background image

WIESŁAW WERNIC

ŁAPACZ

Z SACRAMENTO

W

background image

Stary traper

Huk ogłuszył go na kilka sekund, a błysk prawie oślepił. Znajdował się przecież w pół-

mrocznej cieśninie górskiej, w której każdy dźwięk zwielokrotniało gromowe echo.

Gdy oszołomienie minęło, zdał sobie sprawę z oczywistego teraz faktu: strzelono tuż 

nad jego głową, a owoc tej palby spoczywał teraz na skalnym rumowisku, kilka kroków przed 
nim — złocisto-brązowy kuguar, czyli puma. Zwierz runął w chwili, w której podrywał się do 
skoku. Gdyby zdążył...

Irvin oczami wyobraźni ujrzał siebie leżącego tak samo nieruchomo jak Betsy, gniada 

klacz z białymi łatami na karku i kłębach.

— Już po wszystkim.
Odwrócił się raptownie, usłyszawszy te słowa.
— Już po wszystkim, synu...
— Po wszystkim... — powtórzył jak automat.
“Jeszcze chwila, a zwariuję" — pomyślał. Poczuł w nogach niepokojące drżenie, więc 

usiadł na najbliższym głazie. I nagle całe ciało ogarnęła gwałtowna fala słabości. Z trudem 
powstrzymał wybuch histerycznego śmiechu. Broń, wyśliznąwszy mu się z dłoni, cicho stuk-
nęła o ziemię. Z wysiłkiem uniósł głowę, by wreszcie przyjrzeć się nieoczekiwanemu wyba-
wcy.

Tamten stał nie opodal, z rękami opartymi na długiej lufie dwururki, w jakimś dziwnym 

stroju, pomiętym, pofałdowanym na wysokiej i chudej postaci.

— Dziękuję — powiedział Irvin starając się ukryć drżenie głosu. Nie bardzo mu się to 

udało wobec klęski tak nieoczekiwanej, tak katastrofalnej.

Dopiero teraz zauważył brodę białą jak śnieg i wąsy tej samej barwy. Nad wąsami — 

twarz spalona górskim słońcem i wiatrem rozległych przestrzeni, pokryta siatką drobniutkich 
zmarszczek. Niebieskie, wyblakłe oczy spoglądały trochę badawczo, trochę kpiąco. Nie mógł 
znieść tego wzroku, więc dźwignął się ciężko i podszedł do Betsy. Zwierzę leżało pośród 
krzepnącej krwi.

— Betsy... Betsy... — wyszeptał. — Co teraz będzie?...
Pochylił  się i począł zdejmować  uprząż. Chrzęszczały rzemienie, pobrzękiwały bły-

szczące jak srebro strzemiona. Kiedy odwrócił się, zobaczył, że siwowłosy traper — bo chyba 
to był traper — klęczy nad złocistym futrem pumy, z nożem w ręku. Ostrze migotało w bla-
sku słońca.

— Niewiele teraz warta ta skóra... — zaczął i zaraz dorzucił ochrypłym głosem: — Nie 

ma tu jakiego konia? Muszę mieć konia...

— Tu są tylko góry, synu — usłyszał. — Tylko góry i doliny,  skały,  lasy i... dra-

pieżniki. Nic więcej. Powędrujesz na własnych nogach, ale najpierw odpoczniesz u mnie. Nie 
odmówisz, prawda? Przyda ci się taki odpoczynek, sądzę...

Nie odpowiedział. Zwalił na jeden stos rzemienie i siodło, którego ciężar wydał mu się 

teraz nie do uniesienia. Po cóż zresztą dźwigać, gdy nie ma wierzchowca? Siadł na tym skrzy-
piącym stosie i ukrył twarz w dłoniach.

— Nie mógłbyś mi pomóc, synu?
Mimo woli uśmiechnął się.
— Pomogę — odparł krótko. 
Z zadowoleniem stwierdził, że głos jego brzmi już normalnie.
Nie miał wielkiej wprawy w ściąganiu skór. Starzec od razu to zauważył, ale tylko coś 

mruknął do siebie, a potem wypowiadał zwięzłe polecenia: “Mocniej trzymaj!... Teraz ciąg-
nij, synu... dosyć".

Mdły odór buchał mu prosto w twarz, więc kiedy wreszcie (jakże długo to trwało) futro, 

background image

podobne do zwiotczałego worka, spoczęło na sąsiednim głazie, zerwał się z klęczek i odszedł 
kilka kroków, aby wciągnąć w płuca podmuch rzeźwego wiatru, tak cudownie pachnącego 
górskim lasem. Nie dane mu było jednak długo odpoczywać.

— Idziemy, synu.
— A co będzie z Betsy? — spytał.
— Betsy? Ach... tak nazywał się twój koń. Cóż? Spójrz w niebo.
Uniósł głowę. Wysoko, wysoko ponad turniami, na niebieskim tle wśród niewielkich 

białych chmurek dwa czarne, ruchome punkty zataczały koła. Po chwili przyłączył się do nich 
punkt trzeci. Zniżały się coraz bardziej, aż dojrzał sylwetki potężnych ptaków.

— Sępy — mruknął siwowłosy traper. — Chodźmy.
— Nie!
Skoczył ku usypisku drobnych kamieni spływających niby nieruchomy strumyk ze żle-

bu przekreślającego stromą ścianę. Począł zgarniać żwir na leżące szczątki konia, gorączko-
wo, pośpiesznie, nie bacząc, że poczynają mu krwawić dłonie. Zasypać Betsy tym żwirem — 
to praca na długie godziny. Poczuł nagle szarpnięcie tak mocne, że o mało nie upadł.

— Oszaleliście! — wrzasnął. Odpowiedzią był grzmot — głos staroświeckiej dwururki. 

Dopiero po nim nastąpiły słowa:

— Popatrz, człowieku. Niewiele brakowało, a spocząłbyś obok swej Betsy.
Spojrzał. Na szarym piargu leżał kształt długi a wąski, czerwonorudy. Kula prawie go 

przepołowiła tuż przy nasadzie trójkątnej, złotawej głowy.

Poczuł krople potu na czole. Zbyt wiele wrażeń jak na tak krótki okres czasu.
— Miedzianogłowa * — wyjaśnił traper. — Sporo tu żmij, pamiętaj o tym.
— Drugi raz uratowaliście mi życie...
— Ale nie wiem, czy udałoby się to za trzecim razem, więc chodź!
Cała energia nagle go opuściła. Zarzucił siodło na plecy i poczłapał jak automat za prze-

wodnikiem.   Posuwali   się   początkowo   skalistym   wąwozem,   później   skręcili   raptownie   w 
miejscu, w którym pionowa ściana przechodziła w łagodną pochyłość. Wspinali się powoli, 
uważnie, bo chwilami płaskie głazy przypominały taflę lodową, tak wygładziły je wiosenne 
wody. Stopy nie znajdowały oparcia, dłonie nie miały czego się chwycić. Idącemu mogło się 
wydawać, iż pochyłość nie ma końca, że sięga wiszących nad odległą granią obłoków. Tak 
dotarli do poprzecznie biegnącej ścieżki. Za nią dźwigała się szara turnia, niedostępna ani dla 
człowieka,   ani   dla   zwierzęcia.   Jakiś   czas   szli   tą   ścieżką,   aż   skała   rozstąpiła   się,   jakby 
przerąbana gigantycznym toporem. Zagłębili się w jej przełom i ruszyli dalej po piargach, 
jakby w mrocznym tunelu. Na koniec słoneczny blask padł im pod nogi. Zniknęły skały, 
ścieżka zginęła w zieloności górskiej hali. Przybyszowi wydała się wielką, chociaż w rze-
czywistości była małym spłachciem urodzajnego gruntu otoczonego zębatym wieńcem gór. 
Po przeciwległej stronie, u podnóża niedostępnego zbocza wznosił się kształt dziwaczny, ni to 
chatka, ni szałas. Szpiczastym dachem przypominał namiot, prostymi ścianami — dom.

— Jesteśmy na miejscu — stwierdził siwowłosy traper. — Ot, i moje rancho!
Przeszli przez łączkę, a wówczas wędrowiec zauważył drugi, jeszcze dziwniejszy budy-

nek: bez okien, z dachem poziomym, na którym bujnie rosło zielsko. Drzwi składały się z 
drewnianej ramy,  w którą włożono nierówno poprzycinane belki. Żeby wejść, należało te 
szczapy, jedną po drugiej, powyjmować. Błysk nadziei przemknął mu przez głowę.

— Macie konia? — zapytał podnieconym głosem.
— Konia? Nie. Coś znacznie lepszego w tych górach, muła. Pilnuję go jak oka w gło-

wie. Widzisz to zamknięcie? Długo rozmyślałem, ale takich drzwi nie wyłamią nawet puma i 
niedźwiedź. Chodź.

Stanęli przed dziwaczną chatką. Pociągnięte wrota skrzypnęły zgrzytliwie, z wnętrza 

* Miedzianogłowa (Copperhead) — żmija jadowita, sięga 76 cm długości.

background image

buchnęła fala chłodnego powietrza.

— Sprzedajcie muła albo... pożyczcie. 
Siwowłosy   jakby   nie   usłyszał.   Popchnął   lekko   gościa   w   głąb   mrocznego   wnętrza, 

wprost za stół wbity w glinianą polepę tuż obok legowiska pełnego futer o nastroszonych 
włosach.

— Witaj w moich progach. Nazywam się Abraham Lamb i jestem rzeczywiście łagodny 

jak baranek.* Siadaj, chłopcze.

— Irvin. Vincent Irvin — mruknął przybysz.
— Westman? Nie wyglądasz na to. Raczej... farmer.
— Macie bystry wzrok.
— Żadna sztuka. Im rzadziej ogląda się ludzi, tym łatwiej odgadnąć ich zawód, a ja od 

sześciu miesięcy nie widziałem żadnego dwunoga. Aż do wczoraj. Dwójka urwisów, żeby nie 
powiedzieć gorzej.

Irvin drgnął i spojrzał pytająco:
— Kto to był?
— Nie przedstawili się. Głodny jesteś?
— Czy któryś z nich nie był rudy jak marchew?
— Dobrze określiłeś. Jeden rudy, drugi czarny jak kruk. Jeśli to twoi przyjaciele, poradź 

im, aby nie zaglądali do cudzych stajni. Mieli konie zmęczone, ale to nie powód, by kraść 
muły.

— Ukradli?
— Gdzie tam! Wydaje mi się, że jednego lekko zraniłem, ale nie mogłem sprawdzić. 

Uciekali dość szybko.

— Lamb, pożyczcie mi swego muła!
— Ho, ho! Co za nieoczekiwana propozycja! Jakże to sobie wyobrażasz? Abraham 

Lamb daje nieznajomemu swego jedynego muła! A co ja pocznę bez zwierzęcia?

— Zwrócę, przysięgam...
— Daj spokój... Skąd ty właściwie jesteś?
— Z Teksasu.
— Tu jest także Teksas, jeśli się nie mylę. Te góry zwą się Sacramento.* Chyba wiesz o 

tym?

— Wiem.
— No więc... skąd przybywasz?  
— Z północnego Teksasu.
— Wcale niezła wycieczka. Dookoła pustyni.
— Nie. Jechałem przez Llano *...
— Lubisz niebezpieczne przejażdżki?
—  To   nie   ja.  To   oni.   Co  za   piekielny   teren.   Nigdy  jeszcze   czegoś   podobnego   nie 

oglądałem.

Kiedy to mówił, stanął mu przed oczami kraj płaski i bezludny, znaczony gdzieniegdzie 

kępami kaktusów. Szarymi od kurzu, o kolcach jakby z żelaza. Ujrzał wysokie i nagie niby 
słupy telegrafu  pnie jukki,  a na ich  czubach  stercząca  twarde,  wąskie  i długie,  ostre  jak 
sztylety liście. W górze — słońce, w dole — ani krzty cienia.

— Ryzykowałeś, chłopie. Widziałem ja kości ludzkie na piaskach Llano. Niejeden raz.

* Lamb (ang) — baranek, jagnię.
* Nie mylić z miastem Sacramento, stolicą Kalifornii.
* Llano Estacado (hiszp.) lub Staked Palin (ang.) — Pustynia Palikowa, bezwodny obszar o pow. 130 tys. 

km, rozciąga się na terenach stanów; Teksas i Nowy Meksyk, między rzekami Canadian i Pecos. Jest to pła-
skowyż   wysokości   1000-1500   m.   Nazwą   jego   niektórzy   wywodzą   od   palików   wbijanych   w   piasek   dla 
wyznaczania dróg, inni — od pni rosnącej tam gdzieniegdzie jukki, przypominających pale.

background image

Mogłeś łatwo zabłądzić.

— Nie mogłem. Trop był świeży i wiódł prosto ku Pecos.*
— Gonisz przyjaciół?
— Ścigam ludzi, którzy właśnie tędy uciekali. Tych dwu: rudego i czarnego. Pewno nie 

wiecie, co oni zmajstrowali.

— Na pewno — zgodził się siwowłosy. — Ale mnie przestały obchodzić wasze ludzkie 

spory. Tu się liczy tylko niedźwiedź, kozica, antylopa i jeszcze to, czy słońce świeci, czy pada 
deszcz.

— Nie pojmuję, jak tak można żyć — mruknął Irvin i wzruszył ramionami. — 
Ci dwaj, którzy wam chcieli ukraść muła, mają na sumieniu coś więcej. 
Rozesłano za nimi listy gończe. Od szeryfa do szeryfa, jak świat długi i szeroki.
Abraham Lamb roześmiał się cicho:
— Tu nie dotarły.
— Ale ludzie potrafią dotrzeć wszędzie, nawet w to pustkowie.
Jak ja, jak tamci dwaj. Aż dziwne, że poprzestali tylko na próbie kradzieży, bo mogli się 

wziąć za was...

— Wówczas i ty byś nie żył, mój synu. Najpierw puma, później żmija. Jak na jednego 

kiepskiego strzelca... to zbyt wiele. Daj spokój ściganiu. Oni nie mają nic do stracenia, a ty 
drugi raz się nie urodzisz.

Odszedł w kąt mrocznej izdebki i coś tam przewracał wśród naczyń, bo Irvin słyszał po-

brzękiwanie.

— Masz — powiedział po chwili i wsunął mu do ręki twardy i wielki jak talerz podpło-

myk, na którym leżał kawał mięsa. — Spróbuj.

Irvin poczuł ostry zapach ziół. Pieczeń miała smak nieznany.
— Nigdy czegoś podobnego nie jadłem — wyznał szczerze zdumiony.
— Takie niedobre?
— Takie wspaniałe! Jak to przyrządzacie? .
— Trzeba znać się na roślinach. Upiec polędwicę potrafi byle partoła, ale przyprawić ją 

to dopiero sztuka.

Irvin jadł powoli i rozmyślał, ale jakoś leniwie. Strata wierzchowca pozbawiła go ener-

gii. Albo po prostu był bardzo zmęczony. A gdyby tak siłą zabrać muła? Może podstępem? 
Nie znał się na podstępach. Nie był traperem, chytrym jak tropione zwierzęta, ani zwiadowcą 
skradającym się po tropach czerwonoskórych, ani kowbojem pilnującym stad przed dwunoż-
nymi i czworonożnymi napastnikami. Był tylko rolnikiem,

— Nie strzelam źle — rzekł bez związku, byle coś powiedzieć. — Ujrzałem strumień, 

więc zeskoczyłem z konia, żeby się ochłodzić. Puma zbliżyła się tak cicho... 

— One zawsze nadchodzą cicho.
— I dopiero jak usłyszałem kwik Betsy...
— Widziałem wszystko. Mało nóg nie pogubiłem zbiegając z góry. Popełniłeś duży 

błąd rzuciwszy broń daleko od siebie.

— Byłem  tak zmęczony,  że nie  zważałem  na  nic — westchnął  głęboko. — Kiedy 

skoczyłem do strzelby, puma znajdowała się tak blisko, że wydało mi się niemożliwością 
spudłować. Więc nawet nie celowałem...

— I to był błąd drugi. Należało sekundę odczekać, konia już nic nie mogło uratować. 

Pamiętaj o tym na przyszłość, zwłaszcza jak będziesz wędrował piechotą. I omijaj Llano. 
Przejechałeś, ale nie przejdziesz.

— Nie mam zamiaru.  Llano wcale mi nie po drodze. Przecież ja ich muszę dognać! — 

wykrzyknął. — Przepraszam — zmitygował się. Strzepał okruszyny ze spodni. — Dziękuję. 
To było wyśmienite.

— Cieszę się. Ci ludzie musieli mieć z tobą na pieńku. Chyba się nie mylę. Napadli? 

background image

Okradli?

— Nic podobnego. Nie zabrali mi nawet guzika od spodni.
— Czyżbyś był szeryfem?
— I to nie... Siwowłosy pokręcił głową.
— Gadasz wielce tajemniczo, ale to twoja sprawa. Na piechotę nigdy ich nie dogonisz.
— Pożyczcie mi muła. Na tydzień.
— Ani na jeden dzień. Cóż bym począł bez zwierzęcia? I skąd mogę wiedzieć, jak 

daleko pragniesz pojechać?

— Muszę ich złapać przed granicą meksykańską. Tydzień mi starczy. Jeśli się spóźnię, 

wszystko na nic.

— Powiadasz, że musisz. Co to za “mus"? — spojrzał na Irvina przenikliwie: — Tylko 

nie myśl, że muła zabierzesz siłą. Tamci także próbowali...

Przybysz pochylił głowę, poczuł, że krew mu napływa do twarzy. Ten starzec dobrze 

czytał w cudzych myślach.

— Nie ukradnę — odparł — chociaż... o tym myślałem — wyznał szczerze.
— Wierzę. Powiedz: po co ich ścigasz? Czy jesteś ich towarzyszem? A może i za tobą 

rozesłano listy gończe? Chodźmy na łąkę.

Wyszedł pierwszy z nieodstępną dwururką w garści. Położył się na trawie.
— Siadaj — rozkazał.
Pachniało ziołami. Z okolicznych wysoczyzn spadał wiatr niosąc woń leśnej żywicy. 

Dokoła głośno buczały trzmiele.

— Prawda, jak tu przyjemnie?
— Nie wytrzymałbym nawet tygodnia w tej samotni.
— Taka to radość żyć wśród ludzi? Nie wyglądasz na szczęśliwego. Szczęśliwcy nie 

gonią po wąwozach Sacramento.

— To prawda — mruknął w odpowiedzi. — Ale dotychczas żyłem w gromadzie.
— Po co ich ścigasz?
— Ciągle pytacie. Co was to obchodzi?
— Nic a nic. Mnie interesuje tylko muł. Rozumiesz?
— Jakoś nie...
— Lubię ludziom pomagać, chociaż od nich uciekam. Coraz dalej i dalej. Wędruję aż 

znad Missisipi. A tu już chyba zostanę. Rolnik mnie nie przepędzi, złota i srebra nie ma w 
tych górach.

Irvinowi ta paplanina wydała się całkiem niepotrzebna, ale słuchał nie przerywając — 

widocznie siwy samotnik musi się wygadać. On sam nie czuł chęci do zwierzeń, mimo że 
przez tyle dni wędrował tylko w towarzystwie Betsy. Betsy... leży teraz martwa za skalną 
ścianą. I co dalej? Pieszy marsz? A może Lamb zdecyduje się jednak pożyczyć muła?

— Czy tamci mieli konia jucznego? — zapytał niespodziewanie dla samego siebie.
— Tamci? Ach, masz na myśli moich wczorajszych gości. A jakże, mieli. Wszystkie 

trzy zwierzęta piekielnie zmordowane. Dlatego próbowali zamienić.

— Nie mówili, dokąd jadą? 
Traper roześmiał się cicho:
— Nikt u mnie nie zostawia swego adresu, a ja się o nic nikogo nie pytam. Bo i po co? 

Sam powiadałeś, że kierują się ku granicy Meksyku.

— Mogę się mylić.
— Chyba się nie mylisz. — Lamb podniósł się i wyciągając rękę powiedział: — Tam 

właśnie leży Meksyk. Jeśli prosto jechać tą steczką, na którą trafiłeś, dojedziesz do El Paso * 
nad  Rio Grande, a po drugiej  stronie masz  Ciudad Juarez. Już w Meksyku. Ale droga  nieła-

* El Paso — graniczna miejscowość Stanów, położona nad rzeką Rio Grandę del Norte.

background image

twa. Można się zapchać w jakiś diabelski kąt i zabłąkać na amen. Trzeba uważać na ścieżkę, 
jechać ostrożnie. Jeśli ci, których gonisz, nie znają tego przejścia...

— Nie wiem, czy znają, czy nie — przerwał mu Irvin — ale na pewno nie wiedzą, że 

ich ścigam.

— Jak to?
— To taka dziwna historia, długo o niej gadać. Gdybym miał wierzchowca...
— Ale nie masz. Tym lepiej dla ciebie. Sądzę, że tamci są gorsi od pumy.
Irvin zerwał się z ziemi i krzyknął:
— Cóż możecie wiedzieć?! Tylko ja znam prawdę.
— To czemu ją przede mną ukrywasz? Boisz się? Wstydzisz?
— A dacie muła?
— Do niczego cię nie zmuszam, synu. I niczego nie obiecuję.
Irvin usiadł. Już się uspokoił. Podkulił nogi, wsparł głowę na rękach.
— Nie ma innej rady — szepnął. — Powiem wam. Ukradłbym muła, ale nie potrafię. 

Więc muszę opowiedzieć.

— Szczery jesteś. To dobrze o tobie świadczy...
Irvin tylko machnął ręką.
— Będę się streszczał — zaczął. — Długa to opowieść, ale jakoś sobie z nią poradzę...
Starzec skinął głową.

Historię spotkania na odludziu, w sercu gór Sacramento, opowiedział mi po latach, po 

bardzo wielu latach, sam Vincent Irvin. Wówczas już nie farmer, ale szeryf Fort Benton — 
małego miasteczka leżącego blisko granicy Stanów i Kanady. Półtora tysiąca mil od chatki 
siwego trapera, który nosił dziwne nazwisko (a może przezwisko) — Lamb.

Co   wydarzyło   się   przed   opisanym   spotkaniem,   co   nastąpiło   później   —   o   tym 

dowiedziałem się nie tylko z ust Irvina. Bardzo mi pomógł w zaspokojeniu ciekawości Karol 
Gordon, ongiś młodziutki westman, później farmer, jeszcze później traper, a w końcu — mój 
serdeczny przyjaciel.

Tak oto narodziła się — a raczej została odtworzona — opowieść o człowieku, który 

stracił   wszystko,   lecz   nie   zgubił   (jak   wielu   innych   w   podobnej   sytuacji)   swej   życiowej 
ścieżki.

Nieco w tej historii dodałem od siebie, aby sprawa stała się bardziej zrozumiała. Musia-

łem się wczuć w sytuację, o których Irvin mówił półgębkiem — były zbyt przykre dla niego, 
chociaż tak już odległe w czasie.

Wreszcie rzecz całą — gdy już została utrwalona na papierze — odczytałem (z pewnym 

strachem) obu głównym bohaterom. Przyznali zgodnie, iż to, co napisałem, nie mija się z 
prawdą. To mi wystarczyło.

Początek początku

Noc była duszna i parna. Karol kładł się więc spać z nadzieją w sercu. Wszystko zapo-

wiadało burzę. Kiedy zasypiał, wydało mu się, nawet, że słyszy dalekie grzmoty nadciągają-
cej nawałnicy. Wczesnym świtem wyskoczył na dwór pełen radosnego oczekiwania. Spodzie-
wał się ujrzeć dokoła czarne kałuże i nie wyschłe jeszcze błoto.

Ranek był  przyjemnie  chłodny,  słońce dopiero  czerwonym  rąbkiem wyjrzało  ponad 

horyzont, ale dokoła, przed domem i dalej, leżała ta sama co wczoraj płaszczyzna zeschniętej 

background image

w skorupę ziemi, spękanej w malutkie przepaście i kaniony. Od studni, wznoszącej się mię-
dzy stajnią a domem, przyczłapał chudy wyrostek w rozpiętej koszuli, z piersią spaloną na 
brąz i z twarzą jeszcze ciemniejszą.

— Napoiłeś konia?
Chłopak brzęknął metalowym wiadrem.
— Same błoto — powiedział. — Nic się nie da nabrać.
— Idź do Irvinów. Tam chyba jeszcze coś znajdziesz. Weź dwa wiadra. Tylko nie rób 

hałasu, pewnie jeszcze śpią.

Spojrzał w niebo, które powoli zmieniało barwę. Ustępowała szarość, błękit stawał się 

coraz bardziej intensywny. Karol westchnął. Zapowiadał się dzień taki sam, jak wszystkie 
poprzednie tej wiosny: suchy i gorący.

— Ani jednej chmurki — mruknął do siebie. — Ani jednej chmurki — powtórzył i za-

wrócił do chaty. Wziął mały kubeczek, z osmolonego czajnika nalał nieco wody i stanąwszy 
przed lustrem począł się golić. Wolno, metodycznie. Nic go nie nagliło. Nie było nic do robo-
ty w polu. Skawalona gleba nie poddawała się ani motyce, ani łopacie. Ostrze pługa, gdy z 
trudem wbiło się w ziemię, odwalało tylko zeschłe bryły, twarde jak kamienie. Jakiż sens rzu-
cać ziarno w taką rolę?

— Chyba należy stąd wiać — powiedział ścierając palcem mydło z lśniącego ostrza 

brzytwy.

Ale powiedziawszy to, zdziwił się sam sobie. Nigdy dotąd nie zaświtała mu w głowie 

taka myśl. Odkąd osiadł w tych stronach. To znaczy — zastanowił się chwilę — przed pięcio-
ma, nie, przed czterema laty. Właśnie wówczas przybył tu z gromadą innych, w czasie gdy 
zielony step ciągnął się milami od nowiutkich jeszcze, kolejowych torów hen, zdawałoby się, 
w nieskończoność. Ziemia była tania, prawie za darmo. Towarzystwo kolejowe otrzymało 
olbrzymie obszary położone po obu stronach żelaznego szlaku i starało się ściągnąć przy-
szłych pasażerów i producentów płodów rolnych, które miała transportować.

Tak narodziła się osada w południowo-zachodnim Teksasie * w roku głośnego na całą 

Amerykę powstania Dakotów, zwanych Siouxami, pud wodzą Sitting Bulla *. Chociaż walki 
te nie toczyły się na terenie Teksasu, lecz znacznie dalej na północ, w rejonie Czarnych Gór, 
na pograniczu Montany i Południowej Dakoty, ich zakończenie wydało się niektórym począt-
kiem ery wiecznego pokoju.

Osada   powstała   z...   niczego.   Najpierw   przybysze   mieszkali   w   prymitywnych   zie-

miankach o ścianach skleconych z grubej darni. W takich samych budowlach gnieździły się 
konie i krowy. Nikt nie oczekiwał zresztą wygodnego życia i nikt nie myślał zaczynać od 
wygód. Mieszkało się byle jak, jadło byle co, maksimum energii poświęcając ziemi. Wczesną 
wiosną ostrza pługów po raz pierwszy w dziejach tej krainy zagłębiły się w twardą glebę. 
Ciężka to była orka i dosłownie potem ludzkim zroszona. Za to jesienią!

Cudowne było wtedy lato: w miarę suche, w miarę mokre. Ale jeszcze cudowniejszą

okazała się ta ziemia. Pszenica obrodziła, dając kłosy wielkie i ciężkie, jakich nigdy przedtem 
nie widzieli przybysze ze wschodu. A kolby kukurydzy przypominały — jak zauważył któryś 
z osiedleńców — pękate flaszki whisky.

Potem nadszedł drugi rok, równie wspaniały. I trzeci, nie ustępujący dwom poprzednim. 

Farmerskie wozy, załadowane plonami, ciągnęły długim szeregiem do kolejowego przystanku 
odległego stąd o cztery mile. Kupcy płacili gotówką, farmerzy zbierali w swych kuferkach 
brzęczące i szeleszczące pieniądze, towarzystwo kolejowe odbijało sobie na transporcie war-
tość za bezcen odstąpionych gruntów. Wtedy nadano osadzie nazwę i wybrano szeryfa. 

* Sitting Bull — wódz plemienia Dakotów (Siouxów), przywódca powstania. W 1876 r. rozbił oddziały 

generała Custera w bitwie nad rzeczką Little Bighorn.

* Teksas — drugi co do wielkości stan Ameryki Płn. Ponad 692 tys. km, Prawa stanowe uzyskał już w 

1845 r.

background image

Przedtem nikt na takie głupstwa nie miał czasu. Miejscowość nazwano — przy zgodnym 
aplauzie   wszystkich   mieszkańców   —   Green   Field,   ale   z   tych   dwu   słów   utworzono 
natychmiast jedno: Greenfield *. Nazwa była jak najbardziej odpowiednia. Okoliczne pola 
każdej wiosny pokrywały się zieleniejącą runią młodych siewów. Przez te kilka lat zmieniało 
się wszystko. Ze wzrostem zamożności rosły potrzeby. Pękate mieszki farmerów sprawiły, że 
w Greenfield powstał pierwszy saloon, luksusowo wyposażony jak na tutejsze warunki. Pra-
wie w tym samym czasie otworzono duży skład, oferujący nabywcy rozmaite towary, od płu-
gów aż po bieliznę damską. Któż to dawniej o takiej “rozpuście" myślał? W przeciwieństwie 
do   saloonu,   stanowiącego   własność   Briana   Fullera   (rodem   z   dalekiego   Kansas   City   nad 
Missouri), skład był wynalazkiem jakiejś kompanii handlowej ze znacznie bliższego Houston 
nad Zatoką Meksykańską. Zarządzał nim agent mający do pomocy żonę Mulatkę i dwoje 
niedorostków o nieokreślonej barwie skóry. Agent nazywał się — zabawny zbieg okoliczno-
ści! — bardzo podobnie do właściciela saloonu, a mianowicie: Fulk Bryan. Stanowiłoby to na 
pewno okazję do nieporozumień * gdyby nie fakt, że nazwisk tych używano potocznie bardzo 
rzadko, wystarczały: “saloon" i “skład".

Przez pierwsze miesiące istnienia obu handlowych placówek Brian Fuller obrotami bił 

na głowę Fulk Bryana. Wyposzczeni farmerzy musieli odbić sobie lata niedosytu, mimo że 
saloon nie udzielał kredytu, a skład — wręcz przeciwnie — przy większych zakupach rozkła-
dał należność na raty. Gdy jednak odpowiednia suma gotówki została przepita, atrakcyjność 
nowych narzędzi rolniczych i nowych strojów odniosła decydujący sukces. Do przegranej 
saloonu przyczyniła się również niespodziewana konkurencja w postaci tak zwanej “drug-
story",   jednej   z   tych   zdumiewających   placówek   handlowych,   znanych   chyba   tylko   w 
Ameryce. Są to sklepy stanowiące coś pośredniego między apteką, drogerią a barem. Nabyć 
w nich można lekarstwo, pachnące mydło, cukierki, ale również... wypić koktejl z piorunują-
cej mieszaniny wysokoprocentowych trunków. Te ostatnie cieszyły się w Greenfield dużym 
powodzeniem, póki nie przestały być nowością.

Jednocześnie   z   powstawaniem   placówek   handlowych   zmieniało   się   oblicze   osiedla. 

Znikały budy-ziemianki. Pojawiały się domki, ba, nawet wille z werandkami i kolumienkami 
—   powielane   wzory   drewnianej   architektury   miasteczek   dalekiego   wschodu   Ameryki. 
Wzrastała zamożność i nie sprawdzały się przepowiednie pesymistów, że Teksas jest krajem 
wyłącznie   uprawy  bawełny,  a  nie   zboża,   i  że  wszelkie  próby zmiany  charakteru   płodów 
rolnych zakończyć się muszą klęską gospodarczą. Właśnie pszenica stała się źródłem rozwoju 
Greenfield. Wszystko jej tutaj sprzyjało. W pobliżu nie istniały gospodarstwa hodowlane, nie 
przepędzano tędy wielkich stad bydła tratujących zasiewy, co stawało się przyczyną zatargów 
(niekiedy   kończących   się   krwawo)   między   rolnikami   a   gromadami   półdzikich   kowbojów 
strzegących   bydła.   Tradycyjne   już   szlaki   przepędu,   o   ustalonych   nazwach:   “Zachodni"   i 
“Chisholm" biegły na wschód i na zachód od Greenfield. Całe szczęście.

Ludzi w okolicy nie było wiele, mimo że ziemie Teksasu zamieszkiwało już prawie 700 

tysięcy białych i Murzynów, nie licząc plemion indiańskich. Cóż to jednak znaczyło wobec 
267 tysięcy mil kwadratowych  * powierzchni?  Tak więc Greenfield leżało na uboczu od 
niebezpieczeństw grożących osadzie ze strony zwierząt i ze strony włóczęgów. Zapowiedź 
klęski przyszła niespodziewanie, zupełnie nieoczekiwanie przez farmerów. Zdawało im się, 
że poznali już doskonale klimat i nabyli umiejętności przepowiadania pogody nie tylko na 
najbliższe dni, ale na tygodnie, na miesiące. Aż nastała wiosna, prawie bezdeszczowa. Sie-
wów dokonano, później jednak gleba stwardniała na kamień. Ani jedno ziarno nie zakiełko-
wało. Przez długie miesiące nie spadła z pogodnego nieba nawet kropla deszczu. Sytuację 
poprawiły burze topniejącego natychmiast  gradu. Niestety, wydarzyło się to dopiero w  poło- 

* Green field (ang.) — zielone pole. 
* Brian (imię) i Bryan (nazwisko) wymawiają się identycznie.
*Dokładnie 267 333 mil, co równa się ok. 692 tys. km.

background image

wie teksaskiej zimy, przy temperaturze 32 stopni *. Ziemia nieco rozmiękła, ale nie poprawił
się humor farmerom. Wprawdzie nie popadli w rozpacz. Nadal mieli w swych spichrzach 
pełno dorodnego ziarna, którego nie pozbyli się zgodnie z tradycją zapobiegliwego i przewi-
dującego gospodarzenia, przekazaną im jeszcze przez ojców we wschodnich stanach. Gdy 
jednak podobna sytuacja meteorologiczna powtórzyła się w roku następnym, troska o jutro 
zaciążyła  nad umysłami  mieszkańców  Greenfield. Skamieniała gleba nie nadawała się do 
uprawy. Otaczające osadę dalekie przestrzenie prerii zmieniły swą barwę. Z zielonych stały 
się brudnobrązowe. Szumiące trawy przeobraziły się w twardy jak kamień pokrowiec skołtu-
nionych, wbitych w ziemię uschłych łodyg. Skończyła się świeża pasza. Trzeba było powybi-
jać krowy i owce. Oszczędzano tylko koni. Na suszy wyszły one najlepiej, otrzymując teraz 
zamiast siana cenną kukurydzę i jeszcze cenniejsze ziarno pszeniczne. Ale cóż poczęliby far-
merzy bez koni, gdyby wreszcie spadły strumienie wody na bezpłodną ziemię?

Sygnałem gospodarczego kryzysu stała się likwidacja “drugstory". Nastąpiła bez żadnej 

zapowiedzi,  z dnia na dzień. Któregoś ranka mieszkańcy Greenfield  ujrzeli  drzwi i okna 
sklepu na głucho zamknięte,  ale  dopiero w kilka godzin później  osiedle obiegła  wieść o 
wyjeździe właściciela i pomocnika. Do kolejowego przystanku odwiózł ich na swym wozie 
stary Abel Meredith. Opowiadał później, że bagaży mieli niewiele. Wyglądało więc na to, że 
powrócą, kiedy się czasy poprawią. Klęska suszy skłoniła ludzi do oszczędności, “drugstory" 
stracił klientelę na długo przed likwidacją.

Zawiadomiony o wydarzeniu szeryf  przybył  natychmiast pod domek, raczej barak z 

werandką, w którym mieścił się sklep. Stwierdził, że wszystkie okna zabito deskami, a na 
drzwiach zawieszono potężnych rozmiarów kłódkę. Fakt nie ulegał wątpliwości. Odtąd szeryf 
codziennie odwiedzał opuszczony budynek, może w nadziei, że ujrzy go na nowo zamieszka-
łym przez dotychczasowych użytkowników, a może dlatego, że pragnął skontrolować stan 
okien i drzwi. Wewnątrz przecież musiały się znajdować towary. Tak zresztą powszechnie są-
dzono, ale nikomu nie przyszło do głowy łasić się na te “skarby". Greenfield przez lata mogło 
służyć   za   przykład   najbardziej   spokojnego   osiedla   ze   wszystkich   najbardziej   spokojnych 
osiedli całego świata.

Likwidacja (raczej: samolikwidacja) “drugstory” nie była przecież tragedią. Tragedia 

narodziła się wtedy, gdy mieszkańcom Greenfield poczęło brakować jedzenia, poczęło brako-
wać pszenicy i pieniędzy. Gdyby nie Fulk Bryan, który okazał się człowiekiem dobrego serca 
i chyba dobrym kalkulatorem, połowa ludności przymierałaby głodem. Oto Fulk Bryan roz-
szerzył kredyt, chociaż nie odwożono już ziarna do kolejowych wagonów. Wręcz przeciwnie: 
transportowano mąkę, kukurydzę i szereg innych artykułów spożywczych ze stacji do osady. 
W ten sposób przetrwano jako tako okres zimy. Wszyscy farmerzy zadłużyli się u Bryana “po 
czubek   nosa".   Ale   nie   było   wyjścia   z   tej   sytuacji,   chyba   ucieczka   w   inne   strony   kraju. 
Wówczas nikt tego jeszcze nie pragnął.

Właściciel   saloonu   —   “bezkredytowy"   Brian   Fuller   postanowił   naśladować   Fulk 

Bryana. Uznał, że lepiej handlować na kredyt niż wcale. Ludzie nie świecili groszem, za to 
saloon coraz częściej świecił pustką. Zamknięcie “drugstory" nie przysporzyło klienteli 
saloonowi. Co prawda i otwarcie kredytu nie zapełniło przestronnej sali oberży tłumem roz-
krzyczanych farmerów. Jednakże w sobotnie wieczory i późne niedzielne popołudnia ściągała 
tu garstka desperatów uważając, że nic im nie pomoże ani nie zaszkodzi, czy dług będzie 
większy, czy mniejszy o kilka dolarów. Byli to przeważnie ludzie młodzi i samotni, gotowi — 
jeśli sytuacja nie ulegnie poprawie — pierwsi czmychnąć z Greenfield, zostawiając na łasce 
losu ziemię, budynki i sprzęt gospodarski. Bo nawet nikt nie marzył, że znalazłby się nabyw-
ca ich nieruchomości. Tak więc w saloonie weselono się, jak kto jeszcze potrafił, a kiedy 
gospodarz zamykał lokal na noc, spóźnieni  wędrowcy, wracając do domowych  pieleszy,  za-

*Mowa o termometrze Fahrenheita. 32 stopnie F — to 0 stopni Celsjusza.

background image

dzierali głowy, by ujrzeć na niebie upragnione chmury. Niestety, świeciły gwiazdy. Bardzo 
jasno, przeraźliwie ostro, beznadziejnie...

Karol Gordon, chociaż samotny jak kaktus na pustyni,  nie odwiedzał już od dawna 

saloonu. Był w ogóle nieco dziwnym człowiekiem. W maleńkim Greenfield, w którym ludzie 
zdążyli dobrze się poznać i poinformować wzajemnie o wszystkim, co przeżyli, a także o 
swych planach na przyszłość — o przeszłości Karola Gordona nikt nic pewnego nie wiedział. 
Szeptano, że nawet jeśli kiedykolwiek zajmował się uprawą roli, to już dawno zdążył o tym 
zapomnieć. Jednak wystarczyło tylko przyjrzeć się obmawianemu, aby dostrzec oczywisty 
nonsens tego twierdzenia. Gordon był zbyt młody. Może nigdy nie orał i nie siał?... Mówiono 
—  nie   wiadomo  na   jakiej  podstawie   —  że  Gordon  jeszcze  jako  chłopak   włóczył  się   po 
Dzikim Zachodzie, wprawiał w strzelaniu do futerkowej zwierzyny i tylko dlatego zerwał z 
zawodem, że zniechęcił go do tamtych stron tragiczny koniec wyprawy generała Custera w 
roku   1876,   kiedy   to   w   walce   z   Dakotami   Sitting   Bulla   zginął   i   generał,   i   cały   oddział 
kawalerii,  którym  dowodził *. Złośliwi dodawali, że nie wiadomo,  po której  stronie brał 
udział w walce: białych czy czerwonych. W tamtych czasach, gdy dobrze pamiętano krwawą 
historię,   która   się   rozegrała   nad   brzegami   mało   przedtem   znanej   rzeczki,   postawienie 
publicznego zarzutu współuczestniczenia w masakrze białych było sprawą niebezpieczną albo 
dla pomawianego o taki  postępek,  albo dla pomawiającego. Ponieważ jednak farmerzy z 
Greenfield należeli do kategorii ludzi spokojnych, nie znoszących  burd i awantur — nikt 
głośno nie powtarzał plotki.

Na uprawie roli Karol Gordon istotnie niewiele się znał. Będąc jednak zdolnym naśla-

dowcą i chętnym słuchaczem, po kilku latach nauczył się korzystać z rad doświadczonych 
rolników. Najwięcej pomógł mu bliski sąsiad, Vincent Irvin, młody farmer, który sprzedał 
swe   podupadające   gospodarstwo   w   Północnej   Karolinie   i   wraz   z   żoną   powędrował   na 
południowy zachód szukać szczęścia.

Tak to wszystko wyglądało aż do pamiętnego ranka, w którym Gordon stwierdził, że i 

w jego studni, wykopanej przed domem, nie ma ani kropli wody. Wtedy po raz pierwszy 
pomyślał o opuszczeniu Greenfield.

— Hallo, boss! * — zawołał z głębi sieni ciemnowłosy chłopak. — Jest woda!
— Świetnie. Przynieś tutaj i nalej do miski.
— Nie będzie się pan mył na dworze? Zanosi się na upał.
— Wielka mi nowina. Od tygodnia pieczemy się żywcem. Nalej do miski i idź napoić 

konia.

Usłyszał   brzęk   wiadra,   plusk   wody,   potem   oddalające   się   kroki.   Skończył   golenie, 

przeszedł do sionki i zaczął się myć w dużej blaszance, pełnej wody. Woda była zimna. Od 
razu poczuł się lepiej.

 “Co począć z Robertem? — rozważał w dalszym ciągu projekt opuszczenia Greenfield. 

— Brać go z sobą na niepewne? A jeśli nie będzie chciał? Zostawić samego?..."

Zreflektował się nagle: “Po co mam stąd uciekać, do licha? Co mi do głowy strzeliło? 

Wszystko przez tę parną noc. Przecież to nie ma sensu. Zapytam Roberta, co o tym sądzi... 
Nie, nie będę pytał. Chłopak się przestraszy."

Z Robertem spotkał się zupełnie przypadkowo przed laty, gdy przyłączył się do karawa-

ny ludzi, wozów i bydła, ciągnącej ku południowemu zachodowi. Zdarzyło się to niedaleko 
Abilene,   w   Kansas,   gdzie   kończył   się   wielki   szlak   przepędu   bydła,   zwany   Szlakiem 
Chisholm, wiodący z południa aż do Rio Grandę. Robert właśnie przewędrował ten szlak jako 
jeden z kowbojów i znajdował się u kresu sił. Wyglądał tak, jakby mu pozostało tylko parę 
godzin  życia. Gordon  zainteresował  się  chłopakiem, po  krótkiej  rozmowie  Robert  został 

* Była to bitwa nad rzeczką Little Bighorn w dn. 26 czerwca 1876. Padło w niej 276 żołnierzy i oficerów 

siódmego pułku kawalerii.

* Boss — można przetłumaczyć: szef.

background image

umieszczony, jako dodatkowy pasażer, w jednym z farmerskich wozów. Później, na ziemiach 
przyszłego Greenfield, okazał się nieocenionym pomocnikiem świeżo upieczonego farmera. 
Gordon dowiedział się o nim tylko tyle, że nazywa się Dreer. Chłopak był skryty i nigdy nie 
mówił za wiele. Być może, iż fakt ten zjednał Robertowi przychylność Gordona, który nie 
znosił plotkarzy i gadułów.

Znowu metalicznie zabrzęczało wiadro. Robert pojawił się w jasnym prostokącie drzwi.
— Jeszcze raz idę po wodę — zakomunikował.
— Dobrze, ale zostaw trochę dla Irvina. 
Rozległ się cichy śmiech:
— Nie zabraknie, bo w dołku...
Rzeczywiście,   posiadłość   Irvina   leżała   we   wklęśnięciu   gruntu   i   podziemne   źródła 

musiały sobie torować tam drogę.

Gordon wytarł się szorstkim ręcznikiem, przywdział koszulę i zajrzał pod palenisko ku-

chennego   pieca.   Nie   potrzebował   rozgrzebywać   wczorajszego   popiołu,   już   tlił   się   mały 
ogienek rozniecony przez Roberta. Dorzucił kilka patyków, a potem zajął się przyrządzaniem 
jajecznicy   na   boczku   i   przygotował   pszenne   suchary   (wszystko   dzięki   kredytowi   Fulk 
Bryana).

— Słyszał już pan, szefie?
— Nie wrzeszcz. Wejdź i powiedz, o co chodzi. Chłopak ukazał swe zaczerwienione 

oblicze.

— Spotkałem starego Abla. Gadał, że Hamm Harris i Jim Perry znikli tej nocy.
— Plotka.
— Abel wie na pewno. Chodził do nich. Gordonowi zrobiło się jakoś przykro. Ci dwaj 

ludzie siedzieli w Greenfield od samego początku. A teraz... zwiali. Mogło to się stać sygna-
łem do masowej ucieczki. Zresztą...

— Oni byli mocno zadłużeni u Bryana — powiedział półgłosem.
Chłopak roześmiał się.
— Nie widzę powodu do radości. Jak tak dalej pójdzie, Bryan zamknie kredyt. Wów-

czas nie będzie innego wyjścia... Chciałbyś stąd wyjechać?

— Nie.
— Więc widzisz, że nie ma się z czego cieszyć. Może to jednak nieprawda? Co więcej 

słyszałeś?

— Pan Irvin już wstał.
— Żadna nowina.
— Powiedział, że weźmie konia, strzelbę i pójdzie polować.
Z kolei roześmiał się Gordon.
— Też ma pomysły? W ciągu kilku lat potrafiliśmy wystraszyć stąd wszystkie zwierza-

ki.

— Pan Irvin mówił, że teraz zaczną ciągnąć na północ bizony.
— Bizony! Wielki Boże! Już ja mu wybiję to z głowy. Przecież on nigdy nie polował na 

bizony! No, idę — zdecydował się nagle. — Jakby zaczęło padać...

Chłopak zachichotał:
— ... to zaraz postawię naparstek, żeby nałapać deszczówki.
Gordon wcisnął na głowę podniszczony kapelusz i wyszedł na szeroką drogę, twardą i 

spękaną w grube rysy  tak jak cała  ziemia  dokoła. Zatrzymał  się w miejscu, gdzie droga 
spadała łagodnie ku nizinie przypominającej kształtem gigantyczną miskę. W środku tej miski 
wznosiły   się   zabudowania   otoczone   półokręgiem   wysokich   drzew.   Nad   kominem 
największego   z   domostw   pięła   się   ku   beznadziejnie   czystemu   niebu   wąska   nitka   dymu. 
Zwiastowała pogodę, przeklętą pogodę.

Gordon westchnął i przyspieszył kroku. Skręcił w prawo, minął furtkę w płocie, który 

background image

otaczał Irvina — co uważano za luksus nawet w zamożnym dotąd Greenfield — potem stu-
dnię z korytem do pojenia bydła. Zajrzał w otwór. Głęboko, głęboko widniało odbicie nieba. 
Znak, że jest jeszcze woda.

— Halo, Karolu! Chcesz się utopić?
— Właśnie. Jutro może być już za późno. U mnie studnia wyschła.
— Ale ta nie wyschnie. Mierzyłem wczoraj, nic a nic nie ubywa. Gdzieś tu jest źródło. 

Na szczęście. Co nowego, Karolu?

Gordon uśmiechnął się do wysokiego, szczupłego mężczyzny o spalonej na brąz twa-

rzy, niebieskich oczach i jasnych włosach. — Gdyby nie twoja studnia, nie mógłbym się dziś 
umyć. Nie wiem, jak sobie radzą inni...

— Nie jest tak źle. Tu w dole wszyscy mają wodę.
— Słuchaj, Vincent, mówił mi Robert, że się wybierasz na polowanie. Czy to prawda?
— Myślałem o tym. Widzisz... moje długi u Bryana wciąż rosną. Z przerażającą szyb-

kością.

— Mnie również zbrzydło solone mięso, ale trudno domagać się czegoś lepszego w ta-

kiej sytuacji... — machnął ręką Gordon.

— Właśnie — odpowiedział podnosząc głowę — Dlatego kawał bizoniej pieczeni bar-

dzo by się przydał. A skórę można sprzedać.

— Kto tu kupi?
— Może Bryan.
— Wybij sobie z głowy bizonie mięso. Będzie teraz chude i żylaste, jeśli w ogóle bę-

dzie.

— Opowiadałeś o bizonich szlakach, czy tak trudno je odnaleźć?
— Szlaki bizonie istnieją, ale...
Między kolumienkami ganku ukazała się kobieca głowa. Melodyjny głos zawołał:
— Jak się masz, Karolu! Nie odchodźcie, zaraz przygotuję śniadanie.
Znikła w głębi budynku.
— Ale co? — podjął przerwaną rozmowę Irvin.
— To, że bizony szukają dla swego marszu terenów obfitujących w paszę i w wodę. 

Doprawdy nie wiem, gdzie takich szukać. A jeśli chodzi o inne zwierzęta, zdążyliśmy prze-
płoszyć wszystkie płowe czworonogi. Nawet antylopy się stąd wyniosły. Raz tylko jeden da-
leko, daleko stąd widziałem pieski preriowe.*

— Nie kpij.
— Ani mi to w głowie. Jestem pewien, że bizony także zmieniły swój szlak.
— Ostatecznie deszcze muszą gdzieś padać.
— I mnie się tak wydaje. Tylko gdzie? O tym nie wiemy ani ty, ani ja. A prócz tego, 

Vincent,   nie   jesteś   przecież   dobrym   strzelcem.   Z   antylopami   to   żadna   bieda,   po   prostu 
zmarnujesz nieco ładunków, a zwierzęta czmychną. Ale z bizonami, jeśli na nie trafisz, może 
być kłopot. Zraniony byk staje się niebezpieczny. Nie podoba mi się twój projekt.

— Wybierzemy się razem.
— Po to, aby cię pilnować na każdym kroku? Nic nie wyjdzie z takiego polowania.
W drzwiach domu ukazała się kobieca głowa.
— Chodźcie...
Weszli   do   sporej   izby,   której   środek   zajmował   prostokątny   stół,   zastawiony 

połyskującymi w smudze słońca talerzami. Przy jednym z nich, na wysokim stołku, siedział 
chłopczyk   trzy-czteroletni,   o   rumianej   buzi   i   jasnej   jak   bawełna   czuprynie.   Jadł   właśnie 
owsiankę, ale na widok wchodzących zerwał się:

— Dzień dobry, wuju Karolu, dzień dobry, wuju Karolu! — zaśpiewał jakąś swoją wła-

* Pieski preriowe— amerykańskie świstaki.

background image

sną melodię.

— Dopóki nie zjesz — odparł sztucznie poważnym głosem Gordon — nie będę z tobą 

rozmawiał.

— Siadajcie — poprosiła gospodyni.
— Dziękuję, Becky — odsunął nieco talerz. — Jadłem już. Ale jeśli mnie poczęstujesz 

kubkiem dobrej kawy, na pewno nie odmówię. A nawet nie musi być dobra. I gorszą wypiję. 
Bryan się psuje. Mięso coraz bardziej słone. Nie uważacie, że przydałoby się zmienić dostaw-
cę?

Irvin uśmiechnął się, a jego żona przytaknęła pół serio, pół żartem:
— Właśnie, może ty byś go zastąpił, Karolu? — A po chwili dodała poważnie: — Nie 

można narzekać na człowieka, dzięki któremu wszyscy,  jak tu jesteśmy,  nie umieramy z 
głodu...

— Poddaję się, Becky. Nie powiem więcej złego słowa na Bryana, chociaż zdziera z 

nas dziesiątą skórę.

— Znowu zaczynasz? Jaki on jest, taki jest, ale właśnie... jest! Nie wyjechał.
— Niewiele ryzykuje, to przecież tylko agent.
— Jednak ma nie zapłacone kwity — wtrącił się Irvin — będzie odpowiadał przed 

swym przedsiębiorstwem.

— Słyszeliście, że Harris i Perry znikli tej nocy? Oni byli u Bryana porządnie zadłużeni.
— No właśnie! Masz, Karolu, kawę, i może nie będzie taka zła.
Podała Gordonowi kubek, podsunęła mężowi talerz z jajecznicą i siadła przy malcu, 

który zaraz począł szybciej obracać łyżką.

Karol spojrzał na kobietę kątem oka. Becky Irvin, jego zdaniem, nie pasowała na żonę 

farmera. Bardzo różniła się od żon innych rolników, jakie spotkał na swej życiowej ścieżce. 
Tamte — pionierki osadnictwa Dzikiego Zachodu — były zazwyczaj wysokie, mocno zbudo-
wane, o silnym głosie, a nierzadko silnej... pięści. Obeznane z bronią palną, jeździły konno 
jak najlepszy kowboj i dosłownie trzymały w garści całe gospodarstwo. A Becky?

Szczupła, drobna, o głowę niższa od swego małżonka, niezbyt zaradna, zdająca się ze 

wszystkim na decyzję Vincenta.

W kilka miesięcy po przybyciu na te pustkowia urodził im się syn. Gordon — jako 

najbliższy sąsiad — mimo woli stał się współuczestnikiem radości i zmartwień rodzinnych. 
Bywał  częstym  gościem u Vincenta,  który nie skąpił  mu  życzliwych,  gospodarskich  rad, 
zwłaszcza   w   pierwszym   okresie   pobytu,   najtrudniejszym.   Przybyli   tu   przecież   wczesną 
wiosną,   aby   zdążyć   jeszcze   z   siewami   jarymi.   Ale   przed   tym   należało   jako-tako   domy 
urządzić; postawić choćby prymitywne lepianki, budynki gospodarcze, studnie, zagrody dla 
bydła i koni. Roboty było huk. Karol Gordon — z wdzięczności za fachowe porady — zaczął 
pomagać Irvinom. Na orce i siewie znał się tyle co kura na pieprzu. Za to budowniczym i 
kucharzem okazał się doskonałym. Gdy więc Vincent Irvin zabrał się do orki, Gordon stanął u 
boku pani Becky i wraz z Robertem oporządzał inwentarz, sprowadzał drzewo na opał, nosił 
wodę   dla   obu   gospodarstw.   A   przede   wszystkim   wzniósł   dwa   budynki   mieszkalne:   dla 
Irvinów i dla siebie. Później, gdy przyszedł na świat mały Clem, Karol nadal był wiernym 
pomocnikiem sąsiadów. W czasie żniw, sianokosów i młocki pracował za trzech, ale nauczył 
się przez to tyle, ile nie dałby mu najlepszy wykładowca najlepszej szkoły rolniczej. Więc nie 
uważał czasu poświęconego sąsiadom za zmarnowany.

— Będzie z ciebie znakomity farmer — stwierdził już po kilku miesiącach Irvin. — 

Jeszcze roczek, a poznasz tajniki gospodarki. Tylko żonę musisz sobie poszukać. Bez kobie-
cego oka nie upilnujesz wszystkiego, kiedy ci się gospodarstwo rozrośnie. A że się rozrośnie, 
to już teraz widać. Co za szczęście, żeśmy się tu przenieśli!

Gordon odparł na to, iż na ożenek ma czas, a do pomocy chłopaka, i to tak tęgiego, jak 

Robert   Dreer.   Pomyślał   przy   tym,   że   małżeństwo   Irvina   nie   jest   znowu   takim   wielkim 

background image

szczęściem i pomocą w pracy. Po narodzinach Clema Becky Irvin bardzo długo nie mogła 
wrócić   do   sił.   Dopiero   późną   zimą   zajęła   się   gospodarstwem.   Ale   gdy   nadeszła   kolejna 
wiosna, gdy nadciągnęły tropikalne upały, Becky znów poczuła się źle. Karol dostrzegł to 
szybciej od Vincenta i pod pozorem, że się śmiertelnie nudzi, śpieszył z pomocą Irvinowi 
albo osobiście, albo przysyłając Roberta. Lecz stan zdrowia Becky Irvin wciąż pogarszał się.

O tym wszystkim rozmyślał Karol siedząc za stołem Irvinów, pijąc kawę i stwierdzając, 

że pani Becky nie zdołała nic a nic opalić się w słońcu, przeciwnie: wydawała się coraz bled-
sza.

Nieznajomi

Vincent Irvin dobrze pamiętał dzień, w którym musiał rozstać się z długorogim teksas-

kim wołem. Nie starczało paszy na okres zimy. W kilka miesięcy później sprzedał jednego ze 
swych koni, a z końcem drugiego roku suszy — krowę. Mimo że Karol odradzał mu, decy-
dując się nawet sprzedać własnego konia, by odstąpić część paszy sąsiadom. Ofiara nie zosta-
ła przyjęta. Żywy inwentarz obu sąsiadujących ze sobą gospodarstw zmniejszył się do liczby 
trzech   koni,  z których   jeden  stanowił  własność Roberta.   Deszcz  wreszcie   spadnie,   a bez 
zwierząt nie można przecież uprawiać roli. Lepiej więc zadłużyć się u Bryana i karmić czwo-
ronogi   drogą   kukurydzą.   Tak   zresztą   postępowali   wszyscy   farmerzy   Greenfield.   I   chyba 
słusznie. Szło więc pod nóż bydło, konie oszczędzano. Pod koniec trzeciego roku suszy nie 
było w osadzie ani krów, ani owiec, ani świń. Drób został zjedzony już wcześniej, więc gdyby 
nie kredyt Bryana, nie pozostałoby nic innego, jak uciekać z osady albo... umrzeć z głodu.

Pogrążony w niewesołych myślach szedł obok Gordona milcząc.
— Już i drzewa poczynają schnąć — Karol wskazał na wątłe drzewko o pokurczonych, 

zżółkłych, powiędłych listkach. — Czyż cała ta część Teksasu ma się zamienić w pustynię? 
Dokąd wtedy pójdą ludzie, i tak już doprowadzeni do bankructwa?

Przed nimi ciągnęło się pole, spopielała i spękane. Dalej widać było domy i domki osie-

dla, a przed nimi tu i tam stojących bezczynnie ludzi. Rzecz nie do pomyślenia w dawnych, 
normalnych dniach wiosny, gdy każdy niemal dwoił się i troił przy pracy w polu.

— Dokąd tak wędrujecie? — zagadnął ich Abel Meredith.
— A tak, przed siebie, dowiedzieć się, co słychać...
— Czy to prawda — zapytał Gordon — że Harris i Perry wyjechali?
— Raczej znikli, jak mary. Jeszcze wieczorem ich widziałem, rano... ani śladu! Pewne 

jest jedno: już nie wrócą. Bo i po co? Wolni są jak ptaki, gdzie indziej sobie gniazda uwiją. 
Nie tak, jak my — stwierdził z lekką nutką goryczy. — Ale i ty także — stuknął Karola w 
piersi kościstym palcem — nie masz nic do stracenia.

— O nie, ojcze, ja się stąd nie ruszę! Chyba... — dodał po chwili — gdyby Bryan 

odmówił dalszego kredytu.

Abel Meredith spojrzał na niego uważnie. Był najstarszym wśród mieszkańców osady. 

Kiedyś w saloonie Fullera, po którejś tam szklaneczce (Abel nie stronił od rozgrzewających 
napojów) oświadczył zebranym, że mógłby być ojcem ich wszystkich. Od tej pory poczęto go 
nazywać   “ojcem".   Najpierw   dla   żartu,   później   z   przyzwyczajenia.   Meredith   przyjął   ten 
zwyczaj jako coś naturalnego, należnego jego wiekowi. Wielu zresztą wątpiło, by mógł mieć 
— jak zapewniał — dziewięćdziesiąt lat, bo Abel potrafił nie tylko dobrze wypić, ale i świet-
nie trzymał się na siodle, a strzelał do celu jak sam szatan. Oczywiście tylko do martwego ce-
lu, gdyż — rzecz zadziwiająca — nikt w Greenfield nie nosił przy pasie ani wielostrzałowych 

background image

coltów,   ani   żadnej   broni   palnej.   Wszyscy   byli   spokojnymi   rolnikami   (poza   Karolem 
Gordonem i Robertem) ze wschodnich stanów, gdzie od pokoleń nie groziły ludzkiemu życiu 
ani   tomahawki   czerwonoskórych,   ani   strzelby   półdzikich   awanturników.   A   ponieważ   w 
Greenfield i w najbliższej okolicy — rzecz jeszcze dziwniejsza — nie wydarzył się żaden 
napad, nic nie zmuszało rolników do obciążania swych pasów, pleców czy kieszeni niepo-
trzebnym żelastwem. Strzelby, sztucery i dubeltówki, nabyte przed wyruszeniem w długą dro-
gę na zachód, wisiały sobie spokojnie w izbach, elegancko — trzeba przyznać — wyczysz-
czone i naoliwione. Gdy Lucasa Fawkesa wybrano miejscowym szeryfem — bardziej z po-
szanowania dla tradycji niż z potrzeby (bo szeryf nic nie miał tu do roboty) — był jedynym 
człowiekiem w Greenfield noszącym za pasem dwa colty, ale jedynie od parady i dla podkre-
ślenia godności.

Gordon i Vincent chcieli już odejść, gdy Abel tajemniczo na nich skinął i stłumionym 

szeptem oznajmił:

— Jedyna okazja. Idźcie zaraz do saloonu Fullera.
— A cóż to za nowy kawał? — zaśmiał się gorzko Irvin.
— Dlaczego ostatnia okazja? — Gordon poważniej potraktował informację.
— Bo Brian Fuller zwija budę. Nikt jeszcze o tym nie wie, a on sam udaje, jakby tu 

chciał zostać do końca świata.

— Nie do wiary — mruknął Irvin. — Chce stracić tyle pieniędzy?
— Sza, nie tak głośno. Fuller widać uznał, że susza nieprędko się skończy, więc posta-

nowił skończyć z handlem. Jutro już go nie zobaczycie. No, idźcie.

Poszli, bardziej zdziwieni wieścią niż zmartwieni, bo z kredytu w saloonie nie korzy-

stali.

— No tak — mruknął Vincent — wczoraj Harris i Parry, jutro Fuller. Ludzie zaczynają 

uciekać i innym dadzą przykład.

— Nic na to nie poradzisz.
— A jeśli i Bryan się stąd wyniesie?
— Wtedy i my będziemy musieli odejść... Wyjedziemy razem.
— Może Abel tylko nas nabiera?
— Abel nie ma takiego zwyczaju. Pamiętasz, Vincent, jak Abel opowiadał o szlaku 

przepędu   bydła?   Nazwał   go   szlakiem   Goodnightloving   *.   Myśleliśmy,   że   z   nas   kpi,   i 
ryczeliśmy ze śmiechu, a przecież Abel mówił prawdę. Sprawdziłem. Taki szlak istnieje od 
1866 roku. Ciągnie się przez nasz Teksas, od górnej Brazos do Pecos *, a stamtąd prościutko 
na północ do Denver i Cheyenne.*

— Skąd ty o tym wiesz? — zdziwił się Vincent.
— Pojechałem kiedyś na stację razem z Bryanem odbierać towary. Wtedy spotkałem 

jakiegoś włóczęgę, który pomógł nam załadować wóz. Kiedy już wszyściutko zostało pięknie 
ułożone, Bryan zaprosił nas do tej budy, tuż obok przystanku. Wiesz, przecież...

— Nie wiem. Przed trzema laty nie było tam żadnej budy, a od tamtego czasu nie mam 

po co jeździć na stację — westchnął.

— Mniejsza z tym, dość że teraz stoi buda, kilka jardów od toru, z płaskim dachem i 

napisem na wielkiej desce: “Green Saloon".

— Piliście?
— Bardzo skromnie. Bryan nigdy nie był hojny. Nasz pomocnik zaczął się wówczas 

* Good night (ang.) — dobranoc; loving (ang.) — kochający. Nazwa tego szlaku pochodzi od dwu, nieco 

zabawnych nazwisk ludzi, którzy szlak wytyczyli: Goodnighta i Lovinga.

* Rzeki przepływające przez Teksas. Brazos wpada do Zatoki Meksykańskiej, Pecos jest dopływem rzeki 

Rio Grandę del Norte, stanowiącej w swym środkowym i dolnym biegu granicę między Stanami Zjednoczonymi 
a Meksykiem.

* Denver i Cheyenne — miasta w północnych stanach.

background image

chwalić, że był kowbojem i pędził bydło z Teksasu. Przypomniałem sobie wtedy, co opowia-
dał Abel, i zagadnąłem o ten śmieszny szlak. Wszystko się zgodziło. Drogę przepędu przetarli 
Karol Goodnight i Oliver Loving.

Tak gwarząc doszli pod zabudowania Fullera. Przed saloonem stała grupa farmerów, a 

kiedy zajrzeli do wnętrza, zdumiał ich ścisk dawno nie oglądany na tej sali. Wycofali się 
przed budynek.

— Wydaje się — zauważył Vincent — że Abel nie tylko nam zdradził tajemnicę. A 

może to zmowa z Fullerem, aby mu napędzić gości?

— Przecież wiesz sam, że Abel by tak nie postąpił. Może wstąpimy na piwo? Pewno 

ostatni raz tutaj...

— Jeśli Fuller rzeczywiście zwieje... Czulibyśmy się jak złodzieje.
— On tu wróci, nie ma obawy.
— Taki jesteś pewien? Jeżeli trafi gdzie indziej na popłatniejszy interes, machnie na 

wszystko ręką. Zresztą, jutro się okaże.

Jakoż i okazało się!
Brian Fuller zniknął, jak duch. Prawdopodobnie opuścił osadę przed świtem albo późno 

w nocy. Wszyscy żywo komentowali ten wyjazd: jedni, ci najbardziej zadłużeni, żartowali z 
Fullera,   inni   martwili   się   szczerze,   uważając   zamknięcie   saloonu,   w   którym   tyle   długich 
zimowych wieczorów przebyli, za złą prognozę na przyszłość.

Tak   samo   tę   sprawę   ujął   Vincent   Irvin   podczas   rozmowy   z   szeryfem,   Lucasem 

Fawkesem, i z ojcem Ablem.

— Może i masz rację — odparł Meredith — a może nie masz.
Irvin zaśmiał się.
— Nie śmiej się, chłopcze (to “chłopcze", niekiedy: “synu" — było ulubionym zwrotem 

Abla, stosowanym do wszystkich mężczyzn bez względu na wiek). Zbyt wiele widziałem w 
swym życiu, aby bawić się w przepowiednie. Może za przykładem Fullera pójdą inni, a może 
nie. Zawsze jednak ktoś zostanie. 

— A wy, ojcze?
— Wiesz, synu, że nie gospodarzę. Siedzę tu z Jerrym (to był syn Mereditha), jego żoną 

i z wnukami. Pójdą oni, pójdę i ja.

Wszystko to była prawda. Abel Meredith nigdy nie zajmował się rolą, lecz polowaniem 

na skórki. W ostatnich latach zaprzestał wędrówek po Górach Skalistych i osiadł przy rodzi-
nie. Prawdopodobnie to on namówił syna, aby rzucił nędzny spłacheć gruntu w Marylandzie i 
ruszył na zachód. Słowo “zachód" działało jak magnes na człowieka, który tyle lat na tym 
Dzikim Zachodzie spędził.

Tak więc rozmowa z Ablem nic nie wyjaśniła, nikogo o niczym nie przekonała. A co 

sądzili inni? Sporo znalazło się takich, którzy ani martwili się, ani cieszyli. Poczęli coś tam 
kalkulować, obliczać, nie mówiąc o wynikach tych obliczeń nikomu. Ale wyniki wkrótce 
same dały znać o sobie. Wkrótce po ucieczce Fullera wyjechali — nie żegnając się z nikim — 
trzej   młodzi,   samotni   farmerzy.   W   kilka   tygodni   później   uciekły   dwa   młode,   bezdzietne 
małżeństwa. Widać mieli nadzieję, że uda im się znaleźć przyjemniejsze miejsce pod amery-
kańskim niebem. Niebo wiszące nad Greenfield było bezlitosne. Słońce nadal spalało pola i 
drogi, gwiaździste noce nie dawały ochłody. Wilgotne koryto rzeczki zmieniło się w smugę 
piachu. I tylko w dole, tam gdzie znajdowało się gospodarstwo Vincenta Irvina, lustro wody 
jakimś cudem nie opadło. Kiedy w ciągu następnego miesiąca znów uciekły dwie rodziny, 
szeryf zwołał ogólną naradę mieszkańców Greenfield.

— Możecie stąd odjechać wszyscy — powiedział po kilku słowach wstępu. — Każdy 

może odjechać — powtórzył;— i nikt go nie będzie zatrzymywać. Więc po cóż te ucieczki 
nocą, w sekrecie, w tajemnicy?

background image

Głos szeryfa buczał coraz donośniej. Rzecz niezwyczajna, bo Fawkes uchodził zawsze 

za człowieka spokojnego i nikt nigdy nie widział, by był aż tak zdenerwowany.

— Po co uciekają nocą, jak złodzieje? No? — rozejrzał się dokoła. — Nie wiecie? 

Ojcze Meredith, może wyjaśnicie tym niewiniątkom, o co chodzi?

Siwowłosy ekstraper skinął głową.
— Brian Fuller był winien Fulkowi Bryanowi pieniądze — stwierdził spokojnie. — I... 

nie zapłacił. Ale Fullerowi winni byli Harris i Perry. Uciekli nocą. Tak, tak, moi ludzie — 
natężył głos — wy wszyscy, jak tu stoicie, wiecie o tym bardzo dobrze. Tylko wstyd wam 
mówić. Czterech następnych, którzy wyjechali, raczej uciekli jak tchórze, było zadłużonych u 
Bryana po dziurki nosa. Powiedzcie, czy to nieprawda?

Rozległ się potakujący szmer.
— Cóż jeszcze, szeryfie?
— Dziękuję, ojcze. To wszystko,  czego od was chciałem,  ale z innymi  jeszcze nie 

skończyłem.   Ludzie!   —   wrzasnął.   —   Czy   jesteśmy   bandą   złodziei?   Czy   Greenfield   to 
zbójeckie gniazdo?

— Tak źle nie jest — zaprotestował ktoś z tłumu.
— Kto to powiedział? Ach, to ty, Rowlison. Twierdzisz, że nie jest tak źle? Pewnie, 

jeszcze nikt nie napadł na skład Bryana. Dopiero go okradziono.

Przerwał, a po chwili mówił już spokojniejszym tonem:
— Oświadczam wam, że każdy może opuścić Greenfield. Śmiało, w biały dzień. Nie 

jak tchórz kluczący w ciemnościach, Ale niech najpierw spłaci długi, niech jakoś ureguluje 
swe pieniężne zobowiązania. Jeśli dalej tak będzie się działo jak dotąd, Bryan zamknie nam 
kredyt i sam wyjedzie. A ja palcem nie ruszę, by mu w tym przeszkodzić. Czy chcecie go 
zrujnować za to, że wszystkim pomaga? Wstyd mi za was. Wybierzcie sobie innego szeryfa. 
Nie chcę, żeby później i mnie mówiono: “Patrzcie! To Lukas Fawkes z Greenfield, on był 
szeryfem tej bandy, która zniszczyła Fulk Bryana i o mało sama przez to z głodu nie zdechła".

Czy   mówił   szczerze?   Karol   nieco   w   to   powątpiewał,   ale   na   słuchaczach   groźba 

rezygnacji wywarła wrażenie.

— Bryan robi na nas dobry interes — powiedział ktoś półgłosem, a że akurat nastała 

cisza, słowa zostały usłyszane przez wszystkich, zapewne nawet wbrew intencji mówiącego. 
Natychmiast rozległ się szmer, nie wiadomo: aprobaty czy sprzeciwu.

Wtedy stary traper przedostał się poprzez tłum na malutki, pusty krąg, gdzie stał szeryf. 

Popatrzył na zgromadzonych i otarł pot z czoła.

— Są tu między nami tacy — zaczął — którzy chętnie zajęliby miejsce Fawkesa.
— Nie! Nie! — rozległy się protesty.
— Wiem ja coś o tym. Dlatego powiadam, iż nie znajdziecie nikogo tak dobrego dla 

nas, jak właśnie Lucas Fawkes. Ja się znam na ludziach.

Nastąpiły stłumione potakiwania.
— No, właśnie! Sami to dobrze rozumiecie. Przed chwilą szeryf powiedział, że zrzeknie 

się stanowiska, jeśli tak dalej będziecie się prowadzić. Słyszałem, jak ktoś krzyknął, że Fulk 
Bryan robi na nas interes. Teraz wszyscy muszą u niego kupować. Pewnie! Ale komu się to 
nie podoba, niech kupuje u innych. Nie ma przymusu.

Z głębi tłumu buchnął śmiech. Powiedzenie Abla uznano za żart, wprawdzie niezbyt 

wesoły. Któż by im sprzedał teraz żywność? W całym Greenfield może dałoby się zebrać w 
sumie kilka dolarów najwyżej.

Meredith odczekał, aż gwar ucichnie.
— A teraz wam powiem: jeżeli Bryan zamknie swój skład, nie będziecie mogli pozostać 

tu nawet kilku dni. Bo co tu jeść? Już i trawa nie rośnie...

— Ale zostały jeszcze kamienie! — krzyknął ktoś.
Znów   tłum   rozweselił   się   —   nic   dziwnego,   zbyt   rzadko   śmiano   się   ostatnio   w 

background image

Greenfield, aby nie pofolgować sobie przy okazji.

— Życzę ci — odparł Meredith — abyś tych kamieni zawsze miał pod dostatkiem. 

Zamiast chleba.

Znowu się roześmiano.
— Ale dla tych, którzy nie kamieniami się żywią, mam radę: jeśli Greenfield ma znowu 

stać się “green field", a nie pustkowiem walących się chałup i porośniętej chwastami roli, nie 
wolno naciągać Bryana na pożyczki, których nie ma się zamiaru zwrócić. Kto chce jechać — 
niech jedzie, lecz najpierw trzeba zwrócić pieniądze. Ja tu zostanę. Przeżyłem wiele i niejeden 
raz oglądałem spalone słońcem pola i opuszczone domy. Ale powiadam wam, spotykałem i 
takie, których mieszkańcy przetrwali i dziś są znowu zamożnymi farmerami, nie obawiając 
się suszy.

— Zawarli układ z chmurami — wyrwało się komuś.
Tym razem nikt się nie roześmiał, przeciwnie zaraz go uciszono: “Nie przerywać!"
— Dowcipniś i mądrala — zauważył  Abel. — Mniejsza z nim. Otóż tamci rolnicy 

zbudowali głębokie studnie, zmontowali pompy, przeprowadzili przez swe pola rowy, które 
można napełnić wodą. Stary to sposób, stosowany przez dawną ludność tych ziem, jeszcze 
przed naszym przybyciem. Nie zapominajcie o tym, gdy znowu spadną deszcze i Greenfield 
się zazieleni.

Ostatnie słowa zabrzmiały jak proroctwo. Nikt nie odważył się już dowcipkować. Lucas 

Fawkes uścisnął dłoń Mereditha. Meredith poklepał szeryfa po ramieniu. Ludzie zaczęli się 
powoli rozchodzić.

Zebranie było tematem rozmów przez kilka następnych dni. Nazajutrz w domu Irvinów 

również komentowano wystąpienie ojca Abla.

— To zapobiegnie ucieczkom — stwierdził Vincent. — Ludzie się zawstydzili, a i mnie 

jakoś zrobiło się raźniej.

Rzeczywiście,   przez  następne  tygodnie   nikt  nie  opuścił  Greenfield.   Ani  jawnie,  ani 

potajemnie. Niestety, do domu Irvina zawitało nowe, boleśniejsze nieszczęście. Zachorowała 
pani Becky. Osłabła tak bardzo, że nie mogła zająć się gospodarstwem i dzieckiem. Karol 
Gordon raz jeszcze okazał się wiernym przyjacielem. Nikt się nie dowiedział, w jaki sposób 
tego dokonał, ale udało mu się pożyczyć  od Bryana okrągłą sumkę dolarów. Pojechał do 
Amarillo i sprowadził lekarza. Doktor zbadał sumiennie chorą.

— Cóż, proszę pana — powiedział Irvinowi — choroba jest poważna i przewlekła. 

Tutejszy klimat nie sprzyja zdrowiu pańskiej żony. Radzę przenieść się gdzie indziej. Tym-
czasem należałoby ją umieścić w szpitalu. Proszę przywieść chorą do Amarillo. Pod dobrą 
opieką   dojdzie   do   siebie,   W   tej   chwili   to   jeszcze   nic   groźnego,   ale   tu   przecież   nie   ma 
warunków, by ją leczyć.

Abel Meredith odwiózł doktora na stację swą staroświecką bryką i pewnie wówczas 

dowiedział się o wszystkim.

Vincent Irvin nadrabiał miną w obecności żony, ale kiedy się znalazł sam na sam z 

Karolem, nie ukrywał przerażenia. Wysłać Becky do Amarillo? A skąd pieniądze? Trzeba by 
niemałej sumy: na podróż, na opłacenie szpitala... Obaj przyjaciele długo nad tym radzili, 
wreszcie zdecydowali się sprzedać konia. Zamiar okazał się jednak nie do wykonania, bo 
jedyny człowiek, o którym sądzono, iż posiada nieco gotówki, czyli Fulk Bryan, odmówił 
kupna.

— Chyba, że dostarczycie mi siana i owsa na pół roku...
Karol uznał słuszność tego argumentu. Próbował więc namówić właściciela składu na 

kolejną pożyczkę, tym razem jednak chodziło o sumę znacznie większą.

Czy Fulk Bryan istotnie nie rozporządzał taką kwotą, czy bał się ryzyka  — trudno 

sprawdzić. Dość, że wyraził żal, iż tym razem nie może służyć pomocą.

Irvin   i   Gordon   udali   się   z   kolei   do   szeryfa.   Tam   po   krótkiej   naradzie   doszli   do 

background image

wspólnego wniosku, że w Greenfield nie sposób zdobyć kilku setek dolarów. Wrócili więc do 
domu przygnębieni i przez kilka następnych dni żaden promyk nadziei nie rozjaśnił czarnych 
myśli   obu   przyjaciół.   Niespodziewanie   zdarzył   się   wypadek,   który   zaważył   na   dalszych 
losach Irvina i Gordona.

Któregoś wieczoru Karol usłyszał stukot końskich kopyt po stwardniałej, kamienistej 

drodze,   który   ucichł   nagle   przed   jego   domem.   Wyszedł   na   podwórko   i   ujrzał   Roberta 
stojącego obok wyschłej studni. Przy nim — dwu mężczyzn, a parę kroków dalej — trzy 
wierzchowce, dwa osiodłane, trzeci dźwigał juki.

— Co takiego?
— Szukają wody — powiedział Robert.
— Wodę ma sąsiad — wyjaśnił Karol. — Zaprowadzę was.
— Daleko? — zapytał wyższy z nieznajomych. Głos miał dźwięczny,  melodyjny,  a 

oblicze mile uśmiechnięte.

— U sąsiada — powtórzył Karol. — Kilka kroków. Przejdziemy piechotą.
Zawrócili konie i ruszyli prowadząc je za uzdy. Na końcu człapał Robert zaciekawiony 

niespodzianą wizytą. Nieczęsto trafiali do Greenfield przyjezdni z dalekiego świata.

Przed   zagrodą   Irvina   uwijał   się   tylko   mały   Clem   w   towarzystwie   dwojga   dzieci 

któregoś z farmerów. Na widok tylu ludzi przerwali zabawę i uciekli za narożnik domu.

— Robert — polecił Karol — poproś o wiadro.
Chłopak znikł w sieni, a po chwili pojawił się na progu razem z Irvinem. Wodę nabie-

rano aż pięciokrotnie. Dwa pierwsze wiadra posłużyły do napełnienia skórzanych worów, ja-
kie mieli ze sobą przybysze.

— Nie ma tu w pobliżu rzeki? — zagadnął ten wyższy.
Robert roześmiał się.
— Wszystko spalone na popiół — wyjaśnił Irvin. — Wszystkie rzeczki i strumienie 

dawno wyschły. Nigdzie w pobliżu nie znajdziecie wody, chyba w górach, ale to kawał drogi.

— Jakoś damy sobie radę. 
— Jedziecie na noc?
— To najlepsza pora. No, czas na nas.
— Daleko? — zdążył jeszcze zapytać Karol. Zamiast odpowiedzi — nieokreślony ruch 

ręką, który równie dobrze mógł wskazywać północ, południe, wschód lub zachód. Wskoczyli 
na siodła i wkrótce znikli w tumanie kurzu.

Stali we trzech ciągle jeszcze wpatrzeni w bury obłok kotłujący się nad drogą.
— Dziwne — powiedział Gordon.
— Co masz na myśli?
— Wygląda na to, że przybyli z południa i odjechali na... południe.
— Szukali wody.
— Tak. Podejrzewam jednak, że przybyli z północy i okrążyli Greenfield. Dlaczego? 

Myślę, że zawrócili spostrzegłszy wyschniętą rzeczkę. To jednak dziwne, gdy na takim bezlu-
dziu unika się osad ludzkich, a przede wszystkim zajazdu.

— Nasz saloon i tak zamknięty, Karolu.
— Ale oni o tym nie mogli wiedzieć. Powiadam ci, Vincent, ta dwójka przed kimś 

ucieka i czegoś się lęka. Dlatego unikają ludzi.

Irvin wzruszył ramionami:
— A cóż to może nas obchodzić?
— Przypatrzyłeś się ich twarzom?
— Tak. Nie dostrzegłem nic ciekawego.
— A mnie się nie podobały.
— To chyba nie ma żadnego znaczenia — machnął ręką Irvin i odwrócił się w stronę 

domu: — Clem, wracaj, już na ciebie pora!

background image

Próba ratunku

— Vincent! Jesteś tam?
Głowa Irvina wynurzyła się z mrocznego wnętrza sionki.
— To wy, ojcze? U mnie jeszcze wszyscy śpią. Czy coś się stało?
Abel Meredith oparł się o poczerniałe belki studziennej cembrowiny.
— Chodź tu bliżej, Vincent. Wstałem dziś wcześniej, żeby nikt nie zauważył, że do 

ciebie idę.

— O co chodzi, ojcze?
Abel począł grzebać w rozlicznych kieszeniach swej sfatygowanej kurty.
— Gdzieś mi się zapodziało — mruknął. — A przecież musi być. O, jest!
Wydobył jakąś pomiętą złożoną kartkę. Gdy ją rozwinął, okazała się sporej wielkości, 

jednostronnie zadrukowanym arkuszem.

— Jest — powtórzył starzec. — Pamięć mam dobrą i wiem, gdzie co trzymam.
Irvin uśmiechnął się.
— Nie śmiej się, synu. To ważna sprawa. Wiesz, co to takiego? — zapytał zniżając głos 

do szeptu.

Farmer wzruszył ramionami.
— Taki papier nazywa się listem gończym. Niejeden raz miałem z tym do czynienia. 

No, popatrz. Tu na dole podpisany szeryf z Lubbock. Po tysiąc dolarów nagrody za dostarcze-
nie żywych lub martwych, ot, tu... Popatrz. Za odzyskanie łupu... dwa tysiące. Rozumiesz?

— Nie bardzo — wyznał Irvin. — Dajcie mi to, ojcze, niech sam przeczytam.
— Masz, czytaj!
Wręczył mu druk, ale dalej tłumaczył, podniecony:
— Widzisz? Napadli na urząd poczty w Lubbock. Dyliżans z Wichita przywiózł pie-

niądze do banku. Czterdzieści tysięcy. Rozumiesz, chłopie? Nie pojmuję, dlaczego nie napad-
li na dyliżans w drodze. Może się spóźnili? Dopiero jak pocztmistrz wynosił torby z pie-
niędzmi z wozu, skoczyli przed budynek poczty. Jak tam było dokładnie, tego nie wiem. 
Woźnica został trafiony, pocztmistrz również i zdaje się jeszcze ktoś. Godzina była ranna, 
przechodniów mało, więc napastników nikt nie mógł zatrzymać.

Vincent oderwał wzrok od zadrukowanej kartki.
— O tym nic tu nie ma. Skąd tak dobrze wiecie, ojcze?
— Od ludzi, synu. Od ludzi.
— Można sądzić, że Greenfield leży na rojnym szlaku, a przecież od miesięcy poza 

tymi dwoma, co tu przedwczoraj prosili o wodę, nie widziałem nikogo obcego,

— Tak, tak, i właśnie o nich mi chodzi...
— Mówicie bardzo zawile.
— Jak ci się, zdaje, Vincent: skąd szeryf w Lubbock dowiedział się nazwisk napastni-

ków?

— Nic mi się nie zdaje.
— A więc, mój chłopcze, napastnicy nie zasłonili twarzy, a pocztmistrz ich znał. Źle to 

o nich świadczy, bardzo źle.

— Dlaczego? — zdumiał się Vincent.
— Dlatego, że widać mieli zamiar pomordować wszystkich świadków. Bo jak wytłuma-

czyć inaczej?

— Mało mnie to obchodzi — odparł Irvin zniecierpliwionym tonem. — Mam ważniej-

sze kłopoty na głowie.

— Mylisz się, synu. Chyba przydałoby ci się dwa tysiące dolarów?
— O czym wy mówicie, nie rozumiem...
— Zastanów się chwilę, a zrozumiesz.

background image

— Jak to, wy uważacie, że powinienem ruszyć za nimi? Chyba żartujecie? To tyle co 

gonić wiatr po polach. Żebym ich chociaż kiedy przedtem spotkał!

— A spotkałeś, spotkałeś. Nawet im pozwoliłeś konie napoić.
— Co?! — krzyknął farmer. — Więc to byli oni? Skąd wiecie? To niemożliwe.
— Możliwe. Przyjrzałeś się im dokładnie, chłopcze?
— Tak.
— No, to porównaj rysopisy. Pocztmistrz został tylko raniony i wszystko opisał.
Irvin znowu uniósł papier ku oczom. Czytał po raz drugi i bardziej uważnie.
— Niby się zgadza — odezwał się po chwili. — I kolor włosów, i z grubsza wygląd 

twarzy. Ten pocztmistrz to bystry chłop!

— Już ci mówiłem, że ich znał.
— Jeśli nawet... Przecież takich ludzi mogą być miliony. Znaki szczególne — pochylił 

głowę nad arkuszem — James Coffin... — Przerwał czytanie i spojrzał na Abla. — To chyba 
przezwisko. Coffin! * Brr, aż mnie ciarki przechodzą. Dobry musi być gagatek.

— Czytaj dalej.
— Znaki szczególne: głęboka szrama na prawej piersi, prawdopodobnie od cięcia no-

żem. Włosy czarne. Rzeczywiście! Wystarczy teraz nakazać ludziom, aby chodzili bez kurtek, 
ojcze Ablu, a w mig znajdziemy pana Coffina!

— Nie kpij. Zobacz, co dalej.
— Edwin Wong. Znaki... brak środkowego palca u lewej dłoni. Hm, to już lepiej. Wło-

sy rude. Nieźle, chociaż rudych można liczyć na tysiące. W sumie... tyle, co nic. Nie wróżę 
sukcesu poszukiwaczom, jeśli nie znają osobiście obu gagatków. Dziękuję, ojcze. Nic mi z 
tego — westchnął i oddał arkusz Ablowi.

— Nie, nie, zatrzymaj sobie. I dobrze się namyśl, Vincent. Z całego Greenfield tylko ty 

jeden ich widziałeś.

— Gordon ich widział również. I jego chłopak. Jeśli to są oczywiście ci sami ludzie. — 

Zamyślił się chwilę: — Wiecie co, ojcze? Wpadnijmy do Gordona.

Abel nie dał się prosić. Ruszyli pod górkę, a potem przez mostek. Po drodze minęli się z 

Robertem gnającym z pustymi wiadrami. Gordon siedział na ganeczku i ćmił fajkę.

— Co nowego? — zaniepokoił się widząc Irvina o tak wczesnej porze.
— I wiele, i nic. Niech ci ojciec Abel opowie, ale najpierw popatrz na to — wsunął mu 

w rękę list gończy.

Gordon przeczytał pobieżnie:
— Chyba nie zamierzacie ich ścigać?
— Tysiąc dolarów postawiłoby mnie na nogi — odparł Vincent — ale...
— Ale nie ruszysz się stąd. Nie możesz zostawić Becky samej. Też pomysł!
— Zastanówcie się — powiedział Abel Meredith. — Nikt jeszcze, poza naszym szery-

fem, o tym nie wie. A tamci nie odjechali daleko.

I powtórzył to, o czym już rozmawiał z Irvinem. Karol pokiwał głową.
—   Może   to   oni,   może   nie   oni.   Historia   prawie   beznadziejna.   Bardzo   wam   jestem 

wdzięczny, ojcze, ale żaden z nas nie wplącze się w taką awanturę.

Ojciec Abel nic na to nie rzekł. Poklepał jednego i drugiego po plecach i odszedł.
Siedzieli w milczeniu, obserwując oddalającą się sylwetkę starego trapera. Pierwszy 

odezwał się Karol:

—   To   jednak   interesująca   sprawa.   Może   należałoby   sprawdzić,   kim   byli   ci   dwaj 

spragnieni wędrowcy? Nie mam tu nic do roboty, po prostu nudzę się. Myślę, że gdyby tak 
spróbować... Przypomniałbym sobie dawne lata.

— Boss — odezwał się Robert zbliżywszy się niepostrzeżenie. — Abel się nie myli.

* Coffin (ang.) — trumna.

background image

— Patrzcie go! A ty skąd wiesz?
— Ojciec Abel pytał się mnie, czy któryś z tamtych ludzi nie miał... palca u ręki.
I rzeczywiście, nie miał! Zauważyłem, kiedy brał wiadro.
— Trzymaj język za zębami — zwrócił się Karol do Roberta. — Nikomu ani słowa.
— Pan mnie z sobą zabierze, prawda?
— To i o tym już wiesz? Nie, mój chłopcze. Za bardzo cię lubię. Zostaniesz, żeby pilno-

wać domu, a teraz idź napoić konia.

— Karolu, to nie ma sensu — szepnął Vincent, gdy Robert znikł im z oczu.
— Sam się nad tym zastanawiałeś.
— Prawda. Mógłbym umieścić Becky w szpitalu.
— Pomyślałem o tym samym. Ty jednak... wybacz... kiepsko strzelasz, nie znasz się na 

tropach, zabłądzisz i wrócisz z niczym. W najlepszym wypadku. Bo jeżeli to są naprawdę oni 
i jakimś cudem byś ich dognał, mogłoby być gorzej.

— Przesada. Po końskich śladach nie zabłądzę, a co się tyczy strzelania... Pamiętasz? 

Dwa lata temu zająłem pierwsze miejsce w konkursie strzeleckim Greenfield.

— Ale ja nie brałem w nim udziału. Jeśli nawet jesteś wśród farmerów najlepszym 

strzelcem, to jeszcze nie powód do dumy.  Byle zabijaka ma pewniejszą rękę od ciebie. I 
lepsze oko. Wybij sobie to z głowy. Nie pojmuję, jak Abel, zdawałoby się taki rozsądny czło-
wiek, mógł ci podobną myśl podsunąć? Widać się starzeje.

— Po prostu zna moje kłopoty.
— Dlatego wysyła cię na tak wątpliwą wyprawę? A niech go... Co mu odpowiedziałeś?
— Że to beznadziejna sprawa.
— Słusznie! A teraz zmieniłeś zdanie. Polowanie, na które mnie namawiałeś, to dzie-

cinna zabawka, w porównaniu z tym...

— Karolu — przerwał gwałtownie Irvin — to może ostatnia szansa dla mnie! Coraz 

lepiej to dostrzegam. Nie pojmujesz?

— Tylko bez paniki! Pośpiech to zły doradca, a strach... jeszcze gorszy.
— Wskaż mi jakieś inne wyjście z sytuacji.
— Będziesz je miał. Moja w tym głowa.
— Uczyniłeś dla nas wystarczająco dużo. Teraz kolej na mnie. Zrozum, od wizyty dok-

tora ja tu miejsca sobie nie mogę znaleźć. Jeśli mnie nie puścisz, zabieram Becky i Clema i 
wyjeżdżam.

— Uspokój się, Vincent. W zdenerwowaniu zaczynasz gadać głupstwa. Dokąd wyje-

dziesz, za co wyjedziesz? Zastanów się!

Irvin odetchnął głęboko, chwilę siedział w milczeniu, potem podniósł się z ławy:
— Przepraszam cię. Wszystkiemu winne gorąco. Idę już, muszę to przemyśleć...
Gdy zniknął na drodze, Karol przywołał Roberta.
— Słuchaj — powiedział — wygląda na to, że będziemy musieli się rozstać. Nie rób 

takiej grobowej miny. To na krótko. Może na tydzień, może na dwa. Przez ten czas będziesz 
pomagał Irvinowi. Pani Becky jest chora, jeśli spadnie deszcz, Irvin nie da sobie rady z robotą 
w polu.

— Czy to pana ostatnie słowo, boss?
— Nie ostatnie, ale najważniejsze.
— A gdybym wyruszył za panem?
— Zapomnij  o tym.  Musielibyśmy  się rozstać raz na zawsze. To poważna sprawa, 

Robercie. Nie pora na żarty. Musisz trzymać język za zębami aż do mego powrotu. Tylko 
Irvin może wiedzieć, dokąd wyruszyłem, innym gadaj, że na polowanie. A teraz oczyść konia 
i obejrzyj mu dobrze nogi.

Robert   pomaszerował   do   stajenki,   a   Karol   zamknął   się   w   izbie.   Otworzył   wielki 

drewniany kufer i z jego wnętrza wydobył od dawna nie używany pas i dwa rewolwery, a 

background image

potem zdjął ze ściany swój czternastostrzałowy winchester. Rozebrał broń na części, oczyścił 
starannie, uważnie złożył. Należałoby wypróbować, jak ta broń się spisuje — nie używał jej 
od lat. Po krótkim namyśle zrezygnował jednak z zamiaru. Huk strzałów ściągnąłby cieka-
wskich. Schował więc rewolwery do skrzyni, sztucer z powrotem umieścił na gwoździu i 
poszedł do stajni, gdzie Robert w pocie czoła szczotkował Karolowego bułanka. Gordon obej-
rzał konia od pęcin po kark i pokiwał smętnie głową: koń zbyt rzadko był wyprowadzany, no 
i niewiele wart jest koń, którego używa się i pod siodło, i do zaprzęgu.

— Jakoś to będzie — mruknął.
— Co pan mówi?
— Mówię, że to nie najlepszy mustang — odparł żartobliwie. — Zbyt często chodził 

przed pługiem.

— I ja tak myślę. — Robert westchnął. — To niech już pan weźmie mojego. On się 

jeszcze nie odzwyczaił od galopu.

Chłopak mówił prawdę. Jego koń nigdy nie był używany do robót w polu. Robert często 

na nim jeździł, aby wierzchowiec — jak mówił — “nie zastał się".

— Nie będziesz żałował?
— Niech pan bierze, inaczej nie można...
W drugim kącie stajni stał konik, którego bez trudu można by rozpoznać wśród tysiąca 

innych:  czarny w białe łatki. Obejrzeli go dokładnie,  potem ściągnęli siodła wiszące pod 
pułapem i równie dokładnym poddali oględzinom.

Wieczorem Karol odwiedził Irvina i jak najbardziej swobodnym tonem oświadczył, że 

jutro o świcie wyrusza. Zaskoczyła go, a nawet zaniepokoiła, reakcja przyjaciela. Irvin przyjął 
wiadomość bez protestu, prawie apatycznie.

— Kazałem Robertowi mówić, że wyjechałem na polowanie. O to samo ciebie proszę. 

A teraz czas na mnie, muszę się dobrze wyspać.

Wyszli na drogę.
— Karolu, jak widzisz, nie spieram się więcej. Ale musisz mi przyrzec, musisz mi dać 

słowo, że jutro przed samym wyjazdem wpadniesz do mnie.

— Ruszam przed świtem.
— Nie szkodzi. I tak będziesz tędy przejeżdżał.
— Ale o co chodzi? — zaniepokoił się Gordon. — Może ty chcesz ze mną jechać?
— Nie. Obiecuję ci to. Więc przyrzekasz? 
Gordon zdziwiony przyrzekł, ale później nie spał pół nocy rozmyślając nad dziwnym 

żądaniem przyjaciela. Jeszcze o szarówce zerwał się i polecił Robertowi osiodłać konia. Sam 
pognał wśród mroku do zagrody Irvina. Na drzwiach domu, na głucho zawartych, wisiała bia-
ła kartka. Zerwał ją, przysunął do oczu i z trudem odczytał:

“Idź koniecznie do szeryfa. Opiekuj się Becky i Clemem. Powiedziałem im, że ruszam 

na polowanie. Nie zdradź mnie. Vincent."

W Karola jakby grom strzelił. Przeczytał kartkę kilka razy, sądząc, że go wzrok myli. 

Nie budząc nikogo wrócił do domu. Irvin wyruszył ścigać bandytów! To jasne! Ale nie mógł 
odjechać daleko. Wystarczy popędzić konia, aby doścignąć wariata (tak go Karol w myślach 
nazwał) i zawrócić z wariackiej wyprawy. Ale najpierw — szeryf. Karol zdecydował się iść 
do Fawkesa natychmiast. Każda minuta jest cenna.

Długo łomotał do drzwi — Lucas Fawkes miał mocny sen. Wreszcie przebudził się. 

Wyszedł rozespany, z wielkim coltem w prawicy. Sądził, że to napad, bowiem nigdy mu się 
w Greenfield nie zdarzyło, aby go ściągano z łóżka przed świtem.

— Gordon! — krzyknął zaskoczony. — Co się stało?
— Przepraszam, szeryfie — odezwał się Karol możliwie najspokojniejszym głosem. — 

Rzeczywiście, pora trochę zbyt ranna...

— Ranna! — wybuchnął Fawkes. — Przecież to jeszcze noc.

background image

— Noc — zgodził się potulnie Karol — ale na drzwiach domu Irvina znalazłem przed 

chwilą kartkę, której treść mocno mnie zaniepokoiła.

Podał szeryfowi papier. Ten przetarł oczy, przeczytał.
— Wiem o tym — stwierdził. — Wszyscy powariowali. Jeden budzi mnie w środku 

nocy, drugi w kilka godzin później.

— Co z Irvinem?
— Pojechał ścigać tych bandytów.
— Jak mogliście, szeryfie, zgodzić się na to?
— On się mnie nie pytał o pozwolenie.
— Przecież to samobójstwo! — zirytował się Karol. — Muszę go dogonić.
Fawkes pokiwał głową:
— Szukaj wiatru w polu. Nie dogonisz. Wyjechał przed północą. Zresztą... myślę, że 

Irvin nie dogoni tamtych. Na to najbardziej liczę. Bo, prawdę mówiąc, Irvin to kiepski strze-
lec i kiepski traper.

— Muszę go dogonić — powtórzył Gordon. — Nie wiecie jeszcze, szeryfie, że to ja 

właśnie miałem jechać...

— Hm, to by bardziej pasowało. Żebym wiedział...
— Ruszam za nim natychmiast.
— Nie rób tego, Gordon. Jesteś nie tylko jego sąsiadem, ale i jego przyjacielem. Pani 

Becky nie da sobie rady bez twojej pomocy. Irvin, jak tu był w nocy, prosił, abym ci o tym 
przypomniał. Prosił również, by o prawdziwym celu wyprawy nikomu nie mówić, nawet jego 
żonie.

— Sądzę, że dognam go w ciągu kilku godzin i zawrócę. Do zobaczenia, szeryfie!
Nie czekał na odpowiedź i pognał do swej zagrody. Stracił już sporo cennego czasu.
— Robercie — powiedział zadyszanym głosem, wskakując na siodło — Irvin ruszył 

ścigać bandytów. Jadę za nim.  Jeśli go dziś dopadnę, zmuszę do powrotu. Powiedz pani 
Becky, że pojechałem popolować i ani słowa więcej nikomu.

Kopyta  zadudniły po stwardniałym  gruncie. Początkowo jechał stępa, dopiero kiedy 

minął ostatnie gospodarstwo, zmusił konia do galopu. Jechał prosto na południe, na los szczę-
ścia i na własne — jak to sam określił — wyczucie. Ciągle jeszcze otaczał go mrok. Dzień 
walczył z nocą. Raz po raz nad ziemią przepływały tumany ciemności przesłaniające wszy-
stko dokoła. Wówczas Karol hamował bieg konia. Wiejska droga dawno już się skończyła, a 
samotny jeździec gnał teraz ledwie wydeptaną ścieżką albo zupełnym bezdrożem, prerią, na 
której łatwo trafić na zryte przez świstaki nory. I gdyby koń wpakował nogę w taki dół... 
Karol spocił się na samą myśl o tym. Niebo i ziemię poczęła wreszcie rozjaśniać przedranna 
szarówka. Zatrzymał wierzchowca. Zeskoczył. Schylony, przyglądał się spopielałym trawom 
i   ceglastej   glebie.   Kolumna   czerwonego   blasku   wystrzeliła   zza   horyzontu   —   jak   okiem 
sięgnąć,   ciągnęła   się   przed   nim   bezkresna   przestrzeń   koloru   krwi.   Przystanął,   przeszedł 
kilkadziesiąt kroków raz w prawo, raz w lewo. Gdyby był zwykłym farmerem nic by nie 
zauważył, ale młodość Gordona nie upłynęła na orce, bronowaniu i siewach. Dlatego potrafił 
dostrzegać to, co uchodziło oczom innych. Tak właśnie i teraz: o jakieś dwa jardy w bok 
ujrzał stratowany pas ziemi. Odbicia kopyt nie znalazł, gleba była zbyt sucha, ale skamieniała 
glina została pokruszona. Ślad ten biegł w południowo-zachodnim kierunku. Deszcz zatarłby 
go natychmiast, burza piaskowa by go zasypała, tak był nikły. Ale Karol stwierdził, że był to 
ślad nie jednego konia. A ilu? Na takie pytanie nawet najdoskonalszy tropiciel nie potrafiłby 
odpowiedzieć. A czy ślad prowadził z Greenfield? Zbyt daleko musiałby się wracać, aby to 
sprawdzić. Liczył jednak na odrobinę szczęścia i postanowił trzymać się tego tropu, jedynego 
zresztą, na jaki trafił.

Dzień wstawał jasny i zapowiadał gorące godziny. Białe obłoczki na niebie odpływały 

background image

coraz dalej i dalej, jakby w panicznej ucieczce przed nadciągającym słońcem, które podnosiło 
się  nad tą wymarłą  krainą.  Gdzieś  o sto mil  ku południowemu  zachodowi  zaczynały  się 
granice  Llano Estacado — obszaru jeszcze bardziej wrogiego człowiekowi. Czy wydeptany 
szlak powiedzie w głąb tej pustyni, czy też okrąży ją — od tego zależało bardzo wiele. Karol 
przewidywał, że bandyci kierują się ku granicy meksykańskiej. Przecież tylko w ten sposób 
zdołaliby uratować swe głowy i skorzystać z łupu. Każdy inny kierunek prowadził w głąb 
bezdroży, na których można było ukrywać się nieskończenie długo, ale gdzie pieniądz nie 
przedstawiał żadnej wartości. A listy gończe, mimo że wędrowały powoli, musiały wreszcie 
dotrzeć do wszystkich szeryfów Teksasu, a nawet sąsiednich terytoriów i stanów: Nowego 
Meksyku, Arkansasu, Luizjany. Każdy przybywający na te rzadko zaludnione ziemie musiał 
zwrócić uwagę zasiedziałych tu mieszkańców. Tak więc bezpieczne życie czekało rabusiów 
tylko na drugim brzegu Rio Grandę del Norte, a najbliższa do tej rzeki droga wiodła właśnie 
przez pustynię   Llano, przez koryto Pecos i dzikie pasmo gór Sacramento. Gdyby jednak 
bandyci z obawy przed zbłądzeniem wybrali szlak okrężny, dłuższy, miałby więcej szans, by 
ich doścignąć, a przede wszystkim podążającego za nimi Irvina.

Niestety,   nadzieja   zawiodła.   Dobrze   już   po   południu   Karol   zauważył,   że   smużka 

pokruszonej gliny wiodła wprost ku  Llano. W dwie godziny później dostrzegł na horyzoncie, 
tuż nad ziemią, pasemko szarości. Światło słoneczne zbladło, niebo zaciągnęło się ciemną 
mgłą, a w końcu dmuchnął suchy i gorący wiatr. Nadciągała burza piaskowa.

Karol natychmiast zawrócił. Gładka płaszczyzna nie dawała żadnego schronienia. Zmu-

sił konia do galopu, lecz huragan doścignął go i ogarnął. Musiał zeskoczyć z siodła, usiąść na 
ziemi tyłem do wiatru i czekać. Nic, tylko czekać. Jak długo? Godzinę, dwie, trzy... cały 
dzień, całą noc? I co chwila strząsać z siebie warstwę dokuczliwych, miałkich  jak mąka 
ziarenek, które wciskały się za ubranie, zatykały uszy, zalepiały oczy.

Miał jednak szczęście. Po trzech godzinach huragan minął, rozwidniło się. Ale to było 

ostatnie   szczęście   Karola   podczas   tej   wędrówki.   Gdy   wiatr   ucichł,   powierzchnia   ziemi 
wyglądała   jakby   dokładnie   omieciona   gigantyczną   szczotką.   Znikła   wydeptana   ścieżka, 
znikły pod warstwą pyłu wszelkie ślady.

— Chciało mi się płakać — stwierdził Karol opowiadając Irvinowi po wielu, wielu 

dniach historię swego pościgu. — Gdybym  cię wówczas spotkał, rzuciłbym się chyba na 
ciebie z pięściami! Taki byłem wściekły, taki zrozpaczony!

Trudno się dziwić. Burze piaskowe nie tylko zacierają wszelkie ślady, ale wywołują w 

człowieku niesłychane napięcie nerwowe, zwiększają pobudliwość.

Jeszcze przez kilka godzin Karol krążył tu i tam, bez rezultatu. Późną nocą kopyta jego 

konia na nowo zatętniły na ubitej drodze Greenfield. Kiedy zeskoczył z siodła, nogi się pod 
nim   ugięły.   Siadł   na   obramowaniu   studni,   niezdolny   do   zrobienia   jednego   nawet   kroku. 
Odpoczywał tak, dysząc, aż otworzyły się drzwi domostwa i Robert stanął na progu.

Spotkanie

Gdy skończył opowiadać, Abraham Lamb przez dobrą minutę milczał i kiwał głową.
— Pokaż mi swą pukawkę, synu — odezwał się wreszcie.
Wziął strzelbę, popatrzył, otworzył zamek, zajrzał do środka.
— Nabij i chodź ze mną. 
Irvin spełnił żądanie.
— Stań tutaj. Widzisz tamtą plamkę?

background image

Zatrzymali się na środku zielonej hali. Plamka była niewielkim, czerwonym kółkiem 

występującym na szarym tle litej, pionowej skały, ograniczającej kotlinkę.

— Spróbuj trafić. Chcę wiedzieć, jak strzelasz.
Irvin złożył się i pociągnął za cyngiel. Pierwszy pocisk chybił. Wpadł w ścianę poza 

czerwonym rąbkiem plamy. Drugi poszedł śladem pierwszego, dopiero trzeci musnął skraj 
czerwonego kółka.

— Jeszcze raz — rozkazał Lamb.
Irvin znowu przycisnął kolbę do ramienia. Teraz kula przebiła sam środek celu. 
— Dosyć. Na cztery strzały tylko jeden taki, jaki być powinien. Co z tego za wniosek?
— Nie wiem — odparł farmer i uśmiechnął się. Po raz pierwszy odkąd tu przybył.
— Jesteś zdolny, masz dobre oko i żadnej wprawy. Po miesiącu ćwiczeń stałbyś się nie-

złym strzelcem, ale teraz...

— Ale teraz? — powtórzył Irvin i uśmiechnął się po raz drugi.
— Nie powinieneś ich ścigać, bo możesz doścignąć tylko własną śmierć. Bądź wdzięcz-

ny pumie, że pozbawiła cię konia. Tak, tak — Lamb bacznie spoglądał na Irvina. — Więc co 
masz zamiar czynić, mój synu?

Uśmiech zniknął z twarzy farmera.
— Jeśli mi nie dacie muła, ruszę dalej piechotą — odparł twardo — i nigdy wam tego 

nie zapomnę.

— Uparty — mruknął traper.
— Wracać piechotą czy iść naprzód to jeden trud. Może właśnie w ten sposób zdobędę 

konia? Jakże mógłbym bez niego wlec się przez piaski  Llano?

— Lepsze to niż śmierć.
— Nie wrócę. Mój powrót niczego nie zmieni.
— Powiadałeś, że twój przyjaciel...
— Mówiłem — przerwał gwałtownie Irvin — i dlatego właśnie... — odetchnął głęboko. 

— Nie potraficie zrozumieć? Karol chciał jechać zamiast mnie i na pewno tak postąpi, jeśli 
przerwę pościg, ale wówczas będzie za późno. Zanim dowlokę się do Greenfield, minie kilka 
dni.

—   Prawda.   Słuchaj,   synu...   —   traper   jak   gdyby   rozważał   każde   słowo.   —   Ja   ci... 

pożyczę muła.

— Poważnie mówicie?! — Irvin nie mógł uwierzyć w nagłą zmianę decyzji.
— Tak. Dasz słowo, że na tym mule wrócisz do Greenfield. Wierzę, że mnie nie oszu-

kasz. Zgoda?

— Nie! — Irvin krzyknął, aż echo poszło po skałach.
— Co za upór, co za upór? Hm, podobno upartym szczęście sprzyja. Chodź.
Podniósł się z ziemi i skierował się ku drzwiom prymitywnej stajenki.
— Zabieraj muła. Mam już ciebie dosyć! Ale pamiętaj: jeśli nie zwrócisz, skrzywdzisz 

mnie, a ta krzywda kiedyś na tobie się zemści.

Irvin zaniemówił na chwilę.
— Pożyczacie? — szepnął zdławionym głosem. — Niech we mnie piorun strzeli, jeśli 

wam nie zwrócę!

— Bardzo się z nim zżyłem. To może się wydawać nieprawdopodobne, ale ja wolę to 

zwierzę niż człowieka.

W ciemnym wnętrzu stajenki rozległo się potupywanie.
— Przyjrzyj mu się, Irvin. Widzisz, chciałem cię przekonać, nawet nastraszyć. A teraz 

wierzę, że ruszyłbyś w pościg piechotą, bezsensownie i głupio. Wyprowadź muła i jedź. Do 
zachodu masz sporo godzin.

Pomógł osiodłać zwierzę i napełnić skórzane wory wodą. A później, gdy Irvin znajdo-

wał się już na siodle, rzekł:

background image

— To tresowany muł. Gdy go będziesz chciał przywołać, gwizdnij. Ot, tak — wykrzy-

wił śmiesznie wargi i wydał wysoki, przenikliwy, tremolujący ton. — Ładnie, co? To nie jest 
zwykłe gwizdanie i dlatego nie każdy potrafi przywołać mego muła. Spróbuj. Nie, nie tak. 
Posłuchaj...

— Nie szkoda czasu? Chciałbym już ruszyć.
—   Nie   szkoda.   Zbyt   małą   wagę   przywiązujesz   do   drobiazgów.   Takie   gwizdanie 

uratowało mnie kiedyś  od pala męczarni. Wpadłem w łapy Komanczów. Związali tak, że 
czubkami palców nie mogłem ruszać. Rankiem planowali ćwiczyć się na mej skromnej osobie 
w strzelaniu z łuków i rzucaniu tomahawków. Rozumiesz, nie mogłem na to przystać. I zanim 
ranek wstał, byłem wolny i daleko, daleko od nich. W nocy począłem przywoływać swego 
muła. Cicho, cichuteńko, ale przecież usłyszał. Podszedł do mnie i poprzegryzał rzemienie. 
On to potrafi. No, spróbuj gwizdnąć. O... znacznie lepiej. Teraz posłuchaj...

Z kim innym Irvin nie robiłby ceregieli, po prostu zaciąłby wierzchowca i skoczył przed 

siebie. Nauka gwizdania była śmieszna i denerwująca równocześnie, a jemu tak się spieszyło! 
Jednakże  wobec Lamba  — któremu  przecież  zawdzięczał  i życie,  i  możność  pościgu — 
musiał uzbroić się w cierpliwość i tyle  razy próbował oryginalnego gwizdu, aż go wargi 
rozbolały. Doczekał się wreszcie pochwały.

— Nieźle. Możesz ruszać. Uważaj: zjedziesz tym samym wąwozem aż do miejsca, w 

którym leży twoja klacz. Później prosto, prosto. Zresztą tam nie ma gdzie skręcić. Bywaj, 
synu!

— Dziękuję... Nikt dla mnie tyle nie zrobił...
— Nie przesadzaj — Lamb klepnął muła po zadzie.
Irvin ruszył w poprzek hali. Kamienistym wąwozikiem wśród rozpękłych skał aż ku 

znajomej ścieżce. Muł stąpał pewnie po wyślizganych głazach. Irvin odwrócił głowę, aby nie 
widzieć Betsy. Usłyszał łopot potężnych skrzydeł. “Sępy" — pomyślał. Muł zastrzygł uszami. 
Po   pewnym   czasie   skalista   ściana,   wyrastająca   z   lewej   strony,   urwała   się   raptownie, 
odsłaniając widok na rozległą, zieloną równinę. Drzewa rosły kępkami, a im dalej, tym było 
ich więcej. Ku odległym szczytom górskim ciągnął się już jednolity gąszcz leśny. Wszystko 
to mieniło się w słońcu tysiącem odcieni.

Vincent Irvin nigdy dotąd nie zapuszczał się w głąb gór, był  mieszkańcem równin. 

Dlatego   zachwycił   go   ten   widok   tak   różny   od   monotonnych   płaszczyzn   otaczających 
Greenfield. A powietrze? Jakże inne, przesycone wilgocią i wonią jakichś roślin.

Jechał kłusa, głęboko oddychając. Ścieżka znowu poczęła się zwężać, więc posuwał się 

teraz stępa, ciągle obserwując daleką łąkę i daleki las, tam w dole. Śladów nie dostrzegał, 
dróżka była kamienista, ale — jak twierdził Lamb — jedyna, która wiodła tędy na południe.

Ileż to już dni minęło, odkąd opuścił Greenfield? Przebył   Llano Estacado po wyraź-

nych tropach dwóch uciekających. Widział chmurę piaskowej burzy, która go ledwie musnęła 
bokiem, a później wspinał się na płaskowzgórze omywane przez wody Pecos, gdzie odciski 
kopyt   były   wyraźne,   a   czarny   krąg   wypalony   ogniem   świadczył   o   miejscu   obozowiska. 
Jeszcze cztery razy napotykał takie czarne koliska, wokół których walały się kości, resztki 
sucharów i fusy po kawie. Na koniec wjechał w węzizny gór Sacramento i to była ostatnia 
droga Betsy...

“A jednak los mi sprzyja — pomyślał i nadzieja wstąpiła w jego serce. — Spotkanie z 

Abrahamem Lambem to cud prawdziwy i chyba najgorsze już minęło."

Przynaglił   muła   do   biegu,   ale   wkrótce   znów   ściągnął   cugle,   zaskoczony   nowym 

widokiem. Tam w dole daleką ścianą lasu przerzynała biała wstęga, u stóp której połyskiwała 
srebrna smuga rzeki, ciśnięta jak kowbojski pas między zielone trawy łąki. Mgła unosiła się 
nad wodospadem i wydało się Irvinowi, że czuje na policzkach kropelki wilgoci. A wyżej, 
półkolem, oba krańce boru łączył powietrzny most — siedmiobarwna tęcza. Farmer odwykł 
od takich widoków. Zapomniał o nich na równinach Greenfield, w spiekocie bezwodnych, 

background image

bezlistnych,   beztrawiastych   lat   suszy.   Wpatrzony   w   daleki   obraz,   oglądał   szczegół   po 
szczególe,   aż   dostrzegł   coś   nowego.   Niżej,   znacznie   niżej   tęczowego   mostu   i   wodnej 
kurzawy, na tle ciemnej zieleni drzew płynęła ku niebu szara, wąska smużka. Ktoś o słabszym 
wzroku na pewno by jej nie zauważył. Ala Irvin miał oczy sokole. W następnej chwili wy-
kryły malutkie ciemne punkciki ruszające się to tu, to tam i wśród traw.

“Konie   —   pomyślał.   —   A   ludzie?   Chyba   siedzą   przy   ognisku."   Policzył   ciemne 

punkciki. Siedem. A więc to nie ci, których ścigał. Indianie czy biali?... “Do licha! Tracę 
tylko czas. Czy to biali, czy Indianie, nic mi zrobić nie mogą. Zbyt są daleko."

Klepnął muła po szyi i ruszył naprzód. Raz szybciej, raz wolniej, w zależności od stanu 

drogi.   Zielona   płaszczyzna   niedługo   towarzyszyła   mu   w   wędrówce.   Podbiegły   ku   niemu 
zbocza porośnięte czarnym lasem. Jednocześnie z prawej strony dźwignęła się stroma ściana, 
a ścieżka poczęła spadać w dół, aż zgubiła się w bezdrożach pierwotnego boru. Owiał go 
wilgotny   oddech   puszczy.   W   głębi,   wśród   gęsto   rosnących   drzew   i   krzewów   panował 
półmrok. Irvin zatrzymał wierzchowca, spojrzał za siebie i dostrzegł dalekie wierzchołki gór, 
za   które  krył   się  powoli  czerwony  krąg  słońca.  Postanowił   rozbić   obozowisko  na  skraju 
puszczy.   Nie   miało   sensu   jechać   dalej.   Już   teraz   gęstniała   wokół   nieprzenikniona   ściana 
ciemności.

Rozsiodłał muła, przywiązał go na długim rzemieniu do pnia, strzelbę — nauczony 

bolesnym  doświadczeniem — wetknął pod pachę i zajął się przyrządzaniem wieczornego 
posiłku. Muł szczypał sobie raz trawę, raz liście. Irvin wygasił ognisko, podsunął siodło pod 
głowę, a lufę strzelby pod ramię i usiłował zasnąć, ale sen nie nadciągał. Tak działo się 
każdego wieczoru, kiedy po trudach dnia zaczynał myśleć o swoich bliskich pozostawionych 
w Greenfield. Jak Becky znosi tę nagłą rozłąkę? Powiedział jej, że wybiera się na polowanie. 
Czy szeryf nie wydał tajemnicy? Bo Karola był pewien. Ale nie przewidział, że pościg będzie 
trwał tak długo... Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo się pomylił w obliczeniach. 
Cóż, nie miał doświadczenia. Wędrówka ze wschodu na zachód, w wielkiej gromadzie ludzi 
— och, to było zupełnie co innego! Teraz mógł liczyć tylko na siebie...

Zapatrzony   w   srebrny   rąbek   księżyca,   długo   jeszcze   nie   mógł   się   opędzić   od 

niewesołych myśli. Wreszcie zapadł w sen bez marzeń i widziadeł.

Obudził go dziwny, nieznany głos ptaka, do złudzenia przypominający tony drewnianej 

fujarki. Dostrzegł muła stojącego spokojnie pod sąsiednim drzewem, dostrzegł na wschodzie 
różowe zorze bijące ku niebu zza gór. Wyszedł na skraj lasu, rozejrzał się. Było pusto i cicho. 
Nawet   ptak   umilkł.   Poczuł   chłód   w   kościach,   bo   noc   była   zimna   jak   zwykle   w   górach. 
Rozpalił  ognisko,  napoił  muła,   pokrzepił  się  gorącą  kawą  i  postanowił  spenetrować  głąb 
puszczy. Jeśli nie ma innej drogi wiodącej ku granicy Meksyku, oni musieli również tędy 
jechać. Szedł brzegiem lasu, wytężając wzrok i przywołując w pamięci wszystkie skromne 
doświadczenia   nabyte   podczas   wielkiej   wędrówki   na   Dziki   Zachód.   W   pewnej   chwili 
dostrzegł złamaną gałązkę, a kilka kroków dalej, na gęstym poszyciu, widniał pas zdeptanych 
traw i mchów. Ślady wydawały się zupełnie świeże. Ale Vincent Irvin zdawał sobie sprawę, 
że   nie   jest   doświadczonym   traperem   —   co   zresztą   stawiało   go   wyżej   od   innych,   słabo 
doświadczonych, lecz zadufanych w sobie — i zbytnio nie ufał swym oczom. W każdym 
razie był to nieomylny znak, że idzie dobrą drogą i za dzień, za dwa dopadnie uciekinierów. A 
wówczas? Co wówczas?

Dziwne, ale Irvin nie zastanawiał się nad tym  dotychczas. W chwilach odpoczynku 

myślał  o Greenfield,  o tych,  których  opuścił,  a nie o tych,  z którymi  ma  się spotkać.  A 
podczas jazdy uwagę jego zajmowało wyłącznie śledzenie tropów.

Osiodłał muła, zadeptał ognisko i ruszył w głąb lasu. Otworzyła się przed nim zielona 

brama. Gdy ją przekroczył, znalazł się w świecie cieni i blasków, zielonych smug przesącza-
jących się przez liście i między konarami. Jechał wolno, z oczami utkwionymi w ziemię. 
Tropy to nikły, to pojawiły się na nowo.

background image

Dobrze już po południu wybrnął z leśnej plątaniny na skraj małej polanki, której środek 

zajmowało jeziorko o toni czarnej jak atrament. Po przeciwległej stronie bez trudu odnalazł 
ciąg dalszy wydeptanej kopytami ścieżki — uciekający nie zatrzymywali się. Jechał więc tak, 
aż kolumny pni poczęły się stapiać w nieprzenikliwą ścianę ciemności. Irvin z niepokojem 
pomyślał, że przyjdzie mu nocować w tym gąszczu, gdy dojrzał w niewielkiej odległości 
różowawy   blask   zachodzącego   słońca.   Drzewa   rzedły,   w   końcu   Irvin   wstrzymał 
wierzchowca. Kilka jardów przed nim ciągnęła się długa, piaszczysta wydma, dalej pluskała 
drobną  falą szeroko  rozlana  rzeczka,  czerwona  od blasku wieczornej  zorzy.  Przeciwległy 
brzeg dźwigał się gwałtownie i stromo znad nurtu, cały porośnięty starodrzewem. Na skraju 
wydmy   Irvin   odnalazł,   wyraźne   jak   nigdy   dotąd,   odciski   butów   i   podków,   wielokrotnie 
krzyżujące   się   z   sobą.   Prawdopodobnie   pojono   tu   konie,   a   jeźdźcy   również   zaspokajali 
pragnienie i nie rozbijając obozowiska wjechali w rzekę. Tak głosiły tropy urywające się 
dopiero na granicy lądu i wody. Czy jednak uciekinierzy pojechali prosto do przeciwległego 
brzegu,   czy   ruszyli   środkiem   nurtu?   Abraham   Lamb   wspominał   o   jednej   tylko   drodze 
wiodącej na południe. Ba, ale tu nie widać nawet śladu drogi. Po drugiej stronie rzeczki brzeg 
był   zbyt  stromy,   aby  go  można   sforsować  konno.  Niestety,   zapadła  noc   i  farmer   musiał 
odłożyć   do   następnego   ranka   zbadanie   brzegów.   Na   drugi   dzień   wjechał   w   pluszczącą, 
chłodną   wodę   i   ruszył   z   biegiem   nurtu,   upatrując   dogodniejszego   miejsca.   Na   koniec 
dostrzegł malutki parów zbiegający ku rzece łagodną pochyłością. Wjechał szybko pod górę 
między szpalerem drzew rosnących na krawędziach piaszczystych ścian. Ściany te malały z 
każdym krokiem, wreszcie znikły. Irvin wydostał się na obły, nikłą trawą porosły pagórek i 
wówczas — zamiast ruszyć galopem — szarpnął gwałtownie cugle. Ujrzał po drugiej stronie 
pagórka, w leśnej przerywce, grupę ludzi na małych, chudych konikach z długimi grzywami.

“Indianie!" — pomyślał.
W pierwszym odruchu chciał zawrócić, ale zaniechał zamiaru. Wiedział, że zanimby 

osiągnął przeciwległy brzeg rzeki, zostałby pojmany. Nie sięgnął po broń, to nie miało sensu. 
Podniósł rękę z otwartą dłonią — tradycyjny znak pokojowych zamiarów. Jadący na czele 
kawalkady zatrzymał się tak blisko Irvina, że farmer poczuł ostrą woń końskiego potu, źle 
wyprawionej   skóry   i   dymu,   którym   nasiąkła   odzież   czerwonoskórego.   Irvin   ujrzał   oczy 
badawczo weń wpatrzone, a nad nimi czoło przewiązane zbrudzoną chustą. Twarz poradlona 
głębokimi   bruzdami   nic   nie   wyrażała:   nieruchoma   jak   wyrzeźbiona   w   kamieniu.   Pierś 
okrywała bawełniana licha koszula, poplamiona i miejscami naddarta, przewiązana w pasie 
czymś,   co   przypominało   kowbojski   rzemień,   i   chyba   tylko   mokasyny   były   dziełem 
indiańskich rąk.

Wszystko to dostrzegł Irvin w mgnieniu oka, ale że nie znał się nic a nic na indiańskich 

plemionach, nie mógł odgadnąć, kim byli napotkani wojownicy.

—   Dokąd   jedziesz?   —   Pytanie   padło   nagle,   wypowiedziane   w   zupełnie   poprawnej 

angielszczyźnie, głębokim, gardłowym głosem.

Farmer uznał, że najlepszą odpowiedzią będzie stwierdzenie prawdy. Po cóż miał ją 

ukrywać?

— Do Meksyku.
— Pójdziesz z nami.
Irvin   nie   należał   do   ludzi   bojaźliwych,   ale   przy   tym   posiadał   odpowiednią   dozę 

rozsądku, co strzegło go przed bolesnymi skutkami porywczości. Więc i tym razem, chociaż 
go ogarnął uzasadniony gniew na to bezczelne żądanie, zapytał bardzo spokojnie:

— Dlaczego?
— Blade twarze napadły na moich wojowników, żeby im porwać konie.
— Nie kradłem waszych koni — zaprotestował farmer.
— Pojedziesz z nami — powtórzył Indianin — tak rozkazał...
Tu padło niezrozumiałe dla Irvina i trudne do zapamiętania słowo. Najpewniej imię 

background image

jakiegoś wojownika, ale Irvin nic się nie znał na indiańskich dialektach.

Otoczyli go podczas tej rozmowy, ujęli muła za cugle i powiedli z powrotem ku rzece w 

zupełnym milczeniu. Irvin również się nie odezwał rozmyślając, jak by tu się wymknąć. Nie 
sądził jednak, aby cokolwiek mogło mu zagrażać.

Przebyli   koryto   rzeczki,   przejechali   złocistą   plażę,   aż   zatrzymali   się   w   cieniu 

pierwszych   drzew.   Jadący   na   czele   krzyknął   coś   niezrozumiale,   wojownicy   zeskoczyli   z 
wierzchowców.   Irvin   poszedł   za   ich   przykładem.   Paru   Indian   zaprowadziło   zwierzęta   do 
rzeczki, inna grupa przyniosła z lasu naręcza suchych gałęzi. Farmer siadł pod pniem, mając 
widok na rzekę, na plażę i na uwijających  się czerwonoskórych.  Ilu ich było?  Starał się 
policzyć, ale że znajdowali się w ciągłym ruchu, rachunek mylił się. Począł więc rozmyślać. 
Co to byli za złodzieje indiańskich koni? Może w ogóle nie istnieli? Może to tylko pretekst 
dla grabieży? Nabrał takiego podejrzenia stwierdziwszy, iż napastnicy wyglądali na gromadę 
łachmaniarzy, konie mieli chude, broń byle jaką i robili wrażenie głodomorów. Słowem — w 
niczym nie przypominali nieledwie elegancko odzianych Apaczów, z którymi Irvin spotkał 
się przypadkowo podczas wędrówki na nowe ziemie. Wówczas rozstano się pokojowo. Być 
może dlatego, że osadników była  spora gromada, a wszyscy dobrze uzbrojeni; być  może 
dlatego,   że   napotkani   wojownicy   nie   mieli   zamiaru   staczać   walki.   Ale   ci?   Dotychczas 
wprawdzie nie związano go i nie odebrano broni. Irvin nieraz jednak słyszał o luźnych wa-
tahach czerwonoskórych, złożonych ze zbieraniny uciekinierów z rozmaitych plemion, ludzi 
wyjętych spod prawa za czyny uznane przez współplemieńców za przestępcze. Karol Gordon, 
mimo że młody, a przecież obieżyświat, nieraz opowiadał o takich “bezplemiennych" grupach 
Indian stanowiących groźne niebezpieczeństwo nawet dla większych gromad wędrowców. 
Cóż, byli to zwykli rabusie żyjący z dnia na dzień. Niekiedy wśród takich zbójeckich watah 
znajdowali się Metysi, Mulaci, ba, nawet biali — obiboki nie wiadomo z czego i jak żyjący. 
Może właśnie napotkany oddział należał do tej “bezplemiennej" zbieraniny?

“Jeżeli zabiorą mi broń i muła — rozumował Irvin — to znaczy: skażą na śmierć z 

głodu."

Rozejrzał  się   dokoła.  Nikt   go  nie  pilnował.  Wojownicy  nadal   znosili   chrust  i  poili 

mustangi.   Zauważył   jednak,   że   pod   sąsiednim   drzewem   siedział   wódz   tej   zbieraniny,   ze 
strzelbą między kolanami. Kiepsko. Irvin nie zdążyłby podbiec do swego muła, żeby nie 
wywołać alarmu. Niby go nie pilnowali, a przecież na pewno każdy jego ruch był bacznie 
śledzony.

— Czego ode mnie chcą moi czerwoni bracia? — zapytał.
Twarz Indianina nawet nie drgnęła.
— Nie zrobiłem nic złego żadnemu wojownikowi.
Cisza. Irvin zaciął zęby i postanowił wytrwać w milczeniu do niewiadomego końca. 

Oparł się jeszcze wygodniej o pień i przymrużonymi oczami spoglądał na mieniące się w 
słońcu lustro rzeki. Indiańskie konie wytarzały się na piaskowej ławicy i teraz pociągnęły 
gromadą na skraj lasu, parskając i szczypiąc rzadkie kępki traw. Ognisko już się paliło, a 
zapach pieczonego mięsa docierał aż tutaj. I nagle... Zagrzmiał głos strzału, echo poszło po 
wodzie, odbiło się o ścianę lasu i zgasło. Sekunda ciszy i wrzask czerwonoskórych.

Irvin zerwał się i skoczył za pień. Zagrzmiało po raz drugi i trzeci. Farmer ujrzał, jak 

siedzący   pod   drzewem   wódz   pochylił   się   na   bok,   a   później   wolno   rozciągnął   na   ziemi. 
Strzelba o długiej lufie upadła na piasek.

background image

Old Gun

Cóż to za dziwny człowiek! Nigdy do tej pory Irvin takiego nie spotkał.
Siedzieli obaj przy niewielkim ogieńku, pod skalną ścianą, od której padał szary cień 

zachodu.

— Można się było obejść bez takiej strzelaniny — powiedział farmer nawiązując do 

przerwanej rozmowy. — Czterech zabitych, jeśli nie więcej. Okropność!

Nieznany towarzysz spojrzał nań, a twarz wykrzywił mu lekki grymas. Nie otworzył 

ust, ale Irvin poznał po oczach, że śmieje się jakimś dziwacznym, bezgłośnym śmiechem. 
Nieznajomy jakby odgadł jego myśli.

—   Nie   dziw   się   —   powiedział.   —   Takiego   śmiechu   nauczyłem   się   na   Dzikim 

Zachodzie. Niekiedy dźwięk ludzkiego głosu równa się kuli albo strzale wypuszczonej z łuku, 
a przecież nie zawsze można się powstrzymać od wesołości, gdy przy wieczornym ognisku 
zbierze się gromada i pocznie gadać, i to jak gadać! Boki zrywać. Wówczas trzeba się śmiać... 
po cichu. Nauczyłem się tego doskonale. Jakem Old Gun *.

Old Gun? Aha, to przezwisko nieznajomego — Irvin skierował oczy na jego strzelbę. 

Old Gun natychmiast to zauważył.

— Tak mnie nazwali jeszcze w Montanie — wyjaśnił. — Trochę dlatego, że strzelałem, 

nie chwaląc się, wcale nieźle. Ale przede wszystkim z powodu tej pukawki, bardzo starej. 
Zobacz.

Od pierwszej chwili spotkania Old Gun mówił na “ty", co zresztą Irvina wcale nie 

zaskoczyło.

Broń była ciężka, cięższa od wszystkich — nielicznych zresztą — strzelb, jakie farmer 

dotąd   przykładał   do   ramienia.   Ale   broń   Old   Guna   wprawiłaby   w   zdumienie   nawet 
doświadczonego   trapera.   I   to   nie   z   powodu   wagi,   gdyż   kolba   była   tak   potężna,   że   jej 
uderzeniem można chyba było zabić bizona. Uwagę zwracała lufa! Ściśle: trzy lufy zespolone 
z sobą w kształt trójkąta. Wszystkie nabijane z przodu, wyposażone w kurki i dające iskrę 
zapalającą proch.

— Nie uwierzysz — mówił Old Gun — że kiedy zima nastała i złapała mnie w tych 

przeklętych górach, a zabrakło kul, strzelałem kamykami. Nie sposób chybić.

Irvin żywił nieco wątpliwości, czy rzeczywiście tak łatwo trafić z tej kolubryny, ale nie 

zaprzeczył.

— A gdy skończył mi się proch — ciągnął dalej traper — sam go sobie przyrządziłem.
Irvin roześmiał się.
— Wcale nie żartuję. Od dawna znałem miejsce, w których znajdują się pokłady siarki. 

Znalazłem przez zwykły przypadek nieco saletry, a węgiel drzewny sam wyprodukowałem *.

Farmer nic na to nie odrzekł, bowiem na wyrobie prochu znał się tyle  samo co na 

topografii... księżyca.

—   Cały   kłopot   wynikł   na   samym   początku.   Moja   pukawka   nie   zawsze   strzelała, 

niekiedy strzelała z sekundowym opóźnieniem. A zwierzęta nie lubią czekać na kulę. Później 
zacząłem mieszaninę przyrządzać lepiej i jakoś przetrwałem do wiosny. Za skórki nabyłem 
proch fabryczny. Jest jednak dużo lepszy, a ołowiane kule niosą także lepiej od najbardziej 
wygładzonych kamyków. Ale pewnie ciebie nudzę?

Irvin zaprzeczył.
— Jesteś rolnik. To widać, mimo że włóczysz się po górach. W jakim celu? No i dałeś 

się złapać tej bandzie!

* Old Gun (ang.) — dosłownie: “Stara Strzelba".
* Jest to tak zwany proch dymny. Do jego wyrobu służą istotnie trzy wymienione i w odpowiedniej 

proporcji bardzo dokładnie zmieszane składniki

background image

— Zaskoczyli mnie — odparł farmer. A mówiąc to znów zobaczył przed oczami, jak 

siedzący   pod   drzewem   Indianin   wali   się   na   ziemię,   jak   jego   towarzysze   skaczą   między 
zarośla,   inni   gnają   na   plażę   chwytać   rozbiegłe   mustangi,   jak   ponownie   ozwał   się   głos 
strzelby, jeden z wojowników padł twarzą w piach, a pozostali nurknęli w las. Nawet nie 
próbowali odpowiedzieć strzałami na strzały, taki ogarnął ich popłoch. W istocie rzeczy nie 
było  jednak do kogo strzelać.  Przeciwległy brzeg wydawał  się zupełnie  wymarły  i tylko 
błękitny dymek ścielący się nad wodą świadczył, że ktoś użył tam palnej broni.

Irvin zastanawiał się, co ma uczynić. Jego muł osiodłany, ze strzelbą wepchniętą w 

futerał zwisający z kulbaki, przyplątał się nie wiadomo kiedy i stanął spokojnie w pobliżu. 
Cóż, można by wskoczyć na siodło, zmusić zwierzę do galopu i szybko wycofać się z pola 
walki... Jednakże to zbyt wielkie ryzyko, pędząc po otwartej przestrzeni łatwo oberwać kulę 
w plecy od czerwonoskórych albo dostać ładunek w piersi od nieznanego strzelca. Rozejrzał 
się dokoła. Indianie pochowali się, żadnego nie było widać. Zaczął więc ostrożnie przemykać 
się w bok, od drzewa do drzewa. Nie było to łatwe, bo musiał jednocześnie ciągnąć muła za 
uzdę,   a   zwierzę   szło   opornie,   jakby   w   przeczuciu   grożącego   niebezpieczeństwa.   Po 
mozolnym przebyciu paru jardów Irvin usłyszał tępe stuknięcie, po nim drugie, trzecie... Padł 
na ziemię. Dwie pierzaste strzały utkwiły w pniu drzewa, które przed chwilą minął. Puścił 
cugle   i   począł   czołgać   się,   ale   zaniechał   takiej   wędrówki,   bowiem   muł   nie   ruszył   jego 
śladami. Został w tyle, wraz z jedyną bronią, jaką Irvin posiadał. Irvin leżał więc bez ruchu, 
na próżno starając się wymyślić inny sposób wybrnięcia z sytuacji. Wówczas ujrzał, jak z 
przeciwległego   brzegu   wypadł   jeździec   i   skoczył   w   koryto   rzeczki,   aż   srebrzyste   bryzgi 
zasłoniły na chwilę i człowieka, i konia. Zanim zdołał przebyć nurt, zeskoczył z wierzchowca, 
który natychmiast położył się na piasku, tworząc jakby żywą tarczę dla strzelca, trzykrotnie 
zagrzmiał głos strzelby. Do kogo mierzono? Irvin nie mógł się zorientować. Teraz zobaczył, 
jak kryjący się za koniem człowiek w paru susach dopadł drzew, niedaleko miejsca, gdzie 
spoczywał. Znowu huknęła strzelba, a zaraz po niej ozwał się głos jej właściciela:

— Zabieraj się stąd! Skacz na siodło i wiej za rzekę. Ja przytrzymam tę bandę.
Irvin podniósł głowę.
— No, ruszaj się! Do ciebie mówię! Szybciej!
Łatwo mu było wołać, ale Irvin pamiętał o strzałach utkwionych w pniu drzew... Wów-

czas przypomniał sobie rady Abrahama Lamba. Zagwizdał. Udało się — muł podbiegł. Irvin 
podniósł się ostrożnie. Idąc tuż przy głowie zwierzęcia znalazł się na granicy lasu. Wskoczył 
na   siodło   i   w   panicznym   galopie   przebył   piaszczystą   łachę.   Oblała   go   fontanna   wody 
tryskającej spod kopyt wierzchowca. Zupełnie przemoczony wjechał w parów i zatrzymał się 
dopiero za wzgórzem, w tym samym miejscu, w którym spotkał Indian. Zaraz usłyszał huk 
strzału,   wrzask   czerwonoskórych,   tętent   kopyt,   plusk   wody,   znowu   tętent,   na   koniec 
rozkazujący głos:

— Naprzód, kolego! Naprzód!
Zaciął muła i ruszył prosto przed siebie. Tak to wówczas wszystko się odbyło. Później 

jechali jeszcze bardzo długo, klucząc wśród zarośli, przekraczając rzeczkę raz i drugi, aż 
dobrze nad wieczorem zaniechali wreszcie dalszej wędrówki.

— Ta banda — powiedział Old Gun — ma na sumieniu wielu samotnych wędrowców. 

Nie musisz żałować czterech zabitych.

— Jeśli było ich tylko czterech — wyraził wątpliwość Irvin.
— Na pewno — stwierdził traper. — Ja się nie mylę. Tamte strzały w las oddałem dla 

postrachu.   To   tchórzliwa   banda,   ale   że   z   ciebie,   jak   widać,   prawdziwy   greenhorn,   nie 
wywinąłbyś się cało z tej zabawy.

— Obchodzili się ze mną dobrze. Ani mnie nie związali, ani nie zabrali muła.
— Wiem, wiem. Przypadkowo byłem świadkiem waszego spotkania. Zjawiłem się w 

samą porę, a nawet mi nie podziękowałeś.

background image

Irvin zawstydził się: ale takie to wszystko było niespodziewane...
— Dziękuję... Jednak myślę — dodał przekornie — że wkrótce puściliby mnie. Ten ich 

dowódca podejrzewał, że brałem udział w napadzie na ich konie. Wkrótce wszystko by się 
wyjaśniło.

— Och, ty naiwniaku! — Old Gun znowu zaśmiał się swym bezgłośnym śmiechem. — 

Te konie to tylko pretekst mający usprawiedliwić zwyczajny zbójecki napad.

— Nie rozbroili mnie — protestował Irvin.
— Uczyniliby to nieco później i bez ryzyka. Zostawiłeś przecież fuzję przy siodle. Było 

to największe głupstwo z wielu innych, jakie musiałeś popełnić przedtem.

— Mówicie bardzo pewnie — obruszył się farmer — ale co możecie wiedzieć o mnie?
— Że jesteś spokojnym rolnikiem i że niepotrzebnie wyruszyłeś w te przeklęte góry.
— A wy? Co tu robicie?
— Och, to zupełnie inna sprawa. Ja się ciebie nie pytałem, co tu robisz.
Irvin skromnie przyznał rację.
— No widzisz. Ale wracam do rzeczy: kolejne głupstwo popełniłeś nie nadstawiając 

uszu. Indianie byli tak samo zaskoczeni spotkaniem, jak ty. Miałeś takie same szansę, ale ich 
nie wykorzystałeś. Oni się szybko zorientowali, jaka łatwa zdobycz wpada im w łapy.

— Zdobycz? — zdziwił się farmer.
— Pewnie. Wszystko, co masz na sobie, stałoby się ich łupem, a na dodatek muł z 

uprzężą i broń. Może i puściliby cię żywego, ale bez odzienia, butów, strzelby. Oni niczym 
nie gardzą. To najzwyklejsi zbóje.

— Z jakiego są plemienia?
— Z jakiego plemienia? — powtórzył traper przedrzeźniając głos Irvina. — Z żadnego, 

mój niespodziewany towarzyszu. Ta banda się rozdzieliła przed kilku dniami. Jedna grupa 
przeszła na meksykańską stronę próbować szczęścia.

— Dziwne — wyznał farmer.
— A dziwne, dziwne, mój ty naiwniaczku. Irvin pominął przytyk:
— Więc z tym gadaniem o napadzie na konie to było tylko kłamstwo?
— Prawie kłamstwo.
— Jak to: prawie?
— Widzisz, to właśnie oni, nie dalej jak wczoraj, chcieli zrabować konie i zdmuchnąć 

jeźdźców. Ale się im nie udało. Tamci byli szybsi. Dali błyskawicznie drapaka. To nie lada 
sztuka, gdy ma się ze sobą jucznego konia.

— Juczny koń! — wykrzyknął Irvin.
— Nie tak głośno — ostrzegł Old Gun. — Cóż cię tak zdziwił juczny koń? Wiele 

jucznych koni stąpa po tej ziemi.

— To prawda — uspokoił się Irvin. — Widzieliście tamtych ludzi?
— Niezbyt dokładnie. Dwu ich było i trzy konie.
Irvin o mało nie krzyknął. Głos rozsądku kazał mu jednak zachować ostrożność wobec 

człowieka poznanego zaledwie przed kilku godzinami. Więc udając obojętność zapytał:

— A jak oni wyglądali?
— Interesują cię tamci ludzie?
— Interesuje mnie każdy spotkany na tym bezludziu. Chyba zrozumiałe?
— Słusznie. Widzisz, ja się od nich znajdowałem na odległość strzału mej trójrurki.
— Braliście udział w walce?
—   Nie   było   potrzeby.   Wszystko   przebiegło   błyskawicznie.   Tu   biali,   tam 

czerwonoskórzy. Paf. paf! Dwu Indian wali się na ziemię, a tamci w galop. Musieli jechać 
wprost na południe, na meksykańską granicę, ale skręcili natknąwszy się na tę bandę. Byli 
czujniejsi od ciebie, mój poczciwy człowieku.

— Nie jestem “poczciwym  człowiekiem" — żachnął się Irvin — ale i wy nim nie 

background image

jesteście.

— Czemu to?
—   Bo   przyglądaliście   się   walce   dwu   ludzi   przeciw   całej   gromadzie.   Ja   jestem 

zwyczajnym farmerem i znam się tylko na uprawie roli, ale w takim wypadku nie potrafiłbym 
być biernym widzem.

— I palnąłbyś głupstwo. Nie było potrzeby. Indianie wcale ich nie ścigali. Moja inter-

wencja nic by nie pomogła, a tylko ściągnęła na mnie nieszczęście. Ty zaś leżałbyś teraz na 
piachu, martwy jak kamień, albo szczękał zębami golutki jak nasz praojciec Adam.

— A jednak wystąpiliście w mojej obronie.
— Bo dla ciebie nie było ratunku. Nie potrafiłeś uciec, a ja nie potrafię przyglądać się, 

jak kogoś łupią ze skóry. Rozumiesz?

Irvin nie mógł odmówić słuszności takiemu rozumowaniu, więc umilkł.
— Dlaczego nie nosisz rewolwerów? — zagadnął Old Gun.
— Nigdy ich nie miałem.
— Pokaż swą pukawkę.
Farmer wyciągnął z kulbaki lśniącą broń. Old Gun obejrzał strzelbę.
— Ładna — powiedział tonem, w którym brzmiała drwina. — Pewnie jeszcze nie uży-

wana.

— Miałem ją ze sobą podczas wędrówki na zachód. Od tamtego czasu wisiała u mnie w 

domu na ścianie.

Traper zachichotał:
— Znakomity użytek z broni, no, ale jak na rolnika... W każdym razie jesteś nieźle 

wyposażony. Czternastostrzałówka.

— Winchester.
— Widzę, ale nie zamieniłbym się, chociaż czternaście kul to nie byle co. Bo moim 

zdaniem lepsza jedna kula, byle trafiła do celu, od setki robiących tylko dziury w powietrzu. 
Nie wiem, jak strzelasz, ale próbować teraz nie będziemy. Zbyt głośne tu echo.

Przez cały czas tej gadaniny twarz Old Guna, poczerniała od wichru i słońca, wyrażała 

zupełną powagę, tylko siwe oczy błyskały wesołością. Nie przestając mówić, nie przestawał 
jednocześnie strugać małym kozikiem patyka, który trzymał w lewej dłoni.

— Taki już mam zwyczaj — wyjaśnił dostrzegłszy zaciekawione spojrzenie farmera. — 

Żeby ręce nie próżnowały. Nauczyłem się tego podczas bezsennych nocy, właśnie po to, żeby 
nie zasnąć. Zbyt mi się podobają moje włosy, aby je narażać na niebezpieczeństwo.

Po tych słowach zsunął na tył głowy pomięty i poplamiony kapelusz. Istotnie, czuprynę 

miał bujną, lekko szpakowatą, spadającą na czoło gęstymi kosmykami.

— Nie rozumiem — wyznał Irvin.
— A to proste. Przecież można się obudzić bez skalpu.
Farmer wzdrygnął się lekko.
— Ale mam i inne rozrywki — opowiadał Old Gun. — Układam piosenki. To też 

zapobiega drzemce.

Irvin uśmiechnął się tylko.
— Od lat myślę o kupnie gitary.
Słuchacz zmierzył  krytycznym  wzrokiem pocerowane, pełne łat spodnie trapera, nie 

mniej   sfatygowaną   kurtkę   i   prawie   rozlatujące   się   buty.   Jedynie   wielkie,   meksykańskie 
ostrogi wyglądały imponująco, błyszcząc jak srebro i pomyślał, że Old Gun nieprędko będzie 
mógł sobie nabyć gitarę. Ale myśli tej nie wyjawił, rzekł tylko:

— Pewnie ostatniej zimy nie udało się polowanie na skórki?
—   Skórki?   Hm,   uważasz,   że   nie   obłowiłem   się   i   dlatego   taki   kiepski   noszę 

przyodziewek?   Rzeczywiście,   ostatniej   zimy   niezbyt   się   napracowałem.   Uciekłem   w 
cieplejsze strony. Do Meksyku. A wiesz dlaczego? Pewnie, że nie — odpowiedział sam sobie. 

background image

— Skądbyś mógł wiedzieć? Znalazłem inną skórkę. Zobaczysz.

Dźwignął  się  z ziemi  z  młodzieńczą  lekkością,  a potem ukląkł  przy siodle  i długo 

gmerał w jukach.

— Masz — powiedział i rzucił długi, pękaty przedmiot.
Farmer schwycił ciężki woreczek.
— Co to?
— Rozwiąż.
Irvin z trudem rozsupłał rzemienny węzeł, sięgnął w głąb dłonią i wydobył na wierzch 

parę kanciastych, żółtych bryłek. Największa sięgała rozmiarów włoskiego orzecha.

— Złoto? — zapytał zdumiony.
— Nugget. Najprawdziwsza żyła-samoródka. Wcale jej nie szukałem, sama mi wlazła 

w ręce.

— Ile to warte?
— Trudno ocenić bez wagi, ale myślę, że ze dwa tysiące dolarów.
— Dwa tysiące!... — westchnął Irvin.
W pogoni za dwoma tysiącami dolarów wjechał w ten dziki i obcy mu świat, a końca 

sprawy nie widać. Ileż to już dni?

Old Gun zrozumiał westchnienie.
— Nie musi się u ciebie przelewać — stwierdził — chociaż broń masz piękniejszą od 

mojej, a jeden twój but jest więcej wart niż wszystkie moje łachy. Ciągle się zastanawiam, 
dokąd ty jedziesz?

— Do Meksyku.
— Do Meksyku  przez  Sacramento?  Można  i tak,  ale raczej  należało  skierować  się 

bardziej na południe — pokiwał przecząco głową. — Nie, nie. W tym tkwi coś innego, ale to 
twoja sprawa. Posłuchaj.

Tu przyciszonym, nieco chrypliwym, ale przyjemnym głosem zanucił:

Gdzie wiatr, gdzie wiatr wiosenny dmie 
I wali kamienie w żlebach, 
Tam noc, tam noc, gdy cicho śpią,. 
Rozpala gwiazdy nieba.

Już płomień błyska na nowo,
Żarzy się węgiel jak wiśnie.
Leżę pod drzewem z siodłem pod głową
I czekam, co mi się przyśni...

Przerwał i spojrzał na Irvina.
— No co? — zagadnął. — Jak ci się podoba?
— Nadzwyczajnie — odparł farmer pełen szczerego podziwu. — Ja bym tak nie potra-

fił.

—  Potrafiłbyś,  potrafił.   Trzeba   się  tylko   do  rzeczy  przyłożyć.   Spróbuj.  Z  początku 

pójdzie ci nieco trudno, ale potem...

— A skąd melodia?
— Trzeba posłuchać, jak szumi wiatr i jak trzaska drewno w ogniu. Z tego się rodzi 

moja melodia. Gdy ktoś ma kapinkę tego, co nazywają słuchem, szybko da sobie radę.

— Możecie śpiewać w takich różnych lokalach w mieście — stwierdził z przekonaniem 

Irvin. — Pewnie zresztą tam powędrujecie. Ta żyła złota, to muszą być grube pieniądze.

— Do miasta? Chyba po zakup prochu i kul i tej mojej gitary. Ale na dłużej? Cóż bym 

tam robił? — Zajął się na nowo obstrugiwaniem patyka.

background image

— Zaśpiewajcie jeszcze — poprosił farmer.
—  Nie  teraz.  Późno  już,  a  jutro   czeka   mnie   daleka   droga.  Ciebie  również,   jak  się 

domyślam.

Przeniósł siodło pod potężny pień, położył się i otulił nieco dziurawym kocem. Irvin 

również zajął się moszczeniem swego legowiska.

— Usiądź przy ogniu. Nie powinniśmy spać obaj. Ktoś musi czuwać.
— Po co? Tamci już nas nie dogonią.
— Na pewno — przytaknął traper. — Wątpię, czy nawet próbowali ścigać po takiej 

nauczce, ale... — ziewnął — mogą znaleźć się inni.

— No, to co robicie, jak jesteście sami?
— Trochę drzemię, trochę czuwam i uważam na swą starą.
— Na kogo?
— Tak nazywam klacz. Bestia ma wyostrzony słuch. Nic jej nie ujdzie. Potrafi parska-

niem zbudzić mnie z najgłębszego snu albo łapie za but i ciągnie. No, dosyć gadania. Jak 
zobaczysz księżyc nad tamtym szczytem — wskazał palcem — obudź mnie. Uważaj na moją 
starą. Jakby zaczęła się niepokoić, rób alarm. I dokładaj do ognia, nie za wiele, ale i nie za 
mało. Noce są tu chłodne.

Udzieliwszy tylu praktycznych rad, Old Gun przewrócił się na bok i jeszcze raz otulił 

kocem. Irvin pozostał samotny, (wydany na pastwę własnych myśli i kłopotów, o których 
zapomniał słuchając paplaniny trapera. Teraz na nowo opadły go wątpliwości. Pierwsza: w 
jaki sposób odnaleźć zagubiony trop uciekinierów? Old Gun powiódł go przecież gdzieś w 
bok i tak poplątał drogę, że Irvin nie potrafiłby wrócić do rzeczki. Druga: czy należy poprosić 
trapera, aby pomógł? Ale wówczas wyjdzie na jaw, że kogoś ściga. Czy wolno się z tym 
zdradzić?

Z kolei myśli jego zwróciły się ku dalekiemu Greenfield, do żony i syna. Co porabiają, 

jak żyją? Karol na pewno dba o nich i zabiega o żywność u szczodrobliwego wierzyciela, 
Fulk Bryana. Ale pewno niepokoją się o niego.

Dwa tysiące dolarów... Gdyby tak Old Gun pożyczył tę sumę? I zaraz zadrwił z tej 

myśli.   Podobna   propozycja   wyglądałaby   na   kpinę!   Może   jednak   poprosić,   aby   traper 
podprowadził go kawałek ku zagubionym tropom...

Dorzucił wiązkę patyków do ognia, a później zerknął na szczyt skały. Gwiazdy mrugały 

na bezksiężycowym niebie, a Irvinowi wydawało się, że wartuje od wielu godzin. “Jak to on 
śpiewał? — wspomniał zadzierając głowę. — Chyba tak..."

Gdzie wiatr, gdzie wiatr wiosenny dmie 
I wali kamienie w żlebach, 
Tam noc, tam noc, gdy cicho śpię, 
Rozpala gwiazdy nieba.

Nucąc tak bezgłośnie, obszedł wielokrotnie ognisko, zataczając coraz większe kręgi, aż 

znalazł się w zupełnych ciemnościach lasu. Przystanął, słychać było tylko narastający szum 
wiatru spływającego ze szczytów ku dolinom. Wysoko w górze gięły się niewidoczne czuby 
drzew. Kamienna iglica, ostra jak grot indiańskiej strzały, zamigotała srebrzystym blaskiem. 
Z przeciwległej strony dźwigał się po niebie okrągły talerz księżyca. Czas zbudzić Old Guna.

Zawrócił. Przeszedł obok kościstej szkapy trapera, która stała nieruchomo z pochylo-

nym łbem. Muł zdawał się również drzemać w odległości paru kroków dalej.

— Przywiąż go na lince — radził Old Gun. — Moja stara jest wybredna i nie znosi 

nieproszonego towarzystwa.

Sprawdził teraz linkę, czy aby mocno trzyma jego wierzchowca w bezpiecznym oddale-

niu od wybrednej klaczy, a w myślach słał najlepsze życzenia dla Abrahama Lamba. Bez jego 

background image

pomocy szybko i katastrofalnie zakończyłaby się wędrówka: puma, żmija, no i ten muł... W 
sumie — bez przesady — warte dozgonnej wdzięczności.

Irvin dotknął lekko ramienia śpiącego trapera.
— Co? — siadł natychmiast i zapytał półgłosem. — Trochę za wcześnie — stwierdził 

spojrzawszy na niebo. — Jeszcze cały księżyc nie wylazł zza skały, ale niech tam... Kładź się 
na moim miejscu, dobrze je wygrzałem, a ranek będzie chłodny.

Irvin nie potrzebował zachęty. Przysunął własne siodło, a gdy otulał się pledem, Old 

Gun powiedział nieoczekiwanie:

— Nie trap się. Jutro podprowadzę cię kawałek, a potem zobaczymy…
Farmer zdumiał się — Old Gun chyba czytał; w jego myślach!

Znowu samotny

Irvin otworzył  oczy.  Ujrzał słońce wiszące nad lasem,  czerwony płomień ogniska i 

trapera z poczerniałym garnkiem w ręku.

— Jakże się spało, towarzyszu niedoli? Nie budziłem, chociaż słonko wysoko. Odpo-

czywaj, bracie, bo czeka nas droga daleka i trudna. Później się rozstaniemy.

Irvin wstał, przeciągnął się, ziewnął i zajął miejsce po drugiej stronie ogniska. Ciągle 

jeszcze był tak senny, że sens słów trapera dopiero po chwili dotarł do jego świadomości.

— Zdaje się — powiedział niezbyt pewnym głosem — mówiliście wczoraj, że chcecie 

mnie podprowadzić? Nie znam dobrze drogi do Meksyku, a teraz wszystko przez tych Indian 
jeszcze bardziej mi się poplątało.

— Do Meksyku?
Traper coś mieszał w garnku, aż dokoła rozszedł się mocny zapach kawy.
— Dzisiaj będzie uczta — dodał bez żadnego związku z poprzednim pytaniem.  — 

Normalnie jadam na śniadanie mięso, ale ostatnio nie upolowałem. Daj no jaki garnczek, to 
naleję.

Gdy kawa została rozdzielona, a również i suchary, Old Gun wrócił do poprzedniego 

tematu:

— Powiedziałeś, że się wybierasz do Meksyku. Ale teraz twoja droga powiedzie w 

nieco innym kierunku.

— Jak to?
— Nic mnie nie obchodzi, dokąd się udajesz. Może być Meksyk, może nie być Meksyk. 

Ale... przecież ty jedziesz za tamtą dwójką, a oni skręcili w bok.

— Co wam przyszło do głowy? — Irvin był zaskoczony.
— Przyszło, przyszło. O nic się ciebie nie pytam. Nie potrzebujesz kłamać, ale przecież 

sam się wygadałeś. Nie zaprzeczaj. Ścigasz tamtych dwu. Może jesteś ich przyjacielem i dla-
tego oburzyłeś się, że nie ruszyłem im z pomocą. Doprowadzę cię do ich tropów, później się 
rozstaniemy. Zgoda?

— Ja, ich przyjacielem! — powiedział z goryczą Irvin. — Nawet nie wiecie, co to za 

typki, ale... wyjaśnię.

— Po co?
— Nie chcę, aby ktokolwiek sądził, że jestem ich wspólnikiem.
Pogrzebał   po   kieszeniach   swej   kurty   i   wydobył   pomiętą,   postrzępioną,   złożoną   we 

czworo kartkę.

— Przeczytajcie — podał ją traperowi.

background image

— List gończy — Old Gun gwizdnął przeciągle. — Przeczytaj. Moje oczy odwykły już 

od liter.

Irvin skwapliwie spełnił prośbę.
— To właśnie oni — powiedział na zakończenie.
— Hm, to dużo i mało równocześnie. Skąd wiesz, że uciekający są tymi, których wy-

mienia list gończy?

Irvin odetchnął  głęboko. Zbyt  późno było się cofnąć. Opowiedział więc o przypad-

kowym spotkaniu rabusiów w Greenfield. Old Gun nie przerwał mu ani razu, chociaż opowia-
danie wypadło dość rozwlekle. Dopiero gdy farmer skończył swą relację, zauważył:

— Najprawdopodobniej są to właśnie oni. Wieją do Meksyku. To zupełnie możliwe. 

Gdyby ich chwycili czerwonoskórzy, nie miałbyś po co dalej wędrować. Ale tak się nie stało. 
Hm,   co  cię  skłoniło  do  tej   pogoni?  Nie  masz   wobec  nich   żadnych   szans. Zjedzą  cię  na 
surowo. Czy z twojej osady nikt inny nie złakomił się na nagrodę?

Irvin zawahał się. Nie wie, lecz sądzi, że nie...
— To ta twoja osada jest mądrzejsza, niż można by sądzić z postępowania jednego jej 

przedstawiciela — tu oskarżającym ruchem wyciągnął palec w stronę Irvina. — Mają rację 
twoi sąsiedzi nie goniąc za dolarami. Rolnik niech pilnuje swej zagrody, a pogoń za prze-
stępcą pozostawi szeryfowi, ostatecznie: westmanom. Oni się znają na tych sprawach.

— Nasz szeryf — odparł Irvin — zna się na tym nie lepiej niż ja, więc...
— Przekaż mu wyrazy mego uznania, jeśli zdołasz wrócić. To musi być bardzo rozsąd-

ny człowiek. Dziwię się tylko, że ciebie puścił.

— Nie miał prawa zatrzymać.
— Pewnie, pewnie. Ale są inne sposoby. Gdybym ja był waszym szeryfem... ech, co tu 

dużo gadać! Co cię skłoniło do tej wariackiej wyprawy? Siedzisz tutaj, a tam pewnie twoje 
pole jeszcze nie obsiane.

— Nie obsiewamy od paru lat.
— Oo... — mruknął traper — to coś nowego? Od ciebie trzeba słowa wyciągać jak ryby 

z sieci. I za każdym razem nowa niespodzianka. Czemu to zaniechaliście uprawy roli?

Więc Irvin powrócił myślami do pierwszych lat suszy, gdy jeszcze się łudzono, że lada 

dzień spadną deszcze i ziarno rzucone w ziemię wyda, jak przedtem, stokrotne plony. Ale 
ziarno więdło i przepadało w glebie, która coraz bardziej zamieniała się w twardą, gliniastą 
polepę.

Old Gun wysłuchał opowieści w milczeniu.
— Rozumiem. Nie bardzo miałeś z czego żyć. Jednakże lepiej było wywędrować w ja-

kieś deszczowe strony niż ryzykować życiem za marne dwa tysiące dolarów.

Irvin wyjaśnił, że wszyscy tak bardzo się zżyli i przywiązali do tamtej okolicy, że nikt 

nie przypuszczał, aby susza mogła trwać tak długo, więc postanowili przeczekać zły okres. Tu 
wtrącił parę słów o pomocy, jaką niósł osadnikom Fulk Bryan.

— Tym bardziej nie miałeś powodu wyjeżdżać zamiast siedzieć we własnej chałupie, 

na własnym gruncie. Z tego, co mi powiedziałeś, widzę, że nie groziła ci głodowa śmierć. Tak 
się złakomiłeś na nagrodę?

Farmer energicznie zaprzeczył.
— Coraz mniej rozumiem. Jesteś kawalerem, przypuszczam.
— Nie.
Wyraz zdziwienia na twarzy trapera skłonił Irvina do mniej zwięzłych odpowiedzi.
— Mam żonę i dziecko — wyjaśnił. 
Old Gun znów gwizdnął przeciągle.
— Zostawiłeś ich na łasce losu — powiedział surowym tonem. — Przyznaj się, po pro-

stu zwiałeś!

— Nie  uciekłem  przed  rodziną   — zaprzeczył  energicznie   Irvin.  — Uciekłem...  dla 

background image

rodziny.

— To brzmi  bardzo tajemniczo.  Jeśli  pragniesz, abym  ci pomógł,  powinieneś  teraz 

wszystko wyśpiewać do końca. Tylko bez bajek. Zaraz się na nich poznam. I mów szybko, 
czas upływa, a nie mamy go obaj za wiele.

Irvin zdecydował się błyskawicznie. Streścił historię minionych dni i czekał z niepoko-

jem, co na to odpowie. Ale Old Gun nic nie odpowiadał. Wstał i rzucił zdecydowanym to-
nem:

— Siodłaj muła. Jesteś greenhorn, ale z tych greenhornów, z których wyrastają praw-

dziwi mężczyźni.

Dopiero gdy kopyta wierzchowców pocięły stukać na kamieniach ścieżki, dodał:
— Gdybym był twoim przyjacielem, bez względu na powodzenie czy na niepowodzenie 

wyprawy, sprałbym cię po powrocie do Greenfield tak, żebyś przez dwa dni ani ręką, ani 
nogą nie mógł ruszyć. Rozumiesz? A twojego szeryfa także bym zbił, że cię nie zatrzymał!

— Miałem swoje powody...
— Miałeś, miałeś, ale teraz nie gadaj. Jedź za mną i postępuj dokładnie tak, jak ja.
W milczeniu posuwali się skrajem lasu. Skała o czubku zaostrzonym w iglicę została 

daleko poza nimi, gdy Old Gun, zamiast skręcić w głąb boru, jak tego oczekiwał Irvin, skiero-
wał konia wprost na kamienisty żleb, jaki otworzył się tuż przed nimi. Spod kopyt poczęły się 
obsuwać drobne kamyki, z grzechotem tocząc się w dół.

Irvin spojrzał ku górze. Nad kamiennym wałem piętrzyły się jedna przy drugiej i jedna 

nad drugą szare krzesanice poprzegradzane czarnymi plamami krzewów.

“Tędy nie przejedziemy — pomyślał  czując, jak kopyta  jego muła obsuwają się na 

ruchomych piargach. — Za chwilę runiemy obaj."

Coraz wyżej dźwigał się przed nim kościsty zad traperskiej klaczy. “Stara" stąpała jak 

górska kozica, a jej pan puścił cugle zdając się całkowicie na roztropność zwierzęcia. Spojrzał 
za siebie i aż znieruchomiał z wrażenia. Las, którego skrajem jechali, znajdował się obecnie 
bardzo, bardzo nisko, jakby bezkształtna, ciemna plama. Na prawo i na lewo, poza granicami 
żlebu leżała gładka i stroma lita skała, rozgrzana słońcem i dmuchająca ciepłym oddechem. 
Jeden fałszywy krok zwierzęcia groził jeźdźcowi niechybną śmiercią. Irvin postanowił nie 
patrzeć ani za siebie, ani na boki.

Robiło się coraz gorącej. Od tego gorąca, ale również i z wysiłku grzbiet muła począł 

lśnić   wilgocią.   Na   szczęście   dotarli   na   platformę,   za   którą   łagodne   już   zbocze,   porosłe 
rzadkimi krzakami i trawą, wiodło ku przełęczy dzielącej  całe pasmo górskie. Zdobyli  tę 
przełęcz, gdy słońce sięgnęło szczytu, a w jego blasku Irvin ujrzał krainę daleką, porżniętą 
wąwozami, poprzecinaną srebrnymi nitkami strumieni, nad którymi — tu i ówdzie — wisiała 
kurzawa wodospadów. Na prawo i na lewo dźwigały się zielone połoniny, a odległy horyzont 
zamykały postrzępione turnie. Old Gun zeskoczył z konia.

— Trzeba dać odsapnąć zwierzętom — powiedział.
Irvin usiadł ciężko na wielkim głazie. Czuł w kościach trud wspinaczki, w łydkach 

nieprzyjemne drżenie.

— Popatrz — ręka trapera zakreśliła półkole. — Za tamtym lasem płynie nasza rzeczka, 

a za rzeczką powinniśmy odnaleźć zagubiony trop. No cóż? Cieszysz się, stary chłopie?

— Sam nigdy bym do niej nie trafił.
— Pewnie. Ale też nigdy nie objechałeś całego pasma Sacramento jak ja. Gdy pobę-

dziesz tu dłużej...

— Och nie! Za skarby świata.
— Marzysz już o powrocie do Greenfield? Możemy zawrócić.
— Nie! — Irvin krzyknął.
— Nie wrzeszcz, lepiej połóż się i odpoczywaj,
Po pół godzinie zaczęli zjeżdżać w dół. Ciągle w dół, aż ku dolinie, środkiem której 

background image

sennie ciurkał płytki strumyczek. Tu rozbili obozowisko. Irvin zajął się zbieraniem patyków i 
uschłych traw. Old Gun wyciągnął swą trójrurkę i począł krążyć tu i tam, po obu brzegach 
strumienia, wreszcie zawrócił.

— Znalazłem bardzo ciekawy trop — oświadczył.
— Ludzie?
— Kozice i antylopy. Nie mam ani kawałka mięsa. Tobie również przydałby się kęs 

pieczeni. Siedź tutaj, oczy miej otwarte, a broń pod ręką. Przede wszystkim zwracaj uwagę na 
moją starą. Gdyby parsknęła, łap za pukawkę i chowaj się w krzaki. Wrócę za dwie, trzy go-
dzinki.

Machnął ręką i począł się oddalać, wolniutko, wolniutko, aż zmalał w oczach Irvina do 

wielkości małego punkcika poruszającego się daleko w górze. Na koniec i punkcik zniknął.

Irvin  tak   zdążył   się  przyzwyczaić   do  obecności   trapera,   że  teraz  poczuł  się  bardzo 

samotnie. Zgromadził sporo paliwa, ale ognia nie rozniecił. Obejrzał muła: sprawdził kopyta, 
podkowy, obmacał nogi. Z kolei w ten sam sposób chciał zająć się klaczą trapera, ale zale-
dwie   do   niej   podszedł,   położyła   uszy   po   sobie,   uniosła   głowę   szczerząc   pożółkłe   zęby. 
Natychmiast odstąpił od zamiaru. Znał się na koniach przynajmniej tyle, że dobrze wiedział, 
czym mogą grozić tego rodzaju objawy końskiego humoru. Kiedyś narowisty koń chwycił go 
zębami za ramię i gdyby nie gruba kurta, pewnie złamałby kość. Zapamiętał to sobie dobrze. 
Więc teraz odsunął się pospiesznie od zwierzęcia.

Powałęsał   się   tu   i   tam,   na   koniec   —   z   nudów   —   wspomniał   piosenkę   trapera   i 

spróbował sklecić jakąś własną. Wyszła koślawo i niezdarnie. Począł ją poprawiać męcząc 
się, jakby wykonywał ciężką, fizyczną robotę. Od tego trudu oderwał go dźwięk strzału, ani 
daleki,   ani   bliski.   Zahuczał   echem   nad   doliną   i   rozpłynął   się   w   górskiej   ciszy.   Strzał 
najprawdopodobniej   pochodził   ze   znanej   mu   trójrurki,   ale   mógł   być   również   sygnałem 
niebezpieczeństwa. Spotkanie Indian uczyniło Irvina podejrzliwym. Przykucnął pod krzakiem 
i ze strzelbą w ręku tkwił tam przeszło godzinę. W końcu ujrzał Old Guna schodzącego po 
zboczu. Traper szedł mocno pochylony, jakby coś niósł na plecach. Irvin ruszył pomóc i... 
osłupiał: Old Gun dźwigał antylopę. Dwu ludzi z trudem dałoby sobie radę z takim ciężarem.

Przyskoczył, chwycił zwierzę za tylne nogi i tak donieśli je do rzeczki.
— Do licha! Gdybym nie widział, nie uwierzyłbym. Ale z was siłacz!
Traper chwilę oddychał ciężko i ocierał pot z czoła.
— Mogłem wykroić tylko polędwicę, jest najsmaczniejsza, ale żal mi było zostawiać 

tyle mięsa sępom i pumom. No, rozpal ogień. Widzi mi się, że dziś niedaleko już ujedziemy.

— Oni uciekną — zmartwił się Irvin.
— Nie uciekną. Jak byś ich ścigał, nie mając czego do gęby włożyć? A na polowanie 

nie starczy ci czasu. Bierz się do ognia, ja ściągnę skórę.

W pół godziny później na zastruganych patykach wędziły się i równocześnie piekły 

długie pasy krwistego mięsa. Old Gun rozpalił jeszcze dwa ogniska, a przy nich umieścił 
dalsze zaimprowizowanie rożny. Mięso suszyło się przez całą noc, kolejno go pilnowali. Gdy 
świt rozjaśnił niebo, juki siodeł wypełniły twarde jak deski, sczerniałe i pokurczone kawałki 
antylopiej szynki, antylopiej polędwicy, antylopiego podgardla, nie różniące się zresztą w tej 
postaci ani wyglądem, ani smakiem. Lecz tak przyrządzone mięso znosiło świetnie zarówno 
gorąco, jak mróz, nie psuło się nigdy. Można je było gotować we wrzątku, można było żuć, 
odłamując drobne kęsy.

Ze śniadaniem uwinęli się prędko i nim zorze zgasły, jechali kłusem wzdłuż brzegu, z 

biegiem strumyka. Strumyk doprowadził ich do większej rzeczki, toczącej fale wśród piasków 
i kamieni. Tu zdjęli wierzchowcom uprząż, aby mogły wytarzać się w wodzie, i znów ruszyli 
dalej.

— Jesteśmy prawie u celu — stwierdził Old Gun, gdy znaleźli się na przeciwległym 

brzegu. — Teraz poznajesz tę rzeczkę?

background image

Irvin nic nie poznał. Takich rzeczek mógł spotkać mnóstwo i nie odróżniłby jednej od 

drugiej, powiedział tylko:

— Ale to nie tamto miejsce.
— Oczywiście — zgodził się traper. — Jeszcze mamy kawałek drogi do “tamtego", jak 

powiadasz, miejsca. Nie będziemy tak daleko się zapuszczać. Nieroztropnie.

— Indianie?
— Właśnie. Pewnie kręcą się po okolicy i szukają naszych tropów. Jestem pewien, że 

tych twoich bandytów znajdziemy bliżej. A teraz patrz pilnie w ziemię, jeśli nawet nic nie do-
strzeżesz, przyda ci się taka wprawka.

Farmer wziął to do serca i jadąc krok w krok za klaczą trapera przyglądał się każdemu 

krzaczkowi, każdej trawce, każdej kępce mchu. Wkrótce zwątpił w możliwość doszukania się 
czegokolwiek, a gdy Old Gun wstrzymał konia, doszedł do wniosku, że i jego przewodnik 
również nie odnalazł tropów.

Znajdowali się wówczas na środku naturalnego amfiteatru — płaszczyzny otoczonej 

koliście pasmem wzniesień.

— Popatrz no, znakomity rolniku. Coś tak wygląda, jakby tu tańcowało stado bizonów.
Irvin spojrzał we wskazanym kierunku. Ziemia między dwoma iglastymi drzewkami 

była mocno zdeptana.

— Znaleźliśmy trop — radośnie stwierdził farmer.
— Na pewno, ale czy to jest ich trop? Jak myślisz? Chyba warto sprawdzić?
Irvin dobrze wiedział, że jego opinia w niczym nie wpłynie na decyzję trapera. Więc 

tylko mruknął pod nosem, że “słusznie" i ruszył za Old Gunem.

Ślady kopyt  wikłały się, to z prawej, to z lewej strony, jednak nadal były zupełnie 

wyraźne, aż dotarli do miejsca, w którym jeszcze ich przybyło.

— To właśnie tu — stwierdził Old Gun. — Tu się spotkali.
— Ci dwaj i Indianie?
— A któż by inny? Zapamiętałem sobie to miejsce. Jakby dobrze poszukać, znalazłyby 

się i plamy krwi, ale po co nam to? Wracamy.

— Dlaczego? — nie wytrzymał Irvin.
— Żeby skrócić drogę.
Cofnęli się kilkanaście jardów, wjechali w bór, ale wkrótce zarośla poczęły rzednąć, 

coraz mocniejszy blask słońca roztapiał leśny półmrok, aż wreszcie twarze jeźdźców owiał 
ciepły wiatr przesycony wonią kwiatów i traw. Otworzył się widok na łąkę. Puścili wierz-
chowce galopem. Irvin znów ujrzał stary trop. Pomyślał, że Old Gun jest chyba jasnowidzem, 
jeśli potrafił tak bezbłędnie odgadnąć kierunek ucieczki tamtych ludzi.

Po godzinie pospiesznej jazdy traper zatrzymał klacz.
— Co się stało? Nie jedziemy dalej?
— Owszem, jedziemy. Tylko każdy w inną stronę — uśmiechnął się traper.
— Jak to?
— Obiecałem, że podprowadzę kawałek. Więc podprowadziłem. Masz trop tak wyraź-

ny, że ślepy by dostrzegł. Pędź teraz na skrzydłach wiatru, a osiągniesz cel, nim jutrzejszy 
dzień minie. Jeśli będziesz miał tyle szczęścia, ile dotychczas, capniesz jednego, albo nawet 
obu, i wrócisz w blasku chwały i ku podziwowi wszystkich zacnych rolników. Ruszaj!

— Myślałem... — zaczął Irvin.
— Nieważne, coś myślał. Dalej nie będę ci towarzyszyć. No, bywaj!
Spiął konia ostrogami  i zawrócił  w miejscu.  Irvin przyglądał  się pędzącej  sylwetce 

jeźdźca, aż znikła w głębi lasu.

“Szkoda — westchnął. — Nie mógł jechać ze mną?"
Ale natychmiast zawstydził się tej myśli. Jakież miał prawo domagać się czegokolwiek 

od człowieka, który tak bardzo mu pomógł? Stwierdził ze zdziwieniem, że góry Sacramento 

background image

pełne są dobrych ludzi i wcale nie takie puste... Widać szczęście mu sprzyja.

Uderzył muła piętami. Nadal ciągnęła się przed nim płaszczyzna łąki znaczona ścieżką 

tropów tak wyraźnych, że można było pędzić galopem bez obawy. I tak też Irvin postąpił. 
Zwolnił biegu dopiero wówczas, gdy zwierzę poczęło chrapać ze zmęczenia. Pozwolił mu 
więc na lekki kłus, nawet na jazdę stępa. Ale po jakimś czasie znów wrócił do galopu. Paliła 
go niecierpliwość. Niech się wreszcie rozstrzygnie!

Zakończył   jazdę   niespodziewany   widok   czarnego   kręgu   wypalonych   traw.   Dokoła 

rośliny zostały powyrywane, widać było suchą, piaszczystą glebę. Irvin zeskoczył z siodła, 
ukląkł i dotknął dłonią popiołu. Gdy ją uniósł, była pokryta czarną warstwą spalenizny niby 
błotem   —   a   więc   gospodarze   obozowiska   zaleli   ogień   wodą,   a   wilgoć   jeszcze   nie 
wyparowała.   Mimo   gorącego   dnia!   Stwierdzenie   to   wprawiło   Irvina   w   stan   podniecenia. 
Jakże blisko musieli znajdować się uciekinierzy! Wspomniał Old Guna i westchnął. Ten by 
wiedział, jak teraz postąpić. Jechać dalej? Zatrzymać się do wieczora? Na otwartej równinie 
nie było gdzie się skryć.

Rozsiodłał muła, bez większego trudu odkrył małe jeziorko wśród traw i zdecydował 

spędzić tu noc.

Obudził  się  rankiem  pełen  przerażenia,  że  zasnął  tak mocno  w bliskim sąsiedztwie 

wrogów. Cóż, nie był przecież traperem, lecz rolnikiem, uczciwie przesypiającym noce we 
własnym łóżku.

Szybko zagotował wodę, napoił muła, pracowicie przeżuł kawał wysuszonego mięsa i 

ruszył w drogę. Słońce określiło kierunek jego jazdy. Pasma gór malały oddalając się coraz 
bardziej. Pędził teraz na wschód, nie na południe, nie w stronę granicy Meksyku. Szczęśliwie 
się złożyło, że ścigani przestępcy zmienili trasę. Gdyby nie spotkanie z Indianami znajdowa-
liby się zapewne już poza Rio Grandę, na ziemi, na której nie obowiązywały zarządzenia sze-
ryfów,   gdzie   nic   nie   znaczył   list   gończy,   jeśli   nie   został   potwierdzony   przez   miejscowe 
władze.

Upływały   godziny,   minął   dzień,   a   na   horyzoncie   nie   dostrzegł   ruchomej   sylwetki. 

Następnego dnia ujrzał znów ślad ogniska — i nic więcej. Tak minął jeszcze jeden i jeszcze... 
Skończyła się łąka, zrzedły trawy, coraz częściej kopyta muła grzęzły w sypkim, czerwonym 
piachu. Ukazały się kaktusy — samotni strażnicy jałowej gleby. Dokoła krajobraz prawie 
pustynny,   smutny,   przypominający   beznadziejne   przestrzenie     Llano   Estacado.   Piach,   raz 
twardy, kiedy indziej sypki tak bardzo, że nogi muła zapadały się w nim po pęciny, uniemo-
żliwiał szybszą jazdę. Irvin przypomniał sobie zasłyszaną niegdyś (już nie pamiętał, od kogo) 
opowieść o ruchomych  piaskach pochłaniających  — bez żadnych  możliwości ratunku  — 
konia wraz z jeźdźcem. Wzdrygnął się. Ale przecież jego poprzednicy tędy przejechali...

Wieczorem  czekał  go znowu — jak kartka kalendarza  — kolejny ślad po ognisku. 

Niewiele różnił się od poprzednich, tyle że otoczenie było odmienne. Bardziej zielone, pełne 
krzewów. Nałamał gałązek i począł je układać na starym popielisku. I nagle przerwał zajęcie 
— tuż przy czarnym kręgu, wśród rzadkiej trawy, leżał mały stosik ostrużyn.

Zdumiony, drżącymi palcami począł zbierać białe ścinki, cienkie i wąskie. Znalazł ich 

pełną garść. Potem zbadał jak najdokładniej odciski stóp i kopyt. Nie był mistrzem w tej 
dziedzinie, ale przecież zorientował się, iż obozowało tu kilku ludzi, nie jeden. A dokoła 
pasło się kilka koni. Cóż więc porabiał w tym miejscu Old Gun? Tak. Old Gun! To on, to 
przecież on miał zwyczaj, siedząc przy ogniu, strugać kozikiem patyczki. Czyżby to miało 
znaczyć, że traper przyłączył się do bandytów?

Odkrycie było przerażające. Stary traper wyprzedził Irvina, jadąc inną drogą, i teraz 

znajdował się przed nim, nie za nim. Na pewno zawiadomił uciekających o pogoni!

“Cóż za łotr! — pomyślał. — Odebrał mi wszystkie szansę..."
Tak, teraz nie pozostawało nic więcej do zrobienia, jak tylko zawrócić. Jeden przeciw 

trzem?   I   to   przygotowanym   na   wszystko   i   nie   cofającym   się   przed   niczym.   Czyżby   nie 

background image

istniała już żadna możliwość wygranej? Kiedy tak zapytywał sam siebie, powziął ostateczną 
decyzję. Właśnie, że nie zrezygnuje! Nie zawróci! Niech się dzieje co chce. On już pokaże 
tym bandytom! A przede wszystkim temu zdrajcy Old Gunowi.

Rozsiodłał muła, zajął się rozpalaniem ogniska. I zaraz ogarnęły go wątpliwości. Czy to 

możliwe, aby traper był wspólnikiem bandytów? Wobec tego po co pomagał Irvinowi? Cze-
mu zaopatrzył go w żywność na dalszą drogę i naprowadził na szukany trop? A może po pro-
stu chciał przywieść do zguby?

A gdyby Old Gun sam zamierzał schwytać zbiegów? To wyglądało bardziej prawdopo-

dobnie. Złakomił się na pieniądze, które zrabowali. Cóż za wstrętny człowiek! I pewno da 
sobie radę. A potem czmychnie do Meksyku lub gdziekolwiek indziej. Któż będzie o tym 
wiedział, kto go będzie ścigał? Ale co w takiej sytuacji czynić?

Dumał nad tym długo podczas nocy. Podświadomie odczuwał, że jego zarzuty i podej-

rzenia  jakoś  nie pasują do osoby Old Guna, fakty jednak same  oskarżały.  A może  Irvin 
błędnie je tłumaczył?

— Ach, gdyby tu znajdował się Karol! — westchnął. — A chociażby Abraham Lamb, 

poczciwy samotnik.

Jeszcze jedno spotkanie

Następny dzień zapowiadał się ponuro od samego ranka. Niebo, zaciągnięte szarymi, 

nisko  wiszącymi  chmurami,   zdawało   się  przygniatać   ziemię  i   samotnego  jeźdźca.  Począł 
siąpić   drobny,   przenikliwy   deszczyk,   widoczność   jeszcze   bardziej   zmalała.   Irvin   jechał 
poprzez drżącą zasłonę wilgoci, rozpostartą między niebem a ziemią, gęstniejącą w dali w 
ciemną, nieprzeniknioną oponę. Po godzinie i farmer, i jego muł wyglądali tak, jakby wyszli 
właśnie z wody.

Kraina była pagórkowata, sprzyjająca rozmaitym niespodziankom. Irvin zdawał sobie z 

tego sprawę; rozglądał się uważnie dokoła i objeżdżał niebezpieczne wzniesienia. Czujność 
przydała się. Dostrzegł w dali siną, bardziej siną od deszczowej mgiełki smugę wijącą się od 
ziemi  ku niebu. Co pewien  czas smuga  nikła,  aby po chwili wybuchnąć  kłębami  prawie 
czarnego dymu. Ktoś rozpalił ognisko bardzo mokrym drzewem. No bo gdzież tu znaleźć 
choćby kawałek suchego patyka?

Irvin z palcem na cynglu przebył z pół mili, aż dostrzegł wśród deszczowej szarugi 

daleki, przymglony pas wody. Wtedy dopiero zeskoczył z siodła i klucząc między pagórkami 
obserwował   coraz   wyraźniejszą   smugę   dymu.   Niemal   już   czuł   ostry   zapach   spalenizny. 
Zatrzymał się. Uwiązał muła na bardzo krótkiej lince, a sam schylony i baczny na wszystko, 
począł   posuwać   się   ostrożnie   między   nierównościami   gruntu.   Nagle   usłyszał   odgłos 
wystrzału, przytłumiony deszczową mgłą, a przecież wyraźny i bliski. Nurknął w zarośla, 
przeczołgał się poprzez gąszcz i ostrożnie wysunął głowę już po przeciwnej stronie.

Pas  zarośli kończył  się na wysokim  brzegu rzeki, nad obrywem,  za którym  bardzo 

nisko, na samym skraju rzecznego nurtu, leżał szmat piachu. Na takiej to właśnie plaży dymi-
ło ognisko, a obok — trzech ludzi. Jeden leżał nieruchomo jak pień zwalonego drzewa, z 
rękami wyrzuconymi na boki, z głową dziwnie przekrzywioną. Drugi klęczał obok, grzebiąc 
w jukach siodła. Trzeci stał ze strzelbą w ręku, z gołą głową, która świeciła jak płomień. Miał 
włosy rude, niemal czerwone.

Irvin poczuł gwałtowne bicie serca. Pojął, że nadeszła z dawna oczekiwana chwila. Ru-

dzielcem był jeden z dwu bandytów ściganych gończym listem. Ukryty w krzakach, gorącz-

background image

kowo myślał, jak ma teraz postąpić.

— No, co tam? — usłyszał głos, ten sam głos, który pytał o wodę pamiętnego wieczoru 

w Greenfield.

— Oni, oni... — szepnął do siebie. — Ale kim jest ten trzeci?
— Co tam? — powtórzył rudzielec. — Znalazłeś?
Klęczący   przy   siodle   podniósł   się.   W   ręku   trzymał   sporej   wielkości   przedmiot, 

przypominający wypchany woreczek.

— Nie odgadniesz — odparł.
— Co takiego?
— Złoto. Stary musiał trafić na żyłę.
— Mamy szczęście.
Rudy roześmiał się. W uszach Irvina ten uśmiech zabrzmiał przerażająco. Tak cieszyć 

się mogli tylko diabli w piekle.

Teraz farmer zrozumiał wszystko. Leżąca postać — to Old Gun. Ciężko ranny albo 

zabity. Jak to się stać mogło, że doświadczony westman dał się podejść bandytom? Zamiast 
zabrać im łup — sam stracił wszystko. “Oto do czego prowadzi chciwość" — szepnął w głębi 
swej   duszy   farmer.   Jednakże   próba   morderstwa   tak   jak   morderstwo   jest   przestępstwem 
zasługującym   na   najwyższą   karę,   a   Irvin   zrządzeniem   losu   stał   się   teraz   jedynym,   choć 
nieoficjalnym, przedstawicielem sprawiedliwości. Poczuł na sobie ciężar odpowiedzialności, 
a jednocześnie jakby uczucia dumy. Strach go opuścił. Musi przystąpić do akcji. Przeczekał, 
aż człowiek z woreczkiem zbliży się do człowieka o rudej głowie. Teraz miał ich obu na 
muszce.   Wolniutko   wyszedł   z   zarośli,   z   kolbą   przyłożoną   do   ramienia.   Chybić   było 
niepodobieństwem, ale nie miał zamiaru strzelać. Wykalkulował sobie, że pod groźbą lufy 
zmusi jednego z opryszków  do związania drugiego, a pierwszego sam skrępuje. Plan był 
niesłychanie prosty...

— Ej, wy tam! Ręce do góry!
Nie zawahali się ani sekundy. Może mieli doświadczenie, a może... po prostu nic do 

stracenia. Rudy okręcił się bokiem, na pół schylony.

To   trwało   mgnienie   oka.   W   tym   ruchu   musiał   wyszarpnąć   rewolwer   zza   pasa,   bo 

grzmotnął strzał, kula bzyknęła nad uchem farmera. Nim huk przebrzmiał Irvin trzykrotnie, a 
może czterokrotnie pociągnął za cyngiel. To był raczej odruch, a nie przemyślany akt woli. Po 
latach   wspominał   o   nim   Irvin,   bardziej   wstydząc   się   swego   czynu,   niż   stawiając   go   za 
przykład odwagi — Dziś postąpiłbym inaczej — stwierdzał za każdym razem.

Ale   to   “dziś"   dzielił   od   tamtego   zdarzenia   długi   okres   nabytych   doświadczeń   w 

rozmaitych nie mniej groźnych okolicznościach.

Po pierwszym  strzale  “rudy"  zachwiał  się, po drugim  — zwalił  na ziemię.  Wielki, 

lśniący colt wypadł mu z dłoni i zarył w piasku. Wówczas człowiek trzymający woreczek 
wrzasnął przeraźliwie i rzucił się w bok. Irvin zeskoczył z urwiska, ale uczynił to zbyt późno. 
Tamten już gnał przed siebie z szybkością antylopy ściganej przez pumę. Farmer — za nim. 
Ale   nogi   miał   zesztywniałe   po   całodziennej   jeździe.   Dał   się   wyprzedzić   o   kilka   jardów. 
Dostrzegł osiodłane konie. I to zadecydowało o ostatecznej przegranej. Uciekający wskoczył 
w biegu na wierzchowca i ruszył galopem. Jeszcze odwrócił się, strzelił dwukrotnie. Później i 
jeźdźca, i konia zakryły nierówności gruntu. Zawrócił. Przy ognisku spoczywały nieruchomo 
dwa ludzkie ciała. Cóż za okropny widok!

Ukląkł przy traperze, poszukał rany. Kula przebiła kapelusz i utkwiła w tyle głowy. Old 

Gun był martwy. Rudy bandyta również nie dawał znaku życia. Irvin powstał z klęczek.

Oto koniec wyprawy.  Nie przypuszczał,  że będzie tak tragiczny.  Należało zająć się 

pochówkiem.

Piasek plaży był sypki, ale czym go kopać? Farmer wdrapał się na wysoki brzeg w 

poszukiwaniu jakiegoś grubszego patyka, który mógłby zastąpić łopatę. Nie była to jednak 

background image

prosta sprawa — wszystkie gałązki krzewów uginały się pod naciskiem dłoni. Na nic.

Szukał   bezskutecznie,   wędrując   wzdłuż   zielonego   urwiska.   Nagle   zawrócił,   prawie 

pędem,   bo   przeraziła   go   nieoczekiwana   myśl,   że   podczas   jego   nieobecności   mógłby   tu 
przybyć jakiś samotny wędrowiec, albo grupa wędrowców. Mogli zabrać konie... Pod Irvinem 
nogi zadygotały. Strach przeniknął go od czubka głowy do pięt. Ale plażę ujrzał pustą i cichą. 
Siadł,  raczej  osunął  się  na zboczu   skarpy,  cały mokry  od  potu,  z trudem  łapiąc   oddech. 
Przecież   gdyby   ktokolwiek   zjawił   się   teraz,   widok   dwu   martwych   i   jednego   żywego 
świadczyłby   niechybnie   przeciw   niemu,   jako   sprawcy   zbrodni.   Czy   potrafiłby   się 
wytłumaczyć? Czy uratowałby go list gończy?

Co za szczęście, że nie ma nikogo! Szara, zamazana przestrzeń wypełniona kropelkami 

deszczu: ni ludzi, ni zwierząt. Czuł jednak, że się nie uspokoi, póki nie oczyści pobojowiska, 
póki — wreszcie stąd nie odjedzie. Ukląkł na plaży i rękami począł kopać głęboki dół. Trwało 
to bardzo długo, tym bardziej że co kilka minut przerywał robotę, wdrapywał się na wysoki 
brzeg i bacznie obserwował horyzont.

Kiedy wreszcie dopełnił smutnego obowiązku, poczuł się tak słaby, że przez dłuższy 

czas nie miał siły dźwignąć się z klęczek.

Potem znów wdrapał się na skarpę i wytężał oczy, czy w dali nie dostrzeże jeźdźca 

zdążającego ku rzece. Cóż to była za rzeka? Jeśli go zapytają, gdzie ich dopadł, cóż odpowie? 
Mimo że tyle lat przesiedział w Teksasie, nie orientował się w geografii tego stanu. Karol na 
pewno potrafiłby bezbłędnie określić nazwę tej rzeki. Irvin wiedział tylko tyle, że dużych rzek 
nie było w tych stronach wiele. Ta — kto wie? — to chyba Kolorado. Południowa Kolorado 
wpadająca   do   Zatoki   Meksykańskiej.   Zresztą,   pal   licho!   Nagle   przyszło   mu   na   myśl,   że 
uciekający bandyta  mógł  zabrać wszystkie  zrabowane pieniądze. Pognał na plażę, dopadł 
koni. Stały spokojnie, choć nie były spętane. Prawdopodobnie bandyci gotowali się do drogi, 
gdy ich zaskoczył. Założył kawałki rzemieni na przednie nogi jucznego podjezdka i drugiego, 
przeznaczonego   do   jazdy   wierzchem.   Kościstą   szkapę   starego   trapera   odnalazł   ukrytą   w 
krzakach. Nie była osiodłana, podobnie jak i luzak. Zostawił ją w spokoju i począł przeglądać 
zawartość juków. Najpierw rozwiązał tobołki. Znalazł w nich dwie pary nowiutkich butów, 
kompletny i chyba  jeszcze nie noszony strój traperski. Wyciągnął  kilka pudełek nabojów 
rewolwerowych  i ładunków  do winchestera,  dwie butelki whisky,  spory zapas  suszonego 
mięsa, sucharów i kilka puszek zmielonej kawy, sól, ba, nawet cukier! Była to istna spiżarnia. 
Ale   obfitość   zapasów   wcale   nie   poprawiła   nastroju   Irvina.   Wśród   tych   przedmiotów   nie 
znajdowało się przecież to, co mogłoby w oczach szeryfa wyglądać na dowód tożsamości 
zabitego bandyty. A więc ta cała wyprawa nie przyniesie mu żadnych korzyści...

Przerażony,   drżącymi   ze   zdenerwowania   dłońmi   począł   badać   wnętrze   drugiego   z 

juków. Odetchnął z ulgą, gdy wyciągnął pierwszy z brzegu pakuneczek, dość ciężki, owinięty 
grubym papierem, z wyglądu przypominający sporej długości kiszkę. Końcem noża rozpruł 
opakowanie. Na piach posypały się czerwonozłote krążki. Monety! Powtórnie sięgnął dłonią 
do wnętrza skórzanej torby.  Jeszcze raz i jeszcze raz. Pełna była  złota. Dlaczego rabusie 
wieźli łup w jukach luźnego konia, a nie przy sobie? Odpowiedzi na to pytanie udzieliła mu 
dokładna   rewizja   siodła   drugiego   wierzchowca.   Zostało   ono   dosłownie   nafaszerowane 
papierowymi banknotami i paroma funtami srebrnych dolarówek. Ile tego było?

Przeliczenie skarbu postanowił Irvin odłożyć na później. Szybko pochował pieniądze, 

założył   uprząż   na   luzaka   i   przywiązał   go   do   siodła   swego   muła.   Co   miał   uczynić   z 
pozostałymi   dwoma   końmi?   Dla   każdego   rolnika   koń   przedstawia   dużą   wartość,   ale 
prowadzenie   takiego   stada   czworonogów   musiałoby   znacznie   przedłużyć   powrót. 
Zdecydował się więc na zabranie tylko jednego, najlepszego wierzchowca. Za takiego uwa-
żał, wbrew zewnętrznym pozorom, klacz Guna. Niestety, próba jej osiodłania spełzła na ni-
czym. Zwierzę kładło uszy, szczerzyło zęby, wspinało się niebezpiecznie. Trzykrotnie pona-
wiał próbę i trzykrotnie musiał odstępować. To była dzika bestia.

background image

Podszedł   do   drugiego   z   wierzchowców,   rozsiodłał   go   i   mocno   klepnął   po   zadzie. 

Zwierzę wierzgnęło i ruszyło kłusem brzegiem rzeki. Teraz Irvin dosiadł muła i z luzakiem na 
lince ruszył ku zachodowi, mimo że dzień się kończył, a do zapadnięcia zmroku niewiele 
brakowało. Nie chciał nocować w tym miejscu. Jechał zresztą niezbyt długo i po kilku milach 
rozbił   obozowisko   nad   brzegiem   tej   samej   rzeki.   Rozpalając   ogień   myślał,   że   dwa 
pozostawione konie na pewno lepiej sobie dadzą radę od niego: albo przyłączą się do stadka 
mustangów,   jeśli   takie   w   tych   stronach   istnieją,   albo   same   staną   się   mustangami.   Mimo 
wszystko żałował utraconej zdobyczy,  która — jak sądził — słusznie mu się należała. W 
przeciwieństwie   do   pieniędzy.   Ciągle   jeszcze   nie   wiedział,   ile   ich   było,   nie   to   jednak 
wydawało mu się najważniejsze. Nie to. Stanowiły przecież niezbity dowód, że zwycięsko 
zetknął się z rabusiami. Gdyby nawet nie dano wiary, że zabił jednego z bandytów, na pewno 
otrzyma nagrodę za odzyskanie zrabowanych pieniędzy. Może nawet wyższą od ogłoszonej w 
liście gończym? Bardziej to Irvinowi odpowiadało. Bo chociaż działał we własnej obronie, 
niemiłą wydawała mu się nagroda za taki czyn.

Rozkulbaczył   konie,   zagotował   kawę   na   ogniu   i   pozwolił   sobie   na   sutą   wieczerzę, 

składającą się z sucharów i mięsa. Pogrążony w zadumie rozmyślał nad losem Old Guna. Już 
teraz nie żywił do niego żalu. Ale nadal nie mógł pojąć, jak to mogło się stać, że odkrywca 
złotej   żyły,   człowiek   gardzący   miejskimi   uciechami,   nagle   złakomił   się   na   zrabowane 
pieniądze. Po co mu były potrzebne? Czyżby Old Gun grał przed nim komedię? A może...

Irvina   nagle   zaskoczyła   myśl   nowa,   pozornie   nieprawdopodobna,   nie   do   wiary.   A 

przecież, przecież... możliwa. Bo jeśli Old Gun zapragnął Irvina wyręczyć? Odebrać bandy-
tom zdobycz, pojmać ich samych i przekazać farmerowi? Któż odgadnie, co zaplanował sobie 
stary traper?

Do tych myśli Irvin powracał wielokrotnie. Jednakże ani teraz, ani później, po latach, 

nie zdołał sobie wyrobić jasnego poglądu.

Całą   noc   przesiedział   czekając   z   niepokojem,   czy   drugi   bandyta   nie   powróci.   Na 

szczęście   nie   doczekał   się.   Przestępca   albo   uwiózł   z   sobą   część   łupu,   albo   nie   chciał 
ryzykować życiem. Prawdopodobnie pieniądze znalezione w jukach siodeł stanowiły jedynie 
część zrabowanej sumy. A zagarnięty woreczek ze złotem zapewne wyrównał stratę. Rano 
Irvin czym prędzej ruszył w powrotną drogę. Przypominał ją sobie dokładnie, więc mógłby 
nawet posuwać się szybko, gdyby nie juczny koń. Ale Irvin nie mógł go się pozbyć.  Po 
pierwsze dlatego, że zamierzał zwrócić muła Abrahamowi Lamb; po drugie — ponieważ 
odzyskana kwota pieniędzy nie zmieściłaby się w jukach jednego siodła bez opróżnienia ich z 
pokaźnej części zapasów żywności.

Stary trop, ciągle jeszcze widoczny, poprowadził farmera na nowo w góry. Tu ślady 

znikły zmiecione przez wiatr. Odtąd należało orientować się tylko przy pomocy krajobrazu. A 
pamięć okazywała się zawodna. Już, już Irvin sądził, że w tym właśnie miejscu poprzednio 
się   zatrzymał,   że   tą   ścieżką   jechał   —   gdy   nagle   jakiś   nieznany   szczegół   zmuszał   do 
zatrzymania się z obawy przed zbłądzeniem. Kłopoty z odnalezieniem właściwego kierunku 
mnożyły się. Wielokrotnie musiał zawracać, trafiając na wąwozy bez wyjścia lub na dolinki 
zamknięte pniami drzew powalonymi przez wichury albo lawinami kamieni.

Być może Vincent Irvin wyjechałby wreszcie z tego labiryntu szczytów i przepaści, 

nagich skał i pierwotnych borów. Być może nie wyjechałby nigdy, zmożony wysiłkiem ponad 
ludzką wytrzymałość. Ale raz jeszcze los się doń uśmiechnął. I to w najodpowiedniejszej 
chwili,   bo   po   dniu   niezwykle   wyczerpującym,   podczas   którego   aż   trzykrotnie   trafił   na 
zawalone skalnym piargiem ścieżki, zmuszające do nadkładania drogi o wiele mil, aby znowu 
trafić na plątaninę naturalnych szlaków i zastanawiać się długo, który z nich wybrać. Było to 
coś w rodzaju loterii. Każda ścieżka kryła niespodziankę.

Pechowego dnia, gdy zmrok począł okrywać ziemię, a farmer rozglądał się, gdzie by 

najlepiej rozbić biwak, ujrzał daleki blask ognia. Początkowo sądził, że padł ofiarą złudzenia. 

background image

Chyboczący płomyczek to ukazywał się, to nikł w przedwieczornej szarówce jak duch gór. 
Dopiero gdy zjechał ze ścieżki w małą dolinę, ujrzał go zupełnie wyraźnie. Każdego innego 
wieczoru Irvin — na taki widok — zawróciłby konie i czym prędzej się oddalił, pamiętając o 
jukach pełnych pieniędzy. Każdego innego wieczoru, ale nie po tak morderczej wędrówce! 
Irvin ledwo trzymał się na siodle, był ociężały, senny, zrezygnowany. Bał się, że lada chwila 
pogrąży się w niebezpiecznej drzemce. A ognisko wyglądało tak zachęcająco! Ruszył wprost 
na nie. Potem zsiadł z muła i z ręką opartą na kolbie rewolweru (zdobycznego rewolweru) 
wolno pomaszerował przed siebie aż do miejsca, w którym blask ognia padł na jego buty. 
Przy malutkim ognisku siedział jeden tylko człowiek.

— Dobry wieczór — powiedział siląc się na beztroski i rzeźwy ton głosu.
— Dobry wieczór. Siadajcie. Mnóstwo tu miejsca, a i na ząb także coś się znajdzie. 

Spóźniony   towarzysz   lepszy   od   żadnego.   Obserwowałem   was   od   dawna   i   zgadywałem: 
przyjdzie, nie przyjdzie...

Irvin bez słowa, jak automat, zdjął uprząż, złożył przy ognisku.
— Jest tu gdzie woda? — zapytał.
— Mnóstwo wody. Konie wskażą wam do niej drogę. Popatrzcie.
Farmer   odwrócił   się.   Jego   oba   wierzchowce   biegły   lekkim   truchtem   w   kierunku 

krzaków na skraju dolinki. Natychmiast pospieszył za nimi. Strumień płynął bezszelestnie 
zaraz za zieloną zagrodą. Poczekał, aż zwierzęta zaspokoją pragnienie, później kilka razy 
zanurzał głowę w nurcie. Odeszła go senność. Wstał i pognał konie z powrotem.

— Weźcie je na linki — poradził nieznajomy. — W pobliżu znalazłem ślady pumy. 

Cieszę się, że noc spędzimy razem. Sam jeden nie mógłbym oka zmrużyć.

— A wasz koń?
Nieznajomy wskazał palcem za siebie.
— Siadajcie.
Farmer osunął się na ziemię i oparł plecami o zwaloną uprząż i siodło.
— Teraz sobie podjemy — mówił nieznajomy. — Czekałem na was z pieczenią.
Wstał. Irvin spostrzegł,  że przypadkowy towarzysz  był  wyjątkowo małego  wzrostu. 

Żeby nie glos, twardy i męski, można by go wziąć za chłopca.

Przyjął płat dymiącego mięsa rozłożony na wielkim liściu. Spopielały z wierzchu, ale 

soczysty i pachnący pod skorupą spalenizny. A smak? Jakże różnił się od tej zupki na suszo-
nym mięsie, którą przez tyle dni się żywił!

— Znakomite — stwierdził nie mogąc ukryć zadowolenia.
— Wygłodnieliście?.
— Nie trafiła mi się żadna zwierzyna, a suszone mięso to niezbyt przyjemna potrawa.
— Z daleka droga prowadzi?
— Jadę do Greenfield — odparł Irvin, co nie było odpowiedzią na zadane pytanie, ale 

widać zadowoliło nieznajomego.

— Nie wiem, gdzie to jest — stwierdził. — W Teksasie?
Farmer skinął głową.
— Na wschodzie, na zachodzie?
— Na północy.
— Byliście już tam kiedy?
— Ja mieszkam w Greenfield.
— I cóż porabiacie w tym Greenfield?
— Jestem rolnikiem.
— Ho, ho! Kto by myślał? Spotkało się dwu rolników.
— Tak? — uradował się Irvin. — Gdzie macie gospodarstwo?
— Teraz to już... nigdzie. Zajmowałem się rolą do czasu, aż cisnąłem ją w diabły!
— Susza? — zagadnął Irvin mając na myśli przyczynę swych nieszczęść.

background image

— Jaka tam susza! Wody miałem cały czas pod dostatkiem. Co innego mnie wygnało. 

Ech, farma była zupełnie dobra. W Albercie. W Kanadzie — dodał. — Ziemia jak złoto, 
pszeniczna. I gdyby nie tamta piekielna pogoda...

— Deszcze?
— Nie deszcze. Ani deszcze, ani susza. Coś znacznie gorszego.
— Nie ma nic gorszego od suszy — stwierdził Irvin z całą powagą.
— Jest, jest.
Zamilkł i zajął się gorliwie ogrzaniem wielkiej kości obrośniętej mięsem.
— To kozica  — wyjaśnił.  — Wolę  antylopy,  ale ich  ostatnio  w  tych  stronach  nie 

spotkałem. Chyba z powodu tej pumy. Włóczy się za mną bestia od trzech dni. Jak się nie 
odczepi, wezmę pukawkę i zrobię porządek.

— Więc co to było w Albercie? — nawiązał Irvin do przerwanej rozmowy.
— W Albercie... W tych stronach nikt mi nie wierzy. I wy nie uwierzycie. Ale powiem. 

Tam   jest   taki   dziwny   klimat.   Niczego,   człowieku,   nie   potrafisz   przewidzieć.   Same 
niespodzianki, co jedna to gorsza.

Przerwał. Irvin cierpliwie czekał, aż skończy ogryzać  kość i rzuci ją w sam środek 

żarzących się głowni, z których natychmiast wystrzelił czerwony język ognia.

— Wyobraź sobie, towarzyszu, że siejesz pszenicę. Gdzieś w kwietniu. Ciepło, ziemia 

w sam raz, deszcz pokropi, słonko przygrzeje. I ani się spostrzeżesz, a tu zieleni się dokoła 
twoja rola. Zmordowałeś się, bo zmordowałeś, ale teraz możesz czekać spokojnie do żniw. 
Zbierzesz   ziarno,   pojedziesz   do   miasta   i   wypchasz   pieniędzmi   wszystkie   kieszenie.   Tak 
właśnie wtedy myślałem. Nadszedł czerwiec. Widzę, łodygi wysokie na pięć stóp, a na nich 
kłosy na pięć cali długie Zacieram ręce. Jeszcze miesiąc, półtora i zacznę sypać ziarno do 
worków. Każdego ranka gnałem na swoje pole, żeby popatrzeć, jak zboże rośnie a rośnie. 
Moje   zboże!  A   któregoś  ranka,   z  różowym   świtem,  co   pogodę  zapowiada,   wybiegłem  z 
chałupy i nogi mi wrosły w ziemię. Czy to sen? Oczy przecieram, ale nic się dokoła nie 
zmienia. Cóż to za diabelskie figle? Przez cale moje złote pole przeszedł jak gdyby ciężki wa-
lec, jakim ubijają kamienie na drogach. Co za dziw? Na prawo i na lewo równą linią stoją kło-
sy, jak wojsko na paradzie. A środek, szeroko na trzy jardy, zboże leży. Zdeptane, wbite w 
ziemię. splątane łodygi. Zacząłem je podnosić. Na nic. Tylko poczułem pod palcami jakby 
szron.  Skąd  szron  w   lipcu?   Nie  mogłem  zrozumieć.  Dopiero:   później   mi   wytłumaczono. 
Gdzieś od północy, w samym środku upalnego lata, przyleci taki piekielnie zimny wiatr i 
zwarzy na swej drodze wszystko, co napotka. Zwarzy, połamie, wdepcze w grunt i pogna 
dalej.

— Dziwne — mruknął Irvin nie wiedząc, czy opowiadanie uznać za żart.
— Piekielny klimat — mówił dalej nieznajomy. — Nadal nie pojmuję, jak to się dzieje, 

że ten mroźny wiatr dmie jakby przez tunel. W środku takiego tunelu kilkadziesiąt stopni 
mrozu, po bokach kilkadziesiąt ciepła.

— Ale całej pszenicy nie wymroził przecież — wtrącił się Irvin.
— Tym razem. Bo w tydzień później nadleciał innym szlakiem i położył drugą partię 

zboża.   Z   ocalałej   resztki   zebrałem   mniej   niż   zasiałem.   W   roku   następnym   wszystko 
powtórzyło  się bardzo dokładnie. Machnąłem ręką na gospodarkę i uciekłem.  Prawdziwy 
rolnik długo tam nie wytrzyma. Bo na przykład... Na przykład jest zima siarczysta i palisz w 
piecu. Kładziesz się spać i nakrywasz kożuchem na dodatek. Jest luty, sam środek tamtejszej 
zimy. Mróz. Budzisz się nad ranem. Duszno i gorąco, cały jesteś oblany potem. Ani chybi 
choroba. Więc nakrywasz się jeszcze szczelniej, żeby wypocić z siebie gorączkę, i pocisz się 
jeszcze bardziej aż do samego świtu. Wreszcie wychodzisz na dwór. I co widzisz?

Kiedy kładłeś się spać, twoją chatę otaczała bezkresna płaszczyzna śniegu, wysokiego 

na chłopa. A teraz? Myślisz, żeś znalazł się na wyspie. Dokoła woda, prawie sama woda. 
Płyną strumienie i rzeki pochyłościami gruntu. A w zagłębieniach jeziorka, stawy, jeziora. 

background image

Błoto się lepi do butów, a w twarz dmie gorący wiatr. Wydaje ci się, żeś przespał zimę. 
Zrzucasz z siebie jeden przyodziewek po drugim, aż zostajesz w samej koszuli. I już wiesz, że 
w nocy wcale nie chorowałeś, że to po prostu chinook, o którym ci kiedyś ktoś mówił. Ale 
albo zapomniałeś, albo nie wierzyłeś.

— Co to jest: chinook? — zagadnął Irvin.
— Wiatr, który w samym środku zimy potrafi dmuchnąć warem. Zrywa się od zachodu, 

od Gór Skalistych. W ciągu godziny może podnieść temperaturę o dziewięćdziesiąt stopni *. 
Takie są tamte strony. Dlatego przeniosłem się gdzie indziej.

— Aż tu?
— O, nie! Po drodze zawadziłem o kilka innych miejscowości...
Rozgadał się na dobre. A Irvin uznał, że będzie  najlepiej  przeciągnąć  rozmowę  do 

świtu, bo bał się zasnąć z powodu swych “skarbów".

Nieznajomy przerwał na chwilkę, wydobył fajkę.
— Palicie?
Na   przeczącą   odpowiedź   schylił   się   nad   ogniem,   wygrzebał   czerwony   węgielek   i 

palcami położył go na główce fajki. Zaciągnął się i wypuścił kłąb dymu.

— Różnie się bywało i w różnych stronach — nawiązał do przerwanej opowieści. — 

Opowiadano mi o złocie. Trochę było w tym łgarstwa, ale i nieco prawdy. Słyszałem o takim, 
który w Brytyjskiej Kolumbii * znalazł nugget * wagi 60 funtów*. Tkwił w szczelinie skal-
nej. A inny znowu farmer, jadąc wozem w prowincji Victoria, wjechał na głaz sterczący z 
ziemi. Zatrzymał konie, żeby obejrzeć, czy nie uszkodził koła. I wówczas zwrócił uwagę na 
dziwnego   koloru   rysę,   jaką   koło   wyżłobiło   w   kamieniu.   Spróbował   kamień   wydobyć. 
Machnął łopatą raz, drugi i zrobił dwie dodatkowe rysy, żółtej barwy. To był dziwnie miękki 
kamień.   Wykopał   go.   Zawiózł   do   domu.   No   i   co   powiecie?   Bryła   złota   ważąca   ponad 
dwieście   funtów!   Nasłuchałem   się   takich   historyjek,   a   nasłuchałem.   I   postanowiłem   sam 
poszukać szczęścia. Ale nie w Kanadzie. Zbrzydła mi do cna. Zasłyszałem, że w Kalifornii 
odkryto   w   kilku   miejscach   złotonośne   żyły.   Postanowiłem   tam   się   wybrać,   ale   że   z 
pieniędzmi było krucho, powędrowałem najpierw na północ. Zimą. Wróciłem z tobołem skó-
rek, a było wśród nich kilka srebrnych lisów. Za jedną taką skórkę płacono wówczas w mie-
ście 50 dolarów. Dopiero nakupiłem żywności, broń, konia jak się patrzy, siekierę, patelnię i 
tak obładowany ruszyłem na południe. Trochę prerią, trochę górami. Namęczył się wtedy 
człowiek i nagłowił nieraz.

Westchnął. Kawałkiem patyka począł czyścić fajkę.
— No i co? Znaleźliście złoto?
— Znalazłem i nie znalazłem. Długa to historia.
Irvin spojrzał w niebo. Świeciły gwiazdy, jedna przy drugiej. Nocna cisza rozpostarła 

się dokoła.

— Opowiedzcie — poprosił, ciągle myśląc o swym “skarbie" i o tym, aby nie zasnąć.
— Niech tam! Opowiem. Ta włóczęga tylko na dobre mi wyszła. Każda włóczęga napę-

dza człowiekowi rozumu. Jak sobie dłużej pojeździ, zaraz innymi oczami spogląda na świat. 
Spróbujcie kiedy.

— Nie, nie! — zaprotestował Irvin. — Nie mam zamiaru nigdzie więcej jeździć, chyba 

do stacji kolejowej, żeby zboże dostawiać.

— No to po co wybraliście się na te pustkowia? — zagadnął znienacka.
Irvin na chwilę zapomniał języka w ustach. Coś jednak należało powiedzieć. Więc za-

czął od suszy, jaka gnębiła Greenfield, i znalazł wdzięcznego słuchacza, który zrozumiał go i 

* Mowa o skali termometru Fahrenheita. 
* Brytyjska Kolumbia — prowincja Kanady. 
* Nugget — bryłka rodzimego złota.
* Funt angielski równa się 0,453 kg.

background image

współczuł.

— Wybrałem się na polowanie, żeby trochę mięsa przywieźć do domu — zakończył 

niezręcznie.

— I niczego nie upolowaliście.
— Niewiele. Ledwie samemu starczyło.
— Hm, to ta wasza osada gdzieś niedaleko musi leżeć, co?
Irvin zląkł się. Jeśli tamten zacznie go wypytywać, zapłacze się w kłamstwach albo 

wygada.   Aż   się   spocił   z   przejęcia.   Na   szczęście   nieoczekiwane   wydarzenie   przerwało 
rozmowę. Nieznajomy szybko dorzucił drzewa do ogniska, buchnął wysoki płomień.

— Słyszeliście? — zapytał półgłosem.
— Nie.
— Koń parsknął. Ta puma znowu się tu włóczy. Chodźmy — powiedział sięgając po 

fuzję. — Dobrze strzelacie?

Irvin przyznał, że nie jest mistrzem w tej sztuce.
— Wobec tego nie możemy się rozdzielać.
Poszli w czarniejszy od nocy gąszcz krzaków. W ciszy stuknęły kopyta.
— Tam stoi mój koń. Idziemy dalej. 
Poczęli pomykać między zwartą ścianą zarośli a górskim zboczem.
— Ona gdzieś tu krąży — zauważył szeptem mały traper. — Nie róbcie tyle hałasu! — 

syknął, gdy Irvin nieopatrznie nastąpił na suchą gałąź.

— Widzę ją. Kładź się i nie strzelaj.
Irvin ukląkł za niewielkim wzniesieniem gruntu. Wytrzeszczył oczy, ale niczego nie 

dojrzał. Mały traper rozciągnął się obok, ze strzelbą przyłożoną do ramienia. Nadal trwała 
cisza, tylko wiatr szeleścił w liściach. Na koniec ten sam wiatr przyniósł na swych skrzydłach 
woń ostrą, cuch zwierzęcy. Dopiero teraz farmer spostrzegł cień kroczący to tu, to tam. Teraz 
— z lewej — parsknęły konie. Po chwili — niby odzew — nadpłynęło z mroku krótkie, 
przytłumione warknięcie.

Irvinowi   mocniej   zabiło   serce.   Cień   ogromniał.   Wiatr   dął   od   strony   zwierzęcia   i 

drapieżnik nie wyczuł obecności ludzi. Zbliżał się. Szedł w stronę koni zwrócony bokiem do 
myśliwych. Pochylony ku ziemi łeb, nabrzmiały kark, przygięte łapy.

— Teraz — szepnął traper.
Irvin zobaczył błysk, cienkie pasemko ognia, a zaraz po nim głos strzału, przypominają-

cy pęknięcie uschłego konaru! Raczej trzask niż huk. Przycisnął kolbę do ramienia, nacisnął 
cyngiel.

Raz, drugi, trzeci... Czternastostrzałowy winchester stwarzał ogromne możliwości! Po 

pierwszym strzale puma ryknęła ochrypłym basem, podskoczyła i runęła drapiąc pazurami 
ziemię. Po czwartym — znieruchomiała.

— Dosyć — zakomenderował mały traper. Zerwał się i z bronią skierowaną w stronę 

zwierzęcia wolno, wolniutko ruszył ku bezkształtnej, szarej masie. Irvin stąpał tuż za nim.

— Martwa jak głaz — stwierdził traper trącając lufą nieruchomy łeb. — Jeśli jej nie 

położyłem na miejscu, to wy dostatecznie naszpikowaliście ją kulami. Futro podziurawione 
pewnie jak sito, ale i tak o tej porze mało warte. Chyba że chcecie je zabrać...

Irvin odmówił. Wrócili do ogniska. Traper dorzucił kilka patyków.
— Trzeba się nieco przedrzemać — stwierdził, po czym  owinął się kocem i legł z 

nogami zwróconymi ku ognisku. — A wam radzę to samo — dodał. — Nic nas już nie będzie 
niepokoić, do ranka niedaleko. Patrzcie, gwiazdy gasną.

Ziewnął i odwrócił się bokiem.
— A jak było z tym złotem? — zapytał Irvin.
— Nie teraz. Jutro.
Ale farmer nigdy nie dowiedział się o eksplorerskich wysiłkach nieznajomego. Zapew-

background image

ne nie dały nadzwyczajnych rezultatów, jeśli ten dziwny rolnik nadal włóczył się po bezdro-
żach gór Sacramento szukając... właściwie nie wiadomo czego.

Irvin siadł w bliskości dogasającego ogniska, oparł się plecami o siodła. Myślał, myślał, 

aż mu się myśli zmieszały i... zasnął.

Napad

Siwy   wieczór   opadał   na   ziemię   po   dniu   gorącym   jak   wnętrze   piekarskiego   pieca. 

Rozżarzone powietrze drgało.

Irvin wracał w rodzinne strony. Coraz lepiej rozpoznawał krajobraz. Wiedział, że za go-

dzinę, dwie, nim noc rozjaśni niebo gwiazdami, ujrzy pierwsze zabudowanie Greenfield.

Wbrew złowróżbnym prognozom Karola Gordona, Abrahama Lamba i — na koniec — 

Old Guna wracał osiągnąwszy cel. Bo chociaż nie wiózł żadnego ze sprawców napadu na 
pocztę, to przecież w jukach koni spoczywała poważna suma odzyskanych pieniędzy. Jechał i 
dumał nad tym, jak go przyjmą w rodzinnej osadzie. Jechał i układał w myślach plan działa-
nia   na   przyszłość:   Becky   umieści   w   szpitalu,   Clema   zatrzyma   przy   sobie,   spłaci   długi... 
Gdyby katastrofalna susza trwać miała nadal, opuści niegościnną ziemię. Może Karol również 
da się namówić? Spłaci także długi zaciągnięte u Bryana przez Karola. Będą obaj mogli w 
biały dzień, nie chyłkiem i nocą, opuścić Greenfield. Odtąd wszystko się zmieni — przeko-
nywał sam siebie. Na zachodzie leżą jeszcze odłogiem dziewicze grunta. Łatwo wybrać teren 
pod zagospodarowanie. Najlepiej w pobliżu większej rzeki, która nigdy nie wysycha, i w 
niedużej odległości od kolejowej linii. Tam, gdzie klimat mniej ostry, a niebo łaskawsze dla 
rolnika. Marzył o złocistych łanach pszenicy, o worach ziarna, o stadzie krów pasących się 
wśród bujnej zieleni łąk. Do licha z Greenfield! Odżałuje tę ziemię. Zostawi ją, bo nie łudził 
się, że komukolwiek mógłby sprzedać. Nie znajdzie amatora ani na stwardniały jak kamień 
ugór, ani na budynki. Spośród mieszkańców Greenfield nikt się na to nie połasi.

Tak przedstawiał się życiowy plan Irvina. Układał go podczas ostatnich dni podróży, 

nadal pełnych niespodzianek.

Mały traper obiecał wyprowadzić Irvina z plątaniny ścieżek gór Sacramento. Nęcąca 

propozycja! Ale Irvin nie mógł na nią przystać, chyba że droga miałaby prowadzić obok 
chatki Abrahama Lamba. Musiał przecież zwrócić pożyczonego muła. Dlatego na propozycję 
odpowiedział odmownie, nie kryjąc zresztą przyczyny tej odmowy.

— Abraham Lamb! — wykrzyknął mały traper. — Przecież go znam. Polowaliśmy 

razem,  a któregoś roku spędziłem  z nim calusieńką  zimę.  Moja najbezpieczniejsza  droga 
właśnie niedaleko jego chałupy wiedzie.

I tak oto Irvin doprowadzony został do celu drogą najkrótszą. Lamb, gdy go ujrzał, 

tylko pokiwał głową.

— Widzę, że się udało — powiedział. — Konik wcale niezły. A co z resztą?
Irvin zerknął nieznacznie na swego towarzysza.
— Nie chcesz, nie mów, ale nim się nie krępuj.
Ręczę jak za siebie.
— Tyle wam zawdzięczam... — zaczął farmer. Lamb machnął ręką:
— Bez takich wstępów. Rozkulbaczcie konie. Pogadamy później. Cóż tam u ciebie sły-

chać, stary włóczęgo? — zwrócił się do towarzysza Irvina.

Objęli   się   ramionami   i   weszli   do   chatki.   Tę   chwilę   samotności   farmer   postanowił 

wykorzystać. Zdjął uprząż z muła, zdjął siodło ze zdobycznego konia. Rozłożył na trawie je-

background image

dno   obok   drugiego   i   począł   przekładać   pieniądze   do   swoich   juków.   Należy   pozbyć   się 
zbędnych drobiazgów, a nawet części żywności. Ale decyzja, co należało wyrzucić, by cały 
skarb zmieścić w jednym siodle, nie była wcale łatwa. Aż spocił się z wysiłku. Klęczał nad 
swym dobytkiem, ocierając wilgotne czoło i zastanawiając się, jak rozwiązać skomplikowany 
problem, gdy Abraham Lamb z towarzyszem stanęli nad nim.

— U licha! Co za fura pieniędzy? Żebym wiedział, jakiego milionera prowadzę...
— To co? — zaśmiał się Lamb.
— Policzyłbym sobie za każdy dzień drogi. Sądzę jednak, że teraz milioner okaże się 

hojny dla biednego przewodnika.

Irvin podniósł się z klęczek.
— Mylisz  się, Little.  To nie są jego pieniądze. Nic ci się nie należy poza dobrym 

wspomnieniem. Wierz mi, Little*.

Jakże to nazwisko — może przezwisko — pasowało do “małego". 
Irvin odetchnął z ulgą i rzekł do Lamba:
— Dziękuję.
— Można zdradzić tajemnicę, Irvin? Należy mu się chyba wyjaśnienie.
Farmer kiwnął głową. Przysiedli na trawie, a Vincent zajął się na nowo pakowaniem 

swego dobytku. Rozkładał i układał, wyjmował i dopasowywał, nie bardzo zwracając uwagę 
na to, co Lamb opowiada. Na koniec rozłożył ręce w bezradnym geście:

— Nie dam rady — poskarżył się głośno. Rozmowa została przerwana.
— Dostaniesz worek, Irvin — odezwał się Lamb. — Piękny worek z koźlej skóry. 

Jeden warunek: powiesz, jak zakończyła się twoja wyprawa.

Spełnił żądanie. O świcie obaj odprowadzili go jeszcze szmat drogi, a przed samym 

rozstaniem Lamb zapowiedział surowym głosem:

— Pamiętaj, Irvin! Gdybyś jeszcze kiedy zawitał w te strony...
— Będę pamiętał! — odkrzyknął i ruszył galopem, dokładnie poinformowany, którędy 

ma jechać, by ominąć  Llano Estacado.

I oto teraz nadchodził kres wędrówki. Zakurzona droga, zakurzone pola, skwar wiszący 

nad ziemią i posępny, czerwonoszary krajobraz. Teraz to wszystko wydawało mu się rajskim 
widokiem. Becky, Ciem, Karol, Abel Meredith, szeryf Fawkes, Robert Dreer, Fulk Bryan — 
ileż czasu ich nie widział? Dopieroż to zaczną wypytywać! Klepać po plecach, ściskać dłonie 
i szczycić się, że w Greenfield znalazł się taki śmiałek. A przecież nigdy nie dokonałby przed-
sięwzięcia, 

gdyby nie Lamb, który mu nie ocalił życie; gdyby nie Old Gun, który wybawił od 

niewoli,  a może  nawet... śmierci.  Dziwny Old Gun, pochowany na przybrzeżnym  piasku 
Kolorado. Czemu ruszył za bandytami?

Dwu ludzi tak bardzo mu pomogło, ale przecież on sam w tej zwariowanej wyprawie 

odegrał główną i decydującą rolę. Miał prawo być dumny!

Ukazała   się   czarna   linia   zabudowań,   a   na   skraju   tej   linii   —   jego   własna   zagroda. 

Popędził   konia.   Na   drodze   nie   spotkał   nikogo.   Osadził   wierzchowca   tuż   przed   studnią. 
Zeskoczył z siodła. Cóż tu tak cicho? Podszedł do drzwi. Żelazna kłódka wisiała na skoblu. 
Zajrzał przez okno: pusto.

“Chyba przenieśli się do Karola" — pomyślał, ale równocześnie niepokój ścisnął mu 

serce.

Ujął konia za uzdę i prawie biegnąc dotarł do sąsiedniej zagrody. Wtedy usłyszał znajo-

my głos:

— Pan Irvin przyjechał!
To Robert. Biegł w jego stronę.

* Little (ang.) — mały.

background image

— Myśleliśmy, że pan już nigdy nie wróci. Wszyscy się niepokoili, a najbardziej mój 

boss...

— Przecież wróciłem — zdobył się na uśmiech, bo niepokój rósł w nim z każdą chwilą. 

— Gdzie moja żona?

Robert otworzył usta i zamknął je.
— Gdzie Clem? Odpowiadaj! — zdenerwował się Irvin.
— To już mój boss panu powie.
— Karol! Gdzie on?
Irvin ciągle jeszcze nie mógł nic zrozumieć. Czemuż to dopiero Karol miał go poinfor-

mować o losach rodziny?

A wtedy otworzyły się drzwi domostwa Gordona:
— Vincent! Jakże się cieszę! Witaj, stary druhu.
Ale głos Karola nie zabrzmiał radośnie...

Piszę o tym,  jak już poprzednio wspomniałem,  po latach,  po wielu latach,  które w 

pamięci  uczestników, aktorów  wydarzeń,  przytępiły ostrość odczucia.  Wiedziałem  o tym, 
jednak nie starczyło mi odwagi pytać Irvina o tamten wieczór. Opowiedział mi o wszystkim 
Karol Gordon.

— Nie było sensu niczego dłużej ukrywać — mówił wracając do starych wspomnień. 

—   Niepełne   informacje   mogłyby   być   jeszcze   boleśniejsze.   Ech,   Becky   Irvin   do   końca 
wierzyła, że jej mąż udał się tylko na polowanie i że wkrótce wróci. Dziwiła się, że mu nie 
towarzyszyłem.  Odparłem,  że polowanie może  potrwać kilka, nawet kilkanaście dni, a ja 
zostałem właśnie na prośbę Vincenta, aby jej służyć pomocą. Po pewnym czasie poczęła się 
niepokoić.   Uspokajałem,   jak   mogłem,   bagatelizując   niebezpieczeństwa   wyprawy,   chociaż 
sam   pełen   byłem   najgorszych   myśli.   W   drugim   tygodniu   nieobecności   Vincenta   Becky 
poważnie się rozchorowała. Nie wstawała już z łóżka, chwilami traciła przytomność i po-
czynała majaczyć. Posadziłem przy niej Roberta, a sam poleciałem do Abla Mereditha po 
pomoc. Ten stary miał najtęższą głowę w naszej osadzie. Przejął się moją informacją i w mig 
zorganizował kobiece dyżury przy chorej. Ale nie mogły one zastąpić leczenia. Od dawna 
wiedziałem, że Becky Irvin cierpiała na płuca i że upały Greenfield nie służyły jej zdrowiu. A 
przecież brak pieniędzy nie pozwalał na wypełnienie poleceń lekarza.

Sądzę, że Abel Meredith odczuwał wyrzuty sumienia. I ja też nie czułem się najlepiej, 

chociaż nieco tłumaczyła  mnie przeklęta piaskowa burza. Gdyby nie ona — ściągnąłbym 
Vincenta   z   powrotem   do   Greenfield.   Czy   jednak   ten   fakt   przywróciłby   zdrowie   Becky? 
Przecież  nie! Tylko  zmalałaby moja odpowiedzialność.  Tak sobie wówczas  rozmyślałem, 
chociaż  dziś rozumiem, że nie miało  to żadnego sensu. Katastrofa nastąpiła szybciej, niż 
można było przypuszczać. Czwartego dnia choroby Becky Irvin dostała krwotoku i zmarła. 
Myślałem, że ziemia rozstąpiła się pode mną. Tak oto zaopiekowałem się żoną przyjaciela! 
Okropny to, zaiste, dramat, gdy z braku pieniędzy człowiek traci życie.

Pochowaliśmy Becky Irvin zaraz za granicami  Greenfield,  w samotnej mogiłce. Na 

pogrzeb stawili się wszyscy. Takiej solidarności w żałobie i współczuciu nie wykazali rolnicy 
Greenfield już nigdy później...

Małego   Clema   przyjęła   do   siebie   rodzina   Abla   Mereditha.   Chłopcu   potrzebna   była 

przecież kobieca ręka.

Nie   zdążyliśmy   jeszcze   oprzytomnieć   po   tamtej   katastrofie,   gdy   rozeszła   się   nowa 

wieść: Clem zachorował. Dziecko bardzo tęskniło za matką, cały dzień ponure i ciche, kryją-
ce się po kątach. Straciło dawne rumieńce, a wreszcie tak osłabło, że trzeba je było nosić. 
Gromada kobiet rodziny Mereditha debatowała, jakie by tu zastosować lekarstwo. Obmyślano 
najrozmaitsze   wywary   z   najrozmaitszych   ziół,   stosowane   jakoby   od   setek   lat   i   zawsze 

background image

niezawodne w skutkach. Ale gdzie znaleźć zioła na spalonej ziemi?

Wraz z Ablem Meredithem i szeryfem Fawkesem udałem się do Fulk Bryana mole-

stować go o pieniężną pożyczką. To był porządny człowiek. Miał prawo wyrzucić nas za 
drzwi, a przecież pożyczył!  Pognałem na stację, złapałem pociąg i pojechałem znowu do 
Amarillo. Zmitrężyłem tam dwa dni i dwie noce, czekając na lekarza, który został wezwany 
na jakąś odległą farmę. Wróciłem z nim dnia trzeciego. Za późno. Clem zmarł. Dziś mówię o 
tym spokojnie, ale wówczas... Nie, nie będę tego wspominał. Kobiety Meredithów chodziły z 
zapłakanymi oczyma, Abel zaś — głowa rodziny — chociaż to człek twardy i niejedno w 
swym długim życiu widział, łaził ponury jak noc i milczący jak głaz. Tak go wzięło!

W kilka dni później zjawił się Vincent.
Pamiętam,   gdy   mnie   wysłuchał,   jego   twarz,   pobladłą   nagle,   zszarzałą,   w   jednym 

momencie postarzałą o lata całe. Cichym głosem zapytał tylko, gdzie są groby, i zaraz poszedł 
na ten maleńki cmentarzyk. Zostawiłem go samego. Uznałem, że tak będzie lepiej. Pamię-
tam... razem z Robertem zajęliśmy się koniem Vincenta. Oczyścili, napoili i zaprowadzili do 
stajni.   Konik   prezentował   się   wcale   nieźle,   był   tylko   mocno   zmordowany   i   chudy.   Nie 
wiedziałem jeszcze, skąd Irvin go wziął i co zrobił ze swoją Betsy.

Wkrótce Abel Meredith przywlókł się do mej chałupy.
— Irvin wrócił? Jak mu się udało? 
Wzruszyłem ramionami.
— Tyle wiem co i wy, ojcze. Zgubił gdzieś swą klacz, a przyprowadził karego konika. 

Poza tym nosi przy pasie colta.

— Nie pytałeś, gdzie go zdobył?
— Jeszcze na to nie pora.
— Słusznie. Jakby wydarzyło się coś nowego, daj mi znać.
I odszedł.
Siodło Irvina jeszcze leżało na progu. Podniosłem, aby przenieść do izby. Wydało mi 

się  niezwykle   ciężkie.   Kiedy  cisnąłem   je  na ławę  —  zadźwięczało   metalicznie.   Coś  tam 
Vincent naładował, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, by zajrzeć do juków. Pomacałem 
tylko pękaty woreczek z koźlej skóry, przymocowany rzemieniami w tyle siodła. Był twardy 
jak   żelazo.   Czyżby   natrafił   na   złotą   żyłę?   Eee,   gdzie   tam,   Vincent   nie   był   przecież 
eksplorerem i nic się nie znał na skarbach ziemi. Należało uzbroić się w cierpliwość.

Aż dziwne, że w mej pamięci utrwaliło się tyle szczegółów z tamtego dnia. Pamiętam, 

że razem z Robertem zajęliśmy się pitraszeniem obiadu. Kiepskiego. Na dobry nie było nas 
stać. Co tu dużo gadać! Cała ludność Greenfield po prostu dziadowała.

Irvin zjawił się dopiero o zmierzchu, ponury jak gradowa chmura. Siadł za stołem i 

razem   spożyliśmy   nasz   jałowy   posiłek.   W   całkowitym   milczeniu.   Dopiero   gdy   Robert 
sprzątnął miski, Vincent powiedział:

— Muszę iść do szeryfa. Pójdziesz ze mną?
— Oczywiście.
— Hm... gdyby tak szeryf zechciał przyjść do nas, byłoby jeszcze lepiej. Może spróbu-

jesz go namówić.

Odparłem, że zaraz pójdę do Fawkesa i poproszę go tutaj. Wówczas sądziłem, że Irvin 

po   prostu   nie   chce   pokazywać   się   ludziom,   lękając   się   może   ich   współczucia.   Jednakże 
wkrótce okazało się, że przyczyna była inna.

Lucas Fawkes ze swą gwiazdą szeryfoską i dyndającym u pasa coltem niezbyt pewnie 

wkroczył   do   domostwa   Gordona.   W   swym   niezdecydowaniu   wybrał   formę   powitania   w 
danym wypadku najlepszą z najlepszych, uścisnął przybyłemu dłoń i dodał:

— Jesteśmy wszyscy z tobą, Vincent...
Później siadł ciężko za stołem, nie bardzo wiedząc, po co go wezwano. Wówczas Irvin 

przeniósł siodło z ławy na stół.

background image

— Karolu — poprosił — niech Robert popilnuje drzwi i nikogo nie wpuszcza. Albo... 

niech nas zamknie od zewnątrz.

Zdziwili się obaj.
— O co chodzi? — spytał Fawkes. — Jakaś tajemnica?
Irvin skinął głową.
— Musimy pewną sprawę załatwić bez świadków. Dlatego was tu poprosiłem, szeryfie.
Robert wytrzeszczył oczy:
— Co to ma znaczyć, boss?
— Sam nie wiem — mruknął Gordon. — Załóż kłódkę na skobel i w razie czego mów, 

żeśmy wyszli.

Kiedy z łoskotem zatrzaśnięto drzwi, Irvin odwiązał koźli woreczek od siodła, rozsupłał 

rzemyki  i począł wykładać na stół szare ruloniki papieru. Z jednego, na pół przedartego, 
wysypały się na deski złote monety. Fawkes i Gordon aż podnieśli się z ławy.

— Znalazłeś skarb... — stwierdził przejętym głosem szeryf.
— Żaden skarb — zaprotestował właściciel. — To są pieniądze zrabowane na poczcie. 

Ile ich? Nie wtem. Nie miałem okazji przeliczyć.

— Ale... ale jakim sposobem... — Fawkes nie mógł opanować zdziwienia.
— Później opowiem. Teraz musimy sprawdzić, ile tego jest.
Opróżniwszy woreczek, otworzył z kolei skórzane klapy juków. Stół pokryły równym 

rzędem   poukładane   paczki   banknotów   oraz   stos   srebrnych   dolarowych   monet.   Gordon 
obserwował w milczeniu ruchy przyjaciela. Przez cały czas nie otworzył ust. Gdybyż ta góra 
pieniędzy znalazła się na tym samym stole przed kilku tygodniami!

— Liczmy — zarządził Irvin.
Zabrali się do tej żmudnej roboty, lecz ukończyli ją szybciej, niż ktokolwiek mógłby 

przypuszczać. Okazało się bowiem, że rulony zawierały po jednakowej liczbie monet każdy, a 
paczki banknotów również były jednakowe. Więcej roboty przysporzyło segregowanie monet 
srebrnych. Po dwukrotnym sprawdzeniu rachunku okazało się, że w sumie Irvin przywiózł 
dziewiętnaście tysięcy pięćset dolarów, a więc prawie połowę zrabowanych pieniędzy.

— Schowaj to, Karolu. Potem szeryf zadecyduje, co dalej robić.
— Chyba odtąd nie będę mógł opuścić domu na krok. To niebezpiecznie duża suma, jak 

na Greenfield. W jaki sposób to zdobyłeś?

— Sprzątnij wszystko, a później niech nas Robert odrygluje.
Gdy żądania zostały spełnione, Irvin dokładnie streścił historię swej wędrówki. Słuchali 

nie przerywając. Milczeli, nawet gdy skończył opowiadać. Tak nieprawdopodobnie zabrzmia-
ły w  ich  uszach  dzieje  samotnej   wyprawy.   Skromny  farmer   urastał  do  postaci  dzielnego 
westmana. Ale przecież wiadomo, że Vincent Irvin nie kłamał ani nawet nigdy nie koloryzo-
wał. Nie był blagierem. Więc co opowiedział, musiało być prawdą.

— Pamiętam — kończył opowieść — jeszcze ten wiersz:

Gdzie wiatr, gdzie wiatr wiosenny dmie 
I wali kamienie w żlebach. 
Tam noc, tam noc, gdy cicho śpię, 
Rozpala gwiazdy nieba.

— Zmęczony jestem — dodał przygaszonym głosem. — Zabiłem człowieka. Zapewne 

przeze mnie zginął Old Gun. I wszystko na nic...

Opadł na ławę, zgarbił się, zwiesił głowę na piersi.
—   Vincent   —   odezwał   się   szeryf   —   człowieku,   wiesz,   czegoś   dokonał?   Tego   nie 

powstydziłby się najbardziej doświadczony tropiciel śladów! To ty powinieneś być szeryfem 
w Greenfield, nie ja!

background image

— Dajcie spokój — szepnął farmer. — Nie chcę być  ani szeryfem, ani tropicielem 

śladów. Moja robota nikomu nie przyniosła szczęścia. Bodaj bym nigdy nie ruszał w drogę. 
Miałeś rację, Karolu... Wszystko na nic, ale nagrodę muszę otrzymać. Nie dla siebie. Co mi 
tam teraz po pieniądzach... Trzeba Bryanowi zwrócić swoje i wasze pożyczki...

Przerwał i znowu popadł w zadumę.
— Lękam się — zaczął niepewnie szeryf — czy tam w Lubbock nie zażądają stwierdze-

nia tożsamości.

— Jakże to! — oburzył się Karol. — Czy miał wieźć ze sobą trupa?
— Oczywiście, że nie — zaprzeczył skwapliwie Fawkes — i nie to miałem na myśli. 

Inaczej nie sposób było postąpić, ale w Lubbock mają tępe głowy. Mogą zażądać okazania 
zwłok, albo innych dowodów, że zabity był właśnie poszukiwanym listami gończymi prze-
stępcą. A tego przecież Vincent nie ma. Słyszysz, Vincent? Obudź się!

Irvin spojrzał niewidzącymi oczyma na szeryfa:
— To wszystko doprawdy nie miało sensu — stwierdził jakimś drewnianym głosem.
— Nie, nie, Vincent. Nie masz racji. Opanuj się, chłopie. Działałeś za moją zgodą, nie-

jako z mego polecenia, i moja w tym głowa, aby nie stała ci się krzywda. I albo oni wypłacą 
ci nagrodę za odzyskane pieniądze, albo... ja tych pieniędzy im nie oddam. Jutro ruszymy do 
Lubbock. We trzech. Taki skarb wymaga odpowiedniej opieki. No i oczywiście, nikt poza 
nami   nie   może   dowiedzieć   się   o   tych   pieniądzach.   Słowo?   Do   czasu   aż   załatwimy   cały 
interes.

Zgodnie przyrzekli, jednak Karol wyraził wątpliwość:
— Był tu już Meredith. Na pewno zjawi się znowu i zacznie pytać. Jest chytry jak lis i 

nie zadowoli się byle czym.

— Okażemy się jeszcze chytrzejsi — stwierdził Fawkes. — Wszystko mu opowiesz, 

Vincent...

— Nie! — zaprotestował zagadnięty. — Niech mi dadzą spokój!
— Dobrze. Wobec tego Gordon ciebie wyręczy. Opowie wszystko zgodnie z prawdą, 

ale o odzyskaniu pieniędzy ani słówka! Zgoda?

— Zgoda — odpowiedział Karol.
Na tym się rozstali. Fawkes obiecał dnia następnego o świcie zajechać wozem przed 

dom Gordona, zabrać skarb, obu przyjaciół i ruszyć na kolejową stację. Na wniosek Karola 
dobrano do towarzystwa jeszcze Roberta, aby dopilnował wozu, który mieli pozostawić na 
stacji.

Fawkes odszedł do swej zagrody wielce zamyślony i z tajemniczą miną. Odkąd wybra-

no go szeryfem, nic podobnego nie wydarzyło się w Greenfield. Cóż za niebywała historia! A 
z Vincenta jaki zuch! Delektował się w myślach, jak to będzie opowiadał w gronie znajo-
mych, przy kuflu piwa i kolejce whisky, gdy wrócą stare, dobre czasy! A że wrócą — szeryf 
nie miał wątpliwości. Jeszcze zazielenią się łąki, a nowy przedsiębiorca otworzy nowy saloon 
w osadzie. Wyczyn Irvina opromieni również i jego — szeryfa — osobę, doda mu poważania. 
Dowiedzą   się   w   Lubbock,   jakich   to   Greenfield   ma   ludzi.   Tak   dumając,   ledwo   dostrzegł 
mijaną właśnie grupkę gwarzących o czymś w wątpliwym cieniu bezlistnego drzewa. Zauwa-
żył tylko, że Abel Meredith zmierza w jego stronę. Fawkes postanowił nie dać się zaskoczyć 
ani wciągnąć w rozmowę. Kiedy więc sędziwy farmer zaczepił go swoim: “Halo, szeryfie, 
podobno Irvin wrócił!" odparł krótko:

— A wrócił, wrócił, ale ja się bardzo spieszę — i wyminął zaskoczonego starca.
Szeryf nie przeczuł, że swą odpowiedzią wcale nie wywiódł w pole chytrego farmera, 

lecz tylko zaostrzył jego ciekawość. W lakonicznym odezwaniu się szeryfa Abel Meredith 
wyczuł jakąś tajemnicę i natychmiast ruszył prościutko do chaty Gordona. Robert Dreer ujrzał 
go na drodze.

— Wyjdę i zagadam go — zaproponował Karol.

background image

— Przecież nie zabronisz mu wstępu?
— Chcesz z nim rozmawiać?
— Nie. Ucieknę oknem. Że też nie chcą dać mi spokoju...
— Bądź co bądź to wydarzenie, jak na naszą osadę — usiłował wytłumaczyć Karol.
Ale Irvin już przesadził okienny parapet i zniknął za węgłem domostwa. W ostatniej 

dosłownie sekundzie, bo oto już na progu stanął stary farmer.

— Halo, Gordon! Co tam nowego?
— Nie wiem, co macie na myśli — odparł gospodarz zastanawiając się jednocześnie, 

jak by tu najszybciej pozbyć się nieproszonego gościa.

— Można? — zagadnął stary przekraczając próg.
— Proszę...
— O... myślałem, że zastanę u ciebie Irvina. Gdzie on?
— Nie wiem — skłamał Gordon. — Włóczy się gdzieś, unika ludzi.
Meredith pokiwał głową:
—   Pewnie,   pewnie.   Wcale   mu   się   nie   dziwię.   Ale   przede   mną   nie   potrzebuje   się 

ukrywać. Wszyscy współczujemy Vincentowi w jego nieszczęściu. Gdybyż mu się chociaż 
udała ta wyprawa... Powiedz mi, synu, jak tam było?

Gordon westchnął z rezygnacją.
— Siadajcie — podsunął ławę. — Powiem wam tyle, ile mi Vincent wyjawił.
— Był u was szeryf — stwierdził Abel. — Czego to chciał?
— Tego samego, co i wy.
— Aha, no to słucham. Gadaj, synu, dokładnie i niczego nie ukrywaj. Przecież to ja go 

namówiłem na tę jazdę i teraz trochę mi głupio... — westchnął. — Ale któż mógł przewi-
dzieć? Opowiadaj.

— Więc — zaczął Karol — kiedy wróciłem z pogoni, gdy mnie burza piaskowa zasko-

czyła, o tym już wiecie...

— Wiem wiem...
— ...więc Irvin zdołał jakoś ją ominąć. W ogóle miał szczęście w tym całym nieszczę-

ściu...

Teraz streścił, jak mógł najskładniej, dzieje wyprawy przyjaciela, nic jednak nie wspo-

minając o odzyskanych  pieniądzach.  Wyszło  więc na  to, że  usiłowania  Irvina  spełzły na 
niczym. Abel Meredith mocno się zasępił.

— I co na to szeryf? — zapytał.
— Powiada, że mogą nie uwierzyć w zabicie jednego z rabusiów i nie wypłacić nagro-

dy.

— Tak mówi szeryf?
— Właśnie tak.
— Obawiam się, że ma rację.
Stwierdziwszy ten smutny fakt Meredith wyszedł na drogę ze spuszczoną głową. Czuł 

się współwinnym nieszczęściu Irvina, a teraz na pewno podwójnie.

Karolowi   ciężar   spadł   z   serca.   Wywiązał   się   z   misji,   jak   umiał   najlepiej.   Poszedł 

odszukać Irvina. Przesiedzieli do wieczora już tylko we dwóch, a świtem zaturkotały koła 
bryczki. Szeryf Fawkes okazał się słownym. Przemknęli przez śpiącą jeszcze osadę, potem 
pognali ledwie przetartym pustkowiem do miejsca nazwanego szumnie kolejową stacją. Był 
nią wydeptany stopami ludzkimi i kopytami koni wąziutki pas zszarzałych traw, ciągnący się 
wzdłuż kolejowych torów. Na drewnianym słupie widniała tabliczka z napisem “Greenfield". 
Nieświadomy rzeczy pasażer, popatrzywszy dokoła, nawet by nie podejrzewał, że parę mil od 
tego napisu istnieje rzeczywiście osada o nazwie “Greenfield". Kiedy wznoszono pierwsze 
chaty-lepianki,  kolej znajdowała się dopiero w budowie i mieszkańcy osady (jeszcze bez 
nazwy)   sądzili,   że   żelazne   tory   przebiegną   tuż   obok   pierwszych   jej   domostw.   To   im 

background image

obiecywano, oferując równocześnie za bezcen, ile kto chciał, akrów ziemi. Później się oka-
zało, że tory minęły Greenfield w sporej odległości. Bardzo na to sarkali, ale musieli pogodzić 
się z losem. W porównaniu z przebytą drogą ze wschodu na zachód odległość między osadą 
Greenfield a stacją Greenfield praktycznie nie liczyła się. Urodzajne pola sypały co roku zło-
cistym ziarnem, które transportowano na tę niby-stację, gdzie czekały już towarowe wagony i 
kupiec czy agent z portfelem wypchanym pieniędzmi. W tych warunkach łatwo było przebo-
leć kiepski żart, jaki im wyrządziło towarzystwo budowy żelaznego szlaku. Dopiero później, 
w bezdeszczowe lata, znikły z torów towarowe wozy, przestali przyjeżdżać agenci i kupcy. 
Nikt już tu nie wysiadał z wagonów i nikt do nich nie wsiadał. Właśnie dlatego Gordon, Irvin 
i  Fawkes  byli  jedynymi  ludźmi  czekającymi  na pociąg,  a Robert  Dreer  — jedyną  osobą 
odprowadzającą podróżnych.

Czekali   jeszcze   z   godzinę,   zanim   w   dali   ukazał   się   czarny   słup   dymu.   Otoczona 

obłokiem pary, mała lokomotywa z wielkim kominem minęła ich z wolna i zatrzymała się 
piszcząc   hamulcami.   Palacz   wychylił   się   przez   okienko,   kierownik   pociągu   zeskoczył   ze 
stopni wozu pocztowego i donośnym głosem obwieścił: “Greenfield!"

Odpowiedziała mu cisza przerywana poświstywaniem wiatru, pędzącego po spalonej 

ziemi chmurki kurzu. Trzy czy cztery głowy wyjrzały ciekawie z okien dwu pasażerskich 
wagonów, bo tyle ich liczył pociąg.

Wsiedli.   Parowóz   zagwizdał   i   smutny   krajobraz   prerii   począł   się   przesuwać,   coraz 

szybciej uciekać do tyłu.

W wagonie znajdowało się zaledwie kilka osób. Senne, zakurzone — przypominały 

zapomniane eksponaty muzealne. Gordon rozejrzał się ciekawie. Dwu pasażerów należało na 
pewno do licznego jeszcze wówczas klanu łowców skórek. Można było poznać, że ich kurty 
uszyte były ze skór upolowanych zwierząt. Trzymali rusznice między kolanami — traperski 
zwyczaj nie rozstawania się z bronią — i drzemali kołysani rytmicznym stukotem kół po 
szynach.

Nieco dalej, w kącie wagonu, tkwił jakiś obszarpaniec o twarzy nałogowego pijaka, o 

złośliwym spojrzeniu malutkich oczu, zaciętych ustach. Karol pomyślał, że nie chciałby spo-
tkać takiego typa w ustronnej okolicy.

Tuż obok siedział podróżny ubrany na czarno, w czarnym kapeluszu o płaskim denku, 

przewiązanym srebrzystą wstęgą spadającą na lewe ramię. Elegant! Czarne spodnie, czarna 
kurta,   rozpięta   i   ukazująca   równie   czarną   kamizelkę,   kończyła   się   w   pasie   srebrzyście 
mieniącym się szalem, poniżej którego opadał luźno na biodra szeroki pas skórzany z dwiema 
kaburami,   z   których   sterczały   hebanowej   barwy   głowice   rewolwerów.   Zaiste   odzież   jak 
gdyby przed chwilą zdjęta z wieszaka magazynu mód.

Gordon obserwował przybysza. Czarno odziany zerkał raz po raz ku oknu, a jego prawa 

dłoń poruszała się to w jedną, to w drugą stronę ruchem półkolistym, który powodował bądź 
nawijanie   się,   bądź   rozwijanie   ze   wskazującego   palca   krótkiego,   srebrnego   łańcuszka, 
zakończonego   malutkim,   błyszczącym   kluczykiem.   Właściciel   kluczyka   musiał   dostrzec 
spojrzenie Gordona, bo nie przestając poruszać dłonią wstał z ławki.

— Pozwolicie, dżentelmeni? — zapytał. — Widzę, że tu jest wolne miejsce, a mnie już 

się znudziła samotna jazda.

Nie czekając na odpowiedź usiadł naprzeciw. Szeryf poruszył się niespokojnie i zerknął 

na   zawiniątko   spoczywające   na   półce,   tuż   nad   jego   głową.   Tam   przecież   znajdował   się 
majątek, którego nie dało się upakować po kieszeniach.

— Daleko jedziecie, panowie? — zagadnął elegant.
— Do Wichita Falls — odparł Gordon.
— Zauważyłem, jak wsiadaliście w Greenfield. Myślałem, że nikt nie mieszka na takim 

pustkowiu.

— To nie pustkowie — obruszył się Fawkes. — Trzy mile od stacji leży prawdziwe 

background image

Greenfield i mogę zaręczyć, że wcale niezła to miejscowość.

— Kto by myślał? Coraz więcej ludzi ciągnie na zachód i tam, gdzie przed rokiem była 

preria, teraz pługi znaczą ziemię, a domy wyrastają jak grzyby. Dziwny to kraj — mówił nie 
przestając   kręcić   łańcuszkiem.   —   Jedziesz   na   wiosnę   pustym   stepem   i   szukasz   bizonich 
tropów, wracasz w to samo miejsce na jesieni i zamiast śladów stada znajdujesz wcale niezłe 
miasteczko.   Bardzo   ci   się   podoba.   W   następnym   roku   postanawiasz   je   odwiedzić.   I   co 
znajdujesz? Jak sądzicie,  dżentelmeni?  — uczynił  efektowną pauzę. Ba, któż by odgadł? 
Domy stoją, jak stały, ale wewnątrz tych domów... nikogo! Żadnego stworzenia w stajniach, 
puste  stodoły i cisza.  Tylko  wiatr szeleści  piaskiem.  Wiele  widziałem  takich  miasteczek. 
Nazywają je miastami duchów.

— A gdzież się podzieli ludzie? — zagadnął Irvin.
— Odeszli.
— Dokąd?
— Kto ich tam wie? Niekiedy na skrzydłach wiatru przyleci sygnał odkrycia złoto-

nośnych żył i spokojni rolnicy poczynają wariować. Zaprzęgają konie do wozów, ruszają po 
skarby. Odjedzie jeden, po nim drugi, trzeci, aż wreszcie cała ludność gna na złamanie karku 
w poszukiwaniu tego, co nazywamy szczęściem. W ciągu kilkunastu dni osada pustoszeje, 
nikt już do niej nie wraca. I tylko przypadkowy wędrowiec natrafi na takie wymarłe miasto. 
Dziwi  się opuszczonym  domostwom,  pozostawionym  meblom,  sprzętom  gospodarskim,  a 
potem wskakuje na siodło i galopem ucieka. Powiadają, że w takich miasteczkach straszą 
duchy pomarłych osadników.

— A tamci?  — wtrącił  się  Irvin przypomniawszy sobie  woreczek  Old Guna  pełen 

nuggetów. — Znajdują złoto?

— Jeden na tysiąc coś znajdzie, jeden na sto tysięcy dorobi się niezłego majątku, ale 

zaledwie jeden na milion potrafi mądrze gospodarować odkrytym złotem i zapewnić sobie i 
rodzinie   niezłe   życie.   Inni   przeważnie   przepijają   albo   przegrywają   złoty   piasek.   Później 
szukają go na nowo i tak bez końca. Kogo złoty diabeł opętał, temu niełatwo wyrwać się z 
jego szponów. Ech. naprawdę złote interesy robią wcale nie odkrywcy złota, ale ci, którzy po 
prostu handlują żywnością i zaopatrują w nią poszukiwaczy skarbów.

— A pan nie próbował? — zagadnął znowu Irvin.
— Nie, nigdy. I nigdy nie będę próbował. Widziałem kości ludzkie na przełęczach Gór 

Skalistych, połamane wozy i szkielety końskie. Wielu przedarło się nad Pacyfik, ale wielu 
pozostało   w   drodze   na   zawsze.   Padło   na   niedostępnych   ścieżkach   szukając   złotych   żył. 
Jednych zaskoczyła zima, innych brak wody, jeszcze inni pomarli z głodu lub od indiańskich 
strzał. Ci ryjący w ziemi są tak opętani, że braknie im czasu na polowanie. Później płacą po 
pięć, dziesięć dolarów za funt mięsa, za kilka funtów mąki. Po kilkanaście centów za szczyptę 
soli. Gdy skończą się pieniądze, mrą z głodu i wyczerpania. Przecież ginęły całe rodziny. 
Okropność! Znałem i takich, którzy wysupłali się z resztek gotowizny i wędrowali do miast 
po byle jaką robotę, żeby zebrać nieco dolarów i znowu wyruszyć na eksplorerską mordęgę. 
A przecież istnieje tyle lepszych sposobów, by dojść do majątku!

— Jakich to? — spytał podejrzliwie Fawkes.
— Bardzo rozmaitych. Można na przykład hodować bydło w Teksasie, a później pędzić 

je na północ, chociażby do takich górniczych osad. Zarobek pewny i wcale nielichy. Nie ma 
nic gorszego jak pogoń za złotym piaskiem, wierzcie mi, panowie.

Wygłosiwszy tak  pouczające stwierdzenie  umilkł  i począł  wyglądać  przez  okno, za 

którym nadal przesuwała się wciąż ta sama, monotonna płaszczyzna.

— Od jednego z takich nieszczęśliwych eksplorerów — czarny elegant odwrócił twarz 

od szyby i znów nawiązał do przerwanej rozmowy — otrzymałem nie byle jaki prezent. W 
podzięce za to, że wydobyłem go z nie byle jakich tarapatów.

Wyciągnął z kabury lśniący srebrzyście colt.

background image

— Proszę obejrzeć — powiedział wręczając broń Gordonowi.
Rewolwer na pozór nie różnił się niczym od innych tej samej marki fabrycznej. Ale 

tylko na pozór. Bowiem kolba wykładana była mahoniem obrzeżonym sznurkiem pereł — 
rzecz niespotykana. Broń przewędrowała przez trzy pary rąk i wróciła do właściciela. Nie 
wepchnął   jej   jednak   do   kabury.   Przekręcił   magazynek,   sprawdzając,   czy   tkwią   w   nim 
wszystkie naboje. Dokonawszy tego wydobył drugi bliźniaczy colt.

— No — powiedział wesoło — pogadaliśmy sobie, a teraz czas na robotę.
Siedząca na tej samej ławce trójka ujrzała nagle przed sobą dwa czarne otwory dwu luf.
— Ręce do góry!
Zgodnym ruchem unieśli dłonie. Gordon dojrzał, jak w przeciwległym krańcu wagonu 

przebudziło się dwu drzemiących traperów, jak poderwali się z ławy, ale przygwoździł ich 
okrzyk:

— Rzucić pukawki! Siedźcie spokojnie! Nic wam się nie stanie. Ktokolwiek się ruszy, 

zastrzelę!

To wołał ten obszarpaniec z pijacką twarzą. Trzymał po jednym rewolwerze w każdej 

dłoni.

— Odwróć się  —  rozkazał  Gordonowi  czarny  elegant.   — Nie  opuszczaj   rąk. Tak, 

dobrze. A teraz zdejmij z półki zawiniątko. Muszę tam zajrzeć.

Karol wyprostował palce: 
— Nie dosięgnę — odparł.
— Wejdź na ławę. Szybko!
Karol natychmiast wykonał polecenie. Sięgnął na półkę, ale równocześnie jego prawa 

noga ugięła się w kolanie i ciężki but wylądował na piersi Czarnego. Kopnięcie było tak silne, 
że uderzony zachwiał się, upuścił jeden z rewolwerów i zwalił się na podłogę. W tej samej 
prawie   chwili   z   krańca   wagonu   ozwały   się   jednocześnie   dwa   strzały.   Irvin   odwrócił   się 
błyskawicznie, schylił, podniósł leżący rewolwer, a drugi wytrącił z dłoni dźwigającego się 
napastnika. Z końca wagonu dobiegł rumor, trzasnęły drzwi, ktoś krzyknął:

— Uciekł!
Szeryf Fawkes schwycił Czarnego za ramię, ale otrzymał cios pięścią prosto w szczękę, 

upadł na Gordona, z kolei Karol zatoczył się na Irvina.

Czarny wykorzystał ten moment: skoczył do drzwi, szarpnął za klamkę, wybiegł na 

platformę wagonu. Wszystko to rozegrało się w ciągu kilku zaledwie sekund. Irvin zerwał się, 
dwukrotnie pociągnął za cyngiel zdobycznego colta. Parowóz przeraźliwie zagwizdał i pociąg 
zwolnił biegu. Irvin, stojąc na stopniach strzelił jeszcze dwa razy w kierunku czarnej sylwetki 
kluczącej   wśród   płaszczyzny   prerii,   aż   znikła   mu   z   oczu   za   jakimś   wzniesieniem.   Teraz 
zapiszczały hamulce i pociąg stanął. Grupka pasażerów stłoczyła się na platformie, w oknach 
ukazały się głowy. Przybiegł kierownik pociągu. W chaotycznej wymianie słów wyjaśniono 
mu przebieg wypadków. Okazało się, że strzały, które padły z końca wagonu, oddał ze swej 
broni siedzący tam obdartus. Gdy rzucili się nań obaj traperzy, wyrwał się im z rąk, wybiegł 
na platformę i skoczył. Tak to w skrócie wyglądało.

— Co chcecie teraz, panowie, robić? — zapytał kolejarz. — Pociąg jest spóźniony, nie 

możemy czekać...

— Na nich? — powiedział ktoś z gromadki. — Oni nie wrócą!
Zabrzmiał śmiech. Szeryf Fawkes zabrał głos:
—   Każdemu   z   nas   jednakowo   się   spieszy.   Myślę,   że   nie   będziemy   ich   ścigać. 

Gdybyśmy   chociaż   mieli   konie...   ale   tak...   Niech   pan   każe   maszyniście   ruszać   —   dla 
potwierdzenia   wagi   swych   słów   dodał:   —   Jestem   szeryfem   z   Greenfield   —   tu   odsłonił, 
zakrytą   dotąd   kurtką,   srebrną   gwiazdę   przypiętą   do   koszuli   na   lewej   piersi.   —   No, 
dżentelmeni — powiedział — zapraszam wszystkich do szeryfa w Lubbock, żebyście złożyli 
zeznania. A jak nie będzie chętnych, sam zrobię to za was.

background image

Taka decyzja  bardzo przypadła  obecnym  do gustu. Dalszą część drogi do Lubbock 

należało odbyć dyliżansem. Komuż mogła się uśmiechać taka wędrówka, jeśli do Lubbock się 
nie wybierał? I nikt się jakoś nie zapytał, czemu to zeznania trzeba złożyć aż w Lubbock, a 
nie w Wichita Falls, krańcowej stacji kolejowej. Nie zapytał, ponieważ w ogóle nie było 
chętnych do stawania przed obliczem jakiegokolwiek szeryfa. Po prostu — strata czasu, a 
może i inne nieprzyjemności?

Parowóz zagwizdał, wagony drgnęły.
— Jakem szeryf — powiedział Fawkes zajmując na nowo miejsce przy oknie — jeszcze 

nic podobnego mi się nie wydarzyło...

Istotnie, ale w Greenfield w ogóle przecież nic się nie działo (chociaż o tym już nie 

wspomniał).

Czarny Jack

Krótka przerwa w podróży miała swoje konsekwencje. Ostatni dyliżans z Wichita Falls 

do Lubbock umknął im dosłownie przed nosem. Trzeba było czekać do najbliższego ranka. 
Bardzo to popsuło całej trójce humory, bo i wzrastały koszty podróży, i tracili bezpłodnie 
czas, i byli już zmęczeni.

— To chyba, szeryfie, złożymy zeznania o napadzie tutaj — zaproponował Irvin. — 

Myślę, że tak nawet wypada. Wichita leży bliżej miejsca napadu od Lubbock..

Ale Fawkes zaprotestował energicznie.
— Od razu proponowałem Lubbock — odparł. — Sądziłem, że zdążymy na dyliżans, 

ale i teraz, chociaż dyliżans już odjechał, upieram się przy Lubbock.

— Dlaczego?
— Dlatego, że trochę się poznałem na szeryfoskiej pracy. Jeśli trafimy na skrupulanta, 

może nas tu przytrzymać i dwa dni. Po co to nam? A w Lubbock i tak musimy przecież iść do 
szeryfa, więc za jednym zamachem...

Irvinowi nie bardzo to trafiło do przekonania, ale ponieważ Karol go nie poparł, ustąpił. 

Teraz należało przede wszystkim postarać się o nocleg. Ruszyli więc na poszukiwanie hotelu 
czy jakiegoś przyzwoitego zajazdu. Irvin szeroko wytrzeszczał oczy na wspaniałości mia-
steczka, w porównaniu z którym Greenfield przedstawiało się jako najnędzniejsza osada ze 
wszystkich najnędzniejszych i zaniedbanych. Cóż to za luksus w tej Wichita Falls! Kiedy 
zmrok zapadł, rozbłysły na drewnianych słupach naftowe lampy, a przed dwoma budynkami 
hoteli i czterema lokalami saloonów zapalono dodatkowe światła.

Bez  specjalnych   trudności  wynajęli  pokój  w  hotelu   “Pod Gwiazdą  Południa"  i  tam 

złożyli swój drogocenny bagaż. Niestety, na dalsze zwiedzanie miasta Fawkes się nie godził. 
Posiłek w saloonie jedli we dwóch: szeryf i Irvin. Karol stróżował w pokoiku, aż go zluzowa-
no, a kiedy wrócił, położyli się spać.

Irvin leżał z otwartymi oczyma. Wypadki ostatnich kilku godzin przytłumiły w nim na 

pewien   czas   pamięć   minionych   wydarzeń.   Teraz   wróciła,   jak   fala   morskiego   przypływu, 
świadomość życiowej klęski. Ujrzał na nowo wszystko, co doprowadziło go aż do Lubbock. 
Zdał sobie, nie pierwszy już raz, sprawę ze swej całkowitej samotności, zmarnowania połowy 
życia i westchnął na wspomnienie skromnego kawałka roli tam, na wschodzie. Gdzie można 
było żyć spokojnie, bez takich kłopotów i klęsk, jakie nań spadły w Greenfield. Feralny to 
musiał być dzień, w którym zdecydował się przyłączyć do gromady wędrującej na zachód.

Nie   mógł   zasnąć   przez   całą   prawie   noc   i   dopiero   przed   samym   świtem   nieco   się 

background image

zdrzemnął. Wstał, energicznie zbudzony przez bardzo energicznego tego ranka Fawkesa, w 
jeszcze gorszym humorze, z którego nie wyrwała go nawet szklaneczka whisky, w przypły-
wie nagłej hojności postawiona przez szeryfa.

Zjedli po porcji boczku z fasolą, za co wypadł rachunek tak wysoki, że Fawkes pożało-

wał swej rozrzutności (chociaż wydatki pokrywali oczywiście ze zdobytych przez Irvina pie-
niędzy). Potem wgramolili się do wnętrza zakurzonej budy, którą ciągnęły dwie pary koni. 
Stary wehikuł, trzeszcząc w spojeniach, ruszył na utarty szlak do Lubbock. Oprócz naszej 
trójki jechało jeszcze dwu tylko podróżnych: jeden przypominający z wyglądu duchownego, 
drugi — jak się sam wygadał — handlarz bydłem. Minęli ostatnie domostwa Wichita Falls, 
woźnica trzasnął z bicza, gwizdnął przeraźliwie, konie nabrały tempa i dyliżans zaczął pod-
skakiwać na nierównościach drogi. Pierwsze pół godziny minęło w ciszy przerywanej tylko 
tupotem końskich nóg i trzeszczeniem pudła, zapewne jeszcze pamiętającego czasy indiań-
skich napadów w tych stronach. Wspomniał o tym — ni z tego, ni z owego — Karol Gordon. 
Handlarz widać tylko czekał na okazję, bo natychmiast się rozgadał.

— Tak, tak — powiedział. — Czerwonych już w tych stronach nie ma. Wynieśli się 

bardziej na zachód, ale co się tyczy napadów... ho, ho, tego nam wcale nie brakuje. Jechałem 
wczoraj pociągiem do Wichita i wyobraźcie sobie, dżentelmeni, dokonano napadu na pociąg!

— Był pan tego świadkiem? — zagadnął Fawkes.
— Prawie. Siedziałem w następnym wagonie, ale sprawa tak szybki wzięła obrót, że nie 

zdążyłem przyjść z pomocą napadniętym. Zresztą, sami sobie dali radę. Napastników było 
pięciu, ale źle się wybrali. Trafili na śmiałków i zostali wyrzuceni z pociągu. Uciekali, aż się 
za nimi kurzyło. Była nawet pukanina i dwu bandytów raniono. Myślę, że nieszkodliwie. Tak, 
tak, moi panowie. Zawsze mam lekkiego stracha, bo nigdy nie wiadomo, z kim się jedzie — 
tu spojrzał na nich wymownie. Szeryf odczuł to jako coś w rodzaju obelgi, bo natychmiast 
rozpiął kurtkę ukazując gwiazdę.

— A napastników było dwu, nie pięciu — oświadczył.
— Doprawdy, szeryfie? — ucieszył się handlarz. — Był pan przy tym?
— A jakże.
— Wyrzuciliście ich oknem?
— Nic podobnego. Wyskoczyli sami nie przez okna, to zbyt trudne, lecz przez drzwi i z 

platformy wagonu. Czego to ludzie nie wymyślą!

— Właśnie, właśnie. Więc jakże się to stało? 
Fawkes wcale nie miał zamiaru relacjonować przebiegu zdarzeń. Kto wie, kim napraw-

dę jest ten jegomość podający się za handlarza? I gdyby podróż trwała krócej, na pewno 
trzymałby aż do końca język za zębami. Ale droga, mimo szaleńczego galopu koni, zdawała 
się nie mieć końca. Wewnątrz budy czyniło się coraz goręcej, a nuda krajobrazu przesuwają-
cego się za oknami była nie do zniesienia. I Fawkes począł gadać.

Zrazu   niechętnie,   cedząc   słówko   po   słówku,   ale   stopniowo   rozgrzał   się   własnym 

opowiadaniem i odmalował cały przebieg napadu bardzo jaskrawymi barwami. Być może 
właśnie ta jaskrawość nieco zmieniła obraz wypadków. Irvin słuchał tego ze zdziwieniem, a 
Gordon raz po raz nieznacznie się uśmiechał. Cóż, Fawkes dał się unieść temperamentowi i 
nieco wyolbrzymił własną rolę, nie zapomniał jednak i o towarzyszach. W sumie opowieść 
wypadła imponująco. Poruszony do głębi kupiec zapomniał — jak to się mówi — języka w 
gębie i kiedy szeryf skończył, długo przyglądał się całej trójce z nieukrywanym podziwem.

Korzystając z przerwy Karol szepnął Irvinowi:
— Nigdy dotąd nie podejrzewałem naszego szeryfa o takie zdolności.
Wreszcie handlarz odzyskał mowę.
— Wszyscy trzej braliście udział w tej awanturze! Kto by pomyślał? To nadzwyczajne! 

Mało teraz takich ludzi, jak wy. Dopiero będę miał o czym  opowiadać. Cała Wichita się 
dowie! Bandyta w czarnym ubraniu! Powiadacie, że elegant. Zaczną go szukać, a jak znajdą, 

background image

cała zasługa spadnie na was, szeryfie.

Fawkes pomarkotniał. Zorientował się, że nieco przesolił. Należał bowiem do gatunku 

ludzi spokojnych i nie lubił zbytniego rozgłosu. Zwłaszcza takiego, który mógł nań ściągnąć 
nieprzewidziane kłopoty. Gdyby wieść, że to on właśnie stał się pogromcą bandyty, dotarła 
do uszu zainteresowanego, czarny elegant na pewno starałby się zmyć plamę niesławy. W jaki 
sposób? O tym Fawkes nawet nie chciał myśleć. Pocieszał się, że Greenfield leży na uboczu 
wielkich traktów. Chociaż... takie ciemne typy lubią wszelkie ubocza. Niech to piorun strzeli!

Szeryf  postanowił  rzecz  jakoś  naprawić  i począł  tłumaczyć  handlarzowi,  że sprawa 

wcale nie wymaga rozgłosu, że — wręcz przeciwnie — wskazane jest zachowanie najgłębszej 
tajemnicy. Zbytnia gadatliwość może zaszkodzić gadającemu. A że współpasażer wydał mu 
się w końcu nastraszony, odzyskał humor. Nie pomyślał jednak, że po paru dniach handlarz o 
strachu zapomni, natomiast dobrze zapamięta sobie barwne opowiadanie, no i swą obecność 
jako świadka napadu. Cóż za temat do gawęd w pierwszym lepszym gronie podróżnych: w 
wagonie, dyliżansie, czy wnętrzu saloonu, gdzie przy kolejce whisky zawsze się znajdzie 
łakomych na nowinki słuchaczy.

Do Lubbock dotarli wieczorem. Miasteczko nie było tak imponujące jak Wichita Falls, 

ale w porównaniu z Greenfield przedstawiało się okazale. Pożegnali się szybko z handlarzem 
bydła   i   z   drugim   pasażerem   o   wyglądzie   duchownego,   który   przez   cały   czas   jazdy   nie 
odezwał się ani słówkiem.

Biuro szeryfa Lubbock wskazał im pierwszy napotkany przechodzień.
— Mc Intosh — powiedział.  — Pójdziecie  prosto, jak strzelił.  Parterowy domek  z 

czerwoną tabliczką i mocnymi okiennicami.

Podziękowali i ruszyli przed siebie. Niezbyt zresztą daleko, ale na próżno. Był domek, 

była   tabliczka,   tylko   że   drzwi   i   okna   zaryglowane,   a   na   pukanie   nikt   nie   odpowiedział. 
Wrócili z nosami spuszczonymi  i chociaż w zajeździe podano im domowy adres szeryfa, 
zdecydowali, że jest już zbyt późno, by niepokoić w domowych pieleszach przedstawiciela 
miejscowej sprawiedliwości. Uczynili to dopiero rankiem.

Mc Intosh przyjął ich bez zwłoki w wielkiej izbie o okratowanych oknach. Wysłuchał w 

milczeniu najpierw relacji Fawkesa, później Irvina. O przygodzie w pociągu nie pisnęli ani 
słówkiem, uzgodniwszy, że przede wszystkim należy załatwić sprawę, dla której tu przybyli.

Szeryf Lubbock zapytał zwięźle:
— A gdzie pieniądze?
—   Czy   nikt   nam   tu   nie   przeszkodzi?   —   zaniepokoił   się   Fawkes   zerkając   na   nie 

domknięte drzwi od ulicy.

Mc Intosh wrzasnął w głąb lokalu:
— Hawley! Chodź no tu! — a kiedy skrzypnęły wąskie drzwiczki, dodał: — Zamknij 

wejście od ulicy na rygiel, stań przy oknie i jakby się kto dobijał, powiedz, że jestem zajęty. 
Niech przyjdzie za godzinę.

Gdy polecenie zostało wykonane, Fawkes złożył na biurku pękaty skórzany woreczek i 

drugie zawiniątko. Oba związane jednym i tym samym lassem. Z kolei cała trójka opróżniała 
kieszenie swych kurtek. Powierzchnię biurka zapełniły rulony monet i paczki banknotów.

— Że też nie baliście się wieźć takiej fury pieniędzy!
— Owszem, baliśmy się, nawet bardzo — odpowiedział milczący dotąd Gordon. — Ale 

to jest już zupełnie inna historia.

— Co takiego?
— Jak załatwimy, szeryfie, pierwszą sprawę, przejdziemy do drugiej — odezwał się 

Fawkes. — Nie należy pakować zbyt wielu różności do jednej miski, bo potrawa stanie się 
niejadalna.

Mc Intosh uśmiechnął się:
— Nie bardzo rozumiem, ale niech tak będzie. Więc powiadacie, że tu leży dziewiętna-

background image

ście tysięcy.

— Dziewiętnaście tysięcy pięćset — sprostował Fawkes. — Tyle było wczoraj. Dziś 

trochę mniej, trzeba sprawdzić.

— Jak to? — zaniepokoił się szeryf. — Zgubiliście? Ukradli wam?
— Ani jedno, ani drugie. W całym Greenfield nie można było zebrać ani dolara na 

koszty   podróży.   Wzięliśmy   z   tej   sumy   na   przejazd   koleją   i   dyliżansem   i   na   noclegi   w 
hotelach. To się potrąci z nagrody.

— Nie bardzo w porządku — zatroskał się Mc Intosh. — To nie wasze pieniądze, ale 

poczty. Nie mieliście prawa. A co się tyczy nagrody... Hm, muszę przecież... posiadać dowód, 
że ten rudy drab, jak się on nazywał? Aha! Edwin Wang, został naprawdę przez was zastrze-
lony...

— Miałem wieźć trupa? — oburzył się Irvin.
— No... nie. Oczywiście, że nie. Trochę daleko. Ale jakieś inne dowody...
— Jakie?
— Hm... rzeczywiście, może coś, co widzieli u niego inni? Takie, jak to się nazywa, 

świadectwo tożsamości.

Gordon wzruszył ramionami i mruknął:
— A cóż on takiego mógł mieć?
—   Jako   szeryf   Greenfield   zaświadczam,   że   zeznanie   Vincent   Irvina   jest   zgodne   z 

prawdą — poważnym głosem stwierdził Fawkes.

— Ja wam wierzę, ale inni mogą nie uwierzyć. Jak się wieść rozniesie, co dzień będę tu 

przyjmował różne typy twierdzące, że zlikwidowały takiego lub innego przestępcę, poszuki-
wanego listami gończymi. Nie, moi panowie, to na nic!

— Nie jesteśmy żadne “różne typy" — wtrącił się znowu Gordon.
— Oczywiście, że nie — pośpiesznie wycofał się Mc Intosh. — Nie was miałem na 

myśli. Kłopotliwa sytuacja i doprawdy nie wiem, jak postąpić?

— A pieniądze? — wtrącił Fawkes. — A te pieniądze — powtórzył — o niczym nie 

świadczą? Zresztą... niech tam! Nie będziemy żądali nagrody za tego tam Wanga. To nawet 
nieprzyjemnie brać zapłatę za wyprawienie człowieka na tamten świat. Prawda, Vincent? — i 
nie czekając na odpowiedź mówił dalej: — Więc mniejsza z tym Wangiem. Kto chce, niech 
wierzy, że on jeszcze żyje i niech go... ściga. Nie będziemy się o to spierać, chociaż znamy 
prawdę.

— Więc o cóż jeszcze chodzi? — zdziwił się takim nieoczekiwanym zwrotem w spra-

wie Mc Intosh.

— O drobiazg: wypłacenie nagrody za odzyskane z rabunku sumy.
— Ależ... — zakłopotał się szeryf Lubbock — ja nie mogę o tym decydować. To są 

pieniądze poczty.

— Tak? Dobrze. Pójdziemy do sędziego, niech on rozstrzygnie. Już dosyć straciliśmy 

czasu na nie swój interes.

— No, trochę swój. Przecież chodzi wam o nagrodę, a poza tym jesteście szeryfem i to 

był wasz obowiązek.

— Nikt nie ma prawa uczyć mnie obowiązków — obruszył się Fawkes i począł staran-

nie ładować rulony monet z powrotem do worka. — Zabieramy się, chłopcy. Jak nam sędzia 
nie pomoże, trafimy i do gubernatora.

Na Irvinie skóra ścierpła — jeszcze jedna, i to znacznie dalsza wędrówka aż do odległej 

stolicy Teksasu! A poza tym... ogarniało go coraz większe obrzydzenie. Handel trupami! Tfu! 
Przeliczanie jego, Irvina, ryzyka na pieniądze!

— Ludzie, co robicie? — zaniepokoił się Mc Intosh widząc, jak Fawkes i Gordon paku-

ją pieniądze.

— Zabieramy się z całym bagażem — oświadczył Fawkes.

background image

— Dokąd? Napad wydarzył się w Lubbock, więc cała sprawa podlega mnie. Po co w to 

mieszać gubernatora? Zastanówcie się! A obrażać się nie ma o co.

— Znajdźcie jakieś rozsądne rozwiązanie, a rozstaniemy się w zgodzie — odparł Faw-

kes. — Sprawa jest przecież dla każdego oczywista. Wypłacicie nagrodę za odzyskaną część 
pieniędzy. Dziesięć procent, zgodnie z prawem. To znaczy: tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt 
dolarów, a od tego potrącicie koszty naszego przejazdu, żeby nie było sporu. Chociaż, prawdę 
mówiąc, tę naszą wędrówkę powinniście pokryć z własnych funduszów, szeryfie.

— Raczej wy macie chyba na ten cel jakieś fundusze w Greenfield.
— Już mówiłem, że nie mieliśmy na koszta podróży.
— To z czego wy tam żyjecie?
Gordon zorientował się, że rozmowa zbacza w zupełnie nie odpowiednim kierunku. 

Postanowił ją przerwać.

— Szeryf Fawkes mówi prawdę — wtrącił szybko. — A z czego my żyjemy, to nie ma 

nic do rzeczy. Wypłaćcie nagrodę i rozstańmy się w zgodzie.

— To są pieniądze poczty — wahał się Mc Intosh. — Jakże mogę je naruszyć?
— Poczta na pewno potwierdzi wypłatę. Przecież w ten sposób odzyska prawie połowę 

straty.

— Łatwo wam to mówić. Wy odjedziecie, a ja zostanę. Ciężka jest dola szeryfa — 

westchnął.

— Ciężka, ciężka — potwierdził Fawkes. — Wiem coś o tym. Zwłaszcza teraz. No, 

więc jak będzie?  Kończmy szybciej, bo mamy wam przekazać jeszcze jedną interesującą 
wiadomość.

— Jeszcze coś nowego? — zaniepokoił się Mc Intosh.
— Ale nie ma żadnego związku z naszą nagrodą.
— Decydujcie się, szeryfie! — ponaglił Gordon.
— Muszę się poradzić sędziego. Najlepiej zaraz pójdziemy.
— Nigdzie nie pójdziemy — sprzeciwił się Fawkes. — Najwyżej na stację dyliżan-

sów... I z pieniędzmi.

Mc Intosh podrapał się w głowę.
— Mógłbym was zatrzymać... — powiedział, ale niezbyt pewnym głosem.
— Spróbujcie — wsparł Fawkesa Gordon. — Spróbujcie zatrzymać szeryfa Greenfield. 

Za dwa dni będziecie mieli na karku całą naszą osadę. Chcecie awantury?

Była to czcza pogróżka, ale o tym wiedziała tylko trójka przybyłych. Mc Intosh prze-

straszył się.

— Hawley! — wrzasnął na człowieka wartującego przy oknie. — Słyszałeś?
— Słyszałem.
— Jak byś postąpił na moim miejscu?
— Wypłaciłbym.
— Tyle, ile żądają?
— Właśnie tyle. Nie potrzebujecie się lękać, szeryfie. Sprawa jest jasna jak słońce.
— Ale co na to powie poczta?
— Będzie musiała zgodzić się. A jak się nie zgodzi, nie oddacie ani centa. Znam dobrze 

sędziego, przyzna wam rację. A jeśli sprawa trafi do gubernatora, może być dużo kłopotów.

Ta ostatnia groźba poskutkowała.
— Dobrze — westchnął Mc Intosh. — Opiszmy to wszystko, dla porządku.
Opisywanie trwało bardzo długo. Drobiazgowe liczenie pieniędzy — równie długo. Na 

koniec szeryf odczytał protokół, podsunął do podpisania i wypłacił kwotę tysiąca dziewięciu-
set pięćdziesięciu dolarów minus koszty przejazdu.

— To wszystko — stwierdził nie bez ulgi, lokując “skarb" w głębinach swego biurka. 

— Któż wie, jakie kłopoty ściągam na swą głowę? — stwierdził melancholijnie. — Być może 

background image

poczta będzie chciała odebrać od was nagrodę.

Nic na to nie odpowiedzieli,  tylko  Gordon mruknął pod nosem:  — Niech no tylko 

spróbuje...

Szeryf Lubbock dźwignął się z fotela:
— Tośmy wszystko załatwili.
— Nie wszystko — sprzeciwił się Fawkes. — Posłuchajcie...
I opowiedział o przygodzie w pociągu. Mc Intosh bardziej się zakłopotał niż zdziwił.
— Słyszysz, Hawley?
— Czarny Jack — odparł zapytany. — Dawno nie słyszeliśmy o nim. Myślałem, że się 

przeniósł w inne strony albo że go zabili.

— A tymczasem wrócił — wnikliwie zauważył szeryf Lubbock. — Ale, ale, dlaczego 

— tu zwrócił się do trójki gości — zawiadamiacie mnie właśnie? To się wiąże z koleją, a u 
nas kolei ani śladu. Czy daliście znać szeryfowi Wichita Falls? Nie? To bardzo niedobrze!

— Nie mieliśmy czasu — skłamał Fawkes.
— Z tego wynikła niepotrzebna zwłoka. Źle. Czarny Jack to diabeł wcielony.
— Interesujący jegomość — wtrącił się Gordon. — Wyglądał wcale, wcale porządnie,
— On wszystkich łapie na swój wygląd — odezwał się spod okna Hawley.
— Kto to jest? — zapytał Fawkes.
— Elegancik, który ma na sumieniu więcej przestępstw niż ja włosów na głowie. Były 

za nim rozsyłane listy gończe. Niejeden raz.

— Nigdy takiego nie otrzymałem — stwierdził Fawkes.
— Jakieś niedopatrzenie. Ale teraz to już wiecie.
— A jego nazwisko? — zagadnął Gordon. — Bo, że czarny, tośmy stwierdzili własny-

mi oczami.

— Kto tam wie, jak się on nazywa. Ale wszyscy wiedzą, że zawsze się na czarno nosi, 

hiszpańską modą. Na przykład ja — stwierdził Mc Intosh — nie oglądałem tego gagatka, ale 
poznałbym go z opisu. Jest elegancki, czysty, schludny. Jakby nie włóczył się po prerii, ale 
przebywał w wielkim mieście.

— A ten drugi? Jego pomocnik? — zapytał Gordon.
Mc Intosh wzruszył ramionami.
— Zapewne przygodny pomagier. Przypadkowo schwytaliśmy kilku takich wspólników 

Jacka. I co się okazało? Nigdy nic o nim nie wiedzą! Właśnie dlatego tak trudno go schwytać. 
Działa zawsze sam, nie ma przyjaciół ani znajomych. Niekiedy werbuje różne podejrzane 
typy, ale tylko do konkretnej roboty. Potem wynagradza ich częścią łupu i znika. Słyszałem, 
że kiedyś zastrzelił przygodnego pomocnika tylko dlatego, że tamten uparł się iść za Jackiem. 
To   straszny   człowiek.   Wszystko,   co   mówiliście   o   nim,   zgadza   się   z   ogólną   opinią.   Jest 
grzeczny,   miły   w   obejściu,   potrafi   się   zachować   jak   dżentelmen.   W   rzeczywistości   to 
bezwzględny okrutnik, nie dający się niczym  wzruszyć.  Dlaczego was wybrał  na ofiary? 
Myślę, że pewnie gadaliście w wagonie o swym skarbie. Przyznajcie się?

— Nic podobnego — zaprzeczył  Fawkes. — O pieniądzach i o naszej podróży nie 

wiedział nikt w Greenfield, a w drodze nie zdradziliśmy się ani słówkiem.

— Hm, może to tylko zbieg okoliczności? Czarny Jack widać uznał was za ludzi majęt-

nych. Musiał być w potrzebie, kiedy poszedł na takie ryzyko. Zresztą, po was zająłby się 
innymi pasażerami.

— Taki z niego kolejowy złodziej? — zapytał Fawkes.
—  Owszem,   owszem.   Ma  w  swym  dorobku  kilka   napadów  na  pociągi,   ale  równie 

często poluje na dyliżanse i na samotnych gości hotelowych. No, opiszmy tę całą historyjkę.

Począł   skrobać   piórem   po   papierze,   po   czym   odczytał   swoje   dzieło   i   podsunął   do 

podpisania. Uścisnąwszy dłoń szeryfa wyszli na zakurzoną ulicę. Fawkes był bardzo z siebie 
zadowolony,   Gordon   zamyślony,   a   Irvin   w   posępnym   nastroju.   Pieniądze   nic   a   nic   nie 

background image

poprawiły mu humoru. Wzdrygał się wiedząc, że teraz udadzą się do Greenfield. Chętnie by 
tam nie wracał, ale cóż miał czynić?

Zdążyli   złapać   popołudniowy   dyliżans   do   Wichita   Falls,   a   w   Wichita   —   ten   sam 

malutki pociąg, którym tu przybyli.

Na przystanek kolejowy w Greenfield przybyli późnym wieczorem, a do osady — gdy 

księżyc   osiągnął   szczyt   nieba.   Musieli   wędrować   piechotą.   Miało   to   i  swą  dobrą   stronę: 
Greenfield spało od wielu godzin. W ten sposób uniknęli zbędnych pytań i plotek.

Nazajutrz Irvin pognał do Fulk Bryana, brzęcząc kieszeniami pełnymi dolarów. Bryan 

mieszkał   w   niepozornym   domku,   dokoła   którego   jeszcze   można   było   dostrzec   ślady 
kwiatowego ogródka. Tylko ślady, bo wszystkie rośliny wypaliło słońce. Obok domu wznosił 
się barak ze sklepem i magazynem towarów. Teraz prawie zawsze na głucho zamkniętym. 
Odwiedziny   klientów   zdarzały   się   rzadko   i   nie   napełniały   kupca   radością.   Powodowały 
przecież   tylko   wzrost   kredytu   udzielanego   kupującym,   już   niebezpiecznie   dla   Bryana 
wysokiego. W pierwszym roku suszy udzielał go licząc na szybką zmianę sytuacji. W drugim 
— wysłał obszerne pismo do centrali przedsiębiorstwa, którego był agentem, z zapytaniem, 
co ma czynić. Jednakże przedsiębiorstwo robiło złote interesy w innych częściach wielkiego 
kraju i uznało, że wolno zaryzykować. W roku trzecim — udzielanie kredytu stało się dla 
Bryana koniecznością. Gdyby go cofnął — uciekłaby z Greenfield cała ludność, oczywiście 
nie spłaciwszy długów. A tak istniała przecież nadzieja. Ba, Bryan nawet pocieszał się, że im 
dłużej trwa susza, tym pewniejsze są deszcze. Kto mógłby przypuszczać, że okoliczna preria 
może się zmienić w jałową pustynię? Już teraz, gdy zrywał się upalny, porywisty wiatr, kłęby 
kurzawy wisiały nad ziemią jak nieprzenikliwa zasłona, z krańca po kraniec horyzontu.

Tego ranka jak zwykle Bryan stał przed swym domkiem, z głową zadartą, wypatrując 

obłoków. Nie tych białych, kłębiastych, wróżących długotrwałą pogodę, ale tych sunących 
nisko nad ziemią, szarych i ciężkich, mogących lada godzina zlać ziemię rzęsistymi strugami 
wody. Ale niebo było jasnoniebieskie.

— Halo, Irvin! — zawołał na widok farmera. — Powiadają — zaczął ni z tego, ni z 

owego — że pożary ściągają deszcze. Gdyby tak podpalić step? Co sądzisz o tym?

— Żeby spalić Greenfield? Dziwne, że do tej pory samo nie spłonęło. Drewno jest 

suche jak pieprz.

— Można by zaorać dokoła szeroki pas.
— Ale preria się nie zapali. Więcej na niej piachu niż traw.
Bryan westchnął ciężko.
— Co u ciebie słychać? — zmienił temat rozmowy.  — Opowiadano, że wróciłeś z 

wyprawy? Jak się powiodło?

— Chcę uregulować długi.
— Cooo? — agent szeroko otworzył usta ze zdumienia.
— No więc? — ponaglił Irvin.
— Poczekaj, nie chce mi się wierzyć... Poczekaj, pójdę po klucze do kantorka. Tam 

będzie spokojniej.

To ostatnie stwierdzenie zapewne wiązało się z gromkim wrzaskiem chłopięcych gło-

sów dobiegających z wnętrza domu, przerywanym basowym ujadaniem dwu psów, które na 
noc agent przywiązywał na długich łańcuchach przy magazynie.

Irvin   poczuł   ucisk   serca   słysząc   ten   gwar.   Jego   dom   był   pusty,   głuchy,   samotny. 

Cmentarz pogrzebanych nadziei.

— Chodźmy — Bryan pojawił się podzwaniając pękiem kluczy.
Przeszli do magazynu. Agent odemknął dwie wielkie kłódki, a potem otworzył solidne, 

wzmocnione żelaznymi sztabami drzwi. Za nimi widniała sklepowa lada, za ladą — mroczna 
przestrzeń. Pachniało kurzem, skórą, mąką, jakimiś ziołami. Było duszno i gorąco.

Bryan wydobył spod lady wielką księgę dłużników. Przewracał z szelestem karty, aż 

background image

odszukał stronę, na której widniało nazwisko Irvina.

— Czy wszystko chcesz uregulować?
— Wszystko.
Agent   wyciągnął   ćwiartkę   papieru,   coś   zapisywał,   podliczył,   wreszcie   podał   papier 

Irvinowi.

— Sprawdź. To jest suma z procentami. Irvin uważnie przejrzał kolumienkę cyfr.
— Dobrze — stwierdził. — A teraz proszę policzyć, co jest winien Gordon.
Bryan  nic nie rzekł, tylko  brwi uniosły mu się nad oczami na znak niepomiernego 

zdziwienia. Natychmiast pochylił głowę nad kartkami księgi, w której począł szukać nazwi-
ska Gordona. W końcu i to obliczenie zostało dokonane. Irvin jeszcze raz sprawdził.

— Teraz Fawkes — powiedział.
— Co takiego?!
— Fawkes, powiadam. Ale chodzi mi tylko o tę sumę, którą pożyczył podczas mojej 

nieobecności, na wyjazd Gordona.

— Rozumiem...
Znowu szelest kart, już bez kolumienki cyfr, bo rzecz dotyczyła tylko jednej pozycji. 

Wreszcie Irvin zapłacił, odebrał kwity dłużne wystawione przez siebie, Gordona i Fawkesa, 
pożegnał się spiesznie i wyszedł. Lękał się, że Bryan pocznie mu składać kondolencje lub 
wypytywać o szczegóły wyprawy. Wrócił do zagrody Gordona i wręczył przyjacielowi plik 
skryptów.

— Zapłaciłem za ciebie i za siebie, za Fawkesa również to, co pożyczył na wyjazd do 

Amarillo.

— Jestem twoim dłużnikiem, Vincent. Ale po coś to zrobił? Jeszcze za szeryfa... rozu-

miem, ale za mnie? Będę się teraz kłopotał, z czego ci oddać.

— Nie martw się, zostało mi kilkaset dolarów. Powinno starczyć do najbliższych de-

szczów, a jeśli nie starczy, wskoczymy na konie i pognamy, dokąd wiatr nas skieruje. Skoro 
uregulowałem rachunki, możemy wyjechać każdego dnia i nikt nie powie, że uciekamy.

Gordon nigdy więcej nie poruszył tej sprawy. A Irvin? Wymykał się z domu, biegł w 

zakurzoną prerię, byle uniknąć natrętnych pytań, byle usunąć się sprzed oczu ciekawskich, dla 
których   stał   się   obecnie   jakimś   cudacznym   eksponatem,   jakie   w   małych   miasteczkach 
pokazują gapiom wędrowni sztukmistrze.

Abel Meredith znowu przywędrował przed drzwi domostwa Gordona. Dowiedział się o 

spłaceniu długów przez Irvina, a Fawkes uznał, że nie ma co dłużej zachowywać tajemnicy. 
Rozniosła się wieść po całym Greenfield o nieprawdopodobnym sukcesie Irvina. Pędziła z 
zagrody do zagrody na skrzydłach wiatru, obrastając po drodze w szczegóły,  zależnie od 
humoru opowiadającego i od łatwowierności kolejnego słuchacza. W ostatecznym wyniku 
powstało kilka odmiennych wersji. Cóż więc dziwnego, że prawie każdy chciał dowiedzieć 
się prawdy z ust samego bohatera.

Nastąpiło wiele, wiele wizyt i trwało tak chyba przez tydzień. Można sobie wyobrazić, 

jakie to było  przyjemne  dla Irvina. Parokrotnie nie zdążył  ukryć  się przed ciekawskimi i 
został   wystawiony   na   mękę   wysłuchiwania   rozmaitych   pytań   i   rad.   Odpowiadał   krótko, 
prawie niegrzecznie, aż ludzie się poobrażali. Gromadne wędrówki do chaty Gordona ustały. 
Obaj przyjaciele odetchnęli. Ale na krótko.

Znaleźli  się w Greenfield  ludzie  zazdrośni. Częściowo o sławę Irvina, częściowo o 

pieniądze. Złe języki zapoczątkowały złośliwą robotę. Czego to nie wymyślono? Że Irvinowi 
w głowie się przewróciło, że stał się dumny, nieprzystępny... Dziwnie szybko zapomniano o 
tragedii farmera. Ba, znaleźli się i tacy, którzy twierdzili, że Irvin dorobił się majątku na... 
morderstwie, że wcale nie oddał, komu należy, wszystkich odzyskanych pieniędzy. Szeryf, 
gdy usłyszał pierwszą tego rodzaju plotkę, wybuchnął słusznym gniewem. Zgromił przypad-
kowego informatora, aż ten, zawstydzony, unikał odtąd spotkań z Fawkesem. Ale plotkują-

background image

cych było wielu i chociaż ten i ów spośród rozsądniejszych brał w obronę Irvina, chętniej 
wierzono w kłamstwo niż w prawdę.

Karol, gdy po raz pierwszy dowiedział się o wszystkim, o mało nie pobił śmiałka, który, 

ubolewając nad “złymi ludźmi", wyraził wątpliwość, czy Irvin słusznie otrzymał nagrodę “za 
zabicie człowieka". Zapomniano, kim w rzeczywistości był “zabity człowiek". Za to świetnie 
pamiętano o fakcie spłacenia przez Irvina długów. Potem zaczęto analizować charakter Irvina. 
Bo   chyba   “krwawy,   okrutny   charakter"   musiał   mieć   człowiek,   który   przez   nikogo   nie 
zmuszony podjął się — w zastępstwie szeryfa — pogoni za przestępcą. Taka opinia była 
zresztą w tamtych czasach niemal powszechna na ziemiach Dzikiego Zachodu. Gdy szeryf 
chwytał lub w jakikolwiek inny sposób unieszkodliwiał przestępcę, spotykał się z powszech-
nym uznaniem. Jeśli jednak zupełnie to samo czynił ktokolwiek inny, w najlepszej nawet 
intencji, poczynano uważać go za... mordercę, tyle tylko, że zalegalizowanego, a pieniądze 
wypłacone w nagrodę — za ,,brudne, hańbiące pieniądze". I tak właśnie się stało. Najpierw 
Irvina uznano za bohatera Greenfield, ale bardzo szybko tym bohaterem być przestał. Dopóki 
unikał ludzi, nie orientował się w sytuacji. Jednakże później, kiedy zaczął pokazywać się na 
głównej i jedynej ulicy osady, stwierdził ze zdumieniem, że role się zmieniły: gdy on przestał 
unikać ludzi, ludzie poczęli unikać jego. Próbował dojść przyczyny. Uzyskiwał wyjaśnienia 
wykrętne,   zaprzeczające   rzeczywistości.   Zdenerwowany   i   zły,   udał   się   do   starego   Abla 
Mereditha. Ten mu wreszcie wyjaśnił, co się stało.

— Nie przejmuj się tym, synu — dodał na zakończenie. — Jest tu trochę ludzi mądrych 

i oni nigdy nie uwierzą plotkom. A głupcy? Pluń na nich. Zresztą głupcy szybko zapomną o 
swych głupstwach.

— Cóż więc mi radzisz, ojcze?
— Hm...   jak  by tu  powiedzieć?  Nie  szukaj  towarzystwa   durniów, unikaj   ich  przez 

pewien czas.

Irvin spokojnie wysłuchał rady, ale kiedy o niej opowiadał Karolowi, aż trząsł się z obu-

rzenia.

— Zupełnie jakbym to ja popełnił przestępstwo, a nie tamci... A może lepiej by było 

zniknąć stąd?

— Co masz na myśli?
— No, choćby wycieczkę. Dokądkolwiek. Chcę zejść ludziom z oczu.
— Pomysł niezły. Pojadę z tobą. Irvin przecząco pokręcił głową:
—  Nie   gniewaj   się,   Karolu.   Może   innym   razem   skorzystam   z   twej   propozycji,   ale 

teraz... teraz chcę być sam. Żeby wrócić do równowagi.

— I dokąd to masz zamiar...
— Pojadę do Wichita, może do Lubbock. Przyszło mi do głowy, że gdyby tak znalazł 

się amator na moje gospodarstwo...

— Chcesz porzucić Greenfield?
— No... nie wiem. Wciąż jeszcze nie wiem...
— Nie będziemy omawiać tej sprawy.  Przemyśl  wszystko.  Jak wrócisz, pogadamy. 

Może i ja się zdecyduję na sprzedaż? Pamiętaj, lepiej z rozmysłem popełnić głupstwo niż 
dokonać mądrego czynu bez zastanowienia.

Irvin uśmiechnął się:
— To jakaś dziwna filozofia.
— Rzecz polega na tym, aby jak najlepiej wszystko przewidzieć i uniknąć zaskoczenia. 

Kiedy chcesz ruszać?

— Jak najprędzej. Kupię jeszcze trochę żywności na drogę u Bryana, a później na 

siodło i w świat!

background image

W Wichita Falls

Lokal szeryfa w Wichita Falls nie miał sobie równego w bliższej i dalszej okolicy. To 

był luksus! A jakże. Dla wielu — szczyt wytworności, wobec którego stawali onieśmieleni.

Gdy po trzech stopniach wchodził do wnętrza, przybysza wcale nie witała typowa w 

tamtych stronach obskurna izba, prymitywne umeblowana, z szeryfem rozpartym niedbale za 
niezbyt  czystym  stołem (niekiedy — za biurkiem, co już świadczyło  o wyższym  stopniu 
szeryfoskiej elegancji).

W Wichita Falls było zupełnie inaczej! Izba, owszem, dość przestronna. Pod trzema 

ścianami stały proste ławy, między nimi krzesło z poręczami. Na tym niby fotelu siedział 
zazwyczaj młody człowiek w szerokoskrzydłym kapeluszu na głowie, w kolorowej koszuli i 
długich spodniach opadających  fałdami  na żółte buty o wysokich obcasach. Buty zawsze 
lśniły jak słońce — podobno tak je czyszczono na żądanie samego szeryfa, który nie cierpiał 
zaniedbania i niechlujstwa.

Irvin, wkroczywszy do izby, stanął zaskoczony jak każdy nowy interesant. Długo stał 

niezdecydowanie.

— O co chodzi?
Młodzieniec z krzesła podciągnął nogi, aż zadzwoniły srebrne koła ostróg przypiętych 

do olśniewających butów.

— Czy jest szeryf?
— Szeryf zajęty. 
— Na długo? 
Wzruszenie ramion.
— Poczekam — rzekł Irvin siadając na ławie.
— To potrwa bardzo długo.
— Nie szkodzi. A czy ty, młodzieńcze, także masz interes do szeryfa?
Zagadnięty poczerwieniał na twarzy i wyprostował się na krześle.
— Ja jestem człowiekiem szeryfa — powiedział dumnym głosem — a nie żadnym... 

interesantem.

— Przepraszam. Nie wiedziałem. Trudno poznać po ostrogach pomocnika szeryfa. Nie 

dostrzegam gwiazdy.

Chłopak poczerwieniał jeszcze bardziej.
— Dostanę za kilka dni.
Spostrzegł, że się tłumaczy,  więc żeby jakoś zatrzeć wrażenie  swej słabości — jak 

uważał — dodał szybko:

— Co was to obchodzi? Szeryf jest zajęty i zakazał wpuszczać.
Irvin kiwnął tylko głową i wpatrzył się w ścianę. Zapanowała cisza mącona jedynie 

odgłosami ulicy. Nie trwało to jednak długo. Młodzieniec z krzesła albo nudził się setnie, albo 
też pragnął podkreślić wagę swej funkcji.

— Mogę wam poradzić — rzekł niedbałym głosem — nie warto ze wszystkim chodzić 

do szeryfa.

— Lękam się — odparł Irvin — że mógłbyś się rozchorować, a szeryf straciłby tak 

cennego pomocnika.

— Rozchorować?
— Tak. Z nadmiernego wysiłku. Moja sprawa nie jest łatwa i wymaga tęgiej głowy.
— Co takiego?! — wrzasnął chłopak i zerwał się z krzesła. — To obraza!
— Nie. Nauka, aby nie zadzierać nosa powyżej własnych możliwości.
— Wynoście się!
— A jeśli tego nie uczynię?
— Wyrzucę was!

background image

— Spróbuj.
Chłopiec wyciągnął rewolwer, ale wyglądało na to, że nie wie, co dalej robić.
— Chcesz strzelać? Niedobra to sprawa. Morderstwo w biurze szeryfa?
— Wynoście się!
Irvin   nie   zdążył   odpowiedzieć.   Ujrzał   bowiem,   jak   w   bocznej   ścianie   bezszelestnie 

otworzyły się drzwi.

— Co to za krzyki, Bob? Wiesz, że tego nie znoszę.
Chłopak odwrócił się plecami do Irvina.
— Ten człowiek mnie obraził. On mówi...
— Nie kończ.
Człowiek stojący w uchylonych drzwiach uniósł rękę gestem sprzeciwu.
— Przypadkowo słyszałem całą rozmowę. Nie była zbyt przyjacielska, ale Bob... sam 

sobie jesteś winien. Nie czyń ze mnie próżniaka i nie zmuszaj ludzi za każdym razem do 
czekania nawet wtedy, gdy łapię muchy na ścianie. Ale i wy — zwrócił się do Irvina — nie 
należycie do kategorii grzecznych, jeśli się nie mylę. Macie do mnie sprawę?

— Do szeryfa.
— No właśnie. Wejdźcie.
Przepuścił farmera i cicho zamknął drzwi. Ten pokój jeszcze bardziej zdumiał przyby-

sza. Przede wszystkim dlatego, że od progu do stojącego daleko, daleko w głębi biurka wiódł 
szeroki, ciemnoczerwony, włochaty chodnik. Jeśli ktoś nosił przesadnie duże ostrogi, musiał 
uważać, by nie zaczepić o chodnik i nie upaść. Zdarzyło się to już kilku interesantom wpada-
jącym   zbyt   pospiesznie   do   gabinetu   szeryfa.   Tak   więc   włochaty   chodnik   był   elementem 
uspokajającym  i wcale nie przypadkowym.  Biurko szeryfa  również wyglądało niezwykle. 
Olbrzymie, lśniące jak lustro, a na nim wspaniała lampa z metalowym zbiornikiem i kulistym 
kloszem. Dwa ciężkie, kryte skórą fotele utrudniały dostęp do tego biurka, a okazała szafa 
pod przeciwległą ścianą prezentowała poprzez szyby drzwiczek grzbiety pokaźnych tomów 
ustawionych na półkach.

— Siadajcie.
Irvin skorzystał z zaproszenia i zapadł się w głębinach fotelowej przepaści.
— Słucham.
— Będziecie na pewno zdziwieni, szeryfie...
— Ja się niczemu nie dziwię. Mówcie bez wstępów.
— Otóż... chodzi o to... Nie śmiejcie się ze mnie...
— Śmiało, śmiało. Ani mi to w głowie. Mam nadzieję, że nie przyszliście opowiadać mi 

dowcipów?

—   Na   pewno   nie   —   pospieszył   z   odpowiedzią   Irvin.   —   Ja,   szeryfie,   przyszedłem 

zapytać się, czy nie poszukujecie ludzi.

— Nie bardzo rozumiem. Mam was przyjąć do pracy?
Irvin energicznie pokręcił głową.
— Pytam o ludzi poszukiwanych listami gończymi.
— Ooo...
Wydało się farmerowi, że pociągła, sucha, jakby ptasia twarz szeryfa wydłużyła  się 

jeszcze bardziej, a głębokie bruzdy biegnące od policzków do ust stały się jeszcze głębsze.

— Kogóż to szukacie?
— Nikogo, specjalnie... Tak w ogóle.
— Tak w ogóle — powtórzył szeryf i nagle rzucił tonem pytania: — Kandydat na... 

łapacza? Kto was do mnie skierował?

— Nikt.
— Mieszkacie w Wichita Falls?
— Nie.

background image

— Skąd przybyliście?
— Z Greenfield.
— Greenfield... Greenfield... Gdzie to jest?
Irvin postarał się w przybliżeniu określić położenie osady. Czy szeryf coś z tego zrozu-

miał, czy nie — trudno było odgadnąć. Dość, że nie pytał więcej. Zainteresował się natomiast 
zawodem przybysza.

—   Rolnik?   —   zdumiał   się   usłyszawszy   odpowiedź.   —   Straciliście   ziemię?   — 

zawyrokował.

— Mam ją nadal.
— Co u licha? Teraz to już niczego nie pojmuję. Początkowo sądziłem, że jesteście 

jednym z takich, co to z wiatrem w zawody idą, raz tu, raz tam. U nich się zdarza, ale żeby 
farmer?! Co wam do głowy strzeliło?

— Każdy ma prawo ścigać przestępcę.
— Pewnie, ale ja wam odradzam. Gra idzie o wielką stawkę: o własną głowę. Trzeba 

mieć doświadczenie, a jakież doświadczenie w tej sprawie może posiadać rolnik?

— Schwytałem jednego, za którym rozesłano listy gończe. Schwytałem go — Irvin 

zaciął się — to jest... zabiłem go.

— Taak? No proszę, kto by się spodziewał?
Z samego tonu głosu wynikało, że szeryf nie wierzy informatorowi.
— To się stało po napadzie na pocztę w Lubbock — pospieszył wyjaśnić farmer. — 

Dognałem obu, jeden zdołał uciec, drugi został na miejscu.

Szeryf poruszył się niespokojnie.
—   Nam   zależy   raczej   na   chwytaniu   przestępcy   niż   na   jego   śmierci   —   zauważył 

surowym głosem. — Nie lubię rewolwerowców.

— Gdybym nie użył broni, nie siedziałbym teraz przed wami. On strzelił pierwszy.
— Ach tak... I gdzież się to wydarzyło?
— Nad Kolorado. Południową Kolorado. Odzyskałem część zrabowanych pieniędzy. 

Szeryf z Lubbock może poświadczyć.

— Znam tę sprawę. Przepraszam, jak się nazywacie?
— Vincent Irvin.
— Vincent Irvin — powtórzył szeryf. — Vincent Irvin... Przypominam sobie. A co to 

była za historia z Czarnym Jackiem? Mc Intosh lubi dużo mówić. Jego słowa są jak gąbka 
pełna wody, gdy ją wycisnąć, niewiele zostaje.

Irvina zaskoczyło pytanie, ale musiał odpowiedzieć. Więc opisał przygodę w pociągu.
— Było was tam trzech i żaden nie zgłosił się do mnie. Dziwię się. Przecież napad 

wydarzył się w okolicy Wichita, a nie Lubbock? Dlaczego nie przyszliście tutaj?

Irvin pomyślał, że odpowiedzialność za to obciąża przede wszystkim Lucasa Fawkesa, 

ale tego nie powiedział. Wyjaśnił natomiast, że obawiali się o pieniądze, które wieźli.

— To mogło przyjść was dwu — zauważył  logicznie szeryf. — No, ale przepadło. 

Czarny Jack długo będzie pamiętał o takim spotkaniu. Radzę wam nie kręcić się w tych stro-
nach. Licho nie śpi.

Ostrzeżenie nie trafiło Irvinowi do przekonania. Przecież nie po to tu przyjechał, aby się 

bać Jacka. I zaraz to głośno stwierdził. A na zakończenie dodał:

— Chcę się dowiedzieć, za kim rozesłano listy gończe.
Szeryf spojrzał nań tak, jakby chciał go wzrokiem na wylot przewiercić.
— Szukacie guza — stwierdził. — Ale niech będzie... Zaraz zobaczę.
Wysunął szufladę, pogrzebał chwilę w jej wnętrzu i wyciągnął plik zadrukowanych 

kartek.

— To nasz pięcioletni dorobek — wyjaśnił. — Listy gończe z czterech stron świata. 

Najpierw — podniósł arkusik — jakiś Goldwin. Poszukiwany przez szeryfa z Pine Bluff. W 

background image

Arkansasie. Stara sprawa. Jak mi wiadomo, nikt u nas tego Goldwina nie widział i mam 
nadzieję, że nie zobaczy.

— Co on zrobił?
Szeryf pochylił swój długi nos nad papierami.
— Bagatela — mruknął, a potem, podnosząc głowę: — Rabunek połączony z podpale-

niem farmy. Trzy osoby zastrzelone albo spalone. Co na jedno wychodzi.

Irvin wzdrygnął się, ale szeryf nie zwrócił na to uwagi.
— Nie ma co sobie tym głowy zawracać. Goldwina dawno musiało wywiać na koniec 

świata.

Wziął następną kartkę.
— A tu szanowny pan Abraham Curtis, szuler. Ale to jeszcze nie wszystko. W gospo-

dzie “Pod Jeleniem" w Omaha zastrzelił gracza, gdy usiłował wyciągnąć mu karty z rękawa. 
To się stało przed czterema laty. Gdzie go tam teraz szukać! Patrzmy dalej. Ben Josiah, nawet 
z naszych stron, z Denton. Zabił wspólnika podczas przepędu stada. Woły sprzedał i czmych-
nął. Przed trzema laty. A tu znowu... Dawid Humphry: napad na pociąg, raczej na wagon 
pocztowy. Nie udało mu się. Próbował drugi raz i zabił kierownika pociągu pod Shreverport 
w Luizjanie, przed dwoma laty. Co wy na to?

— Myślę — odparł wolno Irvin — że nasza sprawiedliwość bardzo jest nierychliwa. 

Cóż warte są te wszystkie listy gończe?

— Warte, warte, człowieku. Wielu nie schwytano, ale równie wielu dzięki tym papier-

kom — tu stuknął palcem w blat biurka — siedzi dziś za kratkami albo... gorzej. Że nie 
wszyscy?   Cóż,   nie   mamy   odpowiednich   ludzi.   Praca   szeryfa   jest   ciężka,   ochotników   do 
pomocy brak. Taki Bob, na przykład.

— Kto?
— No ten chłopak, co sterczy przy wejściu. Pewnie się wyrobi, ale dziś jest jeszcze 

zupełnie zielony. Czy mogę go posłać do jakiej roboty? Każdy z tych ludzi, których nazwiska 
odczytałem, zdmuchnąłby go jak świecę. To właśnie dlatego wyznacza się nagrody.  Was 
również złakomiły, co? Nie jest to takie dziwne, ale dziwi mnie, że farmer łapie się za coś 
takiego. Gospodarstwo wam nie wystarcza?

Irvin zaśmiał się gorzko.
— Dochód z mej farmy da się zmieścić w naparstku j jeszcze coś niecoś można tam 

wetknąć.

— To tak?
Szeryf zamyślił się chwilę.
A co byście rzekli, gdybym zaproponował pracę u mnie?
Irvin przez sekundę wyobraził siebie w roli chłopaka pilnującego drzwi.
— Dziękuję — odparł energicznie. — Nie!
— Moglibyście zostać moim zastępcą. Oczywiście, nie tak od razu.
— Nie.
— Wolicie występować jako łapacz? Ano, cóż? Co kto lubi.
Słowo “łapacz" nie było Irvinowi obce. Słyszał je kiedyś i wiedział, że nie jest pochwa-

łą ani nawet określeniem obojętnym  uczuciowo. Ale teraz zadźwięczało jakoś wyjątkowo 
pogardliwie. Aż skrzywił się zabawnie.

— Widzę, że wam ta nazwa nie smakuje. Więc jednak może...
— Nie — zaprotestował Irvin po raz trzeci. — Siedzieć w Wichita Falls? To prawie to 

samo co tkwić w Greenfield. A ja muszę jeździć. Nie potrafię usiedzieć w jednym miejscu.

— To coś nowego. Praca na roli przestała was interesować?
Irvin z ironicznym uśmieszkiem wyjaśnił, jak obecnie wygląda “rola" w Greenfield.
— O do licha! Rzeczywiście niewesoło. Powinniście przenieść się w inne strony. Nie 

wszędzie jest susza, a o ziemię nietrudno.

background image

— Może to uczynię, ale nie teraz. Nie potrafiłbym ani orać, ani siać, ani żąć.
— Przesada. Najgorsza nawet posucha...
Przerwał i wpatrzył się w twarz farmera.
— W tym waszym Greenfield wydarzyło się chyba coś gorszego. Coście tam zrobili? 

Może się da naprawić?

— Nie w ludzkiej to mocy odmienić, szeryfie.
— Aż tak źle?
— Znienawidziłem... znienawidziłem tych łotrów! — krzyknął Irvin w porywie pasji. 

— To przez nich! Gdyby nie napad w Lubbock, nie ruszyłbym się z Greenfield. I ciągle mi 
się wydaje, że... uratowałbym swoją rodzinę — dokończył już cichszym głosem. — Dlatego 
postanowiłem na pewien czas, o, nie na zawsze, zostać łapaczem. Wcale nie dla pieniędzy. 
Dlatego żeby jakoś... żeby jakoś... — umilkł nie mogąc znaleźć odpowiednich słów.

To był krzyk rozpaczy. Tak go ocenił — i trafnie — szeryf z Wichita Falls. Wiele 

tragedii oglądał w swym życiu, a oto teraz miała się rozsunąć kurtyna i ukazać mu nawy 
dramat człowieczy.

— Czy możecie mi to jakoś wyjaśnić?
Irvin oddychał głośno, a wargi mu lekko drgały. Szeryf wolno podniósł się z krzesła, 

wolno pomaszerował w kierunku szafy. Odemknął szklane drzwiczki, spoza równego szeregu 
książek wyciągnął kwadratową butelkę i dwie szklanki o zielonkawym połysku. Postawił na 
biurku, ostrożnie wyciągnął korek. Złotawy płyn zabulgotał dźwięcznie.

— Wypijcie — podsunął szklankę gościowi. Irvin skinął głową, przytknął szkło do ust i 

wypił powoli, aż do dna. Odstawił puste naczynie.

— No co, lepiej? — zainteresował się szeryf.
— Dziękuję... — Irvin poczuł w żołądku miłe ciepło, a w głowie miły szmerek.
— To świetne lekarstwo na wszelkie bóle i choroby. Byle użyć w odpowiedniej chwili i 

nie za często. Wtedy przestaje skutkować i robi z człowieka wariata. A teraz słucham.

Opowieść wypadła zwięźle. Szeryf pojął wszystko, bo czego zabrakło w relacji farmera, 

tego się domyślił. Westchnął lekko i począł przewracać zadrukowane kartki udając, że czegoś 
w nich szuka. W ten sposób dał czas Irvinowi, by przyszedł do siebie. I cel ten osiągnął. Może 
szklanka whisky, może chwila szczerej rozmowy, a najprawdopodobniej jedno i drugie razem 
przywróciło Irvinowi równowagę ducha i umysłu, bo zapytał już zupełnie spokojnym głosem:

— Więc jak ze mną będzie, szeryfie? Znajdzie się jakiś list gończy?
— Znajdzie się, uparty człowieku, jeśli... — kiwnął głową nie kończąc zdania. — No 

więc — zaszeleścił papierami — któż tu jeszcze jest? Aha, Ben Bendick. Przezwano go “dwa 
be". Mieszkaniec Wichita Falls. Świetnie faceta pamiętam. Mały, chudy, drobny. Nie dałbyś 
centa za niego. Nie wiem, jak on to zrobił, aż trudno uwierzyć, ale w gospodzie “Czarny 
Bizon" przewrócił bufet wraz z całą zastawą. Siedział u mnie później i pewnie miałby do 
czynienia  z sędzią,  gdyby  się nie  ugodził  z Bennet  Heywoodem,  właścicielem  “Bizona". 
Bendick   zapłacił   co   do   centa   za   wszystkie   zniszczenia.   I   to   wydało   mi   się   podejrzane. 
Bendick nigdzie nie pracował. Niekiedy, chyba dla fantazji, wynajmował się jako poganiacz 
bydła przy przegonach z Teksasu do Deadwood w Południowej Dakocie. Potem zawsze tu 
wracał. Aż w końcu wszystko się wydało. Poznali go podczas napadu na kantor bankierski w 
Shreverport w Luizjanie. Miał dwu pomocników, cała trójka zamaskowana, jak to zwykle 
bywa. Zorganizowali wszystko starym sposobem: jeden pilnuje wejścia, drugi ludzi na sali, 
trzeci kasjera. Tak właśnie wszystko się odbyło. Ale Bendick jednego nie przewidział: że 
chustka zawiązana pod oczami rozplącze się i spadnie. A spadła, gdy wkładał pieniądze do 
torby. Kasjer krzyknął, Bendick strzelił i chybił. Tak się tym zdenerwował, że uciekł. Może 
zresztą sądził, że kasjer go nie poznał, ale grubo się pomylił. Ten urzędnik bankowy pracował 
przed tym w Wichita Falls i niejeden raz spotykał Bendicka. Poszły listy gończe, ale od roku 
o Bendicku nic nie słychać. Chcesz go odszukać?

background image

— To na nic. Musiałbym chyba przewędrować cały kraj. Dużo zrabował?
— Około sześćdziesięciu tysięcy.
— Starczyło na wyjazd do Kanady lub Meksyku.
— I ja tak myślę, ale — znowu zaszeleścił kartkami — nic lepszego nie mam. Ostatnio 

nie zdarzyło się nic poważniejszego.

— Poza Czarnym Jackiem — zauważył Irvin.
— Czarny Jack nie dla ciebie.
— Już się z nim spotkałem.
— Miałeś szczęście zaiste wyjątkowe. Przy drugim spotkaniu, jeśli cię pozna, nie wy-

migasz się. Pomyśl o tym.

Irvin coś mruknął do siebie.
— A jak ze strzelaniem? Pokaż no swoją broń.
Farmer niechętnie wydobył srebrnego colta i położył na biurku.
— To twój? Potakujące skinienie głowy.
Szeryf ujął rewolwer za lufę i bacznie przyjrzał się rękojeści. Po czym cicho gwizdnął.
— Jeśli się nie mylę, słyszałem o tych coltach. Srebrne colty Czarnego Jacka, nie?
— Zgadza się.
— Czemuś tego nie oddał szeryfowi w Lubbock? Widział kto kiedy takiego wariata? 

Nikt tu nie posiada podobnej broni. Jeśli Jack ciebie nie pozna, to pozna rewolwer. Gdzie jest 
drugi?

— W Greenfield. Podzieliliśmy się zdobyczą. Szeryf położył colt na biurku.
— Wyrzuć to. Prawie jakbyś śmierć przy sobie nosił. Jeśli nie chcesz wyrzucić, zostaw 

u mnie. Dam ci inny. Zgoda?

— Nie, szeryfie. To musi być dobra broń.
—   Jak   dla   kogo.   Chętnie   wypróbowałbym...   Wyciągnął   z   kieszeni   gruby   zegarek 

przyczepiony do błyszczącej dewizki.

— Dzisiaj już nie. Zagadaliśmy się, ale jutro rankiem gotów jestem sprawdzić, jak 

strzelasz. No? Jeśli się zgodzisz, opowiem ci coś o zwyczajach Czarnego, a może nawet o 
tym, gdzie go szukać. Ręczę słowem, że ci się przyda. Nawet jeśli go zaniechasz. Nigdy nic 
nie wiadomo.

Podniósł się zza biurka.
— Czekam cię jutro o szóstej.
— Będę — odparł farmer.
— Świetnie. Idź już, a po drodze przyślij mi Boba.
Irvin opuścił gabinet, pełen najsprzeczniejszych uczuć. W hallu nadal tkwił samotny 

chłopak, rozwalony niedbale na krześle. Klepnął go po ramieniu, a kiedy tamten poderwał się, 
rzekł:

— Słuchaj, jak on się nazywa?
— Murphy, Denis Murphy...
— Doskonale, A teraz idź do szefa. Wiesz, co ci powiem?  Twój szeryf  jest całym 

wodospadem mądrości. Jeśli choć kropla spadnie z niego na twą łepetynę, wygrasz wielki los 
na życiowej loterii.

Bob wybałuszył oczy.
— No, idź do szeryfa. Później się zastanowisz nad tym, co ci powiedziałem. A przemyśl 

dobrze!

Reszta dnia upłynęła Irvinowi dość nudno. Odnalazł hotel, ten sam, w którym uprzednio 

we trzech nocowali, wynajął pokój i umieścił wierzchowca w hotelowej stajni. Potem pogadał 
z   właścicielem   na   temat   ewentualnej   sprzedaży   gospodarstwa   w   Greenfield.   Hotelarz 
zanotował   sobie   wszystko,   ale   niczego   nie   obiecał.   Irvin   nie   nalegał,   nie   był   jeszcze 
zdecydowany na sprzedaż. Wrócił do swego pokoju, położył się w ubraniu na łóżku, nogi 

background image

oparł na poręczy i począł dumać nad obecną sytuacją.

Następnego ranka zgodnie z umową stawił się przed szeryfowskim lokalem. Boba nie 

było, ale przed drzwiami stał szeryf. Kiwnął głową na powitanie i powiedział krótko:

— Chodźmy.
Przeszli przez miasteczko, prawie jeszcze puste o tej porze, a później skręcili w bok 

wąską drożyną, wiodącą polami prościutko ku rzece. Szeryf wiódł gościa samym brzegiem 
wód Wichita (od niej przyjęło nazwę miasteczko), aż natrafili na strome urwisko spadające ku 
pokrytej żwirem plaży.

— Jesteśmy na miejscu — stwierdził Murphy, nieco natężając głos, jako że szum wody 

zagłuszał słowa. — To wodospady — dodał tonem wyjaśnienia.

Wydobył z kieszeni ćwiartkę papieru, przybił ją patykiem do piaskowej ściany. Potem 

odmierzył krokami odległość, na koniec ustawił Irvina na samej krawędzi plaży.

— No, możemy zaczynać. Nikt nam tu nie przeszkodzi. Widzisz ten punkt? — wskazał 

palcem na czarne kółko wymalowane pośrodku kartki.

— Nie jestem ślepcem — obruszył się Irvin.
— No, to staraj się trafić.
Farmer   wydobył   srebrny  colt.   Jeżeli   kiedy   w   życiu   posługiwał   się   bronią,   to   tylko 

strzelbą, ale nawet o tym nie wspomniał.

— Na co czekasz? 
Irvin strzelił.
— Dalej!
Nacisnął cyngiel jeszcze trzy razy.
— Dosyć! Zastanawiam się — rzekł Murphy — jakim to nadzwyczajnym sposobem 

zabiłeś tamtego bandziora?

— Wtedy miałem strzelbę.
— A ja myślę, że po prostu urodziłeś się pod szczęśliwą gwiazdą, ale w spotkaniu z 

Czarnym Jackiem nic ci ona nie pomoże. Popatrz teraz.

Wyszarpnął błyskawicznym ruchem rewolwer z pochwy u pasa. Nie mierzył. Błysk i 

huk nastąpiły jednocześnie z podniesieniem dłoni.

— No?.
— W sam środek — przyznał Irvin nie kryjąc zdziwienia. — Takich, jak wy, szeryfie, 

nie ma chyba wielu?

— Bardzo wielu i jeszcze lepszych. Do roboty!
— Co? — zdumiał się farmer.
— Przecież muszę cię nauczyć. Wyciągnij rękę. Nie tak, zupełnie źle. W ogóle nie 

umiesz celować.

Stanął z boku i ujął farmera za przegub.
— Patrz, ot tak. Strzelaj. 
Irvin pociągnął za cyngiel.
— No widzisz. Już lepiej, chociaż to pewnie przypadek. Kula trafiła w skraj plamy.
— Przed dwoma laty — odezwał się Irvin podniesiony na duchu skromnym sukcesem 

— zająłem pierwsze miejsce w konkursie strzeleckim. Co prawda najlepszy strzelec nie brał 
w nim udziału.

— A wszyscy inni byli najgorsi — stwierdził nieco złośliwie szeryf. — Gdzież się to 

odbyło?

— W Greenfield.
— Daj spokój. Zwycięzca! A niech cię. Myślę, że jesteś najlepszym strzelcem wśród 

rolników i najlepszym rolnikiem wśród strzelców. No, jazda, jeszcze raz!

Nauka trwała tak długo, aż zabrakło naboi.
— Na dziś będzie dosyć — zawyrokował Murphy.

background image

— Na dziś... — stropił się farmer.
— Na dziś. Jutro będziemy znów próbować. Nie wyobrażaj sobie, że cię tak puszczę. 

Nie zwykłem wrzucać małych kociąt na głębinę. A z tobą byłoby jeszcze gorzej.

— No to co będzie? — zafrasował się Irvin.
— Nauczysz się strzelać.
— Przez dwie godziny dziennie. A co z resztą dnia? Tyle zmarnowanego czasu.
— Lepiej marnować czas niż stracić życie. Zresztą gdzież ci tak pilno? Do twojej ska-

mieniałej roli? Nauczę cię różnych sztuczek, a poza tym masz się ćwiczyć sam. Człowieku! 
Zrozum, że jako strzelec jesteś zupełnie zielony. No, wracamy.

Wydostali się na wysoki brzeg i ruszyli ku miasteczku. Szeryf pogwizdywał, Irvin szedł 

ponury i milczący.

— Nie mogę tak siedzieć bezczynnie — odezwał się nagle — za dwa dni nie będzie 

mnie tutaj. Nie macie prawa...

— Prawa nie mam — odparł wesoło Murphy — ale bez żadnego prawa potrafię tak cię 

zbić, że tydzień poleżysz w łóżku. To nie przelewki, mój drogi. Zresztą... nie będę cię zatrzy-
mywał, jeśli dasz mi słowo, że prosto z Wichita udasz się do swojego Greenfield. Zgoda?

— Łatwowierni jesteście, szeryfie. Mógłbym dać słowo i wcale go nie dotrzymać.
— Wiedziałem, że tak odpowiesz. Ale ja troszkę znam się na ludziach. Należysz do 

tych   uczciwych   z   kościami.   Zresztą...   bez   mojej   pomocy   nie   odnajdziesz   Czarnego.   Nie 
przypuszczałem,   że   tak   kiepsko   strzelasz,   i   dopóki   się   nie   nauczysz,   dopóty   niczego   nie 
powiem   o   Jacku.   Czekam   cię   jutro   o   szóstej.   Jeśli   się   nie   zjawisz,   możesz   więcej   nie 
przychodzić.

I tak się rozstali. Szeryf nadal wesoło pogwizdujący, Irvin nadal ponury. Co miał teraz 

czynić? Opuścić Wichita  Falls? Na własną rękę poszukiwać Czarnego Jacka? Wracać do 
Greenfield czy tkwić tutaj  nie wiadomo  jak długo? A może  nauka strzelania  ma na celu 
jedynie zniechęcenie go do planowanej wyprawy? Jaka szkoda, że nie ma tu Karola! Ten 
znalazłby radę. Do licha z tym wszystkim!

Zdesperowany wszedł do pierwszego spotkanego po drodze saloonu. Już na schodkach 

spostrzegł szyld: “Czarny Bizon". Przypomniał sobie opowieść szeryfa. To właśnie tu jakiś 
tam Bendick przewrócił bufet. Skierował się prosto do tego bufetu.

Kazał   nalać   szklaneczkę   whisky   i   dopełnić   ją   wodą   sodową,   czym   wywołał   błysk 

zdziwienia w oczach sprzedawcy. Potem siadł przy stoliku w pustej sali. O tej rannej godzinie 
mieszkańcy Wichita Falls załatwiali swe interesy handlowe, a obiboki i lenie odsypiali nocne 
zabawy.

Wysączył zawartość szklaneczki i podszedł do bufetu.
— Jeszcze raz — powiedział — ale może coś lepszego.
— Ma pan jakąś ulubioną markę?
Irvin zastanowił się chwilę, ale nic mu nie przyszło do głowy.
— Nie, ale to jest... bardzo kiepskie. Butelka z inną nalepką pojawiła się na ladzie. 

Szklaneczka została napełniona. Irvin oparł się, jak mógł najwygodniej, o metalowy blat.

— Znaliście Bena Bendicka? — zapytał.
— O co chodzi?
— Głupstwo. Powiadają, że przewrócił ten bufet.
— Wie o tym całe miasto.
— Nie jestem tutejszy.
— Tak sobie od razu pomyślałem. A może widzieliście Bena? — zagadnął zniżając 

głos. — Możecie mówić śmiało. Nie jestem papla.

Irvin roześmiał się.
— Nie znam Bena, nigdy go nie widziałem.
Podobno był małym, szczupłym człowieczkiem, dlatego dziwię się, że dał radę temu 

background image

bufetowi.

Z kolei roześmiał się karczmarz.
— Prawda — przytaknął. — Na oko Ben ważył tyle, co mucha, ale wówczas taki był 

ścisk przy ladzie,  że to raczej ludzie niż on zwalili ten cały interes. Ben zapłacił  jednak 
wszystko, bardziej za innych niż za siebie. Honorowy z niego chłopak.

Po wyjściu z saloonu Irvin począł zwiedzać miasteczko. Przewędrował kilka uliczek 

przystając przed witrynami sklepu i obserwując przechodniów, osiołki czekające nie wiadomo 
na kogo, kowbojów przejeżdżających na narowistych rumakach, jakichś traperów w zupełnie 
fantastycznych   ubraniach,   obdartusów   i   elegantów   w   lśniących   cylindrach,   farmerów   w 
długich   butach   i   zakurzonych   opończach,   którzy   ściągali   tu,   by   dokonać   niezbędnych 
zakupów i zabawić się. Wreszcie natrafił na warsztat rusznikarza, który nie tylko reperował, 
ale i sprzedawał broń nową i używaną, wszelkiego rodzaju i kalibru. Zajrzał do wnętrza. 
Rusznikarz   okazał   się   człowiekiem   gadatliwym.   Pokazał   przybyszowi   pełny   asortyment 
towaru i usiłował sprzedać cudaczny, trójlufowy pistolet. Ale Irvin kupił tylko kilka paczek 
nabojów do colta, w związku z “nauką strzelania".

Nazajutrz  stawił   się  punktualnie  o  szóstej   w   umówionym  miejscu,  nad   rzeką.  Tym 

razem miał strzelać nie do czarnego kółka na białym papierze, ale do błyszczącej, blaszanej 
puszki wbitej w stromą ścianę. Blacha migotała w słońcu, Irvin trafił dopiero przy czwartym 
strzale, co wywołało na twarzy szeryfa grymas niezadowolenia.

— Okropność — stwierdził. — Takiego ucznia dawno nie miałem! Nie puszczę, dopóki 

sześć razy nie podbijesz tego pudełka w górę.

— Niby jak?
— A tak.
Wyciągnął   blaszankę   z   piachu,   cisnął   ją   ku   niebu   i   nim   spadła   zdążył   wyszarpnąć 

rewolwer. Strzelił sześć razy i za każdym strzałem spadająca puszka podskakiwała.

— Widziałeś?
— Wspaniale! Nie jestem ślepy.
— Mam nadzieję, chociaż... sądząc z twojej umiejętności trafiania do celu... Ech, Irvin, 

staraj się, człowieku, aby mój czas nie został zmarnowany.

— Przecież nie prosiłem... — burknął Irvin pod nosem.
— Wiem, wiem i na kogo innego machnąłbym ręką, ale ty jakoś mi przypadłeś do 

serca. Nie mogę puścić cię tak bardzo bezbronnego.

Znów wetknął blaszankę w piasek, a Irvin podjął swe strzeleckie ćwiczenia. Skutek był 

raz lepszy, raz gorszy, aż wreszcie szeryf uznał, że na dziś dosyć.

— Jutro przyjdziesz o tej samej porze — zarządził.
Irvin nie zaprotestował. Na podobnej pukaninie zeszedł ranek następny i popołudnie. 

Irvin nabrał humoru — szeryf już nie kiwał nad nim głową tak żałośnie. Po kilku dniach 
stwierdził:

— jesteś zdolny. Inny nie doszedłby do takich rezultatów.
— Będę mógł wyruszyć?
— Oho, nie tak zaraz. Bo widzisz, celnie strzelać to jeszcze nie wszystko.
—   Szeryfie   —   odezwał   się   Irvin,   a   twarz   mu   się   wydłużyła.   —   Któregoś   dnia 

zrezygnuję z waszych wiadomości o Jacku i po prostu ucieknę z Wichita.

— Czy nie rozumiesz, chłopie, że czuwam nad twoim życiem?
— Jak duch — mruknął farmer i skrzywił się zabawnie.
— No właśnie, ale musisz przyznać: dobry duch. A teraz zrobimy jeszcze jedną próbę. 

Jeśli wypadnie pomyślnie...

Ustawił Irvina na skraju wody, naprzeciw blaszanki.
— Uważaj — powiedział. — Dam znak i natychmiast masz strzelać.
Farmer sięgnął po rewolwer.

background image

— Nie, nie, mój kochany. Opuść rękę, opuść! — Wydobył z kieszeni wielki zegarek z 

sekundnikiem. — Strzelaj! — zawołał.

Irvin szarpnął za uchwyt broni i nacisnął cyngiel. Kula ugrzęzła gdzieś w piasku.
— Sam widzisz, jak źle... Zbyt długo i kulą w plot! Przez taki czas twój przeciwnik 

mógłby cię trafić ze trzy razy.

— Przestańcie mnie straszyć! W kółko jedno i to samo, a to: “trafi cię", a to “zabije cię" 

— rozżalił się Irvin. — Albo chcecie ze mnie uczynić tchórza, albo... — zawahał się.

— Albo kogo?
— Wyszkolonego mordercę. Nie odpowiada mi ani jedno, ani drugie.
— Raczej rewolwerowca — chciałeś powiedzieć.
— Na jedno wychodzi.
— Kto chce się mierzyć z rewolwerowcami, musi posiąść ich umiejętności, Irvin. To 

znaczy: dorównać szybkością i celnym okiem. Pamiętaj, chłopcze, że ja cię do niczego nie na-
mawiałem i nie namawiam. Raczej odradzam.

— Dobrze, już dobrze. Mówiliście już o tym...
— Nigdy nie za wiele. A teraz popatrz. Stanął odwrócony plecami do blaszanki.
— Licz głośno.
Irvin powiedział: “Jeden", “dwa" już nie zdążył, bo w tej krótkiej chwili szeryf odwrócił 

się i strzelił. Nawet nie dostrzegł, kiedy wyciągnął broń zza pasa. Strzał był celny.

— Ja się takiej sztuczki nigdy nie nauczę — oświadczył zdesperowany farmer.
— Nauczysz się, nauczysz. Już powiedziałem, że jesteś zdolny, tylko brak ci wprawy. 

No, do roboty. Teraz nie będziesz strzelał, tylko wyjmował colta. Na czas.

I zaczęła się nowa lekcja, i trwała tak długo, aż Irvinowi dłoń omdlała. Szeryf to zauwa-

żył.

— Na dziś dość. Irvin odetchnął:
— Tylko nie myślcie, że po tej całej szkole przystanę do was na służbę.
— Może się jeszcze przekonasz. Taki wybór byłby najmądrzejszy. Ale nie będę nalegał.
— Kiedy wreszcie dowiem się czego o Czarnym Jacku?
— Za kilka dni, myślę. Jak się lepiej wprawisz. Wracamy.
Irvin widać wprawił się, bo szeryf dotrzymał obietnicy. I tak oto zakończył się pobyt 

farmera w Wichita Falls. Ale ani szeryf, ani Irvin nie przypuszczali, że jego rolnicza kariera 
została właśnie przez to raz na zawsze zakończona.

Noc w jarze

To był stary trakt. Bardzo stary. Gdyby go nawet Denis Murphy o tym nie uprzedził, 

Irvin zauważyłby to swym doświadczonym okiem farmera. Bo rolnik może się nie znać na 
tropach płowej zwierzyny, ale w mig pozna drogę, po której toczyły się wozy ciągnione przez 
woły,   stratowaną  końskimi  kopytami.   Zwłaszcza   taki  rolnik,  który przebył  szlak  wielkiej 
wędrówki ludów ze wschodu na zachód, A przecież stary trakt nie tak łatwo dostrzec. Po 
roku, po dwu latach, jeśli nikt już tamtędy nie jeździ, pokrywa się trawą. Pod kobiercem 
zieleni znikają odciski podków, koleiny po kołach i wydeptane stopami tysięcy wędrowców 
łyse placki ubitej ziemi. I na pozór nic nie przypomina uczęszczanej niegdyś drogi. Ale Irvin 
nie dał się zwieść. Na starym trakcie, na podłożu rozmytego deszczami końskiego i krowiego 
nawozu wyrosła trawa nieco wyższa niż w sąsiedztwie i bujniejsza. Nie każdy by to dostrzegł, 
ale farmer natychmiast zauważył różnicę. To była właśnie ta droga, o której mówił Murphy, 

background image

zanim się rozstali. Rozmowa była długa i przeciągnęła pobyt Irvina w Wichita Falls o cały 
dzień.   Ale   tego   dnia   farmer   nie   uważał   za   stracony.   Zresztą,   żeby   szczerze   wyznać,   nie 
żałował i dni poprzednich, mimo że tyle razy denerwowały go przestrogi, rady i rozkazy 
szeryfa. “Strzelaj, odwróć się, wyciągnij broń..." — i tak zdawałoby się bez końca. Teraz miał 
to już za sobą. Potrafił  wyszarpnąć  colta  w mgnieniu  oka i prawie natychmiast  nacisnąć 
cyngiel.   Poczuł   coś   w   rodzaju   dumy,   a   jednocześnie   zabolało   serce   na   wspomnienie 
wydarzeń, które przywiodły go do gabinetu szeryfa w Wichita Falls.

Zatrzymał konia na pustkowiu zapomnianego szlaku i pomyślał, że ta droga, wiodąca 

nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd, dziwnie pasuje do jego sytuacji.

Jak to mówił Murphy?
— ...później trafisz na przetarty niegdyś szlak*. Uważaj, Irvin, wytrzeszczaj oczy, abyś 

nie prześlepił.

— Drogi nie zauważę? — oburzył się wówczas Irvin.
— To była droga przed laty. Dzisiaj niewiele z niej zostało...
Cmoknął na konia.
Szeryf  mówił prawdę. Niewiele śladów zostało, ale jak dla Irvina — wystarczająco 

dużo. Byle tylko nie zjechać w bok.

—   Ona   biegnie   ku   Górom   Skalistym   —   wyjaśnił   wtedy   Murphy.   —   A   gdzie   się 

kończy.., któż to wie? A gdzie się zaczyna... też nie mam pojęcia. Od lat nikt tamtędy nie 
jeździł.

— To może w ogóle nie ma tej drogi? — wtrącił wówczas Irvin.
— Jest. Jak słońce na niebie. Przebyłem jej spory odcinek, więc wiem.
Ta droga musiała więc być jedynym przewodnikiem, wiodącym Irvina do celu.
— Tylko uważaj — znowu wspomniał słowa szeryfa — nie przeocz jej, bo zaczniesz 

się kręcić jak kot wokół własnego ogona.

Irvin dobrze wiedział, że zdać się musi wyłącznie na własne oczy. Miał odnaleźć na tym 

gładkim pustkowiu, na tej bezkresnej równinie — zapadlinę, jar. Sprawa pozornie łatwa. No, 
bo jeśli teren gładki jak stół, to jak można nie zauważyć wąwozu 

— Nic nie zauważysz — przestrzegał go szeryf. — Będziesz się znajdował o kilka 

jardów od uskoku, nadal przekonany, że przed tobą równe pole aż po horyzont. Opowiadano 
mi o takim, który w biały dzień skręcił kark zwaliwszy się w dół. Jechał pewno kłusem, a 
może galopem, i zbyt późno dojrzał krawędź. Mówiono mi o takich, którzy krążyli dokoła 
jaru, a później opowiadali, że nic nie znaleźli, że z tym jarem to bajka...

Więc   teraz   Irvin   uważnie   rozglądał   się   dokoła,   zwłaszcza   w   drugiej   połowie   dnia. 

Szeryf zapewnił go, że powinien dotrzeć do celu, zanim mrok okryje ziemię. Jeśli będzie 
jechał normalnie, to znaczy: raz stępa, raz kłusem, raz galopem.

— W ten sposób możesz gnać od świtu do wieczora i nie zmęczysz konia. Wie o tym 

każdy westman — dodał szeryf.

Niestety, Irvin nie był westmanem. I dlatego właśnie lękał się, że przy zbyt powolnej 

jeździe nie dotrze do jaru przed wieczorem. Przy zbyt szybkiej, minie go... Ten przeklęty jar 
miał się znajdować po prawej stronie zapomnianego traktu, w odległości kilku jardów. A w 
jarze?

Rzecz dotyczyła  właśnie Czarnego Jacka, który — według słów szeryfa  — nie był 

“takim sobie zwykłym" bandytą.

— Widzisz — tłumaczył Irvinowi — tak jakoś się składa, że teksański rewolwerowiec z 

reguły ma wygląd odpychający. A twarz taką, jakby na niej wycisnęły swe piętno wszystkie 
dokonane przestępstwa. Ci ludzie to stali bywalcy saloonów, zapici nałogowcy, okrutnicy o 
odrażającym   obliczu.   Wystarczy   spojrzeć,   a   już   wiadomo,   czego   po   takim   typie   można 
oczekiwać. A poziom umysłowy? A sposób wyrażania się? Co dwa słowa to trzy plugawe 
przekleństwa. Ale Czarny Jack? Ho, ho! On jest zupełnie inny. Elegancko ubrany, gładki w 

background image

słowach i w sposobie  bycia.  Prawdziwy,  zdawałoby się, dżentelmen.  Dlatego tak mu  się 
wszystko udaje. Któż by podejrzewał człowieka wyglądającego na zamożnego ranczera czy 
posiadacza tysięcy akrów urodzajnej ziemi za bandytę? Dzięki temu potrafi dotrzeć wszędzie. 
Była taka głośna historia, Czarny Jack dostał się do salonki któregoś ze wschodnich miliar-
derów. Przez połowę przebytej pociągiem drogi czarował jegomościa swym miłym głosem, a 
później... ulotnił się z wagonu wraz ze szkatułką zawierającą grubszą gotówkę. To zostało 
bardzo elegancko wykonane. Ale nie sądź, Irvin, że Jack jest zawsze taki łagodny. Potrafi być 
okrutnikiem, potrafi mordować na zimno. Ci, którzy mieli nieszczęście z nim się zetknąć, 
twierdzą, że Jack to prawdziwy diabeł, na ludzkie nieszczęście wypuszczony z piekła, i że 
dlatego ubiera się na czarno.

Irvin, słuchając tych słów, poczuł dreszcz trwogi. No, bo jeśli Czarny Jack zapamiętał 

sobie jego twarz?

— Gdybyś z nim jechał sam — zastanawiał się głośno szeryf — powiedziałbym, że cię 

na pewno rozpozna, ale was było tam trzech. Cała historia nie trwała długo. Sądzę, że musiał-
by bardzo dokładnie przyjrzeć się twojej twarzy, aby móc rozpoznać towarzysza podróży. Za 
to... z całą pewnością zwróci uwagę na twego srebrnego colta. Takie rewolwery to u nas rzad-
kość.

Tak, Irvin nie musi być od razu poznany i to daje mu pewną przewagę. Ale...
— To nie jest prawdziwy, rzetelny westman — przypomniał sobie słowa szeryfa. — 

Wbrew pozorom. To nie westman, powtarzam, który nie strzeliłby w plecy, bo taki czyn uwa-
ża za haniebny. To nawet nie rewolwerowiec, który wyzwie cię na pojedynek wobec świad-
ków. Nic z tych rzeczy. Czarny Jack zastrzeli cię i nawet nie będziesz wiedział, kiedy. To 
właśnie on przed czterema  laty podpalił farmę Winkfielda.  Wiesz, dlaczego?  Dlatego, że 
farmer miał kiedyś nieszczęście spotkać go w Wichita, w saloonie Billa Havaya. Rozpoznał 
Jacka i głośno o tym powiedział. Jack nie mrugnął okiem. Wybiegł z lokalu, skoczył na konia 
i odjechał. Najbliższej nocy podpalił jego dom, a kiedy przerażeni mieszkańcy, zbudzeni ze 
snu, wybiegli na dwór, powystrzelał wszystkich: starego farmera, jego żonę i dwu synów. 
Jeden tylko parobek nocujący w stajni zdołał uciec. Stąd wiem o wszystkim.

— Potwór! — wykrzyknął Irvin. — Jednak nie pojmuję jednej sprawy...
— Czego?
— Czarny Jack był tu, pod waszym nosem. Nie potrafiliście go zatrzymać? I w ogóle... 

jak on ośmielił się przyjść do Wichita, jeśli go wszyscy znają?

— Otóż mylisz się, Irvin. Nie wszyscy go znają. Najlepszy dowód, że ty go nie pozna-

łeś ani twoi towarzysze. Ośmielę się nawet powiedzieć, że mało kto potrafi go rozpoznać. 
Zaledwie kilka, może kilkanaście osób go widziało, i to przelotnie. Stąd utarło się przekona-
nie, że Jack zawsze ubiera się na czarno i stąd jego przydomek, bo nazwiska nikt nie zna. Cóż 
w tym dziwnego, że zjawił się w Wichita Falls? Mało to osób ubiera się na czarno? A że go 
nie   zatrzymałem?   Dobre   sobie!   Zła   sława  Jacka   obezwładnia   ludzi   jak   jad   grzechotnika. 
Wtedy, w saloonie Billa, nikt nawet palcem nie ruszył. Winkfield zrobił głupstwo. Pewnie 
sądził, że cała gromada rzuci się i obezwładni łotra. Na pewno daliby radę, ale ich strach 
sparaliżował. O tym wypadku powiadomili mnie dopiero w godzinę później. Podobno ludzie 
bali się wyjść na ulicę, wyobrażając sobie, że tam czatuje na nich Czarny Jack z rewolwerem 
w dłoni.

— I nigdy nie ścigaliście go?
Szeryf przymrużył jedno oko.
— ścigałem... nie ruszając się z miejsca. Ja idę tylko na pewniaka, Irvin, zapamiętaj to 

sobie.

— W ten sposób musicie odnosić wielkie sukcesy. To nawet całkiem bezpieczne.
— Nie kpij. Nic nie rozumiesz. W Wichita Falls skończyły się napady bandyckie i 

nawet Czarny Jack niczego już nie będzie tu próbował. Zbyt wiele ma rozsądku. Niestety.

background image

— Gadanie... — zniecierpliwił się farmer.
— Tak sądzisz? A ja o Czarnym Jacku wiem więcej niż ktokolwiek inny. Chociaż go 

nigdy nie spotkałem. Można mieć uszy i oczy nie tylko własne.

— Nie rozumiem.
— Widzisz, cóż ze mnie byłby za szeryf, gdybym nie wiedział nie tylko o tym, co się 

dzieje w Wichita Falls, ale i w dalszej okolicy?  Pomocników  mam  zaledwie  trzech, i to 
wliczając tego chłopca, Boba. Ale są inni.

— Kto taki?
— Po co mam cię wtajemniczać w szczegóły? Wystarczy,  że są znajomi i znajomi 

znajomych. Są ludzie, którym wyświadczyłem taką lub inną przysługę, a oni w zamian za to 
potrafią zbierać potrzebne wiadomości.

— Spryciarz z was, szeryfie — przyznał Irvin.
A teraz pomyślał: nie tylko spryciarz, ale i człowiek rozumny. Zatrzymał po raz drugi 

konia. Siady drogi nagle urwały się. Zeskoczył z siodła. Badał uważnie ziemię, krążył dokoła 
jak   pies   gończy.   Na   koniec   znalazł.   Po   prostu   trakt   skręcał   raptownie.   Może   kto   inny, 
stwierdziwszy ten fakt, beztrosko pojechałby dalej. Irvin był bardziej przezorny. Pomyślał: 
dlaczego trakt skręca tak raptownie, jeśli dokoła nie widać żadnej przeszkody, którą musiałby 
ominąć?

Ujął konia za cugle i począł posuwać się linią kolistą. To była żmudna wędrówka, ale 

doprowadziła do celu. Nieoczekiwanie.

“Jakże łatwo mogłem skręcić kark!" — pokiwał głową, gdy na krok przed nim urwała 

się płaszczyzna prerii. Położył się i spojrzał w dół. Stroma ściana spadała głęboko, przerażają-
co głęboko. To był właśnie jar!

— Tam właśnie musisz powędrować — mówił szeryf.
— Dlaczego?
— Powiadają, że Czarny Jack jest tak nieuchwytny, ponieważ potrafi nagle zniknąć. Na 

całe   tygodnie,   ba...   na   miesiące.   Zastanawiałem   się   nad   tym   i   doszedłem   do   prostego 
wniosku: jeśli znika, to musi mieć jakąś kryjówkę nikomu nie znaną. No, i gdzieś przecież 
magazynuje swe łupy. Dowiedziałem się.

— O czym?
— O tym, że Jack ma swoje kryjowiska. I wcale nie jest tak samotny, jak powiadają. 

Posiada wspólników, a raczej podwładnych, może nawet nie zawsze wtajemniczonych, komu 
służą i czym się trudni ich chlebodawca. Dobrze wiesz, Irvin, bo już o tym mówiłem, że 
Czarny dokonuje napadów  albo sam, albo w towarzystwie  przygodnych  pomocników, po 
czym natychmiast z nimi się rozstaje. To jedna z przyczyn, dla których tak trudno go schwy-
tać. Któraś z kryjówek Jacka znajduje się o dzień drogi do Wichita Falls.

Tak mówił Denis Murphy, a później opisał bardzo dokładnie wnętrze jaru.
— Byliście tam? — zagadnął Irvin.
— Oczywiście. 
— I co?
Szeryf roześmiał się.
— I nic. Przypuszczam, że jegomość, który tam stale mieszka, poznał we mnie szeryfa. 

Dlatego drugiej wizyty nie składałem. Czarny Jack na pewno zostałby wówczas uprzedzony, 
jeśli to już się nie stało.

— A kto jest tym mieszkańcem jaru?
— Powiedział, że trudni się traperstwem.
— A jeśli to prawda? Może w tym jarze Jack nie bywa?
— Za kogo mnie masz, Irvin? Taki naiwny to ja nie jestem.
Teraz farmer leżał z głową wysuniętą poza krawędź przepaści i patrzał. Jak tam się 

dostać? Przeciwległe zbocze było równie strome, a po lewej stronie przepaść kończyła się 

background image

półkolistą, pionową ścianą. Natomiast na prawo Irvin nie mógł dostrzec kresu rozpadliny. Nie 
pozostało mu nic innego, jak tylko wędrować skrajem urwiska. Nie przewidział jednak, że 
wędrówka potrwa bardzo długo. W końcu odnalazł wąską ścieżynkę spadającą w głębiny 
jaru.   Począł   nią   schodzić   prowadząc   konia   za   cugle.   Wolał   nie   ryzykować   jazdy   po   tak 
nieznanej i niepewnej drodze.

Na dole znajdziesz taki niby-domek, niby-blokhauz, podobny do tych, jakie stawiali 

pogranicznicy. W nim mieszka stary traper.

Tak mówił Murphy. I w rozmowie z szeryfem wszystko wydawało się bardzo proste. 

Ale jak teraz ten niby-domek odnaleźć?

Wolno,   wolniutko   schodził.   Ciemniało   coraz   bardziej.   Dotarł   do   samego   dna   jaru. 

Skąpa trawa i sporo piasku. Nie było tu nawet krzaczka, za który — w razie czego — można 
by uskoczyć.

Wydostawszy się na równą, gładką drogę, szedł teraz śmiało i rozglądał się dokoła w 

nadziei, że dostrzeże opisany przez szeryfa blokhauz. Zgodnie z planem — miał odegrać rolę 
wędrowca   przypadkowo   zbłąkanego   i   szukającego   bezpiecznego   noclegu.   Ściemniało   się 
coraz  bardziej. Brnął  więc przed siebie w mroku. O radości!  Ujrzał wreszcie  czerniejącą 
ścianę, a w chwilę później wąziutkie wycięcia okiennych otworów, które tym tylko różniły się 
od strzelnic pogranicznej fortalicji, że miały szyby w oknach. Farmer zastukał, raz, drugi, 
potem załomotał do drzwi. Na koniec pociągnął za zwisający skobel. Skrzypnęło przeciągle i 
głośno. Wsunął głowę w szparę.

— Jest tu kto? — zapytał.
Milczenie.   Pewnie   tajemniczy   traper   wyruszył   na   łowy,   a   odwiecznym   zwyczajem 

panującym na preriach nie zaryglował wejścia. Stare prawo gościnności, skrupulatnie w tych 
stronach przestrzegane, wymagało, aby strudzony wędrowiec mógł znaleźć dach nad głową 
nawet podczas nieobecności gospodarza. Chowano więc lub zabierano tylko broń. Sprzętów 
kuchennych, opału, a nawet żywności nikt nie zabezpieczał, aby niespodziewany gość mógł z 
nich  korzystać.   I żeby oddać  sprawiedliwość  ludziom  Dzikiego  Zachodu,  nie   zdarzył  się 
wypadek nadużycia takiej gościnności. Napadano i rabowano samotnych wędrowców i całe 
karawany, ale nigdy nie okradziono domu, którego właściciel pozostawił otwarte drzwi.

Irvin doszedł do wniosku, że należy noc spędzić możliwie wygodnie. Pusty blokhaus 

bardzo do tego zachęcał. Bieda, że panowały tam nieprzeniknione ciemności. Wszedł omac-
kiem i począł krążyć po izbie w poszukiwaniu kawałka drewna. Gdy wzrok nieco oswoił się z 
czarnym mrokiem, począł rozróżniać szczegóły. Odnalazł suchą szczapę. Bardziej dymiła, niż 
świeciła, ale poszukiwanie naftowej lampki nie dało rezultatów. Wetknął zaimprowizowane 
łuczywo między kamienie paleniska i rozejrzał się po izbie. Prymitywny stół wbity w ziemię, 
ława... Wyglądało na to, że nikt tu nie mieszkał, i to już od dawna. Jakiś stęchły, niezdrowy 
zapach, aż wiercił w nosie. Nagle usłyszał, że nie domknięte drzwi przeciągle, głośno zgrzyt-
nęły. Odwrócił się błyskawicznie. Cisza. Nikogo. Pociągnął za skobel — drzwi nie ustąpiły. 
Szarpnął raz i drugi. Na próżno.

— Co u licha? — mruknął i naparł na belki całym ciężarem ciała. Ani drgnęły. — Bez 

głupich kawałów — powiedział głośno. — Otwórz!

Cisza. Zbadał jedno z trzech wąskich okienek. O przedostaniu się — ani marzyć. Zno-

wu powrócił do drzwi. Kto zamknął go w tym starym blokhauzie. A może z dachu zsunęła się 
jakaś belka i tak niefortunnie zatarasowała wyjście? Dach! Pułap nie znajdował się wysoko. 
Gdy podniósł rękę, dotykał palcami chropowatych, nierównych desek. Ostrożnie wszedł na 
stół, dostrzegł szpary między deskami, przez które przeciskały się grudki ziemi. Na deskach 
leżały   zapewne   płaty   darni   —   najlepsze   zabezpieczenie   przed   pożarem,   a   jednocześnie 
doskonała ochrona przed deszczem. Irvin dobrze znał takie dachy. Swój pierwszy domek w 
Greenfield też tak zbudował.

Stercząc na stole, zastanawiał się, czym podważyć deski. Najporęczniejsza do tego celu 

background image

byłaby siekiera, w ostateczności długi nóż myśliwski, ale miał przy sobie tylko rewolwery.

Z energią wetknął między deski lufę colta. Nacisnął raz i drugi, aż drewno trzasło. 

Szpara powiększyła się, mógł zmieścić w niej dłoń. Szarpnął — odpadł kawał spróchniałego 
drzewa, posypała się ziemia. Kiedy obluzował sąsiednią deskę, kawał darni stoczył się do 
wnętrza izby. Ujrzał nad głową czarne, znaczone gwiazdami niebo. Dźwignął się na rękach i 
wypełzł na wierzch. Leżał chwilę, głęboko oddychając. Patrzał i słuchał. Nic. Nikogo. Zesko-
czył na ziemię lekko, prawie bez szmeru. Ściskając w prawicy kolbę rewolweru, wolniutko, 
ostrożnie, tuż przy samej ścianie podsunął się do drzwi. Były na pół uchylone. Zdumiał się. 
Szarpnął za skobel i jednym skokiem znalazł się we wnętrzu.

— Brawo, Irvin! Spisałeś się doskonale. No, cóż cię tak zatkało?
— To wy, szeryfie?
— Pewnie że ja, a nie mój duch.
— Żebym nie spotkał Czarnego Jacka, pomyślałbym teraz, że to wy przebieracie się w 

jego skórę. Co to wszystko znaczy?

— Pytanie rzeczowe, owszem. Widzisz, jeszcze przed tobą tutaj przybyłem, nie przypu-

szczając, że tu nikogo nie ma. Doszedłem bowiem do wniosku, że narażam ciebie na zbyt 
wielkie niebezpieczeństwo. Stwierdziłem już, że blokhaus jest pusty, a dokoła ni żywej duszy. 
Wówczas zawróciłem, aby zobaczyć, jak sobie dajesz radę. I jestem pełen uznania. Mówię 
poważnie.

— I co dalej? — zapytał farmer przez zaciśnięte zęby.
Przecież to wszystko wyglądało na kpiny! Jak to? Szeryf trzyma go w Wichita Falls, 

uczy strzelać, wtajemnicza w sprawy Czarnego Jacka, potem kieruje na nieznaną drogę ku 
nieznanemu jarowi, a kiedy Irvin pokonuje wszystkie trudności, okazuje się nagle, że to, co 
uczynił,   nie   miało   żadnego   sensu!   Lucas   Fawkes   nigdy   by   nie   pozwolił   sobie   na   coś 
podobnego. Szanował ludzi.

— I co dalej? — powtórzył.
— Poczekałem, aż zejdziesz na sam dół — opowiadał spokojnie Murphy — a później 

krok w krok za tobą. Potrafię stąpać bardzo cicho. Kiedy tu wszedłeś, znajdowałem się zale-
dwie kilka kroków dalej. Przyszło mi do głowy, aby cię zamknąć...

— Co to za kpiny? — Irvin zadał pytanie głosem, w którym słychać było hamowaną 

wściekłość.

— Kpiny i nie kpiny jednocześnie — odparł poważnym tonem szeryf. — Chciałem 

sprawdzić, na ile cię stać, Irvin. Czy dałbyś  sobie radę w podobnej sytuacji. Pamiętaj, że 
będziesz miał do czynienia z Czarnym Jackiem, a to diabeł wcielony. Potrafi różne sztuczki 
wyczyniać. Ale... dałeś radę. Jeden tylko popełniłeś błąd: nie należało tak szybko i z takim 
hałasem zeskakiwać.

Gdyby tu stał Jack, łatwo by cię zdmuchnął. Rozumiesz?
Irvin, mimo całego szacunku dla szeryfa, zerwał się gwałtownie. Ale zaraz opadł na 

ławę. Rozumiał, że jeśli spowoduje awanturę, nie pozostanie mu nic innego, jak tylko wracać 
do   Greenfield   albo   wędrować   do   innych   miasteczek   w   poszukiwaniu   innych   szeryfów 
rozporządzających gończymi listami. Stłumił wybuch gniewu, ale warknął przez zęby:

— Dobra zabawa dla szeryfa, co? 
Szeryf wzruszył ramionami:
—   Wierz   mi,   Irvin,   albo   nie,   ale   daleki   byłem   od   takiego   zamiaru.   Jeśli   jednak 

zrezygnujesz z poszukiwania Czarnego Jacka, nie zmartwię się tym. Masz wspaniałe zadatki 
na westmana. Za rok, za dwa, po dalszej wprawie, mógłbyś zostać doskonałym szeryfem. Już 
ci raz proponowałem.

— Nic z tego. Ani szeryfem, ani szeryfowskim pachołkiem!
—   Ho,   ho!   Aż   tak   ostro?   Taki   “szeryfowski   pachołek",   jak   mówisz,   bardziej   jest 

ceniony przez ludzi niż zwykły łapacz, jakim upierasz się zostać.

background image

Nie było tonu urazy w słowach Murphy'ego, ale Irvin nawet tego nie zauważył.
— Zakpiliście ze mnie — stwierdził raz jeszcze. — Czy zasłużyłem na to? Mydliliście 

mi oczy tym Czarnym Jackiem, nie wiem po co.

— Uspokój się, Irvin. Tak nie dojdziemy do ładu. Jeszcze chwila, a powiesz, że chronię 

Czarnego.

— Przepraszam, szeryfie — opamiętał się wreszcie.
— Mniejsza z tym. Dam dowód, że nie próbowałem wyprowadzić cię w pole, tylko 

pomóc. Ode mnie nikt się nie dowie o dzisiejszej wyprawie. Bo i nie byłoby to bezpieczne. 
Czarny Jack ma długie uszy. A ta chata to naprawdę jego schronisko, jedno z wielu. Zabieraj-
my się stąd. Szczapa już gaśnie, a poza tym... — podniósł się z ławy — poza tym wolę noco-
wać gdzie indziej. Mimo, że w tej chwili w jarze nie ma nikogo oprócz nas.

Rzekłszy to ruszył ku drzwiom.

Przyjaciel Denisa

Każdy nieświadomy rzeczy musiałby zdumieć się na widok takiego budynku. Nie dlate-

go, że wznosił się w szczerym polu. Na Dzikim Zachodzie trafiają się samotne domy farmer-
skie. Ale na tym domu widniał napis: “Saloon". Kogóż u licha obsługiwał właściciel samotne-
go lokalu?

Pytanie takie zadał sobie Vincent Irvin, gdy ujrzał napis. Zeskoczył z konia, zatupotał 

butami na drewnianych stopniach wejścia. Przez chwilę podejrzewał, że nikogo tu nie ma, a 
budynek przetrwał jako ostatni relikt kwitnącego ongiś miasteczka, które znikło bez śladu. 
Zdarzały się przecież takie wypadki. Albo — jeszcze dziwniejsze — kiedy ruchome osiedla, 
wyrastające nagle przy budowie kolejowego szlaku, przesuwając się w miarę jak przedłużały 
się szyny, rozrastając się lub kurcząc, gubiły po drodze pojedyncze swe budowle. Ten właśnie 
saloon mógł być takim zagubionym elementem większej całości. Tylko że w pobliżu nie było 
ani śladu kolejowego nasypu, ani szyn, no i ten saloon posiadał szyby w oknach. Wcale nie 
wyglądał na opuszczone domostwo.

Stwierdziwszy to wszystko pchnął drzwi i odetchnął z ulgą: nie ulegało wątpliwości, 

dom był zamieszkały. Na szczęście. Bowiem w przeciwnym wypadku musiałby wracać do 
Wichita Falls, a zaprawdę miał tego dosyć.

Wędrował   do   samotnego   saloonu   wypatrując   znaków.   Niekiedy   drogowskazem   był 

potężny głaz, niekiedy — samotne drzewo lub bagnisty strumień ciurkający sennie dnem 
malutkiej   dolinki.   Takich   “drogowskazów"   musiał   się   Irvin   nauczyć   na   pamięć.   Denis 
Murphy i pod tym względem okazał się nieubłagany. Niefortunna wyprawa do jaru nie stała 
się bowiem — wbrew przypuszczeniom Irvina — kresem poszukiwań Czarnego Jacka.

Gdy o świcie farmer i szeryf wracali — każdy oddzielnie do miasteczka, Irvin pełen już 

był  nowych  nadziei. Wybaczył  szeryfowi wszystko. Murphy nie tylko przekonał Irvina o 
słuszności swego postępowania, ale przekazał mu dalszą część swej zadziwiającej wiedzy o 
Czarnym Jacku. Kolejna informacja dotyczyła pewnej karczmy, położonej o trzy dni jazdy z 
Wichita Falls, prosto na południe.

— Nazywa się “Old Bison". Maleńka klitka z paskudnymi napojami. Ale przecież nie 

po to tam jedziesz — wyjaśniał na poły poważnie, na poły żartobliwie Denis Murphy, kiedy 
opuścili jar.

A później zatrzymał konia.
—   Nikt   nas   już   nie   powinien   widzieć   razem.   Zaczną   się   niepotrzebne   domysły. 

background image

Wiadomo, jak to u ludzi. Kto odgadnie, co z tego może dotrzeć do Czarnego Jacka? Wiesz już 
wszystko, Irvin. Wrócimy do Wichita osobno. Objedziesz miasteczko dokoła, wjedziesz z 
przeciwnej strony. I więcej nie pokazuj mi się na oczy bez istotnej przyczyny. Bywaj!

Później był i głaz, i drzewo, i strumyk rozdeptany racicami jakichś wielkich czworono-

gów. Wszystko się zgadzało z informacjami szeryfa. A na koniec wędrówki: saloon “Old 
Bison"

Koniec? Bodajby to koniec! Irvin nie łudził się ani na sekundę. “Old Bison" miał być 

jedynie przystankiem w drodze.

— Podejdziesz do karczmarza — przykazywał szeryf — i powiesz: “Denis, szary bizon 

cię pozdrawia". Zapamiętasz?

— Szary bizon? — powtórzył Irvin. — Może to wasze przezwisko?
— Nie słyszałeś o szarych bizonach?
— Nigdy.
— Ludzie powiadają, że to bajka, że to indiańska legenda. Bo czerwonoskórzy wierzą, 

że od czasu do czasu wśród bizonich stad pojawiają się pojedyncze sztuki nie brązowej, lecz 
siwej barwy. To mają być duchy prerii. Wyobraź sobie, że natrafiłem na takiego “ducha" i 
położyłem go jednym strzałem. Polowałem wówczas z tym właścicielem “Old Bison" i on o 
tym   nie   zapomniał.   Ile   razy   przesyłam   mu   jakąś   poufną   wiadomość,   każę   posłańcowi 
powiedzieć: “Denis, szary bizon cię pozdrawia".

Izba, do której wszedł Irvin, była pusta. Z boku, tuż obok jednego z dwu okien, stał 

szynkwas,   tyle   że   bez   blatu   krytego   blachą,   bez   błyszczących   kranów   od   piwa   i   tym 
podobnych wspaniałości. Ot, po prostu zbity ze starych desek, bardzo wysłużony sprzęt. Pod 
ścianą półki, na nich zaledwie kilka butelek. Po przeciwnej stronie równie nędzny stół, na oko 
jakiś koślawy. I to było wszystko.

Irvin chrząknął raz i drugi, a kiedy nie poskutkowało, zawołał:
— Halo? Jest tam kto?
Dopiero teraz usłyszał kroki. Otworzyły się małe drzwiczki i na progu stanął człowiek 

chyba w wieku szeryfa z Wichita Falls. Ale cóż to był za człowiek! Prawdziwy olbrzym i — 
najprawdopodobniej — siłacz. Przerastał Irvina o głowę, a przez postrzępioną koszulę widać 
było  mięśnie  atlety.  Taki  rzeczywiście  mógł  prowadzić  saloon na  odludziu i  gwizdać  na 
największych zabijaków.

— Co podać?
— Cokolwiek... Denis, szary bizon cię pozdrawia.
Ani słowa odpowiedzi. Irvin ujrzał potężne bary olbrzyma, gdy — odwrócony — sięgał 

po butelkę.  Brzękły dwie  szklanki  postawione  na ladzie.  Płyn  zabulgotał  w  przejmującej 
ciszy.

— Napiję się z wami.
Irvin spróbował i zakrztusił się. Ogień przepłynął mu przez gardło, a oczy zaszły łzami.
— Mocne, co? Innych nie trzymam. Dla moich gości to jeszcze za słabe.
Farmer wypił do dna. Bardziej dla honoru, niż dla przyjemności, a że nic prawie nie 

miał w ustach przez cały dzień, poczuł zawrót głowy.

— Co u Denisa? — zagadnął karczmarz sięgając powtórnie po butelkę.
Irvin pośpiesznie odsunął szklankę:
— Od rana nie jadłem — wyjaśnił.
— O, to tak? Zaraz coś upitraszę.
Znowu zniknął za drzwiami, a Irvin, któremu nagle zrobiło się bardzo wesoło, usiadł na 

ławie za koślawym stołem. Położył kapelusz obok, a strzelbę, roztropnie zabraną z siodła, 
umieścił między kolanami. Przez zamazaną szybę okienka widział teraz swego wierzchowca, 
jak szczypał trawę przywiązany do kołka. Przyjemnie było tak siedzieć, odpoczywając po 
długiej jeździe, i rozmyślać o wszystkim i o niczym.

background image

“On ci powie, gdzie masz szukać Czarnego Jacka — wspomniał słowa szeryfa. — On ci 

powie... jeśli Czarnego wcześniej nie spotkasz. Wszystko jest możliwe, Irvin i dlatego właśnie 
na wszystko musisz być przygotowany..."

W tej chwili farmer wcale nie czuł się “przygotowany", raczej — zmęczony. Poza tym 

wściekle głodny,  więc gdy na stole pojawiła się spora miska jajecznicy i bochen chleba, 
zabrał się ochoczo do jedzenia. Kiedy dokładnie wyskrobał naczynie, karczmarz zapytał:

— Jeszcze?
— Dosyć. Co się należy?
— Jak powiadacie?
— Pytam, ile mam płacić?
— Nic. Kto przybywa od Denisa, jest moim gościem.
— Chyba się wam nie przelewa...
— Czy się przelewa, czy nie, to tylko moja sprawa. Ale nie martw się, chłopie, niech 

cię nie zwodzi dzisiejsza pustka. Trafiłeś w taką porę. Spróbuj na wiosnę albo jesienią. Nie 
mógłbym cię wówczas tak dobrze obsłużyć ani pogadać. W tej izbie jest wtedy ciasno, że 
szpilki nie wsuniesz. Człowiek o człowieka plecami się opiera. A dym, a gwar!

— Na tym bezludziu? — zdumiał się Irvin. — Tu nawet nie ma drogi.
— Bo nie zauważyłeś. Zresztą trawa już zdążyła się podnieść. Przecież tędy wiedzie 

szlak.

— Jaki szlak? — powtórnie zdziwił się przybysz, bo mu szeryf nic a nic nie wspominał 

o żadnym szlaku.

— Człowieku! Gdzieś się narodził? Chyba nie w Teksasie?
— A nie.
— No to wiedz, że tędy przebiega droga przepędu bydła.
— Goodnight-Loving — przypomniał sobie Irvin opowiadanie starego Abla Mereditha.
— Więc jednak coś słyszałeś. Ale nie Goodnight-Loving. On ciągnie się bardziej na 

południe   stąd.   Tu   mamy   Szlak   Zachodni.   Z   San   Antonio   przez   Fort   Griffin,   Dodge   w 
Kansasie aż do Deadwood w Dakocie. I tu się zawsze zatrzymują. Tysiące sztuk bydła: krowy 
i długorogie woły teksaskie. Widziałeś kiedy? Nie? To żałuj. Dzień, dwa bawią się kowboje 
w tej chałupie, aż ściany trzeszczą, a później ruszają w świat. Potem nadciąga druga, trzecia, 
czwarta partia. Nim zima nadejdzie, już mam puste półki i ogołoconą spiżarnię, chociaż oni 
więcej piją niż jedzą. A teraz gadaj: co u Denisa?

Siadł  po przeciwnej  stronie  stołu,  aż  ława  zatrzeszczała.   Irvin  pragnął  jak najlepiej 

wywiązać się z zadania, ale cóż? Wichita Falls mało znał, a szeryfa Murphy'ego — właściwie 
też niewiele. Nawet nie wiedział, czy jest kawalerem, czy żonaty... Czy ma dzieci, czy nie? 
Odparł więc tylko tyle, że szeryf cieszy się znakomitym zdrowiem, że przesyła pozdrowienia, 
a jego — Irvina — poleca specjalnej opiece karczmarza. Ta krótka relacja niezbyt zadowoliła 
gospodarza. Coś tam mruknął do siebie, a głośno zauważył:

— Ale  rozmowny  to  ty nie   jesteś.  Mniejsza  z  tym.   Na pewno  nie  na rozmowę  tu 

przyjechałeś. Gadaj, o co chodzi.

— Nie ma tu nikogo więcej? — upewnił się Irvin.
— Nikt nas nie usłyszy, chyba wiatr na prerii.
Irvin zawahał się chwilkę, nabrał odwagi i rzekł półgłosem:
—Denis powiedział, że znacie miejsce pobytu Czarnego Jacka.
Karczmarz gwizdnął cicho.
— Gdyby to kto inny przysłał ciebie z taką sprawą, wyleciałbyś za drzwi. Nie wiem, kto 

jesteś, i nie chcę wiedzieć. Myślę, że im krócej tu zabawisz, tym lepiej dla nas obu.

—   Boicie   się?   Sądziłem   —   dodał   tonem   nie   pozbawionym   złośliwości   —   że   taki 

olbrzym jak wy potrafi jednym palcem rozłożyć Czarnego Jacka.

— Myślałeś... Wolno myśleć. Widziałeś go?

background image

— Tak.
— Jak strzelał?
— Nie.
— A szkoda. Nikt nie jest szybszy od niego. Nikt na świecie. Pewnie, gdybym go tknął, 

rozleciałby się. Bieda z tym, że nim zdążyłbym go ruszyć, już leżałbym cięższy o jedną kulę z 
jego srebrnego colta.

Irvin już chciał się pochwalić — a miał powód do dumy — że Jack stracił oba swe 

rewolwery, ale powstrzymał się. Mruknął tylko:

— Taką ma dobrą broń?
— Świetną, a oko jeszcze lepsze, a rękę tak chybką jak huraganowy wiatr. Strzela z 

prawej lub z lewej, albo dwiema jednocześnie. Znajdź drugiego takiego!

Irvina nieco rozzłościły te słowa. Co u licha? Przecież widział sławnego Jacka, gdy 

zmykał z pociągu jak zając!

— A ja myślę — odparł powoli — że to ludzka przesada. Ludzie lubią przesadzać, a 

Czarny Jack na pewno sam się postarał umocnić tę wiarę, że jest niepokonany. Czegóż on 
takiego  dokonał?  Szeryf  Murphy opowiadał  mi  o jego wyczynach:  najzwyklejsze napady 
rabunkowe na zaskoczonych, podpalenie zagrody, rabunki w pociągach. Znowu nie taka to 
sztuka jak się ma pomocników.

Olbrzym popatrzał na Irvina z ironicznym uśmieszkiem.
— Tak uważasz? Dobrze, nie moja sprawa, a Denis wie również, co robi. — Przysunął 

się bliżej farmera. — To duże ryzyko z mej strony, ale skoro Denis... Poczekaj.

Spojrzał w okienko, a później otworzył drzwi, aby zerknąć na dwór.
—   Nie   ma   nikogo   —   stwierdził   siadając   obok   farmera.   —   Słuchaj   —   powiedział 

ściszonym głosem. — Jack ma w całym Teksasie sporo kryjówek.

— Wiem o tym.
— Denis ci mówił?
— Tak.
— On zna tylko jedną.
— W jarze? 
Olbrzym skinął głową.
— Czarny Jack może się ukryć w każdej chwili. Że on ma niedostępne skrytki, wielu 

się domyśla, ale gdzie się znajdują te skrytki, nikt nie wie. Rozumiesz?

Znowu spojrzał w okno odwróciwszy się plecami do Irvina i siedział tak dłuższą chwilę, 

jakby nasłuchując. Ale żaden dźwięk dalekiej przestrzeni nie zmącił ciszy.

— Więc gdzie teraz przebywa Czarny Jack? — podjął rozmowę farmer.
Nie wiem. Nikt chyba nie wie. Słyszałem o nieudanym napadzie na pociąg. Jeśli to 

prawda. Czarny miał pecha albo trafił na godnego siebie przeciwnika. A może jego słońce 
gaśnie?

— Znasz Czarnego? — zagadnął Irvin.
— On mnie odwiedza od czasu do czasu i sądzi, iż nie wiem, kim jest.
— Dawno tu był?
— Niezbyt dawno. W kilka dni po jego odjeździe kowboje przynieśli mi wiadomość o 

napadzie na pociąg. Czarny Jack, zwykle taki gadatliwy, ostatnio był milczący jak skała i 
ponury jak noc. Wydało mi się wówczas, że jest ranny. To znaczy, żadnej rany nie widziałem, 
ale zauważyłem, że dość niezręcznie rusza lewą ręką. Może to zresztą było tylko zwichnięcie?

— A jego broń? — zapytał Irvin. — Miał broń?
Olbrzym zaśmiał się cicho:
—   Człowieku!   Co   ty   sobie   wyobrażasz?   Czarny   bez   broni?   Oczywiście,   że   był 

uzbrojony.

— W rewolwery?

background image

— Rewolwery jak zwykle dyndały mu u pasa. Ta informacja nie zaskoczyła farmera. 

Od dnia napadu na pociąg dość upłynęło czasu, w którym Jack mógł zaopatrzyć się w nowe 
colty.

— Dokąd stąd ruszył?
Karczmarz zawahał się. Spojrzał przenikliwie na Irvina.
— Denis uczynił  dla mnie wiele, więc i ja dla Denisa zawsze zrobię wszystko,  co 

potrafię. Ale czy tobie można ufać?

Farmer uznał, że nie należy się ani obrażać, ani zaprzysięgać, jakby na jego miejscu 

uczynił niejeden. Powiedział po prostu;

— Czy sądzisz, że gdybym był inny, Denis Murphy skierowałby mnie tutaj?
— Prawda. Człowiek niekiedy głupieje na tym odludziu. Słuchaj: nie znam wszystkich 

kryjówek Czarnego. Nawet nie wiem, ile ich ma. Może trzy, może cztery, a może... dziesięć. 
Na pewno sporo. W przeciwnym wypadku już dawno trafiłby za kratę albo musiał uciekać 
daleko stąd. A tymczasem on ciągle siedzi w Teksasie.

— I cieszy się opinią niezwyciężonego — wtrącił Irvin.
— Jack potrafi zniknąć na tydzień, na dwa, na kilka miesięcy. Przeczekuje burzę po 

każdym napadzie. Kiedy szeryfowie ochłoną, a ludzie zdążą zapomnieć o kolejnym liście 
gończym, zjawia się na nowo. Nie wiem, co tam Denis zamyśla, że ciebie tu przysłał. Denis 
jest mądry, nawet mądrzejszy od Jacka, chociaż go nie złapał. Siedzę tu na odludziu, ale zimą 
uciekam czasem do Wichita Falls i stąd wiem, że Denis uplata jakąś sieć na Czarnego i w 
końcu go złowi. Kto wie, może nawet przy pomocy cudzych rąk?

Spojrzał pytająco na Irvina, a farmerowi jakby błyskawica rozjaśniała najciemniejsze 

zakamarki mózgu. Nagle zrodziło się w nim podejrzenie, że to, co wziął za przejaw życzliwo-
ści szeryfa z Wichita, jest tylko cząstką wielkiego, na zimno obmyślanego planu. Bo niby 
skąd nagle ta życzliwość dla zupełnie obcego człowieka? Ciekawe, ilu dotychczas zgłosiło się 
amatorów   nagrody   wyznaczonej   w   listach   gończych?   Zapewne   wszystkich   w   podobnie 
przyjacielski sposób traktował szeryf. Dlaczego jednak, jego — Irvina — próbował odwieść 
od zamiaru? Może dlatego, żeby sprawdzić, czy nie jest to tylko słomiany ogień. Może, by 
podniecić   ambicję   do   wytrwania   w   przedsięwzięciu?   Jednak   —   sprawiedliwie   trzeba 
przyznać — szeryf uczynił wieje w tak krótkim czasie, aby przysporzyć Czarnemu Jackowi 
jednego  z wartościowszych  przeciwników.  Mocne  oczko  w  tej   sieci,  o  której  wspominał 
karczmarz. Gdzieś tam na prerii i po miasteczkach ochotnicy Denisa Murphy'ego polowali na 
bandytę.

Irvin poczuł żal do szeryfa. Prawie tak, jak gdyby go tamten okłamał, ale równocześnie 

zdumiał się nad życiową mądrością Denisa.

— Ależ on ma głowę! — powiedział.
— Denis?  Ba! Zobaczysz,  wybiorą  go kiedyś  gubernatorem  i wtedy Teksas  będzie 

najbezpieczniejszym stanem w całej Unii. Oby! Ale zanim to nastąpi, spełnię jego prośbę. 
Słuchaj, przybyszu, jak się tam zowiesz... — Nie, nie... — uprzedził odpowiedź Irvina. — Nie 
mów, jak się nazywasz. To zbyteczne. Jeśli pojedziesz tym samym szlakiem przepędu, który 
cię  aż tu doprowadził, dotrzesz do rzeki. Ona ci przetnie  drogę. Dalej  posuwaj się z jej 
biegiem aż do miejsca, gdzie płaski brzeg poczyna się dźwigać. Wówczas weź oczy w ręce! 
Znajdziesz się blisko celu. Między wodą a kamienistą skarpą leży piaszczysta plaża. Idź tą 
plażą aż do miejsca, gdzie rośnie samotny klon. Niedaleko drzewa wznosi się chatka rybaka. 
Czarny Jack niekiedy do niej zagląda.

— A jeśli go tam nie zastanę?
— Możesz czekać, a możesz wędrować dalej.
— Dokąd?
— Za rzekę. Tam jest bród. Po drugiej stronie trafisz na las. Posuwaj się jego skrajem, 

ciągle z biegiem wody. Kiedy samotny klon zniknie ci z oczu, obserwuj puszczę. Milę dalej, 

background image

między pierwszymi drzewami stoi szałas trapera. To jest druga kryjówka Czarnego Jacka.

— A jeśli i tam go nie zastanę?
— Wówczas wrócisz do mnie, wskażę ci trzecie miejsce. I to wszystko.
Karczmarz ciężko dźwignął się z ławy.
— Myślę, że twój koń odpoczął. Jeśli chcesz wody, nabierz jej ze studni. Potrzebujesz 

jedzenia, dam ci je zaraz, ale dłużej nie możesz tu pozostawać. W twoim własnym i moim 
interesie. Ja jestem spokojny człowiek, a Jack należy do takich, którzy potrafią nagle się 
pojawiać, jak spod ziemi. Nie życzę tu sobie żadnej strzelaniny.

— Dziękuję za wszystko. Na waszym miejscu jednak...
— Ani słowa więcej. Co byś zrobił na moim miejscu, wcale mnie nie interesuje. Bywaj 

zdrów, a jak przeżyjesz, wpadnij tu jeszcze.

Irvin nic na to nie odpowiedział. Potem jechał bezdrożem, na którym gdzieniegdzie 

tylko zdeptane trawy znaczyły szlak przepędu bydła.

Minął jeden dzień, minął drugi, trzeci. Wbrew słowom karczmarza nigdzie nie mógł 

dojrzeć ani rzeki, ani drogi. Bezkresna równina ciągnęła się przed nim i za nim. Irvin wciąż 
posuwał się na południe. Szlak przepędu gdzieś zniknął, a może stał się tak niewyraźny, że 
nie sposób go było odróżnić od jednakowo zielonego poszycia traw — na lewo, na prawo, na 
wprost.   I   nigdzie   cienia.   Więc   gdy   na   horyzoncie   zamajaczył   jakiś   kształt   niewyraźny, 
wyrastający ponad płaszczyznę, Irvin popędził konia. Wkrótce stwierdził, że ten niewyraźny 
kształt to połatane dachy domów. Widać je było coraz lepiej. A także zarysy ścian i opłotków. 
Po jakimś czasie zatrzymał się na małym placyku przed domem odsuniętym nieco od drogi, 
obok studni z kołowrotem. Zeskoczył z konia.

—Hej! — krzyknął w stronę drzwi domostwa — Czy mogę napoić konia?
Pytanie to stanowiło raczej grzecznościowy zwrot, bo wiadomo, że żaden gospodarz na 

Dalekim Zachodzie nie odmówi ani wiadra, ani wody wędrowcowi.

Irvin nie czekając więc na odpowiedź, chwycił za wiadro, ale w tym samym momencie 

rozległ się suchy trzask, klepki rozsunęły się i rozpadły.

— Co u licha?
Przyjrzał się resztce wiadra, jaka mu wraz z kabłąkiem pozostała w dłoni. Drewno było 

suche, jakby go nigdy nie zanurzano w wodzie.

Dziwne. Czyżby woda z tej studni nie nadawała się do picia? Podszedł do drzwi domu, 

zastukał,   odczekał   chwilę,   wreszcie   pchnął   —   rozwarły   się   z   przeraźliwym   piskiem.   Z 
wnętrza buchnęło chłodem.

— Jest tam kto? Cisza.
Powtórzył pytanie. Nikt nie odpowiedział. Przekroczył próg. Za tym progiem ciągnęła 

się długa i wąska sionka. Irvin przeszedł aż na zaplecze gospodarstwa, na puste podwórko za-
mknięte wielką długą szopą z szeroko rozwartymi wrotami. Zajrzał do wnętrza, zawrócił do 
sieni. Zapukał do pierwszych drzwi — cisza. Pchnął je. Ujrzał pomieszczenie kuchenne: stół, 
ławy, wystygły piec.

—   Halo!   —   krzyknął,   odczekał   chwilę   i   wrócił   do   studni.   Wziął   konia   za   uzdę   i 

postanowił poszukać wiadra w sąsiedztwie.

Zaledwie kilkadziesiąt kroków dalej stał drugi budynek mieszkalny, a obok studni — 

blaszane wiadro. Podprowadził wierzchowca do koryta dla pojenia bydła, opuścił wiadro w 
głąb studni. Ale gdy je wyciągnął, na brudnej powierzchni wody pływały strzępy słomy, 
gnijące liście, a nawet ziarenka piachu. Z tej studni chyba nikt od miesięcy nie czerpał wody 
— a może wszędzie tu woda jest niedobra?

Zaczerpnął dłonią nieco wilgoci i podniósł ją do warg. Smak normalny, więc dlaczego 

nie korzystano ze studni?

Zostawił wiadro i ruszył w kierunku domu. Jedno z okien było otwarte. Stuknął palcem 

w szybę  — zabrzęczała głośno. Po chwili zajrzał do środka. Nasłuchiwał i rozglądał się. 

background image

Ujrzał wnętrze izby mieszkalnej: typowy stół, kilka drewnianych zydli, metalowe łóżko pod 
ścianą, ale bez pościeli, otwartą szafę, w której widać było puste półki. Tu nikt nie mieszkał! 
Wniosek ten potwierdzała gruba warstwa kurzu na meblach i podłodze. Irvin cofnął głowę. 
Dokoła panowała zupełna cisza. I nawet z głębi osady nie dobiegał jego uszu żaden hałas, 
żaden gwar rozmów, nie szczekały psy.

Zaniepokojony wskoczył na siodło i stępa ruszył szeroką drogą. Koń szarpnął się, gdy 

między opłotkami przemknęło, skacząc, jakieś niewielkie zwierzę. Irvin natychmiast poznał 
dzikiego królika. Dziki królik w samym sercu osady! Czyżby wszyscy tu wymarli?

Przejechawszy kilka jardów znowu zeskoczył z siodła. Dokładnym oględzinom poddał 

trzy kolejne domostwa, stajnie i stodoły. Wszędzie witała go pustka i kurz. Dlaczego mie-
szkańcy nie zabrali ze sobą sprzętów? Ba, w kuchniach zauważył nawet garnki, a w stodołach 
— brony i pługi! Jak to wytłumaczyć? Może jakąś paniką powstałą w obliczu śmiertelnego 
niebezpieczeństwa? Ludzie zabrali wozy (nigdzie żadnego nie zauważył), rzucili na nie to, co 
dało się załadować, i uciekli. Na meble nie starczyło im czasu, a może i miejsca?

Cóż stało się przyczyną ucieczki? Napad Indian? Nie, na pewno nie. Nigdzie nie widać 

było   śladów   walki,   żadnych   szczątków   ludzkich   ani   zwierzęcych.   Więc   —   nie   napad. 
Prawdziwa zagadka, której Irvin nie potrafił rozwiązać. Postanowił jednak odpocząć tu po 
nużącej drodze. Lepszy dach nad głową nawet w bezludnej osadzie od noclegu pod gołym 
niebem na twardej powierzchni ziemi. Począł się rozglądać za jakimś porządniej wyglądają-
cym domkiem, w którym — kto wie? — może nawet znajdzie sprężynowe łóżko? Śmieszna 
zachcianka, a jednak... Szedł drogą między zabudowaniami różnej wielkości, różnego kształtu 
i różnej barwy,  aż ujrzał domek, który uznał za najbardziej odpowiedni: z dużą werandą 
obrośniętą zielonymi pnączami. Wyglądał miło i schludnie.

Przywiązał konia do słupka werandy, wkroczył do wnętrza. Oczywiście, jak się tego 

spodziewał, i tu było tak samo pusto, a kurz tak samo pokrywał sprzęty i deski podłogi. Irvin 
zawędrował aż do kuchni, w której wśród licznych  garnków, kotłów, misek i warząchwi 
znalazł   blaszane   wiadro.   Skoro   woda   dobra,   trzeba   zaspokoić   pragnienie   i   napoić   konia. 
Trzykrotnie nabrał wody ze studni i trzykrotnie ją musiał wylać — tyle było w niej śmiecia i 
brudu. Dopiero czwarte wiadro zaniósł koniowi. Potem siadł na stopniach werandy, wpatrzo-
ny w pustą drogę, w puste domy po przeciwległej stronie. O tej osadzie ani słówkiem nie 
wspomniał   mu   szeryf.   Czy   nie   wiedział,   czy   po   prostu   Irvin   zmylił   drogę?   Wszystko 
wyglądało raczej na tę drugą możliwość. Dlatego musiał teraz zastanowić się, jaki obrać 
kierunek dalszej wędrówki, gdzie poszukać informatora? Ważne pytania, na które nie znaj-
dował odpowiedzi. Chyba tylko liczyć na szczęśliwy traf.

Wstał, ujął wierzchowca za cugle i zaprowadził go na tyły domostwa, do stajni, której 

ubita, gliniana polepa pokryta była rozsypanym ziarnem kukurydzy i pszenicy. Jeszcze jeden 
dowód pośpiechu, z jakim wyprowadzali się stąd gospodarze. Zdjął uprząż i przeniósł do 
kuchni. Tu zajął się pitraszeniem posiłku w warunkach... niemal luksusowych. Uśmiechnął 
się — rozporządzał nie tylko kuchennym piecem, ale i naczyniami, a nawet sporym stosem 
wyschniętych szczap. Z zadowoleniem zauważył, jak woda wrze w garnku. Wyjął suchary, 
kawę, suszone mięso, i siadł przy oknie, mając widok na podwórko i stajnię, w której umieścił 
wierzchowca.

background image

Celia Canning

Kiedy odstawiał kubek, wydało mu się, że słyszy czyjeś kroki. Lekkie i delikatne, a 

przecież   zupełnie   wyraźne.   Czyjeś   buty   uderzały   cicho   w   zakurzone   deski   podłogi.   Na 
sekundę zastygł w bezruchu, po czym wyciągnął rewolwer z kabury i w dwu susach znalazł 
się za framugą drzwi. Odgłos kroków rozbrzmiewał coraz bliżej, aż wreszcie Irvin dojrzał 
jednym okiem postać idącą z głębi domostwa. Natychmiast schował broń i wyszedł z ukrycia.

To była kobieta. Skąd się tu wzięła? Czyżby jak on, z prerii? Sama? Dostrzegła go. 

Stanęła.

— Halo! Co pan tu robi?
Miała na sobie sutą, kolorową spódnicę, opadającą na cholewy długich butów. Bluzka 

była równie kolorowa, o barwie czerwieni przechodzącej w purpurę. Tyle dostrzegł Irvin już z 
daleka. A z bliska, gdy podeszła, ciemną twarz i czarne oczy spoglądające nań nieufnie, mimo 
że usta się uśmiechały. Nad oczami ciemne włosy opadające na czoło.

— A co pani tu robi?
— Mieszkam — odparła wesoło.
— Tu?
— Nie, nie w tym domu, ale niedaleko w samym środku Dawn*.
— Co?
— Ta osada taką nosi nazwę.
— Piękną — odparł — ale bardziej pasowałaby Dusk.* Tu nikogo nie ma! Co się stało 

z ludźmi?

— Przecież ja jestem. A co się tyczy innych, rzeczywiście, odeszli.
— Dlaczego? Czyżby woda była zła? Piłem ją, ja i mój koń, ale jakoś czujemy się 

dobrze.

— Zła woda? Cóż za pomysł?
— Zaglądałem do kilku studni. We wszystkich pełno śmieci i kurzu.
— Ach, to dlatego. Myślał pan, że nie czerpano wody, ponieważ nie nadaje się do 

użytku. To nie dlatego. Po prostu nie miał kto jej czerpać.

— A mieszkańcy? Gdzież się podzieli?
— Wyjechali.
— Zostawiając meble i nawet to...? — wskazał na porzucone na kuchni garnki.
— Zabrali tylko niezbędne przedmioty. Jak kto siedzi na jednym miejscu przez całe 

lata, to później i dziesięcioma wozami nie wywiezie tego, co nagromadził.

— Pewnie — przytaknął Irvin.
— A im się bardzo spieszyło.
— Dokąd?
— Do Kalifornii. To się nazywa: gorączka złota.
Sprawa stała się jasna, ale Irvin nadal nie mógł pojąć, jak można rzucać ziemię, własną 

ziemię,   dla   mirażu   złotego   piasku.   Przypomniał   sobie   opowiadanie   Czarnego   Jacka   o 
“miastach duchów". Teraz sam natrafił na takie “miasto": niczyje domy, niczyja rola. Gdyby 
lak przeprowadzić się z Greenfield? Przyjść na gotowe? I z myślą o tym, zapytał:

— A ziemia tu dobra?
Otworzyła szeroko wielkie, czarne oczy, aż stały się jeszcze większe.
— Ziemia? — powtórzyła zdziwiona.
— No ziemia, rola..
Wzruszyła ramionami:
— Nic a nic się na tym nie znam. Dawniej musiało coś tu rosnąć, teraz… tylko trawa.

* Dawn (ang.) — świt, dusk (ang.) — mrok

background image

— A wtedy gdy oni jeszcze mieszkali?
— Wtedy mnie tu nie było.
— To skąd pani wie?
— Od innych,  od ludzi, którzy tu przyjeżdżali  sądząc, że Dawn w najlepsze nadal 

prosperuje,   i   od   tych,   którzy   znając   historią   ucieczki   przyjechali   popatrzeć,   jak   to   teraz 
wygląda, ale żaden z nich nie został. No — zakończyła raptownie — nie ma sensu siedzieć w 
tym opuszczonym domostwie. Niech pan idzie do nas.

— Kto tu jeszcze jest?
— Mój brat. Siedzimy we dwójkę i nie narzekamy, chociaż niekiedy robi się bardzo 

nudno. Proszę zabrać konia — dodała spostrzegłszy siodło ciśnięte na podłogę — i chodźmy.

Irvin zastanowił się chwilkę:
— Chętnie — odparł — jeśli nie zrobię kłopotu...
— Głupstwo. Ciekawa jestem, co słychać na dalekim świecie, chyba mi pan opowie?.
— Oczywiście. Zaraz będę gotów.
Poszedł do stajni po konia, nałożył nań uprząż, spakował swe drobiazgi i ruszył za tą 

dziwną mieszkanką dziwnej osady.

— Dokąd się pan udaje? — zagadnęła, gdy kroczyli pustą, zasypaną piaskiem drogą.
— Nie zawsze odpowiada się na takie  pytanie — zauważył  żartobliwie,  a w myśli 

począł gorączkowo szukać jakiegoś fikcyjnego celu drogi.

— Przepraszam, jeśli to tajemnica...
— Och, nie. Tak sobie powiedziałem. Jadę do Greenfield, ale zdaje się, że zabłądziłem.
— Greenfield? Nigdy nie słyszałam. Może mój brat zna właściwą drogę.
— Prowadzicie tu gospodarstwo?
Już mówiłam, że nie rozumiem się na roli.
— Wiec co pani tu robi? Z czego żyjecie?
— Trochę z polowania, trochę ze sprzedaży skórek, a najwięcej z przepędu bydła.
— Tędy wiedzie szlak?
— Nie, bardziej na wschód, o dzień jazdy. 
Nie ulegało już wątpliwości, że Irvin zjechał ze szlaku, sam nie wiedząc kiedy. Ale ta 

informacja ucieszyła go. Wskazała mu kierunek, w którym powinien szukać właściwej drogi.

Szli wolno, mijając milczące, ciche zagrody domki i jakieś budy bez okien. Niektóre z 

nich miały wejścia na głucho zawarte, inne ukazywały opustoszałe wnętrza.

— Nie rozumiem  — zainteresował się Irvin. — Jeśli szlak leży o dzień drogi, jak 

możecie z niego żyć?

— Brat wynajmuje się jako poganiacz, czasem jako przewodnik. Niekiedy i ja.
— Pani? — Irvin roześmiał się. — Nigdy nie brałem udziału w takim przepędzie, ale 

wiem jacy to ludzie są zazwyczaj kowbojami. Półdzicy ludzie.

— Nie zawsze i nie wszędzie, zresztą... potrafię się bronić.
— Dałbym  radę  jedną  ręką — zażartował.  — Chyba  nie  waży pani więcej  niż  90 

funtów?

— Nigdy się nie ważyłam, ale waga to jeszcze nie wszystko. No, jesteśmy u celu.
Irvin   przyjrzał   się   bacznie   budynkowi,   przed   którym   stanęła.   Był   mniejszy   od 

sąsiednich, za to stał na dużej parceli porośniętej z rzadka owocowymi drzewkami. Teraz 
przekwitały i biało-różowy kobierzec płatków  pokrywał ziemię.  Ogród otaczały sztachety 
pomalowane   na  zielono. Mała  furteczka  otwierała  drogę  wprost  ku brązowemu   gankowi. 
Przed tą furtką Irvin zatrzymał się niepewnie.

— Stajnia jest za domem — wyjaśniła. — Proszę poczekać na ganku, zajmę się sama 

koniem. Na tym to znam się bardzo dobrze.

Kiwnął głową na zgodę. Ujęła cugle. Irvin wkroczył na werandę.
Coś mu się w tym wszystkim nie spodobało, ale nie wiedział dobrze, co. Uznał więc, że 

background image

takie odczucie jest wynikiem całodziennego zmęczenia i przestał na ten temat myśleć. Siadł 
na ławce i spoglądał na pustą drogę i puste okienne ramy domostwa po przeciwnej stronie 
drogi.

Kobieta wracała. W ciszy Irvin już z daleka usłyszał skrzyp piasku pod jej stopami.
— Siodło zawiesiłam na belce, a koniowi dałam owsa.
— Skąd tu owies?
— Kupujemy od kowbojów. Mamy dwa wierzchowce. Proszę, niech pan wejdzie.
Z werandy do sionki, a z sionki do pokoju pachnącego miętą, jakimiś kwiatami i sia-

nem. Czysto tu i schludnie — stwierdził z zadowoleniem farmer. Nie dała mu się zatrzymać, 
lecz poprowadziła dalej, do obszernej kuchni, gdzie na poczesnym miejscu widniała potężna, 
blaszana miednica. Chlusnęła wodą z wiadra.  — Niech się pan odświeży po takiej drodze.

— Wystarczyło wskazać mi studnię.
— Tak będzie wygodniej. Mydło leży na oknie, a ręcznik tu — wskazała na długi, biały 

płat zawieszony na gwoździu wbitym w ścianę.

Wyszła,   lekko   przymykając   drzwi.   Irvin   zdjął   kurtkę,   ściągnął   koszulę   i   zanurzył 

zakurzone,   brudne   dłonie   w   chłodnej   wodzie.   Cóż   mogło   być   przyjemniejszego   w   takiej 
chwili?

Bryznął   sobie   na   kark,   na   piersi,   aż   struga   pociekła   po   czystych   deskach   podłogi. 

Rozejrzał się za ścierką, ale bezskutecznie. Wilgotnych  plam na podłodze przybywało, w 
miarę   jak   mył   się   i   pluskał.   Poczuł   się   rzeźwo,   świeżo   i   radośnie.   Nawet   wspomnienie 
Greenfield, które skojarzyło się z widokiem tej kuchni, nie przygasiło dobrego samopoczucia.

Zapinając koszulę przyglądał się bacznie półkom pełnym błyszczących garnków, szafce 

z białymi talerzami. Prawdziwe gospodarstwo farmerskie w tej wymarłej osadzie.

“Ciekaw jestem — pomyślał — czy oni z sobą przywieźli, czy też odziedziczyli po 

poprzednich właścicielach?"

Wciągnął na grzbiet kurtkę, poprawił pas z rewolwerami.
“Trzeba obejrzeć stajnię — zdecydował. — A przede wszystkim zabrać strzelbę. Nigdy 

nic nie wiadomo" — przypomniał sobie słowa szeryfa Murphy'ego.

Ale nie dane mu było  spełnić tego zamierzenia, bo gdy otworzył  drzwi, ujrzał stół 

przykryty obrusem, a na nim talerze, szklanki, noże i widelce. Gospodyni stała przy oknie, 
wyglądając na dwór. Odwróciła się.

— Przepraszam — powiedział niepewnie Irvin — rozlałem trochę wody, a nigdzie nie 

znalazłem ścierki.

— Głupstwo. Proszę siadać. Rzadko trafia się okazja przyjmować ludzi z dalekiego 

świata.

— Tęskni pani? — zapytał odsuwając krzesło.
— Niekiedy — zbliżyła się do stołu. — Myślę, że dzisiaj już pan nigdzie nie wyruszy?
Nie czekając na odpowiedź, uniosła dużą czarną butelkę i wlała do dwu szklanek nieco 

złocistego płynu.

— To dobrze panu zrobi. Mnie również. Niepokoję się o brata. Wyjechał o świcie i już 

dawno powinien był wrócić.

Irvin wytrzeszczył oczy. W jego farmerskim środowisku kobiety nie piły whisky. Zwła-

szcza z nieznajomymi. A jeśli już piły — to tylko przy okazji wielkiego rodzinnego święta 
lub zabawy. I zawsze alkohol rozcieńczony wodą.

— Co się pan tak patrzy? — siadła do stołu. — Z powodu tej kropelki whisky? — 

roześmiała się —Widzi pan, człowiek tu dziczeje i zapomina o tym... — zacięła się i twarz jej 
spochmurniała — o tym, co wypada, a co nie wypada kobiecie. No!

Stuknęło szkło. Irvin podniósł szklankę do ust — płyn pachniał jabłkami, smak miał 

ostry, a równocześnie nieco słodkawy. Pił wolno, z przerwami, aż odstawił puste naczynie. 
Położyła mu na talerz potężny kawał zimnej pieczeni.

background image

— Antylopa — wyjaśniła. — Teraz przybyło zwierzyny w tych stronach, odkąd ubyło 

ludzi.

Jadł zerkając od czasu do czasu na gospodynię. Przypominała mu nieco kobiety, jakie 

można spotkać  w niektórych  saloonach  Dalekiego Wschodu: ubrane w krzykliwe  suknie, 
bardzo swobodne w rozmowie i zachowaniu...

Gdy skończył jeść, sprzątnęła nakrycie.
— Jeszcze daleko do wieczoru, chce pan zobaczyć, jak wygląda całe Dawn?
Wyszli na pustą drogę.
— Nazywam się Celia Canning — powiedziała niespodziewanie — a pan?
— Vincent Irvin — odparł i jednocześnie pomyślał, ze dziewczyna musiała spędzić 

długie lata w miastach. Któż tu się przedstawia?

— I pan mieszka w tym, jakimś... Przepraszam, zapomniałam.
— W Greenfield.
— Czym się pan zajmuje?
— Uprawą roli.
— Ach, farmer — rzekła to takim tonem, że Irvin nie wiedział, czy jest rozczarowana, 

czy zachwycona. I zaraz zapytała znowu: — Skąd pan przybywa?

Wydało się Irvinowi, że tych pytań jest zbyt wiele, odparł więc bardzo ostrożnie:
— Och, głupstwo. Zwykła farmerska wyprawa dla zbadania cen bydła i zboża. Niech 

mi pani opowie coś o sobie. To będzie na pewno ciekawsze.

— Jak na farmera jest pan nieźle uzbrojony: winchester przy siodle, rewolwery przy 

pasie.. Dobrze pan strzela?

— Dobrze, jak na... farmera.
— A ja podobno nieźle. Kiedyś z tego żyłam.
— Ze strzelania? — zaniepokoił się. 
Parsknęła śmiechem:
— O czym pan myśli? Ja tylko występowałam jako strzelec w cyrku.
— Strącając butelki ustawione na drabince? Oglądałem to kiedyś.
— To bardzo łatwe. Miałam trudniejszy cel. Moją koleżankę przywiązywano do deski, 

a ja strzelałam tak, aby kule obramowały jej sylwetkę.

— Niebezpieczna sztuka!
— Tylko pozornie. Przywiązana do deski nosiła pod kostiumem koszulkę ze stalowych 

drucików, a rewolwery, z których strzelałam, miały kule zrobione ze specjalnie miękkiego 
metalu. Prochu było niewiele, więc siła uderzenia bardzo słaba. Gdybym nawet źle trafiła, 
mogłam spowodować co najwyżej siniec.

— I takie kule wbijały się w deskę? — wyraził wątpliwość Irvin.
— To nie była prawdziwa deska, tylko gruba i miękka tektura imitująca deskę.
— Ach tak. I nigdy pani nie chybiła?
— Nigdy, z wyjątkiem... jednego razu.
— Ja takim doskonałym strzelcem nie jestem.
— Spróbujmy. Jeszcze dość widno. Tam dalej wznosi się taka stara rudera, znakomity 

cel. 

— Czy nie za wielki?
— Och, nie będziemy strzelać do ścian, tylko do gwoździ.
Przeszli w milczeniu jeszcze kilkadziesiąt kroków.
—To tu — powiedziała przystając.
Przed nimi stała pokrzywiona, ledwie trzymająca się stodoła.
— Widzi pan ten ćwiek?
Irvin chwilę wpatrywał się w poszarzałe od deszczu i słońca deski, wreszcie zauważył 

zardzewiałą główkę potężnego bretnala wbitego w sam narożnik.

background image

— Widzę — odparł.
— Teraz niech pan uważa.
Sięgnęła ręką między fałdy spódnicy, wyciągnęła dłoń i nim Irvin zdążył mrugnąć, padł 

strzał. Czerwonoruda główka gwoździa błysnęła jasną szramą.

— Świetnie! — stwierdził Irvin. — Z jakiej to zabawki pani strzelała?
Wręczyła mu broń. Ten rewolwer istotnie przypominał raczej dziecinną zabawkę.
Nigdy   nie   widziałem   czegoś   podobnego   —   stwierdził   szczerze.   —   Wygląda   tak 

niewinnie...

—   Na   pumę   z   nim   bym   nie   wyruszyła,   ale   gdyby   na   przykład   człowiek   na   mnie 

napadł...

Tu spojrzała znacząco na Irvina, a jemu zrobiło się jakoś nieswojo.
— Wracajmy — powiedział. — Do zmierzchu jeszcze parę godzin, a mój koń na pewno 

już odpoczął.

— Ależ... to nie ma żadnego sensu — zaprotestowała. — Tu pan się wyśpi świetnie. 

Chyba miał pan taki zamiar?

— Rzeczywiście, ale sądziłem, że będę samotny.
— Bzdura! — krzyknęła. — Kogo się pan krępuje? Mnie? Od razu widać, że farmer. 

Nigdzie dziś nie puszczę! Nie mówmy więcej o tym. Widzi pan? Obok sterczy drugi gwóźdź. 
Proszę spróbować.

Nie było sensu się spierać. Irvin wyciągnął srebrny colt. Pierwsza kula chybiła, druga 

— również. Dopiero trzecia trafiła w zardzewiałą główkę gwoździa.

— Widzi pani? Nie potrafię tak... Pani koleżankę, tę z cyrku, pewnie zabiłbym mimo 

stalowej koszulki. Dlaczego pani rzuciła cyrk? Jeśli to nie tajemnica.

— Żadna. Dużo o tym było gadania. Ja ją... zabiłam.
— Co?!
Irvin poczuł, jak mu zimne ciarki przebiegają po krzyżu.
— Ach, to był wypadek. Nieszczęśliwy wypadek. Ktoś włożył do pistoletu normalny 

nabój, no i trzeba pecha, ręka mi zadrżała — westchnęła ciężko. — Później miałam mnóstwo 
kłopotów. Szeryf prowadził śledztwo. Mówiono, że ja umyślnie... bo się z nią pokłóciłam 
poprzedniego dnia.

— I jak to się skończyło?
—Ano cóż, musiałam rzucić pracę. Nikt nie chciał zostać moim partnerem. Ale dajmy 

temu spokój. Proszę pokazać tę swoją armatę.

Podał jej srebrny colt.
— Skąd pan to ma? — zapytała podniesionym nagle głosem.
Irvin aż drgnął, ale opanował się natychmiast.
— Kupiłem — odparł spokojnie.
— Dawno?
— Nie tak bardzo... ale o co chodzi?
— Od kogo? — pominęła jego pytanie.
— Od wędrownego handlarza. O co chodzi? — powtórzył.
— Przepraszam. Widziałam kiedyś taki rewolwer i sądziłam, że nie istnieje podobny. 

Widać się pomyliłam.

Zwróciła mu broń.
“Czyżby zetknęła się kiedy z Czarnym Jackiem? — pomyślał Irvin. — Gdybym tak 

znalazł w niej sprzymierzeńca... Ale nie. Lepiej nie próbować, to może być niebezpieczny 
sprzymierzeniec. Ta cyrkowa historia..."

— Chodźmy — powiedziała Celia — chcę zobaczyć, jak preria wygląda.
Ruszyli   wolno,   milcząc,   aż   dotarli   do   krańców   osiedla.   Wyznaczały   je   szczątki 

rozwalonego domu. Dalej biegła pusta przestrzeń, ciemniejąca na horyzoncie od nadciągają-

background image

cego wieczoru. Siwa mgiełka powoli zacierała kontury.

— Na jutro murowana pogoda — stwierdziła. — Wracajmy.
Zanim doszli do domu, mocno już poszarzało. Celia zapaliła naftową lampkę i znikła w 

kuchni. Irvin słyszał, jak się krzątała pobrzękując talerzami. Ten odgłos znowu przypomniał 
mu rodzinny dom, ale nie czas było teraz na rozmyślania. Cicho, jak potrafił najciszej, opuścił 
jadalnię, wyszedł na dwór, obszedł zabudowania dokoła, aż odnalazł stajnię. Stały w niej dwa 
konie, ale miejsca starczyło chyba na dziesięć. Mimo zmroku Irvin natychmiast rozpoznał 
swego wierzchowca, a wierzchowiec — swego pana. Dał znak cichym parsknięciem. Farmer 
obmacał pęciny i kłęby, przesunął dłonią po karku i grzywie. Koń dmuchnął mu w twarz 
ciepłym oddechem, a później opuścił głowę nad żłobem. Irvin sięgnął ręką poza deski.

— Owies i kukurydza — mruknął wyczuwając pod palcami twarde i gładkie ziarna.
Dobrze im musi powodzić się na tym pustkowiu. Mówiła, że kupują od kowbojów. A 

co   w   zimie?   No,   mniejsza   z   tym.   Gdzie   siodło?   Począł   szukać   omackiem.   Nigdzie   nie 
zauważył, czyżby schowała? Zirytowany zawrócił i spotkał Celię na ganku.

— Myślałam, że pan uciekł.
— Chyba na oklep — powiedział nieco ostrym tonem — bo konia nie mam czym 

osiodłać. Gdzie pani schowała uprząż?

—  W  bardzo   tajemniczej  kryjówce   —  zażartowała.   —  Po  prostu...  przeniosłam   do 

kuchni.

— Przepraszam — zmitygował się.
Weszli do wnętrza. Istotnie, w kącie kuchni leżała zwalona cała uprząż. Schylił się i 

dźwignął siodło z podłogi.

— Tu nie przeszkadza...
Potrząsnął głową.
— Zabieram do stajni. Mam zwyczaj spać obok własnego konia — wyjaśnił.
Spojrzała na Irvina niezbyt przyjaźnie:
— A cóż to za pomysł?
— Bardzo dobry — odparł spokojnie. — Nie jest tu tak bezpiecznie, jak pani mówiła.
— Co się stało?
— No... jeśli pani sama przyniosła uprząż do domu to znaczy, że ze stajni mógłby ją 

ktoś ukraść. A wobec tego konia też. Nie mam racji?

Roześmiała się:
— W stajni są szczury. Kiedyś pocięły moje siodło na kawałki. Ot, i cała przyczyna. 

Chce pan spać ze szczurami? Mamy taki ładny gościnny pokoik. Proszę, zaraz panu pokażę.

— Szczury? Tutaj? — zdziwił się Irvin. — Szczury uciekają razem z ludźmi, bo z nich 

żyją.

Wzruszyła ramionami:
— Nie wiem. Może tu są jakieś inne szczury, dzikie.
Irvin nie oponował dłużej. Wyjął winchestera z pochwy siodła i poszedł za Celią po 

wąskich, trzeszczących schodach, aż na poddasze. Tam znajdował się mały pokoik z drewnia-
nym łóżkiem, siennikiem i stołem. Na więcej nie starczało miejsca.

— Tu będzie panu wygodniej niż w stajni. Światła chyba nie potrzeba — zakłopotała 

się. — U mnie krucho z naftą.

Podziękował. Kiedy wyszła, dokładnie zbadał drzwi, i to z obu stron. Nigdy później nie 

potrafił   wyjaśnić   źródła   swego   niepokoju.   “To   chyba   było   przeczucie"   —   opowiadał 
Gordonowi.

Na zewnątrz, od strony strychu, drzwi nie miały klamki, ale od wewnątrz zaopatrzono je 

w mocny haczyk. Z kolei zbadał okno i znajdującą się pod nim ścianę domu. Była zupełnie 
gładka, niemożliwa do sforsowania bez pomocy drabiny.

Uspokojony przymknął nieco okno i — na pół tylko rozebrany — rozciągnął się na 

background image

sienniku.

Jak długo spał? Na pewno kilka godzin, nie więcej. Kiedy się zbudził, trwała jeszcze 

noc. Co go wyrwało ze snu? Chyba blask księżyca wypełniający cały pokoik. Siadł na łóżku i 
nasłuchiwał, ale z wnętrza domu nie dobiegał żaden głos. Podszedł do okna i wychylił się. W 
dole widniały, bardzo wyraźnie, słupki ogrodzenia oraz furtka. Za ogrodzeniem leżała pusta 
droga, a jeszcze za nią — ciemna masa domostwa spoglądająca na drogę pustymi oczodołami 
okiennych otworów. Jedyna ulica Dawn lśniła srebrzyście przy księżycu, drzewka ogrodu 
rzucały długie cienie na ziemię. Irvin spojrzał w lewo, spojrzał w prawo — pustka, zupełna 
pustka.   Ani   człowieka,   ani   zwierzęcia.   Nawet   głos   kujotów   tutaj   nie   dobiegał.   Ziewnął 
półgłosem   i   postanowił   wrócić   na   siennik.   Uczynił   pierwszy   krok   w   kierunku   łóżka   i 
znieruchomiał. Zdawało mu się?... Powrócił ku oknu i znowu słuchał. Nie, nie mógł się mylić. 
Z dalekich głębin srebrnej nocy dobiegł jego uszu niewyraźny, zamazany odgłos końskich 
podków. Irvin oparł się o okienną framugę  i czekał.  Rozpoznawał już zupełnie  wyraźnie 
galop.   Galop   samotnego   jeźdźca.   Któż   to   tak   gnał   w   samym   środku   nocy?   Rytmiczne 
uderzenia biegły na skrzydłach ciszy. Później galop przeszedł w kłus. Nieznany przybysz 
znajdował się coraz bliżej. Irvin wreszcie go dojrzał na szarej wstędze drogi jako ruchomy, 
bardzo jasny punkt. Oto już sylwetka człowieka i zwierzęcia — cień skakał po ziemi, wydłu-
żał się i skracał na przemian. W końcu znieruchomiał i rozpadł się na dwa cienie: jeździec 
zatrzymał wierzchowca i zeskoczył z siodła, tuż przed furtką.

“To chyba brat tej Celii — pomyślał i cofnął się pół kroku w bok. — Teraz powinien 

wprowadzić konia. Ciekaw jestem, co to za facet?"

Mimo   niewielkiej   odległości   i   blasku   księżyca   nie   mógł   dojrzeć   zarysów   twarzy. 

Przybysz był średniego wzrostu, szczupły, w kapeluszu rzucającym cień na oblicze, w bardzo 
jasnym ubraniu, bo błyszczało teraz, jakby utkane ze srebra.

“Wprowadzi konia" — powtórzył w myślach Irvin i... omylił się.
Usłyszał przeciągły zgrzyt drzwi, tych na dole. Drobna sylwetka ukazała się na ścieżce. 

Poruszała się szybko, jakby biegła.

“Dobra siostra — pomyślał. — Czekała na brata."
Celia znalazła się tuż przy koniu i jeźdźcu, A koń nie został wprowadzony, a jeździec 

nie przekroczył progu furtki. Dwie postaci tkwiły nieruchomo, jedna obok drugiej. Rozma-
wiały.  Łatwo  było  odgadnąć   po gestykulacji  rąk,  ale  słów   Irvin nie  słyszał.  Nagle  Celia 
odwróciła się w stronę domu. Uczyniła to tak gwałtownie, aż Irvin przestraszył się, że go 
spostrzegli. Ale nie. Kobieta powróciła do przerwanej na chwilę rozmowy.

“Opowiada o mnie —- wywnioskował Irvin. — Na pewno musiała powiedzieć: on tam 

śpi na górze, i właśnie wówczas odwróciła się. Ale czemu ten braciszek nadal sterczy na dwo-
rze?"

To nie był koniec zdziwienia Irvina. Oto bowiem ujrzał, jak przybysz ujął swego wierz-

chowca za cugle i począł oddalać się drogą. Kobieta pozostała przy uchylonej furtce, coś jesz-
cze zawołała, ale i tym razem Irvin nie dosłyszał, co. Idący odwrócił głowę i nie zwalniając 
kroku pomachał ręką. Oddalał się coraz bardziej i coraz bardziej cichło człapanie końskich 
kopyt, aż wreszcie i konia, i jeźdźca zakryła ściana któregoś z mijanych domostw.

Celia zamknęła furtkę, przeszła ścieżką ku werandce. Irvin usłyszał zgrzyt zamykanych 

drzwi. Nie odchodził od okna, lecz na dworze nie ukazał się więcej nikt, a z głębi domu nie 
ozwał się żaden nowy dźwięk.

Wrócił do łóżka, siadł na sienniku i zadumał się. Co to wszystko mogło znaczyć? Czy 

nocny przybysz był bratem gospodyni, o którym wspominała, czy kimś innym? Dlaczego nie 
został tu na noc? No i czy to wszystko mogło mieć jakikolwiek związek z jego — Irvina — 
osobą?

Wszystko razem — tyle pytań i tyle wątpliwości — wydało się obecnie Irvinowi bardzo 

podejrzane, prawie niebezpieczne.

background image

Wydobył rewolwery z pasa ciśniętego na stół, sprawdził, czy są nabite, a potem położył 

je w głowach łóżka. Podobnie postąpił ze strzelbą. Umieścił ją między łóżkiem a ścianą. 
Wreszcie zbadał zamknięcie drzwi. Teraz nie wydało mu się dostatecznie mocne. Przeniósł 
więc   stół   spod   okna   i   postawił   go   w   poprzek   wejścia.   Tę   słabą   barykadę   łatwo   było 
sforsować, ale jaki przy tym powstałby hałas!

Zabezpieczywszy się w ten sposób przed nieprzewidzianymi wydarzeniami, jeszcze raz 

ostrożnie wyjrzał oknem. Nikogo. Cicha, srebrzysta noc rozpostarła się nad całym bezludnym 
osiedlem. Wrócił na siennik. Położył się i zasnął.

Ranek w Dawn

Musiał spać bardzo mocno, ponieważ nie obudził go ani czerwony brzask rannych zórz, 

ani nawet pierwszy znak dnia — słońce, które poczęło dźwigać się nad horyzontem.

Zerwał się z łóżka dopiero wówczas, gdy w głębi domostwa głośno trzasnęły drzwi. 

Siadł i natychmiast spojrzał na broń. Znajdowała się tam, gdzie ją postawił. Stół barykadujący 
drzwi również stał nie poruszony. Odetchnął z ulgą i podszedł do okna. Wyjrzał ostrożnie, by 
z zewnątrz nikt tego nie mógł zauważyć, ale droga była pusta.

Ubrał się pospiesznie, odstawił stół pod okno i z winchesterem w ręku wąskimi schoda-

mi powędrował na dół.

“Ciekaw jestem, czy mi powie o nocnej wizycie? — zastanawiał się. — Jeśli nie, to 

znaczy, że coś się tu knuje."

W pokoju nie zastał nikogo, ale spoza przymkniętych drzwi kuchni dobiegało stukanie 

garnków. Zapewne Celia przygotowywała ranny posiłek. Po chwili usłyszał jej głos:

— Czy to pan?
— Ja — odparł. — Dzień dobry.
— Proszę usiąść i cierpliwie czekać.
Zanim wykonał polecenie, podszedł do okna — wciąż pod wrażeniem nocnej wizyty. 

Dostrzegł rzędy małych drzewek, parkan z zamkniętą furtką i ponury dom po drugiej stronie 
drogi. Wszystko to tonęło w słońcu i ciszy poranka. Pierzaste obłoczki wędrujące po niebie 
drgały na ziemi ciemnymi plamami, które przesuwały się bardzo szybko wśród cieni drzew i 
płotu. Znudzony, postawił strzelbę w kącie pokoju i siadł za stołem, twarzą ku oknu. Rozmy-
ślał teraz o drodze, która go czekała, i o przewidywanym spotkaniu z Czarnym Jackiem. Jakoś 
przestał się niepokoić. Zupełnie  na zimno  układał  plan dalszego postępowania. Patrzał w 
okno, a myślami już gnał w przyszłość. Pewnie dlatego dopiero po kilku minutach dostrzegł, 
że za płotem ktoś stoi. Przetarł oczy. To nie było złudzenie. “Ktoś" opierał się plecami o 
ogrodzenie: mężczyzna w jasnym, prawie białym ubraniu, w kapeluszu podobnej barwy. Czy 
ten sam człowiek, który był tu w nocy?

Irvin siedział nieruchomo na krześle i patrzał.
“Biały jegomość" — pomyślał i natychmiast nazwa ta skojarzyła mu się z Czarnym 

Jackiem.

A tymczasem “biały jegomość" sterczał nieruchomo jak przydrożny słup i tylko jego 

lewa   ręka   —   tę   Irvin   widział   bardzo   wyraźnie   —   bez   przerwy   poruszała   się   ruchem 
półkolistym, raz w jedną, raz w drugą stronę. Irvin wpatrzył się w tę rękę, nie potrafił od niej 
oczu oderwać. Gdzieś już widział takie ruchy... Czarny Jack! Przecież to Czarny Jack siedząc 
w   wagonie   odwijał   i   nawijał   na   wskazujący   palec   długi,   srebrny   łańcuszek   zakończony 
kluczykiem.

background image

“Czarny Jack — powtórzył raz jeszcze w myśli. — Czy to on? Mimo białego ubrania? 

Gdyby tak ujrzeć twarz. Może krzyknąć? Wówczas nieznajomy odwróci się. Na pewno się 
odwróci. A jeśli to jest właśnie Czarny? Dlaczego tu sterczy? Nie mogę tak siedzieć bezczyn-
nie!"

Naprężył mięśnie nóg, prawa dłoń powoli obsunęła się ku kolbie rewolweru. Postanowił 

zerwać się raptownie i poprzez sionkę szybko wyskoczyć na dwór. Ba, gwałtowność takiego 
działania na pewno wywoła hałas. To na nic. Trzeba działać spokojnie i rozważnie. Nie spie-
szyć się. Tamten, nieświadomy niczego, ciągle jeszcze podpiera płot.

Farmer wstał powoli, ale znowu siadł. Bo oto za jego plecami cicho skrzypnęły drzwi.
— Podnieś ręce!
Poczuł pod lewą łopatką mocny ucisk twardego, okrągłego przedmiotu. Natychmiast 

wykonał polecenie Celii Canning. To był jej głos. Ale jakże zmieniony? Już nie ten roześmia-
ny, beztroski i miły dla ucha. Głos dobrze wychowanej gospodyni przyjmującej gościa. Lecz 
słowa wypowiedziane ostro, szorstko, tonem nakazującym bezwzględny posłuch.

Jej dłoń wyrwała mu po kolei oba rewolwery tkwiące w futerałach pasa.
— Opuść ręce. Daj je do tyłu.
Spełnił żądanie bez sekundy zwłoki i tylko pomyślał: “Ty idioto! Wlazłeś w pułapkę jak 

mysz".

Poczuł, jak mu wiązano przeguby rąk, jak mocno przykrępowano je do oparcia krzesła. 

Wreszcie ujrzał twarz Celii, pełną napięcia i jakiegoś okrucieństwa, ostro zarysowaną.

“Gdzież ja miałem oczy? — westchnął i równocześnie ogarnęła go złość. — Poczekaj... 

ty... wiedźmo..."

Ale natychmiast opanował się. Złość jest złym doradcą. Więc zapytał sztucznie spokoj-

nym głosem:

— Czego chcesz?
Uznał, że osoba tak haniebnie łamiąca uświęcone zasady gościnności nie zasługuje, by 

zwracać się do niej uprzejmiej.

— Ty głupcze — odparła. — Po co chwaliłeś się swym coltem? Zaraz się okaże, czy go 

kupiłeś, czy ukradłeś. Jack! — krzyknęła w stronę okna. — Chodź!

,Biały jegomość" odwrócił się, minął furtkę. Irvin słyszał jego spieszne kroki tupocące 

w sieni. Potem uchyliły się drzwi i stanął o krok od związanego farmera. Nie było wątpliwo-
ści, to Czarny Jack, tyle że na biało ubrany.

“Wpadłem" — pomyślał Irvin.
— Obejrzyj, Jack.
Celia podała srebrny colt.
— Masz rację — przyznał Jack. — To mój, a gdzie drugi?
— Miał tylko jeden. Powiada, że go kupił.
— Kupił? Muszę się przyjrzeć facetowi.
Na taką zapowiedź Irvin nawet nie mrugnął okiem, ale zimny dreszcz przebiegł mu po 

krzyżu.

“Koniec — zmroził go dreszcz. — Teraz mi dopiero da łupnia."
Przyglądanie się nie trwało długo, a jego wynik był zgodny z przewidywaniami Irvina.
—   Ten   sam   —   stwierdził   Jack.   —   Kropka   w   kropkę   ten   sam   pasażer   z   pociągu. 

Najwięcej ze mną rozmawiał i najbardziej był ciekaw z całej trójki. Może ta ciekawość aż tu 
go przywiodła? Rewidowałaś go?

— Zaglądałam do juków. Nic interesującego.
— Hm... ciekawe. Przybył  tu samotny.  Zbadałem okolicę:  tylko pojedynczy trop, a 

szkoda. Chętnie spotkałbym się z twoimi — zwrócił się do Irvina — towarzyszami, zwłaszcza 
z tym, który mnie kopnął. Gdzie twoi kumple? Gadaj!

O, to już nie był ten uprzejmy towarzysz podróży.

background image

— Jacy kumple? — powtórzył pytanie Irvin pragnąc w tak mało sprytny sposób zyskać 

na czasie.

— Nie udawaj półgłówka! — krzyknął Jack i ująwszy srebrny colt za lufę machnął nią 

tuż przed nosem jeńca. — Jeżeli będziesz się wykręcał, dostaniesz tym... To mój wypróbowa-
ny sposób. Natychmiast przywraca pamięć.

— Nie ma ich tutaj.
— Wiem, że ich nie ma. Nie wykręcaj się! Gdzie oni są?
— W Greenfield — odparł farmer wiedząc, że taką odpowiedzią w niczym nie zaszko-

dzi ani Gordonowi, ani Fawkesowi. — Możesz sprawdzić — dodał kpiąco.

— Żartujesz? Zaraz ci te żarty wypędzę z głowy. Greenfield — powtórzył. — Gdzie to 

jest? Ach, pamiętam. To tamten przystanek na odludziu. Tam wsiedliście do pociągu, A to 
całe Greenfield jak daleko od przystanku?

— Ponad trzy mile — mruknął Irvin.
— A stąd?
Ile było “stąd" — tego oczywiście nie mógł wiedzieć. Przecież nigdy jeszcze nie prze-

był  drogi dzielącej Dawn od swej rodzinnej osady.  Ale... chyba  piekielnie  daleko. Uznał 
jednak, że bezpieczniej będzie mówić niż milczeć, więc powiedział:

— Pięć dni, jak się szybko jedzie. Zdejmijcie mi więzy — odparł — to was zaprowa-

dzę.

Oczekiwał kolejnego wybuchu gniewu, ale Czarny Jack milczał.
— Co z nim zrobisz?
To pytała Celia Canning. Siostra Jacka? Co do tego Irvin miał poważne wątpliwości. 

Stali obok siebie i farmer mógł stwierdzić, że nie było między nimi nawet cienia podobień-
stwa.

— Jeżeli go puścisz — mówiła Celia — trzeba będzie stąd się zabierać. Słyszysz, Jack?.
Milczenie.
—Ja umywam ręce od wszystkiego, wracam do cyrku.
Denerwowała się coraz bardziej.
— Jeśli na to ci pozwolę — odezwał się wreszcie Czarny.
— Za kilka dni siądą ci na kark wszyscy szeryfowie świata.
— Przesadzasz.
Powiedział tylko tyle i nadal świdrował oczami jeńca. Wyglądało to bardziej niepokoją-

co od najbardziej niepokojących słów. Na koniec odwrócił się i począł przemierzać pokój od 
ściany do ściany. Było cicho, a w tej ciszy odgłos kroków i pobrzękiwanie ostróg brzmiały w 
uszach farmera dziwnie złowrogo.

“Gdyby tak się zerwać... — myślał gorączkowo. — Nogi mam wprawdzie wolne, ale 

ręce?"

Czuł, jak mu powoli drętwieją ściśnięte przeguby i dłonie. Jak tu “zerwać się", będąc 

przywiązanym do krzesła? Spróbował rozluźnić pęta. Nic z tego. Rzemień jeszcze boleśniej 
werżnął się w skórę.

— Rozwiąż go — nieoczekiwanie rozkazał Czarny.
— Co?! — krzyknęła. — Oszalałeś? Prędzej go zastrzelę, niż uwolnię.
— Nie bądź głupia. Kto ci powiedział, że go chcę uwolnić? No, prędzej, rozwiązuj! A 

ty — zwrócił się do Irvina — siedź spokojnie.

I lufę srebrnego colta skierował ku jeńcowi. Farmerowi po raz drugi mrówki przebiegły 

po plecach. Od napastnika dzielił go tylko ciężki, masywny stół.

Celię stracił z oczu, lecz czuł jej palce na swych dłoniach, rozplątujące supły rzemienia. 

Wreszcie więzy opadły,  ale zgodnie z poleceniem siedział sztywny i nieruchomy.  Znowu 
ujrzał Celię. Obeszła stół, ruszyła w stronę drzwi. Powinna była minąć Jacka za jego plecami, 
popełniła jednak błąd. Na sekundę znalazła się między wylotem srebrnego colta a jeńcem. 

background image

Jack krzyknął na nią, ale za późno. Irvin poderwał się błyskawicznie, błyskawicznie uniósł 
ciężki stół i rzucił nim w Celię. Nie byle jakiej wymagało to siły...

Stół zwalił z nóg i gospodynię, i Jacka. Zawadził jednym rogiem o okno — z brzękiem 

posypały się szyby — i runął przygniatając leżących. Czarny Jack zerwał się natychmiast, ale 
w tej samej chwili otrzymał cios pięścią w szczękę i zwalił się na nowo. Irvin chwycił colt, 
odpiął leżącemu pas, skrępował nim nogi. Porwał ciśnięty przez Celię rzemień i jak mógł 
najszybciej związał bandycie ręce. Czarny Jack nie poruszał się. Czyżby zemdlał?

Irvin   przyskoczył   więc   do   Celii   leżącej   pod   zwalonym,   połamanym   stołem. 

Nieprzytomna,   z   szeroko   rozrzuconymi   rękoma,   ściskała   w   garści   swój   mały   damski 
rewolwer. Irvin wyrwał go z jej palców, podniósł leżącą, zerknął na nieruchomego Jacka, 
kopnięciem nogi rozwarł drzwi wiodące do kuchni i tam położył Celię na podłodze. Chlusnął 
jej na twarz strugą wody, raz i drugi, aż otworzyła oczy. Chwilę spoglądała nieprzytomnie, po 
czym szepnęła:

— Gdzie Jack?
— Pod oknem. Nic mu nie będzie. Spostrzegł, że odetchnęła głęboko.
— Aleś nas urządził — stwierdziła, a w głosie jej zabrzmiała nutka podziwu — Silny z 

ciebie chłop... Stół taki ciężki... Możesz teraz jechać, dokąd chcesz...

— Na pewno pojadę — przytaknął Irvin — ale razem z Jackiem.
Wytrzeszczyła oczy.
— Z Jackiem? Dlaczego z Jackiem? Masz z nim jakieś porachunki? Zastanów się. Raz 

ci się udało, ale za następnym razem...

Farmer roześmiał się:
— Dwa razy udało się — stwierdził.
— Prawda — przyznała. — Wtedy, w pociągu. On mi opowiadał. Czy to ty go zraniłeś?
Teraz zdumiał się Irvin. Nic nie wiedział o zranieniu Czarnego.
— Jack mi opowiadał — powtórzyła Celia — że strzelano, jak wyskakiwał z pociągu. 

Kto ty jesteś? — mówiła dalej Celia. — Kowboj, rewolwerowiec?

— Pomagam szeryfowi w Wichita Falls.
— Pracujesz u szeryfa?
— Aha — mruknął. — Chyba wiesz, że za Jackiem rozesłano listy gończe?
— Wiem. Czy można tam zajrzeć? — skinęła głową w stronę uchylonych drzwi. — Coś 

ty z nim zrobił?

— Związałem, ale zajrzę ja sam. Odwrócił się i wychylił głowę poza framugę.
Ujrzał obok szczątków stołu i kawałków potrzaskanej szyby nieruchomą sylwetkę. Ta 

krótka chwila o mało nie stała się przyczyną zguby — strzał padł w tym momencie, gdy Irvin 
znowu spojrzał na Celię. Błysk, huk i jakby smagnięcie biczem w lewe przedramię. Musiała 
mieć drugi rewolwer. Popełnił głupstwo.

“Dostałem"  —  zdążył  pomyśleć   i  błyskawicznie  podbił   jej  dłoń,  wyrwał  rewolwer, 

schwytał dziewczynę w pasie. Poczęła się szarpać, kopać i próbowała nawet gryźć. Ścisnął ją 
mocniej, aż krzyknęła, i gorączkowo rozejrzał się za jakimkolwiek postronkiem. Wpadł mu w 
oko tylko ręcznik. Nie było sprawą łatwą związać ręce wyrywającej się, ale wreszcie dopiął 
swego. Potem skrępował nogi kuchenną ścierką.

— Jeszcze nigdy nie postąpiłem tak z żadną kobietą — powiedział ciężko oddychając 

— ale na ciebie nie było innej rady.

Dopiero teraz poczuł ciepłą, nieprzyjemną wilgoć pod lewym rękawem kurty. Stanął w 

drzwiach łączących oba pomieszczenia tak, aby nie tracić z oczu swych jeńców, i począł 
ściągać zwierzchnią odzież. Koszula była mocno zakrwawiona, a czerwone krople poczęły 
teraz znaczyć deski podłogi. Gdyby jakiś czysty gałgan... Znalazł coś lepszego — bandaż. 
Czarny Jack widać naprawdę był ranny, jemu miał zapewne służyć.

Irvin zlał ramię wodą i stwierdził z ulgą, że kula nie naruszyła mięśni, jedynie zerwała 

background image

pas skóry. Krwawiło nadal mocno. Przypomniał sobie o flaszce whisky, odnalazł ją wśród 
szczątków stołu. Była cała i nadal mocno zakorkowana. Chlusnął ognistym płynem na ranę — 
zapiekło wściekle. Obandażował ramię, jak mógł najciaśniej. Spróbował poruszyć lewą ręką 
— bolało.

— Żmija — mruknął.
Co teraz począć, u licha! Zasępił się. Przecież nie może ciągnąć ich oboje ze sobą. Jeśli 

jednak zostawi Celię na wolności, wyruszy za nim w trop i dopadnie, gdy tego najmniej 
będzie się spodziewał. Ten dom z pewnością nafaszerowany jest bronią. Zbójeckie gniazdo. 
Miała drugi rewolwer, ma na pewno i trzeci, czwarty lub piąty. Siadł na krześle. Ujrzał, jak 
Czarny Jack poruszył się, a w chwilę później otworzył oczy. Irvin już nie czuł do bandyty 
takiej urazy jak przedtem. Cała złość jak gdyby skoncentrowała się na Celii, więc odezwał 
się:

— No, jak się czujesz? Musiałem cię stuknąć, ale nie było innego wyjścia.
Jack zamrugał powiekami. Usiłował wstać i dopiero wówczas spostrzegł, że jest skrępo-

wany. Więc tylko odwrócił się bokiem.

— Czego ode mnie chcesz? — warknął. 
Irvin zaśmiał się gorzko:
— To ja powinienem pytać. Dwa razy na mnie napadłeś.
— Ale nie strzelałem.
— Boś nie zdążył.
— Zrobiłem głupstwo. Wtedy, w wagonie.
— Na pewno. Ale ja cię ścigam wcale nie z powodu tamtego napadu.
— Ty mnie ścigasz?
W głosie bandyty zabrzmiało nieukrywane zdumienie.
— Ścigam — powtórzył farmer.
— Jeśli nie za napad, to za co?
— Za twe listy gończe...
— Aha, to tak... Rozumiem. Gonisz za nagrodą. Słuchaj, dam ci ten tysiąc dolarów. 

Odpadnie kłopot chodzenia do szeryfa. Zgoda?

Irvin roześmiał się po raz drugi:
— Ja ciebie dobrze poznałem, Jack. Nie miałbym tego tysiąca dłużej od jednego dnia. 

Najbliższej nocy, może nawet we śnie, zostałbym bogatszy o jedną kulę w plecach. Ty to 
umiesz, Jack.

— Zostawisz mnie związanego. Zanim się uwolnię, będziesz daleko. Pozwalam ci zwią-

zać i Celię.

— Pozwalasz? Cóż za łaska! Celia już leży związana w kuchni.
Jack tylko łypnął oczami w kierunku drzwi.
— Dam ci półtora tysiąca.
— Nic z tego, pojedziesz ze mną do szeryfa.
— Dokąd?
— O tym porozmawiamy w drodze, a teraz... żebyś nie nadwerężał sobie gardła...
— Dam ci trzy tysiące!
Farmer tylko wzruszył ramionami. Wstał, urwał kawał pozostałego bandaża, zwinął go 

w kłąb i wepchnął — nie bez trudu — w usta bandyty. Podobnie postąpił z Celią. Zależało 
mu, aby para wspólników nie mogła się porozumiewać podczas jego nieobecności. Musiał 
bowiem ruszyć do stajni, żeby osiodłać konie.

W mrocznym wnętrzu znalazł ich aż trzy. Wierzchowiec Jacka został więc również tutaj 

przyprowadzony.   Zastanowił   się   chwilkę,   na   koniec   założył   uprząż   całej   stadnince   i 
wyprowadził ją na dwór. Postanowił Celii nie zabierać z sobą, ale zdecydował, że pozbawi ją 
konia, na pewien czas. Puści go po pierwszym dniu jazdy i zwierzę chyba samo jakoś trafi do 

background image

Dawn. A jeśli nie? Ano, cóż? Celia nie umrze tu z głodu i pragnienia. Zresztą szlak przepędu 
nie jest zbyt odległy. Trafi doń i wreszcie kogoś spotka.

Tak się uspokajał, ale spokoju nie doznał.
Tfu, do licha! Czarny takiego musiał sobie dobrać pomocnika!
Ręka dała znać o sobie, gdy dopinał popręgów. Przywiązał konie do płotu i wrócił do 

izby.   Jack   leżał   nadal   bez   ruchu,   ale   Celia   spoczywała   kilka   kroków   bliżej   drzwi.   Irvin 
zrozumiał: przetoczyła  się w kierunku pokoju. Widocznie liczyła  na to, że znalazłszy się 
jedno obok drugiego, jakimś sposobem zrzucą pęta.

— Daliby mi szkołę... — westchnął, a jednocześnie żal mu się zrobiło tej kobiety.
— Celia — odezwał się półgłosem — nic ci nie zrobię, ale musisz zostać w pętach. 

Wiem przecież, że gdybym je zdjął, zastrzeliłabyś mnie, zanim minąłbym róg domu. Na pe-
wno masz ukrytą niejedną jeszcze pukawkę. Prawda?

Spojrzała na niego wściekłym wzrokiem, aż mu ciarki przeszły po plecach.
— Słuchaj — odezwał się hamując wzburzenie — rozluźnię twoje pęta. Za godzinkę 

będziesz wolna. Przy takim sprycie i takiej zręczności. Aż szkoda!

Jej twarz nieco złagodniała. Wydało mu się nawet, że dostrzegł przelotny uśmiech, a już 

oczy na pewno się śmiały.  Z czego tak się cieszyła?  Zastanowił się chwilę. I bezbłędnie 
odgadł. To takie proste. Godzinka zwłoki nie była dla Celii żadnym problemem. Na pewno 
jeździła konno lepiej od Irvina. Godzinkę opóźnienia wyrównałaby bardzo szybko i jeszcze 
przed   wieczorem   dopędziłaby   go.   Dlatego   Irvin,   który   początkowo   chciał   poinformować 
Celię o wypożyczeniu jej wierzchowca, teraz postanowił rzecz przemilczeć. Powiadomiona o 
wszystkim, umiałaby z pewnością obmyślić na poczekaniu jakąś inną “sztuczkę", której on 
nie potrafiłby zapobiec.

— Muszę ci zabrać nieco jedzenia. To, co mam, nie starczy dla dwu. Ale nie martw się, 

nie zginiesz z głodu, taki okrutny nie jestem.

Nic na to nie odpowiedziała. Począł szukać w kuchennych zakamarkach i nagle zorien-

tował się, że Celia bez przerwy wodzi za nim oczami.

“Ona znowu coś knuje — pomyślał. — Trzeba wzmóc czujność i pospieszyć się."
Znalazł blaszane pudło pełne fabrycznych sucharów (skąd je mieli na tym pustkowiu — 

nawet nie próbował odgadnąć) i kilka funtów pemikanu — suszonego, startego na proszek 
mięsa. Irvin znał dobrze wartość tego produktu, tak drogiego, że farmer zaledwie kilka razy 
go próbował. Teraz miał go całą furę. W coś go trzeba przesypać. Rozejrzawszy się zauważył 
jakiś skórzany woreczek, mocno pękaty. Gdy rozplatał rzemyki, wysypały się, brzęcząc, złote 
monety. Same złote monety! Dostrzegł wtedy oczy Celii wlepione w stos złota. Bandycki 
dorobek. Oto dlaczego tak czujnie go obserwowała. Nie odezwał się. Wypełnił worek sprosz-
kowanym mięsem, zabrał suchary i wyszedł na dwór. Pemikan i część sucharów upchał w 
torby własnego siodła, resztę wpakował w juki jednego z dwu obcych koni. Zaczerpnął wody 
ze studni, wypełnił nią skórzane wory podróżne, napoił konie, a później całą zdobytą broń: 
dwa rewolwery Jacka, dwa rewolwery Celii i jeden znaleziony winchester — wrzucił do 
studni. Miał ochotę przeszukać jeszcze dom, ale powstrzymał się — nie było czasu. Słońce 
wspinało się coraz wyżej, a Irvin zamierzał jednym tchem dotrzeć do ostatniego obozowiska, 
w którym nocował przed przybyciem do Dawn. To był szmat drogi. Liczył się zresztą z tym, 
że w wymarłym osiedlu mógł zjawić się w każdej chwili nieoczekiwany i niepożądany gość. 
A   wówczas   komu  uwierzy?   Irvinowi  czy  Jackowi   i  Celii?   Może   właśnie  Irvina   uzna  za 
przestępcę rabującego dwoje niewinnych ludzi, dwoje spokojnych mieszkańców Dawn?

Należało stąd uciekać, i to jak najszybciej. Wrócił do Celii, rozluźnił nieco jej więzy, 

wyjął knebel z ust. Odetchnęła z ulgą.

—   Mógłbym   cię   zabrać   —   powiedział.   —   Jesteś   przecież   wspólniczką   rabusia   i 

wielokrotnego mordercy. Sądzę jednak, że rozmyślnie nikogo nie zastrzeliłaś i nie obrabowa-
łaś, że ten cyrk to był istotnie tylko wypadek. Więc cię puszczam wolno. Ale przemyśl to so-

background image

bie dobrze, bo na drugi raz...

Wydęła pogardliwie wargi, Irvin odwrócił się i wyszedł.
— Słuchaj uważnie, Jack — powiedział do jeńca — teraz rozwiążę ci nogi. Pójdziesz ze 

mnę. Nie próbuj nawet uciekać.

Przetrząsnął jeszcze kieszenie leżącego, a później rozciął pęta.
— Wstawaj i wychodź na dwór. I ciągle uważaj, uważaj, Jack, na swoje zdrowie.. No, 

ruszaj.

Droga powrotna

Irvin później opowiadał, że w swym życiu raz jeden przebył taką drogę i że nigdy jej 

nie zapomni. W tym twierdzeniu nie było przesady.

Jazda z jeńcem, który w każdej chwili, korzystając z sekundy nieuwagi dozorcy, mógł 

stać się katem — wymagała spostrzegawczości, szybkiego refleksu i błyskawicznych decyzji. 
A to z kolei wzmagało napięcie nerwów, trudnego do zniesienia przez tak wiele dni.

Czy Czarny Jack również odczuwał coś podobnego — nie sposób było stwierdzić.
Wyjechali przed samym południem. Pierwszy kłusował Jack na koniu, do którego Irvin 

przywiązał linką drugiego wierzchowca. Ta linka uniemożliwiała Jackowi szybką jazdę, a 
więc i nagłą ucieczkę. Irvin jechał nieco z boku i nieco w tyle, mając po prawej ręce jeńca, 
niezbyt blisko, ale i niezbyt daleko. Ostrożność wielce wskazana, zabezpieczenie przed cio-
sem pięścią w głowę lub przed ściągnięciem z siodła.

Mimo to — prowadzili ze sobą rozmowę, ba, nawet niemal przyjacielską pogawędkę.
Na początku drogi, zanim wydobyli się z opłotków Dawn, żaden z nich nie odezwał się 

słowem.

I później, gdy zapadły za horyzontem dachy domostw, milczeli nadal. Jack zapewne 

dumał nad swym pechem. Irvin pilnie przepatrywał prerię, aby nie przeoczyć szlaku. Tym 
razem taka nieuwaga mogła zakończyć się znacznie gorzej niż poprzednio.

Po godzinie milczącej jazdy Czarny Jack odezwał się zupełnie niespodziewanie:
— Słuchaj, dam ci trzy tysiące.
— Co mówisz? — Irvin ocknął się z zadumy.
— Dam ci trzy tysiące.
— Aleś uparty!  Znalazłem  w waszym  domu  cały worek złotych  pieniędzy.  Pewnie 

jeszcze tam leżą, jeśli Celia nie rozplątała swych postronków.

Znowu   obaj   pogrążyli   się   w   milczeniu.   Zielony   step   przesuwał   się   pod   końskimi 

kopytami,  dął wiatr ciepły i niósł zmieszane zapachy ziół. Niekiedy pojawiały się zarysy 
obłych, niskich pagórków. Gdy je mijali, horyzont nagle ogromniał, dalekim kołem wyzna-
czając nieosiągalne krańce świata, łącząc ziemię z niebem. A na tym niebie pierzaste obłoczki 
płynęły poniżej słońca i rzucały wokół jeźdźców ruchome cienie.

— Słuchaj — odezwał się znowu Jack — znam pewną bonanzę *...
— Kłamiesz.
— Zawróćmy do Dawn, a pokażę ci próbki złota i dokładną mapkę.
— Za kogo mnie bierzesz, Jack? Nuggety może i masz. Zdobyte w rabunku, ale bonan-

zę to pewnie tylko na księżycu.

— Czemu tak sądzisz?

* Bonanza — wyraz pochodzenia hiszpańskiego, oznaczający żyłę złota.

background image

— Gdybyś posiadał kopalnię złota, nie czyhałbyś na cudze złoto.
Jack zadumał się chwilę.
— A może ja to czynię tylko dla przyjemności?
— Otóż to właśnie. Dlatego nie puszczę cię nawet za sto bonanz.
— Cóż ci na tym zależy?
Tyle tkwiło szczerości w tym pytaniu, że Irvin aż zaniemówił. Zdziwienie i przerażenie 

— te dwa uczucia opanowały go całkowicie. Czarny Jack nie był normalnym człowiekiem, 
rozróżniającym   jakoś   zło   od   dobra.   Nie   było   w   nim   ani   poczucia   sprawiedliwości,   ani 
krzywdy wyrządzanej innym. Nic z elementarnych, niemal wrodzonych człowiekowi zasad 
moralnych.

“On jest gorszy od najgorszego zwierzęcia — pomyślał z przerażeniem Irvin. — Nawet 

puma poluje tylko wtedy, gdy jest głodna. Jack morduje dla chęci mordu, rabuje dla samego 
rabunku i uważa to za coś zupełnie naturalnego!"

Opanował się i rzekł twardo:
— Na nic zda się jakiekolwiek tłumaczenie. Ty, Jack, nie rozumiesz. Nie wiesz, co to 

jest zbrodnia i co to jest uczciwe życie. Wierzę, że powiedziałeś prawdę: żyjesz tylko dla 
własnej, okropnej przyjemności. A teraz lepiej zamilcz, bo nie dojedziesz cało do Wichita!

Czarny Jack nie otworzył już ust aż do końca dnia. Być może przestraszył się, być może 

po raz pierwszy w życiu...

Irvin trafił bezbłędnie na miejsce swego obozowiska. Czarna plama spalenizny, kilka 

krzaczków i sennie ciurkający strumyk. Kawałek niedojedzonego suchara leżał wśród niedo-
pałków zwęglonych drewienek. Kazał zejść z siodła Jackowi, później uczynił to sam, wresz-
cie skrępował jeńca. Dopiero wówczas zajął się rozkulbaczeniem i pojeniem koni, rozpale-
niem ognia i przyrządzeniem wieczerzy. Mimo zachowania wszelkich środków ostrożności 
— prawie nie spał. Podrzemywał tylko, z jednym okiem otwartym, pełen nieustającej obawy, 
że więzień jakimś sobie tylko znanym sposobem rozpłacze rzemienie. Myślał również o Celii, 
że lada chwila się pojawi tu na koniu, którego gdzieś potrafiła ukryć w Dawn.

Nie   sprawdziły   się   ponure   przewidywania,   noc   upłynęła   w   ciszy,   ranek   przyniósł 

uspokojenie. Irvin doszedł do wniosku, że trzeciego wierzchowca w Dawn na pewno nie ma, 
postanowił więc puścić wolno zbędnego czworonoga.

— Słuchaj — zwrócił się do Jacka — czy koń tej twojej... — zawahał się — ...siostry 

trafi stąd do Dawn?

— Powinien trafić, ale to nie jest pewne.
— Pewne, niepewne, ale go puszczę, tyle że bez uprzęży. Jeśli nie odnajdzie drogi do 

Dawn, z siodłem na grzbiecie zmarnuje się.

Tak zadecydowawszy obarczył swego towarzysza obowiązkiem czuwania nad dodatko-

wą uprzężą. Jack usiłował protestować, proponował również porzucenie zbytecznego pakun-
ku, ale Irvin powiedział krótko:

— Albo będziesz dźwigał uprząż i jechał jak normalny człowiek, albo razem z tą samą 

uprzężą przytroczę cię do siodła. Przekonasz się, jak to smakuje. Wybieraj, tylko szybko!

Czarny Jack jeszcze świeżo w pamięci zachował obraz Irvina rzucającego ciężkim sto-

łem i... skapitulował.

Odtąd jechali prawie obok siebie, tylko że teraz Jacka opasywała pętla lassa, którego 

koniec przymocowany był do siodła Irvinowego konia. Każde naprężenie rzemienia groziło, 
że Jack wyskoczy z siodła. A do tego jeszcze uprząż, którą bandyta musiał dźwigać na ple-
cach... Kiepsko przedstawiała się jazda z takim ciężarem, ale na pewno była wygodniejsza od 
leżenia brzuchem na grzbiecie wierzchowca.

Koń Celii został odegnany, a oni ruszyli wprost na północ. Jechali tak — jedynie z 

krótką przerwą na południowy odpoczynek — aż do zmierzchu. Noc minęła spokojnie, ale 
rankiem Jack sprawił Irvinowi niemiłą niespodziankę: oświadczył, że nie ruszy się stąd ani 

background image

krokiem dalej. Farmer początkowo uznał to za żart, póki rozwiązany już jeniec nie rzucił się 
do ucieczki. Oczywiście, nie mógłby uciec daleko. Irvin, na koniu, dognałby zbiega bez trudu. 
Chyba więc Czarnemu chodziło tylko o opóźnienie wyjazdu.

Irvin był już pewien, że koń Celii zdołał powrócić do Dawn i że Czarny Jack dobrze 

zdawał sobie z tego sprawę. Liczył, że Celia natychmiast wyruszyła w pogoń, i to dobrze 
uzbrojona. Należało jej ułatwić zadanie przewlekając odjazd z każdego postoju. Ale w pla-
nach Jack nie przewidział reakcji swego dozorcy. Prawdopodobnie przypuszczał, że dojdzie 
do jakiejś dłuższej walki na pięści. I tu się pomylił. Irvin dopędził uciekiniera, rzucił lassem, a 
gdy pętla zacisnęła się na barkach zbiega, gwałtownie zawrócił. Potem nie miał już żadnego 
kłopotu z jeńcem. Jack został dostatecznie oszołomiony upadkiem i przebyciem kilku jardów 
w mocno niewygodnej, leżącej pozycji. A potem Irvin po prostu przytroczył go do siodła. Po 
trzech   godzinach   takiej   jazdy   Czarny   począł   błagać   o   powrót   do   normalnej   dla   jeźdźca 
postawy.

— Zgoda. Nie jestem mściwy, Jack. Mam nadzieję, że sobie dobrze zapamiętasz dzi-

siejszą nauczkę.

Czarny Jack szybko wrócił do fizycznej i psychicznej równowagi. Tak szybko, że aż 

zadziwił Irvina. Przy wieczornym ognisku zagadał do farmera jak do najlepszego towarzysza 
podróży:

— Świetnie rzucasz lassem. Zupełnie jak kowboj. I jeździsz znakomicie. Ja dawniej 

również umiałem różne sztuczki robić przy pomocy lassa. Łapałem mustangi. Wiesz, jak się 
to robi? Na pewno nie wiesz. Niektórzy twierdzą, że stado można podejść piechotą, ale to 
bajka. Nawet konno nie zbliżysz się do nich, takie są czujne. A w pojedynkę w ogóle nie dasz 
rady. Trzeba działać we dwu i mieć pod ręką zapasowe wierzchowce.

Irvin nastawił uszu. Sam nigdy w życiu nie gonił za mustangami, a lassa używał tylko 

do chwytania zdziczałego bydła.

— Każde stado — mówił Jack — ma swego przewodnika. Jeśli go zdołasz schwytać 

albo odpędzić, reszta zwierząt dziwnie głupieje i wtedy właśnie można się zbliżyć i łapać 
wybrane sztuki albo, najlepiej, zapędzić całą gromadę do przygotowanej zawczasu zagrody. 
Ach, to świetny interes!

— Jeśli taki świetny, czemuś go zaniechał? Nie wiózłbym cię teraz do szeryfa.
— Dlaczego zaniechałem? Bo mustangów coraz mniej i pewnie wkrótce znikną z prerii. 

A poza tym wydarzył mi się taki pechowy wypadek. Gnałem za stadem i ani rusz nie mogłem 
odpędzić przewodnika. Liczyłem na to, że mustangi szybciej się zmęczą ode mnie, więc nie 
rezygnowałem.

— W ten sposób — mruknął farmer — można przejechać pół Ameryki.
— Nic się na tym nie znasz. Każde dzikie zwierzę ma swój ulubiony teren, którego stale 

się trzyma, wyjątek stanowią chyba tylko bizony, które dwa razy w roku wędrują z południa 
na północ i z powrotem, ale mustangi tak nie czynią. Stwierdziłem to wielokrotnie. Stado, 
nazywają je z hiszpańska “manada", krąży zawsze po tej samej przestrzeni, jakieś 25 mil 
długości, i nigdy jej nie przekracza. Ostatnim razem gnaliśmy we dwóch za stadem już drugi 
tydzień.   Niezłe   stadko   było,   jakieś   trzydzieści   sztuk.   Nasze   zapasowe   konie   były   już   do 
niczego, a mustangi wciąż trzymały się w przyzwoitej odległości. Wreszcie dojechaliśmy do 
jakiejś kotlinki. Już, już zdawało się, że im zamkniemy drogę. Objechałem szerokim półko-
lem, żeby nie dać możliwości odwrotu, i wjechałem między osiedle piesków preriowych. 
Wiesz, co to znaczy?

— Wiem — odparł Irvin. — Preria zdawałoby się gładka jak stół, a w rzeczywistości 

podziurawiona norami jak rzeszoto. Nawet pieszy, gdy nie uważa, może łatwo zwichnąć no-
gę, a cóż dopiero bydło!

— Właśnie! — potwierdził Czarny Jack. — Mój wierzchowiec złamał nogę, a ja o mało 

karku nie skręciłem wyleciawszy z siodła jak z procy. Odtąd dałem spokój łowom na mustan-

background image

gi.

— Trzeba było próbować szczęścia z bizonami — zauważył Irvin. — Wszystko było 

lepsze od tego, coś później zaczął.

— Tak sądzisz?
— Sądzę — odparł ostro farmer, któremu minęła chęć dalszej rozmowy. Zajął się ście-

leniem nocnego legowiska.

— Nie mogę ciebie zrozumieć — wyznał Jack. — Co by ci szkodziło puścić mnie 

wolno?

— Na własną i innych zgubę. Jesteś jak grzechotnik, albo jeszcze gorzej, bo przed 

grzechotnikiem każdy ucieka, a twoje grzeczne słówka i układna mina to lep na muchy. Milcz 
i kładź się spać.

Jack nie odezwał się już aż do świtu, co jednak nie przyniosło Irvinowi wypoczynku. 

Zasypiał,  budził się i znowu zasypiał.  Widma  uciekającego więźnia  i nadciągającej  Celii 
dręczyły go do białego rana. Ciężar spadł mu z serca, kiedy ujrzał rąbek słońca na horyzoncie.

Tego   ranka   zdecydował   się   ominąć   samotny   saloon,   w   którym   mieszkał   przyjaciel 

Murphy'ego. Nie dlatego, by nie ufał właścicielowi saloonu, ale dlatego, że obawiał się spo-
tkania z gromadą półdzikich kowbojów, co przecież mogło się zdarzyć, gdyby przypadkiem 
trafił na przepęd bydła. Decyzja była słuszna, bo jak się okazało, Czarny Jack wiązał jakieś 
swe nadzieje z samotną karczmą. Następnego dnia począł tłumaczyć farmerowi, że “gdzieś 
blisko" znajduje się bardzo wygodny zajazd, w którym można dobrze wypocząć i dobrze 
zjeść. Irvin udał, że o czymś podobnym nigdy nie słyszał i że “nie ma zamiaru błąkać się po 
prerii" w poszukiwaniu nie istniejącej chałupy. Kiedy jednak zjechał ze szlaku, którym dotąd 
posuwali się, Jack zaraz zwrócił na ten fakt uwagę.

—   Zboczyłeś.   Trzymaj   się   tej   drogi,   a   zobaczysz,   jak   prościutko   dojedziemy   do 

karczmy.

Powiedziawszy to zatrzymał  konia, a lasso, którym  był  opasany,  niebezpiecznie  się 

napięło.

— Naprzód — ponaglił go Irvin. — Moja droga wiedzie prosto.
— Ależ posłuchaj — usiłował go przekonać więzień.
— Popędź konia, Jack, bo znajdziesz się na ziemi.
W   obliczu   takiej   groźby   Czarny   ustąpił   i   pogrążył   się   na   cały   dzień   w   ponurym 

milczeniu. Irvin zauważył, że coraz częściej tracił humor. Czy znowu coś knuł, czy też zdał 
sobie sprawę, że tym razem perspektywa więziennych krat staje się zupełnie realna?

Irvin postanowił zdwoić czujność, co było dlań sprawą coraz trudniejszą. Po tylu dniach 

drogi i prawie bezsennych nocach czuł zwiększające się zmęczenie. Marzył o zakończeniu 
wędrówki, o przekazaniu więźnia w ręce szeryfa Murphy'ego i o powrocie do Greenfield. 
Rodzinną osadę wspominał jak utracony raj pełen słońca i spokoju. Począł gnać, jak mógł 
najszybciej i jak na to pozwalały warunki, co zmuszało Czarnego Jacka do ciągłej uwagi na 
przeklęty rzemień łączący go z Irvinowym siodłem.

“Jeszcze dzień, jeszcze dwa!" — krzepił się nadzieją Irvin, a jednocześnie rosła w nim 

obawa, że pod koniec drogi bandyta zdobędzie się na jakiś desperacki czyn. To była jego 
ostatnia chyba szansa, bo szeryfowski areszt nie dawał już takich możliwości ucieczki.

Czuwał więc farmer nad swym podopiecznym w stałym napięciu. Co wieczór krępował 

jeńca długim i mocnym lassem, każdego ranka pedantycznie przestrzegał ustalonych kolejno 
czynności: siodłał oba wierzchowce i nigdy nie pozwolił Czarnemu Jackowi wskoczyć na 
konia, zanim sam przedtem nie znalazł się w siodle.

Ale wydarzyła  się rzecz  przez Irvina nie przewidziana.  Pewnego ranka, zaledwie  o 

dzień drogi od Wichita Falls, gdy obaj tkwili już w siodłach, Irvin z wysokości końskiego 
grzbietu dostrzegł, że ognisko niezupełnie wygasło, że tu i ówdzie błyskają rubinowe świateł-
ka żarzących się patyków. Niemal odruchowo zeskoczył na ziemię — ot, stary nawyk, wdro-

background image

żona przez lata całe obawa przed pożarem prerii. Szybko począł zadeptywać niebezpieczne 
głownie, ale w tym momencie, gdy odwrócił się plecami do towarzysza, usłyszał nagle łomot 
kopyt.   Obrócił   się   —   o   sekundę   za   późno.   Czarny   Jack   uciekał   na   swym   wierzchowcu, 
ciągnąc uwiązanego lassem Irvinowego konia.

Tak się zakończyło

— Schudłeś, ale wyglądasz zdrowo — stwierdził Karol Gordon w pierwszych słowach 

powitania. — Powiem, że wyglądasz wspaniale, Vincent, jak sam wielki traper. Wszyscy cię 
tu opłakiwali, ale ja byłem pewien, że wrócisz.

— Ja takiej pewności nie miałem. Chwilami. Bardzo mnie zmęczyła ta cała eskapada i 

muszę nieco odsapnąć, a gdzież lepiej się odpoczywa jak nie w Greenfield?

Tu jego uśmiechnięta twarz nagle spoważniała, bo wspomnienia wróciły niepowstrzy-

maną falą. Musiały powrócić, skoro znalazł się w Greenfield, gdzie każda stopa wyschniętej 
ziemi przypominała przeszłość.

Karol   udał,   że   nie   dostrzega   tej   zmiany,   klepnął   przyjaciela   po   ramieniu   i   kazał 

Robertowi przynieść czym prędzej wody, całą rzekę wody, bo “pan Irvin musi się dobrze 
umyć". Z kolei sam, robiąc przy tym dużo hałasu, zajął się roznieceniem ognia w kuchennym 
piecu.

— Nic nie padało? — zagadnął Vincent, chociaż już wjeżdżając w zabudowania naocz-

nie stwierdził, że nawierzchnia drogi była tak samo beznadziejnie sucha, jak przed kilkoma 
tygodniami.

— Nic a nic — odparł Karol podsuwając szczapki drewna do małego ogieńka.
— Studnia jeszcze nie wyschła?
— Zadziwiające, ale wyobraź sobie, że nie. Na szczęście... — Chciał jeszcze dodać, że 

obecnie mniej osób czerpie z niej wodę, ale w porę ugryzł się w język.

Robert przydźwigał pełne wiadro, śpiesząc się bardzo, aby jak najmniej uronić ze słów 

Irvina. Przybysz z dalekiego świata na pewno miał o czym opowiadać. Chłopak istotnie nie 
stracił ani słowa, bo Gordon o nic nie pytał przyjaciela, czekał cierpliwie, aż Irvin sam zacz-
nie mówić.

I cierpliwość została wynagrodzona.
Gdy sprzątnięto ze stołu brzęczące miski, noże i widelce, Irvin się rozgadał. W jego 

opowieści, w jego tonie, Karol dostrzegł jakieś nowe akcenty, dotąd nie znane. Zdumiał się 
wysłuchując opisów przyrody. Gdzież on się tego nauczył?

— Kiedy opuszczałem Wichita Falls — mówił Irvin — niebo było jeszcze czerwone, 

jakby gdzieś w dali płonęła preria, a później czerwień zmieniła się w fiolet, w zieleń, w 
żółtozłocisty odblask wstającego słońca. Niczego takiego dotychczas nie widziałem.

Gordon chrząknął ze zdziwienia. Z Vincentem przegadał wiele lat, ale nigdy, przenigdy 

w słowach przyjaciela nie było miejsca na kolorowe obrazy. Istniały tylko fakty, proste i 
zrozumiałe, interesujące każdego rolnika, tak bardzo zżytego na co dzień z przyrodą, że jej... 
nie dostrzegał. Ale to nie wszystko: Vincent mówił wolniej, znacznie wolniej niż jeszcze 
przed   kilku   tygodniami.   Jak   gdyby   zastanawiał   się   nad   każdym   słowem.   Taka   maniera 
przypomniała   Gordonowi   starych   traperów-filozofów,   którzy   zęby   zjedli   (w   przenośni   i 
dosłownie)   wśród   prerii,   lasów,   równin   i   gór.   Tych   zadziwiających   ludzi,   odkrywców 
tajemnic ziemi i tajemnic pierwotnego jej ludu. Traperów — przyjaciół kolorowych plemion, 
których jedno słowo więcej znaczyło i więcej rozstrzygało niż długie i niezrozumiałe decyzje 

background image

dalekiego Waszyngtonu. To oni, oni właśnie (Karol we wczesnej młodości był pilnym ich 
słuchaczem) gawędzili w taki sposób, przyswojony chyba od Indian. Ale co tak zmieniło 
Irvina?   Może   samotność   dalekich   wędrówek?   “Coś   w   nim   przefermentowało   —   myślał 
Karol. — Oby na wino, nie na ocet!"

A Vincent opowiadał. Jego przyjaciel widział barwne obrazy, raz oświetlone słońcem, 

raz księżycem. Wszystkie bardzo wyraźne, bardzo plastyczne.

— Nigdy nie słuchałem z większym skupieniem i z większą niecierpliwością — wyznał 

Gordon po latach. — I niczego chyba lepiej nie zapamiętałem od tamtej rozmowy. Chociaż to 
nie była rozmowa. Milczałem prawie cały czas.

Opowieść osiągnęła swój dramatyczny szczyt. Tak to określił później Karol Gordon 

dodając, że wówczas zacisnął pięści tak silnie, aż paznokcie wbiły się w dłonie.

Oto — jeździec próbujący poderwać do galopu dwa konie splątane z sobą lassem i 

piechur zwrócony plecami, do spopielałego ogniska i prawie skamieniały z wrażenia. 

—  Nie  wiedziałem,  co  począć  —  wyznał   Irvin.  —  Ten   łajdak  dobrze  wykorzystał 

okazję, przecież nie dlatego, że był łajdakiem. Na jego miejscu postąpiłbym podobnie. Mo-
głem wyciągnąć rewolwer i strzelić. Czarny Jack znajdował się ode mnie zaledwie o kilka 
kroków. Jednak uznałem, że nie mam prawa wymierzać aż takiej kary za próbę ucieczki. 
Wszystkie sprawki tego człowieka należały do szeryfa, nie do mnie. Stąd moje wahanie. Ty 
chyba to rozumiesz, Karolu? Ale widać szczęśliwa gwiazda Jacka nagle zgasła. Jedno niepo-
wodzenie po drugim od chwili nieudanego napadu na pociąg. Zupełne czary.

Gordon wtrącił się:
— Czary polegały na tym, że Jack nigdy nie był naprawdę takim, za jakiego go uważa-

no, ale opowiadaj...

— Stałem z wydobytym coltem nie ważąc się pociągnąć za cyngiel. Strzelać do bez-

bronnego człowieka? Do konia? Wiesz dobrze, Karolu, jak lubię konie. Wówczas przypo-
mniałem sobie, że przy moim siodle wisi przecież winchester. Wystarczy, aby Jack wyciągnął 
rękę i jakąż osiągnie nade mną przewagę! Ale nie zdążył ujechać daleko. Mój wierzchowiec 
skoczył nagle w bok. Zdążyłem właśnie wsunąć broń za pas, a Czarny Jack, szarpnięty pętlą 
lassa, zatoczył łuk w powietrzu. Dosłownie jakby frunął. Upadł na ziemię jak worek pełen 
pszenicy i poszorował po nierównościach gruntu. Bo mój koń przeraził się tego upadku i 
ruszył kłusem. Pobiegłem. Na szczęście zwierzę zawróciło w kierunku ogniska. Schwytałem 
za  cugle   i zatrzymałem.   Czarny  Jack  był  bardzo  oszołomiony  i  nie  próbował  już oporu. 
Pojechaliśmy dalej...

Jak wynikało z dalszych słów Irvina, odjazd nie odbył się tak gładko. Najpierw należało 

schwytać drugiego wierzchowca, spłoszonego upadkiem jeźdźca, a później jakoś dodatkowo 
zabezpieczyć się przed powtórną próbą ucieczki. To wszystko zabrało nieco czasu, nie za 
wiele, ale wystarczająco dużo, aby pokrzyżować plany Irvina. Pragnął przybyć do Wichita 
Falls   o   świcie   dnia   następnego,   kiedy   wszyscy   by  jeszcze   spali.   Chciał   uniknąć,   jak   się 
wyraził,   “ulicznego   cyrku"   i   dotrzeć   do   siedziby   szeryfa   przez   nikogo   nie   zauważony. 
Nieprzewidziana zwłoka przekreśliła te zamierzenie. Wieczorem nie zdążył już przybyć do 
zaplanowanego   miejsca.   Wyliczył,   że   zjawiłby   się   w   Wichita   nie   o   świcie,   ale   w   samo 
południe. A więc należało przedłużyć  jazdę o cały dzień i prawie całą noc następną. Na 
szczęście,   kłopotów   z   Czarnym   Jackiem   już   nie   miał.   Wbrew   protestom   wiózł   go   teraz 
dokładnie przykrępowanego brzuchem do siodła. Wieczorem po takiej jeździe Jack nie mógł 
ruszyć ani ręką, ani nogą. Opowiadając o tym zdarzeniu Karolowi dodał:

— Znasz mnie i wiesz, że nie jestem okrutnikiem, ale w takim wypadku...
Karol roześmiał się tylko i wzruszył ramionami.
— Więc nie ustąpiłem — mówił dalej Irvin. — Chociaż Czarny Jack bardziej wówczas 

przypominał ścierkę niż rewolwerowca, przed którym drżał cały świat. I nawet nie był czarny 
ani   biały,   tylko   zupełnie   szary.   Już   ci   mówiłem,   że   w   Dawn   spotkałem   go   ubranego   w 

background image

niepokalaną biel. Po tylu dniach jasny strój zmienił się w brudne łachmany. Elegancki zbój 
jakby pod ziemię się zapadł i kto go dawniej poznawał po czarnym garniturze, musiałby teraz 
dobrze mu się przyjrzeć, żeby się nie pomylić.

Wreszcie   wędrówka   dobiegła   upragnionego   końca.   Wczesnym   świtem,   który   kładł 

długie cienie na ściany domostw, na wydeptane uliczki Wichita Falls.

Klaskały głośno kopyta  na kamieniach,  budząc śpiące echa, ale  nie ludzi. Budynek 

szeryfa   drzemał   jeszcze   za   zamkniętymi   okiennicami   i   za   żelaznymi   sztabami   drzwi   na 
głucho zawartych. Długo musiał w nie łomotać Vincent Irvin. Zielono-czerwono-fioletowe 
zorze zdążyły już sięgnąć krańców nieba, gdy wreszcie uchyliła się okiennica. Odetchnął z 
ulgą. Mogło się bowiem zdarzyć, że w szeryfówce nie byłoby nikogo. Ale spoza krat ukazała 
się lufa strzelby, a za nią znajoma twarz.

— Bob! — zawołał półgłosem. — Otwórz! Może to preriowy wiatr, a może po prostu 

brud odmienił twarz Irvina, bo tamten tylko wytrzeszczył oczy. — Czego chcecie? Szeryfa 
nie ma.

— Obudź się, Bob, i przyjrzyj dokładnie. Jeżeli będziesz mnie trzymał przed drzwiami, 

przetrzepię ci skórę przy najbliższej okazji, a szeryf jeszcze mnie za to pochwali. No, żywo!

— Czy to pan Irvin? — wykrzyknął chłopak w zdumieniu.
— Nareszcie odgadłeś. Otwieraj. Przywiozłem bagaż, który należy szybko umieścić za 

kratkami.

Poskutkowało. Zawiasy zgrzytnęły, rozespany Bob ukazał się na progu.
— Szeryfa nie ma — powtórzył.
— Już to słyszałem, ale ty co tu robisz?
— Pilnuję — odparł z dumą. — Mamy więźnia. Ach! — coś nagle sobie przypomniał. 

— Pan go musi znać. To ten sam jegomość, który brał udział w napadzie na pociąg. Tak 
twierdzi szeryf.

— Co? — zdumiał się Irvin.
Przyszła   mu   do   głowy   nieprawdopodobna   myśl,   że   schwytano   jakiegoś   drugiego 

Czarnego Jacka albo że ten osobnik, którego taszczył z Dawn, wcale nie jest Jackiem.

— Co ty gadasz?
— Najświętszą prawdę.
— Niech i tak będzie, a teraz odłóż pukawkę i chodź pomóc.
Wezwanie było uzasadnione. Jeniec na pół zdrętwiał w swej niewygodnej pozycji na 

siodle i musieli go wnieść do wnętrza budynku. Tam Bob, na żądanie Irvina, otworzył klu-
czem furtkę solidnego pomieszczenia — żelaznej kraty — przegradzającej dalekie wnętrze 
szeryfowskiego lokalu. Za żelaznym  płotem drzemał na drewnianej pryczy jakiś człowiek 
okryty po uszy pledem. Czarnego Jacka złożyli na sąsiednią pryczę. Nie odezwał się ani sło-
wem i robił wrażenie omdlałego.

Teraz Irvin ostrożnie uchylił koc i przyjrzał się twarzy śpiącego więźnia. Och, nie był to 

sobowtór Czarnego Jacka! Nic a nic niepodobny do bandyty. Ale zarośnięte oblicze nie było 
farmerowi obce.

— To ten? — upewnił się szeptem.
— A któż by inny?  Trochę włóczęga, trochę złodziejaszek. On pomagał Czarnemu 

Jackowi.

To rzekłszy Bob z namaszczeniem zamknął drzwi aresztu.
— Do licha! — Irvin klepnął się dłonią w czoło. — Wszystko przez to, że jestem taki 

zmęczony. Teraz wiem: ten włóczęga siedział w drugim końcu wagonu. Cóż za dziwne zrzą-
dzenie losu? Pomocnik spotkał swego mistrza.

— Mistrza? Nie rozumiem. Kogo pan tu sprowadził? Czy szeryf nie będzie się gniewał, 

że go zamknąłem?

— Ale jednak zamknąłeś, chłopcze. I słusznie. Biorę na siebie pełną za to odpowie-

background image

dzialność. Pilnuj go dobrze, to nie lada ptaszek. Ja muszę odejść, ledwie już na nogach stoję, a 
mój koń podobnie. Jak się prześpię, wrócę.

— Co mam powiedzieć szeryfowi, gdy zapyta, kto to jest?
— Nie zapyta. Wystarczy, jak spojrzy. Pozna Czarnego Jacka.
To powiedziawszy Irvin wyszedł na dwór zostawiając Boba z szeroko otwartymi usta-

mi.

Wkroczył w ciągle jeszcze pustą ulicę, wiodąc konie za uzdy. Skierował się ku znane-

mu sobie hotelowi.

— Nie masz  pojęcia, Karolu, jaki byłem  zmachany.  Chociaż ostatni etap drogi był 

najkrótszy. Zupełnie jakbym w sobie zmagazynował cały trud przebytej drogi i on dopiero w 
Wichita dał znać o sobie.

— To jasne — zauważył Gordon. — Tak bywa, gdy nadchodzi nerwowe odprężenie, 

człowiek zaczyna się czuć słaby jak flak.

Hotel odnalazł Irvin bez trudu, stajnię i pokój w tym hotelu również. Mył się długo i 

dokładnie. Kiedy wreszcie doprowadził swą odzież do jakiegoś porządku, na ulicach Wichita 
Falls poczęły już turkotać pierwsze farmerskie wozy, a pierwsi kowboje z wysokości siodeł 
swych wierzchowców rozglądali się za sklepami, w których chcieli dokonać niezbędnych 
zakupów. A przecież należało jeszcze coś przekąsić. Po rannych ablucjach Irvin poczuł głód. 
Ostatecznie zjawił się w siedzibie Murphy'ego gdzieś koło południa. Bob tkwił w drzwiach i 
wyglądał na znacznie mniej śpiącego niż przedtem.

— Szeryf kazał pana szukać, ale nie wiedziałem, jak...
— Oczywiście. Przecież w Wichita jest aż tyle hoteli! — zauważył ironicznie Irvin. — 

No, gdzie szeryf?

— U siebie. Nigdy nie widziałem go tak podnieconego — dodał szeptem.
— Ba! — powiedział tylko farmer zatrzymując się na sekundę przed zawartymi drzwia-

mi szeryfowskiego “gabinetu".

W tym jednym “ba!" zawarta została spora porcja osobistej dumy.
— Szeryf był podniecony — opowiadał Irvin — a co ja czułem? Do tamtej chwili... nic. 

Nie miałem czasu na rozważania. Dopiero uwaga Boba rozjaśniła moją mózgownicę. Schwy-
tałem nieuchwytnego Jacka. Nawet dla Murphy'ego był to powód do dumy, a cóż dopiero dla 
mnie! Tak to nagle odczułem.

— Mieliśmy kłopot z nimi — powiedział chłopak.
— Z kim? — zapytałem.
—   Z   Czarnym   Jackiem   i   tym   drugim.   To   heca,   panie!   Nie   wiem,   jak   się   nazywa 

naprawdę Czarny Jack i jak ten drugi. Czy są ludzie bez nazwisk? Jak sobie z tym poradzi 
szeryf?

— Na pewno sobie poradzi — odparłem. — To nie żaden kłopot.
— Ale oni się pobili.
Zdziwiło mnie. Przecież Czarny ledwo się ruszał.
— Należało ich rozdzielić — powiedziałem.
— Nie mamy oddzielnych klatek.
Bob się rozgadał i nieprędko by skończył, gdyby nie otworzyły się drzwi.
— Znałem go bardzo krótko — opowiadał później Irvin — a przecież wówczas, co za 

nieoczekiwane uczucie!... wydał mi się starym, wiernym przyjacielem. Oczywiście, tego po 
sobie nie pokazałem. Jeszcze by mnie wyśmiał. Przecież on, szeryf, a ja farmer na kawałku 
jałowej ziemi!

— Nie bądź taki skromny — zauważył Karol tonem nagany. — Możesz zawsze zostać 

takim samym szeryfem, a wątpię, czy ten twój Murphy potrafiłby gospodarować na roli. To 
znacznie trudniejsza sztuka.

—   Irvin   —   powiedział   krótko   szeryf   —   wejdź   —   i   zamknął   drzwi   przed   nosem 

background image

rozgadanego chłopaka. — Siadaj. Wyglądasz znakomicie — stwierdził zajmując miejsce po 
przeciwnej stronie biurka. — Znakomicie — powtórzył. — A teraz opowiadaj. Wszystko. 

— Bob!
Krzyknął tak gromko, że głos musiał dotrzeć poprzez zamknięte drzwi. 
— Słucham, szeryfie.
— Nie ma mnie dla nikogo. Czy Bentley ich pilnuje?
— Siedzi za kratą bez przerwy.
— To dobrze. Idź i nie wracaj, póki cię nie zawołam.
Kiedy Bob zniknął, szeryf rozparł się wygodnie w fotelu.
— Teraz zamieniam się w słuch — oświadczył.
Później, przez cały czas wypełniony opowiadaniem Irvina, nawet się nie poruszył. Gdy 

farmer skończył, Murphy podniósł się, uścisnął mu dłoń.

— Nie mam słów dla ciebie, Irvin. To było wspaniałe, wprost nie do wiary. Zupełnie 

jak bajka któregoś z tych starych gawędziarzy, gdy wspominają dawne dzieje przy ognisku. 
Aż mi się wierzyć nie chce. A przecież Czarny siedzi za kratą, kilka kroków stąd!

Irvin nigdy dotychczas nie widział szeryfa tak poruszonego, odczekał, aż Murphy się 

uspokoi. Szeryf, jako człowiek zrównoważony, aż ponad przeciętną miarę, szybko się opano-
wał. I tym razem praktyczny jego umysł skierował myśli Irvina ku aktualnym sprawom.

— Mówił ci Bob o tej bójce? — zapytał farmera.
— Tak. Nie sadziłem, że Czarny Jack po tak ciężkiej drodze będzie miał jeszcze tyle 

energii.

— Czarny Jack? Co ci ten chłopak nagadał? To przecież tamten, rozumiesz? Tamten 

oberwaniec o mało nie zabił twego więźnia.

— Co?!
— No tak, właśnie tak! Miał jakieś pretensje do Czarnego. Zdaje się, że o ten nieudany 

napad na pociąg, bo to wspólnik...

— O tym już mi Bob mówił.
— Ale coś pokręcił. Jack jest słaby jak mucha i gdyby nie nasza interwencja... zresztą 

mniejsza   z   tym.   Niech   się   sędzia   martwi.   Słuchaj,   Irvin!   Proponuję   ci   stanowisko   mego 
zastępcy, z pensją...

— Proszę o tym nawet nie myśleć. Czy rzeczywiście w Wichita Falls tak łatwo zostać 

wiceszeryfem?

— Łatwo! — oburzył się Murphy. — Gadasz głupstwa. Masz za sobą dwa nie byle ja-

kie sukcesy: odzyskanie pieniędzy (“części pieniędzy" — wtrącił skromnie farmer) zrabowa-
nych poczcie, no i Jacka. Żebym cię tak dobrze nie znał, sądziłbym, że z ciebie zawodowy 
łapacz. Ale ty masz jakieś wrodzone zdolności. Zdarza się. I szkoda byłoby je zmarnować. 
Posiadasz nos jak tropiciel śladów, to się w naszym zawodzie ciągle jeszcze bardzo przydaje.

— Być może, ale ja wracam do Greenfield.
— Na swoją skamieniałą rolę?
— Wreszcie spadnie deszcz, a przyznam się... jestem odrobinę zmęczony.
— Oczywiście, że musisz być zmęczony, Irvin. Niejeden na twoim miejscu wyciąg-

nąłby nogi. Wcale się nie dziwię, że musisz odpocząć. Mam jednak nadzieję, że jeszcze mnie 
odwiedzisz.

— I ja tak sądzę — zapewnił Irvin. Chwilowo jednak miał tego wszystkiego zupełnie 

dosyć.

— Kiedy ruszasz?
— Chociażby jutro.
Okazało się to jednak niemożliwe, i to z dwu powodów. Pierwszy — zmęczenie konia, 

który przebył przecież szmat drogi, do Dawn i z powrotem, i musiał kilka dni odpocząć, by 
nie paść w drodze do Greenfield. Co prawda wierzchowca można było wymienić (choć Irvin 

background image

myślał   o   tym   z   prawdziwym   smutkiem),   ale   drugi   powód   okazał   się   przeszkodą   nie   do 
usunięcia. Stanowiły ją przepisy prawne, bardzo rygorystyczne: otóż trzeba było zaświadczyć 
przed sędzią, że człowiek przebywający w areszcie jest właśnie słynnym Czarnym Jackiem, a 
nie kimś innym! Świadkiem był zresztą nie tylko Irvin. Do Wichita Falls ściągnięto kilka 
osób, które miały nieszczęście spotkać się oko w oko z bandytą, oraz kilka innych, które 
przelotnie go widziały. Rzecz jasna — bohaterem długiego przesłuchania był Vincent Irvin, 
na którego spoglądano z nieukrywanym podziwem.

— Ledwie wytrzymałem do wieczora, mając nadzieję, że mnie wreszcie zwolnią — 

przyznał się Karolowi.

Nadzieja jednak zawiodła. Nazajutrz wezwano Irvina do sędziego po raz drugi. I znów 

rozmowa przeciągała się, chociaż nie to najbardziej irytowało farmera, ale powszechna uwa-
ga, jaką na siebie ściągał. Nawet na ulicy przechodnie kierowali spojrzenia w jego stronę. 
Wieść o złapaniu Czarnego Jacka rozchodziła się coraz szerzej, budząc zrozumiałą sensację. 
Co śmielsi zaczepiali nawet Irvina proponując “małą whisky". Wyglądali na bardzo obrażo-
nych, gdy odmawiał. Ale w saloonie, dokąd się udał na wieczorny posiłek, sprawa okazała się 
poważniejsza, proponujący “małą whisky" byli bardziej agresywni.

— Zacząłem się lękać o własną skórę — wyznał później Irvin przyjacielowi. — To 

zabawne i trudno uwierzyć, ale daję ci słowo, że na widok tych zapijaczonych twarzy z sym-
patią wspomniałem Czarnego Jacka.

— Przesadzasz!
— Na pewno, zdaję sobie z tego sprawę, ale... rzadko odwiedzałem saloony. Pewnie 

dlatego nie przywykłem do ich atmosfery. Zatłoczona sala w Wichita po prostu mnie przera-
ziła. Przyszedłem dość późno i gościom nieźle kurzyło już się z głów. Ktoś mnie poznał i... 
zaczęło się! To jeden, to drugi, to trzeci poczęli przepychać się w moim kierunku. Zanim się 
spostrzegłem, zostałem otoczony żywym  murem mniej lub bardziej trzeźwych twarzy, ale 
raczej...   mniej.   No,   i   oczywiście   jak   to   zwykle...   “kolejka   whisky".   Jedna,   druga...   Dla 
świętego spokoju wypiłem dwa razy i miałem zupełnie dosyć. Ale tamci o odmowie nawet 
nie chcieli słuchać. Wrzeszczeli, że zdrowie takiego chłopa jak ja (uważasz, Karolu!) należy 
pić przez całą noc. Począłem zerkać ku wyjściu wiodącemu na ulicę. Ale gdzie tam! Zanim 
przepchnąłbym się do drzwi, moi nowi przyjaciele sto razy by to zauważyli. Westchnąłem w 
tym strapieniu, a tu już mi trzecią szklankę pchają w garść. I to pełną po brzegi. Powiadam ci, 
Karolu, że spociłem się jak mysz! Ścisk powstał jeszcze większy, bo akurat na salę wkroczyła 
nowa partia  przybyszów.  Zrobiło  się zamieszanie,  a ja, korzystając  z tego,  wylałem  całą 
zawartość szklanki. Bodajże do kieszeni najbliższego sąsiada. Tak było ciasno. Ledwie tego 
dokonałem, a tu pakują mi następną szklaneczkę. Przypuszczam, że paru cwaniaków musiało 
się zmówić, aby mnie jak najszybciej upić. Zupełnie nie wiedziałem, co robić. Na szczęście 
spostrzegłem  za   szynkwasem   wąziutkie  drzwi.   Ściskam  szklankę   w   dłoni  i   zmierzam   ku 
bufetowi. Wolno, wolniutko, żeby się nikt nie domyślił. Przepuścili mnie. Pewnie sądzili, że 
teraz ja zacznę stawiać. Krok za krokiem zmierzałem ku zbawczym drzwiczkom udając, że 
niby kogoś szukam, za kimś się rozglądam. I już, już, bliski byłem wolności, gdy spostrze-
żono moją ucieczkę. Złapało mnie jakichś dwu pod ramiona i wówczas  wybawił mnie  z 
opresji jeden jedyny strzał. Nie, nie, Karolu, to nie ja strzeliłem ani nie do mnie strzelano. 
Ktoś tam w przystępie dobrego humoru palnął do jednej z lamp wiszących pod sufitem. Mimo 
gwaru huknęło jak z armaty. Niezły musiał mieć kaliber. Posypało się rozbite szkło, gdzieś 
tam w środku zaczęła się szamotanina, co natychmiast odwróciło uwagę moich napastników. 
Dotarłem do drzwiczek, pchnąłem je i znalazłem się w mrocznym korytarzyku. Reszta poszła 
gładko, ale faktem jest, że tamtego wieczoru położyłem się spać głodny. Cóż jeszcze dodać? 
Murphy mnie zwolnił, uzyskawszy ode mnie obietnicę, że go odwiedzę. A oto, Karolu, mój 
łup — sięgnął za pazuchę i wyjął zwitek banknotów. — Nagroda. Wahałem się, czy przyjąć, 
ale szeryf ani słyszeć nie chciał o odmowie. Powiedział, że każda praca jest wynagradzana, a 

background image

cóż dopiero taka, podczas której ryzykuje się życiem. Przyjąłem. Chyba słusznie?

— Oczywiście!
— No, więc już po wszystkim. Jakże z tego się cieszę.
— Nie ciesz się przedwcześnie. 
— Jak to?
— Kłopoty wcale się nie skończyły. Powiedz: co zamierzasz dalej? Sam widzisz, że w 

tym roku nic już nie wyrośnie na naszej ziemi. Ta przeklęta susza dojadła wszystkim. Ludzie 
potracili cierpliwość, denerwuje ich byle  co. Jeśli jeszcze nie doszło do masowej bójki z 
jakiejś   błahej   przyczyny,   to   chyba   tylko   dlatego,   że   w   tym   upale   trudno   się   zdobyć   na 
jakikolwiek wysiłek fizyczny. Jednym słowem... Greenfield stało się nie do wytrzymania.

— Kiedy wyjeżdżałem, nie było tu najprzyjemniej.
— Wierz mi, teraz jest jeszcze gorzej.
— Wierzę — stwierdził posępnie Irvin. — Łudziłem się, że po kilku tygodniach mojej 

nieobecności sprawy jakoś się ułożą... Karolu — powiedział prostując się nagle — to przecież 
nie ma sensu...

— Co nie ma sensu?
— Tkwić tu i czekać na deszcz, który prawdopodobnie nigdy nie spadnie. Przeklęta 

ziemia!

— Przesadzasz. Zgadzam się jednak z tobą, że dalszy pobyt w Greenfield nic dobrego 

nam nie przysporzy. Trzeba jak najprędzej sprzedać grunta i zmykać. Byleby znaleźć nabyw-
cę...

Irvin znowu pogrążył się w ponurej zadumie.
— Tak, trzeba sprzedać ziemię — powtórzył — Wracam do Wichita, szeryf pomoże 

znaleźć kupca...

Aż wreszcie spadł deszcz

Denis Murphy przyjął nieoczekiwanego gościa z otwartymi ramionami.
— Czarnego Jacka już tu nie ma — oświadczył na powitanie. — Zabrali go do Abilene, 

na sąd. Chcesz tam jechać?

— Nie. O Czarnym Jacku staram się zapomnieć, ta historia wcale nie była przyjemna.
— Więc co cię sprowadziło? Masz kłopoty? Możesz na mnie liczyć. Jesteś najlepszym 

z moich ludzi, chociaż... nie jesteś. No, gadaj. Wyglądasz jak gradowa chmura.

— Przyjechałem szukać kupca na ziemię. Niewiele ona teraz warta, ale są budynki i to 

się liczy. Dobrze się w nich żyło przez długie lata...

— Oczywiście, sprzedaj i chodź do mnie!
— Dziękuję, nie skorzystam z propozycji. Umówiłem się z przyjacielem. On również 

chętnie pozbędzie się swego gospodarstwa. Potem ruszymy na północ.

— Na północ? Albo tu źle?
— Dla mnie... źle. Znajdę kawałek gruntu wśród lepszych ludzi i pod bardziej pochmur-

nym niebem. Słońce Teksasu dość mi już dopiekło.

— Więc to tak — zasępił się szeryf. — Zapamiętaj sobie, Irvin: ludzie wszędzie są 

jednacy. Później możesz żałować...

— Myślę, że niewielu będę żałował, jednak na pewno was, szeryfie.
— Zastanów się. Jeśli twój przyjaciel taki sam zuch, jak ty...
— O, dużo lepszy — stwierdził z zapałem Irvin. — On był kiedyś traperem, tropicie-

background image

lem. Bóg wie jeszcze kim!

— No, właśnie. Chodźcie obaj do mnie! Wichita stanie się najspokojniejszym miastem 

świata.

Irvin uśmiechnął się. Ponure wspomnienia z Greenfield na chwilę znikły.
— Uparty z was człowiek, szeryfie. Ale Karol nie przystanie na taką propozycję. Ani ja. 

Skoro mamy się stąd ruszyć, to już daleko, jak najdalej.

— Długo będziesz w Wichita?
— Dopóki nie znajdę kupca. Liczę, że mi w tym pomożecie.
— Zgoda. Bardzo ci pilno?
— Żeby rzec szczerze: bardzo
— Hm, pojmujesz chyba, że to się nie da załatwić od ręki... Zejdzie kilka dni. Musisz 

uzbroić się w cierpliwość.

Irvin westchnął.
— Nie w smak ci bezczynne czekanie?
— Zgadliście.
— Słuchaj... — szeryf przymrużył oczy. — A nie chciałbyś zająć się czymkolwiek? Ot, 

żeby się nie nudzić?

— O co chodzi?
— Nie zechciałbyś przypadkiem zabawić się jeszcze raz w... łapacza?
— Znowu?
W okrzyku tym zabrzmiał protest, co szeryf natychmiast zauważył.
— No — powiedział — przecież ja ciebie nie zmuszam. Tylko tak sobie wykalkulo-

wałem, że na siodle łatwiej zapomnieć o kłopotach.

— Nowe listy gończe? I uganianie się tygodniami po wertepach?
— Tak źle nie będzie. To blisko. Taka mała historyjka. Posłuchaj...
Historyjka — jak nazwał ją szeryf — sprowadzała się do skutków zatargu między dwo-

ma, dotąd sobie obcymi ludźmi. Zetknęli się po raz pierwszy w jednym z saloonów Wichita 
Falls. O co tam poszło — żaden z przygodnych świadków nie potrafił wyjaśnić. Otóż niejaki 
Smith, stały mieszkaniec Wichita, pokłócił się z kowbojem przybyłym z rancho leżącego w 
odległości paru mil od Wichita.

— On się nazywa Tom Sidney — wyjaśniał Murphy. — Wyciągnął rewolwer i strzelił 

do Smitha. Powiadam ci, Irvin: nie będzie spokoju w tych stronach, póki broń będzie można 
kupować w pierwszym lepszym sklepiku. Ale ja na to nie mam wpływu...

— No i co z tym Sidneyem?
— Chciałeś powiedzieć: Smithem. Dostał tylko w ramię, na swoje i Sidneya szczęście. 

Chirurg zjawił się w porę, kulę wydobył, a rannego zostawił na domowej kuracji. Ale Sidney 
nie czekał końca. Musiał się dobrze nastraszyć. Wskoczył  na siodło przekonany, że zabił 
człowieka, i odjechał. Czy daleko? Myślę, że nie. Że co najwyżej do rancho Freda Cartera, u 
którego pracuje. Bliziutko, tylko ręką sięgnąć. Pojedziesz tam uspokoić Sidneya i sprowadzić. 
Nie mogą przecież patrzeć przez palce na jawne naruszenie prawa. Sidney musi dostać za 
swoje, ale niewiele tego będzie.

— Sprowadzić tego kowboja może również wasz Bob.
— Czy wiesz, ilu ludzi mam do pomocy? Zaledwie trzech. Dwu w tej chwili ściga pe-

wnego fałszerza pieniędzy, a Boba nie mogę nigdzie posłać. Chłopak jeszcze nie wyrobiony i 
zbyt  nieopanowany.  Powiadam ci, Irvin, spadłeś mi jak z nieba. No, nie krzyw  się. Daję 
słowo, że znajdę ci kupca na ziemię. Solidnego kupca, nie żadnego oszusta.

Irvin pojechał, a sprawa była tak łatwa, że nie warto o niej wspominać. Skruszonego 

Sidneya przekazał szeryfowi, pełen nadziei, że teraz wróci do Greenfield razem z amatorem 
jego i Karola ziemi.  Ale okazało  się, że  szeryf  jeszcze  kupca nie  znalazł.  Może  niezbyt 
gorliwie szukał, a może po prostu tak się złożyły okoliczności.

background image

Na   ujęciu   Tima   Sidneya   ochotnicza   akcja   Irvina   wcale   się   nie   zakończyła.   Denis 

Murphy potrafił przekonać nie byle kogo i nie byle o czym. Przekonał więc raz jeszcze Irvina. 
Że powinien wolny czas (,,... tylko kilka dni, Irvin! Za znalezienie kupca... ręczę!") zużyto-
wać z dobrym skutkiem zamiast — jak powiadał — nudzić się i próżniaczyć. Irvin natych-
miast się domyślił, co to znaczyło. Wracać do Greenfield bez nabywcy ziemi nie chciał, więc 
raz jeszcze przystał na nowe propozycje Murphy'ego.

Tak   więc   przyszła   kolej   na   Neda   Huddlestona,   złodzieja   koni,   a   po   nim   na   Billa 

Cherokee,   metysa   ściganego   za   szereg   napadów   rabunkowych,   którego   Vincent   również 
dostarczył  szeryfowi. W końcu uznał, że ma tego dość, że już czeka na kupca za długo. 
Pewnego wczesnego popołudnia zdecydowanym krokiem pomaszerował do Murphy'ego.

Kiedy  otworzył   drzwi szeryfowskiego   budynku, znieruchomiał.  Bob  i Robert   Dreer 

siedzieli jeden obok drugiego, w przyjacielskiej komitywie, zajęci głośną i zapewne bardzo 
interesującą rozmową. Tak interesującą, że nie dostrzegli przybywającego.

— Robert! — krzyknął Irvin. — Co tu robisz? Przez głowę przemknęła mu myśl, że w 

Greenfield wydarzyło się jakieś nieszczęście, że może Karol Gordon uległ wypadkowi...

Odetchnął z ulgą, gdy chłopak oznajmił wesołym głosem, że przybyli do Wichita przed 

godzinką: on i jego “szef".

— Ale co się stało?
— Nic się nie stało, proszę pana. Wszystko po staremu.
— Spadł deszcz?
— Och, nie. Jest tak sucho, jak na pustym talerzu.
— A gdzie pan Gordon?
— Siedzi u szeryfa — uprzedził odpowiedź Bob. — Gadają bez przerwy i pewnie im 

dobrze, bo nie mogą się rozstać.

Irvin wzruszył ramionami i bez słowa skierował się ku drzwiom gabinetu. Nadal nie 

mógł pojąć, co skłoniło przyjaciela do tak niespodziewanej wizyty.

— Jak się masz, Karolu? — a równocześnie powitał Murphy'ego podniesieniem ręki, 

indiańskim zwyczajem.

Tamci dwaj urwali rozmowę w połowie zdania, a Gordon spojrzał na przybysza bardzo 

ponurym wzrokiem.

— Mam się wściekle — odpowiedział. 
Irvin osunął się na wolny fotel.
— Nie rozumiem...
— Przecież miałeś szukać kupca na ziemię, a ty co robisz?
— Pański przyjaciel bardzo mi pomógł — wtrącił się Murphy.
— Już mówiliśmy o tym — zauważył ironicznie Gordon. — Gdyby tkwił, jak ja, w 

Greenfield, niecierpliwił się jak ja właśnie i na dobitkę wszystkiego doświadczał uszczypli-
wych uwag sąsiadów...

— Ależ, Karolu! Bardzo cię przepraszam, doprawdy... Jakim cudem znalazłeś mnie 

tutaj?

— Cudem? A to dobre. Trafić do szeryfa nie jest znowu tak trudno, a wiedziałem, że tu 

zdobędę   najdokładniejsze   informacje.   Zresztą...   stałeś   się   niezwykle   sławny,   Vincent! 
Wszyscy o tobie mówią.

— Nie kpij!
— Nie kpię, chociaż bardzo bym chciał. Zanim tu dotarłem, nasłuchałem się od różnych 

włóczęgów zadziwiających bajęd o obrońcy uciśnionych i... (słuchaj, słuchaj!)... “karzącym 
mieczu sprawiedliwości". Początkowo nie wiedziałem, o kogo chodzi, ale zwróciłem uwagę, 
że nazywano go: “Łapaczem z Sacramento". A kiedy powtarzano mi fantastyczną historię 
pościgu samotnego jeźdźca za bandą rabusiów pocztowych pieniędzy, domyśliłem się, o kogo 
tu chodzi.

background image

— Co za bzdura! — wykrzyknął Irvin. — Przecież w górach Sacramento byłem tylko 

raz!

— Dwa razy — poprawił Gordon. — Opowiadano mi o tym łapaczu jako o postrachu 

przestępców, cwałującym na czarnym rumaku, w czarną noc i spadającym na nic nie przeczu-
wających   bandziorów   (aż   mi   ich   żal   było!)   niczym   jastrząb   na   jagnię!   Jeszcze   ci   brak, 
Vincent, długiej, czarnej peleryny i czarnej maski na oczach...

— Karolu! — żachnął się Irvin.
— Przepraszam, ale to tylko rozwinięcie legendy i jej uzupełnienie: tajemniczy mściciel 

sprawiedliwych.

— Karolu! — krzyknął Irvin po raz drugi. — Nie zasłużyłem na takie kpiny.
— Jeszcze raz cię przepraszam. Ja tylko powtórzyłem...
— I o tej pelerynie?
— No, nie. To już mój dodatek. Jeśli jednak i w resztę nie wierzysz, zapytaj szeryfa.
— Nie znoszę tego! — rozzłościł się farmer. — Nie przypuszczałem, że stanę się boha-

terem... niby z kiepskiego romansu...

— Och, Vincent! Sam opowiadałeś o swych tarapatach w saloonie. To wszystko było 

do przewidzenia. Ale ty nadal jesteś po prostu poczciwym rolnikiem.

— Takim się urodziłem. Ludzie miasta byli zawsze dla mnie czymś niezrozumiałym.
—   Wierzę,   ale   dajmy   temu   spokój.   Nie   przyjechałem   tu,   aby   ci   opowiadać   bajki. 

Znalazłeś kupca na ziemię?

— Na pewno się już dowiedziałeś, że nie — odparł Irvin nieco zgryźliwym głosem.
— Wprost przeciwnie, dopiero ty mi o tym mówisz. Przecież przez tyle tygodni,  które 

upłynęły od twego wyjazdu z Greenfield...

Tu   urwał   i   spojrzał   groźnie   na   szeryfa,   uznawszy   go   widać   za   jedną   z   przyczyn 

przedłużającej się nieobecności Irvina. Murphy uśmiechnął się.

—   W   imię   bezstronności   —   powiedział   łagodnie   —   muszę   stwierdzić,   że   pański 

przyjaciel, panie Gordon, już parokrotnie mnie prosił o narajenie kupca na ziemię. To nie było 
łatwe, ale mam świetną dla was obu wiadomość. Wczoraj wieczorem porozumiałem się z 
pewnym amatorem waszych gruntów. Powiem szczerze: przez cały czas namawiałem Irvina, 
aby przystał do mnie na służbę. Stale odmawiał i dlatego już nie nalegam. Przyjdźcie tu jutro, 
poznacie tego kupca. Chyba teraz jesteście zadowoleni?

Karol natychmiast rozchmurzył się.
— Jeszcze jak! — odparł.
Pożegnali się i wyszli zabierając z sobą Roberta, tak zagadanego z Bobem, że trzeba go 

było pociągnąć za rękaw, aby wreszcie zauważył, że “szef" (czyli: Karol Gordon) opuszcza 
lokal.

— To dopiero jest życie! — odezwał się chłopak, kiedy mu Karol polecił wziąć za 

cugle oba konie i prowadzić je skrajem ulicy. Karol nie zwrócił uwagi na ten wykrzyknik, ale 
Irvin zagadnął:

— O jakim życiu myślisz?
— Szeryfa. Tamten chłopak mi opowiadał. O panu także mówił. Że pan taki sławny...
Irvin roześmiał się, ale niezbyt szczerze.
— Ruszajmy — powiedział. — Mieszkam niedaleko stąd.
Poszli w trójkę w takt człapiących kopyt koni.
—   Słuchaj,   Karolu   —   Irvin   ściszył   głos   do   szeptu.   —   Co   masz   zamiar   zrobić   z 

Robertem? Przecież nie sposób zostawiać go w Greenfield.

— Na pewno. Myślałem o tym. Jeżeli będzie chciał jechać z nami, bardzo mnie to ucie-

szy. To dobry chłopak, ale wciąż jeszcze potrzebuje opieki.

— A jeśli nie zechce?
— Przecież go nie zmuszę!

background image

— Nawet gdyby się uparł przy pozostaniu w Greenfield?
— A cóż by tam robił? Nie, nie! Wprawdzie Robert niewiele ma doświadczenia życio-

wego, lecz nie jest aż tak nierozważny.

— Mówiłeś mu, że chcemy sprzedać ziemię?
— Mówiłem.
— I co on na to?
— Nie zmartwił się zbytnio. Może mu dopiekło siedzenie w jednym miejscu? Zresztą... 

pogadam z nim.

Poszli   do   hotelu,   w   którym   zakwaterował   się   Irvin,   i   resztę   dnia   spędzili   na 

komentowaniu opowieści Gordona o tym, co się ostatnio działo w Greenfield, i o tym, jak 
wraz z Robertem wędrował do Wichita Falls. Nazajutrz we trzech pomaszerowali do szeryfa.

— Już miałem po was posłać — oświadczył na przywitanie Murphy. — Przedstawcie 

się, panowie! Oto — wyciągnął rękę w kierunku fotela zajętego przez nieznanego mężczyznę 
— pan James Hood, którego wam polecam, kandydat na kupno waszych gospodarstw. Ze 
swej strony gwarantowałem, że jesteście posiadaczami ziemi i budynków nie na księżycu, ale 
w Greenfield. A teraz radźcie sobie, jak umiecie. Wrócę za godzinę. Albo później.

Machnął ręką i skierował się ku drzwiom, bardzo zadowolony z siebie, pogwizdując.
Murphy zatrzymał się, już z dłonią na klamce.
— W razie czego — powiedział — butelka z whisky stoi w szafie. Zły to interes, gdy 

się go nie obleje. Aha... jeszcze jedno: gdzie wasz chłopak?

—   Na   pewno   rozmawia   z   Bobem   —   odparł   Irvin.   —   Zdaje   się,   mają   wspólne 

zainteresowania.

— Już o tym słyszałem. No, do zobaczenia!
Znakomity humor Murphy'ego nie był oczywiście spowodowany znalezieniem kupca na 

ziemię. To wydarzenie nastrajało szeryfa raczej melancholijnie. Zwątpił ostatecznie w moż-
ność skaptowania Irvina na służbę i wiedział, że tylko tak długo potrafi zatrzymać znakomite-
go “łapacza", jak długo greenfieldzkie gospodarstwo nie zmieni właściciela. Źródłem humoru 
Murphy'ego był list otrzymany tego właśnie ranka od gubernatora stanowego, wyrażający 
podziękowanie szeryfowi Wichita Falls za energiczną walkę z przestępczością.

*    *   *

Musieli   jeszcze   wrócić   do   Greenfield.   James   Hood   chciał   dokładnie   obejrzeć   oba 

gospodarstwa. Co sobie o nich myślał — pozostanie tylko jego tajemnicą. Stawiał fachowe 
pytania, co skłoniło Irvina do przypuszczenia, że nabywca jest rolnikiem, a nie pośrednikiem 
handlowym. Kiedy jednak doszło do ustalenia ceny, James Hood targował się z energią i 
sprytem właściwym raczej handlowcom niż farmerom. Cena zresztą nie była wysoka. I Irvin, 
i Gordon dobrze zdawali sobie sprawę, że lepiej zgodzić się nawet na stratę niż pozostać — 
nie wiadomo jak jeszcze długo — w Greenfield. Zapewne James Hood zorientował się w 
sytuacji podkreślając i nieco wyolbrzymiając skutki suszy. (“Przecież to kamień, moi pano-
wie! Skamieniała glina, na której nic nie wyrośnie!")

— Spadnie jeszcze deszcz — bronił siebie i swego przyjaciela Karol Gordon. — Proszę 

się zapytać sąsiadów, jakie z tego kamienia zbierali plony.

— Wierzę. Jak również w to, że kiedyś spadnie deszcz. Tylko... nie wiadomo, kiedy. I 

na tym właśnie polega moje ryzyko.

Po   jednodniowym   pobycie   w   Greenfield   i   nocy   spędzonej   w   chacie   Gordona   we 

czwórkę (Robert Dreer wziął również udział w tej eskapadzie) wrócili do Wichita Falls i w 
obecności szeryfa spisali umowę kupna-sprzedaży. Wreszcie otrzymali czek na oddział banku 
Campbell & Co w Wichita.

Karol Gordon poweselał, kiedy te czynności zostały przeprowadzone. Usunięte zostały 

background image

wszystkie   przeszkody   na   drodze   do   opuszczenia   Teksasu.   Jednakże   Irvin   zwlekał   z 
wyjazdem. Karol początkowo nie nalegał, doskonale rozumiejąc, co jest przyczyną tej zwłoki. 
Niełatwo rozstawać się ze wspomnieniami szczęśliwych lat. Milczał więc, chociaż Wichita 
Falls do cna mu zbrzydła razem ze swoimi sklepami, saloonami, awanturującymi się kowbo-
jami i nocnymi śpiewkami pijaków.

Trzeba było jeszcze załatwić sprawę Roberta. Okazało się, że chłopak zapragnął przy-

stać na służbę do szeryfa, ale nie starczyło mu odwagi wspomnieć o tym Gordonowi. Wobec 
Murphy'ego okazał się bardziej śmiały. Szeryf — dotkliwie odczuwający niedostatek ludzi — 
sprytnie wybadał chłopca, a uznawszy go za dobrze zapowiadający się “materiał", podjął się 
roli pośrednika.

Karola wcale nie ucieszyła decyzja Roberta, ale ostatecznie wszystko zostało omówione 

podczas pożegnalnej wizyty u szeryfa Wichita Falls. Robert, wezwany do gabinetu, bardzo się 
zmieszał stanąwszy wobec całej trójki i o mało nie rozpłakał, gdy mu “szef" oświadczył, że 
wie o wszystkim i decyzji chłopca wcale nie potępia. Przeciwnie, szeryf Murphy stanowi 
gwarancję, że Robert nie zboczy z uczciwej drogi życia.

Na drugi dzień po tej rozmowie Karol zdołał namówić Irvina na wyjazd, zgadzając się 

na jego prośbę, by raz jeszcze, ostatni, odwiedzić Greenfield. Wyruszyli więc do osady po 
serdecznym pożegnaniu się z szeryfem. (“Pamiętajcie, że zawsze was przyjmę jak starych 
przyjaciół, a o chłopaka nie martwcie się!") i nieco smętnym rozstaniu z Robertem Dreer.

Podróż trwała w miarę krótko, w miarę długo, bez żadnych niespodzianek. Pobyt w 

Greenfield upłynął prawie wyłącznie na rozmowie z Ablem Meredithem, który pierwszy ze 
wszystkich znajomych odwiedził chatę Karola Gordona, tak określając sytuację:

— Czułem, że do tego wreszcie dojdzie, i muszę wam obu wyznać, że cieszę się i 

martwię jednocześnie. Tak, tak — pokiwał głową. — Widzisz, Vincent — tu zniżył głos, 
chociaż wokół nie było nikogo — dla ciebie będzie lepiej, jak nas opuścisz. — A widząc, że 
Irvin wyraźnie pomarkotniał, dodał szybko. — Wiem, wiem i pamiętam, ale ja nie o tym 
myślałem... Przeszedłeś swoje i już niczego tu nie odmienisz. Jedź więc. Będą cię wspominać 
życzliwe dusze. Dlatego mi smutno, Vincent, bo się do nich zaliczam. Dobrze, że Karol z 
tobą jedzie. Wyjeżdżacie dzisiaj?

— Za godzinę lub dwie — Irvin uprzedził odpowiedź Gordona i dźwignął się z ławy. — 

Mam jeszcze coś do załatwienia, ojcze. Posiedźcie tutaj, zanim wrócę.

Wcisnął kapelusz na głowę i wolnym krokiem ruszył ku drodze.
— Okropna to była historia i nigdy jej nie zapomnę — pokiwał głową ojciec Abel.
—   Ojcze   —   odezwał   się   Karol   —   myślę,   że   byłoby   mu   lżej   na   sercu   opuszczać 

Greenfield, gdyby miał pewność, że ktoś zaopiekuje się...

— Nie kończ,  synu.  Wiem,  o co  chodzi, i  daję  ci swoje farmerskie  słowo, iż obu 

grobów na cmentarzu sam będę doglądał.

Siedzieli odtąd w milczeniu aż do chwili, w której wielki cień padł na drogę błyszczącą 

do tej pory rudawym odbiciem słonecznych promieni. Cień rozszerzał się, wydłużał, a przed 
nim uciekały jasne plamy światła. Szybko, coraz szybciej... Meredith zerwał się z ławy.

— Karolu! Widzisz?
— O co chodzi, ojcze?
— Spójrz w górę! Greenfield nie oglądało takiego nieba od przeszło trzech lat! Co za 

dziwo! Czyżby kończyły się nasze złe dni?

Starzec tkwił w miejscu z głową zadartą, gestykulując rękami, podobny do chudego 

ptaka   próbującego   zerwać   się   do   lotu.   Gordon   spojrzał.   Słońce,   które   stało   jeszcze   dość 
wysoko,  przypominało  czerwoną kulę, przesłoniętą  ledwie  przenikliwą powłoką mgieł.  A 
wciąż jeszcze napływały wąskimi pasmami postrzępione, coraz ciemniejsze chmury.

— Deszcz — powiedział Karol. — Deszcz albo burza.
— I ja tak myślę. Jeśli tylko wiatr nie przegna tego wszystkiego...

background image

— Nie ma wiatru. Popatrzcie!
Istotnie, nawet najmniejszy obłoczek kurzu nie unosił się nad rozdeptaną, pokruszoną 

powierzchnią gościńca.

— Zobaczymy, synu, co z tego wyniknie. Jednak... jeśli dziś macie ruszyć w drogę, 

radzę nie zwlekać, chyba że odłożycie do jutra.

Karol przecząco potrząsnął głową:
— Nie, dziś odjedziemy. Czekam tylko na Vincenta.
Ale Irvin nie nadchodził. Za to przybył szeryf Fawkes, Fulk Bryan, właściciel składu 

towarów,   i   jeszcze   dwu   najbliższych   sąsiadów.   Obsiedli   ławy,   dopytywali   się   o   Irvina   i 
wyrazili  żal,  że  dwu takich  “tęgich  chłopów" opuszcza  Greenfield.  Gdy ten temat  został 
wyczerpany, pojawił się nowy — dosłownie z nieba — bo właśnie niebo poczerniało groźnie. 
W Greenfield — rzecz nieprawdopodobna. Poczęli mówić o deszczu, bo jakże o tym nie 
mówić, skoro deszcz zapowiadał plony, a plony zapowiadały spłacenie długów i inne życie...

— Czy nie za wcześnie zdecydowaliście się na sprzedaż? — zagadnął Abel Meredith 

Karola.

— Nie, ojcze. Wiecie dobrze, że nie wyjeżdżamy z powodu suszy...

Ostatnie chaty Greenfield znikły im z oczu. Jechali bez przerwy płaszczyzną nakrytą, 

jak kloszem, czarną kopułą nieba, coraz bliższą ziemi, coraz bardziej ponurą, bo i dzień się 
kończył, i warstwa chmur stawała się coraz grubsza. Wreszcie srebrna błyskawica oślepiła 
jeźdźców   i  konie,  zahuczał   daleki  grzmot.   Potem  uczyniło   się jeszcze  ciemniej   i  jeszcze 
ciszej.

Wtedy spadły pierwsze drobniutkie kropelki. Irvin zatrzymał wierzchowca, wyciągnął 

przed siebie dłoń. Natychmiast pokryła się wilgocią.

— Karolu! Deszcz, prawdziwy deszcz!
— Deszcz — powtórzył Gordon. — Cóż, musiał w końcu spaść. No, ruszajmy. Trzeba 

poszukać jakiegoś schronienia, będzie ulewa, że ha!

Ale   Irvin   odwrócił   głowę   i   długo   jeszcze   spoglądał   za   siebie,   w   coraz   bardziej 

gęstniejący mrok.

Ruszyli. Najpierw stępa, później kłusem. A deszcz padał coraz gęstszy, walił z szumem 

na spaloną glebę, rozmywał wyschłe rozpadliny i pęknięcia, bulgotał rwącymi strumieniami 
poprzez   prerię,   aż   błyszcząca   kurtyna   zakryła   jeźdźców,   spłukała   odciski   kopyt,   zatarła 
wszelki ślad.

Niebo przywracało życiu umęczoną ziemię.

background image

Spis rozdziałów

Stary traper……………………………02
Początek początku ……………………07
Nieznajomi….………………………...15

Próba ratunku………………………....21

Spotkanie……………………………..28
Old Gun ……………………………...32
Znowu samotny ……………………...38

Jeszcze jedno spotkanie ……………...44

Napad . ……………………………….52

Czarny Jack …………………………..62

W Wichita Falls……………………….71
Noc w jarze . ………………………….80
Przyjaciel Denisa……………………...86

Celia Canning…………………………93

Ranek w Dawn………………………100

Droga powrotna ……………………..106

Tak się zakończyło ………………… 110
Aż wreszcie spadł deszcz ...................116


Document Outline