background image

Seks (nie)małżeński

fot. Getty Images/FPM 

Jedna kobieta i wielu mężów? Zdarza się. Jeden mężczyzna i kilka żon? O tym wiemy wszyscy. Bywa i tak - jak 
choćby u ludów Amazonii - że mężczyźni... dzielą się żonami i wierzą, że ojcem dziecka jest po trochę każdy z tych, 
którzy mieli stosunek z jego matką. Dziwne? Nie bardziej niż zwyczaj snochactwa, który był praktykowany w Polsce. 

40-tysięczny lud Mosuo żyje w Chinach, tuż przy granicy z Tybetem. Uwagę przyciąga przede wszystkim ze względu 
na rzadko spotykaną rolę kobiet w strukturze społecznej oraz nietypowe zwyczaje seksualne. To pierwsze przejawia 
się w "domowym matriarchacie". Drugie widać w "przychodnim małżeństwie", które bywa klasyfikowane jako forma 
poliandrii. W rzeczywistości jednak trudno mówić o wielożeństwie, bo Mosuo nie praktykują ślubów.

Przychodnie małżeństwo

Ich życie koncentruje się wokół domu matki, w którym żyją, pracują i wychowują dzieci. Na ogół nie zakładają 
nowego gospodarstwa i nie przenoszą się do "własnego miejsca". Niezależnie od płci pozostają tam, gdzie się 
urodzili. Tak jest nawet wtedy, gdy znajdą stałego partnera. Kobieta pozostaje w swoim domu rodzinnym, a
mężczyzna w swoim. Między innymi z tego względu mężczyźni ponoszą niewielką odpowiedzialność za własne 
potomstwo. Muszą za to zajmować się swoimi siostrzeńcami i siostrzenicami.

Dzieje się tak między innymi dlatego, że Mosuo zwykle nie tworzą nowych rodzin. Od tej zasady istnieją oczywiście 
wyjątki - jednym z nich jest przeludnienie. Gdy w ich rodzinnych domach pojawia się zbyt wiele dzieci muszą znaleźć 
dla siebie nowe miejsce. Podobnie jest, gdy w którymś z nich brakuje osób jednej płci. Wówczas partner lub 
partnerka (zależnie od istniejącej potrzeby) przenosi się do innego domu i staje członkiem tej drugiej rodziny. Są to 
jednak sytuacje wyjątkowe, a normą jest pozostawanie w domu, w którym się urodziło.

Ma to ogromny wpływ na damsko-męskie relacje, które opierają się na swobodnym wyborze partnerów i - co ważne 
- niewielkiej liczbie ograniczeń. "Standardowy" romans Mosuo przebiega mniej więcej tak, że chłopak zakochuje się 

13 lip, 08:30 
Źródło: Onet 

Kobieta z plemienia Mosuo

Strona 1 z 4

Artykuł - drukowanie - Ciekawe.onet.pl

2012-07-15

http://ciekawe.onet.pl/spoleczenstwo/4796606,artykul-drukuj.html

background image

w dziewczynie (lub ona w nim), zaczyna okazywać jej swoje zainteresowanie i adorować potencjalną partnerkę. W 
zamian - o ile ta odwzajemni uczucia - może liczyć na zaproszenie do domu. Tam zostanie przyjęty w prywatnej
sypialni, którą otrzymują wszystkie dorastające dziewczęta. Na początku wybranek zjawia się w nocy i stara się 
wejść do partnerki po kryjomu. Zwykle też opuszcza jej dom nad ranem lub jeszcze przed świtem, tak by nie 
wzbudzić niepotrzebnej sensacji. Z czasem - o ile związek przemieni się w coś poważniejszego - zaczyna zjawiać 
się bardziej otwarcie. Przychodzi tuż po kolacji, jest witany przez rodzinę i kończy wieczór w łóżku partnerki. Zwykle 
nie chodzi o jednorazowe seksualne przygody. Związki tego rodzaju trwają latami i dostarczają satysfakcji obojgu 
zaangażowanym w nie ludziom.

Ciekawe jest i to, że kobiety Mosuo nie są ograniczone do jednego partnera. Jeszcze dziś starsze z nich 
wspominają, że w ciągu swojego życia miały nawet 40-50 partnerów seksualnych. Jednak obecnie ze względu na 
wpływy kultury Hanów, odchodzi się od tego zwyczaju. Wprawdzie wciąż Mosuo mogą utrzymywać tyle 
"przychodnich małżeństw", ile chcą, to jednak częściej praktykują tzw. seryjną monogamię. Raczej zmieniają 
partnerów, niż utrzymując wiele seksualnych relacji jednocześnie.

40-tysięczny lud jest wyjątkowy także ze względu na to, że w języku Mosuo nie ma słowa oznaczającego "zazdrość". 
Mężczyźni nie pilnują swoich partnerek, pojęcie zdrady pozostaje czymś nie do końca zrozumiałym. A w każdym 
razie jest rozumiane zupełnie inaczej niż w świecie zachodu. Jest to możliwe, ponieważ dzieci pozostają z ich 
matkami, a ojcowie uczestniczą w ich wychowaniu jedynie w ograniczonym stopniu. Psychologowie ewolucyjni 
uważają, że oczekiwanie monogamii - zwłaszcza w odniesieniu do kobiet - jest związane z męską obawą przed 
ponoszeniem kosztów wychowania nieswojego potomstwa. Przy granicy z Tybetem powstał system, który pozwala 
zapomnieć o zazdrości, ponieważ takie ryzyko nie istnieje. Koszty wychowania dzieci ponosi rodzina matki.

Czytaj dalej na następnej stronie

"Nie jestem potworem. Jestem chora"

(zdjęcia: 5)

Wielu partnerów, wielu ojców?

Robert Walker, Mark Flinn i Kim R. Hillb badali zwyczaje małżeńskie plemion zamieszkujących Amazonię. Odkryli, 
że u większości z nich występuje przekonanie o istnieniu "częściowego ojcostwa". Na czym to polega? Otóż ludzie 
są przekonani, że ojcem dziecka jest po części każdy mężczyzna, który odbył stosunek z matką. To ogranicza 
zazdrość i powoduje, że seks pozamałżeński staje się czymś normalnym, a niekiedy jest nawet rodzajem "waluty"
lub raczej "dobra" wymienianego w barterze.

Monogamia jest tam uważano za niesmaczną. Tak mąż, jak i żona, mają wręcz obowiązek odpowiadać na 
seksualne awanse rodziny partnera i partnerki. Do tego teść bierze aktywny udział w edukacji seksualnej przyszłej 
synowej, która niekiedy wprowadza się do niego jeszcze przed ślubem. To, w jaki sposób współdzieli się żony 
zależy od plemienia. W niektórych jest to dar budujący przyjaźń. W innych kobiety utrzymują stosunki seksualne z 
braćmi swojego stałego partnera lub właśnie z jego ojcem.

W społecznościach, które wierzą w częściowe ojcostwo, seks nie jest tabu. To powszechny temat rozmów i żartów. 
Ale także, jak wspomniano, rodzaj dobra. Mężczyźni wykorzystują żony, jako narzędzie do zawierania przyjaźni. Dla 
kobiet seks pozamałżeński staje się natomiast metodą na uzyskanie pewnych przywilejów, dóbr, ale także 
znalezienie partnera atrakcyjniejszego niż "ten jedyny". Podarki, które zwyczajowo przekazują kobietom 
kochankowie, skłoniły niektórych antropologów do uznania, że plemiona Amazonii praktykują prostytucję. Nazwano 
to postawą "seksu za zasoby" i uznano sprawę za zamkniętą. Dokładniejsze badania pokazały jednak, że relacja 
jest dwustronna. Owszem, kobiety mogą liczyć na ryby, mięso i ozdoby od swoich seksualnych partnerów. Jednak 
same również ich obdarowują.

Dlaczego zatem w Amazonii wykształcił się tak nietypowy system relacji małżeńskich? Głos znów trzeba oddać 
psychologom ewolucyjnym, którzy sformułowali kilka możliwych wyjaśnień. U podstawy wszystkich z nich stoi 
oczywiście przekonanie o jego opłacalności dla jednostek, a przynajmniej szansy przekazania przez nie swoich 
genów. Częściowe ojcostwo jest swego rodzaju przeciwieństwem monogamii znanej z kultur zachodu.

Strona 2 z 4

Artykuł - drukowanie - Ciekawe.onet.pl

2012-07-15

http://ciekawe.onet.pl/spoleczenstwo/4796606,artykul-drukuj.html

background image

Na zachodzie - mówiąc językiem ewolucjonistów - mężczyzna stara się zmonopolizować partnerkę. W ten sposób 
uzyskuje pewność, że potomstwo, w które będzie inwestować przez kolejne lata, jest jego. W systemie częściowego 
ojcostwa dzieci (na ogół) wychowuje rodzina żony. Do tego, dzięki wierze w to, iż każdy z mężczyzn jest po części 
ojcem, matka uzyskuje wsparcie od wielu z nich. Znika też pokusa dzieciobójstwa. W kulturach monogamicznych w 
zdecydowanej większości wypadków tego rodzaju, zabójcą jest ojczym ofiary. Niezwykle rzadko taką zbrodnię 
popełniają biologiczni rodzice. W Amazonii nie ma ojczymów i dzieci są stosunkowo bezpieczne.

Zdecydowana większość plemion to grupy matrylokalne - po ślubie małżonkowie zamieszkują w rodzinnym domu 
kobiety. To jeden z głównych czynników pozytywnie wpływających na wolność seksualną amazońskich indianek i 
ważny element, który pozwolił na wykształcenie się kultury, w której zazdrość nie odgrywa wielkiej roli lub jest czymś 
niepożądanym i ocenianym negatywnie.

W takiej sytuacji ojcowie dzielą inwestycje w dziecko z innymi kochankami matki, więc ryzyko, które ponoszą, jest 
stosunkowo niewielkie. Dlatego nie muszą pilnować swoich partnerek przed zalotami innych. Do tego dzięki temu, 
że utrzymują kontakty seksualne z wieloma kobietami i nie ponoszą pełnych kosztów wychowania potomstwa, mogą 
zwiększać swoją szansę na przekazanie genów inaczej, niż tylko dbając o monogamiczność ich podstawowego 
związku. Z ewolucyjnego punktu widzenia kobiety także odnoszą korzyść. Mogą liczyć na znalezienie 
atrakcyjniejszego - pod względem genetycznym - partnera niż mąż.

Czytaj dalej na następnej stronie

"Nie jestem potworem. Jestem chora"

(zdjęcia: 5)

Wszystko w rodzinie

Jedną z częstszych form wielomęstwa jest tzw. poliandria braterska. Ostatnio pojawia się coraz więcej doniesień o 
tej formie małżeństwa, która funkcjonuje w niektórych regionach Indii. Z jednej strony istnieje tam długa tradycja tego 
rodzaju związków, która była odpowiedzią na problem nadmiernego podziału ziemi przy dziedziczeniu. W Europie 
wprowadzono zasadę primogenitury. W Indiach - przynajmniej gdzieniegdzie - bracia mieli wspólną żonę. Dziś bieda 
oraz oczekiwania dotyczące męskiego potomka, skłaniają rodziców do mordowania nowonarodzonych dziewczynek. 
To z kolei prowadzi do zaburzenia równowagi demograficznej, a brak kobiet wymusza powrót do tego rodzaju 
rozwiązań i pojawienia się nowego modelu rodziny.

Warto jednak pamiętać, że poliandria nie jest czymś tak powszechnym, jak wielożeństwo. Najbardziej znane
przykłady poligamii to oczywiście ta praktykowana przez fundamentalnych mormonów oraz w krajach islamu. 
Niekiedy do mediów przedostają się historie wyjątkowo spektakularnych poligamistów, takich jak na przykład 
Kenijczyk Akuku Danger, który w ciągu 50 lat poślubił 100 kobiet. I choć z 85 z nich rozwiódł się z powodu 
niewierności, to i tak pozostawił po sobie... ponad 160 dzieci.

Jednak małżeństwa mormońskie i islamskie, to nie jedyny model poligamii. Choć zapewne najłatwiejszy do 
zrozumienia dla nas, ponieważ w gruncie rzeczy (pomijając liczbę żon) nieco przypomina to, co znamy z własnego 
podwórka. W wielu miejscach sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, a zwyczaje potrafią zadziwiać. Tak jest 
na przykład w wypadku tzw. sororatu, który przyznaje mężczyznom prawo do współżycia z siostrami własnej żony. 
W niektórych społecznościach - wspomina o tym choćby Anna Zadrożyńska w "Seksuologii kulturowej" - człowiek 
żeniący się z wdową lub rozwódką mógł uznać za żony także jej córki. Wiele społeczności praktykuje również tzw. 
lewirat. Tam mężczyzna jest zobowiązany do poślubienia wdowy po swoim bracie. Pierwsze dziecko, które urodzi 
się w takim związku, jest uznawane za potomstwo zmarłego.

Dziwne? No cóż. Z naszej perspektywy z pewnością tak. Warto jednak pamiętać, że i w Polsce - a przynajmniej w 
niektórych jej regionach - też istniało tzw. snochactwo. - Dawało ono prawo ojcu mężczyzny do seksualnego 
współżycia z synową w czasie nieobecności syna. Wszystkie narodzone z tego związku dzieci były społecznie 
uznawane za dzieci nieobecnego małżonka - pisała Zadrożyńska.

Strona 3 z 4

Artykuł - drukowanie - Ciekawe.onet.pl

2012-07-15

http://ciekawe.onet.pl/spoleczenstwo/4796606,artykul-drukuj.html

background image

Copyright 1996-2012 Grupa Onet.pl SA

Strona 4 z 4

Artykuł - drukowanie - Ciekawe.onet.pl

2012-07-15

http://ciekawe.onet.pl/spoleczenstwo/4796606,artykul-drukuj.html