background image

JUDITH MCAUGHT 

PODWÓJĄ MIARĄ 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wielka miłość i prawdziwa przyjaźń 

są dwoma najcenniejszymi darami życia 

 - czuje się po dwakroć błogosławiona, 

gdyż oba zostały mi dane. 

Książkę tę dedykuję w imię przyjaźni 

Kathy i Stanowi Żakom. 

background image

ROZDZIAŁ 1 

Na odgłos kroków Philip Whitworth podniósł wzrok znad biurka. Oparł się wygodniej 

w  fotelu,  i  spojrzawszy  z  uwagą  na  zbliżającego  się  pośpiesznie  wiceprezesa,  rzucił  mu 

niecierpliwe pytanie: 

- No i ujawnili już, kto przebił naszą ofertę? 

Wiceprezes zacisnął dłonie w pięści i wziął głęboki oddech. 

-  Sinclair  nas  przebił!  -  wysapał  ze  złością.  -  O  marne  trzydzieści  tysięcy!  Przeklęty 

drań, wyszedł z ceną niższą o tyle co nic i zgarnął nam sprzed nosa kontrakt na pięćdziesiąt 

milionów  dolarów!  Radia  do  wszystkich  aut  produkcji  National  Motors,  bagatela...  - 

zakończył z nutą rezygnacji. 

Philip  Whitworth  był  bardziej  opanowany,  co  najwyżej  lekkie  zaciśnięcie  szczęk 

świadczyło o tym, że wzbiera w nim gniew. 

- A więc już czwarty raz w ciągu roku Sinclair sprzątnął nam ważny kontrakt - rzekł 

dobitnym, lecz spokojnym głosem. - Cóż to za niezwykły zbieg okoliczności, prawda? 

Zdenerwowany  wiceprezes  nie  dopatrzył  się  w  tym  ostatnim  zdaniu  ironii. 

Potraktował je całkowicie serio. Zaczął wykrzykiwać: 

- Zbieg okoliczności! Do diabła, Philip, to nie żaden zbieg okoliczności, dobrze wiesz, 

tak  samo  jak  ja!  Ktoś  w  moim  dziale  jest  u  Nicka  Sinclaira  na  garnuszku!  Jakiś  gnojek  dla 

niego  szpieguje!  Teraz  już  tylko  sześciu  naszych  ludzi  znało  stawkę,  z  jaką  wyszliśmy  w 

ofercie. Jeden z tej szóstki to szpicel! 

Philip  oparł  się  jeszcze  wygodniej,  odchylając  do  tyłu  przyprószoną  już  z  lekka 

srebrem siwizny głowę. 

- Przecież sprawdzałeś tych wszystkich sześciu facetów i dowiedziałeś się tylko tyle, 

że trzej z nich lubią mydlić oczy żonom i robić  skoki w bok - starał się  zmitygować swego 

wzburzonego rozmówcę. 

-  Widocznie  nie  prześwietliłem  ich  dość  dokładnie!  -  burknął  wiceprezes,  po  czym 

podrapał  się  z  zakłopotaniem  po  głowie  i  spojrzał  Whitworthowi  prosto  w  oczy.  -  Widzisz, 

Philip - odezwał się z lekka mentorskim tonem - ja rozumiem, że Sinclair to twój przybrany 

syn, ale musisz w końcu coś zrobić, żeby mu przytrzeć nosa, bo inaczej to on cię zniszczy. 

Oczy Philipa stały się zimne jak lód. Wyjaśnił: 

background image

- Nigdy nie uważałem Nicka Sinclaira za żadnego „przybranego syna”, nawet rodzona 

matka, a moja żona, też już się go wyrzekła. A co właściwie według ciebie miałbym zrobić, 

żeby przyhamować jego niebezpieczne zapędy? - zapytał. 

- Zainstalować wtyczkę w jego firmie i wyniuchać, kto tu u nas jest szpiegiem. Zresztą 

zrób, co uważasz, ale na litość boską, zrób coś! Zrób cokolwiek! 

Nim  Philip  Whitworth  zdążył  się  jakoś  ustosunkować  do  dramatycznego  apelu 

wiceprezesa, w gabinecie rozległ się ostry brzęczyk interkomu. 

- Tak, Helen, o co chodzi? - zapytał Philip sekretarkę. 

- Przepraszam, że panu przerywam, sir, ale przyszła już miss Lauren Danner - usłyszał 

w odpowiedzi. - Mówi, że jest z panem umówiona na rozmowę w sprawie pracy. 

-  Rzeczywiście...  -  przyświadczył  Philip  z  lekkim  zniecierpliwieniem.  -  Proszę 

powiedzieć, że ją przyjmę za parę minut. 

- Od kiedy to osobiście zajmujesz się kompletowaniem personelu? - spytał, nie kryjąc 

zdziwienia, wiceprezes. 

-  To  sprawa  typowo  grzecznościowa  -  wyjaśnił  Philip.  -  Ojciec  tej  dziewczyny  jest 

moim dalekim kuzynem, wiesz, taka dziesiąta woda po kisielu. Kiedy moja matka wzięła się 

przed  laty  do  pisania  książki  o  dziejach  naszej  rodziny,  odnalazła  go  jakoś  i  zaprosiła  na 

weekend. Zawsze tak robiła, kiedy się natknęła na domniemanego krewniaka. Zapraszała tych 

ludzi,  żeby  ich  wypytać  o  rodzinne  koneksje,  sprawdzić,  czy  faktycznie  są  z  nami 

spokrewnieni,  i  zdecydować,  czy  warto  o  nich  wspomnieć  w  książce.  Ten  Danner  był 

profesorem  na  uniwersytecie  w  Chicago.  Sam  nie  mógł  przyjechać,  więc  podesłał  nam  „w 

zastępstwie”  żonę  -  pianistkę  i  córkę.  Wiem,  że  pani  Danner  zginęła  kilka  lat  później  w 

wypadku  samochodowym...  Z  Dannerem  nie  miałem  żadnych  kontaktów,  dopóki  nie 

zadzwonił do mnie tydzień temu z prośbą, żebym przyjął do pracy jego córkę Lauren, Mówił, 

że  dziewczyna  nie  może  znaleźć  nic  odpowiedniego  w  Fenster,  w  Missouri,  gdzie  teraz 

mieszkają. 

-  Trzeba  mieć  niezły  tupet,  żeby  zadzwonić  ni  z  gruszki,  ni  z  pietruszki  w  takiej 

sprawie, nie uważasz? 

Philip zniechęcony machnął ręką. 

-  Pogadam  z  tą  dziewczyną  i  odeślę  ją  do  domu.  Przecież  nie  mamy  tu  zajęcia  dla 

absolwentki  konserwatorium.  A  nawet  gdybyśmy  mieli,  jej  akurat  i  tak  bym  nie  przyjął. 

Mówię ci, to był najokropniejszy i najbardziej denerwujący dzieciak, jakiego kiedykolwiek w 

życiu widziałem. Dziewięć lat czy coś koło tego, fatalne maniery, pucołowate policzki, piegi, 

background image

rude  włosy,  ciągle  potargane,  paskudne  rogowe  okularki...  A  przy  tym  wszystkim  smarkula 

jeszcze miała czelność zadzierać nosa! W naszym domu... 

 

Sekretarka Philipa Whitwortha zerknęła na siedzącą naprzeciwko niej młodą osobę w 

granatowym kostiumiku i eleganckiej białej bluzce. Dziewczyna była po prostu piękna: włosy 

o  barwie  miodu  upięte  w  elegancki  kok,  lekko  wypukłe  kości  policzkowe,  nosek  niewielki, 

podbródek  delikatnie  zaokrąglony,  długie,  wywinięte  rzęsy,  no  i  te  oczy  -  niezwykłe, 

świetliste, turkusowe! 

- Pan Whitworth przyjmie panią za kilka minut - poinformowała uprzejmie i odwróciła 

wzrok, by dodatkowo nie peszyć oczekującej na ważną rozmowę interesantki. 

Lauren Danner uśmiechnęła się blado. Powiedziała tylko: 

- Dziękuję pani. 

Powróciła  do  przeglądania  magazynu  ilustrowanego,  który  trzymała  przed  sobą. 

Trzymała  go  i  patrzyła  na  kolorowe  stronice,  w  istocie  jednak  nic  tam  nie  widziała, 

skoncentrowana  wyłącznie  na  jednym:  na  przenikającym  ją  napięciu,  a  nawet  lęku,  przed 

spotkaniem twarzą w twarz z Philipem Whitworthem. 

Czternaście minionych lat nie zatarło przykrego wspomnienia dwóch dni spędzonych 

we  wspaniałej  rezydencji  w  Grosse  Pointe,  gdzie  nie  tylko  cała  rodzina  Whitworthów,  ale 

nawet  ich  służba  odnosiła  się  do  Lauren  i  jej  matki  z  obraźliwym  lekceważeniem.  Gdyby 

ojciec nie zadzwonił do swego zamożnego i wpływowego „kuzyna” w tajemnicy i nie umówił 

Lauren  na  rozmowę  z  nim  w  sprawie  pracy,  z  pewnością  nigdy  by  się  tu,  w  Detroit,  nie 

zjawiła. Ale nie wypadało się wymawiać, skoro wszystko zostało uzgodnione i Philip zgodził 

się „zrobić jej grzeczność”. 

Lauren mogła wprawdzie opowiedzieć ojcu o tym, jak zachowali się Whitworthowie 

czternaście  lat  temu,  i  wykręcić  się  od  tego  spotkania,  nie  chciała  jednak  przysparzać  mu 

frasunku.  Wystarczająco  dręczył  się  brakiem  pieniędzy,  odkąd  -  wraz  z  wieloma  innymi 

nauczycielami  z  Missouri  -  stracił  pracę,  gdy  udręczeni  recesją  podatnicy  nie  zgodzili  się 

łożyć więcej niż dotąd na stanową oświatę... 

Kiedy  po  trzech  miesiącach  bezowocnych  poszukiwań  ojciec  powrócił  z  kolejnej 

nieudanej wyprawy w poszukiwaniu pracy, tym razem z Kansas City, uśmiechnął się smutno 

do córki i do swej drugiej żony i powiedział: 

- Wygląda na to, że bezrobotny nauczyciel nie dostanie w dzisiejszych czasach nawet 

posady stróża. Chociaż w moim wypadku to może i lepiej, bo chyba nie umiałbym wywijać 

miotłą... 

background image

W  chwilę  później  pobladł,  przycisnął  dłonie  do  piersi  z  lewej  strony  i  upadł,  rażony 

silnym atakiem serca. 

Teraz  wracał  już,  co  prawda  powoli,  do  zdrowia,  ale  pod  wpływem  tego,  co  mu  się 

przydarzyło,  Lauren  postanowiła  skorygować,  a  właściwie  radykalnie  wręcz  zmienić  swoje 

życiowe plany. Po latach wytrwałej nauki gry na fortepianie i ukończeniu wyższych studiów 

muzycznych  doszła  do  wniosku,  że  nie  ma  w  sobie  dość  siły  woli,  ambicji  i  gotowości  do 

poświęceń,  by  zostać  koncertującą  pianistką  jak  matka;  odziedziczyła  wprawdzie  po  niej 

talent, ale brakowało jej cech charakteru niezbędnych do osiągnięcia sukcesu artystycznego. 

Ucząc  się,  ćwicząc  i  wciąż  pracując  dodatkowo,  by  zdobyć  środki  na  opłacenie 

studiów  muzycznych,  Lauren  zupełnie  nie  miała  w  życiu  czasu  na  rozrywkę  czy  relaks. 

Owszem, jeździła po całych Stanach na konkursy pianistyczne, lecz nigdzie nie widziała nic 

poza  pokojem  hotelowym,  pokojem  do  ćwiczeń  i  salą  koncertową.  Spotykała  wielu 

mężczyzn, ale nigdy nie miała czasu na coś więcej niż tylko przelotna znajomość. Zdobywała 

stypendia i nagrody, zawsze jednak brakowało jej pieniędzy na pokrycie własnych bieżących 

wydatków, co oznaczało ciągłe dodatkowe obciążenie dorywczą pracą. 

Lauren  miała  coraz  częściej  wrażenie,  że  zainwestowawszy  w  muzykę  naprawdę 

wiele, zbyt mało otrzymuje w zamian. Oczywiście, szkoda jej było bezpowrotnie porzucać to, 

czemu  z  wytrwałością  i  upodobaniem  oddawała  się  przez  wiele  lat,  od  dzieciństwa  do 

dwudziestego trzeciego roku życia. Choroba ojca i rosnący plik rachunków do zapłacenia, oto 

co ostatecznie przesądziło, że podjęła decyzję, z którą dotąd zwlekała. Ojciec stracił pracę w 

kwietniu, wraz z uprawnieniami do bezpłatnej opieki medycznej. W lipcu zachorował, a więc 

stracił  również  zdrowie,  W  ciągu  ubiegłych  lat  to  właśnie  on  przede  wszystkim  pomagał 

córce  w  finansowaniu  studiów...  Lauren  uznała,  że  teraz  przyszła  kolej,  aby  ona  pomogła 

jemu. 

Pod  ciężarem  odpowiedzialności  czuła  się  tak,  jakby  musiała  dźwigać  na  ramionach 

cały świat. Potrzebowała pracy i pieniędzy, i to od zaraz! W Fenster w stanie Missouri szans 

na  znalezienie  popłatnego  zajęcia  praktycznie  nie  było.  Musiała  więc  zdecydować  się  na 

wyjazd do którejś z wielkich metropolii, do jednego z krajowych centrów biznesu, Los rzucił 

ją  do  Detroit;  sprawił,  że  oto  oczekiwała,  stremowana  i  zdezorientowana,  na  wejście  do 

gabinetu magnata przemysłowego, a zarazem dalekiego kuzyna, który podczas pierwszego i 

jedynego,  jak  dotąd,  spotkania  przed  czternastu  laty  zaprezentował  jej  się  od  wcale  nie 

najlepszej strony. 

Zabrzęczał  telefon,  sekretarka  podniosła  słuchawkę.  Po  chwili  wstała  zza  biurka  i 

oznajmiła: 

background image

- Pan Whitworth prosi panią, miss Danner. 

Podprowadziła  Lauren do ozdobnych mahoniowych drzwi gabinetu szefa. Otworzyła 

je przed nią. Ostatnią myślą Lauren przed przekroczeniem progu jaskini lwa było: „Żeby tak 

mnie nie pamiętał...” 

Weszła.  Lata  występów  przed  publicznością  nauczyły  ją,  jak  walczyć  z  tremą  i 

maskować  zdenerwowanie,  mimo  wewnętrznego  niepokoju  pozornie  robiła  więc  wrażenie 

osoby pewnej siebie i całkowicie opanowanej. 

Philip  Whitworth  uniósł  się  na  powitanie  zza  biurka.  Na  jego  twarzy  o 

arystokratycznych rysach odmalowało się zdziwienie, którego nie próbował nawet, a może po 

prostu  nie  był  w  stanie,  ukryć.  Wyciągając  ku  „kuzynowi”  z  wdziękiem  dłoń  ponad 

mahoniowym blatem, Lauren powiedziała: 

- Pan zapewne mnie już nie pamięta, mister Whitworth, ale Lauren Danner to właśnie 

ja. 

Uścisk  dłoni  Philipa  był  zdecydowany  i  dość  silny.  Jego  głos  zabrzmiał  tłumionym 

rozbawieniem. 

-  Ależ  pamiętam,  pamiętam  doskonale,  Lauren.  Byłaś  jednym  z  tych...  dzieciaków, 

których... tak łatwo się nie zapomina. 

Lauren uśmiechnęła się, mile zaskoczona poczuciem humoru Philipa. Odparła żywo: 

- Bardzo mi miło, że nie powiedział pan: Jednym z tych okropnych dzieciaków...” 

W  ten  sposób  został  zawarty  tymczasowy  rozejm,  Philip  wskazał  Lauren  ustawione 

naprzeciwko  biurka  krzesło  z  obiciem  ze  złocistego  aksamitu.  Sam  usiadł  w  obrotowym 

skórzanym  fotelu,  którego  kasztanowa  barwa  harmonizowała  z  czerwonobrązowym 

odcieniem mahoniowego biurka. 

-  Mam  tu  życiorys  -  oświadczyła  Lauren,  wyjmując  z  przewieszonej  przez  ramię 

torebki kopertę i podając ją Whitworthowi. 

Philip wyjął napisany na maszynie dokument i niby to zaczął go przeglądać, w istocie 

jednak wciąż podnosił piwne oczy na twarz Lauren. Po dłuższej chwili odezwał się: 

- Twoje podobieństwo do matki jest wprost uderzające. Była Włoszką, prawda? 

-  Mama  urodziła  się  już  w  Stanach  -  wyjaśniła  Lauren  -  ale  dziadkowie  byli 

Włochami. 

Philip pokiwał w zadumie głową. 

- Włosy masz dużo jaśniejsze, ale poza tym kropka w kropkę... - powiedział. Po czym, 

znów  zerknąwszy  przelotnie  w  życiorys,  dodał  z  zadumą:  -  To  była  niezwykle  piękna 

kobieta... 

background image

Lauren  absolutnie  nie  przewidywała,  że  jej  rozmowa  z  ewentualnym  przyszłym 

pracodawcą potoczy się w takim kierunku. Pochwała urody Giny Danner, jej zmarłej matki, 

podejmowanej  przed  czternastu  laty  przez  „kuzyna”  w  rodowej  rezydencji  Whitworthów  z 

takim chłodem i rezerwą, wprawiła ją w zdumienie. 

Kiedy  Philip  zaczął  dokładnie  studiować  przedłożony  mu  życiorys,  Lauren  usiadła 

wygodniej  na  krześle  i  najpierw  rozejrzała  się  po  okazałym,  solidnym  gabinecie,  z  którego 

„kuzyn”  Whitworth  zarządzał  swym  przemysłowym  imperium,  a  potem  zaczęła  się 

przyglądać  jemu  samemu.  Prezentował  się  wyjątkowo  dobrze  jak  na  mężczyznę  po 

pięćdziesiątce.  Włosy  miał  wprawdzie  przyprószone  siwizną,  ale  twarz  całkowicie 

pozbawioną  zmarszczek,  a  sylwetkę  sprężystą  i  szczupłą.  Kiedy  tak  siedział,  wysoki, 

dystyngowany,  ubrany  w  ciemny  garnitur  o  doskonałym  kroju,  za  rozłożystym,  prawdziwie 

„królewskim” czy „prezydenckim” biurkiem, wydawał się wręcz emanować potęgą pieniądza 

i władzy.  Lauren musiała, choć niechętnie, przyznać się sama przed sobą, że robi to na niej 

wrażenie. 

Zapamiętała Philipa Whitwortha jako pyszałka i zarozumialca, nadętego snoba... Taki 

obraz utrwalił się jej z dzieciństwa. Tymczasem teraz, już jako dorosła osoba, ujrzała w nim 

eleganckiego  dżentelmena,  który  potraktował  ją  z  prawdziwą  kurtuazją,  a  do  tego  jeszcze 

ujawnił  wcale  nie  najmniejsze  poczucie  humoru.  Czyżby  dotychczasowe  uprzedzenia  miały 

być całkowicie bezpodstawne? Lauren nie potrafiła jeszcze odpowiedzieć sobie na to pytanie, 

ale nie mogła też się powstrzymać, żeby go nie postawić. Czyżby przed laty błędnie oceniła 

Whitwortha?  Czy  może  raczej  teraz  dała  się  zwieść  jego  nienagannym  manierom  i 

arystokratycznej  pozie,  a  także  owej  „familiarnej”  serdeczności,  której  skąpił  jej  jako  mało 

urodziwemu dziewczątku, ale którą tak hojnie jej okazywał jako atrakcyjnej młodej kobiecie? 

-  Ukończyłaś  studia  z  doskonałymi  wynikami  -  odezwał  się  Philip,  odkładając  na 

biurko  przeczytany  życiorys  -  ale  chyba  zdajesz  sobie  sprawę,  że  dyplom  konserwatorium 

niewiele znaczy w świecie wielkich interesów... 

- Tak, oczywiście. -  Lauren oderwała się od rozmyślań i skoncentrowała na sprawie, 

którą  miała  do  załatwienia.  -  Studiowałam  muzykę,  bo  ją  po  prostu  kochałam  i  kocham, 

doszłam jednak do wniosku, że nie zapewni mi ona przyszłości. I nie pozwoli naszej rodzinie 

przetrwać obecnej trudnej... właściwie katastrofalnej sytuacji. 

Lauren  opowiedziała  pokrótce  o  problemach  ojca  z  pracą  i  ze  zdrowiem.  Philip 

wysłuchał jej uważnie, i zerknąwszy raz jeszcze w życiorys, zauważył: 

-  Ale,  ale,  widzę  przecież,  że  na  uczelni  zaliczyłaś  też  trochę  zajęć  z  dziedziny 

biznesu... 

background image

Wyczekująco  zawiesił  głos.  Lauren,  nabierając  odrobiny  nadziei,  że  może  jednak 

zaproponuje jej jakąś posadę, wyjaśniła: 

-  Tak.  Gdybym  to  jeszcze  trochę  uzupełniła,  mogłabym  nawet  ubiegać  się  o  dyplom 

na drugim fakultecie. 

- A w czasie studiów pracowałaś dodatkowo jako sekretarka... - mówił dalej Philip, a 

raczej głośno myślał. - Mhm... Nie spodziewałem się... Twój ojciec nie wspominał mi o tym 

wszystkim przez telefon. Rzeczywiście, tak jak tu napisałaś, dajesz sobie bez problemów radę 

ze stenografią i maszynopisaniem? 

- Owszem - potwierdziła Lauren, na wspomnienie o posadzie sekretarki, tracąc jednak 

dotychczasowy entuzjazm. 

Philip Whitworth rozsiadł się wygodniej w fotelu i po chwili zastanowienia wystąpił z 

taką oto propozycją: 

-  Miałbym  dla  ciebie  pracę  w  sekretariacie,  Lauren,  całkiem  ciekawą, 

odpowiedzialną... Póki nie zrobisz tego drugiego dyplomu, nie spodziewaj się niczego więcej. 

- Ale ja nie chcę być sekretarką - oświadczyła dobitnie Lauren. 

Philip uśmiechnął się leciutko. 

-  Widzisz,  może  niepotrzebnie  z  góry  się  uprzedzasz.  Powiedziałaś,  że  przede 

wszystkim  potrzebne  są  ci  w  tej  chwili  pieniądze,  a  wykwalifikowanych,  samodzielnych 

sekretarek  bardzo  akurat  brakuje,  więc  całkiem  nieźle  im  się  płaci.  Na  przykład  moja 

sekretarka,  ta,  którą  poznałaś,  zarabia  teraz  prawie  tyle,  ile  członkowie  kadry  kierowniczej 

średniego szczebla w naszej firmie. 

- Aleja mimo wszystko... - Lauren ponownie usiłowała zaprotestować. 

Philip uciszył ją gestem dłoni. 

- Pozwól mi skończyć. Jak widzę z życiorysu, miałaś do tej pory okazję pracować jako 

sekretarka  szefa  jakiejś  niedużej  firmy.  W  małej  firmie  wszyscy  wszystko  o  wszystkich  i  o 

wszystkim  wiedzą.  Ale  w  dużej,  takiej  jak  ta,  pełny  obraz  sytuacji  mają  tylko  najwyżsi 

zwierzchnicy... i kto jeszcze? Właśnie ich... 

- ...sekretarki? - dokończyła Lauren. 

Philip kiwnął głową twierdząco i mówił dalej: 

- Weźmy taki przykład. Gdybyś zajmowała się finansami w naszym dziale radiowym i 

otrzymałabyś 

polecenie 

przygotowania 

analizy 

kosztów 

produkcji 

pojedynczego 

radioodbiornika,  nie  miałabyś  pojęcia,  po  co  ją  robisz:  czy  dlatego,  że  firma  chce 

zrezygnować z produkcji aparatów radiowych, czy właśnie dlatego, że chce ją rozszerzyć. Nie 

wiedziałabyś, co się planuje „na górze”, ani ty, ani twój bezpośredni przełożony. Takie plany 

background image

są  zawsze  poufne,  znają  je  tylko  szefowie  działów,  wiceprezesi,  prezes...  i  kto  jeszcze? 

Właśnie  ich  sekretarki!  -  zakończył  swój  wywód  Philip,  skandując  ze  śmiechem  ostatnie 

zdanie. 

Po chwili zaś dodał: 

-  Gdybyś  zaczęła  u  nas  jako  sekretarka,  miałabyś  pełny  obraz  działania  firmy,  dużej 

firmy. Byłoby ci łatwiej zdecydować się na kierunek, jaki chciałabyś obrać w swojej dalszej 

karierze zawodowej w biznesie. 

-  A  czy  za  podobne  wynagrodzenie,  jak  pensja  sekretarki,  nie  mogłabym  robić  w 

biznesie czegoś innego? Muszę siedzieć w sekretariacie? - zapytała Lauren. 

- Tak - stwierdził Philip z całkowitym przekonaniem. - Jako pianistka musisz, dopóki 

nie zrobisz drugiego dyplomu. 

Lauren  westchnęła.  Wiedziała,  że  nie  ma  wyboru.  Że  powinna  zarobić  pieniądze, 

możliwie jak najszybciej i jak najwięcej. 

- Nie bądź taka posępna, głowa do góry! - zaczął ją pocieszać Philip. - To, jak mówisz, 

„siedzenie  w  sekretariacie”,  wcale  nie  jest  takim  nudnym  zajęciem.  Niektóre  sekretarki 

wiedzą więcej... 

W  tym  momencie  Philip  Whitworth  nagle  przerwał.  Uśmiechnął  się  szeroko  i 

triumfująco,  jak  gdyby  dokonał  nieoczekiwanie  jakiegoś  wielkiego  odkrycia  albo  wręcz 

doznał olśnienia. 

-  Sekretarka!  -  wyszeptał  z  błyskiem  w  oku.  -  Lauren,  przecież  sekretarki  nikt  nie 

będzie podejrzewał, nikt nie będzie sprawdzał! 

Po czym, poważniejąc i przechodząc od konspiracyjnego szeptu do normalnego tonu 

głosu, oświadczył: 

-  Lauren,  zamierzam  ci  przedstawić  zupełnie  niezwykłą  ofertę  pracy.  Proszę  cię,  nie 

odrzucaj jej, przynajmniej póki nie wysłuchasz mnie do końca. Słyszałaś coś o szpiegostwie 

przemysłowym? 

-  Wiem,  że  można  za  to  trafić  do  więzienia  i  że  nie  chcę  mieć  z  tym  absolutnie  nic 

wspólnego, mister Whitworth! 

-  Och,  Lauren.  mów  mi  Philip,  przecież  jesteśmy  spokrewnieni  Widzisz,  nigdy  bym 

cię nie namawiał, żebyś szpiegowała dla kogoś innego, ale tu chodzi o mnie, o nas, o naszą 

rodzinę,  o  naszą  firmę  W  ostatnich  latach  najpoważniejszym  jej  rywalem  na  rynku  stała  się 

spółka  Sinco.  Za  każdym  razem,  kiedy  składamy  ofertę  na  jakiś  kontrakt,  Sinco  proponuje 

warunki minimalnie korzystniejsze i w ten sposób nas przebija. Działają tak, jakby dokładnie 

wiedzieli,  co  my  chcemy  zaproponować,  chociaż  są  to  sprawy  ściśle  poufne.  Sprzątają  nam 

background image

sprzed  nosa  najlepsze  kontrakty.  Dzisiaj  też  się  coś  takiego  zdarzyło  Tylko  sześciu  naszych 

ludzi mogło znać treść oferty, któryś z nich musiał przekazać Sinco informacje. Któryś z nich 

jest  szpiegiem!  Nie  chcę  pozbywać  się  z  firmy  pięciu  lojalnych  ludzi  na  kierowniczych 

stanowiskach  tylko  po  to,  żeby  przy  okazji  uwolnić  się  od  sprzedajnego  szpicla.  Ale  jeśli 

Sinco  będzie  nam  dalej  psuć  interesy,  tak  jak  dotąd,  będę  musiał  generalnie  zmniejszyć 

produkcję i zatrudnienie... Zatrudniam dwanaście tysięcy osób, Lauren, a będę musiał zacząć 

tych  ludzi  zwalniać!  Dwanaście  tysięcy  osób  utrzymuje  się  z  pracy  dla  Whitworth 

Enterprises. Dwunastu tysiącom rodzin ich praca tutaj zapewnia dach nad głową i posiłki na 

stole. Mogłabyś pomoc tym ludziom utrzymać pracę i wszystko, co się z nią wiąże A proszę 

cię  tylko  o  to,  żebyś  jeszcze  dzisiaj  zgłosiła  w  Sinco  ofertę  podjęcia  pracy  jako  sekretarka. 

Skoro mają ten kontrakt, który nam ukradli, będą musieli zatrudnić więcej personelu. Ciebie, 

z  twoją  prezencją  i  zdolnościami,  na  pewno  przyjęliby  na  sekretarkę  jakiegoś  faceta  na 

wysokim stanowisku w firmie. 

Wbrew  podpowiedziom  zdrowego  rozsądku,  by  nie  wikłać  się  w  tak  niezwykłą  i  w 

jakimś sensie też zapewne niebezpieczną historię, Lauren zapytała: 

- A gdybym tę pracę w Sinco dostała, to co wtedy? 

-  Wtedy  podałbym  ci  nazwiska  całej  tej  szóstki,  z  ukrytym  wśród  niej  szpiegiem. 

Wszystko,  co  miałabyś  do  zrobienia,  to  dobrze  słuchać,  czy  któregoś  z  tych  nazwisk  nie 

wymienia  się  w  Sinco...  Prosta  zagrywka,  prawda?  Chociaż  ostra,  nie  powiem.  Ale  muszę 

uciec się do czegoś takiego, nie mam wyjścia. A co do naszych układów: myślę, że mógłbym 

na przyszłość zaproponować ci posadę sekretarki z pensją .. no, powiedzmy... 

Tu Philip wymienił kwotę, której wysokość przyprawiła Lauren o lekki zawrót głowy. 

Kwotę  znacznie  wyższą  od  nauczycielskiej  pensji  ojca.  Zarabiając  tyle  i  żyjąc  w  miarę 

oszczędnie, mogłaby nie tylko sama dać sobie radę, ale jeszcze wspomóc finansowo rodzinę. 

-  Widzę,  że  taka  pensja  nawet  by  ci  odpowiadała  -  zauważył  ze  śmiechem  Philip, 

pilnie  przyjrzawszy  się  najpierw  zdumionej,  a  potem  rozradowanej  minie  Lauren.  -  Cóż,  w 

życiu  potrzeba  tylko  trochę  odwagi,  a  można  zarobić  naprawdę  niezłe  pieniądze.  Gdybyś 

teraz  podjęła  pracę  w  Sinco,  uzupełniałbym  ci  co  miesiąc  tamtejszą  pensję  do  wysokości 

kwoty,  jaką  przed  chwilą  wymieniłem.  Jeśli  zdobędziesz  nazwisko  szpiega  lub  jakąś  inną 

ważną  dla  mnie  informację,  dostaniesz  dodatkowo  dziesięć  tysięcy  dolarów  premii!  Gdybyś 

przez  sześć  miesięcy  niczego  ciekawego  się  tam  nie  dowiedziała,  będziesz  mogła  odejść  z 

Sinco  i  przyjść  do  nas.  A  kiedy  zrobisz  dyplom  z  biznesu,  awansujesz  z  sekretarki  na 

menedżera...  To  chyba  niezła  perspektywa,  prawda?  Chociaż  widzę  po  minie,  że  coś  cię  w 

tym wszystkim niepokoi... 

background image

- Wszystko mnie w tym niepokoi, mister Whitworth! 

-  Och,  mów  mi  Philip,  zrób  dla  mnie  chociaż  tyle!  Przecież  jesteśmy  spokrewnieni. 

Wiem,  tamtej  wizyty  u  nas  przed  czternastu  laty  nie  wspominasz  pewnie  najlepiej,  ale 

widzisz...  Mój  syn  Carter  był  akurat  wtedy  w  trudnym  wieku,  moja  matka  dostała  bzika  na 

punkcie swojej książki o dziejach naszej rodziny, moja żona i ja... Krótko mówiąc, wybacz, 

że nie byliśmy dla ciebie zbyt serdeczni. I pomóż mi, proszę! Bardzo proszę. 

W  innej  sytuacji  Lauren  na  pewno  by  Whitworthowi  odmówiła,  mimo  przeprosin  i 

próśb, ale teraz, przygnieciona ciężarem odpowiedzialności za byt całej rodziny, nie zdobyła 

się na to. 

- No... dobrze. Zgoda - stwierdziła trochę niepewnym tonem. 

- Brawo! - ucieszył się Philip. 

Natychmiast chwycił za telefon, polecił sekretarce połączyć się z Sinco, a konkretnie z 

szefem działu kadr, i podał Lauren słuchawkę. Dziewczyna miała cichą nadzieję, że w firmie 

nie  będą  akurat  potrzebowali  sekretarek,  ale  niestety,  okazało  się,  że  wręcz  przeciwnie, 

potrzebują, i to od zaraz, w związku z dużym kontraktem, jaki właśnie podpisali. Szef kadr, 

który  i  tak  miał  akurat  zamiar  popracować  dłużej,  zaprosił  Lauren  na  wstępną  rozmowę 

jeszcze tego samego dnia. 

Kiedy oszołomiona odłożyła słuchawkę, Philip wstał, uścisnął jej dłoń i powiedział po 

prostu: 

- Dziękuję! 

Potem napisał coś na wyrwanej z notesu karteczce, i podając ją Lauren, dodał: 

- Kiedy  będziesz wypełniać u nich kwestionariusz, podaj swój adres w  Missouri, ale 

telefon  tutejszy,  właśnie  ten.  Uprzedzę  służbę,  żeby  odbierając,  mówili  tylko  „halo”,  a  nie 

„rezydencja państwa Whitworthów”. Zatrzymasz się tymczasem u nas... 

-  Nie  chciałabym  się  narzucać,  zatrzymam  się  w  motelu!  -  Lauren  zaczęła  się 

gorączkowo wymawiać od ponownej gościny w domu kuzynostwa. 

Philip roześmiał się. 

- No, no, nie wykręcaj się tak, chciałbym się zrehabilitować jako gospodarz. 

Speszonej Lauren nie przyszło do głowy nic innego poza pytaniem: 

- Ale czy pani Whitworth na pewno nie będzie miała nic przeciwko temu? 

-  Skądże  znowu,  Carol  będzie  zachwycona  -  stwierdził  z  całkowitym  przekonaniem 

Philip. 

Kiedy  Lauren  opuściła  gabinet,  połączył  się  telefonicznie  ze  znajdującym  się  po 

drugiej stronie korytarza gabinetem swego syna Cartera. 

background image

-  Zdaje  mi  się,  że  znalazłem  sposób  na  Nicka  Sinclaira  -  powiedział.  -  Pamiętasz 

Lauren Danner? 

background image

ROZDZIAŁ 2 

Jadąc do Sinco na rozmowę,  Lauren doszła do  wniosku, że jednak nie  powinna była 

się  godzić  na  propozycję  Philipa  Whitwortha.  Już  sama  myśl  o  zostaniu  agentka  wywiadu 

przemysłowego,  a  właściwie  kontrwywiadu,  przyprawiała  ją  o  bicie  serca.  Ze 

zdenerwowania, a może zwyczajnie ze strachu, dłonie pociły jej się na kierownicy. 

Ponieważ  nie  miała  jakoś  śmiałości  po  prostu  zawrócić  i  wyjaśnić  Philipowi,  że 

rezygnuje,  wpadła  na  inny  pomysł  wybrnięcia  z  tarapatów.  Postanowiła  tak  się  zachować 

podczas rozmowy kwalifikacyjnej, by jej do żadnej pracy nie przyjęto. 

Zrealizowała swój przewrotny plan w całej rozciągłości. Szefowi kadr w Sinco, panu 

Weatherby'emu,  celowo  nawet  nie  wspomniała  o  tym,  że  ma  wyższe  wykształcenie,  W 

testach  z  ortografii,  stenografii  i  maszynopisania  z  rozmysłem  zrobiła  mnóstwo  błędów.  Na 

dobitek, wpisując do kwestionariusza stanowisko, jakie chciałaby objąć w firmie, bez żenady 

wymieniła  najpierw  posadę  prezesa,  potem  szefa  kadr,  a  dopiero  na  trzecim  miejscu  - 

sekretarki. 

Już  przeglądając  testy,  pan  Weatherby  miał  z  lekka  przerażoną  minę.  Natomiast 

zerknąwszy  w  kwestionariusz  i  zorientowawszy  się  w  zakusach  kandydatki  na  jego  własne 

między  innymi  stanowisko,  zrobił  tak  wielkie  oczy,  że  Lauren  musiała  przygryźć  mocno 

wargi,  aby  się  na  głos  nie  roześmiać.  Po  chwili,  ochłonąwszy  nieco  z  pierwszego, 

piorunującego wrażenia, pan Weatherby uniósł się zza swego biurka i poinformował Lauren 

chłodnym  tonem  o  braku  możliwości  zatrudnienia  jej  w  firmie  Sinco  na  jakimkolwiek 

stanowisku. Pomyślała: „A może jednak nadawałabym się na wywiadowcę?” I pogratulowała 

sobie w duchu zręcznie zastosowanego fortelu. 

Kiedy przyjechała do Sinco, było już po piątej. Nim opuściła budynek firmy, zrobił się 

wieczór,  wyjątkowo  ponury  i  wietrzny  jak  na  sierpień.  Lauren  drżała  z  zimna.  Szczelniej 

otuliła się żakietem. 

Ruch  na  wielopasmowej  Jefferson  Avenue  był  ogromny,  samochody  pędziły  w 

obydwu  kierunkach  nieprzerwanymi  strumieniami.  Aby  przejść  przez  ulicę,  Lauren  musiała 

zaczekać  na  zmianę  świateł.  Na  zielonym  ruszyła  niemal  biegiem  w  stronę  przeciwległego 

chodnika, a i tak dopadła  go dosłownie na ułamek sekundy przed ponownym opanowaniem 

jezdni  przez  zwolnioną  z  krótkotrwałej  uwięzi  sforę  rozpędzonych  pojazdów.  Grubymi 

kroplami zaczął padać deszcz. Lauren spojrzała na wznoszący się przed nią wysokościowiec, 

jeszcze  w  budowie.  Doszła  do  wniosku,  że  gdyby  przeszła  na  skróty  przez  otaczający  go, 

background image

nieuporządkowany  jeszcze  teren,  szybciej  znalazłaby  się  na  parkingu,  na  którym  zostawiła 

swój  wóz.  Strugi  deszczu  i  podmuchy  zimnego  wiatru  od  Detroit  River  pomogły  jej  podjąć 

błyskawiczną  decyzję.  Lekceważąc  tablicę  „Wstęp  wzbroniony”,  weszła  na  teren  budowy, 

oddzielony od chodnika jedynie ogrodzeniem z grubej liny. 

Idąc tak szybko, jak na to pozwalało nierówne podłoże, Lauren zerknęła na budynek, 

ciemny,  jeśli  nie  liczyć  kilku  pojedynczych  świateł.  Miał  co  najmniej  osiemdziesiąt  pięter  i 

szklane  ściany,  w  których  -  niczym  w  ogromnych  lustrach  -  odbijały  się  światła 

rozciągającego się wokół wielkiego miasta. W nielicznych pomieszczeniach oświetlonych od 

wewnątrz widać było sterty kartonowych pudeł, świadczące  o tym, że przyszli użytkownicy 

biurowca już się szykują do zagospodarowania go. 

Lauren  uświadomiła  sobie  nieoczekiwanie,  że  za  sprawą  własnej  niefrasobliwości 

znalazła  się  oto  sama  jedna  w  odludnym  i  ciemnym  miejscu,  w  mieście  cieszącym  się  złą 

sławą  siedliska  wielu  przestępców,  w  którym  dochodzi  codziennie  do  licznych  gwałtów, 

napadów i rozbojów. Ogarnął ją lęk. Mając wrażenie, że słyszy za sobą jakieś ciężkie kroki, 

ruszyła  szybciej  naprzód,  wzdłuż  budynku.  Niepokojące  kroki  również  stały  się  szybsze. 

Lauren  wpadła  w  panikę,  zaczęła  biec.  Kiedy  znalazła  się  na  wprost  głównego  wejścia  do 

wysokościowca, zza ogromnych szklanych drzwi wyłonili się dwaj mężczyźni. 

- Ratunku! - zawołała w ich kierunku. - Ktoś mnie... 

Nim  zdążyła  sprecyzować,  dlaczego  prosi  o  pomoc,  zaczepiła  czubkiem  buta  o  jakiś 

wystający  z  ziemi  kabel,  i  nie  zdoławszy,  pomimo  gorączkowego  wymachiwania  rękami, 

utrzymać równowagi, rymnęła jak długa, twarzą w błoto, tuż pod nogi dwóch nieznajomych. 

Obaj  natychmiast  przykucnęli  przy  niej.  Któryś  wykrzyknął  tonem  głębokiej 

dezaprobaty: 

- I co też pani najlepszego zrobiła? 

Lauren uniosła się na łokciach i spojrzała najpierw na buty mężczyzn, a potem na ich 

pochylone nad nią, zaniepokojone twarze. 

- Chciałam tylko przećwiczyć pewien numer do cyrku - rzekła z przekąsem, - To dla 

mnie drobiazg, na bis zawsze skaczę z mostu. 

Mężczyźni najpierw wybuchnęli śmiechem, a potem pomogli jej wstać. 

-  Kim  pani,  u  licha,  jest?  -  zainteresował  się  jeden  z  nich,  a  kiedy  Lauren  się 

przedstawiła, postawił zasadnicze pytanie: - Da pani radę iść? 

- Choćby na koniec świata - odparła tym samym tonem co poprzednio, czując, że tak 

naprawdę boli ją wszystko, a zwłaszcza lewa noga w kostce. 

background image

-  Na  razie  proszę  zrobić  parę  kroków  do  środka  -  rzekł  z  uśmiechem  mężczyzna, 

wskazując na szklane drzwi budynku. - Zobaczymy przy świetle, jakiej pomocy trzeba będzie 

pani udzielić. 

Objął Lauren w talu w taki sposób, by idąc mogła się mocno wesprzeć. 

- Nick - odezwał się ten drugi. - A może lepiej zaczekaj tu z miss Danner, a ja pójdę 

sam i wezwę pogotowie? 

-  Pogotowie  nie  jest  mi  potrzebne,  proszę  nie  wzywać  karetki,  nic  mi  nie  jest, 

naprawdę, bardzo proszę! - zaczęła go przekonywać błagalnym niemal tonem Lauren. 

Odetchnęła  z  ulgą,  gdy  mężczyzna,  który  ją  podtrzymywał,  czyli  Nick,  zignorował 

sugestię współtowarzysza i zaczął ją prowadzić w stronę ciemnego hallu. 

Ulga  była  chwilowa,  gdyż  zaraz  potem  Lauren  uświadomiła  sobie,  że  wchodzenie  w 

asyście  dwóch  nieznajomych  do  opustoszałego  budynku  również  nie  jest  z  jej  strony 

najrozsądniejszym  posunięciem.  Ponieważ  jednak  nie  miała  odwrotu,  mogła  tylko  czekać  z 

niepokojem,  co  będzie  dalej.  Mężczyzna,  który  proponował  wezwanie  pogotowia,  zapalił  w 

hallu  słabe,  przyćmione  światło.  Lauren  spojrzała  na  niego  i  uspokoiła  się  trochę.  Starszy, 

dystyngowany,  ubrany  w  elegancki  garnitur  i  krawat,  z  całą  pewnością  nie  wyglądał  na 

zwyrodnialca  czy  rzezimieszka.  Raczej  na  menedżera  wysokiego  szczebla  w  dużej  firmie... 

Ten  drugi,  Nick,  wciąż  podtrzymujący  ją  silnym  ramieniem,  ubrany  w  zwykłe  dżinsy  i 

dżinsową kurtkę, nie prezentował się wprawdzie równie reprezentacyjnie, ale także nie robił 

wrażenia człowieka o złych zamiarach, O ile Lauren mogła się zorientować w półmroku, był 

sporo młodszy od swego współtowarzysza: wyglądał na mniej więcej trzydzieści pięć lat. 

- Mike - odezwał się do eleganta, po raz pierwszy wymieniając jego imię. - W którymś 

z pomieszczeń gospodarczych musi być podręczna apteczka. Przejdź się i poszukaj, dobrze? I 

potem podrzuć nam ją do biura. 

-  Czemu  nie...  -  mruknął  Mike  i  ruszył  posłusznie  ku  oznakowanym  czerwonym 

światełkiem schodom. 

Lauren z zaciekawieniem rozejrzała się po ogromnym, wysokim co najmniej na dwa 

piętra  hallu:  miał  marmurowe  posadzki  i  ściany,  zdobiły  go,  podtrzymując  zarazem  strop, 

strzeliste  marmurowe  kolumny.  Wzdłuż  jednej  ze  ścian,  stłoczone  dość  bezładnie,  stały  w 

pokaźnych  donicach  tuziny  ozdobnych  drzewek  i  bujnych  krzewów.  Rośliny  najwyraźniej 

oczekiwały  na  rozlokowanie  w  odpowiednich,  przewidzianych  przez  dekoratora  wnętrz 

punktach hallu. 

Nick i wsparta na jego ramieniu Lauren przeszli w głąb rozległego pomieszczenia, ku 

szeregowi wind. Nick nacisnął guzik przy jednych z wielu połyskujących metalicznie drzwi. 

background image

Rozsunęły  się  bezszelestnie,  niczym  wrota  sezamu,  odsłaniając  jasno  oświetlone  wnętrze 

kabiny. 

-  Zawiozę panią do jednego z niewielu biur, które jest już umeblowane.  Będzie pani 

mogła chwilę odpocząć w wygodnym fotelu, nim pani na dobre przyjdzie do siebie - wyjaśnił 

Nick, wprowadzając Lauren do windy. 

Rzuciła  mu  pełne  wdzięczności  za  troskę  spojrzenie  i...  doznała  czegoś  w  rodzaju 

szoku!  Stwierdziła  bowiem,  że  Nick  jest,  ni  mniej,  ni  więcej,  tylko  najprzystojniejszym 

mężczyzną, jakiego kiedykolwiek dotąd miała okazję spotkać. 

Drzwi  windy  zamknęły  się,  Lauren  speszona  spuściła  wzrok.  Uwolniła  się  z 

podtrzymującego uścisku i rzuciła zdławionym półszeptem: 

- Dziękuję, mogę postać o własnych siłach. 

Nick  wcisnął  guzik  osiemdziesiątego  piętra.  Lauren  machinalnie  uczyniła  taki  gest, 

jakby  chciała  poprawić  nadwerężoną  przez  deszcz,  wiatr  i  późniejszy  upadek  fryzurę, 

natychmiast opuściła jednak ręce. Uświadomiła sobie, że jej typowo kobiecy odruch nie ma 

najmniejszego  sensu,  bo  cóż  warte  uporządkowane  włosy  przy  rozmazanym  makijażu  i 

ubłoconej twarzy? 

Zaciekawiona, czy Nick istotnie jest aż tak przystojny, jak jej się na pierwszy rzut oka 

wydawało,  odważyła  się  spojrzeć  na  niego  jeszcze  raz.  Uczyniła  to  bardziej  dyskretnie  niż 

przedtem, starając się zrobić wrażenie, że po prostu rozgląda się wokół po kabinie. Nick stał 

odwrócony  do  niej  bokiem,  z  lekko  odchyloną  do  tyłu  głową.  Patrzył  na  błyskające  szybko 

ponad drzwiami windy cyferki z numeracją pokonywanych pięter. 

Lauren  musiała  przyznać  w  duchu,  że  jest  nie  tylko  aż  tak  przystojny,  ale  nawet 

jeszcze  przystojniejszy,  niż  początkowo  sądziła.  Miał  co  najmniej  metr  dziewięćdziesiąt 

wzrostu,  szerokie  ramiona  i  atletyczną  sylwetkę,  gęste,  czarne  i  doskonale  przystrzyżone 

włosy,  ciemne  brwi.  Harmonijne  rysy  jego  twarzy  wyrażały  dumę,  podszytą,  być  może, 

odrobiną hardości czy buty, męską siłę, zdecydowanie i... zmysłowość. 

Zmysłowe  były  w  twarzy  Nicka  przede  wszystkim  usta.  Zapatrzona  w  nie  Lauren 

stwierdziła nagle, że układają się w szeroki uśmiech. Zorientowała się natychmiast, ku swemu 

przerażeniu  i  najgłębszemu  zakłopotaniu,  że  nie  tylko  ona  przygląda  się  Nickowi,  ale  i  on 

patrzy na nią swymi srebrzystoszarymi oczyma, I że została przyłapana na gorącym uczynku 

kontemplowania szczegółów urody tego nieznajomego, nieziemsko atrakcyjnego mężczyzny. 

Nie będąc w stanie uczynić nic sensowniejszego, bąknęła: 

- Ja... ja się po prostu boję wind. Mam lęk wysokości. Zawsze próbuję  się na czymś 

skupić podczas jazdy w górę, na czymkolwiek, byle tylko nie myśleć o mijanych piętrach. 

background image

- Pomysłowo sobie pani radzi - stwierdził Nick z udawanym żartobliwym podziwem, 

dając Lauren do zrozumienia, że nie bierze na serio jej zmyślonych na poczekaniu wyjaśnień. 

Speszona,  zaczęła  pilnie,  w  skupionym  milczeniu  przyglądać  się  z  kolei...  drzwiom 

kabiny.  Nie  oderwała  od  nich  wzroku,  póki  nie  rozsunęły  się  automatycznie  na 

osiemdziesiątym piętrze. 

- Proszę zaczekać, zapalę światło - rzucił Nick, gdy znaleźli się w hallu. 

Po  chwili  mroczne  wnętrze  rozjaśniło  się.  Nick  wrócił,  podał  Lauren  ramię. 

Poprowadził ją powoli po miękkiej wykładzinie dywanowej w szmaragdowym kolorze w głąb 

pomieszczeń  biurowych.  Minęli  obszerną  salę  recepcyjną  i  weszli  do  przestronnego 

sekretariatu,  z  wbudowanymi  w  ścianę  szafami  na  dokumenty  i  szykownym  biurkiem, 

połyskującym politurą blatu i chromowanymi detalami. Przypominając sobie obskurne, ciasne 

pokoiki,  zagracone  podniszczonymi  meblami,  w  jakich  miała  okazję  dorywczo  pracować  w 

czasie studiów, Lauren nie zdołała opanować zdziwienia i powstrzymać się od uwagi: 

- Aż taki salon dla zwykłej sekretarki? 

-  „Zwykła”,  jak  pani  mówi,  ale  dobra,  sprawna  sekretarka  to  w  firmie  nie  byle  kto  i 

musi mieć przyzwoite miejsce do pracy - obruszył się Nick. Po czym dodał: - Zarobki w tym 

fachu z roku na rok idą w górę... 

- Tak się składa, że ja właśnie też jestem tylko zwykłą sekretarką - wyjaśniła Lauren, 

próbując zatrzeć złe wrażenie wywołane użyciem nie najzręczniejszego może sformułowania. 

-  Tu  naprzeciwko,  w  Sinco,  starałam  się  o  posadę.  Byłam  na  rozmowie  kwalifikacyjnej, 

zanim... zanim się spotkaliśmy. 

Rozmawiając,  podeszli  do  wysokich,  dwuskrzydłowych  drzwi  z  palisandru.  Nick 

otworzył  je  na  całą  szerokość  i  przepuścił  Lauren  przodem.  Weszła  trochę  niepewnym 

krokiem  do  kolejnego  pomieszczenia,  i  rozejrzawszy  się  po  nim,  wykrzyknęła,  nie  kryjąc 

zdumienia: 

- Dobry Boże! A ten salon dla kogo? 

- Ten to już dla samego szefa - uświadomił ją Nick z lekka kpiarskim tonem, - Gabinet 

prezesa, jedno z niewielu pomieszczeń już całkowicie urządzonych. 

Lauren  w  milczeniu  podziwiała  imponujące  wnętrze.  Jedną  ze  ścian  gabinetu,  tę  na 

wprost  wejścia,  stanowiła  ogromna  tafla  szkła.  Odsłaniała  rozległy,  fantastyczny  widok 

nocnego  Detroit,  rozbłyskującego  milionami  świateł.  Trzy  pozostałe  ściany  były  od  podłogi 

po  sufit  wyłożone  boazerią  z  palisandru.  Pod  nogami  rozpościerał  się  puszysty  kremowy 

dywan.  Umeblowanie  stanowiło  palisandrowe  biurko  z  fotelem  dla  prezesa  i  sześcioma 

background image

krzesłami  dla  jego  interesantów  oraz  trzy  długie,  miękkie  sofy  z  ciemnozielonym  obiciem, 

ustawione w podkowę wokół niskiego, ale rozłożystego stolika ze szklanym blatem. 

- Doprawdy, coś wspaniałego! - stwierdziła z głębokim westchnieniem. 

-  Przygotuję  dla  nas  coś  do  picia,  zanim  Mike  zjawi  się  z  apteczką,  zgoda?  - 

zaproponował Nick. 

Lauren nie odpowiedziała, po prostu bowiem zaniemówiła z podziwu, kiedy podszedł 

do  pustej  ściany,  dotknął  jej  lekko  koniuszkami  palców  i  sprawił  w  ten  sposób,  że 

palisandrowa  płyta  odsunęła  się  bezgłośnie,  odsłaniając  wyłożony  od  wewnątrz  lustrami  i 

dyskretnie  podświetlony  barek,  w  którym  na  szklanych  półkach  stały  rzędami  kryształowe 

szklaneczki i karafki. 

Pomimo  wysiłków  nie  była  w  stanie  ukryć  piorunującego  wrażenia,  jakie  zrobiło  na 

niej  nagromadzone  w  gabinecie  bogactwo.  Nick  z  kolei  ani  trochę  nie  próbował  maskować 

wywołanego jej reakcją rozbawienia. 

Lauren  nieoczekiwanie  uświadomiła  sobie,  że  ten  mężczyzna  traktuje  ją  z  gruntu 

inaczej  niż  wszyscy  inni,  których  w  dotychczasowym  dorosłym  życiu  spotykała.  Że 

bezceremonialnie  śmieje  się  jej  prosto  w  nos,  zamiast  jak  tamci  podziwiać  jej  urodę.  Mówi 

się,  że  piękno,  niczym  w  zwierciadle,  odbija  się  w  spojrzeniu  tego,  kto  je  kontempluje. 

Srebrzystoszare oczy Nicka błyskały wyłącznie filuterną kpiną. 

- Gdyby chciała się pani umyć, to tam jest łazienka - odezwał się, wskazując na inną 

pustą ścianę. 

- A dokładnie gdzie? - zapytała Lauren, siląc się na maksymalnie obojętny ton. 

-  Proszę  iść  prosto  i  dotknąć  ściany,  kiedy  już  pani  do  niej  dojdzie  -  rzekł  Nick  z 

figlarnym uśmiechem. 

Lauren  spojrzała  na  niego  spod  oka,  ale  zastosowała  się  do  wskazówek.  Ściana 

faktycznie  rozsunęła  się  przed  nią,  odsłaniając  obszerną  łazienkę,  Lauren  weszła  do  środka. 

Zamykając za sobą drzwi, usłyszała jeszcze Mike'a, który dotarł akurat do gabinetu i oznajmił 

głośno: 

- Jest apteczka. 

Po chwili, sądząc zapewne, że Lauren go nie słyszy, dodał ściszonym tonem: 

-  Nick,  jako  prawnik  radzę  ci  zaraz  sprowadzić  do  tej  dziewczyny  lekarza,  żeby  ją 

zbadał  i  opisał  jej  zadrapania  i  stłuczenia.  Jeśli  nie  będziesz  miał  w  ręku  świadectwa 

lekarskiego,  ona  zawsze  może  wyskoczyć  z  żądaniem  wielomilionowego  odszkodowania  za 

rzekome  „poważne  obrażenia  ciała”  odniesione  na  twoim  terenie,  a  więc  poniekąd  z  twojej 

winy. 

background image

-  Mike,  przestań  robić  z  igły  widły  -  odparł  Nick.  -  Przecież  to  tylko  przerażony 

dzieciak,  który  „złapał  zająca”.  Lekarz,  pogotowie,  obdukcja...  To  by  ją  niepotrzebnie 

przestraszyło. 

- No cóż - westchnął Mike. - Zrobisz, jak zechcesz. W niczym cię nie wyręczę, i tak 

już  jestem  mocno  spóźniony  na  to  spotkanie  w  Troy,  muszę  pędzić.  Radź  sobie  sam,  tylko 

błagam cię, nie częstuj jej żadnym alkoholem, bo jeszcze cię ktoś oskarży o próbę uwiedzenia 

małolaty! Najlepiej niech się napije lemoniady... 

Zarazem rozbawiona i poirytowana nazwaniem jej „dzieciakiem” i „małolatą”, Lauren 

domknęła  drzwi.  Zerknęła  w  zawieszone  nad  umywalką  lustro  i...  parsknęła  nerwowym, 

histerycznym  śmiechem.  W  zwierciadle  ujrzała  bowiem  wprawdzie  własne,  z  natury 

urodziwe  oblicze,  zmienione  jednak  niemal  nie  do  poznania  za  sprawą  pokrywającej  je 

maseczki  z  gęstego,  kleistego  błota.  Również  włosy  miała  pozlepiane  gliną  w  sztywne, 

sterczące pasemka. Żałosnej całości dopełniał zmięty i poplamiony błotem żakiet. 

Poczuła - był to dla niej nieodparty wprost impuls - że musi się kompletnie zmienić, 

zanim wyjdzie z łazienki, i zaskoczyć, zaszokować Nicka. Wcale nie po to (tłumaczyła sama 

sobie), by wzbudzić u niego podziw czy zainteresowanie. Raczej aby mu pokazać, że ten się 

naprawdę śmieje, kto się śmieje ostatni. 

Zaczęła pośpiesznie doprowadzać się do porządku, wychodząc ze słusznego ze wszech 

miar  założenia,  że  tylko  szybka  przemiana  naprawdę  robi  wrażenie.  Umyła  ręce  i  twarz, 

zdjęła podarte na kolanach rajstopy, rozpuściła i rozczesała włosy, lekko uszminkowała usta 

brzoskwiniową  pomadką  i  przypudrowała  policzki.  Zdjęła  ubłocony  żakiet.  Włożyła 

zapasowe  rajstopy,  które  szczęśliwym  trafem  miała  w  torebce.  Z  satysfakcją  spojrzała  w 

lustro.  Odświeżona,  w  eleganckiej  białej  bluzce  układającej  się  miękko  na  wypukłościach 

biustu,  wyglądała  dokładnie  tak,  jak  mogła  sobie  życzyć.  Wzięła  torebkę  i  żakiet  do  ręki. 

Cicho zamykając za sobą drzwi, przeszła z łazienki z powrotem do gabinetu. 

Nick stał przy barku. Nie spoglądając w stronę Lauren, usprawiedliwił się: 

- Musiałem zadzwonić, więc się spóźniłem z drinkami, ale już za chwilę będą gotowe. 

Znalazła pani w łazience wszystko co trzeba? 

- Owszem, dziękuję - odpowiedziała Lauren. 

Odłożyła na kanapę żakiet i torebkę. Zaczęła przyglądać się Nickowi, tym razem bez 

skrępowania, skoro nie mógł jej na tym przyłapać, odwrócony tyłem. Przygotowywał drinki 

energicznymi, zręcznymi ruchami: szklanki, kostki lodu... Wcześniej zdjął kurtkę i przewiesił 

ją przez oparcie krzesła, był tylko w dżinsach i trykotowej koszulce, która napinała mu się na 

karku  przy  każdym  poruszeniu  muskularnych  ramion.  Lauren  prześliznęła  się  wzrokiem  po 

background image

jego imponującej sylwetce: szerokie ramiona, wąskie biodra, długie nogi... Zawstydziła się i 

zaczęła patrzeć w inną stronę dopiero wtedy, gdy się odezwał. 

Powiedział: 

- Przykro mi, ale nie mam tu lemoniady. Przygotowałem dla pani tonik z lodem. 

Usłyszawszy  słowo  „lemoniada”,  Lauren  przypomniała  sobie  Mike'a  i  jego  obawy, 

więc o mało nie wybuchnęła śmiechem. Opanowała się jednak i czekała w milczeniu, aż Nick 

na nią spojrzy i oceni efekt przemiany. 

Ujął w dłonie napełnione szklanki i odwrócił się. Zrobił krok i stanął jak wrośnięty w 

ziemię. Zmarszczył brwi, przymrużył oczy i zaczął intensywnie wpatrywać się w fantazyjnie 

obramowaną połyskliwą, miodowozłocistą masą rozpuszczonych włosów twarz Lauren, jakże 

inną w tej chwili niż przedtem. Po chwili opuścił wzrok niżej, na jej kształtne piersi, wąską 

talię i zgrabne nogi. 

Chciała,  by  dojrzał  w  niej  kobietę,  i  dopięła  swego.  Z  błyskiem  rozbawienia  w 

turkusowych  oczach  czekała  teraz  na  jakiś  komplement.  Nick  jednak  nie  rzekł  nic,  tylko 

odwrócił się ponownie w stronę barku, podszedł do niego i sięgnął po jedną z kryształowych 

karafek. 

- A cóż to zamierza pan zrobić? - spytała Lauren z lekka zaczepnym tonem. 

Usłyszała w odpowiedzi: 

- Zamierzam wzmocnić pani tonik odrobiną ginu. 

Roześmiała się głośno. Nick zerknął przez ramię w jej stronę. 

- Tak z czystej ciekawości: ile pani ma lat? - zapytał. 

- Dwadzieścia trzy. 

-  I  zanim  padła  pani  dzisiaj  przede  mną  na  twarz,  wystraszona  przez  tutejszego 

dozorcę, odwiedziła pani Sinco jako kandydatka na sekretarkę? 

- Owszem. 

-  Proszę  usiąść.  -  Nick  wskazał  Lauren  sofę.  -  Nie  powinna  pani  niepotrzebnie 

forsować tej nogi... 

- Nic mnie nie boli - wyjaśniła, ale posłusznie usiadła. 

Nick podał jej szklankę. 

- I co, dali pani tę pracę? - zapytał. 

- Niestety nie. 

Nick przykucnął przy sofie. 

-  Muszę  rzucić  okiem  na  pani  kostkę  -  stwierdził,  po  czym  dość  bezceremonialnie 

zdjął Lauren pantofel i z wprawą przeszkolonego sanitariusza zaczął obmacywać jej nogę. 

background image

Każde  dotknięcie  jego  dłoni  wywoływało  w  niej  dziwny,  niepokojący  dreszcz. 

Spłoniła  się  ze  wstydu.  Na  szczęście  on,  skupiony  na  badaniu,  jakoś  tego  nie  zauważył. 

Spytał: 

- Jest pani dobrą sekretarką? 

- Mój poprzedni pracodawca twierdził, że tak. 

-  Dobre  sekretarki  są  zawsze  w  cenie,  ktoś  z  Sinco  na  pewno  niedługo  do  pani 

zadzwoni i zaproponuje posadę. 

- Och, wątpię - zachichotała Lauren. - Szef kadr w Sinco, pan Weatherby, uznał chyba, 

że nie jestem wystarczająco bystra - wyjaśniła. 

Nick z niedowierzaniem spojrzał jej w oczy. 

-  Czyżby?  Moim  zdaniem,  Lauren,  jest  pani  co  najmniej  tak  bystra  jak  woda  w 

górskim strumieniu. Ten Weatherby musi chyba być ślepy! 

- Chyba tak, bo inaczej nie włożyłby marynarki w kratkę i krawata w paski. - Lauren 

pozwoliła sobie na lekką kpinę z szacownego kadrowca. 

- Doprawdy tak się wystroił? - spytał z uśmiechem Nick. 

Lauren skinęła  głową.  Teraz z kolei ona spojrzała mu w oczy. D o - strzegła w nich 

sporą dozę ciepła i poczucia humoru, a także... odrobinę cynizmu. To odkrycie bynajmniej jej 

nie przeraziło, przeciwnie, sprawiło, że Nick wydał jej się nawet jeszcze bardziej atrakcyjny, 

bardziej męski. 

- Noga nie jest ani trochę opuchnięta - stwierdził, powracając do badania. - Chyba nie 

bardzo ucierpiała w wyniku tego pani upadku. 

- Też tak sądzę - zgodziła się Lauren. Po czym dodała pół żartem, pół serio: - Z całą 

pewnością znacznie mniej niż moja godność osobista. 

- Do wesela noga na pewno się zagoi. Razem z godnością! - zażartował Nick. 

Wziął  w  rękę  pantofel  Lauren.  Wsuwając  go  jej  na  stopę  i  udając,  że  tylko  głośno 

myśli, powiedział: 

-  Czy  mi  się  zdaje,  czy  jest  jakaś  bajka,  w  której  facet,  chyba  królewicz,  rozpoznaje 

dziewczynę po buciku? 

- Jest taka bajka, o Kopciuszku - przytaknęła Lauren, nieco speszona. 

- A co się stanie, jeśli ten bucik będzie pasował? 

- Przystojny królewicz zamieni się we wstrętną ropuchę! 

Oboje  wybuchnęli  śmiechem,  Nick  wstał,  wychylił  szybko  swego  drinka,  odstawił 

szklankę  na  szklany  blat  stołu,  Lauren  zrozumiała,  że  czas  już  zakończyć  niezwykłe 

spotkanie. Nick podszedł do telefonu, podniósł słuchawkę, wybrał jakiś numer. 

background image

-  George,  tu  Nick  Sinclair  -  oznajmił  swemu  rozmówcy  -  Ta  młoda  dama,  którą 

uznałeś  za  intruza  i  próbowałeś  gonić,  już  prawie  przyszła  do  siebie  po  upadku.  Mógłbyś 

podjechać służbowym wozem pod główne wejście i podwieźć ją do miejsca, gdzie zostawiła 

swój samochód? Świetnie, będziemy na dole za pięć minut. 

„Tylko pięć minut - pomyślała Lauren ze smutkiem. - I nawet mnie sam nie podrzuci 

na parking. Nick Sinclair... Właściwie co to za facet, że tak swobodnie się tutaj rządzi?” 

Desperacja dodała jej odwagi, by zapytać: 

- Pracuje pan dla firmy, która buduje ten biurowiec? 

- Tak, właśnie dla tej - odparł, zerkając niecierpliwie na zegarek. 

- Lubi pan swoją pracę? 

- Owszem, lubię budować. Jestem inżynierem. 

- Wyślą pana gdzie indziej, jak ta budowa się skończy? 

- Nie. Powinienem tu zostać jeszcze przez kilka lat. 

Lauren  wstała,  wzięła  torebkę  i  żakiet.  Pomyślała,  że  widocznie  obsługę 

nowoczesnych, skomputeryzowanych urządzeń takiego wysokościowca, obsługę ogrzewania, 

klimatyzacji,  wind  i  tak  dalej  musi  na  stale  nadzorować  inżynier  budowlany.  Gdyby  więc 

znowu  znalazła  się  kiedyś  w  tej  okolicy...  „Nie,  przecież  to  nie  ma  najmniejszego  sensu!”  - 

zaczęła przekonywać w duchu sama siebie. A głośno powiedziała: 

-  Cóż,  dziękuję  panu  za  wszystko.  Mam  nadzieję,  że  prezes  nie  zauważy  śladów 

włamania do barku w jego gabinecie? 

- Nie ma obawy. Wszyscy portierzy się tu włamują. Cała ta nowoczesność, „Sezamie, 

otwórz  się”,  sama  pani widzi,  co  to  wszystko  warte.  Przydałaby  się  solidna  kłódka,  ot  co!  - 

stwierdził z humorem Nick, ucinając dalszą rozmowę. 

Lauren  zorientowała  się,  że  najwyraźniej  się  śpieszy.  „Może  ma  jakieś  spotkanie?”  - 

zaczęła  się  zastanawiać,  kiedy  jechali  na  dół  windą.  „Z  piękną  kobietą?  -  próbowała 

zgadywać. - A może jest po prostu żonaty i pilno mu po pracy na kolację do domu?” 

Samochód czeka! przed wejściem. Nick pomógł Lauren zająć miejsce obok kierowcy 

w służbowym ochroniarskim uniformie. Zanim zatrzasnął drzwi wozu, rzucił jeszcze: 

-  Znam  parę  osób  w  Sinco,  spróbuję  szepnąć,  komu  trzeba,  żeby  nakłonił 

Weatherby'ego do zmiany decyzji w pani sprawie.... 

Lauren  zrobiło  się  przyjemnie,  że  Nick  chce  się  za  nią  ująć,  pamiętając  jednak 

doskonale, co rozmyślnie zrobiła z testami, powiedziała: 

- Proszę sobie nie robić kłopotu, w mojej sprawie na pewno nikt pana Weatherby'ego 

nie przekona. Ale dziękuję za dobre chęci... 

background image

 

W dziesięć minut później Lauren odebrała swój samochód ze strzeżonego parkingu, i 

trzymając  się  wskazówek,  jakich  udzieliła  jej  wcześniej  sekretarka  Philipa,  ruszyła 

spryskanymi  deszczem  ulicami  w  kierunku  rezydencji  rodziny  Whitworthów.  O  Nicku 

Sinclairze  chwilowo  zapomniała,  w  jej  pamięci  odżyły  bowiem  przykre  wspomnienia 

weekendu, jaki spędziła w Grosse Pointę przed czternastu laty. 

Pierwszy  dzień  wizyty  nie  był  nawet  najgorszy:  po  prostu  nikt  się  nią  specjalnie  nie 

interesował. Za to drugiego dnia, zaraz po lunchu, w pokoju, który jej przydzielono, zjawił się 

Carter,  nastoletni  syn  gospodarzy.  Oświadczył,  że  na  polecenie  matki  zajmie  się  nią  trochę, 

„żeby  jej  się  nie  nudziło”.  Wyszli  do  ogrodu.  Carter  „niechcący”  tak  złośliwie  podstawił 

Lauren  nogę,  że  przewróciła  się  wprost  na  klomb  mocno  kolczastych  róż  i  podarta  sobie 

sukienkę.  Po  pól  godzinie,  kiedy  już  się  przebrała  w  swoim  pokoju,  przyszedł  znowu,  z 

przeprosinami i propozycją, że pokaże jej domowe psy. 

Lauren zgodziła się puścić w niepamięć incydent z różami. Pochwaliła się Carterowi, 

że  też  ma  psa,  białą  suczkę  imieniem  Fluffy,  po  czym  podreptała  za  nim  w  odległy  kraniec 

ogrodu,  gdzie  za  zamaskowanym  żywopłotem  ogrodzeniem  z  drucianej  siatki  znajdował  się 

wybieg dla dwóch strzegących nocą terenu rezydencji dobermanów. 

- Moja najlepsza przyjaciółka też ma dobermana. On chętnie bawi się z nami w berka i 

zna różne sztuczki - zaszczebiotała, gdy stanęli przed furtką. 

- Nasze też znają trochę sztuczek, sama zobaczysz - mruknął Carter, po czym otworzył 

ogromną kłódkę i wpuścił Lauren za ogrodzenie. 

-  Cześć,  pieski  -  powitała  wesoło  dwa  skupione,  czujne  czworonogi  i  wyciągnęła  ku 

psom rękę, żeby je po kolei pogłaskać. 

W  tym  samym  momencie  furtka  zatrzasnęła  się  za  nią,  a  Carter,  który  pozostał  za 

ogrodzeniem, wydał dobermanom komendę: 

- Pilnuj! 

Słysząc  rozkaz,  psy  na  moment  znieruchomiały,  a  potem,  odsłaniając  kły  i 

powarkując,  zaczęły  zbliżać  się  do  Lauren.  Zmusiły  ją,  by  się  cofnęła  do  samego  płotu. 

Krzyknęła przerażona: 

- Carter, czemu one się tak zachowują? 

- Na razie jeszcze nie robią nic złego, ale lepiej się nie ruszaj, bo mogą ci skoczyć do 

gardła!  -  pocieszył  ją  w  odpowiedzi  kuzynek,  krzywiąc  usta  w  złośliwym,  urągliwym 

uśmieszku. 

background image

I jak gdyby nigdy nic, poszedł sobie, nie zważając na błagalne nawoływania Lauren, 

żeby nie zostawiał jej samej. 

Dopiero w pół godziny później natknął się na nią ogrodnik. 

-  Co  ty  tu,  dziecko,  najlepszego  robisz?  -  wykrzyknął  rozgniewany.  -  Dlaczego 

drażnisz te przeklęte psy? 

Otworzył furtkę i wyprowadził sparaliżowaną i oniemiałą dosłownie ze strachu Lauren 

na zewnątrz. Dopiero po dłuższej chwili była w stanie się odezwać. 

- One chciały mi skoczyć do gardła, proszę pana - wyszeptała i zalała się łzami. 

- Co też ty opowiadasz, dziecko - rzeki ogrodnik nieco łagodniejszym tonem. - Te psy 

nie  zrobiłyby  ci  żadnej  krzywdy,  są  wyszkolone  tylko  do  pilnowania  terenu.  Wiesz,  płoszą 

intruzów samym szczekaniem i groźnym wyglądem, nic więcej. Wcale nie gryzą. 

Wróciwszy  do  domu,  Lauren  przez  resztę  popołudnia  próbowała  obmyślić  plan 

krwawej  zemsty  na  Carterze,  niestety  jednak  bez  konkretnych  rezultatów.  Nim  przyszła 

matka,  żeby  ją  zabrać  na  kolację,  Lauren  doszła  do  wniosku,  że  po  raz  kolejny  będzie 

zmuszona zapomnieć o nagannym postępku kuzyna. Matce nie chciała się skarżyć, gdyż Gina 

Danner,  ze  względu  na  swe  włoskie  korzenie,  miała  ogromny  sentyment  do  rodziny,  nawet 

dalekiej, i kierując się tym sentymentem, z pewnością byłaby skłonna uznać wybryk Cartera 

raczej za niewinną chłopięcą psotę niż za rozmyślną złośliwość. 

Nim  zeszły  z  góry  do  znajdującej  się  na  parterze  jadalni,  pokojówka  poinformowała 

panią  Danner,  że  jest  do  niej  telefon  od  męża.  Gina  zatrzymała  się  w  hallu,  przy  aparacie, 

poleciwszy przedtem córce iść do pokoju jadalnego i zająć miejsce przy stole. 

Lauren  skierowała  się  ku  zwieńczonym  lukiem  drzwiom  przestronnego 

pomieszczenia,  w  którym  przy  ogromnym,  rozłożystym  stole  zasiadała  cala  rodzina 

Whitworthów.  Już  miała  przekroczyć  próg,  gdy  usłyszała  wypowiedziane  kąśliwym  tonem 

słowa matki Cartera, skierowane do męża: 

- Przecież mówiłam tej Danner, że kolacja będzie o ósmej. Jest ósma dwie. Skoro ona 

nie ma na tyle ogłady, żeby się nie spóźniać, zaczniemy bez niej, trudno. 

Lauren  zatrzymała  się.  Nie  ujawniając  swej  obecności  zgromadzonym  przy  stole, 

patrzyła  w  zamyśleniu,  jak  lokaj  nalewa  zupę  do  porcelanowych  miseczek.  Pani  Whitworth 

znowu się odezwała do męża: 

- Philipie, dotąd starałam się być tolerancyjna, ale nie zamierzam się już więcej godzić 

na żadne kolejne wizyty w naszym domu tej podejrzanej zbieraniny z całych Stanów, albo i z 

całego świata. Mam wrażenie - tu zwróciła się do siedzącej również przy stole starszej damy - 

że mama zgromadziła już wystarczająco dużo materiałów do swojej monografii... 

background image

-  Gdybym  zgromadziła  dość  materiałów  -  przerwała  jej  seniorka  rodu  -  ci  ludzie  nie 

byliby  mi  potrzebni.  Wiem,  że  ich  grubiańskie  towarzystwo  cię  drażni,  Carol,  ale  jeszcze 

przez pewien czas będziesz musiała się godzić na odwiedziny naszych dalekich krewnych. 

Lauren,  nie  zauważona  przez  zgromadzonych  przy  stole,  stała  w  drzwiach. 

Przysłuchiwała  się  wymianie  zdań  oburzona,  z  poczuciem  bezsilnej  wściekłości.  Myślała  z 

dziecięcą,  bezkompromisową  logiką:  „Dlaczego  ci  straszni  ludzie  mogą  bezkarnie 

wygadywać  takie  rzeczy,  dlaczego  wolno  im  tak  obrażać  i  poniżać  innych?  Dlaczego  nie 

wstydzą  się  tego,  skoro  każde  z  nich,  nawet  pewnie  ten  bęcwał  Carter,  uważa  się  za  wzór 

towarzyskiej ogłady i dobrych manier?” 

Nadeszła  matka,  wzięła  Lauren  za  rękę,  wprowadziła  ją  do  pokoju.  Przeprosiła  za 

chwilowe  spóźnienie.  Whitworthowie  jedli  zupę  i  zdawali  się  wcale  nie  zauważać 

wchodzących. 

Lauren, usiadłszy przy stole, doznała nagle czegoś w rodzaju olśnienia. Przyszedł jej 

do głowy znakomity pomysł. Złożyła nabożnie dłonie i piskliwym trochę, ale dźwięcznym i 

mocnym dziecięcym głosikiem wyrecytowała taką oto modlitwę: 

-  Dobry  Boże,  prosimy  Cię,  pobłogosław  ten  pokarm,  który  będziemy  spożywać.  I 

pobłogosław nam wszystkim, nawet tym wstrętnym, nadętym zarozumialcom, którzy myślą, 

że są lepsi od innych, bo mają więcej pieniędzy. Amen. 

Nie sprawdzając nawet, jakie wrażenie wywarła jej zuchwała przemowa na obecnych, 

a  już  zwłaszcza  jak  zareagowała  na  nią  tak  bardzo  układna  i  życzliwa  ludziom  w  każdej 

sytuacji  matka,  Lauren  jak  gdyby  nigdy  nic  spróbowała  zupy.  Zupa  była  całkiem  zimna. 

Dziewczynka odłożyła łyżkę, podejrzewając jakąś kolejną złośliwość ze strony gospodarzy. 

-  Jakiś  problem,  panienko?  -  sapnął  w  jej  kierunku  lokaj,  równie  naburmuszony  jak 

jego chlebodawcy. 

- Moja zupa jest zimna - wyjaśniła Lauren i sięgnęła po szklankę z mlekiem. 

- Aleś ty głupia! Przecież to vichyssoise! Zawsze się ją podaje na zimno - odezwał się 

przemądrzałym tonem siedzący obok Carter. 

W  chwilę  potem  mleko  „niechcący”  wylało  się  Lauren  prosto  na  spodnie  i  krzesło 

kuzyna. 

-  Och,  tak  mi  przykro,  Carter,  przepraszam!  -  zaczęła  się  usprawiedliwiać,  tłumiąc 

złośliwy  chichot.  -  Znowu  nam  się  przytrafił  wypadek,  prawda?  Tyle  już  mieliśmy  dzisiaj 

tych  wypadków  -  zwróciła  się  do  wszystkich  obecnych.  -  Najpierw  Carter  niechcący 

wepchnął mnie w kolczaste róże, potem niechcący zamknął mnie na wybiegu z psami.,. 

background image

- Dość! Nie zamierzam już dłużej słuchać tych impertynenckich oskarżeń. To dziecko 

jest  doprawdy  źle  wychowane  -  sznurując  pogardliwie  usta,  rzuciła  w  przestrzeń  Carol 

Whitworth. 

Lauren  znalazła  w  sobie  dość  odwagi,  by  spojrzeć  wprost  na  nią  i  powiedzieć  z 

udawaną skruchą: 

-  Bardzo  przepraszam.  Nie  wiedziałam,  że  ludzie  dobrze  wychowani  nie  opowiadają 

przy kolacji o tym, co ich spotkało w ciągu dnia. Nie wiedziałam też - dodała po chwilowym 

namyśle  -  że  ludzie  dobrze  wychowani  nie  krępują  się  nazywać  swoich  gości  „podejrzaną 

zbieraniną”. 

background image

ROZDZIAŁ 3 

Zatrzymawszy  samochód  przed  rezydencją  Whitworthów,  Lauren  poczuła  się 

ogromnie  zmęczona.  Nic  dziwnego.  Miała  przecież  za  sobą  dwanaście  godzin  jazdy  do 

Detroit, dwie rozmowy na temat pracy, niefortunny upadek, wreszcie - niezwykłe spotkanie w 

nieukończonym  biurowcu  z  najprzystojniejszym  i  najbardziej  zniewalającym  mężczyzną, 

jakiego  kiedykolwiek  dotąd  w  życiu  miała  okazję  poznać.  Tyle  wrażeń!  I  złość  na  siebie 

samą, że rozmyślnie robiąc błędy w testach w Sinco, utraciła niepowtarzalną okazję podjęcia 

pracy w firmie, której siedziba znajduje się tak blisko miejsca pracy tamtego fantastycznego 

faceta! 

Wysiadła  z  samochodu,  otworzyła  bagażnik,  wyjęła  z  niego  swoją  walizkę. 

Uświadomiła sobie, że zbliżający się właśnie ku końcowi ciężki dzień to czwartek, że od razu 

nazajutrz, w piątek, powinna zająć się szukaniem mieszkania, a gdy tylko je znajdzie, zaraz 

wracać do Fenster po resztę rzeczy. Philip wprawdzie nie określił terminu, w jakim mogłaby 

rozpocząć  pracę  w  jego  firmie,  ale  im  szybciej,  tym  lepiej,  choćby  za  tydzień,  a  najdalej  za 

dwa tygodnie... 

Frontowe  drzwi  rezydencji  otworzyły  się.  Stanął  w  nich  lokaj  w  liberii,  ten  sam,  jak 

rozpoznała  Lauren, który  czternaście lat temu asystował przy pamiętnej  niedzielnej kolacji i 

nalewał cebulowo - ziemniaczany chłodnik, zwany z francuska vichyssoise. 

Nim lokaj zdążył ceremonialnie wprowadzić Lauren i zaanonsować ją państwu, Philip 

Whitworth wybiegł osobiście na powitanie kuzynki. 

-  Lauren,  nareszcie  jesteś!  -  wykrzyknął.  -  Gdzie  się  podziewałaś  tak  długo? 

Zamartwiałem się tu już o ciebie... J a k ci poszło w Sinco? 

Lauren wyjaśniła oględnie, że nie najlepiej, opisała w krótkich słowach wszystko, co 

jej się przytrafiło po rozmowie z panem Weatherbym, i zapytała na koniec, czy jeszcze przed 

kolacją mogłaby się trochę odświeżyć. Philip polecił lokajowi zaprowadzić ją do gościnnego 

pokoju z łazienką, który przygotowano dla niej na górze. Lauren szybciutko wzięła prysznic, 

uporządkowała  fryzurę  i  makijaż.  Wygniecionego  i  poplamionego  granatowego  kostiumu 

oczywiście już nie wkładała. Wybrała na wieczór elegancką, idealnie dopasowaną morelową 

spódnicę i harmonizującą z nią bluzkę. 

Philip Whitworth, który czekał w hallu na dole, rzekł z podziwem: 

- Jesteś doprawdy niewiarygodnie szybka, Lauren. Weszli do salonu. 

- Carol, z pewnością pamiętasz Lauren - zwrócił się Philip do żony. 

background image

-  A  czyż  mogłabym  ją  zapomnieć?  -  odparła  pani  Whitworth,  przywołując  na  swą 

piękną, lecz zimną, beznamiętną twarz uśmiech również chłodny, choć całkowicie poprawny. 

- Jak się miewasz, Lauren? 

- Widać, że Lauren miewa się świetnie, mamo, a w każdym razie świetnie wygląda - 

odezwał  się  na  to  Carter  Whitworth, z  ogromną  galanterią  powstając  z  krzesła  i  już z  nieco 

mniejszą mierząc uroczą kuzynkę od stóp do głów badawczym spojrzeniem. 

Dawny dręczyciel nalał Lauren szklaneczkę sherry. Wzięła ją od niego, przysiadła na 

sofie. Carter nie wrócił już na poprzednie miejsce, lecz ulokował się obok. 

- Zmieniłaś się... - zagadnął. 

- Ty też - ucięła krótko Lauren, 

- Kiedyś jakoś trudno nam się było dogadać... 

- Owszem, trudno. 

- A właściwie dlaczego? 

- Właściwie nie pamiętam. 

-  A  ja  pamiętam  -  roześmiał  się  Carter.  -  Bo  byłem  nieznośnym  łobuziakiem  i  z 

rozmysłem ci dokuczałem! 

-  Istotnie!  -  Spięta  i  nieufna  dotąd  Lauren,  usłyszawszy  szczere  wyznanie  kuzyna,  a 

właściwie jego otwartą samokrytykę, również wybuchnęła śmiechem. 

W  ten  sposób  zawarty  został  rozejm.  Kiedy  w  drzwiach  salonu  pojawił  się  lokaj, 

Carter wstał i podał Lauren rękę. 

- Czy mogę cię prosić? - zapytał. - Podano już do stołu... 

 

Pod  koniec  składającego  się  z  kilku  wykwintnych  dań  posiłku  w  pokoju  jadalnym 

pojawił się lokaj, by oznajmić: 

-  Proszę  wybaczyć,  ale  miss  Danner  jest  proszona  do  telefonu.  Dzwoni  pan 

Weatherby, z Sinco Electronics Company. 

-  Miss  Danner  nie  będzie  się  fatygowała  podczas  kolacji,  Higgins,  proszę  przynieść 

aparat telefoniczny tutaj, do stołu - polecił Philip Whitworth. 

Gdy  tylko  Lauren  skończyła  krótką  rozmowę,  a  właściwie  wysłuchała  tego,  co 

Weatherby miał jej do powiedzenia, zniecierpliwiony i zaciekawiony zapytał: 

-  No  i  co?  Czego  się  dowiedziałaś?  Mów  śmiało,  Carol  i  Carter  znają  już  sprawę, 

wiedzą, że będziesz próbowała mi pomóc... 

background image

Lauren  nie  była  zachwycona  faktem,  że  Whitworth  wtajemniczył  we  wszystkie 

szczegóły  ich  poufnej  rozmowy  żonę  i  syna.  Przeszła  nad  tym  jednak  do  porządku  i 

wyjaśniła, lekko rozbawiona: 

-  Okazuje  się,  że  ten  mężczyzna,  który  mi  pomógł,  kiedy  się  przewróciłam,  ma  w 

Sinco  jakiegoś  bardzo  wpływowego  przyjaciela.  Skontaktował  się  z  nim,  a  ten  przyjaciel 

natychmiast skontaktował się z panem Weatherbym. I Weatherby nagle sobie „przypomniał”, 

że  w  firmie  jest  posada  w  sam  raz  dla  mnie.  Posada  sekretarki...  Jutro  mam  się  zgłosić  na 

rozmowę. 

- Mówił konkretnie do kogo? 

- Wymienił chyba nazwisko Williams... 

- Jim Williams, a niech to! - mruknął Philip z podziwem, ale nie powiedział nic więcej 

o ewentualnym przyszłym szefie Lauren. 

Po  kolacji  Carol  i  Carter  udali  do  swoich  apartamentów  na  spoczynek.  Philip 

natomiast poprosił Lauren, by jeszcze przez chwilę została z nim w salonie. 

- Jim Williams pewnie zechce, żebyś rozpoczęła pracę od zaraz - powiedział. - Ile ci 

trzeba czasu, żeby wyskoczyć do domu, zabrać resztę rzeczy i wrócić? 

- Nie mogę jechać do domu po rzeczy, dopóki nie znajdę mieszkania - zastrzegła się 

Lauren. 

Rzeczywiście... Philip zamyślił się na chwilę. Nagle wykrzyknął raźno: 

-  Mam!  Wiesz,  kilka  lat  temu  kupiłem  mieszkanie  w  Bloomfield  Hills  dla  jednej  z 

moich ciotek. Ona teraz, już od kilku miesięcy, jest w Europie. Zamierza tam zostać dłużej, 

może  nawet  jeszcze  przez  rok.  Będzie  mi  bardzo  milo,  jeśli  zgodzisz  się  rozgościć  w  jej 

apartamencie. 

-  Nie,  nie  mogę.  Nie  powinnam!  -  zaoponowała  Lauren.  -  Nie  chciałabym 

nadużywać... 

-  Nic  z  tych  rzeczy!  -  przerwał  jej  Philip.  -  Wyświadczysz  mi  nawet  dodatkową 

przysługę, jeśli zaopiekujesz się tym opuszczonym lokalem. Teraz co miesiąc muszę opłacać 

dozorcę, żeby miał tam oko na wszystko, nawet dość słono to kosztuje... A tak zaoszczędzimy 

oboje, ja na napiwkach dla tego faceta, a ty na czynszu. 

Lauren  milczała,  niepewna,  jak  powinna  postąpić.  Perspektywa  dodatkowego 

zaoszczędzenia  pieniędzy,  tak  bardzo  potrzebnych  ojcu  i  całej  rodzinie,  była  dla  niej  nad 

wyraz kusząca. Ale z drugiej strony... Niezdecydowana spojrzała na Philipa. Ten wydawał się 

nie  mieć  najmniejszych  wątpliwości.  Wyjął  z  kieszeni  marynarki  pióro  i  notes,  wyrwał  z 

niego kartkę, coś na niej napisał i podał ją Lauren. 

background image

- Oto adres i telefon mieszkania mojej ciotki - powiedział. - Wpisz go jutro w Sinco do 

swojego kwestionariusza. W ten sposób już na pewno nikomu nie przyjdzie do głowy nas ze 

sobą łączyć. 

Ostatnie  zdanie  wypowiedziane  przez  Philipa  Whitwortha  było  dla  Lauren 

przypomnieniem dwuznacznej roli, jaką zgodziła się pełnić w firmie Sinco, roli sekretarki i... 

szpiega.  Poczuła  dreszcz  lęku.  „Nie,  nie,  przecież  nie  będę  tam  szpiegowała,  mam  tylko 

zdemaskować szpiega,  a to zupełnie co innego, to całkiem  chwalebne zadanie!  - pomyślała, 

starając  się  rozproszyć  własne  wątpliwości.  -  Popracuję  uczciwie,  pomogę  kuzynowi...  A 

poza  tym  -  uśmiechnęła  się  w  duchu  do  własnych  marzeń  -  może  znów  spotkam  Nicka 

Sinclaira? On będzie przecież tak blisko, w tym biurowcu po drugiej stronie ulicy...” 

Głos Philipa wyrwał Lauren z zamyślenia. 

- Kiedy jutro zaproponują ci tę pracę - mówił Whitworth - przyjmij ją i od razu jedź do 

Missouri.  Jeśli  się  nie  odezwiesz  do  południa,  będę  wiedział,  że  wszystko  poszło  zgodnie  z 

planem, i przygotuję ci mieszkanie. Za tydzień możesz wracać i brać się do roboty. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

Następnego  dnia  rano  Lauren,  lekko  speszona,  stawiła  się  na  ponowne  spotkanie  z 

panem Weatherbym. 

-  Doprawdy,  miss  Danner  -  rzekł,  witając  ją  z  cokolwiek  cierpkim  uśmiechem  w 

swoim  gabinecie  -  zaoszczędziłaby  pani  sobie,  mnie  i  jeszcze  kilku  innym  osobom  sporo 

cennego  czasu,  gdyby  wspomniała  mi  pani  od  razu,  że  jest  zaprzyjaźniona  z  p  a  n  e  m 

Sinclairem... 

- Zaprzyjaźniona? - zdziwiła się Lauren, - Czy pan Sinclair tak powiedział, kiedy do 

pana dzwonił w mojej sprawie? 

-  Ależ  miss  Danner,  pan  Sinclair  nie  dzwonił  bezpośrednio  do  mnie!  -  zaczął 

wyjaśniać  Weatherby,  z  trudem  tłumiąc  irytację.  -  Dzwonił  do  szefa  naszej  firmy,  pana 

Sampsona. A pan Sampson do swego zastępcy. A on do szefa wydziału, a szef wydziału do 

szefa działu, czyli do mojego bezpośredniego zwierzchnika. A mój bezpośredni zwierzchnik 

do mnie, do domu, późnym wieczorem. Z pretensjami, że źle panią oceniłem, obraziłem i tak 

dalej. Panią, osobistą przyjaciółkę pana Sinclaira! 

Lauren  była  trochę  zakłopotana  faktem,  że  wywołała  swoją  skromną  osobą  aż  tyle 

zamieszania. 

- Strasznie mi przykro - zaczęła się sumitować. - Tyle miał pan przeze mnie kłopotu, 

co  gorsza,  zupełnie  nie  ze  swojej  winy,  bo  przecież  ja  naprawdę  nie  popisałam  się  w  tych 

testach. Proszę zrozumieć, byłam taka zdenerwowana... 

Weatherby pokiwał głową. 

-  Tak  też  tłumaczyłem  całą  sprawę  szefowi  -  stwierdził  nieco  bardziej  przyjaznym 

tonem. - Że z przejęcia nie wiedziała pani nawet, z której strony ołówka jest grafit, a z zasad 

ortografii i stenografii nie pamiętała pani chyba  nic, że już o maszynopisaniu nie wspomnę, 

Tymczasem on mi na to: „Skoro to jego protegowana, niech pisze na maszynie nawet palcami 

u nóg, nie będę miał o to do pana żadnych pretensji, Weatherby...”. 

Westchnąwszy  ciężko  na  koniec  tej  przydługiej  tyrady,  szef  kadr  Sinco  wstał  zza 

biurka i poinformował Lauren: 

-  Pójdziemy  teraz  do  gabinetu  pana  Williamsa.  To  wiceprezes  naszej  firmy.  Jego 

obecna sekretarka przenosi się do Kalifornii, szukamy kogoś na jej miejsce. 

-  Czy  pan  Williams  -  zaciekawiła  się  Lauren  -  to  ten  zastępca  szefa  firmy,  który 

zadzwonił do szefa wydziału, żeby zadzwonił do szefa działu... 

background image

-  Tak.  Właśnie  ten!  -  odpowiedział  jej  Weatherby,  nie  czekając  nawet,  aż  do  końca 

sformułuje pytanie. 

Poczciwy  kadrowiec  zaprowadził  Lauren  do  gabinetu  wiceprezesa  Sinco.  James 

Williams,  z  wyglądu  trzydziestokilkuletni  i  wyjątkowo  pewny  siebie  mężczyzna,  na  widok 

wchodzących uniósł wzrok znad papierów. 

-  Proszę  usiąść  -  zwrócił  się  do  Lauren,  wskazując  jej  ruchem  głowy  obite  skórą 

krzesło, ustawione naprzeciwko jego rozłożystego biurka. - A pan niech, wychodząc, zamknie 

za sobą drzwi - odprawił dość bezceremonialnie Weatherby'ego. 

Lauren posłusznie zajęła miejsce. Williams wstał, wyszedł zza biurka, oparł się o nie, 

skrzyżował  ręce  na  piersiach  i  przyjrzawszy  się  badawczo  kandydatce  na  swoją  nową 

sekretarkę, zapytał: 

- Więc to pani jest tą słynną miss Danner? 

- Tak, niestety - odparła Lauren, odzyskując po trosze rezon. 

Wyniosłe  rysy  wiceprezesa  na  moment  złagodniały  w  czymś  w  rodzaju  uśmiechu, 

który jednak niemal natychmiast znowu ustąpił miejsca masce typowo dyrektorskiej powagi. 

- Powiedziałem „słynna” - wyjaśnił Williams beznamiętnym tonem - mając na myśli 

to, jak szerokim echem odbiła się w całej naszej firmie pani wczorajsza wizyta. 

- Bardzo mi przykro z powodu tych wszystkich problemów... - zaczęła się tłumaczyć 

Lauren. 

- A „problemów” to „u” czy „o” z kreską? - przerwał jej Williams. 

- „O” z kreską! - odpowiedziała trafnie mimo zaskoczenia. 

-  Jak  szybko  pisze  pani  na  maszynie?  -  spytał  Williams.  -  W  normalnych 

okolicznościach, nie podczas egzaminu, kiedy jest pani szczególnie zdenerwowana - dodał. 

Lauren zarumieniła się. 

- Osiągam około stu znaków na minutę - wyjaśniła. 

- Stenografia? 

- Owszem. 

- No to proszę notować! - polecił swej dość speszonej rozmówczyni wiceprezes Sinco, 

podając jej przybory do pisania. 

Zaczął  szybko  dyktować  Lauren  następujący  tekst:  „Droga  miss  Danner,  jako 

asystentka do spraw administracyjnych będzie pani zobowiązana do sprawnego i efektywnego 

wypełniania wielu obowiązków mojej sekretarki i osobistej łączniczki w kontaktach z resztą 

personelu. Bez względu na zażyłość z Nickiem Sinclairem, będzie pani musiała stosować się 

ściśle  do  reguł  obowiązujących  wszystkich  pracowników  tej  firmy,  także  wówczas  kiedy 

background image

przeniesiemy  się  do  Global  Industries  Building,  nowo  zbudowanego  biurowca  po  drugiej 

stronie ulicy, co nastąpi za kilka tygodni. Jeśli okaże się, że lekceważy pani obowiązki i łamie 

zasady,  nie  bacząc  na  nic,  zwolnię  panią  i  osobiście  odprowadzę  do  drzwi.  Jeśli  z  kolei 

wykaże się pani poświeceniem i inicjatywą, będzie pani mogła  w Sinco naprawdę rozwinąć 

skrzydła i daleko na nich dolecieć. Gdyby odpowiadały pani takie warunki, proszę się zgłosić 

do mojego biura za dwa tygodnie od najbliższego poniedziałku o dziewiątej rano”. 

- Czy to znaczy, że dostałam już tę pracę? - spytała Lauren i zerknęła na Williamsa z 

ukosa. 

-  To  znaczy,  że  będzie  ją  pani  miała,  jeśli  przepisze  pani  ten  stenograficzny  zapis 

bezbłędnie i szybko na maszynie - odpowiedział. 

Kiedy po kilku minutach przeglądał sporządzoną przez Lauren już na czysto notatkę, 

zauważył ze zdziwieniem: 

- Całkiem nieźle. Jak ten Weatherby mógł panią uznać za kompletną niedojdę? 

- Widocznie takie zrobiłam na nim wrażenie - odparła wymijająco Lauren. 

- Ale dlaczego? 

- Sama nie wiem. Może... może miałam wczoraj zły dzień? 

-  No,  może,  dajmy  już  temu  spokój.  Czy  coś  jeszcze  pozostało  nam  do  omówienia? 

Oczywiście, pani pensja! - Williams sam sobie zadał pytanie i sam na nie odpowiedział, po 

czym  wymienił  kwotę  o  dwa  tysiące  dolarów  niższą  w  skali  roku  od  tej,  którą  obiecywał 

Lauren Philip Whitworth. 

„Cóż, zgodnie z obietnicą kuzyn będzie mi musiał wyrównać tę stratę...” - pomyślała 

Lauren i uśmiechnęła się. 

Williams  uznał  widać  jej  uśmiech  za  oznakę  akceptacji  proponowanych  warunków, 

gdyż powiedział: 

- Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. 

- Doszliśmy do porozumienia... - powtórzyła za nim w zadumie Lauren. - No, chyba 

tak, ale... Chciałabym podjąć tę pracę, oczywiście, ale gdyby jedynym powodem tego, że mi 

ją pan oferuje, miała być moja znajomość... 

- Z Nickiem Sinclairem? 

- Właśnie. 

-  Ani  ta  pani  znajomość,  ani  żadne  inne  nie  mają  tu  nic  do  rzeczy,  miss  Danner. 

Owszem,  przyjaźnię  się  z  Nickiem,  i  to  od  dawna,  ale  w  interesach  nie  ma  miejsca  na 

przyjaźń. Biznes to biznes, on ma swój, ja swój, ani on mi nie podpowiada, co mam robić, ani 

ja jemu... 

background image

- To dlaczego zgodził się pan dzisiaj ze mną rozmawiać na temat pracy, skoro wczoraj 

sknociłam wszystkie testy? 

-  Tu  panią  boli!  Cóż  -  wyjaśnił  wiceprezes  z  leciutkim  uśmiechem  -  moja 

dotychczasowa  sekretarka,  z  którą  mi  się  naprawdę  świetnie  pracowało,  też  w  pierwszej 

chwili nie przypadła do gustu Weatherby'emu. Więc kiedy usłyszałem, że z kandydatką na jej 

następczynię  historia  się  powtórzyła,  pomyślałem  sobie:  „A  może  historia  powtórzy  się  do 

końca  i  ta  nowa  okaże  się  równie  dobra  jak  Theresa,  ba,  może  nawet  lepsza?”  Teraz,  po 

rozmowie z panią, mam nadzieję, właściwie pewność, że tak będzie, Lauren. 

- Dziękuję panu, mister Williams. 

- Proszę mówić mi Jim. 

- W takim razie proszę mówić mi Lauren. 

- Zdaje mi się, że już tak pani mówiłem. 

- No właśnie... 

Williams z podziwem pokręcił głową. 

-  Punkt  dla  pani,  Lauren  -  przyznał.  -  Proszę  zawsze  trzymać  taką  klasę.  Do  miłego 

zobaczenia za dwa tygodnie od najbliższego poniedziałku - pożegnał ją przyjaźnie i wrócił do 

swoich papierów. 

 

Kiedy  Lauren  wyszła  z  budynku  Sinco,  natychmiast  spojrzała  na  wznoszący  się  po 

drugiej  stronie  ulicy  wysokościowiec,  w  świetle  pogodnego  sierpniowego  dnia  jeszcze 

bardziej  chyba  imponujący  niż  po  ciemku.  Global  Industries  Building  -  przypomniała  sobie 

nazwę,  wymienioną  w  „egzaminacyjnej”  notatce  przez  Jima  Williamsa.  Miejsce,  w  którym 

pracuje Nick... 

Odczekawszy  do  zmiany  świateł,  przeszła  na  drugą  stronę  Jeffernon  Avenue. 

Skierowała  się  w  stronę  parkingu.  Prawdę  mówiąc,  miału  ogromną  ochotę  znów  spotkać 

Nicka  Sinclaira,  podziękować  mu  za  skuteczną  interwencję  w  Sinco.  „Ale  czy  on  miałby 

ochotę  na  to  spotkanie?  -  zastanowiła  się.  -  Przecież  gdyby  miał,  to  pewnie  poprosiłby  na 

przykład o mój telefon, żeby się jakoś jeszcze kiedyś umówić. A on nic. Może jest nieśmiały? 

O,  nie!  -  Lauren  uśmiechnęła  się  sama  do  siebie  i  pokręciła  z  przekonaniem  głową.  - 

Nieśmiałość z całą pewnością nie jest cechą mężczyzn takich jak on. Już raczej nonszalancja 

w kontaktach z kobietami, rodzaj lekceważenia czy zwykłego lenistwa, które każe im biernie 

czekać,  aż  druga  strona  wystąpi  z  jakąś  inicjatywą.  Ta  druga  strona  to  ja!”  -  uświadomiła 

sobie  Lauren  i...  w  tej  samej  chwili  spostrzegła,  że  Nick  Sinclair  ukazał  się  właśnie  w 

drzwiach Global Industries. 

background image

- Nick! - wykrzyknęła bez wahania i pomachała mu ręką. 

Zauważył  ją,  zamaszystym  krokiem  podszedł  bliżej.  Uśmiechnął  się  figlarnie  i 

zapytał: 

- Czyżby dzisiaj starała się pani o posadę modelki? 

Lauren spłoniła się lekko, słysząc taki komplement, odpowiedziała jednak spokojnie i 

rezolutnie: 

-  Na  razie  ciągle  jeszcze  tylko  o  posadę  sekretarki.  Właściwie  to  już  ją  dostałam,  w 

Sinco Electronics, dzięki panu... Dziękuję! 

- Nie ma za co - mruknął. - Zadowolona? 

-  I  owszem.  Pensja  niezła,  przyszły  szef  wprawdzie  trochę  straszny,  ale  praca  chyba 

interesująca, z perspektywami. 

- A więc zadowolona! 

-  Tak  -  potwierdziła  Lauren.  Po  czym  zebrawszy  się  na  odwagę,  zaproponowała:  - 

Nick,  jestem  dzisiaj  w  takim  nastroju...  Udało  mi  się  z  tą  pracą,  miałabym  ochotę  jakoś  to 

uczcić. Zapraszam pana na lunch! Zgoda? 

Nick Sinclair, w pierwszej chwili najwyraźniej zaskoczony bezpardonową propozycją, 

po kilku sekundach wahania szeroko się uśmiechnął i stwierdził: 

-  Zgoda!  To  najlepsza  oferta,  jaką  mi  dzisiaj  złożono.  Przeszli  razem  na  parking  do 

samochodu Lauren. 

-  Pozwoli  pani,  że  usiądę  za  kierownicą?  -  zapytał  Nick.  -  Znam  jedno  takie  miłe 

miejsce tu niedaleko, będzie mi łatwiej poprowadzić tam wóz niż bawić się w pilotowanie... 

Lauren uśmiechnęła się i bez słowa podała mu kluczyki. 

 

Przejechali  nieduży  odcinek  Jefferson  Avenue  i  zatrzymali  się  na  parkingu  na  tyłach 

niezbyt okazałej, ale pełnej uroku i doskonale utrzymanej stylowej kamieniczki. Umieszczony 

nad  wejściem  do  niej  szyld  głosił  złotymi  literami  na  ciemnym  tle:  „U  Tony'ego”.  Wnętrze 

kryło  przytulną,  nastrojową,  trochę  mroczną  restauracyjką  z  ciemną  dębową  podłogą, 

dębowymi stolikami, obrusami w biało - czerwoną kratkę, oknami z barwionego szkła, przez 

które  przesączało  się  światło  sierpniowego  słońca,  i  z  kolekcją  miedzianych  rondli, 

porozwieszanych na ścianach z surowej czerwonej cegły. 

Dyżurujący przy drzwiach kelner powitał Lauren i Nicka uprzejmym „dzień dobry” i 

wskazał  im  stolik,  jedyny  wolny  w  całym  lokalu.  Zajmując  miejsce,  Lauren  rozejrzała  się 

trochę. Była jedną z niewielu kobiet, wśród gości przeważali mężczyźni, w większości ubrani 

background image

w  eleganckie  garnitury  i  krawaty.  Tylko  trzej,  wliczając  Nicka,  mieli  na  sobie  dżinsy  i 

rozpięte pod szyją sportowe koszule. 

Przy  stoliku  pojawił  się  starszawy  już  jegomość.  Powitał  Nicka  przyjacielskim 

klepnięciem w ramię i słowami: 

- Miło cię znów widzieć, przyjacielu. Proszę o zamówienie. 

-  Jesteśmy  tu  ze  specjalnej  okazji,  więc  chyba  zamówimy  coś  specjalnego,  Tony  - 

rzekł  Nick,  po  czym  zwracając  się  do  Lauren  zaproponował:  -  Tony  podaje  pyszną 

zapiekankę z wołowiną, spróbujemy? 

- No jasne! - odpowiedziała, nie zastanawiając się nawet nad ceną specjału. - W końcu 

niecodziennie świętuje się z okazji otrzymania posady. 

Kiedy  Tony,  najwyraźniej  sam  właściciel  lokalu,  oddalił  się,  by  zrealizować 

zamówienie, Nick zapytał Lauren: 

- Mieszka pani w Detroit na stałe? 

-  Nie,  przyjechałam  z  Missouri,  dokładnie  z  Fenster,  w  Detroit  zamierzam  osiąść 

dopiero teraz, w związku z pracą. 

- Ach tak! Dziewczyna z małego miasteczka... Nie czuje się pani trochę zagubiona w 

wielkiej metropolii? 

- Ani trochę - odpowiedziała Lauren z uśmiechem. - Wychowałam się w Chicago, a to 

już  przecież  całkiem  spore  miasto,  prawda?  Do  Fenster  przenieśliśmy  się  z  ojcem,  dopiero 

kiedy  miałam  dwanaście  lat,  po  śmierci  mojej  matki.  To  rodzinne  strony  taty,  podjął  pracę 

nauczyciela w tej samej szkole, której był uczniem jako chłopiec. 

- Ma pani rodzeństwo? 

- Przyszywane. W rok po przeprowadzce do Fenster mój ojciec ponownie się ożenił. 

Za jednym zamachem sprawił mi nową mamę i nową siostrę, starszą ode mnie o dwa lata, no i 

jeszcze, niestety, nowego braciszka, starszego o rok. 

-  Dlaczego  niestety?  Zawsze  mi  się  wydawało,  że  każda  mała  dziewczynka  marzy  o 

dużym starszym bracie, czyż nie tak? 

- Co do marzeń, zgoda, ale w konfrontacji z rzeczywistością bywa różnie. Z Lennym 

nie znosiliśmy się od samego początku. On mi dokuczali podkradał pieniądze, a ja w rewanżu 

obmawiałam  go  na  lewo  i  prawo,  że  jest  gejem.  Tak  się  tym  biedak  przejął,  że  wyrósł  na 

słynnego kobieciarza! 

Nick roześmiał się. 

- A jak było z siostrą? - zapytał. - Trochę lepiej? 

- Mało się mną interesowała. Za bardzo była zajęta chłopakami. 

background image

- Nie konkurowałyście czasem ze sobą w tej dziedzinie? 

- O nie! Nie miałabym szans być dla niej konkurencją. 

- Patrząc na panią, trudno w to uwierzyć. 

- Dziękuję za komplement... ale to jednak prawda. 

Znowu  zjawił  się  Tony.  Przyniósł  apetyczne,  imponujących  rozmiarów  zapiekanki  z 

francuskiej bułki, obsypane cieniutkimi płatkami rostbefu. Obok każdego talerza ustawił małą 

miseczkę z aromatycznym sosem z pieczeni do maczania ciepłej, chrupiącej bagietki. 

- Proszę od razu spróbować - zachęcił Lauren - I powiedzieć, czy smaczne. 

Skosztowała kęs ze swojej porcji. 

- Smaczne to mało. Pyszne! 

Okrągła, jowialna, ozdobiona wąsikiem twarz restauratora rozpromieniła się szerokim 

uśmiechem. Tony puścił perskie oko i stwierdził: 

-  Nick  wiedział,  co  wybrać.  On  zawsze  wie,  co dobre.  Mało  -  dobre.  Najlepsze!  Ale 

jak wybrał, to niech teraz płaci. Stać go na to, moja miła pani. Jego dziadek pożyczył mi w 

swoim czasie pieniądze na urządzenie tego lokalu... 

Kiedy  Tony  odszedł,  zaciekawiona  Lauren  zaczęła  wypytywać  Nicka  o 

sympatycznego restauratora, a także o dziadka i w ogóle o rodzinę. Odpowiadał lakonicznie, 

półsłówkami. Że obydwie familie są zaprzyjaźnione od trzech pokoleń, że kiedyś jego ojciec 

pracował  nawet  u  ojca  Tony'ego...  Lauren  domyśliła  się,  że  sytuacja  finansowa  jednej  i 

drugiej  rodziny  musiała  się  w  którymś  momencie  radykalnie  zmienić,  skoro  ojciec 

pracownika  mógł  wspomóc  pożyczką  syna  pracodawcy.  Nick  nie  rozwinął  jednak  szerzej 

tego tematu. 

Gdy tylko zjedli zapiekankę, Tony podszedł do ich stolika po raz trzeci. 

- Mili państwo, a co z deserem? - zapytał. Po czym dodał, zerkając na Lauren: - Pełnej 

ognia  kobiecie  powinien  zasmakować  mój  deser  lodowy,  prawdziwe  włoskie  spumoni, 

oryginalnie  komponowane,  nie  taka  podrabiana,  paczkowana  masówka,  jaką  sprzedają  w 

supermarketach.  Masę  lodową  o  kilku  smakach  i  kolorach  układam  warstwami,  a  potem 

dodaję... 

- ...owoce i orzechy! Moja matka tak samo przyrządzała spumoni - weszła Tony'emu 

w słowo Lauren. 

- To pani też jest Włoszką? - wykrzyknął uradowany. 

- Tylko w połowie. Rodzina ojca wywodzi się z Irlandii. 

Wścibski, a równocześnie ogromnie wylewny restaurator momentalnie zasypał Lauren 

mnóstwem pytań. O ojca, o matkę, ojej włoską rodzinę. Kiedy przy okazji dowiedział się, że 

background image

Lauren nie ma w Detroit żadnych krewnych (o Philipie przezornie nie wspomniała, obawiając 

się,  że  skoro  Nick  jest  zaprzyjaźniony  z  ludźmi  z  Sinco,  lepiej  przy  nim  nie  wymieniać 

nazwiska Whitwortha, głównego antagonisty tej firmy), zapewnił ją z przekonaniem: 

-  Miła  pani,  my,  Włosi,  jesteśmy  wszyscy  jedną  wielką  rodziną.  W  każdej  potrzebie 

proszę  walić  do  Tony'ego  jak  w  dym,  bez  zastanowienia,  tu,  do  lokalu  albo  do  domu,  bo 

mieszkamy na piętrze nad restauracją! No to co będzie z tymi lodami? Podajemy? 

Lauren  pytająco  spojrzała  na  Nicka.  Osobiście  czuła  się  nieprzyzwoicie  wprost 

najedzona,  ale  zależało  jej  na  maksymalnym  przedłużeniu  wspólnego  lunchu,  więc 

napomknęła: 

- Nawet lubię dobre spumoni... 

Nick  uśmiechnął  się  i  rzeki  konfidencjonalnym  tonem  do  oczekującego  na  męską 

decyzję w kwestii deseru restauratora: 

- Lauren to takie troszkę większe dziecko, Tony, a dzieci przecież uwielbiają słodycze. 

Pędź, przyjacielu, po te swoje włoskie pyszności, nie ma rady. 

Zadowolony  restaurator  oddalił  się  w  lansadach  w  stronę  bufetu.  Lauren  milczała 

przez dłuższą chwilę naburmuszona, po czym zapytała Nicka z powagą: 

-  Dlaczego  traktuje  mnie  pan  jak  jakąś  naiwną  prowincjonalną  nastolatkę?  Proszę 

przyjąć do wiadomości, że jestem dorosłą, samodzielną kobietą! 

- W takim razie proszę mi to udowodnić, Lauren! - stwierdził Nick z błyskiem w oku i 

uśmiechnął się figlarnie, a nawet z lekka przewrotnie. 

- W jaki sposób, jeśli wolno spytać... 

- Po pierwsze, przechodząc ze mną na ty, a po drugie... 

- Na to pierwsze zgoda, od zaraz! 

-  Wspaniale.  A  wracając  do  drugiego  sprawdzianu:  co  sobie  zaplanowałaś  na 

najbliższy weekend? 

Lauren poczuła, że z przejęcia serce zaczyna jej bić szybciej niż dotąd. Usilnie starając 

się o możliwie obojętny ton, wyjaśniła: 

- Wyjazd do Missouri. Muszę zabrać z domu trochę rzeczy, zanim wprowadzę się do 

nowego  mieszkania  w  Detroit...  A  gdybym  nie  miała  żadnych  planów,  co  chciałbyś  mi 

zaproponować? 

-  Wspólny  wypad.  Moi  znajomi  urządzają  małe  przyjątko  w  swojej  weekendowej 

chacie  niedaleko  Harbor  Springs.  Właśnie  miałem  do  nich  jechać,  kiedyśmy  się  dzisiaj 

spotkali. Wybierz się ze mną. To mniej więcej pięć godzin jazdy w jedną stronę. W niedzielę 

będziemy z powrotem. 

background image

Lauren  zamierzała  wprawdzie  jechać  prosto  do  Fenster,  ale  przeprowadziwszy 

błyskawiczną kalkulację, doszła do wniosku, że skoro na podróż tam i z powrotem potrzebuje 

dwóch dni, a do rozpoczęcia nowej pracy ma dwa tygodnie, z pewnością zdąży się spakować 

do przeprowadzki, nawet jeśli wyjedzie z Detroit trochę później. Miała wielką ochotę wybrać 

się z Nickiem. Skądinąd nie była do końca pewna, czy to wypada, zapytała więc jeszcze: 

-  Czy  gospodarze  nie  będą  mieli  pretensji,  jak  się  im  nagle  zwalę  bez  zaproszenia  i 

zapowiedzi? 

- Absolutnie nie! Spodziewają się, że kogoś ze sobą przywiozę. 

- Mhm... W takim razie zgoda po raz drugi, Nick. Jestem gotowa do podróży, nawet 

walizkę mam już spakowaną, w bagażniku. 

- Wspaniale. No to w drogę, Lauren! 

Nick lekkim skinieniem głowy zasygnalizował Tony'emu, żeby przygotował rachunek. 

Restaurator  zjawił  się  niemal  natychmiast  i  chciał  go  wręczyć  Nickowi,  Lauren  jednak 

wyrwała mu rachunek z ręki, stwierdzając: 

- Ja stawiam, taka była umowa. 

Kiedy zerknęła na wypisaną na arkusiku kwotę, osłupiała - tak słone ceny proponował 

Tony  za  swoje  włoskie  pyszności  i  słodkości.  Zaszokowana,  ale  konsekwentna,  sięgnęła  po 

portmonetkę,  nim  jednak  zdążyła  wyliczyć  pieniądze,  Nick,  nie  sprawdzając  rachunku, 

wetknął restauratorowi w dłoń kilka banknotów. W tej sytuacji Tony nie chciał już przyjąć od 

Lauren zapłaty. 

-  Innym  razem,  Laurie,  innym  razem  -  rzekł  dobrodusznie  familiarnym,  ojcowskim 

niemal tonem. - Wpadaj jak najczęściej. Zawsze będę miał dla ciebie coś smacznego. I wolny 

stolik. 

- Przy takich cenach wszystkie stoliki w twoim lokalu powinny być stale wolne, Tony 

- zażartowała Lauren. 

-  A  jednak  nigdy  nie  są  -  stwierdził  z  powagą  restaurator.  -  Trudno  nawet 

zarezerwować  sobie  miejsce  z  wyprzedzeniem,  jeśli  się  nie  figuruje  na  naszej  liście.  O 

właśnie! Trzeba cię wpisać na listę. Chłopcy! 

Trzej  młodzi,  przystojni,  ciemnowłosi  kelnerzy  zameldowali  się  natychmiast  u  boku 

Tony'ego. 

- Ta młoda dama - poinformował ich - znajdzie się od dziś w gronie naszych stałych 

gości, żebyście o tym pamiętali. To moi synowie, Ricco, Dominie i Joe - przedstawił z dumą 

trzech  młodzieńców.  A  to  Lauren,  nasza  rodaczka,  Włoszka,  macie  mi  się  nią  opiekować, 

kiedy przyjdzie - zwrócił się znowu do synów. - No, tylko tak bez przesady - dodał, znowu 

background image

puszczając  oko.  -  Joe,  uważaj  zawsze  na  swoich  braci,  kiedy  Lauren  nas  odwiedzi!  Joe  jest 

już żonaty... - wyjaśnił. 

Lauren wybuchnęła śmiechem. 

- A na kogo ja mam uważać? - zapytała. 

W odpowiedzi wszyscy czterej Włosi jak na komendę spojrzeli na Nicka. 

-  Przyjmijcie  do  wiadomości,  że  Lauren  jest  dorosłą  i  samodzielną  kobietą,  przed 

chwilą właśnie mi o tym powiedziała - rzeki ten z nutką ironii w głosie i wstał od stolika. 

Kiedy wyszedł z Lauren do hallu, przeprosił ją na chwilę, mówiąc że musi zadzwonić. 

Lauren  czekała,  a  on  rozmawiał  przez  telefon.  Mówił  ściszonym  głosem,  ale  jedno, 

wielokrotnie powtarzane słowo, a właściwie imię, słyszała wyraźnie: Ericka. Imię kobiece... 

Lauren  zaczęła  się  gorączkowo  zastanawiać:  „Czyżby  właśnie  ową  Erickę  zamierzał 

zabrać  na  weekend  do  przyjaciół  z  Harbor  Springs,  a  teraz  w  pośpiechu  wszystko  odkręca? 

Takie byłoby z niego ziółko?” O nic jednak Nicka nie zapytała, kiedy skończył rozmowę. 

Wyszli z restauracji na parking. 

-  Skoro  mamy  od  razu  jechać,  wygląda  na  to,  że  twoim  samochodem.  Nie  będzie 

trzeba przekładać walizki - stwierdził Nick. 

- A twoje rzeczy? 

- Nic ze sobą nie biorę, mam wszystko w Harbor Springs. W innej chacie - wyjaśnił, 

widząc zdziwione spojrzenie Lauren. 

- Rozumiem. Jedźmy więc. 

- A mogę dalej prowadzić? 

- Oczywiście. 

Zajęli miejsca w samochodzie i ruszyli. 

- Opowiedz mi coś więcej o swojej rodzinie, o sobie... - zaproponował Nick. 

I oto Lauren nieoczekiwanie znalazła się w kłopocie. W ankiecie personalnej w Sinco 

nie przyznała się do odbytych w college'u studiów, w rozmowie z Tonym nie przyznała się do 

swych  krewnych  z  Detroit,  czyli  Whitworthów.  Co  miała  powiedzieć  Nickowi,  a  co  przed 

nim  zataić,  żeby  się  w  tym  wszystkim  ostatecznie  nie  poplątać?  I  nie  wyjawić  nieopatrznie 

szpiegowskiej intrygi, w jaką została uwikłana? 

- Nie wiesz, od czego zacząć? - rzucił Nick żartobliwie, gdy przez dłuższą chwilę nie 

zdołała wydobyć z siebie słowa. - A może ukrywasz przede mną jakieś rodowe tajemnice? - 

zażartował. 

Lauren poczuła się jeszcze bardziej skonfundowana. Próbując jakoś wybrnąć z trudnej 

sytuacji, zaczęła mówić szybko i trochę nerwowo, jakby recytowała wyuczoną lekcję: 

background image

-  Niewiele  jest  do  opowiadania.  Lenny  ma  teraz  dwadzieścia  cztery  lata  i  jest  już 

żonaty.  Melissa,  moja  siostra,  ma  dwadzieścia  pięć,  wzięła  ślub  w  kwietniu,  jej  mąż  jest 

mechanikiem samochodowym, pracuje w warsztacie dealerskim Pontiaca. 

- A rodzice? 

- Zostali sami, ale bardzo im ze sobą dobrze. 

- Mówiłaś, że twój ojciec jest nauczycielem. Nie próbował cię zachęcić do studiów? 

- Próbował, ale... 

Lauren  znowu  w  zakłopotaniu  zamilkła.  Na  szczęście  znaleźli  się  akurat  na 

podmiejskim  węźle  autostrad.  Nick  skoncentrował  się  na  naprowadzeniu  samochodu  na 

właściwe  pasmo  drogowego  labiryntu  i  po  prostu  zapomniał  o  swoim  pytaniu.  Lauren 

odetchnęła z ulgą. 

Dalsza  rozmowa,  jaką  prowadzili  podczas  kolejnych  godzin  jazdy,  była  typową 

swobodną  pogawędką  o  wszystkim  i  o  niczym.  Nick  nie  wypytywał  już  więcej  Lauren  o 

historię jej życia. O sobie również mówił niewiele. Wspomniał tylko, że w wieku czterech lat 

stracił ojca i że wychowywali go dziadkowie, w tej chwili już oboje nieżyjący. 

W miasteczku Grayling, z którego do celu podróży miało być jeszcze półtorej godziny 

jazdy,  Nick  zatrzymał  samochód  przed  niewielkim  sklepem  spożywczym,  wyskoczył  na 

moment  i  wrócił  z  dwiema  puszkami  coli  i  paczką  papierosów.  Niedługo  potem,  na 

przydrożnym parkingu, zarządził krótką przerwę w podróży dla rozprostowania kości. 

Wysiedli, zaczęli sączyć colę. 

-  Powiedziałeś,  że  wychowywali  cię  dziadkowie,  bo  twój  ojciec  zmarł,  kiedy  miałeś 

cztery lata. A co się stało z twoją matką? - zapytała Lauren. 

- Z matką? Nic - odpowiedział lakonicznie Nick i zapalił papierosa. 

- Nick, ty chyba nie bardzo lubisz mówić o sobie... 

-  Chyba  masz  rację,  Lauren,  wolę  coś  powiedzieć  o  tobie.  Na  przykład,  że  masz 

niewiarygodnie piękne oczy... 

- Dzięki za komplement. 

-  I  że...  Wiesz,  Lauren,  ja  nawet  nie  zdawałem  sobie  sprawy,  jaki  byłem  ostatnio 

spięty. Dopiero kiedyśmy się dzisiaj spotkali, przed lunchem, zacząłem się trochę rozluźniać. 

Przy tobie... 

- Przemęczony, przepracowany? 

-  Mniej  więcej  siedemdziesiąt  godzin  harówki  tygodniowo  przez  ostatnie  dwa 

miesiące. Prawie dwa etaty. 

Lauren pokręciła głową. 

background image

- Biedaku, współczuję ci. Nie uśnij tylko za kierownicą. 

- Przy tobie za kierownicą na pewno nie usnę. Chyba że w... 

-  A  jak  cię  zanudzę?  -  spłoszona  Lauren  pośpiesznie  zadanym  pytaniem  starała  się 

skierować rozmowę na bezpieczniejsze tory. 

-  Nie  ma  obawy.  Zresztą  w  razie  czego  znam  świetne  lekarstwo  na  nudę  we  dwoje, 

naprawdę niezawodne, zaraz się przekonasz, jak działa.. 

Nick zdusił papierosa, wrzucił do parkingowego kosza na śmieci niedopałek i puszkę 

po  coli.  Otoczył  Lauren  ramieniem,  przyciągnął  bliżej  ku  sobie,  wyjął  jej  z  drżących  lekko 

palców drugą puszkę i również cisnął do kosza. Pochylił się nad dziewczyną, zbliżył usta do 

jej ust. 

„A może Nick jest jakimś perwersyjnym...” - alarmująca myśl, jaka nawiedziła w tej 

chwili  Lauren, uleciała  gdzieś, nim zdążyła w pełni dotrzeć do jej świadomości. Zbyt silny, 

zbyt zniewalający okazał się urok tego mężczyzny. Lauren spazmatycznie westchnęła i ulegle 

poddała  się  pieszczocie  jego  warg  i  języka.  Na  parę  chwil  pozwoliła  całkowicie  porwać  się 

zmysłom.  Przylgnęła  mocno  do  Nicka  całym  ciałem,  objęła  go  rękoma  za  szyję. 

Odwzajemniła pocałunek z taką samą gwałtowną namiętnością, z jaką on jej go ofiarował. 

Kiedy po dłuższym, trwającym niemal wieczność zespoleniu ust oderwali się w końcu 

od siebie, by zaczerpnąć tchu, Nick, wciąż nie wypuszczając Lauren z objęć, powiedział: 

- Chyba cię powinienem teraz przeprosić. 

- Za co? 

- Za to, że pozwoliłem sobie na kpinki z ciebie jako „dorosłej, samodzielnej kobiety”. 

Za  to,  że  pomyślałem  sobie  w  pewnej  chwili  o  tobie:  „Taką  prowincjonalną  nastolatkę 

mógłbym łatwo usidlić”. Za to... 

Lauren nie pozwoliła mu dokończyć zdania. 

- A co myślisz o mnie teraz, Nick? – zapytała. 

-  Teraz  myślę,  że  to  ty  możesz  mnie  bez  trudu  usidlić,  jeśli  zechcesz.  I  że...  jeśli 

będziesz dłużej patrzyła na mnie tymi swoimi turkusowymi oczyma, tak jak w tej chwili, to 

chyba nigdy nie dotrzemy do Harbor Springs! 

Spojrzał  wymownie  na  motel  usytuowany  po  przeciwnej  stronie  autostrady,  a  potem 

chwycił Lauren za rękę i pociągnął do samochodu. 

-  Lepiej  uciekajmy  stąd,  póki  czas!  Póki  nie  spłonę  do  szczętu  w  ogniu  twego 

spojrzenia - rzucił pól żartem, pól serio. 

Zajęli miejsca, ruszyli.  Lauren miała wrażenie, jakby dopiero co wydostała się z oka 

cyklonu. Nie była w stanie pozbierać się, uporządkować niespokojnych i chaotycznych myśli. 

background image

Dopiero  po  pewnym  czasie  zdołała  sobie  uświadomić,  że  już  niebawem  będzie  zmuszona 

jakoś  się  uporać  z  dwoma  zasadniczymi  problemami.  Problem  pierwszy  -  to  nieskrywane 

zapędy  Nicka,  żeby  pójść  z  nią  do  łóżka  w  czasie  weekendu.  Problemem  drugim,  znacznie 

poważniejszym  była...  jej  własna  nieprzeparta  ochota  dokładnie  na  to  samo!  Problemem 

poważniejszym,  trudniejszym,  bo  przecież  mężczyźnie,  nawet  najprzystojniejszemu, 

najbardziej  atrakcyjnemu,  zawsze  można  w  odpowiedniej  chwili  powiedzieć  „nie”.  Ale  jak 

powiedzieć „nie” własnym zmysłom? 

- Lauren, troszkę nieswojo się czuję w tej ciszy. O czym tak zawzięcie rozmyślasz? - 

spytał Nick. 

Spojrzała  najpierw  na  jego  silne  i  zręczne  ręce,  pewnie  operujące  kierownicą,  potem 

na  wyrazistą,  męską  twarz  o  zdecydowanym,  trochę  buńczucznym  profilu.  I  stwierdziła  z 

lekkim uśmiechem: 

- Przestraszyłbyś się, gdybym ci powiedziała... 

background image

ROZDZIAŁ 5 

Popatrz, jezioro Michigan, dwadzieścia dwa tysiące mil kwadratowych powierzchni, 

bagatela,  fale  zupełnie  jak  na  morzu,  nieraz  bałwany  i  prawdziwe  sztormy,  chociaż  teraz 

wygląda tak spokojnie... 

Słowa  Nicka  wyrwały  Lauren  z  głębokiego  zamyślenia.  Rozciągająca  się  w  oddali 

ogromna polać pulsującego w leniwym rytmie błękitu wprawiła ją w niemy zachwyt. 

- Będziemy tam za parę  minut - rzucił jeszcze Nick i zjechał z autostrady w boczną, 

lokalną szosę, która wiła się malowniczo wśród sosnowego lasu. 

Niedługo  potem  skręcił  w  lewo,  w  wąską  drogę  oznakowaną  jako  prywatna.  Jechali 

nią  mniej  więcej  milę,  przez  zadrzewiony  teren  z  mnóstwem  przepięknie  obsypanych 

jaskrawopomarańczowymi koralami górskich jarzębin. 

Lauren pomyślała sobie, że tak rozległa posiadłość kryć musi zapewne coś więcej niż 

zwykłą weekendową chatę, jaką sobie wyobraziła, gdy Nick zaprosił ją w tę wspólną podróż. 

To, co ujrzała, gdy wydostali się z lasu na otwartą przestrzeń, przeszło jednak jej najśmielsze 

oczekiwania. 

W  blasku  zachodzącego  sierpniowego  słońca  ukazała  się  jej  oczom  imponująca 

rezydencja:  przeszklona,  nowocześnie  zaprojektowana  i  idealnie  wkomponowana  w  tło 

urwistego  nabrzeża.  U  stóp  budowli  rozpościerał  się  spory  obszar  soczyście  zielonego 

trawnika,  opadający  łagodnie  ku  piaszczystej  plaży  i  przystani,  w  której  stało  na  kotwicach 

kilka  luksusowych  jachtów,  odcinających  się  jaskrawą  bielą  burt  od  ciemniejszej  o  kilka 

tonów,  złociście  roziskrzonej  powierzchni  wody.  Nieopodal  rezydencji  znajdował  się 

ogromny  basen  o  fantazyjnym,  nieregularnym  kształcie.  Wokół  niego,  przy  stolikach  z 

barwnymi  parasolami  lub  na  ogrodowych  szezlongach,  rozlokowani  byli  goście 

weekendowego  zgromadzenia,  w  liczbie  co  najmniej  setki.  Krążyli  wśród  nich  z  tacami 

kelnerzy  w  jasnobłękitnych  marynarkach.  W  pewnym  oddaleniu,  na  obszernym  parkingu, 

stały  długim  szeregiem  samochody:  eleganckie  rozłożyste  limuzyny  bądź  ekskluzywne 

sportowe cacka o aerodynamicznych liniach. 

Nick wjechał na ów parking, zatrzymał wóz i wysiadł pierwszy, aby otworzyć Lauren 

drzwi.  Potem  podał  jej  ramię  i  poprowadził  ją  w  stronę  zgromadzonych  w  pobliżu  basenu 

gości. 

Kiedy  podeszli  bliżej,  zorientowała  się,  że  ludzie,  z  którymi  za  chwilę  mieli  się 

spotkać twarzą w twarz, są jej doskonale znani. Skąd? Oczywiście z pierwszych stron gazet i 

background image

z okładek najpopularniejszych magazynów ilustrowanych! Dostrzegła kilka sławnych gwiazd 

filmowych,  a  także  wielu  przedstawicieli  międzynarodowego  klubu  bajecznie  bogatych  i 

niezwykle wpływowych rekinów biznesu. 

Zaszokowana  zerknęła  na  Nicka.  Lustrował  weekendowe  towarzystwo  spojrzeniem 

znudzonym, a nawet, zdawałoby się, zdegustowanym, W jego oczach nie było ani odrobiny 

podziwu,  ani  krzty  onieśmielenia!  Co  najwyżej  trochę  rozczarowania,  zabarwionego  nutą 

irytacji. 

-  Przepraszam  cię,  Lauren  -  powiedział.  -  Gdybym  przypuszczał,  że  „kameralne 

przyjacielskie spotkanie”, na które ściągnęła mnie Tracy, to będzie taki pretensjonalny spęd, 

nigdy  bym  cię  tutaj  nie  fatygował.  Jeszcze  jedna  galówka  bez  wdzięku  i  bez  wyrazu,  z 

tłumem zblazowanych nudziarzy... 

-  Może  nie  zwrócą  na  nas  uwagi  i  nie  będziemy  się  musieli  z  nimi  męczyć  -  rzuciła 

Lauren, próbując się dostosować do nonszalancko - ironicznego tonu Nicka i maskując w ten 

sposób  własną  fascynację  tym  niezwykłym  dla  niej  tłumem,  w  który  za  chwilę  mieli  się 

wmieszać. 

- Nie licz na to! - uciął krótko Nick. 

Przeszli  do  baru  urządzonego  na  wolnym  powietrzu  specjalnie  na  okoliczność 

weekendowego  party.  Nick  zaczął  przyrządzać  drinki.  Lauren  rozejrzała  się  wokół. 

Spostrzegła rudowłosą kobietę o efektownej, zwracającej uwagę urodzie, która oddzieliła się 

od grupki gawędzących nieopodal gości i ruszyła energicznym krokiem w ich stronę. 

-  Nick,  kochanie!  -  zawołała  już  z  daleka,  wdzięcząc  się  w  promiennym  uśmiechu  i 

otwierając szeroko ramiona na powitanie. 

Uściskali się i ucałowali z Nickiem serdecznie, jak para starych przyjaciół. Rudowłosa 

zaszczebiotała: 

- Wszyscy już myśleli, że nas zawiedziesz i wcale się nie zjawisz. Ale ja wiedziałam, 

że jedziesz, bo nie odbierałeś telefonów w swoim biurze. W domu też cię nie było, zgłaszała 

się  tylko  służba...  A  któż  to  taki?  -  spytała,  przerywając  nagle  wywód  i  spoglądając  z 

zaciekawieniem na Lauren. 

- Lauren, to Barbara Leonardos... - rozpoczął prezentację Nick. 

-  Mów  mi  Bebe,  jak  wszyscy  -  rzuciła  rudowłosa.  -  Myślałam,  że  przywieziesz 

Erickę... - znowu zwróciła się do Nicka. 

-  Naprawdę?  A  ja  myślałem,  że  jesteście  z  Alexem  w  Rzymie  -  spróbował  zmienić 

temat. 

background image

-  Byliśmy,  owszem.  Ale  chcieliśmy  cię  zobaczyć,  więc  jesteśmy  tutaj  -  wyjaśniła 

Bebe, po czym zakręciła się na pięcie i wróciła do poprzedniego towarzystwa. 

- Bebe jest... - zaczął tłumaczyć Nick. 

Lauren przerwała mu: 

-  Nie  musisz  mówić,  przecież  wiem!  Barbara  Leonardos,  córka  amerykańskiego 

potentata  naftowego  i  żona  greckiego  multimilionera,  stała  bohaterka  kronik  towarzyskich, 

jedna  z  najlepiej  ubranych  kobiet  świata.  Setki  razy  widziałam  jej  zdjęcia  w  gazetach  i 

magazynach! 

-  Ho,  ho,  widzę  że  jesteś  nieźle  wprowadzona  w  tutejsze  towarzystwo  -  zażartował, 

podając  Lauren  drinka.  -  A  tamtych  dwoje  poznajesz?  -  spytał,  wskazując  ruchem  głowy 

zbliżającą się ku nim pod rękę parę, urodziwą brunetkę po trzydziestce i dość korpulentnego 

dżentelmena pod sześćdziesiątkę. 

- Tamtych? Nie... Ich z całą pewnością nie! - odpowiedziała po chwili zastanowienia. 

-  W  takim  razie  muszę  cię  z  nimi  zapoznać,  bo  tak  się  składa,  ze  to  nasi  mili 

gospodarze i moi bardzo bliscy przyjaciele. 

- Nick! - wykrzyknęła już z oddali brunetka. - Nie widzieliśmy cię od wieków, cóżeś 

ty, u licha, porabiał? 

-  Niektórzy  ludzie  wciąż  jeszcze muszą  pracować  na  życie  -  stwierdził z  uśmiechem 

Nick,  po  czym  ujął  Lauren  za  rękę  i  powiedział:  -  Chciałbym,  żebyś  poznała  naszych 

gospodarzy, Tracy i George'a Middletonów, 

- Naprawdę bardzo mi milo! - rzuciła Trący i zwróciła się do niej i Nicka z pytaniem: - 

Czemu, u licha, tak się tu kamuflujecie na uboczu? Nikt nawet nie wie, żeście przyjechali. 

- A czy naprawdę cały ten tłum musi wiedzieć? - odpowiedział dość szorstko Nick. 

Tracy stropiła się nieco. Zaczęła wyjaśniać: 

-  Nie  gniewaj  się,  Nick,  daję  słowo,  planowałam  kameralne  spotkanie,  nie 

przypuszczałam,  że  prawie  wszyscy,  których  grzecznościowo  zaproszę,  rzeczywiście  się 

zjawią.  Prawdę  mówiąc,  to  nawet  nie  za  bardzo  mam  teraz  gdzie  tyle  osób  pomieścić! 

Przydałby się większy dom... - stwierdziła z uśmiechem, zerkając w stronę rezydencji. - No, 

na szczęście coś do zjedzenia podamy na wolnym powietrzu, w świetle pochodni, potańczyć 

w  taką  pogodę  jak  dziś  też  można  śmiało  pod  gołym  niebem!  Niektórzy  goście  są  na  tyle 

niekłopotliwi, że nawet przebiorą się do kolacji na własnych łajbach, więc nie będę musiała 

przydzielać  im  garderób.  A  wy  pojedziecie  się  przebrać  do  Cove  czy  wolelibyście  zostać 

tutaj? 

background image

- Lauren przebierze się tutaj, a ja pojadę do Cove. - odparł Nick. - I tak będę musiał 

pewnie  oddzwonić  na  kilka  superpilnych  telefonów.  Nawet  w  weekend  człowiek  nie  może 

liczyć na spokój. 

Tracy uśmiechnęła się ze zrozumieniem. 

-  Dom  pęka  w  szwach,  więc  skorzystajmy  wspólnie  z  naszego  pokoju,  zgoda?  - 

zwróciła  się  do  Lauren,  -  George  będzie  musiał  znaleźć  inne  miejsce,  jako  gospodarz  na 

pewno sobie poradzi. Idziemy? 

Lauren  zawahała  się.  Spojrzała  zakłopotana  na  Nicka.  Przede  wszystkim  nie  bardzo 

wiedziała, w  co mogłaby  się przebrać na uroczystą kolację w  gronie tylu znakomitości. Nie 

miała w walizce żadnej odpowiedniej kreacji. Nick domyślił się, w czym tkwi problem. 

-  Musimy  jeszcze  obgadać  z  Lauren  parę  drobnych  spraw  -  wyjaśnił  Tracy.  -  Na 

chwilę ją zatrzymam, a potem sama do ciebie dołączy, Dobrze? 

- Jasne - zgodziła się gospodyni i wraz z małżonkiem oddaliła się w stronę domu. 

- Przecież ja nie mam ze sobą żadnego wieczorowego stroju, ty chyba też... - zaczęła 

Lauren. 

-  Nic  się  nie  martw.  Mam  odpowiednie  ubranie  w  Cove,  a  i  dla  ciebie  coś 

wystrzałowego się znajdzie. Zacznij się spokojnie szykować, wieczorową sukienkę będziesz 

miała na czas. Gwarantuję - uspokoił ją Nick. 

Zaprowadził  ją  do  domu  Middletonów,  wypełnionego  gwarem  rozmów, 

dobiegających z co najmniej dwudziestu rozmieszczonych na trzech kondygnacjach pokoi, w 

których  goście  przygotowywali  się  do  kolacji.  Służba  biegała  tam  i  z  powrotem  ze  świeżo 

odprasowanymi  częściami  garderoby  dla  wszystkich  i  drinkami  dla  spragnionych.  Nick 

zatrzymał  jednego  z  lokajów  i  zapytał  go  o  telefony.  Okazało  się,  że  nazwiska  wszystkich, 

którzy go szukali, zostały przez służbę Middletonów skrupulatnie zanotowane. Nick schował 

karteczkę, przyniesioną przez lokaja niemal natychmiast. Z ciepłym uśmiechem odezwał się 

do Lauren: 

- Spotkajmy się przy basenie za godzinkę, zgoda? Wytrzymasz tyle czasu beze mnie? 

- Jakoś sobie poradzę... 

- Jesteś pewna? 

Lauren  skinęła  głową,  choć  prawdę  mówiąc,  wcale  pewna  n  i  e  była  Nick  odszedł. 

Lauren  rozejrzała  się  zakłopotana,  dostrzegła  rudowłosą  Bebe  Leonardos.  Starając  się  o 

swobodny, nonszalancki ton, zapytała ją: 

- Czy jest tu gdzieś telefon? Chciałabym zadzwonić do domu... 

- Chodź, zaprowadzę cię. A gdzie ten dom, daleko? 

background image

- W Fenster, w Missouri - wyjaśniła Lauren. 

- Fenster? - Bebe skrzywiła się tak, jakby poczuła nagle jakiś nieprzyjemny zapach. - 

Telefon jest tam - wskazała Lauren jedne z drzwi i odeszła. 

Pomieszczenie z telefonem okazało się eleganckim gabinetem. Lauren przeprowadziła 

z  ojcem  rozmowę  w  telegraficznym  skrócie,  tak  aby  koszt  połączenia  nie  okazał  się  zbyt 

wysoki.  Powiedziała  mu  o  swojej  nowej,  nieźle płatnej  pracy  i  zaoferowanym  przez  Philipa 

Whittha  bezpłatnym  mieszkaniu.  Nie  wspomniała  oczywiście  o  dodatkowej,  sekretnej 

umowie z kuzynem. Nie chciała ojca niepokoić. 

Kiedy,  zamierzając  wyjść  z  gabinetu,  uchyliła  drzwi,  usłyszała  dobiegającą  z  głębi 

hallu rozmowę dwu kobiet: 

- Bebe, kochanie, wyglądasz cudownie, nie widziałam cię od wieków! Nie wiesz, czy 

Nick Sinclair zjawi się tu na weekend? 

- Wiem , że już tu jest. Nawet z nim rozmawiałam. 

- Dzięki Bogu, że przyjechał. Carlton ciągnął mnie tu specjalnie aż z Bermudów, żeby 

porozmawiać  z  Nickiem  o  jakichś  tam  interesach  -  Do  licha,  Carlton  będzie  się  musiał 

ustawić w kolejce! Alex też chce rozmawiać z Nickiem, o budowie sieci międzynarodowych 

Przez  dwa  tygodnie  wydzwaniał  do  niego  z  Rzymu,  ale  ze  Nick  nie  odpowiadał,  specjalnie 

wczoraj przylecieliśmy, żeby go tu złapać. 

- Nick jest z Ericą? 

-  O  nie!  Nic  z  tych  rzeczy.  Nie  przywiózł  jej.  Ściągnął  coś  zupełnie  innego.  Nie 

uwierzysz! Jakąś gąskę prosto z farmy w Missouri... 

Bebe  i  jej  rozmówczyni  oddaliły  się,  głosy  ucichły.  Oburzona  Lauren  wyszła  z 

gabinetu do hallu i skierowała się do apartamentu Tracy. 

Ledwie  zdążyła  wziąć  kąpiel,  przyniesiono  jej  przysłaną  z  Cove  przez  posłańca 

wieczorową  kreację  z  delikatnego  kremowego  dżerseju.  Wyrafinowana  prostota  fasonu  w 

niezwykle  sugestywny  sposób  podkreślała  wszelkie  naturalne  powaby  kobiecej  sylwetki. 

Lauren  uczesała  się,  zrobiła  makijaż,  włożyła  suknię  i  pożyczone  od  gospodyni  przyjęcia 

złote sandałki. W uszy wpięła złote kolczyka które miała po matce. 

- Bezbłędnie! - oceniła ją z podziwem Tracy. - A z tyłu? 

Lauren odwróciła się posłusznie. 

- Fantastycznie! Przód skromny, chociaż bardzo obiecujący, a na plecach dekolt aż do 

pasa. Przez kontrast to prawdziwy szok! Niesamowita jesteś, Lauren. Schodzimy? 

Lauren  skinęła  głową.  Wyszły  na  dwór.  Tracy  natychmiast  została  otoczona  przez 

jakąś grupkę przyjaciół. Lauren zaczęła się rozglądać za Nickiem, Spostrzegła go niemal od 

background image

razu.  Stał  w  gronie  kilku  mężczyzn  po  drugiej  stronie  basenu.  Ruszyła  w  tamtym  kierunku. 

Kiedy  była  już  bliżej,  zorientowała  się,  że  Nick,  pozornie  słuchając  tego,  co  na  zmianę 

próbowali  mu  gorączkowo  klarować  współtowarzysze,  w  istocie  rozgląda  się  za  nią.  Gdy 

tylko dojrzał ją w tłumie gości, porzucił swych rozmówców i ruszył w jej stronę. Był wprost 

oszałamiająco  przystojny  w  nienagannie  skrojonym  czarnym  smokingu,  białej  koszuli  i 

eleganckiej czarnej muszce. 

- Nick, czy ty masz pojęcie, jak wspaniale wyglądasz? - zapytała go Lauren, nawet nie 

starając się kryć swego podziwu. 

- Myślisz, że powiem, że nie? 

- Myślę, że mógłbyś być odrobinę skromniejszy i trochę się zawstydzić, słysząc takie 

pochlebstwa! 

-  Widzisz,  wcale  nie  jest  tak  łatwo  wprawić  mnie  w  zakłopotanie,  i  to  z  żadnego 

powodu. 

- A mnie tak. I właśnie czekam, aż to zrobisz. Jak wyglądam? - spytała Lauren. 

Nick zlustrował ją w milczeniu swym nieprzeniknionym wzrokiem, zamyślił się, tu i 

ówdzie zatrzymał spojrzenie jeszcze raz. 

- Suknia w sam raz dla ciebie, świetnie leży - bąknął w końcu. 

- Tylko tyle masz do powiedzenia? - roześmiała się  Lauren. - To raczej komplement 

dla krawcowej. 

- Tak myślisz? - spytał Nick z nagłym błyskiem w oku. - No to posłuchaj, co mam do 

powiedzenia  wyłącznie  na  twój  temat.  Wyglądasz...  po  prostu...  niesamowicie! 

Wyrafinowana,  pełna  seksu  dama  i  anielsko  niewinna  dziewica  w  jednej  osobie!  Szokujące 

połączenie, to wprost poraża, ścina człowieka z nóg. Piekielnie żałuję, że otacza nas cały ten 

tłumek, bo gdyby nie to, w jednej chwili porwałbym cię w ramiona i... 

Widząc  że  Lauren  oblewa  się  rumieńcem  i  odwraca  w  zawstydzeniu  wzrok,  Nick 

przerwał. Ujął ją delikatnie dwoma palcami pod brodę i zapytał z odrobiną ironii: 

- Skoro wyglądam tak wspaniale, to czemu na mnie nie patrzysz? 

- Głupio mi, że się tak bez zastanowienia wyrwałam - szepnęła Lauren. - łże... że... 

- ...przesadziłaś? 

- Nie, nie o to mi chodzi. Tylko że tak obcesowo... 

- Nie przejmuj się, było mi bardzo miło. A teraz pozwól - podał jej ramię. - Chodźmy 

się czegoś napić i coś zjeść. 

Kiedy przepychali się przez tłum, wciąż to z lewej, to z prawej ktoś próbował go o coś 

nagabywać. 

background image

- Niemożliwi są ci ludzie - westchnął. - Przecież nie będę mógł bez końca udawać, że 

jestem ślepy i głuchy, a naprawdę wolałbym spędzić ten wieczór tylko z tobą. 

-  Tym  wpływowym  bogaczom  wydaje  się  pewnie,  ze  skoro  dla  nich  pracujesz, 

powinieneś  przez  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę  i  przez  siedem  dni  w  tygodniu 

posłusznie czekać na ich rozkazy - zauważyła Lauren. 

- Skąd ci przyszło do głowy, że dla nich pracuję? - zapytał Nick, marszcząc brwi. 

-  Podsłuchałam  niechcący  rozmowę  Bebe  Leonardos  z  jakąś  mną  kobietą,  zwierzały 

się  sobie,  że  ich  mężowie  Alex  i  Carlton  przyjechali  tutaj  specjalnie  po  to,  żeby  pogadać  z 

tobą o interesach. 

- I pomyśleć - stwierdził Nick, nie kryjąc irytacji - ze ja przyjechałem tutaj specjalnie 

po to, żeby po dwóch miesiącach ciężkiej pracy trochę odpocząć! 

- Przecież nie musisz z tymi dwoma dżentelmenami rozmawiać, skoro nie chcesz... 

- Jak nie pogadam z nimi, znajdą się inni nudziarze. Już kilku mnie zdążyło zaczepić. 

Zresztą  kiedy  ktoś  pokonał  parę  tysięcy  mil  specjalnie  po  to,  żeby  ze  mną  porozmawiać... 

Jakoś mi nie wypada... 

- Wiesz co? Zostaw to mnie. Już ja zadbam, żeby ci nikt nie zawracał głowy. 

- Naprawdę? Ciekaw jestem, jak to zrobisz. 

-  Po  prostu  będę  cię  celowo,  mhm...  rozpraszać,  gdy  tylko  ktoś  zacznie  z  tobą 

rozmowę o interesach. - oświadczyła Lauren. – Ale musisz udawać, że to faktycznie na ciebie 

działa - dorzuciła z figlarnym uśmiechem. 

Nick zerknął na nią z ukosa i powiedział: 

- Z tym nie będzie problemu. Nie muszę niczego udawać. Naprawdę działasz na mnie 

w taki sposób, że... zupełnie nie mogę się skupić. 

 

Przez  następne  trzy  godziny  Lauren  z  żelazną,  iście  napoleońską  konsekwencją 

wcielała  w  życie  swój  plan  strategiczny.  Ilekroć  ktoś  próbował  wciągnąć  Nicka  w 

poważniejszą dyskusję o interesach, ze słodką minką przerywała mu, przypominając swemu 

współtowarzyszowi  a  to  o  obiecanym  drinku,  a  to  o  zaplanowanym  spacerze,  to  wreszcie  o 

czymkolwiek innym, co akurat przyszło jej do głowy. Każdy pretekst był dobry, skoro tylko 

okazywał się skuteczny. 

Nick obserwował ją ze szczerym podziwem i nie mniej autentycznym rozbawieniem. 

Przechadzali się tu i tam, konfidencjonalnie objęci, od czasu do czasu zmuszeni umykać przed 

jakimś  zbyt  natrętnym  rozmówcą,  usiłującym  roztaczać  przed  Nickiem  perspektywy 

background image

wspólnego kokosowego interesu. Ostatnim był pewien zażywny właściciel jachtu, który miał 

mnóstwo do opowiedzenia na temat jakiejś kompanii naftowej z Oklahomy. 

- Nie bolą cię nogi od tego nieustannego spaceru? Może wolałabyś gdzieś przysiąść? - 

spytał Nick. 

-  Nie,  bo  jak  przysiądziemy,  zaraz  nas  dopadną  -  odpowiedziała  Lauren.  -  Zresztą  - 

dodała,  wysączywszy  z  trzymanej  w  ręku  szklaneczki  ostatni  łyczek  likieru  o  smaku  i 

konsystencji  czekolady,  natomiast  o  mocy,  której  trudno  by  się  było  po  tym  niewinnym 

przysmaku spodziewać - moje nogi są bez zarzutu, naprawdę, tak samo jak nogi tamtej pani 

na korcie - wskazała Nickowi ruchem głowy gwiazdkę filmową, która do nocnej gry w tenisa 

zdjęła...  spódnicę,  pozostając  jedynie  w  wyszywanej  cekinami  górze  wieczorowej  kreacji, 

czarnych koronkowych majteczkach i pantofelkach na wysokim obcasie. 

Nick wyjął Lauren z dłoni szklaneczkę, odstawił ją na jeden z ogrodowych stolików, 

obok umieścił swoją, też pustą. 

-  Skoro  twoje  nogi  są  w  porządku,  to  może  byśmy  się  przeszli  nad  jezioro?  - 

zaproponował. 

Zgodziła  się.  Doszli  do  przystani  jachtowej.  Jezioro  Michigan  było  tej  nocy 

wyjątkowo  spokojne,  pulsująca  łagodną  falą  powierzchnia  jego  rozległych,  zdawałoby  się, 

bezkresnych,  wód  srebrzyła  się  w  świetle  księżyca.  Z  oddali,  znad  basenu,  gdzie  na 

zaimprowizowanej  estradce  wygrywał  zaangażowany  przez  gospodarzy  dla  ubarwienia 

wieczoru zespół muzyczny, dobiegały dźwięki jakiejś nastrojowej melodii. 

- Zatańczmy - szepnął Nick, mocniej obejmując Lauren ramieniem. 

Pozwoliła  mu  się  poprowadzić  w  powolnym,  swingującym  rytmie.  Oparła  w  tańcu 

policzek o jego pierś. Poddała się niezwykłemu uczuciu, jakie ją ogarnęło, uczuciu będącemu 

piorunującą  mieszanką  podniecenia,  rozmarzenia,  znużenia,  wywołanego  pełnym  wrażeń 

dniem, i napięcia wynikającego z bezpośredniej bliskości niezwykle atrakcyjnego mężczyzny. 

Poranna  rozmowa  z  panem  Weatherbym,  spotkanie  z Jimem Williamsem,  lunch  z  Nickiem, 

wspólna  podróż,  tłumne,  choć  ekskluzywne  przyjęcie  z  udziałem  ludzi  z  pierwszych  stron 

gazet,  w  pełnej  niepowtarzalnego  uroku  scenerii...  Myśl,  ze  wszystko  to  pomieściło  się  w 

jednym dniu jej życia, przyprawiła Lauren o zawrót głowy. No, może nie tylko ta myśl, także 

pewnie alkohol wypity w znacznie większej niż kiedykolwiek dotąd ilości. 

-  Wiesz,  Nick,  ja  do  gry  w  tenisa  -  odezwała  się  trochę  ni  w  pięć,  ni  w  dziewięć, 

przypomniawszy sobie roznegliżowaną francuską aktorkę - raczej zostałabym w spódnicy, za 

to zdjęłabym szpilki. A wiesz dlaczego? 

- Żeby ci było wygodniej podbiegać? - próbował się domyślić. 

background image

- Nie o to chodzi - obruszyła się. - Zresztą nawet nie bardzo umiem trzymać rakietę. 

Widzisz,  nie  zdjęłabym  spódnicy,  bo  jestem  skromna.  A  może  raczej  mam  zahamowania? 

Sama nie wiem... Cóż, jedno z dwojga, albo to, albo to! 

Nick nie skomentował tego stwierdzenia Lauren. Przytulił ją tylko w tańcu mocniej do 

siebie i zsunął dłoń nieco niżej po jej nagich plecach. 

- Ale w tej chwili - mówiła dalej trochę sennym głosem - nie jestem ani skromna, ani 

zahamowana.  Jestem...  Kim  ja  właściwie  jestem?  Produktem  purytańskiego  wychowania  i 

liberalnej  edukacji.  Czyli  czymś  w  rodzaju  pomieszania  z  poplątaniem!  Uważam,  jestem 

przekonana, że ludzie powinni robić absolutnie wszystko, na co mają ochotę. Wszyscy ludzie, 

tylko nie ja! Ja jako mały speszony wyjątek! Powiedz mi, Nick, czy to w ogóle ma sens? 

- To ty mi raczej powiedz, Lauren, czy przypadkiem nie za dużo dziś wypiłaś? - zadał 

jej własne pytanie, nie siląc się na żadną filozoficzną odpowiedź. 

- Nie jestem pewna. 

- Ja też nie. 

Nick  roześmiał  się  trochę  diabolicznie,  a  potem  pocałował  Lauren  z  taką  samą 

namiętnością i ogniem jak wcześniej, na parkingu. 

Zwarli  się  ustami.  Lauren  czuła  przebiegające  falami  przez  cale  jej  ciało  dreszcze 

rozkoszy. Mocno przywarta do Nicka, poddając się pieszczocie jego warg i języka, i jego rąk 

wplątanych w jej włosy  Miała nieprzepartą ochotę zatracić się w niej bez reszty. Rozchyliła 

leciutko zaciśnięte w pierwszej chwili usta, objęła Nicka mocno ramionami... 

Pocałunek przedłużał się bez końca. W którymś momencie Nick szepnął: 

- Jaka tam z ciebie purytanka, Lauren... 

I znów na długo przylgnął ustami do jej ust. Wreszcie zaproponował: 

- Jedźmy do Cove. 

Lauren  zadrżała  z  podniecenia  pomieszanego  z  lękiem.  Bała  się  przede  wszystkim 

samej  siebie,  własnej  uległości  wobec  pożądania,  własnej  gotowości  do  kompletnego  i 

natychmiastowego zatracenia się w jego odmętach. Odezwała się niepewnie: 

- Nick, ja... 

Nadal trzymając ją w objęciach poprosił: 

- Spójrz mi w oczy. 

Uniosła głowę, jego i jej spojrzenia skrzyżowały się. 

- Pragnę cię, Lauren - powiedział zdecydowanym tonem. 

- Wiem, Nick - wyszeptała. - I cieszę się z tego. 

Uśmiechnął się ciepło, pogłaskał ją delikatnie po policzku. 

background image

- No więc? - zapytał. 

Nie była w stanie ukryć przed nim prawdy. Cała w ogniach, wypowiedziała drżącym 

głosem słowa, na które czekał: 

- Ja też cię pragnę, Nick! 

- W takim razie - wyszeptał jej prosto do ucha - dlaczego tu jeszcze stoimy? 

Nim  Lauren  zdążyła  cokolwiek  powiedzieć,  w  ciemności  rozległ  się  tubalny  męski 

głos: 

- Cześć, Nick! Czy to na pewno ty? 

Lauren  odruchowo  chciała  wyrwać  się  z  objęć,  ale  Nick  przytrzymał  ją  mocno  przy 

sobie, a nagabującemu go mężczyźnie odpowiedział: 

- Nie, to nie ja, Sinclair ulotnił się już parę godzin temu. 

-  Ejże?  A  to  dlaczego?  -  wciąż  niewidoczny  rozmówca  najwyraźniej  nie  zamierzał 

łatwo dać za wygraną. 

- Pewnie miał coś ciekawszego do roboty - burknął zniecierpliwiony Nick. 

- Coś znacznie ciekawszego, jak widać! - zgodził się tamten. 

Okazał  się  jowialnym  grubasem  w  rozpiętej  marynarce  i  rozluźnionym  pod  szyją 

krawacie. Nick rad nierad przedstawił go Lauren jako Dave'a Numbersa. 

- Jak się pan miewa, mister Numbers? - wypowiedziała z uśmiechem grzecznościową 

formułkę. 

-  Dziękuję,  miewam  się  świetnie,  urocza  młoda  damo  -  odparł  uprzejmie,  po  czym, 

zwracając się do Nicka, zaczął opowiadać: 

- Na jachcie Middletonów hazard idzie już na całego. Black - jack kości... Straszliwe 

stawki,  można  się  zgrać  do  koszuli,  Bebe  Leonardos  już  beknęła  na  dwadzieścia  pięć 

kawałków. 

Nick przez chwilę udawał, że słucha, Lauren nawet się nie starała. Czuła, że zamykają 

jej się oczy, że ogarniają coraz większa senność. 

- Widzę, że całkiem zanudzam twoją damę, Nick - zaczął się sumitować Numer. 

Zakłopotana Lauren uśmiechnęła się niepewnie, lecz nawet nie próbowała zaprzeczać. 

- Wybacz, Dave - odezwał się Nick, najwyraźniej rozbawiony całą sytuacją - ale moja 

dama już jest chyba gotowa do łóżka... 

Grubas łypnął okiem na Lauren, i kręcąc z podziwem głową powiedział: 

- Ty to masz szczęście, Nick. 

Po czym oddalił się w stronę jasno oświetlonego domu Middletonów. 

Nick mocno przytulił Lauren do siebie. Zapytał ją: 

background image

- Naprawdę mam szczęście? 

- Naprawdę masz co? - wymamrotała na wpół śpiąc. 

- Szczęście! Dzisiejszej nocy. 

- Chyba nie... 

- Ja też tak myślę. Ty przecież zasypiasz na stojąco. Chodź zaprowadzę cię do twojego 

pokoju. 

Pomimo późnej pory dom Middletonów pełen był światła i gwaru. 

- Czy ci ludzie wcale nie sypiają? - spytała półprzytomnie Lauren. 

- Jeśli nie muszą, to nie - odparł ze śmiechem Nick. 

Spytał  lokaja,  który  pokój  przewidziano  dla  Lauren,  podprowadził  ją  na  gorę  po 

schodach. Żegnając się, powiedział: 

-  Będę  w  Cove,  dobrze  się  wyśpij  i  przyjedź  do  mnie  jutro.  Kluczyki  od  twojego 

samochodu  dam  na  przechowanie  starszemu  lokajowi.  Jak  stąd  wyjedziesz,  po  dwu  milach 

skręć  w  pierwszą  drogę  w  lewo.  Zaprowadzi  cię  prosto  do  mojej  chaty,  w  Cove  nie  ma 

żadnych innych domów, więc się na pewno nie pomylisz. Będę na ciebie czekał o jedenastej. 

Spędzimy cały dzień tylko we dwoje. 

-  Nie  pytasz  nawet,  czy  w  ogóle  chcę  spędzić  z  tobą  tylko  we  dwoje  cały  dzień?  - 

próbowała się droczyć Lauren. 

- Chcesz, chcesz, tylko trochę kaprysisz - zapewnił ją Nick takim tonem, jakby mówił 

do  rozpieszczonego  kilkuletniego  brzdąca.  -  Ale  jak  nie  zechcesz  -  dodał  -  możesz  przecież 

jechać  prosto  do  Missouri.  No  to  do  jutra,  do  jedenastej!  -  rzucił  na  pożegnanie,  pocałował 

Lauren lekko w usta i wyszedł. 

- Oj, bo przytrę ci nosa, mój panie, i naprawdę pojadę do Missouri! - mruknęła Lauren 

niby to rozgniewana i uśmiechnęła się sama do siebie. 

„Cóż  to  za  niesamowity  facet!  -  pomyślała.  -  Nieznośnie  arogancki,  a  równocześnie 

taki... cudowny... Silny, inteligentny, czuły, dowcipny, przystojny, męski!” Przez ostatnie lata 

była  stale  zbyt  zajęta  nauką  i  muzyką,  by  móc  sobie  pozwolić  na  bliższe  kontakty  z 

przedstawicielami  płci  przeciwnej,  niemniej  jednak,  jako  dorosła  już  przecież  kobieta, 

doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  jacy  mężczyźni  jej  się  podobają.  Wiedziała,  czego  chce. 

Wiedziała,  że  chce  Nicka.  Ogarnięta  gwałtownym,  nieodpartym  pożądaniem,  gotowa  w 

zasadzie na wszystko, oczekiwała wszakże z jego strony czegoś więcej niż tylko zaspokojenia 

doraźnej namiętności. Oczekiwała troskliwości. Adoracji. Kto wie, może nawet miłości? 

„Niech przynajmniej nie będzie taki pewny swego!” - pomyślała i postanowiła zjawić 

się  nazajutrz  w  Cove  trochę  później.  Mniej  więcej  o  wpół  do  dwunastej.  Tak,  żeby  Nick 

background image

zdążył pocierpieć, ale żeby przypadkiem nie zdążył opuścić domu. „Dam mu małą nauczkę, 

ale potem znów będę dla niego dobra” - pomyślała. I usnęła. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

Działając  zgodnie  ze  swym  planem,  Lauren  zgłosiła  się  do  starszego  lokaja  po 

kluczyki  dopiero  o  jedenastej  dwadzieścia.  Ponieważ  jednak  okazało  się,  że  jej  samochód 

został  na  parkingu  zablokowany  przez  kilka  innych,  zdołała  wyruszyć  z  Harbor  Springs 

dopiero za kwadrans dwunasta. „Co będzie, jeśli Nick nie poczeka?” - myślała z niepokojem 

podczas jazdy, zaciskając dłonie na kierownicy i przyduszając do oporu pedał gazu. 

Boczną drogę w lewo odnalazła łatwo, zwłaszcza że była nawet oznakowana czymś w 

rodzaju drogowskazu: niewielką drewnianą tabliczką z napisem „Cove”. Droga ta prowadziła 

dość ostro pod górę, przez gęsty las. Kończyła się u stóp urwistego wzniesienia, osłaniającego 

od tyłu efektowny, stylowy dom z cedrowych bali i szkła. Z boku znajdował się żwirowany 

podjazd  dla  samochodów.  Przed  domem  rozciągał  się  niewielki,  ale  starannie  utrzymany 

trawnik. 

Lauren zaparkowała wóz, pośpiesznie wysiadła, podbiegła do frontowych drzwi domu 

i wcisnęła guzik dzwonka. Raz, drugi, trzeci... Nikt nie otwierał. Najwyraźniej nikogo już nie 

było. 

„Nick pewnie uznał, że pojechałam prosto do Missouri - pomyślała Lauren. - Swojego 

samochodu  nie  miał,  więc  pewnie  zabrał  się  z  właścicielem  tego  wspaniałego  bungalowu.  I 

teraz... szukaj wiatru w polu...” 

Zrobiło  jej  się  strasznie  szkoda,  że  sama  do  czegoś  takiego  doprowadziła.  Prawdę 

mówiąc,  miała  ochotę  się  rozpłakać,  Z  żalu,  ze  złości...  Dzień  zapowiadał  się  tak 

emocjonująco,  tak  ciekawie,  a  tymczasem...  Łykając  łzy,  wróciła  do  samochodu.  Już  miała 

wsiąść  i  odjechać,  prosto  do  Missouri,  gdy  obrzucając  ostatnim  Spojrzeniem  na  dom  i  jego 

malownicze otoczenie, spostrzegła wykute w skalistym zboczu urwiska schodki. Prowadziły 

gdzieś w dół, skąd dochodził dziwny, metaliczny stukot. „Ktoś tam jest - pomyślała. - Może 

to...” 

Poczuła  przyśpieszone  bicie  serca,  i  nie  zastanawiając  się  ani  chwili  dłużej,  zaczęła 

szybko  zbiegać  po  kamiennych  stopniach.  Odetchnęła  z  ogromną  ulgą,  ujrzawszy  jezioro, 

stojącą na wodzie żaglówkę i.., Nicka, który ubrany tylko w białe tenisowe szorty, dłubał coś 

przy silniku łodzi. 

Zatrzymała  się.  Przed  ujawnieniem  swojej  obecności  chciała  uspokoić  się  nieco, 

wrócić do równowagi, a poza tym... po prostu popatrzeć przez chwilę na swego cudownego 

mężczyznę,  przypominającego  posąg  ze  spiżu,  podelektować  się  nieco  obrazem  jego 

background image

szerokich  barków,  muskularnych  ramion  i  opalonych  na  przepiękny,  połyskujący  brąz 

pleców. 

Nick  przerwał  na  moment  pracę  przy  silniku,  zerknął  na  zegarek.  Pokręcił  głową... 

Wrócił  do  poprzedniej  czynności.  Lauren  zauważyła  obok  łodzi,  na  złocistym  piasku,  dwa 

rozłożone  koce  i  lniany  obrus  z  elegancką  śniadaniową  zastawą  na  dwie  osoby.  Obok  stały 

trzy  piknikowe  koszyki.  Z  jednego  z  nich  przez  uchylone  wieczko  wystawała  butelka  wina. 

„Ile  razy  on  musiał  zejść  i  wejść  po  tych  schodkach,  żeby  to  wszystko  przygotować”  - 

pomyślała z czułością. 

Chciała  powiedzieć  Nickowi  coś  miłego  na  powitanie,  ostatecznie  jednak  zawołała 

tylko: 

- Cześć! 

Nie prostując się i nie odkładając trzymanego w ręku klucza, odwrócił powoli głowę. 

Zerknął na Lauren przez ramię i stwierdził chłodno, oskarżycielskim tonem: 

- Spóźniłaś się. 

- Lepiej późno niż wcale - odcięła się nie bez złośliwości. 

- Czasem za późno to to samo co wcale - stwierdził filozoficznie. 

W  pierwszej  chwili  Lauren  miała  ochotę  kontynuować  tę  szermierkę  słowną, 

dostrzegłszy  jednak  w  srebrzystoszarych  oczach  Nicka  niekłamany  smutek,  a  przynajmniej 

głęboką melancholię, zrezygnowała z walki i zdecydowała się na kapitulację. 

-  Masz  rację,  Nick  -  zgodziła  się.  I  zapytała:  -  Byłbyś  rozczarowany,  gdybym  się 

wcale nie zjawiła? 

Pokiwał głową i wypowiedział tylko jedno słowo: 

- Bardzo... 

Wyprostował się, zrobił kilka kroków w jej stronę. 

- Lauren... 

- Tak? 

- Chciałabyś najpierw coś zjeść? 

-  Najpierw  coś  zjeść?  -  powtórzyła  stłumionym  z  emocji  głosem.  -  Najpierw,  to 

znaczy, zanim co? 

- No, zanim pożeglujemy na jezioro! - odparł Nick, najwyraźniej zdziwiony pytaniem. 

-  Na  jezioro!  -  wykrzyknęła  z  ulgą  i  roześmiała  się  na  myśl  o  obawach,  jakimi  była 

ogarnięta przed chwilą. - Tak, chętnie najpierw coś zjem, bardzo chętnie, naprawdę... 

I dodała po chwili: 

- Nick, uwielbiam z tobą,., żeglować! 

background image

ROZDZIAŁ 7 

Wypłynęli.  Pogoda  była  wspaniała.  Wiatr  dął  w  żagiel  z  taką  akurat  silą,  by  łódź 

mogła  się  ślizgać  po  wodzie  bezszelestnie  i  gładko.  Po  świetlistym,  jasnobłękitnym  niebie 

przepływały  od  czasu  do  czasu  bielusieńkie  puchate  obłoczki,  i  poskrzekując,  przelatywały 

mewy.  Nick sterował.  Lauren, siedząc naprzeciwko na dziobie, trochę rozglądała się wokół, 

po jeziorze, trochę się opalała, a tak naprawdę po prostu cieszyła się pięknym dniem i miłym 

towarzystwem  wymarzonego  mężczyzny.  Rozmawiali  po  przyjacielsku,  śmiali  się  razem. 

Nawet jeśli chwilami milczeli, mocna nić obopólnego, harmonijnego porozumienia, jaka ich 

tego  dnia  połączyła,  nie  ulegała  osłabieniu,  a  tym  bardziej  zerwaniu.  Po  prostu  było  im  ze 

sobą dobrze. 

Po mniej więcej dwu godzinach od wypłynięcia z Cove Nick zaproponował: 

- Może byśmy stanęli tu na kotwicy? Poopalamy się, powędkujemy... 

- Cudownie! - zgodziła się Lauren. 

Nick zarzucił kotwicę i zwinął żagiel. Przygotował dwie wędki. 

-  Złowimy  coś  na  kolację  -  powiedział.  -  Może  trafi  się  okoń?  Tu  jest  też  mnóstwo 

łososi, ale łososia trzeba by na błyszczkę... Wędkowałaś kiedyś? 

- Trochę z ojcem w Missouri. Ale zawsze z brzegu, nigdy z łodzi. 

Zarzucili wędki. 

- Mam coś! - wykrzyknął Nick po półgodzinnym mniej więcej wyczekiwaniu. 

Podniecona  Lauren  nieświadomie  zaczęła  udzielać  mu  wskazówek,  takich  samych, 

jakie wielokrotnie słyszała od ojca: 

- Ściągaj! Kij sztorcem! Nie luzuj żyłki. Teraz popuść z kołowrotka, bo się zerwie! 

-  Wielkie  nieba,  kobieto,  ależ  ty  umiesz  komenderować!  -  roześmiał  się  Nick  i 

wprawnie wyciągnął rybę. - No i co o tym myślisz? - zapytał, prezentując Lauren z dumą swą 

zdobycz. 

- Myślę, że to ładna sztuka! - pochwaliła. 

W  tej  samej  chwili  uświadomiła  sobie  jasno  i  wyraźnie,  że  chcąc  wyrazić  to,  co 

naprawdę czuje, powinna właściwie powiedzieć coś całkiem innego: „Myślę, Nick, że jesteś 

po prostu wspaniały! Że zawładnąłeś moim sercem, I że dzisiejszej nocy zawładniesz również 

moim ciałem...” 

 

background image

Słońce  zaczęło  chylić  się  ku  zachodowi,  kiedy  ruszyli  z  powrotem  do  Cove.  Lauren 

nie  miała  już  żadnych  wątpliwości  co  do  tego,  jak  powinna  się  zachować  wobec  Nicka 

wieczorem i na co mu pozwolić. Wiedziała, była pewna, że go kocha, wiedziała, że pozwoli 

mu  na  wszystko.  Porzuciła  wszelkie  skrupuły  i  wahania.  Jeśli  coś  ją  jeszcze  niepokoiło,  to 

tylko  fakt,  że  tak  niewiele  wie  o  mężczyźnie,  z  którym  zamierza  przeżyć  coś,  co  kobieta 

przeżywa tylko ten jeden jedyny raz w życiu: swój pierwszy raz... 

- Lauren, o czym tak rozmyślasz? - spytał Nick. 

Odpowiedziała szczerze: 

- O tym, że tak mało o tobie wiem. 

- A co na przykład chciałabyś wiedzieć? 

- Na przykład... Jak poznałeś Tracy Middleton i całe to jej bogate towarzystwo? 

Nick  nie  odpowiedział  od  razu.  Odczekał  chwilę,  zapalił  papierosa.  Potem  dopiero 

wyjaśnił: 

-  Tracy  i  ja  dorastaliśmy  po  sąsiedzku.  W  jednym  z  tych  starych  domów  w 

śródmieściu,  które  już  dawno  poszły  do  rozbiórki.  W  pobliżu  miejsca,  gdzie  Tony  ma  teraz 

restaurację. Jego kamieniczka przetrwała jako jedna z nielicznych, prawdziwy z niej zabytek, 

po odnowieniu nawet ładnie się prezentuje, jak sama widziałaś... 

Nick zamilkł. Lauren pomyślała, że kiedy on i Tracy byli dziećmi, stare domy w ich 

śródmiejskiej dzielnicy z pewnością nie prezentowały się tak ładnie. 

-  Kiedyś  było  tam  całkiem  inaczej,  po  prostu  biednie  i  tyle  -  podjął  znów  swoją 

opowieść Nick, zdając się czytać w myślach Lauren. - Tracy zdecydowała się wyjść za faceta 

dwa razy starszego od siebie, byleby tylko się wyrwać z tej zakazanej dzielnicy. 

Znów przerwał. Lauren odważyła się postawić ponownie pytanie, które ją wyjątkowo 

mocno nurtowało, a na które Nick nie udzielił jej wczoraj odpowiedzi: 

-  Powiedziałeś,  że  twój  ojciec  zmarł,  kiedy  miałeś  cztery  lata,  i  wychowywali  cię 

dziadkowie. Ale co się stało z twoją matką? 

- Nic się nie stało - rzekł chłodnym, obojętnym tonem. - W dzień po pogrzebie mojego 

ojca wróciła do swoich rodziców. 

Lauren zapytała z wahaniem: 

- A ciebie... Ciebie ze sobą nie wzięła? 

Nick  zasępił  się.  Historia  matki  najwyraźniej  nie  należała  do  tych,  które  chętnie 

opowiadał  i  do  których  w  ogóle  wracał  myślami,  Lauren  odniosła  wrażenie,  że  teraz  też 

wolałby  tego  uniknąć.  Już  zaczęła  żałować  postawionego  pytania,  kiedy  Nick,  po  dłuższej 

chwili milczenia, przemógł się jednak. 

background image

-  Widzisz  -  zaczął  wyjaśniać  -  moja  matka  była  bogatą,  rozpieszczoną  dziewczyną  z 

Grosse Pointe, dzielnicy ekskluzywnych rezydencji, a mój ojciec - przystojnym, ale ubogim 

chłopakiem  ze  śródmieścia,  zwykłym  elektrykiem.  Poznali  się,  kiedy  naprawiał  instalację  w 

domu  jej  rodziców.  W  sześć  tygodni  później  matka  dała  kosza  swemu  bogatemu 

narzeczonemu i wyszła za mego ojca. I chyba zaraz tego pożałowała.,. 

- Pamiętasz ojca? 

-  Prawie  że  nie.  Znam  go  tylko  z  opowieści.  Był  strasznie  honorowym  facetem,  nie 

chciał  niczego  od  bogatych  teściów.  Starał  się  sam  zarobić  na  utrzymanie  rodziny, 

zapracowywał się... 

- No i co dalej? - spytała Lauren, kiedy Nick znów przerwał. 

- No i nic. Umarł. A w dzień po jego pogrzebie matka oświadczyła, że zrywa „z tym 

zafajdanym  życiem”,  które  razem  z  nim  prowadziła,  i  wraca  do  Grosse  Pointe.  Ja  też 

widocznie  byłem  dla  niej  zanadto  „zafajdany”,  skoro  i  ze  mną  zerwała  raz  na  zawsze. 

Zostawiła  mnie  dziadkom,  a  sama  wyszła  po  trzech  miesiącach  za  mąż  za  swojego 

eksnarzeczonego i po roku urodziła drugiego syna - mojego przyrodniego brata. 

- Ale chyba cię odwiedzała, prawda? 

- Nie, nigdy. 

- Chcesz powiedzieć, że w ogóle jej nie widywałeś? Mimo że mieszkała w tym samym 

mieście,  w  odległości  zaledwie  paru  mil  od  miejsca,  w  którym  dorastałeś  pod  opieką 

dziadków? 

- Widywałem ją od czasu do czasu, ale tylko za sprawą przypadku. 

- Na przykład? 

- Kiedyś przyjechała na stację benzynową, na której pracowałem. 

- I co ci wtedy powiedziała? 

Nick uśmiechnął się cierpko. 

- Powiedziała, żebym sprawdził poziom oleju. 

- Tylko tyle? 

- Nie. Dodała jeszcze, żebym sprawdził ciśnienie w kołach. 

Lauren  starała  się  panować  nad  sobą,  poczuła  jednak,  że  do  oczu  zaczynają  jej 

napływać łzy. Odwróciła głowę, chcąc je ukryć przed Nickiem. 

- Co ci jest? - spytał. 

- Nic... naprawdę nic... - odpowiedziała zdławionym głosem. 

Nick ujął ją dłonią za podbródek i spojrzał jej prosto w oczy. Zdziwił się: 

- Przecież ty płaczesz! 

background image

- Nie zwracaj na to uwagi - bąknęła. - Na smutnych filmach tez zalewam się łzami. 

Nick uśmiechnął się i przytulił ją do siebie. 

- Ten film wcale nie jest taki smutny - powiedział. - Miałem cudownych opiekunów i 

wspaniałe,  radosne  dzieciństwo.  Dorastałem  w  skromnych  warunkach,  prawdę  mówiąc  w 

biedzie,  musiałem  wcześnie  nauczyć  się  radzić  sobie  w  życiu  na  własną  rękę,  ale  dzięki 

miłości  dziadków  nigdy  nie  czułem  się  porzucony  czy  osamotniony.  Nie  wyrosłem  na 

zakompleksionego ponuraka. Ani, na szczęście, na beznadziejnie samolubnego paniczyka, jak 

mój przyrodni braciszek! 

Lauren rozpogodziła się. 

-  Nick,  skoro  osiągnąłeś  w  życiu  sukces  własnymi  siłami,  bez  pomocy  bogatych 

rodziców, to po prostu przerosłeś tamtego! - stwierdziła z entuzjazmem. 

- Faktycznie, przerosłem. Mój dziadek był wysokim facetem, mój ojciec też... 

- Nie żartuj sobie! Mówiłam serio. 

- Przepraszam. 

- Już dobrze... Powiedz mi, kiedy byłeś chłopakiem, pewnie marzyłeś, żeby dorównać 

pozycją finansową i wpływami drugiemu mężowi matki i jej drugiemu synowi, prawda? 

-  Co  tam  dorównać!  Zawsze  chciałem  być  bogatszy  i  potężniejszy  od  tych  dwóch 

dupków! - przyznał Nick. 

- I dlatego zostałeś inżynierem? 

- Właśnie. 

- I co dalej? 

-  Chciałem  wziąć  się  do  biznesu,  ale  brakowało  mi  torsy  na  rozkręcenie  interesów... 

No, dość tych zwierzeń! - uciął nagle Nick. - Ahoj! Dopływamy do brzegu. 

background image

ROZDZIAŁ 8 

Nastrój przyjaznej bliskości, jaki zapanował pomiędzy nimi w czasie popołudniowego 

rejsu pojezierze, utrzymywał się  również przy kolacji, zjedli ją na powietrzu, na niewielkim 

tarasie usytuowanym na tyłach domu, od strony zbocza. 

-  Nie  zawracaj  sobie  tym  głowy,  rano  gospodyni  wszystko  posprząta  i  zmyje  - 

powiedział Nick, kiedy Lauren podniosła się, żeby zebrać nakrycia ze stołu. 

Nalał do dwóch kryształowych kieliszków po odrobinie likieru Grand Marnier. Jeden 

podał  Lauren,  drugi  uniósł  do  ust  i  w  milczeniu  zaczął  sączyć  maleńkimi  łyczkami  przedni 

trunek. 

Nastrój  wieczoru  zmienił  się  zdecydowanie  -  stał  się  nastrojem  oczekiwania. 

Powierzchowny spokój w istocie zaczął coraz silniej nabrzmiewać napięciem. W spojrzeniu, 

w oczach Nicka, w całym wyrazie jego twarzy, ba, nawet w pozornie obojętnych gestach jego 

rąk czy poruszeniach głowy, gdy palii papierosa, Lauren widziała narastające z każdą minutą 

pożądanie. Własnych pragnień również była świadoma. I wystarczająco silnych, by wywołać 

dreszcz. 

- Zimno ci? - spytał Nick, spostrzegłszy, że lekko drży. 

Pospiesznie  pokręciła  głową,  chcąc  odwlec  jeszcze  trochę  moment,  kiedy  on,  ten  jej 

wspaniały, ale i w jakiś sposób groźny mężczyzna, wprowadzi ją do domu. Powiedziała, siląc 

się na spokój: 

- Jest może trochę chłodno, ale bardzo przyjemnie... Posiedźmy tu jeszcze trochę. 

Minęło kilka minut. Nick zdusił papierosa, odsunął się z krzesłem od stołu. 

-  Chciałabym  jeszcze  kropelkę  -  poprosiła  Lauren,  podsuwając  mu  swój  pusty  już 

kieliszek. 

Nalał  trochę  jej  i  sobie.  Oparł  się  wygodniej.  Jakoś  dziwnie  znacząco  zaczął  się 

Lauren  przyglądać.  Była  zbyt  podniecona,  zbyt  zdenerwowana,  żeby  znieść  hipnotyzujący 

ciężar jego wzroku. Wstała z krzesła, i popijając likier, zaczęła się kręcić tam i z powrotem po 

tarasie,  niemal  miotać  się  po  nim,  niczym  wystraszone  zwierzę  po  klatce.  Chciała,  pragnęła 

tego  samego  co  Nick,  lecz  równocześnie  bała  się  jego  drapieżnej  męskości  i  bogatego 

doświadczenia, i własnej dziewiczej ignorancji, i ewentualnego rozczarowania z jego strony. 

W końcu Nick podszedł do niej i objął ją ramieniem. 

- Chyba ci jednak zimno, cała dygoczesz - powiedział. 

Przytulił Lauren mocno do siebie, oplatając ją obiema rękami. 

background image

- Teraz ciepło? - zapytał. 

Na  potwierdzenie  skinęła  tylko  głową;  zupełnie  nie  była  w  stanie  wydobyć  z  siebie 

głosu. 

- W domu jest jeszcze cieplej - stwierdził. - Wejdźmy do środka. 

Lauren była zbyt przejęta, by zauważyć, że wchodzą do domu innymi drzwiami niż te, 

którymi wychodzili na taras. Dlatego ogarnęło ją zdumienie, kiedy nagle znalazła się wraz z 

Nickiem  nie  w  saloniku,  ale  w  luksusowo  urządzonej,  utrzymanej  w  tonacjach  bieli  i  brązu 

sypialni, zdominowanej przez ogromne podwójne łoże. Nick zamknął drzwi od tarasu. Lauren 

pomyślała z przestrachem, że teraz nie ma już odwrotu. Klamka zapadła. 

Usiłowała  jeszcze  zagrać  na  zwłokę.  Spojrzawszy  na  łóżko,  stwierdziła  dość 

niedorzecznie: 

- Nick, przecież ja jeszcze wcale nie jestem śpiąca! 

Przygarnął  ją  do  siebie  ramieniem  i  delikatnymi,  drobniutkimi  pocałunkami  zaczął 

obsypywać najpierw jej szyję, a potem koniuszek ucha. Wśród pocałunków wyszeptał: 

- Dziewczyno, mnóstwo czasu minie, zanim będziemy spali. 

Nie przestając całować, zaczął pieszczotliwie błądzić dłońmi po jej ciele, z początku w 

okolicach talii, ale stopniowo coraz wyżej. 

-  Miałam  na  myśli...  -  zaczęła  mu  pośpiesznie  tłumaczyć  załamującym  się  głosem  - 

...miałam na myśli, że nie jestem jeszcze gotowa... do łóżka, Nick! 

- Lauren, czekałem na ciebie całą wieczność. Nie każ mi czekać dłużej - rzekł głosem 

nabrzmiałym pożądaniem. 

Jego  słowa,  ich  treść  i  ton,  podziałały  na  Lauren  niczym  najprzedniejszy  afrodyzjak. 

Przestała  się  opierać,  przestała  zaprzątać  sobie  głowę  jakimikolwiek  skrupułami  czy 

obiekcjami.  Nie  próbowała  powstrzymywać  coraz  śmielszych  rąk  Nicka.  Tylko 

zawstydzonym  spojrzeniem  wciąż  uciekała  gdzieś  w  bok  od  jego  oczu,  jego  twarzy,  jego 

ciała. 

-  Popatrz  mi  trochę  w  oczy  -  poprosił,  a  chcąc  mieć  pewność,  że  prośba  zostanie 

spełniona,  ujął  jej  głowę  delikatnie,  lecz  stanowczo  w  obie  dłonie  i  zmusił  Lauren  do 

skierowania wzroku prosto na niego. - Zrobimy to razem - powiedział łagodnym, choć trochę 

mentorskim tonem. - Najpierw ty rozepniesz mi koszulę... 

„Uznał mnie za jakąś pierwszą naiwną, która nie ma pojęcia, jak się zachować sam na 

sam z mężczyzną!” - pomyślała speszona Lauren. 

background image

Oblała  się  rumieńcem  wstydu  i  drżącymi  palcami  zaczęła  dość  niezgrabnie 

manipulować  przy  jego  guzikach.  Nick  znacznie  zręczniej  poradził  sobie  z  rozpięciem  jej 

bluzki i stanika. 

-  Dotknij  mnie  -  rzekł  władczym  tonem,  kiedy  oboje  stali  już  naprzeciwko  siebie 

nadzy do pasa. 

Lauren  spojrzała  na  jego  męski,  muskularny,  jakby  wykuty  z  brązu  tors  i...  nie 

potrzebowała  już  więcej  ani  zachęty,  ani  żadnych  wskazówek.  Kobiecy  instynkt  zaczął  jej 

bezbłędnie podpowiadać, co powinna robić. Zaczęła pieścić Nicka najpierw dłońmi, a potem 

ustami. Przyciągnął ją blisko do siebie, wstrząsany dreszczem rozkoszy. Pozwolił jej jeszcze 

przez  chwilę  pokrywać  pocałunkami  swą  szeroką,  bujnie  owłosioną  pierś,  wkrótce  jednak, 

zapragnąwszy ust Lauren, wpił się w nie własnymi ustami. 

Z początku pieścił, smakował wargami i językiem tylko jej zaciśnięte wargi. Kiedy je 

jednak  lekko  rozchyliła,  natychmiast  wniknął  głębiej.  Lauren  poczuła  obezwładniającą 

rozkosz,  tak  silną,  że  zdobią  chyba  przyprawić  o  szaleństwo.  Przywarła  całym  ciałem  do 

Nicka.  Przerwał  na  chwilę  pocałunek,  podejmując  heroiczny  wysiłek  pohamowania  -  dla 

przedłużenia obopólnej przyjemności - zmysłów Lauren i własnych. Wyszeptał: 

- Dziewczyno, nie masz pojęcia, jak bardzo cię pragnę! 

Następny pocałunek sprawił, że płomień namiętności wybuchł  w całym  ciele  Lauren 

gwałtownym  pożarem.  Pojękiwała  z  rozkoszy,  gdy  Nick  coraz  bardziej  niecierpliwymi 

dłońmi  błądził  po  jej  piersiach  i  plecach.  Kiedy  zszedł  niżej,  na  biodra  i  pośladki,  i  kiedy 

zmusił ją, by przylgnęła podbrzuszem do jego nabrzmiałej męskości, doznała zawrotu głowy. 

Świat  nadal  wirował  Lauren  w  oczach,  gdy  Nick  pochwycił  ją  na  ręce  i  zaniósł  na 

wielkie łoże. Sam natychmiast znalazł się obok, by po chwili okryć jej ciało własnym ciałem. 

Zaczął pieścić dłońmi i ustami jej piersi, sprawiając, że ich delikatne koniuszki nabrzmiewały 

rozkoszą  aż  do  bólu.  Zaczął  pieścić  pocałunkami  jej  wargi,  sprawiając,  że  rozchylała  je 

chciwie,  złakniona  kolejnych,  upajających  szturmów  na  wnętrze  swoich  ust.  Zaczął 

wprawnie, wręcz po mistrzowsku, penetrować i pobudzać całe jej ciało, pozbawiając je przy 

tym niepostrzeżenie ostatnich osłon. 

Sam  również  był  już  nagi.  Lauren  poczuła,  że  jest  całkowicie  gotowa  do  tego,  by 

otworzyć  przed  nim  najskrytszą  głębię  swej  kobiecości.  Zgięła  kolana,  rozchyliła  uda  i... 

niemal w tej samej chwili gwałtownie je zacisnęła. 

- Nick! - wyszeptała. - Nick, zaczekaj, ja... 

- Nie, Lauren - przerwał jej - teraz już nie każ mi czekać. Proszę! 

background image

Przesycony najwyższym, bolesnym aż pragnieniem ton tej prośby sprawił, że Lauren 

posłusznie  jej  uległa.  Oplotła  ramionami  plecy  Nicka,  a  nogami  jego  biodra.  Pozwoliła  mu 

wejść w siebie aż do końca. Ból, jaki odczuła w pierwszym momencie, szybko ustąpił miejsca 

słodkiej,  obezwładniającej  rozkoszy,  której  kolejne  fale,  wzbierające,  nabrzmiewające  w 

zrazu  powolnym,  a  z  każdym  ruchem  męskości  Nicka  coraz  szybszym  rytmie,  były  wciąż 

potężniejsze i bardziej gwałtowne. 

-  Dziewczyno,  czekałem  na  ciebie  całą  wieczność!  -  Nick  zdławionym  szeptem 

wypowiedział te same co wcześniej magiczne, namiętne słowa. 

Przyśpieszył rytm, zaczął przyśpieszać go coraz bardziej i bardziej... Nie zwolnił, nie 

spoczął w wysiłkach, póki nie doprowadził Lauren do szczytu miłosnej ekstazy. 

Potrzebowała  dużo  czasu,  by  ocknąć  się  z  oszołomienia,  z  zauroczenia,  by  w  pełni 

uświadomić sobie i ocenić to, co zaszło między nimi. Wtedy dopiero zaczęła się gorączkowo 

zastanawiać. Czy zauważył, że była dziewicą? Jak ocenił jej przyzwolenie na to, by pozbawił 

ją  dziewictwa?  Czy  uznał  tę  decyzję  za  wynik  rozbudzenia  zmysłów,  czy  też  za  skutek 

rozbudzenia uczuć, którym owa decyzja była naprawdę? 

Spojrzała na Nicka. Leżał obok niej, wsparty na łokciu. I przyglądał się jej, po trosze 

zaskoczony, zdumiony, a po trosze najwyraźniej ... rozbawiony. A więc zorientował się! 

Lauren  uniosła  się  gwałtownie,  usiadła  i  szybko  naciągnęła  na  siebie  jego  leżącą  w 

nogach łóżka pogniecioną koszulę. Z jakąś rozpaczliwą determinacją pragnęła osłonić swoją 

nagość. Chciała natychmiast uciec od Nicka i od jego ewentualnych pytań. 

- Napiłabym się kawy. Zrobię! - rzuciła, znajdując w ten sposób pretekst do rejterady z 

sypialni. 

Wstała.  Spojrzała  na  Nicka  jeszcze  raz.  Widok  jego  swobodnej,  nonszalanckiej 

nagości przyprawił ją o rumieniec wstydu. Zapytała nieśmiało: 

- Nie gniewasz się, że ja... że wzięłam twoją koszulę, Nick? 

-  Nie  gniewam  się  o  nic,  Lauren  -  odparł  z  głębokim  przekonaniem,  choć 

równocześnie z nie gasnącym błyskiem rozbawienia w oczach. 

- Jaką najbardziej lubisz? - zapytała, speszona jeszcze bardziej. 

- Dokładnie taką jak ty! - odpowiedział ze stoickim spokojem. 

- Miałam na myśli... jaką lubisz kawę? 

- Czarną. 

- Masz ochotę? 

- Zależy na co - pozwolił sobie na dwuznaczność. 

- No... na kawę! 

background image

- Tak, poproszę. 

- Zaraz zrobię. 

Lauren  pośpiesznie  przeszła  z  sypialni  do  kuchni.  Miała  ochotę  się  rozpłakać.  Była 

pewna, że Nick z niej kpi, że całkowicie, żałośnie ośmieszyła się w jego oczach. Trzęsącymi 

się  ze  zdenerwowania  rękoma  zaczęła  otwierać  kolejne  szafki,  szukając  najpierw  kawy,  a 

potem ekspresu do jej zaparzenia, filiżanek, łyżeczek... W którymś momencie kuchenne drzwi 

skrzypnęły. Stanął w nich Nick, już ubrany. Ponieważ nic sensowniejszego nie przychodziło 

Lauren do głowy, zagadnęła go: 

-  Dlaczego  nie  ma  prawie  żadnych  zapasów  w  tej  kuchni?  Wygląda  na  to,  że 

wszystko, co było, zjedliśmy. 

- Nie ma zapasów, bo dom idzie na sprzedaż - odparł Nick. 

Podszedł do Lauren, objął ją i przyciągnął do siebie. Zapytał cicho: 

- Dlaczego mi nie powiedziałaś? 

- . Nie powiedziałam ci? O czym? - Próbowała wykrętnie udawać, że nie rozumie, o 

co mu chodzi. 

- Dobrze wiesz... 

- Bo zapomniałam. 

- Błędna odpowiedź - zachichotał Nick. - Spróbuj jeszcze raz. 

Wzruszyła ramionami. 

-  Bo  jakoś  nie  było  okazji  -  bąknęła.  -  Zresztą  myślałam,  że  nie  zwrócisz  uwagi. 

Wielka mi sensacja... 

-  No  wiesz!  Trudno  w  dzisiejszych  czasach  nie  zwrócić  uwagi  na  dziewictwo 

dwudziestotrzyletniej kobiety. Jasne, że sensacja! Zwłaszcza jeśli to kobieta o takiej urodzie 

jak twoja. Oczywiście, że zwróciłem uwagę! 

- Ale wcześniej, Nick... Przed... przed tą chwilą, wiesz... Nie domyśliłeś się niczego? 

- Wcześniej nie. Nie miałem pojęcia. A później... Później było już za późno, żeby się 

nad tym zastanawiać. Mhm... Chyba powinnaś była mi powiedzieć, zanim znaleźliśmy się w 

łóżku. 

- Czy gdybym powiedziała, postąpiłbyś inaczej? 

- Nie, ale postarałbym się być delikatniejszy. Dlaczego niby miałbym,,, inaczej? 

- Właściwie nie wiem. Może miałbyś jakieś skrupuły, że... no, że... 

-  Że  ograbię  z  tego  cennego  daru  twego  przyszłego  męża?  Nie  bądź  śmieszna!  Nie 

będzie oczekiwał od ciebie dziewictwa, dzisiaj faceci w ogóle nie przywiązują do tego wagi. 

Widzisz,  my  też  jesteśmy  teraz  wyzwoleni,  nie  wymagamy  od  kobiet  niewinności. 

background image

Akceptujemy,  a  nawet  wręcz  cenimy  ich  bogate  doświadczenie.  Masz  takie  same  erotyczne 

potrzeby jak ja, Lauren, i pełne prawo do zaspokojenia ich, z kimkolwiek zechcesz. Przyjmij 

to do wiadomości! 

Lauren  zamyśliła  się,  wpatrzona  w  złoty  medalion  na  długim  łańcuszku,  który  Nick 

nosił na szyi. W końcu spytała: 

- Nick, czy zależało ci kiedyś w życiu, ale tak naprawdę, na jakiejś kobiecie? 

- Owszem, nawet na kilku. 

- I nie obchodziło cię nigdy, czy miały przed tobą innych mężczyzn? 

- Oczywiście, że nie. Nigdy. 

-  Wydaje  mi  się...  -  zaczęła  Lauren  i  zawahała  się,  najwyraźniej  mając  kłopoty  z 

wyrażeniem  nurtujących  ją  myśli.  -  Wydaje  mi  się...  mam  wrażenie,  że  to  bardzo...  Że  to 

całkiem beznamiętne podejście. 

-  Jeśli  odniosłaś  wrażenie,  że  nie  jestem  wystarczająco  namiętny  w  kontaktach  z 

kobietami, to może wrócimy do sypialni? Spróbuję ci udowodnić, że jesteś w błędzie, Lauren. 

- Nick, ja przecież nie to miałam... 

Nie dokończyła rozpoczętego zdania, gdyż zamknął jej usta pocałunkiem. 

 

Rzeczywiście  minęło  mnóstwo  czasu,  nim  oboje  usnęli.  Lauren  zbudził  dopiero 

aromat  świeżo  zaparzonej  kawy,  którą  przyniósł  jej  Nick,  Postawił  filiżankę  na  nocnym 

stoliku, sam przysiadł na łóżku. 

- Dzień dobry - powiedział. 

- Dzień dobry - odrzekła i rozejrzała się wokół zdziwiona. 

Na  dworze  był  już  dzień  w  pełni.  Nick,  ogolony  i  odświeżony,  miał  na  sobie  szare 

sportowe spodnie i popielatą, rozpiętą pod szyją koszulę. A ona? Zawstydziwszy się własnej 

nagości,  podciągnęła  koc  aż  pod  brodę.  Nick  najwyraźniej  nie  zwrócił  uwagi  ani  na  jej 

nagość, ani na jej wstyd. 

-  Bardzo  mi  przykro,  Lauren  -  powiedział  -  ale  musimy  trochę  skrócić  wspólny 

weekend.  Mój  partner  w  interesach  dzwonił  wcześnie  rano.  Jest  jakaś  pilna  sprawa  do 

omówienia,  on...  ten  właśnie  facet...  będzie  tu  za  godzinę.  Musimy  się  wcześniej  pożegnać. 

Ktoś mnie potem podwiezie do miasta. 

-  Rozumiem,  Nick,  zaraz  będę  gotowa,  tylko...  W  takim  razie  wyjdź,  proszę,  żebym 

mogła się ubrać. 

Starała  się  mówić  spokojnie,  jak  najspokojniej,  także  później,  kiedy  po  mniej  więcej 

trzech  kwadransach  odprowadził  ją  do  samochodu.  Nie  była  jednak  w  stanie  stłumić 

background image

ogromnego  rozczarowania  takim  obrotem  spraw,  a  także  silnego  niepokoju  wewnętrznego. 

Nick,  wczoraj  namiętny  kochanek,  dziś  traktował  ją  uprzejmie,  lecz  w  gruncie  rzeczy 

obojętnie,  niemal  bezosobowo.  Czyżby  niezwykły  czar  upojnej  nocy  prysnął  w  ciągu  dnia? 

„A  może  przesadzam,  może  jestem  przeczulona?...  -  usiłowała  w  myślach  pocieszyć  samą 

siebie Lauren. - Pewnie wszyscy mężczyźni tak się zachowują, kiedy jest już po...” 

Mimo  wszystko  spodziewała  się,  że  na  pożegnanie  Nick  obejmie  ją  i  pocałuje. 

Tymczasem on, wetknąwszy ręce w kieszenie, rzucił tylko: 

- Lauren, mam nadzieję, że zabezpieczyłaś się w jakiś sposób przed konsekwencjami 

tej nocy? 

Konsekwencje? Czyli ciąża! Cyniczne pytanie Nicka podziałało na nią niczym zimny 

prysznic. Zupełnie zaniemówiła, nie była w stanie wykrztusić bodaj jednego słowa. Pokręciła 

tylko przecząco głową. Nick stwierdził: 

-  W  takim  razie  koniecznie  daj  mi  znać,  gdybyś  miała  jakieś  kłopoty.  Nie  próbuj 

czasem brać wszystkiego na siebie! Zapisałem ci tu mój telefon. - Wręczył jej karteczkę. - Na 

wszelki wypadek zanotuj mi też swój numer w Detroit, w tym nowym mieszkaniu, zgoda? 

Nadal  nie  mogła  mówić,  więc  tylko  skinęła  głową.  Wyszukała  w  torebce  notatkę  z 

adresem  i  telefonem  mieszkania  w  Bloomfield  Hills,  którą  dał  jej  Philip  Whitworth. 

Przepisała  numer  na  jakimś  świstku  i  podała  go  Nickowi.  Wsiadła  do  samochodu.  Nick 

zatrzasnął  drzwi,  które  jej  przedtem  otworzył.  Nie  czekając  nawet,  aż  Lauren  odjedzie  z 

parkingu, skierował się raźnym krokiem w stronę domu. 

 

„Gdybyś  miała  kłopoty,  daj  mi znać...”  -  powtarzała  Lauren  w  myślach  wielokrotnie 

słowa  Nicka,  przemierzając  w  drodze  znad  jeziora  Michigan  do  Missouri  rolniczą  Indianę. 

Czuła  się...  Czuła  się  wykorzystana  i  porzucona.  Jak  mogła  w  inny  sposób  określić  swą 

sytuację,  skoro  wczorajszy  namiętny  kochanek  dziś  tylko  dla  przyzwoitości  powiedział,  że 

chciałby  wiedzieć  o  ewentualnej  ciąży,  a  poza  tym  był  całkowicie  gotów  z  dnia  na  dzień  o 

wszystkim, co między nimi zaszło, zapomnieć? 

On chciał zapomnieć, a ona... Ona się w nim tak głupio zakochała! A może... A może 

on też coś do niej poczuł i właśnie dlatego tak dziwnie dziś rano wobec niej postąpił? Może, 

odtrącony w dzieciństwie przez matkę, obawiał się teraz popaść w emocjonalne uzależnienie 

od niej? Od innej kobiety... Może chciał zwalczyć, stłumić ogarniające go uczucie? 

Do  takich  optymistycznych  w  gruncie  rzeczy  wniosków  doszła  Lauren,  nim 

przejechawszy  most  na  Missisipi,  znalazła  się  w  rodzinnym  Missouri.  No,  może  nie  do 

ostatecznych  wniosków,  lecz  w  każdym  razie  do  zabarwionych  optymizmem  pytań  oraz 

background image

gotowości  udzielenia  sobie  na  nie  twierdzących  odpowiedzi.  A  także  do  nadziei,  że  Nick 

będzie o niej pamiętał nie tylko ze względu na ewentualne konsekwencje wspólnie spędzonej 

nocy i że może zadzwoni, skoro już ma, zanotowany „na wszelki wypadek”, jej telefon. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

Dobry,  optymistyczny  nastrój  nie  opuścił  Lauren  ani  podczas  kilku  pracowitych  dni 

pobytu  w  Fenster,  spędzonych  na  pakowaniu  rzeczy  przed  przeprowadzką,  ani  podczas 

czwartkowej  podróży  powrotnej  do  Detroit.  Kierując  się  wskazówkami  Philipa  Whitwortha, 

mimo późnej pory odnalazła eleganckie podmiejskie osiedle Bloomfield Hills bez większych 

problemów. Chociaż niejeden problem był: Lauren nie bardzo mogła uwierzyć, że naprawdę 

będzie mieszkać w miejscu pełnym tylu imponujących rezydencji i wspaniałych ogrodów! 

dziesiątej 

wieczorem 

zatrzymała 

samochód 

przed 

bramą 

efektownej 

architektonicznie  budowli  w  stylu  hiszpańskim,  będącej  kompleksem  apartamentów 

mieszkalnych. Właśnie jeden z nich miał być mieszkaniem przeznaczonym przez Whitwortha 

na  jej  tymczasowe  lokum.  Portier  w  służbowym  uniformie  i  czapce  z  daszkiem  wyszedł  na 

zewnątrz,  spojrzał  badawczo  na  Lauren  i  jej  wóz.  Opuściła  boczną  szybę,  wychyliła  się  i 

podała swoje nazwisko. Usłyszawszy je, portier służbiście zasalutował i oświadczył: 

-  Pan  Whitworth  już  czeka  na  panią,  miss  Danner.  Życzę  miłego  pobytu  w  nowym 

mieszkaniu i służę w razie potrzeby wszelką pomocą. Proszę wjeżdżać. 

Otworzył bramę, wskazał Lauren podjazd do jej apartamentu numer 175. Stal tam już 

rozłożysty  cadillac Whitwortha. Philip, zgodnie z obietnicą, przyjechał, aby pokazać  Lauren 

mieszkanie i pomóc jej się w nim zainstalować. 

-  No  i  cóż  o  tym  wszystkim  sądzisz?  -  zapytał,  kiedy  ją  już  oprowadził  po  całym 

apartamencie. 

-  Sądzę,  że  to  wszystko  jest  cudowne,  po  prostu  bajeczne!  -  odparła,  nie  kryjąc 

entuzjazmu. 

Zajrzała do sypialni. W jedną ze ścian, całkowicie lustrzaną, wbudowano tu szafy na 

ubrania,  cały  ciąg  szaf,  przewidzianych  na  wprost  nieprawdopodobne  ilości  garderoby. 

Lauren  otworzyła  drzwi  którejś  z  nich.  Okazała  się  pełna.  W  innych  również  wisiały  jedna 

przy  drugiej  najrozmaitsze  kreacje:  suknie  i  kostiumy  pochodzące  z  pracowni  najlepszych 

nowojorskich  i  paryskich  projektantów,  nowiutkie,  w  większości  jeszcze  z  metkami,  a  przy 

tym równie eleganckie, co modne, absolutnie nie w stylu starszej damy. 

Lauren stwierdziła ze zdziwieniem: 

- Philip, twoja ciotka ma wyjątkowo młodzieżowy gust! 

- Moja ciotka ma przede wszystkim bzika na punkcie zakupów! - odparł Whitworth. - 

Kupuje prawie wszystko, co jej wpadnie w ręce, bez wyboru, jak leci... Muszę zadzwonić do 

background image

jakiegoś  stowarzyszenia  charytatywnego,  niech  przyjadą  i  zabiorą  te  ciuchy  dla  swoich 

podopiecznych, Będziesz miała trochę miejsca w szafach. 

Lauren zerknęła na parę metek. Wypełniające szafy rzeczy były nie tylko w jej guście, 

ale i rozmiarze. 

- Philip - spytała - a może mogłabym coś z tej odzieży odkupić dla siebie? 

Wzruszył ramionami. 

- Wybierz sobie, co chcesz, w ten sposób tylko wybawisz mnie z kłopotu. Odłóż to, a 

resztę zostaw. 

- Ale to są przecież bardzo drogie rzeczy... 

Philip zniecierpliwił się. 

- Wiem, ile kosztowały, płaciłem przecież za ciotkę rachunki! Jakie miałem wyjście? 

Kompletnie  zbzikowana  kobieta...  Mówię  ci,  bierz,  co  chcesz.  Reszta  trafi  do  instytucji 

dobroczynnych. 

Philip  pomógł  Lauren  wypakować  bagaże  z  samochodu  i  pożegnał  się  z  nią.  Już  na 

odchodnym wyjaśnił: 

-  Ale,  ale...  Moja  żona  nie  ma  pojęcia,  że  kupiłem  dla  ciotki  to  mieszkanie.  Wiesz, 

Lauren, jej zdaniem rodzina nad miarę wykorzystuje mnie finansowo, więc niektóre sprawy 

po  prostu  trzymam  przed  Carol  w  tajemnicy.  Po  co  się  ma  niepotrzebnie  denerwować?  A 

według  mnie  rodzina  to  rodzina,  ma  się  wobec  starszych  wiekiem  krewnych  pewne 

obowiązki... Nie wspominaj przy Carol o tym mieszkaniu, dobrze? 

- Oczywiście, jak sobie życzysz. Nie wspomnę nigdy ani słowem - obiecała Lauren. 

Po  odejściu  kuzyna  rozejrzała  się  po  ekskluzywnym  apartamencie,  który  miał  być  w 

najbliższym czasie jej mieszkaniem, trochę swobodniej i dokładniej. Wnętrze jak z prospektu 

reklamowego:  marmurowy  kominek,  cenne  antyczne  meble,  jedwabna  tapicerka...  No  i  ten 

oszałamiający zestaw kreacji w szafach. „Moja żona nie wie, że kupiłem... dla ciotki... więc 

nie wspominaj przy niej...” Lauren nagle uśmiechnęła się znacząco sama do siebie. Pokiwała 

głową. „No tak!  To przecież jasne - pomyślała. - Rzekoma starsza pani to w rzeczywistości 

pewnie  jakaś  ekskochanka  kuzyna  Whitwortha!  »Ma  się  pewne  obowiązki...*  Raczej: miało 

się,  sprawa  widocznie  przestała  być  aktualna.  W  spadku  po  tajemniczej  przyjaciółeczce 

pozostały Philipowi tylko te pełne szafy!” 

Lauren  wzruszyła  obojętnie  ramionami.  Uznała,  że  to  naprawdę  nie  jej  problem. 

Podeszła do telefonu, podniosła słuchawkę, usłyszała sygnał. Westchnęła z ulgą. Działa! Nick 

ma jej numer, na pewno wkrótce zadzwoni. Może już jutro... 

 

background image

Nazajutrz rano, przygotowując sobie w kuchni listę zakupów, które powinna zrobić w 

supermarkecie,  raz  po  raz  spoglądała  na  aparat  telefoniczny.  Uparcie  milczał.  Umieściła  na 

liście whisky i likier Grand Marnier. „Przecież jeśli Nick się zjawi, muszę mieć jakiś alkohol 

na  drinka  -  stwierdziła  w  myślach.  Schowała  gotową  już  listę  sprawunków  do  torebki.  -  A 

jeśli  się  nie  zjawi?  -  pomyślała  z  niepokojem,  zerknąwszy  na  milczący  telefon.  -  Zjawi  się, 

zjawi... A przynajmniej zadzwoni... - Starała się rozproszyć własne wątpliwości, przywołując 

wspomnienie  upojnej  nocy  w  Cove.  -  Za  bardzo  na  mnie  leci,  żeby  się  już  w  ogóle  nie 

pokazać ani nie odezwać!” 

Wybrała się na zakupy. Po mniej więcej dwu godzinach wróciła do domu. Resztę dnia 

spędziła  na  rozpakowywaniu  własnych  rzeczy  i  przeglądaniu  odzieży  z  zasobów  „ciotki” 

Philipa  Whitwortha.  Przymierzyła  wszystko  po  kolei,  zgodnie  z  sugestią  kuzyna  odkładając 

to,  co  chciała  dla  siebie  zatrzymać.  Telefon  milczał  aż  do  piątkowego  wieczora.  Kładąc  się 

spać, Lauren pomyślała z nadzieją, że może Nick zadzwoni nazajutrz, w sobotę. 

W sobotę Lauren na wszelki wypadek w ogóle nie oddalała się od aparatu, ale telefonu 

od  Nicka  nie  było.  W  niedzielę  również  nie.  W poniedziałek  Lauren  wybrała  się  do  miasta. 

Kupiła włóczkę o srebrzystoszarym odcieniu, dokładnie takim jak kolor oczu Nicka. Niby to 

tłumaczyła  sobie  samej,  że  zrobi  z  niej  na  drutach  sweter  dla  brata,  na  gwiazdkę,,,  W  głębi 

duszy oczywiście wiedziała, że będzie robiła ten sweter dla kogoś całkiem innego! 

Minął tydzień, Zasypiając w kolejną niedzielę wieczorem, Lauren była pełna nadziei, 

że Nick odezwie się do niej - nazajutrz. Że zadzwoni do Sinco, żeby życzyć jej miłej pracy. 

Nowej pracy! 

background image

ROZDZIAŁ 10 

Nick  nie  zadzwonił,  lecz  Lauren  była  przez  cały  dzień  zbyt  zajęta,  żeby  o  tym 

rozmyślać. 

-  Myślisz,  że  masz  już  dość,  czy  jeszcze  trochę  popracujemy?  -  spytał  ją  o  piątej  po 

południu Jim Williams, uśmiechając się figlarnie. 

Siedzieli  naprzeciwko  siebie  przy  biurku  w  jego  gabinecie.  Notatnik  Lauren  był 

wypełniony  mnóstwem  zapisanych  stenograficznie  tekstów  do  przepisania  na  czysto  i 

wyekspediowania. 

- Myślę, że mój nowy szef pracuje z prędkością tajfunu, Jim! - odpowiedziała również 

z uśmiechem.. 

-  Sama  narzucasz  takie  tempo,  Lauren.  Tak  świetnie  mi  się  z  tobą  pracuje...  Po 

godzinie zupełnie nie pamiętałem, że jesteś nowa! 

Lauren zarumieniła się leciutko, usłyszawszy komplement. Jim mówił dalej: 

-  Wiesz,  przez  cały  dzień  ciągle  musiałem  odpowiadać  na  pytania  na  twój  temat. 

Każdemu  facetowi  z  naszej  firmy,  który  się  u  mnie  zjawił,  a  dziwnym  trafem  mnóstwo 

facetów miało dzisiaj do mnie jakiś interes. 

-  Co  oni  wszyscy  chcieli  o  mnie  wiedzieć?  —  spytała  Lauren  z  nutą  niepokoju  w 

głosie. 

-  Głównie  to,  czy  jesteś  zamężna  lub  zaręczona,  czy  wolna.  Nie  miałem  pojęcia,  co 

odpowiadać. Jesteś wolna czy zajęta, Lauren? 

-  W  tej  chwili  jestem  zajęta  notowaniem  -  wykpiła  się  dowcipnie  od  udzielenia 

konkretnej odpowiedzi, - Czy te wszystkie materiały muszą być gotowe jeszcze na dzisiaj? 

- Na dzisiaj nie, wystarczy na jutro rano! - tym razem Jim Williams pozwolił sobie na 

małą złośliwość. 

Porządkując  swoje  biurko  przed  wyjściem  z  pracy,  Lauren  zastanawiała  się,  z  jaką 

intencją  szef  próbował  ją  wypytywać  o  sprawy  osobiste.  Czy  interesują  go  jej  towarzyskie 

układy  z  Nickiem?  Czy  może  wiąże  z  jej  osobą  jakieś  własne  plany  tego  rodzaju?  „Nie,  to 

drugie raczej nie” - myślała, przypominając sobie plotki na temat Jima Williamsa, jakimi dość 

obficie ją uraczono podczas lunchu. Podobno Jim poprzenosił do innych działów trzy swoje 

kolejne sekretarki, które próbowały go kokietować. Zyskał sobie w ten sposób w Sinco opinię 

faceta, który absolutnie nie uznaje łączenia pracy z rozrywką. Dla osób pozostających z nim 

background image

w stosunkach służbowych prywatnie był całkowicie niedostępny. Skądinąd mógł się podobać 

kobietom: wysoki blondyn, zamożny, na stanowisku... 

Lauren zerknęła na zegarek i w pośpiechu zatrzasnęła drzwiczki biurka. Uświadomiła 

sobie, że powinna jak najszybciej znaleźć się w domu. Przecież Nick może zadzwonić, żeby 

zapytać, jak minął jej pierwszy dzień w nowej pracy! „Może, ale czy zechce? - pomyślała z 

goryczą.  -  Przecież  nie  odezwał  się  dotąd,  mimo  że  od  wspólnego  weekendu  minęły  już 

ponad dwa tygodnie...” 

Mimo  wszystko  jednak  jechała  do  domu  tak  szybko,  jak  tylko  to  było  możliwe  w 

godzinach  szczytu  i  korków  na  ulicach.  Była  na  miejscu  dokładnie  o  szóstej  piętnaście. 

Zrobiła  sobie  kolację,  z  kanapką  w  ręku  zasiadła  przed  telewizorem.  W  pobliżu  telefonu, 

który milczał jak zaklęty. 

O  dziewiątej  trzydzieści,  wciąż  nasłuchując  sygnału  przez  otwarte  drzwi  łazienki, 

zajęła się wieczorną toaletą. O dziesiątej położyła się do łóżka. Przymknęła oczy, zwilgotniałe 

od łez. W wyobraźni ujrzała twarz Nicka, usłyszała jego niski, dźwięczny głos, którym mówił 

jej: „Pragnę cię, Lauren!” 

„Pragnął, ale najwyraźniej już przestał. Raz na zawsze” - pomyślała. 

Nim usnęła, zmoczyła łzami całą poduszkę. 

 

Następnego dnia z determinacją rzuciła się w wir pracy. Nie szło jej jednak najlepiej. 

Prawdę mówiąc, szło jej po prostu fatalnie. Zrobiła parę błędów w przepisanych na maszynie 

listach.  Rozłączyła  nieopatrznie  Jimowi  dwie  rozmowy  telefoniczne.  Zapodziała  gdzieś 

pewien ważny dokument. Nie była w stanie się skupić, nie potrafiła uwolnić się od natrętnych 

myśli  o  Nicku.  Podczas  południowej  przerwy  na  lunch  wybrała  się  na  spacer  w  pobliże 

wysokościowca  Global  Industries.  Liczyła  podświadomie  na  przypadkowe  spotkanie  z 

Nickiem. Przeliczyła się, oczywiście. 

„Niestety,  nie  jestem  kobietą  wyzwoloną”  -  powtarzała  sobie  z  goryczą  w  myślach 

tego popołudnia, przepisując po raz kolejny na maszynie ten sam materiał dla Jima Williamsa. 

Istotnie,  nie  mogła  się  zdobyć  na  potraktowanie  zbliżenia  z  Nickiem  w  kategoriach 

jednorazowej  przygody.  Nie  potrafiła  dokonać  rozgraniczenia  pomiędzy  sferą  erotycznych 

przyjemności a sferą uczuć. 

-  Miałaś  zły  dzień?  -  spytał  Jim,  kiedy  mu  w  końcu  oddała  poprawiany  kilkakrotnie 

dokument. 

- Niestety, nie najlepszy - rzekła smętnie. - Na szczęście niezbyt często coś takiego mi 

się zdarza - dodała pośpiesznie, usiłując zatrzeć złe wrażenie. 

background image

-  Czasem  może  się  zdarzyć  każdemu,  nie  przejmuj  się  -  uspokoił  ją  szef,  składając 

podpis u dołu arkusza. 

Spojrzał na zegarek. 

- Muszę teraz podrzucić ten raport do nowego budynku - powiedział. 

„Nowym  budynkiem”  powszechnie  nazywano  w  Sinco  biurowiec  Global  Industries. 

Jim Williams też tak o nim mówił. Wstał zza biurka i zapytał Lauren: 

- Widziałaś już pomieszczenia, które będziemy tam zajmowali? 

- Ja? Nie, skądże! Nigdy nie byłam w Global Industries - odparła, odwracając wzrok, 

żeby nie kłamać zwierzchnikowi w żywe oczy. - Słyszałam tylko, że już w poniedziałek się 

przeprowadzamy. 

-  Zgadza  się  -  potwierdził  Williams,  wkładając  marynarkę.  -  Dotąd,  jako  Sinco, 

byliśmy jednym z najmniej ważnych i najmniej rentownych odgałęzień Global Industries, ale 

teraz to się powinno radykalnie zmienić, dlatego „awansujemy” do nowego biurowca. Zanim 

wyjdziesz - rzucił na odchodnym, podając Lauren złożony na pół wycinek z jakiejś gazety - 

podrzuć  to,  proszę,  Susan  Brook  z  działu  reklamy.  Zapytaj,  czy  czytała.  Jeśli  nie,  niech 

przeczyta teraz i włoży do odpowiedniego segregatora. 

W drzwiach dodał: 

- Pewnie już cię nie będzie, kiedy wrócę. Miłego wieczoru, Lauren. 

Wyszedł. W chwilę później Lauren również opuściła gabinet. 

Przeszła do działu reklamy, odnalazła Susan Brook, wręczyła jej wycinek. 

-  Jim  prosił,  żebyś  to  przeczytała,  jeśli  nie  czytałaś  już  wcześniej,  i  żebyś  to  potem 

włożyła do odpowiedniego segregatora - wyjaśniła. 

Susan rzuciła okiem na gazetowy tekst. 

- Nie widziałam tego - mruknęła. 

Wyjęła  z  szafki  biurka  opasły  segregator,  pełen  wycinków  z  dzienników  i 

magazynów. 

-  Nawet  lubię  pilnować  jego  spraw  w  archiwum  -  rzuciła  z  uśmiechem.  -  Spójrz, 

Lauren, niezły kawał chłopa, prawda? 

Lauren  spojrzała  na  wpiętą  do  segregatora  barwną  okładkę  magazynu  „Newsday”.  Z 

wrażenia aż pobladła. 

- Spokojnie, dziewczyno, wolnego - zachichotała Susan. - Weź sobie to wszystko na 

trochę i przejrzyj w wolnej chwili, tylko się tak od razu nie podniecaj! 

Lauren  z  kolei  spąsowiała.  Podziękowała  Susan  zdławionym  głosem,  wzięła 

segregator pod pachę i czym prędzej wypadła na korytarz. Pobiegła szybko do swego pokoju, 

background image

rozłożyła segregator na biurku, odszukała kolorową okładkę „Newsday”. Przedstawiała ona ni 

mniej, ni więcej, tylko... Nicka! Podpis pod fotografią głosił: „J. Nicholas Sinclair, założyciel 

i prezes Global Industries”. 

Nie  mogąc  wprost  uwierzyć  własnym  oczom,  Lauren  szybko  przekartkowała  cały 

segregator. Dotarła do ostatniego wycinka. Publikacja pochodziła sprzed dwóch tygodni. Jej 

tytuł brzmiał: „Pięciodniowy zlot orłów biznesu i ich rajskich ptaków w Harbor Springs”. W 

ilustrowanym serią zdjęć artykule pisano o przyjęciu, jakie odbyło się w posiadłości Tracy i 

George'a  Middletonów.  Na  jednej  z  fotografii  widniał  Nick  w  towarzystwie  atrakcyjnej 

blondynki,  której  Lauren  nie  spotkała  podczas  swego  krótkiego  pobytu  nad  jeziorem 

Michigan.  Siedzieli  przytuleni  do  siebie  na  tarasie  bungalowu  w  Cove.  Podpis  informował: 

„Przemysłowiec z Detroit J. Nicholas Sinclair i zaprzyjaźniona z nim nie od dziś miss Ericka 

Moran  podczas  relaksu  w  weekendowym  domu  panny  Moran  nad  jeziorem  Michigan,  w 

pobliżu Harbor Springs”. 

Zaprzyjaźniona  nie  od  dziś...  Dom  panny  Moran...  Więc  to  tak?  Nick  zwabił  ją  do 

domu swej kochanki i zaciągnął do jej łóżka, a potem w przyśpieszonym tempie odprawił pod 

pretekstem  poufnej  wizyty  „partnera  w  interesach”?  I  dalej  zabawiał  się  w  Harbor  Springs, 

spędzając kolejne dni i noce ze swoją Ericką? 

Lauren  nie  mogła  wprost  uwierzyć  w  taki  bezmiar  podłości.  Sięgnęła  do 

wcześniejszych wycinków, zaczęła czytać artykuł po artykule. Czego się  dowiedziała? Otóż 

tego,  że  Nick  miał  w  swoim  czasie  burzliwy  romans  z  Bebe  Leonardos,  a  także  z  ową 

długonogą  francuską  aktorką,  która  grała  w  Harbor  Springs  w  tenisa  w  szpilkach  i 

koronkowych majteczkach. 

W końcu Lauren zatrzasnęła segregator i zaczęła się histerycznie śmiać. A więc to tak! 

Nick uwiódł ją i porzucił! I podczas kiedy ona warowała całe dnie przy telefonie, kiedy robiła 

dla niego sweter - beztrosko zabawiał się z kochanką! 

Śmiech  przeszedł  po  chwili  w  płacz.  Lauren  zaczęła  szlochać.  Płakała  nad  własną 

naiwnością,  nad  własnym  poniżeniem,  nad  utratą  złudzeń  i  marzeniami,  które  rozwiały  się 

niczym mgła. Płakała ze wstydu, że zdecydowała się pójść do łóżka z mężczyzną, którego nie 

znała  nawet  z  nazwiska.  Płakała  z  obawy  przed  możliwymi  konsekwencjami  własnej 

lekkomyślności, za której sprawą pozwoliła sobie na miłosne szaleństwo bez jakiegokolwiek 

zabezpieczenia. 

Z oszołomienia wyrwał ją nagle glos Jima Williamsa: 

- Lauren, co się stało? 

background image

Nie  była  w  stanie  kłamać,  nie  była  w  stanie  niczego  na  poczekaniu  zmyślić. 

Szlochając, wyjaśniła szczerze: 

- Ja myślałam... myślałam... że on jest zwyczajnym inżynierem... Tak mi powiedział... 

A przynajmniej nie zaprzeczał... Tak myślałam... 

Z wyrazu twarzy Jima mogła bez trudu odczytać, że domyśla się, o kogo i o co chodzi. 

Popatrzył na nią w milczeniu, współczująco. W końcu zaproponował: 

- Odwiozę cię do domu. Nie powinnaś prowadzić w takim stanie. 

- Nie, nie! Dziękuję - wymówiła się pośpiesznie. - Wszystko ze mną w porządku, dam 

sobie radę... za kierownicą... 

- Jesteś pewna? 

- Najzupełniej - potwierdziła Lauren, już trochę opanowana. - Widzisz, Jim - dodała - 

przeżyłam  szok  i  wielkie  rozczarowanie,  ale  teraz  mi  przeszło.  Naprawdę  dobrze  się  czuję. 

Mogę jechać... 

- Przestudiowałaś wszystko? - spytał ją Jim, wskazując na segregator z wycinkami. 

- Jeszcze nie - odpowiedziała. - Wezmę to do domu i dokończę, dobrze? 

Skinął przyzwalająco głową. Lauren wstała zza biurka, wzięła segregator i wyszła. Nie 

płakała więcej - ani podczas jazdy samochodem, ani w domu przez cały wieczór spędzony na 

przygnębiającej lekturze. Jakby zabrakło jej łez... 

 

Kiedy  nazajutrz  jechała  do  pracy,  wiedziała  już,  co  oznacza  nazwa  zatrudniającej  ją 

firmy, Sinco - Sinclair Electronic Components. Wiedziała też z artykułu w „The Wall Street 

Journal”, że przedsiębiorstwo zostało założone przed dwunastu laty przez Matthew Sinclaira i 

jego  wnuka  w  garażu  mieszczącym  się  na  tyłach  tej  samej  kamienicy,  w  której  teraz 

znajdowała się restauracja Tony'ego. 

„Garażowy interes Nicka - rozmyślała z goryczą - rozwinął się szybko w prawdziwe 

elektroniczne  imperium,  pewnie  za  sprawą  szpiegów  podsyłanych  bez  najmniejszych 

skrupułów konkurencji. Ale czy można się spodziewać skrupułów w biznesie po kimś, kto nie 

ma ich zupełnie w życiu osobistym?” 

Lauren zaparkowała samochód i weszła do budynku Sinco. Wymieniając w drodze do 

biura  Jima  Williamsa  pozdrowienia  z  pracownikami  innych  działów,  uświadomiła  sobie,  że 

celem  misji,  jaką  podjęła  się  wypełnić  dla  Philipa  Whitwortha,  jest  rozbicie  firmy  dającej 

zatrudnienie i materialne oparcie wszystkim tym ludziom. 

„Rozbicie?  -  zastanowiła  się,  czując  coś  w  rodzaju  wyrzutów  sumienia.  -  Nie!  - 

poprawiła się. - Raczej zmuszenie do uczciwej gry, do podporządkowania się regułom, jakich 

background image

przestrzegają  inni.  Jeżeli  Sinco  ma  przetrwać,  niech  przetrwa  uczciwie,  a  jeśli  uczciwie 

przetrwać nie może, to niech sczeźnie. Im prędzej, tym lepiej, bylebym tylko wytropiła tego 

szpiega!” 

-  Lauren,  jak  się  dziś  czujesz?  -  z  nie  ukrywaną  troską  zapytał  ją  na  powitanie  Jim 

Williams. 

- Dziękuję, już dobrze. Przepraszam za ten wczorajszy... wygłup... - odpowiedziała. 

Przez  myśl  przemknęło  jej  pytanie:  czy  Jim  wie  o  szpiegu?  Jakoś  nie  mogła  w  to 

uwierzyć,  nie  wyglądał  na  człowieka,  który  aprobowałby  takie  metody  działania  w  biznesie 

jak szpiegostwo. 

- Nie chcę być niedyskretny - zagadnął przyjacielskim tonem Williams - ale powiedz, 

czym ten Nick tak ci wczoraj dopiekł? 

Lauren,  czując  się  w  obowiązku  udzielić  zwierzchnikowi  jakichś  wyjaśnień  w 

związku  ze  swym  wczorajszym  wybuchem  histerii,  a  równocześnie  nie  chcąc  wchodzić  w 

bolesne szczegóły całej sprawy, odpowiedziała wykrętnie: 

-  Nick...  Cóż,  w  pewnym  sensie  wprowadził  mnie  w  błąd,  myślałam  o  nim...  coś 

całkiem innego, niż teraz myślę... 

- Rozumiem. - Jim nie chciał zmuszać Lauren do dłuższych wynurzeń na kłopotliwy, 

krępujący ją temat. - Powiedz tylko, co teraz masz zamiar zrobić? 

- Mam zamiar wziąć się solidnie do pracy, to wszystko. 

- No tak, ale co zrobisz, kiedy znów zobaczysz się z Nickiem? 

- Nie chcę go więcej widzieć! Nigdy w życiu! 

Jim uśmiechnął się łagodnie, usłyszawszy tę stanowczą deklarację. 

- Lauren - zaczął tłumaczyć - w przyszłą sobotę, w restauracji na najwyższym piętrze 

wysokościowca  Global  Industries,  odbędzie  się  cocktail  party.  Wszyscy  członkowie  kadry 

kierowniczej  firmy  muszą  być  obecni,  ich  sekretarki  również.  Nie  unikniesz  spotkania  z 

Nickiem, ponieważ to on będzie gospodarzem przyjęcia. 

- Jeżeli pozwolisz, Jim, to wcale się tam nie zjawię. 

- Nie pozwolę! Nie mogę... 

Lauren poczuła się jak w pułapce. Zdawała sobie sprawę, że nie może okazać szefowi 

nieposłuszeństwa,  bo  wówczas  straci  pracę,  a  więc  i  możliwość  wypełnienia  misji  na  rzecz 

firmy Philipa Whitwortha. 

- Prędzej czy później, Lauren - tłumaczył dalej Jim, nie tracąc cierpliwości - natkniesz 

się  gdzieś  na  Nicka.  A  niewątpliwie  łatwiej  sobie  poradzisz,  jeśli  będziesz  na  to  z  góry 

background image

przygotowana. W sobotę, pamiętaj! - zakończył, ucinając dalszą dyskusję na temat przyjęcia. 

- Przyjadę po ciebie o siódmej trzydzieści... 

background image

ROZDZIAŁ 11 

Ręce  trzęsły  się  Lauren  ze  zdenerwowania,  kiedy  w  ową  nieszczęsną  sobotę  robiła 

sobie  makijaż.  Pomadka,  odrobina  różu  na  policzki...  Spojrzała  na  zegarek:  Jim  Williams 

powinien być za piętnaście minut. Podeszła do jednej z szaf i wyjęła z niej koktajlową suknię 

z  cieniutkiego,  kremowo  -  brzoskwiniowego  szyfonu,  na  którą  zdecydowała  się  po  licznych 

przymiarkach już znacznie wcześniej, po południu. 

Włożyła  zwiewną  kreację  i  dopasowane  do  niej  lekkie  pantofelki,  przejrzała  się  w 

lustrze.  Chciała  wyglądać  możliwie  jak  najlepiej,  jak  najbardziej  atrakcyjnie,  kokieteryjnie, 

seksownie.  Żeby  Nick  nie  myślał,  że  coś  przeżywa,  że  czuje  się  dotknięta,  zraniona!  Nich 

raczej  wyobraża  sobie,  gdy  ją  zobaczy,  że  weekend  w  Harbor  Springs  był  dla  niej  tym 

samym, czym dla niego: miłą przygodą, przelotną chwilą zapomnienia. 

Zwierciadło  podpowiedziało  Lauren,  że  istotnie  wygląda  tak,  jak  sobie  tego  życzyła. 

Odkryte  ramiona  i  plecy,  biust  ledwo,  ledwo  przesłonięty  warstewką  cieniutkiej  materii, 

delikatna  szyfonowa  mgiełka  wokół  nóg.  Jeszcze  tylko...  tak,  jeszcze  tylko  kolczyki,  złote 

kolczyki po matce. Ale gdzie one są? 

Lauren zaczęła się gorączkowo zastanawiać. Miała je w uszach na przyjęciu w Harbor 

Springs, była tego pewna. Następnego dnia w Cove też. Dopiero... Dopiero później, w łóżku, 

Nick jej je odpiął, bo przeszkadzały mu w całowaniu!  I  gdzieś tam zostały! Kolczyki po jej 

matce, tam, w Cove, w domu i w łóżku kochanki Nicka! 

Odezwał się dzwonek do drzwi, zdruzgotana Lauren wzięła głęboki oddech, żeby się 

chociaż trochę opanować i pobiegła otworzyć. To był Jim Williams, w eleganckim ciemnym 

garniturze i krawacie. 

- Proszę dalej - zachęciła go. 

W milczeniu wszedł do hallu. 

- Wezmę tylko torebkę i zaraz będę gotowa. A może miałbyś ochotę na małego drinka 

przed wyjściem? 

Jim nadal milczał. 

- Czy coś nie tak? - spytała zaniepokojona. 

- Przeciwnie, wszystko jak najbardziej „tak”, i właśnie dlatego oniemiałem! - odezwał 

się  wreszcie  Williams,  otrząsnąwszy  się  z  piorunującego  wrażenia,  jakie  zrobiła  na  nim 

Lauren w swej nowej, uwodzicielskiej postaci. 

- To może jednak drinka? 

background image

- Tylko dla towarzystwa, jeśli ty chcesz się napić jednego na odwagę. 

Pokręciła przecząco głową. Odpowiedziała z przekonaniem: 

- Nie boję się. On już nic dla mnie nie znaczy. 

- W takim razie jedźmy. 

Wyszli, wsiedli do ciemnozielonego jaguara, którym przyjechał Williams, ruszyli. 

- Więc chcesz mu udowodnić, że się dla ciebie nie liczy, Lauren? - zagadnął podczas 

jazdy Jim. 

- Nie chcę... to znaczy tak, w pewnym sensie... 

- Wiesz co? W takim razie mu pokaż, że świat się na nim nie kończy, że jest wokół 

ciebie  wielu  innych  mężczyzn.  Choćby  ja!  Będę  pod  ręką,  Lauren,  pamiętaj,  możesz  mnie 

wykorzystać do inscenizacji, możesz mnie obsadzić w komedii! 

-  Dziękuję  ci,  Jim,  będę  o  tym  pamiętała  -  zapewniła  z  melancholijnym  uśmiechem 

Lauren, zdziwiona przenikliwością szefa również w sprawach nie mających nic wspólnego z 

biznesem. 

W  wieżowcu  Global  Industries  wjechali  windą  na  osiemdziesiąte  pierwsze  piętro. 

Elegancka  restauracja,  z  obrotową  podłogą,  pozwalającą  gościom  bez  wstawania  od  stolika 

obejrzeć  pełną  panoramę  Detroit,  widoczną  przez  przeszklone  ściany,  była  już  pełna 

uczestników  przyjęcia.  „Gdzieś  w  tym  eleganckim  tłumie  jest  Nick”  -  pomyślała  Lauren  i 

poczuła, że dotychczasowa odwaga zaczynają opuszczać. 

Podeszli  do  baru,  Jim  zamówił  coś  do  picia.  Lauren  odruchowo  spojrzała  w  stronę 

zgromadzonej nieopodal kilkuosobowej grupki. Był w niej Nick! Ciemny, doskonale skrojony 

garnitur,  szklaneczka  z  drinkiem  w  dłoni...  Nick  śmiał  się  swobodnie,  z  nonszalancją 

odchylając  głowę  do  tyłu.  Ona,  ta  piękna  blondynka  z  fotografii  w  gazecie,  Ericka  Moran, 

„zaprzyjaźniona  z  nim  nie  od  dziś”,  również  się  śmiała.  Stała  tuż  obok  Nicka,  uczepiona 

poufale  jego  ramienia.  I  miała  na  sobie...  tę  samą  kremową  suknię,  którą  Lauren  nosiła  w 

Harbor Springs! Tę, którą Nick miał czelność jej pożyczyć! 

Lauren  odwróciła  wzrok  od  rozbawionej  pary.  Zaczęła  rozmawiać  z  Jimem.  Szybko 

się zorientowała, że on również zerka w kierunku, w którym ona starała się już nie spoglądać. 

Że tak samo tęsknie, jak ona przed chwilą patrzyła na Nicka Sinclaira, popatruje na... Erickę 

Moran. Czyżby się w niej kochał? 

-  Proszę,  Lauren,  twój  drink  -  Jim  podał  jej  szklaneczkę,  po  czym  uśmiechnął  się 

cierpko i powiedział: - To co, zaczynamy przedstawienie? Kurtyna w górę, pora na scenę! 

Podał Lauren ramię. Chciał ją poprowadzić w stronę Nicka i Ericki. Powstrzymała go. 

background image

-  Jim,  po  co  się  tak  śpieszyć?  Jeżeli  Nick  jest  gospodarzem  przyjęcia,  pierwszy 

powinien podejść do każdej z zaproszonych osób, żeby się przywitać. 

Jim zastanowił się i przyznał Lauren rację. 

- Zgoda, poczekajmy. Niech oni zrobią pierwszy krok. 

Przez  najbliższe  pół  godziny  krążyli  razem  wśród  gości  i  odgrywali  swoją  komedię. 

Udawali rozbawioną, w najwyższym stopniu usatysfakcjonowaną wzajemnym towarzystwem 

parę. Z jakim rezultatem? Lauren miała wrażenie, że zdecydowanie miernym, ze względu na 

Jima starała się jednak nie wypaść z roli. 

W  którymś  momencie,  gdy  sączyli  drugiego  drinka,  Jim  wskazał  jej  ruchem  głowy 

grupę osób. 

-  Spójrz,  tam  się  zebrały  same  najgrubsze  ryby,  prawdziwe  rekiny  finansów  i 

przemysłu. Ten dżentelmen po lewej to ojciec Ericki, Horace Moran. Moranowie od pokoleń 

siedzą w nafcie... 

- I wygodnie im tak? - zażartowała Lauren. 

Jimowi jakoś nie było do śmiechu, ale dowcip podchwycił ktoś inny. 

- Zawsze wygodniej siedzieć w nafcie niż stać. Żeby ustać, jest za ślisko - powiedział. 

Lauren  znieruchomiała  w  najwyższym  napięciu.  Tak,  to  był  Nick!  Stał  tuż  obok  i 

uśmiechał się niefrasobliwie. Wewnętrznie zdruzgotana i rozbita, na zewnątrz Lauren zdołała 

się niemal natychmiast opanować. 

- Witaj, Nick - rzuciła od niechcenia i wyciągnęła do niego rękę. 

- Witaj, Lauren - odpowiedział i uścisnął jej dłoń. 

Jim Williams przedstawił Lauren Erickę Moran. 

-  Przez  cały  wieczór  podziwiam  pani  kreację,  Lauren  -  powiedziała.  -  Jest 

fantastyczna! 

-  Dziękuję.  Pani  suknia  też  od  razu  rzuciła  mi  się  w  oczy  -  odpowiedziała  Lauren 

dwuznacznym komplementem. - Jim - zwróciła się do swego współtowarzysza - obiecałeś mi 

jeszcze jednego drinka,  przejdźmy do baru. Państwo wybaczą? - przeprosiła ugrzecznionym 

tonem, choć z jadowitym uśmieszkiem, po czym wzięła Jima pod rękę i pociągnęła za sobą w 

odległy koniec sali. 

W  którymś  momencie  imprezy  Jim  Williams  został  odwołany  przez  wiceprezesa 

firmy. Lauren zaczęła krążyć w tłumie gości sama, starając się nie tylko nie natknąć na Nicka, 

ale  nawet  go  nie  dostrzegać.  Świadomość,  że  on  jest  gdzieś  niedaleko,  w  tym  samym 

pomieszczeniu,  okazała  się  jednak  dla  niej  na  tyle  męcząca  i  bolesna,  że  po  mniej  więcej 

background image

trzech  godzinach  uczestniczenia  w  przyjęciu  postanowiła  choćby  na  krótko,  na  parę  minut, 

wymknąć się z gwarnej restauracji i odetchnąć chwilę w samotności. 

Skierowała się dyskretnie ku szklanym drzwiom prowadzącym na restauracyjny taras. 

Wyszła. Owiało ją chłodne, nocne powietrze. Wzięła kilka głębokich oddechów. Pomyślała: 

„Gram chyba nawet nieźle, przedstawienie przebiega zgodnie ze scenariuszem...” Nie odczuła 

jednak satysfakcji. Raczej znużenie i gorycz. 

- Grasz nawet nieźle, Lauren! - Jej własna myśl zmaterializowała się nagle w słowach 

wypowiedzianych  niskim,  męskim  głosem.  -  Już  prawie  uwierzyłem,  że  jestem  dla  ciebie 

niewidzialny... 

Nick! Tuż obok, na tarasie! 

-  Cudowne  przyjęcie,  prawda?  -  Lauren  najwyższym  wysiłkiem  woli  zdobyła  się  na 

obojętny, nieco nonszalancki ton. 

- Naprawdę mnie nie dostrzegasz? - Nick uparcie nie dawał za wygraną. 

- Tyle osób, prawdziwy tłum, po prostu nie wiadomo, z kim rozmawiać, sami ciekawi 

ludzie... - ciągnęła, ignorując jego pytanie. 

- I ani trochę nie tęskniłaś za mną od czasu tamtego spotkania? 

Cyniczne  słowa  Nicka  podziałały  na  Lauren  niczym  smagnięcie  biczem.  Wypadła  z 

dotychczasowej roli, odruchowo przybierając pozycję obronną i napastliwy ton. 

-  Dlaczego  miałabym  tęsknić?  Byłam  zajęta.  Zresztą  nie  jesteś  przecież  jedynym 

mężczyzną  w  tym  mieście,  zechciej  to  wziąć  łaskawie  pod  uwagę,  istnieje  jeszcze  wielu 

innych, często nie mniej atrakcyjnych. 

- Wielu, powiadasz? Apetyt rośnie w miarę jedzenia? Jakość przechodzi w ilość? 

- Nick, nie obrażaj mnie! 

- Przepraszam. Nie gniewaj się - wyciągnął rękę na zgodę. 

Podała  mu  dłoń.  Ścisnął  ją  mocno  swymi  silnymi  palcami  i  pociągnął  Lauren  w 

odległy kraniec tarasu, w stronę jakichś drzwi. Oszołomiona, przeszła posłusznie kilkanaście 

kroków, nim spytała: 

- Nick, dokąd idziemy? 

- Do mnie albo do ciebie, nieważne... 

- Po co? 

Zerknął z ukosa. Ujął wolną ręką klamkę. Rzucił: 

- Uważasz, że to mądre pytanie? 

Lauren  zatrzymała  się,  stanęła  niczym  wrośnięta  w  ziemię.  Nie  posiadając  się  z 

oburzenia, wykrzyknęła: 

background image

-  Uważam,  że  jesteś  arogantem  i  egoistą!  Nie  cierpię  takich  ludzi,  pozwól  sobie 

powiedzieć. 

Nick nie stracił rezonu. 

- A jednak kiedyś mnie lubiłaś, pozwól sobie przypomnieć - stwierdził beznamiętnym 

tonem. 

Policzki  Lauren  zapłonęły  rumieńcem,  a  jej  oczy  rozbłysły  gniewem.  Wyrzuciła  z 

siebie: 

- Kiedyś uważałam cię za porządnego, uczciwego faceta! Kiedyś nie miałam pojęcia, 

że jesteś rozpustnym, obleśnym playboyem, który zmienia kochanki jak rękawiczki. Ale teraz 

już dobrze wiem, coś ty za jeden. Kiedyś może cię i lubiłam, ale teraz tobą gardzę! 

- A może nawet się mną brzydzisz? - zapytał zjadliwie Nick. 

- Może... 

- Sprawdzimy - rzucił od niechcenia, po czym nieoczekiwanie przyciągnął Lauren do 

siebie, przytrzymał w żelaznym uścisku muskularnych ramion i pocałował równie namiętnie i 

gorąco jak kiedyś. 

Musiała  przyznać  w  głębi  duszy,  że  bynajmniej  nie  odczuła  wstrętu.  Wręcz 

przeciwnie, przeniknął ją ten sam co wtedy dreszcz najwyższej rozkoszy. 

-  Więc  jak,  idziemy?  -  bezczelnie  zapytał  Nick,  oderwawszy  usta  od  jej  ust,  nie 

uwolniwszy jednak Lauren z objęć. 

Pokręciła przecząco głową. 

- Nie, Nick, powiedziałam ci przecież... 

-  Oszczędź  mi  łaskawie  kazań  na  temat  mojej  moralności  -  przerwał  jej  i  rozluźnił 

uścisk. - Znajdź sobie faceta równie naiwnego jak ty i wcielajcie sobie w życie te wszystkie 

nudne, niestrawne zasady. Życzę smacznego! Wracaj na salę, znikam stąd sam... - Otworzył 

drzwi. 

Lauren odcięła się: 

- Wolna droga, mój panie! Nie zatrzymuję cię.  Zaczekaj! - zawołała za nim, gdy już 

przekroczył  próg.  -  Ta  twoja  sympatia  czy  kochanka,  Ericka  Moran,  ma  moje  kolczyki. 

Kolczyki mojej matki. Zostawiłam te kolczyki w Cove, w jej domu, w jej łóżku. Pragnęłabym 

je  odzyskać.  Ciebie  odstępuję  tej  pani  bez  żalu,  pasujecie  do  siebie.  Chcę  tylko  dostać  z 

powrotem swoje kolczyki... 

 

Zasypiając  późno  w  nocy  samotnie  w  swoim  łóżku,  Lauren  przebiegła  myślami 

wydarzenia minionego wieczoru. Była w rozterce. Może jednak należało przyjąć propozycję 

background image

Nicka?  Skoro  namawiał  do  wspólnego  zniknięcia  właśnie  ją,  a  nie  Erickę,  to  chyba  trzeba 

było z nim pójść. Pójść? Z nim? A kobieca duma? A szacunek dla samej siebie? Nie, o kimś 

takim jak Nick nie warto nawet myśleć. Trzeba o nim po prostu zapomnieć. Ostatecznie. Raz 

na zawsze! 

background image

ROZDZIAŁ 12 

Podjęte  nocą  z  soboty  na  niedzielę  kategoryczne  i  solenne  postanowienie  Lauren 

zaczęła  od  poniedziałku  wcielać  w  życie,  w  ten  przede  wszystkim  sposób,  że  rzuciła  się 

energicznie w wir pracy. Przedpołudnie minęło jej niepostrzeżenie. Podczas lunchu umówiła 

się z kilkoma dziewczynami z biura na wieczór, na wspólnego drinka. Kiedy po południowej 

przerwie  znów  wróciła  do  pracy,  zadźwięczał  stojący  na  jej  biurku  telefon.  Odebrała.  W 

słuchawce rozległ się głos pana Weatherby'ego: 

- Miss Danner? Proszę wpaść do mnie, do działu kadr, od razu, jeśli to możliwe. 

Zdziwiona trochę Lauren zgłosiła się za parę minut na rozmowę z kadrowcem. 

- Na początku muszę pani wyjaśnić, miss Danner - rozpoczął swój wywód Weatherby 

-  że  informacje  o  wszystkich  osobach  zatrudnionych  w  naszej  firmie  są  automatycznie 

wprowadzane  do  komputera  w  dziale  kadr  Global  Industries.  Dzięki  temu  w  razie  potrzeby 

nietrudno jest wychwycić pracowników o szczególnych czy nietypowych umiejętnościach. W 

tej  chwili  Global  Industries  pilnie  potrzebuje  sekretarki  z  biegłą  znajomością  języka 

włoskiego.  Komputer  wybrał  panią,  to  znaczy  właściwie  wybrał  niejaką  Lucię  Palermo,  a 

panią  dopiero  na  drugim  miejscu,  ale  ponieważ  miss  Palermo  jest  chora...  Krótko  mówiąc, 

przez najbliższe trzy tygodnie będzie pani każdego popołudnia oddelegowana do innej pracy 

Do biura pana Williamsa będę na ten czas przysyłał jakieś zastępstwo. 

- Ale Jim... to znaczy pan Williams... nie będzie chyba zadowolony... 

-  W  grę  wchodzi  wyższa  konieczność,  z  tego  co  wiem,  ma  to  związek  z  jakimś 

ważnym,  poufnym  projektem.  Pan  Williams  będzie  musiał  się  pogodzić  z  pani  okresową 

nieobecnością.  Poinformuję  go  o  wszystkim,  a  panią,  miss  Danner,  proszę  o  niezwłoczne 

zgłoszenie się do biura pana Sinclaira. 

- Co takiego? - usłyszawszy ostatnią wieść, Lauren aż poderwała się z krzesła. - A czy 

pan Sinclair wie, że to właśnie ja... 

-  Panno  Danner!  -  przerwał  jej  Weatherby,  patrząc  na  nią  z  politowaniem.  -  Pan 

Sinclair jest w tej chwili zajęty i nikt nie będzie mu zawracał głowy drobiazgami. 

 

Na  osiemdziesiątym  piętrze  Global  Industries  Building  Lauren  zgłosiła  się  do 

recepcjonistki, urodziwej brunetki. 

- Moje nazwisko Danner, Lauren Danner - przedstawiła się. - Przysłano mnie do pana 

Sinclaira jako dwujęzyczną sekretarkę. 

background image

- Zawiadomię pana Sinclaira, że pani już tu jest. 

Nim zdążyła się połączyć z gabinetem, z którego właśnie wychodziło jakichś sześciu 

dżentelmenów, brzęknął telefon na jej biurku. Podniosła słuchawkę. Po chwili, przesłaniając 

dłonią mikrofon, poinformowała Lauren szeptem: 

- Proszę wejść, pan Sinclair już na panią czeka. 

„Czeka  na  Lucię  Palermo,  niestety...”  -  pomyślała  Lauren  i  na  drżących  ze 

zdenerwowania  nogach  podeszła  do  wysokich  palisandrowych  drzwi.  Były  lekko  uchylone. 

Nick  stał  przy  biurku,  odwrócony  tyłem  do  wejścia,  i  rozmawiał  przez  telefon.  Lauren 

wsunęła się do środka i cicho zamknęła drzwi za sobą. Nick rozmawiał dość długo. Wreszcie 

skończył. 

- Recepcjonistka powiedziała, że mogę wejść... - odezwała się Lauren. 

Nick odwrócił się gwałtownie. Zmierzył ją zdumionym wzrokiem. 

-  Wybrałaś  sobie  nie  najlepszą  porę  na  przeprosiny,  Lauren  -  powiedział.  -  Za  pięć 

minut mam umówione spotkanie, a właściwie służbowy lunch. 

Przypuszczenie  Nicka,  że  przyszła  go  przeprosić,  naprawdę  rozbawiło  Lauren.  A 

wesołość,  jąkają  niespodziewanie  ogarnęła,  pozwoliła  jej  poczuć  się  nieco  pewniej, 

swobodniej. 

-  Przepraszam,  ale  nie  przyszłam  przepraszać  -  pozwoliła  sobie  na  żart.  -  Pan 

Weatherby, nasz kadrowiec, mnie przysłał. 

- Co takiego? - Nick dokładnie powtórzył słowa, jakie ona wypowiedziała kilkanaście 

minut wcześniej, w gabinecie szefa kadr Sinco. 

-  Mam  tu  być  oddelegowana  na  okres  trzech  tygodni  jako  dodatkowa  sekretarka,  w 

związku z jakimś ważnym projektem. 

-  Po  pierwsze  nie  masz  odpowiednich  kwalifikacji.  A  po  drugie,  nie  chcę  cię  tutaj  - 

warknął Nick. 

Lauren obruszyła się. 

- Ja też nie chciałam tu przychodzić, ale pan Weatherby zignorował moje zastrzeżenia. 

Tylko dlatego jestem! 

Nick chwycił za słuchawkę interkomu. 

- Z Weatherbym! - rzucił. 

Czekając na połączenie, zapytał Lauren: 

- A jakież to zastrzeżenia byłaś łaskawa przedstawić Weatherby'emu? 

- Powiedziałam mu, że nie chcę pracować z takim bezczelnym uwodzicielem jak ty! 

- Powiedziałaś mu coś takiego? Naprawdę? - wychrypiał rozwścieczony Nick. 

background image

- Naprawdę - odparła Lauren z równie słodkim, co jadowitym uśmieszkiem. 

- A cóż on ci na to odpowiedział? 

- Ach, tylko tyle, że interesy firmy są ważniejsze od moich osobistych uprzedzeń i że 

jeśli nawet mnie uwiodłeś, to nie jestem pierwsza ani ostatnia. 

Tego już Nick nie wytrzymał. Wycedził przez zęby: 

- Lauren, możesz się czuć zwolniona z pracy. 

- Z milą chęcią. Ale Weatherby powiedział mi jeszcze, że skoro jestem dwujęzyczna... 

- Dwujęzyczna? 

Lauren zatrzymała się przy drzwiach. 

- Tak, dwujęzyczna - potwierdziła, ujmując klamkę. - Mogłabym ci powiedzieć, co o 

tobie  myślę,  po  włosku,  przecież  miałam  mamę  Włoszkę,  nie  pamiętasz  już,  jak  o  tym 

opowiadałam  Tony'emu?  Mogłabym  po  włosku,  ale  wolę  po  angielsku,  żebyś  lepiej 

zrozumiał: jesteś draniem! 

Otworzyła drzwi i wybiegła do hallu. Już miała nacisnąć guzik windy, gdy Nick, który 

wypadł za nią, chwycił ją mocno za rękę. 

- Wracaj natychmiast... - sapnął. 

- Trzymaj ręce przy sobie! - nakazała mu szeptem. 

- Jeśli nie wrócisz sama do mojego gabinetu, to cię wciągnę siłą - zagroził Nick. 

-  No,  proszę,  spróbuj!  Ludzie  na  nas  patrzą.  Oskarżę  cię  o  napaść  i  będę  miała 

świadków - ostrzegła Lauren. 

Nick nieoczekiwanie zmienił taktykę. 

- Lauren, ależ ty masz śliczne oczy - powiedział. - Kiedy jesteś zła, robią się takie... 

- Daruj sobie! 

- O nie! Nigdy bym sobie nie darował, gdybyś teraz do mnie nie wróciła. 

- Nick, nie mów do mnie w ten sposób. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. 

- Kłamczuszka! Wiem, że chciałabyś mieć ze mną wszystko wspólne: stół, łoże... 

- Przestań! Puść mnie, pozwól mi odejść. 

- Nie chcę! Nie mogę. 

- Przecież wyrzuciłeś mnie z pracy! 

- Już jesteś przyjęta z powrotem. 

Lauren  zaprzestała  sporu.  Nie  chciała  dłużej  szarpać  się  z  Nickiem  przy  ludziach, 

pomyślała poza tym, że przecież dalsza praca w Sinco to dla niej wyjątkowo ważna sprawa. 

Pozwoliła  się  zaprowadzić  do  pokoju  sekretarki  Nicka,  przylegającego  do  jego  gabinetu  i 

połączonego z nim drzwiami. 

background image

- Mary, to jest Lauren Danner - poinformował Nick urzędującą w sekretariacie starszą 

damę  w  okularach.  -  Będzie  z  nami  współpracowała  przy  projekcie  Rossiego.  Ja  wychodzę 

teraz na lunch. Lauren niech się tu zainstaluje i zacznie tłumaczyć ten list, który przyszedł od 

Rossiego dziś rano. Jak wrócę - spojrzał znacząco - to sobie trochę dłużej porozmawiamy. 

Wyszedł, Sekretarka bez entuzjazmu wyciągnęła do Lauren bladą, kościstą dłoń. 

-  Moje  nazwisko  Callahan  -  przedstawiła  się.  -  Tam  jest  miejsce  pracy  dla  ciebie, 

Lauren - wskazała na biurko ustawione naprzeciwko swojego. - Jesteś jeszcze bardzo młoda... 

- rzuciła na koniec tonem ni to przygany, ni to komplementu. 

- Na szczęście starzeję się każdym dniem - zażartowała Lauren, i ignorując fakt, że 

Mary Callahan spiorunowała ją wzrokiem, rozsiadła się wygodnie za swym nowym biurkiem. 

Dokładnie o pierwszej trzydzieści, kiedy Nicka nadal nie było, a i starsza dama z jego 

sekretariatu akurat gdzieś wyszła, zadzwonił telefon. Lauren podniosła słuchawkę. 

- Mary? - odezwał się kobiecy głos. 

-  Nie,  Lauren,  Lauren  Danner.  Panny  Callahan  chwilowo  nie  ma  w  pokoju.  Może 

mogłabym jej przekazać wiadomość? 

-  Och,  Lauren,  witaj,  mówi  Ericka  Moran.  Wiadomość  mam  właściwie  dla  Nicka, 

tylko nie chciałam mu przeszkadzać. Przekaż mu proszę, że przylatuję z Nowego Jorku jutro i 

jadę prosto z lotniska do klubu Recess. Tam się spotkamy, o siódmej. 

-  Oczywiście,  wszystko  mu  powtórzę.  Jak  tylko  wróci  z  lunchu  -  odpowiedziała 

Lauren i odłożyła słuchawkę. 

Niemal natychmiast telefon odezwał się znowu.  Tym  razem jakiś zmysłowy  kobiecy 

głos poprosił „Nicky'ego”. 

- Przykro mi, ale prezesa Sinclaira nie ma w tej chwili w gabinecie - poinformowała 

Lauren, - Czy mogłabym przekazać mu wiadomość? 

- Powiedz mu, złociutka, że dzwoniła Vicky, Nicky zapomniał mi powiedzieć, czy to 

sobotnie  przyjątko  to  oficjalna  czy  prywatna  impreza,  i  ja  teraz  nie  mam  zielonego  pojęcia, 

jaką kieckę wybrać. Powtórz mu, złociutka, że zadzwonię do niego wieczorem do domu. 

„A dzwoń sobie, flądro, dzwoń!” - pomyślała urągliwie Lauren i cisnęła słuchawkę na 

widełki. 

Dość długo w sekretariacie panowała cisza. Przerwał ją dopiero brzęczyk interkomu. 

Zgłosił się Nick. Poprosił Lauren swym dźwięcznym barytonem z najwyższą kurtuazją: 

- Czy byłabyś tak miła i weszła teraz do mnie na rozmowę? 

Rada nierada wstała i skierowała się z sekretariatu do gabinetu. 

- Tak? - odezwała się, stanąwszy w progu. 

background image

- Proszę bliżej - zachęcił ją Nick zza biurka. 

Zrobiła parę kroków, ale zatrzymała się w sporej odległości od niego. 

- To jeszcze nie dość blisko, Lauren - zaczął się z nią droczyć. 

- Jak dla mnie, dość! - odparła chłodno. 

-  Lauren,  chyba  musimy  sobie  to  i  owo  wyjaśnić,  zanim  na  dobre  przystąpimy  do 

współpracy. Co byś powiedziała na wspólną kolację dziś wieczorem? 

-  Dziś  nie  mogę,  jestem  już  umówiona  -  odpowiedziała  zgodnie  z  prawdą,  nie 

wyjaśniając tylko z kim. 

- No to może jutro? 

-  Jutro  ty  masz  randkę,  zapomniałeś?  Z  miss  Moran,  o  siódmej,  w  klubie  Recess, 

właśnie dzwoniła w tej sprawie z Nowego Jorku. 

Nick westchnął: - Pojutrze lecę do Włoch... 

- Szczęśliwej podróży! 

- ...ale wracam w sobotę, więc moglibyśmy... 

-  W  sobotę  ani  ja  nie  mogę,  ani  ty.  Masz  być  na  przyjęciu  z  Vicky,  nie  pamiętasz? 

Właśnie dzwoniła, nie wie, biedactwo, w co się ubrać. Ona tak słodko o tobie mówi: Nicky. 

Doprawdy, to nawet ładnie brzmi: Vicky i Nicky! 

- Odwołam to! 

- Aleja nie odwołam tamtego. Czy coś jeszcze? 

-  Tak,  do  diabła,  jeszcze  coś!  -  Nick  stracił  cierpliwość.  -  Zraniłem  cię,  więc 

przepraszam. 

-  Przyjmuję  przeprosiny.  W  końcu  zraniłeś  tylko  moją  duszę,  żadnych  obrażeń  ciała 

nie było... 

- Lauren, nie kpij. Próbuję cię przeprosić... 

- Przyjęłam przeprosiny! 

- ...próbuję cię przeprosić i przekonać, że gdybyśmy tylko oboje odpowiednio zadbali 

o dyskrecję, to moglibyśmy bez problemów pozwolić sobie... 

-  Pozwolić  sobie  na  co?  Na  pokątne  amory?  Na  zabawę  w  bohaterów  tandetnego 

romansu? 

-  Lauren,  nie  kpij,  bardzo  cię  proszę.  Pragnę  cię  i  doskonale  wiem,  że  ty  też  mnie 

pragniesz. Tylko jesteś na mnie zła o tę... inicjację... 

-  O,  co  to,  to  nie!  Po  tamtej  nocy  pozostały  mi  wyłącznie  słodkie  wspomnienia. 

Spisałeś  się  świetnie,  Nick.  Myślę,  że  gdybym  miała  kiedyś  córkę,  dałabym  jej  w 

background image

odpowiednim  czasie  twój  telefon.  Wiem,  że  nie  pozwolisz  sobie  na  fuszerkę.  Jeśli  tylko, 

oczywiście, będziesz jeszcze wtedy w stanie coś z siebie w tej dziedzinie wykrzesać. 

Nick  nie  wytrzymał  po  raz  wtóry  tego  dnia.  Wyskoczył  zza  biurka  i  zanim  Lauren 

dobiegła do drzwi, chwycił ją za obydwie ręce. Oczy zapłonęły mu wściekłością pomieszaną 

z pożądaniem. 

- Ty mała czarownico! - syknął, pochylając się nad nią. - Ty prześliczna mała jędzo! 

Usiłował przywrzeć ustami do jej ust. Zacisnęła zęby, odwróciła głowę. 

- Nick, zostaw mnie! - krzyknęła. 

- Zostawiłbym, gdybym tylko mógł - odpowiedział. - Ale widzisz, odkąd wyjechałaś z 

Harbor  Springs,  stale  o  tobie  myślę.  Na  niczym  nie  potrafię  się  skupić.  Sama  widzisz,  nie 

mogę cię zostawić! 

Znów  się  pochylił  do  pocałunku.  Lauren,  oszołomiona  wyznaniem,  jakie  usłyszała 

przed chwilą, nie była już w stanie się opierać. Uniosła głowę, rozchyliła leciutko wargi... 

-  A  więc  to  tak  się  przedstawia  w  szczegółach  ten  „ważny  i  poufny  projekt”,  przez 

który na trzy tygodnie odebrano mi Lauren? 

W drzwiach prowadzących z sekretariatu do gabinetu stał Jim Williams. Usłyszawszy 

jego głos i śmiech, skonfundowana Lauren wyrwała się Nickowi z objęć. Jim mówił dalej, już 

poważniejszym tonem: 

-  Przepraszam,  ale  całkiem  niechcący  stałem  się  świadkiem  tej  czułej  sceny. 

Widocznie biuro nie jest najlepszym miejscem... zawsze tak uważałem i chyba miałem rację... 

Dziwię  ci  się  trochę,  Nick,  przecież  Mary  może  się  zorientować...  narobić  płotek...  Tobie 

oczywiście  nie  śmiałaby  przypiąć  żadnej  łatki,  więc  wszystko  się  skrupi  na  Lauren...  A  w 

ogóle, przyjacielu, to tak się składa, że na sobotę Lauren umówiła się ze mną. Tydzień ma aż 

siedem  wieczorów,  więc  akurat  ten,  który  sobie  wcześniej  u  Lauren  zarezerwowałem,  bądź 

łaskaw  mi  zostawić!  Możemy  obaj  podrywać  tę  samą  dziewczynę,  czemu  nie,  jeszcze  się 

okaże, kto będzie lepszy, ale przestrzegajmy uczciwych reguł gry, zgoda? 

Nick  milczał.  Lauren,  świadoma,  że  Jim  blefuje,  ale  mocno  zdezorientowana  jego 

ryzykowną zagrywką, usiłowała się dyplomatycznie wycofać. Oświadczyła: 

-  Panowie,  nie  chcę  tego  słuchać.  Będzie  chyba  lepiej,  jeśli  sobie  porozmawiacie  w 

cztery oczy. 

Skierowała się ku drzwiom. Nim zdążyła opuścić gabinet, usłyszała jeszcze pierwsze 

pytanie Nicka: 

-  Skoro  już  mowa  o  regułach,  to  najpierw  bądź  łaskaw  wyjaśnić,  jakiż  to  ważny 

powód sprowadził cię z tą nie zapowiedzianą wizytą, Jim? 

background image

Usłyszała również część odpowiedzi Williamsa: 

- Taki, że Curtis dzwonił, kiedy nie było mnie w biurze. Dlatego nie wiem, o co mu 

chodzi, ale przypuszczam... 

Lauren poczuła przyśpieszone bicie serca i nagłe drżenie rąk. Z ogromnej emocji, nie 

mającej  jednak  nic  wspólnego  z  dramatyczną  sceną,  jaka  rozegrała  się  przed  paroma 

minutami  pomiędzy  nią  i  Nickiem,  a  potem  pomiędzy  nią,  Nickiem  i  Jimem...  Curtis!  To 

nazwisko było jednym z sześciu, jakie podał jej Whitworth! Jednym z sześciu nazwisk ludzi, 

których Philip podejrzewał o szpiegostwo! 

Usiadła za swoim biurkiem. Dalszej rozmowy Nicka i Jima z sekretariatu nie było już 

słychać, Mary pisała na dość hałaśliwej maszynie... Lauren zaczęła się zastanawiać. Curtis... 

Mogło  to  być  nazwisko,  ale  równie  dobrze  imię...  Zerknęła  do  spisu  telefonów  Global 

Industries, znalazła dwu facetów o takim imieniu wśród pracowników firmy. Jakoś nie mogła 

uwierzyć,  by  Jim  Williams  pośredniczył  w  kontaktach  Nicka  ze  szpiegiem.  Michael  Curtis, 

kogoś takiego wymienił jej Whitworth... Czyżby jednak właśnie tego człowieka Jim miał na 

myśli? 

- Jeśli się nudzisz, to może byś miała ochotę mnie w  czymś wyręczyć? - zapytała ją 

jadowitym tonem Mary Callahan, sznurując przywiędłe usta. 

Lauren spłonęła rumieńcem i zabrała się do swych obowiązków. 

 

Przez resztę dnia Nick był bez przerwy zajęty. O piątej Lauren z westchnieniem ulgi 

opuściła jego sekretariat i udała się do swojego stałego miejsca pracy. Jim Williams czekał na 

nią. 

- Chcesz porozmawiać? - zapytał. 

Skinęła głową. Przeszli do jego gabinetu. Jim usiadł za biurkiem, Lauren naprzeciwko, 

w skórzanym fotelu, 

- Wal śmiało, Lauren, nie krępuj się, przecież jesteśmy niejako wspólnikami w tej grze 

- zachęcił. 

Lauren nerwowym gestem odgarnęła włosy z czoła. Zapytała: 

-  Jim,  dlaczego  właściwie  tam  stałeś  i...  podsłuchiwałeś?  I  dlaczego  naopowiadałeś 

potem Nickowi tych głupstw... o sobie i o mnie? 

- Och, Lauren, ja naprawdę znalazłem się tam przypadkiem. Kiedy się zorientowałem, 

co  się  święci,  zamierzałem  się  natychmiast  wycofać,  ale  ty  tak  wspaniale  rozgrywałaś  tę 

scenę,  że...  nie  mogłem.  Obserwowałem  z  podziwem,  jak  go  nokautujesz...  Chciałem 

popatrzeć jeszcze chwilę, naprawdę zaraz bym się wycofał, kiedy spostrzegłem, że nagle... ty 

background image

tracisz  nad  nim  przewagę,  zaczynasz  nabierać  się  na  te  jego  sztuczki!  Lauren,  musiałem 

wtedy  wkroczyć,  bez  względu  na  wszystko,  na  moje  i  twoje  skrępowanie!  Żebyś  mogła... 

żebyś  miała  czas  oprzytomnieć.  Chciałem,  żebyś  zaczęła  się  bronić...  A  potem  znów 

atakować! 

- Dlaczego? 

Jim  wahał  się  przez  dłuższą  chwilę,  nim  zdecydował  się  ujawnić  kierujące  nim 

pobudki. 

- Dlatego, Lauren, że widzę, co do niego czujesz, i wiem, że on by to bez skrupułów 

wykorzystał. Widzisz, on cię wykorzysta i zrani, ty stąd odejdziesz, a ja... Ja już nie będę cię 

miał  w  pobliżu,  młoda  damo.  Strasznie  szkoda  by  mi  było  cię  stracić.  Taka  jesteś  bystra  i 

śliczna... 

Uśmiechnął  się.  Lauren  również  się  uśmiechnęła,  słysząc  komplement.  Nie  uznała 

jednak sprawy za wyjaśnioną do końca. Zapytała: 

-  Ale  dlaczego  zasugerowałeś  Nickowi,  że  sam  też  się  mną  interesujesz?  Sytuacja 

współzawodnictwa tym bardziej przecież pobudzi go do działania... Ach, już wiem! - doznała 

nagłego olśnienia. - Chcesz napuścić Nicka na mnie po to, żeby przestał się zajmować Ericką, 

tak? 

Jim pochylił głowę. 

- Widzisz, Nick, Ericka i ja studiowaliśmy razem. Ja i Ericka przez całe lata byliśmy 

ze sobą zaprzyjaźnieni... 

- Blisko zaprzyjaźnieni? - Lauren nie dawała za wygraną. 

- Tak, blisko. Nawet przez jakiś czas byliśmy zaręczeni. Ale to było tak dawno temu... 

Teraz...  -  Spojrzał  na  Lauren  z  figlarnym  uśmieszkiem.  -  Teraz  zaczynam  się  poważnie 

zastanawiać, czy istotnie nie zrobić tego, o czym mówiłem Nickowi, i nie zacząć cię na serio 

podrywać? 

-  Nie  bądź  cyniczny,  Jim!  -  ucięła  krótko  Lauren,  po  chwili  jednak,  chcąc  złagodzić 

ostrość  riposty,  dodała  żartobliwym  tonem:  -  Swoją  drogą,  mógłbyś  spróbować.  Taki 

atrakcyjny mężczyzna... 

- Dzięki za komplement! 

-  To  nie  komplement,  to  fakt.  Ale,  ale,  Jim,  powiedz,  byliście  z  Nickiem  bliskimi 

kumplami? 

- Nie, tylko kolegami z uczelni. Widzisz, Lauren, on nie miał szans należeć do mojej 

paczki,  był  na  to  za  biedny...  Biedny,  ale  przebojowy!  Z  nauką  szło  mu  świetnie,  z 

dziewczynami nie gorzej. Kilka sprzątnął mi dosłownie sprzed nosa... 

background image

Jim westchnął głęboko i umilkł. Lauren zorientowała się, że pora kończyć rozmowę. 

Wstała  z  fotela.  Już  była  w  drzwiach,  kiedy  zdecydowała  się  zaryzykować  jeszcze  jedno 

pytanie: 

- Jim, powiedz mi, z tym Curtisem to była prawda czy tylko wymówka? 

Spojrzał cokolwiek zdziwiony. 

- Z Curtisem? Prawda. Ale dlaczego o to pytasz? 

- Bo pomyślałam... Nieważne! Skoro mówisz, że prawda, to ci wierzę. 

Jim zgarnął z biurka do teczki jakieś papiery. Zaproponował: 

- Chodźmy już, Lauren, odprowadzę cię do samochodu. 

Wyszli  razem  na  zewnątrz.  Pierwszą  osobą,  na  jaką  się  natknęli  przed  budynkiem, 

był... Nick. Wsiadał właśnie do lśniącej, srebrzystoszarej limuzyny z szoferem za kierownicą. 

Zauważył ich. Uśmiechnął się diabolicznie, Zupełnie jakby chciał ostrzec Lauren: „Jutro nie 

pójdzie ci ze mną tak łatwo!” 

 

-  Dokąd  jedziemy,  mister  Sinclair?  -  zapytał  szofer,  gdy  Nick  ulokował  się  już  na 

tylnym siedzeniu. 

- Muszę odebrać kogoś z lotniska. 

Ruszyli. Nick spojrzał jeszcze raz na Lauren. Przez dłuższą chwilę, póki nie zniknęła 

mu  z  oczu,  z  czysto  estetyczną  przyjemnością  kontemplował  jej  efektowną  figurę  i  pełne 

wdzięku  ruchy.  Potem  zaczął  rozmyślać...  Romans  z  tą  niezwykłą  dziewczyną 

niespodziewanie  skomplikował  mu  życie.  I  mógł  mu  je  skomplikować  jeszcze  bardziej! 

Lauren pragnęła go, po tym, co zaszło między nimi dzisiaj w gabinecie, uważał to za pewnik. 

Ale była kobietą w pełni świadomą kłopotliwej prawdy, że w życiu liczy się .coś więcej niż 

tylko  cielesne  zachcianki:  poczucie  przyzwoitości,  godność  osobista,  wzajemna  lojalność, 

szacunek  dla  drugiego  człowieka,  niezależność...  Była  kobietą  z  zasadami,  całkiem  inną  od 

atrakcyjnych dziewczyn, z jakimi miewał do czynienia dotychczas. Swoją postawą chwilami 

go  śmieszyła,  a  chwilami  doprowadzała  do  wściekłości,  stale  jednak  ekscytowała,  może 

nawet w takim samym stopniu jak temperamentem i urodą. 

Pragnął  jej...  I  absolutnie  nie  mógł  się  pogodzić  z  faktem,  że  mógłby  mu  ją  odebrać 

jakiś  inny  mężczyzna.  Jim  Williams  na  przykład..,  A  jeśli  nie  on,  to  chociażby...  Przecież 

wszyscy  faceci  obecni  na  sobotnim  przyjęciu  gapili  się  na  nią  tak,  jakby  ją  chcieli  rozebrać 

wzrokiem!  Swoją  drogą,  prawie  nie  byłoby  z  czego,  ta  prowokująca  suknia...  Cóż,  w  tej 

dziewczynie można znaleźć wszystko, niewinność i zmysłowość. Łagodność i żar. Niezwykłą 

background image

harmonię  przeciwieństw.  Miał  okazję  się  o  tym  przekonać  w  Harbor  Springs...  Może  nawet 

nietrudno ją rozpalić, ale przecież równie łatwo zmrozić. Łatwo urazić... 

A tego przecież nie chciał! Nie chciał jej dotknąć, nie chciał skrzywdzić. Może dlatego 

próbował  o  niej  zapomnieć,  ukryć  się  przed  nią?  Tak  czy  inaczej,  nie  udało  się,  pragnienie 

okazało  się  zbyt  wielkie.  I  teraz  było  już  za  późno,  żeby  się  zastanawiać  nad  możliwymi 

konsekwencjami  tego,  co  wydawało  się  nieuniknione.  Co  rysowało  się  przed  nimi  jako  ich 

wspólne przeznaczenie... 

Nick  doszedł  do  wniosku,  że  nie  ma  innego  wyjścia,  jak  tylko  poddać  się 

konieczności,  zaprzestać  walki  z  samym  sobą  i  na  serio  zacząć  walczyć  o  Lauren.  Kiedy  to 

sobie  uświadomił,  poczuł  wreszcie  -  po  przeszło  czterech  tygodniach  szamotaniny 

psychicznej  -  pewien  spokój  wewnętrzny.  Otworzył  teczkę.  Stwierdził  z  zadowoleniem,  że 

bez  większego  trudu  jest  w  stanie  skupić  się  nawet  na  szczegółach  umowy,  którą  miał  tego 

popołudnia podpisać z kontrahentami. Po nich właśnie jechał teraz na lotnisko. 

background image

ROZDZIAŁ 13 

Kiedy nazajutrz o pierwszej po południu Lauren zjawiła się w sekretariacie Nicka na 

osiemdziesiątym  piętrze  Global  Industries  Building,  została  z  punktu  poinformowana  przez 

Mary Callahan, że „pan Sinclair chce się z nią natychmiast widzieć”. Poprawiła włosy, wzięła 

głęboki  oddech  i  wkroczyła  do  gabinetu.  Nick  siedział  za  biurkiem  i  przeglądał  jakieś 

dokumenty. 

- Podobno jestem ci potrzebna - odezwała się, stanąwszy nieopodal drzwi. 

- Ba! Zawsze i wszędzie! 

- Skoro żartujesz, wychodzę... - Wykręciła się na pięcie. 

- Stój! Zaczekaj... Nie grajmy ze sobą w ten sposób. 

- Grać z tobą? Niby w co? 

- W tę sympatyczną grę, którą rozpoczęliśmy wczoraj. 

- Nie prowadzę z tobą żadnej gry, Nick. Nie miałabym w niej nic do wygrania. 

Skłamała.  Doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  że  chciałaby  z  nim  grać.  I  wygrać!  On 

byłby dla niej najlepszą nagrodą, nagrodą całego życia. 

Nick  chyba  się  zorientował,  że  nie  jest  z  nim  szczera.  Uśmiechnął  się  triumfująco. 

Wskazał jej krzesło naprzeciwko swego biurka. 

- Usiądź. Właśnie miałem przejrzeć pewne akta personalne, które mi przesłano. 

Lauren  zajęła  miejsce,  zadowolona,  że  nie  będą  już  dłużej  rozmawiali  na  osobiste 

tematy.  Ulga,  jaką  odczuła,  okazała  się  jednak  przedwczesna.  Kiedy  Nick  uniósł  z  blatu 

otwarty  segregator  z  dokumentami,  odczytała  z  przerażeniem  na  okładce:  „Poufne.  Akta 

personalne  nr  98753,  Lauren  E.  Danner”.  Przypomniała  sobie  swoje  testy  kwalifikacyjne  i 

wpisane  do  kwestionariusza  dezyderaty  w  kwestii  przyszłego  stanowiska,  które  wprawiły  w 

takie osłupienie poczciwego pana Weatherby'ego. Zarumieniła się, pomyślawszy, że oto Nick 

może teraz to wszystko zobaczyć. On rozpoczął jednak studiowanie dokumentów od danych 

osobowych. 

-  Ho,  ho!  -  zaczął  się  delektować.  -  Lauren  Elizabeth  Danner.  Drugie  imię  równie 

piękne jak pierwsze. I obydwa do ciebie pasują. 

- Obydwa po ciotkach, starych pannach - sprowadziła go z nieba na ziemię. - Ciotka 

Lauren miała zeza, a ciotka Elizabeth brodawki. 

Nick zignorował jej zgryźliwy ton. Czytał dalej: 

- Oczy niebieskie... 

background image

Zerknął zza segregatora. 

-  Faktycznie  -  potwierdził  -  zgadza  się,  niebieskie.  W  dopisku  powinno  jeszcze  być: 

cudowne, niezgłębione, można się w nich zatracić bez reszty! 

- W prawym miałam po ciotce lekkiego zeza, dlatego przez całe dzieciństwo musiałam 

nosić okulary. Wymagało korekty operacyjnej. 

- Okulary! Musiałaś w nich wyglądać na małego kujona - zażartował Nick. 

- Raczej na małą intelektualistkę! - odcięła się Lauren. 

Nick  zaczął  kartkować  dokumenty.  Zbliżył  się  niebezpiecznie  do  nieszczęsnego 

kwestionariusza, w końcu zatrzymał się przy nim... 

-  Wielkie  nieba!  -  wykrzyknął.  -  Widzę,  że  obaj  z  Weatherbym  musimy  na  ciebie 

uważać. Którego z nas chętniej wygryzłabyś z posady? 

- Żadnego. Powypisywałam te głupoty, bo podczas spotkania z Weatherbym doszłam 

do wniosku, że nie chcę pracować w Sinco! 

- I dlatego spartaczyłaś testy, tak? 

- Owszem. 

-  A  jednak  los...  -  rozpoczął  Nick  z  uwodzicielskim  uśmiechem,  który  momentalnie 

nakazał Lauren mieć się na baczności. 

- ...los sprawił - przerwała mu - że ja też miałam okazję zapoznać się z twoimi „aktami 

personalnymi”,  Nick.  Ze  zbiorem  wycinków  prasowych  na  twój  temat  -  dodała  gwoli 

wyjaśnienia, widząc jego zdziwioną minę. - Wiem z nich wszystko o Bebe Leonardos i o tej 

francuskiej  aktoreczce.  Dowiedziałam  się  nawet,  że  tym  „partnerem  w  interesach”,  przez 

którego odprawiłeś mnie w przyśpieszonym tempie z Harbor Springs, była Ericka Moran! 

- Poczułaś się urażona... 

- Raczej zdegustowana. Poczułam niesmak. Wiesz, czasem zdarza mi się coś takiego... 

Jestem ci jeszcze potrzebna, czy mogę wracać do pracy? 

Nie odpowiedział. Na szczęście kłopotliwą ciszę, jaka zapadła w gabinecie, przerwał 

po  chwili  brzęczyk  interkomu.  Mary  Callahan  przypomniała  Nickowi,  że  ma  umówione 

spotkanie. Lauren wyszła. Do końca dnia spokojnie pracowała w sekretariacie. 

Nazajutrz  o  dziesiątej  Jim  w  pośpiechu  wyskoczył  ze  swego  gabinetu,  żeby 

poinformować Lauren: 

- Sinclair właśnie dzwonił. Jesteś mu potrzebna zaraz, i to do końca dnia. Pędź, Ja już 

sam skończę ten raport, który miałaś przepisać. 

Mary  nie  było  w  sekretariacie.  Przez  otwarte  drzwi  gabinetu  Lauren  od  progu 

zobaczyła  Nicka.  Siedział  za  biurkiem  i  coś  sobie  notował.  Był  bez  marynarki  i  krawata, 

background image

rękawy  koszuli  miał  zawinięte  powyżej  łokci,  a  kołnierzyk  rozpięty.  Gęste,  ciemne  włosy, 

skupiony  wyraz  twarzy  o  wyrazistych,  męskich,  trochę  drapieżnych  rysach,  piękna 

opalenizna,  odsłonięte  muskularne  przedramiona...  Lauren  westchnęła  w  duchu:  „Toż  to 

najprzystojniejszy  i  najbardziej  zniewalający  facet,  jakiego  w  życiu  widziałam,  niech  się 

schowają wszyscy gwiazdorzy z Hollywood!” 

Głośno jednak stwierdziła tylko chłodnym tonem: 

- Jim powiedział, że jestem ci potrzebna. Co mogę dla ciebie zrobić? 

- Ty dla mnie, oto jest pytanie... 

Lauren zignorowała dwuznaczną uwagę. Mówiła dalej: 

- Rozumiem, że masz jakąś pilną sprawę... 

- Owszem, mam. 

- O co chodzi? 

- Skocz do barku i przynieś mi coś do zjedzenia. 

- I to niby ma być takie pilne? - obruszyła się Lauren. 

- Owszem, bo jestem strasznie głodny. 

Lauren zacisnęła dłonie w pięści. Syknęła z irytacją: 

-  To  ja  przerywam  naprawdę  ważną  pracę,  zostawiam  Jima  samego,  a  ty  się 

wygłupiasz? 

-  Zanim  zostawiłaś  Jima,  ja  byłem  sam,  skarbie.  Teraz  sytuacja  się  po  prostu 

odwróciła. Tak bywa... 

- Nie nazywaj mnie skarbem! 

- Dlaczego? Jesteś mi bardzo droga... 

- A co właściwie masz ochotę zjeść? - przerwała uwodzicielskie zapewnienia. 

- Najchętniej skonsumowałbym pewną apetyczną sekretarkę. 

Lauren bez słowa zrobiła w tył zwrot. Nick zawołał za nią: 

- Sama wybierz coś smacznego. I niech zapiszą na mój rachunek! 

Kiedy Lauren wróciła z barku ze słodkimi bułeczkami, Nick podziękował jej z wielką 

galanterią i, choć się mocno wymawiała, uparł się, żeby wypiła z nim kawę. 

-  Lauren  -  odezwał  się,  gdy  już  siedzieli  z  filiżankami  w  fotelach  przy  szklanym 

stoliku - jeśli cię uraziłem, przepraszam. Uwierz mi, naprawdę nie chciałem. 

-  Nie  przepraszaj  mnie  tak  ciągle  -  odparła.  -  Raz  w  zupełności  wystarczy.  I 

zapomnijmy o tym wszystkim. 

- O tym i owym zapomnieć - zgoda, ale o wszystkim - nie... Wiesz, prawdę mówiąc, 

nie ściągnąłem cię pilnie tylko po to, żebyś mi przyniosła bułki. To miał być żart! Chciałem ci 

background image

powiedzieć...  Dziś  wieczorem  lecę  do  Włoch.  Jak  wrócę,  od  poniedziałku  będę  cię  tu 

potrzebował na cały dzień. 

- Na jeden? 

- Nie. 

- Więc na ile? 

Uśmiechnął się w zamyśleniu. 

- Na tyle, żebym mógł rozegrać do końca pewną grę. Do zwycięskiego końca, ma się 

rozumieć. 

Lauren  milczała.  Nie  odważyła  się  zapytać,  czy  chodzi  o  grę  interesów,  czy  o  grę 

uczuć. Nick przełknął ostatni kęs drożdżówki i stwierdził: 

- Bierzmy się do roboty. Przynieś z łaski swojej ten zaczęty list do Rossiego, trzeba go 

dokończyć. Przy okazji dopijemy kawę. 

Lauren  wybiegła  do  sekretariatu  i  wróciła  z  listem  do  włoskiego  wynalazcy,  Nick 

zaczął  jej  dyktować  dalszy  ciąg.  Stenografowała.  W  którymś  momencie,  nie  robiąc  żadnej 

pauzy i nie zmieniając tonu głosu, Nick powiedział: 

- W promieniach jesiennego słońca twoje włosy lśnią czystym zlotem... 

Machinalnie  zapisała  całe  zdanie  i  dopiero  wtedy  uświadomiła  sobie  jego  treść. 

Zmarszczyła gniewnie brwi. Nick zachichotał i jak gdyby nigdy nic dyktował dalej. 

Gdy skończyli,  Lauren zajęła się tłumaczeniem tekstu na włoski, po czym przepisała 

go na maszynie. O pierwszej, po lunchu, Nick poprosił ją o protokołowanie przebiegu narady, 

która  miała  się  odbyć  w  jego  gabinecie.  Gdy  jej  uczestnicy  się  rozeszli,  zatrzymał  jeszcze 

Lauren. 

- Czy materiały dla Rossiego są już gotowe? - zapytał. – Przykro mi tak cię poganiać, 

ale muszę je zabrać ze sobą do Casano - dodał z przepraszającym uśmiechem. 

- Są gotowe - odpowiedziała. 

- Świetnie. Zorientowałaś się z tego, cośmy razem pisali, o co w całej sprawie chodzi? 

Pokręciła głową. 

- Prawdę mówiąc, nie. To zbyt specjalistyczne sprawy Wiem tylko, że ten Rossi jest 

chemikiem  i  wynalazł  coś,  czym  ty  się  interesujesz,  Jako  ewentualny  producent  tego 

wyrobu... 

-  Powinnaś  wiedzieć  trochę  więcej,  żeby  ci  się  ciekawiej  pracowało.  Widzisz,  Rossi 

wynalazł  substancję,  która  nadaje  niektórym  włóknom  syntetycznym,  takim  jak  na  przykład 

nylon,  zupełnie  nowe  właściwości.  Mówiąc  najkrócej,  potraktowane  tym  jego  specyfikiem 

background image

stają się odporne na działanie wody, ognia i tak dalej, po prostu - nie do zdarcia. Wiesz, jaka 

to perspektywa dla producentów odzieży czy materiałów obiciowych? 

- Ale czy ten środek naprawdę tak działa? I niczego we włóknach nie zmienia ani nie 

niszczy? 

- Cóż, byłem świadkiem kilku pokazów. Potrzebna by mi była próbka do przebadania 

w jakimś niezależnym laboratorium, ale Rossi na razie nie chce niczego udostępnić. Ma bzika 

na punkcie szpiegostwa w biznesie, piekielnie się boi, żeby mu ktoś nie podkradł wynalazku! 

Lauren zmrużyła oczy Zamyśliła się. 

- Może on w ogóle jest trochę zbzikowany? - zasugerowała. 

- W każdym razie cholernie ekscentryczny - westchnął Nick. - Mieszka w tym swoim 

Casano, to taka mała wioska rybacka, trzyma przy domu psy dla ochrony. Ale laboratorium 

ma  w  zwykłej  szopie,  o  pól  mili  za  wsią,  i  wcale  go  nie  pilnuje...  Wiesz,  Lauren  -  zmienił 

nagle  temat  -  chciałbym  ci  przywieźć  jakiś  upominek  z  podróży.  Jak  myślisz,  co  to  takiego 

mogłoby być? - zaczął się przymilać z uwodzicielskim uśmiechem. 

- Kolczyki mojej matki - ucięła krótko i wyszła. 

Nick  zamyślił  się.  Cóż  to  za  niezwykła  dziewczyna!  Subtelna,  delikatna,  krucha,  a 

jednocześnie taka silna! Wystarczająco silna, by nie poddać się presji, jaką uparcie starał się 

na  nią  wywierać.  Wystarczająco  silna,  by  wyrwać  się  z  każdej  matni,  z  każdej  przemyślnie 

zastawionej pułapki. Silna, odważna, konsekwentna... Dziewczyna z zasadami, można nawet 

powiedzieć  -  idealistka...  Trochę  tajemnicza  i  zdecydowanie  inna  niż  wszystkie 

przedstawicielki płci pięknej, z jakimi dotąd obcował. Godność, poczucie własnej wartości... 

To też zaczynało mu się u Lauren podobać, oczywiście poza uroczą buzią i zgrabną figurą. 

Na  godzinę  czwartą  pięćdziesiąt  pięć  Nick  wyznaczył  telekonferencję  z 

przedstawicielami  Global  Industries  w  Kalifornii,  Oklahomie  i  Teksasie.  Znów  poprosił 

Lauren o protokołowanie. 

- Rozmowa będzie nagłośniona na cały gabinet. Ja będę mówił stojąc, bo tak wolę, a 

ty usiądź za moim biurkiem i notuj - powiedział. 

Kiedy narada była już w pełnym toku, skoncentrowana na stenograficznych notatkach 

Lauren poczuła nagle, że Nick... pochyla się nad nią i zaczyna muskać wargami jej włosy. Nie 

zdołała utrzymać nerwów na wodzy. 

- Dość tego! - syknęła. 

-  Słucham? Słucham? Słucham?  -  Trzej zdezorientowani  dżentelmeni,  telefonujący  z 

trzech różnych stanów, wypowiedzieli to samo pytanie niemalże chórem. 

background image

-  Mojej  sekretarce  chodzi  o  to,  że  za  szybko  referujecie,  nie  może  nadążyć  z 

notowaniem - wyjaśnił rozbawiony Nick. 

Zirytowana  Lauren  postanowiła  zdobyć  się  na  służbową  niesubordynację  i  po  prostu 

wyjść. Zatrzasnęła notatnik i chciała wstać zza biurka. Nic z tego! Nick zablokował jej fotel. 

A  kiedy  odwróciła  głowę,  żeby  mu  dyskretnie  szepnąć  coś  do  słuchu,  zamknął  jej  usta 

pocałunkiem! 

-  No  i  co  o  tym  sądzisz,  Nick?  -  rozległo  się  tymczasem  pytanie  któregoś  z 

uczestników telekonferencji. 

- Sądzę, że rzecz jest warta zachodu - odpowiedział Nick, wziąwszy przedtem głęboki 

oddech. 

Kiedy konferencja się skończyła, nacisnął jakiś guzik w panelu wmontowanym w blat 

biurka.  Drzwi  łączące  gabinet  z  sekretariatem  Mary  Callahan  zamknęły  się  automatycznie. 

Uwalniając  Lauren  z  potrzasku  fotela,  Nick  równocześnie  chwycił  ją  za  obie  ręce  i 

przyciągnął ku sobie. Zbliżył usta do jej ust. 

- Nie, Nick - szepnęła. - Proszę, nie rób mi tego! 

-  Czemu,  Lauren?  Przecież  mnie  chcesz,  przyznaj  się  w  końcu!  Zaskoczyła  go 

ogromnie, stwierdzając: 

- Rzeczywiście, przyznaję się! 

- A widzisz! - zatriumfował. 

Zaskoczyła go jeszcze bardziej: 

- Jak miałam osiem lat, chciałam mieć małpkę ze sklepu zoologicznego... 

- No i... 

- Dostałam ją. 

- I co z tego wynikło? 

-  Dwanaście  szwów  na  mojej  nodze.  Ten  małpiszon,  nazwałam  go  Fredzio,  pogryzł 

mnie! 

-  Pewnie  z  zemsty  za  imię,  Fredzio  -  pedzio...  -  zażartował  Nick.  -  Ale  cóż  ta  stara 

historyjka może mieć wspólnego z nami, z tobą i ze mną? 

- A jednak... Spróbuj zrozumieć, że jeśli ja nawet, jak powiedziałeś, chcę ciebie, to nie 

mam już więcej ochoty leczyć ran. 

- Nie zranię cię więcej, Lauren, uwierz mi! 

-  Nie  uwierzę!  Zranisz,  choćby  niechcący...  Bo  ty,  folgując  zmysłom,  umiesz  się 

wyzbyć emocji, pohamować uczucia. A ja nie! 

Lauren zamilkła. Nick również się nie odzywał. Po chwili zapytała go: 

background image

-  Gdybyśmy  nawiązali  romans,  a  potem  ten  romans  by  się  skończył,  pewnie  byś 

chciał, żebyśmy zostali dobrymi przyjaciółmi, prawda? 

- Oczywiście! - odparł bez wahania. 

- Uznajmy więc to, co między nami było, za romans, a to, co jest, za przyjaźń, zgoda? 

Nick  nie  odpowiedział.  Lauren  spojrzała  mu  prosto  w  oczy,  lecz  z  jego  wzroku 

również nie odczytała niczego. 

Wieczorem,  już  w  domu,  najpierw  pogratulowała  sobie  dojrzałości  i  opanowania,  a 

potem zalała się łzami. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

Przez resztę tygodnia  Lauren pilnie pracowała i nieustannie rozmyślała o Nicku. No, 

nie  całkiem  nieustannie,  często  myślała  również  o  ojcu,  martwiła  się  jego  sytuacją 

finansową...  Leczenie  było  kosztowne,  a  miało  jeszcze  długo  potrwać.  Lauren  zastanawiała 

się  nad  sprzedażą  cennego  fortepianu  po  matce,  ale  jakoś  nie  mogła  się  zdobyć  na  podjęcie 

decyzji. Brakowałoby jej tej pamiątki. Brakowałoby przyjaznego instrumentu, który tyle razy 

pozwalał jej zapomnieć o własnych frustracjach i rozczarowaniach, który umożliwiał wejście 

w inny, lepszy świat czarnych i białych klawiszy, w świat muzyki, zdolnej nie tylko łagodzić 

ludzkie  obyczaje,  ale  i  koić  zbolałe  ludzkie  serca...  Cóż  jeszcze  mogłaby  zrobić  poza 

oddaniem  ukochanego  fortepianu  w  obce  ręce?  Przekazać  za  obiecane  dziesięć  tysięcy 

Philipowi  Whitworthowi  niesprawdzoną  informację  o  Curtisie?  Narazić  czyjąś  opinię  i 

pozycję zawodową na szwank na podstawie tak  niepewnej poszlaki? Uznała, że tego jej nie 

wolno uczynić, że najpierw musi mieć pewność. Dlatego kiedy Whitworthowie zaprosili ją na 

piątek  wieczór  na  kolację  i  Philip  zaczął  przy  stole  wypytywać  o  rezultaty  „tajnej  misji”, 

stwierdziła: 

- Na razie nie ma żadnych. 

Rozczarowany Philip westchnął ciężko. Powiedział: 

-  Za  kilka  tygodni  upływa  termin  składania  ofert  na  pewien  kontrakt,  który  ma  dla 

mnie  kardynalne  znaczenie.  Muszę  go  zdobyć!  A  wcześniej  muszę  mieć  nazwisko  faceta, 

który szpieguje u mnie dla Sinco! 

Lauren  poczuła  się  rozdarta  między  przekonaniem  o  słuszności  własnego 

postępowania  a  współczuciem  dla  kuzyna,  który  najwyraźniej  znalazł  się  w  poważnych 

kłopotach. Poza tym irytowało ją sceptyczne i lekceważące zarazem spojrzenie obecnego przy 

rozmowie Cartera. 

- Rezultatów na razie nie ma - wyjaśniła - ale w każdej chwili mogą być. Szanse rosną, 

skoro jestem tymczasowo oddelegowana do sekretariatu samego prezesa. Asystuję Nickowi... 

to znaczy panu Sinclairowi... przy wdrażaniu pewnego specjalnego projektu. 

Philip  Whitworth  aż  poderwał  się  z  krzesła.  Carter  Whitworth  spojrzał  na  Lauren  z 

niekłamanym podziwem i zapytał: 

- Jak ci się udało do niego dostać? Przecież dzięki temu możesz mieć dostęp... 

-  Jak  mi  się  udało?  Prawdę  mówiąc,  dzięki  mamie.  I  dzięki  komputerowi.  Sinclair 

potrzebował  sekretarki  biegle  mówiącej  po  włosku,  mama  mnie  nauczyła  języka  swoich 

background image

przodków,  a  komputer  wybrał.  Sinclair  jest  teraz  we  Włoszech,  więc  na  razie  wróciłam  do 

Jima Williamsa, do Sinco, ale... 

- Co to za projekt, ten, o którym wspomniałaś? - zapytał z kolei Philip. 

Lauren spojrzała uważnie na niego, potem na Cartera, wreszcie na milczącą przez cały 

czas,  ale  też  w  widoczny  sposób  zainteresowaną  przebiegiem  rozmowy  Carol  Whitworth, 

Rzekła dobitnie: 

-  Philipie,  zgodziłam  się  udzielić  ci  pomocy  w  zdemaskowaniu  szpiega.  Nie 

spodziewaj  się  jednak,  proszę,  że  sama  będę  szpiegowała  na  rzecz  twojej  czy  jakiejkolwiek 

innej firmy! 

Whitworth  zgodził  się  z  nią  wyjątkowo  skwapliwie,  ale  kiedy  już  się  rozstali  po 

kolacji, polecił synowi: 

- Spróbuj dotrzeć do kogoś z linii lotniczych i wyniuchaj, gdzie dokładnie obraca się 

we Włoszech Sinclair. 

- Uważasz, że to istotne? 

- Chyba tak. Mam przeczucie, że on pracuje nad czymś wyjątkowym. Wysłałoby się 

jego tropem do słonecznej Italii odpowiednich ludzi na przeszpiegi i... no wiesz... 

Carter Whitworth ze zrozumieniem pokiwał głową. 

 

W  niedzielę  po  południu  ktoś  zadzwonił  do  drzwi  zajmowanego  przez  Lauren 

mieszkania  w  Bloomfield  Hills,  Zdziwiła  się,  bo  nie  oczekiwała  gości.  Zdziwiła  się  jeszcze 

bardziej, gdy otworzywszy drzwi, zobaczyła w nich... Nicka! 

- Cześć! Co tu robisz? - zapytała, starając się o możliwie swobodny ton. 

- Żebym to ja wiedział... 

Uśmiechnęła się. 

-  Każdy  zwykle  mówi  w  takich  sytuacjach,  że  akurat  był  niedaleko  i  wpadł  przy 

okazji. 

- Ja widocznie nie jestem każdy... - rzucił Nick, odpowiadając Lauren uśmiechem na 

uśmiech. - Nie zaprosisz mnie dalej? 

- Myślisz, że mogę się zdobyć na takie ryzyko? 

-  Ryzyko  istotnie  jest  spore...  -  stwierdził  pół  żartem,  pól  serio,  po  czym  spojrzał  na 

Lauren w taki sposób, że odpaliła z miejsca: 

- W takim razie nie będę go podejmowała! 

I zamknęła drzwi. 

background image

Zaledwie  jednak  przeszła  parę  kroków  w  głąb  przedpokoju,  pod  wpływem  jakiegoś 

nieprzepartego  impulsu  zmieniła  zdanie.  Obróciła  się  na  pięcie  i  podbiegła  do  wejścia, 

otworzyła drzwi na oścież. Nick stał w nich nadal. Wyrecytował z figlarnym uśmiechem: 

- Cześć, Lauren. Akurat byłem tu niedaleko i wpadłem przy okazji... 

- Nick, czego ty właściwie chcesz? - spytała najzupełniej poważnie. 

- Ciebie - odpowiedział jej równie serio. 

Znów próbowała zamknąć drzwi, lecz tym razem jej na to nie pozwolił. Zapytał: 

- Naprawdę chcesz, żebym sobie poszedł? 

Lauren westchnęła. 

- Zdawało mi się, że już ci wytłumaczyłam, jak to z nami jest... 

- Obiecuję, że cię nie pogryzę, jak ten twój Fredzio! 

Dała  za  wygraną.  Nick  wszedł  do  środka,  powiesił  na  wieszaku  zamszową  kurtkę, 

którą  miał  niedbale  przerzuconą  przez  ramię,  pozostając  tylko  w  jasnej,  rozpiętej  pod  szyją 

koszuli. A potem oparł się plecami o zamknięte już od wewnątrz drzwi i oświadczył: 

- Odwołuję obietnicę. Mam ochotę nie tylko cię pogryźć, ale nawet schrupać! 

-  Nick,  to  nie  fair.  Chcesz  kawy?  -  spytała  Lauren,  cofając  się  przezornie  o  parę 

kroków. 

- Na razie może być. 

- Zaraz zrobię. 

- Lepiej najpierw mnie pocałuj! 

Lauren spojrzała na niego spod oka i bez słowa przeszła do kuchni, Nick ruszył za nią 

i stanął w kuchennych drzwiach. 

- Stać cię na taki apartament? - odezwał się, by znów jakoś nawiązać rozmowę. 

-  Oczywiście,  że  mnie  nie  stać.  Pod  nieobecność  właścicielki  po  prostu  pilnuję  tego 

mieszkania. 

Nick podszedł bliżej. Spytał: 

- Tęskniłaś za mną? 

- A jak myślisz? - zaczęła się z nim droczyć. 

- Myślę, że tak, trochę... 

- A ja myślę, że masz chyba trochę zbyt wygórowane mniemanie o sobie. 

-  O  sobie  na  pewno  nie,  za  to  o  tobie!  Oczy  anioła,  figura  gwiazdy  filmowej, 

profesorskie słownictwo i języczek ostry jak skalpel chirurga! Tak cię oceniam. 

- Dzięki za komplementy. 

background image

Chciała się odwrócić, by wyjąć z kuchennej szafki filiżanki i spodeczki. Nick ujął ją 

za obie ręce i przyciągnął blisko do siebie. 

- Kawa później - odezwał się zdławionym głosem, - Najpierw mnie pocałuj, Lauren. 

Poczuła, że gwałtownie ogarniają chęć... spełnienia jego prośby, opanowała się jednak 

i stwierdziła zdecydowanym tonem: 

- Nie! 

Nick, nie rozluźniając mocnego uścisku, zaczął obsypywać leciutkimi pocałunkami jej 

włosy, skronie, czoło, uszy, policzki, szyję... Zdecydowanie Lauren zaczęło słabnąć. 

- Nick, proszę... - wyszeptała. 

- Proś, o co chcesz, byle nie o to, żebym sobie teraz od ciebie poszedł! 

- Nick, nie! 

- Nie iść? 

- Nic nie rozumiesz! 

-  Ależ  rozumiem,  rozumiem...  Mam  zostać,  pocałować  cię,  a  potem  cię  rozebrać  i 

kochać  się  z  tobą.  Przecież  tego  naprawdę  chcesz!  Pocałuj...  Od  tygodni  marzę  o  twoim 

pocałunku. 

Skapitulowała. Zwarli się ustami. Na długo, na bardzo długo. 

- Gdzie jest sypialnia? - spytał cicho Nick, przerwawszy pocałunek dla zaczerpnięcia 

oddechu. 

Usłyszawszy to obcesowe pytanie, Lauren gwałtownie ocknęła się z oszołomienia, w 

którym zdawała się pogrążona już bez reszty. 

-  Nick,  wolnego!  -  stwierdziła.  -  Myślę,  że  byłoby  lepiej,  gdybyśmy  sobie  najpierw 

pewne sprawy wyjaśnili. 

- Po co? Dla mnie wszystko jest między nami jasne. 

- A dla mnie nie! Ty... 

-  Ja  cię  po  prostu  pragnę,  Lauren.  Co  poza  tym  się  dla  ciebie  liczy?  Co  poza  tym 

chcesz wiedzieć? 

Przyciągnął  ją  znów  mocniej,  jedną  ręką.  Drugą  zaczął  błądzić  wokół  jej  piersi. 

Odepchnęła go od siebie, wyrwała mu się z objęć. 

-  Co  poza  tym?  -  syknęła.  -  Powinieneś  się  domyślić,  ale  mogę  cię  oświecić,  skoro 

pytasz. Liczą się twoje zamiary! Chcę wiedzieć, jakie masz wobec mnie plany? 

Wzruszył ramionami. 

- Zamiary, plany... Zamierzam zaprowadzić cię do sypialni. Mam w planie kochać się 

z tobą, i to aż do utraty sił... 

background image

-  A  później  co?  -  wykrzyknęła  ze  złością  Lauren.  -  Dzisiaj  będziemy  się  kochać,  a 

jutro możemy się nawet nie znać! Żadnych zobowiązań z żadnej strony, pełna swoboda, takie 

są twoje reguły gry, prawda? 

- Owszem - potwierdził, wypowiadając to słowo przez zaciśnięte zęby. 

Lauren rzekła chłodno: 

- W takim razie proszę cię na kawę. Jest już gotowa. 

- Do licha, Lauren, ja też jestem już gotowy! 

-  A  ja  nie,  przyjmij  to  do  wiadomości.  Nie  jestem  gotowa  na  to,  żeby  zostać  twoją 

zabawką  na  niedzielne  popołudnia.  Znajdź  sobie  jakąś  inną,  jeśli  się  nudzisz  w  wolnym 

czasie! 

Nick westchnął głęboko. 

-  Czego  ty  w  końcu  ode  mnie  chcesz?  -  spytał,  najwyraźniej  zniecierpliwiony 

przedłużającą się wymianą zdań. 

„Chcę, żebyś mnie kochał, tylko tyle!” - odpowiedziała mu Lauren w myślach. 

A na głos powiedziała: 

-  Nie  chcę  od  ciebie  niczego  poza  tym,  żebyś  już  sobie  poszedł  i  zostawił  mnie  w 

spokoju! 

Nick posłał jej piorunujące spojrzenie. 

-  Zanim  pójdę  -  powiedział  lodowatym  tonem  -  udzielę  ci  jednej  rady,  Lauren. 

Dorośnij wreszcie! 

Potraktowała te słowa jak policzek. Przestała się hamować, wykrzyczała mu prosto w 

twarz wszystko, co jej leżało na sercu. 

- Słusznie! Masz rację! Muszę dorosnąć, zacznę dorastać już od jutra. Muszę wreszcie 

dorosnąć do tego, żeby bez długich ceregieli iść do łóżka z pierwszym lepszym facetem, który 

mi się spodoba. Tak właśnie będę robiła, zastosuję się do twojej rady, prześpię się z każdym! 

Ale nie myśl, że z tobą! Jak na mój gust, jesteś za stary i zanadto cyniczny. Do widzenia! 

- Do widzenia, Lauren - odpowiedział Nick. 

Nim wyszedł z kuchni, dodał jeszcze: 

- Jestem ci winien parę kolczyków... 

Położył  na  kuchennym  stole  maleńkie  ozdobne  puzderko,  które  wyjął  z  kieszeni 

spodni,  i  wyszedł  do  przedpokoju.  Po  chwili  Lauren  usłyszała  trzask  zamykających  się 

drzwi... Westchnęła ciężko. Sięgnęła po pudełeczko i otworzyła je. W środku spodziewała się 

znaleźć  skromne,  maleńkie  kolczyki  swojej  matki,  tymczasem  znajdowały  się  tam.,.  Dwie 

background image

duże krople deszczu? Nie, dwie ogromne perły w oprawie tak cudownie delikatnej, że niemal 

niezauważalnej. 

Lauren  zamknęła  puzderko.  „Ciekawe,  czy  to  obiecany  upominek  z  Włoch,  czy 

pamiątka  po  jakiejś  innej  sympatii...”  -  pomyślała  z  goryczą.  Poczuła,  że  niedawna  potężna 

fala gorących emocji, jaką jeszcze przed chwilą była ogarnięta, opadła. Zrobiło jej się zimno. 

Weszła do sypialni, żeby wziąć jakiś sweter. Wysunęła dolną szufladę komody. Leżał w niej 

gotowy już srebrzystoszary pulower, który zrobiła na drutach dla Nicka. Przypomniało jej się, 

że  Susan  Brook  z  działu  reklamy  mówiła  coś  o  przypadających  w  najbliższym  tygodniu,  w 

czwartek,  urodzinach  Jima  Williamsa.  Pomyślała:  „Jim  jest  mniej  więcej  tego  samego 

wzrostu  i  ma  podobną  sylwetkę...  Zrobię  mu  prezent.  Nie  będę  przecież  ubierała  tego... 

drania!” 

background image

ROZDZIAŁ 15 

Kiedy  w  poniedziałek  rano  Lauren  zjawiła  się  w  sekretariacie  Jima  Williamsa,  ten 

spytał ją zdziwiony: 

- Nie powinnaś przypadkiem być teraz na osiemdziesiątym piętrze? 

Odpowiedziała z uśmiechem: 

- Myślę, że nie! 

Była  w  błędzie.  Mniej  więcej  po  pięciu  minutach  zadzwonił  telefon.  Jim  podniósł 

słuchawkę i zaraz przekazał ją Lauren, z lakoniczną informacją: 

- To Nick. 

Nick zaczął wykrzykiwać: 

-  Gdzie  się  podziewasz?  Chyba  wyraźnie  powiedziałem,  że  masz  być  teraz  u  mnie 

przez cały dzień! Przychodź zaraz! 

Nie czekając na odpowiedź, rzucił słuchawkę.  Lauren osłupiała. Nie spodziewała się 

po nim takiego tonu. Ani tego, że zechce ją jeszcze widzieć po wczorajszym incydencie. 

Jim  Williams,  który  nawet  na  odległość  usłyszał  wrzaski  Nicka,  pokręcił  z 

niedowierzaniem głową: 

- Taki opanowany facet? Oj, chyba ktoś musiał mu nastąpić na odcisk... 

-  Chyba  ja...  -  mruknęła  Lauren.  -  I  chyba  się  jednak  przeniosę  na  to  osiemdziesiąte 

piętro, Jim. 

W kilka minut później zastukała do drzwi gabinetu Nicka. Żadnego odzewu. Zastukała 

jeszcze raz, trochę głośniej. Znów cisza. Uchyliła drzwi, zajrzała. Nick siedział za biurkiem i 

pisał. Weszła do środka. Zignorował ten fakt. Po dłuższej chwili oczekiwania tuż za progiem 

wzruszyła ramionami, podeszła do biurka i położyła na nim otrzymane wczoraj puzderko. 

- To nie są kolczyki mojej matki - powiedziała. - Nie chcę ich. Te są diabelnie drogie, 

tamte były bez porównania skromniejsze, ale dla mnie bezcenne. Potrafisz to zrozumieć? 

-  Doskonale.  Te  są  bezcenne  dla  mnie,  to  pamiątka  po  mojej  babce.  Dlatego 

zdecydowałem się dać ci je w zamian... 

Lauren  pożałowała  wypowiedzianych  przed  chwilą  ostrych  słów.  Powiedziała 

półgłosem: 

- Nie mogę ich od ciebie przyjąć, Nick. 

- Więc je tu zostaw i wyjdź! - rzucił krótko, nie podnosząc oczu znad papierów. 

 

background image

Przez kolejne dni Lauren dyżurowała od rana w sekretariacie Nicka. Dowiedziała się 

od  Mary  Callahan,  że  główny  powód,  dla  którego  jej  stała  obecność  na  osiemdziesiątym 

piętrze Global Industries Building jest niezbędna, to spodziewany telefon od Rossiego. 

-  Pan  Sinclair  uważa,  że  trudno  z  góry  przewidzieć,  kiedy  ten  narwany  Włoch 

zdecyduje  się  zadzwonić,  więc  na  wszelki  wypadek  musisz  być  zawsze  pod  ręką  jako 

tłumaczka - wyjaśniła jej starsza dama, swoim zwyczajem sznurując usta. 

Nick  niczego  Lauren  nie  wyjaśniał.  Przyjął  wobec  niej  typową  wyniosłą  postawę 

szefa: ograniczał się do dyktowania rozmaitych materiałów i wydawania służbowych poleceń. 

Sam  pracował  dosłownie  bez  wytchnienia.  Odbywał  mnóstwo  spotkań  i  konferencji, 

przeprowadzał  dziesiątki  rozmów  telefonicznych,  długie  godziny  spędzał  samotnie  za 

biurkiem,  pogrążony  w  raportach,  analizach  i  notatkach...  Rano  zjawiał  się  w  Global 

Industries pierwszy, wieczorem - wychodził ostatni. Robił wrażenie człowieka, który usiłuje 

zapamiętać się w pracy i zapomnieć o wszystkim, co istnieje poza nią. Przez kolejne dwa dni 

nie pozwolił sobie bodaj na chwilę relaksu. Dopiero w środę... 

-  Jestem  Vicky  Stewart  -  oświadczyła  ognista  brunetka,  wchodząc  do  sekretariatu.  - 

Tak się złożyło, że byłam tu niedaleko, więc przyszło mi do głowy, żeby wstąpić i wyciągnąć 

Nicky'ego,  to  znaczy  pana  Sinclaira,  na  lunch.  Nie,  nie  uprzedzaj  go,  złociutka!  - 

powstrzymała  Lauren  przed  zaanonsowaniem  jej  przybycia.  -  Zrobię  Nicky'emu  milą 

niespodziankę. 

Bez  zapowiedzi  wparadowała  do  gabinetu.  Po  kilku  minutach  ona  i  Nick  wyszli 

razem,  czule  objęci,  roześmiani,  zapatrzeni  w  siebie...  Widząc  to,  Lauren  poczuła,  że 

nienawidzi  Vicky  Stewart.  I  uświadomiła  sobie  po  raz  kolejny,  że  mimo  wszystko  kocha 

Nicka Sinclaira. Miłością bezgraniczną, szaleńczą, niepohamowaną! 

-  Nie  przejmuj  się  aż  tak,  moja  droga  -  odezwała  się  z  nieoczekiwanie  ciepłym 

uśmiechem  Mary  Callahan,  spostrzegłszy  minę  Lauren.  -  Mnóstwo  takich  obcesowych 

panienek próbowało zakotwiczyć przy Nicku, ale żadnej się to nie udało... na dłużej. 

- Cóż mnie to może obchodzić? - mruknęła Lauren, wściekła na Vicky, na Nicka, na 

Mary  i  przede  wszystkim  na  siebie  samą,  że  tak  łatwo  pozwoliła  się  rozszyfrować  starszej 

damie. 

- A może jednak? - roześmiała się panna Callahan i wyszła na lunch. 

Nick  wrócił  z  obiadu  do  biura  bardzo  późno.  „Pewnie  zafundowali  sobie  deser  - 

myślała z bezsilną złością Lauren. - Ciekawe, u niego w sypialni czy u niej?” 

Była zazdrosna, czuła pogardę dla samej siebie z tego powodu, ale nie potrafiła owej 

zazdrości pokonać. Nie umiała sobie poradzić ze sobą. Czuła się kompletnie zagubiona. Miała 

background image

ochotę  rzucić  wszystko,  natychmiast  się  spakować  i  wyjechać  z  Detroit,  wrócić  do  Missuri, 

do Fenster, zapomnieć... 

Przez  cały  wieczór  miotała  się  po  swym  luksusowym  mieszkaniu,  usiłując 

uporządkować  jakoś  w  myślach  własne  sprawy,  podając  sensowne  decyzje,  dojść  do 

rozsądnych  wniosków.  Wreszcie  postanowiła.  Fortepian  -  sprzeda,  żeby  zdobyć  dla  ojca 

pieniądze  na  leczenie!  Pracę  w  Sinco  -  rzuci,  żeby  nie  oglądać  więcej  Nicka  i  jego 

„obcesowych  panienek”!  Poszuka  sobie  w  Detroit  innego  zajęcia,  wyprowadzi  się  z 

apartamentu w Bloomfield Hills i wynajmie jakieś niedrogie mieszkanko... Sekretną umowę z 

Philipem  Whitworthem  -  zerwie!  Niech  kuzyn  i  jego  synalek  sami  pilnują  swych  brudnych 

interesów.  A  jeśli  zdąży  jeszcze  usłyszeć  w  Sinco  któreś  z  nazwisk  z  jego  „czarnej  listy”  - 

Natychmiast o tym zapomni. Bo Nicka Sinclaira mimo wszystko - nie zdradzi! 

background image

ROZDZIAŁ 16 

We czwartek Lauren zjawiła się w pracy odprężona jak chyba nigdy dotąd, nie tylko z 

urodzinowym  upominkiem  dla  Jima  Williamsa,  ale  nawet  -  z  urodzinowym  ciastem,  które 

sama upiekła! 

-  Lauren,  nie  powinnaś...  Ale  tak  się  cieszę...  Jesteś  wspaniała!  -  Jim  był  wyraźnie 

zaskoczony i wzruszony niespodzianką. 

- To ty jesteś wspaniały, jubilacie! Wszystkiego najlepszego! I niech ci się ten sweter 

dobrze  nosi  -  złożyła  mu  ze  śmiechem  życzenia  i  czym  prędzej  popędziła  na  dyżur  w 

sekretariacie Nicka. 

 

Mniej więcej w tym samym czasie na trzydziestym piętrze, w dziale ochrony Global 

Industries, jego szef Jack Collins odbywał służbową rozmowę ze swym asystentem Rudym. 

- Mam tu raport z maleńkiego prześwietlenia, którego nasi ludzie dokonali na sygnał z 

działu kadr - zaczął Collins. 

- O kogo chodzi? 

- O jedną z sekretarek. 

- Przecież sekretarek nigdy nie prześwietlamy... 

-  Tym  razem  trzeba  było.  Tę  dziewczynę  szefostwo  włączyło  do  superważnego, 

poufnego projektu. 

- Wyniknął jakiś problem? 

-  I  owszem.  Jej  dawny  pracodawca  z  Missouri  podał,  że  była  u  niego  przez  pięć  lat 

zatrudniona tylko dorywczo, ponieważ równocześnie studiowała. Tymczasem ona... 

- Zbujała w kwestionariuszu, że pracowała na cały etat! 

- Nawet nie to. W ogóle się nie przyznała, że skończyła studia i ma dyplom! 

- Dlaczego to zataiła? Nie rozumiem... 

-  Ja  też  nie.  Gdyby  nie  była  po  studiach,  a  próbowała  nakłamać  Weatherby'emu,  że 

jest,  to  jeszcze...  Ale  tak?  Coś  mi  tu  śmierdzi!  Trzeba  się  będzie  przyjrzeć  tej  sprawie  w 

przyszłym tygodniu... 

Kiedy  Lauren  wróciła  po  przerwie  na  lunch  do  sekretariatu  na  osiemdziesiątym 

piętrze, czekał na nią w ustawionym na biurku wazonie wspaniały bukiet dwudziestu czterech 

czerwonych  róż.  Do  kwiatów  dołączona  była  wizytówka  z  lakonicznym  tekstem:  „Dziękuję 

Ci. J.” 

background image

-  Od  tajemniczego  wielbiciela?  -  zapytał  sarkastycznym  tonem  Nick,  stając  w 

otwartych drzwiach swego gabinetu. 

- Nie całkiem... - odpowiedziała wymijająco Lauren. 

- Więc od kogo? 

- Nie jestem do końca pewna. 

-  Czyżby?  -  rzucił  z  niedowierzaniem  Nick  i  bezceremonialnie  zerknąwszy  na 

karteczkę, dodał: - To aż dla tylu facetów na „ J” jesteś warta dobre sto dolców w różach? 

- Sto dolarów za kwiaty? - zdziwiła się Lauren. 

-  Widocznie  musiałaś  zasłużyć  na  takie  „dziękuję”!  -  stwierdził  zgryźliwie  Nick  i 

wrócił do siebie. 

Dokładnie za pięć piąta, kiedy Mary Callahan już nie było, bo wyszła tego dnia trochę 

wcześniej, do sekretariatu wkroczył Jim Williams, wystrojony w nowy sweter. Uchylił drzwi 

do gabinetu Nicka, stanął w progu. 

- Sinclair, spójrz tylko,  co dostałem od  Lauren - pochwalił się. - Sama  go zrobiła na 

drutach! 

Obrócił się napięcie, przesłał Lauren dłonią całusa i triumfalnie uśmiechnięty wyszedł. 

W chwilę później z czeluści swej luksusowej samotni wyłonił się Nick. Warknął: 

- Twój „J” już mi się pochwalił, tylko szkoda, że nie wszystkim, co dostał! 

- Ten drugi prezent został od razu skonsumowany - wyjaśniła Lauren, mając na myśli 

ciasto. 

- Ty bezczelna mała wydro! Więc nawet się nie wypierasz? - wrzasnął Nick. 

Lauren w pierwszej chwili osłupiała, potem spłonęła rumieńcem oburzenia. 

- Jak śmiesz w ten sposób!... O taki drobiazg? - odcięła się podniesionym głosem. 

- Drobiazg? A więc to jest drobiazg! Dziewczyno, lepiej zejdź mi już dzisiaj z oczu... 

- Z przyjemnością. Do jutra - rzuciła Lauren. 

Gdy  wyszła,  Nick  podszedł  do  barku,  nalał  sobie  szklaneczkę  whisky  i  wychylił  ją 

jednym haustem. 

- Nie trzeba było mu się tak od razu chwalić - powiedziała z lekkim wyrzutem Lauren, 

natknąwszy się na Jima nazajutrz rano. - I te kwiaty... 

- A co, wściekł się? 

- Owszem. 

- Nic dziwnego, jest o ciebie zazdrosny... 

- Raczej o placek! Ty się wygłupiasz, a ja muszę potem znosić jego humory. I nawet 

nie wiem, jak mam je potraktować! 

background image

- Z humorem, moja droga, z humorem... - zachichotał Jim. 

Łatwo było udzielić takiej rady, trudniej się do niej zastosować. Przez cały  następny 

tydzień Nick chodził ponury niczym chmura gradowa, pieklił się z byle powodu i rozstawiał 

po kątach wszystkich w Global Industries, od windziarzy po wiceprezesów. Kiedy wreszcie w 

środę wyjechał w interesach do Chicago, cały personel odetchnął z ulgą. 

- Zjawi się w firmie dopiero w poniedziałek, mamy trochę czasu na złapanie oddechu i 

regenerację sil - zauważyła z humorem Mary Callahan. - Wiesz co? - zwróciła się do Lauren. 

- Zjedzmy jutro razem spokojnie porządny lunch, na przykład w restauracji Tony'ego, zgoda? 

Myślę, że chwila relaksu słusznie nam się należy po tygodniu spędzonym w oku cyklonu. 

 

Uradowany Tony podbiegł do nich, ledwie przekroczyły próg jego lokalu. Wyściskał 

serdecznie i Lauren, i Mary. 

- Wiesz, Laurie - wyjaśnił - my z Mary znamy się już od tylu lat... Pracowała tuż obok 

w firmie Sinclairów, to znaczy u ojca Nicka i u jego dziadka... 

Zaprowadził Lauren i Mary do stolika. 

- Ricco się wami zajmie - poinformował. - Ten chłopak jest tobą zachwycony, Laurie - 

dodał, puszczając jak zwykle perskie oko. - Zobaczysz, będzie się rumienił z przejęcia niczym 

panienka! 

Ricco  faktycznie  się  zarumienił,  przyjmując  zamówienie  i  podając  drinka,  Lauren 

również. Rozbawiona Mary upiła łyk wina, a potem spytała bez żadnych zbędnych wstępów: 

- Porozmawiamy o Nicku? 

Lauren omal się nie zakrztusiła. Odpowiedziała pośpiesznie: 

-  Mary,  nie!  Przecież  miałyśmy  się  odprężyć.  Zresztą...  Ja  już  chyba  wystarczająco 

dużo o nim wiem. 

- Co na przykład? 

- Że jest egoistą, arogantem i despotą! 

- Więc kochasz egoistę, aroganta... 

- Skąd wiesz? 

- Z tego, co widzę, słyszę i wyczuwam przez skórę - roześmiała się Mary. - Wiem też, 

że ten egoista, arogant i despota kocha ciebie! 

- To też widać i słychać, prawda? - Lauren nie kryła ironii. 

- A żebyś wiedziała! On zawsze traktował wszystkie swoje kobiety, te liczne przelotne 

sympatie w typie Vicky Stewart, z taką... powiedziałabym... obojętną galanterią. Ich rozmaite 

zabiegi,  żeby  go  wyprowadzić  z  równowagi,  żeby  rozbudzić  w  nim  zazdrość,  co  najwyżej 

background image

bawiły  go.  Albo  nużyły.  A  o  ciebie  jest  naprawdę  zazdrosny,  potrafisz  doprowadzić  go  do 

pasji. Pomyśl tylko, jak on się zachowuje. Wścieka się o byle co, ale trzyma cię uparcie przy 

sobie  zamiast  odesłać  do  Jima  Williamsa  czy  w  ogóle  do  wszystkich  diabłów.  To  musi  o 

czymś  świadczyć,  moja  droga!  Powtarzam  z  całkowitym  przekonaniem:  on  cię  kocha, 

Lauren! 

- A Vicky? A Ericka? 

-  O  Vicky  szkoda  mówić,  ta  mała  flądra  absolutnie  się  nie  liczy.  A  Ericka...  Ona  i 

Nick są już tylko dobrymi przyjaciółmi. I od czasu do czasu partnerami w interesach. Ericka 

kupiła na przykład ostatnio od Nicka weekendowy dom nad jeziorem Michigan... 

Lauren poczuła przyśpieszone bicie serca i natłok gorączkowych myśli: „Partnerzy w 

interesach? Sprzedaż Cove? A więc sypialnia, w której spędzili noc, nie  była sypialnią jego 

kochanki?  Łóżko,  na  którym  się  kochali,  nie  było  jej  łóżkiem?  Nie  było  jeszcze  łóżkiem 

Ericki Moran?” 

Ricco zjawił się z zamówionymi daniami. Gdy odszedł, Lauren wzięta głęboki oddech 

i zapytała Mary: 

- Od jak dawna właściwie znasz Nicka? 

- Właściwie od zawsze. Kiedy zaczęłam pracować u Sinclairów, miałam dwadzieścia 

cztery  lata,  a  on  był  czteroletnim  brzdącem.  Firmę,  całkiem  wtedy  maleńką,  prowadził  jego 

ojciec, a potem dziadek, bo ojciec Nicka wkrótce przedwcześnie zmarł. 

- Jaki on był... Nick, w dzieciństwie? 

Mary uśmiechnęła się do wspomnień. 

-  Mały  Nick?  Był  cudowny!  Bystry,  rezolutny,  trochę  uparty...  Jak  prawdziwy 

mężczyzna!  Każda  kobieta  byłaby  dumna  z  takiego  syna..  .Tylko  nie  jego  matka!  -  dodała 

pochmurniejąc. 

- A jego matka? - zaczęła sondować Lauren. 

-  Jego  matka  była  piękną  i  bogatą,  ale  nieczułą  i  samolubną  dziewczyną.  Chociaż 

Nicky  ją  uwielbiał,  zostawiła  go  po  śmierci  męża  bez  żadnych  skrupułów  z  dziadkami  i 

zniknęła.  Wróciła  do  swoich  rodziców,  do  Grosse  Pointe.  Nicky  przez  całe  miesiące  na  nią 

czekał,  wciąż  wyglądał  przez  okno.  Tak  minął  prawie  rok.  Ona  w  tym  czasie  wyszła 

ponownie za mąż i urodziła drugie dziecko, ale ja i starsi państwo Sinclairowie jeszcze o tym 

wtedy  nie  wiedzieliśmy.  Zbliżało  się  Boże  Narodzenie...  Nicky  poprosił  mnie,  żebym  mu 

pomogła kupić jakiś „ekstra prezent” dla kobiety. Myślałam, że dla babci... Wziął wszystkie 

swoje  drobne  oszczędności,  wybraliśmy  się  do  domu  towarowego.  Kupił  małe  blaszane 

puzderko... Dla matki! Jakoś sobie umyślił, że może przekupi ją tym prezentem, że ona wróci, 

background image

jeśli  dostanie  od  niego  upominek...  Pojechaliśmy  autobusem  do  Grosse  Pointe, 

podprowadziłam  go  pod  luksusową  rezydencję.  Po  drodze  kilka  razy  się  upewniał:  „Mamie 

się spodoba mój prezent, prawda?” 

Mary  Callahan  zamilkła  na  chwilę,  odwróciła  głowę  w  bok,  otarła  chusteczką  łzy, 

które nabiegły jej do oczu. Odchrząknęła i zaczęła mówić dalej: 

- Zadzwoniłam do drzwi. Lokaj otworzył i po krótkich pertraktacjach wprowadził nas 

do salonu. Stalą tam ogromna, wspaniale udekorowana choinka. Nick zauważył pod choinką 

rowerek.  „Zobacz,  Mary  -  powiedział  -  mama  też  przygotowała  dla  mnie  prezent!”  Chciał 

dotknąć  lśniącego  cudeńka,  ale  pokojówka,  która  wycierała  akurat  w  salonie  kurze,  nie 

pozwoliła mu. Powiedziała, że to gwiazdkowy podarunek dla dzidziusia... 

Mary znowu otarła parę łez. 

- Nie uwierzysz, Lauren - podjęła przerwaną opowieść - ale ta kobieta, kiedy w końcu 

raczyła  się  zjawić  w  salonie,  powitała  synka,  którego  nie  widziała  blisko  rok,  słowami: 

„Czego  chcesz,  Nicholas?”  Tylko  tyle  powiedziała,  nic  więcej.  Nick  wręczył  jej  upominek, 

powiedział, że sam go dla niej wybrał w sklepie i zapłacił z własnych oszczędności, poprosił, 

żeby  rozpakowała.  Ona  spojrzała  na  to  taniutkie  blaszane  pudełeczko,  skrzywiła  się  i 

powiedziała, że jej się coś takiego nie przyda, ale będzie w sam raz dla pokojówki na szpilki. 

I natychmiast pozbyła się prezentu! Nick spojrzał na nią z wyrzutem. Powiedział: „No, my z 

Mary musimy już iść, mamo, wesołych świąt!” Wyszliśmy... Długo się nie odzywał, dopiero 

kiedy wysiedliśmy z autobusu i szliśmy już do domu... Trzymałam go za rękę. On nagle mija 

wyrwał  i  powiedział:  „Już  jestem  duży,  Mary  Będę  chodził  sam.  Nie  potrzebuję  jej!  Ani 

nikogo!” 

Po dłuższej chwili milczenia Mary Callahan dodała: 

-  Z  tego,  co  wiem,  Lauren,  on  nigdy  nie  kupuje  swoim  sympatiom  żadnych 

upominków.  Daje  im  pieniądze,  żeby  same  sobie  coś  wybrały.  Z  kobiet...  przez  wszystkie 

późniejsze lata... obdarowywał przy rozmaitych okazjach jedynie babkę i mnie. 

Lauren przypomniała sobie ofiarowane jej przez Nicka kolczyki po babce, których nie 

przyjęła. Zrobiło jej się smutno i przykro. Spytała Mary: 

-  Jak  sądzisz,  dlaczego  matka  Nicka  tak  okrutnie  z  nim  postąpiła?  Dlaczego 

potraktowała go tak, jakby był w jej życiu tylko zawadą, niczym więcej? 

- Cóż, swój ślub z ojcem Nicka, kiedy minęło pierwsze zauroczenie, uznała pewnie za 

mezalians.  Syn  wiązał  ją  z  rodziną  Sinclairów,  ze  środowiskiem,  którym,  jako  osoba  z  tak 

zwanego lepszego towarzystwa,  gardziła... Zdecydowała się przeciąć te więzy. Wyrzeczenie 

się dziecka było ceną, jaką zapłaciła za możliwość powrotu na wielkopańskie salony Grosse 

background image

Pointe. Za zawarcie powtórnego małżeństwa, już we własnym kręgu. Zapłaciła tę cenę chyba 

bez  żalu.  Już  ci  mówiłam,  urodziła  drugie  dziecko,  też  syna,  na  nim  skupiła  całą  swoją 

uwagę... 

Przy stoliku nagle zjawił się Tony. 

- Mary, dzwonili do ciebie z firmy, prosili, by przekazać, że któremuś z wiceprezesów 

potrzebne są pilnie jakieś dokumenty z twojej kancelarii. 

Mary zerknęła na zegarek. 

- W takim razie musimy wracać... 

-  Ale  dlaczego  tak  mało  zjadłyście?  -  Tony  wskazał  na  prawie  pełne  talerze.  -  Nie 

smakowało wam? 

- Nie, nie, Tony! - uspokoiła go Mary. - Wszystko było przepyszne, tylko nieopatrznie 

opowiedziałam Lauren historię Carol Whitworth i przez to obie straciłyśmy apetyt. 

Lauren aż pobladła z przejęcia. 

- Co ty mówisz, Mary? Że o kim mi opowiedziałaś? 

- O Carol Whitworth, po pierwszym mężu Sinclair. O matce Nicka... 

 

Lauren  nie  zdołała  się  uspokoić  aż  do  wieczora.  Była  roztrzęsiona,  rozbita, 

półprzytomna  z  przejęcia.  Dostała  dreszczy.  Tłumacząc  się  niedyspozycją,  wyszła  z  pracy 

wcześniej.  Wróciła  do  domu.  Przez  cały  wieczór  gorączkowo  myślała  o  Nicku  i  o  spisku 

przeciwko niemu, w który została podstępnie wciągnięta przez rodzinę Whitworthów. Miała 

im na niego donosić za pieniądze! Za ich brudne, parszywe pieniądze! 

Przypominała  sobie  wszystkie  szczegóły  swojej  ostatniej  wizyty  w  Grosse  Pointe. 

Swoją  rozmowę  z  Philipem  i  Carterem,  której  Carol  Whitworth  przysłuchiwała  się  z  tak 

stoickim spokojem i z taką wyniosłą obojętnością, jakby nie pamiętała, że chodzi ojej syna, 

jakby nie wiedziała, że to jej rodzony syn jest człowiekiem, przeciw któremu mają się obrócić 

sekretne knowania! 

„Knowania  z  moim  osobistym  udziałem  jako  szpiega!  -  wyrzucała  sobie  Lauren.  - 

Niedoczekanie! - buntowała się w duchu. - Na szczęście nic jeszcze nie zdążyłam im donieść 

i już nie doniosę... Niech sobie sami szpiegują, pewnie nieraz to już robili i mają wprawę!” 

Nick...  Lauren  nie  była  do  końca  przekonana  o  jego  uczuciach  dla  niej,  zapewnienia 

Mary Callahan nie zdołały rozproszyć wszystkich jej wątpliwości. „Zresztą jeśli nawet Nick 

mnie kocha - myślała - to kiedy się dowie o moim pokrewieństwie i tajnych konszachtach z 

Whitworthami, pokona, zabije w sobie tę miłość, tak jak przed laty, jako mały chłopiec, zabił 

w sobie miłość do matki. Wystarczyło mu sił... I teraz też wystarczy! 

background image

Lauren zmieniła podjętą poprzednio decyzję. Postanowiła opuścić nie tylko Sinco, ale 

i Detroit. Wrócić do domu. Gotowa była zapracować się na śmierć, tam, w Fenster, w stanie 

Missouri,  zarabiać  na  dwóch  etatach,  udzielać  dodatkowo  lekcji  gry  na  fortepianie,  byleby 

tylko raz na zawsze oddalić się od miejsca, w którym wszystko przypominałoby jej Nicka... 

 

-  Już  lepiej  się  czujesz?  -  powitał  Lauren  następnego  dnia  rano  Jim  Williams,  gdy 

weszła  do  jego  gabinetu.  -  Podobno  ta  historia  Carol  Whitworth  tak  strasznie  cię  wczoraj 

rozstroiła,  że  prawie  się  pochorowałaś?  Naprawdę?  Mary  Callahan  mi  mówiła,  ale  aż  nie 

mogłem uwierzyć... 

Lauren  bez  słowa  wręczyła  Jimowi  przygotowane  już  wcześniej  pismo.  Przeczytał 

krótki tekst. Znów nie mógł uwierzyć. Zaczął się gorączkować: 

- Chcesz odejść z pracy? Z powodów osobistych? Co to znaczy, na litość boską? O co 

ci chodzi? O jakie osobiste powody? 

Lauren wyjaśniła spokojnie: 

-  Jim,  Philip  Whitworth  to  mój  daleki  krewny.  Aleja  aż  do  wczoraj  nie  miałam 

pojęcia, że Carol Whitworth jest matką Nicka - dodała. 

Jim był tak zbulwersowany wiadomością, że aż zapytał trochę bez sensu: 

- Właściwie dlaczego mi o tym powiedziałaś? 

- Bo pytałeś, dlaczego chcę odejść. 

Zamyślił się, zamilkł. 

-  No  dobrze  -  zaczął  znów  po  chwili  -  jesteś  spokrewniona  z  drugim  mężem  jego 

matki... I co z tego? 

Lauren  nie  była  nastawiona  na  taką  przedłużającą  się  dyskusję.  Westchnęła  głęboko. 

Przysiadła na krześle naprzeciwko biurka Jima. 

- Jim, a gdybyś się dowiedział, że jako krewna szpiegowałam dla Whitwortha, to co? - 

zapytała. 

- A szpiegowałaś? 

- Nie. 

- Whitworth cię namawiał? - Tak. 

- Odmówiłaś mu? 

- Nie... nie całkiem. To znaczy... - Lauren nie chciała zaplątać się w wyjaśnieniach - 

...to  znaczy  najpierw  się  zgodziłam,  a  potem  postanowiłam  się  wykręcić,  więc  celowo 

spartaczyłam testy, żeby Weatherby mnie nie przyjął... Przypadkiem poznałam Nicka, wiesz, 

miałam taki mały wypadek przed budynkiem Global  Industries, szłam na skróty na parking, 

background image

potknęłam  się,  przewróciłam,  Nick  mi  pomógł...  A  następnego  dnia  ty  przeprowadziłeś  ze 

mną  rozmowę  i  zaproponowałeś  mi  pracę.  Przyjęłam  propozycję,  bo  chciałam  być  blisko 

Nicka.  Wiedziałam,  gdzie  pracuje,  chociaż  myślałam,  że  jako  zwykły  inżynier  budowlany. 

Dalszy ciąg znasz... 

Lauren umilkła. Poczuła się całkowicie wyczerpana, przymknęła oczy. Nie czekała na 

jakąkolwiek  ocenę  swego  postępowania  ze  strony  Jima.  Było  jej  wszystko  jedno.  Pragnęła 

tylko,  by  dał  jej  wreszcie  spokój  i  jak  najszybciej  pozwolił  odejść.  On  jednak  powiedział 

nieoczekiwanie: 

- Lauren, nie puszczę cię i tyle! 

- Jak to? Chcesz, żebym została i donosiła Whitworthowi? 

- Nie będziesz donosiła! 

- Tak sądzisz? 

- Owszem. 

- A na jakiej podstawie? 

- Po pierwsze na takiej, że gdybyś zamierzała donosić, nie chwaliłabyś mi się swoim 

pokrewieństwem  z  Whitworthami  i  nie  składała  rezygnacji.  A  po  drugie...  Po  drugie,  a 

właściwie przede wszystkim na takiej, że jesteś zakochana w Nicku. A on w tobie. 

-  Nie  sądzę.  Zresztą  gdyby  nawet  był,  to  kiedy  się  dowie  o  tej  sprawie  z 

Whitworthami, nigdy mi nie uwierzy, że... 

-  Lauren,  zakochanemu  mężczyźnie  kobieta  może  bez  obaw  przyznać  się  do 

wszystkiego,  byleby  w  odpowiednim  momencie.  Zobaczysz,  uwierzy  ci  na  pewno,  od  razu, 

jak wróci z Chicago, musisz... 

- Nie, Jim, nie muszę i nie chcę! Chcę tylko odejść, i to od zaraz! 

Williams spróbował innej taktyki. 

- Lauren - ostrzegł - jeśli się będziesz upierać, nie dostaniesz ode mnie dobrej opinii... 

- Trudno, skoro na nią nie zasłużyłam. Nie zatrzymasz mnie tu dłużej, Jim, ani prośbą, 

ani groźbą. Muszę odejść. Bez względu na wszystko! 

Wstała  z  krzesła,  zostawiła  Williamsa  samego  w  gabinecie.  Zastanawiał  się  przez 

dobrych parę minut, co powinien zrobić, wreszcie sięgnął po słuchawkę... 

 

Do sali konferencyjnej, w której grupa najznakomitszych amerykańskich finansistów i 

przemysłowców  debatowała  nad  problemami  wspólnej  strategii  prowadzenia  interesów  w 

skali  międzynarodowej,  wśliznęła  się  dyskretnie  sekretarka  i  pochylając  się  nad  Nickiem, 

poinformowała go szeptem: 

background image

- Jest do pana pilny telefon, sir, dzwoni pan James Williams. 

Nick wstał po cichu od stołu obrad, wyszedł z sali. Sekretarka wskazała mu ustronny 

gabinet, w którym mógł bez skrępowania rozmawiać. Słuchawka była odłożona. Podniósł ją 

energicznym gestem i rzucił niecierpliwe pytanie: 

- Co się stało, Jim? 

W odpowiedzi usłyszał: 

- Jeszcze nic, ale potrzebuję twojej rady. 

-  Rady?  -  powtórzył  zirytowanym  tonem  Nick.  -  W  samym  środku  takiego  ważnego 

spotkania mam ci udzielać na odległość jakichś rad? W jakiej sprawie? 

-  Wiesz,  ten  nowy  szef  działu  sprzedaży,  którego  mi  poleciłeś  zatrudnić,  chciałby 

rozpocząć pracę jeszcze w grudniu, a umówiliśmy się wstępnie, że zacznie dopiero w nowym 

roku, od pierwszego stycznia, więc nie wiem... 

- A niby kto ma wiedzieć? Skoro uważasz, że może zacząć w grudniu, niech zaczyna. 

Coś jeszcze? 

- W zasadzie już wszystko... A jak tam pogoda w Chicago? 

- Chłopie, nie zawracaj mi głowy! Czy ty myślisz... 

- Przepraszam, już kończę - wszedł mu w słowo Jim. - Konferuj spokojnie dalej. Ale, 

ale, przy okazji... Wiesz, Lauren złożyła dziś rano rezygnację! 

Nick ścisnął słuchawkę dłonią tak, że o mało jej nie rozkruszył. 

- Porozmawiam z nią w poniedziałek... 

- Nic z tego, ona chce odejść od zaraz, już jutro zamierza wyjechać do Missouri. 

-  Jim,  co  to  ma  znaczyć?  Przecież  dziewczyny,  które  się  w  tobie  podkochiwały, 

zawsze przenosiłeś tylko do innego działu! Czemu, u diabła, teraz doprowadziłeś do tego, że 

ona chce odejść na dobre, i to od zaraz? Posyłało się kosztowne bukiety... 

-  Nick,  przecież  z tymi  kwiatami  i  w  ogóle...  ze  mną  i z  Lauren...  to  była  tylko  taka 

komedia!  Zwyczajny  wygłup...  mój  i  jej!  Przecież  ona  nie  przeze  mnie,  tylko  przez  ciebie 

odchodzi! Najpierw rozkochałeś ją w sobie, a potem... 

- Żadne najpierw i żadne potem! Ona dba o mnie tyle, co o zeszłoroczny śnieg, a ja nie 

mam teraz czasu dyskutować z tobą na jej temat. Ani ochoty! 

Nick  rzucił  słuchawkę.  Wrócił  na  salę  obrad.  Próbował  skupić  się  na  ważnych 

sprawach, o których mówili uczestnicy konferencji, ale nie był w stanie. W oczach miał wciąż 

obraz Lauren. Rozmyślał o tym, że kiedy wróci do Detroit, już jej nie zobaczy... 

Obrady zakończyły się o siódmej. Potem była kolacja. Kiedy wieczorem Nick wracał 

do  swego  apartamentu,  zatrzymał  się  przed  wystawą  hotelowego  butiku  z  luksusową 

background image

biżuterią.  Zwrócił  uwagę  na  przepiękny  naszyjnik  z  rubinem  i  brylancikami,  zaczął  się 

rozglądać za harmonizującymi z nim kolczykami. Pomyślał, że może gdyby kupił Lauren coś 

takiego...  I  poczuł  się  nagle  tak  samo  jak  wtedy,  kiedy  trzymając  za  rękę  Mary  Callahan 

kupował dla matki emaliowane puzderko! 

Odwrócił się od wystawy i ruszył energicznym krokiem przez korytarz. Postanowił, że 

nie będzie próbował przekupić Lauren. Nie będzie jej o nic prosił! Że nikogo nie będzie o nic 

prosił! 

Była już prawie jedenasta. Nick stanął w oknie swojej hotelowej sypialni. Popatrzył na 

rozjarzone milionami świateł Chicago. Pomyślał: „Lauren odchodzi. A może... Może dlatego, 

że  jest  w  ciąży?  A  jeśli  nawet,  to  czy  wiadomo  z  kim?  Sama  przecież  powiedziała,  mało, 

wykrzyczała... A niech tam! Niech odchodzi, może tak nawet będzie lepiej. Niech wraca do 

Missouri,  niech  sobie  znajdzie  jakiegoś  małomiasteczkowego  dupka,  który  się  będzie  przed 

nią płaszczył. Jej sprawa”. 

 

Przez  cały  ranek  Lauren  pakowała  swoje  rzeczy.  Przenosiła  torby  i  paczki  do 

samochodu,  wracała  po  nowe,  znów  wybiegała  na  dziedziniec,  żeby  dołożyć  jeszcze  coś  do 

bagażnika.  Przy  okazji  przemokła  i  zmarzła,  bo  jesienny  weekend  był  chłodny  i  dżdżysty. 

Wróciła do mieszkania po raz kolejny, nie zamykając za sobą drzwi. Rozejrzała się tu i tam. 

Stwierdziła, że zabrała już chyba wszystko i może jechać, tylko jeszcze napisze krótki list do 

Philipa Whitwortha... Przysiadła w salonie. Nagle usłyszała jakieś kroki w hallu. Zajrzała tam 

zaniepokojona. Zobaczyła... Nicka! 

- Co ty tu robisz? - wykrzyknęła. - Dlaczego nie jesteś w Chicago? 

- Sam sobie zadaję to pytanie. Dlaczego zlekceważyłem tamte ważne obrady i tamtych 

ważnych ludzi i przygnałem tutaj, do ciebie? Bałem się, że nie zdążę... 

- Zdążyłeś, ale czego ode mnie chcesz? 

- Chcę ciebie! 

- Już ci mówiłam... 

-  Pamiętam,  mówiłaś,  że  jestem  dla  ciebie  za  stary  i  zanadto  cyniczny.  Ale  ja  ci 

jeszcze czegoś nie powiedziałem... Bo nie wiedziałem, nie byłem tego pewien, ale teraz już 

wiem, wiem na pewno! Lauren, przecież ja cię kocham! 

Popatrzyła  na  niego  półprzytomnym  wzrokiem.  Zaczęła  płakać,  Podbiegł  do  niej, 

objął ją i przytulił. 

- Lauren, po co te łzy? Jesteś taka piękna... 

background image

Zwarli  się  ustami  w  pocałunku.  Lauren  poczuła,  że  jest  gotowa  na  wszystko,  na 

wszystko, czego tylko Nick zechce. 

Całowali się długo. W końcu Nick stwierdził: 

- Chciałbym uzgodnić z tobą kilka spraw. 

- Mhm?... - Lauren wciąż jeszcze była pogrążona w lekkim oszołomieniu. 

- Po pierwsze, zaraz zabiorę z powrotem bagaże z twojego samochodu, zgoda? 

- Mhm... 

- Po drugie, pojadę potem do siebie... 

Lauren oprzytomniała. 

- Nick, dlaczego? 

-  ...żeby  się  trochę  ogarnąć  i  przespać,  bo  po  trzecie,  zabiorę  cię  wieczorem  na 

eleganckie przyjęcie... 

- Tak? 

- ...a po czwarte... 

- ...po czwarte, co? 

- Po czwarte, po tym przyjęciu będziemy się kochać aż do białego rana, chcesz? 

Spojrzała mu prosto w oczy, uśmiechnęła się i kiwnęła głową. 

- Ty też się trochę zdrzemnij po południu, dobrze ci radzę - powiedział. 

- A dokąd pójdziemy? - zapytała. 

-  Do  hotelu  Westin,  na  doroczny  bal  dobroczynny  fundacji  na  rzecz  szpitala 

dziecięcego. Jestem jednym ze sponsorów, więc zawsze mnie zapraszają. 

-  Ależ  Nick,  przecież  na  takiej  imprezie  trudno zachować  dyskrecję.  Ludzie  zobaczą 

nas razem. 

-  Niech  nas  widzą!  Cóż  w  tym  złego?  Będzie  cała  śmietanka  towarzyska,  telewizja, 

fotoreporterzy... Niech się napatrzą! Tylko włóż coś wystrzałowego! 

background image

ROZDZIAŁ 17 

Nick  prezentował  się  oszałamiająco  elegancko  w  czarnym  smokingu,  śnieżnobiałej 

koszuli i czarnej muszce. 

- Jesteś wspaniały! - powiedziała Lauren, ujrzawszy go wieczorem w drzwiach swego 

mieszkania w Bloomfield Hills. 

Sama również była ubrana na czarno, w długą, obcisłą górą, a wąską dołem i rozciętą 

po bokach do wysokości kolan suknię z lekko połyskliwego weluru. 

- Może być? - zapytała, prezentując się Nickowi. 

- Jest idealna - odpowiedział, dokonawszy skrupulatnych oględzin. - Niby niczego nie 

odsłania, a prawie wszystko odkrywa! 

-  Dlatego  jest  jeszcze  coś  takiego  -  odparła  zawstydzona  Lauren,  oddając  mu  na 

chwilę czarną aksamitną pelerynkę, podbitą białym atłasem. 

Przed  głównym  wejściem  do  ekskluzywnego  hotelu  Westin  w  centrum  miasta  kłębił 

się  tłum  fotoreporterów.  Kamery  telewizyjne  miały  swe  stanowiska  po  obu  stronach 

paradnego  purpurowego  kobierca,  po  którym  goście  mieli  wchodzić  do  środka  prosto  z 

podjazdu  dla  samochodów.  Hotelowy  szwajcar  w  galowym  uniformie  otwierał  drzwi 

podjeżdżających  jedna  po  drugiej  limuzyn.  Zaproszone  znakomitości  wysiadały  w  blasku 

fleszy i telewizyjnych jupiterów. 

Pierwszą znajomą osobą, którą Lauren i Nick spotkali w zatłoczonej sali balowej, był 

Jim Williams. 

- Jak to się stało, że tak wcześnie wróciłeś z Chicago, przyjacielu? - zapytał Nicka z 

figlarnym uśmiechem. - Czyżbyś odebrał jakiś naglący telefon? 

Nick spojrzał na niego trochę z ukosa, ale odpowiedział również żartem: 

- Wszystko przez Lauren! Koniecznie chciałem ją zabrać na ten bal... 

Roześmiali  się  obaj.  Lauren  nie  bardzo  wiedziała  dlaczego,  ale  nie  zastanawiała  się 

nad tym ani trochę. Przez cały wieczór tańczyła z Nickiem, rozmawiała z Nickiem, patrzyła 

na  Nicka  i  widziała  tylko  Nicka,  chociaż  wokół  było  mnóstwo  ludzi.  Przez  cały  wieczór 

czekała na jego dyskretny znak do opuszczenia towarzystwa, wymknięcia się z balu i... 

- Lauren? - szepnął jej w tańcu parę minut po północy. 

- Mhm... 

- Może byśmy już stąd zniknęli? 

background image

Skinęła  leciutko  głową.  Zeszli  z  parkietu  i  właśnie  mieli  kierować  się  ku  wyjściu, 

kiedy  natknęli  się...  na  Philipa  Whitwortha  i  jego  żonę,  „Tylko  nie  to!  -  pomyślała  Lauren, 

czując, że nogi się pod nią uginają, a serce próbuje jej wyskoczyć z piersi. - Tylko nie teraz!” 

Denerwowała  się  jednak  niepotrzebnie.  Philip  dyplomatycznie  udał,  że  jej  nie  zna. 

Siląc się na kordialny uśmiech, powiedział: 

- Nick, miło cię widzieć! Zapoznaj nas ze swoją uroczą damą. 

Carol i Nick, matka i syn, stali naprzeciwko siebie niczym dwoje obcych ludzi, Nick 

przedstawił  Lauren Whitworthów z chłodną kurtuazją jako „swego znakomitego konkurenta 

w interesach i jego małżonkę”. 

 

W  kilka  minut  później,  już  w  samochodzie,  Lauren  nie  wytrzymała.  Musiała  to 

powiedzieć: 

- Nick, przecież Carol Whitworth jest twoją matką! 

- Skąd wiesz? - zapytał dość obojętnym tonem. 

- Od Mary. 

- Mhm... Cóż, jest moją matką, i co z tego? 

- To, że powinna być z ciebie dumna. Taki jesteś przystojny, elegancki, męski... 

Nie mogła dokończyć zdania, bo Nick zamknął jej usta czułym pocałunkiem, czułym i 

długim,  bardzo  długim,  W  przerwie,  którą  zrobił  w  końcu  dla  zaczerpnięcia  oddechu, 

szepnęła mu: 

- Kocham cię, Nick. 

- Do licha, już się bałem, że nigdy mi tego nie powiesz! - rzucił z błyskiem w oku i 

ponownie wziął ją w ramiona. 

Poddała  się  jego  pieszczocie  z  uczuciem  ogromnej  ulgi.  Po  chwili  z  cudownego 

błogostanu  wytrąciła  ją  jednak  niepokojąca  myśl:  „Przecież  udając,  że  nie  znam  Philipa  i 

Carol,  postąpiłam  wobec  Nicka  nie  fair!  I  potwierdziłam  swoim  zachowaniem,  że 

podtrzymuję tajną zmowę z Whitworthami przeciwko niemu!” 

Postanowiła  przyznać  się  Nickowi  do  wszystkiego.  Rano,  po  nocy  miłosnej...  W 

odpowiednim momencie, jak radził Jim. 

 

- Masz ochotę na drinka? - spytała  Nicka drżącym lekko z emocji głosem, kiedy już 

znaleźli się w jej mieszkaniu. 

- O nie! - odpowiedział z bezwzględnym przekonaniem. - Mam ochotę na coś zupełnie 

innego. 

background image

Zdjął  marynarkę.  Podszedł  do  onieśmielonej  Lauren  i  wziął  ją  w  ramiona.  Zaczął 

całować jej włosy, szyję, potem usta. Zaczął najpierw delikatnie, a potem coraz gwałtowniej 

pieścić dłońmi ramiona, plecy, biodra, piersi dziewczyny... Szybko wywołał prawdziwy pożar 

namiętności  w  jej  ciele.  Zapomniała  o  wszystkim,  co  mogło  ich  dzielić  o  wszelkich  swoich 

obawach,  zastrzeżeniach,  skrupułach  Pragnąc  jak  najszybszego  i  jak  najpełniejszego 

zespolenia,  ufnie  poddała  się  pieszczotom  Nicka  i  niemal  natychmiast  zaczęła  je 

odwzajemniać, z ogniem, z temperamentem, z pasją! 

Instynkt  płci  bezbłędnie  podpowiadał  jej,  jak  ma  prowadzić,  pobudzać  Nicka  do 

ekstazy.  Naturalna  intuicja  erotyczna  sprawiała  ze  mimo  braku  biegłości  wynikającej  z 

doświadczenia, czyniła to bezbłędnie i pewnie. 

Aż nazbyt pewnie, niestety! Nicka zaczęła dręczyć obsesyjna myśl - Przecież ona jest 

teraz zupełnie inna niż kiedyś! Wstydliwa dziewczyna z Harbor Springs zdążyła się już wiele 

nauczyć od tamtego czasu, nabrała wprawy!” 

Fala  rozgoryczenia,  która  go  nieoczekiwanie  ogarnęła,  dosłownie  w  jednej  chwili 

zgasiła  płomień  namiętności.  Nick  poczuł  nagle,  ze  przenika  go  chłód,  rodzaj  odrętwienia, 

zniechęcenia. Odsunął Lauren od siebie. 

- Może jednak zrób mi tego drinka, dobrze? - powiedział. 

Zaskoczona,  całkowicie  zdezorientowana,  bez  słowa  podeszła  do  barku  i  nalała  mu 

whisky z wodą sodową. Wypił do dna, jednym haustem. A potem, mocno ściskając w dłoni 

szklankę, zapytał: 

- Lauren, ilu ich było? 

- Ilu było? O kogo ci chodzi? 

- Nie udawaj, że nie wiesz. o kochanków. O twoich kochanków! 

Nieoczekiwany wybuch zazdrości Nicka zaskoczył Lauren i zadziwił On który jawnie 

drwił z jej naiwności i otwarcie chełpił się własnym cynizmem, który wygłaszał jednoznaczne 

pochwały  erotycznego  doświadczenia  u  kobiet,  okazał  się  koniec  końców  zazdrosny?  I  to  o 

wyimaginowanych amantów? Postanowiła dać mu lekką nauczkę. 

-  A  czy  moi  kochankowie  mają  dla  ciebie  jakieś  znaczenie?  -  spytała  z  niewinną 

minką, podchodząc znów do barku i sięgając po butelkę białego wina. - Przecież mówiłeś w 

Harbor Springs, że nowocześni, wyzwoleni mężczyźni nie przywiązują wagi do dziewictwa, 

że cenią u kobiet bogate doświadczenie... 

- Mówiłem - przyświadczył posępnie. 

-  Mówiłeś  też,  że  kobiety  odczuwają  takie  same  potrzeby  erotyczne  jak  mężczyźni  i 

mają pełne prawo do zaspokajania ich z kimkolwiek. .. 

background image

- Mówiłem, owszem! - przerwał jej, podnosząc z lekka głos w zacietrzewieniu. - Nie 

musisz  mi  tego  przypominać!  Lepiej  odpowiedz  wprost  na  moje  proste  pytanie.  Pytam,  bo 

chcę wiedzieć, po prostu, nie mam zamiaru prawić ci morałów... Pytam z czystej ciekawości! 

- Nick, taka czysta ciekawość to pierwszy stopień... 

- Nie próbuj mydlić mi oczu jakimś beznadziejnym porzekadłem! Powiedz: ilu? 

Lauren,  milcząc,  spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  Przez  dłuższą  chwilę  z  rozmysłem 

wytrzymywała jego piorunujące spojrzenie. W końcu odrzekła spokojnie: 

- Tylko jeden. 

Odwrócił wzrok. Skulił się w sobie niczym bokser po odebraniu silnego ciosu. 

- Czy czułaś... czy czułaś coś do niego? - zapytał zdławionym głosem. 

- Myślę, że kiedyś nawet go kochałam - odparła, mocując się z korkociągiem. 

-  Pozwól,  ja  to  zrobię!  -  Nick  podszedł  bliżej,  otworzył  wprawnie  butelkę  i  nalał 

Lauren wina. 

Wypiła parę łyków. 

- Tak, kochałam go na pewno... - powtórzyła w zadumie. 

- Dajmy już temu spokój, dobrze? - zniecierpliwił się Nick. 

- Sam przecież zacząłeś, więc o co się teraz złościsz? A przedtem mówiłeś, że kobieta 

może zaspokajać... 

- Dobrze wiem, co mówiłem! 

- Więc może nie mówiłeś tego szczerze? 

- Mówiłem szczerze! Wtedy! To znaczy, wtedy szczerze wierzyłem w to, co mówię. 

- Dlaczego wtedy wierzyłeś, a teraz nie? 

- Bo wtedy tak mi było wygodnie! A teraz... A teraz nie, bo teraz cię kocham! 

Lauren opuściła nisko głowę w znakomicie udanym geście skruchy. 

- Chcesz, żebym ci o nim opowiedziała? 

Wyrzekł głucho tylko jedno słowo: 

- Nie! 

Zignorowała je z rozmysłem. Zaczęła mówić: 

-  Był  wysoki,  przystojny,  ciemnowłosy,  elegancki,  doświadczony,  pewny  siebie. 

Przełamał wszelkie moje opory w ciągu dwóch dni i.,. 

- Do licha, przestań! 

- Miał na imię John. 

- Lauren, proszę cię! 

- John Nicholas Sinclair. 

background image

Dźwięk własnego nazwiska zelektryzował Nicka. Napięcie sięgnęło szczytu i nagle w 

obezwładniający sposób opadło. 

- Lauren, jak mogłaś? - krzyknął. 

- A ty jak mogłeś, mój jedyny kochanku? - odpowiedziała pytaniem na pytanie. 

„Do licha! - pomyślał Nick. - Z taką kobietą chciałem przeżyć jednodniową przygodę! 

Posądzałem  ją  o  naiwność,  tymczasem  sam  byłem  naiwny  jak  smarkacz.  Zarozumiały, 

zepsuty smarkacz! Ośmieszyłem się i tyle. A ona, mimo braku doświadczenia, pokazała klasę. 

Prawdziwą klasę, odwagę, zdecydowanie... I mądrość! Mądrą pewność, że w życiu nie warto 

zadowalać  się  namiastkami,  rozmieniać  uczuć  na  drobne  i  brać  za  nie  zapłaty  w  fałszywej 

monecie  przyjemności  bez  zobowiązań.  Byłem  naiwny,  byłem  po  prostu  głupi!  Miałem 

złudzenia, że ona da się wciągnąć w przelotny romans. Traciłem tylko czas. Trzeba było ją od 

razu poprosić o rękę!” 

Wziął głęboki oddech. 

-  Lauren  -  zaczął  -  chciałbym  mieć  z  tobą  co  najmniej  cztery  rude  dziewuszki  w 

okularach... 

Przerwał, spostrzegłszy w jej oczach łzy wzruszenia i radości. 

-  Kochanie,  nie  płacz,  proszę,  tylko  nie  płacz  -  szepnął  czule,  tuląc  ją  do  siebie  i 

całując: w czoło, w policzki, w usta... 

Wziął  ją  na  ręce  i  zaniósł  do  sypialni.  Oboje  zaczęli  się  rozbierać.  Po  chwili  stanęli 

naprzeciwko  siebie  nadzy,  bez  skrępowania,  bez  wstydu,  przeniknięci  jedynie  pożądaniem  i 

miłością. 

- Lauren, kocham cię! 

W odpowiedzi objęła go mocno ramionami i przywarła do niego całym ciałem. Zaczął 

ją  całować,  łakomie  wpił  się  ustami  w  jej  usta,  jakby  chciał  w  jednej  chwili,  natychmiast, 

zaspokoić całe swoje miłosne pragnienie i głód. Rozchyliła wargi, pozwoliła mu nasycić się 

do  woli  ich  słodyczą.  A  potem  opadła  wraz  z  nim  na  łóżko  i  pozwoliła  mu  się  do  woli 

całować i pieścić. 

W  pieszczotach  Nicka  nie  było  tym  razem  owej  chłodnej  i  wyrafinowanej  maestrii, 

jaką  Lauren  zapamiętała  z  Harbor  Springs.  Była  za  to  żarliwa,  gorączkowa  spontaniczność, 

nieprzeparta  miłosna  pasja.  Były  niepohamowane  porywy  czułości  i  burzliwa,  rozszalała 

namiętność. 

Nick szeptał: 

- Pragnę cię, Lauren, pragnę cię tak bardzo! 

background image

Pieścił  jej  piersi.  Pieścił  całe  jej  ciało.  Odpowiadała,  poddając  się  coraz  pełniej 

miłosnej ekstazie: 

- Ja też cię pragnę, Nick. Bardzo, bardzo... 

Jęknęła  z  podniecenia,  kiedy  rozchylił  jej  uda.  Uniosła  lekko  biodra,  ułatwiając  mu 

wejście w wilgotne i gorące wnętrze jej ciała. Wnikał w nią delikatnie, ostrożnie, łagodnie. A 

kiedy  wniknął  do  końca,  narzucił  obojgu  zespolonym  ciałom  wspólny  rytm,  ekstatyczny, 

niepohamowany,  coraz  szybszy  i  coraz  gwałtowniejszy,  prowadzący  nieuchronnie  do 

całkowitego zatracenia się w rozkoszy. 

 

Rankiem obudził Lauren dźwięk telefonu. Podniosła słuchawkę i po chwili podała ją 

Nickowi, informując: 

- To do ciebie. Dzwoni Jim. 

Po krótkiej rozmowie Nick oznajmił z żalem: 

-  Niedziela,  nie  niedziela,  muszę  lecieć  do  Oklahomy.  Kupiłem  tam  niedawno  parę 

szybów  i  zakład  petrochemiczny.  Poprzedni  właściciel  byt  mało  poważnym  facetem,  parę 

razy okpił własny personel, teraz ci ludzie nie chcą rozmawiać o nowych umowach o pracę z 

nikim  innym,  tylko  osobiście  ze  mną.  Grożą  strajkiem,  gdybym  się  nie  zjawił.  Wiesz,  wolą 

dmuchać  na  zimne...  Nie  wiedzą,  że  ja  cały  płonę  -  zakończył  żartem  i  zaczął  się  szybko 

ubierać. 

Po paru minutach, całując Lauren w drzwiach na pożegnanie, obiecał jej: 

-  Jutro  się  znów  zobaczymy.  Będę  leciał  przez  całą  noc,  żeby  tylko  jak  najszybciej 

wrócić. Do ciebie... 

background image

ROZDZIAŁ 18 

Kiedy  w  poniedziałek  rano  Lauren  znów  zjawiła  się  w  Sinco,  wszyscy,  od  portiera 

począwszy,  przyglądali  się  jej  z  ogromnym  zainteresowaniem.  W  sekretariacie  Jima 

Williamsa  czekała  już  przejęta  Susan  Brook  z  działu  reklamy  i  pięć  innych  znajomych 

dziewczyn. 

- O co chodzi? - zapytała Lauren zdziwiona. 

- A o to! - zawołała z błyskiem w oku Susan i rozłożyła na biurku niedzielne wydanie 

lokalnej gazety. 

Lauren  spojrzała  i  osłupiała.  Całą  stronę  zajmował  fotoreportaż  z  sobotniego  balu  w 

hotelu  Westin.  Jedno  z  kolorowych  zdjęć  przedstawiało  Nicka  i  ją  w  tańcu.  Podpis  głosił: 

„Przemysłowiec z Detroit J. Nicholas Sinclair z osobą towarzyszącą”. 

- Faktycznie, uderzające podobieństwo! - stwierdziła  Lauren, z udanym  zdziwieniem 

kręcąc głową. - Przynajmniej z profilu. 

Koleżanki dały się nabrać. 

- Chcesz powiedzieć, że to nie ty? - odezwała się któraś rozczarowanym tonem. 

- Dzień dobry, miłe panie! - dobiegł nagle od drzwi niski głos Nicka. 

Sześć  głów  jak  za  pociągnięciem  sznurka  odwróciło  się  w  jednej  chwili  w  tamtą 

stronę.  Sześć  par  zaciekawionych  oczu  uważnie  popatrzyło  na  szefa,  który  podszedł  do 

Lauren i powiedział jej po prostu: 

- Cześć! 

Sześć  par  zaciekawionych  uszu  pilnie  słuchało,  co  Nick  powie,  kiedy  zerknie  w 

gazetę. A on stwierdził: 

- Lauren, wyszłaś prześlicznie, szkoda tylko, że ten paskudny typ, z którym jesteś na 

zdjęciu, zepsuł cały efekt! 

Po czym wszedł do gabinetu Jima Williamsa. 

- No tak, uderzające podobieństwo! - zakpiła Susan Brook. 

Zawstydzona  Lauren  nie  bardzo  wiedziała,  jak  dalej  się  tłumaczyć,  na  szczęście 

obecność „szefa szefów” w sąsiednim pomieszczeniu sprawiła, że wszystkie dziewczyny, nie 

przedłużając kłopotliwej rozmowy, natychmiast rozbiegły się do swoich zajęć. 

Po  kilku  minutach  Nick  wyszedł  od  Jima.  Poprosił  Lauren,  żeby  udała  się  z  nim  do 

jego  gabinetu  na  osiemdziesiątym  piętrze.  Ledwie  znaleźli  się  sam  na  sam,  z  dala  od 

wścibskich spojrzeń, wziął ją w objęcia i zaczął namiętnie całować. 

background image

- Strasznie za tobą tęskniłem - wyszeptał. 

Po chwili dodał: 

- Niestety, znów będę musiał potęsknić. Za godzinę odlatuję do Włoch. Rossi wczoraj 

nie mógł mnie złapać, więc zadzwonił do Horace'a Morana do Nowego Jorku, do ojca Ericki, 

wiesz, mamy trochę wspólnych interesów, w sprawę Rossiego również jest wprowadzony. .. 

Podobno jacyś Amerykanie pojawili się w Casano, węszą wokół laboratorium! Lecę z Jimem, 

Moran  już  wczoraj  wysłał  do  Włoch  Erickę.  Powinniśmy  wrócić  w  środę,  najpóźniej  we 

czwartek... Co do Ericki, Lauren, to muszę ci wyjaśnić... 

- Już wszystko wiem. Od Mary. Dlaczego bierzesz ze sobą Jima? 

-  Niech  się  chłopak  uczy.  Od  nowego  roku  obecny  prezes  Sinco  przechodzi  na 

emeryturę,  będzie  okazja  do  awansu...  Wiesz,  jestem  mu  wdzięczny  za  pewną  ingerencję  w 

nasze życie... Chciałbym mu się jakoś odwdzięczyć. Ericka już tam jest, zawiozę go do niej, 

może  ta  romantyczna  włoska  atmosfera...  Widzę,  że  rozumiesz,  skoro  się  uśmiechasz,  tak, 

trzeba w końcu skojarzyć tę parę, lepiej późno niż wcale... 

Lauren faktycznie się uśmiechała, ale w głębi duszy zupełnie nie było jej do śmiechu. 

Wczoraj rano, po miłosnej nocy, nie zdążyła się wytłumaczyć Nickowi ze swoich kontaktów 

z  Philipem  Whitworthem.  Teraz  znowu  musiała  odłożyć  rozmowę  z  nim  na  ten  temat  co 

najmniej o trzy następne dni. 

- Gdyby Rossi zadzwonił, powiedz mu, że do niego jadę i żeby się o nic nie martwił. 

Wiesz,  trzeba  tymczasem  jakoś  udobruchać  geniusza.  Próbki  tych  jego  włókien  są  już  w 

naszych  laboratoriach,  wkrótce  będziemy  wiedzieli,  czy  naprawdę  nim  jest...  -  dodał  w 

zamyśleniu. - Aha, rozmawiałem dziś rano przez telefon z pewnym dziennikarzem! - zmienił 

nagle  temat.  -  Nie  zdziw  się,  kiedy  prasa  zacznie  się  wokół  ciebie  kręcić.  Już  wiedzą,  że 

zamierzamy się pobrać, więc będą ciekawi... 

- Na Boga, skąd wiedzą? - zdziwiła się Lauren. 

- Powiedziałem im. 

- Podałeś też miejsce i datę ślubu? - zapytała z figlarnym uśmiechem. 

-  Podam  wkrótce,  ale  najpierw  tobie  -  odciął  się  Nick.  -  Wolałabyś  reprezentacyjny 

kościół czy skromną, cichą kaplicę? Fetę na parę setek gości czy kameralną uroczystość dla 

najbliższej  rodziny  i  przyjaciół?  Bo  wiesz,  huczne,  oficjalne  przyjęcie  moglibyśmy  wydać 

później, po powrocie z podróży poślubnej... 

- Wolę, żeby było cicho, kameralnie i jak najprędzej - zażartowała Lauren. 

background image

- Więc idealnie się ze sobą zgadzamy! Będzie szybko, jak najszybciej. Poczekaj tylko 

tych parę dni. Na pocieszenie kup sobie coś ode mnie, zostawiłem u Mary czek... Kup sobie, 

co zechcesz, futro, biżuterię. Na pamiątkę naszych zaręczyn. 

 

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Lauren i Nick żegnali się czule w gabinecie na 

osiemdziesiątym  piętrze,  w  dziale  ochrony  Global  Industries  toczyła  się  kolejna  służbowa 

rozmowa pomiędzy Jackiem Collinsem i jego asystentem Rudym. 

- Sprawdziłeś tę dziewczynę? - spytał Collins. 

-  Owszem,  na  ile  się  dało.  Jak  się  okazuje,  ma  fantastyczny  apartamencik  w 

Bloomfield  Hills,  podobno  płaci  jej  za  to  gniazdko  jakiś  nadziany  facet  nazwiskiem 

Whitworth...  Ten  Whitworth  miał  tam  wcześniej  inną  dziewczynę,  podobno  rudą,  ale  raz 

nakrył ją z jakimś amantem, więc się jej pozbył. Dziwna rzecz, bo on teraz podobno wcale u 

tej Danner nie bywa, tak mi mówił tamtejszy dozorca, znaczy, ten Whitworth nie bywa... 

- Jak, powiadasz? 

- Whitworth. Philip Whitworth, tak mi powiedział dozorca, wcale tam teraz nie bywa 

u tej Danner, dziwne, prawda? 

Jack Collins zamyślił się głęboko. 

- Może wcale nie takie dziwne, jak myślisz, chłopie - odezwał się po chwili. - Trzeba 

zaraz  porozumieć  się  z  Sinclairem,  nie,  on  miał  lecieć  do  Włoch,  w  takim  razie  z  jego 

głównym  prawnikiem,  Walshem...  Sam  to  zrobię,  a  ty  miej  stale  na  oku  tę  dziewczynę. 

Sprawdzaj  wszystkie  jej  telefony,  chodź  za  nią,  gdzie  tylko  się  ruszy.  Pełne  pogotowie, 

chłopie, dobierz sobie jeszcze kogoś do pomocy... 

 

We wtorek rano na biurku Lauren zadzwonił telefon. Podniosła słuchawkę, usłyszała 

leciutki  trzask,  jaki  od  wczoraj  odzywał  się  w  jej  aparacie  zawsze  na  początku  każdej 

prowadzonej z niego rozmowy. „Trzeba będzie to zgłosić ekipie technicznej...” - pomyślała, 

już  jednak  za  moment  zupełnie  zapomniała  o  niepokojących  odgłosach.  Albowiem 

wiadomość, jaką odebrała, zaniepokoiła ją niepomiernie bardziej. 

Dzwonił Philip Whitworth. Zaproponował jej wspólny lunch, sugerując tonem głosu, 

że jest to propozycja nie do odrzucenia. 

-  Niech  będzie,  skoro  ci  na  tym  zależy  -  zgodziła  się,  nie  wykazując  nadmiernego 

entuzjazmu, świadoma faktu, że póki sama nie rozmówi się z Nickiem, Philip będzie trzymał 

ją  w  szachu,  więc  nie  powinna  go  drażnić.  -  Muszę  być  przez  cały  czas  gdzieś  w  pobliżu 

firmy, więc może umówmy się w restauracji Tony'ego. Wiesz, gdzie to jest? 

background image

- Wiem, wiem, ale tam mają stoliki tylko dla stałych gości... 

-  Nie  przejmuj  się.  Zrobię  rezerwację,  jakiś  stolik  się  znajdzie.  Do  zobaczenia.  - 

zakończyła rozmowę Lauren i odłożyła słuchawkę. 

Stolik  oczywiście  się  znalazł,  choć  Tony  sumitował  się,  że  nie  najlepszy,  blisko 

przejścia  do  kuchni,  oddzielonego  od  sali  restauracyjnej  tylko  ozdobnym,  maskującym 

przepierzeniem. 

-  Lepiej  późno  niż  wcale,  ale  na  przyszłość  postaraj  się  dzwonić  trochę  wcześniej 

Laurie,  zarezerwuję  ci  spokojniejszy  kącik...  Tam,  gdzie  dzisiaj  będziesz  siedzieć  razem  z 

twoim gościem, ciągle biegają kelnerzy - tłumaczył. 

- Wszystko w porządku, Tony, u ciebie jest mi dobrze bez względu na miejsce! 

Restaurator  aż  pokraśniał  z  zadowolenia,  usłyszawszy  tak  mile  słowa.  Polecił,  by 

Dominie zaprowadził Lauren do stolika. 

Philip  Whitworth  już  czekał.  Szarmancko  zerwał  się  z  krzesła  na  powitanie.  Kiedy 

oboje z Lauren usiedli, a Dominie oddalił się po przyjęciu zamówienia, zagadnął, siląc się na 

przyjacielski ton: 

-  To  może  byś  mi  tak  powiedziała,  moja  droga,  jak  się  naprawdę  układają  sprawy 

pomiędzy tobą a naszym wspólnym znajomym? 

-  Przecież  Nick  Sinclair  nie  jest  żadnym  twoim  znajomym,  tylko  pasierbem!  - 

obruszyła się Lauren. 

-  Tak,  tak,  oczywiście!  -  skwapliwie  zgodził  się  Whitworth.  -  Ale  proszę  cię,  moja 

droga, bez nazwisk, po co ktoś ma usłyszeć, mnóstwo tu ludzi naokoło, a czasem to i ściany 

mają uszy... 

Lauren, głęboko oburzona na kuzyna i jego żonę za to, jak traktowali i traktują Nicka, 

oznajmiła nie bez złośliwej satysfakcji: 

-  Ponieważ  za  dzień  lub  dwa  i  tak  o  wszystkim  przeczytasz  w  gazetach,  Philipie, 

powiem ci od razu, że ja i ten nasz „wspólny znajomy” zamierzamy się pobrać! 

-  Moje  gratulacje!  Ale...  -  Whitworth  zawiesił  głos  i  spojrzał  znacząco  na  Lauren 

lekko  przymrużonymi  oczyma.  -  Ale  on  chyba  nic  nie  wie  o  twoich  powiązaniach  ze  mną, 

moja droga, prawda? W każdym razie podczas balu chyba jeszcze nie wiedział, przynajmniej 

takie odniosłem wrażenie... 

-  Nie  wie,  ale  wkrótce  się  dowie!  Mam  zamiar  z  nim  szczerze  porozmawiać  na  ten 

temat. 

background image

-  Lauren,  moim  zdaniem,  wcale  nie  ma  takiej  potrzeby.  Nie  chciałbym  ci  niczego 

narzucać, broń Boże, ani nawet sugerować, tylko widzisz, fakty są takie, że pomiędzy nim a 

moją żoną i mną istnieją pewne animozje... 

- Wyłącznie z waszej winy! - wtrąciła Lauren, nie mogąc ścierpieć obłudy kuzyna. 

- Nie doszukuj się tak od razu winnych, moja droga, któż z nas jest w życiu bez winy... 

- Wypowiedziawszy te słowa, Whitworth znów spojrzał na Lauren znacząco, po czym dodał 

jadowitym tonem: - On nie będzie zachwycony, moja droga, kiedy się dowie, że jesteś moją 

kochanką! 

- Nie bądź śmieszny, Philipie! Przecież doskonale wiesz, że nie jestem! 

- Ja wiem i ty wiesz, Lauren, ale czy on w to uwierzy? Udostępniłem ci apartament w 

tajemnicy przed własną żoną, kupiłem ci to i owo do ubrania... 

-  Uwierzy!  Nie  ma  obawy!  Wszystko  mu  dokładnie  wyjaśnię  -  zapewniła  głęboko  o 

tym  przekonana  Lauren,  z  najwyższym  trudem  się  hamując,  by  nie  wykrzyczeć  kuzynowi 

prosto w twarz, na całą restaurację, co naprawdę sądzi o jego przewrotności. 

- W takim razie, moja droga, pozwól, że coś ci doradzę. - Fałszywie familiarny dotąd 

ton  Whitwortha  zdominowała  nuta  jawnej  pogróżki.  -  Nie  zapomnij  pominąć  w  swoich 

zwierzeniach informacji na temat Casano, które nam w swoim czasie przekazałaś... 

Lauren zaniemówiła. 

-  Przecież  ja...  -  odezwała  się  niepewnie  dopiero  po  dłuższej  chwili  obopólnego 

milczenia  -  przecież  ja  nic  nie  powiedziałam  o  Casano,  przecież  żadnych  informacji... 

żadnych poufnych informacji ode mnie nie uzyskałeś... 

- Ja to wiem i ty to wiesz, Lauren, ale czy on ci uwierzy? 

Lauren poczuła, że ze zdenerwowania trzęsą jej się ręce. Starając się to ukryć, splotła 

mocno palce obydwu dłoni. Zapytała: 

- Philipie, czy ty mi grozisz? 

-  Skądże  znowu,  moja  droga!  -  Whitworth,  czując  przewagę,  znów  zdobył  się  na 

uśmiech  i  pozornie  przyjacielski  ton.  -  Nie  grożę  ci  ani  nie  chcę  cię  straszyć.  Chciałbym 

tylko... - zawiesił głos celowo, żeby potrzymać Lauren w niepokojącej niepewności i zyskać 

w ten sposób lepszą pozycję wyjściową do dalszych pertraktacji - ...chciałbym tylko zawrzeć 

z tobą pewną umowę! 

- Umowę? Jaką umowę, Philipie? - Lauren próbowała dyplomatycznej gry na zwłokę, 

choć domyślała się już, do czego jej rozmówca zmierza. 

- Ano taką, moja droga - zagrał Whitworth w otwarte karty - że ja będę stale milczał 

jak grób, a ty mi od czasu do czasu coś opowiesz na temat Global Industries czy Sinco. 

background image

- I naprawdę się spodziewasz, że ja na coś takiego pójdę? - syknęła Lauren z pogardą. 

- Wiesz, co ci powiem? Prędzej umrę, niż zdradzę Nicka! Jesteś to w stanie pojąć? 

- Ależ, Lauren, niepotrzebnie wszystko wyolbrzymiasz. Przecież ja nie nakłaniam cię 

do żadnej zdrady, tylko do drobnej przysługi, to chyba normalna rzecz w rodzinie, pomiędzy 

krewniakami...  Zresztą,  moja  droga  -  dobroduszny  kuzynek  Philip  znów  zamienił  się  na 

chwilę  w  bezwzględnego  i  cynicznego  szantażystę  -  nazywaj  to,  jak  chcesz,  bylebyś  się 

wywiązywała  z  umowy.  Nie  oszukujmy  się,  musisz  zaakceptować  moje  warunki,  nie  masz 

wyboru!  A  ja  nie  mam  czasu!  Najbliższy  piątek  to  ostatni  dzień  na  składanie  ofert 

dotyczących czterech bardzo ważnych dla firm z naszej branży kontraktów. Muszę wiedzieć, 

z czym wychodzi Sinco. Jesteś w stanie to pojąć? 

Lauren patrzyła na Whitwortha w głębokim zamyśleniu. Teraz ona z kolei trzymała go 

w napięciu. W końcu spytała: 

- Jakie to kontrakty, Philipie? 

Odetchnął  z  trudną  do  zamaskowania  ulgą.  Uśmiechnął  się  triumfująco  i  wyjął  z 

zanadrza karteczkę. 

- Tutaj masz wszystkie namiary - oznajmił. 

Po chwili dodał: 

- Byłem pewien, że rozsądna z ciebie dziewczyna... 

Lauren zignorowała jego przymilne słowa. Sondowała ostrożnie dalej: 

- Philipie... te kontrakty... rzeczywiście są dla ciebie takie ważne? 

- Ba! To sprawa być albo nie być. Dla mnie, dla Carol, dla Cartera. I dla całej naszej 

rodziny, Laurie! - rozczulił się Whitworth. 

Lauren w zadumie pokiwała głową. 

- Rozumiem... I jeśli ci pomogę, będziesz milczał? 

- Daję ci na to moje słowo honoru - zapewnił Philip. 

Lauren  doskonale  wiedziała,  że  pojęcia  takie  jak  „honor”  nie  mają  dla  ludzi  pokroju 

Whitwortha  żadnego  znaczenia.  Że  jeśli  Philip  odwołuje  się  do  honoru,  to  jedynie  dla 

zamaskowania  swych  rzeczywistych  dążeń  i  intencji,  naznaczonych  piętnem  zachłanności, 

bezwzględności  i  braku  jakichkolwiek  skrupułów.  Zdawała  sobie  sprawę  z  prawdziwych 

zamiarów  Whitwortha,  polegających  na  szantażowaniu  jej  i  wyciąganiu  od  niej  informacji, 

póki Sinco i Global Industries nie przejdą w jego ręce, a potem w ręce Cartera, póki dorobek 

wielu pracowitych lat życia „gorszego”, traktowanego po macoszemu syna Carol Whitworth 

nie stanie się łatwym kąskiem dla jej pupilka. 

background image

Lauren przejrzała na wylot perfidną grę kuzyna. Wiedziała, że jest zmuszona wziąć w 

niej udział. Ale twardo postanowiła nie poddawać się z góry! 

 

Ledwie  po  lunchu  znalazła  się  w  biurze,  zadzwonił  telefon.  W  słuchawce  znów 

usłyszała denerwujący trzask, a zaraz potem głos Philipa: 

- Nie chciałbym cię ponaglać, moja droga, ale informacje o tych czterech ofertach są 

mi potrzebne już na dzisiaj... 

- Zrobię, co będę mogła. 

-  Rozsądna  z  ciebie  dziewczyna!  Wiesz,  takie  dokumenty  powinny  być  w  dziale 

technicznym... 

- Rozumiem. 

-  Rozsądna  i  mądra!  Wobec  tego  będę  czekał  o  czwartej,  na  parkingu  przed 

budynkiem, w samochodzie. Do miłego zobaczenia! 

Lauren  mruknęła  coś  niewyraźnie  w  odpowiedzi  i  odłożyła  słuchawkę.  Udała  się  do 

działu technicznego, wręczyła urzędującej tam sekretarce kartkę otrzymaną od Whitwortha i 

powiedziała po prostu: 

- Pan Williams przysyła mnie po akta tych spraw, są mu na chwilkę potrzebne. 

Szybko otrzymała cztery teczki, zawierające dokumentację techniczną, a w osobnych 

kopertach  kopie  złożonych  przez  Sinco  ofert.  Rzeczywiście  przeszła  z  materiałami  do  biura 

Jima  Williamsa,  opustoszałego  po  jego  niespodziewanym  wyjeździe  do  Włoch.  Skopiowała 

oferty  na  kserografie.  Potem,  korzystając  z  korektora  i  cienkopisu,  starannie  pozmieniała 

wszystkie proponowane przez Sinco kwoty, znacznie je zawyżając. Odręczne poprawki były 

oczywiście  widoczne,  ale  po  kilkakrotnym  przekopiowaniu  skorygowanego  dokumentu  w 

końcu się zatarły. 

Lauren  pomyślała  z  nadzieją:  „Żarłoczny  smok  Whitworth  powinien  połknąć  ten 

niestrawny kąsek!” 

Wrzuciła  zbędne  kopie  do  kosza  na  śmieci.  Zebrała  teczki,  żeby  je  odnieść  z 

powrotem  do  działu  technicznego  i  wyszła.  Nie  zauważyła  niepozornego  faceta,  który 

wcześniej szedł dyskretnie jej śladem, a teraz wśliznął się do pustego gabinetu Jima. 

 

Dokładnie  o  czwartej  Lauren  znalazła  się  przed  budynkiem.  Bez  słowa  podała 

oczekującemu  już  w  rozłożystym  cadillacu  z  zaciemnionymi  szybami  Philipowi 

Whitworthowi kopertę, obróciła się na pięcie i pobiegła z powrotem do biurowca. W wejściu 

background image

nieomal  zderzyła  się  z  niepozornym  facetem,  który  pośpiesznie  chował  w  zanadrzu 

miniaturowy aparat fotograficzny. 

background image

ROZDZIAŁ 19 

-  Dzięki  Bogu,  że  jesteś!  -  zawołała  w  środę  po  południu  Mary  Callahan  na  widok 

Nicka,  wkraczającego  do  biura  na  osiemdziesiątym  piętrze  Global  Industries  Building  w 

towarzystwie  Ericki  i  Jima.  -  Mike  Walsh  koniecznie  chce  z  tobą  rozmawiać.  Mówi,  że  to 

pilne. 

-  Daj  mu  znać,  żeby  za  chwilę  przyszedł.  Wzniesiemy  wszyscy  razem  toast  za  moje 

małżeństwo. Jeszcze dziś lecimy z Lauren do Las Vegas i pobieramy się! Nie wytrzymam bez 

niej już dłużej! 

- A czy ona już wie o własnym ślubie? - zaciekawiła się Mary. - Jest teraz w biurze 

Jima, zajęta pracą... 

- Zaraz się dowie. I na pewno da się przekonać do mojego planu. 

- Nie będzie miała innego wyjścia - roześmiała się Ericka. 

- Otóż to! Samolot już czeka na lotnisku - rzucił Nick i zniknął w łazience przy swoim 

gabinecie, żeby się trochę odświeżyć. 

Kiedy  wyszedł  po  kilku  minutach,  Mike  Walsh  już  na  niego  czekał  w  towarzystwie 

szefa działu ochrony i jego niepozornego asystenta, Rudy'ego. 

- O co chodzi, Mike? - spytał Nick, sięgając do barku po szampana. 

- O przeciek w sprawie Rossiego. 

- O tym to sam wiem. Przecież mówiłem ci jeszcze przed wyjazdem do Włoch... 

- Nick, są nowe szczegóły. 

- No to słucham, słucham... - Nick był zbyt zaabsorbowany własnymi myślami o tym, 

że  już  najbliższa  noc  będzie  jego  i  Lauren  nocą  poślubną,  by  w  przekonujący  sposób  udać 

zainteresowanie sprawą referowaną przez prawnika. 

- Wygląda na to, że sprężyną wszystkiego jest Whitworth... 

- Co ty powiesz? - Nick trochę się zaciekawił, usłyszawszy znienawidzone nazwisko, 

ale nadal był myślami bardzo daleko od spraw firmy i walki z konkurencją. 

- ...ale nie działa sam! Ma tu u nas swoją wtyczkę, szpiega, namierzyliśmy go, Nick. 

To  kobieta!  Założyliśmy  podsłuch  na  jej  telefonie,  mamy  nagrania  rozmów.  Nick,  ona 

wczoraj przekazała Whitworthowi kopie tych czterech ofert Sinco, wiesz, o które mi chodzi... 

Ośmielił  się  podjechać  tuż  pod  budynek,  żeby  je  od  niej  osobiście  odebrać,  mamy  to  na 

zdjęciu! 

background image

- Stary drań! Tego to już za wiele! - zirytował się Nick, ale na myśl o zaplanowanym 

jeszcze na dziś ślubie z Lauren w Las Vegas niemal natychmiast odzyskał równowagę. - Jak 

tylko  wrócę  z  podróży  poślubnej  -  rzekł  niefrasobliwym  raczej  tonem  -  zajmę  się  tym 

facetem.  Wykończymy  go,  prawda,  Jim?  -  zwrócił  się  do  Williamsa.  -  Będziemy  przebijać 

wszystkie  jego  oferty,  nawet  gdybyśmy  mieli  schodzić  z  proponowanymi  cenami  poniżej 

kosztów własnych. Długo czegoś takiego nie wytrzyma, pójdzie z torbami i kwita! 

Jim potakująco pokiwał głową. Nick zaczął nalewać szampana. Mike mówił dalej: 

-  Rozmawiałem  już  z  sędzią  Spathem.  Jeśli  tylko  się  nie  sprzeciwisz,  gotów  jest 

wydać nakaz aresztowania tej kobiety. 

- A kim, u licha, ona właściwie jest, Mike? 

- Kochanką Whitwortha, sir - wyrwał się Rudy, mimo że nie do niego było skierowane 

pytanie.  -  Prześwietliłem  tę  damulkę  osobiście,  sir,  nosi  się  jak  modelka,  ma  fantastyczne 

mieszkanko w Bloomfield Hills, Whitworth za to wszystko pła... 

- Nazwisko! - Nick ryknął tak głośno, że przerażony ochroniarz zamilkł w pół słowa i 

nie był już w stanie wydobyć z siebie głosu. 

-  Danner  -  odpowiedział  za  niego  Mike  Walsh.  -  Lauren  Danner.  Jak  już  mówiłem, 

nakaz aresztowania... 

-  Zamknij  się,  Mike!  Pozwól  mi  pozbierać  myśli.  Wracaj  do  siebie  i  czekaj,  aż  cię 

wezwę. I zabierz mi stąd tych facetów! - wskazał na Collinsa i Rudy'ego. 

- Nick... - odezwał się Jim Williams. 

-  Jim,  Ericka,  przepraszam  was,  ale  też  już  znikajcie,  razem  z  tym  cholernym 

szampanem! Mary wezwij mi tu zaraz Lauren i idź do domu! Nie ociągaj się, nic tu po tobie! 

Nick został sam. Wciąż nie mógł do końca uwierzyć w tę straszną prawdę, którą przed 

chwilą  poznał.  Lauren,  jego  Lauren  -  szpiegiem!  Lauren,  jego  Lauren  -  kochanką 

Whitwortha!  Lauren,  jego  Lauren  -  podłą,  perfidną  zdrajczynią!  Miał  ochotę  udusić  ją 

własnymi rękami. A potem skończyć ze sobą... 

Lauren  zdziwiła  się,  widząc  w  sekretariacie  Nicka  trzech  pracowników  ochrony. 

Uśmiechnęła się niepewnie, przechodząc obok nich. Zatrzymała się na chwilę przed drzwiami 

gabinetu,  poprawiła  włosy.  Była  zdecydowana  wyznać  Nickowi  wszystko  na  temat  swoich 

kontaktów z Philipem teraz, od razu, pragnęła mieć tę okropną historię już raz na zawsze za 

sobą, nie chciała czekać ani chwili dłużej! Weszła do środka. Zatrzymała się zdziwiona tuż za 

progiem. W gabinecie było prawie ciemno, Nick zaciągnął zasłony na przeszkloną ścianę i nie 

zapalił żadnego światła. Nie patrzył na nią. Stał odwrócony tyłem do wejścia. Zawołała: 

- Nick, nareszcie jesteś, tak się cieszę! 

background image

- Zamknij drzwi. 

Speszona szybko wykonała polecenie. - Nick... 

- Tęskniłaś za mną, Lauren? - spytał. 

- O tak! - odpowiedziała swobodniejszym tonem i podeszła blisko do niego. 

- Jak bardzo? 

- Odwróć się wreszcie do mnie, to się przekonasz. 

Odwrócił się, ale nie popatrzył Lauren w oczy. Wziął ją pod ramię, podprowadził do 

sofy. 

-  Teraz  mi  pokażesz,  jak  bardzo  tęskniłaś  -  rzekł  dziwnym,  lekko  schrypniętym 

głosem. 

Zaczął  Lauren  całować,  zachłannie,  pożądliwie.  Rozpiął  jej  bluzkę  i  biustonosz, 

obnażył  piersi.  Półnagą  pchnął  na  sofę  i  przygniótł  własnym  ciałem.  Niecierpliwą  ręką 

podkasał jej spódnicę, zsunął figi... 

- Chcesz mnie, Lauren? - zapytał zdławionym półszeptem. 

- Tak, Nick, tak, chcę... Nick!!! 

Krzyknęła przeraźliwie z bólu, kiedy Nick nagle chwycił ją ręką za włosy i poderwał 

się z sofy na równe nogi, ją również zmuszając do powstania. 

- Zanim zaczniemy, dobrze mi się przyjrzyj - warknął. - Bo może myślisz, że masz do 

czynienia z Whitworthem, może już ci się myli, kto cię... 

- Nick, wysłuchaj mnie, proszę! Wszystko ci wyjaśnię! 

Pchnął ją na sofę. 

-  No  to  wyjaśniaj,  słucham.  Dlaczego  Whitworth  kupował  ci  ciuchy  i  opłacał 

mieszkanie?  Po  co  tu  dzisiaj  do  ciebie  przyjeżdżał?  Co  mu  podałaś  w  kopercie?  Proszę 

bardzo, wytłumacz mi, zanim się będziesz tłumaczyć przed sądem! 

- Nick, posłuchaj, ja cię kocham... 

-  Ciekawe,  czy  dalej  będziesz  mnie  kochała  za  pięć  lat,  jak  już  wyjdziesz  z  pudła 

razem ze swoim kochasiem? 

-  Nick,  proszę...  Posłuchaj...  Philip  Whitworth  nie  jest  moim  kochankiem.  To  mój 

krewny.  Rzeczywiście,  namówił  mnie,  żebym  się  wkręciła  do  Sinco  i  zdobyła  dla  niego 

pewne informacje, ale przysięgam, nic mu nie powiedziałam... to znaczy... dopiero dzisiaj... 

On zaczął mnie szantażować. Kiedy zobaczył moje zdjęcie w gazecie, zagroził mi, że... 

-  Miłego  masz  krewniaka,  w  ogóle  miła  z  was  rodzinka  -  rzucił  szyderczo  Nick.  - 

Szantażyści i szpiedzy! 

background image

- Posłuchaj, on mi na początku powiedział, że to ty opłacasz kogoś, żeby szpiegował 

dla ciebie w jego firmie, że chcesz go w ten sposób zrujnować, nieuczciwie... Miałam tylko 

zdemaskować... 

- Nie próbuj mydlić mi oczu! Przecież to właśnie Whitworth płaci za szpiegowanie, a 

nie ja! Płaci właśnie tobie! 

-  Nick,  proszę...  Dlaczego  nie  chcesz  mnie  spokojnie  wysłuchać?  Nick,  błagam... 

Nick, przecież ja cię kocham! 

Lauren zaczęła spazmatycznie łkać. Nick spojrzał na nią zimno, obojętnie. 

- Wstawaj! - syknął. - Przestań histeryzować! Pozapinaj się! 

Podszedł  do  drzwi.  Lauren  drżącymi  rękoma  zaczęła  zapinać  bluzkę,  w  końcu  z 

wysiłkiem  wstała,  wspierając  się  rękoma  o  szklany  blat  stojącego  obok  sofy  stolika.  Nick 

otworzył drzwi. 

- Zabierzcie ją! - polecił ochroniarzom. 

Trzej  mężczyźni  podeszli  do  Lauren,  otoczyli  ją.  Spoglądała  na  nich,  ale  naprawdę 

chyba ich w ogóle nie widziała. Wciąż miała przed oczyma twarz Nicka, kamienną, zimną i 

przerażająco  obojętną,  w  chwili  gdy  wzywał  tych  ludzi,  żeby  zabrali  ją  do  aresztu.  Twarz 

teraz już niewidoczną, gdyż Nick, wsunąwszy ręce w kieszenie, znowu odwrócił się tyłem. 

Lauren  ocknęła  się  z  oszołomienia,  dopiero  gdy  jeden  z  ochroniarzy  spróbował  ją 

chwycić za ramię. 

-  Ręce  przy  sobie!  -  syknęła,  i  spoglądając  na  Nicka,  wyszła  w  otoczeniu  eskorty  z 

gabinetu. 

Nick znów został sam. Wziął z biurka zdjęcie Lauren, zrobione jej przez agenta, kiedy 

przekazywała Whitworthowi kopie ofert. Usiadł na sofie. Zaczął się wpatrywać w fotografię. 

„W  chwili zdrady  była  równie  piękna  jak  zawsze...”  -  pomyślał  z  goryczą.  Odłożył  zdjęcie. 

Ukrył twarz w dłoniach. 

Ochroniarze w milczeniu przeprowadzili Lauren korytarzem do windy. Zjechali z nią 

na  dół.  „Policja  pewnie  czeka  przed  budynkiem”  -  pomyślała,  ale  po  wszystkim,  co  już  ją 

spotkało tego dnia, nie była w stanie przejąć się nawet perspektywą aresztu. 

Eskorta podprowadziła Lauren pod główne wyjście. Jeden ze strażników zapytał: 

- Nie ma pani czasem jakiegoś płaszcza? 

- Mam, został w biurze pana Williamsa, płaszcz, torebka... 

- Proszę zaczekać, przyniosę. 

Ochroniarz odszedł. Ku zaskoczeniu Lauren, dwaj pozostali ruszyli za nim. Nie mieli 

zamiaru  jej  pilnować,  zostawili  ją  samą!  Zerknęła  przez  oszklone  drzwi  na  podjazd  przed 

background image

budynkiem. Żadnego policyjnego samochodu nie było! Za to wokół, w obszernym hallu, było 

mnóstwo ludzi: personel Global Industries i Sinco kończył akurat pracę, wszyscy rozchodzili 

się do domów... 

Lauren miała wrażenie,  że wszyscy doskonale wiedzą, dlaczego ona tak  stoi i czeka, 

wydawało się jej, że na nią patrzą, pogardliwie, szyderczo, że nieomal wytykają ją palcami! 

Nie mogła znieść tych pełnych potępienia ludzkich spojrzeń, czuła się jak napiętnowana. Nie 

mogła  tego  wszystkiego  znieść  ani  chwili  dłużej!  Pod  wpływem  tyleż  nagłego,  co 

przemożnego impulsu, wybiegła z budynku i ruszyła w stronę Jefferson Avenue. „Wszystko 

jedno dokąd, byle dalej od tego przeklętego miejsca!” - myślała. 

Na parkingu Global Industries Building Jim Williams pomagał Erice Moran wsiąść do 

samochodu. Lauren podeszła bliżej, spojrzała na niego pytająco. Rzucił tylko: 

- Nie mam ci nic do powiedzenia! 

Ruszyła  dalej,  w  cienkiej  jedwabnej  bluzce  i  tweedowej  spódnicy,  w  chłód  i  deszcz 

późnojesiennego  wieczoru.  Minął  ją  samochód,  którym  odjechała  Ericka.  W  chwilę  później 

usłyszała za sobą szybkie kroki. Ktoś podbiegł i chwycił ją za ramię. Stanęła. Odwróciła się. 

To był Jim. 

-  Przeziębisz  się  w  tę  paskudną  pogodę  tak  bez  niczego  -  powiedział.  -  Weź  mój 

płaszcz. Bo przemarzniesz i przemokniesz na śmierć. 

- Może tak byłoby najlepiej... - mruknęła Lauren, ni to do niego, ni to sama do siebie. I 

zapytała głośniej: - Jim, wierzysz w to wszystko, o co mnie oskarżają? 

- Niestety tak. Są dowody, niezbite, przecież wiesz. Muszę wierzyć. 

- Ale ja nie muszę brać  od ciebie płaszcza! - wybuchnęła. -  Na szczęście nic już nie 

muszę! 

Odwróciła  się  od  Jima,  zrobiła  pół  kroku  naprzód.  Zawahała  się  i  jeszcze  na  chwilę 

stanęła. Rzuciła przez ramię: 

-  Kiedy  prawda  wyjdzie  na  jaw,  powiedz  ode  mnie  Nickowi,  żeby  nie  próbował 

przypadkiem mnie szukać. Nie chcę go znać! 

Drżąc ze zdenerwowania i z zimna, ruszyła biegiem przed siebie. Nie zastanawiała się 

nawet,  dokąd  biegnie.  Mijała  kolejne  budynki...  Nagle  ujrzała  jasno  oświetlone  okna 

restauracji  Tony'ego.  Pomyślała,  że  tylko  tam,  u  włoskich  ziomków,  u  rodaków  zmarłej 

matki,  znajdzie  choć  parę  słów  pociechy  i  chwilę  bezinteresownej  gościny.  Podbiegła  do 

tylnego, kuchennego wejścia. Zaczęła stukać do drzwi. Otworzył jej sam Tony. 

-  Laurie!  -  wykrzyknął  i  złapał  się  za  głowę,  widząc  ją  w  tak  opłakanym  stanie.  - 

Laurie, madonna mia, co się stało? Dominie, Joe, chodźcie tu szybko! 

background image

 

Obudziła  się  rano  w  wygodnym  łóżku,  w  przytulnym,  choć  obcym  pokoju.  Przez 

dłuższą  chwilę  nie  wiedziała,  gdzie  właściwie  jest  i  skąd  się  tu  wzięła,  z  czasem,  niestety, 

przypomniała  sobie  wszystko,  kolejne  wydarzenia  minionego  popołudnia.  Nie  były  to  miłe 

wspomnienia,  poza  tym  ostatnim  -  wspomnieniem  serdecznej  opieki,  jaką  otoczyła  ją  cała 

rodzina włoskiego restauratora, a zwłaszcza jego młoda synowa, żona Joego. To właśnie ona 

przygotowała Lauren gorącą kąpiel, a potem ułożyła ją w łóżku w jednej z sypialni na piętrze, 

nad restauracją. 

Po przebudzeniu Lauren dość długo leżała bez ruchu. Bolała ją głowa, ręce, nogi, całe 

ciało. „Cóż - pomyślała z rezygnacją - przynajmniej czuję, że żyję...” 

Zaczęła się zastanawiać, jakie są szanse, by Nick kiedykolwiek poznał prawdę o tym, 

co zrobiła. Doszła do wniosku, że niewielkie. No, może gdyby firma Sinco uzyskała chociaż 

jeden z tych trzech kontraktów. .. Może Nick by się wówczas zastanowił, dlaczego Philip nie 

przebił jego oferty, może porównałby oryginał oferty ze skorygowaną fałszywie kopią, wyjętą 

widocznie  przez  kogoś  z  kosza  na  śmieci.  Ale  przecież  wszystkie  kontrakty  mogą  równie 

dobrze dostać się jakiejś innej firmie, ani Sinco, ani przedsiębiorstwu Whitwortha! Jeżeli tak 

się  stanie,  Nick  na  zawsze  będzie  przekonany,  że  ona,  kobieta,  której  wyznał  miłość  i 

zaproponował małżeństwo, niecnie go zdradziła. 

Przytłoczona  ponurymi  myślami  Lauren  zdecydowała  się  w  końcu  wstać  z  łóżka. 

Wyszła z mrocznego o poranku pokoju. Skierowała się korytarzem w stronę jasno oświetlonej 

kuchni. Usłyszała głos Tony'ego, który rozmawiał przez telefon. Zatrzymała się. 

- Mary, tu Tony, daj mi Nicka - mówił restaurator. - Nick? Mówi Tony. Przyjedź jak 

najszybciej.  Coś  się  stało  z  Laurie.  Przybiegła  do  nas  wczoraj  wieczorem  przemarznięta, 

przemoczona,  bez  płaszcza  w  taką  pogodę!  Że  co?  Nick,  nie  mów  do  mnie  takim  tonem, 

bardzo cię proszę... No, masz ci los, wykrzyczał się i odłożył słuchawkę! 

Lauren  weszła  do  kuchni.  Tony  i  jego  synowie  siedzieli  przy  stole.  Restaurator  w 

osłupieniu  wpatrywał  się  w  stojący  przed  nim  aparat  telefoniczny.  Ujrzawszy  Lauren 

wybuchnął: 

-  Laurie,  ten  Nick  chyba  oszalał!  Plecie,  że  mu  wykradłaś  jakieś  informacje,  a  na 

dodatek  jesteś  kochanką  drugiego  męża  jego  matki!  I  jeszcze  mi  grozi,  że  jeśli  się  ośmielę 

wspomnieć  mu  jeszcze  raz  o  tobie,  to  mnie  załatwi,  w  banku,  wszędzie...  Że  jak  się  nie 

zamknę, to pójdę przez niego z torbami. A w końcu rzuca słuchawkę! Jak tak można, Laurie? 

- Tony, nie denerwuj się, nie wiesz, co zaszło, nie orientujesz się... 

- Orientuję się doskonale, jak on mnie potraktował, to wystarczy! 

background image

Restaurator jeszcze raz połączył się z Global Industries. 

- Mary? Daj mi Nicka. Że co? Tak, jest tutaj. Nick nie chce ze mną gadać, ale Mary 

chciałaby porozmawiać z tobą - zwrócił się do Lauren i podał jej słuchawkę. 

- Tak, słucham cię, Mary - odezwała się Lauren tonem, w którym nuta lęku łączyła się 

z nutą nadziei. 

- Lauren, jeśli zostały ci jeszcze jakieś resztki poczucia przyzwoitości - rzuciła oschle 

w słuchawkę starsza dama - to nie wplątuj Tony'ego w swoje sprawki, dobrze? Nick nie ma 

zwyczaju rzucać słów na wiatr, niech więc Tony lepiej się nie wtrąca. Jasne? 

- Tak. Całkowicie. 

- To dobrze. Teraz poczekaj tam u nich jeszcze godzinkę, Mike Walsh przywiezie ci 

twoje  rzeczy  i  przy  okazji  wyjaśni  ci  od  strony  prawnej  sytuację,  w  jaką  się  wpakowałaś. 

Chyba że wolisz, żeby się z tobą komunikować przez Whitwortha... 

- Mary, nie! 

-  To  dobrze.  W  takim  razie  zaczekaj,  a  później  daj  już  spokój  Tony'emu  i  jego 

rodzinie. Radź sobie sama, jak potrafisz. 

Mary odłożyła słuchawkę. Lauren również. Usiadła przy stole. Opuściła nisko głowę. 

-  Zaraz  sobie  pójdę,  jak  tylko  ktoś  z  Global  Industries,  to  znaczy  ich  prawnik, 

przywiezie mi płaszcz i torebkę - powiedziała. 

- Laurie, zostań tak długo, jak tylko zechcesz, nie przejmuj się! 

Spojrzała  zdziwiona  na  Tony'ego,  słysząc  te  słowa.  W  głosie  restauratora  nie 

wyczuwała ani odrobiny potępienia, lecz tylko współczucie i sympatię. 

-  Lauren, my wszystko  wiemy - odezwał się Dominie. - Wtedy kiedy byłaś u nas na 

lunchu  z  tym  facetem,  z  tą  świnią,  przypadkiem  podsłuchałem  zza  przepierzenia,  jak  on  cię 

straszył, szantażował. Nie wiedziałem tylko, co to za typ, ale tata natychmiast go rozpoznał. 

- Próbowałem od razu tego dnia dodzwonić się do Nicka - wtrącił się Tony - ale był 

we  Włoszech.  Prosiłem  Mary,  żeby  mi  dala  znać,  jak  tylko  wróci,  chciałem  mu  zawczasu 

powiedzieć o twoich kłopotach. Nie zdążyłem. Za to tamten drań zdążył cię zmusić, żebyś mu 

wydała te przeklęte informacje... 

Lauren uśmiechnęła się gorzko. 

- Tony, ten drań Whitworth wcale nie wyciągnął ze mnie prawdy! Wprowadziłam go 

w błąd. Gdyby tylko Nick zechciał wysłuchać moich wyjaśnień... 

-  Rozumiem,  ten  popędliwy  wariat  ciebie  potraktował  tak  samo  jak  mnie  -  pokiwał 

głową Tony. 

background image

W  pół  godziny  później  obaj  z  synem  towarzyszyli  Lauren  w  rozmowie  z  Walshem, 

który  przybył  w  asyście  Jacka  Collinsa.  Tony  uznał  bowiem,  że  będzie  lepiej,  jeśli  „Laurie 

pogada z tymi dwoma cwaniakami przy świadkach”. 

- Tu jest torebka - zaczął Walsh. - Chce pani sprawdzić zawartość? 

- Nie. 

- W takim razie przejdźmy do sedna sprawy. Miss Danner, Global Industries posiada 

wystarczające dowody, żeby wnieść przeciwko pani sprawę do sądu. Jeśli tego nie uczynimy, 

to tylko dzięki wspaniałomyślnej decyzji pana Sinclaira. Ale ostrzegam! Gdyby kiedykolwiek 

znów  spróbowała  pani  działać  na  szkodę  naszej  firmy,  wówczas  już  pani  nie  umknie 

aresztowania. Radzę na wszelki wypadek w ogóle trzymać się od Global Industries z daleka. 

- Ma pan rację, im dalej, tym lepiej! Już wcześniej sama do tego doszłam. 

- Doskonale. Czy ma pani może do mnie jakieś pytania? 

- Owszem. Jedno. Gdzie jest mój samochód? 

-  Został  zaparkowany  tuż  obok  tego  budynku.  Pozwoliliśmy  sobie  komisyjnie  wyjąć 

kluczyki z pani torebki. Pan Collins, nasz szef ochrony, przyprowadził pani wóz. 

- Ach, szef ochrony! To pan osobiście zdobył te wszystkie „dowody” przeciwko mnie, 

mister Collins? 

-  W  ścisłej  współpracy  z  moim  asystentem  i  innymi  funkcjonariuszami.  A  dlaczego 

pani o to pyta, miss Danner? 

-  Nieważne.  Żegnam  panów.  Tony,  Dominie,  dziękuję  wam  za  wszystko,  z  całego 

serca! 

Lauren wzięła ze stołu swoją torebkę. Wybiegła przed dom, wsiadła do samochodu i 

ruszyła, mocno wciskając pedał gazu. „Im dalej, tym lepiej - myślała, - Jak najdalej od niego. 

I jak najdalej od tego przeklętego Detroit”. 

 

- Zadziwiająco piękna kobieta... - rozmarzył się Jack Collins po odejściu Lauren. 

- Zadziwiająco piękna i perfidna oszustka! - sprowadził go na ziemię Mike Walsh. 

- Panowie, to nie tak! - nie wytrzymał Tony. - Wiem, że macie przeciwko niej swoje 

dowody, ale posłuchajcie jeszcze, co ja mogę w związku z tą sprawą powiedzieć! To znaczy 

my obaj, ja i mój syn... 

background image

ROZDZIAŁ 20 

Nick był tak zaskoczony, kiedy Mary, Tony, Jim Williams, Jack Collins i Mike Walsh 

wparadowali bez uprzedzenia do jego gabinetu, że nawet nie pomyślał o tym, aby ich od razu 

wyrzucić. Zapytał tylko: 

- O co wam wszystkim, u licha, chodzi? 

Spojrzeli trochę niepewnie po sobie. 

- Może ja zacznę, sir... - odezwał się Collins. 

- Słucham. 

- Są pewne nowe dane w sprawie miss Danner. Ta historia z nią okazuje się znacznie 

bardziej skomplikowana, niż dotąd sądziliśmy. Po pierwsze - Philip Whitworth. Jest kuzynem 

jej  ojca,  a  więc  nie  jej  kochankiem,  tylko  raczej...  mhm...  stryjem.  Owszem,  Whitworth 

udostępnił  miss  Danner  mieszkanie,  które  w  swoim  czasie  zajmowała  jego  flama,  ale  jak 

zapewnia dozorca, wcale u niej nie bywał, pomógł jej tylko się wprowadzić, i to wszystko. Po 

drugie - szpiegostwo pod pretekstem pracy w Sinco. Panna Danner istotnie najpierw złożyła 

ofertę,  ale  potem  próbowała  się  wycofać,  celowo  nawypisywała  głupstw  w  testach  i 

kwestionariuszach.  Czy  tak  postępuje  autentyczny  szpieg?  Można  przypuszczać,  że  raczej 

pewne okoliczności zmusiły ją... uwikłała się w coś, z czego się potem nie umiała wyplątać... 

Przecież  w  projekcie  Rossiego  też  nie  chciała  brać  udziału,  prawda,  mister  Williams? 

Wymawiała się od bezpośredniej współpracy z panem Sinclairem, czyż nie tak? 

Jim Williams skinął głową. Jack Collins postawił retoryczne pytanie: 

- A  gdzie miałaby lepsze możliwości szpiegowania niż tutaj, w sekretariacie samego 

szefa? 

Zapadła cisza. Nick dłuższą chwilę siedział w głębokim zamyśleniu, z twarzą ukrytą w 

dłoniach. Robił wrażenie człowieka, który się waha, którym targają sprzeczne uczucia. 

-  Chwileczkę,  Collins  -  odezwał  się  w  końcu.  -  A  czy  nie  możemy  podejrzewać,  że 

ona  po  prostu  zręcznie  się  w  ten  sposób  maskowała?  Że  asekurowała  się  przed  wpadką? 

Zgrywała  niewiniątko,  tego  nie  chciała,  tamtego  nie  chciała,  a  koniec  końców  wszędzie  się 

wcisnęła, do wszystkiego dotarła, nawet do najbardziej poufnych informacji? Świetna z niej 

aktorka,  to  już  sam  wiem  najlepiej.  Kiedy  ją  przedstawiałem  Whitworthom,  nigdy  bym  nie 

pomyślał,  że  ich  może  znać,  mało,  że  jest  ich  krewną  i  ma  z  nimi  jakieś  tajne  konszachty. 

Nawet nie mrugnęła tymi swoimi pięknymi oczyma! 

background image

- Nick, ona po prostu... zwyczajnie ogłupiała wtedy z zaskoczenia - wtrącił się Tony. - 

Zamierzała  ci  potem  jak  najszybciej  o  wszystkim  powiedzieć,  wiem  to  z  jej  rozmowy  z 

Whitworthem, którą przypadkiem słyszałem, którą ja i Dominie słyszeliśmy! Wtedy właśnie 

ten  drań  zaczął  ją  szantażować.  Powiedział,  że  może  milczeć  tylko  za  cenę  informacji  w 

sprawie jakichś ważnych kontraktów. Że jeśli ich nie dostanie, rozpuści plotkę... 

- No i ona zgodziła się zapłacić tę cenę, ot co! - przerwał mu Nick. - Zgodziła się tym 

łatwiej, że nie musiała płacić z własnej kieszeni. Chciała sobie załatwić milczenie Whitwortha 

na koszt Sinco. Na mój koszt! 

- Nie, Nick. Ona... 

- Dość tego, Tony! Bądź łaskaw się zamknąć i wyjść! Wszyscy mi się stąd wynoście! 

Nie mam czasu wysłuchiwać tych waszych bredni. Za parę godzin lecę do Chicago, muszę się 

przygotować  do  podróży,  trochę  odpocząć...  Czeka  mnie  parę  dni  trudnych  pertraktacji  z 

grupą  najpoważniejszych  w  tym  kraju  przedstawicieli  finansów  i  przemysłu.  Mamy  przyjąć 

wspólną strategię działania w skali międzynarodowej. Już raz przez Lauren Danner pokpiłem 

tę sprawę. No i przez ciebie, Jim... 

Jim  nie  odezwał  się,  choć  doskonale  pamiętał  o  swoim  telefonie  do  Chicago.  Za  to 

urażony restaurator stwierdził: 

- Nick, jedź sobie dokąd chcesz i jedz, gdzie chcesz, byle nie u mnie. Skreślam cię z 

listy stałych gości! Wpiszę cię z powrotem dopiero wtedy, kiedy zjawisz się u mnie z Lauren. 

background image

ROZDZIAŁ 21 

Sekretarka  pochyliła  się  nad  Nickiem,  który  zasiadał  przy  stole  obrad  chicagowskiej 

konferencji najgrubszych ryb amerykańskiego biznesu i poinformowała go szeptem: 

- Przepraszam, że przeszkadzam, sir, ale jest do pana pilny telefon. Dzwoni pan James 

Williams... 

Nick skinął głową i wstał. Pozostali uczestnicy zgromadzenia jak jeden mąż spojrzeli 

na niego z dezaprobatą i wyrzutem. Każdy z nich miał przecież mnóstwo ważnych i pilnych 

spraw, a jednak na czas wspólnych obrad wszyscy zdołali zapewnić sobie niezbędny spokój. 

Tylko on wprowadzał zamieszanie. I to już po raz drugi! 

Nick,  z  wymuszonym  przepraszającym  uśmiechem,  wyszedł  z  sali.  Na  zewnątrz 

natychmiast spochmurniał. Był zirytowany, wręcz wściekły. 

- O co znów chodzi? - warknął w słuchawkę. 

-  Nick,  przepraszam,  ale  to  naprawdę  ważna  sprawa.  Uzyskaliśmy  dwa  spośród  tych 

czterech kontraktów. Wiesz, o które mi chodzi! Co do pozostałych... Ktoś nas przebił, jeszcze 

nie ogłoszono kto. Tak sobie myślę... 

- Nie jestem tego ciekaw! - przerwał mu bezceremonialnie Nick. - Bo ja sobie myślę, 

Jim, że ten dureń Whitworth po prostu nie umiał z sensem do końca rozegrać partii, chociaż 

położył łapę na wszystkich atutach. I tyle! 

- Nick, ten facet to drań, ale na pewno nie dureń. Zdaje mi się, że sprawie Whitwortha 

naprawdę trzeba się jeszcze raz dokładnie przyjrzeć, porównać to i owo... 

- Jim, zdaje się, że wyraźnie ci powiedziałem, co masz robić w sprawie Whitwortha. 

Przebijać wszystkie jego oferty, nawet z zejściem z naszą ceną poniżej kosztów. Chcę, żeby 

nie  przetrzymał  w  biznesie  przyszłego  roku,  rozumiesz?  Trzeba  go  puścić  z  torbami.  To 

wszystko. 

Nick odłożył słuchawkę i powrócił na salę. Usiłował przysłuchiwać się obradom, ale 

w  istocie  był  myślami  niezmiernie  daleko  od  spraw  międzynarodowego  biznesu.  Myślał  o 

Lauren,  przypominał  sobie  jej  rysy,  jej  spojrzenie,  barwę  głosu...  Wspaniałe  kształty  jej 

ciała... Upajający smak ust... Prawda, usilnie starał się o niej zapomnieć, żeby to sobie jakoś 

ułatwić, umówił się nawet z Vicky Stewart na trzytygodniowy wyjazd na narty do Szwajcarii 

w okresie nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Miał nadzieję, że może wtedy... 

- Mister Sinclair - wyrwał go z zamyślenia głos przewodniczącego obrad - rozumiem, 

że odnośnie do propozycji, o której w tej chwili dyskutujemy, jest pan za? 

background image

-  Chciałbym  poznać  jeszcze  trochę  szczegółów,  zanim  podejmę  ostateczną  decyzję, 

jak głosować - odparł Nick wymijająco. 

- Jak to? - zdziwił się przewodniczący. - Przecież to była pańska propozycja, sam ją 

pan zgłosił poprzednio pod dyskusję! 

-  Tak?  W  takim  razie  jestem  za,  oczywiście!  -  rzekł  Nick  z  przepraszającym 

śmiechem. 

 

Po  zakończeniu  obrad  i  po  kolacji,  którą  uczestnicy  konferencji  spożyli  w  jednej  z 

najelegantszych chicagowskich restauracji, Nick przeprosił resztę szacownego towarzystwa i 

zdecydował  się  wrócić  do  hotelu.  Ruszył  pieszo  przez  Michigan  Avenue,  z  gołą  głową  i 

rękoma  w  kieszeniach,  nie  zważając  na  śnieg,  który  sypał  coraz  gęściej  i  gęściej.  Obojętnie 

mijał efektownie oświetlone i świątecznie udekorowane wystawy sklepów. Myślał o Lauren. 

O  tym,  jak  go  błagała,  żeby  ją  do  końca  wysłuchał,  żeby  wysłuchał  wszystkich  jej 

wyjaśnień... Myślał o dzisiejszym telefonie Jima Williamsa i o wielu niejasnościach w całej 

historii  z  Whitworthem.  Ludzie  tego  drania,  owszem,  trafili  do  Casano,  ale  tam  węszyli  już 

całkiem na oślep, bo okazało się, że nawet nie znają nazwiska włoskiego chemika, A przecież 

Lauren...  Zresztą  po  szczegółowych  badaniach  laboratoryjnych  wyszło  na  jaw,  że  Rossi  to 

zwykły  fantasta,  żeby  nie  powiedzieć,  hochsztapler,  i  że  cała  sprawa  staje  się  wobec  tego 

zupełnie bezprzedmiotowa. Więc Lauren... 

Nick zatrzymał się na skrzyżowaniu ulic, przed przejściem dla pieszych,  czekając na 

zielone światło. „Zielone światło... - pomyślał. -  Prawie zawsze chwilę się na nie czeka,  ale 

kiedy  już  błyśnie,  natychmiast  trzeba  ruszać  naprzód,  nie  zwlekając,  bo  znów  będzie  za 

późno. Trzeba ruszać od razu, bo inaczej można bez końca stać w miejscu... Stać w miejscu, 

miotać się w miejscu, męczyć się, nudzie! Na przykład nudzić się z tą słodką idiotką Vicky 

Stewart  zamiast  jechać  na  Boże  Narodzenie  do  Szwajcarii  z  Lauren!  Nie,  do  diabła  ze 

Szwajcarią! Święta najlepiej byłoby spędzić z Lauren w domu, przy choince, przy kominku... 

Kochać się z nią na dywanie, pod choinką, to byłby najlepszy gwiazdkowy prezent! Kochać 

się,  płonąć  z  miłości  w  świetle  i  cieple  płonącego  na  kominku  ognia...  O,  nie!  Nie  będzie 

żadnych świąt z Lauren Danner, z tą piękną zdrajczynią, z perfidną agentką tych przeklętych 

Whitworthów!” 

Nick  przeszedł  przez  jezdnię  na  czerwonym  świetle,  nie  zważając  na  pisk  opon 

hamujących  gwałtownie  samochodów,  na  dźwięk  klaksonów  i  złorzeczenia  rozsierdzonych 

kierowców. Dotarł w końcu do hotelu. W rzęsiście oświetlonym, eleganckim hallu czekał na 

niego... Jim Williams! 

background image

-  Nick,  gdzie  ty  się,  u  licha,  włóczysz?  -  wykrzyknął  na  powitanie.  -  Musimy 

natychmiast porozmawiać o Lauren! I o tych ofertach, które przekazała Whitworthowi! 

Nick otrzepał się ze śniegu. Spojrzał na Jima podejrzliwie. 

- Człowieku, zawziąłeś się, żeby mi dzisiaj zawracać głowę, ale skorzystam z resztek 

cierpliwości,  jaka  mi  jeszcze  pozostała,  i  znów  ci  powtórzę,  że  jeśli  chodzi  o  Whitwortha, 

zależy mi tylko na jednym: chcę raz na zawsze wysadzić drania z siodła! 

-  Nick,  nie  musisz  się  wysilać.  Lauren  już  to  zrobiła.  Spójrz,  mam  tutaj  nasze 

oryginalne oferty i kopie tego, co ta niesamowita dziewczyna podsunęła Whitworthowi, kiedy 

szantażem  wpędził  ją  w  pułapkę.  Sprytnie  zmieniła  niektóre  cyferki,  zobacz!  Ten  drań  to 

kupił! I właśnie na tym się pośliznął! 

 

Nazajutrz  rano  Nicka  Sinclaira  znów  brakowało  przy  stole  obrad  chicagowskiej 

konferencji rekinów amerykańskiego biznesu... 

background image

ROZDZIAŁ 22 

Miasteczko Fenster w stanie Missouri prezentowało się zimowo i świątecznie. Świeży 

śnieg  i  bożonarodzeniowe  dekoracje  współtworzyły  szczególną,  niepowtarzalną,  bajkową 

atmosferę,  jakiej  o  tej  porze  roku,  w  grudniu,  przed  gwiazdką,  niewielkim,  trochę  sennym, 

prowincjonalnym  miejscowościom  mogą  zazdrościć  najwspanialsze,  najefektowniejsze, 

tętniące życiem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę metropolie... 

Nick  nie  miał  trudności  z  odnalezieniem  cichej,  wąskiej  uliczki,  przy  której  stał 

skromny  domek  państwa  Danner.  Wielogodzinna  podróż  samochodem  zaśnieżonymi 

drogami, którą odbył, żeby tu dotrzeć, również wydawała mu się czymś śmiesznie łatwym w 

porównaniu z tym, co miało niebawem nastąpić; w porównaniu ze spotkaniem z Lauren, którą 

ogromnie kochał, a mimo to tak bardzo poniżył i tak brutalnie od siebie odepchnął. 

Nick  wysiadł  z  samochodu.  Przeszedł  przez  niewielki  frontowy  dziedziniec  domu,  z 

rosnącym pośrodku ogromnym starym dębem. Zastukał do drzwi wejściowych. 

Otworzył  mu  młody  mężczyzna.  Nick  pomyślał  z  przerażeniem:  „Czyżby  ona... 

Czyżbym  się  już  całkiem...  spóźnił?”  Opanował  się  jednak  i  postanowił  bez  względu  na 

wszystko doprowadzić sprawę do końca. 

- Moje nazwisko Sinclair - przedstawił się. - Chciałbym zobaczyć się z Lauren. 

-  Jestem  jej  bratem  -  odparł  tamten.  -  I  wiem,  że  Lauren  nie  chce  pana  widzieć  na 

oczy! 

Dowiedziawszy  się,  że  młody  człowiek  to  tylko  brat,  a  nie  amant  Lauren,  Nick 

odetchnął z ulgą i natychmiast nabrał większej pewności siebie. 

-  Miły  panie,  przejechałem  ładnych  parę  setek  mil  nie  po  to,  żeby  dać  się  tak  łatwo 

odprawić z kwitkiem! - odezwał się dość butnie. 

-  Leonardzie,  pozwólmy  człowiekowi  wejść,  skoro  specjalnie  jechał  aż  z  Detroit.  I 

pozwólmy  mu  pomówić  z  Lauren  przez  pięć  minut,  niech  usłyszy  parę  słów  prawdy,  skoro 

ma na to ochotę - odezwał się z głębi domu, hallu, starszy mężczyzna. 

Leonard z wyraźną niechęcią zrobił Nickowi przejście. Robert Danner, dystyngowany 

pan o oczach równie świetlistych i błękitnych jak oczy jego  córki, wskazał mu ręką jedne z 

wewnętrznych drzwi. 

- Proszę tutaj, Lauren właśnie zaczęła ubierać choinkę... 

- Pięć minut, ani chwili więcej! - przypomniał opryskliwym tonem Leonard. 

- Zgoda, ale bez świadków! 

background image

- Panie, dyktować warunki to pan może... 

- Lenny, daj spokój. Niech porozmawiają sam na sam - wtrącił się ojciec. 

Nick z biciem serca wkroczył do niedużego, przytulnego saloniku. Lauren, w dżinsach 

i  luźnym  swetrze,  z  rozpuszczonymi  włosami,  wyglądała...  po  prostu  prześlicznie!  Nie 

widziała, kto wchodzi. Była odwrócona tyłem do drzwi. Stała na krześle i zawieszała bombki 

na górnych gałęziach bożonarodzeniowego drzewka. 

- Lenny - rzuciła usłyszawszy kroki - przynieś mi jeszcze ze strychu gwiazdę i anioła! 

Nick odezwał się: 

- Moim zdaniem, gwiazda i anioł już tu są, w jednej osobie... 

Lauren  odwróciła  się  tak  gwałtownie,  że  straciła  równowagę  i  pewnie  spadłaby  z 

krzesła, gdyby Nick nie przyskoczył do niej i lekko jej nie podtrzymał. 

Pobladła  z  przestrachu,  ale  już  w  chwilę  później  oblała  się  rumieńcem  złości  i 

krzyknęła z pasją: 

- Ręce przy sobie, Nick! I bądź łaskaw stąd wyjść! 

Nick cofnął się o pół kroku. 

- Zanim będę musiał wyjść, pozwól, że ci pomogę zejść - zaproponował, wyciągając 

ku Lauren rękę. 

Zignorowała jego gest. Zgrabnie sama zeskoczyła z krzesła i powtórzyła: 

- Bądź łaskaw wyjść, Nick! Precz stąd, powiedziałam! 

- Lauren, chwileczkę... Proszę cię, pozwól... 

-  O  nie!  Ja  też  cię  prosiłam,  pamiętasz?  Błagałam  cię,  błagałam  na  kolanach,  a  ty... 

Ty... draniu! 

Krzyczała coraz głośniej, w końcu wybuchnęła płaczem. 

- Lauren, nie... Lauren, przepraszam! Bardzo cię przepraszam! - mówił Nick łamiącym 

się ze wzruszenia głosem. 

Stłumiony,  zawstydzony  głos  i  pełen  skruchy  ton,  wydal  się  Lauren  czymś 

niezwykłym  u  tego  tak  zazwyczaj  pewnego  własnych  racji  mężczyzny.  Wydał  jej  się 

głosem... małego chłopca z opowieści Mary Callahan! Małego chłopca, którego przepędzono 

od świątecznej choinki, któremu nie pozwolono dotknąć wymarzonego rowerka... 

- Nick, czego ty właściwie ode mnie chcesz? - zapytała już spokojniej i ciszej. 

- Przywiozłem ci prezent pod choinkę... 

- Prezent? 

- Tak, prezent gwiazdkowy, zobacz... 

background image

Podał  Lauren  zawiniętą  w  barwny  papier  i  przewiązaną  wstążeczką  paczuszkę. 

Poprosił: 

- Zobacz, otwórz! 

Lauren  znów  przypomniała  sobie  opowieść  Mary  Callahan  o  małym  chłopcu,  który 

chciał przebłagać gwiazdkowym prezentem swą wyrodną matkę, żeby do niego wróciła. 

- Rozpakuj, obejrzyj od razu! - powtórzył Nick. 

Rozwiązała  wstążkę,  odwinęła  papier.  Ujrzała  przepiękne  puzderko,  inkrustowaną 

rubinami  i  brylantami  szkatułkę  mistrzowskiej  jubilerskiej  roboty!  Poczuła,  że  znów 

zaczynają dławić ją łzy, tym razem czułe łzy wzruszenia... Przecież tamten mały chłopiec też 

przyniósł matce, przyniósł ukochanej kobiecie szkatułkę! Żeby go nie odtrącała od siebie! 

- Otwórz, zobacz, co jest w środku... - zachęcił Nick. 

Lauren  odchyliła  wieczko.  W  kosztownym  puzderku  leżały...  skromniutkie  złote 

kolczyki  jej  matki,  te  zostawione  w  Harbor  Springs!  Zagubione  tam  jak  uczucie,  które 

wówczas pomiędzy nimi zapłonęło. Zagubione i teraz odnalezione... 

- Nick! 

- Lauren! 

Podbiegli do siebie. Spojrzeli sobie prosto w oczy. On ujął ją za ręce. 

- Najdroższa, tak bardzo mi ciebie przez te koszmarne dni brakowało! Tak bardzo cię 

przepraszam... Za tamto, za wszystko, co było złe z mojej strony, za całą moją głupotę... 

- Ja też cię przepraszam, Nick. W tym wszystkim było też sporo mojej własnej winy. 

Chociaż...  Chociaż  nie  chciałam  ci  zaszkodzić,  chciałam  tylko  pomóc  ojcu,  rodzicom,  temu 

przeklętemu „kuzynowi”... W końcu tobie też! Widzisz, to, co zrobiłam, w co się wplątałam, 

trzeba  oceniać  jakąś...  podwójną  miarą...  Miarą  tego,  co  zepsułam,  do  czego  zostałam 

zmuszona, ale też miarą tego, co próbowałam naprawić! 

- Naprawiłaś wszystko, Lauren, teraz już o tym wiem, wszyscy wiedzą! Mary, Tony, 

Ericka,  Jim...  Tony  mnie  skreślił  z  listy  swoich  gości,  zapowiedział,  żebym  bez  ciebie  nie 

pokazywał  się  więcej  w  jego  restauracji.  Mary  zagroziła,  że  jeśli  nie  wrócisz  ze  mną  do 

Detroit, jeśli cię z powrotem nie przywiozę, odejdzie z Global Industries od stycznia. Ericka 

znalazła twoje pamiątkowe kolczyki, oddała mi je przez Jima... Lauren, wróć ze mną! Lauren, 

wróć do mnie! Wyjdź za mnie! Lauren, tak bardzo cię kocham! 

Wyrwała z jego dłoni swoje dłonie i... zarzuciła mu ręce na szyję. 

- Ja też cię kocham, Nick - wyszeptała przez łzy. - Ja... 

Nie pozwolił Lauren dalej mówić. Zamknął jej usta pocałunkiem. 

 

background image

Nim  nadeszła  Gwiazdka,  byli  już  małżeństwem  od  trzech  dni...  Boże  Narodzenie 

spędzali  razem,  we  wspólnym  domu.  Tak  jak  wymarzył  sobie  Nick...  pod  choinką,  przy 

kominku...  W  błogosławiony  czas  świąt  pozwolili  zapłonąć  burzliwym,  jasnym  płomieniem 

namiętnościom i uczuciom, których pierwsze iskierki przebiegły pomiędzy nimi już podczas 

pierwszego przypadkowego spotkania, u schyłku lata... 

Blisko  cztery  miesiące  przyszło  im  czekać  na  ostateczne  spełnienie.  Aż  cztery!  A 

może tylko cztery? To chyba też można by oceniać podwójną miarą. Inaczej bezduszną miarą 

zwykłego kalendarza, a inaczej miarą serca, miarą miłosnych pragnień!