background image

Aby rozpocząć lekturę,

 kliknij na taki przycisk           ,

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z  Portem Wydawniczym

LITERATURA.NET.PL

kliknij na logo poniżej.

background image

2

LESŁAW FURMAGA

MIĘDZY CAPE TOWN I

CASABLANCĄ

background image

3

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

background image

4

PROLOG

Panował gęsty mrok. Wielkie neonowe napisy i pokrzyżowane rzędy ulicznych lamp sto-

piły się w odległą jasność i opalizowały łuną. Mimo iż w pobliżu portu należało spodziewać
się  innych  statków,  światła  okrętowe  „Róży  Południa”  były  wygaszone.  Jedynie  na  twarz
sternika padał nikły blask światła kompasowego. Człowiek pochylony nad busolą zdawał się
drzemać; niewielkie ruchy jego rąk w rękawiczkach na miniaturowym szturwale były prawie
niewidoczne. Obserwował jednak pilnie wychylenia róży wiatrów. Księżyc błysnął i oświetlił
na chwilę kadłub o pięknej linii burt z piramidą żagli na maszcie i sztagu. Sternik powoli ob-
racał szturwał i luzował szoty, jacht odpadł z wiatrem znacznie przyspieszając. Po chwili dru-
ga postać wychyliła się z kabiny.

– Kurs dwieście siedemdziesiąt – padła komenda.
– Tak trzymam – mruknął sternik.
– Uruchamiam silnik – dodał ten z kabiny.
– Punktualnie o 23.30 zadudnił diesel i żaglowiec prostując się na stępce jeszcze bardziej

zwiększył szybkość.

Tej  nocy  kuter  starego  Ahmeda  zdążał  po  udanym  połowie  do  domu  kursem  północno-

wschodnim przecinając tor wodny do Casablanki. Ahmed Ali wystawił głowę z prymitywnej
sterówki, gdyż usłyszał pomruk małego silnika, a ponieważ nie zobaczył żadnego statku, wy-
chylił  się  jeszcze  bardziej  i  uważnie  patrzył  przez  dziób  kutra.  Morze  było  czarne,  niebo
ciemne, nic nie działo się dookoła.

Właśnie w tej chwili  sternik  na  jachcie  poruszył  się  niespokojnie.  Jego  uwaga,  skupiona

dotychczas na utrzymywaniu kursu, zwrócona została w inną stronę. Usłyszał dudnienie ku-
trowego silnika i zobaczył światło pozycyjne niewielkiego statku, który szedł na dziób „Róży
Południa”.  Sternik  wyluzował  szot  i  żagiel,  wziął  pełniejszy  wiatr,  jacht  zmienił  kierunek
schodząc z kursu kutra.

– Stop maszyna!
Druga ciemna postać wyjrzała z kabiny.
– Co?
– Stop maszyna?! – i padło też przekleństwo. Silnik zamarł. Zapanowała cisza. Światło po-

zycyjne kutra spływało teraz wzdłuż prawej burty jachtu, było niedaleko. Żaglowiec z wydę-
tymi  żaglami  sunął  niemal  bezszelestnie  nadal  ze  znaczną  szybkością.  Właśnie  wówczas
Ahmed Ali zobaczył mknący cień nad czarną wodą. Pomruk silnika jakby przepadł w ciem-
ności, biała zjawa przesunęła się i znikła w mroku za rufą kutra. Ali zapalił reflektor. Snop
światła rozjaśnił grzbiety fal wydobywając z czerni przesuwające się względem siebie rucho-
me płaszczyzny morza, biegł chwilę za rufą „Róży Południa”, musnął jej burtę i wspiął się na
żagle, gubiąc je jednak natychmiast. W kokpicie znów padło przekleństwo. Światło reflektora
błądziło po falach, po czym zgasło. Kuter poszedł dalej swoim kursem. Rybak ciągle patrzył
tam, gdzie przepadła zjawa.

– Co to było? – zapytał głos z kubryka.
– Nie oświetlony żaglowiec – odparł Ali.
– Masz przywidzenia, stary – parsknął ten z kubryku.
– Oczy już bolą – mruknął Ali.

background image

5

Jacht tymczasem wrócił na poprzedni kurs, jego niewielki silnik niezależnie od postawio-

nych  żagli  znów  mruczał  pod  pokładem.  W  kabinie  zapaliło  się  mdłe  światełko,  człowiek
pochylony  nad  mapą  coś  liczył  zapisując  drobne  cyferki  na  skrawku  papieru,  był  także  w
skórkowych  rękawiczkach  i  nie  zdjął  ich  nawet  przy  tej  czynności.  Po  pewnym  czasie  wy-
szedł z lornetą na pokład, prześlizgnął się między nadbudówką i wantami w kierunku dziobu
lustrując przez wielkie soczewki morze wprost na kursie, po czym wrócił do kabiny. Sternik
nadal prowadził jacht prosto w ciemność. Na pełnym morzu fala była większa i wiatr silniej-
szy, małym kadłubem kołysało coraz bardziej. Znów upłynęło kilkanaście minut, zdawałoby
się spokojnej żeglugi i nagle sternik podniósł się z miejsca i zbliżył do włazu.

– Maszyna stop! – niemal krzyknął.
Mały diesel zamarł. Szef wyprawy odłożył mapę, wyjrzał na. pokład i spostrzegł z lewej

burty zielone światło. W chwilę później przez lornetę zobaczył znacznie więcej.

– Policyjna łódź – mruknął do sternika.
– Są daleko. Chyba nie zauważą – odparł tamten. Głos jego zdradzał jednak niepokój.
Zielone światło zatoczyło bardzo szybko szeroki łuk za rufą „Róży Południa” i zamigotało

po przeciwnej burcie, dobrą milę od jachtu. Policyjna łódź przecięła skośnie kurs „Róży Po-
łudnia”  przepadając  w  ciemności.  Wszystko  było  w  porządku.  W  kokpicie  jachtu  błysnął
płomyk zapałki, a po chwili wokół światła kompasowego żarzyły się dwa ogarki papierosów.
Po godzinie i czterdziestu minutach przed jachtem wyłonił się podłużny kształt motorowca.
„Róża Południa” dobiła do jego burty. Ze statku spuszczono linkę oraz rzucono dwa kosze.
Ludzie z jachtu poczęli zaraz wypełniać je lekkimi paczkami, które natychmiast wędrowały
na pokład motorowca. Gdy transfer dobiegał końca, okazało się, że brakuje kilku opakowań
dziwnego towaru i sternik zapalił światło w kabinie. Wnętrze saloniku było bogate. Tuż nad
barkiem  zwracała  uwagę  niezwykła  maska.  Misternie  wykonana  w  hebanie  inkrustowanym
złotem twarz dziewczyny. Szef wyprawy, człowiek w skórzanej kurtce, zatrzymał się mimo
pośpiechu przy rzeźbie, patrzył na nią długo, aż ten drugi syknął, aby podał mu dalsze paczki.
Robotą  ruszyła  znowu.  Gdy  ostatni  kosz  pojechał  do  góry,  z  motorowca  opuszczono  spory
juk.  Człowiek  w  skórzanej  kurtce  otworzył  go  i  zajrzał  do  środka.  Były  tam  jakieś  papiery
zwinięte  w  rulon  oraz  równo  poukładane  paczki  pieniędzy.  Niedługo  potem  jacht  odbił  od
motorowca i skierował się na wschód, w stronę Casablanki. Dookoła nadal panowała ciem-
ność.  Teraz  żegluga  przebiegała  bez  zakłóceń,  na  pokładzie  jak  przedtem  panowała  cisza.
Szef schował łuk do  skrytki,  tam  gdzie  przedtem  ukryta  była  część  towaru.  Zaraz  też  mały
żaglowiec rozbłysnął wszystkimi światłami.

Gdy port był niedaleko, szef wyprawy podszedł do maski zawieszonej na szocie, zawahał

się, po czym włożył hebanowe cacko za koszulę.

W basenie jachtowym łodzie drzemały przy nabrzeżach. Człowiek w kurtce zrzucił grotża-

giel, ale przy sztakslach coś mu się poplątało. Nie znał tego jachtu. Statek bez żagli stał się
bardziej posłuszny silnikowi oraz woli sternika. Gdy dobił, na keję wjechał mały alfa romeo.
Wysiadł zeń Europejczyk niewielkiego wzrostu i wskoczył na pokład jachtu, był także w rę-
kawiczkach.

– Mieliśmy kłopoty... policyjna łódź – powiedział doń sternik. Przybyły bez słowa wszedł

do kabiny.

– Juk?! – rzucił krótko. Gdy otrzymał torbę, zajrzał do jej środka. Zobaczywszy zwinięte w

rulon papiery i pieniądze uśmiechnął się nieznacznie. Ludzie z  załogi jachtu przyglądali się
przybyłemu czujnie. Spostrzegł to.

– Należy się wam jeszcze po paczce – powiedział sięgając do kieszeni.
– A to co?! – wykrzyknął zwracając się w stronę kokpitu.
Ludzie z załogi jachtu spojrzeli w tamtą stronę. Przybyły błyskawicznie wyjął z zanadrza

pistolet  małego  kalibru  z  tłumikiem.  Strzelił  do  bliżej  stojącego  sternika.  Mimo  pośpiechu
mierzył  precyzyjnie.  Sternik  zwalił  się  na  dywan.  Padł  następny  strzał,  też  celny,  prosto  w

background image

6

pierś człowieka w skórzanej kurtce, który zatoczył się i oparł  o barek, trafiając  ręką na po-
pielnicę z brązu w kształcie koła ratunkowego. Chwycił ją i uderzył w głowę napastnika. Padł
następny strzał, kula utkwiła w boazerii. Człowiek z pistoletem upadł na kolana, chwilę wal-
czył z bólem i oszołomieniem. Krew zalała mu oczy. Przetarł dłonią twarz, znów uniósł broń
do góry. W tej chwili został kopnięty w podbródek, uniósł się na kolanach i zwalił na bok.
Dłoń  trzymająca  broń  rozluźniła  się.  W  kabinie  zapanowała  cisza.  Mężczyzna  w  skórzanej
kurtce nie wyglądał na rannego. Pochylił się nad towarzyszem rejsu, zajrzał w jego źrenice.
Po twarzy przebiegł mu grymas. W tej chwili na kei nie opodal „Róży Południa” stanął auto-
kar, z którego wysypało, się hałaśliwe towarzystwo, strzelały butelki szampana.

– Niech żyje młoda para!
– Młoda para na morze! – rozlegały się krzyki. Weselni biesiadnicy szturmowali jacht za-

cumowany tuż obok.

Mężczyzna w skórzanej kurtce chwycił juk i przywiązał sobie jego troki do pasa, ostrożnie

otworzył dziobowy skajlajt i wyjrzał na zewnątrz. Dziób jachtu od strony nabrzeża zasłaniała
duża  motorówka.  Człowiek  w  skórzanej  kurtce  z  jukiem  przy  pasie  zsunął  się  zręcznie  do
wody, nurkując pod kadłubami małych łodzi w kierunku jachtu weselników.

Tymczasem  mężczyzna  za  kierownicą  małego  samochodu  wypalił  trzeciego  papierosa.

Obserwował weselnych gości niecierpliwiąc się. Rozumiał, że jego wspólnik musi poczekać,
aż to nieprzewidziane towarzystwo odpłynie i autokar odjedzie.  W tej chwili naprawdę nie-
potrzebni  byli  tutaj  świadkowie.  Na  keję  podjeżdżały  jednak  wciąż  nowe  samochody,  do
burty  białego  jachtu  holowano  drugą  wielką  motorówkę,  a  więc  bankiet  zapowiadał  się  w
porcie, nie na morzu. Czas mijał, gangster wysiadł z samochodu  i ruszył w kierunku „Róży
Południa”.  Skoczył  do  kokpitu,  wszedł  do  kabiny  i  cofnął  się  natychmiast.  Odbezpieczył
broń. Obok bezwładnego ciała zastrzelonego sternika leżał zalany krwią z rozbitej głowy jego
zabójca. Wystarczył rzut oka, aby stwierdzić, że wyprowadzenie rannego z jachtu w tej sytu-
acji jest niemożliwe. Gangster rozejrzał się po kabinie, juku nie było, nie pomogły pospieszne
poszukiwania. Tymczasem goście weselni zauważyli, że na „Róży Południa” coś się dzieje.
Kilkoro młodych ludzi z butelkami szampana szło do sąsiada z przystani widocznie z wesel-
nym zaproszeniem.

background image

7

I. YAXY DAXY

Ms.  „Pasat”  gotowy  był  do  wyjścia  z  Casablanki.  Ochmistrz  jeszcze  raz  przeliczył  ksią-

żeczki żeglarskie załogi. Brakowało jednej. Ktoś nie wrócił na  pokład. Należało ustalić kto.
„Pasat” – dalekomorska baza – odbierająca rybę od trawlerów łowiących na szelfie Namibii,
jeszcze dalej wokół Południowych Szetlandów oraz na Antarktyce koło Georgii Południowej,
miał załogę bardzo liczną: stu osiemdziesięciu ludzi. Ustalenie, kto wracając z miasta nie od-
dał dokumentu, zajęło kierownikowi działu gospodarczego około godziny. Gdy okazało się,
że brakuje książeczki Kasprzyka, asystenta z maszyny, statek przygotowany był już ostatecz-
nie  do  zabrania  cum  i  wyruszenia  w  morze.  Ogłoszono  kilkakrotnie  przez  megafony,  żeby
asystent  natychmiast  zgłosił  się  do  odprawy,  lecz  wezwania  te  pozostały  bez  odpowiedzi.
Kasprzyka widziano ostatni raz poprzedniego dnia  rano,  gdy schodził ze statku. W kabinie,
którą dzielił z trzecim mechanikiem, panował względny porządek. Rzeczy osobiste i przed-
mioty wartościowe, jak niedawno kupiony radiomagnetofon i japoński aparat fotograficzny,
leżały w szafie, tam gdzie zwykle. W notesie na półce ochmistrz z trzecim mechanikiem zna-
leźli  spory  zwitek  banknotów  dolarowych  i  hiszpańskich  pesetów.  W  pudełku  obok  leżał
złoty łańcuszek i duży sygnet, który asystent zwykł nosić, gdy schodził na ląd. Sprawa opusz-
czenia  statku  z  myślą  pozostania  w  Maroku  nie  wchodziła  więc  w  rachubę.  Asystent  Ka-
sprzyk należał do marynarzy zdyscyplinowanych i nie zdarzyło się nigdy dotąd, aby wszedł z
regulaminem  w  taki  konflikt,  jak  nieprzybycie  na  burtę  przed  wyjściem  w  morze.  Kapitan,
mimo iż statek był już nieco opóźniony przez silny sztorm w Zatoce Biskajskiej, zdecydował
się czekać. Asystent jednak nie wrócił. Przed północą „Pasat” wyszedł w morze bez jednego
członka załogi na pokładzie. Wydarzenie takie związane jest zawsze z szeregiem kłopotów.
Na statku obowiązuje swoisty system wacht, należy więc natychmiast tak zorganizować pra-
cę, aby brakującego człowieka mogli zastąpić inni marynarze. Trzeba też od razu zawiadomić
policję  w  porcie,  gdzie  rzecz  miała  miejsce  oraz  armatora  w  kraju,  sporządzić  protokół
przedmiotów pozostawionych przez zaginionego i wykonać kilka innych czynności. Wszyst-
ko to kapitan zarządził natychmiast. Sprawa nie dawała mu jednak spokoju z uwagi na oko-
liczności zniknięcia asystenta. Bywa, że młodzi ludzie pracę na morzu traktują jako krótko-
trwałą przygodę, a zaokrętowanie jako możliwość nie całkiem legalnej  emigracji. Kasprzyk
skończył Wyższą Szkołę Morską z wynikiem dobrym. Był zdyscyplinowany i robił wrażenie
człowieka związanego z morzem na zawsze. Nie był żonaty, ale miał narzeczoną, którą kapi-
tan i starszy oficer znali z widzenia. Na „Pasacie” pływał już dwa lata i wkrótce szykował mu
się awans. Taka opinia oraz wykaz rzeczy pozostawionych przez zaginionego świadczyły, że
pozostał w Casablance nie z własnej woli.

Szybki motorowiec rozciągając niewielkie fale zbliżał się tymczasem do Las Palmas. Po-

stój w Casablance nie był planowany, armator zawiadomił kapitana już na trawersie Gibralta-
ru, że z Maroka należy zabrać dodatkowy ładunek. Była to mrożona ryba w kartonach. Towar
taki wymagał schłodzonych ładowni, jakimi dysponował płynący bez pełnego obciążenia na
szelf Afryki Południowej „Pasat”.

W Las Palmas postój jak zwykle planowany był wcześniej. Może więc tam dogoni swój

statek spóźniony asystent. Niestety, tuż przed wejściem bazy do portu na Wyspach Kanaryj-
skich, kapitan Osowski otrzymał wiadomość od agenta, który donosił, że policja w Casablan-
ce przypuszcza, iż asystent Kasprzyk zginął na jachcie należącym do obywatelki brytyjskiej –
starej milionerki zamieszkującej w Maroku. Człowiek, odpowiadający rysopisowi asystenta,
otrzymał  postrzał  z  pistoletu  małego  kalibru  i  poniósł  śmierć  na  miejscu.  Obok  jego  ciała
znaleziono  zwłoki  znanego  policji  gangstera,  płatnego  mordercy  Alberta  Steinke  zwanego
„Carate John”. Co więcej, obszerny radiotelegram do kapitana Ms. „Pasat” sugerował, że w

background image

8

sprawę  zamieszany  był  także  inny  marynarz  z  załogi  „Pasata”,  któremu  udało  się  zbiec  z
jachtu „Róża Południa” i powrócić na statek. I tu zaczynała się dla kapitana sprawa zupełnie
szczególna.

Ludzie o kapitanie mówią przeważnie „Stary”. „Stary” na „Pasacie” miał trzydzieści sześć

lat i odbywał swój pierwszy rejs na tym stanowisku. Teraz siedział  w  swoim  salonie.  Stała
przed nim szklanka mocnej herbaty. Przed chwilą wyszedł od niego radiooficer, który wrę-
czył mu depeszę. Kapitan patrzył na uciekające morze. Las Palmas było zaledwie o kilka go-
dzin żeglugi. W jakie szambo wlazł asystent? Jaką sprawę przypłacił życiem? Młody, zdolny
oficer. Jeżeli z nim tak obeszli się gangsterzy, w Casablance podobny los czeka tego drugie-
go, który był na „Róży Południa” i z niewyjaśnionych jeszcze powodów zabił Steinkego.

Starszym  oficerem  na  Ms.  „Pasat”  był  zdegradowany  przez  Izbę  Morską  kapitan  Hana.

Pływał on między portami Afryki na liniowcach i trampach przeszło dwadzieścia lat. Tutejsze
sprawy, obyczaje, nazwiska były mu znane lepiej niż komukolwiek innemu. Może to on za-
plątał się w jakąś głupią sprawę? Dowódca „Pasata” zamyślił się głęboko. Urażona ambicja
zdegradowanego kapitana, znajomość stosunków i powiązania mogły nasuwać wiele do my-
ślenia.

Od początku rejsu stosunki dwóch oficerów układały się niedobrze. Hana w sposób dys-

kretny ignorował młodego zwierzchnika. Odpowiadał na jego pytania krótko i oficjalnie, wy-
znaczając określony dystans między sobą a tamtym.

Kapitan Sowa-Osowski słyszał sporo o obyczajach panujących w międzynarodowych gan-

gach, wynajmujących tak zwanych podwykonawców.  Ludzie ze statku, którym ostatnio do-
wodził  kapitan  Hana,  zamieszani  byli  podobno  w  aferę  w  portach  Ameryki  Południowej  i
tylko  dzięki  obrotności  i  znajomościom  swojego  szefa  wyszli  z  opresji  cało.  Kapitan  był
świadom  tego,  że  jeśli  w  Casablance  zginął  jeden  jego  człowiek,  a  z  gangiem  zadało  się
dwóch, drugi zginie w następnym porcie. Jeśli sprawa dotyczy starego Hany, on, Sowa, nie-
wiele mu pomoże. Ale jeżeli dotyczy ona kogo innego? Jeżeli tym drugim jest ktoś równie
młody i niedoświadczony, jak asystent Kasprzyk? Człowiek zamieszany nie tylko w przemyt,
ale także w zabójstwo nie ujawni się, nie przyzna do takiej przygody. A banda mu nie przepu-
ści. W następnym porcie nie wróci na pokład drugi marynarz. Kapitan sięgnął po paczkę pall
malli, wyjął papierosa, obejrzał go, włożył z powrotem do pudełka i wyszedł z salonu. Szedł
wąskim  korytarzem,  zatrzymał  się  przed  wejściem  z  napisem  starszy  oficer.  Zapukał.  Za
drzwiami rozległ się bliżej nie określony pomruk. Kapitan wszedł do kabiny. Hana siedział w
fotelu, czytał marokańską gazetę. Podniósł wzrok, popatrzył na szefa pytająco. Nie ruszył się i
nie powiedział słowa.

– Można? – zapytał kapitan Sowa.
– Proszę – bąknął tamten.
Sowa usiadł naprzeciwko.
– Panie kapitanie, ja w sprawie – zagaił.
– Nie jestem tu kapitanem, panie kapitanie – przerwał starszy oficer, kładąc nieco drwiący

akcent na ostatnie dwa wyrazy.

– Nie o tytuły chodzi – powiedział dobitnie Sowa, patrząc prosto w twarz staremu maryna-

rzowi.

– A o co panu chodzi, panie kapitanie?
– O rozmowę w sprawie śmierci asystenta – wyrecytował przybyły.
– Śmierci? – uniósł brwi Hana.
Sowa podał mu płachtę radiotelegramu. Hana czytał uważnie. Odłożył papier. Rysy jego

stężały.

– Yaxy Daxy... – powiedział jakby do siebie.
– Także myślę, że Yaxy – dodał Mikołaj Sowa. Tamten popatrzył nań przeciągle, w spoj-

rzeniu tym znów pojawiło się nieuchwytne lekceważenie.

background image

9

– Pan myśli? – niemal wycedził.
– Myślę... – odparł Sowa.
– Słyszał pan o Yaxy Daxy? Wie pan coś na ten temat? – cedził Hana.
– Nie tyle co pan, ale tyle, by obawiać się o życie jeszcze jednego człowieka.
– Jeszcze jednego? A o czyje życie pan się obawia?
– Nie wiem o czyje! Nie mam pojęcia o czyje! – odparł z wyraźną złością Sowa.
– Otóż to. Nie wie pan – naigrawał się tamten.
– A pan wie? – zapytał dowódca „Pasata”.
–  Ja? Ja  nie  wiem  nic,  to  nie  moje  sprawy.  Moje  sprawy  to  mapy,  nawigacja,  ładunek  i

chyba pan wie co jeszcze, panie kapitanie – Hana zapalił papierosa nie częstując szefa. Sowa
wyjął swoją paczkę i chociaż nie miał ochoty na palenie, powoli wyciągnął pall malla.

– Przepraszam – bąknął Hana.
– Nie szkodzi – mruknął Sowa, uśmiechając się niemal przyjaźnie. – Wiem, oczywiście,

wiem, co do pana należy. Ale tu chodzi o to, by kogoś znowu nie zabili w pierwszym porcie,
na przykład w Las Palmas. Czy myśli pan, że to niedostateczny powód do działania, a przy-
najmniej rzeczowej rozmowy bez aluzji?

– Panie – warknął tamten – od działania w tej sprawie są wyspecjalizowane instytucje.
Sowa zamyślił się.
– Więc mam zadzwonić na milicję, wezwać 07, radiowóz, brygadę dochodzeniową? Prze-

kazać to szambo w wyspecjalizowane ręce tu na Atlantyku i sam zająć się też nawigacją, bez-
pieczeństwem  żeglugi  i  statku,  ładunkiem,  bo  to  moja  robota?  Tak  mi  pan  radzi?  Przysze-
dłem, bo pan w tej cholernej Casablance jest bardziej oblatany niż cała nasza milicja, za trze-
ma morzami do tego.

Hana milczał. Na niebie pojawiło się kilka pierzastych chmur, woda załamywała się długą,

powłóczystą falą. Stary kapitan wstał, podszedł do bulaja, przez który wpadało upalne, afry-
kańskie powietrze.

– To sprawa Yaxy Daxy. Ludzi, którzy nie dotykają „roboty” własnymi rękami. Przemy-

cają haszysz, heroinę, tytoń, pieniądze, kradzioną biżuterię i  czort wie co przy pomocy siły
najemnej. Werbują na jeden skok. Na jedną noc wynajmują ludzi ze stojących w porcie stat-
ków, przeważnie nawigatorów i mechaników. Wskazują im miejsce, gdzie ukryty jest towar i
wcześniej upatrzony jacht lub łódź, którą można wypożyczyć bez  wiedzy  właściciela.  Taka
jednorazowa  załoga  na  przygodnym  jachcie  wychodzi  w  morze  z  ładunkiem  spod  ciemnej
gwiazdy. Robi transfer, przeważnie na statek czekający gdzieś na wodach już niczyich. Kiedy
wszystko zagra, marynarze wracają. Odpływają w swoje strony. Bogatsi o tyle, ile zarabiają u
swoich armatorów przez rok albo dwa. Jacht wraca na miejsce. Nikt niczego nie widział. Nie
ma tych, którzy przemycali, nie było więc przemytu, Jeżeli jacht wpada, wpadają jedynie ma-
rynarze ze stojącego w porcie statku. Nie mogą więc opisać, jak wyglądali szefowie tej „ro-
boty”, bo ich nie widzieli. Rozmowy odbyły się przez telefon, w ciemności. Jedynym dowo-
dem, że sprawa nie była snem, jest wówczas zielony banknot wciśnięty w dłoń jako zaliczka.
Ale jeżeli coś nie zagrało albo „Murzyni” zobaczyli zbyt wiele, nie inkasują pieniędzy. Inka-
sują kule lub przepadają bez wieści.

– Dziękuję za cenną informację – powiedział Sowa wstając z fotela. Hana kiwnął mu gło-

wą na pożegnanie. Kapitan wyszedł z kabiny starszego oficera. Wszystko, co usłyszał, wie-
dział już przedtem.

background image

10

II. NOC KANARYJSKA

Wyspy Kanaryjskie rysowały się przed dziobem „Pasata” wysokimi górami i kamiennym

masywem  Gran  Canarii.  Kapitan  Sowa  siedział  przy  biurku  w  swoim  salonie  i  pisał  tekst
krótkiego komunikatu. Zaraz potem rozległa się w głośnikach informacja o tragicznej śmierci
asystenta Kasprzyka. Zareagował na to elektryk i ktoś z brygady remontowej. Obydwaj wi-
dzieli asystenta w dniu poprzedzającym jego śmierć, gdy z lekarzem pił piwo w bodedze nie-
daleko portu. Lekarz potwierdził, iż rzeczywiście spotkał się z asystentem w mieście, wstąpili
na piwo, a potem poszli do jubilera, gdzie lekarz chciał kupić pierścionek dla żony. Asystent
zainteresował  się  tym  jubilerem.  Pojechali  więc  razem.  Asystent  stwierdził,  że  ma  jeszcze
ważny interes w mieście, obejrzał kilka precjozów, zapisał adres sklepu i znikł.

Doktor miał adres jubilera i twierdził, że on na pewno będzie pamiętał ich wizytę. Ponadto

lekarz  był  poza  podejrzeniami,  bo  Yaxy  Daxy  do  przemytu  zakazanego  towaru  angażował
nawigatorów, a nie medyków.

Las Palmas to port wolnocłowy, gdzie alkohol jest tańszy od coca coli. Na bazarach piętrzą

się odbiorniki stereo, aparaty fotograficzne, lunety, zegarki.  Jest wszystko. Wszystko tańsze
niż na kontynentach Europy, Afryki, Ameryki.

Ludzie gromadzą się w korytarzach, czekają, aż trap stuknie o beton nabrzeża. Zaraz ruszą

lawiną do miasta. Kapitan lustruje podniecone twarze. Czy jest  wśród wybierających się na
ląd człowiek, którego życie być może zawisło na włosku?

Trap stuknął o beton. Krótkie portowe formalności zostały załatwione szybko i ludzie bie-

gną na dół po metalowych schodkach. Pełno ich na nabrzeżu, zaraz rozbiegną się po okolicy
Puerto de La Luz, buszować będą w parku Santa Catalina, na Padre Cueto, Isla Gomera.

Trzeci oficer, barczysty i wysoki mężczyzna  o  czarnym  zaroście  i  ciemnej  karnacji,  wy-

glądający raczej na Araba niż Polaka, nie jest zainteresowany statkowym towarzystwem pod-
czas tego pobytu w porcie. Marynarze przyspieszają, on zwalnia, zostaje w tyle. Ktoś go wo-
ła, on udaje, że nie słyszy, przystaje przed wystawą, ogląda sprzęt stereo. Hiszpan wychodzi
przed sklep, zaprasza do środka. Oficer wchodzi, rzuca okiem na to i owo, ale  gdy  grupa z
którą szedł znika w ulicznym tłumie, wymyka się i idzie w stronę przeciwną. Znajduje wąską
uliczkę, przyspiesza kroku. Ta ulica dochodzi do szerokiej i okazałej arterii. Marynarz odnaj-
duje duży oszklony budynek. Wchodzi do środka, staje przed okienkiem, wymienia kilkana-
ście zielonych banknotów na pesety, wychodzi z banku, idzie w kierunku bazaru. Zaczepia go
Arab  w  trudnym  do  określenia  wieku.  Trzeci  oficer  Teofil  Harasim  zamienia  z  nim  kilka
słów. Przystaje, jakby się wahał przed podjęciem decyzji. Wreszcie podąża za Arabem, który
kieruje się w  głąb  starej  dzielnicy.  Ulice  tu  wąskie,  w  rynsztokach  cuchną  ścieki.  Obydwaj
mężczyźni pną się po wyszczerbionych schodach między starymi budynkami, Arab odnajduje
jeden  z  domów,  nie  wyróżniający  się  niczym,  drewniany,  odrapany  i  brudny  jak  dziesiątki
takich samych obok. Puka i nasłuchuje, drzwi otwierają się i obydwaj mężczyźni znikają za
nimi. Wilgotne schody w ciemnym pomieszczeniu prowadzą w dół, do głębokiej piwnicy.

Starszy marynarz Cichoń pospiesznie sprząta kabinę. Składa mapy i przyrządy nawigacyj-

ne. Cichoń nie dorobił się oficerskiego stopnia, jakoś nie było czasu na egzamin. Ale nawiga-
cja to jego konik. Tu w kabinie ma na swój prywatny użytek kompas i mapy. Bez nowocze-
snych  urządzeń,  takich  jak  w  sterowni,  wykreśla  kurs  statku,  oblicza  kąt  dryfu,  ma  tablice
pływów. Później, gdy pełni wachtę na mostku, sprawdza obliczone przez siebie pozycje stat-
ku  z  nawigacją  oficerów,  którzy  posługują  się  doskonałymi  przyrządami  z  magnofoxem

background image

11

włącznie. Koledzy śmieją się: Kapitan Cichoń. – Cichoń nie zwraca uwagi na kpiny. Po tym
rejsie ma zejść ze statku, wybiera się do Wyższej Szkoły Morskiej na kurs popołudniowy.

Niech dowcipkują. On wie, że kiedyś będzie kapitanem. Na pewno będzie. Klar w kabinie

już zrobiony. Młody marynarz. biegnie po trapie. Las Palmas przed nim, można wreszcie za-
żyć portowego szczęścia. Na Santa Catalina spotyka dwóch ludzi z załogi „Pasata”. Tamci już
coś wypili, są weseli, chcieliby jeszcze wypić. Cichoń też nie ma powodów do zmartwienia i
postu, w jego kieszeni szeleszczą zielone papierki, udało mu się ostatnio, chociaż ryzyko było
spore. To nie był skok z takim towarem, który mieści się w kieszeniach ortalionowej kurtki.
To był największy skok w marynarskim życiu Cichonia. Teraz cała grupka znajduje bodegę z
beczkami taniego koniaku, z których właściciel sączy złoty płyn prosto do dużych kielichów.

–  I  co, kapitan? Co  u  ciebie  na  mapach?  W  Ameryce  jesteśmy  czy  w  Japonii?  –  żartują

dowcipnisie. Cichoń nie odpowiada, nie ma jakoś ochoty na  rozmowy o swoich umiejętno-
ściach. Tamci dwaj bardziej mają w czubach niż on, więc Cichoń wymyka się z bodegi. Ulice
są już ciemne. Marynarz idzie coraz szybciej Gdy jest niedaleko oświetlonego placu, z bramy
wysuwa się człowiek i zastępuje mu drogę. Cichoń stara się ominąć ciemną postać, skręca w
bok i wtedy z bramy wyskakuje drugi napastnik, bez słowa skacząc mu na plecy. Silny, do-
brze zbudowany Cichoń na ułamek sekundy drętwieje. To już koniec – przebiega mu przez
głowę  złowieszcza  myśl.  Nie  wziął  poważnie  ostrzeżeń,  sam  puścił  się  tą  ulicą  po  ciemku.
Więc trzeba się ratować!

Drugi oficer podąża samotnie w kierunku znanej sobie ulicy na górce. Pogwizduje wesoło

myśląc o tym, co go czeka. W przeszło piętnastoletniej karierze morskiej długo nie korzystał
z tego rodzaju uciech, aż raz spróbował, no i teraz właśnie miał zamiar to powtórzyć. Szcze-
pan Krystek niedawno przeżył dramat. Wszystko było w porządku,  dokąd pracował na dłu-
gich liniach i dodatek dewizowy miał spory. Nie pił piwa w rejsach, bo piwo w krajach, do
których pływał, było drogie, nie jeździł taksówkami nawet wtedy, gdy był bardzo daleko od
miasta. Nie wydawał dewiz, on dewizy zarabiał. Jego żona, Róża, miała za to stałe upoważ-
nienie na „Baltonę” i nie kupowała piwa krajowego, tylko duńskie lub holenderskie. Dodatek
dewizowy wypłacany marynarzom na drobne zakupy i doraźne potrzeby w obcych portach w
całości  inkasowała  ona.  Kiedy  Krystek  na  pewien  czas  przeszedł  do  rezerwy,  małżonka
zbuntowała się. Kiedyś w ogłoszeniu pisała, że pozna pana dobrze sytuowanego w celu ma-
trymonialnym, najchętniej marynarza pływającego. Poznała Krystka, który w tydzień po ślu-
bie popłynął do Japonii na osiem miesięcy, po czym powrócił na cztery tygodnie i wypłynął
do Afryki Wschodniej, gdzie przebywał równo pół roku. Wrócił cieszyć się piękną żoną. Ale
gdy był w domu, dewiz nie zarabiał. To się jego pani nie podobało. Zaczęły się awanturki o
to, kiedy znowu popłynie. Szczepan Krystek był człowiekiem nadzwyczaj spokojnym.

– Czego, duszko, krzyczysz? – szczerzył zęby.– Zwolni się miejsce i popłynę, a teraz może

byśmy pojechali na wczasy? – prosił. Róża jednak na to, że z darmozjadem żyć nie będzie i
wyjedzie na wczasy, ale sama. Wszystko ma granice, nawet wytrzymałość bardzo spokojnego
człowieka. Krystek, wypływając w następny rejs, złożył w biurze armatora oświadczenie, że
od tej pory swoje zarobki i dodatki będzie pobierał osobiście.

Teraz szedł i pogwizdywał, bo było tylko jego tajemnicą, skąd miał tyle zielonych papier-

ków, aby w tę dzielnicę wybrać się na dłużej bez obawy, że mu ich zabraknie. Ceny były tu
różne. Na dole stały panie już starsze i zniszczone, nie zawsze też trzeźwe. W ich stronę Szczepan
Krystek patrzył z odrazą. Na zaczepki nie reagował. Zmierzał znacznie wyżej ową ulicą pod gór-
kę. Nieco dalej obok ciemnych sieni stały kobiety młodsze w bardzo krótkich sukniach, jaskrawo
wymalowane  i  także  nie  zawsze  trzeźwe.  Te  też  Krystka  nie  interesowały.  Poprzednim  razem
odkrył tu coś osobliwego. Gdy przechodził obok zamkniętych drzwi, niektóre otwierały się i sta-
wały w nich dziewczyny młode i piękne, kiwały na niego ręką, a kiedy z zaproszenia nie korzy-
stał, zatrzaskiwały drzwi. Krystek zasięgnął języka w tej sprawie u kolegów.

background image

12

– Człowieku, z takiej okazji należy korzystać – powiedział mu bardziej doświadczony ży-

ciowo i portowo Cichoń, który poza nawigacją nie widział podobno świata.

– Dlaczego? – zapytał rzeczowo Krystek.
– Bo to są debiutantki, amatorki, sam miód, panie drugi.
– Debiutantki, amatorki, miód – to się podobało Szczepanowi, który w tych sprawach lubił

coś więcej.

Zgłębiając sprawę dalej, dowiedział się, że na ową ulicę przyjeżdżają dziewczyny z całych

Kanarów, nieraz bardzo porządne, tylko mające wydatki. Córki,  a  nawet  żony  ludzi  cieszą-
cych się dobrą opinią, które pracują w biurach lub fabrykach i nie mogą stać po prostu na uli-
cy. Wynajmują więc pokoje i stryszki w domach starszych matron na tej ulicy. W bramach i
drzwiach takich obejść są szpary, przez które widać, kto idzie. Jeżeli marynarz prezentuje się
dobrze i sprawia obiecujące wrażenie pod względem finansowym, zapraszają go pospiesznie,
tak żeby nikt nie spostrzegł. Krystek postawił na takie właśnie szczęście. Kręcił się na samym
szczycie górki, ale wszystkie drzwi były zamknięte. Upatrzył już sobie nawet nieco powścią-
gliwiej wymalowaną kobietę, która uśmiechała się do niego przymilnie. Już miał do niej po-
dejść, gdy otworzyła się tuż obok wąska bramka, w której stała ognista brunetka o szerokich
biodrach,  z  wydatnym  biustem  i  buzią  rozkosznego  dziecka.  Szczepan  Krystek  skoczył  w
tamtą stronę. Drzwi za nim się zamknęły. Dziewczyna nie była przywidzeniem, uśmiechnęła
się, pokazując rzędy białych, równych zębów. W tej chwili Krystek nie myślał o finansach,
niech by nawet tysiąc. Przepuściła go przed sobą. Wszedł w mroczny korytarz na skrzypiące
schody. Zjawisko podążało za nim.

– Niech żyją amatorki! – krzyczało coś w marynarzu. Gdy znaleźli się na pięterku, okrągło

toczone  szczęście  otworzyło  pokoik  z  dużym  łóżkiem  w  środku.  Dziewczyna  poruszała  się
lekko i jakby leniwie. Jej czerwoną bluzkę niemal rozsadzały duże, ciężkie piersi. Rozcięta z
boku prawie do biodra spódnica odsłaniała długie udo. Złote pantofelki na bardzo wysokich
szpilkach czyniły drobną figurkę młodej kobiety smukłą i lekką.

Krystek nie miał zamiaru czekać. Kobieta wyswobodziła się z jego objęć, sięgnęła do szu-

fladki, wyjęła butelkę brandy i dwa kieliszki, nalała sobie niewiele, jemu sporo. Potem dolała
mu  znów.  Pił  łapczywie.  Usiadła  obok,  pocałowała  go  pierwsza.  Krystek  ruszył  na  całego,
niemal od razu przystępując do rzeczy. Ale ona wyswobodziła się ponownie i też przystąpiła
do rzeczy.

– Diez Amerykan dolar – szepnęła, mrużąc przymglone już oczy. Krystek wypadł z transu.

Wiedział widocznie, gdzie jest, ale niezbyt dokładnie.

– Diez Amerykan dolar! – powtórzyła już mniej przymilnie i bardziej stanowczo.
– Yes, si, si, tylko dziesięć? Dlaczego?
Przebudzenie nie było takie znowu przykre. Krystek przypuszczał, że cena będzie znacznie

wyższa. Dziewczyna czekała. Szczepan sięgnął do kieszeni, wyjął plik zielonych papierków i
nie licząc ich zaatakował spódnicę.

– Ty bardzo miły – powiedziała dziewczyna po polsku i wyszła, pewnie do łazienki. Kry-

stek czekał.

Po chwili drzwi otworzyły się i w luźnym szlafroku z wielkim dekoltem wpadło na onie-

miałego marynarza coś w rodzaju teściowej jego bóstwa. Dama była mocno wymalowana, ale
szminka nie mogła zmienić twarzy, na której widniało jednoznacznie, że to nie amatorka.

Szczepan Krystek szybko odzyskał równowagę i uśmiechnął się do damy w przekonaniu,

że  zaszło  nieporozumienie,  podszedł  do  wyjścia,  delikatnie  wypraszając  kokotę.  Ta  jednak
zatrzasnęła drzwi popychając zdezorientowanego marynarza w kierunku łóżka. Drugi oficer z
„Pasata”  zdrętwiał,  gdyż  przyszło  my.  do  głowy  straszne  podejrzenie.  Usiłował  więc  po-
spiesznie całą rzecz wyjaśnić, ale jego próby były bezskuteczne, przeszedł więc do obrony.
Uchwycił się niewielkiego stołu, ale stół pod naporem półnagiej „damy” przesuwał się wraz z
nim w kierunku łóżka, Krystek z kokotą, która nie wiadomo kiedy zgubiła szlafrok, wylądo-

background image

13

wał na posłaniu. Marynarz miał jednak refleks. Zerwał się, jakby na płytkiej wodzie zaatako-
wał  go  krokodyl.  Dama  kotłowała  się  chwilę  na  posłaniu,  po  czym  uniosła  na  rękach  i  pa-
trzyła na dezertera, jak kot na mysz przed skokiem. Krystek uniósł z podłogi jej peniuar i rzu-
cił na łóżko. Kokota powoli właziła w szlafrok.

– Que es eso?! Co to jest?!
– Czego chce ta ropucha? Tu była senorita, piękna, negro! – krzyczał osaczony.
Starsza dama zesztywniała.
– Senorita Carmella? office... biuro... you crazy man... – powiedziała powoli z nagle na-

bytą wyniosłością.

– Biuro! – jęknął Krystek i poczuł, że robi mu się ciemno przed oczami,
– Office... – powtórzyła matrona, sunąc znowu w kierunku dezertera.
–  Carmella  kasjerka?...  –  jęknął  marynarz  rozglądając  się  rozpaczliwie,  gdzie  prysnąć.  –

Rozbój! Policja? – wrzasnął na całe gardło.

– Policja?! – zasyczała dama.
Krystek zbladł. Gdzie on się dostał? Co to ma znaczyć? Otworzył drzwi, wyskoczył na ko-

rytarz, zrobił krok do przodu, ale pociemniało mu w oczach i stracił przytomność.

Kapitan  bawił  się  czerwoną  paczką  papierosów.  Była  to  chwila  relaksu.  Przewaliła  się

przez salon lawina agentów, portowych urzędników i własnych oficerów pragnących uzgod-
nić to lub owo. Z Las Palmas „Pasat” miał zabrać do Dakaru dodatkowy ładunek, pięćset ton
chemikaliów  dla  senegalskiego  rolnictwa.  Pięćset  ton,  niewiele,  a  znowu  będzie  wejście  do
nieprzewidzianego portu. Myślał teraz o zaginionym marynarzu. Może niebawem wyjaśni się
wszystko. A może już się wyjaśniło. Mieli wychodzić dzisiaj wieczór, lecz z powodu ładunku
do  Dakaru,  zostaną  jeszcze  dobę.  Dowódca  bazy  był  niespokojny.  Jego  uwagę  od  wczoraj
zaprzątała na pozór nieistotna sprawa. Zauważył, że Hana wieczorem wybiera się do miasta.
Stary  kapitan  wydał  polecenia  na  najbliższych  kilka  godzin  i  po  cichu,  jakby  ukradkiem,
zszedł ze statku. Z salonu widać było keję i idącego nią pospiesznie w kierunku miasta star-
szego oficera. Na końcu nabrzeża, przy którym cumował „Pasat”,  zza portowego magazynu
wyjechał duży osobowy samochód, do którego Hana wsiadł. Jeżeli  to on zamieszany jest w
aferę z Casablanki, to daremne wszelkie działania – myślał kapitan Sowa. Od tamtej rozmowy
Hana wyraźnie unikał dalszych pytań i odpowiedzi na wszelkie tematy nie dotyczące bezpo-
średnio załadunku, wyładunku i nawigacji. Robił to mniej ostentacyjnie niż przedtem, ale nie
mniej skutecznie.

Kapitan starał się uporządkować swoje dociekania. Nieszczęsnego asystenta znaleziono na

tej  przeklętej  „Róży  Południa”,  która  odbyła  przedtem  krótki  rejs.  Zgodnie  z  późniejszymi
wiadomościami, jakie nadeszły z Casablanki, w popielniczce w kabinie i w kokpicie pod gre-
tingiem znaleziono kilka niedopałków polskich papierosów caro i malrboro polskiej produk-
cji. Wynikało więc z tego, że obydwaj żeglarze z „Róży Południa" byli Polakami. W dniu tym
i w czasie całej poprzedniej doby w tamtejszym porcie ani też na redzie nie stał żaden inny
statek  polskiej  bandery.  Jacht  był  duży,  nocny  rejs  łącznie  z  koniecznością  zmylenia  służb
portowych i policji na pewno trudny. Sprawa zatem wymagała określonych kwalifikacji. Sko-
ro w rejsie użyty był zarówno silnik jak i żagle, Yaxy Daxy powinien zwerbować co najmniej
dwóch profesjonalistów, nawigatora i mechanika. Mechanikiem był asystent, drugi marynarz
zamieszany  w  sprawę  to  zatem  nawigator.  Prawidłowość  takiego  rozumowania  nie  ulegała
wątpliwości, ale na tym koniec. Dalszych poszlak poza luźnymi przypuszczeniami kapitan nie
miał. Nawigatorów na statku było niby niewielu, należało do nich zaliczyć jedynie czterech
oficerów  i  asystenta  pokładowego.  Niestety  jednak,  z  załogi  „Pasata”  aż  kilkunastu  mogło
poprowadzić jacht na wodach przybrzeżnych. Kilku miało za sobą przerwane studia w Wyż-
szej Szkole Morskiej na wydziale nawigacyjnym, a kilku było dobrymi samoukami.

background image

14

Takich było pięciu albo sześciu, na przykład Cichoń. Jego wiedza, nie potwierdzona żad-

nym dyplomem czy patentem, była bardzo znaczna. Kapitan pamiętał rozmowy na mostku z
tym marynarzem, kiedy pełnił on wachty przy sterze. Wiadomości posiadane przez Cichonia
głęboko zastanawiały kapitana. Innym asem tego rodzaju był... pomocnik kucharza. Kiedyś w
nocy, kapitan Sowa przyszedł niespodziewanie do sterowni. Za pozwoleniem drugiego ofice-
ra Krystka, który trzymał wachtę, rządził tam bajkok. Gdy zobaczył kapitana, chciał uciec, ale
Sowa zatrzymał go.

– A co pan tutaj robi? – Ja, uczę się astro...
– Czego pan się uczy? – kapitan nie był pewien, czy dobrze zrozumiał. Rzeczywiście, w

nawigacyjnej rozłożone były mapy nieba, tablice i podręczniki astronawigacji. Noc była spo-
kojna, droga czysta, jasna. Krystek robił bajkokowi wykład. Kapitan wziął na spytki „ucznia”.
Pomocnik kucharza okazał się matematykiem. Skończył uniwersytet, otrzymał tytuł magister-
ski, krótko był asystentem na  uczelni,  trochę  wykładał  w  technikum.  Ale  zawsze  pachniało
mu  morze.  Pochodził  z  Lubelskiego.  Matematykę  ukończył  w  Warszawie.  Rzucił  pracę  w
stolicy  i  przyjechał  na  Wybrzeże.  Rozpoczął  starania  o  pracę  na  morzu;  zaczepiając  się  w
porcie przy przeładunkach. Dwa lata nosił worki na grzbiecie, rozładowywał i załadowywał
wagony, pracował w lukach statków, aby zapłacić za drogi pokój, wynajmowany u stocznio-
wej rodziny. Wreszcie szczęście się do niego uśmiechnęło i został zaokrętowany na „Pasata”
jako bajkok, bo o taką robotę było najłatwiej. Kapitan Sowa był człowiekiem otwartym i lubił
ludzi ciekawych, niezależnie od stanowiska, jakie zajmowali na  jego statku. Zainteresowała
go więc nie całkiem zresztą wyjątkowa sprawa bajkoka Winniczka.

– I co pan zamierza dalej, panie magistrze? – zapytał pół żartem, pół serio.
– Zobaczyłem to z bliska i już nie kocham tak, jak przedtem, panie kapitanie:– uśmiechnął

się pomocnik kucharza.

– Nie zawsze będzie pan przecież myć gary, w tym wieku ma się perspektywy.
– Najwyżej pójdę od garów do automatów. Będzie to samo, tylko bardziej czyste. A gdzie

te  żagle,  gdzie  te  porty?  Przez  sto  dwadzieścia  dni  dryf,  rozładunek  statków  przy  burcie,
przelot i od nowa wszystko raz jeszcze.

No właśnie, bajkok matematyk, też nawigator, i tęsknią mu się żagle. Przygody szuka na

morzu, a nie monotonnej pracy... Był jeszcze marynarz Drzewicki, który wyleciał z czwartego
roku Szkoły Morskiej za zlekceważenie komisyjnego egzaminu.

Ktoś energicznie zapukał do salonu przerywając kapitańskie rozważania. Drzwi otworzyły

się i wszedł lekarz.

–  Mamy  wypadek,  panie  kapitanie  –  zakomunikował.  –  Krystek  złamał  nogę.  Spadł  ze

schodów, podobno u jakiejś dziwki.

– No, tak – mruknął kapitan, wstając z miejsca.
– Prostytutki zadzwoniły do pogotowia.
Kapitan usiadł, wyciągnął papierosa z paczki, obejrzał go i włożył z powrotem na miejsce.
– Niech pan tam zaraz jedzie. Cholerny rejs, ten Krystek ma żonę, gdzie lazł?
– Już nie ma – powiedział lekarz.
– Nie ma? Dlaczego?
– Wie pan, jak jest z kobietami.
– Nic nie wiem – mruknął kapitan.
Była późna noc. Kapitan podszedł do okna, popatrzył na keję. Ludzie wracali grupą z miasta,

wspinając  się  po  klekoczącym  trapie.  Na  końcu  szedł  starszy  marynarz  Cichoń.  Miał  na  sobie
porwaną, skórzaną kurtkę, nieudolnie wypraną, pokrwawioną koszulę i ciętą ranę na twarzy.

– A to co? – ożywił się kapitan.
– Gdzie? – zapytał lekarz.
– Tam – Sowa wskazał pokiereszowanego marynarza, który był właśnie w połowie rzęsi-

ście oświetlonego trapu.

background image

15

– Co za cholerny rejs! – zaklął.
– Faktycznie, zbyt wiele tu się dzieje poza nawigacją – zauważył lekarz.
– Pan wie, o co chodzi? – zwrócił się doń kapitan. – Domyślam się – odparł tamten.
– Kim może być ten drugi? To pan ostatnio widział asystenta. Z  kim on się wybierał do

Yaxy Daxy? Proszę pomyśleć, może sobie pan coś przypomni.

Doktor zamyślił się.
– Niekoniecznie musiał to być nasz człowiek – powiedział wreszcie z powagą.
– Niestety nasz, nie było żadnego innego polskiego statku w porcie oprócz „Pasata”, a na

tej cholernej „Róży Południa” znaleziono tylko polskie pety caro i marlboro.

– Tak? – wyraził zdziwienie lekarz. – To nic nie znaczy – dodał po chwili. – W Casablance

w tym dniu były dwa inne polskie statki. Ja je widziałem.

– Co? – wykrzyknął kapitan Sowa.
– Były tam dwa jachty w basenie sportowym, panie kapitanie – wyjaśnił lekarz. – Widzia-

łem, obydwa. Jeden „Narcyz” czy „Storczyk”, coś z kwiatów, a drugi – jakiś „Wojewoda"”..
Słupski, Bydgoski, Gdański... nie pamiętam, bo nie zwracałem na nie uwagi.

– I pan to mówi dopiero teraz?!
– Teraz?, przecież mnie nikt o nic nie pytał. Myślałem, że pan wie o tych jachtach.
Lekarz pojechał do szpitala sprawdzić, jak wygląda stan zdrowia drugiego oficera, a kapi-

tan powrócił do rozważań. Jego tok rozumowania został zmącony. Faktycznie nie uwzględnił,
że w porcie Casablanca mogły być jakieś inne statki niż transportowce lub rybackie. Polecił
więc natychmiast radiooficerowi, aby ten mimo nocy udał się do miasta i z posterunku policji
w  Las Palmas porozumiał się z policją w Casablance. Radiostacja na „Pasacie”  z  uwagi  na
postój statku w porcie była nieczynna. Oczekując na  wiadomość,  kapitan układał listę osób
„Pasata”, które mogłyby być podejrzane o udział w „skoku”, jaki asystent przypłacił życiem.
Uwagę  szefa  bazy  szczególnie  zaprzątnął  starszy  marynarz  Cichoń.  Portowe  bójki  należały
już w zasadzie do przeszłości. Wygląd powracającego, z miasta Cichonia świadczył, że prze-
żył on jakąś groźną przygodę. A Cichoń pasował kapitanowi w jego przymiarkach do  rejsu
„Róży Południa” już przedtem. Dowódcy „Pasata” nie chodziło o ukaranie marynarza zamie-
szanego w tę aferę. Najważniejsze było niedopuszczenie, aby banda, zgodnie ze swoim zwy-
czajem,  załatwiła  drugiego  człowieka,  który  dał  się  ogłupić  niezwykłą  propozycją.  Gdy  po
dwóch  godzinach,  już  późną  nocą,  radiooficer  powrócił  z  wiadomością,  która  potwierdziła
słowa lekarza, oblicze kapitana nieco pojaśniało. Nie na długo jednak, bo policja marokańska
była zdania, iż alibi żeglarzy z jachtów jest niepodważalne. Sprawdzono wszystkich. Kapitan
wrócił więc do Cichonia. Wcześnie rano, przed zejściem ludzi do miasta, zaprosił chłopaka na
rozmowę. Marynarz przyszedł z szerokim plastrem na twarzy. Kapitan posadził go przed so-
bą, chociaż na tym statku z zasady marynarze stali gdy rozmawiali z kapitanem.

– Interesuje mnie pański wczorajszy wypadek – zagaił dowódca.
– Głupstwo, panie kapitanie. Poradziłem sobie – uśmiechnął się  tamten, krzywiąc z bólu

nie oklejoną plastrem część twarzy.

–  Jak  to  było?  –  zapytał  kapitan,  dając  do  zrozumienia,  że  coś  już  wie  i  interesują  go

szczegóły.

– Wyszedłem z bodegi i skoczyły na mnie jakieś dwa typy, jeden zastąpił mi drogę, a drugi

zaatakował z tyłu.

– Bez powodu? – zapytał przerywając marynarzowi kapitan.
– E, bez powodu, powód był.
– Jaki?
–  Miałem  trochę  forsy,  pokazałem  ją  nieopatrznie  przy  płaceniu.  Musieli  widzieć,  skur-

wiele, i potem ustawili się po drodze.

– Ą skąd pan miał tę  forsę?  Ile  to  było?–  naciskał  kapitan.  Marynarz  popatrzył  na  szefa

spode łba.

background image

16

– Pan zadaje takie pytania, panie kapitanie, a czy to, pańska sprawa?
Kapitan  spojrzał  uważniej  na  Cichonia,  przyglądał  mu  się  długo,  aż  tamten  odwrócił

wzrok.

– Słuchaj, człowieku 

– powiedział – sprawa jest poważniejsza, niż ci się zdaje, radzę mów.

Cisza  zapanowała  w  kabinie.  Za  uchylonym  oknem  pracowały  dźwigi.  Szedł  wyładunek

drugiej ładowni i załadunek trzeciej. Unosy skrzypiały, ludzie  pokrzykiwali przy workach z
chemikaliami dla Dakaru. Cichoń poruszył się w fotelu.

– Opyliliśmy trochę towaru. Wie pan, parę kartonów „prastarej” i ręczniki frote. Było tego

pół pickupa. I po co panu wiedzieć takie rzeczy? Nasze było, nie statkowe.

Szef nadal przyglądał się podwładnemu.
– Kto był w tej paczce? – zapytał. Cichoń milczał.
– Kto należał do kontrabandy?! – powtórzył pytanie Mikołaj Sowa.
– No, tego to już panu nie powiem. Taka jest zasada, wie pan o tym, no nie?
Kapitan zamyślił się. Jeżeli faktycznie Cichoń bawił się w jakieś tuzinkowe przemyty, to

tylko w tym przypadku, jeśli przedtem nie zwinąłby grubszej forsy od Yaxy Daxy w Casa-
blance. Nie tylko on zresztą, każdy, kto tu kombinował na „prastarej” i ręcznikach frote, po-
winien być poza podejrzeniami. Tyle, że ów tuzinkowy towar na Las Palmas przygotowany
był pewnie wcześniej i ten, kto uczestniczył w takiej zabawie,  nie mógł  się  nagle  wycofać,
mimo że głupie kilkadziesiąt dolarów już go nie urządzało.

Cichoń nie wytrzymał zbyt długiego milczenia.
– Powiedziałem panu prawdę, ale w cztery oczy, prywatnie... Oficjalnie tego nie potwier-

dzę. Taki przemyt to się wyśmiać, nic więcej. A będą dokuczać, po co mi to. Powiedziałem
wszystko, więcej nie powiem.

– No, to może pan iść, panie Cichoń – powiedział Sowa spokojnie.
Dowódca „Pasata” pozostał sam. Podejrzenia, że Cichoń jest zamieszany w sprawę z Ca-

sablanki,  raczej  ugruntowały  się  w  jego  przekonaniu.  Rozważania  te  przerwało  pukanie.
Otworzyły się drzwi i do salonu wszedł lekarz.

– Przepraszam, już pan nie śpi, kapitanie?
– No, jak drugi? Co z nim? – zapytał szef bazy powstając z fotela.
– Nie tak źle, noga tylko skręcona, za to złamane dwa żebra.
– On też gdzieś walczył?
– Nie wiadomo, coś ukrywa, miał przygodę mniej przyjemna niż tylko z dziwką w łóżku.

Koniecznie chce wracać na statek, o pozostawieniu go w szpitalu nie może być mowy. Kapi-
tan zamyślił się.

– Czy pan. wie, jaka jest sytuacja na statku? – zapytał lekarza po chwili milczenia.
– Jeżeli chodzi o stan zdrowia załogi...
– O zagrożenie, nie o stan zdrowia chodzi.
– Pozwoli pan, że ja będę interesował się zdrowiem załogi, nie czym innym.
W  salonie  znowu  zapanowało  milczenie,  lekarz  zapalił  papierosa,  zaciągnął  się,  kapitan

wykrzywił twarz, nie znosił dymu.

– Gdyby tego człowieka wsadzić na pierwszy spotkany po drodze, wracający do kraju sta-

tek, wyszedłby z tego żywy. Za naszą granicę nie sięgają łapy tutejszych gangów. Ja muszę
wiedzieć kto to jest, inaczej ani się obejrzymy, jak nam zamordują drugiego człowieka.

– Nie przesadza pan? – zapytał spokojnie lekarz, któremu te obawy nie udzielały się zbyt-

nio.

– Pan nic nie rozumie – mruknął kapitan.
– Możliwe, nie znam się na tym, ale jeżeli ten człowiek zabrał łup, to go nie mogą po pro-

stu zabić w mieście, bo nie odzyskają wówczas niczego.

Argument był logiczny. Kapitan nie odpowiedział. Doktor palił papierosa, Mikołaj Sowa

patrzył gdzieś w kąt.

background image

17

– Wie pan co? – lekarz zwrócił się do szefa w sposób bardziej bezpośredni niż dotychczas.

– To sprawa nie na nasze głowy, panie kapitanie, nie na nasz poziom. Gdyby zginęło ze statku
sto  par  roboczych  rękawic,  dziesięć  puszek  farby  albo  koło  ratunkowe  z  pokładu  to  rozu-
miem, ale tu idzie o śmierć dwóch ludzi, setki tysięcy dolarów, narkotyki, rabunki. Pan chce
w to wchodzić, panie kapitanie?

– Dziękuję, doktorze – mruknął kapitan wstając z miejsca. Z pokładu dochodziły głośniej-

sze stuknięcia, zamykano drugą ładownię. Statek gotowy był do wyjścia z portu w Las Pal-
mas.

background image

18

III. W DAKARZE SPOKÓJ

Fala biegła od zachodu, była rześka jak wiatr, który zerwał się wieczorem. Kapitan siedział

na wysokim fotelu w sterowni. Spory tankowiec szedł kontrkursem. Oficer wachtowy rozpo-
znawał przez lornetkę ze skrzydła mostku ten statek, aby zrobić odpowiedni zapis w dzienni-
ku. Na pokładzie wszystko było w porządku. „Pasat” robiąc pełne osiemnaście węzłów zbli-
żał się do Dakaru. Gdy był już w zatoce, ludzie wybiegli na pokłady. Żar lał się z nieba, sło-
neczny blask raził w oczy. Z lewej burty ukazała się kamienista wyspa z zabudowaniami cha-
rakterystycznymi dla fortu. Dakar miał nie najlepszą opinię u marynarzy. Piękne miasto to nie
wszystko. Port był obcy, nie miał atmosfery wielkiej przystani dla wszystkich. Dakar nie Las
Palmas.  Senegal  nie  Kanary,  mówili  ludzie,  z  pewnym  żalem  spoglądając  na  zbliżający  się
brzeg brunatnobrązowej ziemi.

I oto wyspa Ille de Gorée na trawersie. Półwysep Zielonego Przylądka, którego szpic naje-

żony jest zębami nabrzeży i portowych urządzeń, leżał przed „Pasatem” w całej okazałości.
Miasto jakby wychodziło z ziemi i kładło się na morzu kilka mil od afrykańskiego kontynen-
tu.  Cóż  przyniesie  ten  port,  jakie  wyjaśnienie  kapitańskiej  zagadki?  Od  falochronów  sunie
biała  motorówka.  Pilot  z  Dakaru.  Motorówka  prześlizguje  się  przy  burcie  bazy,  czarny  jak
heban Senegalczyk przeskakuje na sztormtrap „Pasata”.

Na dakarskiej kei ruch. W porcie jak okiem sięgnąć wysokie kilkupiętrowe pryzmy. Tysią-

ce worków ułożonych w stosy sięgają ponad maszty zacumowanych w pobliżu statków.

– Co to jest? Co oni mają w tych workach? – pyta ktoś, kto jest tu po raz pierwszy. Gdy

przypłynie do Dakaru po raz drugi, będzie wiedział, że Senegal to ziemne orzeszki, tysiące,
miliony ton arachidowych orzeszków. Na pozór niewinna ta uprawa wyparła w tym brunat-
nokamiennym kraju inną roślinność z niemal wszystkich miejsc, w których rodziła owoc tu-
tejsza  gorąca  ziemia.  Orzeszki  wyparły  nawet  proso,  będące  pszenicą  i  ryżem  Senegalu.
Orzeszki  stały  się  dla  mieszkańców  kamiennych  wiosek  i  gliniasto-betonowych  miasteczek
swoistego  rodzaju  dolarem.  Towarem  i  walutą,  za  którą  z  innych  krajów  sprowadza  się
wszystko.

Statek zbliża się do nabrzeża. Widać już cumowników drzemiących na portowych kejach

w oczekiwaniu na nieczęstą robotę. Poszczerbiony beton tuż przy burcie „Pasata” pokrywa się
dywanikami, workami i szmatami, na których wyrastają hebanowe i mahoniowe figurki. Wi-
dać je w lornetach. Maszkarony, popielnice, łodzie z wioślarzami w dwóch szeregach. Statek
jest już niedaleko, holowniki ustawiają go przy kei, „Pasat” pomaga sobie sterem strumienio-
wym. Wielki kadłub motorowca obraca się dookoła niewidocznej osi. Trap dotyka afrykań-
skiej  ziemi,  stuka  o  kamienne  nabrzeże  i  zaraz  pełznie  po  nim  do  góry  sznur  paradnie  wy-
strojonych, czarnych niczym najciemniejsza noc urzędników. Wymachują  wąsami krótkofa-
lówek, rozprawiają coś gorączkowo między sobą. Na ich twarzach, podobnych do siebie ni-
czym krople atramentu, maluje się zadowolenie bawiących się w sklep dzieci. Kapitan czeka
w salonie na eksodus, który zaraz się zacznie. Celnik, policjant, przedstawiciel portu, urząd
sanitarny. Zjawią się wszyscy, każdy będzie miał problem, każdy będzie miał jakieś zastrze-
żenia. Wyjdą, taszcząc wypchane siatki, będą mieli wszystko oprócz zastrzeżeń i problemów.
Młoda republika. Hana na mostku pali fajkę, mruczy coś do młodszych oficerów, jak to po-
prawiło się przeciętnemu Senegalczykowi, odkąd wyszli stąd francuscy kolonizatorzy. Kiedyś
Dakar był naprawdę „Paryżem Afryki”, rozwijał się, rósł, stanowił port międzynarodowy dla
krajów Afryki. Potem urzędy zajęli tacy odprasowani, taszczący na ramionach i głowach bak-
szysz urzędnicy. Zabrzmiało głośne pukanie do drzwi i zawitali pierwsi goście. Wkrótce salon
wypełniony był do ostatniego miejsca, a kompetentni urzędnicy przybywali nadal. Kapitano-
wi przyszło do głowy, że w ten sposób mógłby wtargnąć na jego statek cały desant wielkiego

background image

19

przemytnika,  bo  przecież  nie  sposób  sprawdzić,  czego  chce  który  z  tych  portowych  i  miej-
skich notabli, prócz mrożonej ryby, amerykańskich papierosów i francuskiego mydła.

Handlarze na kei nie przepuszczali nikogo. Specjalnie zorganizowany dla załogi „Pasata”

targ musiał się opłacić. Sprzedawcy polerowali łokciami swych przedziwnie grubych jak na
taki upał swetrów mahoniowe i hebanowe figurki. Żądali za nie bajońskich sum, opuszczając
zaraz cenę do połowy, a potem do ćwierci. Krystek i Cichoń poruszali się w tej ciżbie zręcz-
nie. Obaj mieli już mocno wypchane torby, których metalowe rączki wyginały się pod cięża-
rem hebanu i mahoniu. Stary Senegalczyk w białej, długiej aż do brudnego asfaltu galabii za
wielką popielnicę w kształcie nagiej Murzynki niosącej na głowie szeroką czaszę żądał pięć-
dziesiąt dolarów. Dostał od Krystka pięć ręczników, dwanaście buteleczek „prastarej” i zno-
szoną  samodziałową  marynarkę.  Popielnica  wyrzeźbiona  była  z  jednego  pnia,  ważyła  prze-
szło dwadzieścia kilo i była naprawdę interesująca. Nie gorszy interes zrobił Cichoń. Ludzie
powoli rozpalali się, ogarniał ich amok zakupu. Senegalczycy opuszczali ceny. Szedł już tyl-
ko handel wymienny. Maszkarony za polskie dżinsy i bluzy „Odra”, hebanowe słonie za my-
dło i mleko skondensowane w puszkach. Worek orzeszków za dziesięć kremów niwea.

Na środku kei formowała się wycieczka do miasta. Nie był to taki tłum i nie miał takiej

werwy, jak w Las Palmas. Bo cóż można zobaczyć w Dakarze? Zobaczyć? Raczej co można
kupić w Dakarze? Kupić niewiele. A zobaczyć można szerokie ulice, wielkomiejskie budow-
le, imponujący przestrzenią i rozmachem Plac Rządowy. Zobaczyć można czarnych żebraków
siedzących w kucki pod pałacem i pod katedrą, chociaż nie widać, aby dawał im kto cokol-
wiek. Zobaczyć można natrętnych handlarzy, którzy wciskają brutalnie białym przechodniom
wypolerowany  mosiądz  przysięgając,  że  jest  to  złoto.  Właśnie  idzie  grupka  marynarzy  z
Krystkiem  i  Cichoniem  na  przedzie  przez  samo  centrum  miasta.  Ludzie  radzi  by  napić  się
piwa,  ale  piwo  drogie.  Krystek  z  Cichoniem  nie  wyglądają  na  milionerów  w  tym  porcie,
szkoda, że nie ma tu kapitana Sowy. Gdyby zobaczył, jak obaj jego podejrzani targują się z
handlarzem przy zakupie kart pocztowych i lotniczych listów, być może zwątpiłby do reszty
w  ich  kontakty  z  potężnym  gangsterem  Yaxy  Daxy...  Tylko  że  ten,  który  wykiwał  bandę  i
przez tyle dni nie ujawnił się nawet najmniejszym szczegółem na statku, gdzie każdy o każ-
dym wie wszystko, właśnie tak powinien kłócić się ze sprzedawcą mango. Krystek popukał
się palcem w czoło i odszedł, chociaż Senegalczyk chciał już wonne owoce oddać za czwartą
część ceny wywoławczej.

W powrotnej drodze przyczepiła się do Cichonia brunatnobrązowa dziewczyna. Mówiła po

francusku, angielsku i trochę po polsku, że jest przewodniczką i zaprowadzi wszędzie, gdzie
trzeba.  Miała  też  do  sprzedania  drogie  kamienie  w  skórzanym  woreczku.  Pokazywała  je
ukradkiem,  żeby  nie  zobaczyli  policjanci.  Bo  szafiry,  diamenty  i  topazy  miały  pochodzić  z
przemytu. Dlatego były takie tanie i była to okazja wręcz wyjątkowa. Złoto też miała, stare,
mauretańskie monety. Po trzydzieści gramów osiemnastokaratowego kruszcu każda. Monety
świeciły się jak reflektory. Kiedy ani złoto, ani diamenty nie znalazły nabywców, okazało się,
że  brunatnobrązowa  piękność  ma  do  sprzedania  coś  jeszcze.  Koło  hotelu  średniej  klasy
dziewczyna chwyciła za rękę któregoś marynarza i poczęła  go  ciągnąć w kierunku  wejścia.
Wypinała  biust  i  kręciła  biodrami.  Mówiła,  że  tam  jest  prysznic  i  ona  zaprasza  na  kąpiel.
Szczerzyła nawet dość ładne, równe zęby, mówiła że ona mucho, mucho  kochać...  za  dwa-
dzieścia amerykańskich dolarów, potem opuściła do piętnastu i zmieniła adresata oferty. Ale
Krystek  dość  miał  widocznie  „mucho,  mucho  kochania”  w  Las  Palmas.  Jeszcze  utykał  na
nogę  i  prażył  się  w  elastycznej  opasce  na  połamanych  żebrach.  Dziewczyna  zaczęła  wtedy
bulgotać, ciskać złe spojrzenia. Sypała przekleństwami po włosku i francusku, dodając pol-
skie.  Krzyczała,  że  ona  jest  przewodniczką,  o  tutaj  ma  odznakę,  przeprowadzała  turystów
przez  całe  miasto  i  teraz  należy  jej  się  zapłata.  Groziła  policją.  Krystek  przystanął  i  zaczął
szukać czegoś w kieszeniach. Cichoń doskoczył do niego.

– Panie drugi, niech pan jej nic nie daje, bo się nie odczepi.

background image

20

Dziewczyna stanęła i poczęła głośno krzyczeć.
Dwóch  Senegalczyków  przystanęło  i  patrzyło  na  tę  scenę,  potem  przystanął  trzeci.  Mu-

rzynka  wrzeszczała  coraz  głośniej.  Nie  wiadomo  jak  by  skończyła  się  ta  scena,  gdyby  nie
Cichoń,  który  nagle  złapał  się  za  kieszeń  i  zaczął  machać  rozpaczliwie  rękami.  Zawodził
kiepską francuszczyzną: – Gdzie są moje pieniądze? Policja! Zginęły pieniądze.

Senegalczycy szybko odeszli z miejsca, w którym zanosiło się na zbiegowisko. Uporczywa

handlarka i przewodniczka zamilkła i szybko zniknęła w tłumie.

– No poszła... – westchnął z ulgą Cichoń.
– A twoje dolary? – zapytał ktoś z grupy.
– Jakie dolary?
– Te, co ukradła?
– Głupiś, z nimi trzeba ich metodą. Wiedziała, że gdyby przyszedł policjant, musiałaby dać

mu bakszysz albo iść na komisariat. Już oni ją tu pewnie znają w tej dzielnicy.

Między „Pasatem” a statkiem z wielkim białym napisem „Monrovia” na rufie kołysała się

niewielka  motorówka  wystylizowana  na  wenecką  gondolę.  W  jej  wnętrzu  na  pluszowych
czerwonych poduszkach siedziały trzy młode kobiety o makijażu i wyglądzie dość charakte-
rystycznym.  Wszystkie  trzy  damy  były  sinoczarne  i  tym  samym  odbiegały  nieco  urodą  od
pięknych Włoszek, jakie zwykło się oglądać na takich romantycznych łodziach, przeważnie w
złotych ramach kiczowatych obrazów. Ubrany nie po wenecku a w tropikalny garnitur „gon-
dolier” zapraszał na „włoski bal” połączony z morską wycieczką dookoła Dakaru.

– Co to jest włoski bal? – zainteresował się Krystek.
– Panie drugi, jaki bal? To jest tramwaj wodny do burdelu. Popatrz pan na te damy, od ra-

zu widać, co to za towarzystwo – wyjaśnił Cichoń.

Mulat „gondolier” nie zrozumiał wszystkiego dobrze po polsku, ale ponieważ padło słowo

o znaczeniu międzynarodowym pokręcił przecząco głową.

– No burdel, no burdel – uśmiechał się ujmująco. – Bal, całonocny bal w lokalu „Venezia”,

a jeżeli komuś z panów spodoba się bardzo któraś z pań, panowie jesteście dorośli. Bambino
do casina „Venezia” nie wpuszczamy. – Mulat skłonił się paradnie.

Kilku obcych marynarzy siedziało już w gondoli.
– A ile taki bal kosztuje? – dopytywał się Krystek, bo dziewczyny w łodzi były młode i

bardzo zgrabne.

– To nie jest żaden koszt, to jest prezent od miasta dla samotnych marines amigos. Opłata

symboliczna: dwadzieścia pięć amerykańskich dolarów – szczerzył białe zęby mulat „gondo-
lier”, pewnie Arab.

– Dwadzieścia pięć? Z tym jak się będzie któraś z dam podobała, czy bez tego? – wypyty-

wał Krystek jąkając się nieco podłą francuszczyzną.

Arab skłonił się znowu i uśmiechnął:
– Dziesięć dolarów bal i napiwek dla kapitana łodzi. Reszta jako prezent na kosmetyki dla

piękności, którą łaskawy pań wybierze.

– Burdel z pozorami – parsknął Cichoń. – Widzi pan, panie drugi, jaki luksus.
–  No,  no  burdel,  no  burdel  –  powtórzył  mrużąc  filuternie  oko  Arab.  –  Bankiet,  zabawa,

uczta dla dorosłych amigo, puanów – dodał „po polsku”.

Marynarze z „Pasata” patrzyli z zazdrością na tych w środku „gondoli”. Być może należał

im się taki bankiet dla dorosłych po tylu morskich dniach i morskich nocach. Ale dwadzieścia
pięć dolarów? Dodatek dewizowy za pół miesiąca w tej strefie. A gdzie taksówki, piwo, odło-
żone na Baltonę dla żony i dzieci centy? Bez pieniędzy z juku zwiniętego gangsterowi Yaxy
Daxy  na  jachcie  „Róża  Południa”  trudno  zdecydować  się  naszym  na  przyjęcie  podobnego
zaproszenia. A te wielkie pieniądze ma najwyżej jeden i to zupełnie nie wiadomo który. Pa-
trzą więc ludzie na Krystka, ale Krystek nie ma chyba tamtego miliona, bo zdekonspirowałby
się  teraz  pewnie  i  zajął  miejsce  w  gondoli.  Do  grupki  marynarzy  przeżywających  katusze

background image

21

rozterki doszlusował lekarz. Patrzy z boku na Krystka. Ci z taniej bandery tymczasem wypeł-
nili już całą „gondolę”, dotykają czarnych dziewczyn zbudowanych jak reklamowe laleczki,
w czarno-czerwonych niby weneckich sukniach.

Wreszcie „gondola” odpływa i przecinając  portowy  basen  oddala  się  szybko  w  kierunku

Cap Manuel'a.

Kapitan Sowa-Osowski jest w tym porcie bardzo zajęty i ciągle nie ma czasu na niespo-

kojne rozmyślania. Logiczna prawda, że samo wyjście na miasto nie zagraża Nierozpoznane-
mu, uspokoiła go nieco. Yaxy Daxy nie zdecyduje się przecież na następne morderstwo tylko
dlatego, że chce się zemścić na marynarzu. Yaxy musi odzyskać łup, więc w Dakarze pewnie
znowu wrócą na burtę wszyscy. A tu też trafiał się ładunek. Dobry ładunek, bardzo po drodze.
Kilkaset ton oleju arachidowego dla Walvis Bay w Namibii. Niemal wprost na kursie do Cape
Town. Armator nie wie o tym ładunku, trzeba go zawiadomić i uzyskać zgodę.

Około południa do kapitana zadzwonił konsul polski z Dakaru. Miał ważną sprawę, prosił

dowódcę  „Pasata”  do  siebie,  pytał,  o  której  ma  przysłać  samochód.  Kapitan  umówił  się  na
szóstą wieczorem. Tymczasem robota szła na pokładzie w żółwim tempie. Senegalczycy ob-
legali mrowiem worki i palety, kręcili się koło nich jak pszczoły u wejścia do ula. Oglądali się
jeden na drugiego w nadziei, że być może któryś załamie się w tym konkursie nieróbstwa i
nie tylko podejdzie do wora, ale weźmie go na plecy, doniesie od burty do światłoluku, ułoży
na palecie. Niewielu takich było. Robota drzemała, ruszała na chwilę i znowu drzemała.

Wreszcie przyszedł wczesny wieczór i pod trap podjechał samochód z konsulatu. Kapitan

w tropikalnym mundurze wyruszył na to spotkanie.

Konsul poczęstował go zimnym piwem i słonymi paluszkami. Po krótkich grzecznościo-

wych wstępach przystąpił do rzeczy: Otóż otrzymał wiadomość z Casablanki, którą pragnął
przekazać dowódcy statku. Chodziło o Nierozpoznanego z „Róży Południa”. Policja w Casa-
blance nadal pilnie interesowała się tą sprawą. Konsul popijając nieco już mętne piwo i za-
gryzając nie pierwszej świeżości paluszkami, mówił o sprawie w sposób leniwy, pozostawia-
jąc wszelkie emocje na boku. Kapitan Sowa słuchał uważnie. Nowym elementem było jedy-
nie  kilka  szczegółów  dotyczących  Nierozpoznanego.  Otóż  Kasprzyka  i  kogoś  drugiego  wi-
dziano  w  porcie  jachtowym,  przy  zacumowanej  jeszcze  „Róży  Południa”.  Zapamiętały  ich
dwie  Francuzki,  wypływające  swoją  żaglówką  na  redę  portu.  Obydwie  żeglarki  rozpoznały
później ciało Kasprzyka. Na jego towarzysza nie zwróciły przedtem uwagi. Wydawało im się
jednak, że był to blondyn średniego wzrostu albo raczej wysoki.  Lat mógł  mieć  trzydzieści
pięć, lub czterdzieści. Ubrany był w rudą skórzaną kurtkę i dżinsy. Żadnych znaków szcze-
gólnych nie miał, okularów też chyba nie nosił. Tyle wiedział konsul o Nierozpoznanym. Do
tego opisu pasowało wielu: Krystek, Cichoń. Nie pasował jednak  kapitan Hana. Pasował le-
karz i bajkok-nawigator. Lekarz był zresztą poza podejrzeniami. Konsul dysponował jeszcze
jedną nowiną. Otóż z jachtu, jak stwierdziła właścicielka, zginął pewien szczegół. Piękna ma-
ska z hebanu, zdobiona złotem. Było to pewnego rodzaju dzieło sztuki. Przy Kasprzyku owe-
go cacka nie znaleziono, więc zabrał je chyba Nierozpoznany. Innym, nowym elementem w
sprawie były odnalezione łuski z pistoletu, którym posługiwał się Carate John. Znaleziono ich
cztery. Tymczasem w zwłokach Kasprzyka były dwa pociski, jeden utkwił w boazerii, ostat-
niego mimo bardzo dokładnych oględzin kabiny nie odnaleziono. Być może zatem ktoś jesz-
cze został ranny, ale kto. Czyżby Nierozpoznany? Nie znaleziono nigdzie śladów krwi trze-
ciego człowieka. Goście weselni, którzy przybyli do portu jachtowego w momencie, gdy na
„Róży Południa” rozgrywał się dramat, nie widzieli Nierozpoznanego na lądzie lub jachcie.
Ktoś zobaczył  go jedynie,  gdy  płynął  bardzo  sprawnie  w  kierunku  łodzi  zacumowanych  na
pławkach. Co się zatem stało z brakującym pociskiem? Ponadto, dlaczego Carate John chybił
z  tak  bliskiej  odległości?  Jakim  sposobem  mógł  go  powalić  popielnicą  nie  uzbrojony  czło-

background image

22

wiek, skoro tamten trzymał w ręku pistolet i strzelał. Nierozpoznany nie użył żadnego gazu
obezwładniającego, co stwierdziła policja. Zagadek zatem znów przybyło.

– Niestety, niewiele możemy panu pomóc.
Kapitan słyszał to już nie po raz pierwszy.
– Policjanci w Casablance są jednak zdania, że ta sprawa może naprowadzić ich na trop

samego  Yaxy  Daxy,  o  którym  w  istocie  wiedzą  mało.  Przy  czym  należy  przypuszczać,  że
wyjaśnienie zagadki znajduje się na pańskim statku.

– W Casablance były jeszcze wówczas dwa jachty – rzucił kapitan w nadziei, że może do-

wie się czegoś na ten temat.

– Faktycznie były – powiedział konsul. – Policja bierze to pod uwagę. Komisarz twierdzi,

że żeglarze z tych jachtów mają żelazne alibi. Obecnie uwzględnia także możliwość zamie-
szania w grę kogoś z jachtu „Wojewoda Gdański”. To zresztą nie wszystko, mniej więcej w
tym samym czasie nie wrócił na statek jakiś Grek z tankowca i być może właśnie on jest tym,
którego wszyscy szukają.

– Co mam więc robić? – zapytał kapitan.
–  Podjąć  wszelkie  środki  ostrożności,  i  wytężyć  całą  uwagę  –  odparł  konsul.  Kapitan

skrzywił się. Brzmiało to jak farmazoński frazes: „szczególną uwagę, wszelkie środki ostroż-
ności”, wszystko i nic zarazem. Rozmowa w zasadzie była skończona.

O  świcie  „Pasat”  podniósł  cumy.  Na  morzu  leżała  lekka  mgiełka.  Holowniki  odciągały

wielki kadłub chłodniowca od nabrzeża. Wstawał nowy dzień. Przelot szykował się olbrzymi,
następnym portem miał być Cape Town w Republice Południowej Afryki, daleko po drugiej
stronie równika. Statek wyszedł z portowych główek i po prawej burcie przed dziobem uka-
zały się zarysy kamiennej wyspy Ille de Gorée. Półwysep Zielonego Przylądka został za rufą.

background image

23

IV. ŁADUNEK... APOKALIPSA

Morze jest płaskie, wiatr niewielki. Żar leje się z nieba, słońce wypełnia wszystkie zaka-

marki  rybackiego  pokładu.  Ludzie  powyjmowali  leżaki,  wygrzewają  się  po  stu  dniach  An-
tarktydy.  Ładownie  pełne  ryby,  rejs  był  udany.  Jeszcze  równik  przed  dziobem  i  potem  już
coraz bliżej do Kanarów. Tam zakupy dla rodziny i na niewielki biznes, potem dwa, trzy dni i
trawers Gibraltaru, odrobina jazdy przy brzegu Hiszpanii i Portugalii, kanał La Manche, Mo-
rze Północne. Co tu wyliczać, dom już blisko. Tak zawsze myślą rybacy, chociażby na anty-
podach, kiedy zaczyna się przelot powrotny. W sterowni spokój, w maszynie spokój. Wszyst-
ko przebiega planowo. Za dwadzieścia dni w domu. Kapitan Antoni Graham czyta książkę w
swoim salonie. Po stu osiemdziesięciu dniach wytężonej pracy nieco luzu na wszystkich po-
kładach.  Malowanie  też  prawie  skończone.  Ludzie  przyłożyli  się  do  tej  roboty  przed  i  po
Montevideo. Pokłady zielone, burty i nadbudówki białe.

I nagle pryska spokój. Na korytarzach rozlega się tupot, trzaskanie drzwi, tu i tam terkoczą

przeraźliwie dzwonki alarmowe. Oficer na mostku podnosi słuchawkę telefonu i twarz jego
tężeje. O nic nie pyta, odkłada słuchawkę, wykręca  numer.  Telefon  dzwoni  na  kapitańskim
biurku, dowódca trawlera odkłada książkę. Na pokładach leżaki już puste, ludzie pobiegli do
kabin lub na stanowiska.

Drugi mechanik i motorzysta sprawowali wachtę w centralnej kabinie manewrowej. Oby-

dwaj jednocześnie zauważyli dym wydobywający się z rejonu, gdzie usytuowane były agre-
gaty.  Motorzysta  był  tam  pierwszy.  Włosy  zjeżyły  mu  się  na  głowie.  Jeden  agregat  stał  w
płomieniach, kręcił się jeszcze, ale były to jego ostatnie obroty. Mechanik skoczył po gaśnicę
wiszącą przy centralnej tablicy rozdzielczej, po drodze złapał gdzieś drugą, którą rzucił ciągle
osłupiałemu motorzyście. Dwa strumienie piany trysnęły na metalowy korpus okryty języka-
mi  ognia.  Dlaczego  wybuchł  ten  pożar,  obaj  mechanicy  nie  mieli  pojęcia.  Jego  największe
zarzewie było przy kolektorze wydechowym. Pękł już przewód przy którymś cylindrze i pa-
liwo  sikało  na  rozżarzony  do  czerwoności  metal.  Słup  ognia  buchał  wysoko.  Płonący  płyn
bryzgał na metalowe podesty, gretingi i cokoły agregatów. Ogień postępował we wszystkich
kierunkach. Strumienie piany z gaśnic w pierwszej chwili przytłumiły pożogę i spod pulsują-
cej czerwieni wyłonił się kształt głowicy mechanizmu. Ale w innym miejscu ogień wybuchł z
podwójną  siłą.  Rozlewające  się  paliwo  było  już  z  tyłu  za  walczącymi  z  żywiołem  ludźmi,
buchnęły płomienie odcinające im odwrót.

– Uciekaj! – wrzasnął do młodszego kolegi drugi mechanik. Tamten zawahał się. Mecha-

nik spojrzał na przejście, odwrotu nie było. Oleje i farby paliły się na międzypokładach nad i
pod agregatami. Obrócił gaśnicę na drogę za sobą, czerwona butla ciągle rzygała białą pianą.
Płomienie przygasły.

– Uciekaj! – mechanik krzyczał do motorzysty. W siłowni, gdzie pracował na pełnych ob-

rotach  silnik  główny,  nie  było  jeszcze  ognia.  W  chwilę  potem  „Murena”  nie  przypominała
statku, który zbliżał się  do  równika  po  udanym  rejsie.  Sielska  atmosfera  prysła.  W  wąskim
okrętowym korytarzu pospiesznie ubierało się w azbesty kilku ludzi. Gdy byli gotowi, w ma-
skach tlenowych z wielkimi gaśnicami w rękach weszli do siłowni, ale ogień objął już silnik
główny.  Zakręcono  zawory,  odcięto  dopływ  paliwa  do  cylindrów.  Silnik  prychnął  i  stanął.
Ludzie  w  azbestowych  ubraniach  wycofywali  się  po  stromych  schodach  do  góry.  Płonęła
centralna tablica rozdzielcza.

Kapitan i szef maszyny wymienili na mostku krótkie uwagi. Po chwili starszy  mechanik

był  z  powrotem  na  korytarzu  przy  dźwigni  uruchamiającej  system  CO

2

.  Znów  rozległy  się

dzwonki alarmowe wzywające do opuszczenia siłowni, chociaż najprawdopodobniej nikogo
już tam nie było. Starszy mechanik sprawdzał pospiesznie stan swoich ludzi na zbiórce alar-

background image

24

mowej. Nieobecny był jedynie motorzysta Matwiejczyk. Brak chociażby jednego człowieka
w  takiej  chwili  niweczy  cały  porządek  akcji.  Oszklone  drzwiczki  do  dźwigni  systemu  CO

2

były już otwarte. Za żelazną ścianą huczał ogień. Matwiejczyka ciągle nie było. Czyżby zo-
stał w siłowni? Takie przypuszczenie w zasadzie wykluczało, a co najmniej znacznie opóź-
niało uruchomienie ostatniego i najpotężniejszego odwodu w tej walce – zespołu butli z dwu-
tlenkiem  węgla.  Tymczasem  każda  chwila  zwłoki  groziła  już  nie  tylko  wypaleniem  maszy-
nowni  wraz  z  silnikiem  głównym,  ale  śmiertelnym  niebezpieczeństwem  dla  całego  statku  i
jego  załogi.  Wystarczyło  przecież,  aby  od  żaru  pękły  tanki.  Aby  zapaliły  się  owe  setki  ton
paliwa.  Po  zamknięciu  i  uszczelnieniu  wszystkich  wyjść  i  przewiewów  starszy  mechanik
znów sprawdził obecność załogi maszynowej. Motorzysta znalazł się, był ciężko przestraszo-
ny, robił wrażenie pijanego. Nie było jednak czasu na nagany. Nie było nawet czasu na pyta-
nia, gdzie podziewał się, gdy ogłoszono alarm. Dźwignia systemu CO

2

 opadła na dół. W ma-

szynie huczał ogień, strzelały wyginając się od piekielnego gorąca szoty. Śruba za rufą traw-
lera była teraz martwa i nic jej już w tym rejsie, przed remontem, uruchomić nie mogło. Lu-
dzie mieli blade twarze. Ich statek jak kłoda leżał na środku oceanu, odległy o setki mil od
najbliższej ziemi. W jego sercu buszował złowrogi, niszczący wszystko ogień. Płonęły lakiery
na metalowych powierzchniach, płonęły izolacje i uszczelnienia. W temperaturze rozpalonego
do czerwoności metalu płonęło wszystko. Mimo odcięcia paliwa do maszyny głównej i ma-
szyn  pomocniczych  sporo  jego  wyciekło  z  pękających  przewodów.  W  tę  pożogę  wdarł  się
przeciwpożarowy gaz. Burza ognia cichła, ale szoty oddzielające maszynę od korytarzy i in-
nych pomieszczeń statku stawały się coraz bardziej gorące. Strzelały i wyginały się, zaczęły
kopcić. Pokrywająca je biała farba stała się ruda, potem brunatna.

Wreszcie w maszynie ogień zgasł. Mijały przepisowe  godziny  do  otwarcia  pogorzeliska.

W  kabinach  panowało  milczenie.  Zaplanowany  termin  powrotu  do  domu  diabli  wzięli.  Los
stał się niepewny, chociaż najgorsze minęło, ogień zgasł, nie wybuchły tanki.

Kapitan chodził po kabinie w tę i z powrotem. Sytuacja była fatalna. Statek został pozba-

wiony  napędu.  To  jednak  nie  było  najgorsze.  Ładownie  pozbawione  były  chłodzenia.  A
trawler wracał do kraju z udanego rejsu, jego pomieszczenia nie były puste. Trzy tysiące ton
mrożonej ryby. Taki towar wymaga specjalnych warunków składowania, specjalnych warun-
ków  przewozu.  Nad  „Mureną”  zawisło  więc  podwójne  niebezpieczeństwo.  A  dlaczego  wy-
buchł ten pożar? Rozmowa kapitana ze starszym mechanikiem nie była długa. Nie otworzono
jeszcze żarzącego się ciągle pogorzeliska. Mechanik nie wiedział, co było przyczyną tak sil-
nie rozprzestrzeniającego się ognia. Do chwili wybuchu pożaru wszystko w maszynie było w
porządku.  Jedynie  na  agregacie,  od  którego  wybuchły  płomienie,  odizolowany  był  na  prze-
strzeni co najmniej metra kolektor wydechowy. Uszkodzona była tam od dawna blacha osła-
niająca warstwę azbestu. Starszy postanowił dokonać naprawy podczas przelotu. Po zdjęciu
zniszczonej osłony azbest rozsypał się w kilku miejscach. Zdjęto więc go, aby położyć nowy.
Minęły dwa dni i naprawa nie wiadomo czemu nie dobiegła końca.  Goła, rozpalona rura nie
stykała się jednak z niczym co mogło stać się przyczyną pożaru.

Wypalona siłownia statku była cicha i pusta. Po otworzeniu włazów i drzwi wyglądała jak

pogorzelisko. Zwisały zewsząd przepalone kable i przewody, różnokolorowe lakiery na zawo-
rach  i  dźwigniach  teraz  były  jedynie  czarne  i  brunatnobrązowe.  Wcześnie  wpuszczony  gaz
uratował statek przed spłonięciem, maszynownia nadawała się jednak tylko do stoczniowego
remontu.

Technolog w kapitańskiej kabinie bębnił palcami po stole.
– Niech pan do cholery przestanie – warknął kapitan.
– Dwa tysiące dziewięćset pięćdziesiąt ton, pełne trzy ładownie – powiedział głucho.
Kapitan milczał. Szef produkcji poruszył się niespokojnie.
– Trzeba zatrzymać jakiś trawler, który idzie na łowisko. Niech wrócą jakieś pudło z drogi

albo każą mu zboczyć z kursu. Inaczej wie pan, co będzie.

background image

25

– Wiem – mruknął kapitan.
–  Możemy  wytrzymać  z  tym  trzy,  maksimum  cztery  doby,  potem  zacznie  syfić.  Trzysta

ton gnijącej w tym cholernym słońcu ryby. Trzeba by utopić statek.

– Niech pan nie kracze – mruknął kapitan.
– Jak nie krakać. Żadnego pustego statku blisko nie ma. Gdyby wysłali coś z kraju, nawet

szybki ekspresowiec lub trawler...

– Trawler nie zrobi panu takiego przeładunku – pokręcił głową kapitan.
– Właśnie – zgodził się tamten – więc jeżeli wyślą nam z Gdyni lub Szczecina chłodnio-

wiec, będziemy go tu mieli za dwa tygodnie.

– Za dwa tygodnie to zgnijemy razem z rybą – kapitan uniósł się z fotela i krążył po salo-

nie.

Sytuacja  należała  do  wyjątkowych.  Pożar  zniszczył  siłownię,  poszły  z  dymem  obydwa

agregaty prądotwórcze. Trzy tysiące ton ryby leżało w zamrożonych kartonach między meta-
lowymi  wężownicami,  w  których  zawsze  przepływał  schłodzony  do  minus  kilkudziesięciu
stopni freon. Obecnie ten freon nie był schładzany w ogóle. Agregaty stały. Prądu nie było.
Za  to  było  nad  statkiem  białe,  wściekle  gorące,  równikowe  słońce.  Kapitan  wytarł  twarz
chustką, technolog napił się łyk wody mineralnej z butelki i wykrzywił twarz boleśnie. Woda
była ciepła, w salonie panował zaduch, termometr wskazywał  czterdzieści stopni Celsjusza.
Klimatyzatory i wentylatory były nieczynne; lodówki też odmówiły posłuszeństwa. Martwe
były  nie  tylko  agregaty.  Stał  również  silnik  główny.  Statek  był  niemanewrowy,  mógł  tylko
dryfować. Nie mógł wejść do żadnego portu w celu rozładowania ryby... Pozostało oczekiwa-
nie na ratunek. A ratunek, o ile miałby nadejść z kraju, mógł jedynie przybyć za późno.

– Muszą coś zaczarterować – powiedział technolog.
–  Zaczarterować?  Przeładunek  na  Francuza,  Anglika,  Hiszpana  czy  Amerykańca  będzie

kosztował tu tyle, co nasza ryba albo więcej. Oni za robotę w dryfie liczą sobie. Taki sport
uprawiają tylko nasi. Woda spokojna, ale gdy tylko dobije statek do statku, zaraz widać, że
jest inaczej. Martwa fala chociaż niewielka, to jednak miesza.

– Co zatem pan zdecyduje? – technolog pocił się i dyszał, wyraźnie pragnąc, aby już skoń-

czyła się ta konferencja.

– Co ja zadecyduję. Ja mogę tylko czekać na odpowiedź. Sami nic nie zrobimy. Wezwa-

łem pana, żeby oficjalnie usłyszeć to, co wiem nieoficjalnie. Jak długo ta ryba wytrzyma? –
Technolog miał tępy wyraz twarzy, mówił powoli, jakby z wysiłkiem.

– Przez trzy doby ładownie będą trzymać zimno od zamrożonej ryby. Potem zaczną pusz-

czać kartony przy burtach i pokładzie. Jeżeliby przyszedł chłodniowiec, na przykład dzisiaj,
ryba byłaby uratowana.

– My też – wtrącił kapitan.
– My też – powtórzył technolog. – Wie pan zresztą, każdy dzień zwłoki to strata kilkudzie-

sięciu ton kerguleny. Gdzie to wywalać? Za burtę? Wszystkie rekiny z całej Afryki tu zwabi-
my.

– Rekiny? – wzruszył ramionami kapitan. – Zdechniemy od smrodu. To będzie gnić i dry-

fować razem z nami. Zaraza.

– Zaraza – zgodził się technolog. – A co armator?
–  Armator  dopytuje  się  o  przyczyny  pożaru.  A  cholera  wie,  dlaczego  pożar  wybuchł.

Wszystko było w porządku. Wygląda, jakby ktoś wylał wiadro ropy na kolektor wydechowy i
uciekł. Oglądaliśmy dokładnie, nie można ustalić przyczyny.

Chwilę w kabinie panowało milczenie. Obydwaj rybacy jakby osobno dokonywali analizy

sytuacji. Kapitan patrzył na morze i powoli mówił:

– Mój stryj woził przez Atlantyk amunicję do armat i bomby lotnicze. To było w począt-

kowym okresie wojny. U-Bootów kręciło się wówczas w morzu więcej niż rekinów. W każ-

background image

26

dej  chwili  należało  spodziewać  się  torpedy  w  burcie.  Można  sobie  wyobrazić,  co  by  było,
gdyby taka torpeda wpadła do kilku tysięcy ton bomb.

– Apokalipsa – przerwał „staremu” szef produkcji.
– Apokalipsa? – skrzywił się kapitan. – Stryj mówił, że nie, że zawsze wolał mieć te piguły

na statku, niż ich nie mieć.

– Co pan opowiada, panie kapitanie – wzruszył ramionami technolog.
– Ano właśnie, nie rozumie pan? Stryj mówił, że kiedy wiózł te piguły i przychodziła pora

raz lub dwa na dobę, aby z godzinę mógł się przespać, to spał spokojnie, bardzo spokojnie.

– Dziękuję... – mruknął technolog.
– Za co pan dziękuje?
– Za taki spokój.
– Nic pan nie rozumie – powtórzył kapitan. – Wtedy każdy kapitan obawiał się najbardziej

jednego – kierowania akcją ratowniczą po storpedowaniu. Mróz, śnieg, ciemność, sztormowa
fala... A ludzie póki są żywi, chcą się ratować. Kiedy na przykład mój stryj na tym liberciaku
wiózł  w  konwoju  mąkę  albo  samochody  ciężarowe,  prześladowała  go  zmora...  Śnił  mu  się
storpedowany  statek  i  zacinające  się  na  przechylonych  z  pokładem  żurawiach  szalupy.  Jak
tylko zamknął oczy, widział w ciemności siebie na mostku, gdy liberciak tonie w lodowatej
wodzie, a on... No właśnie, a on ma ratować ludzi. Powiadał: „Kiedy wiozłem te piguły, spa-
łem głęboko jak suseł. Nieraz wachtowy musiał mnie szarpać sporą chwilę, tak mi się smacz-
nie spało. Wiedziałem, że budzić mogą mnie tylko wówczas, gdy jeszcze żyjemy. Gdyby sta-
tek został storpedowany, byłbym  od  razu  zwolniony  ze  wszystkiego.  Nawet  nie  musiałbym
wstawać z koi”. Tak mówił stryj. Ja go rozumiem – rozgadał się nieco kapitan. – I wie pan co.
Tamten ładunek to nie była apokalipsa. Nasz ładunek to apokalipsa, coś, co trudno sobie wy-
obrazić, gdy stanie się najgorsze.

– Teraz pan kracze? – technolog miał  jakby  jeszcze  bardziej  spłaszczoną  twarz  po  prze-

mówieniu kapitana.

– Myśląc realnie, to ja pomocy nie widzę. Co będzie, jak zacznie gnić ryba? To mi nie daje

spokoju, nie muszę zamykać oczu, aby mieć różne potworne wizje. Pan rozumie, że do wyła-
dunku potrzebny jest port albo baza. Sami tego towaru nie usuniemy. Trzy tysiące ton zgniłe-
go, rybiego mięsa. To jest ładunek-apokalipsa.

Kapitan skończył i w kabinie znów zapadło milczenie.
– Gorąco – powiedział technolog.
– Gorąco – przytaknął kapitan.
– Więc co robimy panie kapitanie? – zapytał szef produkcji zbierając się do wyjścia.
– Niech pan siedzi – nakazał kapitan. Technolog usiadł.
– Czekamy; czekamy na decyzję z kraju. Jeżeli nam nie przyślą jakiejś bazy albo czegoś,

co nas zaholuje do najbliższego portu, w którym jest chłodnia, to będzie źle. – Kapitan roze-
śmiał się sztucznie, jakby chcąc dać do zrozumienia, że mimo takiej sytuacji nie wpadł jesz-
cze w panikę.

– Cholerny pożar – mruknął technolog.
– Cholerny – przytaknął pierwszy po Bogu, a jednak zupełnie bezsilny w tej sytuacji do-

wódca trawlera.

– Co mówią mechanicy?
– Mechanicy mówią, że nie ma cudów, ogień z nieba nie spada. Z wyjątkiem piorunów.
– Myśli pan, że może wchodzić w grę podpalenie? – zapytał niespodziewanie technolog.
– Podpalenie?! – uniósł powieki kapitan.
– No, mówił pan...
– Co mówiłem?!
– Że wiadro ropy...
– Nonsens. Sensacji pan szuka?!

background image

27

– Oczywiście nonsens – przytaknął technolog. Rozległo się pukanie i do salonu wszedł ra-

diooficer. W palcach miał blankiet telegramu zadrukowany prawie na całej powierzchni. Ka-
pitan wyciągnął rękę po papier. Trzymał go przed sobą i stojąc na szeroko rozstawionych no-
gach pospiesznie przebiegał oczami rzędy liter. Twarz jego rozjaśniła się.

– Widzi pan? – zwrócił się do technologa.
– Nic nie widzę.
– Jest ratunek – kapitan podał telegram szefowi produkcji. Ten czytał tekst powoli, uważnie.
– No tak, za cztery dni. To będzie w ostatniej chwili.

background image

28

V. ROZBITKOWIE Z „CZERWONEJ LALKI”

„Pasat” leci na południe w promieniach afrykańskiego słońca. Żar leje się na pokłady. Błę-

kitne niebo stało się białe, nie sposób nań patrzeć. Niewielki powiew od szybkości osiemna-
stu węzłów też nie chłodzi, jest rozpalony, gorący. Ludzie gromadzą się wokół basenu kąpie-
lowego na rufie. Tam teraz koncentruje się pokładowe życie. Ci, którzy siedzą w kabinach,
puścili chłodne powietrze z klimatyzatorów, zakręcili bulaje. Ale na pokładzie sporo „letni-
ków”. Afryka, gorące morze, gorący wiatr. Tu i tam porozkładane leżaki, najwięcej ich wokół
basenu  i  za  nadbudówkami,  wszędzie,  gdzie  jest  odrobinę  cienia.  Chłód  jednak  niewielki,
słońce atakuje pokład, okupuje go niepodzielnie. Nawet zielone  gretingi rażą w oczy, jakby
były jaśniejsze od bieli.

Kapitan siedzi na rozkładanym fotelu niedaleko basenu. Dakar został za rufą. Były nowe

wydarzenia, nic jednak nie stało się na miarę kapitańskich domysłów i obaw. Teraz, gdy ka-
pitan zażywał relaksu, jego zastępca prowadził statek. Kiedy Hana dowodził w sterowni, pa-
nowała  tam  bezwzględna  cisza.  Nie  prowadzono  rozmów,  nie  opowiadano  dowcipów.  Nikt
się głośno nie śmiał. Padały słowa związane wyłącznie z nawigacją, ładunkiem, bezpieczeń-
stwem statku. Mimo to ludzie lubili starego kapitana. Teraz w sterowni panowała atmosfera
dobrze  wykonanej  pracy  i  spokoju.  Kapitan  świadomy  tego  oddalił  się  od  statku,  morza  i
sprawy,  która  ostatnio  zawładnęła  niemal  całkowicie  jego  myślami,  odpoczywał.  W  chwili
takiego właśnie relaksu stanął przed nim radiooficer z zadrukowanym blankietem telegramu.
Mikołaj Sowa sięgnął po papier. Przetarł okulary, wsadził je na nos i przebiegł oczami rzędy
czarnych liter, włożył koszulę i poszedł do sterowni. Hana siedział w wysokim fotelu i patrzył
na  morze.  Zawsze  można  było  go  odnaleźć  przy  mapach  w  nawigacyjnej,  przy  radarze  lub
właśnie w tym fotelu.

– Zmieniamy kurs, panie starszy – powiedział Sowa – „Murena” ma awarię, jest po poża-

rze maszynowni.

Kapitan podszedł do mapy w kabinie nawigacyjnej, zaznaczył pozycję, w której dryfowała

„Murena” i wykreślił nowy kurs „Pasata”.

Za rufą bazy prosta jak strzelił, długa aż do sklepienia horyzontu struga spienionej wody

załamała się nieznacznie w prawo. Kapitan opuścił sterownię i poszedł do salonu.

A więc, czyżby koniec kłopotów z obmierzłą sprawą? Rozładunek trawlera na oceanie po-

trwa niewątpliwie kilka dni. Być może ulegnie zmianie cała dalsza marszruta i przed Antark-
tydą  zamiast  do  Cape  Town  w  Afryce  Południowej  zawiną  po  drugiej  stronie  oceanu  do
Montevideo  w  Ameryce  Południowej.  Yaxy  zgłupieje,  zgubi  statek  i  da  być  może  spokój.
Kapitańskie  refleksje  przerwała  jednak  nowa  sensacja.  Ludzie  na  pokładzie  nagle  przestali
pluskać się w basenie, wychodzili z wody, wstawali z leżaków, szli na lewą burtę i patrzyli
gdzieś w dal. Na biurku zadzwonił telefon, starszy oficer meldował z mostku, że na  morzu
zauważył rozbitków. Kapitan poszedł szybko na mostek, Hana przez lornetę patrzył w prze-
strzeń, gdzie gołym okiem można było zauważyć obły kształt gumowej łodzi i poruszające się
na niej trzy postacie. Jeden z rozbitków machał czymś kolorowym nad głową. Nie mogło być
wątpliwości, załoga tratwy wzywała pomocy. W tej chwili od pontonu oderwała się czerwona
iskierka i poszybowała do góry. Na tle oślepiającego jasnością horyzontu w okolicy równika
jej blask był jednak mizerny.

W kilkanaście sekund później głęboki kilwater za rufą „Pasata” wykrzywił się ponownie,

tym razem aż o trzydzieści stopni w prawo. Młody dowódca przyglądał się przez lornetę dzi-
wacznemu obiektowi i znajdującym się na nim ludziom. „Pasat” szedł jeszcze pełną prędko-
ścią i zbliżał się do pontonu szybko. Dwaj kapitanowie nie spuszczali z oczu nietypowej ło-
dzi.  Teraz  widzieli  dość  wyraźnie,  że  na  tratwie  znajdowały  się  dwie  kobiety  i  mężczyzna

background image

29

oraz dwie postacie leżące w całkowitym bezruchu. Kobiety z rozpuszczonymi włosami, dłu-
gonogie, prawie nagie, okrywające się jedynie czymś białym przed morderczymi promieniami
słońca wymachiwały rękami.

Gdy tratwa była już o pół mili, kapitan polecił opuszczenie szalupy i zastopował maszyny.

Pierwszy  oficer  z  trzema  marynarzami  zajęli  miejsca  w  łodzi.  Szalupa  uderzyła  o  wodę,
prychnęła spalinami i podskakując na falach ruszyła w kierunku rozbitków, którzy nadal ma-
chali rękami i coś krzyczeli. Kapitan obserwując to rad byłby bardzo, gdyby sprawa okazała
się nieporozumieniem i ta wycieczka popłynęła dalej w swoją stronę. Dziewczyny ubrane w
skąpe kostiumy kąpielowe zachowywały się jak na taką sytuację dość beztrosko. Krzyczały,
śpiewały, być może z radości, że nadeszło ocalenie. „Towarzystwo” to wyglądało jednak bar-
dziej na piknik niż na rozbitków morskich, którym w najbliższych godzinach groziła śmierć,
choćby  od  słońca.  Ponton  był  spory,  ale  całkowicie  odkryty,  nie  był  urządzeniem  ratunko-
wym, a raczej pseudosportowym. Oprócz ludzi znajdowało się w nim sporo różnego rodzaju
przedmiotów,  worków  i  waliz.  Uwagę  patrzących  przykuwały  leżące  w  dziwnych  pozach
dwie postacie. Były to prawie nagie kobiety, pozostające w bezruchu.

– Co za cyrk?! – mruknął zawsze zrównoważony Hana. – Co tam leży?
– Cholera wie... strzykwy, syreny, panny wodne? – wzruszył ramionami kapitan Sowa.
– To manekiny... manekiny. Nie widzi pan?! Kukły... – podniósł lekko głos któryś z ofice-

rów na mostku. Sowa uchwycił w soczewkach leżące na stosie juków dziwadła. Sztywne po-
stacie poruszały się w łodzi, wraz z jej przechyłami do przodu i tyłu, głowy miały łyse.

– Manekiny – przytaknął Sowa. – Dziwne towarzystwo, nie uważa pan  –  zwrócił  się  do

starego kapitana. Szalupa tymczasem dobiła do pontonu i obydwie dziewczyny na nią prze-
skoczyły, chłopak wziął hol i mocował go do swojej gumowej tratwy.

– Halo „Pasat”... Halo „Pasat” – odezwał się głos pierwszego oficera w głośniku krótko-

falówki.

–  Słucham  szalupa...  słucham  szalupa  –  odpowiedział  natychmiast  kapitan.  –  Co  to  za

cyrk? Kim oni są?

– Francuzi albo Hiszpanie – odpowiedział tamten – wypłynęli z Dakaru motorówką... mo-

torowym jachtem, który utonął. Dziś w nocy przeszli na ponton. Mają tu cały wagon najróż-
niejszych rzeczy.

– A oni są normalni? – pytał dalej kapitan Sowa.
– Bo ja wiem, chyba normalni – odpowiedział oficer niezbyt pewnym głosem.
– Co tam leży? Co to jest? Trupy? Kukły?
– To manekiny.
Kiedy szalupa z rozbitkami znalazła się na pokładzie statku, dziewczyny pełne uśmiechów

ucałowały obydwu kapitanów oraz kilku bliżej stojących oficerów i marynarzy. Po czym pod
opieką lekarza wraz z chłopakiem poszły do szpitalika. Nic jednak, nie wskazywało na to, że
leczenie było im potrzebne.

Przed wieczorem obydwie panny pokazały się na pokładzie – jedna w obcisłych, białych

spodniach i uwydatniającej sterczący biust trykotowej bluzeczce, druga w jasnej, powiewnej
sukience ze znacznym rozcięciem na boku. Obydwie w pantofelkach na obcasie i z pięknie
uczesanymi włosami, były zaiste rozbitkami dziwnymi. W statek strzelił piorun, a właściwie
dwa pioruny. Zarówno oficerowie jak i marynarze pospiesznie golili się, przebierając w od-
prasowane,  przygotowane  na  port  tropiki,  koszule,  krawaty.  Dziewczyny  paradowały  przy
relingach, dotarły na mostek i do sterowni, skąd przepędził je Hana. Wyprawiły się nawet do
maszynowni, ale przerażone hukiem silnika i agregatów oraz plątaniną metalowych schodów
i gretingów uciekły na pokład.

Kapitan Sowa poprosił do siebie starszego oficera. Tamten przyszedł, zajął miejsce w fo-

telu i jak zwykle milczał.

– Co pan myśli o tym burdelu? – zagaił Sowa.

background image

30

– Przepraszam, o czym? – uniósł z godnością brwi Hana.
– O tym burdelu, nie tyle ha kółkach, co pontonie, który trafił tu na deser tego wszystkie-

go, co nas ostatnio spotkało – wyrecytował hamując złość Sowa.

– Pana język jest zbyt wyszukany, panie kapitanie. Może pan będzie uprzejmy mówić w

sposób bardziej rzeczowy i oficjalny – odparł niemal cedząc słowa starszy oficer.

– Panie Hana – powiedział z powagą Sowa. – Nie mógłby pan zdjąć tej maski obrażonej

damy. Jak mam nazywać burdel w rozmowie z panem. Nie o dziwkach jako takich chcę roz-
mawiać, tylko o sytuacji na statku po przyjęciu tego haremu na pokład prosto z morza. Pan
wie, co się zaczyna dziać na „Pasacie”? I może to nie nasza sprawa? Musieliśmy zabrać ten
cholerny piknik czy nie? Musieliśmy! Byli na pontonie sto mil od brzegu, bez napędu, ma-
chali szmatą, strzelali czerwone rakiety? Nieudzielenie pomocy to zbrodnia, a tu co się oka-
zuje? Nie jest to jakaś dziwna ekipa?

Hana skończył nabijać fajkę, zapalił ją, pyknął. Rozkoszował się dymem i patrzył na szefa

z góry, jak na coś bardzo małego.

– Przeraziły pana dziewczyny i chce pan wracać do kraju? – zapytał z powagą wykluczają-

cą jakiekolwiek mniemanie, że to kpiny.

– Pańska inteligencja, panie kapitanie – żachnął się Sowa – nasuwa rozwiązania bardziej

śmiałe, niż zamierzałem  zaproponować.  Myślę,  że  zamiast  powrotu  bardziej  celowe  byłoby
przesłuchanie  tego  szczeniaka...  przepraszam  jeżeli  pana  uraziłem...  przesłuchanie  kapitana
jachtu, który zatonął.

Zawezwany mężczyzna przyszedł nieomal natychmiast. Ubrany był w czyste dżinsy i try-

kotową koszulę z cieniutkiej bawełny. Na szyi miał korale, a na ręce dwie bransoletki. Zajął
wskazane miejsce. Rozmowa prowadzona była po angielsku. „Rozbitek” mówił tym językiem
płynnie. Nazywał się Harry Craig, miał trzydzieści lat i był narodowości nie wiadomo jakiej.
Pochodził z La Rochelle we Francji, ale jego dokumenty wystawione były przez urzędy ma-
rokańskie. Sam określał się jako obywatel świata, wyśmiewając od razu obywatelstwo, jakie
miał  wpisane  do  dokumentów.  On  też  był  formalnie,  a  właściwie  nieformalnie,  kapitanem
jachtu  motorowego  „Rojas  Muneca”.  Chłopak  robił  wrażenie  niefrasobliwego  wesołka.  Z
jego  odpowiedzi  wynikało,  że  o  sztuce  żeglowania  miał  pojęcie  bardzo  mgliste.  Jak  więc
mógł prowadzić jacht po wodach morskich? Jak mógł doprowadzić szybką łódź z Casablanki
aż do Dakaru? Trzymał się podobno brzegu i znaków nawigacyjnych... teoretycznie było to
możliwe. Kapitan jachtu nie znał się na pływach i prądach na Atlantyku. Nie znał też żadnych
szczegółów dotyczących wejścia do portu w Dakarze, do którego wprowadził jacht w drodze
z Casablanki i z którego wyszedł.

Kapitan Sowa zamyślił się. Pytania zadawane przez Hanę i odpowiedzi młodego mężczy-

zny dochodziły go jakby z daleka.

– Jak długo płynął pan z Casablanki do Las Palmas, z jaką szybkością, jakim kursem?
Craig odpowiedział, że nie patrzył na log, nie patrzył na zegar, nie patrzył w kalendarz. Po

prostu nie pamięta, bo wypił widocznie zbyt dużo brandy. Spał. Sterowały Mariona i Patrycja.

– Czy one umieją sterować? – pytał stary kapitan.
– Umieją, pokazałem im, jak to się robi.
 Jaką moc miał silnik?
– Nie wiem, jacht był szybki. Gdy się dało gaz do oporu, a woda była spokojna, wyciągał

dwadzieścia osiem węzłów. Tyle pokazywał zegar... log.

To było wszystko, co dowódca zatopionego statku wiedział o swoim „okręcie”.
– Czy ten człowiek mógł przypłynąć tutaj z Casablanki? – zapytał kapitan Sowa Hanę. Sta-

ry marynarz uśmiechnął się i jak zwykle nie przepuścił okazji do złośliwej uwagi.

– Czy możliwe, żeby pusty wrak lub kłoda drewna przypłynęła tu sama z Casablanki? Jak

background image

31

pan  myśli,  panie  kapitanie,  możliwe  to?  Bo  ja  myślę,  że  wszystko  co  pływa,  może  gdzieś
przypłynąć, jeżeli wiatry i prądy na to pozwolą. Nie wiem tylko, dlaczego zatonęła ta „Czer-
wona Lalka”.

– Co zatonęło? – zainteresował się kapitan Sowa.
– „Czerwona Lalka” – powtórzył dobitnie Hana.
– Jaka „Czerwona Lalka”?! – podniósł głos kapitan „Pasata”. Hana milczał sporą chwilę

celebrując sytuację, w której może znów zakpić z szefa, wykazującego jakąś ignorancję.

– „Rojas Muneca” to po hiszpańsku „Czerwona Lalka”, panie kapitanie, a pan mówi tylko

językiem ojczystym? – Kapitan Sowa puścił mimo uszu tę złośliwość.

– Jaki był cel pańskiego rejsu – zwrócił się do siedzącego z głupią miną podczas rozmowy

po polsku obydwu kapitanów Craiga.

– Miałem robić zdjęcia dla magazynu „Crisantemo” z Rabatu. Jacht miał prowadzić zawo-

dowy sternik Frank Folsom, nie przyszedł jednak. Wypłynąłem więc sam. Folsom miał wy-
padek. Gdyby jacht nie wyszedł na zdjęcia, miałby kłopoty. Ja miałem fotografować modele
letnich kostiumów. Dziewczyny to modelki od „Craiga” z Marakeszu, „Lucy” z Casablanki,
„Crisantemo” z Rabatu... i diabli wiedzą jeszcze od kogo, one robią wszędzie.

– Jak pan się rozbił? – zapytał Hana.
–  W  nocy.  Morze  było  spokojne,  Mariona  sterowała.  Patrycja  popędzała  Marionę,  jacht

skakał po niewielkich falach. Marionie spodobała się ta jazda, dodała gazu. Coś musiało pły-
wać między falami. Rozległ się łomot, kadłubem zarzuciło, Mariona zaczęła krzyczeć, Patry-
cja też. Jacht przepadał szybko na prawą burtę. Kiedy zszedłem do zenzy, było tam już pełno
wody. Burta podziurawiona była tuż pod linią zanurzenia. Zgasiłem silnik, zaraz potem zalało
maszynę.  Woda  sikała  strumieniem.  Zanim  zalała  kabiny  i  sterówkę,  nadmuchałem  z  butli
ponton, też do zdjęć, duży... i zaczęliśmy przenosić z „Munecy” na ponton wszystko, co było
pod ręką. Aparaty, naświetlone filmy, pudła, wory z kostiumami, manekiny dziewczyn. „Lal-
ka” zrobiła bul... bul o samym świcie. Nawet stracha nie mieliśmy, bo jeszcze działała whi-
sky, no a całą noc chodziły tędy statki i nawet trzeba było uważać, żeby nas któryś nie stara-
nował.

– Kto był armatorem jachtu? – zapytał Hana.
– Salon mody damskiej „Crisantemo” z Rabatu. Pudło było specjalnie przystosowane do

fotografowania modelek – Craig zamilkł.

– Chyba już wszystko? – Hana zwrócił się do Sowy.
–  Chyba  –  wzruszył  ramionami  kapitan.  –  Chce  pan  jeszcze  coś  powiedzieć?  –  zapytał

Craiga.

– Tak, gdzie zejdziemy na ląd?
–  Zawiadomiliśmy  kogo  trzeba,  teraz  zawiadomimy  jeszcze  ten  salon...  „Crisantemo”.

Może was zabiorą. Nam się bardzo spieszy.

– Więc posiedzimy na waszym statku?
– Chyba tak. Myślę, że nic wam nie brakuje?
– Mnie nie, ale laleczki mogą nie wytrzymać w żelaznej puszce. – Craig wstał i wyszedł z

salonu.

– No nie burdel?! To znaczy... przepraszam, nie dom publiczny? – zmitygował się kapitan

Sowa. Hana pominął milczeniem dygresję.

–  Raczej  wygląda,  ze  ten  młody  człowiek  mówi  prawdę...  –  powiedział  cmokając  fajkę.

Mikołaj  Sowa  wezwał  radiooficera  i  polecił  mu  przekazać  do  Casablanki  uzupełnione  wia-
domości o podjętych z morza rozbitkach. Radio miał także sprawdzić, czy relacja Craiga była
zgodna z prawdą. Hana wstał z fotela. Sowa kiwnął mu głową. Hana wyszedł. Kapitan wyjął
z czerwonej paczki papierosa, którego jak zwykle nie zapalił. Kształtowało się w nim nowe
podejrzenie.

background image

32

Na  drugi  dzień  około  południa  radiooficer  odebrał  depeszę.  Relacja  Craiga  potwierdzała

się w całości. „Czerwona Lalka” wyszła z Casablanki w rejs do Agadiru, a następnie do Las
Palmas na Wyspach  Kanaryjskich. Potem zaś z  powiększoną  załogą  i  odpowiednim  kapita-
nem, miała udać się do Dakaru, gdzie obydwie modelki miały określone zadania. Z uwagi na
fakt, że w Las Palmas nie stawił się na burtę kapitan, wyprawą pokierował bez porozumienia
się z salonem fotografik Craig, obecnie poszukiwany przez policję. Kapitan wezwał na naradę
lekarza, będącego w całej sprawie poza wszelkimi podejrzeniami.

Gdy doktor rozsiadł się w fotelu, kapitan położył przed nim blankiet telegramu, a następnie

podzielił się z nim nowymi przypuszczeniami.

– Ten Craig wchodził i wychodził z portów bez awarii, dobijał i odbijał od nabrzeży bez

niczyjej pomocy, nie spowodował w żadnym porcie kolizji. Potem nagle utopił jacht w oko-
licznościach mało prawdopodobnych i udaje idiotę. – Skończył kapitan.

–  Więc  pan  sądzi,  że  gangsterom  opłacało  się  zorganizować  taką  wyprawę,  utopić  drogi

jacht po to, by odzyskać gotówkę i te papiery. Wie pan, u nas był taki film w telewizji: re-
daktor Czerwiec lub Lipiec z Polski likwidował wszystkie większe gangi na świecie, przej-
mował duże międzynarodowe przemyty, kontrolował heroinę i zbrojenia, aż nagle gdzieś za
oceanem musiał przerwać tę działalność, otrzymał telegram, że w Warszawie dostał przydział
na malucha i powinien szybko jechać po odbiór tej maszyny, żeby mu nie przepadł talon.

– Pan sobie kpi – skrzywił się kapitan.
– Nie kpię, ale mówiłem, niech pan to zostawi. To, co pan myśli o rozbitkach, to przesada.

Nie jest natomiast przesadą, że w naszej spokojnej flocie kapitanowie, którzy wtykają nos w
niejasne sprawy, dematerializują się w rejsach, znikają z pokładów. Były takie przypadki. Nie
muszę panu przypominać szczegółów, prawda?

– To brzmi jak ostrzeżenie – mruknął kapitan.
– Nie, ja tylko mówię swoje zdanie. Bo widzi pan... Skoro. Yaxy przysłał tu swoich ludzi,

dlaczego zrobił to tak głupio i nie wymyślił wiarygodnego uzasadnienia pobytu tej „Czerwo-
nej Lalki” na określonej pozycji... tak, aby spotkanie rozbitków z naszym statkiem nie wzbu-
dziło pańskich podejrzeń. Czy to było takie trudne, wobec pokonania innych poważniejszych
problemów, przy organizowaniu tego „desantu”.

– Mogło być trudne – podjął kapitan. – Skaperowanie człowieka dysponującego jachtem i

dwóch dziewczyn właśnie tu w tym rejonie było oczywistą okazją dla Yaxy, wtajemniczanie
jeszcze jego pracodawców byłoby natomiast dalszym ryzykiem.

– Zgoda... – teraz lekarz przerwał kapitanowi. – Zgoda – powtórzył – to, co pan mówi jest

przekonujące,  ale  do  czego  Yaxy  pana  zdaniem  wynajął  Craiga  i  te  dziewczyny.  Tylko  do
topienia jachtu czy czegoś więcej?

– Niech pan nie zadaje głupich pytań – żachnął się dowódca bazy.
– Czy oni mają, pana zdaniem, odnaleźć łup i go odzyskać, zlikwidowawszy przy tym sprycia-

rza, który  załatwił Carate Johna. Jeżeli mamy  ten  problem  rozgryzać  sami,  bez  milicji,  policji,
Interpolu, obowiązuje nas wyjątkowa konsekwencja i logika. Zadań, jakie mieliby tu do spełnie-
nia wysłannicy gangu, nie powierza się przygodnemu fotografowi i dwom dziewczynom, tylko
dlatego, że jest taka okazja. To robota wyłącznie dla fachowców z branży. Dlatego hipoteza, że
Craig przy okazji zdjęć na motorówce zdecydował się na „fuchę” w postaci odebrania łupu czło-
wiekowi, który zabił Steinkego, brzmi, pan wybaczy kapitanie niepoważnie.

– Zgadzam się – powiedział po namyśle kapitan. – Więc jaka jest pańska teoria?
– Jacht, fotograf i modelki najprawdopodobniej nie mają mc wspólnego ze sprawą – po-

wiedział doktor.

– Jeżeli to nie jest robota Yaxy, to czy pana zdaniem podejmie on inną próbę, czy: też po-

daruje łup. Przecież...

– Yaxy próbę odbicia pieniędzy podejmie na pewno – odparł lekarz nie czekając na koniec

kapitańskiego zdania. – Ale przyjemność spotkania, jego ludzi dopiero przed nami, tak myślę.

background image

33

Będzie to akcja moim zdaniem naprawdę dobrze przemyślana i przygotowana lub też brawu-
rowa. Tak mi się zdaje – zastrzegł się znów lekarz. – Ja w stosunku do tych  rozbitków  też
miałem początkowo jakieś podejrzenia, zresztą jeszcze nie jestem niczego całkowicie pewny.
Myślę jednak, że ten, „desant” jest zbyt spektakularny, żeby mógł być autentyczny. – Lekarz
przerwał, a kapitan zamyślił się na chwilę.

– Bądź tu mądry, człowieku – powiedział głucho jakby do siebie.
Na biurku zadzwonił telefon, kapitan  podniósł  słuchawkę,  tym  razem  chodziło  o  zwykłe

okrętowe sprawy.

background image

34

VI. KOBIETY – WILKI MORSKIE

„Pasat” zmierzał nadal kursem południowo-zachodnim w kierunku oczekującej go „Mure-

ny”.  Na  pokładzie  czyniono  przygotowania  do  chrztu  morskiego.  W  tym  rejsie  było  około
dwudziestu neofitów. Obrzęd zapowiadał się więc okazale. Kilku  wesołków nadało sprawie
wielkiego rozmachu. Między innymi rej wodził tu drugi oficer Szczepan Krystek. Z  opaską
elastyczną na żebrach i usztywnioną nogą przygotowywał z nawigatorem-bajkokiem, kierow-
nikiem świetlicy i kimś jeszcze pokazowy program. Kapitan Sowa przeszedł chrzest na „Da-
rze Pomorza”. Tam nie żałowano neofitom szuwaksu, ale wszystko  organizowane było pod
okiem pedagogów, więc Lucyfer oraz szatani nigdy nie mogli zrobić komuś krzywdy. Kapi-
tan  przejrzał  program  obrzędu  i  zapowiadał,  że  uprzednio  zwizytuje  wszystkie  urządzenia  i
gabinety  oraz  sprawdzi  ich  funkcjonowanie  bezpośrednio  na  skórach  organizatorów  przed-
sięwzięcia. Przyhamowało to zapędy Belzebuba i jego świty. A zapędy były duże.

Kapitan, czując „co się święci”, kazał wezwać trzeciego oficera, aby wydać mu polecenia

związane z zastosowaniem szczególnych środków bezpieczeństwa podczas ceremonii. Tele-
fon  na  mostku  odebrał  Szczepan  Krystek,  który  uparł  się,  że  mimo  zwolnienia  lekarskiego
będzie pełnił normalne wachty.

– Chce pan trzeciego? – zapytał kapitana z pewną niechęcią.
– Tak, trzeciego...
– Dobrze, zaraz go sprowadzimy Krystek położył słuchawkę na pulpicie w sterowni i ka-

pitan usłyszał kilka zdań, które tam padły.

– Trzeciego trudno będzie wydobyć z kabiny, nie wychodzi prawie od początku rejsu – to

mówił chyba marynarz, którego drugi oficer wysyłał po Harasima.

– Powiedz mu, że go stary natychmiast wzywa, to się ruszy.
– Może się ruszy. Przychodzi na wachtę i zachowuje się jak automat, potem zmyka do sie-

bie. W żadnym porcie nie wyjrzał z kabiny.

No i kapitan w tym momencie jakby zapomniał o chrzcie morskim. Zamienił się w słuch,

ale nic ciekawego już nie usłyszał.

Tak się złożyło, że będąc w sterowni nigdy nie spotkał Harasima. Z trudem przypominał

sobie nawet tego człowieka. Wysoki, dobrze zbudowany, barczysty, zawsze w modnej, skó-
rzanej kurtce. Teofil Harasim pływał na „Pasacie” od początku istnienia tego statku. Był bar-
dzo dobrym oficerem. Zaczął jako asystent, awansował szybko. Był zrównoważony, ale nie
mrukliwy. Nie rzucał się w oczy, bo niczym szczególnym oprócz gruntownej solidności się
nie wyróżniał. Dlatego być może został pominięty na kapitańskiej liście podejrzanych.

Gdy Harasim zjawił się w kapitańskim, salonie, wystarczył jeden rzut oka na jego twarz i

postać, aby stwierdzić, że przeżywa on jakiś stan szczególny: podkrążone oczy, nie ogolony
zarost, dziwna bladość.

– Panu coś dolega, panie trzeci? – zapytał kapitan.
– Nic. Dlaczego? – padła odpowiedź.
– Źle pan wygląda. Marynarz wzruszył ramionami, jak gdyby lekceważąc tę uwagę. Zda-

wał się czekać na wyjaśnienie, po co go wezwano.

– W Casablance schodził pan na ląd? – zapytał kapitan.
– Schodziłem.
– Na długo?
– Nie pamiętam.
– Jak to pan nie pamięta?
– Normalnie, nie pamiętam.
– Nie! Normalnie to się pamięta– powiedział kapitan.

background image

35

– Słucham, panie kapitanie? – usiłował zmienić temat Harasim.
Kapitan  zaczął  mówić  o  chrzcie  nakazując  trzeciemu  oficerowi  sprawdzenie  urządzeń  i

pomysłów chrzcicieli. Sowa obserwował przy tym pilnie Harasima i zauważył, że tamten robi
wrażenie jakby nieobecnego w salonie. Harasim patrzył w przestrzeń, zdawało się, że słowa
w ogóle doń nie docierają. Kapitan uderzył ołówkiem w blat stołu. Oficer poruszył się ner-
wowo i spojrzał na szefa, jak człowiek wyrwany ze snu:

– Drzemie pan? – zapytał Mikołaj Sowa.
– Nie, słucham – odparł tamten.
– Więc na czym skończyłem? – kapitan jakby zgubił wątek.
– Pan kapitan sobie życzył, abym z kierownikiem świetlicy sprawdził dokładnie wszystkie

stanowiska: „rekina”, u „cyrulika”, u „lekarza”, stoły tortur, żeby tam nie było pod workiem
większych  trybów,  szelki  bosmańskie  na  bomach,  żeby  miały  nie  uszkodzone  patenty  i  za-
bezpieczenia. Wszystkie pasty i smarowidła muszą być osobiście przyrządzone przez lekarza.
A skończył pan na tym, że będę odpowiedzialny za to, aby nie potraktowano zbyt ostro roz-
bitków. Mam być cały czas przy nich podczas obrzędu. Wszystko zapamiętałem, panie kapi-
tanie?

– Mniej więcej – mruknął Sowa. – Może pan odejść.
– Dziękuję – powiedział Harasim i wyszedł z salonu. Najmniejszego światła w tunelu, cią-

gle nic – pomyślał kapitan – A teraz przybył jeszcze ten. Robi minę kretyna, a uważa dobrze,
gigancik. Ale on nigdy nie był taki – myślał kapitan. Nigdy. To był wesoły człowiek. Teraz w
sposobie bycia trzeciego oficera zaszły zadziwiające zmiany. Jego zachowanie się w portach
było wysoce podejrzane. Więc przybył jeszcze jeden, a nie ubył żaden. „Śledztwo” cofało się,
zamiast postępować.

„Pasat” zbliżał się tymczasem do równika. Przygotowania do chrztu weszły w fazę zasad-

niczą. Centrum Hadesu miało być jak zwykle na rufie koło basenu kąpielowego. Na pokładzie
z lewej burty usytuowano słynnego rekina, który stanowił pierwszą przymiarkę neofitów do
morskiego  stanu.  Na  budowę  owego  stwora  zużyto  trzy  rury  brezentowe,  będące  na  statku
zsypami  na  śmieci.  Wymyto  je,  wyprano  i  przymocowano  do  gretingu.  Wejście  do  takiego
tunelu ozdobiono najeżonym zębami pyskiem, który wykonany był z odpowiednio ukształto-
wanych  plastykowych  worków,  w  środku  których  wymalowano  wnętrze  rekiniej  paszczy.
Artysta  nie  pożałował  czerwieni.  Rozwarty  pysk  potwora  miał  wygląd  tak  przerażający,  że
dobrowolne wejście doń wymagało nie lada silnej woli. Przełyk rekina stanowiło kilka obrę-
czy od niewielkiej beczułki z przywiązanymi w środku gąbkami, nasyconymi dziegciem, tra-
nem i zjełczałym rybim tłuszczem. A że neofita miał przewędrować także przez brzuch po-
twora, tam dopiero czekały go niespodzianki. Delikwenci musieli czołgać się przez „wnętrz-
ności”  ku  odwłokowi  króla  mórz.  Rury  brezentowe  stanowiące  brzuch  przymocowane  były
do podłoża z drewnianych listewek, które boleśnie wpijały się w ręce i kolana. Ale szatani nie
poprzestali  na  gretingach  podkładając  tu  i  tam  pod  brezent  śruby  i  szekle  oraz  inne  twarde
rzeczy, z którymi spotkanie dłoni i kolan było bardzo bolesne.

Krystek kuśtykając biegał od bosmana do strażaka i kłócił się o węże pożarowe. Silnym

strumieniem wody zamierzał przepychać chrzczonych marynarzy przez brzuch aż do ciasnego
tyłka potwora. Odwłok stanowiło odpowiednie zwężenie rur wyłożonych w tym miejscu suto
na przemian towotem i smołą. Za rekinem stanowisko miała „Panna Wodna”, której zadaniem
było odkażenie jamy ustnej bohaterów, których nie zdołał strawić rekin. Miksturę serwowaną
przez  ową  „Pannę  Wodną”,  zgodnie  z  poleceniem  kapitana,  przygotował  osobiście  lekarz.
Medyk nie zadał sobie trudu i po prostu dosypał oczyszczonej sody i soli do poczciwej oran-
żady, podawanej w stanie ciepłym.

Po rekinie delikwenci kierowani byli do medyka,  gdzie miano ich wyleczyć z ziemskich

słabości i ciągot. Neptun między innymi zabraniał przyszłym wilkom morskim uciech z ko-
bietami. Przeto marynarzom należało wybić to zło z głowy. Gabinet ozdobiony był malunka-

background image

36

mi dam wielkości naturalnej, ubranych jak w raju, tylko bez listka. Czarna, czerwona i biała,
trzy kobiece postacie wymalowane odpowiednio na planszach z połączonych kartonów miały
obfite  atrybuty  kobiecości.  Przed  każdą  był  klęcznik  z  rozsypanych  kuleczek,  które  dostar-
czyli mechanicy. Neofici klęcząc na owych kulkach mieli bić głową w pokład i powtarzać: –
Nie będę, nie będę, już nigdy nie będę! Wymawiać owo zaklęcie mieli tak długo, aż Neptun i
Mefisto,  dadzą  wiarę,  że  przyszłe  wilki  morskie  już  naprawdę  nigdy  nie  będą.  Wówczas
chrzczonym miało być udzielone absolutorium przy tej próbie i promocja do próby następnej.
To wszystko  było zgodne z „konwencją”  i  kapitan  Sowa  zdenerwował  się  dopiero  wówczas,
gdy stwierdził że podobny, a właściwie niepodobny obrzęd Mefisto i Neptun przewidzieli także
dla neofitek. Otóż artysta malarz wykonał nie tylko trzy akty kobiece, ale także jeden męski.

– O nie! Zmazać to! – krzyczał kapitan wskazując na ten akt. Faktycznie, nagi atleta, przed

którym miały klęczeć neofitki, odmalowany był bardzo naturalistycznie, tylko pewne propor-
cje jego anatomii zostały mocno zachwiane.

Na dodatek Krystek, który miał być Neptunem, i bajkok nawigator, który miał być Mefi-

stem  –  popełnili  poważne  nadużycie.  Wykorzystując  nieznajomość  języka  polskiego  przez
obydwie  panie  wypaczyli  sens  ich  przysięgi.  Obok  owego  atlety,  wypisali  czerwoną  farbą
zwrot, który dziewczyny miały głośno powtarzać: Chcemy! Chcemy! Bardzo chcemy!

Kapitan rozzłościł się i poszedł do salonu, a zaraz za nim ruszyła delegacja z petycją, żeby

nie przesadzał z cenzurą; bo to tylko zabawa.

Mariona i Patrycja paradując w kostiumikach bikini raczej symbolicznych, prowokowały

organizatorów chrztu do... właściwie do wszystkiego. Łamały szpilkowe obcasy na gretingach
i wkładały nowe pantofelki.

Nie uszło to uwadze kapitana, wzbudzając jego nowe podejrzenia. Bo przecież autentyczne

modelki,  zmęczone  zazwyczaj  demonstrowaniem  wyszukanych,  niewygodnych  kreacji  w
życiu  prywatnym  bywają  na  ogół  szare  i  nie  wyzywające.  Te  zaś  grasowały  po  statku  jak
wampy, siejąc niepokój na wszystkich jego pokładach.

I oto równik. Kapitan powiedział, że nie zatrzyma statku na czas obrzędu. „Pasatowi” zbyt

spieszy się do „Mureny”. Ekspresowiec przystanął jedynie na kilka minut, gdy zawyły syreny
i wyszła na pokład świta Neptuna z lewej burty, a kapitan Sowa w tropikalnym mundurze w
towarzystwie starszego mechanika i dwóch oficerów z prawej burty. Kapitan dzierżył wielki
papirus, z którego odczytał akt powitania Neptuna. Zjawiła się Prozerpina z orszakiem kobiet-
emancypantek  morskich,  z  których  jedna  zamiast  piersi  miała  w  odpowiednich  miejscach
męskie brody z fajkami, druga była z obfitym biustem, ale zamiast twarzy miała pysk wilczy,
a trzecia nawet zupełnie powabna z buzi zamiast tyłka posiadała rufę statku. Emancypantki
niosły transparent z hasłem:

„Kobiety-wilki morskie niech żyją!!!”.
Tymczasem domniemany desant światowej klasy gangstera zachowywał się bardzo poko-

jowo. Dziewczyny w kostiumach supermini siedziały w kojcu razem z dwudziestoma neofi-
tami. Można było przypuszczać, że oprawcy znajdujący się na wolności zazdroszczą tamtym
ich uwięzienia. A neofici twarze mieli roześmiane... Szczerzyli zęby, pokazywali coś na migi,
dotykali dziewczyn. Natomiast Krystek, bajkok Winniczek i pozostali liderzy przedsięwzięcia
mieli  humory  nie  najlepsze,  bowiem  w  ostatniej  chwili  okazało  się,  że  ich  zapał,  wysiłki  i
zabiegi, którym tyle poświęcili energii, skierowane były częściowo w próżnię. Otóż na kilka
godzin przed rozpoczęciem chrztu zjawiła się w salonie u kapitana Mariona w pięknej popo-
łudniowej sukni i misternie zrobionej fryzurze. Dziewczyna stała na progu czekając na zapro-
szenie. Kapitan wychodząc niebezpieczeństwu naprzeciw podbiegł i zaprosił młodą damę, by
usiadła. Mariona usiadła z wdziękiem w fotelu przepraszając niezłą angielszczyzną, że prze-
szkadza, ale sprowadza ją powód ważny. Kapitan Sowa zamienił się w słuch.

– Otóż – mówiła Mariona – zgodziłyśmy się z Patrycją na chrzest morski, bo inaczej nie

można, prawda?

background image

37

– Nie należało odmawiać, to święty obyczaj.
– Właśnie – Mariona zawachlowała długimi rzęsami. – Weźmiemy więc udział w tym ob-

rzędzie, zgodnie z życzeniem załogi, tylko nie mogą być zepsute nasze fryzury i nie mogą być
pozostawione jakiekolwiek znaki na naszych ciałach. Po zejściu z tego statku będziemy pre-
zentowały kolekcję kostiumów kąpielowych, modnych w przyszłym roku: bikini i toples. Ro-
zumie więc pan, kapitanie. Nasz zleceniodawca...

– Rozumiem – kapitana chwycił atak śmiechu. – Więc jak panie chcecie być chrzczone?

Oni przygotowali smołę, tusz czerwony i rudy, dziegć, tran, silnikowy olej z mielonym grafi-
tem – krztusił się kapitan.

– Nonsens – uśmiechała się ukazując równe rzędy pięknych zębów  dziewczyna. – Jeżeli

musimy koniecznie być malowane, nieodzowne będą tusze, wyłącznie najwyższej jakości.

Kapitan przestał się śmiać, patrzył na piękność i uważnie słuchał.
– W razie, gdyby nas pobrudzono, zniszczono nam karnację skóry, nawet nieznacznie, po-

psuto by nasze fryzury, pańska kompania żeglugowa zapłaciłaby bardzo duże odszkodowanie.

Kapitan  znów  zaśmiał  się  szczerze.  Podszedł  do  telefonu  i  wezwał  Krystka,  kierownika

klubu i kogoś jeszcze. Gdy szefowie ceremonii znaleźli się w salonie, byli szczerze zdziwieni.
Od Casablanki nie widzieli kapitana w tak dobrym nastroju.

– Panowie – zagaił poważniejąc szef bazy – panie z wielką chęcią wezmą udział w naszym

chrzcie równikowym. Ale jeżeli zepsujecie im fryzury albo pobrudzicie buzie, nóżki czy co-
kolwiek innego... odszkodowanie dla salonu mody damskiej wyniesie kilka tysięcy dolarów.

– Co?! – wrzasnęli jednogłośnie chrzciciele.
– To, co słyszycie. Pani jest tu właśnie w tej sprawie.
Mrok  padł  na  uroczystość.  Ostatecznie  uzgodniono,  że  modelki  wystąpią  w  szczelnych

turbanach na głowach i będą mogły być mazane bez wcierania jedynie tymi kremami i tusza-
mi, jakie same dostarczą. Z uwagi na to, że ich chrzciciele nie mogą przedtem dotykać szu-
waksów  i  pomad  przygotowanych  dla  męskich  neofitów,  ustalono,  że  Patrycję  i  Marionę
chrzcić będzie wyłącznie lekarz. W razie czego podadzą lekarza  do sądu wraz z armatorem
„Pasata”. Kapitan miał nadzieję, że medyk w tej sytuacji nie będzie chciał dotykać modelek, i
że w ten sposób odpadnie cały kłopot z dziewczynami.

I właśnie chrzest trwał. Panny w skąpych opalaczach i w pomarańczowych okazałych tur-

banach oblegane były przez neofitów w kojcu. Świta Neptuna, Kapitana i Prozerpiny zajęła
miejsca w fotelach na pokładzie rekreacyjnym. Astrolog mierzył wielkim cyrklem coś na nie-
bie i patrzył przez lupę w głąb oceanu. Zaraz też do rekina miano wpuścić pierwszego nie-
szczęśnika. Fotografik z zatopionego jachtu, Harry Craig, też znajdował się w kojcu. Jego nie
dotyczyły  oficjalnie  ustalone  ulgi,  chociaż  kapitan  obawiając  się  jakiegoś  podstępu,  zalecił,
aby traktować go na równi z dziewczynami. Jednak jako jeden z pierwszych sam wskoczył do
paszczy rekina przechodząc potem kolejne próby całkiem po rycersku... Chrzest modelek, dla
których organizatorzy tej imprezy prześcigali się w pomysłach, okazał się w praktyce niestety
zwykłą parodią, bo tylko w samym rekinie można było nabawić się guzów i siniaków na rę-
kach i nogach i wszystkim, co stykało się ze śrubami, szeklami, i zawiasami, jakich było tam
wiele. Obie dziewczyny w bikini, a później Patrycja jedynie w toples, prezentując niewielki,
ale wyjątkowo piękny biuścik, stanowiły fotograficzną oprawę uroczystości. I niejeden statek
mógłby. „Pasatowi” pozazdrościć tej dekoracji... Uwagę załogi poza figurami dziewczyn za-
absorbowały napisy i transparenty rozwieszone tu i tam nad chrzcielnymi stanowiskami. Przy
tronie Lucyfera wywieszono hasło:

„Nierozerwalna więź neofitów z diabłami gwarantem

coraz wydajniejszych chrztów morskich”

U lekarza hasło głosiło:

„Przez masową świadomość neofitów

do ich awansu”

background image

38

Kiedy pierwsi nieszczęśnicy wrzucani byli do basenu z wodą morską i starym tranem, ka-

pitan zauważył, że siedzi wraz z całą świtą pod hasłem:

„Pogłębione ideologicznie chrzty morskie
Jako wyraz starej tradycji i nowej
świadomości – trwałym sukcesem sojuszu
armatora i załóg pływających”.

Kapitan trącił Krystka, a obecnie Neptuna:
– Co to za jaja? Kto powypisywał te potworki?
– Jakie potworki? – zdziwił się Król Mórz. – Przecież to normalne hasła. Zredagował je

pański zastępca kapitan Hana... Były jeszcze inne, ale nie wymalowaliśmy.

Dostojnicy na wydywanionym podeście przerwali rozmowę, bo ktoś prawdopodobnie padł

w rekinie i długo zeń nie wychodził. Jeden z szatanów-chrzcicieli zajrzał do paszczy potwora
i dał znak, aby zatrzymali strumień wody. W samym środku rekinowego brzucha leżał czło-
wiek.  Diabeł  wpełzł  po  niego,  pochylił  się,  pomacał  bezwładne  ciało  i  zaczął  je  ciągnąć  w
kierunku zębatego pyska. Kapitan Sowa wstał z fotela. Patrzył.  Szatani wywlekli człowieka
na pokład. Był to marynarz Cichoń. Lekarz stał już przy nim. Badał puls zemdlonego. Cichoń
w rekinie widocznie zakrztusił się, zaczął kaszleć, upadł, zamiast oddychać, pił wodę i stracił
przytomność. Na pokładzie przyszedł do siebie szybko, odepchnął lekarza, roztrącił szatanów
i puścił marynarską wiązankę. Incydent zachwiał nienaganną dotychczas powagę uroczysto-
ści, ale lekarz polecił odprowadzić delikwenta do szpitalika. Chrzest trwał dalej.

Lekarz zajął się teraz dziewczynami. Od razu został nieco zbity z tropu, bo kiedy szatani w

lekarskich rękawiczkach doprowadzili mu Patrycję, a on podszedł do niej z miseczką tuszu,
dziewczyna ochoczym ruchem odpięła jakiś zatrzask. i stanęła przed oprawcą z zupełnie na-
gim  biustem,  który  prezentował  się  w  blasku  równikowego  słońca  niczym  najcudowniejsze
zjawisko  ziemskie.  Lekarz  nie  wiedział  w  pierwszej  chwili,  co  robić.  Dziewczyna  powie-
działa z uśmiechem, że jej stanik jest bardzo dobrej firmy, a tusz mógłby nie puścić. Doktor
szybko odzyskał świadomość tego, kim jest i co ma robić, bo wskazał na maleńkie figi ledwo
zakrywające z przodu cudowny wzgórek a z tyłu jedynie część tyłeczka dziewczyny.

– Czy to też zdejmiesz, neofitko, czy tylko górna szata twego stroju jest z przedniej mate-

rii?

Zarówno szatani jak i neofici głośno gruchnęli śmiechem. Dziewczyna pokiwała przecząco

głową, była także dowcipna. Jej angielszczyzna miała jakiś zły akcent, ponadto mówiła szyb-
ko i trudno było zrozumieć ją dokładnie. Zainteresowanie tym, co się działo u medyka, było
jednak olbrzymie, ludzie ucichli. Słuchali pilnie.

– Dolna moja szata jest równie cenna jak górna, ale tam mnie szatanie dotykać nie możesz,

bo pod nią mam coś jeszcze bardziej cennego, czego zdjąć już nie mogę – odparła Patrycja.

Marynarze znów ryknęli śmiechem. Doktor tymczasem umoczył palec w pachnącym dys-

kretnie fiołkami tuszu i począł rysować statki z dymiącymi kominami na sprężyście poddają-
cych się zabiegowi piersiach dziewczyny. Na pysznym, płaskim brzuszku wymalował dziób
statku z widocznym mostkiem, na którym brodaty kapitan patrzył gdzieś w dal z takim zainte-
resowaniem, że jego biała czapka unosiła się wysoko w górze nad kapitańską głową, a broda
przechodziła w pewnym miejscu w zupełnie naturalnie uroczo skręcone czarne włoski, któ-
rych reszta ginęła pod dolną częścią szat Patrycji. Szatani i neofici ryczeli z ukontentowania.

– Niech żyje doktor – podniosły się krzyki.
–  Vivat  Matejko!  Vivat  Picasso!  –  Faktycznie  nikt  przedtem  nie  znał  talentów  plastycz-

nych lekarza. Kapitan Sowa też śmiał się szczerze. A że od wyjścia „Pasata” z portu w Casa-
blance cokolwiek robił myślał o tamtej zagadce, zastanawiał się, czy możliwe jest, aby w tym
rozbawionym towarzystwie był człowiek, który wie, jakie grozi mu niebezpieczeństwo. Czy
możliwe,  aby  te  dziewczyny,  które  bawią  się  w  chrzest  morski  tak  naturalnie,  ukrywały
względem  załogi  zbrodnicze  zamiary.  W  atmosferze,  jaka  była  tu  teraz,  te  podejrzenia  nie

background image

39

wydawały się realne. Kapitan zwątpił niemal do reszty w słuszność swoich domysłów. Patrzył
na  drugą  modelkę.  Teraz  diabli  wiedli  przed  oblicze  wystylizowanego  na  szatana  medyka
Marionę. Ta dziewczyna zachowywała się nieco inaczej, gdy chrzciciel, któremu widocznie
spodobało się podłoże, na którym malował poprzednio, wskazał staniczek domagając się, aby
zdjęła go jak tamta, dziewczyna pokręciła głową przecząco.

– Czy twoja, zapewne także droga szata, zniesie chrzest bez szwanku – zapytał medyk.
– Tak – roześmiała się Marioną. – Maluj szaty, osobę zostaw. Szaty zostaną na ziemi, oso-

bę pochłonie piekło. Szkoda twojego dzieła dla piekieł.

Doktor coś odparł, spektakl wyraźnie się rozwijał. Radiooficer  podsunął bliżej mikrofon,

trzaskały  migawki  aparatów  fotograficznych.  Lekarz-chrzciciel  malował  palcem  na  sporej
przestrzeni odkrytego ciała dziewczyny bitwę morską.

I  właśnie  wtedy  ktoś  doniósł;  że  Cichoń  „wyparował”  ze  szpitala.  Zanim  wiadomość  ta

dotarła do kapitana Sowy, poczyniono pewne poszukiwania, które nie dały rezultatu. Znikł też
bez śladu Harry Craig. A więc jednak. Czyżby atmosfera chrztu morskiego została wykorzy-
stana dla sprawy, która przez moment stała się już jakby wątpliwa? Kapitan zdrętwiał. Więc
jednak Cichoń? Szrama na twarzy, porwana skórzana kurtka, omdlenie w rekinie pewnie sy-
mulowane. Dziewczyny tymczasem beztrosko pozowały do zdjęć, śmiały się, bawiły. Nic nie
wskazywało  na  to,  że  odgrywały  w  tym  czasie  inną  rolę  niż  wzbogacanie  zabawy.  Kapitan
polecając starszemu mechanikowi, aby go zastąpił, opuścił fotel na wydywanionym podeście.

Poszukiwaniem zaginionych kierował już od kilkunastu minut Hana, który cały czas prze-

bywał na mostku prowadząc statek. „Pasat” pędził pełną mocą maszyn w kierunku oczekują-
cej go „Mureny”. Stary dowódca jak zwykle zachowywał spokój.

– Kazałem sprawdzić we wszystkich kabinach, bez rezultatu – oznajmił podenerwowane-

mu Sowie.

Chrzest kończył się już, a poszukiwania trwały. Dwaj kapitanowie oraz pierwszy oficer lu-

strowali mapę przebytej drogi. Jak dawno Cichoń mógł zniknąć ze szpitala? Kiedy ostatni raz
widziano Craiga? Nie pozostawało nic innego, jak zawrócić statek i przebyć powtórnie jego
drogę.  Hana  tym  razem  traktował  sprawę  równie  poważnie,  jak  kapitan  Sowa.  Dwaj  ludzie
zginęli z pokładu. To już nie była zabawa. Radiooficer łączył się pospiesznie z armatorem w
kraju. Teraz cała załoga biegała po korytarzach i kabinach. Kilkudziesięciu marynarzy prze-
czesywało światłoluki, magazynki, zakamarki i różne pakamery, których na statku jest wiele.
Ciągle bez rezultatu. Kapitan spostrzegł, że podenerwowane są także dziewczyny. Początko-
wo zniknięcie Craiga nie zrobiło na nich większego wrażenia. W miarę mijania czasu zainte-
resowanie sprawą, zwłaszcza Patrycji, stawało się widoczne.

Kapitan stał w nawigacyjnej, patrzył na mapę. Sytuacja była fatalna. Na „Murenie” zaczy-

nała już

 

pewnie gnić ryba. I teraz przepadli dwaj ludzie. Poszukiwania zaginionych na morzu

w tych warunkach winny trwać co najmniej czterdzieści osiem godzin. I nie ma innej decyzji,
nie może być innej decyzji, jak ta, żeby szukać. Prysnęła wesoła atmosfera chrztu morskiego.
Spoważnieli  wszyscy.  Ściągnął  brwi  zawsze  poważny  Hana.  Sowa  milczał.  Teraz  od  niego
zależało wszystko. Już dawno powinien zawrócić statek, rozpocząć poszukiwania. Przewidy-
wał przecież najgorsze, a ci dokoła zbijali go z tropu: Hana, lekarz, wszyscy, z kim usiłował
rozmawiać, gdziekolwiek szukał rady, sprzysięgli się przeciwko niemu. Teraz patrzą, wyma-
gają decyzji. Na mostku zjawił się lekarz:

– Niech pan się nie da zwariować, panie kapitanie – powiedział jak zwykle z beztroską miną.
– Co? – warknął kapitan.
– Oni muszą gdzieś być. Ich zniknięcie nie ma nic wspólnego ze sprawą, o której pan myśli.
– Nie ma? – podniósł głos kapitan. – Nie ma? Co? Zdematerializowali się. A jeżeli ich nie

ma, to dlaczego?

– Więc jak pan myśli, co się stało? – wzruszył ramionami doktor.

background image

40

– Ja nie mogę zgadywać: Ja muszę stwierdzić, czy ci ludzie są na pokładzie, czy nie. Jeżeli

ich nie ma, muszę zawrócić statek. Jasne?

– Myśli pan, że Craig zlikwidował Cichonia, bo Cichoń był tym Nierozpoznanym z Casa-

blanki, następnie zwiał na pontonie, tu, na środku Atlantyku ze swoją żeglarską wiedzą. Do
tego zostawił dziewczyny. Jeżeli to szajka, już by go Yaxy za to rozliczył.

Kapitan popatrzył na lekarza z pobłażaniem.
– Ty, doktorku, nic nie rozumiesz.
– Możliwe – powiedział doktor.
– Ten gówniarz wiedzę morską może mieć taką jak ja. Wiele na to wskazuje, że jedynie

udawał półgłówka – wyrzucił z siebie ze złością kapitan.

Na mostku zjawił się pierwszy oficer z kolejną wiadomością o bezskuteczności poszuki-

wań.  Mikołaj  Sowa  sięgnął  po  dziennik  okrętowy.  Otworzył  usta,  aby  wydać  odpowiednie
polecenie sternikowi. W tej chwili w drzwiach ukazał się Szczepan Krystek.

–  Są!  Są!  Obaj!!!  –  darł  się  od  progu.  Zarówno  jego  słowa  jak  i  postawa  nie  miały  nic

wspólnego ze służbowym raportem w tak ważnej sprawie.

– Gdzie?! Mów pan do cholery po ludzku! – wrzasnął kapitan.
Drugi oficer opanował się. Na twarzy i rękach miał ślady po roli Króla Mórz, jaką odegrał

niedawno w promieniach równikowego słońca. Farby rozgrzane w upale wżarły się w skórę
oficera i teraz taki czarno-czerwony z autentycznymi wypiekami na twarzy wyglądał pociesz-
nie. Sprowadzony na ziemię krzykiem kapitana, zmitygował się natychmiast:

– Zapici, śpią. Znaleźliśmy przy nich dwie butelki szkockiej, puste.
Kapitan usiadł ciężko w fotelu. Milczał. Doktor wybuchnął głośnym śmiechem i śmiał się

długo. Hana pochylony nad mapą wykreślał kurs „Pasata”.

background image

41

VII. MARIONA

Słońce  dotknęło  brzegiem  tarczy  olbrzymiej  wody.  Afrykański  wieczór  zapadał  szybko.

Lepkie i gorące powietrze objęło burty statku. Duchota panowała na pokładach, mimo iż log
wskazywał dziewiętnaście węzłów. Po dniu pełnym wrażeń na „Pasacie” zapanowało jakby
odrętwienie.  Cicho  było  w  kabinach  i  mesach.  Opodal  mostka  oparty  o  reling  stał  kapitan
Mikołaj Sowa patrząc na spienioną, uciekającą wodę i nie zauważył kiedy podeszła Mariona.

– Mówią, że aby być samotnym nie wystarczy zostać marynarzem, trzeba być kapitanem.
Mikołaj spojrzał w stronę skąd dobiegły  go te słowa. Tuż obok uśmiechała się modelka.

Była w letniej sukni z dyskretnym wianuszkiem korali oplecionym wokół śniadej szyi. Prze-
bogate jej loki świadczyły, że zgodnie z umową podczas chrztu nie naruszono wspaniałej fry-
zury dziewczyny...

– Słucham?– mruknął wyrwany z zadumy marynarz.
– Anglicy mówią, że bardziej samotny jest kapitan na statku pełnym ludzi, niż rozbitek w

szalupie.

Mikołaj  roześmiał  się  gorzko.  Dziewczyna  trafiła  w  sedno.  W  półmroku  afrykańskiego

wieczoru uśmiechała się tajemniczo. Położyła rękę na relingu tuż obok jego dłoni. Uczuł cie-
pło tej ręki. Znowu coś mówiła, ale Mikołaj nie słyszał tego. Patrzył na dziewczynę i zapo-
mniał  o  wszystkim.  Świadomość  wróciła  szybko.  –  Czyś  ty  zwariował  człowieku?  Cóż  się
gapisz, jak głodny dzieciak na tort czekoladowy z bakaliami. Zgłupiałeś? Przecież to model-
ka, zawodowa piękność albo coś gorszego jeszcze. Nie dla ciebie... Pilnuj statku. Nie wyja-
śniło się jeszcze, czego tu chce ta trójka przybłędów.

Mariona ciągle mówiła, a kapitan Sowa sprowadziwszy się z obłoków na ziemię, a  wła-

ściwie na statek, słyszał już wyraźnie  każde  jej  słowo.  Dziewczyna  wyrażała  żal  z  powodu
incydentu, jaki miał miejsce podczas chrztu. To Harry był winny. On wziął whisky uratowaną
z jachtu i upił tego marynarza. Harry jest w ogóle nieodpowiedzialny. Będzie miał sprawę za
utopiony jacht i długo, długo będzie musiał spłacać straty, jakie poniósł salon. On jest niepo-
ważny jak dziecko. Dziewczyna mówiła to z głębokim przekonaniem, pewnym żalem i po-
wagą, o jaką kapitan Sowa nigdy by jej nie posądzał. Ciepła dłoń znowu dotknęła jego ręki,
nie cofnął jej, ona swojej też nie cofnęła. Zamilkła. Kapitan też milczał.

– Ma pan żonę? – zagadnęła nagle.
– Mam, to znaczy miałem – zająknął się, nie przewidując takiego pytania.
– Nie żyje, czy odeszła? – pytała dalej dziewczyna.
– Odeszła. Ja odszedłem. W sumie nie wiadomo, kto od kogo odszedł.
– A do kogo pan wraca po tak długim rejsie?
Kapitan poczuł się osaczony. Nie chciał odpowiadać na podobne pytania – milczał. Mario-

na zorientowała się, że nie jest to temat dla niego miły. Ręce ich na metalowym relingu spo-
tkały się znowu. Słońce już dawno  utonęło  w  wielkiej  wodzie,  nawet  najmniejszy  blask  po
nim nie został na statku i morzu. „Pasat” wsiąkał szybko w zapadającą czerń przed dziobem.
Powietrze było gorące i lepkie. Ale powiew od szybkości robił swoje. W głębi tego ciepła był
jakiś chłód afrykańskiej nocy.

–  Czy  pani  nie  jest  zimno?  –  zapytał  kapitan  odkrywając  natychmiast  nienaturalną  i

śmieszną troskliwość w swoim głosie. Już dawno nie mówił takim tonem do nikogo.

– Zimno – odpowiedziała Mariona, wzdrygnąwszy się lekko.
– Proszę wobec tego na gorącą kawę i koniak, będzie mi bardzo miło – powiedział i zdzi-

wił się własnym słowom; brzmiały bowiem oficjalnie i ton ich był nienaturalny. Wypowie-
dział je i zaraz pożałował, bo bał się odmowy,  wydawało mu się, że popełnił niezręczność.
Dziewczyna  tymczasem  odwróciła  się  od  relingu  z  zamiarem  odejścia.  Kapitan  już  ją  miał

background image

42

przeprosić za niestosowne zaproszenie, ale zorientował się, że ona przyjęła je po prostu, bez
słowa. Kiedy weszli w wąski, okrętowy korytarz, odwróciła się i szepnęła, że zaraz przyjdzie,
tylko się przebierze. We wnętrzu statku było bardzo gorąco. Kapitan wszedł do swojego salo-
nu i zaczął pospiesznie robić porządki rad, że modelka dała mu do tego sposobność. Nie spo-
dziewał się bowiem, iż będzie gościć kobietę w tym rejsie. Kiedy salon przybrał wystrój nie
tyle uroczysty, co oficjalny i z czajnika zaczęła parować woda, w progu zjawiła się dziewczy-
na.  Zaproszenie  potraktowała  widocznie  tak,  jak  było  wypowiedziane...  oficjalnie.  Ubrana
była jak na bankiet. Pięknie przeczesana fryzura olśniewała kaskadami rudawozłocistych wło-
sów. Smukłe jej ciało obleczone było w jasną suknię-tunikę opasaną na biodrach złotym łań-
cuszkiem z ogniwami w kształcie greckiego meandra. Na nogach miała pantofelki na bardzo
wysokich obcasach. Stopy jej oplatały paseczki także z głęboko wyciśniętymi ogniwami kla-
sycznego meandra. Pomiędzy splotami bujnych włosów modelki błyskały duże złote kolczy-
ki. Stała na progu i uśmiechała się pewna wrażenia, jakie była zdolna wywołać. Mikołaj pa-
trzył chwilę oniemiały, po czym podszedł do niej, ujął ją za rękę i posadził w wielkim fotelu.
Poddała się lekko, przeszła jak w tańcu, usiadła jak baletnica. Kapitan spojrzał jeszcze raz na
nią,  bóstwo  siedzące  było  doskonalsze  od  bóstwa  stojącego.  Kapitan  tymczasem  nalewał
wrzątku do filiżanek. Oparzył się boleśnie, skrzywił i omal nie zaklął. Mariona wstała i śmie-
jąc się szczerze nalała wrzątek do filiżanek znacznie zręczniej niż robił to gospodarz. Kapitan
został tym nieco zbity z tropu, ale przy nalewaniu koniaku drżenie ręki już opanował. Mario-
na chciała trącić się szkiełkiem, w pół ruchu jednak cofnęła kryształową czarkę. Kapitan spoj-
rzał na nią pytająco.

– Słyszałam, że na statku, który jest w morzu nie można tego robić.
– Czego? – zapytał Mikołaj Sowa.
– Robić brzdęk kieliszkami z alkoholem nie można – powiedziała dziewczyna.
– U nas na statkach w ogóle nie można pić alkoholu – mruknął kapitan Sowa.
– I nie pijecie? – zapytała zupełnie serio modelka.
Kapitan nie wiedział, co odpowiedzieć. Była przecież na „Pasacie” nie pierwszą noc i nie

pierwszy dzień.

– Nie pijemy – powiedział po chwili – na statku można wytrzymać bez kobiet, bez alko-

holu, bez dzieci, bez zielonego ogródka, bez wszystkiego.

Teraz parsknęła Mariona.
– A to prawda, że nie można robić brzdęk? – zapytała.
– Tak, prawda, a wiesz dlaczego?
– Wiem – odparła dziewczyna. – Nic, co jest na morzu, nie powinno o siebie uderzać, bo

się przedziurawi i pójdzie na dno. Dlatego marynarze nie stukają się kieliszkami, gdy wzno-
szą toasty.

– Brawo, Mariona.
– Och! mówisz mi ty, ja tobie też będę mówiła ty, ale wypijmy bruderszaft – ucieszyła się

modelka.

Masz tobie... – pomyślał kapitan, jeszcze tego brakuje... Co to, to. na pewno nie. Nigdy!
Dziewczyna wstała i podeszła do niego, objęła go ramieniem. Przyłożyła szkło do ust, piła

złoty płyn małymi łyczkami aż do dna. Kapitan też pił, też do dna. Mariona pocałowała go w
usta, mocno, długo. Wnętrze salonu wirowało kapitanowi w oczach. Całą siłą woli wyswobo-
dził się z objęć dziewczyny. Usiadł. Spojrzała na niego spod opuszczonych powiek, poruszała
długimi rzęsami.

– Mariona – wymieniła miękko swoje imię. On nic nie powiedział. Chwilę trwało milcze-

nie. Przerwał je kapitan.

– Jest jeszcze jeden powód dlaczego na statku nie można...
– Czego nie można? – podniosła oczy.
– Trącać się szkłem; starzy marynarze nigdy nie stukają się kieliszkami...

background image

43

– A jaki to powód? – zapytała przymilnie.
Kapitan  rozpoczął  tonem  oficjalnym,  jakby  zaczynał  wykład  na  sali  pełnej  studentów  –

śmierci statku towarzyszy zawsze brzdęk, dlatego marynarze nie lubią tego dźwięku.

– Nie rozumiem – przerwała mu i uśmiechała się zupełnie nieoficjalnie. Kapitan znów na-

lał koniaku do kryształowych czarek.

–  Niemal  każdy  statek  ubezpieczony  jest  w  towarzystwie  klasyfikacyjno-asekuracyjnym

Lloyd w Londynie i kiedy rozbije się, utonie lub zaginie zostaje skreślony z listy, aktowi temu
towarzyszy krótki dźwięk gongu. Jest to pogrzeb statku – kontynuował z powagą swój wy-
kład Mikołaj Sowa.

– Rozumiem – uśmiechała się Mariona.
W owej klasycznej sukni była klasycznie piękna.  I co dziwne już długo rozmawiał z nią

nie jak z malowaną lalą, a po prostu jak z kimś bliskim i miłym. – Nie rozkrochmalaj się sta-
ry. To modelka, nic więcej, krzyczało coś w nim, chyba kapitański instynkt, broniący kapitań-
skiej powagi. Dziewczyna wstała.

– Nie możemy trącać się, to przynajmniej pocałuj – powiedziała i znów była tuż. Wypiła

drugi  kieliszek,  postawiła  go  z  brzękiem  na  stole  i  objęła  Mikołaja  ramionami.  Usta  miała
wilgotne, ciepłe, pachnące doskonałymi kosmetykami i najcudowniejszym grzechem.

Mariona wyzwoliła się z objęć. Odeszła, uniosła ramiona. Jej tunika powędrowała do góry

odsłaniając długie nogi, nad stopami uwięzionymi w złotych pantofelkach. Dziewczyna po-
woli zdejmowała z siebie suknię odkrywając coraz wyżej smukłe a jednocześnie krągłe ciało,
wszędzie idealnie jednakowo jasnozłocistej barwy. Suknia znikła, pofrunęła gdzieś przepadła.
Mariona  stała  całkiem  naga.  Teraz  była  przed  nim  w  burzy  jasnomrudych  włosów  i  panto-
flach, które więziły jej stopy na ziemi, bo inaczej uleciałaby do nieba lub piekła. Kapitan So-
wa-Osowski  zachowywał  jeszcze  dystans,  ale  już  nic  nie  widział  oprócz  sterczących  przed
nim nagich piersi dziewczyny z wyrazistymi jak pączki czerwonych róż czubkami na szczy-
tach.  –  Jeżeli  Bóg  stworzył  człowieka,  to  szatan  kobietę  –  przebiegła  mu  przez  mózg  stara
prawda. Mariona miała przymrużone powieki i wielkie źrenice. W kapitańskim salonie paliła
się mała lampka. Smukłe ciało dziewczyny było jak jeden nerw. Jej szybki oddech narastał,
pogłębiał się i przechodził w krzyk krótki, bolesny i rozkoszny, jedyny na świecie krzyk ko-
biety w cudownym napięciu i rozluźnieniu zarazem, krzyk nieporównywalny do niczego. Ma-
riona była burzą, która wzmagała się, stawała huraganem i ciszą omdlewającą, ciszą po tym
huraganie. Noc na oceanie przełamywała się z dniem. Do salonu wpadło szare światło afry-
kańskiego brzasku. Na morzu dzień rozpoczyna się od razu słońcem. Jego promienie strzelają
z  głębi  na  horyzoncie  zanim  pokaże  się  brzeg  czerwonopomarańczowej  tarczy.  Pierwsze
promienie  jasnego  światła  uderzyły  o  burty  „Pasata”,  wpełzły  na  zielone  pokłady.  Mariona
obudziła się, pocałowała go na dzień dobry pierwsza. Chwycił ją w ramiona, poczuł czubki jej
piersi, rozwarte i zaciskające się smukłe uda dziewczyny i zapach włosów. Wszystkie hura-
gany  świata  rozpętały  się  oddechem  i  urywanymi  sylabami  jednej  kobiety.  Potem  nastąpiła
znów cisza. Kiedy obudziła się zupełnie, pytał:

– Jak można mieć takie usta, piersi, takie nogi, włosy, takie biodra i stopy. Jak może jedna

kobieta to wszystko mieć takie?

Śmiała się, nużała palce w jego włosach, gładziła kłującą świeżym zarostem twarz.
– To złożona tajemnica, mogę ci ją zdradzić, powiedz innym dziewczynom, będą tak samo

piękne.  Każdego  dnia  kilkakrotna  specjalna  kąpiel,  mycie  włosów,  długie  szczotkowanie,
cholerna dieta, rano i wieczorem gimnastyka, specjalna, trudna, męcząca, chodzenie z książką
na  głowie,  absolutna  czystość.  Masaże,  sauna,  pływanie...  I.  powściągliwość  w  zawieraniu
znajomości.

– Jakich znajomości?
– Takich – wydęła usta.
– Dlaczego?

background image

44

– To psuje opinię, noce nie przespane niszczą cerę, alkohol niszczy figurę, włosy, wszystko.
– No widzisz, a ja nigdy nie kochałem się z aniołem – parsknął  kapitan. Dziewczyna też

się roześmiała. Przygarnął ją.

– Daj spokój. Tę kilka dni tutaj to i tak ruina, jestem zapuszczona okropnie.
– Dlaczego do mnie przyszłaś?
– Nie wiem...
W tej chwili na biurku zadzwonił telefon i zaraz zaczął ktoś natarczywie pukać do salonu.

Kapitan wstał, narzucił na siebie szlafrok, otworzył drzwi. W progu stał marynarz przysłany
ze sterowni.

–  Panie  kapitanie...  Harasim  nie  żyje...  otruty  –  powiedział  jednym  tchem  z  wyraźnymi

oznakami wzburzenia.

Kapitan cofnął się w głąb salonu. Poczuł ogarniającą go falę gorąca.
– Gdzie on jest? – zapytał czując nagłą suchość w gardle.
– W szpitalu, nie przyszedł na wachtę, poszliśmy, pukamy, drzwi otwarte, wchodzimy. On

w pidżamie, niby śpi, ale blady, nie daje znaku życia. My po doktora. Doktor przyszedł, rzucił
okiem, powiada – otruty. Telefon dzwonił na biurku jak wściekły.

– W nocy widzieli tego Craiga, jak się kręcił koło kabiny Harasima, chyba od niego wy-

chodził.

– Co?! – niemal wrzasnął kapitan Sowa.
– W nocy widzieli tego Craiga z jachtu, uciekał z korytarza, przy którym jest kabina trze-

ciego – powtórzył przybyły. Telefon przestał dzwonić i zrobiło się strasznie cicho. Marynarz
poszedł. Na łóżku siedziała naga Mariona i patrzyła na kapitana jakoś dziwnie. Stanął przed
nią. Podszedł blisko.

– Więc to tak – syczał. – Gadaj, jak teraz chcecie uciec  ze  statku.  Już  ja  was  dopilnuję.

Dziewczyna wstała i zaczęła się pospiesznie ubierać. Rzucała na lewo i prawo spłoszone spoj-
rzenia. Widać było, że jest przerażona. Kapitan obserwował jej popłoch i zdziwienie. Nie po-
trafiła ukryć swego podenerwowania. Kapitan nieco ochłonął z pierwszego wrażenia. Wście-
kłość, że tak łatwo dał się wywieść  w pole nie opuszczała  go jednak.  Dziewczyna  była  już
przy drzwiach. Bez słowa uciekła. – To jednak amatorka – pomyślał, wynajęta pewnie do tej
jednej roli.  Luksusowa  prostytutka,  pewnie  z  Casablanki.  Już  policja  będzie  wiedziała  skąd
ona jest. Telefon znów zaczął dzwonić na biurku. Kapitan ubierał się, kiedy ponownie sięgnął
po słuchawkę, spóźnił się znowu. Zamknął salon i zbiegł po schodach na dolny pokład, gdzie
mieścił  się  szpital. Wrzało  tu  jak  w  ulu.  Ludzie  czekali  pod  drzwiami  na  wiadomość.  Spo-
strzegłszy kapitana rozstąpili się robiąc mu przejście. Ale szpital był zamknięty od wewnątrz,
lekarz  nie  wpuszczał  nikogo.  Kapitan  wrócił  do  salonu.  Zadzwonił  na  mostek,  zapytał  kto
widział  Craiga  nocą  w  okolicach  kabiny  otrutego.  W  odpowiedzi  padło  kilka  nazwisk.  Nie
mogło być nieporozumienia. Tomczyk wymienił między innymi pierwszego oficera, maryna-
rza Cichonia i kogoś jeszcze. Kapitan natychmiast wezwał tych,  którzy mogli zaraz przyjść.
Potwierdzili jednoznacznie z całą pewnością, że widzieli Craiga, jak ten po ciemku tkwił w
korytarzu  przed  drzwiami  Harasima.  Przechodzili  głównym  ciągiem  i  wówczas  zauważyli
ciemną postać w odgałęzieniu bocznym. Poszli dalej, ale wydało  im  się  to  dziwne.  Wrócili
więc i wtedy zobaczyli człowieka, który wyskoczył na korytarz główny i pobiegł w kierunku
wyjścia na pokład. Przy końcu korytarz był jasno oświetlony i w świetle poznali Craiga. Gdy
rano dowiedzieli się o zamachu na życie Harasima, skojarzyli te dwa fakty. Kapitan zwolnił
obu świadków i zadzwonił do szpitala. Lekarz oraz sanitariusz ciągle byli nieuchwytni. Tele-
fon odebrał stomatolog, który poinformował kapitana, że Harasim żyje, aczkolwiek jego stan
jest ciężki i doktor robi wszystko, aby go uratować.

Kapitan poprosił do siebie starszego oficera Lecha Hanę. Nie spodziewał się od zastępcy

skutecznej  pomocy  w  tej  sprawie,  ale  chciał  się  naradzić,  bo  nie  był  pewny,  w  jaki  sposób
należy internować przeklętą szajkę z „Czerwonej Lalki”. Kapitan Sowa mimo woli przypo-

background image

45

mniał sobie przerażoną twarz Mariony. – Dziwka – syczało coś w głębi jego serca. – Anglicy
mówią, że aby być samotnym na morzu, nie wystarczy zostać marynarzem, trzeba być kapita-
nem.  I  ona  tę  jego  samotność  przerwała,  pocieszyła  go  w  tej  samotności,  indywiduum  bez
skrupułów – miotał się w duchu kapitan. Przecież on przed sądem i Izbą Morską nie będzie
mógł zataić tego „szczegółu”.. Jest skompromitowany. Ale jakie  znaczenie ta jego kompro-
mitacja miała dla szajki? Usiłował zastanowić się chłodno.

Hana przyszedł i usiadł w fotelu.
– Czy pana zdaniem należy internować tych bandytów? – zapytał bez wstępów dowódca

bazy.

Stary kapitan spojrzał z powagą na przełożonego.
– Jakich bandytów? – uniósł brwi z wielkim spokojem.
– Craiga i te dwie dziwki.
– Mówi pan o modelkach?
– Panie starszy – niemal warknął kapitan – pan wie przecież o kim mówię i o co chodzi.
– Nie, niestety nie wiem o co panu chodzi, panie kapitanie – odparł jak zwykle z uprzejmą

pogardą tamten.

– Widziano Craiga w nocy jak wychodził z korytarza prowadzącego do kabiny Harasima.

Harasim został otruty. Craig to płatny morderca.

–  Pana  zdaniem  to  prawda?  –  przerwał  szefowi  starszy  oficer.  W  tej  chwili  do  salonu

wszedł lekarz. Obydwaj kapitanowie spojrzeli nań wyczekująco.  Lekarz usiadł, widać było,
że przeszedł trudne chwile i był bardzo zmęczony.

– Próba samobójstwa, stan ciężki – powiedział zapalając papierosa.
– Co?! – niemal wrzasnął podnosząc się z miejsca kapitan Sowa.
– Nieudane samobójstwo – powtórzył lekarz. Hana wstał.
– Czy jestem wolny panie kapitanie? – zapytał jakby uznając, że dalsza rozmowa jest nie-

aktualna.

– Tak – syknął kapitan.
Hana  wyszedł.  W  salonie  zapadła  cisza.  Jedynie  morze  szumiało  za  otwartymi  oknami.

„Pasat” leciał pełną szybkością na południowy zachód. „Murena” była już niedaleko. Żar za-
lewał pokłady. Klimatyzatory z trudem chłodziły wielką kapitańską kabinę.

– Natychmiast chcę mówić z Harasimem– przerwał ciszę kapitan.
– To niemożliwe – odparł lekarz. 

– Pan wie, o co chodzi, to był zamach.

– Nie, panie kapitanie, to nie był zamach.
– Muszę rozmawiać z Harasimem.
–  Żadne  rozmowy  ani  tym  bardziej  przesłuchania  chorego  nie  mogą  teraz  mieć  miejsca,

czy pan tego nie rozumie? – sprzeciwił się ostro medyk. Kapitan wstał i chodził po salonie.

– Rozumiem – warknął i chodził dalej. Lekarz siedział w fotelu, milczał.
– Więc uważa pan, że to? – przerwał ciszę kapitan.
– Tak można przypuszczać, wiele na to wskazuje – odparł doktor.
– Kiedy będę mógł mówić z trzecim?
– Może za kilka godzin, może dopiero za dzień lub dwa.
– Cholera – zaklął kapitan.
– Obawiam się, że i tym razem  pańskie  podejrzenia  okażą  się  pomyłką.  Harasim  zacho-

wywał się dziwnie jeszcze przed Casablanką, już w Kanale Kilońskim przyszedł do mnie po
środki uspokajające i nasenne. Dałem mu tyle, ile potrzeba do zaśnięcia, a nie samobójstwa.
To paskudztwo, które zażył pochodzi z Las Palmas albo Dakaru. Nie znaleźliśmy opakowa-
nia, w końcu nie wiem, co użył. Środek okazał się jednak mniej groźny niż początkowo przy-
puszczałem. Teraz rokowania są dobre. Harasim będzie żył.

– Nie znalazł pan opakowania po tej truciźnie?
– Środku nasennym – poprawił kapitana lekarz.

background image

46

– Niech będzie środku nasennym. Nie znalazł pan prawda? Nie znaleziono też żadnego li-

stu ani niczego co mają zwyczaj zostawiać samobójcy przed śmiercią. Skąd więc pewność, że
to samobójstwo?

– Hipoteza, przypuszczenie, że samobójstwo – powiedział lekarz.
– Skąd więc ta hipoteza?
– Zachowanie chorego wskazuje, że on sam chciał ze sobą skończyć. To się czuje przy ra-

towaniu. Nie pomagał mi, gdy walczyłem o jego życie. Podświadomie nie pomagał i nadal nie
pomaga, jest w stanie silnej apatii, depresji. To mnie właśnie martwi najbardziej.

– Może on został w jakiś sposób zmuszony do tego samobójstwa?
– Może.
–  Pan,  doktorze,  z  dziwnym  uporem  bagatelizuje  sytuację,  jaka  zaistniała  w  związku  ze

sprawą w Casablance. Niech pan postara się, abym mógł mówić z trzecim możliwie szybko.

– Jak tylko będzie to realne, natychmiast zawiadomię pana, panie kapitanie – powiedział w

sposób  oficjalny  doktor,  po  czym  wstał  i  wyszedł  z  salonu.  Kapitan  znów  pogrążył  się  w
rozmyślaniach.

background image

47

VIII. KAPITAN HOLMES

Sytuacja wraz z upływem czasu komplikowała się. Nic dotychczas nie zostało wyjaśnione.

Podejrzanych przybywało. Nie było dowodów, nawet poszlak nie było. Były tylko domysły.
Do tego Mariona. Kapitan jest odpowiedzialny za wszystko, kapitan nie może być człowie-
kiem, nie może być mężczyzną. Okoliczność zbliżenia z Marioną, jeżeli dziewczyna jest po-
wiedzmy  naprawdę  agentem  Yaxy  Daxy  na  pewno  nie  pomoże  mu  w  ostatecznej  ocenie
sprawy, jeżeli będzie miała ona jeszcze dalszy ciąg.

Po chwilach spędzonych z Marioną i szoku, jaki przeżył rano, wszystko jakby nabrało in-

nych wymiarów, zaokrągliło się, stało mniej drapieżne. Problem, który pochłaniał całą jego
uwagę,  mimo  rozmowy  z  konsulem  w  Dakarze,  jakby  znowu  zmalał,  kapitan  zdawał  sobie
jednak sprawę z nowej sytuacji. Ten kaprys mógł go  wiele kosztować. Gdyby  rzeczywiście
dał wywieść się w pole, gdyby Harasim padł ofiarą Craiga w czasie, gdy on... Intryga szyta
grubą nicią, to prawda. Podstęp jak z operetki, jedna dziewczyna dla kapitana, druga dla star-
szego  oficera  lub  kogoś  innego,  kto  mógłby  przeszkodzić  w  działaniu  człowiekowi,  który
miał wykonać zadanie specjalne. Fortel jak z ballady, ale skuteczny. Nie jeden raz i nie tylko
w literaturze takie scenariusze przynosiły pożądany skutek. Mariona jednak nie mogłaby tego
zrobić.  Mikołaj  Sowa  nie  był  wybitnym  znawcą  kobiet.  Krępowała  go  swoboda  kolegów:
marynarzy  i  niemarynarzy  w  tych  sprawach.  Oburzało  go  oficjalne  chodzenie  do  burdeli,
dziwek, głośne rozprawianie o tym później, śmiechy, wymiana spostrzeżeń o intymnym za-
chowaniu się tych samych kobiet. To nie było w jego stylu. Życie osobiste Mikołaja Sowy nie
ułożyło się jakoś... W szkole morskiej i zaraz po uzyskaniu dyplomu miał dziewczynę. Rejsy
były wtedy piekielnie długie. Tęsknił bardzo, pragnął jej, noce były złe, puste. Czuł, że już
dłużej tak nie może, że zostawi statek, znienawidzi morze. Powoli dochodził do wniosku, iż
musi  wybrać  Joannę  albo  zawód,  który  zdobył  z  wyróżnieniem,  choć  niemałym  trudem.
Dziewczyna nie pomagała mu w morskich rozłąkach, nie chciała, aby odpływał, chciała mieć
go dla siebie. Młodego oficera mimo szybkich awansów i wyraźnego powodzenia w pracy na
morzu nękała coraz większa wątpliwość. Był zazdrosny o Joannę, bał się, że ona go zdradzi,
wybierze kogoś, kogo być może nie kocha, ale kto będzie zawsze  przy niej, bo ona takiego
kogoś pragnęła. Nie miał podstaw do podejrzeń, ale podejrzewał, bo wydawało mu się, że to
musi nastąpić, bo ich rozłąki są nienaturalne i bolesne. Nie wierzył jej. Wmówił sobie, że ona
jest  zbyt  kobieca,  zbyt  ładna  i  gorąca,  by  mogła  ciągle  czekać  i  czekać.  Wówczas,  jeszcze
jako trzeci oficer, Mikołaj Sowa całą siłą woli starał się oddalić ze swoich uczuć dziewczynę,
która zawładnęła jego światem, jego morzem. Joanna była cudowna. Drobne rysy jej twarzy
harmonizowały  z  pełną  kobiecą  figurą.  Wokół  takiej  dziewczyny  kręci  się  zawsze  mrowie
chłopców. Nawet odrzucani przysyłają listy, kwiaty, skomlą, narzucają się. Mikołaj nie godził
się na to. Znalazł raz i drugi jakiś nieistotny powód. Dziewczyna chciała wytłumaczyć. Nie
chciał  słuchać.  Wypłynął  w  siedmiomiesięczny  rejs.  Joanna  czekała,  wrócił,  pojechał  na
wczasy, potem gdzieś do rodziny, nie pokazał jej się na oczy i znowu wypłynął na sześć mie-
sięcy. O ślubie Joanny dowiedział się w morzu w kolejnym rejsie. Potem ożenił się. Jego na-
rzeczona załatwiła wszystkie formalności. Nawet nie wiedział, kiedy znalazł się w urzędzie, a
później na hucznym weselu, które wyprawiła „osobiście” panna młoda. Jej rodzice wyprawili
jego  małżonce  dwa  poprzednie  wesela,  na  trzecie  zabrakło  im  pewnie  fantazji  i  pieniędzy.
Mikołaj, już wówczas drugi oficer, nie bał się, że Lucjana zabierze mu morze, statek, zawód
jaki chciał uprawiać do końca życia. Wracał z rejsów i wypływał w następne, nigdy nie przy-
szło mu do głowy, aby być zazdrosnym. Nie interesowało go co ona robi, gdy jego nie ma.
Miał spokój, bo to marynarzowi bardzo potrzebne.

background image

48

Kiedyś spotkał Joannę. W pociągu, w jednym przedziale, przypadkiem.  Zrozumiał wów-

czas, że mylił się. Mógł mieć swoje morze i tę do której tęsknił, do której by mu się z tego
morza spieszyło. Przeszło, poszło. „Pasat” leciał z szybkością osiemnastu węzłów na pozycję
„Mureny”. Do okaleczonego pożarem statku było już blisko. Od czasu, gdy ostatni raz przed
wieloma laty miał w ramionach Joannę, przeżył coś z kilkoma, innymi kobietami oprócz Lu-
cjany. Wszystkie były jednakowe, te nieliczne w obcych portach też takie same, Joanna była
jedyna. I teraz tu zupełnie niespodziewanie przeżył coś podobnego. Sprawiła to nie tylko uro-
da Mariony i nie tylko jej młodość, wdzięk, zapach skóry: Było w tych chwilach, które razem
przeżyli, coś nieuchwytnego. Mikołaj nie wiedział co, tak jak nie wiedział wówczas w młodo-
ści.

„Pasat” pochylił się lekko na burtę, Hana na mostku zmienił pewnie kurs o kilka stopni,

czyżby zobaczył już „Murenę”. Kapitan wstał, poszedł do sterowni.

Manewr  podejścia  statku  do  statku  na  morzu  zawsze  jest  trudny.  Tu  ta  trudność  była

zwielokrotniona. Miała dobić jednostka większa do znacznie mniejszej, przy tym ta mniejsza
była na pół wrakiem. Kapitan Hana wydawał suchym, metalicznym głosem polecenia sterni-
kowi oraz na śrubę do maszyny.

– Cała naprzód... Mit ship... tak trzymać, maszyna stop. Wielka baza zrównywała powoli

swój kurs z „kursem” dryfującego wraka. Na obydwu burtach wisiały wielkie odbijacze, one
miały przyjąć na siebie siłę zetknięcia mas obu statków.

Po dobiciu zaczął się rozładunek. Warunki były pod każdym względem niekorzystne. Oce-

anem  kołysała  spora,  martwa  fala.  Zrywał  się  od  czasu  do  czasu  niewielki  wiatr.  Spięte  ze
sobą  cumami  i  szpringami  statki  kołysały  się  dość  znacznie  utrudniając  wyładunek.  Nagłe
szkwały targały niespodziewanie unosami, co stanowiło nie tylko utrudnienie, ale i zagrożenie
dla tych przy zrębnicy i w luku. Nie był to stan morza ani pogoda odpowiednia do pospiesz-
nego przeładunku trzech tysięcy ton zamrożonej w kartonach ryby. Tym bardziej że zamroże-
nie to nie było już pierwszej jakości. Przeszło cztery doby nie pracowały agregaty na „Mure-
nie”, i temperatura w ładowniach znacznie wzrosła. Kartony ułożone na wierzchu wyraźnie
już „puszczały”. Rybę czekał kilkudniowy przeładunek w promieniach równikowego słońca.
Teraz było widać, jak bardzo potrzebny był pośpiech w tym przelocie.

Wieczorem  kapitan,  forsując  ostatnie  opory  lekarza,  wtargnął  do  szpitala  okrętowego,

gdzie leżał Harasim. Dopiero teraz dowódca „Pasata” zrozumiał, że upór medyka był uzasad-
niony. Chory wyglądał bardzo źle i był wyraźnie osłabiony. Popatrzył na kapitana i odwrócił
twarz, Mikołaj Sowa usiadł obok na krześle.

– Czy panu czegoś nie trzeba? – zapytał.
– Nie – odparł tamten słabym głosem ale stanowczo jakby chciał pozbyć się intruza.
– Panie trzeci – zagaił w miarę najłagodniej jak mógł kapitan. – Chciałem z panem poroz-

mawiać bez świadków. Rozmowa ta zostanie między nami. Mam kłopot, czy mi pan pomoże?

Oficer poruszył się na łóżku, uniósł lekko głowę, popatrzył na kapitana z wysiłkiem, w je-

go spojrzeniu było zdziwienie.

– Ja teraz mam panu pomagać? – mruknął, odwracając twarz do ściany.
–  Tak,  chodzi  o  rzecz  ważną.  Muszę  podjąć  określone  decyzje.  Chodzi  o  czyjeś  życie.

Niech pan powie, tylko dla mojej wiadomości. Czy to, co pan zrobił lub co panu zrobiono ma
związek z wypadkami jakie zaistniały w Casablance?

Chory uniósł się na łokciu, popatrzył na kapitana jak na złe zjawisko.
– Co?! Czego wy chcecie, dajcie mi spokój. To moja, tylko moja sprawa. – Wyrzucił z sie-

bie po desperacku.

– Niech pan się uspokoi, panie Harasim – kapitan przysunął się bliżej do chorego. – Jeżeli

pan chce, to odpowie.

– Nie, nie będę odpowiadał, nic, nic, nic!!! – zaczął niespodziewanie krzyczeć chory. Ka-

pitan  poczuł  wściekłość.  Co  oni  sobie  myślą?  Co  myśli  ten  bałwan?  Najadł  się  nasennych

background image

49

piguł jak stara historyczka. Marynarz, oficer. Skoro to jego prywatna sprawa, to dlaczego nie truł
się w domu u żony, teściowej, kochanki. Bydlak, głupiec, smarkacz – kapitan lżył w duchu leżą-
cego przed nim człowieka. Hamował się jak mógł. Nie chciał mówić głośno tego, co myślał.

– Prywatne sprawy załatwia się w domu, panie trzeci, nie uważa pan, że ja tu odpowiadam

za wszystko, za takie wygłupy też.

– Nie, nie uważam, nic nie uważam. Człowiek jest wszędzie człowiekiem, na morzu też

jest tylko sobą, człowiekiem, rozumie pan! – Harasim znów zaczął chrypieć.

Otworzyły się drzwi i do szpitalika wszedł lekarz. Popatrzył na chorego oraz szefa.
– Panie kapitanie, proszę już wyjść – powiedział stanowczo.
Kapitan hamując złość wyszedł.
Zapadła afrykańska noc, na niebie lśniły tysiące gwiazd, martwa fala nieco siadła, wiatr też

jakby odrobinę spuchł, jego porywy nie kołysały już unosami. Przeładunek szedł sprawnie.

Mikołaj Sowa oparł się o reling i patrzył na unoszące się do góry i spadające w dół płasz-

czyzny morza. W świetle księżyca i gwiazd wyglądało ono jak cielsko olbrzymiego potwora,
ruszało się, żyło. Kapitan zapadł w zadumę, nie myślał o Harasimie ani o Krystku czy bajko-
ku-nawigatorze,  jakby  na  moment  zapomniał  o  sprawie  z  Casablanki.  Myślał  o  Marionie.
Bywało tak coraz częściej. Unikał dziewczyny od chwili niefortunnego rozstania się wówczas
o świcie. Dziewczyna jego także unikała. Była obrażona, daleka. Kapitan zauważył jednak, że
modelka zmieniła sposób ubierania się i zachowania na statku. Teraz można było ją zobaczyć
jedynie w długich białych spodniach i trykotowej bluzeczce, już nie obnosiła się w miniatu-
rowych figach, maleńkich trójkątach na piersiach, nie spoglądała przymrużonymi oczami zza
wielkich, ciemnych szkieł na marynarzy. Mikołajowi bardzo podobała się ta jej przemiana nie
tylko ze względu na spokój i porządek na statku. Patrycja nadal paradowała prawie naga koło
basenu kąpielowego na pokładzie rekreacyjnym, ciągle otoczona zgrają marynarzy. Nie od-
stępował jej wesołek Craig. Kapitan coraz bardziej skłonny był  przypuszczać, że doktor ma
rację. Ten mężczyzna wygląda na zakochanego zazdrośnika, który  nie chce się  z  tym  zdra-
dzić.  Zachowanie  Patrycji  tymczasem  było  zbyt  swobodne,  prowokacyjne.  Kapitanowi  ob-
serwującemu ją bacznie wydawało się, że ona nie prowokuje marynarzy, a właśnie Craiga.

Na  drugi  dzień  około  południa  radiooficer  przyniósł  nowe  telegramy.  W  Casablance  od

czasu wydarzenia na „Róży Południa” miało miejsce kilka dalszych zabójstw. Gang rozliczył
się  z  gorylami,  prawdopodobnie  bezpośrednimi  organizatorami  przemytu  na  jachcie  angiel-
skiej milionerki. Ponadto jego ludzie zdradzali niepokój, policja utrzymywała, że w zaginio-
nej torbie były nie tylko pieniądze, ale także coś, na odzyskaniu czego zależało bandzie raczej
wyjątkowo.  Komisarz,  prowadzący  sprawy  portowe  w  Casablance,  przewidywał,  że  gang
przygotowuje zakrojoną na szeroką skalę akcję na jakiś będący w morzu statek, którym miał
być najprawdopodobniej „Pasat”.  Inny telegram przysłany  w odpowiedzi na depeszę z „Pa-
sata”  donosił,  że  salon  mody  damskiej  „Crisantemo”  potwierdza  fakt,  że  fotografik  Harry
Craig przerwał zdjęcia w Dakarze z przyczyn kierownictwu nie znanych.

Mikołaj Sowa siedział w salonie i bawił się papierosem. Złe były to wiadomości, wolał że-

by było inaczej. W świetle tych telegramów klucz do wyjaśnienia sprawy mógł jednak znaj-
dować  się  w  rękach  trzeciego  oficera.  Mikołaj  nie  zwlekał,  znów  wybrał  się  do  szpitalika.
Harasim czuł się już znacznie lepiej. Kapitan zaczął oględnie.  Chory patrzył na niego z nie-
chęcią, ale nie okazywał takiej złości jak poprzednio. Na pytanie, czy naprawdę rozmyślnie
użył proszki nasenne, zareagował znowu dość gwałtownie, potem jednak uspokoił się.

– Panie kapitanie – powiedział – zrobiłem to sam, miałem już dość wszystkiego, teraz do-

szedłem  do  wniosku,  że  pospieszyłem  się,  na  to  zawsze  jest  czas.  Ale  potrzebuję  spokoju,
niech pan mnie nie męczy.

– Pan rozumie przecież, że... – zaczął od nowa kapitan.
– Rozumiem, dlatego mówię: z żadną sprawą o jakiej pan myśli nie mam nic wspólnego,

nic, zupełnie nic. Mnie się rozpadła rodzina, żona zabrała dziecko, nie mam nikogo, nikogo.

background image

50

Rozumie pan. Od dawna czułem, co będzie. Gdybym rzucił pływanie, zszedł na ląd, wszystko
byłoby  inaczej.  Ale  jak  mogłem  zejść,  co  bym  robił,  przecież  jestem  nawigatorem.  To  mój
zawód, a co nawigator może robić na lądzie?

Kapitan spuścił głowę. Postawa Harasima nie wzbudzała podejrzeń. A jednak zbyt wiele tu

się działo rzeczy dziwnych.

– Rozumiem, też przeszedłem swoje – powiedział najbardziej przyjaźnie jak umiał. Tam-

ten popatrzył nań chwilę, coś jakby wahanie było w tym spojrzeniu.

– A pan potraktował kaprys kobiety zbyt poważnie i zrobił głupstwo – uśmiechnął się szef

bazy.

– Kaprys? Ten kaprys trwa już rok. Powiedziała mi kiedyś, że ona sama nie będzie matką,

ojcem, księgową w pracy, ślusarzem i elektrykiem w domu. Sama nie będzie robić zakupów,
stać w kolejkach, przygotowywać i obchodzić świąt, spać też sama przez całe życie nie bę-
dzie. Powiedziała, że mówi mi to uczciwie. Myślałem, że babskie gadanie, ale potem okazało
się, że mówiła serio, bardzo serio.

W szpitalnej salce zapanowało milczenie.
– Wie pan co – mruknął kapitan – z żonami obowiązuje pewna zasada i to nie jest frazes.
– Jaka zasada? – zainteresował się Harasim.
– Szewc musi mieć szewcową, piekarz piekarzową, marynarz marynarzową. Kiedy szewc

naprawia ludziom buty ma ich dużo w domu, ona te buty musi lubić. Kiedy my musimy wy-
pływać w morze, one muszą to rozumieć. Lubić nie muszą, ale rozumieć, pomagać, nie prze-
szkadzać.

– Powiedz pan to mojej – mruknął chory.
– Jej nie powiem, panu mówię. Marynarz żony, która nie jest marynarzową nie może ża-

łować, bo to nie jest żona marynarza, a nieporozumienie, pomyłka.

– My sześć lat razem i dobrze było, dobrze. – Harasim zamilkł. Po chwili chory odezwał

się znowu. – Ile ja się za nią uganiałem przed ślubem, jak ja prosiłem, żeby za mnie wyszła.
Wystawałem nocami przed oknem, po co to robiłem?

–  Właśnie  –  mruknął  kapitan  –  takie  wyskomlane  przez  mężczyznę  małżeństwo,  to...

machnął ręką – to wróg w domu.

– Lubiłem ją, kochałem, myślałem, że ślub załatwi wszystko, ale ślub nic nie znaczy. Ku-

powałem  kożuchy,  pierścionki,  za  nic  to  miała.  Ale  bywało  też  dobrze.  Byłem  na  stoczni,
osiem miesięcy, potem wziąłem dni wolne, prawie rok siedziałem na lądzie. Było dobrze. Ale
ja  jestem  marynarzem,  nawigatorem,  musiałem  wreszcie  popłynąć.  Popłynąłem,  pisała  złe
listy. Przeklinała, że jest sama, syn źle się uczy, od początku trzeba mu było poświęcać wiele
czasu.  Mieszkanie  mamy  w  starym  budownictwie,  raz  to  się  zepsuje,  raz  tamto.  Niełatwa
sprawa dziś doprosić się dekarza, hydraulika czy kogoś takiego. Gdy byłem na lądzie, napra-
wiałem sam. Gdy zostawała tylko żona, były problemy. Dach ciekł. Woda lała się na tapety,
które kupiłem w Hiszpanii i niedawno były położone. Pisała listy, depesze. Co miałem robić?
Wiać ze statku wpław lub polecieć samolotem z pierwszego portu naprawiać ten dach?

Pękła skorupa niechęci. Harasim rozgadał się na dobre, poczuł potrzebę opowiedzenia ko-

muś historii, która pchnęła go do desperackiego czynu. Napatoczył się kapitan ze swymi na-
chalnymi podejrzeniami, więc może przed nim otworzyć serce. Harasim mówił, bo czuł tego
potrzebę.  Kapitan  patrzył  na  młodego  oficera  i  spekulował.  Czy  to  dobrze  przemyślane  i
zgrane łgarstwa, czy szczera prawda? Doszedł do wniosku, że Harasim po takim desperackim
kroku musi się załamać i z kimś pogadać, więc to chyba prawda.

Chory  zmęczył  się  opowiadaniem,  leżał  spokojnie,  znowu  był  blady.  Kapitan  wrócił  do

sprawy.

– Co ona w końcu zrobiła? – zapytał.
– Co? A co kobieta, która kombinuje z innym facetem może zrobić? Ostatnio staliśmy trzy

tygodnie w kraju. Cały czas była chora, spała osobno, a nigdy tak nie robiła. Źle się czuła, ale

background image

51

po  całych  dniach  nie  było  jej  w  domu,  wieczorami  przychodziła  i  znikała  z  chłopakiem  w
pokoju od ogrodu. Ja niczym głupek spałem sam w naszej sypialni. Cholera mnie brała, ale
myślałem, że może naprawdę chora. Pytałem, chciałem jechać z nią do lekarza do akademii.
Teraz wiem, co jej było. Przyszedłem na statek i miotałem się aż do Casablanki. Tam dosta-
łem list. Panie  kapitanie,  co  to  był  za  list.  Ta  dziwka  pisze,  że  ona  z  człowiekiem,  którego
kocha, zajęła mieszkanie, a ja jak będę przypływał, mogę mieszkać na statku  albo  w  domu
marynarza. Jej potrzebny jest spokój, bo ona jest chora. Z dzieckiem na razie też nie będę się
widywał, bo dziecko jest znerwicowane. Będzie ciężko przeżywać moje powroty. Ona pisze,
że powinienem to zrozumieć, dla dobra dziecka. Cały dobytek też jest tylko jej, bo ona w po-
sagu dostała sto tysięcy złotych i przez wszystkie lata dom był na jej głowie. Ona wszystko
naprawiała,  o  wszystko  dbała,  zabezpieczała.  Rozumie  pan!  –  podniósł  głos  Harasim.  Po-
czerwieniał, dyszał ciężko.

– Nieobecni tracą – powiedział kapitan.
Chory milczał sporą chwilę. Wiatr znów był większy, tłukł kadłubami statków, odbijacze

piszczały i strzelały pod naporem wielu tysięcy ton rzucanych podmuchami i falą na siebie.
Ludzie od czasu do czasu przerywali robotę, bo unosy huśtały się zbyt niebezpiecznie.

– Wyrzuciła mnie jak śmiecia z domu, z domu, który wyposażyłem we wszystko. Tak ja-

koś było, że mieszkanie jest na nią i ona jest głównym lokatorem, bo ostatecznie było przy-
dzielone na interwencję z jej zakładu, wtedy gdy urodził się syn. Ale co ona zarabiała panie
kapitanie. Ja w portach piwa nie piłem. Wszystko przez dziewięć lat szło w to mieszkanie.

–  Rzeczy  nabyte.  Będą  nowe,  będzie  też  inna  kobieta,  jeżeli  nie  wyskomlana  jak  ta,  na

pewno lepsza, ale jak pan będzie robił takie numery, to niczego już nie będzie.

– To racja – uśmiechnął się po raz pierwszy Harasim. – Kiedy już tu trafiłem, leżałem, pa-

trzyłem w sufit i myślałem: Nie mógłbyś bracie lepiej babie dogodzić, gdybyś tak zrobił, jak
zamierzałeś. Na czas pogrzebu zostałaby znowu dobrą żoną. Ubrałaby się na czarno i poszła
do firmy po forsę. Nie byłoby żadnych rozpraw, podziału mienia.

Kapitan patrzył na chiw pełen ryby, który wypełzał z luku „Mureny” zataczał łuk  na  ja-

snym afrykańskim niebie i opadał powoli do luku. Uwolnił się na chwilę od Yaxy Daxy, Ha-
ny, Krystka, Cichonia i wszystkich podejrzanych, myślał o tym, że zależności, i związki tych
z morza z tymi, którzy żyją na lądzie, to coś z gruntu sprzecznego. Harasim w ostatnich latach
przebywał po dziesięć miesięcy rocznie w morzu i tylko dwa miesiące na lądzie. Z tego pew-
nie nie więcej niż jeden miesiąc z żoną. On na morzu żył życiem morskim, a ona na lądzie
żyła, jak żyje się na lądzie, tyle że bez niego. Czy to zupełnie wszystko jedno? Kapitan ob-
serwował ludzi dookoła.  Małżeństwa  marynarzy  z  reguły  były  lepsze  od  małżeństw  z  lądu,
mimo  sprzeczności.  Ale  były  też  takie,  jak  Harasima,  gdzie  te  sprzeczności  odciskały  się
gwałtem.

Nie o to jednak teraz chodziło, opowieść Harasima była wiarygodna. Cała psychologia tego

co mówił, postawa jej, reakcje jego, wszystko było wiarygodne, bo nie pierwsze i nie ostatnie
właśnie takie. Sposób mówienia młodego oficera o tym wszystkim też był naturalny. Harasim
nie był więc chyba Nierozpoznanym i należało skreślić go z listy, na której od wczoraj figuro-
wał jako pierwszy. A Mariona? No właśnie, Mariona też z tym pewnie nie ma nić wspólnego,
coś radowało się w kapitanie, gdy o tym myślał. W szpitaliku zapanowała cisza. Skrzypienie
burt o odbijacze spiętych z sobą statków wydawało się bardziej donośne i natarczywe.

– Niech ją wezmą diabli, ja się jeszcze odkuję – powiedział jakby gdzieś z głębi siebie Ha-

rasim... Mikołaj myślał o Marionie, głos tamtego wyrwał go z zadumy.

– Właśnie, myślałem, że z pana zdrowiem będą większe kłopoty.
– Nie, to była chwila słabości. Nie wiedziałem zresztą tak na pewno, czy chcę umrzeć, czy

pospać dłużej tak, żeby zapomnieć o wszystkim, żeby przestać myśleć, że ona tam z innym,
że dziecku wpiera innego ojca, że... – choremu poczerwieniały nagle oczy. Kapitan był teraz
przekonany, że ma do czynienia ze zwyczajnym ludzkim dramatem.

background image

52

IX. RODAK Z MONTE

Kapitan Sowa stanął przed drzwiami kabiny lekarza, zapukał, wszedł. Doktor leżał w koi z

nogami opartymi wysoko na skrzynce z pasem ratunkowym. Patrzył w sufit, na stoliku obok
stała szklanka wypełniona chłodnym piwem. Medyk poruszył się, dowódca bazy nic nie mó-
wiąc  usiadł  w  fotelu.  Lekarz  leżał  nadal.  Cisza  przedłużała  się  i  nienaturalna  sytuacja  była
coraz bardziej niejasna. Gdy kapitan w dalszym ciągu nic nie mówił, medyk zdjął nogi, usiadł
na koi, patrzył w podłogę. Wreszcie podniósł wzrok i spojrzał na kapitana.

– Piwa? – zapytał.
– Może być – odparł dowódca bazy.
Lekarz wstał, sięgnął do lodówki, wyjął butelkę, sięgnął po szklankę, wycierał ją białą jak

kreda  ściereczką.  Lśniące  niczym  kryształ  szkło  postawił  przed  kapitanem,  zerwał  kapsel  z
butelki, nalał pieniącego się płynu do szkła, które zaraz pokryło się matowym nalotem.

– Słucham, panie kapitanie – powiedział nieco oficjalnie doktor. Mikołaj Sowa tym razem

nie był rozmowny. Milczał, Doktor też milczał. Wizyta była osobliwa.

– Gorąco – powiedział wreszcie dowódca bazy.
– Gorąco – przytaknął doktor.
Kapitan wypił resztę żółtawego płynu i uniósł się z fotela.
– Dziękuję – skinął głową.
– Dziękuję – odparł tamten i faktycznie poczuł, że jest mu gorąco. Wizyta owa zaniepo-

koiła doktora bardziej, niż wszystko, co wydarzyło się w tym rejsie. Kapitan wyszedł z kabi-
ny, pokłady były niemal rozżarzone od równikowego słońca.

Załadunek odbywał się do dwóch ładowni jednocześnie. Skrzypiały unosy na plankach, tu

i  tam  pokrzykiwali  ludzie.  Ci  na  pokładach  zdjęli  hełmy,  w  których  nie  mogli  wytrzymać.
Kapitan ruszył w stronę sztormtrapu. Powoli przechodził przez wygiętą w kształcie litery U
sznurową drabinkę. „Murena” była wymalowana i czysta, nie robiła wrażenia statku z wypa-
loną  maszynownią.  Kapitan  wszedł  w  wąski  okrętowy  korytarz,  gdzie  mimo  cienia  zaduch
był  olbrzymi.  Odnalazł  salon  kapitana,  zapukał,  wszedł.  Dowódca  „Mureny”  siedział  przy
biurku. Mały, przenośny wentylatorek przewracał gorące powietrze niewiele czyniąc chłodu.
Kapitan trawlera widząc nie zapowiedzianego gościa podniósł się z miejsca. Na stole zjawił
się syfon i napoczęta już butelka szkockiej.

– Słyszał pan o moim asystencie z maszyny... w Casablance? – zagadnął dowódca bazy, po

krótkiej rozmowie o przeładunku.

– Słyszałem, nieprzyjemna sprawa – odparł kapitan Graham.
– Nieprzyjemna – przytaknął kapitan Sowa – obawiam się, że to nie koniec jeszcze.
– Aż tak? Co pan przypuszcza?
– Że będą się mścić ci z Maroka.
– To było coś z Yaxy Daxy?
– Mam podstawy, aby tak przypuszczać. Policja w Casablance...
– To pajace. Z nimi może się pan nie liczyć – przerwał mu kapitan trawlera.
– Pan w Monte miał jakieś kłopoty? – zapytał Mikołaj Sowa, pociągając szkocką ze szkla-

neczki.

– Popili się moje orły, na tablicę nie przyszli, dwóch wyleci po powrocie, kilku dostanie

nagany, będzie dyscyplina w następnym rejsie.

– Takie zbiorowe szaleństwo!
– Ano. Zaczepił ich w mieście jakiś Polus z Ameryki i dalej fetować spotkanie rodaków na

obczyźnie. Wie pan, jak to jest z Polusami, ja też wiem, ale to był wyjątkowy orzełek. Spił
czterdziestu  ludzi.  Woził  ich  do  Buenos  Aires,  dawał  drogie  prezenty.  Cholera  wie,  czego

background image

53

chciał od moich ludzi. Jeżeli był to tylko sentyment do starej  ojczyzny, to drogo go koszto-
wał,  a  ja  zapłaciłem  za  dodatkową  dobę  postoju  w  porcie,  no  i  spóźnienie  statku  też  coś
kosztuje. Tak bawili się moi marynarze. Teraz ta cholerna awaria. Niech to wszyscy diabli.

– Jak długo siedzieliście pod Orkadami?
– Na Antarktydzie pół roku.
– No właśnie – mruknął kapitan Sowa.
– Co właśnie.
– Ludzie nie maszyny, chociaż i maszyny po takiej eksploatacji wysiadają. Dociskała, jak

to pan mówi, orłów Antarktyda przez kilka miesięcy, no i w Monte im odbiło. To się zdarza.

Kapitan Graham pociągał drobnymi łyczkami szkota ze szklaneczki, patrzył na unosy wy-

pełnione kartonami, które opuszczając jego statek znikały w przepastnym brzuchu „Pasata”.

– Rybę chyba uratujemy – powiedział po chwili. 

– Ale ja pójdę na Antarktydę już z ładun-

kiem, przedtem wejdę do Cape Town, żeby pozbyć się rozbitków.

– Nooo... – zainteresował się kapitan Graham – aleście lale wyłowili – dowódca „Mureny”

mówił dalej, ale Mikołaj był w tej chwili myślami zupełnie gdzie indziej. Biała suknia, a póź-
niej już tylko ten złoty łańcuszek, burza włosów rudozłotych, przymrużone oczy.

– ... Sporego bałaganu prawda? – doszedł go z oddali głos Grahama.
– Słucham?
– Mówię, że te lale musiały panu narozrabiać, nie chciałbym mieć takiego baletu na statku.
– Mhmm... – mruknął kapitan. Myślał znowu o przeklętej sprawie z Casablanki, wreszcie

wstał,  pożegnał  się  i  wyszedł  na  rozpalony  pokład.  Słońce  tonęło  w  morzu.  Długa  pręga
czerwonego światła leżała na nieznacznie falującej płaszczyźnie oceanu. Upał pulsował jesz-
cze z tracącego oślepiającą jasność nieba.

Dwaj podpici rybacy z „Mureny” weszli na przewieszony między burtami obydwu statków

sztormtrap, kiwali się na nim niebezpiecznie. Przechodzili na „Pasata”. Kilku innych oczeki-
wało, aby przedostać się na „Murenę”. Gdy kapitan znalazł się na „Pasacie”, usłyszał z którejś
kabiny głośny śmiech Mariony czy Patrycji? Stanął, słuchał.

Niemal wszyscy rybacy z „Mureny” byli już na „Pasacie”. Każdy chciał zobaczyć piękne

modelki.  Śmiech  urwał  się  i  za  chwilę  wybuchł  znowu.  Kapitan  wszedł  w  wąski  okrętowy
korytarz, długo otwierał drzwi do salonu, nie spieszyło mu się nigdzie.

Gdy późno w nocy siedział w fotelu i zagłębiony w myślach porządkował ogniwa swoich

nowych podejrzeń, rozległo się lekkie pukanie, po czym na progu stanęła... Mariona. Była w
długim porannym płaszczu w jakim Francuzki zwykle wychodzą o świcie nawet na ulicę, do
kiosku lub budki ze świeżym pieczywem. Ale ten płaszcz wyjątkowo podkreślał smukłość i
okrągłość kobiecego ciała. Mariona stała na progu wysoka, dostojna i piękna. Kapitan patrzył,
przecież tak bardzo pragnął, aby ona znowu tu przyszła. Mariona podeszła blisko. Jej płaszcz
był lekko przewiązany jedwabnym sznurem.

background image

54

X. EPILOG, CZY JESZCZE JEDNA ZAGADKA?

Wysoka  postać  oderwała  się  od  szotu  i  przemknęła  okrętowym  korytarzem  w  kierunku

magazynku  medycznego  na  rufie.  Mimo  późnej  nocy  z  wielu  kabin  dochodziły  rozmowy,
śmiechy,  śpiewy.  Marynarze  z  „Pasata”  gościli  rybaków.  Nawiązywano  mocno  podlane  pi-
wem przyjaźnie. Pracowali tylko ci z brygad przeładunkowych. Noc była parna, gorąca. Szara
postać  zatrzymała  się  przed  drzwiami  niedaleko  włazu  na  pokład,  błysnęło  światełko  małej
latarki i trzasnął przekręcany kluczem zamek. Wnętrze magazynu było ciasne, światło latarki
rzucało niewielki krąg na półki, gdzie we  wzorowym porządku leżały kartony,  paczki  i  fir-
mowe opakowania z lekarstwami. Ręce mężczyzny wprawnie zdejmowały z półek pudełka i
skrzyneczki z lekarstwami. Nocny gość oglądał opakowania najwyraźniej szukając śladu ich
otwarcia. Nie naruszone wędrowały z powrotem na miejsce, dokładnie tak, jak były ułożone
przedtem. Inne stawały się obiektem większego zainteresowania człowieka, który wolał pra-
cować po ciemku. Szara postać wyraźnie czegoś szukała. Czynność ta była prowadzona bar-
dzo  systematycznie  i  ze  spokojem.  Jednocześnie  na  pokładzie  przy  bulaju  do  tego  właśnie
magazynku tkwiła jakby przyklejona inna postać. Człowiek ów najwyraźniej podglądał tego,
który przeszukiwał magazynek. A więc coś zaczynało się dziać na „Pasacie”.

Tymczasem nadal trwał przeładunek. Pracowano ciągle na dwa ganki.
Nie  wszyscy  mieli  jednak  pełne  ręce  roboty.  Technolog  na  „Pasacie”  od  czasu  do  czasu

sprawdzał stan przyjmowanego na burtę „towaru” i bez zaniedbywania obowiązków pochło-
nięty był zabawą u ochmistrza. W salonie szefa działu gospodarczego trudno byłoby znaleźć
wolne  miejsce.  Tym  razem  nie  mówiło  się  tam  po  polsku,  każdy  kto  umiał  cokolwiek  po
hiszpańsku albo angielsku starał się wykrzyczeć lub wybełkotać jakieś zdanie. Patrycja śmiała
się perliście ze wszystkiego i do wszystkich. Ubrana w krótkie szorciki oraz obcisłą bluzeczkę
siedziała w fotelu z wielkim kryształowym pucharem w ręce. Puchar przyniósł jej drugi oficer
Szczepan Krystek, który nagle wyzdrowiał do tego stopnia, że przyciskając raz i drugi dziew-
czynę, gdyż jemu na to pozwalała, nie czuł bólu połamanych żeber. Krystek wygrał kielich w
zawodach  pływackich  o  „Puchar  Bałtyku”.  Gdy  zmieniał  statki,  zabierał  go  z  sobą  i  w
oszklonej gablocie stawiał na widocznym miejscu. Teraz patrzył, jak dziewczyna wymachuje
nim w lewo i prawo, chociaż nigdy nikomu nie dał kruchego cacka dotknąć. Patrycja śmiała
się do wszystkich, ale jakoś szczególnie do Krystka.

Był jeszcze w kabinie u ochmistrza fotografik Harry Craig. Jedynie on miał ponurą minę w

tym towarzystwie. Chłopak zyskał sobie sympatię załogi. Na chrzcie spisał się jak żaden neo-
fita, po chrzcie zresztą także. Ci, którzy znali się na nawigacji, a na „Pasacie” było takich spo-
ro, śmiali się z żeglarskiej wiedzy „kapitana”, który tak beztrosko utopił „Czerwoną Lalkę”.
Ale co im do tego. Craig zrobił temu i owemu po kilka zdjęć z półnagą Patrycją i wywołał je
w statkowym laboratorium. Zdjęcia były nie lada atrakcją. Wesołek kosmopolita teraz zgubił
gdzieś beztroski nastrój i patrzył na drugiego oficera z wyraźną niechęcią. Drugi nie dostrze-
gał młodego fotografa, widział tylko Patrycję.

– Gdzie Mariona?? Gdzie Mariona?! – podniosły się głosy.
– Mariona? – parsknęła Patrycja – Mariona – pokazała na serce. Kilku marynarzy zerwało

się z miejsc i ruszyło na poszukiwanie drugiej dziewczyny. Niestety Mariona przepadła bez
śladu. Patrycja śmiała się perliście: – Nie szukajcie Mariony, ona mucho, mucho kochać.

Jedni  coś  niecoś  orientowali  się,  gdzie  była  Mariona,  inni  niewiele.  U  ochmistrza  królo-

wała Patrycja. Za bulajem wstawał świt i panowała cisza, tylko bomy ciągłe trzeszczały pod
unosami pełnymi ryby.

W kapitańskim salonie paliło się niewielkie światło. Marynarska samotność przestała ist-

nieć. Mariona została raz jeszcze królową jednej nocy.

background image

55

I nagle senną ciszę przerwał ostry dzwonek telefonu. Kapitan wstał, podniósł słuchawkę.

Podenerwowany głos Harasima meldował z mostka, że Craig strzelał do Krystka. Krystek jest
ranny w szpitalu. Opatruje go lekarz.

Kapitan usiadł, starając się mimo wszystko zachować spokój. Mariona spała, nie obudził

jej nawet głośny dzwonek telefonu. – Co za cyrk? Kiedy skończy się to szaleństwo? Mikołaj
Sowa wziął się oburącz za głowę. Mariona poruszyła się nieznacznie. Mikołaj patrzył na jej
piękne rysy, smukłe ramiona, rozsypane na posłaniu włosy... – Tak, podobno przegrywają z
kobietami generałowie – pomyślał przypominając sobie coś o pięknych szpiegach.

Niecałą godzinę później rozległo się energiczne pukanie do kapitańskich drzwi, w pokoju

stanął radiooficer.

–  Ważna  depesza  z  Casablanki  –  oznajmił.  Kapitan  chwycił  papier,  przebiegł  wzrokiem

arkusz i usiadł w fotelu, chciał coś powiedzieć, ale radio pospiesznie wyszedł z salonu. Kapi-
tan „Pasata” Mikołaj Sowa-Osowski ponownie przeczytał tekst radiotelegramu. Agent z Ca-
sablanki donosił, że tamtejsza policja rozpracowała transfer haszyszu na jachcie „Róża Połu-
dnia”. Drugim przemytnikiem w tym rejsie był Grek, Sarafakis Celios, z tankowca „Itaka”.
Jego ciało znaleziono w basenie jachtowym, niedaleko miejsca cumowania jachtu. Mocodaw-
cy nie odnaleźli zagarniętej przez niego torby z pieniędzmi i ważnymi dla nich dokumentami.
Poszukiwanie zatem drugiego człowieka związanego z tą sprawą na „Pasacie” było nieporo-
zumieniem.  Agent  przepraszał  za  wprowadzenie  w  błąd  kapitana  poprzednimi  sugestiami
policji. Kapitan Sowa zaklął, chociaż mierziły go przekleństwa. Po chwili powtórzył wulgar-
ne  słowo  jeszcze  głośniej  i  jeszcze  dobitniej.  Kapitan  Holmes,  kapitan  tropiciel  wspominał
przezwiska i drwiące uśmiechy Harasima, Krystka, Cichonia, Hany i lekarza.

W tej chwili znowu zadzwonił telefon. Ktoś donosił, że Craig chce wyjść siłą z kabiny, w

której go internowano, tłucze się, może rozwalić drzwi.

– Niech rozwali – warknął kapitan do słuchawki.
– Jak to niech rozwali? – głos po drugiej stronie był wyraźnie zdziwiony.
– Niech rozwali i idzie do jasnej cholery! – Mikołaj Sowa rzucił słuchawkę. – Zaraz, zaraz,

nie ma już sprawy Yaxy Daxy, ale ten szczeniak strzelał przecież do człowieka, zranił Kryst-
ka.

Ponownie zadzwonił telefon.
– Słucham – rzucił do słuchawki ze złością kapitan.
– Tu szpital, może pan rozmawiać z Krystkiem – meldował lekarz. Kapitan milczał.
–  Halo,  słyszy  mnie  pan?  Mówi  doktor  Kowalski,  może  pan  rozmawiać  z  poszkodowa-

nym, to było tylko draśnięcie, ale była krew, musi być opatrunek.

– Draśnięcie? – I kapitan Sowa-Osowski po raz trzeci w tym dramatycznym rejsie wyraził

się  ordynarnie,  po  czym  odłożył  słuchawkę  na  widełki  i  wyciągnął  się  wygodnie  w  fotelu.
Patrzył na pokład, gdzie unos pełen ryb zataczał łuk na błękitnym niebie.

Nagle drzwi otworzyły się i stanął w nich bajkok-nawigator. Trzymał coś w białej serwet-

ce. Odwinął płótno i położył na biurku płaskorzeźbę, wyryty w mahoniu piękny profil kobie-
ty. Poniżej szyi w kształtnie zarysowanym biuście widniało wyraźne uszkodzenie z rozerwa-
ną, wciśniętą w głąb drewna blaszką szlachetnego kruszcu. Bajkok milczał, kapitan też mil-
czał, ujął oburącz głowę za skronie i tak trwał. Wreszcie uniósł zmęczoną twarz.

– Więc, więc to pan tam był?
– Nie – odparł bajkok.
Kapitan poruszył się w fotelu, znów patrzył na pokład. Unos jakby zatrzymał się w miej-

scu.

Bajkok-nawigator rzucił okiem na telegram z Casablanki, przeczytał tekst.
– Policja to potęga – mruknął.
– A to co? – kapitan wskazał głęboką skazę w płaskorzeźbie.

background image

56

–  Znak  niedoszłej  śmierci  –  powiedział  bajkok.  –  Ta  maska  musi  być  dla  kogoś  bardzo

cenna. Teraz pan rozumie co się stało z czwartą kulą?

– Mhm – mruknął kapitan. Chwile mijały, bajkok ciągle stał przed szefem bazy.
– Co pan zamierza? – przerwał kapitańską zadumę.
– Myślę, że zaczynamy wszystko od początku.
– Niezupełnie – odparł młodzik. – Są już pewniki. Sternika z „Róży Południa” mamy tutaj,

a w rozwiązaniu zagadki możemy liczyć tylko na siebie.

Dzień wstał już w pełni, gorące słońce wisiało nad spiętymi w dryfie statkami i paliło zaja-

dle. Stuknął dźwig, potem zapadła cisza. Widocznie nastąpiła przerwa w przeładunku. Wiatr
też ustał, jedynie martwa fala muskała burty.

– Myślałem, że to wreszcie koniec dramatu i komedii– kapitan wskazał telegram.

background image

57

XI. CASABLANKA

Szef portowej policji w Casablance był bez eskorty. Jadący przed jego landrowerem mały

wóz  alfa  romeo  przyspieszał  i  ścinał  zakręty.  Samochód  komisarza  nie  był  wozem  policyj-
nym, inne pojazdy ustępowały mu jednak drogi. Mała alfa zachowywała się inaczej. Komi-
sarz Ricardo Pallani wychowywał się w portowej dzielnicy, znał tutejsze obyczaje, znał ludzi
i samochody. Nie mógł zapamiętać w wielotysięcznej dzielnicy wszystkich twarzy, a jednak
rozpoznał przybyszów. Przyjezdnych, którzy byli inni nieuchwytnym gestem, różnicą żargo-
nu Casablanki.  Ludzie pozostawali jednak ukryci w  samochodach.  Kapitan  Pallani,  gdy  nie
był jeszcze policjantem, a należał do portowej żulii, nauczył się patrzeć na samochody. Kie-
dyś miasto zaroiło się od nieznanych przybyszów. Przebrzmiała wielka wojna, samochodów
było wówczas niewiele. Był to okres,  gdy rozbój i heroina zaczęły wypełzać z metalowych
gablot. Co dziesiąty, co piąty, drugi aż wreszcie niemal każdy napad, rabunek, gwałt związa-
ny był z użyciem samochodu. Młody wówczas policjant zorientował się, że aby coś znaczyć
w nowym świecie, nie wystarczy znać ludzi. Trzeba też umieć w metalowym tłumie rozpo-
znawać samochody. Ówczesny sierżant Pallani spostrzegł, że samochody mają też swój spo-
sób bycia. W drodze do Namibii i Republiki Południowej Afryki,  a także do Argentyny su-
nęły  przez  Maroko  dziwne  karawany.  W  Casablance,  Tangerze,  Marakeszu  pojawiali  się
przybysze w pospiesznie przemalowanych volkswagenach. Towarzyszyły im ciężarówki po-
dejrzanie solidnej konstrukcji jak na wozy cywilne. Za ich kierownicami siedzieli mężczyźni
w  różnym  wieku.  Przybywający  w  ten  sposób  na  rozpaloną  słońcem  marokańską  ziemię
Francuzi kiepsko mówili po francusku, a Grecy kiepsko po grecku. Akcent jednych i drugich
był twardy, postawa zaś wojskowa, sztywna. Od każdego z nich można było kupić złoto na
wagę lub też starą biżuterię. Większość niezwykłych przybyszów jechała dalej, niektórzy jed-
nak kupowali wille w okolicy Ain Diab i ziemię pod oliwki. Ci przywdziewali maski dobro-
czynności, wspierali miejscowy szpital i szkołę dla bezdomnych dzieci. Oznaczało to, że będą
unikać kolizji z prawem więc Pallani przestawał się nimi interesować. Byli jednak tacy, któ-
rzy  poprzestawali  na  wynajęciu  apartamentu  w  drogim  hotelu  lub  zakupieniu  domu  w  cen-
trum miasta. Gubili gdzieś swoje samochody na wysokich terenowych kołach i za ich sprawą
na szerokich jezdniach El Dar El Beida pojawiały się nowe wozy  amerykańskie, francuskie,
angielskie.  Jednocześnie  i  tu  i  tam  w  Maroko  ożywił  się  rynek  zielonych  grudek  i  białego
proszku. Haszysz, opium, heroina jechały w progach i oponach nowoczesnych samochodów
nie tylko z Marakeszu, ale Churajbiki, Fezu, Tazy. Gdzieś tez zaginął człowiek, potem z broni
maszynowej zastrzelono strażnika, a później naraz trzech policjantów. Potem okazało się, że
sprawę produkcji i przemytu białego proszku organizował boss, który kupił winnicę i był po-
pierającym  dobroczynne  cele  szanowanym  obywatelem  Casablanki.  Już  wtedy  porucznik
Pallani znał wszystkie wozy tego człowieka. Poruszały się one pewnie i szybko, często nie-
zależnie od przepisów i znaków drogowych. Młody oficer policji wiedział, co w Casablance
oznacza taki sposób jazdy. Spokojny obywatel, który nabył winnicę, jak się okazało pochodził
z Kilonii. Lata 1940 i 1941 spędził na dalekiej ziemi polskiej. W czarnym mundurze z trupią
główką  jeździł  niewielkim  mercedesem  po  Warszawie,  potem  pojechał  pod  Smoleńsk  i  na
Ukrainę. Sprawował też swój oznaczony dwoma piszczelami i czaszką urząd w Paryżu. Za-
nim jego wódz zaczął wprowadzać nowy ład w Europie, poczciwy obywatel Casablanki był
nauczycielem  w  szkole  rzemieślniczej  i  mieszkał  w  suterenie.  Kiedy  po  wojnie  „stracił
wszystko”, kupił pałacyk i winnicę nad samym brzegiem Atlantyku, w europejskiej dzielnicy
afrykańskiego miasta. Cenne owoce musiała rodzić ta winnica, gdyż jej właściciel wzbogacił
się szybko.

background image

58

Policja z Casablanki nie miała najlepszej opinii u współdziałających z nią jednostek w Pa-

ryżu, Madrycie, Rzymie. Pallani też podobno nie był święty. Zbyt dobrze mu się powodziło
jak  na  wyrośniętego  z  biedy  policjanta.  Też  miał  w  europejskiej  dzielnicy  willę.  Tropiona
przez Interpol „socjeta” z korzeniami w Chicago i Genui znalazła się w potrzasku. Było już
pewne, że wpadnie mafioso. Nić urwała się w Casablance. Pallani miał zatrzymać trzy głów-
ne gwiazdy, zatrzymał jedynie płotkę, która do tego była od dawna informatorem policji wło-
skiej. Ale Pallani to był ktoś i wielu unikało jego landrowera. Szef portowej policji „nie miał
szczęścia” jedynie do tych z włoskim i hiszpańskim akcentem.

Ale w jego karierze istniały też sprawy duże. Przed wojną dorastający Ricardo był chłop-

cem  od  zmywania  garów  w  barze  „Margita”  nad  portowym  kanałem  niedaleko  latarni  bły-
skającej na morze z przylądka Ras el Hant od południowo-zachodniej strony miasta. Ów bar
spod ciemnej gwiazdy prowadzili Francuzi. Raz przyjechała do nich na urlop dziewczyna z
tekstylnej fabryki w Lionie. Była to pierwsza miłość Ricarda. Pierwsza i ostatnia. Gdy starszy
już nieco Pallani zaczął pracować w policji, zbyt duże miał powodzenie u portowych dziew-
czyn, aby wybrać jedną. A wtedy, gdy tamta dziewczyna wróciła do Lionu, wybuchła wojna.
Pallani dowiedział się później, że zatłukli ją hitlerowcy na gestapo. Przewieziona do Paryża
zginęła zamęczona przez oprawców w czarnych mundurach.  Była radiotelegrafistką  w  kon-
spiracji. Jaka to była konspiracja Pallani początkowo zupełnie nie wiedział. Od mycia garów
awansował na barmana, reszta niewiele go obchodziła w neutralnej Casablance. Myślał długo,
jak to mogło być, że ją zabili ci Niemcy. Wydawało mu się, że słyszy, jak krzyczy... Pytał,
dowiedział się wiele o okupacji w Europie. Zaczął przeklinać Hitlera. Raz przyszedł do niego
wysoki drab i pytał dlaczego nie lubi Niemców. Od tej pory barman Ricardo Pallani nie wy-
krzykiwał  już  niczego  na  faszystów  i  ich  wodza.  Słuchał  natomiast,  o  czym  rozmawiają  w
barze „Margita” nocni  goście.  Już  przedtem  rozumiał  nieźle  po  niemiecku.  Szybko  nauczył
się dobrze tego języka. Być może, iż dwie grupy zorganizowane przez hitlerowców w Maroko
i wysłane do Anglii zostały tam spalone niemal natychmiast po przekroczeniu granicy dzięki
Pallaniemu. Pewne  natomiast  było,  że  ktoś  wpływowy  zaraz  po  wojnie  umieścił  Ricarda  w
innej niż nocny bar instytucji. Pewne było też, że jeśli zaraz po wojnie któryś z przybyłych do
Casablanki ludzi mówiących twardym narzeczem wydał się,  że  był  kiedykolwiek  w  Paryżu
lub Lionie, ginął w wypadku. Tropienie Niemców z hitlerowską przeszłością stało się sprawą
osobistą komisarza Ricarda. Z biegiem czasu haszysz i heroina coraz bardziej przestawały być
domeną amatorów. W wielkich portach nastąpił ścisły podział dróg przemytu i rynków zbytu.
Gangi uznawały się wzajemnie, uzgadniały problemy sporne i przechodziły do koegzystencji.
Współżycie to nie zawsze jednak było sielanką. Poza interesami  rządziły tu także sympatie.
W  Casablance  krzyżowały  się  wielorakie  interesy  i  nacje  wielkiej  kontrabandy.  Najstarszą
była tu spółka włosko-amerykańska. Jej boss przez długie lata rządził całością ciemnej strony
portowego życia. Poza haszyszem i heroiną podlegały mu także prostytucja, alkohol, hazard i
tytoń. Tolerowane przez niego małe gangi żywiły się odpadkami. Potem, gdy do gry weszła
spółka o wyraźnie kosmopolitycznych cechach, zaczęły się strzelaniny. Mafioso Sycylijczyk
zginął, zastąpił go człowiek z Chicago, który twardą ręką zaprowadził porządek w ciemnym
światku Casablanki. Nie obeszło się jednak bez ustępstw. Miasto zostało podzielone. Na are-
nie  heroiny,  złota  i  szlachetnych  kamieni  ukazała  się  postać  zupełnie  nowa.  Północno-
wschodnią  część  portu  i  miasta  przejął  człowiek  o  pseudonimie  Yaxy  Daxy.  Przezwisko  to
mówiło wiele. „Ojciec” nowej „rodziny” także pochodził z Ameryki. W czasach prohibicji w
Chicago był lokal, gdzie można było zawsze napić się whisky. Lokal ten nosił nazwę podobną
do pseudonimu nowego króla mroków Casablanki. Pallani przy pomocy kolegów z Rzymu i
Nowego Jorku doszedł, kim był Yaxy. Dlaczego jednak obydwa amerykańskie gangi nie po-
łączyły  się?  Kto  był  wspólnikiem  Yaxy?  Skąd  gang  w  chwili  rozruchu  interesów  miał  tak
olbrzymie  środki?  Człowiek,  który  przybył  zza  oceanu  i  został  bossem,  nie  był  na  tyle  za-
możny,  aby  zacząć  działalność  z  tak  wielkim  rozmachem.  Podobnych  niewiadomych  było

background image

59

wiele. Część z nich wyjaśniła się z biegiem czasu. W nowym gangu na niższych szczeblach
pojawili się ludzie przybyli do Maroka w pierwszych latach po wojnie. Był między nimi nie-
jaki Albert Steinke, który poniósł właśnie śmierć na jachcie „Róża Południa”. Od czasu tego
wydarzenia tolerujące się gangi były wzajemnie zjeżone i nieufne. Na owym jachcie dokony-
wany był przerzut towaru na morze. Coś nie powiodło się  w  tym  transferze  i  Carate  chciał
zlikwidować załogę jachtu, jednego człowieka zastrzelił, drugi jednak... Mała alfa skręciła w
boczną uliczkę i Ricardo  Pallani  skoncentrował  uwagę  na  nieoficjalnym  pościgu.  Komisarz
jechał nadal za sportowym wozem, który kojarzył mu się właśnie z postacią Alberta. Ten wóz
był  Pallaniemu  znany.  Alfa  tym  razem  zachowywała  się  jednak  inaczej  niż  zwykle.  Za  jej
kierownicą siedział pewnie inny człowiek. W gangu Yaxy wszystko zresztą było niekonwen-
cjonalne. Już kilka lat temu Ricardo Pallani doszedł do wniosku, że „rodzina” ta jest bardzo
dziwnym mariażem. Amerykański mafioso oparł się na kapitale przybyszów z Europy, którzy
przed wieloma laty przyjechali tu z workami złota. Odkrycie to wprawiło w rozterkę komisa-
rza. Tępienie zbrodniarzy spod znaku swastyki było jego pasją. Ale to była spółka. Ludzie z
Chicago  mieli  specjalne  prawa  w  Casablance,  w  tej  sprawie  była  już  tradycja.  Alfa  znów
przyspieszyła. Pallani obserwował dwóch mężczyzn, którzy tkwiąc na przednich siedzeniach
nie  oglądali  się  do  tyłu.  Alfa  ciągle  lawirowała  między  jadącymi  z  ograniczoną  szybkością
wozami. Duży landrower nie zostawał jednak w tyle. Kierowcy robili miejsce na jezdni ma-
szynie  komisarza.  Zjeżdżali  na  bok,  czuli,  że  coś  szykuje  się  w  Casablance.  Sportowy  wóz
wyjechał  na  szeroką  aleję  i  jakby  skoczył  do  przodu,  kierowca  zrezygnował  widocznie  z
ukrywania ucieczki. Pallani włączył mikrofon radiotelefonu, wywołał jednocześnie centralę i
pięć podległych mu komisariatów.

Alfa tymczasem wyła gumami na zakrętach, landrower wyraźnie zostawał w tyle. Po kilku

minutach komisarz ponownie zrelacjonował trasę pościgu do mikrofonu. Alfa skręciła w wą-
ską uliczkę, samochód zawadził o stoisko z pomarańczami, owoce rozsypały się po chodniku
i jezdni. Ulica była ślepa, kończyła się szerokimi schodami, biegnącymi na wysokości dwóch
pięter. Schody prowadziły na arterię, która pewnie nie została obstawiona, bo nie było na nią
wjazdu. Alfa forsowała właśnie powoli schody, zahaczała podwoziem o stopnie, urwała rurę
wydechową,  ale  była  już  na  dole.  Landrower  radził  sobie  z  tą  przeszkodą  znacznie  lepiej,
zbliżył się, ale było jasne, że na szerokiej drodze i obwodnicy za miastem alfa ucieknie. Pal-
lani  jechał  po  szerokich,  niezbyt  stromych  schodach  zupełnie  jak  w  wesołym  miasteczku,
krzycząc jednocześnie do mikrofonu, że ścigany samochód ucieka nową trasą. Aby wyjechać
z tego zaułka na szeroką jezdnię, należało przebyć dwie wąskie ulice o przeciwnym kierunku
ruchu. Alfa opuściwszy schody wyjąc pędziła do przodu. Ludzie pierzchali przed nią w po-
płochu.  Samochód  w  kontrolowanym  poślizgu  wziął  ostry  zakręt,  znów  ryknął  swymi  stu
osiemdziesięcioma  końmi  i  zniknął  z  oczu  komisarza.  Dopiero  po  chwili  policjant  ujrzał  w
głębi  ulicy  tuman  białego  pyłu.  Ludzie  biegli  w  tamtą  stronę,  Pallani  zatrzymał  samochód
przed zdemolowanym wejściem do nocnego lokalu. Olbrzymia szklana tafla szyby była roz-
bita, ze środka wydobywał się lotny tynk. W kierunku miejsca wypadku biegło dwóch poli-
cjantów.  W  środku,  na  szczęście  pustego  salonu,  wciśnięta  na  podium  między  instrumenty
muzyczne  sterczała  z  wysoko  uniesionym  tyłem  czerwona  alfa.  Po  parkiecie  pełzł  zakrwa-
wiony  człowiek.  Drugi  niefortunny  uciekinier  leżał  na  masce.  Miał  zmasakrowaną  twarz  i
rozbitą  głowę.  Policjanci  zajęli  się  rannym.  W  tej  chwili  w  akompaniamencie  melodyjnych
klaksonów pod lokal podjechała karetka pogotowia, pisnęły gumy  hamujących ostro wozów
policyjnych. Komisarz odsunął się na bok. Cywil z policyjnego wozu podszedł do niego i coś
chwilę szeptał mu na ucho. Pallani kiwnął  głową. A  więc miał rację,  ci dwaj  godzinę temu
zabili  człowieka.  Były  to  rozrachunki  między  gangami.  Dlatego  ich  mały  wóz  zachowywał
się w tłumie różnobarwnych gablot nienaturalnie.

Sanitariusze układali na noszach rannego. Komisarz podszedł do leżącego na masce.
– To Luca Marconi, znam człowieka – powiedział beznamiętnie.

background image

60

– Amigo, którego dziś kropnęli, nie był chyba płotką. – Rzucił „cywil” przybyły policyjnym wozem.
– To jest początek wojny. Gdy zginęły papiery na „South Rose”, zaczęli się wąchać, teraz

się gryzą. – Komisarz był wyraźnie niezadowolony z sukcesu.

– Ten miał bogatą przeszłość. Nie przypuszczałem, że zginie w wypadku – mruknął i od-

szedł. Teraz był pewny, że nie chciał złapać tych ludzi.

background image

61

XII. DYLEMAT POTRÓJNY

W okrętowym szpitalu, na stole operacyjnym siedział Krystek, lekarz bandażował mu ramię.
– Głupstwo, panie kapitanie – uśmiechnął się ranny.
– Faktycznie, draśnięcie i nic więcej – przytaknął lekarz.
– Więc jak to było? – Mikołaj Sowa wyraźnie nie był skłonny do bagatelizowania sprawy.
– Romantyczna historia – śmiał się dalej Krystek.
– Z powodu romantycznej historii miał pan połamane żebra – zauważył kapitan.
– E, tam były dziwki, a tu chodzi o królewnę, panie kapitanie. Grzech robić takie porów-

nania.

Kapitan Sowa milczał. Patrzył na ocean. Tylko spokojne morze jest tak wielkie.
– Oczekuję pana u siebie, panie drugi – powiedział Mikołaj Sowa i wyszedł ze szpitalika.
Gdy Krystek zjawił się w kapitańskim salonie, szef bazy przyglądał mu się chwilę w mil-

czeniu. Potem wyciągnął z biurka kartkę papieru i długopis, położył owe przybory przed ofi-
cerem.

–  Opisze  pan  całe  zdarzenie  od  początku  do  końca  –  powiedział  tonem  wykluczającym

sprzeciw. Krystek poruszył się niespokojnie.

– Panie kapitanie. Pisać? Takie rzeczy?
– Jakie rzeczy?
– No, wszystkie.
– Wszystkie! – warknął kapitan.
– To może ja powiem.
– Gadaj!
– Poszło o Patrycję – wypalił Krystek.
– C o o ?
– O tę modelkę poszło. Ona zaczęła do mnie przychodzić.
– Do pana? Po co?! – kapitan wyciągnął szyję w stronę podwładnego.
– Nie wie pan po co? Mówili, że do pana przychodzi ta druga. Jeżeli prawda, pewnie po to,

co  moja  do  mnie.  A  francuski  Marokańczyk  pilnował  jej.  Niby  żartem,  niby  dla  hecy,  ale
przyłaził pod drzwi, podsłuchiwał. Dziś, gdy Patrycja wychodziła, wpadł do mojej kabiny i
zaczął coś bulgotać. Nie mogłem zrozumieć co, wreszcie wyjął jakiś korkowiec czy straszak,
zaczął nim wymachiwać. Chciałem go wyrzucić i ten korkowiec wypalił, pewnie od macha-
nia, jakiś groch czy śrut przeciął mi skórę na ramieniu – skończył Krystek.

Kapitan tkwił nieruchomo w fotelu, czuł ucisk w gardle. Afera wyraźnie przybierała wy-

miar groteski. Nie pierwszy zresztą raz w tej sprawie. Gdy Krystek po krótkim przesłuchaniu
poszedł, kapitan wydobył z sejfu mahoniową maskę i przyglądał jej się długo. Myślał o Win-
niczku i przyszło mu do głowy nowe podejrzenie. Bajkok to przecież... No oczywiście! Że on
nie wpadł na to od razu.

Zapadła noc, przeładunek przebiegał sprawnie, ryba była uratowana. Kapitan poszedł spać.

Miał obudzić się za kwadrans czwarta. Istotnie za pięć czwarta był już po prysznicu, wstawił
czajnik. Punkt o czwartej przyszedł matematyk. Kapitan wyznaczył mu spotkanie o tej wła-
śnie porze, gdyż zwykł był co drugą lub trzecią noc obchodzić statek. Obecnie na taką inspek-
cję wybierał się około piątej rano, miał więc zamiar przez godzinę porozmawiać z magistrem.

Bajkok zajął miejsce w fotelu. Chwilę trwało milczenie. Pierwszy odezwał się kapitan.
–  Wobec  sytuacji  jaka  zaistniała,  myślę,  że  powinien  pan  ujawnić  swoje  zadania  i  swój

stopień służbowy.

Bajkok drgnął.
– Że co? – przekrzywił głowę i patrzył na przełożonego z boku.

background image

62

– Panie Winniczek, – ciągnął ż powagą kapitan – jest pan zorientowany w sprawie lepiej

niż ja. Pan tu jest służbowo, prawda?

– Oczywiście, że służbowo – powiedział bajkok.
– To bardzo dobrze. A myślałem, że jestem kompletnie sam. Wiec pan przejmie sprawę?
– Ja? – wzruszył ramionami matematyk.
– Oczywiście, że pan. Ja. już nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
– To niemożliwe – powiedział jakby z namysłem pomocnik kucharza.
– Co niemożliwe?! – uniósł się w fotelu Mikołaj Sowa.
– Żebym mógł podjąć dodatkową pracę na statku, ja mam tutaj określone zadanie i ścisłą

specjalność.

– Ach tak? Nic o tym nie wiem. Tak się dzieje, gdy okrętuje się ludzi z określonym zada-

niem nie zawiadamiając o tym kapitana. Czy mogę wiedzieć, jaka jest pańska zawodowa spe-
cjalność i jakie ma pan zadanie na statku, za który ja odpowiadam? – Kapitan zdradzał pode-
nerwowanie.

– Moją specjalnością, panie kapitanie, jest tutaj mycie garów i sprzątanie kuchni. Gdybym

przestał funkcjonować na tym stanowisku wie pan, co by było?

– Pan sobie kpi – powiedział podrażnionym tonem dowódca bazy.
– Nigdy nie mówiłem bardziej serio. – Bajkok rzeczywiście był poważny.
– Przyznał pan, że jest służbowo? – Atakował dalej Mikołaj Sowa.
– To jest poważna sprawa – mruknął jakby do siebie bajkok,
– Co? – zapytał kapitan.
– Pański dylemat.
– Mój?
– Tak pański, panie kapitanie.
– Jaki dylemat?
– Kim ja jestem.
– No właśnie – podchwycił kapitan.
– Zbytnia podejrzliwość rozbija wszystkie pańskie hipotezy.
Kapitan nie odpowiedział. Matematyk poprawił się w fotelu i pociągnął łyk herbaty.
– Można by powiedzieć, że w swoim rozumowaniu posiada pan dwa zbiory. Pierwszy, to

zbiór po prostu ludzi dokoła, drugi to zbiór ludzi podejrzanych. Ten drugi stale się powiększa.
Tymczasem  prawidłowość  jest  inna.  Drugi  zbiór  jako  szczególny  powinien  być  niewielki  i
powinien podlegać redukcji. Rezultatem tej redukcji winien być wynik. Brak redukcji wyklu-
cza uzyskanie wyniku. Pana rozumowanie...

–  Nie  jestem  profesjonalistą  ani  matematykiem,  ani  wywiadowcą  –  przerwał  magistrowi

kapitan – dlatego proszę pana o przejęcie sprawy.

– Otóż to – skrzywił się Winniczek. – Jeżeli pan nie zmieni metody, nowy pana dylemat

będzie nie do rozwiązania...

– Jaki dylemat? – kapitan był już wyraźnie podenerwowany.
– Ze mną – uśmiechnął się bajkok.
– Z panem?
– Tak, dylemat potrójny. Czy ja jestem tym, który był na „Róży Południa”, to jest pańska

pierwsza niewiadoma. Znając się cokolwiek na nawigacji, byłem już od początku w pańskim
drugim zbiorze. Po dostarczeniu maski awansowałem w tym zbiorze o kilka stopni wyżej. No
więc pański dylemat polega w pierwszym rzędzie na tym, czy sternikiem z „Róży Południa”
jestem ja. Zdaję sobie sprawę – ciągnął dalej pomocnik kucharza – że w tej kwestii nie jestem
w stanie panu pomóc, bo to, co mówię, może świadczyć o mojej przebiegłości. Dalej pański
dylemat polega na tym, że jeśli przeniesie mnie pan  ze  zbioru  drugiego  do  trzeciego,  który
jest konieczny, ale którego pan jeszcze nie ma...

– Trzeciego, co to za zbiór?

background image

63

– Tak, trzeciego... Prawidłowością jest przenoszenie ze zbioru  pierwszego do zbioru dru-

giego elementów, które kwalifikują się do takiego przeniesienia, prawidłowością będzie także
przeniesienie ze zbioru drugiego do zbioru trzeciego elementów, które nie kwalifikują się do
pozostania w tym zbiorze. Przeniesienie takie winno nastąpić po przeprowadzeniu dowodu, że
elementy te nie spełniają warunków określających przynależność do drugiego zbioru. W wy-
niku tej dedukcji zbiór drugi winien być ograniczony do jedności, która stanowiłaby  wynik.
Po czym wartość zbioru pierwszego byłaby nadal zbliżona do nieskończoności, a zbiór trzy
stanowiłby elementy wykluczone ze zbioru dwa. Jeśli zatem przeniósłby pan mnie w myśl tej
zasady do zbioru trzy lub w ogóle pozostawiłby w zbiorze jeden, pański dylemat polegałby na
tym, czy ja maskę dostarczyłem panu indywidualnie jako bajkok Stefan Winniczek, czy też
jako  instytucja  o  określonych  prawach  i  obowiązkach.  Tu  też  panu  nie  jestem  w  stanie  nic
pomóc. Gdybym był, tak jak pan podejrzewa, nie tylko bajkokiem, mógłbym okazać się od-
powiednią legitymacją czy blachą, wymienić swój stopień i tak jak pan mówił przejąć spra-
wę... Wówczas rzecz byłaby jasna i nie miałby pan dylematu. Jest jednak inaczej, ja jestem
pomywaczem garów i nie mam ani legitymacji, ani stopnia. Powtarzam więc, pańska niewia-
doma polega na tym, że ja mogę mieć stopień i blachę, ale także polecenie nieujawnienia tego
przed panem. A naprawdę ja nie mam nic wspólnego z Yaxy Daxy, jachtem „Róża Południa”
i czymkolwiek związanym z tą aferą. Nie mam też nic wspólnego z krajowymi instytucjami
zajmującymi się tym, co dzieje się na statkach... W Casablance wpadłem na pewien trop. Po-
szedłem tym tropem dla zabawy, coś osiągnąłem, ale jeszcze nie wszystko.

– Gdzie pan znalazł maskę? – zapytał kapitan  wyraźnie zbity z tropu wywodem  kuchar-

czyka.  Matematyk  patrzył  na  blade  już  gwiazdy  określone  prostokątną  ramą  miedzianego
okna.

– To pytanie nie jest precyzyjne. Odpowiadając na nie wprost skłamałbym mówiąc nawet

prawdę, bo ja nie znalazłem maski, a ją wytropiłem. Stwierdziłem też, że nie tylko ja szuka-
łem tego cacka na statku. Usilnie czegoś tutaj poszukuje także  ktoś inny i też jest na tropie
Nierozpoznanego. Ale ja tę „konkurencję” zauważyłem, a „ona” mnie nie. Ja znalazłem ma-
skę, a ten ktoś szuka ją nadal.

– Kto to jest? – zapytał Mikołaj Sowa i chwilę panowała cisza.
– Kapitan Hana. Kapitan Hana – powtórzył głośniej matematyk.
– A gdzie pan znalazł ostatecznie ten maszkaron? – nacierał kapitan.
– Ostatecznie znalazłem go w szpitaliku –  powiedział  bajkok.  W  salonie  znowu zapadło

milczenie.  Stuki  ucichły  na  pokładzie.  Stanęły  dźwigi,  umilkły  pokrzykiwania.  Słońce  wy-
chodziło brzegiem jaskrawej tarczy z wielkiej wody. Blask strzelił do góry, czerwień rozlała
się po oceanie. W kabinie na ścianach i suficie zaigrały jego pomarańczowe refleksy. Na po-
kładzie nadal było cicho. Widocznie wachta zmieniła się przy przeładunku.

– Kogo pan podejrzewa? – zapytał kapitan.
– Wielu... Niestety, redukcja jest  w  tych  warunkach  trudna.  Według  mnie  jakąś  rolę  od-

grywa w tym wszystkim Harasim, chociaż historyjka dotycząca jego żony i życia rodzinnego
jest całkowicie prawdziwa... Sprawdziłem ją, ludzie znają Harasima, a nasz poszukiwany ko-
lega zapewne już wie, że stracił maszkaron i wykona jakiś ruch, będzie chciał dowiedzieć się
czy  ma  pan  zamiar  zawiadomić  policję  w  Casablance,  że  ślad  sprawy  znaleziono  jednak  u
nas...

– Mam taki zamiar... – przerwał bajkokowi szef bazy. Pomocnik kucharza skrzywił się i

wykonał przeczący ruch głową.

– Więc pana zdaniem nie zawiadamiać Casablanki?
– Moim zdaniem nie. Widział pan, jak ten Pallani się ruszał; tak działał, jakby mu zależało,

abyśmy szybko odpłynęli, a to, że asystent nie wrócił, nie nabrało rozgłosu.

Poranna bryza lekko zakołysała „Pasatem”. Statki trzeszczały burtami na odbijaczach.

background image

64

Cumy  i  szpringi  strzeliły  raz  i  drugi.  Powiew  przeszedł  i  wszystko  ucichło,  tylko  od  nowa
stuknęły dźwigi i ruszyła do  góry planka, już nie na nocnej, a  na dziennej zmianie. Bajkok
powstał z fotela.

– Przepraszam, panie kapitanie, na mnie już czas. – Kiwnął przełożonemu głową i poszedł

do kuchni.

Mikołaj Sowa został sam. – Gówniarz – syknęło coś w nim, gdy tamten zamykał drzwi.
W tej chwili trzasnęły drzwi przy schodach na pokład szalupy. Po chwili dały się słyszeć

kroki koło relingu. Drewniane trepy w porannej ciszy głośno stukały o metal. Kapitan wyjrzał
z salonu. Bajkok niósł dwa kubły wypełnione odpadkami w kierunku okrętowego śmietnika.

background image

65

XIII. MIZERNE POSZLAKI

„Kapitan Sowa unosił się nad statkiem. Na pokładzie tłoczyli się ludzie, zaglądali do luku,

w którym było trzy tysiące ton zgniłej ryby, obok dopalał się przewrócony trawler... Ale ryba
miała wybuchnąć i należało ją szybko wyrzucić za burtę. Widocznie dowiedziały się o tym
rekiny i przypłynęło ich tyle, że można było po nich chodzić, jak po kamieniach w potoku.
Ryba była w pierwszym zbiorze, a w drugim zbiorze były rekiny.  Bajkok stał przy tablicy i
mówił coś o hecy. Mariona zupełnie naga uczyła się matematyki,  wszyscy  uczyli  się  mate-
matyki, nawet rekiny. A Hana czegoś szukał, miał opaskę na oczach jakby się bawił w ciu-
ciubabkę. Bajkok przeniósł go do drugiego zbioru, Hana z tego zbioru wyszedł i znowu szu-
kał  nie  wiadomo  czego  w  szpitaliku.  Doktor  malował  na  piersiach  Patrycji  czerwoną  lalkę,
Craig strzelił do doktora z wielkiej armaty, którą zrobił z bomu na rybackim pokładzie. Huk
był olbrzymi. Ale skąd się wziął trałowy pokład na „Pasacie”, tego kapitan Sowa nie rozu-
miał. Najbardziej męczyło go jednak to, że był bardzo ciężki i  ciągle jeszcze latał. Czuł, że
jest spocony od wielkiego Wysiłku”. – Wreszcie pękła skorupa snu, Mikołaj wyzwolił się z
niej całą siłą woli.

Był późny poranek. Kapitan wziął zimny tusz, coś przegryzł na stojąco, popił coca colą:

Przeładunek  szedł  sprawnie,  „Murena”  wypełzła  wysoko  burtami  z  morza,  była  już  prawie
pusta. A więc niedługo skończy się ta robota. „Wrak” na holu odjedzie do najbliższego portu.
Oni popłyną do Cape Town, gdzie może rozegrać się ostatni akt dramatu.

Kapitan patrzył na morze. Tuż przy burcie sunęły wachlując ogonami dwa rekiny, za nimi

szły następne dwa, a nieco dalej jeszcze trzy. – Co za wesele, zupełnie jak we śnie – pomyślał
Mikołaj Sowa i zadzwonił na mostek. Wezwał Craiga.

– Pan żartuje... – roześmiał się tamten na pytanie, dlaczego strzelał do Krystka. – Wypalił

mi w ręce rekwizyt, filmowa atrapa. Fotografowałem Marionę w kostiumie apasza, do zdjęć
potrzebny był rekwizyt. Są takie rzeczy produkowane dla potrzeb filmu. Wyglądają jak praw-
dziwe, strzelają z hukiem, ale to tylko straszaki, dziecinne zabawki, a pan chce pewnie zawia-
domić policję na całym afrykańskim wybrzeżu, że ja użyłem broni palnej na pańskim statku.
– Craig zapalił papierosa i zaciągnął się. – Tę armatę oddałem pańskiemu zastępcy, niech pan
jej się przyjrzy – wyraźnie pyskował młodzik. – Zaraz pójdę i przyniosę zdjęcia Mariony z
tym „rewolwerem”, mogę iść, czy jestem aresztowany? – zapytał drwiąco.

Kapitan sięgnął po słuchawkę, zadzwonił. Przedmiot sporu przyniesiono natychmiast. Re-

wolwer  istotnie  przedstawiał  się  imponująco.  Poszczególne  jego  elementy  były  plastycznie
wyeksponowane. Całość jednak była zbyt lekka i z bliska robiła wrażenie atrapy.

– Niech pan idzie po te zdjęcia – warknął Mikołaj Sowa ratując prestiż i chcąc, aby tamten

zszedł mu z oczu.

Po  chwili  Craig  przyniósł  zdjęcia  Mariony  w  apaszowskim  kostiumie  z  ową  „piekielną

machiną” w ręce. A więc także ta afera była jedynie groteską.

– Dlaczego pan z tego strzelał? – nie dawał za wygraną kapitan.
– Chciałem nastraszyć cwaniaka. Mówiłem, żeby się nie zabawiał  Patrycją, bo i tak nie-

długo zejdziemy z tego statku, a ja znam ją od dawna i będziemy razem.

Na pokładach uparcie pracowały dźwigi  przenosząc  z  burty  „Mureny”  na  burtę  „Pasata”

kartony  wypełnione  karguleną.  Wiatr  znów  jakby  był  większy.  Kadłuby  uderzały  o  siebie  i
tarły się na odbijaczach.

Wieczorem u kapitana zjawił się radiooficer jak zwykle z telegramem.
– Wiadomość z Casablanki – powiedział kładąc arkusz przed dowódcą bazy. Kapitan prze-

czytał tekst.

background image

66

– Myślałem, że już będzie spokój – powiedział z wyraźną złością.
– Jeżeli dopiero teraz włażą w to szambo placówki konsularne znaczy, że kłopoty dopiero

przed nami – mruknął radio, i poszedł.

Telegram z polskiego konsulatu w Casablance zawierał kilka mało istotnych szczegółów

na temat werbowania marynarzy przez gangi przemytnicze na afrykańskim wybrzeżu i uwagę
o potrzebie szczególnej czujności kapitana w tej sprawie. Kapitan patrzył na morze, nie było
na nim żadnego światełka, mrok gęstniał coraz bardziej. Mikołaj spojrzał bliżej. Na sztorm-
trapie łączącym obydwa statki panował ruch, ludzie przechodzili z burty na burtę, załogi poza
wachtami  były  zupełnie  wymieszane.  Mikołaj  Sowa  zamyślił  się  głęboko,  podczas  obiadu
Hana powiedział mu, że w Montevideo jakiś człowiek upił ludzi z „Mureny”. Potem z nie-
wiadomych  przyczyn  spłonęła  ta  maszynownia.  Gdy  wybuchł  pożar,  najbliższą  bazą  dla
obezwładnionego statku był „Pasat”. Zresztą już w Monte można było przewidzieć, że te dwa
statki będą przeciwnymi kursami przechodzić blisko siebie. Wystarczyło zatem. No właśnie.
Jest to zupełnie możliwe. A więc trzeba porozumieć się z kapitanem „Mureny”. Mikołaj Sowa
schował radiotelegram do kieszeni, włożył kapitańską czapkę i wyszedł z salonu. Na sztorm-
trapie panował nadal ożywiony ruch. Fala była znaczna, biała piana strzelała wysoko.

Dowódca  „Mureny”  siedział  za  biurkiem  w  swojej  kabinie  i  mozolnie  wypełniał  jakieś

druki. Na powitanie gościa nalał wody do  czajnika i włączył wtyczkę do kontaktu. Kapitan
Sowa przystąpił do rzeczy.

– Mam pewne podejrzenia dotyczące waszego pożaru – zakomunikował nieco zaskoczo-

nemu Grahamowi, którego zdziwienie nie zmniejszyło się, gdy przybyły wręczył mu do prze-
czytania niedawno otrzymany radiotelegram. Dowódca trawlera zmarszczył brwi.

– To niemożliwe – powiedział bez przekonania.
– Rozumie pan; co mam na myśli? – zapytał Sowa.
– Rozumiem. Myśli pan, myśli pan, że w Montevideo zostali do tej roboty zwerbowani lu-

dzie z mojego statku. To znaczy, że ci od Yaxy obliczyli, kiedy nasze statki będą blisko siebie
i polecili wtedy spalić agregaty i maszynę, wiedząc, że w takiej sytuacji baza zostanie skiero-
wana do nas w celu uratowania ryby?

Kapitan Sowa oglądał mocno już sfatygowaną czerwoną paczkę, wyjął papierosa powąchał

tytoń.

– Na „Róży Południa” znaleziono zwłoki mojego asystenta z maszyny. Znaleziono też nie-

dopałki polskich papierosów caro i marlboro, które zostały wyprodukowane także w Polsce.
Obydwa rodzaje papierosów pochodziły z dostaw Baltony. Ustaliłem, że asystent palił papie-
rosy  zagraniczne:  pall  malle...  chesterfieldy,  marlboro.  Ten  drugi  zatem  musiał  palić  caro.
Zdarzają się Polacy, Niemcy, Grecy, którzy palą papierosy amerykańskie, rzadko bywają na-
tomiast Amerykanie, Grecy, Niemcy palący papierosy polskie. Wypalone zapałki znalezione
na „Róży Południa” też pochodziły z dostaw Baltony. Tak twierdzą marokańscy spece. Stąd
przypuszczenie, że ten drugi był Polakiem i palił papierosy caro. Nie było w tym czasie inne-
go polskiego statku w Casablance, były jakieś jachty, ale policja  sprawdziła  niepodważalne
alibi żeglarzy. Więc uznałem, że Nierozpoznany jest u mnie. Obecnie zyskałem potwierdze-
nie  tych  przypuszczeń.  Na  moim  statku  odnaleziona  została  maska,  którą  zginęła  z  „Róży
Południa”.

Kapitan Sowa umilkł. Graham też milczał. Na morzu leżał gęsty mrok. Dowódca trawlera

poruszył się w fotelu.

– Rozumiem – powiedział po chwili.
– Cały czas działam we mgle. Wiele razy wydawało mi się, że jestem na tropie i okazy-

wało się, że nic, pustka, nieporozumienie.

– Jest pan uparty – zauważył Graham.
– Jestem. Czuję, że ten człowiek jest blisko. Muszę odesłać go do kraju, inaczej zginie.
– Co na to kapitan Hana?

background image

67

– Nic. Lekceważy sprawę jak inni.
– Dziwne, to doświadczony marynarz.
– Doświadczony, ale ma kompleks na punkcie swojej degradacji, ledwo toleruje mnie jako

kapitana.

– Ma pan ciężki rejs.
– Mam...
Rozmowa urwała się. Podjął ją Graham.
– Ja swoich mechaników jestem pewny. Mam jednak nowego motorzystę. Przysłali go na

Antarktydę w miejsce chorego, którego odesłałem do szpitala w Cape Town. Na pierwszym
rejsie jest też u mnie ochmistrz i dwóch stewardów. Kilku ludzi nie znam. Zorientuję się, co
oni robią podczas przeładunku, czy siedzą na „Murenie”. Jeżeli przesiadują na „Pasacie” trze-
ba będzie sprawdzić, co tam robią.

background image

68

XIV. „STRIPTEASE 303”

„Pasat” pędził z wiatrem na pełnych żaglach. Noc była ciemna. W kokpicie za sterem sie-

dział nisko pochylony człowiek. Dziwny statek wspinał się na grzbiety grzywaczy ciemnych,
wzburzonych,  szybkich.  „Pasat”  nie  był  motorowcem,  a  raczej  żaglowcem.  Niezwykły  ten
jacht  miał  mostek  i  kokpit,  oraz  wolant  zamiast  koła  sterowego.  W  górze  piętrzyła  się  ol-
brzymia ilość żagli. Ale kim był człowiek w kokpicie? Kapitan znał go dobrze. Potem dziwny
„Pasat”  zmienił  się  w  „Różę  Południa”,  wypiękniał  jego  kadłub,  znikł  gdzieś  mostek,  upo-
rządkowane zostały żagle. Tylko człowiek w kokpicie był ten sam. Krystek? Hana? Bajkok-
nawigator  Winniczek?  Nie,  żaden  z  nich,  a  jednak  tak  bardzo  znajomy.  Na  dziobie  stanęła
Mariona w białej tunice oplecionej greckim meandrem. Ale Mariona zaraz znikła. Gdzie jest
Mariona? Miała przyjść w nocy. Kapitan chce się obudzić i nie może, wie, że to znowu sen i
że te sny prześladują go coraz bardziej. Jacht przestał tłuc się na falach, płynie po zupełnie
spokojnej wodzie. Mariony nie ma, jest człowiek w kokpicie przy sterze. Pali papierosa caro.
Kto  na  tym  statku  pali  caro?  Na  jakim  statku?  myśli  kapitan,  chociaż  wie,  że  to  sen.  Coś
gdzieś  znowu  tłucze  się,  puka  coraz  głośniej,  rozsadza  czaszkę.  Kapitan  chce  się  podnieść,
obudzić, bo to nie tłucze się jacht na falach, a ktoś puka do drzwi. Mikołaj Sowa patrzy na
tego w kokpicie. Przecież to, to jest lekarz. Kapitan siedzi na kanapce w salonie. W drzwiach
stoi doktor.

– Przepraszam, obudziłem pana? – Pyta jeszcze gdzieś z daleka.
– Cholera – ciska przekleństwo kapitan.
– Co się stało? – lekarz ma zdziwioną minę.
– To pan tam był na tym jachcie.
– Jakim jachcie?
– „Róża Południa”!
– Ja – śmieje się doktor, ale śmieje się jakby nieco sztucznie. – Chyba w pańskim śnie.
– No, w śnie, ale...
– Przepraszam, nic pilnego, przyjdę później – mówi doktor i wychodzi z salonu.
Kapitan siedzi na koi i nie jest pewny, czy medyk był naprawdę u niego, czy w przywidze-

niu. Po chwili znów zasnął, ale już nie śniło mu się nic osobliwego. Obudził go stuk na po-
kładzie, gdy zamykano drugą ładownię. Spojrzał na zegarek, była dwudziesta trzecia piętna-
ście.  Odbijacze  skrzypiały  głośno,  statki  huśtały  się  niespokojnie  na  znacznej  fali,  strzelały
cumy i szpringi. W salonie panował półmrok. Kapitan poszedł do łazienki, puścił strumień z
kranu nad wanną, wsadził weń głowę. Woda ciekła mu na kark, moczyła obficie koszulę. Był
u niego lekarz? Albo to też był sen. Lekarz na „Róży Południa”, co właściwie było snem, a co
nie. Była Mariona, czy jej nie było?

O północy zjawił się niespodziewanie Graham. Kapitan przygotował kawę.
– A więc mój motorzysta cały czas przesiaduje u pana na „Pasacie”, podobno zaprzyjaźnił

się z jakimś Edwardem, zdaję się Cichym lub Cichoniem...

W tej chwili rozległo się dyskretne pukanie i w progu stanęła Mariona. Graham zaniemó-

wił, spojrzał na Mikołaja Sowę. Nieokreślonego rodzaju zdziwienie było w jego spojrzeniu,
Mariona tymczasem uśmiechnęła się jakby przepraszając, skinęła głową i znikła.

Kapitan  Graham  jeszcze  chwilę  milczał,  po  czym  wrócił  do  przerwanego  wątku.  Mówił

coś dalej na temat motorzysty, wreszcie przerwał i zapytał.

– Kto to był?
– To? Mariona.
– Mariona?
– Tak, Mariona...

background image

69

– I co ona tu chciała? – zapytał ciągle zdezorientowany dowódca trawlera.
– Ona? Nie wiem – wzruszył ramionami kapitan Sowa. Chwilę trwało milczenie.
– Jak nazywa się ten motorzysta? – przerwał Mikołaj Sowa.
– Stefan Matwiejczyk – odparł Graham, posiedział jeszcze chwilę, skinął głową i wyszedł

z salonu.

Kapitan Sowa zadzwonił na mostek, kazał sprawdzić, co robi marynarz Cichoń i polecił,

żeby  tamten,  jeżeli  nie  śpi,  przyszedł  do  kapitańskiego  salonu.  Cichoń  nie  spał  i  przyszedł.
Był nieco zdziwiony wezwaniem o tej porze.

– Słucham, panie kapitanie? – zameldował się od drzwi. Kiedy podszedł bliżej, dowódca

spostrzegł, że „nawigator” ma pewne trudności z utrzymaniem się na nogach.

– Pił pan?
– Jestem w towarzystwie, poleciał kartonik  piwa,  panie  kapitanie,  do  tego  jeszcze  jakieś

bu... buteleczki.

– Z kim ta libacja?
– Z kolegami, panie kapitanie.
– Matwiejczyk z „Mureny” też tam jest?
– Matwiejczyk? O, obowiązkowo – Cichoniowi tylko w pierwszej chwili udało się pano-

wać nad swoim stanem, teraz bełkotał i rozmowa z nim była trudna. Przerwało ją niespodzie-
wane wtargnięcie lekarza.

– Przepraszam, panie kapitanie, ale tym razem sprawa jest pilna – zakomunikował służbo-

wo  medyk,  zdradzając  pewne  podniecenie.  Kapitan  odprawił  Cichonia  i  chociaż  w  salonie
było chłodno wytarł dłonią pot z czoła.

– Co znowu – zapytał.
– Nie podoba mi się sprawa Krystka.
– Co nowego? – powtórzył pytanie Mikołaj Sowa.
– Nowego nic, chodzi o ten postrzał...
– Przecież to był straszak, rekwizyt.
– Nie szkodzi, właśnie dlatego.
Kapitan wstał, przeszedł się po salonie.
– Podejrzenia, dotyczące rozbitków mamy już za sobą, oni są w trzecim zbiorze.
– Gdzie?
– W trzecim zbiorze.
– Jakim znowu zbiorze?
– Aaaa... – kapitan machnął ręką. – W Montevideo Yaxy zwerbował ludzi z „Mureny”. Je-

steśmy właśnie na tropie.

– Ja mam inne zdanie, nie przychodziłbym inaczej do pana w nocy – powiedział doktor.
– Więc co pan wymyślił?
– Proszę posłuchać – doktor zniżył głos. – Faktycznie Craig strzelał do Krystka z rekwi-

zytu i faktycznie ta modelka była u Krystka w nocy. Faktycznie Craig szarpał się z Krystkiem
i wtedy padł ten strzał.

– Czego więc chce pan dowieść? – przerwał medykowi kapitan.
– Zaraz, zaraz, po kolei – nie dał się zbić z tropu tamten. – W jaki sposób Craig, jeżeli jest

człowiekiem Yaxy Daxy mógłby odzyskać łup na tym statku? Myślał pan o tym?

– Myślałem...
– Moim zdaniem – ciągnął lekarz – Craig i dziewczyny, szukają łupu. Cała ta ekspedycja

nie przybyła tu na ślepo, a wiedziała dokładnie, kto był sternikiem na „Róży Południa”. Ale
dajmy na to ten sternik nie dał się podejść, a poszukiwane papiery i pieniądze pozostawił w
Las  Palmas  albo  Dakarze,  być  może  w  banku.  Co  wtedy?  Moim  zdaniem  w  takiej  sytuacji
„ekspedycja” miałaby tylko jedyne wyjście: ludzie Yaxy powinni zmusić powiedzmy Krystka
do uległości.

background image

70

– Zmusić teatralnym rekwizytem? Pistoletem na kapiszony czy plastikowe kulki. Widział

pan, jaki Krystek był „przerażony”, jak się bał tej broni – kapitan złośliwie pokpiwał z nowej
hipotezy doktora.

– Krystek albo dobrze udaje, albo nie wie, co mu grozi – powiedział z powagą doktor.
– Więc o co panu chodzi?– mruknął kapitan ciągle nie przywiązując większej wagi do wi-

zyty lekarza.

– Przestudiowałem kilka biuletynów tutejszej policji – powiedział jakby z namysłem me-

dyk. – Było tam sporo o nowych metodach szantażu. Na przykład o tym, jak można zmusić
człowieka do tego, aby zrobił to, czego zrobić nie chce... Chodzi o przypadki zranienia i za-
każenia pewnym jadem. Uzależnionemu w ten sposób stawia się warunek. Zrobisz, co chce-
my,  dostaniesz  odczynnik.  Nie  zrobisz,  marny  twój  los.  Nikt  takiemu  nie  pomoże,  żaden
szpital, żaden lekarz. Gotowego preparatu zobojętniającego zakażenie nie ma żadne laborato-
rium. Zakażony może meldować i nie meldować o sprawie policji i tak pozostanie to dla nie-
go bez skutku. – Doktor przerwał, zapalił papierosa, zaciągnął się. Kapitan dmuchnął, wziął
gazetę, opędzał się przed dymem, jak przed muchą.

– Przepraszam – bąknął lekarz. – Ten sposób szantażu jest drogi. Jego przypadki zanotowano

już jednak kilkakrotnie, Po użyciu antidotum, ofiary trafiały do szpitala, chorowały jakiś czas, ale
wychodziły z życiem. Właśnie dzięki szpitalom coś wiemy o takich praktykach. Metoda owa ma
kryptonim: „Striptease 303”, tak się mówi o niej we Francji, podobnie w Maroko.

– Więc pan podejrzewa? – kapitan przestał pokpiwać.
– Właśnie podejrzewam. Podejrzewam, że mała rana Krystka jest zakażona.
– Na jakiej podstawie pan tak przypuszcza?
– Na podobnej jak pan, że na „Pasacie” dzieje się coś niezwykłego. Krystek może jeszcze

o niczym nie wiedzieć. Craig i dziewczyny zejdą z naszego statku, trawler wracający z An-
tarktydy zaholuje „Murenę” do Monrovi lub Lagos. A Krystek zaobserwuje objawy dziwnej
choroby. Potem dostanie wiadomość, co go czeka i co ma robić. W Cape Town nastąpi finał
sprawy. Albo Krystek zginie, chociażby ukrył się w środku szklanej kuli, albo zrobi, co ze-
chce Yaxy.

– My jesteśmy na innym tropie – powiedział kapitan już bez poprzedniego przekonania.
– Klęską pańskiego dochodzenia była zbyt duża ilość tropów – powiedział lekarz wstając z

fotela.

– Niech pan siada, nie skończyliśmy rozmowy. – Kapitan zachowywał się spokojnie, ale

był to zły spokój. Lekarz usiadł.

– Więc co pan proponuje – kapitan bawił się nową, niedawno otworzoną paczką papierosów.
–  Nic...  nic  nie  proponuję,  przyszedłem  podzielić  się  tym,  co  jedynie  przypuszczam.  Z

formalnego punktu widzenia, w takiej sytuacji jest to osobista sprawa Krystka. Ale taki punkt
widzenia  nie  może  być  mój,  jako  lekarza  i  pański,  jako  kapitana.  Niech  pan  porozmawia  z
Krystkiem.

–  Już  rozmawiałem  z  Krystkiem,  Cichoniem,  Winniczkiem,  Craigiem,  Marioną.  Rozma-

wiałem ze wszystkimi i wie pan co? „g”... monumentalne wielkie „g”. Wszyscy wykręcili się
wiatrem. Wszyscy robią jednakowo głupie miny, a ja jestem kapitan Holmes. I powiem panu
doktorze,  że  od  dziś  zajmuję  się  jedynie  statkiem,  nawigacją,  załadunkiem  i  wyładunkiem,
rekreacją dla załogi. Zawiadamiam armatora, że Cichoń jest podejrzany, niech decydują, co z
nim zrobić, ja...

– Cichoń? – medyk przerwał z wielkim spokojem kapitański wybuch – Cichoń, Krystek,

podobno bajkok ten od matematyki, kapitan Hana, bo ma kontakty w Casablance. Harasim też
coś tak jakby nie był zupełnie pewny. Wszystkich nawigatorów trzeba by odesłać do kraju,
gdyby znudziła pana ta sprawa.

Kapitan w milczeniu chodził po salonie.
– Co więc robić? – zapytał powtórnie.

background image

71

– Na razie nic. Ja będę obserwować Krystka, jeżeli wystąpią u niego objawy o jakich my-

ślę, powie mu pan, że wiemy o wszystkim, ale on nie będzie już w naszej mocy. Pomóc bę-
dzie mógł mu już jedynie Yaxy.

Kapitan został sam. Doktor posiał w nim nowy niepokój. Jeżeli ta hipoteza jest słuszna, to

kim jest Craig? A Mariona? Już niechby lepiej motorzysta Matwiejczyk i choćby cała załoga
„Mureny”, ale dlaczego Mariona? Kapitan Sowa mógł w tej chwili jedynie podejść do baru.
Podszedł i zastanawiał się chwilę? Whisky czy koniak tego też, jak zwykle, nie był pewny. A
więc wszystko zaczyna się od nowa. Craig i dziewczyny. Desant Yaxy przy pomocy rozbit-
ków z „Czerwonej Lalki”. Jaką rolę odgrywa w lej sprawie Mariona? Kim jest Mariona? Ka-
pitan pamięta jej twarz, kiedy napadł ją wówczas, gdy podejrzewał Craiga o zamach na Hara-
sima. Ta twarz i te oczy nie mogły kłamać. Mariona nic nie wiedziała, Mariona była niewin-
na.  Niewinna?  Cwana,  wyrafinowana  dziwka.  Lala  do  specjalnych  misji.  Ale  dlaczego  wy-
brała jego, kapitana nie zamieszanego w ogóle w cholerną sprawę? Dlaczego? Przebywając tu
w salonie słucha telefonów, rozmów, wie o zamiarach kapitana, wiedziała, kiedy statek dobije
do „Mureny”, teraz jest na bieżąco zorientowana, kiedy skończy się wyładunek, kiedy przyj-
dzie „Pelamida” i weźmie na hol „Murenę”, będzie wiedziała do jakiego portu ją zaholuje. A
dlaczego ta druga sypia z Krystkiem? Jeżeli Krystek jest sternikiem z „Róży Południa”, wia-
domo  dlaczego.  Więc  robota  koronkowa.  Obstawieni  wszyscy.  Mariona  poznała  jego  czuj-
ność, dlatego nie zdradza się niczym. Zupełnie niczym. O nic nie pyta. Nie interesowała się
statkiem,  przychodziła  po  prostu  jak  kobieta  do  mężczyzny.  I  co  się  okazało?  Zaraz,  zaraz
człowieku, bez paniki, bez histerii, przecież nic nie wiadomo na pewno. Miotały kapitanem
mieszane uczucia.

Noc  minęła  bezsennie.  Mariona  po  raz  drugi  nie  przyszła.  Gdy  już  świtało,  nieszczęsny

kapitan Holmes padł na posłanie, obudził się, gdy słońce było wysoko. Prace przy przeładun-
ku zostały  wstrzymane, wiatr tłukł statkami o siebie i kołysał  unosami tak bardzo, że Hana
zarządził przerwanie przeładunku. Mikołaj Sowa zdawał sobie sprawę, że nie tylko ma zaufa-
nie  do  starego  kapitana,  ale  także  go  lubi.  Lubi  to  zresztą  mało.  W  języku  polskim  nie  ma
takiego zwięzłego słowa, którym można wyrazić uczucie mężczyzny do mężczyzny na mo-
rzu, gdy konieczna jest wiara w rzetelność wiedzy i praktyki drugiego. Ludzie, którzy się lu-
bią,  mówią  sobie  miłe  rzeczy.  Dlatego  kapitan  Sowa  uważał,  że  nie  umie  nazwać  swojego
uczucia do Hany, bo nigdy nic miłego od niego nie słyszał i nie miał też ochoty nic miłego
Hanie mówić. A jednak, no właśnie. Kiedy już był w zupełnym zaułku, jak obecnie, odczuwał
potrzebę rozmowy ze starym marynarzem.

Zadzwonił na mostek, poprosił Hanę do siebie. Starszy oficer zajął miejsce, wyraz twarzy

miał jak zwykle doskonale obojętny. Mikołaj Sowa kończył zerowy bilans swych osiągnięć,
chociaż w niektórych kwestiach zaczynał mieć pewną jasność.

Hana  nie  mógł  być  obojętny  wobec  podpalenia  „Mureny”  na  morzu.  Teraz  siedział  bez

słowa i czekał. Mikołaj Sowa wyjął z biurka radiotelegram, który niedawno otrzymał z Casa-
blanki, podał go zastępcy. Hana przeczytał tekst. Wyraz jego twarzy nie zmienił się w ogóle.

– Co pan o tym myśli? – zapytał Sowa.
– Piszą, ze konieczna jest wyjątkowa czujność kapitana – zakpił jak zwykle starszy oficer.
– Możliwe, że podczas postoju „Mureny” w Montevideo, Yaxy zwerbował kogoś z załogi i

polecił mu podpalenie maszyny, przewidując...

– Tak, to już słyszałem – mruknął Hana.
– A Craig strzelał do Krystka z rekwizytu, lekko go ranił. Chodziło o modelkę. Ale doktor

twierdzi – Mikołaj Sowa przerwał i spojrzał na drzwi, bo w tej  chwili rozległo się pukanie.
Kapitan  wiedział,  kto  tak  puka.  Istotnie  do  salonu  weszła  Mariona.  Zobaczywszy  Hanę
cofnęła się i zniknęła jak poprzednio.

Idealna  obojętność  na  twarzy  starego  kapitana  straciła  swój  kamienny  wyraz.  Rysy  jego

jakby rozluźniły się w czymś, co można by nazwać uśmiechem, chociaż był to raczej nieokre-

background image

72

ślony  grymas.  Kapitan  Sowa  czekał  na  szyderczą  uwagę,  ale  nic  takiego  nie  następowało,
więc ciągnął dalej. – Lekarz twierdzi, że ten postrzał może być groźny.

Hana znowu skrzywił się.
– Striptease 303, zgadza się, były takie przypadki, ale w kontrwywiadzie – mruknął. – I to

wszystko do czego pan doszedł?

– Tak, wszystko – odparł Sowa.
– Rewelacje któreście panowie do spółki z lekarzem wymyślili są prawdopodobne, ale to

materiał  raczej  literacki.  W  pierwszym  przypadku  ludzie,  którzy  mają  odzyskać  łup,  topią
jacht na linii kursu statku, bo na ten statek chcą się dostać.  Strzelają czerwone rakiety i cel
osiągają.  Dwie  dziewczyny,  zazdrosny  chłopak.  Wszystko  pasuje,  ale  do  scenariusza  filmu
fabularnego, już panu to mówiłem. W drugim przypadku niemal na jednym końcu świata jest
jeden statek, a na drugim drugi. No i boss tak manipuluje, aby te statki spotkały się na morzu,
bo na jednym są ludzie do wykonania specjalnej roboty, a na drugim jest ta robota. Nie ma
żadnych zdarzeń nieprzewidzianych i spotkanie udaje się. Przy okazji oczywiście musi spło-
nąć pół jednego statku. W ten sposób mamy drugi scenariusz. Panie kapitanie – ciągnął dalej
Hana bez owej nuty drwiny w głosie, do której już przyzwyczaił się kapitan Sowa – widział
pan w księdze okrętowej zapis, że tuż przed równikiem, w czasie wachty trzeciego  oficera,
spotkaliśmy na morzu...

– Tak, widziałem – przerwał starszemu oficerowi kapitan.
– A wie pan, jak to było?
– Nie. wiem.
– Więc ja byłem wtedy na mostku. W miejscu, które znam, zobaczyłem rzęsiście oświetlo-

ny ląd. Wiedziałem, że na tym akwenie nie mogło być żadnej wyspy. Ale wyspa była, do tego
prosto na kursie, jakieś siedem, osiem mil przed „Pasatem”. Kazałem odpaść w lewo, dwa-
dzieścia stopni, ale wyspa znowu była na kursie. Spostrzegłem wówczas, że to olbrzymie coś
porusza  się  z  wielką  szybkością.  Wtedy  usłyszałem  w  krótkofalówce  po  angielsku.  –  Halo,
polski  statek  „Wichura”,  halo  polski  statek  „Wichura”,  tu  amerykański  lotniskowiec  „Con-
stalation”, jakie są twoje zamiary? Odpowiedziałem, że zmieniam kurs na południowy, prze-
chodzę na sto osiemdziesiąt stopni. – OK – odparł tamten i po chwili znikł w mroku. Wróci-
łem na swój kurs. Pan wie, że „Wichura” to starszy brat „Pasata”, pierwszy z serii. Na tym
„Constalation” mieli w komputerze sylwetki wszystkich większych statków, jakie pływają po
morzach świata. Sylwetka „Wichury” od „Pasata” nie różni się niczym, więc pomylili się o
ten szczegół. Ale nie o to chodzi. Nigdy na tych współrzędnych nie spotkałem amerykańskie-
go lotniskowca, ten znalazł się na naszym kursie i nawiązał z nami łączność. Czy nie przy-
puszcza pan, że stało się tak za sprawą Yaxy Daxy w poszukiwaniu łupu z „Róży Południa”?

Kapitan Sowa znowu uśmiechnął się do Hany najbardziej szczerze jak umiał.
– Pan sobie znowu żartuje. Kto wie, może były takie sytuacje, że lotniskowce pływały na

usługach  gangsterów,  chociaż  w  tym  przypadku  „Constalation”  zmierzał  pewnie  dokoła
Afryki w okolice Iranu. A pan odrzuca obydwie teorie, prawda?

Hana jakby spoważniał.
– Czy odrzucam? – zapytał. – Nie odrzucam. Twierdzę tylko, że obydwie są mało prawdo-

podobne i zbyt spektakularne. Brakuje tu jeszcze jakiegoś romansu. Chociaż, może i nie... –
Hana spojrzał ukosem na Mikołaja Sowę, uśmiechnął się ledwo dostrzegalnie.

– Powiedzmy, że nie brakuje – mruknął kapitan Sowa.
Hana zapalił fajkę.
– Pan cały czas błądzi, pańskie nowe hipotezy też są diabła warte. Ci z „Czerwonej Lalki”

raczej nie mają nic wspólnego z Yaxy Daxy. Może więc pan nadal przyjmować tę młodą da-
mę. To nie jest dziewczyna-szpieg. Chociaż materiał literacki, jaki pan snuje na tle bezpardo-
nowego gangu, gdyby ta dziewczyna była choćby małą Matą Hari, byłby bardziej atrakcyjny.
Kiedy to wszystko się wyjaśni, zobaczy pan, że tu w  grę  wchodzą  jedynie  dolary,  haszysz,

background image

73

opium, złoto, noże i rewolwery, a być może broń automatyczna i jakaś prosta trucizna. Spe-
cjalnie zatapiane jachty i lotniskowce eskortujące bandytów nie towarzyszą tej sprawie. Yaxy
i podobni mu profesjonaliści nie są megalomanami, znam trochę ich metody, panie kapitanie.

Mikołaj  Sowa  najchętniej  ucałowałby  kapitana  Hanę.  Jak  on  to  powiedział?  Może  pan

nadal spokojnie przyjmować tę młodą damę. Co znaczy stara szkoła – myślał Mikołaj Sowa,
spoglądając na starszego oficera z sympatią i szacunkiem większym niż kiedykolwiek. To nic,
że tamten zburzył mu obydwie hipotezy. Nic? A cóż ten Hana myśli! Craig i dziewczyny nie,
Krystek nie, ludzie z „Mureny” nie, więc kto?

–  Pan  obala  każdy  trop,  ale  nie  usłyszałem  jeszcze  żadnej  pańskiej  teorii,  poza  tym,  że

moje są bezzasadne i złe.

– Jest pan niedokładny, a to pierwszy błąd marynarza. Jest pan niedokładny! – powtórzył z

naciskiem Hana. – Moim zdaniem pańskie działania są zasadne. To, że są złe, inna sprawa.
Jeżeli idzie pan złym kursem i błąd pański jest uzasadniony, tym gorzej, bo zajdzie pan dalej i
rozbieżność końcowa będzie większa. – Uśmiechnął się Hana.

background image

74

XV. SAMOBÓJSTWO NIEDOSKONAŁE

Tymczasem na „Murenie” motorzysta Matwiejczyk zorientował się, że jest obserwowany i

zaczął  zdradzać  niepokój.  Pierwszy  mechanik  i  asystent  potwierdzili,  że  widzieli  go,  kilka
godzin przed pożarem, gdy ten z plastykową butlą schodził do pomieszczenia, w którym pra-
cowały  agregaty.  Butla,  którą  niósł,  była  duża,  może  pięciolitrowa,  zielonego  koloru,  naj-
prawdopodobniej po zagranicznym szamponie. Potem już nikt u motorzysty tej butli nie wi-
dział. Ktoś powiedział, że naczynie to służyło motorzyście do przechowywania łatwopalnego
rozpuszczalnika, którego  używał  przy  majsterkowaniu.  Oklejane  przez  niego  zapałkami  bu-
telki miały renomę nie tylko na „Murenie”. Specjalnością Matwiejczyka były też kute w mie-
dzi popielnice, ozdobne krzyże i obręcze do dębowych beczułek oraz beczułki. Do klejenia
drewna używał klejów nitro i nie rozstawał się z tego powodu także z rozpuszczalnikiem.

Kapitan  Graham  wezwał  motorzystę  i  zapytał  o  butlę.  Matwiejczyk  zbladł.  Tymczasem

przy kolektorze od agregatu, który zapalił się pierwszy, znaleziono ślady czegoś, co nie wy-
paliło się zupełnie. Zwęglona substancja przywarła do poczerniałej blachy. Niewątpliwie la-
boratoryjne badanie mogłoby wykazać rodzaj substancji przed spaleniem. Sprawa była więc
do ustalenia. Motorzysta, gdy ochłonął, broniąc się twierdził, że butla przedziurawiła się, więc
wyrzucił rupieć za burtę. Prowadzone pospiesznie przez kapitana Grahama dochodzenie wy-
kazało,  że  Matwiejczyk  przez  dwa  dni  przebywał  w  grupie  ucztujących  rybaków  u  rodaka,
który fetował załogę „Mureny” w Montevideo.

Tymczasem opóźniony przez silne wiatry przeładunek istotnie dobiegał końca. Nieszczę-

sny kapitan Holmes uwijał się jak w ukropie między sprawami statku, nieszczęsnym docho-
dzeniem,  które  znowu  utknęło  w  miejscu  i...  Marioną.  Dziewczyna  stała  się  niemal  senty-
mentalna,  mówiła  o  przyszłym  spotkaniu,  zapraszała  Mikołaja  do  Hiszpanii  lub  Francji,  bo
ona mieszka trochę tu, a trochę tam, u rodziców, którzy rozeszli się i żyją w różnych krajach.
Tuż  przed  planowanym  odcumowaniem  „Mureny”  do  drugiej  burty  „Pasata”  dobił  inny
trawler „Pelamida”. Ruch na bazie stał się zatem jeszcze większy. O północy wybuchła sen-
sacja. Z „Mureny” znikł Matwiejczyk. Koło slipu znaleziono jego sandały i jedną skarpetkę.
Motorzysta zostawił też listy, jeden adresowany do kapitana, a drugi do narzeczonej w kraju.
Pisał, że to on przez nieuwagę spowodował ogień w maszynowni i bojąc się odpowiedzialno-
ści, postanowił rozstać się z życiem. Sprawa wyglądała więc ponuro.

Na „Murenie” panowało przygnębienie, jak zwykle gdy w morzu zginie człowiek. Ludzie

zachowywali się cicho, nie ryczała z głośnika muzyka. Kapitan Graham też był przygnębiony.
Mikołaj Sowa złożył mu wizytę, by natychmiast wyjaśnić pewne wątpliwości. Bo jeżeli mo-
torzysta  nie  wywołał  pożaru  umyślnie,  przed  Izbą  Morską  i  sądem  odpowiadać  będą  także
mechanicy, przede wszystkim starszy. Czy więc te listy są prawdziwe? Czy Matwiejczykowi
ktoś nie pomógł w tym samobójstwie? Nadzwyczajne poczucie odpowiedzialności najmłod-
szego mechanika nie wydawało się kapitanowi Sowie całkowicie naturalne. Graham słuchał
go uważnie.

– Z nieba mi pan spadł – rozchmurzył się nie dając skończyć dłuższego wywodu dowódcy

„Pasata”. – Bo widzi pan, ja też mam wątpliwości. Matwiejczyk przy slipie zostawił sandały i
jedną  skarpetkę.  Żeby  nie  było  wątpliwości,  że  się  utopił.  Nie  wiem,  czy  topielcy  przed
swoim desperackim czynem  rozbierają  się  z  butów,  ale  wiem,  że  nie  zabierają  do  wody  na
przykład aparatów fotograficznych i sprzętu stereo. A Matwiejczyk zabrał aparat, magnetofon
i dolary.

– Dobrze, że tych rzeczy nie ma – ucieszył się dowódca bazy.
– Dobrze? Pewnie że dobrze! Denat, który zabiera takie doczesne przedmioty, to kiepski

denat, a jego samobójstwo wątpliwe.

background image

75

– Nie chodzi o samobójstwo – wzruszył ramionami Mikołaj Sowa – ja w samobójstwo nie

uwierzyłem. Pan wie, co czeka tego, który działa w zespole, jeżeli wpadnie i zostanie zdema-
skowany.

– Myślałem o tym i raczej skłonny byłem przypuszczać, że Matwiejczyk został... rozumie

pan.  –  Graham  przejechał  palcem  po  szyi.  –  Ale  listy.  Listy  były  napisane  przez  niego,  to
stwierdziliśmy bezspornie.

Na  „Pasacie”  zamykano  właśnie  ostatnią  ładownię.  Przeładunek  osprzętu  też  był  zakoń-

czony, Craig i Patrycja żegnali się z załogą. Kapitan Sowa patrzył przez prostokątną ramkę
miedzianego okienka na pokład „Pasata”. Ruch był tam wielki. Szedł handel wymienny. Za
kartony piwa, focze skóry, za soki z czarnej porzeczki jakieś puszki. Różne rzeczy miały inne
wartości  dla  tych,  którzy  wybierali  się  na  Antarktydę  i  tych,  którzy  z  niej  wracali.  Mikołaj
Sowa patrząc na ten odbywający się pospiesznie targ wrócił do sprawy i mówił powoli.

–  Samobójca  istotnie  nie  zabiera  takich  rzeczy  na  dno  oceanu,  ale  tu  ważne  jest  przede

wszystkim to, że jeżeli ktoś pozoruje zabójstwo na samobójstwo, raczej uważa, żeby to samo-
bójstwo było wiarygodne. W takich przypadkach wszystko idealnie pasuje do samobójstwa.
A tu mamy wprawdzie listy, trepy i skarpetkę, ale cała sprawa wyraźnie trąca tandetą i samo-
bójstwo jest bardzo niedoskonałe.

– Myśli pan zatem, że Matwiejczyk mógł ukryć się na „Pelamidzie”.
– Oczywiście, na „Pelamidzie” albo „Murenie”, gdyż „Pasat” wybiera się do Cape Town, a

tam z zejściem na ląd są trudności.

W  wyniku  tej  narady  dwukrotnie  przeszukano  wszystkie  trzy  statki,  bez  najmniejszego

jednak rezultatu. Ochmistrz z „Pelamidy” wpadł na pomysł, aby sprawdzić, czy Matwiejczyk
mógł  mieć  znajomych  na  „Pasacie”  lub  „Pelamidzie”.  Żmudne  badanie  książeczek  żeglar-
skich wszystkich załóg wykazało, że tak.

Kiedyś  na  „Doradzie”  domniemany  samobójca  pływał  z  rybakiem  Kaźmierskim,  a  na

„Koniu Morskim” z Litwinem. Obydwaj ci jego koledzy obecnie zatrudnieni byli na „Pelami-
dzie”.  Starszy  oficer  i  ochmistrz  udali  się  w  pierwszej  kolejności  do  Kaźmierskiego,  który
potwierdził, że zna Matwiejczyka, ale tu się z nim nie widział. Wizyta u Litwina miała inny
przebieg, chociaż postawa gospodarza była taka, jak Kaźmierskiego. – Owszem pływałem z
Matwiejczykiem. Chyba na „Koniu Morskim” trzy lata temu. Tu go  jednak nie widziałem i
gdzie jest, nie wiem – twierdził rybak.

– Na pewno pan go nie widział?
– Na pewno, mówię przecież, że nie widziałem. Litwin był jednak wyraźnie podenerwo-

wany i co chwilę spoglądał na radiomagnetofon stereo JVC.

– Ładny grat – zauważył ochmistrz.
– Niedawno pan musiał go kupić – dodał starszy oficer. Litwin milczał.
–  Więc  nie  widział  pan  swojego  kolegi  z  „Konia  Morskiego”?  –  wrócił  do  rzeczy  och-

mistrz. – Nie widziałem i w ogóle nie wiedziałem, że on był na „Murenie”.

– A skąd pan wie, że na „Murenie” nie na „Pasacie”? – zapytał któryś z przybyłych.
– Ludzie mówili.
– Jak się pan z nim nie widział, to przepraszamy panie Litwin, a radio ma pan ładne – skie-

rował się do drzwi starszy.

– Ładne i nowe, – dodał ochmistrz – a nie ma pan też aparatu fotograficznego yashicca z

obiektywami wymiennymi. Może ma pan taki aparat?

– Aparat? Po co mi aparat – zająknął się Litwin.
– Nie ma pan aparatu? No to przepraszamy – powtórzył starszy oficer i „komisja” wyszła. Po

to zresztą, aby po chwili wrócić. Sprzętu stereo na półce w kabinie Litwina już jednak nie było.

– To jeszcze my, panie Litwin, a gdzie magnet?
– Nie mam żadnego magnetofonu.
– Jak to pan nie ma?

background image

76

– Mam, tylko to radio.
– To ma pan od roku. Pytamy o nowe stereo JVC.
– Ja nie miałem żadnego JVC, co wy panowie? – kłamał w oczy Litwin.
– Ach nie miał pan? Więc nam się przywidziało.
– Widocznie przywidziało – wzruszył ramionami rybak.
– No to przepraszamy – i komisja znowu wyszła. Po chwili do drzwi rozległo się ponowne

pukanie, wachtowy marynarz oznajmił Litwinowi, że jest wzywany do „Starego”.

– Słucham, panie kapitanie? – zameldował się rybak.
– Słuchajcie Litwin. Gdzie jest Matwiejczyk z „Mureny”?
– On się utopił, panie kapitanie.
– Jak to się utopił?
– Normalnie, skoczył do wody, ołów miał w kieszeniach i się utopił.
– Skąd to wiecie?
– Był u mnie, mówił.
– A powiedzieliście starszemu, że nie widzieliście go w tym rejsie.
– Skłamałem, panie kapitanie.
– Dlaczego?
– Dla świętego spokoju, teraz nie będę miał życia, będą przesłuchania i przesłuchania.
– Gdzie macie jego radio?
– Schowałem.
– A aparat?
– Aparat też schowałem i jeszcze trochę innych rzeczy.
– Pieniądze też?
– Pieniądze nie, pieniądze ma ze sobą, to znaczy miał.
– Gdzie ma z sobą? Na tamtym świecie?
– No nie, nie dał mi pieniędzy.
– A radio i aparat? Jak to było Litwin?
– Radio i aparat przyniósł; Powiedział, że zdarzyło mu się nieszczęście. Mówi: myślałem,

że się uda, ale już wiedzą. Ta cholerna butla. Teraz mi nikt nie pomoże i płacze. – Ja się za-
biję – mówi. Położył radio i aparat, obiektywy dodatkowe też i taką rzeźbę z kości słoniowej.
Kupił ją niedawno gdzieś w Afryce. – Oddaj to matce – mówi. Ja do niego, żeby się nie wy-
głupiał, przecież zrozumieją, że z tym pożarem był wypadek. Mówię  człowieku, dostaniesz
rok z zawieszeniem. A on, że już postanowił i w kółko swoje, panie kapitanie. Wziąłem rze-
czy, żeby oddać matce, jak prosił i już go nie widziałem. Jak Boga kocham, panie kapitanie.

– Wie pan co, panie Litwin?
– No? Słucham, panie kapitanie.
– Pan jest wierzący?
– Jestem, a bo co?
– To źle, bo pan kiepsko kocha Boga, a wierzący powinien kochać mocno. Więc gdzie ten

Matwiejczyk?

– Chyba na dnie, panie kapitanie, paręnaście mil stąd, bo nas zdryfowało.
Kapitan „Pelamidy” zamyślił się. Litwin stał, a właściwie kręcił się niespokojnie w miejscu.
– No to możecie już iść – rzucił kapitan.
– Tak? – zapytał niedowierzająco rybak.
– Tak.
– I co będzie?
– Odeślę was do kraju. W Lagos nie zejdziecie z burty, dopiero pod eskortą, na lotnisko.
– Dlaczego panie kapitanie?
– Dlaczego? Sami wiecie dlaczego.
– Nie wiem, jak Boga kocham, nie wiem.

background image

77

Kapitan popatrzył na rybaka. Nie było to widocznie łagodne spojrzenie, bo tamten odwró-

cił oczy i patrzył w bok.

– Nie wiecie dlaczego, to słuchajcie. Muszę was odesłać, bo już nic do was nie mam. Pod-

legacie komu innemu.

– Ja? A komu?
– Prokuratorowi.
– Prokuratorowi, co pan mówi, panie kapitanie.
– Litwin, nie udawajcie głupiego. Zginął człowiek, być może został utopiony, zamordowa-

ny. Wartościowe rzeczy z jego kabiny są u was. Do tego kłamiecie, chcieliście je ukryć. Mo-
żecie iść, Litwin.

– Panie kapitanie, to jest nie tak.
– Nie tak? A jak?
– Ja, ja...
– Co wy?
– Nic, to ja już pójdę.
Litwin poszedł, a u kapitana zjawili się ponownie starszy oficer oraz ochmistrz. Przyszli

też. kapitanowie Sowa i Graham. Dowódca „Pelamidy” palił fajkę.

– Myślę, że znajdziemy pańskiego motorzystę – zwrócił się do Grahama. – Niech pan za-

raz wyznaczy dwóch ludzi, aby na zmianę obserwowali  Litwina. Jeżeli  zamelinował  gdzieś
tego Matwiejczyka, musi się z nim kontaktować, nosić mu żarcie.

Starszy oficer skrzywił się.
– A kogo ja mogę wyznaczyć panie kapitanie? Na jakiej podstawie? Chyba zawrę umowne

zlecenie, bo w nadgodzinach nie da rady. Nie ma takiej fuchy, nie ma podstaw.

– Cholera – zaklął kapitan – pańska sprawa, jak to zrobić.
Starszy oficer wyszedł, po chwili wrócił, nie był widocznie zadowolony z misji, bo siedział

z posępną miną i niewiele mówił.

Gdy kapitan „Pelamidy” był już sam, ktoś zapukał do drzwi. Był to Litwin.
– Panie kapitanie, ja chcę powiedzieć – wyrzucił z siebie i zamilkł, jakby go zamurowało.
– Co pan chce powiedzieć?
– Wszystko.
– Wystarczy, jak pan powie gdzie jest Matwiejczyk.
– Właśnie. On jest. Ale ja przysiągłem, to nie moja wina, że mówię, on naprawdę chciał

się utopić, wytłumaczyłem mu.

– Dobrze. Więc gdzie jest Matwiejczyk?
– U mnie w kabinie.
– W kabinie?! I nie znaleźli go?!
– Tak, bo pod oknem, pan wie, ja mam widok na pokład i tam zaraz koło mojego bulaja są

kartony pod brezentem, parę tysięcy sztuk i on jest w kabinie, albo w tych kartonach, zależy
kiedy. Myk przez bulaj i już go nie ma. A jak był pan starszy i ochmistrz, to on był w szafie.

– Czemu go ukrywacie?
– Bo prosił, mówił, że zostawił butlę z rozpuszczalnikiem koło  agregatu. Butla się prze-

wróciła i spadła na kolektor. Ale jego przy tym nie było, bo wywołał go ktoś z góry. Kiedy
wrócił, już był pożar. Kolektor przepalił plastyk i wybuchło, tak było naprawdę.

– Pan wie, o co podejrzany jest Matwiejczyk? – Tak wiem, mówili różne głupstwa, ale ta-

kie coś mógł wymyślić tylko ktoś chory. On nie wie, że ja tu przyszedłem go wsypać. Panie
kapitanie, ja proszę.

– Co chcieliście dalej robić? – przerwał mu kapitan.
– Ja nic. On chciał prysnąć w Lagos, byle gdzie, bo w kraju bał się sądu i wyroku za ten pożar.
– Dobrze, na razie dziękuję panie Litwin, niech pan uważa, żeby Matwiejczyk nie zrobił

jakiegoś głupstwa.

background image

78

Litwin skłonił się lekko i wyszedł z kapitańskiej kabiny. Dalej poszło gładko. Któryś z ofi-

cerów stanął przy bulaju od Litwinowej kabiny, ktoś inny zapukał do drzwi. No i Matwiej-
czyk wpadł w ramiona tego przy bulaju. Doprowadzony na „Pelamidę” miał spuszczoną gło-
wę. Tymczasem rozpięcie i rozejście się statków było opóźnione prawie o dobę. „Pelamida”
miała awarię śruby. Brygada techniczno-remontowa i nurek z „Pasata” pracowali przy napra-
wie od czasu przybycia trawlera i nie mogli uporać się z uszkodzeniem. Gdy kapitan Graham
wczesnym rankiem wezwał rzekomego samobójcę, robota przy śrubie nie była jeszcze skoń-
czona.

Matwiejczyk  robił  wrażenie  człowieka  załamanego.  Patrzył  w  jeden  punkt,  odpowiadał

niechętnie, półsłówkami. Gdy kapitan Graham nawiązał do afery w Montevideo, Matwiejczyk
w ogóle przestawał odpowiadać: W końcu wyraźnie zdenerwował się.

– Panie kapitanie! – podniósł głos. – Ja wiem, co się stało.  Ile kosztują agregaty i silnik

główny,  przestój  statku,  koszt  przeładunku  na  morzu,  opóźnienie  bazy,  a  pan  mi  tu  z  tym
Montevideo.  Tamtego  ja  się  bałem  zanim  wybuchł  pożar.  Za  opuszczenie  wachty  mogłem
dostać  upomnienie,  naganę,  potrącenie.  Na  tablicę  przecież  przyszedłem.  Teraz  to  ja  mam
Montevideo gdzieś, gwiżdżę na Montevideo, Amerykańca, pijaństwo, spóźnienie na portową
wachtę.  Tamto  wszystko,  to  jest  gówno  przeproszeniem  pana  kapitana.  Ja  z  więzienia  nie
wyjdę za pożar. Pożar, a nie za Montevideo. Niech pan da mi spokój z tym Monte.

– Wy nie wiecie o co chodzi Matwiejczyk, nie rozumiecie, że naprawdę możecie nie wyjść

z więzienia?

– Rozumiem, aż nadto rozumiem – wykrzywił płaczliwie twarz rybak.
– No to mówcie, jak było w Monte. W jakich okolicznościach zgodziliście się zniszczyć

maszynownię i co mieliście, robić dalej.

Matwiejczyk patrzył na kapitana osłupiałym wzrokiem.
– Prze... prze... praszam, ale ja już nic nie rozumiem... – wybełkotał.
–  Nic  nie  rozumiecie?  Polecicie  do  kraju  samolotem  z  Lagos  i  jeśli,  mimo  obstawy,  nie

sprzątnie was po drodze Yaxy Daxy, rzeczywiście nie wyjdziecie z więzienia, Matwiejczyk.

– Kto? Jeżeli kto mnie nie sprzątnie? – rybak miał okrągłe oczy.
– Yaxy Daxy! – wrzasnął kapitan.
– Yaxy Daxy?! A kto to taki?
Kapitan  zadzwonił  po  wachtowego  i  kazał  odprowadzić  nieszczęsnego  motorzystę  do

strzeżonej kabiny.

– Yaxy Daxy... Yaxy Daxy... Yaxy Daxy... powtarzał w kółko rybak wychodząc z kabiny

tyłem i patrząc na kapitana, jak na coś zupełnie osobliwego.

background image

79

XVI. IFE, „CZARNE ATENY”. FIGURKA Z KAMIENIA JAK

RUBIN

Nurek właśnie zameldował na mostku, że śruba została oczyszczona z resztek sieci, które

się w nią wkręciły. A więc „Pelamida” z „Mureną” na holu zaraz odpłyną w kierunku Lagos,
kapitan Sowa zaś skieruje „Pasata” do Cape Town, mimo że nie wyjaśniło się kim jest Nie-
rozpoznany. Jedyny realny ślad całej sprawy to maska odnaleziona przez bajkoka, który nie
wiadomo kim tutaj jest. Kapitan w sprawie pomocnika kucharza wysłał poufny telegram do
armatora.  Otrzymał  odpowiedź,  że  zgodnie  z  danymi  działu  osobowego  załóg  pływających
obywatel Stefan Winniczek syn Cezarego jest zatrudniony wyłącznie u jednego pracodawcy i
jak  wynika  z  oświadczenia  podatkowego  oraz  innych  miarodajnych  dokumentów  personal-
nych nie pozostaje w stosunku służbowym z żadną inną instytucją. Kapitan Sowa uśmiechnął
się  jedynie,  bo  czy  mógł  oczekiwać  innej  odpowiedzi  na  formalne  pytanie  w  tej  sprawie.
Rozmyślania jego przerwało dyskretne pukanie. Na progu stanęła  Mariona. Była. w dżinso-
wych  spodniach,  jakimś  sweterku  i  jasnej,  miękkiej  skórzanej  kurteczce,  słowem  przygoto-
wana do opuszczenia „Pasata” i podróży w przeciwną niż kapitan Sowa stronę. Podeszła bli-
sko.

– Odjeżdżasz? – zapytał Mikołaj..
Mariona spuściła  głowę. Kapitan wstał, objął ją  ramieniem, przygarnął. Podniosła twarz,

spojrzała na niego. W kącikach jej oczu rosły powoli wielkie perliste krople. Szybko zgniotła
je rękawem skórzanej kurtki jak chłopak. Uśmiechnęła się jakby  tych łez w ogóle nie było.
Powiedziała coś błahego bez znaczenia. Mikołaj pocałował ją na pożegnanie jak kogoś, z kim
po  prostu  pora  się  rozstać.  Dziewczyna  nie  odchodziła,  znikł  z  jej  twarzy  wystudiowany
uśmiech. – Więc może to jest prawdziwa Mariona? – pomyślał Mikołaj Sowa. Dziewczyna
otworzyła torebkę, wyjęła notes, szukała czegoś chwilę, położyła kilka wizytówek.

– To moje adresy – powiedziała. – W Maroko, Hiszpanii i Francji, w Paryżu. Mikołaj, je-

żeli nie przyjedziesz, ja przyjadę do Warszawy, Gdańska, do ciebie. – Tyle nauczyła się po
polsku. W jej oczach znowu zaczęły rosnąć dwie małe perełki, odwróciła twarz i gdy spoj-
rzała na kapitana ponownie, już ich nie było. Stała roześmiana, jak przy prezentacji głównego
modelu najpiękniejszej kolekcji.

–  Przyjadę  do  Polski  –  powiedziała  –  zobaczysz,  przyjadę,  tak  sobie  przyjadę,  na  urlop,

wakacje.

Kapitan  trzymał  dziewczynę  za  obie  ręce  i  patrzył  na  jej  twarz,  która  zmieniała  się  tak

szybko,  jak  mozaiki  w  kalejdoskopie.  W  tej  chwili  w  progu  stanęli  Craig  i  Patrycja.  Craig
trzymał jakiś mały przedmiot.

– Muchas gratias, muchas gratias. Hasta la vista – powiedziała Patrycja. Mikołaj uśmiech-

nął  się,  zrozumiał  słowa  podziękowania.  Rozbitkowie  przyszli  pożegnać  się  z  kapitanem.
Craig położył na stole dziwną figurkę z czerwonego kamienia.

– Regalo, prezent, prezent dla kapitana.
Figurka była osobliwa. Dwie królewskie postacie zwrócone twarzami do siebie ze złożo-

nymi wzajemnie dłońmi na ramionach. Cacko było wielkości pudełka od zapałek. Oszlifowa-
ny kamień błyszczał, przedmiot robił jednak wrażenie bardzo starego.

– Ife... „Czarne Ateny”, odważnik do odmierzania złotego pyłu, pamiątka dla kapitana za

uratowanie rozbitków z „Czerwonej Lalki” – uśmiechnął się Craig.

– Od Harrego i Patrycji – dodała modelka.
W salonie zapadła cisza. Patrycja spojrzała na Marionę.
– A co dostałeś od niej, kapitanie? – zapytała. Kapitan oglądał z zainteresowaniem figurkę

wykutą  w  kamieniu.  Trójka  rozbitków  nie  wyglądała  na  desant  przysłany  ze  zbrodniczymi

background image

80

zamiarami. Piękna dziewczyna, zaproszenie do Hiszpanii, obietnicą odwiedzin w kraju, pre-
zent o jakim mógłby marzyć niejeden kolekcjoner, czy to wszystko nie zbyt wspaniałe, aby
mogło być prawdziwe? – myślał kapitan Sowa, świadom, że ta ciągła czujność ciąży mu w tej
chwili bardziej niż cokolwiek na świecie. – Zobaczymy, co się okaże w sprawie Krystka, żeby
oni tutaj przynieśli komplet skarbów z piramidy Tutanchamona, on, kapitan Sowa, nie da się
wywieść w pole. Zawiadomi policję w Lagos. Jeżeli u Krystka lekarz odkryje jakieś podej-
rzane objawy, Craig nie zejdzie na ląd w Nigerii. Pora jednak było się żegnać. Kapitan Sowa
nie był pewny czy raduje go, czy też smuci zejście z burty przedziwnych rozbitków. Podszedł
do baru, wyciągnął butelkę whisky i. cztery szklaneczki. Craig i Patrycja wypili złotawy płyn
duszkiem jakby pospiesznie. Mariona patrzyła na bryłkę lodu rozpuszczającą się w alkoholu,
kostka malała, wokół  rozchodziły  się  smugi  wody  w  ciemnym  trunku.  Mikołaj  trącił  swoją
szklanką brzeg jej szkiełka i cienki melodyjny ton jakby pogłębił  chwilę  narastającej  ciszy.
Mariona odwróciła się i podeszła do bulają, patrzyła chwilę na  dalekie morze.  Zaraz potem
rozbitkowie z „Czerwonej Lalki” skierowali się ku drzwiom. Szli długim okrętowym koryta-
rzem do wyjścia na pokład. Kapitan zdążał za nimi. Statki przygotowane były do odcumowa-
nia.  Mariona  przekroczyła  reling,  na  sztormtrapie  przystanęła  i  spojrzała  w  górę  na  wysoki
kasztel „Pasata”, potem oczy jej spotkały się ze spojrzeniem kapitana.

W sterowni wszystko było przygotowane do odcumowania. Hana siedział w fotelu, sternik

stał przy wolancie. Drugi oficer w kabinie nawigacyjnej pochylony nad mapą wykreślał kurs
na Cape Town.

„Pelamida” zbierała  cumy,  najpierw  dziobową  potem  rufową.  Puszczono  szpringi.  Statki

rozdzielało coraz szersze pasmo skotłowanego morza. Mikołaj stał na skrzydle mostka. Ryba-
cy z „Pelamidy”  wylegli na pokłady jak zwykle,  gdy coś działo się niezwykłego.  Z drugiej
strony  burty  „Pasata”  odcumowano  „Murenę”,  bezwładna  kołysała  się  na  martwej  fali  w
oczekiwaniu aż „Pelamida” weźmie ją na hol. Mikołajowi wydawało się, że jest jakoś pusto
dokoła. Ludzie mieli szare, dalekie twarze. Syreny okrętowe były też tępe i głuche. Najpierw
odezwała się „Pelamida” potem trzy krótkie nadała „Murena” i trzema krótkimi odpowiedział
bas „Pasata”. A więc nie tylko manewr, ale i ceremonia pożegnania dobiegła już końca, Mi-
kołaj  wrócił  do  salonu.  Dym  papierosów  wypalonych  przez  rozbitków  z  „Czerwone  Lalki”
unosił  się  wciąż  w  powietrzu.  Na  półce  stała  osobliwa  figurka.  Czerwony  król  i  czerwona
królowa  zwróceni  twarzami  do  siebie  i  dłońmi  złożonymi  wzajemnie  na  ramionach.  Ife,
„Czarne  Ateny”  zaklęte  przez  mistrza  sprzed  wieków  diamentowym  dłutem  w  kamieniu
czerwonym jak rubin.

background image

81

XVII. NA „PASACIE” BEZ ZMIAN

Było późne popołudnie. „Pasat” pełną szybkością zmierzał do Cape Town. Zawieszone w

tej chwili nisko słońce paliło zielone pokłady jeszcze bardzo mocno. Kapitan Sowa-Osowski
zajmował  w  sterowni  fotel,  w  którym  zazwyczaj  siedział  Hana.  Z  morza  startowały  klucze
latających ryb i towarzyszyły statkowi na wysokości kilku stóp, lecąc po kilkadziesiąt metrów
w  tym  samym  kierunku.  Kapitan  patrzył  z  przyjemnością  na  te  ryby.  Myśli  Mikołaja  były
jednak gdzie indziej. A więc Mariona zmierza już do Lagos. Niedługo zejdzie na ląd i przy-
goda na „Pasacie” będzie dla niej coraz mniejsza, jak pława obok której przechodzi okręt. Jest
przy nim, potem zostaje w tyle z lewej lub prawej burty, maleje w oczach z minuty na minutę,
wreszcie znika zupełnie. Mikołaj Sowa podniósł się z fotela, poszedł do kabiny nawigacyjnej,
sprawdził, jak wykreślony jest kurs statku, skontrolował poprawki, wrócił na fotel i obserwo-
wał morze przed statkiem.

W górze pojawiły się nurkujące mewy. Szybowały w majestatycznym bezruchu wypatru-

jąc zdobyczy gdzieś w głębi. Potem spadały kamieniem na wodę i znikały pod jej powierzch-
nią. Dopiero dalej po chwili strzelał z toni kształt ptaka wydłużony jak rakieta. Dziwny był tu
ocean, ryby stadami szybowały w powietrzu, ptaki poruszały się w wodzie lepiej od ryb, bo
tam szukały zdobyczy. Słońce chyliło się do horyzontu, klucz ptaszorowatych startował wła-
śnie z głębiny. Połyskujące w słońcu długie uskrzydlone ryby szybowały dalej i dalej, wyda-
wało się, że przepadną w zachodzącym słońcu, nie powracając do, morza. A Mariona? Miko-
łaj Sowa uśmiechnął się do wspomnień i patrzył jeszcze chwilę na ryby w powietrzu i ptaki
powracające z głębiny.

Wieczorem,  gdy  porządkował  przy  biurku  w  salonie  notatki  meteorologiczne  dotyczące

Antarktydy, rozległo się pukanie i w progu stanął doktor. Nie czekając na zaproszenie wszedł
i  zajął  miejsce  w  fotelu.  Kapitan  popatrzył  nań  z  niechęcią.  Czyżby  lekarz  przynosił  nową
sensację – pomyślał i nie pomylił się.

– Krystek gorączkuje, objawy choroby nie są zwyczajne – oznajmił przybyły.
– Co pan chce przez to powiedzieć? – zapytał kapitan.
– To, o czym pan już wie.
Mikołaj Sowa wzruszył ramionami.
– Jeżeli ktoś jest tu chory, to pańska sprawa. Ja prowadzę statek na Antarktydę, mnie inte-

resują  góry  lodowe,  a  nie  grypa  lub  biegunka  któregoś  ze  stu  osiemdziesięciu  ludzi.  Jeżeli
Krystek zachorował, proszę go leczyć.

– Pan upraszcza, panie kapitanie. Może zajść taka okoliczność,  że  trzeba  będzie  wejść  z

chorym do portu; jeszcze przed Cape Town. Informuję pana o tym w świetle tego, co powie-
działem poprzednio.

– Dobrze, dziękuję – mruknął kapitan.
Gdy medyk poszedł,  Mikołaj  Sowa  dłużej  niż  zwykle  oglądał  czerwoną  paczkę  papiero-

sów. Myślał nad czymś intensywnie. Panika doktora w sprawie Krystka nie udzieliła mu się
zbytnio.  Drugi  oficer  szybko  stawił  się  na  kapitańskie  wezwanie.  Był  blady,  oczy  miał  za-
czerwienione.

– Co panu jest? – zagadnął szef bazy.
– Czuję się dziwnie, gdybym nagrzeszył w którymś z portów myślałbym... Doktor mówi,

że miłość to też ryzyko. Tyle czasu minęło, a chorych jakoś nie widać, więc łapiduch roboty
szuka, chociaż żeby wpisać do zeszytu.

– Co mówił doktor? – powtórzył pytanie kapitan.
– Mówię panu, zaczął wymyślać bzdury, oglądał ślad po tym zadrapaniu z gumowego pi-

stoletu.  Wydumał  światową  aferę,  czysty  kryminał,  że  to  ja  byłem  z  Kasprzykiem  na  tym

background image

82

jachcie w Casablance i teraz mogli mnie zranić pociskiem. Eeee  – Krystek machnął ręką. –
Jestem czysty, na żadnych łajdactwach nie byłem, żadnych przemytów nie dotykałem i mam
grypę, tyle że murzyńską.

– Pan kłamie – powiedział kapitan.
– Ja kłamię?! Co kłamię!!?
– Chociażby, że nigdzie pan nie łaził. W Las Palmas był pan w burdelu.
– Ja?! W burdelu?! Wypraszam sobie, w burdelu nie byłem, w życiu, nigdy!
Kapitan wskazał palcem miejsce,  gdzie Krystek nosił pewnie  jeszcze  opaskę  na  połama-

nych żebrach. Krystek zrozumiał niemą aluzję.

– U amatorki byłem, debiutantki, potem przyszła taka ropucha i uciekłem. Uciekłem! Ro-

zumie pan. No i Pan Bóg wynagrodził mi wstrzemięźliwość zsyłając te anioły z „Czerwonej
Lalki”. Panie kapitanie, nawróciłem się na wiarę, mówili że cudów nie ma, a to był cud nie
dziewczyna.  Cud!  Tylko  największa  świętość  mogła  stworzyć  taki  okazik,  jakie  ona  miała
piersi.

– Krystek milczeć! – wrzasnął kapitan – Zachowuje się pan jak bydlę, bydlę! Nie opowia-

da się o kobiecie takich rzeczy.

Krystek zbladł jeszcze bardziej, siedział chwilę cicho, po czym spuścił głowę.
– Przepraszam, ale pan jest rozdrażniony – powiedział nieco urażonym tonem.
– Jak pan może.– Syczał hamując gniew kapitan Sowa.
– Przepraszam, ale ja mówię o swojej, nie o pańskiej – powiedział z przekąsem Krystek.
Mikołajowi Sowie krew nabiegła do twarzy, tego było za wiele. Otworzył usta, żeby po-

wiedzieć coś zasadniczego, ale nic, co by od razu zmiażdżyło cynika nie przychodziło mu do
głowy. Krystek tymczasem zapalił papierosa, zaciągnął się dymem, popatrzył na kapitana z
pobłażaniem.

–  Panie  kapitanie,  nie  mą  z  czego  robić  kapliczki.  Może  ta  pańska,  co  innego.  Patrycja

zresztą mówiła, że Mariona zakochała się w panu i całą sprawę traktuje poważnie. Zobaczy
pan,  ona  się  nie  odczepi,  zwali  się  panu  na  głowę  w  kraju.  Ale  ta  moja,  panie,  ona  lubiła
swoją nagość, artystka była. Przecież ja ją chwalę, czego pan krzyczy.

–  Pan  jest  cynikiem,  panie  drugi,  cynikiem  –  powiedział  kapitan  innym  już  niż  przed

chwilą tonem.

– Tak, ja pana rozumiem – powtórzył drugi oficer. – Ta pańska to zupełnie co innego, cho-

ciaż jeszcze piękniejsza, wszyscy tak mówili.

Kapitan wstał, podszedł do baru, wyjął butelkę.
– Koniak? – zapytał.
–  Taaak...  –  skinął  głową  Krystek.  –  Markowy!  Taki  podobno  odczyn  zabija  tego  skur-

wiela, wirusa afrykańskiej grypy.

Kapitan umoczył usta w trunku, Krystek opróżnił swój pucharek duszkiem.
– To jest to. Czuje się głębię piwnicy i cenę beczki, pełno falsyfikatów, substytutów, a ta-

kiego koniaczku już nie ma na świecie, pozwoli pan jeszcze łyczek? – Gość spojrzał prosząco
na gospodarza.

– Panie kapitanie, pan ma serce do medycyny, a nie ten konował weterynarz, który wierzy

tylko w zastrzyki i lubi wymyślać dziwaczne historie – dodał w drzwiach Krystek.

Kapitan  poczuł  się  wolny,  westchnął,  ale  niedługo  cieszył  się  spokojem.  Na  biurku  za-

dzwonił telefon, proszono pilnie na mostek. Czas do północy przebiegł pracowicie, nie było
miejsca na refleksje. Gdy Mikołaj szykował się wreszcie na spoczynek, niespodziewaną wi-
zytę złożył mu bajkok Winniczek. Usiadł w fotelu i zapalił papierosa.

– Gdyby poczęstował mnie pan szklanką kawy, byłbym zobowiązany – powiedział takim

tonem, jak do kelnera w restauracji. Kapitan spojrzał na przybyłego. – To jednak zawodowy
wywiadowca – pomyślał.

– Kawę? Proszę bardzo – mruknął.

background image

83

– Ma pan podobno nowiny? – zagadnął przybyły.
– Tak – odparł kapitan – zachorował Krystek. Lekarz łączy tę chorobę z postrzałem, jakie-

go drugi doznał od Craiga. Utrzymuje, że może to być ten cholerny „Striptease 303”; czy coś
takiego.

– A Krystek?
– Krystek śmieje się. Mówi, że nonsens, gdyż on nie ma nic wspólnego z przemytem na

„Róży Południa”.

– Czy musi pan wchodzić do Cape Town? – zapytał bajkok.
Muszę wziąć wodę a także zaopatrzenie dla statków łowczych.
– Ma pan ładunek dla tego portu?
– Nie, przecież wziąłem ryby z „Mureny” zamiast ładunku.
– To bardzo dobrze – ucieszył się Winniczek. – Z pewnością sprawa nie jest skończona. W

Cape Town nastąpi finał i ostrzegam pana, w sprawę zamieszany jest trzeci oficer, Harasim.
Czy wie pan o tym?

– Harasim?! – kapitan nie mógł powstrzymać się od nagłej reakcji.
– Harasim! – powtórzył Winniczek. – On czegoś szukał usilnie na statku, przejrzał szpital,

gdy leżał po nieudanym samobójstwie, przegrzebał magazyn z lekami. To on schował maskę
w miejscu, które ja wytropiłem. Myślałem początkowo, że Nierozpoznanym jest właśnie Ha-
rasim. Ale jeżeli on był tym, kogo szukaliśmy, czego on szukał? To chciałem wyjaśnić i dłu-
go nie mogłem. W końcu doszedłem do innego wniosku – bajkok mówił powoli, beznamięt-
nie,  jakby  składał  formalne  sprawozdanie.  –  Od  kilku  dni  nie  spuszczam  Harasima  z  oczu.
Ucierpiały na tym garnki i talerze, bo myłem je pospiesznie, szef kuchni przestał być ze mnie
zadowolony. Wczoraj o świcie zauważyłem Harasima, gdy stał przy burcie i patrzył na morze
przez lornetę. Dziś o piątej rano z okna kuchni znów zobaczyłem Harasima z lornetą. Posze-
dłem na pokład nad sterownią. Miałem przewagę, byłem znacznie wyżej. No i pierwszy za-
uważyłem motorowy jacht na kursie „Pasata”. Kiedy spostrzegł go Harasim, wyjął z chlebaka
małą puszkę po oleju shell i położył na pokładzie. Jacht szedł kontrkursem „Pasata”, podszedł
dość  blisko,  wtedy  pan  trzeci  zepchnął  do  morza  blaszankę,  widocznie  prawie  pustą,  bo  w
ogóle  się  nie  zanurzyła.  Gdy  odpłynęliśmy  od  tego  miejsca,  zobaczyłem  przez  lornetę,  że
jacht robi zwrot i wraca do miejsca, w którym leżała na falach metalowa puszka.

– Taak – powiedział powoli Mikołaj Sowa bębniąc palca mi po stole. Wszystko co mówił

nocny  gość  było  przekonywające.  Sposób  jego  mówienia  też  był  przekonywający.  A  więc
jednak nić jest uchwycona... Harasim.

– A kim jest Nierozpoznany?
Bajkok patrzył w bulaj na ciemne morze bez żadnego światełka.
– Przez pewien czas myślałem, że Cichoń, potem podejrzewałem Krystka, teraz wiem, że

ani jeden, ani drugi.

– Więc kto? – naciskał kapitan.
Bajkok uśmiechnął się. W okrągłej ramce iluminatora błysnęła daleka jasna smuga.
– Latarnia na afrykańskim brzegu?
– Latarnia – odparł Mikołaj Sowa.
Gość wstał. – Na mnie pora panie kapitanie, od świtu mam poważne obowiązki.
– Dziękuję panu – powiedział szef bazy, też wstał i uścisnął rękę bajkokowi, który zaraz

wyszedł.  Kapitan  spojrzał  na  koję,  był  śmiertelnie  zmęczony.  W  tej  chwili  otworzyły  się
drzwi i do salonu wtargnął bez pukania Hana. Kapitan Sowa podniósł nań oczy. Starszy oficer
zawsze przesadnie spokojny teraz nie ukrywał wzburzenia.

– Nie ma doktora! – powiedział, starając się jednak, aby zabrzmiało to tak, jak mówił zwy-

kle, czyli beznamiętnie.

Kapitan odłożył koc i usiadł na rogu kanapy.
– Co?! – wykrztusił.

background image

84

– Lekarz znikł – powtórzył Hana.
– Kiedy?! – kapitan nie mógł ukryć wrażenia, jakie wywarła na nim ta wiadomość.
– Niedawno, najwyżej kilka godzin temu, gdy się tylko ściemniło.
– Więc Nierozpoznany to...? – kapitan patrzył pytająco na zastępcę.
– Tak... – powiedział tamten. – Wywiódł nas w pole.
– Skąd pewność, że doktor żyje? Że opuścił statek dobrowolnie, tu na oceanie, niech pan

mówi do cholery wszystko – zdenerwował się dowódca bazy.

–  Dzwoniłem  z  mostka  kilkakrotnie  do  doktora,  gdyż  chciałem  żeby  przysłał  mi  coś  od

bólu głowy, telefon nie odpowiadał, poprosiłem więc Krystka, aby tam poszedł. Kabina była
otwarta,  lekarza  nie  było.  Przy  czym  z  półek  zniknęło  trochę  rzeczy,  kabina  rzucała  się  w
oczy jakąś pustką. Poszedłem tam i uwagę moją zwróciło to – kapitan Hana podał kapitanowi
Sowie dwie książki w barwnych lakierowanych okładkach.

– Język duński znam słabo, ale aby zorientować się kto jest autorem tych opracowań i o

czym one traktują, nie trzeba znać języka.

Istotnie na okładce jednej z książek prezentował się doktor Kowalski w ratunkowym kom-

binezonie na pneumatycznej łodzi o niekonwencjonalnym wyglądzie.

– Te opracowania dotyczą doświadczeń na temat wytrzymałości morskiego rozbitka. To są

relacje naszego przyjaciela, doktora, z samotnego rejsu przez Atlantyk na sprzęcie, który te-
stował. Kowalski to wytrawny żeglarz i ratownik. Niech pan patrzy na daty wydania książek,
on nad tym pracował w Danii siedem lat.

W  salonie  znowu  zapadło  milczenie.  Błyski  latarni  morskiej  na  dalekim  cyplu  afrykań-

skiego lądu były już bardzo wyraźne.

background image

85

XVIII. VISZNIEWSKY & SOUVAGE – MODELKI

Firma polonijno-zagraniczna „Viszniewsky & Souvage” zajmowała piwnicę, a w zasadzie

pół  piwnicy.  Lokal  ów  był  jednak  lepszy  od  innych,  nawet  takich  na  pierwszym  piętrze  ze
składanymi  żaluzjami  w  oknach,  znajdował  się  bowiem  na  Saint-Germain.  A  przecież  spe-
cjalnością firmy „Viszniewsky & Souvage” był pokaz mody. Kierownictwo przedsiębiorstwa
sprawował nie „Viszniewsky” a Wiśniewski, Souvage w ogóle nie było, a personel firmy sta-
nowili student z Polski Trzeciak i drugi rodak przebywający w Paryżu na prywatnym zapro-
szeniu – niejaki Stefan Orlik. Firma była zmotoryzowana, gdyż mieszkający od wielu lat we
Francji Wiśniewski posiadał samochód osobowy marki citroen 2 CV. Wnętrze lokalu wypo-
sażone było w dwa biurka tradycyjne i jedno złożone ze skrzyń po owocach. Na ścianie wid-
niał  złoty  napis:  „Viszniewsky  &  Souvage  –  modelki”.  Litery  owej  reklamy  zostały  kiedyś
wycięte z grubo „złoconych” opakowań po maśle kakaowym dla niemowląt.

Odwiedzając ten lokal można było domyśleć się z łatwością, że firma nie robi kokosowych

interesów. Mniemanie, że „Viszniewsky” zajmuje  się  czym  innym,  niż  pokazem  mody  i  że
angażowane przez niego modelki otrzymują bardziej intratne propozycje, byłoby też nieuza-
sadnione.  Drobni  paryscy  rzemieślnicy,  studenci  i  innego  rodzaju  chałupnicy  wytwarzający
spódnice,  bluzki  i  swetry,  potrzebowali  reklamy.  Modelki  angażowane  przez  firmę  „Visz-
niewsky & Souvage”, przeważnie studentki lub wyjątkowo urodziwe panny służące, obleczo-
ne w owe oryginalnie wykonane ciuszki sprzedawały je osobiście na Pigal, uliczkach Mont-
parnasse'u i przed kawiarniami w Saint-Germain. Ceny ich były wówczas znacznie wyższe. A
gdy na pokazie mody w Paryżu prezentowano modele z Polski, pokaz ten z wielkim powo-
dzeniem obsłużyły modelki z firmy „Viszniewsky”.

Obecnie  pan  Wiśniewski,  zajmując  miejsce  przy  konwencjonalnym  biurku,  dokonywał

rozliczeń finansowych, student Trzeciak szykował się do wyjścia, bo nie miał roboty, a kole-
ga Orlik na biurku ze skrzyń po jabłkach wystukiwał coś mozolnie na starej, niczym pierwszy
parowóz, maszynie do pisania.

– Panie Orlik – powiedział szef – za te dni, w których nie było roboty, wypłacę panu w

złotych polskich, bo mamy na koncie trochę tej waluty z jakiegoś rozliczenia i pan po powro-
cie w kraju te pieniądze sobie wykorzysta...

– Co?! – Orlik poderwał się ze stołka i patrzył na szefa jak na upiora.
– Mówię panu, pojedzie pan do kraju, będzie pan miał pieniądze.
– Panie! Panie! – jąkał się Orlik – wiesz pan co? Pan mi głupstw nie opowiadaj, ja polskie

pieniądze mogę zarabiać u siebie, w Zgierzu, a nie tu, ja przyjechałem do Paryża!

– Niech pan się nie denerwuje, dojdziemy do porozumienia – szef mitygował podwładne-

go. – Dam panu według podwójnego kursu za dolara.

– Co!!? – wrzasnął Orlik. – Ja idę na policję!
– Dobrze, dobrze, dam... dam... – Szef przerwał, bo zobaczył, że Orlik nagle uspokoił się i

patrzył w kierunku wejścia do piwnicy. Trzeciak, który jeszcze nie wyszedł, też tam patrzył.
Szef obrócił się w miejscu, zmienił okulary, bo miał na nosie te „do czytania” i zaraz przetarł
szkła.  W  drzwiach  stała  dziewczyna.  Specjalnością  tej  firmy  było  angażowanie  młodych,
pięknych kobiet, ta na progu była jednak wyjątkowo urodziwa. Nie z Saint-Germain ani Pigal,
w ogóle nie z Paryża, to było widać od razu. Strój, makijaż i uczesanie dziewczyny nie na-
wiązywały do bohemy. Była to kobieta piękna w stylu klasycznym.

– Dżen dobry – powiedziała kalecząc dość uroczo język polski.
– Dzień dobry – odpowiedzieli niemal jednocześnie trzej panowie.

background image

86

– Pani mówi po polsku? – zapytał szef.
– Nie, ja mówię po francusku lub hiszpańsku – uśmiechała się dziewczyna.  I dalsza roz-

mowa potoczyła się po francusku.

– Czym możemy służyć? – szef był bardziej uprzejmy niż zwykle.
– Ja chcę pracować – uśmiechnęła się uroczo dziewczyna.
– My nie mamy stałej pracy, my... – zająknął się Wiśniewski.
– Nazywam się Mariona. Jestem modelką z firmy „Crisantemo” w Barcelonie z filią w Ra-

bacie, demonstruję kostiumy bikini i futra także w Madrycie u „Lucy”. Chciałabym pracować
w Warszawie lub w Gdańsku, najlepiej w Gdańsku.

– Ja przepraszam, słucham? – zapytał Wiśniewski.
– Chciałabym pracować w Polsce – powtórzyła Mariona – w Polsce – dodała z naciskiem.
W piwnicy zapanowało milczenie.
– My nie angażujemy modelek do Polski – powiedział wreszcie szef – pani mogłaby tam

pobierać wynagrodzenie tylko w złotych, my...

– Bardzo dobrze – przerwała mu dziewczyna ja chcę tylko w złotych polskich.
– Ale pani zarobi najwyżej kilkanaście tysięcy miesięcznie.
– Wystarczy, to bardzo dużo.
Szef jeszcze raz przetarł okulary, spojrzał na Marionę, potem na Orlika.
– Widzi pan? – powiedział z wyraźnym wyrzutem w głosie.
– No właśnie widzę, rozumie pan coś z tego? – mruknął Orlik.
– Jeszcze nie – wzruszył ramionami szef.
–  Musiałaby  pani  mieszkać  w  hotelu,  pewnie  do  tego  takim  dla  pracowników,  robotni-

czym.  „Moda  Polska”  mogłaby  podpisać  z  panią  kontrakt.  Ma  pani  szczególne  warunki,  a
praktyka u „Lucy” wiele jest warta. Mogłaby pani być instruktorką.

– Instruktorką też. – Uśmiecha się dziewczyna.
–  Ja  bym  znalazł  odpowiednią  pracę  w  Warszawie,  uczyłaby  pani  zawodu,  sztuki.  Ale

mieszkanie i wynagrodzenie w dewizach nie wchodzi w rachubę.

– Ja chcę złote, polskie złote, a mieszkanie wynajmę sobie sama, mieszkania w Polsce są

tanie, bardzo tanie.

Wiśniewski uśmiechnął się, Orlik i Trzeciak słuchali, patrzyli  na  piękność  i  mieli  głupie

miny.

–  Moja  przyjaciółka  mieszka  w  Sopocie,  Sopocie  –  powtórzyła  dziewczyna  –  ona  jest

przedstawicielem naszej firmy „Cargo”, ona płaci za całe mieszkanie w willi z ogrodem, tara-
sem; garażem sto dolarów miesięcznie. A w Madrycie, albo nad morzem w Alicante trzeba by
za podobne mieszkanie zapłacić pięćset dolarów. Pięćset, albo więcej. W Polsce jest bardzo
tanio. – Mariona umilkła i w osobliwym pomieszczeniu znów zapanowała cisza. Wiśniewski
jakby zaczynał coś rozumieć.

– Ale mówiłem, że nie zapłacimy pani w dolarach – powiedział już z uśmiechem.
– Ja dolary wezmę swoje – rozpromieniła się dziewczyna jakby ciesząc się, że rozmowa

przybiera wymiary konkretne. – Potrzeba mi będzie tylko trochę złotych, bo złotych nie mam.
Mieszkanie sobie wynajmę, pracować będę dobrze, ja lubię pracować.

Wiśniewski spoważniał, Orlik i Trzeciak kręcili głowami, w dalszym ciągu niewiele rozu-

miejąc.

– A dlaczego pani tak bardzo chce pracować w Polsce? Nasze pieniądze nie są wymienial-

ne, nic pani nie zaoszczędzi, dolarów pani nie otrzyma, a będzie musiała je wydawać, ja...

Dziewczyna spojrzała na Wiśniewskiego wyniośle, wzruszyła pogardliwie ramionami.
– Proszę pana, ja do Polski jadę po coś bardziej cennego niż dolary, niż cały bank dolarów

– powtórzyła i uśmiechnęła się promiennie, iż nie sposób było nie uwierzyć jej słowom.

background image

87

Wiśniewski spojrzał na Orlika, przetarł okulary i spojrzał ponownie, Orlik spuścił głowę,

patrzył gdzieś w bok. Szef pilnie przewracał kartki kalendarza, wiedział, gdzie należy skiero-
wać tę piękną dziewczynę, która zapałała tak gorącym uczuciem do jego starej ojczyzny.

background image

88

XIX. DWA ZWROTY KAPITANA HOLMESA

Kapitan Sowa patrzył na swoje ulubione ryby w powietrzu i ptaki powracające w głębiny.

W  sterowni  panowała  cisza.  Wibracje  pełzały  po  szotach,  olbrzymi  silnik  dudnił  gdzieś  w
czeluściach statku pogłębiając tę jedyną ciszę, gdy nikt nic nie mówi w sterowni przemierza-
jącego ocean okrętu. A więc nie było już wielkich niewiadomych, nagle wyjaśniło się wszyst-
ko.  Wszystko?  Nie.  Wyjaśniło  się  jedynie  kim  był  Nierozpoznany  i  kto  był  człowiekiem
zwerbowanym przez Yaxy. Kapitan uśmiechnął się do swoich latających ryb przed dziobem
„Pasata”. Kiedyś złożył milczącą wizytę doktorowi, właśnie wówczas przyszło mu do głowy,
że w kabinie medyka ukryta być może tajemnica przemytu na „Róży Południa”. Nie miał jed-
nak  dowodów.  Nawet  wyraźnych  poszlak  nie  było,  a  jednak  jakby  wiedział,  że  medyk  ma
głęboko zanurzone ręce w dziwnej sprawie z Casablanki. Podejrzewał jedynie nawigatorów,
któż wiedział, że doktor był wytrawnym żeglarzem, w tej sprawie nadal niejasne były jednak
motywy jego działania. Dlaczego dał się wplątać w taką aferę? Dokładne przeszukanie kabiny
doktora dało odpowiedź na wiele pytań, pozostało jednak także wiele znaków zapytania. Gdy
w Las Palmas dostarczono na statek sprzęt medyczny w zaplombowanych pojemnikach, które
doktor  otrzymał  z  dobroczynnej  fundacji,  nikt  nie  przypuszczał,  co  to  był  za  sprzęt  i  co  to
była za fundacja. Zarówno Hana jak i Winniczek dali się zwieść pieczęciom na pojemnikach i
dokumentom urzędu celnego, które nie pozostawiały wątpliwości, co zawierają owe dwa po-
jemniki i jeden wór, które doktor Kowalski sprowadził na statek w  Las Palmas. Gdy  znikł,
okazało się, że pojemniki też opustoszały. Nie był to składany  stół chirurgiczny, nie były to
narzędzia i leki. W pojemnikach znajdowała się łódź pneumatyczna ze składanym masztem i
żaglem  oraz  akumulatory  srebrowe  i  elektryczny  napęd  pomocniczy.  W  opakowaniach  zo-
stały jedynie znaki fabryczne firmy, która wyprodukowała te cacka. Sprzęt był duński, oczy-
wiście taki, jaki kiedyś doktor testował na Atlantyku. Znów stado ryb oderwało się od oceanu
i szybując nad falami przepadło gdzieś w wielkiej przestrzeni. Wiatr tężał, od zachodu rosła
fala,  „Pasat”  lekko  kołysał  się  od  dziobu  do  rufy.  A  więc  doktor  mógł  pozwolić  sobie  na
zniknięcie ze  statku.  Jego  łódź  pneumatyczna  wyposażona  była  w  zbiorniki  z  gazem,  który
wypełniał jej komory po zetknięciu specjalnego urządzenia z wodą, miał krótkofalówkę i na-
pęd manewrowy umożliwiający podejście do burty każdego statku. Lektura wydanych w Da-
nii książek pozwalała zorientować się z kim kapitan Holmes miał do czynienia. Któż jednak
oczekiwał doktora tu na oceanie tak daleko od afrykańskiego brzegu? A więc Hana myli się
twierdząc, że sprawie nie towarzyszą lotniskowce, łódź podwodna lub przecinające kurs „Pa-
sata” inne statki. A list od doktora? Nie była to przecież zwykła ucieczka, bo doktor zostawił
list  adresowany  właśnie  do  niego,  kapitana  Sowy.  Pismo  to  wyjaśniało  wiele,  jednak  nie
wszystko.

Nie  licząc  wibracji  i  głębokiego  pomruku  wielkiego  diesla,  w  sterowni  panowała  cisza.

Wachtę  pełnił  trzeci  oficer  Teodor  Harasim.  Kapitan  przeszedł  do  kabiny  nawigacyjnej  i
przeglądał mapy oraz locję południowego wybrzeża Afryki. W pewnej chwili przywołał Ha-
rasima.

– Zrobi pan zwrot – powiedział spokojnie. – Nowy kurs, zero, zero stopni.
– Słucham? – zapytał Harasim. – W tej chwili trzymam sto sześćdziesiąt stopni, panie ka-

pitanie.

– Tak, zgadza się, zmieniamy kurs na północny. Zrobi pan zwrot o sto sześćdziesiąt stopni.
– Cape Town jest na kursie sto  sześćdziesiąt  dwa  stopnie,  panie  kapitanie,  idziemy  wła-

ściwym kursem.

– Nie wchodzimy do Cape Town – powiedział kapitan pochylając się jeszcze bardziej nad

mapą. Harasim stał blady z otwartymi ustami.

background image

89

– Nie? Nie do Cape Town?
– Nie, a czy musimy wejść do Cape Town?
– We... wejście planowane, pa... panie kapitanie, to niemożliwe, pa... pan żartuje. – Hara-

sim nie był graczem, nie umiał ukryć zaszokowania, odwrócił się i wyszedł z nawigacyjnej.

Sternik zapewne słyszał tę rozmowę, ale czekał na odpowiednie polecenie. Zaraz też „Pa-

sat” zmniejszył szybkość i położył się lekko na prawą burtę. W połowie zwrotu w nawigacyj-
nej i u radiooficera rozdzwoniły się telefony.

Hana zjawił się na mostku, nie pytał o nic. Zajął miejsce w fotelu, czekał.
– Przejmie pan wachtę, panie starszy – powiedział Mikołaj Sowa.
– Tak, panie kapitanie – mruknął Hana tonem zupełnie obojętnym.
– Harasim proszę ze mną – rozkazał kapitan.
– Ja? Ja mam wachtę, nie mogę.
– Już nie ma pan wachty, Harasim.
Gdy dowódca „Pasata” z trzecim oficerem znaleźli się w kapitańskim salonie, Harasim był

blady, zajął wskazane mu miejsce przed biurkiem.

– Z Valvis Bay poleci pan do kraju, do dyspozycji prokuratora. Ma pan coś do powiedze-

nia?

– Ja, jak to? Pa... panie kapitanie, o co chodzi? To nie... nieporozumienie.
– Nieporozumienie? Jeżeli ma pan coś ważnego do powiedzenia niech pan mówi.
– Ale o co chodzi, dlaczego pan mnie...
–  Harasim  –  przerwał  trzeciemu  kapitan  –  ja  nie  umiem  łapać  szpiegów,  dywersantów,

złodziei. Podobno takim trzeba przedstawić zarzuty, ale ja nie mam na to warunków ani cza-
su. Nie zależy mi, czy pan się przyzna, czy nie, ale być może wie pan coś, czego my jeszcze
nie. wiemy. Niech więc pan mówi, to jedyna pańska szansa...

Harasim milczał. Kapitan wezwał przez telefon pierwszego oficera.
Na statku tymczasem wrzało. Wraz z wiadomością o internowaniu Harasima rozeszła się

wieść o zniknięciu lekarza. Ludzie powtarzali krzyżujące się i sprzeczne wiadomości. Doktor
został zamordowany, doktor zginął bez wieści, doktor uciekł na  skradzionej ze statku pneu-
matycznej tratwie. Kapitan zrobił zwrot i będzie szukać na morzu doktora. Kapitan wraca do
kraju, odbiło „Holmesowi”, „Holmes” zwariował i wraca.

Pierwszy oficer Andrzej Litwin nie ukrywał zaciekawienia sprawą. Usłyszawszy decyzję

kapitana  o  internowaniu  trzeciego  oficera,  próbował  dowiedzieć  się  czegoś  więcej.  Kapitan
nie był jednak skory do wyjaśnień. Litwin miał przygotować odpowiednią kabinę i dopilno-
wać, aby wszystko było zgodne z przepisami. Gdy dowódca „Pasata” i Harasim znowu zostali
sami, Harasim zaczął protestować.

– To skandal, ja chcę porozumieć się z armatorem, wszyscy mówią, że pan zwariował na

punkcie tej bandy, ja się nie dam w nic wrobić! Ja żądam... ja złożę skargę!

Kapitan Sowa zachowywał kamienny spokój. Gdy Harasim wreszcie zamilkł, zapytał go,

czy wie, że doktor pozostawił list.

– List? – trzeci oficer był zaskoczony.
– Tak, teraz wiemy już co nam grozi i kto tu jest kupiony przez tamtych, nie wejdziemy do

Cape Town, panie trzeci.

Harasim spuścił głowę, zrozumiał, że został zdemaskowany. – Ja  musiałem – powiedział

głucho.

– Nie interesuje mnie, co pan musiał, a co tylko chciał. O to będzie pana pytał gdzie in-

dziej, kto inny.

– Nikt mnie o nic nie będzie pytał – powiedział Harasim.
– Nie? A dlaczego?
– Wie pan dobrze dlaczego.

background image

90

Kapitan Sowa, pomny pomyłek i doświadczeń jakich doznał w związku ze sprawą sternika

z „Róży Południa”, na chwilę stracił pewność siebie.

– Więc dlaczego nikt nie będzie pana o nic pytał?
– Ja nie chciałem w to włazić. Zjadłem piguły, aby w to nie włazić. Nie pozwoliliście mi,

zepsuliście wszystko, teraz macie, to wasza wina! – warknął.

– Proszki pan użył po to, aby dostać się do szpitalika i go zrewidować. Udało się, bo tam

ukryta była maska,  ale nic więcej.  Ze szpitalika jest też bezpośrednie wejście do magazynu
leków. No i ten magazyn też pan przeszukał. Juku, na którym tak zależało Yaxy, nie znalazłeś
jednak  Harasim  i  dlatego  musiałeś  przekazać  na  jacht  informację,  kiedy  i  gdzie  można  nas
napaść, panie Harasim?

– Nie, tak nie było, panie kapitanie.
– Nie tak, a jak?
Harasim znowu milczał. Kapitan sięgnął po słuchawkę. Trzeci oficer powstrzymał go.
– Niech pan mnie nie dobija – Harasim patrzył w dół, na czubki swoich butów i dywan. –

Oni byli za mądrzy, aby mi coś powiedzieć, za mądrzy – powtórzył. – Ostateczna zasadzka
miała być w Cape Town. Oni mieli uprowadzić doktora.

Tymczasem ludzie na statku mieli zawiedzione miny, poprzednio cieszyli się z postoju w

Cape Town, a teraz mieli wylądować w Walvis Bay. Zamiana jednego z największych i naj-
piękniejszych miast świata na niewielki port zagubiony w piaskach pustyni źle wpłynęła na
nastrój załogi. „Pasat” jednak od kilku godzin istotnie zmierzał na północ.

Kapitan Sowa włożył tropikalny mundur i czapkę, zajrzał do notesu i wyszedł z salonu. W

sterowni  jak  zwykle  panował  laboratoryjny  porządek  i  było  zupełnie  cicho.  Żyrokompas
wskazywał  kurs  „0”,  log  szybkość  dziewiętnaście  węzłów,  wachtę  trzymał  drugi  oficer
Szczepan Krystek. Kapitan przejrzał mapy w kabinie nawigacyjnej, sprawdził prawidłowość
kursu wykreślonego na Walvis Bay, wszystko było prawidłowo. Szef bazy wezwał oficera.

– Słucham, panie kapitanie – zameldował się Krystek.
– Jaki kurs? – zapytał dowódca.
– Zero, panie kapitanie.
– Zrobi pan zwrot, pójdzie pan kursem sto sześćdziesiąt dwa stopnie na Cape Town.
– Słucham, panie kapitanie?
– Kurs sto sześćdziesiąt dwa stopnie – powtórzył dowódca bazy.
Krystek stał w bezruchu, chciał coś powiedzieć lub o coś zapytać, jednak milczał.
– Proszę wykonać polecenie – przywołał go do porządku kapitan. Krystek znikł z nawiga-

cyjnej,  przeszedł  do  sterowni.  Kapitan  słyszał  jak  dwukrotnie  powtarzał  jego  rozkaz  sterni-
kowi. Wreszcie „Pasat” zwolnił i pochylił się na burtę, szybkość w zwrocie była znaczna, bo
statek  przepadł  głęboko  na  bok.  Za  rufą  wielkiego  chłodniowca  prosty  jak  strzelił  kilwater
załamał się gwałtownie. Szeroka bruzda skotłowanej wody uciekła w lewo i zataczała półkole
na błyszczącym oceanie.

W sterowni zjawił się Hana. Wyciągnął rękę do Mikołaja Sowy.
–  Gratuluję  kapitanie  –  powiedział  jak  zwykle  bez  emocji.  –  Zrobiłbym  podobnie.  Hana

zajął miejsce w ulubionym fotelu i patrzył na morze. Telefony także tym razem rozdzwoniły
się jak wściekłe. Krystek odpowiadał na nie wyraźnie „po uważaniu”: jednym mówił, że ka-
pitan zmienił kurs, drugim żeby się odczepili, bo on nic nie wie.

Zapadła  noc,  żyrokompas  wskazywał  sto  osiemdziesiąt  stopni,  kurs  prosto  na  południe.

Czerwona strzałka logu ustawiła się na liczbie dwadzieścia, mechanicy żyłowali silniki, dwie
dziesiątki węzłów to była maksymalna szybkość „Pasata”. Kapitan siedział w fotelu i myślał
o  Marionie.  Wyjaśniła  się  sprawa  rozbitków  z  „Czerwonej  Lalki”.  Przez  zbytnią  podejrzli-
wość omal nie zepsuł wszystkiego. Wszystkiego? A czym było to wszystko? Modelka, pięk-
ność na pokaz, romans z morskiej piany. Szaleństwo przeminęło w chwili rozstania. – Miłość
jak kwiat – kapitan Sowa odkrywał w sobie romantyka – któż rozpacza, gdy kwiat zwiędnie,

background image

91

opadnie,  przestanie  istnieć  –  myślał.  Ale  czy  on  kiedyś  jeszcze  zobaczy  Marionę?  Dała  mi
wizytówki,  prosiła  żebym  napisał,  przyjechał.  Kapitan  podszedł  do  sejfu,  otworzył  ciężkie
drzwi, wyjął figurkę z czerwonego kamienia. Coś osobliwego było w tym cacku sprzed wie-
ków. Ktoś zapukał.

– Wejść – powiedział głośno kapitan. Drzwi otworzyły się i stanął w nich pierwszy oficer

Litwin.

– Harasim prosi o rozmowę, tłucze łbem w szoty, krzyczy, niech  go pan wysłucha, może

się uspokoi, bo nie idzie z nim wytrzymać – zakomunikował.

– Przyprowadzić – mruknął kapitan. Gdy internowany z pierwszym oficerem przybyli do

salonu, kapitan odprawił pierwszego, Harasimowi wskazał fotel.

– Czego? – zapytał sucho.
– Co pan ze mną zrobi, co ze mną będzie? – trzeci oficer patrzył na kapitana tępymi ocza-

mi, był blady, trzęsły mu się usta.

– Poleci pan do kraju. Mówiłem już.
– I dostanę dziesięć albo piętnaście lat.
– Też tak myślę – wzruszył ramionami kapitan.
– Za co, ja...
– Nie wiem za co, sąd będzie wiedział.
– Panie kapitanie ja musiałem. Dałem się ogłupić, wciągnąć. Niech mi pan pomoże. Wie

pan za co zdegradowany został kapitan Hana? To jest człowiek, proszę pana, to jest człowiek.

Mikołaj Sowa nie wiedział, za co był zdegradowany Hana, pytał kilku ludzi, ale oni też nie

wiedzieli. Hana przyszedł z innego przedsiębiorstwa, otaczała go mgiełka tajemnicy.

– Niech pan mnie ratuje. Nie odsyła albo pozwoli zejść w jakimś porcie po drodze. Ja do

Szczecina nie wrócę – prosił trzeci oficer.

– Wróci pan, oni nie wiedzą i nie uwierzą, że pan był im do końca wierny. Wydali wyrok

w momencie, gdy dowiedzieli się, że nie wchodzę do Cape Town. Pojechali pewnie do Wa-
lvis Bay, teraz wracają pospiesznie na przylądek. Nie wiedzą, co ich jeszcze czeka, jaki bę-
dzie następny nasz manewr, nie wiedzą, że doktora nie ma na pokładzie. Doktora, pieniędzy i
tego, czego szukają najbardziej. Ale pan tu jest, panie Harasim. Gdybym pozwolił panu zejść
na ląd w Cape Town, szef tej akcji zamiast doktora przywiózłby  Yaxy Daxy pana. Harasim
milczał. Po chwili zaczął mówić zmęczonym głosem.

– Brałem od dawna towar z meliny w Las Palmas. Pan wie, oni dają bez forsy, na kredyt.

Rozliczać się trzeba w powrotnej drodze. W zeszłym roku wziąłem od nich sporo takich du-
pereli na Afrykę: ciuchy, ręczniki, bluzki. W  Europie  nikt  by  za  to  nie  dał  centa.  Obliczyli
mnie na dwieście pięćdziesiąt dolarów. W drodze powrotnej nie weszliśmy do Palmas, powi-
nienem więc zgodnie z umową forsę przekazać na ich konto. Nie zrobiłem tego. Za ten szajs
niewiele więcej wyciągnąłem. Dom mi się rozpadł, chciałem go ratować, potrzebne były pie-
niądze.  Poszły  te  pieniądze,  niczego  nie  uratowałem.  Baba  sobie  znalazła  innego,  zabrała
dziecko, powiedziała, że nieobecni tracą. Wiem, że od tych, którzy dają kredyt nie ma uciecz-
ki. Teraz w Las Palmas poszedłem do nich, zaniosłem pięćdziesiąt baksów, które skombino-
wałem, chciałem wytłumaczyć, że wszystko oddam z tego rejsu. Gdy mi otworzyli, od razu
dostałem w łeb jakąś rurą. Obudziłem się powieszony za nogi, wokół mnie były różne przy-
rządy. Dostałem kilka razy po grzbiecie, pręgi mam do dziś, oni się nie pieścili. Mogłem so-
bie krzyczeć, to było w magazynie na ulicy spod ciemnej gwiazdy. Mówię, że oddam forsę, a
oni,  że  gdzieś  mają  pieniądze,  że  pieniądze  były  im  potrzebne  w  zeszłym  roku,  teraz  chcą
czego innego. Odwiązali mnie, posadzili przy stole, nalali szkota pół szklanki, powiedzieli, że
albo zdechnę jeszcze tej nocy albo będę bardzo bogaty, żebym wybierał. – O co chodzi? py-
tam.  –  Oni,  że  na  naszym  statku  jest  jeden  cwaniak,  doktor,  który  okradł  ich  szefa.  Zabrał
papiery, które są ważne, mówią, że ja mam te papiery odnaleźć i im oddać, forsę też. Jak to
zrobię, to oni się odczepią od statku, a ja w ten sposób uratuję życie doktorowi, którego oni

background image

92

inaczej zaciukają, jak dwa a dwa cztery. Położyli przede mną plik baksów, mówią że po robo-
cie dostanę więcej, a jeżeli nie, to nożem. Pokazali skrzynię przygotowaną na mojego trupa.
Pójdziesz do morza,  przed  świtem  –  mówi  ten  czarny.  Panie  kapitanie,  żona  znalazła  sobie
innego,  okradła  mnie  z  całego  dorobku,  zabrała  dziecko,  wyrzuciła  z  domu,  po  co  ja  tam
miałem wracać? Na urągowisko tej suki, jej gacha, który nigdy nie pohańbił się uczciwą pra-
cą, na śmiech znajomych, sąsiadów? Napluć na to wszystko, myślę, zarobię te baksy, urządzę
się na zachodzie, znajdę inną kobietę. Jedenaście patyków w zielonych to sporo, można zało-
żyć interes, urządzić się na początek. Kazali mi zwerbować jeszcze dwóch pewniaków z na-
szych  ludzi,  nikogo  nie  zwerbowałem,  sam  zacząłem  szukać.  Szukałem,  szukałem  i  ledwo
znalazłem  tę  maskę,  doktorowi  chyba  zależało,  żebym  przekazał  wiadomość  tamtym,  iż  je-
stem na tropie. Przekazałem taką wiadomość, bo myślałem, że znalazłem papiery, ale okazało
się, że to nowy kawał doktora. Były tam jakieś szpargały, chyba podobne do tych, które zgi-
nęły  bandzie,  ale  napisane  na  naszej,  statkowej  maszynie.  Zrozumiałem,  że  nie  dam  rady,
wpadłem w panikę, robiłem wszystko, co mi kazali. Teraz jestem w pańskich rękach. Prawda,
że tutaj nie ma co schodzić z burty, znajdą mnie.

– Taaak... – powiedział głucho Mikołaj Sowa. – Jeżeli pan to powie w sądzie, wyrok nie

będzie taki duży.

– Ja się zabiję – wycedził Harasim, patrząc na dywan.
– Będziemy pana pilnować, a jeżeli nie upilnujemy, trudno. Niech pan nam nie robi jednak

takiej przysługi. Uwolniłby mnie pan w ten sposób od kłopotliwego odsyłania pod eskortą do
kraju, ale  nie  warto,  sprawa  przeminie,  będzie  inna  kobieta,  dziecko  też  może  potrzebować
pańskiej pomocy. Słyszałem, że jest w nie najlepszych rękach. Nie będzie tak źle, panie Hara-
sim, niech pan idzie do siebie, jeszcze porozmawiamy. – Harasim wstał, chwycił oburącz rękę
kapitana.

– Dziękuję za dobre słowo – trzęsły mu się usta, oczy jednak nie były już takie puste, jak w

chwili, gdy tu przyszedł. Kapitan zadzwonił po pierwszego, który odprowadził internowanego
do strzeżonej kabiny.

Tymczasem specjalna ekipa przysłana przez Yaxy Daxy do Południowej Afryki przygoto-

wywała akcję ostateczną. Boss wiedział, że aby odzyskać dolary  i dokumenty, należy upro-
wadzić doktora, by na nim wymusić zwrot zagarniętego łupu. Plan porwania był  perfidny  i
opracowany w kilku wariantach.

background image

93

XX. GWIAZDY ZAPALAJĄ SIĘ SAME

...Cumownicy zdejmowali ciężkie pętle z polerów. Kapitan stał na skrzydle mostka i pa-

trzył na wysoki kamienny masyw nad miastem. Holowniki odciągały olbrzymi kadłub „Pasa-
ta” od nabrzeża. Między burtą statku a ścianą kei, ukazał się pas brudnej portowej wody, był
coraz szerszy, wreszcie „Pasat” odwrócił się rufą do nabrzeża. Holowniki przeszły na dziób,
mozolnie taszczyły olbrzymie cielsko bazy ku portowym główkom.  „Pasat” opuszczał Cape
Town, dalej była już tylko Antarktyda. A więc przygoda z wielką bandą dobiegła końca. W
Casablance  zginął  człowiek.  Tej  śmierci  nie  dało  się  zapobiec.  Kim  jest  kapitan  w  porcie?
Ludzie między wachtami są wolni, każdy z nich rządzi swoim czasem, decydując, co będzie
robił podczas postoju. Kasprzyk wybrał awanturę, przypłacił ją życiem. A Harasim? Harasim
przesiadł się na trawler, powracający do kraju. Odbędzie tę podróż w kabinie pod kluczem.
Więc sprawa tych dwóch jest wyjaśniona. A doktor? No właśnie. Doktor udawał, że współ-
działa  w  poszukiwaniach  Nierozpoznanego,  wymyślał  historyjki,  jak  tę  pod  kryptonimem
„Striptease  303",  a  potem  zszedł  w  morzu  ze  statku,  wystawiając  do  wiatru  kompletnie
wszystkich.  W  Cape  Town  na  burtę,  „Pasata”  zameldował  się  nowy  doktor.  Bardzo  odpo-
wiedni. Chirurg z praktyką internisty, który przez wiele lat pracował w Afryce, a ostatnio był
lekarzem okrętowym na którymś z polskich trawlerów łowiących błękitka w rejonie Falklan-
dów. Lekarz ów zameldował się u kapitana Sowy i powiedział, że przybywa na prośbę dokto-
ra Kowalskiego, który wysłał mu z Dakaru depeszę z prośbą o zastępstwo. A więc Nierozpo-
znany był precyzyjny pod każdym wzglądem. Zadbał nawet, aby załoga bazy zmierzającej na
Antarktydę nie była z jego powodu pozbawiona opieki lekarskiej.

Teraz  przed  „Pasatem”  leży  olbrzymie  morze  i  gdzieś  daleko  czekają  lodowe  góry  An-

tarktydy.

W sterowni Hana jak zwykle wydaje polecenia, przeprowadza manewry, wszystko wyko-

nuje bezbłędnie, jak zaprogramowany komputer, chociaż sytuacje są różne. I oto otwarte mo-
rze. Olbrzymia przestrzeń z północy na południe, z nieba leje się żar, ale wiatr od Antarktydy
zimny. Jeszcze tu i tam stoją rozłożone leżaki na pokładzie dla amatorów kąpieli słonecznych,
chociaż  każdy  ma  sweter  pod  ręką  i  korzysta  zeń,  gdy  dłuższy  szkwał  przejdzie  po  statku.
Kapitan schodzi do salonu, ma sporo pisaniny, pobyt w porcie, którego tak się obawiał wła-
śnie dobiegł końca. Po zwrocie, jaki wykonał przed Walvis Bay, nie wszedł do Cape Town.
Stanął na redzie i tam zamówił zaopatrzenie. Agent przypłynął doń prywatną łodzią i zamel-
dował się pospiesznie. Był wzburzony. Gdy znalazł się sam na sam z dowódcą „Pasata”, za-
pytał, czy wiadome jest kapitanowi, iż na jego statek międzynarodowa szajka szykowała za-
mach w tym porcie. Kapitan poczęstował agenta papierosem.

– Jak pan myśli,  dlaczego  odwołałem  wejście  do  portu,  zrobiłem  wycieczkę  pod  Walvis

Bay, nagle wróciłem i stanąłem na redzie?

– Oczywiście, tylko początkowo nie rozumiałem pańskich zwariowanych manewrów. Gdy

jednak usłyszałem w radio o zatrzymaniu na granicy z Namibią ludzi, którzy szykowali inwa-
zję na wasz statek, coś zrozumiałem, nie wszystko jednak do końca. Potem o zlikwidowaniu
w zarodku napaści na statek bandery polskiej rozpisała się szeroko prasa RPA.

Agent popijał chłodny płyn ze szklaneczki spoglądając na Mikołaja Sowę z wielkim zain-

teresowaniem.

– A kim był właściwie ten doktor? Wie pan, kapitanie, że tuż przed pana statkiem na kei

miał się wydarzyć wypadek, konieczna miała być natychmiastowa pomoc lekarza. Tak miał
być doktor zwabiony z burty. Przygotowani byli goryle, którzy mieli go porwać. Ale to nie
wszystko. W ostateczności uzbrojeni ludzie mieli nocą wtargnąć na „Pasata” i wziąć doktora
siłą, bez względu na opór załogi. Gangsterzy uzbrojeni byli w broń maszynową. Wielu pań-

background image

94

skich ludzi mogło stracić przy tym życie. Gdy przyszła wiadomość, że pan nie wchodzi do
Cape Town, cała ta banda przez zieloną granicę i pustynię  wyruszyła  do  Walvis  Bay  i  tam
dotarła,  aby  dowiedzieć  się,  że  pan  prawdopodobnie  skierował  statek  ponownie  do  Cape
Town. No i „pańscy przyjaciele”, nie mając innego wyboru, znów  ruszyli przez pustynię. A
granica  między  Namibią  a  RPA  nie  taka  łatwa  do  przekroczenia.  Raz  się  udało,  drugi  nie.
Gdy wpadli, okazało się, że to towarzystwo najemne. Było tam dwóch włoskich terrorystów
zbiegłych z Europy, poszukiwanych przez policję na całym świecie. Spotkanie z tymi ludźmi
nie byłoby miłe dla pańskiej załogi.

Agent poszedł, pobyt w Cape Town minął szybko i bez sensacji.
I oto przed dziobem „Pasata" pierwsze góry lodowe, jeszcze niewielkie, ale już stwarzają-

ce niebezpieczeństwo dla sunącego z szybkością dziewiętnastu węzłów chłodniowca. Ludzie
wylegli na pokłady, patrzą. Z lewej burty góra trzykrotnie większa od statku, z prawej lodowy
obelisk pnie się prostopadle ku niebu, na kursie lodowe figury, dziwne i niekształtne tworzą
jakby miasto wyjęte z baśni...

Żegluga w lodach. Nawigatorów obowiązuje szczególna koncentracja. Na mostku panuje

cisza. Radar pokazuje następne złote punkty i punkciki, iskrzą się wyraźnie między świetlny-
mi kręgami na szklanym ekranie instrumentu. Dwaj kapitanowie patrzą przez lornety  w an-
tarktyczną przestrzeń. Morze jest wzburzone, wiatr huczy na skrzydłach mostka, fala strzela
wysoko, bryzgi ulatują w powietrze, mocząc czasami pokład. Słońce Afryki zostało za rufą.
Za  rufą został jacht „Róża  Południa”  i  wspomnienia  rozbitków  z  „Czerwonej  Lalki”.  Teraz
liczyła się tylko Antarktyda. Dnie i noce wypełnione sensacyjnymi zdarzeniami w ucieczce
przed napaścią zmieniły się w prawdziwe dnie morskie wypełnione monotonną pracą i ocze-
kiwaniem na powrót z rejsu. Po kilkunastu dobach podróży na południe statek stanął na ko-
twicy  i  przy  jego  burcie  zacumowały  trawlery.  Pełną  parą  szedł  przeładunek,  więc  „Pasat"
zmienił się w port. Hana nadal lubił przebywać na mostku. Kapitanowie spotykali się tu i ca-
łymi  godzinami  milczeli.  Każdy  z  nich  był  wówczas  w  swoim  świecie.  Tak  działo  się  pod
Georgią, a potem znacznie dalej na południe. Teraz stary marynarz patrzył na morze, w dali
rysowały się sino szare Orkneje.

– Nie lubię wspominać tej historii – powiedział Hana jakby ze złością.
– Właśnie – skinął głową Mikołaj Sowa. Morze nie toleruje błędu.
– Tak, wówczas przegrałem – powiedział z głębokim namysłem Hana.
– Czy pan przegrał?
– Tak, przegrałem.
W wielkiej sterowni zapadła cisza, cykał jedynie okrętowy zegar na szocie nad szerokimi

szkłami ściany czołowej. Hana zaczął mówić powoli, słowa wypowiadał wyraźnie, jakby je
starannie dobierał.

– Cartagena leży w głębi zatoki i wejść można do niej od zachodu czymś w rodzaju cieśni-

ny. Jest to przejście Boca Chica, środkiem którego prowadzi pogłębiony tor wodny o szero-
kości około jednego kabla i najmniejszej głębokości około trzydziestu czterech stóp. Od stro-
ny północnej tor Boca Chica ograniczony jest skalistą rafą, której płytkość dochodzi do sied-
miu stóp i raczej nie przekracza szesnastu. Tor ten od południa ogradza płycizna Isla de Baru.
– Kapitan Hana zmarszczył brwi, przypomniał sobie w szczegółach charakterystykę podejścia
do portu Cartagena. Przerwał jednak odtwarzanie geografii tego podejścia.

– Wie pan co? – zwrócił się do Mikołaja Sowy.
– Słucham kapitanie – odparł tamten.
– Czasami następuje nieprawdopodobny zbieg wydarzeń, zbieg, który zsyła jakby określo-

na siła do czasu, aż stanie się katastrofa. Za katastrofę odpowiada jednak człowiek. Kilka razy
w mojej praktyce spotkałem się z takim zbiegiem. Myślałem wówczas, że gdyby ta katastrofa
nie nastąpiła, zbieg trwałby nadal aż do skutku.

background image

95

– Jest pan fantastą? – uśmiechnął się Mikołaj Sowa.
– Nie i dlatego wyciągam realne wnioski, nawet wówczas, gdy wydają się one całkowicie

nierealne, rozumie mnie pan?

– Rozumiem.
– Więc w przejściu Boca Chica spotkałem się ze zbiegiem zdarzeń, które uparcie prowa-

dziły do katastrofy. Izba Morska oczywiście w takie zbiegi nie wierzy, bo wierzyć nie może.
Sprawa potraktowana została więc w sposób konwencjonalny.

– Pan był chory, miał wysoką gorączkę, statek prowadził pierwszy oficer 

– przerwał sta-

remu kapitanowi Mikołaj Sowa.

– Tak, to prawda – odparł tamten.
– Więc mamy do czynienia nie tylko z morzem w tej sprawie, są dwie sprawy. – Kapitan

Sowa wyraźnie do czegoś dążył.

– Przepraszam, – powiedział z godnością Hana. – To prawdą, że wówczas byłem  chory,

nieprawda  jednak,  że  nie  prowadziłem  statku.  –  W  wielkiej  sterowni  znowu  zapadła  cisza.
Mikołaj Sowa czuł, że było inaczej, myślał intensywnie, jak podejść starego marynarza, aby
ten był z nim szczery.

–  Pierwszym  oficerem  na  „Wielkopolsce”  był  wówczas  człowiek,  z  którym  moje  drogi

spotkały się nie po raz pierwszy. Owo spotkanie było początkowym elementem zbiegu zda-
rzeń, który z kilku względów uważam za nienaturalny, to znaczy chciałem powiedzieć zupeł-
nie  wyjątkowy.  Ale  to  oddzielna  sprawa.  Chcę  panu  opisać  owe  zdarzenie  z  morskiego
punktu widzenia. A więc tor wodny w przejściu Boca Chica oznakowany jest czterema pła-
wami, z których pierwsza znajduje się około trzech kabli na West South West od Fuerte San
Fernando,  pława  zaś  trzecia  około  jednego  kabla  w  kierunku  North  by  East  od  tego  cypla.
Obie te boje wyznaczają północny skraj toru wodnego. Południowy skraj wyznacza czerwona,
stożkowa, dzwoniąca pława druga, położona około czterech kabli South West od Fuerte San
Fernando  oraz  podobna  pława,  położona  w  odległości  pięciu  i  pół  kabla  w  kierunku  North
West North od Fortu. Na wschód od przejścia Boca Chica położona jest mielizna Bajo Car-
reya,  na  której  wschodnim  skraju  ustawiona  jest  czarna,  stożkowa  pława  piąta.  Wejście  do
portu Cartagena pamiętać będę długo – dodał stary marynarz. – Locja podaje, że w przejściu
Boca Chica istnieją prądy pływowe, ostrzega, że pławy w zatoce Cartagena mogą dryfować, a
ich kolor i oznakowanie mogą być niewidoczne, locja podaje również, że głębokość w przej-
ściu Boca Chica i zatoce nie są pewne oraz, że pilotaż w tym przejściu jest obowiązkowy. To,
co powiedziałem wyjaśnia panu chyba wiele – zwrócił się do Mikołaja Sowy kapitan Hana.

– Istotnie – skinął głową szef bazy. – Do takiego portu nie wchodzi się bez pilota, dlaczego

pański pierwszy oficer postąpił inaczej?

Stary marynarz popatrzył z wyrzutem na kolegę.
– Powiedziałem, to ja prowadziłem statek, tak też uznała Izba.
Kapitan Sowa uśmiechnął się, pokiwał głową, Hana nie chciał być z nim szczery.
– A więc – ciągnął nadal stary kapitan – człowiek który pełnił w tym rejsie funkcję pierw-

szego  oficera  na  ms.  „Wielkopolska”  był  dla  mnie  kimś  niezwykłym.  To  jednak  oddzielna
sprawa.

– Nie kapitanie, to jest ta sama sprawa – powiedział z naciskiem Mikołaj Sowa.
Hana patrzył przez szyby sterowni na sinoszare Orkady Południowe. Zamilkł. Dopiero po

chwili podjął przerwany wątek.

– Było to podczas wojny. Szliśmy w konwoju. Trzymałem wachtę przy sterze z młodszym

ode mnie o kilka lat marynarzem. Był nalot. Przedtem rozmawialiśmy o tych, którzy zostali w
kraju. Ja miałem jedynie matkę.  On już w Anglii dostał wiadomość, że urodził mu się syn.
Było  to  pierwsze  jego  dziecko.  Mówił  stale  o  tym  synu.  Pokład  nasz  został  kilkakrotnie
ostrzelany, tu i tam pokazały się jęzory ognia, przerwana została łączność telefoniczna i coś
jeszcze wydarzyło się takiego, że któryś z nas powinien był zejść do maszynowni. Oficer po-

background image

96

lecił to tamtemu. Wydawało się, że wyjście na pokład w tym momencie jest bardzo niebez-
pieczne, nadleciały samoloty, kule dzwoniły dokoła. Ten człowiek bał się wyjść, wiedziałem,
że się boi, myślałem, że chce żyć ze względu na tego syna. Tak chyba było w istocie. Odda-
łem  mu  miejsce  przy  sterze  i  wyskoczyłem  na  dek.  Przeskoczyłem  płomienie,  koło  mnie
dzwoniły kule z lotniczej broni maszynowej. Skoczyłem do włazu, gdy schodziłem statkiem
wstrząsnął wybuch. Wróciłem na pokład. Sterowni prawie nie było, zmiotła ją bomba. To ja
miałem tam zostać przy sterze, nie zostałem przez tego chłopca. Nazwisko pierwszego oficera
na  „Wielkopolsce”  przypomniało  mi  tamto  zdarzenie.  Zacząłem  rozmawiać  z  tym  człowie-
kiem, zgadzało się wszystko. Data śmierci ojca i nazwa statku. Potem odkryłem złą prawdę,
mój pierwszy oficer lubił narkotyki. Nie tylko ja to zauważyłem. Pamiętnego dnia, przed wej-
ściem do Cartageny, odebrał depeszę. Chodziło o kobietę, do tego nie żonę, a był żonaty. Po-
tem widzieli go jak robił sobie zastrzyk. Ktoś poinformował mnie o tym i w tym cholernym
Boca Chica przejąłem prowadzenie statku.

– Taak... – powiedział Mikołaj Sowa, gdyż zaczynał rozumieć wszystko, pamiętał, co mó-

wił wzburzony Harasim. Marynarze wiedzieli, jak to było naprawdę.

– A więc – ciągnął nadal Hana – spotkanie tego młodego człowieka traktuję jako początek

splotu  zdarzeń.  Niech  pan  słucha.  Kilka  lat  temu  w  zupełnie  podobnych  okolicznościach
wszedł na mieliznę Bajo Carreya inny polski statek. Nie wiedziałem o tym, a przecież intere-
suję się takimi wypadkami. Dlaczego ten uszedł mojej uwadze? Gdybym znał tamtą sprawę
nie dopuściłbym do tej, o wiele bardziej brzemiennej w skutki awarii. To jednak dopiero po-
czątek. Pierwszego oficera odsunąłem od kierowania manewrami związanymi z wejściem do
Cartageny bez krzyku, sprawa pozostała w zasadzie między nami. Był wczesny ranek, słońce
mieliśmy prosto w oczy, ja miałem wysoką gorączkę. Pławy zostały dokumentnie zanieczysz-
czone ptasim guanem. Wszystkie były białe. U wejścia w cieśninę wezwałem odpowiednim
sygnałem pilota. Gdy pilot był już niedaleko, małą naprzód wszedłem między boje. Ale pilot
minął mnie i poszedł dalej, gdyż nie był pilotem. To był jacht, podobny do motorówki pilota.
Ja tymczasem byłem już w przejściu Boca Chica. Patrząc pod silne promienie słońca, odnala-
złem pławę trzecią i pławę czwartą. Wejście do Cartageny przestało wydawać mi się trudne.
Z mapy i locji wynikało, że pławę pierwszą mam wziąć lewą burtą i równocześnie pławę dru-
gą prawą burtą, czyli przejść między tymi pławami, to już miałem za sobą. Następnie pławę
trzecią  miałem  zostawić  po  lewej  stronie  i  za  dwie  minuty  pławę  czwartą  z  prawej  strony.
Dalej sytuacja była jasna. Cartagena leżała przede mną. Za pławą czwartą miałem zamiar rzu-
cić kotwicę, która była przygotowana i czekać na. pilota. Z mapy i locji wynikło, że przejścia
przez tor Boca Chica należy dokonywać aż do końca niezmiennie kursem osiemdziesiąt pięć
stopni.  W  połowie  tego  przejścia  przypadła  zmiana  ludzi  przy  sterze.  Myślałem,  że  nowy
sternik nie wczuł się jeszcze w ster, bo pława czwarta zamiast  być przed dziobem z prawej
burty, była z lewej burty, skorygowałem więc kurs. Po minucie i kilkunastu sekundach wpa-
kowałem statek na rozległą mieliznę, chociaż pławę czwartą miałem z prawej burty w przepi-
sowej odległości od statku... – Hana zamilkł, patrzył na sinoszare Orkady, w wielką antark-
tyczną przestrzeń.

– Bo nie była to pława czwarta tylko piąta – powiedział powoli z rozwagą Mikołaj Sowa.
Hana milczał nadal.
– Pławy czwartej pański pierwszy oficer nie zauważył lub jej nie było. Wziął więc pławę

piątą  za  tę,  którą  należało  wziąć  prawą  burtą,  tymczasem  pława  piąta  oznaczała  mieliznę  i
należało ją wziąć lewą burtą. A sternik wczuł się w ster i sterował dobrze. Zmiana sterników
w tej sytuacji była kolejnym elementem splotu, o którym pan mówi.

Hana odwrócił się do Mikołaja.
–  W  istocie  tak  –  powiedział.  –  Pława  czwarta  została  poprzedniego  dnia  zdryfowana  i

chwilowo usunięta. Pilot tego ramka, w trakcie pełnienia służby miał zawał serca, u wejścia
do portu znalazła się akurat motorówka podobna jak dwie krople wody do motorówki pilota,

background image

97

dlatego  wszedłem  w  zatokę.  Przy  sterze  zmienili  się  ludzie,  bo  tak  wypadały  godziny  ich
wachty.  Słońce  mieliśmy  prosto  w  oczy,  oznakowanie  boi  było  tego  dnia  zanieczyszczone
przez ptaki. Ja miałem silną gorączkę, pierwszy oficer otrzymał list, który go wytrącił z rów-
nowagi. Wydaje się, że  gdyby do katastrofy nie doszło na mieliźnie Bajo Carreya zły splot
trwałby nadal.

Mikołaj Sowa podszedł do starego marynarza.
–  Kapitanie  –  powiedział  z  uśmiechem.  –  To  nie  był  splot  fatalnych  wydarzeń,  to  były

liczne  błędy  pańskiego  pierwszego  oficera.  Pan  nie  wszedłby  do  tego  portu  bez  pilota,  nie
pomyliłby  jachtu  z  motorówką  pilota,  choćby  oba  te  statki  były  identyczne.  Gdyby  jednak
wszedł pan sam na tak trudny tor wodny, obliczyłby pan przedtem odległości oraz czas po-
trzebny na ich przebycie i kursy pomiędzy  poszczególnymi zupełnie pewnymi  obiektami  w
tym przejściu. Sternicy mogliby się wówczas zmienić. Brak pławy w istocie utrudnił nawiga-
cję i był oczywistą przeszkodą, a nawet pułapką dla statku, ale nie dowodzonego przez pana.
Przez  cały  rejs  podziwiam  pańską  doskonałą  praktykę  morską,  a  pan  chce  mi  wmówić,  że
dostosował  kurs  statku  do  sytuacji,  jaka  powinna  być,  a  jakiej  nie  było.  Bez  tego  błędu
„Wielkopolska” nie weszłaby na mieliznę. Pierwszy oficer, zastępujący chorego kapitana po
zażyciu  narkotyku  wpakował  statek  na  mieliznę.  Koniec  kariery,  koniec  wszystkiego.  Pan,
kapitanie Hana, zorientował się, że statek zmienił kurs o te pięć stopni w środku toru wodne-
go Boca Chica, czyli tam, gdzie tego kursu nie wolno było zmienić. Ubrał się pan i pobiegł do
sterowni, ale było już za późno. Odsunął pan pierwszego oficera od kierowania manewrami
na kilkanaście sekund przed tym, gdy dziób statku minął z prawej burty domniemaną pławę
czwartą. Dał pan wstecz, ale statek zatrzymał się wcześniej, niż zatrzymałaby go śruba. Wej-
ście na mieliznę nastąpiło wówczas, gdy pan odsunął już pierwszego oficera od manewrów.
Dlatego Izba złapała się na to. Zresztą nie miała innej możliwości, jeżeli zeznawaliście pano-
wie zgodnie. Zapisy, które pan zrobił też potwierdzały pańską winę, kapitanie Hana. Co by
jednak było, gdyby nie pańska cała wstecz, nawet w tej ostatniej chwili?

Hana milczał, olbrzymie antarktyczne mewy unosiły się nad statkiem, stary marynarz pa-

trzył jak krążyły majestatycznie wokół „Pasata”.

– Wina została podzielona, większą jej część przypisano panu. Kapitanie Hana, proszę mi

powiedzieć, co stało się z młodym człowiekiem, którego postanowił pan uratować?

Hana spojrzał na kapitana Sowę jakoś zupełnie inaczej, twarz jego rozluźniła się, był pra-

wie uśmiechnięty.

– Sporo popełnił pan pomyłek w swoim rozumowaniu. Ale nie tylko Yaxy Daxy, a każdy

gangster lub krętacz miałby, z panem kłopoty, kapitanie Holmes. Młody człowiek, o którym
mówimy, jest pierwszym oficerem na innym statku, otrzymał mniejszą karę niż ja, więc mi-
nęła mu szybciej. Niedługo zostanie kapitanem, przeżył wówczas wstrząs, być może coś zro-
zumiał,  być  może  uwierzył  w  ludzi.  Pomogło  mu  to  przeżyć  dramat,  w  który  się  zaplątał.
Ostatecznie jego przyszłością będą oceany nie mielizna, na której raz osiadł, oczywiście nie ta
u wejścia do Cartageny, bo tam ja osiadłem. – Stary marynarz skrzywił się jakoś wesoło. Po-
łożył rękę na ramieniu Mikołaja Sowy. – To była sprawa z morzem, z takim morzem, na któ-
rym są ludzie, kapitanie – dodał zupełnie po prostu.

Mikołaj Sowa siedzi w salonie, paczka papierosów leży przed nim, właśnie wyszedł z ka-

pitańskiej kabiny Krystek. Pytał o te papierosy, po co one kapitanowi. Krystek nie żywił ura-
zy do dowódcy. Mikołaj Sowa wiedział, że nie ma już sprawy, która spędzała mu sen z po-
wiek między Cape Town a Casablanką. Wyjaśniło się wszystko oprócz tego, z czym bezpo-
średnio związany był doktor. Czy ta zagadka też zostanie rozwiązana? Krystek twierdzi, że
tak. Hana wzrusza ramionami i uśmiecha się jakby mrużył oko. Kapitan Sowa łapie się wów-
czas na tym, że nadal podejrzewa  starego  kapitana.  Podejrzewa,  tylko  nie  wie  o  co.  Pewny
jest, że Hana nie zrobił nic, co wchodziłoby w konflikt z etyką marynarza, zapomnianym już
nieco pojęciem takim jak honor i mundur. Ale był także pewny, że Hana wie coś jeszcze cze-

background image

98

go  nie  wie  on,  kapitan  Holmes.  Chodziło  mu  też  o  ludzi,  których  podejrzewał  niesłusznie.
Krystek  przed  chwilą  był  bardzo  zdziwiony.  Na  Antarktydzie,  w  czwartym  miesiącu  rejsu,
ceny butelek osiągnęły między załogą poziom zawrotny. Za pół litra krajowej żytniej płaciło
się od dwudziestu do trzydziestu dolarów. Zawsze i wszędzie znajdą się spekulanci. Kapitan
przejrzał  swoje  zapasy.  Butelki  były  różne.  Ustawił  te  butelki  w  barku  i  prosił  kolejno
wszystkich, których niesłusznie podejrzewał o współpracę z Yaxy. Pierwszym był Hana. Sta-
ry kapitan roześmiał się szczerze...

– Kapitanie, kto dziś ma wyrzuty za niesłuszne podejrzenia, pan chyba żartuje. Chce pan

moralnie  poszkodowanym  rozdać  wódkę  w  charakterze  męskiego  pojednania  i  satysfakcji,
coś takiego. Pan powinien pływać na żaglowcach sto lat temu, prawda, honor, dowcip. Ale
dobrze. Korzystam z tego, że byłem pierwszy na pańskiej liście  i pierwszy zostałem popro-
szony.  Widzę,  że  zachowuje  pan  kolejność.  Wszystko  prawidłowo.  A  ze  mną  nie  przejdzie
panu lekko. Widzę tam ozdobnie złoconą szyjkę butelki oryginalnego, znakomitego francu-
skiego  szampana.  Musi  być  bardzo  starannie  wychłodzony,  zgodnie  z  przepisem  firmy.  Na
każdym kontynencie i o każdej porze roku temperatura tego cudownego trunku powinna być
różna, o jeden lub pół stopnia inna. Wyzwolę pana od kłopotu chłodzenia i zabiorę tę butelkę,
gdyż będę miał szczególną okazję do jej wypicia.

Mikołaj Sowa skrzywił się, ten szampan nie był w puli moralnych reparacji z tytułu nie-

słusznych podejrzeń. Jednak Mikołaj skinął głową i Hana sięgnął po butelkę, miał przy tym
zagadkowy uśmiech na twarzy. – Czy ten człowiek zawsze musi być górą – myślał Mikołaj
Sowa, żałując, że nie schował szampana.

Krystek też nie oszczędził kapitana. Zabrał butelkę markowego koniaku.
– Ani jednego słowa nie zełgałem w naszych rozmowach, panie kapitanie. W Las Palmas

spotkała mnie zła przygoda. Padłem ofiarą oszustwa. Jeszcze mi  się do dziś w głowie kręci,
jak sobie to przypomnę, a pan wrabiał mnie w jakąś historię z Yaxy Daxy. Jeżeli jednak cho-
dzi o rozliczenie, wszystko jest w porządku – powiedział Krystek, zabrał koniak i poszedł.

Cichoń wziął whisky i jeszcze sięgał po żytnią.
– Panie kapitanie, etykietę opiszę i zostawię na pamiątkę, że to od pana. A wtedy w Las

Palmas napadli mnie rabusie.

Miałem w obronnym ołówku „bryzk” na oczki dla takich gentelmenów, chyba uratował mi

życie  ten  ołówek.  Mnie  nie,  ale  temu  Matwiejczykowi  z  „Mureny”  naprawdę  napędził  pan
stracha.  Nie  dość,  że  człowiek  dostawał  fisia  przez  pożar,  to  jeszcze  wpieraliście  mu  tego
cholernego Yaxy Daxy.

– Masz tobie – pomyślał niemal z rozpaczą kapitan Sowa, który musiał teraz załatwiać ra-

chunki kapitana Holmesa – jeszcze jeden na liście. Ile można zła uczynić, kiedy robi się do-
brze. Cichoń poszedł do kabiny z butelką pod pachą.

Bajkok  Winniczek  był  nieco  dalej  na  liście  podejrzanych.  Potem  został  przeniesiony  do

trzeciego zbioru i oddał wielkie usługi w kapitańskim dochodzeniu, jemu należało się więcej,
jemu należało się coś więcej, chociażby za maskę z „Róży Południa”. Pozostała  jednak  już
tylko czysta wyborowa i żytnia. Bajkok nie przejawiał specjalnego zainteresowania kapitań-
skim barem. Miał inne zainteresowania. Usiadł w fotelu, zapalił jakiegoś strasznego papierosa
i głęboko zaciągnął. się dymem. Patrzył na kapitańskie pall mallo, których nigdy nie chciał
palić.

– Dlaczego pan nosi papierosy? – zapytał.
Kapitan zamyślił się.
– Nałóg i namiętność to złożone rzeczy – powiedział po chwili. – Nie wyobrażałem sobie

życia  bez  palenia.  Moją  namiętnością  były  papierosy.  Paliłem  trzy  paczki  dziennie  i  nagle
przestałem. Żałowałem tego szczerze. Radziłem się lekarzy, pisałem do różnych pism i spe-
cjalistów, co robić żeby palić nadal.

background image

99

–  Interesujące – mruknął matematyk – większość ludzi pyta jak nie palić  i  pali.  Pan  od-

wrotnie, znaczy była metoda w tym szaleństwie.

– Nie było metody, chciałem palić, bo lubiłem ruch sięgania po papierosy. Coś takiego jest

potrzebne, nie zauważył pan?

– Tak jest – powiedział Winniczek i zapalił następnego papierosa.
Kapitan wstał, podszedł do okna i otworzył je szeroko. Antarktyczne powietrze wtargnęło

do salonu. Gryzący dym był mniej dokuczliwy.

Za burtą zrobiło się ciemno, szare było morze i szare niebo. Zimne słońce utonęło w lodo-

watej wodzie. Na niebie rozjaśniły się złote punkty.

– Krzyż Południa – zauważył kapitan.
– I Beta Centauri, gwiazdy wszędzie zapalają się same – dodał matematyk.

background image

100

EPILOG

...Z prawej burty cypel Helu, „Pasat” odpada ku lądowi, załamuje się wielka bruzda sko-

tłowanej wody za jego rufą. Na redzie stoi kilka statków. Wzgórza Gdyni są blisko. „Pasat”
rzuca  kotwicę,  staje  na  redzie  czekając  na  miejsce  przy  portowej  kei.  Mikołaj  Sowa  patrzy
przez lornetę w dalekie i bliskie okna. Jego mieszkanie jest puste. Nie ma nawet tej, do której
nigdy nie tęsknił. Odeszła na lisią fermę. Poznała człowieka, z którym było jej dobrze.

Kotwica poszła do wody, „Pasat” kręci się w lewo i prawo na niewielkim wietrze. Do ka-

pitańskiego salonu puka Hana, wchodzi, jest uśmiechnięty jakoś niezwykle.

– Kapitanie – mówi jakby z wielką powagą – przy burcie cumuje statek. Proszony pan jest

na jego pokład.

– Jaki statek? – pyta kapitan. Sowa wzruszając ramionami.
– Sam pan zobaczy – odpowiada tajemniczo Hana.
Kapitan Sowa patrzy przez bulaj, najpierw z jednej burty potem z drugiej. Spogląda na sta-

rego kapitana z wyrzutem.

– Żartuje pan – mruczy i ma zamiar usiąść w fotelu.
– Nigdy poważniej nie mówiłem i radzę nie lekceważyć sytuacji – powiada Hana nadal z

powagą.

– Jeżeli jest statek przy burcie, powinienem o tym wiedzieć zanim dobił, a jeżeli jego ka-

pitan ma do mnie interes powinien tu przyjść – ciska twardo Mikołaj Sowa – wie pan o tym
chyba równie dobrze, jak ja – dodaje z wyrzutem.

– Wiem, ale to jest statek żaglowy, a sytuacja wyjątkowa.
Kapitan Sowa jeszcze raz wychyla się przez okno i znowu patrzy  najpierw z lewej burty

potem z prawej.

– Kapitanie! – zwraca się poirytowany do starego marynarza – co pan...
– Jest statek przy burcie, tylko bardzo mały, stąd pan go nie zobaczy. Proszę do trapu, pój-

dziemy razem.

Mikołaj Sowa patrzy na starszego oficera, ma głupią minę. Sytuacja nie jest normalna, Mi-

kołaj czuje, że to niezwykła sprawa. Hana czeka, Sowa bierze kapitańską czapkę i wychodzi z
salonu. Nisko na wodzie kołysze się przycumowany do burty „Pasata” maleńki biały jacht. Na
jego rufie złoconymi literami wypisana jest nazwa i port macierzysty: sy. „Czerwona Lalka” –
Gdynia. Kapitan Sowa czyta raz i drugi ten napis, potem spogląda na starego kapitana.

– Co to za komedia? – pyta z większym zdziwieniem niż złością.
– Bo ja wiem czy komedia? – wzrusza ramionami Hana, nie gubiąc na moment wielkiej powagi.
– Proszę niech pan schodzi, pójdę za panem. – Kapitan szuka stopą sztormtrapu, znajduje

pierwszy szczebel, schodzi powoli. Burta „Pasata” jest wysoka,  kapitan schodzi więc długo,
nie pyta już o nic. Wreszcie staje w kokpicie jachtu, czeka na  Hanę, który zachowuje nadal
wielką powagę i minę ma tajemniczą. Starszy oficer otwiera właz, gestem zaprasza kapitana,
aby wszedł do niewielkiej kabiny. Mikołaj Sowa w czasie półrocznego pobytu między lodami
Antarktydy  odzwyczaił  się  od  niewyjaśnionych  sytuacji,  postanowił  jednak  nie  dziwić  się
niczemu. Nie wiedział, że jego wola wystawiona będzie na próbę zbyt trudną. Wszedł do mi-
niaturowej kabiny i oniemiał. Na stole stała czerwona butelka szampana i cztery pucharki, nie
to jednak wprawiło w osłupienie kapitana Holmesa. W kabinie na jachcie „Czerwona Lalka”
oprócz szampana był także doktor Kowalski. Stał w całej okazałości, niemal na baczność w
białym mundurze kapitana jachtowego.

– Pan tu??!!!
– Tak jest, właśnie tu – padła odpowiedź
– Ja przecież zgłosiłem... pan opuścił statek w morzu... poza tym...

background image

101

– Proszę sobie darować kapitanie. Zapewniam, że jestem w porządku. Nie wszystko udało

się wyjaśnić, chociaż sprawę w Cape Town rozegrał pan dobrze. O pewnym szczególe wie-
dzieliśmy tylko ja i kapitan Hana. Gdyby zaszła konieczność, dowiedziałby się o nim także
pan, ale taka konieczność nie zaszła, Poradziłem więc sobie sam. I powtarzam, sprawa prze-
minęła.  Nie  ma  już  człowieka  Nierozpoznanego  w  przelocie  między  Casablanką  a  Cape
Town. Nie ma tamtej sprawy. Jest inna, znacznie dla pana ważniejsza, dlatego tu jestem, ka-
pitanie.

– Dla mnie ważniejsza!? – podniósł głos Mikołaj Sowa.
– Dla pana, dla mnie też, a oto szampan dla nadania odpowiedniej oprawy naszej transak-

cji.

– Transakcji?!!
– Tak, postanowiłem odzyskać maskę z „Róży Południa”, ów szczegół, który teraz jest w

pańskim posiadaniu ma dla mnie wielkie znaczenie.

– Wiem, zatrzymał kulę przeznaczoną dla pana, pozą tym to przedmiot wyjątkowo piękny,

przypominać mi będzie ten rejs, niezwykły rejs. Zatrzymam go więc u siebie – odparł spokoj-
nie, ale stanowczo kapitan Sowa.

– Myli się pan. Transakcja nastąpi zanim ten szampan straci przepisową temperaturę, jest

właśnie odpowiednio chłodny – uśmiechnął się niemal serdecznie doktor.

– Będę musiał pana pożegnać – kapitan Sowa popatrzył wyniośle na impertynenta, odwró-

cił się, ale właz zasłaniała wielka postać starego marynarza. Hana uśmiechnął się ironicznie,
tak ironicznie, jak nigdy. Mikołaj Sowa, człowiek który stawił czoło sztormom na Antarkty-
dzie, wyszedł zwycięsko ze spotkania z dryfującymi na jego statek ajzbergami, człowiek, któ-
ry wyprowadził w pole wielki gang, zdrętwiał. W malutkim pomieszczeniu na jachcie przy-
cumowanym  do  jego  olbrzymiego  statku  poczuł  się  osaczony.  Ale  jaką  rolę  odgrywał  cały
czas i jaką odgrywa nadal Hana. Więc dopiero teraz nastąpi epilog?! Teraz będzie wyjaśniona
zagadka? Myśli były szybkie jak błyski aldisu. Kapitan Sowa przypomniał sobie, że postano-
wił zachować spokój. Stał przed Haną.

– Cóż to za heca kapitanie?!– zapytał z wyraźnie hamowaną irytacją. Zauważył jednak, że

uśmiech starego marynarza jest już nieco inny, jak przed chwilą, wydawało mu się, że Hana
mruży oko i patrzy nań bez owej wyższości, którą okazywał mu przez cały rejs do czasu pa-
miętnej rozmowy na Antarktydzie.

–  Bo  ja  wiem  czy  heca?  –  powtórzył  i  przymrużył  oko.  –  Być  może  to  najważniejsza

chwila w pana życiu, kapitanie, chwila i sprawa, którą pan zaraz załatwi.

–  Do  cholery  przestańcie  pajacować!!!  –  wrzasnął  Mikołaj  Sowa-Osowski  i  uświadomił

sobie,  że  rozmowa  przebiega  w  sposób  nieco  inny  niż  sobie  solennie  postanowił.  –  Czego
chcecie? – warknął już nieco ciszej.

Doktor wziął do ręki butelkę szampana najprzedniejszej francuskiej marki.
– Dobry trunek – zauważył jakby mimochodem. – Firma gwarantuje właściwy jego smak

pod  warunkiem,  że  płyn  podany  będzie  w  ściśle  określonej  temperaturze,  teraz  jest  jeszcze
odrobinę  za  zimny.  Na  stole  za  kilka  minut  osiągnie  chłód  całkowicie  przepisowy.  Czasu
mamy niewiele. Myślę, że mogę liczyć na maskę – doktor przekrzywił głowę i przyglądał się
Mikołajowi Sowie.

– Spisek. Szantaż?! – zapytał Mikołaj Sowa już w miarę spokojnie, patrzył na butelkę, któ-

rą poznał od razu.

– Nie. Prośba – doktor uśmiechnął się przyjaźnie. – Myślę, że spełni ją pan z wielką rado-

ścią, naprawdę tak myślę. – Twarz medyka stała się niemal wcieleniem serdeczności. Kapitan
spojrzał na Hanę, stary marynarz zdawał się mówić: – Wreszcie spotkał cię dobry los młody
człowieku,  wynagrodzone  zostały  twoje  trudy  w  tym  rejsie  i  niepowodzenia  całego  życia.
Oddaj tę maskę, widzisz, że przechowałem na tę okazję butelkę, którą mogłeś niepotrzebnie
zmarnować. Kapitan Sowa chciał krzyknąć, ale nie krzyknął, wyjął paczkę pall malli, wyłu-

background image

102

skał  zeń  długiego  papierosa,  powąchał  go,  po  czym  włożył  do  ust  i  sięgnął  po  zapałki,  ale
przypomniał  sobie,  że  nie  nosi  ich  nigdy.  Ogień  podał  mu  usłużnie  Hana.  Kapitan  Sowa
usiadł na kanapce i zaciągnął się głęboko dymem.

– Gdyby był telefon, zadzwoniłbym po porucznika z wyspecjalizowanej instytucji. Z mafią

miałem obowiązek walczyć. samotnie tylko za granicą, a reda to więcej niż wody terytorialne.

– Widzę, że pan się zdenerwował kapitanie. Przepraszam jeżeli moje postępowanie jest tego po-

wodem – skłonił się lekko doktor – ale tu naprawdę bardziej będzie potrzebny szampan niż milicja.

– Doktorze, już dosyć – powiedział twardo Hana – niech pan kończy.
Kapitan Sowa zaciągnął się po raz drugi głęboko dymem, myślał intensywnie. – Jeżeli jest to

wyrok mafii. Jeżeli mafia wydała na niego wyrok, to dlaczego mają wykonać go właśnie ci dwaj.
Więc jednak podejrzenia, że Hana, były słuszne. Ale dlaczego tutaj, na redzie portu macierzyste-
go. Co za perfidia. „Czerwona Lalka”. Więc tamci też. Ale nie, to chyba jakaś farsa.

Hana miał filuternie przymrużone oko, twarz rozluźnioną, robił  wrażenie serdecznie roz-

bawionego,  kapitan  Sowa  nigdy  nie  widział  starego  marynarza  w  takim  nastroju.  I  w  tej
chwili wydało mu się wszystko jasne, to przecież sen, nic innego tylko sen.

Doktor zapukał w szot, za którym było drugie pomieszczenie pod  pokładem „Czerwonej

Lalki”. Wąskie drzwi otworzyły się i stanęła w nich... Mariona.

Kapitan Sowa wstał, położył bezwiednie papierosa na stole, papieros spadł na dywan, Ha-

na podniósł go i zgasił w popielniczce.

– Mikołaj... – powiedziała Mariona i postąpiła krok do przodu.  Kapitan Sowa  wyciągnął

ramiona i poczuł, że ona jest bardzo blisko... Wtedy nastąpił huk – korek z butelki szampana
uderzył ze znaczną siłą w boazerię, odbił się od niej i spadł na stół. Złocisty płyn pienił się w
pucharach. Mariona oderwała usta od ust kapitana, zamoczyła je w trunku, który akurat osią-
gnął  właściwą  temperaturę,  był  cudownie  chłodny.  Mariona  trąciła  lekko  swym  kielichem
puchar kapitana Sowy. Czysty jak kryształ brzęk rozległ się w małej jachtowej kabinie. Dok-
tor pełniący na tym „okręcie” honory kapitana pogroził jej palcem.

– Na morzu nie trąca się szkłem, nawet kryształowym,  w jachtingu jest to przestrzegane

szczególnie – powiedział karcąco.

Mariona  i  Mikołaj  spojrzeli  nań  jednocześnie.  On  przecież  nie  wiedział  wszystkiego.

Brzęk kieliszka Mariony trwał wciąż jeszcze.

– Przepraszam – powiedział kapitan Sowa – zaraz wrócę – skierował się do wyjścia.
– Ależ, w takiej chwili, ma pan coś ważniejszego?– powstrzymał go doktor.
– Tak. Chcę coś wręczyć doktorowi zanim szampan straci przepisową temperaturę.
Hana wyciągnął rękę do Mikołaja Sowy. Wziął go w ramiona i ucałował z obydwu stron.
–  Czuję,  że  wraca  czas  morskiej  przygody,  marynarzy  gentelmenów.  Honor  i  szampan.

Kapitanie! Niech żyje młoda para.

Mikołaj spojrzał na Marionę.
Kapitan Sowa odwrócił się i wyszedł z kabiny, wspinał się po sztormtrapie zawieszonym

wysoko na nadburciu „Pasata”. Doktor pocałował w rękę Marionę. Mariona ucałowała mocno
obu kapitanów, wyszła z kabiny, zgrabna jej sylwetka wzbudzała podziw, gdy wspinała się za
Mikołajem  po  długiej  sznurowej  drabince.  Z  wielkiego  pokładu  rozległ  się  tupot,  na  górze
jakaś krzątanina, wiadomość przenikła na statek. Z megafonów płynęła muzyka. – Chcę za-
mknąć w dłoniach twój świat...– słowa piosenki były wyraźne, Mikołaj uśmiechnął się, wie-
dział, że to nie będzie możliwe.

Od Rozewia powiało rześką bryzą, woda marszczyła się w zatoce. W małej kabinie jachtu

po przeciwnych stronach stołu siedziało dwóch mężczyzn, między nimi leżała osobliwa pła-
skorzeźba. Twarz dziewczyny wyczarowana dłutem artysty w czarnym hebanie tu i tam przy-
ozdobiona złotem.

...w każdym przypadku wszedł pan w posiadanie tego cacka w sposób nielegalny – koń-

czył zdanie Mikołaj Sowa.

background image

103

– To jest powiedziane łagodnie kapitanie, ja go ukradłem.
– Właśnie – skinął głową szef bazy.
Doktor  zamyślił  się.  W  miniaturowym  pomieszczeniu  panowała  cisza,  tylko  odbijacze

trzeszczały między burtami obydwu Statków i wraz ze szkwałami gwizd wiatru na wantach
dochodził do wnętrza kabiny. Doktor spojrzał na kapitana Sowę.

– Dziękuję za manewr między Walvis Bay a Cape Town. Bałem się, że oni odnajdą moją

łódź na morzu. Dowiedzieli się jednak o wszystkim, gdy mnie zabrał angielski ścigacz lecący
z Falklandów. Lepiej trafić nie mogłem. Zresztą byłem rozbitkiem, który wybiera sobie sta-
tek.  Grymasiłem.  Gdy  jednak  zobaczyłem  tego  „Anglika”,  wiedziałem,  że  lepiej  nie  trafię.
Nadałem sygnały, odnaleźli mnie szybko. Przedstawiłem się kapitanowi i powiedziałem całą
prawdę. Prosiłem, żeby jego radio na razie milczało o sprawie.  W  Londynie byłem szybko.
Moja centrala tam ma właśnie siedzibę.

– Pańska centrala? – uniósł brwi kapitan.
– Tak, pracuję w organizacji, której celem jest zwalczanie narkomanii na świecie. Ja zaj-

muję się tym problemem nie tylko w zakresie medycyny. Oto mój znak służbowy – doktor
wyciągnął  z  kieszeni  owalną  emaliowaną  plakietę.  –  Interpol  i  wszystkie  graniczne  policje
wiedzą, co znaczy ta blacha.

– Więc to tak – powiedział powoli jakby jedynie do siebie kapitan Sowa. – I to było powo-

dem pańskiego udziału w tej awanturze?

– Niezupełnie. Kasprzyk wprowadził mnie w błąd, poza tym on mnie szantażował. Oczy-

wiście, gdyby chodziło o poważniejszą  sprawę,  szantażować  bym  się  nie  dał.  Chciałem  za-
chować jakiś czas incognito. Nie ujawniałem na pańskim statku kim jestem, armator też nie
był świadomy kogo przyjął do pracy. Sprawa mojej działalności w dziedzinie badania warun-
ków przetrwania człowieka na morzu oraz zaangażowania w walkę z narkomanią miała pozo-
stawać w tajemnicy. Różne były tego powody, między innymi tak życzyły sobie instytucje, z
którymi  współpracuję.  Kasprzyk  miał  doskonałą  pamięć  wzrokową.  Wpadła  mu  kiedyś  w
ręce moja książka przetłumaczona na język angielski, relacja z  samotnego rejsu na ratowni-
czym pontonie przez określony obszar Atlantyku. Były tam moje fotografie. Kasprzyk poznał
mnie.  Wiedział,  że  jestem  żeglarzem.  Gdy  „nakręcił”  ten  przemyt,  przyszedł  i  przedstawił
sprawę. Żądał, abym poprowadził jacht jako nawigator. On był mechanikiem. Nie mówił, co
będzie  przedmiotem  kontrabandy,  sugerował,  że  chodzi  o  tytoń.  Była  to  jednak  w  pewnym
stopniu dla mnie okazja. Organizacja, w której działam od dawna, interesowała się „towarem”
wychodzącym z Casablanki, Tangeru, Safii. Maroko nie było rozpoznane, policja częściowo
działała, tam na usługach mafii... Zdecydowałem się więc na ten rejs. Normalnie takie przy-
gody  kończą  się  inaczej.  Przemytnicy  nie  zawsze  strzelają  do  swych  podwykonawców.  Tu
była wpadka.

– Yaxy rozpoznał pana? – przerwał doktorowi kapitan.
– Nie. Yaxy nie wie do dziś kim byłem. Kasprzyk współpracował z bandą w Nowym Jorku

i Casablance od dawna. On też dostarczył sporo gotowej heroiny do Polski. Tak, niestety, to
prawda.  Był  pionierem  tej  ciemnej  sprawy  w  naszym  kraju.  Połowa  białego  proszku  jaka
znalazła się w Krakowie, Warszawie i Wrocławiu pochodziła z jego dostaw. Oczywiście nie
wiedziałem o tym, gdy prowadziłem przemytniczy rejs na „Róży Południa”.

– Więc dlaczego Kasprzyk zginął? – zapytał kapitan.
Doktor zamyślił się, sięgnął po papierosy, wyciągnął paczkę w kierunku kapitana.
– Dziękuję, pan wie, że nie palę.
– Niezupełnie – uśmiechnął się doktor.
– Zapaliłem jeden raz w tym  rejsie  i  rzuciłem  papierosa  w  połowie,  pan  wie  dlaczego  –

mrugnął kapitan i twarz jego rozjaśnił uśmiech. W salonie na „Pasacie” czekała przecież Ma-
riona, on tu przyszedł na chwilę, przyniósł maskę, rozmowa przedłużała się jednak.

background image

104

–  Pyta  pan  dlaczego  zginął  Kasprzyk  i  dlaczego  ja  także  miałem  zginąć?  Zobaczyliśmy

coś, czego nie może widzieć nikt poza kilkoma ściśle określonymi osobami. Wie pan jak się
odbywa werbunek do takiej roboty?

– Niezupełnie.
– W ciemności. Zwerbowani nie mają prawa widzieć mocodawców. Gdy przystałem na ów

rejs, Kasprzyk zaprowadził mnie nocą na jakąś boczną uliczkę, było bardzo ciemno. W wą-
skiej  bramie  stał  zaparkowany  duży  osobowy  samochód.  Za  kierownicą  siedział  Murzyn,
człowiek o rysach twarzy nie do rozpoznania. Z tyłu siedzieli dwaj ludzie. Zajęliśmy miejsca
z przodu, obok czarnego kierowcy. Wóz ruszył i zatrzymał się po chwili przed parkingiem;
Goryl siedzący z tyłu wymienił numer samochodu, który stał na skraju, musieliśmy powtó-
rzyć ten numer i wskazać samochód, z tyłu podano nam wówczas kluczyki Potem pojechali-
śmy do jakiejś szopy za miastem i w podobny sposób otrzymaliśmy klucze od tej szopy. Na-
stępnie  udaliśmy  się  do  portu  jachtowego,  gdzie  wskazano  nam  „Różę  Południa”.  Ten  sam
niewidoczny  w  mroku  goryl  podał  mi  pozycję  zakotwiczonego  statku  daleko  na  morzu,  na
który mieliśmy dostarczyć towar zabrany z szopy. Ruszyliśmy w drogę powrotną do samo-
chodu  na  parkingu,  od  którego  mieliśmy  już  klucze.  Dalej  robotę  mieliśmy  wykonać  sami,
gdyż  tamci  własnymi  rękami  nie  dotykali  niczego.  Taka  była  ich  zasada.  Samochód  był
oczywiście cudzy, tamci dorobili doń jedynie klucze, z chwilą naszego wejścia do tego samo-
chodu miały przestać istnieć wszelkie kontakty między nami i Yaxy. Stało się jednak coś nie-
przewidzianego. W drodze powrotnej zauważyłem, ze towarzyszy nam ciągle mały angielski
samochód MG. Murzyn tak manewrował, aby ten samochód bez trudu mógł się utrzymać za
naszą  maszyną.  Wjechaliśmy  w  jedną  z  większych  ulic  Casablanki  i  mimo  nocy  utknęli  w
korku. Na tej ulicy działo się coś niezwykłego, obok nas stanęła także w ulicznym korku błę-
kitna MG. Ulica była dość mizernie oświetlona, a mimo to było na niej widno. Kilkanaście
metrów przed nami, przed kolumną wozów, które utknęły, paliła się duża ciężarówka, było to
zaraz po jej zderzeniu z innym samochodem i ogień dopiero wybuchł. Murzyn za kierownicą
chciał wycofać samochód, ale za nim ustawiły się następne wozy. Mimo nocy ruch na tej uli-
cy był znaczny. Dokoła stawało się coraz bardziej widno, przednia, przeciwodblaskowa szyba
naszego wozu rozjaśniła się i zmieniła w „lustro”, w którym wyraźnie zobaczyliśmy goryli na
tylnym siedzeniu. W pewnej chwili podjechało do nas na motocyklu dwóch policjantów, py-
tali o coś kierowcę, ale ten nie umiał odpowiedzieć, wtrącili się wówczas goryle. Na ulicy od
pożaru zrobiło się jasno. Zobaczyliśmy więc oba tajemnicze pyski. Nie o to jednak chodziło.
W pewnej chwili popatrzyłem na błękitną MG. W samochodzie za kierownicą siedziała mło-
da kobieta. W świetle palącej się ciężarówki było widać jej dość charakterystyczne rysy. Była
to blondyna lat około trzydziestu. Straż ugasiła pożar na skrzyżowaniu i ruszyliśmy do zapla-
nowanej akcji. Goryle już nie ukrywali przed nami twarzy. Poczułem grozę, zdawałem sobie
sprawę, że wszelkie nieprzewidziane zdarzenia w podobnej sytuacji mogą okazać się dla nas
zgubne. Tak było w istocie.

– Cóż do tego miała owa blondynka? – zapytał Mikołaj Sowa.
– Owa blondynka? Owa blondynka... to... Yaxy Daxy... – powiedział doktor. – Oczywiście

nie  wiedzieliśmy  wtedy  o  tym.  Być  może  nie  domyślilibyśmy  się  tego  nigdy.  Ale  mafia
uznała, że zobaczyliśmy zbyt wiele i wydała na nas wyrok. Obawiałem się tego, ale nie byłem
pewny. Do wniosku, że Yaxy Daxy to kobieta, córka mafioso, który umarł kilka lat temu do-
szedłem  w  Londynie.  Banda  jednak  chcąc  nas  zlikwidować,  wiedziała  co  czyni.  Dlaczego
Yaxy jechała wówczas za nami? Nie wiem. Akcja była zbyt mała, aby pilotował ją osobiście
„wielki mafioso”.

– Taak... – powiedział znowu, jakby do siebie kapitan Sowa-Osowski...
– Sprawa naszego przemytu na „Róży Południa” była więc od początku do końca dla Yaxy

pechowa. My przyczyniliśmy się do rozbicia mafii.

– A pan ukatrupił jednego z bandytów – powiedział kapitan z nieokreśloną nutą w głosie.

background image

105

Doktor uśmiechnął się znowu.
– Naprawdę tak pan myśli? – zapytał.
Kapitan milczał.
– Mogłem to zrobić. Byłby to jeden z moich lepszych uczynków. Ale ja nie trudnię się za-

bijaniem.  Moją  profesją  jest  ratowanie  ludzi.  Na  lądzie  i  morzu.  Nie  tylko  chorych.  Także
tych,  którzy  mogą  zachorować  na  heroinę.  Carate  Johna  mogłem  jednak  zatłuc  popielnicą
albo zastrzelić z jego własnego pistoletu. Nie zrobiłem tego.  Gdy uciekałem z  „Róży  Połu-
dnia”; ten człowiek żył.

– Więc jego... – kapitan zdawał się rozumieć wszystko.
– Tak – przerwał mu doktor. 

– Jego załatwili koledzy. Wykorzystali okazję. W tej profesji

tak bywa. Carate lubił podobno pracować także na własną rękę.

– A policja?
Doktor znów uśmiechnął się szczerze.
– Policja oczywiście od początku wiedziała jak było w istocie. To jeszcze jeden dowód na

jej współpracę z gangiem.

– A pieniądze? – indagował dalej kapitan Sowa.
– Pieniądze? Pieniądze po odliczeniu kosztów mojej działalności zostały przekazane orga-

nizacji, z którą współpracuję. Z sumy tej poważną dotację otrzymały polskie instytucje i to-
warzystwa zwalczające narkomanię. Są już efekty uruchomienia tych środków.

–  To  też  ufundowały  te  organizacje?  –  zapytał  kapitan  zakreślając  palcem  w  powietrzu

kółko, wskazując w ten sposób jacht, w którym toczyła się rozmowa.

– Nie – uśmiechnął się doktor. – Tę skorupę wziąłem dziś rano z klubu, przykleiłem litery

z papieru na pawęży. „Czerwona Lalka” to pomysł Mariony.

– Taak – powiedział po raz trzeci kapitan Sowa-Osowski.
– Z Londynu przyleciałem do Paryża. Spotkaliśmy się tam z Marioną, wiele mi pomogła,

miała już załatwioną pracę w Polsce. Jest instruktorką w „Modzie Warszawskiej”, szkoli mo-
delki. Kontrakt tylko na pół roku, dobrze, że pan zdążył.

Kapitan wyjął paczkę pall malli, wyciągnął z niej papierosa powąchał go, obejrzał, znowu

powąchał  i  schował  do  czerwonego  opakowania.  Patrzył  na  piękny  kształt  kobiecej  twarzy
wyczarowany w hebanie przez mauretańskiego artystę.

– Maska jest pańska, doktorze – powiedział.
Doktor wstał.
–  Dziękuję  kapitanie.  Opowieść  skończona  –  wyciągnął  rękę  do  szefa  bazy,  dwaj  męż-

czyźni uścisnęli sobie dłonie. Wiatr zerwał się znowu. „Czerwona Lalka” przycumowana do
burty wielkiego ekspresowca wyglądała jak nierealna zabawka.

Postój na redzie przedłużał się. Dostarczono na „Pasata” gazety z lądu, leżały przed kapi-

tanem. Hana dopijał kawę, wiedział, że pora kończyć wizytę. Patrzył na figurkę z kamienia
jak rubin, królową  i  faraona  z  wyciągniętymi  rękami  i  dłońmi  złożonymi  wzajemnie  na  ra-
mionach.  Ife.  „Czarne  Ateny”.  Widział  podobne  cacko  w  Marakeszu  dwadzieścia  lat  temu,
niemal  był  pewny,  że  to  ten  sam  egzemplarz.  Mariona  spostrzegła  zainteresowanie  starego
marynarza osobliwym przedmiotem, uśmiechnęła się.

– To od Patrycji i Craiga dla Mikołaja za uratowanie życia.
W  salonie  zapanowało  milczenie,  kapitan  spojrzał  na  gazetę.  „Rozwiedziona  postawnej

budowy z willą w Orłowie i samochodem zachodniej marki, pozna marynarza pływającego w
celu matrymonialnym”. Na biurku zadzwonił telefon, kapitan sięgnął po słuchawkę. Powra-
cając z morza zawsze miał wrażenie, że przechodzi z wielkiego do małego świata. Oto była
ziemia.

Z mostka zawiadamiali, że przy kei jest miejsce dla „Pasata”. Należało podnieść kotwicę.

Hana wstał, kiwnął ręką kapitanowi, przymrużył oko. Mikołaj wiedział, że takim zapamięta
go zawsze. W tej chwili wydawało mu się, że pewne zdarzenia w wielkim przelocie między

background image

106

Casablanką i Cape Town nie były rzeczywistością, a opowiadał je morski kpiarz na przekór
monotonii wielkich rejsów, gdzie nie ma już romantyki i wszystko jest pewnie na  ekranach
magnofoxów i sonarów, a jednak ciągle toną niezatapialne statki. Mariona też jakby zmrużyła
oko.

– Czy to wszystko było naprawdę? – zapytała. Mikołaj patrzył na przystań, kobiety w suk-

niach jak kwiaty gromadziły się na kei, przyszły powitać powracających z morza.

–  Czy  tak  było?  Może  było,  może  nie  było,  ale  na  pewno  być  mogło,  to  słowa  Marka

Twaina, a wiesz co mówi mój bajkok, Mariono?

– Nie wiem.
– On mówi, że na świecie jest tyle prawdy, ile matematyki, ale to też nie jest prawda.
– A jak ty myślisz – nie ustępowała dziewczyna.
Kapitan spojrzał jej w oczy.
– Co czujesz? – zapytał.
– Że ty jesteś i ja jestem, nieważne, gdzie byliśmy i skąd wracamy.
–  Tsst...  –  Mikołaj  położył  palec  na  ustach  Mariony  –  więcej  nie  mów,  powiedziałaś

wszystko. Ja myślę, że jedynie to, co czujemy jest prawdą.

Kapitan poszedł na mostek. „Pasat” wchodził w główki portu jedynego na świecie, tego,

do którego się wraca.


Document Outline