background image

T

OMASZ 

P

ACYŃSKI

 

K

OMU WYJE PIES

 

background image

-I- 

Dziewka  służebna  siedziała  pod  ścianą.  Dłoń  zaciskała  na  drewnianej  rękojeści 

kuchennego  tasaka,  lecz  długie  na  pół  łokcia,  lśniące  ostrze,  do  którego  przywierały 

jeszcze  włókna  wieprzowego  mięsa  spoczywało  nieruchomo  na  podołku.  Spoglądała 

spokojnie  szeroko  otwartymi  błękitnymi  oczyma,  w  których  zastygło  bezbrzeżne 

zdumienie. 

Człowiek  obok  niej  wyglądał  na  starego  żołnierza.  Też  był  uzbrojony,  w  krótki, 

jednosieczny  kord,  podniszczony  solidnie,  z  klingą  pocieniała  od  ostrzenia  i 

wyślizganymi, prawie czarnymi okładzinami rękojeści, w które nieraz wsiąkały pot i 

krew.  Ale  trzymał  swój  oręż  jak,  nie  przymierzając,  chłop  drzewce  wideł  do 

przerzucania  gnoju,  bez  niedbałej  nonszalancji  starych  wojaków.  Zupełnie  jakby 

ktoś włożył broń w martwą dłoń, zamknął przemocą palce. 

Blady,  czarnowłosy  mężczyzna  podniósł  się,  popatrzył  krytycznie  na  swe  dzieło. 

Prawie dobrze, ocenił, tak powinno być. Siedzą i patrzą. I choć są już martwi, widzą 

wszystko. 

Pozostali  dwoje  też.  Jeszcze dzieci, choć  paniczowi  wąs już się nieźle sypał. Oni 

nie mieli broni, zresztą po cóż broń niedorostkowi, a tym bardziej ośmioletniej dziew-

czynce.  Zwłaszcza  tutaj,  w  komnacie  sypialnej  nad  wielką  izbą  stołpu,  za  murami 

zamku, którego wszak nikt przecież nie oblegał. 

Nie, jeszcze nie jest dobrze. Policzek czarnowłosego drgnął nerwowo, mężczyzna 

znów  przykucnął.  Tępo  chrupnął  wyłamywany  palec.  Teraz  lepiej.  Kord  nie 

wypadnie z garści, zbrojny trzyma go jak należy. 

Na  dźwięk  łamanej  kości  od  szerokiego  łoża  dobiegło  westchnienie.  Tylko  tyle, 

może  zresztą  to  jedynie  odgłos  spazmatycznego  oddechu.  Twarz  bladolicego 

ściągnęła  się,  wargi  wykrzywił  grymas,  odsłaniając  zęby.  Dłoń  sięgnęła  do  rękojeści 

sejmitara wystającej znad ramienia. 

background image

Mężczyzna odwrócił się powoli. Popatrzy na łoże, na nagą, rozkrzyżowaną kobietę, 

której  zaciśnięte  mocno  rzemienie  raniły  boleśnie  kostki  i  nadgarstki.  Nie  walczyła, 

nie  krzyczała.  Nawet  nie  błagała  o  litość.  Oddychała  tylko  coraz  szybciej  i  coraz 

głośniej, jakby zdawała sobie sprawę, że każdy oddech może być ostatnim. 

Nie  broniła  się  też  wcześniej,  choć  przecież  mogła.  Rysy  zabójcy  drgnęły  nagle, 

zmiękły.  Tak  bywa  często.  Nie  bronią  się,  choć  mogą.  Nie  próbują.  Tylko  czekają, 

jakby w poddaniu się dostrzegali ostatnią, cienką nić nadziei. 

Zaciśnięte  na  rękojeści  sejmitara  palce  pobielały.  Klinga  nawet  nie  zgrzytnęła,  tak 

powolny był ruch. Nad pochwą pokazał się cal jasnej stali. 

Mężczyzna  wpił  wzrok  w  twarz  leżącej.  Tak  znaną,  tak  bliską.  Teraz  martwą  i 

nieruchomą jak maska, zastygłą w przeczuciu bliskiego końca. W wargi, spuchnięte i 

rozbite. 

Wydawało się, że jego ręka żyje własnym życiem, wbrew woli właściciela. Ostrze 

wyłoniło  się  na  kolejny  cal,  potem  następny.  Zacisnął  usta.  Zdawało  się,  że  jego 

blada  już  twarz  stała  się  zupełnie  bezkrwista,  niczym  u  marmurowej  rzeźby.  Na 

skroniach  nabrzmiały  niebieskawe  żyły.  Cicho  zgrzytnęła  klinga,  wpychana 

przemocą  z  powrotem  do  pochwy.  Oczy  skrępowanej  ofiary  zaszkliły  łzy  szalonej 

nadziei. Wstrzymała oddech, nie chwytała już konwulsyjnie powietrza. 

I  wtedy  przez  oblicze  zabójcy  przebiegł  nagły  skurcz.  Pod  jego  czaszką 

rozbrzmiało  wycie  bestii.  Aż  skulił  się  raptownie,  i  w  tej  samej  chwili  zasyczał 

dobywany sejmitar. Ręka nie dała się już powstrzymać. 

Zdawało  mu  się,  że  widzi  psa,  jak  wyje  długo,  wznosi  ostry,  wilczy  pysk  ku 

pochmurnemu niebu. Wychudzone boki, pokryte skołtunioną sierścią zapadają się, po 

czym  stercząca  klatka  żeber  znów  się  wznosi,  a  przejmujący  odgłos  milknie,  by  za 

chwilę ponownie rozbrzmieć pełną mocą. 

Nie  widział  już  niczego  poza  swą  wizją.  Komnaty  o  bielonych  ścianach, 

szerokiego loża, upiornej widowni pod ścianą. Tylko psa. Jego skowyt, natarczywy 

i przenikliwy wypełniał cały umysł. Przyzywał i nakazywał. 

background image

Wargi  bladolicego  ściągnęły  się  jeszcze  bardziej,  z  gardła,  do  wtóru,  dobył  się 

głuchy charkot. Mężczyzna spieszył na wezwanie bestii. Stawał się nią. 

Szerokie,  zadane  na  oślep  cięcie  trafiło  bezbłędnie,  samym  piórem  klingi. 

Wachlarzyk  małych,  karminowych  kropel  splamił  odsunięte  na  boki  zasłony, 

zwisające  z  baldachimu  wielkiego  łoża.  Ciężkie,  niegdyś  jasne,  błyszczące  złotem 

haftów,  teraz  pociemniałe  od  dymu  z  wielkiego  komina  i  kopcia  woskowych  świec. 

Pani nigdy nie pozwalała świecić w sypialnej łuczywem, właśnie ze względu na kotary. 

Kosztowały  majątek,  nikt  inny  nie  miał  takich,  może  sam  król  albo  któryś  z 

biskupów. Teraz troska i  ostrożność nie na wiele się zdały. 

Krew  bryznęła  na  tkaninę,  ożywiła  wypełzłe  hafty  świeżą  czerwienią.  Rzemienie 

napięły się do  granic  możliwości, zdawało się, że popękają, zawibrowały jak napięte 

cięciwy.  Ale  wytrzymały,  kiedy  bose  pięty  bębniły  chwilę  w  miękką  skórę.  Coraz 

słabiej,  w  miarę  jak  gasł  upiorny  skrzek,  który  miał  być  wołaniem  o  litość,  i  milkł 

poświst powietrza w przeciętej tchawicy. 

Wycie  też  zamarło,  urwane  na  najwyższej  nucie.  Cisza  uderzyła  nagle,  aż 

ogłuszająca. Dzwoniła  w uszach, które zabójca przed chwilą jeszcze chciał zakryć 

dłońmi. Zdawała się spływać gęstą mgłą w głąb czaszki, tłumić miękko kołaczące się 

wspomnienie psiego zawodzenia. 

Cisza. Pies opuścił pysk ociekający śliną, zwisającą srebrnymi nitkami spomiędzy 

pożółkłych  kłów.  Dyszał  ciężko,  a  jego  czerwony  język  drgał  w  takt  oddechu 

niczym skrawek mięsa. 

Mężczyzna  przecierał  ostrze  krzywego  sejmitara  lnianą  szmatką  -  krew  nie 

powinna  zasychać  w  pochwie,  pokrywać  rdzawymi  wżerami  wykutej  w  Damaszku 

klingi. Skupił się na tej czynności, odurzony jeszcze nagłym milczeniem, zdającym się 

napierać  zewsząd.  I  zamarł  nagle  wpół  ruchu,  kiedy  przez  mgłę,  w  której  błądziły 

myśli, przedarł się cichy skowyt. 

background image

W  gardzieli  bestii  narastało  bulgotliwe  warczenie.  Nie  zaspokoiła  jeszcze  głodu. 

Damasceńskie ostrze spadło  z brzękiem na kamienną posadzkę. Do zabójcy dotarło, 

że zabrakło perfekcji. 

Nie  zauważył,  kiedy  czoło  panicza  skłoniło  się  ku  piersi.  Widać  było  tylko  jasną, 

zlepioną  krwią  i  mózgiem  czuprynę.  Dwoma  krokami  dopadł  ściany,  chwycił  ciało 

chłopaka  za ramię.  Potrząsnął,  aż  głowa zakołysała się  bezwładnie. Teraz to  na nic, 

refleksja przedarła się przez odrętwiały umysł, za późno. Zapiekły oczy, łzy wściekłoś-

ci  spłynęły  po  policzkach,  rozprysnęły  się  na  kamieniach,  znacząc  je  ciemnymi 

plamami. Wszystko na nic. 

Szarpnął  za  włosy,  sztywne  od  krwi.  Popatrzył  w  szeroko  otwarte  oczy.  Nie 

wyrażały  nic,  ani  strachu,  ani  zdziwienia.  Były  puste,  jakby  spoglądał  w  przygasły 

błękit wczesnojesiennego nieba. Szkliły się spokojem śmierci. 

Za  późno,  pojął  zabójca.  On  już  nie  dostąpi  oświecenia.  A  bestia  nie  odejdzie, 

nadal  szarpana  łaknieniem.  Dostała  zbyt  mało,  zaledwie  marny  ochłap,  niczym  dla 

kundla  na  gościńcu.  Dla  demona  śmierć  jest  niczym.  Wyznawcy  wszystkim,  nawet 

martwi. 

Zwłaszcza  martwi,  bo  tylko  tacy  staną  się  chciwymi  wyznawcami.  Zaśmiał  się 

zgrzytliwie.  Też  jestem  trupem,  przypomniał  sobie.  Umarłem  już  dawno,  niewiele 

pozostało z tego, kim byłem kiedyś. Ale wciąż mogę zabijać. 

Poczuł  szaloną  chęć,  by  obudzić  chłopaka,  wyrwać  ze  snu  śnionego  z  otwartymi 

oczyma.  Spróbować  jeszcze  raz,  choć  jakaś  racjonalna  jeszcze  część  umysłu,  resztki 

człowieczeństwa krzyczały głośno, że to niemożliwe. 

Bez  trudu  stłumił  ten  krzyk,  zepchnął  go  na  dno  świadomości.  Ale  nie  zrobił  nic. 

Wpatrywał się tylko długą chwilę w twarz, na której śmierć położyła się cieniem  i 

wyostrzyła rysy, dodając wieku i powagi. To nie było już oblicze niedorostka, straciło 

chłopięcą miękkość i niewinność. Należało do młodzieńca, który już nigdy nie stanie 

się mężczyzną. 

Ale było obce. Nie budziło wspomnień ani uczuć. Prócz złości. 

background image

Rozwarł  palce  wczepione  we  włosy  i  pchnął  mocno,  otwartą  dłonią,  aż  czaszka 

uderzyła z  głuchym  trzaskiem  o ścianę. Wstał, słysząc w uszach narastający skowyt, 

coraz  bardziej  natarczywy.  Bestia  jęczała  z  żalu  i  niedosytu.  Wzdrygnął  się,  kiedy  w 

jej głosie doszukał się groźby. 

Z trudem powstrzymał odruch, by zatkać uszy. Zdawał sobie sprawę, że to nic nie 

pomoże. Jest tylko jeden sposób, by demon zamilkł. 

Dokądkolwiek  by  ruszył,  bestia  pobieży  za  nim.  Będzie  szła  krok  w  krok,  wciąż 

będzie czuł na plecach jej  oddech, słyszał bolesny jęk, upiorne wezwanie. Nigdy nie 

zdoła jej nasycić, płonne są wszelkie nadzieje. Nie ma na świecie tyle cierpienia. Wciąż 

będzie głodna. I wkrótce skowyt znów zamieni się w wycie i nie ucichnie, dopóki bes-

tia nie dostanie znów jadła. Wtedy zamilknie. Na krótko. 

Podniósł  sejmitar,  machinalnie  obejrzał  ostrze,  czy  nie  doznało  szwanku  od 

uderzenia o twardą posadzkę. Ostrożnie powiódł opuszką palca po lśniącej krawędzi i 

odetchnął z ulgą, gdy nie wyczuł żadnej, nawet maleńkiej szczerby. 

Teraz  wyjdę,  myślał  mozolnie.  Zejdę  po  drewnianych,  wąskich  schodach  do 

słonecznej izby. Potem na podwórzec. Pewnie ktoś zastąpi mi drogę... 

Uśmiechnął się. Samym koniuszkiem języka przejechał powoli po górnej wardze. 

Niech tylko, kurwa, spróbuje... 

* * * 

Płomyki  wystrzeliły  wyżej,  zatańczyły  nad  suchą  gałązką.  W  jasny  dzień  pod 

warstwą szarego popiołu nie było widać żarzących się węgli. Ale od małego ogniska 

promieniował żar, a co ważniejsze, snuły się z niego smużki dymu. 

Nie pomagało to jednak za wiele. Claymore Ramirez zaklął, po czym klepnął się z 

rozmachem po karku. Jak zwykle za późno, skonstatował spojrzawszy z obrzydzeniem 

na umazane krwią wnętrze dłoni. 

background image

Wytarł  rękę  o  spodnie,  powstrzymując  się  ze  wszystkich  sił  od  drapania  pokłutej 

szyi.  Mełł  pod  nosem  przekleństwa  na  myśl  o  potencjalnym  zleceniodawcy,  który 

uparł  się,  by  spotkać  się  właśnie  tutaj,  z  dala  od  miasta,  na  pieprzonej  polance  pod 

pieprzonym dębem, pełnej pieprzonych komarów. 

Dym  zgęstniał,  owionął  skulonego  przy  ognisku  Walijczyka.  Brzęcząca  chmura 

uniosła  się  wyżej,  za  to  Claymore  począł  krztusić  się  i  kasłać.  Przetarł  załzawione 

oczy,  nieledwie  współczuł  owadom,  które  pobzykiwały  wściekle  w  bezpiecznej 

odległości. 

Gałązka  dopaliła  się  szybko,  ale  na  szczęście  w  zasięgu  ręki  miał  spory  zapas. 

Ramirez miał nadzieję, że nie zbraknie ich do czasu, aż tajemniczy szlachcic wreszcie 

nadjedzie. Zapewne z całym pocztem, tacy nie zapuszczają  się  do lasu  samopas  czy 

nawet  samo  wtór,  z  wiernym  giermkiem  jeno.  Wydął  wargi  z  pogardliwą  złością. 

Dlaczego mamy spotykać się właśnie tutaj, pomyślał po raz któryś z rzędu, skoro i tak 

gówno z dyskrecji. Czeladź niechybnie rozgada. 

Nie  znosił  pańskich  fanaberii.  O  wiele  lepiej  współpracowało  się  z  kupcami,  oni 

rozumieli  wszystko.  A  nawet  i  obiadem  potrafili  podjąć,  co  było  istotną  rzeczą  w 

ciężkich  czasach.  Choć  mieli  też  wady,  byli  skąpi  i  liczyli  się  z  każdym  pensem.  Tu 

szlachta  rzeczywiście  miała  przewagę,  zwłaszcza  jeśli  chodziło  o  tak  dziwne  i 

nieuchwytne sprawy jak honor. Claymore już dawno  odkrył, jak wysoko to właśnie 

cenią dobrze urodzeni. I jakże łatwo zazwyczaj przeliczają na srebro. 

Płomyki  tańczyły  nad  zwijającymi  się  w  ogniu,  czerniejącymi  gałązkami,  a 

Claymore  kasłał  i  przecierał  oczy.  Komary  mimo  dymu  próbowały  kąsać,  co  więcej, 

nie były to bynajmniej próby bezskuteczne. 

Dorzucił następną gałązkę. Już nie klął nawet. Myślał tylko melancholijnie, że jeśli 

szlachcic się spóźni, zastanie tylko suchy, wysączony z krwi zewłok. I znów ludziska 

będą bajać o wampirach z puszczy Sherwood. 

* * * 

Niełatwo było zaskoczyć Ramireza. Ale szlachcicowi się udało. Przybył sam. 

background image

Claymore  zdołał  jakoś  ukryć  zdziwienie.  Kiedy  przybysz  zeskoczył  z  konia 

najemnik wciąż grzebał patykiem w popiele, wzbijając rój iskierek, które wzlatywały 

w  ciemniejące  już  niebo.  Nie  okazał  też  zniecierpliwienia,  mimo  iż  musiał  czekać 

całe popołudnie. 

Wierzchowiec  odszedł  spokojnie,  kiedy  tylko  jeździec  puścił  wodze.  Dobry, 

wyszkolony bojowy koń, zauważył mimochodem Walijczyk. Musiał kosztować majątek, 

co  najmniej  dobrą  wieś.  Potężne  zwierzę  nie  płoszyło  się  na  widok  obcego,  nie 

przeszkadzał mu dym z ogniska,  który począł słać się nisko, nad  samą polaną. Tylko 

gładka,  kasztanowa  skóra  drgała  lekko  na  zadzie,  kiedy  potężny  ogier  smagał  się 

ogonem, odganiając natarczywe gzy i bąki. 

Szlachcic  nie  odzywał  się,  mierzył  tylko  Claymore'a  badawczym  spojrzeniem, 

skrzywiony lekko, jakby spodziewał się zastać kogoś innego. Ramirez bez trudu po-

wstrzymał kpiący uśmiech. Zawsze tak było. 

Potrzebowali jego usług. Często zdarzało się, że nawet  o nie błagali. Nie od razu, 

naturalnie. Ale przychodziła taka chwila. Prędzej czy później. 

Najpierw była wyższość, zabarwiona odrobiną pogardy. Nawet kupcy nie potrafili 

się  powstrzymać,  by  nie  spoglądać  z  góry  na  kogoś,  kto  był  przecież  tylko  na-

jemnikiem.  A  nawet  gorzej,  imał  się  spraw,  których  nie  ruszyliby  szanujący  się 

cottereaux.  A  cóż  dopiero  szlachta.  Ci  okazywali  pogardę  szybciej.  Dawali  do 

zrozumienia, że są nieskończenie lepsi, że nie ubrudzą sobie przecież rąk. 

Claymore  wstał  niespiesznie,  by  zajrzeć  przybyłemu  prosto  w  twarz,  zimnym, 

wypraktykowanym przez lata 

spojrzeniem. Zazwyczaj skutkowało natychmiast. Ale nie tym razem. 

Szlachcic,  posunięty  już  nieźle  w  latach,  nie  uciekł  wzrokiem  w  bok,  nie  maskował 

zdenerwowania  odruchowym  zacieraniem  rąk.  Pokryta  zmarszczkami  jak  suszone 

jabłko twarz pozostała niewzruszona. 

- Skończyłeś? 

background image

Ramirez drgnął, zaskoczony. Sądził, że to on pierwszy będzie musiał się odezwać. 

- Co niby skończyłem? - starał się nadać swemu pytaniu jak najbardziej obojętne 

brzmienie.  Szlachcic  przymrużył  wyblakłe,  błyszczące  starczymi  łzami  oczy.  Jak 

topniejące bryłki lodu, nasunęło się Walijczykowi natrętne skojarzenie. 

- Wiem, kim jesteś - odparł stary sucho. - Wiem, ile bierzesz, więc oszczędź sobie 

tych sztuczek, nie robią na mnie wrażenia. Do rzeczy, Ramirez. 

Claymore  uznał,  że  najlepszy  będzie  nieznaczny  uśmiech.  Niezbyt  wyzywający, 

ot, życzliwe zainteresowanie, dowód sympatii, może współczucia z powodu kłopotów 

tego niemłodego już człeka. 

Choć niemłody, szlachcic trzymał się prosto, wysoki  i chudy jak  maszt, siwy jak 

popiół.  Właśnie,  jak  popiół,  pomyślał  Claymore,  krótko  przycięte  włosy  rycerza  nie 

miały  odcienia  mlecznej  bieli  czy  połyskliwego  srebra.  Miały  barwę  zmatowiałej 

szarości. 

Nie  ma  przy  sobie  broni,  spostrzegł  Walijczyk.  Zerknął  nieznacznie  na 

wierzchowca, który  oddalał się powoli, poskubując trawę. Zauważył przytroczoną do 

siodła pochwę, sterczącą rękojeść półtoraręcznego miecza. Poczuł respekt dla starego. 

Człowiek,  który  wyrusza  do  puszczy  samo-pas,  z  mieczem  jeno,  zasługuje  na 

szacunek. Jest odważny, przemknęło mu przez myśl, albo głupi, co jakże często idzie 

ze sobą w parze. Ale raczej nie w tym wypadku. Idioci nie dożywają tak podeszłego 

wieku. 

Była  jeszcze  trzecia  możliwość  i  pomyślawszy  o  niej,  Claymore  opuścił  na 

moment  powieki,  by  ukryć  błysk  w  oku.  Szlachcic  albo  jest  odważny,  albo 

zdesperowany. 

Pozwolił sobie na jeszcze jedno taksujące spojrzenie. Nie chciał przeciągać struny, 

ale intrygował go ten człowiek. I niepokoił. 

Śmiech  starego  był  zgrzytliwy  i  nieprzyjemny,  rozbrzmiewały  w  nim  świszczące 

tony,  gdy  rycerz  zaczerpywał  powietrza  między  kolejnymi  paroksyzmami.  Odrzucił 

background image

głowę  i  śmiał  się  na  całe  gardło,  aż  wreszcie  zaniósł  się  suchym,  rzężącym  kaszlem. 

Niewzruszona dotąd twarz poczerwieniała, łzy pociekły po pobrużdżonych policzkach. 

Ramirez  bezwiednie  odetchnął  z  ulgą.  Oto  wreszcie  pojawiła  się  pierwsza  rysa. 

Pierwsza słabość, którą będzie  . można wykorzystać. I wykorzystał ją bezwzględnie. 

- Do  rzeczy,  panie  -  rzucił  z  burkliwą  arogancją,  zanim  jeszcze  stary  przestał  się 

dławić. - Nie będziemy tak stać po próżnicy. 

Kaszel  przeszedł  w  rzężący  chichot.  Jest  szalony,  zrozumiał  nagle  Claymore, 

szalony  jak  marcowy  zając.  Nie  boi  się  niczego  i  nikogo,  nawet  własnej,  bliskiej 

śmierci,  którą  człek  w  jego  latach  winien  już  mieć  na  uwadze.  Chłodny  dreszcz 

przebiegł  Walijczykowi  po  krzyżu,  kiedy  tak  stał  i  słuchał,  jak  uspokaja  się 

świszczący  i  płytki  oddech.  To  nie  jest  zwykła  sprawa,  uświadomił  sobie,  ten 

człowiek nie chce pomsty na nieuczciwym dłużniku, nie chce się wyręczyć cudzymi 

rękoma,  żeby  własnych  nie  zbrukać.  To  nawet  nie  rodowa  wróżda  czy  zatarg  z  nie-

miłym  sąsiadem,  którego  miejsce  nie  na  kasztelu,  ale  w  ziemi,  na  głębokość 

sztychu. 

To coś więcej, pomyślał, czując jak mrówki spacerują mu wzdłuż krzyża. Ale zaraz 

złe  przeczucia  odeszły,  zastąpiła  je  ciekawość.  Jak  zwykle,  kiedy  Claymore  stawał 

naprzeciw tajemnicy. 

Szlachcic charknął, splunął na mech gęstą flegmą. Roztarł ją butem. 

- Nie  rozśmieszajcie  mnie,  panie  Ramirez  –  mruknął  głosem  wprawdzie  jeszcze 

nieco  chrypliwym,  ale  brzmiącym  już  prawie  normalnie.  -  Bo  jeszcze  zajadów 

dostanę.  A  prędzej  może  się  zdarzyć,  po  prawdzie,  że  zatchnę  się  przedwcześnie. 

Zmora na piersi legła i dusi... 

Splunął ponownie i jeszcze szybciej roztarł plwocinę.  Ale  nie dość szybko, by nie 

można  było  dostrzec  w  niej  czarnych  nitek  zakrzepłej  krwi.  Zostało  mu  niewiele 

czasu, zrozumiał Walijczyk. 

Bardzo niewiele. 

background image

- Ano  nie  rozśmieszajcie  -  stary rzucił  mu  szybkie  spojrzenie.  -  Bo  wierzcie  mi, 

panie Ramirez, nie opłaci  wam się to. Moi spadkobiercy gówno wam zapłacą. Układ 

taki. 

Otarł  ostatnią  łzę  spływającą  po  policzku.  Oddychał  już  normalnie,  wyprostował 

się nawet. Znów górował nad Walijczykiem, znów roztaczał aurę pewności i siły. 

- Jedziemy  -  rzucił  krótko,  kiedy  Claymore  stał  w  milczeniu,  pewien  już,  że  za 

chwilę  dowie  się,  o  co  tak  naprawdę  chodzi.  -  Nie  będziemy  tak  sterczeć  na  tej 

zasranej polance. 

Stulił  usta  jak  do  gwizdnięcia,  ale  spomiędzy  cienkich,  sinych  warg  wydobył  się 

jedynie  cichy  syk.  Wystarczyło,  by  skubiący  trawę  koń  zastrzygł  uszami  i  powoli 

ruszył do swego właściciela. 

- Nie  będziemy  sterczeć  -  mamrotał  szlachcic  pod  nosem,  poklepując  szyję 

wierzchowca. - Bo cię komary zeżrą, panie Ramirez. Mnie, uważasz, nie ruszają... 

Claymore  drapał  się  po  swędzącym  od  ukąszeń  karku,  czuł  pod  palcami 

nabrzmiewające  bąble.  Nieważne  dokąd  pojedziemy,  przemknęło  mu  przez  głowę, 

wszędzie będzie lepiej niż tutaj. Cóż za pomysł, spotykać się w puszczy, zwłaszcza w 

deszczowe lato. 

No właśnie, nagle dotarło do niego z całą jasnością,  cóż za pomysł. Przecież było 

tyle miejsc zapewniających  dyskrecję, z dala  od ciekawskich oczu. Mało to  karczem 

przy traktach, mało wiosek, gdzie kmiecie choć piwskiem podejmą człowieka? A i nie 

chlapną nic, bo wiedzą, co ich  za to  może spotkać. Nic przyjemnego  przecież,  kiedy 

się płonąca strzecha za kołnierz sypie. 

Co więcej, jak uświadomił sobie właśnie Claymore, nie znał tego człowieka. Było 

to tym dziwniejsze, iż zdawał sobie sprawę, że to bez wątpienia ktoś znaczny. A jednak 

dotąd go nie spotkał, choć kręcił się już od dłuższego czasu w okolicy, wyjątkowo, jak 

się  okazuje,  sprzyjającej  interesom.  Zawsze  tak  jest  w  hrabstwach  spustoszonych 

wojną, nawet niewielką i całkiem prywatną. 

background image

Nigdy  nie  zapominał  twarzy.  Ale  mógł  przysiąc,  że  to  wychudłe,  pobrużdżone 

zmarszczkami  oblicze  z  głęboko  zapadniętymi,  zimnymi  oczyma  widzi  po  raz 

pierwszy. Dziwne, skrzywił się nieznacznie. 

- I  co  tak  frasujecie,  panie  Ramirez?  -  Stary  szlachcic  oderwał  się  na  chwilę  od 

dociągania  popręgu.  -  Sprowadźcie  swojego  wierzchowca,  macie  chyba  jakiegoś? 

Na piechotę tu nie przyleźliście przecież? 

Zaśmiał się, ale po chwili umilkł, kiedy chichot się niepokojąco załamał. Odkaszlnął 

i wrócił do sprawdzania uprzęży, powoli i systematycznie dociągając rzemienie. 

Claymore  uśmiechnął  się  pod  nosem.  Te  machinalne,  rutynowe  czynności  wiele 

mówiły o starym. Nawet teraz, kiedy czeka ich tylko przejażdżka, sprawdza wszystko 

jak przed pojedynkiem. 

Ale uśmiech Walijczyka maskował też irytację. Dał sobie wytrącić z ręki inicjatywę 

i musiał ze złością przyznać, że szlachcic ma przewagę. Nie doczekał się skamlących 

próśb  ani  prób  podbijania  ceny.  Nie  usłyszał  wyrzucanej  z  siebie  w  gorączkowym 

pośpiechu  historii,  z  tych  niezbyt  prawdziwych,  ale  kryjących  gdzieś  sedno  sprawy, 

którą  miałby  za  zleceniodawcę  załatwić.  Zazwyczaj  tak  było,  wystarczyło  odrzucić 

ozdobniki, niepotrzebne i nieproszone usprawiedliwienia. Żaden z klientów nie zdawał 

sobie  do  końca  sprawy,  że  nie  mają  one  najmniejszego  znaczenia.  Ale  wszyscy 

starali się przedstawić siebie w jak najlepszym świetle. 

Ten był inny. Claymore przyłapał się na myśli, że to właściwie stary szlachcic czyni 

mu zaszczyt, chcąc wtajemniczyć w swe sekrety. I aż zmełł pod nosem przekleństwo. 

Jak na razie wcale nie wtajemniczył. 

- Co tam mruczycie pod nosem, panie Ramirez?  - burczał stary. Wszystko było w 

porządku,  bo  poklepywał  już  wierzchowca  po  lśniącej  szyi.  -  Zbierajcie  się,  a  nie 

zapomnijcie ogniska zasikać. 

Ramirez  zacisnął  bezwiednie  pięści.  Musiał  przyznać,  że  rycerz  potrafi 

wyprowadzić  go  z  równowagi.  Odetchnął  głęboko.  Bo  też  zdawał  sobie  sprawę,  że 

szlachcic czyni to celowo. 

background image

- Zaraz zasikamy - odparł powoli, starając się panować nad głosem. - A i po konia 

pójdziemy, istotnie, prawiście, panie. Nie przyleźliśmy tu na piechotę. 

Stary  zaciął  wąskie  wargi,  dając  tym  Claymore'owi  okazję  do  przelotnej 

satysfakcji. Jednak można cię trafić, staruchu, pomyślał Walijczyk. 

Kolejna  myśl  nie  była  już  jednak  tak  optymistyczna.  O  ciekawości,  która  kiedyś 

może przywieść do zguby. 

* * * 

Odstawiony  kubek  uderzył  o  blat  z  nieheblowanych  desek  mocniej  niż  Claymore 

zamierzał. Resztki wina chlusnęły, wsiąkły w drewno. 

Walijczyk pokręcił głową. 

- Nic z tego - powiedział zdecydowanie. 

Zapadła  cisza,  słychać  było  tylko  potrzaskiwanie  polan  na  palenisku  i  niewyraźne 

przekleństwa, dochodzące zza ścian z grubych poczerniałych bali. 

Mieli  dla  siebie  całą  karczmę,  a  raczej  podły,  przydrożny  zajazd.  I  tak  nie  było 

żadnych  gości.  Claymore  zastanawiał  się,  z  czego  właściwie  żyje  właściciel,  mały, 

szczurowaty  osobnik  z  wystającymi,  śmiesznymi  siekaczami.  Zwłaszcza  teraz,  kiedy 

rozsądni ludzie nadal szerokim łukiem omijają puszczę, choć rebelia zakończyła się już 

całe lata temu. Ale wciąż nikt nie odbudował puszczańskich przysiółków, osadnicy nie 

kwapili się do  karczowania poręb czy choćby do obsiania leżących odłogiem poletek 

nieopodal zrębów spalonych sadyb. 

Karczma,  spora  i  przysadzista,  kryta  zapadniętym  dachem  z  pozieleniałych  od 

mchów  gontów,  stała  pusta.  Niedaleko  wprawdzie  od  traktu,  ale  i  gościniec  porastał 

chwastami, pieniły się na nim już całkiem spore brzózki. Widać niewielu jeździło tędy, 

a  i  kolein  właściwie  nie  było  już  widać,  znaczy  żaden  wóz  nie  przebył  tej  drogi  od 

niepamiętnych czasów. 

Kłótnia  za  ścianą  dobiegała  coraz  głośniej.  Nad  basowe  pohukiwanie  karczmarza 

wybijał się wyraźniej kobiecy jazgot. 

background image

Szlachcic odchylił się na swym zydlu, przymknął oczy.  Ale Claymore widział, że 

spod  spuszczonych  powiek  śledzi  go  wciąż  uważne  spojrzenie.  Stary  nawet  się  nie 

skrzywił,  usłyszawszy  zdecydowaną  odmowę.  Jego  twarz,  martwa  niczym  maska 

wyrzeźbiona ze stoczonego przez czerwie drewna, nawet nie drgnęła. 

- Nic z tego - powtórzył Ramirez już ciszej. Milczenie się przedłużało i poczynał 

się niepokoić. 

Aby zająć czymś ręce, uniósł ponownie kubek do ust, pociągnął łyk z samego dna. 

Wino  już  wystygło,  splunął  po  chwili  czymś,  co  mogło  być  goździkiem  albo 

rozmoczonym  karaluchem.  W  każdym  razie  po  smaku  nie  sposób  było  stwierdzić. 

Stary miał jednak wyjątkowy dar do wyprowadzania go z równowagi. 

Jazgot za ścianą osiągnął najwyższą nutę i urwał się nagle jak ucięty nożem, kiedy 

rozległo się donośne klaśnięcie. 

Po twarzy szlachcica przemknął cień uśmiechu. 

- Baba to jak przyłbica... - mruknął. 

Rozciągnął  szerzej  bezkrwiste  wargi  na  widok  zdziwienia  towarzysza.  W  świetle 

paleniska błysnęły żółtawo zęby. 

- Jak nie trzasnąć, to się nie zamknie - wyjaśnił. Claymore parsknął resztką wina. 

- Nie zapnijcie się, panie Ramirez - tamten nie przepuścił okazji. 

Walijczyk był zdziwiony. Spodziewał się wszystkiego, tylko nie leniwej, przyjaznej 

pogawędki, wprawdzie przeplatanej złośliwościami. Jakby dwóch przyjaciół gwarzyło 

sobie  przy  kominie.  A  przecież  właśnie  przed  chwilą  odmówił  i  oczekiwał,  w 

najlepszym  razie,  wyniosłego  i  gniewnego  spojrzenia,  może  nawet  przekleństw  i 

wyzwisk. Chyba jednak wyzwisk, bo stary zdążył już dać do  zrozumienia  jak wielka 

przepaść dzieli jego, szlachetnie urodzonego, leciwego rycerza od  yeomana, który  w 

dodatku zajmuje się podejrzanymi sprawkami. 

- Wybaczcie,  panie...  -  zaczął  wbrew  sobie,  przed  chwilą  jeszcze  nie 

przypuszczał nawet, że posunie się do przeprosin. - Ale nie... 

background image

- Zamknij  się,  Claymore  -  przerwał  mu  bezceremonialnie  szlachcic.  -  Twoje 

ekskuzy potrzebne mi są jak, nie przymierzając, druga dziura w dupie. 

Już  nie  mrużył  oczu,  utkwił  w  Walijczyku  ciężkie  spojrzenie.  Coś  było  w  tym 

wzroku takiego, że tamten zamilkł natychmiast. 

- Ale wyjaśnienia, i owszem. Jesteś mi to winien, Claymore. 

Już  nie  „panie  Ramirez".  Claymore  bezwiednie  pokręcił  głową.  W  głosie  starego 

nie  wyczuwał  teraz  kpiny.  Tylko  zniecierpliwienie.  I  .chyba  starannie.  maskowany 

zawód. 

Postukiwał  palcami  o  brzeg  glinianego  kubka,  zajrzał  doń,  jakby  prócz 

rozmiękłych  korzeni  spodziewał  się  znaleźć  w  nim  coś  jeszcze.  Nic  nie  było, 

podobnie jak w dzbanie. Z irytacją odstawił naczynie. 

- Wiecie,  panie, nie  obraźcie  się  - zaczął powoli, starannie dobierając  słowa.  Coś 

przestrzegało go przed robieniem sobie wroga ze starego człowieka, który choć stał 

nad grobem, potrafił budzić respekt. I szacunek. 

- Nie obraźcie się  - powtórzył.  - Znam sprawę.  Zamilkł na chwilę. Nie wiedział, 

jak  kontynuować,  pozbierać  rozbiegane  myśli.  I  zastygł  z  otwartymi  ustami, 

widząc, jak stary uśmiecha się, już nie wilczym wyszczerzeniem zębów, ale zupełnie 

normalnie. 

- Gówno  wiesz,  przyjacielu  -  zaskoczyło  go.  -  Ale  nie  krępuj    się,    chętnie 

usłyszę  twoją  wersję.    A  potem,  owszem,  twoje  przeprosiny  również.  Kiedy  już 

zrozumiesz, jakim jesteś głupcem. 

Claymore pokiwał głową. Już zaczynał co nieco rozumieć. 

*** 

- Nie, panie - powtórzył Walijczyk po raz któryś  z rzędu, wciąż nie wywołując 

żadnej żywszej reakcji. -Nie do mnie z taką sprawą. 

background image

Zastanawiał się, ile z tego, co mówi, trafia do starego rycerza. Bo też nie  dawał on 

po  sobie  nic  poznać,  znów  przymknął  oczy,  jakby  drzemał,  już  nawet  spod  opusz-

czonych  powiek  nie  widać  było  błysku  spojrzenia.  Wielkie,  kościste  łapska, 

poznaczone  starczymi  plamami  spoczywały  w  bezruchu  na  rękojeści  trzymanego 

między  kolanami miecza. Ciekawe, jak szybko potrafiłby obnażyć  ostrze, przemknęło 

Walijczykowi przez głowę. Przełknął ślinę. Doprawdy wolałby nie sprawdzać. 

- Nie 

do 

mnie 

powtórzył 

już 

bardziej 

do 

siebie. 

To, 

jakby wam to, panie, powiedzieć, rodzinna sprawa. Rodzinna zemsta. Nie mieszam 

się w takie rzeczy. 

- Kłamiesz - usłyszał cichy szept. Rycerz nawet nie uchylił powiek. 

Claymore  parsknął  śmiechem,  miał  nadzieję,  że  nie  zabrzmiał  on  zbyt  nerwowo. 

Dostrzegł, że kostki zaciśniętych na rękojeści dłoni lekko zbielały. 

- Nie  kłamię  -  zapewnił  solennie.  Powstrzymał  się  od  spojrzenia  przez  ramię, 

pamiętał,  że  tam  jest  tylko  ściana,  z  wielką  stertą  śmierdzących,  niegarbowanych 

jeszcze  skór,  co  wyjaśniało  poniekąd,  z  czego  utrzymuje  się  karczmarz  i  jego 

rodzina  na  tym  puszczańskim  zadupiu.  Zastanawiał  się,  czy  w  razie  czego  zdąży 

rzucić  się  na  plecy,  zanim  ostrze  rozrąbie  stół,  a  przy  okazji  i  jego  samego. 

Miał wątpliwości. 

- Nie  kłamię  -  powtórzył.  Odetchnął  głęboko,  starając  się  nie  mówić  coraz 

szybciej. - Owszem, mieszam się, przyznaję, ale nie w takie. 

- A co w tej jest niezwykłego? - szept zabrzmiał jak syk. 

Claymore  przetarł  oczy.  Zaczynały  mu  łzawić,  zupełnie  jak  staremu.  Izba  pełna 

była dymu, wtłaczanego przez dymniki porywami wiatru. 

- Proponowano mi już - powiedział ostro. Zaczynało go to wszystko denerwować. 

- Odmówiłem, bo nie mój interes, zapłaty niewart. Bo nigdy nie wiadomo... 

Pięść uderzyła o stół. Stary pochylił się, otworzył wreszcie oczy. 

background image

- Doszedłeś  do  sedna,  przyjacielu  -  powiedział  sucho.  -  I  po  co  było  tak  kręcić? 

Pieprzyć o zasadach? Boisz się, i tyle. 

Burczał  coś  jeszcze  pod  nosem.  Zaciskał  i  otwierał  na  przemian  kościstą  dłoń. 

Claymore poczerwieniał. Bardziej ze złości na własną reakcję niż ze wstydu. 

- Owszem,  boję  się  -  uciął.  -  Z  doświadczenia.  Bo  rodzinne  waśnie  mają  to  do 

siebie, że obracają się przeciw obcym. Albo też trwają w nieskończoność. I wierzcie 

mi, 

panie, 

nie 

opłaca 

się. 

Za 

marną 

zapłatę, 

bo 

ona 

zawsze 

okazuje się marna. 

Przeciągnął  się,  aż  trzasnęło  w  stawach.  Zydle  były  niewygodne.  Dość  tego, 

pomyślał, stary chyba się nie wścieknie.  A i tak trzeba się jakoś wykręcić. Domyślał 

się  kim  jest  siwy  jak  popiół  szlachcic.  Skoro  słudzy  nie  dali  rady,  musiał  się  sam 

pofatygować. 

- Odmówiłem już raz - powiedział twardo, spoglądając wprost w załzawione oczy. 

- Nie podając przyczyn, bo przecież nie muszę, prawda? Ale skoro sam się trudziłeś, 

panie, to winienem ci wyjaśnienie. 

Rycerz  prawie  niedostrzegalnie  kiwnął  głową.  Oczy  zabłysły  mu  w  mroku  i 

Claymore ze zdziwieniem stwierdził, że tli się w nich coś na kształt wesołości. 

- Śmiało  -  padło  jedno  krótkie  słowo.  Ni  to  zachęty,  ni  to  przyzwolenia.  -  Nie, 

zaczekaj. 

Claymore  zdążył  tylko  zaczerpnąć  oddechu,  szykując  się  do  dłuższej  przemowy. 

Nie dane mu było nawet zacząć. 

- Powiesz,  coś  sobie  wykoncypował  -  zaśmiał  się  stary  zgrzytliwie.  Pochylił  się 

nad stołem, chcąc zbliżyć się jak najbardziej do rozmówcy. 

- Powiesz wszystko. A potem... Lubisz ryzykować, Claymore? - spytał znienacka. 

Ramirez  odsunął  się  nieznacznie.  Owionął  go  oddech,  nawet  niespecjalnie 

smrodliwy. Ale mógł w nim wyczuć trawiącą rycerza gorączkę, niepochwytny zapach 

bliskiej śmierci. Wstrząsnął nim dreszcz. 

background image

- Nie lubię - odparł powoli i z namysłem. Znów był zaintrygowany. - Ale mogę. 

- Możesz,  powiadasz?  -  błysk  w  bladych  oczach  znów  skrył  się  szybko  pod 

powiekami. - No to mam propozycję. Powiesz, co wiesz, a potem, jeśli się mylisz, to 

wysłuchasz mnie jeszcze raz. Uważnie. I przychylniej niż dotąd. 

- Tylko tyle? - roześmiał się Claymore. - Tylko takie warunki? 

- Tak  -  w  głosie  rycerza  zabrzmiała  powaga.  –  Tylko  takie.  Albo  aż  takie.  A 

dlaczego, to się sam przekonasz. 

Walijczyk  milczał  chwilę,  postukując  pustym  kubkiem  w  zalany  winem, 

poplamiony  starym  tłuszczem  blat.  Spodziewał  się  czegoś  innego.  Zwykłej  próby 

wytargowania  -nie zgadniesz, mniejsza zapłata. Albo w ogóle bez zapłaty, tak też się 

zdarzało. Nigdy nie dawał się nabierać na takie układy. 

Ale tym razem postanowił zaryzykować. Usiadł wygodniej 

- W  porządku  -  zaczął.  -  Pewien  możny  pan  wrócił  z  Palestyny.  Samowtór,  z 

jednym zbrojnym jeno, tak przynajmniej powiadają. Bo do swego kasztelu dotarł już 

sam. 

Urwał,  rzucił  spojrzenie  na  starego  szlachcica.  Ten  zdawał  się  drzemać.  Tylko 

kościste palce drgały ledwie widocznie, wybijały rytm na pociemniałym drewnie stołu. 

- Dotarł  więc  i  jako  to  bywa,  nie  mieszkając  do  małżonki  swej  się  udał.  Która, 

dziwnym trafem, na murach nie stała ukochanego męża wypatrywać, a w stołpie się 

zamknęła,  w  izbie  sypialnej.  Tedy  nasz  rycerz,  widno  stęskniony,  z  konia 

zeskoczył,  wodze  jeno  służbie  cisnął  i  do  niej  podążył.  Po  czym  małżonce  swej 

prawej,  wytęsknionej    i    dziatkom  małym    gardziołka  poderżnął.  

Zdarza się. 

Claymore zawiesił głos. 

- Mów dalej - ponaglił stary beznamiętnie. Nawet nie uniósł powiek,  nie  zmienił  

się  wyraz  jego    twarzy.  Oświetlona  mdłym  blaskiem  paleniska  wciąż  wyglądała 

jak drewniana maska. 

background image

- Mów, to wszystko przecież wiem. 

No pewnie, że wiesz, pomyślał Claymore niechętnie.  Właśnie zbliżał się do mniej 

bezpiecznych fragmentów swej opowieści. 

I  zastanawiał  się,  jak  rycerz,  niewątpliwie  żywotnie  zainteresowany,  na  nie 

zareaguje. 

- Bywa,  jak  wiecie  -  mruknął.  -  W  Ziemi  Świętej  cni  się,  a  i  głupie  myśli 

przychodzą  człekowi  do  głowy.  Złe  języki  plotą,  zawistni  sąsiedzi  mącą.  I  człek, 

zamiast  ucieszyć  się,  że  dajmy  na  to  białogłowa  potomka  powiła,  o  czym 

posłańcy  donoszą,  wzrusza  się  wpierw,  ale  potem  kombinować  zaczyna,  że  to  już 

trzy lata z okładem, jak zamek rodzinny opuścił. Zdarza się. 

Palce starego zamarły, dłoń znów zacisnęła się w pięść. 

- Do rzeczy, Ramirez! - syknął rycerz, wciąż nie otwierając oczu. - Nie pieprz i się 

nie rozpraszaj. Dobrze wiesz, że tym razem nie o to poszło. 

Walijczyk uśmiechnął się przepraszająco, choć pewnie rycerz i tak tego nie widział. 

- Owszem - podjął szybko. - Nic z tych rzeczy. Dzieci podrastały już, i ich ojcem 

niewątpliwie  był  nasz  możny  pan.  A  jeśli  nie,  to  nikt  mu  rogów  in  absentio  nie 

przyprawił, 

jeno, 

że 

tak 

się 

wyrażę, 

przytomności. 

Dobrze, 

już kończę - uprzedził następny syczący szept. 

Sięgnął  do  kubka,  jakby  spodziewał  się,  że  cudownym  zrządzeniem  przybyło  w 

nim wina. 

- Nieważne - parsknął. - W każdym razie, panie, ludziom odbija. I czasem własnej 

żonie  i  dziatkom  żelazem  po  gardłach  przejadą.  Zdarza  się.  I  krew  o pomstę wołać 

zaczyna,  jak  to  gadają  panowie  Godfrey  i  Eric.  Ludzka  to  rzecz  siostrę  pomścić, 

siostrzeńca  i  siostrzenicę.  A  i  przykład  dać  ludzka  rzecz  i  chwalebna.  Najlepiej  nie 

osobiście, cudzymi rękoma. Bo i po co je sobie brudzić? 

Pytanie  zawisło  w  powietrzu.  Stary  rycerz  nie  odpowiedział.  Oddychał  tylko 

głośniej i szybciej. Claymore zaczynał mieć dość. 

background image

- Spójrz  na  mnie,  człowieku!  -  huknął  wreszcie.  Cała  sytuacja  zaczynała  być 

nieznośna. 

Stary otworzył oczy, popatrzył przeciągle prosto w twarz Walijczykowi. Mętna, 

połyskująca w świetle węgli na palenisku łza wezbrała w kąciku oka. 

Milczał. 

- Powiem  wam,  panie  de  Lisle,  to  samo,  co  kazałem  odpowiedzieć  waszym 

synalkom.  -  Claymore  zniżył  głos  do  szeptu.  -  Nie  moja  to  sprawa,  załatwiajcie  to 

sami.  Nic  w  tym  wszystkim  po  mnie,  to  rodowa  zemsta.  Za  krew 

waszej córki i wnucząt. Ale zróbcie to, kurwa, sami. 

Roześmiał się pogardliwie. 

- Nie,  panie  de  Lisle.  Nic  z  tych  rzeczy,  nie  będę  wam  opowiadał  dupereli  o 

honorze. To wasza specjalność. Ale ja tu nie widzę interesu. Bo przecież chcecie go 

dostać, 

żeby 

poczuł, 

że 

umiera, 

prawda? 

Nie 

ustrzelić 

kuszy,  

bezpiecznie.  Nie  zacnych  cottereawc  wynająć,  żeby  go  na  trakcie  usiekli.  On  musi 

wiedzieć,  za  co  umiera.  Chciałbyś  zajrzeć  mu  w  oczy,  żeby  zobaczyć  strach  i  ból, 

chcesz,  żeby  krzyczał,  jak  twoja  córka.  Żeby  błagał  o  litość,  jak  błagała  lady 

Olwyn. Nic z tego, mój dobry panie. To wasza specjalność. 

Łza spłynęła po pooranym zmarszczkami policzku starego, zabłysła jaśniej, kiedy w 

palenisku strzelił smolny sęk i drewno zajęło się żywszym płomieniem. 

- Nie  widzę  interesu  -  mówił  już  spokojniej  Claymore.  -  A  wręcz  przeciwnie. 

Imaginuj sobie waszmość, że i pan  William  Hawes  może  mieć  braci. Przyjaciół.  I 

ta  waśń  ciągnąć  się będzie  przez  lata. Nic  tu po  mnie, nie pcham  paluchów między 

drzwi. Wyszczerzył się cynicznie. 

- Załatwiam  drobne  sprawy,  panie  de  Lisle.  Zgoda,  trudne  i  paskudne,  ale  nie 

mieszam się do honoru i sprawiedliwości. 

Sięgnął po omacku, zgarnął swoją sakwę i pas z mieczem, który cisnął przedtem na 

skrzynię. 

background image

Siadaj - głos starego szlachcica zabrzmiał cicho, lecz z naciskiem. 

Claymore żachnął się, lecz posłusznie usiadł. 

Przecież powiedziałem wam, panie, nic tu po mnie - mruknął po chwili. - Sam 

przyznasz, wszystko się zgadza, wiesz przecież. Twoim synom też odmówiłem. Nawet 

ich widzieć nie chciałem. - Stary rycerz zaśmiał się złośliwie. 

Istotnie,  panie  Ramirez.  Opowiedziałeś  wszystko  dokładnie,  nie  pominąłeś 

niczego. I niczym mnie nie zaskoczyłeś. Za to ja cię zaskoczę. 

Zawiesił głos na chwilę. 

Nie  nazywam  się  de  Lisle  -  dokończył  wreszcie  i  znów  rozkaszlał  ze 

śmiechu na widok miny Walijczyka. 

* * * 

Szczuropodobny  karczmarz  zmaterializował  się  błyskawicznie,  Claymore  nie 

musiał  nawet  zbytnio  nadwerężać  gardła.  Widać  łobuz  podsłuchiwał.  Wino  pojawiło 

się równie szybko, nawet nie najgorsze, jak zauważył Ramirez, kiedy już skosztował. 

Nigdy by się nie spodziewał, że na takim zadupiu mają coś takiego. 

- Dowiedziałem się sporo o tobie, Ramirez.  - Stary rycerz umoczył obwisłe wąsy 

w swoim kubku. - Jak możesz zgadnąć, równie wiele złego, co i dobrego. A to dobre, 

to też takie, khem, mocno kontrowersyjne. 

Przerwał, pociągnął łyk wina. Skrzywił się z obrzydzeniem. 

- Cienkie - prychnął. - Nie zwykłem pijać takiego świństwa, wierz mi. 

Claymore uwierzył. Wierzył we wszystko, odkąd usłyszał imię starego. Wciąż był 

jak ogłuszony, zupełnie nie spodziewał się takiego rozwoju sytuacji. Bardzo nie lubił 

się mylić. 

background image

Rozmawiałem  ze  starym towarzyszem,  hrabią Gisbourne.  Sądzisz pewnie,  że 

niewiele  powiedział?  Mylisz  się.  Wystarczająco.  Chociaż  nie  wchodził  zbytnio 

w szczegóły. 

Wino  jednak  nie  jest  takie  złe,  pomyślał  Walijczyk  i  wzruszył  lekceważąco 

ramionami. Guy był dobrym klientem, zbyt wiele nie gadał. We własnym, dobrze poj-

mowanym interesie. 

- Nieważne zresztą - rycerz także niecierpliwym ruchem ręki okazał lekceważenie. 

-  Masz  rację,  nie  powiedział  dużo.  Powiedział  coś  ważnego,  ale  o  tym  później. 

Zastanawiasz  się  zapewne,  skoro  już  wiesz,  kim  jestem,  co  teraz  ci  zaproponuję? 

Domyślasz się już i zastanawiasz, jak się wykręcić. 

To nie było pytanie, tylko stwierdzenie. Chwilę trwało milczenie. Ramirez siedział 

nieruchomo, wpatrywał się z zamyśleniem w powierzchnię trunku w swoim kubku. 

- Niepotrzebnie - skwitował sir Hawes cierpko. - Znów się mylisz. 

Claymore  istotnie  zastanawiał  się  usilnie,  jak  się  z  wykpić  z  całej  sprawy.  Nie 

bardzo  wiedział  jak,  gdyż  okazało  się,  że  polecił  go  nie  byle  kto,  a  sam  hrabia, 

Walijczyk  zmełł  pod  nosem  kilka  serdecznych  życzeń  pod  adresem  de  Reno.  Ale 

teraz, kiedy już wiedział, z kim miał wątpliwą przyjemność, sprawa wyglądała gorzej 

niż z początku. Znacznie gorzej. 

Nie  chodziło  o  zemstę.  Zapewne  o  coś  wręcz  przeciwnego.  Wyglądało  na  to,  że 

biedny  William  Hawes,  od  niedawna  wdowiec,  nie  ma  przyjaciół.  Ma  tylko 

bogatego i bezwzględnego ojca. A jedynym przyjacielem i ochroną ma stać się niejaki 

Claymore Ramirez, którego można wynająć do wszystkiego. Do obrony przed braćmi 

de Lisle na przykład, którzy dyszą żądzą pomsty za siostrę. 

- Nic z tego, panie - spróbował Ramirez jeszcze raz. - Nie będę... 

Wino chlusnęło na stół, kiedy gliniany kubek trząsł w pięści szlachcica. 

- Będziesz,  Ramirez  -  syknął  Hawes.  -  Będziesz...  Zrobisz  to,  co  ci  każę,  i  za  co 

zapłacę. A wiesz dlaczego? 

background image

Nie doczekał się odpowiedzi. 

- Bo jesteś ciekawy - podjął wreszcie ocierając mokre, zalane winem palce o swój 

kubrak,  poznaczony  rdzawymi  odciskami  od  zbroi.  -  To  mi  właśnie  powiedział  de 

Reno: ty chcesz dojść prawdy. Dlatego jesteś tak skuteczny. Innych zalet, podobno, 

masz niewiele. 

Jego oczy zwęziły się złośliwie. 

- Tak, jesteś w sam raz sprawny i okrutny. Bezwzględny i wytrwały. Ale, przyznasz 

sam,  takich  jest  na  pęczki.  Można  ich  zbierać  na  każdym  gościńcu,  a  jak  chcesz 

mieć 

pewność, 

to 

każdym 

zasranym 

lochu. 

Ale 

ty 

masz 

coś 

więcej, człowieku... 

Rycerz  nie  potrafił  zataić  pogardy,  która  dźwięczała  w  jego  głosie.  Ale  to  akurat 

Ramirezowi zwisało. 

- Owszem,  jesteś  jednym  z  najlepszych.  Dlatego  kazałem  cię  odszukać.  I  dobrze 

zapłacę. 

Tym razem Claymore miał już rzeczywiście dość. 

- Wybacz,  panie  -  powiedział  twardo  i  skłonił  się  uprzejmie.  -  Ale  na  nic  mi 

wasza  zapłata,  skoro  pewnie  nie  dożyję  dnia,  kiedy  mi  ją  wręczysz.  Pan  William 

jest sam i jeśli nie poprosi o azyl w jakimś klasztorku, nie pokaja się przed Bogiem, 

nie dożyje zimy. A ja razem z nim, jeśli stanę po jego stronie. Poszukajcie sobie innego 

idioty, sir Hawes. 

Oczekiwał  wybuchu  złości  i  był  gotów  stawić  mu  czoło.  Zawiódł  się  po  raz 

kolejny. 

- Nie muszę szukać, właśnie znalazłem odpowiedniego - stwierdził tylko szlachcic 

sucho. - Nadajesz się. A teraz słuchaj... 

Claymore  postanowił  jednak  posłuchać.  I  rzeczywiście,  musiał  się  zgodzić  ze 

starym szlachcicem. 

background image

- Nie  będziesz  go  chronił,  wręcz  przeciwnie.  Odszukasz,  co  zapewne  nie  będzie 

łatwe. A potem... Potem zabijesz, szybko i sprawnie, co będzie jeszcze trudniejsze. 

Ogień zalśnił krwawym odbiciem w załzawionych oczach. 

- Przeklęty jest on i czyny jego. Ja, który go z lędźwi własnych na świat wydałem, 

przeklinam w imię wszystkiego co święte. Nie będzie przebaczenia. Ale... 

Głos starca załamał się, przez chwilę słychać było tylko ciężki, świszczący oddech. 

Nagle  chuda  dłoń  poznaczona  wątrobianymi  plamami  zacisnęła  się  mocno  na 

nadgarstku  Ramireza,  niczym  szpony  drapieżnego  ptaka.  Walijczyk  aż  syknął  z 

zaskoczenia i bólu, stary człowiek miał żelazny uścisk. 

- Ale  chcę  wiedzieć  -  już  tylko  szeptał,  świszczący  szept tchnął wprost w twarz 

Claymore'a. - Chcę wiedzieć, a tylko ty możesz dojść prawdy. Jaka by ona nie była. 

Nie 

zabijesz 

go 

od 

razu, 

musi 

powiedzieć. 

Muszą 

przemówić 

demony, które go uwięziły, bo to przecież nie mój syn, nie mój William... 

Gorąca łza kapnęła na nadgarstek Claymore'a. 

- Musisz  mi  pomóc.  Musisz  go...  uwolnić...  Ramirez  już  wiedział,  że  pomoże. 

Chociaż coś w głębi duszy ostrzegało go, że gorzko tego pożałuje. 

* * * 

Stary  rycerz  odjechał,  dawno  ucichło  już  poparskiwanie  wielkiego  bojowego 

rumaka. Ogień na palenisku dopalił się już prawie, jaśniejące węgle powlekła warstwa 

popiołu. Wino smakowało niczym ocet. 

Claymore nie  mógł się zebrać do drogi. Nie zamierzał nocować  tu, w tej izbie, na 

brudnej i zmierzwionej słomie pod ścianami. Oczyma wyobraźni widział legiony ro-

bactwa,  które ją niewątpliwie zamieszkiwały. A nie  mógł  d  & liczyć nawet na siano 

w  stodółce,  z  braku  stodółki.  Zostały  z  niej  tylko  zwęglone  zręby,  ktoś  widać 

nieostrożnie  obchodził  się  z  łuczywem.  Nie  robiło  to  wielkiej  różnicy  w  karczmie 

background image

na  uboczu,  której  jedynymi  gośćmi  byli  zapewne  kłusownicy,  smolarze  i  zapijaczeni 

borowi. 

Czas  nie  naglił  zbytnio.  Ramirez  nigdy  nie  zaczynał  działać  gorączkowo,  zawsze 

starał się wszystko starannie przemyśleć. Przygotować się jak najlepiej, by pozbawić 

przeciwnika  wszelkich  szans.  Ale  teraz  nawet  nie  zaczął  snuć  planów,  nie  zaczął 

analizować opowieści starego szlachcica, nieskładnej i przerywanej, wyrywanej zdanie 

po zdaniu, kiedy rycerz w końcu zaczął odpowiadać na pytania. 

Gdyby  ktoś  powiedział  mu  jeszcze  dzisiejszego  ranka,  że  podejmie  się  takiego 

zlecenia,  Walijczyk  popukałby  się  tylko  w  czoło.  Gdyby  ów  ktoś  obstawał  przy 

swoim,  spytałby  tylko  uprzejmie,  z  kim  się  na  łeb  zamienił.  Nawet,  jeśli  pytającym 

byłby sam hrabia Gisbourne. 

Gisbourne. Na wspomnienie tego nazwiska Claymore zaklął głośno i plugawię. Jak 

spod ziemi pojawił się karczmarz. 

- Wołaliście mnie, panie? - zahuczał basem, który nijak nie pasował do mizernej  

postury.  Wyszczerzył wystające zębiska w nieszczerym uśmiechu. 

- Nie,  nie  wołałem  cię,  chyba  że  nazywasz  się...  Ech,  nieważne  -  Ramirez 

roześmiał się mimo woli. 

Mały  człowieczek  zerkał  rozbieganym  wzrokiem.  Najwyraźniej  miał  nadzieję  na 

dodatkowy zarobek. 

- Eeeee... - zaczął. - Może coś przekąsicie? Polewki na przykład, znakomita jest. 

Bo, tego, w komorze pusto, jako to na przednówku. 

A  od  kiedy to u was,  kłusowników, przednówek?, pomyślał Claymore. Sądząc po 

smrodzie tych skór, świeżych niewątpliwie, obżarliście się mięsa po dziurki w nosie, i 

to całkiem niedawno.  A zresztą,  machnął ręką, co  mnie obchodzą królewskie jelenie, 

skoro i szeryf, i borowi mają to najwyraźniej głęboko w dupie. 

Zwrócił się wprost do karczmarza, który stał w wyczekującej, służalczej pozie. 

background image

- Spierdalaj, dobry człowieku - powiedział łagodnie. Dobry człowiek posłuchał od 

razu. Zanim  drzwi  się  za  nim  domknęły, z  podwórza, z  letniej  kuchni,  doleciał  za-

pach polewki. Ramirez aż się wzdrygnął. 

Dolał  sobie  wina,  którym  wzgardził  sir  Hawes.  Znów  powróciły  niewesołe  myśli. 

Zwłaszcza jedna, ta najgorsza. 

Wspomniał starego rycerza, który wyrzucił już z siebie  nieskładną opowieść, cały 

ból i rozpacz. I jedno imię, na „ dźwięk którego aż cały zesztywniał. 

Przymknął oczy. Znów widział sir Hawesa, już nie żelaznego starca, trzymającego 

się  prosto,  z  lodowatym  spojrzeniem.  Raczej  złamanego,  dobiegającego  kresu 

swych  dni  człowieka,  który  stracił  wszystko.  Syna  i  wnuki.  I  teraz  chce  już  tylko 

poznać prawdę, w nadziei, że ona go wyzwoli. Złudnej nadziei. 

- To  nie  Gisbourne  mnie  do  ciebie  przekonał,  Ramirez.  To  Bertrand  de  Folville, 

stary rzeźnik. 

Rycerz mówił cicho, ramiona opadły mu bezradnie.  Ale Claymore nie słuchał  już 

uważnie,  wystarczyło  to  imię,  by  wróciły  wspomnienia,  które  starał  się  wyrzucić  z 

pamięci. 

- Folville  cię  nienawidzi,  Ramirez  -  słowa  starca  docierały  jak  przez  grubą 

zasłonę. - Jeśli cię kiedyś dopadnie, pewnie zabije, znasz go, jest do tego zdolny. 

To  na  pewno,  przebiegło  przez  głowę  Walijczyka,  Zwłaszcza  teraz,  kiedy  jak 

ludzie mówią, sir Bertrand zaczął zwalczać zło w każdej postaci. W imię zasad. 

- Gardzi tobą  -  sir  Hawes  zdawał  się znajdować  w tym,  co  mówi,  jakąś osobliwą 

przyjemność.  -  Powiada,  że  takich  jak  ty  trzeba  wyrywać  jak  chwasty,  nie  powinna 

ich święta ziemia nosić. Coś ty mu zrobił, człowieku? 

Claymore otrząsnął się. Odegnał wspomnienia, te dalsze i te bliskie. 

- Dobre  pytanie  -  mruknął  pod  nosem.  Nie  odpowiedział  na  nie  wtedy  i  nie 

zamierzał teraz. Nawet samemu sobie. 

background image

Ale  gdzieś  głęboko,  zepchnięte  z  trudem  na  dno  świadomości  tkwiły  słowa, 

którymi  Bertrand  de  Folville,  prawy  rycerz  bez  skazy  zarekomendował  jego  usługi. 

Ramirez obracał je w głowie, aż w końcu musiał wypowiedzieć na głos. 

- Tylko  świr  może  złapać  świra  -  mruknął  kwaśno.  Obawiał  się,  że  to  może  być 

prawda. 

- I I -  

Brama była zamknięta. 

Claymore wiercił się w siodle, jego wierzchowiec tańczył w miejscu. Pod kopytami 

cmokało  błoto,  głębokie  ślady  w  gliniastej  drodze  wypełniała  powoli  brudna  woda. 

Deszcz wciąż zacinał ostro niczym jesienna ulewa. 

Zimne  krople  siekły  twarz,  kiedy  uniósł  skraj  przemoczonego,  ociekającego 

kaptura,  by  przez  gęste  strugi  zobaczyć  cokolwiek.  Przetarł  oczy,  przy  tym  ruchu 

poczuł  ostry  zapach  nasiąkniętej  skóry  jeździeckiej  rękawicy,  zesztywniałej  od 

wilgoci. Naturalnie znów niczego nie zobaczył. 

Niczego ani nikogo. 

Nienawidził takich sytuacji. Przestał już nawoływać,  by nie zedrzeć sobie całkiem 

gardła, poza tym własny głos brzmiał w jego uszach jak niepoważne skrzeczenie, tłu-

mione  przez  głośny  szum  deszczu,  chlupot  kałuży  pod  kopytami  niespokojnego 

wierzchowca i jęk wiatru w załomach murów. Na blankach i krenelażach nie dostrzegł 

nikogo,  żadnego  zasmarkanego  zbrojnego,  który  wypatrywałby  nadjeżdżających.  A 

przecież zamek wyglądał jak przygotowany do oblężenia, z zamkniętą bramą, podnie-

sionym  na  łańcuchach  mostem  nad  fosą,  w  której  siwa  woda,  smagana  strugami 

ulewy i marszczona wichurą, zdawała się wrzeć.  

Zimne  strumyki  spłynęły  po  szyi,  pod  skórzany  kaftan.  Claymore  wstrząsnął  się, 

opuścił kaptur. Zaklął plugawię, przekleństwo też utonęło w szumie ulewy. 

background image

To nie była burza z piorunami, jakiej można było spodziewać się na początku lata. I 

nic nie zwiastowało deszczu ani huraganu, kiedy wyjeżdżał z Nottingham ani później, 

gdy  podążał  traktem  wijącym  się  po  obrzeżach  puszczy,  pośród  pastwisk 

poprzekreślanych  niskimi,  zrujnowanymi  kamiennymi  murkami,  które  w  większości 

pozarastały chwastami i wysoką, wybujałą trawą. 

Dopiero  gdy  dotarł  do  włości  młodego  pana  Hawesa,  poczęło  ciemnieć.  Jakby 

znikąd  nadciągnęły  chmury,  niskie  i  ciężkie,  brzemienne,  o  barwie  ołowiu.  Pierwsze 

podmuchy zaszumiały w gałęziach przydrożnych drzew, uniosły z traktu kłęby kurzu. 

Wiatr wzmagał się  gwałtownie, cisnął raz i drugi w twarz drobnym piaskiem. W po-

wietrzu można było wyczuć zapach nadchodzącego deszczu, ciężką, chłodną wilgoć, 

która  po  ciepłym,  niemal  upalnym  dniu  przenikała  do  szpiku  kości.  Claymore  przy-

spieszył  wtedy,  przynaglił  niespokojnego  konia  do  galopu.  Chciał  jak  najszybciej 

stanąć  pod  zamkiem,  którego  sylwetka  majaczyła  już  w  oddali,  słabo  jeszcze 

widoczna, przesłonięta wirującym pyłem. 

Deszcz  lunął  niespodziewanie.  Niepoprzedzony  grzmotem  ani  nawet  pomrukiem 

nadchodzącej burzy.  I wciąż siekł z niepowstrzymaną siłą. Ciemne chmury kotłowały 

się  nisko,  sprawiały  wrażenie,  jakby  ich  najciemniejsze,  najgęstsze  centrum 

znajdowało się dokładnie nad wieżą, której sylwetka zakończona spiczastym dachem 

górowała  nad  zamkiem.  Okazałym  i  bogatym,  ale  bez  żywej  duszy  na  murach  i  w 

czatowniach, z zamkniętą na głucho bramą. Nieliczne chaty na podgrodziu sprawiały 

wrażenie  opustoszałych  -  żadnych  szczekających  psów,  żadnych  pałętających  się 

pospołu z nierogacizną i równie umorusanych bachorów. 

Gdyby  Ramirez  był  przesądny  pomyślałby  może,  że  to  znak.  Ostrzeżenie.  Ta 

ulewa,  tak  dziwna  i  niespotykana  o  tej  porze  roku,  chmury  ciemne  i  złowieszcze, 

które  nijak  nie  chcą  się  rozwiać,  utrzymywane  tajemniczą  siłą  w  jednym  miejscu.  I 

pustka. 

Warownia  jak  przygotowana  do  oblężenia,  pomyślał  Claymore,  ocierając  twarz  i 

obwisłe, ociekające wąsy. Albo wymarła. 

background image

Tkwił tu już na tyle długo, by złość przeszła w rezygnację. Przemókł do cna. I nie 

widział  żadnego  sposobu,  jak  zwrócić  na  siebie  uwagę  kogokolwiek,  kto  krył  się  za 

murami  z  wielkich,  ciosanych  wapiennych  bloków.  Po  raz  któryś  z  rzędu,  odkąd 

zgodził  się  na  tę  robotę,  klął  cicho  pod  nosem. Klątwy padały zresztą  wcale nie pod 

adresem  sir  Hawesa.  Ramirez  wciąż  nie  mógł  się  nadziwić,  że  przyjął  jednak  to 

zlecenie. 

Coś nagle się zmieniło, Walijczyk w pierwszej chwili nie mógł się zorientować, co 

właściwie. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niego, że ulewa słabnie. Na kałużach 

i  rozlewiskach,  które  utworzyły  się  na  zrytym  podkowami  i  kołami  wozów  trakcie, 

pryskały  wesoło  bąbelki.  Krople  siekły  coraz  rzadziej,  coraz  słabsze  były  podmuchy 

zimnego wiatru. Wartkie strumyki wypłukiwały żwir, spływały do fosy, marszczonej 

teraz drobną falką. 

Claymore pomyślał, że może teraz ktoś wreszcie pokaże się na blankach. Bo nadal 

nie  widział  sensu  w  nawoływaniu,  skoro  jak  dotąd  nikt  nawet  nie  kwapił  się  spraw-

dzić, kto zacz jest ten, który przybył pod mury. 

Nie  krzyknął  więc,  zajęty  niewesołymi  myślami,  siedział  zgarbiony  w  siodle,  na 

wierzchowcu,  który uspokoił  się  już,  nie  mieszał  podkowami  błota.  Czekał  i  ocierał 

wilgoć z twarzy, teraz już raczej z przemoczonych włosów i kaptura niż rzedniejącego 

deszczu. I wciąż zastanawiał się, po co się w to wszystko wpakował. 

Nikt nie pojawił się na murach, nie wyjrzał zza blank ani z wąskich wykuszy. Nikt 

nie wezwał nieznajomego, przemoczonego do cna przybysza, by okrzyknął się wedle 

zwyczaju.  Zahurkotał  tylko  kołowrót,  pośród  skrzypienia  i  pobrzękiwania 

łańcuchów pociemniałe bale mostu drgnęły i powoli zaczęły się opuszczać. 

Claymore  odrzucił  na  plecy  ciężki,  nasiąknięty  kaptur.  Odlepił  od  czoła  kosmyk 

włosów. Sprężył się cały, tknięty złymi przeczuciami. To wszystko było dziwne, choć 

mógł się domyślać przyczyn. Wiedział przecież dobrze, co się tu wydarzyło. 

background image

Świat  znów  pojaśniał,  kontury  zamku  ostro  rysowały  się  w  przejrzystym, 

spłukanym  deszczem  powietrzu.  Szare,  gdzieniegdzie  prawie  białe,  wapienne  bloki 

lśniły ociekając wilgocią. Ciężki most z głuchym stęknięciem osiadł nad fosą. 

Wierzchowiec,  przynaglony  lekkim  uciskiem  kolan,  ruszył  powoli,  pod  kopytami 

znów chlupotało i cmokało błoto. Potem podkowy zadudniły głucho na moście. Clay-

more wpatrywał się w ciemną czeluść bramy, za  którą  rozciągał się równie  mroczny 

dziedziniec. Nikt nie wyszedł mu na spotkanie. Nawet ludzie, którzy musieli przecież 

zmagać się z wielkim kołowrotem, gdzieś zniknęli. 

Walijczyk pochylił machinalnie głowę, gdy ogarnął go cień i podkowy zastukały po 

bruku. Domyślał się, jakiego  może oczekiwać powitania już wcześniej, jeszcze  kiedy 

nawoływał bez rezultatu w strugach deszczu, pod murami i zamkniętą bramą. Teraz 

podejrzenia przeradzały się w pewność i niepokój mocniej ścisnął mu żołądek. 

* * * 

Szli  szybko,  przodem  zgarbiony  pokurcz  w  zgrzebnej  opończy.  Był  to  chyba 

najbardziej pośledni sługa, jakiego dało się znaleźć na zamku. 

Idąc  podrygiwał  śmiesznie,  podrzucał  jednym,  uniesionym  wyżej  barkiem, 

powłóczył  wyraźnie  nogą.  Co  chwila  oglądał  się  za  siebie,  wbijał  w  Claymore'a 

przynaglające i natarczywe spojrzenie, po czym, jakby wystraszony własną śmiałością 

i  bezczelnością,  potrząsał  głową,  chował  ją  głębiej  w  ramiona  i  szparko  ruszał 

naprzód.  Walijczyk  ledwie  za  nim  nadążał,  obdartus  pomykał  żwawo  niczym  pająk, 

którego w rzeczy samej przywodził uporczywie na myśl. 

Krople  z  przemoczonego  płaszcza  padały  na  zakurzone,  posypane  starą,  zdeptaną 

słomą  kamienie  posadzki.  Rozpryskiwały  się,  zostawiały  ciemne  ślady,  które  w  mi-

gotliwym, mdłym blasku niesionego przez pokurcza łuczywa były prawie czarne. Jak 

krew,  nasunęło  się  Ramirezowi  skojarzenie,  wyjątkowo  na  miejscu,  z  czego 

natychmiast zdał sobie sprawę. 

Kąty  wielkiej  sali  ginęły  w  mroku.  Przez  wąskie  okna,  osłonięte  błonami 

rozpiętymi w drewnianych ramach, niczym w środku zimy, wpadało niewiele światła. 

background image

Pod  ścianami  coś  majaczyło,  Claymore  przyjrzał  się  bliżej.  Czarne,  nieregularne 

kształty, jaśniejące gdzieniegdzie bielą. Potrzaskane, zwalone na sterty ławy.  

Zatrzymał  się.  Nie  zwracał  uwagi  na  sługę,  który  też  stanął  i  teraz  kręcił  się 

niecierpliwie. Światło zadrgało, łuczywo trzęsło się w niepewnym uchwycie, pokurcz 

wydawał niemiłe dźwięki, przypominające cmokanie lub posysanie zepsutego zęba. 

Na nic więcej się nie ośmielił. 

Ramirez  rejestrował  szczegóły.  Wielki  stół,  przewrócony  na  bok,  w  blacie  z 

grubych dębowych desek ziały szerokie szczerby. Ławy potrzaskane ciosami mieczy 

albo  toporów.  Ktoś  bronił  się  za  nimi,  zwalił  niczym  barykadę.  Chyba  nie  pomogło, 

ocenił Claymore beznamiętnie. 

Nie oglądając się za siebie, wyciągnął rękę w stronę garbusa. Odgłos ssania ucichł 

jak ucięty, ale niewydarzeniec zrozumiał od razu. Walijczyk poczuł, jak wciska mu w 

dłoń łuczywo. 

Krąg  chwiejnego  światła  sięgnął  dalej.  I  zadrżał  jeszcze  bardziej.  Claymore  nie 

mógł  powstrzymać  odruchu,  choć  przecież  spodziewał  się  już,  co  zobaczy.  Zanim 

jeszcze  zobaczył,  poczuł  zapach,  którego  nie  sposób  pomylić  z  niczym  innym. 

Ciężki, słodkawy zaduch zakrzepłej krwi. Intensywny i mdlący, choć w mrocznej sali 

było zimno, z wygasłego komina wiało przejmującym chłodem. 

Blask  łuczywa  położył  się  na  bielonej  ścianie.  Ramirez  usłyszał  sapnięcie,  nie 

wiedział  w  pierwszej  chwili,  czy  to  on  sam  wciąga  powietrze  przez  zęby,  czy  może 

stary sługa zaczął dyszeć, szybko, spazmatycznie i zgrzytliwie. 

Ciemne  bryzgi  plamiły  wapno.  Wachlarze  drobnych  kropelek  wsiąkły  w  zaprawę, 

łączyły  dziwacznym  wzorem  większe  kleksy,  rozlane  jak  inkaust  na  pergaminie. 

Dużo tego, pomyślał niejasno Claymore. Bardzo dużo. 

To  jednak  stary  sapał.  W  świszczący  odgłos  wplótł  się  szept.  Słowa  wyrzucane 

rytmicznie i pospiesznie. Z początku Ramirez sądził, że to modlitwa, że garbaty sługa 

wzywa  świętych  Pańskich  dla  dodania  sobie  odwagi  albo  błaga  o  spokój  dla  dusz 

background image

tych,  których  pomordowano  w  tej  mrocznej  sali.  Ale  kiedy  wsłuchał  się  uważniej, 

pojął, że się myli. Nie rozróżniał słów, czasem tylko padało jakieś 

O  bardziej znajomym brzmieniu. To nie była modlitwa. Wręcz przeciwnie. 

Dreszcz  przebiegł  po  okrytym  przemoczonym  odzieniem  grzbiecie  Walijczyka. 

Słyszał  już  kiedyś  podobne  wersy,  zrodzone  w  mrocznych  lasach,  wśród  omszałych 

głazów  ułożonych  w  kręgi.  Kim  ty  jesteś,  garbusie,  pomyślał  Claymore,  unosząc 

łuczywo, którego blask odbił się czerwienią w oczach sługi. Skąd znasz te słowa, kto 

dał  ci  siłę, byś  przeklinał  i  rzucał  urok?  I  kto  dał  ci  prawo,  byś  przeklinał  w  imieniu 

tych, którzy... 

Szept umilkł, pokurcz osłonił dłonią porażone światłem oczy. Claymore odwrócił 

się powoli, słysząc pisk i skrobanie  drobnych  pazurków.  Opuścił  niżej  dymiącą 

i skwierczącą żywicą pochodnię. 

Tych, którzy tu zostali, dokończył myśl. Spłoszone szczury pryskały w ciasne kąty 

z kręgu światła, jeden tylko przypadł do posadzki, zbyt przerażony, by uciekać, a może 

przeciwnie,  odważniejszy  od  innych  albo  zbyt  zachłanny  by  pozostawić  posiłek. 

Claymore  nachylił  się,  czuł  narastające  mdłości.  Dłoń  wystająca  spod  stosu 

zwalonych,  potrzaskanych  ław  zaciskała  palce,  pozbawione  już  ciała,  tylko  białawe 

ścięgna utrzymywały razem małe koraliki kosteczek. 

Wyprostował się gwałtownie, cofnął omal nie wpadając na garbusa. Zatrzymał się 

tak  blisko,  że  poczuł  odór  niemytego  ciała,  smród  nieświeżego  oddechu,  który  za-

głuszył na chwilę wszechobecny zaduch skrzepłej krwi. 

Odetchnął  głęboko,  starając  się  czynić  to  przez  usta.  Łomot  serca  uspokoił  się 

powoli,  mdłości  ustępowały,  ale  nie  ustępował  ciężar  zalegający  w  piersi.  Lecz  tym 

razem był to gniew. 

Claymore zrozumiał, że rycerz go okłamał. Potrząsnął głową. Nie okłamał, ale nie 

powiedział wszystkiego. Na jedno wychodzi. 

background image

Młody Hawes nie wyszedł ot tak, ze swego rodowego zamku. Wyrąbał sobie drogę, 

choć  nikt  nie  ośmielił  się  go  zatrzymywać.  Bo  jakże  to  tak,  sprzeciwić  się  panu, 

choćby  dokonał  przed  chwilą  ohydnego  i  niezrozumiałego  czynu?  Zapewne  stali  i 

patrzyli ze zgrozą. Aż zaczął zabijać.  Wtedy ci,  którzy nie zdołali uciec, zaczęli się 

bronić. Ale też bezskutecznie. 

To  dlatego  nikt  nie  wyszedł  na  spotkanie,  nawet  nie  pojawił  się  na  murach.  Być 

może  w  zamku  został  tylko  ten  staruch.  Inni  uciekli  albo  leżą  tu,  pod  zwałami 

potrzaskanego drewna albo i gdzie indziej, w miejscach, w których  dopadł ich gniew 

pana. 

- Tylko... - głos zawiódł Claymore'a, załamał się na chrapliwej nucie. 

Garbus  pokiwał  głową,  dość  groteskowo,  zważywszy,  że  prawie  nie  miał  szyi. 

Wyglądało, jakby rzadką siwą brodą zmiatał sobie okruchy z opończy. 

- Tylko  ja  zostałem  -  odparł  cicho. Jego  twarz  wykrzywił  mimowolny, nerwowy 

grymas.  -  Nie  miałem  jak  ich  pogrześć,  jeno  przywaliłem.  Chłód  tutaj,  jeszcze  nie 

cuchną. Ale poczną niebawem. 

Jeśli szczury cokolwiek zostawią, przemknęło Claymore'owi przez głowę i poczuł, 

jak znów żołądek podjeżdża mu do gardła. Opanował się z trudem. 

- Wiesz, jak to było? - odchrząknął. - Widziałeś? 

Stary  sługa  milczał  przez  chwilę.  Zmrużył  oczy,  wykrzywił  i  tak  zniekształconą 

twarz. Głowa zaczęła mu się trząść, świszczący oddech przyspieszył, aż przeszedł 

w chichot. 

- Gdybym  widział...  -  sługa  zakrztusił  się,  kaszlał  przez  chwilę.  -  Gdybym 

widział... 

Nie potrafił dokończyć. Po policzkach popłynęły łzy. 

Gdybyś  widział,  leżałbyś  tu  teraz,  przywalony  ławami,  skorupami  glinianych 

garncy,  pomyślał  Claymore.  Ogryzałyby  cię  szczury.  Nie,  nie  leżałbyś,  nie  miałby 

cię kto nimi przywalić, ale szczury i tak by się pożywiły. 

background image

Garbus uspokoił się wreszcie. Otarł łzy rękawem brudnej opończy. 

- Rozumiecie, panie? - spytał. Ramirez przytaknął. 

- Gówno  rozumiecie  -  rozzłościł  się  niespodziewanie  sługa.  -  Gówno  wiecie.  On 

mnie nie zabił, chociaż mógł. Kiedy już oni wszyscy... 

Urwał i trzęsącą się dłonią wskazywał gdzieś pod ścianę. 

- Jednak  stanąłeś  mu  na  drodze,  pojął  Claymore.  Uważniej  przyjrzał  się  staremu 

słudze. 

- Zrozumienie  było  jak  błysk,  jak  wizja.  Był  w  tej  sali,  rozświetlonej  płonącymi 

na  kominie  polanami  i  łuczywami  w  żelaznych  kunach.  Tak  jasnej,  że  mógł 

widzieć  wszystko,  z  dziwacznej  perspektywy,  jakby  stał  się  nagle  bezcielesnym 

duchem,  który  unosił  się,  zawieszony  gdzieś  w  połowie  między  posadzką  a 

sklepieniem wspartym na wielkich, niedbale obrobionych belkach. 

Zatoczył się, prawie upadł. Poczuł nagłe ukłucie bólu pod czaszką. Pociemniało mu 

w oczach. 

Kiedy  znów  odzyskał  wzrok,  uświadomił  sobie,  że  siedzi  na  zimnych  kamieniach, 

posypanych  zdeptaną  słomą.  Ktoś  pochylał  się  nad  nim,  potrząsał  za  ramię.  Z 

wysiłkiem  zogniskował  spojrzenie,  przez  krótką  chwilę  miał  zupełną  pustkę  w 

głowie. Powoli wracała świadomość, gdzie jest, po co tu przybył. I kim jest szpetny 

staruch, który się nad nim pochyla. 

Przyjął  wyciągniętą  rękę,  z  jej  pomocą  dźwignął  się  ciężko.  Krew  pulsowała  w 

skroniach. Mimochodem zarejestrował, że garbus jest nadspodziewanie silny. Uścisk 

kościstej dłoni niemal zmiażdżył mu palce, a kaleka nawet się nie zachwiał. Tylko jego 

świszczący  oddech  stał  się  głośniejszy,  Claymore  słyszał  go  wyraźnie  poprzez 

łomotanie własnego tętna. 

- Co wam, panie? 

- Nic - Claymore potrząsnął głową. Czuł się już lepiej. - Naprawdę nic... 

background image

Dopiero  teraz  dotarło  do  niego,  że  nie  wypuścił  łuczywa.  Dopalało  się  już,  miał 

szczęście, że nie poparzył się skapującymi wciąż kroplami płonącej żywicy. 

Stary kiwał głową z wyraźnym niedowierzaniem. 

- Co wam? - Wciąż mamrotał pod nosem, strzelając kosym spojrzeniem na boki. - 

Tak się na gębie zmieniliście. 

Ramirez z trudem powstrzymał się, by nie chwycić go za odzienie, nie potrząsnąć z 

całej siły. A może i zdzielić kułakiem prosto w pomarszczoną gębę. Czuł z rozpaczą, 

że  właśnie  coś  mu  umyka,  coś  nieuchwytnego  i  niezwykle  istotnego,  a  ten  swoim 

burczeniem  nie  pozwala  się  skupić,  nie  pozwala  zebrać  myśli,  które  uciekały  na 

wszystkie strony niczym stado spłoszonych ptaków. Została pustka. 

- Panie... 

- Zamknij  się!  -  wrzasnął  Claymore,  a  jego  krzyk  przetoczył  się  z  pogłosem 

przez  salę  i  odbił  echem  od  nagich,  schlapanych  zakrzepłą,  czarną  krwią  ścian.  - 

Zamilknij wreszcie! 

Stary  sługa  urwał  wpół  słowa.  Ale  rozpierzchłe  wrażenia,  niejasne  obrazy  nie 

chciały powrócić. 

Podmuch  wiatru  zajęczał  w  dawno  wygasłym  kominie.  Ramirez  ocknął  się, 

powrócił do rzeczywistości. To bzdura, powiedział sobie, to tylko... No  właśnie,  co? 

Reakcja na to, co zobaczyłeś, podpowiedział rozsądek. Czego się nie spodziewałeś. 

Walijczyk się wstrząsnął. 

- To wszystko bzdura  - mruknął pod nosem.  - Wszystko.  Garbus jeszcze bardziej 

wsunął głowę w ramiona, jak by na plecy spadł mu nagle wielki ciężar. Odwrócił się. 

- Czas na nas - powiedział oschle. - Pochodnia już się dopala. 

Ruszył nie odwracając się nawet. 

Claymore  stał  jeszcze  przez  chwilę  na  środku  ciemnej  sali.  Z  trudem 

powstrzymywał dreszcze, mokre ubranie przywarło do grzbietu, dopiero teraz czuł, jak 

background image

zmarzł  przedtem,  na  deszczu,  i  teraz,  otoczony  murami,  które  zachowały  w  sobie 

jeszcze zimowy chłód. To dobrze, pomyślał, przecież oni tu leżą już dobrych parę dni. 

I będą leżeć, bo nie ma ich kto pogrzebać, poza szczurami. 

Łuczywo  zamigotało,  płomienie  już  przygasały.  Claymore  opanował  nagłą  chęć 

by cisnąć je na stertę połamanych ław i stołów, żeby zajęły się z trzaskiem, żeby ogień 

oczyścił  to  przeklęte,  naznaczone  śmiercią  miejsce.  Ale  zamiast  tego  uniósł  smolną 

szczapę wyżej i podążył za starym, garbatym sługą. 

* * * 

Małe,  mętne  szybki,  osadzone  w  ołowiu  podzwaniały  cicho.  Ramirez  zdjął  mokry 

płaszcz,  cisnął  go,  zwinięty  niedbale,  na  posadzkę.  Miał  nadzieję,  że  kubrak  choć 

trochę podeschnie, zanim trzeba będzie wracać. 

Wciąż wiało, choć już nie tak mocno, jak  kilka pacierzy wcześniej,  kiedy stał pod 

bramą.  Wiatr  jednak  nie  rozgonił  do  końca  chmur  wiszących  nad  zamkiem,  światło 

wpadające przez okno było szare i rozproszone. 

Garbaty  sługa  zniknął.  Nie  odezwał  się  już  ani  słowem,  sapał  tylko  i  mamrotał 

niezrozumiale,  kiedy  Claymore  próbował  go  zagadywać.  Zupełnie  jakby  zapomniał 

języka  w  gębie.  Na  pożegnanie,  kiedy  już  zaprowadził  gościa do  komnaty sypialnej, 

burknął coś głośniej. Kiedy nie usłyszał odpowiedzi ani nawet pytania, odwrócił się po 

prostu i odszedł. 

Claymore go nie zatrzymywał. Jeszcze wciąż nie doszedł do siebie. A teraz był po 

prostu  zaskoczony.  Uznał  już,  że  garbus  jest  jedyną  żywą  istotą,  która  pozostała  na 

zamku. Ludzką istotą, bo szczury nie zamierzały się nigdzie wynosić. Ale okazało się, 

że ktoś jednak go oczekiwał. Pod ścianą, na prostym zydlu, siedział mnich. 

Kolejna sprawa, o której sir Hawes nie raczył mnie  uprzedzić, pomyślał Ramirez. 

Był coraz bardziej zły. 

Zakonnik  nie  dał  po  sobie  poznać,  że  choćby  zauważył  przybysza.  Siedział 

nieporuszony,  z  pochyloną  głową.  Pod  nasuniętym  nisko  na  twarz  kapturem  habitu 

background image

można  było  dostrzec  tylko  wąskie  wargi,  które  poruszały  się  bezgłośnie.  Palce 

spoczywającej na kolanach dłoni przesuwały paciorki różańca. 

Tu  też  było  zimno.  Obłoczek  oddechu  mnicha  rozwiewał  się  w  strudze  światła 

wpadającego przez szybki.  W końcu Claymore zdecydował się przemówić. Głośno 

pochwalił imię Pańskie. 

Żadnej  reakcji.  Braciszek  wciąż  szeptał  coś,  nie  podniósł  nawet  głowy.  Ramirez 

poczuł,  jak  zalewa  go  fala  złości.  Nie  znosił  takich  sytuacji.  Ale  postarał  się 

opanować. W końcu zakonnik robił swoje, modlił się  zapewne o spokój dusz tych, 

którzy zginęli pomordowani w tej właśnie izbie. I czynił to rzetelnie i starannie, widać 

sir Hawes nie pożałował grosza. 

Nie zwracał już uwagi na zajętego modłami mnicha. Zaczął się rozglądać, w końcu 

po to tu przyszedł, choć z początku nie bardzo rozumiał potrzebę, wszystko  przecież 

było jasne. Ale stary szlachcic nalegał. 

I słusznie nalegał, zreflektował się Ramirez. Nie powiedział przecież całej prawdy, 

sporo  zataił.  Można  było  się  tylko  domyślać  dlaczego.  Może  chciał,  by  wynajęty 

przez  niego  człowiek  sam  zobaczył  całą  niecodzienność  i  potworność  wypadków. 

Może chciał nim wstrząsnąć, by bardziej przyłożył się do swego zadania. A może był 

po prostu złośliwy. 

W tej izbie było przynajmniej jasno. Kiedy zewsząd nie napierały ciemności odór 

zakrzepłej posoki wydawał  się znośniejszy, choć  nie  dało się przed nim uciec. Krwi 

było dużo, plamiła ściany i posadzkę, ale Claymore wiedział, czego się spodziewać. 

Szlachcic opowiedział dokładnie. Bardzo dokładnie, jak mógł teraz się przekonać. 

Skóry na szerokim łożu były skotłowane, miękka, dobrze wyprawiona wilcza sierść 

zastygła  w  czarnych  strąkach.  Niegdyś  złote,  teraz  wypełzłe  i  ściemniałe  zasłony 

zwisały  sztywne.  Wszystko  się  zgadzało.  Coś  zalśniło  na  wezgłowiu,  Ramirez 

podszedł  bliżej.  Pasmo  jasnych  loków,  zlepione  na  końcu  tak  jak  włos  na  skórach 

okrycia.  Tak  było,  pomyślał  Claymore.  Lady  Olwyn  zginęła  właśnie  tutaj.  I  aż 

zatrzymał się tknięty nagłą myślą. Nie, nie zgadza się. 

background image

Odszedł  parę  kroków,  popatrzył  na  łoże.  Potem  na  ściany,  na  plamy  krwi,  która 

wsiąkła w zaprawę. Na posadzkę, poznaczoną ciemnymi smugami. 

Młody  rycerz  wrócił  z  Ziemi  Świętej.  I  w  jakimś  niewytłumaczalnym  szale 

pozabijał  sługi,  własną  małżonkę,  na  koniec  własne  dzieci.  Tak  miało  to  wyglądać. 

Cóż,  zdarza  się,  jeśli  pani  na  zamku  pod  nieobecność  męża  ślubów  nie  dochowuje. 

Ale tym razem coś tu bardzo nie pasowało. 

Claymore  przetarł  z  namysłem  twarz.  Wciąż  ciężko  mu  było  się  skupić,  wciąż 

czuł  tępy  ból  pod  sklepieniem  czaszki.  Mozolnie  spróbował  uporządkować  myśli, 

nadać im jakiś logiczny bieg. 

Już wcześniej się nie zgadzało. Kimże był ów młody człowiek, skoro udało mu się 

pozabijać wszystkich? No, prawie wszystkich, jeśli wziąć pod uwagę starego garbusa. 

Ale  to  też  było  niewytłumaczalne.  Owszem,  mogli  próbować  go  powstrzymać,  nie 

bacząc na strach i wpojony posłuch. Ale kiedy zaczął zabijać i widać było, że w szale 

nie  przestanie,  musieli  się  bronić.  Słudzy,  a  i  na  zamku  była  wszak  załoga.  A  on  w 

pojedynkę. 

Ramirez  wymruczał  przekleństwo,  splunął  na  posadzkę.  Zupełnie  nie  wiedział 

dlaczego,  ale  był  pewien,  że  wszystkiego  dokonał  jeden  człowiek.  Zacisnął  dłoń  na 

rękojeści korda, trochę, by dodać sobie otuchy, a może ukryć jej drżenie. Zastanawiał 

się ponuro, co będzie, kiedy spełni życzenie starego rycerza i stanie twarzą w twarz 

z jego synem. 

Kogo wtedy przed sobą ujrzy? 

Odepchnął  te  myśli,  czując,  że  jeszcze  trochę,  a  wybiegnie  z  komnaty  i  ruszy 

przed  siebie,  nie  oglądając  się  •  nawet,  by  zatrzymać  się  dopiero  w  sąsiednim 

hrabstwie.  A  może  nawet  i  w  następnym,  dla  pewności.  Odetchnął  głęboko, 

spróbował wziąć się w garść. 

Nie tylko jatka w wielkiej sali nie dawała mu spokoju.  Te plamy krwi na ścianach, 

coś z nimi było nie tak. Zmusił się, by podejść bliżej, przyjrzeć dokładniej. Po chwili 

już wiedział, szybki rzut oka na łoże upewnił go do końca. 

background image

Z gardła wydobył  mu się nerwowy śmiech. Zamaskował go zaraz pokasływaniem, 

rzucając ukradkowe spojrzenie na mnicha. Ten jednak siedział wciąż nieruchomo, nie 

zwracał na nic uwagi. 

Sir Hawes łgał jak pies, przemknęło Claymore'owi przez głowę. A raczej nie łgał, 

zreflektował  się  po  chwili,  tylko  sam  niewiele  wiedział.  Opowiadał  wszystko  jak 

najprościej,  też  podświadomie  trzymał  się  wersji  szału,  gniewu  zdradzonego  męża, 

diabli zresztą wiedzą czego dokładnie. Ale nie był tutaj, nie widział zwłok. I nie został 

przy życiu nikt, kto mógłby opowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło. 

Ramirez pożałował, że nie mógł przybyć wcześniej. Lady Olwyn i jej dzieciom nie 

był pisany los pozostałych, których pochlastane ścierwa dogryzają teraz szczury. Ktoś 

zatroszczył  się  o  godny  pochówek,  ale  też  zabierając  zwłoki  utrudnił  zadanie.  Na 

szczęście nie uniemożliwił, zostały ślady. 

Smugi  posoki  ciągnęły  się  z  korytarza.  Szerokie,  rozmazane,  ale  niezbyt  obfite. 

Oni już nie żyli, zrozumiał Claymore. Ktoś ich tu wciągnął i usadził pod ścianą,  o 

czym  świadczyły  plamy  wżarte  w  wapienną  zaprawę.  Któreś  z  ciał  nie  chciało  się 

trzymać,  osuwało  się  raz  za  razem,  zanim  znieruchomiało,  być  może  oparte  o 

martwego współtowarzysza. 

Rozejrzał się. Izba była za mała, by w niej walczyć, usiec czworo ludzi. Pięcioro w 

zasadzie,  ale  lady  Olwyn  można  było  nie  liczyć,  ona  zginęła  właśnie  tutaj.  Jej  krew 

trysnęła  wysoko,  kiedy  ostrze  przejechało  po  szyi.  Na  baldachimie  łoża  pozostał 

makabryczny wzór. 

Teraz  wszystko  się  zgadza,  uznał  Claymore.  Tak  musiało  być,  innego 

wytłumaczenia  nie  ma.  Był  pewien,  że  zginęła  ostatnia,  choć  nie  potrafił  powiedzieć 

skąd  ta  pewność.  Z  wysiłkiem  rozwarł  palce  zaciśnięte  na  rękojeści  korda,  czuł 

dreszcze,  wmawiał  sobie,  że  to  skutek  przemoczenia  i  wyziębienia.  Ale  nie  miał 

złudzeń. Po prostu zaczynał się bać. 

I  wciąż  nie  rozumiał.  Spoglądał  tępo  na  splamioną  zaciekami  ścianę.  Nie 

dostrzegał celu. 

background image

- To proste - dobiegł go głos. - On chciał, żeby patrzyli. 

Claymore  wzdrygnął  się,  zaskoczony.  Właśnie  usłyszał  odpowiedź  na 

niewypowiedziane pytanie. Odwrócił się powoli. 

Zakonnik wciąż siedział na zydlu. Tylko spod nasuniętego kaptura błyskało uważne, 

zimne spojrzenie jasnoniebieskich oczu. 

- Chciał  mieć  świadków  -  słowa  padały  wolno  i  dobitnie,  jakby  braciszek 

tłumaczył  coś  szczególnie  niepojętne  mu  nowicjuszowi.  -  To  był  rytuał.  Nie  szał  i 

nie wściekłość zdradzonego męża. Oni mieli patrzeć. 

- Przecież... - Głos zawiódł Ramireza. 

Zakonnik zaśmiał się bezdźwięcznie, samym skrzywieniem wąskich, bladych warg. 

- I  co  z  tego,  że  nie  żyli?  -  spytał  chłodno.  - Nie  bądź idiotą, przecież  to  nie  ma 

znaczenia. 

Wstał  powoli.  Był  wysoki,  prawie  równy  wzrostem  z  Walijczykiem.  Ten  ze 

zdziwieniem spostrzegł, że nieznajomy na biodrach zamiast zwykłego powrósła, jakie 

zwykli  nosić  zakonni  bracia,  ma  solidny,  skórzany  pas.  W  dodatku  obciążony 

krótkim  kordem.  Powiódł  wzrokiem  po  całej  postaci  człowieka,  który  jeszcze  przed 

chwilą  sprawiał  wrażenie  pokornego  braciszka,  w  kącie  i  w  cichości  klepiącego 

zamówione modlitwy za spokój duszy zmarłych. 

Mnich odrzucił kaptur na plecy. Włosy miał gęste, nie zajaśniała wygolona łysina. 

Claymore zmrużył oczy. 

Kord  u  pasa,  zamiast  sandałów  jeździeckie  buty.  To  świecki  brat,  zrozumiał.  W 

dodatku niezły twardziel, ocenił spoglądając na chudą, ascetyczną twarz. 

- Bez  znaczenia  -  powtórzył  braciszek,  który  nie  wątpliwie  nie  na  modły  tu 

przyjechał. - Sam już rozumiesz, Claymore. 

Ramirez odetchnął głęboko, by nie bluznąć zbyt nieprzystójnym słowem. 

background image

-  A ciebie jak zowią, bracie? - spytał jadowicie. – Bo mnie to już chyba wszyscy, 

kurwa, znają. 

* * * 

Świecki brat nosił imię Lance. Przynajmniej tak kazał się nazywać. 

Stali  na  zamkowym  dziedzińcu,  pustym  i  przestronnym.  Garbaty  sługa  zniknął 

nieodwołalnie,  a  przynajmniej  nie  pojawił  się  mimo  nawoływań,  a  potem  i 

wywrzaskiwanych przekleństw, jakich nie poskąpił Claymore. Walijczyk sam się sobie 

dziwił,  ale  kiedy  tylko  znów  znalazł  się  na  świeżym  powietrzu,  kiedy  przestał  mieć 

wrażenie,  że  mury  warowni,  schlapane  krwią  przytłaczają  go  i  chcą  w  końcu 

zgnieść  -  musiał  odreagować.  Gdzieś  głęboko  w  podświadomości  czaił  się  strach, 

który należało odepchnąć daleko, choćby na chwilę. 

Lance  obserwował  go  spod  oka.  Ramirez  miał  wrażenie,  że  na  wąskich  wargach 

braciszka  błąka  się  ironiczny  uśmiech.  Na  razie  się  nim  nie  przejmował,  rad,  że  już 

niedługo  opuści  przeklęty  zamek,  jak  zaczął  go  w  myślach  nazywać.  Był  tylko  jeden 

problem, zupełnie nie wiedział, co robić dalej. 

Ale  zdawał  sobie  sprawą  z  jednego.  Już  nie  odpuści.  Poniesie  każde  ryzyko,  żeby 

tylko  odkryć  prawdę.  Aż  zgrzytnął  zębami,  kiedy  sobie  to  uświadomił.  Stary 

szlachcic, sir Hawes, miał dobre oko i dobre informacje. Wybrał właściwego durnia. 

- Lance,  powiedz  mi...  -  zaczął,  zanim  zdołał  ugryźć  się  w  język.  -  Wiem,  dałem 

się wpuścić. Ale ty? Co w tym wszystkim robisz? 

Musiał poczekać chwilę na odpowiedź. Twarz Lance'a  nie zmieniła  wyrazu, jakby 

w  ogóle  nie  usłyszał  pytania.  Spoglądał  w  przestrzeń,  nieobecnym  wzrokiem,  nad 

ramieniem  rozmówcy.  Jakby  liczył  właśnie  wapienne  bloki  w  jasnoszarej  ścianie 

stołpu. 

- To  samo,  co  i  ty  -  odparł  wreszcie  cicho.  -  To  przecież  oczywiste,  szukam 

prawdy. 

background image

Claymore  zaklął  tylko.  Nigdy  w  ten  sposób  nie  myślał  o  swych  poczynaniach. 

Zawsze  powtarzał,  sobie  i  innym,  że  to  tylko  interesy,  nic  osobistego.  Żadnych 

wzniosłych porywów. 

- Zaraz... - zaczął szybko i umilkł, powstrzymany stanowczym uniesieniem dłoni. 

- Nie  teraz,  Claymore  -  Lance  potrząsnął  głową.  –  Nie  chcesz  tu  przecież  dłużej 

zostawać?  Nic  tu  po  nas,  jeśli  jeszcze  nie  zauważyłeś.  I  mam  wrażenie,  że 

niezbyt zdrowo będzie dalej zwlekać. 

W  jego  głosie  zadrgały  złowróżbne  nutki.  Z  tym  Ramirez  akurat  się  zgadzał.  Nie, 

żeby  obawiał  się  jakiegoś  konkretnego  niebezpieczeństwa,  ale  czuł,  że  nie  chce 

spędzić  ani  chwili  dłużej  w  wymarłym,  opustoszałym  zamku,  w  miejscu  niepojętej 

tragedii,  której  przyczyny,  i  przebieg  zamiast  znajdować  wyjaśnienie  gmatwały  się 

coraz  bardziej,  im  więcej  się  dowiadywał.  A  wstręt  brał  go  już  na  samą  myśl,  że 

mógłby  zostać  tu  po  zmroku,  w  towarzystwie  niepogrzebanych  trupów  i  szalonego 

garbusa. Tak, szalonego, pomyślał zaskoczony, że od początku tego nie spostrzegł. 

- Dalejże - przynaglił go Lance widząc, iż najemnik wciąż nie rusza się z miejsca. 

- Daleka droga przed nami, a i porozmawiać musimy. Ale nie tutaj. 

Wskazał  niecierpliwie  na  rozklekotany  wóz,  przechylony  na  bok,  wskutek  braku 

jednego  koła.  Wierzchowiec  Ramireza  przestępował  w  miejscu,  podrzucał  łbem  i 

parskał  szarpiąc  wodze  przerzucone  przez  porozsychane  deski.  Może  dochodził  go 

zapach krwi, a może coś więcej. Najwyraźniej zwierzę czuło śmierć, która czaiła się w 

okolicy, nie odeszła widać, mimo że jatki się zakończyły. 

Claymore  już  chciał  posłuchać,  ale  w  ostatniej  chwili  zatrzymał  się.  Podszedł  do 

świeckiego brata, stanął tuż przed nim. 

- Nie - rzucił twardo. - Najpierw odpowiesz mi na parę pytań. 

Wyraz twarzy Lance'a nie zmienił się nawet odrobinę.  Może tylko zimne, błękitne 

oczy zwęziły się nieco. 

background image

- A dlaczego to miałbym ci odpowiadać?  - spytał cicho.  Ramirez wytrzymał jego 

spojrzenie. 

- A  niby  dlaczego  miałbym  ruszać  z  tobą  dokądkolwiek?  -  odparował.  -  Kim  ty 

jesteś, kto cię przysłał? Czy może wynajął? A przede wszystkim po co? 

Był  przygotowany  na  wybuch  gniewu,  może  na  lekceważący  gest.  Ale  nie  na 

uśmiech. Lance wyglądał na szczerze rozbawionego. 

- Ech,  pytania...  -  w  głosie  zadźwięczała  wesołość.  -Mnóstwo  pytań,  jak  słyszę. 

Ale wiesz, nie zadajesz tych właściwych. Zastanawiałeś się dlaczego? 

Pytania  istotnie  kłębiły  się  pod  czaszką  Walijczyka.  Te  właściwe  również.  Zadał 

więc jedno z nich. 

- Mamy to zrobić razem? 

Sam nie wiedział, skąd  mu to przyszło do  głowy. Lance spoważniał  momentalnie. 

Chwilę przyglądał się rozmówcy. 

- Bystry jesteś - mruknął wreszcie. - Stary drań się nie pomylił. 

Teraz Claymore roześmiał się głośno. 

- Ciekawe,  jak  na  to  wpadł?  -  spytał  z  ironią.  -  Zresztą,  nieważne.  Sam  wiesz, 

rozpytał kogo trzeba i znalazł mnie. Dobrze rozpytywał, bo wiedział z góry, że mu 

nie odmówię. Nie, bracie, nic nie mów. 

Pokręcił głową, ale niepotrzebnie. Lance nie zamierzał mu przerywać. 

- Wiedział,  stary  drań,  na  co  mnie  wziąć  -  ciągnął  Claymore,  a  w  jego  głosie 

pojawiła  się  nutka  goryczy.  -  Nie  na  żadną  pieprzoną  prawdę.  Tylko  na  zwykłą 

ciekawość. 

Ze złością uderzył dłonią po rękojeści  korda. Koń,  spłoszony tym nagłym gestem, 

zachrapał. Przechylony wóz zaskrzypiał, kiedy zwierzę szarpnęło się na uwięzi. 

Lance zachichotał cicho. 

background image

- Bystry  jesteś,  ale  nie.  za  bardzo  -  wciąż  chichotał,  co  sprawiało  nieprzyjemne 

wrażenie,  bo  jego  szczupła  twarz  wciąż  była  nieruchoma,  tylko  sieć  zmarszczek  w 

kącikach oczu stała się wyraźniejsza. - Bo nie tego starego drania miałem na myśli. 

Na ustach Walijczyka zamarło przekleństwo,  które już  miał cisnąć  na sam dźwięk 

ironicznego  chichotu  świeckiego  brata.  Zamarł  z  półotwartymi  ustami,  zdając  sobie 

sprawę, że dopiero teraz wygląda jak dureń. 

-  Myślałem o Osbercie - skrzywił się Lance. - Biskupie Lincoln - dodał widząc w 

oczach Ramireza kompletną dezorientację. 

* * * 

- Zamierzasz  iść  piechotą?  -  Claymore  niczemu  już  się  nie  dziwił,  ale  spytał  dla 

pewności. - To pół dnia drogi. 

Świecki brat tylko skinął głową. 

- Ale  wierzchem  -  dodał  Ramirez  złośliwie.  Rozczarował  się,  bo  reakcja  była 

niezmiennie taka sama. A raczej jej brak. 

- Twoja  sprawa  -  mruknął  tylko.  Mocował  się  ze  sprzączką  popręgu.  - 

Domyślasz się już, dokąd zamierzam pójść. 

Lance znów potaknął. 

- Do Nottingham, naturalnie. 

- A  ty  pójdziesz  ze  mną,  bo  ktoś  tam,  aha,  jego  wielebność  Osbert  z  Lincoln 

uznał, że najlepiej nam będzie razem - odparł Claymore z przekąsem. 

Dociągnął  wreszcie  oporny  rzemień.  Uprząż  była  mokra,  wolał  się  upewnić,  że 

wierzchowiec  nie  nabawi  się  odparzeń.  Nie miał  ochoty  wlec  się,  wzorem  braciszka, 

na piechotę. 

background image

- Zaczynasz  myśleć  -  skomentował  sucho  Lance.  -  Masz  tam  znajomych, 

popytasz  się.  Kogo  trzeba,  przekupisz.  Stać  cię,  dostałeś  środki,  którymi  jak 

zgaduję, możesz dysponować wedle uznania i w granicach rozsądku. 

Ramirez  nie  odpowiedział.  Zastanawiał  się  wciąż,  jaki  cel  miał  biskup  w 

wysyłaniu  kogoś  takiego  jak  Lance.  I  jakim  cudem  zwrócił  w  ogóle  uwagę  na 

kogoś tego pokroju, co on sam. 

Poklepał  wierzchowca  po  szyi.  Zwierzę,  czując  obok  swego  pana,  było  już 

spokojniejsze. 

- Powiedz... - zaczął, ale wysłannik biskupa nie pozwolił mu dokończyć. 

- Zabierajmy  się  stąd  wreszcie  -  po  raz  pierwszy  podniósł  głos  z  irytacją.  - 

Jeszcze  będzie  czas,  jeszcze  porozmawiamy.  Więcej  nawet  i  dłużej,  niż  ci  się 

wydaje. 

W jego oczach zabłysła chłodna ironia. 

Claymore poczuł, że ma dość. Dość przeżyć jak na jeden dzień, dość koszmarnych 

widoków.  Dość  wszystkiego.  Chwycił  Lance'a  za  habit  na  piersi,  przyciągnął  do 

siebie. 

- Powiedz mi teraz - wysyczał mu prosto w twarz. - Powiedz, bo wiesz więcej ode 

mnie.  Nie  chcę  być  tylko  jarmarczną  laleczką,  która  tańczy,  bo  kuglarz  trzyma  za 

patyk,  wetknięty  w  lalczyną  dupę.  Powiesz  albo  idź  w  swoją  stronę.  Bo  tak,  to 

nam razem nie po drodze... 

Parsknął gniewnie, aż drobne kropelki śliny padły na twarz świeckiego brata. 

Ten  milczał  chwilę.  Nie  opuścił  wzroku,  nie odepchnął  Ramireza.  Nawet  nie  otarł 

twarzy. 

- Laleczka,  powiadasz  -  wycedził  wreszcie.  –  Pacynka  z  patyczkiem  w  dupie. 

Niezłe. 

background image

Nagłym  ruchem  chwycił  za  nadgarstek  ręki  trzymającej  fałdy  materiału.  Ścisnął. 

Palce Claymore'a rozwarły się same. Dopiero teraz Lance go odepchnął. I uśmiechnął 

się tylko, tym razem szeroko i szczerze. 

- No  dobrze  -  powiedział.  -  Powiem  ci  coś,  a  potem  posadzisz  swój  zadek  w 

siodle, bez ociągania. I ciesz się, że jeszcze nie masz w nim patyka. 

W palcach Claymore wciąż czuł mrowienie. Rozcierał nadgarstek. 

- Powiem ci, dlaczego ja tu jestem, pewnie cię to pocieszy - braciszek wykrzywił 

chudą  twarz.  –  Dokładnie  z  takich  samych  powodów,  jak  i  ty.  Ciekawość  kiedyś 

mnie zgubi. 

Ramirez poczuł, jak odchodzi go złość. Roześmiał się. 

- To powiedz jeszcze, jak jakiś biskup Wpadł na pomysł, żeby mnie w to wszystko 

mieszać. Skąd... 

- Proste,  Claymore  -  Lance  wpadł  mu  w  słowo.  -  Macie wspólnych znajomych. 

Ktoś cię przecie zarekomendował. 

De  Reno,  pomyślał  Claymore,  a  gdy  tylko  spojrzał  w  złośliwie  zmrużone  oczy 

zrozumiał, że nie trafił za pierwszym razem. Odwrócił się, nagle zmieszany, by zyskać 

na czasie, włożył nogę w strzemię, dźwignął się. 

Z wysokości kulbaki widział, jak braciszek z trudem hamuje wesołość. 

De Folville, pomyślał. 

- Stary, pierdolony rzeźnik. 

- Nie pytasz dlaczego? 

- Bo  jestem  wystarczająco  porąbany  do  tej  roboty?  -  spytał  kwaśno  Claymore. 

Wciąż  spoglądał  wprost  przed  siebie,  w  ciemny  otwór  bramy  okraczonej 

bliźniaczymi wieżyczkami. 

background image

- Jak  zgadłeś?  -  uśmiechnął  się.  obłudnie  Lance.  –  Nie  martw  się,  o  mnie  biskup 

mówi dokładnie to samo... 

Urwał. Jego dłoń opadła na rękojeść korda za pasem. 

- Ale  o  tobie,  Claymore,  nie  wiedzieli  chyba  wszystkiego  -  syknął  ze  złością.  - 

Przyciągasz kłopoty. 

Wtedy  Ramirez  też  usłyszał.  Bale  mostu  zadudniły,  w  tętent  kopyt  wmieszał  się 

ochrypły okrzyk. 

-  Mówiłem, żeby się stąd zabierać jak najszybciej - nie darował Lance. 

* * * 

Obaj jeźdźcy byli do siebie podobni. Tak bardzo, że Claymore ani przez chwilę nie 

musiał się zastanawiać, kto zacz. 

Bracia de Lisle. 

Niestety, nie miał też wątpliwości, jakie są ich zamiary. Mimo to postanowił udawać 

durnia.  Choćby  po  to,  by  zyskać  na  czasie.  Spostrzegł,  że  Lance  cofnął  dłoń  z 

rękojeści,  stanął  nawet  tak,  by  przybyli  nie  dostrzegli  od  razu,  że  jest  uzbrojony. 

Pochylił  głowę,  można  by  go  wziąć  za  pokornego  braciszka,  który  nie  śmie  nawet 

wzroku podnieść na jaśnie panów. 

Claymore  poczuł  nagły  przypływ  nadziei.  Może  jeszcze  uda  się  wykpić, 

pomyślał, przecież, do wszystkich diabłów, nie mam na czole napisane kim jestem, i 

co tu robię. A nawet jakbym  miał, to oni i tak nie potrafią  czytać, błysnęła myśl w 

przypływie wisielczego humoru. 

Starał się trzymać ręce z dala od pasa, w taki sposób, by je było widać. Nie chciał 

prowokować,  może wezmą  go  za  miejscowego  zbrojnego.  I  aż  chciał  się  palnąć 

w czoło, kiedy dotarło do niego, jak jest głupi. Przecież to bracia lady Olwyn. Musieli 

tu bywać nie raz, znają sługi swej siostry. A raczej znali, przypomniał sobie wystającą 

spod sterty potrzaskanych ław ogryzioną do czysta dłoń. 

background image

Jeden  za  drugim  odrzucał  kolejne  pomysły  na  wydobycie  się  z  opałów  możliwie 

najmniejszym  kosztem.  Wiem,  błysnęła  myśl,  powiem,  że  jestem  eskortą  tego 

klechy, powinni... 

- Spierdalaj z siodła, Ramirez - ochrypły głos przerwał optymistyczne rozważania. 

- Na ziemię, gnoju! 

Bliższy  z  jeźdźców  brutalnie  szturchnął  wierzchowca  ostrogami.  Zwierzę 

chrapnęło, naparło na konia Walijczyka, który podrzucił łbem i począł się cofać. 

- Spokojnie,  Godfrey!  -  krzyknął  drugi.  Ten  z  kolei  nie  mógł  zapanować  nad 

swoim, tańczącym w miejscu, zwierzęciem. 

Starał  się  je  uspokoić,  ale  teraz  zwrócony  był  bokiem,  co  go  wyraźnie 

denerwowało,  obawiał  się  stracić  ofiarę  z  oczu.  Także  Lance,  na  pierwszy  rzut  oka 

niegroźny,  budził  jego  wyraźny  niepokój.  Claymore  dostrzegł,  jak  jeździec  zaciska 

wargi  ze  złością,  jak  po  policzkach  spływają  mu  strużki  potu,  żłobiąc  w  pokrytej 

kurzem twarzy brudne smugi. 

Przeniósł  wzrok  na  tego  bliższego,  starszego,  ale  widać  bardziej  zapalczywego. 

Eric de Lisle, przemknęło mu przez głowę. Chyba jednak ten głupszy. Dobrze. 

Pozwolił,  by  wierzchowiec  kroczył  do  tyłu,  miał  tylko  nadzieję,  że  zwierzę  nie 

potknie  się  na  wyboistym  bruku  podwórca.  Dwóch  to  jeszcze  nie  jest  tak  źle, 

kalkulował,  starając  się  jednocześnie  sprawiać  wrażenie  przestraszonego  i 

ogłupiałego.  Podejrzewał,  że  nieźle  mu  to  wychodzi,  naprawdę  był  zaskoczony  i 

zdezorientowany.  Kiedy  mówił  staremu  Hawesowi  o  możliwości,  iż  bracia  lady 

Olwyn opacznie ocenią jego intencje, nie brał tego poważnie, a raczej traktował jako 

argument  w  negocjacjach.  Teraz  ledwie  się  powstrzymał,  by  nie  splunąć  ze  złością. 

Udało mu się wykrakać. 

Eric  de  Lisle  sapał  chrapliwie,  głośniej  chyba  nawet  od  swojego  wierzchowca, 

wciąż  bezlitośnie  kłutego  ostrogami.  Nie  żałował  ich  też  pewnie  po  drodze, 

jabłkowitą,  spienioną  sierść  znaczyły  ciemne  smugi.  Claymore  poczuł  przypływ 

background image

irracjonalnej złości, tym bardziej bezsensownej zważywszy na to, co zamierzał zrobić 

za chwilę. Dwóch to jeszcze nie jest tak źle, pomyślał raz jeszcze. 

Wciąż się cofał. Chciał rozdzielić przeciwników, dać sobie więcej czasu i swobody 

ruchu. Nie wiedział, czy może liczyć na Lance'a, choć braciszek kord nosił zapewne 

nie tylko po to, by mu pas obciągał. 

- Złaź, bo łeb rozwalę! - wysapał Eric. 

Jego  twarz  poczerwieniała,  kosmyki  tłustych  jasnych  włosów  lepiły  się  do  czoła. 

Był  gruby  i  ciężki,  co  z  satysfakcją  zanotował  Claymore.  Pewnie  jest  nieruchawy, 

pomyślał z nadzieją. 

Godfrey  niepokoił  się  coraz bardziej.  Raz  po raz  rzucał  wściekłe  spojrzenia,  to  na 

Claymore'a,  to  na  brata.  Udało  mu  się  uspokoić  swojego  konia,  widać  traktował  go 

lepiej,  zwierzę,  choć  pokryte  pianą  po  wyczerpującym  galopie,  nie  nosiło  śladów 

nadużywania ostróg. 

- Spokojnie - krzyknął znów młodszy de Lisle. - A ty, złaź! 

Jeszcze  nie  czas,  żeby  posłuchać,  ocenił  chłodno  Claymore.  Starszy  brat  był  za 

blisko.  Ale  napór  zelżał,  nie  było  wątpliwości  co  do  tego,  który  z  nich  naprawdę 

decyduje. 

- Złaź,  gnoju  -  warknął  Eric  z  wściekłością.  Najwyraźniej  nie  w  smak  mu 

pokrzykiwanie brata. - Złaź i na kolana. 

Brutalnie zdarł wodze swego wierzchowca. Zwierzę wspięło się, chwilę zatańczyło 

na tylnych nogach. Eric chlasnął je otwartą dłonią między uszy. 

- Powiesz,  kto  cię  tu  przysłał  -  krzyknął.  -  I  tak  wiemy,  więc  nie  skłamiesz.  A 

potem cię obwiesimy. Złaź, bo zaraz w łeb zajadę! 

Claymore wzruszył ramionami, przerzucając nogę nad łękiem siodła. Nie zamierzał 

dyskutować,  jeszcze  nie  teraz.  Zanim  dotknął  stopami  bruku,  poczuł  już  w  garści 

rękojeść noża. Chłodne ostrze przylgnęło do nadgarstka. 

background image

Młodszy de Lisle był bystry. Dostrzegł luźno zwisającą rękę, chwilę wpatrywał się 

w  Claymore'a  z  niedowierzaniem.  Przed  momentem  był  jeszcze  pewny  siebie, 

przekonany, że ofiara im nie ucieknie. Że nikt nie poważy się powstrzymać rodowej 

zemsty. Żaden  najmita za  brudne pieniądze, które obiecał mu ojciec mordercy. Tym 

większe było zaskoczenie. 

Zareagował szybko. Jego dłoń wystrzeliła prosto do rękojeści przerzuconego przez 

plecy miecza. 

- Eric! -wrzasnął. 

Błąd,  pomyślał  Claymore  rzucając  się  do  przodu,  Zdążył  jeszcze  zauważyć,  jak 

oczy Erica robią się coraz  większe, niemal wyłażą z orbit. I zaraz przestał je widzieć, 

kiedy  zanurkował  pod  końskim  brzuchem.  Wierzchowiec  wspiął  się  z  donośnym 

chrapaniem,  tuż  obok  głowy  Ramireza  błyszcząca  podkowa  przecięła  powietrze. 

Chrapanie zamieniło się  w  bolesny  kwik,  kiedy  ostrze  noża  wbiło się po rękojeść  w 

bok zwierzęcia. 

Claymore  nie  próbował  uskakiwać.  Ciął,  jak  mógł  najszerzej.  Poczuł  jak  na  dłoń 

chlusta  mu  ciepła,  gęsta  jucha.  Zwinął  się,  przekoziołkował  po  bruku.  Zapulsował 

bólem  bark,  kiedy  wbiły  się  weń  sterczące  kamienie.  Za  sobą  usłyszał  głuche 

uderzenie  i  jeszcze  jeden  paskudny  dźwięk, niezbyt  głośny, ale przejmujący. Jakby 

pod  stopą  pękła  nagle  spróchniała  gałąź.  Starszy  de  Lisle  nie  zdążył  wyjąć  stóp  ze 

strzemion, śmiertelnie zraniony rumak zwalił się wraz z nim. 

- Eriiiiiic! - we wrzasku młodszego de Lisle brzmiała wściekłość i rozpacz. 

Ramirez  przetoczył  się  po  bruku,  chciał  się  poderwać,  by  stawić  czoła 

przeciwnikowi, który jeszcze pozostał. Niepotrzebnie. 

Różaniec  Lance'a  świsnął  tylko,  ołowiane  kulki  nanizane  na  solidny  rzemień  z 

trzaskiem uderzyły  w wyciągniętą  rękę  trzymającą  miecz.  Siła  uderzenia  owinęła  je 

wokół  nadgarstka,  palce  nieszczęsnego  młodzieńca  rozwarły  się  natychmiast  i  oręż 

poszybował wysoko. Zanim jeszcze spadł, braciszek szarpnął, wrzask Godfreya, gdy 

background image

spadał  z  kulbaki,  rozbrzmiewał  już  tylko  strachem.  Trwał  krótko,  ucichł  zakończony 

uderzeniem bezwładnego ciała o bruk. 

Wierzchowiec  Erika  wciąż  kwiczał.  Unosił  głowę,  wielkie,  migdałowe oko zaszło 

mgłą  bólu.  Kopyta  tylnych  nóg,  oplatanych  wylewającymi  się  z  rozchlastanego 

brzucha wnętrznościami podrygiwały w bezładnych drgawkach. 

Godfrey  był  przytomny.  Nie  mógł  się  jednak  poruszyć.  Lance  klęczał  nad  nim, 

wbijał  mu  w plecy  kolano,  wykręcał rękę. Drugą dłonią trzymał za włosy, brutalnie 

zadzierając głowę w górę. De Lisle jęczał cicho. Z jęków można było wyłowić jedno 

słowo. 

- Eric... 

- Zobacz, co z nim - rzucił Lance. Jego twarz jak zwykle nie wyrażała wiele. 

Claymore podniósł się, postękując. Kulał lekko, prócz barku stłukł sobie kolano. 

I dałby wiele, żeby wreszcie ucichł szarpiący nerwy, bolesny koński kwik. 

Powlókł się powoli, obszedł nieszczęsnego wierzchowca, ostrożnie, by nie podejść 

pod młócące wciąż kopyta. Spoglądał chwilę. 

Kiedy odwrócił się, był blady. 

- Gotów - powiedział krótko. Lance skinął głową. 

- Żyje  jeszcze  -  dodał  niepotrzebnie  Claymore.  –  Ale  kość  mu  sterczy  ze  spodni 

jak... 

Splunął, powstrzymując się przed obscenicznym porównaniem. 

- Eric... - zajęczał Godfrey i z przekrwionych oczu pociekły mu łzy. 

Claymore  poczuł,  jak  miękną  mu  kolana.  Z  całej  siły  powstrzymywał  chęć,  by 

usiąść na podwórcu. Nadeszła reakcja po walce, zaczynał się trząść. 

- Puść go, Lance - wymamrotał po chwili. 

background image

Niech  to  szlag,  pomyślał.  Nie  dali  szansy  wyjaśnić.  Przecież  nie  będę  bronił 

mordercy, chociaż wynajął mnie jego ojciec. To wszystko było niepotrzebne. 

Lance  znów  kiwnął  głową  z  aprobatą.  A  potem  puścił  wykręconą  rękę  chłopaka, 

pochylił się i objął jego szyję. 

Szarpnął.  Chrupnęło  i  głowa  Godfreya  de  Lisle  opadła  bezwładnie.  Świecki  brat 

począł odplątywać różaniec zamotany wokół nadgarstka zakrwawionej ręki. 

Claymore przymknął oczy. Poczuł nagłą suchość  w gardle. Właśnie dowiedział 

się czegoś nowego o swoim towarzyszu. Następna myśl była jeszcze gorsza. Przecież 

byli do siebie podobni. Nawet mówiono o nich to samo. 

- Posprzątaj  po  sobie  -  głos  Lance'a  dobiegł  go  jak  przez  grubą  ścianę  mgły.  - 

Dobij to cholerne zwierzę. 

- I I I -  

- Niech to szlag... 

W przekleństwie była tylko rezygnacja. Elsie przeszła już złość, bo i ile można się 

dławić bezsilnością? Trzeba minimalizować straty. 

Życie  ją  tego  nauczyło.  Raz  jest  się  na  wozie,  raz  pod  wozem,  normalna  kolej 

rzeczy. Co prawda niepokoiło ją mocno, że ostatnio stale jest pod wozem. Tym razem 

nawet w sensie dosłownym. 

Miało  to  nawet  swoje  dobre  strony.  Grube  deski  osłaniały  nieco  przed 

zacinającym  deszczem,  zza  litego,  okutego  rdzawą  żelazną  taśmą  koła  można  było 

wyglądać bezpiecznie na świat. Niestety, złe strony też były. 

Siedziała w podejrzanej kałuży i miała już coraz mniej wątpliwości, że barwę nadają 

wodzie  głównie  rozmoczone  końskie  pączki.  Nasiąknięta  wilgocią  spódnica  oklejała 

gołe  łydki,  a  z  zadrapań  spływały  strumyczki  krwi,  blade  i  wodniste  w  kroplach 

deszczu.  Co  gorsza,  Elsie  czuła  też  ciepło  na  policzku,  kiedy  już  ustało  nieco 

bolesne pulsowanie. 

background image

Ostrożnie  dotknęła  twarzy  i  zaklęła  znów,  widząc  na  palcach  lepką  czerwień. 

Pomyślała  przede  wszystkim  o  barwiczce.  Kosztowała  ładny  grosz,  a  kupiec 

przysięgał,  że  pochodzi  prosto  z  zamorskich  krajów.  Zapewne  w  rzeczywistości 

składała się głównie ze startej cegły, ale też pachniała ładnie. I długo trzymała się na 

twarzy. Teraz się zmywa, pomyślała, a w mieszku zostało jej już niewiele. Elsie mogła 

sobie ostatecznie darować czernienie brwi węgielkiem .  Ale nie była już taka  młoda, 

by nie ukrywać zmarszczek. 

Już niedługo, a będę mogła pracować tylko nocą, przemknęło jej przez głowę i 

aż  zgrzytnęła  zębami.  Zaczęła  się  gramolić  spod  wozu.  Paznokcie  zgrzytnęły  na 

żelazie, kiedy chwyciła za koło. Zabolało. Ból spowodował, że wróciła wściekłość.  

- Oby ci jajca odpadły, sukinsynu - syknęła pod nosem, na wspomnienie tłustego 

karczmarza z obleśną gębą, który wyrzucił ją z izby, na deszcz. 

Dźwignęła  się  z  trudem,  otarła  twarz.  Splunęł a,  w  plwocinie  zabłysły 

czerwienią nitki krwi. 

Wciąż  kręciło  jej  się  w  głowie.  Rozejrzała  się,  jakby  po  raz  pierwszy  widziała 

błotnisty zaułek na tyłach karczmy, pociemniałe od wilgoci ściany szop. Niestety, nie 

był to bynajmniej pierwszy raz. 

Kiedyś było inaczej. Ale lata biegły nieubłaganie. Aż  nawet  pieprzony  karczmarz 

zaczął się domagać zapłaty w brzęczącej monecie, nie w naturze. Skończyły się czasy, 

kiedy  klientów  przyjmowała  w  karczemnej  alkowie.  Coraz  częściej  pozostawały 

cuchnące  zakamarki,  a  nawet  wóz  -  czego  jeszcze  niedawno  nikt  by  jej  nie  śmiał 

zaproponować. Ale wciąż miała niezłe powodzenie. 

Ale miała świadomość, że nie odłożyła wystarczająco, nawet nie na dostatnie życie, 

ale zwykłe, spokojne. A też szansę na to, że w ogóle jeszcze odłoży, malały i malały... 

Nieraz  żałowała,  że  nie  przystała  do  wesołego  domku  mateczki  Annis.  Zbytnia 

pewność  siebie  okazała  się  błędem.  Była  najpiękniejszą  dziewką,  nie  tylko  na 

podgrodziu.  Nawet  sam  szeryf  docenił,  raczył  zerżnąć  nie  raz  i  nie  dwa  razy,  a  i 

pensów  nie  skąpił.  Ale  to  było  dawno.  Tłumaczyła  sobie,  że  dobry  pan  de  Reno  w 

background image

leciech się posunął i nijak mu za każdą dziewką ganiać, ale i  zdawała sobie sprawę, 

że prawda leży pośrodku. W najlepszym razie. 

Mateczka  Annis  była  wredną,  mściwą jędzą.  Teraz  Elsie nie  mogła już liczyć na 

to,  że  przyjmie  ją  pod  swój  dach,  zapewni  ochronę,  ciepły  kąt  i  jadło  nawet  wtedy, 

kiedy nikt nie skusi się na wdzięki. Nie po tym, kiedy raz  odmówiła. Nawet więc nie 

próbowała, reputacja pamiętliwej mateczki była znana, a z drugiej strony było przecież 

tyle lepszych kandydatek. 

Lepszych, bo młodszych. Elsie splunęła tylko. Coraz lepiej zdawała sobie sprawę. 

Pocieszające było, iż w ślinie nie widać było już krwi.  Kobieta, ostrożnie dotknęła 

językiem  rozciętego  od  wewnętrznej    strony  policzka.  Na  szczęście  zęby  się  nie 

ruszały. 

Ruszyła powoli. Człapała ciężko, bez lekkości i gracji.  Buciki z cienkiej, miękkiej 

skórki  przemokły, pociemniały. Elsie machinalnie starała się omijać  kałuże i błocko, 

unosiła  rąbek  uwalanej  spódnicy,  która  lepiła  się  do  ud  i  łydek.  Klęła  teraz  cały 

czas, wymrukiwała klątwy pod nosem. Tak to się musiało skończyć, myślała ponuro. 

- Bodajby ci jajca odpadły - powtarzała co chwilę, jakby to właśnie karczmarz był 

bezpośrednim sprawcą jej nieszczęść. 

Była tylko zwykłą, starzejąca się dziwką. Nigdy by nie pomyślała, że jej życzenia 

mogą się wkrótce spełnić. Gdyby wiedziała, pewnie nie zawahałaby się wcale, tłusty 

sukinsyn zasłużył niewątpliwie na swój los. 

Popatrzyła  z  nienawiścią  na  ślepą,  szczytową  ścianę  karczmy,  starej  już  i 

przechylonej  pod  ciężarem  lat,  wrośniętej  w  ziemię.  Nie  mogła  przebić  wzrokiem 

grubych,  nadżartych przez próchno i czerwie  belek, ale znakomicie wiedziała, co się 

za nimi kryje. Ciepłe, mroczne wnętrze, rozjaśniane żarem węgli na wielkim kominie, 

długie  stoły  i  ławy.  Nawet  zaduch,  który  pamiętała  tak  dobrze,  woń  polewki  i 

grzanego  piwa  zmieszana  ze  smrodem  przemoczonych,  parujących  skór  kojarzył  się 

teraz tylko z przytulnością. 

background image

Wstrząsnęła  się,  jakby  dopiero  teraz  zdjął  ją  przejmujący  chłód.  Po  udach  i  po 

grzbiecie ciekły strumyczki, wełna zdążyła przesiąknąć na wylot. 

Wcześniej była zbyt wściekła, nie czuła zacinającego  deszczu, który wkrótce miał 

przeobrazić się w prawdziwą ulewę. Snuła się po pustych, wymarłych uliczkach. Nie 

śmiała  zajrzeć  do  innych  oberży,  niepisane  prawa  zabraniały  tego  srodze,  a  za 

naruszenie ich dziwki bijały dotkliwie. Wróciła w końcu tam, skąd wyszła. Do zaułka 

na tyłach karczmy. To wciąż był jej teren. 

Gdy  z  wieży  opactwa  St.  Mary's  rozbrzmiały  dzwony  na  nieszpory,  była  już 

zdesperowana. Tak bardzo, że opuściła ją zwykła ostrożność... 

- Hej,  panienko!  -  Ochrypły  okrzyk  przywrócił  ją  do  rzeczywistości.  W  głosie 

było  coś,  co  spowodowało,  że  zadrżała.  Nie  czuła  już  cieknących  po  plecach 

zimnych strużek, to nagły chłód gdzieś głęboko w trzewiach sprawił, że skurczyła się 

jak uderzona. A jednocześnie pojawiła się nadzieja. Może ten paskudny, deszczowy 

dzień nie będzie do końca stracony. Odwróciła się powoli, przywołując na ściągniętą 

twarz  profesjonalny  uśmiech.  Klęła  w  duchu  ulewę  i  rozmazaną  na  policzkach 

barwiczkę. 

To  szlachcic,  pomyślała,  zanim  jeszcze  przyjrzała  się  bliżej  nieznajomemu.  Nagle 

rozbudzona  nadzieja  podsuwała  obrazy  bogatego  pana,  który  nie  poskąpi  pensów. 

Może  nawet  zabierze  do  karczmy,  by  swym  chuciom  folgować  w  sposób  bardziej 

przystojny  dla  ludzi  jego  stanu.  Nie  na  stojąco  na  deszczu,  w  plugawym  zaułku 

cuchnącym końskim łajnem i zgniłymi resztkami kapusty. 

- Jak ci się wiedzie, panienko? - Głos zabrzmiał już ciszej, kiedy nieznajomy się 

zbliżył. Elsie wciąż nie widziała jego twarzy, rysy skrywał cień kaptura, nasuniętego 

nisko  na  czoło.  W  tym  cieniu  dostrzegła  ulotny  błysk  i  uśmiech  zamarł  jej  na 

chwilę na twarzy. 

Zdawało jej się, że ukryte w mroku oczy błysnęły czerwienią. 

background image

A co mi tam, pomyślała, choć dreszcz przebiegł jej po  mokrych plecach. Dałabym 

samemu  diabłu  byle  tylko  zapłacił.  Byle  coś  zarobić,  nie  tylko  po  łbie.  Wrócić  do 

izdebki na stryszku, zakopać się w skórach. 

- Jak mi się wiedzie, panie? - spytała, znów uśmiechając się, w swym mniemaniu 

zalotnie.  Zamrugała  szybko,  miała  piękne,  długie  rzęsy.  Wiedziała,  że  chłopów  to 

kręci, nawet jeśli ulewa zmyła już czernidło z węgla drzewnego. 

- Spytałem  przecież.  -  Mężczyzna  podszedł  bliżej.  Stanął  przed  nią,  przez 

chwilę  miała  wrażenie,  że  specjalnie  tak,  by  nie  mogła  uciekać.  Był  rosły,  nie 

widziała  jego  dłoni  skrytych  w  fałdach  opończy,  ale  była  dziwnie 

pewna,  że  już  nie  pozwoli  jej  odejść.  Mogła  tylko  stać,  opierać  się  o  belki. 

Uświadomiła sobie, że słyszy jego oddech. Głośny i chrapliwy. Może taki napalony, 

pomyślała bez przekonania. 

- Mów,  dziewko  -  w  glosie  nie  było  nacisku.  Ale  w  tym  spokojnym  tonie 

wyczuła bardziej niż usłyszała twardą nutkę groźby. 

Jak mi się wiedzie?, pomyślała w budzącym się popłochu. Jak kurwie w deszcz... 

Omal  nie  powiedziała  tego  na  głos,  powstrzymała  się  w  ostatniej  chwili.  Coś 

zmusiło ją, by powiedzieć prawdę. 

- Bywało lepiej, panie... 

Opuściła  głowę,  mokry  warkocz  zwisł  ciężko.  Nagle  zorientowała  się,  że  płacze. 

Ciepłe łzy mieszały się z zimnym deszczem, spływały po policzkach. Ależ ja, kurwa, 

wyglądam,  uświadomiła  sobie  z  nagłym  ukłuciem  wstydu.  Stara,  mokra,  w  dodatku 

rozmazana.  A  ten  to  jakiś  zboczeniec,  że  chce  spojrzeć  na  takie  pomiotło.  Toż 

dziewek  pełno,  młodych,  cycatych.  Nie  takich,  którym  klienci  zamiast  zapłacić  dają 

po  łbie.  Musi  stary  dziad  albo  szpetny  jakiś,  co  uczciwej  dziewce  boi  się  gęby 

paskudnej pokazać. 

Wyprostowała się. A co  mi tam, pomyślała.  Dam nawet samemu  diabłu. Byle już 

więcej nie oglądać tego pierdolonego zaułka. 

background image

Nie  bacząc  na  deszcz  nieznajomy  odrzucił  kaptur  w  twarzy.  Elsie  aż  syknęła, 

zaskoczona. 

Nie  był  wcale  stary.  Młody,  przystojny,  czarnowłosy.  W  twarzy  o  barwie 

kredowych klifów czarne oczy błyszczały jak w gorączce. 

Dziewka znów poczuła lodowaty chłód. Ale podświadomie rejestrowała szczegóły. 

Ciężki,  złoty  pierścień  na  palcu dłoni równie bladej  jak twarz.  Rękojeść o dziwnym 

kształcie  wystająca  znad  ramienia.  Nie  znała  się  na  broni,  ale  takiej  jeszcze  nie 

widziała. Drobne kropelki lśniące na czole. Nie wiedzieć skąd  była  pewna,  że  to nie 

deszcz, tylko pot. Nawet wąskie wargi były sine, prawie szarawe. 

- I będzie lepiej, dziecko - dziwny człek pozbawiony barw, cały w tonacjach bieli, 

szarości  i  czerni,  za  wyjątkiem  żółtego  połysku  pierścienia,  uśmiechnął  się 

niespodziewanie. - Będzie lepiej, obiecuję ci. 

- Dziękuję, panie - wyjąkała i skłoniła głowę. Będzie, powtarzała sobie w myśli jak 

litanię,  czując  łomot  tętna  w  skroniach.  Będzie  na  pewno,  ten  panicz  nie  będzie 

chędożył  od  tyłu  niczym  to  chamisko,  cuchnące  piwskiem  i  zepsutymi  zębami. 

Chamisko, które śliniło się i sapało, szturchając ją nieporadnie, jakby całe życie nie 

trafiło  mu  się  nic  poza  własnymi  owieczkami.  Elsie  kręciła  tyłkiem,  pojękiwała, 

kiedy  sapanie  zaczęło  przyspieszać,  szykowała  się  już  do  głośniejszych  okrzyków, 

klienci  to  lubili.  Wreszcie  cham  zakwiczał  jak  dorzynana  świnia,  a  dziewczyna 

poczuła,  jak  po  udach  pociekło  jej  ciepłe  nasienie.  I  wtedy  ten  bydlak  zamiast 

pogładzić  brudnym  łapskiem  po  policzku,  wysupłać  z  sakiewki  garść  miedziaków 

po prostu plugawię zarechotał i walnął ją kułakiem w skroń. 

Kiedy  sprzed  oczu  zniknęły  czerwone  i  czarne  plamy,  kiedy  ocucił  ją  chłód, 

siedziała pod wozem. Głowa pulsowała, tępy ból promieniował od dołu krzyża. Widać 

cham i kopniaka nie pożałował. 

Elsie  podrzuciła  głowę,  spojrzała  prosto  w  czarne,  pałające  gorączką  oczy. 

Uśmiechnęła się. 

background image

Teraz  będzie  inaczej.  Była  tego  dziwnie  pewna.  Czarne  źrenice  nieznajomego 

panicza przyciągały ją, nie mogła już odwrócić wzroku. Będzie inaczej. 

Już nigdy nie zobaczę tego parszywego miejsca. Pójdę z nim, tak, na pewno z nim. 

Zabierze mnie stąd, przecież nie raz się zdarzało, że i królewicz zakochał się w dziwce. 

Nie tylko w bajkach. Dziś zdarzyło się mnie. 

Pasmo  mokrych  czarnych  włosów  przylgnęło  do  policzka.  Drobne  kropelki  lśniły 

na  nich  srebrem  niczym  delikatna  siwizna.  Młodzieniec  wyciągnął  rękę,  dotknął 

policzka  umazanego  krwią  zmieszaną  z  barwiczką.  Pogładził  delikatnie  opuszkami  i 

cofnął gwałtownie rękę. 

Przyglądał  się  przez  chwilę,  jak  z  palców  spływają  wraz  z  deszczem  różowe 

kropelki. 

Zadrżał. Zadrżeli oboje. 

- Klęknij - powiedział ochryple. Począł niezdarnie rozsupływać pod szyją rzemień 

opończy. Spieszył się. 

Elsie posłuchała. 

* * * 

Wierzchowiec  Godfreya  był  narowisty.  Wielkie,  bojowe  bydlę,  warte  dobrą  wieś, 

widać rodzinie de Lisle nieźle  się powodziło. Wcale nie było znać po zwierzęciu, że 

poprzedni  właściciel  gnał  do  zamku  na  złamanie  karku.  Jakby  miał  się  do  czego 

spieszyć, pomyślał mętnie Claymore, po własną śmierć. 

Lance  szybko  poskromił  rumaka,  choć  ten  chrapał  i wspinał się, kiedy świecki 

braciszek  zbliżył  się  do  niego  po  raz  pierwszy.  Wydawało  się,  że  jak  każdy  dobrze 

wyszkolony  bojowy  koń  nie  odejdzie  od  ciała  swego  pana,  że  rozniesie  na  wielkich 

kopytach każdego, kto ośmieli się zbliżyć. 

Ale  Lance,  choć  szczupłej  i  mizernej  postury  poradził  sobie  szybko.  Nie  zwracał 

uwagi na przekrwione ślepia, na wyszczerzone żółte zębiska, które błyskały  matowo, 

background image

kiedy  zwierzą  podrzucało  łeb.  Poradził  sobie  po  swojemu.  Żadnego  uspokajającego 

przemawiania,  żadnego  poklepywania  po  szyi.  Lance  nie  bacząc  na  ostrzegawczy 

okrzyk Claymore'a zręcznie uchylił się przed złośliwym ugryzieniem, aż końskie zęby 

szczęknęły  tylko,  zamiast  zacisnąć  się  i  zgruchotać  mu  ramię,  po  czym  chwycił 

zwisające  wodze,  szarpnął  brutalnie.  I  drugą  dłonią  zwiniętą  w  kułak  gruchnął 

rozszalałe zwierzę prosto w nozdrza. 

Ramirez  tylko  przymknął  powieki,  oczekując  wściekłego  kwiku  i  łomotu 

padającego  na  bruk  ciała  mnicha.  Kiedy  je  otworzył,  Lance  siedział  już  w  siodle. 

Rumak stał spokojnie, tylko jego oczy wciąż połyskiwały złością. 

Gnali teraz gościńcem, koń Claymore'a chrapał z wysiłku. Świecki brat pochylił się 

nad  szyją  zdobycznego  wierzchowca,  który  biegł  równym  kłusem.  Posłuszny  pod 

swoim nowym panem. 

Odsądzili  się  daleko  od  zamku,  który  zniknął  już  dawno  za  zakrętami  gościńca. 

Walijczyk  nawet  nie  wiedział,  ile  ich  minęli.  Klął  pod  nosem,  cicho  i  nieustannie, 

czasem głośniej, kiedy jego koń przesadzał wykroty i wymyte przez deszcz głębokie 

bruzdy w trakcie. Już pojmował, w co się wplątał, i zastanawiał ponuro, jak wybrnąć. 

Jak na razie nie miał pomysłu. 

Po  bokach  traktu  kończyły  się  uprawne  pola  i  pastwiska.  Wjeżdżali  pomiędzy 

ugory, od dawna nie tknięte lemieszem, zarośnięte chwastem i burzanem. Niektóre 

z  nich  porastały  całkiem  już  spore  brzózki-samosiejki,  przysadziste  krzaki  tarniny  i 

młode sosenki. Kamienne murki oddzielające pola były zrujnowane, pozostały po nich 

tylko  kopczyki  kamieni,  porośnięte  zielonym  mchem.  W  mostkach  nad  strumykami 

pomiędzy  omszałymi,  popróchniałymi  balami  ziały  szerokie  szczerby.  Tymczasem 

Lance,  który  wysforował  się  naprzód,  nawet  nie  próbował  powstrzymać  konia,  choć 

trochę zwolnić biegu. 

Claymore otrząsnął się już na tyle, że zaczął się niepokoić. A złość na niechcianego 

towarzysza poczęła ustępować miejsca złości na siebie samego. 

background image

To  nie  była  droga  do  miasta.  Lance  prowadził  w  zupełnie  innym  kierunku, 

zapuszczali  się  właśnie  w  dzikie,  spustoszone  wieloletnią  rebelią  obrzeża  przeklętej 

puszczy Sherwood. Napotkają tu tylko zrujnowane wioski, wrośnięte w ziemię zręby 

spalonych chat i rozwalone cembrowiny studni. 

Wojna skończyła się przed laty. Krwawy Wieprz przystał do szeryfa, banici poszli w 

rozsypkę, zostali wybici lub sami powymierali, kiedy na darmo było szukać oparcia w 

spalonych  do  cna  wioskach.  Nikt  jednak  nie  kwapił  się  do  osiedlania  na  rubieżach 

przeklętego lasu. Rebelia dobiegła końca, klątwa pozostała. 

- Lance! - wrzasnął Claymore. 

Świecki  brat  nawet  się  nie  obejrzał,  zamiast  tego  stuknął  zdobycznego  rumaka 

piętami po bokach, przynaglając do szybszego kłusa. Claymore chciał głośno zakląć i 

tylko  przygryzł  sobie  język,  gdy  jego  koń  przesadzał  właśnie  spory  krzak,  który 

wyrósł na środku nieuczęszczanego od dawna gościńca. 

Poczekaj,  skurwysynu,  pomyślał  bez  nijakiego  szacunku  dla  mnicha,  nieważne, 

świeckiego  brata,  ale  przecież  w  habicie.  I  splunął,  celnie  trafiając  własnego 

wierzchowca między uszy. 

Będzie musiał zwolnić, myślał widząc coraz częściej zarośla wpełzające z poboczy 

na  trakt,  pieniące  się  pomiędzy  wrośniętymi  w  ziemię  kamieniami.  Aż 

uśmiechnął się pod nosem. Poczekaj, powtórzył w myśli. Teraz ja cię zaskoczę. 

Nie musiał czekać długo. 

Gościniec omijał niewielki wzgórek i skręcał u jego podnóża. Kiedyś, gdy jeszcze 

turkotały  tędy  wozy  wyładowane  ziarnem  i  owczą  strzyżą,  ludzie  troszczyli  się  o 

stan drogi, ale  już od lat  nikt tędy nie jeździł i teraz  wiodła donikąd. I nikomu nie 

przeszkadzały spoczywające w poprzek olszyny, którym deszcze podmyły korzenie, a 

jesienne wiatry dokończyły dzieła, zwalając drzewa  w splątany stos. Zbyt szeroki, 

by go przeskoczyć. 

background image

Ciężki  bojowy  koń  zarżał.  Lance  brutalnie  zdarł  wodze,  zorientował  się,  że 

zwalisko można tylko objechać, 

to  od  strony  koron.  Zbocze,  z  którego  zwaliły  się  drzewa,  jaśniało  piaskiem, 

było  teraz  bardziej  urwiskiem  niż  łagodnym  wzgórkiem.  Zaś  łąka  po  drugiej 

stronie, porośnięta turzycą i sitowiem, wyglądała na podmokłą. 

Claymore  odetchnął  głęboko.  Wiedział,  że  złość  jest  złym  doradcą.  Trzeba 

załatwić sprawę spokojnie. 

Zajechał z tyłu, powoli. Świecki braciszek nawet nie odwrócił głowy, spoglądał na 

łąkę.  Pewnie  zastanawia  się,  czy  konie  nie  zelgną  w  tej  młace,  pomyślał  Claymore. 

Podjechał bliżej, wyciągnął rękę, by chwycić za uzdę konia, który jeszcze niedawno 

należał do nieszczęsnego Godfreya. Powstrzymał go cichy głos. 

- Nawet o tym nie myśl, Ramirez. 

Lance  nawet  nie  odwrócił  głowy.  W  jego  słowach  nie  było  złośliwości,  tylko 

znużenie. I coś na kształt politowania. 

Claymore  sapnął,  wciąż  jeszcze  nie  zamierzał  rezygnować.  Ale  zamarł,  kiedy 

świecki brat uniósł wolną rękę, i pokazał szczupłą dłoń oplecioną paciorkami różańca. 

Wolny koniec, zakończony niewielkim krucyfiksem kołysał się, zataczając nieznaczne 

kręgi. 

Może Lance tylko się modlił, być może posądzenie, iż za chwilę ołowiane koraliki 

spadną  Ramirezowi na nadgarstek, oplotą go druzgocząc kości było niesprawiedliwe. 

Jednak Claymore uznał, że lepiej będzie nie zakłócać bratu medytacji. 

Opuścił rękę, dla pewności odjechał nieco w bok. Jego koń chrapał ciężko, daleko 

było mu do wytrzymałości wielkiego bojowego bydlęcia. 

- Lance,  kurwa  mać  -  odezwał  się  w  końcu  Ramirez,  już  nie  ze  złością,  a  z 

rezygnacją. - Co ja ci takiego zrobiłem? 

Świecki  brat  odwrócił  się  wreszcie.  Jego  twarz  była  tylko  plamą  jaśniejącą  w 

zapadającym wzroku. Milczał. 

background image

- Mam przesrane - ciągnął z desperacją Claymore. - Rodzina de Lisle to nie tylko 

tych  dwóch  nieszczęsnych  idiotów.  To  ród  wielki  i  skoligacony.  Mogliśmy  się  z 

tego  wyplątać.  Oberwali  od  nas,  przecież  nie  chwaliliby  się,  że  dostali  łomot  od 

mnicha  i  kogoś  takiego  jak  ja,  nawet  nie  szlachcica...  -  Urwał.  Przetarł  czoło  nagle 

zroszone potem. 

- Co ja pierdolę... - mruknął. - I tak przesrane, Eric wykrwawił się jak zarzynany 

wieprz. Miał pecha, spaśny sukinsyn. Ale i tak, po co zabiłeś Godfreya? Musiałeś mu 

łeb ukręcić? I wiesz, mam paskudne podejrzenia. 

Podjechał do Lance'a i spojrzał mu prosto w bladoniebieskie oczy. 

- Spaliłeś  mosty.  Mam  takie  paskudne  podejrzenie,  mniszku.  Zabiłeś  go,  żeby 

nie  można było  już nic odkręcić. Bo to i tak będzie na  mnie, nikt nie uwierzy, że 

brat, nawet świecki, taka pokorna chudzina jak ty, mógł kogokolwiek zabić. O nie, to 

Claymore Ramirez, człowiek do wynajęcia, jest winien.  I teraz,  kurwa, będę  miał  

szczęście, jak mnie tylko powieszą! 

Lance wciąż milczał. W końcu jego wąskie wargi wykrzywiły się w uśmiechu. 

- Słuszne - powiedział. 

Claymore'a zatkało. Nie załapał w pierwszej chwili. 

- Co: słuszne? - sapnął. 

Świecki brat pokiwał z politowaniem głową. 

- Podejrzenie. Słuszne albo też paskudne, jak raczyłeś zauważyć. 

Za  późno  było  na  przekleństwa.  Zostałem  wrobiony,  zrozumiał  Walijczyk. 

Wypuścił ze świstem powietrze. 

- Co  ty  nie  powiesz?  -  spytał  z  przekąsem.  -  To  może  powiesz  mi  jeszcze 

dlaczego. 

W oczach mnicha błysnęło zniecierpliwienie. 

background image

- Przecież wiesz - rzucił sucho. - Mówiłem ci, durniu. Jesteś mi potrzebny. Masz 

coś, czego nie mam. 

Ciekawe co?, zastanowił się Ramirez niewesoło. Na pewno nie świra, obaj jesteśmy 

równo porąbani. A ty w dodatku jesteś wrednym, zdradliwym sukinsynem. Jestem  ci 

potrzebny, powiadasz? Czyli tak naprawdę komu? 

- Nie  zastanawiaj  się  za  wiele  -  Lance,  jakby  słysząc  jego  myśli,  przerwał  je 

beznamiętnie.  -  Jedziemy  dalej,  już  niedaleko.  Aha,  i  słuchaj  mnie,  to  może 

wyjdziesz z tego cało. 

Claymore  przytaknął  skinieniem  głowy.  Istotnie,  sam  nie  miał  żadnych  szans 

wyplątać  się  z  tego  bez  szwanku,  zdawał  sobie  sprawę.  Ale  też  poprzysiągł  sobie, 

dokładnie w tej chwili, że kiedyś przyjdzie taki czas, kiedy Lance  akurat nie  będzie 

się modlił. Kiedy będzie już po wszystkim. 

Jeśli kiedykolwiek będzie po wszystkim, napłynęła niewesoła myśl. I zaraz druga. 

O co w tym wszystkim, kurwa, chodzi? 

Kopyta bojowego  konia  grzęzły  w  miękkim  błocie,  kiedy Lance zjechał z traktu. 

Claymore chwilę stał, po czym stuknął konia piętami. Ruszył za mnichem. 

- Hej, Lance! - krzyknął jeszcze. - Dokąd właściwie jedziemy? Przecież tu nie ma 

nic. Tylko ugory i ruiny. 

Świecki brat nie odpowiedział. Nie odwrócił się nawet. 

* * * 

- Trzeba  było  powiedzieć,  że  o  to  ci  właśnie  chodzi.  Lance  się  nie  odezwał. 

Rozdmuchiwał  drobiny  żaru  tlącej  się  hubki.  W  słabym  blasku  było  widać  tylko  

wydęte cienkie wargi. 

- Ech, mogłem się spodziewać... - mruknął Claymore. 

- Jednak jesteś świrem - stwierdził. 

background image

Na  tle  nieco  jaśniejszego  nieba  ciemniała  zrujnowana  więźba  dachowa  chałupy. 

Na  wpół  zwęglone  krokwie  i  łaty  wyglądały  niczym  żebra  martwego  smoka.  Duża 

wioska,  pomyślał  Ramirez,  kiedyś  była  duża.  I  ludna.  Pozostały  jeszcze  rozwalające 

się  ściany  z  grubych  bali,  gdzieniegdzie  niestrawione  pożarem.  Ale  opłotki  dawno 

zarosły, musieli przedzierać się przez krzaki ostrożnie, by nie trafić na tkwiące jeszcze 

w  ziemi,  spróchniałe  kołki.  Obórki  i  chlewiki,  postawione  z  cienkich  desek  i  żerdzi 

rozsypały się już dawno. 

- Na cholerę tu przyjechaliśmy? - ciskał się Walijczyk. 

- Jeśli już nie chciałeś do miasta, to mogliśmy się zatrzymać w byle wiosce. 

Zgrzytnął zębami. 

- Nie,  nie  w  byle  wiosce.  To  jest  byle  wioska.  Jeśli  nie  zauważyłeś,  to  spalona 

przed  laty.  Nieważne,  przez  zbrojnych  szeryfa,  czy  przez  banitów  Wieprza. 

Pieprzony wygwizdów, w którym po krzakach walają się pewnie kości. 

Lance  przestał  dmuchać.  Ostrożnie  podkładał  cienkie  strużyny  na  żarzącą  się 

hubkę. Zamigotały pierwsze niepewne płomyczki. 

- Mogliśmy  spać  na  stryszku  w  stajni,  na  sianie,  a  nie  na  tych  pieprzonych 

kamieniach... 

Ramirez  kopnął  pierwszy  z  brzegu  wapienny  złom  z  rozsypującej  się 

cembrowiny studni. Trafił, kamień wpadł w ciemną otchłań, ale nie usłyszeli plusku, 

tylko głuchy łomot. Studnia też dawno wyschła. 

- Napić się piwa. Nawet tych szczyn, które kmiecie warzą. Zjeść, kurwa, coś... 

W  dłoniach  Lance'a  trzasnęła  sucha  gałązka,  potem  druga.  Pełgające  płomyczki 

przeżarły wysuszone drewno, wystrzeliły wyżej. Chwiejny krąg blasku poszerzył się, 

wydobył z mroku twarz mnicha. Uśmiechał się złośliwie. 

- I  czego  się  cieszysz?  -  W  głosie  Claymore'a  zabrzmiała  gorycz  i  rezygnacja. 

Brakowało  mu  sił  na  porządną  złość.  -  Może  raczysz  mi  powiedzieć,  dlaczego 

przyjechaliśmy właśnie tutaj, do tej pieprzonej trupiarni? 

background image

Świecki brat powstał. Podrzucił ostatnią gałązkę do ognia, otarł dłonie o habit. 

- Bo to trupiarnia, Claymore - powiedział sucho, spoglądając Walijczykowi prosto 

w oczy. - Żywego ducha dokoła, za to martwych ile chcesz. 

Wskazał  na  coś  na  skraju  świetlnego  kręgu,  co  Ramirez  w  pierwszym  momencie 

uznał za okrągły, omszały  kamień.  Dopiero  po  chwili  dotarło  do  niego,  że  spogląda 

na ludzką czaszkę, wrośniętą do połowy w ziemię i mech. 

- To, co chcemy zrobić, Claymore, lepiej czynić z dala od ludzi. 

Coś  było  takiego  w  głosie  mnicha,  że  Walijczyka  przeszedł  dreszcz,  zanim  sobie 

uświadomił, co w istocie usłyszał. W głosie Lance'a po raz pierwszy zadrgał lęk. 

- Idź, nazbieraj jeszcze drewna - dodał świecki brat. - To będzie długa noc. 

* * * 

Świt  wstawał  zimny,  srebrny  od  rosy  i  mgieł.  Wilgoć  przyciemniła  rozsypane, 

zmurszałe belki, lśniła na  końskiej sierści. Drobne paciorki kropelek, nawleczone na 

nitki  pajęczyn  połyskiwały  niczym  klejnoty.  Gdzieś  niedaleko  załopotały  skrzydła, 

zaszumiały liście i gałęzie. Ochryple wrzasnął pierwszy, poranny ptak. 

Ramirez  usiadł  ciężko,  oburącz  ścisnął  skronie.  Głowa  ciążyła  jak  ołów,  myśli  z 

trudem przebijały się przez spowijającą umysł gęstą, lepką  mgłę. W pierwszej chwili 

nie wiedział, gdzie jest, skąd się tu wziął. Słabe światło poranka raziło oczy, zanim się 

zdążył rozejrzeć musiał zacisnąć powieki. Świadomość wracała powoli. 

Stary  szlachcic.  Krew  na  pobielanych  ścianach.  Eric  de  Lisle  wyje  jak  pies  z 

przetrąconym  krzyżem,  biała,  skrwawiona  kość  sterczy  z  rozdartych  skórzanych 

spodni. Jasna  krew tryska łukiem, rozlewa się na bruku, drobne  kropelki rozpryskują 

się, łączą w strumyki. 

Rozszerzone  rozpaczą  oczy  Godfreya.  Źrenice  uciekają  do  góry,  tańczą,  kiedy  z 

głuchym chrupnięciem pękają kręgi. 

background image

Claymore zacisnął szczęki, aż naruszony w niedawnej bójce ząb zapulsował bólem. 

Ten ból otrzeźwił go nieco. Wciąż nie otwierał oczu, kiedy spróbował wstać. Udało się, 

zachwiał  się,  ale  nie  upadł.  Nogi  miał  miękkie  w  kolanach.  Powoli  wracała  pamięć. 

Najświeższe wspomnienia. Wtedy Claymore znów poczuł, że koniecznie musi usiąść, 

i zanim skończył tę myśl, już ciężko gruchnął tyłkiem  o ziemię. Tym razem nawet 

nie poczuł bólu. 

Lance,  pomyślał.  Zmusił  się  do  rozchylenia  powiek,  mimo  iż  światło  wbijało  się 

pod czaszkę niczym ostrze sztyletu. 

Początkowo  widział  tylko  rozmazane  plamy.  Po  chwili  z  trudem  zogniskował 

wzrok. Krąg wydeptanej trawy, popiół wygasłego ogniska. Derka, ciśnięta niedbale. I 

obok niej brunatna plama habitu. 

Claymore  przyczołgał  się  do  nieruchomej  postaci.  Widział  już  lepiej,  świecki  brat 

leżał  na  wznak,  nieruchomo.  Zwykłą  u  niego  bladość  twarzy  podkreślały  głębokie 

cienie pod oczyma, które, przymknięte, jakby zapadły się w głąb czaszki. Splecione na 

piersi  dłonie  zdawały  się  kruche  jak  u  nieboszczyka  w  krypcie,  białe  i  wręcz 

przejrzyste niczym żyłkowany sino marmur. 

Pamiętaj, jeśli ockniesz się pierwszy... w skołatanym  umyśle  Walijczyka wróciło 

echem  wspomnienie  słów.  Jeśli  ockniesz  się  pierwszy,  nic  nie  rób,  poczekaj.  Nie 

dotykaj mnie nawet. 

Lance  powtarzał  to  kilkakrotnie,  z  naciskiem,  zanim...  Nie  chciał  sobie 

przypominać,  jeszcze  nie  teraz,  jeszcze  będzie  czas.  Odganiał  natrętne  strzępy 

obrazów,  które  układały  się  w  to,  co  przeżył  zaledwie  wczoraj,  tu,  w  ruinach 

spustoszonej  przed  laty  wioski.  W  ruinach,  które  tchnęły  chłodem  śmierci  i 

zapomnienia.  Jeszcze  nie  teraz.  Jeszcze  będzie  czas.  Wyciągnął  rękę,  chcąc  dotknąć 

splecionych  dłoni  mnicha,  przygotował  się,  że  poczuje  zimno,  a  może  nawet 

szczupłe  palce  z  wyraźnie  widocznymi  stawami  rozsypią  się  pod  dotknięciem.  W 

ostatniej  chwili  się  powstrzymał.  Nie  •dotykaj!  Mnich  powtarzał  to  po  wielokroć, 

chciał  widać,  by  jego  słowa  zapadły  Claymore'owi  głęboko  w  pamięć.  Z  początku 

jakby  mimochodem,  jakby  nie  było  to  nic  specjalnie  ważnego,  potem  coraz  bardziej 

background image

natarczywie,  w  miarę  jak  Ramirez,  powodowany  ciekawością,  uśmiechał  się  tylko 

wymijająco.  Tak,  uświadomił  sobie  teraz  Claymore,  to  była  ciekawość,  a  poza  tym 

złośliwość. Po raz pierwszy zauważył, że świeckiemu bratu na czymś zależy, że stara 

się skłonić do czegoś, czego nie może nakazać. 

Uśmiechnął  się.  I  zaraz  uśmiech  spełzł  z  jego  twarzy.  Przypomniał  sobie,  co  w 

końcu powiedział doprowadzony do ostateczności Lance. 

Uważaj. Bo nie wiadomo, kogo obudzisz. Albo co obudzisz. 

Claymore  przełknął  głośno  ślinę.  Jego  wyciągnięta  wciąż  dłoń  drżała.  A  potem 

zamknął oczy i zacisnął palce na splecionych dłoniach mnicha. 

Przez  nieskończenie  długą  chwilę  nie  czuł  nic.  Ani  spodziewanego  zimna,  ani 

trupiej kruchości. 

- Wiedziałem, durniu, że nie wytrzymasz - usłyszał wreszcie, zanim nawet poczuł 

najlżejsze drgnienie. Skrzywił się tylko i spojrzał. 

Lance wpatrywał mu się w twarz szeroko otwartymi oczyma. Zapewne nie widział 

jeszcze  wiele,  jego  wzrok  wciąż  był  mętny  i  przymglony,  w  kącikach  pod 

powiekami  wzbierały  łzy.  Ale  uśmiechał  się,  po  raz  pierwszy  chyba  szczerze,  nie 

tylko ironicznym skrzywieniem bladych, bezkrwistych warg. 

Claymore  odwzajemnił  uśmiech.  A  potem  pociemniało  mu  w  oczach  i  znów 

ciężko klapnął na tyłek. 

* * * 

Pod  grubą  warstwą  popiołu  tlił  się  jeszcze  żar.  Wystarczyło  odgrzebać,  dorzucić 

garść  suchej  trawy,  kilka  cienkich  gałązek,  by  wśród  niebieskawego  dymu  znów 

zatańczyły płomyki. Było już całkiem widno, poranek wstawał pochmurny, lecz jasny. 

Żaden z nich się nie odzywał. Widać obaj musieli się pozbierać, dojść do siebie po 

przeżyciach długiej nocy. 

background image

Przeżyciach? Claymore zacisnął zęby. Nie mógł doświadczyć tego wszystkiego, co 

zobaczył,  co  pojął,  a  czego  strzępy  kołatały  się  pod  czaszką,  napierały  zewsząd, 

układały  w  ciągi  obrazów  i  zdarzeń.  To  niemożliwe,  pomyślał.  Nie  można  tego 

przeżyć i pozostać sobą. 

Wyciągnął przed siebie dłoń, zacisnął ją w pięść, aż do bólu, kiedy paznokcie wpiły 

się w ciało. To wciąż ja, powtórzył z uporem. To były tylko majaki. Powtarzał to sobie 

cały  czas,  jak  litanię,  nawet  wtedy,  kiedy  rozprostował  dłoń  i  w  jej  wnętrzu  ujrzał 

głęboko  odciśnięte  ślady. Te świeże i te starsze. Wczoraj jeszcze ich nie było.  Lance, 

zgarbiony  w  kucki  jak  chudy,  nastroszony  ptak,  grzebał  patykiem  w  ognisku.  Jego 

rysy  wyostrzyły  się  jeszcze  bardziej,  wyglądał  na  ozdrowieńca  po  długiej,  ciężkiej 

chorobie.  Poruszał  wargami,  jakby  się  modlił.  Może  istotnie  się  modli,  pomyślał 

Claymore, kiedy dostrzegł, że świecki braciszek przesuwa w palcach paciorki swojego 

różańca. Może się modli, a może tylko zamyśla, komu tym różańcem przypieprzyć. 

Roześmiał się. Pochylone plecy mnicha drgnęły, ale Lance nie odwrócił głowy. 

Śmiech Claymore'a urwał się nagle. Walijczyk nie był jeszcze gotów, by wrócić do 

koszmarów,  by  przypomnieć  je  sobie  dokładnie,  zanalizować.  Ale  wiedział,  że  były 

ważne, i wiedział też, że przyniosły rozwiązanie. Przyniosły pewność. 

Popatrzył  znów  na  zgarbionego,  pogrążonego  w  rozmyślaniach  mnicha. 

Uśmiechnął się, tym razem bezgłośnie. Mylisz się, Lance, myliłeś się od początku. Ale 

w jednym miałeś rację, jestem ci potrzebny. Bo tylko świr może złapać świra. 

Omal nie wypowiedział tych słów na głos. I aż się  zdziwił, kiedy pojął, że straciły 

swój szyderczy wydźwięk. Wszyscy jesteśmy porąbani, pomyślał. Ty, Lance, też, i ja. 

I  on.  Jedyna  różnica  między  nami  jest  taka,  że  umiemy  zapanować  nad  swymi 

demonami. Nie odwrotnie. 

I uświadomił sobie jeszcze jedno, zerkając spod oka na zgarbioną, chudą postać, na 

ostry  profil.  Nie  miał  już  żalu  do  Lance'a.  Świecki  brat  nie  był  już  kimś,  kto  wrobił 

najemnego zabójcę, wykorzystał jego  naiwność i ciekawość, a  może nawet chciwość 

dla własnych, niepojętych celów. Claymore zrozumiał, że są towarzyszami. 

background image

- W  imię,  kurwa,  zasad...  -  mruknął.  Sam  nie  wiedział,  skąd  przyszło  mu  to  do 

głowy. 

Lance  odwrócił  się.  Długo  spoglądał  ciężkim,  nieruchomym  wzrokiem.  Wreszcie 

skinął głową. 

- Tak  -  odparł  wreszcie.  -  I  w  imię  litości.  A  także  takiej  bzdury,  jaką  jest 

pierdolona sprawiedliwość. 

Ramirez  uśmiechnął  się  złośliwie.  Owszem,  przyjacielu.  Ale  jeśli  chodzi  o  sedno 

sprawy, to się srodze mylisz. 

* * * 

Lance  może  się  i  mylił.  Ale  Claymore  musiał  przyznać,  że  bez  niego  nigdy  by 

owego sedna nawet nie ujrzał. Nie sam i nie bez pomocy. 

- Nie ciskaj się tak, Ramirez, nic ci z tego nie przyjdzie, jak już zapewne zdążyłeś 

pojąć - głos nie był suchy i beznamiętny, wręcz ociekał ironią.  - Wpadłeś po uszy, 

domyślasz  się  zapewne,  w  co.  Siedzisz  w  dole  kloacznym  i  tylko  gęba  jeszcze 

wystaje ponad gówno. Uważaj, wystarczy, że cię popchnę, i się zachłyśniesz. 

Claymore  skrzywił  się.  W  pierwszej  chwili  wydawało  mu  się,  że  mnich  powtarza 

znów  to  samo,  co  zdążył  powiedzieć  wczorajszej  nocy.  Ale  nie.  Lance  odwrócił  się, 

znów  zgarbił  nad  ogniskiem,  zgiął  chude  plecy  i  objął  kolana  rękoma.  To  tylko 

wyobraźnia  płata  figle,  zrozumiał  Walijczyk.  To  tylko  wspomnienie,  sugestywne  jak 

rzeczywistość. Potrząsnął  głową. Ciągle nie  mógł  się pozbyć  szumu w uszach,  myśli 

nadal płynęły ospale. 

Postanowił wziąć przykład z Lance'a. Podświadomie czuł, że nie siedzą bezczynnie 

bez powodu, choć wczoraj zaledwie wydawało się, że nie ma ni chwili do stracenia, a 

przynajmniej  świecki  brat  tak  uważa.  Że  należy  gnać  przed  siebie,  im  szybciej  tym 

lepiej, zanim stanie się... 

background image

Właśnie, pomyślał Ramirez. Stanie się. Wciąż miał wrażenie, że czas się kurczy, że 

zbliża się coś złego. Ktoś umrze. Może właśnie umiera. A może już umarł. 

Sam się dziwił. Widział niejedną śmierć, niejedną sam  zadał. Umiał odbierać życie 

bez refleksji i bez złości. Taka praca, potrafił nawet powiedzieć. A teraz czuł, jak coś 

nadchodzi, świadomość, że jeśli niczego nie zrobi... 

- Wreszcie  zrozumiałeś  -  odezwał  się  nagle  Lance.  Jakby  śledził  myśli 

Walijczyka,  jakby  znał  te  najtajniejsze.  Ten  uświadomił  sobie,  że  może  i  zna.  Kto 

wie, co jeszcze zdarzyło się tej dziwnej nocy. 

- Już wiesz, że możesz czemuś zapobiec. Wiedziałeś od dawna. 

Claymore skinął głową, choć mnich nie odwrócił się nawet. 

- Wiem  -  odparł  po  prostu.  -  A  teraz  z  tym  się  pogodziłem.  I  zrobię,  co 

powinienem zrobić, bo tylko ja mogę. 

Roześmiał się gorzko. 

- Tylko  świr  może  złapać  świra,  co,  Lance?  O  to  chodzi.  Tym  razem  to  mnich 

potwierdził  ruchem  głowy.  Nie  dodał  nic  więcej,  ale  jego  zgarbione  plecy  zadrgały 

od tłumionego chichotu. Ramirez miał tego dość. 

Wstał.  Tym  razem  nie  poczuł  już  łupnięcia  w  skroniach,  nie  pociemniało  mu  w 

oczach.  Może  to  złość  spowodowała,  iż  nie  zwracał  uwagi,  a  może  mijały  skutki 

działania podejrzanych mikstur mnicha. 

Szarpnął  Lance'a  za  ramię.  Przygotował  się  na  opór,  na  zaciśnięcie  dłoni  na 

nadgarstku, może na cios. Albo wręcz na uderzenie różańcem z ołowianych paciorków. 

Na wszystko był gotów, tylko nie na uśmiech, który zobaczył, kiedy  Lance spokojnie 

odwrócił głowę i spojrzał mu w oczy. 

- Owszem,  o  to  chodzi.  Wiesz  przecież,  że  to  prawda.  Gniew  Ramireza  zgasł 

równie szybko, jak wybuchł. 

background image

Claymore  puścił  ramię  obleczone  w  bury,  zaplamiony  i  wytarty,  jak  spostrzegł 

teraz, habit. Zrozumiał, że i z tym się pogodził. Przynajmniej na razie. 

Usiadł  obok  świeckiego  braciszka.  Zapatrzył  się  w  blade,  nieśmiałe  płomyczki,  w 

smużkę sinego dymu, która wiła się wspinając w równie sine niebo. 

- I  co,  Lance?  -  spytał  po  chwili.  -  Kiedy  przyjdzie  kolej  na  mnie?  Od  razu, 

kiedy zrobią już swoje? Czy dopiero wtedy, kiedy bardziej mi odpierdoli? 

Mnich  nie  odpowiadał.  Jakby  chcąc  zyskać  na  czasie  rzucił  na  żarzące  się  węgle 

cienką suchą gałązkę, spoglądał, jak  zajmuje  się ogniem, skręca i czernieje. Dopiero 

gdy zamieniła się w popiół, powiedział: 

- Być może nigdy, Ramirez. 

Popatrzył na swego młodszego towarzysza. 

- Zresztą... - podjął po krótkiej chwili. - Tylko ty znasz odpowiedź. Powinieneś 

znać, zobaczyć ją tej nocy. 

I  zobaczyłem,  przytaknął  milcząco  Claymore.  Wiele  zobaczyłem.  Przyszedł  czas, 

żeby to wszystko poukładać, choćby nie wiem jak było paskudne. 

Z  wysiłkiem  odepchnął  dręczący  niepokój.  Nie  potrafił  go  zbagatelizować,  tkwił 

wciąż gdzieś  głęboko, ciężki  i lodowaty, niczym bryła zmarzniętego śniegu. Ale już 

nie  przeszkadzał  jasno  myśleć.  Wspominać  i  klecić  strzępy  obrazów,  tych,  które 

Claymore  widział  wczoraj,  i  tych,  co  do  których  był  pewien,  że  realnie  nigdy  nie 

ujrzał. Nie wiedział, czy zdarzyły się kiedyś, czy może dopiero nadejdą. 

Wstrząsnął  się.  Wolałby,  żeby  nie  nadeszły.  Kim  ty  naprawdę  jesteś,  Lance?, 

pomyślał  po  raz  nie  wiadomo  który.  Sługą  Bożym?  Zabójcą,  takim  jak  ja  i  nie 

lepszym ode mnie? A może czarownikiem, druidem nie-ledwie? Cóż, to ostatnie było 

prawdopodobne. 

Popatrzył z ukosa na mnicha. Ten zdawał się drzemać. Oczy, ukryte pod powiekami 

zapadły się głęboko, światło poranka, który przechodził powoli w pochmurny, ponury 

background image

dzień,  kładło  głębokie  cienie  w  oczodołach  i  pod  kośćmi  policzkowymi.  Twarz 

Lance'a przywodziła na myśl czaszkę, obciągniętą wyschłą, pergaminową skóra. 

Claymore  uświadomił  sobie,  że  świecki  brat  zawsze  tak  wyglądał.  Zwłaszcza 

kiedy się zamyślił lub po prostu odgradzał od rozmówcy barierą milczenia. 

Tak  też  wyglądał  wczorajszej  nocy,  kiedy  ognisko  rozgorzało  już  blaskiem,  a 

Ramirez ciskał się,  klął i prosił na  przemian. Wydawało  się, że zakonnik nie słyszy. 

Siedział  nieruchomo,  z  przymkniętymi  oczyma,  a  tańczące  płomienie  wydobywały  z 

mroku  jego  twarz  niczym  trupią  maskę.  Tylko  nieznaczny  ruch  palców,  które 

przesuwały  paciorki  różańca,  i  bezgłośne  poruszenia  wąskich  warg  świadczyły,  że  w 

ogóle żyje. 

Walijczyk  zachrypł  w  końcu.  Jego  przekleństwa,  wyzwiska,  groźby,  a  w  końcu  i 

błagania  odbijały  się  nieszkodliwie  od  muru  milczenia  i  obojętności,  jakim  Lance 

odgrodził  się  od  doczesnego  świata.  Mnich  poruszył  się,  dopiero  gdy  zapadła  cisza. 

Wstał w milczeniu i ruszył do wierzchowców. 

Siedziałem wtedy jak głupi, wspomniał Ramirez. Ten głuchy pień nie poświęcił mi 

odrobiny  uwagi,  zdawał  się  nie  słyszeć,  co  do  niego  mówiłem,  w  końcu 

wykrzykiwałem. I już wtedy... 

Uświadomił sobie, że już wtedy jego wściekłość począł przesłaniać lęk. Irracjonalny 

i  nieokreślony,  nie  strach  przed  konsekwencjami  masakry  na  zamkowym  dziedzińcu, 

nie  obawa  przed  zemstą  licznej  i  skoligaconej  familii  de  Lisle.  Co  gorsza,  zasobnej. 

Walijczyk  podejrzewał,  że  bliżsi  i  dalsi  pociotkowie  Erica  i  Godfreya  będą 

rozsądniejsi,  a  może  po  prostu  bardziej  leniwi.  I  niekoniecznie  zginie  od  ciosu 

jaśniepańskiego  miecza,  prędzej  ktoś,  taki  sam  yeoman  jak  on,  wepchnie  mu  sztylet 

między żebra, kiedy będzie się najmniej tego spodziewał. 

To  było  realne  zagrożenie,  prawdziwy  problem.  Dał  się  wrobić  jak  dziecko, 

powtarzał to sobie kręcąc bezradnie głową. Ale nie tego się bał. 

Lance  niedługo  przebywał  poza  chwiejnym  kręgiem  światła  rzucanym  przez 

ognisko.  Claymore  usłyszał  poparskiwanie  uwiązanych  koni,  które  głucho  tłukły 

background image

kopytami w ziemię, pomyślał wtedy, że może wielkie bojowe bydlę  kopnie złośliwie 

nowego  właściciela.  Ale  nic  takiego  nie  nastąpiło,  usłyszał  łagodny  głos,  nie 

rozróżniał  wprawdzie  słów,  ale  widać  Lance  zmienił  postępowanie  w  stosunku  do 

zwierzęcia, nie tłukł kułakiem, by okiełznać i zmusić do posłuszeństwa. Wszystko 

ucichło, i mnich po chwili wrócił. 

Bez słowa wyjaśnienia starannie rozesłał na ziemi  derkę, złożył na niej podróżną, 

mocno podniszczoną sakwę.  Wyślizgana  przez  lata  używania,  gładka  skóra  lśniła  w 

blasku  płomieni.  Przypomina  właściciela,  błysnęło  Claymore'owi  niespodziewane 

skojarzenie.  Równie  zużyta,  równie  twarda  jak  stare  rzemienie.  Równie  mocna. 

Pojawiła  się  też  ciekawość,  co  kryje  się  pod  zniszczoną  skórą.  Tak  jak  i  pod 

kapturem burego habitu. 

Nic  specjalnego  na  pierwszy  rzut  oka.  Lance  wyjmował  małe  woreczki,  starannie 

zasupłane  rzemykami.  Niektóre  podnosił  do  ucha,  naciskał,  jakby  słuchał  dźwięku, 

jaki pod naciskiem wydaje zawartość. Niektóre wąchał, nawet nie rozwiązując, kiwał 

głową z aprobatą. 

Zioła, domyślił się wtedy Claymore i jego zaciekawienie wzrosło jeszcze bardziej. 

Kim  ty  jesteś?  Przypomniał  sobie  teraz,  że  o  mało  nie  powiedział  tego  na  głos. 

Roześmiał się. Na głos też pytał. I też nie otrzymał odpowiedzi. 

Zioła i małe, misterne gliniane flakoniki, zatkane rdzeniem czarnego bzu, zalepione 

gipsem  nie  pasowały  do  mnicha,  nawet  świeckiego  brata.  Trąciły  czarami  i  herezją, 

starym  kultem,  który  kościół  pragnął  wytrzebić,  by  ślad  nawet  po  nim  nie  został. 

Walijczykowi  kojarzyły  się  z  rodzinnymi  lasami,  gęstymi  i  mrocznymi,  które  jak 

sądził, dawno już przepadły w mrokach niepamięci, tak wiele wiosen upłynęło, odkąd 

je opuścił. 

Przestał  się  dziwić.  Wszystko  zaczynało  się  składać,  nawet  to  miejsce,  tchnące 

wonią  śmierci,  martwa  wioska,  po  której  zostały  zręby  chat,  popalone,  spróchniałe 

belki  i  rozsypane  kamienie.  I  kości  zabitych,  których  nikt  nie  grzebał,  pozostawione 

tak,  by  rozwłóczyły  je  lisy,  objadło  ptactwo,  a  z  resztek  ciała  oczyściły  pracowite 

owady.  By  szkielety  z  tkwiącymi  między  żebrami  ułomkami  bełtów,  roztrzaskane 

background image

ciosami  czaszki  mogły  wrastać  w  ziemię,  pokrywać  się  zielonym  liszajem  mchów  i 

zapomnienia. By półkręgi szczęk mogły szczerzyć się szyderczo spośród chwastów i 

burzanów. 

Zaczynał  rozumieć,  że  tylko  tutaj,  gdzie  wciąż  krążyła  śmierć,  której  nikt  z  tego 

miejsca nie odpędził od lat, nie ułagodził pochówkiem ani ofiarą, mogą dokonać tego, 

co zamierzał Lance. 

Na  derce  pojawiły  się  miseczki,  wyrzezane  z  drewna,  pociemniałe  od  mikstur  i 

płynów,  które  wsiąkały  w  nie  przez  lata.  Dwa  kubki,  też  drewniane,  obciągnięte 

skórą. Lance, skupiony i uważny przetarł je czystą, lnianą szmatką, która nie wiedzieć 

skąd pojawiła się nagle w jego dłoni. 

Pierwsza garść ziół wpadła w ogień. Ognisko buchnęło  płomieniem, złociste iskry, 

w które zamieniły się wysuszone, drobno cięte listki, uniosły się w niebo migotliwym 

kłębem. Wirowały niczym robaczki świętojańskie, gasły niesione wiatrem, spadały na 

trawę  w  lekkich,  nieważkich  płatkach  popiołu.  Dym  stał  się  słodki  i  gęsty.  Wtedy 

Lance zaczął mówić. 

Claymore z początku myślał, że mnich mamrocze coś do siebie. Może przepowiada 

sobie tajemnicze formułki, może  modli się tylko. Nawet nie zastanawiał się do  kogo. 

Kogo  może  wzywać  na  pomoc  ten  okrutny,  beznamiętny  człowiek  o  błyszczących 

fanatyzmem bladych oczach. Kogo przyzywa, błaga, a może odpędza. 

Wstrząsnął  się.  Od  słodkawego  zapachu  zaczynało  mu  się  kręcić  w  głowie.  Myśli 

poczynały się rwać. Zapłonęła następna  garść wysuszonych listków i łodyżek, tuman 

unoszący  się  nad  płonącymi  żagwiami  zgęstniał,  jego  woń  stała  się  ostra  i  dusząca. 

Dym  począł  ścielić  się  nisko,  ciężki  i  lepki,  otulał  siedzące  postaci,  wspinał  się 

białymi,  prawie  dotykalnymi  pasmami  do  ust  i  nozdrzy.  Ramirez  przez  chwilę 

wstrzymywał oddech, oczy mu łzawiły, nie widział już prawie świeckiego brata, jego 

postać  rozmywała  się  w  opalizujących,  prześwietlonych  płomieniami  kłębach,  które 

zdawały się przybierać fantastyczne, niespotykane kształty, 

background image

Wreszcie  odetchnął.  Wciągnął  opary  głęboko  do  płuc.  Glos  Lance'a  stał  się 

wyraźniejszy, Claymore dokładnie rozróżniał już poszczególne słowa. 

- To nic osobistego,  Claymore. Padło na ciebie, po  prostu, bo się nadajesz. Jesteś 

bystry, chciwy, ciekawski. Odważny. I w sam raz pierdolnięty. 

Istotnie,  pomyślał  Walijczyk.  Ale  ta  myśl  nie  niosła  już  ze  sobą  złości, 

zaakceptował ją jak obiektywną prawdę,  z którą trudno walczyć. I trudno się na nią 

obrażać. Czuł... Otępienie? Nie, to złe słowo. Tylko obojętność, jakby stał się samym 

umysłem, oderwanym od ciała. I być może nawet tak było, bo choć miał świadomość 

iż,  to  ciało  posiada,  to  utracił  nad  nim  władzę.  Czuł  ostre  kamyki  wpijające  się  w 

tyłek.  Czuł  ból  mięśni,  nadwerężonych  w  krótkim  starciu  z  braćmi  de  Lisle. 

Mrowienie  w  nodze,  która  ścierpła od niewygodnej pozycji.  Ale ciało  było odległe, 

przesyłało sygnały tylko w jedną stronę. Nie słuchało. 

Czegoś  ty  dosypał  do  ognia,  Lance?,  błysnęła  trzeźwiejsza  myśl.  I zaraz zgasła. 

Nieistotne. 

Wąskie wargi mnicha lśniły czarnym, oleistym połyskiem. Pusty flakonik upadł na 

derkę. Claymore patrzył zafascynowany, jak toczy się powoli, jakby czas rozciągał się 

do  granic  możliwości.  Jak  roni  z  szyjki  pojedyncze,  ciemne  krople,  które  zamiast 

wsiąknąć w tkaninę, rozbiegają się na boki jak żywe. 

- Jesteś w sam raz, Claymore. Obserwowaliśmy cię od dawna, wiemy, co robiłeś i 

dlaczego... 

My,  czyli  kto?  Walijczyk  popatrzył  w  oczy  Lance'a,  które  nie  były  już 

bladoniebieskie  i  spłowiałe,  nie  było  w  nich  chłodu  jesiennego  nieba  ani  zimnego 

połysku  stali.  Źrenice  rozszerzyły  się,  zniknęły  całkiem  tęczówki.  Claymore  miał 

wrażenie, że zagląda prosto w pustkę ciemnej, bezdennej studni. 

- My, panie Ramirez - świecki brat odpowiedział, acz wymijająco na niezadane na 

głos  pytanie.  -  Szukamy  takich  jak  ty,  od  wieków.  Od  zawsze,  z  naszego  punktu 

widzenia, bo i ty, i ja, jesteśmy nieważni. Ważny jest cel,  w który wierzę, któremu 

poświęciłem się bez reszty. Cel, w który i ty zaraz uwierzysz. 

background image

W głosie nie było szyderstwa, była pewność. 

Kłąb  iskier  strzelił  w  niebo.  Claymore  poczuł  na  wargach  zimny  dotyk  naczynia, 

smak  płynu,  niespodziewana  paląca  gorycz  ściągnęła  mu  twarz  mimowolnym 

grymasem.  Mikstura  paliła  w  ustach,  drapała  w  gardle,  rozpływała  się  ciepłem 

promieniującym  od  trzewi.  Wszystko  dokoła  poczęło  się  rozmywać,  malało  w 

oddaleniu. Pozostały tylko oczy Lance'a, czujne i uważne. 

- Jesteś gotów! - śmiech mnicha zazgrzytał niczym ostrze noża po szkle. 

Jestem, pomyślał Claymore. Jestem gotów słuchać. I może uwierzyć. 

Otrząsnął się na chwilę. Z szarego nieba zaczynał siąpić deszcz. Kropelki chłodziły 

rozpalone czoło. Przetarł je dłonią. Przez chwilę przypatrywał się, jak drżą mu palce. 

To  dopiero  początek,  pomyślał.  Później  było  gorzej.  Znacznie  gorzej.  Kiedy  już 

zaczął rozumieć, kim jest. A raczej kim może się stać. 

Jestem  gotów,  zdecydował  wtedy,  choć  decyzję  raczej  podjęła  ostatnia  przytomna 

jeszcze część jego umysłu. Bo też wiedział, że nie ma innego wyjścia. 

- Jesteśmy  tu  od  wieków  -  słowa  Lance'a  padały  miarowo,  beznamiętnie.  -  Od 

zarania.  Bogowie  przychodzą  i  przemijają.  Królestwa  padają  w  gruzy,  na  ich 

miejscu rodzą się nowe. A my trwamy. I będziemy trwać. 

Szczupła  twarz  mnicha  perliła  się  kropelkami  potu.  Błyszczące  strumyki  spływały 

po czole i policzkach. 

- Niech cię nie zmyli ten habit. Po prostu jestem teraz po właściwej stronie. Tak 

wygodniej. Ale cel jest wciąż ten sam. Zawsze był i pozostanie. 

Lance wstał. 

- Równowaga, panie Ramirez. 

Równowaga.  Claymore  mozolnie  obracał  to  słowo  w  umyśle.  Coś  mu  się 

kołatało, coś niepochwytnego. Zło i dobro. 

background image

Nie, to nie może być takie proste. 

- Jesteście jak dzieci. Wy, prostacy i królewięta. Władcy i hołota. Wydaje wam się, 

że panujecie nad światem, czynicie go sobie poddanym... 

My?, zdziwienie przebiło się przez mgłę, która tłumiła myśli. A co ja, kurwa, mam 

do tego? Poza tym, że jestem świrem? 

- Owszem, ty jesteś inny. Widzisz więcej. I zobaczyłeś, właśnie dziś. 

Błysk i nagły ból. Czarne, zaschnięte sople spływające po bielonych ścianach. Świst 

powietrza w przeciętej tchawicy. Głęboki warkot głodnej bestii. 

Czarny pies unosi ostry pysk, z pożółkłych kłów spływa gęsta ślina. 

- Dalej, Claymore, jesteś już blisko... 

Czy to złudzenie, czy piekielny mnich śmieje się szyderczo. Znów zimny dotyk na 

wargach, znów do gardła spływa palący płyn. 

- Dalejże! 

Już  tylko  obrazy.  Strzępki  wspomnień.  Tych,  co  się  wydarzyły. Tych, co dopiero 

nadejdą.  Gorąca  krew  spływa  na  dłonie,  w  szczelinach  kamiennego  muru  zielenią 

się i szarzeją porosty. I nie ma prostej odpowiedzi na proste pytanie mordowanego na 

zimno człowieka. 

Dym gęstnieje, ciężki i duszący. Już nie ma nic poza nim. Poza opalizującą bielą i 

czarnymi, bezdennymi źrenicami. Dalej, Raimirez. Czyżby w głosie mnicha brzmiało 

zniecierpliwienie?  Claymore  nie  jest  pewien,  czy  rzeczywiście  coś  usłyszał,  czy  to 

może echo poprzednich słów tłucze się pod czaszką. 

Głęboki wykop, który bez wątpienia jest mogiłą. Ciało owinięte w całun. Miękkość 

i ciepło dziewczęcej dłoni. Słowa gdzieś, kiedyś zasłyszanej ballady. 

...Promise me, when you see a white rose you'll think ofme... 

background image

Nie zapomnę. I nagły skurcz serca. Nie zapomnę, nawet kiedy cię stracę. Claymore 

potrząsa  głową,  usilnie  stara  się  zogniskować  wzrok.  Przecież  nie  straciłem.  Nawet 

jeszcze nie poznałem. 

- Czarny  pies.  On  jest  ważny,  Claymore!  Czarny  pies!  Zmienia  się  perspektywa. 

Twarz  Lance'a  jaśnieje  bladą  plamą  na  tle  nieba,  rozgwieżdżonego  tańczącymi 

iskrami.  Ciała  nie  ma  już  wcale,  rozpłynęło  się  w  dymie,  w  duszących  słodkich  i 

palących oparach. Została świadomość i wizje. 

Wciąż nie takie. Trupią maskę mnicha ściąga gniew. Lance coś mówi, natarczywie i 

gniewnie, słowa rozpływają się, rozpadają na poszczególne dźwięki i echa. 

Kosmyk  jasnych  włosów,  czerń  brwi,  dotyk  gładkiej  skóry.  Smak  miodu  na 

wargach. 

...I will be your ghost of a rose... 

Policzek pali ogniem. Czy to już? Nie. Świadomość  wraca na chwilę. To tylko ten 

skurwysyn dał mi w pysk, orientuje się Claymore. 

-  Skup się, durniu, nie ma czasu! Nie wytrzymasz już długo! 

Nie ma? 

Wewnętrzny  chichot  wstrząsa  ciałem.  Nie  wiesz,  Lance,  jak  wiele  mogę 

wytrzymać. Sam się nie spodziewałem. 

Głowa pod uderzeniem przetacza się z boku na bok. 

Ech, poczekaj, jak tylko będę mógł wstać... 

Ciało  wciąż  nie  słucha.  Nie  ma  go,  rozpłynęło  się  w  rozkołysanej,  skłębionej 

przestrzeni. 

- Czarny pies! 

Twarde palce chwytają podbródek, unieruchamiają głowę. Można już tylko patrzeć 

w szkliste, pozbawione tęczówek oczy. 

background image

- Równowaga,  Ramirez.  Już  wiesz,  co  się  dzieje.  My  wiemy  od  dawna.  Panicz 

William nie jest pierwszy. 

Tak, nie jest. Claymore chce się uśmiechnąć,  ale nie  może, wargi  ma zdrętwiałe  i 

nieczułe.  Nie  on  pierwszy  wrócił  z  tej  wojny,  niepotrzebnej  i  krwawej.  I  nie  jemu 

pierwszemu odbiło. 

- My  widzimy  dalej.  To  początek  zaledwie.  Obce  demony,  przepaść,  której  nikt 

nie zasypie. Tak będzie, a my musimy być gotowi. 

My, czyli kto? Wciąż  wraca jedna, natrętna  myśl. Kim ty jesteś, Lance,  kim są ci, 

których obchodzi, co będzie za sto lat? Za kilkaset? 

W  oczach  mnicha,  czarnych  punktach  w  bladym  owalu  twarzy  lśni  złość.  Dotyk 

palców na policzkach przeradza się w twardy uchwyt, kiedy mnich przemocą rozwiera 

mu zaciśnięte zęby. Claymore krztusi się, choć lepki płyn nie pali już tak bardzo. Mgła 

gęstnieje. 

- Mów, Ramirez! Już nie ma czasu. Mów, co widzisz! Co widzę? Nic, kurwa, nie 

widzę, chce powiedzieć 

Claymore.  I  niczego  nie  powiem,  jak  mi  będziesz  zatykał  gębę.  Wręcz  czuje 

chrzęst,  kiedy  dłoń  Lance'a  przesuwa  się  po  pokrytym  krótkim  zarostem  policzku  i 

brodzie. Już może zaczerpnąć powietrza. 

Nic  nie  widzę.  Tylko  mgła,  biały,  opalizujący  dym.  I  słońce.  Skąd  tu  słońce? 

Skąd  błękit  nieba?  Przecież  jest  noc.  Głowa  uwolniona  z  uchwytu  przetacza  się  po 

derce. Z boku na bok. 

Błysk.  Bliźniacze  wieże  lśnią  bielą  na  tle  błękitnego,  jasnego  nieba.  Dym  nie  jest 

już biały, wznosi się skłębionymi kolumnami. 

Drugi błysk. I ciemność. 

* * * 

background image

Suchy  patyk  trzasnął  nagle,  ostry  koniec  wbił  się  w  dłoń.  Claymore  syknął. 

Zlizał krew, która spłynęła na nadgarstek. 

Drzazgi  weszły  głęboko.  Posykiwał  jeszcze,  kiedy  klnąc  pod  nosem  wyciągał 

cienkie, łamliwe drewniane włókienka. Lance, zgarbiony nad dogasającym ogniskiem, 

poruszył się i otrząsnął, zupełnie jak wielkie, chude ptaszysko. 

Padał drobny deszcz. 

Ramirez  miał  dość.  Już  wszystko  zrozumiał.  Nie  chciał  już  przeżywać 

wszystkiego  raz  jeszcze.  Właśnie  przeżywać,  bo  choć  zdawał  sobie  sprawę,  iż  to, 

co  ujrzał  to  tylko  wizje,  pozostawały  przeraźliwie  realne,  nawet  jeśli  pominąć  ich 

treść. Wiedział, że nie wyzwoli się od  ich już nigdy, że położą się cieniem na całe 

przyszłe życie. Nic już nie będzie takie jak przedtem. 

Cisnął  ze  złością  ułomki  patyka.  Wpadły  w  wygasły,  okryty  mazią  z  padających 

kropli popiół. 

Lance drgnął. 

- Wiem wszystko - uciął Claymore, zanim mnich zdołał się chociażby odwrócić. 

- Wszystko już rozumiem. ty... 

Urwał. 

Uświadomił sobie właśnie, że nie jest już pacynką na patyku, laleczką, która tańczy, 

jak  chce  ukryty  za  kurtyną  kuglarz.  Już  nie  Lance  trzyma  patyk,  którego  koniec  jak 

dotąd tkwił w jego własnym tyłku. 

Uśmiechnął  się  złośliwie,  mimo  bólu,  który  wciąż  łomotał  w  skroniach,  mimo 

paskudnych obrazów, które chciałby wyrzucić z pamięci, choć wiedział, że wypaliły 

się w jego umyśle i pozostaną tam na zawsze. Ale coś się mieniło. 

Świecki  brat  odwrócił  się  powoli.  Claymore  widział  jego  twarz,  wyczerpaną  i 

postarzałą,  zda  się,  przez  tę  jedną  o  co  całe  lata.  Zapadnięte  głęboko  oczy  łzawiły, 

źrenice  wciąż  były  rozszerzone.  Cokolwiek  to  było,  cokolwiek  zażyłeś,  pomyślał 

Walijczyk, kosztowało cię wiele. Widocznie było warto. 

background image

Splunął. Sam mocno powątpiewał. Bo wiedział już, że Lance się myli. Że mylą się 

jego nieznani mocodawcy. 

Pokręcił  głową.  Nie  do  końca.  Bo  przecież  wiedział  iż,  że  to  co  ujrzał,  jest 

prawdą.  Będzie  prawdą.  Ta  świadomość  spowodowała,  że  znów  poczuł  w  żołądku 

twardy, lodowaty ciężar. 

Zaklął  bezradnie.  Już  nie  czuł  się  oszukany  i  wplątany  wbrew  swej  woli  w 

wydarzenia,  których  nie  rozumiał,  miał  przewagę  nad  mnichem,  teraz  to  on  sam 

będzie dyktował warunki. 

- Gadaj,  byle  szybko  -  Lance  przemówił  szorstko,  znów  z  protekcjonalną 

wyższością w głosie. Nie wiedział mszczę, jak wiele się zmieniło. - Nie mamy czasu. 

Wstał. Zachwiał się lekko, jego twarz pobladła jeszcze bardziej. Ale zaraz wziął się 

w garść. 

- Wiem,  co  widziałeś  -  rzucił  krótko.  -  A  teraz,  zanim  ruszymy,  powiesz 

dokładniej. Będę wiedział, co zrobić. 

Uśmiechnął się zimno. 

- I  co  ty  masz  zrobić.  Pojąłeś  już,  jaki  jesteś  ważny,  jak  wiele  możesz.  I  

powinieneś być wdzięczny. Ty, prostak, najemny żołdak. 

Pochylił się, zaczął zwijać derkę. Pod podeszwą jego ciężkiego jeździeckiego buta 

coś  trzasnęło.  To  pękł  pusty,  niepotrzebny  już,  gliniany  flakonik.  Lance  odtrącił 

niecierpliwie skorupy. 

- Nawet  nie  żołdak,  zwykły  zbój  -  dogadywał  dalej,  nie  patrząc  na  Claymore'a. 

Jego kościste palce dociągały żemyki sakwy. - Powiem ci coś, bo cię polubiłem. 

Podniósł głowę na chwilę, wykrzywił się szyderczo. 

- Może  się  przydasz.  Nie  będziesz  już  zwykłym  zbójem,  zmądrzejesz  trochę. 

Może  nawet  będziesz  jeszcze  kiedyś  nam  potrzebny.  Bo  masz  talent,  już  ci 

mówiłem. Marnujesz się tylko. 

background image

Jego glos stwardniał. 

- Ale dopiero wtedy, kiedy załatwimy tę sprawę. Kiedy demony wrócą tam, skąd 

przyszły. Kiedy zginie ich sługa. Bo jeśli nie, jeśli ich nie pokonamy, to przyjdzie ich 

więcej... 

Świecki  brat  cisnął  sakwę.  Claymore  znów  wyczuwał  w  jego  głosie  emocje.  A 

nawet coś więcej. Wyczuwał nienawiść. 

Kościste  dłonie  mnicha  zacisnęły  się  na  jego  ramionach.  Spojrzenie  oczu,  które 

były znów wyblakłe i załzawione, ale pałały fanatycznym blaskiem, wpiło się  w 

twarz Walijczyka. 

Jest  świat  Dar  al-Islam  -  Lance  mówił  teraz  cicho,  ale  z  pasją.  Obce  słowa 

wypluwał,  jakby  były  przekleństwem.  -  I  Dar  al-Harb,  świat,  w  którym  żyją 

niewierni. 

Zaśmiał się. Krótki śmiech zabrzmiał niczym zgrzyt. 

- Czyli  my.  I  nie  przypadkiem  znaczy  to  również  „pole  bitwy".  Bitwy,  która  się 

dopiero rozpala, w  której nienawiść przetrwa wieki. Która się nie skończy, dopóki 

nie zginiemy my albo oni. 

Ramirez poczuł, jak twarde palce mnicha wbijają mu się w ramiona. Miał już dość. 

I  tak  czuł  się,  jakby  ktoś  wrzucił  go  do  worka,  a  potem  młócił  kijem.  Zresztą, 

pomyślał,  może  to  i  prawda.  Ten  szalony  sukinsyn  byłby  do  tego  zdolny,  żeby  tylko 

zatrzymać dżihad. 

I zaraz przyszła refleksja. Skąd ja, kurwa, znam takie słowa? 

- Nic  nie  znaczysz,  Claymore.  Jesteś  potrzebny  tylko  po  to,  by  wystąpić  przeciw 

demonowi.  By  pokonać  ciało,  które  posiadł,  zmusić  je  do  wyznań.  Żebyśmy 

wiedzieli, 

jak 

walczyć 

następnym 

razem. 

jeszcze 

następnym. 

Ty 

jesteś nieważny. 

Kropelki  śliny  spadły  na  twarz  Ramireza.  Umiesz  zachęcić,  doprawdy,  pomyślał 

Walijczyk kpiąco. 

background image

Już chciał zacisnąć dłonie na nadgarstkach Lance'a, odepchnąć go, kiedy poczuł, że 

nacisk  zelżał.  Mnich  sam  wstał,  odstąpił  o  krok.  W  jednej  chwili  zniknęła  złość, 

zgasł fanatyzm w spojrzeniu. 

- Zbieraj  się  -  rzucił  szorstko.  -  Nie  ma  czasu,  sam  wiesz.  Po  drodze  opowiesz 

wszystko, czego nie wybełkotałeś w wizjach. 

Claymore  nawet  nie  drgnął.  Rozcierał  sobie  ramiona.  Przysięgał  w  myśli,  że  jeśli 

ten  szalony  mnich  jeszcze  raz  go  dotknie,  to  dostanie  w  pysk  aż  się  nogami  nakryje. 

Bez względu na konsekwencje. 

- Wstawaj! - syknął Lance. - Wstawaj, bo... 

- Bo co? - spytał uprzejmie Ramirez, po czym jednak wstał. 

Podszedł do świeckiego brata, stanął blisko. 

- Wiesz, Lance... - zaczął powoli. - Oszczędzę nam obu zbędnych rozmów. Pierdol 

się, jeśli ci reguła oczywiście pozwala. 

Musiał przyznać, że świecki brat umiał nad sobą panować. Tylko oczy rozszerzyły 

mu  się  nieco,  nozdrza  drgnęły.  Zdążył  nawet  powstrzymać  grymas,  jego  twarz 

pozostała dalej nieodgadnioną maską. 

- Jesteś pewien? - spytał tylko. 

Claymore  od  razu  zrozumiał,  że  nie  chodzi  tu  o  kwestię,  czy  reguła  zakonu,  do 

którego  Lance  przynależał,  jest  wystarczająco  elastyczna,  by  mnich  mógł  spełnić 

propozycję.  Pokiwał  głową  z  niechętnym  uznaniem.  Zakonnik  umiał  grać  według 

zasad  przeciwnika.  Gdy  tylko  pojął,  że  układ  się  zmienił,  potrafił  natychmiast  się 

dostosować. 

- Jestem -  odparł  po  prostu  Walijczyk.  -  Sam mówiłeś, tylko świr może złapać 

świra. 

Skrzywił się, choć ta myśl nie złościła go już tak jak kiedyś. 

- I tylko świr może drugiego zrozumieć. Klepnął mnicha poufale w ramię. 

background image

- Dobrze o tym wiesz, prawda? Jesteś taki sam jak i ja. I jak on. 

Lance skinął tylko głową. 

* * * 

Jechali  powoli,  obok  siebie.  Nie  musieli  się  spieszyć,  już  obaj  byli  o  tym 

przekonani. Dziś i tak było za późno. 

Paskudna świadomość, myślał Claymore. Nic nie mogłem zrobić. Nie mogliśmy. 

- Jesteś pewien? - spytał po raz któryś Lance. Ramirez przytaknął. Nie złościło go 

już  ponawiane  po  raz  któryś  pytanie.  Wiedział,  że  mnich  nie  podaje  w 

wątpliwość jego wizji, jego osądu, że uznał ją za słuszną. I zadaje je tylko po to, by 

pomóc  wydobyć z  zakamarków  podświadomości  wszystko,  co  jest  istotne.  Wszystko, 

co  może  pomóc,  a  przed  czym  Claymore  się  wzdraga,  bo  ostatnią  rzeczą,  jakiej 

pragnie, jest przeżywanie tego ponownie. 

Konie  szły  wolno,  stępa.  Można  było  puścić  wodze,  nawet  przymknąć  oczy.  By, 

mimo wszystko, przywołać wizje jeszcze raz. 

- Lance, jestem pewien - powiedział wolno Claymore. 

- To nie to, o czym myślisz, to nie święta wojna, która jak mówisz, rozgorzeje już 

wkrótce... 

Zaśmiał  się,  aż  mnich  spojrzał  na  niego  uważnie.  Pokręcił  głową,  machnął 

lekceważąco ręką. 

- Nieważne, Lance. Zastanawiałem się, co dla ciebie... -  zawahał się chwilę.  - Co 

dla was znaczy „wkrótce". Czy przypadkiem nie martwisz się o coś, co stanie się po 

twojej śmierci, po śmierci każdego z nas. Za dziesiątki, może setki lat. 

Popatrzył  na  towarzysza.  Widział  tylko  profil,  kaptur  znów  naciągnięty  na  czoło, 

chociaż deszcz już nie padał. Wąską kreskę zaciśniętych warg. 

- Nieważne - powtórzył. - Kimkolwiek byście nie byli, pewnie się doczekacie. 

background image

Milczeli obaj przez chwilę. Wjeżdżali już między uprawne pola, między pastwiska 

poprzekreślane murkami  z jasnego kamienia, popstrzone białymi plamkami pasących 

się owiec. 

Daleko  za  nimi  została  wymarła,  spalona  przed  laty  wioska,  przesiąknięta  aurą 

śmierci i zgnilizny. 

Claymore  wstrząsnął  się  w  siodle,  przez  chwilę  rozcierał  ramiona  w  złudnej 

nadziei,  że  to  powstrzyma  dreszcze.  Po  chwili  zaczął  jeszcze  raz,  analizując  i  ważąc 

każde słowo. 

- To jeszcze nie dżihad, nie najazd demonów  - uśmiechnął się krzywo. - Nie tym 

razem,  Lance,  jeszcze  nie  tym.  To  tylko  młody  Hawes  nie  wytrzymał.  Wrócił 

stamtąd,  z  tej  wojny,  która  jak  powiedziałeś,  tlić  się  będzie  przez  stulecia.  Wrócił  z 

krucjaty 

Znów mrówki przebiegły Ramirezowi wzdłuż krzyża. 

- Wrócił  nie  sam.  Ale  to,  co  w  nim  siedzi,  to  jego  własny  demon.  Jego  własne 

przekleństwo.  Może  jest  obcy,  może  pojął  go  we  władanie  właśnie  tam,  w  obcym 

kraju,  pod  obcym  słońcem.  Tam,  gdzie  młody  William  pojechał  na 

krucjatę, w obronie prawdziwej wiary. I gdzie go nikt, kurwa, nie prosił. 

Wstrzymał konia, Lance uczynił to samo. Jechali powoli, zakonnik słuchał uważnie, 

by  nie  uronić  ani  słowa.  Bo  też  za  każdym  razem  Claymore  dodawał  nowe 

szczegóły. 

- To jego demon, mnichu. I owszem, znajdziemy go i wypędzimy. To proste, jak 

wiesz.  Trzeba  tylko  iść  śladem  kolejnych  trupów,  bo  przecież  bestia  się  nie  nasyci. 

Przeciwnie,  będzie  coraz  bardziej  złakniona,  będzie  żądać  coraz  więcej.  I  być  może 

nad  kolejnym  ciałem  dopadniemy  ją  wreszcie.  Bo  już  nie  będzie  w  stanie  szybko 

odejść, 

skryć 

się, 

zanim 

uderzy 

następny 

raz. 

wtedy 

dowiemy 

się, czy to istotnie demon, a może to tylko młody Hawes sam stał się potworem. 

background image

Smagnął  konia  między  uszy.  Mocno,  ze  złością,  jaka  w  nim  wciąż  wzbierała. 

Zwierzak chrapnął tylko i znów ruszył stępa. 

Lance szybko zrównał się z Walijczykiem. 

- Jesteś pewien? - dopytywał się uporczywie. - Przecież widziałeś. 

Claymore  brutalnie  szarpnął  wodze.  Gwałtownie  wstrzymany  wierzchowiec 

wspiął się na chwilę, a gdy opadł znów na przednie kopyta, przez chwilę tańczył w 

miejscu na gościńcu. Walijczyk osadził go mocnym szarpnięciem. 

Miał dość. 

- Kurwa,  jestem!  -  wrzasnął,  aż  koń  podrzucił  łeb.  -  Jestem,  i  bardziej  już  nie 

mogę! 

Świecki  brat  walczył  przez  chwilę  z  bojowym  rumakiem  Godfreya.  Trwało  to 

dłużej,  zwierzę  było  silne  i  nie  ufało  do  końca  nowemu  jeźdźcowi.  Kiedy  Lance  już 

nad nim zapanował, podjechał bliżej, chwycił wodze wierzchowca Walijczyka. 

- Przecież widziałeś? - spytał chłodno. Nie tylko to, o czym mówisz. 

- Och, widziałem - wybuchnął Claymore. - Widziałem aż nadto. 

Omal  nie  wykrzyknął  na  głos,  że  gówno  mnichowi  do  tego,  co  tak  naprawdę 

zobaczył. I do tego, co dowiedział się o sobie samym. 

- Lance, widziałem  - zaczął już spokojniej,  kiedy  odegnał sprzed oczu te gorsze 

obrazy. - Wiem, że nie ma latających smoków, które zmieniają się w kule ognia. Nie 

ma lśniących, białych wież sięgających nieba. Ale wiesz co? 

Spojrzał braciszkowi prosto w twarz. 

- Wiem, że tego nie ma, nie istnieje. Ale wierzę ci. Wierzę w to, co widziałem, to 

musi być prawda, to się kiedyś stanie... 

Głos mu zadrgał. 

background image

- Widziałem więcej. Nagie dzieci, umazane zaschniętą krwią i własnym gównem. 

Kobiety  w  czerni,  które  obracają  się  w  płomienie.  I  wiem,  że  to  wszystko  jest 

pierdoloną prawdą! Nawet nie pytaj, skąd wiem! 

Lance spoglądał nieruchomym wzrokiem. 

- Pieprz  się,  Lance.  -  Ramirez  mówił  już  ciszej,  nawet  nie  patrzył  na  swego 

towarzysza. - Nie chciałem tego wszystkiego, nie chciałem wiedzieć. Sam się w to 

wpakowałem, 

to 

prawda. 

trudno, 

sam 

się 

wypłaczę. 

Ale 

nigdy 

więcej, nigdy... 

Wyrwał  wodze  z  ręki  mnicha,  smagnął  nimi  wierzchowca.  Po  chwili  świecki  brat 

ruszył za nim. 

- Skończymy  to,  Lance  -  nie  odwracając  się  mówił  Claymore, na tyle  głośno, że 

mnich doskonale go słyszał. - Może uznasz, że to już nie twoja sprawa, może uznają 

to ci, którzy cię wysłali. Bo to nie święta wojna, ale zwykły świr, któremu do końca 

odbiło. Ale i tak nie zamierzam  odpuścić i nawet dam sobie radę z całą pierdoloną 

rodziną  de  Lisle.  I  tak,  jestem  pewien.  A  wiesz  dlaczego?  Bo  rozmawiałem  z  jego 

ojcem. I to on mi za niego zapłacił. 

Lance zrównał się z nim, przez chwilę jechali obok siebie. 

- Bo  wiesz,  mnichu,  może  jestem  najemnym  zbójem.  Ale  i  tak  skończę  to,  co 

zacząłem. Ze zwykłej, kurwa, ciekawości. 

Wargi mnicha wykrzywił uśmiech. 

- Jadę z tobą, Claymore - skwitował krótko. Ramirez  spoglądał  na  niego  przez 

chwilę, jakby widział go pierwszy raz. I roześmiał się głośno. 

- Dzięki, łaskawco - rzucił ironicznie, kiedy tylko przestał się śmiać. - Co ja bym 

bez ciebie zrobił. 

Obaj  jednocześnie  puścili  wierzchowce  w  kłus.  W  oddali  majaczyły  już  mury  i 

wieże Nottingham. 

background image

- I V -  

- Przejście dla pana hrabiego! 

Ochrypły głos górował nad szemraniem tłumu. Ale same okrzyki nie wystarczały. 

Ludzie  rozstępowali  się  niechętnie,  zbrojni  musieli  rozpychać  ciżbę,  pomagać  sobie 

ciosami łokciem, a czasem i styliskiem topora. 

- Przejście! Pan hrabia nadchodzi! 

Guy hrabia Gisbourne był zły. Co za brak szacunku,  myślał  ponuro,  przedzierając 

się za rosłym żołnierzem przez podniecone, cuchnące piwskiem i przetrawioną cebulą 

zbiegowisko. Jakaś tłusta mieszczka boleśnie nastąpiła mu na nogę. 

- Przejście! Pan hrabia... 

- Pan  hrabia  widział  przed  sobą  tylko  szerokie  plecy  żołnierza.  Potężne  mięśnie 

napinały  się  pod  suknem  opinającym  barki,  kiedy  strażnik  wielkimi  łapskami 

odgarniał  mieszczan  i  kmiotków.  Dwóch  mniej  postawnych  zbrojnych  szło  po 

bokach,  ci  musieli  korzystać  z  tarcz  i  stylisk.  Gisbourne  doszedł  do  wniosku,  że 

znacznie lepiej sprawdziłyby się długie glewie, eskorta zebrała już  swoje, ucho tego 

po  prawej  spuchło  niczym  kalafior,  kiedy  jakaś  zajadła,  spragniona  sensacji 

mieszczka zdzieliła nieszczęsnego wojaka. Zapewne nie ręką. 

- Tak, glewie byłyby lepsze, myślał hrabia ze złością.  Ale nie chodziło przecież o 

to, by tę hołotę od razu wymordować. 

- Przejście! 

Jak  dotąd  hrabia  wyszedł  w  miarę  cało,  jeśli  nie  liczyć  szwanku  poniesionego  na 

ambicji.  Musi  to  być  nie  lada  widok,  uświadomił  sobie,  skoro  hałastra  nie  chce  się 

rozstąpić i udaje, że nie poznaje najznaczniejszej w hrabstwie osoby. 

Wojacy  zaczęli  się  wreszcie  niecierpliwić.  Z  tyłu,  tam  gdzie  za  idącymi  ciżba 

zamykała  się  natychmiast,  dobiegł  bolesny  okrzyk,  z  przodu  zgrzytnęła  obnażana 

background image

klinga.  Ten  najroślejszy,  Wulf,  jak  przypomniał  sobie  Gisbourne,  począł  wreszcie 

płazować gawiedź, która teraz rozstępowała się szybciej. 

Wreszcie posuwali się do przodu. 

Tłum rzedniał, pierzchał przed ostrzem nieźle już zezłoszczonego żołnierza. Ludzie 

cofali się pod ściany zaułka, kobiety nie podsadzały już dzieci w górę, by te miały jak 

najlepszy widok. 

Jeszcze parę kroków. Jakiś ubogi, sądząc z odzienia, szlachciura zakwiczał cienko, 

kiedy klinga Wulfa z piaskiem spotkała się z chudą, acz szlachetnie urodzoną rzycią. 

Jakaś kobiecina, pchnięta brutalnie potoczyła się po bruku. 

- Przejście!  Pan  hrabia  nadchodzi!  -  Wulf  zachrypł  już,  lecz  co  chwila  ponawiał 

swe wezwania. Wyglądało na to, że wreszcie skutkują. - Przejście... 

Głos załamał się nagle. Zbrojny stanął jak wryty. Już zobaczył. 

Gisbourne  chciał  go  odsunąć.  Równie  dobrze  mógłby  próbować  poruszyć  skałę, 

Wulf był pleczysty i ciężki. Więc tylko wyjrzał ostrożnie zza jego pleców. 

Przez chwilę nie  mógł pojąć, co widzi.  Błotnisty zaułek, wyprzężone wozy.  Stare, 

porozsychane beczki, które gubiły klepki i obręcze. Góra odpadków, zgniłej kapusty i 

czegoś jeszcze, po której harcowały tłuste szczury. 

Nie tylko po niej. Belki starej, wrośniętej w ziemię karczmy plamiły ciemne smugi. 

Coś zwisało z pociemniałej ściany 

Gisbourne spróbował przyjrzeć się bliżej. Istotnie,  zdążył pomyśleć, nie ma się co 

dziwić  tym  tłumom,  jest  na  co  popatrzeć.  Odwrócił  się,  zasłaniając  usta  dłonią. 

Bulgotliwy odgłos spowodował, że Wulf ocknął się szybko. 

- Przejście! - wrzasnął. - Pan hrabia będzie rzygał! 

* * * 

background image

Gisbourne  doszedł  już  na  tyle  do  siebie,  że  mógł  trzeźwo  myśleć.  Wstydził  się 

chwili słabości, pocieszała  go  tylko  bladość  na  twarzy  Wulfa,  którego,  nie  bez  racji, 

uważał  za  twardego  człowieka.  Zbrojny  spluwał  co  chwila  i  mełł  pod  nosem 

przekleństwa. 

- Co to, kurwa, jest? - spytał hrabia. Głos miał wciąż zdławiony. 

Wulf  wzruszył  ramionami.  Sam  trzymał  się  lepiej.  Ale  choć  był  doświadczonym 

żołnierzem,  nawykłym  do  okrucieństwa,  nie  widział  jeszcze  czegoś  takiego.  I  nie 

chciał więcej zobaczyć. 

- Raczej  kto  to  był,  panie  -  jak  zwykle  w  chwilach  zdenerwowania obcy akcent 

w jego głosie zadźwięczał wyraźniej. 

- No to zobacz! - wrzasnął Gisbourne. 

Wciąż zbierało mu się na mdłości. Odszedł parę kroków, rozejrzał się. 

Gawiedź  nie  zbliżała  się  już,  utrzymywana  z  dala  przez  rozstawionych 

strażników. Hrabia zorientował się, że Wulf wezwał posiłki. Nowi strażnicy mieli już 

glewie,  stali  szeregiem,  nie  dopuszczając  tłumu  bliżej.  Nie  wyglądali  na  specjalnie 

zmartwionych faktem, że stoją odwróceni i nic ciekawego nie widzą. 

- No, zobacz - polecił hrabia ponownie. 

Wulf  wahał  się  chwilę,  po  czym  zbliżył  się  do  ciała,  które  zwisało  przybite  za 

nadgarstki do belek ściany starej, przysadzistej karczmy. Wysunął przed siebie ostrze, 

chciał jego sztychem unieść opuszczoną na piersi głowę. Klinga drżała, ostrze odbijało 

mętne światło pochmurnego dnia. 

- Dalej!  -  przynaglił  hrabia,  stojąc  wciąż  tyłem.  Ciągle  jeszcze  przełykał  głośno 

ślinę, która miała smak żółci. 

Zbrojny  zdecydował  się  wreszcie.  Zgrzytnęła  stal  chowana  do  pochwy,  Żołnierz 

powoli wyciągnął dłoń, wreszcie dotknął zimnego podbródka. Uniósł opuszczoną na 

piersi głowę. Za sobą usłyszał sapnięcie. 

background image

- Elsie... 

Wulf nie wytrzymał napięcia. Cofnął gwałtownie rękę, głowa opadła znów na pierś, 

całe  ciało  szarpnęło  się,  omal  nie  wyrywając  wbitych  w  nadgarstki  noży.  Zbrojny 

dusił  się  ze  śmiechu  widząc,  jak  bladość  na  twarzy  Gisbourne'a  przechodzi 

gwałtownie w purpurę. 

- Wy też, panie hrabio?  - wykrztusił wreszcie, wciąż wstrząsany paroksyzmami. - 

Ech, zawsze mówiłem, że to najlepsza ladacznica w całym mieście... 

- Zamknij 

się, 

człowieku 

chciał 

krzyknąć 

hrabia, 

jednak wydobył z siebie tylko cichy szept. Ale Wulf dosłyszał i zamknął się istotnie. 

Okoliczności były nie do śmiechu. 

Gisbourne był zupełnie wytrącony z równowagi. Przeżegnał się nerwowym gestem. 

- Wulf, ją trzeba pochować, jak najszybciej - szeptał dalej gorączkowo. - I wezwać 

opata, niech to miejsce okadzi, egzorcyzmy odprawi, albo co... Bo to nie człek mógł 

coś takiego uczynić. 

Zbrojny  skinął  poważnie  głową.  Gisbourne,  mimo  iż  zarozumiały  chłystek,  mówił 

nad  podziw  rozsądnie.  I  tym  razem  Wulf  wyjątkowo  się  z  nim  zgadzał,  choć  ta 

świadomość  powodowała,  że  ciarki  przebiegały  mu  wzdłuż  krzyża.  Tego  nie  mógł 

uczynić człowiek. 

Gdzieś za miejskim murem zawył pies. I wył długo i przeciągle. 

* * * 

W  pierwszej  chwili  hrabia  pomyślał,  że  jego  życzenia  spełniają  się  w  lot,  kiedy 

tylko  zostaną  wypowiedziane.  Ale  coś  się  nie  zgadzało.  Człowiek,  który  przepchnął 

się przez ciżbę i odsunął niedbale skrzyżowane glewie zagradzające przejście, miał na 

sobie  brudny,  bury,  połatany  habit.  Był  szczupły  i  niepozorny,  w  niczym  nie 

przypominał  kleryków  z  opactwa  St.  Mary's,  choć  jak  i  oni  miał  na  biodrach  pas 

obciążony kordem. 

background image

Szedł  śmiało,  nie  obejrzał  się  nawet  na  skonsternowanych  zbrojnych.  Jego  twarz, 

zastygła  w  maskę,  nie  zmieniła  się,  gdy  stanął  przed  hrabią  i  popatrzył  na  ścianę 

karczmy, na ciało do niej przybite. Może tylko lekko zwęziły się oczy. 

Jak zauważył Gisbourne, blade i zimne. 

- Każcie rozpędzić gawiedź, panie. 

Głos przybysza był cichy, lecz stanowczy. Oczy hrabiego o mało nie wyszły z orbit, 

znów poczerwieniał. 

- Im szybciej, tym lepiej, panie - dodał mnich, zanim jeszcze tamten zdążył dobyć 

głosu. 

Ktoś  jeszcze  stanął  przed  hrabią.  Trzymał  się  nieco  z  tyłu.  Ramirez,  poznał 

Gisbourne, zanim wściekłość całkiem zaćmiła mu wzrok. Też z kordem u boku. 

Hrabia odetchnął głęboko. 

- A kimże ty jesteś, braciszku? - spytał z podejrzaną słodyczą. - Kto cię tu, kurwa, 

prosił? 

Mnich uśmiechnął się samym skrzywieniem wąskich warg. 

- Nie musicie wiedzieć, panie - odparł cicho. - A teraz raczcie kazać zbrojnym, by 

rozpędzili gawiedź. 

Claymore zbliżył się, szarpnął zakonnika za rękaw habitu. Nachylił się i szepnął mu 

coś do ucha. Ten skinął głową. 

- Dobrze - powiedział. - Nie rozpędzajcie. Każcie jeno, żeby ich trzymać z daleka. 

Tego  już  było  dla  Gisbourne'a  za  wiele.  Zniósł  wiele,  ale  tak  jawne  lekceważenie 

jego osoby dopełniło miary. Za kogo, u diabła, uważa się tych dwóch, żeby wydawać 

rozkazy? Żeby się jeszcze przedtem naradzać? Znał Ramireza, korzystał nawet z jego 

usług.  Mgliście  przypominał  sobie,  ze  nawet  komuś  ostatnio  polecał,  Walijczyk 

znakomicie wywiązywał się z ryzykownych zleceń. Ale tym razem przebrał miarę. 

background image

- Wulf! - wrzasnął hrabia. - Precz z nimi! 

Zbrojny  niespiesznie  popatrzył  na  Gisbourne'a,  który  wyglądał  jakby  za  chwilę 

miała zalać go krew. Potem prosto w blade oczy mnicha. I bardzo nie spodobało mu 

się to, co tam zobaczył. 

- Nie  ma  potrzeby  tak  się  żołądkować,  panie...  -  przybysz  urwał  znacząco.  - 

Hrabio. - dodał po chwili z ironią. 

Gisbourne przez chwilę nie  mógł wykrztusić  słowa,  porażony taką  bezczelnością. 

Kiedy wreszcie wydobył głos, nie był już nawet w stanie krzyczeć. 

- Spadaj,  klecho  -  syknął.  -  Wulf,  do  kurwy  nędzy,  weź  i  zrób  coś!  Do  lochu  z 

nimi. Albo zabij na miejscu, jak wolisz. 

Dowódca  straży  znów  skrzyżował  spojrzenie  z  mnichem.  Potem  popatrzył  na 

Claymore'a, który uśmiechał się  szeroko  i  bezczelnie.  Wiedział  doskonale,  że  zbrojni 

mają przewagę, nawet taka zbieranina, uzbrojona w glewie i topory da sobie radę z 

dwoma  mężczyznami.  Ale  miał  paskudne  przekonanie,  że  będzie  to  trochę 

kosztowało. 

Przeniósł  wzrok  na  hrabiego,  który  zaciskał  pięści  i  mamrotał  pod  nosem 

plugawe wyzwiska. 

- Tak  jest,  panie  hrabio!  -  szczeknął  służbiście.  Po  czym  nie  zrobił  nic.  Służył 

wystarczająco  długo  by  wiedzieć,  że  nie  można  odmawiać  wykonania  rozkazu.  Co 

innego się z wykonaniem spóźnić. Im dłużej, tym lepiej, może coś się wyjaśni. 

Istotnie, wyjaśniło się rychło. 

- Sam  spadaj,  Gisbourne  -  dobiegł  gdzieś  z  boku  spokojny  glos,  w  którym 

brzmiało znużenie. 

Robert  de  Reno,  szeryf  Nottingham  przepchnął  się  przez  szemrzącą  wciąż 

gawiedź.  Podszedł  bliżej,  minął  mnicha  i  Claymore'a,  nie  zaszczycił  hrabiego  nawet 

jednym spojrzeniem.  Stanął pod ścianą z  grubych belek, przyglądał  się przez chwilę. 

Po czym skinął na Wulfa. 

background image

Ten  znów  uniósł  głowę  martwej,  przybitej  do  ściany,  zamęczonej  kobiety. 

Szeryf  wpatrywał  się  chwilę  w  szkliste,  otwarte  oczy,  które  powlekła  już 

mgiełka  śmierci,  spoglądał  na  blade,  bezkrwiste  rysy.  Po  jego  twarzy  przebiegł 

ledwie widoczny skurcz. 

- Elsie - szepnął miękko. Odwrócił się. 

- Zdejmijcie  ją.  Obmyjcie  ciało.  I  rozgońcie  tych  gapiów.  A  ty,  Gisbourne, 

spieprzaj stąd, zanim znów się porzygasz. 

Hrabia  chciał  coś  powiedzieć,  ale  widząc  ściągnięte  rysy  szeryfa  rozsądnie 

zrezygnował. Wulf sięgnął do rękojeści wbitego w nadgarstek noża. 

- Stój! 

Lance  miał  głos  nawykły  do  komendy.  Zbrojny  znieruchomiał  w  jednej  chwili. 

Mnich postąpił krok, skłonił głowę. 

- Panie... 

Szeryf milczał. Ale też skinął głową. Nie był zaskoczony. 

- Poczekajcie  jeszcze  -  Lance  mówił  teraz  z  wyraźnym  szacunkiem.  -  I  raczcie 

wydać rozkaz, by gawiedź trzymać z dala. 

De Reno zwlekał z odpowiedzią. Przymknął na moment powieki, a pod nimi miał 

wciąż  obraz  twarzy,  pięknej  i  pociągającej,  pełnej  życia.  Nie  takiej,  jaką  ujrzał  przed 

chwilą. 

Kiedy spojrzał na mnicha, ten wyczytał w jego wzroku decyzję. 

-  Dobrze. Tylko pospieszcie się. Nie róbcie z tego widowiska. 

* * * 

Karczmarz  miał  pecha.  Nie  dość,  że  spełniło  się  jedno  z  ostatnich  życzeń 

nieszczęsnej Elsie, to jeszcze długo nikt nie zwracał na niego uwagi. Co prawda i tak 

było mu już wszystko jedno. 

background image

Leżał na wznak tuż obok sterty cuchnących odpadków. Szczury zdążyły mu ogryźć 

palce,  białe  kości  sterczały  wśród  różowych  i  woskowożółtych  strzępów  ciała. 

Dobrały  się  też  do  twarzy,  mógł  już  tylko  spoglądać  w chmurne niebo  czarnymi 

jamami oczodołów. 

Szczury niechętnie pierzchały  z piskiem,  kiedy podchodzili bliżej. Jeden,  bardziej 

bezczelny, a może zbyt obżarty nie zdążył, celny kopniak Ramireza posłał go prosto 

na  ścianę.  Gryzoń  uderzył  w  nią  głucho  i  legł  nieruchomo  u  podnóża  budynku.  Nie 

zdążył się ocknąć, kiedy but szeryfa z cichym chrupnięciem zmiażdżył mu czaszkę. 

- Nigdy paskudztwa nie znosiłem - mruknął de Reno, wycierając uwalaną posoką 

podeszwę o opończę karczmarza. 

- Ostrożnie, szeryfie - ostrzegł Lance. - Ślady. Szeryf wzruszył ramionami. 

- A co tu chcecie zobaczyć? - skrzywił się. - Ktoś go zaszlachtował jak wieprza, a 

potem uciął jaja. Co tu jeszcze oglądać? 

Lance zachichotał z aprobatą. Claymore aż drgnął, tak zaskoczył go ten dźwięk. 

- Słusznie  prawicie,  panie  -  śmiał  się  cicho  mnich.  -  Najpierw  zarżnął,  potem 

uciął. 

Ramirez  zrozumiał,  że  i  Lance  jest  na  granicy  wyczerpania  nerwowego.  Stąd  ten 

chichot, to gadanie błahostek. Odsunął stanowczo świeckiego brata, sam przyklęknął 

nad zwłokami. 

Wpatrywał się chwilę w zalane krwią krocze. Wreszcie wstał. 

- Nie  urżnął  powoli,  nie  babrał  się  nożem.  To  jedno  cięcie,  pewne  i  precyzyjne. 

Biedakowi po prostu jaja odpadły i potoczyły się, każde w inną stronę. Tylko, kurwa, 

po co? 

Lance już się uspokoił. Uśmiechał się krzywo. 

- Myśl,  Claymore.  Przecież wiesz. Zostaw już to truchło. On jest nieważny. 

background image

Elsie  wciąż  wisiała  przybita  do  ściany.  Krew  na  udach  zakrzepła  w  czarnych 

soplach, stężała kałuża pod stopami, bosymi i poobijanymi. Claymore poczuł, jak dłoń 

szeryfa zaciska mu się na ramieniu. 

- Ona żyła - chrapnął de Reno. - Żyła cały czas, dopiero kiedy się wykrwawiła... 

- Tak  -  odparł  po  prostu  Ramirez.  Przełknął  ślinę.  Szeryf  puścił  jego  ramię. 

Przetarł twarz, zgarbił się, jakby nagle przybyło mu lat. 

- Wiesz, kto to zrobił? - spytał cicho. I sam sobie zaraz odpowiedział. 

- Wiesz... Inaczej by was tutaj nie było. Lance ujął go pod ramię. 

- Panie... - zaczął z wahaniem. - Nie jesteście tu potrzebni, a my zaraz skończymy. 

De  Reno  odtrącił  jego  rękę.  Przez  chwilę  wydawało  się,  że  wybuchnie.  Ale  tylko 

pokręcił głową. 

- To ty jesteś Lance, bracie? - spytał. - Mój brat, opat, ostrzegał mnie przed tobą. 

Świecki brat skłonił się lekko. 

- Musisz  być  porządnym  człowiekiem  -  skwitował  sucho  szeryf.  -  Skoro  mój 

braciszek twierdzi inaczej... A on? 

Wskazał ruchem głowy na Claymore'a. 

- Claymore Ramirez. 

De Reno chwilę spoglądał na Walijczyka. 

- Zapamiętam - obiecał. - A teraz do rzeczy, bracie. I ty, panie. 

Ramirez przez chwilę nie wiedział, o kogo chodzi szeryfowi. W końcu zorientował 

się, że o niego. 

- Domyślam się, że kiedy już go odnajdziecie, to nie będziecie mogli oddać mnie? 

Lance nie odpowiadał. 

background image

- Tak  myślałem.  Nie,  nie  tłumacz  -  uciął  szeryf.  –  Ale  możecie  obiecać...  - 

Zawiesił znacząco głos. 

- Tak, panie - pospieszył z odpowiedzią Claymore. - Już mi za niego zapłacono. 

- Zapamiętam - powtórzył tylko szeryf. 

* * * 

- Patrzysz, Ramirez - w głosie Lance'a zadrżała nuta rozdrażnienia. - Patrzysz i nie 

widzisz. 

Claymore  potrząsnął  głową  z  irytacją.  Wiedział  już  wszystko,  był  pewien.  Ale 

potrzebował dowodów, by przekonać samego siebie. 

- Nie  widzę  -  przyznał  w  końcu.  Mdliło  go  od  słodkawego  zaduchu  zakrzepłej 

krwi. Co gorsza, miał znów zawroty głowy. Niewątpliwy skutek mikstur Lance'a. 

- Chciał,  by  patrzyła  -  powiedział  bezradnie.  –  Jak  przedtem.  Chciał,  by 

widziała,  jak  szlachtuje  i  sprawia  tego  człeka.  I  chciał  być  tym  razem  pewien,  że 

będzie patrzyła, nie tak, jak w zamku. 

Tam  ofiara,  sam  ostateczny  akt  odbijał  się  tylko  w  martwych  oczach.  Teraz 

Hawes chciał mieć pewność. Dlatego  nie  zabił  Elsie  od  razu.  Przybił  do  ściany,  by 

wciąż przytomna była świadkiem, jak bestia się pożywia. 

Bo bestia nie pragnie tylko krwi. Pragnie przerażenia. Tylko to może ją nasycić. 

- Ale nie mógł jej przecież zmusić - mruknął. – Nie mógł sprawić, by nie wiła się 

z bólu... 

- Ech... - Lance podszedł do ściany, huknął w nią  pięścią. Szarpnął Claymore'a 

za ramię, siłą przyciągnął do siebie. 

- Patrz, durniu. 

Ramirez  spojrzał.  Kiedy  już  wiedział,  gdzie  patrzeć,  wreszcie  zobaczył.  Miał 

ostateczne potwierdzenie. 

background image

W ciemnej belce jaśniały drzazgi. Ktoś wbił ostrze tuż nad głową Elsie. 

- Warkocz  -  powiedział  powoli  Claymore.  –  Przybił  jej  warkocz.  Nie  mogła 

opuścić głowy. 

Odwrócił się od ściany, odszedł parę kroków. Lance i szeryf podążyli za nim. 

- Musiała patrzeć - podsumował Ramirez. - Po prostu musiała. 

Spojrzał na pobladłą twarz szeryfa. 

- To  wszystko,  panie.  Już  można  dać  jej  spokój.  Powiedziała  nam  wszystko,  co 

mogła. 

Odszedł na bok. Przykucnął na bruku, kiedy poczuł nagłą miękkość kolan. 

- Każcie ją zdjąć - rzucił przez ramię. De Reno chwilę stał, niezdecydowany. 

- Zaraz  -  powiedział  cicho.  -  Już  wiemy  jak.  Ale,  na  litość  wszelakich  bogów, 

dlaczego? 

W śmiechu Ramireza zabrzmiała gorycz. 

- Bo była kobietą, panie. Tylko kobietą. 

* * * 

Wulf  chciał  wydać  rozkazy.  Skinął  już  ręką  na  zbrojnych.  Ale  de  Reno 

powstrzymał nadbiegających niecierpliwym gestem. 

- Pomóżcie  mi,  panie  Ramirez.  I  wy,  bracie.  Claymore  podniósł  się  powoli, 

podszedł  do  szeryfa,  który  podtrzymywał  bezwładne,  umazane  skrzepłą  krwią  i 

błotem  nagie  ciało.  Ujął  rękojeść  wbitego  w  nadgarstek  noża.  Pociągnął.  Nie  od 

razu się udało, siłę Hawesa nie-• chybnie wspomagały demony. Klinga drugiego noża, 

którym  zajął  się  Lance,  pękła  z  głośnym  trzaskiem.  Ciało  zawisło  w  ramionach 

szeryfa. 

De Reno złożył je ostrożnie na bruku. 

background image

- Przykryjcie ją czymś - powiedział cicho. 

Nie wiadomo skąd pojawił się nagle Gisbourne. Chyba znów rzygał, bo jego zwykła 

bladość miała osobliwie zielonkawy odcień. 

- Co wy, panie... - zadreptał w miejscu. - Zostawcie to ścierwo, uwalacie się. 

Szeryf  spojrzał na niego, jakby ujrzał pierwszy  raz  w życiu. Wstał niespiesznie. 

Hrabia chciał coś jeszcze powiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle. Za chwilę zatoczył 

się, pchnięty otwartą dłonią w pierś. 

- Ejże,  Gisbourne - zgrzytnął  zębami  szeryf.  - Miarkujcie się. Bo baczcie, że to 

kobieta, którą... 

Jego twarz ściągnęła się nagle i opuścił wzniesioną do ciosu rękę. 

- Owszem, tylko za pieniądze, Gisbourne  - dodał cicho, jakby do siebie. - Ale na 

twoim miejscu zamknąłbym ten plugawy pysk, zanim powiesz jeszcze coś głupiego. 

Znów  przyklęknął  przy  zwłokach.  Patrzył  chwilę  w zamglone oczy, w których 

zastygły przerażenie i ból. Nie mógł się zdobyć, by zamknąć martwe powieki. 

Hrabia stał nad nim. Z jego twarzy zniknęły złość  i obrzydzenie. Rozejrzał się 

szybko, jakby ze wstydem, i też przyklęknął. 

Szeryf  wreszcie  wyciągnął  rękę.  Nie  zdążył,  ubiegł  go  Gisbourne.  Kiedy  już 

zamknął powieki, pogładził zimny, umazany krwią i barwiczką policzek. 

Chwilę  trwali  nieruchomo,  wstydząc  się  spojrzeć  w  twarz  jeden  drugiemu. 

Wreszcie ich spojrzenia się spotkały. 

- Dziękuję, Guy - powiedział szeryf po prostu. 

* * * 

Gapie nie rozchodzili się wciąż, choć już w zasadzie nie było na co patrzeć. Ale nie 

codziennie trafiają się takie jasełka. Pochlastana dziewka i oberżysta bez jajek. 

background image

Claymore  wpatrywał  się  w  gawiedź.  Był  dość  daleko,  zbrojni  sprawiali  się  nieźle, 

trzymali  pospólstwo  z  dala.  Widział  tylko  sylwetki,  bezimienny,  pozbawiony  twarzy 

tłum podnieconych sensacją, dyszących piwskiem i cebulą ludzi. 

Jesteś  tam,  Hawes?,  zastanawiał  się.  Pewnie  jesteś.  Patrzysz  na  swoje  dzieło. 

Sycisz głód bestii. 

Zapamiętaj mnie. Zapamiętaj dobrze. 

Ramirez  podjął  już  decyzję.  Była  ryzykowna,  ale  nie  chciał  przeżywać 

wszystkiego kolejny raz. Spoglądać w następne martwe oczy. 

- Jesteś tam - mruknął pod nosem. Już był pewien. 

Lance  i  szeryf stali na  uboczu.  Rozmawiali  cicho.  Podszedł  do  nich  hrabia.  Wciąż 

był blady, ale stracił już interesujący, zielony odcień. 

Elsie  leżała  spokojna.  Spod  opończy,  która  ją  przykrywała  wystawały  bose, 

poranione i poobijane stopy. Claymore poczuł, jak zimny, lodowaty ciężar w żołądku 

zamienia się w równie zimną, spokojną wściekłość. 

Przed  oczyma  stanęła  mu  ziemia  pomiędzy  brukowcami,  splamiona  zakrzepłą 

krwią,  zryta i  skopana. Elsie umierała długo. Nie  mogła się  szarpać, zaciskać  dłoni, 

ostrza przecięły ścięgna. Nie mogła nawet tłuc głową  o belki, w nadziei, że straci 

przytomność. 

Mogła  tylko  patrzeć  i  kopać  twarde  kamienie,  śliskie  od  spływającej  po  udach 

krwi. 

- Hej, szeryfie - krzyknął Claymore. - Trza wam szukać takiego, co to do baby mu 

stawać nie chce! Jeno kozy chędoży albo i co gorszego, tfu! 

Tłum zaszemrał. Wreszcie coś się działo. 

Twarz Lance'a ściągnęła się gniewem. Co ty wyprawiasz, durniu?, chciał krzyknąć 

mnich. Szarpnął się, chciał ruszyć do Claymore'a, ale powstrzymał go twardy uchwyt 

szeryfa. De Reno spoglądał Claymore'owi prosto w oczy. 

background image

Walijczyk uśmiechnął się nieznacznie. 

- Ani chybi kozy!  - powtórzył jeszcze głośniej. – Albo i chłopów, tylko ich musi 

pochlastać najpierw, jako tego nieszczęśnika! 

Wskazał na zwłoki oberżysty, których nikt nie pokwapił się nawet okryć. Zbrojni 

przewrócili  go  tylko  na  brzuch.  Blade,  tłuste  pośladki  sterczały  w  górę,  budząc 

jednoznaczne skojarzenia. 

Lance już zrozumiał. Pokręcił głową z podziwem zmieszanym z dezaprobatą. 

- Macie  rację,  panie  Ramirez!  -  de  Reno  bez mrugnięcia  okiem  podjął  grę.  -  Nie 

chłop to jest, ale sodomita jebany!  Pręt rozpalony w rzyć takiemu wetknąć, żeby 

niecnych praktyk oduczyć!  Nierozpalonym końcem.  Macie rację, panie Ramirez! 

- powtórzył dobitnie. 

Właśnie  mnie  wystawił,  zorientował  się  Claymore.  I  o  to  przecież  chodziło. 

Puścił nieznacznie oko do szeryfa. 

- Dlaczego nierozpalonym? - zaciekawił się głośno. 

- Żeby za ten rozżarzony nikt nie mógł złapać i wyjąć! - roześmiał się de Reno. 

Tłum zaszemrał z aprobatą, dały się słyszeć urągliwe okrzyki. Claymore spod oka 

powiódł wzrokiem po tłuszczy.  Był  pewien,  że wśród tłumu stoi  ktoś,  komu nie  jest 

do  śmiechu.  Przepełnia  go  wściekłość,  że  jego  czyn  i  jego  ofiara  zostały  zbrukane. 

Wyśmiane i upodlone. 

A czarna bestia wyje mu nad uchem, żądna następnej śmierci. 

Czas  kończyć,  zdecydował  Ramirez.  Nie  zawiedź  mnie,  Williamie  Hawes. 

Czekam na ciebie, wiesz, gdzie mnie znaleźć. Obiecuję, że uwolnię cię od demona. 

Albo stanę się jego strawą. Odegnał tę myśl. 

Gawiedź rozchodziła się z wolna. Tłum nie był już stłoczoną ciżbą, rozpadał się na 

grupki,  na  pojedynczych  ludzi,  którzy  cichli,  w  miarę  jak  opadało  podniecenie. 

Wymykali się z zaułka, wsiąkali w wąskie uliczki. 

background image

Szeryf podszedł do Claymore'a. 

- Ryzykujecie sporo, panie Ramirez - stwierdził sucho. Ten roześmiał się tylko. 

- Jest ryzyko, jest zabawa - odparował. Czuł, jak opada napięcie, wewnętrznie drżał 

cały. Miał nadzieję, że tego nie widać. 

De Reno pokiwał głową. 

- Niby macie rację - powiedział z namysłem. – Ale jeśli pójdzie źle, to wasze jaja 

potoczą się po bruku. 

Claymore  miał  nadzieję,  że  źle  nie  pójdzie.  Do  własnych  jaj  był  osobliwie 

przywiązany. 

* * * 

Od ziemi ciągnęło chłodem. Nie pomogła derka, choć gruba i złożona wpół. Tyłek 

po prostu marzł, a Claymore nie zamierzał nic z tym zrobić. Absurdalnie pasowało mu 

to do nastroju. 

Spoglądał  na  polanę,  tę  samą,  co  przed  kilkoma  miesiącami.  Trawy  i  sitowie 

poczynały już schnąć, szarzały i złociły się w promieniach nisko stojącego słońca. 

Wkrótce  posrebrzy  je  szron,  a  potem  ugną  się  pod  śniegiem,  który  skryje  je  aż  do 

wiosny. 

Długo  to  trwało,  pomyślał,  za  długo.  Jednak  dziś  się  skończy  definitywnie,  co  do 

tego  miał  pewność.  Przeciągnął  palcami  po  rękojeści  miecza,  który  spoczywał  w 

poprzek jego kolan. Poczuł szorstki dotyk jaszczura, chłód ciężkiej głowicy. Żelazo, 

ozdobione  runicznym  wzorem  było  zimne.  Zimniejsze  nawet,  niż  prześwietlony 

bladym słońcem jesienny dzień. 

Dziś się skończy. Wciąż jednak zadawał sobie pytanie, czy na pewno wszystko. Czy 

bestia,  którą  ścigał,  umilknie  na  pewno,  kiedy  już  ten,  kto  przywołał  ją  z  niebytu 

zamknie  na  zawsze  oczy.  Czy  może  zamiast  umilknąć  pogna  dalej  w  świat,  wyjąc  z 

bólu i głodu, dopóki nie znajdzie następnej ofiary. 

background image

Claymore westchnął. Uświadomił sobie, że równie dobrze on sam może zostać na 

polanie, już na zawsze. Było to wielce prawdopodobne. 

Szorstki  dotyk  rękojeści  uspokajał.  Ramirez  zacisnął  palce,  pociągnął.  Nad 

pochwą  zalśnił  może  cal  jasnej  stali.  To  był  dobry  miecz.  Podarunek  od  przyjaciela. 

Wargi Walijczyka wykrzywiły się w uśmiechu. Jeszcze niedawno nie potrafiłby sobie 

wyobrazić,  że  nazwie  Lancet,  bezwzględnego  i  wyrachowanego  świeckiego 

braciszka, swym przyjacielem. Nawet w myśli. 

Cóż,  pomyślał,  równie  dobrze  może  to  być  prezent  na  ostatnią  drogę.  Żebym  nie 

odszedł do Walhalli z pustymi rękoma. Do Walhalli czy gdzie tam się idzie po śmierci. 

Tak naprawdę było mu wszystko jedno. 

Odpędził te myśli. Nie były zbyt bezpieczne, nie warto przed walką zbyt wiele się 

zastanawiać. I tak będzie trudna. 

Odruchowo  poruszył  ręką.  Zabolało.  Już  nie  tak,  jak  przed  kilkoma  dniami,  mógł 

teraz unieść lewe ramię wyżej, panował nad mięśniami i ścięgnami. Ale wiedział, że w 

walce  będzie  zdany  tylko  na  jedną  rękę.  Żadnych  sztuczek  z  płaszczem,  żadnego 

przerzucania  do  lewicy.  Nie  wróżyło  to  najlepiej,  zważywszy  na  to,  z  kim  miał  się 

spotkać. 

Po  raz  pierwszy  od  lat  myślał  z  wdzięcznością  o  starym  draniu,  panu  de  Folville. 

Ciekawe,  przemknęła  myśl,  co  powiedziałby  rycerz,  gdyby  się  dowiedział.  Gdyby 

domyślał  się,  że  wszystko,  czego  kiedyś  nauczył  Claymore'a  tym  razem  posłuży  w 

dobrej sprawie. 

Walijczyk  roześmiał  się  na  głos.  Folville  pewnie  tylko  splunąłby  i  życzył 

wszystkiego najgorszego. Długiej i bolesnej  śmierci,  stary drań  miał zasady.  I nigdy 

nie wybaczał. 

Śmiech  umilkł  szybko.  Bo  też  i  specjalnie  nie  było  się  z  czego  śmiać.  A  i  co  do 

tego, czy sprawa jest dobra, można było mieć wątpliwości. 

background image

Za  późno  na  sprawiedliwość.  Można  ją  wymierzyć,  ale  i  tak  jest  za  późno.  Dla 

wszystkich, którzy zginęli. Dla  wszystkich, których zostali wykorzystani i oszukani. I 

tylko  bestia  winna  wrócić  tam,  skąd  przyszła,  do  mrocznych  czeluści,  które  ją 

wypluły. Pytanie, czy zechce, wciąż nienasycona. 

Claymore  mocniej  zacisnął  palce  na  rękojeści.  Zauważył  z  niezadowoleniem  i 

odrobiną  lęku,  że  dłoń  spotniała,  a  wilgoć  wsiąka  w  przemyślnie  wyprawioną  skórę 

morskiego potwora. Nieważne, pomyślał, i tak się nie będzie ślizgać, to dobry, drogi 

miecz. Postarałeś się, Lance... 

Nie chciało mu się rozpalać ognia, choć chłód był coraz dotkliwszy. Nie chciało mu 

się  nawet  wstać,  mimo  iż  wiedział,  że"  to  niezbyt  rozsądne.  Powinien  rozruszać 

mięśnie. Nie miał złudzeń, wiedział, że choć na tej polanie spotka się dwóch ludzi, to 

odjedzie w najlepszym wypadku tylko jeden. 

Zacisnął zęby. Dwóch ludzi i bestia, skorygował w myśli. 

Czekał już długo. Dziś, na polanie, i w ogóle. Kiedy rzucał wyzwanie, kiedy drwił, 

by  sprowokować  bestię  do  ataku,  by  skierować  jej  nienawiść  przeciwko  sobie  nie 

przypuszczał,  że  potrwa  to  tyle  czasu.  Nie  spodziewał  się,  że  demon  będzie  tak 

sprytny. 

Już  dawno  przestał  myśleć  o  przeciwniku  jako  o  człowieku.  William  Hawes  był 

nieważny. Był tylko narzędziem, bezwolnym, choć sprawnym. 

Claymore  znów  roztarł  lewe  ramię.  Zbyt  sprawnym,  pomyślał.  Oby  dziś  było 

inaczej. 

Słońce,  czerwone  i  chłodne  znikało  już  za  drzewami.  Prześwietlone  jego 

promieniami  jesienne,  złote  i  czerwone  liście  wydawały  się  prawie  czarne.  Długie 

cienie kładły się na polanie, kreśliły smugi na szarzejących sitowiu i trawach. 

Gdzieś w lesie wrzasnęła sójka. Raz i drugi. Ktoś wreszcie nadjeżdżał. 

Claymore  dźwignął  się  ciężko  ze  złożonej  derki.  Stanął  w  rozkroku,  z  mieczem 

zarzuconym na ramię. Oddech skraplał się w zimnym, przejrzystym powietrzu. 

background image

Leśny ptak rozdarł się jeszcze raz, tym  razem bliżej. Dukt był ciemny, nie sposób 

było  jeszcze  czegokolwiek  zobaczyć,  ale  tętent  był  coraz  głośniejszy.  Ten,  kto 

przybywał na spotkanie, spieszył się, jakby gnały go demony. Albo co najmniej jeden. 

Claymore mocniej ujął rękojeść. Był gotów. 

* * * 

We wzroku przybyłego widniała tylko pogarda. 

Sir  Hawes  stękając  zeskoczył  ze  swego  wielkiego,  bojowego  konia.  Poklepał  

zwierzę po zadzie, nie zaszczyciwszy Claymore'a jak na razie następnym spojrzeniem. 

Grzebał w jukach, klnąc pod nosem i sapiąc, jak zwykle. 

Nie, nie jak zwykle, pomyślał Ramirez. Coraz bardziej. Niewiele ci życia zostało, 

Hawes. A i tak żyłeś za długo. 

Stary  szlachcic  wreszcie  klepnął  wierzchowca  jeszcze  raz  i  odwrócił  się  do 

Claymore'a. Zmierzył spojrzeniem owych załzawionych, starczych oczu. Jego wzrok 

zdawał  się  prześlizgiwać  po  postaci  Walijczyka,  przenikać  na  wskroś.  Jakby  stary 

spoglądał  na  przedmiot,  niewart  jego  wagi.  Albo  wręcz  na  psie  gówno,  pomyślał 

Claymore, które paskudzi zamkowe posadzki. 

Sir Hawes sapnął głośniej. Po czym cisnął coś pod nogi Walijczyka. 

- Naści  -  w  głosie  zabrzmiała  cała  pogarda,  jaką  mógł  siebie  wykrzesać.  -  Oto 

zapłata. 

Ramirez  nie  przestawał  się  uśmiechać,  spoglądając  prosto  w  oczy  starego.  Są 

martwe, zrozumiał nagle, mętne jak  ślepia  wyrzuconej  na  brzeg  śniętej  ryby.  Nie 

ma  w  nich  już  nic.  On  cały  jest  martwy,  już  dawno  powinien  nie  żyć,  stoczony  od 

wewnątrz przez starość i chorobę. 

Wciąż  z  zastygłym  uśmiechem,  nie  zdejmując  miecza  z  ramienia,  Claymore 

przytrzymał  drugą  dłonią  pochwę.  Odezwał  się  znajomy  ból,  ale  nie  zwrócił  nań 

uwagi,  pociągnął  rękojeść.  Stary  drgnął,  wciągnął  ze  świstem  powietrze.  Był  zbyt 

background image

pewny siebie, jego wysłużony półtorak v wytartej pochwie pozostał przytroczony pod 

siodłem. 

- Nie obawiajcie się, panie - mruknął Walijczyk z całą złośliwością, na jaką mógł 

się zdobyć. Twarz Hawesa pociemniała nagle. 

Klinga  błysnęła  w  ostatnich  promieniach  słońca,  wyostrzony  sztych  przeciął  bez 

trudu skórę pękatej sakiewki. Po zdeptanych turzycach i sitowiu potoczyły się srebrne 

krążki. 

Claymore  gwizdnął  tylko.  Dużo  tego,  pomyślał.  Mała  fortuna,  zważywszy  nawet, 

że to zapłata za syna. Za jego życie. 

- Podnieś! - głos starego rycerza był zduszony, na wargach  pękły bąbelki śliny.  - 

Pozbieraj to! 

- A jeśli nie? - spytał cicho Ramirez. Trącił sztychem monetę, która odbiła krwawe 

światło zachodzącego słońca. 

- Podniesiesz. I podziękujesz - syknął stary. 

Nie  miał  broni,  jego  pasa  nie  obciążał  nawet  sztylet.  Ale  przez  chwilę  Claymore 

miał wrażenie, że rycerz rzuci  się  na  niego,  nie  bacząc  na  nagie  ostrze.  Że  zaciśnie 

kościste, poznaczone starczymi, wątrobianymi plamami  dłonie na jego  gardle, będzie 

smakował, jak pod palcami uchodzi życie. 

Poczuł  dreszcz.  To  chodzący  trup,  zrozumiał.  I  walczyć  przyjdzie  nie  z  nim,  a  z 

bestią, która nim kieruje, która wlewa w stygnące już członki życie i wściekłość. 

Pora  kończyć.  Jeśli  tylko  dam  radę,  pomyślał.  Odetchnął  głęboko  i  opuścił 

wzniesione ostrze. 

- Nie ciekawiście, panie? - spytał spokojnie. - Przecież chcieliście wiedzieć. 

Wskazał rozsypane srebro. 

- Za to mi zapłaciliście, nie pamiętacie? Stary rycerz splunął tylko pod nogi. 

background image

- Pozbieraj.  Rzuć  ten  swój  rożen  -  zaślinione  wargi  wykrzywiły  się  złym 

grymasem. - Na kolana, najmito, i zbieraj! Zarobiłeś. 

Istotnie, zarobiłem co do pensa, pomyślał Ramirez. Miał już wszystkiego dość. 

- Pierdol się, dziadu - złożył uprzejmie kontrpropozycję. 

Rycerz charknął tylko, jakby się zachłysnął. I drgnął, chcąc rzucić się na Ramireza z 

gołymi rękoma. Powstrzymał go uniesiony sztych. 

Wyblakłe,  załzawione  oczy  zezowały  na  ostrze,  wielkie,  kościste  pięści  zaciskały 

się, aż bielały kostki pod wątrobianymi plamami. Ale klinga nie drżała, a na wargach 

Ramireza, pod czujnie błyszczącym spojrzeniem, błąkał się drwiący uśmiech. 

- No, dalejże - szepnął Claymore.  - Chcesz mi ułatwić? Czy wysłuchasz, co mam 

do powiedzenia? 

Chuda  postać  zamarła  nagle.  Rycerz  opamiętał  się  w  ostatniej  chwili.  I 

nieoczekiwanie  poznaczona  bruzdami  twarz  odprężyła  się,  już  nie  była  ściągnięta 

złym grymasem. Tylko wzrok pozostał czujny i zły. 

- Masz rację, Ramirez - rzucił sucho. - Zapłaciłem ci i powinieneś opowiedzieć. 

Claymore  kiwnął  głową.  Mimo  to  wciąż  nie  opuścił  wzniesionego  ostrza.  Stary 

żachnął się ledwie dostrzegalnie. Sapał ciszej, już nie tak świszczące 

- I  opowiem  -  odparł  równie  zimno  Walijczyk.  –  Bo  pamiętam,  jak  mnie  o  to 

błagałeś. Chciałeś wiedzieć. A ja ci wtedy uwierzyłem. 

Uwierzyłem  w  mętne,  starcze  łzy,  pomyślał.  Ale  nie  wiedziałem,  nad  czym  je 

uroniłeś. Teraz już wiem. 

Tylko nad sobą. Nad niespełnionymi pragnieniami. Nad rozczarowaniem. 

Claymore  wiedział,  jak  może  zranić  nieczułego  starca,  boleśnie  i  do  głębi.  Jak 

wytrącić  go  z  wyniosłej  obojętności.  I  jak  zranić  bestię,  która  zrodziła  się  w  jego 

umyśle, powstała z chorobliwych ambicji. I zamiast owładnąć nimi, ruszyła w świat, 

głodna krwi i cierpienia. 

background image

Wystarczy  powiedzieć  prawdę.  Tę,  którą  stojący  już  nad  grobem  szlachcic  zna 

bardzo dobrze. Ale której nie chce usłyszeć, choć za to zapłacił. 

* * * 

- Długo to trwało, Williamie Hawes. Nie spieszyłeś się zanadto. 

Człowiek  o  długich  czarnych  włosach  i  bladej  twarzy,  w  której  gorączkowym 

blaskiem pałały oczy, roześmiał się drwiąco. 

- A ty wciąż się spóźniałeś, Ramirez. 

Claymore nawet się nie skrzywił. Hawes miał rację. 

- Zbyt  długo  -  uśmiech  znikł  z  bladych  warg.  -  Musiałem  cię  sam  znaleźć.  Sam 

nigdy być mnie nie dopadł. 

To też była prawda. Wciąż szedł śladem, które znaczyły trupy.  I  wciąż przybywał 

za późno. 

- Dlaczego znalazłeś mnie tak późno? - spytał. - Wiedziałeś, gdzie mnie szukać. 

Śmiech zabrzmiał gorzko, 

- Nie jestem sobą, Ramirez, uwierz mi, nie zawsze taki tyłem. Ale też nie daje ci 

to podstaw do podejrzeń, że jestem idiotą. 

W ciemnych oczach, nieobecnych i rozgorączkowanych, teraz błysnął gniew. 

- Rzeczywiście myślałeś, że przejmę się tym, co wykrzykujesz? Co rozpowiadasz? 

Nie bądź głupi, teraz ty nie bądź. 

Dłoń Williama  drgnęła, jakby  chciał już chwycić rękojeść sejmitara sterczącą nad 

barkiem. Ale tylko drgnęła. 

- Idziesz  za  mną  trop  w  trop,  jak  gończy  pies.  Albo  jak  wilk,  wytrwały.  Bo  ta 

wytrwałość jest twoją siłą, innej nie masz. Nie rozumiesz i nie zrozumiesz nigdy. 

background image

Claymore  widział,  jak  po  twarzy  Williama  przebiega  skurcz,  jak  wargi  drżą, 

próbują się układać do wypowiadania zupełnie innych słów niż te, które słyszał. On 

nie jest sobą, zrozumiał. Zaczyna przez niego przemawiać bestia. 

Był gotów dobyć broni na pierwszy gwałtowniejszy ruch Williama. Byli sami, to 

się  miało  rozstrzygnąć  między  nimi  dwoma.  Ramirez  już  dawno  przekonał  się,  że 

William  nie  da  się  wciągnąć  w  zasadzkę.  Choć  szalony  i  opętany,  był  sprytny.  I  w 

końcu  Walijczyk  musiał  się  pogodzić,  że  walka  będzie  uczciwa.  On  sam  przeciwko 

Williamowi. 

I bestii, która nim zawładnęła. 

Twarz  Williama  wygładziła  się  nagle,  mięśnie  nie  drgały  już  w  nienaturalny, 

niekontrolowany sposób. Palce dłoni,  gotowej chwycić rękojeść, wyprostowały się. 

Hawes  popatrzył  na  własną  dłoń  jak  na  coś  obcego,  jak  na  żywe,  nie  dające  się 

kontrolować stworzenie. 

- Nie utrzymam jej dłużej, Ramirez – powiedział głucho. - Zrób to szybko. 

Claymore  zrozumiał  i  nagle  poczuł  współczucie.  Pozostało  jeszcze  tylko  jedno 

pytanie, które trzeba było zadać. 

- Dlaczego, Williamie? 

Odpowiedź  nie  zdążyła  paść.  Dłoń  młodego  Hawesa  skoczyła  do  rękojeści, 

syknęła dobywana klinga. Choć Claymore był gotów, to ledwie odbił cięcie zadane od 

razu, bez przygotowań i ostrzeżenia. Było silne, aż rękojeść zadrgała w dłoni, i poczuł, 

jak drętwieje mu ramię. 

Całym wysiłkiem odepchnął Hawesa, który wywrzaskiwał mu prosto w twarz jakieś 

straszliwe  klątwy,  pryskał  śliną,  a  jego  głos  załamywał  się  w  skowyt.  Nie  mógł 

szybko  unieść  broni,  przed  następnym  cięciem  spróbował  się  tylko  uchylić,  i  wtedy 

poczuł piekący ból w ramieniu. Klinga sejmitara cofnęła się, ciągnąc za sobą warkocz 

lepkich,  karminowych  kropelek.  Claymore  mimo  oszołomienia  zyskał  moment,  żeby 

odskoczyć. 

background image

Przez  chwilę  stali  nieruchomo,  wodząc  przed  sobą  żądłami  sztychów.  Hawes 

wyglądał znów normalnie, blady, dyszący ciężko młodzieniec, któremu pasmo długich 

czarnych włosów przylepiło się do spotniałego policzka. 

W  jego  oczach  Claymore  dostrzegł  odpowiedź  na  swoje  pytanie.  I  przez  moment 

jeszcze coś innego. Prośbę. 

* * * 

W oczach starego Hawesa nie było prośby. Tylko złość. 

- No  dobrze,  panie  Ramirez  -  przerwał  sucho.  –  Nie  widzę  powodu,  by 

wysłuchiwać tych bzdur. 

Odwrócił  się,  nie  bacząc,  iż  Claymore  znów  uniósł  miecz, mierząc sztychem tym 

razem  prosto  w  gardło.  Był  pewien,  że  nie  pchnie  z  tyłu.  To  nie  byłoby  przecież 

rozwiązanie. 

Kościstymi paluchami o zgrubiałych stawach rozsupływał spokojnie rzemienie przy 

siodle.  Gdy  skończył,  równie  spokojnym,  wyćwiczonym  ruchem  obnażył  klingę. 

Niedbale odrzucona pochwa spadła na schnącą już jesienną trawę. 

Oddech starego już nie był starczy i świszczący. 

- No dobrze, śmieciu - mruknął szlachcic. – Nie chciałeś srebra, zakosztujesz stali. 

Mimo napięcia Claymore parsknął śmiechem. 

- Kto  cię,  dziadku,  nauczył  takich  powiedzonek?  Twarz  Hawesa  pociemniała. 

Załzawione oczy błysnęły nienawiścią. 

- Stawaj! 

Claymore  nieznacznie  opuścił  ostrze.  Odstąpił  o  krok.  Rycerz  zamarł, 

zdezorientowany. Spodziewał się czegoś innego. Może rozpaczliwego ataku, może 

wykrętów, a nawet błagania o litość. Był pewien swej przewagi. 

background image

- Najpierw  posłuchasz,  Hawes,  czy  tego  chcesz,  czy  nie  chcesz  -  w  głosie 

Ramireza  nie  było  już  rozbawienia.  -  Zapłaciłeś  mi  za  głowę  syna,  a  ja  się 

wywiązałem. Więc teraz ty jesteś coś winien. 

Pokręcił głową, nie spuszczając wzroku z przeciwnika. 

- Nie mnie. Jemu. 

W  oczach  starego  zapalił  się  zły  błysk,  który  zgasł  jednak  równie  szybko,  jak  się 

pojawił. 

- To  twój  demon,  Hawes  -  ciągnął  Claymore.  –  Wiesz  o  tym  od  dawna.  Ty 

zamieniłeś życie Williama w piekło. 

Roześmiał się. 

- A przecież chciałeś tak niewiele. Tylko tyle, by stał się taki jak ty. Zmarnowałeś 

go, Hawes. A potem kazałeś zabić. 

Ku jego zdziwieniu szlachcic tylko kiwnął głową. A potem ciął, wrednym cięciem, 

wyprowadzonym bez żadnego ostrzeżenia. 

Zadźwięczała  stal.  Ale  klinga  długiego,  półtoraręcznego  miecza  ześlizgnęła  się 

nieszkodliwie  po  ostrzu  Claymore’a,  zatrzymała  na  jelcu,  aż  rękojeść  zadrżała 

Walijczykowi w dłoni. Chwilę stali, spoglądając na siebie znad skrzyżowanych kling, 

ziejąc w twarze oddechem. Potem obaj, jak na komendę odepchnęli się nawzajem. 

Chwilę krążyli wokół siebie. Hawes poruszał się jak wielki kocur, nie pozostało nic 

ze starczego, podrygującego kroku, kanciastych ruchów. Wciąż badali się nawzajem. 

Krótkie ścięcie. Odskok. Wargi starego wykrzywiły się w złośliwym uśmiechu. 

- Folville jednak cię czegoś nauczył - to było proste stwierdzenie faktu, bez kpiny, 

bez podziwu. - Szkoda, że tak szybko od niego uciekłeś. Za bardzo... 

Cios padł w połowie zdania, szybki jak uderzenie żmii. Claymore ledwie zdążył go 

odbić. 

background image

- ...wyginasz nadgarstek - dokończył szlachcic, jakby nic się nie stało. 

Zamarkował  wypad.  Ramirez  dał  się  nabrać,  spróbował  zastawy.  Wtedy  świat 

rozbłysnął nagle i zapadł się w ciemność. 

Zbierał się z trawy, potrząsał głową. Kiedy już zniknęły czerwone tańczące plamy, 

zobaczył  starego,  który  opierał  się  na  swoim  długim  mieczu.  Dmuchał  na  kostki 

zaciśniętej pieści. 

Zdzielił  mnie  piąchą,  zrozumiał  Claymore  w  przypływie  rozpaczy  i  rezygnacji. 

Obawy przerodziły się w pewność, nie strzyma temu niesamowitemu staruchowi. 

- Wstawaj! - krzyknął Hawes.  - Wstawaj i walcz, bo zarżnę jak psa. Ech, nic nie 

jesteś wart, zupełnie jak William. 

Ramirez  poczuł  w  dłoni  rękojeść  miecza.  Poczuł,  jak  spływa  na  niego  lodowata 

wściekłość. I spokój. 

Hawes już się nie uśmiechał. Też zauważył zmianę. 

- Nie był nic wart? - rzucił Claymore, zataczając sztychem kręgi. - To dlatego... 

Nie dokończył. Stary rycerz skoczył do przodu. Już się nie bawił, jego ciosy padały 

szybko,  silne,  trudne  do  zatrzymania.  Claymore  pojął,  że  już  nie  będzie  kpin,  nie 

będzie rozmów. Tylko walka, aż do końca. 

Przez  chwilę  było  nawet łatwiej,  bo  stary nie chciał  już  go  upokorzyć,  tylko  zabić 

jak  najszybciej.  Nie  próbował  sztuczek.  Ale  i  nie  musiał.  Jego  ciosy  były  trudne  do 

powstrzymania. W końcu któryś będzie skuteczny, przed którymś Claymore nie zdąży 

się osłonić drętwiejącą coraz bardziej ręką. 

Hawes  był  nadspodziewanie  silny  i  sprawny.  A  przy  tym  nieskończenie  bardziej 

doświadczony. 

Ostrza  powtórnie  zderzyły  się  z  całą  siłą,  klingi  zawibrowały  od  uderzenia. 

Lodowaty spokój Claymore'a poczynał się wyczerpywać. 

background image

Znów zwarli się na chwilę, znów dyszeli sobie prosto w twarze. Załzawione oczy 

Hawesa nie były już puste i bez wyrazu, pobłyskiwał w nich triumf. 

- Nie jesteś nic wart - charknął stary. - Jak i on. Zobacz! 

Odepchnął  Ramireza  pozornie  bez  wysiłku.  Wzniósł  miecz  do  szerokiego, 

sygnalizowanego  cięcia,  jakby  spodziewał  się,  że  i  tak  Claymore  nie  zdoła  się  już 

zasłonić. Klinga błysnęła, chwytając ostatnie promienie słońca. 

Spadała już, kiedy nagle zmieniła kierunek. 

W nagłym przebłysku intuicji Ramirez skulił się, przetoczył po ziemi. Krwawa od 

słońca  błyskawica  ostrza  minęła  go  ze  świstem,  wcięła  się  w  ziemię.  Claymore 

wyrzucił  z  wysiłkiem  rękę  do  przodu.  Pchnął  mając  nadzieję,  że  trafi  górujący  nad 

nim chudy, czarny kształt. 

Trafił. Poczuł, jak sztych zgrzyta o żebra. 

Hawes stał jeszcze przez chwilę, nawet po tym, jak Walijczyk wyszarpnął ostrze, 

czerwone  do  połowy,  dymiące  w  rześkim,  jesiennym  powietrzu.  Wreszcie  ugięły 

się pod nim kolana, upadł ciężko na twarz. 

Claymore wciąż na  klęczkach przysunął się do starca. Nie wypuszczając  miecza  z 

dłoni przewrócił go na plecy. Aż stęknął przy tym, stary był ciężki. 

Na  ustach  Hawesa  pękały  krwawe  bąble.  Spoglądał  w  niebo  załzawionymi, 

nieruchomymi oczyma. 

- Jednak czegoś nauczyłeś Williama  - mruknął Claymore po chwili.  - On też tak 

potrafił i tylko dlatego nie udało ci się mnie zaskoczyć. 

Wargi  szlachcica  drgnęły.  Walijczyk  z  satysfakcją  spostrzegł,  że  rycerz  wciąż  go 

słyszy. 

- Powiem  ci  coś  więcej,  starcze.  Nie  zarobiłem  na  twoje  srebro,  nie  zabiłem  go. 

Rzucił się na własny miecz. Udało mu się, przez chwilę był sobą. I wiem, że chciał, 

żebym ci to opowiedział. 

background image

Większy, krwawy bąbel pękł na wargach. Hawes nie patrzył już w niebo, wpatrywał 

się natarczywie w twarz Claymore'a. 

- Chcesz coś powiedzieć? - spytał Walijczyk. Pochylił się nad umierającym. 

Kiedy  się  wyprostował  i  wstał,  był  bardzo  blady.  Odszedł  parę  kroków.  Za  sobą 

słyszał bulgotliwy poświst. To  już nie był starczy oddech, sir Hawes topił się powoli 

we własnej krwi. 

Odgłosy były coraz cichsze. Wreszcie umilkły.        . 

- Nie, nie dobiję cię - mruknął Claymore poniewczasie. - Nie zasłużyłeś na to. Ani 

ty, ani twoja bestia. 

Odszedł chwiejnym krokiem. Pod nogami, w zdeptanej trawie coś zalśniło. Srebrna 

moneta. 

Ramirez  opadł  na  kolana.  Może  i  nie  zarobił,  nie  zabił  przecież  Williama,  nie 

wykonał zlecenia. Ale srebro nie powinno się zmarnować. 

W  zapadających  już  ciemnościach  przeczesywał  suchą  trawę  palcami,  wyławiał  z 

niej  zimne  krążki  monet.  Starał  się  nie  myśleć  o  niczym,  a  już  najmniej  o  tym,  co 

zrozumiał z rwącego się, świszczącego szeptu. 

Jesteś taki sam jak on, Ramirez. Nic z ciebie nie  będzie. Ciekawe, kiedy zawyje 

twój pies. 

background image

Nazwa pliku: 

Pacyński Tomasz - Komu wyje pies 

Katalog: 

E:\Fantastyka 03\Pacyński Tomasz 

Szablon: 

C:\Documents and Settings\Zygmunt\Dane 

aplikacji\Microsoft\Szablony\Normal.dot 

Tytuł: 

Tomasz Pacyński - "Komu wyje pies" 

Temat: 

 

Autor: 

C-k 

Słowa kluczowe: 

 

Komentarze: 

 

Data utworzenia: 

2008-06-15 03:08:00 

Numer edycji: 

Ostatnio zapisany:  2008-06-15 03:08:00 
Ostatnio zapisany przez:  Zygmunt 
Całkowity czas edycji: 

1 minuta 

Ostatnio drukowany: 

2008-06-15 03:09:00 

Po ostatnim całkowitym wydruku 
 

Liczba stron: 

114 

 

Liczba wyrazów: 27 149 (około) 

 

Liczba znaków:  162 898 (około)