedna  i  nie  mogła  zapewnić  mi  utrzymania. 

Minęło wiele łat, zanim John - mój ojciec, jak go wtedy nazywałam - 

wyjawił całą prawdę.  

Marcus  słuchał  tej  niewiarygodnej  opowieści,  nie  odzywając  się 

słowem. Louise spojrzała na niego i rzekła:  

background image

-  To  brzmi  jak  opowieść  grozy,  nie  uważa  pan?  Całkiem  jak  z 

opowieści pani Radcliffe. Rozumiem teraz, dlaczego mój opiekun nie 

chciał  dochodzić,  czy  urodziłam  się  w  legalnym  związku.  Nie  miał 

żadnego dokumentu na potwierdzenie faktu, że jestem spokrewniona z 

Cleeve'ami,  i  bał  się,  że  ewentualny  proces  narazi  mnie  tylko  na 

przykrości i upokorzenia.  

- Jeżeli ta opowieść jest prawdziwa - rzekł Marcus - a jak widzę, 

wierzy  pani  w  to  niezbicie,  nadal  nie  mogę  zrozumieć,  dlaczego 

Hanslope'owie nie skontaktowali się z moim ojcem i nie powiadomili 

go o twoim istnieniu wtedy, gdy wrócił z Indii.  

-  Po  powrocie  pańskiego  ojca  do  kraju  było  już  na  to  za  późno. 

Pani Hanslope umarła, markiz Sywell na stałe zamieszkał w opactwie, 

ja  natomiast  znalazłam  się  w  Northampton.  Zawsze  lubiłam  szyć, 

więc John wysłał mnie do tej miejscowości na praktykę do francuskiej 

szwaczki,  emigrantki,  która  obszywała  całą  okoliczną  szlachtę  i 

arystokrację.  

Uważała,  że  mam  wielkie  zdolności  do  szycia,  i  chciała  mnie 

polecić innej francuskiej krawcowej  w  Londynie. Zanim przeniosłam 

się do stolicy, wróciłam jeszcze do opactwa, aby pożegnać się z moim 

opiekunem, który był umierający.  

Roześmiała się krótko, niewesoło.  

-  Wydaje  się,  że  było  mi  sądzone  tracić  kolejno  każdego,  kogo 

pokochałam.  Tuż  przed  śmiercią  mego  opiekuna  spotkałam  markiza 

Sywella. Nie był jeszcze wtedy taką ruiną, jaką stał się później, i nadal 

miał w sobie pewien wdzięk, którym, jak przypuszczam, odznaczał się 

background image

w  młodości.  Zapałał  do  mnie  gwałtowną  namiętnością  i 

nieoczekiwanie zaproponował mi małżeństwo.  

Z początku odmówiłam, ale kiedy poinformowałam o tym swego 

opiekuna,  ten  zaczął  nalegać,  bym  się  zgodziła.  To  właśnie  wtedy 

John  Hanslope  powiedział  mi  po  raz  pierwszy,  że  jestem  dzieckiem 

lorda  Ruperta,  ale  że  nie  istnieje  żaden  dokument,  który  by 

potwierdzał,  że  rzeczywiście  należę  do  rodu  Cleeve'ów,  ani  też,  że 

jestem dzieckiem zrodzonym z prawowitego związku.  

Wyjaśnił  mi,  że  poślubiając  Sywella,  mogę  odzyskać  należne  mi 

miejsce  w  towarzystwie,  i  że  jeżeli  będę  miała  dziecko,  Cleeve'owie 

wrócą  znowu  do  opactwa,  które  utracili.  Proszę  nie  zapominać,  że 

byłam w owym czasie bardzo młoda i niewinna i że umierała ostatnia 

osoba  na  ziemi,  którą  mogłam  nazwać  rodziną.  Wkrótce  miałam 

zostać zupełnie sama na świecie.  

Nigdy  nie  dowiedziałam  się,  dlaczego  Sywell  nie  wziął  mnie  po 

prostu siłą i nie zrobił ze mnie swej kochanki. Był to człowiek bardzo 

kapryśny  i  zmienny  i  być  może  myśl,  że  będzie  miał  za  żonę  córkę 

rządcy, wydała mu się w jakiś sposób zabawna. On lubił postępować 

niekonwencjonalnie. W owym czasie, naturalnie, żadna szanująca się 

szlachecka rodzina nie zgodziłaby się, aby do ich grona wszedł przez 

małżeństwo  ktoś  tak powszechnie  znienawidzony  i  otaczany  pogardą 

jak Sywell.  

Tak więc wzięliśmy ślub, ale jak później się okazało, nie mogłam 

podjąć gorszej decyzji. Nie będę pana nudzić historią mego pożycia z 

markizem. Wystarczy, że powiem, iż był to jeden wielki koszmar. Na 

background image

szczęście  dla  mnie  byłam  od  dnia  naszego  ślubu  jego  żoną  tylko 

formalnie,  co  jednak  nie  powstrzymało  go  od  dręczenia  mnie  na 

tysiące innych sposobów.  

Tylko odnowionej przyjaźni z Ateną Filmer zawdzięczam, że nie 

popadłam w szaleństwo. Wreszcie któregoś dnia postanowiłam uciec i 

spróbować  szczęścia  w  Londynie.  Chodziła  mi  po  głowie  myśl,  aby 

założyć  własną  pracownię  krawiecką,  jak  swego  czasu  radziła  mi 

moja stara mistrzyni, francuska krawcowa z Northampton. Zawsze się 

zastanawiałam, dlaczego Sywell się w ogóle ze mną ożenił.  

Nie  czułam  żadnych  wyrzutów  sumienia,  że  ograbiłam  go 

zarówno z pieniędzy, jak i klejnotów, zanim uciekłam. Uważałam, że 

mi  się  one  słusznie  należą  za  cierpienia,  jakich  od  niego  doznałam  - 

traktował  mnie  tak  podle  i  nieludzko,  że  trudno  to  opisać  słowami. 

Spożytkowałam je na założenie pracowni, którą znasz.  

Taka,  lordzie  Angmering,  jest  moja  historia.  Teraz  od  milorda 

zależy,  czy  uznać  mnie  za  oszustkę  lub  szarlatankę,  czy  też  za 

rzeczywistego  członka  rodu  Cleeve'ów,  niezależnie  od  tego,  czy 

pochodzę  z  prawego,  czy  nieprawego  łoża.  Do  ciebie,  milordzie, 

należy  osąd  w  tej  sprawie;  ja  nie  dysponuję  żadnym  dokumentem, 

który by potwierdził, że moja opowieść jest prawdziwa - poza tym, że 

byłam żoną markiza Sywella i że jestem przybranym dzieckiem Johna 

Hanslope'a.  

W  małym  przytulnym  saloniku  zapadła  cisza.  Marcus  słuchał 

fascynującej  opowieści  Louise  najpierw  z  zainteresowaniem,  które 

przeplatało  się  z  niedowierzaniem,  a  na  koniec  ze  zgrozą,  kiedy,  z 

background image

trudem  wstrzymując  łzy,  beznamiętnym  głosem  opisywała  tragiczne 

dzieje swego małżeństwa z Sywellem.  

-  Jedno  w  tym  wszystkim  nie  ulega  dla  mnie  wątpliwości  - 

odezwał  się  wreszcie.  -  Ma  pani  rysy  typowe  dla  niewiast  rodu 

Cleeve'ów  starszego  pokolenia,  których,  jeżeli  mówisz  prawdę,  a 

myślę, że tak, jesteś ostatnią przedstawicielką. Gdy panią zobaczyłem, 

jak stałaś przed portretem łady Adelaide Cleeve, uświadomiłem sobie, 

że musi pani mieć coś wspólnego z naszą rodziną.  

Louise roześmiała się powściągliwie.  

- Z prawego bądź nieprawego łoża - kto to teraz może wiedzieć? 

Nie istnieją żadne dowody, a tyle lat już upłynęło.  

- To nie ma znaczenia - odpowiedział Marcus. - Między nami nic 

się  nie  zmieniło.  Zaimponowała  mi  pani  szczerość.  Wiele  osób  na 

pani  miejscu  starałoby  się,  nie  przebierając  w  środkach,  dowodzić 

swego  prawowitego  pochodzenia,  pani  natomiast  przedstawiła  kilka 

faktów z historii swego życia z taką szczerością i obiektywizmem, że 

każdy  sąd  ze  zrozumieniem  przyjąłby  twoje  wyznanie.  Na  dodatek, 

jak z tego wszystkiego wynika, jesteśmy ze sobą spokrewnieni. Mogę 

sobie  tylko  życzyć,  by  pani  była  dla  mnie  kimś  więcej  niż  daleką 

krewną.  

Serce  Louise  zabiło  przyspieszonym  rytmem.  A  więc  jest 

nadzieja, że go nie straci - jak się początkowo obawiała.  

-  Rzecz  w  tym  -  mówił  dalej  -  że  chociaż  rozumiem  pani 

dotychczasowe  pragnienie,  aby  pozostać  anonimową  w  związku  ze 

sprawą Sywella, myślę, że opiekun, pomimo troski, jaką panią otaczał, 

background image

zaniedbał  kilka  spraw.  Nie  starał  się  ustalić  prawdziwości  twego 

pochodzenia,  a  raczej  zbyt  szybko  tego  zaniechał.  Oddał  pani  też 

niedźwiedzią przysługę, nalegając, byś wyszła za Sywella.  

-  Z  perspektywy  czasu  to  wszystko  rzeczywiście  może  tak 

wyglądać - przyznała Louise. - Teraz, kiedy już zna pan moją historię, 

jak zamierza pan postąpić?  

-  No  cóż,  z  całą  pewnością  nie  rozgłoszę  tej  wiedzy  po  całym 

Londynie,  o  tym  możesz  być  przekonana  -  zapewnił.  -  Nie  wierzę  w 

to,  że  przyczyniłaś  się  pani  do  śmierci  Sywella.  Jestem  pewny,  że 

może pani łatwo udowodnić, że przebywa w Londynie, gdy doszło do 

zabójstwa.  To,  co  usłyszałem,  nie  zmieniło  mego  zdania  o  pani. 

Wręcz  przeciwnie,  jestem  pełen  podziwu  dla  twojej  dzielności, 

Louise. Mam nadzieję, że mogę cię tak nazywać. Madame Felice stała 

się  nagle  fikcją,  postacią  z  bajki,  za  którą  Louise  ukrywa  swą 

prawdziwą tożsamość.  

A  więc  rozumiał  ją.  Nie  nazwał  jej  Louise  Cleeve,  córką 

człowieka, który był faktycznie wicehrabią, ale ona nigdy o sobie jako 

o  takiej nie  myślała.  Lady  Louise  Cleeve  była  postacią  z  fikcji, kimś 

wymyślonym,  jak  powiedziała  wcześniej,  a  nie  konkretną  kobietą, 

która szyła modne stroje.  

Oczy napełniły się jej łzami.  

-  Nie  masz  pojęcia,  jak  się  cieszę,  milordzie,  że  pan  tak 

powiedział. Kamień spadł mi z serca, że nie potraktował mnie pan jak 

oszustki  czy  kłamczyni  -  wyznała,  -  Nigdy  bym  nie  wyjawiła  moich 

background image

sekretów,  gdyby  nie  to,  że  zauważył  pan,  iż  jestem podobna  z  rysów 

do damy z portretu w rezydencji przy Berkeley Square.  

Marcus  wstał  i  podszedł  do  miejsca, gdzie  siedziała.  Przyklęknął 

na jedno kolano i dotknął ręki Louise w odruchu współczucia. Wyraz 

cierpienia  malujący  się  na  jej  twarzy  sprawił,  że  serce  napełniło  mu 

się bólem.  

- Moja droga - odezwał się, podnosząc jej rękę do ust i całując ją z 

uczuciem.  Chętnie  by  ją  zaczął  pocieszać  w  inny  sposób,  ale  tylko 

drań  narzucałby  się  ze  swoją  miłością  wtedy,  gdy  była  tak  zbolała  i 

przygnębiona. - Moja droga, od tylu już lat toczysz samotne zmagania 

z  życiem,  walcząc  o  przetrwanie.  Twoja  niezwykła  dzielność, 

imponujący  hart  ducha,  energia  i  przedsiębiorczość  budzą  mój 

najgłębszy  podziw.  Jesteś  doprawdy  niezwykłą  kobietą,  która 

zasługuje na prawdziwe uwielbienie.  

A  teraz  chcę  cię  prosić,  abyś  pozwoliła  mi  przyjść  sobie  z 

pomocą.  Chciałbym  zwrócić  się  do  detektywa  Jacksona,  byłego 

policjanta,  aby  zbadał  twoją  przeszłość  i  spróbował  odnaleźć 

dokumenty  dowodzące,  że  twoi  rodzice  byli  prawowitym 

małżeństwem i że przyszłaś na świat w legalnym związku. Zobowiążę 

go,  aby  przeprowadził  to  dochodzenie  w  możliwie  najbardziej 

dyskretny sposób, i mam nadzieję, że będzie skrupulatnie przestrzegał 

tajemnicy.  

-  Nie,  nie  życzę  sobie  tego.  Nie  chcę,  by  ktokolwiek  poza  tobą, 

milordzie,  znał  moją  tajemnicę.  Mój  sekret  ma  pozostać  tylko  i 

wyłącznie moim sekretem.  

background image

-  Rozważ  to  dobrze.  Uczciwość  wymaga  od  mego  ojca  i  ode 

mnie, abyśmy spróbowali dowiedzieć się, czy rzeczywiście jesteś lub 

nie Louise Cleeve, córką lorda Ruperta Cleeve'a. To nie będzie miało 

znaczenia dla tego, kto posiada Steepwood na własność, ponieważ za-

równo  posiadłość,  jak  i  tytuł  są  zawarowane  wyłącznie  dla  męskich 

potomków tej rodziny, ale pozwoli ci zająć należne miejsce w świecie, 

a poza tym otrzymasz także przysługujący ci posag.  

- Nie chcę żadnego posagu - odrzekła stanowczo. - Jestem Louise 

Hanslope,  która  jest  także  madame  Felice,  i  nimi  pragnę  pozostać. 

Nawet  gdyby  ta  sprawa  z  Sywellem  nie  wisiała  nade  mną  i  tak 

powiedziałabym to samo. Nie chcę, aby cały świat plotkował o mojej 

przeszłości.  

- Zrób to dla mnie - odezwał się miękko. - Doznałaś tyle  złego - 

chociaż  nie  z  mojej  winy  ani  przeze  mnie,  przyznaję,  ale  niemniej 

bardzo dużo złego.  

Uniósł  się  trochę  i  wziął  ją  w  ramiona.  Louise  zrobiło  się  ciepło 

na  sercu.  Było  jej  tak  przyjemnie,  że  jęknęła  cicho  z  rozkoszy  i  bez 

sprzeciwu  poddała  się  żarliwym  pocałunkom,  którymi  obsypywał  jej 

policzki  i  twarz.  Jednakże,  w  pewnym  momencie,  oprzytomniała  i 

odsunęła go od siebie.  

- Nie, panie Marksie, nie wolno ci tak postępować. Tego nie było 

w naszej umowie. Jesteśmy przyjaciółmi, a nie kochankami.  

-  Ale  teraz,  kiedy  wiem,  że  jesteś  moją  daleką  krewną,  bardziej 

niż  kiedykolwiek  pragnę  być  twoim  przyjacielem  i  kochankiem. 

Zgódź  się,  bym  porozmawiał  z  Jacksonem.  Niech  dowie  się  całej 

background image

prawdy  o  tobie,  tak  aby  ta  sprawa  została  wreszcie  raz  na  zawsze 

wyjaśniona.  

Louise potrząsnęła głową.  

- Pan Marks zastosuje się do mojej prośby, lord Angmering zrobi, 

jak  będzie  uważał  za  stosowne.  Nie  mogę  mu  tego  zakazać,  chociaż 

bardzo bym chciała.  

- Łamiesz mi serce - wyszeptał, ale nie próbował już więcej brać 

jej w ramiona. Sprawiała wrażenie takiej bezradnej i opuszczonej, że 

serce krajało mu się z żalu. Miał tylko jedno pragnienie - pocieszyć ją, 

utulić i podnieść na duchu, i o tym jej powiedział.  

-  Obydwoje  wiemy,  jak  ta  sprawa  może  się  zakończyć  -  odparła 

na  to  ze  smutkiem.  -  W  rodzinie  Cleeve'ów  na  przestrzeni  stuleci  aż 

nadto  było  nierozwagi,  głupoty  i  lek-komyślności,  żeby  jeszcze 

naszym  pochopnym  działaniem  dokładać  się  do  tego  niechlubnego 

dziedzictwa.  Mój  ojciec  i  dziadek  byli  tego  najlepszym  przykładem. 

To  przez  ich  lekkomyślność  i  brak  serca  spotkał  mnie  taki  los.  Nie 

pogarszajmy już i tak skomplikowanej sytuacji.  

Marcus musiał przyznać jej rację.  

Pochylił  głowę.  Nie  potrafił  zaakceptować  jej  sprzeciwu, 

ponieważ  sądził,  że  Louise  za  jakiś  czas  zmieni  zdanie.  Liczył,  że 

kiedy  minie  wstrząs  wywołany  koniecznością  ujawnienia  przed  nim 

tak  długo  strzeżonego  sekretu  pochodzenia,  na  nowo  przemyśli  jego 

propozycję i w końcu przyzna mu rację.  

Nie powiedział zatem nic, tylko przysiadł dyskretnie u jej stóp w 

nadziei,  że  jego  bliskość  pomoże  się  jej  uspokoić.  I  tak  było 

background image

rzeczywiście.  Z  radością  stwierdził,  że  po  kilku  minutach  jej  pierś 

przestała unosić się spazmatycznie, a oddech się wyrównał.  

Louise  nie  poznawała  siebie.  Pragnęła  rzucić  się  w  objęcia 

Marcusa i zapomnieć o wszystkim, czym kiedykolwiek dotąd żyła. W 

tych  ramionach,  wiedziała,  mogłaby  wreszcie  odnaleźć  spokój  i 

ukojenie.  Ale  ten  stan,  obawiała  się,  byłby  tylko  chwilowy.  Kiedy 

początkowo  radość  z  miłosnego  oddania  się  ukochanemu  przeminie, 

powróci  do  punktu  wyjścia,  nie  rozwiązawszy  żadnego  ze  swych 

problemów i na dodatek utraciwszy cześć.  

Uważała,  że  nie  przeżyje  męki  przesłuchania  przez  Jacksona. 

Sama myśl o tym była dla niej koszmarem. Życie wcześnie nauczyło 

ją,  że  nie należy  ufać  nikomu,  a  już  z  całą  pewnością nie  ludziom  w 

rodzaju tego drapieżnego łowcy przestępców. Nie chciała go dotknąć 

swym brakiem zaufania, ale uznała, że lepsze to niż wystawienie swej 

osoby  na  okrutne  plotki,  jakie  odkrycie  jej  prawdziwej  tożsamości  - 

jakakolwiek by ona była - nieuchronnie wywoła w wyższych sferach.  

Na  tyle  dobrze  poznała  Marcusa,  by  wiedzieć,  że  zaangażuje 

Jacksona,  jeżeli  będzie  uważał  za  konieczne.  Był  człowiekiem,  który 

w razie potrzeby nie będzie szczędził wysiłków ani fatygi, aby przyjść 

z pomocą przyjaciołom, rodzime bądź ukochanej kobiecie. Nie chciała 

go  prosić  ani  wpływać  na  niego  czy  też  stosować  żadnej  z  tych 

wypróbowanych  sztuczek,  którymi,  jak  wiedziała,  inne  kobiety  z 

upodobaniem się posługują.  

Zapytała go na koniec trochę sennie:  

background image

-  Panie  Marksie,  czy  masz  jeszcze  jakieś  inne  obowiązki  w  dniu 

dzisiejszym?  

Podniósł  wzrok  na  jej  śliczną  twarzyczkę  i  jak  zawsze  w  takich 

razach zachwycił się jej uroczym hardym podbródkiem. Ten szczegół 

jej  urody  mówił  nie  tylko  o  sile  charakteru,  ale  także  o  związkach  z 

minionymi pokoleniami rodu Cleeve'ów.  

- Nie mam żadnego, który byłby dla mnie ważniejszy niż troska o 

kobietę, którą kocham. Wszystko inne może poczekać - z wyjątkiem...  

Nie dokończył, a Louise z odcieniem żalu stwierdziła:  

-  Z  wyjątkiem  tego  że  zamierzasz  porozmawiać  z  Jacksonem 

możliwie jak najszybciej. Wolałabym, żebyś tego nie robił, naprawdę.  

- To w twoim interesie - odparł uczciwie.  

Louise wzruszyła ramionami.  

-  Trudno  mi  uwierzyć,  żeby  po  tylu  łatach  udało  mu  się  odkryć 

coś, czego mój opiekun nie był w stanie odszukać.  

-  Twój  opiekun  nie  był  najbardziej  doświadczonym  detektywem 

do spraw kryminalnych w Anglii, a Jackson jest. On zwróci uwagę na 

każdy  najmniejszy  szczegół,  który  wielu  ludziom  może  wydać  się 

zupełnie bez znaczenia.  

Nie  potrafiła  znaleźć  na  to  argumentu,  zmieniła  więc  temat  i 

zapytała:  

- Zechciałbyś zostać i zjeść ze mną lunch, panie Marksie?  

- Z przyjemnością, moja kochana  Louise. Zjedli razem  lunch, po 

czym Marcus opuścił jej dom z mocnym postanowieniem, że naradzi 

się  z  Jacksonem  najszybciej,  jak  to  możliwe.  Siedząc  przy  stole 

background image

naprzeciwko  Louise,  jedząc  i  pijąc  w  jej  towarzystwie,  musiał 

przyzywać na pomoc całą siłę woli, aby zachować spokój, tylko jedna 

bowiem  chęć  przepełniała  jego  istotę  -  pragnienie,  aby  wziąć  ją 

wreszcie w ramiona, tulić do siebie, całować...  

Marcus  nie  wiedział,  że  Louise  tylko  dlatego  zabraniała  mu  się 

dotykać,  że  każde  jego  dotknięcie  demobilizowało  wewnętrznie. 

Nawet  pełen  uszanowania  pocałunek,  który  ceremonialnie  przy 

każdym  pożegnaniu  składał  na  jej  dłoni,  robił  na  niej  ogromne 

wrażenie.  Jeżeli  kiedykolwiek  uważała  siebie  za  kobietę  zimną  i  bez 

temperamentu,  na  którą  żaden  mężczyzna  nie  działano  spotkanie 

Marcusa, lorda Angmering, nakazywało jej całkowicie to przekonanie 

odrzucić.  

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Louise nie myliła się. Marcus rzeczywiście zamierzał spotkać się 

z Jacksonem po to, żeby polecić detektywowi odnalezienie dowodów 

potwierdzających, że ona jest rzeczywiście Louise Cleeve. Postanowił 

udać się do niego natychmiast, ale okazało się to zbędne. Natknął się 

na Jacksona, wchodząc do rezydencji przy Berkeley Square. Detektyw 

właśnie opuszczał dom jego ojca.  

- Czy to mnie pan szukał? - zapytał Marcus.  

-  Nie,  milordzie.  Znowu  wynikła  potrzeba  przesłuchania 

pańskiego ojca. Niestety, nie zastałem pana hrabiego.  

- Znowu? - zdziwił się Marcus. - Myślałem, że zakończył już pan 

sprawę z moim ojcem.  

background image

-  W  moim  zawodzie  sprawa  jest  zamknięta,  gdy  przestępstwo 

zostaje  wykryte.  W  tym  przypadku  tak  się  jeszcze  nie  stało. 

Ministerstwo  Spraw  Wewnętrznych  naciska,  abym  jak  najszybciej 

wykrył mordercę markiza Sywella, nie mogę więc zasypiać gruszek w 

popiele. Sekretarz pańskiego ojca umówił mnie z nim na spotkanie. A 

teraz,  czym  mogę  panu  służyć,  milordzie?  Jeśli  się  nie  mylę,  ma  pan 

wielką ochotę ze mną porozmawiać.  

Marcus parsknął śmiechem.  

- Czyżbym był przezroczysty, a może dysponuje pan kryształową 

kulą, Jackson?  

-  Zachowanie  się  człowieka  dużo  o  nim  mówi,  jeżeli  tylko  ktoś 

potrafi  je  dobrze  odczytać  -  wyjaśnił  detektyw.  -  Tu  nie  potrzeba 

żadnych czarów, milordzie.  

-  No  cóż,  nie  zaprzeczam,  że  pragnę  z  panem  porozmawiać  w 

pilnej sprawie. Zanim wyjaśnię, o co mi chodzi, chcę pana prosić, aby 

to,  co  pan  usłyszy,  zachował  w  możliwie  największej  tajemnicy. 

Rzecz jest bardzo delikatnej natury i dyskrecja jest w tym przypadku 

niezbędna.  W  przeciwnym  razie  nasza  rozmowa  nie  będzie  miała 

miejsca.  

-  Chce  pan,  żebym  kupował  kota  w  worku,  milordzie?  Niestety, 

przykro  mi,  ale  nie  mogę  dać  panu  takiego  przyrzeczenia.  W  moim 

fachu jest to niemożliwe.  

- Załóżmy, że połowa tego, co powiem, może ewentualnie pomóc 

panu  wyjaśnić  jeden  z  wątków  pańskiego  śledztwa  w  sprawie 

morderstwa  w  Steepwood,  zaś  druga  połowa  nie  ma  z  tym  nic 

background image

wspólnego  -  w  każdym  razie  nie  przedstawia  żadnej  wartości  dla 

Ministerstwa  Spraw  Wewnętrznych.  I  co  w  takim  razie?  Niech  pan 

przyjmie do wiadomości, że jestem uczciwym człowiekiem, i traktuje 

mnie  jako  takiego,  a  zapewniam,  że  oszczędzi  pan  sobie  wiele 

zachodu.  

Jackson  spoglądał  na  niego  przez  jakiś  czas  bez  słowa,  po  czym 

wzruszył ramionami i powiedział:  

-  Dobrze.  Zgadzam  się,  milordzie.  Mam  nadzieję,  że  nie  próbuje 

mnie  pan  oszukać,  bo  uprzedzam,  że  jeżeli  nosi  się  pan  z  takim 

zamiarem, może się to źle dla pana skończyć.  

- Ależ nic podobnego, to nie w moim stylu - zapewnił go Marcus. 

-  A  teraz  zapraszam  do  gabinetu.  Mam  panu  do  opowiedzenia  kilka 

interesujących historyjek.  

Jackson skinął głową na znak zgody.  

-  Z  przyjemnością,  milordzie,  ale  proszę  się  streszczać.  Jak  pan 

wie, jestem człowiekiem bardzo zajętym.  

Marcus,  starając  się  o  maksymalną  zwięzłość,  zrelacjonował  mu 

treść  swej  ostatniej  rozmowy  z  madame  Felice.  Opowiedział  o  jej 

wyznaniu, o tym, że to ona właśnie jest zaginioną markizą, ale że nie 

ma  nic  wspólnego  z  zamordowaniem  swego  męża.  Może  dowieść 

niewinności  na  podstawie  dziennika  kasowego  pracowni,  z  którego 

wyraźnie wynika, że w krytycznym okresie przebywała w Londynie.  

Jackson  wyłowił  z  kieszeni  wymiętoszony  karteluszek  i 

potakując, gdy ten skończył, odezwał się:  

background image

- Zgadza się, milordzie, potwierdził pan tylko to, co już od dawna 

podejrzewałem,  a  mianowicie,  że  madame  Felice  jest  w 

rzeczywistości  wdową  po  Sywellu  i  przyjaciółką  tej  ładnej  lisiczki, 

panny Ateny Filmer. Obie te panie wspaniale się uzupełniają. Już jakiś 

czas  temu  doszedłem  do  przekonania,  że  madame  nie  ma  nic 

wspólnego  z  zabójstwem  swego  męża,  i  co  więcej,  nie  wynajęła 

nikogo, kto by to za nią zrobił.  

Marcus zdziwiony spojrzał na detektywa.  

- Skoro pan o tym wiedział, to dlaczego  wciąż ją ran nachodził i 

dręczył pytaniami?  

-  Na  litość  boską,  milordzie,  jest  pan  bystrym  człowiekiem. 

Powinien  pan  wiedzieć,  że  w  mojej  pracy  nie  wystarczy  samo 

podejrzenie.  Ja  muszę  mieć  dowody  w  ręku.  Dopóki  ich  nie  mam, 

najpierw  długo  i  drobiazgowo  analizuję  każdy  szczegół,  a  potem 

dopiero sięgam po inne ślady, co wcale zresztą nie oznacza, że okażą 

się one na coś przydatne; moja teza może bowiem okazać się błędna.  

Mam  nadzieję,  że  pan  mnie  rozumie.  Tak  jest,  możemy  skreślić 

damę  z  mojej  listy,  niemniej  jednak  chciałbym  usłyszeć  tę  historię 

bezpośrednio  z  jej  ust,  a  nie  z  drugiej  ręki,  od  pana.  Ale  do  rzeczy, 

milordzie, co takiego jeszcze pana dręczy?  

-  To  również  dotyczy  madame  -  odrzekł  Marcus,  starając  się 

możliwie  klarownie  przedstawić  zagadkę  pochodzenia  Louise.  Na 

zakończenie  powiedział:  -  Chciałbym  pana  prosić,  jeżeli  oczy  wiście 

jest pan w stanie tego się podjąć, o odszukanie dokumentów, które by 

mogły potwierdzić - lub nie - prawdziwość tezy.  

background image

Jackson gwizdnął przeciągle.  

-  To  bardzo  interesująca  sprawa,  milordzie,  naprawdę 

niesłychanie  interesująca;  A  więc  opiekun  -  mówi  pan  -  a  raczej  jak 

ona  mówi  -  nie  mógł  znaleźć  żadnych  dokumentów  dotyczących  jej 

urodzenia.  To,  co  panu  powiedziała,  może  wyjaśnić  -  jeżeli  to  jest 

prawda  -  fenomen  tego  dziwacznego  małżeństwa.  Dla  mnie  ono 

zawsze było diabelnie zagadkowe i często się nad nim zastanawiałem.  

Przerwał i spojrzał uważnie na Marcusa.  

-  Niech  pan  tylko  rozważy  to,  milordzie,  jest  pan  człowiekiem 

światowym.  Przecież  to  nie  było  normalne  małżeństwo;  raczej  jakiś 

cudaczny układ, a nie rzeczywisty związek.  

Prawdę  mówiąc,  Marcus  nigdy  nie  rozmyślał  o  małżeństwie 

Sywella  z  domniemaną  córką  rządcy  jego  majątku.  Gdyby  się 

zastanawiał, może by doszedł do wniosku, że był to chwilowy kaprys 

ze  strony  człowieka,  którego  ocena  rzeczywistości  była  już  mocno 

zaburzona. Miał właśnie zamiar podzielić się tą refleksją z Jacksonem, 

kiedy jeszcze jedna myśl przyszła mu do głowy.  

Powiedział mu o niej, z namysłem dobierając słowa.  

-  Sywell  był  rozwiązłym  łajdakiem  i  kiedy  się  żenił,  cierpiał  już 

na  impotencję.  Powstaje  zatem  pytanie,  dlaczego  w  ogóle  brał  sobie 

żonę.  Mógł  być  łajdakiem,  ale  nie  był  głupi.  Zawsze  dbał  tylko  o 

własne  sprawy.  Reszta  -  ludzie,  ich  problemy  -  w  ogóle  go  nie 

obchodziła. Mógł to być objaw rozmiękczenia mózgu, ale czy pan nie 

uważa, że za tym kryje się jeszcze coś więcej?  

background image

- Owszem, milordzie. Powiedział mi pan przed chwilą, że istnieje 

prawdopodobieństwo,  że  madame  pochodzi  z  rodu  Cleeve'ów.  Ta 

część  rodziny  była  dla  Sywella  zawsze  solą  w  oku  i  robił  wszystko, 

aby  ją  zniszczyć.  Niech  się  pan  przez  chwilę  zastanowi,  milordzie. 

Hanslope  mógł  zdradzić  tajemnicę jej  urodzenia bez  żadnej  złej  woli 

albo  samemu  Sywellowi,  albo  tej  kreaturze,  jego  bękartowi, 

Burneckowi.  

Ten ostatni, jak twierdzi, był w Steepwood jego uszami i oczami i 

wszystko,  co  się  tam  działo,  bacznie  obserwował,  a  potem  donosił  o 

tym  Sywellowi.  Jeżeli  zatem  przyjmiemy  taki  tok  rozumowania,  a 

dziewczyna rzeczywiście pochodzi z rodu Cleeve'ów, to małżeństwo z 

nią  mogło  być  Sywellowi  bardzo  na  rękę.  Oto  jeszcze  jeden  członek 

tej znienawidzonej rodziny był w jego szponach.  

A  gdyby  na  dodatek  wiedział  lub  wszedł  w  posiadanie  dowodu 

potwierdzającego  jej  prawdziwe  pochodzenie,  jego  radość  z 

pewnością  nie  miałaby  granic.  Proszę  sobie  tylko  wyobrazić,  z  jaką 

rozkoszą by ją dręczył i maltretował, wiedząc, że tylko on zna sekret 

jej  pochodzenia.  O,  tak,  to  małżeństwo  zawsze  wydawało  mi  się 

zagadką.  Pochlebiam  sobie,  że  zdołałem  nieco  rozświetlić  mroki 

otaczające tę sprawę.  

- To śmiała teza - odezwał się z zamyśleniem Marcus - ale z tego, 

co wiemy o Sywellu, doskonale do niego pasuje.  

-  Skoro  pasuje,  to  proszę  pomyśleć,  że  dowody  mogą  jeszcze 

istnieć. Trzeba je tylko odszukać. Dobrze, milordzie, podejmę się tego 

background image

zadania.  I  tak  nosiłem  się  z  zamiarem  złożenia  jeszcze  jednej  wizyty 

Burneckowi.  

Nie  będzie  przesadą,  jeżeli  powiem,  że  ten  człowiek  stanowi 

prawie taką samą obelgę przeciwko ludzkości jak jego nieżyjący pan - 

takie  przynajmniej  jest  moje  zdanie.  Zdobycie  dokumentów 

dotyczących  madame  nie  rozwiąże  automatycznie  tajemnicy 

morderstwa Sywella, ale wierzę, że jestem coraz bliższy wyjaśnienia i 

tego również.  

- Zachowa pan, mam nadzieję, do swej wyłącznej wiadomości to, 

że madame jest wdową po Sywellu?  

-  Ależ  naturalnie,  madame  w  tej  sprawie  nie  jest  już  dłużej 

podejrzana i nie ma potrzeby jej niepokoić.  

- To prawda - odrzekł z przejęciem Marcus. - Miała takie ciężkie 

życie, czas najwyższy, aby  zaznała trochę szczęścia i wytchnienia od 

ciągłych  trosk  i  zmartwień.  Kiedy  madame  opowie  już  panu  swoją 

historię  i  ona  pana  usatysfakcjonuje,  prosiłbym  gorąco,  żeby  ją  pan 

zapewnił, jeśli można, że dotrzyma pan sekretu, nie rozgłosi go wokół 

i że nie będzie już pan jej więcej nachodził.  

-  Dobrze,  milordzie.  Proszę  już  mnie  zostawić  te  sprawy.  Nie 

zawiodę pana.  

-  Dziękuję  -  odparł  Marcus,  potrząsając  serdecznie  jego  ręką. 

Jednocześnie  pomyślał,  że  Louise  z  pewnością  nie  będzie 

zachwycona, kiedy usłyszy, że opowiedział o wszystkim Jacksonowi - 

nawet  jeżeli  detektyw  w  wyniku  tego  skreślił  ją  z  listy  osób 

podejrzanych  o  zabójstwo  Sywella.  Może  wybaczy  mu,  jeżeli  się 

background image

dowie,  że  Jackson  zgodził  się  odszukać  dokumenty,  które  mogą 

wydobyć ją z cienia i ukażą światu.  

Jedyny  problem  polegał  na  tym,  że  jeśli  ona  jest  z  rodu 

Cleeve'ów, to  wówczas jego stałe ponawiane propozycje, aby  została 

jego  kochanką,  mogą  zabrzmieć  bardzo  niestosownie,  a  nawet  ją 

obrazić  i  w  rezultacie  nie  będzie  już  mógł  kontynuować  swych 

zalotów. W tej sytuacji - Marcus uśmiechnął się lekko na samą myśl o 

tym  -  dlaczego  nie  miałby  się  z  nią  ożenić?  Przecież  już  przedtem, 

zanim  dowiedziałem  się,  że  ona  pochodzi  z  Cleeve'ów,  powiedział 

sobie, nosiłem się z pomysłem, że się jej oświadczam.  

Przegram zakład z Jackiem i wyjdę na chełpliwego durnia, ale co 

to  ma  w  gruncie  rzeczy  za  znaczenie,  rozmyślał  Marcus.  W  takim 

przypadku  połączę  dwie  gałęzie  rodziny,  a  dla  siebie  będę  miał  w 

nagrodę  słodki  cukiereczek.  Niewiele  jest  kobiet  na  świecie,  które 

mimo  trudnego  dzieciństwa  tak  dobrze  poradziły  sobie  w  życiu. 

Louise nie tylko zdołała zachować cnotę i honor, ale, co także nie jest 

bez znaczenia, zarobiła niezłą fortunkę, i to wyłącznie dzięki własnej 

pracy, rozumowi i zdolnościom.  

Tak  jest,  z  chwilą  gdy  ta  cała  sprawa  będzie  już  szczęśliwie  za 

nami,  oświadczę  się  jej  i  wreszcie,  zgodnie  z  życzeniem  ojca, 

ustatkuję się, przyrzekł sobie Marcus.  

Ta  perspektywa  tak  go  pochłonęła,  że  idąc po  schodach  na  górę, 

nie zauważył Dwóch Nedów; bracia minęli go i jak zwykle pozdrowili 

serdecznie. Marcus jednak nie odpowiedział na powitanie i przeszedł 

obok nich bez słowa.  

background image

-  Co  takiego?  Znowu  rozmawiać  z  Jacksonem!  -  wykrzyknęła 

Louise. - Ale po co? Przecież on już wie wszystko na mój temat.  

- To należy do jego obowiązków -  wyjaśnił Marcus. - To, co mu 

opowiedziałem, było tylko relacją z tego, co usłyszałem od ciebie. On 

chce  poznać  tę  historię  bezpośrednio  od  ciebie.  Dopiero  wtedy 

potraktuje ją poważnie.  

- Jesteś pewien, że nie rozgłosi jej po całym mieście? Nie powie 

nikomu, kim jest naprawdę madame Felice?  

- Dał mi słowo honoru, ale, kochanie, zdajesz sobie chyba sprawę 

z  tego,  że  jeśli  Jackson  znajdzie  dowody  na  to,  że  jesteś  moją 

prawowitą  kuzynką,  córką  kuzyna  Ruperta,  to  świat  musi  się  o  tym 

dowiedzieć.  W  przeciwnym  wypadku  nie  odzyskasz  swego 

prawdziwego nazwiska, a przecież chyba zależy ci na tym.  

Louise wstrząsnęła się.  

-  Czyż  to  się  nigdy  nie  skończy?  Mam  uczucie,  że  przechodzę 

przez  własne  życie,  spoglądając przez  ramię  do  tyłu  na  to,  co  się  już 

wydarzyło.  Mam  dość  przeszłości,  ja  potrzebuję  teraźniejszości  i 

przyszłości. Nadal nie wiem, jak naprawdę się nazywam.  

Udawali  się  na  targ  jesienny  do  Chelsea.  Nie  było  to  miejsce,  w 

którym  mogliby  spotkać  znajomych.  Marcus  nosił  strój  kancelisty,  a 

Louise  wyglądała  jak  jej  własna  służąca,  kiedy  miała  wychodne.  W 

niczym nie przypominała eleganckiej modiste, madame Felice.  

Włożyła  prostą  suknię  z  jasnoniebieskiego  wytłaczanego 

materiału,  solidne  czarne  buciki  oraz  czepek  z  jasnej  słomki, 

przywiązany  niebieską  wstążką.  Na  ramiona  zarzuciła  jedynie  lekki 

background image

szal; było babie lato i słońce nad Londynem i okolicami przygrzewało 

jeszcze mocno.  

-  Nic  mnie  nie  obchodzi,  jakie  jest  twoje  prawdziwe  nazwisko  - 

oświadczył  Marcus.  -  Dla  mnie  jesteś  moją  drogą  Louise  i  to  mi 

całkowicie wystarcza.  

-  Ale  mnie  obchodzi  -  odparła  z  rozdrażnieniem.  -  Nie 

potrzebujesz  martwić  się  takimi  sprawami.  Jesteś  Marcusem 

Angmering,  spadkobiercą  lorda,  hrabiego  Yardleya,  możesz  więc 

traktować takie sprawy z lekceważeniem.  

Ja  natomiast  nie  mam  najmniejszego  pojęcia,  czy  jestem 

dzieckiem  pochodzącym  z  legalnego  związku,  czy  nie  i  naprawdę 

wiele  bym  dała  za  to,  by  wiedzieć,  z  jakiego  rodu  się  wywodzę.  Z 

dwojga  złego  wolałabym  nawet  świadomość,  że  jestem  nieślubnym 

potomkiem  Cleeve'ów  niż  to  ciągłe  zastanawianie  się,  czy  jestem 

rybą, ssakiem, ptakiem, czy też smacznym wędzonym śledziem.  

Marcus wybuchnął śmiechem.  

- To są wszystko moje ulubione potrawy, kochanie, więc tym się 

nie  martw.  A  teraz  uśmiechnij  się,  złotko.  Dzisiaj  mamy  przed  sobą 

tylko  jeden  cel  -  weselić  się  całą  duszą  i  nie  myśleć  o  tym,  co 

przyniesie  następny  dzień.  Wyobrażam  sobie,  że  niewiele  miałaś 

dotąd  okazji  do  zabawy,  i  moim  zamiarem  jest  zapewnić  ci  w 

przyszłości radosne i ciekawe życie.  

Twarz Louise rozjaśniła się na te słowa.  

- Przepraszam, że jestem taka gderliwa - rzekła ze skruchą. - Tak 

długo,  jak  Jackson  dotrzyma  obietnicy  i  będzie  dyskretny,  będę 

background image

twierdzić, że słusznie zrobiłeś, zlecając mu wyjaśnienie zagadki mego 

pochodzenia. Niewdzięcznica ze mnie, prawda?  

-  To  zrozumiałe,  biorąc  pod uwagę  okoliczności  -  odparł  wesoło 

Marcus.  -  A  oto  jesteśmy  już  na  miejscu.  Co  powiesz  na  to,  abym 

zafundował ci wizytę u jednej z tych wróżek? Ona lub on - są także i 

wróżbici - mogą rozwiązać w okamgnieniu wszystkie twoje problemy. 

Co  wolisz:  kryształową  kulę,  czytanie  z  dłoni  czy  tarota?  Jestem 

pewien, że one dysponują tymi wszystkimi narzędziami.  

- No cóż - odparła sucho Louise - wróżba może okazać się równie 

użyteczna  jak  to,  co  Jackson  po  tylu  latach  ewentualnie  odszuka. 

Zgadzam się na to tak długo, jak zgodzisz się grać. Szukajmy „damy”. 

W  świetle  naszej  sytuacji  to  określenie  jest  bardzo  stosowne,  nie 

uważasz, panie Marksie?  

- Doskonałe - odparł Marcus - ale nie oczekuj, że karta będzie mi 

szła  -  szczęście  już  mi  dopisało  -  znalazłem  miłość  swego  życia,  a 

znane ci jest chyba przysłowie, że kto ma szczęście w kartach, ten nie 

ma go w miłości i odwrotnie.  

Louise roześmiała się wesoło, Marcus nigdy przedtem nie słyszał, 

aby  jego  ukochana  śmiała  się  tak  serdecznie.  Ten  śmiech  był 

balsamem  dla  jego  duszy.  Na  dodatek,  idąc  za  przykładem  innych 

dziewcząt  na  jarmarku,  spacerujących  w  towarzystwie  swoich 

kawalerów, wsunęła mu rękę pod ramię.  

Myśl,  że  Marcus  jest  jej  kawalerem,  rozbawiła  Louise. 

Postanowiła mu o tym powiedzieć.  

background image

- Hm - odrzekł z namysłem. - Słowo „kawaler” zawsze kojarzyło 

mi  się  ze  wsią,  z  młodym  wieśniakiem  żującym  nieodłączne  źdźbło 

słomy,  a  nie  z  kancelistą  przechadzającym  się  z  wolna  pod  ręką  z 

damą  swego  serca  po  jarmarku.  Wydaje  mi  się,  że  o  nich  mówi  się 

raczej gryzipiórki.  

Louise  znowu  wybuchnęła  śmiechem.  Marcus  ucieszył  się. 

Zaczynał wierzyć, że  wszystko wreszcie dobrze się ułoży, skoro jego 

ukochana  odzyskała  humor  i  zapomniała  o  swoich  zgryzotach. 

Okazało  się,  że  Louise  nigdy  przedtem  nie  była  na  jarmarku,  a 

Marcus, jako pan Marks, również nigdy w nim nie uczestniczył.  

Podobała  mu  się  rola,  jaką  obecnie  grał  -  rola  przeciętnego 

obywatela,  nic nieznaczącej  osoby,  która  spędza  solny  czas  w  tłumie 

innych  również  nic nieznaczących  osób.  Był  jednak na tyle  uczciwy, 

by przyznać przed sobą, że gdyby mu przyszło przejść przez życie  w 

charakterze zwykłego pana Marksa, to nie byłby zachwycony.  

Ta refleksja jeszcze bardziej zwiększyła jego uznanie dla Louise. 

Nie mógł wyjść z podziwu, że tak dzielnie poradziła sobie - z nikomu 

nieznanej  ubogiej  dziewczyny  została  ważną  postacią  w  świecie 

londyńskiej mody.  

Louise  była  szczęśliwa,  że  nikt  im  się  nie  przygląda  ani  ich  nie 

zauważa.  Zapomniała,  kim  jest,  zapomniała  o  swoich  kłopotach, 

cieszyła  się  życiem  i  chwilą.  W  towarzystwie  Marcusa  było  jej  tak 

dobrze!  Szła  przy  nim,  a  on  czule  przyciskał  do  boku  jej  ramię. 

Koniecznie  chciał  jej  kupić  jabłko  w  karmelu  na  patyku,  a  ona 

zgodziła  się  tylko  pod  warunkiem,  że  on  kupi  sobie  porcję  ostryg  w 

background image

następnym  straganie,  do  którego  podeszli.  Ra-czyli  się  tymi 

przysmakami na miejscu, na ulicy.  

- Też sobie kupię jabłko w karmelu. Raźniej ci będzie jeść swoje - 

oznajmił  wspaniałomyślnie  i  natychmiast  wprowadził  zapowiedź  w 

czyn.  Marcus,  lord  Angmering,  arystokrata  o  nienagannych 

manierach,  gryzł  karmelowe  jabłko  i  szedł  wolnym  krokiem  między 

niekończącym się rzędem bud i straganów.  

Było  w  nich  wszystko,  o  czym  tylko  dusza  mogła  zamarzyć,  od 

syreny  w  beczce  z  wodą  poczynając,  a  na  przeróżnych  pamiątkach  i 

gościńcach kończąc, takich jak bajecznie kolorowe wstążki i kokardy, 

tanie porcelanowe popiersia króla i księcia regenta oraz figurki nimf i 

pasterzy.  Nawet  gdyby  długo  myślał,  nie  wymyśliłby  nic  lepszego, 

aby zdobyć serce swojej wybranki.  

Potem  obdarzyli  się  nawzajem  prezentami.  Louise  kupiła 

Marcusowi kokardę, aby ozdobił nią swój kapelusz, a on ofiarował jej 

pęk  niebieskich  wstążek.  Wręczając  prezent,  zaśpiewał  jej  wprost  do 

ucha pod melodię starej ludowej ballady: „Przewiąż nimi swe piękne 

jasne włosy”. Specjalnie wybrał taki kolor; błękit świetnie pasował do 

złocistych, przetykanych czerwonawymi nitkami włosów Louise.  

Marcus  śpiewający  na  ulicy  zaskoczył  ją,  nawet  jeżeli  piosenka 

przeznaczona  była  wyłącznie  dla  jej  uszu.  Ciekawe,  z  czym  on  teraz 

wystąpi,  zastanawiała  się  Louise.  Podobnie  jak  Marcus,  nigdy  nie 

bawiła  się  tak  dobrze  i  nigdy  nie  było  jej  tak  lekko  i  radośnie  na 

duszy.  

background image

Rzeczywiście,  na  co  teraz  przyjdzie  kolej?  Tym  razem  była  to 

kobieta  przepowiadająca  przyszłość.  Wróżka  oferowała  szeroki 

wachlarz  usług,  począwszy  od  kryształowej  kuli  do  kart  tarota. 

„Płacisz,  a  wybór  należy  do  ciebie”  -  głosił  napis  namalowany 

koślawymi literami na namiocie.  

-  Ja  zapłacę  -  zaproponował  Marcus,  ale  Louise  odmówiła 

stanowczo. Przez chwilę mocowali się przyjaźnie na progu ku uciesze 

małej dziewczynki, która pobierała opłatę za wstęp.  

Wewnątrz było ciemno, a w powietrzu unosił się zapach palących 

się  w  mroku  świec.  Wróżka  była  starszawą  już  Cyganką. 

Przypominała  Louise  do  złudzenia  wiedźmę,  którą  zapamiętała  z 

obrazu  wiszącego  w  rodzinnej  galerii  Cleeve'ów  przy  Berkeley 

Square.  

Cyganka spojrzała na nich i odezwała się głębokim głosem.  

- Jest was dwoje, ale zapłaciliście tylko za jeden bilet. Domyślam 

się, że to dama chce poznać swoją przyszłość.  

-  Tak  jest  -  odpowiedziała  Louise,  spoglądając  na  kryształową 

kulę leżącą na stole między nią a Cyganką, Obok kuli znajdowało się 

jeszcze  kilka  talii  kart  tarota,  miska  z  czystą  wodą  oraz  coś,  co 

przypominało czarodziejską różdżkę.  

- Co pani wybiera, milady? Z czego mam wróżyć?  

Louise  nieświadomie  przybrała  wyniosły  ton  madame  Felice. 

Rozbawiło to Marcusa.  

- Dlaczego zwracasz się do mnie „milady”?  

Kobieta pochyliła się do przodu, mówiąc:  

background image

-  No  przecież  jest  pani  milady,  czyż  nie?  Czy  pani  uważa,  że 

zdoła mnie oszukać, przebierając się za służącą?  

Louise,  zbita  z  tropu,  spojrzała  na  Cygankę,  po  czym, 

zapomniawszy o dobrych manierach, wskazała kciukiem na Marcusa i 

zapytała wyzywająco:  

-  A  on?  Co  myślisz  o  nim?  Kobieta  nawet  nie  odwróciła  głowy, 

aby  spojrzeć  na  towarzysza  Louise.  Roześmiała  się  i  stwierdziła 

miękko:  

-  On  jest  jeszcze  większym  oszustem  niż  pani.  Postanowiliście, 

jak  widać,  spłatać  wróżce  psikusa.  Występujecie  w  przebraniu,  aby 

mnie oszukać, a potem, gdy wrócicie do domu, będziecie wyśmiewać 

się  ze  mnie,  że  dałam  się  nabrać  na  wasz  skromny  ubiór.  Takie 

sztuczki to nie ze mną. Ja się nie dam zwieść. Musielibyście wymyślić 

coś bardziej oryginalnego niż przebieranie się za biedaków.  

Marcus,  który  dotychczas  słuchał  Cyganki  z  zagadkowym 

wyrazem  twarzy  -  choć  gdyby  go  zapytano,  nie  byłby  w  stanie 

odpowiedzieć, dlaczego ma taką minę - wtrącił się do rozmowy.  

-  Ma  pani  rację,  madame,  a  zarazem  myli  się  pani.  Proszę 

zgadnąć, kim jestem. Proszę rozwiązać zagadkę.  

Po raz pierwszy Cyganka uważnie spojrzała na Marcusa.  

-  Och,  mój  świetny  panie,  ty,  który  nigdy  w  życiu  nie  splamiłeś 

się pracą, uważasz, że zwiedziesz mnie rym pytaniem?  

Zakryła oczy rękami, po czym opuściła je i powiedziała:  

- Nie mylę się, mówiąc, że jesteś wielkim panem. Dlaczego zatem 

udaje  pan  zwykłego  człowieka  i  występuje  w  tym  skromnym 

background image

przebraniu, które nie pasuje do pańskiej pozycji? Podejrzewam, że to 

raczej świat chce pan oszukać tym strojem, nie mnie. Wszedł pan do 

mego  namiotu  dla  kaprysu,  a  nie  po  to,  aby  zasięgnąć  rady  wróżki, 

prawda?  

- Brawo - odpowiedział Marcus. - A teraz na mnie kolej. Postaram 

się dowieść, w jaki sposób nas pani zdemaskowała. Jestem wprawdzie 

ubrany  jak  biedny  urzędnik,  ale  poza  ubraniem  nic  we  mnie  nie 

wskazuje na to, że nim w istocie jestem. Mankiety koszuli nie są ani 

wystrzępione, ani nie noszą śladów atramentu. Krawat jest wprawdzie 

tandetny,  ale  czysty  i  nowy,  a  nie  sprany  do  ostatniej  nitki.  Moje 

dłonie  nie  świadczą  o  tym,  bym  przez  długie  godziny  ślęczał  przy 

kancelaryjnym  biurku  z  piórem  w  dłoni.  Paznokcie  są  czyste,  a  na 

wskazującym palcu nie ma odcisków.  

Czy mam mówić dalej? Mogę dodać, że domyślam się, skąd pani 

wie, że jestem szlachcicem, a moja towarzyszka nie jest służącą. Och, 

zapomniałem się... Wszystko to, o czym nam pani powiedziała przed 

chwilą, bierze się stąd, że jest pani uważną obserwatorką życia i żaden 

szczegół nie uchodzi pani uwagi. Moim zdaniem nie ma w tym żadnej 

magii.  

Cyganka  uczyniła  coś  dziwnego.  Odchyliła  głowę  i  zaczęła  się 

śmiać.  

-  Jest  pan  wyjątkowym  człowiekiem,  milordzie.  Wszystkim  się 

zdaje,  że  pańska  szczerość  i  otwartość  bierze  się  z  braku  bystrości, a 

także  sprytu.  Proszę,  niech  mi  pan  powie,  skąd  zaczerpnęłam  tę 

background image

wiedzę o panu. Przecież nigdy dotąd pana nie spotkałam, a teraz tylko 

raz rzuciłam na pana okiem.  

Marcus potrząsnął głową.  

-  Nie,  nie  zgadzam  się.  Nie  tylko  pani  na  mnie  spojrzała,  ale 

również  słyszała,  w  jaki  sposób  się  wyrażam.  A  teraz  proszę 

powróżyć  mojej  towarzyszce  ze  szklanej  kuli  -  tak  się  to  chyba 

określa  -  i  powiedzieć,  co  ją  czeka  w  przyszłości  nie  tylko  na 

podstawie  oceny  naszej  powierzchowności  i  zachowania  czy  naszej 

mowy. Wynagrodzę panią sowicie, ale przedtem musi się pani trochę 

potrudzić  i  odgadnąć  przyszłość  tej  oto  damy  za  pomocą  wszystkich 

dostępnych pani środków.  

-  Podoba  mi  się  pan,  milordzie,  bo  nie  mam  wątpliwości,  że  jest 

pan  nim.  Żałuję,  że  nie  spotkałam  pana  wcześniej,  kiedy  byłam  tak 

młoda i piękna jak towarzysząca panu w tej chwili dama. Moglibyśmy 

nieźle się zabawić. Czy pańska towarzyszka zdaje sobie sprawę, ile ją 

czeka szczęścia, kiedy znajdzie się z panem w łóżku?  

Louise  zaczerwieniła  się  aż  po  nasadę  włosów.  Przybierając 

ponownie  wyniosły  ton  madame  Felice  -  nie  było  już  sensu  udawać 

dłużej, że jest własną służącą - odezwała się z godnością:  

-  Przyszłam  tutaj  po  to,  aby  dowiedzieć  się,  jak  wygląda  moja 

przyszłość. Proszę mi ją przepowiedzieć. Tylko to mnie interesuje.  

- Pasujecie do siebie obydwoje - rzekła kobieta. - Proszę, niech mi 

pani poda swą rękę, moja droga. Od tego zacznijmy.  

Louise położyła na stole dłoń wewnętrzną stroną do góry. Kobieta 

wpatrywała się w nią pilnie przez dłuższy czas, po czym rzekła:  

background image

- Tak, jest pani damą, ale zarazem jeszcze nią nie jest. Nie mogę 

powiedzieć,  jak  wygląda  pani  przyszłość,  ponieważ  przedstawia  się 

ona  dość  zagadkowo,  nie  tak  jednak  zagadkowo  jak  pani  przeszłość. 

Pani ręka mówi mi o niej - są w niej świetne momenty - jeżeli jednak 

chce  pani  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o  swojej  przyszłości,  muszę 

zajrzeć  do  kryształowej  kuli.  Czy  naprawdę  pragnie  pani  poznać 

przyszłe koleje swego życia? Wielu ludzi nie życzy sobie tego.  

- Tak - odparła szybko Louise, bojąc się, że może zmienić zamiar. 

- Mam już dość rozmyślania o swojej przeszłości. Chciałabym, jeżeli 

to możliwe, dowiedzieć się, co los ma dla mnie w zanadrzu.  

-  Wobec  tego  proszę  trzymać  rękę  w  mojej  dłoni  i  nie  cofać  jej, 

ponieważ  ma pani  dar,  który  tylko  niewielu  jest  dany.  To  moc, która 

nie  pozwala  innym  targnąć  do  pani  duszy,  jeżeli  jest  to  wbrew  pani 

życzeniu.  Dlatego  pani  ręka  musi  być  blisko  mojej.  Proszę  otworzyć 

przede mną serce, a być może uda mi się pani pomóc.  

Louise  skinęła  głową  twierdząco,  starając  się,  na  ile  to  tylko 

możliwe,  zastosować  do  rady  siedzącej  naprzeciwko  kobiety. 

Cyganka  wymruczała  kilka  słów,  po czym  zajrzała  badawczo  w  głąb 

kuli.  

Nagle  odtrąciła  rękę  Louise  od  siebie  i  chrapliwym  głosem 

wykrzyknęła:  

-  Nie,  waga  pani  przeszłości  jest  tak  wielka,  że  zamazuje  obraz 

przyszłości.  Ta  przeszłość  koniecznie  domaga  się,  aby  ją  odkryć. 

Krew,  pani,  wokół  ciebie  zewsząd  jest  krew,  ale  to  nie  twoja  krew  i 

nie  ty  ją  przelałaś.  Wszyscy,  których  kochałaś,  odeszli.  Twój  ojciec, 

background image

którego  nie  znałaś,  zginął  gwałtowną  śmiercią  niedługo  po  twoim 

urodzeniu. Miałaś męża, który nie był mężem - nie  widzę go -  wiem 

tylko, że i jego otacza krew.  

Wykrzyknęła ponownie i dodała:  

-  Muszę  odpocząć  chwilę,  ponieważ  próba  odgadnięcia  pani 

przyszłości  bardzo  mnie  zmęczyła.  Wydaje  się,  że  pani  życie  dobrze 

się ułoży i będzie długie i szczęśliwe, ale obraz jest mglisty.  

Marcus  ściągnął  usta.  Próbował  pohamować  ironiczny  uśmiech, 

który  cisnął  mu  się  na  wargi, kiedy  przyglądał  się,  jak  sądził, dobrze 

odegranej  scenie  pantomimy,  ale  w  momencie,  gdy  Cyganka 

wspomniała o mężu Louise, który, jak powiedziała, nie był jej mężem, 

i o krwi, która otaczała jego i ją, drwiący grymas znikł z jego twarzy.  

Zobaczył,  że  jego  ukochana  zbladła  jak  płótno.  Siłą  opanował 

odruch,  aby  odciągnąć  ją  od  kobiety,  którą  początkowo  uznał  za 

oszustkę. Obecnie wszakże nie miał już takiej pewności. Zastanawiał 

się teraz, kim ona właściwie jest.  

Poza tym Louise nie zrobiła żadnego ruchu, który by wskazywał, 

że chce wstać bądź wyjść, a to przecież jej dotyczyła wróżba, nie jego. 

Decyzja  należała  do  Louise.  Cyganka  znów  się  poruszyła.  Zaczęła 

mamrotać słowa w języku, którego ani Marcus, ani Louise nie znali.  

-  Przerwałam  klątwę,  która  nad  tobą  ciążyła  -  odezwała  się, 

przechodząc  na  swój  łamany  angielski.  -  Była  rzucona  na  ciebie 

dawno  temu  -  i  na  niego  również  -  dodała,  wskazując  na  Marcusa.  - 

Ona  ciąży  nad  wami,  ponieważ  dziedzictwo  przekazane  wam  przez 

przodków  było  kiedyś  sprofanowane  i  skradzione  jego  założycielom. 

background image

Nowi  właściciele  wstawili  tam  fałszywych  bogów  i  kazali  ich  czcić. 

Znowu  muszę  spojrzeć  w  kryształową  kulę;  chcę  zobaczyć,  czy  po 

przełamaniu klątwy łatwiej mi będzie odczytać pani los.  

Znowu  wzięła  dłoń  Louise  i  wyrecytowała  szereg  słów  w  tym 

samym  nieznanym  języku,  a  następnie  zapuściła  przenikliwe 

spojrzenie w głąb kuli.  

-  Tak!  -  wykrzyknęła.  -  Widzę  coś,  chociaż  jest  to  bardzo 

niejasne. Niestety, obraz w dalszym ciągu jest zamazany i odległy, tak 

że  nic  szczególnego  nie  mogę  powiedzieć.  Wiem  tylko,  że  spełni  się 

marzenie  pani  serca.  Znajdzie  pani  również  to,  czego  szukała  przez 

całe życie, chociaż nie widzę dokładnie, co to może być.  

Łączy się to z nazwiskiem i wielkim domem - dziwnym domem. 

W  nim  znajdzie  pani  swoje  przeznaczenie.  Nie  mogę  powiedzieć  nic 

więcej.  Ma  pani  niesłychanie  silną  wolę  i  musiałabym  zebrać 

wszystkie siły, aby ją pokonać, i zobaczyć chociaż to, co szklana kula 

pokazuje.  

Cyganka puściła rękę Louise i odchyliła się na oparcie wymyślnie 

rzeźbionego  krzesła.  Oddychała  ciężko,  z  wysiłkiem  i  chciwie  łapała 

powietrze jak po długim i wyczerpującym biegu.  

-  Jestem  taka  zmęczona.  Przełamać  klątwę,  która  ciążyła  nad 

waszym  życiem,  to  doprawdy  niełatwe  zadanie.  Zwątpiłam  już,  czy 

dam radę to zrobić.  

-  A  ta  klątwa,  madame?  -  zapytał  Marcus.  Był  zaintrygowany, 

chociaż nadał uważał, iż stara kobieta zmyśla i kręci. Podejrzewał, że 

sprytnie  łączy  niektóre  wątki,  tak  aby  stworzyły  wiarygodną 

background image

opowieść,  chociaż  niektóre  epizody  z  przeszłości  Louise  odgadła 

prawidłowo. - Do czego odnosi się ta klątwa?  

-  Mogę  powiedzieć  o  tym,  milordzie,  jedynie  to,  co  następuje: 

istnieje  gaj  zwany  niegdyś  Świętym  Gajem,  który  wieki  temu  został 

sprofanowany.  Za  karę  jego  założyciele  rzucili  klątwę  na  sprawców 

barbarzyńskiego  czynu  oraz  na  ich  potomków.  Miały  ich  za  to 

spotykać różnego rodzaju klęski i nieszczęścia. Tych, którzy mieszkali 

z dała od tego miejsca, klątwa nie obejmowała. Nie mogę powiedzieć 

nic więcej ponad to, że zdjęłam klątwę z pana i pańskiej damy. Klątwa 

przestała  już  nad  wami  ciążyć  i  będziecie  teraz  mogli  żyć  długo  i 

szczęśliwie.  

Słuchając  przepowiedni  wróżki,  Marcus  i  Louise  myśleli 

jednocześnie  o  Steepwood  i  zrujnowanym  życiu  ludzi,  którzy  weszli 

kiedyś w posiadanie opactwa. Na jego terenie rósł Święty Gaj. Marcus 

uświadomił  sobie,  że  jego  ojciec  zaznał  szczęścia  i  spokoju  dopiero 

wtedy, kiedy opuścił Anglię i wyjechał do Indii.  

Już  miał  zamiar  zapytać  Cygankę,  czy  ona  jest  w  stanie  uchylić 

całkowicie  rzuconą  przed  wiekami  klątwę,  ale  jako  nieodrodne 

dziecko Oświecenia natychmiast odrzucił tę absurdalną myśl.  

Louise poruszyła się niespokojnie. Słowa Cyganki wstrząsnęły nią 

do głębi.  

-  Powiedziała  pani,  że  będę  szczęśliwa  i  że  znajdę  to,  o  czym 

zawsze  marzyłam.  Czy  mogę  pani  wierzyć?  -  zapytała  lekko 

ochrypłym  głosem.  To,  co  zobaczyła  i  usłyszała,  zrobiło  na  niej 

wielkie wrażenie.  

background image

Stara kobieta uśmiechnęła się ze znużeniem.  

- Powiedziałam pani tyle, ile  zdołałam zobaczyć  w szklanej kuli. 

Mam  nadzieję,  że  pani  i  jej  ukochany  zaznacie  w  przyszłości 

szczęścia,  za  którym  tęsknicie  I  na  które  zasłużyliście.  Czas  pokaże, 

czy miałam rację, ale wierzę, że kryształowa kula ujawniła mi prawdę.  

Spojrzała badawczo na Marcusa i dodała:  

-  Pan  nie  ufa  mi,  sir,  ponieważ  pański  rozum  nie  pozwala  panu 

„wierzyć  we  wróżby ani w  żadne nadprzyrodzone rzeczy.  ran wierzy 

tylko w to, co zobaczy na własne oczy, czego pan dotknie lub usłyszy. 

Tylko  to  pana  przekonuje.  Wszystko,  czego  nie  można  objąć 

rozumem, dla pana nie istnieje.  

Marcus  wstał  i  się  ukłonił.  Zgodził  się  z  tym,  co  przed  chwilą 

powiedziała  Cyganka.  Bez  drwiny  w  głosie  zacytował  słowa 

szekspirowskiego Hamleta:  

„Chciałbyś  wszystko  pojąć?  O  Horacy,  Więcej  jest  rzeczy  na 

ziemi i w niebie, Niż się ich śniło waszym filozofom”.  

-  Właśnie  tak,  młody  człowieku.  A  teraz,  odejdźcie  już,  proszę. 

Zmęczyliście  mnie.  Nie  jestem  już  dzisiaj  w  stanie  wróżyć  więcej  z 

kryształowej kuli. Wnieśliście ze sobą do tego namiotu moc potężną i 

złą  i  ta  moc  odeszła,  ale  ja,  żeby  się  jej  pozbyć,  musiałam  dokonać 

ogromnego wysiłku. To mnie naprawdę kosztowało wiele zdrowia.  

Wyszli  z  namiotu  na  zewnątrz,  mrużąc  oczy  w  pomarańczowych 

promieniach  jesiennego  słońca.  Było  wczesne  październikowe 

popołudnie. Louise odezwała się pierwsza. Jej głos drżał lekko.  

- Jak sądzisz, panie Marksie? Mamy w to wszystko wierzyć?  

background image

Marcus obrócił się i objął ją ramieniem. Po raz pierwszy, od kiedy 

ją  poznał,  wyglądała  blado  i  mizernie.  Uścisnął  ją,  aby  dodać  jej 

otuchy,  nie  zważając  na  przechodzących  łudzi.  Młody  urzędnik  ma 

przecież prawo obejmować i ściskać swą ukochaną na ulicy, czyż nie? 

Tu,  w  tym  miejscu,  Marcus  Cleeve  nie  musiał  stosować  się  do 

żadnych ograniczeń.  

-  Nie  wiem  -  odrzekł.  -  Początkowo  myślałem,  że  ona  jest 

oszustką,  ale  potem...  Później  trudno  mi  było  wytłumaczyć  sobie  to 

wszystko.  Cała  ta  rozmowa  o  krwi,  a  następnie  o  Świętym  Gaju  i  o 

klątwie, o której wszyscy wiemy...  

-  Właśnie  tak  -  przyznała  Louise,  powtarzając  jak  echo  słowa, 

które skierowała do nich Cyganka na pożegnanie. - Skąd ona mogła o 

tym wiedzieć? A także o opactwie - nazwała je dziwnym budynkiem. 

Miała  rację,  przecież  jest  to  połączenie  świątyni  i  domu.  Musisz 

przyznać, że to było dość przerażające.  

Podzielałam  twoje  zdanie,  kiedy  jej  wytknąłeś,  że  łatwo  mogła 

odgadnąć, iż nie należymy do warstwy niższej, ponieważ nasz ogólny 

wygląd temu przeczy. Zgadzam się, że oczom uważnego obserwatora 

nie ujdzie żaden szczegół, a kto jak kto, ale wróżka na pewno potrafi 

właściwie  ocenić  łudzi.  Musi  być  dobrym  psychologiem.  Ale  skąd 

wiedziała o wszystkich innych rzeczach, o całej reszcie?  

-  Louise  -  odparł  z  powagą  Marcus  -  postaraj  się  nie  myśleć  za 

dużo o tym, co powiedziała ci wróżka. A jeżeli już musisz, to pomyśl 

o tym, co powiedziała na końcu.  

- O szczęściu, które nas czeka w przyszłości?  

background image

-  Tak.  Wcześniej,  dziś  po  południu,  wspominałaś  już  o 

przyszłości.  Postaraj  się  uwierzyć,  że  ona  mówiła  prawdę.  Ale,  ale, 

coś  mi  się  wydaje,  że  rumieńce  zaczynają  już  powracać  na  twoje 

policzki,  moja  droga  panno  Louise.  Staraj  się  je  zachować,  a  ja 

obiecuję, że znowu zjem ostrygi, jeżeli ty  zjesz  węgorza  w galarecie. 

Gzy nie uważasz, że jest to wielkie ustępstwo z mojej strony?  

-  Drogi  panie  Marksie  -  rzekła  Louise,  która  po  wstrząsie 

wywołanym  wizytą  u  wróżki  zapomniała  o  danym  sobie 

przyrzeczeniu,  że  będzie  trzymać  Marcusa  na  dystans,  a  nie  go 

zachęcać  -  drogi panie  Marksie, to  bardzo  uprzejmie  z  twojej  strony. 

Tak, zgadzam się zjeść węgorza w galarecie, chociaż nigdy przedtem 

go nie próbowałam. Mam tylko nadzieję, że przejdzie mi przez gardło 

i że się po nim nie rozchoruję.  

Żadne  się  nie  rozchorowało.  Zajadając  się  pysznościami  z 

papierowych  torebek,  Marcus  i  dama  jego  serca  zapomnieli  o 

wszystkich  nękających  ich  troskach  i  kłopotach.  Zapomnieli  o 

przeszłości  i  przyszłości  i  całą  duszą  cieszyli  się  tym  małym  darem 

losu, jakim był jesienny jarmark w Chelsea.  

-  Przeklęte  hrabstwo  Northampton,  cholerne  Steepwood  -  gderał 

głośno Jackson. - Znowu szykuje się na deszcz.  

Przyjechał  bez  zwlekania  z  Londynu,  który  jego  zdaniem  był 

jedynym  cywilizowanym  miejscem  w  królestwie,  i  zmierzał  do 

domku w Steep Ride, w którym obecnie mieszkał Solomon Burneck.  

Jackson z góry się cieszył na to spotkanie. Nic nie mogło sprawić 

mu  większej  przyjemności  niż  ponowne  pognębienie  tego 

background image

gburowatego drania. Ono uczyni tę nudną sprawę rzeczywiście  wartą 

zachodu, pomyślał z satysfakcją.  

Domek znajdował się na końcu błotnistej ścieżki prowadzącej od 

równie  błotnistej  bocznej  drogi.  Jackson  obserwował  domek  do 

momentu,  kiedy  zobaczył,  że  właścicielka  najwyraźniej  gdzieś  się 

wybiera.  Nie  chciał  mieć  świadka  tego,  co  zamierzał  zrobić.  Drzwi 

otworzył  mu  sam  Burneck.  Na  widok  Jacksona  skrzywił  siei  zrobił 

wrogą minę.  

-  Co,  pan  tu  znowu?  Marcus  Angmering  też  ostatnio,  w 

podobnych  okolicznościach,  uczynił  taką  uwagę,  ale  mówił  całkiem 

innym tonem.  

- Tak jest - odpowiedział Jackson - wracam jak ów przysłowiowy 

zły  szeląg,  prawda?  Proszę  mnie  wpuścić  do  środka,  przemoknę  do 

cna na tym deszczu.  

- Wpuścić pana - powtórzył Burneck. - Nie ma pan prawa...  

-  A  właśnie,  że  mam  -  odpowiedział  Jackson  -  i  na  dodatek 

cholernie skuteczne. - Przyłożył rękę do piersi Burnecka i popchnął go 

w głąb niewielkiego saloniku.  

-  Tam,  do  licha  -  bełkotał  Burneck.  -  Nie  zapraszałem  pana  do 

środka, a dom Anglika to prywatna twierdza.  

-  Małe  sprostowanie  -  odparował  Jackson.  -  Po  pierwsze,  to  nie 

jest  pański  dom.  Pan  jest  tu  tylko  lokatorem.  Po  drugie,  to  nie  jest 

zamek,  mogę  więc  robić,  co  mi  się  podoba.  Czy  gospodyni  jest  w 

domu?  

- Tak - skłamał Burneck.  

background image

- Jak widzę, zaczynamy od mówienia nieprawdy - uśmiechnął się 

krzywo  Jackson.  -  Nie  dalej  niż  pięć  minut  temu  widziałem,  jak 

wychodziła po zakupy z koszykiem.  

- Wróci lada moment - nie poddawał się Burneck.  

-  Jeżeli  wróci,  w  co  bardzo  wątpię,  powiem  jej,  że  jesteś 

przestępcą i że zabieram cię do okręgowego więzienia. Prowadź mnie 

zatem na górę, chcę sobie trochę z tobą porozmawiać.  

-  Po  co?  Przecież  pan  wie,  że  ja  nie  mam  nic  wspólnego  z 

zamordowaniem  mego  ojczulka.  Dlaczego  miałbym  go  zabić? 

Straciłem mieszkanie i pozycję społeczną.  

Jackson roześmiał się głośno.  

-  Pozycję  społeczną!  Dobre  sobie.  Miejsce,  w  którym  wszyscy 

tobą pomiatali i poniewierali. - Zatrzasnął za sobą drzwi i powiedział: 

- A teraz, padalcu, wyznaj wszystko, co wiesz o markizie albo pannie 

Louise  Hanslope,  bo  tak  się  poprzednio  nazywała.  Szalenie  mnie 

osoba  tej  damy  ciekawi.  Zachodzę  w  głowę,  dlaczego  Sywell 

postanowił  się  z  nią  ożenić,  chociaż  jako  mężczyzna  do  niczego  już 

wtedy się nie nadawał.  

-  To  był  jego  wybór,  nie  mój  -  odparł  Burneck.  -  Nie  mogę 

zrozumieć, dlaczego pan się nią interesuje.  

-  Ciekawi  mnie,  po  co  Sywell  w  ogóle  się  z  nią  ożenił.  Była 

przysposobioną córką jego rządcy, o ile wiem. Może byś mi wyjaśnił, 

kim była, zanim Hanslope ją adoptował.  

-  Skąd,  u  diabła,  mam  to  wiedzieć?  Nie  mam  najmniejszego 

pojęcia.  

background image

Jackson złapał go za kołnierz.  

-  Jakoś  nie  potrafię  w  to  uwierzyć.  Powiedz  mi  prawdę,  draniu. 

Powiedz  o  dziewczynce,  którą  Hanslope  przywiózł  do  domu  z 

niewiadomego  miejsca,  i  wyjaśnij,  dlaczego  twój  pan,  który  zawsze 

tylko  swój  interes  miał  na  względzie,  ożenił  się  z  nią.  Czym  się 

kierował,  podejmując  taką  dziwną  decyzję?  Sywell  niczego  nie  robił 

bezinteresownie.  Musiał  upatrywać  w  tym  jakąś  korzyść  dla  siebie, 

daję za to głowę.  

Burneck wzruszył ramionami.  

- Nie wiem...  

Jackson tym razem złapał go za gardło. Oblicze Burnecka zrobiło 

się  purpurowosine.  Detektyw  ział  mu  w  twarz  kwaśnym  odorem 

przetrawionego piwa.  

- Milczeć, ty kłamliwy nędzniku, bo w przeciwnym razie oskarżę 

cię o zamordowanie Sywella, oto co zrobię.  

-  Nie  zrobi  pan  tego.  Wie  przecież,  że  tego  nie  uczyniłem  - 

zaskrzeczał z rozpaczą Burneck.  

- Zrobię to, jak amen w pacierzu. Moi przełożeni chcą, żebym jak 

najszybciej zamknął tę sprawę, i nie obchodzi ich, jakich użyję metod, 

by dowiedzieć się prawdy. Mogę zakończyć sprawę jutro, wskazując, 

że  jesteś  mordercą.  Nic  nie  stoi  na  przeszkodzie,  abyś  ty  nim  został. 

Możesz  się  z  tego  wywinąć,  jeżeli  mi  opowiesz  o  Sywellu  i 

dziewczynie. W przeciwnym razie,..  

Burneck zaczął coś mruczeć. Wzrok miał błędny.  

background image

-  Dobrze,  powiem,  tylko  proszę  mnie  puścić.  Jeżeli  da  mi  pan 

słowo, że zostawi mnie w spokoju, wyjawię wszystko. Bądź co bądź, 

nic  nie  stracę,  jeżeli  to  zrobię.  Nikt  już  nie  żyje,  z  wyjątkiem 

dziewczyny.  

-  Masz  rację.  A  teraz  mów.  Pamiętaj,  że  chcę  prawdy,  całej 

prawdy  i  tylko  prawdy,  inaczej  wylądujesz  na  ławie  oskarżonych  w 

Old Bailey.  

-  To  było  tak.  John  Hanslope  przyszedł  do  mego  ojczulka  i 

oświadczył,  że  jego  siostra  jest  umierająca  i  że  musi  jechać  do 

Cheltenham,  aby  dopilnować  sprawy  pogrzebu  i  zaopiekować  się  jej 

małą  córeczką.  Milord  zgodził  się  na  jego  wyjazd,  acz  dość 

niechętnie.  Kiedy  John  odszedł,  żeby  przyszykować  się  do  podróży, 

zwróciłem milordowi uwagę, że o ile wiem, Hanslope nie ma siostry.  

Po co zatem udaje, że ją ma, i fatyguje się aż do Cheltenham, aby 

jej  pomóc,  jak  mówił?  Milord  ubóstwiał  wszelkie  zagadki  i  lubił 

wiedzieć  wszystko  o  ludziach,  którzy  u  niego  pracowali.  Wiedza  to 

potęga,  powtarzał.  Roześmiał  się  głośno  i  polecił  mi  co  następuje: 

„Jedź  za  Johnem  i  dowiedz  się,  co  się  za  tym  kryje.  Może  to  nic 

wielkiego,  może  chodzi  o  jakąś  jego  dawną  miłość  i  jej  bękarta,  ale 

dobrze  byłoby  o  tym  wiedzieć.  Pamiętaj,  aby  nie  zorientował  się,  że 

go śledzisz”.  

- Ach, więc to tak - zauważył z namysłem Jackson zaintrygowany 

opowieścią.  Sprawa  coraz  bardziej  zaczęła  go  wciągać.  Jednocześnie 

śmieszył go sposób, w jaki bękart Sywella mówił o swoim ojcu - raz 

był dla niego milordem, a raz ojczulkiem.  

background image

- Wie pan, on się nudził. Pojechałem zatem w ślad za Johnem do 

Cheltenham  i,  faktycznie,  okazało  się,  że  to,  co  mówił,  było  prawdą. 

Rzeczywiście  były  tam  umierająca  kobieta  i  mała  dziewczynka. 

Wynająłem  pokój  w  miejscowej  gospodzie  i  dyskretnie  zacząłem  o 

nie  rozpytywać  okolicznych  mieszkańców.  Zainteresował  mnie  fakt, 

że  umierająca  kobieta  była  Francuzką.  Co  John  Hanslope  miał 

wspólnego z Francuzką? Nosiła śmiesznie brzmiące nazwisko.  

Obserwowałem  więc  dom  i  pewnego  poranka  zobaczyłem,  że 

John  wyszedł  z  dzieckiem  i  udał  się  do  sąsiada,  u  którego,  jak  się 

później  dowiedziałem,  stołował  się  razem  z  dziewczynką.  Po  jakimś 

czasie znowu wyruszył do wsi. Skorzystałem z tej okazji, wślizgnąłem 

się  do  domu  od  tyłu  i  przeszukałem  mieszkanie.  Na  górze  w  łóżku 

znalazłem  Francuzkę  -  nie  żyła  już,  ale  nie  całkiem  jeszcze  ostygła. 

Domyślałem się, że John poszedł szukać kogoś, kto by ubrał ciało do 

trumny.  

Burneck 

przerwał 

uśmiechnął 

się 

do 

Jacksona 

porozumiewawczo.  Na  początku  bronił  się  zawzięcie  przed 

składaniem  zeznania,  a  teraz  wyraźnie  cieszył  się,  że  może  zdradzić 

swą  tak  długo  skrywaną  tajemnicę.  Jackson  często  spotykał  się  z 

podobnym zjawiskiem w swojej detektywistycznej karierze.  

-  O  mało  nie  padłem  trupem  z  wrażenia,  kiedy  to  zobaczyłem. 

Rzecz bowiem w tym, że ja tę kobietę znałem. Widziałem ją wiele lat 

temu,  kiedy  lord  Rupert  Cleeve  w  tajemnicy  odwiedził  Johna 

Hanslope'a.  W  jaki  sposób  ona  znalazła  się  w  Cheltenham  wraz  z 

dzieckiem?  Krążyły  plotki,  że  lord  Rupert  ożenił  się  z  Francuzką  - 

background image

niektórzy  twierdzili,  że  on  tylko  tak  mówił,  ale  nie  miał  z  nią  ślubu. 

Niezależnie  od  tego  jak  wyglądała  prawda,  Francuzka  leżała  przede 

mną martwa, a John Hanslope opiekował się jej dzieckiem.  

Przyszło  mi  na  myśl,  że  w  domu  mogą  znajdować  się  jakieś 

dokumenty  -  akt  ślubu,  jeżeli  się  pobrali  -  metryka  urodzenia 

dziewczynki,  a  może  jeszcze  inne,  i  że  ojczulek  będzie  zadowolony, 

jeżeli je dla niego ukradnę. John nie będzie mógł wtedy oddać dziecka 

lordowi Yardleyowi. Poza tym fakt, że w rodzinie Cleeve'ów pojawił 

się bękart, na pewno niesłychanie ucieszy ojczulka. On ogromnie lubił 

tego typu skandale. Był wówczas w swoim żywiole.  

-  Tobie  też  ten  pomysł  się  podobał,  o  ile  się  nie  mylę,  prawda, 

Burneck?  

-  Można  tak  powiedzieć.  Tak  więc  przeszukałem  jej  rzeczy.  Nie 

było  ich  wiele  i  rzeczywiście  znalazłem  dokumenty.  Był  tam  akt 

małżeństwa,  metryka  urodzenia  dziecka  oraz  pamiętnik  tej  kobiety. 

Zabrałem  te  papiery  i  szybko  opuściłem  dom.  Nie  pomyliłem  się  co 

do  reakcji  milorda.  Zanosił  się  od  śmiechu,  kiedy  zobaczył 

dokumenty,  i  już  ich  nie  wypuścił  z  rąk.  John  nigdy  się  nie 

dowiedział, że go śledziłem i że byłem w Cheltenham.  

Ojczulek  często  o  tym  mówił,  kiedy  się  upił,  i  zawsze  wówczas 

śmiał się do rozpuku. Dziewczynka wyrosła na prawdziwą piękność i 

milord postanowił się z nią ożenić. Był to dla niego kolejny powód do 

śmiechu. Traktował to jako dobry żart i cieszył się jak dziecko, że tak 

wszystkich  oszukał.  To  była  cała  jego  radość,  ponieważ  jako 

background image

mężczyzna  do  niczego  się  już  wtedy  nie  nadawał,  biedaczysko.  Był 

zupełnym wrakiem.  

Z  całą  pewnością  nie  biedaczysko.  Kto  by  tam  żałował  Sywella, 

pomyślał posępnie Jackson.  

-  Dlaczego  przerwałeś?  Co  się  stało  z  papierami,  kiedy  Sywell 

został  zamordowany  i  znalazł  się  tam,  gdzie  było  jego  właściwe 

miejsce, czyli w piekle?  

Burneck przytknął palec do nosa.  

-  Wiedziałem,  w  którym  miejscu  trzyma  ważne  papiery.  Ci, 

którzy  przeszukiwali  opactwo,  chcąc  dowiedzieć  się,  kto  mógł 

zamordować  Sywella,  nigdy  nie  wpadli  na  ślad  jego  skrytek.  Nawet 

gdyby je odkryli i tak by niczego w nich nie znaleźli, ponieważ ja już 

tam  byłem  przed  nimi  i  skrzętnie  je  opróżniłem.  -  Roześmiał  się 

gromko, zadowolony, że okazał się takim spryciarzem.  

- A więc są teraz u ciebie - zauważył Jackson. - Najpierw ukradłeś 

je dla Sywella, a potem dla siebie. Co zamierzasz z nimi zrobić?  

- Wiedza jest potęgą; pewnego dnia mogą okazać się przydatne - 

odparł Burneck i mrugnął do Jacksona porozumiewawczo.  

-  Tobie  się  na  pewno  na  nic  nie  przydadzą  -  zauważył  Jackson, 

znowu  uśmiechając  się  krzywo.  -  Jeżeli  mi  ich  nie  oddasz,  zawlokę 

cię do najbliższego posterunku i oskarżę o kradzież. Domyślam się, że 

papiery  nie  były  jedyną  rzeczą,  którą  zwędziłeś  Sywellowi,  nie  mylę 

się chyba?  

background image

-  Och,  wiedziałem,  że  mnie  pan  oszuka  -  zawołał  Burneck.  - 

Nigdy nie należy ufać policjantom; ani przez chwilę nie powinienem o 

tym zapominać.  

- Spokojnie - mitygował go Jackson. - Daj mi te dokumenty oraz 

dziennik, a wszystko inne możesz sobie zatrzymać. Z tego co tu widzę 

i tak niewiele jest warte.  

-  To  jedyne  pamiątki,  jakie  pozostały  mi  po  moim  biednym 

ojczulku  -  lamentował  Burneck.  -  Może  sobie  pan  wziąć  te  papiery. 

Zaraz je dam.  

- To bardzo wspaniałomyślnie z twojej strony - stwierdził Jackson 

-  zważywszy,  że  zabrałbym  je  nawet  bez  twojej  uprzejmej  zgody. 

Chciałbym obejrzeć także inne twoje łupy na wypadek, gdyby trafiło 

się  coś,  co  pomogłoby  mi  rozwiązać  zagadkę  śmierci  biednego 

drogiego  ojczulka.  Jestem  pewien,  że  też  chciałbyś  się  dowiedzieć,  z 

czyich rąk zginął.  

Burneck poddał się. Wskazał na zniszczony kufer w rogu pokoju i 

wręczył Jacksonowi klucz.  

-  Na  samym  dnie  -  wyjaśnił  -  między  kartkami  Biblii,  którą 

podarował mi kiedyś ojczulek.  

-  Sywell  podarował  ci  Biblię!  Coś  podobnego!  -  wykrzyknął 

Jackson,  wyrzucając  z  przepastnego  kufra  na  podłogę  brudną  odzież 

oraz dwa srebrne  zaśniedziałe świeczniki, by dostać się do księgi. W 

końcu  ją  odnalazł.  Rzeczywiście  były  w  niej  dokumenty  oraz  dzien-

nik, który zaświadczał o prawdziwym pochodzeniu Louise, ale Pismo 

Święte  zainteresowało  go  również.  Była  to  stara  Biblia  z  okresu 

background image

panowania  króla  Jakuba,  oprawiona  w  podartą  i  zniszczoną  skórę  i 

opatrzona napisem: „Własność Philipa Cleeve'a, rok 1642”.  

- Część łupu Sywella - zauważył filozoficznie Jackson, wkładając 

z powrotem dokumenty między kartki zniszczonego tomu. - Myślę, że 

lord Yardley ucieszy się z odzyskania tej historycznej księgi.  

-  Nie!  -  zaskrzeczał  Burneck.  -  To  wszystko,  co  mi  zostało  po 

moim biednym ojczulku!  

-  Który  skradł  to  prawowitemu  właścicielowi.  Pocieszaj  się 

szczęśliwymi  wspomnieniami  o  swoim  drogim  zmarłym  ojczulku  - 

poradził  mu  złośliwie  Jackson.  -  Ciesz  się,  że  nie  zabiorę  cię  do 

Newgate  za  kradzież  pozostałej  zawartości  kufra,  co  zrobiłbym  bez 

wątpienia, gdyby nie to, że nie jest warta funta kłaków.  

Roześmiał  się  do  siebie,  schodząc  na  dół  odprowadzany 

żałośliwym  zawodzeniem  Burnecka.  Lord  Angmering  ucieszy  się  z 

dokumentów, które zdobył, a to go tylko obchodziło.  

A  teraz  w  drogę  do  domu.  Kochany,  stary  Londyn  może  nie 

pachnie  najprzyjemniej,  ale  jest  o  niebo  lepszy  od  tych  sennych 

grajdołów porozrzucanych z rzadka po okolicznych hrabstwach.  

-  Marcusie  -  odezwała  się  lady  Yardley  tego  samego  ranka.  - 

Byłabym ci wdzięczna, gdybyś poświęcił mi kilka minut. Chciałabym 

z tobą porozmawiać na osobności.  

-  Zawsze  jestem  do  twej  dyspozycji,  moja  droga  Marisso  - 

odpowiedział z galanterią. Uznał, że sprawia wrażenie zmartwionej, i 

sądził, że domyśla się przyczyny jej zgryzoty.  

background image

Miał  rację.  Kiedy  już  znaleźli  się  w  jej  małym  przytulnym 

saloniku,  gdzie  było  wiadomo,  że  nikt  nie  przeszkodzi  im  w 

rozmowie,  od  razu przystąpiła do  rzeczy.  Marissa  miała  wiele  zalet  i 

była prawie tak szczera i prostolinijna jak Marcus i jego ojciec. Były 

to 

wartości, 

które 

oboje 

cenili 

bardziej 

niż 

atrakcyjną 

powierzchowność, która często szła w parze z pustką w głowie.  

- Chodzi o twego ojca, Marcusie. Nie czuje się dobrze. Nie mówię 

o dolegliwościach związanych z jego wiekiem, na które nie ma rady. 

Dostrzegłam  pewne  inne  objawy,  które  mnie  niepokoją.  Wydaje  mi 

się,  że  ma  jakieś  duże  zmartwienie,  które  spędza  mu  sen  z  powiek  i 

odbiera  apetyt.  Czy  domyślasz  się,  co  może  trapić  twego  ojca? 

Postaram się wyrazić to jaśniej: czy ostatnio zauważyłeś jakąś zmianę 

w jego zachowaniu? Zresztą nie wiem, może przesadzam?  

- Droga Marisso - odparł. - Nie sądzę, byś przesadzała. Ja również 

zaczynam się niepokoić jego stanem. Stwierdzenie, że on nie  wydaje 

się  sobą,  jest  za  słabym  określeniem.  On  w  ogóle  nie  jest  sobą.  To 

prawda,  my  dwaj  doszliśmy  wreszcie  do  porozumienia,  które  kiedyś 

wydawało  się  zupełnie  niemożliwe  do  osiągnięcia,  ale  nawet  i  to  nie 

wpłynęło  na  polepszenie  jego  nastroju.  Mnie  pogodzenie  się  z  nim 

bardzo  uszczęśliwiło,  ale  na  nim,  wydaje  się,  nie  pozostawiło 

specjalnego wrażenia.  

Marissa skinęła głową w zamyśleniu.  

-  To  prawda,  opowiadał  mi  o  tym.  Zgadzam  się  z  tobą. 

Zapytałam,  czy  go  coś  dręczy,  a  on  -  co  jest  całkowicie  nie  w  jego 

stylu  -  zaprzeczył  temu  dość  opryskliwie.  Pomyślałam,  że  może  jest 

background image

coś,  co  pragnie  zachować  przede  mną  w  tajemnicy,  ponieważ  jestem 

kobietą,  albo  dlatego,  że  nie  chce  mnie  martwić.  Tak  więc  po 

dłuższym namyśle doszłam do wniosku, że jesteś jedyną osobą, która 

może mi pomóc. Chcę cię prosić... - Urwała.  

- Chcesz, abym z nim pomówił? - zapytał domyślnie Marcus.  

-  Och,  gdybyś  tylko  mógł  -  ucieszyła  się  Marrisa.  -  Byłabym  ci 

ogromnie wdzięczna. On jest z natury bardzo pedantyczny i starannie 

przestrzega  form  współżycia.  Dlatego  bardzo  mnie  dziwi,  że  ukrywa 

przede  mną  jakąś  tajemnicę.  Zawsze  mieliśmy  zwyczaj  zwierzać  się 

sobie  z  kłopotów  i  takie  zagadkowe  postępowanie  zupełnie  do  niego 

nie  pasuje.  Wiem,  że  wizyty  byłego  policjanta,  który  od  czasu  do 

czasu  przychodzi  do  naszego  domu,  źle  na  niego  wpływają,  ale 

zupełnie nie rozumiem, co to ma do rzeczy.  

-  Nie  martw  się  detektywem  Jacksonem  -  uspokoił  ją  Marcus.  - 

On  przychodzi  raczej  do  mnie  niż  do  ojca.  Powierzyłem  mu 

załatwienie pewnej bardzo delikatnej sprawy. Przyszło mi na myśl, że 

może ojciec martwi się tym, że nie  wyrażam zapału do wstąpienia w 

związek małżeński, jak myślisz, Marisso?  

Macocha potrząsnęła przecząco głową.  

-  Nieraz  mówiliśmy  o  tym,  i  to  od  dłuższego  czasu.  Skoro 

jesteśmy  już  przy  tym  temacie,  to  chcę  ci  powiedzieć,  że  całkowicie 

go popieram w tej sprawie. Byłbyś wspaniałym mężem i ojcem.  

- Ale to oznaczałoby odsunięcie od dziedziczenia Dwóch Nedów - 

zauważył Markus.  

background image

-  To  nieważne.  Posag,  który  wniosłam,  wychodząc  za  mąż  za 

twego  ojca,  zapewni  im  dobry  start  w  życiu,  a  kiedy  spoglądam  na 

historię  hrabiów  Yardleyów,  ogarniają  mnie  wątpliwości,  czy 

chciałabym,  żeby  któryś  z  moich  synów  odziedziczył  ten  tytuł.  Ale 

wracajmy  do  tematu.  Ty,  Marcusie,  jesteś  zupełnie  innym  typem 

człowieka. Jesteś silny, znacznie mocniejszy od swego ojca i wiem, że 

w  razie  potrzeby  zaopiekujesz  się  moimi  urwisami.  Ty  w  ogóle 

opiekujesz się wszystkimi, czyż nie? Otaczasz nawet opieką tę śliczną 

modiste, madame Felice, z którą spotykasz się w sekrecie.  

Marcus jęknął przeciągle.  

-  Skąd,  do  diabła,  przepraszam  za  wyrażenie,  dowiedziałaś  się  o 

tym, moja droga?  

- Ten głupi plotkarz Jack Perceval rozpowiada wokół, że  widział 

was razem, ją i ciebie, na spacerze pod rękę w Chelsea. Gdyby nie to, 

że  ona  jest  krawcową,  sama  zachęcałabym  cię,  żebyś  się  nią  ożenił. 

Jestem  przekonana,  że  byłaby  z  niej  wspaniała  lady  Yardley,  ale 

branie za żonę kobiety spoza sfery to nie jest dobry pomysł.  

Marcus potrząsnął głową.  

- Naprawdę nie przypuszczam, aby troska o to, czy ja się ożenię, 

czy  nie,  gryzła  ojca  do  tego  stopnia,  że  wpadł  w  chorobę.  Jakby  nie 

było,  ma  jeszcze  dwóch  synów  oprócz  mnie,  nie  istnieje  zatem 

problem  zachowania  ciągłości  rodu,  nawet  jeżeli  nie  zachwyca  cię 

myśl, że w przyszłości któryś z nich może zostać lordem Yardleyem. 

Obiecuję ci, że postaram się wydobyć z ojca, co go dręczy, ale znasz 

background image

go, wiesz, jaki jest uparty. Jeśli postanowił, że będzie milczał, słowa z 

niego nie wydobędziesz i z niczym się nie zdradzi.  

- Jesteś jeszcze bardziej uparty od niego, więc liczę na ciebie. Nie 

zawiedziesz mnie, prawda?  

Marcusowi  nie  pozostawało  nic  innego,  jak  tylko  ją  zapewnić, 

choć  był  to  kolejny  powód  do  zmartwienia,  że  zrobi  wszystko  co  w 

jego  mocy,  aby  jej  pomóc.  Co  się  zaś  tyczyło  zarzutu,  że  madame 

Felice  nie  należała  do  jego  sfery;  to  miał  nadzieję,  że  po  powrocie 

Jacksona ze Steepwood dostanie to, na co czekał. Wówczas pomyśli o 

małżeństwie.  Jak  mówi  stare  przysłowie:  „Lepiej  ożenić  się,  niż 

spłonąć”.  

No  cóż,  to  prawda,  on  płonął  z  całą  pewnością  -  płonął  z 

pożądania  i  wizja  małżeństwa  zaczęła  przedstawiać  mu  się  w  coraz 

bardziej  kuszących  barwach.  A  to,  czy  jego  przyszła  żona  będzie 

pochodzić z jego, czy też innej, niższej sfery, nie miało już dla niego 

żadnego znaczenia.  

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Louise  nie  mogła  doczekać  się  soboty,  żeby  wreszcie  znowu 

spotkać  się  z  Marcusem.  Po  raz  kolejny  przybyła  do  domu  przy 

Berkeley Square - tym razem miała przymierzać suknię hrabinie - ale 

jego  nie  było.  Sophia  wspomniała,  że  brat  pojechał  odwiedzić 

szkolnego  przyjaciela  w  hrabstwie  Surrey,  ale  miał  jej  podobno 

powiedzieć, że najpóźniej w piątek będzie z powrotem.  

background image

Podczas  tej  wizyty  jedna  rzecz  szczególnie  uderzyła  Louise. 

Kiedy  pokazywała  Sophii  swój  nowy  pomysł  na  małą  koronę  z 

jedwabnych kwiatów na głowę do ślubnej sukni, spostrzegła, że  lady 

Yardley przypatruje się jej z dziwnie zagadkową miną.  

Co to wszystko może znaczyć? - zastanawiała się Louise. Marcus 

nie powiedział jej, że Jack Perceval widział ich, jak spacerowali razem 

po  Chelsea,  ponieważ  nie  chciał  psuć  jej  nastroju.  Wiedział,  że 

zmartwi  się  na  myśl  o  płotkach,  które  w  wyniku  tego  odkrycia  nie-

uchronnie  obiegną  towarzystwo.  Niemniej,  baczne  spojrzenie  damy 

niepokoiło trochę Louise.  

W  końcu  ostro  powiedziała  sobie:  dość.  Nie  może  przecież  na 

każdym  kroku  węszyć  niebezpieczeństwa,  wszędzie  widzieć  tylko 

zagrożenia.  To,  że  przetrzymała  trudne  dzieciństwo,  że  wybrnęła 

zwycięsko  ze  skomplikowanych  życiowych  sytuacji,  zawdzięczała 

głównie swej niezwykłej intuicji, która ją na czas ostrzegała i mówiła 

prawdę o otaczających Louise ludziach. Często były to sprawy, które 

starannie ukrywali przed światem.  

Intuicja zawiodła ją tylko raz w życiu - kiedy zgodziła się zostać 

żoną  Sywella.  Myśl  o  markizie  przywiodła  jej  na  pamięć  zmarłego 

opiekuna,  a  to,  z  kolei,  przypomniało  jej  Jacksona  oraz  intrygujące 

pytanie,  czy  udało  mu  się  znaleźć  dokumenty  dotyczące  jej  pocho-

dzenia.  Ciekawa  była,  czy  jego  poszukiwania  zakończyły  się 

sukcesem,  czy  wpadł  na  trop  dowodów  potwierdzających  to,  że 

wywodzi się z Cleeve'ów.  

background image

Wszystko  to  na  koniec  sprowadziło  jej  myśli  do  Marcusa,  który 

Jacksona  wynajął,  do  mężczyzny,  którego  pokochała  całym  sercem. 

Och,  gdyby  tylko  mogli  się  spotykać  częściej  na  prawach  równych 

sobie  ludzi.  Denerwowało  ją  odgrywanie  komedii,  w  której  on  był 

księciem,  a  ona  biedną  dziewczyną,  chociaż,  trzeba  przyznać,  że 

Marcus  robił  wszystko,  aby  zatrzeć  różnicę  między  nimi, 

postanawiając nazwać się panem Marksem.  

Drogi pan Marks! W drodze do Bond Street ciągle o nim myślała. 

W pracowni czekała już na nią lady Leominster wraz ze swoją świtą; 

sfora  zwietrzyła  krew  i  szykowała  się  do  skoku.  Dama  chciała 

zamówić nowe stroje i była niepocieszona, że madame się spóźniała.  

-  Słyszałam,  że  była  pani  u  Yardleyów  -  odezwała  się 

dyszkantem. - Jak widać, książę Sharnbrook podjął w końcu tę mężną 

decyzję. Sophia to takie mile słodkie dziecko. Mam nadzieję, że zrobi 

pani  wszystko,  aby  pięknie  wyglądała,  madame.  Nikt  nie 

przypuszczał, że Sharnbrook da się zakuć w małżeńskie kajdany. Jako 

kawaler do wzięcia jest już stracony, więc teraz kolej na Angmeringa. 

On powinien być następny.  

-  Och,  milady  -  uśmiechnęła  się  głupawo  poczwara  strzegąca  jej 

torebki - czy możliwe, żeby pani o tym nie słyszała? Lord Angmering 

założył  się  z  Jackiem  Percevalem,  że  na  pewno  przez  następny  rok 

zostanie  jeszcze  kawalerem.  Dodał  również...  -  zaczerwieniła  się 

lekko i urwała.  

Lady  Leominster,  która  znana  była  z  tego,  że  nie  przebierała  w 

słowach, poleciła jej z naciskiem:  

background image

- Wypluj wreszcie z siebie te słowa, moja droga. Jestem pewna, że 

madame  nie  weźmie  ci  za  złe  tej  otwartości.  Jakby  nie  było,  jest 

Francuzką, a wszyscy wiemy, jacy są Francuzi.  

- On powiedział, że  woli niezobowiązujący układ, jeżeli rozumie 

pani, co mam na myśli. Twierdził, że damy, które godzą się na wolny 

związek, są mniej wymagające od żon - lub coś w tym sensie.  

- Typowe dla mężczyzny - odparła milady, spoglądając na Louise. 

Jej spojrzenia nie można było określić inaczej niż znaczące. - Chodzą 

wieści, że znalazł sobie raka damę. Ciekawe, kto to może być?  

Nie zamierzała być złośliwa. Powiedziała to tylko, zęby rozbawić 

siebie  i  swoje  otoczenie.  Louise  czuła,  ze  jej  policzki  pokrywają  się 

krwistym rumieńcem. Skorzystała z okazji i uklękła, aby upiąć suknię, 

którą jej krojczym zdążyła już włożyć na damę przed jej powrotem od 

Yardleyów.  

- Nie mam pojęcia, milady. Wiem tyle samo co pani.  

Odpowiedź nie dotknęła ważnej klientki, wręcz odwrotnie, nawet 

ją  ubawiła.  Wczoraj  wieczorem  Jack  Perceval  powiedział  jej  w 

wielkim  zaufaniu,  że  ma  powody,  aby  sądzić,  że  lord  Angmering 

zadurzył  się  w  madame  Felice.  Należało  podziwiać  czelność,  z  jaką 

Francuzka wyparła się tej prawdy.  

Lady Leominster pochyliła się i słodziutkim głosem zasyczała do 

ucha Louise:  

- Jestem pewna, że wie pani znacznie lepiej ode mnie, moja droga, 

ale  życzę  pani  szczęścia.  Angmering  jest  wspaniałym  młodym 

background image

dżentelmenem,  aczkolwiek  trochę  ekscentrycznym.  Uchodzi  za 

milczka.  

Louise podniosła się z kolan i rozprostowała plecy.  

- Nie wydaje mi się, aby ten kolor był dla pani stosowny, milady - 

zauważyła  sucho.  -  Jest  za  bardzo  krzykliwy.  Uważam,  że  w  innym 

kolorze byłoby pani znacznie bardziej do twarzy. Delikatna czerwień 

w  odcieniu  fioletu  byłaby  odpowiedniejsza  dla  pani  cery  niż  taki 

zdecydowany szkarłat jak ten.  

Damie z towarzystwa z pewnością nie wypada mrugać okiem, ale 

lady  Leominster  to  właśnie  zrobiła  -  mrugnęła  do  Louise 

porozumiewawczo.  

- W takich wypadkach zawsze zdaję się na pani zdanie, madame. 

Ma  pani  świetny  gust,  a  pani  kreacje  odznaczają  się  wyjątkowym 

smakiem.  Zamierzam  zawsze  się  u  pani  ubierać.  Przez  tę  kiepską 

krawcową,  u  której  dotychczas  sobie  szyłam,  wyglądałam  jak 

Cyganka na jarmarku.  

Słowa  „Cyganka  na  jarmarku”  przypomniały  Louise  o  Marcusie, 

lordzie Angmering, który robił paskudne zakłady z takimi ludźmi jak 

Jack  Perceval.  Nigdy  więcej  nie  nazwie  go  panem  Marksem.  Pan 

Marks  nie  będzie  więcej  uwodził  biednych  dziewcząt  i  niszczył  ich 

życia, aby wygrać haniebny zakład.  

Natomiast lorda jak widać, stać na wszystko. Niech no tylko zjawi 

się  w  jej  domu  w  sobotę!  Pomyśleć  tylko,  jakim  językiem  ta  pewna 

siebie  i  rzekomo  dobrze  wychowana  dama  rozmawiała  z  nią  przed 

chwilą; zmyje mu za to głowę, to pewne!  

background image

Nadeszła  sobota.  W  Marcusie  wszystko  dygotało  wewnątrz  z 

niecierpliwości.  Wrócił  do  domu  przy  Berkeley  Square  w  piątek 

wczesnym  popołudniem,  a  wieczorem  zjawił  się  Jackson  z 

sensacyjnymi wiadomościami. Marcus wysłuchał go, żałując tylko, że 

musi  czekać  aż  do  rana,  aby  poinformować  Louise,  że  jest  naprawdę 

Louise Cleeve i że on ma w ręku dokumenty potwierdzające ten fakt.  

Zdziwiło go jednak, kiedy po przybyciu do jej domku w Chelsea 

służąca  wprowadziła  go  do  pustego  salonu.  Oznajmiła,  że  madame 

jest  zajęta  i  że  zejdzie  do  niego  wtedy,  gdy  skończy  to,  co  ma  do 

zrobienia.  

Nigdy w  życiu nie rozsadzała go taka niecierpliwość. Minęło pół 

godziny,  wlekące  się  jak  wieczność,  a  ukochana  wciąż  się  nie 

zjawiała.  Marcus  w  końcu  wstał  i  zaczął  niespokojnie  krążyć  po 

saloniku,  ale  ograniczona  przestrzeń  nie  dawała  możliwości 

wyładowania się w ruchu.  

Wreszcie drzwi otworzyły się i Louise weszła do pokoju. Zamiast 

uradować  się  jak  zwykle  jego  widokiem,  okazać  szczęście  i  radość, 

zmierzyła go ostrym spojrzeniem i odezwała się zimno:  

-  Cóż  to  za  pilna  sprawa  przywiodła  pana  tutaj  o  tak  wczesnej 

porze, milordzie?  

- Panie Marksie - poprawił ją z uśmiechem. Wydawało mu się, że 

Louise  żartuje,  bawi  się  z  nim  w  jakąś  zagadkową  grę.  W  każdym 

razie zachowywała się zupełnie inaczej niż zwykle.  

background image

-  Pan  Marks?  -  zdziwiła  się  Louise.  -  Jaki  pan  Marks?  -  W  jej 

głosie brzmiała ironia. - Kim jest ten człowiek? Nie znam go i myślę, 

że pan go również nie zna, milordzie.  

Marcus  nie  mógł  się  już  dłużej  oszukiwać.  Musiało  stać  się  coś, 

co  sprawiło,  że  harde  stworzenie,  jakim była,  kiedy  ją  spotkał  po  raz 

pierwszy, znowu pokazało różki. Cały ten swobodny ton i żartobliwy 

nastrój,  który  cechował  ostatnio  ich  spotkania  i  działał  na  nich  tak 

ożywczo, zniknął bez śladu. Podszedł do niej i chciał ją wziąć za rękę, 

ale ona cofnęła się i uniosła ramię, aby go odtrącić.  

-  Co  to  ma  znaczyć?  -  zapytał  zaskoczony.  -  Co  takiego  złego 

zrobiłem? Co sprawiło, że tak wrogo traktujesz swego drogiego pana 

Marksa?  Myślałem,  że  jesteśmy  przyjaciółmi,  a  nawet  więcej  niż 

przyjaciółmi.  

- Jak pan może o to pytać? - odparła ze srogą miną. - Pan, który, 

jak  plotka  głosi,  nie  tylko  założył  się,  że  nigdy  się  nie  ożeni,  ale 

również  oświadczył  publicznie,  że  swobodny  związek  z  chętną  do 

takich  rzeczy  kobietą  znacznie  bardziej  mu  odpowiada.  Prawie 

natychmiast  po  tym  dowiedziałam  się,  że  cały  Londyn  -  mam 

oczywiście na myśli wykwintne towarzystwo - już wie, że pan się ze 

mną  w  sekrecie  spotyka.  Ta  wstrętna  megiera  i  plotkara,  lady 

Leominster,  dała  mi  wyraźnie  do  zrozumienia,  że  słyszała  o  naszych 

schadzkach, i na dodatek była na tyle bezczelna, że wytknęła mi to w 

oczy.  

Marcus westchnął. To, czego się obawiał od chwili, kiedy Marissa 

wspomniała,  że  nie  jest  dla  niej  tajemnicą,  że  spotyka  się  z  Louise, 

background image

ziściło się, niestety! Gorzko żałował, że niezależnie od wszystkiego, w 

momencie,  w  którym  się  o  tym  dowiedział,  nie  poszedł  z  tym  do 

Louise  od  razu,  na Bond  Street  i  nie  poinformował,  że  ich  sekret  nie 

jest już sekretem.  

Postąpił jak struś, który chowa głowę w piasek, myśląc, że w ten 

sposób się uchroni - łudził się, że jeśli ukryje przed nią ten fakt, to ona 

nigdy  się  o  nim  nie  dowie.  Miał  podstawy  tak  przypuszczać;  Louise 

nie  należała  do  towarzystwa  i  było  mało  prawdopodobne,  aby  tego 

rodzaju płotki docierały do jej uszu.  

Dobrze  wiedział,  jakimi  plotkarami  były  niektóre  z  tych 

wytwornych  dam,  a  już  najgorszą  z  nich  była  z  pewnością  lady 

Leominster. To ona wiodła prym. Celowo powiedziała Louise, o czym 

mówi się w towarzystwie, aby ich ze sobą skłócić. I trzeba przyznać, 

że w pełni osiągnęła swój cel. Gdyby teraz o tym wiedziała, pomyślał, 

niewątpliwie zacierałaby ręce z radości.  

- Moja droga - odparł łagodnie. - Nigdy cię nie okłamałem, wiesz 

o tym dobrze. Powiedziałem ci, że chcę, abyś została moją kochanką i 

że  do  ciebie  należy  wybór.  Zapewniam  cię,  że  to  nie  ode  mnie  ci 

plotkarze się o tym dowiedzieli. To ten głupek Jack Perceval rozgłosił 

wokół,  że  się  spotykamy.  Widział  nas  kiedyś  razem  na  spacerze  w 

Chelsea.  

Co  więcej,  od  kiedy  mi  zapowiedziałaś,  że  nie  masz  zamiaru 

wchodzić ze mną w żaden nieformalny układ, zacząłem traktować cię 

z  takim  samym  szacunkiem  jak  swoją  siostrę  -  nie,  co  mówię,  z  o 

wiele  większym  nawet,  ponieważ  siostrze  stale  dokuczam  i  nie 

background image

szczędzę  różnych  złośliwości,  czego  w  stosunku  do  ciebie  nigdy  nie 

robię.  Droga  Louise,  przebacz  swemu  kawalerowi  jego  niezawinione 

grzechy, zwłaszcza że przynosi ci naprawdę pomyślne wieści.  

Louise  spojrzała  na  niego  uważnie.  Nie  wiedziała,  czy  ma  mu 

wierzyć,  czy  nie.  Wiele  mogła  powiedzieć  o  tym,  jak  szlachta  i 

arystokracja  odnoszą  się do  osób  wywodzących  się  z  niższego  stanu. 

Wiedziała,  jak  to  wykwintne  i  dobrze  ułożone  towarzystwo  potrafi 

ludzi ranić i jak bardzo bywa bezwzględne.  

Nieraz  pocieszała  młode  niedoświadczone  szwaczki,  które 

zdradził  kochanek  pochodzący  z  wyższych  sfer.  Ci  mężczyźni  będą 

mówić  wszystko,  co  kobieta  pragnie  usłyszeć,  byle  tylko  osiągnąć 

swój  cel.  Kiedy  już  zdobędą,  to,  porzucają  bezlitośnie  -  odarłszy 

uprzednio  z  cnoty  i  godności,  nie  mówiąc  już  o  tym,  że  często 

zostawiają  jej  pamiątkę  w  postaci nieślubnego  dziecka  i  zrujnowanej 

opinii.  

Przyrzekła  sobie  nie  być  taką  naiwną  i  dopóki  nie  poznała 

Marcusa,  nigdy  nie  uległa  pokusie,  aby  romansować  z  mężczyzną 

stojącym od niej wyżej w społecznej hierarchii.  

-  Czy  mogę  ci  wierzyć?  -  zapytała  nieco  łagodniejszym  tonem. 

Nie  miała  już  takiej  srogiej  miny.  -  Czy  dlatego  okazujesz  mi  tyle 

uczucia  i  traktujesz  tak  szarmancko,  że  masz  nadzieję,  iż  pewnego 

dnia twoje metody przyniosą pożądany skutek, że złapię się w końcu 

na  lep  twojej  galanterii  i  dam  się  uwieść?  Czy  możesz  temu 

zaprzeczyć?  

background image

Marcusowi  niełatwo  przyszło  odpowiedzieć  na  to  pytanie,  Z 

bolącym sercem wyznał:  

-  Prosiłaś  mnie,  żebym  był  z  tobą  uczciwy,  a  więc  będę.  Na 

początku  tak  rzeczywiście  było;  po  tym,  kiedy  po  raz  pierwszy 

odrzuciłaś  moją  propozycję,  przez  jakiś  czas  istotnie  nosiłem  się  z 

takim zamiarem, ale im bliżej cię poznawałem, tym lepiej zaczynałem 

zdawać  sobie  sprawę,  że  nie  mogę  dopuścić  się  takiego  haniebnego 

czynu.  Co  więcej,  gdy  ci  już  opowiem  o  odkryciach  Jacksona, 

zamierzam  zapytać  cię  o  coś,  co,  mam  nadzieję,  rozproszy  twe 

wątpliwości  dotyczące  moich  rzeczywistych  zamiarów  wobec  ciebie 

w przyszłości.  

Louise  znalazła  się  w  niezręcznej  sytuacji.  Bardzo  chciała 

dowiedzieć  się,  jaki  jest  rezultat  poszukiwań  Jacksona,  i nie  mogła  z 

pogardą  potraktować  człowieka,  który  jej  te  wieści  przynosił.  Co 

innego, gdyby Marcus zjawił się u niej z pustymi rękami, o, wtedy  z 

pewnością szybko by go odprawiła.  

Jakkolwiek  jednak  było,  to  on  opowiedział  Jacksonowi  jej 

historię,  i  to  on  zapłacił  mu  za  trudy  jego  skomplikowanej  misji. 

Nawet  jeżeli  początkowo  była  przeciwna  temu  przedsięwzięciu,  to 

teraz,  gdy  dobiegło  już  końca,  zależało  jej  niezmiernie  na  poznaniu 

prawdy - wszystko jedno jakiej - dobrej czy złej, ale sądząc po minie 

Marcusa, wiadomości były raczej pomyślne.  

-  Dobrze  -  zgodziła  się.  -  Niech  tak  będzie.  Wierzę,  choć  nie  w 

pełni. Proszę, usiądź - wskazała krzesło, na którym zawsze siadywał - 

i opowiedz mi, czego Jackson się dowiedział.  

background image

Niecierpliwość, która rozsadzała Marcusa, kiedy czekał na Louise 

w saloniku, wróciła obecnie ze zdwojoną siłą.  

-  Och,  moje  kochanie  -  odrzekł.  -  Misja  Jacksona  powiodła  się 

nadspodziewanie dobrze. Odnalazł dokumenty, które potwierdzają, że 

madame  Felice  jest  Louise  Cleeve,  wnuczką  poprzedniego  hrabiego 

Yardleya.  Co  więcej,  materiał  dowodowy  jest  tak  pełny  i 

niepodważalny,  że  nikt  nie  ośmieli  się  kwestionować  jego 

autentyczności.  Jeśli  pozwolisz,  pokażemy  go  prawnikom  naszej 

rodziny  po  tym,  kiedy  już  sama  go  przejrzysz,  abyśmy  mogli 

oficjalnie  ogłosić,  że  pochodzisz  z  rodziny  Cleeve'ów.  Wtedy 

zajmiesz należne ci miejsce w naszej sferze.  

Po  raz  pierwszy  w  życiu  Louise  miała  uczucie,  że  za  chwilę 

zemdleje.  

-  Dowody?  Niepodważalne  dowody  -  odezwała  się  prawie 

szeptem  -  po  tylu  latach?  Gdzie  on  znalazł  te  dokumenty?  Mój 

opiekun nie mógł ich odszukać. Gdzie to było?  

Marcus  opowiedział  jej  o  przebiegu  wizyty  Jacksona  w  Steep 

Ride  i  zakończył  uwagą,  że  Sywell  i  Burneck  od  początku  znali 

prawdę o jej pochodzeniu.  

W  tym  momencie  Louise,  która  zaczynała  już  trochę  dochodzić 

do  siebie  po  wstrząsie,  jakim  była  dla  niej  ta  oszałamiająca 

wiadomość, wykrzyknęła głośno:  

- Ach, więc to dlatego on ożenił się ze mną! Cóż to był za nędznik 

z tego człowieka.  

background image

- Tak jest - przyznał Marcus, po raz kolejny podziwiając bystrość 

umysłu  ukochanej.  -  Tak  powiedział  Burneck.  Najwidoczniej 

traktowali to jako dobry kawał - on i jego ojczulek Sywell.  

Louise  podniosła  się  i  zaczęła  nerwowo  spacerować  po  pokoju, 

podobnie jak to wcześniej robił Marcus.  

- Kawał! Ładny mi kawał! Moje życie to był dla nich kawał. Moje 

cierpienie,  ciężka  praca,  samotność,  brak  pewności  co  do  mego 

pochodzenia,  niewiedza,  kim  są  moi  krewni,  lęk,  że  jestem 

nieślubnym  dzieckiem,  to  wszystko  nic  ich  nie  obchodziło.  Dla  nich 

liczyła się tylko okazja do śmiechu. Cieszyli się jedynie, że udało im 

się wpaść na taki świetny pomysł.  

Przypomniała  sobie  długie  męczące  godziny  spędzone  nad  igłą, 

kiedy  uczyła  się  krawieckiego  fachu  w  Northampton,  i  chociaż  nie 

żałowała tego trudnego czasu ani nie uważała go za stracony, bolała ją 

świadomość, że na tyle lat podstępem pozbawiono ją uczestniczenia w 

życiu świata, do którego pochodzenie w pełni ją upoważniało.  

Marcus,  gdyby  to  zdarzyło  się  wcześniej,  zanim  Louise 

dowiedziała się o jego zakładzie z Jackiem Percevalem, oraz o tym, że 

w  londyńskim  towarzystwie  wiedzą  o  ich  potajemnych  spotkaniach, 

wziąłby ją teraz w ramiona i usiłował pocieszyć. Jednakże, w obecnej 

chwili,  wydało  mu  się  to  niezbyt  właściwym  krokiem.  Pomyślał,  że 

Louise  może  opacznie  go  zrozumieć;  zacznie  podejrzewać,  że  nie 

porzucił  swoich  planów  i  nadal  nosi  się  z  zamiarem  zaciągnięcia  jej 

do łóżka.  

background image

Musi  być  cierpliwy.  Przecież  jeszcze  przed  podróżą  Jacksona do 

Steepwood  podjął  decyzję,  że  się  z  nią  ożeni.  Rozważał  ją  podczas 

bezsennej nocy i ostatecznie utwierdził się w przekonaniu, że właśnie 

tak powinien postąpić. Już wkrótce jej to oznajmi, a potem już nigdy, 

miał  nadzieję,  nie  da  Louise  powodu  do  powątpiewania  w  szczerość 

jego intencji.  

Zamiast się oświadczyć, zaproponował jedynie:  

-  Może  zadzwonię  na  służącą  i  każę  jej  przynieść  herbatę  lub 

nawet coś mocniejszego? - Niepokoił go wygląd Louise, była blada i 

nienaturalnie  podniecona.  Był  zdania,  że  przydałby  się  jej  jakiś 

wzmacniający środek.  

Louise  potrząsnęła  głową  przecząco  i  mocnym  głosem 

oświadczyła:  

- Nie, nie wolno mi poddawać się nastrojom. Tylko głupcy, którzy 

nigdy nie musieli stawić czoła przeciwnościom życia, pozwalają sobie 

na  humory.  Usiłuję  uwierzyć,  że  to,  o  czym  usłyszałam,  jest  prawdą. 

To sprawia, że widzę swoje minione życie w zupełnie innym świecie.  

Mój opiekun, kiedy leżał na łożu śmierci, wyznał, że byłam córką 

Ruperta Cleeve'a, co dało mi nazwisko, ale, niestety, nie miał żadnych 

dokumentów,  które  by  ten  fakt  potwierdzały.  Ty,  milordzie,  je  dla 

mnie  odszukałeś  i  jestem  ci  za  to  niezmiernie  wdzięczna.  Pragnę 

przeprosić cię za niemiłe zachowanie i niegrzeczne słowa, którymi cię 

dzisiaj przywitałam.  

-  To  całkiem  zrozumiałe,  że  poczułaś  się  urażona  po  tym,  co 

słyszałaś  na  mój  temat  od  lady  Leominster  -  zauważył  Marcus, 

background image

podchodząc  bliżej,  do  kominka,  przy  którym  Louise  stała,  opierając 

się  o  gzyms.  -  Dałem  ci  podstawy  do  takich  przypuszczeń  swoim 

zachowaniem  zaraz  po  naszym  poznaniu.  Jeżeli  czujesz  się  na  siłach 

znieść kolejny wstrząs, to chciałbym cię o coś zapytać. To pytanie jest 

dla mnie bardzo istotne.  

Czy  czuła  się  na  siłach  znieść  jeszcze  jedną  ważną  wiadomość? 

Zdecydowanie  nie,  ale  główną  zasadą,  jaką  Louise  kierowała  się  w 

życiu,  było  nigdy  nie  przyznawać  się  do  słabości  ani  nie  uginać  się 

pod  ciężarem  losu.  Nie  widziała  powodu,  aby  teraz  postąpić  inaczej. 

A poza tym, co on jej jeszcze może powiedzieć takiego, co by mogło 

nią  wstrząsnąć  lub  zadziwić?  W  późniejszym  czasie  Louise 

niejednokrotnie  dziwiła  się  swojej  naiwności,  która  podsunęła  jej  to 

pytanie.  

Odwróciła  się  do  Marcusa  i  skinęła  twierdząco  głową.  Nie 

wiedziała,  że  bladość  spowodowana  szokiem,  jakim  była  dla  niej 

wiadomość o pochodzeniu, zaczyna powoli znikać z jej twarzy. Lekki 

rumieniec  pojawił  się  znowu  na  jej  policzkach,  a  niebieskie  oczy 

rozbłysły jak gwiazdy. Mężczyźnie, który ją kochał, wydała się w tej 

chwili  tak  olśniewająco  piękna,  że  wprost  oniemiał  z  wrażenia. 

Zbliżył się, wziął ją za rękę i odezwał się ochrypłym głosem:  

- Kochanie, proszę, zechciej usiąść, zanim cię o coś zapytam.  

Uczucie  oszołomienia  jeszcze  Louise  nie  opuściło.  Nie  czuła  w 

sobie  na  razie  dość  energii,  aby  Marcusowi  się  przeciwstawić,  więc 

tylko posłusznie spełniła polecenie. Marcus stanął przed nią, wysoki i 

background image

wyprostowany.  W  jego  oczach,  kiedy  spoglądał  na  ukochaną, 

malowała się ogromna czułość.  

-  Moja  droga  Louise  -  zaczął  uroczystym  tonem.  -  Zamierzam 

zrobić  coś,  czego  dotąd  nigdy  nie  robiłem,  i  mam nadzieję,  że  nigdy 

więcej  nie  będę  musiał  robić.  Nie  jestem  w  stanie  wyrazić  podziwu, 

jaki  wzbudziłaś  we  mnie  od  początku,  a  który  bliższa  znajomość  z 

tobą w ostatnich tygodniach tylko ugruntowała.  

Muszę  powiedzieć,  że  powściągliwość,  z  jaką  mnie  na  początku 

traktowałaś,  i  stanowczość,  z  jaką  odrzuciłaś  moje  umizgi,  sprawiły, 

że  ten  podziw  dla  ciebie  nie  tylko  nie  osłabł,  ale,  odwrotnie,  jeszcze 

bardziej się spotęgował. To jeszcze nie wszystko - do podziwu doszła 

miłość. Tak, to prawda, zakochałem się w tobie, moja droga Louise, i 

ogrom tego uczucia zaskoczył mnie samego.  

Nigdy  dotąd  żadna  kobieta  nie  zdobyła  mego  serca  i  nigdy  nie 

przypuszczałem, że to się kiedykolwiek zdarzy. Ale fakt jest faktem i 

dlatego  błagam  cię,  najdroższa,  spełnij  moją  prośbę  i  uczyń  mnie 

najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi - zgódź się zostać moją żoną.  

Marcus,  zanim  wystąpił  z  tą  propozycją,  nie  zastanawiał  się,  jak 

Louise ją przyjmie i w jaki sposób na nią zareaguje. Gdyby tak było, 

oczekiwałby  raczej  gwałtownego  wybuchu  radości,  wyobrażałby 

sobie,  że  uniesiona  szczęściem,  z  wdzięcznością  rzuci  się  w  jego 

ramiona.  

Przynosił jej przecież wspaniałe prezenty: nie tylko jej prawdziwe 

nazwisko  i  dowód,  że  jest  pochodzącym  z  prawego  łoża  dzieckiem, 

ale  także  uczucie  mężczyzny,  który  pokochał  kobietę  pierwszą  w 

background image

swoim  życiu  prawdziwą  miłością.  Jednak  reakcja  Louise  była  jak 

najdalsza od jego oczekiwań. Skoczyła na równe nogi i wykrzyknęła:  

- O, co to, to nie! Już widzę, w czym rzecz. Kiedy byłam madame 

Felice,  jedyne,  co  miałeś  mi  do  zaoferowania,  to  rola  kochanki,  ale 

oczywiście Louise Cleeve, potomkini słynnego hrabiowskiego rodu to 

już zupełnie inna sprawa. Ona jest godna zaszczytu, aby zostać żoną.  

Gdyby  pan  Marks  oświadczył  się  madame  Felice,  nie  wiedząc, 

czy  ona  jest  panną  Louise  Cleeve,  czy  też  wdową  po  markizie 

Sywellu,  wówczas  moje  stanowisko  przedstawiałoby  się  zupełnie 

inaczej.  Bez  namysłu  odpowiedziałabym,  że  owszem,  tak,  zgadzam 

się  zostać  jego  żoną.  Nie  wahałabym  się  ani  przez  moment.  Ale  tak 

jak  sprawa  wygląda  w  tej  chwili,  moja  odpowiedź  to  zdecydowane 

„nie”.  

W  Marcusa  jakby  piorun  strzelił,  kiedy  usłyszał  te  słowa.  W 

rezultacie zrobił coś, co było całkowicie sprzeczne z jego naturą. Padł 

przed Louise na kolana, aby prosić ją i błagać. Wziął jej rękę w swoją, 

ale ona wyrwała mu ją ze złością.  

-  Nie!  -  wykrzyknął  Marcus.  -  Krzywdzisz  mnie  tym 

posądzeniem.  Postanowiłem  zaproponować  ci  małżeństwo  już 

wcześniej,  zanim  jeszcze  Jackson  wyruszył  do  Steepwood,  aby 

poszukać  dowodów  na  to,  czy  jesteś  dzieckiem  z  prawego  łoża. 

Czekałem  tylko  na  wyniki  jego  misji.  Chciałem  oznajmić  ci  o  tych 

dwóch rzeczach jednocześnie: poinformować o wynikach poszukiwań 

Jacksona, a zaraz potem prosić o rękę.  

background image

- Tak mówisz teraz - odparła Louise, czując, że łzy napływają jej 

do oczu. Wszystkie ważniejsze zdarzenia w jej życiu zawsze w końcu 

obracały  się  w  ruinę  i  nawet  teraz  oświadczyny  Marcusa  wydały  się 

jej  nieszczere.  Nigdy  przedtem  nawet  słówkiem  nie  wspomniał  o 

małżeństwie  i  dopiero  gdy  dowiedział  się,  że  ona  rzeczywiście  jest 

Louise Cleeve, postanowił się jej oświadczyć.  

Marcus wpadł nagle w rozpacz.  

- Zastanów się tylko - prosił błagalnym tonem. - Spodobaliśmy się 

sobie  od  pierwszego  wejrzenia  i  od  tej  pory  zawsze  nas  do  siebie 

ciągnęło.  Gdyby  było  inaczej,  nigdy  byś  nie  pozwoliła,  abym  został 

twoim  przyjacielem  -  odtrąciłabyś  mnie  natychmiast.  Ja  wiem  jedno: 

poruszyłaś moje serce, gdy tylko cię zobaczyłem. Już wtedy musiałem 

się  w  tobie  zakochać.  Powiedz  tak,  kochanie,  powiedz  tylko,  że  się 

zgadzasz.  

- Ale ona odwróciła głowę i stwierdziła żałośnie:  

-  Byłam  taka  samotna.  Rozświetliłeś  moją  samotność,  to 

wszystko.  

-  Nie.  -  Wstał,  próbując  znowu  ująć ją  za  rękę, ale  Louise  wciąż 

mu na to nie pozwalała.  

Sprawa  była  beznadziejna  - przynajmniej  na  razie.  Przypomniało 

mu  się  stare  przysłowie:  „Ten,  kto  walczy  ucieka,  dożyje  następnej 

walki”. Zostawi ją teraz w spokoju, nie będzie jej dłużej dręczył. Był 

jednak  zdecydowany  powrócić.  Kochał  ją  i  za  nic  na  świecie  nie 

chciał jej stracić. Bardziej niż kiedykolwiek pragnął, aby została jego 

background image

żoną nie tylko dlatego, że była najdroższą mu istotą na świecie, ale że 

nie wyobrażał sobie również, by ktoś inny został matką jego dzieci.  

Nawet 

opanowanie, 

jakie 

wykazywała, 

słuchając 

jego 

oświadczyn,  by  je  następnie  odrzucie,  zaimponowało  mu  -  sprawiło, 

że tym mocniej ją pokochał. Jej silna wola, upór i zdecydowanie, aby 

pozostać  wierną  wyznawanym  przez  siebie  wartościom,  robiły 

wrażenie na mężczyźnie, który nade wszystko cenił takie zalety.  

Może kiedy pożegna się z nią, a ona tutaj zostanie sama i będzie 

miała  czas  rozważyć  wszystko,  co  jej  powiedział,  może  wtedy 

przestanie  się  tak  nierozsądnie  upierać  przy  swoim  zdaniu  i  zmieni 

decyzję. Bądź co bądź, przeżyła ostatnio wiele i musi mieć czas, aby 

dojść  do  siebie.  Gdy  się  już  całkowicie  uspokoi,  będzie  w  stanie 

obiektywnie ocenić jego propozycję. Może wtedy wreszcie zrozumie, 

że składając ją, kierował się wyłącznie uczuciem - że to miłość go in-

spirowała, a nie wyrachowanie.  

Jeżeli łudził się, to trudno - ale teraz nie wolno mu już dłużej na 

nią  nalegać.  Podjąwszy  tę  decyzję,  odezwał  się  możliwie 

najspokojniejszym tonem:  

- Zostawiam cię teraz samą, abyś przemyślała raz jeszcze to, co ci 

dzisiaj  powiedziałem,  i  mam  nadzieję,  że  w  rezultacie  dojdziesz 

jednak do wniosku, że powinnaś przyjąć moją propozycję.  

Louise w milczeniu skinęła głową, a następnie rzekła:  

-  Mam  jedną  prośbę,  lordzie  Angmering.  Proszę,  przynieś  mi 

świadectwo  ślubu  rodziców  oraz  inne  dokumenty  dotyczącego  mego 

urodzenia.  Proszę  nie  pokazywać  ich  żadnym  prawnikom,  tylko 

background image

najpierw dać mi je do przejrzenia. Ja zadecyduję, w którym momencie 

przekazać sprawę urzędnikom. Znam już swą nową pozycję w życiu i 

do mnie będzie należeć decyzja w tej sprawie.  

Mogę chcieć lub nie, być nadal zwykłą madame Felice, ale nigdy 

nie użyję tytułu markizy Sywell, mimo że byłam żoną tego człowieka. 

Ufam, że pozwolisz mi samej o tym zadecydować, po - jak mówisz - 

odpowiednim zastanowieniu się. Chcę również prosić, aby nikomu nie 

wspominać  o  tym,  co  Jackson  odkrył,  dopóki  ja  nie  wyrażę  na  to 

zgody.  

-  Naturalnie  -  odpowiedział  z  prostotą.  -  Decyzja  będzie  należeć 

do  ciebie.  Dopilnuję,  abyś  otrzymała  te  dokumenty.  Pamiętaj tylko  o 

jednym  -  zyskałaś  teraz  dużą  nową  rodzinę,  która,  jestem  o  tym 

przekonany,  będzie  chciała  ci  zrekompensować  wszystkie  te  trudne  i 

długie lata, jakie zmuszona byłaś spędzić z dala od nas, w samotności 

i  upokorzeniu.  Ta  rodzina  czeka  na  ciebie  z  otwartymi  ramionami  i 

sercem przepełnionym miłością i przyjaźnią.  

Nie wspomniał, że zamierza osobiście wręczyć jej te papiery; bał 

się, że go posądzi o szantaż, o to, że próbuje w ten sposób wymusić na 

niej  zgodę  na  małżeństwo,  już  teraz, w  tej  chwili, podczas kiedy  ona 

wcale nie jest do tego skłonna.  

Kiedy wyszedł, zamykając starannie za sobą drzwi, Louise wstała 

i podeszła do okna, aby zobaczyć, jak pan Marks się oddala. Od kiedy 

stali  się  przyjaciółmi,  trudno  jej  było  myśleć  o  nim  jako  o  lordzie. 

Mężczyzna,  który  ubierał  się  jak  urzędnik,  jadł  ostrygi  na  ulicy  z 

papierowej torebki i rozmawiał z nią tak szczerze i bezpośrednio, nie 

background image

przypominał  w  niczym  tych  nielicznych  wyniosłych  arystokratów, 

których miała okazję spotkać w życiu.  

Nie  wiedziała,  że  również  robotnicy  w  północnych  włościach 

hrabiego  Yardleya  podobnie  myśleli  o  człowieku,  który  chodził 

między nimi w prostym roboczym ubraniu, uczył się podkuwać konie 

i  chętnie  pracował  w  kuźni  i  który  zażądał,  by  pokazać,  jak  równo 

wyprowadzać bruzdy podczas orki.  

Niektórzy  mieli  mu  za  złe  takie  zachowanie  -  uważali,  że  jest 

poniżej jego godności zniżać się do zwykłych ludzi i uczyć się od nich 

pracy  na  roli;  bardziej  mu  przystawało,  ich  zdaniem,  siedzieć 

bezczynnie  w  swym  wielkim  domu  i  czekać  na  dochody  z  majątku. 

Inni,  przeciwnie,  szanowali  go  za  to,  że  chociaż  częściowo  starał  się 

dzielić trudy ich surowej egzystencji. Resztę, tak jak Louise, wprawiał 

w pewne zakłopotanie.  

Ale  dlaczego  ona,  Louise,  miała  czuć  się  zakłopotana,  tego  nie 

wiedziała.  Marcus  był  człowiekiem  szczerym  i  prostolinijnym.  Od 

początku postawił  sprawę  jasno  -  powiedział,  że  mu  się  podoba, i  że 

chce,  aby  została  jego  kochanką.  Nie  szeptał  czułych  słówek,  nie 

bawił  się  w  zalecanki,  nie  udawał,  że  z  nią  romansuje.  Wszystko  to 

były  środki  prowadzące  do  jednego  celu,  a  zakończenie  było  zawsze 

takie samo - uwiedzenie, zdrada i porzucenie. Marcus nie bawił się w 

fałszywą grę i to była jego wielka zaleta. Za to, między innymi, ceniła 

go i szanowała.  

Louise  przyznawała  też,  że  żaden  mężczyzna  w  życiu  nie 

traktował jej tak uprzejmie i z taką galanterią jak on. Przypomniał jej 

background image

się  Sywell  i  brutalność,  z  jaką  ten  człowiek  się  do  niej  odnosił.  W 

rezultacie, zmuszona była od niego uciec i ukryć się w Londynie - w 

mieście,  którego  nie  znosił  i  unikał.  Spotykała  również  innych 

mężczyzn;  przychodziła  do  ich  wspaniałych  domów  mierzyć  suknie 

ich  żonom,  córkom  i  siostrom.  Mężczyzn  na  tyle  bezczelnych,  że 

ośmielali  się  zaczepiać  ją  i  nagabywać,  a  także  szeptać  do  ucha  o 

swych najbardziej nikczemnych żądzach.  

Był  nawet  jeden,  który  zwabił  ją  do  pustego  pokoju  pod 

pretekstem,  że  jego  siostra,  dla  której  szyła  ślubną  suknię,  prosi, aby 

przyszła  do  saloniku.  Tylko  przypadkowi  i  własnej  inteligencji 

zawdzięczała,  że  jej  nie  zgwałcił,  ale  wciąż,  mimo  że  od  tego 

wydarzenia  minęło  już  sporo  czasu,  trzęsła  się  ze  zgrozy  na  to 

wspomnienie.  

Nie,  Marcus  był  zupełnie  inny,  a  słowa,  które  powiedział  na 

odchodnym  -  że  zyska  rodzinę  -  potrąciły  najbardziej  czułą  strunę  w 

jej  duszy;  jeszcze  przez  długi  czas  po  jego  odejściu  czuła  jej 

wibrowanie.  

Zawsze  była  sama.  Te  kilka  osób,  które  znała  i  kochała  w 

dzieciństwie, odchodziły jedna po drugiej - pani Hanslope, która była 

dla niej jak matka i którą nazywała matką, a potem John, jej opiekun. 

Następnie,  kiedy  opuściła  Steepwood,  aby  uczyć  się  krawieckiego 

fachu w Northampton, straciła swą drogą przyjaciółkę, Atenę Filmer.  

Tutaj,  w  Londynie,  nie  zawarła  żadnej  przyjaźni  i  poznanie  oraz 

miłość  Marcusa  dały  jej  nową  podnietę  do  życia  -  były  jak  owa 

przysłowiowa  manna  zesłana  przez  Boga  na  pustynię  głodującym 

background image

Żydom.  Tylko  wrodzona  prawość  powstrzymała  ją  od  decyzji,  by 

zostać jego kochanką, ale cała jej istota - jej umysł, ciało wyrywały się 

do  niego,  nakazując  poddanie,  choćby  tylko  dlatego,  żeby  wypełnił 

treścią jej pusty świat.  

Louise  ostro  zabroniła  sobie  skarżyć  się  na  los  i  rozczulać  nad 

sobą.  Czekało  ją  dużo  pracy,  wiele  problemów  do  rozwiązania  i 

ważnych decyzji do podjęcia. Nieoczekiwanie otworzyły się przed nią 

interesujące  perspektywy  -  przed  nią,  która  do  tej  pory  nie  widziała 

dla  siebie  żadnych  widoków.  Kiedy  spróbowała  ogarnąć  myślą  swą 

nową sytuację, poczuła kompletny chaos w głowie.  

Poza tym, zaczynała już trochę żałować, że pozwoliła Marcusowi 

odejść...  

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Marcus wrócił na Berkeley Square zdenerwowany i bez humoru. 

Był jednak zdecydowany nie poddawać się przygnębieniu. Przeklinał 

własną głupotę i brak wyobraźni, które nie pozwoliły mu przewidzieć 

reakcji Louise na jego spóźnioną matrymonialną propozycję. Mimo to 

był przekonany, że jej zdrowy rozsądek zwycięży i podsunie właściwą 

odpowiedź,  kiedy  minie  wstrząs  wywołany  rewelacjami dotyczącymi 

pochodzenia Louise.  

Nieoczekiwana  odmowa  nie  zniechęciła  go  -  wręcz  odwrotnie  - 

wzmogła tylko jego determinację, aby zaprowadzić Louise do ołtarza. 

Wiedział  jednak,  że  ma  przed  sobą  kilka  niełatwych  dni,  ale  przeżył 

już niegdyś podobne, postanowił więc czekać ze spokojem.  

background image

W  holu  spotkał  ojca.  Zobaczywszy  go,  Marcus  pomyślał,  że 

Marissa  miała  rację,  niepokojąc  się  o  męża.  Hrabia  postarzał  się  w 

sposób widoczny i wyglądał na chorego. Marcus odruchowo zapytał:  

- Czy mogę cię prosić o rozmowę, sir? Jeżeli oczywiście nie masz 

nic  przeciwko  temu  -  dodał  szybko,  widząc,  że  ojciec  próbuje  go 

wyminąć.  Dotknęło  go  to  niemile;  sądził,  że  od  czasu  ich  ostatniej 

szczerej rozmowy rozumieli się znacznie lepiej i stali się sobie bliżsi.  

- Naturalnie, Angmering, naturalnie. Przejdźmy do gabinetu. Przy 

okazji  chcę  ci  powiedzieć,  że  zatrzymał  mnie  dzisiaj  urzędnik  z 

Ministerstwa  Spraw  Wewnętrznych,  informując,  że  śledztwo  w 

sprawie  zamordowania  markiza  Sywella  zostało  ostatecznie 

umorzone.  Urząd  ma  pilniejsze  sprawy  na  głowie;  chodzi  o  stan 

bezpieczeństwa naszego kraju, które jest zagrożone.  

Luddyści  buntują  się  i  niszczą  maszyny  fabryczne  zwłaszcza  w 

hrabstwach  centralnych.  Ci,  którym  powierzono  śledztwo  w  sprawie 

Sywella, są potrzebni do innych, ważniejszych zadań. Wydaje się, że 

ta  zbrodnia  pozostanie  już  na  zawsze  tajemnicą,  może  dopiero  czas 

albo jakiś niezwykły przypadek ją rozwiąże.  

Tak  więc  zadanie  Jacksona  dobiegło  końca.  Detektyw  powróci 

niewątpliwie  w rejony niepokojów  wywołanych przez  luddystów, ale 

tym razem jego robota będzie już zupełnie innego rodzaju.  

-  Przynajmniej  nie  będzie  ci  już  więcej  zawracał  głowy,  sir  - 

zauważył,  kiedy  ojciec  wskazał  mu  krzesło  po  przeciwnej  stronie 

biurka.  

background image

Usiadł  i  zawahał  się  przez  moment.  Nie  bardzo  wiedział,  jak 

rozpocząć  rozmowę  na  temat  obaw  Marissy  i  swoich,  dotyczących 

ojca.  Milczenie  Marcusa  przeciągało  się  do  tego  stopnia,  że  lord  w 

końcu pierwszy się odezwał:  

- O co chodzi, Angmering?  

- Marissa i ja odnosimy wrażenie, że coś cię dręczy. Ta zgryzota 

jest na tyle  poważna,  iż  odbija  się  na  twoim  wyglądzie:  Ona  lęka  się 

jednak, że tu chodzi o coś więcej niż twoje gorsze samopoczucie, i ja 

podzielam  jej  obawy.  Jeżeli  uważasz,  że  zasługuję  na  zaufanie,  to 

błagam cię, powiedz mi o tym.  

Na  pewno  będzie  ci  lżej,  jeśli  zwierzysz  mi  się  ze  swoich 

kłopotów.  Jak  głosi  stare  powiedzenie,  zmartwienie,  które  dzielisz  z 

drugą  osobą,  staje  się  połową  zmartwienia.  Jeżeli  ukrywasz  przed 

nami  jakąś  złą  wiadomość,  to  jestem  przekonany,  że  taka  spowiedź 

przyniesie ci ulgę.  

-  Wiem  -  odparł  ojciec,  nie  patrząc  Marcusowi  w  oczy.  -  Nie 

mogę  mówić  o  tym  z  Marissą,  chociaż  wciąż  na  mnie  nalega,  abym 

przyznał  się,  co  mnie  dręczy.  Zastanawiam  się,  czy  rzeczywiście 

możesz mnie wysłuchać.  

-  O  tym  sam  musisz  zadecydować,  sir.  Uwierz  mi,  moją  jedyną 

intencją jest ci służyć tak, jak przystało dobremu synowi, a obawiam 

się, że ostatnimi łaty nie byłem synem, któremu mógłbyś zwierzyć się 

ze swoich trosk. Jednak teraz, kiedy wreszcie stosunki między nami są 

już właściwe, może zdobędziesz się na wyjawienie swojej tajemnicy.  

background image

-  To  prawda,  Angmering,  to  prawda.  Muszę  przyznać,  że  w 

najśmielszych marzeniach nie oczekiwałem, że wyrośniesz na takiego 

wspaniałego,  wartościowego  człowieka;  nie  przypuszczałem,  że 

okażesz się podporą mojej starości. Ale właśnie dlatego, że jesteś taki, 

a nie inny, czuję, że mogę ci zaufać i wyjawić, co mi leży na sercu.  

Kiedy  ci  już  o  wszystkim  opowiem,  będę  wdzięczny,  jeśli 

wyrazisz  na  koniec  swoje  zdanie  i  ewentualnie  poradzisz,  jak 

powinienem postąpić. To jest bardzo długa historia i niezbyt budująca. 

Miała  początek  wiele  lat  temu  i  lękam  się,  że  gdy  skończę  swoją 

opowieść,  może  zechcesz  wyrzec  się  człowieka,  który  ci  ją 

opowiedział.  

Marcus  miał  w  pamięci  jedną  historię,  której  korzenie  sięgały 

przeszłości, a teraz zapowiadało się, że usłyszy następną. Pomógł już 

Louise, a teraz, chociaż się to wydawało dziwne, jego rodzie również 

oczekiwał od niego pomocy i rady.  

-  Dopóki  nie  opowiesz  mi  wszystkiego,  ojcze  -  odezwał  się, 

porzucając  bezosobowe  „sir”,  ponieważ  zauważył,  że  ojciec  po  tym 

wstępie wygląda jeszcze bardziej mizernie niż na początku rozmowy - 

dopóty nie będę ci w stanie nic doradzić.  

-  Zanim  przystąpię  do  opowiadania  -  zaczął  hrabia  drżącym 

głosem - chcę cię prosić, abyś moje wyznanie zachował w całkowitej 

tajemnicy.  Nie  wolno  ci  nikomu  o  tym  powiedzieć,  absolutnie 

nikomu,  choćbyś  nawet  doszedł  do  wniosku,  że  twoim  obowiązkiem 

jest tak właśnie postąpić. Bez pewności, że tego nie zrobisz, bez twej 

uroczystej obietnicy i słowa honoru, niczego nie wyjawię.  

background image

Marcus  już  miał  na  języku  odpowiedź:  „Oczywiście,  sir. 

Powinieneś  już  wiedzieć,  że  ja  zawsze  dotrzymuję  słowa”,  kiedy 

przypomniał  sobie,  że  wcześniej  podobną  obietnicę  złożył  Louise  -  i 

że prawie natychmiast złamał przyrzeczenie.  

W wyniku tego wiarołomstwa - mimo że popełnił je, kierując się 

najlepszymi  intencjami  i  wyłącznie  dla  jej  dobra  -  stracił  zaufanie 

Louise.  Przypuszczał,  że  przestała  niezachwianie  wierzyć  w  jego 

prawdomówność,  i  niewykluczone,  że  dlatego  odrzuciła  jego 

oświadczyny.  

Postanowił, że tym razem, jak również w przyszłości, niezależnie 

od ceny, jaką przyjdzie mu za to zapłacić, dotrzyma słowa. Zauważył, 

że  ojciec  spostrzegł  jego  wahanie  i  zmienił  się  na  twarzy.  Nie 

domyślając  się  przyczyny  synowskiego  milczenia,  zwiesił  głowę  i 

ukrył  ją  w  dłoniach,  jak  gdyby  dłużej  nie  mógł  już  znieść  ciężaru 

swojej tajemnicy.  

Marcus w końcu przemówił. Mocnym, jasnym głosem, w którym 

dźwięczała szczerość, zapewnił:  

- Możesz polegać na moim słowie, ojcze. Nie ujawnię ani słowa z 

tego, co mi opowiesz, cokolwiek by to było. Mogę złożyć przed tobą 

przysięgę, że będę milczał, jeżeli to może cię uspokoić.  

Lord Yardley znowu uniósł głowę.  

-  Nie,  nie  ma  potrzeby,  Angmering,  twoje  zapewnienie  mi 

wystarczy.  Ostatnio  bardzo  podupadłem  na  zdrowiu,  ale  ufam  Bogu, 

że da mi jeszcze dość siły, abym w Boże Narodzenie powiódł Sophię 

do ołtarza i oddał ją w ręce przyszłego małżonka. Kiedy odejdę z tego 

background image

świata, mój sekret zejdzie razem  ze  mną do grobu, gdzie zapadnie w 

mroki niepamięci. Nie wolno mi już dłużej zwlekać.  

Ta  historia  sięga  drugiej  połowy  minionego  stulecia.  Byłem 

młody - młodszy, niż ty jesteś teraz, Angmering. Wchodziłem w życie 

jako  zwykły  Thomas  Cleeve,  który,  wydawać  się  mogło,  nie  ma 

żadnych  szans  na  hrabiowski  tytuł;  nasza  rodzina  już  dawno  temu 

rozgałęziła  się  w  liczne  boczne  linie  i  ja  nie  byłem  pierwszy  w 

kolejce.  Spotkałem  wtedy  piękną  i  bardzo  pobożną  młodą  kobietę, 

która  nazywała  się  Sophia  Goode  i  w  której  bez  pamięci  się 

zakochałem.  

Uśmiechnął  się  z  wysiłkiem,  widząc,  że  Marcus  poruszył  się 

nagle na krześle, najwyraźniej zaskoczony.  

- Domyślasz się teraz zapewne, dlaczego twoja przyrodnia siostra 

nosi  takie  imię.  Tak,  masz  rację.  To  ja  je  dla  niej  wybrałem.  Ale 

wracajmy  do  tematu.  Byliśmy  w  sobie  tak  zakochani,  że 

postanowiliśmy  się  pobrać,  ponieważ  nie  wyobrażaliśmy  sobie 

dalszego  życia  bez  siebie.  Zarówno  jej,  jak  i  moi  rodzice  przyjęli 

naszą decyzję z najwyższym zadowoleniem.  

Cieszyło  ich,  że  się  tak  kochamy,  bo,  jak  sam  wiesz,  w  naszej 

sferze małżeństwa  z miłości raczej rzadko się zdarzają. Mieliśmy już 

rozpocząć  przygotowania  do  ślubu,  kiedy  pewnego  dnia  dostałem  od 

niej list, który zniszczył cały świat, w jakim dotychczas żyłem. Moja 

ukochana napisała, że zmieniła zamiar, że nie wyjdzie za mnie za mąż 

i przechodzi na katolicyzm.  

background image

Odrzuca  pokusy  ziemskiej  miłości  i  pragnie  zostać  oblubienicą 

Chrystusa - w tym celu zamierza wstąpić do klasztoru. Możesz sobie 

wyobrazić,  jakim  ciosem  był  dla  mnie  ten  list.  Natychmiast  do  niej 

pojechałem, aby wyperswadować jej ten zamiar i nakłonić do zmiany 

decyzji,  ale  Sophii  już  nie  zastałem;  okazało  się,  że  przybyłem  za 

późno.  

Kiedy uświadomiłem sobie, że ona jest już dla mnie stracona, że 

odeszła na zawsze i nigdy  więcej jej  nie zobaczę, poczułem, że tracę 

zmysły.  Buntowałem  się,  złorzeczyłem  Bogu  i  losowi  za  to,  że  tak 

bezlitośnie się ze mną obszedł i że odebrał mi to, co miałem w życiu 

najdroższego. Wszystko, co dookoła siebie widziałem, wydało mi się 

nagle  wrogie  i  nienawistne,  ponieważ  jej  nie  było  przy  mnie  i  nie 

mogłem tego oglądać wraz z nią ani razem z nią uczestniczyć w życiu 

świata.  

Po  dziesięciu  latach  poślubiłem  twoją  matkę  -  uczyniłem  to 

zarówno  dlatego,  że  czułem  się  samotny,  jak  i  z  każdego  innego 

powodu.  Zostałem  srogo  ukarany  za  ten  lekkomyślny  czyn  -  moje 

małżeństwo  okazało  się  katastrofą.  W  końcu  twoja  matka  porzuciła 

mnie dla innego. W niedługi czas potem umarła. Nie dowiedziałem się 

nigdy, w jakich to było okolicznościach; zresztą, nie próbowałem tego 

dociekać. Byłem szczęśliwy, że znowu jestem wolnym człowiekiem.  

Miałem  też  syna,  ale  go  zaniedbywałem  i  odtrącałem  od  siebie, 

ponieważ  przypominał  mi  swoją  matkę,  przez  którą  tyle 

wycierpiałem.  Następnie  spotkałem  Marissę,  która  stała  się  gwiazdą 

przewodnią mojego życia - a do pewnego stopnia również i twoją, jak 

background image

mniemam.  Byłem  szczęśliwy,  szczęśliwszy  nawet,  niż  na  to 

zasługiwałem. Minęło wiele lat i zaczynałem już zapominać o swojej 

dawnej miłości, ciesząc się codziennymi radościami.  

Hrabia zamyślił się i dopiero po dłuższej chwili podjął opowieść.  

-  Niestety,  na  początku  tego  roku  otrzymałem  paczkę,  w  której 

znajdowało  się  kilka  osobistych  drobiazgów  oraz  list.  Był 

zaadresowany  do  mnie  i  pochodził  od  kogoś,  kto  nazywał  się  siostrą 

Mary  Margaret.  Zaintrygowało  mnie  to,  ale  kiedy  przeczytałem  list, 

wszystko  się  wyjaśniło.  Okazało  się,  że  napisała  go  moja  dawna 

utracona miłość.  

Po  jej  śmierci,  która  nastąpiła  wkrótce  po  tym,  zgodnie  z  jej 

ostatnią  wolą,  przeorysza  zakonnego  zgromadzenia  przesłała 

paczuszkę  z  listem  do  mnie.  Zasmuciła  mnie  wieść  o  śmierci  mej 

pierwszej  miłości,  ale  jeszcze  większym  wstrząsem  było  to,  co 

napisała. Wyjaśniła, dlaczego tak nagle ze mną zerwała.  

Okazało się, że została uwiedziona, a właściwie zgwałcona przez 

mego  przyjaciela  z  czasów  młodości,  lorda  George'a  Ormistona, 

znanego  później  jako  markiz  Sywell.  Padła  ofiarą  swej  niewinności i 

braku  doświadczenia  z  mężczyznami.  Sywell  w  owym  czasie  był 

bardzo  atrakcyjnym  i  przystojnym  młodym  człowiekiem  i  rzadko 

która kobieta potrafiła mu się oprzeć.  

Moja Sophia była do tego stopnia niewinna, że po tym wszystkim 

sądziła,  że  nie  ma  dla  niej  innego  wyjścia,  jak  tylko  go  poślubić. 

Dlatego postanowiła zerwać nasze zaręczyny, ale, tak czy inaczej, po 

związaniu się z Sywellem nie chciała już do mnie wrócić.  

background image

Bardzo się na nim zawiodła. Sywell lekceważył ją i traktował całą 

sprawę jak świetny kawał. Drwił z niej i z jej oczekiwań, że się z nią 

ożeni. Nie miał najmniejszego zamiaru tego zrobić. Została oszukana i 

zdradzona.  Zdradziła  siebie,  zdradziła  mnie  i  zdradziła  także  zasady 

religijne,  do  których  przywiązywała  wielką  wagę,  a  wszystko  to  z 

miłości  do  nędznika,  który  pozbawił  ją  dziewictwa  i  uczynił  z  niej 

obiekt bezlitosnych żartów.  

Uważała, że zhańbiła się do tego stopnia, że nie ma prawa wiązać 

się  ze  mną  małżeńskim  węzłem.  W  rezultacie,  odarta,  jak  pisała, 

całkowicie z czci i honoru, postanowiła wyrzec się ziemskiego świata 

i zamknąć w klasztornych murach.  

Możesz  sobie  wyobrazić,  co  działo  się  w  mej  duszy,  kiedy 

przeczytałem  ten  list.  Przeszłość,  która,  myślałem,  już  dawno  została 

pogrzebana,  powstała  naraz  z  grobu,  ożywiając  ponure  duchy  mej 

minionej młodości i ponownie przywodząc na myśl tragiczną sercową 

porażkę.  Dowiedziawszy  się  o  nikczemności  Sywella,  zapragnąłem 

zemścić się na potworze, który doprowadził moją ukochaną do takiej 

desperacji,  że  musiała  zamknąć  się  w  klasztornych  murach  i  wyrzec 

ziemskiego życia.  

Ból przenikał moje serce, kiedy przypomniałem sobie, jak bardzo 

za  nią  tęskniłem  i  jaki  byłem  nieszczęśliwy,  gdy  odeszła.  Pałałem 

żądzą  zemsty  -  chciałem  natychmiast  biec  do  Sywella,  obrzucić  go 

obelgami,  zrobić  coś,  już  nawet  nie  wiem  co.  Zapomniałem  o  swym 

udanym  małżeństwie  z  Marissą,  zajęty  wyłącznie  rozpamiętywaniem 

cierpienia, które Sywell zadał mojej dawnej ukochanej.  

background image

Bezzwłocznie  wybrałem  się  do  opactwa  Steepwood,  aby  rzucić 

mu  w  twarz  oskarżenie,  zwymyślać  od  ostatnich  i  kazać  zapłacić  za 

całe  zło,  jakie  wyrządził  jej  i  mnie. Możesz  sobie  wyobrazić  z  jakim 

rezultatem.  Zniszczony  i  zdegenerowany,  był  karykaturą  tego  ongiś 

świetnego  młodzieńca.  Zaczął  się  ze  mnie  wyśmiewać  i  nazywać 

niedołęgą, który nie potrafił utrzymać przy sobie ukochanej kobiety.  

Chełpił się, że rzuciła mnie najpierw dla niego, a potem dla Boga. 

Śmiejąc się drwiąco, oświadczył: ,,Dziwka sama tego chciała i nie jest 

moją  winą,  że  dostała  religijnego  fioła  po tym,  jak poszła  ze  mną do 

łóżka.  Moim  zdaniem  to,  że  nie  związałeś  się  z  tą  głupią  krową, 

wyszło  ci  tylko  na  dobre.  Przyszłość  to  pokazała.  W  gruncie  rzeczy 

oddałem ci przysługę, za którą raczej należy mi się podziękowanie”.  

Przypuszczalnie  zabiłbym  go  tam  już  wtedy,  gdyby  nie  ten  jego 

bękart, Burneck, który zawsze przy nim warował, stał obok i pilnował. 

Postanowiłem,  że  wykończę  go  w  taki  sposób,  aby  na  nikogo  nie 

padło  podejrzenie,  nawet  na  tę  kreaturę,  Burnecka.  Stłumiłem  nie-

nawiść,  która  wprost  mnie  dusiła,  podziękowałem  Sywellowi  za 

„przysługę”,  jaką  mi  oddał  -  co  Burnecka  rozśmieszyło  do  łez  -  i 

nawet  zaproponowałem  temu  ostatniemu,  dla  pozoru  oczywiście,  że 

zrobimy wspólnie jakiś mały interes.  

Pod  tym  pretekstem  -  właśnie interesu  -  zaprosiłem  Burnecka do 

Jaffrey House tego  wieczoru, w którym postanowiłem zabić Sywella. 

Noc była ciemna, bezksiężycowa i było mało prawdopodobne, że ktoś 

mnie  zauważy.  Wymyśliłem  jakiś  powód  i  zatrzymałem  Burnecka  w 

background image

domu  u  siebie  na  noc.  Spał  w  pomieszczeniach  dla  służby,  co 

stwarzało mu niepodważalne alibi.  

Na  nieszczęście  nie  wziąłem  pod  uwagę  ewentualności,  że 

podejrzenie  o  morderstwo  może  paść  również  na  zaginioną  żonę 

Sywella,  podopieczną  Hanslope'a.  Później  jednak  Jackson  zdjął  mi 

ciężar z serca, zapewniając, że ona w żadnym wypadku nie może być 

oskarżona  o  tę  zbrodnię,  ponieważ  w  owym  czasie  przebywała  w 

Londynie, w którym, po ucieczce od Sywella, zamieszkała na stałe, a 

nie  miała  dostatecznych  środków,  aby  wynająć  płatnego  mordercę, 

który by za nią tego okrutnika sprzątnął.  

Przebrałem  się  w  strój  leśnika,  na  wypadek  gdyby  ktoś  jednak 

mnie  zobaczył  w  ciemnościach.  Wziąłem  też  ze  sobą  pistolet.  Przez 

całą  drogę  do  opactwa  myślałem  o  tym,  jak  go  będę  zabijał.  Nie 

odczuwałem  najmniejszych  wyrzutów  sumienia  z  tego  powodu. 

Powiedziałem  sobie,  że  zasłużył  w  pełni  na  taki  haniebny  koniec 

przez swoje liczne zbrodnicze czyny.  

Nadal  o  tym  myślałem,  kiedy  przekraczałem  progi  opactwa  i 

szedłem  po  schodach  na  górę  jednym  z  tych  dobrze  mi  znanych 

tajemniczych  przejść.  Gdyby  nawet  jakiś  niefortunny  zbieg 

okoliczności sprawił, że ktoś znalazłby się w pobliżu, i tak nie mógłby 

mnie zobaczyć.  

Zastałem  Sywella  w  sypialni.  Wydawał  mi  się  jeszcze  bardzie 

odrażający  niż  wtedy,  kiedy  go  widziałem  ostatnim  razem  z  racji 

awantury,  jaką  mu  urządziłem  po  otrzymaniu  pośmiertnego  listu  od 

mojej  pierwszej  miłości.  Nie  pamiętałem  już,  jak  wyglądaliśmy  obaj 

background image

w  latach naszej młodości. O nim mówiono, że przypominał Adonisa, 

owego pięknego młodzieńca z greckich mitów.  

Teraz  przede  mną  w  łóżku  leżał  jedynie  żałosny  ludzki  wrak. 

Widocznie  próbował  się  ogolić,  ponieważ  na  podręcznym  stoliku 

obok  łóżka  leżała  brzytwa  i  ręcznik.  Spojrzał  na  mnie  i  wybełkotał: 

„Co  ty,  u  diabła,  robisz  w  mej  sypialni  o  takiej  późnej  porze, 

Yardley?”  „Przyszedłem,  żeby  cię  posłać  do  piekła”  -  odrzekłem. 

„Kula,  którą  ci  zaraz  wsadzę  w  głowę,  będzie  moim  prezentem  dla 

ciebie od Sophii”.  

Podniosłem  pistolet  do  góry  i  wycelowałem  w  ten  łachman.  To 

coś  nie  było  już  człowiekiem.  Wytoczył  się  z  łóżka.  Stanął 

naprzeciwko  mnie i powiedział:  „Nie  stać cię na to.  Nie  zdobędziesz 

się  na  tyle  odwagi,  Tozzy,  aby  zabić  z  zimną  krwią  starego 

przyjaciela”.  

Umyślnie użył przezwiska, jakim obdarzono mnie w szkole, i nie 

wiem,  nigdy  nie  będę  wiedział,  czy  to,  że  mnie  tak  nazwał,  czy  coś 

jeszcze  innego  sprawiło,  że  nie  wypaliłem  do  niego  od  razu. 

Doznałem  jakiegoś  olśnienia, jakaś  błyskawiczna  myśl  przebiegła  mi 

przez  głowę,  przed  oczami  stanęło  mi  moje  szczęśliwe  życie  z 

Marissą. Wiedziałem już jedno - nie potrafię go zabić, nawet jeżeli w 

pełni na to zasłużył.  

Uprzytomniłem  sobie,  co będzie,  jeśli  dowiodą  mi  morderstwa,  i 

jaki to wtedy będzie cios dla Marissy, dla mojej córki Sophii, mającej 

poślubić w Boże Narodzenie księcia Shambrook. Zostanę aresztowany 

i jeszcze przed tym wielkim świętem zawisnę na szubienicy.  

background image

Pomyślałem sobie, że on nie jest tego wart, że on już przebywa w 

piekle,  które  sam  sobie  stworzył.  Plugawym  życiem  zniszczył  męską 

urodę  i  zmarnował  zdolności,  podczas  gdy  ja,  jedna  z  jego  ofiar, 

stworzyłem  zasobny  szczęśliwy  dom,  doczekałem  się  dzieci  i  żyję 

otoczony kochającą rodziną.  

Trzeba  byłoby  wielu  słów,  aby  wyrazić  moje  uczucia,  ale  dla 

myśli czasu było aż nadto. Opuściłem rękę  z pistoletem i jak głupiec 

położyłem  go  na  stoliku,  mówiąc:  „Umieraj  naturalną  śmiercią, 

Sywell. Nie chcę skracać twego nędznego żywota”.  

Och, i tym razem go nie doceniłem. Ryknął groźnie i podskoczył 

ku mnie, zanim zdążyłem pochwycić pistolet. Złapał brzytwę i rzucił 

się  z  nią  na  mnie,  zamierzając  poderżnąć  mi  gardło.  Chciał  mnie 

zabić. Jednak nie docenił swej ostatniej ofiary. Aczkolwiek już stary i 

słaby,  byłem  i  tak  silniejszy  od  tej  ruiny,  jaką  on  sobą  przedstawiał. 

Złapałem go za nadgarstek i wykręciłem  z garści brzytwę. On plunął 

mi  w  twarz  i  odezwał  się  drwiąco:  „Mówiłem  już,  że  zabraknie  ci 

odwagi, aby mnie zabić, Tozzy, pamiętasz?”.  

Nie  wiem,  co  mnie  ogarnęło  po  tych  słowach.  Opanowała  mnie 

furia  podobna  chyba  do  szału,  jaki  był  udziałem  naszych 

skandynawskich  przodków,  wikingów,  gdy  ruszali  do  walki  z 

nieprzyjacielem.  W  jednej  chwili  przeistoczyłem  się  w  szaleńca. 

Ciąłem go i dźgałem dopóty, dopóki starczyło mi sił, a on nie znalazł 

się  na  podłodze  nieżywy.  Odstąpiłem  od  niego,  chwiejąc  się  na 

nogach,  wyczerpany  do  ostateczności.  Odrzuciłem  brzytwę  i 

background image

podniosłem  pistolet,  który  upadł  na  podłogę.  Byłem  cały 

zakrwawiony; należało czym prędzej uciekać z tego domu.  

Nie  bardzo  pamiętam,  co  było  dalej,  ponieważ  przez  cały  czas 

znajdowałem  się  w  szoku,  ale,  rzecz  dziwna,  w  dalszym  ciągu  nie 

odczuwałem żadnych wyrzutów sumienia. Przecież gdybym ja go nie 

zabił,  to  on  by  mnie  zabił.  Zanim  wyszedłem  z  sypialni  Sywella, 

podniosłem  jego  płaszcz,  niedbale  rzucony  na  podłogę  i  wziąłem  ze 

sobą.  

Kiedy  doszedłem  do  stawu,  w  którym  obaj  kąpaliśmy  się  jako 

chłopcy,  rozebrałem  się,  zdjąłem  z  siebie  wierzchnią  odzież, 

przesiąkniętą jego krwią i zagrzebałem ją w ziemi. Nie mam pojęcia, 

w  którym  miejscu.  Nie byłem  wtedy  w  stanie  przejmować  się  takimi 

sprawami.  Następnie  umyłem  się,  włożyłem  na  siebie  płaszcz 

Sywella,  żeby  jako  tako  wyglądać  i  udałem  się  do  domu.  Po  drodze 

nie  spotkałem  nikogo  i  bez  przeszkód  dotarłem  do  swej  sypialni. 

Zadbałem  o  to,  aby  mój  lokaj i  służba  byli  świadkami,  że  położyłem 

się spać o zwykłej porze.  

Kiedy, w jakiś czas potem, zaczął się szum wokół tej zbrodni, moi 

ludzie z czystym sumieniem zaświadczyli, że feralnego dnia pomogli 

mi  jak  zwykłe  wieczorem  położyć  się  do  łóżka  i  że  nazajutrz  rano 

zastali  mnie  w  sypialni.  Jackson  maglował  mnie  podczas 

przesłuchania  na  wszystkie  strony,  ale  nic  nie  zdołał  ze  mnie 

wydobyć. Nie zdradziłem się niczym - nawet powieka mi nie drgnęła.  

Martwiłem  się  tylko,  że  jakiś  niewinny  człowiek  może  zostać 

posądzony  o  morderstwo,  które  w  rzeczywistości  nie  było  przecież 

background image

morderstwem,  tylko  działaniem  w  obronie  własnej  -  i  że  wtedy  będę 

musiał  przyznać  się  do  winy.  Nie  mogę  przecież  pozwolić,  aby  jakiś 

Bogu ducha winny człowiek zawisnął zamiast mnie na szubienicy.  

Dzisiaj,  jak  ci  już  wspomniałem,  poinformowano  mnie,  że 

śledztwo utknęło w martwym punkcie. Organy śledcze nie wpadły jak 

dotąd na żaden trop sprawcy tej zbrodni. Jeżeli nie pojawią się nowe 

fakty,  to  zagadka  śmierci  Sywella  nigdy  nie  zostanie  rozwiązana. 

Wszyscy podejrzani, włącznie ze mną, mają niepodważalne alibi, tak 

więc sprawa, jak do tej pory, nie posunęła się ani o krok do przodu.  

Tak  długo  już  żyję  ze  świadomością  tego  czynu,  że  życie 

przestało  przedstawiać  dla  mnie  jakąkolwiek  wartość.  Do  tego 

dochodzi choroba, która, zdaniem lekarzy, w ciągu roku zabierze mnie 

z tego świata. Mówię ci to na wypadek, gdyby jakaś niewinna osoba 

została  oskarżona  o  to  morderstwo  po  mojej  śmierci.  Wtedy  i  tylko 

wtedy  weźmiesz  pismo,  które  ci  zaraz  wręczę,  a  które  zawiera  moje 

zeznanie  i  przedstawisz  je  właściwym  organom.  Nie  chcę,  aby 

ktokolwiek cierpiał za moje winy.  

Twarz hrabiego była szara jak popiół. Na biurku stała szklanka z 

wodą. Podniósł ją do ust drżącą ręką i spojrzał na syna.  

-  Oczywiście,  że  uczynię  to,  o  co  mnie  prosisz,  ojcze  - 

odpowiedział Marcus z bezbrzeżnym współczuciem w głosie. - Znając 

moralność Sywella i twoją, wierzę głęboko, że działałeś wyłącznie w 

obronie własnej, ale ze względu na brak świadków trudno byłoby ci to 

udowodnić  przed  sądem.  Zwłaszcza  że,  jak  sam  na  początku 

stwierdziłeś,  przyszedłeś  do  niego  po  to,  by  go  zabić.  Jeśli  o  mnie 

background image

chodzi,  całkowicie  rozumiem  uczucia,  które  tobą  wtedy  miotały  i 

które zmusiły cię do tego czynu.  

-  Dziękuję  ci,  Angmering  -  odrzekł  lord  Yardley.  -  Mam 

wrażenie, że pośmiertny list Sophii wprawił mnie w chwilowy obłęd. 

Dopiero  kiedy  uprzytomniłem  sobie,  co  zrobiłem  Sywellowi, 

powróciłem do przytomności i zacząłem rozumować normalnie.  

Jestem  również  przekonany,  że,  poza  wszystkim,  moja  dawna 

miłość nie życzyłaby sobie, abym mścił się za nią na Sywellu. Nic nie 

tłumaczy  mojego  postępku  ani  kłamstw,  jakie  głosiłem.  Ja,  który 

zawsze  chlubiłem  się  prawdomównością,  muszę  obecnie  żyć  ze 

świadomością, że jestem kłamcą i oszustem...  

Marcus podniósł się, okrążył biurko i zwrócił się do hrabiego:  

-  Przestań,  ojcze,  przestań.  Co  się  stało,  to  się  nie  odstanie. 

Niezależnie  od  Sywella,  który  ma  to,  na  co  zasłużył,  w  zasadzie  ty 

jesteś  jedyną  ofiarą.  Nikt  nie  został  skrzywdzony  niesłusznym 

posądzeniem  o  morderstwo.  Wszyscy,  których  to  podejrzenie 

obejmowało, dowiedli, na szczęście, swojej niewinności.  

Teraz, kiedy się już przede mną wyspowiadałeś i zrzuciłeś ciężar 

z serca, postaraj się odzyskać spokój. Zapewniam cię, że nie powiem 

nic  i  nie  zrobię  niczego  oprócz  tych  dwóch  rzeczy,  o  które  mnie 

prosiłeś.  Po  pierwsze,  będę  milczał  jak  grób,  a  po  drugie,  w  razie 

konieczności  przekażę  twoje  zeznania  władzom.  A  teraz  idź  do 

sypialni i spróbuj odpocząć.  

-  Nie  zasłużyłem  na  takiego  syna  jak  ty,  Angmering  - 

odpowiedział  z  prostotą  stary  hrabia.  -  Nie  zasługuję  też  na  Marissę. 

background image

W latach swojej młodości nie byłem wcale lepszy od Sywella. Byłem 

takim  samym  rozpustnikiem  jak  on.  Czy  Sophia  byłaby  w  stanie, 

gdyby  została  moją  żoną,  zmienić  mnie  pod  tym  względem?  Nie 

wiem i nigdy się tego nie dowiem.  

Zmieniłem się na lepsze dopiero po jej odejściu. O Boże, wszyscy 

jesteśmy przekonani, że przeszłość to jest coś, co skończyło się raz na 

zawsze  i  nigdy  nie  wróci.  Boże  zmiłuj  się  nade  mną,  w  moim 

przypadku ta przeszłość wróciła i zniszczyła mnie po raz wtóry.  

Co  mam  powiedzieć,  jakich  słów  użyć,  aby  ulżyć  męce  ojca, 

myślał  z  rozpaczą  Marcus.  Niestety,  nic  nie  mógł  na  to  poradzić. 

Jedyne, co zrobił, to pomógł mu dźwignąć się z miejsca i odezwał się 

uspokajająco:  

-  Pozwól,  że  zaprowadzę  cię  teraz  na  górę,  ojcze.  Połóż  się  do 

łóżka  i  postaraj  się  zasnąć.  We  śnie  znajdziesz  zapomnienie  od 

dręczących  cię  koszmarów.  Sen  przyniesie  ci  spokój.  Żywy  czy 

umarły, Sywell nie jest  wart, abyś zadręczał się  wyrzutami sumienia. 

Pomyśl,  to  jego  własna  podłość  i  niegodziwość  spowodowały,  że  w 

taki,  a  nie  inny  sposób  zakończył  życie.  To  on  sam  jest  winien  swej 

haniebnej śmierci.  

Ojciec zgodził się zrobić tak, jak Marcus sobie życzył. Wspierany 

mocnym  ramieniem  Thomas  Cleeve,  lord  Yardley,  szedł  wraz  z 

synem,  którego  docenił  dopiero  na  starość,  po  schodach, na  górę,  do 

sypialni.  Tam  wreszcie,  w  jej  zaciszu,  zasnął  głębokim  snem. 

Spowiedź  przed  synem  oczyściła  go  i  zesłała  na  niego  upragniony 

spokój, który, jak mu się zdawało, na zawsze już go opuścił.  

background image

Marcus  odprowadził  ojca  do  sypialni,  a  następnie,  wstrząśnięty, 

długo  rozmyślał  nad  tym,  co  od  niego  usłyszał.  Nachodziły  go  też 

myśli  o  Louise.  W  rezultacie  od  nadmiaru  wrażeń  nie  mógł  długo 

zasnąć tej nocy.  

Kiedy  w  końcu,  wyczerpany  przeżyciami  minionego  dnia, 

zdrzemnął  się,  dręczyły  go  koszmary  zrodzone  pod  wpływem 

ojcowskiej  opowieści.  W  tym  śnie  ukazał  mu  się  powstały  z  grobu 

Sywell, który go straszył, a także Louise, smutna i pobladła jak wtedy, 

kiedy opowiadała mu historię swego tragicznego życia.  

Pod  koniec  sen  okazał  się  jednak  całkiem  przyjemny.  Ciemność, 

która  go  otaczała,  rozproszyła  się,  a  on  przechadzał  się  po  lesie  w 

Steepwood  razem  z  Louise.  Odwrócił  głowę,  aby  na  nią  spojrzeć,  i 

fala  czułości  zalała  mu  serce.  Jej  zaróżowiona  twarz  promieniała 

szczęściem,  a  oczy  błyszczały  wesołością  i  uczuciem.  Trzymała  w 

ręku bukiet i powiedziała do niego „Chciałabym tam pójść...”  

Już  miał  jej  odpowiedzieć,  ale  sen  się  urwał,  a  on  ocknął  się  w 

bladym  świetle  wczesnego  jesiennego  poranka.  Ciężar,  który 

przygniatał  mu  duszę  od  chwili,  kiedy  dowiedział  się  o  tajemnicy 

ojca,  zelżał  i  Marcus  poczuł  się  na  siłach,  aby  wziąć  się  za  bary  z 

nadchodzącym dniem i wszystkimi innymi dniami w przyszłości.  

Louise  miała  już  dość  znaczących  spojrzeń,  jakimi  obrzucały  ją 

ostatnio  niektóre  z  jej  wytwornych  klientek.  W  ich  wzroku  czytała 

wyraźnie, że wiedzą o plotkach krążących w towarzystwie na temat jej 

bliskich  stosunków  z  Marcusem;  Oczywiście,  nie  wyrażały  swej 

ciekawości otwarcie, ale było jasne, że ten fakt bardzo je intryguje.  

background image

Louise wiedziała, że jej osoba będzie w centrum zainteresowania 

londyńskiej  socjety  dopóty,  dopóki  inny  skandal  nie  przyciągnie 

uwagi tych, których egzystencja była tak jałowa i pusta, że tylko tego 

rodzaju namiastki nadawały jej kolorów życia.  

Skończyła  właśnie  przymierzanie  ślubnej  kreacji  innej  młodej 

kobiecie,  której  ślub  również  miał  się  odbyć  w  Boże  Narodzenie. 

Odpoczywała  w swym małym gabinecie - od rana była tak zajęta, że 

nie zdążyła nawet przysiąść, żeby chwilę odetchnąć, kiedy przybiegła 

zadyszana ekspedientka, oznajmiając z żywością:  

-  Madame  Felice,  ten  dżentelmen,  który  chciał  zamówić  u  pani 

koszulę,  znowu  się  pojawił.  Powiedział  do  mnie  tak  „Powiedz 

madame  Felice,  że  pan  Marks  musi  się  z  nią  koniecznie  zobaczyć  w 

bardzo ważnej sprawie...”  

Marcus przyszedł do niej na Bond Street, nie bacząc na to, że ktoś 

go może zobaczyć! Czego on chce? Co to może być takiego pilnego? 

Kiedy widzieli się ostatnio w jej domku w Chelsea, obiecał, że prześle 

jej  dokumenty,  które  Jackson  wydostał  od  Burnecka,  a  które 

potwierdzały,  że  jest  dzieckiem  pochodzącym  z  legalnego 

małżeńskiego  związku.  Czyżby  zatem  jego  obecna  wizyta  miała 

znaczyć, że zmienił zamiar i nie odda jej papierów?  

Louise  zastanawiała  się,  czy  to  widok  Marcusa  wprawił  jej 

pomocnicę  w  takie  podniecenie,  czy  też  było  to  jej  normalne 

zachowanie,  tylko  skrzętnie  do  tej  pory  ukrywane.  Ekspedientka 

zwróciła się ponownie do swej patronki:  

- Co mam powiedzieć temu panu, mam?  

background image

- Madame Felice, nie mam - skarciła ją Louise. - Powiedz, że go 

oczekuję.  

Co  mu  powie,  kiedy  go  zobaczy?  Długo  analizowała  swoją 

sytuację i zastanawiała się, jak ma postąpić. Wyjść za Marcusa czy też 

nie  wyjść?  Ogłosić,  że  jest  Louise  Cleeve,  daleką  kuzynką  hrabiego 

Yardleya czy nie? Starać się o unieważnienie małżeństwa z Sywellem 

czy  nie?  Tę  ostatnią  ewentualność  rozważała  po  odejściu  Marcusa 

szczególnie długo. Nie chciała używać tytułu markizy Sywell. W razie 

czego pójdzie do akuszerki, a ta zaświadczy, że jest dziewicą.  

Kiedyś  myślała,  że  jeśli  nadejdzie  taki  moment,  że  dowie  się 

prawdy o swoim pochodzeniu, to wszystkie dalsze decyzje przyjdą już 

jej z łatwością. Nic bardziej mylnego...  

Wejście  Marcusa  położyło  kres  jej  zadumie.  Był  ubrany  jak  pan 

Marks  i  miał  ze  sobą  teczkę  -  zawierała  przypuszczalnie  dokumenty. 

Na  jego  widok  serce  zabiło  jej  szybciej  w  piersi.  Dlaczego  tak  jest, 

zastanawiała  się,  że  zawsze,  kiedy  go  przez  czas  dłuższy  nie  ogląda, 

wydaje  się  jej  tak  nieodparcie  pociągający.  Zrozumiała,  że  po  prostu 

za nim tęskniła.  

Poczuła  się  zakłopotana  i  dziwnie  podekscytowana.  Jej  oddech 

stał  się  szybszy  i  urywany.  Nakazała  ciału  zachować  spokój,  ale  ono 

nie  chciało  posłuchać  wezwania.  Najgorsze  ze  wszystkiego  -  a  może 

najlepsze  -  było  to,  że  nie  musiał  nawet  jej  dotykać,  aby  poczuła,  że 

jej właściwe miejsce jest w jego ramionach - miejsce, w którym nigdy 

jeszcze nie gościła.  

background image

-  Proszę  siadać,  panie  Marksie  -  zwróciła  się  do  niego,  jakby 

rzeczywiście  był  kancelaryjnym  urzędnikiem.  -  Spodziewam  się,  że 

przynosisz  mi  dokumenty  zaświadczające  o  moim  prawdziwym 

pochodzeniu.  

Moje  ty  kochanie!  -  czule  odpowiedział  jej  w  myślach  Marcus. 

Wystarczy,  że  tylko  cię  zobaczę,  a  natychmiast  rodzi  się  we  mnie 

pragnienie, aby jak najszybciej powieść cię do ołtarza i uczynić swoją 

żoną.  Nie  chcę,  nie  mogę  czekać  już  dłużej,  to  ponad  moje  siły.  Coś 

mi  się  wydaje,  że  Louise  dobrze  o  tym  wie  i  specjalnie  się  ze  mną 

droczy. To dobry znak.  

-  W  rzeczy  samej  -  odpowiedział,  służalczo  skłaniając  przed  nią 

głowę.  Louise  rozbawił  ten  uniżony  gest.  Och,  cóż  to  była  dla  niego 

za radość widzieć uśmiech na jej twarzy. - Postanowiłem, że najlepiej 

będzie, jeżeli osobiście przekażę ci te dokumenty. Będę przynajmniej' 

miał pewność, że nie zapodzieją się gdzieś po drodze.  

-  To  bardzo  przezornie  z  twojej  strony  -  odparła  łaskawie, 

wyciągając po nie rękę, kiedy już z wielką ostrożnością wydobył je z 

teczki.  -  Zwłaszcza  że  jak  zrozumiałam,  kiedy  widzieliśmy  się 

ostatnio  u  mnie  w  domu  w  Chelsea,  miałeś  je  przesłać  przez 

umyślnego.  

Marcus  uśmiechnął  się  i  tak  manewrował  papierami,  aby  jego 

ręka  dotknęła  jej  dłoni.  To  wystarczyło,  by  poczuł  silne  pożądanie. 

Zachował  się  jak  owa  żaba  ze  sławnego  eksperymentu  signorą 

Galvaniego w momencie, kiedy podłączył ją do prądu. Wszystkie jego 

zmysły zareagowały jak na zawołanie.  

background image

Sądząc  po  wyrazie  twarzy  Louise,  jej  odczucia  musiały  być 

podobne.  Oddychała  teraz  nawet  szybciej  niż  przed  chwilą  jej 

pomocnica  ze  sklepu.  Chciała  już  odłożyć  papiery,  kiedy  Marcus 

odezwał się ostrzegawczo:  

-  Radziłbym  ci  najpierw  sprawdzić  dokumenty  według  spisu, 

który  specjalnie  w  tym  celu  sporządziłem.  Mam  również  do 

przekazania  pamiętnik  twojej  matki.  -  Wyjął  go  z  teczki  i  oddał 

Louise, ponownie szukając sposobności, aby dotknąć jej dłoni.  

Tym razem Louise drgnęła. Uśmiechnął się szeroko, podczas gdy 

ona  otworzyła  dzienniczek  i  zaczęła  przerzucać  jego  kartki. 

Niewymowna radość odmalowała się na jej twarzy, większa nawet niż 

w  chwili,  kiedy  wręczał  jej  pierwszą  partię  dokumentów,  tych,  które 

potwierdzały  jej  prawdziwą  tożsamość  -  akt  ślubu  jej  rodziców  oraz 

jej własną metrykę urodzenia.  

Louise  poczuła,  jak  łzy  napływają  jej  do  oczu  i  toczą  niczym 

groch po policzkach.  

- O, nie - rzekła, ocierając je ręką. Na ten widok Marcus podał jej 

przez biurko dużą lnianą chustkę.  

-  Przepraszam  -  odezwała  się  ze  skruchą  -  ale  bardzo  się 

wzruszyłam,  choć  jednocześnie  jestem  taka  szczęśliwa.  Obdarowałeś 

mnie niezwykle hojnie - nikt nie oddał mi większej przysługi w życiu. 

Dokumenty,  które  otrzymałam  z  twojej  ręki,  to  nie  tylko  moje 

dzieciństwo  i  wczesna  młodość,  ale  i  moja  przyszłość.  Rozumiesz 

chyba, dlaczego tak się z nich cieszę - to przecież jedyna pamiątka po 

background image

mojej matce i dlatego moja radość pomieszana jest ze łzami. Jej smak 

jest słodki i gorzki jednocześnie.  

Trzeba  oddać  sprawiedliwość  Marcusowi,  że  rozumiał  stan  jej 

ducha i potrafił się  w niego  wczuć -  wiedział, co chciała wyrazić. W 

gruncie rzeczy był subtelnym i wrażliwym człowiekiem, ale mało kto 

znał  tę  drugą  stronę  jego  natury.  Martwiło  go,  że  Louise  jest  taka 

rozstrojona,  ale  jednocześnie  cieszył  się,  że  tak  się  teraz  do  niego 

przychylnie odnosi. Nie było już  w niej śladu owej rezerwy, a nawet 

niechęci,  jaka  cechowała  jej  zachowanie  podczas  ich  ostatniego 

spotkania w Chelsea.  

I rzeczywiście tak było. Wydawać się mogło, że przykra scena w 

jej  domu,  odmowa  przyjęcia  oświadczyn  nigdy  sienie  wydarzyły. 

Zgodny  stan  ich  umysłów  i  nowe  porozumienie  znalazły 

potwierdzenie  -  Louise  otarła  ostatnią  łzę  z  oka  i  w  tym  samym 

momencie co Marcus powiedziała:  

-  Myślałam,  że...  Spojrzeli  na  siebie  i  oboje  wybuchnęli 

śmiechem.  

Następnie również jednocześnie wyrzekli:  

- Najpierw ty...  

Marcus  przechylił  głowę  na  bok  i  przybrał  minę,  która  Louise 

zawsze kojarzyła się z twarzą pana Marksa - wyrażała zarazem pokorę 

i przymilne zainteresowanie.  

-  Muszę  przyznać,  że  po  naszym  ostatnim  widzeniu,  podczas 

którego  tak  się  poróżniliśmy,  byłem  przekonany,  że  już  nigdy  nie 

background image

zamienimy  ze  sobą  słowa.  Nasze  obecne  spotkanie  jednak  cechuje 

taka zgodność, że... - Urwał.  

Louise wtrąciła bystro:  

-  ...że  prawie  ze  sobą  nie  rozmawiamy  -  zbyt  nas  pochłania 

mówienie tego samego.  

- Masz rację - przyznał Marcus. - Jak sądzisz, dlaczego tak jest?  

-  Dlatego  -  zaczęła  Louise,  z  namysłem  dobierając  słowa  -  że 

długo zastanawiałam się nad naszą sytuacją i doszłam do wniosku, że 

ostatnio  bardzo  brzydko  się  wobec  ciebie  zachowałam,  zwłaszcza  że 

byłeś zwiastunem pomyślnych wieści. Zadałeś sobie wiele trudu, aby 

odnaleźć  to,  o  czym  przez  całe  życie  chciałam  się  dowiedzieć,  a  ja, 

zamiast podziękować, obraziłam cię.  

Taką  nagrodę  otrzymałeś  ode  mnie  za  swe  wysiłki.  Po  tym,  co 

zaszło, dziwię się, że jeszcze chcesz ze mną rozmawiać. Przyrzekłam 

sobie,  że  kiedy,  a  raczej  jeżeli,  ponownie  się  spotkamy,  postaram  się 

być  dla  ciebie  uprzejmiejsza.  Bardzo  mi  zależy,  abyś  zapomniał  o 

przykrości, jaką swym bezmyślnym zachowaniem wyrządziłam.  

-  O,  nie  -  zaoponował  Marcus.  -  Nie  obwiniaj  się,  proszę. 

Przeżyłaś  wielki  wstrząs.  Zrozumiałem  to  dopiero  wtedy,  kiedy  w 

spokoju  przemyślałem  całą  sytuację.  Uświadomiłem  sobie,  jakim 

nietaktem  z  mojej  strony  było  proponowanie  ci  w  takim  momencie 

małżeństwa.  

Widzisz,  kochanie  moje,  odkąd  wszedłem  w  rolę  kancelaryjnego 

urzędnika,  zacząłem  również  rozmawiać  w  podobny  sposób  jak  on. 

Urażona duma sprawiła, że zachowałem się niewłaściwie i dodatkowo 

background image

pogorszyłem  tym  całą  sprawę.  Ale  ja  zawsze  reagowałem 

spontanicznie  i  w  związku  z  tym  często  zachowuję  się  jak  ten 

przysłowiowy słoń w składzie porcelany.  

-  Drogi  Marcusie  -  odezwała  się  z  wielkim  przejęciem  Louise  i 

uśmiechnęła  do  niego  przez  łzy.  Przestały  już  wprawdzie  płynąć,  ale 

wciąż  przesłaniały  jej  oczy  świetlistą  zasłoną.  -  Powinieneś  używać 

liczby  mnogiej.  Obydwoje  ponosimy  winę  i  wspólnie  narobiliśmy 

tego zamieszania. Nie zgadzam się, abyś brał ją tylko na siebie.  

- Proszę bardzo, możemy się nią podzielić! - wykrzyknął Marcus. 

-  Ostatnio  odbyłem  długą  rozmowę  z  ojcem,  która  dała  mi  wiele  do 

myślenia.  Uświadomiłem  sobie,  że  życie  jest  bardzo  krótkie  i  że 

szybko musimy chwytać szczęście, jeżeli nam się nadarzy. Druga taka 

okazja może się nam już nigdy nie trafić.  

Po tej rozmowie postanowiłem jak najszybciej ciebie odwiedzić i 

naprawić  nasze  stosunki.  Coś  mi  się  jednak  wydaje,  że  obydwoje 

mieliśmy 

podobne 

zamiary. 

tego, 

co 

powiedziałaś, 

wywnioskowałem,  że  stan  naszych  umysłów  jest  zbliżony  i  że 

czujemy jednakowo.  

-  To  prawda  -  przyznała  Louise  -  ale  muszę  powiedzieć,  że 

jeszcze nie zdecydowałam się do końca, co zrobić z tymi... - wskazała 

ręką  na  dokumenty.  -  Jest  jeszcze  inna  sprawa,  którą  się  martwię. 

Chodzi  o  to,  że  nie  chcę  nosić  tytułu  markizy  Sywell,  i  w  związku  z 

tym zamierzam unieważnić swoje małżeństwo - jeżeli jest to możliwe 

teraz,  kiedy  on  już  nie  żyje.  Byłam  głupia,  że  zgodziłam  się  zostać 

jego żoną.  

background image

Mój opiekun był umierający i na łożu śmierci błagał mnie, abym 

przyjęła  oświadczyny  Sywella.  John  Hanslope  był  dla  mnie  taki 

dobry,  że  nie  chciałam  go  martwić,  sprzeciwiając  się  jego  ostatniej 

woli.  Nie  wiedziałam  wtedy,  jakim  potworem  był  Sywell.  Nie  chcę 

mieć  nic  wspólnego  z  tym  nazwiskiem.  Pragnę  się  pozbyć 

wszystkiego, co mnie łączy z jego osobą, raz na zawsze.  

-  No  cóż  -  powiedział  Marcus  -  radziłbym  ci  udać  się  w  tej 

sprawie do dobrego prawnika, a nie takiego dyletanta jak ja, i zapytać 

go  o  prawne  implikacje  twego  nowego  statusu  oraz  o  to,  czy  jest 

możliwe  starać  się  o  unieważnienie  małżeństwa  z  Sywellem.  Co  do 

mnie,  to  przyznaję,  że  nie  mam  ochoty  poślubić  markizy  Sywell, 

nawet jeżeli Louise Cleeve zgodzi się przyjąć moje oświadczyny. Ale 

widzę po twojej minie, że nie podjęłaś jeszcze decyzji w tej sprawie.  

-  Nie  -  odparła  niecierpliwe  Louise.  Podniosła  się  z  krzesła  i 

podeszła  do  małego  stolika,  na  którym  stał  dzbanek  z  wodą  i  dwie 

jednakowe  szklanki.  Nie  czuła  pragnienia,  ale  chciała  uspokoić  się 

trochę, a także zyskać na czasie, zanim da odpowiedź Marcusowi. Nie 

chciała go, broń Boże, urazić, to była jej główna troska.  

- Strasznie chce mi się pić. Nalać ci również? - zapytała.  

-  Tak  -  odparł  Marcus.  Domyślił  się,  że  jest  to  unik  ze  strony 

ukochanej  -  że  Louise  gra  na  zwłokę.  Widocznie  zamierza  mu 

powiedzieć  coś,  co  nie  będzie  mu  w  smak.  -  Mówienie  wysusza 

gardło, a ja nie zwykłem tyle mówić. Chłopi i rzemieślnicy, z którymi 

mam  do  czynienia  w  północnych  włościach  mego  ojca,  są  na  ogół 

ludźmi małomównymi. Rozmawiają głównie monosylabami.  

background image

- My zaś robimy wręcz przeciwnie - stwierdziła Louise, wręczając 

mu szklankę z wodą. - Chciałabym uprzedzić, że to, co teraz powiem, 

nie jest moim ostatecznym słowem. Prawda wygląda w ten sposób, że 

jestem  rozdarta  wewnętrznie.  Mam  dobrze  prosperującą  pracownię, 

tutaj,  przy  Bond  Street,  i  wychodząc  za  mąż,  musiałabym  z  niej 

zrezygnować.  

Żona  najstarszego  syna  i  następcy  lorda  Yardleya  nie  może  być 

krawcową,  która  przychodzi  do  domu  jego  przyjaciół  nie  w 

charakterze  gościa,  ale  z  racji  wykonywania  swego  zawodu  -  aby 

przymierzać  suknie  ich  żonom,  matkom  i  córkom.  Pozycja  szwaczki 

w świecie niewiele się różni od statusu służącej.  

Tak,  niestety,  przedstawia  się  rzeczywistość  i  trzeba  się  z  nią 

liczyć,  podejmując  tak  ważną  decyzję  jak  zawarcie  związku 

małżeńskiego.  Jednak  -  przerwała,  aby  napić  się  wody,  której 

dotychczas  nie  tknęła  -  mam  świadomość  innej,  ważnej  dla  mnie 

prawdy:  zrozumiałam,  że  kocham  przyszłego  hrabiego  Yardleya  i 

chciałabym być jego żoną. Mam nadzieję, że rozumiesz mój dylemat.  

Nie  usiadła  z  powrotem,  ale  stanęła  przed  nim,  odstawiwszy 

uprzednio szklankę na biurko. Zanim zdążyła się zorientować, Marcus 

porwał ją w ramiona.  

-  Kochasz  mnie!  Tylko  to  mnie  interesuje  i  tylko  to  muszę 

wiedzieć.  Och,  moje  najdroższe  kochanie,  tyle  czasu  marzyłem,  aby 

usłyszeć  te  słowa  z  twoich  ust.  Wyznałem  ci  miłość,  ale  nie 

wiedziałem,  czy  ty  odwzajemnisz  moje  uczucie.  Do  diabła  ze 

słowami, one nie są moją najmocniejszą stroną.  

background image

To  nie  jest  dziedzina,  w  której  celuję,  ale  na  tym  znam  się  na 

pewno  -  a  to  wystarczy  za  wszystkie  słowa.  -  Prawą  ręką 

podtrzymywał  jej  głowę,  a  lewą  otaczał  szczupłe  ramiona,  tak  aby 

móc bez przeszkód pieścić jej twarz delikatnymi pocałunkami.  

Początkowo  jego  pieszczoty  były  dość  powściągliwe.  Wiedział 

przecież,  że  jest  dziewicą,  i  to  dziewicą,  z  którą  ten  łotr  Sywell 

przypuszczalnie źle się obchodził. Z początku opierała się trochę, ale 

stopniowo  zaczęła  odwzajemniać  jego  pocałunki  i  pieszczoty  - 

oddawać  pocałunek  za  pocałunek,  czułość  za  czułość,  aż  w  pewnym 

momencie do tego stopnia zatracili się w namiętności, że zapomnieli o 

bożym  świecie.  Ślepi  i  głusi  na  otaczającą  ich  rzeczywistość, 

pogrążeni  w  miłosnym  uniesieniu,  podążali  ścieżką  wiodącą 

nieuchronnie do miłosnego spełnienia.  

Louise  nigdy  przedtem  nie  doświadczyła  podobnych  wrażeń.  Po 

raz  pierwszy  w  życiu  zrozumiała,  co  znaczy  siła  prawdziwej 

namiętności.  Pojęła,  że  nie  tylko  mężczyźni  jej  ulegają,  ale  że  i 

kobiety  również  mogą  ją  odczuwać.  Odkryła  odwieczną  prawdę,  że 

miłość  nie  zważa  na  okoliczności  ani  różnice  majątkowe  czy 

społeczne,  tylko  domaga  się  spełnienia i  ciągłej  obecności  ukochanej 

osoby.  Siła  jej  własnej  reakcji  była  taka  wielka  i  zaborcza,  że 

zaskoczyła ją samą.  

Przez  jakiś  czas trwali  nieruchomo,  spleceni  ramionami,  głusi na 

wszystko,  co  się  poza  nimi  dzieje.  Marcus  pierwszy,  bardziej  z  nich 

dwojga  doświadczony,  przerwał  ten  hipnotyczny  stan.  Oderwał  się, 

chwytając oddech i mówiąc niewyraźnie:  

background image

-  Nie,  nie  tutaj,  nie  teraz,  ktoś  tu  może  wejść  w  każdej  chwili  i 

zobaczyć  nas.  Nie  mogę  cię  kompromitować,  przecież  nie  przyjęłaś 

jeszcze moich oświadczyn. Ale przyjmiesz je, prawda, że przyjmiesz? 

Powiedz, proszę, że tak.  

Louise  nie  odpowiedziała  od  razu.  Nadal  stała  bez  ruchu.  Włosy 

miała  w  nieładzie,  oczy  rozszerzone  i  zasnute  mgiełką,  wargi 

nabrzmiałe,  a  policzki  zaróżowione  od  miłosnego  żaru.  Dopiero  po 

dłuższym czasie powiedziała:  

-  Nie  mogę  tego  zrobić,  póki  nie  podejmę  decyzji  w  dwu 

najważniejszych  sprawach:  czy  chcę  stać  się  Louise  Cleeve,  czy  też 

zostać madame Felice. Co mam  zrobić, Marcusie? Nie jestem  wobec 

ciebie w porządku - zauważyła ze smutkiem. - Wiem, że tak jest.  

-  Jesteś  nie  w  porządku  wobec  nas  dwojga  -  wyszeptał,  nadal 

trzymając  się  od  niej  na  pewną  odległość.  Nie  odważył  się  po  raz 

drugi  wziąć  jej  w  ramiona.  Wiedział,  że  skoro  tylko  jej  dotknie, 

znowu ogarnie go niepohamowana namiętność. - Nie zwlekaj tylko z 

tą decyzją zbyt długo, bardzo cię o to proszę.  

- Do soboty - przyrzekła. - Przyjdź do mnie w sobotę tym razem 

już jako lord Angmering. Mam dość udawania, stwarzania pozorów i 

mydlenia  ludziom  oczu.  Nie  zdając  sobie  z  tego  sprawy,  żyłam  w 

kłamstwie  przez  całe  moje  życie  i  nie  chcę  już  dłużej  kłamać  ani 

świadomie, ani nieświadomie.  

Marcus kiwnął głową na znak, że się z nią zgadza, chociaż cztery 

dni, które dzieliły go od tej daty, wydały mu się długie jak wieczność.  

background image

Dopiero  kiedy  wyszedł,  obrzuciwszy  ją  jeszcze  na  ostatek 

tęsknym  spojrzeniem,  Louise  zdała  sobie  sprawę,  że  w  momencie,  w 

którym  zaprosiła  go  do  siebie  jako  lorda,  nieświadomie  podjęła 

decyzję.  

Teraz zostawało tylko poinformować o niej Marcusa.  

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Wracając  do  domu,  Marcus,  który  przywykł  już  myśleć  o  domu 

przy  Berkeley  Square  jako  o  swej  siedzibie,  spotkał  niespodziewanie 

detektywa  Jacksona.  Jeżeli  nawet  niecodzienny  strój  milorda  zdziwił 

byłego  policjanta,  to  niczym  nie  dał  tego  po  sobie  poznać  -  nawet 

powieka  mu  nie  drgnęła.  Marcus  natomiast  był  zbyt  zaprzątnięty 

rozpamiętywaniem  swego  ostatniego  spotkania  z  Louise,  aby 

zawracać sobie głowę taką błahostką jak ubranie, które miał na sobie.  

-  Przepraszam,  milordzie,  ale  chciałbym,  jeżeli  to  możliwe, 

zamienić z panem kilka słów, tu, w tym miejscu, na ulicy.  

-  Oczywiście  -  odparł  Marcus.  -  Jak  pan  widzi,  jestem  nawet 

ubrany stosownie do takiej okazji. Nikt z przechodniów nie zwróci na 

nas uwagi.  

-  Tak  jest,  milordzie.  A  może  powinienem  zwracać  się  do  pana 

panie Marksie?  

Marcus  nie  mógł  powstrzymać  się  od  śmiechu.  Poklepał  byłego 

policjanta po ramieniu i rzekł:  

-  Nic  się  przed  tobą  nie  ukryje,  człowieku!  Czyżbyś  śledził 

mężczyznę,  który  po  to  cię  wynajął,  abyś  miał  na  oku  bliską  mu 

background image

osobę?  Jeżeli  tak,  to  z  czystym  sumieniem  mogę  cię  polecić  innym 

zainteresowanym.  Twoja  przezorność,  pracowitość,  a  także  tupet,  są 

godne pożałowania. Nie wiem, która z tych cech u ciebie przeważa.  

- Zgadza się - odpowiedział Jackson, uśmiechając się od ucha do 

ucha.  -  Im  więcej  policjant  ma  danych,  tym  lepiej  wywiązuje  się  ze 

zleconego  mu  zadania.  Polecono  mi  śledzić  madame  Felice  -  to  pan 

mnie  o  to  prosił  -  ale  przy  tej  okazji  miałem  również  sposobność 

obserwować i pana, kiedy przychodził do niej z wizytą.  

Jej służąca bardzo mi pomogła. Powiedziała mi, kiedy zabrałem ją 

na  jarmark,  że  jest  pan  kuzynem  madame  -  co  rzeczywiście  jest 

prawdą - oraz że jest pan kancelaryjnym urzędnikiem, co już, niestety, 

nią  nie  jest.  Teraz  nie  muszę  już  chodzić  ani  za  madame,  ani  za 

panem.  Przypuszczam,  że  hrabia  Yardley  poinformował  pana,  że 

ministerstwo  postanowiło  umorzyć  śledztwo  w  sprawie  morderstwa 

markiza Sywell.  

-  Tak.  rzeczywiście,  wspominał  mi  o  tym.  W  związku  z  tym 

zastanawiam się, o czym chce pan ze mną rozmawiać. „  

-  Chodzi  o  następującą  sprawę,  milordzie.  Przypuśćmy,  że  jest 

ktoś, kto domyśla się, kim jest sprawca tej nikczemnej zbrodni - jeżeli 

zamordowanie takiego łotra jak Sywell można nazwać nikczemnością 

-  ale  nie  może  tego  dowieść  w  sądzie,  ponieważ  brakuje  mu 

dowodów.  Wszyscy  podejrzani  mają  bardzo  mocne  alibi,  nie 

wyłączając pańskiego ojca.  

Dzięki  temu  hrabia  Yardley  urwał  się  z  haczyka,  czyli  spadł  z 

listy  osób  posadzonych  o  ten  czyn.  Muszę  wyznać,  że  to  właśnie 

background image

pański  ojciec  był  moim  głównym  podejrzanym;  miał  powody,  aby 

pozbyć się Sywella, żeby wspomnieć tylko o utraceniu opactwa, starej 

rezydencji  pańskiej  rodziny,  jak  również  o  kilku  innych  ważnych 

sprawach.  Jednak  udowodnienie  mu  tego  nie  jest  rzeczą  łatwą.  Poza 

tym  moi  przełożeni  nie  lubią,  kiedy  oskarżam  o  morderstwo 

przedstawicieli  zacnych  rodów,  nie  mając  przeciwko  nim  żadnych 

dowodów.  

Przerwał i spojrzał znacząco na Marcusa.  

-  Jest  pan  prawym  i  inteligentnym  człowiekiem,  milordzie,  w 

przeciwieństwie  do  wielu  innych  przedstawicieli  pańskiej  sfery,  z 

którymi  miałem  do  czynienia.  Nie  brzydzi  się  pan  fizyczną  pracą  - 

podkuwał  pan  konie  i  chodził  za  pługiem,  orząc  ziemię,  prawda? 

Gdyby  nie  to,  że  przebywał  pan  na  północy,  kiedy  dokonano  tej 

zbrodni,  pan  także  byłby  jednym  z  moich  podejrzanych,  ale  nikt  nie 

może wykazać się mocniejszym alibi niż pan.  

- Nie wiedziałem, że jakiekolwiek alibi było mi potrzebne ani też, 

że miałem takowe - odrzekł Marcus, spoglądając na Jacksona z równie 

znaczącym uśmiechem.  

- Jaki ojciec, taki syn, zawsze to powtarzam. Weźmy, na przykład, 

pańskiego  ojca,  hrabiego  Yardleya.  Pojechał  do  Indii  i  zrobił  tam 

majątek,  zgadza  się,  prawda?  Zdobył  go  własną  pracą,  a  niewielu 

ludzi z wyższych sfer może pochlubić się takim osiągnięciem. On jest 

człowiekiem  czynu,  potrafi  dbać  o  swoje  interesy  i  wszystko  sam 

sobie  zawdzięcza.  To  człowiek  ze  wszech  miar  zasługujący  na 

szacunek, w przeciwieństwie do tego pasożyta Sywella.  

background image

Wziąwszy to wszystko pod uwagę, trudno mi jest nie zadać sobie 

pytania:  co  to  jest  sprawiedliwość?  Prawo  nie  jest  w  stanie  jej 

zapewnić, to nie ulega żadnej wątpliwości - przynajmniej nie zawsze. 

Jestem  przekonany,  że  rozumie  pan, co  mam na  myśli.  W  związku  z 

tym oświadczyłem swoim przełożonym, że bardzo mi przykro, ale jak 

dotąd  nie  wpadłem  na  trop  sprawcy  zamordowania  Sywella  i  nic  nie 

wskazuje na to, że go znajdę.  

Rzecz  jasna,  nie  dodałem,  że  z  tego  co  słyszałem  o  tym  draniu, 

Sywellu, ten, kto go sprzątnął, nie tylko nie powinien być skazany, ale 

przeciwnie,  należałoby  go  za  to  nagrodzić  medalem.  Wyrywając  taki 

chwast,  jakim  był  markiz,  oddał  tylko  przysługę  społeczeństwu. 

Stwierdzam jednak z przykrością, że ten ktoś nie dokończył zadania - 

powinien  również  zabić  tego  obleśnego  diabła,  Burnecka.  Jego  alibi 

interesowało mnie szczególnie, zwłaszcza kiedy dowiedziałem się, kto 

mu  je  zapewnił.  Powiedziałem  już  dostatecznie  dużo,  nie  sądzi  pan, 

milordzie? Wszystko jest już jasne.  

-  Gdybym  wiedział,  co  mi  pan  usiłuje  przekazać,  panie  Jackson, 

może bym się nawet z panem zgodził.  

-  Ależ,  milordzie,  pan  dobrze  wie,  o  czym  mówię,  prawda? 

Możecie  teraz  obaj  spać  spokojnie  -  oczywiście  każdy  z  innego 

powodu.  Życzę  panom  wszystkiego  najlepszego  -  chociaż,  sądząc  po 

wyglądzie  pańskiego  ojca,  nie  wydaje  się,  aby  zbyt  długo  przebywał 

na  tym  świecie.  Miejmy  nadzieję,  że  boskie  prawo  lub 

sprawiedliwość,  nazwijmy  to,  jak  chcemy,  jest  lepsze  od  naszego, 

ziemskiego. Zgadza się pan?  

background image

Odchodząc,  skłonił  się  raz  jeszcze  nisko  przed  Marcusem  i 

zamiatając ziemię swym wytłuszczonym kapeluszem, dodał:  

- Życzę panu dobrego dnia, milordzie.  

Jackson  przeszedł  na  drugą  stronę  ulicy,  gdzie  wkrótce  zniknął 

między tłumem przechodniów.  

On  wie,  pomyślał  oszołomiony  Marcus,  a  mimo  to,  cytując  jego 

własne słowa, pozwolił ojcu „urwać się z haczyka”. W jaki sposób, u 

diabła, Jackson się o tym dowiedział?  

Było  to  pytanie,  na  które  Marcus  nigdy  nie  zdołał  sobie 

odpowiedzieć.  Wiedział  tylko,  że  Jackson,  z  sobie  tylko  znanych 

powodów, oszczędził jego ojcu hańby i stryczka.  

W  Cleeve  House  Marcusa  czekało  jeszcze  jedno  nieoczekiwane 

spotkanie. W holu, przed główną klatką schodową, natknął się na ojca 

i  macochę.  Marcus  poczuł  się  nieswojo;  nie  mogli  go  zobaczyć  w 

mniej odpowiedniej chwili. Miał na sobie ubiór kancelisty, a  właśnie 

zamierzał iść do siebie, aby się przebrać. Co za pech, że akurat teraz 

musieli go zobaczyć.  

Ojciec i macocha spojrzeli na niego ze zdziwieniem.  

-  Co,  u  diabła,  ma  znaczyć  to  przebranie,  Angmering?  Za 

wcześnie  na  maskaradę.  Jeszcze  nie  wieczór  -  stwierdził  zaskoczony 

hrabia. Mówił tonem o wiele łagodniejszym, niż gdyby to było jeszcze 

kilka tygodni temu.  

Marcus,  stojąc  przed  nimi,  gwałtownie  szukał  w  myślach 

wytłumaczenia. W końcu odpowiedział:  

background image

-  Pomagałem  rano  przyjacielowi  przy  koniu  i  właśnie  idę  do 

siebie na górę, aby się przebrać.  

- Naprawdę, Angmering, naprawdę?  - zapytał z niedowierzaniem 

lord  Yardley.  -  Trochę  mi  się  to  wydaje  dziwne.  Do  takiej  brudnej 

roboty  powinieneś  ubrać  się  całkiem  inaczej.  Strój  kancelisty  wcale 

się do tego celu nie nadaje. W pierwszej chwili, kiedy cię zobaczyłem, 

myślałem, że to jeden z urzędników z kancelarii pana Herriotta, który 

przyszedł mnie męczyć w związku z moją ostatnią wolą.  

To  mi  przypomina,  że  chciałbym  jeszcze  dzisiaj  z  tobą 

porozmawiać  o  kilku  średnio  ważnych  sprawach.  Te  najistotniejsze, 

które  ciebie  dotyczą,  omówiliśmy  wcześniej.  Zostałeś  już 

poinformowany o wszystkim co trzeba.  

-  Oczywiście,  ojcze  -  odpowiedział  z  uśmiechem  Marcus.  Z 

trudem  tłumił  rozbawienie,  w  jakie  wprawiła  go  żartobliwa  uwaga 

ojca  na  temat  jego  dziwacznego  przebrania.  -  Przyrzekam  być  lepiej 

ubrany, kiedy przyjdę na rozmowę do twego gabinetu. Myślę, że strój 

myśliwski  byłby  całkiem  na  miejscu,  jak  sądzisz?  A  może  jednak 

zostać  przy  stroju  kancelisty?  Do  pracy  nad  papierami  to 

stosowniejszy ubiór. Lepsze to, niż wystroić się jak dandys.  

Marissa,  która  także  uśmiechała  się,  słuchając  tej  żartobliwej 

wymiany zdań, wtrąciła się do rozmowy:  

-  Mój drogi Marcusie.  Ubierasz  się  bardzo  elegancko,  ale  daleko 

ci  do  wyglądu  prawdziwego  dandysa.  Masz  za  dużo  rozsądku,  żeby 

się stroić na co dzień jak paw.  

background image

- Droga Marisso - odparł Marcus z udawanym smutkiem. - Widzę 

teraz, jak bardzo was oboje zawiodłem.  

-  Nie  o  to  chodzi  -  odrzekła  macocha  i  zbliżyła  ;się  do  pasierba, 

aby  poprawić  mu  pospolity  lniany  krawat.  -  Wolę  twój 

niewymuszony, bezpośredni sposób bycia niż sztuczne komplementy i 

wymuskany  wygląd,  który  cechuje  londyńskich  dandysów.  Jednak 

bardzo  chciałabym  wiedzieć,  dlaczego  przebrałeś  się  za  urzędnika 

prawniczej  kancelarii?  Znając  ciebie,  wiem,  że  starannie  rozważasz 

każdy  swój  krok  i  niczego  nie  robisz  bezmyślnie.  Musiałeś  mieć 

ważne  powody,  aby  się  tak  ubrać.  Oczekuję  od ciebie  wyjaśnienia  w 

tej kwestii. Mam nadzieję, że będzie wiarygodne.  

-  Oczywiście,  droga  Marisso.  -  Marcus  pocałował  macochę  w 

policzek. - Kiedy ci wszystko wyjaśnię, nie wątpię, że przebaczysz mi 

tę maskaradę.  

Po  tych  słowach  skierował  się  schodami  na  górę,  aby  włożyć 

ubranie  stosowniejsze  dla  przyszłego  hrabiego  Yardleya.  Niestety, 

było  znacznie  mniej  wygodne  niż  skromny  ubiór  kancelisty.  Kiedy 

jednak  wszedł  do  gabinetu  ojca,  aby  przedyskutować  z  nim  projekt 

testa-mentu,  który  dostarczył  im  rzeczywisty  urzędnik  kancelarii  ich 

stałego prawnika, hrabia spojrzał na syna z uznaniem i zauważył:  

- Chciałbym żebyś zawsze tak wyglądał jak teraz, Angmering.  

Marcus zrewanżował się żartobliwym uśmiechem i odrzekł:  

-  To  samo  powiedział  mi  przed  chwilą  mój  lokaj,  sir.  Możesz 

liczyć na to, że postaram się na przyszłość brać twoje rady pod uwagę.  

background image

Zuchwałe  słowa  syna  rozbawiły  nawet  jego  zawsze  tak 

poważnego i statecznego ojca.  

-  To  dobrze  -  odparł  lord  Yardley  -  ale  teraz  zabierajmy  się  do 

pracy.  Wspomniałem  ci  już  jakiś  czas  temu,  że  lwia  część  spadku 

przypadnie tobie, Marissie oraz Nedom. Gnębi mnie pewien problem 

natury  moralnej.  Dotyczy  on  zaginionej  córki  naszego  kuzyna, 

Ruperta. Nie mam wobec niej żadnych prawnych zobowiązań.  

Wszystko,  co  odziedziczyłem, 

dostałem  z  racji  mego 

hrabiowskiego  tytułu.  Mój  majątek  jest  wolny  od  obciążeń  na  rzecz 

jego dziecka. Czuję jednak, że jest poniekąd moją powinnością wziąć 

ją  pod  uwagę  w  moim  testamencie,  po  uwzględnieniu,  oczywiście, 

wszystkich innych zapisów i świadczeń.  

Marcus  był  w  kłopocie.  Chciał  wyznać  ojcu,  że  córka  lorda 

Ruperta  odnalazła  się  i  że,  co  więcej,  on  ma  zamiar  się  z  nią  ożenić. 

Jednak dał słowo  Louise, że nie  wspomni nic na temat dokumentów, 

potwierdzających,  że  ona  w  rzeczywistości  pochodzi  z  rodu 

Cleeve'ów i że jest córką lorda Ruperta.  

Chciała  sama  zadecydować,  w  którym  momencie  ogłosić  swoje 

prawa  do  ich  rodowego  nazwiska.  Ostatnio  niewiele  brakowało,  a 

doszłoby między nimi do zerwania właśnie dlatego, że nie dotrzymał 

danego jej słowa. Nie miał najmniejszej ochoty narażać się znowu na 

jej gniew - a w konsekwencji, być może, nawet na jej utratę.  

Siedział przez chwilę w milczeniu, zanim oświadczył:  

- Mam dla ciebie ogromny szacunek, sir, za to, że nie zapomniałeś 

o tej naszej zaginionej kuzynce, tym bardziej że jej ojcu okoliczności 

background image

nie  pozwoliły  zadbać  o  córkę.  Proponuję,  byś  przeznaczył  na  ten  cel 

pewną sumę i utworzył z niej fundusz powierniczy, który, na wypadek 

gdyby  się  kiedyś  odnalazła,  zapewniłby  jej  godziwe  utrzymanie.  Ta 

suma  mniej  więcej  powinna  odpowiadać  wielkością  spadkowi,  który 

by zostawił jej ojciec, gdyby wrócił do Anglii.  

-  To  świetny  pomysł  -  przyznał  lord  Yardley.  -  Myślałem,  żeby 

tak właśnie postąpić. Postaram się to od razu załatwić, nie będę z tym 

zwlekał. A teraz przejdźmy do innych, mniej ważnych spraw. Musimy 

je  omówić,  zanim Marissa nie  wezwie  nas na popołudniową  herbatę. 

Ten  dziwaczny  zwyczaj  niedawno  wszedł  w  modę  i  Marissa  bardzo 

go przestrzega.  

Marcus skinął głową twierdząco i razem z ojcem zabrał się pilnie 

do pracy do czasu, kiedy Cardew otworzył drzwi i donośnym głosem 

oznajmił:  

- Wasze lordowskie moście, herbata podana. Czeka w niebieskim 

saloniku.  

 

Louise,  podobnie  jak  Marcus,  nie  mogła  doczekać  się  nadejścia 

soboty. Jej również czas dłużył się niemiłosiernie. Przez wszystkie te 

dni  jedna  myśl  towarzyszyła  jej  obsesyjnie.  Wspominała  uwagę 

Marcusa, że wraz z uzyskaniem nowej tożsamości, zyskuje kochającą 

rodzinę,  której  przedtem  nigdy  nie  miała,  a  o  której  przez  całe  życie 

marzyła.  

Czasami  ta  myśl  ją  przerażała.  Znała  już  lady  Yardley  i  lady 

Sophię  i  obie  sprawiły  na  niej  przyjemne  wrażenie  -  były  miłe  i 

background image

sympatyczne,  a  także  traktowały  ją  z  wielką  uprzejmością,  w 

przeciwieństwie  do  innych  dam.  Ale  co  sobie  pomyślą  i  jak  się 

zachowają,  kiedy  nagle  takie  towarzyskie  zero  jak  ona,  zwykła 

skromna  modiste,  wkroczy  w  ich  życie,  roszcząc  sobie  prawo  do 

noszenia ich nazwiska i twierdząc, że jest ich kuzynką? I co powie na 

to arystokracja i londyńska socjeta? Jakie oni zajmą stanowisko w tej 

sprawie? Czy ją zaakceptują?  

Jej pojawienie się w wytwornym towarzystwie jako osoby równej 

urodzeniem  wszystkim  jego  przedstawicielom  wywoła,  rzecz  jasna, 

niesłychane podniecenie. Niektórzy mogą nawet nie chcieć uwierzyć, 

że  ona  jest  Louise  Cleeve,  mimo  iż  nie  tylko  dokumenty,  które 

posiada, ale również jej  wygląd nie pozostawiają co do tego żadnych 

wątpliwości. Trzeba się nawet liczyć z ewentualnością, że towarzyska 

pozycja Marcusa może zostać zachwiana, jeżeli ją poślubi.  

Na  szczęście  poczucie  humoru  Louise  i  jej  zdrowy  rozsądek 

wzięły w końcu górę. Jednej rzeczy była pewna - Marcus nic sobie nie 

będzie robił z tego, co inni o nim pomyślą, i czy jego reputacja ucierpi 

z  powodu  zawarcia  małżeństwa,  czy  nie.  Nie  ma  zatem  potrzeby 

nadmiernie przejmować się tą sprawą.  

Przestała  się  też  w  końcu  kłopotać  innym  ważnym  dla  niej 

problemem, co mianowicie zrobić ze swoją firmą oraz osobą madame 

Felice?  Doszła  do  wniosku,  że  głupotą  byłoby  likwidować  tak 

doskonale prosperującą pracownię tylko dlatego, że wychodzi za mąż 

za arystokratę. Postanowiła nie pozbywać się jej, tylko znaleźć kogoś, 

kto będzie nią zarządzał w jej imieniu.  

background image

Miała  już  nawet  upatrzoną  osobę  na  swoje  miejsce  -  była  to  jej 

główna  krawcowa,  kobieta  w  średnim  wieku,  doświadczona  i 

odznaczająca  się  świetnym  gustem.  Jeżeli  lord  Yardley  był  w  stanie 

kierować  z  Anglii  swoimi  rozległymi  interesami  w  Indiach,  to  ona, 

jako  lady  Angmering,  równie  dobrze  może  prowadzić  firmę  w 

Londynie.  

Będąc  na  miejscu,  zawsze  może  służyć  swej  następczyni  radą  i 

pomocą, jeżeli zajdzie taka konieczność.  

Tak  więc  ostatnia  przeszkoda  utrudniająca  jej  przyjęcie 

propozycji Marcusa, aby została jego żoną, została wreszcie usunięta. 

Powie mu w sobotę, że przyjmuje jego oświadczyny, chociaż jeszcze 

do niedawna taka myśl wydała jej się zupełnie absurdalna.  

Wówczas  jednak  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  do  jakiego 

stopnia zakocha się w Marcusie. Teraz już nie mogła sobie wyobrazić 

bez  niego  dalszego  życia.  Świat,  w  którym  ona  i  Marcus  musieliby 

żyć  rozdzieleni,  z  dala  od  siebie,  wydał  jej  się  szary  i  niewart  istnie-

nia.  Odrażający  duch  Sywella,  jej  zmarłego  męża,  został  zepchnięty 

do  otchłani,  z  której  już  nigdy  się  nie  wydobędzie,  a  ona  może 

podziękować Bogu, że była jego żoną tylko z imienia.  

W  sobotę  rano  ubrała  się  w  swoją  najelegantszą  wyjściową 

kreację z bladozielonej jedwabnej materii, która doskonale współgrała 

z  jej  porcelanową  cerą  i  złocistymi  włosami.  Suknia  miała klasyczny 

krój  i  była  na  tyle  krótka,  że  odsłaniała  szczupłe  kostki  obute  w 

gustowne  czarne  pantofelki,  ozdobione  srebrnymi  klamerkami. 

Kapelusik w formie czepka był na tyle mały, że nie zasłaniał włosów 

background image

ani twarzy, a wstążki do wiązania pod brodą były tego samego koloru 

co reszta stroju.  

Czepek  i  torebka  leżały  obok  niej  na  sofie,  kiedy  gosposia 

prowadząca  jej  dom  -  służąca  wyszła  po  sprawunki  -  weszła  do  jej 

pokoju i oznajmiła:  

-  Dżentelmen,  który  przedstawił  się  jako  lord  Angmering,  stoi 

przed drzwiami i pragnie się z panią widzieć, ale, madame, chcę panią 

uprzedzić, że to jest ten sam pan, który był już tutaj kilka razy. Wtedy 

nazywał  się  pan  Marks.  -  Urwała,  widać  jednak  było,  że  rozsadzają 

chęć, aby  mówić  dalej.  Louise  zachęciła  ją  łagodnym  głosem:  -  Tak, 

słyszę, o co chodzi? Widzę, że coś cię niepokoi.  

-  Och,  madame  -  odrzekła  zdenerwowana  kobieta.  -  Prowadzi 

pani  firmę  i  jest  pani bystrą  osobą, ale  wciąż  jeszcze  jest  pani  młodą 

kobietą  i  o  ile  znam  się  na  ludziach,  niezbyt  doświadczoną,  na 

dodatek.  Proszę  nie  uważać  mnie  za  bezczelną  i  źle  wychowaną 

dlatego, że wtrącam się w pani sprawy - dobrze znam swoje miejsce - 

ale  pozwolę  sobie  powiedzieć,  że  panowie  z  wyższych  sfer  często 

robią takie sztuczki, aby zdobyć kobietę, która się im podoba.  

Kłamią  i  oszukują,  ile  wlezie,  byle  tylko  dopiąć  upragnionego 

celu.  Jako  pan  Marks  ów  dżentelmen  wydawał  się  całkiem 

sympatycznym młodym człowiekiem, ale jako lord Angmering - o, to 

już  całkiem  inna  para  kaloszy,  przepraszam  za  wyrażenie.  Według 

mnie to podejrzana sprawa.  

Louise podniosła się z miejsca i wzięła ją za rękę.  

background image

-  Nie  martw  się,  moja droga  -  uspokoiła  ją.  -  To  bardzo  ładnie  z 

twojej  strony,  że  starasz  się  mnie  przestrzec,  ale  ja  od  samego 

początku,,  od  chwili  kiedy  go  poznałam,  wiedziałam,  kim  jest. 

Wiedziałam, że jego prawdziwe nazwisko brzmi lord Angmering. On 

przychodził tutaj jako pan Marks, ponieważ uważał, że będę się wtedy 

czuła mniej skrępowana.  

Jednak jego obecne odwiedziny mają zupełnie inny charakter i są 

dla  mnie  wielkim  zaszczytem.  A  teraz,  proszę,  idź  i  wprowadź  go 

bezzwłocznie do salonu. On już czekał tyle czasu przed drzwiami, że 

może myśleć, iż stało się coś złego.  

-  Pani  się  nie  gniewa  za  moją  śmiałość...  -  zaczęła  niespokojnie 

gosposia.  

- Absolutnie nie. Idź i zrób, jak kazałam. Jeżeli Louise myślała, że 

ubrała  się  zbyt  elegancko  na  przyjęcie  Marcusa,  to  bardzo  się 

pomyliła.  Kiedy  go  zobaczyła,  o  mało  nie  wykrzyknęła  głośno  z 

wrażenia; jego strój przeszedł jej najśmielsze oczekiwania.  

Po raz pierwszy Louise zobaczyła go tak wystrojonego. Wyglądał 

jak  z  igły.  Jego  lokaj  przeszedł  samego  siebie,  zrobił  wszystko,  co 

mógł, aby jego pan chociaż raz wyglądał jak prawdziwy dżentelmen. 

Powiedział  to  zresztą  Marcusowi  bez  ogródek.  Ten  roześmiał  się  i 

zauważył:  

-  Czyżbyś  chciał  dać  mi  przez  to  do  zrozumienia,  że  nie  jestem 

prawdziwym dżentelmenem?  

Lokaj odpowiedział z powagą:  

background image

-  Dobrze  pan  wie,  milordzie,  co  mam  na  myśli.  Byłbym  bardzo 

rad, gdyby pan zawsze ubierał się z taką dbałością jak dzisiaj. Ubrania 

dobrze na panu wyglądają - pan potrafi je nosić, że tak powiem.  

- Nie myśl sobie, że codziennie mnie będziesz tak stroił jak jakąś 

lalę  -  ostrzegł  Marcus.  -  Mowy  nie  ma.  Ja  cenię  przede  wszystkim 

wygodę. Głowę dam, że nie będę w stanie usiąść w tych bryczesach.  

-  Pan  raczy  żartować,  milordzie  -  rzekł  zaniepokojony  lokaj.  - 

Kiedy powiedziałem krawcowi, że pan nie życzy sobie zbyt obcisłych 

spodni, ten o mało nie zemdlał z przerażenia. Nie wyobrażał sobie, że 

spodnie mogą być luźne.  Tak długo wierciłem mu dziurę  w brzuchu, 

aż w końcu ustąpił. Ale ani on, ani ja nie byłem z tego zadowolony.  

-  Bardzo  bym  chciał,  żebyś  kiedyś  pochodził  w  tych  przeklętych 

bryczesach  -  odrzekł  Marcus.  Kiedy  jednak  przed  wyjściem  z  domu 

przejrzał się w długim lustrze, przyznał rację wiernemu słudze. Lokaj 

ponownie stwierdził, że jego pan wygląda imponująco i śmiało może 

konkurować  ze  wszystkimi  dandysami,  którzy  brylowali  w 

londyńskich salonach. Tego  rodzaju rywalizacja nie pociągała jednak 

Marcusa. Pomyślał, że są to żałosne ambicje.  

Jednakże  wszystkie  niewygody  stroju  wynagrodziła  mu  uwaga 

Louise:  

- Nic dziwnego, że moja gosposia była taka zdenerwowana, kiedy 

cię  zobaczyła.  Przed  chwilą  przez  całe  pięć  minut  starała  się  mnie 

przekonać  bardzo  żarliwie,  że  powinnam  wystrzegać  się  takich 

wytwornych  dżentelmenów  jak  ty.  Ona  wyznaje  zasadę  ze  starej 

background image

ludowej  piosenki:  „Czy  na  lądzie,  czy  na  morzu  mężczyźni  zawsze  i 

wszędzie są tacy sami - kłamią i zdradzają”.  

-  Ach,  to  dlatego  kazano  mi  czekać  przed  drzwiami  tak  długo  - 

zauważył Marcus. - Zacząłem się już niepokoić, że zmieniłaś zdanie i 

nie chcesz mnie więcej widzieć.  

- Ależ skąd, przecież dałam ci słowo, a ja zawsze go dotrzymuję. - 

Spojrzała  na  niego  z  oczekiwaniem  w  oczach.  -  Zapewniłam  ją,  że 

twoje intencje są czyste. Mam nadzieję, że mnie nie oszukujesz.  

-  W  żadnym  razie  -  zapewnił  Marcus,  kłaniając  się  przed  nią 

nisko.  -  Nie  chcę  oświadczać  ci  się  u  ciebie  w  domu.  Mam  do  tego 

powody.  Przyjechałem  kariolką,  z  całym  fasonem  i  chciałbym 

zawieźć cię w jakieś romantyczne miejsce - o ile mi wiadomo takiego 

zwrotu  używają  modne  damy  -  i  tam,  w  niecodziennym  otoczeniu  i 

podniosłym  nastroju,  prosić  o  twoją  rękę.  Może  wtedy  uda  mi  się 

zmiękczyć twoje oschłe serce.  

Mówił  tak  specjalnie,  ponieważ  całe  zachowanie  Louise,  wyraz 

jej  twarzy,  oczu  oraz  wspaniała  suknia  kazały  mu  się  domyślać,  że 

oświadczyny  zostaną  przyjęte.  Miał  w  Bogu  nadzieję,  że  jego 

przewidywania okażą się słuszne i że nie na próżno ubierał się w ten 

diablo niewygodny strój.  

Nie  chciał  wydać  się  zbyt  pewnym  siebie,  żeby  nie  zapeszyć  jej 

odpowiedzi.  A  od  pomyślnej  odpowiedzi  zależało  przecież  jego 

szczęście oraz przyszłość.  

-  Jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  jechałam  kariolką  -  stwierdziła 

Louise. Promieniała z radości, a jej oczy błyszczały jak gwiazdy.  

background image

-  Domyślałem  się  tego,  kochanie,  i  uznałem,  że  przejażdżka  w 

paradnym pojeździe,  z całym fasonem po mieście, ma wiele dobrych 

stron:  tobie  pozwoli  obejrzeć  z  góry  Tamizę,  a  mnie  da  sposobność 

nakłonienia  cię  do  mego  grzesznego  pragnienia  -  jak  by  powiedziała 

twoja gosposia - chociaż jak ci wiadomo, moje intencje w stosunku do 

ciebie są uczciwe.  

Podał  jej  ramię  z  uśmiechem,  kłaniając  się  przy  tym  nisko. 

Jednego  był  pewny  -  gdyby  Louise  zamierzała  odrzucić  jego 

oświadczyny, nie zgodziłaby się pojechać na spacer kariolką.  

Pojazd  czekał  przed  domem.  Lokaj  ubrany  w  liberię  w  złote  i 

czarne  paski  -  wyglądał  w  tym  uniformie  jak  duża  osa  -  trzymał  w 

ręku  lejce  dwóch  pięknych  kasztanów.  Konie,  jak  oznajmił 

Marcusowi, były bardzo zniecierpliwione.  

- Już myślałem, że pan nigdy nie wyjdzie z tego domu - odezwał 

się z pretensją, ale zaraz się zreflektował i dodał: - Milordzie.  

Kariolka  była  istnym  cackiem.  Podobnie  jak  liberia  lokaja,  była 

utrzymana w czarno złotych barwach.  

-  Czy  to  twoja  własność?  -  zapytała  z  ciekawością  Louise,  kiedy 

zajęła miejsce. Była zaskoczona wspaniałym pojazdem - nie posądzała 

Marcusa o takie luksusowe upodobania.  

-  Niestety,  nie  -  westchnął.  -  Kariolka  należy  do  przyjaciela, 

narzeczonego  mojej  siostry,  księcia  Sharnbrook.  Musiałem  go  długo 

prosić,  zanim  zgodził  się  mi  ją  pożyczyć.  Dałem  mu  najświętsze 

słowo  honoru,  że  mu  ją  zwrócę  w  nieuszkodzonym  stanie,  w 

przeciwnym razie groził, że wyzwie mnie o świcie na pojedynek.  

background image

Zwracam  się  więc  do  ciebie  z  prośbą,  abyś  podczas  przejażdżki 

zachowywała się przyzwoicie i z godnością. Żadnych niekontrolowa- 

nych  ruchów  lub  gwałtownych  gestów,  które  mogą  spłoszyć  konie. 

Nawet tak zwane eleganckie psoty są niedopuszczalne.  

Louise coraz bardziej zaczynał podobać się sposób, w jaki Marcus 

się  z  nią  przekomarzał.  Nikt  przedtem  tego  nie  robił  -  nie  mówiąc  o 

flirtowaniu. Przyjemności, jakimi większość młodych i ładnych kobiet 

cieszyła  się  w  życiu,  ją,  niestety,  ominęły.  Kiedy  o  tym  pomyślała, 

zrobiło jej się trochę smutno na duszy.  

- Obiecuję zachowywać się poprawnie -  odrzekła  z powagą - tak 

długo, jak ty będziesz zachowywał się podobnie.  

- A teraz co do zasadniczej kwestii - powiedział Marcus, szykując 

się  do  wzięcia  trudnego  zakrętu  przy  wjeździe  na  King's  Road;  ulica 

jak  zwykłe  w  sobotę  o  tej  porze  była  bardzo  zatłoczona.  - 

Przyjechałem  kariolką  dlatego,  że  doszedłem  do  wniosku,  iż  będzie 

le-piej, jeśli ci się oświadczę w miejscu publicznym.  

Bałem  się,  że  gdybym  to  zrobił  w  czterech  ścianach  twego 

saloniku,  a  ty  byś  moje  oświadczyny  przyjęła,  mógłbym  stracić 

kontrolę  nad  sobą  ze  szczęścia,  że  zgodziłaś  mi  się  oddać  swoją 

śliczną  rączkę.  Ty  bowiem,  kochanie  moje,  jesteś  ucieleśnioną 

pokusą.  

- Naprawdę? - zapytała wzruszona Louise. - Naprawdę, Marcusie?  

-  Tak, naprawdę,  i jeżeli  jeszcze  raz  tak  na  mnie  spojrzysz,  będę 

musiał  kazać  lokajowi,  aby  przywołał  mnie  w  razie  czego  do 

background image

porządku, bo nie ręczę za siebie. Lokaje to straszliwi tyrani, nie mam 

racji, Jarvis? - zapytał służącego przez ramię.  

- Skoro pan tak twierdzi, milordzie.  

-  Tak  jest,  właśnie  tak  twierdzę.  Pędzili  teraz  drogą  w  kierunku 

Pimlico i Belgravii, które biegły równolegle do rzeki.  Louise zaczęła 

się niepokoić, że ktoś może ich zobaczyć i rozpoznać. Podzieliła się tą 

obawą z Marcusem.  

- Nie martw się - odrzekł. - Zatrzymamy się wkrótce i skręcimy w 

Embankment - pamiętasz Embankment? - gdzie wysiądziemy, a Jarvis 

zostanie, żeby przypilnować pojazdu i koni. Specjalnie zrobiłem takie 

duże  koło,  ponieważ  chciałem,  abyś  nacieszyła  się  jazdą  w  tym 

pięknym  pojeździe,  zanim  „wystrzelę  z  tym  pytaniem”  -  o  ile  mi 

wiadomo  w  niższych  sferach  tak  się  określa  oświadczyny  -  czyli, 

jednym słowem, zapytam: czy  za mnie  wyjdziesz? - Roześmiał się. - 

Cóż może być bardziej romantycznego niż oświadczyny nad brzegami 

Tamizy,  w  środku  babiego  lata,  jak  Jankesi  nazywają  taką  ciepłą 

jesienną pogodę.  

Marcus  jest  w  uderzająco  dobrym  humorze,  pomyślała  Louise, 

widocznie musi być przekonany, że zgodzę się wyjść za niego za mąż. 

Rzeczywiście,  mam  taki  zamiar,  ale  skąd  on  o  tym  wie?  Ale  cóż  ze 

mnie  za  roztrzepana  osoba;  przecież  to  jasne,  on  dobrze  mnie  zna  i 

domyśla się, że nie ubrałabym się z taką starannością, gdybym chciała 

odrzucić  jego  propozycję.  Ale  oto  i  Embankment,  Muszę  się  dobrze 

zastanowić, zanim mu odpowiem.  

background image

-  To  nasza  ławka,  pamiętasz?  Na  niej  zawsze  siadaliśmy  - 

przypomniał  jej  Marcus,  kiedy  opuścili  pojazd.  Wręczył  lejce 

Jarvisowi  i  nakazał  mu  przejechać  się  trochę  kariolką.  -  Jestem 

pewien,  że  pamiętasz,  jak  to  wtedy  było.  Ja  byłem  panem  Marksem, 

ale  ty  ciągłe  byłaś  madame  Felice,  kobietą,  o  której  nikt  nic  nie 

wiedział.  Nie  wiadomo,  skąd  przybyła  i  jakie  jest  jej  pochodzenie. 

Teraz sytuacja się zmieniła. Ja jestem lordem Angmering, a ty Louise 

Cleeve. Jak się czujesz w tej nowej roli, kochanie moje?  

- Trochę dziwnie, muszę przyznać - odrzekła. - Jak dotąd niewiele 

się  zmieniło  w  moim  życiu.  Nie  jestem  Louise  Cleeve  ani  nią  nie 

będę,  dopóki  moja  nowa  tożsamość  nie  zostanie  oficjalnie 

potwierdzona  przez  prawników.  Udałam  się  do  jednego  z  nich  kilka 

dni  temu.  Nazywa  się  Herriott.  Słyszałam,  jak  lady  Leominster 

wspominała jego nazwisko.  

Pokazałam  mu  swoje  dokumenty  i  powiedziałam,  że  panowie 

Jackson  i  Burneck  zaświadczą  w  razie  potrzeby,  że  to  ja  byłam 

dzieckiem  wymienionym  w  tych  papierach  i  że  to  mną,  po  śmierci 

mojej  matki,  zaopiekował  się  przed  laty  John  Hanslope.  Mam 

nadzieję,  że  pan  Burneck  o  tym  zaświadczy  -  dodała  trochę 

niespokojnie.  -  Obawiam  się,  że  minie  jeszcze  sporo  czasu,  zanim 

będziesz  mógł  przedstawić  mnie  swojej  rodzinie  i  ogłosić,  że  to  ja 

jestem zaginioną córką Ruperta Cleeve'a.  

- O, tak - powiedział Marcus z domyślnym uśmiechem. - Możemy 

kazać  znowu  Jacksonowi  poddusić  Burnecka,  jeżeli  ośmieli  się 

odmówić.  Co  do  Herriotta,  jest  to  bardzo  znany  londyński  prawnik. 

background image

Jest bardzo uparty i prawie nie ma sprawy, której by nie wygrał - tak 

mi powiedziano. Dobrze wybrałaś.  

-  Cieszę  się,  ale  dowiedziałam  się  od  niego,  że  nie  istnieje 

możliwość unieważnienia mego małżeństwa z Sywellem. On nie żyje, 

a  prawo  głosi,  że  nie  można  wytoczyć  sprawy  umarłemu.  Mogę 

jedynie,  poradził  mi  pan  Herriott,  wyrzec  się  tytułu  i  nazwać  się 

Louise Cleeve, kiedy dochodzenie prawdy już się zakończy. Na razie 

siedzisz  jeszcze  obok  Louise  Hanslope.  Poza  tym,  wyjąwszy  moją 

firmę, przestanę występować jako madame Felice.  

-  Nie  obchodzi  mnie,  jakiego  nazwiska  używasz,  kiedy  siedzę 

przy tobie - oświadczył dobitnie Marcus.  

- W tej chwili bowiem zwracam się do ciebie z pytaniem, czy za 

mnie  wyjdziesz?  Jeżeli  odpowiesz  twierdząco,  będziesz  nazywać  się 

Louise  Cleeve,  lady  Angmering.  Błagam  cię,  nie  odrzucaj  moich 

oświadczyn; usycham z miłości i nie wyobrażam sobie dalszego życia 

bez  ciebie.  Nie  mogę  w  tym  miejscu  paść  na  kolana,  wyobrażasz 

sobie, jakby to wyglądało?  

Dobry  Boże,  zaczynam  żałować,  że  postanowiłem  być  taki 

szlachetny.  Lepiej  byłoby,  gdybyśmy  nie  ruszali  się  z  domu. 

Oświadczyłbym  się  w  twoim  saloniku  w  Chelsea,  a  potem,  gdybyś 

powiedziała tak, całowałbym cię i tulił do woli.  

-  Właśnie  mam  zamiar  to  uczynić  -  odezwała  się  z  udawaną 

powagą  Louise.  -  Dlatego  wydaje  mi  się,  że  dobrze  się  stało,  iż 

wybrałeś  właśnie  to  miejsce.  Nie  przypuszczam,  abyśmy  poprzestali 

tylko na pocałunkach i przytulaniu, a ja nie zamierzam kłamać przed 

background image

ołtarzem,  jeżeli  rozumiesz,  o  co  mi  chodzi.  Co  się  zaś  tyczy  twojej 

skargi,  że  usychasz  z  miłości,  to  muszę  stwierdzić,  że  nie  pamiętam, 

byś kiedykolwiek wyglądał lepiej.  

- Żenię się z purytanką, i to na dodatek prawdomówną - poskarżył 

się Marcus. - Niemniej, chociaż znajdujemy się w miejscu publicznym 

i tak zamierzam cię pocałować.  

- Bezzwłocznie zrealizował zapowiedź właśnie w momencie, gdy 

Jarvis podprowadzał kariolkę.  

-  Dobra  robota,  milordzie  -  zauważył  z  uznaniem,  kiedy  Marcus 

pomagał Louise wsiąść do pojazdu. - Widzę, że pan i pańska dama nie 

marnowaliście czasu, jeżeli mogę się tak wyrazić.  

-  Nie,  nie  możesz  -  odpowiedział  Marcus,  ale  w  jego  głosie 

brzmiało  rozbawienie.  -  Czy  książę  Sharnbrook  zezwala  ci  na  taką 

poufałość?  

Jarvis zachichotał.  

-  Och,  jego  wysokość  to  wyjątkowy  człowiek,  on  zna  się  na 

rzeczy, a my obaj też znamy się od dawna, ale wiele by mówić na ten 

temat. - Przyłożył palec do nosa. - Jedziemy do domu, czy tak?  

- Jedziemy do domu mojej pani - wyjaśnił Marcus.  

- Będziemy świętować zaręczyny wyborną herbatą. Potem możesz 

zwrócić  kariolkę  swemu  panu,  a  ja  zamówię  powóz  Hackneya,  aby 

mnie odwiózł z powrotem na Berkeley Square.  

- Myślałem, że boisz się zostać ze mną sam na sam - zażartowała 

Louise, kiedy pojazd z Jarvisem zniknął im z oczu.  

background image

-  To  było  przedtem,  a  teraz  jest  już  po.  Postaram  się  zachować 

grzecznie, ale nie mogę tego zagwarantować w stu procentach. Krzycz 

„dość”, jeżeli przekroczę miarę, a ja daję słowo, że cię posłucham.  

-  To  znaczy,  że  odpowiedzialność  znowu  spadnie  na  mnie  - 

westchnęła  Louise.  -  Co  z  nas  będzie  za  małżeństwo,  jeżeli  od 

początku tak zaczynamy ?  

-  Jak na  razie  nie  jesteśmy  jeszcze  po  ślubie  -  zauważył  Marcus, 

kiedy weszli do holu.  

-  To  prawda.  Pozwól  teraz,  że  każę  podać  lunch.  Przynajmniej 

podczas jedzenia postaraj się być grzeczny.  

- Czy mam przez to rozumieć - zauważył Marcus, spoglądając na 

nią  figlarnie  -  że  jak  skończymy  jeść,  wszystko  nam  będzie  wolno? 

Będę o tym pamiętać.  

Ale szelma z tego Marcusa, jakiż on ma cięty język! Louise nigdy 

przedtem  tak  się  nie  bawiła.  Miała  trudne  życie,  w  którym  niewiele 

było  okazji  do  śmiechu.  Marcus  jednak  w  szybkim  tempie 

rekompensował jej tamte niewesołe lata. Nigdy nie myślała, że miłość 

może nieść ze sobą tyle szczęścia.  

Nawet  wtedy,  kiedy  jedli  lunch  podany  przez  gosposię, 

rozradowaną,  że  jej  pani  wychodzi  za  mąż  i  nie  pada  ofiarą 

pozbawionego skrupułów młodego arystokraty, Marcus nie ustawał w 

żarcikach i dobrodusznej ironii.  

A  potem?  No  cóż,  potem  całował  ją  i  pieścił  delikatnie,  ucząc 

podstaw  sztuki  miłosnej  i  szlachetnie  -  choć  nie  przychodziło  mu  to 

łatwo - powstrzymując się od ostatecznego kroku. Wynagrodził mu tę 

background image

powściągliwość  widok jej  zaróżowionej  od  szczęścia  twarzy,  a  kiedy 

już  rozbudził  w  niej  uśpione  zmysły  -  jej  chętna  współpraca  we 

wstępnej  grze  miłosnej.  Louise  szybko  się  uczyła  i  odwzajemniała 

jego pieszczoty z pełnym inwencji żarem.  

Marcus  w  końcu  rozluźnił  uścisk  i  odsunął  ją  lekko  od  siebie, 

mówiąc chrapliwym szeptem:  

- Nie wyrywałaś się i nie mówiłaś „dość”, ale ja, niestety, muszę 

to  powiedzieć  za  nas  oboje.  Chcę  cię  zaprowadzić  do  ołtarza  jako 

dziewicę,  nawet  jeżeli  na  nią nie  zasłużyłem  swym  dotychczasowym 

niemoralnym  życiem.  Postępowałem  w  tych  sprawach  tak  jak  więk-

szość  wysoko urodzonych młodych ludzi - lekkomyślnie i hulaszczo. 

Nie  będę  drwił  z  kościelnych  przykazań,  pozbawiając  cię  przed 

ślubem  dziewictwa,  i  mam  wrażenie,  że  ty  również  byś  tego  nie 

chciała.  

Louise spojrzała na niego zamglonym wzrokiem.  

-  Nigdy  nie  przypuszczałam,  że  tak  łatwo  można  się  zapomnieć. 

W  jednej  chwili  można  znaleźć  się  na  granicy  takiego  miłosnego 

upojenia,  że  wszelkie  obowiązujące  nas  zasady  przestają  działać. 

Zawsze  dziwiłam  się  dziewczętom,  które  dały  się  uwieść,  ale  teraz 

całkowicie je rozumiem.  

Gdybyś  ty  sam  nie  wytyczył  granicy,  której  nie  wolno  nam 

przekroczyć,  i  postanowił  kochać  się  ze  mną  do  całkowitego 

spełnienia, nie byłabym w stanie ci się przeciwstawić. Uczucia, które 

mną  zawładnęły,  są  zbyt  rozkoszne  i  potężne,  aby  można  je  było 

łatwo opanować. Czy ty też tak odczuwasz?  

background image

-  Naturalnie  -  odparł  Marcus, przeklinając  w  duchu  własne  słabe 

ciało,  które  na  zakaz  miłosnego  spełnienia  zareagowało  dotkliwym 

bólem.  -  Dlatego  właśnie  przerwałem  nasze  pieszczoty.  Teraz, 

niestety,  musimy  nad  sobą  panować  i  wynagradzać  sobie  ten  brak 

marzeniami  o  wspólnej  przyszłości.  O  ile  wiem,  zgodziłaś  się 

oficjalnie  oświadczyć  przed  moją  rodziną,  że  pochodzisz  z  rodu 

Cleeve'ów wtedy, gdy prawnicy ostatecznie wszystko załatwią.  

Kiedy to się już stanie, oznajmimy memu ojcu i innym członkom 

rodziny,  że  jesteśmy  zaręczeni.  Moja  siostra  Sophia,  jak  wiesz, 

wychodzi  za  mąż  w  Boże  Narodzenie.  Wolałbym  wcześniejszy  ślub, 

ale myślę, że mój ojciec i Marissa będą bardzo szczęśliwi, kiedy obie 

uroczystości  odbędą  się  w  tym  samym  czasie,  jeżeli  naturalnie  twoje 

wspomnienia  ze  Steepwood  nie  są  zbyt  bolesne,  byś  się  na  to 

zgodziła.  

Louise potrząsnęła głową.  

-  Nie  wszystkie  moje  wspomnienia  z  tamtego  okresu  są  przykre. 

Pamiętam  również  wiele  przyjemnych  momentów  spędzonych  z 

Ateną i chciałabym, żeby ona i jej mąż byli również na naszym ślubie. 

To  będzie  dla  mnie  niezwykłe  przeżycie  -  szyć  dla  siebie  ślubną 

suknię - a nie dla innej młodej kobiety.  

- A więc wszystko ustalone - orzekł Marcus. - Teraz, wybacz, ale 

muszę  się  z  tobą  pożegnać.  W  przeciwnym  wypadku  znowu  ulegnę 

pokusie.  Kiedy  już  twoja  nowa  tożsamość  zostanie  pod  względem 

prawnym  ustalona,  będziemy  mogli  spotykać  się  bez  przeszkód  w 

background image

miejscach publicznych jako ludzie równi sobie urodzeniem. Nie mogę 

wprost doczekać się tego dnia.  

-  Ani  ja  -  odparła  Louise.  Po  wyjściu  Marcusa  usiadła  i  zaczęła 

marzyć o tym, gdy ona i Marcus będą już zawsze razem i kiedy będzie 

miała  własną  rodzinę  i  stałe  miejsce  w  świecie,  a  także  nazwisko, 

które nie jest fałszywym nazwiskiem.  

Ojciec Marcusa chciał jak najszybciej opuścić Londyn, by wrócić 

na wieś, ale jego lekarz wyperswadował mu ten pomysł. Nalegał, żeby 

pozostał  jeszcze  przez  jakiś  czas  w  Londynie,  ponieważ  na  wsi,  jak 

twierdził,  trudno  będzie  w  jego  chorobie  zapewnić  mu  odpowiednią 

opiekę medyczną.  

- Proszę  wstrzymać się z tą decyzją do momentu, kiedy  wydamy 

ostateczną  diagnozę  co  do  pańskiego  stanu.  Musimy  być  w  stu 

procentach  przekonani,  że  nic  więcej  nie  jesteśmy  w  stanie  dla  pana 

uczynić,  milordzie  -  mówił  lekarz.  -  Możliwe,  iż  moja  diagnoza  jest 

błędna, a jeśli tak, to zastosujemy wówczas inny rodzaj terapii. Ale jej 

również w wiejskich warunkach nie można przeprowadzić.  

-  Jeżeli  mam  niedługo  umrzeć,  wolałbym,  żeby  to  się  stało  w 

Jaffrey  House  -  utyskiwał  hrabia.  -  Nie  przepadam  za  Londynem,  to 

nie  jest  moje  ulubione  miejsce,  chociaż  to  stolica  naszego  kraju.  To 

miasto brudne i smrodliwe i mnie, człowiekowi wsi, trudno jest się do 

niego przyzwyczaić.  

-  Ja  jednak  będę  nalegał  na  pozostanie  w  Londynie  -  upierał  się 

lekarz. - Wydanie ostatecznej diagnozy nie potrwa długo, zapewniam 

pana.  

background image

Marissa  poparła  lekarza.  Również  Marcus,  kiedy  go  zapytano  o 

zdanie,  wypowiedział  się  w  podobnym  duchu.  W  charakterystyczny 

dla siebie, otwarty sposób zauważył:  

- Czy po to kupuje się psa, aby samemu szczekać? Nie sądzisz, że 

mam rację, ojcze?  

- Zauważyłem, że ostatnio jesteś w świetnym humorze - stwierdził 

zgryźliwie lord, ale zastosował się do rady syna.  

Kilka  tygodni  po  tym,  kiedy  Marcus  oświadczył  się  Louise  i 

został  przez  nią  przyjęty,  stary  hrabia  drzemał  w  fotelu  w  swoim 

gabinecie.  Obudziło  go  wejście  syna.  Zauważył,  że  Marcus,  jak 

zawsze ostatnimi czasy, wygląda na szczęśliwego. Radość i optymizm 

biły z jego twarzy.  

Lord  Yardley  miał  nadzieję,  że  nie  jest  to  skutek  zażywania 

opium.  Znał  wielu  głupców,  którzy  namiętnie  oddawali  się  temu 

nałogowi.  Największym  głupcem,  oczywiście,  był  on  sam,  ponieważ 

również  je  zażywał.  Lekarz  zapisał  mu  ten  narkotyk,  aby  uśmierzyć 

bóle, które przejściowo zaczynały go już nękać.  

-  Sir  -  odezwał  się  Marcus  -  chciałbym  pomówić  z  tobą  o  kilku 

ważnych sprawach. Myślę, że to, co ci powiem, bardzo cię zaskoczy, 

ale niewątpliwie zdejmie również kamień z serca.  

-  Co  takiego?  -  zapytał  hrabia,  z  wolna  budząc  się  z  drzemki.  - 

Czy  to  ma  jakiś  związek  z  tym,  że  niezadługo  przejmujesz  ode  mnie 

opactwo?  

-  Poniekąd  -  odparł  z  namysłem  Marcus.  Chciał  sprawić  ojcu 

radość,  uszczęśliwić  go  pomyślną  nowiną,  ponieważ  widział,  że  stan 

background image

zdrowia  hrabiego  Yardleya  pogarsza  się  z  dnia  na dzień.  Jego  rodzic 

dosłownie nikł w oczach. Stawał się coraz słabszy, mizerniejszy, bled-

szy.  Chwilami  przypominał  widmo.  Zjadała  go  choroba.  -  Mam  dla 

ciebie  dwie  informacje,  ojcze.  Po  pierwsze,  żenię  się,  a  po  drugie, 

mam wiadomość dotyczącą damy, która, mam nadzieję, zostanie moją 

małżonką.  

-  Żenisz  się!  -  wykrzyknął  hrabia.  -  Nareszcie!  A  więc  w  końcu 

poszedłeś  po  rozum  do  głowy.  Jeżeli  nie  jest  to  tylko  żart,  umrę 

szczęśliwy, 

wiedząc, 

że 

zostawiam 

ziemskie 

sprawy 

odpowiedzialnych rękach i że ciągłość rodu jest zapewniona.  

-  Czas  pokaże,  jak  to  z  tym  będzie  -  zauważył  filozoficznie 

Marcus i uśmiechnął się. - Jakby nie było. jest jeszcze Dwóch Nedów 

w zapasie, na wszelki wypadek. Zapewniam cię jednak, że nie żartuję 

i  naprawdę  zamierzam  się  ożenić  i  że,  na  dodatek,  pani  mego  serca 

zgodziła  się,  aby  nasz  ślub  odbył  się  w  Boże  Narodzenie,  w  tym 

samym  czasie  co  ślub  księcia  Shambrook  i  Sophii  -  jeżeli  oni, 

oczywiście, nie mają nic przeciwko temu.  

-  Ale  czy  rodzina  twojej  wybranki  nie  sprzeciwi  się  temu 

pomysłowi?  Jest  w  zwyczaju,  że  pannę  wydaje  się  za  mąż  z  jej 

rodzinnego domu.  

- Właśnie o tej sprawie pragnę z tobą pomówić, ojcze. Myślę, że 

w jakiś swoisty sposób moja przyszła żona będzie wydawana mężowi 

z  rodzinnego  domu.  Widzisz,  ojcze,  moja  narzeczona  jest  nikim 

innym  jak  tylko  zaginioną  córką  naszego  kuzyna,  lorda  Ruperta 

Cleeve'a. To Jackson dokonał tego odkrycia, ale na moje polecenie.  

background image

Działaliśmy  w  tej  sprawie  wspólnie.  Okazuje  się  na  dodatek,  że 

ona była żoną zmarłego markiza Sywella, która od niego uciekła i po 

której  zaginął  wszelki  ślad.  Jest  wdową  po  nim  i  nosi  tytuł  markizy. 

Uchodziła  za  córkę  Johna  Hanslope'a,  rządcy  Sywella,  i  zawsze  była 

znana pod nazwiskiem  Louise  Hanslope.  Udowodniła ponad  wszelką 

wątpliwość  swą  prawdziwą  tożsamość  oraz  to,  że  jest  dzieckiem 

pochodzącym z legalnego związku.  

Prawnicy  stwierdzili,  że  dokumenty,  jakie  im  przedstawiła,  są 

autentyczne  i  dowodzą,  że  mówiła  prawdę.  Ginekologiczne  badanie 

przez  akuszerkę  wykazało,  że  jest  dziewicą.  Musiałem  długo  ją 

namawiać, aby ujawniła światu, jakie jest jej prawdziwe pochodzenie, 

ponieważ  zamierzała  w  dalszym  ciągu  pozostać  osobą  nieznaną  i 

anonimową.  

Nie  chciała  też  wywoływać  zamieszania  w  rodzinie  swymi 

roszczeniami.  Ale,  na  szczęście,  zarówno  wobec  siebie,  jak  i  naszej 

rodziny,  ujawniła  swą  prawdziwą  tożsamość.  Zgodziła  się,  abym 

pomówił  z  tobą  na  ten  temat.  Muszę  cię  także  poinformować,  że 

Marissa i Sophia znają już moją przyszłą żonę.  

Marcus  przerwał.  Zbliżał  się  krytyczny  punkt  rozmowy.  Ojciec 

był  kompletnie  zbity  z  tropu.  Kiedy  Marcus  oznajmił,  że  jego 

macocha  i  siostra  znają  już  jego  wybrankę,  na  twarzy  hrabiego 

pojawił się wyraz niepokoju i konsternacji.  

Po chwili milczenia lord Yardley zapytał:  

- Chcesz powiedzieć, że nie znam tej pani, a one ją znają, ale jak 

to się mogło stać?  

background image

- Stało się tak dlatego - odpowiedział odważnie Marcus - że moja 

narzeczona  znana  jest  w  towarzystwie  jako  madame  Felice,  modiste. 

To ona właśnie szyje suknię ślubną dla Sophii oraz jej całą wyprawę.  

- Czy to znaczy, że żenisz się z... z... krawcową? Na miłość boską, 

w jaki sposób ją poznałeś?  

-  To,  sir,  jest  długa  historia  i  nie  da  się  jej  opowiedzieć  w  kilku 

słowach  -  odrzekł  Marcus.  -  Jest  to  kobieta,  którą  kocham  i  z  którą 

zamierzam  się  ożenić.  Wierzę,  że  kiedy  ją  poznasz,  pokochasz  ją 

również.  Chcę  ją  tutaj  przyprowadzić  najszybciej,  jak  tylko  się  da,  i 

przedstawić ją naszej rodzinie, która jest także jej rodziną, jako naszą 

kuzynkę i moją przyszłą żonę.  

-  No,  no,  Angmering  -  pokiwał  głową  stary  hrabia.  - Rozumiem, 

że  wiesz,  co  robisz,  nieraz  już  dowiodłeś  swego  rozsądku.  Mam 

nadzieję,  że  twoja  wybranka  porzuci  zawód  krawcowej  po  tym,  jak 

wyjdzie  za ciebie. Mówisz, że ona jest wdową po Sywellu. To zaiste 

zaskakujące odkrycie, musisz przyznać.  

Marcus pomyślał, że takiej właśnie reakcji spodziewał się po ojcu. 

Hrabia zawsze w taki sam sposób reagował na wiadomości, które jego 

zdaniem były zadziwiające.  

- Powiedz raczej, ofiara Sywella - sprostował. - Ofiara w każdym 

tego słowa znaczeniu. Postaram się chociaż częściowo opisać ci jej los 

u boku tego potwora. - Opowiedział ojcu szczegółowo, czego Jackson 

dowiedział się od Burnecka.  

Kiedy skończył, ojciec odezwał się posępnie:  

background image

- To, co od ciebie usłyszałem, jeszcze bardziej utwierdza mnie w 

przekonaniu,  że  dobrze  zrobiłem,  uwalniając  społeczeństwo  od  tego 

nędznika.  Jedyne,  co  mnie  gryzie,  to  obawa  przed  hańbą,  jaka  by 

spadła  na  moją  rodzinę,  gdyby  się  wydało,  że  to  ja  popełniłem  tę 

zbrodnię.  Biedne  dziecko,  pomyśleć,  jakie  ona  miała  ciężkie  życie  - 

najpierw  jako  uczennica  u  krawcowej,  a  potem  jako  ofiara  Sywella. 

Przecież  gdybym  wiedział  o  jej  istnieniu,  przyjąłbym  ją  do  swojego 

domu  z  radością,  otoczył  troskliwą  opieką  i  traktował  jak  członka 

najbliższej rodziny.  

Gdyby ojciec zechciał powtórzyć to na rodzinnym spotkaniu z jej 

udziałem,  pomyślał  Marcus,  wracając  do  swego  pokoju,  to  wszystko 

będzie  dobrze.  Moja  najdroższa  nie  będzie  żałować  decyzji,  że 

ujawniła swój związek z rodziną Cleeve'ów.  

-  Jak  wyglądam?  -  zapytała  Louise  swoją  główną  krawcową. 

Przymierzała  przed  lustrem  bladoniebieską  wyjściową  suknię  o 

prostym, ale modnym kroju, w której wyglądała bardzo dziewczęco i 

niewinnie. Marcus miał przyjechać po nią lada moment, aby zawieźć 

ją do domu przy Berkeley Square na spotkanie z rodziną.  

-  Bądź  spokojna  -  przekonywał  ją  gorąco  -  nie  ma  najmniejszej 

obawy  co  do  tego,  jak  zostaniesz  przyjęta.  Wszyscy  przywitają  cię  z 

największą radością.  

Powiedział  już  o  niej  Marissie  i  Sophii.  Obie  panie  przyjęły 

wiadomość  z  wielką  radością.  Tak  jak  przypuszczał,  miały  o  Louise 

jak  najlepsze  zdanie  i  wyrażały  się  o  niej  w  samych  superlatywach. 

Dobrze, dobrze, myślała Louise, jemu łatwo tak mówić, on nie jest w 

background image

tej  rodzinie  obcy  i  na  dodatek,  co  najgorsze,  nie  jest  wdową  po 

Sywellu. Nie ma znaczenia, że ja wyparłam się wszelkich związków z 

tym potworem, zrzekając się oficjalnie prawa do tytułu markizy. To w 

niczym nie zmienia postaci rzeczy.  

Nadal  czuła  się  nieswojo,  chociaż  krawcowa  zapewniała  ją 

żarliwie, że wygląda comme il faut 

*

 i że bez wstydu w tej sukni może 

pokazać się nawet na królewskim dworze. Drżała z przejęcia, kiedy u 

boku  Marcusa  wkraczała  do  wspaniałego  salonu  londyńskiej 

rezydencji hrabiego - Cleeve House.  

Poprzedzał ich Cardew. W salonie czekał już na nich lord Yardley 

wraz  z  całą  rodziną.  Tym  razem  obaj  Nedowie  zachowywali  się 

bardzo  grzecznie  -  siedzieli  cicho  jak  trasie,  jeden  obok  drugiego, 

stłoczeni na małej kanapce. Ich mężniejące ciała ledwo się już na niej 

mieściły.  

Chłopcy razem z hrabią powstali z miejsca i skłonili się głęboko, 

kiedy Cardew głębokim basem oznajmił:  

- Milordzie, wicehrabia Angmering i panna Louise Cleeve.  

Louise  zaczerwieniła  się  i  spojrzała  spłoszona  na  Marissę  i 

Sophię. Panie podniosły się również  z miejsc i powitały ją uprzejmie 

lekkim  ukłonem.  Następnie  Marissa  podeszła  do  Louise,  objęła  ją 

serdecznie i pocałowawszy w policzek, powiedziała:  

Och, moja kochana, gdybyśmy wiedzieli o twoim istnieniu, inna 

byłaby twoja dola. Zaopiekowalibyśmy się tobą i oszczędzili ciężkich 

przejść.  

comme il faut - jak należy 

background image

- Ale teraz, gdy zostaniesz już żoną Marcusa, będziemy starać się 

robić  co  w  naszej  mocy,  aby  zrekompensować  ci  trudne  lata  i 

przyczynić się, na ile to możliwe, do waszego wspólnego szczęścia.  

Nic  nie  mogło  bardziej  uradować  Louise  i  uspokoić  niż  słowa 

Marissy. Podziałały na nią jak kojący balsam. Marcus uśmiechnął się 

ukradkiem  do  macochy;  mógł  się  spodziewać,  że  zrobi  mu  taką 

przyjemną niespodziankę.  Sophia  również  uśmiechała  się  wdzięcznie 

do Louise, mówiąc:  

- Mam nadzieję, że to nie przeszkodzi ci dokończyć mojej ślubnej 

wyprawy.  

- Oczywiście, że nie - odparła z żywością Louise - tym bardziej że 

twoja wyprawa jest już na ukończeniu. Dzięki temu zostanie mi trochę 

czasu na zajęcie się moją własną garderobą. Sama sobie uszyję suknię 

ślubną.  To  będzie  mój  łabędzi  śpiew,  rozumiesz.  W  przyszłości 

pracownią  będzie  kierować  jej  główna  krawcowa,  która  obecnie  jest 

moją  prawą  ręką.  Ona  będzie  wszystkim  zarządzać,  a  ja  będę 

sprawowała nad zakładem tylko ogólny nadzór, no i w razie potrzeby 

dostarczała kapitału do jego dalszego rozwoju.  

- Świetny pomysł, moja droga - stwierdziła Marissa, uśmiechając 

się z aprobatą. - Marcusie, muszę ci pogratulować wyboru kandydatki 

na  żonę.  Twoja  wybranka  jest  osobą  obdarzoną  wielkim  rozsądkiem. 

Majątek Yardleyów pod rządami takiej niezrównanej i sensownej pary 

jak  wy  oboje  z  pewnością  powiększy  się  znacznie  i  ugruntuje 

materialną pozycję naszej rodziny.  

background image

Hrabia,  który  do  tej  pory  obserwował  biernie,  jak  jego  żona  i 

córka  przyjmują  Louise  na  łono  rodziny,  wystąpił  do  przodu  i 

oświadczył:  

-  Zamierzałem  powitać  cię  w  naszej  rodzinie  bardziej  formalnie, 

moja droga, ale, jak zwykle, kobiety mnie uprzedziły. Zapewniam cię, 

że nie mniej od nich się cieszę, że wreszcie zajęłaś należne ci miejsce 

w naszym świecie. Bardzo długo na to czekałaś i ja przyłączam się do 

ogólnej radości z tego powodu, że je odzyskałaś.  

Hrabia  spędził  dwa  ostatnie  przedpołudnia  ze  swoimi  i  Louise 

prawnikami,  badając  dokumenty  oraz  wysłuchując  relacji  Jacksona  z 

jego  spotkania  i  rozmowy  z  Burneckiem.  Ale  dopiero  kiedy  ujrzał 

Louise,  uwierzył  naprawdę,  że  dziewczyna  jest  tym,  za  kogo  się 

podaje.  Jej  widok  rozproszył  ostatecznie  wszystkie  wątpliwości; 

wiedział, że Louise mówi prawdę.  

-  Jesteś  wykapaną  kopią  jednej  z  moich  kuzynek  z  rodziny 

Cleeve'ów - oświadczył. - Nazywała się Sara. Przypominasz mi ją do 

złudzenia.  Gdybym  zobaczył  cię  przedtem,  kiedy  przychodziłaś  do 

Sophii mierzyć jej suknie, pomyślałbym, że to jej duch. Sara zmarła w 

bardzo młodym wieku, przy urodzeniu dziecka, sama właściwie będąc 

jeszcze  dzieckiem.  Taką  właśnie  dziewczęcą  i  niewinną  zachowałem 

w mej pamięci.  

Hrabia nie dodał, że podkochiwał się w swej kuzynce  w okresie, 

kiedy  był  niewiele  starszy  od  swoich  dwóch  synów,  ale  ojciec  Sary, 

który  był  zamiłowanym  hodowcą  bydła  i  bezustannie  krzyżował  i 

ulepszał  rasy  domowych  zwierząt,  był  przeciwny  związkom  między 

background image

kuzynami.  Zabronił  im  spotykać  się  ze  sobą  do  czasu,  kiedy  Sara 

wyszła za mąż za majętnego szlachcica z sąsiedztwa.  

Louise  spoglądała  na  niego  szeroko  otwartymi  oczami,  a  potem, 

wzruszona  do  głębi,  rozpłakała  się  serdecznie.  Marissa  objęła  ją 

ramieniem  i  próbowała  uspokoić,  przemawiając  do  niej  łagodnym 

głosem:  

-  Dziecinko,  nie  denerwuj  się  i  nie  rozklejaj  niepotrzebnie. 

Zapewniam  cię,  że  wszyscy  jesteśmy  bardzo  szczęśliwi,  że  zostajesz 

żoną  Marcusa  i  że  wróciłaś  nareszcie,  po  tylu  latach,  na  łono  swojej 

rodziny.  

-  Ja  nie  płaczę  dlatego,  że  jest  mi  smutno  lub  że  jestem 

rozstrojona nerwowo - odparła Louise, łkając. - Ja płaczę ze szczęścia. 

Od nikogo, możesz mi wierzyć, nie usłyszałam tyłu miłych słów w tak 

krótkim  czasie.  Nikt  nigdy  nie  powitał  mnie  tak  ciepło  jak  wy.  W 

gruncie  rzeczy,  oprócz  mojej  drogiej  przyjaciółki,  Ateny  Filmer,  nikt 

w życiu w ogóle mnie nie witał. Pewnie myślisz, że jestem płaksa, ale, 

wierz mi, w przeszłości rzadko pozwalałam sobie na płacz - musiałam 

być twarda, żeby przetrwać. Mam nadzieję, że w przyszłości w ogóle 

nie będę miała okazji do płaczu.  

Odwróciła się do Marcusa i powiedziała:  

-  Domyślam  się,  że  uważacie  mnie  za  niewdzięcznicę;  płaczę, 

zamiast dziękować za waszą dobroć i uprzejmość.  

-  Nie  -  odpowiedział,  myśląc  jednocześnie,  że  nigdy  nie 

wyglądała  tak  pięknie  jak  w  tej  chwili  -  niebieskie  oczy  błyszczały 

niczym  gwiazdy  za  przejrzystą  zasłoną  łez,  a  drżące  spazmatycznie 

background image

różane  usta  były  takie  miękkie,  łagodne  i  kuszące.  -  To  całkowicie 

zrozumiała  reakcja.  Wszyscy  zdajemy  sobie  sprawę,  że  niewiele 

zaznałaś dobroci i życzliwości, kiedy byłaś jeszcze  Louise Hanslope, 

a potem madame Felice. Nie wspomnę już o Sywellu, ten nikczemnik 

nie zasługuje na żadną wzmiankę.  

Louise  uśmiechnęła  się  przez  łzy,  słysząc  te  żarliwe  słowa.  To 

było takie typowe dla Marcusa!  

-  Poza  tym  -  rzekła  jeszcze  -  muszę  się  starać, aby  nie  przynieść 

wam wstydu.  

-  Herbata!  -  wykrzyknęła  Marissa.  -  To  dobrze  zrobi  nam 

wszystkim.  Dla  Louise  będzie  to  również  okazja,  żeby  lepiej  się  z 

nami  zapoznać.  Nie  mieliśmy  nawet  jeszcze  sposobności,  żeby 

przedstawić jej moich Nedów, którzy dzisiaj, muszę przyznać, bardzo 

mi  zaimponowali.  Odkąd  weszłaś  do  salonu,  zachowują  się  jak 

dżentelmeni - jak na prawdziwych Yardleyów przystało. Trochę mnie 

to nawet niepokoi. Podejrzewam, że znowu obmyślają jakiś kawał.  

-  Ależ  skąd!  -  zaprotestował  wesoło  Ned  Pierwszy.  - 

Zachowujemy  się  tak  grzecznie,  ponieważ  nasz  guwerner  dostał  dziś 

popołudniu wolne, abyśmy mogli wraz z wami powitać naszą kuzynkę 

Louise.  Wydaje  się,  że  nie  mamy  zbyt  wielu  krewnych  i  z  tym 

większą  radością  witamy  ją  w  naszym  gronie,  zwłaszcza  że  jest  taka 

ładna.  Gratuluję  dobrego  gustu  Markowi  Antoniuszowi.  Podziwiam 

także  przedsiębiorczość,  jaką  wykazał,  w  poszukiwaniach  zaginionej 

krewnej naszej rodziny.  

background image

- Och, dziękuję za te słowa - odrzekła z wdzięcznością Louise, od 

razu  zdobywając  serca  obydwóch  chłopców.  -  Widzę,  że  ten 

szczególny  Ned  ma  duże  zadatki  na  dyplomatę.  Czy  ten  drugi, 

milczący, który siedzi obok, też ma zdolności w tym kierunku?  

-  Raczej  nie  -  odpowiedział  Ned  Drugi.  -  To  specjalność  mego 

starszego  brata.  Ja  mam  zamiar  zostać  żołnierzem,  ale  Marcus 

twierdzi,  że  odkąd pobiliśmy  Francję,  wojna  przez  dłuższy  czas  nam 

nie grozi. Ale to wcale nie zmienia moich zamiarów. Być żołnierzem 

w warunkach pokojowych to bardzo przyjemne zajęcie.  

Odpada  obawa,  że  się  zostanie  zabitym,  a  zostaje  frajda  z 

noszenia  wojskowego  munduru.  To  wszystko  zachęca  mnie  do  tego 

zawodu, a nie odstręcza. Później, kuzynko Louise, chciałbym pokazać 

ci  moją  kolekcję  ołowianych  żołnierzyków  -  jeżeli  Marcus, 

oczywiście, zechce cię puścić.  

-  Z  przyjemnością  -  odpowiedziała  szczerze,  uszczęśliwiona,  że 

jest już traktowana jak członek rodziny. Nie znała wielu chłopców  w 

wieku  Nedów,  ale  nie  miała  wątpliwości,  że  wyrosną  na  pożeraczy 

damskich serc, niezależnie od tego, kim zostaną w przyszłości. Już te-

raz byli wspaniałymi okazami dorastających samców.  

Słuchała  z  pewnym  rozbawieniem  ich  matki,  która  karciła  ich  z 

udawaną  powagą,  ale  Louise  tak  mało  miała  wesołości  i  pogody  w 

swoim  surowym,  ciężkim  życiu,  że  z  przyjemnością  przysłuchiwała 

się ich beztroskim żartom. Popołudniowa herbatka minęła w wesołym 

nastroju. Po wstaniu od stołu hrabia poprosił ją i Marcusa do siebie na 

rozmowę. Chciał pomówię o ich przyszłości.  

background image

-  Powiedziałaś  -  zaczął  -  że  planujesz  przekazać  prowadzenie 

pracowni  w  inne  ręce  i  że  po  ślubie  zamierzacie  osiąść  na  stałe  w 

opactwie  Steepwood,  naturalnie  kiedy  już  je  odrestaurujecie  i 

urządzicie według własnego gustu, tak abyście się dobrze w nim czuli. 

Rozmawiałem  z  żoną  i  oboje  zgodziliśmy  się  co  do  tego,  że  będzie 

nam bardzo miło, jeżeli na okres dzielący was od dnia waszego ślubu 

w  Boże  Narodzenie  zamieszkasz  w  hrabstwie  Northampton;  jeżeli 

oczywiście ta koncepcja ci odpowiada.  

Potem, ponieważ Marcus przejmuje ode mnie rolę administratora 

naszych  rodzinnych  włości  -  ja  z  powodu  wieku  i  choroby  wycofuję 

się  z  czynnego  życia  -  proponuję,  żebyście  zamieszkali  w  jego 

dotychczasowym  domu  aż  do  ukończenia  prac  nad  modernizacją 

opactwa.  Po  mojej  śmierci  Jaffrey  House  będzie  doskonałą  siedzibą 

dla  owdowiałej  lady  Yardley  i  Nedów.  Takie  rozwiązanie  wymaga 

oczywiście twojej akceptacji, Louise.  

Co  mogła  na  to  odrzec?  Nie  mogła  odmówić,  nawet  gdyby 

chciała.  Marcus  uśmiechnął  się  do  niej  uszczęśliwiony,  a  hrabia  był 

taki uprzejmy i wielkoduszny.  

-  Nie  wiem  wprost,  jak mam dziękować  za  tyle  dobroci i  serca  - 

odpowiedziała  z  wdzięcznością.  -  Oczywiście,  zrobię  tak,  jak  pan 

proponuje, sir - po tym, kiedy już załatwię swoje londyńskie sprawy.  

-  Świetnie  -  odrzekł  lord  Yardley.  -  Marissa  już  zajęła  się 

planowaniem  waszego  ślubu  i  wesela.  Jesteśmy  oboje  z  żoną  zdania, 

że  powinnaś  wyjść  za  mąż  z  domu  Cleeve'ów,  jak  przystało  pannie 

background image

pochodzącej  z  naszej  rodziny.  Będzie  to  dla  nas  dodatkowa 

przyjemność.  

A  więc  wszystko  zostało  ustalone.  Później  Marcus  zabrał  Louise 

do ogrodu na tyłach domu. Nareszcie byli sami i przez kilka chwil, nie 

niepokojeni przez nikogo, cieszyli się tylko swoim towarzystwem.  

-  Kłopot  w  tym  -  wyjawił  Marcus,  kiedy  już  wymienili  kilka 

pośpiesznych  uścisków  i  pocałunków,  z  dala  od  okien,  zza  których 

obserwowały  ich  ciekawskie  oczy  -  że  będzie  mi  piekielnie  trudno 

pohamować  chęć  uwiedzenia  ciebie  jeszcze  przed  Bożym 

Narodzeniem.  

Z  każdym  dniem  stajesz  się  piękniejsza  i  bardziej ponętna.  Twój 

wygląd  dowodzi  najlepiej,  jak  szczęście  może  zmienić  człowieka  - 

takie przynajmniej jest moje zdanie. Jednak nie mogę się przyznać, co 

ono wyprawia ze mną, nie mówiąc już o mojej sile woli.  

-  A  więc  nie  martwi  cię,  że  przegrasz  zakład  z  Jackiem 

Percevalem? - zapytała Louise, która miała również pewne trudności z 

dotrzymaniem  postanowienia  o  zachowaniu  do  dnia  ślubu 

dziewiczego wianka.  

-  W  najmniejszym  stopniu  -  odpowiedział  Marcus.  -  Wolę  go 

przegrać i zyskać ciebie, niż wygrać i stracić moją ukochaną. A teraz 

bądź  tak  uprzejma  i  postój  spokojnie  przez  kilka  minut,  albowiem 

mam ogromną ochotę Cię pocałować.  

-  Czy  nie  sądzisz  jednak,  że  powinniśmy  już  wrócić  do  reszty 

towarzystwa?  Twoi  rodzice  z  pewnością  będą  się  zastanawiać, 

background image

dlaczego,  chociaż  jesienne  powietrze  jest  takie  chłodne,  pozostajemy 

tak długo w ogrodzie.  

- Nie, nie będą - odparł Marcus ze  znaczącym uśmiechem. - Oni 

dobrze  wiedzą,  co  robimy  -  ale  masz  rację.  Wprawdzie  moje 

pożądanie  rośnie  z  minuty  na  minutę  i  z  trudem  powstrzymuję  się, 

żeby ciebie nie zniewolić, mimo że, jak się domyślam, też nie byłabyś 

od  tego,  to  jednak  ogród  na  tyłach  Cleeve  House  nie  jest  do  tego 

najlepszym  miejscem  -  nie  jest  ani  odpowiednio  romantyczny,  ani 

wygodny.  

Obydwoje  z  ociąganiem  odstąpili  od  siebie  -  pragnęli  tylko 

jednego:  żeby  Boże  Narodzenie,  a  z  nim  ich  ślub,  nadeszło  jak 

najszybciej.  Będą  wówczas  mogli  cieszyć  się  sobą  i  swoim 

szczęściem  do  woli.  Na  razie  musieli  jedynie  zadowalać  się 

świadomością,  że  Louise,  po  trudnym  i  zawiłym  etapie  w  swoim 

życiu,  dopłynęła  wreszcie  do  spokojnego  portu  i  miała  przy  sobie 

człowieka, którego kochała i który także ją kochał.  

 

EPILOG 

Wigilia 1812 roku  

-  Proszę  pani...  a  raczej,  milady.  W  tej  sukni  wygląda  pani  jak 

królewna z bajki, słowo daję.  

Louise  uśmiechnęła  się  do  służącej,  która  z  dziewczyny  do 

wszystkiego w jej domu w Chelsea przedzierzgnęła się w przyboczną 

pokojówkę.  Louise  wyjechała  z  Londynu  w  połowie  listopada  i 

background image

zamieszkała  w  Jaffrey  House,  gdzie  miała  przebywać  do  dnia  swego 

ślubu z Marcusem.  

Jednocześnie  miały  się  też  odbyć  zaślubiny  przyrodniej  siostry 

Marcusa,  Sophii,  z  jej  przystojnym  narzeczonym,  księciem 

Sharnbrook.  Zdecydowali  się  z  Marcusem  na  opuszczenie  Londynu, 

gdy  wieść  o  jej  prawdziwym  pochodzeniu  rozeszła  się  nie  tylko  w 

eleganckim towarzystwie, ale nawet w prasowym organie Stronnictwa 

Radykałów.  

Niespodziewane  pojawienie  się  Louise  w  charakterze  krewnej 

Cleeve'ów  wprawiło  w  osłupienie  londyńskie  towarzystwo  i  dało 

początek niekończącym się plotkom na jej temat, a zwłaszcza na temat 

jej  przeszłości.  Dla  rodziny  Yardleyów  nie  mogło  być  nic  gorszego 

niż ceremonia w kościele wypełnionym żądnymi sensacji gapiami.  

Aby uniknąć takiej sytuacji, postanowiono, że ślub odbędzie się w 

prywatnej kaplicy przy Jafrrey House w obecności tylko najbliższych 

krewnych  państwa  młodych.  Dla  przyjaciół  i  członków  dalszej 

rodziny  przewidziano  przyjęcie  weselne  w  sali  balowej.  Służba 

hrabiego  oraz  zaprzyjaźnieni  wieśniacy  z  okolicy  mieli  się  bawić  w 

części  kuchennej  wielkiego  domu  po  zakończeniu  przyjęcia  i 

rozpoczęciu tańców.  

Marissa  i  Marcus  martwili  się  jedynie,  czy  hrabia,  którego  stan 

zdrowia  pogarszał  się  z  dnia  na  dzień,  będzie  czuł  się  na  siłach,  aby 

uczestniczyć w takiej wyczerpującej imprezie.  

Jednakże, gdy Marissa ostrożnie poruszyła ten ważny temat, mąż 

zaprotestował głośno.  

background image

-  Bzdura  -  powiedział  z  oburzeniem.  -  Byłbym  ostatnim 

niedołęgą, gdybym nie potrafił znaleźć w sobie tyle mocy, aby wziąć 

udział w ślubie moich dzieci, zwłaszcza że przez dziesięć lat błagałem 

Marcusa, żeby się ożenił.  

I na tym dyskusja się skończyła.  

Nie chcąc zatrudniać obcej osoby jako pokojówki, Louise zabrała 

Mary  Smith  ze  sobą  do  Jafrrey  House.  Mary  okazała  się  bardzo 

pojętną dziewczyną i gdy pokojówka Marissy zapoznała ją z nowymi 

obowiązkami,  od  razu  pozbyła  się  nieśmiałości  i  szybko  weszła  w 

nową rolę. Okazało się również, że wpadła w oko jednemu z lokajów i 

wszystko wskazywało na to, że w niedalekiej przyszłości odbędzie się 

jeszcze jeden ślub.  

-  To  najpiękniejsza  suknia,  jaką  milady  kiedykolwiek 

zaprojektowała  -  mówiła  dalej  zachwycona  dziewczyna,  dodając 

taktownie: - Poza suknią dla lady Sophii, oczywiście.  

Zdaniem  Louise  obie  kreacje  były  równie  udane.  Z  odrobiną 

nieśmiałości - nadal nie mogła uwierzyć, że czasy tułaczki na zawsze 

się dla niej skończyły i że dziś zostanie żoną Marcusa - odparła:  

- Mam nadzieję, że lordowi Angmering też się spodoba.  

- Och, jestem tego pewna. Chcę pani powiedzieć, milady, że lady 

Yardley  bardzo  ostro  się  dziś  rano  z  nim  sprzeczała.  On  uparł  się, 

żeby koniecznie zobaczyć panią w tej sukni przed ślubem, ale hrabina 

nie  pozwoliła  na  to.  Powiedziała,  że  oglądanie  panny  młodej  w 

ślubnej sukni przed ceremonią przynosi pecha, a pani, mówiła, dosyć 

już  miała  kłopotów  w  swoim  życiu.  Lord  Angmering  był  bardzo 

background image

niezadowolony, ale lady Yardley powiedziała, że państwo macie całe 

wspólne  życie  przed  sobą,  więc  te  kilka  godzin  rozłąki  nie  robi 

różnicy i że serce mu z tego powodu nie pęknie.  

Cały  Marcus,  pomyślała  z  czułością  Louise.  Jedną  z  cech,  które 

najbardziej w nim kochała, była jego szczerość i prostolinijność, jakże 

odmienna od chytrej przebiegłości jej pierwszego męża. Nie powinna 

jednak myśleć o tym łotrze w tak szczęśliwym dla siebie dniu. Mimo 

woli  jednak  stanęła  jej  w  pamięci  przytłaczająca  atmosfera  jej 

pierwszego ślubu i obmierzła postać Burnecka szczerzącego zęby zza 

pleców Sywella.  

A  jednak  Burneck  miał  być  gościem  na  ich  weselu.  Został 

zaproszony na zabawę w pomieszczeniach dla służby. Tak postanowił 

Marcus.  Burneck,  jego  zdaniem,  zachował  się  w  końcu  całkiem 

przyzwoicie,  wyznając  wszystko  prawnikom  -  nawet  więcej,  niż 

wydusił  z  niego  Jackson  -  dzięki  czemu  jej  prawo  do  nazywania  się 

Louise  Cleeve  zostało  bezsprzecznie  udowodnione.  Nie  była 

zachwycona  faktem,  że  bękart  Sywella  będzie  uczestniczył  w  jej 

wielkim  dniu,  ale  doceniała  szlachetny  gest  Marcusa.  Dobroć  była 

drugą cechą, którą u niego ceniła. Nie zgłosiła więc sprzeciwu.  

Jaffrey House pękał w szwach. Wielu gości spoza granic hrabstwa 

zatrzymało  się  w  lepszych  zajazdach  lub  w  pobliskich  majątkach, 

których  właściciele  zostali  zaproszeni  na  podwójne  wesele  do 

Yardleyów.  Atena  i  Nick  Cameron  wraz  z  matką  Ateny,  która 

niedawno  wyszła  za  mąż  za  księcia  Ingleshama  -  swoją  pierwszą  i 

jedyną miłość - zamieszkali na ten czas w dawnym domku Filmersów.  

background image

Książę w rekordowym tempie odnowił i zmodernizował budynek, 

tak aby mógł czasami posłużyć im jako azyl, gdy już będą mieli dość 

towarzyskiego  życia  Londynu  z  jego  wiecznymi  płotkami  i 

zwariowanym tempem.  

- Któż by uwierzył, że tak szybko nas dogonicie? Przecież dopiero 

co braliśmy ślub, a wy już wstępujecie w nasze ślady - szepnęła Atena 

do  Louise,  gdy  Ingleshamowie  z  Cameronami  wstąpili  do  Jaffrey 

House w przededniu uroczystości.  

-  Pamiętasz,  jak  często  spacerowałyśmy  po  lesie,  rozmawiając  o 

naszych  życiowych  planach,  o  tym,  co  nas  czeka  w  przyszłości. 

Podczas  naszego  ostatniego  spotkania,  zanim  uciekłaś  od  Sywella, 

powiedziałaś mi: „Ja nie mam przyszłości - ani przeszłości”. - A teraz 

spójrz na siebie.  

Louise  Cleeve  tak  długo  pozbawiona  swego  dziedzictwa 

odzyskuje  je,  wychodzi  na  koniec  z  cienia,  w  którym  tyle  lat 

pozostawała,  i  na  dodatek  poślubia  najwspanialszego  mężczyznę, 

jakiego  można  sobie  wymarzyć,  nie  licząc  mego  Nicka,  oczywiście. 

Takich  pogmatwanych  losów  nie  znajdziesz  w  żadnej  teatralnej 

sztuce, nie sądzisz?  

A  jeśli  chodzi  o  moją  mamę  to  stów  mi  brak  -  co,  jak  wiesz, 

rzadko  mi  się  zdarza  -  z  radości,  że  wyszła  ponownie  za  mąż.  -  Tu 

spojrzała  na  księżnę,  która  z  zażenowanym  uśmiechem  opowiadała 

Marissie  o  swym  nowym  małżeńskim  szczęściu.  -  Moja  mama 

zasłużyła  sobie  na  wszystko  co  najlepsze  w  życiu:  jest  taka  dobra  i 

łagodna.  Cierpłam  na  myśl,  że  zagrzebie  się  do  końca  życia  na 

background image

zapadłej  wsi.  Jej  życie  jest  najlepszym  dowodem  na  to,  że  człowiek 

nigdy nie wie, co przyniesie następny dzień.  

- To i lepiej - odparła cicho Louise - ponieważ następny dzień nie 

zawsze niesie ze sobą pomyślność.  

-  Ale  twoje  jutro  na  pewno  będzie  szczęśliwe,  jestem  o  tym 

głęboko  przekonana  -  odparła  Atena  z  właściwą  sobie  szczerością. 

Ona jest prawie tak prostolinijna jak Marcus, pomyślała Louise.  

-  Podwójny  ślub  to  rzadka  uroczystość  i  nie  ma  prawa  się  nie 

udać. Inglesham twierdzi, że wszyscy w Londynie są wściekli na was, 

że  pozbawiliście  ich  możliwości  obejrzenia  takiego  wspaniałego 

spektaklu.  On  sam  pochwala  jednak  waszą  decyzję.  Uważa,  że 

postąpiliście bardzo rozsądnie. Nick też się z nim zgadza, oczywiście. 

A czy zaprosiliście Kinlochów?  

-  Naturalnie  -  odparła  Louise  -  ale  oni nie  mogą  przybyć.  Emma 

jest w odmiennym stanie i trochę choruje. Jej ojciec i matka pojechali 

do niej do Szkocji, by spędzić razem z nimi święta, tak więc nie będą 

obecni.  

-  I  dzięki  Bogu!  -  wykrzyknęła  Atena.  -  Biedna  Emma,  mieć 

jeszcze  matkę  na  głowie  w  takiej  chwili  to  istny  koszmar.  Ale  Nick 

mówi, że odkąd Emma wyszła za Kinlocha, stosunek pani T. do córki 

bardzo się zmienił na korzyść. Miejmy nadzieję, że już tak zostanie.  

-  Cóż  to  takiego  mówi  Nick,  że  warte  jest  cytowania?  -  zapytał 

mąż  Ateny,  podchodząc  do  dwóch  przyjaciółek  siedzących  obok 

siebie na kanapie.  

background image

-  Ach,  Nick,  jesteś  wreszcie.  Opowiadałam  właśnie  Louise,  że 

pani  Tenison  przestała  dręczyć  Emmę  z  chwilą,  kiedy  ta  poślubiła 

arystokratę.  

-  Święta  prawda  -  potwierdził  Nick.  Następnie  rozmowa,  jak 

zapamiętała  Louise,  zboczyła  na  inne  tematy.  Cała  trójka  przez 

dłuższy czas rozmawiała z ożywieniem.  

-  Powinniśmy  dzisiaj  sobie  pogadać,  bo  jutro  nie  będzie  na  to 

czasu  -  będziesz  musiała  zajmować  się  tą  ciżbą,  którą  sproszono  na 

wasz ślub i wesele.  

Louise  spoglądała  teraz  na  zegar  i  myślała  o  tym,  że  niebawem 

przestanie  być  jakąś  tam  Louise  Hanslope,  czy  madame  Felice, 

modiste, lecz będzie Louise Cleeve, która wychodzi za swego księcia 

z bajki. Alę cóż to za śmieszne określenie dla kogoś tak sensownego i 

konkretnego jak Marcus Cleeve!  

A jednak, mimo wszystko, w jakiś sposób pasowało ono do niego; 

przecież  to  on  ją  uratował,  nie  dopuścił,  aby  uciekła,  zanim  wybiła 

północ,  a  teraz  na  dodatek,  miał  ją  poślubić,  przy  czym  wszystko  to 

razem wzięte odbyło się bez udziału dobrych wróżek. Chociaż.,.  

Louise nie miała przecież ani brzydkich niedobrych sióstr, ani złej 

macochy.  

Była  tylko  Marissa,  macocha  Marcusa,  ale  ta  w  niczym  nie 

przypominała  wstrętnej  kobiety  z  bajki  o  Kopciuszku.  Marissa  była 

dla niej jak prawdziwa  matka i  zastępowała  jej  teraz  tą, którą  Louise 

pamiętała jedynie jak przez mgłę.  W tej chwili, jakby przywołana jej 

background image

myślami,  Marissa  weszła  do  pokoju,  aby  pomóc  Mary  w  nadaniu 

ostatecznego szlifu toalecie panny młodej.  

-  Wyglądasz  zachwycająco!  -  wykrzyknęła,  wręczając  jej  bukiet 

złożony z białych zimowych róż, białych chryzantem, gałązek jaśminu 

oraz  zielonych  pędów  paproci  ujętych  szeroką  kremową  wstążką 

związaną  w  wielką  fantazyjną  kokardę.  -  A  oto  i  twój  bukiet  ślubny, 

Louise.  Ogrodnicy  ścięli  te  kwiaty  dziś  rano  w  oranżerii,  a  ja  z 

pokojówką ułożyłyśmy z nich dla ciebie i Sophii bukiety.  

Pod wpływem odruchu Louise pocałowała ją w policzek.  

-  Jesteś  dla  mnie  taka  dobra  -  szepnęła  z  przejęciem.  Łzy 

wzruszenia cisnęły się jej do oczu. - Nie wiedziałam, że może istnieć 

na świecie taka dobroć.  

Marissa uśmiechnęła się.  

- To nie czas na smutki - odparła. - Marcus i Sharnbrook są już w 

drodze  do  kaplicy,  a  ty  musisz  być  gotowa  za  kilka  minut.  Pamiętaj 

robić  wszystko  dokładnie  tak,  jak  podczas  wczorajszej  próby:  po 

ceremonii ślubnej ty i Sophia ze swymi świeżo poślubionymi mężami, 

idąc  po  obu  bokach  hrabiego,  wchodzicie  do  salonu,  poprzedzeni 

przez Cardew, który was zaanonsuje.  

- Wiem, że straszny głuptas ze mnie - powiedziała Louise - ale nie 

mogę  zrozumieć,  dlaczego  wczoraj,  podczas  próby,  wszystko 

wydawało mi się takie łatwe, a dziś cała się trzęsę ze zdenerwowania.  

-  Nerwy  w  dniu  wesela  to  rzecz  normalna  -  zauważyła  z 

uśmiechem  Marissa.  -  Ja  nie  należę  do  osób  łatwo  poddających  się 

nastrojom,  a  mimo  to,  kiedy  brałam  ślub  z  ojcem  Marcusa,  kolana 

background image

uginały się pode mną. Nogi miałam jak z waty, tak że ledwie doszłam 

do ołtarza.  

Biorąc pod uwagę tamto doświadczenie, jak i obecny stan zdrowia 

lorda Yardleya, doszłam do wniosku, że cicha ceremonia w rodzinnej 

kaplicy  będzie  najlepszym  rozwiązaniem  dla  nas  wszystkich.  W 

przyjaznej  atmosferze  i  otoczeniu  życzliwych  ludzi  prędko  się 

uspokoisz i odzyskasz równowagę. Taką przynajmniej mam nadzieję.  

Jej córce Sophii, w każdym razie, to rozwiązanie musiało bardzo 

odpowiadać - była w wyśmienitym nastroju. Ale dla Louise wszystko 

było tak oszałamiające, że zarówno ceremonia ślubna, jak i przyjęcie 

wydawały się jej nierealne, jak jakiś piękny sen.  

Czy  to  naprawdę  ona  zbliżała  się  do  Marcusa,  Sharnbrooka  i 

oczekującego  ich  duchownego?  A  może  był  to  ktoś  inny? 

Zapamiętała,  że  Marcus  wydał  jej  się  przystojniejszy  niż 

kiedykolwiek,  że  pastor  uśmiechnął  się  do  niej,  i  że,  pomimo 

zdenerwowania,  zdołała  wszystko  powiedzieć  prawidłowo.  Jeśli 

nawet  jej  głos  brzmiał  dziwnie  w  jej  własnych  uszach,  to  jednak 

zebranym w kaplicy osobom wydał się najzupełniej normalny.  

Na koniec Marcus pocałował ją, szepcząc:  

- Witaj, lady Angmering, od tej chwili tak się będziesz tytułować. 

-  Następnie  obie  świeżo  poślubione  pary,  wraz  z  hrabią,  hrabiną  i 

resztą  rodziny  udały  się  do  sali  balowej,  gdzie  oczekiwało  ich 

pozostałe  towarzystwo.  Sala  była  pięknie  udekorowana  gałązkami 

blu-szczu  i  ostrokrzewu  -  roślin,  nawiązujących  zarówno  do  tradycji 

background image

świąt  Bożego  Narodzenia,  jak  i  uroczystości  weselnych  w  domu 

Cleeve'ów.  

Długi  stół  uginający  się  pod  ciężarem  jadła  i  napojów  zajmował 

jeden  koniec  sali.  Zwracając  się  do Sharnbrooka, Marcus  żartobliwie 

zauważył,  że  taka  aranżacja  przywodzi  mu  na  myśl  wnętrze 

ekskluzywnej  londyńskiej  jaskini  gry.  Wzdłuż  ścian  rozstawiono 

liczne  małe  stoliki  i  krzesła,  aby  goście  mieli  na  czym  wygodnie 

spocząć.  

Wchodzących do sali nowożeńców powitały gromkie oklaski. Po 

zakończeniu  okolicznościowych  przemówień  goście  wdali  się  w 

ożywione  rozmowy  między  sobą.  Dla  wielu  z  nich była  to  okazja  do 

zobaczenia dawno niewidzianych przyjaciół i znajomych. Potworzyły 

się  grupki  i  po  przywitaniu  się  z  nowożeńcami  rozpoczęła  się 

gorączkowa wymiana nowinek i opinii.  

-  Miałam  nadzieję,  że  zobaczę  tu  Beatrice  i  Harry'ego 

Ravensdenów!  -  wykrzyknęła  Lavender  Brabant.  -  Wiem  że  byli 

zaproszeni, ale Beatrice, podobnie jak żona Lewisa, Caroline, jest przy 

nadziei i dłuższa podróż jest dla niej nie wskazana.  

- Ach - zauważyła Atena - więc oni też nadążają za ogólną modą, 

bo nie tylko ona jest w odmiennym stanie. Dochodzę do wniosku, że 

coś  musi  być  w  atmosferze  hrabstwa  Northampton,  co  sprzyja 

rozrodczości, bowiem w tym okręgu jest ogromne zatrzęsienie dzieci. 

Jack  i  Olivia  Denning  również  nie  mogli  przyjechać  z  tego  samego 

powodu. Odnoszę wrażenie, że są tu panie, które mają to szczęście, że 

ich stan jeszcze zezwala na wypuszczanie się w dalszą drogę.  

background image

- A ty, Ateno? - zapytała Lavender ze złośliwym błyskiem w oku. 

- Czy ty też się do nich zaliczasz?  

Atena uśmiechnęła się tajemniczo.  

- Jedyne, co mogę ci odrzec w tym momencie, moja droga, to: być 

może. Jednak nie tracę nadziei. A jak z tobą? Słyszałam, że podobno 

wydałaś  książkę  pod  tytułem  „Flora”  -  bardzo  odpowiednia  nazwa. 

Przyjmij  moje  najszczersze  gratulacje.  Będę  się  przechwalała 

znajomością  z  tobą,  kiedy  pojadę  w  północne  rejony  kraju.  Nie 

wszystkim jest dana przyjaźń z pisarką.  

Lavender  gładko  przełknęła  komplement  i  wyraźnie  się 

udobruchała.  

-  Jesteś  bardzo  miła  -  odezwała  się  już  łagodniej  -  ale  to  tylko 

skromne dziełko. Daleko mu do powieści Waltera Scotta.  

- Ale za to o wiele bardziej wartościowe - odparła Atena. - Tylko 

nie  mów  tego  Nickowi.  Jako  rdzenny  Szkot  jest  przekonany,  że  nikt 

nie dorówna pisarzowi rodem ze Szkocji. Nawet nie muszę cię pytać, 

czy  jesteś  szczęśliwa  -  dodała  jeszcze.  -  Obydwoje  z  Barneyem 

wyglądacie jak ktoś, kto zgubił grosz, a znalazł gwineę.  

Mam  nadzieję,  że  zdążę  zamienić  z  nim  kilka  słów,  zanim 

wyjedziemy. Widzę, że przysiadł się do niego Dungarran. Daję głowę, 

że ucinają sobie wesołą pogawędkę na temat Newtona i matematyki!  

Atena  jednak  była  w  błędzie.  Jak  Lavender  później  odkryła, 

Barney wypytywał Dungarrana o jego małżeństwo.  

-  Mam  wrażenie  -  powiedział  wprost  -  że  jesteście  jak  Romeo  i 

Julia  ze  Steepwood.  Jak  się  wam  żyje  w  małżeńskim  stanie?  Czy 

background image

przez  cały  dzień  rozmawiacie  o  matematyce,  czy  też  tylko  w 

niedzielę, jeśli kazanie pastora było nudne.  

-  Bez  przesady,  nie  mówimy  o  tym  ciągle  -  odparł  Dungarran  z 

kamienną  twarzą.  Następnie,  ku  rozbawieniu  otaczających  go 

znajomych, dodał: - Muszę przyznać, że obecnie, po zakończeniu prac 

nad dodawaniem, zabraliśmy się za mnożenie.  

Barney  w  pierwszej  chwili  nie poznał  się  na  żarcie,  ale  kiedy  go 

zrozumiał, zauważył:  

-  Czy  chcesz  nam  przez  to  oznajmić,  że  Hester  spodziewa  się 

dziecka? Winszuję serdecznie i tak dalej.  

- Dziękuję - odparł Dungarran z ukłonem - ale mam wrażenie, że 

tobie też należą się gratulacje. Jesteś prawdziwym szczęściarzem. Nie 

każdemu  zdarza  się  odziedziczyć  taki  wielki  majątek  jak  tobie,  ale 

moim  zdaniem  zasłużyłeś  na  to  bardziej  niż  ktokolwiek  inny.  A  w 

ogóle to przyglądam się tu obecnym i odnoszę wrażenie, że większość 

naszych przyjaciół i krewnych jest bardzo zadowolona z życia.  

- Masz rację - przyznał Barney. - To może wydać się dziwne, ale 

ogólne powodzenie zaczęło się tutaj dopiero po odejściu Sywella - ale 

lepiej nie mówmy na ten temat.  

-  Rzeczywiście,  lepiej  nie  mówić  -  zgodził  się  Dungarran,  - 

Słyszałem, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych umorzyło śledztwo 

w  sprawie  morderstwa  Sywella  i  zaprzestało  poszukiwania  sprawcy 

tego czynu ze względu na dramatyczny brak kadry oraz natłok innych 

ważniejszych  spraw  o  kryminalnym  charakterze.  Bądźmy  szczerzy  - 

Sywell to mała strata.  

background image

- To prawda - zgodził się Barney. - Czuję wielką ulgę na myśl, że 

ta  cała  historia  już  się  skończyła.  Dopóki  ten  groźny  cień  wisiał  nad 

nami,  nikt  z  tych,  którzy  mieli  cokolwiek  do  czynienia  z  tym 

łajdakiem,  nie  mógł  czuć  się  spokojny,  a  już  na  pewno  nie  mógłby 

bawić się beztrosko na dzisiejszym weselu.  

Nie  byli  jedynymi  spośród  obecnych,  którzy  wspominali  sprawę 

zamordowania  Sywella,  ale  nikt  nie  był  na  tyle  nietaktowny,  aby 

mówić o tym przy Louise bądź przy kimś z rodziny Yardleyów.  

Louise natomiast rozglądała się wokół ciekawie. U boku Marcusa, 

otoczona  rojem  rozbawionych  przyjaciół  i  znajomych,  czuła  się 

bezpieczna  i  szczęśliwa.  Wkraczała  w  nowe  życie,  spychając  to 

dawne, minione, pełne trosk i kłopotów w czarną otchłań niepamięci.  

Marissa szepnęła jej na ucho:  

-  Wyglądasz  w  tej  chwili  jeszcze  piękniej  niż  rano.  Podczas 

zaślubin  zachowywałaś  się  bez  zarzutu:  teraz  widzisz,  jak 

niepotrzebnie się denerwowałaś, głuptasku.  

A  więc  jednak  nie  skompromitowałam  się,  pomyślała  z  radością 

Louise. Mogła zatem oddać się beztrosko zabawie. Właśnie zbliżał się 

do  niej  Hugo  Perceval  z  żoną  Deborą,  roześmianą  i  promieniejącą 

szczęściem. 

Louise 

właśnie  zaczynała  czuć  się  podobnie. 

Uświadomiła sobie, że wypada im pogratulować, kiedy sama przyjmie 

już od nich życzenia.  

Niestety!  Zbliżając  się  do  Louise,  Debora  nieopatrznie  obejrzała 

się  za  dawno  niewidzianą  przyjaciółką,  którą  właśnie  spostrzegła, 

skutkiem czego zderzyła się z lokajem, który niósł tacę z kieliszkami 

background image

wypełnionymi  szampanem.  Kaskada  pienistego  płynu  i  szkła 

chlusnęła  na  dywan,  ale  jakimś  cudem  sporo  kieliszków  ocalało,  a 

większość  stojących  w  pobliżu  osób  szczęśliwie  uniknęła  ochlapania 

wonnym trunkiem.  

Debora spojrzała na Hugona z przerażeniem w oczach, ale jej mąż 

tylko uśmiechnął się szeroko.  

- Sprawy idą ku lepszemu, moja miła. Zwykle to ja bywam ofiarą 

twojej  nieuwagi,  ale  tym  razem,  na  szczęście,  wyszedłem  z  tego 

zdarzenia obronną ręką.  

-  Ach,  Hugo,  wiesz,  że  ja  nigdy  tego  nie  robię  naumyślnie.  - 

Debora westchnęła żałośnie. - To straszne. Przecież już od dłuższego 

czasu nie miałam żadnego wypadku.  

-  Faktycznie,  od  czasu,  kiedy  wjechałaś  powozem  prosto  do 

jeziorka, zaraz po naszym ślubie, nic ci się przykrego nie przydarzyło 

- zgodził się, spoglądając na nią z uśmiechem.  

-  Jak  możesz  mówić  takie  rzeczy  -  oburzyła  się.  -  Przecież  to 

wcale  nie  była  moja  wina,  wiesz  przecież.  -  Zamilkła,  po  czym,  z 

charakterystyczną  dla  niej  nagłą  zmianą  tonu  dodała  ponuro:  - 

Sprawiam  same  kłopoty.  Nie  rozumiem,  jak  ty  jeszcze  ze  mną 

wytrzymujesz.  

Hugo roześmiał się, ujął jej rękę i uniósł do swoich ust.  

- Deboro, jesteś moim szczęściem. Uwielbiam cię, kochanie moje. 

Nie  zamieniłbym  ciebie  na  inną  kobietę,  nawet  gdyby  była 

najpiękniejsza.  

background image

Podprowadził  ją  do  ośmiokątnej  wnęki,  gdzie  siedzieli  książę 

Inglesham  z  małżonką  oraz  Atena  Cameron  ze  swym  mężem, 

Nickiem.  Z  tego  miejsca,  z  dala  od  gwaru  licznie  zgromadzonych 

gości,  świetnie  widziało  się  całą  salę.  Jednocześnie  raczono  się 

doskonałym  jadłem  i  napitkiem,  pod  którymi  uginał  się  weselny  stół 

Yardleyów.  

-  Posiedź  tutaj  przez  chwilę,  Deboro  kochanie  -  polecił  Hugo.  - 

Porozmawiaj  z  Ateną,  a  ja  pójdę  przynieść  nam  coś  do  picia  i 

jedzenia. Przy niej na pewno się pośmiejesz.  

- Takimi stwierdzeniami - zauważyła z udaną surowością Atena - 

skazujesz  mnie  na  tak  bezdennie  nudną  konwersację,  że  wszyscy 

wokół  zaczną  ziewać  na  potęgę.  Ale  idź  i  przynieść  Deborze  coś 

dobrego.  Będziemy,  jeść,  pić  i  weselić  się.  -  Podsunęła  krzesło  onie-

śmielonej Deborze.  

- Ach, pani nie potrafi wyobrazić sobie jak... - zaczęła Debora, ale 

Atena przerwała jej ze śmiechem:  

-  A  właśnie,  że  potrafię.  Kiedy  byłam  przedstawiana  księciu 

regentowi,  nadepnęłam  sobie  na  suknię  i  stopa  uwięzła  mi  w 

przydługich fałdach. Wyobraź sobie moją konsternację oraz miny tych 

wszystkich sługusów, gdy znalazłam się na podłodze, w pozycji, jaką 

by należało przybrać, gdyby się chciało ucałować książęce stopy. Nie 

mogło być chyba większej kompromitacji niż moja wtedy.  

-  Pani  specjalnie  to  wymyśliła,  bo  chce  mnie  pani  uspokoić, 

prawda? - spytała podejrzliwie Debora.  

- Ależ skąd. Tak właśnie było, nieprawdaż, Nick?  

background image

-  Tak,  rzeczywiście  -  potwierdził  jej  mąż.  -  Jedyną  osobą 

niezażenowaną  był  książę  regent,  który  stwierdził  „Piękna  kobieta  u 

mych  stóp  -  to  widok  godny  książąt”,  i  podając  dłoń,  pomógł  jej 

wstać.  Co  więcej,  Atena  zdobyła  sobie  ogólny  poklask,  kiedy, 

powstawszy, nie krygowała się niepotrzebnie - jakby to inna czyniła - 

tylko złożyła przed księciem głęboki ukłon.  

Kiedy Hugo powrócił, przynosząc, jak się wyraził, „dosyć strawy, 

by  nakarmić  pułk  wojska”,  znalazł  żonę  już  w  znacznie  lepszym 

nastroju. Rozprawiała z ożywieniem bez cienia dawnej nieśmiałości i 

skrępowania.  

Zarówno Nick, jak i księżna wiedzieli oczywiście, że dobroduszna 

Atena  zmyśliła  tę  całą  historię  z  księciem  regentem,  aby  ośmielić 

biedną Deborę i przywrócić jej dobry humor. Pojętny mąż pośpieszył 

jej  w  sukurs  i  mistyfikacja  się  udała.  A  co  do  Louise,  ta  wprawdzie 

straciła  okazję  do  rozmowy  z  Deborą  i  Hugonem,  lecz  towarzystwo 

Dungarrana  i  Hester  wynagrodziło  jej  to.  Hrabia  zaprosił  tych 

ostatnich do osobnego stołu, przy którym siedział z najbliższą rodziną.  

Gdy  zajęli  miejsca,  Dungarran  nachylając  się  w  stronę  Marcusa, 

zauważył wesoło:  

-  To  była  dla  mnie  największa  niespodzianka  w  życiu  - 

zaproszenie  na  twój  ślub,  Angmering.  Jakiś  facet,  zwany  Jack 

Perceval,  który  podaje  się  za  mego  dalekiego  krewnego,  choć  nie 

wiem, ile w tym prawdy, twierdził, że założył się z tobą, iż nie ożenisz 

się  przed  końcem  roku.  A  tymczasem  jesteś  żonaty  i  to  wcale  nie  na 

background image

żarty. Czy rzeczywiście taki fakt miał miejsce, czy też to jakaś głupia 

płotka?  

Marcus spojrzał ze skruchą na Louise.  

-  Tak,  to  prawda  i  chcąc  nie  chcąc,  zapłaciłem  Percevalowi 

wygraną. Nie była to wielka suma, ale nawet gdyby była, to z chwilą, 

kiedy ujrzałem Louise, zrozumiałem, że Jack Perceval ma już forsę w 

kieszeni.  Ale  co  znaczą  pieniądze  wobec  zdobycia  tak  niezrównanej 

kobiety?  

- Masz rację. Muszę cię poinformować, że obojętne jak czarująca 

i inteligentna jest twoja żona, i tak nie pobije mojej Hester, gdyby obie 

zechciały stanąć do walki o taki tytuł.  

-  Nie  mówiąc  już  o  mojej  Sophii  -  rzucił  Sharnbrook,  ignorując 

zasady  savoir  vivre'u  i  całując  żonę  w  policzek.  -  Gdyby  ona 

postanowiła  stanąć  do  tych  zawodów,  jej  kandydatura  byłaby  nie  do 

pokonania.  

-  Oto  głosy  trzech  szczęśliwych  żonkosiów  -  zauważył 

rozbawiony  lord  Yardley.  -  Ale  co  do  ciebie,  Marcusie,  to  muszę 

wyznać,  że  niemile  mnie  zaskoczyłeś.  Nie  podejrzewałem  cię  o 

hazard, ale okazuje się, że byłem w błędzie.  

- Ach, ojcze - odparł Marcus z uśmiechem - to było tylko raz i w 

wyjątkowej sytuacji. Byłem tej nocy trochę wstawiony i smutny, a to, 

jak przyznasz, nie jest typowy dla mnie stan.  

-  To  prawda  -  przyznał  ojciec.  Siedzący  opodal  Ned  Drugi 

wtrącił:  

background image

-  A  mnie  się  wydawało,  że  ty  nigdy  nie  zaglądasz  do  kieliszka, 

Marcusie. Czy nie uważasz, Nedzie Pierwszy, że nie jest to budujący 

przykład  dla  nas  obu?  Po  tym,  czego  się  teraz  dowiedziałem,  nie 

zamierzam  już  nigdy  wysłuchiwać  kazań  Marcusa  na  temat  naszego 

złego zachowania.  

- Dość tego, chłopcy - skarciła ich matka. - Nie życzę sobie takich 

impertynencji wobec waszego starszego brata w dniu jego wesela.  

Słysząc to, wykrzyknął:  

-  Czy  to  oznacza,  że  we  wszystkie  inne  dni  możemy  pozwolić 

sobie na impertynencję, mamo?  

- Widzę, że mamy przed sobą przyszłego adwokata, logicznego i 

przebiegłego  -  zauważył  Dungarran  ze  śmiechem.  -  A  może  nawet 

sędziego Sądu Najwyższego?  

Ned Pierwszy potrząsnął energicznie głową.  

-  W  żadnym  wypadku,  sir.  Mówił  mi  Marcus,  że  jest  pan 

wybitnym  matematykiem,  a  moim  zamiarem  jest  poświęcić  się 

właśnie  tej  gałęzi  nauki.  Ale  najpierw  muszę  ukończyć  stosowny 

wydział na uniwersytecie w Oksfordzie. Może zechciałby pan udzielić 

mi jakiejś mądrej rady w tej materii, potem, gdy skończy się obiad?  

- Z przyjemnością - zgodził się Dungarran, wznosząc kieliszek w 

kierunku  Neda  Pierwszego.  -  A  jeżeli  ja  nie  podołam  zadaniu,  to 

Hester  przyjdzie  z  pomocą.  Z  nas  dwojga  ja  jestem  większym 

pedantem, ona, natomiast, jest bardziej twórcza - to prawdziwy Pascal 

w spódnicy.  

. Hester usłyszała słowa męża i skarciła go żartobliwie.  

background image

-  Ależ,  mój  drogi,  co  ty  wygadujesz!  Robisz  ze  mnie  jakąś 

straszną  mądralę.  Ale  wszystko  jedno,  chętnie  pomogę  Nedowi  w 

matematycznych problemach.  

Reszta  zgromadzonego  wokół  stołu  towarzystwa  przyłączyła  się 

do  tej  ożywionej  beztroskiej  konwersacji.  Louise,  oszołomiona 

samym  faktem,  że  stała  się  mężatką,  poczuła  się  nagle  znużona 

nadmiarem  głośnej  paplaniny.  Nigdy  przedtem  nie  uczestniczyła  w 

tak  wesołym  i  licznym  zgromadzeniu  rodzinnym.  Szeptem  zwróciła 

się do Marcusa z pytaniem:  

- Czy oni zawsze tak rozprawiają?  

-  Przeważnie  -  odparł  -  ale  dzisiaj  są  bardziej  weseli  niż  zawsze. 

Cieszą się, widząc, jak bardzo ja i Sophia jesteśmy szczęśliwi.  

-  Rzeczywiście  -  zgodziła  się  Louise.  Z  trudem  uzmysławiała 

sobie, że  w końcu dotarła do miejsca, które zawsze  wydawało jej się 

rajem na ziemi. O, nie, nie była na tyle naiwna, aby wierzyć, że ma już 

wszystkie kłopoty za sobą, że wszystko, co złe, skończyło się z dniem 

dzisiejszym  i  że  od  tej  pory  jej  życie  będzie  usłane  różami.  Ale  dla 

kogoś,  kto  tak  jak  ona  był  zawsze  ignorowany,  wyzyskiwany  i 

pomijany,  wszystkie  ewentualne  trudności  w  jej  nowym  życiu  będą 

niczym w porównaniu z tym, czego doświadczyła.  

Zaczęto wznosić toasty. Louise zrozumiała, że jeśli nie chce upić 

się do nieprzytomności, musi ograniczyć się tylko do kropli wina przy 

każdej  z  takich  okazji.  Na  sali  wrzawa  przybierała  na  sile,  co  też 

stanowiło dla niej nowość.  

background image

Jak  zauważył  Marcus,  nie  tyle  była  zmęczona,  co  oszołomiona 

tym  wszystkim,  co  się  wokół  niej  działo.  Kiedy  na  zakończenie 

obiadu podano deser, szepnął do niej:  

- Jak skończymy jeść, musimy wstać, obejść salę i pożegnać się z 

każdym gościem osobiście. Następnie służba uprzątnie stoły i na salę 

wejdą  muzykanci.  My  oboje  i  Sharnbrook  z  Sophią  poprowadzimy 

pierwszy  taniec.  Potem  opuścimy  przyjęcie,  a  zabawa  będzie  trwała 

jeszcze długo po naszym odjeździe.  

Louise  ucieszyła  się  w  skrytości  duszy  na  tę  wiadomość.  Była 

szczęśliwa i bawiła się doskonale, ale pragnęła jak najszybciej znaleźć 

się sama z Marcusem. Wiedziała, że  Sophia również marzy o chwili, 

kiedy zostaną z Shambrookiem tylko we dwoje. Ci ostatni nie opusz-

czali Jaffrey House.  

Dostali  w  nim  do  dyspozycji  apartament,  podczas  gdy  ona  z 

Marcusem  mieli  zamieszkać  na  razie  w  wygodnym  domu  byłego 

doradcy  majątkowego  hrabiego  Yardleya.  Dom  był  położony  w 

pobliżu  opactwa.  Miał  im  służyć  do  czasu  ukończenia  restauracji 

opactwa, które zmodernizowane i wyposażone w nowe umeblowanie, 

stanie  się  wreszcie  siedzibą  godną  przedstawiciela  starego  i 

zasłużonego rodu i dziedzica cenionego nazwiska.  

Obchodzenie sali i żegnanie się z gośćmi sprawiało Louise wielką 

przyjemność.  Wszyscy  uśmiechali  się,  wszyscy  zdali  się  równie 

szczęśliwi jak oni. Atena odezwała się do niej półgłosem:  

-  Życzę  ci,  żebyś  była  równie  szczęśliwa  z  Marcusem  jak  ja  ze 

swoim  Nickiem.  Lubię  twego  Marcusa.  Robi  wrażenie  przyzwoitego 

background image

człowieka,  który,  mam  nadzieję,  spełni  wszelkie  twoje  oczekiwania. 

Należy ci się to od życia - przeżyłaś tyle trudnych chwil.  

- Och, tak, Marcus jest rzeczywiście wspaniały - przyznała Louise 

z zapałem. - Ja również się cieszę z twego szczęścia.  

Ostatnimi  osobami,  z  którymi  pożegnali  się  na  sali,  byli  hrabia  i 

Marissa.  Jeśli  nawet  lord  Yardley  wydawał  się  jeszcze  słabowitszy  i 

mizerniejszy niż zwykle, to jego zadowolenie ze szczęśliwego ożenku 

syna tak wyraźnie rzucało się w oczy, że jak na razie ich obawy o jego 

zdrowie  rozwiały  się.  Marissa,  oczywiście,  życzyła  im  wszelkiej 

pomyślności, a Dwaj Nedowie byli jak zwykle czarująco nieznośni.  

Następnie  nowożeńcy  zaszli  do  pomieszczeń  kuchennych,  gdzie 

przy  stole  zastawionym  suto  wszelkim  jadłem  i  napitkiem bawiła  się 

służba.  Wzruszony  majordomus  przewodził  we  wznoszeniu  toastów 

na ich cześć.  

Gdy  znaleźli  się  wreszcie  w  holu,  przy  szeroko  otwartych 

drzwiach, czekając, aż powóz zajedzie przed główne wejście, Louise, 

kurczowo  trzymając  w  ręku  swój  ślubny  bukiet,  zdumiała  się,  że  na 

zewnątrz, pomimo że był to już koniec grudnia, jest nadal tak widno.  

- Nic dziwnego - odrzekł Marcus - przecież jest dopiero wpół do 

trzeciej,  dzień,  chociaż  zimny,  jest  stosunkowo  pogodny.  Prawdę 

mówiąc, cieszę się, że zostajemy wreszcie tylko we dwoje. Twarz mi 

już  zupełnie  zesztywniała  od  tego  ciągłego  uśmiechania  się  do 

wszystkich i prowadzenia zdawkowej rozmowy. To nie dla mnie.  

background image

-  Ani  dla  mnie  -  przytaknęła  Louise.  -  Ale  to  może  nieładnie,  że 

myślę z ulgą o opuszczeniu towarzystwa. Wszyscy byli tacy serdeczni 

i tak szczerze cieszyli się z naszego ślubu.  

- Zwłaszcza mój ojciec - zauważył Marcus. - On sądził, że zostanę 

starym kawalerem przemieniającym się z upływem czasu w jednego z 

tych zgorzkniałych starców przesiadujących w  londyńskich klubach i 

utyskujących, że wszystko schodzi na psy. Bardzo się tego obawiał.  

Powóz  wreszcie  zajechał  na  żwirem  wysypany  podjazd,  lecz 

zanim się w nim usadowili, Louise zwróciła się jeszcze do Marcusa „z 

pytaniem:  

-  Mam  nadzieję,  że  nie  zapomniałeś  poinformować  stangreta, 

dokąd najpierw jedziemy.  

-  Naturalnie,  że  nie  -  odparł  Marcus.  -  On  wie,  gdzie  ma  nas 

przede  wszystkim zawieźć. Upewniłem się co do tego. Ale  widzę, że 

nie rzuciłaś swego bukietu między niezamężne panny.  

-  To  prawda.  Sophia tak  zrobiła  -  rzuciła  kwiaty  za  siebie, przed 

naszym wyjściem. Pochwyciła je siostra Dungarrana.  

Marcus zaśmiał się i ucałował ją, zanim ruszyli w drogę, mówiąc:  

-  Podejrzewam,  że  jest  to  jeszcze  jedna  matematyczka  w  tej 

rodzinie,  ponieważ  Ned  Pierwszy  tak  był  nią  oczarowany,  że  nie 

odstępował jej na krok. Ale, ale, jak przybędziemy na miejsce, czy nie 

będzie  ci  za  zimno  w  tym,  co  masz  na  sobie?  Może  włożysz  teraz 

pelerynę? Czy mam ci pomóc?  

background image

-  Tak,  proszę  -  odparła  Louise  i  odchyliła  się  do  tyłu  na  oparcie 

siedzenia. W milczeniu przypatrywała się Marcusowi: nadal trudno jej 

było uwierzyć, że są już małżeństwem.  

-  O  jedno  tylko  cię  proszę  -  powiedział,  pochylając  się,  aby  ująć 

jej  dłoń  i  zajrzeć  głęboko  w  oczy.  -  Postaraj  się,  aby  nasza  wyprawa 

nie przeciągnęła się zanadto. Jestem w okropnym stanie od momentu, 

gdy pastor ogłosił, że połączył już nas małżeńskim węzłem. Jeżeli nie 

znajdziemy  się  w  niedługim  czasie  w  sypialni,  obawiam  się,  że  będę 

musiał  wezwać  lekarza,  żeby  udzielił  mi  pomocy,  zanim  zajedziemy 

do domu.  

- Mam nadzieję, że zdołam znaleźć lekarstwo na wszystkie twoje 

dolegliwości,  kiedy  już  znajdziemy  się  na  miejscu  -  powiedziała 

filuternie.  

-  „Spełnienie  nadziei,  odłożone,  rani  serce”  -  wyrecytował 

posępnym głosem Marcus.  

-  Przeciwnie  -  zaprotestowała  Louise  -  stare  przysłowie  mówi: 

„Pragnienie wzmaga się wraz ze zwłoką”.  

Roześmieli się oboje, po czym Marcus wtrącił:  

-  Na  szczęście  większość  przysłów  i  starych  porzekadeł  przeczy 

sobie nawzajem: skutek tego jest taki, że uczestniczymy w zawodach, 

w których żadne z nas nie jest w stanie zwyciężyć.  

-  A  biorąc  pod  uwagę  fakt,  że  właśnie  się  pobraliśmy,  to 

wspaniała prognoza - podsumowała dyskusję Louise.  

Wciąż  śmiali  się,  gdy  powóz  zatrzymał  się  na  skraju  lasu,  w 

którym  rósł  niegdyś  Święty  Gaj.  Louise  zdjęte  swe  śliczne  białe 

background image

pantofelki i przebrała się w parę solidniejszych bucików, które zabrała 

ze  sobą.  Natomiast  ślubne  obuwie  Marcusa,  było  na  tyle  mocne,  że 

mógł  w  nim  z  powodzeniem  odbyć  dłuższą  wędrówkę  po  lesie. 

Zbliżał  się  zmrok.  Na  dworze  powoli  zaczynało  robić  się  szarawo, 

tym  bardziej  że  słońce  kryło  się  za  chmurami.  Przed  nimi  rozciągała 

się ciemna wstęga lasu.  

-  Muszę  stwierdzić,  że  szczęście  w  dniu  ślubu  nam  dopisało  - 

zauważyła  Louise,  kiedy  z  pomocą  lokaja  wysiedli  z  powozu.  - 

Pogoda  była  piękna,  chociaż  teraz  zaczyna  się  już  robić  mniej 

przyjemnie.  

- Nasz pierwszy spacer jako pary małżonków - stwierdził Marcus. 

- Weź mnie pod rękę, lady Angmering.  

-  Z  przyjemnością,  lordzie  Angmering  -  odparła  i  poszli  powoli 

ścieżką,  która  wiodła  w  głąb  lasu.  Chwilami,  kiedy  korony  drzew 

zwierały  się  nad  nimi,  pogrążali  się  w  mroku,  by  następnie  znów 

wyłonić  się  na  jaśniejszą przestrzeń. Szli  w  milczeniu, dziwnie  jakoś 

przejęci  i  wzruszeni,  jakby  w  tej  ich  przechadzce  było  coś 

mistycznego, co skłaniało do świętej ciszy. Wreszcie dotarli do małej 

polanki,  na  której  rósł  dawniej  Święty  Gaj,  z  królującym  pośrodku 

kamieniem runicznym.  

- Tam - powiedziała Louise, tak jak to uczyniła w pamiętnym śnie 

Marcusa. - Chcę tam pójść - i wskazała na kamień.  

Naprzeciw  głazu  stała  żeliwna  ławka  umieszczona  tu  przed  laty 

przez  któregoś  z  dawno  zmarłych  hrabiów  Yardleyów.  Marcus 

rozpostarł pled i wtedy dopiero na niej usiedli.  

background image

Po chwili milczenia spytał:  

-  A  teraz,  lady  Angmering,  powiedz,  co  ci  kazało  odwiedzić 

dzisiaj to miejsce i czemu wzięłaś ze sobą swój ślubny bukiet?  

-  Widzisz...  Atena  i  ja  często  odwiedzałyśmy  polanę,  gdzie 

dawniej  rósł  Święty  Gaj,  i  usiłowałyśmy  wyobrazić  sobie,  jak 

wyglądali  ludzie,  którzy  wycięli  runiczne  litery  na  tym  kamieniu  i 

nazwali  go  świętym.  Obie  znałyśmy  związaną  z  nim  legendę, 

głoszącą, że pogańskie ludy, które go wzniosły, rzuciły klątwę na tych 

wszystkich,  którzy  po  nich  nastąpią,  a  nie  będą  czcić  świętego 

kamienia.  

Wedle  tej  klątwy  jego  nowych  właścicieli  czekają  różnego 

rodzaju  nieszczęścia  i  katastrofy.  Czy  jest  ktoś,  kto  zaprzeczy 

prawdziwości  tej  legendy?  Wystarczy  wspomnieć  o  rozwiązaniu 

klasztorów,  o  opactwie,  które  popadło  w  ruinę,  a  potem  o 

nieszczęśliwych  żywotach  Cleeve'ów,  hrabiów  Yardleyów,  którzy 

przejęli  Steepwood  w  posiadanie,  by  je  następnie  utracić  na  rzecz 

Sywella. Przypomnij sobie także, jaki straszliwy spotkał go koniec. A 

teraz my dziedziczymy jedno i drugie: ziemię i klątwę.  

Cyganka,  która  nam  wróżyła,  wtedy  na  jesiennym  jarmarku  w 

Chelsea,  zapewniła  nas,  że  przełamała  ciążącą  na  nas  klątwę;  może 

zatem  nic  nam  nie  grozi.  Chciałabym  jednak,  na  wszelki  wypadek, 

zdjąć  ją  z  tych  wszystkich,  którzy  nastąpią  po  nas.  Myśl,  że  nasi 

potomkowie  staną  się  spadkobiercami  nieszczęść  i  ruiny,  przejmuje 

mnie  grozą.  Dlatego  pragnę  raz  na  zawsze  położyć  kres  temu 

przekleństwu.  

background image

Dlatego  prosiłam  cię,  abyś  mnie  tu przywiózł  i  dlatego  zabrałam 

ze  sobą  swój  ślubny  bukiet.  Chcę  go  złożyć  w  ofierze  przed 

kamieniem  runicznym  i  oświadczyć  duchom  jego  założycieli, 

zaklętym  w tym kamieniu, że czcimy mężczyzn, którzy go postawili, 

oraz ich wierne towarzyszki życia.  

W ten sposób wzywamy ich i błagamy, aby zlitowali się nad nami 

i  zdjęli  klątwę  z  naszej  rodziny,  aby  wszystkim  Cleeve'om  i  tym, 

którzy  po  nich  nastaną,  było  dane  żyć  i  umierać  jak  zwyczajnym 

ludziom  nieobciążonym  klątwą.  Czy  sądzisz,  że  jest  to  głupie, 

Marcusie? - zapytała na końcu.  

-  Nie,  kochanie,  to  nie  jest  głupie.  Poza  tym  nie  zaszkodzi 

próbować  pozbyć  się  tej  klątwy  z  pomocą  zaklęć  i  egzorcyzmów  w 

rodzaju złożenia ofiary ze ślubnego bukietu i odmówienia modlitwy.  

Louise  wstała  z  ławki.  Uklękła,  nie  bacząc,  że  pobrudzi  swą 

piękną  suknię,  i  umieściła  bukiet  u  stóp  kamienia  pokrytego 

runicznym pismem.  

-  Przyjmij  w  darze  mój  ślubny  bukiet  -  zaczęła  jasnym 

dźwięcznym głosem. - Oświadczam, że czcimy tych, którzy stworzyli 

ten  kamień,  i  pokornie  błagam,  jako  że  i  my  również  czcimy  duchy 

zaklęte w tym kamieniu - o zdjęcie klątwy nie tylko z nas, ale i z na-

szych dzieci. Błagam, abyś zesłał nam znak, że przyjąłeś mój dar, że 

zdjąłeś  z  nich  odwieczną  klątwę,  tak  aby  nigdy  żadne  nieszczęścia  i 

katastrofy nie spadły na nasze dzieci ani na dzieci ich dzieci.  

Złożyła  ręce  jak  do  modlitwy  i  tak  w  tej  kornej  pozie,  w 

milczeniu, trwała przez kilka minut. Następnie wstała z klęczek.  

background image

W  tym  momencie  wiszące  nad  ziemią  chmury  rozstąpiły  się  i 

wyjrzało blade słońce. Złocisty promień spłynął na ziemię, zalewając 

kamień i bukiet złożony u jego stóp przejrzystym światłem.  

- To znak - szepnęła Louise. - Prawdziwy znak. Odwróciła się do 

Marcusa  i  wyciągnęła  ku  niemu  obie  ręce.  On  pochwycił  je,  a 

następnie  zamknął  Louise  w  ramionach  i  ucałował  różane  usta.  Jego 

pocałunek  tym  razem  nie  był  objawem  namiętności  -  tę  okazać  miał 

niebawem  w  ich  sypialni  -  lecz  wyrazem  najgłębszego  szacunku  i 

poważania.  

- Znak czy nie znak - powiedział - uczyniłaś wielką rzecz i należą 

ci się słowa uznania. A teraz, lady Angmering, chodźmy wreszcie do 

domu,  aby,  jak  nakazuje  tradycja,  uświęcić  nasz  związek  cielesnym 

zjednoczeniem.  

-  Tak  -  odparła  posłusznie.  Ruszyli  z  powrotem  ścieżką  ku 

oczekującemu  ich  powozowi  i  ku  szczęśliwej  nieobciążonej  już 

klątwą przyszłości, która czekała ich dzieci oraz dzieci ich dzieci.