background image
background image

NORA ROBERTS

CZEKAJĄC NA NICKA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Była kobietą, która wie, czego chce. Dokładnie przemyślała powody przeprowadzki z Wirginii

Zachodniej  do  Nowego  Jorku.  Miała  zamiar  tam  się  urządzić,  osiągnąć  sukces  zawodowy  i  zdobyć
męża.

No, może niekoniecznie w takiej właśnie kolejności.

Frederica Kimball uważała się za osobę, która po​trafi działać zależnie od sytuacji.

Szła  teraz  w  dół  East  Side,  w  zapadającym  zmierzchu  wczesnej  jesieni,  i  myślała  o  domu  w

Shepherdstown w Wirginii Zachodniej, gdzie mieszkali jej rodzice i rodzeństwo. Dom ten był wprost
wymarzo​nym miejscem do życia: rozległy, pełen radości, roz​brzmiewający muzyką i śmiechem.

Wątpiła, czy mogłaby go opuścić, gdyby nie to, że wiedziała, iż w każdej chwili może wrócić i

zostanie przyjęta z otwartymi ramionami.

To prawda, że wielokrotnie bywała w Nowym Jorku i miała w tym mieście wiele kontaktów,

ale  już  tęskniła  za  rodzinnymi  stronami,  za  swoim  pokojem  na  pierwszym  piętrze  starego  domu  z
kamienia, za miłością i towarzystwem rodzeństwa, za muzyką ojca i śmiechem matki.

Ale  nie  była  już  dzieckiem.  Miała  dwadzieścia  cztery  lata  i  osiągnęła  moment,  gdy  należało

zacząć żyć własnym życiem.

Na  Manhattanie  nie  czuła  się  obco.  Spędziła  tu  przecież  pierwsze  kilka  lat  życia,  a  później

często  przyjeżdżała  w  odwiedziny.  Tak,  ale  zawsze  z  rodziną,  uświadomiła  sobie  nagle.  Cóż,  tym
razem  jest  zdana  tylko  na  siebie.  I  ma  sprawę  do  załatwienia.  Musi  przede  wszystkim  przekonać
niejakiego Nicho​lasa LeBecka, że potrzebna mu jest partnerka.

Sukces i renoma, jaką zdobył jako kompozytor w ciągu kilku ostatnich lat, jeszcze się zwiększy,

jeśli ona będzie pisała teksty do jego piosenek. Oczami wyobraźni widziała już nazwisko LeBeck -
Kimball na plakatach przy Great White Way. Wystarczyło, by puściła wodze fantazji, a już muzyka,
którą razem napiszą, rozbrzmiewała jej w uszach.

A teraz, uśmiechnęła się do siebie, musi przekonać Nicka, żeby zobaczył i usłyszał to samo. W

razie potrzeby ucieknie się do argumentu lojalności rodzinnej. Byli przecież poniekąd kuzynami, choć
nie łączyły ich więzy krwi.

Jeszcze będziemy się całować, pomyślała i jej oczy rozjaśnił uśmiech. To był jej ostateczny i

najżywotniejszy cel. A kiedy go już osiągnie, Nick zakocha się w niej tak rozpaczliwie, jak ona jest

background image

w nim zakochana od za​wsze, od chwili, gdy po raz pierwszy go zobaczyła.

Czekała na niego dziesięć lat, a to jak na jej gust było aż nadto długo. Najwyższy czas, uznała,

skubiąc brzeg błękitnego blezera, spojrzeć losowi prosto w twarz.

Stanęła  przed  drzwiami  baru,  który  teraz  nazywał  się  „Pod  żaglami”.  Zdenerwowanie  ukryła

pod  maską  pewności  siebie.  Bar  należał  do  Zacka  Muldoona,  brata  Nicka,  a  właściwie  brata
przyrodniego, ale w rodzinie Freddie nikt się nie przejmował terminologią. Liczyły się uczucia. Fakt,
że Zack ożenił się z siostrą jej macochy, uczynił z rodzin Stanislaski - Muldoon - Kimball - LeBeck
jeden zagmatwany klan rodzinny.

Marzeniem Freddie było dodać jeszcze jedno ogniwo do rodzinnego łańcucha, wiążąc siebie i

Nicka.

Odetchnęła  głęboko,  poprawiła  blezer,  przeciągnęła  ręką  po  skręconych  złocistorudych

włosach,  których  nigdy  nie  była  w  stanie  doprowadzić  do  ładu,  i  po  raz  kolejny  rozpaczliwie
zapragnęła, by mieć choć odrobinę egzotycznej urody Stanislaskich.

Chwyciła za klamkę. Zrobi to, co sobie postanowi​ła, i ma nadzieję, że to wystarczy.

W  barze  unosił  się  zapach  piwa  i  przypraw  korzennych.  Od  razu  się  domyśliła,  że  Rio,

odwieczny  kucharz  Zacka,  przygotowuje  jeden  ze  swoich  słynnych  sosów  do  makaronu.  Z  szafy
grającej płynęła rzewna piosenka w wykonaniu Celine Dion.

Wszystko  tu  wyglądało  tak  jak  zawsze,  wszystko  było  na  swoim  miejscu.  Ściany  ozdobione

malowidłami  z  motywami  morskimi,  długi  sfatygowany  kontuar  i  rzędy  butelek  na  półkach.  Było
wszystko z wyjąt​kiem Nicka. Mimo to uśmiechnęła się, podeszła do baru i wspięła się na stołek.

- Postawisz mi drinka, żeglarzu?

Zack  zaskoczony  podniósł  głowę  znad  kartki  papieru.  Na  widok  Freddie  twarz  rozjaśnił  mu

szeroki uśmiech.

- To ty! Witaj! - ucieszył się. - Nie sądziłem, że zjawisz się przed końcem tygodnia.

- Lubię robić niespodzianki.

- Takie to i ja lubię. - Zack zręcznie popchnął kufel z piwem wzdłuż blatu, tak że zatrzymał się

dokład​nie w dłoniach gościa. Potem pochylił się, ujął twarz Freddie w swe duże dłonie i wycisnął na
jej policzku głośny pocałunek. - Śliczna jak zawsze - stwierdził z uznaniem.

- Ty też.

Powiedziała  prawdę.  Od  kiedy  go  przed  dziesięciu  laty  poznała,  jeszcze  wyszlachetniał,  jak

dobra whisky. Wiek niczego mu nie ujął, wręcz przeciwnie. Stał się tym bardziej interesujący. Włosy
wciąż  miał  gęste  i  kręcone,  a  w  spojrzeniu  ciemnoniebieskich  oczu  było  coś  magnetycznego. A  ta
twarz!  -  pomyślała,  wzdychając.  Opalona,  rasowa,  ze  zmarszczkami,  które  tylko  dodawały  jej

background image

charakteru i uroku.

Niejeden  raz  w  swoim  życiu  Freddie  zastanawiała  się,  jak  to  się  dzieje,  że  jest  otoczona

samymi piękny​mi ludźmi.

- Co u Rachel? - spytała.

-  Wysoki  Sąd  ma  się  znakomicie  -  odparł.  Freddie  uśmiechnęła  się,  słysząc  dumę  ukrytą  w

głosie Zacka. Jego żona, a jej ciotka, była teraz sędzią w sprawach kryminalnych.

-  Jesteśmy  wszyscy  z  niej  bardzo  dumni  -  powiedziała.  -  Widziałeś  młotek,  który  jej

podarowała mama? Wydaje dźwięk tłuczonego szkła, kiedy nim w coś uderzysz.

- Czy widziałem? - Uśmiechnął się niewyraźnie.

- Nieraz go już poczułem. Mieć sędziego w rodzinie to jest coś. - Mrugnął porozumiewawczo. -

Żebyś wiedziała, jak bajecznie wygląda w todze.

- Wyobrażam sobie. A jak dzieciaki?

- Ta okropna trójka? Doskonale. Chcesz soku? Freddie rozbawiona przechyliła głowę.

- Nie rozśmieszaj mnie, Zack. Mam już dwadzie​ścia cztery lata, zapomniałeś?

Potarł  brodę  w  zakłopotaniu  i  przyjrzał  się  jej  uważnie.  Drobna  postać  i  porcelanowa  cera

prawdopodobnie  zawsze  będą  mylące.  Gdyby  nie  znał  jej  wieku,  tak  dobrze  jak  wieku  własnych
dzieci, popro​siłby o dowód tożsamości.

- Po prostu nie mogę w to uwierzyć. Mała Freddie jest już dorosła.

- A więc skoro jestem... - założyła nogę na nogę - dlaczego nie nalejesz mi białego wina?

-  Już  się  robi.  -  Sięgnął  po  kieliszek,  nawet  nie  oglądając  się  za  siebie.  - A  co  u  was?  Jak

dzieci?

- Wszyscy mają się dobrze i przesyłają wam pozdrowienia. - Wzięła kieliszek i uniosła go w

górę.

- Za rodzinę.

Zack stuknął w nią butelką coli.

- Jakie masz plany, kochanie?

-  O,  całą  masę.  -  Uśmiechnęła  się  i  pociągnęła  łyk  wina.  Zastanawiała  się,  co  by  sobie

pomyślał,  gdyby  mu  wyjawiła,  że  największy  plan  jej  życia  to  uwiedzenie  jego  młodszego  brata.  -
Przede wszystkim muszę znaleźć mieszkanie.

background image

- Wiesz przecież, że możesz mieszkać u nas jak długo zechcesz.

- Wiem. Albo u babci i dziadka, albo u Michaiła i Sydney, albo u Aleksa i Bess. - Znowu się

uśmiechnęła.  Świadomość,  że  jest  otoczona  ludźmi,  którzy  ją  kochają,  dawała  jej  poczucie
bezpieczeństwa. Ale...

- Naprawdę chciałabym mieć własny kąt. - Oparła łokcie o kontuar. - Chyba już czas na małą

przygodę.

- Zaczął mówić, ale przerwała mu, potrząsając głową. - Nie zamierzasz mnie pouczać, prawda,

wujku? Nie ty, chłopak, który wyruszył w morze.

Tu mnie ma, pomyślał. Miał znacznie mniej niż dwadzieścia cztery lata, kiedy pierwszy raz się

za​okrętował.

- Dobra, żadnych pouczeń. Ale będę miał na cie​bie oko.

-  Liczę  na  to.  -  Wyprostowała  się  i  odchyliła  do  tyłu.  - A  co  porabia  Nick?  -  spytała  jakby

mimocho​dem, z udaną obojętnością. - Myślałam, że go tu za​stanę.

- Jest w kuchni. Chyba podjada makaron Riosa. Freddie pociągnęła nosem.

- Pachnie wspaniale. Chyba też tam pójdę i przywitam się z nim. Przy okazji zobaczę, co mają

dobre​go do jedzenia.

- Idź. I powiedz Nickowi, że czekamy, żeby za​czął grać. Bo nie zapracuje na kolację.

- Dobrze.

Wzięła  kieliszek  z  winem  i  zsunęła  się  ze  stołka.  Powstrzymała  się  przed  poprawieniem

kolejny  raz  włosów.  Z  rezygnacją  myślała  o  swoim  wyglądzie.  „Wdzięczny”  -  tylko  to  określenie
przychodziło  jej  do  głowy.  Cóż,  niewiele  mogła  zrobić  przy  swoim  niskim  wzroście  i  drobnej
posturze.  Już  dawno  wyzbyła  się  marzeń,  że  rozkwitnie  w  coś,  co  można  będzie  określić  jako
olśniewającą piękność.

Do niskiego wzrostu trzeba dodać kręcone włosy o odcieniu złocistorudym, piegi na zadartym

nosku, duże szare oczy i dołeczki w policzkach. Jako nastolatka marzyła o tym, żeby być wymuskaną i
wyrafinowaną  elegantką.  Albo  kobietą  dziką  i  wyzwoloną.  Albo  też  pełną  uroku  blondynką  o
zaokrąglonych  kształtach.  W  końcu,  gdy  dorosła,  zaakceptowała  siebie  taką,  jaką  jest.  Zdarzały  się
jednak nadal chwile, kiedy żałowała, że nie wygląda jak renesansowy posąg.

Szybko  jednak  napomniała  siebie,  że  jeśli  Nick  ma  ją  traktować  poważnie  jako  kobietę,

najpierw ona musi poważnie traktować siebie.

Doszedłszy do takiego wniosku, pchnęła energicznie drzwi do kuchni. I serce podskoczyło jej

do gardła.

background image

Nic nie mogła na to poradzić. Zawsze tak było, ile razy go zobaczyła, od chwili gdy ujrzała go

po raz pierwszy. Wszystko, czego kiedykolwiek pragnęła, o czym kiedykolwiek marzyła, było przed
nią. Nick siedział przy stole kuchennym, pochylony nad tale​rzem z makaronem.

Nicholas LeBeck, nicpoń, którego jej ciotka Rachel broniła w sądzie z pasją i przekonaniem.

Młody człowiek, który zboczył z drogi, ale dzięki miłości, trosce i oddaniu rodziny zdołał odłączyć
się od mło​dzieżowych gangów ulicznych i ustatkować.

Teraz był już mężczyzną, ale wciąż było w nim coś z buntownika. Ma to w oczach, pomyślała,

a  serce  zabiło  jej  mocniej.  W  tych  cudownych,  chmurnych  zielonych  oczach.  Wciąż  nosił  długie
włosy  sczesane  z  czoła  i  związane  w  krótki  koński  ogon.  Były  jasne  z  odcieniem  brązu.  Miał  usta
poety, brodę boksera, a ręce artysty.

Wiele  nocy  spędziła  na  marzeniach  o  jego  silnych  szerokich  dłoniach  i  długich,  smukłych

palcach. O tym, że te dłonie ujmują i gładzą jej twarz, przesu​wają się wzdłuż jej ciała.

Był zbudowany jak biegacz. Wysoki, smukły, długonogi. Teraz miał na sobie stare szare dżinsy

sprane  na  kolanach.  Rękawy  koszuli  podwinął.  Zauważyła,  że  brakowało  przy  nich  guzika.  Jedząc,
wymieniał uwagi z Rio, ogromnym czarnoskórym kucharzem, a ten wytrząsał tłuszcz z kosza pełnego
frytek.

-  Nie  powiedziałem,  że  jest  w  nim  za  dużo  czosnku.  Powiedziałem,  że  lubię  dużo  czosnku.  -

Nick nawinął na widelec następną porcję makaronu, jakby chcąc odwołać swoje poprzednie słowa. -
Jesteś  bardzo  porywczy  jak  na  swój  wiek,  staruszku  -  dodał  stłumionym  głosem,  przełykając
makaron.

Rio burknął coś pod nosem.

- No, no, jaki tam staruszek - żachnął się. - Jesz​cze dałbym ci popalić.

-  Już  się  boję!  -  roześmiał  się  Nick  i  ułamał  kawałek  chleba  czosnkowego  w  momencie,  gdy

Freddie z trzaskiem zamknęła za sobą drzwi. Odłożył chleb, odsunął się od stołu i popatrzył na nią z
niekłamaną przyjemnością.

-  Widzisz,  Rio,  kto  nas  odwiedził?  Jak  leci,  Fred?  Podniósł  się  i  uścisnął  ją  po  bratersku.

Zmieszał się lekko, uświadomiwszy sobie, że ciało, które się do niego przytuliło, przypomniało mu,
że mała Freddie jest już kobietą.

- Cóż... - Odsunął się wciąż z uśmiechem na twarzy i wcisnął ręce w kieszenie. - Myślałem, że

przy​jedziesz pod koniec tygodnia.

- Zmieniłam plany. Cześć, Rio - zwróciła się do kucharza i odstawiła na stół kieliszek, by móc

odwza​jemnić braterski uścisk.

- Siadaj, laleczko. Siadaj i jedz.

-  Nie  dam  się  prosić.  W  pociągu  cały  czas  myślałam,  co  też  dzisiaj  gotujesz.  -  Usiadła  przy

background image

stole, uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę do Nicka. - Siadaj, wystygnie ci - powiedziała.

- Masz rację. - Ujął jej dłoń, ścisnął i usiadł obok.

- Co u was? Wszystko w porządku? Brandon wciąż gra w baseball?

- Jeszcze jak! Jest kapitanem szkolnej drużyny.

-  Westchnęła  na  widok  dużego  talerza,  który  postawił  przed  nią  Rio.  -  A  ostatni  występ

baletowy Katie był naprawdę cudowny. Mama oczywiście popłakała się ze wzruszenia. Wiesz, że o
jej sklepie pisano w „Wa​shington Post”? A tata właśnie skończył nowy utwór.

- Nawinęła makaron na widelec. - To tyle. A jak two​je sprawy?

- W porządku.

- Pracujesz nad czymś?

-  Mam  następne  zamówienie  dla  Broadwayu.  -  Wzruszył  ramionami.  Wciąż  było  mu

niezręcznie opowiadać innym o swoich sukcesach.

- Za „Ostatni przystanek” powinieneś dostać Tony'ego.

- Już sama nominacja była nie lada wyróżnieniem. Potrząsnęła głową.

-  Nick,  to  była  znakomita  rzecz.  Jest  znakomita  -  poprawiła  się,  bo  musical  wciąż  szedł  przy

pełnej widowni. - Jesteśmy z ciebie dumni.

- Cóż, to moja praca.

-  Nie  chwal  go,  bo  mu  woda  sodowa  uderzy  do  głowy  -  odezwał  się  Rio,  który  stał  przy

kuchni.

- Ejże, sam słyszałem, jak podśpiewywałeś „Mi​łość o zmierzchu” - zauważył Nick.

Rio wzruszył potężnymi ramionami.

- Może... Jeden czy dwa kawałki były całkiem niezłe. Jedz.

- Pracujesz z kimś? - spytała Freddie. - Nad tą nową sztuką?

- Nie. To na razie wstępny etap. Zaledwie za​cząłem. Sam.

Właśnie to pragnęła usłyszeć.

- Gdzieś czytałam, że Michael Lorrey dostał jakieś zamówienie. Będziesz potrzebował nowego

autora tekstów.

background image

-  Tak.  -  Nick  dołożył  sobie  makaronu.  -  Wcale  mnie  to  nie  cieszy.  Dobrze  mi  się  z  nim

pracowało.

Inni na ogół słuchają tylko własnych słów zamiast muzyki.

-  A  więc  masz  problem  -  uznała  Freddie.  -  Potrzebujesz  kogoś  z  solidnym  przygotowaniem

mu​zycznym, kto w melodii usłyszy słowa.

- Właśnie. - Nick podniósł do ust kufel piwa.

-  Tym  kimś  jestem  ja  -  oświadczyła  zdecydowanie.  Nick  aż  się  zakrztusił.  Odstawił  kufel  i

spojrzał na nią tak, jakby nagle zaczęła mówić jakimś egzotycz​nym językiem.

- Coś ty powiedziała?

- Przez całe życie uczyłam się muzyki. - Starała się opanować emocje i przyjąć rzeczowy ton. -

Pamiętam,  że  jako  mała  dziewczynka  siedziałam  na  kolanach  ojca,  a  on  trzymał  moje  dłonie  i
prowadził  je  po  klawiszach.  Ale  bardzo  go  rozczarowałam,  bo  komponowanie  nie  jest  moją
namiętnością.  Moja  namiętność  to  słowa.  Mogłabym  dla  ciebie  pisać  teksty,  Nick,  lepsze  niż
ktokolwiek inny. - Jej oczy, szare i spokojne, napotkały jego wzrok. - Bo rozumiem nie tylko twoją
muzykę, ale i ciebie. A zatem, co o tym sądzisz?

Nick aż podniósł się z krzesła.

- Nie wiem... To dla mnie wielka niewiadoma.

-  Dlaczego?  Przecież  wiesz,  że  pisałam  słowa  do  niektórych  utworów  tatusia.  I  do  innych

zresztą też. - Ułamała kawałek chleba i zaczęła wolno go przeżuwać. - Mnie się ten pomysł wydaje
logicznym i do​brym rozwiązaniem dla nas obojga. Ja szukam pracy, a ty autora tekstów.

-  Cóż...  -  Myśl  o  pracy  z  Freddie  trochę  go  zaniepokoiła  i  rozdrażniła.  Szczerze  mówiąc,  w

ostat​nich latach coraz częściej czuł się w jej obecności jakoś nieswojo.

-  A  więc  pomyśl  o  tym.  -  Uśmiechnęła  się  ponownie.  Należąc  do  dużej  rodziny,  znała

strategiczną wartość pozornego wycofywania się. - A jak już ci się spodoba ten pomysł, możesz go
zaproponować pro​ducentowi.

- Mógłbym to zrobić. - Zawahał się. - Pewnie tak...

- Wspaniale! Będę tu wpadać, albo złapiesz mnie w Waldorf.

- Zatrzymałaś się w hotelu?

- Tylko chwilowo, dopóki nie znajdę mieszkania. Może słyszałeś o czymś w okolicy? Podoba

mi się tutaj.

- Chcesz się tu na dobre przeprowadzić?

background image

- Tak. I od razu ci mówię, że nie zamierzam mieszkać u nikogo z rodziny. Chcę się dowiedzieć,

jak to jest mieszkać samej. A ty wciąż na górze, co? W daw​nym pokoju Zacka?

- Zgadza się.

- A więc gdybyś słyszał o jakimś mieszkaniu w sąsiedztwie, daj mi znać.

Zdziwiło go, że przez moment zaniepokoił się, co jej przeprowadzka do Nowego Jorku może

zmienić w jego życiu. Nic, oczywiście, że nic.

- Myślałem, że wolałabyś Park Avenue.

- Kiedyś tam mieszkałam - powiedziała, kończąc jeść makaron. - A teraz szukam czegoś innego.

-  Odgarnęła  włosy  z  twarzy  i  odchyliła  się  do  tyłu.  -  Rio,  to  była  poezja.  Jeśli  znajdę  w  pobliżu
jakieś lokum, masz mnie codziennie na kolacji.

- Może wykopiemy Nicka i wprowadzisz się na górę. - Mrugnął do niej porozumiewawczo. -

Wolę patrzeć na ciebie niż na jego paskudną gębę.

-  Cóż,  a  tymczasem...  -  wstała  i  pocałowała  olbrzyma  w  policzek  -  Zack  chce,  żebyś  pograł,

Nick.

- Za moment.

- Powiem mu. Może jeszcze chwilę posiedzę i po​słucham. Do widzenia, Rio.

- Do widzenia, laleczko. - Rio podśpiewując, wrócił do swojej roboty. - Ale wyrosła ta mała

Fred​die - powiedział. - Śliczna jak z obrazka.

-  Tak,  w  porządku  dziewczyna.  -  Nick  był  zły,  że  korzenny  zapach  jej  perfum  niepokojąco

drażnił jego zmysły. - Ale wciąż naiwna jak dziecko. Nie ma po​jęcia, co ją tu czeka, w tym mieście.

-  A  więc  będziesz  na  nią  uważał.  -  Rio  podniósł  w  górę  drewnianą  łyżkę.  -  Albo  ja  będę

uważał na ciebie.

- Gadanie. - Nick wziął butelkę piwa i nalał sobie pełny kufel.

Nowy Jork wciąż zaskakiwał Freddie. Wystarczyło, by przeszła zaledwie kilkadziesiąt metrów

w dowolnym kierunku, a już zauważała coś nowego. A to sukienkę w butiku, a to jakąś interesującą
twarz w tłumie, a to ulicznego śpiewaka o głosie Pavarottiego. Między innymi dlatego tak lubiła to
miasto. Wiedziała, że jest naiwna, tak jak może być naiwna kobieta, która wyrosła w małym mieście,
otoczona czułością i troskliwą opieką. Zdawała sobie sprawę, że daleko jej do sprytu Nicka, którego
wychowała  ulica,  ale  czuła,  że  ma  niezłą  dawkę  zdrowego  rozsądku.  Skorzystała  z  niego,  planując
swój pierwszy dzień w mie​ście.

Jedząc rogaliki, obserwowała widok rozciągający się za oknem hotelu. Miała sporo spraw do

załatwienia. Odwiedzając wuja Michaiła w jego galerii, upiecze dwie pieczenie przy jednym ogniu.

background image

Pogada z nim, a przy okazji zorientuje się, czy jego żona Sydney nie pomogłaby jej znaleźć jakiegoś
mieszkania przez swoją agencję nieruchomości.

I  nie  zaszkodzi  napomknąć  mu  -  a  tym  samym  pozostałym  członkom  rodziny  -  że  ma  nadzieję

pra​cować z Nickiem nad jego najnowszym musicalem.

To nie za bardzo uczciwe, pomyślała, nalewając sobie drugą filiżankę kawy. Ale miłość rządzi

się własnymi prawami. A ona nigdy by nawet nie próbowała tego rodzaju łagodnej presji, gdyby nie
wierzyła w swój talent. Jeśli chodzi o umiejętności w zakresie poezji i muzyki, była aż nadto pewna
siebie. Tylko gdy w grę wchodził Nick, traciła wszelką odwagę.

Oczywiście,  kiedy  już  zaczną  razem  pracować,  Nick  przestanie  ją  traktować  jak  małą

kuzyneczkę  z  zachodniej  Wirginii.  Ale  ona  nigdy  nie  będzie  mogła  konkurować  z  tymi  gorącymi,
fascynującymi  kobietami,  które  kręciły  się  koło  niego.  A  więc,  pomyślała,  musi  być  sprytna  i
utorować sobie drogę do jego serca przez wspólną miłość do muzyki.

To wszystko w końcu dla jego dobra. Ona jest najlepszą rzeczą, jaka może go w życiu spotkać.

Tylko musi mu to uświadomić.

A więc do dzieła. Nie ma czasu do stracenia. Zerwała się od stołu i pobiegła do sypialni, żeby

się ubrać.

Godzinę później wysiadała z taksówki przed galerią SoHo. Miała pięćdziesiąt procent szansy,

że zastanie wuja. Równie dobrze mógł być teraz w swym domu w Connecticut i rzeźbić albo bawić
się z dzieć​mi. Mógł też pomagać ojcu gdzieś w mieście.

Pchnęła drzwi z matowego szkła. Jeśli nie zastanie Michaiła, wpadnie do biura Sydney albo do

sądu  do  Rachel.  Później  zajrzy  do  Bess  do  studia  telewizyjnego  albo  do  Aleksija.  Pomyślała  z
radością, że w ja​kimkolwiek kierunku się ruszy, wszędzie może spot​kać kogoś z rodziny.

Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła jej się w oczy w galerii, była nowa praca Michaiła. Nie widziała

jej  jeszcze,  lecz  od  razu  poznała  rękę  wuja.  Wyrzeźbił  w  mahoniu  podobiznę  swej  żony.  Na  wzór
Madonny, Sydney trzymała w ramionach ich najmłodsze dziecko, Laurel. U jej stóp siedziała jeszcze
trójka w różnym wieku i różnego wzrostu. Podszedłszy bliżej, Freddie rozpoznała swoich kuzynów,
Griffa, Moirę i Adama. Nie mogła się oprzeć, by nie przejechać palcem po policzku niemowlęcia.

Pewnego dnia, pomyślała, będę tak samo trzymać moje dziecko. Moje i Nicka.

-  Nie  czekam  na  faksy!  -  krzyknął  Michaił,  wchodząc  do  galerii  z  zaplecza.  -  Ty  czekasz  na

faksy! Ja muszę pracować.

- Ależ, Misza - dobiegł z głębi błagalny głos. - Waszyngton mówi...

- Nie obchodzi mnie, co mówi Waszyngton. Po​wiedz im, że mogę mieć trzy sztuki, nie więcej.

- Ale...

background image

- Nie więcej - powtórzył, zamykając za sobą drzwi i mrucząc coś pod nosem po ukraińsku.

- Cóż za artystyczny język, wujku - odezwała się. Przerwał w pół zdania.

- Freddie! - wykrzyknął, porwał ją za ramiona i uniósł jak piórko. - Ty chyba nic nie ważysz. -

Pocałował  ją  w  oba  policzki  i  postawił  z  powrotem  na  ziemi.  -  Jak  się  czuje  moja  śliczna
dziewczynka?

-  Świetnie.  Cieszę  się,  że  tu  jestem  i  że  cię  widzę.  Był  jak  jego  przekleństwa,  dziki  i

egzotyczny, miał brązowe oczy i kruczoczarne włosy Stanislaskich. Freddie nieraz myślała sobie, że
gdyby  potrafiła  malować,  namalowałaby  w  śmiałych  pociągnięciach  pędzla  i  barwach  całą  tę
rodzinę.

- Podziwiałam twoje prace - oznajmiła. - Są nie​wyobrażalnie piękne.

-  Nietrudno  jest  tworzyć  coś  pięknego,  jeśli  pracujesz  nad  czymś  pięknym.  -  Popatrzył  na

rzeźbę wzrokiem przepełnionym miłością. Miłością do tego pięknego tworzywa, ale jeszcze bardziej
do rodziny, którą uwiecznił w swej rzeźbie. - A więc przyjechałaś za​kosztować wielkiego miasta.

-  Rzeczywiście.  -  Freddie  zatrzepotała  rzęsami,  wzięła  pod  rękę  Michaiła  i  zaczęła  z  uwagą

studiować  jego  dzieło.  -  Mam  nadzieję,  że  będę  pracować  z  Nickiem  nad  jego  najnowszym
musicalem - zauważyła niby mimochodem.

- O? - Michaił podniósł brwi. Ten mężczyzna, otoczony przez kobiety, doskonale wyczuwał je i

ro​zumiał. - Pisać słowa do jego muzyki?

- Tak. Stworzymy dobry zespół, nie sądzisz?

- Owszem, ale to nie to, o czym myślę, prawda?

-  Uśmiechnął  się  na  widok  jej  kwaśnej  miny.  -  Nasz  Nick  potrafi  być  uparty.  Jak  coś  sobie

wbije do głowy, to trudno mu to wybić. Mogę spróbować, chcesz?

-  Myślę,  że  nie  będzie  takiej  potrzeby,  ale  trzymam  cię  za  słowo  -  roześmiała  się.  Michaił

przyjrzał  jej  się  bacznie.  Nie  jest  już  dzieckiem,  zauważył  w  duchu.  -  Jestem  dobra,  wujku.  Mam
muzykę we krwi, tak jak ty swoją sztukę.

- A więc skoro wiesz, czego chcesz...

-  Znajdę  sposób,  żeby  to  mieć.  -  Zdziwiona  własnym  tupetem  wzruszyła  ramionami.  To  też

miała w krwi. - Chcę pracować z Nickiem. Chcę mu po​móc. I zrobię to.

- A czego chcesz ode mnie?

- Poparcia rodziny, jeśli to będzie potrzebne, choć myślę, że uda mi się go samej przekonać. -

Odgarnęła włosy gestem, który przypomniał Michaiłowi siostrę.

background image

- A teraz potrzebuję rady co do mieszkania. Może ciocia Sydney pomoże mi coś znaleźć.

-  Może,  ale  przecież  u  nas  jest  masa  miejsca.  Wiesz,  jak  dzieci  cię  lubią,  a  Sydney...  -

Zauważył  wyraz  jej  twarzy  i  westchnął.  -  Obiecałem  twojej  mamie,  że  ci  zaproponuję,  żebyś
mieszkała u nas. Wiesz, jak Natasza się martwi.

-  Nie  ma  powodu.  Ona  i  tatuś  zrobili  dobrą  robotę,  wychowując  kogoś  niezależnego  -

kontynuowała,  nie  dając  mu  dojść  do  słowa.  -  Jakieś  niewielkie  mieszkanie,  wujku.  Poproś  tylko
ciocię,  żeby  zadzwoniła  do  mnie  do  Waldorf.  Może  pójdziemy  razem  na  lunch,  jeśli  będzie  miała
czas.

- Zawsze ma dla ciebie czas. Jak my wszyscy zresztą.

- Wiem. I mam zamiar to wykorzystać. Muszę mieć mieszkanie jak najprędzej. Zanim - dodała z

błyskiem w oku - babcia zacznie spiskować, żebym wprowadziła się do nich na Brooklyn. No, muszę
lecieć. - Pocałowała go w policzek. - Mam jeszcze parę spotkań. - Skierowała się do drzwi. - Aha,
jak będziesz rozmawiać z mamą, powiedz jej, że próbowałeś.

Odwróciła  się  na  pięcie  i  już  jej  nie  było.  Skinęła  na  taksówkę.  A  teraz,  gdy  zrobiła  już

początek, kazała taksówkarzowi zawieźć się do baru Zacka i zaczekać. Podeszła do tylnego wejścia i
nacisnęła dzwonek. W chwilę później w domofonie rozległ się zaspany głos Nicka.

- Jeszcze w łóżku? - spytała słodkim głosem. - Starzejesz się, Nicholas.

- Freddie? Która, do diabła, godzina?

- Dziesiąta, ale kto by Uczył godziny. Po prostu wpuść mnie do środka. Mam coś dla ciebie.

Zostawię to na dole.

Zaklął. Usłyszała, że coś upadło na podłogę.

- Już schodzę - powiedział.

- Nie, nie przeszkadzaj sobie. -  Bała  się,  że  nie  zdoła  się  opanować  na  jego  widok,  na  wpół

rozbudzonego, jeszcze ciepłego ze snu. - Nie mam czasu. Tylko mnie wpuść, a potem zadzwoń, jak
zobaczysz, co ci przyniosłam.

-  Co  to  jest?  -  zaciekawił  się,  otwierając  drzwi.  Freddie  nie  odpowiedziała.  Wbiegła  do

środka, rzuciła na stół w kuchni teczkę ze swoimi tekstami i wybiegła.

-  Wybacz,  że  cię  obudziłam!  -  zawołała  jeszcze  przez  domofon.  -  Jeśli  masz  dzisiaj  czas,

możemy pójść razem na kolację. Do zobaczenia.

- Co, do diabła! Zaczekaj!

Ale  ona  już  wsiadała  do  taksówki.  Zagłębiła  się  na  tylnym  siedzeniu,  odetchnęła  głęboko  i

zamknęła oczy. Jeśli on jej nie zechce, jej talentu, poprawiła się w duchu, znajdzie się z powrotem w

background image

punkcie wyjścia.

Myśl pozytywnie, upomniała siebie. Wyprostowa​ła się, podniosła głowę.

- Do Gucciego, proszę - rzuciła.

Jeśli  kobietę  czeka  randka  z  mężczyzną,  którego  zamierza  poślubić,  to  koniecznie  musi  sobie

kupić nową suknię.

ROZDZIAŁ DRUGI

Zanim Nick znalazł i wciągnął dżinsy, po czym zbiegł na dół, Freddie zdążyła już odjechać. Na

stole kuchennym leżała teczka, którą mu zostawiła.

Co też temu dzieciakowi chodzi po głowie? - zastanawiał się. Budzi go skoro świt, zostawia w

kuchni tajemnicze papiery i znika bez słowa wyjaśnienia. Zaklął pod nosem, wziął teczkę i powlókł
się z powro​tem na górę. Musi się koniecznie napić kawy.

Ostrożnie  stąpał  między  rozłożonymi  na  podłodze  gazetami,  częściami  garderoby,  nutami.

Rzucił  teczkę  Freddie  na  blat  i  podszedł  do  ekspresu  do  kawy.  Musiał  się  bardzo  skupić,  żeby
przypomnieć sobie, jak on działa.

Nie był rannym ptaszkiem i nagle wyrwany ze snu z trudem zbierał myśli.

Zaparzył  kawę  i  zajrzał  do  lodówki.  W  barze  Zacka  nie  podawano  śniadań.  Rio  nie  dał  się

namówić, by je przygotowywać, a więc Nick był zdany na siebie. W lodówce znalazł tylko resztkę
mleka. Nawet płatki się skończyły.

Zadowolił się więc kawą i papierosem.

Usiadł  i  otworzył  teczkę  pozostawioną  przez  Freddie.  Był  bardzo  ciekaw,  co  takiego  mogło

skłonić  ją  do  tego,  by  budzić  go  o  tak  wczesnej  porze.  Nawet  bogate  dzieciaki  z  małych  miast
powinny wiedzieć, że bary zamyka się bardzo późno. A kiedy Nick zmieniał brata, rzadko kładł się
spać przed trzecią nad ranem.

Ziewnął i wyłożył zawartość teczki na stół. Zobaczył starannie wydrukowane kartki z nutami.

Ten  dzieciak  wbił  sobie  do  głowy,  że  będziemy  razem  pracować,  pomyślał.  Znał  Freddie
dostatecznie  długo,  by  wiedzieć,  że  jeśli  coś  postanowi,  nie  da  sobie  tego  tak  łatwo
wyperswadować.

Cóż,  na  pewno  ma  talent,  zamyślił  się.  Trudno  byłoby  się  spodziewać,  że  córce  Spencera

Kimballa  słoń  nadepnął  na  ucho.  Ale  nie  wyobrażał  sobie  współpracy  z  kimkolwiek.  Owszem,
dobrze mu się pracowało z Lorreyem, lecz Lorrey nie był jego krewnym. I nie pachniał tak słodko i
kusząco jak grzech.

Opamiętaj  się,  LeBeck,  upomniał  sam  siebie.  Odgarnął  włosy  z  czoła  i  sięgnął  po  pierwszą

background image

kartkę.  W  końcu  może  chyba  zrobić  choć  tyle  dla  swojej  kuzyneczki.  Przynajmniej  zerknąć  na  jej
pracę.

Popatrzył  i  zmarszczył  brwi.  To  była  jego  muzyka.  Coś,  czego  nie  dokończył,  coś  nad  czym

pracował  podczas  jednego  ze  swoich  pobytów  w  Wirginii  Zachodniej.  Pamiętał,  jak  siedział  przy
fortepianie w pokoju muzycznym w tym dużym domu z kamienia, a Freddie stała obok niego. Kiedy to
było?  Ostatniego  lata?  Przedostatniego?  Nie  mógł  sobie  przypomnieć  momentu,  kiedy  wyrosła  tak
nagle,  że  zaczynał  odczuwać  pewien  niepokój,  gdy  opierała  się  o  niego  czy  patrzyła  z  ukosa  tymi
niewiarygodnie dużymi szary​mi oczami.

Nick  potrząsnął  głową,  potarł  policzki  i  ponownie  skoncentrował  się  na  muzyce.  Wygładziła

ją,  stwierdził,  ale  trochę  zjeżył  się  na  myśl,  że  ktoś  majstrował  nad  jego  dziełem.  I  dodała  pełne
poezji, romantyczne słowa, które znakomicie współgrały z nastrojem mu​zyki.

„Na  zawsze  ty”.  Taki  tytuł  dała  piosence.  Kiedy  muzyka  rozbrzmiała  mu  w  głowie,  zostawił

niedopitą kawę, zebrał nuty, przeszedł do pokoju i usiadł przy pianinie.

Dziesięć minut później dzwonił do hotelu Waldorf, by zostawić pierwszą z wielu wiadomości

dla panny Frederiki Kimball.

Wróciła  do  hotelu  dopiero  późnym  popołudniem  w  świetnym  nastroju,  niosąc  liczne  torby  z

zakupami.  Spędziła  bardzo  miły  dzień.  Najpierw  chodziła  po  sklepach,  w  południe  zjadła  lunch  z
Rachel  i  Bess,  a  potem  kontynuowała  zakupy.  Wcisnęła  wszystkie  torby  do  szafy  i  podeszła  do
telefonu. O tej porze na pewno zastanie już w domu kogoś z rodziny, jeśli nie wszystkich.

Zauważyła mrugające światełko na sekretarce, ale zanim zdążyła wcisnąć przycisk, rozległ się

dzwonek telefonu.

- Halo! - Podniosła słuchawkę.

- Do diabła, Fred, gdzie ty się podziewałaś? Uśmiechnęła się, słysząc głos Nicka.

- Tu i tam, a co?

-  Interesujące  zajęcie.  Cały  dzień  usiłuję  cię  złapać.  Już  miałem  dzwonić  do  Aleksa,  żeby

zaczęto cię szukać. - Wyobraził ją sobie porwaną, pobitą, zmal​tretowaną.

Freddie ściągnęła buty.

- Gdybyś to zrobił, powiedziałby ci, że spędziłam parę godzin na lunchu z jego żoną. Ale, ale...

w czym problem?

- Problem? Nie, dlaczego od razu problem... - W jego głosie słychać było sarkastyczne tony. -

Zry​wasz mnie na równe nogi skoro świt...

- Po dziesiątej - sprostowała.

background image

- A  potem  znikasz  na  cały  dzień  -  ciągnął.  -  Przypominam  ci,  że  coś  tam  wołałaś,  żebym  do

ciebie zadzwonił.

- Owszem. - Starała się zachować obojętność, szczęśliwa, że Nick nie może zobaczyć nadziei

rysu​jącej się na jej twarzy. - Przejrzałeś nuty, które ci zostawiłam?

Otworzył usta, ale milczał przez chwilę, starając się nie okazywać emocji.

- Rzuciłem na nie okiem. - Spędził całe godziny na czytaniu ich, studiowaniu, graniu. - Niezłe,

zwła​szcza w części, którą ja napisałem.

Mimo że nie mógł jej widzieć, podniosła hardo brodę.

- To jest o wiele lepsze niż niezłe, szczególnie te części, które ja dokończyłam - oświadczyła,

nie kry​jąc dumy. - A co powiesz o słowach?

Były pełne poezji, zadumy, ale i humoru i wywarły na nim większe wrażenie, niż chciałby to

przyznać.

- Masz lekkie pióro, Fred.

- O, dodajesz mi otuchy.

-  No  więc:  są  dobre.  To  chciałaś  usłyszeć?  -  Wziął  głęboki  oddech.  -  Nie  wiem,  co  chcesz,

żebym z tym zrobił, ale...

-  Może  pogadamy,  co?  Masz  dziś  czas?  Zastanawiał  się  przez  chwilę  nad  spotkaniem,  które

miał tego wieczoru, pomyślał o muzyce i uznał, że wszystko inne się nie liczy.

- Nie mam nic takiego w planie, z czego nie mógł​bym zrezygnować - odpowiedział w końcu.

Ciekawe, mówi o pracy czy o kobiecie? - prze​mknęło Freddie przez głowę.

- Świetnie, a więc zapraszam cię na kolację. Bądź w hotelu o wpół do ósmej.

- Posłuchaj, dlaczego nie możemy...

-  Przecież  musimy  coś  zjeść,  prawda?  Włóż  garnitur.  Niech  to  będzie  uroczyste  wyjście.  A

więc  o  wpół  do  ósmej.  -  Freddie  zagryzła  wargi  i  odłożyła  słuchawkę,  zanim  Nick  zdążył
zaprotestować.

Zdenerwowana  usiadła  na  poręczy  fotela.  A  więc  zadziałało,  pomyślała.  Wszystko  idzie

według jej pla​nu, nie ma powodów do zdenerwowania. Żadnych, absolutnie żadnych.

Zacznie podrywać i uwodzić mężczyznę, którego kochała prawie przez całe życie. A jeśli jej

się nie uda, będzie miała złamane serce, będzie upokorzona, a wszystkie jej nadzieje i marzenia legną
w gruzach.

background image

Na razie jednak nie ma powodów do paniki.

Żeby sobie dodać odwagi, podniosła słuchawkę i zadzwoniła do domu. Na dźwięk znajomego

głosu od razu wyzbyła się wszelkich obaw.

- Mamo, to ja - odezwała się z uśmiechem.

O  wpół  do  ósmej  Nick  krążył  po  holu  hotelu  Waldorf.  Nie  był  zbyt  szczęśliwy  z  wyboru

miejsca.  Nie  cierpiał  garniturów,  nie  cierpiał  luksusowych  restauracji  i  napuszonych  kelnerów.
Gdyby Freddie dała mu wybór, zaproponowałby ich bar, w którym mogliby spokojnie porozmawiać.

Oczywiście,  od  kiedy  odniósł  sukces  na  Broadwayu,  musiał  od  czasu  do  czasu  bywać  na

spotka​niach i imprezach, które wymagały oficjalnego stroju. Nie lubił tego jednak i starał się w miarę
możliwości unikać takich okazji. Wciąż pragnął tylko tego, co zawsze - móc w spokoju pisać i grać
swoją muzykę.

Zmierzył wzrokiem jednego z portierów, który najwyraźniej uznał go za kogoś podejrzanego.

Do  diabła,  ma  rację,  pomyślał  Nick  z  rozbawieniem.  Zack  i  Rachel  z  resztą  rodziny

Stanislaskich  uratowali  go  wprawdzie  przed  więzieniem  i  pozostaniem  przez  całe  życie  na
pograniczu  prawa,  ale  wciąż  jeszcze  było  w  nim  coś  z  buntownika,  z  samotnego  chłopca,  przez
nikogo nie rozumianego.

Jego przyrodni brat, Zack, kupił mu przed ponad dziesięciu laty pierwsze pianino i Nick wciąż

pamiętał  szok,  jaki  przeżył,  i  zdziwienie,  że  ktoś  go  zrozumiał  i  zechciał  spełnić  jego  nie
wypowiedziane marzenie. Nigdy nie zapomni, ile zawdzięcza bratu, nigdy nie spłaci do końca długu,
jaki wobec niego za​ciągnął.

Oczywiście, że to już przeszłość. Zmienił się, nie ściągał już na siebie kłopotów. Nie zrobiłby

już  niczego,  co  mogłoby  przynieść  wstyd  rodzinie,  która  go  zaakceptowała.  Wciąż  jednak  był
Nickiem  LeBeck,  byłym  złodziejaszkiem,  zbuntowanym  artystą  i  włóczęgą,  dzieciakiem,  który
pierwszy raz spotkał byłą obrońcę z urzędu, Rachel Stanislaski, w areszcie poli​cyjnym.

Garnitur  stanowił  tylko  cienką  warstwę  oddzielającą  przeszłość  od  teraźniejszości.  Poprawił

krawat z wyraźnym wstrętem. Nieczęsto wracał myślami do przeszłości, dopiero Freddie wywołała
napływ wspo​mnień.

Kiedy  ją  poznał,  miała  trzynaście  lat  i  przypominała  laleczkę  z  porcelany.  Pełna  wdzięku,

słodka, niewinna. Oczywiście, że ją kochał, tak jak się kocha kogoś z rodziny. Nie zmienił tego fakt,
że z czasem stała się kobietą. Wciąż jednak był starszym od niej o sześć lat kuzynem.

Jednak kobieta, która wysiadła teraz w windy, nie wyglądała na niczyją kuzynkę. Co, u diabła,

zrobiła ze sobą?

Nick  włożył  ręce  do  kieszeni  i  patrzył  na  nią  z  ukosa,  gdy  szła  przez  hol  w  krótkiej  obcisłej

sukience o barwie dojrzałych moreli. Upięła wysoko włosy, odsłaniając w ten sposób smukłą szyję i
delikatne  ramiona.  W  uszach  błyszczały  kolczyki  z  perełkami,  a  w  zagłębieniu  między  piersiami

background image

spoczywała broszka z szafiru w kształcie łzy.

Zna te wszystkie kobiece sztuczki, pomyślał Nick, gdy uśmiechnęła się do niego.

-  Witaj  -  powiedziała,  całując  go  w  kącik  ust.  -  Mam  nadzieję,  że  nie  czekałeś  zbyt  długo.

Wyglądasz wspaniale.

- Nie wiem, dlaczego mieliśmy się dzisiaj tak stro​ić. Tylko po to, żeby coś zjeść?

- Po to, żebym mogła włożyć nową sukienkę. - Obróciła się dokoła. - Podoba ci się?

- Niezła. Ale możesz się przeziębić. Powstrzymała się, by nie parsknąć złością.

-  Nie  sądzę,  żebym  się  przeziębiła.  Przed  hotelem  czeka  samochód.  -  Wzięła  go  pod  rękę  i

poprowadzi​ła do lśniącej, czarnej limuzyny.

- Wynajęłaś samochód? Żeby pojechać na kola​cję?

-  Miałam  taki  kaprys.  -  Uśmiechnęła  się  do  kierowcy  i  wśliznęła  do  środka.  Wdać  było,  że

przywy​kła do luksusów. - To moja pierwsza randka w No​wym Jorku.

Powiedziała  to  takim  tonem,  jakby  spodziewała  się  jeszcze  wielu  randek  z  wieloma

mężczyznami. Nick odchrząknął i zajął miejsce obok niej.

- Nigdy nie zrozumiem bogaczy - stwierdził.

-  Też  nie  należysz  do  biednych  -  przypomniała  mu.  -  Twój  musical  idzie  na  Broadwayu  już

drugi rok, dostałeś nominację do Tony'ego, przygotowujesz dru​gą sztukę.

Wzruszył ramionami, zażenowany świadomością sukcesu finansowego.

- Nie mam zwyczaju jeździć wynajętymi limuzy​nami - mruknął.

- No to masz okazję. - Freddie rozsiadła się wygodnie, czując się jak Kopciuszek w drodze na

bal. - W niedzielę spotykamy się na obiedzie u babci - wy​jaśniła.

- Tak, pamiętam.

- Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę ich wszystkich i dzieciaki. Wstąpiłam rano do galerii

wujka Miszy. Widziałeś rzeźbę cioci Sydney z dziećmi?

-  Tak.  -  Nick  uśmiechnął  się  z  rozrzewnieniem.  Niemal  zapomniał,  że  ma  na  sobie  garnitur  i

jedzie czarną limuzyną. - Jest przepiękna. A niemowlę kapi​talne. Wiesz, że Bess ma następne?

-  Powiedziała  mi  podczas  lunchu.  Nie  sposób  powstrzymać  tych  Ukraińców.  Dziadek  znów

musi ku​pować te gumisie, które zresztą uwielbia.

background image

-  Nie  martw  się  o  zęby  -  powiedział  Nick,  naśladując  akcent  Jurija.  -  Wszystkie  moje  wnuki

mają zęby z żelaza.

Freddie  roześmiała  się.  Przysunęła  się  trochę  bliżej,  tak  że  kolanem  niby  niechcący  dotknęła

kolana Ni​cka.

- Niedługo rocznica ich ślubu.

- W przyszłym miesiącu.

-  Zastanawialiśmy  się,  czy  nie  urządzić  uroczystego  przyjęcia.  Można  by  wynająć  jakąś  salę,

choćby  w  hotelu,  ale  w  końcu  doszliśmy  do  wniosku,  że  oni  woleliby  coś  bardziej  zwyczajnego,
skromniejszego. Może w waszym barze?

-  Oczywiście,  nie  ma  problemu.  Będzie  o  wiele  zabawniej  niż  w  jakimś  Hiltonie  czy  innym

Holidayu. - A ja nie będę musiał się wbijać w ten cholerny garnitur, dodał w duchu. - Rio zajmie się
kuchnią.

- A ty ze mną muzyką.

- Czemu nie... - Przyjrzał się jej uważnie.

-  Myśleliśmy  o  kupieniu  wspólnego  prezentu,  od  nas  wszystkich.  Wiesz,  że  babcia  zawsze

marzyła o podróży do Paryża?

- Nadia? - Uśmiechnął się na tę myśl. - Nie. Skąd wiesz?

- Powiedziała niedawno mamie. Właściwie tylko napomknęła, jak to ona. Po prostu, że zawsze

się zastanawiała, czy jest tam tak romantycznie, jak śpiewają w piosenkach. A więc pomyśleliśmy, że
możemy im zafundować wycieczkę na dwa tygodnie, kupić bilety na samolot, wynająć apartament u
Ritza.

- Wspaniały pomysł. Jurij i Nadia w Paryżu...

- A ty dokąd zawsze chciałeś pojechać? - spytała Freddie, gdy limuzyna zatrzymała się przed

restau​racją.

- Hm. - Nick wysiadł z samochodu i podał jej rękę. - Sam nie wiem. Najlepszym miejscem, w

jakim byłem, jest Nowy Orlean. Nieprawdopodobna muzyka. Możesz stanąć sobie po prostu na rogu
ulicy i zewsząd ją słyszysz. Na Karaibach też nie jest źle. Pamiętasz, jak popłynąłem tam z Zackiem i
Rachel? Bo​że, to było jeszcze zanim urodziły się dzieciaki.

- Przysłałeś mi kartkę z Saint Martin - bąknęła.

- To był mój pierwszy wyjazd. Zack uznał, że jako załogant nadaję się najbardziej na balast, a

więc  koniec  końców  wylądowałem  w  kuchni.  Cała  drogę  narzekałem,  ale  w  ogóle  to  byłem
zachwycony.

background image

Weszli do środka. Restauracja była elegancka i przytulna, dyskretnie oświetlona.

- Kimball - rzuciła Freddie kierownikowi sali, który zaprowadził ich do stolika w ustronnym

miej​scu.

Idealny  wybór,  uznała.  Świece  w  srebrnych  kandelabrach  na  pokrytych  białymi  lnianymi

obrusami  stolikach,  zapach  dobrego  jedzenia,  blask  szlachetnego  szkła.  Nick  może  nie  zdaje  sobie
sprawy, że jest uwo​dzony, ale ona uważała, że robi to najlepiej, jak umie.

- Napijemy się wina? - spytała.

-  Oczywiście.  -  Wziął  kartę  oprawioną  w  skórę.  Lata  pracy  w  barze  nauczyły  go  bezbłędnie

rozpoznawać  dobre  roczniki.  Przestudiował  listę  win  i  potrząsnął  głową  na  widok  obłędnych  cen.
Cóż, to przyjęcie Freddie.

- Sancerre rocznik 88 - powiedział do kelnera czekającego na zamówienie.

- Tak, proszę pana. Doskonały wybór - odparł ten z zawodową uprzejmością.

-  Wyobrażam  sobie,  wnosząc  z  trzystuprocentowej  marży.  -  Słysząc  to,  Freddie  z  trudem

tłumiła śmiech, a kelner milczał z godnością. Nick oddał mu kartę i zapalił papierosa. - A więc co z
mieszkaniem? Masz już coś? - zwrócił się do Freddie.

- Dzisiaj nie miałam na to czasu, ale myślę, że Sydney coś mi znajdzie.

-  Mieszkania  w  Nowym  Jorku  nie  znajduje  się  jak  z  bicza  strzelił.  Poza  tym  musisz  uważać,

żeby  cię  nie  wykiwano.  Wielu  tylko  na  to  czeka.  Młoda  dziewczyna  z  prowincji  to  niezły  kąsek.
Powinnaś pomyśleć raczej o zamieszkaniu na jakiś czas u kogoś z rodziny.

- Potrzebujesz współlokatora? - Uniosła brwi. Popatrzył na nią zdziwiony.

- Nie to miałem na myśli.

- Właściwie nie byłby to zły pomysł. Skoro mamy razem pracować...

- Chwileczkę. Nie uprzedzaj faktów.

- Czyżbym to robiła? - Uśmiechnęła się znacząco. Kelner prezentował Nickowi wino.

-  W  porządku.  -  Nick  niecierpliwie  machnął  ręką,  ale  nie  pozbył  się  kelnera,  dopóki  nie

dopełnił  rytuału  degustacji.  Wręczył  Freddie  korek.  Co  jak  co,  ale  wąchać  go  nie  będzie.  Aby
przyspieszyć ceremoniał, wypił szybko na próbę łyk, który kelner nalał mu do kieliszka. - Świetne,
dziękuję.

Godnie  wyprężony,  kelner  nalał  wina  Freddie,  później  dopełnił  kieliszek  Nicka  i  wstawił

butelkę do srebrnego wiaderka.

background image

- A teraz posłuchaj - zaczął Nick.

- To był świetny wybór - przyznała Freddie, delektując się pierwszym łykiem. - Wiesz, że w

pewnych sprawach mam zaufanie do twojego gustu, Nicholas. Ufam ci bez zastrzeżeń. Na przykład w
sprawie win. - Podniosła kieliszek. - I w sprawie muzyki. Możesz nie chcieć tego przyznać, ale twoja
mała Freddie jest tak samo dobra jak ty. I jeśli chcesz mieć ten musical, musisz uznać, że nadaję się
do współpracy.

- Trudno powiedzieć, żebyś była tak dobra jak ja, dzieciaku, ale zła nie jesteś - przekomarzał

się.  Stuknął  kieliszkiem  w  jej  kieliszek  i  na  moment  stracił  wątek.  W  jej  oczach  było  coś
zagadkowego. Wydawało się, że kryją tajemnicę, której ona nie jest jeszcze gotowa z nim dzielić. -
Tak czy inaczej, podobała mi się twoja robota.

- Och, panie LeBeck. - Zatrzepotała rzęsami, spuszczając skromnie wzrok. - Sama nie wiem, co

powiedzieć.

-  Zawsze  masz  dużo  do  powiedzenia.  Ten  kawałek,  „Na  zawsze  ty”,  bardzo  mi  odpowiada.

Myślę, że mógłbym go włączyć.

-  Też  tak  myślę  -  uśmiechnęła  się.  -  Jako  córka  Spencera  Kimballa  mam  pewne  kontakty.

Czytałam libretto, Nick. Jest cudowne. Ta historia jest uroczo staroświecka i współczesna zarazem.
Ma piękny wą​tek miłosny, jest dowcipna, zabawna. A jeśli główną rolę zagra Maddy O'Hurley.

- Skąd to wiesz?

Znowu się uśmiechnęła, tym razem z widocznym zadowoleniem.

- Kontakty. Mój ojciec pracował dla jej męża. Reed Valentine jest starym przyjacielem domu.

-  Kontakty  -  mruknął  Nick.  -  To  do  czego  ci  jestem  potrzebny?  Możesz  iść  do  samego

Valentine'a. Ma pieniądze.

- Mogłabym - przyznała, wydymając wargi. - Ale to nie w moim stylu. - Podniosła wzrok, ich

spojrzenia się spotkały. - Chcę, żebyś ty chciał mnie, Nick. Jeśli nie zechcesz, nic z tego nie wyjdzie.
-  Zamilkła  na  chwilę.  Czy  on  się  zorientuje,  że  nie  chodzi  jej  tylko  o  muzykę,  lecz  również  o  jej
życie?  O  ich  życie.  -  Zrobię  wszystko,  żeby  cię  przekonać,  że  mnie  chcesz.  A  później,  jeśli
popatrzysz na mnie i powiesz mi prosto w oczy, że się pomyliłeś, jakoś to przeżyję.

Poczuł niewytłumaczalny ucisk w żołądku. Coś dziwnego, niebezpiecznego, niechcianego. Miał

nieprzepartą  chęć  przeciągnąć  dłonią  po  tym  aksamitnym,  delikatnym  policzku.  Nie  zrobił  tego
jednak. Opanował się, odetchnął głęboko i zgasił papierosa.

- W porządku, Fred, przekonałaś mnie. Napięcie, jakie czuła, zelżało.

- Spróbuję, ale najpierw coś zamówmy.

Wybrała  danie  na  chybił  trafił.  Za  bardzo  była  zaprzątnięta  tym,  co  i  jak  mu  powiedzieć,  by

background image

przejmować  się  czymś  tak  mało  ważnym  jak  jedzenie.  Pociągnęła  łyk  wina,  obserwując,  jak  Nick
naradza się z kel​nerem. Kiedy skończył i popatrzył na nią, uśmiechała się.

- O co chodzi? - spytał.

-  Właśnie  sobie  przypomniałam  -  pochyliła  się  i  położyła  dłoń  na  jego  ręce  -  w  jakich

okolicznościach  zobaczyłam  cię  po  raz  pierwszy.  Wszedłeś  do  domu  dziadków,  gdzie  zawsze  był
ruch i zamieszanie, i wyglądałeś, jakbyś dostał obuchem w łeb.

-  Nigdy  nie  widziałem  czegoś  takiego  -  przyznał  z  uśmiechem.  -  Nie  wiedziałem,  że  może  w

ogóle istnieć taki dom. Wszyscy się śmieją i krzyczą, dzie​ciaki biegają, wszędzie jedzenie.

- A Katia od razu do ciebie podeszła i zażądała, żebyś ją wziął na ręce.

- Twoja mała siostrzyczka zawsze miała na mnie oko.

- Ja też.

Zaczął się śmiać, ale nagle się zorientował, że to wcale nie jest śmieszne.

- Daj spokój - zaprotestował.

-  Naprawdę.  Jedno  spojrzenie  na  ciebie,  a  moje  serce  nastolatki  zaczynało  niespokojnie  bić.

Miałeś trochę dłuższe włosy niż teraz, trochę jaśniejsze. W uchu nosiłeś kolczyk.

Nick potarł płatek ucha.

- Już go nie noszę.

- Uważałam, że jesteś piękny, egzotyczny, jak oni wszyscy.

Początkowe zakłopotanie tymi słowami ustąpiło miejsca zaciekawieniu.

-  Rodzina  -  ciągnęła  dalej  Freddie.  -  Te  cudowne  twarze  przypominające  cygańskie,

arystokratyczna uroda mojego ojca, nieskazitelna piękność Sydney, niewiarygodna męskość Zacka.

Zack by się ucieszył, pomyślał Nick z rozbawie​niem.

-  A  potem  poznałam  ciebie.  Byłeś  skrzyżowaniem  gwiazdy  rocka  z  Jamesem  Deanem  -

westchnęła  rozmarzona.  -  Przepadłam  z  kretesem.  Każda  dziewczyna  kiedyś  traci  głowę.  Ja  ją
straciłam dla ciebie.

- Cóż. - Nie bardzo wiedział, jak zareagować. - Chyba powinienem być dumny.

- Oczywiście. Rzuciłam dla ciebie Bobby MacAroya i Harrisona Forda.

- Harrisona Forda? Nie do wiary. - Urwał na chwilę, gdy kelner podał przystawki. - Ale kim u

background image

li​cha był Bobby MacAroy? - spytał.

- Najprzystojniejszym chłopakiem w mojej klasie. Oczywiście nie miał pojęcia, że mam zamiar

wyjść za niego za mąż i urodzić mu pięcioro dzieci. - Wzruszyła ramionami.

- Jego strata.

-  Żebyś  wiedział.  W  każdym  razie  tamtego  dnia  zupełnie  oniemiałam  i  musiałam  nieźle  się

napracować,  żeby  coś  z  siebie  wykrztusić.  Mała  piegowata  Fred  -  zadumała  się.  -  Wśród  tych
wszystkich egzo​tycznych ptaków.

-  Wyglądałaś  jak  z  porcelany  -  wymamrotał.  -  Mała  jasnowłosa  lalka  z  ogromnymi  oczami.

Pamiętam,  że  powiedziałem,  że  nie  jesteś  podobna  do  rodzeństwa,  a  ty  wyjaśniłaś,  że  Natasza  jest
twoją macochą. Zrobiło mi się ciebie żal. - Podniósł wzrok, zatapiając spojrzenie w jej przepastnych
oczach.  -  Bo  było  mi  żal  siebie,  też  byłem  bratem  przyrodnim.  A  ty  siedziałaś  taka  poważna  i
powiedziałaś mi, że „przyrodni” to przecież tylko słowo. I że nie ma to żadnego znaczenia. Uderzyło
mnie to, naprawdę. Po raz pierw​szy mnie to uderzyło. I nagle odczułem różnicę.

- Popatrz, nie wiedziałam. Wydawaliście się sobie tacy bliscy z Zackiem.

- Przez długi czas próbowałem go nienawidzić. Nie do końca mi się to udawało, ale bardzo się

stara​łem i obrzydzałem życie nam obojgu. A potem zako​chałem się w Rachel.

- Co? Przecież... - Freddie dyplomatycznie za​wiesiła głos i zajęła się jedzeniem.

Teraz mógł już wspominać przeszłość bez żalu.

-  Tak.  Miałem  prawie  dziewiętnaście  lat.  A  ona  była  urzekająca,  z  tą  wspaniałą  figurą  i

niewiarygodnie  długimi  nogami.  W  swoim  młodzieńczym  zadufaniu  nie  rozumiałem,  dlaczego
miałaby mnie odrzucić. Zarumieniłaś się, Fred.

Uśmiechnął się.

-  Ejże,  każdy  chłopak  kiedyś  traci  głowę  -  powtórzył  jej  wcześniejsze  słowa.  -  Byłem  nieźle

wkurzony,  kiedy  się  dowiedziałem,  że  Rachel  i  Zack  ze  sobą  chodzą.  Czułem  się  wystrychnięty  na
dudka. Uważałem, że zrobili ze mnie durnia. A później mi przeszło, bo było w nich coś szczególnego.
I  w  końcu  dotarło  do  mnie,  że  ją  kochałem,  ale  nie  byłem  w  niej  zakochany.  Niezłe  zakończenie,
prawda?

Zmierzyła go wzrokiem.

-  Czy  ja  wiem?  Ale  wracając  do  naszych  baranów,  miałam  cię  przekonać,  że  powinniśmy

razem pracować.

Nick milczał przez chwilę, czekając, aż kelner uprząt​nie talerze po przystawkach i poda główne

danie.

background image

- Słucham - powiedział wreszcie, wznosząc kieli​szek.

Freddie nachyliła się. Owiał go zmysłowy zapach jej perfum.

-  Mamy  ze  sobą  wiele  wspólnego,  w  różnych  dziedzinach.  W  naszej  przeszłości  jest  wiele

momen​tów podobnych. Jeszcze sprzed okresu, gdy ciebie poznałam.

- Nie nadążam. Potrząsnęła niecierpliwie głową.

- Nie ma sensu do tego wracać. Ja ciebie znam, Nicholas. Lepiej niż ci się wydaje. Wiem, że

twoja muzyka jest dla ciebie zbawieniem.

Spochmurniał i nagle stracił zainteresowanie kolacją.

- Mocno powiedziane.

- Ale trafione w dziesiątkę - dodała. - Sukces to dla ciebie produkt uboczny. Liczy się muzyka.

Pisałbyś ją i grał za darmo, gdyby trzeba było. To ona pozwala ci się w życiu nie zagubić, nie zejść z
drogi. Potrzebujesz tej muzyki i potrzebujesz mnie, żebym napisała do niej słowa. Bo ja, Nick, jeśli
tylko słyszę muzykę, słyszę i słowa. Wiem, co chcesz powiedzieć przez swoją muzykę, ponieważ cię
rozumiem. I po​nieważ cię kocham.

Obserwował ją, starając się oddzielić emocje od rozsądku. Musiał jednak przyznać, że miała

rację.  Nigdy  nie  był  w  stanie  wyzbyć  się  emocji,  komponując.  Uczucia  były  pierwsze,  a  Freddie
utrafiła w nie słowami, które napisała do jego muzyki, i słowami, które przed chwilą wypowiedziała.

- Mocno powiedziane, Fred.

- Mocno, ale to prawda. Stworzymy zespół, Nick.

Jedyny i niepowtarzalny. We dwoje zdziałamy o wie​le więcej niż każde z nas w pojedynkę.

Muzyka,  którą  grał  tego  ranka,  dźwięczała  mu  w  uszach,  pamiętał  każde  słowo,  które  do  niej

napisała. „Zawsze byłeś ty i tylko ty. W moim sercu, w mojej duszy. Nie było nikogo przed tobą ani
po tobie. Zawsze widziałam przed sobą twoją twarz. To ty przyprawiałaś mnie o łzy i śmiech”.

Piosenka pełna tęsknoty, pomyślał, i pełna nadziei. Freddie ma rację, uznał. To jest to, czego

potrzebował.

- Zgoda, Fred. Popracujemy przez jakiś czas i zobaczymy, co z tego wyniknie. Jeśli uda nam się

stwo​rzyć jeszcze dwie piosenki, zaniosę je producentom.

Freddie nerwowo ściskała dłonie pod stołem.

- A jeśli oni zatwierdzą materiał?

- Jeśli zatwierdzą, zostajemy partnerami. - Pod​niósł kieliszek. - Umowa stoi?

background image

- O tak. - Wznieśli toast. - Stoi.

Nie  tylko  wino  spowodowało,  że  zakręciło  jej  się  w  głowie,  gdy  Nick  odprowadzał  ją  po

kolacji  do  pokoju  hotelowego.  Oparła  się  plecami  o  drzwi,  roześmiała  i  popatrzyła  na  niego
rozpromienionym wzrokiem.

- Będzie wspaniale. Jestem tego pewna. Odsunął jej delikatnie włosy z czoła. Dłoń mu drżała.

- A więc do jutra. U mnie. Przynieś coś do jedzenia.

- Będę skoro świt.

- Zabiję cię, jeśli przyjdziesz przed dwunastą. Gdzie masz klucz, dzieciaku?

- Tutaj. - Potrząsnęła mu przed nosem kluczem i wsunęła w zamek. - Chcesz wejść?

- Muszę jeszcze pójść do baru, zmienić Zacka. A potem... - urwał, tracąc wątek, gdy poczuł, że

oplata  go  ramionami  -  trochę  się  przespać  -  dokończył,  pochylając  głowę,  by  pocałować  ją  w
policzek.

Może  nie  szumiało  jej  w  głowie  dostatecznie,  ale  obróciła  się  tak,  że  ich  usta  się  spotkały.

Tylko  na  sekundę,  ale  się  spotkały.  Poczuła  ich  smak,  delikatny  dotyk  jego  warg  i  jego  dłonie
zaciskające się na jej ramionach.

A później odwróciła się z zagadkowym uśmiesz​kiem.

- Dobranoc, Nicholas - rzuciła.

Nie  poruszył  się,  nie  drgnął  ani  jeden  jego  mięsień,  nawet  gdy  zatrzasnęła  mu  przed  nosem

drzwi. Słyszał tylko własny oddech i bicie własnego serca. Odwrócił się i wolnym krokiem poszedł
do windy.

To  przecież  moja  kuzynka,  przypomniał  sobie.  Kuzynka,  a  nie  jakaś  seksowna  laska,  z  którą

można się przez chwilę zabawić. Nacisnął guzik. Zauważył, że lekko drży mu ręka.

Jesteśmy  kuzynami,  powtórzył  raz  jeszcze.  Mamy  wspólną  rodzinę,  a  połączą  nas  zależności

zawodowe. Nie może o tym zapomnieć. W żadnym wypadku.

ROZDZIAŁ TRZECI

-  Witaj,  Rio.  -  Freddie  weszła  na  zaplecze  baru  Zacka  z  torebką  w  jednej,  a  zakupami  w

drugiej ręce.

- Witaj, laleczko. - Rio właśnie przygotowywał lunch. - Co tu robisz?

- Pracujemy dzisiaj z Nickiem - odparła, wcho​dząc na schody.

background image

- Uważaj, żebyś nie musiała go za włosy wyciągać z łóżka.

Freddie wzruszyła ramionami.

-  Powiedział,  że  mam  przyjść  nie  wcześniej  niż  w  południe.  Jest  południe.  -  Co  do  minuty,

dodała w duchu, wchodząc na strome kręte schody.

Stanąwszy  pod  drzwiami  mieszkania  Nicka,  zapukała  raz  i  drugi.  Odpowiedziała  jej  cisza.

Poczekała  i  zapukała  jeszcze  raz.  No  dobrze,  Nicholas,  pomyślała,  trzeba  cię  będzie  obudzić.
Otworzyła drzwi i głoś​no oznajmiła swoje przybycie.

W  ciszy,  jaka  panowała  w  mieszkaniu,  słyszała  słaby  szum  wody.  To  prysznic,  uznała  i

skierowała się do kuchni.

Potraktowała  poważnie  słowa  Nicka  dotyczące  jedzenia.  Postawiła  na  stole  pudełko  sałatki

ziemniaczanej,  zapiekankę  z  makaronem,  korniszony  i  kanapki.  Zajrzała  do  lodówki,  by  sprawdzić,
co jest do picia. Znalazła tylko piwo i wodę. Rozejrzawszy się po kuchni, stwierdziła, że od dawna
nikt tu nie sprzą​tał.

Kiedy w parę minut później Nick wyszedł z łazien​ki, zastał ją nad zlewem pełnym mydlin.

- Co tu się dzieje? - zdziwił się.

- To miejsce woła o pomstę do nieba - oznajmiła, nie odwracając głowy. - Wstydziłbyś się tak

miesz​kać. Wyjęłam resztki z zamrażalnika. Trzeba to wy​rzucić.

Nick sięgnął po dzbanek do kawy.

- Kiedy ostatni raz ścierałeś podłogę? - spytała.

- Chyba we wrześniu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego. - Ziewnął i zamrugał powiekami

starając  się  przyzwyczaić  wzrok  do  światła  dziennego.  -  Przyniosłaś  coś  do  jedzenia?  -  spytał,
wsypując do dzbanka kawę.

- Stoi na stole. Nie widać?

Przyjrzał się krytycznie sałatce i kanapkom.

- A gdzie śniadanie?

- Przecież teraz jest pora lunchu - wycedziła przez zęby.

- Czas jest pojęciem względnym, Fred. - Wziął jednego korniszona.

Odłożyła z hałasem ostatni talerz, jaki znalazła w zlewie.

- Mógłbyś przynajmniej zrobić porządek w dużym pokoju - powiedziała. - Nie wiem, jak mamy

background image

pracować w takich warunkach.

- Robię porządek w co trzecią niedzielę każdego miesiąca, trzeba czy nie.

- Nie obchodzi mnie, kiedy robisz porządek. Masz zrobić teraz. - Freddie wzięła się pod boki i

popatrzyła na niego groźnie. - Nie zamierzam pracować w takim bałaganie. Wszędzie porozrzucane
rzeczy, pełno kurzu i śmieci.

Oparł się o stół i uśmiechnął. Patrzył na jej włosy odgarnięte do tyłu, na chmurne oczy, zacięte

usta. Wyglądała jak piękna bestia.

- Rany, ależ ty jesteś ładna.

- Wiesz, że nie lubię takiego gadania - prychnęła.

- Wiem.

Urwała kawałek papierowego ręcznika i wytarła ręce.

- Na co się gapisz? - spytała.

- Na ciebie. Czekam, aż zaczniesz się dąsać. Jesteś wtedy jeszcze ładniejsza.

Miała ochotę się roześmiać, ale się powstrzymała. Nadal robiła groźną minę.

- Tego już za wiele, Nick - ostrzegła.

- Robię, co mogę, żebyś mną nie komenderowała tak jak Brandonem.

- Wcale nim nie komenderuję.

- Ależ komenderujesz. Jesteś bardzo apodyktycz​na, maleńka. - Nick nalał sobie kawy.

- Nie jestem.

-  Apodyktyczna,  rozpieszczona  i  sprytna.  Freddie  głęboko  zaczerpnęła  powietrza.

Postano​wiła, że nie da się sprowokować.

- Uważaj, bo oberwiesz.

-  To  mi  się  podoba.  -  Nick  wypił  łyk  kawy.  -  Jesteś  bardzo  bojowa.  Tak  bojowa,  jak

apodyktyczna.

Z braku czegoś odpowiedniejszego chwyciła ręcz​nik i cisnęła nim w Nicka.

- Przyszłam tutaj pracować, a nie wysłuchiwać jakichś bredni. W dodatku mnie obrażasz. Jeśli

tylko na to cię stać, to już mnie tu nie ma.

background image

Rzuciła  się  w  jego  stronę.  Była  wściekła.  Po  raz  pierwszy,  odkąd  przyjechała  do  Nowego

Jorku, poczuła, że ich stosunki znowu wróciły na dawną płaszczyznę. Starszy brat i mała kuzyneczka.
Ze śmiechem chwycił ją za ramię i obrócił dokoła.

- Daj spokój, Fred, nie szalej.

- Nie szaleję - odparła, szturchając go łokciem w żołądek.

- No, dalej - zachęcał ją ze śmiechem. - Uderz mnie całym ciałem.

Gdy  spróbowała  to  zrobić,  w  szamotaninie  nagle  stracili  równowagę.  Freddie  oparła  się

plecami o lodówkę. Trzymała Nicka za ramiona, on ją za biodra. Przestał się śmiać, gdy uzmysłowił
sobie,  że  przyciskają  całym  swoim  ciężarem.  Jej  oczy  ciskały  błyskawice,  były  ogromne,  a  usta
cudownie pełne.

Freddie poczuła, że coś się w niej zmienia. Jakby osłabła... To było to, na co czekała, za czym

tęskniła - mężczyzna trzymający w ramionach kobietę. Instynktownie przeciągnęła dłońmi w górę, do
jego ra​mion.

Cofnął  się  nagle,  uświadomiwszy  sobie,  że  mało  brakowało,  a  byłby  ją  pocałował.  I  ten

pocałunek  nie  miałby  nic  wspólnego  z  uczuciem  braterskim.  Przeciwnie,  pocałowałby  ją  tak,  jak
spragniony mężczyzna całuje spragnioną kobietę. I zniszczyłby tym samym coś więcej niż dziesięć lat
zaufania.

-  Nick  -  powiedziała  spokojnie,  niemal  prosząco.  Przestraszyłem  ją,  pomyślał  zły  na  siebie.

Cofnął ręce.

- Przepraszam, nie powinienem był tak ci doku​czać. - Cofnął się i sięgnął po kubek z kawą.

-  W  porządku.  -  Usiłowała  się  uśmiechnąć.  -  Jestem  do  tego  przyzwyczajona,  ale  wciąż

chciałabym, żebyś tu trochę posprzątał.

Skrzywił się w odpowiedzi.

-  To  moje  mieszkanie,  mój  bałagan,  moje  pianino  -  oświadczył.  -  Będziesz  musiała

przywyknąć. Zastanowiła się przez chwilę, po czym skinęła gło​wą na znak zgody.

- Dobrze. A kiedy ja będę już miała mieszkanie i fortepian, będziemy pracować u mnie.

- Może. - Wziął widelec i zabrał się do sałatki ziemniaczanej. - Możesz weźmiesz sobie kawy i

po​gadamy o mojej pracy?

- O naszej pracy - skorygowała, biorąc dzbanek.

- Nie zapominaj, że jesteśmy partnerami.

Siedzieli  w  kuchni  od  godziny,  dyskutując,  analizując  i  omawiając  temat  musicalu  „Kiedyś,

background image

dziś,  zawsze”.  Akcja  miała  obejmować  dziesięć  lat,  od  młodzieńczej  miłości  po  pochopne
małżeństwo,  jeszcze  bardziej  pochopny  rozwód,  by  wreszcie  skończyć  się  dojrzałym,  spełnionym
związkiem.

Nareszcie szczęśliwi, uznała Freddie.

Wyboista droga, pomyślał Nick.

Oboje zgodzili się, że te dwa punkty widzenia dodadzą pikanterii ich pracy i siły ich muzyce.

- Ona go kocha - powiedziała Freddie, kiedy usiedli do pianina. - Od pierwszego wejrzenia.

- Ona jest po prostu zakochana, bo chciała się w kimś zakochać. - Nick nastawił magnetofon. -

Oboje są młodzi i głupi. To jedyne cechy, które czynią te postaci przekonującymi, sympatycznymi i
pra​wdziwymi.

- Hm - bąknęła.

-  Posłuchaj.  -  Usiadł  obok  niej,  ich  biodra  niemal  się  stykały.  -  Zaczyna  się  sceną  zbiorową.

Jest dużo ruchu, świateł, krzątaniny. Wszyscy się gdzieś spieszą.

Przerzucił kartki i z jakimś rodzajem wewnętrzne​go radaru nieomylnie wybrał tę, której szukał.

- Chcę ogłuszyć publiczność chaosem i zamieszaniem. - Nastawił syntezator stojący tuż za nim.

- I energią młodości.

- Oni dosłownie na siebie wpadają.

- Tak. W tym miejscu.

Zaczął  grać.  Pierwsze  nuty  zgrzytały,  budząc  zmysły.  Freddie  zamknęła  oczy  i  cała  zamieniła

się w słuch.

Szybkie, pełne, chwilami ostre dźwięki. O tak, wyczuwała, o co mu chodziło. Niecierpliwość,

zaabsorbowanie  sobą.  Szybko,  zejdź  mi  z  drogi.  Oczami  wyobraźni  widziała  scenę  zapełnioną
tancerzami poruszającymi się w pozornym nieładzie, spieszący​mi dokądś, rozgorączkowanymi.

- Tutaj trzeba dać więcej instrumentów dętych - mruknął Nick. Zapomniał o obecności Freddie,

cał​kowicie pochłonięty komponowaniem.

- Zaczekaj - wtrąciła się.

- Chcę tylko dodać trochę dętych. Potrząsnęła głową i położyła dłonie na klawiaturze. Zaczęła

nucić.

- Chwileczkę - rzuciła. - Muszę sobie to wszyst​ko wyobrazić, muszę to zobaczyć.

background image

Miała czysty głos. To dziwne, ale niemal o tym zapomniał. Był niski, kojący, a przy tym pełen

siły. Nadspodziewanie zmysłowy.

- Szybka jesteś - zauważył.

- Jestem dobra. - Nie przerywała gry, oczami wyobraźni widziała scenę, w głowie już układała

słowa. - Musi być chór, dużo głosów, punkt i kontrapunkt, z duetem między poszczególnymi partiami
chóru. On idzie swoją drogą, ona swoją. Słowa po​winny pokrywać się i łączyć, pokrywać i łączyć.

- Tak. - Włączył syntezator. - To świetny pomysł. Rzuciła mu długie, powłóczyste spojrzenie.

- Wiem.

Ponad trzy godziny minęły, zanim uporali się z początkowymi scenami. Wypili przy tym aż dwa

dzbanki kawy, co Nickowi dodało energii, ale Freddie nalegała, by poszedł do baru i przyniósł jej
wodę mineralną. Kiedy została sama, zrobiła niewielką zmianę w partyturze. Właśnie miała przegrać
ten fragment, gdy zadzwonił telefon.

- Halo? - Podniosła słuchawkę.

- Dzień dobry. Jest może Nick?

Niski, zmysłowy, południowy głos kobiecy spra​wił, że zesztywniała.

- Zaraz wróci. Zszedł do baru.

- Poczekam, jeśli nie masz nic przeciwko temu. Jestem Lorelie - przedstawiła się kobieta.

Freddie ściągnęła brwi.

- Cześć, Lorelie. Jestem Fred.

- Kuzyneczka Nicka?

- Owszem - wycedziła Freddie przez zęby. - Ma​ła kuzyneczka.

- Jakże się cieszę, kochanie. - Ze słuchawki płynęła sama słodycz. - Nick mówił mi, że spędził

z tobą wczorajszy wieczór. Nie miałam nic przeciwko temu, choć odwołał nasze spotkanie. W końcu
jesteście ro​dziną.

Do diabła, domyślałam się, że chodzi o kobietę, i zaklęła w duchu Freddie.

- Jesteś niezwykle wyrozumiała, dziękuję - odpo​wiedziała.

- Och wiesz, taka młoda dziewczyna jak ty, sama Nowym Jorku, potrzebuje mężczyzny, który by

się nią opiekował. Ja jestem tu od pięciu lat i wciąż jeszcze się nie przyzwyczaiłam do tego miasta,
do ludzi. Wszyscy wciąż się gdzieś spieszą, za czymś gonią.

background image

-  Niektórzy  mniej,  inni  bardziej  -  zauważyła  Freddie.  -  A  skąd  ty  pochodzisz,  Lorelie?  -

spytała, siląc się na uprzejmość.

- Z Atlanty, kochanie. Tam się urodziłam i wychowałam. Ale teraz muszę mieszkać tutaj, z tymi

janke​sami. Tutaj mam większe szanse, pokazy mody, tele​wizja.

- Jesteś modelką? - zdziwiła się Freddie.

- Tak, ale ostatnio grałam bez przerwy w reklamach telewizyjnych. To okropne zajęcie, czujesz

się jak wymaglowana, jeśli wiesz, co mam na myśli.

- Wyobrażam sobie.

-  Właśnie  przy  tej  okazji  poznałam  Nicka.  Wstąpiłam  któregoś  dnia  do  baru,  wykończona  po

nagraniu.  Poprosiłam,  żeby  przyrządził  mi  coś  chłodnego  i  długiego.  A  on  powiedział,  że  sama
wyglądam  jak  coś  chłodnego  i  długiego.  -  Lorelie  roześmiała  się  perliście.  -  Czyż  Nick  nie  jest
słodki?

Freddie  obejrzała  się  za  siebie.  Słodki  Nick  właśnie  wchodził  do  pokoju  obładowany

butelkami z wodą.

- Ależ jest. Zawsze tak o nim w domu mówimy - zapewniła.

- Cóż, myślę, że to dobrze, że Nick będzie się opiekował swoją małą kuzyneczką w czasie jej

pierw​szego pobytu w dużym mieście. Też pochodzisz z po​łudnia, prawda, kochanie?

- Owszem, Lorelie. Jesteśmy praktycznie siostra​mi. Ale oto nasz słodki Nick.

Z niebezpiecznie łaskawym wyrazem twarzy wy​ciągnęła ku niemu słuchawkę.

- Twój kwiat magnolii przy telefonie - oznajmiła.

Postawił butelki na podłodze i wziął słuchawkę.

- Lorelie?

Słuchał, od czasu do czasu zerkając ku Freddie.

- Tak, jest, nie, to w Wirginii Zachodniej. Tak, dość blisko. Ale posłuchaj... - Odwrócił się i

ściszył  głos,  gdy  Freddie  zaczęła  brzdąkać  na  pianinie.  -  Teraz  pracuję.  Nie,  nie,  może  być  dzisiaj
wieczór.  Przyjdź  do  baru  koło  siódmej.  -  Przełknął  ślinę,  nie  rozumiejąc,  dlaczego  czuje  się
nieswojo. - Ja też się cieszę. O, naprawdę? - Zerknął ostrożnie przez ramię na Freddie. - To brzmi...
interesująco. A więc do wieczora.

Odłożył  słuchawkę  i  podniósł  jedną  z  butelek.  Odkręcił  i  podał  Freddie,  zastanawiając  się,

dlaczego tak się czuje, jakby wykonywał uroczysty gest pojed​nania.

background image

- Zimna - powiedział.

- Dzięki.

I taki też był ton jej głosu. Zimny jak lód. Wzięła butelkę i pociągnęła długi łyk.

- Czy powinnam cię przeprosić, że wczoraj prze​szkodziłam ci w spotkaniu z Lorelie? - spytała.

- Nie. My wcale nie jesteśmy... ona jest tylko... nie.

- To miło, że powiedziałeś jej wszystko o swojej zagubionej kuzyneczce z Wirginii Zachodniej.

- Freddie odstawiła butelkę i przebiegła palcami po klawiszach. Lepsze to niż zacisnąć je na gardle
Nicka. - Wprost nie mogę uwierzyć, że kupiła taką wzrusza​jącą opowiastkę.

- Powiedziałem jej tylko prawdę. - Wstał i popa​trzył na nią wilkiem.

- A więc trzeba się mną opiekować?

-  Tego  jej  nie  mówiłem.  Ale  właściwie,  w  czym  rzecz?  Chciałaś  pójść  na  kolację,  więc

zmieniłem swoje plany.

-  Następnym  razem,  Nick,  po  prostu  powiedz  mi,  że  masz  randkę.  Sama  sobie  zorganizuję

dzień. - Wściekła, wstała z trzaskiem od pianina i zaczęła pakować nuty. - I nie jestem twoją małą
kuzyneczką, i nie potrzebuję ani nie chcę opieki. Chyba każdy głupi widzi, że jestem kobietą, która
umie się o siebie troszczyć.

- Nigdy nie mówiłem, że nie jesteś...

-  Mówisz  to,  ile  razy  na  mnie  popatrzysz.  -  Kopnęła  stertę  ubrań  leżących  na  podłodze  i

chwyciła torebkę. - Tak się składa, że znam paru mężczyzn, którzy byliby aż nadto szczęśliwi, gdyby
poszli ze mną na kolację. I wcale nie traktowaliby tego jak obowiąz​ku.

- Przestań.

- Nie przestanę. - Obróciła się gwałtownie. - Lepiej mi się przyjrzyj, Nick. Nie jestem już małą

Fred​die i nie chcę, żeby mnie traktowano jak pieska czy kotka, którego trzeba pogłaskać po głowie.

Zbity z tropu patrzył na nią, nie rozumiejąc.

- Co, u diabła, w ciebie wstąpiło?

-  Nic!  -  wrzasnęła,  tracąc  nad  sobą  panowanie.  -  Nic,  ty  idioto.  Idź  się  przytulić  do  swojej

południo​wej piękności.

Zatrzasnęła  z  hukiem  drzwi.  Nick  usiadł  i  sięgnął  po  butelkę  z  wodą,  potrząsając  z

niedowierzaniem głową. A pomyśleć, że była takim słodkim, grzecz​nym dzieckiem...

background image

Freddie  wybrała  się  na  długi  spacer,  żeby  odreagować  stres  i  wyładować  gniew,  jaki  ją

ogarnął.  Kiedy  uznała,  że  uspokoiła  się  na  tyle,  by  móc  spokojnie  rozmawiać,  zatrzymała  się  przy
budce telefonicznej i zadzwoniła do Sydney. Rozmowa trochę poprawiła jej humor.

,  Zaopatrzona  w  adres,  wyruszyła  obejrzeć  mieszkanie  do  wynajęcia  o  kilkaset  metrów  od

Nicka.  I  Było  idealne.  Chodziła  z  pokoju  do  pokoju,  wyobrażając  sobie,  jak  ustawi  meble,  gdzie
rozłoży  dywaniki.  Mój  własny  dom,  pomyślała,  na  tyle  przestronny,  żeby  zmieścił  się  fortepian  i
rozkładana kanapa. Jeśli odwiedzi ją któreś z rodzeństwa, będzie mogło swo​bodnie przenocować.

A co najważniejsze, na tyle blisko Nicka, by mogła go mieć wciąż na oku.

No  i  jak  ci  się  to  podoba,  Nicholas?  -  zastanawiała  się,  obserwując  widok  z  okna  na

Manhattan. Będę na ciebie uważać. Tak bardzo cię kocham, ty głupi bał​wanie.

Westchnęła,  odwróciła  się  od  okna  i  poszła  do  kuchni.  Kuchnia  była  mała  i  wymagała

urządzenia. Ale to nie problem. Freddie już się cieszyła na myśl o tym, że będzie wybierać garnki,
patelnie, naczynia i wszelkie potrzebne urządzenia kuchenne. Uwielbiała gotować.

Już  jako  dziewczynka  lubiła  przebywać  w  ich  okazałej  kuchni  w  domu  w  Wirginii  i  w

cudownie zatłoczo​nej kuchni babci na Brooklynie.

Będę  tu  gotowała  dla  Nicka,  pomyślała,  przesuwając  dłonią  po  gładkim  blacie  kuchennym,

jeśli  będzie  grał  właściwymi  kartami.  Nie.  Uśmiechnęła  się  do  siebie.  Bawiła  ją  własna
niecierpliwość. To ona rozda karty i rozegra je właściwie.

Była  dla  niego  zbyt  surowa,  nawet  jeśli  jest  głupolem.  Przez  większą  część  swego

dotychczasowego  życia  była  w  nim  zakochana,  a  on  tyle  samo  czasu  spędził  na  traktowaniu  jej  jak
małej  kuzyneczki,  z  którą  nie  łączyły  go  nawet  więzy  krwi,  lecz  określone  okoliczności.  Aby  to
zmienić, trzeba czegoś więcej niż jednej romantycznej kolacji i jednego dnia wspól​nej pracy.

I ona to zmieni. Położyła ręce na biodrach i ponownie zaczęła krążyć po mieszkaniu. Musi się

tutaj  przede  wszystkim  urządzić,  zorganizować  wszystko  według  własnego  gustu.  A  kiedy  to  już
zrobi, świat, który sobie stworzy, wypełni się muzyką, kolorami i miło​ścią.

I, co daj Boże, Nickiem.

Dochodziła siódma, gdy Nick zszedł do baru. Zack podniósł brwi.

- Jakaś gorąca randka?

- Lorelie.

- Ach, tak. Wysoka smukła brunetka ze zmysło​wym głosem.

-  Jakbyś  zgadł.  -  Nick  wszedł  za  kontuar,  by  pomóc  bratu.  -  Idziemy  coś  zjeść.  Potem  cię

zastąpię.

background image

- Dam sobie radę.

-  Ależ  to  żaden  problem.  Ona  dobrze  się  tu  czuje.  Kiedy  zamknę,  znajdziemy  sobie  jakieś

zajęcie.

- Nie wątpię. Podaj do stolika szóstego dwie whi​sky i bourbona.

- Już się robi.

- A słyszałeś o mieszkaniu Freddie? - przypo​mniał sobie Zack.

Nick zatrzymał się na moment.

- Jakim mieszkaniu?

-  Znalazła,  o  parę  przecznic  stąd.  Już  podpisała  umowę.  -  Zack  napełnił  pustą  miseczkę

orzeszkami.

- Żałuj, że cię nie było. Przyszła do nas to oblać.

- Czy ktoś jej to załatwił?

- Nie powiedziała. Dziewczyna ma głowę na karku.

- Zgadza się. Powinna była poprosić Rachel, żeby przynajmniej przejrzała tę umowę.

Zack zachichotał. Położył rękę na ramieniu Nicka.

-  Ej  że,  pisklęta  muszą  kiedyś  opuścić  gniazdo.  Nick  przygotował  drinki  i  postawił  tacę  na

końcu kontuaru.

- Poszła do hotelu? - spytał.

- Nie. Wyszła gdzieś z Benem.

- Z Benem? - Nick zacisnął dłoń na szmatce, którą ścierał blat. - Co to znaczy? - zniecierpliwił

się.

- Poznałeś ją ze Stipleyem?

- A co? - Zack zabrał się do przygotowywania następnych drinków. - Spytała mnie, kim jest ten

przystojny blondyn, więc go jej przedstawiłem. Oboje mieli na to ochotę.

- Mieli ochotę - powtórzył Nick. - A ty tak po prostu pozwoliłeś jej wyjść z obcym facetem.

- Daj spokój, Ben nie jest obcy. Znamy go od lat.

-  Tak  -  przyznał  niechętnie  Nick.  -  On  lubi  bary.  Zack  popatrzył  na  niego  zaskoczony  i

background image

rozbawiony.

- My też.

-  Wiesz,  że  nie  o  to  chodzi.  -  Nick  wziął  butelkę  i  nalał  sobie  whisky.  -  Nie  możesz  tak  po

prostu po​znać jej z facetem i pozwolić pójść w tango.

-  Co  ty  mówisz.  Chciała,  żebym  go  przedstawił,  więc  to  zrobiłem.  Pogadali  chwilę  i

postanowili pójść do kina.

- No dobrze.

Taki głupi to ja nie jestem, pomyślał. Poszli do kina. Który mężczyzna przy zdrowych zmysłach

chciałby tracić czas w kinie w dziewczyną o takich dużych cudownych szarych oczach i bajecznych
ustach? O Boże, poczuł mdłości na myśl o tym, że Fred zdana jest na towarzystwo Bena Stipleya.

- Ben chciał po prostu mieć towarzystwo do kina. Zack, czyś ty oszalał?

- W porządku, powiem ci prawdę. Sprzedałem mu ją za pięćset dolarów i bilety na cały sezon

baseballo​wy. Teraz są już pewnie w palarni opium.

Nick  usiłował  trzymać  fantazję  na  wodzy,  ale  nie  udało  mu  się  tego  zrobić  z  własnym

temperamentem.

- Bardzo śmieszne, bracie. Zobaczymy, czy bę​dzie ci tak samo do śmiechu, jak się na nią rzuci.

Zack odstawił drinki i uważnie przyjrzał się bratu. Na twarzy Nicka malowała się wściekłość.

Choć  w  tej  sytuacji  wydawało  się  to  nie  na  miejscu,  postarał  się  nadać  swemu  głosowi  łagodne
brzmienie.

-  Jeśli  to  zrobi,  ona  sobie  z  nim  poradzi  albo  mu  odda.  W  końcu  Ben  nie  jest  jakimś

zboczeńcem.

- Akurat, co ty o nim wiesz - mruknął Nick. Zack potrząsnął głową.

- Nick, przecież lubisz Bena. Chodziłeś z nim na mecze. Pożyczył ci samochód, kiedy chciałeś

poje​chać w zeszłym miesiącu na Long Island.

-  Oczywiście,  że  go  lubię.  -  Nick  poirytowany  wziął  pusty  kufel  i  zaczął  go  machinalnie

pucować. - Dlaczego nie miałbym go lubić? Ale to nie zmienia faktu, że Freddie poszła diabli wiedzą
dokąd z obcym facetem.

Zack wyprostował się i zaczął bębnić palcami po blacie.

- Wiesz, braciszku, gdybym cię nie znał, pomy​ślałbym, że jesteś zazdrosny.

-  Zazdrosny?  To  absurd.  -  Odstawił  kufel  i  sięgnął  po  następny.  Jeśli  się  czymś  nie  zajmie,

background image

wypadnie z baru i zacznie sprawdzać wszystkie kina na Man​hattanie.

Nagle  w  głowie  Zacka  zaczęła  kiełkować  pewna  myśl.  Popatrzył  uważniej  na  Nicka,  bawiąc

się podej​rzeniem, że bratu zaczyna zależeć na małej Freddie Kimball.

-  A  więc  dlaczego  mi  nie  powiesz,  co  nie  jest  absurdalne?  Co  jest  między  tobą  a  Freddie,

Nick?

- Nic, zupełnie nic. - Nick skupił się na kuflu, który starannie polerował. - Po prostu staram się

nią opiekować, to wszystko. Czego nie można powie​dzieć o tobie.

- Coś czuję, że powinienem był zaniknąć ją na klucz - zażartował Zack - albo pójść z nimi w

charakterze przyzwoitki. Następnym razem, jak zobaczę, że rozmawia z którymś z moich przyjaciół,
wezwę szeryfa.

- Zamknij się, Zack.

- Nick, odpręż się, bracie. Twoja piękność z Geor​gii właśnie weszła.

- To cudownie. - Nick zmusił się, by nie myśleć już o Freddie i przestać robić z siebie idiotę.

W końcu ma swoje własne życie, a ona jest dorosłą kobietą i może robić, co chce.

Obejrzał się i uśmiechnął na widok Lorelie kroczącej do baru. Oto i ona. Wspaniała, zmysłowa

i jeżeli ich ostatnia randka mogła być zapowiedzią tego, co nastąpi, aż nadto skora ulec swej naturze.

Wspięła się na stołek przy barze, odrzuciła do tyłu długie ciemne włosy i popatrzyła na niego

iskrzącymi się oczami o barwie nieba.

-  Witaj,  Nick.  Nie  mogłam  się  już  doczekać.  Trudno  mu  było  odpowiedzieć  jej  uśmiechem,

gdyż  nagle  poraziła  go  jak  grom  z  jasnego  nieba  myśl,  że  nie  jest  w  najmniejszym  stopniu
zainteresowany jej południową szczerością.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Wyszedłszy  spod  prysznica,  Nick  poczuł  zachęcający  zapach  kawy  i  smażonego  bekonu.

Powinno  go  to  wprawić  w  lepszy  nastrój,  ale  kiedy  mężczyzna  ma  za  sobą  nie  przespaną  noc  z
powodu niepokoju o ko​bietę, trzeba czegoś więcej niż gorącego śniadania, by mógł się rozluźnić.

Będzie się musiała długo tłumaczyć, uznał, wchodząc do sypialni, żeby się ubrać. Spędzić pół

nocy z facetem, którego poznała w barze! Coś podobnego! Nie tak ją wychowano. Kto jak kto, ale on
wie coś na ten temat.

To jest jedna z tych rzeczy, na które zawsze może liczyć, pomyślał, patrząc na swoje odbicie w

lustrze.  Rodzina  Freddie,  w  której  wszyscy  troszczą  się  o  siebie  i  niepokoją.  Czuł  to  i  widział  za
każdym razem, gdy ich odwiedzał. Imponowało mu to.

background image

A nawet trochę im tego zazdrościł.

Jemu, kiedy dorastał, brakowało tego rodzaju troski i uwagi. Matka była wciąż zmęczona. Nic

dziwnego,  zważywszy  że  wychowywała  go  sama.  Kiedy  poznała  ojca  Zacka,  sytuacja  trochę  się
zmieniła.  Przez  chwilę  było  im  nawet  dobrze,  w  każdym  razie  lepiej  niż  przedtem.  Mieli  w  miarę
przyzwoite mieszkanie, nigdy już nie chodził głodny ani nie widział rozpaczy w oczach matki.

Z perspektywy czasu wierzył nawet, że matka i Muldoon się kochali, może nie namiętnie, może

nie romantycznie, ale na tyle, by próbować razem urzą​dzić sobie życie.

Staruszek  naprawdę  próbował,  myślał  Nick,  wciągając  dżinsy. Ale  i  tak  robił  swoje,  uparty

stary cap, który zawsze widział tylko jedną stronę medalu - własną.

No  i  był  jeszcze  Zack.  Zawsze  cierpliwy,  pozwalał,  by  dzieciak  nie  odstępował  go  na  krok.

Może  to  wspomnienie  tego,  jak  Zack  uczył  go  grać  w  piłkę  czy  pozwalał  wszędzie  sobie
towarzyszyć, sprawiło, że Nick lubił dzieci i miał z nimi dobry kontakt.

Wiedział  bowiem  aż  za  dobrze,  co  to  znaczy  być  dzieckiem  zdanym  na  łaskę  i  niełaskę

dorosłych. Zackowi zawdzięczał poczucie bezpieczeństwa, świadomość, że jest ktoś, kto będzie przy
tobie zawsze, gdy będziesz go potrzebował.

Ale to nie trwało wiecznie. Gdy tylko Zack stał się na tyle dorosły, by opuścić dom, zaciągnął

się do marynarki. I zostawił Nicka samego, rozpaczliwie sa​motnego.

Po  śmierci  matki  było  z  każdym  dniem  gorzej.  Przed  samotnością  Nick  bronił  się

nieposłuszeń​stwem, krnąbrnością, buntem, a rodzinę zastąpił mu uliczny gang.

Stał  się  włóczęgą,  przemierzającym  ulice  i  szukającym  kłopotów.  I  znajdował  je,  dopóki  nie

umarł ojczym i nie wrócił Zack, próbując wyrwać go z potrzasku, w jakim się znalazł.

Nick bynajmniej mu tego nie ułatwiał. Wspomnienie tamtych dni wywoływało na jego twarzy

ponury uśmiech. Gdyby mógł znaleźć wtedy jakiś sposób na Zacka, zrobiłby to. Ale Zack był twardy i
nie  popuszczał.  Rachel  też  nie  popuszczała.  Cały  klan  Stanislaskich  nie  popuszczał.  I  w  końcu
zmienili jego życie. Kto wie, czy mu go nie uratowali.

Nigdy tego nie zapomni.

Może  teraz  nadeszła  jego  kolej,  żeby  się  im  odwdzięczyć.  Freddie  otrzymała  staranne

wychowanie, jakiego jemu nie dano, ale teraz jest dorosła i może robić, co chce. Wydawało mu się,
że potrzebuje kogoś, kto w razie potrzeby ściągnąłby jej nieco cugle. , A skoro nikt inny nie zamierzał
jej pilnować, zada​nie to przypadło w udziale jemu.

Zaczesał do tyłu wilgotne jeszcze włosy i wciągnął koszulę. Może ona jest zbyt naiwna, nie ma

dość  oleju  w  głowie,  zastanawiał  się.  Bądź  co  bądź  większą  część  swego  dotychczasowego  życia
spędziła z rodziną w małym mieście, gdzie wciąż jeszcze sensację wzbudza fakt, że ktoś skradnie ze
sznura suszącą się bieliznę. Ale jeśli zdecydowała się zamieszkać w Nowym Jorku, musi się nauczyć
poruszać w wielkim mieście. I to on będzie tym mężczyzną, który ją tego nauczy.

background image

Przekonany o słuszności swej decyzji, Nick wkro​czył do kuchni, by zacząć pierwszą lekcję.

Freddie stała przy kuchence, krojąc cebulę, grzyby i paprykę na omlet. To miało być danie na

przeprosiny.  Po  namyśle  uznała  bowiem,  że  poprzedniego  dnia  potraktowała  Nicka  zbyt  ostro.  Po
prostu byłam za​zdrosna, przyznała w duchu niechętnie. I to wszystko.

Zazdrość  to  małostkowe,  zachłanne  uczucie,  na  które  nie  ma  miejsca  w  moich  stosunkach  z

Nickiem, uznała. On jest wolnym człowiekiem, który ma prawo widywać się z innymi kobietami... do
czasu.

Napady  złości  w  niczym  mi  nie  pomogą,  a  już  na  pewno  nie  przyspieszą  zdobycia  Nicka  i

pozyskania  jego  uczuć,  napomniała  siebie.  Musi  być  szczera,  wyrozumiała,  pomocna.  Nawet  gdyby
miało ją to zabić.

Usłyszawszy jego kroki, odwróciła się i posłała mu szeroki uśmiech.

-  Dzień  dobry.  Pomyślałam  sobie,  że  chciałbyś  dla  odmiany  zacząć  dzień  od  tradycyjnego

śniadania. Ka​wa już gotowa. Siadaj i nalej sobie.

Patrzył  na  nią  tak,  jak  człowiek  może  patrzeć  na  ukochanego  szczeniaka,  który  zamierza  go

ugryźć.

- Co jest grane, Fred?

-  Nic.  Po  prostu  przygotowałam  śniadanie.  -  Wciąż  się  uśmiechając,  nalała  mu  kawy  i

postawiła na stole grzanki i bekon.

- Pomyślałam sobie, że coś ci jestem winna po swoim wczorajszym występie.

- Ach, to. Chciałem...

- Sama nie wiem, co mi się stało - ciągnęła, nie dając mu dokończyć zdania. - Chyba diabeł we

mnie wstąpił. - Rzuciła jajka na rozgrzaną patelnię. - To pewno nerwy. Nie zdawałam sobie sprawy,
jaka ogromna zmiana nastąpiła w moim życiu, gdy tu przyjechałam.

-  Cóż,  racja.  -  Trochę  uspokojony,  Nick  wziął  plaster  bekonu.  -  Widzę  to.  Ale  musisz  być

ostrożna, Fred. Konsekwencje mogą być poważne.

-  Konsekwencje?  -  Obejrzała  się  na  niego  zdziwiona.  -  Och,  domyślam  się,  że  mógłbyś  mnie

wylać, ale to trochę za dużo jak na jedną sprzeczkę.

- Sprzeczkę? - Teraz on się zdziwił. - Kłóciłaś się z Benem?

-  Z  Benem?  -  Zsunęła  z  patelni  omlet.  - Ach,  Ben.  Nie,  a  dlaczego?  Skąd  ci  to  przyszło  do

głowy?

background image

- Powiedziałaś przecież... O czym ty do diabła mówisz?

- O wczorajszym dniu. O tym, jak się zachowałam po telefonie Lorelie. - Pochyliła głowę. - A

ty?

-  Ja  mówię  o  tym,  że  dałaś  się  poderwać  jakiemuś  obcemu  facetowi  w  barze.  -  Nick

obserwował  ją,  nadziewając  na  widelec  pierwszy  kęs  omletu.  Do  licha,  ta  dziewczyna  umie
gotować. - Jesteś szalona czy po prostu głupia?

- Że co proszę? - Wszystkie jej dobre zamiary nagle poszły w niepamięć. - Chodzi ci o to, że

byłam w kinie z przyjacielem Zacka?

- Ładne mi kino. - Nick podniósł głos, szykując się do reprymendy. - Nie było cię w domu do

pierw​szej.

Freddie wzięła się pod boki, zacisnęła dłoń na drewnianej łopatce.

- A skąd ty wiesz, o której wróciłam?

- Przypadkowo byłem w pobliżu - oświadczył butnie. - Widziałem, jak wysiadałaś z taksówki

pod  hotelem.  Było  piętnaście  po  pierwszej.  -  Na  samo  wspomnienie  tego,  jak  stał  na  rogu  ulicy,
obserwując ją przemykającą się w środku nocy do hotelu, stracił humor, ale bynajmniej nie apetyt. -
Czyżbyś chciała mi wmówić, że byłaś na dwóch seansach?

Sięgał właśnie po dżem, gdy Freddie trzasnęła go łopatką w sam środek głowy.

- Ejże! - krzyknęła. - Szpiegujesz mnie. Tego już za wiele, panie LeBeck!

-  Wcale  cię  nie  szpiegowałem.  Pilnowałem  cię,  bo  nie  wiesz,  co  robisz.  -  Wykazując  szybki

refleks, zdo​łał uchylić się przed następnym ciosem. - Odłóż tę cholerną łopatkę.

- A właśnie, że nie. I pomyśleć, że miałam wyrzuty sumienia z powodu mojego zachowania. -

Wydęła z niesmakiem wargi.

- Bo powinnaś. I powinnaś mieć na tyle rozumu, żeby nie wychodzić z facetem, o którym nic nie

wiesz.

-  Wujek  Zack  nas  poznał  -  rzekła  lodowatym  tonem,  z  trudem  opanowując  irytację.  -  Nie

zamierzam tłumaczyć ci się ze swojego życia towarzyskiego.

A więc to tak, pomyślał. Już on się postara, żeby nie zadawała się z przypadkowymi typami z

baru. Musi jej to powiedzieć jasno i zdecydowanie.

- Będziesz się komuś tłumaczyć, a tutaj jestem tyl​ko ja. Gdzie u diabła byliście?

-  Chcesz  wiedzieć?  Dobrze.  Wyszliśmy  z  baru  i  poszliśmy  do  jego  mieszkania,  gdzie

spędziliśmy  następne  parę  godzin  na  dzikim  niepohamowanym  seksie.  Niektóre  numery,  o  ile  mi

background image

wiadomo, są nadal zakazane w niektórych stanach.

Oczy Nicka rzucały groźne błyski. To nie z powodu jej słów czy jej zachowania. Gorzej, to z

powodu własnej wyobraźni. Bez trudu bowiem mógł sobie wyobrazić taki scenariusz. Tyle że to nie
z Benem łamałaby prawo, lecz z nim, Nickiem.

- To wcale nie jest śmieszne.

-  To  nie  twoja  sprawa,  gdzie  byłam  i  z  kim  spędziłam  wieczór  -  warknęła,  nie  bacząc  na

groźbę  pobrzmiewającą  w  jego  głosie.  -  Tak  jak  nie  jest  moją  sprawą,  co  ty  robisz  ze  Scarlett
O'Harą.

- Z Lorelie - skorygował przez zęby. Nawet sobie przy tym nie uzmysłowił, że nie spędził tego

wieczoru  ani  z  Lorelie,  ani  z  kimkolwiek  innym.  -  A  jeśli  o  ciebie  chodzi,  to  jest  moja  sprawa.
Jestem odpowiedzial​ny za...

- Za nic nie jesteś odpowiedzialny - ucięła, uderzając go łopatką w pierś. - Za nic, rozumiesz?

Jestem już dorosła i jeśli będę miała ochotę poderwać sobie przy barze sześciu facetów, zrobię to. A
tobie nic do tego. Nie jesteś moim ojcem i najwyższy czas, żebyś przestał go udawać.

- Twoim ojcem nie jestem, przyznaję - zgodził się. Poczuł ostrzegawczy sygnał, że najwyższy

czas się opanować. Jeszcze chwila, a całkowicie straci nad sobą panowanie. - Twój ojciec może nie
potrafi ci powiedzieć, co się dzieje z kobietami pozbawionymi opieki, a już na pewno nie potrafi ci
pokazać, co się może przytrafić kobiecie, gdy zada się z niewłaści​wym mężczyzną.

- Ale ty potrafisz.

-  Żebyś  wiedziała.  -  Błyskawicznym  ruchem  chwycił  łopatkę  i  odrzucił  na  bok.  Uderzyła  o

ścianę.

- Przestań! - zawołała Freddie.

- No i co zamierzasz zrobić? - Nacierał na nią, wpychając ją w kąt kuchni. - Zawołać pomoc?

My​ślisz, że ktokolwiek zwróci na to uwagę?

Nigdy przedtem nie patrzył na nią w ten sposób. Nikt tego zresztą tak nie robił. W jego wzroku

było pożądanie i zaciekłość. Przeraziła się. Serce zaczęło jej walić jak młotem.

-  Nie  bądź  śmieszny  -  powiedziała,  starając  się  zachowywać  z  godnością.  Niewiele  więcej

mogła zrobić, gdy chwycił ją za obie dłonie i przycisnął je do ściany tak, że czuła się jak w klatce. -
Powiedziałam, przestań, Nick.

- A  co  by  było,  gdyby  on  cię  nie  posłuchał?  -  Zbliżył  się  jeszcze  bardziej.  Czuła  bijącą  od

niego skumulowaną siłę, kręciło jej się w głowie. - Może on chce tylko dotknąć tego pięknego ciałka,
a może chce czegoś więcej - mówił, nie wypuszczając jej z uwięzi. - Zamierza wziąć sobie to, czego
chce. - Zsunął ręce na jej biodra. - Jak zamierzasz go powstrzymać? Jak chcesz się bronić?

background image

Nie  zastanawiała  się  nad  tym,  nie  zadawała  pytań.  Powodowana  strachem  połączonym  z

podnieceniem, zarzuciła mu ręce na szyję. Wyraz jej oczu zmienił się, źrenice pociemniały, i nawet
nie wiedziała, kiedy jej usta zetknęły się z jego ustami.

Wlała w ten pocałunek wszystkie swoje marzenia i fantazje. Przywarła do Nicka, wciskała się

całą  sobą  w  jego  ciało.  Oblała  ją  fala  gorąca.  Trzymał  ją  tak,  jak  zawsze  chciała,  żeby  ją  trzymał.
Mocno, władczo, jakby należała tylko do niego, jakby była jego Własnością. Jego usta rozgniatały jej
wargi, czuła jego język, jego zęby, zachłannie domagające się coraz śmiel​szych pieszczot.

Pożądanie.  Ogarnęło  go  pożądanie,  dzikie,  nieokiełznane  pożądanie,  jakie  może  kobieta

wyzwolić W mężczyźnie. W tym momencie zapomnieli o tym, że są kuzynami, którzy znają się od lat.
Mogli być dwojgiem obcych sobie ludzi, tak nowy był płomień żądzy, który ich ogarnął. Ale równie
dobrze  mogli  być  odwiecznymi  kochankami,  tak  idealnie  zgrane  były  szybkie,  gorączkowe,  pełne
zapamiętania ruchy rąk, ust, ciał.

Stracił  zupełnie  głowę.  Zatracił  siebie.  Jej  usta  oferowały  cały  bukiet  smaków.  Były  słodkie,

korzenne i cierpkie zarazem. A on był wygłodniały. Te zapachy podniecały jego zmysły. Tego było aż
nadto  -  zapach,  smak  i  dotyk  jej  ciała,  to  było  więcej  niż  oczekiwał,  niż  mógł  sobie  wymarzyć.  W
najśmielszych  snach  nie  spodziewałby  się  takich  doznań.  Wszystko  to  otwierało  się  dla  niego,
czekało na niego, zapraszało do uczty, do rozkoszowania się.

Nie  myślał  teraz  o  tym,  kim  są  czy  kim  byli.  Nie  myślał  w  ogóle  o  niczym,  poddawał  się

emocjom, ulegał uczuciom, odrzucił rozsądek i rozwagę. Prag​nął tylko jednego. Jej.

Jego  żądza  rosła.  Przycisnął  jej  biodra  do  szafki  kuchennej,  podniósł  ją  i  posadził  na  blacie.

Teraz miał swobodne ręce, mógł dotykać i brać.

Słyszał  jej  przyspieszony  oddech,  gdy  wsunął  dłonie  pod  bluzkę.  Potem  usłyszał  własne

westchnienie  bólu  i  rozkoszy,  gdy  poczuł  pod  palcami  aksamitną,  gładką  skórę,  sutki,  nabrzmiałe  i
twarde z pożądania, gwałtownie bijące serce. Poczuł, że drży, i nagle ogar​nął go wstyd. Oszołomiony
tym, co zrobił, tym, co chciał zrobić, opuścił ręce i powoli się odsunął.

Dyszała  ciężko.  Przymknęła  oczy,  chwyciła  się  blatu,  jakby  bała  się,  że  za  chwilę  straci

równowagę i upadnie.

- Przepraszam, Fred. Dobrze się czujesz? - spytał z niepokojem.

Milczała. Aby ukryć Wstyd, uciekł się do ataku.

- Jeśli nie, to sama sobie jesteś winna. Sama prowokujesz do takiego zachowania! - krzyczał. -

Jeśli na moim miejscu byłby kto inny, sprawy potoczyłyby się całkiem inaczej. Znacznie gorzej dla
ciebie. Prze​praszam, że cię przestraszyłem, ale chciałem dać ci lekcję pokazową.

-  Czyżby?  -  Freddie  powoli  dochodziła  do  siebie.  Nic  z  tego,  co  sobie  kiedykolwiek

wyobrażała,  nie  było  nawet  w  części  tak  cudowne,  tak  radosne  jak  rzeczywistość,  jak  to,  co  przed
chwilą  przeżyła,  a  co  teraz  on  chciał  popsuć  przeprosinami  i  pouczeniami.  -  Zastanawiam  się...  -

background image

Zaczęła, ześlizgując się na podłogę, choć nie była pewna, czy zdoła utrzymać się na nogach - kto tu
komu  dawał  lekcję.  To  ja  ciebie  pocałowałam,  Nicholas.  Ja  cię  pocałowałam  i  sprowokowałam.
Przecież mnie pragnąłeś.

Krew wciąż się w nim burzyła. Nie był w stanie zachować spokoju.

- Nie gmatwajmy sprawy, Fred.

- Oczywiście, nie gmatwajmy. Nie całowałeś swojej małej kuzyneczki, Nick. Całowałeś mnie.

- Teraz to ona postąpiła krok do przodu, a on się cofnął. - I ja całowałam ciebie.

Zaschło mu w gardle. Z trudem przełykał ślinę. Kim jest ta kobieta? - zastanawiał się. Kim jest

ta diablica o oczach tak śmiałych i pewnych siebie, która sprawia, że przestaje nad sobą panować i
że traci cały swój rozsądek?

- Może straciłem na chwilę kontrolę... - Nick za​wahał się.

- O nie! - zaoponowała.

Uśmiechała  się  z  wyraźnym  samozadowoleniem.  Był  to  uśmiech  skądinąd  mu  znany,  który

bardzo by sobie cenił u każdej innej kobiety.

- To nie w porządku, Fred - ostrzegł.

- Dlaczego?

-  Dlatego.  -  Nie  wiedział,  jak  ubrać  w  słowa  przyczyny,  które  znał  aż  nadto  dobrze.  -  Nie

muszę ci wyliczać przyczyn. - Wziął kubek i dopił zimną już kawę.

- Myślę, że trudno ci je będzie wyliczyć. - Freddie podniosła hardo głowę. - Zastanawiam się,

Nick, co byś zrobił, gdybym cię teraz pocałowała.

Wziąłbym cię, tego był pewien, tutaj, od razu, na podłodze, bez chwili namysłu.

- Przestań już, Fred. Oboje powinniśmy ochłonąć - przekonywał.

- Może masz rację. - Wykrzywiła wargi. - Ale może raczej potrzebujesz trochę czasu, żeby się

przy​zwyczaić do myśli, że cię pociągam.

- Nigdy tego nie powiedziałem. Odstawił kubek.

-  Nie  zawsze  jest  łatwo  pogodzić  się  z  tym,  że  ludzie,  których,  wydaje  się,  znamy,  zmieniają

się. Ale ja mam czas, mnóstwo czasu.

Stała spokojnie, ale czuł, że go osacza.

- Fred... - Głęboko zaczerpnął powietrza. - Usiłuję zachować rozsądek, ale nie wiem, czy to się

background image

uda w tej sytuacji.

Popatrzył na nią surowo.

W ogóle nie wiem, czy cokolwiek się uda. Może pewne rzeczy się zmieniły, ale niezależnie od

wszystkiego  nic  już  nie  będzie  tak  jak  kiedyś.  Jeśli  wspólna  praca  miałaby  zagrozić  naszej
przyjaźni...

- Denerwuje cię myśl o pracy ze mną?

Nie mogła poruszyć czulszej struny. Niezależnie od tego, w jakim stopniu się zmienił w ciągu

ostatnich lat, wciąż było w nim coś ze zbuntowanego chłopca, dla którego sprawą honoru była jego
duma.

- Nie boję się pracy ani z tobą, ani z nikim.

-  Jeśli  tak,  to  nie  ma  problemu.  Oczywiście,  jeśli  sądzisz,  że  możesz  nie  być  w  stanie

powstrzymać się przed...

- Nie zamierzam cię więcej dotykać - przerwał jej ostro.

Na widok wściekłości w jego wzroku uśmiechnęła się jeszcze łagodniej.

-  Cóż,  dobrze.  Myślę,  że  powinieneś  wreszcie  skończyć  śniadanie,  choć  wystygło.  A  potem

zabiera​my się do pracy.

Dotrzymał słowa. Pracowali razem całymi godzinami, ale ani razu nawet jej nie dotknął. Wiele

go  to  kosztowało.  Zauważył,  że  miała  charakterystyczny  sposób  przesuwania  ciała,  pochylania
głowy, spoglą​dania spod rzęs, co nie pozostawiało mężczyzny obo​jętnym.

Pod koniec dnia wiedział już z całą pewnością, że co jak co, ale on nie mógł być obojętny.

- To dobre, to naprawdę dobre - powtarzała Freddie, przeglądając nuty. - Ktoś taki jak Maddy

O'Hurley potrafi to docenić.

- Nie powiedziałem, że to będzie solówka dla Maddy - mruknął Nick.

Ale nie to było najistotniejsze. Najistotniejsze było, że Freddie czytała w jego myślach i że aż

za  dobrze  czytała  jego  muzykę.  On  sam  czuł  się  trochę  jak  ryba  skubiąca  przynętę,  a  Freddie...
Freddie trzymała wędkę.

- Może chciałem, żeby to śpiewał duet - powie​dział.

-  Nie,  nie  chciałeś  -  odparła  spokojnie.  - Ale  jeśli  chcesz,  to  proszę  bardzo.  Może  być  duet.

Mam parę pomysłów na słowa. - Rzuciła mu powłóczyste spojrzenie. - Trzeba tylko troszkę zmienić
muzykę. Może przyspieszyć tempo.

background image

- Ani mi się śni. Jest dobrze tak jak jest.

- Nie dla duetu. Dla Maddy owszem. - Zanuciła pierwsze takty. - „Sprawiłeś, że zapomniałam

o dziś, o wczoraj”...

- Próbujesz mnie wykolegować? - obruszył się.

-  Nie,  próbuję  z  tobą  pracować.  -  Szybko  naniosła  parę  poprawek  na  nuty  rozłożone  na

pianinie, odsunę​ła się od Nicka i uśmiechnęła. - Myślę, że potrzebna ci przerwa.

-  Wiem,  komu  potrzebna  przerwa.  -  Chwycił  paczkę  papierosów,  wyjął  jednego  i  zapalił.  -

Zamilcz na chwilę i pozwól mi nad tym popracować.

-  Oczywiście.  -  Freddie  wstała  od  pianina  i  stanęła  o  parę  kroków  od  niego.  Patrzyła,  jak

koryguje  nuty.  Zauważyła,  że  zmienia  muzykę  w  miejscach,  w  których  zmiany  nie  były  potrzebne.
Oboje dobrze o tym wiedzieli.

Wyraźnie  chciał  z  nią  walczyć,  a  jej  nic  nie  mogło  bardziej  ucieszyć  niż  stwierdzenie  tego

faktu.  Jeśli  walczy,  to  znaczy,  że  chce  się  przed  czymś  bronić.  Położyła  mu  dłonie  na  ramionach  i
zaczęła je lekko masować.

- Przestań, Freddie - warknął, zdając sobie spra​wę, że długo tego nie wytrzyma.

- Jesteś strasznie sztywny i spięty.

- Powiedziałem, żebyś przestała. - Uderzył w kla​wisze.

- Ależ ty jesteś drażliwy. - Odstąpiła krok do tyłu. - Idę po coś zimnego. Przynieść ci coś?

- Piwo.

Uniosła  brwi.  Wiedziała,  że  kiedy  pracuje,  pije  na  ogół  tylko  kawę.  Wyjmowała  właśnie  z

lodówki piwo i sok, gdy drzwi otworzyły się z trzaskiem i usłyszała okrzyki powitania.

-  Jesteś  aresztowany!  -  dobiegł  ją  z  pokoju  głos Aleksa  -  za  przykucie  mojej  siostrzenicy  do

pianina na całe popołudnie.

- Gdzie nakaz, glino? Aleksij roześmiał się tylko.

- Nie potrzebuję żadnego pieprzonego nakazu. Gdzie ona jest, LeBeck?

- Wujku! Jak dobrze, że przyszedłeś! - Freddie wpadła do pokoju i rzuciła mu się w ramiona. -

To było straszne. Cały dzień półnuty, ćwierćnuty, krzy​żyki, bemole.

- Dobrze, już dobrze, dziecinko. Jestem tutaj. - Pocałował ją w policzek i odsunął na długość

wyciągniętych ramion. - Bess powiedziała, że jesteś jeszcze ładniejsza. Czy ten facet bardzo dał ci w
kość?

background image

- Żebyś wiedział. - Objęła Aleksija w pasie i uśmiechnęła się zadowolona do Nicka. - Myślę,

że powinieneś dać mu wycisk za wyzyskiwanie czło​wieka.

-  Aż  tak  źle?  Cóż,  jestem  tu  po  to,  żeby  cię  stąd  zabrać.  Co  byś  powiedziała  na  wspólną

kolację?

- Marzę o tym. Opowiesz mi wszystko o awansie, o którym wspomniała Bess.

-  To  nic  takiego  -  mruknął Aleks,  skłaniając  Nicka  do  przerwania  gry  i  obejrzenia  się  przez

ramię.

- Słyszałem co innego - rzucił przyjaźnie. - Kapi​tanie.

- To nieoficjalnie. - Aleks uderzył go w ramię.

- Oto brutalność policji. - Nick poszedł do kuchni po piwo dla siebie i Aleksija. - Zawsze ma

ze mną na pieńku.

- Zaczęło się tamtej nocy, kiedy wychodziłeś przez okno ze sklepu ze sprzętem elektronicznym.

- Gliny mają pamięć jak słonie.

-  Jeśli  chodzi  o  rozrabiaków,  na  pewno.  -  Aleks  oparł  się  o  pianino.  -  Ładnie  graliście.

Naprawdę pra​cujecie nad tym razem?

-  Podobno  -  odparła  Freddie.  -  Tylko  że  Nickowi  trudno  się  zdecydować,  czy  ma  być  moim

partnerem, czy zastępcą mojego taty.

- Tak? - zdziwił się Aleks.

- Wczoraj mnie śledził, jak byłam na randce.

- Nieprawda - zaprotestował Nick i pociągnął haust piwa. - Łudzi się, że jest dorosła.

Aleks wyczuł, że sytuacja robi się napięta.

- Na moje oko trudno uznać ją za dziecko - stwierdził.

- Dzięki, Aleks - rzuciła Freddie. - A więc jutro o tej samej porze? - zwróciła się do Nicka.

- Może być.

- Też możesz iść z nami na kolację - powiedział Aleks. - Zaproszenie było ogólne.

-  Nie,  dziękuję.  -  Nick  odstawił  piwo  i  przebiegł  palcami  po  klawiaturze.  -  Mam  od  cholery

roboty.

-  Jak  uważasz.  -  Aleks  wzruszył  ramionami.  -  Chodź,  Fred.  Umieram  z  głodu.  Cały  dzień

background image

uganiałem się za bandziorami.

- Jestem gotowa. - Freddie pochyliła się i pocało​wała Nicka w policzek. - Do jutra.

Aleks odczekał, aż znaleźli się za drzwiami.

- A więc co się dzieje? - spytał.

- Nie rozumiem.

- Między tobą a Nickiem?

-  Nie  tyle,  ile  bym  chciała  -  odrzekła  prosto  z  mostu  i  zeszła  na  jezdnię,  żeby  zatrzymać

taksówkę.

- Prywatnie czy zawodowo? - dopytywał się Aleks.

- Och, zawodowo dogadujemy się doskonale. Na początku przyszłego tygodnia będzie już miał

co pokazać producentowi. A właściwie dlaczego nie mielibyśmy pojechać metrem? - zasugerowała,
wpatrując się w opustoszałą ulicę. - O tej porze nie ma mowy o taksówce.

Poszli w kierunku stacji.

- A więc prywatnie, tak? - Spojrzał na nią kątem oka.

- Hm, tak - przyznała, patrząc na niego niemal z zachwytem. Jego ciemne włosy połyskiwały w

blasku zachodzącego słońca. Wyglądał jak rycerz powracający z bitwy. - Dobrze być tutaj z wami,
wujku - powiedziała.

- Dobrze, że ty jesteś z nami. A więc o co w tym wszystkim chodzi? - Nie dawał za wygraną.

Westchnęła, ale nie wyglądała na zasmuconą.

- Dokładnie o to, czym się martwiłeś. Kocham cię, wujku Aleksie.

-  I  ja  cię  kocham,  Fred.  -  Zbiegali  do  metra.  -  Słuchaj,  wiem,  że  jako  dziewczynka  byłaś

wpatrzona w Nicka.

- Czyżby? - Rozbawiona sięgnęła do torebki po drobne.

- Pewno, trudno było nie zauważyć.

- Ale Nick nie zauważył. - Wrzuciła drobne z powrotem do torebki, gdy wyjął bilety dla nich

obojga.

- Cóż, on nie jest taki bystry. Ale teraz już nie jesteś małą dziewczynką.

Freddie zatrzymała się, ujęła jego twarz w dłonie i ucałowała go w same usta.

background image

-  Nie  masz  pojęcia,  co  to  dla  mnie  znaczy  usłyszeć  te  słowa  od  kogoś  innego.  Naprawdę  cię

kocham, Aleks.

-  Oj,  chyba  niezupełnie.  -  Wziął  ją  pod  rękę  i  poprowadził  przez  tłum  czekający  na  następny

pociąg.

-  Nie,  wcale.  Martwisz  się,  że  zrobię  coś,  czego  będę  żałować  albo  czego  Nick  będzie

żałował.

- Gdybym tak myślał, on przez miesiąc nie byłby w stanie grać.

Roześmiała się.

- Gadanie. Kochasz go jak rodzonego brata. Złociste oczy Aleksija pociemniały.

- Ale  to  nie  powstrzymałoby  mnie  przed  połamaniem  mu  wszystkich  kości,  gdyby  użył  rąk  w

niewła​ściwym celu.

Pomyślała, że lepiej nawet nie wspominać, gdzie znajdowały się ręce Nicka parę godzin temu.

-  Jestem  w  nim  zakochana,  wujku  -  roześmiała  się,  potrząsając  włosami.  -  O,  to  cudowne

uczucie. Tobie pierwszemu to mówię. Nawet tata i mama nic jeszcze nie wiedzą.

Uśmiech znikł z jej twarzy, gdy zobaczyła, że wpa​truje się w nią oniemiały.

- Naprawdę cię to zaskoczyło? - spytała. Zaklął pod nosem i popchnął ją w kierunku pociągu,

który właśnie zatrzymał się na peronie.

- A teraz posłuchaj mnie, Freddie... - zaczął.

- Nie, najpierw ty mnie posłuchaj. - Chwyciła się mocno słupka. - Wiem, że twoim zdaniem nie

potrafię  rozróżnić  między  młodzieńczym  zauroczeniem  a  prawdziwą  miłością,  ale  się  mylisz,  bo
potrafię.  Potrafię  -  powtórzyła  z  takim  przekonaniem,  że  nie  zaoponował.  -  Nie  kocham  chłopaka,
którego  poznałam  przed  laty,  takiego  jakim  był  wtedy.  Kocham  mężczyznę,  jakim  jest  teraz.  Z
wszystkimi jego wadami i zaletami, z jego niecierpliwością, popędliwością, uczciwością, a czasem
złośliwością i małostkowością. Kocham go takim, jaki jest. On może tego jeszcze nie wiedzieć, może
tego nie akceptować, może nie od​wzajemniać mojego uczucia, ale to moich uczuć nie zmieni.

Aleks odetchnął głęboko.

- Dorosłaś.

- Tak, dorosłam. I mam przed sobą najlepsze przykłady. Nie chodzi mi tylko o mamę i tatę, ale

o ciebie i Bess, i was wszystkich. I wiem, że jeśli kochasz dostatecznie głęboko i prawdziwie, to ta
miłość trwa.

Nie  mógł  się  z  nią  spierać.  Jego  związek  z  Bess  z  każdym  dniem  stawał  się  pełniejszy  i

background image

bardziej war​tościowy.

- Nick jest dla mnie tak samo ważny jak każdy z rodziny - oznajmił Aleks po chwili namysłu. -

Nawet ty. A więc mogę ci powiedzieć, że on nie jest łatwym człowiekiem, Freddie. Nie pozbył się
jeszcze bagażu, jaki na nim ciąży.

-  Zdaję  sobie  z  tego  sprawę.  Nie  mogę  utrzymywać,  że  wszystko  rozumiem,  ale  wiem,  że  tak

jest. Nie martw się o mnie za bardzo - dodała i pogłaskała go po policzku. - Prosiłabym cię tylko,
żeby  ta  rozmowa  została  między  nami.  Chciałabym  mieć  trochę  czasu,  zanim  reszta  rodziny  się
dowie. Nie chcę wywoływać sensacji.

Gdy  Freddie  wróciła  wieczorem  do  hotelu,  zastała  czekającą  na  nią  wiadomość.

Zaintrygowana roze​rwała kopertę już w windzie.

Zobaczyła zamaszyste pismo Nicka biegnące w poprzek kartki.

Dobra, masz racją. To będzie solówka dla Maddy. Na jutro chcą mieć słowa. Dobre słowa.

Uzgodniłem spotkanie z Valentine'em i resztą zespołu. Nie sfuszeruj niczego. Nick.

Pomknęła do pokoju jak na skrzydłach.

W  dwie  godziny  później  pędziła  do  mieszkania  Nicka,  przeskakując  po  dwa  stopnie.

Wiedziała,  że  Nick  pracuje  w  barze  i  że  nie  powinna  mu  teraz  przeszkadzać.  Usiadła  więc  przy
pianinie i włączyła mag​netofon.

- Mam już dla ciebie słowa, Nicholas, i są lepsze niż dobre. Sam posłuchaj.

Podniecona  zaczęła  śpiewać  do  jego  melodii.  Słowa  brzmiały  jej  w  głowie,  gdy  po  raz

pierwszy usły​szała muzykę. Teraz udoskonalone, wygładzone ide​alnie współgrały z muzyką.

Gdy wybrzmiała ostatnia nuta, Freddie przymknęła oczy.

- Co ty tu robisz?

Podskoczyła i błyskawicznie odwróciła głowę. W drzwiach stał Nick. Zauważyła, że nie był w

przy​jaznym nastroju.

- Zostawiam ci wiadomość. Chciałeś mieć piosen​kę przed spotkaniem. No i masz.

-  Słyszałem.  -  Cierpiał,  słuchając  jej,  obserwując,  jak  ją  dla  niego  śpiewa.  -  Wesz,  która

godzina? - spytał.

- Chyba dochodzi północ. Myślałam, że jesteś za​jęty na dole.

- Jesteśmy zajęci na dole. Rio mi powiedział, że tu jesteś.

-  Nie  musiałeś  przychodzić.  Po  prostu  nie  chciałam  czekać  do  jutra.  -  Zaczynała  się  już

background image

denerwować. - Dużo usłyszałeś?

- Wystarczy.

- No i jak? - Obróciła się szybko na stołku, wpatrując się w niego niecierpliwie. - Co o tym

myślisz?

- Myślę, że to kupię.

- No właśnie. Tylko tyle masz do powiedzenia?

- A co niby mam powiedzieć? - zdziwił się.

- Powiedz, co czujesz - zapytała.

Nie  miał  pojęcia,  co  czuje.  W  jakiś  dziwny  sposób  wciągała  go  w  rewiry,  których  nigdy  nie

chciał badać.

-  Myślę  -  zaczął  ostrożnie  -  że  to  przejmujące  słowa,  trafiające  do  serca  i  duszy.  I  myślę,  że

ludzie będą je nucić, wychodząc z teatru.

Milczała.  Z  zakłopotaniem  stwierdziła,  że  oczy  napełniają  jej  się  łzami.  Spuściła  wzrok,

wpatrując się w swoje dłonie.

- Nie spodziewałam się aż takiej pochwały z two​ich ust - przyznała.

- Wiesz, że masz talent, Fred.

- Tak, mówię sobie, że wiem. - Podniosła wzrok. Serce biło jej szybciej, gdy na niego patrzyła.

- Mówię sobie całą masę rzeczy, Nick. Rzeczy, które szybko ulatują, gdy jestem sama w środku nocy.
Ale to, co powiedziałeś, będzie trwać, niezależnie od wszystkie​go, co się stanie.

Nie mógł oderwać od niej wzroku. Nawet nie wie​dział, kiedy do niej podszedł.

- Pokażę producentowi to, co przygotowaliśmy. Wezmę wolny dzień.

- A ja zajmę się urządzaniem nowego mieszkania, żeby się nie rozchorować z nerwów.

-  Świetnie.  -  Bezwiednie  wziął  ją  za  rękę.  Pokój  tonął  w  półmroku,  oświetlony  tylko  małą

lampką sto​jącą na pianinie. - Nie powinnaś tu była wracać dziś wieczór - powiedział.

- Dlaczego?

- Za dużo o tobie myślę. Nigdy nie myślałem o to​bie w ten sposób.

- Czasy się zmieniają, ludzie też...

- Nie zawsze tego chcemy i nie zawsze jest to najlepsze wyjście - mruknął, zbliżając usta do jej

background image

ust.

Tym  razem  wszystko  było  inaczej.  Była  na  to  przygotowana,  ale  rym  razem  pocałunek  był

powolny, rozpaczliwy. Nie ogarnęła jej burza, jej ciało po prostu osłabło, omdlało, rozpływało się
jak woskowa świeca, która zbyt długo się paliła.

Czuł niewinność, jej niewinność tak bezbronną wobec jego namiętności. Wyobraźnia rozpalała

mu zmysły.

- Kłamałem - wyszeptał, odsuwając ją od siebie ostatkiem woli. - Powiedziałem, że więcej cię

nie dotknę.

- Chcę, żebyś mnie dotykał.

-  Wiem.  -  Położył  jej  dłonie  na  ramionach  i  przytrzymał.  - A  ja  chcę,  żebyś  teraz  poszła  do

siebie, do hotelu. Skontaktuję się z tobą jutro po rozmowie z Valentine'em.

- Chcesz, żebym została - szepnęła. - Chcesz być ze mną.

- Nie, nie chcę. - To przynajmniej była prawda. Nie chciał tego, nawet jeśli wydawało się, że

tak bardzo tego potrzebuje. - Jesteśmy rodziną, Fred, i wygląda na to, że możemy razem pracować.
Nie chcę tego zniszczyć. Ty też nie. - Odstąpił o krok. - A teraz chcę, żebyś zeszła na dół i poprosiła
Rio, żeby ci zamówił taksówkę.

Każdy nerw miała napięty do ostatecznych granic, jak strunę. Chciało jej się krzyczeć ze złości,

ale zoba​czyła w jego oczach ogromne zatroskanie.

- Dobrze, Nick, czekam na wiadomość.

Przy drzwiach zatrzymała się jeszcze na chwilę i odwróciła.

- Ale wciąż będziesz o mnie myślał. Za dużo. I nigdy już nie będzie tak jak dawniej.

Kiedy drzwi się za nią zaniknęły, usiadł przy pianinie. Miała rację, przyznał pocierając czoło.

Nic już nie będzie takie jak dawniej.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Niedzielny  obiad  w  domu  Stanislaskich  nigdy  nie  przebiegał  w  spokojnej  atmosferze.

Zaczynało się wczesnym popołudniem od krzyków dzieci, nawoływań dorosłych, głośnych rozmów i
szczekania psów. A później z kuchni zaczynały dochodzić smakowite zapachy, wobec których żadne
podniebienie nie mog​ło być obojętne.

W  miarę  jak  rodzina  się  powiększała,  dom  na  Brooklynie  zdawał  się  rozciągać,  jakby  był  z

gumy, żeby pomieścić wszystkich. Na podłodze i na kolanach dorosłych tłoczyły się dzieci, wszędzie
walały się gry i zabawki. Gdy nadchodził czas posiłku, rozkładano duży stół, przy którym domownicy

background image

i  goście  zasiadali  stłoczeni  jedno  przy  drugim.  Krążyły  półmiski  i  wazy  ze  smakołykami
przygotowanymi przez mamę, rozmawiano z ożywieniem, śmiano się i przekrzykiwano.

Dom  Michaiła  i  Sydney  w  Connecticut  był  o  wiele  większy,  mieszkanie  Rachel  i  Zacka

wygodniejsze, a poddasze Aleksija i Bess przestronniejsze. Żadne z nich jednak ani przez chwilę nie
myślało, by przejąć tradycję domu Stanislaskich i urządzać u siebie nie​dzielne obiady.

Bo to tutaj jest gniazdo rodzinne, zadumała się Freddie, ściśnięta na kanapie między Sydney a

Za​ckiem. To tutaj, niezależnie od tego, gdzie każde z nich pracuje czy mieszka, jest ich dom.

-  Na  kolanka!  -  zażądała  Laurel  i  zaczęła  się  wspinać  po  nodze  Freddie.  Miała  słoneczny

uśmiech ojca i chłodne, bystre oczy matki.

- No chodź. - Wzięła ją na ręce i posadziła sobie na kolanach, a dziewczynka od razu zajęła się

koloro​wymi kamieniami w jej naszyjniku.

- Jesteś zadowolona z mieszkania? - spytała Syd​ney, pochylając się ku niej.

-  Bardzo.  Jestem  ci  niezmiernie  wdzięczna.  Właśnie  o  czymś  takim  myślałam.  Świetna

lokalizacja, metraż, wszystko. Jednym słowem nie mogłam trafić lepiej.

-  To  dobrze.  -  Sydney  odwróciła  wzrok  od  Freddie,  kierując  go  ku  swemu  najstarszemu

synowi, który właśnie zabierał się do dokuczania siostrze.

Nie chodziło o to, że nadmiernie martwiła się o Moirę. Dziewczynka potrafiła sama się bronić.

Mia​ła silne piąstki.

- Przestań! - zawołała i to wystarczyło, żeby chłopiec przestał ciągnąć siostrę za koński ogon. -

Rozglądasz się za meblami? - zwróciła się ponownie do Freddie. Laurel zeszła już z kolan Freddie i
zaczęła teraz wspinać się po jej nodze.

- Trochę - odrzekła Freddie. Z góry dobiegł mrożący krew w żyłach okrzyk wojenny, po którym

na​stąpiło głuche uderzenie. Nikt nawet nie mrugnął. - Kupiłam parę rzeczy w ostatnich dniach. Myślę,
że zabiorę się do tego na dobre w przyszłym tygodniu, już po przeprowadzce.

- Wiesz, znam jeden niezły i niedrogi sklep. Dam ci adres. Zack - zwróciła się do męża.

- Hm? - Oderwał wzrok od telewizora, w którym właśnie oglądał mecz, i spojrzał pytająco na

Sydney.

Ruchem głowy wskazała Gideona. Najmłodsza la​torośl Muldoonów przysunęła właśnie krzesło

do kre​densu, gdzie na półce stał słoik z ulubionymi gumisiami Jurija.

- Ani się waż, Gideon - ostrzegł Zack.

- Tylko jednego, tatusiu - prosił chłopiec z miną niewiniątka. - Dziadek pozwolił.

background image

- Nie wątpię. - Zack wstał, chwycił syna w pasie i podrzucił do góry. - Ej, mamusiu, łap.

Wprawa i refleks sprawiły, że Rachel chwyciła sy​na w locie. Podeszła do Freddie.

-  A  gdzież  to  się  podziewa  nasz  Nick?  -  spytała.  To  samo  pytanie  zadawała  sobie  właśnie

Freddie.

- Jestem pewna, że zaraz przyjdzie. Nigdy nie opuściłby obiadu. Wczoraj z nim rozmawiałam.

Ale  nie  mógł,  a  może  nie  chciał  przekazać  jej  opinii  producentów  na  temat  ich  wspólnego

dzieła. Czekanie było dla niej jak siedzenie na rozżarzonych węglach.

Przecież do czekania powinnam się już była przyzwyczaić, pomyślała wzdychając. Czekam na

Nicka od dziesięciu lat.

Nie zwracała uwagi na gwar toczących się wokół rozmów. Słowa przepływały jej mimo uszu.

Wstała i torując sobie drogę między dziećmi i porozrzucanymi zabawkami, udała się do kuchni. Przy
stole zastała Bess przyprawiającą sałatę i Nadię stojącą przy kuchni.

Obrzuciła  wzrokiem  pomieszczenie.  Podobało  jej  się  to  miejsce  z  zawsze  zastawionymi

blatami,  z  lodówką  całą  pokrytą  kolorowymi  rysunkami  dzieci.  Na  kuchence  zawsze  coś  się
gotowało, a słoik z her​batnikami nigdy nie był pusty.

Właśnie  takie  pozorne  drobiazgi  stanowią  o  domowej  atmosferze.  Pewnego  dnia,  przyrzekła

sobie, i ja będę mieć taką kuchnię.

-  Babciu.  -  Freddie  pocałowała  Nadię  w  rozgrzany  policzek.  Poczuła  delikatny  zapach

lawendy, zmie​szany z aromatem pieczonego mięsa. - Pomóc ci w czymś? - spytała.

- Nie, dziecko. Usiądź, nalej sobie wina. Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść.

- Mnie pozwoliła tylko dlatego - powiedziała Bess - żebym się czegoś nauczyła. Nadia uważa,

że  powinnam  wreszcie  przestać  przygotowywać  posiłki  za  pomocą  telefonu,  jedynego  sprzętu
kuchennego, jakiego używam.

- Wszystkie moje dzieci umieją gotować - oświadczyła Nadia z odcieniem dumy w głosie.

- Nick nie - mruknęła Freddie i Skubnęła rzod​kiewkę.

-  Nie  mówiłam,  że  wszyscy  gotują  dobrze.  -  Nadia  wyrabiała  ciasto  na  kluski.  Była  niedużą,

ale  silną  kobietą,  z  siwymi  już  włosami  i  pogodną,  zawsze  uśmiechniętą  twarzą.  Jej  spokój,
uświadomiła sobie nagle Freddie, wynikał z tego, że była szczęśliwa.

Wiek  wyżłobił  parę  zmarszczek  na  jej  twarzy,  ale  żadna  nie  była  zmarszczką  smutku  i

niezadowolenia z życia.

-  Kiedy  się  nauczysz  -  Nadia  wskazała  drewnianą  łopatką  w  kierunku  Bess  -  będziesz  mogła

background image

uczyć swoje dzieci.

-  Przerażająca  wizja.  -  Bess  udała,  że  skóra  jej  cierpnie  na  samą  myśl  o  tym.  -  Właśnie  w

zeszłym tygodniu Carmen wysypała sobie na głowę całą toreb​kę mąki, a potem dodała jeszcze jajka.

- Nauczysz ją gotować - uśmiechnęła się Nadia. - Synów też. Dam ci przepisy, które dostałam

od mojej mamy. Freddie, przyrządzasz kurczaka tak, jak cię nauczyłam?

-  Oczywiście,  babciu.  -  Freddie  posłała  Bess  porozumiewawczy  uśmiech.  -  Kiedy  już  się

zadomowię w nowym mieszkaniu, zaproszę was z dziadkiem na pra​wdziwą ucztę.

- Akurat - mruknęła Bess.

Z  pokoju  zaczęły  dobiegać  głośne  okrzyki  powitania  i  radości.  Kiedy  hałas  wzmógł  się  do

granic wy​trzymałości, Nadia otworzyła piekarnik, żeby spraw​dzić pieczeń.

- Przyszedł Nick - oznajmiła. - Zaraz siadamy do obiadu.

Freddie wstała i jak gdyby nigdy nic, sięgnęła po dzbanek z winem stojący na szafce.

- Napijesz się czegoś zimnego, ciociu Bess? - spytała.

- Może soku. - Bess z namaszczeniem kroiła ogó​rek w cieniutkie plasterki. - Jak tam mecz?

- Też się nad tym zastanawiałam - mruknęła Freddie, gdy nagle drzwi do kuchni otworzyły się z

trza​skiem.

W progu stanął Nick, z ogromnym bukietem kwiatów w jednej ręce, z dziewczynką na drugiej i

z mal​cem uczepionym nogi.

- Przepraszam za spóźnienie. - Wręczył bukiet Nadii i ucałował ją siarczyście w oba policzki.

- Czy chcesz mnie przekupić kwiatami? - roze​śmiała się.

- Udało się? - zażartował.

- Zawsze ten sam. - Popatrzyła na niego z rozczuleniem. - Włóż je do wody. Weź tamten wazon.

- Wskazała na szafkę przy drzwiach.

Nie zwracając uwagi na czepiające się go dzieci, Nick podszedł do szafki.

- Same smakołyki - powiedział. - Coś, co lubią małe dziewczynki. - Uśmiechnął się do Laurel i

skubnął ją w policzek.

Zapiszczała z radości i przytuliła się do niego.

- Na ręce, Nick. Ja też chcę na ręce.

background image

Nick popatrzył w dół na chłopca uczepionego jego dżinsów.

- Zaczekaj, aż będę miał wolną rękę, Kyle.

- Kyle, zostaw Nicka w spokoju - włączyła się Bess, biorąc od Freddie szklankę soku.

- Ale mamo, on wziął Laurel - skarżył się chło​piec.

- Poczekaj na swoją kolej. - Nick włożył kwiaty do wazonu, schylił się i podniósł chłopca. Z

Laurel na jednym, z Kyle'em na drugim ramieniu, odwrócił się i popatrzył na Freddie. - Cześć, mała.
Jak leci?

- Ty mi powiedz. - Spoglądała na niego znad kieliszka i przeklinała go w duchu, że wygląda tak

pięknie,  z  dziećmi  na  rękach,  ze  wzrokiem  obserwującym  ją  z  serdeczną  życzliwością.  -  Miałeś
wiadomość od Reeda?

- Jest niedziela - przypomniał jej. - Wyjechał z rodziną do Hamptons albo do Bar Harbor albo

gdzieś tam jeszcze. Za parę dni się odezwie.

Za parę dni to ona eksploduje.

- Musiał jakoś zareagować.

- Niezupełnie.

- Przesłuchał taśmę?

- Oczywiście, że tak.

Kyle  szarpał  Nicka  za  włosy,  domagając  się,  by  zwrócił  na  niego  uwagę.  W  końcu  rozpłakał

się i wy​ciągnął ręce do Freddie. Wzięła go od Nicka.

- A więc co powiedział po przesłuchaniu taśmy?

- Niewiele.

- Musiał coś powiedzieć - nalegała. - Zwrócić na coś uwagę. Niemożliwe, żeby nie powiedział

ani słowa.

Nick tylko wzruszył ramionami. Sięgnął po plasterek marchewki z sałatki Bess, ale ta uderzyła

go w rękę.

- No wiesz! - obruszył się. - Przecież nikt nie widzi.

- Ja widzę. I to ja się staram, żeby sałatka pięknie wyglądała. Obieram jarzyny, układam je, a ty

chcesz mi zepsuć kompozycję. Możesz wziąć to. - Wręczyła mu marchew, którą dopiero zamierzała
pokroić.

background image

- Dzięki. A swoją drogą, Freddie, dlaczego nie zajmiesz się przez parę dni domem? - Ugryzł

kawałek marchewki i zaczął ją przeżuwać.

Obserwował  Freddie.  Lubił,  gdy  jej  wzrok  zmieniał  się  ze  spokojnego  w  gniewny,  gdy

wydymała wargi, dając upust złości.

- Kup parę drobiazgów do nowego mieszkania. Kiedy tylko będę coś wiedział, skontaktuję się

z tobą.

- Chcesz, żebym tak po prostu czekała?

Jakby na znak solidarności z Freddie, Kyle położył główkę na jej ramieniu i spojrzał spode łba

na Nicka.

- Chcesz, żebym tak po prostu czekała? - powtó​rzył, naśladując ton jej głosu.

Nick roześmiał się ubawiony.

- To jest myśl. I niech ci czasem nie przyjdzie do głowy samej dzwonić do Valentine'a. Stary

przyjaciel rodziny czy nie, ale ja nie uznaję takich praktyk.

Mogła na to tylko odpowiedzieć milczeniem, po​nieważ rozważała już taką ewentualność.

- Nie wiem, dlaczego to miałoby... - zaczęła.

- Nie - uciął krótko i wręczywszy jej resztę mar​chewki, wyszedł z kuchni.

- Uparty i zawzięty, na dodatek przemądrzały, wszystko wie najlepiej - burczała Freddie.

- Wie najlepiej - powtórzył Kyle niczym echo.

- Ciociu - Freddie zwróciła się do Bess. - Czy ty wykorzystujesz czasem swoje znajomości?

Bess ze zdwojoną uwagą zajęła się krojeniem pie​czarek.

- Wiesz, czasami mi się to zdarza.

- Co za wiercipięta - burknęła Freddie, z trudem utrzymując Kyle' a na rękach.

- Wielcipięta - powtórzył chłopiec, gdy wycho​dzili z kuchni.

-  Ani  się  obejrzysz,  jak  będzie  dorosły.  Czas  szybko  płynie,  z  dzieci  wyrastają  mężczyźni  i

kobiety - skomentowała Nadia.

- Niełatwo być dorosłym - rzuciła Bess. Nadia w zamyśleniu wyrabiała ciasto.

- On jest nią zainteresowany - powiedziała. Bess podniosła głowę. Nie była pewna, czy Nadia

zauważyła  to  co  ona.  Oczywiście,  zadumała  się  Bess,  ona  powinna  wiedzieć  lepiej.  W  sprawach

background image

rodziny Nadia wie wszystko, nic nie uchodzi jej uwagi.

- Ona nim też - oświadczyła i obie kobiety uśmiech​nęły się do siebie.

- Ona zrobi z niego człowieka - stwierdziła Nadia z przekonaniem.

Bess skinęła głową.

- A on ją trochę okiełzna.

- On ma w sobie dużo serca - rozczuliła się Nadia. - I ogromną potrzebę posiadania rodziny.

- Oboje są tacy.

- To dobrze.

- To wspaniale - dodała Bess, biorąc do ręki szklankę soku.

To  była  dopiero  pierwsza  z  wielu  rozmów  tego  wieczoru,  które  wprawiłyby  w  zdumienie

Freddie i Nicka, gdyby je usłyszeli. Na poddaszu Bess przytuliła się do Aleksa. Miała zaspane oczy i
ziewała. W pierwszych miesiącach ciąży zawsze była trochę ociężała i rozleniwiona.

- Aleksij - zaczęła.

-  Hm?  -  Pogłaskał  ją  po  włosach,  jednym  uchem  słuchając  wiadomości  w  telewizji,  drugim

żony. - Po​trzebujesz czegoś?

Bess  była  wręcz  książkowym  przykładem  kobiety  w  ciąży  z  wszystkimi  zachciankami,

dolegliwoś​ciami, nastrojami, jakie towarzyszą na ogół temu sta​nowi.

- W lodówce są chyba jeszcze truskawki i masło orzechowe. Przynieść ci? - spytał.

-  Cóż...  -  Zastanowiła  się  przez  chwilę,  po  czym  potrząsnęła  głową.  -  Nie,  myślę,  że  nie.  -

Uśmiechnęła  się,  widząc,  jak  Aleks  delikatnie  głaszcze  jej  brzuch.  -  Właściwie  to  myślałam  o
Freddie i Nicku.

Poruszył się niespokojnie, pamiętając o tym, co przyrzekł siostrzenicy. Że dochowa tajemnicy,

jaką mu powierzyła.

- Co takiego?

- Myślisz, że wiedzą już, że oszaleli na swoim punkcie, czy dopiero zaczynają wyczuwać, że

coś się kroi?

- Co? - Aleks usiadł i wpatrzył się w żonę szeroko otwartymi oczami. - Nie rozumiem.

-  Sama  nie  wiem.  -  Bess  kręciła  się  niespokojnie,  usiłując  przybrać  jak  najwygodniejszą

background image

pozycję. - Chyba sami są tym trochę zaskoczeni. Musi im się to wydawać niesamowite.

Aleks  westchnął  głęboko.  Oszukiwał  sam  siebie,  myśląc,  że  Bess,  zajęta  własną  ciążą,  nie

zwraca uwa​gi na to, co dzieje się wokół niej.

- Niesamowite? - powtórzył. - Skąd wiesz, że oszaleli na swoim punkcie?

Bess spożytkowała całą swoją energię, by otwo​rzyć jedno oko.

-  Ile  razy  mam  ci  mówić,  że  pisarze  są  tak  samo  spostrzegawczy  jak  gliny?  Ty  też  to

zauważyłeś, prawda? Sposób, w jaki na siebie patrzą, jak wokół siebie chodzą, jak się zachowują,
kiedy są razem?

-  Może.  -  Nie  był  pewien,  czy  już  wewnętrznie  pogodził  się  z  tą  myślą.  -  Ktoś  powinien

napomknąć o tym Nataszy.

Bess wzruszyła ramionami.

- Aleksij,  w  porównaniu  z  matkami  gliny  i  pisarze  są  głusi,  niemi  i  ślepi.  -  Przytuliła  się  do

męża i uśmiechnęła przymilnie. - A może jednak przynie​siesz mi truskawki?

Rachel  i  Zack  obchodzili  pokoje  dzieci.  Rachel  ściągnęła  walkmana  z  głowy  córki,  a  Zack

wcisnął jej głębiej pod pachę pluszowego zajączka. Dawno już wyrosła z tej zabawki dla dzieci, ale
wciąż nie mogła się z nią rozstać.

- Z każdym dniem robi się coraz bardziej podobna do ciebie - powiedział Zack, gdy zatrzymali

się  jeszcze  na  chwilę,  by  ostatni  raz  spojrzeć  na  swoją  pierworodną  córkę  śpiącą  słodko  niczym
nowo narodzone dziecię.

- Z wyjątkiem brody - zgodziła się Rachel. - Tę na pewno ma po tobie.

Wyszli z pokoju córki i przeszli przez hol do pokoju obu synów. Równocześnie wydali z siebie

długie, bezradne westchnienie. Pokój wyglądał jak po trzęsieniu ziemi. Wśród tego rumowiska leżały
rozciągnięte  dwa  chłopięce  ciała.  Na  podłodze  i  meblach  walały  się  ubrania,  zabawki,  modele
samolotów, sprzęt sportowy, książki. Trudno było znaleźć choćby skrawek wolnej przestrzeni. Jake
leżał na samym brzegu łóżka z ręką zwieszoną do podłogi. Cud, że nie stoczył się w sam środek tego
bałaganu. Gideona pra​wie nie było widać wśród skłębionych prześcieradeł.

- Jesteś pewien, że to nasze dzieci? - zastanowiła się Rachel, trącając starszego syna łokciem.

Zamru​czał coś pod nosem i przesunął się bliżej środka łóżka. Teraz nie groziło mu już, że spadnie.

- Codziennie zadaję sobie to samo pytanie - odparł Zack. - Kiedyś przyłapałem Gideona, jak

opowiadał  jednemu  z  dzieci  Miszy,  że  jeśli  przywiążą  sobie  prześcieradło  jak  pelerynę  i  skoczą  z
dachu do​mu Jurija, to polecą z powrotem na Manhattan.

Rachel zaniknęła oczy i zadrżała.

background image

- Nawet mi tego nie mów. Są rzeczy, których wolę nie wiedzieć. - Uniosła kołdrę Gideona i ze

zdumieniem stwierdziła, że na poduszce zamiast głowy leży noga chłopca. Podniosła więc kołdrę z
drugiej strony.

- Chciałam cię spytać, co sądzisz o Nicku i Freddie - zwróciła się do Zacka.

- Pracują razem? Uważam, że to wspaniale. - Zack zaklął pod nosem, stanąwszy stopą w samej

skarpetce na lokomotywie kolejki. - Do diabła - syk​nął, uraziwszy się w palec.

- Ostrzegałam cię, że tutaj nie należy wchodzić bez butów. Ale wracając do mojego pytania, to

nie mówiłam o ich pracy. Chodziło mi o to, co myślisz o ich romansie.

Zack przestał masować stopę i utkwił zdumiony wzrok w Rachel.

- Romans? Jaki romans? Czyj romans? - pytał, kompletnie zbity z tropu.

- Nicka i Fred. Ej, Muldoon, uważaj, bo zmienisz się w słup soli.

Zack powoli dochodził do siebie. Wyprostował się, zapomniał o bolącym palcu.

- O czym ty właściwie mówisz? - spytał.

-  O  tym,  że  Freddie  jest  po  uszy  zakochana  w  Nicku.  I  o  tym,  że  ilekroć  ona  znajduje  się  w

zasięgu jego ręki, on chowa ręce do kieszeni, jakby się bał, że zaraz jej dotknie.

-  Czekaj,  czekaj.  -  Ponieważ  podniósł  głos,  uciszyła  go.  Wziął  ją  za  rękę  i  pociągnął  do

przedpokoju. - Chcesz mi powiedzieć, że tych dwoje jest zaintere​sowanych...

-  Chcę  powiedzieć,  że  etap  zainteresowania  już  dawno  mają  za  sobą.  -  Rachel  rozbawiona

przechyli​ła głowę. - Co się z tobą dzieje, Muldoon? Martwisz się o swego braciszka?

- Nie. Tak. Nie. - Zdezorientowany przeciągnął ręką po włosach. - Jesteś tego pewna?

- Oczywiście, i gdybyś nie traktował Nicka ciągle jak nastolatka o zbrodniczych instynktach, też

byś to zauważył.

Zack oparł się o ścianę i opuścił ramiona.

-  Może  i  zauważyłem  coś  niecoś.  Widziałem,  jak  się  zachowywał,  kiedy  wyszła  do  miasta  z

jednym z naszych kumpli.

- A więc był zazdrosny? - ucieszyła się Rachel. - Szkoda, że tego nie widziałam.

- Chętnie by mnie udusił za to, że ich sobie przedstawiłem. - Nagle roześmiał się głośno. - Ach,

ty sta​ry łobuzie! Freddie i Nick. Kto by pomyślał?

- Każdy, kto ma oczy. Wzdycha do niego od lat.

background image

-  Masz  rację.  Może  i  jest  słodka,  ale  wie,  czego  chce.  Obawiam  się,  że  mój  mały  braciszek

może mieć kłopoty. - Obejrzał się na żonę. Rozpuszczone włosy spływały jej luźno za ramiona. Miała
na  sobie  tylko  cienką  koszulę,  która  zsuwała  jej  się  z  prawego  ramienia.  Szeroki  uśmiech  rozjaśnił
mu twarz. - A co do romansu, Wysoki Sądzie, właśnie przeszło mi przez myśl...

Nachylił się i zaczął szeptać jej coś do ucha. Unios​ła brwi i wydęła usta.

-  Cóż,  to  bardzo  interesująca  propozycja,  Muldoon.  Dlaczego  by  jej  nie  przedyskutować...  w

łóż​ku?

- Na to właśnie czekałem.

Sydney leżała przytulona do męża w sypialni ich dużego domu w Conneticut. Serce wciąż jej

waliło, krew szybciej płynęła w żyłach.

Ciekawe, myślała. Po tylu latach wciąż jeszcze mężczyzna zaskakuje ją tym, co może zrobić z

jej ciałem. Miała nadzieję, że tak już pozostanie na za​wsze.

- Zimno? - spytał, przeciągając dłonią po jej na​gich plecach.

- Żartujesz? - Uniosła rozpaloną twarz. Ich spojrzenia się spotkały. - Jesteś taki piękny, Michaił

- po​wiedziała.

- Nie zaczynaj - ostrzegł.

Zaśmiała się i pokryła pocałunkami jego pierś.

- Kocham cię, Michaił.

- No to możesz zaczynać. - Westchnął z zadowoleniem i objął ją za szyję. Przez chwilę leżeli w

mil​czeniu, obserwując cienie tańczące na suficie. - Jak myślisz, czy czeka nas wkrótce ślub?

Sydney  nie  spytała,  czyj  ślub.  Chociaż  jeszcze  na  ten  temat  nie  rozmawiali,  domyślała  się,  o

kim mąż myśli.

-  Nick  nie  jest  pewien,  czego  chce  i  co  ma  robić.  Myślę,  że  Freddie  jest  pewna  i  jednego,  i

drugiego. A swoją drogą, miło na nich patrzeć.

- Przypomina mi to inne czasy - zadumał się Mi​chaił. - I inną parę.

- O, naprawdę? - Uniosła się na łokciu i uśmiech​nęła.

- Byłaś bardzo uparta, mileńka.

- A ty bardzo pewny siebie.

- To prawda. - Nie poczuł się urażony. - Ale pamiętaj, że byłaś starą panną zakochaną tylko w

background image

swojej pracy. - Poczuł lekkie szturchnięcie w żołądek. - Wy​zwoliłem cię z tego.

- A kto teraz ciebie wyzwoli? - Przetoczyła się na niego, przyciskając go do materaca.

Pogrążona  w  błogiej  nieświadomości,  że  stanowi  centrum  zainteresowania  całej  rodziny,

Freddie  chwyciła  nowo  zakupiony  telefon  bezprzewodowy.  Niemal  chora  z  podniecenia,  szybko
wybrała  numer.  Wiedziała,  że  ojciec  prowadzi  teraz  zajęcia,  ale  matka  na  pewno  jest  w  swoim
sklepie. Chciała się im ko​niecznie pochwalić nowym mieszkaniem.

-  Mamo.  -  Ściskając  w  ręku  słuchawkę,  krążyła  między  dużym  pokojem  a  kuchnią.  -  Zgadnij,

gdzie  jestem.  Tak.  -  Jej  śmiech  niósł  się  echem  po  mieszkaniu.  -  Jest  cudowne.  Nie  mogę  się
doczekać,  kiedy  je  zobaczycie.  Tak,  wiem,  na  przyjęcie  urodzinowe.  Wszystko  jest  bajeczne.  -
Przeskoczyła przez chińską wazę, którą kupiła w sklepie poleconym jej przez Sydney, i okręciła się
na  pięcie.  -  Wdziałam  się  ze  wszystkimi  w  niedzielę.  Babcia  przygotowała  wyborną  pieczeń.
Prezent? - zastanowiła się przez sekund,. - Od tatusia? Tak, będę w domu przez cały dzień. A co to
takiego?

Tanecznym krokiem zaczęła znowu przemierzać mieszkanie.

-  Dobrze,  uzbroję  się  w  cierpliwość.  Tak  dostałam  naczynia.  Dziękuję,  mamo.  Zawiesiłam

nawet szafkę w kuchni, żeby miały gdzie stać. Kupiłam już trochę potrzebnych rzeczy.

Wyjęła z torby z zakupami ciasto i przeszła do sa​lonu.

- Nie, chcę kupić łóżko. Nie będę brała z domu. Liczę na to, że zachowacie mój pokój taki, jaki

jest.  Będę  miała  wrażenie,  że  zawsze  mogę  wrócić,  że  nie  wyjechałam  na  dobre.  O,  i  powiedz
Brandonowi,  że  nie  byłam  jeszcze  na  meczu,  ale  na  pewno  pójdę  w  przyszłym  tygodniu.  Natomiast
mam już bilety na balet.

Dwa bilety, dodała w duchu. Zabierze Nicka, na​wet gdyby się opierał.

-  Powiedz  Katie,  że  zapamiętam  każdy  ruch,  każdy  krok  i  gest,  każde plie i  fouettee. O,  i

powiedz  tacie...  Tyle  mam  do  powiedzenia  każdemu,  zresztą  wszystko  wam  opowiem,  jak
przyjedziecie, i... Zaczekaj mamo, ktoś dzwoni. Tak, mamo - uśmiechnęła się. - Założę się, że wiem,
kto to. Poczekaj, dobrze? Słucham - zawołała do słuchawki domofonu.

- Panna Frederica Kimball? Przesyłka dla pani. - Dziadek?

- A jak myślisz? - usłyszała silny męski głos. - Frank Sinatra?

- Chodź na górę, Frankie. Mieszkanie 5D.

- Wiem, wiem, moja mała.

-  Tak,  to  dziadek  -  powiedziała  do  telefonu.  -  Na  pewno  zechce  zamienić  z  tobą  parę  słów,

jeśli masz czas. - Przekręciła klucz i otworzyła szeroko drzwi. - Szkoda, że tego nie widzisz, mamo.
Mam  wspaniałą  windę,  z  żelazną  ozdobną  kratą. A  moją  sąsiadką  z  naprzeciwka  jest  poetka,  która

background image

ubiera się na czarno i mówi z wytwornym brytyjskim akcentem lekko zabarwionym Bronxem. Chyba
nigdy nie nosi butów. O, winda już jest. Dziadek!

Jurij nie przyszedł sam. Był z nim Michaił, który taszczył ogromne pudła.

- Garnki i patelnie - oznajmił, stawiając prezenty na podłodze. - Twoja babcia boi się, że nie

będziesz miała w czym gotować.

- Dziękuję. Właśnie rozmawiam z mamą.

-  Pozwól  na  chwilę.  -  Michaił  chwycił  od  razu  słuchawkę.  Freddie  niemal  zniknęła  w

ramionach dziadka.

Jurij  był  potężnym  mężczyzną,  z  szerokimi  barami.  Ściskał  ją  tak,  jakby  nie  widzieli  się  całe

lata.

- Jak tam moja dziecinka? - spytał.

- Cudownie.

Pachniał  miętą,  tytoniem  i  potem,  mieszanką,  która  kojarzyła  się  jej  z  miłością  i  poczuciem

absolutnego bezpieczeństwa.

-  Pozwól,  że  zwiedzę  twoje  królestwo  -  powiedział,  obrzucając  wzrokiem  salon.  -  Nie  masz

półek - stwierdził.

-  Cóż...  -  Freddie  objęła  dziadka  w  pasie,  przytuliła  się  do  niego  i  zatrzepotała  rzęsami.  -

Właśnie po​myślałam sobie, że gdybym znała jakiegoś stolarza, który miałby trochę czasu...

- Ja ci zrobię półki. A gdzie są meble?

- Na razie nie ma. Ale stopniowo będę kupować.

- Mam w sklepie stół. Będzie pasować.

Podszedł  do  okien  i  dokładnie  je  obejrzał.  Stwierdził,  że  mają  dobre  zamknięcia  i  łatwo  się

przesuwają w górę i w dół.

-  W  porządku  -  ocenił.  Sprawdzał  właśnie  listwy  podłogowe  i  krany  w  kuchni,  gdy  wszedł

Nick. - Przyszedłeś wypakować pudła? - spytał Jurij.

-  Nie.  -  Nick  wręczył  Freddie  doniczkę  z  fiołkiem  alpejskim.  -  Dla  ciebie,  żeby  było  ci

przyjemniej w nowym mieszkaniu.

Nie byłaby bardziej wzruszona, gdyby przykląkł na jedno kolano i ofiarował jej pierścionek z

brylantem.

background image

- Jest piękny - powiedziała z zachwytem.

-  Pamiętałem,  że  lubisz  kwiaty.  Pomyślałem  sobie,  że  chciałabyś  mieć  jakąś  roślinę.  -  Jak

zwykle w jej obecności, wsunął ręce do kieszeni i zlustrował pokój. - Wydawało mi się, że to miało
być małe mie​szkanko - zauważył.

Zmieściłyby  się  tutaj  dwa  moje,  stwierdził  w  duchu  i  potrząsnął  głową  z  niedowierzaniem.

Bogaci mają zupełnie inną skalę wielkości.

- Nie powinnaś zostawiać drzwi otwartych - prze​strzegł.

- Przecież nie jestem sama - zdziwiła się.

-  Papo,  Nata  chce  z  tobą  porozmawiać.  -  Michaił  podał  Jurijowi  telefon.  -  Freddie,  masz  tu

może coś do picia?

-  W  lodówce  -  odparła,  nie  spuszczając  oczu  z  Nicka.  -  A  więc  wpadłeś,  żeby  obejrzeć

mieszkanie i dać mu swoją aprobatę?

- Mniej więcej. - Wyszedł z salonu i udał się do sypialni, w której była tylko szafa wypełniona

po brzegi rzeczami, kilka pudełek i dywan, który musiał kosztować majątek.

- Gdzie zamierzasz spać? - spytał.

- Dzisiaj mają mi dostarczyć łóżko. Mam zamiar je wypróbować. To będzie królewskie łoże.

-  Hm  -  mruknął.  Niebezpieczne  rewiry.  Sama  myśl  o  niej  w  łóżku  była  niebezpieczna.  W  jej

łóżku,  w  jego  łóżku,  w  jakim  bądź  łóżku.  -  Nie  otwieraj  tutaj  okien  -  dodał.  -  Te  schody
przeciwpożarowe to za​proszenie.

- Nie jestem idiotką, Nicholas - obruszyła się.

- Nie, jesteś tylko młoda i niedoświadczona. - Chwycił w locie puszkę z sokiem, którą rzucił

mu Michaił. - Musisz mieć w tych drzwiach porządny zamek.

-  O  drugiej  ma  przyjść  ślusarz.  Coś  jeszcze,  tatusiu?  Spojrzał  na  nią  spode  łba,  ale  się  nie

odezwał.

Zastanawiał  się  właśnie  nad  ciętą  ripostą,  gdy  ponownie  rozległ  się  dzwonek  domofonu.

Wyglądało na to, że to kolejna przesyłka dla panny Kimball.

- Przypuszczalnie łóżko - domyśliła się Freddie.

Nick  zapalił  papierosa  i  zaczął  szukać  popielniczki.  Podała  mu  porcelanową  podstawkę  na

mydło w kształcie łabędzia.

Ale  to  nie  było  łóżko.  Stanęła  jak  wryta  z  szeroko  otwartymi  ustami,  gdy  czterej  potężni

background image

mężczyźni wtaszczyli do mieszkania fortepian.

- Gdzie go postawić, proszę pani? - spytał jeden.

- O Boże, to od tatusia, o Boże. - Oczy Freddie natychmiast napełniły się łzami.

-  Tam  -  wskazał  Nick,  podczas  gdy  Freddie  ocierała  policzki.  -  To  Steinway  -  zauważył.  -

Wiadomo, wszystko co najlepsze, dla naszej małej Freddie - skomentował zgryźliwie.

- Zamknij się, Nick - krzyknęła i wyrwała słuchawkę Jurijowi. - Mamo, och, mamo - mówiła

przez łzy.

Powinienem  był  wyjść  razem  z  nimi,  pomyślał  Nick,  gdy  w  pół  godziny  później  został  z

Freddie sam. Freddie nie mogła przestać się zachwycać nowym instrumentem. Śmiała się i płakała na
przemian, gładząc czarne skrzydło fortepianu.

- Przestań, dobrze? - Nick usiadł na ławeczce i uderzył w środkowe C.

- Jedno z nas ma uczucia, których nie wstydzi się okazywać. Spróbuj A.

- Boże, co za instrument - mruknął. - Moje małe pianino brzmi przy nim jak zardzewiała blacha.

Freddie  rzuciła  na  niego  okiem,  biorąc  parę  akordów.  Oboje  dobrze  wiedzieli,  że  w  każdej

chwili  mógł  zastąpić  swoje  pianino  jakim  by  chciał  instrumentem.  Stać  go  było  na  to. Ale  był  do
niego przywiązany i nie miał zamiaru tego robić.

- Teraz moglibyśmy tutaj pracować, gdybyś chciał - powiedziała i zagrała parę taktów swojej

ostatniej piosenki. - Jeśli będziemy mieli nad czym pracować - dodała.

- Tak, nad tym. - Zaczaj improwizować bluesa.

- Posłuchaj jaki ma ton.

- Słucham. - Usiadła obok i bez trudu włączyła się w melodię, którą grał. - Nad tym? - spytała.

-  Hm. Aha  -  rzucił,  jakby  sobie  nagle  coś  przypomniał.  -  Będziesz  miała  zajęcie,  mała.  Pod

koniec tygodnia podpiszesz kontrakt. Ejże, tracisz tempo - zauważył. - Przyspiesz.

Siedziała z rękami na klawiaturze, ale nie porusza​ła palcami. Patrzyła w ścianę przed sobą.

- Nie mogę oddychać - powiedziała.

- Spróbuj wciągać powietrze i wypuszczać.

-  Nie  mogę.  -  Odwróciła  się  i  oparła  głowę  na  kolanach.  -  Podobało  im  się  -  wykrztusiła

wreszcie, gdy Nick nie bardzo wiedząc, co robić, nieporadnie głaskał jej plecy.

background image

- Byli zachwyceni - powiedział. - Wszyscy. Valentine powiedział, że Maddy O'Hurley uznała,

że to najlepszy kawałek na otwarcie w całej jej karierze. Chce mieć następne. Przejrzała też piosenkę
o miło​ści. Oczywiście, zachwyciła ją moja muzyka.

- Nie łżyj, LeBeck. - Mimo ostrego tonu oczy miała wilgotne.

- Tylko nie zacznij się znowu mazać - ostrzegł.

- Jesteś profesjonalistką.

-  Jestem  autorką  tekstów.  -  Uskrzydlona  sukcesem,  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i  mocno

uścisnęła.

- Stanowimy zespół.

-  Chyba  tak.  -  Nawet  nie  wiedział,  kiedy  wtulił  twarz  w  jej  włosy.  -  Przestań  tego  używać  -

powie​dział.

- Czego?

- Tych perfum. Za bardzo na mnie działają.

-  Lubię  na  ciebie  działać  -  przyznała  bez  ogródek.  Przesunęła  wargi  po  jego  szyi  i  Skubnęła

lekko koniu​szek ucha.

Mało brakowało, a straciłby nad sobą panowanie.

- Przestań - warknął. Wziął ją za ramiona i odsunął od siebie. - Łączą nas stosunki służbowe.

Nie chcę, żeby mi w pracy przeszkadzały...

- Co takiego? - zaciekawiła się.

- Hormony. Mam już za sobą lata, gdy mną rządzi​ły. I ty chyba też.

- Hormony ci się burzą? - Przesunęła językiem po wargach.

- Przestań. - Wstał, wiedząc, że lepiej zachować bezpieczny dystans. - Musimy od razu ustalić

pewne reguły gry.

- Świetnie. - Patrzyła na niego z rozbawieniem. - Jakie?

-  Powinnaś  przede  wszystkim  pamiętać,  że  jesteśmy  partnerami.  To  znaczy  wspólnikami  w

pracy. - Uznał, że lepiej będzie nie przypieczętowywać tego uściskiem dłoni. Zwłaszcza że jej dłonie
były mięk​kie, delikatne i niewiarygodnie zmysłowe. - Łączy nas interes.

- Zgoda. - Przechyliła głowę i powabnym, wystudiowanym ruchem założyła nogę na nogę. - A

zatem, kiedy zaczynamy... wspólniku?

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Nick widział, że Freddie błądzi myślami gdzieś daleko, nie mogąc się skoncentrować na pracy.

Przez  dwa  tygodnie  stosunkowo  gładko  posuwali  się  naprzód,  ale  w  miarę  jak  się  zbliżał  dzień
przyjazdu  jej  rodziny  do  Nowego  Jorku  na  przyjęcie  rocznicowe  Nadii  i  Jurija,  coraz  częściej
pracowała zrywami.

Nie chciał jej przywoływać do porządku, lecz to ciągłe przeskakiwanie z tematu na temat - a to

nowy  przepis  na  kanapki,  jaki  miał  dać  jej  Rio,  a  to  lampa  w  stylu  secesyjnym,  którą  kupiła  do
salonu,  a  to  znów  słowa  piosenki,  które  pospiesznie  pisała  do  muzyki  z  drugiego  aktu  -  wcale  nie
wychodziło na dobre ich pracy.

- Dlaczego po prostu nie pójdziesz na zakupy, do manicurzystki, nie zrobisz czegoś naprawdę

ważne​go? - ironizował Nick.

Freddie  spojrzała  na  niego  z  politowaniem  i  siłą  woli  powstrzymała  się  przed  ponownym

zerknięciem na zegarek. Jej rodzina miała się zjawić za niecałe trzy godziny.

- Jestem pewna, że gdyby Barbra Streisand raz opuściła przedstawienie, Broadway by się nie

zawalił.

Mógł  się  tego  spodziewać.  Nawet  gdyby  nie  zasugerowała,  że  resztę  dnia  będą  mieć  wolną,

sam by jej to musiał zaproponować.

- Mamy zobowiązania - zauważył jednak. - A ja zobowiązania traktuję poważnie.

- Ja też. Mówię tylko o paru godzinach.

- Parę godzin teraz, parę godzin potem. - Zmieniał jakąś nutę i nawet nie podniósł wzroku. - W

ostatnich  dniach  miałaś  tych  godzin  aż  nadto.  -  Wziął  papierosa,  którego  przed  chwilą  zostawił  na
popielniczce,  i  zaciągnął  się  głęboko.  -  To  musi  być  strasznie  męczące,  gdy  życie  towarzyskie
przeszkadza w uprawia​niu hobby.

Zaczerpnęła powietrza w nadziei, że jej to pomoże. Nie pomogło.

- To musi być strasznie męczące, kiedy twórczość staje się obowiązkiem - odparowała.

Jeśli chciała go dotknąć, trafiła w dziesiątkę.

-  Dlaczego  nie  spróbujesz  robić  tego,  co  do  ciebie  należy?  -  zirytował  się.  -  Nie  mogę  bez

przerwy przywoływać cię do porządku.

- Nikt nie musi mnie przywoływać do porządku - wycedziła przez zęby. - Jestem tutaj, prawda?

- Dla odmiany. - Cisnął niedopałek do popielniczki. - Dlaczego nie spróbujesz przyłożyć się do

czegoś, co pozwoli nam zarobić na utrzymanie? Nie każdy ma tatusia z górą forsy. Niektórzy muszą

background image

sami zarabiać na życie.

- To nie fair.

- Ale to fakt, dzieciaku. A ja nie będę tolerować partnera, który tylko wtedy chce się bawić w

pisanie piosenek, kiedy ma na to ochotę czy wolną chwilę w swoim napiętym harmonogramie.

Freddie odsunęła się i obróciła tak, by móc spoj​rzeć mu prosto w oczy.

- Pracuję tak samo ciężko jak ty, przez siedem dni w tygodniu od blisko trzech tygodni.

-  Z  wyjątkiem  tych  godzin,  kiedy  musisz  iść  kupić  pościel  albo  lampę,  albo  czekać  na

dostarczenie łóżka.

Dokuczał jej z premedytacją, ale minio że zdawała sobie z tego sprawę, połknęła haczyk.

- Nie musiałabym się zwalniać, gdybyś się zgodził pracować u mnie.

- Wspaniale, w tym kurzu i hałasie, kiedy Jurij montuje półki.

-  Są  mi  potrzebne  -  broniła  się.  Robiła  co  mogła,  żeby  ta  rozmowa  nie  przerodziła  się  w

kłótnię.  -  I  to  nie  moja  wina,  że  łóżko  dostarczono  z  trzygodzinnym  opóźnieniem. A  w  tym  czasie
skończyłam słowa dla chóru w drugim akcie.

- Powiedziałem ci, że to wymaga pracy. - Ignoru​jąc ją, Nick zaczął grać.

- Ale to jest dobre - upierała się.

- Wymaga dopracowania - odparł.

Zacisnęła zęby. Nie zamierzała bawić się w takie przerzucanie piłeczki. Wydawało jej się to

zbyt dzie​cinne.

- Dobrze, popracuję nad tym jeszcze. Tyle że two​ja muzyka powinna mieć więcej ikry.

Tego mu już było za wiele.

-  Nie  mów  mi,  że  moja  muzyka  nie  ma  ikry.  Jeśli  nie  potrafisz  napisać  do  niej  słów,  sam  to

zrobię.

-  Czyżby?  A  więc  i  słowa  też  będą  do  niczego  -  zauważyła  z  sarkazmem,  podnosząc  się  z

ławeczki.

-  No  dalej,  lordzie  Byron,  bierz  się  do  poezji.  Przeszył  ją  wzrokiem,  który  by  zabił,  gdyby

wzrok mógł zabijać.

-  Nie  wchodź  mi  tu  ze  swoim  wykształceniem,  Freddie.  College  nie  czyni  z  ciebie  jeszcze

background image

tekściarza,  a  tym  bardziej  nie  robią  tego  znajomości.  Pozwalam  ci  teraz  na  przerwę  i  jedyne,  co
możesz, to dobrze wykorzystać ten czas.

- Ty mi pozwalasz na przerwę, paradne! - rzuciła z furią - Ty zarozumiały idioto, ty ważniaku,

nie  widzisz  niczego  poza  czubkiem  własnego  nosa.  Wciąż  mi  dokuczasz!  I  zapamiętaj,  że  sama
wyznaczam  sobie  przerwy!  Nie  potrzebuję  do  tego  ciebie.  A  jeśli  nie  odpowiada  ci  mój  sposób
pracy czy jej efekty, po​wiedz to producentom.

Przebiegła przez pokój, chwytając w biegu torbę.

- Dokąd ty, do cholery, idziesz? - Zerwał się na równe nogi.

- Do manicurzystki - warknęła, chwytając za klamkę.

- Jeszcze nie skończyliśmy. Siadaj i rób to, za co ci płacą.

Mogłaby z nim walczyć, ale po chwili zastanowienia doszła do wniosku, że awantury nie mają

sensu. Bardziej niż swobodę ceniła sobie godność.

-  Wyjaśnijmy  sobie  coś  -  zaproponowała.  -  Jesteśmy  partnerami.  A  partnerstwo,  Nicholas,

oznacza,  że  żadne  z  nas  nie  jest  szefem.  A  więc  i  ty  nie  jesteś  moim  szefem  Nie  zapominaj,  że
pozwoliłam ci decy​dować o wszystkim, całkowicie ci się podporządko​wałam.

- Ty pozwoliłaś mi decydować - powtórzył, akcentując każde słowo.

-  Właśnie.  I  tolerowałam  twoje  humory,  twoje  bałaganiarstwo  i  twój  tryb  życia,  spanie  do

południa,  wszystko.  Tolerowałam  to  w  imię  naszej  wspólnej  pracy.  Uznałam,  że  nie  będę  zwracać
uwagi na takie drobiazgi, że najważniejsza jest muzyka. Uznałam, że każdy ma jakieś wady, które są
irytujące dla otoczenia, ale ja tu nie jestem po to, żeby cię wychowywać. Na to i tak jest już, niestety,
za późno. Nie pozwolę sobie jednak na twoje kąśliwe uwagi, na groźby, na przykre słowa.

Oczy znów mu rozbłysły. W innych okolicznościach może zachwyciłaby się złotymi iskierkami

w zielonych tęczówkach, ale nie w tej chwili.

-  Nikt  ci  na  razie  nie  groził,  Freddie  -  zaprotestował.  -  A  teraz,  jeśli  już  się  wyładowałaś,

wracajmy do pracy.

Odwróciła  się  i  szybkim  ruchem  wbiła  mu  łokieć  między  żebra.  Zdążył  tylko  zakląć,  a  już

znikała za drzwiami.

- Idź do diabła - usłyszał jeszcze jej głos, któremu towarzyszył huk zatrzaskiwanych drzwi.

Mało brakowało, a pobiegłby za nią. Nie był jednak pewien, jak się powinien zachować. Czy

udusić ją, czy raczej rzucić na łóżko. I jedno, i drugie byłoby błędem.

Co w nią wstąpiło? - głowił się, rozcierając obola​łe żebra i wracając do pianina.

background image

Przecież dziewczynka, którą znał, zawsze była taka zgodna i miła, trochę nieśmiała, pogodna i

naturalna jak promyk słońca. Oto co się dzieje, kiedy dziewczynki zmieniają się w kobiety. Trochę
konstruktyw​nego krytycyzmu, a stają się jędzami.

Do  diabła,  nad  tym  chórem  trzeba  jeszcze  popracować.  Słowa  nie  są  na  takim  poziomie  jak

zawsze. Stać ją na więcej. Musiał przyznać, że Freddie ma pra​wdziwy talent.

W  zamyśleniu  usiadł  przy  pianinie  i  zaczął  po  raz  kolejny  przegrywać  ten  sam  fragment.

Myślami był jednak gdzie indziej. Nie dawało mu spokoju zachowanie Freddie. Przez całe życie była
rozpieszczana, przyzwyczajona, że spełniano wszystkie jej zachcianki. Zawsze robiła to, co chciała.
Najlepszy dowód, że teraz beztrosko przedkłada sprawy towarzyskie nad obowiązki.

Ile czasu trzeba, żeby się urządzić? - zastanawiał się. Kiedy Rachel i Zack się wyprowadzili,

uporał się z tym w parę godzin. No tak, ale jak się uporał...

Obrócił się na ławeczce i obrzucił wzrokiem pokój. Może jest tu bałagan, ale widać, że w tym

pokoju ktoś mieszka, jest przytulny i ma duszę. Tak mu się w każ​dym razie wydawało.

Nie,  zreflektował  się  po  chwili.  To  nie  pokój,  to  jednak  chlew.  Wciąż  obiecywał  sobie,  że

posprząta, ale jakoś nie mógł się do tego zabrać. Trzeba by odmalować ściany i może pozbyć się tego
fotela z ułamaną nogą.

To żaden problem. Uporałby się z tym w ciągu weekendu. Nie potrzebuje takich apartamentów,

ja​kie wynajęła sobie Freddie. Może pracować wszę​dzie, w każdym miejscu.

Irytujące jest tylko to, że im więcej czasu spędza w tym mieszkaniu, tym bardziej zaniedbane i

nijakie  mu  się  wydaje. Ale  to  jego  sprawa  i  nie  potrzebuje  wysłuchiwać  jej  komentarzy  na  temat
swego stylu życia.

Zdecydowany  pozbyć  się  jej  z  myśli,  położył  palce  na  klawiaturze  i  zaczął  grać.  Po  dwóch

taktach mina mu zrzedła. Zachmurzył się, zmarszczył czoło.

Do diabła, ta muzyka rzeczywiście jest bez ikry.

Po  powrocie  do  domu  Freddie  dokończyła  przekąski,  które  przygotowała  dla  rodziny.

Żałowała niemal, że nie wynajęła większego mieszkania. Gdyby miała dwie sypialnie zamiast jednej,
wszyscy mogliby prze​nocować u niej, a nie korzystać z gościnności Aleksa i Bess.

W  każdym  razie  przed  wieczorną  uroczystością  będą  jeszcze  mieli  trochę  czasu  dla  siebie.

Chciała wszystko zapiąć na ostatni guzik.

Twój problem polega na tym, myślała, układając owoce i sery na paterze, że wszystko musi być

na  najwyższym  poziomie.  Freddie  zawsze  była  perfekcjonistką.  Dobrze  to  dla  niej  za  mało,  bardzo
dobrze za mało, wspaniale też za mało. Perfekcja to jest to, co ją zadowala.

Krytykowała Nicka, bo nie był perfekcyjny.

background image

Zresztą zasłużył na ostre słowa, zapewniała siebie, jakby chcąc uspokoić własne sumienie. Jak

mógł ją potraktować niczym zepsutego i rozkapryszonego dzieciaka, który tylko bawi się w pracę! To
ją zraniło, zraniło tym bardziej, że pragnęła jego uznania w takim samym stopniu, jak jego miłości.
Ból był tym większy, że on nie rozumiał, nie miał pojęcia, jakie to miało dla niej znaczenie.

Lękała się Nowego Jorku, to prawda, ale równocześnie chciała być w tym mieście. Spełniały

się  jej  oczekiwania  i  nadzieje.  Pisanie  tekstów  do  piosenek  było  marzeniem,  które  się  ziściło,  ale
była to też cięż​ka praca, która w każdej chwili groziła klęską.

Czy on zdawał sobie sprawę, że gdyby nie sprawdziła się jako partner, mogłaby ogłosić klęskę

swoich pragnień? To nie była dla niej praca, a już na pewno nie hobby, to było po prostu jej życie.

Wspomnienie wymiany zdań z Nickiem irytowało ją do tego stopnia, że postanowiła wyrzucić

je z pa​mięci i skupić się całkowicie na wieczorze, który ją czekał.

Wszystko musi być dopracowane w ostatnich szczegółach, pomyślała,  krojąc  pory  na  sałatkę.

W za​pale o mało nie skaleczyła się w palec. Zaklęła pod nosem.

Nieważne, pomyślała i wzruszyła ramionami. Najważniejsze jest to, że niebawem cała rodzina

w  komplecie  będzie  święcić  uroki  długoletniego  małżeństwa.  Bardzo  się  zaangażowała  w
przygotowania do obchodów rocznicy ślubu Jurija i Nadii. Wybrała i zamówiła kwiaty, pomogła Rio
ułożyć menu i zajęła się całą masą drobnych spraw.

Gdy  Nick  jeszcze  spał,  była  już  „Pod  żaglami”,  żeby  udekorować  bar.  Najpierw  z  Rachel  i

Zackiem  wysprzątali  pomieszczenie  tak,  że  wszystko  aż  lśniło.  Bess  pomogła  jej  porozwieszać
baloniki, Aleks zwol​nił się z pracy, żeby im pomóc. Sydney i Michaił po​magali Rio w kuchni.

Wszyscy włączyli się w przygotowania do uroczy​stości. Wszyscy z wyjątkiem Nicka.

Nie, nie będę o nim myśleć, przyrzekła sobie po raz kolejny. Będzie myśleć wyłącznie o tym,

jak zorgani​zować ten szczególny wieczór, żeby był jak najbar​dziej podniosły i uroczysty.

Zerwała się na dźwięk domofonu i podbiegła do drzwi. Jeszcze raz obrzuciła wzrokiem pokój,

upew​niając się, że wszystko jest w porządku.

- Słucham?

- Meldują się Kirnballowie w komplecie - usły​szała głos ojca.

- Tatusiu! Jak to dobrze, że już jesteście. Chodźcie na górę. Jest winda. Na piąte piętro.

- Jedziemy.

Freddie  szybko  przekręciła  klucz  w  zamku,  zdjęła  łańcuch.  Nie  mogąc  się  doczekać  gości,

pobiegła do windy.

Zobaczyła  ich  za  ozdobną  żelazną  kratą,  gdy  winda  się  zatrzymała.  Złociste  włosy  ojca

background image

przeplatane tu i ówdzie siwymi nitkami i ciemne radosne oczy matki, potem Brandona w czapeczce
drużyny baseballo​wej i Katie przyciśniętą do kraty.

- Freddie, co za wspaniałe miejsce! - Niemal dorównująca jej wzrostem Katie zarzuciła swe

długie ramiona na szyję siostry. - Po drugiej stronie ulicy jest studio baletowe. Będę mogła oglądać
próby z twojego okna.

- Ekstra - przyznał Brandon. - Gdzie jedzenie?

-  Już  czeka  -  zapewniła  brata.  Brandon  stanowił  piękną  mieszankę  rodziców  Po  ojcu

odziedziczył złociste włosy, po matce egzotyczną urodę. - Drzwi są otwarte - dodała, gdy Brandon,
całując ją szybko w policzek, popędził do mieszkania.

-  Tatusiu!  -  Zaśmiała  się  jak  zawsze,  kiedy  porywał  ją  w  objęcia.  -  Jak  się  cieszę,  że  jesteś.

Tęskniłam za tobą. - Zamrugała powiekami, by ukryć napływające do oczu łzy. - I za tobą tęskniłam...
- Przytuliła się do Nataszy.

- Nam też cię brakuje. Dom nie jest ten sam, kiedy ciebie w nim nie ma. - Natasza przycisnęła

ją do piersi, po czym odsunęła na odległość ramion. - Popatrz na nią - zwróciła się do męża. - Jaka
elegancka i zadbana. Spence, gdzie się podziała nasza mała có​reczka?

-  Wciąż  tutaj  jest.  -  Pochylił  się,  by  jeszcze  raz  pocałować  córkę.  -  Coś  ci  przywieźliśmy  -

powiedział.

-  Jeszcze  więcej  prezentów?  -  Roześmiała  się  i  objąwszy  ich  w  pasie,  poprowadziła  do

mieszkania.

- Tatusiu, nie powiedziałam jeszcze o fortepianie. Jest piękny.

Stanął  w  drzwiach  i  przyjrzał  się  instrumentowi.  Ciemne  drewno  lśniło  w  blasku  promieni

słońca pa​dającego z okna.

- Wybrałaś idealne miejsce - pochwalił.

W  pierwszej  chwili  chciała  mu  powiedzieć,  że  to  Nick  wskazał,  gdzie  ustawić  fortepian,  ale

tylko po​trząsnęła głową.

- W każdym miejscu świetnie by się prezentował - zauważyła.

-  Nie  masz  nic  do  jedzenia?  Tylko  to  zielsko  dla  królików?  -  Brandon  wyszedł  z  kuchni,

pogryzając seler naciowy.

- Tutaj nic innego nie dostaniesz. Najesz się na przyjęciu.

- Mamo, tato! - zawołała Katie z sypialni. - Chodźcie tutaj. Musicie je zobaczyć!

- To moje łóżko - wyjaśniła Freddie zaintrygowa​nym rodzicom. - Wczoraj je przywieźli.

background image

Było  naprawdę  bajeczne.  Mając  tak  przestronny  pokój,  mogła  sobie  pozwolić  na  iście

królewskie  łoże.  Miało  żelazne  wezgłowie  pomalowane  na  zielony  kolor,  co  nadawało  mu  nieco
spatynowany  wygląd.  Widać  było  rękę  rzemieślnika  artysty,  który  przyozdobił  żelazne  ornamenty
kwiatami i ptaszkami.

- Super! - wykrztusił zachwycony Brandon, ma​jąc usta pełne zielska dla królika.

- Wspaniałe, prawda? - Freddie przesunęła dłonią po żelaznych ornamentach, dumna ze swego

nabytku.

- Jak z bajki - przyznała Natasza.

- Właśnie - rozpromieniła się Freddie. Wiedziała, że matka doceni i zaaprobuje ten zakup. - A

dziadek robi mi półki, żebym miała gdzie ustawić wszystkie rzeźby, jakie dostałam od wujka Miszy.
A  to  lustro  pochodzi  ze  sklepu  z  antykami,  który  mi  poleciła  Sydney.  -  Wskazała  owalne  lustro  w
ozdobnej  miedzianozłotej  ramie,  zawieszone  na  bocznej  ścianie  sypialni.  -  Nie  znalazłam  tylko
jeszcze odpowiedniej komódki.

- I tak bardzo dużo zrobiłaś jak na niecały miesiąc - powiedział z uznaniem Spence.

Poczuł delikatny ból w okolicy serca. Zawsze tak będzie, pomyślał, ilekroć przypomni sobie,

że  jego  mała  córeczka  mieszka  daleko  od  niego.  Z  drugiej  strony  była  jego  chlubą.  Objął  ją  i
popatrzył z ojco​wską dumą w oczach.

- Słyszałem, że praca dobrze wam idzie - dodał.

- Owszem. - Freddie zmusiła się do uśmiechu. Przeszli do salonu, gdzie Brandon rozłożył się

już na kanapie, a Katie biegała od okna do okna w nadziei, że zobaczy lekcję baletu.

- Muszę się jeszcze przebrać - oznajmiła Freddie w chwilę później, kiedy goście obejrzeli już

mieszkanie i opowiedzieli wszystko, co działo się u nich od czasu wyjazdu Freddie. - Masz bilety,
tatusiu?

-  Oczywiście.  -  Poklepał  kieszonkę  marynarki.  -  Dwa  do  Paryża,  bez  terminu  powrotu,  z

poświadcze​niem pobytu w apartamencie dla nowożeńców u Ritza.

- Mama i papa w Paryżu - uśmiechnęła się Nata​sza. - Po tylu latach taki powrót do Europy.

Spence delikatnie pogładził jej ciemne loki.

- Ale nie taki podniecający jak podróż furą przez góry - zauważył.

-  Na  pewno  nie  -  roześmiała  się.  Wspomnienie  ucieczki  z  Ukrainy,  strachu  i  przejmującego

zimna, wciąż było żywe w jej pamięci. - Ale myślę, że będą woleli Paryż. - Zauważyła przyczajone
zmartwienie  w  oczach  Freddie.  -  Myślę,  że  powinniście  już  pójść,  ty  i  dzieci  -  zwróciła  się  do
Spence'a.  -  Może  trzeba  w  czymś  pomóc  Zackowi  i  Nickowi.  -  Uśmiechnęła  się,  patrząc
porozumiewawczo na męża. - Ja jeszcze zostanę. Musimy się z Freddie wystroić na przyjęcie.

background image

Skinął głową ale widać było, że jest zaintrygowa​ny, co się za tym kryje.

- To brzmi jak spisek - skonstatował. - Zarezerwuj dla mnie pierwszy taniec - dodał, całując

żonę.

- Oczywiście. - Natasza poczekała, aż wyjdą po czym usiadła na kanapie z kieliszkiem wina,

którym poczęstowała ją Freddie. - Pokaż mi, co chcesz dzi​siaj włożyć.

-  Kiedy  to  kupiłam  -  rzekła  Freddie,  wyjmując  z  szafy  nową  suknię  -  wyobrażałam  sobie,  że

będę najbardziej seksowną kobietą na przyjęciu. Ale teraz.. . - zawahała się. Patrzyła z zachwytem na
matkę wyglądającą jak Cyganka w miękko spływającej sukni z karminowego jedwabiu. - Ale teraz,
kiedy ciebie widzę, wiem, że będę musiała zadowolić się drugim miejscem.

Natasza zaśmiała się i przeszła do sypialni.

- Nie wspominaj o swoim seksownym wyglądzie przy ojcu. On jeszcze nie jest gotowy na taką

wiado​mość.

- Ale nie jest zły, że się wyprowadziłam? - zanie​pokoiła się Freddie.

- Tęskni za tobą i nieraz zagląda do twego pokoju, jak gdyby się spodziewał, że tam będziesz,

taka mała dziewczynka z warkoczykami. Ja też to robię - przyznała, przysiadając na brzegu łóżka. -
Ale pogodził się już z tym, że wyjechałaś. Więcej, jest z ciebie dumny. I ja też. Nie tylko z powodu
muzyki, ale z po​wodu tego, jaka w ogóle jesteś.

Nikt  nie  mógł  być  bardziej  zdziwiony  niż  Natasza,  gdy  Freddie  opadła  na  łóżko  obok  niej  i

zalała się łzami.

-  Kochanie,  co  ci  jest?  -  Natasza  objęła  ją,  przytuliła  i  zaczęła  uspokajająco  głaskać  po

plecach. - No, kochanie, powiedz mamie.

-  Przepraszam.  -  Freddie  wtuliła  twarz  w  miękkie,  przyjazne  ramię  Nataszy.  -  Myślę,  że  to

przez ten dzień dzisiaj, albo tydzień, tyle spraw się nagromadziło. Albo przez całe moje życie. Może
jestem zepsuta i rozpieszczona.

Natasza poczuła się osobiście urażona. Odsunęła się i popatrzyła Freddie prosto w oczy.

- Zepsuta? Nie jesteś ani zepsuta, ani rozpieszczo​na! Co cię skłoniło do takich myśli?

-  Nie  co,  a  kto.  -  Niezadowolona  z  siebie  Freddie  zaczęła  się  nerwowo  rozglądać  w

poszukiwaniu chusteczki. - Och, mamo, strasznie się dzisiaj pokłóciłam z Nickiem.

No tak, pomyślała Natasza. Mogła się tego spo​dziewać.

-  Często  kłócimy  się  z  tymi,  na  których  nam  zależy  -  pocieszyła  córkę.  -  Nie  powinnaś  sobie

tego tak bardzo brać do serca.

background image

- Ale  to  nie  była  zwykła  sprzeczka,  jakie  już  nieraz  mieliśmy.  Powiedzieliśmy  sobie  straszne

rzeczy.  On  nie  szanuje  ani  mnie,  ani  mojej  pracy.  Jeśli  o  niego  chodzi,  to  jestem  zdecydowana  na
wszystko. Wiem, że jak coś się nie uda, ty i tatuś mi pomożecie.

-  Oczywiście  będziemy  przy  tobie  zawsze,  kiedy  tylko  będziesz  nas  potrzebowała.  Taka  jest

rola  rodziny.  To  nie  znaczy,  że  nie  jesteś  silna  i  niezależna.  Po  prostu  jest  ktoś,  na  kogo  możesz
zawsze liczyć.

-  Wiem  o  tym,  mamo.  -  Same  te  słowa  wystarczyły,  żeby  poczuła  się  lepiej.  -  On  po  prostu

myśli... Och, wolałabym nie dbać o to, co on myśli - dodała rozżalona. - Ale go kocham. Tak bardzo
go kocham.

- Wiem - rzekła łagodnie Natasza.

- Nie, mamo. - Freddie zaczerpnęła głęboko po​wietrza i spojrzała Nataszy prosto w twarz. - To

nie tak jak z Brandonem i Katie, czy z innymi kuzynami. Ja go kocham.

- Wiem. - Natasza poczuła ukłucie w sercu i pogłaskała Freddie po twarzy. - Myślałaś, że tego

nie zauważę? Już przed laty przestałaś go kochać dziecię​cą miłością. I to boli.

Freddie przytuliła twarz do ramienia Nataszy.

- Nie spodziewałam się, że tak się stanie. Kiedyś było bardzo łatwo go kochać. - Pociągnęła

nosem. - A teraz popatrz na mnie. Płaczę jak niemowlę.

- Masz przecież uczucia, czyż nie? I masz prawo je okazywać.

Nie mogła się nie uśmiechnąć, usłyszawszy z ust matki prawie dokładnie te same słowa, które

ona rzu​ciła w twarz Nickowi parę dni wcześniej.

- Okazałam je na pewno dziś po południu. Powie​działam Nickowi, że jest zarozumiałym idiotą.

- Bo jest.

Freddie już się trochę uspokoiła.

-  Pewnie,  że  tak.  Ale  jest  też  uprzejmy  i  cudowny,  i  kochany.  Tylko  że  czasem  trudno  to

dostrzec pod skorupą, w której się chroni.

- Nie miał łatwego życia, Freddie.

- A ja miałam. - Freddie sięgnęła po figurkę śpiącej królewny, którą podarował jej Michaił. -

Tatuś  ciężko  pracował,  żeby  stworzyć  mi  taki  dom,  jaki  każde  dziecko  powinno  mieć.  A  potem
zjawiłaś się ty i koło się zamknęło. Staliśmy się pełną rodziną. Nick był już prawie dorosły, kiedy
wkroczyliśmy w jego życie, i wiem, że poprzedzające lata pozostawiły blizny. Kocham go takim, jaki
jest, mamo.

background image

- A więc będziesz musiała nauczyć się akcepto​wać go takim, jaki jest.

-  Zaczynam  to  rozumieć.  Wszystko  już  przemyślałam  -  powiedziała  Freddie  z  tajemniczym

uśmiechem. - Opracowałam szczegółowy plan. Ale nie jest łatwo przekonać mężczyznę, żeby się w
tobie zako​chał.

- A chciałabyś, żeby to było łatwe?

- Myślałam, że tak. Ale teraz już sama nie wiem, czego chcę i co mam robić.

-  Jedno  możesz  zrobić  bez  trudu.  -  Natasza  podniosła  się,  wzięła  z  rąk  Freddie  chusteczkę  i

otarła jej łzy. - Być sobą. Postępować zgodnie ze swoimi uczuciami. Być cierpliwa. - Roześmiała się
na  widok  miny,  jaką  zrobiła  córka.  -  Wiem,  że  to  dla  ciebie  trudne,  ale  bądź  cierpliwa,  Freddie.
Sprawdź,  co  będzie,  jeśli  cofniesz  się  o  krok,  zamiast  biec  naprzód.  Jeśli  on  do  ciebie  przyjdzie,
będziesz miała to, czego chcesz.

- Cierpliwość! - westchnęła Freddie, wznosząc wzrok ku niebu. - Cóż, spróbuję. - Podniosła

głowę. - Mamo, czy ja jestem apodyktyczna?

- Może troszkę.

- A uparta?

- Może bardziej niż troszkę. Freddie roześmiała się.

- To wady czy zalety? - spytała prowokacyjnie.

-  I  jedno,  i  drugie.  -  Natasza  pocałowała  ją  w  czubek  nosa.  -  Nie  zmieniłabym  żadnej  z  tych

cech.  Zakochana  kobieta  musi  być  trochę  apodyktyczna  i  bardziej  niż  trochę  uparta.  A  teraz  umyj
twarz. Zrób się na bóstwo, niech trochę pocierpi.

- Dobry pomysł - zgodziła się Freddie.

Nick postanowił, że nie będzie żywił do Freddie urazy. Ten wieczór należy do Jurija i Nadii, a

więc nie zepsuje go okazywaniem złego humoru. Nawet jeśli zasłużyła na to, żeby dać jej nauczkę.

A  przy  tym  czuł  się  chyba  trochę  winny,  zwłaszcza  kiedy  zszedł  na  dół  i  zobaczył  na  własne

oczy,  ile  czasu  i  wysiłku  poświęciła,  żeby  to  miejsce  przybrało  odświętny  wygląd.  Gdyby  ktoś  go
obudził, pomógłby jej. Spo​jrzał na weselne dzwony zawieszone nad kontuarem.

Jemu  coś  takiego  nie  przyszłoby  do  głowy.  Nie  wpadłby  też  na  pomysł,  żeby  poustawiać

dokoła kosze i wazony z kwiatami, które napełniały pomieszczenie zapachem i rozweselały barwami.
Nie  pomyślałby  o  gołębiach  zawieszonych  u  sufitu  ani  o  eleganckich  świecach  w  srebrnych
świecznikach.

Udekorowanie  sali  musiało  jej  zabrać  mnóstwo  czasu,  uznał. A  więc  powinien  może  okazać

trochę więcej cierpliwości, gdy go zaatakowała, będąc już zapewne myślami gdzie indziej.

background image

Wybaczy  jej  i  puści  w  niepamięć  to,  co  było.  W  końcu,  jak  mówi  przysłowie,  co  było  a  nie

jest, nie pisze się w rejestr.

- Ej, Nick, próbowałeś już tych kuleczek z mięsa? Odwrócił się i uśmiechnął do Brandona.

- Widziałem je i o mało nie straciłem ręki, kiedy chciałem je spróbować.

-  Widocznie  Rio  bardziej  lubi  mnie.  -  Brandon  włożył  do  ust  kulkę  nabitą  na  drewnianą

wykałaczkę. - Widziałeś już łóżko Freddie?

-  Łóżko?  -  W  jego  głosie  było  poczucie  winy,  strach  i  ukryta  żądza.  -  Skąd!  A  dlaczego

miałbym je widzieć?

- Bo to prawdziwe dzieło sztuki, ogromne jak jezioro! - Brandon wspiął się na stołek i posłał

Nickowi sympatyczny uśmiech. - Co byś powiedział na piwo? - zagadnął.

- Nie powiem.

- Myślałem o sobie - zawołał Brandon, gdy Nick napełnił kufel.

- Pewno, dzieciaku. Możesz sobie pomarzyć. - Obejrzał się na odgłos otwieranych drzwi. I był

szczę​śliwy, że zdążył akurat przełknąć pierwszy łyk.

Natasza  wyglądała  imponująco  w  podkreślającej  figurę  sukni  z  karminowego  jedwabiu,  ale

jego wzrok przykuła Freddie.

Wyglądała  tak,  jakby  była  przystrojona  światłem  księżyca.  Próbował  sobie  powiedzieć,  że

suknia  jest  szara,  ale  błyszczała  i  połyskiwała  srebrnymi  refleksami.  Opływała  sylwetkę  Freddie.
Prosta linia i delikatnie zaznaczona talia uwydatniały jej smukłą figurę. A sposób, w jaki rozpuściła i
zmierzwiła  włosy,  sprawiał  wrażenie,  jakby  właśnie  wstała  z  tego  ogromnego  łoża,  o  którym  mu
opowiadał Brandon.

Natasza  od  razu  podeszła  do  niego,  by  go  uścisnąć.  Freddie  posłała  mu  tylko  przelotny

uśmiech, ale uni​kała jego wzroku.

-  Nowy  garnitur?  -  spytała  na  chybił  trafił,  uzmysławiając  sobie,  że  musi  coś  powiedzieć,  i

przez  parę  sekund  wpatrywała  się  w  klapy  jego  czarnej  marynarki.  Podobał  jej  się  krój  marynarki,
ale oczywiście nie miała zamiaru tego powiedzieć.

- Uznałem, że okazja tego wymaga - odrzekł.

Ale  nie  krawata,  zauważyła.  Było  mu  do  twarzy  w  rozpiętej  pod  szyją  czarnej  koszuli.  W

oczach,  kiedy  wreszcie  podniósł  na  nią  wzrok,  rozbłysły  wyzywające  ogniki.  Miała  nadzieję,  że
obojętne  wzruszenie  ramion  pozwoliło  zamaskować  wrażenie,  jakie  na  niej  zrobił.  Wydał  jej  się
niezwykle pociągający i podniecający. Po swoim zachowaniu w ciągu dnia nie zasługiwał jednak na
najmniejszy komplement z jej strony.

background image

- Jesteś w tym stroju niezwykle przystojny - stwierdziła Natasza.

- Dzięki.

-  Wszystko  tutaj  wygląda  świetnie  -  wtrąciła  Freddie.  -  Przygotowania  sprawiły  mi  dużą

frajdę.

-  Obróciła  się  powoli,  obrzucając  wzrokiem  salę,  żeby  raz  jeszcze  sprawdzić,  czy  wszystko

jest zapięte na ostatni guzik.

- Dobra robota - pochwalił Nick, uznając, że tym samym wywiesił białą flagę. Freddie jednak

nie zaszczyciła go spojrzeniem. - Wygląda naprawdę imponująco - ciągnął, choć uznał, że najlepiej
było w ogó​le się nie odzywać. - Musiało ci to zająć masę czasu.

-  Niektórzy  uważają,  że  czego  jak  czego,  ale  czasu  mi  nie  brakuje  -  odparowała.  -  Brandon,

chodź do mnie. Lada moment wujek Misza przywiezie dziadka i babcię.

- Nie przywiezie ich - mruknął Nick znad kufla piwa.

- Jak to: nie przywiezie? Przecież tak było umó​wione.

- Zmieniłem plan - rzucił. - Przyjadą limuzyną.

- Wynająłeś limuzynę? - zdziwiła się Freddie.

-  Ktoś  mi  nasunął  ten  pomysł  -  powiedział  drwiąco.  -  W  końcu  to  ich  święto,  a  nie  zwykła

kolacja rodzinna.

Freddie  wydała  z  siebie  jakiś  nieartykułowany  dźwięk.  Brandon  popatrzył  zaniepokojony  na

matkę.

- Zająć pozycje - mruknął, szykując się na niezłe widowisko.

-  To  bardzo  rozsądne,  Nicholas.  -  Głos  Freddie  był  lodowaty.  Ku  rozczarowaniu  brata

kontrolowała  jednak  swoje  zachowanie.  -  Jestem  pewna,  że  to  docenią,  zwłaszcza  że  podniesienie
słuchawki i zamó​wienie samochodu nie wymaga ani czasu, ani wysił​ku. Idę pomóc Rio.

Obróciła się na pięcie i ostentacyjnie wyszła do kuchni. Tak w każdym razie odebrał to Nick.

Odsunął na bok kufel z nie dopitym piwem. Wygląda na to, że czeka go bardzo długi wieczór.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Freddie  była  wściekła,  że  nie  może  myśleć  o  niczym  innym  tylko  o  Nicku.  A  przecież

postanowiła, że nie będzie na niego zwracała uwagi. W tłumie gości kłębiących się w barze nie było
trudno trzymać się z dala od jednego mężczyzny.

background image

Nie  mogła  jednak  pohamować  swoich  uczuć,  w  każdym  razie  po  tym,  co  Nick  zrobił  dla  jej

dziadków.

Tak  czy  inaczej,  czas  nie  był  odpowiedni  po  temu,  żeby  roztrząsać  swój  stosunek  do  Nicka.

Czekały  grzanki,  które  należało  wznieść,  suto  zastawione  stoły,  które  trzeba  było  opróżnić,  i  tańce,
które należało odtańczyć.

Nick  jednak  nie  prosił  jej  do  tańca.  Obtańcowywał  jej  ciotki,  jej  matkę,  Nadię,  przyjaciółki

rodziny i ku​zynki. No i oczywiście tańczył z tą niewiarygodnie seksowną Lorelie.

Cóż, jeśli on zamierza ją lekceważyć, ona będzie robiła to samo. Jak gra, to gra.

- Wspaniałe przyjęcie! - usłyszała nagle głos Be​na tuż nad uchem.

- O tak. - Zmusiła się do uśmiechu, gdy niezdarnie prowadził ją po parkiecie wśród tańczących

par. -- Cieszę się, że mogłeś przyjść.

- Nie zrezygnowałbym z takiej okazji. Znam ro​dzinę Zacka od lat. To cudowni ludzie.

-  Najlepsi,  jakich  sobie  można  wyobrazić.  -  Uśmiechnęła  się  tym  razem  nieco  pogodniej  na

widok Aleksa wirującego z matką w ramionach. - Napra​wdę najlepsi.

- Myślałem... - Ben pomylił krok i o mało nie nadepnął jej na palec. - Przepraszam, ale taniec

nie jest moją mocną stroną.

-  Nie  bądź  taki  skromny  -  zaoponowała,  choć  przez  chwilę  bała  się,  że  Ben  wyłamie  jej

nadgarstek.  Skorzystała  z  pierwszej  okazji,  żeby  wyzwolić  się  z  jego  ramion.  -  Jadłeś  już  coś?  -
spytała. - Rio prze​szedł dzisiaj samego siebie.

- A więc spróbujmy - zgodził się ochoczo.

No  tak,  myślał  ponuro  Nick,  zerkając  z  ukosa  w  kierunku  Freddie,  gdy  Lorelie  tuliła  się  do

niego w tańcu. Flirtuje z Benem. Każdy, nawet Ben, powinien się zorientować, że wcale jej na nim
nie zależy. Po prostu go czaruje, typowa kobieta.

- Nick, kochanie. - Słodki głosik Lorelie przerwał mu te rozmyślania. - Zachowujesz się, jakby

mnie tu nie było. Chwilami mam wrażenie, że tańczę sama z sobą.

Uśmiechnął się do niej czarująco, sprawiając, że niemal uwierzyła, iż myśli wyłącznie o niej.

- Zastanawiałem się właśnie, czy nie odwiedzić bufetu - powiedział.

-  Odwiedziłeś  go  pięć  minut  temu  -  rzekła,  wydymając  wargi.  Dobrze  wiedziała,  kiedy

mężczyzna  się  wymyka  i  jak  należy  na  to  zareagować.  Przy  mężczyźnie  tak  atrakcyjnym  jak  Nick
trzeba  uciec  się  do  odrobiny  dyplomacji.  -  A  więc  może  przyniesiesz  mi  kieliszek  szampana?  -
zaproponowała.

background image

- Już się robi. - Skwapliwie skorzystał z okazji. Przez cały wieczór Lorelie czepia się mnie jak

rzep psiego ogona, pomyślał. Tego rodzaju zaborczość zawsze źle na niego działała i sprawiała, że
odczuwał natychmiastową potrzebę oswobodzenia się z takiej słodkiej niewoli.

Szczerze  mówiąc,  nic  specjalnego  do  siebie  nie  czuli.  Wiedział,  że  rozstając  się  z  nią,  nie

złamie jej serca, ale z drugiej strony wiedział też ze smutnego doświadczenia, że kobiety źle znoszą
nawet najłagod​niejsze zerwanie.

Powinien  zatem  postąpić  wobec  niej  możliwie  jak  najdelikatniej.  Im  prędzej  się  wycofa,  tym

lepiej. Dla niej.

Już sama ta myśl sprawiła, że poczuł ulgę i zadowolenie z siebie. Otworzył butelkę szampana.

Korek wystrzelił w górę.

- Dlaczego mamy tylko muzykę z szafy? - Jurij podszedł do niego i poklepał go po ramieniu. -

W końcu jesteś pianistą, prawda?

- Jestem, ale teraz ktoś na mnie czeka - odparł Nick.

- Chcę, żeby mi zagrał ktoś z rodziny. Przecież to moje przyjęcie.

Kto jak kto, ale Nick nie mógłby odmówić Jurijowi.

- Zaczekaj, dziadku. Zaraz zagram. Weź tylko to. - Wręczył mu kieliszek szampana. - Nie, nie

pij.  -  Roześmiał  się  i  wskazał  gestem  ręki  drugi  koniec  sali.  -  Widzisz  tę  brunetkę,  o  tam?  Tę  z
ogromnymi... oczami?

- Któż by jej nie zauważył? - Jurij wyszczerzył w uśmiechu wszystkie zęby.

- Zanieś jej tego szampana, dobrze? I wyjaśnij, że przez chwilę będę grał. Ale nie podrywaj jej

za bardzo.

- Nie ma obawy, umiem się opanować. - Jurij ru​szył tanecznym krokiem w stronę Lorelie.

Nick zadowolony utorował sobie drogę przez tłum gości do fortepianu. Uśmiech zniknął mu z

twarzy, gdy za​uważył, że na ławeczce przy fortepianie siedzi Freddie.

-  Zajęłaś  moje  miejsce  -  stwierdził  sucho.  Rzuciła  mu  spojrzenie,  które  aż  nadto  wyraźnie

mówiło, że jest tak samo jak on niezadowolona z tej sytuacji.

- Chcą, żebyśmy zagrali razem - wyjaśniła.

- Nie jestem tym zachwycony.

- To uroczystość dziadków, prawda? Mają prawo do specjalnych życzeń.

Trudno było nie zgodzić się z tym stwierdzeniem.

background image

- No to posuń się - powiedział.

Usiadł ostrożnie, starając się nie dotknąć jej kuszą​cych delikatnych ramion ani bioder.

- Co zagramy? - spytał.

-  Może  Cole  Portera,  a  może  Gershwina.  Odchrząknął,  przysunął  bliżej  mikrofon  i  zagrał

pierwsze  takty  melodii  „Człowiek,  którego  kocham”.  Freddie  poprawiła  się  na  ławeczce,  położyła
dłonie na klawiaturze i już po chwili grali na cztery ręce.

Po dwudziestu minutach była zbyt zadowolona ze wspólnej gry, by boczyć się na Nicka.

- Nieźle - zauważyła.

- Cóż, ma się wprawę.

- Hm - bąknęła i zmieniła rytm na boogie - woogie.

Podchwycił zadowolony, że zaczęła trochę improwizować. Lubił to. Obawiał się tylko, by jej

perfumy za bardzo go nie podnieciły.

- Możesz zrobić pięć minut przerwy - zasugerował.

- Poradzę sobie. Ben pewnie czuje się osamotniony.

-  Ben?  -  powtórzyła,  nie  sprawiając  wrażenia  zakłopotanej.  - Ach,  Ben.  Myślę,  że  jakoś  się

beze mnie obejdzie. Ale ty stanowczo powinieneś zrobić chwilę przerwy. Jestem pewna, że Lorelie
za tobą tęskni.

-  Nie  jest  typem  kobiety  zaborczej  -  odparł,  sam  nie  wierząc  w  to,  co  mówi.  Szybko  zmienił

tempo gry, by zmylić Freddie i odwrócić jej uwagę. Ale ona bez trudu się do niego dostosowała.

- Naprawdę? Nie powiedziałabym tego, widząc, że ona nie odstępuje cię na krok. Oczywiście,

niektórzy mężczyźni... - Urwała, gdy rozległy się głośne oklaski. - Spójrz na nich. - Roześmiała się
serdecznie na widok Jurija i Nadii wywijających w rytm szybkiej muzyki. - Czyż nie są wspaniali?

- Najlepsi. Dlaczego my... A to drań!

- Co się stało? - Podążyła za jego wzrokiem. Wyglądało na to, że samotny Ben i osamotniona

Lorelie  pocieszają  się  wzajemnie.  O  ile  pocieszanie  się  było  właściwym  słowem  na  amory  w
ciemnym kącie sali.

- Ona mu siedzi na kolanach.

- Widzę, gdzie siedzi.

-  Wystarczyło  tylko  na  chwilę  zostawić  go  samego  -  wymamrotała  równocześnie  z  Nickiem,

background image

który jak echo powtórzył te słowa w odniesieniu do Lorelie.

Pierwszy się ocknął.

- Co? Coś ty powiedziała? - Nic. A ty?

- Nic.

Nagle uśmiechnęli się do siebie jak na komendę.

- Cóż... - Freddie odetchnęła głęboko i spojrzała na niego z ukosa. - Czyż nie tworzą pięknej

pary?

- Uroczą. A teraz idą tańczyć.

- Tym gorzej dla niej - skomentowała ze współczuciem. - Ben to miły facet, ale nie ma pojęcia

o tań​cu. Obawiam się, że nadwerężył mi nadgarstek.

- Wytrzyma to. Ale zwolnijmy, zanim Jurij padnie. Nick płynnie przeszedł od szybkich rytmów

boogie do wolniejszej, romantycznej melodii „Strangers in the Night”.

Freddie  westchnęła  tęsknie.  Sentymentalne  melodie  zawsze  nastrajały  ją  romantycznie.

Wzruszona popatrzyła na Nicka nieco łagodniej. Może powinna go lepiej traktować, skoro tak dobrze
im się razem gra i tak dobrze się rozumieją.

- Wiesz, to piękne, co zrobiłeś dla babci i dziadka - powiedziała.

-  Głupstwo.  Jak  sama  stwierdziłaś,  wystarczyło  podnieść  słuchawkę  telefonu  i  zamówić

limuzynę.

-  Zawieszenie  broni  -  bąknęła  i  na  sekundę  dotknęła  jego  ręki.  -  Nie  chodzi  tylko  o  ten

samochód,  Nick,  choć  to  był  świetny  pomysł.  Ale  że  były  w  nim  te  białe  róże,  kawior,  wódka.
Bardzo to dobrze wymy​śliłeś.

-  Chciałem,  żeby  im  trochę  zaszumiało  w  głowach.  No  i  żeby  poczuli  się  jak  prawdziwi

nowożeńcy. - Roześmiał się, zadowolony, że lody między nimi stopniowo zaczynają topnieć. - Cieszę
się, że ci się to podobało.

Freddie odetchnęła z ulgą. A więc rozejm.

-  Wiesz,  nie  powinienem  był  tak  się  zachować  wobec  ciebie  -  usprawiedliwiał  się.  -  Nie

wziąłem pod uwagę, ile czasu i wysiłku kosztowały cię przygotowania do dzisiejszego wieczoru, nie
mówiąc  o  urządzaniu  mieszkania.  Choć  szczerze  mówiąc,  nie  mogę  pojąć,  dlaczego  tyle  czasu
poświęciłaś na szukanie lampy.

Secesyjna lampa stanowiła przedmiot jej szczegól​nej dumy i radości.

background image

- Dobrze już, dobrze. Co ci się nagle stało?

- Pięknie przygotowałaś salę na przyjęcie.

- Dzięki. - Zadowolona z małego zwycięstwa, gestem wezwała ojca, by ją zmienił. - A skoro

jesteś  taki  miły  -  dodała,  pochylając  się,  by  pocałować  go  w  policzek  -  wspaniałomyślnie  ci
wybaczam.

- Nie prosiłem cię... - Ale ona już wstała i zanim zdążył dokończyć zdanie, odeszła. Miejsce

córki zajął Spence. Nick zmarszczył czoło niezadowolony. - Ko​biety - wzruszył ramionami.

-  Sam  bym  tego  lepiej  nie  wyraził.  Nie  ma  co  mówić,  wyrosła  na  kobietę  atrakcyjną  i

niezależną - zgodził się Spence.

-  A  była  takim  miłym  dzieckiem  -  zamyślił  się  Nick.  -  Nie  powinieneś  był  pozwolić  jej

dorosnąć.

Obserwując Nicka kątem oka, Spence doszedł do wniosku, że w opinii Nataszy o stosunku tych

obojga tkwiło źdźbło prawdy. Poczuł lekkie ukłucie w okolicy serca. Wiedział, że zawsze tak będzie,
ilekroć uświadomi sobie, że jego mała córeczka zaczęła prowadzić własne życie. Ale równocześnie
był z niej dumny.

Płynnie przeszli z Nickiem do muzyki Raya Charlesa.

- Wiesz - ciągnął - odwiedzają już nas różni chłopcy, i Katie też zaczyna flirtować.

- Niemożliwe. - Szok szybko ustąpił miejsca niemiłemu poczuciu starzenia się. Skoro do Katie

już przychodzą chłopcy... Jak ten czas szybko leci! - Niemożliwe. Gdybym miał córkę, nigdy bym na
to nie pozwolił.

- Rzeczywistość jest brutalna - zgodził się Spence, po czym przeszedł do właściwego tematu. -

Wiesz,  Nick,  jestem  spokojny,  wiedząc,  że  nie  spuszczasz  Freddie  z  oczu.  Bardzo  bym  się  o  nią
martwił, gdy​bym nie miał pewności, że ktoś się nią opiekuje. Ktoś, komu ufam.

- Oczywiście. - Nick przełknął ślinę. - Masz ra​cję. Pograj chwilę sam, skoczę do bufetu.

Spence uśmiechnął się do siebie i mocniej uderzył w klawisze.

- Nie powinieneś mu dokuczać. - Natasza stanęła za mężem i położyła mu rękę na ramieniu.

-  To  mój  obowiązek  jako  ojca,  żeby  trochę  zatruć  mu  życie.  Pomyśl  tylko,  jakiego  w  tym

nabiorę do​świadczenia do czasu, aż przyjdzie kolej Katie.

- Aż boję się o tym myśleć - zażartowała.

Było  już  dobrze  po  dziesiątej,  gdy  przyjęcie  się  skończyło.  Oprócz  Nicka  i  Freddie  w  barze

został tyl​ko Zack i Rachel. Freddie zadowolona rozejrzała się dokoła.

background image

Sala  sprawiała  wrażenie,  jakby  przeszło  przez  nią  tornado  albo  armia  najeźdźców  stoczyła

krwawą bitwę.

Z sufitu smętnie zwisały resztki dekoracji. Na podłodze walały się kolorowe bibułki, ozdoby i

wstążki.  Na  stołach  stały  półmiski  i  salaterki  z  resztkami  jedzenia,  leżało  parę  kawałków  tortu  i
resztka  roztopionych  lodów.  Tu  i  ówdzie  widać  było  plamy  na  obrusach,  wszędzie  walały  się
okruchy i niedopałki.

Gdziekolwiek spojrzeć, widać było kieliszki, szklanki i butelki. W rogu ktoś ułożył piramidę z

kieliszków do wina. Na podłodze poniewierały się serwetki, a nawet, co dziwne, Freddie zauważyła
porzu​cony gdzieś w kącie złoty pantofelek na cieniutkiej szpilce.

Zastanawiała się, w jaki sposób jego właścicielka dokuśtyka do domu.

Oparłszy się o bufet, Zack też obrzucił wzrokiem salę i roześmiał się szeroko.

- Chyba zabawa była niezła.

-  Raczej  tak.  -  Rachel  pozbierała  swoje  rzeczy.  -  Dziadek  wychodził  tanecznym  krokiem,  a

mnie wciąż dźwięczą w uszach ukraińskie dumki.

- Sama nieźle szalałaś - roześmiał się Zack.

- Wódka tak na mnie działa. A czyż nie było cudownie widzieć ich twarze, kiedy daliśmy im

prezent?

- Babcia aż się popłakała - powiedziała Freddie.

- A dziadek mówił, żeby przestała - wtrącił Nick - ale sam też płakał.

- To był cudowny pomysł, Freddie. - Oczy Rachel znowu zwilgotniały. - Romantyczny, uroczy,

piękny.

-  Wiedziałam,  że  powinniśmy  podarować  im  coś  szczególnego.  Nigdy  bym  o  tym  nie

pomyślała, gdy​by nie mama.

- Nie mogłaś wpaść na lepszy pomysł. - Rachel włożyła płaszcz i obrzuciła wzrokiem salę. -

Wiecie co, zostawmy cały ten bałagan i chodźmy - zapro​ponowała. - Jutro się posprząta.

- Masz rację. - Zack miał ogromną ochotę zostawić to wszystko. Wziął żonę za rękę i pociągnął

ją w stronę drzwi. - Opuszczamy pokład - zarządził.

-  Idźcie  naprzód  -  powiedziała  Freddie  obojętnym  tonem.  Nie  chciała,  by  ta  noc  dobiegła

końca.  A  jeśli  przedłużenie  jej  ma  oznaczać  mycie  naczyń,  przystanie  i  na  to.  -  Ja  tu  trochę
uporządkuję.

Rachel zawahała się.

background image

- Myślę, że moglibyśmy... - zaczęła, czując nagle wyrzuty sumienia.

- Nie. - Freddie popatrzyła na nią znacząco. - Idźcie do domu. Zostawiliście przecież dzieci z

opie​kunką. Musicie ją zwolnić. Na mnie nikt nie czeka.

- Jedna godzina więcej nie będzie miała znaczenia - stwierdził Zack, rozprostowując ramiona.

-  Owszem,  nie  zaangażowaliśmy  opiekunki  na  całą  noc  -  powiedziała  Rachel  i  mocno

nadepnęła mę​żowi na palec.

- Ale... - próbował jeszcze dyskutować. Wreszcie pojął, w czym rzecz.

-  Dobrze,  zacznijcie  sprzątać.  Ja  jestem  wykończony.  Ledwo  się  trzymam  na  nogach,  oczy  mi

się kleją.

- Aby spotęgować efekt, ziewnął przeciągle. - Jutro dokończymy sprzątania, jeśli nie zdążycie

zrobić  wszystkiego.  Dobranoc,  Freddie.  -  Popatrzył  znacząco  na  swego  przyrodniego  brata.  -
Dobranoc, Nick.

-  Do  jutra  -  rzucił  Nick.  Gdy  drzwi  się  za  nimi  zamknęły,  potrząsnął  głową.  -  Dziwnie  się

zachowy​wał - zauważył.

- Po prostu był zmęczony. - Freddie ustawiała na tacy szklanki.

- Nie, co innego zmęczenie, a co innego dziwne zachowanie. On się dziwnie zachowywał. - On

też  się  dziwnie  czuje,  uświadomił  sobie  teraz,  gdy  zostali  z  Freddie  sami.  -  Posłuchaj,  oni  mieli
rację.  Jest  już  późno.  Dlaczego  nie  mielibyśmy  zostawić  tego  wszystkiego  i  zabrać  się  stąd?  Na
porządki będzie czas jutro.

- To idź do siebie, jeśli jesteś zmęczony. - Freddie z pełną tacą skierowała się do kuchni. - Nie

mogłabym zasnąć, wiedząc, że tak to wszystko zostawiłam. Ale wiem, że tobie to nie przeszkadza -
dodała przez ramię, popychając nogą drzwi.

- Wydaje mi się, że to nie tylko moja sprawka - mruknął Nick, niosąc drugą tacę. - Wydaje mi

się, że widziałem jedną czy dwie osoby, które używały dziś wieczór szklanek.

- Mówiłeś coś? - zawołała Freddie.

- Nie. Nic.

Zaniósł tacę do kuchni, gdzie ona już wkładała naczynia do zmywarki, i postawił ją z trzaskiem

na stole.

- Nie pójdziesz do piekła za to, że zostawisz na​czynia w zlewie - odezwał się uszczypliwie.

- Ani ty nie dostaniesz za to nagrody - odcięła się. - Powiedziałam, żebyś szedł spać. Poradzę

sobie.

background image

-  Poradzę  sobie  -  powtórzył,  naśladując  jej  ton  i  mimikę.  Wziął  wiaderko,  wstawił  je  do

zlewu, wlał płyn do mycia podłóg i nalał gorącej wody.

Uśmiechnęła się, ale nic nie powiedziała.

Przez  następne  dwadzieścia  minut  pracowali  w  milczeniu.  Z  przyjemnością  patrzyła,  jak

podłoga odzyskuje dawny wygląd, a bufet zaczyna z powrotem lśnić. Nick z zapałem szorował stoły i
ustawiał  krzesła,  pogwizdując  od  czasu  do  czasu.  Widziała,  że  nastrój  z  minuty  na  minutę  mu  się
poprawia.

- Zauważyłam, że Ben i Lorelie wyszli razem - zaczęła.

- Nic nie ujdzie twojej uwagi - odrzekł cierpko, robiąc krzywą minę. - Dobrze się bawili. Jak

wszyscy.

- Nie przejmujesz się tym za bardzo.

- To nie było nic poważnego. - Wzruszył ramionami. - Między mną a Lorelie nigdy... - Uważaj,

co mówisz, ostrzegł siebie. - Po prostu nie pasowaliśmy do siebie.

Freddie  ogarnęła  niesłychana  radość,  ale  zdołała  nie  okazać  emocji.  Przesunęła  krzesło  i

ustawiła je przy stole, pod którym Nick właśnie umył podłogę.

Zbliżył się do niej. Skoro już poruszyła ten temat, uznał, że nadszedł czas na wyjaśnienia.

- Freddie, chciałem z tobą porozmawiać na temat tego popołudnia.

- Dobrze. Wiem, że jak zrobimy gruntowny porządek, Zack pomyśli, że jest tu niepotrzebny. A

ja nie chciałabym ranić jego uczuć.

Podeszła  do  szafy  grającej  i  pochyliła  się  nad  listą  piosenek.  Zastanawiała  się  przez  chwilę,

wreszcie na​cisnęła guzik i odwróciła się.

- Nie tańczyłeś ze mną dzisiaj - rzekła z wyrzu​tem.

- Naprawdę? - zdziwił się, choć bardzo dobrze wiedział, dlaczego z nią nie tańczył.

- Naprawdę. - Podeszła do niego powoli, w rytm muzyki rozbrzmiewającej z szafy. „Tylko ty z

tym światem godzisz mnie...”, pomyślała.

Doskonale.

- Chyba nie chcesz zranić moich uczuć, Nicholas?

- Nie, ale...

Nie dokończył, bo go objęła. Ujął jej rękę i popro​wadził na parkiet.

background image

Poruszał się płynnymi, niezwykle eleganckimi ruchami. Zawsze tak było, przypomniała sobie,

opierając głowę na jego ramieniu. Gdy pierwszy raz z nim tańczyła, była niezwykle poruszona i aż
drżała z prze​jęcia. Teraz też była poruszona, ale zupełnie inaczej niż przed laty.

Jak kobieta, a nie jak dorastająca dziewczyna.

Świetnie  się  poddaje,  pomyślał  Nick.  Cudownie  się  ją  prowadzi.  Zawsze  tak  było,

przypomniał  sobie,  przyciągając  ją  bliżej.  Ale  nigdy  przedtem  tak  nie  pachniała  jak  teraz  i  nie
pamiętał, by jej włosy tak go kusiły, by ich dotknąć...

Byli sami i muzyka była odpowiednia do nastroju tej chwili. Zawsze był wyczulony na muzykę.

Kusiło go, by musnąć wargami skroń Freddie, by lekko skubnąć koniuszek jej ucha.

Zatrzymał się na sekundę, odsunął ją od siebie na długość wyciągniętej ręki i obrócił kilka razy

dokoła. Roześmiała się. Oczy jej rozbłysły radośnie, gdy przyciągnął ją z powrotem.

Wyczuwała  doskonale  każdy  jego  krok  i  ruch,  jak  gdyby  urodziła  się  w  jego  ramionach.

Wydawało się, że go uprzedza, gdy obracał ją, krążył dokoła niej, prowadził raz tak, a raz inaczej.
Ruchem tak pełnym gracji jak cała choreografia ich tańca, podniosła głowę i spojrzała mu w oczy.

Tylko na to czekał. Jego usta na to czekały.

Złączyły się z jej ustami. Zamknął ją w ramionach, zatopił palce w jej włosach. Nie słyszał już

melodii  płynącej  z  szafy,  bo  w  jego  głowie  rozbrzmiewała  inna  muzyka,  ich  własna  symfonia
intymności.

Pomyślał,  że  mógłby  ją  pochłonąć,  gdyby  mu  na  to  pozwoliła.  Jej  skóra,  jej  zapach,  jej

cudownie szczodre usta. Kiedy ich pocałunek stał się gorętszy, bardziej zmysłowy, wyobraził sobie,
jak proste byłoby wziąć ją teraz na ręce i zanieść na górę. Prosto do łóżka.

Ta wizja tak go zaszokowała, że oprzytomniał i od​sunął ją od siebie.

- Fred... - zaczął.

-  Nic  nie  mów.  -  Jej  oczy  pociemniały,  rozmarzyły  się.  -  Tylko  mnie  całuj,  Nick.  Po  prostu

mnie całuj.

Znowu  ich  usta  się  zetknęły,  co  sprawiło,  że  zapomniał  natychmiast  o  wszystkich  powodach,

dla których nie powinno się to zdarzyć. Mimo wszystko jednak zdołał się opanować. Położył jej ręce
na ramio​nach i odstąpił o krok.

- Nie możemy tego robić - powiedział.

- Dlaczego? - zdziwiła się.

-  Stąpamy  po  niebezpiecznym  gruncie  -  ostrzegł.  -  Weź  rzeczy  i  torebkę.  Odprowadzę  cię  do

domu.

background image

- Ale  ja  chcę  zostać  tutaj,  z  tobą  -  oświadczyła  spokojnie,  choć  serce  biło  jej  jak  szalone.  -

Chcę pójść z tobą na górę, do łóżka.

Nick poczuł znany już charakterystyczny ucisk w żołądku.

- Powiedziałem, żebyś wzięła rzeczy i torebkę. Jest późno.

Może nie miała zbyt dużego doświadczenia, ale sądziła, że wie, kiedy może się posunąć dalej,

a kiedy powinna się wycofać. Na miękkich nogach podeszła do bufetu po torebkę.

- Dobrze, niech będzie jak chcesz. Ale nie wiesz, co tracisz.

Obawiał się, że wie, i to aż za dobrze.

- Gdzie się tego nauczyłaś?

- Ach, mało to było okazji? - rzuciła niedbale przez ramię, otwierając drzwi. - Idziesz?

Teraz dopiero uzmysłowił sobie, że bezpieczniej byłoby wezwać dla niej taksówkę. Za późno.

Freddie była już na ulicy.

- Zaczekaj! - zawołał i pospiesznie zamknął drzwi baru na klucz.

Freddie szła wolno w dół ulicy.

- Piękna noc - zauważyła. Nick mruknął coś ze złością.

- Tak, po prostu cudowna. Daj mi torebkę.

- Co?

- Po prostu daj mija. - Chwycił małą błyszczącą kopertowkę i wsunął ją do kieszeni marynarki.

Dopiero  teraz  zauważył  kolczyki  w  uszach  Freddie.  -  Założę  się,  że  te  kamienie  są  prawdziwe  -
powiedział.

- Te? - Odruchowo podniosła rękę i dotknęła kolczyka z szafirem okolonym brylantami. - Tak,

a dla​czego pytasz?

- Powinnaś wiedzieć, że nie należy paradować z rocznym dochodem rencisty w uszach.

- Co za sens byłoby je mieć, a nie nosić - zauwa​żyła z bezbłędną logiką.

-  Jest  na  to  czas  i  miejsce.  A  Lower  East  Side  o  trzeciej  nad  ranem  jest  do  tego  najmniej

odpowiednia.

- Chcesz je włożyć do kieszeni? - spytała wyniośle. Zanim zdążył odpowiedzieć, że właśnie o

tym my​ślał, usłyszał czyjś głos. Wydał mu się znajomy.

background image

- Hej, Nick!

Spojrzał na drugą stronę pustej ulicy i zobaczył jakiś cień. Rozpoznał go.

- Idź jak gdyby nigdy nic - powiedział do Freddie, odruchowo zasłaniając ją sobą. - I nic nie

mów.

Zadyszany  od  biegu,  wyrósł  obok  nich  szczupły  mężczyzna  o  pociągłej  twarzy  w  luźnych

workowa​tych spodniach.

- Jak leci, Nick? - spytał.

- Nie narzekam, Jack.

Freddie otworzyła usta, ale wydobył się z nich tylko zduszony kwik, gdy Nick ścisnął ją za rękę

tak, że miała wrażenie, jakby pogruchotał jej wszystkie kości.

- Niezła sztuka. - Jack mrugnął porozumiewawczo i szturchnął Nicka łokciem. - Zawsze miałeś

szczęście.

Mężczyzna wyglądał zbyt żałośnie, by się go bać.

- Tak, szczęściarz ze mnie. Ale teraz się spieszy​my, Jack.

- Cóż, rzecz w tym, że jestem spłukany. A kiedy nie był? - pomyślał Nick.

- Wpadnij jutro do baru, pożyczę ci.

- Dzięki, ale rzecz w tym, że potrzebuję teraz.

Nie  zatrzymując  się,  Nick  sięgnął  do  kieszeni  i  wyjął  dwadzieścia  dolarów.  Doskonale

wiedział, na co zostaną przeznaczone, jeśli Jackowi uda się o tej po​rze złapać swego dealera.

- Dzięki, bracie. - Banknot zniknął w przepastnej kieszeni spodni. - Oddam ci.

- Pewno. - Kiedy mi kaktus wyrośnie na ręce. - Do zobaczenia, Jack.

- A pewnie. Raz Kobra, na zawsze Kobra.

O  nie,  pomyślał  Nick.  Nigdy.  Wściekły,  że  został  zmuszony  do  tego  spotkania  i  że  Freddie

zetknęła się z kawałkiem jego brudnej przeszłości, przyspieszył kroku.

- Znasz go z gangu, do którego kiedyś należałeś - powiedziała ze spokojem.

- Tak, stał się ostatnim lumpem.

- Nick...

background image

- Włóczy się po okolicy, czasem przez cały dzień. Założę się, że nie będzie cię pamiętał, bo był

już naćpany, ale gdybyś się na niego natknęła, po prostu uciekaj.

- Dobrze. - Chciała go wziąć za rękę, jakoś uspokoić, odsunąć ponure wspomnienia, ale dotarli

już do budynku, w którym mieszkała. Nick wyjął z kieszeni torebkę.

Sam wziął klucze i otworzył drzwi. Wszedł z nią do środka i nacisnął guzik windy.

- Jedź na górę i zamknij drzwi na klucz - powie​dział.

-  Chodź  ze  mną,  zostań  ze  mną  -  poprosiła.  Chciał  jej  dotknąć,  tylko  raz  jeszcze,  ale  palce

wciąż były brudne w miejscu, gdzie dotknął ręki Ja​cka, kiedy wręczał mu pieniądze.

-  Czy  ty  zdajesz  sobie  sprawę,  co  się  właśnie  zdarzyło?  -  spytał.  -  Zetknęliśmy  się  z  jakąś

częścią mo​jego życia i gdybyś nie była ze mną, wziąłby od ciebie coś więcej niż te piękne kolczyki.

-  On  nie  jest  częścią  twojego  życia  -  zaprotestowała  łagodnie.  -  On  nie  jest  twoim

przyjacielem. Ale dałeś mu pieniądze.

- Może dzięki temu nie naciągnie następnej osoby, którą spotka.

- Nie jesteś już jednym z nich, Nick. Wątpię, czy tak naprawdę kiedykolwiek byłeś.

Nagle poczuł się śmiertelnie zmęczony. Oparł gło​wę o jej czoło.

- Nie wiesz, kim byłem, kim jeszcze mógłbym być. A teraz idź na górę, Fred.

- Nick... - zawahała się.

Aby  zamilkła,  chwycił  ją  za  ramiona  i  przycisnął  usta  do  jej  warg.  Gdy  wreszcie  mogła

odetchnąć, zatoczyłaby się, gdyby jej nie podtrzymał i nie wepchnął do windy. Patrzyła, jak zasuwał
żelazną kratę. Nie była zdolna do żadnego ruchu.

- Zamknij drzwi na klucz - przypomniał jeszcze raz, odwrócił się i wyszedł.

Na ulicy obejrzał się za siebie, popatrzył w przód i na boki. Później podniósł głowę i zaczekał,

aż w jej oknie rozbłysło światło.

Dopiero teraz ruszył w drogę powrotną do domu.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Miała  niewiarygodne  sny.  Zgoda,  spała  zaledwie  parę  godzin,  ale  nie  widziała  powodu  do

narzekań. Prawdę powiedziawszy, obudziła się wcześnie, w cudownym nastroju. A że miała trochę
wolnego  czasu,  wybrała  się  do  centrum,  żeby  odwiedzić  kilka  interesujących  sklepów  i  kupić  do
mieszkania jakieś dro​biazgi, które Nick nazywał świecidełkami.

background image

Wróciwszy do domu taksówką, rzuciła torbę ze swoimi najnowszymi nabytkami i wyszła po raz

drugi.  Teraz  była  już  jednak  trochę  spóźniona. Ale  dzień  był  zbyt  piękny,  żeby  się  z  tego  powodu
martwić.

Wiosna  była  w  pełnym  rozkwicie,  w  powietrzu  czuło  się  już  zapowiedź  szybkiego  lata.

Powietrze było jasne i spokojne, nie czuło się jeszcze upału, który latem wprost zbijał z nóg.

Freddie  uznała,  że  jest  jedną  z  najszczęśliwszych  kobiet  na  świecie.  Mieszka  w  niezwykłym,

ekscytującym  mieście,  jeśli  wszystko  dobrze  pójdzie,  czeka  ją  wspaniała  kariera  zawodowa.  Jest
młoda  i  zakochana.  I,  o  ile  nie  zawodzi  jej  kobieca  intuicja,  niewiele  trzeba,  żeby  przekonała
mężczyznę, którego kocha, by odwzajemnił jej uczucie.

Każdy punkt jej planu przybiera realne kształty.

A  ponieważ  była  w  doskonałym  nastroju,  zatrzymała  się  przy  budce  ulicznego  sprzedawcy  i

kupiła sobie i Nickowi po ogromnym preclu.

Wkładała właśnie do kieszeni resztę, gdy zauważyła mężczyznę przechodzącego przez ulicę na

wprost budynku, przy którym stała.

Szczupła twarz, pochylona sylwetka, niechlujne ubranie. Zadrżała, gdy rozpoznała w nim typa,

którego  Nick  minionej  nocy  nazywał  Jackiem.  Trzymał  w  ręce  papierosa  i  raz  po  raz  się  zaciągał,
rzucając przy tym czujne spojrzenia na lewo i prawo.

Mimo że jego wzrok na sekundę zatrzymał się na Freddie, zorientowała się, że jej nie poznaje.

Odetchnęła  z  ulgą.  Oczywiście,  gdyby  sytuacja  tego  wymagała,  odezwałaby  się  do  niego,  ale
szczęśliwie nie musiała tego robić. Tym bardziej nie chciała wspominać Nickowi o spotkaniu z jego
dawnym kumplem z gangu.

Przyspieszyła  kroku,  nie  oglądając  się  za  siebie.  Mimo  wszystko  czuła  się  trochę  niepewnie.

Palił ją kark, tak jakby ścigał ją czyjś uporczywy wzrok. Na szczęście była już przy barze.

Kiedy  weszła  do  kuchni,  natychmiast  zapomniała  o  Jacku.  Zatrzymała  się  na  chwilę,  żeby

wyrazić Rio swoje uznanie za wczorajszą ucztę.

Potem,  skubiąc  precel,  weszła  na  schody.  Radosnego  humoru  nie  zmącił  jej  nawet  widok

Nicka, który otworzywszy drzwi, od razu na nią warknął.

- Spóźniłaś się.

Co za sympatyczny facet!

- Nie byłam pewna, czy wstałeś. Mamy za sobą długą noc.

- Wstałem i pracuję, czego nie można powiedzieć o tobie.

Miał  za  sobą  długą  i  męczącą  noc.  Spał  może  z  godzinę,  a  i  to  niespokojnie,  pocąc  się,

background image

przekręcając z boku na bok. Męczyły go sny, w których wracała burzliwa przeszłość i odzywała się
niepokojąca teraźniejszość.

Wtedy  był  niedoświadczony,  ale  teraz  też  brakowało  mu  doświadczenia.  Cierpiał  z  powodu

frustracji  emocjonalnej  i  fizycznej,  jakiej  nie  doznawał  nigdy  przedtem.  Doskonale  przy  tym
wiedział, gdzie szukać przyczyny tego stanu uczuć.

Stała teraz naprzeciw niego, jaśniejąca, złocista jak promień słońca. Mimo że Freddie zdawała

sobie  sprawę  z  jego  podłego  humoru,  uśmiechnęła  się  radośnie,  przechylając  głowę  w
charakterystyczny dla siebie sposób.

Nie ogolił się, zauważyła, ale nie raziło jej to. Przeciwnie, gniewne oczy i jednodniowy zarost

przy​dawały jego twarzy trochę brutalności i dzikości, co na swój sposób było nawet pociągające.

Odniosła wrażenie, że tej nocy w ogóle nie spał.

-  Nie  wyspałeś  się,  co?  Przyniosłam  ci  precla.  Podsunęła  mu  go  pod  same  usta.  Chcąc  nie

chcąc.

musiał ugryźć kawałek, ale nie był tym zachwycony.

- A gdzie keczup? - upomniał się.

- Weź sobie z lodówki. - Podeszła do pianina i usiadła na ławeczce. - Gotowy do pracy?

- Pracowałem bez przerwy. - Co innego niby można robić, jeśli się nie śpi? - A co ty robiłaś?

- Zakupy.

- Wyobrażam sobie.

- Ale zanim zaczniesz mnie krytykować, dowiedz się, że przypadkiem skończyłam też słowa do

„Gdy  cię  tu  nie  będzie”.  -  Otworzyła  teczkę  i  wyjęła  zapisane  kartki  papieru.  -  Wygładziłam  je,
zanim otwarto sklepy - dodała.

Mruknął  coś  pod  nosem,  ale  usiadł  obok.  W  miarę  czytania  humor  zaczął  mu  się  poprawiać.

Powinien był przewidzieć, że słowa będą doskonałe.

Nie zamierzał jednak wbijać ich autorki w dumę.

- Niezłe - skwitował krótko.

- Dziękuję, Gershwinie.

- Bardzo proszę, Byronie - zrewanżował się. Dopiero teraz uważnie jej się przyjrzał, zmrużył

oczy.

background image

- Coś ty zrobiła z włosami? - zdziwił się. Odruchowo je poprawiła.

- Ściągnęłam je do tyłu i podpięłam. Tak jest wy​godniej.

- Ale ja wolę tak - powiedział i zaczął wyciągać z włosów szpilki.

- Przestań. - Uderzyła go w rękę.

Chwycił  ją  za  nadgarstki  i  przytrzymał  jedną  lęka,  drugą  wciąż  wyciągając  szpilki.  Gdy

wreszcie włosy opadły jej na ramiona, roześmiał się zadowolony.

- O tak - powiedział. - Teraz dużo lepiej. Mruknęła coś pod nosem nachmurzona.

- Widzę, że stałeś się ekspertem w sprawach fry​zur - stwierdziła zjadliwie.

- Tak jest ci bardziej do twarzy. Odgarnęła włosy z czoła.

- A może i ja zmienię ci fryzurę, co? Żeby ci było bardziej do twarzy.

Wyciągnęła rękę, ale on był szybszy. Była zła, że zawsze ją uprzedza. Mocował się z nią przez

chwilę, aż zabrakło jej tchu i zaczęła chichotać.

Po  chwili  zorientowała  się,  że  on  się  nie  śmieje,  ale  patrzy  na  nią  nieruchomym  wzrokiem.

Patrzy tak przenikliwie, z taką intensywnością, że serce znowu zaczęło jej szybciej bić, a w gardle
wyschło.  Ich  nogi  się  splątały,  tak  że  w  końcu  sama  nie  wiedziała,  jak  i  kiedy  znalazła  się  na  jego
kolanach.

Poczuła  ucisk  w  żołądku,  serce  zaczęło  jej  bić  jak  szalone  i  ogarnęło  ją  uczucie  absolutnej

niemocy.

- Nick - zdołała wykrztusić.

-  Tracimy  czas.  -  Puścił  jej  ręce.  Musi  się  opanować,  przerwać  tę  niebezpieczną  grę.  -

Przegrajmy ten kawałek, który skończyłaś. Zobaczymy, jak to brzmi.

Cierpliwości, napomniała siebie, bądź cierpliwa. Wytarła o spodnie wilgotne dłonie.

- Dobrze. Jeśli jesteś gotowy.

Po  takim  trudnym  początku  praca  poszła  już  gładko.  Oboje  skoncentrowali  się  na  muzyce.

Siedzieli teraz biodro w biodro jak partnerzy, jak współpracow​nicy, jak przyjaciele.

Minęła jedna godzina, druga, trzecia, następna. W pewnym momencie Rio przyniósł im trochę

resztek z przyjęcia i został przez chwilę, żeby z roz​anieloną miną posłuchać ich gry.

Podjadali, wygładzali muzykę i słowa, spierali się o drobiazgi i niemal osiągali jednomyślność

w spra​wach zasadniczych.

background image

Niemal.

- Powinno być romantycznie - powiedziała.

- Zabawnie - skontrował.

- To ich noc poślubna.

-  Właśnie.  -  Wyjął  papierosa  i  zapalił,  ciesząc  się  w  głębi  duszy,  że  stopniowo  zmniejsza

dzienną dawkę nikotyny. - Popędzili do tego ślubu na łeb na szyję. Znali się wszystkiego trzy dni.

- Są zakochani - zauważyła.

-  W  ogóle  się  nie  znają.  Nic  o  sobie  nie  wiedzą.  -  W  zamyśleniu  zaciągnął  się  papierosem,

układając  w  głowie  kolejną  scenę.  -  Pognali  do  sędziego  pokoju  na  absurdalną  ceremonię,  a  teraz
siedzą w byle jakim pokoju hotelowym, zastanawiając się, co właściwie ich do tego skłoniło. I co u
diabła mają teraz zrobić.

- Być może, ale to wciąż ich noc poślubna. A ty piszesz pieśń żałobną.

Roześmiał się tylko.

- Słuchałaś kiedyś tak naprawdę „Marsza wesel​nego”, Fred? - Odłożył papierosa i zaczął grać.

Freddie musiała przyznać, że muzyka była pod​niosła, poważna i trochę przerażająca.

- W porządku, jeden zero dla ciebie. Zagraj to jeszcze raz i pozwól, że się zastanowię.

Wstała  i  zaczęła  krążyć  po  pokoju,  wsłuchana  w  muzykę  wydobywającą  się  spod  palców

Nicka. Ob​serwowała go i zastanawiała się.

Co  w  nim  jest,  że  tak  na  nią  działa?  Czy  jego  wygląd?  Może  tak  było  przed  laty,  kiedy  jako

nastolatka zobaczyła po raz pierwszy te niespokojne zielone oczy. Ale teraz nie zwracała już takiej
uwagi na wygląd Nicka.

Jego zachowanie? Nie mogła się nie uśmiechnąć. Raczej nie. Potrafił być uprzejmy i kochający,

lecz  bywał  również  szorstki  i  nie  dbał  o  uczucia  innych.  To  nie  znaczy,  że  chciał  kogoś  zranić  czy
sprawić ból, nie, on po prostu zapominał, że coś takiego jak uczu​cia w ogóle istnieje.

To jego serce, uznała. To jego serce przyciąga jej serce. I tak już pozostanie. Ale co by było,

gdyby go spotkała zaledwie wczoraj? Gdyby spotkali się jako obcy sobie ludzie, i ona oddałaby mu
swe serce na zawsze?

Czy byłaby przestraszona? Niepewna? A może podniecona?

-  Kim  jest  ten  mężczyzna  -  mówiła  do  siebie  półgłosem  -  który  mnie  żoną  nazywa?  I  który

obrączką  na  zawsze  mnie  zdobywa?  Trzeba  czegoś  więcej  niż  obrączki,  by  zmienić  życie

background image

dziewczyny...

Zmarszczyła czoło, gdy Nick się obrócił.

- Musi być trochę dosadniej - powiedziała, nadal przemierzając pokój tam i z powrotem.

- Dopóki śmierć nas nie rozłączy? - zastanawiała się dalej. - Ale czy serca to połączy? Miłość,

szacu​nek i wierność, a jaka będzie codzienność?

Nick odwrócił się i roześmiał.

- Podoba mi się to. Małżeństwo i śmierć. Niezła para.

-  Mogę  to  zrobić  lepiej.  Kim  jest  ten  mężczyzna,  który  czeka  pod  drzwiami?  Czego  żąda  ode

mnie?  Kim  dla  niego  mam  być?  Może  żoną?  Kochanką?  Dziwką?  On  chce  mnie  nagą  widzieć.  Nie
uda mi się wykręcić...

Zatrzymała się, roześmiała i potarła w zakłopota​niu brodę.

- Przesadziłam, co?

- Dlaczego, to dobry temat. Popłoch, dziewczyna wpadająca w popłoch - powiedział.

- Kto wie, kto wie. - Podeszła do niego. - Może zaczniemy tak jak proponowałeś, powoli, w

żałobnym rytmie, coś jakby organy, wiolonczela. A potem dodamy tempa, szybciej i jeszcze szybciej.
Panika. Popłoch.

- I zmienimy tonację.

-  Dobrze.  Spróbuj  tutaj.  -  Aby  zademonstrować,  o  co  jej  chodzi,  pochyliła  się  nad  jego

ramieniem i położyła dłonie na jego dłoniach spoczywających na klawiaturze.

-  Tak,  rozumiem,  wyobrażam  sobie  to,  o  czym  mówisz.  -  Dałby  wszystko,  żeby  nie  czuć  na

plecach jej piersi. - Freddie, nie pchaj się na mnie.

Ton jego głosu wzbudził jej czujność.

- Ojej, przepraszam. - Cofnęła się odrobinę, słuchając jego gry. - Tak, to chyba to. Trafione w

dziesiątkę  -  orzekła.  -  Położyła  dłonie  na  jego  ramionach  i  zaczęła  je  delikatnie  masować.  -  Jesteś
spięty - za​uważyła.

Uderzał palcami w klawisze, nie panując nad swo​ją grą.

- Freddie, wciąż się na mnie pchasz - powtórzył z naciskiem.

- Wiem.

background image

Jej włosy musnęły jego policzek, a zapach tych piekielnych perfum, których używała, podziałał

mu  na  zmysły  jak  nigdy  przedtem.  Chciał  ją  ofuknąć,  odwrócił  głowę  -  i  to  był  pierwszy  błąd  -  by
zatopić wzrok w jej przepastnych szarych oczach.

- Denerwuję cię, Nicholas? - zapytała, siadając na ławeczce obok niego.

- Doprowadzasz mnie do szaleństwa - powiedział zgodnie z prawdą, zanim się zreflektował, że

nie po​winien tego mówić.

- To dobrze. - Pochyliła się i pocałowała go namiętnie w same usta. Nie zdążył się uchylić. -

Ty mnie doprowadzasz do szaleństwa od lat. Najwyższy czas, żeby role się odwróciły.

Zaczynało  mu  brakować  tchu.  Pomyślał,  że  tak  właśnie  czuje  się  człowiek,  gdy  idzie  na  dno.

Dusi się, grzęźnie i toczy przegraną bitwę z losem.

- To nie gra, Freddie, a ty nie znasz zasad - ostrzegł, uznając, że najlepszą formą obrony jest

atak.

Podniosła ręce, oparła je na jego ramionach, potem zbliżyła się do niego powoli, tak że jej usta

niemal dotknęły jego ust.

- Chyba mógłbyś mnie ich nauczyć - szepnęła.

Starał  się  panować  nad  sobą,  kontrolować  ruchy  i  słowa,  zdając  sobie  sprawę,  że  rozmowa

zbacza na niebezpieczne tory.

- Gdybyś wiedziała, czego chciałbym cię nauczyć, uciekłabyś i popędziła prosto do domu, do

tatusia, nie zatrzymując się po drodze.

Potraktowała te słowa jak wyzwanie. Podniosła dumnie głowę i popatrzyła mu prosto w oczy.

- A więc przekonaj się - powiedziała.

Byłoby  szaleństwem,  wiedział  o  tym,  byłoby  szaleństwem  chwycić  ją  w  ramiona  i  wpić  się

ustami  w  jej  usta.  Zrobił  to  jednak.  Wmawiał  sobie,  że  chce  ją  tylko  przestraszyć,  skłonić,  by  się
zerwała na nogi i rzuciła do drzwi, dla własnego dobra.

Ale to było kłamstwo.

Kiedy  ich  ciała  się  zetknęły,  kiedy  poczuł,  jak  Freddie  wtula  się  w  niego,  przyciska  do  jego

ciała, ociera o nie, wiedział już, że wszelkie hamulce nie zdadzą się na nic.

- Do diabła - syknął. - Co my robimy! - Podniósł ją z ławeczki, chwycił w ramiona ruchem, o

jakim marzy każda kobieta. - Tym razem nie odejdziesz - szepnął.

Zabrakło jej tchu, dyszała ciężko, ale popatrzyła na niego spokojnie.

background image

- Nie mam zamiaru nigdzie iść, Nick. A ty nie masz zamiaru mnie do tego nakłaniać.

- A więc niech Bóg ma cię w opiece. Nas oboje - westchnął.

Jego  usta  znów  znalazły  się  na  jej  wargach,  dzikie  i  nieokiełznane,  gdy  porwał  ją  na  ręce  i

zaniósł do sypialni.

Łóżko  było  nie  posłane,  prześcieradła  splątane,  widomy  znak  niespokojnej  nocy.  Promienie

popołudniowego  słońca  zaglądały  do  pokoju,  bezlitośnie  ujawniając  panujący  w  nim  nieład.  W
innych  okolicznościach  być  może  zwracałby  uwagę  na  otoczenie,  na  romantyczną  oprawę,  której
kobieta może pragnąć. Ale teraz po prostu upadł razem z nią na łóżko i od razu uległ miotającej nim
namiętności.

Jego  dłonie  już  rozpinały  jej  bluzkę,  a  wargi  pokrywały  pocałunkami  jej  twarz.  Nie

protestowała,  nie  miała  nic  przeciwko  tempu,  jakie  narzucił.  Traktowała  to  jako  coś  normalnego  i
odpowiadała tym samym. Po tak długim czekaniu pośpiech wydawał się jak najbardziej na miejscu.
Być  może  gdzieś  w  głębi  jej  duszy  zakiełkowało  ziarnko  paniki,  strachu,  który  połączony  był  z
ciekawością.

Czy to będzie bolało? Czy poczuje się upokorzona?

Ale kiedy jego gorące usta znów spotkały się z jej ustami, ziarnko paniki uschło z gorąca, zanim

miało szansę wzejść. Nigdy nie wyobrażała sobie, że tak to może być. Że jej pożądanie może być tak
silne  i  przytłaczające,  tak  podniecające.  Wszystkie  jej  fantazje,  długo  skrywane  marzenia  i  ciche
nadzieje bladły wo​bec tak oszałamiającej rzeczywistości.

Nick nie mógł się nią nacieszyć. Wydawało się, że czekał całe życie na tę jedną chwilę. Ona

była ucztą złożoną z zapachów, smaków, słodyczy i przypraw, a on wygłodniałym mężczyzną. Miała
skórę  w  kolorze  kości  słoniowej  i  ogień  w  lędźwiach,  który  uwodził,  podniecał  i  kusił.  Każdy  jej
ruch, każdy gest, płynny jak taniec, który połączył ich minionej nocy, wzmagał jego podniecenie do
granic wręcz niewyob​rażalnych.

Instynktownie wyczuł, że jest dziewicą. Wiedział, że jest drobna, delikatna. Czuł pod palcami

wrażliwą  skórę  i  subtelne  kształty  dziewczyny.  Podświadomie  zwolnił  tempo.  I  zaczął  się  nią
rozkoszować.  Miała  w  sobie  jakąś  wyjątkową  słodycz.  W  zarysie  ust,  w  zaokrągleniu  ramion.
Delikatnie przesuwał wargi w dół jej szyi, wzniecając w niej kolejne etapy rozkoszy. Był ostrożny, a
równocześnie  niezwykle  zręczny.  Nie  spieszył  się.  Czuł  drżenie  jej  ciała,  widział  jej  twarz  i
rozumiał, że nie ma już żadnego powodu do pośpiechu.

Freddie  nie  była  w  stanie  utrzymać  otwartych  oczu.  Powieki  za  bardzo  jej  ciążyły.  Poza  tym

czuła  się  tak  dziwnie  lekko  jak  nigdy  przedtem.  Jak  delikatna  figurka  ze  szkła. A  on  trzymał  ją  w
swych  cudownych  rękach  tak  ostrożnie,  jakby  się  bał,  że  może  się  stłuc.  A  później  jego  usta
powędrowały niżej, do jej piersi. Ogarniało ją coraz większe podniecenie.

Dotknąć  go,  pomyślała  nieśmiało.  W  końcu  go  dotknąć.  Poczuć  to  twarde  ciało,  te  mięśnie

pokryte opaloną skórą. Mrucząc pod nosem słowa zachwytu, wodziła dłońmi po jego ciele, ciesząc

background image

się z każdego nowego odkrycia.

Te delikatne, niewprawne pieszczoty sprawiły, że krew uderzyła mu do głowy. Kiedy jego usta

znowu wróciły do jej ust, zażądał trochę więcej i trochę dłużej.

Wydawała mu się śpiącą królewną, kiedy tak leżała z zamkniętymi oczami, lekko zarumienioną

skórą  i  włosami  jak  promienie  słońca  rozrzuconymi  na  poduszce.  Nie  spała  jednak.  Miała  wargi
nabrzmiałe  od  jego  nieustępliwych  ataków,  a  oddech  przyspieszony.  Skupiony  na  niej,  kierował  ją
delikatnie w kierunku następnego poziomu rozkosznych doznań. Była gorą​ca, wilgotna i porywająca.

Otworzyła  szeroko  oczy,  zaskoczona  tym  nowym  wyrazem  intymności.  I  jakąś  wewnętrzną

presją,  która  rozpierała  ją,  przytłaczała,  ogarniała  całe  ciało.  Nawet  gdy  potrząsnęła  przecząco
głową, poddawała się jego pieszczocie. Pieścił ją tak długo, aż osiągnęła szczyt. Krzyknęła głośno,
zaskoczona  nie  znanymi  sobie  doznaniami.  Wbiła  paznokcie  w  jego  plecy.  Pożądała  go  teraz  całą
sobą, czekała na tę jedną chwilę, która niebawem miała nastąpić.

Wydawało  jej  się,  że  słyszy  jego  cichy  jęk,  przeciągłe  westchnienie,  że  czuje  drżenie  jego

ciała. Poddała mu się całkowicie, przywierając do niego całą sobą.

Wiedział,  że  sprawi  jej  ból,  choć  bardzo  tego  nie  chciał.  Starał  się  być  delikatny  i  ostrożny.

Ale ona otworzyła się dla niego w sposób tak naturalny, jakby czekała na tę chwilę przez całe swoje
życie.

Będzie się smażył w piekle za to, co zrobił. Nick przeklinał siebie raz po raz, ale nie miał siły,

by się ruszyć. Leżał na niej, wciąż jeszcze był w niej, próbując dojść do siebie po orgazmie swego
życia.

Nie  miał  prawa  jej  posiąść,  a  tym  bardziej  znajdować  w  tym  przyjemności.  Chciał,  żeby  coś

powiedziała, cokolwiek, co wskazałoby mu, jak się zachować w zaistniałej sytuacji. Ale ona leżała
bez ruchu, w milczeniu, obejmując jego plecy.

Przypomniał sobie o poczuciu odpowiedzialności. Nadszedł czas, żeby wypić to piwo, którego

nawarzył.

Najdelikatniej jak to było możliwe, uniósł się i przetoczył na bok. Westchnęła cicho i wtuliła

się w niego.

Na pewno będę się smażyć w piekle, pomyślał, za to, że znów jej pragnę.

- Nie ma takiej rzeczy, którą mógłbym zrobić, żeby naprawić to, co się stało - powiedział.

- Nie ma - zgodziła się, kładąc dłoń na zadawnio​nej bliźnie nad jego sercem.

Wpatrywał się w plamę na suficie.

- Napijesz się czegoś? - spytał. - Może brandy?

background image

-  Brandy?  -  zdziwiła  się,  potrząsając  energicznie  głową.  -  Nie  byłam  w  wypadku  ani  pod

lawiną. Po co mi brandy?

-  Żeby  złagodzić  szok  -  powiedział.  -  A  zatem  wody  -  dodał  niezadowolony  z  siebie.  -

Cokolwiek.

Wreszcie rozjaśniło jej się w głowie. Na tyle, by mogła zobaczyć żal i samopotępienie w jego

oczach.

- Chyba mi nie powiesz, że żałujesz tego, co się stało. - Popatrzyła na niego uważnie.

- Jest mi cholernie przykro, niezależnie od tego, co myślę. Nie powinienem był cię tknąć. Nie

powinie​nem był dopuścić, żeby sprawy zaszły tak daleko. Wiedziałem, że to twój pierwszy raz.

- Skąd? - Nagle zachwiała się jej duma i pewność siebie.

- Pozwól powiedzieć tylko, że to było oczywiste.

- Ach  tak.  -  Może  po  tak  zdumiewającej  przyjemności  przyjdzie  upokorzenie.  -  Czy  byłam...

nieod​powiednia?

-  Nie...  Co?  -  Zdziwiło  go  to  określenie  i  znowu  zaklął  w  duchu.  Ta  kobieta  przyprawiła  go

niemal  o  utratę  przytomności,  a  teraz  pyta,  czy  była  nieodpowiednia.  -  Nie,  nie  byłaś.  Byłaś
zdumiewająca.

- Byłam jaka? - Podniosła brwi. - Zdumiewająca?

- To nie ma nic do rzeczy.

- Ależ  tak.  I  to  dużo.  -  Zrozumiała,  co  dzieje  się  teraz  w  jego  głowie  i  sercu,  uniosła  się  na

łokciu i popatrzyła z góry na jego twarz. Było jej przykro, że czuje się winny. - Zawsze wiedziałam,
że pierwszy raz będzie z tobą, Nicholas. Zawsze chciałam, żebyś ty był pierwszy.

Zastanawiał się, czemu nie wstydzi się swego wzruszenia.

- Wykorzystałem to.

- Skądże! - Roześmiała się rozkosznie. - Może chcesz się łudzić, że uwiodłeś dziewicę, Nick,

ale to ja ciebie uwiodłam, i ciężko na to pracowałam.

- Staram się przejąć odpowiedzialność za to, co się wydarzyło - tłumaczył cierpliwie. - A ty mi

to cały czas utrudniasz.

- Dzięki tobie jestem szczęśliwa - szepnęła i zbliżyła usta do jego twarzy. - Mam nadzieję, że

się wzajemnie uszczęśliwimy. Dlaczego miałoby cię to smucić?

Sam nie wiedział, dlaczego się do niej uśmiechnął.

background image

- Sprawiałaś wrażenie, że jesteś bliska płaczu, przerażona i zaszokowana.

-  Och  -  wydęła  wargi.  -  Może  następnym  razem  będzie  całkiem  inaczej.  Jeśli  zrobimy  to

całkiem ina​czej...

Po  pewnym  czasie  zostawił  ją  i  zszedł  do  baru  na  swoją  zmianę.  Po  raz  pierwszy  od  lat

przyłapał  się  na  tym,  że  raz  po  raz  rzuca  okiem  na  zegar.  Mieszał  drinki  i  podawał  zakąski  niemal
automatycznie,  z  wprawą,  jakiej  nabrał  przez  lata  pracy.  Goście  jednak  działali  mu  na  nerwy  i  z
utęsknieniem czekał, aż ostatni z nich opuści lokal.

Zamknął  drzwi  na  klucz,  gdy  tylko  bar  opustoszał.  Pospiesznie  wytarł  blat  i  stoliki,  ustawił

krzesła i po​biegł z powrotem na górę.

Freddie spała z głową wtuloną w poduszkę, z rękami wyciągniętymi na tę połowę łóżka, którą

za  chwilę  miał  zająć.  Uśmiechnął  się  na  ten  widok.  Rozkoszował  się  jej  obrazem,  słuchał  jej
spokojnego, równego oddechu, cichego szelestu prześcieradła, gdy porusza​ła się przez sen.

A  później  przyszedł  mu  do  głowy  pewien  pomysł,  który  kazał  mu  się  uśmiechnąć  i  rozpiąć

koszulę.

Rzucił  ubranie  na  podłogę  i  usiadł  na  brzegu  łóżka.  Odsunął  prześcieradło  i  połaskotał  ją  w

stopę.

Freddie  podkuliła  nogę  i  zadrżała.  Usłyszała  własne  westchnienie,  myślała,  że  to  sen.  Nagle

przebudziła się i usiadła, gdy Nick skubnął zębami jej ucho.

-  Nick?  -  Zdezorientowana,  z  bijącym  mocno  sercem,  odgarnęła  włosy  z  oczu  i  zamrugała

powiekami.

- Co ty tu robisz? - zdziwiła się.

- Budżecie.

Jej oczy, które powoli przyzwyczajały się do ciemności, błyszczały teraz jak oczy kota, Albo

wilka. Zorientowawszy się, że siedzi naga i nie ma się czym przykryć, skrzyżowała ręce na piersiach.
Wydało mu się to nadzwyczaj podniecające.

- Za późno - mruknął. - Już widziałem cię nagą. Zażenowana opuściła ramiona.

- Miałem taką zachciankę, żeby pieścić twoje palce, a potem wędrować coraz wyżej i wyżej.

Zaspoka​jam swoje zachcianki.

- Ach tak. - Same te słowa sprawiły, że oblała się falą gorąca. - Chodź do łóżka.

- Może.

- Chcę... - Wyprężyła się i opadła na poduszki, gdy jego język zaczął pieścić jej kostkę.

background image

- Pomyślałem sobie, że skoro mnie uwiodłaś...

- stopniował pieszczoty, przesuwając usta coraz wy​żej - to teraz kolej na mnie.

Kto by pomyślał, że wgłębienie pod kolanem może być tak cudownie wrażliwe?

- Cóż - zająknęła się. - Masz rację.

Następnego  ranka  weszła  do  swego  mieszkania,  śpiewając.  Nie  dość,  że  była  zakochana,  to

Nick Le​Beck był jej kochankiem. A ona jego kochanką.

Zakręciła trzy szybkie piruety w salonie, ukryła twarz w fiołkach, które jej podarował, po czym

zno​wu zawirowała radośnie. Nagle wszystko w jej życiu stało się absolutnie doskonałe.

Byłaby  skłonna  natychmiast  opuścić  swe  piękne  nowe  mieszkanie  i  przeprowadzić  się  do  tej

klitki,  w  której  mieszkał.  Tak  jak  stała.  Mogła  sobie  jednak  wyobrazić  minę  Nicka,  gdyby
powiedziała mu o tym pomyśle.

Przeżyłby szok. I nieźle by się przestraszył, to pewne.

Nie  ma  powodu  do  pośpiechu,  napomniała  siebie.  Jeszcze  nie  teraz.  Na  razie  wskazana  jest

cierpliwość.

Jeśli  jednak  on  nie  uczyni  pierwszy  następnego  kroku,  będzie  musiała  przejąć  inicjatywę.  I

wystąpić z propozycją.

Ale  na  razie  była  bardziej  niż  zadowolona.  Wszystko,  czego  pragnęła  w  tym  momencie,  to

wziąć prysznic - ten, który wzięła tego ranka razem z Nickiem, nie liczył się - i zmienić ubranie. Za
godzinę musi być z powrotem u Nicka.

Muszą jeszcze skończyć scenę z dzisiejszego aktu.

Wyszła właśnie, ociekając wodą, spod prysznica, gdy odezwał się dzwonek domofonu.

-  Idę,  idę!  -  zawołała,  choć  oczywiście  przybysz  nie  mógł  jej  słyszeć.  -  Szybko  wciągnęła

szlafrok i podniosła słuchawkę. - Tak?

- Fred, otwórz - poznała głos Nicka. Zadrżała.

- Nick, przestań za mną chodzić.

- Chodzić? Otwórz w końcu. Nie biegłbym tutaj całą drogę, gdybyś odebrała telefon.

-  Brałam  prysznic.  -  Nacisnęła  guzik,  odsunęła  zasuwę  w  drzwiach  i  wróciła  do  łazienki.

Zdążyła tyl​ko owinąć głowę ręcznikiem i wklepać krem, gdy Nick wszedł do mieszkania.

- Nigdy nie zostawiaj otwartych drzwi, tak jak teraz - ostrzegł.

background image

Wciąż to samo, pomyślała.

- Przecież wiedziałam, że to ty - broniła się.

- Nigdy - powtórzył i popatrzył na nią zdziwiony. - Czy nie brałaś prysznica godzinę temu? -

spytał.

Przechyliła głowę i poprawiła ręcznik.

- Tak, ale byłam zajęta zupełnie czymś innym niż mycie. A ty co, pilnujesz zużycia wody?

Rozkojarzony zaczął machinalnie gładzić wyłóg jej szlafroka.

- Jak nazywacie to, co masz na sobie? - spytał. Spojrzała w dół na krótki jedwabny szlafroczek.

- Szlafrok. A twoim zdaniem co to jest?

- Zaproszenie, ale nie mamy czasu. Pakuj się. Zdziwiła się.

- Wyjeżdżam? - spytała.

-  My  wyjeżdżamy.  Maddy  O'Hurley  dzwoniła  pięć  minut  po  twoim  wyjściu.  Zaprasza  nas  na

parę dni do swego domu w Hamptons. W Hamptons!

Freddie ściągnęła z głowy spadający ręcznik.

- Teraz?

- Teraz. Ma tam letni dom i jest z nią rodzina.

-  Zaczął  bawić  się  kosmykiem  jej  włosów.  -  Pomyślała,  że  będzie  to  okazja,  żeby  razem

popracować i trochę odetchnąć wiejskim powietrzem.

- To brzmi jak ukartowany plan.

- A więc się pospiesz, dobrze? - Nick zaczynał się już niecierpliwić. - Muszę wracać do siebie

i też się spakować, wynająć samochód i zorganizować zastęp​stwo w barze.

- Dobrze, już dobrze, idź. Jak będziesz gotowy, to i ja będę.

-  Trzymam  cię  za  słowo.  -  Zajrzał  do  sypialni  i  stanął  jak  wryty.  -  Wielkie  nieba!  A  to  co

takiego?

- Łóżko - odpowiedziała, gładząc rzeźbione wez​głowie. - Moje łóżko. Wspaniałe, prawda?

- Śpiąca królewna albo księżniczka na grochu, sam nie wiem - rzekł ze śmiechem.

- Coś pośredniego. - Zmarszczyła czoło. - Wię​ksze niż twoje, co?

background image

-  Trzy  razy  takie.  -  Dotknął  jedwabnego  prześcieradła.  Nagle  zaświtała  mu  pewna  myśl.

Powoli od​wrócił się i popatrzył na nią zamglonym wzrokiem.

- No jak, Fred, szybko się spakujesz?

- Wystarczająco szybko - obiecała, opadając wraz z nim na jedwabną pościel.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Nie  pojmowała,  dlaczego  nie  może  prowadzić.  Jazda  szybkim  wygodnym  kabrioletem,  który

wynajął  Nick,  sprawiała  jej  przyjemność.  Upajała  się  wiatrem  rozwiewającym  włosy,  muzyką
płynącą z radia. Ale mimo wszystko wolałaby siedzieć za kierownicą.

- Dlaczego nie dasz mi prowadzić? - spytała lek​ko obrażonym tonem.

- Bo wiem, jak jeździsz. Wleczesz się.

- Nie wlokę, tylko przestrzegam przepisów.

- Wleczesz. - Jakby dla podkreślenia swoich słów, nacisnął mocniej pedał gazu. Nie ma to jak

szybka jazda i Ray Charles ze stereo. - Gdybyś ty prowadziła, do końca tygodnia nie dojechalibyśmy
na miejsce.

- Udało ci się już zapłacić jeden mandat - przypo​mniała mu uszczypliwym tonem.

Policja zatrzymała go na dwudziestym kilometrze.

- Gliny z drogówki nie mają za grosz fantazji. - Nick był wyraźnie zdegustowany. On ma, czego

natychmiast  dowiódł,  biorąc  z  piskiem  opon  kolejny  zakręt.  -  No  dobrze,  pilocie,  powiedz,  kiedy
powinni​śmy skręcić. Chyba niebawem.

Freddie rzuciła okiem na kartkę z opisem trasy.

- Już minęliśmy zjazd. Jakiś kilometr temu - mruknęła.

- Nie ma sprawy. - Zawrócił jednym szybkim ruchem. Freddie nie wiedziała, czy się śmiać, czy

krzy​czeć ze strachu.

- Ludzie mogą spać spokojnie, wiedząc, że mieszkasz na Manhattanie i nie masz samochodu -

zażarto​wała. - W lewo - dodała. - I zwolnij. Chcę dojechać cała.

Zwolnił  trochę,  by  popatrzeć  na  okazałe  domy,  które  mijali.  Duże  trawniki,  dużo  szkła,  dużo

pieniędzy,  stwierdził  w  duchu.  Wyobrażał  sobie  przestronne  pokoje  pełne  antyków,  z  podłogami
wyłożonymi perskimi dywanami. Albo błyszczące posadzki z drewna i nowoczesne meble. Baseny z
dnem  z  błękitnych  kafli  i  rozstawione  wokół  leżaki  i  łóżka  do  opalania.  Wszystko  to  oczywiście
otoczone żywopłotami i ocienione starymi rozłożystymi drzewami.

background image

Kiedyś  nawet  nie  przypuszczał,  że  znajdzie  się  w  takim  otoczeniu.  A  teraz  został  tutaj

zaproszony.

-  To  ten.  -  Freddie  wyciągnęła  rękę.  -  Z  cedrem  i  drzewami  czereśniowymi  przed  wejściem.

Och, czy nie jest tu pięknie? - zachwyciła się.

Drzewa  już  przekwitały,  pokrywając  ziemię  delikatnymi  różowymi  płatkami.  Widok  był

niezapo​mniany. Nick nie znał się na roślinach, ale wydawało mu się, że w powietrzu unosi się zapach
lilii.

Kiedy  skręcił  na  pochyły  podjazd,  jego  oczom  ukazały  się  wspaniałe  krzewy  obsypane

lawendowym kwieciem.

- Niezłe jak na weekendowy azyl - mruknął, studiując konstrukcję ze szkła i drewna. - Musi tu

być ze dwadzieścia pokoi.

-  Prawdopodobnie.  Zastanawiam  się...  -  Freddie  przerwała,  gdy  zza  .domu  wybiegła  pędem

czereda dzieciaków. Mimo różnego wzrostu i wagi wydawały się tworzyć jedną zwartą masę.

- Widzę, że Maddy miała rację, mówiąc, że będzie tutaj cała rodzina - zauważył Nick.

-  Na  to  wygląda  -  przyznała  Freddie.  -  Wydaje  mi  się,  że  najstarszy  chłopak  Maddy  próbuje

właśnie  zamordować  jedno  z  dzieci  Trace'a  -  dodała,  przyglądając  się  turlającym  się  w  trawie
chłopcom sple​cionym morderczym uściskiem.

Uśmiechnęła się do piegowatej dziewczynki o rudych kręconych włosach i bliżej nieokreślonej

plamie na policzku, która nagle wyrosła obok samochodu.

- Mamo! - zawołała dziewczynka. - Mamo, przy​jechali goście.

Dziewczynka z krzykiem radości podbiegła do Freddie.

- Cześć, jestem Julia. Pamiętasz mnie?

-  Oczywiście.  -  Freddie  pocałowała  w  policzek  najmłodszą  córkę  Maddy.  -  Nick,  to  Julia

Valentine. W tej chwili nie podejmuję się przedstawić ci pozostałych dzieci - dodała, spoglądając na
kłębiące się na ziemi ciała.

-  Cześć,  Julio.  -  Podobna  do  matki,  pomyślał  Nick.  O  ile  Maddy  O'Hurley  rzeczywiście

wygląda tak jak na scenie i na plakatach. - Tu się chyba toczy jakaś wojna.

- Cześć. - Julia posłała mu promienny uśmiech.

- Lubimy się bić. Jesteśmy Irlandczykami.

- A, to wszystko tłumaczy - roześmiał się Nick, rozglądając się wokół.

background image

- Jest nas dużo - mówiła dziewczynka - bo prawie wszyscy mają bliźniaczki. Trace ma dwie

pary  bliźniaków.  A  ciocia  Chantel  ma  trojaczki.  -  Zmarszczyła  piegowaty  nosek.  -  Sami  chłopcy.
Chodźcie. Zaprowadzę was do środka.

Julia, choć miała zaledwie siedem lat, zerkała na Nicka kokieteryjnie.

- Chcę być aktorką na Broadwayu - oznajmiła.

- Tak jak mama. Będziesz mógł dla mnie pisać muzykę.

- Dzięki.

Kiedy  Julia  otworzyła  drzwi,  przywitał  ich  mały  jasnowłosy  chłopiec  z  nienaturalnie

błyszczącymi oczami, trzymający w ręce rechoczącą żabę.

- Odłóż Chauncy'ego, Aaron - poleciła Julia protekcjonalnym tonem starszej siostry. - Nikt się

go nie boi.

- Będzie się bać, jak mu wyrosną zęby - powie​dział ponuro Aaron i popędził do ogrodu.

- To mój młodszy brat - poinformowała Julia. - Jest nie do wytrzymania.

Zanim zdążyli ustosunkować się do tych słów, na schodach pojawiła się rudowłosa piękność.

Miała na sobie krótkie, nierówno obcięte szorty i obszerną, wypłowiała koszulkę głoszącą, że kocha
Nowy Jork. Była boso.

Maddy O'Hurley, ulubienica Broadwayu, miała efektowne wejście.

- Aaron, ty mały diable, gdzie jesteś? - zawołała. - Nie mówiłam, że masz trzymać tego gada w

terra​rium?

Zatrzymała się na widok gości. W wyciągniętej rę​ce trzymała małą srebrzystą jaszczurkę.

- Och. - Dmuchnęła na włosy opadające jej na oczy. - To by było tyle na powitanie. - Podała

jaszczurkę Julii, by przywitać się z Freddie i towarzyszącym jej Nickiem. - Julio, bądź tak dobra i
zanieś tego gada tam, gdzie jego miejsce. - Pozbywszy się jaszczurki, chwyciła Freddie w ramiona. -
Tak się cieszę, że cię widzę. Jak to dobrze, że przyjechałaś.

- Ja też się cieszę - odrzekła Freddie.

- A ty jesteś Nick, prawda? - Maddy wyciągnęła do niego rękę. - Miło mi cię wreszcie poznać.

Od dawna podziwiam twoją muzykę.

Nick wiedział, że się w nią wpatruje jak urzeczony, ale niewiele sobie z tego robił. Wyglądała

dokładnie  tak  jak  na  scenie  i  na  plakatach.  Porcelanowa  cera,  wyrazista,  pełna  ekspresji  twarz.  I
minio że była mat​ką czwórki dzieci, zachowała zgrabną, pełną wdzięku figurę tancerki.

background image

-  Pamiętam,  kiedy  pierwszy  raz  poszedłem  na  Broadway  -  powiedział.  -  Dziesięć,  może

jedenaście lat temu. Grałaś główną rolę. Nigdy przedtem i nigdy potem nie widziałem nikogo takiego
jak ty.

- Nieźle.

Maddy uznała, że uścisk dłoni to za mało i pocało​wała go w policzek.

- Chyba cię polubię. Chodźmy się przejść. Zobaczymy, kto jest w pobliżu. Później zaniesiemy

wasze rzeczy do pokoju.

Dom  był  duży  i  jasny.  Miał  szerokie  przeszklone  drzwi,  duże  łukowate  okna,  świetliki  w

sufitach. Gdzieniegdzie natykali się na skrzynię z zabawkami, rękawicę baseballową, rzucone w kąt
trampki.  Te  oznaki  zamieszkania  czyniły  elegancką,  wysmakowaną  architekturę  bardziej  swojską  i
ludzką.

W  dużym  słonecznym  salonie  pełnym  egzotycznych  roślin  i  paproci  w  różnych  odcieniach

zieleni zastali legendę Hollywood. Chantel O'Hurley siedziała na kanapie z podkurczonymi nogami,
oczy  miała  przymknięte.  Obok  niej  stał  mężczyzna,  którego  atletyczna  sylwetka  i  postawa  od  razu
skojarzyły się Nickowi z gliniarzami, z którymi niegdyś miał często do czynienia.

-  Brent  dobrze  sobie  radzi  -  powiedział  Quinn  Doran,  obserwując  dzieci  przez  okno.  -  Może

nie jest duży jak na swój wiek, kochanie, ale jest bardzo dzielny.

- Potwory - westchnęła Chantel, ale było w jej tonie matczyne pobłażanie. - Dlaczego, skoro

już imałam mieć trojaki, to nie mogły to być miłe grzecz​ne dziewczynki?

-  Zanudzilibyśmy  się  z  nimi  na  śmierć. A  nawiasem  mówiąc,  kto  im  pokazał,  jak  się  używa

procy?

Chantel  uśmiechnęła  się  do  siebie.  Oczywiście,  że  ona.  To  jej  chłopcy,  pomyślała.  Po  latach

oczekiwania i nadziei urodziła od razu trzech.

Leniwie wyciągnęła rękę, ruchem kobiety, która wie, że zawsze ktoś ją ujmie.

- Chodź do mnie, Quinn, zanim nas tu znajdą.

- Za późno - oznajmiła Maddy. - Mamy gości. Nick, to moja siostra Chantel, udająca Kleopatrę,

a to jej mąż Quinn Doran.

-  Freddie.  -  Chantel  uniosła  się  nieco,  by  pocałować  Freddie  w  policzek,  ale  jej  spojrzenie

powędro​wało w stronę Nicka. - Masz świetny gust, kochanie - stwierdziła z uznaniem.

- Też tak myślę.

Nick  wpatrywał  się  w  nią  jak  urzeczony.  Blond  Wenus  przyglądała  mu  się  uważnie  swymi

przepastnymi błękitnymi oczami, w końcu uśmiechnęła się. Poczuł, jak każdy nerw jego ciała napręża

background image

się niczym struna.

- Piszesz muzykę dla Maddy do nowego musicalu - powiedziała. - Z tego, co mi mówiono, ma

dość talentu, żeby jej głos brzmiał profesjonalnie.

Maddy prychnęła pogardliwie.

- Jest zazdrosna, bo ja dwa razy dostałam Tony'ego, a ona tylko raz głupiego Oscara. - Maddy

odwróciła się do Freddie i Nicka. - Chodźcie, zoba​czymy, kogo jeszcze uda nam się znaleźć.

-  Chwileczkę  -  mruknęła  Freddie,  gdy  przechodzili  z  Nickiem  przez  próg.  Dotknęła  lekko

kącika jego ust.

- Co takiego? - spytał Nick.

- Och, nic. Po prostu ślina.

- Dziwne. - Jeszcze raz obejrzał się przez ramię na postać rozłożoną na kanapie. - W naturze

wygląda jeszcze lepiej niż na ekranie.

-  Opanuj  się,  Nicholas.  Nie  chciałabym,  żeby  Quinn  zabił  cię  we  śnie.  Wieść  głosi,  że

wiedziałby, jak to zrobić, szybko i cicho. - Zanim zdążył odpo​wiedzieć, krzyknęła głośno: - Trace!

Nick zobaczył, jak rzuca się w muskularne ramiona opalonego mężczyzny o posturze boksera.

- Freddie! - Trace ucałował ją z dubeltówki. - Jak się czuje moja mała dziewczynka?

- Świetnie. - Uwieszona szyi Trace'a, wskazała głową na swego towarzysza. - To Nick LeBeck

- przedstawiła go - a to Trace O'Hurley.

- Miło mi cię poznać.

Mimo  przyjaznego  tonu  popatrzył  na  Nicka  w  sposób,  który  znów  przypomniał  mu  gliniarzy.

Dziwne,  zastanawiał  się  Nick,  przecież  facet  jest  muzykiem.  Uwielbiał  jego  utwory.  Ale  te  oczy
gliniarza...

- Reszta jest w kuchni - powiedział Trace. - Abby gotuje.

- Dzięki Bogu - ucieszyła się Maddy. - To jedyna osoba, do której można mieć zaufanie. Jesteś

głodny? - zwróciła się do Nicka.

- Cóż, ja... - zająknął się.

- Na pewno jesteś. - Wzięła go pod rękę i poprowadziła korytarzem, zanim zdążył dokończyć

rozpoczętą myśl. - Ja po podróży zawsze jestem głodna jak wilk.

Szli  długim  krętym  korytarzem.  Nick  zwrócił  uwagę,  że  Trace  nadal  trzyma  Freddie  w

background image

ramionach. Nie postawił jej z powrotem na podłodze, lecz uniósł ją jak rycerz swą wybrankę.

Z końca korytarza dobiegła ich wrzawa i szum gło​sów. Maddy otworzyła drzwi.

Kuchnia  była  ogromna,  ale  tak  zatłoczona,  że  sprawiała  wrażenie  małej.  Tylko  jasnowłosa

kobieta mie​szająca coś w garnku na kuchence wyróżniała się spo​śród reszty.

Chudy  mężczyzna  z  przerzedzonymi  włosami  wirował  wokół,  trzymając  w  ramionach  kobietę

w śred​nim wieku. Poruszali się niezwykle lekko, zgrabnie omijając krzesła, blaty i pozostałe osoby.

- I kiedy zaczęliśmy nasz ostatni numer - mówił Frank, obracając Molly trzy razy - porwaliśmy

wi​dzów.

Z niezwykłym wdziękiem pchnął żonę w ramiona mężczyzny opartego o blat kuchenny.

- Molly wie, że mam dwie lewe nogi. - Dylan Crosby zaśmiał się i przekazał teściową swemu

naj​starszemu synowi. - Dalej, Ben, zatańcz z babcią, za​nim ja ją zadepczę.

Zauważywszy Trace'a, Frank uśmiechnął się sze​roko.

- Mam twoją żonę, Tracey! Dziewczyna zrobi karierę na deskach, jak tylko zrezygnuje z kariery

naukowej. - Obrócił Gillian parę razy wkoło. - O, kogo widzę, Freddie! - zawołał.

Trace chwycił Freddie w ramiona i rzucił ją Fran​kowi. Nawet nie wiedziała, kiedy znalazła się

w jego objęciach.

- Ejże, chłopcze! - zawołał Frank do Nicka. - Tańczysz?

- W zasadzie...

- Tato, pozwól im odetchnąć. - Abby odwróciła się od kuchni i podeszła do Nicka. - Witaj w

domu wariatów. Jestem Abby Crosby.

- Najpierw byłaś O'Hurley - przypomniał jej oj​ciec.

- A więc Abby O'Hurley Crosby - poprawiła się. - I jeśli zdążysz usiąść, tata nie będzie mógł

zacząć cię uczyć stepowania.

To cała drużyna, stwierdził Nick. Dopóki sam nie znalazł się we własnej rozległej rodzinie, nie

wyobrażał sobie, że ludzie mogą w ten sposób żyć. Ale podobnie jak w przypadku Stanislaskich, ta
chaotyczna, hałaśliwa grupa ludzi też stanowiła jeden rodzinny klan.

Nick przekonał się już, że w takich rodzinach często jedni mówią przez drugich, przekrzykują

się  i  nie  słuchają  wzajemnie.  Sprzeczają  się  o  głupstwa,  kłócą  o  sprawy  zasadnicze,  toczą  ze  sobą
małe wojny, ale są solidarni wobec przeciwnika z zewnątrz. Gdy trzeba, stoją za sobą murem. Jeden
za wszystkich, wszyscy za jednego.

background image

Wiedział, że ich polubi i będzie się tutaj dobrze czuł. Zanim skończył się posiłek, potrafił już

rozróżnić niektóre dzieci, nawet bliźniaki i trojaczki, których tu nie brakowało. Nic dziwnego, uznał,
skoro Maddy i jej siostry też były trojaczkami.

Gdy posprzątano w kuchni, Freddie i Nick chętnie przystali na propozycję Maddy, żeby zająć

się muzyką.

Nick  szybko  przystosował  się  do  nerwowego  rytmu  życia  w  tym  domu.  Udało  im  się  nawet

trochę popracować w tej nie sprzyjającej skupieniu atmo​sferze.

- Mamo! - Najstarsza córka Maddy stanęła w progu pokoju muzycznego. - Douglas znowu się

bije. - Cassandra patrzyła ponuro, skarżąc na brata bliźniaka.

- Jest mężczyzną, kochanie - powiedziała Maddy.

- Musisz być cierpliwa.

Reed rzucił córce karcące spojrzenie.

- Cassie, mamusia pracuje, nie widzisz?

-  Widzę  -  westchnęła  Cassie.  -  Nie  przeszkadzać,  dopóki  nie  ma  krwi.  Może  zaraz  będzie  -

mruknęła złowieszczo.

-  Zacznijmy  drugą  zwrotkę,  dobrze?  -  zaproponowała  Maddy,  najwyraźniej  rozkojarzona  z

powodu wizji bratobójstwa. - Nie przerywaj teraz - dodała i zaczęła kolejną zwrotkę.

-  Pracuj  przeponą,  Maddy  -  poinstruował  ją  Frank  -  bo  nie  usłyszą  cię  w  ostatnim  rzędzie.

Ładna melodia - zwrócił się do Nicka i Freddie. - Wiecie, myśla​łem o ruchu. Gdybyśmy...

-  Tato,  naprawdę  najpierw  musimy  się  zająć  partiami  śpiewanymi,  a  dopiero  potem

choreografią. Gdzie mama? - spytała Maddy, zanim zdążył jej powiedzieć, dlaczego nie ma racji.

- Och, wyszła gdzieś z dzieciakami. Myślałem, żeby może...

- Pewnie poszła po lody. - Maddy wiedziała, że musi uciec się do fortelu, jeśli chce, by ojciec

nie wtrącał się do ich pracy. - Słyszałam, jak mówili coś na ten temat.

- Tak? - zaniepokoił się Frank. - To lepiej ich poszukać. Dzieci nie można rozpieszczać. Potem

tylko płaci się za dentystę.

- Wybaczcie - rzekła Maddy, gdy ojciec wypadł z pokoju. - Kochana rodzinka - westchnęła.

-  Nie  szkodzi.  -  Nick  wziął  akord.  -  Rozumiem  to.  A  teraz  trzecia  zwrotka  -  dodał  i  nagle

zaniemó​wił, gdy do pokoju weszła powłóczystym krokiem Chantel.

- Nie przeszkadzajcie sobie - powiedziała. - Po​siedzę w kąciku, cichutko jak myszka.

background image

- Raczej szczur - mruknęła Maddy. - Wyjdź, Chantel, bo rozpraszasz mojego kompozytora.

Chantel wzruszyła alabastrowymi ramionami. Wiedziała, że Maddy nie mija się z prawdą.

-  Cóż,  jeśli  wam  przeszkadzam,  to  pójdę  na  basen.  Może  któreś  z  dzieci  zechce  sobie

ponurkować. - Rzuciła ostatnie powłóczyste spojrzenie na Nicka i wypłynęła z pokoju.

-  Nie  martw  się.  -  Maddy  poklepała  Nicka  po  ramieniu.  -  Ona  tak  działa  na  mężczyzn.

Podwyższa im poziom testosteronu.

- Trzecia zwrotka, Nick. - Freddie szturchnęła go łokciem w żebra.

- Tak, tak, właśnie się zastanawiałem...

Z  ogromnym  wysiłkiem  starał  się  wkomponować  zwrotkę  w  chór,  gdy  przed  oknem  pokoju

przemknęła Abby. Piszczała i śmiała się na przemian, a mąż biegł za nią z dużym pistoletem na wodę
w ręku.

- Jak dzieci! - skwitował Reed, potrząsając głową. - A może zrobimy sobie przerwę? Czy to

dobry pomysł, żeby trochę popływać w basenie?

- Wspaniały - przyznała Maddy.

- Idźcie naprzód. - Freddie zbierała nuty. - Ja jeszcze chwilę zostanę.

-  Dołącz  do  nas,  kiedy  skończysz.  -  Maddy  wzięła  Reeda  za  rękę.  -  Jeśli  zdołasz  znieść  ten

widok.

Nick wyciągał szyję, usiłując dojrzeć, co dzieje się nad basenem.

- Myślisz, że będzie w bikini? - spytał. - Maddy? - Freddie uniosła brwi.

Oboje doskonale wiedzieli, kogo Nick ma na myśli, ale widokiem rozebranej Maddy też żaden

mężczyzna  by  nie  pogardził.  Freddie  roześmiała  się,  widząc  minę  Nicka,  który  wyobraża  sobie
sio​stry O'Hurley w bikini.

- Już dobrze, dobrze, nie musisz odpowiadać - rzuciła.

- Myślisz, że Abby też pójdzie się kąpać? - spytał.

- Myślę, że możesz wpaść w tarapaty, jeśli będziesz się interesował mężatkami. A teraz, jeśli

zdołasz poskromić swoje hormony, to pozwól, że jeszcze raz przegram całość. Maddy chce nad tym
później popracować.

- To jeszcze surowiec.

- Zgoda, ale mimo wszystko jakiś zaczyn.

background image

Ma rację, przyznał w duchu. Można by to wszystko wygładzić, gdyby pracowali z Maddy sam

na sam.

- Dobrze, myślałem, że jeśli spróbujemy w ten sposób...

Freddie zaniknęła oczy, słuchając pierwszych tonów. Bezwiednie zaczęła śpiewać. Jej czysty

głos słychać było w ogrodzie.

Maddy podniosła rękę, po czym położyła dłoń na ramieniu Abby.

- Posłuchaj.

-  Piękne  -  przyznała  Abby,  a  jej  oczy  zasnuły  się  mgłą.  -  Smutne  i  przepojone  miłością.

Śpiewając, nie jest w stanie tego ukryć. Ona jest w nim zakochana.

- Cóż... - Chantel podeszła do obu sióstr. - Każ​dy musi przez to przejść.

- My już przeszłyśmy. - Maddy popatrzyła w kie​runku basenu.

Dylan chwycił córkę Trace'a i usiłował wepchnąć ją do wody. Trzej synowie Chantel urządzali

wyścigi, a Gillian i Cassie występowały w roli sędziów.

Douglas jak opętany pryskał wodą na drugą córeczkę Trace'a.

Jego ojciec siedział, trzymając na kolanach bliźniaki Trace' a, i lizał lody.

Ben i Chris, synowie Abby, przystojni młodzi chłopcy, stali z dala od tego zgiełku, spierając

się, którą kasetę włożyć do przenośnego stereo.

Quinn i Trace siedzieli w cieniu, pociągając piwo, a Molly chwaliła córeczkę Abby, Evę, za

jej podwod​ne akrobacje.

Aaron  i  najmłodszy  syn Abby  szukali  czegoś  w  trawie.  Julia  ciągnęła  ich  za  koszule,  ale  nie

zwracali na nią najmniejszej uwagi.

Moja rodzina, pomyślała Maddy i pomachała do Reeda, dając mu w ten sposób znać, że ma na

wszyst​ko baczenie.

- Dobrze mi - powiedziała, zwracając twarz ku słońcu. - I mam nieodparte wrażenie, że tych

dwoje przy fortepianie pomoże mi zdobyć następnego Tony'ego.

Chantel popatrzyła na siostrę.

- Och, kochanie, to ty masz już jednego? Nie wie​działam.

Roześmiała się i szybko uciekła do basenu.

background image

Późno w nocy, gdy w domu wreszcie zapanował spokój, Nick przyciągnął Freddie do siebie.

Oparła  głowę  na  jego  ramieniu.  Skoro  Maddy  była  na  tyle  domyślna,  by  umieścić  ich  w
sąsiadujących pokojach, nie miał poczucia winy, wślizgując się do łóżka Freddie.

Dobrze mu było, gdy tak leżał obok niej, spokojny, usatysfakcjonowany wspólnymi doznaniami.

W sposób tak naturalny wtuliła się w niego, że zaczął się zastanawiać, jak w ogóle mógł dotychczas
zasypiać sam, bez niej.

- Zmęczona? - spytał.

- Hm. Odprężona. To był wspaniały dzień. Cieszę się, że ich wszystkich zobaczyłam. Dzieci tak

wy​rosły.

- Jest ich niezła drużyna.

- O tak. To cudowne, że potrafią tak rozplanować swoje zajęcia, żeby co roku spotykać się na

tydzień lub dwa w jednym miejscu. Na ogół przyjeżdżają tutaj, ale czasem na farmę Dylana i Abby w
Wirginii. - Freddie westchnęła rozespana i przytuliła się mocniej do Nicka, gdy jego palce zaczęły
delikatnie  gładzić  jej  plecy.  -  Raz  tam  byliśmy.  Jest  piękna,  otoczona  wzgórzami,  na  łące  pasą  się
konie. Wokół jest tyle wolnej przestrzeni, że można wędrować bez końca.

- Potrzebują dużo miejsca na tyle dzieci. Abby ma dwie dziewczynki, bliźniaczki, tak?

-  Nie,  one  są  córkami  Trace'a  i  Gillian. Abby  ma  czworo  dzieci:  Bena,  Chrisa,  Evę  i  Jeda.

Rodziły się po kolei, nie ma wieloraczków.

- Aż czworo! - Nick odruchowo się wzdrygnął.

-  Przecież  lubisz  dzieci.  -  Podniosła  się  tak,  by  móc  przyjrzeć  się  jego  twarzy.  W  świetle

księżyca  padającym  z  okna  wyglądała  jak  twarz  jednego  z  bohaterów  legendy  o  królu  Arturze  i
rycerzach Okrągłe​go Stołu.

- Oczywiście. Ale zawsze się dziwię, że są ludzie, którzy chcą i potrafią sprostać tylu trudom.

Upajała się jego widokiem, tą męską, szorstką, jakby wyrzeźbioną twarzą, zielonymi jak morze

oczami. Znowu zapragnęła się do niego przytulić, gotowa od​powiedzieć na każdą pieszczotę.

-  Lubię  duże  rodziny.  Przez  kilka  lat  byłam  jedynaczką.  Nie  czułam  się  samotna,  bo  zawsze

miałam  obok  tatę,  ale  wszystko  się  zmieniło,  kiedy  w  naszym  życiu  pojawiła  się  Natasza.  Dopiero
wtedy  staliśmy  się  prawdziwą  rodziną  Chciałam  mieć  siostrę  -  ciągnęła  -  ale  najpierw  urodził  się
Brandon i bardzo się ucieszyłam.

Nick też był jedynakiem, ale nie miał przy sobie ojca.

- A ja zawsze chciałem mieć brata - wyznał. - I w końcu miałem Zacka. Tylko że on wypłynął

w morze, a ja nie.

background image

Freddie  ból  ścisnął  serce  na  myśl  o  tym,  jak  bardzo  Nick  musiał  się  czuć  samotny,  będąc

chłopcem.

- To na pewno było dla ciebie ciężkie przeżycie...

-  Zrobił  to,  co  musiał.  Wtedy  wyglądało  to  tak,  jakby  mnie  zostawił.  Ale  jakoś  się  z  tym

uporałem.

Poczuła nagły przypływ miłości.

- A więc teraz znowu masz brata i wspaniałą dużą rodzinę. Nigdy już nie będziesz sam, chyba

że tego zechcesz. To dlatego ja chciałabym mieć co najmniej troje dzieci.

W jego mózgu zapaliło się ostrzegawcze światełko. Popatrzył na nią, później powoli przesunął

wzrok na sufit.

- Cóż - mruknął.

Oszczędny  w  słowach,  pomyślała  Freddie,  ale  nic  nie  powiedziała,  nawet  nie  westchnęła.

Dużo za wcześnie na myślenie o dzieciach. O ich dzieciach.

Nadeszła chwila, żeby zmienić temat, i Nick skwa​pliwie to wykorzystał.

- Chantel nie wygląda na matkę - zauważył.

- Ale jest matką. - Freddie uniosła brwi. - I jeśli nie masz nic przeciwko przyjacielskiej radzie,

nie powinieneś tak wytrzeszczać gał za każdym razem, kiedy wchodzi do pokoju.

-  Zazdrosna?  -  Spojrzał  na  nią  chytrze.  Zdumiała  go  i  uraziła,  wybuchając  serdecznym

śmiechem. Wprost trzęsła się ze śmiechu, aż musiała usiąść i spróbować jakoś złapać oddech. Widok
jego nachmurzonej miny tylko spotęgował ten wybuch niepohamowanej radości.

- Chyba przesadzasz - odezwał się wreszcie.

-  Zazdrosna...  -  powtórzyła  i  przycisnęła  dłoń  do  brzucha,  starając  się  uspokoić.  -  O  tak,

Nicholas.  Jestem  zazdrosna,  i  to  jak.  Niewątpliwie  Chantel  rzuci  Quinna  i  zrobi  w  swoim  sercu
miejsce  dla  ciebie.  Każdy  widzi,  że  oni  ledwo  ze  sobą  wytrzymują.  To  dlatego  w  powietrzu  aż
iskrzy, kiedy znajdą się w tym samym pokoju.

Ugodziła trochę jego męską ambicję.

-  No  dobrze  -  przyznał  -  ona  świata  nie  widzi  poza  mężem. A  swoją  drogą,  jak  on  znosi  te

wszystkie sceny miłosne, w których oglądają na ekranie?

- Bo wie, że ona nie gra, kiedy jest z nim. Tak myślę. - Przeciągnęła palcami po jego włosach. -

Oto na czym opiera się małżeństwo. Na zaufaniu i szacun​ku, tak samo jak na uczuciu i namiętności.

background image

W jego mózgu po raz drugi rozbłysło ostrzegawcze światełko.

-  Chyba  tak  -  przyznał,  uznając,  że  najwyższy  czas  znowu  zmienić  temat.  -  Zack  zzielenieje  z

zazdrości, kiedy wrócę i opowiem mu, że ją poznałem. Niektóre jej filmy oglądał tyle razy, że zna na
pamięć całe dialogi.

- A więc będziesz pękał z dumy.

- Żebyś wiedziała.

Odprężony i spokojny pochylił się nad nią. Była piękna i miała w sobie coś... magicznego, gdy

tak leżała w świetle srebrzystych promieni księżyca padających na łóżko. Włosy w nieładzie, tak jak
lubił, kąciki ust lekko uniesione, jakby uśmiechała się, my​śląc o czymś bardzo przyjemnym.

- Nie jesteś zmęczony? - spytał.

Przesunęła dłoń wzdłuż jego piersi. Myślała o czymś bardzo przyjemnym. Myślała o nim.

- Właśnie regeneruję siły.

- To dobrze. - Przetoczyła się na niego. - Za chwilę na pewno będziesz ich potrzebował.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Mówisz, że poznałeś Chantel O'Hurley. Tę Chantel O'Hurley?

- Właśnie mówię. - Nick patrzył na Zacka z nie ukrywaną dumą. Nie od dziś było wiadomo, że

blond bogini jest obiektem marzeń Zacka, przedmiotem jego „najskrytszych fantazji”, jak to określiła
Rachel.

-  Tę  samą  Chantel  O'Hurley,  której  filmy  na  wideo  kupujesz  natychmiast,  gdy  się  pojawią  w

sprzedaży.

- Nick wziął karton pustych opakowań po piwie, by je wynieść na podwórze.

- Zaczekaj chwilę. - Zack chwycił go za rękaw.

- To znaczy, że ją widziałeś na własne oczy? We własnej osobie?

- I to jakiej osobie! - przyznał Nick. - To jeszcze nie wszystko - dodał. - Siedziałem razem z nią

przy  stole,  i  to  niejeden  raz.  Jedliśmy  razem  kolację.  Oczywiście,  jej  siostrom  też  nic  nie  brakuje.
Obie...

- Dobrze, dobrze, o jej siostrach pomówimy później. Jedliście kolację, po prostu kolację, tak?

- Zack musiał się czegoś napić, bo z wrażenia wyschło mu w gardle. - Razem?

background image

- Tak, jadłem z nią kolację. - Oczywiście, że nie jedli tej kolacji sam na sam, towarzyszyli im

wszyscy domownicy z dziećmi włącznie, ale nie widział powodu, żeby wspominać o takich detalach.
- Mówiłem ci przecież, że zamierzam spędzić parę dni z Maddy i Reedem.

-  Nie  spodziewałbym  się  tego.  -  Zack  był  wyraźnie  poruszony.  -  Jeśli  naprawdę  jadłeś  z  nią

ko​lację, rozmawiałeś z nią, to powiedz, jaka ona jest.

Nick odwrócił się i ściągnął wargi, symulując po​całunek.

- Przestań, bo mnie wykończysz. - Zack, ofiara własnej wyobraźni, nie odstępował go na krok.

- Chodzi mi o to, jak ona wygląda, jak się porusza, co mówi?

- Świetnie wypełnia bikini - zażartował Nick.

- Bikini... - Zack przycisnął dłoń do serca. - Wi​działeś ją w bikini?

- Pływaliśmy razem w basenie. - W rzeczywistości on i Freddie grali z jej dziećmi w piłkę nad

base​nem. Ale któż by zwracał uwagę na takie drobiazgi.

- Pływałeś z nią? - Zack oddychał ciężko. - By​ła... mokra.

- Na ogół człowiek jest mokry, kiedy pływa.

W  trosce  o  swoje  ciśnienie  Zack  postanowił  odsunąć  od  siebie  obraz  Chantel  w  kostiumie

kąpielowym. Później uruchomi wyobraźnię i będzie się nim upajał.

- I rozmawiałeś z nią? O czym?

-  Przez  cały  czas.  Ma  bardzo  bystry  umysł.  To  też  dodaje  jej  uroku.  W  końcu  nie  jestem

zwierzęciem.

-  Zapytać  nie  wolno,  czy  co?  -  Bądź  co  bądź  te  marzenia  to  tylko  niewinna  rozrywka

szczęśliwie  żonatego  mężczyzny,  kochającego  swoją  żonę  i  pożądającego  jej.  -  Naprawdę  ją
poznałeś. - Westchnął i chwycił następny karton z butelkami.

- Nie tylko poznałem. Całowałem ją.

- Uważaj, bo ci uwierzę.

- Nie, masz rację. Nie całowałem jej.

- No więc jak?

- To ona mnie całowała. - Nick oparł się o skrzynki z piwem i dotknął palcem ust. - Tutaj, w

tym miej​scu.

- Chcesz mi wmówić, że Chantel O'Hurley poca​łowała cię w usta?

background image

- A czy ja bym cię okłamywał? Zack zastanowił się przez chwilę.

-  Nie  -  uznał  w  końcu.  -  Nie  zrobiłbyś  tego.  -  I  zanim  Nick  się  zorientował,  chwycił  go  w

objęcia, przyciągnął do siebie i pocałował w same usta.

- Do diabła, Zack! - Nick przetarł usta dłonią.

- Odbiło ci, czy co?

- Wyobraziłem sobie, że całuję ją - oznajmił Zack. - Każdemu facetowi wolno mieć marzenia.

- A więc trzymaj te marzenia z dala ode mnie.

- Nick jeszcze raz otarł usta. - Człowieku, a gdyby ktoś nas zobaczył?

- Nikogo tu nie ma, braciszku. A ja doceniam to, że przyszedłeś mi pomóc, skoro tylko wróciłeś

do miasta.

- Nie ma o czym mówić.

- A jak tam Freddie? Zadowolona z wizyty u sławnych i bogatych?

-  To  dla  niej  chleb  powszedni.  -  Nick  podrapał  się  w  kark.  -  Wychowała  się  wśród  takich

ludzi.

- Masz rację. Tutaj to ona jest po prostu naszą Freddie.

Przenieśli wszystkie pojemniki i sięgnęli po mro​żoną herbatę, którą Rio zostawił w lodówce.

-  Gorąco  jak  na  czerwiec  -  zauważył  Zack.  -  Musisz  sobie  zainstalować  klimatyzator  w

mieszkaniu.

- Tak, mam zamiar.

Zack  uznał,  że  nadeszła  chwila,  by  napomknąć  Nickowi  o  czymś,  co  od  pewnego  czasu  nie

dawało mu spokoju.

- Myślałem - zaczął - biorąc pod uwagę twoją karierę i wszystko... - Wszystko to była Freddie,

ale czas jeszcze nie dojrzał ku temu, by o tym mówić. - Może nie zechcesz tutaj zostać.

- Na górze?

- Tak, no i tutaj. W barze.

Nick zdziwiony odstawił szklankę z herbatą.

- Wyrzucasz mnie?

background image

-  Skąd!  Prawdę  mówiąc,  nie  wiem,  co  bym  bez  ciebie  zrobił. Ale  zacząłem  się  martwić,  że

czujesz się do czegoś zobowiązany. Chyba nie marzysz o pracy w barze przez całe życie.

- Ty też o tym nie marzyłeś - odparł spokojnie Nick.

-  To  co  innego  -  odparł  Zack,  ale  przerwał,  gdy  pochwycił  spojrzenie  Nicka.  -  W  porządku,

może i nie marzyłem, ale dokonałem takiego wyboru. I muszę przyznać, że kocham to miejsce, jestem
tu szczęśliwy. Ale nie chcę, żeby któryś z nas zapomniał o tym, że przed tobą jest inna przyszłość.

- Wciąż się o mnie troszczysz?

- Z przyzwyczajenia.

-  Cóż,  ustalmy  to  tak.  Prędzej  czy  później  będziesz  musiał  znaleźć  innego  barmana  i  innego

pianistę  na  pół  etatu. Ale  na  razie  praca  na  wieczornej  zmianie  nie  koliduje  z  komponowaniem. A
jeśli sztu​ka okaże się niewypałem, będę potrzebował jakiegoś zabezpieczenia.

- Nie będzie niewypałem.

- Masz rację, nie będzie. Ale na razie zostawmy wszystko tak jak jest. - Rzucił okiem na zegar i

zaklął  pod  nosem.  -  Już  jestem  spóźniony  -  rzucił.  -  Mieliśmy  z  Freddie  zacząć  pracę  pół  godziny
temu. No to na razie.

Zack,  zostawszy  sam,  poszedł  z  powrotem  do  baru.  Nie,  to  nie  jest  statek,  a  on  nie  stoi  przy

sterze. A Ra​chel nie jest blond gwiazdą z ekranów filmowych. Uśmiechnął się i dokończył herbatę.

A on jest bardzo szczęśliwym człowiekiem.

Nick uznał, że najwyższy czas wypróbować fortepian Freddie. Mimo zabawy, ciągłego ruchu i

pokusy,  żeby  spędzić  cały  czas  na  rozrywkach  i  wypoczynku  zamiast  pracy,  udało  im  się  podczas
pobytu u O'Hurleyów również trochę popracować i posunąć się dobry kawałek naprzód.

Po  powrocie  miał  co  prawda  ochotę  na  dzień  lub  dwa  przerwy,  ale  Freddie  nie  mogła  się

doczekać,  kiedy  znowu  zabiorą  się  do  pracy.  Tak  więc  zasiedli  po  południu  przy  fortepianie  w  jej
mieszkaniu, żeby ostatecznie dopracować partię chóru na zakończenie pierwszego aktu.

- W porządku - uznał Nick. - Dobrze się stało, że nie skończyliśmy tego, kiedy był z nami Frank

Jemu tylko choreografia w głowie.

- Cóż, podoba mi się, ale myślę...

- Przestań już myśleć. - Wziął ją w ramiona, gdy wstała.

- Zostaw - broniła się. - Nawet nie zaczęliśmy drugiego aktu.

- Odłóżmy to do jutra - zaproponował.

background image

- Dzisiaj - upierała się, usiłując wyswobodzić się z jego ramion! - Nick, jest środek dnia.

- To i lepiej.

- Przecież to ty zawsze powtarzałeś, że mamy pilną robotę.

- Tylko wtedy, kiedy próbowałem nie robić tego, co chcę zrobić teraz. - Chwycił ją na ręce i

rzucił na łóżko z takim rozmachem, że aż podskoczyła.

- Nie wykonaliśmy planu na dzisiaj - broniła się, gdy zaczął rozpinać koszulę. - Nie taki plan

miałam na myśli.

- Chcesz, żebym cię uwiódł?

-  Nie.  -  Przechyliła  głowę  i  rzuciła  mu  powłóczyste  spojrzenie.  -  Cóż,  może...  -  dodała  po

chwili na​mysłu. - Jeśli uważasz, że potrafisz.

Nick już rozpiął koszulę. Myśl o czekającym go wyzwaniu dodatkowo go podnieciła. Freddie

odwróciła wzrok, po czym znów go na niego skierowała, gdy usiadł na brzegu łóżka.

- Patrzenie na mnie trudno nazwać uwodzeniem - zauważyła.

- Lubię na ciebie patrzeć. Mógłbym to robić bez końca.

- To bardzo miłe, panie Romansowiczu.

-  Musisz  pamiętać,  że  nie  jesteś  do  końca  w  moim  typie,  jak  donoszą  wiarygodne  źródła.  -

Chwycił ją w pasie i przytrzymał mocno, gdy udając złość, chciała uciec z łóżka.

- Nie interesuje mnie to - stwierdziła lodowatym tonem. - Puść mnie.

- Ależ interesuje, i to bardzo. Widzę, jak bije ci puls na szyi. - Zbliżył do tego miejsca usta. -

Wali jak młotem.

- To ze złości - odparowała.

-  O  nie.  Kiedy  jesteś  naprawdę  zła,  robi  ci  się  tutaj  taka  kreska.  -  Przeciągnął  koniuszkiem

palców  między  jej  brwiami  i  uśmiechnął  się  na  widok  powstającej  zmarszczki.  -  O,  właśnie  tak.  -
Pocałował ją w czoło. Zmarszczka od razu zniknęła.

- Nie chcę, żebyś... - Słowa uwięzły jej w gardle, gdy poczuła na ustach jego wargi.

- Co?

- Żebyś... mmm. - Oczy zasnuły jej się mgłą.

- Właśnie tak myślałem.

background image

Czy  którykolwiek  mężczyzna  mógłby  się  oprzeć  jej  rozmarzonemu  spojrzeniu,  rozkosznemu

mruczeniu  podczas  długiego  niespiesznego  pocałunku?  I  tak  właśnie  pragnął  się  z  nią  kochać.
Niespiesznie, długo, żeby jego ciało mogło odczuć najsubtelniejsze zmiany w jej ciele. Dotknięcie, i
już się ku niemu uniosła. Pomrukiwanie, i westchnęła z radości.

Wydawało się, że nie ma takiej rzeczy, którą mógłby zrobić lub o którą poprosić, żeby na nią

ochoczo  nie  przystała.  Chciał  ją  widzieć  całą,  w  promieniach  południowego  słońca  wpadającego
przez  okna,  przy  dźwiękach  ruchu  ulicznego  i  hałasów  dobiegających  z  dołu.  Powoli  i  cierpliwie
rozpinał guziki jej bluzki, jeden po drugim, nie spiesząc się.

Pod  spodem  miała  obcisłą  bawełnianą  koszulkę  wykończoną  koronką.  Wsunął  pod  nią  dłoń,

usłyszał przyspieszony oddech.

Zawsze tak jest, przemknęło jej przez głowę. Cudownie, naturalnie, czule. Niezależnie od tego,

czy kochają się namiętnie czy spokojnie, niespiesznie czy gorączkowo, zawsze jest tak samo prosto i
naturalnie.

Perfekcyjnie.

Wzbierało  w  niej  pożądanie,  rozkwitało  niczym  kwiat  róży,  płatek  po  płatku.  To  takie  łatwe

otworzyć się dla niego, zespolić się z nim tak, by ich usta utopiły się w sobie, a ciała tworzyły jedno
ciało.

Musnął  ją  powiew  wiatru  od  okna,  tak  leniwy  jak  jego  dłonie.  Jej  skóra  stawała  się  na

przemian raz ciepła, raz chłodna, ciepła i chłodna. Dźwięki ulicy i promienie słońca zdawały jej się
snem, wytworem fantazji i wyobraźni. Stopniowo zatracała poczucie rzeczywistości.

Wygięła się w łuk, by ułatwić mu ściągnięcie koszulki, opuszczenie spodni. W rewanżu zsunęła

mu z ramion koszulę i przeciągnęła dłońmi wzdłuż opalo​nych muskularnych ramion.

Nie  była  pewna,  w  którym  momencie  tempo  zaczęło  się  zwiększać,  a  fala  gorąca  wzbierać.

Czuła  się  tak,  jakby  w  jej  żyły  sączył  się  narkotyk,  wprowadzając  ją  w  stan  cudownego
oszołomienia. Przywarła do niego, ocierając się gorączkowo o jego ciało.

- Teraz, Nick, teraz - szepnęła i położyła się na nim.

Rozkosz,  jaka  go  ogarnęła,  była  niespodziewana  i  gwałtowna.  Zachłanna,  przemożna,  groźna,

do gra​nic bólu i wytrzymałości. Zadrżał. Nikt nigdy nie dał mu tego co ona.

Z żadną kobietą nie doświadczył podobnych do​znań.

- Teraz - szepnęła. - Teraz...

Uniosła  się  jeszcze  raz  i  opadła  na  niego.  Chwycił  ją  za  biodra  i  znowu  uniósł  w  górę.

Zapomniał,  gdzie  jest,  zapomniał  o  czasie,  zapomniał  o  rzeczywistości.  Była  tylko  ona  i
wszechogarniająca, obezwładniająca moc pożądania.

background image

Leżeli obok siebie wyczerpani i szczęśliwi. Myślał o ich związku. Nigdy nie stworzył dla niej

romantycznego  nastroju.  Nie  było  kolacji  przy  świecach  i  winie,  długich  spacerów  i  cichych
zakątków.

Zasługiwała  na  to.  Zasługiwała  na  więcej,  niż  jej  dawał. Ale  przecież,  usprawiedliwiał  sam

siebie, od początku próbował ją przekonać, że zasługuje na więcej, niż on jej może zaoferować. Nie
słuchała go, a więc jedyne co mógł zrobić, to dać jej tyle, ile mógł.

Pragnąłby móc dać jej wszystko.

Skąd ta myśl? - zastanawiał się. Kłębiły się w nim różne uczucia, rozgrzewając go jak płomień,

rozbrzmiewała  w  nim  jak  muzyka.  Kiedy  pożądanie  zmieniło  się  w  tęsknotę,  a  tęsknota  w  miłość?
Nie wiedział.

Ostrożnie, ostrożnie, ostrzegał się. Będzie zgubą dla nich obojga, jeśli pozwoli, by to, co kłębi

się w jego duszy, wymknęło się spod kontroli. Lepiej powstrzymać ciąg myśli i udawać, że nigdy nie
my​ślał o niczym więcej jak o spędzeniu z nią romantycz​nego wieczoru przy świecach.

- Masz niezłe ciuchy w tej szafie - zauważył. Zdziwiło ją, że zwrócił uwagę na jej garderobę.

-  Nawet  w  Wirginii  Zachodniej  staramy  się  od  czasu  do  czasu  kupić  i  nosić  coś

oryginalniejszego niż dżinsy i golfy.

- Czemu się denerwujesz, podoba mi się zachod​nia Wirginia.

To tam się wychowywała, w dużym domu z antykami i gospodynią zaangażowaną na stałe. On

zaś  wychowywał  się  w  barze  i  na  ulicy  pod  opieką  ojczyma,  który  trochę  za  często  zaglądał  do
kieliszka. Pa​miętaj o tym, LeBeck, zanim przyjdą ci do głowy szalone pomysły.

- Pomyślałem sobie, że mogłabyś włożyć coś z tych ciuchów i wyszlibyśmy.

- Wyszli? - Usiadła, mrużąc oczy. - Dokąd?

- Dokąd zechcesz. - Wolałby, żeby nie patrzyła na niego tak, jakby właśnie dał jej obuchem w

głowę.  Przecież  przedtem  już  razem  wychodzili,  jeżeli  można  to  tak  określić.  -  Mam  trochę
znajomości - dodał.

-  Mogę  kupić  bilety  na  jakieś  przedstawienie.  Nie  moje  -  dodał  szybko,  zanim  zdążyła

cokolwiek powiedzieć. - Nie chcę, żeby kawałki, które piszę, kon​kurowały ze sobą w mojej głowie.

Przesunęła się trochę, zachwycona pomysłem randki.

- Trochę za późno, żeby kupić bilety na dzisiaj - zauważyła.

- Nie, jeśli się wie, do kogo zadzwonić. - Przesunął palcem wzdłuż jej ramienia. Westchnęła.

Zastanawiała  się,  czy  Nick  uzmysławia  sobie,  że  wciąż  jej  dotyka,  czy  też  robi  to  bezwiednie.  -
Potem mogliby​śmy pójść gdzieś na kolację. Może do tej francuskiej restauracji, którą tak lubisz.

background image

To nie zwyczajna randka, pomyślała oszołomiona. To randka nadzwyczajna.

- Byłoby miło - rzekła, nie bardzo wiedząc, jak zareagować, ale on już był na nogach i chwycił

swoje ubranie.

- A więc zbieraj się - powiedział. - Ja tylko wyko​nam parę telefonów i spotkamy się u mnie. Za

go​dzinę.

Nachylił się, pocałował ją szybko w policzek i już go nie było. Freddie przez dłuższą chwilę

pozostawała w bezruchu, oniemiała ze zdziwienia.

Może on i nie jest Lancelotem, pomyślała, potrząsając głową, ale w zbroi czy bez, potrafi być

ryce​rzem.

Całą  godzinę  zajęły  jej  przygotowania  do  wyjścia.  Miała  nadzieję,  że  Nickowi  będzie  się

podobała  jedwabna  suknia  bez  ramion  w  ciemnofioletowym  kolorze.  Ale  kiedy  omal  nie  złamała
obcasa na jakiejś nierówności chodnika, żałowała, że nie umówili się u niej.

Przemknęła  obok  Rio,  pomachawszy  mu  ręką,  i  wykonała  szybki  piruet,  gdy  zagwizdał  z

zachwytu na jej widok. Zapukała do drzwi na górze i od razu weszła do środka.

- Tym razem ty jesteś spóźniony - zawołała.

- Pomagałem Zackowi wyładować towar.

- Ach tak. - Skubnęła dolną wargę. - Nawet nie pomyślałam, że możesz mieć zmianę.

- Nie, dziś mam wolny wieczór.

Wyszedł  z  sypialni,  wciągając  po  drodze  marynarkę.  Obrzucił  ją  wzrokiem  i  skinął  głową  z

aprobatą.

- Bardzo ładna.

- Tylko tyle? - Przekrzywiła kokieteryjnie głowę.

- Nie. - Chwycił ją w ramiona, uniósł na palce i całował tak długo, aż zabrakło jej tchu.

- W porządku - wykrztusiła wreszcie, z trudem łapiąc oddech. - Teraz lepiej.

Nick, nagle zdenerwowany, wypuścił ją z objęć.

-  Mamy  jeszcze  dość  czasu  na  drinka,  zanim  zacznie  się  przedstawienie.  Może  będę  twoim

osobistym barmanem?

- Czemu nie? Białe wino według wyboru barma​na.

background image

- Myślę, że mam coś, co ci będzie odpowiadało.

- Wyjął butelkę cristalu ze schowka Zacka.

- O! - Freddie aż jęknęła. - Ten wieczór na pewno będzie wart zapamiętania.

- A widzisz. - Doszedł do wniosku, że lubi ją zaskakiwać, sprawiać jej niespodzianki. Wyjął

korek z zawodową wprawą i rozlał wino do dwóch kieliszków, które kiedyś przyniósł z baru. - Za
więzy ro​dzinne - powiedział, wznosząc toast.

- O co ci właściwie chodzi? - uśmiechnęła się.

- Nie bardzo mogę się zorientować, do czego zmie​rzasz.

I  znowu  poczuł  znany  ucisk  w  żołądku  i  koło  serca.  Wezbrała  w  nim  tęsknota  połączona  z

pożądaniem.

- Sam dobrze nie wiem - przyznał.

Ale  ten  fakt  nie  denerwował  go,  choć  powinien  być  zdenerwowany.  Był  szczęśliwy.  Wprost

niewiarygodnie,  totalnie  szczęśliwy.  Za  każdym  razem,  gdy  na  nią  popatrzył,  czuł  się  szczęśliwszy.
Mógłby tak na nią patrzeć do końca życia.

Oddychał z trudem.

- Nic ci nie jest? - Freddie dała wyraz swej troski, klepiąc go po plecach.

-  Nie,  wszystko  w  porządku.  Czuję  się  świetnie.  Teraz  z  kolei  ona  poczuła  lekkie

zdenerwowanie.

Odstąpiła o krok do tyłu.

- Dlaczego tak na mnie patrzysz? - spytała z nie​pokojem.

- Jak?

- Jakbyś mnie nigdy przedtem nie widział.

- Nie wiem - skłamał.

Doskonale  wiedział  dlaczego:  bo  nigdy  przedtem  nie  patrzył  na  nią  oczami  zakochanego

mężczyzny.  Stała  się  rzecz  w  najwyższej  mierze  zdumiewająca:  zakochał  się  po  uszy  w  kobiecie,
która była jego naj​bliższym przyjacielem.

- Siądźmy. - Czuł, że musi usiąść.

- Dobrze. - Ostrożnie przysiadła na kanapie. - Nick, ty się źle czujesz. Może lepiej zrezygnujmy

background image

z teatru.

- Nie, nic mi nie jest. Czy nie powiedziałem, że czuję się Świetnie?

- Ale nie wyglądasz dobrze. Jesteś blady.

Tak przypuszczał. Nigdy przedtem nie był w nikim zakochany. Podrywał dziewczyny, uwodził,

bawił się nimi, ale teraz wyglądało na to, że to on przepadł z kretesem.

Przez Freddie. Ona była tego przyczyną.

Zaczął się już przyzwyczajać do tego, że może się z nią kochać. Ale zakochać się to całkiem co

innego.  Nie  mógł  teraz  myśleć  o  niczym  innym.  To  uczucie,  tak  dla  niego  nowe  i  nieznane,
zawładnęło nim w spo​sób przemożny.

- Wiesz, Fred... sprawy między nami bardzo szybko posuwają się naprzód.

Uniosła brwi ze zdziwieniem.

- Uważasz, że dziesięć lat to szybko?

- Wiesz dobrze, o czym mówię. - Machnął ręką.

- Myślałem, że potrafię rozgraniczyć sprawy zawo​dowe i prywatne.

Przeszedł ją zimny dreszcz. Przeraziła się.

- Próbujesz się mnie łagodnie pozbyć, Nick? - spytała, starając się zachować spokój.

- Skąd - oburzył się. Sama myśl o jej utracie była niewyobrażalna. - Nie - powtórzył i chwycił

jej dłoń tak mocno, aż jęknęła. - Chcę cię, Fred, właśnie za​czynam sobie uświadamiać, jak bardzo.

Serce na chwilę jej zamarło.

- Masz mnie, Nick - szepnęła. - Zawsze będziesz mnie miał.

-  Wszystko  się  zmieniło.  -  Nie  bardzo  wiedział,  jak  to  wyrazić,  żeby  jego  słowa

usatysfakcjonowały  ich  oboje,  ale  musiał  jakoś  dać  jej  do  zrozumienia,  co  czuje.  -  Nie  dlatego,  że
poszliśmy razem do łóżka. Nie dlatego, że to, co przeżywam z tobą, jest inne, silniejsze od tego, co
dotąd przeżywałem.

- Nick. - Przepełniona miłością przycisnęła ich splecione dłonie do twarzy. - Nigdy przedtem

tak do mnie nie mówiłeś. Nie przypuszczałam, że to nastąpi.

On też nie. Teraz bał się, że nie potrafi dostatecznie szybko dobrać odpowiednich słów.

- Nie chcę niczego przyspieszać, Fred, nie chcę nalegać, ale myślę, że powinnaś wiedzieć...

background image

Odgłos  ciężkich  kroków  na  schodach  sprawił,  że  Nick  zaklął  głośno.  Żadne  z  nich  się  nie

poruszyło, gdy w progu stanął Rio. Miał poważną i zaniepokojo​ną minę.

- Nick, lepiej zejdź szybko na dół - powiedział.

Nick poczuł, jak strach ściska mu gardło.

- Zack?

- Nie, nie Zack. - Rio popatrzył na Freddie błagal​nym wzrokiem. - Ale lepiej zejdź.

- Zaczekaj - rzucił Nick do Freddie, ale Rio za​oponował.

- Niech też zejdzie. Może pomóc. - Kiedy Nick mijał go, położył mu dłoń na ramieniu. - Chodzi

o Marlę.

Nick  zatrzymał  się,  odwrócił  do  Freddie.  Nie  było  sposobu,  żeby  nie  wciągnąć  jej  w  tę

sprawę.

- Bardzo z nią źle? - spytał.

Kucharz tylko potrząsnął głową i poczekał, aż Nick z Freddie wyjdą. Imię Marla nic Freddie

nie mówiło. Myślała, że może to któraś z dawnych kochanek Nicka wtargnęła do baru powodowana
za​zdrością albo, co gorsza, pijana.

Ale  widok,  jaki  ukazał  się  jej  oczom,  gdy  weszli  do  kuchni,  zaprzeczył  takim  domysłom.

Kobieta  była  ciemna,  szczupła  i  kiedyś  musiała  być  ładna,  zanim  zmartwienia  i  ciężka  praca
wyżłobiły  głębokie  bruzdy  w  jej  twarzy.  Trudno  było  jednak  powiedzieć  coś  więcej,  gdyż  była
poraniona i posiniaczona.

Siedziała  w  milczeniu,  za  nią  stał  chłopiec  z  zapadłymi  oczami,  kurczowo  się  trzymając

oparcia  jej  krzesła,  a  u  jej  stóp  siedziała  mała  dziewczynka  z  palcem  w  buzi.  Kobieta  trzymała  na
kolanach może trzy​miesięczne, popłakujące niemowlę.

Nick  chciał  na  nią  krzyknąć,  chciał  potrząsnąć  tą  kobietą,  tą  dziewczyną,  którą  kiedyś  znał  i

niemal  pokochał,  by  przestała  patrzeć  tym  pustym,  przeraźliwie  beznadziejnym  spojrzeniem  zbitego
psa. Nie zrobił tego jednak. Podszedł do niej i delikatnie ujął ją za brodę. Uniosła ku niemu wzrok. Z
jej oczu spłynę​ła pierwsza łza.

- Przepraszam, Nick. Wybacz mi. Nie wiedzia​łam, dokąd pójść.

- Nigdy nie przepraszaj, kiedy tu przychodzisz. Nie musisz za nic przepraszać. Cześć, Carlo. -

Uśmiechnął się lekko do chłopca i delikatnie przesu​nął dłoń po jego ramieniu.

Carlo  zesztywniał  i  jeszcze  bardziej  zamknął  się  w  sobie.  Wiedział,  że  dużym  dłoniom  nigdy

nie moż​na ufać.

background image

- A kimże jest ta duża dziewczynka? To Jenny? Ależ ty urosłaś. - Nick podniósł ją i przytulił.

Nie  wyjmując  palca  z  buzi,  położyła  głowę  na  jego  ramieniu.  -  Rio,  usmaż  dzieciakom  parę
hamburgerów, do​brze? - zwrócił się do kucharza.

- Już to robię.

- Jenny, chcesz usiąść na blacie i popatrzeć, jak Rio gotuje?

Dziewczynka skinęła głową. Nick posadził ją na kontuarze. Carlo stanął obok.

-  Nie  chcę  ci  sprawiać  kłopotu,  Nick  -  zaczęła  Marla,  poruszając  się  miarowo,  by  ukołysać

nie​mowlę.

- Chcesz kawy? - Nie czekając na odpowiedź, wziął dzbanek. - Marlo, dziecko jest głodne.

- Wiem. - Z ogromnym wysiłkiem pochyliła się i sięgnęła po papierową torbę, która leżała na

podło​dze obok krzesła. - Nie mam pokarmu, ale dostałam parę odżywek.

- Przygotuj je. - Freddie z nieśmiałym uśmie​chem wyciągnęła ręce. - Potrzymam małą, dobrze?

- Oczywiście. To dobre dziecko. Tylko że... - Marla zaczęła cicho płakać.

-  Wszystko  będzie  dobrze  -  uspokajała  ją  Freddie,  biorąc  na  ręce  dziewczynkę.  -  Teraz

wszystko będzie dobrze.

- Jestem taka zmęczona - powiedziała Marla. - To dlatego, że jestem zmęczona.

- Nie. - Nick postawił przed nią kawę. - Nie uda​waj. Znowu cię pobił, tak?

- Nick. - Freddie popatrzyła wymownie w kie​runku dzieci.

-  Myślisz,  że  one  nie  wiedzą,  co  się  dzieje?  -  zapytał,  ściszając  jednak  głos.  -  Wróć  do

rzeczywistości.  -  Usiadł  obok  Marli  i  włożył  jej  w  dłonie  kubek  z  kawą.  -  Czy  tym  razem
zawiadomisz wreszcie poli​cję?

- Nie mogę, Nick. - Skuliła się, słysząc gniewny pomruk z jego strony. - Nie wiem. co by wtedy

zro​bił. On jest szalony, Nick. Wiesz, w jaki szał wpada Reece, kiedy się upije.

-  Wiem.  -  Potarł  dłonią  pierś.  Miał  blizny,  które  nie  pozwalały  mu  o  tym  zapomnieć.  -

Mówiłaś, że go zostawisz.

-  Zostawiłam  go.  Przysięgam,  że  zostawiłam.  Tobie  bym  nie  kłamała,  Nick.  Byłam  w  tym

mieszkaniu, które mi załatwiłeś przed urodzeniem dziecka. Nie przyjęłabym go z powrotem, nie po
tym, co się stało ostatnim razem.

Ostatnim  razem,  jak  pamiętał  Nick,  Reece  zrzucił  ją  ze  schodów.  Była  w  szóstym  miesiącu

ciąży.

background image

- A więc skąd ta przecięta warga, podbite oko? Popatrzyła ze znużeniem na kubek i podniosła

go mechanicznie do ust. Rio postawił przed nią talerz.

- Wezmę dzieci do baru, żeby zjadły - powiedział.

- Dzięki. - Otarła łzy. - Bądźcie grzeczni, dobrze? Nie róbcie kłopotu panu Rio. - Uśmiechnęła

się  nieśmiało,  gdy  Freddie  usiadła,  by  nakarmić  niemowlę.  -  Ma  na  imię  Dorothy  -  powiedziała.  -
Jak w „Czarodzieju z krainy Oz”. Dzieci je wybrały.

- Jest śliczna.

- I dobra. Prawie nie płacze i śpi przez całą noc.

- Marla - przerwał jej Nick, lekko już zniecierpli​wiony.

Kobieta głęboko zaczerpnęła powietrza.

- Zadzwonił do mnie, że chce zobaczyć dzieci - wyjaśniła.

- Ma w nosie dzieci.

-  Wiem.  -  Wargi  Marli  drżały,  ale  starała  się  opanować.  - Ale  miał  taki  smutny  głos,  więc

pozwoliłam mu raz przyjść. Przyniósł im lody, no to miałam na​dzieję, że może tym razem...

Przerwała, wiedząc, że ta nadzieja była więcej niż płonna. Była zabójcza.

- Nie chciałam pozwolić mu wrócić, ani nic takiego. Wyglądało, że mogę czasem pozwolić mu

zobaczyć  dzieci.  Jeśli  będę  pewna,  że  nie  jest  pijany  i  nie  będzie  się  ciskał. Ale  dziś  wieczór,  jak
przyszedł, to byłam z małą w łazience. Jenny go wpuściła. Było już za późno, Nick. Zobaczyłam, że
jest pijany, i kazałam mu się wynosić. Ale było już za późno.

- W porządku. Uspokój się. - Wstał, żeby wziąć lód, i przyłożył go do jej opuchniętych warg.

Ale  ona  nie  była  w  stanie  się  uspokoić.  Teraz,  kiedy  już  zaczęła,  musiała  wyrzucić  z  siebie

wszystko, wy​lać cały swój ból. Niczym truciznę, do której wypicia ją zmuszono.

-  Zaczął  rzucać  różnymi  przedmiotami  i  wrzeszczeć.  Zamknęłam  dzieci  w  łazience,  żeby  nie

mógł im nic zrobić. To go tylko jeszcze bardziej rozjuszyło. Rzucił się na mnie. Nie wiem, jak udało
mi  się  uciec,  ale  dostałam  się  do  łazienki  i  zamknęłam  się  tam  razem  z  dziećmi.  Wyszliśmy  po
schodach przeciwpoża​rowych. I przybiegliśmy tutaj.

-  Nick,  weź  małą  -  powiedziała  Freddie  i  wstała,  podając  mu  niemowlę.  -  Zaczekaj,  obmyję

cię - zwróciła się do Marli i przyłożyła do rany kobiety zmoczoną ściereczkę.

Przecierała zadrapania, oczyszczała zranienia, przez cały czas przemawiając do niej łagodnie.

Mówiła  o  dzieciach  Marli,  o  jej  nowo  narodzonej  córeczce.  Kiedy  Marla  zaczęła  odpowiadać,
usiadła i wzięła ją za rękę.

background image

- Są takie miejsca, gdzie mogłabyś pójść - tłuma​czyła. - Byłabyś tam bezpieczna, ty i dzieci.

-  Musi  zawiadomić  policję  -  upierał  się  Nick.  Mimo  poirytowania  tulił  do  siebie  śpiącą

dziewczynkę.

-  Zgadzam  się  z  nim.  -  Freddie  wzięła  kawałek  lodu  i  podała  Marli.  - Ale  rozumiem,  że  się

boisz. Tylko pamiętaj, że oni znajdą ci schronisko dla samo​tnych matek.

-  Nick  mówił,  że  powinnam  już  dawno  zgłosić  się  na  policję,  ale  myślałam,  że  sama  sobie

poradzę.

- Każdy czasem potrzebuje pomocy.

Marla przymknęła oczy i próbowała wykrzesać z siebie choćby odrobinę odwagi.

- Nie mogę pozwolić, żeby krzywdził moje dzieci. Jeżeli powiesz, że mam pójść na policję, to

pójdę - zwróciła się do Nicka.

To  było  więcej,  niż  się  spodziewał.  Wiedział,  że  decyzję  Marli  zawdzięcza  w  dużej  mierze

Freddie.

-  Fred,  na  dole  przy  telefonie  jest  numer.  Zapisany  pod  „Karen”.  Zadzwoń  tam,  poproś  ją  do

telefonu i wyjaśnij, o co chodzi.

- Dobrze. - Gdy wychodziła, znowu usłyszała płacz Marli.

Już  prawie  wszystko  uzgodniła,  gdy  wszedł  Nick.  Przez  chwilę  ją  obserwował,  szczupłą

zgrabną kobietę w eleganckiej sukni.

- Muszę cię jeszcze wykorzystać, Fred - powiedział. - Przykro mi, że ten wieczór nam się nie

udał, ale to jeszcze nie koniec.

- W porządku, ale nie bardzo wiem, o co ci cho​dzi. Och, Nick, jak mi żal tej kobiety.

-  Chciałbym,  żebyś  ją  zawiozła  do  schroniska  dla  samotnych  matek.  Mężczyzna  nie  powinien

jej tam towarzyszyć. Trudno się dziwić. A ja byłbym spokojniejszy, wiedząc, że pomożesz jej się tam
jakoś urzą​dzić.

- Oczywiście, pojadę z przyjemnością. Wrócę...

- Nie, jedź potem do domu - rzekł rozkazującym tonem. - Jak wszystko załatwisz, jedź do domu.

Ja mam jeszcze coś do zrobienia.

- Ale Nick...

- Nie mam czasu na dyskusje - uciął i wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi.

background image

Miał  coś  do  załatwienia.  Przypuszczał,  że  niewiele  czasu  zajmie  mu  odnalezienie  swego

dawnego  szefa  gangu.  Reece  wciąż  obracał  się  w  tych  samych  rewirach  co  przed  laty,  kiedy  byli
nastolatkami. Przemierzał te same ulice i te same podejrzane spelunki, gdzie za parę dolarów każdy
mógł kupić narkotyk, alkohol czy kobietę.

Znalazł  Reece'a  pochylonego  nad  szklanką  whisky  kilka  przecznic  od  swego  baru.  W

pomieszczeniu  panował  półmrok.  Powietrze  było  przesycone  dymem  i  wonią  tłuszczu,  podłoga
zasypana niedopałkami i łupinami orzeszków. Wódka była tu tania i dostępna w każdej ilości.

- Reece - zwrócił się do samotnego mężczyzny, który przycupnął przy końcu baru ze wzrokiem

utkwionym w szklance.

Przytył  w  ciągu  tych  lat,  ale  nie  były  to  mięśnie  wyrobione  w  czasie  ćwiczeń,  lecz  obrzęk

opilczy.

Mężczyzna powoli obrócił się na stołku i szyderczo spojrzał na Nicka.

- Kogóż to ja widzę - odezwał się. - O ile mnie wzrok nie myli, to sam LeBeck, we własnej

osobie.  Gus,  podaj  mojemu  przyjacielowi  drinka  jak  dżentelmenowi,  a  mnie  dolej.  Zapisz  na  jego
rachunek. - Ta myśl tak go rozbawiła, że omal nie stoczył się ze stołka.

- Oszczędź sobie - zwrócił się Nick do barmana.

- Cóż to, nie napijesz się ze starym przyjacielem, LeBeck? Nie zasługuję na to, co?

- Nie piję z ludźmi, którzy do mnie strzelają.

- Ejże, nie mierzyłem w ciebie. - Reece postawił na kontuarze szklankę i pchnął ją w kierunku

barmana,  sygnalizując,  by  mu  ją  napełnił.  -  I  odsiedziałem  swoje,  zapomniałeś?  Pięć  lat,  trzy
miesiące, dziesięć dni. - Wyjął pogniecioną paczkę papierosów i wyciągnął jednego zębami. - Wciąż
wkurzony  o  Marlę?  Ona  zawsze  na  mnie  leciała,  stary.  Do  diabła,  obrabiałem  ją,  a  ty  myślałeś,  że
jest tylko twoja.

- Mądrzy ludzie powiadają, że co było, a nie jest... Ale ty nigdy nie byłeś za mądry. A co do

Marli, to musimy pogadać. Tu i teraz.

- To moja kobieta i mój biznes. Taka jest prawda.

- Może była. - Nick pochylił się nad Reece'em. Oczy pałały mu gniewem. - Nie waż się do niej

zbliżyć - ostrzegł. - Nigdy więcej. Jeśli to zrobisz, zabiję cię - rzekł spokojnie, lecz na tyle dobitnie,
że barman sięgnął po ukryty pod blatem pistolet.

Reece tylko parsknął. Pamiętał Nicka sprzed lat. Nigdy nie rzucał słów na wiatr.

- Ta suka znowu poleciała do ciebie?

-  Sądzisz,  że  nic  takiego  się  nie  stało,  co?  Rozerwana  warga,  parę  zadrapań,  to  mało?  Tym

background image

razem nie musiała jechać do szpitala.

- Mężczyzna ma prawo pokazać babie, kto tu rządzi. - Reece wypił duży łyk whisky. - Sama się

o to prosiła. Wiedziała, że nie chcę tego bachora, Do diabła, ten pierwszy nawet nie jest mój, ale go
wziąłem,  co  nie?  Wziąłem  ją  i  tego  bękarta.  No  to  nie  gadaj  mi,  że  nie  mogę  nauczyć  mojej  starej
rozumu.

-  Nie  zamierzam  ci  nic  mówić.  Zamierzam  ci  pokazać.  -  Nick  wstał  z  krzesła,  -  Podnieś  się,

Reece.

Oczy Reece'a pociemniały na myśl o bójce i krwi.

- Chcesz się bić, bracie? - spytał.

- Wstawaj - powtórzył Nick. Widząc, że barman umyka poza zasięg jego wzroku, Nick sięgnął

po portfel. Wyjął parę banknotów i rzucił je na blat. - To powinno pokryć straty.

Barman chwycił pieniądze, przeliczył je i skinął głową.

- Nie ma problemu - powiedział.

- Prosisz się, żeby ci dołożyć, LeBeck. - Reece zsunął się ze stołka. - No to dalej, do roboty.

Gdy pokazała się pierwsza krew, kelnerka wymknęła się na zewnątrz. Kilku gości okrążyło ich,

spodziewając się niezłej zabawy.

Może  Reece  i  był  pijany,  ale  alkohol  dodał  mu  tylko  chęci  walki.  Jego  potężna  pięść  trafiła

Nicka w skroń, druga w żołądek. Nickowi pociemniało w oczach. Skulił się na moment, ale gdy się z
powrotem  wyprostował,  uderzył  Reece'a  prosto  w  szczękę.  Bił  go  teraz  metodycznie,  wymierzając
cios za cio​sem. Z nosa Reece'a trysnęła krew. Oparł się ciężko o stół, omal go nie przewracając.

Targany  furią,  rzucił  się  na  Nicka  jak  wściekły  byk,  uderzając  raz  głową,  raz  pięścią.  Nick

starał się uchylać przed ciosami. Zapędzony w kąt, nie miał jednak dużej możliwości manewru. Gdy
Reece pchnął go całym sobą Nick upadł i niemal natychmiast poczuł ręce Reece'a zaciskające się na
gardle. Z trudem łapał powietrze. Zdesperowany, doprowadzony do ostateczności, walczył jak lew,
starając się wyswobodzić z uścisku przeciwnika.

W końcu udało mu się go obezwładnić. Pochylił się nad nim i w zapamiętaniu dalej okładał go

pięściami. Twarz Reece'a pokryła się krwią Nick, zaślepiony nienawiścią, stracił nad sobą kontrolę.
Atakował, mi​mo że przeciwnik już nie bronił się, nie poruszał.

- Dość. - Barman i dwóch gości odciągnęło go od leżącego na podłodze Reece'a. - Nie chcę,

żeby  ktokolwiek  został  w  moim  barze  pobity  na  śmierć.  Zrobiłeś,  po  co  przyszedłeś,  a  teraz  się
wynoś.

Nick wstał i wierzchem dłoni otarł z twarzy krew.

background image

- Powiedz mu, że jak jeszcze raz podniesie rękę na kobietę, to dokończę to, co zacząłem.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Freddie  odwiozła  Marlę  z  dziećmi  do  schroniska  dla  samotnych  matek.  W  drodze  powrotnej

zastanawiała  się  nad  wydarzeniami  dnia.  Bóg  jej  świadkiem,  że  była  wykończona  fizycznie  i
psychicznie jak jeszcze nigdy w życiu. Nie widziała całego schroniska, weszła zaledwie do holu, ale
od  razu  zorientowała  się,  że  to  miejsce  nie  było  bezduszną  instytucją  socjalną,  w  której  człowiek
czułby się zagubiony i samotny. Nick dokonał właściwego wyboru.

Na  ścianach  wisiały  rysunki  dzieci,  niewielki  pokój  dzienny,  do  którego  zajrzała  z  holu,  był

urządzony skromnie, ale wygodnie. Kobieta, która ich przyjęła, wyglądała co prawda na zmęczoną,
ale miała miły, kojący głos. Ostatni widok, jaki Freddie zapamiętała, to Marla prowadzona przez nią
na górę. Kobieta, pochylona, mówiła coś do niej półgłosem.

Zastanawiała się, czy wracać do domu. Mimo że Nick na to nalegał, skierowała się jednak do

baru, by na niego zaczekać.

- Spodziewałem się, że wrócisz - powiedział Rio na jej widok. - Marla i dzieci są bezpieczne?

- upew​nił się.

-  Tak.  -  Usiadła  przy  stole  i  odetchnęła  z  ulgą.  Wydaje  mi  się,  że  to  odpowiednie  miejsce.

Będzie  się  tam  dobrze  czuła.  Myślę,  że  ona  nawet  sobie  nie  uświadamiała,  gdzie  się  znalazła.  Po
prostu poszła za mną tam, gdzie ją zaprowadziłam.

- Zrobiłaś wszystko, co mogłaś. - Rio postawił przed nią talerz. - A teraz coś zjedz. Musisz być

głod​na jak wilk.

- Pewnie, że zjem. - Freddie wzięła widelec i nabrała kawałek kurczaka z ryżem. - Kim jest ta

kobie​ta, Rio?

- Kiedyś była dobrą znajomą Nicka, ale kiedy przeniósł się tutaj z Zackiem i Rachel, przestali

się widywać. Kiedy zaszła w ciążę pierwszy raz, jej ro​dzina wyrzuciła ją z domu.

- Straszne - oburzyła się Freddie. - Jak ludzie mo​gą być tak bez serca? A co z ojcem chłopca?

-  Myślę,  że  ani  ona,  ani  Carlo  w  ogóle  go  nie  obchodzili.  -  Rio  wzruszył  ramionami.  -  W

każdym razie to nie jest chłopak Nicka.

-  Nie  musisz  mi  tego  mówić,  Rio.  Nick  nigdy  by  ich  nie  zostawił  bez  opieki.  -  Odłożyła

widelec i po​tarła ręką twarz. - Czy ten mężczyzna, który jej to zrobił, który ją pobił, to ojciec Carla?

-  Nie.  Dopiero  cztery  lata  temu  się  z  nim  związała.  Kiedy  chłopiec  się  urodził,  siedział  za

kratkami.

- Prawdziwy książę z bajki.

background image

- O, Reece to wspaniały sukinsyn, nie ma co mówić. - Zamiast kawy, której się spodziewała,

Rio po​stawił przed nią filiżankę ziołowej herbaty. - Mam wrażenie, że to imię nic ci nie mówi?

- Skąd. A powinno? - Freddie zesztywniała. Wypiła łyk herbaty. - Rumiankowa. - Uśmiechnęła

się mimo woli.

-  Mało  brakowało,  a  zabiłby  Nicka  -  wyjaśnił  Rio.  Ciemne  oczy  pociemniały  mu  jeszcze

bardziej.  -  Jakieś  dziesięć  lat  temu  wpadł  tutaj  z  paroma  chłopakami  ze  swojego  gangu,  wszyscy
uzbro​jeni po zęby. Chcieli tu wszystko splądrować i za​bić Zacka.

- Ach tak, wiem. - Krew napłynęła jej do twarzy. - Nick odepchnął Zacka...

- I kula trafiła w niego - dokończył Rio. - Myślałem, że już po nim. Ale on jest twardy. O tak,

Nick zawsze był twardy.

Bardzo powoli, jakby się bała, że rozleci się na kawałki, Freddie wstała z krzesła.

-  Gdzie  on  jest,  Rio?  -  spytała.  -  Gdzie  jest  Nick?  Mógł  skłamać,  ale  postanowił  być  z  nią

szczery.

- Myślę, że poszedł szukać Reece'a. I myślę, że go znalazł.

Freddie z trudem łapała oddech.

- Musimy dać znać Zackowi. Musimy...

- Zack już wie. Poszedł go szukać. Aleks też. - Położył jej na ramieniu ciężką dłoń. - Teraz nie

pozo​staje nam nic innego, jak czekać, złotko.

W  końcu  poszła  na  górę  do  mieszkania  Nicka.  Przemierzała  je  nerwowo  wzdłuż  i  wszerz.

Każdy  dźwięk  dochodzący  z  ulicy  czy  z  baru  na  dole  sprawiał,  że  zaczynało  brakować  jej  tchu,  a
serce biło jak oszalałe. Każde wycie syreny przyprawiało ją o dre​szcze.

Nick jest twardy. Nick był zawsze twardy...

Nie obchodziło jej, czy jest twardy i jak bardzo. Chciała, żeby był już w domu, cały i zdrowy.

Nękana koszmarnymi obrazami, jakie podsuwała jej wyobraźnia, postanowiła czymś się zająć.

Zaczęła  sprzątać.  Najpierw  starła  kurze,  potem  zabrała  się  do  podłogi.  Właśnie  na  klęczkach
szorowała  posadzkę  w  kuchni,  gdy  usłyszała  kroki  na  schodach.  Zerwała  się  na  równe  nogi  i
pobiegła do drzwi.

- Nick, o Boże, Nick. - Z okrzykiem ulgi rzuciła mu się na szyję.

Pozwolił jej tulić się do siebie przez chwilę, choć każde dotknięcie sprawiało mu ogromny ból.

Wresz​cie ją odsunął.

background image

- Mówiłem, że masz iść do domu - powiedział.

- Nie obchodzi mnie, co mówiłeś. O Boże, jesteś ranny.

Ulga ustąpiła miejsca przerażeniu. Nick miał zakrwawioną twarz, opuchnięte powieki, ubranie

podar​te i naznaczone plamami krwi.

- Musisz pojechać na pogotowie - powiedziała.

- Nie potrzebuję pieprzonego pogotowia. - Zachwiał się na nogach i osunął na fotel. I modlił

się  w  duchu  do  wszystkich  znanych  sobie  bogów,  by  nie  zemdleć.  -  Daj  mi  spokój,  Fred.  Mam  już
dość. Naj​pierw Zack, teraz ty. Idź do domu. Zostaw mnie.

Wiedziała, co ma robić. Poszła do łazienki i wyjęła z apteczki wszystko, co mogło się przydać

w  tej  sytuacji.  Wyposażona  w  środek  odkażający,  bandaż,  plastry  i  ubranie,  które  zdjęła  ze  sznura,
wróciła do pokoju. Zastała go na fotelu w takiej samej pozycji, w jakiej go zostawiła.

Zerknął na nią i gdyby nie to, że każdy najmniejszy ruch sprawiał mu niewypowiedziany ból,

byłby wyra​ził swe oburzenie odpowiednią mimiką.

- Nie potrzebuję niańki - mruknął.

- Siedź cicho. Nie zamierzam cię niańczyć, tylko doprowadzić do jako takiego stanu. - Głos jej

drżał,  ale  przecierała  mu  rany  pewnymi  ruchami.  -  Wyobrażam  sobie,  jak  wygląda  ten  drugi  -
powiedziała. - Po co go szukałeś?

-  To  moja  sprawa.  Ona  kiedyś  coś  dla  mnie  znaczyła.  -  Syknął,  gdy  przycisnęła  mu  do

nabrzmiałej  powieki  zimny  kompres.  -  A  nawet  gdybym  nigdy  przedtem  jej  nie  widział,  to  każdy
facet, który bije kobietę i porzuca dzieci, zasługuje na to, żeby dać mu w mordę.

- Zgadzam się z twoją opinią, ale nie pochwalam metod. Nie tędy droga, Nick.

Zaklął pod nosem.

- Zmykaj, Fred, do domu, słyszysz? Nie chcę cię tu widzieć.

- Ani  myślę.  -  Próbowała  się  pocieszać,  że  rany  na  jego  twarzy  nie  są  na  tyle  głębokie,  by

trzeba było zakładać szwy. A gdy zobaczyła jego ręce, ogarnęła ją furia. - Patrz, co zrobiłeś z rękami.
Ty idioto! Dlacze​go nie używasz rozumu zamiast mięśni?

Omal się nie rozpłakała ze złości. Jego piękne dłonie artysty były opuchnięte i pokrwawione.

Formo​wały się już na nich czarne strupy.

- Parę razy trafiły w jego zęby - wyjaśnił.

- To właśnie cały ty! Czyż to nie typowe? Pierwsza zasada działania Nicholasa LeBecka. Jeśli

nie możesz rozwiązać problemu, załatw go pięściami.

background image

- Przykładała mu do dłoni zimne kompresy. - Powi​nieneś był wezwać Aleksija.

- Nie denerwuj mnie, Fred. Słyszałaś, co ona mówiła. Wdziałaś ją. Ona nie złoży skargi, nie

będzie zeznawać.

- Przecież jest w schronisku razem z dziećmi. Nic jej już nie grozi.

- A jemu miało ujść na sucho, co? Nie tym razem.

- Nick spróbował zgiąć palce. Były sztywne i obolałe, ale najbardziej dawała mu się we znaki

klatka piersiowa. Freddie jeszcze jej nie widziała. - Kiedyś próbował zabić mi brata i dostał za to
niecałe sześć lat. Prawo twierdzi, że jest zresocjalizowany, a więc wychodzi i zaczyna maltretować
Marlę. Wynaturzone prawo. Moje prawo to pięść, a ona nigdy nie zawodzi.

- Kiedyś o mało cię nie zabił. - Wargi jej drżały, oczy zwilgotniały. - Mógł to zrobić teraz.

- Ale nie zrobił. A teraz w tył zwrot.

Z  najwyższym  trudem  stanął  na  nogach  i  powlókł  się  do  kuchni.  Wyjął  z  szafki  aspirynę,  ale

obolałymi dłońmi nie był w stanie odkręcić buteleczki.

Freddie wzięła zesztywniałymi rękami buteleczkę, otworzyła ją i postawiła na stole. Nalała mu

szklankę wody.

- Dokąd, Nick? - spytała, panując nad głosem. - Dokąd mam zrobić ten w tył zwrot?

Nick stał w miejscu. Oparł ręce o blat, ciało pulso​wało mu z bólu.

- Nie mogę teraz o tym mówić. Jeśli chcesz coś dla mnie zrobić, to idź do domu. Zostaw mnie

same​go. Nie chcę cię tutaj widzieć.

- Dobrze. Powinnam wiedzieć, że samotny wilk wycofuje się na swoje legowisko, żeby lizać

rany. A więc bywaj. - Odwróciła się na pięcie i poszła do drzwi.

Była już w połowie pokoju, gdy wszedł Zack. Nie zatrzymała się. Ocierając wilgotny policzek,

szybko wybiegła na schody.

- Uważaj - rzuciła tylko. - Jest wściekły.

-  Freddie...  -  zaczął,  ale  jej  już  nie  było.  Wszedł  do  kuchni.  -  Coś  ty  jej  zrobił?  -  spytał.  -

Dlaczego płacze?

Nick zaklął i wysypał na stół cztery tabletki aspi​ryny.

-  Daj  mi  spokój,  Zack.  -  Skrzywił  się,  przełykając  lekarstwo.  -  Nie  jestem  w  towarzyskim

nastroju.

background image

- Nie przychodzę tu do towarzystwa. Siadaj, do cholery, zanim się przewrócisz.

To w każdym razie był rozsądny pomysł. Nick ostrożnie podszedł do krzesła i z dużym trudem

usiadł.

Zack obrzucił go uważnym wzrokiem. Widać rękę Freddie, stwierdził z uznaniem, ale mimo to

jego brat wciąż przypomina worek treningowy.

- Dołożył ci, co?

- On też dostał swoje.

- Zdejmuj te strzępy koszuli. Zobaczymy, jak wy​glądasz.

- Nie interesuje mnie. - Nie miał jednak siły, by się opierać, gdy Zack zaczął ściągać z niego

podarty  materiał.  Głuchy  jęk  i  głośne  przekleństwo  potwierdziły  najgorsze  przypuszczenia  Nicka.  -
Aż tak źle? - zapytał.

- Do diabła, Nick. Musiałeś szukać sobie kłopo​tów? Nieźle cię załatwił.

- Nie musiałem szukać daleko. - Podniósł wzrok, napotkał spojrzenie Zacka. - Od dawna się na

to zbie​rało. W końcu sprawa została załatwiona.

Zack tylko kiwnął głową, zaczął otwierać szafy.

- Masz gdzieś tę maść? - spytał.

- Chyba tak. Może pod zlewem.

Zack znalazł maść i zabrał się do kończenia tego, co zaczęła Freddie.

- Jutro będziesz się czuł jeszcze gorzej - zauwa​żył.

- Dzięki za informację. Właśnie to chciałem usły​szeć. Możesz mi dać papierosa?

Zack wyjął z paczki papierosa, zapalił go i włożył w opuchniętą dłoń Nicka.

- Mam nadzieję, że tamten wygląda podobnie - powiedział.

- Dużo gorzej. Szkoda, że go nie widziałeś.

- To jest coś - mruknął Zack. - Dziwię się, że miałeś jeszcze energię na walkę z Freddie.

-  Nie  walczyłem  z  nią.  Po  prostu  chciałem  się  jej  pozbyć.  Nie  powinna  tu  być.  Nie  powinna

mieć z tym nic wspólnego.

- Może i nie. Ale mam wrażenie, że potrafiłaby się z tym pogodzić.

background image

Po  dwóch  dniach,  w  czasie  których  starał  się  jej  unikać,  była  już  pewna,  że  Nick  wciąż  liże

swoje  rany.  Po  raz  kolejny  odchodziła  spod  drzwi  jego  mieszkania.  Nie  spodziewała  się,  że  będą
zamknięte na klucz. Jedyną pociechę stanowiło zapewnienie Zacka, że Nick dochodzi do siebie.

Była  już  zmęczona  zamartwianiem  się  o  niego.  A  ponieważ  ze  względu  na  stan  jego

poranionych dłoni nie mogli pracować, znalazła inne sposoby wy​pełniania sobie czasu.

Dużą  radość  sprawiały  jej  odwiedziny  w  schronisku.  Kupowała  zabawki  dla  dzieci,

rozmawiała  z  matkami.  Marla  wciąż  wydawała  się  zdenerwowana  i  spięta,  ale  dzieci  już  się
uspokoiły i odzyskały formę. Prawdziwe szczęście Freddie odczuła w dniu, gdy smutny zwykle Carlo
po raz pierwszy się do niej uśmiechnął.

Czas, pomyślała. Oni tylko potrzebują czasu i ser​decznej troski. A czego potrzebuje Nick?

Najwyraźniej  nie  Freddie  Kimball.  W  każdym  razie  nie  teraz.  Pozwoli  mu  zatem  od  siebie

odpocząć,  skoro  tego  chce,  ale  prędzej  czy  później  to  ona  rozchoruje  się  od  tego  trzymania  się  na
uboczu i wycze​kiwania.

Miłość  nie  powinna  być  tak  skomplikowana,  pomyślała,  wracając  do  domu.  Wszystko

wydawało  się  jej  takie  proste,  kiedy  opuszczała  dom  w  zachodniej  Wirginii,  by  wyjechać  do
Nowego  Jorku.  Wszystko,  co  planowała  i  o  czym  marzyła,  pomału  nabierało  realnych  kształtów. A
teraz, z powodu jakiegoś od​prysku z przeszłości Nicka, to wszystko zaczęło się walić.

Westchnęła i otworzyła drzwi do swego budynku. Nagłe szturchnięcie w plecy sprawiło, że się

potknęła. Upadłaby, gdyby czyjeś ręce nie objęły jej w porę i nie szarpnęły do tyłu.

- Idź naprzód - usłyszała męski głos. - I bądź ci​cho. Czujesz? To nóż. Nie chciałbym go użyć.

Spokojnie, powiedziała sobie. Nie wpadaj w pani​kę. Przecież jest dzień.

- Mam pieniądze w torebce - powiedziała. - Weź.

- Pogadamy o tym. Otwórz windę.

Sama myśl o pozostaniu z nim sam na sam w zamknięciu sprawiła, że usiłowała się wyrwać.

Krzyk​nęła głośno, gdy poczuła ukłucie ostrza.

- Otwórz windę albo cię załatwię.

Usiłując zachować choć trochę trzeźwości umysłu, uwolnić się od paniki, która przyprawiała ją

o dreszcze, wykonała polecenie. Kiedy tylko znaleźli się w środku i winda ruszyła, przesunął się w
bok i wtedy go zobaczyła.

Szczupła twarz, szkliste oczy. To był mężczyzna, którego Nick nazywał Jackiem.

- Jesteś przyjacielem Nicka. - Usiłowała mówić spokojnie. - Byłam z nim wtedy, kiedy dał ci

pienią​dze. Jeśli potrzebujesz więcej, dostaniesz ode mnie.

background image

-  Dostanę  od  ciebie  coś  więcej  niż  pieniądze.  -  Jack  podniósł  nóż  i  przyłożył  ostrze  do  jej

policzka. - To sprawa honoru, dziecinko.

-  Nie  rozumiem.  -  Jej  nadzieja,  że  będzie  mogła  wypaść  z  krzykiem  z  windy,  zanim  on

wysiądzie, roz​wiała się, gdy wykręcił jej rękę do tyłu i mocno przy​trzymał.

- Ani słowa - ostrzegł. - Idziemy prosto do ciebie, a ja wiem, które to mieszkanie. Widziałem z

dołu, jak zapalałaś światło. Otworzysz drzwi i wejdziemy do środka.

- Nick nie chciałby, żebyś mnie skrzywdził.

- Tym gorzej dla niego. Nie wyjmuj z torebki ni​czego oprócz kluczy, mała, bo pożałujesz.

Wyjęła klucze i zaczęła otwierać kolejne zamki. Robiła to bardzo powoli. Miała nadzieję, że

jeśli po​stoją tu dłużej, ktoś nadejdzie, ktoś przyjdzie jej z po​mocą.

-  Ruszaj  się.  -  Jack  silniej  wykręcił  jej  ramię.  Pisnęła  z  bólu.  Otworzyła  ostatni  zamek.

Wepchnął ją do środka. Był spocony. - Nareszcie, tylko ty i ja - powiedział, popychając ją na fotel. -
Nick nie powinien był szukać Reece'a. Kto raz znajdzie się w Kobrze, zostaje w niej na zawsze.

-  To  Reece  kazał  ci  to  zrobić.  -  Rozbłysła  w  niej  nowa  iskierka  nadziei.  -  Jack,  nie  musisz

spełniać jego rozkazów. On cię wykorzystuje, traktuje jak na​rzędzie.

- Reece jest moim przyjacielem, moim bratem.

- Oczy błyszczały mu nienaturalnie. - Inni zapominają, jak to było w dawnych czasach, ale nie

Reece. On dochowuje wierności.

Freddie  mogłaby  czuć  litość  -  na  pewno  ten  mężczyzna  był  żałosny  i  zasługiwał  na  litość  -

gdyby nie paraliżujący strach.

- Jeśli coś mi zrobisz, tylko ty za to zapłacisz - ostrzegła. - Nie Reece.

- Nie martw się o mnie. Ściągaj kieckę.

Strach  aż  krzyczał  z  jej  oczu.  Jack  wyszczerzył  zęby  w  szyderczym  uśmiechu.  Był  na  haju.

Zrobił użytek z pieniędzy, jakie dostał od Reece'a, i kupił sobie solidną porcję koki.

- Najpierw się trochę zabawimy. Rozbieraj się, mała. Mam wrażenie, że Nick znalazł już sobie

inną zabawkę.

Zgwałci mnie, pomyślała, i chociaż było to odrażające, czuła, że przeżyje jego atak. Intuicyjnie

wiedzia​ła jednak, że on wcale nie chce, by przeżyła. Zgwałci ją, a później zabije.

I będzie miał w tym przyjemność.

- Proszę cię, zostaw mnie - błagała, starając się zyskać na czasie.

background image

- Będziesz dla mnie miła, to nic ci nie zrobię.

- Oblizał wargi. - Wstawaj i rozbieraj się albo cię pochlastam.

- Proszę, nie - powtórzyła, zbierając się w sobie. Będzie musiała działać szybko. Jeśli będzie

miała  szczęście,  uda  się.  Musi  spróbować,  drugiej  szansy  już  nie  będzie.  -  Zrobię,  co  zechcesz.
Wszystko - za​pewniła.

- Pewno, wstawaj.

Pogroził jej nożem. Zerknęła w kierunku drzwi do sypialni. Jack był na tyle głupi, by podążyć

za jej wzrokiem.

I wtedy zerwała się i rzuciła na niego.

Klucze, których jej nie odebrał, trzymała kurczowo w zaciśniętej dłoni jak kastet. Bez chwili

wahania uderzyła go nimi prosto w oczy.

Krzyknął  z  bólu.  Nigdy  nie  słyszała  mężczyzny  tak  krzyczącego,  dziko  i  obłędnie.  Jedną  rękę

przycisnął  do  oczu,  drugą  na  oślep  wymachiwał  nożem.  Freddie  wykorzystała  moment,  chwyciła
swoją cenną lampę secesyjną, zamachnęła się i z całej siły uderzyła go w głowę.

Nóż wypadł mu z ręki, kiedy osuwał się na podłogę. Z trudem łapiąc powietrze, podeszła do

telefonu. Podniosła słuchawkę i wybrała numer.

- Wujek Aleks? Potrzebuję pomocy - powie​działa.

Nie  zemdlała.  Wciąż  jeszcze  drżała  z  przerażenia,  ale  zgodnie  z  poleceniem Aleksa  wyszła  z

mieszka​nia. Stała przed domem, gdy zajechał pierwszy wóz policyjny.

W trzydzieści sekund później na miejscu był już Aleks.

- Wszystko w porządku? Nic ci nie jest? - Objął ją i wtulił twarz w jej włosy. - Nie zrobił ci

krzywdy?

- Nie, nic mi nie jest. Tylko kręci mi się w głowie.

- Siadaj, dziecko. Tutaj. - Pomógł jej wejść na schody przed domem. - Głowa między kolana.

Byłaś bardzo dzielna - rzekł z uznaniem. - Idźcie na górę - zwrócił się do swoich ludzi. - Zabierzcie
tego  sukinsyna  z  mieszkania  mojej  siostrzenicy.  Aresztujcie  go  pod  zarzutem  napadu  z  zamiarem
gwałtu  i  zabójstwa.  Zmierzcie  jego  nóż.  Jeśli  przekracza  dozwolony  limit,  dodajcie  zarzut  o
nielegalne posiadanie broni.

- Mówił, że Reece kazał mu to zrobić - rzekła Freddie martwym głosem.

-  Nie  martw  się,  już  my  się  tym  zajmiemy.  Zawiozę  cię  na  pogotowie.  Nie  zostawię  cię  tu

samej.

background image

- Po co na pogotowie? - Podniosła na niego wzrok. Nie kręciło jej się już w głowie, ale wciąż

była  oszołomiona.  -  Tylko  lekko  mnie  drasnął  -  powiedziała.  Dotknęła  delikatnie  palcami  boku  i
popatrzyła w milczeniu na czerwony ślad.

Błyskawicznie osunęła się w ramiona Aleksa.

- Na pogotowie - powtórzył.

,  -  Nie,  proszę.  Rana  nie  jest  głęboka.  Trochę  piecze,  ale  już  prawie  nie  krwawi.  Trzeba  ją

tylko opa​trzyć.

W  tym  momencie  zgodziłby  się  na  wszystko.  Wciąż  ją  podtrzymując,  patrzył  na  dwóch

mężczyzn wyprowadzających utykającego i krwawiącego Jacka.

Nie mógłby zabrać jej z powrotem na górę, pomyślał. Chciał, żeby znalazła się jak najdalej od

tego miejsca.

- Dobrze, dziecko. Bar Zacka jest niedaleko. Zawiozę cię tam i zobaczymy, co się da zrobić.

Jeśli rana mi się nie spodoba, zabiorę cię na pogotowie.

-  Zgoda.  -  Oparła  głowę  o  jego  ramię.  Nagle  uzmysłowiła  sobie,  że  pragnie  tylko  jednego:

porząd​nie się wyspać.

- Ten bydlak potrzebuje doktora - powiedział je​den z policjantów do Aleksa.

- To go zawieź i dopilnuj, żeby zrobiono, co trzeba. Nie chcę mieć z nim potem kłopotów, jak

go za​mknę.

Z  krótkiej  jazdy  do  baru  Zacka  Freddie  zapamiętała  jedynie  kojący  głos Aleksa.  Przypominał

jej głos ojca, kiedy była mała i chorowała na ospę.

- Wujku, nie dałam się skrzywdzić - powiedziała.

- Nie, dziecinko, byłaś bardzo dzielna. Ale po​zwól, że teraz ja się tobą zaopiekuję.

Kiedy weszli do kuchni, Rio wydał okrzyk przera​żenia.

-  Siadaj  tutaj!  Siadaj!  -  mówił.  -  Kto  zranił  moją  małą  dziewczynkę?  Kto  to  zrobił?  Nick!  -

zawołał,  nie  dając  Aleksowi  i  Freddie  czasu  na  odpowiedź.  -  Gdzież  się  podziewa  ten  osioł?  -
Otworzył  drzwi  do  sali.  -  Zack,  przynieś  mi  tu  zaraz  brandy!  -  zawołał  w  stronę  baru.  -  Bądź
spokojna, złotko - zwrócił się do Freddie, ściszając głos o parę decybeli.

- Nic mi nie jest, Rio, naprawdę - zapewniała go, przyciskając twarz do jego szerokiej dłoni.

-  Wydaje  się  powierzchowna  -  orzekł Aleks,  obejrzawszy  ranę.  Spodziewał  się  najgorszego,

kiedy podciągnął bluzkę, żeby obejrzeć skaleczenie. - Sami się z tym uporamy - dodał.

background image

- Co tu się, u diabła, dzieje? - Zack, zaalarmowany głośnymi okrzykami, wszedł, niosąc butelkę

bran​dy. Jedno spojrzenie na Freddie wystarczyło, by na​tychmiast przykląkł obok Aleksa.

- Pozwólcie jej odetchnąć. Odsuńcie się trochę. - Rio wziął butelkę i nalał pełny kieliszek. -

Wypij to, Freddie.

Posłuchałaby go, gdyby w tym momencie w kuchni nie zjawił się Nick. Jego opuchnięte oczy

wygląda​ły jak dwie szparki, rany i sińce na twarzy prezento​wały się w całej okazałości.

Na widok Freddie cała krew spłynęła mu do stóp.

- Co się stało? Miałaś wypadek? - spytał prze​rażony.

Chwycił ją za rękę tak mocno, że omal nie zmiaż​dżył jej kości.

- Zaczekaj chwilę - ofuknął go Aleks. - Wypij brandy, Freddie. Rozluźnij się.

-  Nic  mi  nie  jest  -  zaprotestowała,  ale  kieliszek  brandy  wyrwał  ją  z  otępienia  i  sprawił,  że

zaczęła nerwowo drżeć.

- Czy to krew? - Nick ze zgrozą wpatrywał się w plamę na jej bluzce. - Na litość boską, ona

krwawi.

-  Zajmiemy  się  tym.  -  Aleks  wziął  środek  dezynfekcyjny,  który  podał  mu  Rio,  i  zaczął

delikatnie prze​cierać ranę. - Zabieram cię do nas, Freddie. Jak się lepiej poczujesz, złożysz zeznanie.

- Mogę to zrobić teraz. Nawet wolę.

- Co to znaczy: zeznanie? Zostałaś napadnięta? - dopytywał się Nick. - Do diabła, Freddie, ile

razy ci mówiłem, żebyś uważała?

- Nie została napadnięta - westchnął Aleks. - Twojego starego kumpla Jacka nie interesowały

jej pieniądze.

Nick zbladł jak chusta, puścił rękę Freddie i cofnął się o krok.

- Jack... - W jego głosie była furia, oczy ciskały błyskawice. - Gdzie on jest?

- W areszcie. A raczej to, co z niego zostało. - Aleks przeciągnął dłonią po włosach Freddie,

wyjął  notatnik  i  przybrał  bardziej  oficjalny  ton.  -  Opowiedz  wszystko  od  początku,  wszystko,  co
zapamiętałaś.

- Wchodziłam do domu... - zaczęła.

Nick  słuchał  w  milczeniu,  obezwładniony  poczuciem  niemocy  i  rozpaczą.  To  przeze  mnie,

pomyślał.  Wszystko  przeze  mnie.  Przez  niego  spotkało  ją  tak  przerażające  przeżycie.  Jego  chęć
wyrównania daw​nych rachunków, rozwiązania problemu na własną rękę, mogła ją kosztować życie.

background image

- I wtedy zadzwoniłam do ciebie - zakończyła Freddie. - Widziałam, że krwawi. Jego oczy... -

za​jąknęła się.

-  Pozwól,  że  ja  się  będę  o  niego  martwić  -  oznajmił Aleks,  - A  teraz  postaraj  się  o  tym  nie

myśleć. Pójdę do ciebie i przyniosę ci trochę rzeczy. Zosta​niesz u nas, jak długo zechcesz.

-  Jestem  ci  bardzo  wdzięczna, Aleks,  ale  wolę  wracać  do  domu.  -  Wzięła  go  za  rękę,  zanim

zdążył  zaprotestować.  -  Nie  mogę  bać  się  zostać  we  własnym  mieszkaniu,  wujku.  Nie  dam  się
zastraszyć.

- Twarda sztuka. - Aleks popatrzył na nią z uznaniem i pocałował w policzek. - Jeśli zmienisz

zdanie, zadzwoń.

Wstał i popatrzył na trzech mężczyzn stojących koło Freddie.

-  Opiekujcie  się  nią  Ja  jadę  na  komisariat.  -  Położył  rękę  na  ramieniu  Nicka.  -  Niech  trochę

wypocz​nie. Ciebie na pewno posłucha.

Kiedy wyszedł, Freddie poczuła spoczywające na niej trzy pary oczu.

- Co tak patrzycie? Nie mam zamiaru rozlecieć się na kawałki - powiedziała.

Nick nie odezwał się, po prostu podszedł do niej i podniósł ją z krzesła.

- Nie trzeba mnie nieść na rękach - oburzyła się. - Pójdę na własnych nogach.

-  Nic  nie  mów.  Tylko  nic  nie  mów.  Zaniosę  ją  na  górę  -  zwrócił  się  do  obu  mężczyzn.  -

Powinna pole​żeć.

- Mogę poleżeć u siebie.

Nie zwracając uwagi na jej protesty, zaczął iść na górę.

- Nie chcesz, żebym tu była. - Nagle łzy stanęły jej w oczach. Napięcie i przeżycia całego dnia

zrobiły swoje. - Myślisz, że nie wiem, że nie chcesz, żebym tu była?

- Zostaniesz tu i koniec. - Zaniósł ją prosto do sypialni. - Odpoczniesz, dopóki nie nabierzesz

sił.

- Nie chcę być z tobą - protestowała.

Poczuł bolesny skurcz w okolicy serca. Ale nie mógł jej winić za te słowa.

- Zostawię cię tu samą, nie bój się - uspokoił ją.

- Nie kłóć się ze mną, Fred, proszę. - Położył ją na łóżku i okrył kocem. - Schodzę do baru -

oznajmił.

background image

- Chcesz czegoś? Chcesz, żebym zadzwonił po Ra​chel albo kogoś z rodziny?

-  Nie.  -  Zamknęła  oczy.  Teraz,  kiedy  już  leżała,  nie  była  pewna,  czy  w  ogóle  dałaby  radę

wstać. - Ni​czego nie potrzebuję.

-  Postaraj  się  zasnąć.  -  Spuścił  żaluzje  i  cicho  wyszedł  z  pokoju.  -  Gdybyś  czegoś

potrzebowała, za​dzwoń do baru.

Zamknęła oczy. Chciała, żeby jak najprędzej wyszedł. Nawet gdy usłyszała trzaśniecie drzwi,

nie pod​niosła powiek.

Nie zaoferował jej serdecznego współczucia Aleksa ani szczerej troski Rio i Zacka. O tak, jest

zły, pomyślała, wściekły z powodu tego, co jej się przytrafiło. Wiedziała, że się zmartwił, zbyt wiele
już  między  nimi  zaszło,  by  mógł  się  nie  przejmować. Ale  nie  zaopiekował  się  nią  tak,  jak  by  tego
pragnęła. A pragnęła rozpaczliwie jego bliskości, jego serdecznej troski.

Zastanawiała się, czy kiedykolwiek okaże jej takie uczucia.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Nie  spodziewała  się,  że  zaśnie.  Gdy  się  obudziła,  lekko  oszołomiona,  zaczynało  już

zmierzchać.  Sama  nie  wiedziała,  czy  to  dobry,  czy  zły  znak,  że  niemal  natychmiast  przypomniała
sobie, co się wydarzyło i dlaczego leży za dnia sama w łóżku Nicka.

Skrzywiła  się  z  bólu,  gdy  dotknęła  bandaża,  ale  odrzuciła  koc  i  wstała.  Musi  się  koniecznie

czegoś  napić.  Męczyło  ją  pragnienie,  a  brandy,  którą  wypiła  w  barze  na  dole,  pozostawiła  jej  w
ustach nieprzyjem​ny gorzkawy smak.

Poszła  do  kuchni  i  nalała  sobie  pełną  szklankę  wody.  Zdziwiło  ją,  że  jest  taka  słaba.

Uzmysłowiła sobie jednak, że od śniadania nic nie jadła, a śniadanie też nie było obfite.

Nie  robiąc  sobie  większych  nadziei,  otworzyła  lodówkę.  Miała  wybór  między  czekoladą  a

jabłkiem. Łapczywie chwyciła i jedno, i drugie. Właśnie nalewała następną szklankę wody, gdy do
kuchni wszedł Nick, niosąc tacę.

Serce mu się ścisnęło na jej widok. Była taka drobna, taka delikatna. Ze zgrozą pomyślał, co ją

mogło spotkać. Nie chcąc okazywać targających nim uczuć, przybrał na wszelki wypadek neutralny
ton.

- O, wstałaś - zauważył obojętnie.

- Jak widać - odparła takim samym tonem.

- Rio przysyła ci coś do zjedzenia. - Postawił tacę na stole. - Nie jesteś już taka blada - dodał.

- Czuję się dobrze.

background image

- O tak, na pewno. - W jego głosie brzmiała ironia.

- Powiedziałam, że czuję się dobrze. To ty wyglą​dasz, jakby przejechał po tobie walec.

- Ja sam się o to prosiłem - przyznał. - Ty nie. Ale oboje wiemy, czyja to wina.

- Reece'a.

Nick wyjął papierosa. Był zdenerwowany.

- Nic byś nie obchodziła Reece'a, gdyby nie ja. A gdybyś nie była wtedy w nocy ze mną, Jack

nie miałby pojęcia, gdzie cię szukać.

Milczała przez chwilę, żeby zebrać myśli.

-  Aha,  więc  to  wszystko  przez  ciebie.  Według  twojej  pokrętnej  logiki  grożono  mi  nożem  i

mogłam zostać zgwałcona, bo pewnej nocy zdarzyło mi się iść z tobą ulicą.

Nóż. Gwałt. Przeszedł go zimny dreszcz.

- Nie ma w tym nic pokrętnego. Reece chciał się na mnie zemścić i znalazł sposób. Niewiele

mogę zrobić, dopóki Aleks...

-  Zrobić?  -  przerwała  mu.  -  Co  chciałbyś  zrobić?  Znowu  bić  się  z  Reece'em,  czy  może

wykończyć Ja​cka? Myślisz, że w ten sposób załatwisz sprawę? Wy​równasz rachunki?

- Nie. Wiem, że niczego nie załatwię. - To właśnie było najgorsze. Nie mógł już cofnąć tego,

co się stało. Mógł tylko wpłynąć na to, co będzie. Zdusił papierosa. Nagle odechciało mu się palić. -
My jednak możemy pewne sprawy ustalić. Myślę, że kiedy dojdziesz do siebie, powinnaś pracować
w domu. Bę​dę ci przesyłał muzykę.

- Co to ma znaczyć? - zdziwiła się.

-  To,  co  powiedziałem.  Myślę,  że  osiągnęliśmy  punkt,  kiedy  korzystniejsza,  bardziej

konstruktywna  będzie  praca  w  pojedynkę.  -  Popatrzył  na  nią  chłodno.  -  I  nie  chcę,  żebyś  tutaj
przychodziła.

-  Rozumiem.  -  Urażona,  podniosła  dumnie  głowę.  -  Rozumiem,  że  dotyczy  to  zarówno  sfery

zawo​dowej, jak i prywatnej.

- Właśnie. Przykro mi.

-  Naprawdę?  Czyż  to  nie  urocze?  „Przykro  mi,  Fred,  ale  się  skończyło”.  -  Odwróciła  się

gwałtownym ru​chem. - Kochałam cię przez całe życie - wyznała.

- Ja też cię kocham, ale wierz mi, tak będzie najle​piej dla nas obojga.

background image

- Ja też cię kocham - powtórzyła zbliżając się do niego i chwytając go za koszulę. - Jak śmiesz

powta​rzać te słowa w taki sposób po tym, co ci wyznałam - rzekła z oburzeniem.

Powoli, ale stanowczo oderwał jej palce od koszuli.

- Popełniłem błąd. - Sam siebie o tym przekonywał. - I teraz chcę go naprawić. Rozumiem, że

mogłaś pomylić uczucia z seksem.

Niewiele  myśląc,  wymierzyła  mu  siarczysty  policzek.  Sama  była  tym  zaskoczona  na  równi  z

nim. Przez chwilę słychać było tylko jej przyspieszony oddech.

- Wydaje ci się, że to był tylko seks? - Wybuchnęła w końcu. - To, co zaszło między nami, to

były tylko zmysły i nic więcej? Do diabła! Na pewno nie. Dobrze wiesz, że nie. Może to był jedyny
sposób, żeby się do ciebie zbliżyć, ale to jest dla mnie ważne. Wszystko obmyśliłam, wszystko, żebyś
zwrócił  na  mnie  uwagę,  żebyś  się  zorientował,  co  do  ciebie  czuję.  Zaplanowałam  to  dokładnie,  w
szczegółach, krok po kroku...

-  Zaplanowałaś?  -  Przerwał  jej  i  przeszył  ją  wzrokiem.  -  Ty  to  zaplanowałaś?  Przyjazd  do

Nowego Jorku, wspólną pracę nad musicalem, przespanie się ze mną? To wszystko było fragmentem
większego scenariusza?

Otworzyła  usta,  ale  natychmiast  zaniknęła  je  z  powrotem.  Tak  jak  on  to  ujął,  wszystko

wydawało się działaniem wykalkulowanym, z premedytacją. A przecież tak nie było, nie miało być.
Na pewno nie, jeśli dodać do tego miłość.

- Przemyślałam to - zaczęła.

- O tak, z całą pewnością przemyślałaś - powtórzył, by trochę ochłonąć i uspokoić się po tym,

co  usłyszał.  -  Wszystko  to  sobie  obmyśliłaś  w  swojej  małej  główce.  Zachciało  ci  się  czegoś  i
robiłaś, co trzeba, żeby to dostać.

- Tak. - Usiadła zawstydzona. - Chciałam, żebyś mnie kochał.

-  A  jak  wygląda  dalszy  ciąg  twojego  planu,  Fred?  Chcesz  mnie  wciągnąć  w  małżeństwo,

rodzinę, mały biały domek?

- Nie, nie chcę cię wciągać.

- Wciągać może nie, ale to jest twój cel, czy tak?

- Prawie - burknęła.

-  Widzę!  -  prychnął  i  zaczął  nerwowo  krążyć  po  kuchni.  -  lista  celów  do  osiągnięcia

sporządzona przez Freddie. Przeprowadzka do Nowego Jorku. Praca z Nickiem. Spanie z Nickiem.
Ślub z Nickiem. Założenie rodziny, idealnej rodziny - dodał tonem, który nieomal przyprawił ją o łzy.
- To by było to, do czego dążysz. Twój ideał. Zawsze chcesz, żeby wszystko było uporządkowane i
akuratne. Przykro mi, ale muszę cię roz​czarować. To nie ze mną. Mnie to nie interesuje.

background image

- Wystarczająco jasno powiedziane. - Zaczęła się podnosić, ale położył jej rękę na ramieniu i

zmusił, żeby usiadła.

-  Myślisz,  że  to  takie  proste?  Chcę,  żebyś  dobrze  przyjrzała  się  temu  mężczyźnie,  na  którego

polujesz.  Oddaliłem  się  zaledwie  o  dwa  kroki  od  faceta,  który  przyłożył  ci  nóż  do  pleców.  Zdaję
sobie z tego sprawę. Rodzina też zdaje sobie z tego sprawę. Rodzina, którą bierzesz za przykład do
naśladowania. Czyż nie tak, Fred? Czyż rodzina Stanislaskich nie jest twoim wzorem?

- A dlaczego nie? - oburzyła się Freddie, wściek​ła, że jest bliska płaczu. - Dlaczego?

- Bo ja znam życie, a ty nie. Jak myślisz, ilu ludzi żyje tak jak oni? Stosujesz zawyżone kryteria,

moja droga.

- Co w tym złego? Przecież można żyć tak jak oni. To się udaje. To może się udać.

-  Im  tak.  I  paru  innym.  Czy  właśnie  to  ci  zaświtało  w  głowie,  kiedy  byliśmy  u  O'Hurleyów?

Następna duża, szczęśliwa rodzina? Podniosła hardo głowę.

- To tylko potwierdza mój punkt widzenia. Najwyraźniej może się udać.

- Im tak. - Uderzył pięścią w stół, zmuszając ją tym samym, by popatrzyła mu prosto w twarz. -

Zastanów się przez chwilę, Freddie. Pomyśl o tym, co się tutaj wydarzyło w ciągu ostatnich dni. To
właśnie mój świat, moje życie. Maltretowane kobiety, zastraszone dzieci, pijacy awanturujący się w
barach,  bójki,  napady.  Mężczyźni,  dla  których  gwałt  jest  rozrywką.  I  ty  chcesz  na  tym  budować
rodzinę? Ty nie należysz do takiego świata. Opamiętaj się.

- Nie ponosisz winy za to, co zdarzyło się Marli. Czy mnie.

- Nie? - Wykrzywił wargi. - Przecież ja w tym wszystkim tkwiłem po uszy. Może i oddaliłem

się  od  tamtego  świata,  ale  tylko  dzięki  rodzime.  Jak  myślisz,  co  by  oni  powiedzieli,  gdyby  się
dowiedzieli, że z to​bą sypiam?

- Nie bądź śmieszny. Oni cię kochają.

- Tak, kochają. A ja im bardzo dużo zawdzięczam Myślisz, że mam zamiar odpłacić im się w

ten sposób, że będę razem z tobą kiwał się nad barem? Uważasz, że jestem dostatecznie szalony, żeby
myśleć  o  małżeństwie  i  dzieciach?  Dzieci!  Na  litość  boską,  a  skąd  ja  pochodzę?  Nie  wiem  nawet,
kim  był  mój  ojciec.  Ale  wiem,  kim  ja  jestem,  i  nie  ucieknę  od  tego.  Troszczę  się  o  ciebie,
oczy​wiście, że tak, na tyle, żeby nie wciągnąć cię w piekło.

- Troszczysz się - powiedziała z namysłem - a więc zrywasz ze mną.

~ Właśnie. Chyba postradałem zmysły, pozwalając, żeby sprawy zaszły tak daleko i prawie... -

Przerwał, przypomniawszy sobie, jak bliski był parę dni temu wyznania jej swoich uczuć. - Działałaś
na mnie tak silnie, że chwilowo przestałem kontrolować sytuację. Ale teraz powinniśmy się rozstać.
Dla dobra rodziny spróbujmy zapomnieć o tym, co było. Za​pomnieć i już nigdy do tego nie wracać.

background image

- Zapomnieć? - Nie wierzyła własnym uszom.

-  Tak,  o  wszystkim.  Nie  mam  zamiaru  ryzykować,  że  znowu  cię  zranię,  i  na  pewno  nie  mam

zamiaru zranić reszty rodziny. Są wszystkim, co mam. To jedyni ludzie, którzy o mnie dbali, którym
na mnie zależało.

- Biedny, biedny Nick - powiedziała pełnym politowania tonem. - Biedny, zagubiony, samotny

Nick, odrzucony przez cały świat. Czy ty naprawdę myślisz, że tylko ciebie to spotkało? Że tylko ty
zostałeś odrzucony, tylko ty odczuwałeś w życiu brak miłości i troski? Cóż, czas, żebyś nauczył się z
tym żyć. Ja się nauczyłam.

- Nic nie wiesz na ten temat.

- Moja matka nigdy mnie nie chciała.

- Nie gadaj głupstw. Natasza...

- Nie mówię o Nataszy - sprostowała chłodno. - Mówię o mojej biologicznej matce.

To go zbiło z tropu. Zapomniał, że Spence miał już kiedyś żonę.

- Ale ona umarła, kiedy byłaś dzieckiem, kiedy byłaś całkiem mała. Nie wiesz, co ona czuła.

-  Wiem  doskonale.  -  W  głosie  Freddie  nie  było  goryczy.  To  go  zastanowiło.  Jej  głos  był

zupełnie wyprany z emocji. - Tatuś nie chciał, żebym wiedziała. Wątpię, czy zdaje sobie sprawę, że
nieraz  podsłuchiwałam  jego  rozmowy  z  siostrą  albo  z  Nataszą.  Byłam  tylko  pomyłką,  która  się
przydarzyła mojej matce, więc postanowiła o mnie zapomnieć. Niewiele myśląc, opuściła mnie, gdy
byłam dzieckiem. Ale mam w sobie jej krew. Jej oziębłość, jej hardość i upór. Nauczyłam się jednak
z tym żyć i potrafię to przezwyciężyć.

- Przepraszam. Nie wiedziałem - usprawiedliwiał się. - Nikt nigdy mi o tym nie mówił. - Wiele

by  dał,  żeby  móc  ją  wtedy  pocieszyć,  ukoić,  dać  poczucie  bezpieczeństwa.  -  Ale  to  niczego  nie
zmienia - dodał.

- Nie, nie zmienia - zgodziła się. - Nie chcesz, żeby cokolwiek zmieniło. - Rozpłakała się, ale

były to bardziej łzy gniewu niż żalu. - Wiedziałeś, że jestem w tobie zakochana. I wiedziałeś, że nie
ma  takiej  rzeczy,  której  bym  nie  zrobiła,  żebyś  był  szczęśliwy.  Poszłabym  na  każdy  kompromis,  na
każde ustępstwo. Ale ty nie uznajesz kompromisów, Nick.

-  Skończmy  dziś  tę  rozmowę  -  zaproponował.  -  Jesteś  zbyt  rozstrojona,  zbyt  zdenerwowana.

Wezwę ci taksówkę.

- Nie wezwiesz mi taksówki. - Rzuciła się na niego. - Nie pozbędziesz się mnie. Pójdę wtedy,

kiedy ja uznam za stosowne. Dam sobie radę sama. Chyba dowiodłam tego dzisiaj, nie? Nie jesteś mi
potrzebny.

Zawiesiła na chwilę głos i zamknęła oczy. Kiedy je ponownie otworzyła, ciskały błyskawice.

background image

-  Nie  potrzebuję  cię.  Co  za  pomysł.  Mogę  bez  ciebie  żyć,  Nicholas,  a  więc  nie  musisz  się

martwić, że będę cię nachodzić. Myślałam po prostu, że mógł​byś mnie pokochać.

Oddychała ciężko.

- Pomyliłam się. Nie jesteś zdolny do miłości. Chciałam od ciebie tak mało, tak żałośnie mało,

że aż się teraz tego wstydzę.

- Fred. - Nie mógł się powstrzymać, by nie chwy​cić jej za rękę.

- Nie, do diabła, zostaw mnie, jeszcze nie skończyłam. Nie powiedziałeś mi ani razu, że mnie

kochasz. Nie tak, jak mężczyzna mówi to kobiecie. I nawet nie okazałeś mi tego, chyba że w łóżku. A
to  za  mało.  Ani  jednego  czułego  słowa,  ani  jednego.  Nie  potrafiłeś  nawet  zmusić  się,  żeby
powiedzieć  mi  choćby  raz,  że  jestem  piękna.  Żadnych  kwiatów,  muzyki,  nic,  chyba  że  z  okazji
czyjegoś  święta.  Żadnej  kolacji  przy  świecach,  chyba  że  ja  ją  zaaranżowałam.  To  ja  o  ciebie
zabiegałam,  to  ja  ci  nadskakiwałam,  to  ja  cię  uwodziłam.  Żałosne,  prawda?  Nieba  bym  ci
przychyliła, i oto co mam w zamian.

- To nie tak - próbował się bronić, przerażony, że rzeczywiście może myśleć w ten sposób. -

Oczywi​ście, że jesteś piękna.

- Teraz ty jesteś żałosny - wypaliła.

- Jeśli nie byłem romantyczny, to dlatego, że sprawy potoczyły się tak szybko. - Wiedział, że

kłamie.

Dziwił  się  tylko,  dlaczego  usiłuje  się  bronić,  dlaczego  wpadł  w  panikę,  gdy  popatrzyła  na

niego zimno i obojętnie. Przecież powinien być zadowolony, skoro tak bardzo chciał się jej pozbyć. -
Nie mogę dać ci tego, co potrzebujesz.

- To aż nadto jasne. Lepiej mi będzie bez ciebie. To też aż nadto jasne. A więc zróbmy tak, jak

propo​nujesz. Zapomnijmy o tym, co było.

Wstała i skierowała się do drzwi.

- Fred, zaczekaj chwilę. - Przytrzymał ją za ramię.

-  Nie  dotykaj  mnie  -  warknęła  takim  tonem,  że  natychmiast  opuścił  rękę.  -  Będziemy  dalej

pracować nad musicalem, aż go skończymy. I będziemy prowadzić uprzejme rozmowy w rodzinnym
gronie. Poza tym nie chcę cię widzieć.

- Mieszkasz o trzy ulice ode mnie - zawołał jeszcze.

- To się może zmienić.

- Wrócisz do Wirginii?

background image

Rzuciła mu lodowate spojrzenie przez ramię.

- Nigdy w życiu.

Myślał  o  tym,  żeby  się  upić.  To  byłoby  najprostsze  wyjście,  a  przy  tym  nie  zrobiłby  tym

krzywdy nikomu prócz siebie. Ale jakoś nie mógł wzniecić w sobie entuzjazmu dla tego pomysłu.

W końcu się położył, ale nie mógł zasnąć. Muzyka, którą zaczął pisać o świcie, wydawała mu

się martwa i bez polotu.

Zrobiłem to, co należało zrobić, powtarzał sobie w kółko. A więc dlaczego czuł się tak podle?

Nie miała prawa go atakować. W każdym razie nie po tym, jak mu powiedziała, że wszystko,

co się zdarzyło od czasu jej przyjazdu do Nowego Jorku, było z góry ukartowane. To on był ofiarą, a
jednak to on zrobił, co mógł, żeby koniec końców ją ochronić.

Wyobrażać go sobie żonatego, wychowującego dzieci! Wzruszył ramionami i opadł na fotel. Ta

wizja  nagle  stała  się  pociągająca.  Może  i  szalona,  ale  dziwnie  pociągająca.  Własna  rodzina,
kochająca go kobie​ta. Oczywiście, że to obłędny pomysł.

Obłędny czy nie, ale teraz już i tak beznadziejny. Kobieta, która wyszła stąd wczoraj, nie kocha

go. Wszystko, co do niego czuje, to pogarda.

Postarałeś się o to, prawda, LeBeck? Ty idioto.

Mógł  wykonać  inny  ruch,  ale  teraz  już  było  za  późno.  Miał  szansę  kochać  i  być  kochanym,

ułożyć sobie życie z jedyną kobietą, która naprawdę coś dla niego znaczyła.

Jak mógł być taki głupi, taki ślepy? Miałby ją już zawsze obok siebie. Gdyby otrzymał dobrą

wiadomość, ona byłaby pierwszą osobą, z którą by się nią dzielił. Gdyby był przygnębiony, już sam
jej głos w telefonie poprawiłby mu nastrój.

Przyjaźń.  Przypuszczał,  że  tu  właśnie  jest  pies  pogrzebany.  Byli  przyjaciółmi,  więc  kiedy

poczuł  do  niej  coś  więcej  niż  przyjaźń,  spróbował  to  pohamować,  zignorować,  wyrzec  się  tego.
Wynajdywał różne tłumaczenia, które mogłyby ukryć prawdziwą przy​czynę jego zachowania.

Nie wierzył, że jest jej godny.

Nawet  wtedy,  gdy  ich  wzajemne  stosunki  się  zmieniły,  nie  był  w  stanie  do  końca  się

zaangażować.  Ona  miała  rację.  Nigdy  nie  usłyszała  od  niego  żadnego  czułego  słowa.  Nigdy  nie
okazał jej kurtuazji, z jaką mężczyzna powinien traktować kobietę, która mu się podoba, nigdy się do
niej nie zalecał.

A teraz ją stracił.

Odrzucił w tył głowę, przymknął oczy. Będzie jej lepiej bez niego. Jest tego pewien. Zawsze

był tego pewien.

background image

Pukanie do drzwi sprawiło, że zerwał się na równe nogi. Wróciła, przemknęło mu przez myśl,

wróciła.

Cała radość zniknęła, gdy ujrzał w progu Rachel.

- Miłe powitanie - zauważyła na widok rozczaro​wania malującego się na jego twarzy.

- Wybacz. - Musnął wargami jej policzek. - By​łem... Nic. Co cię sprowadza?

- Przyszłam cię odwiedzić. Mam godzinę czasu.

- Usiadła i gestem ręki wskazała krzesło obok siebie.

- Siadaj, Nick. Chcę z tobą pomówić.

Jej ton od razu nakazał mu mieć się na baczności.

- O co chodzi? - spytał ostrożnie.

- O ciebie. Siadaj. - Położyła dłoń na jego ręce.

- Wiesz, że cię kocham.

- Wiem, i co z tego?

-  Nic,  a  teraz,  skoro  już  to  uzgodniliśmy,  chcę  ci  powiedzieć,  że  jesteś  draniem.  -  Dłoń

spoczywająca  na  jego  ręce  zwinęła  się  w  pięść  i  uderzyła  go  w  ramię.  -  Co  za  głupi,  bezmyślny,
kretyński, ślepy cym​bał. Skończony sukinsyn.

-  Nie  rozumiem  -  wycedził  przez  zęby,  zdumiony  słownictwem,  jakiego  pani  mecenas  nie

zwykła uży​wać. Nie miał jej jednak tego za złe.

- Zostałam dzisiaj w nocy u Freddie. Nie chciała, ale ją przekonałam.

- Ach, tak. Jak się ma?

- Jeśli chodzi o napad, to już doszła do siebie. A jeśli chodzi o ciebie, to nieźle ją zraniłeś.

- Zaczekaj. Wcale na nią nie napadałem.

-  Sprzeciw  odrzucony.  Dowiedziałam  się  o  wszystkim,  co  zaszło  między  wami.  Nie  dość,  że

złamałeś jej serce, to jeszcze nieźle pogmatwałeś sobie życie. To naprawdę nie lada sztuka.

Jego mechanizm obronny włączył się, zanim zdołał go unieruchomić.

- Posłuchaj, parę razy spaliśmy ze sobą. Uświadomiłem sobie, że to był błąd, i wycofałem się.

Uzna​łem, że należy z tym skończyć.

background image

- Nie obrażaj mnie, Nick - powiedziała chłodno. Ani Freddie. Ani siebie.

Zamknął  oczy  i  zastanowił  się  przez  chwilę.  Do  diabła  z  tym,  pomyślał.  Do  diabła  ze  mną,  z

moją dumą, z moją ambicją, z tym wszystkim, co stoi mi na drodze.

- Kocham ją, Rachel - wyrzucił z siebie. - Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo, dopóki nie

znik​nęła za drzwiami.

Rachel  z  niejakim  trudem  powstrzymała  się  przed  wyrażeniem  mu  swego  współczucia  i

sympatii. Posta​nowiła być twarda.

- A czy powiedziałeś jej, że ją kochasz?

- Nie tak, jak by tego chciała. To jedna z tych rzeczy, które zaniedbałem.

- Tak mi się wydawało.

- Nie byłem gotowy. - Wstał i zaczął krążyć po pokoju. - Ona wszystko sobie obmyśliła, każdy

krok, każdy ruch.

- A  ty  uznałeś,  że  ci  to  przynosi  ujmę  -  wtrąciła  Rachel.  -  Co  tylko  dowodzi,  że  jesteś  głupi.

Niejeden  inteligentniejszy  mężczyzna  byłby  zachwycony  tym,  że  atrakcyjna,  pociągająca  kobieta
uważa  go  za  atrakcyjnego  i  pociągającego.  Uznałby  to  za  komplement  mile  łechcący  jego  męską
próżność.

-  Mnie  to  obezwładniło,  rozumiesz?  Sparaliżowało.  Wszystko,  co  do  niej  czułem,  uderzyło

mnie jak obuchem w łeb, rozumiesz? Nie wiedziałem, że tak może być.

- A więc żeby to załatwić, wyrzuciłeś ją za drzwi.

- Sama odeszła.

-  Chcesz,  żeby  tak  zostało?  W  porządku.  Ona  nie  zamierza  wracać. A  jeśli  ośmielisz  się  mi

powiedzieć, że nie jesteś dla niej dość dobry, że nie możesz jej uszczęśliwić, to nie ręczę za siebie.
Zostało  w  tobie  tylko  trochę  z  tego  chłopca,  którego  poznałam  przed  laty,  tylko  cząstka,  i  to  ta
najlepsza.

Chciał w to wierzyć. Starał się przez ponad dzie​sięć lat, żeby stało się to prawdą.

- Nie wiem, czy mogę jej dać to, czego pragnie...

- A  więc  nie  dasz  -  odpaliła  Rachel  bez  cienia  sympatii.  -  I  ona  to  przeżyje.  Wypłakała  już

wszystkie  łzy  i  wyzbyła  się  wszelkiej  złości.  Kobieta,  z  którą  się  przed  chwilą  rozstałam,  była
bardzo opanowana i zdecydowana zapomnieć o tobie.

- Chcę, żeby wróciła. - Ta myśl nie była tak straszna, jak sądził. Prawdę mówiąc, wydawała

się ze wszech miar słuszna. - Chcę, żeby wróciło to, co było.

background image

- A więc zabieraj się do roboty, przyjacielu. - Ra​chel wstała, wzięła go za ramiona i ucałowała

w oba policzki. - Liczę na ciebie, LeBeck.

Nie  był  pewien,  czy  poszedłby  sam  z  sobą  o  zakład,  że  jego  plan  się  uda.  Nie  będzie  łatwo,

uznał,  gdy  zmierzał  z  dwiema  torbami  do  domu  Freddie.  Rozegranie  sceny  balkonowej  na  ciasnym
podeście przeciwpożaro​wym będzie wymagało nie lada zręczności.

Podniósł głowę i popatrzył na piąte piętro bloku, w którym mieszkała, po czym skierował się

do wyj​ścia awaryjnego.

- A dokąd to, LeBeck?

Gliniarz,  którego  Nick  znał  pół  życia,  wyrósł  niepostrzeżenie  obok  niego.  Rękę  trzymał  na

policyjnej pałce.

- Jak leci, sierżancie Mooney? Policjant podejrzliwie wpatrywał się w torby, które niósł.

- Pytałem, dokąd idziesz, LeBeck - powtórzył.

- Muszę się tam włamać, Mooney.

- Co ty powiesz!

-  Widzisz  to  okno?  -  Nick  wyciągnął  rękę  i  zaczekał,  aż  Mooney  popatrzy  we  wskazane

miejsce. - Tam mieszka kobieta, którą kocham.

- Tam mieszka siostrzenica kapitana Stanislaskiego. I ta dziewczyna ma aż nadto kłopotów.

- Wiem. To w niej jestem zakochany. Ona ma umie chwilowo trochę dość.

- Gadanie.

-  Naprawdę.  Nabałaganiłem  i  teraz  chcę  to  naprawić.  Posłuchaj,  ona  mnie  nie  wpuści

frontowymi drzwiami.

- Myślisz, że pozwolę ci wdrapać się po tej drabi​nie aż do jej okna?

Nick przesunął torby.

- Mooney, jak długo mnie znasz?

- Za długo. - Ale minio groźnej miny Mooney się uśmiechnął. - Co ci przyszło do głowy?

Gdy Nick skończył mu opowiadać, policjant wy​szczerzył zęby w uśmiechu.

-  Powiem  ci,  co  zrobię,  bo  obserwowałem  cię,  jak  z  łobuza  zmieniałeś  się  w  porządnego

obywatela. Będę tu stał i pozwolę ci na twój najlepszy skok w życiu. Ale jeśli panna nie okaże się

background image

gościnna, natychmiast zejdziesz z powrotem.

- Zgoda. Tylko posłuchaj, to może trochę potrwać. Ona jest okropnie uparta.

- Jak wszystkie. Podsadzę cię, chłopcze.

Z  pomocą  policjanta  Nick  wspiął  się  na  pierwszy  szczebel  drabiny.  Po  wspinaczce,  która

przypomniała mu, że ma jeszcze nie zagojone rany, zapukał do okna Freddie.

W chwilę potem otworzyła je.

Oczy  miała  jeszcze  trochę  podpuchnięte,  co  tylko  dodało  mu  otuchy,  mimo  że  nie  patrzyły  na

niego zbyt przyjaźnie.

- Fred, chciałbym... - zaczął. Zatrzasnęła okno i przekręciła zamek.

- Jeszcze raz, Nick! - zawołał Mooney.

- Co tu się dzieje? - spytał jakiś mężczyzna, który właśnie wyszedł z piekarni obok.

- Ten chłopak próbuje oczarować pewną damę - Wyjaśnił policjant.

Nick modlił się w duchu, żeby to był tylko wybuch złości. Jeśli ona poważnie potraktowała ich

rozstanie, utraci wszystko, co miało dla niego jakiekolwiek znaczenie. Muszę tylko zwrócić na siebie
jej uwagę, powtarzał sobie, ocierając o dżinsy spoconą dłoń. Wyjął kwiaty. Były trochę pogniecione,
ale nie sądził, by to zauważyła.

Zapukał jeszcze raz, mocniej.

- Otwórz, Fred! - zawołał. - Przyniosłem ci kwiaty. Popatrz tylko. - Zdesperowany potrząsnął

bukie​tem, gdy za szybą pojawiła się jej twarz. - Żółte róże, twoje ulubione - dodał.

W odpowiedzi szczelnie zasunęła zasłony.

- Dalej, Nick, jeszcze raz - zachęcał z dołu Mooney.

-  Zamknij  się  -  warknął  Nick.  Obok  policjanta  zaczęli  się  już  gromadzić  gapie,  ale  Nick  nie

zwracał na nich uwagi. Sięgnął po swoją następną broń. Umieścił w lichtarzach, które przyniósł w
torbie,  świece,  i  zapalił  je.  Odwrócił  się  do  okna  i  starał  się  wołać  na  tyle  głośno,  by  Freddie  go
usłyszała, lecz nie na tyle, by odpowiedziały mu ko​mentarze z dołu.

-  Ej,  otwórz,  mam  świece.  Palą  się.  Czy  mówiłem  ci  już,  że  pięknie  wyglądasz  w  świetle

świec? Oczy ci tak cudownie błyszczą, a skóra wydaje się jeszcze gładsza? Jesteś piękna zawsze, w
każdym  świetle,  naprawdę,  i  w  słońcu,  i  przy  księżycu.  Powinienem  był  ci  to  powiedzieć.
Powinienem był ci powiedzieć całą masę rzeczy.

Na moment przymknął oczy, zaczerpnął tchu.

background image

- Bałem się, że zniszczę ci życie, Fred, a więc wszystko zagmatwałem i omal nie zniszczyłem i

twojego,  i  swojego.  -  Przycisnął  dłonie  do  szyby.  -  Pozwól  mi  to  naprawić.  Muszę  to  naprawić.
Pozwól mi tylko powiedzieć ci to wszystko, co powinienem był ci powiedzieć wcześniej. Że twoja
skóra cudownie pachnie, że oddycham tobą nawet wtedy, kiedy cię koło mnie nie ma, że czuję twoją
obecność, jakbyś była we mnie.

- Nieźle, naprawdę nieźle - westchnął z uznaniem Mooney, a zebrany obok tłumek w milczeniu

pokiwał głowami.

- Otwórz okno, Fred. Muszę cię dotknąć.

Nie miał nawet pewności, czy Freddie go słucha. Widział tylko barierę z zasłon, dzielącą go od

niej. Wyjął przenośną klawiaturę. Z dołu dobiegły gwizdy i okrzyki zachęty.

- Napisaliśmy tę piosenkę o sobie, Fred, a ja na​wet o tym nie wiedziałem.

Zagrał  pierwsze  akordy  melodii  „Na  zawsze  ty”  i  zapominając  o  swojej  dumie,  zaczął

śpiewać.

Był właśnie w połowie zwrotki, gdy Freddie odsu​nęła zasłonę i podniosła okno.

-  Przestań  -  powiedziała.  -  Robisz  z  siebie  durnia.  Jestem  zażenowana  tym  całym

widowiskiem. Masz natychmiast...

- Kocham cię.

Zamilkła, słysząc te słowa. Zauważył łzy napływa​jące jej do oczu.

- Nie chcę drugi raz przeżywać tego samego. Odejdź.

- Zawsze cię kochałem, Fred - oznajmił spokojnie. - To dlatego nie było w moim życiu żadnej

kobiety,  która  by  naprawdę  coś  dla  mnie  znaczyła.  Byłem  ostatnim  durniem,  że  kazałem  ci  odejść.
Popełniłem  błąd.  Proszę,  żebyś  mi  wybaczyła.  Daj  mi  jeszcze  jedną  szansę,  bo  bez  ciebie  będę
niczym.

Po policzku Freddie spłynęła pierwsza łza.

- Dlaczego to robisz? Już jakoś doszłam do siebie.

- Powinienem był to zrobić dawno temu. Nie zostawiaj mnie, Fred. Daj mi szansę. - Nick podał

jej kwiaty.

Wzięła je po krótkiej chwili wahania.

- Nie chodzi tylko o kwiaty, Nick - powiedziała. - Byłam zła, bo...

- Bałem się ciebie kochać - szepnął. - Bo byłem taki silny, taki potężny. Myślałem, że ta miłość

background image

mnie zmiażdży, obezwładni. Bałem się okazać ci uczucia.

Przeniosła wzrok z kwiatów na niego. Ich spojrzenia się spotkały. Kiedyś marzyła o tym, żeby

tak na nią patrzył. Z czułością, tkliwością i miłością.

- Zawsze chciałam cię takiego, jaki jesteś, Nick - wyznała.

-  Chodź  do  mnie.  -  Ze  wzrokiem  zatopionym  w  jej  oczach  wyciągnął  rękę.  -  Witaj  w  moim

świecie.

Roześmiała się i potrząsnęła głową.

- Dobrze, ale boję się, że aresztują nas za włama​nie. Albo wezmą za podpalaczy.

-  Spokojna  głowa.  Pilnuje  nas  znajomy  gliniarz.  Wyszła  na  ciasny  pomost  i  spojrzała  w  dół.

Obok policjanta zgromadził się już spory tłum obserwato​rów. Ktoś nawet do niej pomachał.

- Nick, to bez sensu. Przecież możemy porozma​wiać w środku.

-  Podoba  mi  się  tutaj.  -  Chciała,  żeby  było  romantycznie,  a  więc  będzie.  -  I  nie  ma  co  dużo

mówić. Po prostu powiedz, że mnie jeszcze kochasz.

- Kocham cię. Kocham.

- Wybaczysz mi? - spytał.

- Nie miałam takiego zamiaru, Nick. Nigdy. Chciałam żyć bez ciebie.

- Tego się obawiałem. - Ujął jej dłoń. - A teraz?

- Nie zostawiłeś mi dużego wyboru. - Otarła łzę.

- Co ci przyszło do głowy? Świece i muzyka przed południem?

Już mi wybaczyła, pomyślał.

- Przyszło mi do głowy, że najwyższy czas trochę cię pouwodzić. Chcesz, żebym przeszedł do

następne​go etapu mojego mistrzowskiego planu?

- Nie chciałabym tego żałować.

- Mam nadzieję, że nie będziesz. - Uniósł jej dłoń i pocałował tak, jak nigdy jeszcze tego nie

robił.  -  Chciałbym  ci  tylko  przypomnieć,  że  to  ty  na  mnie  polowałaś.  I  cieszę  się,  że  to  robiłaś.  -
Pocałował  po  raz  drugi  jej  dłoń.  -  Będę  potrzebował  dużo  czasu,  żeby  okazać  ci  w  pełni  swoją
wdzięczność. - Nie spuszczając z niej wzroku, sięgnął do kieszeni i wyjął małe pudełeczko. - Mam
nadzieję,  że  się  zgodzisz,  Fred.  Wyjdź  za  mnie.  -  Uniósł  wieczko  i  oczom  Freddie  ukazał  się
elegancki, tradycyjny pierścionek z brylantem. - Nikt nigdy nie kochał cię tak jak ja. I nikt nie będzie

background image

cię tak kochał.

- Nick... - Przyłożyła dłoń do ust. To nie sen, uzmysłowiła sobie. To nie fantazja, to nie scena z

jej wyobraźni. To rzeczywistość. Porywająca.

I perfekcyjna.

- Tak, o tak! - wykrzyknęła i rzuciła mu się w ra​miona.

-  Wygląda  na  to,  że  chłopak  wreszcie  dopiął  swego  -  zauważył  Mooney.  Popatrzył  jeszcze

chwilę  na  całującą  się  parę,  po  czym  popukał  w  pałkę.  -  Wystarczy.  Rozejść  się  -  zwrócił  się  do
gapiów. - Zostawmy ich samych.

Zagwizdał i nie spiesząc się, odszedł. Po paru metrach odwrócił się raz jeszcze, by zobaczyć,

jak piękna kobieta wyrzuca wysoko w górę bukiet kwiatów.

Nick LeBeck, pomyślał. Ten chłopak ma za sobą długą drogę.

EPILOG

- Artykuł „Rytm Broadwayu” napisany przez Angelę Browning - powiedziała Freddie i zaczęła

czytać:

Wczorajsza  premiera  musicalu  „Kiedyś,  dziś,  zawsze  "  zakończyła  się  ogromnym  sukcesem

autorów  i  wykonawców.  Wspaniała  Maddy  O'Hurley  i  partnerujący  jej,  znakomity  jak  zawsze,
Jason  Craig  raz  jeszcze  potwierdzili  swoją  klasą,  lokującą  ich  w  czołówce  gwiazd  Broadwayu.
Publiczność, z waszą recenzentką włącznie, zgotowała im owację, poczynając od pierwszej, pełnej
dynamizmu  sceny  otwierającej  spektakl  aż  po  prawdziwie  romantyczne  zakończenie.  Maddy
O'Hurley  po  mistrzowsku  poprowadziła  swoją  rolę,  ukazując  w  sposób  niezwykle  przekonujący
rozwój bohaterki od naiwnego dziewczątka do dojrzałej kobiety.

Na słowa najwyższego uznania, obok dwójki gwiazdorów, zasługuje cały zespół, który nadał

przedstawieniu  niepowtarzalny  kształt,  ożywiając  scenę  w  rytm  porywającej  muzyki.  Można
powiedzieć,  w  każdym  razie  ja  tak  sądzę,  że  od  wczorajszego  wieczoru  Broadway  ma  dwoje
nowych  ulubieńców.  Para  twórców,  kompozytor  Nicholas  LeBeck  i  autorka  tekstów  Frederica
Kimball  stworzyli  dzieło,  które  bawi  i  wzrusza,  porywa  serca  i  porusza  umysły.  Wierzcie  mi,  nie
było  chyba  wczoraj  na  widowni  nikogo,  kto  nie  uroniłby  łzy,  studiując  dwojga  bohaterów
śpiewających „Na zawsze ty ". Muzyka I słowa są niewątpliwie sercem każdego musicalu, ale to
serce  biło  ze  szczególną  energią  i  niezwykłym  wyczuciem.  Już  debiut  pana  LeBeck,  „Ostatni
przystanek",  dowiódł  jego  talentu  jako  kompozytora.  Ten  musical  tylko  potwierdził,  żenię
myliliśmy się w jego ocenie.

Jego partnerka dorównuje mu pod każdym wzglądem. Teksty Frederiki Kimball są niezwykle

poetyckie,  liryczne  i  romantyczne,  a  zarazem  pełne  Humoru  i  finezji-  Tak  idealnie  współgrają  z
muzyką, ze chwilami nie sposób powiedzieć, co było pierwsze - melodia czy słowa.

background image

Być  może  tę  doskonale  harmonijną  współpracą  należy  zawdzięczać  i  temu,  ze  Nicholas

LeBeck  i  Freaenca  Kimball  są  nie  tylko  partnerami  w  pracy,  lecz  również  w  życiu.  Pobrali  się
zaledwie trzy miesiące temu. Po ostatnim wielkim wieczorze nowożeńcy mają niejeden powód do
radości. A ja, ze swej strony, życzę im długiego, szczęśliwego i owocnego partnerstwa.

-  Ile  razy  jaszcze  będziesz  to  czytać?  Fredy  jedynie  westchnęła  w  odpowiedzi.  Siedząc  po

turecku  obok  Nicka,  na  środku  skotłowanego  łóżka,  otoczona  porannymi  wydaniami  gazet.  Włosy
spływały  jej  na  plecy.  Nic  już  nie  zostało  z  kunsztownej  fryzury,  którą  nosiła  poprzedniego
wieczoru.  Czarna  jedwabna  suknia,  którą  kupiła  po  kilku  dniach  penetrowania  sklepów,  leżała  na
podłodze, w miejscu, gdzie rzucił ją Nick.

Wrócili  do  domu  o  świcie,  szczęśliwi,  roześmiani,  upojeni  sukcesem,  szampanem  i

namiętnością.

- Było cudownie - powiedziała.

- Dzięki - roześmiał się.

Uderzyła  go  gazetą,  którą  właśnie  czytała  po  raz  kolejny  z  rzędu,  i  popatrzyła  na  obrączkę,

lśniącą na jej palcu w blasku porannego słońca.

-  Nie  mówię  o  tym,  choć  to  też  nie  było  złe  -  wyjaśniła,  przymykając  oczy,  by  raz  jeszcze

przypomnieć  sobie  nastrój  poprzedniego  wieczoru.  -  Mówię  o  tych  tłumach,  światłach,  muzyce.  I
owacjach.  Boże,  kocham  owacje.  Pamiętasz,  jak  ludzie  wstali  i  zaczęli  klaskać  po  piosence
„Opuszczę cię pierwsza”?

Podłożył ręce pod głowę i nie przestawał się uśmiechać. Wyglądała tak cudownie, tak kusząco,

gdy siedziała na łóżku w podkoszulce, z włosami w nieładzie, oczami błyszczącymi z podniecenia.
Należała do niego.

- Naprawdę? Nie zauważyłem.

- Oczywiście. To dlatego o mało nie wyłamałeś mi wszystkich palców, ściskając mnie za rękę.

-  Chciałem  cię  po  prostu  powstrzymać  przed  wyskoczeniem  na  scenę  i  podziękowaniem  za

aplauz.

- Wiesz, miałam na to ochotę - przyznała. - Chciałam tańczyć razem z aktorami. Podobało mi

się, Nick.

-  Mnie  też.  Siedziałem  w  pierwszym  rzędzie  i  słuchałem  tego,  co  zrodziło  się  nad  barem  na

moim  starym  pianinie.  I  przypominałem  sobie,  co  zaszło  między  nami,  gdy  pisaliśmy  te  słowa  i
muzykę.

Wzięła go za rękę.

- To był najbardziej podniecający okres w moim życiu - wyznała. - A ostatni wieczór był jego

background image

ukoronowaniem.  Wszyscy  tak  wspaniale  wyglądali,  cała  rodzina.  Było  niemal  jak  w  dniu  naszego
ślubu, wszyscy wystro​jeni, rozpromienieni. A ty okropnie zdenerwowany.

-  A  ty  piękna.  -  Nick  patrzył,  jak  szeroki  uśmiech  rozjaśnia  jej  twarz.  Nie  musiała  się  już

upominać o czułe słowa i komplementy. Teraz przychodziły mu z łatwością. - Pani LeBeck. - Usiadł i
przeciągnął dłonią po jej włosach. Ich usta się złączyły. - Kocham cię - powiedział.

-  Nick.  -  Przytuliła  policzek  do  jego  twarzy.  -  Jest  idealnie,  doskonale.  Wiedziałam,  że  tak

będzie, jeśli poczekam. I skądinąd wiem, że może być tylko lepiej. Tworzymy zespół.

- I jesteśmy nowymi ulubieńcami Broadwayu. LeBeck i Kimball.

Zaśmiała się i ukryła twarz w jego ramieniu.

- Teraz ty przeczytaj - poprosiła. Wsunął ręce pod jej koszulkę.

- Teraz? - spytał.

- Potem - mruknęła, przytulając się do niego.