background image

MEG CABOT

KSIĘŻNICZKA IMPREZUJE

PAMIĘTNIK KSIĘŻNICZKI 7

Tytuł oryginału

THE PRINCESS DIARIES, VOLUME VII, PARTY PRINCESS

background image

Mojej siostrzenicy Riley Sueham Cabot,

kolejnej księżniczce, która uczy się rządzić

background image

Nieuprzejmość   i   złość   tych,   którzy   ją   otaczali,   nie   mogła   zrobić   z   niej   osoby 

nieuprzejmej i zlej. Księżniczka musi być uprzejma, powiedziała sobie.

Frances Hodgson Burnett Mała księżniczka

Przekład Wacława Komarnicka

background image

Papeteria Jej Wysokości

Księżniczki Amelii Mignonette

Grimaldi Thermopolis Renaldo

Szanowny Panie Doktorze Carlu Jung!
Zdaje   sobie   sprawę,   że   nigdy   Pan   nie   przeczyta   tego   listu,   przede   wszystkim  

dlatego, ze już pan nie żyje.

Ale i tak czuje się zmuszona napisać do pana, bo kilka miesięcy temu, w czasie 

szczególnie trudnego okresu mojego życia, pewna pielęgniarka poinformowała mnie, że  
powinnam się starać pełniej wyrażać moje uczucia.

Wiem, że pisanie listu do osoby zmarłej to niezupełnie to, o co chodzi, ale w obecnej 

sytuacji mam obok siebie bardzo mało ludzi, z którymi mogłabym porozmawiać o moich  

problemach. Głównie dlatego, że to właśnie ci ludzie są przyczyną moich problemów.

Prawdę   mówiąc,   doktorze   Jung,   od   lat   piętnastu   i   trzech   kwartałów   usiłuje 

osiągnąć samorealizację. Pamięta pan samorealizację, prawda? To znaczy powinien pan -  
w końcu to pan ją wymyślił.

Chodzi   o   to,   że   za   każdym   razem,   kiedy   wydaje   mi   się,   że   jestem   o   krok   od  

samorealizacji, wydarza się coś takiego, co mi to wszystko psuje. Jak ten cały numer z  

książęcym   pochodzeniem.   No   bo   dokładnie   wtedy,   kiedy   uważałam,   że   już   większym  
dziwadłem być nie mogę - 

PACH

! - okazuje się, że jestem jeszcze i księżniczką.

Zdaję sobie sprawę, że wielu ludziom wcale się nie będzie wydawało, że to jakiś 

problem. Ale bardzo chętnie zobaczyłabym, jak  

ONI

  by zareagowali, gdyby każdą wolną 

chwilę  

ICH

  życia   zajmowały   lekcje   dworskiej   etykiety   udzielane   im   przez   ich   babkę   o 

wytatuowanych   powiekach,   gdyby   napastowali   ich   paparazzi   albo   gdyby   musieli 

uczestniczyć w nudnych oficjalnych imprezach państwowych w towarzystwie ludzi, którzy 
nigdy w życiu nie słyszeli o serialu The OC i nie mają pojęcia, co się ostatnio dzieje w  

związku. Setha i Summer, którzy wiecznie się rozstają, a potem się godzą,.

Ale książęce pochodzenie to nie jedyna sprawa, która staje mi na drodze, kiedy  

usiłuje osiągnąć samorealizacje. Jestem na przykład jedyna, pozostająca, przy zdrowych 
zmysłach   opiekunka,   mojego   małego   brata   -   który   ewidentnie   ma   pewne   problemy 

rozwojowe, bo w wieku dziesięciu miesięcy nadal nie potrafi chodzić, nie przytrzymując się 
czyichś (zazwyczaj moich) dłoni (chociaż wykazuje niezwykły dla swojego wieku rozwój 

background image

umiejętności werbalnych, ponieważ zna dwa słowa: „sa”, czyli samochód, i „Ok”, czyli kotek 
- których używa wymiennie na określenie wszelkich przedmiotów, nie tylko samochodów i  

kotów).

Ale   to   jeszcze   nie   wszystko.   Dochodzi   do   tego   fakt,   że   zostałam   wybrana   na 

przewodnicząca, samorządu w swojej szkole... ale i tak ciągle jestem tam jedna, z najmniej  
popularnych osób...

Albo to że wreszcie odkryłam, że mam prawdziwy talent (pisanie - w razie gdyby  

Pan   się   nie   zdążył   zorientować   z   tego   listu),   ale   nigdy   nie   będę   mogła   się   poświecić 

karierze pisarskiej, bo będę zbyt zajęta rządzeniem małym europejskim księstwem. Nie  
żebym,  jak  mówi  moja nauczycielka angielskiego,  pani Martinez,  która twierdzi,  że  w 

wypracowaniach   stale   nadużywam   przymiotników   -   kiedykolwiek   miała   się   doczekać 
publikacji, ani nawet chociaż zdobyć pracę jako asystentka scenarzysty na planie jakiegoś  

serialu komediowego.

Na koniec dodam, że zdobyłam miłość mężczyzny swoich marzeń, po to tylko, żeby 

teraz patrzeć, jak go pochłania bez reszty dystopia w filmach science fiction... Prawie nigdy 
go już nie widuję.

Rozumie   pan,   do   czego   zmierzam?   Za   każdym   razem,   kiedy   wydaje   mi   się,   że 

samorealizację mam w zasięgu ręki, okrutnym gestem wyrywa mi ją przeznaczenie. Albo 

moja babka.

Ja się wcale nie skarżę, ja tylko mówię, że... No cóż, ile konkretnie musi znieść  

człowiek, zanim może się uznać za kogoś, kto osiągnął samorealizację?

Bo ja totalnie uważam, że już chyba więcej nie dam rady znieść. Czy ma pan jakieś  

wskazówki, które pomogłyby mi osiągnąć transcendencje przed ukończeniem szesnastego  
roku życia? Bo bardzo by mi się przydały. Dziękuję.

Pańska przyjaciółka

Mia Thermopolis

PS Ach, tak. Zapomniałam. Pan nie żyje. Przepraszam. Z tymi wskazówkami to już  

nieważne. Poszukam sobie w bibliotece.

Wtorek, 2 marca, po szkole, sala RZ

CODWUTYGODNIOWE POSIEDZENIE

CZŁONKÓW SAMORZĄDU SZKOLNEGO LiAE

background image

Obecni:

Mia Thermopolis, przewodnicząca

Lilly Moscovitz, wiceprzewodnicząca

Ling Su Wong, skarbniczka

Pani Hill, doradca samorządu z ramienia Rady Pedagogicznej

Lars van der Hooten, osobisty ochroniarz JKW M. Thermopolis

Nieobecni:

Tina   Hakim   Baba,   sekretarz,   wskutek   konieczności   nagłej   przymiarki   nowego 

aparatu   ortodontycznego,   ponieważ   stary   został   spuszczony   w   toalecie   przez   jej 

młodszego brata.

(Co   w   sumie   tłumaczy,   czemu   to   ja   piszę   protokół.   Ling   Su   nie   może,   bo   ma 

artystyczny charakter pisma, który bardzo przypomina lekarski charakter pisma, co znaczy, że 

ludzkie oko nie jest go w stanie odczytać. A Lilly twierdzi, że ma zespół urazowy nadgarstka 

po przepisaniu na komputerze opowiadania, które wysłała na doroczny konkurs krótkich form 

literackich magazynu „Sixteen”.

Czy może powinnam raczej powiedzieć, 

PIĘCIU

 opowiadań, które wysłała na doroczny 

konkurs krótkich form literackich magazynu „Sixteen”.

Nie wiem, skąd ona wzięła czas na napisanie 

PIĘCIU

 opowiadań. Ja ledwie znalazłam 

czas, żeby napisać 

JEDNO

.

Ale i tak uważam, że moje opowiadanie Nigdy więcej kukurydzy! jest całkiem niezłe. 

Zawiera wszystko, co 

POWINNO

 się znaleźć w opowiadaniu: Miłość. Wzniosłość. Samobójstwo. 

Kukurydzę.

(Czego więcej można by żądać?)

Wniosek o zatwierdzenie protokołu posiedzenia z dnia

15 lutego: 

ZATWIERDZONY

.

S

PRAWOZDANIE

 

PRZEWODNICZĄCEJ

: M

ÓJ

 

WNIOSEK

 

O

 

TO

ŻEBY

 

SZKOŁA

 

POZOSTAWAŁA

 

W

 

CZASIE

 

WEEKENDÓW

 

OTWARTA

 

I

 

DOSTĘPNA

 

DLA

 

LICZNYCH

 

KÓŁEK

 

ZAINTERESOWAŃ

 

NAPOTKAŁ

 

ZDECYDOWANY

 

OPÓR

 

ZE

 

STRONY

 

SZKOLNEJ

 

DYREKCJI

. P

OSTAWIONO

 

NASTĘPUJĄCE

 

ZASTRZEŻENIA

KOSZT

 

WYNAGRODZENIA

 

ZA

 

NADGODZINY

 

DLA

 

BIBLIOTEKARKI

 

ORAZ

 

KOSZT

 

WYNAGRODZENIA

 

ZA

 

NADGODZINY

 

DLA

 

STRAŻNIKA

 

OCHRONY

 

PRZY

 

WEJŚCIU

 

DO

 

SZKOŁY

,  

KTÓRY

 

MIAŁBY

 

SPRAWDZAĆ

,  

CZY

 

WCHODZĄCY

 

DO

  L

I

AE  

 

FAKTYCZNIE

 

JEJ

 

UCZNIAMI

A

 

NIE

 

JAKIMIŚ

 

BEZDOMNYMI

 

Z

 

ULICY

.

background image

R

EPLIKA

 

WICEPRZEWODNICZĄCEJ

:   S

ALA

 

GIMNASTYCZNA

 

JEST

 

OTWARTA

 

W

 

WEEKENDY

 

NA

 

POTRZEBY

 

TRENINGÓW

 

SPORTOWYCH

.   S

TRAŻNIK

 

OCHRONY

 

NA

 

PEWNO

 

MÓGŁBY

 

SPRAWDZAĆ

 

LEGITYMACJE

 

UCZNIÓW

 

SPORTOWCÓW

 

TAK

 

SAMO

 

JAK

 

UCZNIÓW

,  

KTÓRZY

 

NAPRAWDĘ

 

PRZEJMUJĄ

 

SIĘ

 

SWOIMI

 

STOPNIAMI

. P

OZA

 

TYM

 

NIE

 

MACIE

 

WRAŻENIA

ŻE

 

NAWET

 

ŚREDNIO

 

INTELIGENTNY

 

STRAŻNIK

 

OCHRONY

 

BĘDZIE

 

UMIAŁ

 

ODRÓŻNIĆ

 

BEZDOMNYCH

 

Z

 

ULICY

 

OD

 

UCZNIÓW

 L

I

AE?

R

EPLIKA

 

PRZEWODNICZĄCEJ

 

NA

 

REPLIKĘ

 

WICEPRZEWODNICZĄCEJ

: W

IEM

. W

SPOMNIAŁAM

 

O

 

TYM

. D

YREKTOR

 

G

UPTA

 

PRZYPOMNIAŁA

 

MI

 

W

 

ODPOWIEDZI

,  

ŻE

 

BUDŻET

 

TRENINGÓW

 

SPORTOWYCH

 

ZOSTAŁ

 

ZATWIERDZONY

 

JUŻ

 

JAKIŚ

 

CZAS

 

TEMU

,  

A

 

NA

 

BIBLIOTEKĘ

 

W

 

WEEKENDY

 

BUDŻETU

 

NIE

 

MA

. I  

ŻE

 

STRAŻNIKÓW

 

OCHRONY

 

ZATRUDNIA

 

SIĘ

 

PRZEDE

 

WSZYSTKIM

 

ZE

 

WZGLĘDU

 

NA

 

POSTURĘ

,  

A

 

NIE

 

INTELIGENCJĘ

.

R

EPLIKA

 

WICEPRZEWODNICZĄCEJ

 

NA

 

REPLIKĘ

 

PRZEWODNICZĄCEJ

: N

O

 

CÓŻ

,  

MOŻE

 

W

 

TAKIM

 

RAZIE

 

NALEŻY

 

PRZYPOMNIEĆ

 

DYREKTOR

  G

UPCIE

,  

ŻE

 

ZNAKOMITA

 

WIĘKSZOŚĆ

 

UCZNIÓW

  L

ICEUM

 

IMIENIA

  A

LBERTA

 

E

INSTEINA

 

NIE

 

UPRAWIA

 

SPORTÓW

,  

NATOMIAST

 

POTRZEBUJE

 

TYCH

 

DODATKOWYCH

 

GODZIN

 

W

 

BIBLIOTECE

,  

I

 

ŻE

 

BUDŻET

 

TRZEBA

 

ZWERYFIKOWAĆ

.   I  

ŻE

 

POSTURA

 

TO

 

NIE

 

WSZYSTKO

.   R

EPLIKA

 

PRZEWODNICZĄCEJ

 

NA

 

REPLIKĘ

 

WICEPRZEWODNICZĄCEJ

 

NA

 

WCZEŚNIEJSZĄ

 

REPLIKĘ

 

PRZEWODNICZĄCEJ

B

OŻE

, L

ILLY

ZROBIŁAM

 

TO

. P

OWIEDZIAŁA

ŻE

 

SIĘ

 

JESZCZE

 

ZASTANOWI

.

(Dlaczego Lilly musi być taka wojownicza na tych naszych posiedzeniach? Przez to 

wychodzę w oczach pani Hill na osobę pozbawioną jakiegokolwiek autorytetu).

Naprawdę myślałam, że Lilly już się pogodziła z tym, że nie zamierzam rezygnować z 

pełnionej funkcji po to, żeby to 

ONA

 mogła zostać przewodniczącą. To było przecież całe 

MIE

-

SIĄCE

 temu i miałam wrażenie, że mi przebaczyła, kiedy namówiłam tatę, żeby wystąpił w jej 

programie  telewizyjnym,  żeby mogła przeprowadzić  z nim wywiad  na temat europejskiej 

polityki imigracyjnej.

I dobra, fakt, nie udało jej się w ten sposób uzyskać skoku wskaźnika oglądalności, jak 

tego oczekiwała.

Ale Lilly mówi prosto z mostu; że to nadal jeden z najpopularniejszych programów 

manhattańskiej  kablówki   ogólnego  dostępu   -  zaraz   po  tym  programie  z   udziałem  Anioła 

Piekieł,   który   demonstruje,   jak   gotować   jedzenie   na   rurze   wydechowej   -   nawet   jeśli   ci 

producenci,   którzy  kupili  prawa   do  jej   programu,  jeszcze  nie   zdołali  sprzedać  go  żadnej 

większej stacji.

S

PRAWOZDANIE

 

WICEPRZEWODNICZĄCEJ

:   P

OJEMNIKI

 

DO

 

SEGREGOWANIA

 

ODPADÓW

 

JUŻ

 

PRZYJECHAŁY

 

I

 

ZOSTAŁY

 

UMIESZCZONE

 

OBOK

 

WSZYSTKICH

 

ZWYKŁYCH

 

KOSZY

 

NA

 

ŚMIECI

 

NA

 

TERENIE

 

SZKOŁY

. S

Ą

 

TO

 

SPECJALISTYCZNE

 

POJEMNIKI

 

PODZIELONE

 

NA

 

TRZY

 

SEGMENTY

:  

PAPIER

,  

BUTELKI

 

I

 

PUSZKI

,  

Z

 

background image

WBUDOWANYM

 

MECHANIZMEM

 

ZGNIATAJĄCYM

 

W

 

CZĘŚCI

 

NA

 

PUSZKI

.   W

YKORZYSTANIE

 

PRZEZ

 

UCZNIÓW

 

CZĘSTE

. P

OWSTAŁ

 

JEDNAK

 

PEWIEN

 

MAŁY

 

PROBLEM

 

Z

 

NAKLEJKAMI

.

R

EPLIKA

 

PRZEWODNICZĄCEJ

: J

AKIMI

 

NAKLEJKAMI

?

R

EPLIKA

 

WICEPRZEWODNICZĄCEJ

 

NA

 

REPLIKĘ

 

PRZEWODNICZĄCEJ

: T

YMI

 

NA

 

KLAPY

 

POJEMNIKÓW

Z

 

NAPISEM

„P

APIER

PUSZKI

 

I

 

BALETKI

”.

R.  

PRZEWODNICZĄCEJ

 

NA

 

R

.  

WICEPRZEWODNICZĄCEJ

: O

NE

 

MAJĄ

 

NAPIS

: „P

APIER

,  

PUSZKI

 

I

  butelki”,  

NIE

 

BALETKI

”.

W

ICEPRZEWODNICZĄCA

: N

O

 

WŁAŚNIE

 

NIE

. R

OZUMIESZ

?

P

RZEWODNICZĄCA

: O

KAY

. K

TO

 

ZATWIERDZAŁ

 

NAPIS

 

NA

 

NAKLEJKACH

?

W

ICEPRZEWODNICZĄCA

: T

O

 

CHYBA

 

NASZA

 

SEKRETARZ

. K

TÓRA

 

JEST

 

DZISIAJ

 

NIEOBECNA

.

S

KARBNICZKA

:  A

LE

 

TO

 

NIE

 

WINA

  T

INY

,  

ONA

 

PRZEŻYWA

 

TERAZ

 

STRASZNY

 

STRES

 

Z

 

TYMI

 

OCENAMI

 

NA

 

PÓŁOKRES

.

P

RZEWODNICZĄCA

: M

USIMY

 

ZAMÓWIĆ

 

NOWE

 

NAKLEJKI

. N

APIS

  „P

APIER

,  

PUSZKI

 

I

 

BALETKI

”  

JEST

 

NIE

 

DO

 

PRZYJĘCIA

.

S

KARBNICZKA

: N

IE

 

MAMY

 

PIENIĘDZY

 

NA

 

ZAMÓWIENIE

 

NOWYCH

 

NAKLEJEK

.

P

RZEWODNICZĄCA

: S

KONTAKTUJ

 

SIĘ

 

Z

 

FIRMĄ

U

 

KTÓREJ

 

ZAMÓWIONE

 

BYŁY

 

NAKLEJKI

I

 

POINFORMUJ

 

ICH

ŻE

 

ZASZŁA

 

POMYŁKA

KTÓRĄ

 

TRZEBA

 

NATYCHMIAST

 

SKORYGOWAĆ

I

 

ŻE

 

PONIEWAŻ

 

TO

 

BYŁA

 

POMYŁKA

 

Z

 

ich 

STRONY

NIE

 

POWINNI

 

ŻĄDAĆ

 

ZA

 

TO

 

ZAPŁATY

.

W

ICEPRZEWODNICZĄCA

:   P

RZEPRASZAM

,   M

IA

,  

ALE

 

TY

 

PISZESZ

 

PROTOKÓŁ

 

TEGO

 

POSIEDZENIA

 

W

 

SWOIM

 

pamiętniku?

P

RZEWODNICZĄCA

: T

AK

. C

O

 

Z

 

TEGO

?

W

ICEPRZEWODNICZĄCA

:   A  

NIE

 

MASZ

 

TAKIEJ

 

SPECJALNEJ

 

KSIĘGI

 

PROTOKOŁÓW

 

POSIEDZEŃ

 

SAMORZĄDU

 

SZKOLNEGO

?

P

RZEWODNICZĄCA

: M

AM

. A

LE

 

W

 

PEWNYM

 

SENSIE

 

 

POSIAŁAM

. N

IE

 

MARTW

 

SIĘ

. P

RZEPISZĘ

 

PROTOKÓŁ

 

NA

 

KOMPUTERZE

 

PO

 

POWROCIE

 

DO

 

DOMU

. W

SZYSCY

 

DOSTANĄ

 

JUTRO

 

WYDRUKI

.

W

ICEPRZEWODNICZĄCA

: zgubiłaś 

KSIĘGĘ

 

PROTOKOŁÓW

 

POSIEDZEŃ

 

SAMORZĄDU

 

SZKOLNEGO

?

P

RZEWODNICZĄCA

: N

O

 

CÓŻ

NIEZUPEŁNIE

. T

O

 

ZNACZY

 

MNIEJ

 

WIĘCEJ

 

WIEM

GDZIE

 

ONA

 

LEŻY

. T

YLE

 

ŻE

 

W

 

TEJ

 

CHWILI

 

NIE

 

MAM

 

DO

 

NIEJ

 

DOSTĘPU

.

W

ICEPRZEWODNICZĄCA

: W

IĘC

 

GDZIE

 

ONA

 

LEŻY

?

P

RZEWODNICZĄCA

: Z

OSTAWIŁAM

 

 

W

 

POKOJU

 

TWOJEGO

 

BRATA

 

W

 

AKADEMIKU

.

W

ICEPRZEWODNICZĄCA

: A  

COŚ

 

TY

 

ROBIŁA

 

Z

 

KSIĘGĄ

 

PROTOKOŁÓW

 

POSIEDZEŃ

 

SAMORZĄDU

 

SZKOLNEGO

 

W

 

POKOJU

 

MOJEGO

 

BRATA

 

W

 

AKADEMIKU

?

P

RZEWODNICZĄCA

: P

O

 

PROSTU

 

BYŁAM

 

U

 

NIEGO

 

W

 

ODWIEDZINACH

OKAY

?

background image

W

ICEPRZEWODNICZĄCA

: T

O

 wszystko, 

CO

 

TAM

 

ROBIŁAŚ

? P

OSZŁAŚ

 w odwiedziny?

P

RZEWODNICZĄCA

: T

AK

. P

ANI

 

SKARBNICZKO

CZEKAMY

 

TERAZ

 

NA

 

PANI

 

RAPORT

.

(Nie no, dajcie spokój. O co chodzi z tym „To 

WSZYSTKO

?” Przecież wyraźnie widać, że 

chodziło jej o 

SEKS

. I to jeszcze przy pani Hill! Jakby Lilly nie wiedziała bardzo dobrze, na 

czym stoimy z Michaelem w tej kwestii!

A   może   ona   się   denerwuje   tym,   że  Nigdy   więcej   kukurydzy!  jest   lepsze   niż   jej 

wszystkie   opowiadania?   Nie,   to   niemożliwe.  Nigdy   więcej   kukurydzy!  opowiada   o 

wrażliwym,   młodym   samotniku,   który   wpada   w   taką   rozpacz   z   powodu   alienacji,   jakiej 

doświadcza w pewnej ekskluzywnej szkole średniej na Upper East Side, do której go posłali 

rodzice, oraz tym, że w szkolnej stołówce upierają się, żeby dodawać kukurydzy do chili, 

ignorując jego częste prośby, żeby tego nie robiono, że w końcu skacze pod pociąg metra.

Ale czy to rzeczywiście lepsza fabuła niż w tych opowiadaniach Lilly, gdzie młodzi 

ludzie obojga płci zaczynają się zapoznawać z własną seksualnością? Sama nie wiem.

Wiem jednak, że pismo „Sixteen” raczej nie publikuje opowiadań z niedwuznacznymi 

scenami. Owszem, drukują artykuły o kontroli urodzin i historie dziewczyn, które złapały ja-

kąś   chorobę   przenoszoną   drogą   płciową   albo   zaszły   w   niechcianą   ciążę,   albo   zostały 

sprzedane jako białe niewolnice czy coś.

Ale nigdy nie nagradzają takich historii w tych swoich konkursach na opowiadanie.

Ale kiedy wspomniałam o tym Lilly, ona stwierdziła, że pewnie zrobią wyjątek, jeśli 

opowiadanie okaże się szczególnie dobre, a jej opowiadania takie są - przynajmniej według 

niej samej.

Mam tylko nadzieję, że oczekiwania Lilly nie są 

ZA

 

BARDZO

 nierealistyczne. Bo, okay, 

pierwszą zasadą pisarską jest pisać o czymś, co się samemu zna z doświadczenia, i owszem, 

nigdy   nie   byłam   chłopakiem,   nie   nienawidziłam   kukurydzy   i   nie   czułam   się   na   tyle 

wyalienowana, żeby się rzucać pod pociąg metra.

Ale Lilly nigdy nie uprawiała seksu, a jej wszystkie 

PIĘĆ

 opowiadań mówi o seksie. W 

jednym z nich bohaterka uprawia seks z 

NAUCZYCIELEM

. Normalnie 

WIDAĆ

, że ten kawałek nie 

został   napisany   z   własnego   doświadczenia.   Bo   poza   trenerem   Wheatonem,   który   jest 

zaręczony z mademoiselle Klein i nawet by nie spojrzał na żadną uczennicę, nie ma w tej 

szkole   ani   jednego   nauczyciela   płci   męskiej,   na   którym   dałoby   się   choć   na   chwilę   oko 

zawiesić.

(No cóż, myślą tak wszyscy poza moją mamą, ewidentnie, skoro najwyraźniej uznała, 

że   pan   G.   jest   rzekomo   tak   seksowny   -  

OCH

!  -   że   nie   zdołała   mu   się   oprzeć).   Raport 

skarbniczki: Nie mamy już żadnych pieniędzy.

background image

(Zaraz. Co L

ING

 S

U

 

POWIEDZIAŁA

 

PRZED

 

CHWILĄ

???????)

Wtorek, 2 marca, hotel Plaza,

lekcja etykiety

No   cóż,   no   to   już   po   wszystkim.   Samorząd   uczniowski   Liceum   imienia   Alberta 

Einsteina zbankrutował.

Jesteśmy spłukani.

Bez grosza.

Splajtowaliśmy.

Jesteśmy pierwszym samorządem w historii Liceum imienia Alberta Einsteina, który 

wydał cały swój budżet w ciągu siedmiu miesięcy, kiedy zostały do przeżycia jeszcze trzy.

Pierwszym  samorządem w historii, któremu nie wystarczy pieniędzy na wynajęcie 

Sali imienia Alice Tully w Lincoln Center na uroczystość rozdania matur ostatniej klasie.

I najwyraźniej to moja wina, bo wyznaczyłam artystkę na skarbniczkę.

- Mówiłam ci, że nie umiem liczyć pieniędzy! - powtarzała raz za razem Ling Su. - 

Mówiłam ci, że nie nadaję się na skarbniczkę! Mówiłam ci, żebyś mianowała Borisa skarb-

nikiem! Ale ty się upierałaś przy tej swojej Władzy w Ręce Dziewczyn. No cóż, tak się 

składa, że ta dziewczyna jest przy okazji artystką. A artyści nijak się nie rozumieją na zesta-

wieniach bilansowych i wpływach ze składek! My mamy na głowie ważniejsze rzeczy. Na 

przykład sprawiać, żeby sztuka stymulowała umysły i zmysły.

- Wiedziałam, że trzeba było wyznaczyć Shameekę na skarbniczkę - jęknęła Lilly. 

Kilka razy. Chociaż przypomniałam jej, też kilkakrotnie, że tata Shameeki zapowiedział jej, 

że wolno jej w jednym semestrze brać udział tylko w jednym zajęciu pozalekcyjnym, a ona 

już   zdecydowała   się   wybrać   cheerleading   zamiast   udziału   w   samorządzie   studenckim   - 

decyzja,  która   z  pewnością  będzie  ją  dręczyć  po  nocach,   kiedy będzie  się   starała   zostać 

pierwszą kobietą afroamerykańskiego pochodzenia mianowaną do Sądu Najwyższego.

W gruncie rzeczy to nie jest wina Ling Su. To ja jestem przewodniczącą. Jeżeli czegoś 

się w ogóle nauczyłam w tym całym książęcym interesie, to tego, że władzy towarzyszy od-

powiedzialność: można ją delegować, ile się chce, ale koniec końców TO TY zapłacisz cenę, 

jeśli coś pójdzie nie tak.

Powinnam była uważać. Powinnam była trzymać rękę na pulsie.

background image

Powinnam   była   położyć   szlaban   na   te   hiperdrogie   pojemniki   do   segregowania 

odpadów.   Powinnam   była   kazać   im   kupić   zwykłe,   niebieskie.   To   był   mój   pomysł,   żeby 

wybrać te z wbudowanym zgniataczem.

CZYM

 

JA

 

MYŚLAŁAM

??? Dlaczego nikt nie spróbował mnie powstrzymać?

O mój Boże, ja już wiem, co to jest.

To moja własna, prywatna Zatoka Świń.

Poważnie. Na historii dowiedzieliśmy się wszystkiego o Zatoce Świń - pewna grupa 

strategów  wojskowych  jeszcze  w latach  sześćdziesiątych  wymyśliła  sobie taki  plan, żeby 

zrobić inwazję na Kubę i obalić Castro, i namówiła prezydenta Kennedy'ego, żeby się na to 

zgodził. Tyle że po dotarciu na Kubę przekonali się, że wróg ma znaczną przewagę, a w 

dodatku nikt nie sprawdził, czy góry, w których żołnierze mieli się bezpiecznie schronić, są 

istotnie po tej stronie wyspy (były po przeciwnej).

Wielu   historyków   i   socjologów   przypisywało   winę   za   Zatokę   Świń   wystąpieniu 

zjawiska zwanego syndromem grupowego ogłupienia, które zachodzi wtedy, kiedy pragnienie 

uzyskania jednomyślności przez wszystkich członków grupy doprowadza do tego, że nikomu 

z nich nie chce się porządnie sprawdzić faktów - jak wtedy,  kiedy NASA przed startem 

promu   kosmicznego   Columbia   nie   chciała   słuchać   inżynierów,   którzy   ostrzegali   przed 

niebezpieczeństwem.   Ale   NASA   udało   się   sztywno   trzymać   wyznaczonej   wcześniej   daty 

startu.

I to jest najwyraźniej  

DOKŁADNIE

  to, co zaszło w przypadku naszych pojemników na 

odpady.

Panią Hill - jak się nad tym zastanowić - powinno się nazwać wyzwalaczem syndromu 

grupowego ogłupienia... No bo nie można powiedzieć, by wychodziła ze skóry, żeby nas 

spróbować powstrzymać. To samo dotyczy Larsa, skoro już o tym mowa. Od czasu, kiedy 

kupił sobie swojego nowego sidekicka, w ogóle przestał uważać na lekcjach, a teraz nie chce 

pomóc w sensownym rozwiązaniu tego problemu, na przykład udzielając nam pożyczki w 

wysokości pięciu tysięcy dolarów, których nam brakuje.

Moim zdaniem to jest zwykły wykręt, skoro będąc naszym doradcą, pani Hill jest 

przynajmniej częściowo odpowiedzialna za to fiasko. Owszem, zgoda, ja jestem przewod-

niczącą i w ostatecznym rozliczeniu odpowiedzialność spada na mnie.

Ale przecież nie bez powodu mamy doradcę. Ja mam tylko piętnaście lat i dziesięć 

miesięcy. Nie powinnam musieć sama się borykać z 

CAŁYM

 tym ciężarem. Pani Hill powinna 

chyba przejąć chociaż 

TROCHĘ

 tej odpowiedzialności. Gdzie ona była, kiedy cały roczny budżet 

background image

przepuszczałyśmy   na   najdroższe   pojemniki   do   segregowania   odpadów   z   wbudowanym 

zgniataczem?

Powiem wam gdzie - podsycała swoje uzależnienie od swetrów haftowanych we wzór 

amerykańskiej flagi poprzez oglądanie Home Shopping Network w pokoju nauczycielskim i w 

ogóle nie zwracała na nas uwagi!

Och, świetnie. Grandmère właśnie się na mnie rozdarła.

- Amelio, czy ty w ogóle uważasz na to, co mówię, czy po prostu mówię do ściany?

- Oczywiście, że uważam, Grandmère.

A tak naprawdę to muszę zacząć uważać na lekcjach ekonomii. Może wtedy nauczę 

się trochę mocniej trzymać w garści swój portfel.

- Ach tak - powiedziała Grandmère. - No to co ja mówiłam?

- Och. Zapomniałam.

- John Paul Reynolds - Abernathy Czwarty. Słyszałaś o nim kiedykolwiek?

O Boże. Znów to samo. Ostatni świr Grandmère? Kupuje sobie posiadłość nadmorską.

Tylko że, oczywiście, Grandmère nie wystarczyłoby, że jest właścicielką zwyczajnej 

nadmorskiej posiadłości. A więc kupuje sobie wyspę.

Tak właśnie. Swoją własną wyspę.

A ściśle mówiąc, wyspę Genowia.

Prawdziwa Genowia nie jest wyspą,  ale ta, którą kupuje Grandmère,  jest. Leży u 

wybrzeży Dubaju, gdzie pewna firma budowlana skonstruowała grupę wysp, które razem 

tworzą kształt widoczny aż z pokładu promu kosmicznego. Na przykład kiedyś zrobili grupę 

wysp w kształcie palmy i nazwali je Palma.

A   teraz   robią   taką   grupę   pod   nazwą   Świat.   Są   tam   wyspy   w   kształcie   Francji   i 

południowej Afryki, i Indii, i nawet New Jersey, a oglądane z góry wyglądają zupełnie jak 

mapa świata, o tak:

background image
background image

Oczywiście,   wyspy   nie   są   zbudowane   w   odpowiedniej   skali.   Bo   wtedy   wyspa 

Genowia byłaby rozmiaru mojej łazienki. A Indie byłyby rozmiaru Pensylwanii. Wszystkie 

wyspy mają  w sumie  mniej  więcej ten sam rozmiar  - dość duże, żeby umieścić  na nich 

potężną posiadłość z domkami dla gości i basenem - żeby ludzie tacy jak Grandmère mogli 

sobie kupić wyspę w kształcie kraju, jaki sobie wybiorą, i mieszkać potem na niej, zupełnie 

jak Tom Hanks w filmie Poza światem.

Tyle że on nie zrobił tego z wyboru.

Poza tym na jego wyspie nie było willi o powierzchni czterech i pół tysiąca metrów 

kwadratowych, z supernowoczesnym systemem ochrony, klimatyzacją i basenem, w którym 

jest wodospad, jak to będzie u Grandmère.

Ale Grandmère ma ze swoją wyspą pewien problem: nie jest jedyną osobą startującą 

do przetargu.

- John Paul Reynolds - Abernathy Czwarty - powtarza teraz bardzo naglącym głosem. 

- Nie mów mi, że go nie znasz. Chodzisz z nim do szkoły!

- Jakiś facet, z którym chodzę do szkoły, startuje do przetargu na sztuczną wyspę 

Genowię?   -   Wydawało   się   to   trochę   niewiarygodne.   Ja   wiem,   że   mam   najmniejszą 

tygodniówkę w całym LiAE, bo tata się martwi, że mogłabym przemorfować w kogoś takiego 

jak   Lana   Weinberger,   która   wszystkie   swoje   pieniądze   przepuszcza   na   przekupywanie 

bramkarzy, żeby ją wpuszczali do klubów, do których nie mogłaby wejść legalnie z racji zbyt 

młodego wieku (tłumaczy to całkiem logicznie, pytając, że skoro Lindsay Lohan to robi, to 

czemu ona ma nie móc?). Poza tym Lana ma też własną kartę American Express, którą płaci 

za wszystko - od latte w Delikatesach Ho, po stringi w Agent Provocateur - a jej tata po prostu 

co miesiąc spłaca kartę. Lana to taka 

SZCZĘŚCIARA

.

Ale nieważne. Bo czy ktoś dostaje takie kieszonkowe, że może sobie kupić 

WYSPĘ

?

- Nie ten chłopak, który chodzi z tobą do szkoły. Jego 

OJCIEC

. - Grandmère zmrużyła 

powieki, co zawsze jest złym znakiem. - John Paul Reynolds - Abernathy T

RZECI

 bierze udział 

w przetargu przeciwko mnie. Jego 

SYN

 chodzi z tobą do szkoły. Jest o klasę wyżej od ciebie. 

Na pewno go znasz. Podobno ma  ambicje teatralne,  podobnie jak jego ojciec,  który jest 

kopcącym cygara, ordynarnym producentem.

- Przepraszam, Grandmère. Nie znam żadnego Johna Paula Reynoldsa - Abernathy'ego 

Czwartego. I w sumie mam nieco poważniejsze zmartwienia niż to, czy ci się uda kupić tę 

wyspę, czy nie - poinformowałam ją. - Prawdę mówiąc, jestem spłukana.

Grandmère   się   rozjaśniła.   Ona   uwielbia   rozmawiać   o   pieniądzach.   Bo   to   często 

prowadzi do rozmawiania o zakupach, które są jej ulubionym hobby poza piciem sidecarów i 

background image

paleniem. Grandmère jest najszczęśliwsza, kiedy może robić wszystkie te trzy rzeczy naraz. 

Na jej nieszczęście, przy obowiązujących w Nowym Jorku przepisach dotyczących palenia 

(określanych   przez   nią   jako   faszystowski   dryl)   jedyne   miejsce,   gdzie   może   pić,   palić   i 

jednocześnie robić zakupy, to jej własny dom. Tyle że wtedy pozostają zakupy przez Internet.

- Czy chcesz coś sobie kupić, Amelio? Coś nieco bardziej modnego niż te okropne 

wojskowe buciory, w których nadal chodzisz pomimo moich zapewnień, że nie podkreślają 

one kształtu twoich kostek? Może takie urocze mokasynki z wężowej skóry od Ferragamo, 

jakie ci pokazywałam któregoś dnia?

- Ja nie jestem spłukana  

OSOBIŚCIE

,  Grandmère - powiedziałam. Chociaż w sumie, to 

jestem, bo dostając zaledwie dwadzieścia dolarów tygodniówki, z czego powinnam opłacić 

wszystkie swoje rozrywkowe potrzeby, całą tygodniówkę tracę w czasie jednego wyjścia do 

kina, jeśli zaszaleję, i na tabletki z ginkgo biloba, i na napój gazowany. Boże broń, żeby mój 

tata 

MNIE

 zaproponował kartę American Express.

Tyle że, sądząc po tej historii z pojemnikami do segregowania śmieci, tata chyba miał 

rację, nie dając mi dostępu do nielimitowanego kredytu.

-   Chodzi   mi   o   to,  że   zbankrutował   samorząd   Liceum   imienia   Alberta   Einsteina   - 

wyjaśniłam. - Cały budżet wydaliśmy w siedem miesięcy zamiast w dziesięć. Teraz mamy 

poważne   kłopoty,   bo   powinniśmy   zapłacić   za   wynajem   Sali   imienia   Alice   Tully   na 

czerwcową ceremonię wręczenia matur. Ale nie możemy, bo nie mamy żadnych pieniędzy. A 

to znaczy, że Amber Cheeseman, która w tym roku ma wygłosić mowę na wręczeniu matur, 

zabije mnie, i to najprawdopodobniej będzie długa i bolesna śmierć.

Wiedziałam, że zwierzając się z tego Grandmère, ponoszę pewne ryzyko.  Bo fakt 

naszego bankructwa to głęboko skrywana tajemnica. Poważnie. Lilly, Ling Su, pani Hill, Lars 

i   ja   przysięgliśmy   na   własne   życie,   że   nikomu   nie   powiemy   prawdy   o   tym,   że   szkolny 

samorząd ma pustą kasę, dopóki absolutnie nie uda się tego uniknąć. Ostatnia rzecz, jakiej 

teraz potrzebuję, to postawienie w stan oskarżenia i śledztwo.

A wszyscy wiemy, że Lana Weinberger podskoczy na pierwszą okazję pozbawienia 

mnie funkcji przewodniczącej samorządu. Tata L

ANY

 sam bez zmrużenia oka wyłożyłby pięć 

kawałków, gdyby uważał, że może tym wspomóc swoją ukochaną córunię.

Moi krewni? Niekoniecznie.

Ale zawsze zostaje pewna szansa - niewielka - że Grandmère jakoś się za mną wstawi. 

Już to kiedyś zrobiła. A tak na marginesie, z tego co wiem, ona i Alice Tully mogły być 

najlepszymi   przyjaciółkami   za   czasów   studiów.   Może   wystarczy,   że   Grandmère   wykona 

jeden telefon i będę miała Salę imienia Alice Tully wynajętą 

ZA

 

DARMO

!!!!

background image

Tylko  że Grandmère  nie wyglądała  tak, jakby miała  zamiar  w najbliższym  czasie 

wykonywać   jakieś   telefony   w   moich   sprawach.   Zwłaszcza   kiedy   zaczęła   wydawać   te 

cmokające odgłosy językiem.

- Pewnie wydajesz wszystkie pieniądze na jakieś banialuki i bibeloty - powiedziała, 

nawet nie do końca potępiającym tonem.

-   Jeśli   mówiąc   banialuki   i   bibeloty   -   odparłam   (zastanawiając   się,   czy   te   słowa 

rzeczywiście istnieją, czy też nagle zaczęła mówić językami i skoro tak, to czy nie powinnam 

wezwać jej pokojówki) - masz  na myśli  dwadzieścia pięć nowoczesnych  pojemników  do 

segregowania odpadów, z osobnymi segmentami na papier, puszki i butelki oraz z wbudo-

wanym   mechanizmem   zgniatającym   w   części   na   puszki,   nie   wspominając   już   o   trzystu 

kompletach do elektroforezy dla laboratorium biologicznego, których w żaden sposób nie 

mogę zwrócić, bo wierz mi, już o to pytałam, to tak.

Grandmère zrobiła taką minę, jakbym bardzo ją rozczarowała. Widać było wyraźnie, 

że uważa pojemniki do segregowania odpadów za wyrzucanie pieniędzy w błoto.

A ja nawet nie 

WSPOMNIAŁAM

 o całym tym problemie z naklejkami: puszki i baletki.

- Ile potrzebujesz? - spytała zwodniczo swobodnym tonem.

Zaraz. Czy Grandmère miała zamiar zrobić coś niesłychanego - i poratować mnie 

pożyczką?

Nie. Niemożliwe.

- Niewiele - powiedziałam, myśląc, że to zbyt piękne, żeby było możliwe. - Tylko pięć 

tysięcy. - W sumie to pięć tysięcy siedemset dwadzieścia osiem dolarów, bo tyle Lincoln 

Center życzy sobie od szkół za wynajęcie Sali imienia Alice Tully, która może pomieścić 

tysiąc osób. Ale nie zamierzałam rozpraszać się szczegółami. Siedemset dwadzieścia osiem 

dolarów już jakoś zbiorę, jeśli Grandmère będzie chciała wybulić pięć tysięcy.

Ale cóż. To było zbyt piękne, żeby się okazało prawdziwe.

- No cóż, a co szkoły robią w takiej sytuacji, kiedy muszą szybko zebrać pieniądze? - 

Chciała wiedzieć Grandmère.

-   Nie   wiem   -   powiedziałam.   Nie   mogłam   pozbyć   się   uczucia   porażki.   Poza   tym 

skłamałam (a to dopiero coś nowego...), bo doskonale wiem, co robią szkoły, które znajdą się 

w   naszej   sytuacji   i   muszą   szybko   zebrać   jakieś   pieniądze.   Już   to   przedyskutowaliśmy, 

szczegółowo, podczas posiedzenia samorządu, po szokującej rewelacji Ling Su na temat stanu 

naszego konta bankowego. Pani Hill nie chciała udzielić nam pożyczki (wątpię zresztą, żeby 

miała pięć tysięcy dolarów odłożone w jakiejś skarpecie. Przysięgam, że nigdy nie widziałam, 

żeby miała na sobie dwa razy to samo. A to oznacza bardzo wiele luźnych swetrów Quaker 

background image

Factory, jak na jedną nauczycielską pensję), ale ochoczo pokazała nam katalog wysyłkowy 

świec, który miała gdzieś pod ręką.

Poważnie. To była cała jej ta wspaniała rada. Żebyśmy sprzedawali świece.

Lilly tylko spojrzała na nią i powiedziała:

- Sugeruje pani, że mamy wspierać nihilistyczną walkę pomiędzy tymi, którzy lubią 

mieć,   a   tymi,   którzy   lubią   mieć   jeszcze   więcej,   w   stylu  Czekoladowej   wojny  Roberta 

Cormiera, pani Hill? Bo wszyscy ją przeczytaliśmy na angielskim i wiemy doskonale, co się 

może zdarzyć, jeśli zakłóci się porządek świata.

Ale pani Hill z urażoną miną powiedziała, że możemy ogłosić konkurs na to, kto 

sprzeda więcej świec, nie narażając świat na kompletny upadek wartości ani nie wykazując 

się szczególnym nihilizmem.

Ale   kiedy   przejrzałam   ten   katalog   świec   i   zobaczyłam   te   wszystkie   zapachy   - 

Truskawki i śmietana! Wata cukrowa! Kruche ciasteczko! - i te wszystkie kolory, przeżyłam 

swój własny, prywatny atak nihilizmu.

Bo szczerze mówiąc, wolałabym, żeby klasa maturalna zrobiła mi to, co Obi Wan 

Kenobi   zrobił   Anakinowi   Skywalkerowi   w  Zemście   Sithów  (tzn.   żeby   odcięli   mi   nogi 

mieczem świetlnym i zostawili mnie, żebym spłonęła żywcem na skraju krateru z lawą), niż 

zapukać do drzwi naszej sąsiadki, Ronnie, i pytać ją, czy byłaby zainteresowana kupnem 

ślicznej świecy o zapachu truskawek ze śmietaną, odlanej w kształcie truskawki, za dziewięć 

dolarów dziewięćdziesiąt pięć.

A wierzcie mi, klasa maturalna jest jak najbardziej  

ZDOLNA

 zrobić ze mną to, co Obi 

Wan  zrobił  Anakinowi.  A  już  szczególnie  Amber   Cheeseman,   która  została  w   tym   roku 

prymuską i która mogłaby bez trudu nakłaść mi po łbie, bo tak się składa, że chociaż jest o 

wiele niższa ode mnie, ma brązowy pas w hapkido.

To znaczy mogłaby mi nakłaść, gdyby stanęła na krześle albo gdyby ktoś ją podniósł, 

żeby w ogóle mogła mnie dosięgnąć.

To w tym momencie posiedzenia samorządu szkolnego zmuszona byłam powiedzieć 

słabym   głosem:  „Wnioskuję  o zamknięcie  zebrania”.  Na  szczęście  wniosek  został  jedno-

myślnie przyjęty przez wszystkich obecnych.

-  Nasza  doradczyni  proponowała,   żebyśmy  sprzedawali  w  systemie   domokrążnym 

świece - powiedziałam z nadzieją, że Grandmère, zniesmaczona wizją wnuczki handlującej 

po domach podobiznami owoców z wosku, z miejsca wręczy mi pięć tysięcy zielonych.

- Świece? - Grandmère 

RZECZYWIŚCIE

 miała nieco zniesmaczoną minę.

Ale z niewłaściwego powodu.

background image

-   Moim   zdaniem   dużo   łatwiej   byłoby   sprzedawać   słodycze.   Rodzice   przeciętnego 

ucznia Liceum imienia Alberta Einsteina mają w pracy całe hordy kolegów i znajomych, 

którym można bez trudu wcisnąć batoniki - powiedziała.

Miała rację, oczywiście, ale kluczowe jest tu słowo „przeciętny”. Bo jakoś sobie nie 

wyobrażam mojego taty, który w tej chwili jest w Genowii, ponieważ trwa sesja Parlamentu, 

jak   rozdaje   wkoło   formularze   sprzedaży   świec   (czy   czegokolwiek   innego)   i   mówi: 

„Słuchajcie teraz wszyscy, to zbiórka pieniędzy na szkołę mojej córki. Kto kupi najwięcej 

świec, automatycznie otrzyma szlachectwo”.

- Zastanowię się nad tym - powiedziałam. - Dzięki, Grandmère.

A potem ona znów zaczęła gadać o Johnie Paulu Reynoldsie - Abernathym Trzecim i 

o tym, że planuje urządzić to wielkie przyjęcie na cele charytatywne za tydzień od tej środy i 

zebrać   pieniądze   na   wsparcie   dla   genowiańskich   hodowców   oliwek   (którzy   strajkują   w 

proteście   przeciwko   zarządzeniom   Unii   Europejskiej   zezwalającym   hipermarketom   na 

zbytnie  obniżanie  cen), żeby zaimponować  projektantom  Świata  oraz innym  uczestnikom 

przetargu na wyspy swoją niewiarygodną  hojnością.  (A tak w ogóle, to za kogo ona się 

uważa? Za jakąś Angelinę Jolie z Genowii?)

Grandmère twierdzi, że potem wszyscy ją będą 

BŁAGAĆ

, żeby zamieszkała na sztucznej 

wyspie Genowii, a John Paul Reynolds - Abernathy Trzeci zostanie na lodzie, ple, ple, ple.

I łatwo jej mówić. No bo Grandmère niedługo będzie miała własną wyspę, na którą 

będzie sobie mogła uciekać. A gdzie ja się schronię przed gniewem Amber Cheeseman, kiedy 

odkryje, że swoje przemówienie do maturzystów wygłosi nie z mównicy w Sali imienia Alice 

Tully,   tylko   przy   barze   sałatkowym   w   Outback   Steakhouse   na   Zachodniej   Dwudziestej 

Trzeciej?

Wtorek, 2 marca, poddasze

Właśnie myślałam, że ten dzień gorszy już być nie może... Ale nie, proszę, kiedy tylko 

weszłam do domu, mama podała mi pocztę.

Zazwyczaj lubię dostawać pocztę. Bo zazwyczaj w poczcie dostaję różne fajne rzeczy, 

na przykład ostatni numer „Psychology Today”, dzięki czemu mogę sobie sprawdzić, na jakie 

nowe zaburzenia psychiczne cierpię. I wtedy mam do czytania w wannie przed pójściem spać 

coś jeszcze oprócz lektury, przerabianej na angielskim (w tym miesiącu: O, pionierzy! Willi 

Cather. Ziew).

background image

Ale to, co wręczyła mi mama, kiedy weszłam do domu dzisiaj wieczorem, nie było 

czymś fajnym 

ANI

 czymś, co mogłabym sobie poczytać w wannie. Bo było o wiele za krótkie.

-   Dostałaś   list   z   magazynu   „Sixteen”,   Mia!   -   powiedziała   mama   z   wielkim 

ożywieniem. - To na pewno w sprawie konkursu!

Ale ja od razu widziałam, że nie ma się czym ekscytować. Widać było, że ta koperta 

zawiera złe wiadomości. Wyraźnie było widać, że w środku jest tylko jedna kartka. Gdybym 

wygrała,   na   pewno   załączyliby   jakiś   kontrakt,   nie   wspominając   już   o   mojej   nagrodzie 

pieniężnej, prawda? Kiedy opowiadanie T.J. Burke'a o śmierci w lawinie jego przyjaciela, 

Deksa, zostało wydrukowane w piśmie „Powder” w Aspen  Extreme, wysłali mu  

PRAWDZIWY

 

egzemplarz magazynu z jego nazwiskiem wypisanym wielkimi literami na okładce. To w ten 

sposób się dowiedział, że mu coś wydano.

Koperta, którą podała mi mama, wyraźnie nie zawierała kopii magazynu „Sixteen” z 

moim nazwiskiem wypisanym wielkimi literami na okładce, bo była zdecydowanie za cienka.

- Dzięki - powiedziałam, odbierając od mamy kopertę z nadzieją, że nie zauważy, że 

zbiera mi się na płacz.

- I co tam piszą? - zapytał pan Gianini. Siedział przy jadalnym stole i karmił swojego 

syna kawałeczkami hamburgera, mimo że Rocky ma zaledwie dwa zęby, jeden na górze, a 

drugi na dole, i tak się składa, że żaden z nich nie jest trzonowy.

Ale zdaje się, że nikomu w mojej rodzinie nie robi to żadnej różnicy, że Rocky jeszcze 

w zasadzie nie umie żuć stałego pożywienia. Nie chce jeść jedzenia dla dzieci - chce jeść albo 

to co ja, albo to co Gruby Louie - więc je to, co akurat mają na obiad moja mama i pan G., a 

więc   z   reguły   jakąś   potrawę   mięsną.   Pewnie   to   wyjaśnia,   dlaczego   Rocky   mieści   się   w 

dziewięćdziesiątym dziewiątym percentylu, jeśli chodzi o wzrost. Mimo moich nalegań mama 

i pan G. upierają się karmić Rocky'ego stałą dietą składającą się z takich składników, jak 

kurczak Generała Tso i lasagne z wołowiną. I argumenty? On to chyba 

LUBI

.

Jakby mało było tego, że Gruby Louie je wyłącznie Wytworną Ucztę Kurczakowo - 

Tuńczykową, mój młodszy braciszek też wyrasta na mięsożercę.

A pewnego dnia na pewno wyrośnie na kogoś tak wysokiego jak Shaquille O'Neal 

wskutek   tych   wszystkich   szkodliwych   antybiotyków,   którymi   przemysł   mięsny   faszeruje 

swoje produkty przed ubojem.

Chociaż obawiam się, że Rocky przy okazji będzie miał też intelekt Ptaszka Tweety, 

bo mimo tych wszystkich kaset wideo z  Małym Mozartem,  które mu puszczałam, i wielu, 

wielu godzin, które poświęciłam na czytanie mu klasyków takich jak Piotruś Królik Beatrice 

Potter i  Kto zje zielone jajka sadzone  Doktora Seussa, Rocky nie wykazuje najmniejszych 

background image

oznak zainteresowania czymkolwiek innym poza ciskaniem smoczkiem z całej siły o ścianę, 

tupaniem po całym poddaszu (z parą rąk - zazwyczaj moich - które trzymają go w pionie za 

szelki jego ogrodniczek  Osh Koshes... ćwiczenie,  które,  tak przy okazji, zaczyna  u mnie 

powodować poważne bóle krzyża) i darciem się: „Sa!” albo „Ko!” jak najgłośniej się da.

Z   całą   pewnością   można   to   uznać   za   objawy   poważnego   zapóźnienia   w   rozwoju 

społecznym. Albo zespołu Aspergera.

Mama jednak zapewnia mnie, że Rocky rozwija się normalnie jak na prawie roczne 

dziecko i że powinnam się uspokoić i przestać być takim dzieciolizem (moja własna matka 

przejęła teraz określenie, które ukuła dla mnie Lilly).

Jednak pomimo tej zdrady, pozostaję superczujna na objawy wodogłowia. Bo nigdy 

nic nie wiadomo.

- No i co tam piszą, Mia? - Mama zaciekawiła się listem. - Chciałam go otworzyć i 

zadzwonić   do   ciebie   do   babki,   żeby   ci   przekazać   nowiny,   ale   Frank   mi   nie   pozwolił. 

Powiedział, że powinnam szanować twoje osobiste granice i nie otwierać twojej poczty.

Rzuciłam panu G. spojrzenie pełne wdzięczności - a trudno zrobić coś takiego, kiedy 

człowiek usiłuje się nie rozpłakać - i powiedziałam:

- Dzięki.

- Och, przestań - powiedziała moja mama z wyraźnym niesmakiem. - Ja cię urodziłam. 

Karmiłam cię przez sześć miesięcy. Powinnam móc czytać twoją pocztę. Co tam jest?

Tak więc drżącymi palcami rozdarłam kopertę, wiedząc z góry, co znajdę w środku.

I bez żadnych niespodzianek, zobaczyłam na kartce maszynopisu:

Magazyn „Sixteen”

1440 Broadway
Nowy Jork, NY 10018

Szanowna Autorko,

dziękujemy   Ci   za   pracę   nadesłaną   do   magazynu   „Sixteen”. 

Zdecydowaliśmy   wprawdzie   nie   publikować   jej,   ale   doceniamy   Twoje 

zainteresowanie naszym konkursem.

Z poważaniem

Shonda Yost

Redakcja Literacka

background image

Szanowna Autorko! Nawet nie chciało im się wypisać na maszynie mojego imienia i 

nazwiska! Nie było tam żadnego dowodu, że ktoś z nich w ogóle 

PRZECZYTAŁ

 Nigdy więcej ku-

kurydzy!, a co dopiero zastanowił się poważnie nad jego znaczeniem!

Chyba mama i pan G. zauważyli, że nie podoba mi się to, co czytam, bo pan G. 

powiedział:

- Jej, no to niefajnie. Ale następnym razem powalisz ich na kolana, tygrysku.

- Sa! - Rocky miał tylko tyle do dodania i rzucił kawałkiem hamburgera o ścianę.

A moja mama stwierdziła:

-   Zawsze   uważałam,   że   magazyn   „Sixteen”   poniża   młode   kobiety,   bo   prezentuje 

wizerunki   nieprawdopodobnie   chudych   i   pięknych   modelek,   co   może   odbierać   pewność 

siebie młodym czytelnikom i pogłębiać ich kompleksy na punkcie własnego wyglądu. A poza 

tym artykuły w „Sixteen” trudno byłoby określić jako pouczające. No bo, kogo to 

OBCHODZI

jakie dżinsy lepiej podkreślają twój typ sylwetki, biodrówki czy te z wysoką talią? A może by 

tak raz na odmianę nauczyć dziewczyny czegoś praktycznego, na przykład że jak robisz to na 

stojąco, to i tak możesz zajść w ciążę?

Wzruszona troską moich rodziców - i mojego brata - powiedziałam:

- Nie ma sprawy. Zawsze można spróbować w przyszłym roku.

Chociaż naprawdę wątpię, żebym kiedykolwiek zdołała napisać lepsze opowiadanie 

niż Nigdy więcej kukurydzy! To się już totalnie nie powtórzy, żeby coś mnie zainspirowało tak 

jak   widok   Faceta,   Który   Nie   Cierpi   Kukurydzy   w   Chili.   Siedział   w   stołówce   LiAE   i 

wydłubywał kukurydzę ze swojego chili, ziarnko po ziarnku, z najsmutniejszą miną, jaką 

kiedykolwiek widziałam na ludzkiej twarzy. Nigdy już nie będę świadkiem niczego równie 

poruszającego. No, może pomijając minę Tiny Hakim Baba, kiedy dowiedziała się, że nie 

będą już kręcić Joan z Arkadii.

Nie   wiem,   kto   napisał   to   coś,   co   „Sixteen”   uznało   za   najlepsze   opowiadanie 

konkursowe, i naprawdę nie mam ochoty się chwalić, ale jej opowiadanie  

NIE

 

MOŻE

  być tak 

frapujące i przykuwające uwagę, jak Nigdy więcej kukurydzy!

I to 

NIEMOŻLIWE

, żeby ona kochała pisarstwo tak jak ja.

Och, jasne, może jest w tym lepsza. Ale czy pisanie jest dla niej równie ważne jak 

ODDYCHANIE

, tak jak dla mnie? Szczerze w to wątpię. Pewnie siedzi teraz w domu, a jej matka 

mówi: „Och, Lauren, to przyszło dzisiaj do ciebie z pocztą”, a ona otwiera 

ODRĘCZNIE

 

NAPISANY

 

list z magazynu  „Sixteen”, przegląda swój kontrakt i mówi: „Hm, znów mi wydrukowali 

opowiadanie.   A   co   mnie   to   obchodzi.   Naprawdę   chcę   tylko   znaleźć   się   w   drużynie 

cheerleaderek i żeby Brian zaprosił mnie na randkę”.

background image

Widzicie, 

MNIE

 pisanie obchodzi 

BARDZIEJ

 niż cheerleading. Albo Brian.

No cóż, okay, nie bardziej niż Michael. Albo Gruby Louie. Ale już blisko.

Więc teraz ta głupia, zakochana w Brianie Lauren chodzi sobie i podśpiewuje: „La, la, 

la, właśnie wygrałam konkurs na opowiadanie magazynu »Sixteen«. Ciekawe, co dziś leci w 

telewizji?” I nawet się nie przejmuje tym,  że jej opowiadanie przeczyta milion ludzi, nie 

wspominając  o tym,  że będzie  mogła  spędzić  cały dzień, towarzysząc  prawdziwej  żywej 

redaktorce   i   zobaczyć,   jak   to   jest   w   zabieganym,   pełnym   pośpiechu   świecie   twardego 

dziennikarstwa dla nastolatek...

Chyba że to Lilly wygrała.

O Mój B

OŻE

A

 

JEŚLI

 

TO

 L

ILLY

 

WYGRAŁA

???????

O dobry Boże w niebiesiech. Proszę, nie pozwól, żeby to Lilly wygrała konkurs na 

opowiadanie magazynu „Sixteen”. Ja wiem, że to źle modlić się o takie rzeczy, ale błagam 

Cię, Panie, jeśli istniejesz, czego wcale nie jestem pewna, bo pozwoliłeś im przestać puszczać 

Joan z Arkadii i wysłać do mnie ten wstrętny list z odrzuceniem opowiadania, 

NIE

 

POZWÓL

 

NA

 

TO

ŻEBY

 

SIĘ

 

OKAZAŁO

ŻE

 

TO

 

LILLY

 

WYGRAŁA

 

KONKURS

 

MAGAZYNU

 „S

IXTEEN

” 

NA

 

OPOWIADANIE

!!!!!!!!

O mój Boże. Lilly jest dostępna. Właśnie do mnie pisze na ICQ.

W

OMYN

R

ULE

: KG, odezwał się dziś do ciebie Mag. 16?

O Boże.

G

R

L

OUIE

: Hm. Tak. A do ciebie?

W

OMYN

R

ULE

:  Tak. Dostałam najdurniejszy list odmowny pod słońcem. 

A dokładniej mówiąc, 

PIĘĆ

. Widać, że nawet nie 

PRZECZYTALI

 moich tekstów.

Dziękuję, Boże. Teraz w Ciebie wierzę. Wierzę, wierzę, wierzę. Już nigdy więcej nie 

zasnę w czasie mszy w genowiańskiej kaplicy pałacowej, przysięgam. Chociaż zdecydowanie 

nie zgadzam się z Tobą w całej tej kwestii grzechu pierworodnego, bo to 

NIE

 

BYŁA

 wina Ewy, 

że   ten   gadający   wąż   ją   nabrał,   i   och,   tak,   uważam,   że   kobiety   powinny   móc   zostawać 

kapłankami i że księżom powinno być wolno żenić się i mieć dzieci, bo, halo? Oni byliby o 

wiele   lepszymi   rodzicami   niż   mnóstwo   innych   ludzi,   jak   ta   pani,   która   zostawiła   swoje 

dziecko w samochodzie pod supermarketem, i silnik chodził, kiedy ona grała sobie w jakiegoś 

pokera na  wideo, a ktoś  jej  ukradł  ten samochód,  a potem  wyrzucił  dziecko  przez okno 

(dziecku nic się nie stało, bo siedziało w takim specjalnym foteliku samochodowym, który 

sprężynuje, i dlatego zmusiłam mamę i pana G., żeby kupili dla Rocky'ego fotelik tej firmy, 

chociaż on drze się, jakby go żywcem ze skóry obdzierali, za każdym razem, kiedy usiłują go 

do niego wsadzić).

Ale i tak. Wierzę. Wierzę. Wierzę.

background image

G

R

L

OUIE

:  Tutaj to samo. No cóż, to znaczy dostałam jeden list. 

Ale mój też jest odmowny.

W

OMYN

R

ULE

: N

O

  cóż, nie traktuj tego za bardzo osobiście, KG. To 

pewnie zaledwie pierwszy z wielu listów odmownych, jakie dostaniesz 
w   nadchodzących   latach.   Jeśli   naprawdę   chcesz   zostać   pisarką.   Nie 

zapominaj,   że   niemal   każda   Wielka   Książka,   jaka   dziś   istnieje, 
została   gdzieś   kiedyś   odrzucona   przez   wydawcę.   Może   poza   jedną 

Biblią. W każdym razie zastanawiam się, kto wygrał.

G

R

L

OUIE

:  Pewnie jakaś głupia dziewczyna o imieniu Lauren, która 

wolałaby   raczej   znaleźć   się   w   drużynie   cheerleaderek,   albo   żeby 
jakiś facet o imieniu Brian zaprosił ją na randkę, i w ogóle się nie 

przejęła tym, że niedługo zostanie publikowaną autorką.

W

OMYN

R

ULE

: Hm... Okay. Dobrze się czujesz, Mia? Nie bierzesz tego 

listu odmownego  zbyt poważnie,  mam nadzieję?  W końcu  to tylko  ma-
gazyn „Sixteen”, a nie „New Yorker”.

G

R

L

OUIE

: Nic mi nie jest. Ale pewnie mam rację. Co do Lauren. Nie 

uważasz?

W

OMYN

R

ULE

:  Uhm, taa, jasne. Ale posłuchaj, to wszystko podsunęło 

mi totalnie świetny pomysł.

Okay, kiedy Lilly mówi, że ma totalnie świetny pomysł, nigdy tak nie jest. To znaczy 

pomysł   nie   jest   świetny.   Jej   ostatnim   świetnym   pomysłem   było,   żebym   startowała   do 

wyborów na przewodniczącą samorządu szkolnego, i sami popatrzcie, czym to się skończyło. 

I   nawet   mnie   nie   proście,   żebym   wam   opowiadała   jak   kiedyś,   w   pierwszej   klasie   pod-

stawówki, wrzuciła moją lalkę Strawberry Shortcake na dach letniego domu Moscovitzów 

pod Albany, żeby sprawdzić, czy wiewiórki przyciągnie jej „bardzo jagodowy” zapach i czy 

zaczną gryźć jej plastikową buzię.

W

OMYN

R

ULE

: Jesteś tam jeszcze?

G

R

L

OUIE

: Jestem. Jaki to pomysł? Nie będziesz wrzucała Rocky'ego 

na żadne dachy, i nic mnie nie obchodzi, jak bardzo cię interesuje, 
co mogą mu zrobić wiewiórki.

W

OMYN

R

ULE

:  O czym ty gadasz? Dlaczego miałabym wrzucać Rocky'ego 

na jakiś dach? Wpadłam na pomysł, żebyśmy założyły 

NASZ

 

WŁASNY

 magazyn.

G

R

L

OUIE

: C

O

?

W

OMYN

R

ULE

:  Mówię   poważnie.   Założymy   nasz   własny   magazyn.   Nie 

jakiś   głupi,   o   całowaniu   po   francusku   i   kaloryferku   Haydena 
Christensena, jak w magazynie „Sixteen”, ale magazyn  literacki,  jak 

Salon.com

. Tylko nie w Internecie. I dla nastolatków. W ten sposób 

background image

upieczemy   dwie   pieczenie   na   jednym   ogniu.   Po   pierwsze,   będziemy 

miały gdzie publikować swoje utwory. A po drugie, możemy sprzedawać 
magazyn   i   zarobić   tych   pięć   kawałków,   których   nam   brakuje   na 

wynajęcie   Sali   imienia   Alice   Tully,   i   powstrzymać   Amber   Cheeseman 
przed zamordowaniem nas.

G

R

L

OUIE

:  Ale,   Lilly...   Żeby   założyć   nasz   własny   magazyn, 

potrzebujemy pieniędzy.  Wiesz o  tym. Żeby  zapłacić za  druk i  inne 

takie.   A   my   nie   mamy   ani   grosza.   To   jest   właśnie   nasz   problem. 
Pamiętasz?

Boże. Może ja mam tylko trzy z minusem z ekonomii, ale nawet ja wiem, że żeby 

założyć jakiś interes, potrzebny jest kapitał. W końcu oglądałam Adepta, na miłość boską.

Poza   tym   ja   w   sumie   lubię   co   miesiąc   oglądać   sobie   kaloryferek   Haydena 

Christensena w „Sixteen”. To sprawia, że prenumerata się opłaca.

W

OMYN

R

ULE

:  Nie,   jeśli   namówimy   panią   Martinez,   żeby   została 

naszym doradcą i pozwoliła nam korzystać ze szkolnej fotokopiarki.

Pani M.! W głowie mi się nie mieściło, że Lilly porusza w rozmowie ze mną temat 

pani M. Pani Martinez - moja nauczycielka angielskiego - i ja  

NIE

 

MAMY

  wspólnego zdania, 

jeśli chodzi o moją karierę pisarską. Chociaż przyznaję, ona sobie trochę odpuściła od czasu 

tego całego zajścia na początku roku szkolnego, kiedy dała mi czwórkę.

Ale niewiele.

Ja wiem na przykład, że pani M. nie dostrzegłaby w  Nigdy więcej kukurydzy!  tego 

przykuwającego uwagę studium psychologicznego postaci i poruszającego komentarza spo-

łecznego,   które   są   w   nim   zawarte.   Pewnie   powiedziałaby,   że   opowiadanie   jest 

melodramatyczne i pełne banałów.

I dokładnie dlatego nie zamierzałam jej pokazywać tego opowiadania przed publikacją 

w „Sixteen”. Tyle że teraz to chyba nigdy do tego nie dojdzie. To znaczy do publikacji.

G

R

L

OUIE

:  Lilly,   nie   chciałabym   psuć   ci   dobrego   nastroju,   ale 

bardzo   wątpię,   czy   uda   nam   się   zebrać   pięć   kawałków   ze   sprzedaży 

literackiego   czasopisma   dla   nastolatków.   Bo   wiesz,   nasi   koledzy 
ledwie mają czas na czytanie lektur, na przykład O, pionierzy!, a co 

dopiero   jakichś   zbiorów   napisanych   przez   uczniów   opowiadań   i 
wierszy. Moim zdaniem potrzebny jest nam jakiś bardziej realny plan 

zdobycia gotówki niż zarabianie na sprzedaży magazynu, który nawet 
jeszcze nie powstał.

W

OMYN

R

ULE

: N

O

 to co proponujesz w takim razie? Sprzedaż świec?

background image

A

AAAAAAAAACCCCCCCCCCHHHHHHHHHH

! B

O

 wiecie, poza świecami w kształcie truskawek 

są jeszcze świece w kształcie bananów i ananasów. I ptaków. Ptaków reprezentujących różne 

STANY

.  Na   przykład,   dla   Indiany   jest   świeca   -   kardynał,   bo   kardynał   jest   ptakiem 

reprezentującym Stan Twardych Ludzi.

Co gorsza - piszę to z wahaniem - jest nawet prawdziwa replika arki Noego, z parą 

zwierząt każdego rodzaju (nawet z jednorożcami). Odlanymi w 

WOSKU

.

Nawet ja nie zdołałabym wymyślić czegoś równie obrzydliwego.

G

R

L

OUIE

: Oczywiście, że nie. Po prostu uważam, że powinnyśmy się 

trochę   bardziej   zastanowić   nad   całą   sprawą,   zanim   zabierzemy   się 
do...

S

KINNER

B

X

: Cześć, Thermopolis. Jak leci?

M

ICHAEL

!!!! M

ICHAEL

 

DO

 

MNIE

 pisze na ICQ!!!!!!

G

R

L

OUIE

: Przepraszam, Lilly, muszę spadać.

W

OMYN

R

ULE

: Dlaczego? Czy mój brat właśnie do ciebie pisze?

G

R

L

OUIE

 : Taa ...

W

OMYN

R

ULE

: Och. Ja wiem, czego ON chce.

G

R

L

OUIE

: Lilly, MÓWIŁAM ci, że my CZEKAMY z seksem...

W

OMYN

R

ULE

: Nie o to mi chodziło, głupku jeden. Chodziło mi o to, 

że...   A   zresztą   nieważne.   Napisz   mi   e   -   maila,   jak   już   z   nim 
pogadasz. Ja mówię poważnie o tym magazynie, KG. To jedyna szansa, 

żebyś zobaczyła swoje nazwisko w druku - poza stronami w „US Weekly” 
Sławni ludzie są tacy sami jak my!

G

R

L

OUIE

:  Zaraz - ty  wiesz,  czemu Michael do mnie pisze na ICQ? 

Skąd wiesz? Co się dzieje? Powiedz mi, Lilly...

W

OMYN

R

ULE

: (niedostępna)

S

KINNER

B

X

: Mia? Jesteś tam?

G

R

L

OUIE

:  Michael!  Jestem  tu.  Przepraszam.  Mam  podły  dzień.  Nie 

mamy w oficjalnej kasie ani grosza, a „Sixteen” odrzuciło Nigdy wię-

cej kukurydzy!

S

KINNER

B

X

:  Zaraz...   Rząd   Genowii   nie   ma   kasy?   Nic   o   tym   nie 

widziałem w Netszkapie. Jak do TEGO doszło?

To dlatego mój chłopak jest taki cudowny. Nawet jeśli nie rozumie nic z tego, co się 

dzieje w moim życiu, to i tak się o mnie troszczy.

G

R

L

OUIE

:  Chodziło mi o  szkolny samorząd.  Jesteśmy pod kreską na 

pięć tysięcy. A „Sixteen” mnie odrzuciło.

S

KINNER

B

X

:  „Sixteen”   odrzuciło  Nigdy   więcej   kukurydzy!?  Jak 

background image

mogli? Przecież to kapitalne opowiadanie!

Widzicie? Widzicie, dlaczego go kocham?

G

R

L

OUIE

:  Dzięki. Ale chyba dla nich nie dość kapitalne, żeby je 

opublikować.

S

KINNER

B

X

:  No   to   są   durni.   A   o   co   chodzi   z   tymi   pięcioma 

tysiącami pod kreską?

Wyjaśniłam Michaelowi pokrótce sprawę tych bezzwrotnych pojemników na odpady i 

to, że zostanę porwana i poćwiartowana przez Amber Cheeseman, jak tylko się dowie, że 

będzie wygłaszała swoją mowę na rozdanie matur w Hell's Kitchen, a nie w Lincoln Center.

S

KINNER

B

X

:  Nie   może   być   aż   tak  źle.   Masz   mnóstwo   czasu,   żeby 

zorganizować pieniądze.

Zazwyczaj mój chłopak to najbystrzejszy z ludzi. To dlatego chodzi na uniwersytet 

należący   do   Ligi   Bluszczowej,   gdzie   zalicza   program   kursów,   który  nawet   dla   Stephena 

Hawkinga, tego geniusza na wózku inwalidzkim, który odkrył miniaturowe czarne dziury - 

oraz to, jak sprawić, żeby zakochała się w człowieku jego własna pielęgniarka - stanowiłby 

wyzwanie, a co dopiero dla przeciętnego studenta.

Ale czasami...

No cóż, czasami po prostu N

IE

 

KUMA

.

G

R

L

OUIE

: Czy ty kiedykolwiek widziałeś Amber Cheeseman, Michael? 

Może ona  ma metr  dwadzieścia wzrostu  i gada  głosem wiewiórki,  ale 

umie rzucić przez ramię faceta o wadze stu kilo w ułamku sekundy i 
ma przedramiona tak duże jak gorylica Koko.

S

KINNER

B

X

:  Hej,   wiem.   Mogłabyś   spróbować   sprzedawać   świece. 

Któregoś roku zrobiliśmy tak, żeby zebrać kasę na Klub Komputerowy!

N

IEEEEEEEEEEEEEEEEE

!!!!!!!! T

YLKO

 

NIE

 

TO

! T

Y

 

TEŻ

, M

ICHAEL

??!!!!!!!!!!!!

S

KINNER

B

X

:  Są   takie   świece   w   kształcie   truskawek.   W   grupach 

terapeutycznych mojej mamy i taty każdy kupił po jednej. Pachną jak 
prawdziwe truskawki.

A

AAAAAAAAAAAAAARRRRRRRRRRRRRRGGGGGGGGGGGGGGGG

 - 

GHHHHHHHHH

!

G

R

L

OUIE

: Super! Dzięki za wskazówkę!

Zmiana tematu. Już.

G

R

L

OUIE

: N

O

 a jak TOBIE minął dzień?

S

KINNER

B

X

:  Nieźle.   Oglądaliśmy  THX   1138  na   zajęciach   i 

dyskutowaliśmy   o   jego   wpływach   na   późniejsze   filmy   o   dystopiach   z 
tej samej  epoki, takich  jak  Ucieczka  Logana,  gdzie  podobnie jak  w 

THX   1138  młody   człowiek   usiłuje   umknąć   ograniczeniom   jedynego 

background image

świata,   jaki   zna.   A   to   mi   przypomina...   Co   robisz   w   najbliższy 

weekend?

Och,   fajnie!   Randka!   Dokładnie   czegoś   takiego   potrzebowałam,   żeby   się 

rozchmurzyć.

G

R

L

OUIE

: Idę gdzieś z tobą.

S

KINNER

B

X

: Miałem nadzieję, że powiesz dokładnie coś takiego. Ale 

może   zamiast   gdzieś   iść,   zostaniemy   w   domu?   Mama   i   tata   jadą   za 

miasto   na   jakąś   konferencję,   a   Maya   musi   iść   na   pedikiur,   więc 
zapytali   mnie,   czy   nie   mógłbym   przyjechać   do   domu   na   weekend   i 

zostać z Lilly - wiesz, przez to, co się stało ostatnim razem, kiedy 
ją zostawili samą w domu.

No, ja się nie dziwię. Bo ostatnim razem państwo doktorostwo Moscovitz spuścili 

Lilly z oczu, kiedy wyjechali na weekend do swojego letniego domu w Albany. Pozwolili 

Lilly zostać samej, bo miała do oddania jakąś pracę o Aleksandrze Hamiltonie i potrzebowała 

dostępu   do   Internetu,   którego   nie   mają   w   swoim   letnim   domu,   a   Michael   miał   ostatnie 

zaliczenia, a gosposia Moscovitzów, Maya, musiała pojechać do Republiki Dominikany, żeby 

znów wyciągnąć z więzienia swojego siostrzeńca. Więc nikt z nich nie mógł z nią zostać, a 

Lilly zaprosiła do siebie Normana, tego swojego prześladowcę, żeby zrobić z nim wywiad do 

odcinka Lilly mówi prosto z mostu pod tytułem: Czemu tylko dziwadło, się mną interesują?

No cóż, Norman poczuł się urażony określeniem „dziwadło”, chociaż dokładnie tym 

właśnie jest. Upierał się, że zdrowy podziw dla stóp jest w gruncie rzeczy jak najbardziej nor-

malny. A potem, kiedy Lilly poszła do kuchni przynieść im po puszce coli, zakradł się do 

pokoju jej mamy i ukradł jej ulubione buty, szpilki od Manolo Blahnika!

Ale Lilly zauważyła obcas wystający Normanowi z kieszeni kurtki i kazała mu oddać 

szpilki. Norman tak się wściekł z powodu tego wszystkiego, że założył teraz własną stronę 

internetową  

www.niecierpieLillyMoscovitz.com

, na której jest forum, i takie różne, gdzie 

ludzie, którzy nienawidzą Lilly i jej programu, mogą zamieszczać różne teksty (a okazuje się, 

że jest zadziwiająco wielu ludzi, którzy nienawidzą Lilly i jej programu). Poza tym jest też 

trochę osób, które nawet nie wiedzą, kto to jest Lilly, ale dołączyły do forum, bo nienawidzą 

wszystkiego i wszystkich).

Muszę   powiedzieć,   że   po   tym   wszystkim   jestem   nieco   zdziwiona,   że   państwo 

doktorostwo Moscovitz w ogóle ją zostawiają bez rodzicielskiej opieki, nawet jeśli będzie tam 

Michael.

G

R

L

OUIE

:  Fajnie!   Totalnie   przyjdę!   Co   będziemy   robić?   Zrobimy 

sobie maraton filmowy?

background image

Tylko, błagam, nie te obrzydliwe filmy, które musi oglądać w ramach tych swoich 

ulubionych   zajęć   z   science   fiction.   Już   mnie   zmusił   do   obejrzenia  Brazil,  jednego   z 

najbardziej   przygnębiających   filmów   wszech   czasów.   Czy  Blade   Runner,  kolejny   kawał 

dołującego kina, może pozostawać dużo w tyle?

G

R

L

OUIE

:  Ooooch, to może obejrzymy sobie na DVD  Buffy  ze szkoły 

średniej? Ja uwielbiam ten odcinek z balem maturalnym, na którym do-
staje tę błyszcząca parasolkę...

S

KINNER

B

X

: Myślałem raczej o tym, żeby zrobić imprezę.

Zaraz. Co? Czy on powiedział... 

IMPREZĘ

?

GrLouie: Imprezę?

S

KINNER

B

X

:  Taa.   No   wiesz.   Impreza.   Takie   spotkanie,   ludzie   się 

zbierają, żeby się razem bawić. W sumie tu w akademiku nie bardzo 

możemy robić imprezy, bo nikt nie ma tak dużego pokoju, żeby weszło 
do   niego   powiedzmy,   tak   z   osiem   osób.   Ale   w   mieszkaniu   moich 

rodziców zmieści się ze trzy razy tyle. Więc pomyślałem sobie, czemu 
nie?

Czemu   nie?  C

ZEMU

 

NIE

?  Michael,   bo   my   nie   jesteśmy   ludźmi   imprezującymi.   My 

jesteśmy takimi ludźmi, którzy siedzą w domu i oglądają filmy na DVD. Czy on zapomniał, 

co się stało, kiedy po raz ostatni zrobiliśmy imprezę? Albo, mówiąc dokładniej, co się stało 

kiedy po raz ostatni JA zorganizowałam imprezę?

A poza tym wyraźnie czułam, że on nie mówi o cheetos i siedmiu minutach w niebie. 

Mówił   o   imprezie   dla  

STUDENTÓW

.  Wszyscy   wiedzą,   jak   wyglądają  

STUDENCKIE

  imprezy. 

Przecież   oglądałam  Menażerię  (która   razem   z  Golfiarzami  należy   do   ulubionych   filmów 

wszech czasów pana G., i za każdym razem, kiedy któryś z nich leci w telewizji, one je 

MUSI

 

oglądać, nawet jeśli puszczają je na jednym  z tych  kanałów, gdzie wycina się wszystkie 

pikantniejsze kawałki, co pozbawia te filmy praktycznie wszystkich wątków).

G

R

L

OUIE

: Ja w żadnym razie i pod żadnym pozorem nie ubiorę się w 

togę.

S

KINNER

B

X

:  Nie   taką   imprezę,   głuptasie.   Po   prostu   normalną 

imprezę,   no   wiesz,   z   muzyką   i   jedzeniem.   W   przyszłym   tygodniu 

zacznie   się   półsemestr   i   wszyscy   muszą   sobie   przed   zaliczeniami 
upuścić trochę pary. A poza tym, wiesz, Doo Pak jeszcze nigdy nie 

był na żadnej prawdziwej amerykańskiej imprezie.

Kiedy   usłyszałam   tę   zadziwiającą   nowinę   na   temat   współlokatora   Michaela   z 

akademika, moje twarde, nienawidzące imprez serce nieco zmiękło. Nigdy jeszcze nie był na 

background image

żadnej prawdziwej amerykańskiej imprezie! Przecież to po prostu szokujące! O

CZYWIŚCIE

, że 

musimy zorganizować imprezę choćby po to, żeby pokazać Doo Pakowi, jak wygląda praw-

dziwa amerykańska gościnność. Może mogłabym zrobić jakiś wegetariański dip.

S

KINNER

B

X

:  A   pamiętasz   Paula?   No   cóż,   właśnie   przyjechał,   tak 

samo jak Felix i Trevor, więc oni też przyjdą.

Serce przestało mi mięknąć. To nie to, że ja nie lubię Paula, Feliksa czy Trevora, 

wszystkich  członków  kapeli  Michaela,  Skinner Box, która  na razie  zawiesiła  działalność. 

Tylko tak się składa, że ja wiem, że chociaż Paul, klawiszowiec, przyjechał z Bennington, 

gdzie studiuje, na wiosenne ferie, to Felix, perkusista, dopiero co skończył odwyk (nie żeby 

było w tym coś złego, ja się w sumie cieszę, że znalazł pomoc, ale, halo? Odwyk w wieku 

osiemnastu lat? No już bez przesady). A Trevor, gitarzysta, jest z powrotem w domu, bo go 

wywalili z UCLA za coś tak skandalicznego, że nie chce nawet nikomu powiedzieć, co to 

było.

Moim zdaniem to nie są tacy przyjaciele, którzy powinni cię odwiedzać w domu, 

kiedy nie ma rodziców. Bo mogliby „przypadkiem” podpalić mieszkanie. Tylko tyle mówię.

S

KINNER

B

X

:  I pomyślałem, że zaproszę jeszcze parę innych osób z 

akademika.

Parę innych osób z akademika?

Serce jeszcze bardziej mi skamieniało. Bo wiedziałam, co to oznacza. Dziewczyny.

Bo w akademiku Michaela mieszkają też dziewczyny. Widuję je w holu, kiedy idę go 

odwiedzić.   Noszą   głównie   czarne   ciuchy,   nie   wyłączając   beretów   -  

BERETÓW

!  -   i   cytują 

fragmenty  Monologów  waginy,  i  nigdy nie  czytają   „US  Weekly”,   nawet  w   poczekalni  u 

lekarza.   Wiem,   bo   raz   kiedyś   wspomniałam,   że   w   którymś   numerze   widziałam   Jessicę 

Simpson bez makijażu, a one tak na mnie  popatrzyły...  Są zupełnie jak te dziewczyny  z 

Legalnej blondynki, które paskudnie traktowały Elle, kiedy poszła do szkoły prawniczej, bo 

uważały, że jeśli ktoś jest blondynką i lubi ciuchy, to musi być głupi.

Ja sama też spotkałam się z podobną formą dyskryminacji ze strony takich dziewczyn, 

bo skoro jestem blondynką, a na dodatek księżniczką, to one automatycznie zakładają, że 

muszę być głupia. Normalnie wiem, z czym musiała się na co dzień borykać księżna Diana.

Nie wydaje mi się, żebym mogła sobie poradzić na imprezie wśród takich dziewczyn. 

Bo takie dziewczyny wiedzą, jak się zachowywać na imprezach. Potrafią palić i pić piwo.

Nie cierpię palenia. A piwo śmierdzi  tak samo  paskudnie jak ten skunks, którego 

kiedyś  dziadek  przejechał  swoją półciężarówką,  kiedy wracaliśmy  do domu  po wystawie 

stanowej w Indianie.

background image

Co temu Michaelowi odbiło? No dajcie spokój, impreza! Przecież to tak do niego nie 

pasuje.

Ale z drugiej strony studia to czas poszukiwania własnej tożsamości i odkrywania, 

kim naprawdę jesteś i co chcesz robić w życiu.

O mój Boże! A jeśli on teraz postanowił, że będzie imprezować???? Imprezowanie 

stanowi ogromną część doświadczeń studenta. Przynajmniej sądząc z tych wszystkich filmów 

na  Lifetime  Channel,  w których  albo  Kellie  Martin albo  Tiffani  - Amber  Thiessen  grają 

studentki   prowadzące   kampanię   na   rzecz   zamknięcia   klubu   studenckiego,   w   którym   ich 

przyjaciółka czy współlokatorka z akademika została zgwałcona na imprezie i/lub udusiła się 

na śmierć własnymi wymiocinami.

Ale to przecież nie jest ten rodzaj imprezy, o jaki chodzi Michaelowi. Prawda?

Zaraz.   Rodzice   Michaela  

NIE

 

POZWOLILIBY

  mu   zorganizować   takiej   imprezy.   Nawet 

gdyby chciał. A przecież na pewno nie chce. Bo Michael nie cierpi stowarzyszeń studenckich 

i mówi, że nic na to nie poradzi, ale nieufnością napawa go każdy heteroseksualny facet, 

który zgadza się należeć do klubu nieprzyjmującego kobiet.

Skoro już mowa o państwu doktorostwu Moscovitz:

G

R

L

OUIE

: Michael, czy twoi rodzice o tym wiedzą? 0 tej imprezie?

S

KINNER

B

X

:  Oczywiście.   Myślisz,   że   zrobiłbym   coś   takiego,   nie 

pytając ich o zdanie? Wiesz, odźwierni totalnie by mnie zakapowali.

Och,   jasne.   Odźwierni.   Odźwierni   w   apartamentowcu   Michaela   widzą   wszystko   i 

wiedzą wszystko. Zupełnie jak Yoda.

A plotkują jak C - 3PO.

Ale   zaraz.   Czy   państwu   doktorostwu   Moscovitz   to   nie   przeszkadza?   Że   Michael 

urządza studencką imprezę w domu, kiedy ich nie ma... a za to jest Lilly?

To zupełnie do nich niepodobne.

Nie, mnie się to totalnie w głowie nie mieści. Żeby robić imprezę, kiedy w domu nie 

ma rodziców... To naprawdę duży krok naprzód. To zupełnie jak... dorośli.

S

KINNER

B

X

: Więc przyjdziesz, tak? Faceci próbowali mi wmawiać, że 

nijak się nie zgodzisz. Przez to, że jesteś księżniczką.

!
G

R

L

OUIE

: Księżniczką? Ale o co im chodziło? S

KINNER

B

X

: Och, wiesz, 

nic takiego. To znaczy, że jesteś raczej mało imprezowa.

Mało imprezowa? A co to w ogóle znaczy? Oczywiście, że jestem mało imprezowa. 

Przecież Michael sam też jest mało imprezowy...

background image

A przynajmniej do niedawna tak było. Dopóki nie poszedł na studia.

O Boże. Może powinnam mu powiedzieć, że nie mam nic przeciwko imprezowaniu. 

Tylko przeciwko gwałtom na randkach i wymiotom.

G

R

L

OUIE

:  Ja   przecież  

LUBIĘ

  imprezować.   To   znaczy   w   odpowiednich 

okolicznościach. To znaczy lubię imprezować jak każda dziewczyna.

Bo to prawda. Nawet wcale nie kłamałam. Imprezowałam już. Może nie jakoś tak 

ostatnio. Ale jestem pewna, że imprezowałam. Na przykład w czasie mojej imprezy urodzi-

nowej zaledwie w zeszłym roku.

I okay, skończyło się katastrofą, kiedy moja najlepsza przyjaciółka została przyłapana 

na całowaniu się w szafie z pomocnikiem kelnera.

Ale   mimo   wszystko   to   jednak   była   impreza.   Co   znaczy,   że   jestem   imprezową 

dziewczyną.

No i dobrze, może nie imprezową w takim sensie, w jakim imprezową dziewczyną jest 

Paris Hilton. Owszem, lubię red bulla i tak dalej. Cóż, może nie do końca, bo raz wypiłam 

puszkę, którą wyciągnęłam z minibarku taty w apartamencie w hotelu Plaza, i skończyło się 

na tym, że do czwartej rano nie mogłam zasnąć, tylko tańczyłam do muzyki disco z kablówki.

Ale kto by w ogóle chciał być podobny do Paris? Ona bardzo często nawet nie potrafi 

powiedzieć, gdzie jest jej własny pies. Rozumiecie, z tym całym imprezowaniem trzeba 

ZNAĆ

 

UMIAR

.  Nie   można   imprezować   przez  

CAŁY

  czas.   Bo   można   wtedy   zapomnieć,   gdzie   się 

zostawiło swojego pieska rasy chihuahua. Albo ktoś mógłby puścić w obieg zawstydzające 

wideo z twoim, ekhm, imprezowaniem.

Ogranicz   liczbę   imprez   -   i   red   bulla   -   a   automatycznie   ograniczysz   liczbę 

kompromitujących filmów wideo.

Tylko tyle chciałam powiedzieć.

S

KINNER

B

X

:  Dokładnie   coś   takiego   im   powiedziałem.   Świetnie!   To 

pogadamy później. Kocham cię....Nanoc!

S

KINNER

B

X

: (niedostępny)

O Boże. W co ja się wpakowałam?

background image

Papeteria Jej Wysokości

Księżniczki Amelii Mignonette

Grimaldi Thermopolis Renaldo

Szanowny Panie Doktorze Carlu Jung!
Zdaje sobie sprawę, że nadal pan nie żyje. jednakże ostatnio sytuacja jeszcze się  

niespodziewanie   pogorszyła,   i   to   znacznie,   i   jestem   obecnie   przekonana,   że  

NIGDY

  nie 

zdołam przekroczyć bariery własnego ego i osiągnąć samorealizacji.

Po pierwsze, odkryłam, że puściłam z torbami samorząd szkolny, i wkrótce zostanę 

zamordowana przez małą, ale niezwykle silna, prymuskę klasy maturalnej.

Potem moje opowiadanie odrzucił magazyn „Sixteen”.
A teraz jeszcze mój chłopak uważa, że przyjdę na imprezę, która, organizuje w 

mieszkaniu swoich rodziców pod ich nieobecność.

I   trudno   mi   go   w   sumie   winić   za   to,   że   tak   uważa,   bo   ja   w   pewnym   sensie 

powiedziałam, że przyjdę.

Ale   powiedziałam,   że   przyjdę,   bo   gdybym   odmówiła,   to   wydałabym   się 

psujozabawą i nieimprezową księżniczką.

Oczywiście,   w   żaden   sposób   bym   się   na   to   nie   zgodziła,   gdybym   sobie   nie 

przypomniała, że w marcu Michael nie może jeszcze poruszać ze mną kwestii 

SEKSU

, bo to 

miesiąc temu wypadał wyznaczony czas na takie rozmowy. Więc nie grozi mi, że coś 

TAKIEGO

 

będzie mu chodziło po głowie. No, wie pan, to znaczy w czasie imprezy.

Ale będę  musiała udzielać się  towarzysko  wśród osób, których nie znam.  Co  w  

gruncie rzeczy muszę robić przez cały czas w ramach obowiązków księżniczki Genowii.

Jednak   udzielanie   się   towarzysko   wśród   studentów   to   zupełnie   co   innego   niż 

udzielanie się towarzysko wśród dygnitarzy i różnych członków rodzin królewskich. Na  
przykład   dygnitarze  i   członkowie  rodzin   królewskich   nie   powiedzą,   ci   oskarżycielskim 

tonem, że twoja limuzyna w znaczącym stopniu przyczynia się do niszczenia warstwy  
ozonowej, bo wielkie samochody, na przykład sportowe wozy i och, tak, limuzyny należące 

do   arystokracji,   wytwarzają,   o   czterdzieści   trzy   procent   więcej   zanieczyszczeń 
powodujących   globalne   ocieplenie   i   o   czterdzieści   siedem   procent   więcej   spalin   niż  

przeciętny samochód, tak jak wytknęła mi to w zeszłym tygodniu jakaś dziewczyna przed  
akademikiem Michaela, kiedy przyjechałam go tam odwiedzić.

background image

Czy można by trafu jeszcze 

GORZEJ

?

Ja 

NAPRAWDĘ

 potrzebują samorealizacji. Tak, i to 

NATYCHMIAST

. P

ROSZĘ

 

O

 

POMOC

.

Pańska przyjaciółka

Mia Thermopolis

Środa, 3 marca, godzina wychowawcza

W limuzynie, w drodze do szkoły dzisiaj rano, zapytałam Lilly, co też przyszło do 

głowy jej rodzicom, żeby pozwolić Michaelowi na zorganizowanie w ich mieszkaniu wielkiej 

imprezy, kiedy ich nie będzie w domu. A ona mi na to: „Nie wiem. Czyż jestem stróżem Ruth 

i Morty'ego?”

Ruth   i   Morty   to   imiona   rodziców   Lilly.   Uważam,   że   to   z   jej   strony   wielki   brak 

szacunku, że zwraca się do rodziców po imieniu. Nawet ja do nich nie mówię po imieniu, a 

przecież prosili mnie o to milion razy.

Znam ich bardzo długo - niemal tak długo jak sama Lilly - ale nie umiem się do nich 

zwracać   inaczej  niż:  doktor   Moscovitz.  Czasem   mówię:   pan  doktor  Moscovitz   albo  pani 

doktor Moscovitz (ale tylko za ich plecami), kiedy muszę jakoś zaznaczyć, o które z nich mi 

chodzi.

Ale nigdy nie będę mówić do nich Ruth i Morty. Nawet wtedy, kiedy Michael i ja się 

pobierzemy, a oni zostaną moimi teściami. Dla mnie na zawsze pozostaną państwem dok-

torostwem Moscovitz.

- Ale oni zdają sobie sprawę, że ty tam będziesz, prawda? - spytałam Lilly. - Na tej 

imprezie?

- O Bosz - powiedziała Lilly. - Jasne. Co się z tobą dzieje?

-   Nic.   Ja   tylko...   Trochę   się   dziwię,   że   twoi   rodzice   pozwalają   Michaelowi 

zorganizować imprezę, kiedy nie ma ich w domu. To wszystko.

-   Taa,   niech   będzie   -   mruknęła   Lilly.   -   Moim   zdaniem   Ruth   i   Morty   mają   teraz 

większe zmartwienia.

- Na przykład?

Ale nigdy się nie dowiedziałam. Bo dokładnie wtedy limuzyna trafiła na jedną z tych 

wielkich dziur w asfalcie przed wjazdem na FDR i obie z Lilly podskoczyłyśmy na siedzeniu, 

waląc się głowami w szyberdach.

I   potem,   kiedy   dotarłyśmy   do   szkoły,   Lilly   kazała   mi   iść   ze   sobą   do   gabinetu 

pielęgniarki, żeby nam dała zwolnienie z WF - u, bo pewnie mamy wstrząs mózgu.

background image

Ale pielęgniarka tylko nas wyśmiała.

Założę   się,   że   dałaby   nam   zwolnienie,   gdyby   wiedziała,   że   każą   nam   grać   w 

siatkówkę.  Z

NOWU

.  Dlaczego   my   nie   możemy   uprawiać   jakichś   luzackich   dyscyplin,   jak 

pilates czy joga, tak jak uczniowie z podmiejskich szkół z internatem?

To strasznie nie fair.

Środa, 3 marca, ekonomia

No dobra, więc po tym,  co się stało wczoraj z pieniędzmi  samorządu, zacznę  jak 

najuważniej słuchać na tych lekcjach:

Niedostatek   -   pewien   stan   napięcia   powstającego   między   naszymi   ograniczonymi 

zasobami   a   naszymi   nieograniczonymi   potrzebami   i   pragnieniami.   Niektóre   przykłady 

zasobów,  których   pragniemy   i   potrzebujemy,   a  które   są   ograniczone   (występuje   ich   nie-

dostatek), to:

Towary

Usługi

Zasoby naturalne

Fundusze na wynajem sal koncertowych, w których można zorganizować ceremonię 

wręczenia matur.

Ponieważ wszystkie zasoby są ograniczone w porównaniu z naszymi  potrzebami  i 

pragnieniami,  jednostki tak samo  jak rządy muszą  podejmować  decyzje  dotyczące 

tego, jakie towary i usługi mogą zakupić, a z jakich muszą zrezygnować.

(Na   przykład   rząd   może   zdecydować,   że   społeczeństwo   naprawdę   potrzebuje 

pojemników  do segregowania odpadów  z wbudowanym  zgniataczem i z naklejką Papier, 

puszki i butelki na klapie).

Wszystkie   jednostki   i   rządy,   z   których   każdy   dysponuje   różnym   poziomem 

(niedostatecznych)  środków, tworzą część swojego systemu  wartości wyłącznie  na 

podstawie problemu niedostatecznych zasobów.

(Gdyby   tylko   Amber   Cheeseman   zrozumiała,   że   recykling   jest   ważniejszy   niż   jej 

przemówienie na uroczystości rozdania matur).

Zatem, ze względu na niedostatek zasobów, ludzie i rządy muszą podejmować decyzje 

co do sposobu wydatkowania swoich środków.

(Ale   przecież   ja   dokładnie   to  

ZROBIŁAM

!!!  Zdecydowałam,   jak   wydatkować   środki 

LiAE  -  przeznaczając  je  na  zakup  pojemników   do  sortowania  odpadów  -  a  to   się  naraz 

background image

obróciło przeciwko mnie!!! Bo wydatkowałam je nieprawidłowo!!! D

LACZEGO

 NIE PISZA O 

TYM W PODRĘCZNIKU????)

Środa, 3 marca, angielski

OMB, Mia! Słyszałam o tym, co się stało wczoraj na posiedzeniu! O tym całym braku 

funduszy! W głowie mi się nie mieści, że te pojemniki do segregowania odpadów okazały się 

na koniec takie drogie! A te naklejki Puszki i baletki! Nie mam pojęcia, jak to się stało! Tak 

strasznie mi przykro! - Tina.

Nie   ma   sprawy.   Naklejki  Puszki   i   baletki  zostaną   wymienione.   I   znajdziemy   jakiś 

sposób,   żeby   je   zdobyć.   To   znaczy   pieniądze.   Tylko   nie   mów   o   tym   nikomu,   dobrze?  

Usiłujemy utrzymać to w sekrecie, dopóki nie podejmiemy konkretnych decyzji.

Totalnie! Żywej duszy nie powiem! Ale miałam taki pomysł. Jak zebrać pieniądze. Czy 

ty widziałaś te zapachowe świece, które zbierała orkiestra na wycieczkę do Nashville?

NlE BĘDZIEMY SPRZEDAWAĆ ŚWIEC.

Ja tylko tak proponuję. Pomyślałam sobie, że one wyglądają całkiem fajnie. Są na 

przykład takie milusie, w kształcie truskawek.

Ż

ADNYCH

 

ŚWIEC

.

Och, okay. Ale wiem, że mogłabym sprzedawać je na tony swoim ciotkom i wujkom w 

domu, w Arabii Saudyjskiej.

Ż

ADNYCH

 

ŚWIEC

.

Okay! Rozumiem. Czy coś się stało? To znaczy poza tymi pieniędzmi? Bo nie obraź 

się, ale wydajesz się trochę... przygnębiona. Przez te świece?

Nie chodzi o świece.

No to o co chodzi?

O nic. Rodzice Michaela wyjeżdżają na ten weekend z miasta i on urządza imprezę w 

ich mieszkaniu, i chce, żebym przyszła.

No to powinnaś się cieszyć!

C

IESZYĆ

??? Czyś ty oszalała??? Tam będą 

STUDENTKI

.

I co?

I co???Jak to: „ I co „??? Nie rozumiesz, Tina? Jeśli Michael zobaczy mnie na tle 

stada studentek na imprezie, zda sobie sprawę, że ja nie jestem imprezową dziewczyną.

Ale Mia, ty 

NIE

 

JESTEŚ

 imprezową dziewczyną.

Ja to wiem! Ja tylko nie chcę, żeby M

ICHAEL

 o tym wiedział!

Ale Michael wie, że ty nie jesteś imprezową dziewczyną. Wiedział o tym, że raczej nie 

jesteś imprezowa, kiedy cię poznał. No bo przecież ty 

NIGDY

 nie byłaś imprezowa. Ty nawet 

NIE

 

CHODZISZ

 na imprezy. Takie dziewczyny jak Lana Weinberger - 

ONE

 chodzą na imprezy, ale 

background image

nie takie dziewczyny jak my? Nas nawet 

NIE

 

ZAPRASZAJĄ

 na imprezy. My w sobotę wieczorem 

siedzimy w domu i oglądamy to, co akurat leci na HBO. Albo czasem wychodzimy gdzieś ze 

swoimi chłopakami, albo zostajemy na noc u przyjaciółek. Ale my nie chodzimy na 

IMPREZY

Przecież nie jesteśmy 

POPULARNE

.

Dzięki, Tina.

No   cóż,   wiesz,   o   co   mi   chodzi.   I   co   w   tym   złego,   że   ktoś   nie   jest   imprezową 

dziewczyną?   Dlaczego   nie   miałabyś   po   prostu   pójść   na   tę   imprezę,   dobrze   się   bawić   i 

poznać nowych ludzi?

Bo sam pomysł, że muszę spędzić wieczór z bandą studentek, które będą uważały, 

że jestem jakąś durnowatą księżniczką, sprawia, że pocą mi się ręce.

Uuu. Ale one nie będą uważały, że jesteś jakąś durnowatą księżniczką, Mia, kiedy cię 

już poznają. Bo ty 

NIE

 

JESTEŚ

 żadną durnowatą księżniczką.

Halo, i ty mnie 

ZNASZ

?

No cóż, dobra. Jesteś księżniczką. Ale na pewno nie jesteś durna. Dobra, ledwie 

ciągniesz z geometrii. Czy to świadczy o durnocie?

No   właśnie,   ja   dokładnie   o   tym   mówię!   Te   dziewczyny   są   BYSTRE,   chodzą   na  

uniwersytet, który jest w Lidze Bluszczowej, a ja... ledwie ciągnę z geometrii.

Jeśli naprawdę nie chcesz iść, to czemu nie powiesz Michaelowi, że twoja babka ma 

dla ciebie na ten wieczór inne plany?

Nie mogę! Michael tak się ucieszył, kiedy się zgodziłam!!!! Nie chcę mu 

ZNÓW

 łamać 

serca. Wystarczy, że muszę to robić co trzy miesiące, kiedy mnie pyta, czy zmieniłam zdanie  

co do tego całego seksu (jakby była na to jakaś szansa. Rozumiem, on jest facetem, więc 

nie   oglądał   chwytającej   za   serce   historii   niezamężnej   nastoletniej   matki   zagranej   przez  

Kirsten Dunst -  Ciężarna piętnastolatka  na  Lifetime Channel).  Zresztą, nieważne. Ja mam 

TYLKO

 

PIĘTNAŚCIE

 

LAT

. Nie jestem gotowa, żeby komuś oddać złotą gałąź mojego dziewictwa!

A przynajmniej nie do balu maturalnego! Na podwójnym  puchowym  łożu w hotelu 

Four Seasons!

Dokładnie.   I   chociaż   wiem,   że   Michael   jest   najwierniejszym   i   najuczciwszym   z  

chłopaków,   to   jeśli   nie   pójdę   na   imprezę,   urok   egzotycznych   studentek,   tańczących 

sugestywnie na stoliku do kawy jego rodziców, może się okazać pokusą nie do odparcia 

nawet dla 

NIEGO

! Czy teraz już rozumiesz mój kłopot?

Hej, dziewczyny. Wiecie co?

Och! Cześć, Lilly!

Hm. Cześć, Lilly.

O czym gadacie?

O niczym.

O niczym.

background image

Taa, jasne. Widać, że gadacie o 

NICZYM

. Ale nieważne. Chyba jednak znalazłam sposób 

na   rozwiązanie   naszych   problemów   finansowych.   Wiecie,   kto   się   zgodził   zostać   doradcą  

naszego nowego magazynu literackiego?

Lilly, totalnie doceniam twój entuzjazm w tej całej sprawie, ale magazyn literacki nie  

wygeneruje takich przychodów, żebyśmy zdołały odrobić to, co już straciłyśmy. W sumie,  

biorąc pod uwagę koszt druku i tak dalej, w efekcie tylko wydamy  

JESZCZE

 

WIĘCEJ

  pieniędzy,  

których już nie mamy.

Magazyn literacki? To może być niezłe! I wtedy miałabyś gdzie opublikować  Nigdy 

więcej kukurydzy!, Mia.

Nie mogę pozwolić, żeby Nigdy więcej kukurydzy! ukazało się w szkolnym magazynie  

literackim.

Och,   pewnie   twoje   opowiadanie   jest   za   dobre,   żeby   się   ukazywać   w   zwyczajnym 

szkolnym piśmie.

Wcale nie o to chodzi. Ja po prostu nie chcę, żeby Facet, Który Nie Cierpi, kiedy 

Dodają Kukurydzy do Chili je przeczytał. No bo, dajcie spokój. On się w nim na koniec 

ZABUA

.

Och, to by było 

BARDZO

 niezręczne! To znaczy, gdyby się zorientował, że to jest o nim. 

Mogłabyś urazić jego uczucia.

Dokładnie.

Ciekawe,   że   wcale   ci   to   nie   przeszkadzało,   kiedy   chciałaś   opublikować   swoje  

opowiadanie   w   „Sixteen”,   magazynie   o   ogólnokrajowym   zasięgu,   który   ma   milion  

czytelniczek.

Żaden szanujący się facet nie da się złapać z magazynem „Sixteen” w ręku, i ty o tym  

wiesz, Lilly. Ale jest bardzo prawdopodobne, że przeczyta szkolny magazyn literacki!

Nieważne. Posłuchaj, pani Martinez bardzo spodobał się pomysł szkolnego mag. lit. 

Pytałam  ją tuż  przed lekcją  i powiedziała,  że jej  zdaniem  to świetny pomysł, bo Liceum 

imienia Alberta Einsteina ma gazetę, ale żadnego czasopisma literackiego, i że będzie to 

znakomita okazja dla wielu artystów, poetów i prozaików naszej uczniowskiej społeczności,  

żeby opublikowali swoje dzieła.

Hm, taa, ale jeśli nie weźmiemy od nich  

OPŁAT

  za  drukowanie ich utworów, to nie 

wiem, jakim cudem mamy cokolwiek zarobić.

Czy ty nie rozumiesz, Mia? Możemy brać pieniądze za wydrukowane egzemplarze. 

Założę się, że sprzedamy 

MNÓSTWO

 egzemplarzy!

Dzięki, Tina. Brak jadu w  

TWOJEJ

  uwadze stanowi całkiem odświeżającą odmianę po 

negatywistycznej postawie niektórych innych osób.

background image

Przepraszam. Naprawdę próbuję nie nastawiać się negatywnie. Ja tylko usiłuję być 

praktyczna. Chyba lepiej wyszłybyśmy na sprzedaży świec.

Och, szkoda, że nie widziałaś takich ślicznych świeczek z arką Noego! Mają tam te 

wszystkie zwierzątka, parami... Nawet maleńkie jednorożce! Czy jesteś 

PEWNA

, że nie chcesz 

wziąć pod uwagę sprzedawania świec, Mia?

Aaaaaaaaacccccccccchhhhhhhhhh!!!!

Och, przepraszam. Chyba jednak nie.

Środa, 3 marca, francuski

Słyszałam, co się dzieje - Shameeka.

K

TO

 

CI

 

POWIEDZIAŁ

????

Ling Su. Strasznie się tym martwi. Nie wie, jak to się mogło stać. No, że tak zawaliła 

sprawę.

Ach, sprawę pieniędzy.  No cóż,  to w sumie nie jej wina. Posłuchaj, usiłujemy tak  

trochę trzymać to w sekrecie. Więc czy mogłabyś nikomu o tym nie wspominać?

Totalnie rozumiem. Kiedy maturzyści to odkryją,  

NIE

 

BĘDĄ

  za szczęśliwi. A zwłaszcza 

Amber Cheeseman. Może i jest mała, ale słyszałam, że silna jak goryl.

Taa, dokładnie o to mi chodzi. Dlatego usiłujemy nie rzucać się z tym w oczy.

Jasne. Będę milczeć jak grób.

Dzięki, Shameeka.

Cześć, dziewczyny. Czy to prawda? - Perin.

Czy co prawda?

Że samorząd studencki zbankrutował.

K

TO

 

CI

 

POWIEDZIAŁ

?

Hm,   słyszałam   o   tym   od   recepcjonistki   w   sekretariacie,   kiedy   zaniosłam 

usprawiedliwienie. Ale nie martw się, nikomu nie powiem. Ona mówiła, żeby nie powtarzać.

Och. No cóż. Tak. To prawda.

I zakładacie magazyn literacki, żeby pokryć straty?

A kto ci powiedział?

Lilly. Chciałam tylko powiedzieć, że chociaż moim zdaniem ten magazyn literacki jest 

świetnym pomysłem, to kiedy w mojej poprzedniej szkole musieliśmy szybko zarobić trochę 

gotówki,   sprzedawaliśmy   takie   cudne   zapachowe   świeczuszki   w   kształcie   prawdziwych 

owoców, i zarobiliśmy majątek!

Jaki fajny pomysł! Co ty na to, Mia?

N

IE

!

background image

Środa, 3 marca, RZ

A   dzisiaj   w   czasie   lunchu   Boris   Pelkowski   postawił   swoją   tacę   obok   mojej   i 

powiedział:

- Słyszałem, że jesteście bez grosza.

I ja kompletnie straciłam panowanie nad sobą.

-  L

UDZIE

,  

SŁUCHAJCIE

!  - wrzasnęłam  do wszystkich  siedzących  przy naszym  stole. - 

M

USICIE

 

PRZESTAĆ

 

O

 

TYM

 

PAPLAĆ

! U

SIŁUJEMY

 

UTRZYMAĆ

 

TO

 

W

 

SEKRECIE

!

A potem wyjaśniłam im, że bardzo sobie cenię własne życie i że wolałabym, żeby nie 

zostało przedwcześnie zakończone przez rozwścieczoną maturzystkę prymuskę (brązowy pas 

w hapkido, siła gorylicy w górnej części tułowia), (nawet jeśli zabijając i/lub okaleczając 

mnie,   wyrządziłaby   mi   w   gruncie   rzeczy  przysługę,   skoro  wtedy  nie   musiałabym   żyć   w 

upokorzeniu spowodowanym tym, że mój chłopak mnie porzuci, bo nie jestem imprezową 

dziewczyną).

- Ona by cię nigdy nie zabiła, Mia - zauważył Boris pomocnie. - Lars by ją wcześniej 

zastrzelił.

Lars,   który  prezentował   ochroniarzowi   Tiny,   Wahimowi,   wszystkie   gry  na   swoim 

nowym sidekicku, podniósł oczy, słysząc swoje imię.

- Kto planuje zabić księżniczkę? - spytał czujnie.

- Nikt - odpowiedziałam, zgrzytając zębami. - Bo zbierzemy pieniądze, zanim ona się 

czegokolwiek dowie. J

ASNE

???

Chyba   moja   powaga   naprawdę   musiała   zrobić   na   nich   wrażenie,   bo   powiedzieli 

chórem:

- Okay.

A potem, na szczęście, Perin zmieniła temat.

- Oho, wygląda na to, że znów dodali kukurydzy - powiedziała, pokazując palcem na 

Faceta,   Który  Nie   Cierpi   kiedy  Dodają   Kukurydzy   do   Chili.   Bo   siedział   sam   na   swoim 

zwykłym miejscu, z obrzydzeniem wydłubywał kukurydzę z chili, a potem odkładał ją na 

tacę.

- Biedny facet - westchnęła Perin. - Robi mi się przykro, wtedy widzę, jak siedzi tam 

samotnie. Wiem, jak to jest.

Zapadła chwila bolesnej ciszy. Wszyscy wspominaliśmy, jak Perin siedziała samotnie 

na początku roku szkolnego, bo była nowa. Dopóki jej nie zaadoptowaliśmy.

background image

-   Rozumiem.   -   Tina   zerknęła   w   stronę   Faceta,   Który   Nie   Cierpi,   kiedy   Dodają 

Kukurydzy do Chili. - Mnie to przypomina, że los, który go spotyka w opowiadaniu Mii, 

mógłby go też spotkać w prawdziwym życiu.

!!!!!

- Może powinnyśmy go zaprosić, żeby z nami usiadł - powiedziałam. Bo ostatnia 

rzecz, jakiej potrzebuję, na dodatek do wszystkiego innego, to poczucie winy, że przeze mnie 

jakiś facet popełnił samobójstwo.

- Nie, dzięki - sprzeciwił się Boris. - Ja mam już dość problemów z trawieniem tego 

paskudnego jedzenia, żeby jeszcze musieć to robić w towarzystwie prawdziwego dziwadła.

- Halo? - mruknęła pod nosem Lilly. - Poznajcie się. Kotle, to jest garnek. Który ci 

przygania.

- Słyszałem. - Boris zrobił urażoną minę.

- Bo miałeś słyszeć - zanuciła śpiewnie Lilly.

A potem wyjęła plik ulotek ze swojego segregatora Hello Kitty. Widać zajrzała do 

biura administracji i coś tam skopiowała. Zaczęła rozdawać kopie obecnym.

- Porozdawajcie to w czasie popołudniowych lekcji - powiedziała. - Mam nadzieję, że 

do jutra dostaniemy tyle zgłoszeń, że pierwszy numer uda nam się złożyć jeszcze w tym 

tygodniu.

Spojrzałam na jasnoróżową ulotkę. Widniało na niej:

H

EJ

WY

!

M

ACIE

 

POWYŻEJ

 

USZU

KIEDY

 

MEDIA

 

WAM

 

MÓWIĄ

CO

 

JEST

 

MODNE

A

 

CO

 

NIE

?

M

ACIE

 

DOŚĆ

 

TEJ

 

PAPKI

,  

KTÓRĄ

 

NAM

 

CIĄGLE

 

WCISKAJĄ

 

CZASOPISMA

 

DLA

 

MŁODZIEŻY

 

I

 

GAZETY

 

NASZYCH

 

RODZICÓW

? C

HCECIE

 

CZYTAĆ

 

HISTORIE

 

NAPISANE

 

PRZEZ

 

WAS

 

SAMYCH

,  

O

 

PROBLEMACH

,  

KTÓRE

 

RZECZYWIŚCIE

 

 

DLA

 

WAS

 

WAŻNE

?

W  

TAKIM

 

RAZIE

 

ZGŁASZAJCIE

 

WŁASNE

 

ARTYKUŁY

,  

WIERSZE

,  

OPOWIADANIA

,  

KOMIKSY

,  

MANGI

NOWELKI

 

I

 

ZDJĘCIA

 

DO

 

PIERWSZEGO

 

W

 

DZIEJACH

  L

ICEUM

 

IMIENIA

  A

LBERTA

  E

INSTEINA

 

MAGAZYNU

 

LITERACKIEGO

R

ÓŻOWY

 

ODBYCIK

 

GRUBEGO

  L

OUIE

!!! R

ÓŻOWY

  O

DBYCIK

  G

RUBEGO

  L

OUIE

 

PRZYJMUJE

 

OBECNIE

 

UTWORY

 

DO

 

NUMERU

 1, 

ROCZNIK

 

I

.

O mój Boże.

MÓJ

 B

OŻE

.

- Zanim zaczniesz się wypowiadać negatywnie w sprawie tytułu naszego magazynu, 

Mia - odezwała się Lilly (chyba dlatego że musiała zauważyć, jak pobielały mi wargi) - chcia-

background image

łabym tylko zaznaczyć, że jest ogromnie kreatywna i oryginalna i nigdy nie będziemy musieli 

się martwić, że jakikolwiek magazyn literacki na świecie mógłby mieć taką samą nazwę.

- Bo go nazwałaś od tyłka mojego kota!

- Tak - powiedziała Lilly. - Rzeczywiście. Dzięki filmom opartym na twojej biografii 

twój kot jest sławny, Mia. Wszyscy wiedzą, kto to jest Gruby Louie. To dlatego nasz maga-

zyn będzie się sprzedawał. Bo kiedy ludzie zorientują się, że ma coś wspólnego z księżniczką 

Genowii,   będą   go   rozchwytywać   jak   gorące   bułeczki.   Ponieważ,   z   powodów   dla   mnie 

tajemniczych, ludzie naprawdę się tobą interesują.

- Ale ten tytuł nie dotyczy 

MNIE

! - jęknęłam. - On dotyczy mojego kota! I jego odbytu, 

mówiąc dokładniej!

- Tak - powiedziała Lilly. - Przyznaj, że to trochę niepoważne. Ale właśnie dlatego 

przyciągnie uwagę. Ludzie nie będą mogli przejść obojętnie. Postanowiłam, że na pierwszą 

okładkę zrobię zdjęcie zadka Grubego Louie, a potem...

Dalej coś mówiła, ale ja nie słuchałam. N

IE

 

MOGŁAM

 tego słuchać.

Dlaczego musi mnie otaczać tylu wariatów?

Środa, 3 marca, geografia i środowisko

Kenny   właśnie   mnie   poprosił,   żebym   przepisała   nasze   ćwiczenia   na   temat   stref 

wulkanicznych. Nie chodzi o to, żebym od nowa miała odwalić całą 

ROBOTĘ

 (chociaż to i tak 

nie   byłoby   „od   nowa”,   skoro   w   ogóle   jej   nie   odrabiałam   -   to   on   ją   zrobił),   ale   żebym 

przepisała ćwiczenia na czystej kartce, która nie będzie poplamiona pizzą, tak jak ta praca, 

którą dysponujemy obecnie. Bo Kenny odrabiał wczoraj lekcje przy obiedzie.

Wolałabym, żeby Kenny nieco bardzie uważał na nasze prace domowe. Dla mnie to 

pewien kłopot, tak je przepisywać. Wiecie, Lilly nie jest jedyną osobą, której dokucza zespół 

urazowy nadgarstka. W końcu to nie  

ONA

  musi wypisywać ludziom tryliony autografów za 

każdym razem, kiedy wysiada z limuzyny przed hotelem Plaza. Ludzie zaczynają się tam 

USTAWIAĆ

 

W

 

KOLEJCE

 codziennie po południu, bo wiedzą, że będę jechała na lekcję etykiety do 

Grandmère. Przez cały czas muszę mieć przy sobie pisak Sharpie tylko w tym jednym celu.

Wypisywanie   raz   za   razem  

Księżniczka   Mia   Thermopolis 

to   wcale   nie   bagatelka. 

Szkoda, że moje nazwisko jest takie długie.

Może powinnam się przestawić na pisanie tylko:  

JKW Mia

.  Ale nie chciałabym się 

wydać nadęta.

background image

Kenny właśnie pokazał mi ulotkę o Różowym Odbyciku Grubego Louie i spytał, czy 

moim zdaniem jego traktat na temat brązowych karłów mógłby się nadawać do druku.

- Nie wiem - odpowiedziałam. - Ja nie mam z tym nic wspólnego.

- Ale to się nazywa jak twój kot - powiedział ze zdziwieniem.

- Taa - odparłam. - Ale ja i tak nie mam z tym nic wspólnego.

On mi chyba nie wierzy.

W sumie trudno go winić.

P

RACA

 

DOMOWA

 

 

Godzina wychowawcza: nie dotyczy

WF: UPRAĆ SPODENKI GIMNASTYCZNE!!!

Ekonomia: rozdział 8

Angielski: strony 116 - 132, O, pionierzy!

Francuski: écrivez un histoire comique pour vendredi

RZ: zdecydować, co na siebie włożę na 

IMPREZĘ

Geometria: ćwiczenia

Geografia i środowisko: spytać Kenny'ego

Środa, 3 marca, hotel Plaza

Z Grandmère zdecydowanie coś jest nie tak. Zrozumiałam to w tej samej chwili, w 

której weszłam do jej apartamentu. Była dla mnie 

ZDECYDOWANIE

 za miła. Powiedziała coś w 

rodzaju: „Amelio! Jak się cieszę, że cię widzę! Siadaj! Poczęstuj się czekoladką!” i podsunęła 

mi pod nos te trufle z Maison de Chocolat.

Och, jasne. Coś się kroiło.

Albo to, albo się upiła. Znowu.

LiAE naprawdę powinno zorganizować jakieś szkolenie na temat radzenia sobie z 

dziadkami popadającymi w alkoholizm. Bo mnie by się przydało parę wskazówek.

- Mam dobre wiadomości - oświadczyła. - Chyba będę mogła ci pomóc w tych twoich 

drobnych finansowych kłopotach.

Nie?! Niemożliwe!!! Grandmère zdecydowała się na pożyczkę? Och, dzięki ci Boże! 

D

ZIĘKI

!

-   Kiedy   ja   chodziłam   do   szkoły   -   ciągnęła   -   popularne   było  Mikado,  wiesz? 

Wystawiałyśmy to. Operetkę Gilberta i Sullivana. Dość trudna sprawa, zwłaszcza że byłyśmy 

background image

szkołą żeńską, a w tej operetce jest aż tyle wiodących ról męskich. Pamiętam, że Genevieve - 

no   wiesz,   ta,   która   kiedyś   maczała   mi   ukradkiem   końce   warkoczy   w   kałamarzu   -   była 

strasznie   rozczarowana,   że   musi   zagrać   rolę   Mikada.   -   Po   twarzy   Grandmère   przemknął 

złośliwy   uśmieszek.   -   Wiesz,   Mikado   powinien   być   dość   postawny.   Pewnie   Genevieve 

złościła się, że obsadzono ją zgodnie z warunkami fizycznymi.

Okay.  A więc najwyraźniej  nie zapowiadało się na żadną pożyczkę,  a Grandmère 

chciała   sobie   tylko   poprzynudzać   trochę   i   powspominać,   i   zdecydowała,   że   ja   tego 

wszystkiego wysłucham.

Zastanawiałam się, czy w ogóle zauważy, że zaczęłam pisać SMS - y do Michaela. 

Właśnie powinien kończyć zajęcia z analizy stochastycznej i optymalizacji.

- Ja, oczywiście, grałam główną rolę - ciągnęła Grandmère w zadumie. - Pierwsza 

naiwna, Yum - Yum. Ludzie mówili, że byłam najlepszą Yum - Yum, jaką kiedykolwiek 

oglądali, ale jestem pewna, że chcieli mi tylko pochlebić. Ale i tak, z moimi pięćdziesięcioma 

centymetrami w talii, w kimonie wyglądałam wręcz absurdalnie zachwycająco.

SMS: Utknęłam u Gr.

- Nikt nie mógł się zdziwić bardziej niż ja, kiedy okazało się, że na widowni był 

pewien   reżyser   z  Broadwayu   -   señor   Eduardo   Fuentes,   jeden   z   najbardziej   wpływowych 

reżyserów teatralnych swojej epoki - który podszedł do mnie po premierze i zaproponował, 

żebym zagrała główną rolę w przedstawieniu, które właśnie reżyserował w Nowym Jorku. 

Oczywiście, nawet tego nie brałam pod uwagę...

SMS: Tęsknię

- ...ponieważ wiedziałam, że przeznaczone mi są rzeczy o wiele ważniejsze niż kariera 

w teatrze. Chciałam być chirurgiem albo może projektantką mody, jak Coco Chanel...

SMS: Kocham Cię

- Oczywiście, był zrozpaczony. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że trochę się 

wtedy we mnie podkochiwał. Naprawdę wyglądałam nieźle w tym kimonie. Ale oczywiście 

moi rodzice nigdy by się na to nie zgodzili. A gdybym 

RZECZYWIŚCIE

 pojechała z nim wtedy do 

Nowego Jorku, nigdy bym nie poznała twojego dziadka.

SMS: Zabierzcie mnie stąd.

- Powinnaś była słyszeć moją interpretację Trzech młodych panien: Trzy młode panny 

ze szkoły to my...

SMS: O mój Boże, ona teraz śpiewa, przyślijcie pomoc.

- ...zadziorne zwykle takie panny są...

Na szczęście w tym momencie Grandmère przerwała, bo złapał ją atak kaszlu.

background image

- Ojej! Tak. Pozwól, że ci powiem, że tamtego roku byłam prawdziwą sensacją.

SMS: To jest gorsze niż to, co mi zrobi AC, kiedy dowie się o $.

- Amelio, co ty wyczyniasz z tym telefonem komórkowym?

- Nic - powiedziałam, szybko naciskając klawisz: wyślij.

Grandmère nadal była rozrzewniona swoimi wspomnieniami.

- Amelio. Mam pomysł.

O nie.

Widzicie, znam dwie osoby, od których nigdy nie chcę słyszeć słów: „Mam pomysł”.

Jedna to Lilly.

Grandmère to ta druga.

- Możesz zerknąć? - pokazałam na zegar. - Już szósta. No cóż, chyba będę się zbierać. 

Nie masz przypadkiem w planach kolacji z jakimś szachem albo coś? I czy czasem jutro nie 

przypadają twoje urodziny? Na pewno chciałabyś poświęcić im chwilę refleksji...

- Siadaj, Amelio - rozkazała Grandmère swoim najbardziej przerażającym głosem.

Usiadłam.

- Uważam - powiedziała Grandmère - że powinniście wystawić musical.

A przynajmniej przysięgam, że to właśnie usłyszałam.

Ale   przecież   musiałam   się   przesłyszeć.   Bo   nikt   przy   zdrowych   zmysłach   nie 

powiedziałby czegoś takiego.

Zaraz. Czy ja właśnie napisałam: „przy zdrowych zmysłach”?

-   Musical?   -   Hm,   Grandmère   ostatnio   ograniczyła   palenie.   Nie   rzuciła,   skąd!   Ale 

lekarz powiedział jej, że jeśli nie ograniczy, koło siedemdziesiątki nie będzie już wychodzić 

spod namiotu tlenowego.

Więc Grandmère zaczęła ograniczać papierosy i pali tylko po posiłkach. A to dlatego, 

że nie jest w stanie znaleźć namiotu tlenowego, który by pasował do któregoś z jej strojów od 

wielkich projektantów.

Stwierdziłam, że widocznie plaster nikotynowy, który sobie przylepiła, zepsuł się, czy 

coś, i wysyła czysty, nierozcieńczony dwutlenek węgla do jej krwiobiegu.

Bo to było  jedyne  wyjaśnienie,  jakie mi  przychodziło na myśl,  tłumaczące czemu 

mogła uznać, że to dobry pomysł, żeby Liceum imienia Alberta Einsteina wystawiło jakiś mu-

sical.

-   Grandmère   -   powiedziałam   -   może   powinnaś   odkleić   ten   plaster.   Powoli.   A   ja 

tymczasem zadzwonię do twojego lekarza...

background image

- Nie bądź śmieszna, Amelio - prychnęła, oburzona sugestią, że mogłaby cierpieć na 

jakieś zaburzenia z powodu tętniaka mózgu czy udaru, a przecież w jej wieku to wysoce 

prawdopodobne, jak podaje Yahoo! Zdrowie. - To zupełnie normalny pomysł na zebranie 

funduszy. Ludzie od wieków organizują amatorskie przedstawienia i koncerty, żeby zbierać 

środki na różne cele.

-   Ale,   Grandmère...   -   zaczęłam   wyjaśniać   -   Klub   Dramatyczny   już   wystawia   tej 

wiosny jeden musical, Hair. Mają już próby i wszystko.

- I co? Odrobina konkurencji mogłaby ich nieco ożywić - powiedziała Grandmère.

- Och! - Jak ja miałam wyjaśnić Grandmère, że jej pomysł jest kompletnie nie na 

poziomie? No, prawie tak zły jak handel świecami? Albo założenie magazynu literackiego i 

nazwanie go „Różowym Odbycikiem Grubego Louie”?

- Grandmère, doceniam twoją troskę w sprawie mojego ekonomicznego błędu. Ale nie 

potrzebuję twojej pomocy. Naprawdę, wszystko będzie dobrze. Sama znajdę jakiś sposób na 

zarobienie gotówki. Lilly i ja już nad tym pracujemy, i obie...

- No to możesz powiedzieć Lilly - przerwała mi Grandmère - że wasze problemy 

finansowe się skończyły,  bo twoja babka ma zamiar wystawić  spektakl, który sprawi, że 

ludzie będą błagać o bilety, wszyscy liczący się w Nowym Jorku przedstawiciele środowisk 

teatralnych zapragną mieć swój udział w tym przedsięwzięciu. To będzie zupełnie oryginalne 

przedstawienie, żeby można było wylansować wasze niezliczone talenty.

Musiała   mieć   na   myśli   talenty   Lilly.   Bo   ja   nie   mam   żadnych   zdolności   w   tym 

kierunku.

- Grandmère - powiedziałam. - Nie. Mówię serio, naprawdę. Nie potrzebujemy twojej 

pomocy. Poradzimy sobie, okay? Poradzimy. Cokolwiek zamierzałaś, daj sobie z tym spokój. 

Bo przysięgam, jeśli znów się wtrącisz, zadzwonię do taty. Nie łudź się, że tego nie zrobię!

Ale Grandmère już się oddaliła, polecając pokojówce, żeby znalazła jej rolodeksa... 

Najwyraźniej miała do wykonania kilka telefonów.

No   cóż,   powinno   się   dać   ją   bez   trudu   powstrzymać.   Mogę   po   prostu   powiedzieć 

dyrektor   Gupcie,   żeby   jej   nie   wpuszczała   do   szkoły.   A   przy   tych   wszystkich   nowych 

kamerach ochrony i tak dalej nie mogą twierdzić, że nie widzieli, jak wchodziła - ona się 

nigdzie nie rusza bez limuzyny o wydłużonej karoserii i łysego miniaturowego pudla. Więc 

nietrudno ją rozpoznać.

background image

Środa, 3 marca, poddasze

Lilly   mówi,   że   Grandmère   projektuje   swoje   uczucie   bezradności   wobec   groźby 

przebicia   jej   oferty   zakupu   sztucznej   wyspy   Genowia   przez   Johna   Paula   Reynoldsa   - 

Abernathy'ego Trzeciego na moje problemy z sytuacją finansową szkolnego samorządu.

- To klasyczny przypadek przeniesienia - tyle mi powiedziała Lilly,  kiedy do niej 

zadzwoniłam, żeby ją po raz ostatni błagać o zmianę nazwy tego jej literackiego magazynu. - 

Nie rozumiem, czemu się tym tak przejmujesz. Jeśli tak ją to uszczęśliwia, to niech sobie 

wystawi to małe przedstawienie. Ja chętnie zagram główną rolę... To dla mnie żaden problem 

wziąć na siebie jeszcze jeden obowiązek poza funkcją wiceprzewodniczącej, rolą twórczyni i 

prezenterki Lilly mówi prosto z mostu i wydawcy „Różowego Odbycika Grubego Louie”.

- Taa - powiedziałam. - W tej sprawie, Lilly...

- No cóż, to był mój pomysł, prawda? - przypomniała mi Lilly. - Czy nie ja powinnam 

być   redaktorem   naczelnym?   Ten   magazyn   będzie  

HITEM

,  tyle   już   mamy   nadesłanych 

świetnych utworów.

-   Lilly   -   powiedziałam,   mobilizując   wszystkie   swoje   starannie   pielęgnowane 

umiejętności przywódcze i przemawiając głosem spokojnym, opanowanym, takim, jakim tata 

przemawia w Parlamencie. - Nic mnie nie obchodzi, czy będziesz redaktorem naczelnym i tak 

dalej. I uważam, że to świetnie, że się tym zajmujesz - że stwarzasz forum, na którym artyści i 

pisarze z LiAE będą mogli wyrażać samych siebie. Ale czy nie sądzisz, że powinnyśmy się 

skoncentrować na tym, jak zarobić tych pięć kawałków, których nam brakuje na uroczystość 

rozdania...

- „Różowy Odbycik Grubego Louie”  

ZAROBI

  tych  pięć kawałków - odparła Lilly z 

pełnym przekonaniem. - Zarobi 

WIĘCEJ

 niż pięć kawałków. Powali na kolana rynek wydawni-

czy, który już nigdy nie będzie taki jak przedtem. Magazyn „Sixteen” straci znaczenie, kiedy 

ludzie dostaną w ręce „Różowy Odbycik Grubego Louie” i przeczytają uczciwe, nieokrojone 

kawałki z życia amerykańskich nastolatków, a potem 60 Minut zacznie się dobijać do moich 

drzwi,   błagając   o   wywiady,   i   nie   wątpię,   że   Quentin   Tarantino   poprosi   o   prawa   do 

ekranizacji...

-   Wow   -   powiedziałam,   prawie   nie   słuchając.   Czy   ja   jestem  

JEDYNĄ

  osobą,   która 

dostrzega 

WIELKI

 kłopot, w jakim się znajdziemy, kiedy Amber Cheeseman zorientuje się, że 

nie mamy pieniędzy na opłacenie Sali imienia Alice Tully? - Te utwory nadesłane do redakcji 

są dobre, tak?

background image

- Fantastyczne. Nie miałam pojęcia, że nasi koledzy ze szkoły są tacy 

UTALENTOWANI

. A 

Kenny Schowalter napisał odę do swojej prawdziwej miłości, która wycisnęła mi łzy...

- Kenny napisał jakąś odę?

- No cóż, on 

TWIERDZI

, że to traktat na temat brązowych karłów, ale wyraźnie widać, że 

to hołd złożony kobiecie.  Kobiecie,  którą  kiedyś  kochał  i w  tragicznych  okolicznościach 

utracił.

Hej! Kogo K

ENNY

 kochał kiedyś i utracił? Poza...

Mną?

Ale nie mogłam pozwolić, żeby ta nowina zbiła mnie z tropu! Najważniejsze to nie 

zbaczać z tematu. M

USIAŁAM

 zmusić Lilly do zmiany nazwy jej magazynu literackiego.

Och, i zarobić pięć tysięcy dolarów...

Ooooch! Michael pisze do mnie na ICQ!

S

KINNER

B

X

: Hej! No więc o co chodziło z tą twoją babką? Naprawdę 

śpiewała?

G

R

L

OUIE

: C

O

? Ach, tak. I nie tylko. Co u ciebie?

S

KINNER

B

X

:  Super.   Bardzo   się   cieszę,   że   przychodzisz   w   ten 

weekend.

Okay,   no   więc   moje   życie   tak   totalnie   już   się   skończyło.   Myślałam,   że   Amber 

Cheeseman stanie się przyczyną mojego zgonu, ale okazuje się, że umrę, zanim ona zdoła 

odkryć,   że   przepuściłam   pieniądze   na   jej   uroczystość   wręczania   matur   na   przyjazne   dla 

środowiska pojemniki na odpady, bo będę musiała 

SAMA

 się zabić wcześniej, bo tylko w taki 

sposób wykręcę się od pójścia na tę imprezę.

Bo ja 

NIE

 

MOGĘ

 iść na tę imprezę. N

IE

 

MOGĘ

. Widzicie, ja wiem, co się stanie, jeśli tam 

pójdę: będę strasznie nieśmiała i zastraszona przez tych wszystkich inteligentniejszych, star-

szych ludzi i skończy się na tym, że będę siedziała sama w kącie, a Michael będzie do mnie 

podchodził i pytał: „Czy wszystko w porządku?”, a ja będę odpowiadała: „Tak”, ale on będzie 

wiedział, że kłamię, bo skrzydełka nosa będą mi latały (Notatka dla samej siebie: Czy on wie 

o tym, że skrzydełka nosa mi latają, kiedy kłamię? Sprawdzić), a potem odkryje, że nie jestem 

imprezową dziewczyną i że w sumie jestem tym totalnym społecznym wyrzutkiem, za jakiego 

się uważam.

Poza tym ja nawet nie mam beretu.

Nie pozwolę, żeby do tego doszło. Po prostu mu powiem, że nie mogę przyjść.

Okay. No to jedziemy.

G

R

L

OUIE

: Michael, naprawdę mi przykro, ale...

background image

K

ASUJ

 

KASUJ

 

KASUJ

N

IE

 

MOGĘ

 odmówić. Bo co, jeśli on to odbierze osobiście? Jeśli sobie pomyśli, że ja w 

ten sposób 

JEGO

 odrzucam?

J

EŚLI

 

POSTANOWI

 

LECZYĆ

 

ZRANIONĄ

 

DUMĘ

 

W

 

RAMIONACH

 

JEDNEJ

 

Z

 

TYCH

 

WSTRĘTNYCH

 

DZIEWUCH

 

ZE

 

STUDIÓW

????

Zaraz. Muszę się jakoś pozbierać. Michael nie jest taki. On by mnie nigdy nie zdradził 

z żadną dziewczyną, choćby mu się nie wiem jak narzucała. Owszem, Craig 

ZDRADZIŁ

 Ashley 

z Manny w Degrassi, kiedy Ashley nie chciała uprawiać z nim seksu. To jednak nie znaczy, 

że Michael zrobiłby tak samo. Bo on jest  

LEPSZY

  niż Craig. Który, tak przy okazji, cierpiał 

wtedy na dwubiegunowe zaburzenie afektywne. A poza tym jest postacią fikcyjną.

Poza tym dziewczyny ze studiów nie noszą stringów. Bo uważają, że to seksistowskie.

Tina ma rację. Muszę być z nim po prostu uczciwa. Muszę się zebrać na odwagę i 

powiedzieć to.

G

R

L

OUIE

: Michael, ja nie mogę iść na twoją imprezę, bo ja w sumie 

w ogóle nie lubię imprez, a poza tym uważam, że totalnie się zanudzę 
w   towarzystwie   studentów,   zwłaszcza   że   wy   ciągle   gadacie   o 

dystopijnych filmach SF...

K

ASUJ

 

KASUJ

 

KASUJ

Nie mogę 

TEGO

 powiedzieć! O Boże. Co ja teraz zrobię????

G

R

L

OUIE

: Jasne! Nie mogę się doczekać!

Boże, jestem taką straszną kłamczucha.

S

KINNER

B

X

: A coś słyszałem, że ona w przyszłą środę wydaje jakieś 

przyjęcie dla Boba Dylana?

G

R

L

OUIE

: Boba Dylana? Tego piosenkarza?

S

KINNER

B

X

: Taa. Bono i Elton John podobno też tam mają być.

Przez   chwilę   myślałam,  że   może  Michael   nawdychał  się   biernie   za  dużo  dymu   z 

marihuany. W akademiku o to nietrudno.

A potem przypomniałam sobie o imprezie charytatywnej Grandmère w celu zebrania 

pieniędzy dla genowiańskich hodowców oliwek.

G

R

L

OUIE

:  Och,   racja.   Tak,   to   zabawne.   Skąd   się   o   tym 

dowiedziałeś?

S

KINNER

B

X

:  Z Netszkapy. Piszą, że organizuje coś pod nazwą  Aide 

de Ferme czy jakoś tak?

Pomoc dla farmerów. Powinnam była zgadnąć.

G

R

L

OUIE

: Och. Taa. Rzeczywiście.

background image

S

KINNER

B

X

:   N

O

  więc,   czy   jest   jakaś   szansa,   żebyś   mnie   tam 

przemyciła?   Bardzo   chciałbym   zapytać   Boba,   czy   nadal   wierzy,   że 
jednostka potrafi zmienić znany nam świat za pomocą jednej piosenki. 

Myślisz, że to się da zrobić? Obiecuję, że nie narobię ci wstydu w 
obecności światowych liderów.

Och! Jakie to słodkie! Michael chce poznać sławnego człowieka! To takie do niego 

niepodobne.

No, ale z drugiej strony, Bob Dylan nie jest taką znów przeciętną sławą. Przecież on 

praktycznie wymyślił swój własny język. A przynajmniej tak to brzmi, ile razy Michael pusz-

cza jedną z jego płyt.

Poza tym Michaelowi na pewno przyda się trochę tej głębokiej muzycznej mądrości. 

On nie ma chyba żadnego problemu ze zrozumieniem, co Bob Dylan mówi.

A dodatkowy bonus dla mnie: będę miała w przyszłą środę randkę!

I dobra, on mnie  praktycznie wykorzystuje po to, żeby poznać Boba Dylana. Ale 

nieważne.

Widzicie, to jest właśnie takie wspaniałe, kiedy ma się chłopaka. Jeszcze przed chwilą 

był najgorszy dzień pod słońcem, a wystarczy, żeby chłopak cię gdzieś zaprosił i od razu: 

pfff! Złe rzeczy znikają. Naprawdę, to potężna siła.

G

R

L

OUIE

: T

O

 się chyba da załatwić.

Michael   zaczął   mi   wtedy   pisać   bardzo   miłe   rzeczy,   na   przykład   że   jestem   takim 

skutecznym   liderem,   zarówno   dla   Genowii,   jak   i   dla   LiAE,   i   że   nie   może   się   doczekać 

naszego spotkania w weekend, i co zrobi, kiedy mnie już 

ZOBACZY

, i że jego zdaniem jestem 

najlepszą pisarką na świecie, i że

Shonda Yost, redaktorka literacka magazynu „Sixteen”, jest chyba ćpunką na cracku, 

skoro nie uznała Nigdy więcej kukurydzy! za najlepsze opowiadanie w tym swoim konkursie.

I to wszystko było bardzo miłe, ale naprawdę nie przyczyniało się w żaden sposób do 

rozwiązania problemu, który 

NAPRAWDĘ

 mi ciążył:

Co ja mam zrobić z tą imprezą?

Ach, tak. I skąd wezmę pieniądze na wynajęcie Sali imienia Alice Tully?

background image

Czwartek, 4 marca, w limuzynie

w drodze do szkoły

Jestem tak strasznie  zmęczona.  Wczoraj  wieczorem właśnie się kładłam do łóżka, 

kiedy dostałam wiadomość  na ICQ. Myślałam,  że to Michael pisze, że mnie  kocha. No, 

wiecie, po raz ostatni przed położeniem się spać.

Ale to był B

ORIS

 P

ELKOWSKI

. Akurat on, ze wszystkich ludzi na ziemi.

J

OSH

B

ELL

2 : Mia! Czy ja dobrze słyszę, że twoja babka organizuje 

w   przyszłą   środę   wieczorem   imprezę,   na   którą   zaprasza   słynnego 
skrzypka i mojego osobistego artystycznego idola, Joshuę Bella?

Na litość boską.

G

R

L

OUIE

: Joshua Bell chyba nie jest zainteresowany nabyciem wyspy 

na Świecie wzniesionym u wybrzeży Dubaju, prawda?

J

OSH

B

ELL

2 : Nic mi o tym nie wiadomo. Mógłby sobie kupić Indianę, 

wielki stan, z którego pochodzi, a tak się składa, że jest to też 

miejsce narodzin wielu innych muzycznych geniuszy, włącznie z Hoagy 
Carmichaelem i Michaelem Jacksonem. Gdyby to nie był jakiś za duży 

kłopot, Mia - czy mogłabyś mnie wprowadzić na tę imprezę? Ja 

MUSZĘ

 go 

poznać. Mam coś bardzo ważnego do powiedzenia Joshui Bellowi.

No cóż. Może i Boris jest teraz seksowny, ale nadal jest dziwny.

G

R

L

OUIE

:  Chyba   uda   mi   się   znaleźć   jakiś   sposób,   żeby   cię   tam 

przemycić.

J

OSH

B

ELL

2:   Och,  

DZIĘKI

,  Mia!   Nawet   nie   wiesz,   ile   to   dla   mnie 

znaczy.   Jeśli   cokolwiek   kiedykolwiek   mógłbym   dla   ciebie   zrobić   - 

poza tym, żeby ćwiczyć w szafie na materiały piśmienne, bo już to 
przecież robię - to daj mi znać!

Jakby to nie było wystarczająco niespodziewane, za chwilę odezwała się do mnie Ling 

Su.

P

AINTURGIRL

: Hej, Mia! Słyszałam, że w środę wieczorem twoja babka 

robi   imprezę   i   będzie   na   niej   Matthew   Barney,   ten   kontrowersyjny 

artysta konceptualny.

G

R

L

OUIE

:  Niech   zgadnę:   Matthew   Barney   kupuje   sobie   wyspę   na 

Świecie u wybrzeży Dubaju.

P

AINTURGIRL

:  Skąd   wiedziałaś?   Kupuje   Islandię   dla   swojej   żony, 

Björk. Jest jakaś szansa, żebyś mnie tam wprowadziła, żebym go mogła 
poznać?

background image

G

R

L

OUIE

: Nie ma sprawy.

P

AINTURGIRL

: Mia Thermopolis, jesteś wspaniała!

A potem pojawiła się wiadomość od Shameeki:

Beyonce_to_ja: Cześć, Mia!

G

R

L

OUIE

:  Czekaj,   już   wiem:   słyszałaś,   że   Beyonce   przyjdzie   na 

imprezę,   którą   urządza   moja   babka   w   środę   wieczorem,   żeby   zebrać 

fundusze dla genowiańskich hodowców oliwek, i chciałabyś, żebym cię 
tam przemyciła, żebyś mogła ją poznać.

B

EYONCE

_

TO

_

JA

:  W   sumie   to   Halle   Berry.   Kupuje   Kalifornię.  B

EYONCE

 

też tam będzie????

G

R

L

OUIE

: Możesz się uważać za osobę zaproszoną.

Beyonce_to_ja:Naprawdę???? Jesteś niesamowita!!!!!!!!!!!!

A potem Kenny:

E=MC

2

:   Mia,   czy   to   prawda,   że   twoja   babka   robi   imprezę   w 

przyszłym tygodniu, na której pojawi się światowej sławy naukowiec, 

doktor Rita Rossi Coldwell?

G

R

L

OUIE

: Chyba tak. Chcesz przyjść?

E=MC

2

: A MOGĘ? Dzięki wielkie, Mia.

G

R

L

OUIE

: Nie ma za co.

A potem Tina:

I

LUVROMANCE

:  Mia, czy to prawda, że twoja babka robi imprezę, na 

której będą te wszystkie sławy?

G

R

L

OUIE

: Tak. A kogo chcesz spotkać?

I

LUVROMANCE

: Wszystko jedno! K

AŻDA

 sława mi odpowiada!

G

R

L

OUIE

: Zrobione. Wal jak w dym.

Iluvromance:   Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!   Sławni   ludzie!!! 

Jestem taka podekscytowana!!!!!!

I wreszcie, na koniec, Lilly:

W

OMYN

R

ULE

:  Hej!   Co   ja   słyszę?   Twoja   babka   zaprosiła   Benazir 

Bhutto na jakąś imprezę w przyszłą środę?

O nie! Tylko nie to. Jeszcze i Benazir? Ciekawe, co ona kupuje? Sztuczny Pakistan?

G

R

L

OUIE

: Chcesz tam przyjść i ją poznać?

W

OMYN

R

ULE

: Wiesz, że tak. Ona i ja mamy parę spraw do omówienia. 

Przede wszystkim jej poparcie dla talibanu w ciągu tych wszystkich 

lat.

G

R

L

OUIE

: Czuj się zaproszona.

W

OMYN

R

ULE

: Super. Do zobaczenia jutro, KG.

background image

Chyba   to   wszystko,   co   napisałam   do   Carla   Junga   -   no,   wiecie,   że   zostałam 

przewodniczącą szkolnego samorządu, ale nadal jestem bardzo niepopularna - okazuje się 

nieprawdą. Jestem 

CAŁKIEM

 popularna.

Dzięki mojej 

BABCE

.

Czwartek, 4 marca, godzina wychowawcza

Ja ją zabiję.

Mówiłam jej 

NIE

. Osobiście i stanowczo powiedziałam jej, że 

NIE

.

Jak ona może mi to robić?

Znowu?

Czwartek, 4 marca, WF

Powaga. Jak ona to w ogóle 

ZROBIŁA

? Tak szybko?

One są wszędzie. Ściany są nimi oblepione. Otworzyłam swoją szafkę, i jedna spadla 

mi w ręce.

P

OWTYKAŁA

 

JE

 

DO

 

WSZYSTKICH

 

SZAFEK

.

To musiało zająć 

GODZINY

. Jak ona tego dokonała? Komu za 

TO

 

ZAPŁACIŁA

?

Boże. To mógł być ktokolwiek. Nawet jakiś nauczyciel. Przecież ledwie zarabiają na 

życie. Ja wiem, bo widziałam, jak w domu walały się czeki z wypłatą pana G.

No tak, więc są wszędzie. Jasnożółte ulotki z napisem:

P

RZESŁUCHANIE

 

DZISIAJ

 

O

 15.30

H

OTEL

 P

LAZA

W

IELKA

 S

ALA

 B

ALOWA

N

OWY

ORYGINALNY

 

MUSICAL

W

ARKOCZ

!

Z

APRASZAMY

 

WSZYSTKICH

N

IEPOTRZEBNE

 

ŻADNE

 

WCZEŚNIEJSZE

 

DOKONANIA

 

AKTORSKIE

Już podsłuchałam, że jacyś członkowie Klubu Dramatycznego - ci, którzy zajęci są 

próbami do Hair - patrząc chmurnie spod oka i kolczyków w brwiach, mówią:

Warkocz!? A co to jest Warkocz!? Nigdy nie słyszałem o tym musicalu. Czy to jakaś 

nowa produkcja Andrew Lloyda Webbera?

Są wściekli, że ktoś wystawia spektakl - zwłaszcza taki, który ma w tytule włosy - 

który mógłby odciągnąć ICH widownię.

background image

I nie mogę powiedzieć, żebym się im dziwiła.

Ale   nie   mam   zamiaru   wyrywać   się   z   informacją,   że   to   moja   BABKA   jest 

winowajczynią. Bo wiecie, Amber Cheeseman nie jest jedyną osobą z tej szkoły, która mnie 

zabije jednym ciosem kantem dłoni. Niektórzy z tych teatralnych typków... Oni wiedzą, jak 

władać szablą i tak dalej. Znają 

FECHTUNEK

.

A ja 

NAPRAWDĘ

 nie potrzebuję, żeby mi rapierem przeszyto serce, dziękuję uprzejmie.

Nawet mnie nie pytajcie, czy posługują się nunchaku.

Co tej Grandmère wpadło do głowy? Co to jest Warkocz!?

I dlaczego ona w ogóle nie potrafi 

ODCZEPIĆ

 

SIĘ

 

I

 

NIE

 

WTRĄCAĆ

 w 

MOJE

 

ŻYCIE

? Przecież ja 

już mam  

DOSYĆ

  problemów, dziękuję bardzo. Choćby dziś rano, kiedy weszłam do pokoju 

Rocky'ego, żeby go pocałować na do widzenia przed wyjściem do szkoły, bardzo radośnie 

pokazał na mnie palcem i wrzasnął:

- Sa!

Tak. Mój brat uważa, że jestem samochodem.

D

LACZEGO

 

JESTEM

 

JEDYNĄ

 

OSOBĄ

,  

KTÓRA

 

DOSTRZEGA

,  

ŻE

 

TO

 

MOŻE

 

BYĆ

 

ZWIASTUN

 

JAKIEGOŚ

 

POTENCJALNEGO

 

PROBLEMU

????

Czwartek, 4 marca, ekonomia

Okay, no więc teraz uważam:

Zadaniem ekonomii jest zrozumieć problem niedostatku. W jaki sposób zaspokoić 

nieograniczone potrzeby ludzkości za pomocą ograniczonych i/lub niedostatecznych 

dostępnych zasobów?

Nazywa   się   to   użytecznością   -   korzyściami   czy   zaspokojeniem,   jakie   jednostka 

wyciąga ze skonsumowania pewnego dobra lub usługi.

Im więcej konsumuje jednostka lub rząd, tym większa będzie łączna użyteczność.

A zatem użyteczność Grandmère musi być największa

NA CAŁYM WIELKIM ŚWIECIE.

Czwartek, 4 marca, angielski

O mój Boże. Lana wie.

background image

Nie wiem, skąd się dowiedziała,  ale wie. Wiem, że wie, bo podeszła do mnie  na 

korytarzu i powiedziała:

- Wiem.

!!!!!!!!!!!!!!!!!

I powiedziała to bardzo znaczącym tonem. Rozumiecie?

Tyle   że...   Ja   nie   wiem,   CO   ona   wie.   Czy   ona   wie,   że   to   Grandmère   stoi   za 

konkurencyjnym musicalem?

Czy wie, że przepuściłam wszystkie pieniądze maturzystów?

Czy wie o tym, że - ach! - boję się, że Michael odkryje, że nie jestem imprezową 

dziewczyną?

Ale skąd 

MIAŁABY

 to wiedzieć? Nie zwierzałam się z tego lęku nikomu - nikomu, poza 

Tiną Hakim Babą, ale jej powiedzieć coś w sekrecie, to jak kamień w studnię. Ona 

NIKOMU

 nie 

powie.

A już zwłaszcza nie L

ANIE

.

Zresztą, cokolwiek Lana wie, mówi, że nikomu nie powie...

...pod warunkiem, że spełnię jej żądanie.

J

EJ

 

ŻĄDANIE

!!!!

Powiedziała, że mam się z nią spotkać na klatce schodowej trzeciego piętra zaraz po 

lunchu, wtedy powie mi, czego chce za zachowanie milczenia.

Nie   wiem,   skąd   popularni   ludzie   wiedzą   o   klatce   schodowej   trzeciego   piętra. 

Myślałam, że to azyl wyłącznie dla geniuszków.

Boże, ciekawe, czego ona chce. No bo jeśli na przykład chce zostać moją najlepszą 

przyjaciółką?

Poważnie! Jeśli ona chce, żebym udawała, że ją lubię, żeby jej zdjęcie mogło znaleźć 

się w „US Weekly” obok mojego? Albo żebym ją zabrała na kolejny arystokratyczny ślub, na 

który będę zaproszona, żeby mogła zawracać głowę księciu Williamowi? No, wiecie, ona 

tylko  

CZEKA

  na okazję, żeby dopaść go na osobności i udowodnić mu, że jej imię jest naj-

częściej wypisywanym imieniem na ścianach męskiej toalety w LiAE (jak twierdzi Boris)?

Ale zaraz... A jeśli w ogóle nie o to chodzi? Jeśli ona wcale nie chce, żebym udawała, 

że   jestem   jej   przyjaciółką,   ale   zażąda,   żebym   zrezygnowała   z   funkcji   przewodniczącej 

samorządu szkolnego - żeby to 

ONA

 mogła zostać przewodniczącą????

To jest totalnie możliwe. Ona nigdy tak naprawdę  

NIE

 

POGODZIŁA

 

SIĘ

  z faktem, że ją 

pokonałam w tych wyborach. Ona tylko  

UDAWAŁA

,  że jej to nie obchodzi - po swojej prze-

background image

granej   opowiadała   wszystkim,   że   funkcja   przewodniczącej   samorządu   jest   w   sumie 

obciachowa, i ona sama nie wie, co jej odbiło, że w ogóle startowała w wyborach.

Ale jeśli zmieniła zdanie? Jeśli  

WCALE

  nie uważa, że to obciach, i chce mi odebrać 

moje stanowisko?

Chociaż, czy to by rzeczywiście było najgorsze? Przewodniczenie samorządowi to w 

sumie  masa  roboty za  darmo.  Za  te pojemniki  na odpady nawet  nie  usłyszałam  jednego 

„dziękuję”.

Dobra, w naklejkach na klapach jest błąd, ale i tak...

Gdyby Lana zażądała mojego stanowiska, przynajmniej odzyskałabym znaczącą ilość 

wolnego czasu. Wtedy może mogłabym popracować nad tą książką, którą miałam zamiar 

zacząć   pisać.   Mogłabym   przerobić  Nigdy   więcej   kukurydzy!  na   powieść.   Mogłabym 

spróbować ją sprzedać jakiemuś prawdziwemu wydawcy. Nie musiałabym się martwić, że 

Facet, Który Nie Cierpi, kiedy Dodają Kukurydzy do Chili ją przeczyta, bo kto w liceum ma 

czas czytać coś dla przyjemności? Nikt.

I wtedy mogłabym zostać publikowaną autorką i wystąpić w Book TV, i wypowiadać 

się wnikliwie na temat symbolizmu i innych takich.

Boże. Byłoby cudownie.

Ale zaraz. Lana 

NIE

 

MOŻE

 zostać przewodniczącą, nawet jeśli ja ustąpię ze stanowiska. 

Jeśli ja ustąpię, Lilly, jako wiceprzewodnicząca, przejmie moją funkcję.

A więc to 

NIE

 

TEGO

 Lana chce. Musi chcieć ode mnie czegoś innego.

Tylko czego? Ja Nic nie mam. Ona na pewno o tym wie. Nic, poza tronem Genowii, 

który mnie czeka któregoś dnia w przyszłości...

Czy to może być 

TO

, czego ona chce? Nie mojego tronu, ale na przykład 

KORONY

?

Ja nie mogę oddać mojego diademu. Tata by mnie zabił. Jest wart jakiś milion dolców 

czy coś. To dlatego Grandmère musi go trzymać w skarbcu w Plaza.

Z

ARAZ

 - 

A

 

JEŚLI

 

ONA

 

CHCE

 

DOSTAĆ

 M

ICHAELA

???

Ale dlaczego  miałaby go chcieć?  Nigdy go nie  chciała.  Kiedy jeszcze chodził  do 

LiAE, uważała chyba, że on jest zupełnie głupkowaty i niepociągający (czy ktokolwiek wyka-

zał się kiedyś 

WIĘKSZĄ

 ślepotą?)

Poza tym słyszałam, że ona się ostatnio spotyka z Daltonem z drużyny koszykówki.

L

EPIEJ

,  żeby nie chciała Michaela, tylko tyle powiem. Dobra, może sobie wziąć mój 

tron.

A

LE

 

NIE

 

MOJEGO

 

CHŁOPAKA

.

Mia, co się dzieje? - T.

background image

Nic! Czemu uważasz, że coś się dzieje?

Bo wyglądasz, jakbyś właśnie połknęła skarpetę.

Tak? Nie chciałam. Nic się nie dzieje. Zupełnie nic.

Och. Myślałam, że coś się stało z Michaelem. Rozmawiałaś z nim już? O tym, że nie 

jesteś imprezową dziewczyną?

Uch. Nie.

Mia! Z facetami trzeba postępować stanowczo. Jak mówi Ms. Dynamite w Zgaś go! - 

Rozumiem, że go kochasz/l że jest ci smutno/Ale to nie znaczy,  że możesz zostać jego 

podnóżkiem.

J

A

 

WIEM

!

Cześć, dziewczyny. Mamy  

MASĘ

  zgłoszeń do pierwszego numeru. Pani Martinez i ja 

spotykamy się w czasie lunchu, żeby zdecydować, co pójdzie do druku, a co nie. Pierwszy 

rocznik „Różowego Odbycika Grubego Louie” będzie 

SUPER

.

P

ROSZĘ

ZMIEŃ

 

 

NAZWĘ

.

Nie mogę, bo  

TAKA

  jest nazwa tego magazynu. Jesteś  jedyną osobą, której się nie 

podoba. No cóż, poza dyrektor Guptą. Ale przecież 

JEJ

 opinia się nie liczy. A przy okazji, KG, 

o co chodzi z tym całym Warkoczem!, który wystawia twoja babka?

Skąd wiesz, że to ona?

Och, a kto inny organizowałby przesłuchania w Plaza? Bosz. No? Co to jest?

Nie wiem. Kolejna intryga, za pomocą której moja szalona babka ma zamiar mnie 

upokorzyć i zdenerwować.

Boże, a 

TOBIE

 kto nasikał do płatków dziś rano?

N

IKT

!!! Mam po prostu dosyć tego, że zawsze wtrąca się w moje życie!!!

Mia martwi się, że Michael odkryje, że ona nie jest imprezową dziewczyną.

T

INA

!!!!!!!!!!!!

No cóż, przepraszam, Mia. Ale to jest po prostu takie absurdalne. Nie sądzisz, że to 

absurdalne, Lilly?

A co to jest imprezowa dziewczyna?

Oj wiesz. Jak Lana. Albo Paris Hilton.

Ach!!!! A dlaczego w ogóle miałabyś chcieć być podobna do Paris Hilton????

Nie chcę. To nie tym się martwię. Tylko...

Paris Hilton to jedna z tych kobiet, które są za ładne, żeby były prawdziwe. Zgodzisz 

się, Tina?

Totalnie. Totalnie nie powinnaś myśleć, że 

ONA

 ci zagraża, Mia.

Ona mi nie zagraża! Ja tylko...

background image

Poczytaj to sobie:

K

OBIETY

KTÓRE

 

 

ZA

 

PIĘKNE

,

ŻEBY

 

NAPRAWDĘ

 

ISTNIEĆ

,

I

 

KTÓRE

 

POWINNY

 

ZOSTAĆ

 

ZESŁANE

WSZYSTKIE

 

RAZEM

NA

 

BEZLUDNĄ

 

WYSPĘ

,

ŻEBY

 

RESZTA

 

NORMALNYCH

 

LUDZI

PRZESTAŁA

 

MIEĆ

 

TAKIE

 

OKROPNE

 

KOMPLEKSY

Lilly Moscovitz

1. Paris Hilton. Zaraz - jest ładna, może jeść, na co ma ochotę, i nigdy nie tyje ani w 

ogóle nie musi ćwiczyć, I  

DO

 

TEGO

  jest jeszcze dziedziczką fortuny? Czy na tej 

ziemi   nie   ma   żadnej  

SPRAWIEDLIWOŚCI

?  Okay,   jest   dobra   dla   zwierząt   i 

homoseksualistów  i ewidentnie  na tyle  bystra,  że znalazła  sobie narzeczonego, 

który spokrewniony jest z jedną z najbogatszych rodzin na świecie. Ale czy ona 

kiedykolwiek   próbowała   wykorzystać   swój   rozum   do   czegoś   więcej   niż   tylko 

udział w telewizyjnym reality show? A co z lekarstwem na raka, Paris? Co ze 

sposobem   na   przetwarzanie   wody   morskiej,   żeby   jej   krople   unosiły   się   w 

atmosferę i zwiększały stopień odbijania promieni słonecznych, co obniży tem-

peraturę i zahamuje proces globalnego ocieplenia, a w rezultacie uratuje naszą 

planetę?   Dalej,   Paris,   wiemy,   że   mogłabyś   to   zrobić,   gdybyś   się   postarała.   Z 

twoimi pieniędzmi i twoją głową naprawdę mogłabyś zmienić świat!

2. Angelina Jolie. Po prostu pozbądźmy się jej! Ona jest o wiele za piękna, z tymi 

głupimi odętymi ustami i sterczącymi kośćmi biodrowymi. Nic mnie nie obchodzi 

cała ta gadanina, że ukradła Brada Jennifer, ani ta adoptowana sierotka z Etiopii, 

ani czy się kiedyś obściskiwała z własnym bratem, czy nie. Pozbądźmy się jej! Jest 

za ładna!

3. Keira Knightley. O mój Boże. Jak ja jej 

NIENAWIDZĘ

! Ona jest o 

WIELE

 za piękna, żeby 

żyć! Już wystarczy, że miała okazję obściskiwać się z Orlando w Piratach, a teraz 

jeszcze   gra   Elizabeth   Bennett   w   kolejnej   ekranizacji  Dumy   i   uprzedzenia? 

Przepraszam, ale ona się nie nadaje na Lizzie Bennett. Lizzie Bennett miała być 

BYSTRA

, nie piękna. Przecież to cały sens tej historii - że Lizzie nie jest tradycyjnie 

prześliczna, tak jak Kaira jest. B

OŻE

! Po prostu niech spada na wyspę!

4.   Jessica   Alba.   Była   znośna   w   głównej   roli   w   tym   postapokaliptycznym   serialu 

telewizyjnym  Cień   anioła.  Przynajmniej   nigdy   nie   musiałyśmy   oglądać   jej 

background image

kaloryferka, bo w Seattle, gdzie toczyła się akcja serialu, jest za dżdżyście, żeby 

można   było   nosić   krótkie   koszulki.   A   potem   pojawił   się   ten   mały   filmik   o 

hiphopowej tancerce imieniem Honey, a potem Sin City Fantastyczna Czwórka, 

pani Alba pokazywała  nam  

NON

 

STOP

 

CAŁY

  swój  

KALORYFEREK

.  A potem jej imię 

zaczęło się pojawiać w piosenkach Eminema. Czy nam to jest potrzebne? Czy 

trzeba nam, żeby najwybitniejszy poeta naszych czasów rozwodził się o Jessice 

Albie? Nie trzeba. Wynocha mi stąd.

5. Halle Berry. Czy muszę mówić coś jeszcze? Och, jasne, ona  

USIŁOWAŁA

  wyglądać 

paskudnie w  Monster's Ball - Czekając na wyrok.  Szkoda, że jej się nie udało. 

Halle Berry nie zdołałaby wyglądać paskudnie, nawet gdyby od tego zależało jej 

życie. Wydaje się, że ona istnieje tylko po to, żeby nas, resztę kobiet, wpędzać w 

poczucie niższości. Bye, bye, Halle Berry.

6. Natalie Portman.  Pewnie  

TRZEBA

  obsadzić kogoś naprawdę pięknego w roli matki 

księżniczki   Lei.   Ale   i   tak.   Czy   oni  

MUSIELI

  obsadzić   kogoś   tak   niemożliwie 

pięknego, że nawet te okropne kwestie w  Ataku klonów -  w tej części, w której 

Amidala   i   Anakin   tarzają   się   po   wzgórzu   wśród   tych   dziwacznych 

krowopodobnych   stworów   -   brzmią   sensownie?   Jasne,   Natalie   usiłowała   się 

zrehabilitować,   grając   różne   role   w   filmach   niezależnych,   gdzie   nie   musiała 

ubierać   się   w   obcisłe   kostiumy.   Ale   to   nie   ma   znaczenia,   na   ile   kolorów 

przefarbuje sobie pani włosy, panno Portman. Nadal uważamy,  że jest pani za 

ładna, żeby żyć.

7. Shannyn Sossamon. Po  Obłędnym rycerzu  jeszcze miałam wątpliwości. Mówiłam 

sobie tylko: jak ktoś tak śliczny mógł żyć w średniowieczu? Ale kiedy zobaczyłam 

Żyć szybko, umierać młodo,  

WIEDZIAŁAM

  już: Shannyn Sossamon jest o wiele za 

piękna, żeby grać dziewczynę, którą faceci rzucają i bez przerwy zdradzają. To by 

się NIGDY 

NIE

 

MOGŁO

 

ZDARZYĆ

. Pozbądźmy się jej!

8.   Thandie   Newton.   Mogłam   ją   znieść   w   roli   Audrey   Hepburn   w   tej   przeróbce 

Szarady,  bo   Audrey   Hepburn   też   była   za   piękna,   żeby   żyć,   więc   należało   się 

spodziewać, że aktorka grająca tę rolę też musiała być piękna. I mogłam ją jeszcze 

znieść w przygodowym SF  Kroniki Riddicka,  bo przecież grała w sumie istotę z 

obcej planety. Ale kiedy pokazała się jako dziewczyna doktora Cartera w Ostrym 

dyżurze,  wiedziałam, że przyszła pora - pora, żeby się jej pozbyć! Co Thandie 

Newton robi w telewizji? Ona jest o wiele za ładna, żeby występować w telewizji! 

Powinna się trzymać filmów na duży ekran! I nie ma mowy, żeby jakiś lekarz z 

background image

Chicago pojechał sobie do Kongo i wrócił z  T

HANDIE

  N

EWTON

.  Okay??? Kobiety, 

które wyglądają jak ona, 

NIE

 

JEŻDŻĄ

 

DO

 K

ONGO

. Proszę mi ją zabrać z oczu!

9. Nicole Kidman. Okay, i kim niby jest ta Nicole Kidman? Mam uwierzyć, że jest 

istotą ludzką? Bo moim zdaniem ona może być jedną z tych istot z obcej planety, 

które   wychodzą   z   ludzkich   skór   w   filmie  Kokon.  Pamiętacie?   Bo   Nicole 

promieniuje pięknem i światłem w taki sam sposób jak ci kosmici. Hej, może ona 

jest jedną z tych istot z kosmosu, na które czekają scjentolodzy, tych, które mają 

rzekomo po nas tu wrócić, żeby nas uratować (no cóż, a przynajmniej wszystkich 

swoich wyznawców scjentologów), zanim zniszczymy naszą planetę, nadmiernie 

eksploatując  jej  zasoby.   Może   to  dlatego  Tom   Cruise  się  z   nią  ożenił.  Nicole 

Kidman, phone home! Powiedz statkowi - matce, żeby się pospieszyli!

10. Penélope Cruz. Kolejna kosmitka! Chociaż nie jaśnieje aż tak jak Nicole, Penélope 

jest zdecydowanie za piękna, żeby być człowiekiem. Może to dlatego Tom Cruise 

tak długo się z nią spotykał! On 

MYŚLAŁ

, że ona może być kosmitka, jak Nicole, ale 

potem się okazało, że Penélope po prostu wygrała na loterii genowej i jest z natury 

taka prześliczna. Co się stanie, kiedy Tom Cruise odkryje, że Kate Holmes też nie 

jest kosmitka? Czy ją też porzuci? I

LE

 

ZOSTAŁO

 

JESZCZE

 

NIEZIEMSKO

 

PIĘKNYCH

 KOBIET, 

Z   KTÓRYMI   MÓGŁBY   SIĘ   OŻENIĆ/SPOTYKAĆ  T

OM

?  Dlaczego   statek   - 

matka   scjentologów   nie   pośpieszy   się   i   nie   wróci,   żeby  

JE

 

WSZYSTKIE

 

STĄD

 

ZA

-

BRAĆ

?????

Czwartek, 4 marca, francuski

Nieważne. To takie bezsensowne.

Odprężenie   -   każda   międzynarodowa   sytuacja,   w   której   wcześniej   wrogie   sobie 

narody,  ale nie zaangażowane w otwartą wojnę, „ocieplają” swoje stosunki i ich 

wzajemne groźby się zmniejszają.

Boże, byłoby cudownie, gdyby Lana chciała odprężenia.

background image

Czwartek, 4 marca, 

klatka schodowa trzeciego piętra

Okay, no więc ja tu jestem, a Lany nie ma.

Powiedziała: po lunchu. Jestem pewna, że tak właśnie powiedziała.

Teraz jest po lunchu.

N

O

 

WIĘC

 

GDZIE

 

ONA

 

JEST

???

Boże, jak ja 

NIENAWIDZĘ

 tego całego skradania się. T

AK

 

TRUDNO

 mi było pozbyć się tych 

ludzi. To znaczy nie Lilly, bo ona miała spotkanie z panią Martinez. Ale mam na myśli Tinę i 

Borisa,   i   Perin,   i   wszystkich.   Musiałam   im   powiedzieć,   że   idę   tu,   żeby   na   osobności 

zadzwonić sobie do Michaela.

A Tina zrozumiała to tak, że ja chcę zadzwonić do Michaela i powiedzieć mu, że nie 

jestem imprezową dziewczyną. Powtarzała co chwila: „Bądź dzielna, mała!”, aż wreszcie 

Shameeka zaczęła pytać: „Dziewczyny, o czym wy 

GADACIE

?”

Ale Tina  

MA

  rację. Muszę przestać okłamywać Michaela i powiedzieć mu prawdę. 

Tylko muszę wymyślić, jak mu to powiedzieć, żeby nie wydać swojego mrocznego sekretu - 

że nie jestem imprezową dziewczyną.

Ale 

JAK

??? Jak mam to zrobić? Można by pomyśleć, że taka notoryczna kłamczucha 

jak ja nie będzie miała trudności z wymyśleniem jakiejś wymówki, która pozwoliłaby mi się 

wykręcić z tego wszystkiego... Na przykład że muszę w ten weekend wziąć udział w jakiejś 

specjalnej książęcej uroczystości.

Szkoda, że żadna koronowana głowa ostatnio nie umarła. Jakiś królewski pogrzeb 

byłby idealną 

WYMÓWKĄ

.

A skoro nikt ostatnio nie wyciągnął nóg, to może jakiś... ŚLUB?

Taa!   Mogłabym   powiedzieć,   że   jedna   z   moich   kuzynek   z   rodu   Grimaldich   znów 

wychodzi za mąż i 

MUSZĘ

 pojechać na ten ślub. Michael na pewno by mi uwierzył, bo przecież 

nie czyta żadnych czasopism, które podają tego  typu wiadomości... Chyba że spróbuje to 

sprawdzić w Netszkapie.

Może po prostu wyślę mu SMS - a. Taa, zaraz mu napiszę SMS - a i powiem: „Sorki, 

muszę jechać na weekend do Genowii! Żałuję, ale obowiązek wzywa! Może następnym ra-

zem!”

Tyle że wziąwszy wszystko pod uwagę, chyba byłoby prościej, gdybym zwyczajnie 

przestała kłamać. Bo niedługo nie będę w stanie spamiętać wszystkich tych moich historyjek, 

pogubię się w nich i...

background image

K

TOŚ

 

IDZIE

!!!

T

O

 L

ANA

!!!

Czwartek, 4 marca, RZ

Okay. To było niesamowite.

A więc 

FAKTYCZNIE

 chodziło o pieniądze. A ściślej, o to, że ich nie mamy. To miała na 

myśli Lana, kiedy powiedziała, że wie.

A na koniec, w zamian za milczenie, chciała tylko, żebym ją zaprosiła na imprezę 

Grandmère. Tę ze zbieraniem funduszy dla genowiańskich hodowców oliwek.

Powaga.

Byłam  tak zaszokowana - wiecie, ja się naprawdę spodziewałam, że Lana poprosi 

mnie o coś, co mi skomplikuje życie o 

WIELE

 bardziej niż zwykłe zaproszenie na jakąś imprezę 

- że powiedziałam:

- Dlaczego miałabyś chcieć iść 

NA

 

TO

? Ty 

TEŻ

 chcesz poznać Boba Dylana?

Lana tylko popatrzyła na mnie jak na idiotkę (nic nowego) i odparła:

-   Och,   nie.   Ale   będzie   tam   Colin   Farrell.   Bierze   udział   w   przetargu   na   Irlandię. 

Wszyscy to wiedzą.

Wszyscy poza mną, jak widać.

Ale i tak udawałam, że wiem. Powiedziałam:

- Ach. Racja. Jasne. Taa. Okay.

A potem powiedziałam, że załatwię jej zaproszenie.

- D

WA

 zaproszenia - syknęła Lana, prawie tak samo jak Gollum syczał „mój ssskarbie” 

we Władcy Pierścieni. - Tri - sha też chce pójść. - Trisha Hayes jest największą popleczniczką 

Lany,   coś   jak   Igor   dla   doktora   Frankensteina.   -   Chociaż   jeśli   jej   się   wydaje,   że   to  

ONA

 

poderwie Farrella, to się chyba naćpała.

Nie komentowałam tej ewidentnej rysy na ich bezwarunkowej, siostrzanej, wzajemnej 

miłości. Zamiast tego powiedziałam:

- Och, taa, okay, dwa zaproszenia.

Ale wtedy, bo przecież nie potrafię utrzymać języka za zębami, dodałam:

- Ale, hm, jeśli nie pogniewasz się, że pytam... Skąd wiesz? No, o pieniądzach?

Znów się skrzywiła i powiedziała:

- Sprawdziłam w sieci, ile kosztowały te głupie pojemniki na „puszki i baletki”. A 

potem parę liczb do siebie dodałam. I wiedziałam, że musicie być bez grosza.

background image

Boże.   Lana   jest   jeszcze   bardziej   przebiegła,   niż   kiedykolwiek   mi   się   wydawało. 

Przebiegła 

ORAZ

 

O

 wiele lepsza z matematyki niż ja.

Może to ona 

POWINNA

 była zostać przewodniczącą.

W tym momencie należało się pożegnać. Zamiast tego musiałam powiedzieć:

- Aha, Lana. Mogę cię o coś zapytać?

A ona zmrużyła oczy:

- Co?

Nie mogłam uwierzyć w słowa, które wymknęły mi się z ust:

- Jak się, hm, imprezuje?

Na co Lana szeroko otworzyła wysmarowane błyszczykiem usta.

- Jak się co?

- No, wiesz - powiedziałam. - Imprezuje. Wiem, że ty chodzisz na wiele, hm, imprez. 

Więc tak się tylko zastanawiałam... Na przykład co się na nich 

ROBI

? W jaki sposób się, no, 

imprezuje?

Lana tylko potrząsnęła głową, a jej proste jak druty jasne włosy (ona nigdy nie musi 

się   martwić,   że   jej   włosy   będą   przypominały   znak   drogi   podporządkowanej),   zalśniły   w 

świetle jarzeniówek.

- Boże - powiedziała. - Ty jesteś kompletnie niedorozwinięta.

Ponieważ była to niezaprzeczalna prawda, nic nie odpowiedziałam.

Najwyraźniej to był właściwy ruch, bo Lana kontynuowała:

- Po prostu tam idziesz. I, oczywiście wyglądasz fantastycznie. A potem łapiesz jakieś 

piwo. Jeśli muzyka jest do przyjęcia, tańczysz. Jeśli jest tam jakiś fajny chłopak, podrywasz 

go. To wszystko.

Zastanowiłam się nad tym.

- Nie lubię piwa - powiedziałam.

Ale Lana mnie zignorowała.

- I ubierasz się w coś seksownego. - Przemknęła spojrzeniem od moich glanów aż po 

czubek głowy, a potem dodała: - Chociaż w twoim przypadku to może być niełatwe zadanie.

A potem odeszła zamaszystym krokiem.

To nie może być aż tak proste. To znaczy imprezowanie. Po prostu idziesz, pijesz, 

tańczysz i hm... podrywasz? Ta informacja w niczym mi nie pomaga. Co robisz, jeśli grają 

szybkie utwory? Czy powinnaś je tańczyć? Wyglądam, jakbym miała jakiś atak, kiedy usiłuję 

tańczyć szybko.

background image

I co powinnaś zrobić z tym całym piwem, kiedy tańczysz? Odstawiasz je na stolik do 

kawy czy co? Czy po prostu trzymasz je i tańczysz? A jeśli tańczysz szybko, to czy ono się 

nie rozleje?

I czy powinnaś przedstawić się wszystkim obecnym w pokoju? Grandmère upiera się, 

że na przyjęciach powinnam zadbać, żeby z każdym z gości przywitać się osobiście, uścisnąć 

mu rękę i zapytać o zdrowie. Lana nic o tym nie wspomniała.

Ani o ostatniej ważnej rzeczy: co powinnaś zrobić ze swoim ochroniarzem?

Boże. To całe imprezowanie jest jeszcze trudniejsze, niż mi się wydawało.

Czwartek, 4 marca, geometria

Właśnie przyszło mi do głowy coś okropnego. To znaczy jeszcze bardziej okropnego 

niż te rzeczy, które zwykle przychodzą mi do głowy, na przykład że Rocky może cierpieć na 

rozpad osobowości albo że to znamię na moim prawym biodrze mi rośnie i zamieni się w 

stukilogramowy guz, jak ten, który urósł takiej pani, którą widziałam w dokumentalnym fil-

mie na Discovery Channel Zdrowie pod tytułem Stukilowy guz.

A mianowicie to, że Lana być może osiągnęła już samorealizację.

Poważnie. No bo ten szantaż przed chwilką na klatce schodowej - przecież to było 

niemalże piękne. To było 

KLASYCZNE

.

I okay,  zrobiła to w sposób totalnie  pokrętny i manipulatorski. Ale dostała to, co 

postanowiła zdobyć.

Ona 

NIE

 

MOGŁA

 osiągnąć samorealizacji. Nie, to by było totalnie niesprawiedliwe.

Ale nie da się zaprzeczyć, że ona wie, jak zdobywać to, czego chce od życia. Podczas 

gdy ja tylko dryfuję, przez cały czas wszystkich okłamując i zdecydowanie 

NIE

 

DOSTAJĄC

 tego, 

czego pragnę.

Sama nie wiem. To znaczy, jasne, ona jest czystym, nieskażonym złem.

Ale trzeba by się nad tym zastanowić.

Przeciwległe kąty zewnętrzne - para kątów po zewnętrznej stronie dwóch prostych 

przeciętych sieczną, ale leżących po przeciwnych stronach siecznej.

Czwartek, 4 marca, geografia i środowisko

Przed chwilą Kenny zapytał mnie, czy przepiszę nasz raport z ćwiczeń lepkości. Bo 

cały zalał sosem Alfredo, kiedy wczoraj podczas kolacji uzupełniał odpowiedzi.

background image

To chyba niewielka cena za to, że nie muszę w sumie wiedzieć, co to jest ta lepkość.

P

RACA

 

DOMOWA

 

 

Godzina wychowawcza: nie dotyczy

WF: UPRAĆ SPODENKI GIMNASTYCZNE!!!

Ekonomia: pytania na końcu rozdziału 8

Angielski: strony 133 - 154, O, pionierzy!

Francuski: przepisać histoire

RZ: obciąć czarną aksamitną spódnicę do kolan na mikromini na 

imprezę. Z

NALEŹĆ

 

BERET

!!!!

Geometria: rozdział 17, zadania ze stron 224 - 230

Geografia: a kto by się przejmował? Kenny odrobi.

Czwartek, 4 marca, Wielka Sala Balowa,

hotel Plaza

Mnóstwo ludzi przyszło na przesłuchania do musicalu. No, naprawdę 

MNÓSTWO

.

Co jest dziwne, jeśli pamiętać, że nikt z Klubu Dramatycznego nawet nie może wziąć 

udziału w przesłuchaniach do Warkocza!, bo wszyscy są zajęci próbami do Hair.

Co znaczy, że wszyscy ci ludzie, którzy pojawili się tu dzisiaj, to albo teatralni neofici 

(co oznacza „początkującego albo świeżo nawróconego”, jak twierdzi Lilly), tak jak Lilly i 

Boris, i Ling Su, i Perin (ale nie ma Shameeki, bo ona dostała pozwolenie tylko na jedne 

zajęcia pozalekcyjne w semestrze).

Ale przyszedł też Kenny z paroma swoimi kumplami - naukowcami - geniuszkami. I 

Amber Cheeseman, która podwinęła rękawy szkolnego mundurka, żeby się chwalić gorylimi 

przedramionami.

Nawet Facet, Który Nie Cierpi, kiedy Dodają Kukurydzy do Chili się pokazał.

Och. Naprawdę nie wiedziałam, że w LiAE jest tylu aktorów z ambicjami.

Chociaż jak się nad tym zastanowić, aktorstwo to jedna z tych profesji, gdzie można 

zarobić   tonę  pieniędzy,   nie  mając  żadnej  prawdziwej   inteligencji   ani  talentu,   jak  to   nam 

dowiodło wiele gwiazd filmu.

Więc nawet można zrozumieć, czemu ta droga kariery pociąga tak wielu ludzi.

Grandmère   zdecydowała   się   przeprowadzić   to   tak,   jakby   to   było   prawdziwe 

przesłuchanie.   Kazała   swojej   pokojówce   porozdawać   wszystkim   wchodzącym   formularze 

background image

zgłoszeniowe. Mieliśmy je wypełnić, a potem stanąć i dać sobie zrobić zdjęcie polaroidem 

przez   szofera   Grandmère,   a   potem   podawać   zdjęcie   i   formularz   maleńkiemu,   strasznie 

staremu facetowi w wielkich okularach i z fularem na szyi. Staruszek siedzi za długim stołem 

ustawionym jak w tym wideoklipie Jennifer Lopez I'm Glad do filmu Flashdance - na środku 

sali. Grandmère zasiadła obok niego, ze swoim roztrzęsionym (mimo fioletowej zamszowej 

kurteczki lotniczej) miniaturowym pudlem Rommlem na kolanach.

Podeszłam do niej, wymachując swoim formularzem i torbą od Number One Noodle 

Son, w której wcześniej schowałam prezent dla niej.

- Ja tego nie wypełnię - poinformowałam ją, z rozmachem kładąc formularz na stole. - 

To twój prezent urodzinowy. Wszystkiego najlepszego.

Grandmère wzięła ode mnie torbę - w środku były pikowane atłasowe wieszaki na 

ubranie, zamówione specjalnie dla niej u Chanel (Nieważne. To tata podsunął mi ten pomysł - 

i zapłacił za nie) i powiedziała:

- Dziękuję. Proszę, siadaj, droga Amelio.

Wiedziałam, że ta „droga” Amelia to było tylko z myślą o facecie siedzącym obok 

niej, nie ze względu na mnie.

- W głowie mi się nie mieści, że to robisz - zaczęłam. - To znaczy... Czy naprawdę w 

taki sposób chcesz spędzić urodziny?

Grandmère tylko machnęła na mnie ręką.

- Kiedy będziesz w moim wieku, Amelio - powiedziała - wiek stanie się czymś bez 

znaczenia.

Och,   nieważne.   Ona   jest   po  

SZEŚĆDZIESIĄTCE

,  nie   po   dziewięćdziesiątce.   Zamiast 

atłasowych wieszaków powinnam była kupić jej jeden z tych T - shirtów, które widziałam 

dziś w mieście, takich z napisem: K

RÓLOWA

 S

CENY

 i logo D

AIRY

 Q

UEEN

.

Lilly pomachała do mnie, więc usiadłam z nią i z Tiną, i całą resztą. Lilly zaraz się 

odezwała:

- No więc o co tu chodzi, KG? Robię z tego relację dla „Atomu”, więc niech to lepiej 

będzie coś sensownego.

Lilly zawsze załapuje się na najlepsze zlecenia dla szkolnej gazety. Ja już totalnie 

spadłam do pisania okazjonalnych artykulików - na przykład o koncercie szkolnej orkiestry 

albo ostatnich nabytkach do biblioteki - bo jestem zbyt zajęta obowiązkami przewodniczącej i 

księżniczki, żeby regularnie pisać i dotrzymywać terminów.

- Sama nie wiem - powiedziałam. - Chyba dowiem się wtedy, kiedy i ty się dowiesz.

background image

-   Tak   nieoficjalnie   -   nalegała   Lilly.   -   No   dawaj.   Kto   to   jest   ten   mały   koleś   w 

okularach?

Ale zanim zdążyła zapytać mnie o coś jeszcze, Grandmère wstała - zrzucając biednego 

Rommla z kolan na posadzkę sali balowej, gdzie ślizgał się przez chwilę, zanim znalazł na 

gładkiej nawierzchni oparcie dla swoich łapek - i powiedziała zwodniczo łagodnym głosem 

(zwodniczo, bo Grandmère, oczywiście, nie jest łagodna):

- Witam. Dla tych, którzy mnie nie znają, jestem Clarissa, księżna wdowa z Genowii. 

Niezmiernie się cieszę, widząc, że dzisiaj tylu z was przybyło na przesłuchania. Nie wątpię, 

że   nasz   spektakl   okaże   się   dla   Liceum   imienia   Alberta   Einsteina   oraz   dla   świata   teatru 

ważnym, historycznym wydarzeniem. Ale zanim powiem na ten temat coś więcej, proszę mi 

pozwolić przedstawić, bez dalszych ceregieli, znanego na całym świecie reżysera teatralnego, 

señora Eduardo Fuentesa.

Señor Eduardo Fuentes! Nie! To niemożliwe!

A jednak... a jednak. To był ten najsłynniejszy reżyser, który tyle lat temu poprosił 

Grandmère, żeby pojechała z nim do Nowego Jorku i zagrała główną rolę na Broadwayu!

Wtedy musiał być jakoś po trzydziestce. Teraz ma chyba ze 

STO

 lat. Jest taki stary, że 

wygląda jak skrzyżowanie Larry'ego Kinga z rodzynką.

Señor Eduardo usiłował wstać z krzesła, ale był na to zbyt rachityczny i słaby, więc 

tylko   zdołał   unieść   się   nieco   ponad   siedzenie.   Grandmère   natychmiast   go   posadziła   nie-

cierpliwym pchnięciem, a potem ciągnęła swoje przemówienie. Prawie słyszałam, jak jego 

kruche kostki trzaskają pod naciskiem jej dłoni.

- Señor Eduardo Fuentes wyreżyserował niezliczoną liczbę sztuk i musicali dla wielu 

słynnych   światowych   scen,   włącznie   z   Broadwayem   i   londyńskim   West   Endem   -   poin-

formowała   nas   Grandmère.   -   Powinniście   wszyscy   czuć   się   niezwykle   zaszczyceni 

perspektywą pracy z tak znakomitym i szanowanym profesjonalistą.

-   Dziękuję   -   udało   się   wtrącić   señorowi   Eduardo   Fuentesowi.   Zamachał   dłońmi   i 

zamrugał oczyma oślepionymi jasnym światłem lejącym się z sufitu sali balowej. - Dziękuję 

bardzo,   bardzo.   To   wielka   dla   mnie   przyjemność   patrzeć   na   tyle   młodych   twarzy, 

rozjaśnionych ożywieniem i...

Ale   Grandmère   nie   miała   zamiaru   pozwalać   nikomu,   nawet   światowej   sławy 

reżyserowi po osiemdziesiątce, by skupiał uwagę na sobie.

-   Panie   i   panowie   -   przerwała   mu   -   weźmiecie   udział,   jak   powiedziałam,   w 

przesłuchaniu do premierowego spektaklu, który nigdzie jeszcze nie był wystawiany. Jeśli 

zostaniecie obsadzeni w tej sztuce, w gruncie rzeczy przejdziecie do historii. Niezmiernie się 

background image

cieszę, witając was tu dzisiaj, ponieważ musical, którego fragmenty będziecie czytać, został 

napisany prawie w całości - tu skromnie spuściła rzęsy - przeze mnie.

- Och, super - powiedziała Lilly, gorliwie bazgrząc w swoim reporterskim notatniku. - 

Słyszysz to, KG?

Owszem, słyszałam. Grandmère napisała  

SZTUKĘ

?  Sztukę, którą my mamy wystawić, 

żeby zebrać pieniądze na uroczystość rozdania matur LiAE?

Normalnie przepadłam. Przepadłam.

- Utwór ten - ciągnęła Grandmère, unosząc plik kartek, najwyraźniej scenariusz - jest 

dziełem całkowicie oryginalnym i, mówię to bez fałszywego wstydu, genialnym. Warkocz! to 

w   sumie   klasyczna   historia   miłosna,   opowiadająca   o   parze   młodych   ludzi,   którzy  muszą 

pokonać niezliczone trudności, aby być razem. Co sprawia, że Warkocz! jest jeszcze bardziej 

frapujący, to fakt, że został oparty na historycznych wydarzeniach. Wszystko, co dzieje się w 

tej sztuce,  

KIEDYŚ

 

RZECZYWIŚCIE

 

SIĘ

 

WYDARZYŁO

.  Tak!  Warkocz!  to historia niezwykłej młodej 

kobiety,  która, chociaż  spędziła  całe życie  jako prosta dziewczyna  z ludu, pewnego dnia 

została nieoczekiwanie przywódczynią. Tak, poproszono ją, aby objęła tron małego kraju, o 

jakim   zapewne   słyszeliście   -   Genowii.   A   imię   tej   dzielnej   kobiety?   Ależ   oczywiście,   to 

sama...

Nie. O mój Boże, nie. Na rany boskie, nie. Grandmère napisała sztukę o mnie. O 

MOIM

 

ŻYCIU

. J

A

 

SIĘ

 

ZABIJĘ

. J

A

 

SIĘ

...

- ...Rozagunda.

Zaraz. Co? R

OZAGUNDA

?

- Tak - ciągnęła Grandmère. - Rozagunda, prapraprapra - i tak dalej, babka naszej 

obecnej księżniczki, która w obliczu zagrożenia wykazała się niezwykłą odwagą i została za 

swoje wysiłki nagrodzona tronem kraju obecnie znanego jako Genowia.

O Mój Boże.

Grandmère napisała sztukę o życiu mojej przodkini Rozagundy.

CHCE

ŻEBY

 

MOJA

 

SZKOŁA

 

 

WYSTAWIŁA

.

T

AK

 

PUBLICZNIE

.

Warkocz! jest właściwie historią o miłości; Ale opowieść o wielkiej Rozagundzie to 

coś więcej niż zwykły romans. Ten utwór to... - Tu Grandmère przerwała, trochę dla drama-

tycznej pauzy, trochę po to, żeby popić wody ze szklanki stojącej przed nią na stole. Wody? A 

może czystej wódki? Nigdy się nie dowiemy. Chyba że podejdę tam i pociągnę sobie spory 

łyk. - ...

MUSICAL

.

O Mój Boże.

background image

Grandmère napisała 

MUSICAL

 

O

 życiu mojej przodkini Rozagundy.

Rzecz   w  tym,  że  ja uwielbiam  musicale.  Piękna   i  bestia  to  chyba   moje  ulubione 

przedstawienie broadwayowskie wszech czasów, a to przecież musical.

Musical o księciu, na którego rzucono czar, i zaczytanej w książkach piękności, która 

jednak nauczyła się go kochać.

N

IE

 

MÓWI

 

O

  feudalnym   podżegaczu   wojennym   i   dziewczynie,   która   go   udusiła   na 

śmierć.

Najwyraźniej   nie   byłam   jedyną   osobą,   która   zdała   sobie   z   tego   sprawę,   bo   Lilly 

podniosła szybko rękę i zawołała:

- Przepraszam?

Grandmère   zrobiła   zaskoczoną   minę.   Nie   przywykła,   żeby   jej   przerywać,   kiedy 

ciągnie jedną ze swoich mówek.

- Proszę zaczekać z pytaniami, aż skończę - rzekła Grandmère, nieco zmieszana.

- Wasza Wysokość! - Lilly nie zwracała na to uwagi. - Czy chce nam pani powiedzieć, 

że ta sztuka, Warkocz!, rzeczywiście opowiada historię prapraprapra... i tak dalej babki Mii, 

Rozagundy,   w   roku   568   zmuszonej   poślubić   wodza   Wizygotów   Alboina,   który   podbił 

Włochy na własność?

Grandmère najeżyła się jak Gruby Louie, kiedy skończy mi się Uczta Kurczakowo - 

Tuńczykowa w Kawałkach i muszę mu dać jedzenie o innym smaku, na przykład Podroby 

Indycze.

- Dokładnie to usiłuję wam wyjaśnić - powiedziała sztywno. - O ile pozwolicie mi 

mówić dalej.

- Taa - powiedziała Lilly. - Ale 

MUSICAL

? O kobiecie, którą zmuszono do małżeństwa z 

mężczyzną, który nie dość, że morduje jej ojca, to jeszcze w noc poślubną każe jej pić wino z 

czaszki zamordowanego ojczulka? A w rezultacie ona go zabija (to znaczy męża)? Nie uważa 

pani, że ten materiał jest nieco 

PRZYCIĘŻKI

 na musical?

- A ten musical,  którego akcja rozgrywa  się w bazie  wojskowej w czasie  drugiej 

wojny światowej. To nie jest 

PRZYCIĘŻKI

 temat? O ile pamiętam, nazywa się Południowy Pa-

cyfik. - Grandmère uniosła brwi. - A co z musicalem o wojnach wielkomiejskich gangów w 

Nowym Jorku w latach pięćdziesiątych? West Side Story, taki chyba nosi tytuł...

Wszyscy obecni na sali zaczęli szeptać - wszyscy poza señorem Eduardo Fuentesem, 

który chyba się zdrzemnął. Nigdy przedtem o tym nie pomyślałam, ale Grandmère miała w 

pewnym sensie rację. Mnóstwo musicali ma w sumie dość poważne tło, jeśli się nad tym 

background image

zastanowić. Cóż, gdyby się uprzeć, można by powiedzieć, że  Piękna i Bestia  opowiada o 

straszliwie zniekształconym potworze, który porywa i więzi młodą dziewczynę z ludu.

To   całkiem   w   stylu   Grandmère   zniszczyć   jedyną   opowieść,   którą   zawsze   całym 

sercem uwielbiałam.

- A może także - ciągnęła Grandmère ponad szeptami zebranych - może ten musical o 

ukrzyżowaniu pewnego człowieka z Galilei... Taki utwór pod tytułem  Jesus Christ Super-

star?

W całej sali balowej dały się słyszeć stłumione okrzyki zdziwienia. Grandmère dobiła 

przeciwnika i dobrze o tym wiedziała. Teraz jedli jej z ręki.

Wszyscy, poza Lilly.

- Przepraszam - odezwała się znów Lilly - ale kiedy dokładnie ten, hm, musical ma 

zostać wystawiony?

Dopiero wtedy Grandmère straciła nieco - zaledwie odrobinę - rezon.

-   Za   tydzień   od   dzisiaj   -   powiedziała   z   czymś,   co   mogę   określić   wyłącznie   jako 

udawany spokój.

- Ależ, Wasza Wysokość! - zawołała Lilly, przekrzykując szepty i okrzyki wszystkich 

zgromadzonych, pomijając señora Eduardo Fuentesa, który, oczywiście, nadal drzemał. – Nie 

może pani przecież oczekiwać, żeby obsada opracowała cały spektakl do przyszłego tygodnia. 

My   chodzimy   do   szkoły   -   mamy   lekcje   do   odrabiania.   Ja   osobiście   jestem   redaktorką 

szkolnego magazynu literackiego, którego pierwszy numer zamierzam wydać w przyszłym 

tygodniu. Nie mogę zrobić tego wszystkiego 

ORAZ

 nauczyć się na pamięć całej sztuki.

- Musicalu - szepnęła Tina.

- Musicalu - poprawiła się Lilly. - To znaczy... jeśli dostanę rolę. To jest... to jest 

NIEMOŻLIWE

!

-   Nic   nie   jest   niemożliwe   -   zapewniła   nas   Grandmère.   -   Czy   potraficie   sobie 

wyobrazić, co by się stało, gdyby nieżyjący już John F. Kennedy uznał, że to niemożliwe, 

żeby   człowiek   postawił   stopę   na   Księżycu?   Albo   gdyby   Gorbaczow   powiedział,   że 

niemożliwe jest zburzenie muru berlińskiego? Albo kiedy mój mąż nieboszczyk w ostatniej 

chwili doprosił króla Hiszpanii i dziesięciu jego partnerów do gry w golfa na uroczysty obiad. 

Czy ja powiedziałam: „niemożliwe”? Przecież to by wywołało międzynarodowy skandal! Ale 

słowa „niemożliwe” w moim słowniku nie ma. Kazałam kamerdynerowi wyłożyć  jeszcze 

jedenaście   nakryć,   kucharzowi   rozwodnić   zupę,   a   mistrzowi   piekarskiemu   ubić   jeszcze 

jedenaście sufletów. I obiad był tak wielkim sukcesem, że król i jego przyjaciele zostali na 

background image

kolejne trzy dni, i przy stołach do bakarata przegrali setki tysięcy dolarów, które poszły na 

dofinansowanie biednych głodujących sierot Genowii.

Nie   mam   pojęcia,   co   ta   Grandmère   wygaduje.   W   Genowii   nie   ma   żadnych 

głodujących sierot. W czasie panowania mojego dziadka też ich nie było. Ale nieważne.

- I czy ja już wspominałam - Grandmère rozgląda się po sali balowej, wypatrując 

wdzięczniejszych słuchaczy - że za udział w przedstawieniu dostaniecie dodatkowe stopnie z 

angielskiego? Już to załatwiłam z waszą dyrektorką.

Szepty,   które   przybrały   już   wątpiący   ton,   nagle   rozbrzmiały   nowym   ożywieniem. 

Amber Cheeseman,  choć już podnosiła się do wyjścia  - najwyraźniej  ze względu na ko-

nieczność pamięciowego opanowania roli w tak krótkim czasie - zawahała się, zawróciła i 

znów usiadła na swoim miejscu.

- Ślicznie - powiedziała Grandmère, wręcz promieniejąc na ten widok. - A zatem... 

Może zaczniemy przesłuchania?

- Musical o kobiecie, która dusi mordercę swojego ojca własnymi włosami - mruczała 

pod nosem Lilly, bazgrząc w notatniku. - No to teraz już nic mnie nie zaskoczy.

Nie   była   jedyną   osobą   wytrąconą   z   równowagi.   Señor   Eduardo   też   miał   mocno 

niepewną minę.

Ach nie, zaraz. On sobie tylko poprawiał maseczkę tlenową.

- Najważniejsze są oczywiście  dwie role, Rozagundy i złego  wodza, którego dusi 

włosami, Alboina - wyjaśniła Grandmère. - Ale pozostają jeszcze role ojca Rozagundy, jej 

pokojówki,   króla   Włoch,   zazdrosnej   kochanki   Alboina   i   dzielnego   kochanka   Rozagundy, 

kowalczyka Gustawa.

Zaraz.  Rozagunda  miała  kochanka? Jak to się stało, że żadna z książek o historii 

Genowii, które czytałam, nie wspomina o tym?

I gdzie on się podziewał, kiedy jego dziewczyna zabijała jednego z najbrutalniejszych 

socjopatów, jacy kiedykolwiek chodzili po tej ziemi?

- A więc, bez dalszej zwłoki - zawołała Grandmère - zacznijmy przesłuchania!

Podniosła ze stołu dwa zgłoszenia z doczepionymi zdjęciami, nawet nie patrząc na 

señora Eduarda, który leciutko pochrapywał.

-   Czy   mogę   prosić   na   scenę   Kennetha   Schowaltera   i   Amber   Cheeseman?   - 

powiedziała.

Tyle   że,   oczywiście,   nie   było   tam   żadnej   sceny,   więc   na   moment   zapanowało 

zamieszanie, zanim Kenny i Amber zorientowali się, gdzie mają stanąć. Grandmère wskazała 

background image

im miejsce przed długim stołem, za którym drzemał señor Eduardo, a Rommel lizał sobie 

intymne miejsca.

- Gustaw - powiedziała, podając Kenny'emu kartkę. A potem: - Rozagunda. - Podała 

kartkę Amber.

- A teraz - oświadczyła Grandmère - próba!

Lilly obok mnie trzęsła się i usiłowała nie roześmiać głośno. Nie wiem, co ją tak 

rozśmieszyło w tej całej sytuacji.

Chociaż   w   pewnym   sensie   zrozumiałam,   czemu   się   śmieje,   kiedy   Kenny   zaczął 

mówić:

- Nie trwóż się, Rozagundo! Albowiem choć dziś w nocy oddasz mu swe ciało, wiem, 

że twe serce moje zawsze będzie.

A już 

NAPRAWDĘ

 zrozumiałam, dlaczego Lilly się śmieje, kiedy zaczęła się muzyczna 

część przesłuchania i Kenny został poproszony o odśpiewanie wybranej przez siebie piosenki 

-   jakiś   facet   akompaniował   na   fortepianie   ustawionym   w   rogu   sali   -   i   zdecydował   się 

zaśpiewać Baby Got Bock Sir Mix - a - lot. Jakoś tak zaśpiewał to: „Trzęś, trzęś, trzęś tym 

zdrowym tyłkiem, mała”, że łzy śmiechu popłynęły mi po twarzy (chociaż musiałam to robić 

bardzo cichutko, żeby nikt nie zauważył).

Zrobiło się jeszcze gorzej, kiedy Grandmère powiedziała:

- Och, dziękujemy bardzo, młody człowieku.

Bo przyszła kolej na Amber, która wybrała sobie piosenkę Celine Dion My Heart Will 

Go On  z  Titanica,  piosenkę, do której  Lilly ułożyła  taki  taniec,  który pokazuje palcami, 

oparty na „wodnym tańcu” z hotelu Bellagio w Las Vegas, gdzie wykonywany jest niemal co 

godzinę   w   tej   wielkiej   fontannie   przed   wejściem   do   hotelu   dla   rozrywki   turystów,   spa-

cerujących wzdłuż Strip.

Śmiałam   się   tak   bardzo   (chociaż   cicho),   że   nawet   nie   słyszałam,   jak   Grandmère 

wywołała nazwisko kolejnej kandydatki do roli Rozagundy.

A przynajmniej dopóki Lilly nie trąciła mnie jednym z tańczących palców.

- Amelia Thermopolis Renaldo, proszę bardzo! - powtórzyła Grandmère.

- Wszystko fajnie, Grandmère - zawołałam, nie ruszając się z miejsca - ale ja nie 

oddałam zgłoszenia. Pamiętasz?

Grandmère spojrzała na mnie złym okiem, a wszyscy inni wstrzymali oddech.

- No to po co tu siedzisz? - spytała lodowatym tonem. - Jeśli nie masz zamiaru brać 

udziału w przesłuchaniu?

background image

Och, bo od półtora roku spotykam się z tobą codziennie w hotelu Plaza po lekcjach, 

pamiętasz?

Ale zamiast tego odparłam:

- Jestem tu, żeby kibicować przyjaciołom.

Na co Grandmère powiedziała tylko:

- Nie strój sobie ze mnie żartów, Amelio. Ja nie mam na to cierpliwości ani czasu. 

Wstawaj. Już.

Powiedziała to swoim najbardziej książęco - wdowim głosem - głosem, który świetnie 

znam. To ten sam głos, którego używa na moment przed wyciągnięciem jakiejś totalnie że-

nującej  historii  z mojego  dzieciństwa,  żeby mnie  publicznie  upokorzyć  - opowiadając na 

przykład, jak uderzyłam klatką piersiową o boczne lusterko limuzyny,  kiedy jeździłam na 

rolkach   na   podjeździe   pod   jej  chateau,  Miragnac,   a   potem   zauważyłam,   że   jakoś   tak 

opuchłam i pokazałam to tacie, a tata powiedział: „Och, Mia, to chyba nie jest opuchlizna. 

Chyba zaczyna ci rosnąć biust”, a Grandmère przez całą resztę mojego pobytu u niej każdemu 

opowiadała, że jej wnuczka wzięła własny biust za obrzmienia po uderzeniu.

Cóż, jak się nad tym  zastanowić, nie była  to wcale aż tak  

WIELKA

  pomyłka,  skoro 

dzisiaj nie jest o wiele większy niż wtedy.

Ale totalnie widziałam, że wywali tę historię przy wszystkich, jeśli nie zrobię tego, co 

mi kazała.

-   Dobra   -   powiedziałam   przez   zaciśnięte   zęby   i   wstałam,   a   w   tej   samej   chwili 

Grandmère wywołała nazwisko kolejnego faceta, którego chciała posłuchać.

I tak się stało, że tym facetem był John Paul Reynolds - Abernathy Czwarty.

Który wstał i okazał się...

...Facetem, Który Nie Cierpi, kiedy Dodają Kukurydzy do Chili.

Czwartek, 4 marca,

w limuzynie w drodze do domu

Oczywiście,   ona   wszystkiemu   zaprzecza.   To   znaczy   Grandmère.   Temu,   że   chce 

wystawić tę sztukę - przepraszam, 

MUSICAL

 - żeby podlizać się Johnowi Paulowi Reynoldsowi 

- Abernathy'emu Trzeciemu, obsadzając jego synka w głównej roli.

Ale czy jest jakieś inne wyjaśnienie? Czy ja 

NAPRAWDĘ

 mam uwierzyć, że ona robi to 

po to, żeby pomóc mi wybrnąć z mojego małego finansowego kłopotu?

Taa. Jasne.

background image

Kiedy przesłuchania się skończyły, totalnie ją z tym skonfrontowałam.

- A jak to ja cię niby tym razem wprawiam w zażenowanie, Amelio? - chciała się 

dowiedzieć, kiedy wszyscy już poszli i zostałyśmy tylko ja i ona, Lars i reszta jej personelu - 

no i señor Eduardo, oczywiście, i Rommel. Ale oni obaj spali. Trudno było powiedzieć, który 

chrapał głośniej.

- Bo masz zamiar dać - o mało go nie nazwałam Facetem, Który Nie Cierpi, kiedy 

Dodają Kukurydzy do Chili - Johnowi Paulowi Reynoldsowi - Abernathy'emu Czwartemu 

główną rolę w twojej sztuce tylko po to, żeby jego tata poczuł się wobec ciebie zobowiązany i 

może   odstąpił   od   przetargu   na   tę   sztuczną   wyspę   Genowię!   Ja  

WIEM

,  co   ty   knujesz, 

Grandmère.   W   tym   semestrze   uczę   się   ekonomii,   więc   wiem   wszystko   o   niedostatku   i 

użyteczności. Przyznaj się!

Warkocz! to musical, nie sztuka - tylko tyle odpowiedziała mi na to Grandmère.

Ale  

NIE

 

MUSIAŁA

  mówić nic więcej. Samo jej milczenie jest już przyznaniem się do 

winy! John Paul Reynolds - Abernathy Czwarty jest wykorzystywany!

Oczywiście, on nic o tym nie wiedział. A jeśli nawet wiedział, to mu to niespecjalnie 

przeszkadzało. Dziwne, ale pomijając awersję do kukurydzy, Facet, Który Nie Cierpi, kiedy 

Dodają Kukurydzy do Chili, jest całkiem pogodny. „J.P.” - poprosił Grandmère, żeby tak go 

nazywała - jest prawie przerażająco wielki (trochę podobny do ochroniarza granego przez 

Adama   Baldwina   (który   wcale   nie   jest   krewnym   Aleca),   ma   przynajmniej   z   metr 

osiemdziesiąt pięć. Jego miękkie brunatne włosy wyglądają na o wiele mniej zmierzwione i o 

wiele   bardziej   błyszczące,   kiedy   nie   patrzy   się   na   nie   w   zdecydowanie   niekorzystnym 

oświetleniu stołówki.

A z bliska, jak się okazuje, J.P. ma też zadziwiająco niebieskie oczy.

Zobaczyłam je - oczy J.P. - z bliska, bo Grandmère kazała nam przerobić scenę, w 

której Rozagunda właśnie udusiła Alboina i zaczyna od tego świrować, a Gustaw wpada do 

sypialni,   śpiesząc   na   pomoc   swojej   ukochanej,   nie   chcąc,   żeby   zniewolił   ją   jej   świeżo 

poślubiony małżonek, ale nie zdając sobie sprawy, że:

a) już upiła faceta do nieprzytomności, więc w ogóle nie mógłby jej zniewolić, i

b) zabiła go, kiedy zasnął, opity tą całą genowiańską grappą.

No cóż. Lepiej późno niż wcale.

Nie  mam  pojęcia,  dlaczego  Grandmère  kazała  mi  brać  udział  w  tej   farsie  zwanej 

przesłuchaniem, skoro i tak widać wyraźnie, że ma zamiar obsadzić J.P. jako Gustawa - tylko 

po to, żeby udobruchać jego ojca. Chociaż, szczerze mówiąc, J.P. był naprawdę dobry, w 

aktorstwie  

ORAZ

 

W

  śpiewie (wykonał totalnie prześmieszną interpretację  The Safety Dance 

background image

Men Without Hats). I że obsadzi Lilly jako Rozagundę. No bo Lilly była  zdecydowanie 

najlepsza   wśród   dziewczyn   (jej   wersja  Bad   Boyfriend  Garbage   powaliła   wszystkich   na 

kolana)   i  ma   najwięcej  doświadczenia  w  całym  tym   występowaniu,  ze   względu  na  swój 

program telewizyjny i tak dalej.

Poza tym świetnie zabiła Alboina - co jest całkowicie zrozumiałe, bo jeśli jest w LiAE 

ktoś, kto byłby zdolny udusić człowieka warkoczem, to na pewno jest to Lilly. Och, i może 

Amber Cheeseman.

Ale   przez   cały   czas   mojego   przesłuchania   Grandmère   się   darła:   „Mów   wyraźnie, 

Amelio!” albo: „Nie odwracaj się plecami do widowni, Amelio! Twoje pośladki nie są tak 

wymowne   jak  twarz!”   (Co   wywołało   atak   zduszonych   śmiechów   z   tej   strony  sali,   gdzie 

siedzieli moi przyjaciele).

I  

WCALE

  nie   zrobiło   na   niej   wrażenia   moje   wykonanie  Barbie   Girl  Aquy   (a   już 

zwłaszcza refren: C'mon Barbie/Let's go party, który w gruncie rzeczy jest mocno ironiczny, 

biorąc pod uwagę moją kompletną niezdolność do tego. To znaczy do imprezowania).

Naprawdę o co w  

TYM

 

WSZYSTKIM

  chodzi? Przecież ona i tak nie ma zamiaru mnie 

obsadzić, więc po co te krzyki? Zresztą co ja w ogóle wiem o aktorstwie? Poza tym małym 

epizodem, kiedy grałam mysz w  Lwie i Myszy  w czwartej klasie podstawówki, raczej nie 

jestem osobą, którą można by nazwać doświadczoną w sztukach dramatycznych.

To była totalna ulga, kiedy Grandmère wreszcie pozwoliła mi usiąść.

A potem, kiedy wracaliśmy na nasze miejsca, J.P. powiedział do mnie:

- Hej, to było śmieszne, nie?

JA

 

MU

 

NIE

 

ODPOWIEDZIAŁAM

 

ANI

 

SŁOWEM

!!!

B

O

 

TAKA

 

BYŁAM

 

ZASKOCZONA

!!!!!!!

Bo dla mnie J.P. jest Facetem, Który Nie Cierpi, kiedy Dodają Kukurydzy do Chili. 

Nie jest żadnym Johnem Paulem Reynoldsem - Abernathym Czwartym.  Facet, Który Nie 

Cierpi, kiedy Dodają Kukurydzy do Chili nie ma  

NAZWISKA

.  On jest po prostu... Facetem, 

Który Nie Cierpi, kiedy Dodają Kukurydzy do Chili. Facetem,  o którym  napisałam  opo-

wiadanie. Opowiadanie odrzucone przez magazyn „Sixteen”. Opowiadanie, które pewnego 

dnia chciałabym przerobić na powieść.

Opowiadanie, pod koniec którego Facet, Który Nie Cierpi, kiedy Dodają Kukurydzy 

do Chili rzuca się pod pociąg metra.

Jak ja mam rozmawiać z facetem, który rzuca się pod metro - nawet jeśli 

BYŁA

 to tylko 

moja fikcja literacka?

background image

Co gorsza, wychodząc po przesłuchaniach, Tina (With You Jessiki Simpson) odezwała 

się:

- Hej, wiesz co? Ten Facet, Który Nie Cierpi, kiedy Dodają Kukurydzy do Chili jest w 

sumie niezły. Jeśli akurat nie świruje przy kukurydzy.

- Taa - zgodziła się Lilly. - Rzeczywiście. Jest niezły.

Czekałam,   aż   Lilly   doda   coś   w   rodzaju:   „Szkoda,  że   jest  takim   dziwadłem”   albo 

„Gdyby nie ta cała kukurydza”. Ale ona tego nie zrobiła. N

IE

 

ZROBIŁA

 

TEGO

.

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Moje przyjaciółki uważają, że Facet, Który Nie Cierpi, kiedy Dodają Kukurydzy do 

Chili jest niezły! Facet, którego ja 

ZABIŁAM

 w swoim opowiadaniu!

I to wszystko wina Grandmère. Gdyby nie wbiła sobie do głowy, żeby kupić tę głupią 

sztuczną wyspę, nigdy by jej nie wpadło na myśl, żeby napisać musical - a co dopiero go wy-

stawiać na scenie - dla mojej szkoły, a ja nigdy bym nie poznała Faceta Który Nie Cierpi, 

kiedy Dodają Kukurydzy do Chili, nie mówiąc już o odkryciu, że przezywają go J.P., i że w 

przeciwieństwie do postaci z mojego opowiadania 

NIE

 

JEST

 samotnikiem - egzystencjalistą, ale 

w sumie całkiem fajnym facetem, który nieźle śpiewa i którego moje przyjaciółki uznały za 

całkiem interesującego (i mają rację, rzeczywiście taki jest).

Boże, jak ja jej nienawidzę.

No cóż, fakt, źle jest nienawidzić ludzi.

Ale ja jej nie kocham, ujmijmy to w ten sposób. W sumie, na liście ludzi, których 

kocham, Grandmère nie znajduje się nawet w pierwszej piątce.

CI, 

KTÓRYCH

 

KOCHAM

,

PO

 

KOLEI

ZALEŻNIE

 

OD

 

TEGO

JAK

 

MOCNO

 

ICH

 

KOCHAM

1. Gruby Louie

2. Rocky

3. Michael

4. Moja mama

5. Mój tata

6. Lars

7. Lilly

8. Tina

9. Shameeka/Ling Su/Perin

background image

10. Pan G.

11. Pavlov, pies Michaela

12. Państwo doktorostwo Moscovitz

13. Młodsze rodzeństwo Tiny

14. Pani Holland, moja nauczycielka wychowania obywatelskiego z zeszłego półrocza

15. Buffy, postrach wampirów

16. Ronnie, nasza sąsiadka z przeciwka

17. Boris Pelkowski

18. Dyrektor Gupta

19. Rommel, pies Grandmère

20. Kevin Bacon

21 000. Pani Martinez

22 000. Odźwierny w hotelu Plaza, który kiedyś nie chciał mnie wpuścić do środka, 

bo nie byłam wystarczająco elegancko ubrana.

23 000. Trisha Hayes

24 000 000. Lana Weinberger

25 000 000 000. Grandmère

I wcale się tego nie wstydzę. S

AMA

 sobie na to zasłużyła.

Czwartek, 4 marca, poddasze

Zgadnijcie, co dzisiaj zrobił na kolację pan G.?

Och, tak. Chili.

Nie było w nim kukurydzy, ale zawsze.

Może 

TO

 

JA

 powinnam rzucić się pod pociąg metra.

Czwartek, 4 marca, poddasze

Wiedziałam, że zostanę zarzucona e - mailami w tej samej chwili, w której włączę 

komputer. I miałam rację.

Od Lilly:

W

OMYN

R

ULE

: Czy twoja babka w ogóle zdaje sobie sprawę, że temat tej jej sztuczyny 

praktycznie nie nadaje się dla widzów poniżej osiemnastego roku życia? Jest tam próba 

gwałtu, nieumiarkowane spożywanie alkoholu, morderstwo, sceny przemocy - chyba jedyne, 

czego  

NIE

 

MA

,  to przekleństwa,  a to tylko dlatego że akcja toczy się w roku 568. I czy ty 

background image

zauważyłaś,  jak   fałszowała   Amber  Cheeseman?  Totalnie  pobiłam   ją  na  łopatki.   Jeśli  nie 

dostanę roli Rozagundy, to będzie parodia sprawiedliwości. Zostałam 

STWORZONA

 do tej roli.

Od Tiny:

I

LUVROMANCE

: Fajnie było dzisiaj! Naprawdę chciałabym dostać rolę Rozagundy. Wiem, 

że jej nie dostanę, bo Lilly tak dobrze wypadła na przesłuchaniu, że tę rolę na pewno ma w 

kieszeni.   Ale   tak   fajnie   byłoby   zagrać   księżniczkę.   Wiem,   dla   ciebie   to   nic,   bo   ty   w 

prawdziwym życiu grasz rolę księżniczki i tak dalej. Ale dla kogoś takiego jak ja. Wiem, że 

Lilly ją dostanie. Mam tylko nadzieję, że nie dostanę roli kochanki Alboina. Nie chciałabym 

grać jakiejś kochanki. Poza tym mój tata chybaby się nie zgodził.

Od Ling Su:

P

AINTURGIRL

: Okay, ja widzę, że Lilly dostanie rolę Rozagundy, ale jeśli przypadnie mi 

rola   kochanki,   to   chyba   będę   krzyczeć!   Azjatyckie   aktorki   zawsze   muszą   odgrywać 

seksualne niewolnice. Albo, co gorsza, zwyczajne służące... jak ta pokojówka Rozagundy. 

Przydzielanie   ról   według   kryteriów   rasowych   jest   nie   fair!   Kategorycznie   się   na   to   nie 

zgadzam. Mam nadzieję, że nie uważasz mojej interpretacji Hollaback Girl Gwen Stefani za 

zbyt wojowniczą. Poza tym, czy twojej babce potrzebna będzie pomoc przy scenografii? Bo 

ja totalnie dobrze maluję zamki i inne takie.

Od Perin:

I

NOIGO

G

RL

F

AN

:  Ale   dzisiaj   było   super!  Chociaż   nie  wypadłam   za  dobrze.   Byłam   po 

prostu   zbyt   zaskoczona.   Wiesz,   kiedy   twoja   Grandmère   kazała   mi   czytać   rolę   Gustawa 

zamiast Rozagundy. Zwłaszcza po tym jak zaśpiewałam  Nas nie dogoniat  Tatu. Ale to na 

pewno dlatego, że na przesłuchanie zgłosiło się o wiele więcej dziewczyn niż chłopaków. 

Chyba nie sądzisz, że ona mnie uważa za chłopaka, prawda???

Od Borisa:

J

OSH

B

ELL

2: Mia, jak sądzisz, czy twoja babka zgodziłaby się dodać do musicalu scenę, 

w której Gustaw wyjmuje skrzypce i gra serenadę pod oknem Rozagundy? Bo ja naprawdę 

uważam, że to by dodało przedstawieniu pewnej emocjonalnej głębi, gdyby tak się zdarzyło, 

że to ja zagram Gustawa. Jeśli chodzi o historyczne realia, to rebec,  instrument, z którego 

wywodzą się skrzypce, znany był już pięć tysięcy lat przed naszą erą. ja wiem, że She Will 

Be Loved Maroon 5's nie było najbardziej udanym wyborem, ale Tina powiedziała, że twojej 

babce nie spodoba się jedyna inna piosenka, jaką pamiętam, to znaczy Eminema Cleaning 

Out My Closet.

Od Kenny'ego:

C

ZERW

K

ARZEŁ

:  Mia, zmartwiła mnie sugestia twojej babki, kiedy wracałem na swoje 

miejsce po przesłuchaniu, że ktokolwiek zagra rolę Gustawa kowalczyka, powinien mieć na 

twarzy nieco zarostu. To zabrzmiało prawie tak, jakby dawała do zrozumienia, że ja zarostu 

background image

nie posiadam, podczas gdy ja 

NAPRAWDĘ

 mam zarost, tyle że bardzo jasny. Mam nadzieję, że 

twoja babka nie będzie się kierowała uprzedzeniami wobec blondynów.

Od Shameeki:

B

EYONCE

_

TO

_J

A

:  Wszyscy   mówią   wyłącznie   o   tych   dzisiejszych   przesłuchaniach! 

Wygląda na to, że Lilly dostanie główną rolę (a to mi nowina). Szkoda, że nie mogłam tam 

być. Czy to prawda, że był tam Facet, Który Nie Cierpi, kiedy Dodają Kukurydzy do Chili????

Poważnie. Jakby zapomnieli, że mają jeszcze jakieś inne zmartwienia poza tym, kto 

dostanie role Gustawa i Rozagundy.

Na przykład że nadal jesteśmy spłukani.

Chyba to dla nich nie jest takie ważne, bo to nie oni przewodniczą samorządowi.

Jedną rzecz powiem na temat  sztuki napisanej przez Grandmère: nie mogła  lepiej 

wybrać tematu. Ta historia doskonale ukazuje problemy koronowanych głów, a mianowicie, 

że kiedy przychodzi do podejmowania decyzji o randze państwowej, człowiek jest całkiem 

sam.   Tak   jak   Rozagunda   w   tej   sypialni   tysiąc   pięćset   lat   temu.   Tak   jak   ja   teraz.   I   cała 

odpowiedzialność spada na mnie.

To wszystko za dużo dla jednej samotnej nastolatki. Potrzebuję, żeby mi ktoś pomógł, 

żeby mi  ktoś  powiedział,  co  należy zrobić.  Czy powinnam po prostu wyjaśnić  sprawę  z 

Amber, zwierzyć się jej i od razu ponieść karę?

Czy może jest jakaś szansa, że uda mi się zdobyć pieniądze, zanim ona się połapie?

W takich chwilach zdaję sobie sprawę, jak w gruncie rzeczy niedostateczny jest mój 

system rodzinnego wsparcia. No bo, ja nie mogę zwrócić się o radę w tej sprawie do mojej 

matki.   To   ona   jest   odpowiedzialna   za   to,   że   co   najmniej   raz   na   miesiąc   wyłączają   nam 

kablówkę, bo ona zapomina zapłacić rachunek - a przynajmniej tak było, póki pan G. się nie 

wprowadził.

I nie mogę zwrócić się do taty. Jeśli odkryje, że totalnie zawaliłam sprawę budżetu 

SZKOLNEGO

, nie będzie jakoś specjalnie zachwycony perspektywą przekazania mi budżetu 

PAŃ

-

STWOWEGO

.  Ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebuję, to seria wykładów mojego taty na temat 

racjonalnego planowania komunalnego.

Już powiedziałam Grandmère i sami widzicie, co dobrego z tego wynikło. Do kogo 

jeszcze mogłabym się zwrócić, poza Michaelem, naturalnie?

A wszyscy wiemy, jak bardzo pomocny 

ON

 się okazał w tej sprawie.

Skoro mowa o Michaelu, to jedyny dzisiejszy e - mail, który nie dotyczył przesłuchań 

do Warkocza!,  był właśnie od niego. A to też tylko dlatego, że on już nie chodzi do LiAE, 

więc nie ma pojęcia o tym, co się tam dzieje:

background image

S

KINNER

B

X

:  Hej, Thermopolis! jak leci? Zastanawiałem się, czy nie miałabyś ochoty 

wpaść  jutro na maraton filmów SF.  Muszę kilka  obejrzeć,  żeby się przygotować  do tych 

dodatkowych   zajęć   z  historii   dystopii   w   filmach   SF,   a   skoro   w   sobotę   wieczorem   mamy 

imprezę, to pomyślałem, że powinienem je obejrzeć, póki jest jeszcze trochę czasu. Chcesz 

posiedzieć ze mną?

Oczywiście,   byłoby   to   bardzo   niewłaściwe,   gdybym   powiedziała   to,   co  

CHCIAŁAM

 

powiedzieć, a mianowicie: „Michael, kocham cię nad życie, żyję tylko dla ciebie, tylko dzięki 

tobie zachowuję zdrowe zmysły w tych huraganach codzienności i nic nie sprawi mi większej 

przyjemności niż obejrzenie z tobą jutro wieczorem paru filmików o dystopii w SF”.

Bo trochę głupio mówić takie rzeczy w e - mailach.

Ale tak właśnie myślałam.

G

R

L

OUIE

: Bardzo chętnie.

S

KINNER

B

X

: Świetnie. Możemy coś zamówić z Number One Noodle Son.

G

R

L

OUIE

: A ja mogę zrobić jakiś dip.

S

KINNER

B

X

: Dip? A po co?

G

R

L

OUIE

: Na imprezę! Czy na imprezach nie serwuje się dipów?

S

KINNER

B

X

: Och. Taa. Ale ja po prostu myślałem, że zamówię coś w 

sobotę po południu.

Wyjechałam z tym dipem tylko po to, żeby okazać entuzjazm dla imprezy Michaela, 

ale widać mój plan kompletnie spalił na panewce. Nie poddawałam się jednak, bo nie mogłam 

pozwolić, by Michael się domyślił, że 

WCALE

 nie jestem tą imprezą zachwycona.

G

R

L

OUIE

:  Dip   domowej   roboty   to   zawsze   coś   lepszego.   Mogę   go 

zrobić   i   zostawić   u   ciebie   na   noc   w   lodówce,   żeby   się   dobrze 
przegryzł. Tak się cieszę na tę imprezę.

S

KINNER

B

X

:  Ach. Okay. Jak sobie tylko życzysz. To do zobaczenia 

jutro wieczorem.

G

R

L

OUIE

: Nie mogę się doczekać!

Chociaż,  prawdę mówiąc,  

MOGĘ

...  i na imprezę,  i na te filmy SF. Bo filmy,  które 

Michael musi oglądać na te zajęcia, to 

PRAWDZIWY

 koszmar. Dajcie spokój, Zielona pożywka? 

Przepraszam, ale to obrzydlistwo.

Poza tym wiele z tych filmów zawiera naprawdę przerażające sceny, a przerażające 

filmy już mi kompletnie pogięły psychikę. Poważnie. Moim zdaniem przerażające filmy są 

odpowiedzialne za połowę, jeśli nie więcej, mojej nerwicy.

J

AK

 

MNIE

 

POGIĘŁY

 

PRZERAŻAJĄCE

 

FILMY

background image

1. Nie mogę znieść krzeseł odsuniętych od stołu, bo przypominają mi Ducha i muszę 

je z powrotem przysuwać. To samo z wysuniętymi szufladami.

2. Nie mogę patrzeć na te czerwono - białe kominy fabryczne po przeciwnej stronie 

FDR, żeby nie pomyśleć o biednym Melu Gibsonie w Teorii spisku.

3. Nie mogę przejść przez żaden most, żeby nie myśleć o  Przepowiedni.  To samo 

dotyczy widoku fabryk chemicznych.

4. Po obejrzeniu Blair Witch Project, nie mogę już:

a) chodzić do lasu,

b) obozować na świeżym powietrzu,

c) wchodzić do ciemnych piwnic.

Nie mówię, że kiedykolwiek robiłam coś z tych rzeczy. Ale teraz 

NAPRAWDĘ

 nie mogę.

5. Przez długi czas nie mogłam oglądać telewizji, żeby nie wyobrażać sobie, że z 

telewizora wyjdzie ta dziewczyna i zabije mnie jak w Kręgu Kręgu 2.

6. Za każdym razem, kiedy widzę jakąś boczną aleję, spodziewam się, że leży w niej 

trup. Ale to pewnie dlatego, że oglądałam za wiele odcinków Prawa i porządku, 

nie przez te filmy.

7. Nawet mi nie wspominajcie o wodzie gotującej się w garnku na kuchence (królik 

Whitey w Fatalnym zauroczeniu).

8. Małe białe pieski = Skarb z Milczenia owiec.

9.  Jakikolwiek supernowoczesny, pozbawiony okien budynek na odludziu, gdzie na 

pewno pobierają organy od ludzi w śpiączce jak w filmie Coma.

10. Pola kukurydzy = film Znaki. I tak wszyscy zginiemy.

11. Po Titanicu już nigdy, przenigdy nie odważę się na morski rejs.

12. Ile razy widzę na drodze cysternę z benzyną, jestem pewna, że zginę, bo kiedy w 

filmie pojawia się taka cysterna, zaraz wybucha.

13. Jeśli jedzie za nami ciężarówka z naczepą, zawsze zakładam, że będzie chciała nas 

staranować jak w Pojedynku.

14.   Nie   mogę   przejeżdżać   przez   Tunel   Holland,   żeby   nie   myśleć,   że   zacznie 

przeciekać jak w Tunelu.

15.   Nie   wiem,   czy   kiedykolwiek   zdecyduję   się   na   dzieci,   a   to   przez  Dziecko 

Rosemary. Zdecydowanie nigdy nie zamieszkam w Dakocie. Nie wiem, jak Yoko 

Ono to znosi.

16. Nigdy nie zaadoptuję dziecka dzięki Synalkowi.

background image

17. Nigdy nie dam sobie zrobić znieczulenia ogólnego, chyba że do jakiejś poważnej 

operacji. Przez film Obudziła się w ciąży.

18. Owszem, omówiłam ten temat z mechanikami od napraw wind, i wiem, że jeśli się 

nie umieści bomby na szczycie wagonika, jak w Speed - niebezpieczna prędkość, 

to jest niemożliwością, żeby wszystkie podtrzymujące windę liny pękły naraz. Ale 

i tak. Nigdy nic nie wiadomo.

19. Dzięki Szczękom nigdy więcej nie wypłynę na ocean.

20. Telefon? Na pewno dzwoni ktoś, kto się zaczaił w twoim własnym domu.

Widzicie? Mnie te filmy 

POGIĘŁY

. Imprez też pewnie nie cierpię, tylko dlatego że tak 

mnie straumatyzował film Zabójczy kurort, który oglądałam z Michaelem, spodziewając się, 

że to jakaś komedia,  jak  Straż wiejska.  Tymczasem okazało się, że to horror o młodych 

ludziach, którzy giną w ośrodku wypoczynkowym, zazwyczaj w trakcie imprez.

Michael nie zdaje sobie sprawy, jak 

WIELKIE

 jest moje poświęcenie. No, że w ogóle się 

zgadzam oglądać to, co zamierza mi jutro wieczorem puścić.

Podejrzewam nawet, że jednym z głównych powodów, dla których nie przekroczyłam 

jeszcze własnego ego i do tej pory nie osiągnęłam samorealizacji, są psychiczne blizny po 

obejrzeniu tych wszystkich filmów. Zastanawiam się, czy doktor Carl Jung wiedział o tym, 

kiedy wymyślił samorealizację. Ale czy oni w ogóle 

MIELI

 wtedy, kiedy on żył, jakieś filmy?

background image

Papeteria Jej Wysokości

Księżniczki Amelii Mignonette

Grimaldi Thermopolis Renaldo

Szanowny Panie Doktorze Carlu Jung!
Cześć. Wiem, że nadal pan nie żyje, ale tak się zastanawiałam - kiedy pan wymyślał 

te   cala,   samorealizacje,   czy   wziął   pan   pod   uwagę   filmy,   które   mogą,   pogiąć   ludzka,  
psychikę? Bo bardzo trudno jest przekroczyć własne ego, kiedy bez przerwy myśli się o  

takich rzeczach jak cysterny z benzyna, wybuchające na autostradach.

I co z nastolatkami? My mamy specyficzne troski i lęki, których dorośli wyraźnie są 

zupełnie pozbawieni. Na przykład nigdy nie widziałam, żeby jakiś dorosły zamartwiał się z 
tego powodu, że pewna prymuska z maturalnej klasy prawdopodobnie wyda na niego 

wyrok śmierci.

I co z chłopakami? Na gałęziach jungowskiego drzewa samorealizacji nie ma ani 

słowa   o   chłopakach.   Ja   rozumiem,   że   aby   zebrać   owoce   życia   (zdrowie,   szczęście, 
zadowolenie), trzeba zacząć pracą od korzeni {współczucie, miłosierdzie, zaufanie).

Ale  czy  naprawdę  można ufać swojemu chłopakowi,  kiedy na  przykład  planuje 

zrobienie imprezy, na która zaprasza dziewczyny ze studiów, które często palą i prawie  

bez przerwy cytują Nietzschego?

Ja   wcale   nie   chcą   pana   krytykował,   ani   nic.   Ja   tylko   naprawdę   chciałabym   to 

wiedzieć.   Czy   pan   kiedyś   oglądał   Come?   To   było   naprawdę   okropnie   przerażające.   I  
wyobrażam   sobie,   że  gdyby  ją  pan  kiedykolwiek   obejrzał,   to   mógłby  pan  zrewidować 

niektóre ze swoich poglądów na samorealizacją. Na przykład całą tą kwestią zaufania. 
Zgoda, wiem, że dobrze jest ufać własnemu lekarzowi - do pewnego stopnia.

Ale   czy   można   naprawdę   mieć   jakąkolwiek   pewność,   że   on   nie   ma   zamiaru 

specjalnie   wywołać   u   człowieka   śpiączki,   żeby   pobrać   od   niego   organy   i   sprzedać   je 

jakiemuś bogaczowi z Boliwii?

Nie. Nie można. Wiec, rozumie pan? Na tej całej pańskiej teorii jest pewna rysa.

No i co ja mam z tym wszystkim teraz zrobić?

Nadal pańska przyjaciółka

Mia Thermopolis

background image

Piątek, 5 marca, w limuzynie w drodze do szkoły

Jeśli Lilly jeszcze raz zrobi jakąś uwagę o tym, że jej interpretacja Rozagundy sprawi, 

że Julia Roberts w roli Erin Brockovich wyda się aktorką z amatorskiego teatrzyku, to chyba 

eksploduje mi głowa, przestrzeli ten szyberdach i wyląduje w East River.

Piątek, 5 marca, godzina wychowawcza

Właśnie ogłosili przez radiowęzeł, że w południe zostanie wywieszona przy biurze 

administracji lista z obsadą musicalu.

Takie to już moje szczęście. Atmosferę można by kroić nożem. I wcale nie tylko 

dlatego, że wszyscy się denerwują, czy dostaną wymarzone role.

Ale Klub Dramatyczny dostaje kompletnego szału, że ktoś będzie wystawiał jakiś 

konkurencyjny musical. Twierdzą, że skontaktują się z autorami Hair i zawiadomią ich o tym, 

co robi Grandmère - bo wiecie, nazwa jej musicalu jest aluzją do ich przedstawienia.

Mam nadzieję, że to zrobią.

Chociaż jeśli Grandmère zostanie pozwana do sądu i będzie musiała przerwać prace 

nad przedstawieniem, to ja znów będę musiała wrócić do sprzedawania świec, żeby zebrać 

tych pięć tysięcy, które są mi potrzebne.

Z   drugiej   strony,   nie   ma   żadnej   gwarancji,   że   muzyczna   wersja   historii   mojej 

przodkini Rozagundy w ogóle zdoła zarobić pięć tysięcy dolarów. No bo kto by kupował bilet 

na sztukę napisaną przez moją babkę? Raz wygłosiła przemówienie, żeby zebrać pieniądze 

dla genowianskich jednostek policyjnych  do spraw zwierząt.  Wiecie,  co powiedziała?  Że 

najlepszą rzeczą, jaką można zrobić dla zwierzęcia, jest unieśmiertelnienie go przez obdarcie 

ze skóry i użycie jego futra jako uroczego chodniczka lub narzuty na tapczan.

Więc sami rozumiecie, co mam na myśli, kiedy to mówię.

Piątek, 5 marca, WF

Lana właśnie mnie zapytała, czy mam już dla niej te zaproszenia. Zapytała mnie o to, 

kiedy wkładałam bieliznę po prysznicu po meczu siatkówki, a więc w chwili, kiedy człowiek 

jest wyjątkowo odsłonięty i bezbronny.

Powiedziałam, że nie miałam jeszcze okazji się tym zająć, ale że się zajmę.

A Lana popatrzyła wtedy na moje majtki z Jimmym Neutronem i powiedziała:

- Jasne, dziwaku.

background image

I odeszła, zanim zdążyłam  jej wyjaśnić, że noszę bieliznę z podobizną Jimmy'ego 

Neutrona, bo on mi trochę przypomina mojego chłopaka.

Chodzi mi o jego geniusz. Nie o fryzurę.

Ale chyba to i tak nie ma znaczenia. Bardzo wątpię, żeby Lana zrozumiała - nawet 

jeśli to 

ONA

 nosiła kiedyś piłkarskie spodenki swojego faceta pod szkolną spódnicą.

Piątek, 5 marca, ekonomia

Popyt = ile (ilościowo) jakiegoś produktu czy usługi chcą nabyć konsumenci.

Podaż = ile może zaoferować rynek.

Równowaga = kiedy popyt równa się podaży, mówi się, że gospodarka znajduje się 

w   równowadze.   Ilość   dóbr   dostarczanych   jest   dokładnie   równa   ilości   dóbr 

pożądanych.

Nierównowaga = ile razy cena albo jakość nie odpowiada popytowi/podaży.

(A   więc,   w   zasadzie,   samorząd   uczniowski   LiAE   znajduje   się   ostatnio   w   stanie 

nierównowagi, bo nasze fundusze [zero] nie równają się popytowi - koszt wynajmu Sali imie-

nia Alice Tully - 5728,00 dolarów).

Alfred Marshall, twórca Zasad ekonomii (ok. 1890): „Ekonomia jest z jednej strony 

nauką o zamożności, a z drugiej, ważniejszej strony, nauką o człowieku”.

Ha.   A   więc   w   ten   sposób   ekonomia   staje   się   w   zasadzie   nauką  

SPOŁECZNĄ

.  Jak 

psychologia. Bo w sumie nie dotyczy liczb. Dotyczy  

LUDZI

  i tego, co są gotowi dać (albo 

zrobić), żeby dostać to, czego chcą.

Jak Lana, na przykład. Która była gotowa wykapować mnie przed Amber, gdybym jej 

nie załatwiła tych zaproszeń na imprezę Grandmère.

To   był   klasyczny   przykład   podaży  (ja  miałam  podaż)   oraz  popytu   (jej   popytu  na 

zaproszenia).

Cóż, wszystko to razem każe mi uznać, że Lana Weinberger być może wcale jeszcze 

nie osiągnęła samorealizacji.

Ona jest po prostu naprawdę niezła z ekonomii!

background image

Piątek, 5 marca, angielski

Jeszcze jedna lekcja i pojawi się lista z obsadą! Och, mam taką nadzieję, że Boris 

dostanie rolę Gustawa! On jej tak bardzo pragnie!

Ja też mam nadzieję, że ją dostanie, Tina! Mam nadzieję, że wszyscy dostaną te  

role, których pragną.

A jakiej roli pragniesz 

TY

, Mia?

Ja????   Żadnej!!!   Przecież   ja   nawet   nie   oddałam   fotografii   ani   nie   wypełniłam  

formularza, pamiętasz? W takich rzeczach jestem beznadziejna. To znaczy w aktorstwie i 

takich różnych.

Ależ nie pomniejszaj się! Naśladowanie Chiary idzie ci naprawdę 

ŚWIETNIE

. I uważam, 

że jako Rozagunda byłaś znakomita! Nie masz ani odrobiny ochoty na tę rolę?

Nie, naprawdę. Ja jestem pisarką, nie aktorką. Pamiętasz??? Ja chcę  

PISAĆ

  teksty 

które będą wypowiadać na scenie inni. No cóż, niezupełnie, bo na pisaniu dla teatru zupełnie 

się nie da zarobić. Ale rozumiesz, o co mi chodzi.

Och, racja. To brzmi sensownie.

No   cóż,   mogę   tylko   powiedzieć,   że   jeśli   nie   dostanę   roli   Rozagundy,   to   wszyscy  

będziemy wiedzieli, że to się stało przez słowo na N.

Nagość???? A gdzie tam są rozbierane sceny????

Nie, ty idiotko. N

EPOTYZM

. Faworyzowanie członków własnej rodziny.

Ale to się nie zdarzy, bo Mia wcale tak naprawdę nie uczestniczyła w przesłuchaniu i 

ona nawet 

NIE

 

CHCE

 żadnej roli. Więc wszystko będzie dobrze, Lilly! O rany, mam nadzieję, że 

wszyscy dostaniemy role, na których nam zależy - nawet jeśli to oznacza 

BRAK

 roli!

Podpiszę się pod tym!

Piątek, 5 marca, lunch

A

LTERNATYWNY

 W

IOSENNY

 M

USICAL

L

ICEUM

 

IMIENIA

 A

LBERTA

 E

INSTEINA

W

ARKOCZ

!

O

BSADA

:

Chór 

Amber Cheeseman, Julio Juarez,

Margaret Lee, Eric Patel

Lauren Pembroke, Robert Sherman

Ling Su Wong

Ojciec Rozagundy 

Kenneth Schowalter

background image

Pokojówka Rozagundy 

Tina Hakim Baba

Król Włoch 

Perin Thomas

Alboin 

Boris Pelkowski

Kochanka Alboina 

Lilly Moscovitz

Gustaw 

John Paul Reynolds - Abernathy Czwarty

Rozagunda 

Amelia Thermopolis Renaldo

P

IERWSZA

 

PRÓBA

 

DZISIAJ

 

O

 15.30

H

OTEL

 P

LAZA

, W

IELKA

 S

ALA

 B

ALOWA

Ja   wiem,   że   powinnam   korzystać   ze   swojej   komórki   wyłącznie   w   sytuacjach 

awaryjnych. Ale w tej samej chwili, w której zobaczyłam tę listę, zrozumiałam, że to taka 

właśnie sytuacja. P

OWAŻNIE

 awaryjna. Bo Grandmère nie zdaje sobie sprawy z 

POWAGI

 tego, co 

zrobiła.

Zadzwoniłam do niej na komórkę.

- Halo, dodzwonili  się państwo do Clarissy,  genowiańskiej księżnej  wdowy.  Albo 

robię zakupy, albo znajduję się obecnie w salonie piękności, więc nie mogę odebrać telefonu. 

Proszę zostawić wiadomość i swój numer po sygnale, a postaram się wkrótce oddzwonić.

Boże, ale jej nagadałam. To znaczy jej skrzynce głosowej.

- Grandmère! Co ty sobie w ogóle wyobrażasz, obsadzając mnie w głównej roli w 

swoim musicalu? Wiesz, że nawet nie chciałam brać udziału w przesłuchaniach do niego i że 

nie mam absolutnie żadnego talentu aktorskiego!

Tina, stojąca obok mnie, cały czas ciągnęła mnie za rękaw i mówiła:

- Ale twoja interpretacja Barbie Girl była świetna!

- No cóż, okay, może i umiem śpiewać - wrzasnęłam do telefonu - ale Lilly jest o 

wiele lepsza! Lepiej oddzwoń do mnie natychmiast, żeby to wszystko odkręcić, bo popełniasz 

OGROMNY

 błąd. - Ten ostatni fragment dodałam ze względu na Lilly, która wprawdzie przyjęła 

to wszystko bardzo spokojnie (po przeczytaniu listy zniknęła na długą chwilę w łazience), ale 

nadal miała czerwone obwódki wokół oczu, kiedy dołączyła do nas w kolejce po lunch.

- Nie martw się - powiedziałam do Lilly.  - Rola Rozagundy jest ci przeznaczona, 

naprawdę.

Ale Lilly udawała, że jej to nie obchodzi.

- Nieważne. I tak mam dosyć roboty. Nawet nie wiem, skąd bym wzięła czas, żeby 

nauczyć się na pamięć tego tekstu.

Co jest po prostu absurdalne, bo Lilly ma fotograficzną pamięć wzrokową i prawie sto 

procent pamięci słuchowej (co sprawia, że strasznie trudno się z nią kłócić, bo czasami wy-

background image

ciąga rzeczy, które powiedziałaś tak z pięć lat temu i nawet nie pamiętasz, że coś takiego 

mówiłaś. Ale 

ONA

 pamięta. I to dokładnie).

To jest tak okropnie nie w porządku! Jeśli ktokolwiek zasługuje na główną rolę w 

Warkoczu!, to właśnie ona!

- Przynajmniej grając kochankę Alboina - powiedziała Lilly bardzo dzielnie - będę 

miała tylko parę linijek tekstu... „Czemu chcesz się żenić z nią, która ciebie nie pragnie, kiedy 

mogłeś mieć mnie, która cię uwielbiam?” - czy coś takiego. Więc zostanie mi dużo czasu na 

sprawy, które 

NAPRAWDĘ

 się liczą. Na przykład „Różowy Odbycik Grubego Louie”.

Dobra, naprawdę żal mi Lilly, bo ona totalnie zasługuje na rolę Rozagundy.

A

LE

 

I

 

TAK

 

CIĄGLE

 

NIE

 

CIERPIĘ

 

TEJ

 

NAZWY

!!!

Piątek, 5 marca, 

lunch, trochę później

No więc wszyscy teraz ześwirowali, bo w drodze powrotnej z kolejki do naszego stołu 

zatrzymałam się przy miejscu, gdzie J.P. siedział sam jak palec i zaprosiłam go, żeby się do 

nas przysiadł.

Nie wiem, o co im chodzi. Zachowują się, jakbym nagle zdarła z siebie ubranie i 

zaczęła przy wszystkich tańczyć hula. A tylko powiedziałam naszemu znajomemu facetowi, z 

którym w najbliższej przyszłości będziemy spędzać sporo czasu, że może z nami siedzieć 

przy lunchu, jeśli ma ochotę.

A on podziękował.

I po chwili John Paul Reynolds - Abernathy Czwarty stawiał swoją tacę z lunchem 

obok mojej.

- Och, cześć J.P. - przywitała go Tina.

Rzuciła ostrzegawcze spojrzenie Borisowi, bo to on tak ostro się sprzeciwiał, kiedy 

zaproponowałam, że zaproszę do nas J.P., wtedy kiedy był jeszcze dla nas Facetem, Który 

Nie Cierpi, kiedy Dodają Kukurydzy do Chili.

Ale   Boris   roztropnie   powstrzymał   się   od   wygłaszania   uwag   na   temat   osób 

nienawidzących kukurydzy.

- Dzięki - powiedział J.P., wślizgując się na miejsce, które mu zrobiliśmy przy stoliku. 

Nie, żeby był gruby. On jest po prostu... duży. Wiecie, naprawdę wysoki i tak dalej.

- I co sądzisz o tym falafelu? - J.P. spytał Lilly, która wyglądała na zdziwioną, że 

mówi do niej facet, z którego przez ostatnie dwa lata, no cóż, kpiliśmy sobie.

background image

Ale jeszcze bardziej się zdziwiła, kiedy zobaczyła, że oboje na swoich tacach mają 

dokładnie to samo: falafel, sałatkę i czekoladowy napój Yoo - hoo.

- Jest niezły. - Spojrzała na J.P. z nieco dziwnym wyrazem twarzy. - Jeśli dodasz do 

niego dość dużo tahini.

- Wszystko jest dobre - odpowiedział J.P. - jeśli się doda dużo tahini.

Ś

WIĘTE

 

SŁOWA

!!!!!!

Boris oczywiście odezwał się z wielce niewinną miną:

- Nawet kukurydza?

Tina rzuciła mu kolejne ostrzegawcze spojrzenie...

...ale   było   za   późno.   Zło   już   się   stało.   Boris   najwyraźniej   nie   umiał   nad   sobą 

zapanować. Zaczął złośliwie śmiać się w chusteczkę, udając, że wydmuchuje nos.

- No cóż - powiedział J.P, pogodnie chwytając przynętę - tego nie wiem. Ale może 

gumki do ścierania też.

Perin rozjaśniła się na te słowa.

- Zawsze uważałam, że gumki mogą być smaczne po usmażeniu - powiedziała. - No 

bo czasami, kiedy jem kalmary, właśnie to mi się przypomina. Smażone gumki. Więc założę 

się, że z tahini też by dobrze smakowały.

- Och, jasne - odparł J.P. - Usmaż coś, a od razu robi się smaczne. Zjadłbym nawet 

jedną z tych serwetek, gdyby ją usmażyć.

Tina,   Lilly   i   ja   wymieniłyśmy   zaskoczone   spojrzenia.   J.P.,   jak   się   okazuje,   jest 

nawet... zabawny.

W taki dowcipny, a nie dziwaczny sposób.

- Moja babka robi czasami smażone pasikoniki - wtrąciła się Ling Su. - Są całkiem 

zjadliwe.

- Widzicie - powiedział J.P. - Mówiłem wam. - A potem, patrząc na mnie, dodał: - 

Nad czym tak pilnie pracujesz, Mia? Coś do oddania na następnej lekcji?

-   Nie   zwracaj   na   nią   uwagi   -   parsknęła   Lilly.   -   Ona   po   prostu   pisze   w   swoim 

dzienniku. Jak zwykle.

- A więc to jest dziennik? - powiedział J.P. - Zawsze się trochę zastanawiałem. - A 

potem, kiedy rzuciłam mu pytające spojrzenie, dodał: - No cóż, ile razy cię widzę, nie odry-

wasz nosa od tego notesu.

Co może oznaczać tylko jedno: przez ten cały czas, kiedy my obserwowaliśmy Faceta, 

Który Nie Cierpi, kiedy Dodają Kukurydzy do Chili, on obserwował nas!

background image

Co jeszcze dziwniejsze, otworzył swój plecak i wyciągnął liniowany notes Mead z 

czarną marmurkową okładką, całą pokrytą napisami: N

IE

 

ZAGLĄDAĆ

! P

RYWATNA

 

WŁASNOŚĆ

!

Z

UPEŁNIE

 

TAKI

 

SAM

 

JAK

 

MÓJ

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

- Je też jestem fanem liniowanych notesów Mead - wyjaśnił. - Tylko że ja nie piszę 

pamiętnika.

-   A   co   w   nim   jest,   w   takim   razie?   -   spytała   Lilly,   jak   zawsze   gotowa   zadawać 

wścibskie pytania.

P.J. zrobił nieco zażenowaną minę.

-   Och   od   czasu   do   czasu   coś   twórczo   napiszę.   To   znaczy   nie   wiem,   czy   to   jest 

naprawdę twórcze. Ale, wiesz, nieważne. Próbuję.

Lilly zapytała go natychmiast, czy ma coś, co chciałby opublikować w pierwszym 

numerze „Różowego Odbycika Grubego Louie”. Przerzucił parę kartek, a potem spytał:

- A może to?

I odczytał głośno:

N

IEMY

 

FILM

J.P. R

EYNOLDS

 - A

BERNATHY

 C

ZWARTY

Przez cały czas widzi nas

Cicha maszyna śledcza Gupty

Jakaż to mucha ma tyle oczu?

Za każdym zakrętem korytarza następna niespodzianka.

Szpiedzy Gupty nie są tak silni

Bo wiemy, że ich władza opiera się na strachu

Gdybym miał wybór, nie byłoby mnie tutaj

Niestety czesne mi opłacili aż do końca roku.

Wow. To znaczy... Wow. To było w sumie... Totalnie dobre. Nie rozumiem do końca 

tego wiersza, ale moim zdaniem mówi chyba o tych kamerach ochrony i o tym, że dyrektor 

Gupcie się wydaje, że wie o nas wszystko, chociaż tak nie jest. Czy coś.

Tak naprawdę nie wiem, o czym jest ten wiersz. Ale na pewno jest dobry, bo Lilly 

była   pod   prawdziwym   wrażeniem.   Próbowała   namówić   J.P.,   żeby   dał   go   do   druku   w 

„Różowym Odbyciku Grubego Louie”. Chyba uważa, że w ten sposób można przywalić całej 

szkolnej dyrekcji.

background image

Boże.  Nieczęsto  spotyka  się faceta,  który pisze wiersze.  Albo w  ogóle coś  czyta. 

Pomijając instrukcję do Xboksa.

Jakie to dziwne, pomyśleć, że Facet, Który Nie Cierpi, kiedy Dodają Kukurydzy do 

Chili, jest pisarzem, jak ja. A jeśli przez cały ten czas, kiedy ja pisałam opowiadania o J.P., on 

pisał opowiadania o 

MNIE

? Na przykład jeśli napisał opowiadanie Nigdy więcej wołowiny! - o 

tym,   jak   dodali   mięsa   do   wegetariańskiej   lasagne,   a   ja   przypadkiem   zjadłam   odrobinę   i 

dostałam ataku prawdziwej furii?

Boże. To by było trochę... przykre.

Piątek, 5 marca, RZ

Grandmère oddzwoniła zaraz po dzwonku sygnalizującym koniec przerwy na lunch.

- Amelio - powiedziała świętoszkowatym tonem. - Chciałaś ze mną rozmawiać?

- Grandmère, co ty sobie myślisz, obsadzając mnie w tym swoim musicalu? - spytałam 

ostro. - Wiesz, że ja nie chcę w nim występować. Przecież nie wypełniłam zgłoszenia na 

przesłuchanie, pamiętasz?

- Czy to wszystko? - Grandmère wydawała się rozczarowana. - Myślałam, że masz 

korzystać ze swojej komórki wyłącznie w sytuacjach awaryjnych. Mnie się raczej nie wydaje, 

żeby to była sytuacja awaryjna, Amelio.

- No cóż, i tu się mylisz - poinformowałam ją. - To 

JEST

 sytuacja awaryjna. Poważny 

kryzys w naszych stosunkach: twoich i moich.

Grandmère chyba uznała, że to szalenie zabawna uwaga.

- Amelio - powiedziała - przypomnij mi, na co się skarżyłaś najbardziej od momentu, 

kiedy odkryłaś, że jesteś księżniczką?

Musiałam się zastanowić.

-   Że   wszędzie   chodzi   za   mną   ochroniarz?   -   spytałam   szeptem,   żeby   Lars   nie 

podsłuchał, bo nie chciałam urazić jego uczuć.

- A co jeszcze?

- Że nigdzie nie mogę pójść, żeby nie wlekli się tam za mną paparazzi?

- Zastanów się jeszcze raz.

- Że w czasie wakacji muszę chodzić na te sesje Parlamentu zamiast pojechać na obóz, 

jak moi przyjaciele?

- Lekcje etykiety, Amelio - powiedziała Grandmère. - Nienawidzisz ich i nie cierpisz. 

No cóż, domyślasz się?

background image

- Czego?

- Lekcje etykiety zostają zawieszone na czas trwania prób do  Warkocza!  Co o tym 

myślisz?

W jej głosie niemal było słychać to całe samozadowolenie. Była totalnie przekonana, 

że mnie przegadała.

Nie miała pojęcia, że moja lojalność wobec przyjaciół przerasta moją nienawiść do 

lekcji etykiety!

-   Niezła   sztuczka   -   poinformowałam   ją.   -   Ale   wolałabym   się   uczyć   mówić   w 

pięćdziesięciu tysiącach języków „Proszę mi podać masło” niż patrzeć, jak Lilly nie dostaje 

roli, na którą zasługuje.

- Lilly nie jest zadowolona ze swojej roli? - spytała Grandmère.

- Tak! Ona jest najlepszą aktorką z nas wszystkich, powinna dostać główną rolę! A ty 

jej dałaś tę głupią rólkę kochanki Alboina, gdzie ma wszystkiego ze dwie linijki tekstu!

- W teatrze nie ma marnych rólek, Amelio - powiedziała Grandmère. - Są tylko marni 

aktorzy.

Co? Nie miałam pojęcia, o co jej chodzi.

- Nieważne, Grandmère - mruknęłam. - Jeśli chcesz, żeby ta twoja sztuka się udała, 

powinnaś była obsadzić Lilly w głównej roli. Ona...

- A czy ja już wspominałam - przerwała mi Grandmère - jak bardzo się ucieszyłam, że 

miałam okazję poznać koleżankę, Amber Cheeseman?

Krew mi w żyłach normalnie stężała i stanęłam jak wryta przed wejściem do sali RZ, z 

telefonem przytkniętym do ucha.

- C - co?

- Ciekawe, co powiedziałaby Amber - ciągnęła Grandmère - gdybym jej przy okazji 

wspomniała,   że   przepuściłaś   pieniądze   przeznaczone   na   jej   ceremonię   rozdania   matur   na 

pojemniki do segregacji odpadów.

Byłam tak zaszokowana, że nic nie powiedziałam, tylko stałam tam, a Boris usiłował 

mnie ominąć z futerałem na skrzypce w ręku, mówiąc:

- Hm, przepraszam, Mia.

- Grandmère - powiedziałam z trudem, bo w gardle kompletnie mi zaschło. - Nie 

zrobisz tego.

Jej odpowiedź wstrząsnęła mną do głębi:

- Och, zrobię.

G

RANDMÈRE

,  

CHCIAŁAM

 

KRZYKNĄĆ

,  

NIE

 

MOŻESZ

 

SZANTAŻOWAĆ

 

SWOJEJ

 

JEDYNEJ

 

background image

WNUCZKI

!!!!!!!!!!!! C

O

 

SIĘ

 

Z

 

TOBĄ

 

DZIEJE

????????

Ale, oczywiście, nie mogłam. Wykrzyczeć tego. Bo byłam już w sali RZ. Z komórką 

przy uchu.

I   chociaż   to  

JEST

  rozwój   zainteresowań,   i   wszyscy   na   tych   zajęciach   i   tak   są 

niesłychanie dziwaczni, to nie można tam chodzić po klasie i wrzeszczeć do telefonu.

- Pomyślałam, że to zmieni twój punkt widzenia - mruczała do telefonu Grandmère. - 

Ja, oczywiście, nic nie powiem twojej małej przyjaciółeczce na temat stanu szkolnej kasy. Ale 

w   zamian   za   to   ty   mi   pomożesz   rozwiązać   mój   obecny   kryzys,   grając   główną   rolę   w 

Warkoczu.  Faktem jest, Amelio, że jako potomkini Rozagundy nadasz tej roli pewien rys 

szczególnej autentyczności, czego nie mogłaby zrobić twoja przyjaciółka Lilly - poza tym, tak 

przy okazji, jesteś o wiele atrakcyjniejsza niż Lilly, która w pewnym oświetleniu przypomina 

często takiego pieska z małą, płaską mordką.

Mopsa! A ja myślałam, że tylko ja to zauważyłam!

- Do zobaczenia na próbie dziś po południu - gruchała Grandmère. - Och, i jeśli wiesz, 

co dla ciebie dobre, młoda damo, nikomu nie wspomnisz o naszej małej umowie.  N

IKOMU

włącznie z twoim ojcem. Zrozumiano?

A potem odłożyła słuchawkę.

!!!!!!!!!!!!!!!!

W  głowie  mi  się  to  nie  mieści.   Naprawdę  nie  mieści.   Cóż,  w  głębi  ducha  chyba 

zawsze to wiedziałam. Ale ona nigdy przedtem nie zrobiła tego tak 

JAWNIE

.

Jednak muszę to chyba powiedzieć, skoro taka jest prawda:

Moja babka to 

ZŁY

 

CZŁOWIEK

. Tak. Zły.

Bo jaka kobieta posunęłaby się do 

SZANTAŻU

, żeby wymusić coś na własnej wnuczce.

Już wam mówię jaka: 

NIEDOBRA

.

Albo   Grandmère   jest   może   socjopatką.   To   by   mnie   w   najmniejszym   stopniu   nie 

zdziwiło. Wykazuje wszelkie objawy. Może tylko poza częstym łamaniem prawa.

Ale chociaż Grandmère nie łamie może praw federalnych, to z pewnością przez 

CAŁY

 

czas łamie prawa wszelkiej przyzwoitości.

Kiedy   skończyłam   rozmawiać   z   Grandmère,   poczułam   na   sobie   wzrok   Lilly, 

obserwującej   mnie   znad   komputera,   na   którym   składała   pierwszy   numer   „Różowego 

Odbycika Grubego Louie”.

- Coś nie tak, Mia? - spytała.

background image

- Ta rola Rozagundy - wyjaśniłam jej. - Przykro mi, ale Grandmère nie chce ustąpić. 

Mówi, że muszę ją zagrać albo powie Sama Wiesz Komu Sama Wiesz Co i ona mi skopie 

tyłek jak stąd do wieczności.

Ciemne oczy Lilly zalśniły za okularami.

- Och, tak powiedziała, tak? - Lilly nie wydawała się zdziwiona.

- Naprawdę mi przykro, Lilly - powiedziałam całkowicie szczerze. - Byłabyś o wiele 

lepszą Rozagundą niż ja.

- Nieważne. - Lilly pociągnęła nosem. - Wystarczy mi moja rola. Naprawdę.

Ale ja widziałam, że ona tylko stara się być dzielna. A w środku cierpi.

I nie dziwię się jej. To wszystko jest zupełnie bez sensu. Jeśli Grandmère chce, żeby to 

przedstawienie odniosło sukces, to czemu nie chce obsadzić najlepszej dostępnej aktorki? 

Czemu upiera się, żeby ta rola przypadła 

MNIE

, chyba najgorszej aktorce w całej szkole - może 

z wyjątkiem Amber Cheeseman?

Och, no cóż. Kto pojmie,  dlaczego Grandmère robi choć połowę z tego, co robi? 

Wyobrażam sobie, że kryje się za tym jakaś logika.

Ale my, zwykli śmiertelnicy, nigdy jej nie zrozumiemy. To przywilej zarezerwowany 

wyłącznie dla innych kosmitów ze statku - matki, który podrzucił tu moją babkę z tej złej 

planety, na której się urodziła.

Piątek, 5 marca, geografia i środowisko

Przed chwilą Kenny spytał mnie, czy nie przepisałabym  naszej pracy domowej na 

temat   masy   molowej,   bo   wczoraj   wieczorem,   odrabiając   lekcje,   poplamił   ją   sosem 

seczuańskim.

Nie  wiem,  co  we mnie   wstąpiło.   Może  to  resztki   szaleństwa  szarpiącego   mną  po 

rozmowie z Grandmère. Może część 

JEJ

 podłości przeniosła się na mnie czy coś takiego. Nie 

wiem, jak inaczej to wyjaśnić.

W każdym  razie  cokolwiek  to było,  zdecydowałam  się zastosować do tej  sytuacji 

teorię ekonomii. Pomyślałam sobie: dlaczego nie? Cała ta samorealizacja w moim przypadku 

się nie  sprawdziła.  Czemu  nie  dać szansy staremu,  poczciwemu  Alfredowi  Marshallowi? 

Wszyscy inni to robią. Na przykład Lana.

ONA

 zawsze dostaje to, czego 

ONA

 

SAMA

 chce. Tak jak G

RANDMÈRE

 zawsze dostaje to, 

na co 

ONA

 ma ochotę.

background image

Więc powiedziałam Kenny'emu, że nie zrobię tego, chyba że dzisiejszą pracę domową 

też odrobi.

Spojrzał na mnie tak jakoś dziwnie, ale powiedział, że odrobi. Chyba spojrzał na mnie 

dziwnie dlatego, że i tak odrabia prace 

CODZIENNIE

.

Ach, nieważne. Nie mogę uwierzyć, że aż tyle czasu mi zajęło odkrycie, jak działa 

społeczeństwo. Przez cały ten czas myślałam, że potrzebuję jungowskiej transcendencji, żeby 

osiągnąć spokój ducha i zadowolenie.

Ale Grandmère - i, o ironio, Lana Weinberger - pokazały mi, na czym polegał mój 

błąd w myśleniu.

Otóż nie chodzi o to, że aby móc zebrać owoce radości i miłości, trzeba w sobie 

obudzić i rozwinąć zaufanie i współczucie.

Nie. Tu chodzi o prawa popytu i podaży. Jeśli masz na coś popyt i potrafisz znaleźć 

odpowiednią zachętę, żeby ludzie ci to dali, to wtedy oni zapewnią ci podaż.

I równowaga pozostanie stabilna.

To w pewnym  sensie zadziwiające.  Nie miałam  pojęcia, że Grandmère  jest takim 

ekonomicznym geniuszem.

Ani że kiedykolwiek 

JA

 nauczę się czegoś od L

ANY

.

To w pewnym sensie rzuca nowe światło na wszystko.

I naprawdę mam na myśli - wszystko.

P

RACA

 

DOMOWA

 

 

Godzina wychowawcza: nie dotyczy

WF:  

SPODENKI

 

GIMNASTYCZNE

!!!   S

PODENKI

 

GIMNASTYCZNE

!!!  S

PODENKI

 

GIMNASTYCZNE

!!!

Ekonomia: na poniedziałek przeczytać rozdział 9

Angielski: strony 155 - 175, O, pionierzy!

Francuski: vocabulaire 3éme étape

RZ:   znaleźć  taki   stanik   wodny,   który   mi   kiedyś   Lilly   kupiła   dla 

żartu. Założyć go na imprezę.

Geometria: rozdział 18

Geografia i środowisko: a kto by się przejmował? Kenny odrobi! 

H

A

!

background image

Piątek, 5 marca, Sala Balowa,

hotel Plaza

Pierwsza   próba  Warkocza!  była   czymś,   co   Grandmère   nazwała   „próbą   czytaną”. 

Mieliśmy przeczytać wspólnie scenariusz, w grupie. Każdy aktor czytał głośno swój tekst, tak 

jakby występował na scenie.

Czy mogę tylko zauważyć, że próby czytane są szalenie nudne?

Pod scenariusz wetknęłam swój pamiętnik, żeby nikt nie widział, że zamiast słuchać 

piszę. Chociaż trochę było mi niezręcznie wyciągać scenariusz spod notesu, kiedy przycho-

dził znak na jeden z moich tekstów.

Znak   to   ostatnia   linijka   poprzedzająca   to,   co   ty   sama   masz   potem   powiedzieć. 

Dowiaduję się dzisiaj mnóstwa rzeczy związanych z teatrem.

Na przykład tego, że chociaż Grandmère napisała dialogi do Warkocza!, nie napisała 

do niego 

MUZYKI

. Muzykę skomponował jakiś facet o imieniu Phil. Phil to ten sam gość, który 

grał na fortepianie, akompaniując nam wczoraj w czasie przesłuchania. Grandmère, jak się 

okazuje, zapłaciła Philowi masę pieniędzy, żeby napisał muzykę, która będzie pasowała do jej 

tekstów.

Mówi, że wzięła jego nazwisko z tablicy ze spisem personelu Hunter College.

Ale Phil nie wygląda, jakby miał mnóstwo czasu, żeby się cieszyć niespodziewanym 

napływem gotówki. Musiał zaliczyć nieprzespaną noc, żeby skomponować muzykę do War-

kocza!  i wydaje mi się, że nie zdołał jeszcze odespać. W czasie próby czytanej z trudem 

otwierał oczy.

I nie on jeden. Señor Eduardo 

ANI

 

RAZU

 nie otworzył oczu po pierwszej linijce tekstu 

(wypowiadanej przez Rozagundę: „Och, a jużci, cóż to za radość mieszkać w tej sennej, 

spokojnej wiosce tuż przy morskim wybrzeżu” 

ZNAK

PIERWSZA

 

PIOSENKA

).

Możliwe, że señor Eduardo już nie żyje.

No cóż, to nie byłoby takie złe. Wszyscy mogliby mówić: „Umarł, robiąc to, co kochał 

najbardziej”, jak w tym okropnym filmie w telewizji, gdzie dziewczyna spadła z drzewa i 

skręciła kark tego samego dnia, kiedy dostała nowego konia.

Ach, nie, właśnie zachrapał. Więc jeszcze żyje.

No, moja linijka:

- Ach, Gustawie, nie śmiej zwać siebie wieśniakiem! Gdyż podkowy, jakie kujesz dla 

naszych koni, dodają siły ich krokom, a miecze, jakie wykuwasz dla naszego ludu, dodają mu 

odwagi w walce przeciwko tyranii!

background image

A potem była kolej, żeby J.P. powiedział swoją linijkę. Wiecie, J.P. nie jest złym 

aktorem. I nie mogłam nie zauważyć, że pod 

SWOIM

 scenariuszem schował swój notes Mead.

Wiecie, co by było najdziwniejsze? Gdyby on pisał o 

MNIE

 w tym samym czasie, kiedy 

ja piszę o  

NIM

.  Może J.P. to taka chłopięca  odmiana  mnie  samej? Mamy naprawdę dużo 

wspólnego - poza tym, że on nie jest z pochodzenia księciem.

Ale i tak porozmawiałam z nim trochę, zanim próba się zaczęła (bo widziałam, że 

wszyscy pozostali go ignorują - no cóż, Boris i Tina byli zajęci całowaniem się, co robią teraz 

o wiele częściej, bo Boris już nie nosi aparacika, a Lilly przeglądała z Kennym swoje notatki 

redakcyjne do jego traktatu o brązowych karłach, a Perin usiłowała przekonać Grandmère, że 

jest   dziewczyną,   a   nie   facetem,   a   Ling   Su   usiłowała   nie   dopuszczać   do   mnie   Amber 

Cheeseman   (co   mi   obiecała   jako   członkini   chóru).   J.P.   powiedział   mi,   że   niespecjalnie 

interesuje   się   aktorstwem   -   że   zgłaszał   się   na   przesłuchania   do   każdego   przedstawienia 

wystawianego w LiAE, bo jego mama i tata mają kompletnego świra na punkcie teatru i za-

wsze chcieli, żeby ich syn jakoś się związał z artystycznym biznesem.

- Ale ja bym wolał zarabiać na życie pisaniem - powiedział J.P. - Nie żeby, rozumiesz, 

było wiele zajęć dla poety. Ale chodzi mi o to, że raczej wolałbym być pisarzem niż aktorem. 

Bo aktorzy, jak się nad tym zastanowić, mają za zadanie tylko zinterpretować to, co napiszą 

inni. Nie mają żadnej 

WŁADZY

. Prawdziwa moc kryje się w słowach, jakie wypowiadają, a te 

słowa napisał ktoś inny. To właśnie mnie pociąga. Być siłą, kryjącą się za Juliami Roberts i 

Jude'ami Law tego świata.

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

To jest takie niesamowite!!!! Bo ja powiedziałam kiedyś niemal dokładnie to samo!!!! 

Chyba.

I   naprawdę   rozumiem,   co   on   czuje   -   ta   presja,   żeby   coś   robić   tylko   po   to,   żeby 

uszczęśliwić rodziców. Przykład? Lekcje etykiety. Och, i niezawalanie geometrii, mimo że w 

żaden sposób na nic mi się w przyszłości nie przyda.

Jedyny problem w tym, że chociaż startował do wszystkich spektakli wystawianych 

przez LiAE, nigdy nie dostał żadnej roli. Uważa, że to przez koteryjne układy w Klubie 

Dramatycznym.

-   Myślę,   że   gdybym  

NAPRAWDĘ

  chciał   dostać   rolę   w   jakimś   ich   przedstawieniu   - 

powiedział mi - mógłbym spróbować wkręcić się do ich paczki - wiesz, siadać z nimi przy 

lunchu, wystawać z nimi na schodach pod szkołą, przynosić im kawę z delikatesów, dać sobie 

założyć kolczyk w nosie, zacząć palić papierosy aromatyzowane goździkami, takie rzeczy. 

Ale prawdę mówiąc, ja nie cierpię aktorów. Oni są tacy pochłonięci sobą! Po prostu zmęczyła 

background image

mnie rola widowni dla ich ciągłych spektakli, rozumiesz? Bo tak to w sumie wygląda, kiedy z 

jednym z nich gadasz. Jakby specjalnie dla ciebie recytowali jakiś monolog.

- No cóż - powiedziałam, myśląc o wszystkich tych historiach o nastoletnich aktorach, 

jakie czytałam w „US Weekly”. - Może to dlatego, że nie czują się pewnie. Wiesz, to się 

zdarza większości nastolatków. Ten brak wiary w siebie.

Nie wspominałam, że ze wszystkich nastolatków, z jakimi kiedykolwiek rozmawiał 

J.P., ja jestem prawdopodobnie 

NAJMNIEJ

 pewna siebie. Sądzę zresztą, że mam dość powodów, 

żeby się czuć niepewnie. Bo ile znacie nastolatek, które nie mają zielonego pojęcia, jak się 

imprezuje, i w dodatku są szantażowane przez własne babki?

-   Może   -   powiedział   J.P.   -   A   może   jestem   zbyt   krytycznie   nastawiony.   Prawdę 

mówiąc, chyba nie należę do takich typów, które lubią się łączyć w grupy. Jestem raczej 

typem samotniczym. W razie gdybyś nie zauważyła.

J.P.   uśmiechnął   się   do   mnie   szeroko   z   tymi   słowami,   takim   trochę   nieśmiałym 

uśmiechem.   Zaczynałam   w   pewnym   sensie   rozumieć,   o   co   chodziło   Tinie   i   Lilly,   kiedy 

powiedziały, że on jest niezły. On  

FAKTYCZNIE

  jest niezły. W taki wielki, niedźwiedziowaty 

sposób.

A co do aktorów, ma rację. Sądząc z tego, co widziałam, kiedy udzielali się w talk - 

show, oni nigdy nie przestają mówić o sobie!

I okay. Rozumiem, że o to pyta prowadzący. Ale i tak.

Ups, znów moja kolej:

- Służko, przynieś  mi  najzacniejszej  grappy z piwnic! Nauczę tego łajdaka, co to 

znaczy igrać sobie z rodem Renaldo.

O   Boże.   Dopiero   za   dwie   godziny   zobaczę   Michaela.   Jeszcze   nigdy   bardziej   nie 

potrzebowałam poczuć zapachu jego szyi niż teraz. Oczywiście, nie mogę mu powiedzieć, co 

mnie martwi - całej prawdy o tym, że nie jestem imprezową dziewczyną - ale przynajmniej 

mogłabym znaleźć nieco pociechy, stojąc obok niego w kuchni jego rodziców, kiedy będę 

robiła ten dip i słuchała pomruku jego głębokiego głosu, którym będzie opowiadał o teorii 

chaosu czy czymś takim.

P

ROSZĘ

NIECH

 

TO

 

SIĘ

 

JUŻ

 

SKOŃCZY

.

Ups, znów moja kolej:

- W imię mojego ojca, ześlę cię lordzie Alboinie do piekła, gdzie miejsce twoje!

Taa! Powinszowania i życzenia szczęścia! Alboin nie żyje! Zaśpiewajmy finałową 

piosenkę, a potem ukłon i kurtyna! Hura! Możemy wszyscy iść już do domu! Albo na randki!

Nie, zaraz. Grandmère ma jeszcze jakąś ostatnią uwagę:

background image

- Chciałabym wam wszystkim podziękować, że zgodziliście się dołączyć do mnie w 

tej niezwykłej przygodzie, którą wspólnie przeżyjemy. Próby i spektakl Warkocza! powinny 

stać się jednym z największych spełnień artystycznych, w jakich kiedykolwiek weźmiecie 

udział. I uważam, że satysfakcja będzie o wiele większa, niż kiedykolwiek oczekiwaliście...

Miło, że przy tych ostatnich słowach spojrzała dokładnie na mnie. Czemu ona nie 

powie prosto z mostu: „A Amber Cheeseman zabije cię za przepuszczenie  całej kasy na 

ceremonię rozdania matur”.

- Jednak abyśmy mogli osiągnąć nasz cel, musimy pracować, i to ciężko - ciągnęła. - 

Próby będą się odbywać codziennie i będą trwały do późnego wieczoru. Będziecie musieli 

poinformować rodziców, żeby nie oczekiwali was na obiedzie przez cały przyszły tydzień. I 

oczywiście do poniedziałku opanujecie na pamięć swoje role.

Jej   stwierdzenie   wywołało   jeszcze   większe   poruszenie   i   szepty.   Rommel,   który 

najwyraźniej   odczuł   psychiczny   niepokój   przepełniający   pomieszczenie,   zaczął   w   sposób 

nieopanowany wylizywać sobie intymne okolice, jak zawsze w chwilach stresu.

-   Wasza   Wysokość,   nie   sądzę,   żeby   udało   mi   się   do   tego   czasu   nauczyć   tych 

wszystkich włoskich zwrotów - powiedziała nerwowo Perin.

- Nonsens - oświadczyła Grandmère. - Nessum dolore, nessum guadagno.

Ale nikt w ogóle nie wiedział, co to znaczy, więc wszyscy zaczęli świrować.

Poza J.P. Powiedział głębokim, spokojnym, bardzo takim w stylu Bodyguarda głosem:

- Hej, ludzie, spokojnie. Chyba damy radę. To będzie nawet zabawne.

Potrwało parę chwil, nim jego słowa dotarły do zebranych. Ale kiedy tak się wreszcie 

stało, Lilly, co najciekawsze, poparła go:

- Wiecie co? J.P. ma rację. Też uważam, że sobie poradzimy.

Na co Boris wybuchnął:

- Przepraszam, ale czy to nie ty skarżyłaś się, że nie wiesz, jak ci się uda uporać przez 

weekend z pierwszym numerem szkolnego magazynu literackiego?

Lilly zdecydowała się zignorować tę uwagę. J.P. miał nieco zmieszaną minę.

- No cóż, nie przypominam sobie niczego takiego - powiedział - ale założę się, że uda 

nam się jakoś spotkać jutro przed południem i może w niedzielę też, i zrobić jeszcze parę prób 

czytanych, i do poniedziałku będziemy znali teksty na pamięć.

- Znakomity pomysł - powiedziała Grandmère, klaszcząc w dłonie na tyle głośno, że 

señor Eduardo otworzył półprzytomne oczy. - Zyskamy więcej czasu na pracę z choreografem 

i instruktorką śpiewu.

background image

- Choreografem? - Boris zrobił przerażoną minę. - Instruktorką śpiewu? A dokładniej 

mówiąc, ile czasu ma nam to zająć?

- Tyle - odpowiedziała gwałtownie Grandmère - ile będzie potrzeba. A teraz wracajcie 

do domu i trochę odpocznijcie! Radzę, żebyście zjedli porządną kolację, musicie mieć siły na 

jutrzejsze   próby.   Stek,   średnio   wysmażony,   mała   porcja   sałatki   i   pieczony   ziemniak   z 

mnóstwem masła i soli to idealny posiłek dla aktora, który chce zachować siły. Oczekuję, że 

wszystkich was tu zobaczę jutro o dziesiątej: I zjedzcie porządne śniadanie - jajka na bekonie 

i mnóstwo kawy! Nie chcę, żeby mi tu ktoś mdlał z wyczerpania! I udanej próby czytanej, 

moi drodzy! Wspaniale! Pokazaliście tu wiele zdrowych, nieskażonych emocji! Dajcie sobie 

teraz nawzajem oklaski!

Powoli,   jedna   po   drugim,   zaczęliśmy   klaskać   -   było   oczywiste,   że   jak   tego   nie 

zrobimy, to Grandmère nigdy nas stąd nie wypuści.

Niestety, nasze oklaski zbudziły drzemiącego maestro. Czy tam reżysera. Czy jak go 

zwać.

-   Dziękuję!   -   Señor   Eduardo   obudził   się   już   na   tyle,   żeby   uznać,   że   oklaski   są 

przeznaczone dla niego. - Dziękuję wam wszystkim! Ale nie zdołałbym tego dokonać, gdyby 

nie wasza pomoc. Jesteście zbyt uprzejmi.

- No cóż - powiedział do mnie J.P. - Do zobaczenia jutro rano, Mia. Nie zapomnij 

zjeść tego steku! I bekonu!

- Ona jest wegetarianką - przypomniał mu Boris, nadal zły, że opuści tyle godzin gry 

na skrzypcach.

- Wiem. To był żart. Przecież po tym cyrku, jaki odstawiła w stołówce z tym mięsem 

w wegetariańskiej lasagne, chyba cała 

SZKOŁA

 wie, że ona jest wegetarianką.

- Ach, taa? - powiedział Boris. - I kto to mówi? Facet, Który Nie Cierpi, kiedy...

Musiałam zatkać Borisowi usta dłonią, zanim zdążył dokończyć.

- Dobranoc, J.P. - rzuciłam. - Do zobaczenia jutro!

A potem, kiedy wyszedł z sali, puściłam Borisa i wytarłam rękę w serwetkę.

- Boże, Boris - jęknęłam. - Ależ ty się ślinisz.

- Mam problem z nadmiernym wydzielaniem śliny - poinformował mnie.

- T

ERAZ

 mi mówisz?

-   Hej,   Mia   -   zaczepiła   mnie   Lilly,   kiedy   szłyśmy   do   wyjścia.   -   Coś   za   mocno 

reagujesz. I w ogóle, co się z tobą dzieje? Podoba ci się ten cały J.P. czy co?

background image

- Nie - odpowiedziałam obrażona. Jezu, przecież ja się spotykam z jej bratem już od 

półtora roku. Powinna już do tej pory 

WIEDZIEĆ

,  kto mi się podoba. - Ale moglibyście przy-

najmniej miło go traktować.

-   Mia   po   prostu   czuje   się   winna   -   stwierdził   Boris   -   bo   go   uśmierciła   w   swoim 

opowiadaniu.

- Nieprawda - rzuciłam.

Ale jak zwykle, strasznie kłamałam. Bo czuję się winna, że uśmierciłam J.P. w swoim 

opowiadaniu.

I niniejszym przysięgam, że nigdy już nie uśmiercę w swoich utworach żadnej postaci 

wzorowanej na żywym człowieku.

Chyba że będę pisała książkę o Grandmère, oczywiście.

Piątek, 5 marca, 10.00 wieczorem,

salon Moscovitzów

Okay, te filmy, które muszę oglądać z Michaelem... Są tak przygnębiające! Dystopijna 

science fiction to po prostu nie dla mnie. Już samo 

SŁOWO

 „dystopijny” działa mi na nerwy. Bo 

dystopia   to  

PRZECIWIEŃSTWO

  utopii,   która   oznacza   społeczeństwo   idealne   albo   totalnie 

pokojowe.   Jak   ta   utopijna   społeczność,   którą   usiłowano   zbudować   w   New   Harmony   w 

Indianie, gdzie mama mnie kiedyś zaciągnęła, kiedy usiłowałyśmy na trochę uciec od babci i 

dziadka w czasie wizyty w Versailles (tym w Indianie).

W   New   Harmony   wszyscy   usiedli   razem   i   zaplanowali   coś   w   rodzaju   idealnego 

miasta, z tymi wszystkimi ładnymi budynkami i ładnymi ulicami, i ładnymi szkołami, i tak 

dalej. Wiem, że to brzmi odpychająco. Ale wcale takie nie jest. New Harmony jest całkiem 

luzackie.

Dystopijne społeczności natomiast  

NIE

 

  luzackie. Nie ma tam ładnych budynków, 

ulic ani szkół. Wyglądają bardzo podobnie do tego, jak wyglądało Lower East Side, zanim 

wprowadzili się tam ci wszyscy zamożni geniusze od firm komputerowych i otworzyli te 

wszystkie bary tapas i apartamenty na wynajem za trzy tysiące dolarów miesięcznie bez opłat. 

Wiecie, takie miejsca, gdzie najwięcej jest stacji benzynowych i barów ze striptizem, a od 

czasu do czasu, na dokładkę, jakiś diler narkotyków sterczący na rogu ulicy.

To w takich społecznościach żyli prawie wszyscy bohaterowie dystopijnych filmów 

SF, które dziś oglądaliśmy.

background image

Człowiek   Omega?  Dystopijne   społeczeństwo   spowodowało   plagę,   która   omal   nie 

zabiła całej ludności i wszystkich (poza Charltonem Hestonem) zamieniła w zombie.

Ucieczka Logana?  Utopijne społeczeństwo, które zamienia się w dystopijne, kiedy 

wychodzi na jaw, że dla wyżywienia populacji za pomocą ograniczonych zasobów, jakie im 

pozostały   po   wojnie   nuklearnej,   rząd   zmuszony   jest   zabijać   obywateli   w   dzień   ich 

trzydziestych urodzin.

2001: Odyseja kosmiczna  jest następna w kolejce, przynajmniej kiedy już wyjdę z 

łazienki, ale poważnie obawiam się, że więcej już dziś nie zniosę.

Znoszę to wszystko jedynie dlatego, że mogę się zwinąć w kłębek obok Michaela na 

kanapie.

I że w czasie nudnych kawałków się całujemy.

I że w czasie przerażających kawałków chowam twarz na jego piersi, a on mnie ściśle 

otula ramionami i mogę sobie powąchać jego szyję.

I chociaż w normalnych warunkach zupełnie by mi to wystarczyło, to pozostaje ten 

drobiazg, że kiedy sprawy między Michaelem i mną zaczynają się robić 

NAPRAWDĘ

 namiętne - 

na tyle że on naciska guzik pauzy na pilocie - słyszymy Lilly, która po przeciwnej stronie 

korytarza wrzeszczy:

- Przeklinam cię, Alboinie, boś jest ordynarnym psem, za jakiego zawsze cię miałam!

Chciałabym tylko zaznaczyć, że czasami trudno dać się porwać chwili. Na przykład 

kiedy twój jedyny ukochany bierze cię w ramiona, a ty słyszysz, jak ktoś drze się:

-   Poślubisz   zatem   tę   pospolitą   genowiańską   dziewkę,   chociaż   mogłeś   mieć   mnie, 

Alboinie? Fi!

I   może   dlatego   Michael   poszedł   właśnie   do   kuchni   przynieść   trochę   popcornu. 

Wygląda na to, że 2001: Odyseja kosmiczna to może być nasz jedyny sposób na zagłuszenie 

niekoniecznie słodkich tonów, które dobiegają z pokoju, gdzie Lilly i Lars ćwiczą jej rolę.

Chociaż - biorąc pod uwagę że tak się teraz staram zbyt często nie kłamać - powinnam 

chyba przyznać, że nie tylko wojownicze okrzyki Lilly powstrzymują mnie przed poświę-

ceniem  Michaelowi pełnej  uwagi, z punktu widzenia  całowania. Prawdę mówiąc,  ta cała 

impreza ciąży mi niczym ten bananowy wąż Britney w czasie rozdania nagród VMA.

To mnie ciągle dręczy. Naprawdę. Zrobiłam ten dip - francuski cebulowy, z torebki 

Knorra - i wszystko, żeby tylko myślał, że nie mogę się doczekać jutrzejszego wieczoru.

Ale jest dokładnie odwrotnie.

background image

Chociaż   przynajmniej   mam   pewien   plan.   Dzięki   Lanie.   Mniej   więcej   wiem,   co 

zamierzam   robić   w   czasie   imprezy.  I  mam   już   strój.   No   cóż,   w   pewnym   sensie.   Chyba 

obcięłam tę spódnicę 

NIECO

 za krótko.

Chociaż Lana pewnie powiedziałaby, że nie ma za krótkiej mini.

Ooooch, Michael wrócił i niesie popcorn. Czas na całowanie!

Sobota, 6 marca, 00.00

Niewiele brakowało: kiedy wróciłam dziś o północy od Moscovitzów, mama na mnie 

czekała (no cóż, niezupełnie czekała  

NA

 

MNIE

.  Oglądała sobie tę trzyczęściową  Ekstremalną 

chirurgię  na Discovery Zdrowie, o facecie z niesamowicie wielkim znamieniem na twarzy, 

którego nawet ośmiu chirurgów nie mogło do końca usunąć. A on nie mógł włożyć maski na 

tę stronę twarzy,  jak facet z  Upiora w operze,  bo to znamię miało  takie górki i dołki, i 

odstawało za bardzo, żeby jakąś maskę dało się dopasować. Więc Christine powiedziałaby: 

„Och, totalnie widzę te blizny pod twoją maską, głupku”. Poza tym on i tak na pewno nie 

dysponuje podziemnym lochem, do którego mógłby ją zawlec. Ale nieważne).

Chociaż usiłowałam wśliznąć się do środka po cichutku, mama mnie przyuważyła, 

musiałyśmy więc odbyć tę rozmowę, której naprawdę wolałabym uniknąć:

Mama (naciskając „mute” na pilocie): Mia, co ja słyszę? Twoja babka wystawia jakąś 

sztukę o twojej przodkini Rozagundzie i obsadza cię w głównej roli?

Ja: Aha. Taa. No właśnie.

Mama: W życiu nie słyszałam czegoś bardziej absurdalnego! Czy ona sobie nie zdaje 

sprawy, że ty ledwie ciągniesz z geometrii? Nie masz czasu na granie głównej roli w żadnej 

sztuce. Musisz się skoncentrować na lekcjach. Masz już dość zajęć pozalekcyjnych z tym 

samorządem szkolnym i lekcjami etykiety. A teraz jeszcze to?

Ja: Musical.

Mama: Co?

Ja: To jest musical, nie sztuka.

Mama: Nic mnie nie obchodzi, co to jest. Jutro dzwonię do twojego ojca i mówię mu, 

żeby położył temu kres.

Ja (przerażona, bo jeśli ona to zrobi, to Grandmère totalnie puści farbę do Amber 

Cheeseman na temat pieniędzy, a ja oberwę łokciem w grdykę. Ale tego też nie mogę mamie 

powiedzieć, więc muszę skłamać. Znowu!): Nie! Nie rób tego! Proszę, mamo! Ja naprawdę... 

och... mnie się to naprawdę podoba.

background image

Mama: Co ci się podoba?

Ja: Ta sztuka. To znaczy musical. Ja naprawdę chcę w nim wystąpić. Teatr to moje 

życie.

Mama: Mia, czy ty się dobrze czujesz?

Ja: Świetnie! Tylko nie dzwoń do taty, dobrze? On naprawdę w tej chwili jest bardzo 

zajęty Parlamentem i wszystkim. Nie zawracajmy mu głowy. Naprawdę podoba mi się ta 

sztuka Grandmère. Jest zabawna i w ogóle, i to dla mnie fajna szansa, żeby, hm, poszerzyć 

swoje horyzonty.

Mama: No cóż... Sama nie wiem...

Ja: Proszę, mamo. Przysięgam, że moje stopnie się nie pogorszą.

Mama: No cóż. Niech będzie. Ale jeśli mi przyniesiesz do domu chociaż jedną tróję z 

klasówki, to dzwonię do Genowii.

Ja: Och, dzięki mamo! Nie martw się, nie przyniosę.

A potem musiałam iść do swojego pokoju i pooddychać przez chwilę do papierowej 

torebki, bo wydawało mi się, że zaczynam hiperwentylować.

Sobota, 6 marca, 14.00,

Sala Balowa, hotel Plaza

Okay,  no więc aktorstwo jest chyba  nieco trudniejsze, niż mi się wydawało. Tak, 

napisałam   niedawno,   że   ludzie   zostają   aktorami,   bo   to   naprawdę   łatwe   zajęcie,   za   które 

dostaje się kupę pieniędzy...

Może to i prawda. Ale okazuje się, że łatwe wcale nie jest. Trzeba pamiętać o całej 

masie rzeczy.

Na   przykład   o   układzie.   To   znaczy   o   tym,   jak   masz   się   poruszać   po   scenie, 

wypowiadając swoje kwestie. Zawsze myślałam, że aktorzy po prostu to sobie wymyślają w 

miarę grania.

Ale okazuje się, że reżyser  mówi  im,  gdzie dokładnie mają stawać, a nawet przy 

którym słowie w której kwestii mają zrobić krok. I jak szybko. I w jakim kierunku.

A przynajmniej jeśli tym reżyserem jest Grandmère.

Och, ona nie jest naszym reżyserem, oczywiście. A przynajmniej cały czas nas o tym 

zapewnia. Señor Eduardo, usadzony w kącie i okryty pod samą brodę jakimś pledem, jest 

WŁAŚCIWYM

 reżyserem tej sztuki. To znaczy musicalu.

background image

Ale   skoro   on   zapada   w   sen,   gdy   tylko   uda   mu   się   wykrztusić:   „I...   Gramy!”   - 

Grandmère była taka miła, że przejęła jego obowiązki.

Ja nie twierdzę, że to nie był jej plan od samego początku. Ale z całą pewnością nie 

przyznaje się do tego.

W każdym razie oprócz tego całego tekstu musimy jeszcze zapamiętać układ ruchowy.

Ale   ten   układ   to   nie   choreografia.   Choreografia   jest   wtedy,   kiedy   tańczysz, 

jednocześnie śpiewając piosenki.

Do tego Grandmère zatrudniła zawodową choreografkę. Ma na imię Piórko. Piórko 

jest podobno bardzo znana, bo  zrobiła choreografię do kilku broadwayowskich przebojów. 

Teraz musi być u niej bardzo krucho z forsą, skoro zgodziła się robić choreografię do takiej 

nudy jak Warkocz! Ale nieważne.

Piórko w niczym nie przypomina tych choreografów, których widziałam w filmach, na 

przykład Honey albo Światła sceny. W ogóle się nie maluje, twierdzi, że jej trykot jest zro-

biony z konopi i ciągle nam każe znaleźć nasze centrum energetyczne i skoncentrować się na 

energii chi.

Kiedy Piórko mówi takie rzeczy, Grandmère ma poirytowaną minę. Ale wiem, że nie 

chce się drzeć, bo przy tak napiętych terminach trudno jej będzie znaleźć innego choreografa, 

jeśli Piórko się obrazi i rzuci pracę, do czego tancerze najwyraźniej mają skłonności.

Ale Piórko nie jest taka zła jak nasza nauczycielka śpiewu, madame Puissant, która 

zazwyczaj pracuje ze śpiewakami operowymi i która kazała nam wszystkim ustawić się i 

wykonywać   te   ćwiczenia   wokalne,   czy   wokalizy,   jak   ona   je   nazywa,   które   obejmowały 

wyśpiewywanie:   „Moja   mamoooo,   moja   droooga”   ciągle   od   nowa   na   coraz   bardziej 

wznoszącą się nutę, póki nie poczuliśmy, że „drga nam coś u podstawy nosa”.

Zauważyłam, że Grandmère darzy madame Puissant 

WIELKĄ

 aprobatą. A przynajmniej 

nie   przerywa   jej   co   chwila.   Jakby   tego   wszystkiego   nie   było   dosyć,   musieliśmy   jeszcze 

przetrwać   przymiarkę   kostiumów,   a   w   moim   przypadku   również   przymiarkę   peruki.   Bo 

oczywiście Rozagunda musi mieć ten niesamowicie długi warkocz, ponieważ taki jest, w 

sumie, tytuł sztuki.

To znaczy musicalu.

Mówię po prostu, że wszyscy martwili się opanowaniem pamięciowym swoich 

RÓL

 na 

czas, a tu okazało się, że do wystawienia sztuki - to znaczy musicalu - potrzeba o 

WIELE

 więcej 

niż tylko nauczyć  się roli na pamięć. Trzeba opanować układ ruchów i choreografię, nie 

wspominając nawet o tych  wszystkich piosenkach i o tym,  jak się nie potykać  o własny 

warkocz (to znaczy o kawałek liny, ponieważ warkocz nie jest jeszcze gotowy i Grandmère 

background image

przyczepiła mi do głowy jedną z tych aksamitnych lin, które zagradzają Palmiarnię, żeby 

ludzie się tam nie wpychali, kiedy jest jeszcze zamknięta przed południem.

Chyba trudno się dziwić, że dokucza mi lekka migrena. Chociaż nie gorsza niż ta, 

której dostaję, kiedy wciskają mi na głowę mój diadem.

W tej chwili J.P. i ja mamy krótką przerwę, bo Piórko ćwiczy z chórem choreografię 

do piosenki  Genowia,  którą mają śpiewać wszyscy poza nami. Okazuje się, że Kenny nie 

dość, że nie umie grać ani śpiewać, nie umie też tańczyć, więc zajmuje im to bardzo dużo 

czasu.

Ale   to   mi   nie   przeszkadza,   bo   mam   dzięki   temu   czas,   żeby   zaplanować   strategię 

imprezową na dzisiejszy wieczór i porozmawiać z J.P., który, jak się okazuje, 

SPORO

 wie o te-

atrze. To dlatego, że jego ojciec jest słynnym producentem. J.P. kręcił się po kulisach sceny 

od małego i spotkał mnóstwo sławnych ludzi.

- John Travolta, Antonio Banderas, Bruce Willis, Renée Zellweger, Julia Roberts... w 

sumie w zasadzie wszyscy, których warto poznać - odparł, kiedy go zapytałam, co miał na 

myśli, mówiąc „mnóstwo sławnych ludzi”.

Nieźle! Założę się, że Tina zamieniłaby się z J.P. w nowojorską minutę, nawet jeśliby 

to oznaczało zamianę w chłopca.

Zapytałam   J.P,   czy   są  jacyś   sławni   ludzie,   których  

NIE

  poznał,   a   chciałby,   ale   on 

wymienił tylko jednego: Davida Mameta, sławnego dramatopisarza.

- No, wiesz - powiedział. - Glenngary Glen Rose. Seksualna perwersja w Chicago. 

Oleana.

- Och, jasne. - Jakbym naprawdę wiedziała, o czym on mówi.

Powiedziałam mu też, że to i tak robi wrażenie - to, że poznał prawie wszystkich z 

Hollywood.

- Taa - zgodził się. - Ale jak się nad tym zastanowić, to sławni ludzie są tylko ludźmi, 

jak ty czy ja. To znaczy jak ja, w każdym razie. Bo ty - no cóż, jesteś sławna. Musisz często 

się   z   tym   spotykać.   No,   z   tym,   że   ludzie   myślą,   że   jesteś   -   sam   nie   wiem...   Kimś 

niepowtarzalnym. A tak naprawdę tak nie jest. To tylko taki sposób postrzegania ciebie przez 

publikę. To musi być naprawdę trudne.

Czy kiedykolwiek padły z czyichś ust prawdziwsze słowa? Popatrzcie tylko, z czym 

się borykam w tej chwili: z tym przekonaniem, że nie jestem imprezową dziewczyną. Kiedy z 

całą pewnością nią 

JESTEM

. Przecież idę dziś wieczorem na imprezę, prawda?

I okay, totalnie się tego boję i musiałam poprosić o radę w tej sprawie najpodlejszą 

dziewczynę w całej szkole.

background image

Ale to nie znaczy, że nie jestem imprezową dziewczyną.

W każdym razie J.P, oprócz tego, że poznał wszystkich sławnych ludzi na świecie 

(poza Davidem Mametem), był na wszystkich spektaklach, jakie kiedykolwiek wystawiono, 

włącznie z - nie mogłam uwierzyć własnym uszom - Piękną i Bestią.

I posłuchajcie tylko: to jest także jego ulubiony musical.

Nie   mieści   mi   się   w   głowie,   że   po   tak   długim   czasie,   kiedy   widziałam   w   nim 

wyłącznie jako Faceta, Który Nie Cierpi, kiedy Dodają Kukurydzy do Chili - tego dziwaka ze 

stołówki - on okazuje się takim naprawdę fajnym, luzackim facetem, który pisze wiersze o 

dyrektor Gupcie i lubi Piękną i Bestię, i chciałby poznać Davida Mameta (ktokolwiek to jest).

Ale to chyba tylko wskazuje, jak nasz obecny system szkolnictwa, przeładowany i 

anonimowy, utrudnia dorastającej młodzieży przełamanie przyjętych z góry założeń na temat 

kolegów i poznanie prawdziwego człowieka, który skrywa się pod nadaną mu etykietką, czy 

to   jest   Księżniczka,   Geniuszek,   Aktorka,   Mięśniak,   Cheerleaderka,   czy   Facet,   Który   Nie 

Cierpi, kiedy Dodają Kukurydzy do Chili.

Ups. Próba chóru się skończyła. Grandmère woła teraz główne postacie.

Co oznacza J.P. i mnie. Gramy mnóstwo wspólnych scen. A póki nie przeczytałam 

scenariusza Warkocza!, nie przyszło mi nawet do głowy, że Rozagunda 

MIAŁA

 chłopaka.

Sobota, 6 marca, 18.00,

w limuzynie w drodze do domu z hotelu Plaza

O mój Boże, jestem taaaaaka zmęczona, że z trudem otwieram oczy. Aktorstwo jest 

STRASZNIE

  trudne. I kto by przypuszczał?  Bo wiecie, te dzieciaki z  Degrassi  sprawiają, że 

wydaje się takie proste. Ale oni chodzą do szkoły i wszystko, przez cały czas kręcenia tego 

programu. Jak oni to 

ROBIĄ

?

Oczywiście, nie muszą śpiewać, poza tymi odcinkami, w których jest przesłuchanie do 

jakiejś kapeli czy coś. Okazuje się, że śpiewanie jest jeszcze trudniejsze niż 

AKTORSTWO

. A ja 

myślałam,   że  to  rzecz,  z  którą  będę  miała   najmniej  kłopotów, a  to  ze  względu  na  moje 

intensywne prywatne treningi, w razie gdybym musiała brać udział w karaoke w czasie trasy 

objazdowej, jak Britney w Crossroads.

No cóż, muszę wam tylko powiedzieć, że darzę całkiem nowym szacunkiem Kelis, bo 

żeby umieścić na swojej płycie tę jedną, idealną wersję  Milkshake,  musiała ją przećwiczyć 

pięć   tysięcy   razy.   Madame   Puissant   kazała   mi   przećwiczyć   „piosenkę   Rozagundy” 

PRZYNAJMNIEJ

 tyle samo razy.

background image

A kiedy już całkiem zachrypłam i nie mogłam śpiewać wysokich nut, kazała mi złapać 

od spodu za fortepian, na którym akompaniował mi Phil, i 

CIĄGNĄĆ

 

W

 

GÓRĘ

!

- Proszę śpiewać z przepony, księżniczko! - wrzeszczała co chwila madame Puissant. - 

Żadnego oddychania klatką piersiową. Z 

PRZEPONY

! Nie z klatki! Ś

PIEWAĆ

 

Z

 

PRZEPONY

! W 

GÓRĘ

!!! 

P

ODNIEŚ

 

TEN

 

FORTEPIAN

!!!

Byłam   bardzo   zadowolona,   że   przynajmniej   poprzedniego   dnia   pomalowałam 

paznokcie świeżym lakierem (żeby mnie mniej kusiło obgryzanie). Bo przynajmniej 

ZA

 

TO

 nie 

mogła się na mnie drzeć.

A   choreografia?   Dajcie   spokój.   Niektórzy   ludzie   pogardzają   cheerleaderkami   (no 

dobrze,   ja   też   pogardzałam   -   pominąwszy   Shameekę   -   ale   już   nie   pogardzam).   To   jest 

TRUDNE

!!!   Zapamiętanie   tych   wszystkich   kroków???   O   mój   Boże!   Mogłabym   teraz 

powiedzieć: „Piórko, zabierz sobie całą moją  chi, bo ja już nie zrobię ani jednego palce—

pięta więcej!”

Ale   Piórko   nie   miała   dla   mnie   ani   odrobiny   miłosierdzia   -   a   jeszcze  

MNIEJ

  dla 

Kenny'ego,  który nie potrafiłby wykonać przejścia palce  - pięta  nawet za cenę własnego 

życia.

I wiecie co? Jutro wszyscy mamy się stawić o dziesiątej rano na kolejną dawkę tego 

samego.

Boris powiedział dzisiaj wieczorem, kiedy wszyscy wychodziliśmy:

- W życiu nie musiałem tak ciężko pracować na jakiś dodatkowy stopień.

Co było bardzo trafną uwagą. Ale, jak zauważyła Ling Su, lepsze to niż sprzedawanie 

po domach jakichś świec.

I wtedy musiałam ją uciszyć, bo niedaleko stała Amber Cheeseman!

Tyle że J.P. usłyszał, jak uciszam Ling Su, i zaczął pytać:

- Co? Po co ta wielka tajemnica? Możesz mi powiedzieć, przysięgam, że zabiorę ją ze 

sobą do grobu.

Rzecz w tym,  że kiedy ludzie spędzają ze sobą wspólnie tyle godzin, tak jak my, 

odkąd zaczęły się te próby, w pewien sposób... pojawia się więź. To znaczy, nie da się tego 

uniknąć. Po prostu  

 

TYLE

  czasu spędzacie w swoim towarzystwie. Nawet Lilly, która ma 

zdecydowanie antytowarzyskie tendencje, wrzasnęła, kiedy wkładaliśmy płaszcze:

- Hej, ludzie! O mało nie zapomniałam! Wieczorem jest u mnie impreza! Powinniście 

totalnie przyjść, rodzice są za miastem!

background image

Uznałam, że to z jej strony dość śmiały krok - w końcu to impreza Michaela, a nie jej, 

i nie wiem, czy będzie bardzo zachwycony, kiedy pojawi się cała banda dzieciaków ze szkoły 

średniej (pomijając mnie, oczywiście).

Ale, rozumiecie, to przykład na to, jak się do siebie zbliżyliśmy.

I   wyjaśnia   też,   czemu   poczułam,   że   powinnam   powiedzieć   J.P.  prawdę   -  że   nasz 

szkolny samorząd ma trochę za mało gotówki, żeby opłacić ceremonię rozdania matur i że to 

przede wszystkim dlatego wystawiamy Warkocz!

Wydawało się, że J.P. jest zaskoczony czy wręcz zaszokowany - ale nie tym, jak w 

pierwszej chwili myślałam, że tak namieszałam w naszym budżecie.

- Naprawdę? - spytał. - A ja tu sobie przez cały czas myślałem, że to taki wyszukany 

podstęp   ze   strony   twojej  babki,   która   chce   wyrolować   mojego   tatę   z   tego   przetargu   na 

sztuczną wyspę Genowię.

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Po  prostu  gapiłam   się  na  niego   z  otwartymi  ustami,  dopóki  nie   zaśmiał  się   i  nie 

powiedział:

- Mia, nic się nie przejmuj. Nikomu nie powiem. O tych pieniądzach na rozdanie 

matur 

ANI

 

O

 spisku twojej babki.

Ale wtedy ja się bardzo zaciekawiłam i zaczęłam go wypytywać:

- A w ogóle dlaczego twój tata chce kupić tę wyspę?

- Bo może - odpowiedział J.P., i wcale przy tym nie żartował, chyba po raz pierwszy, 

odkąd go poznałam. On w sumie nigdy nie wygląda, jakby się czymś martwił czy przejmował 

- pomijając kukurydzę, oczywiście.

Od razu zrozumiałam, że dla Johna Paula Reynoldsa - Abernathy'ego Czwartego temat 

Johna Paula Reynoldsa - Abernathy'ego Trzeciego był niemiły. Więc przestałam się dopyty-

wać. Właśnie tego typu rzeczy człowiek się uczy w czasie lekcji etykiety - jak zmieniać 

temat, kiedy nagle sytuacja robi się niezręczna.

- No cóż, to do zobaczenia jutro - powiedziałam.

- A wybierasz się na imprezę do Lilly? - chciał wiedzieć.

- Och - odparłam. - Tak.

- No to może do zobaczenia jeszcze dziś.

Co było bardzo słodkie. No wiecie, że J.P czuje się w naszym towarzystwie na tyle 

swobodnie, że mógłby chcieć przyjść na imprezę do Lilly. Nawet jeśli nie wie, że to impreza 

Michaela, a nie Lilly.

background image

W   każdym   razie   mam   teraz   o   wiele   poważniejsze   zmartwienia   niż   J.P.   i   Lilly,   i 

Grandmère, i jej diaboliczne spiski w celu uzyskania panowania nad pewną wyspą.

Niedziela, 7 marca, 1.00 w nocy, poddasze

Tak mi wstyd. Poważnie. Jestem 

ZAŻENOWANA

 

DO

 

BÓLU

. Chyba nigdy w życiu jeszcze się 

tak nie wstydziłam.

Zgoda, wiem, że już to wcześniej mówiłam, ale tym razem naprawdę mówię serio.

Przez chwilę naprawdę mi się tam wydawało, że ten mój plan działa. To znaczy mój 

plan dowiedzenia Michaelowi, że naprawdę jestem imprezową dziewczyną.

Nie do końca rozumiem, co poszło nie tak. W

SZYSTKO

 sobie zaplanowałam. Zrobiłam 

DOKŁADNIE

  tak, jak mówiła Lana. Kiedy tylko dojechałam do mieszkania Lilly i Michaela, 

przebrałam się z ciuchów, które miałam na próbie, w ubranie imprezowe;

- czarne rajstopy,

- czarną aksamitną spódnicę (przekształconą w mini - brzegi były trochę nierówne, bo 

Gruby Louie  łapał  mnie  za  nożyczki, kiedy ją obcinałam,  ale  nieważne,  i tak  wyglądała 

dobrze),

- czarne martensy,

- czarny top, który mi został po Halloween, kiedy przebrałam się za kota, a Ronnie, 

sąsiadka z mieszkania obok, powiedziała, że wyglądam jak króliczek „Playboya” o płaskiej 

klatce piersiowej, więc nigdy go już więcej nie wkładałam,

-   czarny   beret,   który   moja   mama   nosiła   kiedyś,   kiedy   wykonywała   akty 

obywatelskiego nieposłuszeństwa ze swoimi znajomymi Guerrilla Girls,

- wodny stanik, którego oczywiście wcale tak bardzo nie napełniałam, bo bałam się 

przecieków.

Poza   tym   użyłam   czerwonej   szminki   i   seksownie   roztrzepałam   sobie   włosy,   jak 

Lindsay   Lohan,   kiedy   wychodzi   z   nowojorskich   klubów,   takich   jak   Butter,   świeżo 

uniknąwszy spotkania ze swoim byłym, Wilmerem.

Ale zamiast od razu powiedzieć: „Bardzo seksowne” na widok mojego nowego stroju, 

Michael   -   który   otwierał   drzwi   pierwszym   przychodzącym   gościom   -   tylko   uniósł   brwi, 

patrząc na mnie, jakby był czymś nieco zaniepokojony.

A Lars aż podniósł oczy znad swojego sidekicka, kiedy przechodziłam, i zaczął coś 

mówić, ale potem najwyraźniej zmienił zdanie, bo wrócił do opierania się o ścianę i oglądania 

różnych rzeczy w sieci.

background image

A wtedy Lilly, która zajmowała się szykowaniem kamery, żeby sfilmować zabawę do 

odcinka swojego programu Lilly mówi prosto z mostu o dynamice męsko - damskich relacji w 

nowoczesnym środowisku wielkomiejskim, odezwała się:

- A ty niby za kogo się przebrałaś? Za mima?

Ale  zamiast  się na nią  wściekać,  tylko  odrzuciłam  głowę, tak  jak robi to Lana,  i 

powiedziałam:

- Też się przyczepiłaś!

Bo usiłowałam zachowywać się dojrzale przy znajomych Michaela, którzy właśnie 

wchodzili.

I chyba mi się udało, bo Trevor i Felix się odezwali:

- Mia?

Zupełnie jakby mnie nie poznali. A Paul rzucił:

- Fajne patyki.

Co pewnie miało być komplementem na temat moich nóg, które wyglądają na bardzo 

długie, kiedy mam na sobie krótką spódnicę.

Nawet Doo Pak powiedział:

- Och, księżniczko Mio, wyglądasz znakomicie bez tych rybaczek.

A   J.P.   -   który   pojawił   się   nieco   później,   w   tej   samej   chwili   co   Tina   i   Boris   - 

powiedział:

- Pani, twoja piękność zawstydziłaby nawet najurokliwszy zachód słońca nad Morzem 

Śródziemnym.

Co jest jedną z kwestii z naszej sztuki, ale nieważne, i tak było miłe.

I z tymi słowami złożył mi dworski ukłon, też prosto z naszej sztuki. To znaczy z 

musicalu.

Michael był jedyną osobą, która nic nie powiedziała. Ale stwierdziłam, że po prostu, 

był zbyt zajęty puszczaniem muzyki i dbaniem, żeby wszyscy goście poczuli się swobodnie. I 

nie był za bardzo zachwycony, że Lilly zaprosiła Borisa i tych innych, nie pytając go najpierw 

o pozwolenie.

Więc próbowałam mu jakoś pomóc. No, żeby sprawy toczyły się gładko. Podeszłam 

do paru dziewczyn z jego akademika, które właśnie weszły - a żadna z nich nie nosiła beretu 

ani nawet jakichś specjalnie seksownych ciuchów - i powiedziałam:

- Cześć, jestem dziewczyna Michaela, Mia. Macie ochotę na dip?

Nie   wspominałam,   że   sama   zrobiłam   ten   dip,   bo   nie   wydaje   mi   się,   żeby   jakaś 

prawdziwie imprezowa dziewczyna sama  robiła dip. Na przykład  wątpię, żeby Lana kie-

background image

dykolwiek zrobiła jakiś dip. Zrobienie dipu było z mojej strony złym posunięciem, ale takim, 

które łatwo zatuszować, bo przecież nie musiałam mówić ludziom, że sama go zrobiłam.

Studentki   powiedziały,   że   żadnego   dipu   nie   chcą,   nawet   kiedy  je  zapewniłam,   że 

zrobiłam go z niskotłuszczowego majonezu i kwaśnej śmietany. Bo ja wiem, że studentki za-

wsze zwracają uwagę na linię, żeby nie przybrać tych przysłowiowych siedmiu kilogramów 

studentki pierwszego roku. Chociaż tego im 

NIE

 powiedziałam, oczywiście.

Ale nie miałam zamiaru pozwolić, żeby ich odmowa spożycia dipu mnie przygnębiła. 

Przecież chodziło mi tylko o to, żeby jakoś nawiązać z nimi rozmowę.

Tylko że one jakby nie miały większej ochoty ze mną rozmawiać. A Boris z Tiną 

całowali się na kanapie, a Lilly pokazywała J.P., jak działa jej kamera. Więc właściwie nie 

miałam z kim rozmawiać.

No więc tak jakoś zdryfowałam do kuchni i wzięłam sobie piwo. Stwierdziłam, że to 

właśnie   zrobiłaby   imprezowa   dziewczyna.   Bo   Lana   tak   mi   powiedziała.   Zdjęłam   kapsel 

otwieraczem, który leżał gdzieś na wierzchu, i ponieważ widziałam, że wszyscy inni piją 

piwo prosto z butelki, też się tak napiłam.

O mało się nie zakrztusiłam. Bo piwo smakowało jeszcze gorzej, niż pamiętałam. 

Chyba gorzej niż pachniał ten skunks, którego dziadek potrącił samochodem.

Ale skoro nikt inny się nie krzywił, próbowałam nad sobą zapanować i zdecydowałam 

się popijać bardzo małymi łykami. Dzięki temu piwo było nieco znośniejsze. Może to w taki 

sposób   piwosze   sobie   z   tym   radzą.   Popijając   bardzo   małymi   łyczkami.   Więc   popijałam 

małymi łyczkami, aż zauważyłam, że J.P. trzyma kamerę Lilly i celuje we mnie. I w tym 

samym momencie schowałam to piwo za siebie.

J.P. opuścił kamerę. Z bardzo zażenowaną miną powiedział:

- Przepraszam.

Ale nie z takim zażenowaniem, jakie ja sama poczułam, kiedy Lilly, która stała obok 

niego, odezwała się:

- Mia, a co ty wyrabiasz?

- Nic - warknęłam zirytowanym głosem. Bo wyobrażałam sobie, że tak by się poczuła 

imprezowa dziewczyna, gdyby jakaś przyjaciółka pytała ją, co robi. Chyba że byłaby im-

prezową   dziewczyną   z  Girls   Gone   Wild,  bo   w   takim   przypadku   po   prostu   podniosłaby 

spódnicę do kamery.

Ale ja uznałam, że nie jestem tego typu imprezową dziewczyną.

- Pijesz? - Lilly wydawała się zaszokowana. No cóż, może bardziej rozbawiona niż 

zaszokowana. - Piwo?

background image

- Próbuję się po prostu dobrze bawić - odpowiedziałam. Byłam boleśnie świadoma 

spoczywającego   na   mnie   spojrzenia   J.P.   Dlaczego   miałabym   z   tego   powodu   czuć   się 

niezręcznie, nie mam pojęcia. Ale tak było. - Myślisz, że będąc w Genowii, nic nie piję?

- Jasne - powiedziała Lilly. - Toast szampanem z zagranicznymi dygnitarzami. Wino 

do obiadu. Ale nie piwo.

-   Nieważne.   -   Odsunęłam   się   od   niej.   I   wpadłam   prosto   na   Michaela,   który   się 

odezwał:

- A, hej, więc tu jesteś.

- Och, no tak - odpowiedziałam, znów odrzucając włosy bardzo swobodnie i zupełnie 

jak imprezowa dziewczyna. - Po prostu dobrze się bawię.

- A od kiedy ty pijesz piwo? - chciał wiedzieć Michael.

- Boże, Michael - odparłam ze śmiechem. - Nieważne.

- Mnie też powiedziała to samo - Lilly poinformowała brata, odbierając kamerę J.P. i 

wycelowując obiektyw prosto w nasze twarze.

- Lilly - powiedział Michael. - Przestań filmować. Mia...

Ale zanim zdążył powiedzieć to, co miał do powiedzenia.

Party Shuffle na jego komputerze (podłączył głośniki w pokoju rodziców do swojego 

twardego   dysku)   zaczęło   odtwarzać   pierwszą   nieco   wolniejszą   piosenkę   tego   wieczoru   - 

Speedof Sound Coldplay - więc się odezwałam:

- Och, uwielbiam tę piosenkę.

I zaczęłam tańczyć, tak jak mi powiedziała Lana.

Prawdę mówiąc, wcale nie jestem nawet taką znów fanką Coldplay, bo w gruncie 

rzeczy nie pochwalam, że lider tej kapeli pozwolił swojej żonie, Gwyneth Paltrow, nazwać 

ich   córeczkę   Apple.   Co   się   stanie   z   tym   biednym   dzieckiem,  kiedy   pójdzie   do   liceum? 

Wszyscy będą się z niej wyśmiewać.

Ale chyba piwo, skunksowate czy nie, podziałało. Bo już wcale nie czułam się ani 

trochę tak skrępowana jak wtedy, zanim zaczęłam je popijać. W sumie poczułam się nawet 

dobrze. Chociaż byłam jedyną tańczącą osobą w tym całym pokoju.

Ale stwierdziłam, że nie ma sprawy, bo często się zdarza, że jak jedna osoba zacznie 

tańczyć, tańczą potem wszyscy. Po prostu czekają tylko, aż ktoś przełamie lody.

Ale   tańcząc,   nie   mogłam   nie   zauważyć,   że   nikt   do   mnie   nie   dołącza.   A   przede 

wszystkim Michael. Stał tam tylko i gapił się na mnie. Tak samo Lars. I Lilly, chociaż ona to 

robiła przez obiektyw kamery. Boris i Tina przestali się całować i zaczęli się na mnie lampić. 

background image

Te dziewczyny ze studiów też się na mnie gapiły. Jedna z nich pochyliła się i szepnęła coś do 

drugiej, a tamta zachichotała.

Stwierdziłam, że są zazdrosne, bo ja przynajmniej zadałam sobie jakiś trud, żeby się 

ubrać na imprezę, z beretem i wszystkim, i tańczyłam dalej.

I to wtedy J.P. przyszedł mi na ratunek. On też zaczął tańczyć.

Niezupełnie tańczył ze mną, bo mnie nie dotykał ani nic. Ale jakoś tak podszedł do 

miejsca, gdzie tańczyłam, i zaczął przesuwać nogami, tak jak zwykle tańczą wielcy faceci, 

jakby nie chcieli na siebie zwracać zbytniej uwagi.

Byłam   taka   podekscytowana,   że   ktoś   wreszcie   zaczął   tańczyć,   że   jakoś   tak 

zachybotałam się (Piórko nauczyła nas nazywać to „shimmy” - to znaczy wtedy, kiedy tak 

trochę kręcisz ramionami) bliżej niego, i uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością. A on 

odpowiedział uśmiechem.

Rzecz   w   tym,   że   potem   już   chyba   tańczyliśmy   ze   sobą.  To   znaczy   tak   się  jakoś 

zdarzyło, że tańczyłam z innym facetem. Na oczach mojego chłopaka. Na imprezie wydanej 

przez mojego chłopaka.

Co pewnie należy uznać za paskudne.

Chociaż wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. W tamtej chwili byłam w stanie 

myśleć   tylko   o   tym,   jak   głupio   się   czułam,   kiedy   nikt   nie   chciał   ze   mną   tańczyć   i   jak 

szczęśliwa byłam, że J.P. - w przeciwieństwie do moich innych tak zwanych przyjaciół - nie 

zostawił mnie tam samej jak palec, tańczącej na środku przy wszystkich... a już zwłaszcza 

przy Michaelu.

Który nawet mi nie powiedział, że ładnie wyglądam. Ani że mu się podoba mój beret.

A   J.P.   powiedział,   że   wyglądam   piękniej   niż   najurokliwszy   zachód   słońca   nad 

Morzem Śródziemnym. J.P. podszedł do mnie i zaczął ze mną tańczyć.

A Michael tylko tam stał.

Kto wie, jak długo J.P. i ja tańczylibyśmy - podczas gdy Michael tylko tam stał - 

gdyby wtedy drzwi wejściowe nie otworzyły się i nie stanęli w nich pan doktor i pani doktor 

Moscovitz.

I okay, Michael przecież dostał ich pozwolenie na zorganizowanie imprezy, i wcale 

się o to nie gniewali ani nic.

Ale i tak!!! Weszli do środka akurat wtedy, kiedy tańczyłam! Z  

INNYM

 

FACETEM

!  To 

było niesłychanie żenujące!!! R

ODZICE

 Michaela!!!!

Byłam   prawie   tak   samo   zawstydzona   jak   wtedy,   kiedy   weszli,   a   Michael   i   ja 

całowaliśmy się na kanapie, w czasie ferii zimowych (no cóż, robiliśmy coś 

WIĘCEJ

, nie tylko 

background image

się   całowaliśmy.   Odchodziło   tam   trochę   akcji   pod   T   -   shirtem,   ale   nad   stanikiem.   Co, 

przyznaję,   dla   dziewczyny,   która   nie   zamierza   uprawiać   seksu   aż   do   swojego   balu 

maturalnego, jest nieco ryzykownym zachowaniem. Ale nieważne. Prawdę  mówiąc, na tyle 

się zajęłam tym całowaniem, że nawet nie zauważyłam, co Michael robi z rękami, a potem 

było już nieco za późno. Bo wtedy już mi się to 

PODOBAŁO

. Więc właściwie, pomyślałam sobie, 

DZIĘKI

 

BOGU

, że państwo doktorostwo Moscovitz weszli akurat wtedy. Bo kto wie, 

GDZIE

 zna-

lazłyby się ręce Michaela za moment?

Teraz byłam jeszcze 

BARDZIEJ

 

ZAŻENOWANA

 niż 

WTEDY

, wierzcie mi lub nie. Przecież ja 

tańczyłam! Z innym facetem!

I nawet nie wiem, czy to zauważyli, bo powiedzieli:

- Przepraszamy, nie przeszkadzajcie sobie.

I szybko przeszli korytarzem do swojego pokoju, zanim ktokolwiek z nas zdążył się 

choćby przywitać.

Ale  i tak za  każdym  razem,  kiedy pomyślę,  co  

MOGLIBY

  zobaczyć,  robi mi  się na 

zmianę zimno i gorąco - właśnie tak podobno czuł się Alec Guiness, kiedy oglądał samego 

siebie w tej scenie z  Gwiezdnych Wojen: Nowa nadzieja,  gdzie Obi Wan mówi o uczuciu 

silnego zakłócenia Mocy, jakby miliony głosów zakrzyknęły w strachu i nagłe ucichły.

Co gorsza, jak tylko państwo doktorostwo Moscovitz poszli - ja totalnie przestałam 

tańczyć,   kiedy   ich   zobaczyłam,   w   gruncie   rzeczy   sparaliżowało   mnie   -   podeszła   Lilly   i 

szepnęła:

- Czy ty usiłowałaś tańczyć seksownie, czy co to było? Bo wyglądałaś trochę tak, 

jakby ci ktoś wrzucił kostkę lodu za bluzkę a ty byś ja próbowała wytrząsnąć zza ubrania.

Tańczyć   seksownie!   Lilly   uznała,   że   ja   tańczyłam   seksownie!   Z   J.P.!   Na   oczach 

Michaela!

Po tym, oczywiście, nie mogłam już utrzymać mojej maski imprezowej dziewczyny. 

Po prostu odeszłam sobie i usiadłam w kącie na kanapie.

A   Michael   nawet   do   mnie   nie   podszedł   zapytać,   czy   ja   rozum   straciłam,   ani   nie 

poszedł wyzwać J.P. na pojedynek, ani nic. Zamiast tego poszedł za rodzicami, pewnie żeby 

sprawdzić, czy wrócili wcześniej, bo coś się stało, czy też może ta konferencja skończyła się 

wcześniej.

Siedziałam tam przez jakieś dwie minuty, słuchając, jak wszyscy wkoło mnie śmieją 

się i dobrze się bawią, i czułam, że dłonie zaczynają mi się pokrywać zimnym potem. Byłam 

otoczona ludźmi - otoczona nimi! - ale przysięgam, jeszcze nigdy w życiu nie czułam się 

bardziej samotna. Seksowne tańce! Ja tańczyłam seksownie! Z innym chłopakiem!

background image

Nawet   Lilly   przestała   mnie   filmować,   widocznie   uznawszy,   że   Doo   Pak,   po   raz 

pierwszy próbujący chipsów Cool Ranch Doritos, jest o wiele ciekawszy niż mój dojmujący 

wstyd.

J.P. był  jedynym,  który potem odezwał się do mnie chociaż słowem - poza Tiną, 

siedzącą na kanapie po przeciwnej stronie, która pochyliła się i powiedziała:

- Bardzo ładnie tańczyłaś, Mia.

Zupełnie jakbym tam odstawiła jakiś występ czy coś.

- Hej - powiedział J.P., podchodząc do miejsca, gdzie sobie usiadłam. - Chyba o tym 

zapomniałaś.

Trzymał w ręku moje w trzech czwartych puste piwo! Substancja odpowiedzialna za 

to, że sobie w ogóle wyobraziłam, że to może być dobry pomysł, jeśli sobie seksownie po-

tańczę z innym chłopakiem!

- Zabierz to ode mnie! - jęknęłam i schowałam głowę w kolanach.

- Och - powiedział J.P. - Przepraszam. Och... Nic ci nie jest?

- Nie - powiedziałam w stronę własnych ud.

- A czy mogę cokolwiek dla ciebie zrobić? - spytał.

- Czy możesz wywołać wir czasoprzestrzennego kontinuum, żeby nikt nie pamiętał, 

jaką idiotkę przed chwilą z siebie zrobiłam?

- Hm. Obawiam się, że nie. A jak zrobiłaś z siebie idiotkę?

To było z jego strony bardzo słodkie - udawał, że nic nie zauważył i tak dalej. Ale 

poczułam się od tego jeszcze gorzej.

I to dlatego zrobiłam ostatnią  rzecz, która  wydawałaby mi  się możliwa:  zabrałam 

swoje rzeczy - i ochroniarza - i wyszłam stamtąd, zanim ktokolwiek mógł zobaczyć, że pła-

czę.

I płakałam przez całą drogę do domu.

I teraz mogę tylko mieć nadzieję, że J.P. kłamał i że naprawdę wie, jak wywołać wir w 

czasoprzestrzennym kontinuum, który sprawi, że wszyscy obecni na tej imprezie zapomną, że 

ja tam w ogóle byłam.

A zwłaszcza Michael.

Który do tej pory musiał się już zorientować, że jestem, w najgorszym tego słowa 

znaczeniu, dziewczyną imprezową.

O Boże.

Chyba potrzebna mi aspiryna.

background image

Niedziela, 7 marca, 9.00 rano, poddasze

Żadnych SMS - ów od Michaela. Żadnych e - maili. Żadnych telefonów.

To już oficjalne: jest tak zniesmaczony, że nawet nie chce mnie znać.

I ja mu się nic a nic nie dziwię. Poszłabym rzucić się ze wstydu w wody East River, 

gdybym nie miała próby.

Przed chwilą zadzwoniłam do Zabar i korzystając z karty kredytowej mamy (hm, bez 

jej   wiedzy,   bo   ona   nadal   śpi,   a   pan   G.   zabrał   Rocky'ego   na   spacer,   żeby   kupić   sok 

pomarańczowy),   zamówiłam   bajgle   i   wędzonego   łososia,   którego   mają   dostarczyć   do 

apartamentu Moscovitzów, w ramach moich przeprosin.

Nikt nie może się długo gniewać, jak dostanie bajgla „ze wszystkim” z Zabar.

Prawda?

Seksowne tańce! Co ja sobie 

WYOBRAŻAŁAM

????

Niedziela, 7 marca, 17.00,

Wielka Sala Balowa, hotel Plaza

Niepotrzebnie się w ogóle martwiliśmy, że nie zdołamy się nauczyć na pamięć ról do 

poniedziałku. Już znam swoją na wyrywki, tyle razy przećwiczyliśmy całość.

I   stopy   strasznie   mnie   bolą   po   tych   wszystkich   (wcale   nie   seksownych)   tańcach. 

Piórko mówi, że wszyscy musimy zdobyć coś, co się nazywa buty do jazzu. Jutro ma nam 

przynieść kilka par.

Tylko że do jutra to mi stopy odpadną.

Poza tym gardło mnie boli od tego całego śpiewania. Madame Puissant kazała nam 

popijać rozpuszczoną witaminę C na gorąco.

Phil, akompaniator, wygląda, jakby miał za moment paść. Nawet Grandmère zaczyna 

opadać z sił. Tylko señor Eduardo, drzemiący na swoim krześle, sprawia wrażenie wypoczę-

tego. No cóż, señor Eduardo i Rommel.

O Boże. Kazała im jeszcze raz przećwiczyć  Genowio, moja Genowio. N

IENAWIDZĘ

 tej 

piosenki do szaleństwa. Dobrze, że ja w tym numerze nie występuję. Czy ona nie widzi, że 

doprowadza nas na sam skraj załamania? Mój Boże, czy nie ma jakichś zasad, które określają, 

ile godzin dziennie można zmuszać dziecko do pracy?

background image

Och,   nieważne.   Przynajmniej   nie   muszę   myśleć   o   upokorzeniach   wczorajszego 

wieczoru.   W   pewnym   sensie.   To   znaczy   Lilly   nadal   wykorzystuje   każdą   okazję,   żeby 

poruszyć ten temat: „Och, Mia, wielkie dzięki za bajgle” albo: „Hej, Mia, może udałoby ci się 

wpleść ten seksowny taniec w scenę zabijania Alboina” lub: „A gdzie twój beret?”

Na co wszyscy, którzy tam nie byli, zaczynają pytać: „O czym ona mówi”, a Lilly 

tylko się uśmiecha szalenie znacząco.

No i jeszcze pozostaje kwestia Michaela. Lilly mówi, że jego tam nawet nie było, żeby 

móc 

ODEBRAĆ

 te bajgle, kiedy zostały dostarczone. Wczoraj wieczorem po imprezie wrócił do 

akademika, bo rodzice byli już w domu i nie potrzebowali, żeby pilnował Lilly.

Wysłałam mu chyba ze trzy SMS - y z przeprosinami, że taki ze mnie głupek.

Ale dostałam wyłącznie to:

M

USIMY

 

POGADAĆ

.

Co, oczywiście, może oznaczać tylko jedną rzecz...

Och,   zaraz.   J.P.   podał   mi   przed   chwilą   karteczkę.   Karteczkę   dlatego,   że   nieco 

wcześniej,   kiedy   pochylił   się   do   mnie,   żeby   powiedzieć,   że   sznurowadło   glana   mi   się 

rozwiązało, nawrzeszczeli na nas za szepty.

J.P.: Nie jesteś na mnie wściekła, prawda?

Ja: A czemu miałabym być na ciebie wściekła?

J.P: Za to, że z tobą tańczyłem?

Ja: A czemu miałabym się wściekać na ciebie za to, że ze mną 

TAŃCZYŁEŚ

?

J.P: No cóż, gdybyś miała przez to kłopoty ze swoim chłopakiem czy coś.

Zaczynało coraz bardziej wyglądać na to, że totalnie je mam - Ale to nie była niczyja 

wina, tylko moja... A z pewnością nie J.P.

Ja: Nie. To było z twojej strony bardzo 

MIŁE

. Dzięki temu nie czułam się największym 

dziwadłem we wszechświecie, jestem taka 

GŁUPIA

. W głowie mi się nie mieści, że wypiłam to 

piwo. Byłam po prostu taka zdenerwowana, wiesz. Że nie jestem wystarczająco imprezową 

dziewczyną.

J.P.: No cóż, jeśli to jakaś pociecha, wyglądałaś, jakbyś świetnie się bawiła. Nie tak 

jak dzisiaj. Dzisiaj wyglądasz - no cóż, właśnie dlatego pomyślałem, że może jesteś na mnie 

wściekła. Albo ze względu na wczorajszy wieczór, albo może przez to, co powiedziałem 

wcześniej, kiedy wspomniałem o tej awanturze, którą zrobiłaś wtedy w stołówce.

Ja:   Nie.   Dlaczego   miałabym   się   o   to   gniewać?   To   przecież   prawda.  Z

ROBIŁAM

 

awanturę, kiedy odkryłam, że dodali mięsa do lasagne. Miała być wegetariańska.

background image

J.P.:   Wiem.   Oni  

WSZYSTKO

  potrafią   schrzanić   w   tej   stołówce.   Czy   ty   widziałaś 

kiedykolwiek, co oni robią z chili?

Ja: Chodzi ci o to, że czasem dodają kukurydzy?

J.P.: Taa, dokładnie. To jest po prostu nie do przyjęcia. W chili nie powinno być 

kukurydzy. To nienaturalne. Nie sądzisz?

Ja:   No   cóż,   tak   naprawdę   nigdy   wcześniej   się   nad   tym   nie   zastanawiałam.   Ja   na 

przykład lubię kukurydzę.

J.P: No cóż, a ja nie. Nigdy jej nie lubiłem, odkąd... zresztą nieważne.

Ja: Odkąd co?

J.P: Nie, nic. Naprawdę. Nic ważnego.

Ale oczywiście teraz 

MUSIAŁAM

 się dowiedzieć.

Ja:   Nie   ma   sprawy,   możesz   mi   powiedzieć.   Ja   nikomu   nie   powtórzę   ani   słowa, 

obiecuję.

J.P.: No cóż, to tylko... Pamiętasz, jak powiedziałem ci, że jedyny sławny człowiek, 

którego chciałbym spotkać to David Mamet?

Ja: Taa...

J.P.: No cóż, moi rodzicie kiedyś go poznali. Byli u niego w domu na obiedzie ze 

cztery   lata   temu.   A   ja   byłem   taki   podekscytowany,   kiedy   się   o   tym   dowiedziałem,   że 

zachowywałem się - no wiesz, tak jak się człowiek zachowuje, kiedy na dwanaście lat i 

uważa, że cały świat kręci się dokoła niego: „A powiedziałeś mu o mnie, tato? Powiedziałeś 

mu, że jestem jego największym fanem?”

Ja: Taa. I co powiedział twój tata?

J.P.:   Powiedział:   „Tak,   synu,   twoje   imię   faktycznie   padło   w   czasie   rozmowy”. 

Okazuje się, że owszem, mój tata mu o mnie opowiedział. Opowiedział mu o tym, jak to było, 

kiedy po raz pierwszy nakarmili mnie w dzieciństwie kukurydzą.

Ja: Taa?

J.P: I jak bardzo się zdziwili następnego ranka, kiedy w mojej pieluszce znaleźli całe 

jej ziarna. Kukurydzy znaczy.

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

No   tak,   coś   takiego   zdarzyło   się   za   pierwszym   -   i   jedynym   -   razem,   kiedy 

nakarmiliśmy Rocky'ego kukurydzą. Więc 

DOKŁADNIE

 wiem, jakie to obrzydliwe.

Ja:  O

OOOOOOOOOOHHHHHHHHHHH

!  Ups.   To   znaczy   przepraszam.   To   musiało   być 

straszliwie   żenujące.   To   znaczy   dla   ciebie.   Że   powiedzieli   coś   takiego   o   tobie   twojemu 

idolowi. Nawet jeśli 

BYŁEŚ

 tylko dzieckiem wtedy, kiedy to się wydarzyło.

background image

J.P: Żenujące? Myślałem, że umrę ze wstydu! Od tamtej pory ani razu nie zdołałem 

przełknąć kukurydzy!

Ja: Och, w takim razie wszystko jasne.

J.P: Co jasne?

Ja: Nic. No ta twoja awersja do kukurydzy.

J.P.: Taa. Rodzice. Oni potrafią człowiekowi namieszać, wiesz?

Ja: Mów do mnie jeszcze.

J.P.: Żyć się z nimi nie da. Nie ma się za co żyć bez nich. A skoro przy tym jesteśmy, 

co powiesz na taki wiersz:

Płacą za twoje jedzenie

Dach nad głową i szkołę

W zamian chcą decydować

Czy ci na cokolwiek pozwolą.

Nie masz żadnej kontroli

Władzy nad swym życiem

Przynajmniej do osiemnastki

Gdy wreszcie możesz uciec.

Ja: To jest świetne! Powinieneś wysłać ten wiersz do magazynu Lilly!

J.P.: Dzięki. Może go zgłoszę - razem z wierszem o dyrektor Gupcie. A ty będziesz 

miała coś swojego w tym numerze? To znaczy w magazynie Lilly?

Ja: Nie.

Bo, oczywiście, jedyna rzecz, jaką ostatnio napisałam (poza notatkami w pamiętniku) 

to  Nigdy więcej kukurydzy!  A ja już powiedziałam Lilly, że nie może tego opublikować. Z 

czego teraz bardzo się cieszę, bo naprawdę nie wydaje mi się, żeby J.P. mógł być zachwycony 

moim opowiadaniem. Cóż, biorąc pod uwagę historię, którą mi właśnie opowiedział o tym, 

DLACZEGO

 nie lubi kukurydzy...

O Boże. Grandmère mnie woła do sceny duszenia.

Chciałabym, żeby ktoś 

MNIE

 udusił. Bo wtedy ja i Michael już nie musielibyśmy gadać. 

Bo po prostu bym już nie żyła.

Niedziela, 7 marca, 21.00, poddasze

W głowie mi się to nie mieści. Czemu wszystko musi się układać coraz gorzej? Po 

pierwsze, nadal nie udało mi się skontaktować z Michaelem. Nie odbiera komórki i nie ma go 

background image

w sieci, a Doo Pak mówi, że nie ma go też w pokoju i że on nie ma pojęcia, gdzie może być 

„Mike”.

Taa, a ja mam o tym całkiem niezłe pojęcie - może być gdziekolwiek, byle dalej ode 

mnie.

Takie już moje szczęście, że z dwojga rodzeństwa Moscovitzów pisze do mnie bez 

przerwy na ICQ akurat to, od którego ja chciałabym się znaleźć jak najdalej. Właśnie dosta-

łam odpowiedź od Lilly na moje przypomnienie, żeby czasem nie zamieszczała Nigdy więcej 

kukurydzy! w swoim magazynie.

W

OMYN

R

ULE

:  Och,   przepraszam,   ale   ten   tekst   zostaje.   To   mój 

najlepszy kawałek. A przy okazji, wkładasz na tę imprezę swój beret?

G

R

L

OUIE

: Czy ty się wreszcie odczepisz z tym głupim beretem? I na 

jaką   imprezę?   0   czym   ty   w   ogóle   mówisz?   Lilly,   nie   możesz 
opublikować mojego opowiadania bez mojej zgody. A ja cofam zgodę na 

publikację.

W

OMYN

R

ULE

:  I

MPREZĘ

  A

IDE

 

DE

  F

ERME

,  

KTÓRĄ

 

ORGANIZUJE

 

TWOJA

 

BABKA

.  I nie możesz 

cofnąć zgody. Bo kiedy jakiś kawałek jest już raz złożony do biura 
redakcji   „Różowego   Odbycika   Grubego   Louie”,   staje   się   własnością 

„Różowego Odbycika Grubego Louie”.

GrLouie: Okay, a) przestań tak go nazywać, b) Ten magazyn nie 

ma   żadnego   biura   redakcji.   Biuro   redakcji   mieści   się   w   twojej 
sypialni. A  Aide de  Ferme  jest  przyjęciem na  cele charytatywne,  a 

nie imprezą.

W

OMYN

R

ULE

: Miałam na myśli biuro redakcji w sensie przenośnym. A 

teraz na poważnie. Skoro ty nie będziesz nosiła beretu, to ja mogę 
włożyć?

To okropne. Biedny J.P.

I co się 

DZIEJE

 z rodzeństwem Moscovitzów? Ja mogę zrozumieć, czemu Michael ma 

mnie dość, ale dlaczego Lilly zachowuje się tak dziwacznie w sprawie tego opowiadania?

Gdybym nie była tak wycieńczona, zawróciłabym limuzynę i pojechała najpierw do 

Lilly, żebym mogła jej wbić do głowy nieco rozumu, a potem do Michaela, żeby móc go 

przeprosić osobiście.

Ale jestem zbyt  zmęczona, żeby zrobić cokolwiek poza prysznicem i pójściem do 

łóżka.

background image

Poważnie,   nie   mam   pojęcia,   jak   Paris   Hilton   to   robi   -   występy   w   telewizji, 

projektowanie własnej biżuterii i kosmetyków  

ORAZ

  imprezowanie co wieczór do późnych 

godzin? Nic dziwnego, że wtedy zgubiła swojego psa i myślała, że został porwany...

Chociaż szanse, że kiedykolwiek zgubię Grubego Louie są raczej znikome, bo on jest 

o wiele za ciężki, żeby go nosić ze sobą na małej poduszeczce, tak jak Paris nosi Dzwonecz-

ka. Poza tym gdybym  kiedyś  próbowała coś takiego zrobić, chybaby mi pazurami poorał 

twarz.

Poniedziałek, 8 marca, godzina wychowawcza

No więc dzisiaj rano znów „pożyczyłam” kartę kredytową mojej mamy i zamówiłam 

dla Michaela takie wielkie ciastko z dostawą do domu. Tym razem zadbałam o to, żeby je wy. 

słać do niego do akademika. Kazałam ciastkarzowi ozdobić podwójnie czekoladowe ciastko o 

średnicy trzydziestu centymetrów napisem z lukru: Przepraszam.

Zdaję   sobie   sprawę,   że   wysyłanie   komuś   ciastka   -   nawet   o   średnicy   trzydziestu 

centymetrów   z   napisem   z   lukru:  Przepraszam   -  jest   żałośnie   nieadekwatnym   sposobem 

wyrażania skruchy, że tańczyło się seksowne tańce z innym facetem.

Ale nie stać mnie na to, żeby zamówić dla Michaela to, na co naprawdę ma ochotę, to 

znaczy wycieczkę promem kosmicznym.

Kiedy już zamówiłam ciastko, wyszłam ze swojego pokoju i znalazłam Rocky'ego, 

który obiema piąstkami trzymał za futro Grubego Louie i wrzeszczał:

- Kii! Kii! Kii!

Biedny Gruby Louie wyglądał, jakby przed chwilą pożarł skarpetę.

Ale tak naprawdę przełykał własny impuls pochlastania pazurami mojego młodszego 

braciszka na wstążki. Gruby Louie to taki dobry kot, on po prostu 

POZWALAŁ

, żeby Rocky go 

trzymał za futro.

Ale   to   nie   znaczy,   że   nie   miał   na   swojej   pomarańczowej   mordce   wyrazu   czystej 

paniki. Widziałam, że jeszcze parę sekund i nie wytrzyma.

Oczywiście przyszłam mu z pomocą i zawołałam:

- Mamo! Czy nie mogłabyś popilnować swojego dziecka 

PRZEZ

 

JEDNĄ

 

JEDYNĄ

 

MINUTĘ

?!

Ale, oczywiście, mama nie zdążyła jeszcze wypić kawy, więc była zupełnie niezdolna 

do kontrolowania swojego dziecka, a co dopiero dostrzeżenia, że cokolwiek się dzieje, pomi-

jając Diane Sawyer na ekranie telewizora, w który była wpatrzona.

background image

Ona nie ma zielonego pojęcia, jakie to szczęście, że nadeszlam w samą porę. Gdyby 

Gruby Louie 

RZECZYWIŚCIE

 stracił panowanie nad sobą i rzucił się na Rocky'ego, mały mógłby 

dostać gorączki od zaniedbanych kocich zadrapań i umrzeć. Gorączka po kocich zadrapaniach 

to   superpoważna   i   totalnie   lekceważona   dziecięca   choroba.   Jeśli   się   nie   uważa,   może 

spowodować anoreksję.

Nie sądzę, żeby w przypadku Rocky'ego ktoś zauważył anoreksję, bo on ma rozmiary 

przeciętnego czterolatka, chociaż nawet nie skończył jeszcze roku.

Właściwie,   gdyby   Rocky,   tak   jak   Gruby   Louie,   był   pomarańczowy,   wyglądałby 

zupełnie jak Oompa Loompa.

Poważnie nie mam pojęcia, jak, mając na głowie mojego małego braciszka, przyjaciół, 

rodziców, obowiązki księżniczki, babkę i te kłopoty z seksownymi tańcami, kiedykolwiek 

zdołam osiągnąć samorealizację.

Poniedziałek, 8 marca, WF

Lana podeszła do mnie, kiedy przed chwilą byłam pod prysznicem, i zapytała, gdzie są 

jej zaproszenia na imprezę charytatywną  Aide de Ferme.  Byłam taka zmęczona - i przed-

ramiona tak mnie bolały od duszenia Borisa, nie mówiąc już o waleniu w tę głupią piłkę do 

siatkówki, chociaż trafiłam w nią tylko ten jedyny raz... Bo przez resztę czasu po prostu się 

uchylałam, kiedy widziałam, że na mnie leci - że powiedziałam:

- Przestań sikać w gacie, przekazałam sekretarce babki, odpowiedzialnej za imprezę, 

listę nazwisk moich znajomych, okay? Ty i Trish dostaniecie zaproszenia. Masz się tam tylko 

pojawić.

Miała taką nieco zaskoczoną minę. Chyba byłam trochę ostra.

Coraz wyraźniej widzę, że aktorki spotykają się z wieloma fałszywymi oskarżeniami. 

Na przykład te, które rzekomo mają „temperamencik”. Cameron Diaz i tak dalej. Jeśli ma 

POŁOWĘ

 tego stresu co ja, to nie dziwię się, że świruje i kopie fotografów, i rozwala im aparaty.

To tylko dowodzi, że to, co czasem uważamy za naganne zachowanie, może być po 

prostu objawem totalnej frustracji spowodowanej tym, że ktoś jest zmuszany do wysiłku prze-

kraczającego jego fizyczne i umysłowe możliwości.

Tylko tyle powiem.

Poniedziałek, 8 marca, ekonomia

Elastyczność

background image

Elastyczność to stopień, w jakim krzywa popytu lub podaży reaguje na zmianę cen.

Elastyczność różni się dla różnych produktów w zależności od tego, jak niezbędny 

jest dany produkt konsumentowi.

Wydaje mi się, że w oczach Michaela straciłam wiele na elastyczności po tym całym 

seksownym tańcu na imprezie.

A może to przez ten beret.

Poniedziałek, 8 marca, angielski

Wszyscy są zbyt zmęczeni, żeby choćby wymieniać notatki. Poza tym ewidentnie nikt 

z nas nie czytał w weekend O, pionierzy!

Pani Martinez mówi, że naprawdę ją rozczarowaliśmy. Proszę się ustawić w kolejce, 

pani M., proszę się ustawić w kolejce.

Poniedziałek, 8 marca, lunch

J.P. znów z nami siedzi. Jest jedyną osobą przy naszym stole (a przynajmniej z osób 

grających w sztuce - to znaczy w musicalu), która nie popada w katatonię z wyczerpania. 

Nawet napisał nowy wiersz. Oto on:

Zawsze chciałem

Zagrać w sztuce

Ale radość wartkiego tekstu

Z dnia na dzień maleje

Więc teraz jestem tu

Chcę zawrócić

Mam dość układów

Mam dosyć prób

Niech ktoś mi pomoże

Usłyszy moje prośby

Zabierze mnie z tego wariatkowa

To znaczy musicalu Warkocz!

background image

Zabawne.   Pośmiałabym   się,   gdyby   przepona   tak   bardzo   mnie   nie   bolała   od 

podnoszenia tego głupiego fortepianu.

Nadal ani słowa od Michaela. Wiem, że ma właśnie zaliczenie z historii dystopii w 

filmach SF. Więc to by wyjaśniało, czemu do mnie nie zadzwonił z podziękowaniem za ciast-

ko.

Z powodu zaliczeń. Wcale nie dlatego, że nie chce nigdy więcej w życiu  ze mną 

rozmawiać, ani oglądać mnie na oczy po tym moim seksownym tańcu.

Mam nadzieję.

Poniedziałek, 8 marca, RZ

Dobra, ona oszalała.

Poważnie. Co się z nią dzieje? Spodziewa się, że wszyscy jej pomożemy poskładać 

ten   jej   głupi   magazyn   literacki   -   dosłownie,   bo   właśnie   wtargała   do   środka   trzy   tysiące 

siedemset kartek, które najwyraźniej mamy ułożyć stronami i pospinać zszywaczem - ale 

nadal nie chce wycofać Nigdy więcej kukurydzy!

- Lilly - powiedziałam. - P

ROSZĘ

. My teraz znamy J.P My się z nim 

PRZYJAŹNIMY

. Nie 

możesz puścić tego opowiadania. To na pewno urazi jego uczucia! Przecież ja mu się kazałam 

ZABIĆ

 pod koniec.

- J.P. jest poetą. - Tylko tyle odpowiedziała mi Lilly.

- I 

CO

 

Z

 

TEGO

? C

O

 

TO

 

MA

 

DO

 

RZECZY

?

- Poeci przez cały czas się zabijają. To fakt statystyczny. Spośród wszystkich literatów 

poeci mają najkrótszą średnią długość życia. Jest o wiele bardziej prawdopodobne, że zabije 

się poeta niż prozaik. J.P. prawdopodobnie zgodziłby się z twoim zakończeniem Nigdy więcej 

kukurydzy! - bo to i tak droga, którą kiedyś w przyszłości wybierze.

- Lilly!

Ale ona się nie ugięła.

Odmówiłam segregowania stron i spinania zszywaczem z powodów etycznych, więc 

zmusiła do tego Borisa.

Widać, że on nie ma na to ochoty. Jest zbyt zmęczony, żeby ćwiczyć na skrzypcach.

Wiecie co? Zaczynam się zastanawiać, czy sprzedawanie świec nie byłoby prostsze.

Poniedziałek, 8 marca, geografia i środowisko

Kenny nie był wczoraj wieczorem zbyt zmęczony, żeby zrobić nasze ćwiczenia.

background image

Ale 

BYŁ

 zbyt zmęczony, żeby je uchronić przed poplamieniem sosem marinara.

Przepisałam je za darmo. Oficjalnie zrezygnowałam już z metod Alfreda Marshalla. 

Może one działają stosowane przez Grandmère i Lanę, ale w moim przypadku nie przynoszą 

nic dobrego.

Nadal ani słowa od Michaela. A jego zaliczenia z historii dystopii w filmach SF już 

powinno się było skończyć.

To już chyba oficjalna informacja.

On mnie nienawidzi.

P

RACA

 

DOMOWA

 

 

Godzina wychowawcza: nie dotyczy

WF: U

PRAĆ

 

SPODENKI

 

GIMNASTYCZNE

!!! W  

GŁOWIE

 

MI

 

SIĘ

 

NIE

 

MIEŚCI

,  

ŻE

 

ZAPOMNIAŁAM

!

Ekonomia:??? Jestem zbyt zmęczona, żeby się przejmować

Angielski: mtg (mam to gdzieś)

Francuski: mtg

RZ: i co jeszcze?

Geometria: mtg

Geografia i środowisko: mtg (Kenny mi powie)

Poniedziałek, 8 marca,

w limuzynie w drodze do domu z hotelu Plaza

To jest normalnie niewiarygodne.

Naprawdę. Już za wiele tego dobrego. Po tym wszystkim...

Okay. Muszę się wziąć w garść. M

USZĘ

 

SIĘ

 

WZIĄĆ

 

W

 

GARŚĆ

.

Zaczęło  się stosunkowo niewinnie. Wszyscy leżeliśmy tam sobie na podłodze sali 

balowej, wykończeni po ostatniej próbie.

A potem ktoś - to chyba była Tina - powiedział:

- Hm, Wasza Wysokość? Moi rodzice chcieliby wiedzieć, gdzie będą mogli kupić 

bilety na to przedstawienie, żeby mogli je na pewno zobaczyć.

- Nazwiska wszystkich waszych rodziców już zostały umieszczone na liście gości - 

odparła Grandmère ze swojego miejsca, gdzie siedziała i paliła papierosa (najwyraźniej po-

zwala sobie teraz na palenie po próbach, tak samo jak na palenie po posiłkach). - Na środę.

background image

- Na środę? - zapytała Tina z nieco dziwną intonacją.

- Zgadza się - odpowiedziała Grandmère, wydychając obłok niebieskiego dymu. Señor 

Eduardo lekko zakaszlał przez sen, kiedy mijała go ta chmura.

- Ale czy nie w środę wieczorem ma się odbyć to przyjęcie charytatywne  Aide de 

Ferme? - spytał ktoś inny, chyba Boris.

- Zgadza się - odpowiedziała znów Grandmère.

I wtedy to do nas wreszcie dotarło.

Pierwsza poderwała się na nogi Lilly.

- CO? - wykrzyknęła. - Chce nam księżna kazać występować w tej sztuce przed tymi 

wszystkimi ludźmi, którzy przyjdą na księżny 

IMPREZĘ

?

- To musical - odpowiedziała mrocznym tonem Grandmère - - Nie sztuka.

-   Powiedziała   pani,   kiedy   pytałam   w   zeszłym   tygodniu,   że   będziemy   wystawiać 

Warkocz! dokładnie za tydzień! - krzyknęła Lilly. - A to był czwartek!

Grandmère zaciągnęła się papierosem.

- Ojej - powiedziała bez najmniejszego śladu poruszenia. - No to się pomyliłam o 

jeden dzień, tak?

- Ja nie mam zamiaru - powiedział Boris, prostując się na całą swoją wysokość - dać 

się udusić włosami jakiejś dziewczyny na oczach Joshui Bella.

- A ja nie mam zamiaru - oświadczyła Lilly - grać czyjejkolwiek kochanki na oczach 

Benazir Bhutto - nieważne, ile czasu wspierała taliban!

- Nie chcę grać jakiejś pokojówki na oczach sławnych ludzi - zaprotestowała słabo 

Tina.

Grandmère   bardzo   spokojnie   zgasiła   papierosa   na   pustym   talerzyku,   który   ktoś 

zostawił na klapie fortepianu. Widziałam, że Phil nerwowo spogląda na kopcący niedopałek. 

Najwyraźniej tak samo się obawia raka płuc od biernego palenia jak ja.

- A więc - powiedziała Grandmère, a jej przepalony gitanami głos niósł się bardzo 

donośnie w pustej sali balowej - to są podziękowania, jakie otrzymuję za to, że do waszego 

nudnego, przeciętnego, zwyczajnego życia wprowadziłam nieco blasku i sztuki.

- Uhm - odezwał się Boris. - W moim życiu jest już miejsce dla sztuki. Nie wiem, czy 

jest pani tego świadoma, księżno, ale jestem koncertującym skrzypkiem i...

- Próbowałam - obwieściła Grandmère, ignorując Borisa - zrobić coś, aby ubarwić 

wasze nudne życie,  waszą codzienną szkolną harówkę. Próbowałam  podarować wam coś 

znaczącego,   czego   moglibyście   wyglądać   z   niecierpliwością.   I   tak   mi   się   odpłacacie. 

background image

Odmawiając podzielenia się tym, nad czym tak ciężko pracowaliśmy, z innymi. Co z was za 

AKTORZY

????

Popatrzyliśmy na nią w osłupieniu. Bo przecież nikt z nas nie uważał się za aktora.

-   Czy   nie   zostaliście   -   pytała   ostro   Grandmère   -   zesłani   za   tę   ziemię   z   boskim 

zobowiązaniem do podzielenia się swoimi talentami z innymi? Ośmielacie się 

KWESTIONOWAĆ

 

ten boski plan, 

ODMAWIAJĄC

 światu prawa do obejrzenia waszych artystycznych wysiłków? Czy 

TO

 właśnie chcecie mi powiedzieć? Że pragniecie sprzeciwić się 

WOLI

 

BOSKIEJ

?!

Tylko Lilly miała dość odwagi, żeby się odezwać.

- Och. Wasza Wysokość, nie sądzę, żebym sprzeciwiała się woli Bogini, o ile Ona 

rzeczywiście istnieje, stwierdzając, że nie mam ochoty zrobić z siebie idiotki przed bandą 

światowych liderów i gwiazd kina.

- Za późno! - wykrzyknęła Grandmère. - Już to zrobiłaś! Bo tylko 

OSIOŁ

 czuje się jak 

OSIOŁ

! I w ogóle skąd ci się wzięło to określenie? Prawdziwa artystka nigdy nie wstydzi się 

swojej pracy. N

IGDY

.

- Świetnie - powiedziała Lilly. - Nie wstydzę się. Ale...

- Ten spektakl - ciągnęła Grandmère - w który wszyscy włożyliście tyle trudu, jest 

zbyt ważny, żeby się nim nie podzielić z tyloma ludźmi, ilu nam się tylko uda zgromadzić. A 

jaka okazja byłaby po temu bardziej stosowna niż przyjęcie na cele charytatywne, żeby zebrać 

fundusze dla biednych hodowców oliwek z Genowii? Czy wy tego nie widzicie?  Warkocz! 

niesie   przesłanie   -   przesłanie   nadziei   -   i   jest   szalenie   ważne,   żeby   ludzie   -   a   zwłaszcza 

genowiańscy   farmerzy   -   to   przesłanie   usłyszeli.   W   obecnych   mrocznych   czasach   nasz 

spektakl pokazuje, że w ostatecznym rozliczeniu źli nie zwyciężą i że nawet najsłabsi spośród 

nas   mogą   odegrać   ważką   rolę   w   udaremnieniu   ich   zapędów.   Gdybyśmy   mieli   odmówić 

ludziom tego przesłania, czy w gruncie rzeczy nie przykładalibyśmy ręki do zwycięstwa zła?

- O Chryste! - usłyszałam, jak mruczy pod nosem Lilly.

Ale na wszystkich pozostałych te słowa zrobiły spore wrażenie.

Dopóki do nich nie dotarło, że środa wieczorem to już pojutrze.

A kilkoro z nas - no cóż, Kenny - nadal nawet nie opanowali choreografii.

I właśnie dlatego Grandmère powiedziała, że mamy się przygotować na to, że jeśli 

będzie trzeba, jutrzejsza wieczorna próba potrwa do samego rana.

Przemowa Grandmère  

RZECZYWIŚCIE

  robiła spore wrażenie. My naprawdę  

NIE

 

MOŻEMY

 

pozwolić, żeby złoczyńcy zwyciężyli.

Nawet jeśli tymi złoczyńcami jesteśmy... no cóż, my sami.

background image

I to dlatego powiedziałam przed chwilą Hansowi, żeby mnie zawiózł do Eagle Hall, 

akademika, w którym mieszka Michael. Mam zamiar wybłagać od niego przebaczenie, nawet 

jeśli będę musiała tarzać się po podłodze, jak Rommel, kiedy się zorientuje, że czas na kąpiel.

Poniedziałek, 8 marca, w limuzynie

w drodze do domu z akademika Michaela

O mój Boże! O Boże!

Tylko tyle przychodzi mi na myśl.

A poza tym: ależ ze mnie idiotka.

Poważnie.   No   bo   wszystkie   wskazówki   miałam   w   zasięgu   ręki,   a   po   prostu   nie 

umiałam ich złożyć w całość.

Okay, może jak to wszystko spiszę sobie jakoś porządnie, to będę to umiała jakoś 

przetrawić.

No więc  weszłam  do Eagle   Hall,  gdzie  mieszka   Michael,  i  zadzwoniłam  do  jego 

pokoju z recepcji. Był akurat u siebie - dzięki Bogu. Wydawał się nieco zdziwiony, kiedy 

usłyszał mój głos w słuchawce, ale powiedział, że zaraz zejdzie na dół, bo ochroniarze bardzo 

pilnują, żeby do akademika nie dostał się ktoś niepowołany. Wpuszczają tylko mieszkańców. 

No i ich gości, ale wtedy mieszkaniec  akademika  musi  zejść na dół, a gość zostawia w 

recepcji legitymację i tak dalej.

Brałam to za dobry znak, że Michael w ogóle zgodził się zejść po mnie na dół i wpisać 

do książki odwiedzin.

Póki go nie zobaczyłam.

I wtedy zrozumiałam, że nie ma w tym nic dobrego.

Bo Michael miał 

NAPRAWDĘ

 smutną minę. To znaczy 

NAPRAWDĘ

 smutną.

Owszem,   wiedziałam,   że   on   ma   w   tym   tygodniu   zaliczenia.   To   już   w   zasadzie 

wystarczy, żeby człowieka przygnębić.

Ale Michael nie wyglądał, jakby go przygnębiały zaliczenia.

Wyglądał,  jakby miał  depresję, bo właśnie się przekonał,  że jego dziewczyna  jest 

kompletną wariatką i będzie musiał z nią zerwać.

Mimo wszystko pomyślałam sobie, że może się mylę. Projektuję coś na niego, czy 

jakoś tak.

Więc przez całą drogę na górę, w windzie powtarzałam sobie, co mu mam powiedzieć. 

Jak mam się zachować, kiedy wyciągnie sprawę seksownych tańców. I piwa. Miałam nadzie-

background image

ję,   że   bez   większego   trudu   zdołam   go   przekonać,   że   cierpiałam   wtedy   na   chwilowe 

zaburzenia   równowagi   hormonalnej.   Powinno   się   udać,   bo   teraz   jestem   już   lepiej 

przygotowana do aktorstwa, po całym ostatnim tygodniu.

Poza tym, cóż, jestem największą kłamczucha na świecie.

Ale ta sprawa z J.P. To mogło się okazać trudniejsze do wyjaśnienia. Bo sama nie 

byłam pewna, czy to w ogóle rozumiem.

A potem, kiedy znaleźliśmy się na piętrze Michaela, Lars dyskretnie usiadł sobie w 

kąciku telewizyjnym, gdzie leciał jakiś mecz, a my poszliśmy do pokoju, który na szczęście 

okazał   się   pusty,   bo   współlokator   Michaela,   Doo   Pak,   był   na   spotkaniu   Stowarzyszenia 

Studentów Koreańskich.

-  A  więc  - zaczęłam,  kiedy już usiadłam   na  porządnie  zasłanym   łóżku  Michaela. 

Usiłowałam mówić zupełnie swobodnie. Chociaż wcale nie czułam się swobodnie. W gruncie 

rzeczy czułam się tak, jakby cała krew w żyłach zamieniała mi się w lód. Gdyby ktoś mi w 

tym momencie odrąbał ramię, jestem pewna, że rozprysłoby się na tysiące kawałków zamiast 

krwawić, jak jeden z tych zamrożonych facetów w kriogenicznym więzieniu w  Człowieku 

Demolce (to też dystopia w filmie SF).

Bo nagle byłam pewna, że Michael ze mną zerwie, ponieważ w czasie jego imprezy 

okazałam się takim niedojrzałym dziwadłem.

I zanim się zorientowałam, co robię, usłyszałam własne słowa:

-   Słuchaj,   przepraszam   cię   za   ten   głupi   seksowny   taniec.   Naprawdę,   naprawdę 

przepraszam.   A   między   mną   a   J.P.   nic   hie   ma.   Poważnie.   Chodziło   tylko   o   to,   że   ja 

ZEŚWIROWAŁAM

. Bo wiesz, wszystkie te superinteligentne dziewczyny ze studiów...

Michael, który usiadł naprzeciwko mnie na krześle przy biurku, zamrugał oczami.

- Seksowny taniec?

- Tak - powiedziałam. - Ten, który zatańczyłam z J.P.

Michael uniósł brwi.

- A więc to właśnie było to? Seksowny taniec?

- Tak.

Czułam, że policzki zaczynają mnie palić. Czy mogłabym tylko powiedzieć, że kiedy 

Buffy   wykonała   seksowny   taniec   w   Bronze,   żeby   wywołać   zazdrość   Angela   w   jednym 

odcinku, to - jestem pewna - Angel poszedł i zabił potem kilka wampirów tylko po to, żeby 

odreagować seksualną frustrację? A tymczasem 

MÓJ

 chłopak nawet nie zauważył, że na jego 

oczach tańczę seksowny taniec.

background image

Usiłowałam nie zastanawiać się nad tym, co to może oznaczać dla przyszłości naszego 

związku. Ani jak to świadczy o moich uzdolnieniach. W kierunku seksownego tańca znaczy.

- To nie była do końca moja wina - upierałam się. - No cóż, to znaczy ten seksowny 

taniec owszem. Ale zaprosiłeś mnie na imprezę, wiedząc, że będę tam najmłodszą i najmniej 

inteligentną osobą. I spodziewałeś się, że 

JAK

 ja się poczuję? Byłam totalnie zastraszona!

- Mia - odezwał się Michael nieco suchym tonem. - Zdecydowanie nie byłaś  tam 

najmniej inteligentną osobą. A poza tym jesteś księżniczką. I 

TY

 byłaś zastraszona?

- No cóż - powiedziałam. - Może i jestem księżniczką, ale i tak zdarza się, że bywam 

zastraszona. Zwłaszcza przez starsze dziewczyny. Studentki. Które znają się na... studenckim 

życiu. I bardzo mi przykro, że zachowałam się jak głupek. Ale czy to, co zrobiłam, jest 

naprawdę takie niewybaczalne? Przecież ja tylko wypiłam  

JEDNO

  piwo i zatańczyłam jakiś 

seksowny taniec z innym facetem. I ściśle rzecz biorąc, nawet nie tańczyłam z nim, tylko w 

pewnym   sensie   naprzeciw   niego.   I   okay,   może   koniec   końców   nie   wypadło   to   zbyt 

seksownie. I zdaję sobie teraz sprawę, że ten beret był pomyłką, To wszystko było totalnie 

niedojrzałe, wiem. Ale... - czułam, że oczy napełniają mi się łzami. - Ale i tak mogłeś do mnie 

zadzwonić, zamiast urządzać dwa ciche dni!

- Ciche dni? - powtórzył Michael. - O czym ty mówisz? Wcale nie urządzałem ci 

cichych dni, Mia.

- Przepraszam - powiedziałam, walcząc z napływającymi łzami - ale zostawiłam ci 

chyba z pięćdziesiąt wiadomości, a poza tym wysłałam ci bajgle 

ORAZ

 to gigantyczne ciastko, 

a dostałam od ciebie tylko tego tajemniczego SMS - a: musimy porozmawiać...

- Daj spokój, Mia. - Michael miał teraz trochę rozzłoszczoną minę. - Byłem zajęty...

- Zdaję sobie sprawę z tego, że twoje zajęcia z historii dystopii w filmach SF są 

szalenie absorbujące - przerwałam. - I wiem, że zachowywałam się jak idiotka na twojej 

imprezie. Ale mogłeś przynajmniej...

- Mia, ja nie byłem zajęty nauką - teraz on mi przerwał. - I owszem, na mojej imprezie 

zachowywałaś się jak idiotka. Ale to też nie o to chodzi. Rzecz w tym, że usiłowałem się 

uporać z rodzinną katastrofą. Moi rodzice... Moi rodzice postanowili się rozejść.

Och. Co??????

Gapiłam się na niego, oniemiała. Uznałam, że musiałam się przesłyszeć.

- Słucham?

- Tak. - Michael wstał i odwróciwszy się do mnie plecami, przegarnął dłonią włosy. - 

Moi rodzice postanowili dać sobie spokój. Powiedzieli mi w dzień imprezy.

background image

Odwrócił się do mnie i zobaczyłam, że chociaż próbował tego nie okazywać, jest mu 

przykro. Bardzo przykro.

I to wcale nie dlatego, że jego dziewczyna nie jest imprezową dziewczyną. Ani  

ZA

 

BARDZO

 imprezową. Wcale nie z powodu którejś z tych dwóch rzeczy.

-   Powiedziałbym   ci   wtedy   -   odezwał   się.   -   Gdybyś   jeszcze   została.   Ale   kiedy 

wyszedłem z ich pokoju, ciebie już nie było.

Patrzyłam  na niego  z przerażeniem,  zdając sobie  sprawę z  całej  głupoty,  jaką  się 

wykazałam  tamtego  wieczoru. Uciekłam z jego imprezy,  zawstydzona  tym,  że dałam się 

przyłapać rodzicom Michaela na seksownym tańcu z innym facetem, i założyłam, że on też 

tak samo tę sprawę traktował... bo z jakiego innego powodu tak sobie wyszedł i mnie tam 

zostawił samą?

Ale   teraz   zrozumiałam,   że   miał   bardzo   ważny   powód,   żeby   tak   wtedy   zniknąć. 

Rozmawiał   z   rodzicami.   Którzy   wcale   nie   mówili   mu,   że   powinien   zerwać   ze   swoją 

dziwkowatą, seksownie tańczącą dziewczyną.

Nie, oni go informowali, że się rozstają.

-  Wcale   nie  pojechali   na  konferencję  w  ten  ostatni  weekend  - ciągnął   Michael.   - 

Okłamali mnie. Pojechali na maratonową sesję z terapeutą małżeństw. To była taka ostatnia 

próba przekonania się, czy potrafią się jakoś dogadać. Która się nie udała.

Gapiłam się na niego. Czułam się tak, jakby ktoś mnie kopnął w żołądek. Nie bardzo 

mogłam złapać oddech.

- Ruth i Morty? - Usłyszałam własny szept. - Rozstają się?

-   Ruth   i   Morty   -   potwierdził.   -   Rozstają   się.   Wróciłam   myślami   do   czegoś,   co 

powiedziała Lilly tego

dnia, kiedy walnęłyśmy się głowami w szyberdach limuzyny. Powiedziała, że chyba 

Ruth i Morty mają teraz ważniejsze zmartwienia.

Rzuciłam Michaelowi skołowane spojrzenie.

- Czy Lilly wie?

- Rodzice czekają na odpowiedni moment, żeby jej powiedzieć - odparł Michael. - 

Nawet mnie nie chcieli nic mówić, ale... no cóż, czułem, że coś jest nie w porządku. W 

każdym  razie   oni  chyba   uważają,  że  ten  magazyn,   nad którym   pracuje  Lilly,  i  ta  wasza 

sztuka...

- Musical - poprawiłam.

background image

- ...którymi wydaje się w tej chwili strasznie przejęta, no cóż, pomyśleli, że powiedzą 

jej o tym później. Ja niekoniecznie zgadzam się z ich decyzją, ale postanowili załatwić to po 

swojemu. Więc proszę, nic jej nie mów.

- Ona chyba wie. W limuzynie któregoś dnia... powiedziała coś takiego.

- Nie zdziwiłbym się. Musi przynajmniej coś podejrzewać. Przez cały rok widziała w 

domu ich kłótnie, podczas gdy ja byłem tu, w akademiku, nieco na uboczu.

- O Boże - westchnęłam, czując przypływ  współczucia dla Lilly.  Nagle w pewien 

sposób zrozumiałam, czemu się tak dziwnie zachowywała. Na przykład z tym magazynem 

literackim. No bo skoro wiedziała, że jej rodzice się rozchodzą, to by wyjaśniało jej wahania 

nastroju i ogólne świrowanie.

Szkoda, że nie miałam żadnej takiej wymówki dla 

WŁASNYCH

 świrów.

- Michael - powiedziałam. - Nie miałam pojęcia. Zachowałam się tamtego wieczoru 

jak kompletna wariatka. Myślałam, że czujesz do mnie niesmak. Że cię rozczarowałam. Bo 

nie jestem imprezową dziewczyną.

- Mia - Michael pokręcił głową, prawie jakby 

ON

 

SAM

 też nie mógł uwierzyć, że to się 

wszystko dzieje. - Byłem na ciebie wściekły. Ja wcale nie chcę imprezowej dziewczyny. Ja 

tylko chcę...

Ale zanim zdążył coś jeszcze powiedzieć, drzwi się otworzyły i do środka wszedł Doo 

Pak, tak samo pogodny jak zawsze... a zwłaszcza na mój widok.

-   Och,   cześć,   księżniczko!   -   zawołał.   -   Tak   sobie   pomyślałem,   że   tu   jesteś,   bo 

widziałem Larsa przy telewizorze! Jak się dzisiaj czujesz? Dziękuję ci bardzo za to wielkie 

ciastko z przeprosinami. Mike i ja jedliśmy je przez cały dzień.

Miałam zamiar powiedzieć: „Nie ma za co”. Miałam zamiar powiedzieć: „U mnie 

świetnie, Doo Pak. A jak u ciebie?”

Chociaż 

WCALE

 

NIE

 

TO

 chciałam powiedzieć. C

HCIAŁAM

 powiedzieć:

- Spadaj, Doo Pak! Spadaj stąd! Michael, skończ to, co zacząłeś mówić. C

HCESZ

 

TYLKO

 

CZEGO

???

Bo wiecie, to zabrzmiało jak coś trochę ważnego - zwłaszcza biorąc pod uwagę to 

„byłem na ciebie wściekły”, które usłyszałam tuż przedtem.

Ale wtedy zadzwonił telefon i Doo Pak go odebrał i powiedział:

- O, dzień dobry pani Moscovitz! Tak, Mike jest tutaj. Chce pani z nim rozmawiać? 

Trzymaj, Mike.

I chociaż Michael pokazywał ręką, jakby podrzynał komuś gardło, i szeptał: „Nie ma 

mnie tu”, było już za późno. Musiał wziął słuchawkę i powiedzieć:

background image

- Uhm, mama? Taa, cześć. Nie, to nie jest dobry moment, czy mógłbym oddzwonić do 

ciebie później?

Ale słyszałam, jak jego matka brzęczy i brzęczy w ten telefon.

A   Michael,   jak   zawsze   posłuszny   syn,   słuchał.   A   ja   tam   siedziałam   i   myślałam: 

państwo doktorostwo Moscovitz się rozchodzą? To 

NIEMOŻLIWE

. T

O

 nie do przyjęcia. To jest po 

prostu coś 

NIENATURALNEGO

, żeby oni się rozstawali. To zupełnie tak, jakby... no cóż, jakbyśmy 

rozstawali się my z Michaelem.

Co być może właśnie się dzieje. Bo widzicie, wcale nie powiedział wyraźnie, że mi 

wybacza.   Za   ten   cały   numer   z   J.P.   Przyznał,   że   był   wtedy   na   mnie   wściekły,   ale   nie 

powiedział, czy 

JESZCZE

 jest.

O mój Boże. Czy żeby Moscovitzowie nie byli jedyną parą, która się właśnie rozstaje?

Ale tego oczywiście nie mogłam się w żaden sposób dowiedzieć. A przynajmniej nie 

w tamtej chwili, bo Michael nadal trzymał słuchawkę przy uchu i mówił:

- Mamo. Mamo, ja wiem. Nie martw się.

I wtedy zrozumiałam, że dzieje się z nim - i z nami - coś takiego, czego żadne ciastko 

z napisem: Przepraszam nie załatwi.

I zrozumiałam też, że nic więcej nie mogę teraz na to poradzić.

I dlatego wstałam i wyszłam. Bo co innego mogłam zrobić?

background image

Papeteria Jej Wysokości

Księżniczki Amelii Mignonette

Grimaldi Thermopolis Renaldo

Szanowny Panie Doktorze Carlu Jung!
Wiem, że nadal pan nie żyje. Ale moje sprawy pogorszyły się jeszcze bardziej.

I teraz nie martwię się już tak bardzo o to, czy uda mi się przekroczyć własne ego i  

osiągnąć samorealizację.

Teraz martwię się o moich przyjaciół.
Och,   mam   też   sporo   własnych   problemów,   oczywiście.   Ale   właśnie   się 

dowiedziałam, że rodzice mojego chłopaka się rozstają. Doktorze Jung, to może załamać 
takiego człowieka w rozkwicie młodości jak Michael. Nie tylko najwyraźniej rozdziera mu 

to serce, ale poza tym może wywołać poczucie odrzucenia, które może rzutował na  

MÓJ

 

związek   z   nim.   Bo   jeśli,   wzorując   się   na   przykładzie   rodziców,   Michael   uzna,   że  

zakończenie jakiegoś związku 

JEST

 sposobem na rozwiązanie istniejącego w nim konfliktu?

To się totalnie może zdarzyć. Wiem, bo widziałam to raz w jakimś filmie.

A w naszym związku  

WŁAŚNIE

 

TRWA

  konflikt, wywołany odtańczeniem przeze mnie 

seksownego tańca w zupełnie nieodpowiednim momencie.

Czy sprawy mogłyby się potoczyć 

JESZCZE

 

GORZEJ

?

P

ROSZĘ

 

PRZYSŁAĆ

 

JAKĄŚ

 

POMOC

.

Pańska przyjaciółka

Mia Thermopolis

Poniedziałek, 8 marca, północ,

poddasze

Wiecie, co mi to przypomina?  Nigdy więcej kukurydzy!  Poważnie. Ten fragment, w 

którym   bezimienny   główny   bohater   spaceruje   ulicami   Manhattanu,   otoczony   ludźmi,   a 

przecież ostatecznie tak strasznie, zupełnie sam. Tak samotny, że zdaje sobie sprawę, że nie 

pozostaje mu już nic innego, tylko rzucić się pod pociąg metra.

Co, jak się nad tym zastanowić, jest szalenie egoistycznym postępkiem, bo ten biedny 

maszynista kierujący pociągiem do końca życia będzie miał uraz.

background image

W każdym razie moje życie nagle zaczęło imitować moją 

SZTUKĘ

!!! Poważnie!!! Moja 

fikcyjna   opowieść   zaczyna   się   zamieniać   w   prawdę   -   tylko   nie   z   J.P.   jako   głównym 

bohaterem.

A

LE

 

ZE

 

MNĄ

.

Jak tylko wsiadłam do limuzyny, wysłałam Michaelowi długą wiadomość z sidekicka 

Larsa, mówiąc mu, jak bardzo go kocham i jak strasznie mi przykro, i ze względu na jego 

rodziców,  i  na to,  że  okazałam  się  taka  niedojrzała   i  skoncentrowana  na  sobie.  I  na  ten 

seksowny taniec.

Naprawdę spodziewałam się, że kiedy dojadę do domu, dostanę bardzo długiego e - 

maila, że on mnie też kocha i że przebacza mi za to, że w czasie imprezy zachowywałam się 

tak idiotycznie.

Ale on nie odpisał.

Wcale.

W głowie mi się to nie mieści. Co ja mam 

TERAZ

 zrobić? Już mu wysłałam ciastko z 

napisem:  Przepraszam.  Nie mam pojęcia, co jeszcze zrobić. Kupiłabym mu tę przejażdżkę 

promem kosmicznym, gdybym myślała, że to coś pomoże. Ale nie wydaje mi się.

Poza tym nie stać mnie na przejażdżkę promem kosmicznym. Nie mogę sobie nawet 

pozwolić na 

ZABAWKĘ

 - model promu kosmicznego.

Jakby   tego   wszystkiego   było   mało,   w   głowie   ciągle   mi   brzmią   ostatnie   słowa 

Michaela: „Mia, ja nie chcę imprezowej dziewczyny. Ja chcę tylko...”

On chce tylko 

CZEGO

?

Prawdopodobnie   nigdy   się   nie   dowiem.   Ale   nie   mogę   przestać   się   martwić,   że 

czymkolwiek jest to coś, czego chce Michael, ja tym nie jestem.

I w tej chwili trudno mi nawet mieć do niego pretensje.

Wtorek, 9 marca,

w limuzynie po drodze do szkoły

Kiedy Lilly wsiadła do limuzyny, powiedziała:

- O mój Boże, a 

TOBIE

 

CO

 się stało?

A ja odpowiedziałam:

- Ale o co ci chodzi?

A ona na to:

background image

- Wyglądasz beznadziejnie. Co jest, w ogóle w nocy nie spałaś czy co? Twoja babka 

cię zabije, dziś wieczorem mamy próbę kostiumową.

Więc najwyraźniej jeszcze nie wie, że ja wiem o jej rodzicach. Możliwe nawet, że 

Michael się pomylił i Lilly sama o nich też nie wie. Nie do końca.

Chyba że faktycznie jest tak dobrą aktorką, za jaką się uważa.

A to znaczy, że nie mogę jej powiedzieć, dlaczego wyglądam beznadziejnie. Lilly 

chybaby mnie  

ODRUCHOWO

  zabiła za to, że wiem, że jej rodzice się rozchodzą, zanim  

ONA

 

W

 

ogóle się o tym dowiedziała. Poza tym Michael prosił, żebym to zachowała dla siebie.

Chyba mógłbym  jej powiedzieć, że moim zdaniem Michael i ja rozstajemy się ze 

względu na mój seksowny taniec z J.P.

Ale czy to nie za wiele spraw, z którymi musiałaby się w tej chwili uporać? No bo 

jeśli ona 

WIE

 

O

 swoich rodzicach? Czy to naprawdę fair z mojej strony, żebym oczekiwała, że 

upora się z ich rozstaniem 

ORAZ

 

Z

 moim? Jeśli w ogóle to jest właśnie to, co się w tej chwili 

dzieje między mną a Michaelem?

Nie. To by było nie fair.

Więc zamiast powiedzieć jej prawdę, odezwałam się tylko:

- Nie wiem sama. Chyba się przeziębiłam.

-   No   to   padaka   -   powiedziała   Lilly.   A   potem   opowiedziała   mi,   jak   udało   jej   się 

poukładać stronami i zszyć  niemal dwadzieścia egzemplarzy magazynu. Zostało już tylko 

dziewięćset osiemdziesiąt. Bo oczywiście Lilly uważa, że każda osoba ze szkoły kupi jeden 

egzemplarz.

Nie zawracałam sobie głowy spieraniem się z nią. Po pierwsze, w środku czułam 

kompletną pustkę, jakby zupełnie mnie to wszystko nie obchodziło.

A po drugie, ona znów była dla mnie totalnie wredna, kiedy ją 

JESZCZE

 

RAZ

 poprosiłam, 

żeby usunęła z magazynu Nigdy więcej kukurydzy! Powiedziała:

- Ciekawe, gdzie byśmy byli dzisiaj, gdyby Woodward i Bernstein poprosili „Post” o 

wycofanie artykułu o Watergate? Ha? Gdzie byśmy teraz byli?

Ale   opublikowanie   afery   Watergate   jest   czymś  

ZUPEŁNIE

  innym   niż   opublikowanie 

Nigdy więcej  kukurydzy!  To  pierwsze mogło  obalić  prezydenturę.  To drugie  urazi  czyjeś 

uczucia.

Nieważne. Lilly powiedziała:

- Twój kawałek jest 

NA

 

OKŁADCE

. Dokładnie pod napisem „Różowy Odbycik Grubego 

Louie”. „Opowiadanie napisane przez naszą własną księżniczkę z LiAE, Mię Thermopolis”. 

Nie   mogę   go  

USUNĄĆ

,  nie   przerabiając  

OKŁADKI

.  I   spisu   treści.   Musiałabym   na   nowo 

background image

zaprojektować okładkę,  a potem ją wydrukować,  i skopiować tysiąc  stron OD  

NOWA

. N

IE

 

ZROBIĘ

 tego. Po prostu 

NIE

.

Powiedziałam jej, że pomogę kopiować. Ale ona tylko pokręciła głową.

Nie mogę uwierzyć, że gotowa jest urazić uczucia przyjaciela, tylko dlatego że nie 

chce jej się stać przy fotokopiarce przez chwilę dłużej. I to po tym wszystkim, co dla niej 

zrobiłam. Na przykład chroniąc jej wrażliwą psychikę przed prawdą na temat jej rodziców, a 

także prawdopodobnie na temat Michaela i mnie.

Och.

Wtorek, 9 marca, godzina wychowawcza

Nadal nie mieści mi się to w głowie. Bo przecież to zupełnie tak, jakby rozstawali się 

Wilma i Fred Flinstonowie.  Albo Homer i Marge Simpson.  Albo Lana Weinberger i Josh 

Richter.

No cóż, chociaż nie byłam zrozpaczona, kiedy 

ONI

 się rozstali.

B

YŁABYM

 

ZROZPACZONA

,

GDYBYM

 

SIĘ

 

DOWIEDZIAŁA

,

ŻE

 

SIĘ

 

ROZSTAJĄ

:

Sarach Michelle Gellar i Freddie Prinze

Junior Kelly Ripa i Mark Consuelos

Jessica Simpson i Nick Lachey

Scooby Doo i Shaggy

Melissa Etheridge i Tammy Lynn Michaels

Bruce Springstin i Patti Scialfa

Russel i Kimora Lee Simmons

Ben Affleck i Matt Damon

Danny DeVito i Rhea Perlman

Will i Jada Pinkett Smith

Królowa Elżbieta i książę Filip

Tom Hanks i Rita Wilson

Kevin Bacon i Kyra Sedgwick

Gwen Stefani i Gavin Rossdale

Ellen DeGeneres i Portia de Rossi

background image

Hermiona i Ron

Jay - z i Beyonce

Tea Leoni i David Duchovny

Sandy i Kirsten Cohen

Tina Hakim Baba i Boris Pelkowski

Moja mama i pan G.

W głowie mi się nie mieści, że Moscovitzowie się rozstają. Przecież to 

PSYCHIATRZY

 ze 

szkoły  

JUNGOWSKIEJ

.  Jeśli oni nie potrafią stworzyć  udanego związku, to jaka nadzieja po-

zostaje dla reszty z nas?

background image

Papeteria Jej Wysokości

Księżniczki Amelii Mignonette

Grimaldi Thermopolis Renaldo

Szanowny Panie Doktorze Carlu Jung!
No cóż, już teraz rozumiem. Totalnie wszystko rozumiem.

Trochę mi to zajęto. Ale prawda wreszcie do mnie dotarła.
To zabawne, że przez cały ten czas uważałam, że transcendencja mnie uszczęśliwi. 

Że poznając swoje prawdziwe ja, uzyskam na koniec to całkowite szczęście. O kurcze, ale  
mnie pan nabrał. Musiał się pan zaśmiewać do rozpuku w niebie, czy gdzie tam pan teraz  

jest. Bo przez cały czas pan wiedział, nie? Znał pan prawdę.

A prawda jest taka, że nie ma żadnego jungowskiego drzewa samorealizacji. Nie 

ma żadnego przekraczania swojego ego. Państwo doktorostwo Moscovitz dowiedli tego 
właśnie swoim rozstaniem.

Prawda jest taka, że jesteśmy wszyscy zupełnie sami.
A potem się umiera.

Niech się pan nie martwi, Już zrozumiałam.
Więcej listów już do pana nie napiszę. Żegnam na zawsze.

Pańska była przyjaciółka

Mia Thermopolis

Wtorek, 9 marca, ekonomia

Użyteczność marginesowa = dodatkowa satysfakcja albo ilość użyteczności uzyskana 

z   każdej   dodatkowej   jednostki   konsumpcji.   Użyteczność   marginesowa   zmniejsza   się  z 

każdym dodatkowym zwiększeniem konsumpcji danego dobra.

Innymi słowy, im mniej czegoś masz, tym bardziej tego pragniesz.

Zjawisko, które znam aż za dobrze.

background image

Wtorek, 9 marca, angielski

Mia, nic ci nie jest? Wyglądasz, jakbyś zaczynała na coś chorować.

Och, u mnie świetnie, Tina. Po prostu świetnie.

Och.

Okay,  kłamię.  Michaelowi jest przykro  ze względu na ten seksowny taniec,  który 

wykonałam z J.P. Ale 

JESZCZE

 

BARDZIEJ

 jest mu przykro z powodu, który nie ma nic wspólnego 

ze mną. Jaki to powód - nie mogę ci powiedzieć. Już mu przesłałam ciastko z napisem: 

Przepraszam. Nie wiem, co jeszcze mam zrobić.

Mia,   nic   więcej   nie   powinnaś   robić.   Chłopcy   różnią   się   od   dziewczyn.   Nie   lubią 

rozmawiać o swoich uczuciach. Prawdopodobnie najlepiej będzie zostawić go w spokoju. 

Jakikolwiek jest ten powód, Michael znów będzie sobą, kiedy się z tym upora. Jak Boris i 

jego Bartók.

Naprawdę tak myślisz? Tak trudno jest po prostu siedzieć tu i nic nie robić! I kto 

NIE

 

LUBI

 mówić o swoich uczuciach????

Ja wiem. Ale chłopcy tacy właśnie są. Trochę jak wybryk natury.

O czym rozmawiacie?

O niczym.

O niczym

Och, jasne. Znów o niczym. Nieważne. Słuchajcie. Lunch. Pomożecie mi składać?

Jasne.

N

IE

'.!!! J.P. 

ZOBACZY

 

TO

 

OPOWIADANIE

 

O

 

NIM

!!!! On z nami teraz siedzi przy lunchu!

Taa, a tak w ogóle to o co ci chodzi? Czy to już ci zostanie na zawsze, czy tylko 

dopóki nie wystawimy tego musicalu?

Moim zdaniem chodzi o to, że ktoś tu leci na Mię.

CO????

Tak uważasz?

To 

NIEPRAWDA

!!!!

Nie wiem sama, Mia. Jest ta sprawa z seksownym tańcem. I ja widzę, że on się na 

ciebie bardzo często gapi, kiedy nie patrzysz.

Hm, a skąd wiesz, że nie gapi się NA 

MNIE

, Tina?

Och... No cóż, to 

MOŻLIWE

, że on gapi się na ciebie, Lilly. Ale naprawdę uważam, że...

A czy ty 

CHCESZ

, żeby on się na ciebie gapił, Lilly?

T

EGO

 

NIE

 

POWIEDZIAŁAM

.  Pytałam tylko, skąd Tina ma taką pewność, że  

NIE

 

CHODZI

 

O

 

mnie. Przecież bardzo często siadamy razem. Możliwe, że to 

NA

 

MNIE

 on leci, nie na Mię.

background image

O mój Boże. Tobie się podoba J.P.

N

IEPRAWDA

!!!!!!!

Tak, prawda. Totalnie ci się podoba.

MÓJ

 B

OŻE

A

 

BARDZIEJ

 

NIEDOJRZAŁE

 

MOGŁYBYŚCIE

 

JESZCZE

 

BYĆ

??? N

IE

 

ZAMIERZAM

 

JUŻ

 

WIĘCEJ

 

BRAĆ

 

UDZIAŁU

 

W

 

TEJ

 

ROZMOWIE

.

O mój Boże. On jej się totalnie podoba.

Tak! Jasne, że tak?

To zadziwiające. J.P. nie wygląda na faceta w jej typie.

Bo jest przystojny, mówi po angielsku i pochodzi z zamożnej rodziny?

Racja. Ale on 

JEST

 kreatywny. I wysoki. I bardzo dobrze tańczy.

No to ja tego nie rozumiem. Jeśli on jej się podoba, dlaczego miałaby puszczać moje 

opowiadanie, skoro to urazi jego uczucia?

Nie wiem. Kocham Lilly, ale nie mogę powiedzieć, żebym ją rozumiała.

Taa. Można to odnieść do 

WSZYSTKICH

 Moscovitzów.

Och, Mia. I co zrobisz w kwestii Michaela?

Ja? Nic. No bo co ja mogę zrobić?

Tak dobrze znosisz to obecne ochłodzenie waszych stosunków. To znaczy pomijając 

fakt, że masz taką minę, jakbyś miała za moment zwymiotować.

Bo ja 

WYMIOTUJĘ

, Tina. Tyle że wewnętrznie.

Wtorek, 9 marca, lunch

Dzisiaj przy lunchu J.P. odezwał się:

- Nic ci nie jest, Mia?

A ja na to:

- Nie. Dlaczego?

A on na to:

- Bo straciłaś kolory.

A ja na to:

- K

OLORY

? Ale o czym ty mówisz?

A on na to:

- Sam nie wiem. Po prostu nie wyglądasz dobrze

To mi nie brzmi jak słowa wypowiedziane przez kogoś, kto żywi do mnie skrywaną, 

płomienną namiętność.

Więc Tina na pewno jest w błędzie. Jemu podoba się Lilly.

background image

Byłoby fajnie, gdyby zaczęli się spotykać. Bo wtedy Lilly miałaby jakiś powód do 

radości, kiedy już się dowie prawdy o rodzicach. I o Michaelu, i o mnie.

A poza tym wtedy Lilly miałaby mniej czasu, żeby próbować mnie psychoanalizować 

w stołówce, tak jak to zaczęła robić przed chwilą:

Lilly: Co się dzieje, K.G.? Dlaczego nie skończyłaś swojego Diabelskiego Doga?

Ja: Bo nie mam ochoty na Diabelskiego Doga.

Lilly: A odkąd to ty nie miewasz ochoty na Diabelskiego Doga?

Ja: Od dzisiaj. Wystarczy?

Reszta stolika:

- Ooooooooooooooo!

Ja: Przepraszam. Nie chciałam być niemiła.

Lilly: Rozumiem. Wszyscy wiemy, że coś jest nie tak, Thermopolis. Zeznawaj.

Ja: W

SZYSTKO

 

JEST

 w 

PORZĄDKU

! J

ESTEM

 

TYLKO

 

ZMĘCZONA

OKAY

?

J.P.: Hej, czy ktoś chce obejrzeć moje odciski? Od tych nowych jazzowych butów? 

Popatrzcie tylko.

Czy to tylko moja wyobraźnia, czy J.P. usiłował odwrócić uwagę Lilly, żeby przestała 

się mnie czepiać?

Boże, on jest 

TAKI

 miły.

M

USZĘ

 odebrać Lilly to opowiadanie. Tylko jak? J

AK

????

Wtorek, 9 marca, RZ

No cóż. To nie wyszło mi najlepiej.

I okay, może powinnam była po prostu dać sobie spokój z tym tematem, czy on jej się 

podoba.

Ale i tak nie musiała mówić pani Hill, że próbowałam sabotować jej magazyn,  a 

potem zabierać to wszystko i własnoręcznie zszywać w pokoju nauczycielskim.

W moich żyłach krąży krew wielu pokoleń silnych, niezależnych kobiet. Jak jedna z 

nich poradziłaby sobie z tą sytuacją? To znaczy, poza uduszeniem Lilly.

Wtorek, 9 marca, klatka schodowa, trzecie piętro

Kenny wziął przepustkę do łazienki i parę minut później ja też wzięłam przepustkę do 

łazienki, i oboje zerwaliśmy się z geografii i środowiska, i spotkaliśmy się z Tiną, która urwa-

background image

ła się z geometrii, i z Borisem,  który zwiał z angielskiego,  i z Ling Su, która uciekła  z 

malarstwa,   i   schowaliśmy   się   tutaj,   żeby   przećwiczyć   choreografię,   która   nadal   nam   nie 

bardzo wychodzi.

Mam wyrzuty sumienia z powodu tej ucieczki i rozumiem, że wykształcenie to rzecz 

ważna.

Ale tak samo ważne jest niezrobienie z siebie idioty na oczach Bono.

Wtorek, 9 marca, Wielka Sala Balowa, hotel Plaza

Kiedy   dziś   po   południu   weszliśmy   do   sali   balowej,   stroiła   tam   instrumenty   cała 

orkiestra symfoniczna.

A   poza   tym   dokoła   biegali   wszyscy   ci   dźwiękowej   i   oświetleniowcy,   którzy 

wrzeszczeli:

- Raz, dwa, trzy, próba mikrofonu. Raz, dwa, trzy, próba mikrofonu.

I była też scena.

Tak. Prawdziwa scena.

Zupełnie   jakby   ekipa   programu  Odmienimy   twój   dom  pojawiła   się   tu   w   nocy   i 

skonstruowała tę wielką scenę, z kompletem ruchomych dekoracji, włącznie z murami zam-

kowymi, plażą, sklepikami wioskowymi i kuźnią kowalczyka.

To było niewiarygodne.

Tak jak podły humor Grandmère, kiedy weszliśmy.

- Spóźniłaś się! - wrzasnęła się na mnie.

- Och, taa, przepraszam, Grandmère - powiedziałam. - Na Piątej Alei był wypadek z 

udziałem powozu zaprzężonego w konia.

-   Karygodny   brak   profesjonalizmu!   -   darła   się   Grandmère,   która   najwyraźniej 

zdecydowała się zignorować moje tłumaczenie. - Gdyby to był prawdziwy broadwayowski 

show, wszyscy byście wylecieli na bruk! W teatrze nie ma żadnych wymówek dla spóźnień!

- Hm - powiedział J.P. - Ten koń wpadł do dziury w asfalcie. Dziesięciu taksówkarzy 

go wyciągało. Ale nic temu koniowi nie będzie.

Ta informacja sprawiła, że Grandmère przeszła kompletną metamorfozę. Czy raczej 

sprawiła to 

OSOBA

, która jej przekazała tę informację.

- Och, John Paul - uśmiechnęła się. - Nie zauważyłam, że tu stoisz. Pozwól tu, mój 

drogi, poznasz panią kostiumolog. Będziesz miał przymiarkę swojego stroju.

!!!!!

background image

Jezu!!! Nieważne, kto się podoba J.P., ja czy Lilly. Przynajmniej wyraźnie widać, kto 

podoba się G

RANDMÈRE

.

Włożyliśmy wszyscy swoje kostiumy i zaczęliśmy próbę kostiumową. Żeby naszych 

głosów nie zagłuszyły wszystkie te sekcje smyczków i rogów, i inne takie, musieliśmy sobie 

przyczepić te małe mikrofony, zupełnie jakby to było jakieś profesjonalne przedstawienie. 

Czułam się naprawdę dziwnie, śpiewając do mikrofonu -  

PRAWDZIWEGO

,  a nie zrobionego ze 

szczotki do włosów, bo tak zazwyczaj sobie śpiewam. Nasze głosy naprawdę się 

NIOSŁY

.

Jestem w pewnym sensie zadowolona, że ćwiczyłam z madame Puissant podnoszenie 

fortepianu tyle razy. Bo przynajmniej trafiam te wszystkie wysokie nuty.

Ale   ta   nasza   próba   na   klatce   schodowej   nie   pomogła   Kenny'emu   opanować 

choreografii. Nadal jest beznadziejny. Zupełnie jakby jego stopy nie miały połączenia z resztą 

nóg czy coś i nie przyjmowały komend wydawanych  przez mózg. Grandmère kazała mu 

stawać za plecami chóru w czasie numerów tanecznych.

A teraz wygłasza „uwagi dla aktorów”. To właśnie robi po każdej próbie. W czasie 

trwania przedstawienia robi notatki i zamiast nas zatrzymać, żeby coś powiedzieć, odczytuje 

nam swoje notatki po zakończeniu całości. W tej chwili instruuje Lilly, żeby nie podnosiła 

trenu sukni 

OBIEMA

 rękami, kiedy schodzi po stopniach zamku, witając Alboina. Dama, mówi 

Grandmère, unosi tren sukni 

JEDNĄ

 ręką.

- Ale ja nie jestem damą - mówi Lilly. - Jestem prostytutką, zapomniała księżna?

- Kochanka - poprawia Grandmère - nie jest prostytutką, młoda damo. Czy Camilla 

Parker - Bowles była prostytutką? A madame Chang Kaj - szek? Evita Peron? Nie. Niektóre z 

tych   najważniejszych   kobiecych   wzorców   do   naśladowania  zaczęły   karierę   jako   czyjeś 

kochanki. Ale to nie znaczy, że się kiedykolwiek prostytuowały. I bardzo proszę się ze mną 

nie sprzeczać. Będziesz używała tylko 

JEDNEJ

 

DŁONI

, unosząc tren sukni.

A teraz przeszła do J.P. Oczywiście, 

ON

 wszystko robi idealnie.

Chociaż   ja   naprawdę   nie   wiem,   jak   podlizywanie   się   dzieciakowi   Johna   Paula 

Reynoldsa - Abernathy'ego Trzeciego ma go skłonić do odstąpienia od przetargu na sztuczną 

wyspę Genowię.

A z drugiej strony,  ja już sobie darowałam próby domyślania się, co się kryje za 

postępowaniem Grandmère. Ta kobieta to zdecydowanie enigma owinięta tajemnicą. Dokład-

nie wtedy, kiedy wydaje mi się, że już ją rozszyfrowałam, ona wychodzi z jakimś nowym 

zwariowanym spiskiem.

Więc teraz powinnam chyba przyjąć wobec niego obojętną postawę. Grandmère nigdy 

mi nie zdradzi prawdziwych motywów kierujących jej postępowaniem - na przykład dlaczego 

background image

tak się upiera, żebym grała Rozagundę ja, a nie ktoś, kto naprawdę zrobiłby to dobrze. To 

znaczy Lilly.

I nigdy mi nie zdradzi, dlaczego niby to uprzedzająco miłe traktowanie J.P. miałoby 

jej pomóc wygrać tę jej wyspę. Właśnie przed chwilą musieliśmy wysłuchać, jak mówiła:

- Naprawdę podobał mi się ten dyskretny ukłon, którym zakończyłeś ostatni numer, 

John Paul. Ale czy mogłabym ci coś zasugerować? Moim zdaniem, byłoby uroczo, gdybyś po 

ukłonie porwał Amelię w ramiona i ją pocałował, odchylając jej tułów do tyłu. - Piórko, 

kochanie, pokaż mu, co miałam na myśli...

Z

ARAZ

. C

O

?????

Wtorek, 9 marca, w limuzynie,

w drodze do domu z hotelu Plaza

MÓJ

 B

OŻE

!!!!!!!!!!!!!! J.P. 

MUSI

 

MNIE

 

POCAŁOWAĆ

!!!!!!!!!! 

W

 

TEJ

 

SZTUCE

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

T

O

 

ZNACZY

 

W

 

MUSICALU

!!!!!!!!!!!!!!!!!

W głowie mi się to nie mieści. Przecież tego pocałunku nawet nie ma w scenariuszu. 

Grandmère najwyraźniej dodała go, bo - sama nie wiem, po co. On tu niczego 

NIE

 

WNOSI

. Jest 

tylko głupim pocałunkiem na koniec między Rozagunda i Gustawem.

Wątpię, żeby to było w ogóle historycznie uzasadnione.

Ale z drugiej strony to, że wszyscy mieszkańcy miasteczka i król Włoch zbierają się 

razem po tym, jak Rozagunda zabiła Alboina i śpiewają o tym, jacy są szczęśliwi, że on już 

nie żyje - to też raczej mało historycznie uzasadnione.

Grandmère 

WIE

, że serce oddałam innemu mężczyźnie - nawet jeśli w obecnej chwili 

nie układa się między nami najlepiej.

-   Na   miłość   boską,   Amelio   -   powiedziała,   kiedy   do   niej   podeszłam,  

CICHO

,  bo 

oczywiście   nie   chciałam,   żeby   J.P.   wiedział,   że   nie   jestem   w   stu   procentach  

ZA

  tym 

całowaniem. Nie chcę zdradzać swojego chłopaka, całując innego faceta - a zwłaszcza faceta, 

który patrzył, jak wykonuję seksowny taniec niecały tydzień temu - ale nie chciałam też ranić 

uczuć J.P. Więc cicho zapytałam, czy postradała zmysły.

-   Ludzie   oczekują   pocałunku   między   głównymi   bohaterami   na   koniec   musicalu   - 

ucięła Grandmère. - Byłoby okrucieństwem ich rozczarować.

- Ale Grandmère...

- I proszę cię, nie opowiadaj mi, że uważasz pocałunek z Johnem Paulem za taką 

wielką   zdradę  twojego  uczucia  do  Tamtego   Chłopaka.   -  „Tamten  chłopak”  to   określenie 

background image

Grandmère dla Michaela. - To się nazywa 

AKTORSTWO

, Amelio. Czy uważasz, że sir Lawrence 

Olivier miał pretensje, kiedy jego żona, Vivien Leigh, musiała całować się z Clarkiem Gable 

Przeminęło z wiatrem? Z całą pewnością nie. On rozumiał,

Że to 

GRA

 

AKTORSKA

.

- Ale...

- Och, Amelio, przestań! Ja nie mam na to czasu! Mam milion rzeczy do załatwienia 

przed jutrzejszym przedstawieniem, trzeba wydrukować programy, spotkać się z ludźmi z 

cateringu. Ja naprawdę nie mam czasu stać tu i sprzeczać się z tobą. Macie się pocałować i 

basta. Chyba że chcesz, żebym zamieniła parę słów z pewną członkinią chóru...

Rzuciłam spanikowane spojrzenie w stronę Amber Cheeseman. Nie mam wyjścia, i 

Grandmère to wie.

Może   dlatego   miała   na   twarzy   ten   nieznaczny,   zarozumiały   uśmieszek,   kiedy 

zamaszyście odeszła obudzić señora Eduarda i odesłać go do domu.

A   jakby   tego   wszystkiego   było   mało,   kiedy   przed   chwilą   wyszłam   przed   hotel   i 

ruszyłam w stronę limuzyny, z cienia wyłonił się J.P i zawołał mnie po imieniu.

- Och - powiedziałam zaskoczona. On na mnie czekał? No cóż, najwyraźniej. Tylko... 

Po co? - Co się stało? Trzeba cię podwieźć do domu? Możemy cię podrzucić, jeśli chcesz.

Ale J.P. powiedział tylko:

- Nie, nie potrzebuję podwiezienia. Chcę z tobą porozmawiać. W sprawie pocałunku.

!!!!!!!!!!!!!!

Okay. No więc wcale od 

TEGO

 nie zaczęłam świrować.

Ale nie mogłam tego okazywać ani nic, bo w limuzynie czekała na mnie Lilly, i ona 

totalnie widziała nas stojących na tym czerwonym dywanie, i opuściła okno, i zawołała:

- Hej, chodźcie! Muszę jechać do domu i spinać magazyn!

Boże, ona czasami bywa denerwująca.

-   Posłuchaj,   Mia   -   powiedział   J.P.,   kompletnie   ignorując   Lilly,   na   co   sobie   jak 

najbardziej  zasłużyła.  - Wiem,  że masz  teraz  kłopoty ze swoim chłopakiem  i że one się 

zaczęły   częściowo   przeze   mnie...   nie,   nie   próbuj   zaprzeczać.   Tina   już   mi   powiedziała. 

Naprawdę   się   o   ciebie   martwiłem,   bo   przez   cały   dzień   byłaś   taka   przygnębiona,   więc 

wydusiłem to z niej. Więc posłuchaj. Nie musimy się całować. Kiedy będziemy tam na scenie 

w czasie przedstawienia, i tak możemy właściwie robić to, co chcemy. Bo przecież twoja 

babka nie będzie mogła nas powstrzymać. Więc chciałem ci tylko powiedzieć, że jeśli nie 

chcesz, to nie musimy. Ja się nie obrażę ani nic. Totalnie cię rozumiem.

MÓJ

 B

OŻE

!

background image

Czy ktoś kiedyś na całym świecie powiedział komuś coś milszego?????

To   było   takie   przemyślane   i   dojrzałe.   W   przeciwieństwie   do   tego,   jak   ja   go 

potraktowałam!

I chyba dlatego to zrobiłam.

Wspięłam   się   na   palce   i   pocałowałam   Faceta,   Który   Nie   Cierpi,   kiedy   Dodają 

Kukurydzy do Chili, w policzek.

- Dziękuję ci, J.P. - powiedziałam. J.P. zrobił szalenie zaskoczoną minę.

- Za co? - spytał lekko łamiącym się głosem. - Ja tylko powiedziałem, że nie musisz 

mnie całować, jeśli nie masz na to ochoty.

- Wiem. - Uścisnęłam mu rękę. - To dlatego cię pocałowałam.

I wskoczyłam do limuzyny.

Gdzie Lilly natychmiast zarzuciła mnie pytaniami:

Lilly: Co to miało być?

Ja: Powiedział, że nie muszę go całować.

Lilly: No to dlaczego go pocałowałaś?

Ja: Bo pomyślałam, że jest taki miły.

Lilly: O mój Boże. On ci się podoba.

Ja: Tylko jako przyjaciel.

Lilly: A odkąd to całujesz swoich przyjaciół płci męskiej? Borisa nigdy nie całowałaś.

Ja:   Och.   Czy   ty   słyszałaś   kiedykolwiek,   że   on   ma   problem   z   nadmiernym 

wydzielaniem śliny? Ja nie wiem, jak Tina to znosi.

Lilly: Co się między wami dzieje, Mia? Między tobą i J.E?

Ja: Nic. Mówiłam ci, że jesteśmy tylko przyjaciółmi.

I   chociaż   wiedziałam,   że   nie   powinnam   tego   tematu   poruszać,   bo   Lilly   wkrótce 

usłyszy fatalne nowiny na temat rozstania jej rodziców - jeśli w końcu ktoś się zdecyduje jej o 

tym powiedzieć - ale totalnie go poruszyłam. Bo byłam już taka wściekła.

Ja: Ciekawszym pytaniem jest, co się dzieje między 

TOBĄ

 a J.P.?

Lilly: M

? Ja go nie całowałam. Ani nie tańczyłam z nim seksownych tańców. Ja go 

tylko lubię jak przyjaciela, tak jak ty 

TWIERDZISZ

, że go lubisz.

Ja: No to dlaczego nie usunęłaś tego opowiadania, które o nim napisałam, ze swojego 

magazynu? Przecież ty wiesz, że to zrani jego uczucia. Gdybyś naprawdę go lubiła jak przy-

jaciela, czemu miałabyś chcieć go zranić?

Lilly:   Przecież   to   nie   ja   go   zranię.   To   ty   go   zranisz.   Ja   tego   opowiadania   nie 

napisałam.

background image

Boże. Czemu ona musi mi to wypominać?

Środa, 10 marca, północ, poddasze

Żadnych e - maili od Michaela.

I żadnych innych wiadomości.

Zdaję sobie sprawę, że on ma w tej chwili dużo na głowie i że w zasadzie nie może się 

koncentrować na mnie i na  

MOICH

  potrzebach. Nie spodziewałam się, że wrócę do domu i 

znajdę wielki bukiet róż z wetkniętą karteczką z napisem: Kocham cię.

Ale   jakiś   telefon   z   informacją,   że   nadal   jeszcze   ze   sobą   chodzimy,   byłby   mile 

widziany.

Taa. Ale nic takiego nie nastąpiło. Wróciłam o domu, gdzie wszyscy już spali. Znowu.

Rola aktorki oddanej swojej sztuce to nie przelewki. Teraz już wiem, jak musi się czuć 

Meryl Streep, kiedy na czworakach wraca wieczorem do domu po próbach kolejnego na-

gradzanego Oscarem filmu. Już nigdy nie będę myślała, że aktorstwo to łatwy chleb.

W każdym razie idę za radą Tiny i dam Michaelowi trochę przestrzeni. Tak jak ona 

daje ją Borisowi, kiedy musi nauczyć się jakiegoś nowego Bartóka.

I nie mogę  powiedzieć,  żebym  miała  do Michaela  pretensje o to, że do mnie  nie 

dzwoni ani nie e - mailuje. Bo najwyraźniej nie jestem najbardziej stabilną emocjonalnie 

osobą,   jaką   zna.  Nie  wiem,   o  czym   myślałam,  usiłując  dowodzić,   że  jestem   dziewczyną 

imprezową, skoro to oczywiste, że nią nie jestem. W gruncie rzeczy usiłowałam po prostu 

manipulować Michaelem, a to nigdy nie jest dobry pomysł. Chyba że nie Grandmère albo 

Laną, które są mistrzyniami sztuki manipulacji - a zwłaszcza manipulacji w zakresie popytu i 

podaży.

Ale to nie znaczy, że postępują właściwie.

Poważnie. Nawet jeśli 

UMIESZ

 coś zrobić dobrze, to jeszcze nie znaczy, że 

POWINNAŚ

 to 

robić.

Weźmy na przykład moje opowiadanie. No bo, jasne, umiem pisać.

Ale czy to mi daje prawo, żeby pisać opowiadania o ludziach, którzy faktycznie żyją i 

którzy mogliby to opowiadanie przeczytać, i mogłoby im się zrobić przykro?

Nie. To, że 

MASZ

 jakąś władzę, jeszcze nie znaczy, że powinnaś jej  

UŻYWAĆ

. Albo, w 

każdym razie, 

NADUŻYWAĆ

.

background image

Bo   to   właśnie   robią   Grandmère   i   Lana   w   ramach   tego   całego   ekonomicznego 

działania. Jeśli człowiek ma już tyle szczęścia, że 

POSIADA

 jakiś talent - jak mój, do pisania - to 

jest jego moralnym obowiązkiem wykorzystywać ten talent 

W

 

DOBRYM

 celu.

I teraz już rozumiem, dlaczego tak wyszło z Michaelem. No wiecie, kiedy tańczyłam 

ten seksowny taniec. Bo usiłowałam manipulować ludźmi. I to się na mnie zemściło! Bo 

manipulowanie jest niedobre. Jest złe.

Jestem złym człowiekiem nadużywającym wiedzy ekonomicznej. Jestem...

K

TOŚ

 

DO

 

MNIE

 

PISZE

 

NA

 ICQ!!!!!!!!!!!!!!!

N

IECH

 

TO

 

BĘDZIE

 M

ICHAEL

.

N

IECH

 

TO

 

BĘDZIE

 M

ICHAEL

.

N

IECH

 

TO

 

BĘDZIE

 M

ICHAEL

.

N

IECH

 

TO

...

Och. To Lilly.

W

OMYN

R

ULE

:  Wiesz,   naprawdę   nie   powinnaś   była   go   całować,   skoro 

nawet   nic   do   niego   nie   czujesz.   A   jeśli   on   nabierze   fałszywych 

wyobrażeń? Już z nim seksownie tańczyłaś, a teraz jeszcze zaczynasz 
go całować? Jak na osobę tak. bardzo przejmującą się jego uczuciami, 

z całą pewnością czegoś tu sobie nie przemyślałaś do końca.

G

R

L

OUIE

:  Ach, tak? No cóż, jak na kogoś, kto go lubi wyłącznie 

jako   przyjaciela,   zdecydowanie   bardzo   się   przejmujesz   tym,   że 
mogłabym mu się podobać.

W

OMYN

R

ULE

:  Tylko   dlatego   że  

MYŚLAŁAM

,  że   spotykasz   się   z   moim 

bratem. Ale najwyraźniej jeden facet ci nie wystarczy. Musisz mieć 

WSZYSTKICH

.

GrLouie: Co??? Co ty wygadujesz? J.P. Mi się nie podoba .

W

OMYN

R

ULE

:  Jasne,  że nie.  Założę się,  że gdybym  widziała w  tej 

chwili twój nos, latałyby ci skrzydełka.

G

R

L

OUIE

: OMB, ja 

NIE

 kłamię. Lilly, ja kocham twojego brata i 

TYLKO

 

twojego brata. A ty to 

WIESZ

. C

O

 się z tobą 

DZIEJE

?

W

OMYN

R

ULE

: (niedostępna)

O Boże. To dobrze, że rodzice nie powiedzieli jej jeszcze o swoim rozstaniu. Jeśli ona 

tak reaguje, kiedy jeszcze o tym  

NIE

 

WIE

,  to nie chcę się nawet zastanawiać, jak zacznie się 

zachowywać, kiedy się 

DOWIE

.

background image

Chyba   że   ona  

WIE

,  jak   podejrzewa   Michael,   i   tylko  

UDAJE

,  że   nie   wie.   To   by   w 

znacznym stopniu wyjaśniało jej obecne zachowanie.

Ale nieważne, przynajmniej wiem, co mam teraz robić. Moja misja jest, nareszcie, 

jasna. Ogarnęło mnie uczucie spokoju.

A nie, zaraz, to tylko Gruby Louie zasnął mi na stopach.

Ale i tak jest nieźle. Bo mam plan.

Wiem jak powstrzymać J.P. przed przeczytaniem Nigdy więcej kukurydzy! Nie wiem, 

co zrobię z całą resztą bałaganu w tym moim życiu.

Ale wiem, co mam zrobić z „Różowym Odbycikiem Grubego Louie”.

I prawdę mówiąc, moim zdaniem i Carl Jung, i Alfred Marshall przyjęliby ten plan z 

aprobatą.

background image

Papeteria Jej Wysokości

Księżniczki Amelii Mignonette

Grimaldi Thermopolis Renaldo

Szanowny Panie Doktorze Carlu Jung!
Cześć. Przepraszam za mój ostatni list. Mnie wtedy trochę... wie pan... odbito.

No   cóż,   o   tym   wszystko   powinien   pan   wiedzieć.   W   końcu   całą   swoją   karierę 

poświecił pan na badania nad takimi psycholami jak ja.

W   każdym   razie   chciałam   tylko   powiedzieć,   żeby   się   pan   nie   martwił.   Sprawy 

układają   się   lepiej.   Chyba   wreszcie   coś   zrozumiałam.   No   wie   pan,   te   całą   kwestie 

transcendencji. To nie chodzi o to, co się dzieje 

WEWNĄTRZ

 człowieka. To chodzi o to, że liczy 

SIĘ

TO

, CO UZEWNĘTRZNIASZ.

Nie, nie, nie chodzi mi o rozbieranie się. Ale mam na myśli to, co się przekazuje dalej  

w świat. Chodzi o to, żeby być miłym dla innych i mówić prawdę, a nie kłamać przez cały  

czas, i wykorzystywać swoje zdolności do czynienia dobra, a nie zła. Na przykład jeśli twój 
chłopak robi imprezę, powinnaś po prostu iść i postarać się dobrze bawić, a nie oszukiwać i 

manipulować, żeby on sobie pomyślał, że jesteś imprezową dziewczyną.

A jeśli twoja przyjaciółka ma zamiar opublikować w magazynie opowiadanie, które 

naprawdę mogłoby zranić czyjeś uczucia, to powinnaś ją powstrzymać.

Racja?

W każdym razie bardzo poważnie zamierzam przez resztę swojego życia Mówić  

Prawdę i Robić Dobre Uczynki. Naprawdę tak zamierzam. Bo wiem już, że tylko w taki 

sposób zdołam osiągnąć samorealizację i że ludzie tacy jak moja babka czy Lana, którzy 
uciekają   się   do   kłamstw   i   szantażu,   i   nadużywania   praw   podaży   i   popytu,   nigdy   nie 

osiągną duchowego oświecenia.

W każdym razie, skoro teraz przysięgłam już iść Drogą Prawdy i tak dalej, czy sądzi 

pan,   że   jest   jakaś   szansa,   że   ta   cześć   mojej   samorealizacji,   która   przyjdzie   wskutek  
robienia wszystkich tych dobrych uczynków,  mogłaby oznaczać, że uda mi się uprosić 

mojego   chłopaka,   żeby   mi   wybaczył,   że   byłam   taką   idiotką?   Bo   ja   za   nim   naprawdę 
tęsknie.

Mam nadzieję, że nie proszę o zbyt wiele. Uczciwie nie chcę być samolubna. Tylko że  

wie pan. Ja go kocham i tak dalej.

background image

Pańska pełna nadziei przyjaciółka

Mia Thermopolis

Środa, 10 marca,

godzina wychowawcza

A więc Lilly najwyraźniej nie ma zamiaru się do mnie odzywać. Nie czekała na mnie 

dziś rano pod swoim domem, żebym ją zabrała i podwiozła do szkoły. A kiedy podbiegłam i 

nacisnęłam domofon ich mieszkania, nikt nie odpowiedział.

Ale wiem, że nie leży w domu chora, bo przed chwilą widziałam ją pod delikatesami 

Ho, jak płaciła za swoją sojową latte.

A kiedy do niej pomachałam, odwróciła się tyłem.

Więc teraz 

OBOJE

 Moscovitzowie mnie ignorują.

To bardzo fajny początek mojego pierwszego dnia na Drodze Prawości.

Środa, 10 marca, WF

Okay, ja wiem, że urywanie się z WF - u nie jest może najbardziej bezpośrednią drogą 

do przekroczenia własnego ego.

Ale ja to robię naprawdę w dobrej sprawie!

Nawet Lars tak uważa. Co jest dogodne, bo będę potrzebowała jego pomocy, żeby to 

wszystko przenieść. Bo ja nie mam takiej siły w przedramionach, żeby dźwigać trzy tysiące 

siedemset kartek papieru.

A przynajmniej nie naraz.

Środa, 10 marca, ekonomia

Okay,  a więc pewnie czeka  mnie  jeszcze spory kawał do przejścia  na tej  Drodze 

Prawości. No bo ja totalnie myślałam, że robię dobrze.

Z początku.

Totalnie  pamiętałam   kombinację   zamka   szyfrowego  Lilly  z  czasów,  kiedy  dostała 

grypy i musiałam przynieść jej książki.

A kiedy otworzyłam drzwi do jej szafki, stos kopii „Różowego Odbycika Grubego 

Louie”, numer 1, rocznik I leżał tam sobie i czekał na sprzedaż w czasie dzisiejszego lunchu.

Tak łatwo było je zabrać.

background image

No cóż, niezupełnie tak 

ŁATWO

, bo swoją wagę miały. Ale Lars i ja podzieliliśmy stos 

magazynów między sobą i zaczęłam się gorączkowo rozglądać, szukając jakiegoś miejsca, 

gdzie moglibyśmy je ukryć - jakiegoś miejsca, gdzie Lilly nigdy by ich nie znalazła, bo to 

przecież jasne, że będzie  szukać jak wściekła - kiedy wpadły mi w oko drzwi do męskiej 

łazienki.

Rozumiecie? Przecież nie będzie ich tam szukać!

No wiec Lars i ja władowaliśmy się tam, z tym wielkim naręczem papieru, a ja ledwie 

zdążyłam zarejestrować fakt, że w męskich łazienkach w LiAE nie ma luster nad umywal-

kami ani drzwi w kabinach w toalecie (co jest moim zdaniem kompletnie seksistowskie, bo 

czy chłopcy nie potrzebują prywatności albo czy nie chcą czasem sprawdzić, czy włosy im się 

dobrze układają?), zanim zdałam sobie sprawę, że nie jesteśmy tam sami.

Bo przy jednej z umywalek stał John Paul Reynolds - Abernathy Czwarty i wycierał 

dłonie w papierowy ręcznik!!!!!!

- Mia? - J.P spoglądał to na mnie, to na Larsa. - Och, cześć. Co jest grane?

Oboje z Larsem zamarliśmy bez ruchu.

- Hm, nic - odpowiedziałam.

Ale J.P. mi nie uwierzył. Najwyraźniej.

-  Co  to   jest  to   wszystko?  -  zapytał,   wskazując  na   wielkie   naręcza  papierów,   pod 

którymi oboje się uginaliśmy.

- Hm - powiedziałam, rozpaczliwie szukając jakiejś wymówki.

A   potem   przypomniałam   sobie,   że   podobno   mam   kroczyć   Drogą   Prawdy   i   że 

przysięgłam na pamięć doktora Carla Junga, że już nigdy nie skłamię.

No więc nie miałam wyboru i musiałam powiedzieć:

- No cóż, prawdę mówiąc, to są kopie mojego opowiadania dla „Różowego Odbycika 

Grubego Louie”, które wykradłam z szafki Lilly i mam zamiar schować w męskiej łazience, 

bo nie chcę, żeby ktokolwiek je przeczytał.

J.P. uniósł brwi.

- Dlaczego? Uważasz, że opowiadanie nie jest dobre?

N

APRAWDĘ

 chciałam powiedzieć: tak.

Ale   skoro   przysięgłam   mówić   od   tej   pory   wyłącznie   prawdę,   zmuszona   byłam, 

powiedzieć:

- Niezupełnie. Prawdę mówiąc, napisałam to opowiadanie o, hm, o tobie. Ale to było 

kiedy cię jeszcze nie znałam! I ono jest naprawdę głupie, i żenujące, i ja nie chcę, żebyś je 

przeczytał.

background image

J.P. uniósł brwi 

JESZCZE

 

WYŻEJ

.

Ale   nie   wyglądał,   jakby   się   złościł.   Wyglądał   -   w   sumie,   wyglądał,   jakby  mu   to 

wszystko pochlebiło.

- Napisałaś  o mnie  opowiadanie,  hm? - Oparł się o jedną z umywalek.  - Ale nie 

chcesz, żebym je przeczytał. No cóż, rozumiem twój dylemat. Ale i tak nie wydaje mi się, 

żeby ukrywanie ich, nawet w męskiej łazience, zdało egzamin. Ona na pewno poprosi kogoś, 

żeby tu sprawdził, nie sądzisz? To jest pierwsze miejsce, w którym bym poszukał, na miejscu 

Lilly.

Rzecz w tym, że kiedy to powiedział, zrozumiałam, że ma rację. Schowanie tych kopii 

w męskiej łazience nie powstrzyma Lilly przed znalezieniem ich.

- No to co ja mam z nimi zrobić? - zajęczałam. - To znaczy gdzie ja mam to schować, 

żeby ona tego nie znalazła?

J.P. zastanawiał się nad tym przez moment. A potem wyprostował się i powiedział:

- Idźcie za mną.

I wyminął nas, wychodząc z łazienki na korytarz.

Popatrzyłam na Larsa. Wzruszył ramionami. A potem poszliśmy za J.P. do holu, gdzie 

zobaczyliśmy, że wskazuje nam ręką...

...jeden   z   pojemników   do   segregacji   odpadów.   Jeden   z   tych   zamówionych   przeze 

mnie, na którym widniał napis: P

APIER

PUSZKI

 

I

 

BALETKI

.

Skuliłam ramiona z rozczarowaniem.

- Ona tu totalnie zajrzy - jęknęłam. - Tu jest nawet napisane 

PAPIER

.

- Nie - powiedział J.P. - jeśli włożymy je do zgniatacza.

I zużyty papierowy ręcznik, którym wytarł sobie ręce, wrzucił do części pojemnika na 

puszki...

...w  którym   zgniatacz  natychmiast  obudził   się do  życia   i zaczął  swoje  zgniatanie, 

rozdzierając papierowy ręcznik na strzępki.

Voilà - powiedział J.P. - Twój problem został rozwiązany, raz na zawsze.

Ale kiedy wreszcie wewnętrzne urządzenie do zgniatania puszek ucichło, spojrzałam 

na stos magazynów trzymany na rękach.

I wiedziałam, że nie będę mogła tego zrobić. Po prostu nie mogłam. Niezależnie od 

tego, jak strasznie nie podobała mi się ta okładka i kryjące się pod nią opowiadanie mojego 

autorstwa, wiedziałam, że nie mogę zniszczyć czegoś, nad czym Lilly tak ciężko pracowała.

- Księżniczko? - Lars przestąpił z nogi na nogę pod ciężarem stosu magazynów  i 

wskazał w stronę korytarzowego zegara. - Zaraz będzie dzwonek.

background image

- Ja... - Spojrzałam znad połyskujących  różowo okładek magazynu na J.P. i znów 

opuściłam oczy. - Ja nie mogę tego zrobić, J.P. Przepraszam, po prostu nie mogę. Byłoby jej 

tak przykro... A ona w tej chwili przechodzi naprawdę trudny okres. Nawet jeśli sama jeszcze 

o tym nie wie.

J.P. pokiwał głową.

- Hej - powiedział. - Ja rozumiem.

-   Nie   -   sprzeciwiłam   się.   -   Chyba   nie   rozumiesz.   Moje   opowiadanie   o   tobie   jest 

naprawdę bardzo głupie. To znaczy 

NAPRAWDĘ

 głupie. I wszyscy je przeczytają. I dowiedzą się, 

że to o tobie. Co przyznaję, robi 

ZE

 

MNIE

 idiotkę, nie z ciebie durnia. Ale ludzie mogą... no... 

wiesz... Śmiać się. Kiedy przeczytają. A ja naprawdę nie chcę urazić twoich uczuć, tak samo 

jak nie chcę urazić uczuć Lilly.

- O mnie tak bardzo bym się nie martwił - powiedział J.P. - Jestem samotnikiem, 

pamiętasz? Nie obchodzi mnie, co o mnie myślą ludzie. Poza nielicznymi wyjątkami.

- No to... - Skinęłam w stronę trzymanego naręcza papierów. - Jeśli je odłożę, skąd je 

wzięłam, a Lilly zacznie je sprzedawać podczas lunchu, nie przejmiesz się?

- Ani trochę - powiedział J.P.

I nawet pomógł Larsowi i mnie wepchnąć je z powrotem do szafki Lilly.

A potem zadzwonił dzwonek i wszyscy zaczęli wylewać się na korytarz i musieliśmy 

powiedzieć sobie do widzenia, żeby się nie spóźnić na następną lekcję.

A najsmutniejsze jest to, że Lilly nigdy się nawet nie dowie, jak bardzo J.P. dla jej 

dobra się poświęcił. On ją 

TOTALNIE

 lubi. To takie 

OCZYWISTE

.

Środa, 10 marca, angielski

Hej, denerwujesz się dzisiejszym wieczorem? Naszym wielkim debiutem? Ja tam się 

denerwuję!

Mówiąc prawdę, nie miałam okazji nawet się nad tym zastanowić.

Serio? O mój Boże - Michael nadal się do ciebie nie odezwał?

Nie.

Pewnie   ma   zamiar   cię   zaskoczyć   wielkim   bukietem   róż   po   dzisiejszym 

przedstawieniu!

Szkoda, że nie mieszkam w Tinalandii.

background image

Środa, 10 marca, lunch

Weszłam  do  stołówki i  ona  tam  była.   W kiosku,  który  sobie  urządziła,   pod tymi 

wszystkimi   szyldami,   które   reklamowały   dzisiejszą   sprzedaż   pierwszego   numeru   nowego 

szkolnego magazynu literackiego.

Wiedziałam, że muszę się zachować. Ze względu na trudną sytuację domową Lilly. 

Albo na to, że sytuacja stanie się niedługo trudna, nawet jeśli Lilly tego jeszcze w tej chwili 

nie wie.

Więc podeszłam do niej i się odezwałam:

- Proszę jeden egzemplarz.

A Lilly odparła bardzo urzędowym tonem:

- Będzie się należało pięć dolarów.

Totalnie nie mogłam uwierzyć własnym uszom.

- P

IĘĆ

 

DOLARÓW

??? Ż

ARTUJESZ

 

SOBIE

???? Na co Lilly powiedziała:

- No cóż, wydawanie magazynu nie jest rzeczą tanią. To ty ciągle nudziłaś, że musimy 

odrobić te pieniądze, które przepuściliśmy na pojemniki na odpady.

Wyłuskałam z kieszeni pięć dolarów. Ale miałam wątpliwości, czy pismo jest tego 

warte.

Nie było. Poza moim opowiadaniem i traktatem Kenny'ego o brązowych karłach było 

tam parę mang, jeden z wierszy J.P. i... wszystkie pięć opowiadań, które Lilly napisała na 

konkurs magazynu „Sixteen”. Wydrukowała 

PIĘĆ

 własnych opowiadań w swoim magazynie!

Nie wierzyłam własnym oczom. Dobra, wiem, że Lilly ma o sobie całkiem niezłe 

mniemanie, ale...

Dokładnie wtedy weszła dyrektor Gupta. Ona 

NIGDY

 nie wchodzi do stołówki. Plotka 

głosi, że kiedyś wdepnęła w resztki lasagne i tak ją to zbrzydziło, że nigdy więcej już nie 

postawiła stopy w stołówce.

Ale   dzisiaj   weszła  do  stołówki  i   nie  zwracając   uwagi  na  żadne  potrawy,  w  jakie 

mogłaby wdepnąć, podeszła prosto do kiosku Lilly!

- Oho - powiedziała do mnie Ling Su. - Wygląda na to, że ktoś podpadł.

- Może Gupcie nie podoba się ilustracja na okładce - zasugerował Boris.

-   Och.   Myślę,   że   prędzej   nie   odpowiada   jej   to   opowiadanie   autorstwa   Lilly   - 

powiedziała Tina, podnosząc swój egzemplarz. - Czy wy to 

CZYTALIŚCIE

? T

O

 jest totalnie nie 

dla ludzi poniżej osiemnastego roku życia!

background image

W zasadzie nie przeczytałam żadnego z tych opowiadań Lilly. Ona mi tylko o nich 

opowiadała. Ale nawet pobieżny rzut okiem na treść pokazał mi, że...

Och, taa. Lilly podpadła, i to bardzo.

Wszystkie egzemplarze „Różowego Odbycika Grubego Louie” zostały skonfiskowane 

przez trenera Wheetona, który przyniósł sobie w tym celu wielki czarny plastikowy worek na 

śmieci...

- To jest odebranie nam prawa wolności wypowiedzi! - wołała Lilly, kiedy dyrektor 

Gupta wyprowadzała ją ze stołówki. - Ludzie, nie siedźcie tak! Wstańcie i protestujcie! Nie 

pozwólcie się stłamsić!

Ale wszyscy siedzieli tylko na swoich miejscach i żuli. Uczniowie LiAE są totalnie 

przyzwyczajeni do tłamszenia.

Trener Wheeton, zauważywszy egzemplarz magazynu Lilly w moich rękach, podszedł 

do mnie i powiedział:

- Przepraszam, Mia. Zadbamy, żebyś odzyskała pieniądze.

Wrzuciłam go do worka.

Bo co innego miałam zrobić?

J.P. i ja popatrzyliśmy na siebie.

Nie jestem pewna, czy mi się to nie przywidziało, ale wydawało mi się, że on się 

ŚMIAŁ

.

Cieszę się, że 

KTOŚ

 umie znaleźć w tym wszystkim coś zabawnego.

A wtedy Tina wzięła mnie na bok.

- Słuchaj, Mia - powiedziała cicho. - Nie chciałam nic mówić przy reszcie, ale chyba 

coś  właśnie  zrozumiałam.  Kiedyś  czytałam   taki  romans,  gdzie  bohaterka  i  jej  zła   siostra 

bliźniaczka,   obie   naraz   zakochały   się   w   tym   samym   facecie,   bohaterze   książki.   I   ta   zła 

bliźniaczka robiła różne rzeczy, żeby ta bohaterka źle wypadła w jego oczach. To znaczy w 

oczach bohatera.

- Taa?

Ale co to miało wspólnego ze mną, zastanawiałam się. Ja nie mam siostry bliźniaczki.

- Widzisz, pamiętasz, jak prosiłaś Lilly, żeby usunęła Nigdy więcej kukurydzy!, a ona 

nie chciała się na to zgodzić, chociaż wiedziała, że to urazi uczucia J.P.

Do czego ona zmierzała?

- Taa?

background image

- No cóż, a jeśli Lilly odmówiła wycofania twojego opowiadania, dlatego, że 

CHCIAŁA

by J.P. je przeczytał? Bo wiedziała, że jeśli je przeczyta, to wścieknie się na ciebie i potem już 

cię nie będzie lubił. A wtedy będzie mógł polubić 

 zamiast ciebie.

Najpierw chciałam powiedzieć: „Nie, Lilly nigdy by mi czegoś takiego nie zrobiła”.

Ale   wtedy   przypomniałam   sobie   ostatnie   słowa,   które   do   mnie   wypowiedziała   w 

czasie jazdy limuzyną do domu z Plaza:

„To nie ja go zranię. To ty go zranisz. To nie ja napisałam to opowiadanie”.

O mój Boże! Czy Tina mogła mieć rację? Czy Lilly lubi J.P., ale myśli, że on woli 

mnie? Czy to dlatego była taka uparta i nie wycofała Nigdy więcej kukurydzy!?

Nie.   To   przecież   niemożliwe.   Bo   Lilly  

NIE

 

ZACHOWUJE

 

SIĘ

  dziwnie   i   zaborczo   w 

sprawach chłopaków. Ona po prostu taka nie jest.

-   Ja   nie   mówię,   że   ona   to   robiła  

ŚWIADOMIE

  -   powiedziała   Tina,   kiedy   o   tym 

wspomniałam. - Ona prawdopodobnie nawet sama przed sobą 

NIE

 

PRZYZNAŁA

 

SIĘ

, że lubi J.P. 

Ale 

PODŚWIADOMIE

 to może być powód, dla którego nie chciała wycofać twojego opowiadania.

- Nie - powiedziałam. - Daj spokój, Tina. To szaleństwo.

- Naprawdę? - spytała Tina. - Zastanów się nad tym, Mia.  C

ZEGO

  Lilly ostatnio nie 

przegrała, konkurując z tobą? Najpierw przewodnicząca samorządu. Potem rola Rozagundy. 

A teraz to. Ja tylko mówię, że to by wiele wyjaśniało.

No cóż, to by rzeczywiście wiele wyjaśniało. Gdyby było prawdą. Ale nie jest. J.P. 

wcale mnie nie lubi w taki sposób, a Lilly wcale w taki sposób nie lubi 

JEGO

.

A nawet gdyby tak było, to ona nigdy by mi czegoś takiego nie zrobiła. Bo to ona jest 

siódmą w kolejności osobą na liście osób, które kocham najbardziej na całym świecie. I je-

stem pewna, że na jej liście jestem trzecia. Albo może czwarta.  To dlatego, że ona nie ma 

chłopaka, młodszego rodzeństwa, macochy ani ojczyma, ani żadnych zwierząt.

Środa, 10 marca, RZ

Lilly wróciła. Wygląda naprawdę blado. Najwyraźniej, dyrektor Gupta zadzwoniła do 

jej rodziców.

Którzy przyjechali do szkoły. Na spotkanie.

Nie   wiem,   o   czym   rozmawiali   na   tym   spotkaniu.   Ale   najwyraźniej   Lilly   ma 

przedstawić zawartość następnego numeru „Różowego Odbycika Grubego Louie” pani Marti-

nez, zanim pozwolą jej go sprzedawać. Bo Lilly wcale nie pokazała pani Martinez swoich 

opowiadań.

background image

Ani mojego.

Ani nazwy magazynu. Którą zmieniono na Zyn.

Tak po prostu. Zyn.

Co brzmi, jak powiedziałam Lilly, chcąc być miła, całkiem chwytliwie.

Lilly nie odpowiedziała mi nic. Żadnego: „dzięki” ani „przepraszam”.

A ja nie mówię do niej nic w rodzaju: „Chcesz pogadać?” „Przepraszam”.

I żałuję, że nie mogę.

Ale po prostu boję się tego, co usłyszę w odpowiedzi.

Środa, 10 marca, klatka schodowa,

trzecie piętro

Dla mnie to chyba jakiś dzień bicia rekordów w łamaniu szkolnych zasad. Bo Kenny i 

ja totalnie zerwaliśmy się z geografii i środowiska i jesteśmy tu teraz z Tiną, po raz ostatni 

ćwicząc choreografię przed wieczornym przedstawieniem.

Kenny mówi, że tak się denerwuje, że chce mu się wymiotować. Tina też.

Ja? Mówiąc prawdę - a jest to teraz moją życiową misją, aby mówić 

WYŁĄCZNIE

 prawdę 

- mogłabym zwymiotować własne jelita, tak jestem przerażona.

Bo dzisiaj wieczorem będę musiała zrobić coś, czego nie zrobiłam jeszcze nigdy w 

życiu. To znaczy pocałować chłopaka.

To znaczy innego chłopaka niż Michael.

No cóż, okay, pomijając Josha Richtera, ale on się nie liczy, bo to było zanim Michael 

i ja zaczęliśmy ze sobą chodzić.

Wychodzi na to, że dzisiaj wieczorem będę zdradzać swojego chłopaka.

I okay, ja wiem, że to nie jest prawdziwa zdrada, skoro to tylko sztuka - to znaczy 

musical - i my tylko gramy role, i wcale się sobie nawzajem nie podobamy ani nic.

Ale mimo wszystko. Ja będę całowała  

INNEGO

 

MĘŻCZYZNĘ

.  Mężczyznę, przed którym 

zaledwie w zeszłą sobotę wykonywałam seksowny taniec. Na oczach mojego chłopaka.

A nawet jeśli Michael się nie dowie o tym całowaniu, 

JA

 

BĘDĘ

 

WIEDZIAŁA

.

Co ja mogę na to poradzić? Jak mam nie czuć, że go w pewien sposób zdradzam?

Zwłaszcza jeśli skończy się na tym - i to jest to, czego boję się najbardziej - że mi się 

SPODOBA

. T

O

 znaczy całowanie J.P.

O Boże. W głowie mi się nie mieści, że to w ogóle 

NAPISAŁAM

.

background image

O

CZYWIŚCIE

,  że   mi   się   nie   spodoba.   Ja   kocham   tylko   jednego   chłopaka,   Michaela. 

Nawet jeśli on w obecnej chwili niekoniecznie to uczucie odwzajemnia.  N

IGDY

  by mi nie 

sprawiło przyjemności całowanie się z kimś innym. N

IGDY

.

O Boże. D

LACZEGO

 

ON

 

DO

 

MNIE

 

NIE

 

DZWONI

?????

Środa, 10 marca, prapremiera spektaklu

Jeszcze nie zadzwonił.

A tu jest taka masa ludzi.

Mówię poważnie.

Nie mogę  ich w sumie  rozpoznać,  bo Grandmère  nie pozwala nam wyglądać  zza 

kurtyny. Mówi:

- Jeśli wy możecie widzieć widownię, to widownia widzi was.

Twierdzi,   że   to   nieprofesjonalne   pokazywać   się   w   kostiumie   przed   rozpoczęciem 

spektaklu.

Biorąc pod uwagę, że to amatorska produkcja, Grandmère ma kompletnego bzika na 

punkcie naszego profesjonalizmu.

Ale i tak widzę, że jest tam ze dwadzieścia pięć rzędów krzeseł, a w każdym jest ze 

dwadzieścia pięć miejsc, i wszystkie są zajęte. A to by dało razem... pięć tysięcy widzów!

A nie, zaraz. Boris mówi, że to tylko sześćset dwadzieścia pięć osób.

Ale to i tak 

MNÓSTWO

 ludzi. I nie 

WSZYSCY

 z nich mogą być naszymi krewnymi, prawda? 

Najwyraźniej tam gdzieś siedzą jacyś  

SŁAWNI

 

LUDZIE

.  Według Netszkapy, w której to sobie 

sprawdziłam tuż przed wyjściem do Plazy, bilety na przyjęcie charytatywne  Aide de Ferme 

Grandmère są wyprzedane - donacje dla genowiańskich hodowców oliwek płynęły szerokim 

strumieniem   przez   cały   tydzień   od   gwiazd   filmu   i   muzyków   rockowych.   Najwyraźniej 

impreza charytatywna Grandmère - ze swoim muzycznym hołdem złożonym genowiańskiej 

historii - jest 

NAJMODNIEJSZYM

 miejscem, w jakim się można znaleźć dziś wieczorem.

Mogę się totalnie mylić, ale wydaje mi się, że widziałam Prince'a - to znaczy artystę, 

kiedyś znanego jako Prince - który właśnie się domagał miejsca przy przejściu.

REPORTERZY

? Jest ich tu na pęczki, skuleni koło orkiestry, z kamerami gotowymi do 

akcji. Już widzę jutrzejsze nagłówki wybite  wielką czcionką na pierwszej stronie „Post”: 

K

SIĘŻNICZKA

 

GRA

 

KSIĘŻNICZKĘ

. Albo co gorsza: K

SIĘŻNICZKA

 

SIĘ

 

KŁANIA

.

Aż się wzdrygnęłam.

background image

Jak znam życie, zrobią J.P. i mnie zdjęcie w czasie pocałunku i to zdjęcie wybiorą 

sobie na stronę tytułową.

I Michael je zobaczy.

A wtedy 

TOTALNIE

 ze mną zerwie.

Okay, jestem taką płytką osobą, że zamartwiam się, że mój chłopak ze mną zerwie, 

kiedy on obecnie przechodzi najboleśniejszy chyba kryzys osobisty swojego życia i najwy-

raźniej ma o wiele poważniejsze zmartwienia niż przejmowanie się swoją głupią dziewczyną 

- licealistką.

I   dlaczego   ja   się   w   ogóle   tym   martwię,   kiedy   powinnam   się   koncentrować   na 

występie? Przynajmniej według Grandmère.

Wszyscy za kulisami są  

NAPRAWDĘ

  zdenerwowani. Amber Cheeseman stoi w kącie i 

robi   sobie   jakąś   rozgrzewkę   hapkido,   bo   to   uspokaja.   Ling   Su   wykonuje   ćwiczenia 

oddechowe, których się nauczyła na jodze w Y. Kenny chodzi tam i z powrotem, mrucząc:

- Palce - pięta - obrót. Palce - pięta - obrót. Jazzowe ręce, jazzowe ręce, jazzowe ręce. 

Palce - pięta - obrót.

Tina pomaga Borisowi powtórzyć rolę. Lilly siedzi cicho zupełnie sama i usiłuje nie 

zaplątać się w długi biały tren swojego kostiumu.

Nawet   Grandmère   znów   złamała   swoje   zasady   i   pali   papierosa,   mimo   że   ostatni 

posiłek jadła parę godzin temu.

Tylko señor Eduardo jest spokojny. To dlatego że śpi na krześle w pierwszym rzędzie, 

a   obok   niego   drzemie   jego   równie   wiekowa   żona.   To   były   jedyne   dwie   osoby,   które 

rozpoznałam, zanim Grandmère przyłapała mnie na zerkaniu.

Dwie minuty do podniesienia kurtyny.

Grandmère właśnie zwołała nas wszystkich do siebie. Gasi papierosa i mówi:

- No cóż, dzieci. Stało się. Nadeszła chwila prawdy. Wszystko, nad czym z takim 

trudem pracowaliście przez ostatni tydzień, zmierzało właśnie do tej chwili. Czy odniesiecie 

sukces? Czy będziecie się potykać i zrobicie z siebie głupków przed rodzicami i przyjaciółmi, 

nie wspominając o sporej liczbie sławnych gości? Tylko wy o tym zadecydujecie. To zależy 

wyłącznie   od   was.   Ale   zrobiłam   dla   was   wszystko,   co   możliwe.   Napisałam   coś,   co 

prawdopodobnie jest najlepszym musicalem wszech czasów. Na materiał nie możecie zwalać 

winy. Tylko na samych siebie, od tej chwili. A teraz, dalej, dzieci. Wasza kolej rozwinąć 

skrzydła, tak jak ja kiedyś - i polecieć! A więc lećcie, dzieci! L

EĆCIE

!

A potem mówi do walkie - talkie, które ma przy sobie, a którego nikt z nas wcześniej 

nie zauważył:

background image

- Na litość boską, już siódma, grajcie wreszcie tę uwerturę.

I odzywa się muzyka...

Środa, 10 marca, prapremiera spektaklu

O mój Boże, oni szaleją z zachwytu! Poważnie! Jeszcze w życiu nie słyszałam, żeby 

widownia tak głośno klaskała! Dostają 

KOTA

! A my nawet jeszcze nie doszliśmy do finału!

Wszyscy radzą sobie tak  

ŚWIETNIE

!  Boris nie zapomniał tekstu - i odśpiewał swoją 

Piosenkę watażki idealnie:

Będę zabijał i rabował

Robię to przecież co dzień

Żadnej roboty innej nie chcę

Ach jak ja lubie mordować

Chór:

Jedziemy lasem w noc czy w dzień

A na mój widok, w oczach kmieci

Pojawia się paniczny łęk

Ach, jak ja kocham takie życie!

A Kenny wcale nie pokręcił choreografii. No cóż, okay, trochę pokręcił, ale nie na tyle 

żeby ktoś zauważył.

I można by było usłyszeć brzęczenie muchy, kiedy Lilly śpiewała swoją piosenkę!

Skąd miałam wiedzieć

Kiedy matka mu mnie sprzedawała

Że pewnego dnia nauczę się

Kochać go tak bardzo?

Choć on tylko gwałci i plądruje

Dla mnie zawsze było cudem

Że gdy skończy wojenne rzemiosło

Do mnie wraca po miłość i pociechę

background image

Trzymała tę widownię w garści! Jej głos aż 

DRŻAŁ

, pełen znaczeń, zupełnie jak uczyła 

ją madame  Puissant! I pamiętała,  żeby tren unosić tylko  jedną ręką, kiedy wchodziła  na 

schody.

A J.P. praktycznie dostał owację na stojąco za piosenkę kowalczyka.

Jak ktoś taki jak ona

Pokochał takiego jak ja?

Choć mogła mieć każdego

Wzięła mnie na swojego?!

Jak ona mogła

Pokochać mnie?

A ta piosenka, którą śpiewam, zanim duszę Borisa, była taka  

POTĘŻNA

!!! Normalnie 

słyszałam, jak ludzie na widowni - ci, którzy nie są zaznajomieni z genowiańską historią - aż 

sapnęli,   kiedy   śpiewałam:   „Więc   tym   warkoczem/otoczę   w   krąg/gruby   kark   jego/niech 

sczeźnie drań”. Poważnie.

Chociaż zmierzch kończy już dzionek

Co jutro przyniesie nie wie z nas nikt

Leżę tu na łożu nienawiści

I czekam na chwilę swego przeznaczenia...

Chór:

Ojcze, Genowio, razem będziem walczyć

Ojcze, Genowio, przyszłość powstaje dziś!

Przeżegnam się i polecę

Panu Śmierć ojca pomszczę, to przysięgłam

I tym warkoczem okręcę mu szyję

Poranek zoczy, że zło już nie żyje!

I wtedy, kiedy śpiewałam ten drugi refren: „Ojcze, Genowio, razem będziem walczyć/

Ojcze,   Genowio,   przyszłość   powstaje   dziś!”,   jestem   prawie   pewna,   że   słyszałam,   jak 

Grandmère - G

RANDMÈRE

, uwierzycie? - cicho chlipnęła!

No cóż, okay, może to tylko lekki nieżyt nosa. Ale i tak.

background image

Och, czas już na wielki finał! No tak. Pora na wielki pocałunek.

Naprawdę mam nadzieję, że Tina się myli i że J.P. wcale mnie w taki sposób nie lubi. 

Bo nieważne, co się stanie, moje serce należy do Michaela, i tak już będzie zawsze. Nie, żeby 

pocałowanie kogoś w czasie przedstawienia - to znaczy musicalu - było zdradą. Bo totalnie 

nie jest. J.P i ja tylko...

A w ogóle 

GDZIE

 jest J.P? Powinniśmy trzymać się za ręce i wybiec razem na scenę, z 

wyrazem radości na twarzach, a potem on ma mnie pocałować.

Ale jak ja mogę trzymać go za rękę i wbiec z nim na scenę, kiedy jego tu 

NIE

 

MA

????

To jakieś szaleństwo. Był tu po ostatnim numerze. Gdzie on się...

Och, wreszcie idzie.

Zaraz - to ktoś przebrany w kostium J.P. Ale to nie jest J.P.

Środa, 10 marca, wielkie przyjęcie

O mój Boże. W głowie mi się nie mieści, że TO się w ogóle dzieje.

Poważnie. To było jak sen. Bo kiedy wyciągnęłam rękę do J.P, żeby wybiec z nim na 

scenę, zorientowałam się, że trzymam za rękę M

ICHAELA

.

-  M

ICHAEL

?  - nie powstrzymałam okrzyku. Chociaż nie wolno nam rozmawiać, bo 

nasze mikrofony mogą to wyłapać. - A co ty tu...?

Ale Michael przyłożył palec do ust, pokazał na mój mikrofon, a potem złapał mnie za 

rękę i zaciągnął na scenę...

Dokładnie tak, jak robił to J.P. w czasie prób.

A   potem,   kiedy   wszyscy   śpiewali:   „Genowio!   Genowio!”,   Michael,   przebrany   w 

kostium J.P., porwał mnie w ramiona, przechylił w tył i dał mi najdłuższy filmowy pocałunek 

w usta w całym moim życiu.

Nikt nie zauważył, że to nie J.P., dopóki nie przyszła kolej na ukłony na proscenium, 

kiedy wszyscy się chwytamy za ręce i kłaniamy widowni.

- Michael! - zawołałam znowu. - Co ty tu robisz?

W   tym  momencie   nie   musieliśmy   już  się   przejmować   mikrofonami,   bo  widzowie 

klaskali tak głośno, że i tak nic by nie usłyszeli.

- Jak to co tu robię? - zapytał Michael z szerokim uśmiechem. - Czy ty naprawdę 

myślałaś, że będę stał bezczynnie, kiedy ty się będziesz całowała z jakimś innym gościem?

I to wtedy minął nas J.P. i powiedział:

- Cześć, stary. Niezły numer.

background image

I wyciągnął dłoń, którą Michael lekko przyklepał.

- Zaraz - powiedziałam. - Co tu się dzieje?

I to wtedy weszła między nas Lilly i objęła mnie ramieniem za szyję.

- Och, K.G. - powiedziała. - Wyluzuj.

I wtedy opowiedziała, jak ona i jej brat - przy pomocy J.P. - wymyślili ten plan, żeby 

Michael i J.P. zamienili się w czasie finału, żeby to Michael, a nie J.P. mógł być tym, który 

mnie pocałuje.

I dokładnie tak potem zrobili.

Ale jak im się udało zrobić to za moimi plecami, nigdy się nie dowiem. Nie no, serio.

- Czy to znaczy, że mi wybaczasz tamten seksowny taniec? - zapytałam Michaela, 

kiedy już pozdejmowaliśmy brody i warkocze i zostaliśmy sami za kulisami. Wszyscy inni 

już zeszli na widownię, gdzie gratulowały im rodziny - albo różne sławne osoby, o których 

poznaniu marzyli.

Ale na co mi sławni ludzie, skoro osoba, którą podziwiam najbardziej na świecie, stała 

DOKŁADNIE

 

NAPRZECIWKO

 

MNIE

?

-   Tak,   wybaczam   ci   tamten   seksowny   taniec   -   powiedział   Michael,   mocno   mnie 

obejmując. - Jeśli ty mi wybaczysz, że ostatnio byłem takim nieobecnym chłopakiem.

- To nie twoja wina. Martwiłeś się rodzicami. Totalnie rozumiem.

Na co on odpowiedział po prostu:

- Dzięki.

I to mi kazało zrozumieć, właśnie tam i wtedy, że tworzenie dojrzałego związku nie 

ma nic wspólnego z piciem piwa i seksownymi tańcami. Ma natomiast wiele wspólnego z 

możliwością liczenia na to, że druga strona nie zerwie z tobą, tylko  dlatego że pewnego 

wieczoru zatańczyłaś z jakimś facetem na jakiejś imprezie, ani nie weźmie tego do siebie 

osobiście, jeśli nie możesz dzwonić tak często, jakbyś chciał, bo jesteś zajęty radzeniem sobie 

z zaliczeniami i rodzinnym kryzysem.

- Naprawdę mi przykro, Michael - powiedziałam - mam nadzieję, że między twoimi 

rodzicami sprawy się jakoś ułożą. I, hm, tak serio... To, co się zdarzyło na twojej imprezie... 

To piwo, ten beret, ten seksowny taniec... nic takiego się już więcej nie powtórzy.

- No cóż, ten seksowny taniec to mi się w sumie całkiem podobał - przyznał Michael.

Wybałuszyłam na niego oczy.

- N

APRAWDĘ

?

- Naprawdę. - Michael pochylił się, żeby mnie pocałować. - Jeżeli mi obiecasz, że 

następnym razem zatańczysz go tylko dla mnie.

background image

Obiecałam. No coś 

TAKIEGO

.

A   kiedy   wreszcie   Michael   odsunął   głowę,   żeby   zaczerpnąć   powietrza,   powiedział 

nieco drżącym głosem:

- Mia, prawdę mówiąc, ja nie chcę imprezowej dziewczyny. Ja zawsze chciałem tylko 

ciebie.

Och. A więc to 

TO

 zamierzał wtedy powiedzieć.

- A teraz może byśmy zdjęli te głupie kostiumy i dołączyli do zabawy? Co ty na to? - 

spytał Michael.

A ja powiedziałam, że bardzo chętnie.

Środa, 10 marca, nadal wielkie przyjęcie

Teraz  trwają   mowy.   Przemawiają   twórcy   Świata.   I   dopiero   po   jakiejś   minucie 

przypomniałam sobie, że przecież właśnie po to Grandmère zorganizowała swoją imprezę. 

Nie po to, żeby zebrać pieniądze dla genowiańskich hodowców oliwek ani nawet nie po to, 

żeby wystawić sztukę. To znaczy musical.

Tylko żeby podlizać się ludziom, którzy będą decydować, kto dostanie którą wyspę. 

Jak tu zdecydować, kto bardziej zasługuje na Irlandię: Bono czy Colin Farrell? Jak rozstrzyg-

nąć, kto powinien dostać Anglię - Elton John czy David Beckham?

Chyba ostatecznie sprawę rozstrzygnie to, kto zaoferuje więcej pieniędzy. Ale i tak 

cieszę   się,   że   nie   muszę   być   osobą,   która   będzie   musiała   podjąć   tę   decyzję,   gdyby, 

powiedzmy, oferty okazały się równe.

Ale  

WIEM

,  że zdecydowano już, kto dostanie Genowię. To się stało dość oczywiste, 

kiedy J.P., totalnie czerwony i onieśmielony, został zaciągnięty do miejsca, gdzie stałam w 

pobliżu Grandmère, przez wielkiego, łysiejącego, palącego cygaro faceta.

- Tu jest! - huknął wielki łysiejący facet - jak się szybko zorientowałam, John Paul 

Reynolds   -   Abernathy   Trzeci,   czyli   tata   J.P.   -   Młoda   dama,   którą   pragnąłem   poznać, 

księżniczka Genowii, osoba odpowiedzialna za to, że mój tu obecny chłopak wylazł ze swojej 

skorupy!!! Jak się masz, kochana?

Byłam pewna, że tata J.P. ma na myśli Grandmère. No, wiecie, bo to ona obsadziła 

J.P. w swoim spektaklu, co, jak sądzę, można uznać za „wyciągnięcie go ze skorupy”.

Ale,   ku   swojemu   zdziwieniu,   zobaczyłam,   że   pan   Reynolds   -   Abernathy   Trzeci 

spogląda 

NA

 

MNIE

, a nie na Grandmère.

background image

Grandmère miała taką minę, jakby poczuła jakiś niemiły zapach. Pewnie chodziło o to 

cygaro.

Ale powiedziała tylko:

- John Paul. To  jest moja  wnuczka,  jej wysokość  księżniczka  Amelia  Mignonette 

Grimaldi Thermopolis Renaldo (Grandmère zawsze przestawia moje nazwiska. To sprawa 

między nią a moją mamą).

- Miło mi pana poznać - powiedziałam, wyciągając rękę...

Która   zupełnie   zniknęła   w   wielkiej,   mięsistej   łapie   Johna   Paula   Reynoldsa   - 

Abernathy'ego Trzeciego.

- No wspaniale - powiedział, pompując energicznie moją dłonią z góry na dół, a J.P. 

stał obok ojca z rękoma wciśniętymi głęboko w kieszenie z taką miną, jakby chciał umrzeć. - 

No   wspaniale.   Bardzo   się   cieszę,   mogąc   poznać   dziewczynę,   która   -   przepraszam, 

księżniczkę, która - jest pierwszą osobą w tej snobistycznej szkółce, która zaprosiła mojego 

chłopca do stołu na lunch!

A ja tam tylko stałam, spoglądając to na J.P., to na jego ojca. W pewien sposób nie 

mieściło mi się to w głowie. Nikt w LiAE nie zaprosił nigdy J.P. do swojego stołu w czasie 

lunchu.

Z drugiej strony, on sam powiedział, że niechętnie się przyłącza do ludzi. I 

NAPRAWDĘ

 

dziwnie zachowywał się w sprawie tej kukurydzy w chili. A jeśli się nie zna kryjącej się za 

tym  historii...  cóż,  można  to uznać  za dziwactwo.  Przynajmniej  dopóki się go lepiej  nie 

pozna.

- Proszę tylko spojrzeć, ile to dla niego zmieniło! - ciągnął pan Reynolds - Abernathy 

Trzeci. - Jeden mały lunch i chłopak dostaje główną rolę w szkolnym musicalu! I nawet ma 

teraz przyjaciół!  Przyjaciół  studentów! Jak się nazywa  tamten  facet,  J.P.? Ten, z którym 

wczoraj cały wieczór przegadałeś przez telefon? Mike?

J.P. twardo wbijał wzrok w podłogę. Nie miałam mu tego za złe.

- Taa - powiedział. - Michael.

- Właśnie, Mike - ciągnął pan Reynolds - Abernathy Trzeci. - A tu mamy księżniczkę. 

- Uszczypnął mnie w podbródek. - Dzieciak sam jadał lunch, odkąd zaczął się uczyć w tej 

szkole dla zarozumialców. Miałem zamiar go przenieść, gdyby to dłużej potrwało. A teraz 

jada lunche z księżniczką! Coś niebywałego. Clarisso, masz niezwykle udaną wnuczkę!

- Dziękuję ci, John Paul - powiedziała Grandmère z wdziękiem. - A sama chciałabym 

zaznaczyć, że masz uroczego syna. Jestem pewna, że daleko zajdzie w życiu.

background image

- Cholerna racja, że zajdzie - powiedział pan Reynolds - Abernathy i teraz uszczypnął 

w podbródek J.P. - Jada lunche z księżniczkami. No cóż, chciałem tyko podziękować. Aha, i 

powiedzieć ci, że wycofałem się z przetargu na tę wyspę - jak ona się nazywa? A, racja! 

Genowia! „Razem zwyciężymy!” Świetny tekst, tak przy okazji. W każdym razie, co to ja... 

Aha,   jest   cała   twoja,   Clarisso,   ze   względu   na   to,   jaką   przysługę   twoja   mała   wnuczka 

wyrządziła mnie i temu mojemu dzieciakowi.

Grandmère wybałuszyła oczy tak, że omal jej nie wyszły na szypułkach. Rommel też, 

tak mocno go ścisnęła.

- John Paul, jesteś zupełnie pewien? - spytała Grandmère.

- Stuprocentowo - odparł John Paul Reynolds - Abernathy Trzeci. - To pomyłka, że w 

ogóle startowałem do tego przetargu. Nigdy nie zależało mi na Genowii, ale trzeba było tej 

dzisiejszej   sztuki,   żebym   zdał   sobie   z   tego   sprawę.   To   ta   druga,   ta   gdzie   mają   wyścigi 

samochodowe...

-   Monaco   -   podpowiedziała   Grandmère   chłodno,   wyglądając,   jakby   zwąchała   coś 

jeszcze obrzydliwszego niż dym z cygara. Ale ona tak 

ZAWSZE

 wygląda, kiedy ktoś wspomina 

najbliższych sąsiadów Genowii.

- O, to to. - Tata J.P. miał minę pełną wdzięczności. - Muszę sobie zapamiętać. Kupuję 

ją dla mamy J.P., wiesz, jako prezent na rocznicę ślubu. Ona uwielbia tę aktorkę, tę, która 

była tam księżną, jak jej tam było?

- Grace Kelly - podpowiedziała Grandmère jeszcze zimniejszym tonem.

- No właśnie. - Pan Reynolds - Abernathy Trzeci złapał syna za ramię. - Chodź, mały - 

powiedział. - Podjemy sobie, zanim ci, ekhm, ludzie - gapił się prosto na Cher, która fak-

tycznie miała na sobie dość skąpy strój, ale niewątpliwie jest człowiekiem - wszystko nam 

pożrą.

Kiedy   tylko   znaleźli   się   poza   zasięgiem   słuchu,   odwróciłam   się   do   Grandmère   i 

powiedziałam:

-  Okay,  przyznaj  się.  W

CALE

  nie   wystawiłaś  tej   sztuki,   żeby  zabawić  masy,  które 

przyszły, żeby zebrać pieniądze na genowiańskich hodowców oliwek, ale żeby ojciec J.P. 

zaciągnął u ciebie dług wdzięczności i zdecydował się odstąpić od przetargu na sztuczną 

wyspę Genowię, tak?

- Może z początku - powiedziała Grandmère. - Ale później, przyznaję, trochę mnie 

porwał nurt wydarzeń. Wiesz, Amelio, jak się raz połknie bakcyla, to on już zostaje w orga-

nizmie.  Nigdy nie zobojętnieję całkowicie  na urok sztuki dramatycznej. A  zwłaszcza nie 

background image

teraz, kiedy - spojrzała w stronę tych wszystkich reporterów i krytyków teatralnych, którzy 

czekali, aż złoży swoje oświadczenie - musical okazał się takim sukcesem.

- Nieważne - powiedziałam. - Odpowiedz mi jeszcze tylko na jedno pytanie. Dlaczego 

to  było  dla  ciebie  takie   ważne,  żebyśmy   się  pocałowali  z  J.P.  na  koniec?  I  na  odmianę 

powiedz mi prawdę, a nie te bzdety o widowni, która domaga się pocałunku na zakończenie 

musicalu.

Grandmère poprawiła Rommla w ramionach, żeby móc się przyjrzeć swojemu odbiciu 

w wykładanej brylantami puderniczce, którą wyciągnęła z torebki.

- Och, na litość boską, Amelio - powiedziała, sprawdzając, czy makijaż jest nadal 

idealny. - Masz prawie szesnaście lat i w całym twoim życiu całowałaś się tylko z jednym 

chłopakiem.

Odkaszlnęłam.

- Z dwoma, tak po prawdzie - powiedziałam. - Pamiętasz Josha...

-  Pfuit! -  powiedziała Grandmère, zamykając z trzaskiem puderniczkę. - W każdym 

razie jesteś o wiele za młoda, żeby poważnie traktować tamtego chłopaka. Księżniczka musi 

pocałować wiele żab, zanim stwierdzi na pewno, że znalazła swojego księcia.

- I ty miałaś nadzieję, że John Paul Reynolds - Abernathy Czwarty okaże się moim 

księciem... - powiedziałam. - Bo w przeciwieństwie do Michaela ma bogatego tatę... I ten tata 

stawał przeciw tobie w przetargu o sztuczną wyspę Genowię.

- Taka myśl przemknęła mi przez głowę - powiedziała wymijająco Grandmère. - Ale 

na co ty narzekasz? Oto twoje pieniądze.

I jakby nigdy nic wręczyła mi czek na dokładnie pięć tysięcy siedemset dwadzieścia 

osiem dolarów.

- Pieniądze, które rozwiążą twój niewielki finansowy problem - ciągnęła Grandmère. - 

To tylko mały procent tego, co udało nam się dzisiaj zebrać. Genowiańscy farmerzy nie 

zauważą, że czegoś brakuje.

W głowie mi się zakręciło.

- Grandmère! Mówisz poważnie?

Już nie muszę się martwić, że Amber Cheeseman wbije mi przegrodę nosową w płat 

czołowy mózgu! To tak, jakby sen stał się rzeczywistością.

- Widzisz, Amelio! - Grandmère bardzo była z siebie zadowolona. - Ty pomogłaś 

mnie, ja pomogłam tobie. Tak się postępuje w rodzie Renaldich.

Co mnie w sumie rozśmieszyło.

background image

- Ale ja ci załatwiłam twoją wyspę - powiedziałam, czując, że rośnie we mnie bąbelek 

triumfu. Tak, triumfu. - To ja zaprosiłam J.P., żeby siadał z nami przy lunchu, i to dlatego 

jego   tata   wycofał   się   z   przetargu.   Wcale   nie   musiałam   się   zniżać   do   skomplikowanych 

łgarstw ani do szantaży czy duszenia warkoczem, co jest, jak rozumiem, drogą Renaldich. Ale 

jest jeszcze  inna droga, Grandmère.  Może będziesz  miała  ochotę kiedyś  ją wypróbować. 

Nazywa się: „Bądź dla ludzi miła”.

Grandmère spojrzała na mnie i zamrugała zdumiona.

- A gdzie by była  Rozagunda, gdyby  była  miła  dla  lorda Alboina?  Uprzejmość  - 

powiedziała - do niczego cię w życiu nie doprowadzi, Amelio.

Au contraire, Grandmère - powiedziałam: - Uprzejmość załatwiła ci sztuczną wyspę 

Genowię, a mnie pieniądze, których potrzebowałam...

I pozwoliła odzyskać chłopaka, dodałam w duchu.

Ale Grandmère tylko przewróciła oczami i powiedziała:

- Czy moje włosy wyglądają jak trzeba? Idę teraz do fotografów.

- Wyglądasz świetnie - odparłam.

Bo co mi szkodzi zachować się miło?

Jak tylko Grandmère pochłonął tłum reporterów, zbliżył się J.P., który przyniósł mi 

kieliszek musującego cydru. Wzięłam go od niego z wdzięcznością i napiłam się. Od całego 

tego śpiewania człowiekowi chce się pić.

- A więc - powiedział J.P. - To był mój tata.

- On cię chyba  naprawdę kocha - powiedziałam dyplomatycznie.  Bo nieuprzejmie 

byłoby powiedzieć: Boże, miałeś rację! On jest żenujący! - Pomijając kwestię kukurydzy.

- Taa - powiedział J.P. - Chyba. Nieważne. Zła na mnie?

- Zła na ciebie? - zawołałam. - Dlaczego ty mnie zawsze pytasz, czy jestem na ciebie 

zła? Jesteś chyba najfajniejszym facetem, jakiego znam!

- Poza Michaelem - przypomniał mi J.P, oglądając się na Michaela, który ucinał sobie 

pogawędkę od serca z Bobem Dylanem... Niedaleko miejsca, w sumie, gdzie Colin Farrell 

ignorował Lanę Weinberger i Trishę Hayes. Które zgodnie odymały usta z tego powodu.

- No cóż, oczywiście - powiedziałam do J.P. - Poważnie, to było 

TAKIE

 

SŁODKIE

, to co 

dla mnie zrobiłeś... I dla Michaela. Naprawdę nie wiem, jak mam ci dziękować. Nie wiem, 

czy zdołam ci się kiedykolwiek odwdzięczyć.

- Och - uśmiechnął się J.P. - Jestem pewien, że coś wymyślisz.

background image

- Ale mam jedno pytanie. - Wreszcie zebrałam się na odwagę, żeby zapytać go o coś, 

co nie dawało mi spokoju już od jakiegoś czasu. - Jeśli tak strasznie nie lubisz kukurydzy, to 

po co w ogóle 

BIERZESZ

 to chili w stołówce?

- No cóż, nie cierpię kukurydzy. Ale uwielbiam chili.

- Och. Okay. To do zobaczenia jutro - powiedziałam i lekko pomachałam mu ręką na 

pożegnanie. Chociaż w ogóle tego nie rozumiałam.

Ale,   wiecie,   doszłam   do   wniosku,   że   i   tak   w   sumie   rozumiem   mniej   więcej   z 

piętnaście   procent   tego,   co   do   mnie   mówią   ludzie.   Na   przykład   to,   co   przed   chwilą 

powiedziała do mnie Amber Cheeseman przy barze z kawiorem:

-  Wiesz,  Mia,  po  tym   wszystkim,  co  o  tobie  czytałam,  myślałam,   że  się   okażesz 

sztywna jak kij. A z ciebie jest naprawdę imprezowa dziewczyna!

Tak   więc   chyba   określenie   „imprezowa   dziewczyna”   bywa   przez   ludzi   różnie 

rozumiane.

A sekundę później jakoś tak chyłkiem podeszła do mnie Lilly.  Gdybym  nie znała 

prawdy - no wiecie, o jej rodzicach - mogłabym powiedzieć:

- Hej, Lilly! A co ty wyrabiasz, podchodząc tak chyłkiem? To do ciebie nie pasuje.

Ale skoro wiedziałam, że musi się czuć przygnębiona - teraz widać już było wyraźnie, 

że wie - powiedziałam tylko:

- Cześć.

- Cześć. - Lilly patrzyła przez salę na Borisa, który potrząsał dłonią Joshui Bella tak 

mocno, że mógł ją za chwilę połamać. Za nim stały dwie osoby, które mogły być wyłącznie 

panią i panem Pelkowskimi, oboje uśmiechali się promiennie do idola swojego syna, a 

ZA

 

NIMI

 

moja   mama   i   pan   Gianini   oraz   rodzice   Lilly   przysłuchiwali   się   uważnie   czemuś,   co   im 

opowiadał Leonard Nimoy. - Jak leci?

- W porządku - powiedziałam. - Rozmawiałaś z Benazir?

- Nie pokazała się - odparła Lilly. - Ale ucięłam sobie miłą pogawędkę z Colinem 

Farrellem.

Uniosłam brwi.

- Naprawdę?

- Taa. On się ze mną zgadza, że IRA należy rozbroić, ale ma dość radykalne poglądy 

na temat tego, jak powinno się to zrobić. Ach, a potem pogadałam sobie jeszcze z Paris 

Hilton.

- A o czym rozmawiałaś z Paris Hilton?

background image

- Głównie o procesie pokojowym na Bliskim Wschodzie. Chociaż powiedziała też, że 

mam świetne buty - powiedziała Lilly.

I   obie   spojrzałyśmy   na   czarne   kozaki   Converse,   na   których   narysowała   mnóstwo 

srebrnych gwiazd Dawida, żeby podkreślić swoje żydowskie pochodzenie, i które włożyła 

specjalnie na dzisiejszą okazję.

- Są ładne - przyznałam. - Słuchaj, Lilly. Dzięki. Za to, że pomogłaś mi wyprostować 

sprawy z Michaelem.

- Od czego ma się przyjaciół? - Lilly wzruszyła ramionami. - I nie martw się. Nie 

powiedziałam Michaelowi, że pocałowałaś J.P.

- Ależ to nic nie znaczyło! - zawołałam.

- Nieważne - powiedziała Lilly.

- Nie znaczyło - upierałam się. I wtedy, bo wydało mi się, że to będzie właściwe, 

dodałam: - Słuchaj. Naprawdę mi przykro ze względu na twoich rodziców.

- Wiem - powiedziała Lilly. - Powinnam była... Ja już od jakiegoś czasu wiedziałam, 

że   coś   się   między   nimi   nie   układa.   Morty,   odkąd   skończył   szkołę   podyplomową,   coraz 

bardziej odchodził od neopsychoanalitycznej szkoły psychiatrii. On i Ruth od lat się o to 

kłócili, ale do kryzysu doszło po artykule w „Psychology Today”, w którym jungowskim 

psychiatrom   oberwało   się   za   esencjalizm.   Ruth   uważa,   że   postawa   Mortyego   wobec 

neopsychoanalizy jest wyłącznie efektem kryzysu wieku średniego i że Morty zaraz zacznie 

kupować sobie ferrari i jeździć na urlopy do Hamptons. Ale Morty upiera się, że jest na 

krawędzi dokonania znaczącego przełomu. Żadne z nich nie chce ustąpić. Więc Ruth popro-

siła Morty'ego, żeby się wyprowadził, dopóki nie uporządkuje swoich priorytetów. Albo nie 

wyda tej pracy.

- Och - powiedziałam. Bo nie miałam pojęcia, jak na to zareagować. Czy pary się 

faktycznie rozpadają z takich powodów? Słyszałam już o ludziach, którzy się rozwiedli, bo 

jedna osoba wiecznie gdzieś gubiła nakrętkę od pasty do zębów.

Ale żeby się rozstawać ze względu na różnice metodologiczne w pracy?

No,   nieważne.   Przynajmniej   nigdy   nie   będę   się   musiała   martwić,   że   to   spotka 

Michaela i mnie!

- Ale i tak nie powinnam była dusić tego wszystkiego w sobie - ciągnęła Lilly.  - 

Powinnam   była   ci   powiedzieć.   Przynajmniej   łatwiej   byłoby   ci   zrozumieć,   dlaczego 

zachowywałam się ostatnio jak taka idiotka.

- Ale przynajmniej - powiedziałam śmiertelnie poważnie - miałaś jakąś wymówkę. Że 

świrowałaś i tak dalej. A jaką ja mam?

background image

Lilly się roześmiała. O to mi chodziło.

- Przepraszam, że nie chciałam wycofać twojego opowiadania. Miałaś absolutną rację. 

To było wredne wobec J.P. Nie wspominając, że obraźliwe w stosunku do twojego kota.

- Taa. - Obejrzałam się za siebie, gdzie J.P. stał niedaleko Doo Paka, który bez tchu 

opowiadał o czymś Eltonowi Johnowi. - J.P. to naprawdę fajny facet. I wiesz co...? - No cóż, 

czemu nie? Na razie uprzejmość jeszcze mnie nie zawiodła. - ...Wydaje mi się, że mu się 

podobasz.

- Zamknij się - warknęła Lilly. Wcale nie takim apatycznym głosem, jakim odzywała 

się do tej pory. - Ja już sobie dałam spokój z facetami. Nic nie wnoszą w moje życie, poza 

kłopotami i bólem serca. Właśnie przed chwilą mówiłam Davidowi Mametowi...

- Zaraz - przerwałam. - Tu jest David Mamet?

- Taa - powiedziała Lilly. - Kupuje sobie sztuczną wyspę Massachusetts czy coś. A 

co?

- Lilly - odezwałam się z ożywieniem. - Podejdź do J.P. i powiedz mu, że chcesz go 

komuś przedstawić. A potem zaprowadź go do Davida Mameta.

- Dlaczego?

- Nie pytaj. Po prostu to zrób. Przysięgam, że nigdy tego nie pożałujesz. Założę się, że 

zaraz potem zaprosi cię na randkę.

- Naprawdę uważasz, że ja mu się podobam? - spytała Lilly, przyglądając się J.P. 

niepewnie.

- Zdecydowanie - odparłam.

- No to spróbuję - powiedziała Lilly z nagłą determinacją. - Od razu.

- Trzymam kciuki.

I poszła.

Ale nie udało mi się zobaczyć, jak zareagował J.P., bo w tej samej chwili Michael 

podszedł do mnie i objął mnie w talii.

- Cześć. Jak Bob? - spytałam.

- Bob - powiedział Michael - to niesamowity luzak. A co u ciebie?

- A wiesz co? Świetnie.

I raz w życiu, dla odmiany, nie kłamałam.


Document Outline