background image

Broadrick Annette

Miłość po teksasku

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Chłodna woda lekko dotknęła jego bosych stóp. Po 

chwili   fala   cofnęła   się,   odsłaniając   mokry   piasek. 

Jasne   promienie   wschodzącego   słońca   łagodnym 

blaskiem   rozświetlały   szeroki   horyzont   i   niebo 

rozciągające się nad Zatoką Meksykańską.

Najbardziej lubił tę porę o świcie, kiedy kolejny 

nowy dzień budził się do życia. Zapatrzył się w słoń-

ce, z wolna wyłaniające się znad południowego skraju 

niedalekiej   wyspy.   Żadne   z   widzianych   w   życiu 

miejsc nawet nie mogło równać się z tym zakątkiem.

Po   raz   pierwszy   od   bardzo   dawna   poczuł,   że 

ogarnia go spokój. Z każdą chwilą malało napięcie, 

powoli rozluźniały się ściągnięte mięśnie karku i ra-

mion.

Stał   nieruchomo,   zafascynowany   obserwowaną 

przez   siebie   grą   światła   i   kolorów.   Niebo   z   każdą 

chwilą   jaśniało,   zmieniało   się   bezustannie.   Słońce 

podnosiło   się   coraz   wyżej,   jego   promienie 

rozświetlały   wznoszące   się   ponad   horyzontem 

chmury, oblewały je płomiennym blaskiem. Różowo 

pomarańczowe   i   łososiowe   barwy   przechodziły   w 

żółć, mieniły się złotem. Po chwili całe niebo płonęło.

Kolejne fale uderzały o brzeg, chłodny dotyk wody 

koił zmęczone stopy. Czasami jakaś fala podchodziła 

wyżej i, rozbijając się na tysiące spienionych kropel,

background image

6

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

dochodziła mu aż do kolan, mocząc wizytowe spodnie, 

Cole nawet tego nie zauważał, całkowicie pochłonięty 

pięknem rozgrywającego się wokół niego widowiska,

Powoli intensywność barw wygasała, żywe kolory 

przechodziły w łagodne pastele, bladły tym szybciej, im 

wyżej  wznosiło się   słońce.  Uspokojone  fale   mieniły 

się  zielenią   i   błękitem,   migotliwie   odbijały   złote 

promienie.

Lekka bryza unosiła się nad wodą. Cole westchnął 

głęboko,   napełnił   płuca   rześkim   porannym   powiet-

rzem.  Poczuł,  jak  wstępuje  w niego nowa,  ożywcza 

energia.

Rozkoszował się tą chwilą. By przeżyć coś takiego, 

warto było jechać przez noc z oddalonego o osiemset 

kilometrów Dallas.

Tu był  sam na sam z naturą, doświadczał jej jak 

nigdzie indziej. Z tego miejsca mógł spojrzeć na swoje 

życie z innej perspektywy, na nowo odnaleźć zagubio-

ny gdzieś spokój.

Kiedy   tak   stał   na   brzegu   morza,   zmieniały   się 

proporcje, wszystkie sprawy i dręczące go problemy 

traciły   na   znaczeniu.   To   miejsce   miało   na   niego 

magiczny wpływ, tu wracał, kiedy potrzebował ukoje-

nia.

Już wczoraj czuł, że musi oderwać się choć na kilka 

godzin   od   tego,   co   robi.   Wykończyły   go   ostatnie 

tygodnie, te ciągnące się w nieskończoność narady i 

nocne   telefoniczne   konsultacje   z   pracownikami   za-

granicznych przedstawicielstw. Wprawdzie kiedy tyl-

ko   mógł,   starał   się   przerzucać   odpowiedzialność   na 

innych,  ale zawsze pozostawały decyzje, które tylko 

on mógł podjąć.

Czuł   się   zmęczony.   Nie   pamiętał,   kiedy   ostatnio 

przespał całą noc czy zjadł spokojnie posiłek.

Nie miał na to czasu. Zwykle, by załatwić jak

MIŁOŚĆ PO TEK5ASKC

7

najwięcej spraw, ograniczał się do służbowych obia-

dów i kolacji. Nie byłby w stanie przypomnieć sobie, 

kiedy miał   jakiś  dzień  dla  siebie.  Zresztą  nawet  nie 

dzień, a choćby kilka godzin. Zaczynał  się czuć jak 

zwierzę uwięzione w klatce, coraz szybciej i szybciej 

poruszające się w labiryncie bez wyjścia.

Wczorajsze zebranie przepełniło czarę. Przyglądał 

się urzędnikom i dyrektorom, zażarcie walczącym ze 

sobą o władzę i pozycję, wysłuchiwał ich wzajemnych 

oskarżeń i pretensji, ich nie kończących się kłótni, i 

zastanawiał się, co on tutaj robi. Naraz, nieoczekiwa-

nie dla samego siebie zrozumiał, że to wszystko w ogóle 

go nie obchodzi.

Wtedy   po   prostu   wyszedł.   Wsiadł   do   swojego 

sportowego samochodu i ruszył prosto na południe, do 

Austin, gdzie miał apartament w jednym z wieżowców. 

Po pięciu godzinach jazdy minął miasto i jechał dalej. 

W pierwszej chwili myślał o leżącym na południowy 

zachód od San Antonio rodzinnym ranczu, ale zmienił 

zdanie. Zamiast tego dalej jechał na południe, coraz 

dalej   w   noc.   Tylko   on   i   potężny   silnik   ukryty   pod 

maską, który uwoził go w dal.

Uciekał, zostawiał wszystko za sobą. Świetnie o tym 

wiedział, ale było mu to obojętne. Miał dość takiego 

życia,   musiał   się   stamtąd   wyrwać.   Za   szybą   migały 

kolejne   mijane   miasteczka.   Wreszcie   dotarł   do   Port 

Isabel. Dopiero tu zwolnił.

Była   czwarta   rano.   Szerokie   ulice   były   zupełnie 

puste. Zatrzymał się na parkingu przed domem, w któ-

rym   miał   mieszkanie.   Dziesięć   lat   temu,   w   czasie 

boomu gospodarczego, jedna z jego kompanii wybu-

dowała   na   brzegu   wyspy   ten   wieżowiec   z 

luksusowymi apartamentami.

Zostawił w samochodzie marynarkę i krawat, ściąg-

nął buty i skarpetki. Boso ruszył w stronę wody. Szedł,

background image

8

M1LOSC PO TEKSASKU

dopóki nie minął zaparkowanych przy nabrzeżu samo-

chodów,

Teraz był zupełnie sam. Tylko woda, piasek, poroś-

nięte   morską   trawą   wydmy   i   wschodzące   słońce, 

oblewające świat złotym blaskiem i zmieniające go w 

cudowny   sposób   jak   za   dotknięciem   czarodziejskiej 

różdżki.

Morska bryza targała mu włosy. Opadały na oczy, 

przypominając, że już dawno powinien wybrać się do 

fryzjera. Przygładził je. To prawda, najwyższy czas, 

żeby coś z nimi zrobić. I nie tylko z włosami. Musi też 

coś zmienić w swoim życiu.

Do tej pory zgadzał się na odgrywanie roli, jaką los 

mu wyznaczył. Nigdy nie protestował, choć czasami 

nie  mógł   unieść  ciążącej  na  nim odpowiedzialności. 

Dopiero wczoraj wieczorem, kiedy wstał i wyszedł bez 

słowa,  poczuł, że już dłużej  nie  da  rady.  Miał  dość 

wszystkiego - interesów, rancza, swoich dwóch braci, 

ciotki   -   starej   panny  -  tego,   co  spoczywało   na   jego 

barkach, od chwili kiedy skończył dwadzieścia lat.

Od ponad piętnastu lat był głową rodziny, kierował 

wszystkimi firmami Callawayów, Tyle lat, wydaje się, 

że całe życie. I tyle lat żył samotnie.

Przez   chwilę   widział   obraz   tego   wszystkiego,   co 

utracił. Czarne, nieco skośne oczy, wpatrzone w niego. 

Widział je tyle razy. Były tak różne... Czasem skrzące 

się figlarnie, czasami pełne miłości i oddania, czasem 

płonące   ogniem.   Jej   usta...   skrzywione,   wygięte   w 

uśmiechu, drżące z rozpaczy.

Allison.   Serce   mu   się   ścisnęło   na   samo   przypo-

mnienie jej imienia. Minęło tyle lat, a ona nadal była 

ideałem. Do niej porównywał każdą poznaną kobietę.

Kiedyś już niewiele brakowało, by kogoś poślubił. 

Rozmyślił się, kiedy zdał sobie sprawę, że nie powinien 

tego   robić.   Ze   względu   na   nią   i   na   siebie,   bo   tak 

naprawdę to chciał tylko tego, by tamta kobieta

MIŁOŚĆ TO TEKSASKU

9

zastąpiła mu  Allison. Ale nawet teraz widok każdej 

drobnej czarnowłosej kobiety o jasnej karnacji budził 

w nim nigdy nie gasnącą nadzieję. Na krótką chwilę, 

dopóki   nie   okazało   się,   że   to   nie   Allison,   serce 

podchodziło mu do gardła.

Niestety, nigdy jej nie spotkał.

Allison zniknęła z jego życia w czasie, kiedy najbar-

dziej jej potrzebował. Jak mógłby o tym zapomnieć? 

Jak   miałby   jej   to   wybaczyć?   Chociaż   zdarzały   się 

chwile, takie jak teraz, kiedy czuł, że wybaczyłby jej 

wszystko, gdyby tylko znów pojawiła się przy nim.

Pochłonięty tymi myślami, mimowolnie sięgnął do 

kieszeni   po   papierosa.   Osłonił   go   stuloną   dłonią  i 

odwrócił się tyłem do kierunku wiatru. Zaciągnął się, 

dym wypełnił mu płuca. Natychmiast zaczął kaszleć.

Do  diabła!   Ze  złością  potrząsnął   głową  i  wrzucił 

papierosa do wody. Za dużo palił, drapało go w gardle.

Zatrzymał   się   na   brzegu.   Cofnął   się   myślą   do 

wydarzeń   ostatnich  dni.   Szkoda,   że   na   wczorajszym 

zebraniu nie było jego brata Camerona, który nie raz już 

mu pomógł. Potrafił spojrzeć na sprawy z właściwej 

perspektywy. Cole ufał jego sądom i zawsze mógł na 

niego liczyć. Miał w nim oparcie i gdyby nie to, już 

dawno dałby sobie spokój z tym  wszystkim,  tak jak 

Cody, ich najmłodszy brat. Cody od razu oświadczył, że 

nie chce mieć nic wspólnego z interesami i należącymi do 

rodziny firmami. Żył swoim życiem i nie poczuwał się do 

żadnych obowiązków. Może to dlatego Cole bywał na 

niego taki wściekły. Nie przyznawał się do tego, ale 

chyba podświadomie zazdrościł bratu swobody i możli-

wości decydowania o sobie. Nie wiedział, czy Cody się 

tego domyślał; czy czuł, że nie dorósł do oczekiwań, 

jakie pokładał w nim najstarszy brat.

Zamyślony, potrząsnął głową. Cody miał zaledwie 

dziesięć   lat,   kiedy   zginęli   ich   rodzice.   Dla   takiego 

dziecka ich utrata była zbyt bolesnym ciosem. Cole

background image

10

MIŁOŚĆ PO TEK5ASKU

starał się zastąpić braciom rodziców, ale nie zawsze do 

końca   to   mu   się   udawało.   Dobrze,   że   przynajmniej 

Cameronowi ułożyło się życie. W wieku trzydziestu lat 

miał już żonę i małą córeczkę. Skończył  studia pra-

wnicze i ekonomiczne, co czyniło z niego niezastąpio-

nego doradcę w sprawach firmowych.

Ruszył w stronę samochodu. Na plaży pojawiło się 

już parę osób. Niedaleko przed nim trójka nastoletnich 

chłopców ze śmiechem i krzykiem grała w piłkę.

Uświadomił   sobie,   że   w   wielu   szkołach   właśnie 

rozpoczęły się tygodniowe ferie wiosenne. Patrząc na 

chłopców,   zazdrościł   im   żywiołowej   energii   i   roz-

pierającej ich radości życia. Jak to jest, kiedy nic na 

człowieku nie ciąży, kiedy życie jest tylko po to, by bez 

umiaru czerpać z niego przyjemności? Czy jemu kiedyś 

zdarzyły się takie chwile?

Znów   cofnął   się   myślą   do   przeszłości.   Może 

dlatego  wspomnienia   związane   z   Allison   były   dla 

niego   tak   cenne?   Z   nią   wiązały   się   najlepsze   lata, 

okres,   kiedy  dorastał,   kiedy   żyli   rodzice,   a   życie 

jaśniało olśniewającym blaskiem.

Powoli szedł w stronę chłopców, ukradkiem przy-

glądając   się   ich   grze.   Zatrzymał   się,   kiedy   piłka 

poleciała   w   kierunku   najbliżej   stojącego   chłopca. 

Pchnięta   wiatrem   poszybowała   ponad   jego   wyciąg-

niętymi w górę rękami i znalazła się tuż przy Cole'u. 

Pochwycił ją zręcznie z jakąś dziwną radością.

Pozostali chłopcy wybuchnęli śmiechem. Biegając 

po wodzie, wykrzykiwali słowa uznania. Trzeci gracz 

z uśmiechem na ustach ruszył w jego stronę. Cole zdał 

sobie sprawę, że musi wyglądać zabawnie, chodząc po 

plaży w eleganckim garniturze, mokry po kolana, ale 

wcale się tym nie przejął. Wydawało mu  się, że ten 

radosny poranek jakoś połączył go z tymi chłopcami.

- Bardzo pana przepraszam  -  zdyszanym głosem

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

11

zaczął chłopiec - jakoś mi przeleciała ta piłka. Bardzo 

dziękuję...

Plusk fal zagłuszył  jego słowa. Cole popatrzył  na 

chłopca. Nie mógł oderwać od niego oczu. Miał płowe, 

przeplatane złotymi  pasemkami  włosy i czarne roze-

śmiane oczy. Gdyby nie te oczy, dałby głowę, że ma 

przed sobą najmłodszego brata, kiedy miał tyle samo 

lat.   Ten   kształt   twarzy,   wyraz   oczu,   uśmiech,   kolor 

włosów... Tak samo wyglądał niegdyś Cody.

Nie, to niemożliwe. Cody był za młody na takiego 

syna,   nawet   gdyby   przypadkiem   jakaś   jego 

dziewczyna zaszła w ciążę.

Bez słowa oddał mu piłkę. Chłopiec jeszcze raz się 

uśmiechnął, odwrócił się i rzucił piłkę kolegom. Cole 

zawołał za nim:

- Hej, synu, jak się nazywasz?

Dopiero gdy te słowa ucichły, zdał sobie sprawę z tonu 

swojego   głosu.   Przywykł   do  wydawania   rozkazów  i 

egzekwowania poleceń. Chciał złagodzić złe wrażenie, 

przeprosić, ale nie wiedział, jak zacząć. Nie zdziwił się, że 

chłopiec zamarł w bezruchu. Po chwili odwrócił się.

- Tony - odrzekł krótko.

Cole pospiesznie, zanim chłopiec zdążył znów się 

odwrócić, z uśmiechem wyciągnął do niego rękę.

- Miło mi cię poznać, Tony. Jestem Cole Callaway.

Tony już odchodził, ale na dźwięk jego nazwiska

stanął   jak   wryty.   Popatrzył   z   niedowierzaniem   i 

powoli podszedł bliżej. Wyciągnął rękę.

-Jest   pan   tym   Cole'em   Callawayem?   -   zapytał   z 

przejęciem i ciekawością.

-Nie znam nikogo o tym imieniu i nazwisku.

-Tym,   który   ma   zamiar   kandydować   na   guber-

natora? Tym, co... - urwał zmieszany.

Miał mocny, męski uścisk. Cole popatrzył na jego 

dłoń, jakby za dużą i za silną na takiego chłopca. Puścił 

ją z dziwnym ociąganiem.

background image

12

MIŁOŚĆ PO TEKSAS0KU

-Moje   polityczne   plany   jeszcze   nie   są   jeszcze   do 

końca   sprecyzowane.   Ale   to   nie   przeszkadza 

środkom przekazu snuć różnych spekulacji.

-Och! To wspaniale, że mogłem pana poznać!

-Ja   też   się   cieszę,   Tony   -   uśmiechną!   się   Cole   i 

dodał, starając się, by zabrzmiało to obojętnie: - A 

jakie ty nosisz nazwisko?

-Alvarez, proszę pana. Tony Alvarez.

Poczuł się jak uderzony obuchem. Przez chwilę nie 

mógł dojść do siebie.

Tony   Alvarez.   Nazwisko   przywołane   z 

przeszłości...   i   teraz   należące   do   kogoś,   kto 

przypomina Callawaya.

Przymknął oczy, żeby nieco ochłonąć. Nie! Nie! To 

niemożliwe! To niemożliwe! - ale w głębi duszy już 

wiedział, że odkrył prawdę.

- Czy coś się stało, panie Callaway?  - zapytał ze

zdziwieniem Tony.

Cole potrząsnął głową, próbując się opanować.

- Nie,   synu.   Nic   się   nie   stało.   Po   prostu 

zaskoczyłeś

mnie.   Dawno   temu   znałem   kogoś,   kto   też   się   tak

nazywał.

Chłopiec uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Naprawdę? Może to był mój dziadek? To po nim

tak się nazywam. Umarł, zanim się urodziłem, i mama

nadała mi jego imię.

Jeszcze tylko ostatnie pytanie.

-Ile masz lat? Wyglądasz na jakieś szesnaście czy 

coś takiego.
-Wszyscy tak myślą - roześmiał się Tony. - Jestem 

duży   jak   na   swój   wiek.   Mam   czternaście   lat.   W 

lipcu zacznę piętnasty rok. Zawsze wyglądałem na 

starszego.

A więc to prawda. Cole czuł się jak ogłuszony.

- Mieszkasz   tutaj?   -   zapytał   dopiero   po   chwili

zmienionym   głosem,   idąc   w   kierunku   zdziwionych

przeciągającą się rozmową chłopców.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

13

- Nie, proszę pana. Przyjechaliśmy tu tylko na kilka

dni.   Mieszkamy   razem   z   mamą   w   Mason,   małym

miasteczku   w   środkowym   Teksasie.   Mama   ma   tam

galerię   -   dodał   z   dumą   w   głosie.   -   Jest   artystką, 

zajmuje się rzeźbą. Zdobyła wiele nagród, a kilka jej prac 

znajduje się w Cowboy Artists of America Museum w 

Kerrville.

Stanęła   mu   przed   oczami   niewielka   rzeźba,   jaką 

ostatnio zakupił do swojego biura. Uchwycone w pę-

dzie, biegnące w dół skalnego zbocza mustangi z roz-

wianymi grzywami i płynącymi w powietrzu kopytami. 

Zachwyciła   go   ta   praca,   tak   pełna   życia   i   dzikiej 

swobody. Była podpisana: „A. Alvarez".

- Allison — powiedział głośno.

Sam się tym zdumiał. Po raz pierwszy od tylu lat 

wypowiedział   na   głos   jej   imię.   Przez   ten   cały   czas 

mieszkała w Teksasie, niecałe dwieście kilometrów od 

Austin.

-Tak, moja mama ma tak na imię. Zna ją pan?

-Ostatnio  kupiłem   jej   rzeźbę   -   odrzekł,   pomijając 

milczeniem ostatnie pytanie.

-Naprawdę? To wspaniale! Muszę jej o tym powie-

dzieć.   -   Zerknął   na   oczekujących   go   kolegów   i 

znów  popatrzył na Cole'a. - Opowiem jej, że pana 

poznałem.

Nie   wiedział,   co   powinien   na   to   odpowiedzieć, 

żeby nie urazić chłopca.

O Boże! Co teraz zrobić, jak przeżyć ten szok i nie 

dać nic po sobie poznać? Musi zostać sam, przynaj-

mniej przez kilka godzin. Musi to wszystko spokojnie 

przemyśleć.

-Będziesz w tej okolicy przez jakiś czas? - zapytał z 

udaną obojętnością.

-Tak. Przyjechaliśmy dopiero wczoraj i zostajemy 

do końca tygodnia.
-W   takim   razie   pewnie   się   jeszcze   spotkamy   - 
zakończył Cole, dziękując w duchu za darowany mu 
czas.

background image

14

MIEOSCPOTEKSASKU

Pochłonięty myślami  wszedł do budynku, wjechał 

windą   na   górę   do   swojego   apartamentu   na   najwyż-

szym piętrze. Musiał się czegoś napić. Od razu skiero-

wał się do barku.

Rzadko pozwalał sobie na drinka, wolał mieć jasną 

głowę. Ale teraz potrzebował czegoś, by poradzić sobie 

z szokiem, jaki właśnie przeżył.

Rozległ   się   dźwięk   telefonu.   To   ktoś   z   rodziny. 

Numer   był   zastrzeżony   i   znali   go   tylko   najbliżsi. 

Musiało   się   coś   stać,   skoro   tu   go   szukają.   Przecież 

nikomu   nie   powiedział,   dokąd   się   wybiera.   Zresztą 

sam tego do końca nie wiedział. Podniósł słuchawkę.

-Cole!   Dzięki   Bogu,   że   jesteś!   Wszędzie   cię   szu-

kam. Wiedziano tylko, że wyszedłeś w połowie ze-

brania i zniknąłeś z Dallas. Już miałem się poddać, 

kiedy   przypomniałem   sobie   o   tym   apartamencie 

obok plaży.

-W porządku, Cody, znalazłeś mnie. Co się stało?

-Słuchaj, niestety mam złe wiadomości. Wolałbym 

nie dzwonić, ale...

-Coś z ciotką Letty?

Wprawdzie   była   dopiero   po   pięćdziesiątce,   ale 

Cody był tak wstrząśnięty, że z pewnością musiało się 

stać coś złego.

-Nie, Cole. Chodzi o Camerona i Andreę.

-Co?!   -   Poczuł   ciarki   na   plecach.   -   O   czym   ty 

mówisz? Co się stało?

-Wczoraj w nocy jechali na ranczo, żeby odebrać 

Trisha   od   ciotki   Letty.   Mieli   wypadek.   Nie 

wiadomo   dokładnie,   co   się   stało.   Może   sarna 

wyskoczyła na drogę? Znaleziono ich koło północy,

-Co z nimi? Mów natychmiast!

-Cole, Andrea nie żyje. Camerona od razu wzięli na 

salę operacyjną, do tej pory tam go trzymają. Jest w 

stanie krytycznym.

-Gdzie teraz jesteś?

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

15

-W Methodist Hospital w San Antonio.

-W   takim   razie   natychmiast   powiadom   Pete'a. 

Niech przylatuje po mnie helikopterem.

Odłożył słuchawkę i osunął się na kanapę. Popat-

rzył   na   obficie   zaopatrzony   bar   po   drugiej   stronie 

pokoju. Przed chwilą chciał się napić, bo nie potrafił 

poradzić sobie z tym, co tak niespodziewanie na niego 

spadło. A teraz okazuje się, że jego brat jest w stanie 

krytycznym,  a bratowa zginęła. Żaden drink nic mu 

nie pomoże.

Powlókł się do sypialni, ściągnął ubranie. Nie mógł 

sobie przypomnieć, kiedy ostatnio kładł się do łóżka. 

Zresztą   teraz   to   i   tak   nie   miało   żadnego   znaczenia. 

Musi natychmiast jechać do Camerona i być przy nim. 

Inne sprawy muszą poczekać.

Jest   jeszcze   dziecko.   Całkiem   zapomniał   zapytać 

brata, co dzieje się z Trishą.

O Boże. Przecież Trisha ma niespełna rok. Straciła 

matkę, być może straci ojca. Też w wypadku. W takim 

samym, w jakim piętnaście lat temu zginęli jej dziad-

kowie.

Co   się   dzieje?   Czy   nad   ich   rodziną   ciąży   jakieś 

przekleństwo? Czy historia znów się powtarza?

Cole wysiadł z windy na oddziale chirurgicznym. 

Niemal od razu wpadł na Cody'ego, przechadzającego 

się po niewielkiej poczekalni. Dołączył do niego.

-Wiadomo już coś?

-Nic.

-Cholera! Kiedy przyjechałeś?

-Natychmiast   jak   się   o   wszystkim   dowiedziałem. 

Policja   mnie   zawiadomiła.   Jakiś   motocyklista 

zobaczył  rozbity   samochód,   próbował   udzielić 

pomocy i wezwał patrol drogowy. Policja twierdzi, 

że Andrea zginęła na miejscu.

Cole nerwowo potarł nos końcami palców.

background image

16

MHOSĆ po TEKSASKU

-To straszne! A co z Cameronem?

-Stracił   przytomność.   Może   to   nawet   lepiej.   Ma 

złamaną rękę i nogę, nie wykluczają wewnętrznych 

obrażeń.   Jest   w   szoku.   Operacja   jeszcze   się   nie 

skończyła. Myślę, że to dobry znak.

-Nie   odzyskał   choć   tyle   przytomności,   żeby   po-

wiedzieć, co się wydarzyło?

-Nie.   Policja   po   śladach   hamowania   sądzi,   że 

próbował ominąć coś na szosie i stracił kontrolę nad 

samochodem.   Możliwe,   że   to   była   sarna,   w   tych 

stronach ich nie brakuje.

-Czy   było   coś,   co   świadczyło,   że   potrącił   jakieś 

zwierzę?

-W raporcie policji nic o tym nie ma.

Cole  zaczął  przemierzać  poczekalnię.  Cody przy-

glądał mu się badawczo.

-Musimy wziąć się w garść - wymamrotał wreszcie 

Cole, przerywając ciszę.

-Wiem,   co   czujesz,   Cole.   Odkąd   tu   jestem,   wy-

deptałem   już   swoją   ścieżkę.   Cały   czas 

zastanawiałem   się,   gdzie   możesz   być, 

wydzwaniałem   wszędzie.   Zostawiłem   dla   ciebie 

wiadomości chyba w całym Teksasie.

Cole   zatrzymał   się   i   przenikliwie   popatrzył   na 

młodszego brata. Wyglądał fatalnie.

- Kiedy ostatnio spałeś?

Cody nie odpowiedział, tylko wzruszył ramionami.

-Wyciągnij   się   chociaż   na   chwilę   na   tej   kozetce. 

Obudzę cię w razie czego.

-Nie mogę - Cody potrząsnął głową. - Kiedy tylko 

zamknę oczy, od razu widzę to, co zostało z samo-

chodu Camerona. Akurat jechałem do miasta, kiedy 

go   zabierali.   Ten   cholerny   zagraniczny 

samochodzik   wyglądał   jak   zgnieciony   przez 

olbrzyma!  - Z rozpaczą znów potrząsnął głową. - 

Zawsze   mu   mówiłem,   że  powinien jeździć czymś 

bezpieczniejszym, ale nie chciał

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

17

mnie słuchać. Przez całe życie tylko się ode mnie 
opędzał...

-Nic   mu   nie   będzie   -   Cole   próbował   uspokoić 

Cody'ego. Podszedł i usiadł obok brata. - On jest 

twardy, nie da się. Chyba wiesz o tym. Nikt nas nie 

powstrzyma.  Nie pamiętasz, że jesteśmy jak trzej 

muszkieterowie?

-Tak   -   Cody   skinął   głową.   -   Opowiadałeś   mi   tę 

historię, kiedy byłem dzieckiem.

-Jeden   za   wszystkich   i   wszyscy   za   jednego.   To 

motto Callawayów. Cameron się nie da. Będziemy 

przy nim tak długo, jak długo będzie to konieczne.

Z udanym spokojem popatrzył na brata. Usiadł na 

krześle.   W   tym   momencie   nic   nie   mógł   zrobić   dla 

Camerona. Jego życie było w rękach lekarzy.

Teraz   przede   wszystkim   musi   jakoś   uspokoić 

Cody'ego, oderwać jego myśli od tego, co się dzieje z 

Cameronem.   Wprawdzie   sam   nadal   był   poruszony 

nieoczekiwanym odkryciem i jeszcze nie ochłonął, ale 

chciał podzielić się wiadomościami z bratem.

- Dziś rano, tuż przed twoim telefonem dowiedzia-

łem się o czymś - zaczął powoli. - I teraz moje życie

nabrało nowego sensu.

Cody  przyglądał   się   swoim  zaciśniętym   dłoniom, 

ale coś w głosie brata sprawiło, że nagle podniósł oczy.

- Właśnie się dowiedziałem, że mam czternastolet-

niego   syna,   o   którego   istnieniu   dotąd   nie   miałem
pojęcia.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

- Allison, umiesz dochować tajemnicy?

Teraz, kiedy Cole zaczął chodzić do szkoły i co-

dziennie opuszczał ranczo, czuł się już całkiem dorosły. 

Ale tak naprawdę to brakowało mu jego czteroletniej 

przyjaciółki, z którą od dziecka całymi dniami uganiał 

się wokół domu. Kiedy po południu wrócił ze szkoły, 

Allison już na niego czekała. On też nie mógł już się 

doczekać, by powiedzieć jej o odkryciu, jakiego doko-

nał z samego rana.

Dziewczynka  była  ubrana tak jak on - w dżinsy, 

koszulę i podniszczone botki. Splecione w warkoczyki 

włosy obijały się jej o ramiona, kiedy starała się zanim 

nadążyć. Czarne, przesłonięte grzywką oczy płonęły z 

ciekawości.

- No   jasne,   że   umiem   -   oznajmiła   tonem   świad-

czącym o urażonej godności.- Powiedz mi.

Szedł w stronę stajni, do której rano zakradł się, 

ścigając kota.

- Zaraz zobaczysz - uśmiechnął się tajemniczo.

Weszli do środka. Cole zatrzymał się przy drabinie

prowadzącej na górę, gdzie suszyło się siano, i położył 

palec na ustach.

Allison w milczeniu skinęła głową. Cole zręcznie 

wspiął się na górę. Rozejrzał się i odwrócił, czekając na 

pojawienie się dziewczynki.

Allison, przezwyciężając strach, zagryzła wargi i za-

częła   wspinać   się   po   drabinie.   Wreszcie   dotarła   na 

górę. Drżała z wysiłku, ale nie poskarżyła się ani słowem.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

19

Cole na czworakach powoli zbliżał się do ściany. 

Allison ruszyła za nim. Wreszcie znieruchomiał i ges-

tem wskazał jej coś w samym  rogu. Dziewczynka  z 

lękiem spojrzała mu przez ramię. Po chwili na jej buzi 

odmalowało   się   zdumienie   i   zachwyt.   Warto   było 

zdradzić jej sekret. Cole uśmiechnął się zadowolony.

-Ile ich jest? - wyszeptała Allison. 

Uniósł w górę trzy palce.

-A gdzie jest ich mama?

- Nie   mam   pojęcia.   Ale   gdyby   wiedziała,   że   je

znaleźliśmy, to na pewno by je stąd zabrała.

Wycofali się w milczeniu. Cole zatrzymał się przy 

drabinie   i   upewnił   się,   że   droga   jest   wolna.   Oboje 

doskonale   wiedzieli,   że   wspinanie   się   na   górę   jest 

surowo zabronione. Cole szybko zsunął się na dół i 

poczekał na dziewczynkę.

Kiedy   wreszcie   Allison   znalazła   się   na   dole,   aż 

zatańczyła z radości.

- Mamy małe kotki! — zawołała z zachwytem.

Cole skinął głową. Rozpierała go duma, że to on

wpadł na ich trop.

- Dotykałeś ich?

Cole przecząco potrząsnął głową.

-Ich mama  od razu by poczuła inny zapach. One 
chyba dopiero co się urodziły.

-Och, tak bym chciała mieć jednego kotka!

-Może rodzice pozwolą ci wziąć jednego. To byłby 

prezent na urodziny..
-Naprawdę tak myślisz? - Allison klasnęła w dłonie
-Dowiem się.

Trochę później zapytał tatę, czy mógłby dać Allison 

jednego kociaka na jej piąte urodziny. Ojciec najpierw 

zgromił go za wspinanie się na górę, a potem nakazał 

mu   poprosić   o   zgodę   Toma   i   Kathleen,   rodziców 

dziewczynki. Tony zarządzał ranczem i ojciec zawsze

background image

20

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

nazywał   go   swoją   prawą   ręką.   Cole   uwielbiał   tego 

małomównego mężczyznę. Doskonale wiedział, że był 

to   jeden   z   najlepszych   kowbojów.   Przepadał   też   za 

mamą   Allison,   wiecznie   roześmianą   i   życzliwą   lu-

dziom. Uśmiechnięta Kathleen od razu przyznała mu 

rację, że dla Allison kotek będzie najlepszym i najbar-

dziej upragnionym urodzinowym prezentem.

Wybrała prążkowanego jak tygrysek kociaka, który 

potem wyrósł  na potężnego kocura. Allison nazwała 

go Crybaby. Kiedy Cole podrósł i stał się dziesięciolat-

kiem, miał na głowie ważniejsze rzeczy niż szwendanie 

się   z   dziewczyną,   choćby   to   była   nawet   Allison. 

Któregoś upalnego popołudnia zamierzał wymknąć się 

z domu, gdy niespodziewanie zobaczył podążającą za 

nim dziewczynkę. Odwrócił się niezadowolony.

-Dlaczego zawsze musisz się za mną włóczyć?

-Bo   chcę   -   odrzekła   przekornie   dziewczynka.  - 

Zresztą   chyba   idziesz   tam,   gdzie   jest   mój   tata.   - 

Wsunęła  ręce w kieszenie. - A ja właśnie chcę go 

znaleźć.

-Jeśli   pójdziesz   za   mną,   to   na   pewno   go   nie 

znajdziesz! - zawołał Cole. - Razem z moim tatą 

pojechali samochodem.

Allison nic nie odpowiedziała. W milczeniu wpatry-

wała się w niego swymi czarnymi, wyrazistymi oczami. 

Nigdy nie mógł wytrzymać tego jej spojrzenia. Od razu 

czuł się winny. Dobrze wiedział, że poza nim nie miała 

nikogo innego, z kim mogłaby się bawić. Cameron nie 

miał jeszcze pięciu lat. Allison nudziła się tak samo jak 

on.   Kathleen   musiała   wypoczywać,   a   jego   mama 

ciągle  była zajęta Cameronem i przygotowaniami do 

narodzin   kolejnego   dziecka.   Poza   tym   zarządzała 

domem.   Jego   ciotka,   Letty,   wiecznie   gderała   i 

zrzędziła. Stale upominała go, żeby nie hałasował i nie 

zadawał zbyt wielu pytań. Dlatego wolał wychodzić z 

domu. Teraz też zrobił sobie plany na resztę dnia, a tu 

Allison nie daje mu spokoju i męczy, by ją zabrał ze 

sobą.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

21

-No,   dobrze   -   powiedział   niechętnie   -   chodź.   Ale 

musisz   obiecać,   że   nikomu   nie   zdradzisz,   dokąd 

idziemy. To jest moje sekretne miejsce i nikt o nim 

nie wie.

-Pojedziemy tam konno?

-Nie.   Zapomniałaś   już,   że   mój   tata   zabronił   nam 

dosiadać koni, jeśli nie pilnuje nas twój tata?

Dziewczynka uśmiechnęła się.

- To dlatego, że mój tata jest najlepszym jeźdźcem 

na całym świecie. Ma mnóstwo nagród i medali.

Teraz, kiedy Cole był już starszy, stał się nieco mniej 

nieśmiały w stosunku do Antonio Alvareza, choć nadal 

darzył go podziwem. Z zachwytem oglądał kolekcję jego 

medali zdobytych w rodeo, zanim ojciec zatrudnił go na 

ranczo. Było to na kilka lat przed przyjściem Cole'a na 

świat.

Wiedział   od   mamy,   że   ojciec   i   Tony  poznali   się  i 

zaprzyjaźnili w czasie wojny w Korei. Ich żony też się 

polubiły.

Najbardziej   żałował,   że   Allison   nie   jest   chłopcem. 

Wtedy   miałby   się   z   kim   bawić.   Chociaż,   jak   na 

dziewczynę,   to   i   tak   nie   była   zła   -   potrafiła   biegać   i 

wyciągać swój pistolet-zabawkę równie szybko jak on. 

Niczego   się   nie   bała.   Tylko   jeden   raz   widział,   jak 

płakała - wtedy,  gdy powiedział jej, że nie będzie się 

bawić z dziewczyną i żeby dała mu spokój.

Na   widok   jej   łez   poczuł   się   okropnie.   Właściwie 

wcale   tak   nie   myślał.   Był   tylko   zły,   bo   ciotka   Letty 

zrobiła mu awanturę.

Po tym zdarzeniu uważał na swoje słowa.

-No to jak, idziesz ze mną, czy nie?

-Ale dokąd?

-Popływać.

-Naprawdę? - Oczy jej zapłonęły.  Gdzie? - zapytała, 

rozglądając się wokół.
-Mam takie miejsce. Oprócz mnie tylko mój tata je

background image

22

MILOSC PO TEK5ASKL

zna. Czasami mnie tam zabiera. Jesteś pewna, że 

chcesz iść?

Z zapałem potrząsnęła głową.

- To   dosyć   daleko.   Zwykle   jeździmy   tam   z   tatą

konno.   -   Cole   wyciągnął   rękę   i   wskazał   kierunek.

-Widzisz drzewa w pobliżu wzgórz? Tam jest jeziorko.

Tata powiedział, że pewnie kiedyś była powódź i woda

już   tam   została.   Teraz   jest   to   świetne   miejsce   do

pływania. - Popatrzył na nią i nagle zmarszczył czoło,

jakby   jakaś   niespodziewana   myśl   przyszła   mu   do

głowy. - Chyba umiesz pływać, co?

Żarliwie potrząsnęła głową, ale unikała jego wzroku. 

Cole westchnął ciężko.

- Allison, powiedz prawdę.

Opuściła   głowę   i   zapatrzyła   się   w   ziemię.   Uff. 

Rzadko  zdarzało   mu   się   widzieć   ją   w   takim  stanie. 

Musiała   być   zdenerwowana.   Żeby   tylko   znów   nie 

zaczęła płakać.

- Jak chcesz, to mogę cię nauczyć - zaproponował.

Raptownie podniosła głowę i popatrzyła na niego

z rozjaśnioną buzią.

-Nauczysz mnie? Naprawdę?

-Jasne. Mnie tata nauczył. To nic trudnego.

-Ale będzie fajnie! - Aż podskoczyła z radości. Im 

dłużej o tym myślał, tym bardziej podobał mu się

ten pomysł. Czeka ich wspaniała przygoda i wszystkim 

zejdą z oczu.

- Wiesz   co   -   odezwał   się,   pochłonięty   już 

przygotowaniem   do   wycieczki   -   zakradnę   się   do 

kuchni,

 

tak

żeby ciotka mnie nie zobaczyła, i poproszę Conchitę,

żeby przygotowała nam jedzenie na piknik. Po kąpieli

mężczyzna robi się głodny - wyjaśnił, naśladując głos

i słowa ojca. - Dziewczyna pewnie też. Poczekaj tu na

mnie. Wrócę najszybciej, jak się da.

Kiedy   dotarli   do   jeziorka,   oboje   byli   spoceni, 

zmęczeni i głodni.

MŁOSĆ PO TEKSASKL

23

-Tata mówi, że nie można pływać zaraz po jedzeniu - 

wyjaśnił Cole, gdy tylko usiedli w cieniu starego dębu. 

- Może cię złapać skurcz.

-Co to jest skurcz?

-To chyba coś, co żyje w wodzie.
-Coś takiego jak krab? Cole 

kiwnął głową.

-Chyba tak.

Allison pochyliła się nad powierzchnią wody.

-Ale skąd to coś wie, czy już jadłeś, czy nie?

-Nie mam pojęcia. Ale tata mi tak powiedział.

-Aha - odrzekła z rozczarowaniem w głosie.

-Ale chyba możemy się czegoś napić - zaproponował 
Cole.
-Och, to dobrze.

Chłopiec   wyjął   z   chlebaka   dwie   puszki   soku,   zapa-

kowane przez Conchitę razem z kanapkami, chipsami i 

ciasteczkami.

- Trzymaj.   Napijemy   się   i   odpoczniemy   przez

chwilę, dobrze?

Kiedy skończyli picie, Allison popatrzyła na niego z 

wyczekiwaniem.

- To co teraz zrobimy?

- Najpierw musimy się rozebrać.

Dziewczynka popatrzyła na swoją koszulę, dżinsy

i buty.

- Ze wszystkiego? - zapytała niepewnie.

- No   jasne,   że   tak.   Przecież   chyba   nie   kąpiesz   się

w ubraniu, co?

Allison potrząsnęła przecząco głową.
- Pływanie to podobna rzecz, tylko o wiele bardziej

przyjemna - oświadczył Cole, siadając i zdejmując buty.

Allison zrobiła to samo.

Cole rozpiął suwak dżinsów i ściągnął je.

Dziewczynka powoli zrobiła to samo.

background image

24

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

Cole podniósł się i zdjął koszulę.

Ona tak samo.

Stali oboje w samej tylko bieliźnie i skarpetkach, i 

patrzyli na siebie.

Wreszcie Cole wzruszy! ramionami i odwróci! się do 

dziewczynki   tyłem.   Szybko   zdjął   slipki   i   skarpetki, 

położył   je   razem   z   resztą   ubrania   i   zdecydowanym 

krokiem ruszył w stronę wody.

Allison zachichotała.

Cole obejrzał się zaskoczony.

- Co z tobą?

Zakryła   usta   ręką,   ale   nie   potrafiła   opanować 

śmiechu.

-Bo tak śmiesznie wyglądasz.

-Nie śmieszniej niż ty.

-Jesteś cały brązowy, tylko pupę masz białą. Ale te 

dziewczyny są głupie,

- To dlatego, że się kąpałem. Wchodzisz w końcu 

do wody czy nie?

Szybko zrzuciła resztę rzeczy i niepewnie podeszła 

do niego. Cole wziął ją za rękę i ostrożnie wprowadził 

do jeziorka.

-Jaka zimna woda! - wykrzyknęła, kiedy dotknęła 

jej stopą.

-Właśnie   taka   musi   być   -   powiedział   ze   złością 

Cole. - Dlatego w gorące dni jest tu tak przyjemnie. 

Tak mówi mój tata. - Pociągnął ją za sobą, aż woda 

poczęła sięgać im do pasa. - Dobra, tyle wystarczy. 

Teraz,   Allison,   połóż   się   na   plecach,   tak   jakbyś 

leżała w łóżku.

-Ależ, Cole! Utonę!

-Co ty mówisz, głuptasie! Przecież będę cię trzy-

mać. - Ukląkł obok niej i wyciągnął wyprostowane 

ręce. - Nie dam ci utonąć.

- Przysięgnij.

Popatrzył jej prosto w oczy.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

25

- Przysięgam.

Allison ostrożnie pochyliła się do tyłu. Oczy jej się 

rozszerzyły.   Cole   trzymał   ją   przez   cały   czas.   W 

wodzie  była   bardzo   lekka.   W   końcu   ośmieliła   się   i 

rozluźniła mięśnie. Unosiła się na wodzie.

-Widzisz, że to nic trudnego?
-Nic trudnego, bo mnie trzymasz - uśmiechnęła się.

-Już nie.  Mam ręce cały czas pod wodą,  żeby w 

razie czego cię złapać, ale nawet cię nie dotykam.

-Nie dasz mi utonąć?

-Nie. - Poczekał chwilę, aż bardziej się rozluźniła. 

-Teraz odwróć się na brzuch, tak żeby twarz była w 

wodzie.

-Nie!   -   Gwałtownie   stanęła   na   nogi,   z   hałasem 

rozpryskując wodę.

Cole wziął się pod boki.

- Allison. Chcesz, żebym nauczył cię pływać, czy

nie?

Skinęła głową.

-W takim razie musisz mieć do mnie zaufanie.
-Przecież ci ufam - zapewniła go.
-Więc rób to, co ci mówię. Przecież nie chcę, żeby 
stała ci się krzywda. Dobrze o tym wiesz.

Uśmiechnęła   się   do  niego   tak,   że   zapamiętał   ten 

uśmiech na całe lata.

-Wiem, Cole.

-Hura! Allison! - Cole wybiegł z domu z radosnym 

okrzykiem.   -Tata   właśnie   zadzwonił   ze   szpitala. 

Mam drugiego brata! Będzie miał na imię Cody.

-Masz,   co   chciałeś   -   Allison   uśmiechnęła   się   do 

niego z zadumą. - Chciałeś brata.

-No, siostra też by nie była zła - przyznał.
-A   co   powiedział   Cameron,   kiedy   się   o   tym 
dowiedział?

background image

26

MIŁOŚĆ

 

PO

 

TKKSASKIJ

- Byt rozczarowany - Cole skrzywił się w uśmiechu.

- Cały czas miał nadzieję, że może urodzi się szczenia-

czek.

Roześmieli się oboje.

- Naprawdę masz szczęście, Cole. Tak bym chciała

mieć brata albo siostrę.

Cole lekko dotknął jej ramienia.

-Może   nadejdzie   dzień,   kiedy   twoje   marzenie   się 

spełni.

-Wątpię   -   Allison   potrząsnęła   głową.   -   Kiedyś 

pytałam   mamę.   Powiedziała,   że   miała   problemy, 

kiedy   ja   się   urodziłam,   i   że   już   nie   może   mieć 

więcej dzieci.

-Och, Allison, tak mi przykro.

-Mnie też.

Była tak przygnębiona, że musiał natychmiast coś 

wymyślić, żeby poprawić jej humor. Od razu wpadł na 

świetny pomysł.

-Masz ochotę popływać?

-Teraz? - zapytała, patrząc w stronę wzgórz.

-Dlaczego   nie?   Tata   jeszcze   długo   nie   wróci,   a 

ciotka Letty tylko się ucieszy, że przestanę jej się 

plątać pod nogami.

-Dobra - kiwnęła głową. - Polecę po kostium i zaraz 

się spotkamy.

Upierała się przy noszeniu kostiumu, co tylko go 

śmieszyło, bo przecież i tak widział ją na golasa. Jego 

też zmusiła, żeby nakładał kąpielówki. Kto zrozumie 

dziewczyny?

Cole   był   zadowolony   z   jej   postępów.   Całe   lato, 

kiedy   tylko   mogli,   wykradali   się   nad   staw.   Allison 

oswoiła się z wodą, przestają się jej bać, chociaż nadal 

nie lubiła zanurzać twarzy.

Później siedzieli na brzegu i wrzucali do wody kamyki.

- Wiesz co, Cole - odezwała się Allison. - Cieszę

się, że mam ciebie. Jesteś dla mnie jak brat, którego tak

mi brakuje.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

27

-A ty dla mnie jak siostra, której nie mam.
-Wiesz, zawsze będę myśleć, że jesteś moim bra-
tem.
-I zawsze, kiedy będziesz w potrzebie, możesz na 
mnie liczyć. Pamiętaj o tym.

Cole   miał   już   czternaście   lat,   kiedy   któregoś 

wieczora ojciec zatrzymał go po kolacji.

- Synu, muszę z tobą pomówić. Chodźmy do biura.

Cole popatrzył na mamę i resztę zgromadzonej przy

stole rodziny. Nikt nie wyglądał na zaskoczonego.

- Coś się stało, tato? - zapytał Cole ze zdziwieniem,

ale   ojciec   tylko   potrząsnął   głową   i   podniósł   się   od

stołu.

Mama bez słowa zabrała się do zbierania naczyń. 

Cole wzruszył ramionami i podążył za ojcem. Weszli 

do biura. Ojciec gestem dłoni wskazał mu fotel stojący 

przy kominku.

-Wiesz, synku - zaczął, kiedy obaj usiedli. - Czasami 

w   życiu   zdarzają   się   rzeczy,   które   trudno   wy-

tłumaczyć.
-Co   się   stało,   tato?   -   przeraził   się   Cole.   -   O   co 
chodzi?

-Tony   i   Kathleen   otrzymali   dzisiaj   bardzo   złą 

wiadomość. Lekarze stwierdzili u niej raka, którego 

nie da się operować. Dają jej tylko kilka tygodni 

życia.

Cole patrzył na niego jak skamieniały.

-Czy to znaczy, że mama Allison umrze?

-Tak,   synu,   na   to   niestety   wygląda.   Wiem,   że 

przyjaźnisz się z Allison. Mieli zamiar powiedzieć 

jej   o   tym   dzisiaj   i   prosili,   żeby   powiedzieć   to 

również   tobie.   Łatwiej   wtedy  zrozumiesz,   co  ona 

przeżywa.

Cole poczuł, że coś zaczyna dławić go w gardle. Nie 

mógł przełknąć śliny.

-I lekarze nic na to nie mogą poradzić?
-Niestety, już jest na to za późno. Kathleen już od

background image

28

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

jakiegoś   czasu   nie   czuła   się   dobrze.   Może   gdyby 

wcześniej  poszła na badania,  dałoby się jeszcze coś 

zrobić. Ale nikt tego nie wie na pewno.

Cole   był   zdruzgotany.   Tak   bardzo   lubił   panią 

Alvarez. Zawsze była  dla niego taka miła, nigdy na 

niego nie krzyczała. Łzy napłynęły mu do oczu.

-Wiem,   że   ciężko   ci   się   z   tym   pogodzić,   ale 

powinieneś   się   o   tym   dowiedzieć.   Allison   będzie 

potrzebna   bratnia   dusza.   Ktoś,   w   kim   ma 

przyjaciela.

-Zawsze będę jej przyjacielem, tato. Zawsze.

-Co ty widzisz w tym Rodneyu Snyderze?

Cole siedział pod drzewem przy drodze prowadzą-

cej do rancza. Podniósł się, gdy tylko dostrzegł odjeż-

dżającego chłopaka i zbliżającą się sylwetkę Allison. 

Szła   do   domu,   w   którym   nadal   mieszkała   razem   z 

ojcem.

Nie mógł się nadziwić, że Tony pozwalał jej spoty-

kać   się   z   kimś   tak  dużo  od  niej   starszym.   Przecież 

Rodney był w jego wieku.

Allison drgnęła na dźwięk jego głosu. Nie dostrzeg-

ła Cole'a wcześniej.

-A co? On przynajmniej mnie zauważa i umawia się 

ze mną na randki.

-Co   chcesz   przez   to   powiedzieć?   Ja   przecież   też 

ciebie zauważam.

Allison odwróciła się i zaczęła iść w stronę domu.

- No powiedz, nie zauważam cię? -powtórzył, idąc

za nią.

Zerknęła na niego przez ramię.

-Jak  mógłbyś   mieć   chwilę   czasu  dla   mnie,   skoro 

spotykasz   się   z   tyloma   dziewczynami?   Całe 

szczęście, że twoja mama nie ma pojęcia, z kim się 

umawiasz.

-Nie mówimy teraz o mnie, ale o tobie.

-A ja wcale nie mam ochoty z tobą rozmawiać - 

odrzekła, nie zatrzymując się.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

29

- Wiem o tym od sześciu miesięcy, chociaż nie mam

pojęcia,   dlaczego.   Co   ja   ci   takiego   zrobiłem?   Myś-
lałem, że jesteśmy przyjaciółmi!

Zatrzymał się. Znajdował się teraz kilka kroków za 

nią. Allison odwróciła się do niego. Jasne światło księżyca 

wyraźnie oświetlało ich twarze. Cole stał nieruchomo, 

w lekkim rozkroku, z rękami zwisającymi po bokach.

Allison powoli podeszła do niego.

- Nie przychodzi ci do głowy, dlaczego, co? - zapy-

tała po chwili milczenia.

Potrząsnął przecząco głową.

-Znam ciebie, odkąd sięgam pamięcią i wydaje mi 

się, że wiem o tobie wszystko. Ale ty nie znasz mnie 

ani trochę - powiedziała wreszcie.

-To nieprawda. Wiem o tobie więcej niż ktokolwiek 

inny. - Umilkł na chwilę i dodał: - Chyba że nadal 

pływasz   na   golasa   z   każdym   chłopakiem,   jakiego 

poznasz.
-Przestań. Miałam wtedy osiem lat. Nie dasz mi o 
tym zapomnieć?

-Chyba nie -uśmiechnął się. -To najlepszy sposób, 

żeby   cię   rozzłościć.   Trudno   się   oprzeć   takiej 

pokusie.

Znów   ruszyła   do   przodu.   Zatrzymała   się   przy 

drewnianym płocie zagrody.

-Nie wiesz nic o tym, co czuję i co myślę. Ciągle 

jestem   dla   ciebie   małą   trzpiotką,   dziewczynką, 

która jak piesek włóczyła się za tobą po podwórku.

-A   więc   o   to   ci   chodzi?   Uważasz,   że   wcale   nie 

doceniałem tego, że żyliśmy w przyjaźni?

-Takt   Nie!   Och,   już   sama   nie   wiem.   Chodzi   o 

wszystko.   Mam   już   dość   tych   dziewczyn,   które 

wychodzą ze skóry, żeby się ze mną zaprzyjaźnić w 

nadziei, że je tu zaproszę. Ty jesteś kimś - starostą roku, 

kapitanem drużyny futbolowej, najlepszym uczniem. 

Nie  dość,   że   jesteś   Callawayem   z   t   y   c   h 

Callawayów,   to   jeszcze   musisz   być   najlepszy   we 

wszystkim!

background image

30

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

-Co w tym złego?

-Nic! Po prostu tacy powinni być Callawayowie.

-Więc nie widzę problemu.

-Ty nie widzisz, oczywiście.

-W   takim   razie   może   spróbujesz   mi   wszystko   wyjaśnić   tak,   żebym 

zrozumiał.

Odwróciła się i popatrzyła na pole.

-Dlaczego na mnie czekałeś?

-Bo martwiłem się o ciebie.

-Dlaczego? - zapytała, nie patrząc na niego.

-Bo   ten   Snyder   ma   kiepską   reputację,   jeśli   chodzi  o   dziewczyny.   Nie 

chciałem, żeby posunął się z tobą za daleko.

Popatrzyła mu prosto w oczy.

-W twoich ustach to brzmi naprawdę śmiesznie.

-Co chcesz przez to powiedzieć?

-Myślisz, że tylko Rodney ma taką opinię? To przecież o tobie jest głośno. 

A ja  muszę  wysłuchiwać  różnych  historii opowiadanych  szeptem przez 

starsze   dziewczyny.   A   młodsze   umierają   z   ciekawości,   czy   dobrze 

całujesz.

-Co takiego?

-Dziś wieczorem Rodney też mnie o to zapytał, kiedy kazałam mu trzymać 

ręce   przy   sobie.   Skoro   pozwalam   tobie,   to   dlaczego   jemu   odmawiam. 

-Uniosła wyżej głowę i w świetle księżyca błysnęły ślady łez na policzkach.

-Allison, nie płacz - poprosił, biorąc ją w ramiona i przyciągając do siebie. 

-  Znajdę   tego  sukin...  -  urwał  na   moment.  -  Jutro go  złapię   i  zieję   na 

kwaśne jabłko. Jak on śmiał tak powiedzieć!

-Przecież   wszyscy   uważają,   że   śpimy   ze   sobą,   nie   wiesz   o   tym?   - 

wykrztusiła stłumionym głosem. - Sądzą, że taka po prostu jest moja rola. 

Mój tata jest zarządcą, a ty synem właściciela. To dogodny układ.

MIŁOŚĆ PO TEK5ASKU

31

-Kto to powiedział? Muszę to wiedzieć. Porozmawiam z każdym z nich na 

osobności. Wyjaśnię im...

-Nikt ci nie uwierzy, Cole. Nie rozumiesz? Nikt nie  uwierzy w ani jedno 

twoje słowo, bo dobrze wiedzą... wiedzą, co ja do ciebie czuję. Wszyscy 

oprócz ciebie.

Zamarł ze zdumienia, popatrzył z góry na czubek jej głowy przytulonej do 

jego piersi. Nie, to niemożliwe, żeby to powiedziała. Z pewnością...

- Allison?

Nie odpowiedziała.

- Popatrz na mnie, proszę.

Powoli   podniosła   głowę   i   spojrzała   na   niego.   Łzy   płynęły   jej   po 

policzkach.

Przepełniło   go   nagłe   uczucie   ogromnej   tkliwości.  Przecież   to  Allison  - 

dziewczynka z włosami związanymi w kucyki, ubrana w dżinsy i kowbojki, 

która przez tyle lat chodziła za nim krok w krok. Allison - jego przyjaciółka i 

jego ukochana.

-Och, dziecko, a ja nic nie wiedziałem - wydusił głosem zdławionym z 

przejęcia.

-To nie ma znaczenia - odrzekła, odwracając wzrok.

-Nie ma znaczenia - zaśmiał się cicho.

-Jasne, że nie.

-Posłuchaj,   nieprzystępna   panno   Alvarez.   Dla  mnie   to   ma   ogromne 

znaczenie. Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałaś?

-Bo byłeś zbyt zajęty innymi dziewczynami.

-Czy dobrze wydaje mi się, że jesteś zazdrosna?
-Nie!

-Co w takim razie będzie, jeśli ci powiem, że żadna  z tych dziewczyn ani 

trochę się dla mnie nie liczy? Jeśli powiem, że jest tylko jedna, która ma dla 

mnie znaczenie i z którą zawsze chciałem dzielić życie?

Znów popatrzyła na niego wzrokiem pełnym napięcia.
- Cole, przestań się ze mną droczyć, proszę. Jeśli

background image

32

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

nasza przyjaźń kiedykolwiek dla ciebie coś znaczyła, to nie wykorzystuj jej 

teraz przeciwko mnie.

Pochylił się i delikatnie musnął jej usta. To był ich pierwszy pocałunek. 

Allison na moment zamarła, po chwili drgnęła i gwałtownie się od niego 

odsunęła.

-Co się stało? Nie chciałaś, żebym cię pocałował?

-Przestań mnie pocieszać, jakbym nadal była dzieckiem. Dobrze wiem, że 

traktujesz mnie jak siostrę.

-Ach, o to chodzi - uśmiechnął się. - Nie podobał ci się mój braterski 

pocałunek. A co powiesz na ten?

Włożył w niego wszystkie uwodzicielskie umiejętności, jakie zdobył w 

ciągu dwóch ostatnich lat. Początkowo starał się pilnować, żeby nie spłoszyć 

Allison, ale kiedy tylko dotknął jej ust, stopniała w jego objęciach. Kiedy w 

końcu złapał oddech, oboje drżeli.

-Teraz już lepiej idź. Tony zacznie się martwić o ciebie.

-Ale, Cole...

-Naprawdę, idź już. Musimy się mieć na baczności, żeby nie posunąć się 

za daleko, zanim nadejdzie pora. Przede mną  są jeszcze cztery lata w 

szkole na Wschodzie. Ty też musisz skończyć szkołę i iść do college'u. 

Dopiero potem...

-Cole, o czym ty mówisz?

-O tym, że od dziś jesteś moją dziewczyną. Jesteś  moja. Nie chcę, żeby 

ktoś   inny   cię   tknął,   ale   sam   też   nie  wykorzystam   twojego   braku 

doświadczenia. Słuchasz mnie? Jesteś jeszcze za młoda. Poza tym mamy 

przed sobą dużo czasu. Przed nami całe życie.

-Czy to znaczy, że mówisz poważnie?

-Tak, to właśnie znaczą moje słowa.

-I już nie będziesz się więcej spotykać  z Darlene ani  Peggy  Sue,   ani   z 

Jennifer?

Cole uśmiechnął się.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

33

-Nie miałem pojęcia, że o tym wiesz.

-Wiem o wszystkim, co robisz.

-Trudno mi w to uwierzyć, ale niech tak będzie. Czy zechcesz pójść ze 

mną na bal maturalny?

-Naprawdę? Jasne!

-Wspaniale. Teraz już idź do domu.

Szybko musnął wargami jej policzek, okręcił się na pięcie i pognał do 

swojego domu. Trudno było się oprzeć pokusie, jaką było całowanie się z 

Allison. Ale musi poczekać. Do chwili aż ta mała zostanie jego żoną. Już i 

tak czekał na nią tyle czasu. Co przy tym znaczy jeszcze kilka lat?

To był najczarniejszy dzień jego życia.

Wyszedł z domu tylnym wyjściem. Nie chciał nikogo widzieć, z nikim 

rozmawiać. Od razu po powrocie z cmentarza zdjął czarny garnitur. Włożył 

spłowiałe dżinsy,  starą koszulę i zniszczone kowbojskie buty.  Poszedł do 

stajni, gdzie miał swojego konia, czterolatka, którego dostał od ojca dwa lata 

temu, po skończeniu szkoły średniej. Osiodłał go wprawnie, wskoczył  na 

niego i ruszył przed siebie.

Miał już dosyć tych wszystkich ludzi, powtarzających na okrągło te same 

rzeczy. Nie mógł patrzeć na pełne bólu i niedowierzania buzie Camerona i 

Cody'ego. Nie mógł dłużej znieść ciotki Letty, bez przerwy powtarzającej, 

jak to ciągle upominała brata, żeby nie jeździł tak szybko, ale on nigdy jej nie 

słuchał.

Sam nie wiedział, ile czasu spędził w siodle. Możliwe, że kilka godzin. 

Gdyby

 

go

 

ktoś

 

zapytał,

 

gdzie

 

był,

nie potrafiłby odpowiedzieć. To była ostatnia przejażdżka z ojcem.

- Tato,   jak   mogłeś   mi   to   zrobić?   -   pytał   na   głos.

-   Tak   bardzo   jesteś   mi   teraz   potrzebny.   Zawsze

mogłem   na   ciebie   liczyć,   zawsze   byłeś   przy   mnie.

Pamiętasz, jak jeździliśmy konno, tak jak teraz, tylko

background image

34

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

ty i ja? Odpowiadałeś na wszystkie pytania, jakie ci zadawałem, nawet te 

całkiem   głupie.   Nauczyłeś   mnie   być   dumnym   z   naszego   dziedzictwa,   z 

naszej ziemi, z tego, że jestem przedstawicielem dynastii Callawayów.

Nie   zapłakał,   kiedy   ciotka   zatelefonowała   do   college^   na   Wschodzie, 

gdzie uczył się od dwóch lat, i powiedziała mu o wypadku. Nie uronił łzy, 

kiedy przyjechał do domu i zobaczył  zdruzgotaną rodzinę i pracowników 

rancza. Teraz on był głową rodziny. Przyjął setki osób, które przybyły, żeby 

złożyć   kondolencje   po   śmierci   ojca,   legendarnej   postaci   Teksasu. 

Niewzruszony stał przy podwójnym grobie rodziców i w milczeniu patrzył, 

jak układają ich na wieczny spoczynek.

Czuł   się   dojmująco   samotny,   mimo   obecności   braci,  stojących   obok 

niego, mimo zgromadzonego na cmentarzu tłumu.

Cios spadł na niego znienacka. Nie był na to przygotowany. Ojciec był w 

swoich najlepszych latach,  nic nie zapowiadało jego śmierci. Nie powinien 

umierać. Nie teraz. Cole nie chciał zajmować jego miejsca. Nie chciał być 

głową rodziny. Zostało mu jeszcze dwa lata do ukończenia college'u, potem 

studia.   Jego   kariera   została   starannie   zaplanowana,   wszystko   było 

obmyślone. Był pupilkiem ojca i chciał iść w jego ślady. Ale jeszcze nie teraz, 

na Boga! Jeszcze nie teraz!

Wierzchowiec zatrzymał się nad strumieniem. Cole rozejrzał się wokół. 

To było dawne sekretne miejsce, gdzie przychodził się kąpać. To tutaj, kiedy 

był małym chłopcem, przywiózł go ojciec. Tu nauczył go pływać i tłumaczył 

mu, na swoim przykładzie, co to znaczy być mężczyzną.

Teraz to była zamknięta karta. Mógł liczyć już tylko na siebie.

Zeskoczył na ziemię. Był już październik, ale dzień był wyjątkowo ciepły. 

Usiadł na brzegu, zdjął buty

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

35

i skarpetki. Chciał tylko zanurzyć stopy, by je ochłodzić, ale zmienił zdanie. 

Szybko ściągnął ubranie i wskoczył do wody.

W ciągu ostatnich lat razem z ojcem pogłębili i poszerzyli jeziorko. Stało 

się   zbiornikiem   wody,   gdzie  czasami   przyprowadzano   bydło.   Teraz 

wspomniał dawne szczęśliwe chwile, kiedy bywał tu z ojcem... i Allison.

Widział ją na pogrzebie. Przyszła razem ze swoim ojcem. Nie mieli okazji 

do rozmowy. Z trudem przeżył  rozstanie z nią, kiedy w sierpniu wyjeżdżał 

do szkoły. Był za to zły na siebie. Nie chciał, by ktokolwiek miał wpływ na 

jego życie. Nawet ona.

To dlatego nie zabrał jej teraz na tę przejażdżkę. Czuł się bezbronny, rana 

była zbyt świeża, by mógł panować nad swoimi uczuciami.

Pływał zapamiętale aż do chwili, kiedy poczuł się zupełnie wyczerpany. 

Nie miał już siły. Powoli ruszył do brzegu.

Dopiero wtedy dostrzegł Allison. Siedziała przy jego ubraniu i patrzyła na 

niego.

- Pomyślałam sobie, że może tutaj cię znajdę

- odezwała się cicho, kiedy zatrzymał się na jej widok.

-Co ty tu robisz?

-Martwiłam się o ciebie.

-Niepotrzebnie, - Nie ruszył się z miejsca, stojąc po pas w wodzie. - Sam 

dam sobie radę.

-Nigdy nie mówiłam, że nie dasz sobie rady

- powiedziała, nie szykując się do odejścia.

Uniósł ręce, odgarnął do tyłu włosy.

-Allison, posłuchaj mnie. Darujmy sobie na razie tę rozmowę. Nie jestem 

odpowiednio ubrany. Może spotkamy się później, w domu?

-Nie   zaskoczysz   mnie   niczym,   czego   bym   wcześniej   nie   widziała   - 

uśmiechnęła się lekko.

Nie był w nastroju do żartów.

background image

36

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

- W porządku - powiedział i ruszył w jej stronę.

Dobrze wiedział, jak wyglądał. Zmężniał w ciągu ostatnich dwóch lat. 

Nie pracował fizycznie, więc zaczął chodzić na gimnastykę,  żeby być  w 

dobrej  formie. Nie zdziwił go widok jej nagle rozszerzonych ze  zdumienia 

oczu -   doskonale  wiedział,   że  nie   jest  już  dziesięcioletnim  dzieckiem,   a 

dwudziestoletnim mężczyzną.

Allison pospiesznie odwróciła wzrok, spojrzała na otaczające ich drzewa. 

Cole   poczekał   chwilę,   żeby  przeschnąć, włożył  dżinsy i wyciągnął się na 

trawie obok niej. Podłożył pod głowę ramiona i zamknął powieki.

Chyba zasnął, bo kiedy znów otworzył oczy, na jeziorko zaczynały kłaść 

się cienie, a lekki wiatr łagodnie kołysał liśćmi na drzewach.

Allison leżała obok niego pogrążona we śnie. Już  kilka razy w życiu 

widział ją śpiącą. Zazwyczaj było to wtedy, kiedy ojcowie zabierali ich ze 

sobą  pod  namiot.  Obaj  lubili  wyjeżdżać,  a  dzieciaki  przepadały  za  tymi 

wyprawami.

Od tamtych wyjazdów minęło parę lat. Teraz śpiąca obok niego Allison 

w niczym nie przypominała umorusanej dziewczynki z kucykami.

Wpatrywał się w nią uważnie. Miała jasną, podobną do płatka magnolii 

cerę,   ciemne,   lekko   uniesione   brwi,   które   nadawały   jej   twarzy   wyraz 

łagodnego zdziwienia. Drugie czarne rzęsy ocieniały zaróżowione policzki. 

Z  trudem   zwalczył   pokusę,   by  przesunąć   koniuszkiem  palca   po  linii   jej 

nosa.

Pełne usta miały barwę malin. Na pamięć znał ich smak. W ciągu dwóch 

ostatnich lat, odkąd pocałował  ją po raz pierwszy, spędzili wiele godzin na 

niewinnych  pieszczotach,   cudownym,   pełnym   uniesienia   wzajemnym 

poznawaniu   się   i   oswajaniu   ze   sobą.   Nigdy   nie  wykorzystał   swojego 

doświadczenia. Zawsze wiedział, kiedy się zatrzymać.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

37

Nagle przepełniło go jakieś nieokiełznane pragnienie, by znów poczuć 

smak jej ust. Pochylił się nad nią i lekko, z czułością, dotknął jej warg.

Poruszyła   się.   Cole   popatrzył   na   jej   pełne   piersi.   Była   piękną 

dziewczyną.   Przesunął   wzrokiem   po   bujnych   błyszczących   czarnych 

włosach, wąskiej talii, krągłych biodrach. Miała nogi wąskie w kostkach, o 

pięknie wysklepionych stopach.

Tak bardzo jej pragnął.

Znów ją pocałował. Kiedy oderwał usta od jej warg,  z trudem złapał 

oddech.

Allison   uniosła   się   lekko   i,   nie   otwierając   oczu,  objęła   go   mocno. 

Przyciągnął ją do siebie. Westchnęła, kiedy zaczął ją całować. Na moment 

rozluźnił uścisk, by mogli zaczerpnąć powietrza.

Otworzyła oczy i popatrzyła na niego. Wydało mu się, że w ich głębi 

odbija się jej dusza.

- Och,   Cole,   tak   bardzo   mi   ciebie   brakowało

- wyszeptała, przesuwając dłonią po jego piersi.

Jej dotyk palił go żywym ogniem.

-Zimno ci - stwierdziła Allison.

-Nie, cały płonę.

-Udowodnij mi to - odrzekła z uśmiechem.

Oboje wiedzieli, że dzisiaj będzie inaczej. Dzieciństwo zostało za nimi. 

Rozpiął jej bluzkę i stanik, położył ' głowę na jej piersi. Słyszał oszalałe bicie 

serca dziewczyny, zdyszany oddech.

Zamarł, kiedy sięgnęła do zamka jego dżinsów.

-Allison? Jesteś pewna? Przycisnęła mocniej jego 

głowę.

-Tak, Cole. Jak nigdy dotąd.

Nie   padło  ani   jedno  słowo.   Oswobodzili   się   z   krępujących   ich   ubrań, 

przywarli   do siebie,  świat   wokół  nich zawirował.  Allison  była   jak  żywe 

srebro w jego ramionach. To zatracała się w pieszczotach, to znów umykała, 

kiedy do głosu dochodziła nieśmiałość.

background image

38

MIŁOŚĆ PO TKKSASKIJ

Z rozjaśnioną twarzą popatrzyła mu prosto w oczy, 

kiedy uniósł się  nad nią.  Przyciągnęła  go do siebie, 

oplotła   nogami.   Cofnęła   się,   ale   nie   pozwoliła   mu 

odejść.   Znów   z   mocą   przyciągnęła   go   do   siebie. 

Należała   do   niego.   Po   raz   pierwszy   w   życiu   była 

naprawdę jego dziewczyną. Jego ukochaną, jedyną.

Poddała się mu, płynęli razem w szaleńczym rytmie, 

aż   do   ostatecznego   spełnienia,   aż   do   bólu,   do   nie-

przytomnej   radości   przemieszanej   ze   smutkiem,   po-

czuciem jedności i nagłą samotnością.

Przez kilka chwil rozkoszował się niespodziewanym 

szczęściem,   zapomniał   o   wszystkim.   Dopiero   kiedy 

powrócił   na   ziemię,   znów   przepełnił   go   ból,   przed 

którym uciekał.

Położył   się   na   boku,   przyciągnął   dziewczynę   do 

siebie. Nie mógł już powstrzymać płynących po twarzy 

łez. Nie miał już sił dłużej walczyć ze sobą.

Bolesne łkanie wstrząsało jego ciałem. Mocno ob-

jęci leżeli na brzegu. Allison przytuliła go do siebie, 

dzieląc z nim jego ból.

Zaczynało zmierzchać, kiedy Cole nieco doszedł do 

siebie. Popatrzył na Allison, leżącą w jego ramionach.

- Tak   mi   przykro,   kochanie   -   wyszeptał.   -   Prze-

praszam cię. Nie powinienem...

Położyła mu palec na ustach.

-Cii...   Nie   mów   tak.   Nigdy   nawet   tak   nie   myśl. 

Oboje tego chcieliśmy. Dzisiaj. Jest dobrze.

-Ale przyrzekłem, że poczekamy i...

- Wiem. Ale wszystko się zmieniło. Wszystko.

Ból, który dławił go i ani na moment nie opuszczał,

nagle złagodniał. Zdawało mu się, że jakoś łatwiej 

oddycha. Teraz da sobie radę.

-Allison, tak bardzo cię kocham.

-Ja też cię kocham.
-Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Bez ciebie 
nie mógłbym tego przeżyć.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

39

- Zawsze będę przy tobie, Cole. Zawsze będę na

ciebie czekać, kiedy tylko przyjedziesz do domu.

Powoli ubrali się, pomagając jedno drugiemu, doty-

kając się czule i całując.

-Wiesz, może pobierzmy się, zanim jeszcze skończę 

szkołę.   Przecież   wiele   osób   tak   robi.   W   maju   ty 

skończysz swoją szkołę. Nie ma na co czekać.

-Porozmawiamy o tym w czasie Bożego Narodze-

nia, dobrze? - uśmiechnęła się do niego. - Teraz nie 

jest dobry moment na robienie planów.

-Chcę,   żebyś   była   ze   mną,   Allison.   Potrzebuję 

ciebie.
Wspięła się na palce i mocno pocałowała go w usta.
- Porozmawiamy o tym w grudniu.

Trzymał   ją   w   objęciach,   kiedy  wracali   do   domu. 

Właściwie nic się nie zmieniło, ale Cole czuł, że w 

nim zaszła jakaś przemiana. Już wiedział, co ma robić. 

W lecie ożeni się z Allison. To już postanowione i tak 

będzie.

Kiedy po pogrzebie rodziców wracał do szkoły, ani 

przez myśl mu nie przeszło, że już nigdy więcej jej nie 

zobaczy.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Cole pozostał w szpitalu, czekając na jakiś sygnał, 

że stan zdrowia brata zaczyna się poprawiać. Usiadł w 

pogrążonym   w   cieniu   rogu   pokoju   na   oddziale 

intensywnej opieki. Z tego miejsca miał dobry widok 

na leżącego Camerona i monitorujące go urządzenia. 

Znów poddał się fali napływających wspomnień.

Cody'ego wysłał do domu, żeby się trochę przespał, 

choć   w   głębi   duszy   wątpił,   czy   ten   uparciuch   go 

posłucha. Pewnie skończy się na tym, że zatrzyma się 

w jakimś pobliskim motelu. Sam obiecał mu,  że też 

spróbuje   odpocząć,  ale   nie   mógł  zasnąć.   Zbyt   wiele 

myśli i wspomnień kłębiło się w jego głowie.

Na   szczęście   operacja   zakończyła   się   pomyślnie. 

Cameron miał rękę i nogę w gipsie, w dodatku nogę tę 

umocowano   mu   na   wyciągu.   Wprawdzie   pas   bez-

pieczeństwa prawdopodobnie uratował mu życie, ale w 

miejscu,   w   którym   przylegał   do   ciała,   powstały 

wewnętrzne obrażenia. Operacja trwała wiele godzin. 

Musiano usunąć mu śledzionę. Cameron leżał nieru-

chomo,   omotany   jakimiś   rurami   i   przewodami.   Od-

dychał tak płytko, że chwilami Cole nie był pewien, czy 

jego klatka piersiowa w ogóle się porusza.

-   Cameron,   nie   umieraj   -   prosił   szeptem   Cole,   - 

Stary,   nie   daj   się.   Nie   mogę   stracić   także   ciebie. 

Wszyscy po kolei odchodzą. Nie zostawiaj mnie.

Odchylił głowę na miękkie oparcie krzesła. To on 

nastawał, by przy Cameronie, kiedy po raz pierwszy 

odzyska przytomność, był ktoś z rodziny. Gdyby był

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

41

na jego miejscu, też by tego oczekiwał. Miałby tyle 

pytań.

Przymknął piekące ze zmęczenia oczy. Mason w Te-

ksasie. Tam mieszka Allison. Ona i jego syn. Mieszkają 

niecałe dwieście kilometrów od jego domu w Austin, a 

on nie miał o tym pojęcia.

Chłopiec powiedział, że dziadek zmarł przed jego 

przyjściem   na   świat.   Jak   to   możliwe?   Pamiętał 

Tony'ego   jako   nadzwyczaj   sprawnego   mężczyznę   w 

sile   wieku.   Był   wściekły,   kiedy   ciotka   Letty 

zawiadomiła  go,   że   Tony   zrezygnował   z   pracy,   gdy 

tylko   dowiedział  się,   że   ojciec   zostawił   mu   spadek. 

Oznajmił   wtedy,   że   teraz   już   nie   musi   pracować; 

zamierza się stąd wynieść i kupić farmę w Kolorado.

Kiedy Cole przyjechał do domu na Boże Narodze-

nie, dowiedział się tylko, że Tony i Allison już wyjecha-

li.

Czyżby Callawayowie tak mało dla nich znaczyli? 

Jak Tony mógł tak po prostu wyjechać, wiedząc, jak 

bardzo ojciec na nim polegał?

Serce mu się ścisnęło na to wspomnienie. Czy to 

dlatego Allison nie chciała rozmawiać z nim na temat 

ślubu tego dnia, kiedy widzieli się po raz ostatni? Czy już 

wtedy wiedziała, że lada moment stąd wyjedzie? Czy 

naprawdę   postanowiła   wymazać   z   pamięci   te 

osiemnaście   lat,   które   tu   przeżyła,   zapomnieć   o 

wszystkim?

Jej  odejście  było  kolejnym  ciosem,   jaki  na   niego 

spadł.   Teraz,   po   piętnastu   latach,   okazało   się,   że 

zdarzyło się coś więcej - Allison była w ciąży i nie 

powiedziała mu o tym.

Jakiś   ledwie   słyszalny   dźwięk   przywrócił   go   do 

rzeczywistości. Otworzył oczy i zerwał się z miejsca. Po 

chwili był już przy łóżku brata.

Cameron  jęknął  cicho, poruszył  powiekami.  Cole 

wziął go za rękę.

- Cam, jestem  tutaj.  Wszystko  będzie dobrze,

background image

42

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

słyszysz? - powiedział drżącym ze wzruszenia głosem. 

- Wyjdziesz z tego, zobaczysz. A ja będę przy tobie 

przez cały czas.

Cameron powoli otworzył oczy, popatrzył na niego.

-To ty, Cole?

-Tak, Cam. To ja.

Znów   zamknął   powieki,   znieruchomiał.   Cole   od-

czekał kilka chwil, po czym poszedł do pielęgniarek.

-Brat mnie rozpoznał - oznajmił. - Wymówił moje 

imię.

-To   wspaniale   -   uśmiechnęła   się   pielęgniarka. 

Wstała. - Pójdę go zobaczyć.

Cole   poszedł   za   nią.   W   milczeniu   patrzył,   jak 

sprawdzała wskazania monitorujących brata urządzeń, 

poprawiła coś przy kroplówce i aparacie tlenowym.

-Teraz   wypoczywa   -   stwierdziła.   -   Z   pewnością 

bardzo pomogła mu pana obecność.

-Mam nadzieję!

-Panie   Callaway,   teraz   pan   powinien   trochę   od-

począć. Wygląda pan gorzej niż pański brat.

Cole odwrócił się bez słowa. Coś dławiło go w gard-

le, nie mógł z siebie wydusić ani słowa. Więc z Camero-

nem będzie wszystko dobrze. Odezwał się do niego, 

poznał go. Nie umrze.

Ruszył korytarzem, do końca nie wiedząc, co teraz 

powinien   zrobić.   Nadjechała   winda,   otworzyły   się 

drzwi i wysiadł z niej Cody.

- Co z nim? - zapytał z miejsca.

Cole uśmiechnął się do brata.

-Na   chwilę   odzyskał   przytomność,   poznał   mnie. 

Zwrócił się do mnie po imieniu.

-Och, to dobrze. - Cody sięgnął do kieszeni, wyjął 

klucz i podał go Cole'owi. - Wynająłem pokój w 

motelu, parę ulic stąd. Idź coś zjeść i, na litość boską, 

prześpij  się   trochę.   Wyglądasz,   jakbyś   zaraz   miał 

umrzeć.

MILOSĆ PO TEKSASKU

43

-Dzięki za komplement.

-Dobrze wiesz, o co mi  chodzi. Stary,  dwie takie 

wiadomości,   jedna   po   drugiej...   Daj   sobie   teraz 

trochę luzu, co?

-Rozmawiałeś z rodzicami Andrei?

-Tak.   Zajęli   się   przygotowaniami   do   pogrzebu. 

Odbędzie się jutro. Uważają, że nie ma sensu, żeby 

przekładać go na później.

-Jasne. Cameron jeszcze długo nie będzie w takiej 

formie, by mógł wziąć w nim udział.

Cody położył rękę na ramieniu brata,

- Cole,  wiem,  że wy dwaj zawsze byliście  sobie

bliscy.   To   zrozumiałe,   między   wami   jest   mniejsza

różnica   wieku.   Ale   pamiętaj,   że   masz   jeszcze   mnie.

Zawsze możesz na mnie liczyć.

Cole skinął głową.

-Dzięki, Cody. Naprawdę to doceniam, bardziej niż 

myślisz.

-Teraz już idź.

-Dobrze.

Nazajutrz, zaraz po przebudzeniu, Cole zadzwonił 

do szpitala.

-Jak tam Cameron?  - zapytał, kiedy tylko  w słu-

chawce rozległ się głos Cody'ego,

-Kilka razy odzyskiwał przytomność. Na początku 

chyba mnie poznał, chociaż nic nie powiedział. Za 

drugim razem pytał o Andreę.

-Z   tym   będzie   najtrudniej.   Chyba   powinniśmy 

poczekać na razie o niczym mu niemowie. Dopiero 

jak się trochę wzmocni...

-Lekarz też tak uważa.

-Wracasz teraz do motelu?

-Nie, na razie nie. Może byś przyniósł mi coś do 

jedzenia i trochę mocnej kawy?

-Załatwione. Dzwoniłeś do ciotki Letty?

background image

44

MIŁOŚĆ PO TEKSASSU

-Tak, z samego rana. Trisha czuje się świetnie.

-Biedne maleństwo. Jest za mała, żeby pojąć, co się stało.

-Może to nawet lepiej.

-To już nie ma znaczenia. Spotkamy się za pół godziny.

Cole wykąpał się, ogolił i ubrał. Przez cały czas jego  myśli krążyły wokół 

Allison. A więc znów ją zobaczy. Chociaż może jeszcze nie teraz.

Musi zostać przy Cameronie. Będzie przy nim tak długo, aż brat naprawdę 

lepiej się poczuje.

Powinien zadzwonić na ranczo. Do tej pory z pewnością poszukiwało go 

mnóstwo   ludzi.   Choć   dałby  sobie   głowę   uciąć,   że   ciotka   nie   omieszkała   ich 

poinformować o tym, co się wydarzyło.

Nie. Interesy mogą poczekać. Przecież się nie rozerwie, nie może zajmować 

się wszystkim naraz. W tym momencie najważniejszy jest Cameron.

Dopiero gdy brat poczuje się lepiej, odszuka Allison  Alvarez. Ma z nią do 

załatwienia sprawy, które dręczą go od piętnastu lat.

Allison westchnęła, kiedy rozległ się dzwonek u frontowych drzwi galerii. 

Musi   sama   wyjść   do   klienta.   Suzanne,   jej   pomocnica,   właśnie   poszła   po 

najlepsze w okolicy hamburgery. Allison pozwoliła jej wyjść, pod warunkiem, 

że dziewczyna przyniesie jednego dla niej.

Właśnie wykańczała gliniany model niewielkiej rzeźby. Pracowała nad nią 

cały tydzień. W poniedziałek powinna odlać ją w brązie. Obiecała wykonać 

rzeźbę w umówionym terminie, a miała na to mało czasu.

-Mamo! Mamo, jesteś tutaj? Jest tu ktoś? Sue?

-Tony!  - wykrzyknęła  Allison, wycierając ręce, i wybiegła  zza zasłony z 

koralików, oddzielającej

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

45

pracownię od galerii. - Wróciłeś! - Chwyciła chłopca w objęcia i uścisnęła z 

radością. - Myślałam, że przyjedziesz dopiero dzisiaj w nocy!

- Bo   tak   miało   być,   ale   postanowiliśmy   wstać

skoro świt i przyjechać wcześniej.

Obrzuciła   go   zachwyconym   spojrzeniem.   Wciąż   nie  posiadała   się   ze 

zdumienia, że to ten sam malutki człowieczek z czerwoną buzią, którego po raz 

pierwszy przytuliła do siebie tak niedawno. Syn rósł jak na drożdżach, w oczach 

wyrastał z ubrań i butów. Już był od niej wyższy.

- Ale   się   opaliłeś.   Chyba   przez   cały   czas   siedziałeś

na słońcu.

Jego smagła twarz i czarne oczy przypomniały jej ojca. Różnili się tylko 

kolorem włosów.  Latem włosy syna  płowiały na  słońcu,  stawały się niemal 

miodowe, mieniły się rudawymi kosmykami. Jej mama była rudowłosa. I jego 

ojciec miał także takie pasemka. Ale po co takie rzeczy sobie przypominać,

-Gdzie jest Sue?

-Poszła po hamburgery. Jak cię znam, pewnie jesteś głodny, co?

-Umieram z głodu.

-To biegnij za nią i poproś, żeby kupiła jednego lub dwa dla ciebie. Ja muszę 

brać się do pracy.

Odwróciła się i ruszyła do pracowni. Już znikała za zasłoną, kiedy zatrzymał 

ją głos syna.

- Och,   mamo,   poczekaj.   Zapomniałem   ci   powiedzieć.   Wiesz,   kogo 

spotkałem

 

na

 

plaży?

 

Nie

 

uwierzysz!

Ale   facet!   Chłopaki   mi   zazdrościli.   Tylko   ja   z   nim

rozmawiałem!

Jej myśli krążyły już wokół rzeźby. Rozbawił ją jego entuzjazm.

- Kto to był? - zapytała z uśmiechem.

- Cole Callaway. Właśnie szedł sobie po plaży...

Nagle słowa chłopca przestały do niej docierać.

background image

46

MIŁOŚĆ PO TEK5ASKU

Patrzyła   na   jego   poruszające   się   usta,   gestykulujące 

ręce, kiedy opisywał przebieg spotkania, ale w uszach 

słyszała   tylko   przeraźliwe,   zagłuszające   wszystkie 

Inne odgłosy dzwonienie. Poczuła, że robi się jej słabo. 

Musi usiąść. Powoli dotarła do krzesła, osunęła się na 

nie, opuściła nisko głowę, by zwiększyć dopływ krwi.

Jak   to   się   stało,   że   w   tym   ogromnym   Teksasie 

doszło do całkiem przypadkowego spotkania?

Taka   możliwość   nigdy  nawet   nie   przyszła   jej   do 

głowy. Odkąd Tony przyszedł na świat, nie ruszyli się 

z Mason.  Przebywali  w całkiem innych  kręgach niż 

Callawayowie,   Tony   mógł   przeżyć   całe   życie   i   ani 

razu nie zetknąć się z ojcem.

Dlaczego? Boże, dlaczego?

Powoli zaczęła słyszeć głos Tony'ego.

- No   i   wtedy   zaczęliśmy   rozmawiać,   no   wiesz,

o tym, jak się nazywam, gdzie mieszkam i o takich tam

rzeczach...

Nie! Nie powiedziałeś mu  tego! Nie! Proszę, po-

wiedz, że nie!

- Opowiedziałem mu o twojej galerii i nagrodach,

jakie   zdobyłaś.   Wprawdzie   nie   wspomniał,   że   Tony

Alvarez, którego kiedyś znał, mógł być moim dziad-

kiem, ale i tak miło było go poznać. On jest naprawdę

super!

A więc to tak. Teraz Cole na własne oczy zobaczył 

syna. Najważniejsze w tej chwili było to, jak zamierza 

wykorzystać otrzymane od Tony'ego informacje. Tony 

jest   tak  uderzająco  podobny  do  Callawayów,   że   nie 

sposób,   by   Cole   tego   nie   zauważył.   Przez   lata   za-

stanawiała się, czy może kiedyś ciekawość nie skłoni go 

do ujrzenia własnego dziecka, ale czas mijał i przestała 

o tym   myśleć.   Teraz  poczuła  się   jak  uderzona  obu-

chem.

Tony odsunął zasłonę i zerknął do pracowni.

- Jak myślisz, czy...

M1LOSC PO TEKSASKU

47

- Chyba przed chwilą umierałeś z głodu? - zapyta-

ła, mając nadzieję, że odwróci jego uwagę.

— Ach, tak! Już pędzę! - pomachał jej ręką i wybiegł

z galerii.

Spokój.   Potrzeba   jej   tylko   ciszy   i   spokoju,   by 

pozbierać myśli. Popatrzyła na glinianą bryłę, mimo-

wolnie ugniataną w dłoniach. Musi ją odłożyć, inaczej 

nic z niej nie będzie.

Poszła do galerii, wyjrzała przez okno wychodzące 

na plac, na którym koncentrowało się życie miastecz-

ka.

Po   śmierci   ojca   pozostała   w   Mason.   Sama   nie 

wiedziała, gdzie ma się podziać. Polubiła jego miesz-

kańców, przypominali jej ludzi, wśród których wyros-

ła. Tu czuła się dużo lepiej niż w San Antonio. Zajęła 

się wychowaniem dziecka. Miała dopiero dziewiętnaś-

cie lat.

Ojciec rozpowiedział wszystkim, że jej mąż zginął 

kilka   tygodni   po   ślubie.   Biedny   tata.   Jej   ciąża   była 

kroplą,   która   przepełniła   czarę   goryczy.   Wszystkie 

wydarzenia  ostatniego roku Tony przypłacił  atakiem 

serca.

Jego kłamstwo dotyczące śmierci zięcia było błogo-

sławieństwem dla wnuka. Tony wyrósł, nie wiedząc, że 

jest nieślubnym dzieckiem. Sąsiedzi zaopiekowali się 

Allison, kiedy na krótko przed rozwiązaniem zmarł jej 

ojciec.   Bez   ich   pomocy   i   duchowego   wsparcia   nie 

dałaby sobie rady.

A   teraz   budowane   z   takim   trudem   życie   mogło 

legnąć w gruzach. Jeśli Cole zechce ją odszukać, nie 

napotka na żadne problemy.  Wszyscy wiedzą, gdzie 

mieszka i gdzie ma galerię. Cole pewnie się nawet nie 

domyśla,   że   mógłby   wyrządzić   im   krzywdę.   Teraz, 

kiedy na własne oczy zobaczył syna, może zechce go 

odzyskać.

Kiedy Sue i Tony wrócili do galerii, myśli chłopca

background image

48

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

były zaprzątnięte planowanym na weekend udziałem w 

rodeo. By! urodzonym sportowcem i uwielbia! jeździć 

konno.   Pieczołowicie   chronił   zdobyte   przez   dziadka 

trofea   i   nagrody,   nawet   własnoręcznie   skonstruował 

drewnianą półkę, by je wyeksponować,

Allison bolała głowa, kiedy zamykała galerię. Przed 

sobą miała jeszcze stresujący telefon do klienta - mu-

siała go powiadomić, że nie ukończy rzeźby na czas.

Tony był u kolegi kilkanaście kilometrów za mias-

tem. Chciał jeszcze poćwiczyć  jazdę i rzucanie liną. 

Ostatnio rzadko go widywała. Gwałtownie dorastał, a 

ona nie chciała stawać mu na drodze. Sama miała takie 

cudowne   dzieciństwo...   Miała   tyle   niczym   nie 

ograniczonej   swobody,   tyle   rzeczy   do   zrobienia...   i 

Cole'a... Tony też potrzebował swobody, by dorosnąć i 

nauczyć się życia.

Wzięła   aspirynę   i   położyła   się   do   łóżka.   Musi 

zasnąć  i   o   wszystkim   zapomnieć.   Ale   kłębiące   się 

myśli nie dawały jej spokoju.

Nazywała się Allison Alvarez. Razem z mamą i tatą 

mieszkała na ranczu. Tata był bardzo ważny, zarządzał 

ranczem. Kierował wieloma ludźmi. Wszyscy musieli 

go słuchać z wyjątkiem Callawayów. Oni mieszkali w 

Dużym   Domu.   Ich   znakiem   była   litera   „C".   Tak 

znaczyli konie i bydło.

Cole Callaway był jej najlepszym kolegą. Już cho-

dził do szkoły. Ona zacznie naukę w przyszłym roku. 

Będzie   jeździć   żółtym   autobusem   szkolnym,   który 

zatrzymuje  się przy skrzyżowaniu autostrady i drogi 

prowadzącej na ranczo. Cote'a zawsze ktoś tam pod-

rzuca. W przyszłym roku ją też będą podwozić.

Cole miał młodszego brata, Camerona. Chłopczyk 

liczył   sobie   dopiero   niecałe   dwa   lata.   Bardzo   lubiła 

przychodzić do Dużego Domu i bawić się z nim. Ale 

mogła to robić tylko wtedy, kiedy ciotka Cole'a gdzieś

MIŁOSC PO TEKSASKU

49

wyjechała. Panna Letty jej nie lubiła. Zawsze robiła 

się  zła   na   jej   widok.   Ale   kiedy  jej   nie   było,   mama 

Cole'a zapraszała ją do środka i wtedy razem bawili 

się z małym Cameronem. On był taki śmieszny. Ale 

najbardziej ze wszystkiego lubiła bawić się z Cole'em.

Cole był bardzo silny. Pomagał przy różnych pra-

cach wokół domu. Czasami mu przy tym towarzyszy-

ła. Ale zazwyczaj chodziła za nim krok w krok, Cole 

sam tak mówił. Czasami chciał, żeby dała mu spokój, 

ciągnął ją za warkoczyk albo stroił miny. Wtedy było 

jej bardzo przykro.  Starała się powstrzymać  łzy,  nie 

chciała, żeby widział, jak płacze. Nie zawsze jej się to 

udawało.

To on wszystkiego ją nauczył. Pokazał jej, jak rzucać 

i   łapać   piłkę,   jak   trzymać   kij   baseballowy,   jak   bez 

zatrzymywania się gonić go do stajni i z powrotem.

Cole Callaway był jej najlepszym przyjacielem.

-Wiesz,   mamo,   mama   Cole'a   urodziła   dziecko. 

Chłopczyka.

-Och, to wspaniale! Czy Cole się cieszy?

-Tak.

-Wiem, kochanie. Ty też byś chciała mieć braciszka 

albo siostrzyczkę, prawda?

-Niekoniecznie. Cole jest dla mnie jak brat,

-Cole nie jest twoim bratem, jest Callawayem.

-To co z tego? To nie ma znaczenia.

-Teraz może nie. Ale kiedyś będzie miało.

-Nie rozumiem.

-Tata   Cole'a   jest   bardzo   ważnym   człowiekiem   w 

Teksasie. Ma ogromną władzę. Może o wszystkim 

decydować.

-I dlatego jest zły?

-Nie, skądże. Ale władza może być niebezpieczna, 

kochanie. Kiedy ktoś ma do niej prawo, korzysta z 

tego, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

background image

50

MIŁOŚĆ PO TEKKASKU

-Nic z tego nie rozumiem.

-Wiem,   że   nie.   Ale   zapamiętaj   sobie,   że 

Callawayowie   to   bardzo   bogaci   i   bardzo   ważni 

ludzie. Twój tatuś dla nich tylko pracuje.

-Ale   tata   i   pan   Callaway   są   przyjaciółmi.   Sama 

słyszałam, jak to mówili.

-Ja też. Są bardzo zaprzyjaźnieni. To między innymi 

dlatego   twój   tata   zgodził   się   tu   przyjechać   i 

prowadzić ranczo. Dzięki temu ojciec Cole'a może 

więcej czasu spędzać wmieście. On ma zaufanie do 

twojego tatusia.
-Tak jak ja do Cole'a?
-Tak samo.
-I mogę mu wierzyć tak jak bratu, prawda?
-Och,   kochanie,   mam   nadzieję,   że   tak.   Mam 
nadzieję.

-Cole, i co ja mam teraz zrobić? Wczoraj wieczo-

rem   powiedzieli   mi,   że   moja   mama   jest   bardzo 

chora i lekarze nic na to nie mogą poradzić.

Siedzieli   na   brzegu   strumyka,   wpadającego   do 

jeziorka,   w   którym   pływali.   Allison   nie   poszła   do 

szkoły, ale nie mogła wysiedzieć w domu. Serce się jej 

ściskało, kiedy patrzyła na cierpiącą mamę i nie mogła 

jej w niczym pomóc. Chciała być sama. Pobiegła nad 

jeziorko.   Nie   wiedziała,   jak   Cole   ją   tu   znalazł.   Nie 

wiedziała też, dlaczego jej szukał.

Cole leżał na boku, z głową opartą na ręce. Bawił się 

niewielkimi kamykami.

-Wiem,   Allison   -   odezwał   się   cicho.   -   Wczoraj 

wieczorem tata mi o tym powiedział.

-Co   ja   mam   zrobić?   Chcę   mieć   mamę.   Zawsze 

myślałam, że będzie ze mną jeszcze bardzo długo, 

dopóki nie stanie się okropnie stara. Dlaczego ona 

musi umrzeć?

-Nie  wiem,   Allison,   nie  wiem.   Ja  też   nie   umiem 

wyobrazić sobie życia bez swoich rodziców.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

51

-Ja też - wyszeptała. - Ja też nie.

-Masz jeszcze mnie. Zawsze o tym pamiętaj. 

Odwróciła się i popatrzyła na niego z uwagą. Jego

twarz, widziana w tym momencie, na zawsze wryła się 

w jej pamięć: drobne piegi na nosie, niebieskozielone 

oczy, spłowiałe od słońca, jaśniejące złotymi i srebr-

nymi pasemkami brązowe włosy.

W jego oczach było tyle współczucia i zrozumienia, 

że nie mogła już dłużej powstrzymać cisnących się do 

oczu tez. Cole usiadł, objął ją ramieniem i przygarnął 

do   siebie.   Przytulił   jej   głowę   do   swojej   szczupłej, 

kościstej piersi. Trzymaj ją tak w milczeniu, łącząc się 

z nią w bólu, pozwalając się jej wypłakać.

Przez   następne   tygodnie,   kiedy   stan   zdrowia 

Kathleen   stale   się   pogarszał,   Cole   nie   odstępował 

Allison  na  krok.   Był   przy  niej,   kiedy  któregoś  dnia 

Tony   przyjechał   po   nią   do   szkoły   i   powiedział,   że 

mama  odeszła.  Stał obok niej na pogrzebie i tak jak 

Tony trzymał ją za  rękę, jakby obaj chcieli dodać jej 

sił.

Właściwie powinna się cieszyć,  że Cole wreszcie 

skończył szkołę w miasteczku i zniknie z jej życia.

Tym lepiej dla niej!

Miała już dosyć wysłuchiwania tych opowieści na 

jego   temat.   Wszystkie   dziewczyny   miały   do   niego 

słabość. Jedna przez drugą starały się z nią zaprzyjaź-

nić, w nadziei że zaprosi je na ranczo. Ale ona szybko 

przejrzała ich grę. Chodziło im tylko o Cole'a.

On sam był tak zajęty, że niemal go nie widywała. 

Już   nie   jeździł   szkolnym   autobusem.   Dojeżdżał   do 

szkoły  starą   furgonetką,   którą   dostał   od   ojca,   kiedy 

skończył   szesnaście   lat.   Po   lekcjach  chodził   grać   w 

piłkę i jeszcze na jakieś zajęcia.

Wracał   do   domu   późno,   zjadał   coś   i   znów   wy-

chodził. Ciągle umawiał się z dziewczynami. Niektóre 

z nich nie miały najlepszej opinii, ale jego rodzice się do

background image

52

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

tego   nie   wtrącali.   Teraz   Cameron   i   Cody   przejęli 

obowiązki, jakie on wykonywał przez wiele lat. Cole 

uczy! się bardzo dobrze, więc nikt nie miał do niego 

pretensji.

Zapomniał   o   niej   całkiem.   Wprawdzie   uśmiechał 

się  i   machał   ręką,   kiedy   mijali   się   na   szkolnym 

korytarzu, ale cóż z tego! Zwykle nie był sam.

Zresztą co ją to obchodzi? Ona też przestała być 

małą dziewczynką. Chłopcy, którzy jeszcze w zeszłym 

roku   nie   zwracali   na   nią   uwagi,   teraz   zaczęli   ją 

zaczepiać.   Niektórzy   chcieli   się   z   nią   umówić,   ale 

mieszkała daleko i nie miała prawa jazdy, więc nie było 

to łatwe.

W   każdym   razie   było   jej   przyjemnie,   że   ją 

zauważają-

Czasami tata pozwalał jej w piątek przenocować u 

koleżanki w miasteczku. W takie wieczory chodziła do 

kina.   Miała   swoje   życie.   Ale   nie   miała   już   nic 

wspólnego z Callawayami.

Mama przestrzegała ją przed tym, ale wtedy była za 

mała,   żeby   cokolwiek   zrozumieć.   Była   tylko   córką 

zarządcy, przyjaciółką Cole'a z dzieciństwa. Już daw-

no o niej zapomniał.

Była   zachwycona,   kiedy   Rodney   zaprosił   ją   do 

kina.   Był   w   wieku   Cole'a,   grał   w   futbol   i   miał 

powodzenie u dziewcząt. Nie wierzyła własnemu szczę-

ściu. Rodney miał samochód i w ogóle był niezły.

Randka   rozczarowała   ją.   Czuła   się   źle   w   jego 

towarzystwie.   Sama   nie   wiedziała,   dlaczego. 

Zachowywał   się   jakoś   dziwnie.   Po   filmie   poszli   na 

oranżadę  i   Rodney   ciągle   obejmował   ją   ramieniem. 

Starała   się   go  odepchnąć,   ale   wtedy   śmiał   się   i 

obejmował ją jeszcze mocniej.

Jego kumple zaczęli robić jakieś dwuznaczne uwagi.

- Uważaj, Rod - powiedział jeden z nich. - Igrasz z 

ogniem. To własność Callawaya.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

53

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, jakby to był świet-

ny   żart.   Przecież   to,   że   jej   tata   pracuje   dla 

Callawayów,  wcale nie znaczy, że Alvarezowie są ich 

niewolnikami! Ona do nikogo nie należy!

Wyskoczyła z samochodu, zanim Rodney na dobre 

go zatrzymał.

-Dziękuję,   Rod,   świetnie   się   bawiłam  -   skłamała, 

wiedząc, że powinna podziękować.

-Poczekaj, dokąd się tak spieszysz? Dlaczego nie...

-Muszę już wracać. Mój tata będzie się denerwował.

To wtedy Rodney pozwolił sobie na tę obrzydliwą 

uwagę o niej i o Cole'u. Odwróciła się bez słowa. Nie 

chciała  okazać,   jak  bardzo ją  dotknął.  Nic   ją   to  nie 

obchodzi,  co on sobie myśli!  Co oni  wszyscy sobie 

myślą!

Rodney odjechał z piskiem opon. Z pewnością był 

wściekły. Tym gorzej dla niego.

Celowo poprosiła, by zatrzymał się koło stajni. Nie 

chciała, żeby odgłos samochodu obudził ojca. Ruszyła 

drogą   w   kierunku   domu.   Nagle   dostrzegła   jakąś 

wynurzającą się z cienia sylwetkę.

-Kto to? - krzyknęła. - Kto tu jest?

-To ja.

Cole   wyszedł   na   drogę.   Jasne   światło   księżyca 

oświetliło   jego   twarz.   Allison   nie   posiadała   się   ze 

zdumienia. Nie widziała go już od wielu tygodni, nie 

licząc   tych   przypadkowych   spotkań   na   szkolnym 

korytarzu czy drodze prowadzącej na ranczo.

-Co ty tu robisz?

-Czekałem, żeby z tobą porozmawiać.

-Już   jest   późno   -   odrzekła,   ruszając   z   miejsca.   - 

Muszę wracać do domu.

-Allison?

-O co ci chodzi? - zapytała, nie zwalniając kroku,

-Nie chcę, żebyś umawiała się z Rodem.

background image

54

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

Zatrzymała się i powoli odwróciła do niego.

-To nie twój interes, z kim się spotykam - powie-

działa dobitnie.

-Mam zamiar to zmienić.

Znów   ruszyła   w   stronę   domu.   Pochwycił   ją   za 

ramię i odwrócił twarzą do siebie.

-Nigdy   nie   odchodź,   kiedy   mówię   do   ciebie, 

słyszysz?

-Och, przepraszam, panie Callaway. Pan każe, sługa 

musi, prawda?

-Do diabła, o czym ty mówisz?

-Nie odzywaj się do mnie w ten sposób!

-Już dobrze, nie będę. Chcę tylko wiedzieć, co ci się 

stało. Za każdym razem, kiedy widzę cię w szkole, 

zadzierasz   nos   i   omijasz   mnie   jak   coś 

śmierdzącego.

-Możliwe.

-Co   ci   się   stało?   Co   ja   ci   zrobiłem?   Byliśmy 

przyjaciółmi, a ty teraz tak mnie traktujesz!

-Ja ciebie źle traktuję? Wiesz, to naprawdę zabaw-

ne. Stale jesteś tak zajęty co ładniejszymi  dziew-

czynami,   że   zupełnie   zapomniałeś   o   moim 

istnieniu!

Wybuchnął śmiechem. Chciała się wyrwać, ale nie 

pozwolił jej.

-Jesteś zazdrosna - stwierdził z radosną satysfakcją.

-Wcale nie jestem!

-Jasne, że jesteś. I to jest bardziej zabawne, niż się 

domyślasz.

Próbowała się uwolnić, ale przyciągnął ją do siebie 

i objął mocno. Już bardzo dawno nie była tak blisko 

niego. Przez ostatnie miesiące Cole wyrósł i zmężniał. 

Ledwie sięgała mu do ramienia. Musiała unieść głowę, 

żeby na niego spojrzeć. Wtedy ją pocałował,

Jeszcze nigdy nikt jej tak nie całował. To nie był 

nieśmiały całus kolegi z klasy czy nieprzyjemnie wilgo-

tny pocałunek Rodneya. Cole był doświadczony jak

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

55

dorosły mężczyzna. Kiedy się odsunął, kolana jej 

drżały.

-Allison, kochanie. Zostań moją dziewczyną.

-Naprawdę?

-Tak.

-Mówisz poważnie? 

Uśmiechnął się.

-Całkiem poważnie.

Serce   biło   jej   tak  mocno,   jakby  zaraz   miało   wy-

skoczyć  z piersi. Cole Callaway chciał, żeby została 

jego dziewczyną. Wcale o niej nie zapomniał, wcale nie 

była dla niego tylko córką zarządcy. Wyszeptała jego 

imię, zarzuciła mu ręce na szyję i wspięła się na palce, 

by sięgnąć jego ust.

-Już   dobrze,   kochanie,   wystarczy.   Jestem   tylko 

człowiekiem. Mamy przed sobą dużo czasu.

-Co chcesz przez to powiedzieć?

-Najpierw   musimy   skończyć   szkołę.   Mamy   czas. 

Chciałem tylko, żebyś wiedziała, co do ciebie czuję i 

jak bardzo było mi przykro, że przez tyle miesięcy 

nie raczyłaś mnie zauważać.

-Och, Cole, mnie też było przykro. Strasznie.

-Więc pójdziesz ze mną na bal maturalny?

-Na bal maturalny? - Udział w balu był marzeniem 

każdej dziewczyny.
-Tak.
-Och, Cole, jasne, że pójdę!

-To dobrze. A teraz już idź do domu, zanim zrobię 

coś, czego potem oboje będziemy żałować.

Od tamtych dni minęły lata. Allison wpatrzyła się w 

sufit.   Znów   pogrążyła   się   we   wspomnieniach.   Cole 

dotrzymał słowa. Widywali się w czasie świąt i letnich 

wakacji, kiedy przyjeżdżał do domu ze szkoły. Nauczył 

ją wiele, ale przez cały czas miał się na baczności. Nigdy 

nie posunął się za daleko, nalegał, by poczekali do ślubu.

background image

56

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

Tylko, niestety, to się nie udało. Cole miał do siebie 

o to taki żal, że pozwolił jej zniknąć ze swojego życia. 

Nie próbował nawiązać z nią kontaktu, nawet po tym, 

jak napisała mu, że jest w ciąży. To były najczarniejsze 

miesiące jej życia.  Były gorsze od chwil po śmierci 

mamy. Jeszcze nigdy nie wstydziła się tak jak wtedy. 

Zawiodła ojca, była kompletnie załamana.

Wtedy przysięgła sobie, że nigdy nie dopuści, by 

jej dziecko kiedyś przeżyło podobne rozczarowanie.

Przez czternaście lat była dla niego najlepszą matką. 

Wpoiła   mu   zasady   i   wartości,   jakich   nauczyli   ją 

rodzice. Zapomniała o nich tylko ten jeden raz, kiedy 

Cole potrzebował miłości i ciepła.

Co   on  teraz   może   zrobić,   kiedy  po  raz   pierwszy 

stanął twarzą w twarz ze swoim synem?

Wiele razy czytała artykuły na jego temat. Pisano o 

jego   związkach   z   pięknymi   i   znanymi   kobietami. 

Nigdy się nie ożenił. Nawet sama  się temu dziwiła. 

Może obawia się małżeństwa.

To nie jest jej sprawa. Ale jeśli teraz zechce zostać 

przyjacielem dziecka, którym do tej pory wcale się nie 

przejmował, szybko pozbawi go złudzeń. Swoją decy-

zję podjął dawno temu. I nic tego nie zmieni.

ROZDZIAŁ CZWARTY

-Musimy   porozmawiać.   -   Cody   zatrzymał   brata 

przy windzie.

-Coś   się   stało?   Myślałem,   że   z   Cameronem   jest 

coraz lepiej.

-Jest lepiej. Już nawet mówili, że wkrótce go 

wypiszą.

-W takim razie, o co chodzi?

-Rozmawiałem   z   nim   o   wypadku.   Pytałem,   czy 

może pamięta, co się wtedy wydarzyło.

-I co?

-Powiedział, że droga była całkiem pusta. Nagle tuż 

przed sobą zobaczył światła. Ktoś pędził prosto na 

niego.   Cameron   próbował   go   wyminąć   i   wtedy 

poczuł silne uderzenie w bok auta. Od razu wpadł w 

poślizg. Samochód zaczął się obracać.

-O   Boże!   Czyżby   ktoś   próbował   zepchnąć   ich   z 

drogi i celowo doprowadzić do wypadku?

-Nie   wiem,   ale   chciałbym   się   tego   dowiedzieć  - 

odrzekł   Cody   i   zamilkł   na   chwilę.   -   Wiesz,   jest 

jeszcze  coś, co nie daje mi  spokoju. Byłem wtedy 

dzieckiem,  ale  dobrze   pamiętam,   że   kiedy  zginęli 

nasi   rodzice,   nikt   do  końca   nie   potrafił   wyjaśnić 

przyczyn wypadku. Snuto tylko różne domysły. Nie 

było żadnych świadków. Teraz, gdyby Cameron nie 

przeżył, byłoby podobnie.

Cole wbił wzrok w brata.

-Chcesz  powiedzieć,  że  te wypadki  mają  ze  sobą 

coś wspólnego?

-Sam   tego   nie   wiem.   Dręczą   mnie   tylko   jakieś 

dziwne   przeczucia.   Za   wiele   tu   podobieństw. 

Pomyśl

background image

58

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

tylko.   Nie   znaleziono  żadnej   zabitej   sarny,   nie   było 

ruchu na drodze, nie ma świadków wypadku. Piętnaś-

cie lat temu nie przeprowadzono dochodzenia w tam-

tej   sprawie.   Jeśli   ktoś   był   winien   morderstwa,   to 

uniknął   kary   przed   sprawiedliwością.   To   go   mogło 

ośmielić i zdecydował się powtórzyć sprawdzony sce-

nariusz. Zwłaszcza jeśli nienawidzi Callawayów.

Cole milczał, rozważając w duchu przypuszczenia 

brata.

-Nigdy  nie   brakowało   nam   wrogów   -mruknął   po 

chwili. - Odkąd pamiętam, zawsze tak było.

-Właśnie.   To   jeszcze   jeden   powód,   dla   którego 

zacząłem   się   nad   tym   zastanawiać.   Nie   chcę 

siedzieć z założonymi  rękami i czekać na kolejny 

rzekomy  wypadek,  w  którym   znów  zginie  ktoś z 

rodziny.

-Masz jakiś pomysł?

-Znam   kogoś,   kto   ma   dostęp   do   akt.   Spróbuję 

zerknąć do raportu sprzed piętnastu lat i dowiedzieć 

się   dokładnie,   co   zdarzyło   się   tamtej   nocy,   kiedy 

zginęli  nasi   rodzice.   Może   znajdę   jakieś 

podobieństwa miedzy tamtym wypadkiem i tym, co 

spotkało   Camerona.   Możliwe,   że   nie   wpadnę   na 

żaden   trop   i   niczego   takiego   nie   spostrzegę.   Ale 

jeśli znajdę coś istotnego, zajmiemy się tą sprawą.

-Cody,   jeśli   przeczucia   cię   nie   mylą,   to   kiedy 

zaczniesz   zadawać   pytania   i   dochodzić   prawdy, 

narazisz   się   na   poważne   niebezpieczeństwo.   Bądź 

ostrożny.

-Postaram   się.   Jeżeli   rzeczywiście   między   tymi 

wypadkami jest jakiś związek, to ktoś wykazał się 

ogromną   cierpliwością,   czekając   tyle   lat   na 

ponowne   zadanie   ciosu.   W   tej   sytuacji   wszyscy 

musimy być  czujni, każdy z nas jest potencjalnie 

zagrożony.

-Wspominałeś coś o tym Cameronowi?

-Jeszcze nie.

-To dobrze. I tak nie jest mu lekko. Daj mi znać, 

jeśli na coś wpadniesz.

MJŁOSC PO TEKSASKli

59

- Jasne.   -   Cody  poklepał   brata   po   plecach.   -   Do

zobaczenia.

Cole w milczeniu patrzył za wchodzącym do windy 

Codym. Drzwi zamknęły się za nim bezszelestnie.

Właściwie mógłby zlecić przeprowadzenie docho-

dzenia w kilku innych sprawach, jakie miały miejsce w 

przeciągu   ostatnich   lat.   Im   dłużej   się   nad   tym 

wszystkim   zastanawiał,   tym   bardziej   skłaniał   się   do 

przyznania  racji podejrzeniom Cody'ego.  Najbardziej 

niepokoiło   go   podobieństwo   obu   wypadków.   Nigdy 

nie wierzył w prześladującego Callawayów pecha.

Szybkim krokiem przemierzył korytarz i wszedł do 

pokoju, do którego kilka dni temu przeniesiono Came-

rona.

-Jak   się   czujesz?   -   zapytał   podchodząc   bliżej   i 

zatrzymując się obok łóżka brata.

-Chyba już niedługo mnie wypiszą.

-To mnie wcale nie dziwi - uśmiechnął się Cole. - 

Pewnie już mają cię dosyć i nie mogą się doczekać, 

kiedy się ciebie pozbędą.

Żaden z nich do tej pory nie poruszył tematu śmierci 

Andrei. Lekarz poinformował Camerona o wszystkim, 

kiedy uznał, że jego stan na to pozwala, ale okazało się to 

błędem. Nastąpiło wyraźne pogorszenie stanu jego zdro-

wia. Teraz Cole i Cody czekali, aż brat sam zacznie o tym 

mówić. Cole przysunął sobie krzesło i usiadł koło łóżka.

- Co myślisz o tym, żeby zamieszkać na ranczu?

Obawiał się zadać to pytanie.

-To   chyba   sensowne   wyjście   -   powoli   odrzekł 

Cameron.- Przynajmniej na razie.

-Takiej odpowiedzi się spodziewałem. Letty bardzo 

przywiązała się do Trishy. Tęskniłaby za nią.

-Zaskakujesz   mnie.   Nie   przypuszczałem,   że   ta 

wiedźma może się do kogokolwiek przywiązać,

-Cam!   Co   ty   mówisz?   To   do   ciebie   zupełnie 

niepodobne!

background image

60

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

-W takim razie albo mnie nie znasz, albo zbyt długo 

zachowywałem   tylko   dla   siebie   swoje   zdanie   i 

opinie   na   różne   tematy.   Może   dopiero   wówczas, 

kiedy   otrzesz   się   o   śmierć,   inaczej   patrzysz   na 

życie.

-Co masz przeciwko tej biednej kobiecie?

-Biedna Letty, dobry Boże! Ta jędza sterroryzowała 

wszystkich wokół siebie.

-Cam, a gdyby jej nie było? Kto wtedy by się zajął 

tobą i Codym?

-Miałeś   szczęście   nie   mieszkać   z   nami,   gdy   za-

rządzała   naszym   ranczem.   Mógłbym   przysiąc,   że 

karanie nas za najmniejsze uchybienia i odstępstwa 

od   ustalonego   przez   nią   porządku   sprawiało   tej 

wiedźmie przyjemność.

-Nie miałem o tym pojęcia.

-Wiem. Nigdy ci o tym nie mówiłem. Nie chciałem 

zostawiać   Trishy   pod   jej   opieką,   ale   Andrea 

uważała,   że   moje   zastrzeżenia   są   śmieszne.   Jej 

rodzice zupełnie się nie nadawali do powierzenia im 

dziecka. Sami prawie nie zajmowali się córką.

-Dzwonili do Letty. Proponowali, że zaopiekują się 

dzieckiem, ale ciotka odmówiła.

Cameron uniósł się nieco, jakby szukając wygod-

niejszej pozycji. Cole popatrzył na niego przenikliwie.

-Słuchaj, co ona takiego ci zrobiła?

-Nie   chodzi   mi   o   nic   konkretnego,   raczej   o   jej 

stosunek do wszystkich. Zwłaszcza do Alvarezów. 

Zawsze źle ich traktowała, ale po śmierci rodziców 

było jeszcze gorzej.

-Przecież odejście Tony'ego wszystkich zaskoczyło.

-Właśnie   o   tym   mówię.   Nie   chodzi   mi   o   to,   co 

potem   na   ten   temat   opowiadała   Letty.   Nigdy  nie 

wierzyłem,  że Tony czy Allison naprawdę chcieli 

wyjechać.

Cole podszedł bliżej i przysiadł na łóżku.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

61

-Co chcesz przez to powiedzieć?

-Cole,   byłem   wtedy   na   miejscu.   Ty   zaś   byłeś 

daleko. Widziałem Tony'ego, kiedy wyszedł z daw-

nego   gabinetu   ojca   po   rozmowie   z   ciotką.   Był 

kompletnie   zdruzgotany.   Przeszedł   obok   mnie, 

jakby   mnie   nie

 dostrzegł.   Potem,   kiedy 

dowiedziałem   się,   że   Alvarezowie   wyjeżdżają, 

poszedłem do nich. Allison strasznie płakała. Nigdy 

nie słyszałem tak rozpaczliwego szlochania.

Cole poczuł, że coś dusi go w piersi, dławi oddech.

-Myślisz, że Letty powiedziała im coś takiego, że 

postanowili wyjechać?

-Zawsze   tak   podejrzewałem,   ale   nie   miałem   żad-

nych   dowodów.   Po   odejściu   Tony'ego   przejęła 

rządy   nad   ranczem   i   każdy   musiał   się   jej 

podporządkować.  Tyranizowała   nas,   wszystko 

musiało być tak, jak jej się podobało.

-Jak to się stało, że ja nigdy tego nie dostrzegłem?

-Bo nigdy nie zwracałeś na nią szczególnej uwagi. 

Poza   tym   przy   tobie   miała   się   na   baczności. 

Dopiero gdy wyjeżdżałeś, wszystko zaczynało się 

na   nowo.   Zresztą   przypomnij   sobie:   przez   kilka 

ostatnich   lat  byłeś   rzadkim   gościem   na   ranczu. 

Właściwie wcale się nim nie interesowałeś.

To była  prawda. Tak wciągnęły go interesy i tak 

wiele musiał się jeszcze uczyć, że kupił mieszkanie w 

Austin,   skąd   łatwiej   było   dojeżdżać   do   Dallas   czy 

Houston. Musiał zająć się interesami, nie mając o tym 

zielonego pojęcia, a mógł liczyć na pomoc i życzliwość 

zaledwie kilku osób.

- Uff, Cameron. Muszę ci coś powiedzieć. Dopiero

wówczas kiedy tak mało brakowało, bym cię na zawsze

utracił,   zdałem   sobie   sprawę,   jak   wiele   dla   mnie

znaczysz. Ufam tylko niewielu ludziom. A ty, oprócz

tego,   że   jesteś   moim   bratem,   stałeś   się   też   moim

doradcą i przyjacielem.

background image

61

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

Cameron lekko zmrużył oczy.

-Miło słyszeć, ze mnie doceniasz. Co się stało?

-Właśnie dowiedziałem się o czymś, co w zupełnie 

innym świetle stawia odejście Alvarezów.

-O czynimy mówisz?

   - Kiedy wyjeżdżali, Allison była w ciąży.

Cameron usiadł na łóżku. Jęknął, gdy nagłe poruszenie 

sprawiło mu ból. Opadł na poduszkę.

-Co takiego?

-Rano, nazajutrz po twoim wypadku, zanim jeszcze 

Cody   mnie   odszukał,   spacerowałem   po   plaży. 

Zobaczyłem chłopca, który wyglądał dokładnie tak 

jak Cody,  kiedy miał  czternaście lat. Z wyjątkiem 

oczu.  Miał   czarne   oczy   o   głębokim,   aksamitnym 

blasku,   takie   same,   jak   Tony   i   Allison. 

Zatrzymałem się i zapytałem, kim jest. Powiedział, 

że   nazywa   się   Tony  Alvarez   i   mieszka   z   mamą, 

Allison Alvarez w Mason,  miasteczku położonym 

jakieś   dwieście   kilometrów   stąd   na   południowy 

zachód.   Nosi   nazwisko   po   dziadku,   który   zmarł 

przed jego urodzeniem.

-I myślisz, że...

-Wiem,   że   to   mój   syn.   Nie   mam   co   do   tego 

najmniejszych wątpliwości.

-O Boże! Cole! I co teraz chcesz zrobić?

- Sam nie wiem. Próbowałem to sobie przemyśleć, 

oswoić się z tym. Jednocześnie cały czas martwiłem się 

o ciebie. A teraz dowiaduję się, że powody wyjazdu 

Alvarezów nie są zupełnie jasne.

-Sądzisz, że ciotka wiedziała, że Allison spodziewa 

się dziecka?

-Jest tylko jeden sposób, żeby się tego dowiedzieć.

-Myślisz, że ciotka powie ci prawdę?

To  zastanowiło  Cole'a.   Popatrzył   z   napięciem   na 

brata.

-Uważasz,  że może mnie okłamać?

-Zapewniam cię, że nie byłby to pierwszy raz.

MIŁÓŚĆ PO TEKSAŃSKU

63

- Cameron wzruszył ramionami. - Ciotka zawsze

potrafiła wybronić się z jednego kłamstwa następnym

jeszcze perfidniejszym.

-

Na   Boga,   Cameron,   chyba   naprawdę 

przesadzasz.

       -  Ty zawsze  widzisz tylko to, co chcesz zobaczyć.

Niektórych rzeczy po prostu nie zauważasz. Stale masz

na względzie rodzinną lojalność. A skoro Letty należy

do   rodziny,   automatycznie   jesteś   przeświadczony   ojej

doskonałości i prawości.

Zbił go z tropu tymi słowami.

-Dlaczego   tak   mówisz?   Przecież   stanowimy   rodzinę, 

mamy majątek. I to wcale nie najgorszy. Kiedy dziadek 

Caleb przybył po raz pierwszy do Teksasu...

-Do diabła, Cole, nie zaczynaj od dziadka Caleba. I ty, 

i ojciec zawsze uważaliście go niemal za świętego.  A 

przecież   me   był   nikim   więcej   niż   rewolwerowcem, 

który po wojnie nie mógł wysiedzieć w domu w Ohio

w poszukiwaniu przygód ruszył do Teksasu. Tu udało 

mu   się   zrobić   fortunę,   w   upiększony   z   biegiem   lat 

sposób zawładnąć tym ranczem...

-Przecież je kupił! Nie ukradł, kupił!

-Jasne, że tak. Tyle że za jedną czwartą jego wartości, 

a dotychczasowy właściciel tej posiadłości cieszył się, 

że uszedł z życiem!
-Skąd ty o tym wiesz?

-Dzięki lekturze. Zawsze interesowałem się historią, 

zwłaszcza historią naszego rodu. Nigdy nie mogłem 

wyjść   ze  zdumienia,  jak to się  stało,   że  biorąc   pod 

uwagę   nasze   skromne   początki,   teraz   jesteśmy   tak 

zamożną i powszechnie szanowaną rodziną.

-Gdzie o tym wyczytałeś?

-Na   strychu   znalazłem   sporo   starych   listów   i   ma-

gazynów. Podczas kiedy ty zajmowałeś się ranczem, 

ja  czytywałem   się   w   soczyste   opisy   dawnych 

skandali.

-I nigdy mi o tym nie powiedziałeś?

-Nie. Zresztą wątpię też, czy nasz tata coś o tym

background image

64

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

wiedzie. Bezkrytycznie wierzył w każde słowo swojego 

ojca, zupełnie jak ty.

-I co w tym złego?

-Nic.   Poza   tym,   że   ojciec   nie   zawsze   miał   stu-

procentową racje. Był tylko człowiekiem. Również 

popełniał   błędy.   Ale   ty   ich   nie   dostrzegałeś.   Dla 

ciebie był chodzącą doskonałością. A skoro ciotka 

jest jego siostrą, więc i ona jest doskonała. Cody i 

ja, jako twoi bracia, również.

-Tak daleko się nie posuwam - uśmiechnął się Cole.

-I   dzięki   Bogu,   bo   w   takim   razie   jest   dla   ciebie 

jeszcze   jakaś   nadzieja.   Kiedy   opowiadałem   ci   o 

ciotce, nagle poczułem się jak sadysta, przekonujący 

dzieci, że wcale nie ma Świętego Mikołaja.

-Cameron, przecież nie jestem naiwnym dzieckiem.

-Jesteś, kiedy rzecz dotyczy naszej rodziny. Teraz 

dowiedziałeś   się,   że   masz   syna,   wiesz,   gdzie   on 

mieszka,   ale   nie   zrobiłeś   nic,   by   się   spotkać   z 

Allison. Kogo  chcesz chronić, Cole? Czy chociaż 

raz   w   życiu   zrobiłeś  coś   tylko   dla   siebie?   Czy 

sprawy rodziny i jej opinia zawsze będą dla ciebie 

na pierwszym miejscu?

Cole nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Usiadł i 

w milczeniu patrzył na brata. W jego głowie kłębiły się 

niespokojne  myśli.  Zawsze  robił   to,  czego od  niego 

oczekiwano. A teraz Cameron twierdzi, że to był błąd.

-Cole? Zrobisz coś dla mnie?

-Jasne. O co chodzi?

-No   widzisz?   -   uśmiechnął   się   Cameron.   -   Wy-

szedłbyś ze skóry, choćbym nie wiem czego chciał.

-To jasne. Przecież jesteś moim bratem i...

-Wiem, świetnie wiem. Ale to, o co cię poproszę, 

nie będzie dla ciebie łatwe.

-To nie ma znaczenia. Ja...

-Chciałbym, żebyś teraz wyszedł ze szpitala i już tu 

nie wracał.

MIŁOSC PO TEKSASKU

65

-Co?

-Cody   zabierze   mnie   do   domu.   Wypiszą   mnie 

chyba jutro, najdalej pojutrze. Zapomnij o mnie na 

kilka dni, dobrze?

-Ależ, Cameron...

-Chciałbym,  żebyś  sam sobie zadał pytanie, co w 

tym momencie jest dla ciebie najważniejsze. To nie 

będzie proste, wiem. Nie spiesz się. Jedź do domu 

albo  zostań   tu,   gdzie   się   teraz   zatrzymałeś. 

Siedziałeś przy mnie po szesnaście godzin dziennie. 

Jakoś   udało   ci   się  na   ten   czas   zapomnieć   o 

interesach. Te parę dni cię nie zbawi. Zastanów się, 

co jest  dla  ciebie  najważniejsze.  A potem zacznij 

działać. O to cię proszę. Powiedziałeś, że zrobisz dla 

mnie wszystko. Więc właśnie o to cię proszę.

-Przecież ty sam nie wiesz, jak powinienem postąpić.

-Oczywiście, że wiem - uśmiechnął się Cameron. - 

Ale ty nie wiesz, a mówimy o tobie.

-Skoro   jesteś   taki   mądry,   to   może   oszczędź   mi 

trudu i od razu mi powiedz.

-Nie.   Sam   musisz   do   tego   dojść.   To   ważne,   bo 

wtedy   będziesz   przekonany,   że   robisz   to,   co 

powinieneś.

Dwa   dni   później   Cole   był   w   drodze   do   Mason. 

Posłuchał rady Camerona i pozwolił, by Cody przejął 

opiekę nad bratem.

Uwagi Camerona zachwiały jego pewnością siebie. 

Zwłaszcza opinia brata na temat ciotki Letty. Był nią 

poruszony   do   głębi.   Także   rewelacjami   o   dziadku 

Calebie,   swoim   bezkrytycznym   stosunkiem   do   ojca, 

niedostrzeganiem istotnych spraw, jakie miały miejsce 

w domu.  Jak to możliwe?  Tak doskonale  prowadził 

odziedziczone po ojcu firmy, podwoił, a w niektórych 

przypadkach potroił uzyskiwane dochody. Przecież nie 

był   marionetką,   zawdzięczał   to   sobie.   A   jednak   nie 

dostrzegł tak wielu rzeczy.

background image

66

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

Rodzina była dla niego najważniejsza.

Tony   też   do   niej   należał.   Dopiero   teraz,   kiedy   miał   czas   się   nad   tym 

zastanowić, naprawdę dotarło do niego, żerna syna. Uświadomienie sobie tego 

było tak bolesne, że niemal zbiło go z nóg. Jak to się stało, że przez te wszystkie 

lata nawet o tym nie wiedział? Dlaczego nawet tego nie przeczuwał?

A Allison? Co powinien o niej myśleć? Musi znaleźć odpowiedź na dręczące 

go pytania. A przede wszystkim dowiedzieć się, dlaczego ukryła przed nim fakt, 

że jest w ciąży.

Czy powiedziała o tym ojcu? Może on poinformował o tym Letty?

Początkowo   zamierzał   wypytać   ciotkę,   ale   przypomniał   sobie   słowa 

Camerona. Może rzeczywiście nie powie mu prawdy?

Był pewien, że Allison nie ucieknie się do kłamstwa. Przez tyle lat nigdy go nie 

okłamała.   Aż   do   chwili   kiedy  odgrodziła   się   od   niego   tym   największym 

kłamstwem.

Allison   zajmowała   się   klientami,   którzy   przejeżdżając   obok   galerii, 

postanowili   wstąpić   na   chwilę,   kiedy   zobaczyła   wjeżdżający   na   plac   duży 

luksusowy samochód.

Podobne   samochody   często   przejeżdżały   przez   miasteczko,   ale   od   razu 

poczuła, że tym razem stanie się coś ważnego/Natychmiast obudził się w niej 

instynkt osaczonego zwierzęcia.

Z   dziwnym   poczuciem   nieubłaganej   nieuchronności  patrzyła   na   auto, 

podjeżdżające na parking przed galerią.

A więc Cole przybył.

Zwróciła się do klientów:

- Te wszystkie prace zostały wykonane przez miejscowych artystów.

Odwróciła się, słysząc skrzypniecie drzwi.

Lata zmieniły jego wygląd. Wydawał się wyższy,

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

67

potężniejszy.  Był  ubrany zwyczajnie - w kowbojską  koszulę, wysokie buty i 

znoszone dżinsy, podkreślające jego muskularne nogi. Poznałaby go zawsze, ale 

jednak jakoś dziwnie się zmienił. Zniknął gdzieś dawny uśmiech, rysy nabrały 

surowego wyrazu.  Zwężone  oczy lekkim blaskiem rozjaśniały jego mroczną 

twarz.

- Cześć, Cole. Dawno się nie widzieliśmy.

Nie wiedział, czego powinien się spodziewać, ale stojąca przed nim kobieta 

w   niczym   nie   przypominała   tamtej   nastolatki,   którą   widział   po   raz   ostatni. 

Promieniowała od niej stanowczość i pewność siebie.

Zachowała długie włosy. Splecione w warkocz, spadały jej na ramię. Miała na 

sobie   szeroką   różnobarwną   spódnicę,   dopasowaną   do   niej   bluzkę,   miękkie 

mokasyny   i   opaskę   z   koralików.   Jej   jak   dawniej   jasna  cera   stanowiła 

zaskakujący kontrast z czarnymi oczami i włosami.

- To strój indiański? - zapytał, mierząc ją spojrzeniem od stóp do głów.

Jeden z klientów roześmiał się w głos.

-Mogę w czymś pomóc? - zwróciła się do Cole'a, patrząc na niego surowo.

-Dobre pytanie. Zastanowię się - odrzekł i zajął się oglądaniem eksponatów.

Allison podeszła do pozostałych klientów,

-Kochanie,   nie   będziemy   odrywać   pani   od   pracy  -   odezwała   się   jedna   z 

kobiet. - Sami wszystko obejrzymy.

-Bardzo proszę - uśmiechnęła się Allison. - W razie gdybyście państwo mieli 

jakieś pytania, jestem w pracowni na zapleczu.

Odgarnęła zasłonę z paciorków, podeszła do biurka i usiadła. W porządku. 

Przyjechał. To jeszcze nie jest koniec świata. Przeczuwała, że Cole ją odnajdzie. 

Ale ona nie jest już taka jak kiedyś. Przestała być dzieckiem. Ma trzydzieści 

dwa lata i sama wychowała

background image

68

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

czternastoletniego syna. Ma dobry zawód, jest niezale-

żna. Nie onieśmieli jej teraz żaden mężczyzna, nawet 

Callaway.

Usłyszała skrzypnięcie drzwi i podniosła się, żeby 

sprawdzić, czy nie przyszli kolejni klienci.

-Spokojnie.   -   Cole   rozchyli!   zasłonę   i   wszedł   do 

pracowni.   -   Wszyscy   właśnie   wyszli.   Często   tak 

przychodzą, żeby tylko pooglądać eksponaty?

-Zdarza się.

-Dla galerii to żaden interes, co?

-Zdziwisz   się.   To,   co   tu   zobaczyli,   pobudzi   ich 

wyobraźnię. Bardzo możliwe, że kiedy następny raz 

będą tędy przejeżdżać, nie oprą się pokusie, znów tu 

przyjdą i wtedy coś kupią.

-A jeśli do tego czasu sprzedasz to, co im wpadło w 

oko?
-Sami decydują się na takie ryzyko.

-Tak. Cieszę się, że cię widzę, Allison. Próbowałem 

sobie wyobrazić, jak wyglądasz, ale po tylu latach 

to nie było łatwe.

-Nie spodziewałeś się Indianki, co?

-Nie - uśmiechnął się.

-Ubieram   się   tak,   bo   po   pierwsze,   to   bardzo 

wygodny   strój,   a   po   drugie,   ludzie   oczekują   od 

artystki, by była nieco ekscentryczna.

-Rozumiem, to twoja technika marketingu.

-Właśnie.

-Gdzie jest Tony?

Do   tej   pory   siedziała   na   krześle   i   nie 

zaproponowała  mu,   by   usiadł.   Nie   przejął   się   tym. 

Oparł   się   o   framugę   i   skrzyżował   ręce   w   niedbałej 

pozie.

Allison wyprostowała się powoli. Zaskoczył ją tak 

niespodziewaną zmianą tematu.

-Dlaczego pytasz?

-Z ciekawości.

-Jest teraz u kolegów.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

69

-U tych samych, z którymi był nad morzem?

-Tak.

-Mieszkają gdzieś w pobliżu?

-Tak.

Westchnął i wyprostował się powoli.

-O której zamykasz galerię?

-Za jakieś piętnaście minut - odrzekła, zerkając na 

zegarek.

-To dobrze. Moglibyśmy gdzieś porozmawiać?

-Jest   parę   miejsc.   Wystarczy   jednak   się   w   nich 

pokazać,   a   za   parę   dni   będzie   o   tym   mówić   całe 

miasto. Na tym polega urok małych miejscowości. 

Wszyscy się znają.

-Chciałbym porozmawiać z tobą na osobności.

Popatrzyła na niego uważnie. Tak bardzo się zmie-

nił, ale chyba nadal pozostał uparty jak dawniej. Po co 

przyjechał do Mason? Żeby z nią porozmawiać? Nie 

odjedzie, póki tego nie uczyni.

- Może pojedziemy do mnie - zaproponowała.

-O której Tony wróci do domu? To 

nie jego sprawa.

-Wystarczy nam czasu - odrzekła tylko.

O wpół do szóstej opuściła roletę na wystawie.

- Mam samochód za sklepem. Zaraz tu podjadę.

Przytrzymała  otwarte drzwi.  Popatrzył  na nią po-

dejrzliwie. Uśmiechnęła się do niego. Czyżby obawiał 

się, że go wystrychnie na dudka? Czy przypuszczał, że 

spróbuje   uciec?   Zamknęła   za   nim   drzwi,   włączyła 

nocne oświetlenie. Zabrała z szuflady torebkę i wyszła.

Wąską   uliczką   za   domem   dojechała   do   głównej 

ulicy i skręciła w prawo. Cole już siedział w samo-

chodzie. Patrzył na nią. Zatrąbiła i wyminęła go. Od 

razu ruszył za nią.

Na rogu skręciła w lewo i skierowała się w stronę 

otaczających  miasto  wzgórz.   Podjechała  pod  zbudo-

wany z cegły, utrzymany w stylu rancza budynek. Po

background image

70

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

drodze przykazała sobie, żeby pod żadnym pozorem 

nie zdradzić swoich uczuć.

Przez   wiele   lat   Cole   Callaway   był   w   jej   życiu 

najważniejszą   osobą,   ale   teraz   już   nic   dla   niej   nie 

znaczył.   Po   prostu   nie   istniał.   Miał   swoje   powody, 

które skłoniły go do odszukania jej, i z pewnością zaraz 

je wyłoży. Dopóki to się nie stanie, będzie traktować 

go uprzejmie, jak każdego innego gościa. Jak obcego.

Zaparkowała   przed   garażem.   I   tak   musi   jeszcze 

pojechać   po  zakupy.   Jednocześnie   wysiedli   z   samo-

chodów.

-Masz ładny dom -stwierdził Cole, rozglądając się 

po   spokojnej   okolicy,   skąd   roztaczał   się   piękny 

widok na leżące w dolinie miasteczko.

-Można stąd nawet zobaczyć zegar na wieży.

-Jak długo tu mieszkasz?

-Niemal dziesięć lat.

Nie odezwał się na to ani słowem.

Podprowadziła go do frontowego wejścia, z którego 

oboje z Tonym rzadko korzystali. Otworzyła zamek i 

pchnęła   drzwi.   Cole   przepuścił   ją   przed   sobą.   Nie 

chciała się upierać, weszła pierwsza. Korytarzem od-

dzielającym salon i jadalnię poszła do pokoju połączo-

nego z kuchnią. Za szklaną taflą drzwi prowadzących 

na patio rysowały się oświetlone zachodzącym  słoń-

cem wzgórza.

-Może posiedzimy na dworze? Czego się napijesz?

-Masz piwo?

-Sprawdzę.   -   Kuchnię   oddzielał   od   pokoju   tylko 

niewielki   barek.   Patrzył,   jak   podchodziła   do 

lodówki i zaglądała do środka. - Masz szczęście.

Postawiła na blacie butelkę, sobie nalała lemoniady.

-Podać ci szklankę do piwa?

-Raczej   nie.   -   Uśmiechnął   się   do   niej.   -   Jakoś 

nikomu   nie   udało   się   ucywilizować   mnie   do   tego 

stopnia.
Popatrzyła na niego zadziornie.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

71

- Wątpię, czy w ogóle ktokolwiek próbował tego

dokonać.

Podała mu piwo, wzięła szklankę i wyszła na patio. 

Słońce było już nisko, na ziemię kładły się pierwsze 

wieczorne cienie. Usiedli w wygodnych fotelach.

-I jak, podoba ci się to miejsce? - zapytała 

pogodnie.

-Zachowujesz się tak, jakby moja wizyta wcale cię 

nie zaskoczyła.

-Dlaczego   miałaby   mnie   zaskoczyć?   Tony   opo-

wiedział mi o waszym spotkaniu. Przypuszczałam, 

że możesz się pojawić, jeśli nie z innych powodów, 

to choćby z ciekawości.

-Uważasz,   że   to  dlatego  przyjechałem?   -  zapytał, 

marszcząc gwałtownie brwi. -Że skłoniła mnie do 

tego tylko ciekawość?

-Po prostu nic innego nie przychodzi mi do głowy. 

Ale jeśli jest inny powód, to chętnie go poznam.

Upił łyk piwa. Próbował pozbierać myśli. Spodzie-

wał się różnych rzeczy — złości, buntu, prób obrony, 

nienawiści. Z tym wszystkim jakoś by sobie poradził.

Ale to? Niczego nie pojmował, nie mógł  jej zro-

zumieć.

- Myślę, że przyjechałem tutaj, bo chciałbym zna

leźć odpowiedź na parę pytań - powiedział w końcu.

Popatrzyła na niego ze zdumieniem.

-O co chcesz pytać?

-O wszystko. Dlaczego razem z ojcem opuściliście 

ranczo,   dlaczego   nie   powiedziałaś   mi   o   tym,   że 

zamierzacie   wyjechać,   a   najważniejsze:   dlaczego 

ukryłaś   przede   mną   fakt,   że   spodziewasz   się 

dziecka.   Czy  potrafisz   sobie   wyobrazić,   co 

przeżyłem, kiedy przypadkiem spotkałem Tony'ego 

i   nieoczekiwanie   odkryłem,   że   jestem   ojcem? 

Staram   się   to   wszystko   zrozumieć   i   nie   potrafię. 

Noc  w noc leżę w łóżku  i zastanawiam się. Stale 

wyrzucam sobie to, co stało się  tamtego  dnia  nad 

jeziorem. Przecież dobrze wiedzia-

background image

72

MIŁOŚĆ PO TEK5ASKU

łern,   że   nie   powinienem   tego   robić.   Ani   razu   nie 

pomyślałem o możliwych konsekwencjach. Ani razu. 

Ale kiedy wyjeżdżałem, wiedziałaś, że przyjadę do domu 

na Boże Narodzenie. Miałaś mój adres. Czy nie mogłaś 

mi wybaczyć? Czy miałaś do mnie aż taki żal, że uznałaś, 

że nie zasługuję, by wiedzieć, że będziemy mieć dziecko? 

Allison   wpatrywała   się   w   niego   z   rosnącym   niedo-

wierzaniem.   Kiedy   umilkł,   przez   chwilę   nie   mogła 

znaleźć słów.

- Próbujesz mi wmówić, że nie wiedziałeś, dlaczego

opuściliśmy ranczo? Że nie miałeś pojęcia, że byłam

w ciąży? Jeśli to prawda, to martwię się o ciebie. To był

dla ciebie rzeczywiście bardzo trudny okres, pewnie

najtrudniejszy   w   życiu.   Ale   nie   mogę   uwierzyć,   że

próbując uśmierzyć  cierpienie, wymazałeś z pamięci

wszystko, co wtedy zaszło.

Mówiła   cichym,   uspokajającym   tonem,   który   go 

rozdrażnił. Zacisnął usta.

-Niczego nie zapomniałem, Allison. Niczego!

-Nie   mogę   w   to   uwierzyć.   Ale   jeśli   chcesz,   od-

świeżę ci pamięć. Ojciec i ja wyjechaliśmy z rancza 

w tydzień po pogrzebie twoich rodziców z bardzo 

prostego powodu: twoja ciotka zwolniła go z pracy, 

dając mu czterdzieści osiem godzin na spakowanie 

rzeczy i wyniesienie się z domu.

Popatrzył na nią ze zdumieniem.

-Niemożliwe! Nie mówisz tego serio!

-Tak było.

-Ale dlaczego? Czyżby dowiedziała się... nie, oczy-

wiście,   że   nie.   Przecież   wtedy   nawet   ty   sama 

jeszcze o tym nie wiedziałaś...

-O   dziecku?   Och,   dopiero   by  się   ucieszyła!   Nie, 

wtedy nie mogła o tym wiedzieć.

-Powiedziała mi, że kiedy twój tata dostał spadek 

po   ojcu,   zrezygnował   z   pracy,   bo   zamierzał 

przenieść się do Kolorado.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

73

Allison potrząsnęła głową.

-Twoja   ciotka   nie   mogła   się   doczekać,   by   nas 

wyrzucić   z   rancza.   Kiedy   zwolniła   ojca,   nie 

wiedzieliśmy nic o spadku. Gdyby  nie to, że tata 

zawczasu poprosił o przesyłanie korespondencji na 

nowy adres, z pewnością nigdy byśmy się o tyra nie 

dowiedzieli. To adwokat napisał do nas.

-Do Kolorado?

Popatrzyła na niego ze zdumieniem.

-Ależ   skąd!   Nie   wiedzieliśmy,   dokąd  jechać   i   na 

początku   zatrzymaliśmy   się   w   San  Antonio.   Tata 

nie mógł dojść do siebie po śmierci twojego ojca. 

Był w kiepskim stanie. Myślę, że to wszystko się na 

to złożyło - szok po śmierci przyjaciela, wyrzucenie 

z   rancza.   Przez   kilka   tygodni   był   jak   nie   z   tego 

świata.   Potem   przypadkiem   spotkał   dawnego 

znajomego, jeszcze z czasów, kiedy brał udział w 

rodeo. Ten człowiek miał tu dom i zaprosił nas do 

siebie.   Przyjechaliśmy   na   weekend.   Tacie 

zaproponowano pracę na ranczu. Zgodził się.

-Przecież  mając  spadek  już  nie  musiał   pracować. 

Powinno mu wystarczyć na spokojne życie.

- Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy o spadku.

Allison zapatrzyła się na pogrążone w mroku

wzgórza. Odezwała się po długiej ciszy.

- To wiadomość o tym, że jestem w ciąży, zabiła go.

Powoli   zaczynał   dochodzić   do   siebie,   pogodził   się

z tym, że musiał opuścić ranczo. Czasami nawet myślę,

że był  zadowolony, że tak się stało. Tam codziennie

myślałby   o   twoim   ojcu,   poza   tym   oboje   woleliśmy

zapomnieć o twojej ciotce. Tata zaczynał się czuć tutaj

u siebie, nawet znalazł małą posiadłość, którą zamie-

rzał kupić. Wtedy powiedziałam mu, że jestem w ciąży.

Nie   mogłam   już   dłużej   czekać.   Kiedy   się   o   tym

dowiedział, stał się jakoś dziwnie wyciszony. Z nikim

nie chciał rozmawiać. Kiedy mój stan zaczaj być

background image

74

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

widoczny, rozpowiedział wokół, że kilka tygodni po 

ślubie mój  mąż zginął, a ja powróciłam do panieńs-

kiego nazwiska, nie wiedząc, że jestem w ciąży. Nie 

patrzyła na niego.

-Często   przesiadywał   tu   wieczorami   i   patrzył   na 

mnie   spojrzeniem   tak   pełnym   smutku,   że   nie 

mogłam tego znieść. Tylko ja mu pozostałam i tak 

go rozczarowałam. Pewnego wieczoru położył się i 

więcej nie  obudził. Myślę, że nie chciał żyć. - Jej 

głos stawał się coraz cichszy.

-Allison, dlaczego mi  nie dałaś znać, że jesteś w 

ciąży?

Popatrzyła   na   niego   tak,   jakby   zdziwiła   ją   jego 

obecność.

-Wolisz   to   tak   pamiętać,   Cole?   Czy   tak   jest   ci 

łatwiej? Zawsze zastanawiałam się, jak usprawied-

liwiasz swoje zachowanie przed samym sobą.

-O czym ty mówisz?

-Posłuchaj, Cole. Teraz jesteśmy sami, tylko ty i ja. 

Nie musisz kłamać, bronić się czy usprawiedliwiać. 

To  było   dawno   temu.   Ale   nie   udawaj,   że   nie 

czytałeś   tych   wszystkich   listów,   które   do   ciebie 

pisałam.   Na   początku   wysyłałam   je   codziennie. 

Potem,   kiedy   nie   odpowiadałeś,   raz   na   tydzień. 

Później napisałam ci o dziecku. Nie odpisałeś mi 

ani na jeden. I to wystarczyło za odpowiedź.

ROZDZIAŁ PIĄTY

- Allison! Co ty mówisz? Nigdy nie dostałem od

ciebie żadnego listu. Nie pamiętasz już? Przecież nie

znosiłaś pisania listów. Przez pierwszy rok w szkole na

Wschodzie,   kiedy   nie   mogłem   się   pozbierać   i   tak

tęskniłem   za   domem,   ciągle   cię   prosiłem,   żebyś 

napisała   do  mnie   chociaż   słowo.   Wysłałaś  mi   wtedy 

kartkę

 

na

Dzień Zakochanych. I na tym się skończyło.

Miał   rację,   nie   lubiła   pisać.   Zresztą,   pochłonięta 

szkołą   i   swoimi   zajęciami,   nie   miała   na   to   czasu. 

Dopiero kiedy opuścili ranczo, musiała podzielić się z 

kimś   swoimi   uczuciami   i   tęsknotą   za   miejscem,   w 

którym   się   wychowała.   Dopiero   wtedy   zrozumiała, 

dlaczego Cole tak błagał ją o listy. Ten pierwszy rok w 

szkole,   z   daleka   od   bliskich   i   wszystkiego,   co   tak 

dobrze znał, musiał być dla niego straszny. Ale wcześ-

niej to do niej nie docierało.

- Pisałam  do  ciebie   później,   jak   już   opuściliśmy

ranczo. Podałam ci nasz adres w San Antonio, a potem

numer naszej skrytki pocztowej w Mason.

Pochylił się ku niej. Był teraz całkiem blisko.

- Nie dostałem od ciebie ani jednego listu, słyszysz?

Ani jednego. Nie miałem pojęcia o waszym wyjeździe

z   rancza.   Dowiedziałem   się   o   tym   dopiero,   kiedy

przyjechałem   do   domu   na   Boże   Narodzenie.   Byłem

przekonany, że jesteście w Kolorado.

Wezbrała w niej złość.

- Nigdy nie byliśmy w Kolorado! I nie obchodzi

mnie, co powiedziała twoja walnięta ciotka!

background image

76

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

-Nie mów o niej w ten sposób!- Cole poderwał się z 

miejsca. ,

-No   tak,   oczywiście.   -   Allison   również   wstała.   - 

Należy do Callawayów, więc nie można powiedzieć 

o niej złego słowa.

-Nigdy tak nie mówiłem.

-Nie   musiałeś,   Cole.   Świetnie   wiem,   jaki   masz 

stosunek do swojej rodziny. Z ciotką jest coś nie w 

porządku.   Nienawidzi   całego   świata   i   każdego  z 

osobna,   a   zwłaszcza   nie   mogła   znieść   nikogo   z 

mojej  rodziny.  Zawsze tak było. I nie udawaj, że 

tego też nie pamiętasz!

-Niczego nie próbuję udawać.

Odwróciła się i odeszła od niego o parę kroków.

- Dobrze. Nie udajesz - powiedziała, nie patrząc na

niego. - Twierdzisz, że nigdy nie dostałeś ode mnie

żadnej wiadomości. Ala ci powtarzam, że wysłałam do

ciebie przynajmniej tuzin listów... a już z pewnością

ten, w którym donosiłam ci, że zostaniesz ojcem.

Stanął za nią, położył ręce na jej barkach.

-Allison, kochanie, naprawdę myślisz, że gdybym 

dostał taki list, nie wróciłbym do ciebie najbliższym 

samolotem?

-Nie - odrzekła stanowczo.

-Dlaczego tak uważasz? - zapytał ze zdumieniem.

-Dlatego,   bo   ciągle   pisałam   do   ciebie,   ale   ty  nie 

przyjechałeś,

Obrócił ją twarzą do siebie.

- Myślisz, że cię okłamuję?

Popatrzyła mu prosto w oczy. Płonęły z gniewu, ale 

musiała uwierzyć  w jego szczerość. Po raz pierwszy 

przemknęło jej przez myśl, że chyba mówi prawdę.

To by wszystko zmieniało. Może naprawdę jej listy 

do niego nie dotarły. To by stawiało w innym świetle 

całe   dotychczasowe   życie,   zwłaszcza   ten   najgorszy 

okres, kiedy oboje stracili rodziców.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

77

Przepełnił ją nagły smutek. Uniosła do ust drżące 

palce, by uciszyć na nowo obudzony ból.

-Ale   jak   to   możliwe?   -   wyszeptała   po   długim 

milczeniu.

-Nie  mam   pojęcia.  Nic   z  tego  nie   rozumiem,   ale 

stanę   na   głowie,   żeby   to   wyjaśnić.   Kiedy   w 

październiku wyjeżdżałem do szkoły, umówiliśmy 

się, że podczas świątecznych ferii omówimy plany 

związane z naszym ślubem. Obmyśliłem wszystko, 

nawet podróż  poślubną, ale kiedy przyjechałem do 

domu,   okazało   się,   że   wyjechaliście,   zostawiając 

ciotkę   i   moich   braci   na   łasce   losu.   Nie   miał   kto 

prowadzić   rancza.   Połowa   pracowników   odeszła. 

Wszystko   było   w   rozsypce.  Chciałem   zostać,   ale 

ciotka przekonała mnie. że muszę wracać do szkoły, 

że wykształcenie jest najważniejsze.

Patrzyła   na   niego   z   przerażeniem   i   niedowierza-

niem. To, co mówił, miało sens.

-W jaki sposób wysyłałaś listy?

-Słucham? - zdumiała się.

-Pytam cię, jak wysyłałaś te listy. Czy on 

zwariował? O co mu chodzi?

- Wysyłałam  je  tak jak  każdy.   Wrzucałam  je  do

skrzynki na poczcie.

- Ty je wrzucałaś? Osobiście?

Zastanowiła się przez chwilę.

- Właściwie nie wiem. Myślę, że dawałam je ojcu,

kiedy jechał do miasta... - urwała nagle.

Oboje milczeli. Cole nie wiedział, co powiedzieć. 

Czy mógł oskarżyć Tony'ego, że nie wysyłał listów? 

Jakie   miałby   powody?   Przyjaźnił   się   z   jego   ojcem, 

dobrze   wiedział   o   łączącej   jego   i   Allison   sympatii. 

Wprawdzie nie rozmawiał z nim o tym wprost, zresztą 

ze   swoim   ojcem   też   nie,   ale   przecież   obaj   o   tym 

wiedzieli. Allison i Cole byli jeszcze dziećmi i mieli całe 

życie przed sobą. Aż do dnia, kiedy ich świat legł w 

gruzach.

background image

78

MIŁOŚĆ PO TEK5A5KU

Allison gorączkowo starała się przypomnieć sobie 

tamte tygodnie. Chyba jednak wysiała sama przynaj-

mniej kilka listów? Chociaż... Był to czas, kiedy tata 

był   w   marnej   formie.   Namawiała   go   na   spacery   po 

mieście.   Może   aby   go   do   tego   nakłonić,   prosiła   o 

wrzucenie   po   drodze   listu?   A   potem,   kiedy   już 

mieszkali w Mason? Zwykle rano spotykał się na kawie 

ze znajomymi.  Czy to nie jest oczywiste, że właśnie 

wtedy zabierał ze sobą jej list?

-Nie mogę w to uwierzyć - wyszeptała wreszcie, z 

trudem tłumiąc gniew.

-Ja   też   nie.   Nie   potrafię   doszukać   się   w   tym 

jakiegoś sensu. - Milczał przez chwilę. - Czy twój 

tata zostawił jakieś listy czy papiery?

Potrząsnęła przecząco głową.

-Pieniądze   ze   spadku   włożył   do   banku   na   ter-

minowy   rachunek.   Zamierzał   kupić   dom.   Kiedy 

zmarł   tak   nagle,   nie   wiedziałam,   co   robić.   Tony 

urodził się w niecały miesiąc po jego śmierci.

-Jak dałaś sobie radę?

-Przeprowadziłam   się   do   miasteczka,   wynajęłam 

domek   koło   poczty.   Sąsiedzi   mi   pomogli.   Kiedy 

Tony podrósł i mógł zostawać z nianią, zaczęłam 

pracować z miejscową rzeźbiarką. Po kilku latach 

mogłam już kupić galerię. Zdobyłam parę nagród, 

wyrobiłam   sobie   nazwisko   i   moje   prace   powoli 

znajdowały nabywców. Dzięki temu mogłam kupić 

ten dom.

-Jednym słowem, odniosłaś sukces.

-Tak.

Zawdzięczała go tylko sobie. Zaparła się, że pokaże 

Callawayom,   iż   potrafi   tego   dokonać,   że   nie   są   jej 

potrzebni. I ona, i Tony świetnie sobie radzili.

-Allison?

-Słucham.

-Czy Tony wie, kim jestem?

MTŁOSĆ PO TEKSASKU

79

Pospiesznie starała się powrócić do teraźniejszości. 

Cofnęła się.

-Nie. Nie wie niczego na temat Callawayów. Wie 

tylko,   że   wychowałam   się   na   ranczu   w 

południowym

 Teksasie,   a   do   Mason 

przeprowadziliśmy   się   na   krótko  przed   jego 

narodzeniem.

-Ale przecież musiał cię pytać o ojca.

-Tylko   na   początku.   Powiedziałam   mu,   że   jego 

ojciec był sierotą, dlatego nie mamy żadnej rodziny. 

Potem  znalazł sobie ludzi, którzy zastąpili mu ojca, 

pokazali   Jak  prowadzić   ranczo,   wprowadzili   w 

tajniki rodeo.

-Rodeo? Jest tym zainteresowany?

-Uwielbia rodeo. W ogóle kocha życie.

-Pozwolisz mi go poznać?

-W naszej sytuacji to byłoby raczej niewskazane.

-Do   diabła,   Allison,   skończmy   z   tym   wreszcie. 

Zaczynam rozumieć, że nie wszystko było tak, jak 

to sobie wyobrażałem.  Oboje błędnie ocenialiśmy 

to, co się wydarzyło, ale teraz spróbujmy znaleźć 

jakieś rozwiązanie...

-Nie chcę niczego zmieniać, Cole. Nie potrzebuje-

my ciebie. Wiem,  czym  to by się skończyło.  Nie 

chcę,   byś   znów   wyrządził   mi   krzywdę. 

Callawayowie już dosyć nam dopiekli.

-Ja   miałbym   cię   skrzywdzić?   Co   ty   opowiadasz, 

przecież   kochałem   cię!   Nigdy   nie   mógłbym   cię 

skrzywdzić, wiesz o tym!

W   mroku   nie   widziała   jego   twarzy.   Nawet   nie 

spostrzegli, kiedy zapadła noc. Powinna zapalić świat-

ło albo zaprosić go do środka. A najlepiej by zrobiła, 

gdyby kazała mu stąd odejść. Mogła spróbować, ale w 

głębi duszy coś ją przed tym ostrzegało.

Najgorsze, że całkiem zbił ją z tropu. Zachowywał 

się tak, jakby to on został oszukany i pokrzywdzony. 

Aż nie mogła w to uwierzyć,  biorąc pod uwagę, że 

sama zawsze była...

background image

80

MILO

 

SC

 

PO

 

TEKSASKU

Osunęła się na krawędź krzesła.

- Nie wiem, co robić - wyznała na głos.

Usiadł obok niej.

-Proponuję, żebyśmy teraz coś zjedli. Nie wiem jak 

ty,  ale ja od rana nie miałem nic w ustach, a jak 

mam pusty żołądek, to nie mogę myśleć.

-Och, ty zawsze byłeś ciągle głodny. Założę się, że 

zamiast   żołądka   masz   worek   bez   dna...   -   urwała 

gwałtownie,   nieoczekiwanie   uświadamiając   sobie, 

że  mimowolnie   powróciła   do   ich   dawnego 

przekomarzania  się.   Zupełnie   jakby  nie   było   tych 

piętnastu   lat.-   Chodźmy   do   środka,   poszukam 

czegoś do jedzenia.

Poszedł za nią. Usiadł na barowym stołku i przy-

glądał: się, jak wyjmowała z lodówki szynkę, jarzyny i 

resztki sałatki owocowej,

-Tony już chyba  niedługo przyjdzie? - zapytał  po 

chwili,

-Nie wraca dzisiaj na noc.

-Jak to?

Kusiło ją, żeby oznajmić mu, że taki ojciec jak on 

nie ma żadnego prawa dopytywać się o syna, ale nie 

mogła się na to zdobyć, A gdyby to ona była na jego 

miejscu? Jak by się zachowała, gdyby nagle dowiedzia-

ła się o istnieniu dziecka, o którym nie miała pojęcia?

Cole   i   tak   panował   nad   sobą   lepiej,   niż   ona   by 

potrafiła  w podobnej sytuacji.  W ogóle  był  bardziej 

powściągliwy niż kiedyś.

- Został na noc u kolegi na ranczu pod miastem.

Codziennie po szkole trenują jazdę konną. Dzisiaj jest

piątek, więc pozwoliłam mu przenocować.

-Aha. Teraz już wie.

-A twoje plany na wieczór? – zapytał ostrożnie 

Cole.

-Jakie moje plany?

- Pewnie w weekendy zwykle gdzieś wychodzisz.

Może ci przeszkodziłem?

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

81

-Nie,   nie   przeszkodziłeś.   Prawdę   mówiąc,   mój 

przyjaciel akurat musiał wyjechać.

-Ach, tak.

Oboje umilkli. Nie wiedział, co powiedzieć, żeby nie 

wyglądało to na wścibstwo. W końcu chrząknął.

- Wiem,   że   to   może   zabrzmi   nieco   dziwnie,   ale

naprawdę   bardzo   bym   chciał,   żebyśmy   znów   zostali

przyjaciółmi.

Allison szykowała talerze, sztućce i szklanki. Od-

powiedziała od razu. Nie patrzyła na niego.

-Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.

-Ale, na miłość boską, dlaczego?

-Dlatego, że to nic nie da. Stale bym czuła, że mnie 

obserwujesz i oceniasz, czy wychowałam Tony'ego 

tak, jak ty byś sobie tego życzył...

-Zaraz,   Allison,   poczekaj.   Jeśli   jeszcze   tego   nie 

powiedziałem, to wiedz, że jestem dla ciebie pełen 

uznania. Tony jest wspaniałym dzieckiem - ciepły, 

przyjaźnie nastawiony do ludzi, dobrze wychowany. 

Potrafi się zachować, nie jest ani nieśmiały, ani zbyt 

swobodny. Oczarował mnie. Chyba nie sądzisz, że 

przyjechałem   tutaj,   żeby   spowodować   jakieś 

kłopoty. Allison, przecież to ja, Cole. Znasz mnie 

od dziecka. Kiedy zmieniłem się w potwora?

Nie   odpowiedziała   na   to   -   wystarczył   wyraz   jej 

twarzy.

Westchnął i przesunął rękami po włosach.

-Ach, już rozumiem. Wówczas, gdy nie odpisałem 

na twoje mityczne listy.

-Nie były mityczne. Były prawdziwe.

-Wiem, Chodziło mi tylko o to... do diabła, sam już 

nie wiem, o co mi chodziło. Cały czas próbuję znaleźć 

coś, na czym moglibyśmy od nowa zbudować naszą 

znajomość.
-Nie chcę żadnej znajomości.
-No dobrze, ja chcę. To jest dla mnie bardzo

background image

82

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

ważne. Rodzina jest dla mnie naprawdę najistotniej-

sza.

Ustawiła   półmiski   na   barze   i   usiadła   na   wprost 

niego.

-Myślisz,   że   o   tym   nie   wiem?   Rodzina   jest   dla 

ciebie najważniejsza. Ale ja nie jestem dla ciebie 

rodziną. Pamiętaj o tym. A Tony jest moim synem.

-Tony jest Callawayem.

-Spróbuj to udowodnić.

-Przecież wystarczy tylko na niego spojrzeć...
-To nie jest żaden dowód. Popatrzył 

na nią ze zdumieniem.

-Myślisz o rozprawie sądowej?

-A ty nie?

-Oczywiście,   że   nie.   Nie   chcę   ci   stwarzać   prob-

lemów.

-Już to zrobiłeś. Nawet twój przyjazd jest dla mnie 

problemem.   Jeśli   Tony  się   o   tym   dowie,   zasypie 

mnie pytaniami. Będzie chciał wiedzieć, czy dobrze 

się  znamy, dlaczego mu o tobie nie wspomniałam, 

dlaczego nigdy u nas nie byłeś i...

-Dobrze, już dobrze. Ale przecież możemy  coś z 

tym zrobić. Chciałbym go poznać. Co w tym złego?

Nie chciała widzieć niepokoju malującego się w jego 

oczach, słyszeć bólu w jego głosie. A nade wszystko nie 

chciała znów ulec jego urokowi. Już i tak nieopatrznie 

raz się jej coś wyrwało, tak łatwo podjęła ich dawny 

sposób przekomarzania się ze sobą. Odnowioną znajo-

mość   może   przypłacić   jedynie   kolejnym   zawodem. 

Nie mówiąc już o tym, jaką katastrofą mogłoby się to 

okazać dla Tony'ego.

-Masz jakiś pomysł? - zapytała w końcu, bawiąc się 

jedzeniem na talerzu.

-Mhm...   -   Najwyraźniej   zaskoczyła   go   tym   pyta-

niem. - Za parę tygodni zaczną się wakacje. Może 

byście przyjechali na ranczo, na...

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

83

-To wykluczone.

-Dlaczego?

-Nie   mam   zamiaru   znaleźć   się   w   pobliżu   twojej 

ciotki.
-Och, Allison, nie bądź taka uparta.

-Nie ma mowy.

-Dobrze. A jeśli wyślę  ją na jakąś wycieczkę, co 

wtedy? Zgodzisz się przyjechać?

-Nie wiem.

-Cameron i Cody mieszkają na ranczu. Nie mówi-

łem ci,   ale  tego dnia,   kiedy  spotkałem Tony'ego, 

Cameron i jego żona mieli wypadek. Ona zginęła 

na miejscu, a mój brat został ciężko ranny.

-Och, nie! To okropne!

- Ma małą córeczkę, Trishę. Nie ma jeszcze roku.

Powstrzymywane dotąd łzy raptownie napłynęły jej

do oczu. Teraz mogła sobie na nie pozwolić.

-Gdybyś   zgodziła   się   przyjechać,   to   Cameron 

miałby na co czekać.

-Muszę to jeszcze przemyśleć.

-Zgoda.   Nie   musisz   się   spieszyć.   Chciałbym   też, 

żebyś porozmawiała z Tonym i powiedziała mu o 

mnie.

-Powiedzieć mu, że jesteś jego ojcem? - przeraziła 

się.

-Niech się przynajmniej dowie, że wychowaliśmy 

się   razem.   -   Poczuła   ciarki   na   plecach   pod   jego 

stanowczym spojrzeniem. - Niech wie, że zawsze 

byłaś dla mnie ważna.

-Jeśli zdecyduję się przyjechać, to zrobię to tylko 

po to, żebyś mógł go poznać. Ze mną to nie będzie 

miało nic wspólnego.

-Skoro tak chcesz.

-Tak.

-Twój   przyjaciel   nie   będzie   mieć   nic   przeciwko 

temu?

background image

84

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

- To nie jego sprawa-   odrzekła, wzruszając ramionami. -   Nie jestem od 

nikogo zależna. I zawsze tak będzie.

Podała kawę. Kiedy ją wypili, odprowadziła go do drzwi.

-Chciałem, żebyś pozdrowiła ode mnie Tony'ego, ale to chyba nie najlepszy 

pomysł, co7

-Chyba nie.

-Nie potrafię wyrazić, jak bardzo się cieszę, że po  tylu latach udało mi się 

ciebie odnaleźć. Wydaje mi się, że zwrócono mi młodość.

Zmierzyła   go   uważnym   spojrzeniem.   Budzący   zaufanie,   zdecydowany 

mężczyzna,   który   wkrótce   będzie  kandydował   na   gubernatora   stanu. 

Potrząsnęła głową.

Nie  wiedziała,  co o tym  myśleć.  Zachowywał  się tak,  jakby  odnalezienie 

Tony'ego i jej było najważniejszą rzeczą w jego życiu.

-Cole? Dlaczego się nie ożeniłeś?

-Bo jest tylko jedna kobieta, którą chciałbym poślubić. — Lekko musnął 

palcem jej policzek. - Zadzwonię do ciebie w sprawie waszego przyjazdu.

-Nie licz zbytnio, że się zgodzę. Muszę się nad tym zastanowić.

-Nie będę tracić nadziei i wierz mi, nie skończy się na tym...

Zanim   się   zorientowała,   pochylił   się   i   pocałował   ją   w   usta.   W   tym 

pocałunku   zawarł   wszystko:   dręczący   go   niepokój,   zdenerwowanie, 

pragnienie... Kiedy oderwał usta od jej warg, przez długą chwilę w milczeniu 

patrzył Allison prosto w oczy.

Potem odwrócił się i odszedł.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Kiedy Cole wreszcie dotarł do San Antonio, był zupełnie wyczerpany. Cały 

czas starał się panować nad sobą. Teraz płacił za to. Miał przed sobą jeszcze 

dwie   godziny   jazdy,   jeśli   chciał   dojechać   dzisiaj   na   ranczo.  Po   krótkim 

zastanowieniu zatrzymał się na noc w hotelu.

Nazajutrz obudził się wcześnie, zanim jeszcze pierwsze nieśmiałe promienie 

porannego słońca rozświetliły miasto. Chciał zdążyć na śniadanie.

Nie mógł przestać myśleć o Allison. Pamiętał ją jako zachwycającą młodą 

dziewczynę.   Teraz   wyglądała   cudownie,   jej   egzotyczna   uroda   przyciągała 

wzrok jeszcze bardziej niż wtedy, gdy była nastolatką. Gdyby została modelką, 

zrobiłaby majątek, ale zamiast tego sama wynajmowała modeli.

W drodze do Mason starał się zachować obojętność, ale wystarczyło mu 

jedno   spojrzenie   na   Allison,   by   zrozumieć,   że   próbował   oszukać   samego 

siebie.

Kochał   ją   tak   bardzo.   W   całym   swoim   życiu  podobnie   silnych   uczuć 

doświadczył jedynie w przypadku kilku osób. Teraz, kiedy znów znalazł się 

obok niej, wszystko na nowo odżyło.

Popełnił   błąd,   całując   ją.   Wprawdzie   zaledwie   dotknął   jej   ust,   ale   to 

wystarczyło, by rozniecić ogień. Tak było i wcześniej, ale oboje byli zbyt młodzi i 

niedoświadczeni, by to pojąć. Teraz to rozumiał, ale nie chciał tego.

Jego życie i tak było dostatecznie skomplikowane.

W oddali zamajaczyły ceglane kolumny przy wjeź-

background image

86

MIŁOŚĆ PO TEXSASKU

dzie do rancza. Cole zaczął zwalniać. Parę lat temu pokryli drogę asfaltem. Jej 

ciemna wstęga prowadziła do potężnej bramy z kutego żelaza z wyraźną  z 

daleka literą „C" na środku.

Kochał   każdy   skrawek   tej   okolicy.   Rosnące   tu   drzewa   i   kaktusy,   sarny, 

jaszczurki,   węże   i   pancerniki,   upał,   pchły   i   muchy.   Kochał   łagodnie 

zaokrąglone  wzgórza z jaśniejącymi gdzieniegdzie wapieniami i granitami. To 

jego rodzinne strony. Tutaj przyszedł na świat. Tutaj umrze. Jest u siebie.

Zabudowania były oddalone od autostrady prawie o dziesięć kilometrów. Droga 

wiła   się   miedzy   wzgórzami,  miejscami   ciągnęło   się   wzdłuż   niej   ogrodzenie   z 

kolczastego   drutu.   Cole   zatrzymał   się   na   ostatnim   wzniesieniu.  Przed   nim 

rozciągał się widok na leżące w dolinie ranczo. Dom pochodził z końca ubiegłego 

wieku. Należał do bogatego Meksykanina. Frontowa część była niższa, boczne 

skrzydła  wznosiły się na dwa  piętra. Między nimi  mieściło się wewnętrzne 

patio ozdobione fontanną i obsadzone roślinnością. Białe ściany z suszonej na 

słońcu cegły lśniły w porannym słońcu.

Z tej odległości można było dostrzec pozostałości dawnego muru, który kiedyś 

chronił dom przed Indianami i banitami. Do tej pory jego resztki zachowały się 

od strony wjazdu, a nad drogą nadal wznosił się wysoki łuk. Z biegiem lat 

ranczo rozrastało się, zajmowało coraz więcej miejsca. Stopniowo rozbierano 

boczne ściany ogrodzenia, aż wreszcie pozostała jedynie niewielka część muru 

na zapleczu budynków. Z daleka widział stojące w rzędzie domy dla rodzin 

pracowników   rancza   i   niewielkie   domki   przeznaczone   dla   osób   samotnych. 

Dostrzegł fragment dachu domu zarządcy.

Zapalił silnik i ruszył w stronę Wielkiego Domu. Miał dziś przed sobą dużo 

do zrobienia.

MIŁOŚĆ PO TEKSA5KU

87

Zatrzymał   się   przed   potężnymi,   rzeźbionymi   drzwiami   frontowymi. 

Wysiadł z auta i rozprostował  się. Podjazd był  ocieniony rosnącymi  wokół 

wysokimi  drzewami.   Lekki   wietrzyk   delikatnie   poruszał   liśćmi  drzewek 

bawełnianych. Ten znajomy szelest oznaczał, że jest w domu.

Wszedł   do   środka   i   zatrzymał   się   w   przestronnym,   wysokim   na   dwie 

kondygnacje   holu,   ciągnącym   się   aż   do   położonego   z   tyłu   domu   patio. 

Wyłożona kafelkami podłoga lśniła w słońcu, odbijała wpadające do środka 

światło.

Ruszył   przed   siebie,   zaglądając   po   drodze   do   mijanych   pokoi.   Naraz 

zatrzymał się raptownie, coś ścisnęło go za serce.

Rozradowana Trisha siedziała w swoim kojcu i z roześmianą buzią wyrzucała 

z niego zabawki. Rosie, jedna z pracujących na ranczu kobiet, ze śmiechem 

zbierała je i wrzucała z powrotem do środka.

Ten   etap   życia   Tony'ego   przeminął   dla   Cole'a   bezpowrotnie.   Widok 

zwyczajnej domowej sceny po raz pierwszy tak boleśnie uświadomił mu, co 

utracił, czego go pozbawiono.

Zatrzymał się i powoli wszedł do pokoju.

- Dzień dobry, maleńka. Przywitasz się z wujkiem?

Trisha obejrzała się na dźwięk jego głosu. Zobaczyła go. Zaczęła radośnie 

podskakiwać i wyciągać do niego rączki.

- Uff,   tak   właśnie   myślałem.   -   Pochylił   się   i   wziął

dziewczynkę   na   ręce.   Chwyciła   go   za   kołnierzyk   i   zaczęła

tarmosić   guzik.   Delikatnie   gładził   miękkie,   przesycone

zapachem   pudru   ciałko,   jedwabistą   skórę   na   karku.

Przez moment  mało  nie zapłakał nad niesprawiedliwością,  jaka   go spotkała. 

Powstrzymał się wysiłkiem woli.

Trisha gaworzyła, opowiadała mu coś po swojemu, ściskając go jedną ręką 

za nos, a drugą lekko uderzając po policzku.

background image

88

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

- Jesteś   śliczna,   wiesz?   -   powiedział   z   pełnym

wzruszenia   uśmiechem.   -   Kiedyś   będziesz   prawdziwą

pięknością.

Z ociąganiem włożył ją do kojca. Dziecko od razu złapało gumową żyrafę i 

rzuciło w niego zabawką.

- Nieźle potrafisz rzucać! - zachichotał Cole.

Wyszedł z pokoju i podążył na piętro. Chciał

zobaczyć Camerona. Cicho otworzył drzwi. Brat leżał w łóżku ze wzrokiem 

utkwionym w okno,

-Masz ochotę na towarzystwo? - zapytał miękko Cole.

-Owszem. - Cameron odwrócił się w jego stronę. -1 tak nie mam nic do 

roboty. Rano dzwoniłem do biura. Podobno zabroniłeś im wysyłać do mnie 

cokolwiek,

-Myślisz, że cię nie znam? - uśmiechnął się Cole. - Wiedziałem, że to będzie 

pierwsza rzecz, jaką zrobisz.

Cameron uniósł się niecierpliwie.

-Ale przynajmniej miałbym się czym zająć, trochę  się oderwać od swoich 

myśli. Przecież w tym stanie nic nie mogę zrobić.

-Za jakieś dziesięć dni zdejmą ci ten gips i założą taki, w którym będziesz 

mógł się poruszać. Od razu poczujesz się lepiej.

-Rozmawiałeś z Allison?

Cole podszedł do okna i zapatrzył się w przestrzeń.

-Tak. Rozmawiałem z nią.

-Coś się wyjaśniło?

-Trochę.   Chociaż   nie   powiem,   żebym   był   zachwycony   tym,   czego   się 

dowiedziałem.

-Nie spodziewałeś się tego, co?

     - Raczej nie - odparł ze wzruszeniem ramion Cole.

- Opowiedz mi o wszystkim.

Cole odwrócił się i podszedł do stojącego obok masywnego łoża fotela.

MIŁOŚĆ PO TEKKA5KU

89

-Już   i   tak  masz   dosyć   swoich  problemów.   Nie   chcę  zawracać   ci   głowy 

moimi.

-Właśnie dlatego pytam. Wolę myśleć o twoich sprawach.

-Dobrze.   Skoro  chcesz...   -   Usiadł   wygodnie   w  fotelu,   wyciągnięte   nogi 

oparł   o   krawędź   łóżka.   -   Allison  powiedziała   mi,   że   jej   ojciec   został 

zwolniony i dano mu czterdzieści osiem godzin na wyniesienie się z rancza.

-Na Boga! Cole! A więc się nie myliłem.

-Na to wygląda. Poza tym dowiedziałem się, że pisała do mnie. Wysłała co 

najmniej   z   tuzin   listów.   Poddała   się,   kiedy   na   żaden   nie   dostała 

odpowiedzi.

-Listy, które nigdy do ciebie nie dotarły, tak?

-Właśnie. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że mogła do mnie 

pisać. Zawsze nienawidziła pisania listów.

-Co się z nimi stało?

-Pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Allison twierdzi, że dawała je ojcu do 

wysłania.

-Ależ to zupełnie bez sensu! Dlaczego stary Tony miałby ich nie wysyłać?

-Kto   to   może   wiedzieć?   Bardzo   przeżył   utratę   pracy   i   konieczność 

opuszczenia rancza. Był rozżalony. Umarł kilka miesięcy później. Kto wie, 

co mu mogło przyjść do głowy?

-Masz zamiar porozmawiać z Letty?

-Jasne, nie daruję jej. Zaprosiłem Allison na ranczo, kiedy skończy się rok 

szkolny.

-I co ona na to?

-Powiedziała, że nie przyjedzie, jeśli Letty tu będzie.

-A ty co na to?

-Zapewniłem ją, że pozbędę się ciotki na jakiś czas. Cameron wybuchnął 
śmiechem.
-No myślę! Dobrze to załatwiłeś, stary!
-Rozmawiałeś z Codym?

background image

90

MIŁOSC PO TBCSASKU

-O czym?

-Miał się zorientować, czy wiadomo coś więcej na 

temat twojego wypadku.

-Nie, nie rozmawialiśmy o tym. To musiał być jakiś 

pijak, który niczego nawet nie pamięta. Im szybciej 

o tym zapomnimy, tym lepiej.

-Chyba masz rację - rzekł z ociąganiem Cole. Wolał 

w tej chwili nie mówić o swoich podejrzeniach. - 

Czy wiesz, gdzie teraz może być Cody?

-Cody jest panem samego siebie i robi, co mu się 

żywnie podoba. Zresztą sam o tym wiesz.

Cole z westchnieniem przyznał mu rację.

-Mam wrażenie, że za mało się nim zajmowałem. 

Chyba   czuje   się   trochę   opuszczony.   Nigdy   nie 

miałem czasu, żeby się do niego bardziej zbliżyć. 

Za bardzo pochłaniała mnie praca.

-To samo mogę powiedzieć o sobie.

-Ale jeżeli Letty traktowała go w taki sam sposób 

jak ciebie...

-Możesz być  tego pewien. Ta kobieta potrafi być 

konsekwentna.

-Muszę porozmawiać z Codym na ten temat.

-Powodzenia. M oże uda ci się lepiej niż mnie. Nigdy 

nie chciał mnie  słuchać. Ale ty zawsze byłeś  dla 

niego uosobieniem bohatera, więcmoże przed tobą się 

otworzy.

-O co ci chodzi z tym bohaterem?

Cameron uśmiechnął się, ale oczy nadal miał smutne.

-Świetnie   pasujesz   na   bohatera.   Czy   jakakolwiek 

kobieta mogłaby ci się oprzeć?

-Człowieku, co się z tobą dzieje? - Cole wypros-

tował się w fotelu. - Naprawdę się ucieszę, kiedy 

będziesz mógł wstać.

-A ja wtedy, kiedy dopuścisz mnie do pracy.

-Już dobrze, postawiłeś na swoim. Zaraz zadzwonię 

i powiem, żeby przysłali ci wszystko, czego zażą-

dasz. W najgorszym razie skończy się tym, że znów

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

91

wylądujesz w łóżku. - Podniósł się i stanął obok brata. 

- Trzymaj się, stary. Już się prawie wylizałeś.

-Jasne.

-Widziałeś dzisiaj Trishę?

Po twarzy brata przebiegł gwałtowny grymas bólu.

-Nie...   nie   mogę.   Jeszcze   nie   teraz.   Za   bardzo 

przypomina mi... - głos uwiązł mu w gardle.

-Nie mogę ci niczego radzić, Cam, ale uważani, że 

popełniasz błąd. Powinieneś być wdzięczny losowi, 

że ją masz, że możesz z nią być.

Cameron popatrzył na niego ze zrozumieniem.

- Wiem, o czym mówisz, i jestem pewien, że masz

rację, ale za każdym razem, kiedy ją widzę, nie potrafię

myśleć   o   niczym   innym   tylko   o   Andrei.   -   Ostatnie

słowa wymówił szorstko.

u

  Rób jak uważasz - odrzekł łagodnie Cole. - Ro-

zumiem cię.

Wyszedł z pokoju. Teraz chciał porozmawiać z Let-

ty. Znalazł ją w warzywniku, donośnym głosem strofu-

jącą ogrodnika, że nie usłuchał jej zaleceń.

Letitia   Callaway   była   kobietą   średniego   wzrostu, 

szczupłej budowy ciała, choć w ostatnich latach przy-

było jej parę kilogramów. Brązowe, lekko posiwiałe 

włosy nosiła upięte z tyłu w kok. Upływ czasu i jej 

gderliwy charakter odcisnęły swoje piętno na jej nie-

gdyś ładnej twarzy.

-Letty! - zawołał Cole, idąc w jej stronę. - Chciał-

bym z tobą pomówić.

-Czego chcesz, Cole? Nie widzisz, że jestem zajęta?

-Widzę, że odciągasz człowieka od pracy. Dlaczego 

nie dasz mu spokoju?

Odwróciła się na pięcie i podeszła do bratanka. Jak 

zwykle była  w dżinsach, koszuli i wysokich butach, 

zupełnie   jakby   za   chwilę   zamierzała   wskoczyć   na 

siodło. Jak daleko sięgał pamięcią, nigdy nie widział jej na 

koniu.

- Nie robi tego, co mu kazałam - oznajmiła.

background image

92

MIŁOŚĆ PO TEESASHJ

-Alfredo od lat  zajmuje  się warzywnikiem  i zawsze  sobie świetnie radził. 

Wątpię, by potrzebował twoich rad.

-Ale ja kazałam mu...

-Chodźmy. Chcę z tobą pogadać.

-Już   to   mówiłeś.   Nie   wiem,   co  masz   takiego  ważnego,   żeby  nie   mogło 

zaczekać.   A   w   ogóle,   co   ty   tu  robisz?   Cody   twierdził,   że   przyjedziesz 

najwcześniej za tydzień. Co tam się dzieje w Austin? Czy ci idioci wreszcie 

się zdecydowali, czego chcą? Aż wprost nie można uwierzyć, że...

-Letty!

-Co takiego?

-Pozwól   politykom   zajmować   się   rządzeniem   bez  twojej   pomocy, 

przynajmniej przez jakiś czas, dobrze?

Parsknęła ze złości, odwróciła się i wyprostowana ruszyła do kuchni.

Cole potrząsnął głową. Jak to się stało, że ciotka była  tak zgorzkniała i 

wszystko   wszystkim   miała   za   złe?   Właściwie   zawsze   była   taka.   Nie 

przejmował się tym. Nauczył się traktować ją tak jak ojciec - z pobłażliwością 

i tolerancją.

Wszedł za nią do kuchni. Letty wyjęła dwie szklanki i napełniła je mrożoną 

herbatą.

- Jak   leci,   Angie?   -   zawołał   Cole   do   kucharki

krojącej warzywa w drugiej części kuchni.

Angie odwróciła się i rozjaśniła na jego widok.

-Och,   Cole,  nie  miałam   pojęcia,  że   przyjechałeś!   Co byś   powiedział   na 

ciasteczka? - Zanim odpowiedział, nałożyła kilka na niewielki talerzyk. - 

Dopiero co upieczone.

-Dziękuję ci ślicznie, Angie. Dobrze wiesz, czym skusić mężczyznę.

Usłyszał za sobą parsknięcie ciotki. Angie podała mu tacę. Cole postawił na 

niej talerzyk z ciastkami, szklanki z herbatą i wyszedł z kuchni.

- Dokąd z tym idziesz? — usłyszał wołanie ciotki.

MIŁOSC PO TEK5ASKU

93

- Do gabinetu! - krzyknął przez ramię, nie zwalniając kroku.

Zanim weszła, Cole zdążył już rozsiąść się w fotelu za biurkiem i położyć 

nogi na jego błyszczącym blacie.

-Cole! Natychmiast zdejmij nogi z biurka! Jak ty siedzisz! O Boże...
-Uspokój   się,   Letty   -   powiedział   Cole,   sięgając   po   ciastko.   -   Usiądź. 

Musimy porozmawiać.

Podeszła   bliżej   i  sztywno  wyprostowana  przysiadła   na  brzegu  stojącego 

przed biurkiem krzesła.

-Proszę bardzo, możemy rozmawiać.

-Co masz do powiedzenia na temat Tony'ego Alvareza?

Zamarła i spojrzała na niego tak, jakby usłyszała coś nieprzyzwoitego,

-Słucham?

-Słyszałaś, co powiedziałem.

-O co ci chodzi?

-Chcę, żebyś opowiedziała mi o Alvarezie - wycedził dobitnie.

-Nie mam nic do powiedzenia.

-Letty, od piętnastu lat żelazną ręką rządzisz ranczem. To moja wina, że 

dopuściłem do tego. Wprawdzie mam na swoje usprawiedliwienie fakt, że 

byłem bardzo młody, zrozpaczony i przerażony odpowiedzialnością, która 

na   mnie   tak   niespodziewanie   spadła.   Chciałem   dokończyć   naukę   i 

jednocześnie nie zaniedbać obowiązków... zresztą, nazwij to, jak chcesz. 

Teraz chcę, żebyś wytłumaczyła mi, dlaczego tak zachowywałaś się przez 

te lata.

Letty  chciała   wstać,  ale  powstrzymał  ją  spojrzeniem,   które  ją  zmroziło. 

Powoli   opadła   na   krzesło.  Odezwała   się   głosem,   jakiego   nie   słyszał   od 

dzieciństwa.

- Cole, co się stało? Co ci jest? Powiedz mi.

background image

94

M1ŁOSC PO TEKSASKU

Zapewne kiedyś była czułą, zdolną do współczucia kobietą. Mówiło mu o 

tym to coś w jej głosie. Ale twarz ciotki nadal pozostała kamienna.

   - Letty, nie mówimy teraz o mnie.

Wytrzymała jego spojrzenie przez parę minut, wreszcie spuściła oczy.

-Letty, dlaczego zwolniłaś Tony'ego Alvareza? Gwałtownie potrząsnęła 

głową.

-Nigdy...

Uniósł rękę, jakby chciał ją powstrzymać.

-Letty,   chcę   znać   prawdę.   Całe   lata   wysłuchiwałem  twoich   kłamstw. 

Nadszedł czas na poznanie prawdy.

-Nie mam pojęcia, o czym ty...

-Letty...   -   Coś   w   głosie   Cole   sprawiło,   że   zapewnienia   o   niewinności 

uwięzły jej w gardle. - Zaraz po pogrzebie rodziców wezwałaś Tony'ego 

tutaj i oznajmiłaś, że zwalniasz go z pracy. Dałaś mu czterdzieści  osiem 

godzin na spakowanie i wyniesienie się z rancza. Chcę wiedzieć, dlaczego to 

zrobiłaś.

-Jakie to teraz ma znaczenie? To było dawno temu.

-Dla mnie  to ma  znaczenie. I wyciągnę  to z ciebie,  choćbyśmy mieli tu 

siedzieć nie wiem jak długo. Wiec decyduj.

-Tony Alvarez był nic niewart. Nie wiem, co ojciec w nim widział, i nigdy nie 

mogłam tego zrozumieć.

Cole sięgnął po papierosa i zapalił go niespiesznie.

-Jeśli chcesz wiedzieć, to powiem ci. Tylko dzięki  niemu ojciec uszedł z 

życiem w Korei. Był ranny i zostawili go. Tony wrócił po niego i jakimś 

cudem udało mu się go wynieść w bezpieczne miejsce.

-Bzdura! To Tony tak twierdził?

-Nie. Wiem o tym od ojca. Tony dostał medal za odwagę, ale nikt tutaj 

nawet   nie   miał   o   tym   pojęcia.   Wymógł   na   ojcu,   by   zachowa!   to   w 

tajemnicy.

-W takim razie, dlaczego ojciec ci o tym powiedział?

MILOSC PO TEKSASKU

95

-Któregoś dnia wypytywałem tatę o Tony'ego i wtedy stwierdzi!, że gdyby 

nie on, nie byłoby nas na świecie - mnie, Camerona i Cody'ego. Nigdy 

byśmy się nie urodzili.

-To do niego pasuje. Zawsze lubił dramatyzować.

-Nie   tylko   on   miał   takie   skłonności.   Przez   te   lata   też   odegrałaś   parę 

niezłych scen, za które mogłabyś śmiało otrzymać nagrody.

Popatrzyła na niego z niekłamanym zdumieniem.

-Cole, jak możesz! Nigdy taki nie byłeś! Zawsze  odnosiłeś się do mnie z 

szacunkiem i przywiązaniem. Co  ci się stało? Czy to przez ten wypadek 

Camerona? Ja...

-A więc postanowiłaś pozbyć się stąd Tony'ego i Allison natychmiast po 

śmierci ojca. Dlaczego? Czy chciałaś od razu wypróbować potęgę swojej 

władzy?

-On nie był tu do niczego potrzebny.

-Wręcz   przeciwnie.   Kiedy  na   Boże   Narodzenie   przyjechałem   do   domu, 

wszystko się waliło.

-Ale jakoś to przeżyliśmy.

-Nie chodzi o przeżycie. Chcę wiedzieć, co miałaś  przeciwko memu, że 

kazałaś mu się wynosić.

-Już ci powiedziałam. Był śmieciem... oportunistą. Zawsze próbował, a nuż 

mu się uda... zalecał się i czarował, ciągle strzelał tymi swoimi czarnymi 

oczami, jakby był kimś nadzwyczajnym.

-Co ty opowiadasz! Tony był  ogromnie  oddany Kathleen i Allison. Nie 

spotkałem człowieka bardziej kochającego swoją rodzinę.

-Tak, ale to było później, kiedy się ustatkował. Nie  zdajesz sobie sprawy, 

jaki był przed Ślubem. Był bezczelny. Był...

-  Kochałaś się w nim, co? - zapytał cicho Cole z nagłym olśnieniem.

- Nie bądź śmieszny! Możliwe, że uratował Grantowi życie, ale dla mnie 

był

 

nikim!

 

Jak

 

mógł

 

pomyśleć,

że panna z rodziny Callawayów spojrzy na niego, że

background image

96

IWILOSĆ PO TEKSASKU

przyjmie jego zaloty, zapomni o swoim pochodzeniu. 

To   było   cpś   absolutnie   niemożliwego.   I   tak   mu 

oświadczyłam.

Strzał Cole'a był celny. Dobitnie świadczyły o tym 

czerwone plamy na policzkach i szyi Letty.

-Kiedy mu to powiedziałaś?

-Tego popołudnia, kiedy pojechaliśmy na przejaż-

dżkę. W jakimś momencie zaproponował, żebyśmy 

zatrzymali się nad strumieniem. Zgodziłam się, było 

mi gorąco. To był upalny dzień. Pojechałam z nim, 

bo chciałam na kilka godzin wyrwać się z domu, 

nic więcej. Nie przypuszczałam, że Tony zrozumie 

to inaczej. Byłam młoda. Zbyt młoda. Nie znałam 

mężczyzn. Nigdy wcześniej nikt nie zwrócił na mnie 

uwagi.  Wiedziałam,  że nie jestem piękna, ale nie 

przejmowałam się tym. Kiedy mnie pocałował, nie 

miałam pojęcia, co robić. Nie wiedziałam, co się ze 

mną dzieje, A on nie przestawał mnie całować. To 

było okropne!

-Okropne?

-To, co się ze mną stało. Zupełnie zapomniałam  o 

bożym   świecie,   o   swojej   reputacji.   Byłam   jak 

rozpustnica,   która   pragnie   jedynie,   żeby 

mężczyzna...-urwała   nagle,   jakby   dopiero   teraz 

zdając   sobie   sprawę   z   tego,   co   mówi,   i   z 

przerażeniem popatrzyła na Cole'a.

-Uwiódł cię?

-Nie! Ale naopowiadał mi masę bzdur, jak bardzo 

mnie   kocha,   że   chce   się   ze   mną   ożenić.   Stek 

kłamstw. Dobrze wiedziałam, żęto same kłamstwa. 

Wyśmiałam  go. Powiedziałam, że jest kompletnym 

idiotą,   jeśli   choć  przez   moment   sądził,   że   Letitia 

Callaway wyjdzie za niego. Był nikim, kompletnym 

zerem. Wskoczyłam na siodło i pognałam do domu. 

Dostałam   nauczkę.   Od   tej   pory   już   nigdy   nie 

wsiadłam na konia. Nigdy nie  uległam pokusie, by 

znów się przejechać. Znienawidziłam to. Tak samo 

jak Tony'ego Alvareza!

Cole patrzył na siedzącą przed nim kobietę, jakby

MIŁOŚĆ PO TEISASKU

97

widział   ją   po   raz   pierwszy.   Bezsensowna   duma   nie 

pozwoliła jej cieszyć się życiem, tymi prostymi radoś-

ciami,   jakie   daje   obcowanie   z   drugą   osobą.   Sama 

sobie tego zabroniła. W rezultacie stalą się karykaturą 

starej panny, zgorzkniałej i pełnej pretensji do całego 

świata.

Jak   to   się   stało,   ze   nie   widział   tego   wcześniej? 

Dlaczego dopuścił, by to ona zajęła się wychowaniem 

jego młodszych braci?

Wyrzuciła na bruk Tony'ego, bo jego obecność stale 

przypominała jej o własnej naturze. Czuł, że nigdy mu 

nie   zdradzi,   co   właściwie   powiedziała   wtedy 

Tony'emu, Może kazała mu się wynosić, nie podając 

żadnego powodu. Więc odszedł, rozżalony i pogrążo-

ny w rozpaczy nie tylko po stracie najlepszego przyja-

ciela, ale i swojego dotychczasowego życia na ranczu.

Co czuł, kiedy dowiedział się, że Allison spodziewa 

się dziecka? Z pewnością najbardziej zraniło go, że to 

dziecko Callawaya. Nic dziwnego, że nie chciał dopuś-

cić do nawiązania kontaktu z Cole'em - miał wszelkie 

dane, by uważać, że też ma takie podejście jak Letty, że 

wyśmiałby pomysł ślubu z Allison.

O Boże!

Letty patrzyła na niego niepewnie.

-Rozumiesz teraz, Cole? To już naprawdę nie ma 

żadnego   znaczenia.   Wszystko   zdarzyło   się   tak 

dawno temu.

-Tak sądzisz? W takim razie muszę cię rozczaro-

wać.   Kiedy   Allison   stąd   wyjeżdżała,   oboje   nie 

wiedzieliśmy, że nosi moje dziecko.

Zbladła. Krew odpłynęła jej z twarzy. Siedziała w 

milczeniu i wpatrywała się w niego z przerażeniem.

-Przez tę twoją głupią dumę i nienawiść, przez to 

niedorzeczne   przeświadczenie   o   wyższości 

Callawayów,   na   czternaście   lat   pozbawiłaś   mnie 

syna.

-Och,   Cole,   nie   -   wyszeptała,   zaciskając   palce   i 

przyciskając je do ust.

background image

98

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

- Dopiero   kilka   tygodni   temu   dowiedziałem   się

o tym, że mam syna, który mieszka niecałe dwieście

kilometrów   ode   mnie.   Wczoraj   byłem   u   Allison.

Rozmawialiśmy o tym, co się wtedy wydarzyło. Kiedy

kazałaś Tony'emu odejść, zabiłaś go. Równie dobrze

mogłabyś go zastrzelić. Umarł w niecały rok później.

Wydała cichy okrzyk, ale nie zwrócił na to uwagi.

- Ironią losu mój syn nosi imię i nazwisko Tony

ł

ego.

Mój syn, który powinien urodzić się tutaj, syn, który

odziedziczy pomnie wszystko, co posiadam, nazywa się

jak mężczyzna, którym gardziłaś i którego stąd wygnałaś.

Łzy pociekły jej po twarzy.

-Cole, ja nie wiedziałam. Skąd mogłam wiedzieć? 

Przecież   nigdy...   Przecież   wiesz,   że   gdybym 

wiedziała, nigdy by do tego nie doszło!

-Letty,   po   tym,   czego   dowiedziałem   się   o   tobie 

ostatnio, już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć.

Przez   chwilę   przypatrywał   się   jej   w   milczeniu. 

Wyglądała, jakby postarzała się o dziesięć lat. Siedzia-

ła zgarbiona, zwykle  władczo uniesiona głowa teraz 

opadła jej bezwładnie.

Musi teraz żyć ze świadomością tego, co zrobiła. 

Tak jak on, tyle że on nigdy nie miał wyboru.

Wstał i podszedł do drzwi.

- Zaprosiłem Allison i Tony'ego na ranczo, kiedy

skończy się rok szkolny. Chciałbym, żebyś na ten czas

wyjechała   stąd.   Najlepiej   do   innego   stanu   albo   za

granicę. Wszystko mi jedno, dokąd. Pokryję wszelkie

koszty. Chcę, żeby w lecie ciebie tu nie było. Kiedy

wrócisz we wrześniu, porozmawiamy jeszcze. Potrze-

bujemy czasu, żeby wszystko sobie przemyśleć. Chcę

odzyskać syna. Nie wiem, czy Allison zdoła mi wyba-

czyć, że pozwoliłem ci wyrzucić stąd ją i Tony'ego. Nie

wiem, czy sam potrafię to sobie wybaczyć. Ufałem ci,

bo   jesteś   siostrą   mojego   ojca.   W   efekcie   tego   ty

pozbawiłaś mnie rodziny, o której zawsze marzyłem.

MIŁOŚĆ PO TEKSASSU

99

Otworzył   drzwi   i   wyszedł,   zamykając   je   za   sobą 

bezgłośnie. Ruszył do stajni i osiodłał konia. Jeśli w 

ogóle może osiągnąć spokój, to znajdzie go tylko na 

wzgórzach.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

-Mamo?

-Tak, kochanie?

-Czy coś się stało?

Allison spojrzała na Tony'ego, siedzącego na wprost niej przy kuchennym 

barku.

-Nie, skądże. Co ci przyszło do głowy?

-Nie wiem. Może dlatego, że odkąd przyszedłem do domu, wcale się nie 

odzywasz. W galerii wszystko w porządku?

-Tak. Przepraszam, zamyśliłam się.

-Brakuje ci Eda, co? - zapytał domyślnie Tony.

-Kogo?

-Eda. Przecież spotykasz się z nim już od ponad roku! A kogo by innego?

Poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Powinna mu wszystko wytłumaczyć, 

ale nie wiedziała, od czego zacząć  i jak daleko się posunąć. Nic dziwnego, że 

Tony od razu zauważył, że coś jest nie tak. Byli bardzo ze sobą zżyci.

- Zgadnij, kto dzisiaj przyszedł do galerii - odezwała się z ożywieniem.

Popatrzył na nią podejrzliwie. Jej ton najwyraźniej go nie zwiódł. -Kto?

- Cole Callaway.

Tony   wbił   widelec   w   spaghetti   na   talerzu   i   popatrzył  na   nią   z 

niedowierzaniem.

- Chcesz   powiedzieć,   że   t   e   n   Callaway?   Ten   sam,

którego poznałem nad morzem? Ten...

MIŁOSC PO TEKSASKU

101

-Tak, Tony. Cole Callaway.

-Hura! W końcu przyjechał do Mason! Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś? 

Mógłbym przyjechać do miasta i zobaczyć się z nim. Może byśmy poszli z 

nim na kolację albo...
-Nie miał za dużo czasu - przerwała mu Allison.

- Przejeżdżał

 

tędy,

 

zobaczył

 

galerię

 

i

 

przypomniał

sobie o tobie. Wpadł na chwilę, żeby się przywitać.

-Czy to znaczy, że ty go znasz?

-Tak, znam go.
-To dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałaś?

-Nie przyszło mi to do głowy, Tony. Nie przypuszczałam, że wiesz, kim jest.
-Nie wiedziałem do jesieni - stwierdził rzeczowo.

- Ale   potem   śledziliśmy   w   gazetach   artykuły   na   jego

temat,   kiedy   wprowadzano   te   nowe   przepisy   dotyczące

wydobycia   ropy.   Miałem   w   szkole   wystąpienie   na   ten

temat.

Teraz ona z kolei się zdumiała.

- Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?

Zerknął na nią z łobuzerskim uśmiechem.

-Jakoś nie przyszło mi to do głowy - odrzekł ze  słodyczą w głosie. - Nie 

przypuszczałem, że wiesz, kim jest.
-W porządku. Jeden zero.

-To powiedz mi, skąd go znasz? - dociekał dalej, kiedy przełknął kolejny 

kęs.

-Wychowaliśmy się razem.

-Naprawdę?

-Uhm. Twój dziadek zarządzał ranczem jego ojca.

-Ach,   więc   to   chodziło   o   dziadka!   Mówił   mi,   że   znał   kiedyś   Tony'ego 

Alvareza. To niesamowite!

-Zaproponował, żebyśmy przyjechali do mego na ranczo, kiedy skończy się 

rok   szkolny  -   dodała   Allison,   starając   się   mówić   najbardziej   obojętnym 

tonem.

-Mówisz serio? - zapytał z niedowierzaniem.

background image

102

MIŁOŚĆ PO TEKSASU U

-Jak Boga kocham - odrzekła poważnie.

-Mamo! - wrzasnął Tony, zrywając się z krzesła. - Mówisz prawdę! Zaprosił 

nas   do   siebie!   Chce,   żebyśmy  do   niego   przyjechali!   Chce...   -   urwał   w 

połowie i popatrzył na nią.- Ale dlaczego? – zapytał podejrzliwie.

Nabrała powietrza w płuca, odetchnęła głęboko i uśmiechnęła się do niego.

- Dlatego,   bo   na   tyle   lat   urwał   się   między   nami

kontakt. Cole uważa, że to przeznaczenie, że tak

   przypadkowo wpadł na ciebie i dowiedział się, gdzie mieszkamy.  Jeśli tam 

pojedziemy, to opowiemy sobie o tym, co zaszło przez te lata, a ty byś zobaczył 

miejsce, w którym się wychowałam.

-Myślałem, że mieszkałaś w San Antonio.

-Przez jakiś czas tam mieszkaliśmy.

-Jak   to   się   stało,   że   nigdy  nie   powiedziałaś   mi,   że   wychowałaś   się   na 

ranczu?

-Chciałam zapomnieć o przeszłości. Mam za dużo bolesnych wspomnień. 

Nie chciałam sobie tego na nowo przypominać.

Tony usiadł i pokiwał głową.

- Tak,   wiem.   Najpierw   umarła   twoja   mama,   potem

mój   tata,   później   dziadek.   To   musiało   być   dla   ciebie

okropne.

Allison spuściła głowę.

-Tak... tak, to prawda.

-To jak, pojedziemy?

-Jeśli zechcesz.

-Jasne, że chcę. Kiedy wyjeżdżamy?

-Jeszcze   się   nie   umówiliśmy.   Cole   ma   zadzwonić   za   parę   dni   i   wtedy 

wszystko ustalimy.

-Będę mógł z nim porozmawiać, jeśli zadzwoni?

-Jeśli akurat będziesz, to czemu nie?

Cole zatelefonował w następny piątek, kiedy Tony był w szkole. Allison od 

razu poznała go po głosie.

- Przepraszam, że nie dzwoniłem wcześniej - za-

MELOSC PO TEKSASKU

103

czął, kiedy tylko się przedstawił - ale miałem parę spraw, które okazały się 

bardziej skomplikowane, niż przypuszczałem.

-Nic nie szkodzi, nie umawialiśmy się konkretnie.

-To   prawda,   ale   chciałem   skontaktować   się   z   tobą  jak   najszybciej. 

Zastanowiłaś się nad moją propozycją?

-Nawet więcej... powiedziałam o niej Tony'emu. Teraz już nic nie mogę 

zrobić. Kiedy się o tym dowiedział, po pięciu minutach był spakowany i 

gotowy do wyjazdu.

Zaległa głęboka cisza. Chyba był zaskoczony. Po jego głosie poznała, że 

się nie myliła. Najwyraźniej nie sądził, że chłopiec tak łatwo zaakceptuje jego 

zaproszenie.

-Jak on to przyjął? To znaczy... chodzi mi o powód wizyty.

-Nie powiedziałam mu. Sama jeszcze nie wiem, co powinnam zrobić. Jest 

przeświadczony, że jego ojciec nie żyje. Na razie nie ma powodu, żeby 

cokolwiek mu tłumaczyć.

- Rozumiem.

Znów zapadła cisza.

-Posłuchaj mnie, Cole. Wiem, że to dla ciebie trudne. Dla mnie też to nie 

jest łatwa sytuacja. Dopiero teraz dowiedziałam się, że nie dostałeś moich 

listów. Potrzeba mi trochę czasu, żeby się z tym oswoić. Przez całe lata 

myślałam, że nic cię nie obchodzimy. Naraz okazuje się, że wszystko było 

inaczej.

-Allison,   jestem   w   takim   samym   położeniu.   Nie  mogę   zmrużyć   oka, 

zastanawiam się, co wtedy mogłem  zrobić. Mogłem zlecić, żeby cię ktoś 

odszukał, zmusić  Letty, żeby powiedziała mi, gdzie jesteś. Te niewczesne 

żale odbierają mi całą energię.

-Wiem coś o tym.

-Zapomnijmy o tym, co się stało i spróbujmy zacząć wszystko od nowa. 

Załóżmy, że spotkałem

background image

104

MIŁOSC PO TEKSAS KU

piękną wdowę z czternastoletnim synem i chcę ich lepiej poznać.

Serce podeszło jej do gardła, biło jak oszalałe.

-Wiesz, Cole, to chyba  nie jest najlepszy pomysł.  Rozumiem,  że chcesz 

poznać Tony'ego, to normalne. Tak samo jak on chciałby poznać ciebie. Nie 

uwierzysz, ale jesienią miał w szkole wystąpienie na twój temat. To dobrze 

rokuje na przyszłość. Ale jeśli chodzi o mnie, to już przebrzmiała sprawa. 

Spotykam się z Edem i...

-Ed? Kto to jest Ed?

Uśmiechnęła się, słysząc irytację w jego głosie.

- Spotykam   się   z   nim   od   roku.   Pamiętasz,   mówiłam

ci o nim, kiedy byłeś u mnie. Wtedy akurat wyjechał.

- Chcesz powiedzieć, że to coś poważnego?

Chciała zaprzeczyć, ale powstrzymała się. Z Edem

czuła się bezpieczna. Niczego nie chciał, lubił być z nią,  kiedy raz na miesiąc 

zaglądał do miasta. Ale czy naprawdę chce, by Cole o tym wiedział?

- Mówię   tylko,   że   ty   i   ja   przyjaźniliśmy   się   dawno

temu.   Spróbujmy,   czy   będziemy   w   stanie   wskrzesić   tę

przyjaźń, zgoda?

Cole zagryzł usta, by powstrzymać słowa, które już miał na końcu języka. 

Wcale nie chciał jedynie odnowienia starej przyjaźni. Chciał czegoś więcej. 

Raz dał się oszukać, ale tym razem będzie walczyć o swoje do upadłego.

- Zgoda   -   powiedział   zamiast   tego.   -   Będzie   jak

zechcesz.

Usłyszał, że odetchnęła z ulgą.

-Dziękuję, Cole. Potrafię to docenić.

-Nie ma sprawy. Przy okazji - dzisiaj odwiozłem ciotkę do Austin. Razem 

ze   znajomą   wybiera   się   na   lato   do   Europy.   Opłyną   statkiem   Szkocję   i 

Riwierę.  Kiedy   do   nas   przyjedziecie,   będzie   tu   tylko   trzech   braci 

Callawayów.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

105

-A jak się ma Cameron?

-Dochodzi do siebie. Nie daje się. Jestem pewien, że bardzo ucieszy się na 

twój widok.

-Tak sądzisz? - zapytała zaciekawiona.

-Nie sądzę, wiem.

Tylko żeby przypadkiem nie zechciała się nim zaopiekować!

Przeszli do ustalania szczegółów wyjazdu. Allison zawczasu umówiła się z 

Suzanne,   że   ta   poprowadzi   galerię.   Ostatecznie   stanęło   na   tym,   że   Cole 

przyjedzie po nich do Mason.

Cole   uśmiechnął   się   zadowolony,   kiedy  odkładał   słuchawkę.   Wprawdzie 

przez następne kilka tygodni będzie musiał pracować od rana do nocy, żeby na 

początku czerwca mieć trochę wolnego czasu, ale to nic. Nie cofnie się przed 

niczym, byle tylko sprowadzić ją na ranczo.

Allison zawsze była uparta, ale to tylko dodawało jej uroku. Właściwie miał 

sporą przewagę nad tym  Edem - znał ją jak nikt inny.  Wiedział, jak z nią 

postępować.

Miał tylko nadzieję, że gdzieś w głębi duszy nadal go  kocha. Ta nadzieja 

pozwoli mu przetrwać najbliższe tygodnie.

Allison od razu oznajmiła, że siada z tyłu. Cole starannie ukrył uśmiech, 

kiedy to powiedziała.

Nie minęło nawet pół godziny, kiedy zrozumiał, o co jej chodziło. Tony 

zasypał go gradem pytań, na które trudno było znaleźć odpowiedź.

- Od kiedy znasz moją mamę? - zapytał na wstępie.

Cole zerknął w tylne lusterko. Allison przerzucała

kartki ilustrowanego tygodnika. W porządku. Z przyjemnością poda synowi 

wszystkie fakty, które chłopca interesują.

- Od   urodzenia,   chociaż   tego   okresu   właściwie   nie

pamiętam — odrzekł, spoglądając w tył i licząc na jakieś

background image

106

MIŁOŚĆ

 

PO

 

TEKSA5KU

wsparcie. - Miałem wtedy dwa i pół roku. Pamiętam tylko, że twoja mama 

chodziła za mną wszędzie krok w krok.

-Chciałbym to zobaczyć! - roześmiał się Tony.

-Muszę przyznać, że nie poddawała się łatwo. Odkąd tylko potrafiłem sam 

się ubrać, miałem mnóstwo różnych obowiązków. Allison zawsze była przy 

mnie, zawsze gotowa do pomocy.

Tony popatrzył przez ramię na matkę.

-Teraz   już   wiem,   dlaczego   tak   pilnuje,   żebym  wypełniał   swoje.   Pewnie 

myśli, że to kształtuje charakter - dodał z lekkim niesmakiem.

-Możliwe - potwierdził Cole, kryjąc uśmiech.

-To dlaczego straciliście ze sobą kontakt, skoro byliście takimi przyjaciółmi?

Uff. Ten dzieciak nieomylnie dotyka najtrudniejszych spraw.

Cole znów zerknął w lusterko. Allison patrzyła na niego, czekając na to, co 

odpowie Tony'emu. Pewnie najchętniej usłyszałaby prawdę, ale jeszcze było na 

to za wcześnie. To byłby dla chłopca za duży szok.

-Tak   się   złożyło,   że   niemal   w   tym   samym   czasie  oboje   przeżywaliśmy 

ciężkie  chwile. Byliśmy  wtedy  niewiele  starsi  od ciebie.  - Dopiero teraz 

odczuł znaczenie tych słów. O Boże! Przecież Allison, kiedy zaszła w ciążę, 

była starsza od Tony'ego tylko o jakieś trzy lata! Była jeszcze dzieckiem! - 

Przebywałem wtedy w coIlege'u na Wschodzie. Moi rodzice mieli wypadek 

samochodowy. Oboje zginęli.

-Ojej, to okropne. Tak mi przykro.

-Dziękuję. Wiesz, nigdy nie jest łatwo pogodzić się ze śmiercią najbliższych, 

ale jest jeszcze trudniej, kiedy odchodzą tak nagle, tak gwałtownie. - Umilkł 

na   chwilę,   wracając   myślą   do  tamtych   chwil.   -     Umierałem  z   rozpaczy. 

Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem

MIŁOŚĆ PO TEK3ASKU

107

się, że twoja mama i dziadek opuścili ranczo. Nigdy potem nie miałem od nich 

żadnej wiadomości.

-Znałeś mojego ojca?

-Twojego ojca? - wykrztusił Cole i odchrząknął.

-Tak. Mama nigdy o nim nie mówi. Myślę, że nawet po tylu latach nie może 

się pogodzić z tym, że go  straciła. Są chwile, kiedy zastanawiam się, czy 

może   trochę   go   przypominam.   Czasami   mama   patrzy   na   mnie   jakoś 

dziwnie, zupełnie jakby tak właśnie było. Jak byłem młodszy, to często ją 

wypytywałem, ale wtedy wpadała w zły nastrój, więc przestałem.

-Hmm, nie pamiętam go -wydusił w końcu Cole. - Chyba poznali się już po 

wyjeździe mamy z rancza.

-Ach, to zresztą nie ma znaczenia. Jasne, że przykro mi, że nie żyje i w 

ogóle,   ale   i   tak   się   cieszę.   Przecież   gdyby   nie   on,   nie   byłoby   mnie   na 

świecie!

-To prawda.

-I tak sobie myślę, że tak naprawdę to nie są ważne początki, jeśli człowiek 

wie, dokąd zmierza.

-Masz bardzo filozoficzne podejście do życia. Czy to znaczy, że ty już znasz 

swój cel?

-Chyba tak. Mama nalega, żebym najpierw skończył college i pewnie ma 

rację,   ale   ja   najbardziej   bym   chciał   przez   jakieś   kilka   lat   zajmować   się 

rodeo.   Tak   jak   mój   dziadek.   Człowieku!   Musisz   zobaczyć   jego   trofea   i 

nagrody! Mam nadzieję, że uda mi się zdobyć tyle nagród, że odłożę z tego 

na kupno rancza.

-Chciałbyś mieć ranczo i z tego żyć?

-Wiem   -uśmiechnął   się   Tony.   -   Zaraz   mi   powiesz,  że   ranczo  nie   da   mi 

dużych pieniędzy. Całe życie słyszę takie opinie. Tylko że wszyscy, którzy tak 

się   wypowiadają,   jakoś   wcale   nie   rezygnują   z   prowadzenia   swoich 

gospodarstw.

-Najlepiej rozwijać działalność w różnych kierunkach.

-Co to znaczy? - Tony zrobił zdziwioną minę.

background image

108

JWIŁOSĆ

 

PO

 

TEKSASKU

-To znaczy, że czerpiesz jakieś dochody z ranczą, oprócz tego inwestujesz w 

nieruchomości, zajmujesz się trochę wydobyciem ropy, może wchodzisz też 

w jeszcze jakiś interes, albo...

-Ach, rozumiem. To tak jak ty. Tylko że twoja rodzina już sporo zrobiła 

przed tobą, prawda? Nie musiałeś własnymi rękami zaczynać wszystkiego 

od początku.

Tylko czternastolatek potrafi tak rzucić człowieka na kolana!

-Owszem,   to   prawda.   Ale   dzięki   mnie   nasze   interesy   stały   się   o   wiele 

bardziej dochodowe, zwiększyłem hodowlę bydła...

-Wprowadziłeś w życie te nowe przepisy dotyczące wydobycia ropy, co też ci 

pomogło - podpowiedział Tony.

Cole   kącikiem   oka   zerknął   na   siedzącego   obok.   zapatrzonego   w   mijane 

krajobrazy chłopca. Skąd on to wszystko wie? Spojrzał w tylne lusterko. Twarz 

Allison była przesłonięta czytanym magazynem.

-Nie jesteś głodny? - desperacko próbował zmienić temat.

-Zawsze jestem głodny - uśmiechnął się Tony. - Mama mówi, że zamiast 

żołądka mam worek bez dna.

-W takim razie zatrzymajmy się, żeby coś przekąsić. To jest niezłe miejsce. 

Nigdzie   nie   jadłem   równie  pysznych   wędzonych   żeberek   jak   tutaj.   A 

przepisu na swój sos strzegą jak oka w głowie!

-To super pomysł! - zawołał Tony, z radosnym oczekiwaniem patrząc na 

Cole'a błyszczącymi czarnymi oczami.

To była chwila, kiedy syn ostatecznie zawładnął jego sercem.

ROZDZIAŁ ÓSMY

- Oczywiście,   że   cię   pamiętam,   Allison.   -   Oparty

o   kule   Cameron   uśmiechnął   się.   Od   kilku   tygodni   mógł

już   samodzielnie   się   poruszać.   Tydzień   temu   zdjęto   mu

gips   z   ręki.   -   Kochałem   się   w   tobie.   Byłaś   dla   mnie

ideałem kobiety.

Cole i Tony stali w holu obładowani bagażami. Cameron doprawdy mógł 

sobie darować te swoje uwagi, pomyślał  Cole. Przeniósł wzrok na Allison. 

Słowa   Camerona   lekko   ją   zmieszały.   Wyglądała   przez  to   jeszcze   bardziej 

atrakcyjnie. To też było niepotrzebne.

- Dziękuję, Cam - roześmiała się Allison.

Cameron westchnął tylko.

-Coś   w   tym   jest,   że   faceci   zwykle   mają   słabość   do  starszych   od   siebie 

kobiet. - Udał, że osłania się przed jej wyimaginowanym ciosem. Zwrócił 

się   do   chłopca:   -   Cześć!   Ty   pewnie   jesteś   Tony.   Jestem   Cameron,   brat 

Cole'a. Jego dużo młodszy brat.

-Już dobrze, wystarczy - Cole odwrócił się do swoich gości. - Cameron jest 

całkiem niemożliwy, odkąd siedzi w domu. Ma za dużo wolnego czasu. Z 

utęsknieniem czekam, kiedy wreszcie będę mógł znów go wysłać do pracy.

Tony popatrzył na Camerona.

-Cieszę się, że pana poznałem.

-No,   nareszcie   zjawił   się   ktoś,   kto   potrafi   okazać   człowiekowi   trochę 

szacunku.

-Słuchaj, Cameron, może byś podzielił się z Tonym swoimi przemyśleniami 

na temat wyższości in-

background image

110

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

westowania w nieruchomości i ropę nad hodowlą bydła? - zaproponował Cole 

z miną niewiniątka. - Ja zaś przez ten czas pokaże Allison przygotowane dla 

nich pokoje. - Pociągnął Allison za sobą na schody, żałując w duchu, że nie 

mógł uwiecznić na zdjęciu zdumionej twarzy brata, kiedy Tony natychmiast 

podchwycił   zaproponowany   przez   niego   temat.   Cole   obserwował   to   z 

rozbawieniem.

-Wygląda   na   to,   że   Cameron   nieźle   zniósł   to,   co   się  stało,   prawda?   - 

zauważyła Allison.

-Nie daj się zwieść. On wszystko tłamsi  w sobie. Boję się, że niedługo 

nadejdzie dzień, kiedy nie wytrzyma tego dłużej i wybuchnie.

-Pamiętam, że zawsze był bardzo spokojny i naprawdę nieśmiały.

- W to nie wątpię, zwłaszcza kiedy ty byłaś w pobliżu.

Potrząsnęła głową, nie chcąc wdawać się w dyskusję

na ten temat.

Zatrzymał   się   przed   wejściem   do  pokoju,   postawił   torbę

;

  na   podłodze   i 

otworzył drzwi.

-Wybrałem dla ciebie tę sypialnię. Powinno ci być  tu wygodniej, bo jest 

połączona z łazienką. - Wstawił do środka bagaże i ruszył dalej korytarzem. 

- Tony'ego umieścimy tutaj. Kiedyś to był pokój Cody'ego. - Odwrócił się 

ku niej. - Czy wiesz, że między nim i Tonym jest taka sama różnica wieku 

jak między Codym a mną? Mogliby być braćmi.

-Ale nie są.

Nie patrząc na Allison, położył torbę w nogach łóżka. Kiedy znów na nią 

spojrzał, dostrzegł cierpienie  w jej oczach. Podszedł do niej, objął w talii i 

przytulił do siebie.

- Wszystko   się   ułoży,   zobaczysz.   Będzie   dobrze.

Tak się cieszę, że przyjechaliście.

Wyciągnęła ręce, objęła go, opierając palce na szlufkach jego paska.

MIŁOŚĆ

 

PO

 

TEKSASKU

111

-To wszystko jest takie dziwne. Odchylił się nieco, by spojrzeć na jej 

twarz.

-Co masz na myśli?
-Mam   wrażenie,   że   nie   powinnam   wchodzić   na   górę.   Przez   tyle   lat 

mieszkałam tutaj, ale ani razu nie byłam na górze. Mogłam wchodzić do 

niektórych pokoi na dole, ale nigdy tutaj. Czuję się nieswojo.

-Ależ kochanie, co ty opowiadasz. Kto zabronił ci tu przychodzić?
-Nikt nigdy nie powiedział mi tego wprost, Ale od dziecka wiedziałam, że 
tak jest.

-Najwyższy czas, żebyś wybiła sobie z głowy takie pomysły, zgoda? Chodź, 

oprowadzimy Tony'ego po okolicy. Tobie też chcę pokazać, co się tu przez 

te lata zmieniło.

Bolała   ją   głowa,   kiedy   wieczorem   dotarła   do   swojego   pokoju.   Miała 

wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu, że wcale nie było tych piętnastu lat. 

Nie wyjechała z rancza, ojciec nie umarł i wszystko było jak dawniej. A potem 

patrzyła na Tony'ego, zadającego nieskończoną ilość pytań, zafascynowanego 

tym, co widzi, chłonącego wszystko jak gąbka.

Tak   bardzo   było   jej   go   żal.   To   wszystko   powinno   być   częścią   jego 

dzieciństwa. Czy zdobędzie się na wyznanie  mu  prawdy?  Jak zdoła mu  to 

wytłumaczyć?  Nigdy w życiu nie słyszał o Letty Callaway i miała szczerą 

nadzieję, że uniknie spotkania z tą wiedźmą.

Nawet teraz, w tej dużej sypialni, przydzielonej jej przez Cole'a, czuła się 

nieswojo. Jakby podświadomie obawiała sie, że nagle wpadnie tu Letty i każe 

się jej wynosić.

Co   za   bzdury.   Jest   po   prostu   zmęczona.   Poprzedniej   nocy   niemal   nie 

zmrużyła   oka.   Nie   mogła   przyzwyczaić   się   do   myśli,   że   znów   wraca   do 

przeszłości, którą starała się wymazać z pamięci. Kiedy skręcili z auto-

background image

112

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

strady na drogę prowadzącą na ranczo, zrozumiała, że ten powrót przysporzy 

jej znacznie więcej cierpień, niż mogła przypuszczać.

Od  razu dostrzegła  wszystkie  wprowadzone  zmiany  i  innowacje.  Nowy 

dach z daleka jaśniał w promieniach słońca, stanowiąc jaskrawy kontrast ze 

świeżo pomalowanymi, oślepiająco białymi ścianami z suszonej cegły.

Tym razem nie skręcili w stronę domów dla pracowników, ale zatrzymali się 

na podjeździe przed wysokimi frontowymi drzwiami. Teraz jest tu gościem-

gościem Callawayów.

Przypomniała sobie to wszystko, rozglądając się po sypialni. Skoro tak, to 

postara się wykorzystać jak najlepiej swój nowy status.

Podeszła do drzwi prowadzących do łazienki i zajrzała do środka. Była to 

największa i najbardziej luksusowo urządzona łazienka, jaką w życiu widziała. 

Niemal   połowę   jej   powierzchni   zajmowała   ogromna   wanna   z   jacuzzi. 

Wchodziło   się   do   niej   po   kilku   stopniach.   Przy   ścianie   znajdowała   się 

podwójnej wielkości kabina prysznicowa z gładkich szklanych tafli. W długi 

blat   były   wpuszczone   dwie   umywalki.   W   umieszczonym   nad   nimi   lustrze 

odbijało się drugie, zajmujące całą przeciwległą ścianę.

Jeszcze nigdy nie widziała czegoś podobnego, równie ekstrawaganckiego i 

jednocześnie kuszącego. Z radosnym chichotem, na jaki nie pozwoliła sobie 

od dzieciństwa, podbiegła do wanny i odkręciła kurki.

Na półkach umieszczonych nad wanną była cała masa olejków do kąpieli, 

mydełek i innych kosmetyków. Wróciła do sypialni po piżamę. Okazało się, że 

jej rzeczy już ktoś rozpakował. W szufladzie komody znalazła swoją złożoną 

koszulkę.

Wanna była już pełna wody. Dostrzegła stojącą na półce szeroką świecę i 

leżące obok zapałki. Bez za-

MIŁOSĆ PO TEKSASKU

113

stanowienia zapaliła ją i zgasiła górne światło. W jednej chwili znalazła się w 

innym świecie. Lustra pochwyciły drgające światło świecy, zwielokrotniły je, 

skąpały całe wnętrze w łagodnym blasku. Allison zrzuciła ubranie i wślizgnęła 

się do wody.

Od razu poczuła się cudownie. Gorąca woda uspokajała jej zmęczone ciało. 

Nacisnęła guzik, żeby włączyć podwodny masaż. Poruszona silnikami woda 

zawirowała   wokół   niej,   falowała   niosąc   ulgę   napiętym   mięśniom,   kojąc 

znękany  umysł.   Oparła   głowę   na   wyściełanym   oparciu   wanny  i   zamknęła 

oczy.

Naraz dobiegł ją jakiś cichy dźwięk, jakby ktoś delikatnie uchylił drzwi. To 

przecież niemożliwe, pomyślała, unosząc lekko powieki. Oczy rozszerzyły się 

jej ze zdumienia. Po drugiej stronie łazienki w otwartych drzwiach stał Cole, 

ubrany w jasnozielony szlafrok.

Powierzchnia wzburzonej wody była pokryta gęstą pianą, ale Allison i tak 

zanurzyła się aż po szyję.

-Co ty tu robisz? - zaczęła, ale woda, która nalała się jej do ust, zagłuszyła  

ostatnie słowa. Cole uniósł brwi.

-Och,   czyżbym   ci   nie   powiedział?   -   zapytał   ze  zdziwieniem.   -   Nasze 

sypialnie mają wspólną łazienkę.

-Nie powiedziałeś - odrzekła zduszonym głosem.

- Zapomniałeś o tym istotnym fakcie.

- Och. - Rozejrzał się wokół i znów spojrzał na nią.

- To   dla   mnie   najlepsza   część   dnia,   kiedy   mogę

zapomnieć   o   wszystkim   i   nareszcie   odpocząć.   Widzę,

że znalazłaś świecę. Tak jest przyjemniej, prawda?

Sięgnął do paska szlafroka.

- Co ty chcesz zrobić?

Zrobił zdziwioną minę.

- Chyba   nie   będziesz   mieć   nic   przeciwko   temu,   jeśli

skorzystam   z   wanny   razem   z   tobą?   Jest   tak   duża,   że

oboje się w niej zmieścimy.

background image

114

MIŁOŚĆ

 

PO

 

TKKSASKU

Nie zdążyła zaprotestować, kiedy zdjął szlafrok i wszedł do wanny.

Zaparło jej dech na widok jego potężnego, obnażonego ciała. Głos uwiązł 

jej w gardle.

Do   tej   pory   nie   widziała   nagiego   mężczyzny,   dopiero   teraz   to   sobie 

uświadomiła. Zerknęła na jego szeroką, owłosioną pierś, potężne ramiona i 

barki, biodra i uda... z całej siły zacisnęła powieki. Spieniona woda z pluskiem 

uderzyła o ściany wanny, kiedy się w niej zanurzył.

Cole miał  rację. W środku było rzeczywiście dużo miejsca, ale nie dla 

dwojga. Ze zdumiewającą nonszalancją ujął jej stopy i położył je z obu stron 

swojego ciała. Westchnął głęboko.

-No i czy to nie jest cudowne? Urządziliśmy tę łazienkę zeszłej zimy. Było 

z tym trochę kłopotów i wydatków, ale warto było. Taka kąpiel każdemu 

świetnie robi.

-Cole, nie powinieneś tu przychodzić i dobrze  o tym wiesz. Co Tony by 

sobie pomyślał, gdyby nas tu zobaczył?

-Chyba nie musi o tym wiedzieć?

-Oczywiście, że nie, ale...

-To twoja prywatna sprawa, co robisz w swojej łazience, czy tak?

-Chodzi mi o to, że...

-Chodzi o to, że powinnaś się zrelaksować, a zamiast tego jesteś okropnie 

spięta   -   odrzekł,   przeciągając   dłońmi   po   jej   udach   i   łydkach,   uciskając 

lekko mięśnie.

-Cole! Przestań!

-Rozluźnij się, kochanie. Nie mam zamiaru cię napastować.

-A jak myślisz, co przed chwilą robiłeś? Ulokowałeś mnie w pokoju, który 

ma   wspólną   łazienkę   z   twoją   sypialnią,   i   zapomniałeś   mnie   o   tym 

uprzedzić. Po-

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

115

czekałeś, aż wejdę do wanny i wtedy mnie zaskoczyłeś. Ty... - zabrakło jej 

słów.

-Słucham - powiedział usłużnie, podnosząc brwi.

-Czy byłbyś łaskaw wyjść stąd i poczekać, aż skończę się kąpać?

-Nie. Jeszcze coś? - zapytał z uśmiechem.

-Dobrze. W takim razie ja wyjdę, a ty się kąp... - dopiero teraz zdała sobie 

sprawę, że nie może tego zrobić, jeśli nie chce stanąć przed nim naga.

Znów zanurzyła się po szyję w wodzie.

- Rozluźnij   się   i   odpocznij.   Zapewniam   cię,   że   nie

gryzę.   -   Uśmiechnął   się   jeszcze   szerzej.   -   Chyba   żebyś

mnie   zachęciła.   -   Sięgnął   po   mydło   i   zaczął   się

namydlać.

Udała, że nie słyszy jego słów. Przyglądała się jego ruchom, patrzyła, jak 

pokryte pianą gęste włosy na jego piersi podnoszą się nieco i skręcają.

Znów   poczuła   delikatny,   przyjemny   dotyk   wirującej   wokół   niej   wody. 

Właściwie nie powinna się tak unosić. Przecież nic jej nie grozi.

Jednak coś nie dawało jej spokoju. Sama nie wiedziała, co o tym myśleć. 

Pierwszy raz w życiu kąpała się razem z mężczyzną.

- Cole, dlaczego ty to robisz?

Popatrzył jej w oczy.

- Przez   ostatnie   kilka   tygodni   nie   mogłem   myśleć

o   niczym   innym   niż   o   waszym   przyjeździe.   Cały   czas

zastanawiałem się, jak to będzie. Wreszcie zrozumiałem. Chciałbym, żebyśmy 

znów

 

stali

 

się

 

sobie

 

bliscy,

tak   jak   kiedyś.   Wiem,   że   nie   możemy   tak   po   prostu

wymazać   z   pamięci   tego,   co   się   stało,   zapomnieć   o   tych

piętnastu   latach,   ale   spróbujmy   to   przezwyciężyć.   Nie

chciałbym,   żeby   ta   wizyta   pozostała   jedynie   uprzejmym   gestem.   Przecież 

dzisiaj prawie nie rozmawialiśmy ze sobą, ani przez chwilę nie byliśmy sami. 

Myślę,

że oboje chcemy czegoś więcej. - Wyciągnął do niej

background image

116

MIŁOSC PO TEKSASKL'

pokryte pianą dłonie. - Teraz mamy okazję, żeby się lepiej poznać.

-Nie będę się z tobą kochać - oznajmiła stanowczo.

-Dzięki za informację, kochanie, ale wcale cię o to nie prosiłem.

Poczuła, że się rumieni.

-Przynajmniej nie będzie niedomówień.

-Skoro   już   wszystko   wiemy,   to   chodź,   umyję   ci   plecy   -   powiedział, 

przyciągając ją do siebie i odwracając tyłem.

Zaczął masować jej kark, uspokajając ją szeptem. Powoli przesuwał dłonie 

coraz   niżej,   wprawnie   uciskając   napięte   mięśnie.   Zaczęła   się   rozluźniać, 

oparła się wygodniej o niego. Dopiero po jakimś czasie zdała sobie sprawę, że 

już nie masuje jej pleców. Delikatnie obejmował ją w talii.

Wiedziała,   że   powinna   zaprotestować,   ale   ogarnęła   ją   jakaś   dziwna 

senność. Czuła się ociężała, nie miała siły się ruszyć. Głowa opadła jej na 

ramię Cole'a. Zamknęła oczy i westchnęła cicho. Teraz było jej dobrze.

-Allison.

-Mhm.

-Chciałbym,  żebyś przez następne tygodnie zastanowiła się nad czymś  i 

potem dała mi odpowiedź.

-Nad czym? - wymruczała sennie.

-Czy   zgodzisz   się   wyjść   za   mnie,   żebyśmy   już   zawsze   byli   razem   we 

trójkę, nie tylko po parę dni od czasu do czasu?

Obudziła się w niej czujność. Spróbowała się wy- prostować.

- Poczekaj,   nic   na   razie   nie   mów.   Chciałbym,   żebyś

to   sobie   przemyślała,   żebyś   wiedziała,   czego   pragnę

i   do   czego   zmierzam.   Nie   przypominaj   mi,   że   nie   byłem

przy tobie w chwili, kiedy najbardziej tego potrzebo-

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

117

wałaś. Wiem o tym. Teraz chodzi mi o coś innego - chcę, żebyś uwierzyła, że 

już nigdy cię nie opuszczę,  że zawsze będę przy tobie. Nie tylko dlatego, że 

możesz  mnie  potrzebować. To ja ciebie potrzebuję, bez ciebie  moje  życie 

nigdy nie będzie pełne. Wytrwałem piętnaście lat, ale nie chcę już tak żyć 

dłużej. - Delikatnie odchylił  na bok jej głowę, dotknął ustami  szyi.  - Ko-

chanie, pomyśl nad tym, dobrze? Wrócimy do tego, zanim wyjedziesz.

Odsunął ją lekko i podniósł się, Allison obronnym gestem uniosła ręce, 

osłaniając się przed ociekającą z niego wodą. Colą wyszedł z wanny, osuszył 

się ręcznikiem i włożył szlafrok.

- Tylko się nie utop, słyszysz? - uśmiechnął się do niej i cicho zamknął za 

sobą drzwi, zostawiając ją samą.

W   nagłej   ciszy,   przerywanej   tylko   cichym   szemraniem   falującej   wody, 

Allison   zamrugała   gwałtownie   powiekami.   Czy   to   wszystko   zdarzyło   się 

naprawdę? Drgający płomień świecy odbijał się w lustrach, w jego łagodnym 

blasku wszystko wydawało się nierzeczywiste jak senne marzenie.

Czy Cole naprawdę tu był?  Co on zrobił? Nawet nie  przypuszczała, że 

może   aż   tak   odczuć   jego   obecność.   Wprawdzie   gdy   podjęła   decyzję   o 

przyjeździe   na   ranczo,   zdawała   sobie   sprawę,   że   będzie   musiała   się   mieć 

przed nim na baczności, ale była pewna, że przynajmniej w swojej sypialni i 

łazience jest bezpieczna.

Co teraz zrobić? Poprosić o inny pokój? Zamykać się na klucz? A może 

poczekać na rozwój wypadków?

Uśmiechnęła się do siebie.

Właściwie   dlaczego   nie   skorzystać   z   pobytu   tutaj,  pogodzić   się   z 

przeszłością i spojrzeć na życie inaczej, nacieszyć się nim?

Z ociąganiem wyłączyła urządzenie do masażu.

background image

118

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

Woda uspokoiła się. Allison wyszła z wanny przepełniona jakimś nowym, 

radosnym podnieceniem.

Osuszyła się ręcznikiem, ciesząc się jego przyjemnym, miękkim dotykiem. 

Powoli przeciągała nim po rozgrzanej skórze. Naraz zadrżała.

-Niemal   zapomniałem...   -   usłyszała   za   sobą   głos   Cole'a.   Dostrzegła   w 

lustrze jego odbicie. Stał na progu. Chyba  przyglądał się jej od dłuższej 

chwili. Serce jej gwałtownie zabiło. Spotkała w lustrze jego wzrok, szybko 

osłoniła rękami piersi.

-Allison, jesteś piękna.

Poczuła na karku dotyk jego ust. Musnął włosami jej policzek. Bezwolnie 

odwróciła się do niego, lekko uniosła głowę i wspiąwszy się na palce, dotknęła 

jego ust. Były takie gorące. Całowała go namiętnie. Cole  jęknął cicho i, nie 

odrywając warg od ust Allison, wziął ją na ręce.

Przywarła do niego mocniej, objęła rękami za szyję. Teraz on był całym jej 

światem.

Pod plecami poczuła miękki dotyk cienkich prześcieradeł. Cole przytłaczał ją 

swoim   ciężarem.   Na   chwilę  oderwał   od   niej   usta,   oboje   łapczywie   nabrali 

powietrza.  Lekko przesunął rękami po jej ciele, jakby odnajdując je  na nowo. 

Allison poddawała się jego pieszczotom, oboje zatracali się w nich, zapominali 

o przeszłości, o wszystkim, znów liczyli się tylko oni dwoje.

- Allison,   nie   mogę   już   dłużej...   -jęknął   nagle   Cole,

ale   ona   już   tego   prawie   nie   usłyszała.   Ten   jeden   raz,

kiedy   przeżyła   coś   podobnego,   był   tak   dawno   temu,   że

tamto

 

wspomnienie

 

zblakło.

 

Wszystko

 

było

 

nowe

i   nieznane   -jego   cudowna   obecność,   sposób,   w   jaki   jej

dotykał,   męski   zapach,   urwany   oddech,   smak   jego

skóry.

Nie mogli już dłużej czekać. Splątane ciała zadrżały w szaleńczym rytmie. 

Cole krzyknął cicho, objął ją  jeszcze mocniej, aż do bólu, aż do stłumionego 

szlochu.

MIŁOŚĆ PO TKSASKU

119

Allison przywarła do niego z całej siły. Już nigdy go nie opuści, nigdy nie 

pozwoli mu odejść. Cole westchnął głęboko, obrócił się na bok. Leżeli mocno 

objęci.   Allison   popatrzyła   na   jego   wilgotną   twarz.   Miał   zamknięte   oczy. 

Uśmiechnęła   się   i   leciutko   dotknęła   jego   policzka.   Otworzył   powieki, 

popatrzył na nią z bliska.

-To nie było zamierzone - wymruczał przepraszająco.

-Naprawdę?

-Naprawdę. Chciałem tylko uświadomić ci swoją obecność.

-I to ci się udało.

-Chciałem   tylko   obudzić   w   tobie   pragnienie.   Przebić   ten   mur,   jaki   nas 

dzielił od mojego przyjazdu do Mason.

-To też ci się udało.

-Wydawało mi się, że potrafię nad sobą panować. Nie przypuszczałem, że 

posuniemy się aż tak daleko.

-Ach tak. Chciałeś mnie roznamiętnić i odejść, tak?

-Mniej więcej - przyznał z bladym uśmiechem.

-To nie świadczy o tobie najlepiej.

-Możliwe.

-To, co się stało, niczego jeszcze nie dowodzi, Cole.

-W każdym razie potwierdza, że dobrze nam ze sobą w łóżku,

-Ale to jeszcze za mało, żeby podjąć decyzję.

-Uważam, że to bardzo dobry początek.

-Cole, wtedy oboje byliśmy dziećmi i nie mieliśmy  pojęcia, czego chcemy 

od życia.

-Mów za siebie. Ja zawsze świetnie wiedziałem. Pod tym względem nic się 

nie zmieniło.

-Ja   się   zmieniłam,   Cole   .Już   nie   jestem   tamtą   małą   dziewczynką,   która 

deptała ci po piętach.

Pogładził delikatnie jej ciało.

background image

120

MIŁOŚĆ

 

PO

 

TESSASKU

-To prawda, że trochę się zmieniłaś, ale nie widzę w tym nic złego.

-Cole, od dawna jestem zdana tylko na siebie. Nauczyłam się niezależności, 

cenię swoją wolność.

-Przecież nie chcę, żebyś z tego rezygnowała.

-Naprawdę?

-Oczywiście,   że   nie.   Jestem   dumny   z   tego,   że   potrafiłaś  dać   sobie   radę, 

wyrobiłaś sobie nazwisko, odkryłaś swoje zdolności. Chcę tylko, żebyś stała 

się częścią mojego życia.
-Chodzi ci o mnie... czy o Tony'ego?
-O czym ty mówisz?

Przez dłuższą chwilę patrzyła na niego w milczeniu.

- Sama   nie   wiem.   Przez   tyle   lat   nie   zrobiłeś   nic,

żeby   mnie   znaleźć,   chociaż   nie   ukrywałam   się   przed

tobą.

 

Dopiero

 

kiedy

 

spotkałeś

 

Tony'ego.

 

Rozumiem

to,   że   chcesz   poznać   syna,   ale   nie   musisz   mnie   też   brać

pod uwagę. To nie musi być transakcja wiązana.

Zmrużył  oczy i odsunął się. Sięgnął po papierosa, zaciągnął się dymem. 

Popatrzył na nią dopiero po chwili.

- Wiesz,   nie   mówmy   teraz   ani   o   Tonym,   ani   o   tobie.

Jeśli   myślisz,   że   kochałem   się   z   tobą   tylko   dlatego,   to

rzeczywiście   masz   rację   -   jednak   cię   nie   znam.   Ani,   co

jest tak samo ważne, ty nie znasz mnie.

Już nie był czułym kochankiem. Jej serce przepełniła  rozpacz. Wspomniała 

minione smutne lata. Jak mogła sądzić, że powrót do przeszłości nie przyniesie 

cierpienia?

Sięgnęła po pogniecioną podomkę, okryła się i wstała.

-Widzisz, Cole? Seks niczego nie rozwiązuje- powiedziała, odwracając się 

w stronę drzwi.

-Dla ciebie to nie było nic więcej? Tylko chwila przyjemności? Chciałaś 

zapomnieć o wszystkim i iść sobie? W takim razie nie dziwię się, dlaczego 

jesteś sama.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

121

Allison zatrzymała się i popatrzyła na niego.

-Nie oskarżaj mnie, Cole. Ciebie też przez piętnaście lat nie ciągnęło do 

ołtarza.

-Masz   rację.   Na   własnej   skórze   doświadczyłem,   że  nie   należy   wierzyć 

słowom kobiety.

-To zabawne - odrzekła z uśmiechem Allison. - Ja  dowiedziałam się tego 

samego o mężczyznach. Może więc mamy ze sobą więcej wspólnego, niż 

na początku sądziłam. Dobranoc, Cole.

Odwróciła   się   i   wyszła,   zostawiając   go   wpatrzonego  w   dzielące   ich 

zamknięte drzwi.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

- Cole, jak możesz mieszkać gdzieś indziej niż tu?

- zapytał Tony, kiedy nazajutrz wybrali się na przejażdżkę.

Cole  miał  za  sobą  bezsenną  noc.  Ten  wypad  zaplanowali  z  Tonym   już 

wczoraj.   To   dlatego   ponownie   wszedł   wieczorem   do   łazienki   -   chciał 

zaproponować Allison, by im towarzyszyła.

Allison też chyba nie zmrużyła oka. Kiedy rano zeszła na śniadanie, miała 

spuchnięte   powieki   i   podkrążone   oczy.   Jeździli   już   od   jakiegoś   czasu,   ale 

jeszcze  nie   odezwała   się   ani   słowem.   Tony   wychodził   ze   skóry,  żeby 

podtrzymać rozmowę.

- Masz rację, to nie jest łatwe - odezwał się Cole

- ale   oprócz   rancza   mam   jeszcze   kilka   interesów,

którym   też   muszę   poświęcać   trochę   czasu.   Dlatego

sprawy rancza zostawiłem innym.

-Cameronowi i Cody'emu?

-Cameron pracuje razem ze mną. A Cody? No cóż,  on chyba sam jeszcze 

dokładnie nie wie, czym chciałby się zajmować. Bywa tu od czasu do czasu. 

Ma własne sprawy.

-W takim razie, kto kieruje ranczem?

-Zatrudniamy zarządcę i kilku pracowników, oczywiście jest jeszcze moja 

ciotka... -Do diabła, stało się.

-Twoja ciotka?

-Tak. Zajmuje się głównie prowadzeniem domu.

-Dlaczego jeszcze jej nie widziałem?

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

123

-Nie ma jej tu teraz -powiedział, unikając wzroku Allison. - Wyjechała.

-Wróci przed naszym wyjazdem?

-Wątpię.

Letty  stanowiła   kolejny  trudny  problem.   Do   diabła,   miał   już   dość   tego 

ciągłego roztrząsania, czy przypadkiem nikt nie poczuje się urażony. W końcu 

teraz już nie jest ważne, co Letty kiedyś zrobiła. Należy do rodziny. To ona 

zajęła   się   wszystkim   po   śmierci   rodziców.   Musi   doprowadzić   do   tego,   by 

Allison pogodziła się z jej obecnością.

Po   wczorajszej   nocy   miał   złe   przeczucia.   Allison   chyba   była   bardziej 

skłonna przebaczyć ciotce niż jemu. Jak mógł dopuścić, by sprawy wymknęły 

mu  się spod kontroli? Jak mógł  tak się zachować? Był  zbyt  pewny siebie, 

sądził, że potrafi nad sobą zapanować. Dostał gorzką naukę.

- Cole?

Otrząsnął się z tych rozważań. Tony już kilka razy powtórzył jego imię.

-Przepraszam,   zamyśliłem   się   -   uśmiechnął   się   do  jadącego   obok  niego 

chłopca.

-Nie   szkodzi.   Mojej   mamie   to   też   się   często   zdarza.   Jestem 

przyzwyczajony.   Zastanawiałem   się,   w   którym   miejscu   kończy  się   twój 

teren. Jeździmy już tyle godzin i natykamy się tylko na bydło i wiatraki.

Cole   rozejrzał   się   wokół.   Odjechali   już   kawał   drogi   od   zabudowań. 

Wskazał ręką na ciągnące się w oddali wzgórza.

-Tamte góry ograniczają naszą ziemię od północy. Na południe posiadłość 

ciągnie się niemal do granicy z Meksykiem na Rio Grandę.

-Przecież to jest ogromny obszar! -wykrzyknął ze zdumieniem Tony.

-To prawda.

background image

124

MIŁOŚĆ 

PO

 

TEKSASKU

- Och!   -   Odwróci!   się   do   Allison.   -   Wiedziałaś,   że

to ranczo jest takie wielkie?

Twarz Allison była osłonięta rondem kapelusza, na oczach miała ciemne 

okulary. Trudno było odgadnąć, co myśli.

- Nie chcę psuć wam zabawy - powiedziała skruszona - ale już bardzo 

dawno

 

nie

 

jeździłam

 

konno.

Jeśli   zaraz   nie   wrócimy,   to   przez   następne   dni   będę

siedzieć na poduszce.

Tony roześmiał się i spojrzał na Cole'a.

- W   takim   razie   chyba   musimy   zostawić   ją   w   do

mu, co?

Nigdy! zarzekł się w duchu Cole. Cameron tylko czeka, żeby ją zabawić. 

Przypomniał   sobie   Cody'ego.   Do   tej   pory   z   pewnością   już   się   czegoś 

dowiedział o wypadku. Gdzie on się teraz podziewa?

- Właściwie   ja   też   powinienem   wracać.   O   jedenastej   będę   miał   ważny 

telefon.

Nie   potrafił   pozbyć   się   bezsilnej   złości.   Było   tyle   rzeczy,   które   chciał 

powiedzieć Allison na osobności, miał tyle do powiedzenia Tony'emu i nie 

mógł tego  zrobić. Przynajmniej nie teraz, póki chłopiec nie pozna  prawdy. 

Chwilami zdawało mu się, że jest w sytuacji bez wyjścia.

Po raz pierwszy w życiu nie potrafił zapanować nad tym, co się działo. Źle 

się czuł w takiej roli. Zerknął z ukosa na Allison. Od rana nawet na niego nie 

spojrzała.

Właściwie sam sobie był winien. Pięknie się zachował wczoraj wieczorem. 

Nie powinien się nawet łudzić, że jego przeprosiny mogłyby coś zmienić.

Dopiero o pierwszej przestał zajmować się urzędowymi sprawami. Kiedy 

wyszedł ze swojego gabinetu, Tony i Cameron grali w pokera.

- Gdzie   jest   twoja   mama?   –   zapytał   Cole   z   pozorną

obojętnością w głosie.

MIŁOŚĆ

  

PO

  

TEKSAS

 

KU

125

- Poszła   do   siebie   na   górę.   -   Tony   oderwał   się   od

gry   i   popatrzył   na   niego.   -   Jazda   dała   jej   w   kość

-   wyjaśnił   z   szerokim,   typowym   dla   Callawayów

uśmiechem. — Chyba nie było jej z nami lekko.

Cameron podniósł oczy na brata.

- Kiepsko   wyglądasz,   stary.   Idź   się   zdrzemnąć.   Ja

się zajmę Tonym.

Weszła Rosie z tacą zastawioną szklankami z lemoniadą i ciasteczkami.

-Może zostawiłaś coś dla mnie na lunch? - zapytał ją Cole.

-Jasne. Przynieść ci tutaj?

-Nie, Wystarczy, jeśli powiesz, gdzie mogę to znaleźć.

-Na przykrytej tacy, w lodówce.

Poszedł   do   kuchni,   zerkając   po   drodze   do   wydzielonego   z   części   patio 

oszklonego   pokoju,   gdzie   w   dziecinnym   łóżeczku   spała   Trisha,   otoczona 

swoimi zabawkami.

Oddałby wszystko, by mieć taką córeczkę, którą oboje z Allison mogliby 

razem wychowywać...

Nagle   przeszyła   go   gwałtowna   myśl.   O   Boże,   nie!   Nie,   tylko   nie   to! 

Otworzył lodówkę, wyjął talerz z sałatką i kanapkami. Przysiadł na brzeżku 

stołka przy kuchennym barku. Musiał zaspokoić głód, choć szkoda mu było 

czasu na jedzenie.  Musi  natychmiast  porozmawiać  z Allison. Musi się  do-

wiedzieć... Ale z niego bezmyślny idiota. Dlaczego nie pomyślał...

Odstawił talerz do zlewozmywaka, opróżnił drugą szklankę mleka i pognał 

po schodach na górę. Drzwi do pokoju Allison były zamknięte. Może spała? 

Jeśli tak, nie będzie jej budzić. Wszedł do swojej sypialni, ściągnął ubranie. Po 

tej porannej przejażdżce prysznic dobrze mu zrobi. Wszedł do łazienki. Od 

razu poczuł lekki zapach perfum Allison. Na półce nad umywalką

background image

126

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

leżała jej szczotka do włosów i grzebień. Uśmiechnął się na ten widok.

Kończył   zapinać  koszule,  kiedy wydało   mu   się,  że  słyszy jakiś dźwięk. 

Boso podszedł do drzwi, uchylił je bezgłośnie i zajrzał do jej pokoju. Allison 

leżała na brzuchu, z zamkniętymi oczami i skrzywioną twarzą.

- Co   ci   jest?   -   zapytał   szeptem,   nie   chcąc   jej   budzić,

w razie gdyby spała.

Otworzyła oczy i popatrzyła na niego.

-Czy ty nigdy nie pukasz?

-Bałem się, że mogę cię obudzić.

-Za bardzo jestem obolała, żebym mogła zasnąć.

-Dlaczego wcześniej nic nie powiedziałaś?

-Żeby  wam   popsuć   przyjemność?   Tony  był   zachwycony   jak  nigdy.   Nie 

widziałam   go   w   takim   stanie   od   ostatniego   koncertu   jego   ulubionego 

piosenkarza.

-Poczekaj chwilę.

Wszedł do łazienki i wyjął z szafki z lekarstwami jakąś buteleczkę. Wrócił 

i usiadł na brzegu łóżka.

-Co ty chcesz zrobić?

-Chcę ci trochę ulżyć — uśmiechnął się.

-O tak! Z pewnością!

-  Źle mnie zrozumiałaś - zaprzeczył i zaczął podciągać jej koszulkę.

Allison z jękiem uniosła się na łokciu.

- Cole,   natychmiast   mnie   zostaw.   Nie   wykorzystuj

tego, że nie mogę się ruszyć. Idź sobie, proszę.

Wybuchnął śmiechem.

- Zobaczysz,   że   to   nie   tylko   będzie   przyjemne,   ale

i pupa przestanie cię boleć.

Odciągnął aż do talii jej koszulę, zwilżył dłonie odrobiną płynu z butelki i 

przemawiając do niej uspokajająco, rozpoczął masaż.

Powoli   napięte   mięśnie   zaczęły   się   rozluźniać.   Wprawnymi   ruchami 

masował jej pośladki i uda. Allison początkowo jęczała z bólu, ale po chwili

MIŁO

 

SC

 

PO

 

TEKSASKL

127

uspokoiła się, oddychała coraz równiej, wreszcie zamknęła oczy i usnęła.

Cole wstał po cichutku, zabrał butelkę i schował ją na miejsce. Zerknął na 

prysznic, zastanawiając się, czy ostudziłaby go zimna woda.

Musi zająć myśli  czym  innym.  Wrócił do siebie,  skończył  się ubierać i 

zaczął schodzić na dół. Dobiegły go głosy Camerona i Tony'ego.

- Wiesz,   ciągle   nie   mogę   zrozumieć   -   mówił   Tony

-   dlaczego   mama   nigdy   mi   nie   powiedziała,   że   was

zna.   Przecież   jesteście   sławni,   co   chwila   piszą   coś   na

wasz   temat.   A   ona   nigdy   nie   wspomniała   o   żadnym

z was ani słowem. Czy to nie jest dziwne?

Cole   zatrzymał   się,   ciesząc   się,   że   tym   razem   to   nie  on   musi   znaleźć 

odpowiedź.

-Chyba musisz zapytać o to swoją mamę. Wiesz, każdy ma swoje powody. 

Nie ma co zgadywać.

-Racja. Ale wiesz co, zaczynam podejrzewać, że za tym coś się kryje.

-Co masz na myśli?

-Wydaje   mi   się,   że   mama   i   Cole   kiedyś   się   pokłócili...   może   to   była 

sprzeczka zakochanych czy coś takiego.

Cole nie ruszył się z miejsca. Chciał usłyszeć odpowiedź Camerona.

-Dlaczego tak sądzisz?

-Oni czasami tak dziwnie na siebie patrzą. Wtedy, kiedy myślą, że nikt tego 

nie widzi. - Cameron roześmiał się. - Wiesz, jakoś nie mogę się oswoić  z 

myślą, że mama może się kimś interesować- z ociąganiem dodał Tony.

-Chyba mówiłeś wcześniej, że się z kimś spotyka.

-Tak,   ale   to   co   innego.   Ed   przyjeżdża   do   miasta   raz   czy   dwa   razy   w 

miesiącu.   Oni   właściwie   tylko   się   przyjaźnią.   Przy   nim   mama   się   nie 

denerwuje ani nie rumieni, tak jak w obecności Cole'a.

background image

128

MIŁOŚĆ

 

PO

 

TEKSASKU

-Naprawdę? To ciekawe.

-Jak myślisz, czy oni się pokłócili?

-Nawet jeśli tak było, to nic mi o tym nie wiadomo. Bytem wtedy dzieckiem.

-Znałeś mojego tatę?

Zapadła głęboka cisza. Cole uśmiechnął się do siebie. Chyba już powinien 

wybawić brata z opresji.

-Nie, chyba nie,

-Widzisz?   To   kolejna   dziwna   sprawa.   Jak   to   możliwe,   że   nikt   go   nie 

pamięta? Wydaje mi się...

-No i kto wygrywa? - zapytał Cole, wchodząc do pokoju i zbliżając się do 

nich. Cameron spojrzał na niego jak tonący,  któremu  w ostatniej chwili 

podano pomocną dłoń.
-Cameron - odrzekł Tony.

Wszyscy trzej popatrzyli na rozłożone karty.

- Możesz zagrać za mnie - zaproponował Cameron, sięgając po swoje kule. 

-  Chyba  pójdę  się  zdrzemnąć.  Trochę  się  dzisiaj  zmęczyłem.   -  Zerknął  na 

Tony'ego, a potem znacząco spojrzał na Cole'a.

Cole zajął jego miejsce.

-Czy Cameron powiedział ci, dlaczego chodzi o kulach? - zapytał chłopca, 

kiedy zostali sami.

-Tak, wspomniał mi o wypadku. To naprawdę straszne, stracił żonę i został 

ranny.

-Widziałeś jego córeczkę?

-Och, tak! - Twarz Tony'ego rozjaśniła się w uśmiechu,- Rosie przyniosła 

ją tutaj, kiedy mała się przebudziła. Jest bardzo fajna.

-Też tak myślę.

-Cole,   dlaczego   się   nie   ożeniłeś?   Jesteś   przecież   głową   rodziny.   Nie 

chciałbyś mieć dzieci, którym kiedyś mógłbyś to wszystko zostawić?

Boże, dlaczego ten dzieciak nie mówi o samochodach czy dziewczynach, 

albo zespołach muzycznych, tak jak inni chłopcy w jego wieku?

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

129

-Nigdy nie myślałeś o zajęciu się w przyszłości dziennikarstwem? - zapytał 

Cole, sięgając po papierosa.

-Dlaczego pytasz? - zdziwił się Tony.

-Bo świetnie sobie radzisz z wyciąganiem informacji.

-Chcesz powiedzieć, że jestem wścibski?

-Po prostu nigdy nie wiem, czego się po tobie spodziewać.

-Ale jak mogę się czegoś dowiedzieć, jeśli nie będę pytać?

- No tak. Wracając do sprawy małżeństwa...

Frontowe drzwi trzasnęły z hałasem i w holu rozległ

się dźwięk czyichś szybkich kroków.

-Jest tu kto? - zawołał ktoś głośno,

-Tu jesteśmy, Cody! - odkrzyknął Cole z uśmiechem, puszczając oko do 

Tony'ego.

Podniósł się na powitanie brata. Cody zatrzymał się w pół kroku na widok 

wstającego z podłogi chłopca. Popatrzył na niego, potem przeniósł zdumiony 

wzrok na Cole'a.

-Cody, poznaj Tony'ego Alvareza. Tony, to mój najmłodszy brat, Cody.

-Cieszę się, że mogę cię poznać - powiedział Tony, wyciągając rękę.

Cody nie mógł oderwać od niego wzroku. Podobieństwo do Callawayów 

było wprost uderzające. Mocno uścisnął jego dłoń.

-Ja też się cieszę. Nie wiedziałem o twoim przyjeździe.

-Przyjechaliśmy z mamą wczoraj.

-Allison też tu jest? - Cody popatrzył na brata ze zdumieniem.

-Wiedziałbyś o tym wcześniej, gdybyś tu wpadł czy dał jakiś znak życia.

Cody skrzywił się, słysząc jego ton.

- Przepraszam,   ale   nie   przywykłem   opowiadać   się

z tego, co robię.

background image

130

MIŁOŚĆ

 

PO

 

TEKSASKU

-Widzę, że Letty nie miała na ciebie aż takiego wpływu, jak się obawiałem.

-Masz   rację   -   uśmiechnął   się   Cody,   -   Zawsze   twierdziła,   że   jestem 

niepoprawny. A wiec - znów spojrzał na Tony'ego - jak długo tu zostajecie?

-Parę tygodni.

-To świetnie. Musimy się gdzieś razem wybrać czy coś sobie zaplanować, 

żeby się lepiej poznać.

-Skąd wiedziałeś, że moją mamą jest Allison Alvarez?

-Bo   tylko   ona   mogła   dać   ci   takie   imię   i   nazwisko  -   bez   zastanowienia 

odrzekł Cody.

Ta odpowiedź nie zadowoli go na dłuższą metę, pomyślał Cole. Musi jak 

najszybciej porozmawiać z Allison.

Wieczorem,   kiedy   wyszła   z   łazienki,   zastukał   do   niej.   Tym   razem 

poczekał, aż zaprosi go do środka. Siedziała przy toaletce i szczotkowała wło-

sy.

-Musimy porozmawiać.

-W takim razie mów - odrzekła krótko.

-Musimy pomówić o Tonym.

Przestała czesać włosy i spojrzała na jego odbicie w lustrze.

-O co chodzi?

-Posłuchaj - odezwał się Cole i zaczął przemierzać pokój. - On jest bardzo 

bystry. Zaczyna układać sobie wszystko w całość i zadawać pytania. Już to 

robi, A ja nie chcę go oszukiwać.

-Jakie pytania?

-Między innymi na temat swojego ojca. Może pamiętasz, mnie też wczoraj 

o to pytał. Dzisiaj przypadkiem usłyszałem, jak wypytywał Camerona. - 

Odwrócił się i popatrzył na nią. - Allison, musimy powiedzieć mu prawdę.

Opuściła wzrok na swoje dłonie.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

131

- To   pierwszy   krok,   żeby   zmienić   go   w   Callawaya,

tak?

Podszedł bliżej i ukląkł przed nią.

-Kochanie, przecież sama to rozumiesz. Czy tego chcesz czy nie, kocham 

cię. Zawsze cię kochałem i zawszę będę cię kochać. Wczoraj wieczorem 

powiedziałem, że chcę się z tobą ożenić. Naprawdę tego pragnę. Czy nie 

widzisz, że powinniśmy usiąść razem z nim i wszystko mu wytłumaczyć?

-Oskarżając mojego ojca i twoją ciotkę?

-Zapomnijmy o winnych. Powiedzmy mu prawdę.  Popełniliśmy błąd, to 

prawda.   Przecież   jesteśmy   tylko   ludźmi.   Tony   musi   to   zrozumieć.   - 

Wyciągnął ręce i przytulił ją do siebie, opierając głowę na jej piersi.

Powoli   położyła   dłonie   na   jego   głowie,   zanurzyła   palce   w   miękkich 

włosach.   Przypomniała   sobie,   że   często   tak   samo   tuliła   do   siebie   syna. 

Kochała   ich   obu.   Sama   nie   wiedziała,   co   robić.   Z   jednej   strony   chciała 

oszczędzić chłopcu cierpień, ale nie chciała odbierać mu jego dziedzictwa.

-Masz rację - westchnęła w końcu. - Nie mogę dłużej ukrywać przed nim 

prawdy, zwłaszcza teraz, kiedy cię poznał.

-Powiem mu, że się pobieramy, dobrze?

-Nie! - Wyprostowała się gwałtownie. - Jeszcze za wcześnie, żeby o tym 

mówić.

-Dlaczego?   Czy  pomyślałaś,   że   może   wczoraj   poczęliśmy   nowe   życie? 

Chyba że stosujesz jakieś zabezpieczenia.

Popatrzyła na niego z przerażeniem.

-Widzisz, a więc jest taka możliwość - powiedział, kiedy ciągle milczała.

-Och, Cole - wyszeptała wreszcie. - W ogóle mi to nie przyszło do głowy. 

Ani   przez   chwilę.   Nie   mogę   wprost   uwierzyć,   jak   mogłam   być   taka 

nieodpowiedzialna. Zwłaszcza po tym, co przeszłam z Tonym.

background image

132

MIŁOŚĆ PO TEKSASKL

- Wczoraj   wieczorem   żadne   z   nas   nie   było   zbyt

rozsądne. To moja wina.

Łzy pociekły jej po policzkach.

-Nigdy nie chciałam, żebyś ożenił się ze mną dlatego, bo musisz!

-Kochanie, o czym ty mówisz? Nigdy tak nie myślałem. Nie rozumiesz? 

Przecież ja cię kocham. Jak mam cię o tym przekonać?

W milczeniu otarła załzawione oczy. Znów nie panował nad tym, co się 

działo. Nie cierpiał tego.

-Może jutro z nim porozmawiamy, co? Moglibyśmy wybrać się we trójkę 

na piknik.

-Nie ma mowy, przez najbliższe dni nawet nie podejdę do konia.

-Możemy pojechać furgonetką. Sami. Nikt nam  nie będzie przeszkadzać. 

Wtedy mu wszystko wyjaśnię. Co ty na to?
-Chyba nie mam innego wyjścia. Muszę się zgodzić.

Wstał, wziął ją za rękę i przyciągnął do siebie. Przytulił ją czule.

- Kochanie,   to   twój   syn.   Jest   dzielny   i   wrażliwy.

Zrozumie, jestem tego pewien.

Bezskutecznie próbowała się uśmiechnąć.

-Jest też twoim synem. Jest gwałtowny i nieopanowany. Nie pogodzi się z 

tym, że go okłamaliśmy, Cole. Wiem o tym.

-Zobaczymy. Ale chyba nas wysłucha?

-Mam   nadzieję.   Może   będzie   tak   bardzo   chciał   się   wszystkiego 

dowiedzieć,   że   zanim   ucieknie,   wysłucha   do   końca,   co   mamy   mu   do 

powiedzenia.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Wymyśliliście   to   sobie,   tak?   -   zapytał   Tony,   nie

spuszczając oczu z Allison i Cole’a.

Właśnie  skończyli  jedzenie  i   odpoczywali  pod  drzewem  nad jednym   z 

niezbyt odległych od domu jeziorek.

- Zrobiliście   tak,   bo   nie   chcecie,   żebym   poznał

prawdę   o   moim   ojcu   -   chrapliwie   dodał   Tony,   zanim

jeszcze   Cole   zdążył   coś   powiedzieć.   Odwrócił   się   do

matki.   Oczy   miał   pełne   łez.   -   Nigdy   nie   chciałaś

o   nim   mówić,   no   przyznaj.   On   był   zły,   wstydziłaś   się

go.   To   dlatego   razem   z   Cole'em   obmyśliliście   sobie

to kłamstwo.

Allison spojrzała na Cole'a.

-Tony,  nigdy nie wstydziłam się  twojego ojca, nigdy.  To twój dziadek 

wymyślił   tę   historyjkę   o   moim   nieszczęśliwym,   krótkotrwałym 

małżeństwie. Nie wiem, czy to był dobry pomysł, czy nie. W każdym razie 

nigdy nie próbowałam tego w jakiś sposób zmienić, nawet po jego śmierci. 

Wydawało mi się, że tak będzie lepiej dla ciebie. Nie chciałam wracać do 

przeszłości,   byłam   pewna,   ze   wszystko   już   pozostało   za  mną,   że   to 

skończona   sprawa.   Nigdy   nawet   przez   myśl   mi   nie   przeszło,   że 

kiedykolwiek ponownie zobaczę Cole'a. Uznałam, że tak naprawdę to nie 

ma żadnego znaczenia, kto jest twoim ojcem.

-Nie   ma   znaczenia!   -   wykrzyknął   z   rozpaczą   Tony.   -   Jak   mogłaś   tak 

myśleć? Przez tyle lat byłem pewny, że mój ojciec nie żyje, że mam tylko 

ciebie.

background image

134

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

A teraz... - Popatrzył na Cole'a oskarżycielsko. - Jeśli  to prawda, że jesteś 

moim ojcem, to dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz?

- Bo   nie   miałem   pojęcia   o   twoim   istnieniu.   Aż   do

tego   dnia,   kiedy   spotkaliśmy   się   na   plaży.   Tony,   uwierz

mi,   gdybym   o   tobie   wiedział,   nigdy   by   nie   doszło   do

tego, że przez tyle lat nie byliśmy razem.

Chłopiec zwrócił się do matki.

- Dlaczego   mu   nie   powiedziałaś?   Dlaczego   on   nic

o mnie nie wiedział? Dlaczego zrobiłaś z tego tajemnicę?

Allison wzięła głęboki oddech.

-Przez cały czas myślałam, że on wie. Dopiero teraz okazało się, że Cole nie 

dostał ode mnie żadnego listu. Nie miał pojęcia o tym, że spodziewam się 

dziecka, Powiedziano mu tylko, że razem z dziadkiem opuściliśmy ranczo. 

Nie wiedział, gdzie jestem, jak mnie znaleźć.  W niewielkim odstępie czasu 

zdarzyło   się   wówczas   wiele  spraw,   których   wcześniej   nie   mogliśmy 

przewidzieć.

-Tyle   razy   mi   powtarzałaś,   że   każdy  powinien   być   odpowiedzialny  za 

swoje czyny,  tłumaczyłaś,  jakie to jest ważne, mówiłaś o bezpiecznym 

seksie i tak dalej, a teraz nagle dowiaduję się, że ty... - Urwał i z trudem 

przełknął ślinę.- Nie wierzę w to! To wszystko jest niemożliwe. Wpadam 

na kogoś na plaży i okazuje się, że... - Potrząsnął głową z niedowierzaniem 

i   wstał  gwałtownie.   -   Cale   życie   mnie   okłamywałaś!   Przez   cały  czas 

mówiłaś,   że   mój   ojciec   nie   żyje,   chociaż   to   wcale   nie   była   prawda! 

Okłamałaś mnie!

Odwrócił się na pięcie i jak szalony pognał przed siebie, w stronę drogi, którą 

tu dotarli. Allison poderwała się na równe nogi.

-Tony! Poczekaj! Tony!

-Zostaw go teraz - powiedział cicho Cole. - Dajmy mu czas. Musi oswoić 

się z tym, co usłyszał. To dla niego szok.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

135

-Ale on mnie znienawidzi - wykrztusiła Allison łamiącym się głosem.

-Dlaczego tak myślisz?

-Bo   go   okłamałam.   Nie   powiedziałam   mu   o   tobie.   Tyle   razy   mu 

powtarzałam, że uczciwość jest najważniejsza, że zawsze należy mówić 

prawdę, nawet jeśli to przysporzy kłopotów. On świetnie to pamięta. - Z 

rozpaczą   zacisnęła  palce.  -   Teraz  zobaczy,   że   sama  nie  przestrzegałam 

zasad, które chciałam mu wpoić.

Czulą się tak fatalnie, że już sama nie wiedziała, co zrobić. Coraz mocniej 

splatała ręce.

- Nie   chciałam,   żeby   cierpiał.   Przecież   to   jeszcze

dziecko!   Chciałam,   żeby   wiedział,   jak   bardzo   go

kocham i że to dlatego nie powiedziałam mu prawdy.

Cole podniósł się i przyciągnął ją do siebie,

-Allison, on wie, że ty go kochasz. Uwierz mi. Ale teraz musi sam sobie 

poradzić   z  tym,  co usłyszał.   Nie  rozumiesz?   Nadszedł   czas,   że  musisz 

przestać   go  chronić.   Zasłużył   sobie   na   to,   by  znać   prawdę.   Teraz  sam 

zdecyduje, co z tym zrobić. Potrzebuje czasu, żeby to wszystko przemyśleć, 

żeby   się   z   tym   pogodzić.   Może  musi   się   wypłakać,   może   pragnie 

krzyczeć?- Rozejrzał się wokół. - Tu jest najlepsze miejsce na takie rzeczy, 

gdzie mógłby sobie na to pozwolić?

-A jeśli się zgubi?

-Nie   martw   się,   tutaj   się   nie   zgubi,   jesteśmy   blisko  domu.   Dajmy   mu 

trochę  czasu. Pamiętasz, co powiedział mi  wczoraj w samochodzie? Że 

najważniejszy dla niego jest cel, do którego zdąża?

Skinęła głową, w milczeniu otarła łzy płynące jej po policzkach.

- Teraz   sam   się   przekona,   ile   są   warte   jego   poglądy

-   ciągnął   cicho   Cole.   -   Przecież   on   nadal   jest   tą   samą

osobą.   Tak   naprawdę   to   nic   się   nie   zmieniło,   poza   tym,

że   teraz   patrzy   na   siebie   inaczej.   Musi   się   z   tym   oswoić,

ale da sobie radę. Wiem, że tak będzie.

background image

136

MIŁOŚĆ

 

PO

 

TKKSASKU

Allison   pochyliła   się   i   zaczęła   wkładać   do   koszyka   pozostałości   po 

pikniku.

-On czuje się teraz zdradzony.

-Bo tak jest, Z tobą i ze mną było tak samo. Teraz, z innej perspektywy, 

widzę,   że   wszystko   mogło   potoczyć   się   zupełnie   inaczej.   Mogłaś 

zadzwonić do mnie, kiedy nie odpisałem na twoje listy... Ja mogłem być 

bardziej dociekliwy. Ale w tamtym czasie robiliśmy to, co mogliśmy. Teraz 

szkoda naszych  sił i zdrowia na niewczesne żale. Chciałem,  żeby Tony 

poznał prawdę. Dla mnie to też było trudne i tak samo bolesne, jak dla 

ciebie i dla niego. Ale trzeba było to zrobić.

Złożył koc, wziął koszyk i schował wszystko do samochodu.

- Dajmy   mu   czas,   dobrze?   Mam   przeczucie,   że

niedługo wróci. Ale teraz przynajmniej zna prawdę.

Ruszyli w stronę domu.

-Wiesz   -   odezwała   się   po   chwili   Allison.   -   Wydawało   mi   się,   że   już 

pogodziłam się z przeszłością. Dopiero kiedy tu przyjechaliśmy... Znów 

odżyły dawne wspomnienia.

-Mam nadzieję, że nie tylko te złe.

-Nie, ale to jest bolesne. Już nie jestem tą młodą dziewczyną, jaką kiedyś  

byłam, a teraz wydaje mi się, że znów jestem taka jak dawniej, i od nowa 

odbieram wszystko tak jak kiedyś. - Odwróciła się i popatrzyła na jego 

profil.   -  Nie   jest   mi   z   tym   łatwo.   Byłam   zadowolona   z   życia.   Miałam 

Tony'ego i swoją pracę. Spokój ducha. To dla mnie ważne.

-Nie chcę ci tego odbierać. Chcę tylko stać się  częścią twojego życia. Od 

ciebie zależy, czy tak w przyszłości będzie.

Popatrzyła na swoje zaciśnięte ręce. Spróbowała rozluźnić palce.
- Zobaczymy - szepnęła tylko, wiedząc, że stało się

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

137

coś nieodwołalnego i jej życie już nigdy nie będzie takie jak do tej pory.

Cole nie ruszył się z gabinetu. Nie chciał zakłócać spokoju Allison, jeśli 

chciała   skorzystać   ze   wspólnej   łazienki.   Poza   tym   chciał   poczekać   na 

Tony'ego.   Zawsze   istniała   możliwość,   że   chłopiec   może   zabłądzić. 

Postanowił zaczekać jeszcze godzinę. Jeśli do tej pory Tony się nie pokaże, 

pójdzie go szukać.

Allison zdenerwowała się, kiedy syn nie wrócił na kolację. Cole uspokajał 

ją, zapewniał, że Tony z pewnością trafi do domu. Podświadomie czuł, że 

chłopiec wróci dopiero wtedy, gdy będzie mógł stanąć z nimi twarzą w twarz.

Minęło niemal pół godziny,  kiedy z holu dobiegł do  niego cichy szmer 

otwieranych i zamykanych  drzwi. Cole odłożył trzymany w ręku ołówek i 

wyjrzał na korytarz. Odetchnął z ulgą na widok Tony'ego skradającego się na 

palcach po schodach.

- Pomyślałem

 

sobie,

 

że

 

może

 

będziesz

 

głodny.

-   Tony   zamarł   w   miejscu   na   dźwięk   cichego   głosu

Cole'a.   -   Poprosiłem   Angie,   żeby   zostawiła   coś   dla

ciebie. Chodź, podgrzejemy to trochę.

Powoli Tony odwrócił się w jego stronę. Miał czerwone, spuchnięte od 

płaczu oczy,  umorusaną  twarz. Widać  było,  że jest  wykończony,  ale  jego 

spojrzenie było twarde i stanowcze. Miał za sobą ciężkie chwile.

Przez moment wyglądał jak mężczyzna, którym wkrótce się stanie.

Cole nie oglądając się za siebie, ruszył do kuchni. Modlił się w duchu, by 

Tony  podążył   za   nim.   Wyjął   z   lodówki   talerz   i   wstawił   go   do   kuchenki 

mikrofalowej.

- Czego się napijesz?

background image

138

MELOSC

 

PO

 

TEKSASKU

Przepełniło go gwałtowne uczucie ulgi, kiedy usłyszał głos chłopca:

- Mleka, jeśli jest.

Postawił   przed   nim   gorące   jedzenie   i   szklankę   z   mlekiem.   Poszedł   do 

spiżarni po ciasto. Ukroił dwa kawałki, położył je na deserowych talerzykach 

i zaniósł do kuchni. Tony pochłaniał jedzenie. Cole nalał sobie mleka i usiadł 

na wprost niego.

W   milczeniu   jadł   ciasto.   Tony  z   apetytem   opróżnił   talerze.   Cole   ukrył 

uśmiech. W jego wieku też był wiecznie głodny.

-Chyba powinienem cię przeprosić za to, że tak  uciekłem - odezwał się w 

końcu Tony ochrypłym grosem.

-Twoja   mama   zdenerwowała   się,   kiedy   nie   wróciłeś   na   kolację. 

Powiedziała, że to do ciebie niepodobne, żebyś nie stawił się na posiłek.

Tony skrzywił się w nieśmiałym uśmiechu. Podniósł oczy na Cole'a.

-Tak. Dobrze mnie zna.

-Wiesz, niema w tym nic dziwnego. Szybko rośniesz,  twoje ciało ciągle się 

zmienia. Już jesteś prawie dorosły.

-To musiał być dla ciebie szok, kiedy się dowiedziałeś, że masz syna, co?

A więc pomyślał też o tym, co inni czują. To dobry znak.

-Tak, to prawda.

-Pamiętam, jak się wtedy zachowałeś. Jak się tego domyśliłeś?

Cole uśmiechnął się na wspomnienie tamtej chwili.

- Wyglądałeś   dokładnie   tak   samo   jak   Cody,   kiedy

był   w   twoim   wieku.   To   było   zupełnie   tak,   jakbym   to

jego zobaczył.

Tony skinął głową, zapatrzył się w stojący przed nim talerz.

- Mama   mówiła   mi   czasem,   że   jestem   podobny   do

taty. Ale ja chyba nie jestem do ciebie podobny.

MIŁOŚĆ PO TEKSA5KU

139

-Tak myślisz? Może to raczej rodzinne podobieństwo.

-Czy to dlatego nas do siebie zaprosiłeś, że jestem twoim synem?

-Poniekąd tak - przyznał Cole. - Chciałem cię lepiej poznać, co do tego nie 

ma dwóch zdań. Poza tym chciałem pobyć trochę z twoją mamą.

Tony skinął głową, popatrzył na Cole'a i odwrócił wzrok.

-Tak myślałem.

-Ona wiele przeszła i to nie ze swojej winy.

-Tak, wiem.

-Pewnie się nie zdziwisz, jeśli ci powiem, że bardzo ją kocham. Zawsze ją 

kochałem. To był dla mnie prawdziwy cios, kiedy ją utraciłem. Kolejny 

cios, z którym wtedy musiałem sobie poradzić. To był najgorszy okres w 

moim   życiu.   Może   dlatego   nie   zrobiłem   nic,   żeby  ją   odszukać.   Byłem 

przeświadczony,  że postanowiła mnie  opuścić, że nie chce być  ze mną. 

Uznałem, że nie mam wyjścia, że muszę się z tym pogodzić. - Wypił łyk  

mleka. - Teraz, kiedy już wiem, że było inaczej, chciałbym jej jakoś wyna-

grodzić to, co przeszła. Sprawić, by życie stało się łatwiejsze.

Tony znów skinął głową.

-Moja mama jest niezależna, chyba wiesz- powiedział rzeczowym tonem.
-Tak, wiem - odrzekł Cole równie poważnie.
-Do wszystkiego musiała dochodzić sama.
-Wiem.

-Zawsze miałem poczucie winy,  że to przeze mnie  musi  tyle  pracować, 

żeby mnie utrzymać.

-Teraz już nie musi. Allison bardzo cię kocha. Wczoraj powiedziała mi, że 

nie wie, jak przetrwałaby te wszystkie lata, gdyby nie ty. Bez ciebie byłaby 

zupełnie sama.

background image

140

MIŁOŚĆ

 

PO

 

TEKSASKU

Tony milczał przez dłuższą chwilę, wreszcie uśmiechną! się blado.

-Byłem dla niej najlepszym towarzystwem, co?

-Byłeś dla niej rodziną, Tony. Rodzina jest dla niej czymś bardzo ważnym. 

Tak jak dla mnie.

Tony popatrzył na niego badawczo.

-Masz zamiar się z nią ożenić?

-Niczego więcej nie pragnę.

-Powiedziałeś jej?

-Tak. Ale jeszcze nie jest na to zdecydowana.

-Jeśli się pobierzecie, to będziemy tu mieszkać?

-Przypuszczam, że częściowo tu, a częściowo w Austin, gdzie jest centrala 

firmy.

Tony rozejrzał się po kuchni,

- To   ranczo   już   chyba   od   dawna   należy   do   Cal-

lawayów?

-  Tak.

-Chciałbym dowiedzieć się o nim czegoś więcej.

-Zapytaj wujka Camerona, chętnie ci wszystko opowie.
-Czy twoi bracia wiedzą, że jestem Callawayem?

-Tak.

-Nie mają nic przeciwko temu?

-Są zachwyceni — uśmiechnął się Cole.

-Wiesz   co?   -   powiedział   Tony   z   błyszczącymi   oczami.   -   Myślę,   że 

chciałbym należeć do twojej rodziny.

Cole poczuł, że coś ściska go w gardle. Odchrząknął.

- Cieszę się, synu - odparł. - Bardzo się cieszę.

Allison stała przy oknie i przyglądała się zamieszaniu przy stajni. Słońce 

wstało dopiero niedawno, ale Cole i Tony już byli gotowi do wyjazdu.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni stali się nierozłączni. Tony mimowolnie 

naśladował ojca, jego ruchy

MILOSĆ

 

PO

 

TEKSASKU

141

i sposób bycia.  W szybkim tempie  zmieniał  się w Callawaya.  Już  jej nie 

potrzebował. Może zawsze brakowało mu ojca, tylko ukrywał to przed nią?

Cole dotrzymał słowa. Ani razu nie wszedł do jej pokoju ani do łazienki. 

W   stosunku   do   niej   zachowywał   się   przyjaźnie,   ale   widywali   się   bardzo 

rzadko. Większość czasu spędzał z synem poza domem. Przy kolacji Tony z 

błyszczącymi   oczami   opowiadał   o   wydarzeniach   dnia,   bezustannie 

powtarzając: „Cole mówi", „Cole uważa", „Cole sądzi". Allison zagryzała 

usta, z trudem powstrzymując słowa, które miała na końcu języka.

Zresztą przecież mogła się tego spodziewać. Cole kochał syna, a od niej 

powinien trzymać się z daleka. Tak wyglądałoby jej życie, gdyby zgodziła się 

wyjść za niego. Byłaby jedynie tłem. Może piętnaście lat temu byłoby inaczej, 

ale nie była już taka jak wtedy. Stała się  niezależna i już nie mogłaby być 

jedną z kobiet Callawayów. Ma swoją pracę i znane nazwisko. Najwyższy 

czas, by wróciła do siebie.

Dobiegły ją głosy Cole i Tony'ego.  Wrócili  na lunch.  Allison odłożyła 

czytany tygodnik i wyjrzała na korytarz.

- Cześć,   mamo!   Szkoda,   że   nie   pojechałaś   z   nami.

Znaleźliśmy malutkie pancerniki!

Cole podszedł do niej.

- Zajrzałem   do   ciebie,   ale   tak   smacznie   spałaś,   że

nie miałem serca cię budzić.

Kiedy był tak blisko, myśli się jej mąciły. Nie mogła  odgonić od siebie 

obrazów, które  wciąż  podsuwała  jej  pamięć: Cole razem z nią w łazience, 

leżący obok niej...

-Rano dzwoniłam do Suzanne i powiedziałam jej, że dzisiaj wracamy - 

zwróciła się do syna.

-Ależ mamo...

-Myślałem...

background image

142

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

Obaj urwali i popatrzyli po sobie, potem zaś na nią.

-Przepraszam   -   odezwał   się   pierwszy   Cole.   -   Zupełnie   zapomniałem   o 

galerii. Brakuje ci jej, co?

-Tak.

-Ale, mamo, Cole powiedział, że...

-Tony,  wiem,  co powiedziałem.  Chyba  straciłem poczucie czasu. Skoro 

twoja mama chce wracać, musimy to uszanować.

Allison podniosła na niego oczy.

-Ty pewnie też masz sporo zajęć.

-To prawda, ale większość spraw da się załatwić przez telefon.

Tony zwiesił głowę.

- Przepraszam,   zachowałem   się   jak   egoista,   licząe,

że możecie przez cały czas być ze mną.

W jego głosie było tyle żalu i ukrytego cierpienia, że  Allison już się nie 

zastanawiała.

- Jeśli   Cole   się   zgodzi,   to   mógłbyś   jeszcze   zostać   tu

do końca wakacji. Z pewnością macie wiele planów.

Dwie pary oczu wpatrywały się w nią z napięciem.

-Ojej! Naprawdę? - zawołał chłopiec. - Naprawdę mógłbym tu zostać?

-Jeśli Cole się na to zgodzi.

-Jesteś pewna, że tego chcesz? - Cole popatrzył na nią uważnie.

-Nie chodzi o to, czy ja tego chcę. Widzę, że Tony chciałby zostać, a ja 

muszę wracać. To propozycja.

-Pozwól mi zostać - błagalnie poprosił chłopiec.

-Poczekaj,   Tony.   Muszę   jeszcze   o   tym   porozmawiać   z   twoją   mamą   - 

pohamował go Cole, nie odrywając oczu od Allison.

-Dobrze, nie ma sprawy - odparł chłopiec, wyczuwając narastające między 

nimi napięcie. Zostawił ich samych.

-Powiedz, co się stało? - Chciał dotknąć jej twarzy,

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

143

ale opuścił rękę. - Jesteś na mnie zła? Uważasz, że spędzam z nim za dużo 

czasu?

-Pomyślałam, że będzie wam lepiej beze mnie.

-Allison...

-Jeśli to ci nie sprawi kłopotu, to odwieź mnie dzisiaj do Mason.

-Allison, musimy porozmawiać. O nas.

-Nie mamy o czym mówić, Cole. Wszystko skończyło się piętnaście lat 

temu. Teraz jesteśmy innymi ludźmi. I nie zamierzam zmieniać mojego 

życia.

-Nie chcę, żebyś z czegokolwiek rezygnowała. Możemy kupić galerię w 

Austin,   poszukać   większego   mieszkania,   żebyś   miała   pracownię. 

Chciałbym, żebyś była szczęśliwa.

-W takim razie odwieź mnie do domu.

Bez   słowa   skinął   głową.   Poszedł   do   gabinetu,   usiadł  i   niewidzącym 

wzrokiem   zapatrzył   się   w   blat   biurka.   Tak   bardzo   ją   kochał.   Nie   mógł 

dopuścić do siebie myśli, że nie zechce za niego wyjść i być z nim już na 

zawsze.

Zamknął oczy. Wiedział, dlaczego Allison ucieka. Boi się, że znów może 

zostać skrzywdzona, że zatraci swoją tożsamość, że znów popełni błąd.

Czy naprawdę nie wie, że on to wszystko rozumie? Że przeżywa podobne 

rozterki?

Nie może jej zatrzymać, choć to najtrudniejsza decyzja, jaką kiedykolwiek 

musiał podjąć.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Sezon polowań na jelenie byt w pełni. Całe miasteczko było oblężone przez 

myśliwych. Interesy w galerii szły świetnie. Allison sprzedała trochę zdjęć, 

sporo niewielkich rzeźb i ledwie nadążała z zamówieniami. Z utęsknieniem 

czekała na nadchodzący weekend.

Dziś wieczorem miał się odbyć mecz, w którym bral udział Tony.

Uśmiechnęła się do siebie na myśl o nim. Chłopiec rósł w oczach. W lipcu 

Cole dzwonił do niej z propozycją, by wspólnie uczcić urodziny syna w San 

Antonio. Zachowała się jak tchórz i odmówiła. Tony'emu obiecała wtedy, że 

zrobią to jesienią, po jego powrocie. Przyjął to bez słowa komentarza. Dobrze 

wiedziała, że  terazmusi oswoić się z tym, że czasami będzie widywać  się z 

Cole'em. Ale już sam dźwięk jego głosu sprawiał, że serce zaczynało jej żywiej 

bić, a krew szybciej krążyć  w   żyłach.   Skończyło   się   tym,   że   w   ogóle   nie 

podnosiła   słuchawki.   Cole   telefonował   z   zadziwiającą   regularnością.   Na 

szczęście Tony powstrzymywał się od jakichkolwiek uwag.

Nie było jej lekko, ale już podjęła ostateczną decyzję. Po prostu potrzeba 

jej trochę czasu, żeby się pogodzić z nową sytuacją. Dziękowała Bogu, że 

szczęśliwie   nie   była   w   ciąży.   W   takim   przypadku   musiałaby   pomyśleć   o 

małżeństwie! Przez piętnaście lat była pewna, że Cole nie chciał jej, kiedy po 

raz pierwszy spodziewała się dziecka.

W końcu wszystko się jakoś ułożyło. Miała swoją

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

145

pracę, swoje życie. Kiedy we wrześniu Tony wrócił do domu, rozpowiedział 

swoim   znajomym,   że   zaprzyjaźnił   się   z   Callawayem   i   spędził   u   niego 

wakacje. Ciekawe, jak by zareagowali, gdyby dowiedzieli się prawdy?

Trochę przemarzła w ten listopadowy poranek. Szybko otworzyła drzwi 

pracowni i weszła do środka. Zajęła się wykończeniem rzeźby,  nad którą 

ostatnio   pracowała   -   stojącym   nad  urwiskiem,   zapatrzonym  w  dal  dzikim 

mustangiem.   Praca   pochłonęła   ją   całkowicie,   dzięki   niej   odnajdywała   jakiś 

dziwny  spokój.   Szło   jej  świetnie,   była   naprawdę   zadowolona.   Niemal   nie 

myślała o Cole'u. Od dawna nie czuła się tak odprężona.

Kiedy wieczorem wróciła do domu, Tony już szykował się do wyjścia.

- Mamo, już muszę pędzić! - Pocałował ją w policzek. - Do zobaczenia 

na meczu.

Zjadła resztki wczorajszego obiadu i poszła się przebrać. Rozpuściła włosy, 

żeby zapleść je w warkocz.

Naraz ktoś zadzwonił do drzwi.

Kto to mógł być? W miasteczku wszyscy wiedzieli o dzisiejszym meczu. 

Otworzyła drzwi i zamarła.

Na progu stał Cole.

- Cześć, Allison. Mogę wejść?

Zdumiona cofnęła się i wpuściła go do środka. Wszedł pewnym krokiem.

-Wspaniale wyglądasz - powiedział, odwracając się do niej. - Jak leci?

-Dziękuję.

On   sam   wyglądał   fatalnie.   Schudł   z   dziesięć   kilogramów,   zmizerniał, 

włosy na skroniach przyprószyła siwizna.

- Pewnie   się   dziwisz,   że   przyjechałem,

  chociaż

prosiłaś,   żebym   się   nie   pokazywał   -   zaczął,   zdejmując

z   półki   zdjęcie   Tony'ego   ze   szkoły.   -   Kiedy   to   było

zrobione?

background image

146

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

-Jakieś trzy tygodnie temu. Dla ciebie też ma takie zdjęcie.

-Cieszę się - uśmiechną! się.

Ten uśmiech ją rozbrajał. Był czymś tak bardzo znajomym. Przecież Cole 

był częścią jej życia. Jak mogła sądzić, że zdoła wymazać go z pamięci?

- Poczekaj chwilę. Proszę, to dla ciebie.

Cole  delikatnie  ujął  zdjęcie  i przez  kilka  chwil  wpatrywał  się  w nie  z 

napięciem.

-Dziękuję - wydusił wreszcie, nie patrząc na nią.

-Cole, po co przyjechałeś?

-Mam   ci   coś   do   powiedzenia   -   podniósł   na   nią   zwilgotniałe   oczy   -   i 

wolałbym to zrobić osobiście.  Chociaż, mówiąc szczerze, to chyba tylko 

pretekst. Nie mogłem już dłużej czekać. - Odwrócił się znów w stronę 

wychodzących na patio drzwi. - Musiałem cię zobaczyć. Przekonać się, czy 

jesteś zdecydowana. Czy  naprawdę nie chcesz być moją żoną. Setki razy 

chwytałem za słuchawkę, chciałem cię upewnić, że myślę o tobie. Zdałem 

sobie sprawę, że właściwie w ogóle nie powinienem odchodzić od telefonu.

-Cole, przestań -poprosiła cicho.

-Przestać?   -   zapytał,   odwracając   się   ku   niej.   -   Mam   przestać   myśleć? 

Przestać odczuwać? Przestać pragnąć tego, by znów wziąć cię w ramiona? 

Czy wiesz, że nie mogę spać, że ciągle marzę, byś była przy mnie, by móc 

z tobą rozmawiać, móc cię dotknąć, kochać się z tobą? - Odwrócił wzrok. - 

Zaprenumerowałem nawet waszą lokalną gazetę, żeby wiedzieć, co się tu 

dzieje.   Przeczytałem   o   dzisiejszym   meczu   i   postanowiłem   przyjechać. 

Tony zapraszał mnie  wcześniej, ale odmówiłem.  Bałem się spotkania z 

tobą.   Ale   gdybym   cię   nie   ujrzał,   byłoby   mi   jeszcze   trudniej.   Dlatego 

jestem.

Przygryzła   usta.   Wystarczyło   brzmienie   jego  głosu   i   wyraz   twarzy,   by 

zrozumieć, jak bardzo cierpiał.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

147

-Myślałam, że skoro już masz Ton’ego...

-Kocham cię, chcę mieć was oboje. Nie możesz tego zrozumieć? Czego 

tak bardzo się obawiasz?

-Nie  wiem  - westchnęła.  -  Wiele  o  tym   myślałam.  Chyba  boję  się,  że 

zatracę swoją tożsamość.

-Słuchaj, przecież nie zamierzam ci niczego odbierać. Przyjechałem też 

dlatego,   bo   chciałbym   zaprosić   was   na   ranczo   na   Boże   Narodzenie. 

Cameron czuje się coraz lepiej, zaczął nawet pracować, Letty już wróciła, 

ale całkowicie się zmieniła. Nie poznasz jej. Niemiała pojęcia, że byłaś w 

ciąży. Zdaje sobie sprawę, jaki błąd popełniła. Przekonasz się.

-Sama nie wiem, Cole. Muszę to przemyśleć.

-Dobrze, zastanów się. A teraz chodźmy na mecz. Chciałbym być tam z 

tobą   i   kibicować   Tony'emu   razem   z   innymi   rodzicami.   Zgadzasz   się?- 

Zdziwił się, kiedy nie zaprotestowała.

-Od   dawna   wiem,   że   nie   warto   się   z   tobą   kłócić,   kiedy  sobie   już   coś 

postanowisz. Poczekaj chwilę, zaplotę włosy,

-Wyglądasz   na   szesnaście   lat   -   powiedział,   podając   jej   płaszcz,   kiedy 

wróciła.

-Całe szczęście, że tak nie jest. Nie chciałabym jeszcze raz przeżywać tego 

samego.

-Może tym razem byłoby inaczej. Czegoś już się nauczyliśmy. -Wziął jej 

rękę, położył ją sobie na udzie i nakrył swoją dłonią. - Chciałbym cię o coś 

zapytać. Zaproponowano mi kandydowanie w najbliższych wyborach na 

urząd gubernatora. Zamierzam się z tego wycofać.

-Dlaczego? - popatrzyła na niego ze zdumieniem.

-Bo   wtedy   każdy   mógłby   grzebać   w   mojej   przeszłości,   a   Tony   byłby 

szczególnie smakowitym kąskiem.

-Nikt nie jest w stanie niczego ci udowodnić.

-Nie rozumiesz mnie. Nie mam zamiaru zaprzeczać, że Tony jest moim 

synem. Jestem z niego dumny.

background image

148

MILO

 

SC

 

PO

 

TEKSASKU

-To byłoby polityczne samobójstwo. Przecież sam mówiłeś...

-Wiem. Dlatego muszę z tobą o tym porozmawiać, poznać twoje zdanie na 

ten   temat.   Wszyscy   mierzą   w   tego,   kto   jest   na   świeczniku.   Nie   chcę, 

żebyście  ucierpieli z tego powodu. Nie zależy mi  na tym  stanowisku i 

zaszczytach,   mogę   to   sobie   zrekompensować   w   innych   dziedzinach. 

Najważniejsza jest dla mnie twoja decyzja.

-Och, Cole, sama nie wiem. To ty musisz się na coś zdecydować.

-Allison, naprawdę jest ci wszystko jedno? Chcę być z tobą, tylko to się 

dla mnie liczy. Wszystko inne nie ma znaczenia. Dałem ci kilka miesięcy 

na podjęcie decyzji. Trudno mi dłużej czekać,

To chyba znaczy, że nie pogodził się z jej wcześniejszą odmową. Dlaczego 

więc tak bardzo się boi przystać na jego propozycję?

-Nie wiem - wyszeptała.

-Czego nie wiesz? Nie wiesz, czy mnie kochasz? Nie jesteś pewna, czy 

chcesz za mnie wyjść?

-Boję się - przyznała się wreszcie.

-Ja też się boję, Ale jeszcze bardziej boję się tego, że resztę życia musiałbym 

przeżyć bez ciebie.

Dojechali   na   parking.   Zajęli   miejsca.   Drużyny  wybiegły   na   boisko   i 

zaczęły rozgrzewkę. Podekscytowany tłum przyglądał się zawodnikom.

Allison przedstawiła Cole'a paru osobom.  Niektórzy rozpoznawali go i 

usiłowali wciągnąć w rozmowę. Gdyby nie kurczowy uścisk jego palców na 

dłoni Allison, nigdy by się nie domyśliła, jak bardzo był spięty.

Dostrzegła   Tony'ego   na   boisku   i   pomachała   mu   ręką.   Rozjaśnił   się   i 

uśmiechnął   jeszcze   szerzej   na   widok   Cole'a.   Porozumiewawczym   gestem 

uniósł w górę splecione dłonie.

MIŁOŚĆ

 

PO

 

TEKSASKU

149

-Chyba się ucieszył na mój widok - zaśmiał się Cole.  -Prawdę mówiąc, 

trochę obawiałem się spotkania z tobą.

-Powiedziałeś to Tony'emu?

-Chyba mu o tym wspomniałem.

-Coś mi się wydaje, że razem to ukartowaliście

- mruknęła   w   zamyśleniu,   przyglądając   się   uśmiechniętemu   synowi. 

Zerknęła

 

na

 

CoIe'a.

 

Miał

 

identyczny

wyraz twarzy. - Jesteście tacy sami.

- Naprawdę? – zapytał z wyraźnym zadowoleniem.

- Myślisz, że jesteśmy podobni?

- Kogo   chcesz   oszukać?   Oczywiście,   że   tak.   Im

Tony   jest   starszy,   tym   bardziej   robi   się   podobny   do

ciebie.   Wystarczy,   byś   spojrzał   w   lustro,   a   pozbędziesz

się najmniejszych wątpliwości.

Cole aż promieniał z dumy. Ściskał mocno jej rękę. Zdała sobie sprawę, że 

jeszcze nigdy nie kochała go tak jak teraz. Jak mogła myśleć, że pozwoli mu 

odejść? Był częścią jej życia i zawsze tak będzie. Serca nie da się oszukać.

Nagle na boisku zakodowało się, sędzia zaczął gwizdać. Kibice zerwali się 

na równe nogi. Po chwili  zawodnicy podnieśli się, tylko jeden pozostał na 

ziemi.  Tony. Allison zaczęła przedzierać się w jego stronę, tuż za nią biegł 

Cole. Zanim dotarli do chłopca, zabrano go na noszach do karetki.

-Stracił przytomność - oznajmiono jej. - Na wszelki wypadek zabierzemy 

go do szpitala.

-Kochanie, jedź z nim - zarządził Cole - a ja pojadę za wami samochodem.

Była przerażona. Wprawdzie Tony nie raz nabijał sobie guza, ale nigdy 

nie zdarzyło się coś takiego jak teraz. Poczuła się tak bardzo samotna.

Jechali   przez   noc,   szpital   był   dopiero   w   drugim   miasteczku,   jakieś 

sześćdziesiąt kilometrów stąd. Naraz uświadomiła sobie, że już nie jest sama, 

jest z nią Cole. Już nigdy nie będzie sama.

background image

150

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

Tony odzyskał przytomność, zanim dojechali do szpitala. Zabrano go na 

badanie i prześwietlenie.

- Mam nadzieję, że to nic poważnego - poinformowała Allison, kiedy 

Cole wpadł do izby przyjęć.

- W karetce Tony odzyskał przytomność i odpowiadał

na pytania.

- Dzięki Bogu - wyszeptał z ulgą Cole.

Tak, dzięki ci Boże, za wszystko.

Pozwolono im zabrać chłopca do domu. Kiedy wyszedł z gabinetu, od 

razu rzucił się w ramiona ojca. Cole przytulił go do siebie z oczami pełnymi  

łez.

- Wiesz - odezwał się Tony, uśmiechając się blado

- kiedy cię zapraszałem na mecz, wcale nie planowałem czegoś takiego.

Cole i Allison wybuchnęli śmiechem.

- Chodźcie,   odwiozę   was   do   domu   -   powiedział

Cole, nie puszczając syna. Spojrzał na Allison. - Gotowa?

Popatrzyła na nich. Czego tak bardzo się bała?

- Tak... chyba tak.

Nim   dotarli   do   Mason,   Tony   usnął   na   tylnym   siedzeniu.   Prawie   nie 

protestował, kiedy Cole pomógł  mu wysiąść i poprowadził go do wejścia. 

Dopiero teraz  zobaczyła, jak bardzo chłopiec urósł. Był już niemal  wzrostu 

Cole'a. Serce się jej ścisnęło na myśl, że jej syn przestaje być dzieckiem. Jak 

szybko minęły te lata!

-Dziękuję, że przyjechałeś, Cole - powiedział Tony,  zatrzymując się na 

schodach. - Dobranoc, mamo - dodał i poszedł się położyć.

-Może zanim wyjedziesz, napijesz się kawy?

-Czy to znaczy, że będziesz nalegać, żebym sobie pojechał?

Allison zastanowiła się szybko. Właściwie miała mu coś do powiedzenia i 

chciała to zrobić jak najszybciej.

MIŁOŚĆ

 

PO

 

TEKSASKU

151

-Jeśli chcesz, możesz przenocować w pokoju gościnnym.
-Chcę - uśmiechnął się.

Zaparzyła kawę. Uśmiech Cole'a zawsze ją rozbrajał i rozpraszał.

-Wiesz nie potrafię opisać, ile to dla mnie znaczyło, że dziś wieczorem 

byłeś ze mną - odwróciła się i popatrzyła na niego. - Nie pamiętam już, 

kiedy tak bardzo się bałam. Czułam się taka bezradna... i samotna.

-Wiem.

Przez   chwilę   wpatrywali   się   w   siebie   z   napięciem.   Wreszcie   Allison 

podeszła do niego i objęła go ramionami.

Serce zabiło mu mocniej. Owionął go jej słodki, upojny zapach. Przytulił 

ją mocno.

- Kocham cię - wyszeptał .- Kocham cię tak bardzo, że bywają chwile, 

kiedy myślę, że tego nie przeżyję.

Westchnęła radośnie, oparła głowę o jego ramię.

- Ja   też   już   nie   mam   sił   dłużej   z   tym   walczyć-   Cole,

kocham   cię.   Jak   mogłam   myśleć,   że   jest   inaczej?   Na

twoje

 

podobieństwo

 

wychowałam

 

nowego

 

Callawaya.

I   ciągle   nie   posiadam   się   ze   zdumienia,   jak   bardzo   jest

do ciebie podobny.

Zamierzał   ją   tylko   lekko   pocałować,   ale   gdy   ledwie   musnął   jej   usta, 

natychmiast poczuł ogarniający go  płomień. Przycisnął ją do siebie jeszcze 

mocniej, z całej siły. Pragnął jej tak rozpaczliwie, że nie wiedział, jak zdoła to 

przeżyć.

Allison promieniała  ze  szczęścia,  kiedy  w końcu  przerwał  pocałunek  i 

popatrzył na nią.

- Czy to znaczy, że wyjdziesz za mnie? - wyszeptał.

Skinęła głową, nie mogąc wykrztusić słowa.

Pochwycił ją w ramiona, pocałował żarliwie. Teraz,

kiedy zgodziła się zostać jego żoną, nie wiedział, czy zdoła ją puścić. 

Odważył się na kolejne pytanie.

background image

152

MILOSC

 

PO

 

TEKSA5KU

- Chciałabyś mieć więcej dzieci?

Otworzyła oczy i popatrzyła na niego uwodzicielsko.

- Oczywiście,   Zawsze   o   tym   marzyłam.   Przydałoby

nam się kilkoro, jak myślisz?

Z radosnym okrzykiem porwał ją na ręce i zaniósł na kanapę. Posadził ją 

sobie na kolanach.

-Myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie. Kiedy?

-Chyba wiesz, że to zwykle trwa jakieś dziewięć miesięcy i...

-Ależ nie chodzi mi o to! Pytam o ślub. Kiedy się pobierzemy?

-Nie wiem — potrząsnęła głową. — Nie mam pojęcia.

-Ale ja mam. Co powiesz na Boże Narodzenie?

-Tak szybko?

-Szybko? Przecież to dopiero za sześć tygodni!

-Ale ja mam tyle rzeczy do zrobienia!

-Możemy urządzić cichy ślub w naszej posiadłości. Boję się, że Cameron 

jeszcze   nie   czuję   się   na   tyle   dobrze,   by   uczestniczyć   w   hucznych 

imprezach.

-Masz   rację.   -   Oparła   się   o   niego   czołem.   -   Może   zaczekajmy   z   tym 

jeszcze kilka miesięcy.

-Kochanie, czekałem piętnaście lat. Cam to zrozumie - powiedział Cole, 

przesuwając lekko dłonią po jej piersi, aż zaparło jej dech.

-Cole, teraz nie możemy. Nie dzisiaj. Nie tutaj.

-Masz rację - westchnął. - Wiem. To dlatego, że tak bardzo cię pragnę.

-Pomyśl lepiej o tym, co nas czeka - uśmiechnęła się.
-Jeśli   jakoś   przeżyję   zimne   prysznice   -   jęknął   i   pocałował   ją   tak,   że 

rozwiał resztkę jej wątpliwości.

EPILOG

Cały dom tonął w świątecznych dekoracjach. Powietrze było przesycone 

przyjemnym aromatem palonego w kominkach drewna. Radosne gaworzenie 

Trishy mieszało się z dźwiękiem kolęd i gwarem rozmów osób witających w 

holu Allison i Tony'ego.

Allison   od   razu   dostrzegła   Letitię   Callaway.   Bardzo  się   postarzała. 

Całkiem posiwiała, wydawała się stara i zmęczona życiem. Patrzyła na nią 

nieśmiało.

Allison podeszła do niej razem z synem.

- Letty, poznaj Tony'ego.

Letty wzdrygnęła się na dźwięk jego imienia, ale nie odwróciła wzroku.

- Ale   ty   jesteś   duży!   -   powiedziała   nieco   drżącym

głosem.-   Wyglądasz   zupełnie   jak   twój   ojciec,   kiedy

był   w   twoim   wieku.   Z   wyjątkiem   oczu,   oczywiście

- głos jej się łamał. - Te piękne oczy masz po dziadku.

Stojący obok Cameron z córeczką na ręku i przekomarzający się z Rosie 

Cody zamilkli i popatrzyli na nich. Tony uścisnął wyciągniętą rękę Letty.

-Nie znałem mojego dziadka.

-To był wspaniały człowiek. - Letty pokiwała głową. - Powinieneś być z 

niego dumny. Nie przynieś wstydu jego nazwisku.

-Postaram się - uśmiechnął się chłopiec.

Cole nadszedł dopiero w tej chwili. Wstrzymał oddech, nie wiedząc, co się 

dzieje.   Odetchnął   z   ulgą,   kiedy  kolejne   osoby   zaczęły   się   witać   z   nowo 

przybyłymi.

background image

154

MIŁOŚĆ

 

PO

 

TEKS

 

A5K1J

Ulokował Tony'ego w tym samym pokoju co poprzednio, Rzeczy Allison 

zaniósł do siebie. W końcu za parę dni biorą ślub.

W   czasie   świątecznej   wieczerzy   wszyscy   rozmawiali  z   ożywieniem. 

Ostatnio   rzadko   się   widywali.   Cody   przepadł   gdzieś   na   dwa   miesiące   i 

pojawił   się   dopiero   teraz.   Cameron   coraz   więcej   czasu   spędzał   w   San 

Antonio.   Trishę   zostawiał   na   ranczu.   Dziecko   było   rozpieszczane   przez 

wszystkich, ale Cole martwił się o Camerona. Brat cierpiał i dusił to w sobie.

-Powiedziałem, żeby poszukali kogoś innego, ponieważ mam inne plany - 

odrzekł   Cole   na   pytanie   Camerona,   kiedy   siedzieli   już   przy   kawie   i 

deserze.

-O czym mówicie? - wtrąciła się Letty.

-Cole’owi   proponowano   kandydowanie   na   gubernatora   -   wyjaśnił 

Cameron.

Cole porozumiewawczo uśmiechnął się do Allison. Tony'emu zaokrągliły 

się oczy.

-Będziesz kandydować na stanowisko gubernatora? - dopytywał się.

-Nie, wycofałem się.

-Ale dlaczego? - dociekał chłopiec, wyraźnie zdumiony.
-Mam ważniejsze sprawy - odrzekł Cole, znów spoglądając na Allison.

Z   pomocą   pospieszył   mu   Cameron,   który   natychmiast   opowiedział 

zabawną   historyjkę.   Więcej   nie   wrócili  do   tego   tematu.   Reszta   wieczoru 

upłynęła na rozmowach  i opowieściach przy kominku. Allison zdumiała się, 

kiedy po wejściu do pokoju, w którym mieszkała w lecie, nie znalazła swoich 

rzeczy. Zajrzała do sypialni Cole'a.

Na łóżku leżał jej szlafrok, nocna koszula, obok stały kapcie. Poczuła, że 

robi się jej gorąco. Co on sobie  wyobraża? Nawet nie stara się zachować 

pozorów...

Drzwi otworzyły się. Na progu stanął Cole. Uśmiechnął się do niej.

MIŁOŚĆ PO TEKSASKU

155

- Cole, jak...

Podszedł i wziął ją w ramiona.

-Allison...

-Dobrze wiesz, że nie mogę tu zostać. Jak...

-Tylko mi nie mów, że martwisz się tym, co sobie ludzie pomyślą. To jest 

tylko nasza sprawa. Poza tym, nikt o niczym nie wie. To ja przyniosłem 

tu  i  rozpakowałem twoje rzeczy.  A zresztą, nawet jeśli ktoś się  o tym 

dowie, to co z tego? I tak za parę dni bierzemy ślub.

-To nie o to chodzi. Boję się, że Tony by tego nie zrozumiał i...

-Wręcz przeciwnie, on to świetnie rozumie. Wczoraj wieczorem odbyliśmy 

męską rozmowę. Powiedziałem mu,  jak długo na ciebie czekałem,  jak 

bardzo  zależy mi  na tym,  byśmy  stali się rodziną. Zapytał  mnie  tylko, 

dlaczego tak długo musiałem cię przekonywać!
-Och, Cole! – Znów się z nią droczył. – Tak bardzo cię kocham!

-Miło   mi   to   słyszeć   -   mruknął,   przyciągając   ją   mocniej   do   siebie.   - 

Mogłabyś powtarzać to częściej?

-Trochę się boję - szepnęła, dotykając ustami jego policzka.

-Boisz się? Ale czego?

-To wszystko jest dla mnie takie nowe. Nauczyłam  się niezależności. A 
teraz muszę się nauczyć, co to znaczy być żoną.
-Nie musisz się o to martwić - powiedział, gładząc delikatnie jej policzek. 
- Kocham cię bez względu na wszystko.

Rozpiął zamek jej sukienki.

- Nie przeżyję kolejnej samotnej nocy. I tak wykazałem się niesamowitą 

cierpliwością,

 

przyznaj

 

to.

 

Nie

zasnę, wiedząc, że jesteś w sąsiednim pokoju.

Drżącymi palcami sięgnęła do guzików jego koszuli. Dobrze wiedziała, o 

czym mówił. Wczoraj sama nie

background image

156

MIŁOSC PO TEKSASKU

mogła zmrużyć oka, kiedy spali pod jednym dachem 

Dzisiaj już nie muszą się o nic martwić.

Uniosła głowę i popatrzyła mu prosto w oczy

-Co tylko zechcesz, kochany - wyszeptała, kładąc 

atonie na jego piersi.

-Jeszcze nigdy nie byłaś taka uległa - roześmiał się 

Cole. - i o mi się zaczyna podobać.

-Więc   się   ciesz,   póki   możesz   -   z   uśmiechem 

pociągnęła   go   w   stronę   łóżka.   -   Mam   parę 

pomysłów co z tobą zrobić.

      

-Kochanie, jestem twój. Zawsze będę.

Lekko  popchnęła  go  na  łóżko,   dotknęła   klamry

przy

 

pasku.

-Cole?
-Mhm?
-Kiedy chcesz się zabrać do powiększania rodziny?

- Jeśli o mnie chodzi, to im wcześniej, tym lepiej

- odrzekł me spuszczając z niej oczu.

-Ile dzieci chciałbyś?
-Kochanie, ile tylko zechcesz, choćby tuzin
-Niezłe, nawet jak na Teksańczyka - uśmiechnęła 
się promiennie.    

Przyciągnął ją do siebie, oplótł ramionami.

- Kochanie, chcę tego, co ty, teraz i zawsze

Pocałowała go. Drżała w jego objęciach, przepełniona 

miłością i czułością.

- W takim razie przez najbliższe kilka tygodni nie

wypuszczę cię z łóżka - zaśmiała się, kiedy wreszcie

oderwała usta od jego spragnionych warg.

Oczy mu lśniły, jak bożonarodzeniowe światełka 

porozwieszane wokół domu.

- Co tylko zechcesz, kochana - uśmiechnął się z 

czułością, odsuwając w przeszłość te wszystkie lata 

które  przeżyli bez siebie. Najważniejsze było przed 

nimi