background image

 

Powrót do 

Powrót do 

Powrót do 

Powrót do 

Portsmouth

Portsmouth

Portsmouth

Portsmouth    

 

 

 

 

 

 

by Lovee 

 

Beta: farbowana! 

 

 

 

 

background image

Część II 

    

    

    

    

PROLOG

PROLOG

PROLOG

PROLOG    

Zakładamy, że najpoważniejsze zmiany w naszym życiu zachodzą powoli... Z czasem. Jednak 
to  nieprawda.  Wielkie  rzeczy  dzieją  się  natychmiast.  Stawanie  się  dorosłym,  stawanie  się 
rodzicem...  W  jednej  minucie  nim  nie  jesteś,  a  w  drugiej..  Już  jesteś.  Poproś  kogoś,  żeby 
wskazał  ci  moment,  w  którym  stał  się  innym  człowiekiem.  To  zazwyczaj  nie  jest  dzień 
ukończenia szkoły. Kiedykolwiek to jest, nikt go nie zapomina. Czasem nawet nie wiesz, że 
cokolwiek się zmieniło. Myślisz, że nadal jesteś sobą, a twoje życie wciąż jest twoim życiem. 
Pewnego dnia budzisz się, rozglądasz i stwierdzasz, że nic nie poznajesz. Nic a nic. 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 1 

Ostro

Ostro

Ostro

Ostrożnosci nigdy za wiele.

nosci nigdy za wiele.

nosci nigdy za wiele.

nosci nigdy za wiele.    

 

http://www.youtube.com/watch?v=rZLbUIa7exE

   

*E  
Portsmouth. To słowo jest jak sen. Jak topos. Pewien etap, który każdy w swoim życiu musi 
przejść. Portsmouth to cierpienie. Rodzi się ono w momencie, w którym oczekujemy, że inni 
będą nas kochać tak jak sobie to wymyśliliśmy, a nie tak jak powinna objawiać się miłość.  
 

Może właśnie dlatego, poczułem się jakby ktoś właśnie usiadł mi na klatce piersiowej. Polly 
przywiozła mi prezent z Portsmouth. To jak puszka Pandory zesłana od bogów. Czy to może 
list, który przywróci na światło dzienne wszystkie te wspomnienia? A może to zwykły 
breloczek, przypominający mi, jak bardzo pragnąłem jeszcze raz odwiedzić to miasto?  
 

Oparłem się o okno w moim gabinecie, aby ochłodzić pulsujące czoło. Coś mi „jeździło pod 
kopułą” jak zwykł mawiać mój agent.  
 

- To dobrze – szepnąłem do siebie. – To pewnie myśli. Nic szkodliwego. - W gabinecie 
panowała cisza. Słyszałem kroki na korytarzu. Niepewne, lekkie, tak charakterystyczne dla 
Portsmouth. Uleciałem w otchłań. Zniknąłem na te kilka sekund pomiędzy stukaniem, a 
pukaniem.  
 

A przede mną stała ona. Moja Portsmouth. Czas ją zmienił, jej rysy były lekko zmienione, 
lżejsze. Poczułem się jakbym znów był tym młodym chłopakiem, ale to przecież nie było 
możliwe. Coś się w tym wszystkim nie zgadzało. Przyjrzałem się dziewczynie, która pomimo, 
że była bardzo podobna do Belli, miała gesty zupełnie niepodobne do pierwowzoru.  
 

Zapytałem czy mogę w czymś pomóc. Dziewczyna na początku była bardzo nieśmiała, 
mocno się jąkała, by po chwili podnieść tkwiący, jak do tej pory wzrok.  
 

Miała niesamowicie zielone oczy. Moje oczy. Poczułem się, jakbym stanął przed lustrem i 
wpatrywał się w ich odbicie.  
 

background image

Do uszu doleciała końcówka zdania  
- … jest pan moim ojcem.  
 

Spojrzałem na wyciągniętą ku mnie dłoń. Na nadgarstku wisiała nutka zaczepiona na 
rzemyku. Nutka, którą podarowałem Belli w jednym z listów. Przypomniałem sobie, że 
napisałem jej „nuta dla naszych wspomnień. Niech ci o mnie przypomina”. 

-Aaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!  – krzyczałem w myślach. Nie wiedziałem co to wszystko miało 
znaczyć. Nagle puzzel mojej przeszłości został dopasowany.  

 
- Nie wierzysz mi. – To nie było pytanie, lecz stwierdzenie. W zielonych oczach pojawiły się 
łzy. Ręka cofnęła się.  
- Przepraszam panie Cullen, – w tym momencie weszła Angela i wybudziła mnie z transu – za 
pół godziny ma pan spotkanie. I przypominam o wieczornej gali.  
- Dziękuję Angelo – sekretarka wpatrywała się w dziewczynę. – Chciałbym ci przedstawić 
moją… córkę …. – zatrzymałem się, nagle uświadamiając sobie, że nie znam imienia tego 
dziecka.  
- Elizabeth – wyciągnęła rękę do przywitania. – Po babci – tu już spojrzała na mnie znacząco. 
Przewróciło mi się w żołądku. Nie tylko odziedziczyła po mnie oczy, ale jeszcze imię mojej 
mamy.  
- Tak. Właśnie. Elizabeth – poprawiłem głos, po czym spojrzałem surowo na Angelę. – 
Proszę, odwołaj spotkanie. W zamian umów mnie na wizytę do mojego ojca. Powiedz mu, że 
będę u niego za godzinę.  
- Tak jest – Angela ukłoniła się i uśmiechnęła przelotnie do Elizabeth, po czym wyszła z 
biura.  
Dziewczyna wpatrywała się we mnie ze zdziwieniem.  
- Wierzę ci – oznajmiłem po chwili. Przed oczami widziałem obrazy przeszłości. Próbowałem 
sobie poukładać to wszystko po kolei. Jak to możliwe. – Ale musze mieć pewność.  
- A więc jadę do dziadka? – zapytała niepewnie.  
- Jest lekarzem. Zrobi nam testy. O ile nie masz nic przeciwko?  
- Ja? – uśmiechnęła się. Miała uśmiech swojej matki. – Mnie to nie przeszkadza. I tak jestem 
pełna podziwu, że nie zbierasz szczęki z podłogi.  
- Obawiam się, że jeszcze do mnie nie dotarły wszystkie informacje. Dlatego jedziemy do 
taty.  
- Dziadka – dodała.  
Nie bardzo wiedziałem co odpowiedzieć, więc wskazałem na drzwi. Czekała nas długa droga.  

 
Ojciec mnie zabije.  
 

http://www.youtube.com/watch?v=Xm_tSqFbW0A

  

 
- TO jest Twój samochód?! (1) – zapytała z niedowierzaniem, kiedy wskazałem jej czarnego 

background image

cadillaca.  
- Jeden z sześciu – odparłem z dumą. – Mam do nich słabość.  
- Ahaa… - pochyliła się trochę. - Ale felgi to cieniutkie masz.  
Moje ego zmalało o dwie pozycje. Najwidoczniej była wychowywana wśród swych ciotek, 
które zawsze wszystko szybko potrafiły zepsuć. Wsiedliśmy do samochodu.  
Będąc tak blisko niej, poczułem się bardzo nieswojo. Nie wiedziałem o niej nic, co bardzo 
mnie frustrowało. Tyler, mój szofer, zapytał czy czegoś nam potrzeba, ale oboje szybko 
odmówiliśmy.  
- Czy dziadek daleko mieszka? – zapytała. Najwidoczniej już staliśmy się częścią jej świata, 
skoro tak bezpośrednio o tym mówiła.  
- Nie, nie daleko, ale to Los Angeles. 2 km przejedziesz w dwadzieścia minut. Korki. – 
Elizabeth kiwnęła głową. – Powiedz mi Elizabeth…  
- Lizzy.  
- Dobrze. Więc Lizzy, powiedz mi coś o sobie. Chciałbym cokolwiek wiedzieć.  
Dziewczyna zamyśliła się.  
- Nazywam się Elizabeth Black – a więc miała jakiegoś ojca! – Kocham sztukę. Profesor 
Paleta przygotowuje mnie do egzaminów na Akademię Sztuki. Czytałam kiedyś o tobie, ale 
wtedy nie wiedziałam, że ty to ty.  
- Paleta wciąż uczy? I jak ci idzie? Na jaki kierunek? – pytania wysypywały się z moich ust.  
- To moja opiekunka odkąd tylko pamiętam – uśmiechnęła się. – Idzie mi nie najgorzej, 
gdyby pominąć fakt, że robie wszystko tylko nie to co potrzebne. Myślę albo o malarstwie, 
albo o krytyce. Pasjonowała mnie muzyka, ale mama nigdy nie aprobowała tego pomysłu. 
Więc gram tylko u Palety, i to tak by się mama nie dowiedziała.  
Klatka piersiowa zrobiła się cięższa.  
- A na czym grasz?  
- Na czarnym fortepianie u Palety, albo w szkole. Jest taki stary fortepian w sali muzycznej. 
Uwielbiam tam przebywać. Nigdy nie wiedziałam czemu, ale ciągnie mnie w tamto miejsce.  
To chyba zbyt grząski temat.  
- Twoja mama wyszła za mąż?  
- Tak. Za tatę – nagle spochmurniała. – Cztery miesiące temu wzięli rozwód. Tak się o tobie 
dowiedziałam.  
- Mama powiedziała ci o mnie?  
- Nie. Nigdy. Szukałam czegoś na pocieszenie dla niej, i wtedy w starych kufrach odnalazłam 
wasze zdjęcia i listy. Mama nawet się nie domyśla, że cokolwiek wiem o twoim istnieniu.  
- Zaraz! To twoja mama nie wie, że u mnie jesteś?  
- Przyjechałam na wakacje do cioci Polly. Mama twierdzi, że dobrze mi to zrobi po 
zawieszeniu w szkole.  
- Jesteś zawieszona! – krzyknąłem, nieświadomie rzecz jasna. Lizzy spojrzała na mnie ze 
zdziwieniem, po czym wzruszyła tylko ramionami.  
- No za pobicie. Ale należało jej się.  
- No to mnie pocieszyłaś – oparłem się bezradnie o siedzenie. Za dużo informacji naraz. 
Usłyszałem „I love rock’n’ roll”. Telefon Elizabeth zadzwonił.  
 

background image

Spojrzała na wyświetlacz, po czym jej twarz przybrała kolor biały a następnie zielony.  
 

- Mama – szepnęła, a następnie nacisnęła zielony guzik. – Tak? – zapytała niewinnie.  
- Tak. Wylądowałam już – cisza. – Przepraszam, ale tyle się dzieje – przerwa. – Nie, wujek 
Johny w ogóle się nie postarzał. – Śmiech. – Co robię? – spojrzała na mnie. – Zwiedzam 
okolicę. – Skupienie – No, no Bello Black! – zaśmiała się. I właśnie wtedy uświadomiłem 
sobie, że Elizabeth rozmawia z Bellą. Z moją Bellą. – Tylko nie szalejcie za bardzo. Tak. Ja 
też cię kocham i już tęsknie – cisza. – Mamo…. Mam już szesnaście lat! – usłyszałem 
podniesiony głos w słuchawce. Jej głos. – Nie zgwałcą mnie tutaj! Dobrze, dobrze nie będę 
nic pić. Imprezować też nie będę – cisza – a na to, to nawet bym nie wpadła! Dobre! Oj 
mamuś nie przesadzaj już. Kończ. Bo zapłacisz majątek. Tak. Do zobaczenia za miesiąc. 
Pozdrów Alice i Rosalie. I koniecznie Setha! No. Pa mamuś.  
 

Rozłączyła się. A ja po raz pierwszy od dwóch minut zaczerpnąłem powietrza. A 
przynajmniej tak mi się wydawało.  
 

- Dojechaliśmy! – Tylor krzyknął, wpatrując się w przednie lusterko. – Wysiadka!  
Elizabeth, otworzyła drzwi, z wielkimi oczami i niecierpliwością wymalowaną na twarzy.  
A ja? A ja wciąż próbowałem łapać powietrze.  

 

http://www.youtube.com/watch?v=G2o5W--LhhA

  

 
*L  

 
To było zbyt surrealistyczne. Limuzyny, sekretarki, wille z basenem przed domem. Jeszcze 
chwila, a zacznę szukać Chucka Bassa za rogiem. Ludzie, gdzie ja jestem!?  
Nie bardzo wiedziałam jak mam się zachować. Co Mery zrobiłaby w takiej sytuacji?  

Udawałaby obojętną. Nie będę udawała obojętnej, bo to może wydać się niegrzeczne. Więc 
będę opanowana i pewna siebie.  
 

Wysiadłam z samochodu, nie bardzo wiedząc gdzie mam się kierować. Po chwili obok mnie 
stanął Edward. Tata. Tata Edward. Już sama nie wiem jak się mam zwracać, więc walę do 
niego na „ty”.  
 

- Gotowa? – zapytał. Był taki opanowany!  
- Nie, ale z chęcią poznam dziadziusia – odparłam spokojnym głosem. W rzeczywistości 
serce mi waliło jak młot.  
 

background image

Weszliśmy do wielkiego białego korytarza. Przywitał nas lokajo-recepcjonista. Nie bardzo 
wiedziałam jak go nazwać, bo wydawało mi się, że jestem w domu i szpitalu równocześnie. 
Klinika w domu? Czemu nie.  
 

Nie zwracałam uwagi na krótką rozmowę Edwarda z lokajo-recepcjonistą. I w zasadzie na nic 
co się wokół mnie działo. Przechodziłam przez kolejne korytarze, a po głowie chodziły mi 
tylko „testy na ojcostwo”. Za jakieś dziesięć minut, jakiś obcy facet/pielęgniarka/dziadek 
wciśnie mi igłę do żyły, a później powie „sorry panienko, zaszła pomyłka, nara”.  
 

Minęliśmy jakieś drzwi, co oznaczało, że znaleźliśmy się u celu podróży. Zaczęłam się 
rozglądać dookoła. Gabinet lekarski.  
- Usiądź i zrelaksuj się. – Edward uścisnął mi ramię. Po raz pierwszy mnie dotknął. A ja 
poczułam jakby to był dotyk wiatru. Ciepły, przyjemny, ale orzeźwiający. Dziwna energia 
przepłynęła przez nasze ciała. Jakby dwie magie wyczekujące na siebie nawzajem. Edward 
najwidoczniej poczuł się dziwnie, bo szybko zabrał rękę.  
 

Do pokoju wszedł wysoki, blond włosy mężczyzna z delikatnymi pasmami siwizny na 
głowie. „A oto i dziadek.” - Chciałoby się rzec. Porozglądał się dookoła, a kiedy jego wzrok 
dotarł do mnie, spojrzał ze zdziwieniem na Edwarda, a później z powrotem na mnie.  
 

- Nie bardzo rozumiem? – zapytał syna.  
- Tato… - Edward nieco zmieszany, podszedł do mnie bliżej. – Przedstawiam ci Elizabeth. 
Chciałbym, abyś zrobił nam testy na pokrewieństwo.  
 

Carlisle podszedł do najbliższego krzesła i szybko na nie opadł.  
 

- Nadal nie rozumiem.  
- Tato – powiedział stanowczym głosem, patrząc na swojego ojca. – Elizabeth przyjechała z 
Portsmouth. I najprawdopodobniej jest moją córką, ale chcielibyśmy mieć pewność. Czy 
możesz zrobić testy?  
- Tak, oczywiście – popatrzył na mnie. – Podejdź bliżej dziecko.  
Wstałam i podeszłam bliżej. Carlisle chwycił mnie za policzki i spojrzał głęboko w oczy.  

Przez chwile bałam się mrugnąć, więc oczy zaczęły mi lekko łzawić. A może to przez emocje 
związane z całym dzisiejszym dniem?  
 

- Ma oczy twojej matki – spojrzał na Edwarda, a ja szybko mrugnęłam. – Tu nie trzeba 
testów. Ma oczy Elizabeth. Jest Elizabeth.  
- Niemniej jednak chciałbym mieć pewność… - uśmiechnął się do mnie, a ja podeszłam bliżej 
niego. – O której będą wyniki?  

background image

- Daj mi krew, a ja ci dam odpowiedź w 15 minut.  
 

http://www.youtube.com/watch?v=0UXjNeR7omo

  

 

Jechaliśmy gdzieś taksówką. Edward trzymając zwitek papieru, rozmawiał przez telefon. 
Wciąż nic nie wiedziałam. Ta niewiedza mnie zabijała. Ale przecież nie mogłam wydrzeć tej 
cholernej kartki z jego ręki, więc cierpliwie czekałam, aż skończy rozmawiać z Angelą.  
 

- Tak. Tak. I umów nas do Erica. Koniecznie. Dobrze. Do zobaczenia – rozłączył się.  
- I? – zapytałam niepewnie.  
- Chciałbym się zapytać, czy zechcesz towarzyszyć mi na dzisiejszej gali? Jakoś miło 
zakończyć ten dzień?  
- Nie powiesz mi?  
- A czy tak bardzo ważna jest odpowiedź? – spochmurniał na chwilę. – Tak dobrze nam się 
przebywa ze sobą – odparł i uśmiechnął się do mnie tym uśmiechem ze zdjęcia, tylko z 
dodatkiem kurzych łapek przy oczach. – Więc jak?  
- Z przyjemnością – odpowiedziałam. – A teraz dokąd jedziemy?  
- Do Erica. Wizażysty.  

http://www.youtube.com/watch?v=UrDOWatyUSc 

 

 
*B  
- Więcej popcornu! – krzyknęłam w stronę kuchni, w której właśnie krzątała się Rosalie.  
- Czekamy na Jaspera. Gdzie on jest! – krzyknęła Alice.  
- Pewnie razem z Emmettem. Za ile oni się zjawią?  
- Już jesteśmy – krzyknął Emmett, który właśnie trzasnął głównymi drzwiami. – Tęskniłaś 
Dziubku? – usiadł obok i objął mnie ramieniem.  
- Błagam cię! Gustuję w mężczyznach! – krzyknęłam, po czym dałam buziaka przyjacielowi i 
wstałam, żeby pomóc w kuchni.  
- Zaraz się zacznie – Jasper już niecierpliwie wyczekiwał na transmisję Oscarów.  
 

Poczułam się, jakbyśmy znów byli nastolatkami. Tak się zresztą zachowywaliśmy. Tęskniłam 
za tymi paroma chwilami naszej młodości, ale jeszcze bardziej tęskniłam za moją córeczką. I 
mimo, że zachowujemy się tak tylko wtedy, kiedy jej nie ma, z chęcią poświęciłabym całą ta 
moją „młodość”, byleby tylko była przy mnie.  
 

Z kuchni słyszałam pierwsze słowa prowadzącego. Nagroda dla scenarzysty. Nagroda dla 
reżysera. Załadowałam popcorn do szklanego półmisku i stanęłam w drzwiach, aby nie 
przerywać reszcie w połowie. Zwłaszcza Jasperowi.  
Nagroda dla najlepszego kompozytora. No tak. Edward znów jest nominowany. No i Zimmer. 
Jestem za Zimmerem.  
 

background image

Jakaś blond gwiazda Disneya otwiera kopertę.  
- A nagroda wędruje do….. – podnosi wzrok. Jej usta powoli układają się w słowo „Edward 
Cullen”  
Cała czwórka spogląda na mnie niepewnie.  
- W porządku! – zapewniam, a nawet wysilam się na uśmiech. – Przecież to ostatnio 
normalne. Jest na topie.  
Kamera powędrowała w jego stronę. Ucałował jakąś piękną młodą brunetkę, która mogłaby 
być jego córką…  
 

- Naprawdę nie spodziewałem się – mówił. To takie banalne. – Nie wiem co mam 
powiedzieć. Dzisiejszy dzień jest pełen wielkich niespodzianek – spojrzał na statuetkę. – 
Chciałbym podziękować mojej asystentce Angeli. To ona wybrała ten garnitur – śmiech na 
sali. A więc ta mała kukła to jego asystentka? Przecież to ledwo ze żłobka wyszło! – ale 
nagrodę chciałbym dedykować mojej córce, Elizabeth.  
 

Kamera powędrowała na brunetkę. Spięte włosy. Zielona suknia, odpowiednio pasująca do 
koloru oczu, makijaż…(2)  
Jej twarz wyrażała zdziwienie, a po policzku płynęła łza. Uśmiechała się do Edwarda, lecz 
oczy miała pełne nadziei i… spełnienia? W tym momencie stała się szczęśliwą kobietą.  

Usłyszałam huk szkła. Czy to pęknięte serce? Spojrzałam w dół. Nie, to tylko miska z 
popcornem.  
 

Przyjaciele spojrzeli na mnie z przerażeniem. Dziewczyny nie bardzo wiedziały czy spojrzeć 
mi w oczy, czy lepiej spuścić wzrok.  
 

- Lizzy… - szepnęłam. 

 

1)  http://www.vancouverlimo.pro/files/4012/8211/7546/Black-Cadillac-Limousine-

Exterior_2.jpg  

2)  http://i52.tinypic.com/mr5weu.jpg