background image
background image

 

background image
background image
background image
background image
background image

Paulowi Crabaugh, dobremu przyjacielowi,
którego życie skończyło się
o wiele za szybko.
Dla S., jak zawsze.

background image

 

Więcej  na: www.ebook4all.pl

CZĘŚĆ PIERWSZA

W wirze walki

background image

Zorganizowane  sianie  zniszczenia,  zwane  przez  ludzi  sztuką  prowadzenia  woj ny,

przy biera  wiele  form .  Atak  m oże  by ć  niespodziewany   i  krótki  j ak  trzęsienie  ziem i:  żołnierze
szturm uj ą um ocnienia z zaskakuj ącą furią, po czy m  naty chm iast się wy cofuj ą. Istniej e też inny
sposób  –  natarcie  zaczy na  się  powoli,  a  j ego  siła  rośnie  z  czasem ,  gdy   oddziały   posuwaj ą  się
ostrożnie  naprzód,  wy szukuj ąc  słaby ch  punktów  w  liniach  wroga.  Taki  napór,  nieustanny   i
nieubłagany, przy pom ina odwieczną walkę nadm orskich wy dm  z przy boj em .

Ten  atak  by ł  właśnie  taki  –  stopniowy.  Jakby   teren  zalewała  powódź,  choć  w  ty m

akurat konkretny m  m iej scu woda nigdy  nie m iała odm arznąć, spoczy wała bowiem  głęboko pod
skorupą m artwego skalistego gruntu. Tutaj  organizowano prawdziwe uderzenie, tam  pozorowane
–  tak  szukano  śladów  j akiej kolwiek  słabości.  Każdą  próbę  przedarcia  się  powstrzy m y wały
niewzruszalne  um ocnienia,  każda  akcj a  spoty kała  się  z  reakcj ą.  Napór  j ednak  nie  słabł,  a  opór
obrońców  bardzo  powoli,  lecz  nieuchronnie  ukierunkowy wał  atakuj ący ch  na  te  odcinki,  które
wy dawały  się m niej  odporne. Na ty le słabsze, by  piętrząca się fala przy boj u m ogła, drobina po
drobinie, podm y ć zagradzaj ące j ej  drogę wy dm y. Z początku działo się to tak wolno, że nikt tego
nie  zauważał,  potem   j ednak  proces  przy brał  na  sile  i  szy bkości,  a  w  końcu  nieprzeniknione  z
pozoru bariery  zaczęły  się kruszy ć.

– Ethan, m am y  problem y.
Sierżant  Stark,  pełniący   funkcj ę  kom endanta  zbuntowany ch  woj sk  broniący ch

am ery kańskiej  kolonii na Księży cu, dopinał w pośpiechu pancerz.

– Wciąż się ubieram , Vic. Co tam  się dziej e?
–  Nie  potrzebuj esz  zbroi  wewnątrz  kom pleksu  kwatery   głównej   –  ofuknęła  go

sierżant  Rey nolds  pełniąca  funkcj ę  szefa  sztabu  Starka.  –  Jesteś  m i  potrzebny   w  centrum
dowodzenia. Teraz.

–  Dobrze,  j uż  dobrze...  Ale  przy j dę  w  pancerzu.  –  Ethan  dopiął  ostatnią  klam rę

zbroi, chwy cił karabin i pognał w kierunku drzwi. Nadal czuł się dziwnie w kory tarzach tej  części
bazy, widząc drewniane panele zasłaniaj ące gołą skałę. Chyba  nigdy  nie  przywyknę  do  luksusów
zafundowanych dowództwu, ale może uda się sprzedać część tego syfu, żeby zdobyć pieniądze na
żołd dla naszych chłopców i dziewczyn.

Stark nie znał większości ludzi pełniący ch służbę w centrum  dowodzenia. Wiedział

j ednak,  że  przy   konsolach  zasiedli  naj bardziej   doświadczeni  podoficerowie,  który ch  zadaniem
by ło  nieustanne  analizowanie  i  porządkowanie  strum ieni  dany ch:  sy m boli,  kom unikatów  i
transm isj i  nadawany ch  przez  walczący ch  żołnierzy.  Wszy stko  to  trafiało  tutaj ,  do  tej   sali,  gdzie
dowódcy   starali  się  opracować  naj właściwsze  strategie  działania.  Dzisiaj   j ednak  nie  by ło  w
centrum   żadnego  z  dawny ch  oficerów  (wszy scy   zostali  poj m ani  i  trafili  do  aresztu)  i  właśnie
dlatego ich rolę m usiał przej ąć Stark.

–  Jej u...  –  j ęknął  Ethan,  przy staj ąc  na  m om ent  przed  giganty czny m   ekranem

główny m ,  na  który m   pokazy wano  właśnie  j akiś  wy cinek  frontu  w  podrasowany m   3D.  Zielone
ikonki  oznaczaj ące  pozy cj e  am ery kańskich  żołnierzy   wisiały   łagodny m   łukiem   nad  linią
wy znaczaj ącą  sy stem   um ocnień.  Sy m bole  oddziałów  grupowały   się  wokół  ikon  oznaczaj ący ch
um ocnione  pozy cj e  ciężkiego  sprzętu,  który m i  naszpikowano  linię  obrony.  Nieco  dalej   nad
księży cowy m   gruntem   przesuwało  się  m rowie  czerwony ch  znaczników:  sensory   śledziły   każdy
ruch  napieraj ący ch  wrogich  woj sk.  –  Ten  atak  wy daj e  m i  się  bardziej   zdecy dowany   niż
poprzedni.

Siły   koalicy j ne  testowały   każdą  część  linii  obrony   od  trzech  dni,  czy li  od  chwili

załam ania potężnej  ofensy wy  generała Meecham a. Uderzały  j uż nasty  raz – zapewne dotarły  do
nich pogłoski o buncie i towarzy szący ch m u rozruchach.

– Tak – przy znała Vic. W ty m  j edny m  prosty m  słowie kry ło się wiele treści. – Ale

background image

chy ba zdołam y  ich powstrzy m ać.

Chyba zdołamy... Stark przy j rzał się ekranowi raz j eszcze, m arszcząc m ocniej  brwi.
– Dlaczego j ednostki wroga podchodzą tak blisko? I dlaczego nie odrzucam y  ich na

większą odległość?

–  Nie  wiem .  –  Vic  próbowała  ukry ć  frustracj ę,  lecz  ta  nie  dawała  się  okiełznać,

ponieważ  sierżant  m usiała  zarządzać  o  wiele  większy m i  siłam i,  niż  pozwalało  j ej   na  to
wy szkolenie i doświadczenie boj owe.

–  Nie  cierpię,  Vic,  gdy   ktoś  podczas  bitwy   zaczy na  m ówić  „nie  wiem ”.  Stłum iła

chęć, by  m u odpy skować, i odpowiedziała w m iarę spokoj ny m  tonem :

– Ja też tego nie lubię, ale naprawdę nie rozum iem , o co chodzi. Niby  nic się nie

dziej e  –  om iotła  ekrany   uważny m   spoj rzeniem   –  niem niej   nasze  linie  wy daj ą  się  słabsze,  niż
powinny   by ć.  –  Zerknęła  w  j ego  stronę.  –  Przy spieszenie  rotacj i  j ednostek  ty lko  pogorszy ło
sy tuacj ę.

–  Nie  m ieliśm y   wy boru,  Vic.  Chłopcy   siedzieli  na  pierwszej   linii  tak  długo  z

powodu ofensy wy  Meecham a i m ocno przez to oberwali.

–  Mogli  wy trzy m ać  j eszcze  kilka  dni,  nawet  ty dzień.  Na  rany   Jezusa,

rozpoczęliśm y  przegrupowanie dzień po przej ęciu kontroli!

– Dlatego, że wszy scy  na to nalegali – przy pom niał j ej  Stark. – Co twoim  zdaniem

m iałem  zrobić?

Spoj rzała na niego z politowaniem .
– Powiedzieć: nie.
– Nie m iałem  prawa im  odm ówić, Vic.
– Ciekawe, dlaczego? Przecież wy brano cię na dowódcę naszy ch sił, pam iętasz?
Stark wy m ierzy ł w nią palec wskazuj ący.
–  Owszem .  Pam iętam   też,  że  doszło  do  tego  głównie  dzięki  tobie.  Z  pewnością

j ednak  wiesz,  i  to  równie  dobrze  j ak  j a,  że  by cie  dowódcą  a  zy skanie  u  ludzi  posłuchu  to  dwie
różne  sprawy.  Nie  j estem   w  stanie  narzucić  swoj ej   woli  pozostały m   sierżantom .  Cokolwiek
powiem , oni i tak naj pierw dobrze się zastanowią, zanim  wy konaj ą m oj e rozkazy.

Vic spuściła wzrok, potem  pokiwała głową z widoczną rezy gnacj ą.
–  Chy ba  m asz  racj ę.  Nie,  na  pewno  m asz  racj ę,  ale  i  tak  m i  się  to  nie  podoba.

Linie obrony  są zby t kruche, a rotacj a oddziałów dodatkowo j e osłabia. Wy sy łam  uzupełnienia do
obrony  tego sektora – dodała.

– Dobry  ruch. Ilu ludzi tam  wy ślesz?
– Dwie kom panie.
– Gdzie j e rozlokuj esz?
–  Nie  wiem   j eszcze!  –  Frustracj a  pokonała  wszy stkie  bariery,  gdy   Vic  m achnęła

ręką w stronę ekranu. – Gdzie m ożem y  ich potrzebować?

– Jeśli ty  tego nie wiesz, j a ty m  bardziej  – odparł.
Vic jest naszym najlepszym taktykiem, jakiego znam. Skoro nie ogarnia sytuacji, nikt

jej nie pomoże.

Stark przy j rzał się ekranowi, na który m  setki sy m boli zlewały  się i rozdzielały. Po

obu  stronach  transm isj i  tak  realnej ,  że  Ethan  m iał  wrażenie,  iż  stoi  na  skraj u  pola  bitwy,
przesuwały  się kolum ny  dany ch odbierany ch z transm iterów.

Vic popatrzy ła na niego, potem  na wy świetlacz.
–  Może  dlatego,  że  m am y   zby t  wiele  czy nników  do  uwzględnienia.  Trepy   kazały

ściągać każdy  bit dany ch, j aki przepły wa przez transm itery, a j ak sam  wiesz, w gęsty m  lesie nie
obej rzy sz dokładnie żadnego drzewa. Musim y  zredukować ten szum  inform acy j ny  do strum ienia

background image

podstawowy ch dany ch.

– Świetny  pom y sł. Niestety, nie m ożem y  tego teraz zrobić.
Vic zniży ła głos, żeby  ty lko Stark m ógł j ą usły szeć.
– Chciałaby m  wiedzieć, u licha, co w takim  razie m ożem y  zrobić.
Podoficerowie  zerkali  w  ich  kierunku  z  nieprzenikniony m i  twarzam i.  Stark

uśm iechnął  się  pod  nosem ,  skupiaj ąc  wzrok  na  ekranie,  j akby   nie  dostrzegał  ty ch  oznak
zainteresowania.  To  jak  prowadzenie  mojego  oddziału,  tylko  w  znacznie  większej  skali.  Ludzie
muszą  widzieć,  że  nie  brak  mi  pewności  siebie.  Nawet  wtedy,  gdy  robię  w  gacie  ze  strachu  i  nie
mam bladego pojęcia, co dalej.  Ta  m y śl  odciągnęła  j ego  uwagę  od  problem u,  dzięki  czem u  coś
zaczęło  m u  świtać.  Gapił  się  nadal  na  wy świetlacz,  po  który m   przesuwały   się  czerwone  ikonki
oznaczaj ące  zagrożenie  ze  strony   wielkokalibrowy ch  pocisków,  poj awiaj ące  się  nagle  i  równie
szy bko znikaj ące. Poczuł to charaktery sty czne m rowienie m iędzy  łopatkam i, zupełnie j ak na polu
walki,  gdy   aparatura  dawała  znać,  że  został  właśnie  nam ierzony   przez  wrogiego  snaj pera.  Na
ty m  obrazie znaj dowało się coś znaj om ego, czego wciąż nie potrafił wy łuskać i zrozum ieć, ale co
wy czuwał insty nktownie dzięki doświadczeniu wy niesionem u z niezliczony ch starć.

– Czy m  j eszcze dy sponuj em y ? Co zostawiłaś w odwodzie?
– Co zostawiłam ? – Vic zam y śliła się na m om ent. – Dwa bataliony. Ale naj pierw

trzeba ogłosić w nich alarm , dać im  czas na przy gotowanie ry nsztunku...

Choć Vic z reguły ocenia sytuację prawidłowo, tym razem chyba się myli.
– Ogłoś alarm . Każ im  się przy gotować do wy m arszu na pierwszą linię.
– Ethan, nie widzę sensu w wy sy łaniu na front takiej  m asy  ludzi, którzy  m ogą nam

się przy dać później .

Rozsądne słowa. Rozsądna rada. Vic znów zaczęła odgrywać dawną rolę osoby, która

sprowadza  mnie  na  właściwe  tory  myślenia.  Stark  nie  odry wał  oczu  od  ekranu,  nie  skupiał  się
j ednak  na  pokazy wany m   obrazie,  interesował  go  raczej   ry tm   ruchu  j ednostek  niż  działania
poszczególny ch żołnierzy. To, co obserwował, wcale m u się nie podobało.

– Nie poradzim y  sobie z nim i, Vic. Musim y  m ieć tam  te oddziały.
– Jeśli będą siedzieć w pancerzach zby t długo...
– Wiem , wiem . Ale każ im  akty wować zbroj e.
– Ethan, j a nie...
Mrowienie nasilało się, zm uszało do działania.
– Rób, co m ówię!
Vic zam ilkła w pół słowa, j ej  twarz stężała.
– Taj est!
Poczuł  się,  j akby   zdzieliła  go  pięścią  w  żołądek.  Zazwyczaj  współpracowaliśmy  jak

równy  z  równym,  czasami  nawet  byłem  jej  podwładnym,  a  teraz  cała  władza  należy  do  mnie,  co
irytuje  nas  oboje.  Oddalił  się  nieco,  aby   odwrócić  uwagę  potencj alny ch  obserwatorów  od
wściekłej   m iny   przy j aciółki,  gdy   ta  ogłaszała  alarm   boj owy   w  obu  batalionach.  Czy  ja  się
przypadkiem  nie  mylę?  A  może  zamieniam  się  w  zwykłego  trepa?  Nie...  Nie.  Zostałem  dowódcą
naszych  wojsk,  a  każdy  zmysł  krzyczy  do  mnie  teraz,  że  będę  potrzebował  tych  oddziałów  na
pierwszej linii.

– Dzięki – bąknął Stark, nie wdaj ąc się w szczegóły.
Vic  obrzuciła  go  szy bkim   spoj rzeniem ,  zaskoczona  j ego  reakcj ą,  niem niej   nadal

wściekła.

– Nie m a za co. To niełatwe...
– Dla m nie również. Musim y  pogadać w wolnej  chwili, ustalić zasady  współpracy.

Chcę, żeby ś nadal m i m ówiła, co sądzisz o każdej  decy zj i.

background image

– Słowem  się nie odezwę, j eśli będziesz m nie zby wał j ak durnego kota – odburknęła

wciąż zagniewany m , ale j uż znacznie spokoj niej szy m  tonem .

– Masz racj ę.
Ku zdum ieniu Starka, ostatnie słowa wy wołały  j ej  uśm iech.
– Tego j eszcze nie sły szałam  z ust dowódcy. Żaden nie zniży ł się do przy znania m i

racj i. – Spoj rzała na Starka, unosząc py taj ąco brew. – Mam  na linii dwóch dowódców batalionów,
którzy  py taj ą, dlaczego ich ludzie m uszą wkładać zbroj e i wy chodzić z koszar.

– Ponieważ... – Ponieważ ja tak kazałem? Nie, to zła odpowiedź. – Ponieważ m am y

do czy nienia z groźną próbą penetracj i, która nadweręży ła naszą pierwszą linię na ty m  odcinku.
Broniący   go  chłopcy   m ogą  potrzebować  wsparcia.  –  Nie,  to  z  kolei  brzmi  za  mało  dobitnie.  –
Powiedz po prostu, że potrzebuj em y  ich wsparcia na linii frontu.

Vic  szy bko  powtórzy ła  do  kom unikatora  słowa  Starka,  które  okazały   się

wy starczaj ąco ważny m  powodem  postawienia pod broń tak dużej  liczby  ludzi.

– Okay. – Skinęła głową. – Potwierdzili przy j ęcie rozkazu. A teraz m ów, co cię tak

zaniepokoiło. W tej  sam ej  chwili odpowiedź poj awiła się przed ich oczam i.

– To. – Stark wy celował palcem  w ekran, na który m  grupka sy m boli oznaczaj ąca

j ego  żołnierzy   zaczęła  się  nagle  szy bko  poruszać.  –  Ta  druży na  się  wy cofuj e.  Czy   ktoś  m oże
powiedzieć dlaczego?

– Status bunkra j est w porządku – m am rotała pod nosem  Vic. – Co tam  się dziej e? –

zastanawiała  się,  akty wuj ąc  ogólny   kom unikator  sy stem u  dowodzenia.  –  Kapralu  Ham ilton,
dlaczego wasza druży na opuściła stanowiska?

Stark  przełączy ł  się,  aby   usły szeć  odpowiedź.  Słowa  Ham iltona  by ły   szy bkie,

ury wane, ociekały  strachem  i zm ęczeniem  spowodowany m  biegiem .

– Jest ich za dużo. Za m ocno naciskaj ą. Nie dam y  rady  utrzy m ać pozy cj i.
– Ham ilton! – ry knęła Vic. – Naprzeciw was nie m a niczego, czy m  wróg m ógłby

przerwać linię um ocnień na waszy m  odcinku! Wracaj cie na wy znaczoną pozy cj ę!

– Odm awiam . Tam  j est zby t gorąco. Wy cofuj em y  się.
Stark  powstrzy m ał  Vic,  kładąc  j ej   dłoń  na  ram ieniu,  drugą  ręką  zaś  wskazuj ąc  na

ekran.

– Spój rz, j ak szy bko poruszaj ą się te sy m bole. Oni się nie wy cofuj ą, ty lko uciekaj ą.
– Uciekaj ą... – powtórzy ła ostatnie słowo, j akby  nigdy  wcześniej  go nie sły szała i

nie potrafiła zrozum ieć znaczenia. – O Boże – j ęknęła, widząc, że druży ny  z sąsiednich bunkrów
także przy stępuj ą do odwrotu.

– Tam  j est podobnie – rzucił Stark przez zaciśnięte zęby. – Linia obrony  pęka.
Coraz  więcej   sy m boli  przem ieszczało  się  w  stronę  obserwatorów,  gdy   kolej ni

żołnierze  opuszczali  bunkry,  kieruj ąc  się  grupkam i  na  zaplecze  frontu.  Czerwone  ikonki  wrogich
oddziałów  sunęły   ich  śladem ,  na  razie  ostrożnie,  j akby   przeciwnik  obawiał  się  wciągnięcia  w
pułapkę.

– Co tam  się dziej e? – wy szeptała Vic, nie wierząc własny m  oczom , i spoj rzała na

Starka.  –  Dlaczego  uciekaj ą?  –  Mom ent  później   walnęła  pięścią  w  konsolę.  –  Dlaczego  oni,  u
licha, uciekaj ą?

– Nie m am  poj ęcia. Zapy taj m y  ich raz j eszcze. – Stark wy wołał num er j ednego z

sierżantów, który  brał udział w odwrocie. – Srij ata, co tam  się dziej e? Dlaczego opuściłeś bunkier?

Odpowiedzi sierżanta by ły  wy raźne m im o odgłosów zaciekłej  walki.
– Nie wiem ! Wszy scy  zaczęli się wy cofy wać, i to biegiem .
– Ale dlaczego ty  uciekłeś?
–  Miałem   bronić  tego  bunkra  w  poj edy nkę?  Zresztą  załogi  sąsiednich  zrobiły   to

background image

sam o! Stark przełączy ł się na inny  kanał.

– Szeregowy  Shanahan. Wracaj cie na wy znaczoną pozy cj ę.
– Odm awiam , sir. Odm awiam . Tam  j est za gorąco. Nie utrzy m am y  się...
– Nikt was nie atakuj e. Wracaj cie na stanowisko.
– Po co? Nie m am  zam iaru ginąć za nic!
Vic  przez  m om ent  spoglądała  Ethanowi  prosto  w  oczy,  potem   sam a  wy wołała

j akiegoś żołnierza.

– Kapralu Delgado, zam elduj cie się. – Cisza. – Delgado, wiem , że m acie włączony

kom unikator.

– Wal się! – wy sapał Delgado.
– Wracaj cie na pozy cj ę, Delgado. Od tego zależy  ży cie inny ch żołnierzy !
– Moj ego ty łka j akoś nikt nie chce ratować. Z tego, co widzę, wszy scy  wiej ą.
Stark ponownie skupił uwagę na otoczeniu, zdaj ąc sobie nagle sprawę, że wszy stkie

spoj rzenia są zwrócone na niego. Tak,  nadal  jestem  dowódcą  drużyny,  tylko  że  cholernie  licznej.
Wcisnął  klawisz  kom unikatora,  wy bieraj ąc  kanał  ogólny,  który m   m ógł  dotrzeć  do  wszy stkich
żołnierzy  w sektorze.

–  Tu  Stark.  Wracaj cie  wszy scy   na  wy znaczone  pozy cj e.  Wróg  nie  dy sponuj e

niczy m ,  co  m ogłoby   wam   poważnie  zagrozić.  Wy słaliśm y   wam   j uż  wsparcie.  Wracaj cie  na
wy znaczone  pozy cj e  –  powtórzy ł.  Część  ikonek  zwolniła,  niem niej   wy łom   poszerzał  się  z  każdą
chwilą,  gdy ż  do  uciekaj ący ch  dołączały   załogi  kolej ny ch  um ocnień.  Tam a  pękła,  cegiełki,  z
który ch  została  zbudowana,  poddawały   się  kolej no  pod  naporem   wroga,  który   atakował  ze
zdwoj oną m ocą na ty m  odcinku, zwiększaj ąc po wielekroć panuj ący  tam  chaos.

Stark  wy czuł  obok  siebie  sierżant  Tanakę,  której   powierzono  dowodzenie

sztabowcam i kwatery  głównej .

– Jaki zasięg będzie m iała ta panika? – zastanawiała się na głos, nie kry j ąc strachu.

– Cała linia frontu się załam ie?

– Odpowiem  ci, j ak ty lko się dowiem .
Dziwna sprawa. Miał tak wielką władzę, ale znikom y  wpły w na sy tuacj ę.
–  Szlag!  –  zaklęła  Vic,  przełączaj ąc  się  na  kolej ny   kanał.  –  Dlaczego  o  ty m   nie

pom y ślałam ?... Arty leria! Grace? Mam y  problem . Musim y  zam knąć wy łom .

Sierżant  Grace  odpowiedział  z  odległego  pom ieszczenia  kom pleksu  kwatery

głównej ,  gdzie  m ieściło  się  centrum   dowodzenia  naj cięższy m i  działam i,  które  od  wielu  stuleci
budziły   organiczny   strach  w  żołnierzach  piechoty.  Mówił  spokoj ny m   głosem ,  wolno  cedząc
słowa.

– Rozum iem . Mogę położy ć ogień zaporowy, aby  spowolnić ruchy  wroga, ale na

pewno nie dam  rady  powstrzy m ać go bez wsparcia piechoty.

–  Uform uj em y   nową  linię  obrony   na  przedpolu.  Ściągam y   właśnie  j ednostki

rezerwowe. Rozpocznij cie ostrzał wy sunięty ch oddziałów przeciwnika.

–  Dobrze.  Postaram   się  spowolnić  ich  m arsz,  ale  nie  m ogę  celować  w  naj dalej

wy sunięte  j ednostki  bez  ry zy ka  zm asakrowania  naszy ch.  Przeciwnik  zaczy na  się  zrówny wać  z
uciekaj ący m i oddziałam i.

Vic  spoj rzała  na  ekran,  potem   przeniosła  wzrok  na  Starka.  On  ty lko  skinął

twierdząco głową.

– Zrób co się da, Grace. Jesteś ekspertem .
– Nie chcecie planu ogniowego do akceptacj i?
– Nie chcem y. O czy m  ty  w ogóle m ówisz?
–  To  standardowa  procedura  –  wy j aśnił  Grace,  ty m   razem   m ówiąc  znacznie

background image

szy bciej .  –  Rozpisuj ę  plan  ostrzału,  przesy łam   go  na  wy ższy   poziom   dowodzenia,  aby   wszy scy
oficerowie  po  kolei  m ogli  go  zatwierdzić,  sprawdzaj ąc,  które  działa  do  czego  i  kiedy   będą
strzelały. Potem  dokum ent wraca do m nie.

– A bitwa w ty m  czasie dobiega szczęśliwego końca.
– Hej , nie j a wy m y śliłem  ten sy stem . Chcecie zobaczy ć m ój  plan?
–  Nie  –  oświadczy ł  zdecy dowany m   tonem   Stark.  –  Grace,  zdąży łeś  zapom nieć

więcej   inform acj i  doty czący ch  ciężkiej   arty lerii,  niż  j a  kiedy kolwiek  posiadałem .  Rób,  co
uważasz za stosowne, a j ak zobaczę, że coś m i nie pasuj e, dam  ci znać.

– Dowodzenie przez negacj ę? – zapy tał Grace. – Stark, j uż cię lubię, stary  draniu.

Za chwilę polecą pierwsze pociski.

–  Dzięki.  –  Ethan  spoj rzał  na  Vic.  –  Czy m ,  u  licha,  j est  „dowodzenie  przez

negacj ę”?

Rey nolds  uśm iechnęła  się,  aczkolwiek  raczej   nieprzekonuj ąco  ze  względu  na

przepełniaj ące j ą napięcie.

– To znaczy, że każesz kom uś coś zrobić, a potem  patrzy sz na efekty  j ego działania.

Nie wtrącasz się, dopóki nie uznasz, że m ożna coś zrobić inaczej .

–  To  się  nazy wa  zdrowy   rozsądek  –  m ruknął  Stark.  –  Jak  niby   inaczej ...  –

zeszty wniał,  gdy   spoj rzał  na  lewy   skraj   wy łom u.  –  Po  tej   stronie  przestali  się  wy cofy wać.
Spój rz. Nadal utrzy m uj ą pozy cj e. Tanaka, połącz się z ty m  bunkrem  i zadbaj , żeby  j ego załoga
nie uciekła.

– Dlaczego właśnie w ty m  m iej scu? – zastanowiła się na głos Vic, gdy  Jill ruszy ła

w kierunku term inalu. – A niech m nie, spój rz na ukształtowanie terenu. Ich bunkier znaj duj e się na
szczy cie strom ego wzniesienia, przed który m  j est pole pełne głazów.

– Tak. – Stark wy szczerzy ł zęby, rozpoznaj ąc wskazane m iej sce. – To Zam ek. Nie

stacj onowaliśm y   w  tam tej   okolicy.  Naj lepszy   bunkier  do  obsadzenia  na  cały m   pery m etrze.
Wróg om ij ał ich szerokim  łukiem , dzięki czem u nie czuli presj i. – Przeniósł wzrok na drugi skraj
wy łom u,  gdzie  również  widniało  spore  zgrupowanie  zielony ch  ikonek  zaj m uj ący ch  teren
przy pom inaj ący   asy m etry czny   krąg.  –  Patrz,  Vic,  po  tam tej   stronie  też  się  ktoś  broni.  Dzięki
Bogu.

– Tak – przy znała. – Wzgórze Mango walczy.
– Ale to przecież równina, m uszą m ieć wroga na karku.
–  Spój rz  na  num er  j ednostki,  Ethan  –  wy paliła  Vic  takim   tonem ,  j akby   z  góry

wiedziała, że ta wiadom ość m u się nie spodoba.

I nie pom y liła się.
– Chry ste...
Trzecia  druży na  pierwszego  plutonu  kom panii  Bravo.  Drugi  batalion,  pierwsza

dy wizj a.  Jego  dawni  ludzie.  Dwunastu  żołnierzy,  który ch  szkolił  i  prowadził  od  wielu  lat.  Jego
druży na do m om entu, w który m  bezsensowna szarża generała Meecham a doprowadziła do rzezi.
Tej  sam ej , która by ła powodem  buntu podoficerów. To właśnie po niej  sierżanci wy brali Starka
na  kom endanta,  zm uszaj ąc  go  do  porzucenia  ukochanego  zaj ęcia  i  ty ch  właśnie  żołnierzy.  Jego
dawna  druży na  zm ieniła  kilka  dni  tem u  inny   oddział,  udaj ąc  się  na  pierwszą  linię,  a  teraz
utrzy m y wała wy znaczoną pozy cj ę na skraj u wy łom u w linii obrony, przez którą przetaczała się
lawina wrogów konty nuuj ący ch przełam y wanie frontu.

– Anita – powiedział.
– Sí, sargento – usły szał absurdalnie rozradowaną kapral Gom ez.
Obserwuj ąc  uważnie  dane  napły waj ące  z  j ej   bunkra,  dostrzegł,  że  sy stem y

nam ierzania  ostrzeliwuj ą  każdy   cel,  j aki  poj awia  się  w  polu  widzenia  sensorów  –  a  ty ch  by ło

background image

wiele,  naprawdę  wiele.  Mnóstwo  żołnierzy   poj awiało  się,  testuj ąc  sy stem ,  i  naty chm iast
wy cofy wało,  szukaj ąc  m artwy ch  punktów,  które  pozwoliły by   na  podej ście  do  bunkra  i
unieszkodliwienie  sieci  zabezpieczeń  oraz  kierowanej   przez  nią  broni.  W  narożniku  obrazu
przekazy wanego  z  kam ery   Stark  widział  pochy lonego  nad  konsolą  szeregowego  Mendozę.
Żołnierz  co  chwilę  wprowadzał  szy bkim   ruchem   dłoni  nowe  kom endy   zm ieniaj ące  priory tety
sy stem ów celowniczy ch.

– Musicie utrzy m ać tę pozy cj ę – powiedział Stark. – Musicie. Nie m am  tam  nikogo

innego, kom u m ogę zaufać.

– Będziem y  walczy li, sargento. No hay problema.
– Uderzą na was, i to z pełną m ocą, ale m usicie wy trzy m ać – powtarzał Stark.
–  Sí.  Nikt  nie  opuści  tego  wzgórza.  Naciskaj ą  m ocno,  ale  odpowiadam y   równie

zdecy dowanie. Widzi pan? Nie m am y  zam iaru uciekać j ak te kartofle.

Stark  przy wołał  obraz  z  innej   kam ery,  ty m   razem   patrzy ł  na  sy tuacj ę  oczam i

kolej nego  ze  swoich  podwładny ch,  szeregowego  Chena  strzelaj ącego  ze  stanowiska  poza
bunkrem . Między  potrzaskany m i skałam i poruszały  się ciem ne sy lwetki, w absolutnej  czerni cieni
poły skiwał  od  czasu  do  czasu  j akiś  elem ent  wy posażenia.  Biała  łuna  oświetlała  co  chwilę  szary
księży cowy   kraj obraz.  Chen  strzelał  spokoj nie,  bez  em ocj i,  gdy   j ego  kom puter  takty czny
nam ierzał  kolej ny   cel.  Wy świetlacz  nad  j ego  głową  drgał  m ocno,  ponieważ  wróg  starał  się
zagłuszy ć kom unikacj ę z sy stem am i kieruj ący m i ogniem  i wy znaczaj ący m i cele. Ikonki zapalały
się  i  gasły   nieustannie,  gdy   kom putery   filtrowały   dane,  oddzielaj ąc  cele  uroj one  od
prawdziwy ch.  Obraz  zadrgał  znowu,  a  m om ent  później   stoj ące  obok  Chena  działko  szy nowe
plunęło  serią  pocisków.  Jakże  łatwe  wy dawało  się  zadanie  ty ch  ludzi:  m ieli  j edno  m iej sce  do
obserwacj i,  j edno  konkretne  zadanie  –  prowadzenie  tak  niewielkiego  oddziału  wy dawało  się
igraszką.  Ty m   trudniej   by ło  Ethanowi  wrócić  m y ślam i  do  centrum   dowodzenia,  gdzie  m usiał
m artwić się o los ty sięcy  ludzi.

– Daj  m i znać, j eśli zrobi się za gorąco – rozkazał Stark, przery waj ąc połączenie,

by  skupić się na sy tuacj i ogólnej .

Vic posłała m u ostre spoj rzenie.
– Oni tam  przej dą piekło, Ethan.
–  Wiem .  Ale  ty lko  na  nich  m ogę  liczy ć.  Nie  uciekną,  będą  bronić  pozy cj i  do

upadłego.  Tak  to  j uż  j est  w  woj u.  Na  pierwszą  linię  trafiaj ą  ci,  który m   ufasz,  bo  ty lko  oni  na
pewno  wy konaj ą  rozkaz  bez  względu  na  okoliczności.  –  Przeczesał  dłonią  włosy,  raz  j eszcze
spoglądaj ąc na obraz sektora, w który m  siły  wroga wdzierały  się coraz głębiej  w linie obrony. –
To  cholernie  szeroki  wy łom .  –  Na  wy świetlaczu  poj awiły   się  nowe  sy m bole.  Ciężkie  pociski
startowały   z  głębokiego  zaplecza,  by   spaść  na  teren  zaj ęty   przez  wroga.  –  Grace  m iał  racj ę.
Arty leria ich nie powstrzy m a.

– Nie m a w ty m  j ego winy. Musi zgady wać, gdzie za m om ent będzie przeciwnik, a

gdzie znaj dą się nasi. I to się nie zm ieni, dopóki nie poinform uj esz go, że właśnie spuszcza piguły
na głowy  twoich żołnierzy.

– Do tego nie m ożem y  dopuścić, Vic. Powiedz, j ak zatkać tę dziurę?
– Mam y  pod bronią dwie kom panie odwodu. – Machnęła ręką w stronę ekranu. –

Przy naj m niej   nie  m uszę  się  j uż  zastanawiać,  gdzie  j e  rozlokować.  Wy słałam   Deltę  na  lewe
skrzy dło, ale okrężną drogą. Maj ą zaj ąć pozy cj e za Zam kiem  i stam tąd uderzy ć na wroga z flanki
–  wy j aśniała,  j ednocześnie  wpisuj ąc  rozkazy   na  konsoli  dowodzenia,  by   zostały
przetransm itowane  bezpośrednio  na  kom putery   takty czne  kom panii.  –  Drugą  kom panię  m am
teraz  dokładnie  na  wprost  wy łom u.  Może  uda  j ej   się  powstrzy m ać  napór  przeciwnika...  –
przerwała na m om ent. – Tak będzie dobrze?

background image

– Słucham ? – burknął poiry towany  Stark. A, no tak, to ja tu jestem teraz szefem.  –

Tak. Świetny  pom y sł. Wy konać.

–  Nie  taki  świetny,  Ethan.  Na  szczęście  kazałeś  ogłosić  m obilizacj ę  dodatkowy ch

batalionów. – Przy gry zła dolną wargę z taką siłą, że poj awiła się na niej  rubinowa kropla krwi. –
Kom pania  Charlie,  m acie  naty chm iast  zaj ąć  wy znaczone  pozy cj e.  –  Nawet  gdy   m ówiła,  j ej
palce śm igały  po klawiaturze, wprowadzaj ąc uaktualnienia do taków kom panii. – Ustanowicie tam
nową linię obrony.

– Mam y  się bronić w poj edy nkę? – zapy tał z niedowierzaniem  w głosie podoficer

pełniący  funkcj ę dowódcy  kom panii. Kolej ny  sierżant, którem u kilka dni tem u dano kontrolę nad
zby t dużą liczbą ludzi. – Sporo ich tu na nas lezie.

Wróg  przestał  się  właśnie  czaić  i  ruszy ł  do  pościgu  za  uciekaj ący m i

Am ery kanam i, rzucaj ąc w wy łom  coraz więcej  oddziałów m im o zaporowego ognia arty lerii.

–  Chwileczkę  –  j ęknęła  Vic.  –  Opóźnić  wy konanie  rozkazu.  Nie  próbuj cie  ich

powstrzy m y wać,  dopóki  nie  otrzy m acie  wsparcia.  Wy sy łam y   do  was  dwa  pełne  bataliony,
rozum iecie? Nie będziecie tam  sam i.

–  Okay.  –  Nawet  w  zniekształcony m   elektronicznie  głosie  dało  się  wy czuć

zwątpienie.

Stark  nie  potrafił  usiedzieć  w  m iej scu,  zwłaszcza  teraz,  gdy   j ego  ludzie  m ieli

wkroczy ć do akcj i. Linia ikonek oznaczaj ący ch kom panię Charlie wy dawała się bardzo krucha i
niewielka w porównaniu z m orzem  pły nący ch w j ej  kierunku zielony ch i czerwony ch sy m boli.

Pierwsza fala uciekinierów przem knęła pom iędzy  stanowiskam i kom panii Charlie,

zanim  j ej  żołnierze zdąży li na dobre zaj ąć wy znaczone stanowiska. Coraz więcej  sy m boli zbliżało
się  do  linii  obrony,  poj edy nczo  albo  m ały m i  grupam i.  Obraz  na  wy świetlaczu  przy pom inał
kory to rzeki niosące tony  śm ieci, które lada m om ent uderzą w zaporę, j aką m iała by ć kom pania
Charlie.

– Ethan... – zaczęła m ówić Vic.
–  Widzę.  –  Część  żołnierzy   kom panii  Charlie  także  zaczęła  się  wy cofy wać,

dołączaj ąc  do  spanikowany ch  oddziałów  z  pierwszej   linii.  Naj pierw  na  skrzy dłach  form acj i,
potem  w sam y m  centrum  szy ku, wreszcie w całości. Teraz j uż wszy scy  wiali gdzie pieprz rośnie.
– Mam y  spory  problem , Vic. Po co bronić flank, skoro pom iędzy  nim i nie będzie nikogo?

Dzieje się za dużo naraz. Jak tu podejmować decyzje, mając przed sobą strumienie

danych  zmieniających  się  z  taką  szybkością,  że  nie  sposób  ich  ogarnąć?  Niem ożność  podj ęcia
decy zj i pożerała go na spółkę z rosnący m  lękiem . Co teraz? Mówić im, do kogo strzelać, jak robili
to oficerowie? To przecież nic nie da... A może to już koniec? Może pozostaje mi tylko patrzeć na
ten bajzel i modlić się o cud?

Wzdry gnął się, gdy  oczam i wy obraźni znów uj rzał łany  zroszonej  krwią trawy. Nie

um iał  podj ąć  decy zj i,  tak  j ak  kiedy ś  j ego  przełożeni,  tam ,  na  Wzgórzu  Pattersona,  gdzie  j ego
ludzie ginęli, dopóki sy tuacj a nie stała się beznadziej na.

Dobry Boże, czy właśnie stałem się swoim najgorszym wrogiem?
Zalała  go  fala  wspom nień,  j akby   m y śl  o  m asakrze  by ła  kluczem   otwieraj ący m

drzwi  do  przeszłości.  Zwłaszcza  j edna  wizj a  nie  chciała  go  opuścić:  żołnierze  siedzący   kręgiem
przy  daj ącej  ciepło lam pie gdzieś w pobliżu pola dawno zapom nianej  bitwy. Weterani dzielili się
przy   ty m   sztuczny m   ognisku  frontowy m i  opowieściam i,  który ch  żołnierze  ze  świeżego  zaciągu
słuchali  z  wy piekam i  na  twarzach.  Jedny m   z  ty ch  niedoświadczony ch  kotów  by ł  daj ący   upust
frustracj i szeregowiec Ethan Stark...

To niewykonalne. Nie damy rady zatkać tego wyłomu.
Kapral  Kate  Stein,  j ego  sam ozwańcza  „starsza  siostra”,  znów  szczerzy ła  do  niego

background image

zęby.

–  Pozwól,  chłopcze,  że  dam   ci  dobrą  radę.  Jeśli  spróbowałeś  j uż  wszy stkiego,  co

zdołałeś wy m y ślić, i nic nie zadziałało, m usisz podej ść do problem u w inny  sposób.

– Czy li j ak? – m ruknął Stark. – Przecież właśnie powiedziałaś, że spróbowałem  j uż

wszy stkiego.

–  Nieprawda.  Stwierdziłam   ty lko,  że  spróbowałeś  j uż  wszy stkiego,  co  zdołałeś

wy m y ślić. Dlatego m usisz znaleźć nowe rozwiązanie.

Ethan  walnął  opancerzoną  pięścią  w  osłonę  hełm u,  ściągaj ąc  na  siebie  zdziwione

spoj rzenie Vic.

– Za co to by ło? – zapy tała.
– Za nic. Starałem  się wstrząsnąć kilkom a bezuży teczny m i neuronam i.
–  Mam   nadziej ę,  że  pom ogło.  –  Vic  zwiesiła  głowę  na  m om ent,  opieraj ąc  się

obiem a dłońm i o konsolę, a potem  znów spoj rzała na Starka. – Nie wiem , j ak ich powstrzy m ać,
Ethan. Nie wiem  nawet, dlaczego doszło do tej  sy tuacj i.

–  Ja  chy ba  zaczy nam   rozum ieć...  –  Wiedział  j uż,  trudno  powiedzieć  skąd,  ale  w

głębi duszy  j uż wiedział.

Niektórzy walczą w imię Boga, inni dla chwały albo za ojczyznę. A nasi chłopcy? Co

im  zostało?  Nieważne,  na  razie  muszę  ratować  dupska  tych  wszystkich  baranów.  Ty le  się
wy darzy ło,  kataklizm   przy brał  ogrom ne  rozm iary,  na  j ego  barkach  spoczęła  wielka
odpowiedzialność,  a  m im o  to  j akim ś  cudem   zdołał  zachować  spokój .  „Dlatego  m usisz  znaleźć
nowe rozwiązanie”. Stanął na wprost wy świetlanej  m apy  i wy ciągnął rękę.

–  Kiedy   wróg  przery wa  linie  obrony,  zazwy czaj   stawiam y   na  j ego  drodze  nasze

oddziały.

– W taki sposób powstrzy m uj e się natarcia.
–  Niekoniecznie.  Zapom nij   o  ty m ,  gdzie  wróg  znaj duj e  się  w  ty m   m om encie.

Zapom nij   o  próbie  utrzy m ania  j ak  naj większego  terenu.  Gdy by ś  m iała  wy bór,  gdzie
próbowałaby ś powstrzy m ać przeciwnika? Na dobre.

– Py tasz o m ój  wy bór? Chodzi ci o naj lepsze m iej sce?
– Tak. O wszy stko prócz kolonii.
– Tutaj . – Podświetliła odosobnioną skalną grań blisko środka wy łom u. Pozostałość

po bardzo stary m  kraterze, którego ściany  zostały  rozbite w py ł na skutek kolej ny ch pom niej szy ch
zderzeń. – To doskonałe m iej sce, ty lko nazby t odległe od linii frontu. Gdy by  coś poszło nie tak i
nie utrzy m aliby śm y  tej  grani, pozostałaby  nam  j uż ty lko kolonia.

Stark zm ruży ł oczy.
–  Znakom ity   wy bór,  Vic.  Dzięki  niem u  będziem y   m ieli  czas  na  zorganizowanie

obrony, zanim  poj awi się wróg.

– Jeśli nie utrzy m am y  tej  linii, przegram y.
– Owszem , ale popatrz na to z innej  perspekty wy : j eśli nie utrzy m am y  się tam , nie

uda nam  się też nigdzie indziej . – Raz j eszcze pokiwał głową. – Dobra. Skieruj  tam  oba bataliony.

– Oba? – zapy tała ostro Rey nolds.
– Musim y  ich powstrzy m ać, a potem  zepchnąć.
– Ale nie w ten sposób – protestowała. – Główne siły  przeciw główny m  siłom ? A

co  zrobisz,  j eśli  uciekinierzy   zdezorganizuj ą  linie  obrony,  j ak  zrobili  to  w  przy padku  kom panii
Charlie? Pom y śl, Ethan. Lepiej  nie stawiać wszy stkiego na j edną kartę.

Wszy stkie nerwy  dom agały  się naty chm iastowego działania, niem niej  Stark zm usił

się do chwili zastanowienia przed wy świetlaczem .

– Dobrze, j eden batalion rozm ieścim y  na grani. Gdzie powinienem  wy słać drugi?

background image

Vic zatoczy ła szeroki łuk ręką.
–  Na  tę  stronę  wy łom u.  Uderzy m y   na  wroga  z  flanki,  gdy   ty lko  zdołam y   go

powstrzy m ać, a j eśli przebij e się i przez tę linię, ty m  bardziej  będziem y  potrzebowali uderzenia
oskrzy dlaj ącego, które pom oże go powstrzy m ać.

– Dobrze. Świetnie. – Obrócił się na pięcie. – W takim  razie ruszam .
– Co takiego?!
– Ruszam  – powtórzy ł Stark, wskazuj ąc palcem  na przesuwaj ące się szy bko ikonki.

– Ci żołnierze nie przestaną uciekać ty lko dlatego, że rozm ieścim y  kolej ny  batalion na grani, tak
sam o  j ak  nie  zatrzy m ali  się  na  pozy cj ach  kom panii  Charlie.  Muszę  poj awić  się  m iędzy   nim i,
żeby  przestali wiać.

–  Ty lko  ty   trzy m asz  tę  całą  zbieraninę  w  kupie,  Ethan!  Jeśli  zginiesz,  wszy stko  się

rozpadnie!

– Wszy stko j uż się rozpada na naszy ch oczach, Vic. – Obrócił się, nie czekaj ąc na

odpowiedź. – Sierżancie Tanaka, potrzebuj ę podwózki na linię frontu. Jak szy bko sprowadzicie m i
tutaj  transporter opancerzony ?

Tanaka skinęła głową.
–  Chodzi  o  wóz  boj owy ?  Mam y   taki  tutaj ,  w  kwaterze  głównej ,  a  nawet  dwa.  To

ruchom e centra dowodzenia naszego generała.

– Powiedziałem , że chcę zwy kły  transporter opancerzony  – ofuknął j ą Ethan.
–  To  są  zwy kłe  transportery   opancerzone,  zm ody fikowano  j e  ty lko  odrobinę,  by

pom ieściły  dodatkowy  sprzęt. – Palce Tanaki zatańczy ły  nad kilkom a wy świetlaczam i. – Zgrałam
panu wszy stkie dane na taka i powiadom iłam  kierowców. Szerokiej  drogi.

–  Dziękuj ę,  sierżancie.  –  Stark  ruszy ł  biegiem ,  kieruj ąc  się  wskazaniam i

wy świetlacza  wbudowanego  w  zbroj ę  boj owego  sy stem u  takty cznego.  Rozm y ślnie  j ednak
zwolnił  po  kilku  krokach  do  zwy kłego  truchtu.  Ludzie  nie  powinni  widzieć,  że  gnam  na  złamanie
karku. Przed nim  poj awiła się ram pa załadunkowa transportera, dużo większa od ty ch, do który ch
przy wy kł.  Właz  um ieszczono  w  bocznej   części  kadłuba,  m ógł  więc  wsiąść  do  m aszy ny   bez
skakania.  Po  jaką  cholerę  zrezygnowano  z  opancerzenia  i  kamuflażu  na  rzecz  dodatkowego
pieprzonego wejścia? Wygląda na to, że generalicja nie lubi się wspinać do swoich maszyn.

Stark zagłębił się w fotelu stoj ący m  naprzeciw konsoli dowodzenia. Szam otał się z

uprzężą zabezpieczaj ącą, dopóki nie zauważy ł, że j est o wiele bardziej  skom plikowana niż zwy kła.
Klnąc  pod  nosem ,  zdołał  w  końcu  wpiąć  wszy stkie  klam ry,  a  gdy   to  zrobił,  zam arł  na  krótką
chwilę. Dobra, możemy już ruszać. Podłączy ł się do sy stem u łączności, klnąc znów w m y ślach na
opóźnienie.

– Kierowca? Dlaczego j eszcze nie j edziem y ?
– Czekam  na rozkazy, sir.
–  Rozkazy ?  –  No  tak.  Do  tej  pory  zawsze  wsiadałem  na  pokład,  a  kierowca  wiózł

mnie tam, gdzie mu kazano. Chyba będę musiał zmienić kilka nawyków. Zaznaczy ł grań na swoim
wy świetlaczu  i  przesłał  dane  do  sy stem ów  transportera.  –  To  nasz  cel.  Dostarczcie  m nie  tam
naj szy bciej  j ak to m ożliwe.

– Taj est.
Transporter  uniósł  się  pły nnie,  bez  szarpnięć,  do  który ch  Stark  zdąży ł  się

przy zwy czaić  w  czasie  ruty nowy ch  przelotów  j uż  j ako  szeregowiec.  Maszy na  m knęła  szeroką
drogą  biegnącą  po  powierzchni  Księży ca,  przy śpieszaj ąc  nieustannie,  zwolniła  dopiero,  gdy
wy j echali poza kom pleks dowodzenia i znaleźli się nad bardziej  skalisty m  terenem .

– Co znowu? – j ęknął Ethan. – Dlaczego zwolniliśm y ?
– Przed nam i pełno głazów, sir. Musim y  j e om ij ać.

background image

–  Pełno  głazów?  –  Stark  przełączy ł  się  na  zewnętrzne  kam ery,  by   osobiście

sprawdzić  ukształtowanie  terenu.  Jak  okiem   sięgnąć  poszarpane  głazy   obsy pane  tonam i  py łu.
Martwe tak j ak m iej sce, w który m  nigdy  dotąd nie by ło śladu ży cia. Czy li księży cowa norm alka.
– Od j ak dawna prowadzicie te m aszy ny ?

– Od czterech lat.
–  Od  czterech...  Dlaczego  więc  nie  m acie  doświadczenia  w  j eździe  po  takim

terenie?

– By łem  osobisty m  kierowcą generała, sir – m ruknął lekko poiry towany  żołnierz. –

Moj e zadanie polegało głównie na czekaniu w pogotowiu.

Wygląda na to, że nasi generałowie jeździli do tej pory wyłącznie po terenach wokół

kolonii. Zmarnowali doskonałego żołnierza i jeszcze lepszy sprzęt. Oto kolejna rzecz do naprawy, o
ile wyjdę z tej awantury cało.

– Słuchaj  no, kolego. Teraz wozisz m nie. Przy śpiesz i nic się nie bój , nie dostaniesz

nagany  za każdą ry sę na lakierze.

– Ale rozkazy...
– Właśnie j e zm ieniłem . Dawaj !
– Tak j est.
Transporter  nabrał  prędkości,  wprawdzie  nie  j echał  tak  szy bko  j ak  m aszy ny

prowadzone przez doświadczony ch pierwszoliniowy ch kierowców, ale przy naj m niej  szy bciej  niż
przed chwilą.

Stark  zaj ął  się  rozpracowy waniem   klawiatury   stanowiska  dowodzenia  i  wkrótce

m iał  j uż  podgląd  na  wy brany   sektor.  Zam arł  z  palcem   gotowy m   do  naciśnięcia  guzika,  dzięki
którem u m ógł podłączy ć się do kam ery  na zbroi j ednego z żołnierzy, a potem  cofnął wolno rękę.
O  wiele  łatwiej  patrzyć  na  tę  bitwę  oczami  żołnierza  biorącego  w  niej  udział,  niż  zajmować  się
ogarnięciem  całości,  co  jest  teraz  moją  powinnością.  To  pieprzone  ruchome  centrum  dowodzenia
jest za dobrze wyposażone.

Stark  m im owolnie  przy pom niał  sobie  pierwszy   atak  na  Księży c.  Kilka  lat  tem u

bezpośredni  przekaz  z  walk  –  transm itowany   z  niewielkim   ty lko  opóźnieniem   –  stał  się  kolej ną
m asową  rozry wką  dla  cy wilbandy.  To  właśnie  wtedy   dotarło  do  Pentagonu,  że  m oże
j ednocześnie zaspokaj ać głód krwi zwy kły ch ludzi i zarabiać dodatkowe pieniądze. By ł to spry tny
sposób  na  uzupełnienie  budżetu  arm ii  i  zakup  naj nowocześniej szy ch  sy stem ów  uzbroj enia  bez
protestów ze strony  zby t m ocno opodatkowy wany ch oby wateli, który ch nie obchodziło, j ak ży j ą
szeregowi żołnierze, i którzy  nieustannie poszerzali przepaść pom iędzy  woj em  a cy wilbandą. Jak
mogliśmy  dopuścić  do  aż  takiego  rozwarstwienia?  I  w  jaki  sposób  mam  nakłonić  moich  ludzi  do
kontynuowania  walki?  Stark  spoj rzał  ponuro  na  wy świetlacz  pokazuj ący   obraz  sektora  z
wy łom em .  Nadal  uciekają.  Niemal  wszyscy.  Ale  flanki  wciąż  się  trzymają.  Nikt  już  nie  atakuje
Zamku. Wzdry gnął się na m y śl o ty m , j ak wielkie siły  m ogły  zostać rzucone na pozy cj e bronione
przez j ego dawną druży nę.

– Anita? – zapy tał. – Co tam  u was?
– By wało lepiej , sargento.  –  Ty lko  ktoś,  kto  znał  j ą  wy starczaj ąco  długo  i  dobrze,

m ógł wy czy tać obecny  w ty ch słowach niepokój . – Stracili wielu ludzi, próbuj ąc nas wy kurzy ć,
więc  się  wy cwanili.  Ale  na  razie  nie  robią  niczego,  z  czy m   nie  m ogliby śm y   sobie  poradzić.
Jestem  trochę zaj ęta, nie m am  czasu na rozm owy.

–  Rozum iem .  –  Przerwał  połączenie,  czuj ąc  narastaj ący   strach.  O  kim  to

opowiadał  mi  Rash?  O  Spartanach.  Tak.  Oni  także  mieli  się  bronić  do  upadłego.  Dlaczego  to
właśnie musiało spotkać moją dawną drużynę?

– Stark? – Ten głos m ógł równie dobrze rozbrzm ieć tuż za j ego plecam i, niem niej

background image

odczy ty   konsoli  sugerowały,  że  dobiega  z  przeciwległego  krańca  linii  um ocnień.  –  Co  tam   się
dziej e?

Ethan zaczerpnął głęboko tchu, m usiał się uspokoić, aby  odpowiedzieć spokoj ny m ,

nie łam iący m  się głosem .

– Mam y  problem  w j edny m  z sektorów. Właśnie tam  j adę.
– Problem ? – zainteresował się sierżant. – To wy gląda j ak przerwanie linii frontu.
–  Owszem .  Opisałeś  właśnie  przy czy nę  naszego  problem u.  Na  szczęście  wy łom

przestał  się  poszerzać,  a  j a  m am   w  zanadrzu  dwa  bataliony,  które  wy kopią  przeciwnika  poza
pery m etr.

– Dlaczego nasi żołnierze uciekaj ą, zam iast się wy cofy wać? – odezwał się kolej ny

głos.

– Zapy tam  ich, j ak ty lko się tam  dostanę.
–  Nas  tu  też  m ocno  naciskaj ą  –  poinform ował  czwarty   sierżant.  –  Utrzy m uj em y

pozy cj e,  a  chłopcy   za  naszy m i  plecam i  spieprzaj ą.  Będziem y   m usieli  się  wy cofać,  j eśli  nie
opanuj esz sy tuacj i.

Stark wpatry wał się tępo w wy świetlacz, niepewność rosła na wszy stkich odcinkach

frontu, wahanie także. Każdy  taki głos z osobna nie by ł wielkim  zagrożeniem , ale wszy stkie razem
m ogły  stanowić przy czy nek do powstania ogrom nego zam ieszania, którego nikt i nic nie będzie w
stanie powstrzy m ać. Zorganizowani obrońcy  zm ienią się w spanikowany ch uciekinierów.

– Przecież powiedziałem , że zatkam y  ten wy łom .
– Może powinniśm y  się nieco cofnąć.
– Nie! – Mało brakowało, a Stark wy darłby  się do m ikrofonu. Zacznijcie się cofać,

a  nigdy  nie  powstrzymacie  tego  procesu.  –  Utrzy m uj cie  pozy cj e!  Wszy scy   m acie  zostać  na
m iej scu.

– Dlaczego?
Dlaczego?  Dobre,  choć  proste  py tanie.  Jedno  słowo,  ale  j ak  trudno  na  nie

odpowiedzieć. Dlaczego m am  dać się zabić za coś albo za kogoś? Już sam o zadanie tego py tania
wskazy wało  na  rozm iary   problem u,  ponieważ  dobry   dowódca  dba  o  to,  by   j ego  podwładni
wiedzieli  od  sam ego  początku,  „dlaczego”  robią  to,  co  robią.  O  wiele  łatwiej   by łoby   wy j aśnić
„dlaczego”, gdy by  nie atak Meecham a, który  wy krwawił trzecią dy wizj ę posy łaną raz za razem
na  naj silniej sze  um ocnienia  wroga,  co  skutecznie  zniszczy ło  nawy k  posłuszeństwa  u  stary ch
żołnierzy,  powoduj ąc,  że  pierwsza  dy wizj a  oddział  po  oddziale  zaczęła  się  buntować  przeciw
własny m   oficerom ,  aby   pój ść  z  pom ocą  m asakrowany m   towarzy szom   broni.  Teraz  każda
odpowiedź  m usiałaby   by ć  bardzo  długa  i  przez  to  tak  zawiła,  że  traciłaby   wiary godność,
zwłaszcza że j ej  odbiorcy  j uż widzieli nadciągaj ące piekło. Stark przem ówił j ednak, zachowuj ąc
wy m uszony  spokój , m im o że j ego um y sł wciąż prowadził gorączkowe poszukiwania słów, dzięki
który m  m ógłby  sprostać stawianem u przed nim  zadaniu.

– Jeśli się cofniecie, ludzie na waszy ch flankach zostaną wy stawieni na żer wroga.
– My  i tak m am y  j uż przesrane, Stark.
–  Siedzicie  w  bunkrach  –  wtrąciła  Vic.  –  Opuszczaj ąc  j e,  wy j dziecie  na  otwarty

teren, gdzie będziecie znacznie łatwiej szy m  celem .

– To prawda, Rey nolds. Ty le że ty  siedzisz sobie wy godnie w kwaterze głównej , a

m y  zginiem y  bez względu na to, co zrobim y. Dlaczego każesz nam  ginąć?

Ethan  poczuł  ból,  a  gdy   opuścił  wzrok,  zauważy ł,  że  zaciska  palce  tak  m ocno  na

osłonie  kom binezonu,  że  porobił  na  nim   wgniecenia.  Co  m a  powiedzieć  ty m   sierżantom ,  j aki
przedstawić  cel,  skoro  wszy stko,  w  co  wierzy li  i  czem u  ufali,  zostało  im   odebrane  w  chwili
aresztowania oficerów? By ć m oże „co” nie by ło naj właściwszy m  problem em  w ty m  m om encie.

background image

Może raczej  powinien powiedzieć im , „kto” j est tego wart? By wało, że ludzie, którzy  nie widzieli
sensu w walce o swoj e ży cie, potrafili poświęcić się dla inny ch.

Stark pozwolił, by  gniew i frustracj a wy lały  się z j ego ust, gdy  wy pluwał kolej ne

słowa oskarży cielskim  tonem .

–  Niech  to  wszy stko  szlag!  To  wy,  m ałpoludy,  wy braliście  m nie  na  to  pieprzone

stanowisko!  Nie  chciałem   go  przy j ąć,  ale  w  końcu  obiecałem ,  że  zrobię  co  w  m oj ej   m ocy,
ponieważ liczy liście na m nie.

– Ufaliśm y  ci...
– A j a wam ! A teraz chcecie m nie zostawić w sam y m  środku tego burdelu? Czy  to

uczciwe?

– Stark, to m y  nadstawiam y  dupy  na pierwszej  linii.
–  Jak  m y ślisz,  co  j a  teraz  robię?  Oglądam   sobie  księży cowy   kraj obraz  na

m onitorze?  Jadę  na  pole  walki!  Jadę  na  pierwszą  linię!  I  zam ierzam   j ej   bronić,  ponieważ
obarczy liście m nie ty m  zadaniem  i wy konam  j e bez względu na koszty. Py tam  więc: który  z was
zam ierza m nie wy stawić do wiatru?! Który  pozbawi m nie osłony  od zaplecza?! Ty, Carm en? A
m oże ty, Jones, albo ty, Truen?

Transporter koły sał się przez m om ent na wy boj ach w kom pletnej  ciszy. Starkiem

m iotało w fotelu pom im o uprzęży, ale nawet na chwilę nie spuścił wzroku z wy świetlaczy.

– Nie wy stawim y  cię, Stark – nadeszła w końcu odpowiedź. – My  ty lko, wiesz...
–  Nie,  nie  wiem .  To  bitwa!  Wróg  j est  przed  wam i.  Zabij aj cie  go,  j eśli  podej dzie

bliżej , to powinno powstrzy m ać następne ataki. Czy  to naprawdę takie trudne do zrozum ienia? –
Znów  cisza,  m oże  wsty dliwa,  m oże  wręcz  przeciwnie,  wy zy waj ąca.  –  Będziecie  walczy ć?
Utrzy m acie pozy cj e? Wesprzecie m nie? – dopy ty wał się Ethan.

– Tak. Zapewnim y  ci osłonę. Będziem y  pilnowali flank. Zgotuj  im  piekło, Stark.
–  Dzięki.  –  Chciał,  aby   to  słowo  ociekało  sarkazm em ,  lecz  ulga,  j aką  poczuł,

sprawiła, że zabrzm iało szczerze.

Chwilę  później   kierowca  transportera  zaczął  ostrożnie  ham ować  i  w  końcu

zatrzy m ał m aszy nę. Stark czekał, wściekaj ąc się z powodu kolej nego niepotrzebnego opóźnienia, a
gdy  wóz znieruchom iał, naty chm iast rozpiął uprząż, j ednocześnie otwieraj ąc właz. Z wy robioną
m iesiącam i prakty ki łatwością odbił się rękam i i nogam i od kadłuba m aszy ny, by  od razu stanąć
na gruncie, nie poddaj ąc się działaniu zm niej szonej  grawitacj i.

–  Cofnij cie  transporter  o  j akieś  dziesięć  m etrów  –  rozkazał  kierowcy.  –  Niech

strzelec  pokładowy   kry j e  szczy t  tego  wzniesienia,  ale  nie  otwieraj cie  ognia,  dopóki  nie  dam
wy raźnego rozkazu.

– Sir, ruchom e centrum  dowodzenia nie dy sponuj e żadny m  uzbroj eniem .
– Nie m acie ani j ednego działka?
– Nie, sir. Specj alisty czny  sprzęt zaj m uj e zby t wiele m iej sca.
– A po... Zresztą nieważne. Cofnij cie to cholerstwo dziesięć m etrów i sprawiaj cie

groźne wrażenie.

Stark  stał  na  powierzchni  Księży ca  przed  pozbawioną  nazwy   granią.  Czarne

postrzępione  skały   sterczały   w  czarne  niebo  upstrzone  m iriadam i  gwiazd,  które  nie  dawały   ani
ciepła, ani ty m  bardziej  ukoj enia. Po drugiej  stronie wzniesienia gram olili się właśnie uciekaj ący
żołnierze.  Za  plecam i  Stark  m iał  rezerwowy   batalion  zm ierzaj ący   na  pozy cj e.  Na  razie  j ednak
m iej sce  to  wy glądało  j ak  oaza  spokoj u.  Gdy by   nie  wiadom ości  pły nące  z  kom unikatora,  m asy
kolorowy ch ikonek przesuwaj ący ch się po wy świetlaczu osłony  hełm u i transporter stoj ący  tuż za
j ego  plecam i,  Stark  m ógłby   się  czuć  sam otny   w  ty m   m artwy m   kraj obrazie.  Zupełnie  j ak
pierwszy   człowiek,  który   wy lądował  na  Srebrny m   Globie  i  wy głosił  sły nne  słowa  o  wspólnej

background image

eksploracj i  j ego  zasobów.  Szkoda  ty lko,  że  wszy scy   wzięli  j ego  zapewnienia  na  poważnie  i
przy by li  tutaj ,  aby   wziąć  co  swoj e.  Szkoda  też,  że  naszy m   zachłanny m   korporacj om   nie
wy starczało  j uż  posiadanie  wszy stkiego  na  Ziem i,  zm usiły   więc  trzy m any ch  w  kieszeniach
polity ków do wy słania nas aż tutaj , aby śm y  odebrali inny m  kraj om , co się ty lko da podczas tej
niekończącej   się  woj ny,  której   nie  m ogliśm y   ani  wy grać,  ani  przegrać  bez  względu  na
poświęcenie  i  ponoszone  straty.  A  j uż  naj bardziej   szkoda  tego,  że  na  j ednego  człowieka,  który
pragnie coś zbudować, przy pada dwóch chętny ch do zniszczenia efektów j ego pracy. Wy soko nad
głową  Starka  lśniło  kolorowe  oblicze  Ziem i,  spoglądaj ącej   ze  sm utkiem   na  niekończące  się
okrucieństwa,  które  j ej   dzieci  zaniosły   aż  na  naturalnego  satelitę.  Nie  czujesz  się  choć  trochę
odpowiedzialna za to wszystko, Matko Ziemio? Za to, że pozwoliłaś wyruszyć swojemu potomstwu na
inne planety? Moim zdaniem powinnaś. Gdybyś traktowała dojrzewającą ludzkość łagodniej, dzisiaj
mielibyśmy do czynienia ze znacznie lepszymi istotami.

Z  początku  Stark  zam ierzał  zaj ąć  pozy cj ę  na  grani,  skąd  m iałby   naj szersze  pole

widzenia  na  uciekaj ący ch  żołnierzy,  który m   zam ierzał  pom óc.  Insty nkt  skłonił  go  j ednak  do
pozostania  w  ty m   m iej scu,  na  przeciwległy m   zboczu,  i  stąd  teraz  obserwował  dwie  fale  ikonek
zbliżaj ący ch  się  do  j ego  pozy cj i.  Po  prawej ,  tam   gdzie  teren  by ł  naj równiej szy,  rozciągało  się
pole  usiane  ostry m i  skałam i.  Po  lewej   m iał  niewy sokie  wzniesienie,  nie  leżące  j ednak  na  trasie
odwrotu uciekaj ący ch żołnierzy.

Na  Ziem i  wy cofuj ący   się  pobiegliby   w  lewo  albo  w  prawo,  tutaj   j ednak  będą

m usieli wspiąć się na szczy t wzniesienia. To będzie znacznie łatwiej sze przy  tak niskiej  grawitacj i.
Zatem powinniśmy bronić się na tej grani. Tak? Nie! To się nie uda. Nie mamy czasu okopać się, a
każdy, kto znajdzie się na szczycie, trafi pod ostrzał zbliżającego się wroga. Poza tym muszę jakoś
zatrzymać tych  wszystkich  spieprzających  drani,  a  mój  rezerwowy  batalion  nie  dotrze  tutaj  przed
nimi.  Stanę  twarzą  w  twarz  z  tłumem  przerażonych  do  granic  wytrzymałości  żołnierzy.  Z  wielkim
tłumem  przerażonych  do  granic  wytrzymałości  żołnierzy.  Muszę  zagadać  do  nich,  jak  tylko
przedostaną się przez szczyt tego wzniesienia. Z początku będą nieliczni. Tak, tam będę miał większe
szanse.  Ale  jak  mam  ich  zatrzymać?  Palnąć  im  umoralniającą  mowę?  Stark  pry chnął  z  pogardą.
Nie mam bladego pojęcia, co miałbym im powiedzieć. Pomyślmy zatem, na czym się znam...

Wiem, jak mówić ludziom, co mają zrobić.
Na  szczy cie  poj awił  się  pierwszy   zdy szany   żołnierz,  poruszał  się  nerwowo  i

niezdarnie, by ł nieludzko zm ęczony  i przerażony. Stark nam ierzy ł j ego identy fikator.

–  Kapralu  Watkins!  –  Zaskoczony   uciekinier  znieruchom iał  i  spoj rzał  na  Starka.  –

Stańcie po m oj ej  prawej . – Ethan wskazał m u opancerzony m  palcem  m iej sce obok siebie.

– Co? Ale...
– Watkins, bierzcie dupę w troki i m arsz tu do m nie! Już! – Żołnierz zareagował, ale

wciąż  by ło  widać  niepewność  w  j ego  ruchach.  Dwaj   kolej ni  weszli  w  pole  widzenia  Starka.  –
Jurgen! Rodriguez! Stańcie po m oj ej  lewej ! Obok tego głazu.

– Za nam i idzie cała arm ia wroga! Nie powstrzy m am y  j ej !
– Nawet nie próbowaliście do tej  pory ! Na m iej sca.
– Kim  ty  j esteś u licha... Stark? TEN Stark?
–  Tak,  j estem   Stark.  Albo  staniecie  u  m oj ego  boku,  albo  zostawicie  m nie  tutaj ,

żeby m  sam  z nim i walczy ł.

Obaj  szeregowcy  ruszy li w dół zbocza, na m iej sca, które im  wy znaczy ł. Kolej ny

żołnierz poj awił się na grani.

– Steinberg! Staniecie obok kaprala Watkinsa!
– Nie...
– Zam knij cie m ordę i zapieprzaj cie na m iej sce! – Ledwie te słowa opuściły  gardło

background image

Starka,  na  zboczu  poj awiło  się  dwóch  następny ch  uciekinierów.  Ci  j ednak  zatrzy m ali  się  sam i  i
obrócili w stronę nadciągaj ącego przeciwnika.

– Sierżancie Ulithi! Sierżancie Van Buskirk! Naty chm iast do m nie!
–  Spróbuj em y   ich  tu  zatrzy m ać  –  odparł  ten  drugi,  staj ąc  pewnie,  m im o  że  j ego

głos wskazy wał na wielkie wzburzenie.

– Owszem  – rzucił Ethan – ale zrobim y  to po m oj em u, tutaj , na dole. Poj edy nczo.

– Poczuł j akiś ruch po lewej , pod głazem , tam  gdzie kazał stanąć obu szeregowcom . Wy glądali,
j akby   chwiali  się  na  silny m   wietrze.  –  Sierżancie  Ulithi,  proszę  stanąć  po  m oj ej   lewej   i
zatrzy m y wać  każdego  żołnierza,  którego  do  was  poślę.  Van  Buskirk,  wy   zaj m iecie  się  ty m
sam y m  z kapralem  Watkinsem  po m oj ej  prawej .

–  Przy j ąłem .  Dalej   się  nie  cofną,  Stark.  –  Sierżant  dołączy ł  do  reszty   i  niewielki

oddział Ethana stał się solidniej szy.

Kolej ni uciekinierzy  poj awiali się j uż grupkam i. By ło ich zby t wielu, by  m ożna ich

wy łuskiwać poj edy nczo. Stark wy łapy wał więc każdego, kto znalazł się w pobliżu, aby  spowolnić
ruch  tej   m asy   i  zatrzy m ać  j ak  naj więcej   ludzi.  Żołnierze  uspokaj ali  się  nieco  –  nie  m ieli  j uż
wroga w polu widzenia, otaczały  ich znaj om e sy lwetki, a coraz liczniej si podoficerowie dodawali
im  otuchy  okrzy kam i zachęty  albo opieprzaniem . Powoli przekształcali się z bezrozum nej  tłuszczy
w j ednostkę woj skową.

–  Sierżancie  Stark?  –  Kolej ny   głos,  także  m ocno  zdy szany,  dobiegaj ący   z

kom unikatora żołnierza zbliżaj ącego się z przeciwnej  strony. – Czwarty  batalion. Sierżant Milheim .
Pełnię obowiązki dowódcy.

Stark  oderwał  się  od  obserwowania  sy tuacj i  na  zboczu,  przełączaj ąc  szy bko

kom unikator na kanały  odwodów.

– Cieszę się, że was widzę. Zaj ęliście pozy cj e?
– Tak, ale cholernie m i się nie podobaj ą.
–  Słu...  –  Stark  przełknął  końcówkę  py tania,  przy pom inaj ąc  sobie,  j ak  nerwowo

reagowała  Vic,  gdy   zaczął  j ą  traktować  j ak  kota.  To  nie  jest  pozbawiony  mózgu  szeregowiec  po
szkółce.  Mam  przed  sobą  doświadczonego  podoficera.  A  ja  nie  jestem  chodzącym  ideałem  i  nie
mam czasu na zajmowanie się sprawami, które dla kogoś z mniejszą ilością obowiązków wydają się
proste.  Muszę  o  tym  pamiętać,  u  licha.  –  Słucham ,  na  czy m   polega  wasz  problem ?  –  zapy tał
oschle, ale z należny m  szacunkiem .

Milheim  wskazał na grań.
–  Kazał  m i  pan  podzielić  ludzi  na  trzy   zgrupowania.  Jedno  m a  zostać  tutaj ,  w

centrum  pola działania, pozostałe dwa powinny  chronić nam  flanki. Wolałby m  m ieć większość sił
tutaj , a na skrzy dła posłać co naj wy żej  po kom panii.

Stark rozważał tę propozy cj ę, nie spuszczaj ąc wzroku ze wzniesienia.
– Dlaczego?
– Ponieważ wróg nie przej dzie przez te skały  po lewej  – wy j aśnił Milheim  – To by

go  za  bardzo  spowolniło  nawet  przy   tak  niskim   ciążeniu.  A  równina  po  prawej   j est  za  bardzo
oddalona od kierunku natarcia. Moim  zdaniem  uderzą całą siłą na to m iej sce, a j a nie będę m iał
wy starczaj ącej  liczby  ludzi, by  skopać im  dupy.

– To m oże by ć bardzo ry zy kowne posunięcie, j eśli się m y licie – zauważy ł Stark. –

Ale m a sens. – Wszy stko pasowało, przy naj m niej  z punktu widzenia podoficera. – Okay. Zróbcie
to, Milheim . Wprowadźcie konieczne zm iany  do taków batalionu i rozstawcie ludzi wedle własnej
woli. By le szy bko. Nie m am y  czasu.

–  Robi  się.  –  Stark  wy czuł  radość  w  elektronicznie  zniekształcony m   głosie

rozm ówcy, który  naty chm iast przełączy ł się na kanał wewnętrzny, by  rozlokować podwładny ch.

background image

– Ethan?
– Tak, Vic?
– Co, u licha, wy prawia Milheim ?
–  Wy bacz.  Pewnie  nie  sły szałaś  naszej   rozm owy.  –  Nic  dziwnego,  skoro  m usiała

zaj m ować  się  wszy stkim i  aspektam i  nadchodzącej   bitwy.  –  Zdecy dowaliśm y   o  zm ianie
rozstawienia j ego j ednostki.

– Rozum iem . Pozby łeś się oficerów, żeby  nie wy kony wać m oich rozkazów.
– Uważasz, że twój  plan by ł lepszy ?
– Nie m am  poj ęcia, ale wiem , że nie dam  rady  koordy nować działań wszy stkich

j ednostek,  j eśli  będziesz  wprowadzał  zm iany   do  planu  bez  inform owania  o  ty m   centrum
dowodzenia!

Stark się skrzy wił. Miała racj ę.
– Postaram  się, aby ś od tej  chwili by ła na bieżąco.
– Dzięki. – Sądząc po głosie, nie bardzo j ą uspokoił. Będzie m iał wiele przepaści do

zasy pania,  gdy   bitwa  dobiegnie  końca,  o  ile  oboj e  przeży j ą  to  wy darzenie.  –  Nie  bierz  tego  do
siebie. Ja po prostu nie m am  doświadczenia w dowodzeniu tak dużą liczbą j ednostek. Muszę się w
to wciągnąć.

– Rozum iem . Mam  ten sam  problem . Jesteś pewien, że chcesz rozstawić ty ch ludzi

za  wzgórzem ?  Moim   zdaniem   naj lepszy m   m iej scem   do  kontrataku  j est  grań,  z  której   m ożem y
otworzy ć ogień do j ednostek wspinaj ący ch się na szczy t.

–  Tak,  nie  zapom inaj   j ednak,  że  i  m y   będziem y   tam   całkowicie  odsłonięci.  Ci

chłopcy  są wciąż zby t roztrzęsieni, m uszę dać im  j akąś osłonę.

– Ty  j esteś na m iej scu, ty  decy duj esz.
To zwięzłe oświadczenie zaskoczy ło Starka. Przy wy kł j uż do tego, że znaj duj ące się

daleko  na  ty łach  doskonale  wy posażone  centrum   dowodzenia  stara  się  dy ktować  j ego  ludziom
każdy  ruch, każdą okazj ę do oddania strzału. Jeśli tylko wyjdziemy z tej opresji cało, jestem pewien,
że moje małpoludy staną się dziesięciokrotnie groźniejsze, niż były do tej pory. Wystarczy, że usunę
im z karków wszystkowiedzących oficerów. Obym tylko miał szansę na wprowadzenie tego w czyn.

Chwila oddechu pozwoliła uspokoić otaczaj ący ch go ludzi. Widok szy kuj ącego się

do walki batalionu Milheim a podbudował m orale wszy stkich uciekinierów. Stark znów przełączy ł
kom unikator.

– Co tam  u was, Anita?
Dy szała ciężko, wskaźnik poziom u stresu na wy świetlaczu wy kroczy ł poza skalę.
–  Są  wszędzie,  sargento.  Ten  bunkier  nie  wy trzy m a  j uż  długo.  Nam ierzy li  nas,

właśnie podciągaj ą sporo sprzętu większego kalibru.

Szy bki  skan  potwierdził  prawdziwość  raportu  kapral  Gom ez.  Wróg  zrozum iał  w

końcu,  że  Wzgórze  Mango  j est  zawiasem ,  na  który m   opiera  się  teraz  cała  linia  am ery kańskiej
obrony. Zniszczenie tego bunkra m ogło oznaczać ostateczne przerwanie frontu w tej  części. Stark
odsłonił  zaciśnięte  zęby,  gdy   zobaczy ł  na  wy świetlaczu,  j akie  siły   wróg  zgrom adził  naprzeciw
um ocnień  broniony ch  przez  j ego  dawną  druży nę.  Zbyt  wiele  dzieje  się  naraz,  ale  nie  mogę
zapominać  o  nich.  Myśl,  człowieku.  Spróbuj  znaleźć  rozwiązanie,  może  nie  podręcznikowe,  ale
takie, które pozwoli rozwiązać ten problem.

– Anita, zaprogram uj  działa szy nowe i m oździerze bunkra na autom aty czny  ogień

po wy kry ciu m inim alnego celu.

– Sierżancie, ty m  sposobem  w kilka m inut pozbędziem y  się całej  am unicj i.
–  I  tak  nie  utrzy m acie  tego  bunkra  dłużej ,  a  ciężki  ogień  zm usi  przeciwnika  do

wy cofania  naj dalej   wy sunięty ch  oddziałów.  Wy trzy m aj cie  j eszcze  chwilę.  Za  m om ent

background image

uporam y  się z ogarnięciem  tego burdelu.

– Sí, sargento. Przełączam  na ogień autom aty czny. Hurrra!
–  Spieprzaj cie  stam tąd,  Gom ez,  zanim   rozwalą  bunkier.  Ty   i  wszy scy   operatorzy

punktów ogniowy ch.

– Comprendo. Do zobaczenia na powierzchni, sierżancie.
Wrócił  do  analizy   sy tuacj i  na  nowej   linii  obrony,  czuj ąc,  j ak  adrenalina  zaczy na

m u rozsadzać ży ły. Chwilę później  Vic j eszcze bardziej  podniosła m u ciśnienie.

– Mam  problem  z piąty m  batalionem  – zam eldowała.
–  Co  takiego?  –  Stark  sprawdził  sy tuacj ę  na  wskazany m   odcinku  i  skrzy wił  się  z

odrazą. – Dlaczego się nie ruszy li? Przecież nikt ich nie atakuj e.

– Kalnickowi nie spodobały  się rozkazy.
Kalnick.  Sierżant  Harry   Kalnick.  Żołnierz,  z  który m   Ethan  nie  m iał  zby t  wiele  do

czy nienia. Z nieliczny ch kontaktów wy niósł j ednak wrażenie, że to niezby t sensowny  podoficer.

– Kalnick, m ówi Stark.
–  Tak?  –  odpowiedź  by ła  opry skliwa,  z  dom ieszką  rozdrażnienia  dodaną  dla

zwiększenia  efektu.  Ethan  policzy ł  do  trzech,  zanim   odezwał  się  ponownie,  zwalczaj ąc  chęć
wy darcia się na Kalnicka.

Dam mu szansę, niech się wytłumaczy. –  Dlaczego  twój   batalion  nie  zaj ął  j eszcze

pozy cj i na flance wy łom u?

–  Nie  m am   zam iaru  pozwolić  na  wy bicie  m oich  chłopców  ty lko  dlatego,  że  ty   i

Rey nolds nie daj ecie sobie rady  z sy tuacj ą. Moim  zdaniem  ten pom y sł i takty ka są do dupy.

– Dobra, a co ty  proponuj esz? Gdzie chciałby ś skierować piąty  batalion, żeby  m ógł

powstrzy m ać  to  uderzenie  i  odepchnąć  wroga?  –  Cisza.  –  Kalnick,  powiedz  m i,  co  ci  się  nie
podoba w rozkazach, które otrzy m ałeś?

– Są idioty czne! Ty m  sposobem  nic nie zdziałam y !
–  Wskaż  m i  zatem   alternaty wę  –  zażądał  Stark,  zm uszaj ąc  się  j eszcze  do

cierpliwości.  –  Kalnick?  Nie  będę  czekał  cały   dzień  na  odpowiedź.  Sy tuacj a  j est  kry ty czna,
wszy scy  liczy m y  na ciebie.

– Ja tego nie spieprzy łem , Stark.
– Nie rozm awiam y  teraz o tobie, Kalnick. Ruszaj cie na wy znaczone pozy cj e.
W ty m  m om encie do rozm owy  wtrącił się kolej ny, ty m  razem  znaj om y  Starkowi

głos.

– Hej , Kalnick, co ci nie pasuj e w ty ch rozkazach? – zapy tał inny  sierżant z piątego

batalionu, Stacey  Yurivan.

– Stark chce wy korzy stać nasz batalion do ratowania swoj ej  dupy  – odparł Kalnick.
–  To  chy ba  zrozum iałe.  Stoi  właśnie  na  wprost  nacieraj ący ch  j ednostek  wroga,

m aj ąc za sobą czwarty  batalion.

– Mam  kum pli w czwarty m  – wtrącił kolej ny  sierżant. – Nie zostawię ich tam  na

pastwę losu.

– Dlaczego nie ruszam y  do walki?
– Kalnick, j aki m asz plan?
Kolej na chwila ciszy  przerwana w końcu przez Stacey  Yurivan.
– Kalnick, prowadź nas do walki albo spieprzaj  stąd w podskokach.
Niektóre  j ednostki  piątego  batalionu  ruszy ły,  Stark  widział  to  wy raźnie  na

wy świetlaczu taka. Poszczególne pododdziały  kierowały  się na wy znaczone pozy cj e, wy chodząc
z szy ku. Zm ierzały  prosto na flankę wy łom u zgodnie z rozkazam i wy dany m i przez Rey nolds.

–  Kalnick  –  odezwał  się  Ethan  –  daj ę  ci  ostatnią  szansę.  Poprowadź  batalion  na

background image

wy znaczone pozy cj e. Jeśli m asz z ty m  problem , rozm ówim y  się po walce. Zrozum iano?

Nie  otrzy m ał  odpowiedzi  wprost,  ale  na  j ego  oczach  ikonki  pozostały ch  j ednostek

piątego batalionu przesunęły  się w kierunku frontu. Dobrze.  To  zarzewie  pożaru  zostało  ugaszone.
Czas  spojrzeć  na  szerszą  perspektywę.  Mam  już  batalion,  który  uderzy  na  wroga  z  flanki.  Stark
wy j ął  skaner  dowodzenia  i  przy gry zaj ąc  wargę,  przy j rzał  się  roj owi  czerwony ch  sy m boli
sunący ch  prosto  na  j ego  zaim prowizowaną  linię  obrony.  Za  granią  mam  drugi  batalion.  Po  raz
kolej ny   przełączy ł  widok.  Zamek  nadal  się  broni.  Wzgórze  Mango  także.  Boże,  ależ  w  nich
napieprzają.

–  Kapralu  Gom ez.  –  Odpowiedział  m u  szum   staticu  i  trzaski  wrogiego  zakłócania.

Zaklął ze złością.

– Uży j  nadaj ników centrum  dowodzenia, one m aj ą m oc pozwalaj ącą na chwilowe

przebicie się przez zakłócanie – zasugerowała m u Vic.

–  Mogę  to  zrobić?  Pewnie,  że  m ogę.  Mam   przecież  oficj alny   dostęp  do  tego

sy stem u. Powiedz m i ty lko, dlaczego bez przerwy  zaglądasz m i przez ram ię?

–  Szczęśliwy   traf,  nic  więcej   –  zapewniła  go  Vic.  –  Muszę  spadać.  Czas  zadbać,

aby  nasza rezerwowa kom pania przy gotowała się do ataku od strony  Zam ku. Na razie.

– I j a cię żegnam . – Stark sprawdził dostępne opcj e w m enu kom unikatora, wy brał

m aksy m alną m oc sy gnału i skierował j ą na kanał kapral Gom ez.

Wokół  niego  znowu  zapanował  chaos.  Poczuł  kolej ny   zastrzy k  adrenaliny

uwalnianej  do krwi, sły sząc odgłosy  toczonej  gdzieś daleko walki.

– Gom ez. Co się tam  u was dziej e, u licha?
–  Cholera,  sargento.  –  Obraz  z  kam ery   rozm azał  się  na  m om ent,  gdy   Anita

wy konała  szy bki  obrót,  by   wpakować  kulkę  wrogowi,  który   wy rósł  niespełna  m etr  od  niej .  –
Walczy m y  wręcz – dodała zupełnie niepotrzebnie.

– Odeprzecie ich?
–  Nie  wiem .  Mam y   tu  zatrzęsienie  nowy ch  celów.  –  Księży cowy   kraj obraz

wierzgnął  po  raz  kolej ny,  a  potem   zapłonął  czerwienią.  Gdzieś  w  pobliżu  Gom ez  m usiał
eksplodować  granat.  Obraz  zam azy wał  się  kilkakrotnie,  gdy   nam ierzała  kolej ne  cele,  by
odpowiedzieć ogniem . – A niech m nie. Jest ich zby t wielu i są za blisko, sargento. Na m oj e oko
bunkier j est j uż stracony.

– Utrzy m uj cie pozy cj e – ty le ty lko m ógł powiedzieć.
– Taj est, sargento. Szlag! Murphy  dostał!
Murphy?  Od  jak  dawna  był  w  mojej  drużynie?  Od  zawsze.  Stark  gapił  się  na

wy świetlany  obraz sy tuacj i, próbuj ąc blokować przepełniaj ące go em ocj e.

–  Murphy   to  ty lko  poj edy nczy   żołnierz  –  podszepnęła  m u  Vic.  Znowu  go

podsłuchiwała, j akżeby  inaczej .

–  Każdy   szeregowiec  na  polu  bitwy   to  ty lko  poj edy nczy   żołnierz.  Ilu  ich  trzeba

dodać do rachunku, żeby  okazał się zby t wy soki?

– Nie m am  poj ęcia.
–  Ja  też  nie  wiem .  –  Stark  spoj rzał  w  atram entowo  czarne  niebo  nad  głową.

Wy świetlacz przeniósł wszy stkie ikony  na przestrzeń, j akby  tworzy ł w niej  nowe gwiazdozbiory. –
Nie m ogę dopuścić do utraty  tego bunkra. To nie senty m ent. I nie chodzi tutaj  o fakt, że to m oj a
dawna druży na. Cała flanka pój dzie w rozsy pkę, j eśli stracim y  Wzgórze Mango.

–  Nie  m ożesz  osłabić  żadnego  innego  punktu  w  naszy ch  liniach.  Oni  ty lko  na  to

czekaj ą.

–  Może  czekaj ą,  a  m oże  rzucili  na  ten  bunkier  i  do  wy łom u  wszy stko,  czy m

aktualnie dy sponuj ą. Jeśli wy graj ą choć w j edny m  m iej scu, załatwią nas na am en. – Przełączy ł

background image

się na inny  kanał. – Sanch.

–  Sierżant  Sanchez,  j eden  z  troj ga  podoficerów  dowodzący ch  druży nam i  w

dawny m  plutonie Starka, pełnił teraz funkcj ę dowódcy  całości oddziału.

–  Tak,  Stark.  –  Sanch  by ł  tak  spokoj ny,  j akby   m ieli  rozm awiać  o  aspektach  nie

istniej ącej  księży cowej  pogody.

– Widzisz, co się dziej e przy  bunkrze Gom ez?
–  Oczy wiście.  Biorą  tam   w  dupę  j ak  się  patrzy.  Osłaniam y   ich  ogniem ,  na  ile

m ożem y.

– Dzięki, ale m usicie zrobić coś j eszcze. Wy dziel z załóg obu bunkrów ty lu ludzi, ilu

się da, i wy ślij  ich j ako grupę wsparcia. Zrób to j ak naj szy bciej . Musim y  utrzy m ać to wzgórze.

–  Zdaj esz  sobie  sprawę,  że  daj ąc  wsparcie  Mango,  nie  utrzy m am y   naszy ch

pozy cj i, j eśli wróg zaatakuj e z pełną m ocą. – To by ło bardziej  oświadczenie niż py tanie.

–  Tak.  Niestety,  w  ty m   m om encie  nie  dy sponuj ę  żadny m i  inny m i  odwodam i.

Jedy ny m   sposobem   na  wsparcie  załogi  wzgórza  j est  osłabienie  obrony   na  przy legaj ący ch
odcinkach.

– Rozum iem . Jestem  pewien, że uda nam  się oczy ścić wzgórze z wroga – stwierdził

Sanchez  z  tak  niezachwiany m   spokoj em ,  j akby   rozm awiali  o  pom niej szej   niedogodności.  –
Aczkolwiek nie na długo. Będą nas naciskali, i to m ocno.

– Ty m  j uż j a się zaj m ę.
– W takim  razie ruszam y. Skontaktuj ę się z tobą, gdy  znaj dę kapral Gom ez. – Nie

wspom niał o całkiem  realny m  ry zy ku tego, że Anita nie będzie w stanie powiedzieć słowa, gdy
Sanch do niej  dotrze. Martwi nie należą zazwy czaj  do naj bardziej  gadatliwy ch.

Kolej ny m   problem em   m ogło  by ć  pozostawienie  szkieletowy ch  załóg  w  dwóch

kolej ny ch  bunkrach  tego  sektora.  Nawet  nieliczny,  za  to  zdecy dowany   oddział  wroga  m ógł
doprowadzić  do  otwarcia  kolej nego  wy łom u  w  linii  obrony,  co  sprowadziłoby   ogrom ne
zagrożenie  na  j edy ne  odwody,  j akim i  dy sponował  teraz  Stark.  Co  za  różnica,  skoro  tak  i  tak
możemy przegrać?

– Grace – wezwał operatora działonu dy wizj i.
–  Wiem ,  Stark,  że  nie  powstrzy m ałem   wroga  w  wy łom ie,  ale  j ak  zapewne

pam iętasz, wcale ci tego nie obiecy wałem .

–  Wiem ,  wiem .  Robisz,  co  m ożesz.  Ty m   razem   chodzi  m i  o  ocalenie  pewnego

bunkra.  Ile  czasu  potrwa  przeniesienie  ognia  w  to  m iej sce?  –  wklepał  koordy naty   stanowiska
obrony  Gom ez.

– Tam  są nasi ludzie, Stark. Z tego, co widzę, kolej ni idą w kierunku tego bunkra.
– Wiem . Maj ą wzm ocnić załogę um ocnień. Ile czasu potrzebuj esz?
– Jak silny  m a by ć ten ostrzał?
–  Na  ty le,  by   wy stery lizować  szczy t  wzgórza  i  przedpole.  Nie  uży waj cie  j ednak

pocisków penetruj ący ch.

– Ty lko am unicj a powierzchniowa i szrapnele? Aby  chronić załogę bunkra? Stark,

nie m ogę ci zagwarantować, że który ś zapalnik nie okaże się felerny  i nie eksploduj e dopiero po
wbiciu się w grunt. Takie rzeczy  się zdarzaj ą.

Takie  rzeczy  się  zdarzają.  Stark  znów  się  wzdry gnął  w  duchu.  Musiał  wy bierać

pom iędzy  wy j ściem  zły m  i j eszcze gorszy m . Wydawało mi się, że dowódcy mają wystarczająco
wiele  na  głowie,  by  nie  zastanawiać  się  podczas  bitwy  nad  tym,  czy  broń  zadziała  zgodnie  z
zapewnieniami  producenta.  Ale  tak  chyba  było  od  dawien  dawna.  Jestem  pewien,  że  wytwórcy
broni w epoce kamiennej także mieli problemy z prawidłową obróbką pięściaków wyrabianych na
potrzeby innych jaskiniowców.

background image

– Musim y  zary zy kować, Grace. To j edy ny  sposób na powstrzy m anie tego ataku.
– Okay, Stark. Ty  tu j esteś szefem . Zaczy nam y.
– Dzięki. Czekaj cie na m ój  sy gnał.
Kolej ny   odczy t  z  terenu,  po  który m   nacierał  wróg.  Cześć  żołnierzy   gnała  przed

siebie,  wy przedzaj ąc  znacznie  pozostały ch.  Widm o  bliskiego  zwy cięstwa  zaślepiło  ich  do  tego
stopnia,  że  przestali  zważać  na  zagrożenia.  Kilku  z  nich  właśnie  przeskakiwało  nad  szczy tem
wzniesienia,  ich  j asne  sy lwetki  zam aj aczy ły   nagle  na  tle  czarnego  nieba.  HUD  Starka
naty chm iast nałoży ł ich na plan sy tuacy j ny. By ć m oże nadgorliwi żołnierze wroga m ieli czas na
zrozum ienie, j ak wielki błąd popełnili. A m oże i nie. Sto karabinów wy paliło niem al równocześnie,
posy łaj ąc  bezwładne  ciała  w  powietrze.  Poleciały   łagodny m   łukiem   na  niewidoczne  z  tego
m iej sca zbocze.

– Sanchez. Jak wam  idzie?
– Jestem  j uż na m iej scu. Sekunda.
Niewielka grupka wrogich żołnierzy, nie więcej  niż druży na, obeszła grań od lewej ,

chcąc uniknąć wspinaczki na wzgórze. Czwarty  batalion chroniący  tę flankę poczekał, aż wszy scy
wej dą  głębiej ,  a  następnie  otworzy ł  tak  gęsty   ogień,  że  wszy scy   przeciwnicy   zostali  ścięci
dosłownie  w  ciągu  kilku  sekund.  Z  kom unikatorów  dobiegły   ciche  pom ruki  saty sfakcj i,  który m i
am ery kańscy  żołnierze kwitowali to niewielkie zwy cięstwo.

–  Dobra  robota  –  pochwalił  ich  Stark.  –  Idą  na  was  kolej ni.  Potraktuj cie  ich  w

podobny  sposób.

–  Stark.  –  Gdy by   nie  chrapliwy   oddech  sierżanta,  nic  nie  wskazy wałoby,  że

Sanchez brał przed m om entem  udział w walce. – Oczy ściliśm y  wzgórze z wroga, ale widzę, że
j uż trwaj ą przy gotowania do kontrataku.

– I dobrze. Zaraz tego pożałuj ą.
– Okopiem y  się tutaj .
– Nie. Jeszcze nie. Zaprowadź wszy stkich do bunkra.
– Bunkier j est rozwalony.
– Nie m usicie go bronić. Ukry j cie się w nim . Szy bko!
– Aha. Rozum iem .
Przy  tej  skali obrazu na skanerze dowodzenia Stark widział ty lko, że wrogie oddziały

zm ierzaj ą j uż w kierunku wzgórza i lada m om ent dotrą do kilku obecny ch tam  zielony ch ikonek.
Przełączy ł kanał.

– Grace. Teraz. Daj cie im  popalić.
– Okay, Stark. Ci biedacy  za trzy dzieści pięć sekund zm ienią się w m ielonkę.
–  Przy j ąłem .  –  Stark  znów  gorączkowo  zm ienił  kanał.  –  Czy   wszy scy   są  j uż  w

bunkrze, Sanch? Macie j eszcze trzy dzieści sekund.

– Trzy dzieści sekund, przy j ąłem . Nasza ariergarda dociera właśnie do um ocnień.
Ethan  przy glądał  się  pociskom   nadlatuj ący m   z  zaplecza  frontu,  próbuj ąc

wy obrazić  sobie  pluton  Sancha  ściśnięty   w  ostrzeliwany m   przez  wroga  m aleńkim   bunkrze.
Musieli  leżeć  tam   nieruchom o,  j eden  na  drugim ,  prócz  wartowników  pilnuj ący ch  wy j ść.  Kulili
się  w  m roku,  odczuwaj ąc  bezradność  i  lęk,  z  j akim i  doświadczeni  żołnierze  oczekiwali  zawsze
ostrzału  wielkokalibrowy ch  dział.  Teraz  liczy ło  się  ty lko  szczęście  i  łaska  boska.  Naj lepsze  nawet
wy szkolenie nie gwarantowało przetrwania. Odliczali ostatnie sekundy  do rozpoczęcia ostrzału. To
akurat by ło łatwe, ponieważ każdy  m iał na wy świetlaczu dobrze widoczny  elektroniczny  zegar z
szy bko zm ieniaj ący m i się czerwony m i cy ferkam i.

Dziesięć sekund przed pierwszą eksplozj ą sensory  bunkra wy kry ły  oddziały  wroga

zbliżaj ące  się  do  szczy tu  wzgórza.  Przeciwnik  zaangażował  spore  siły   do  tego  uderzenia,

background image

spodziewaj ąc się zdecy dowanego oporu. Zaraz potem  atak się załam ał, żołnierze stanęli, widząc
dane o niebezpieczeństwie grożący m  im  z góry. Pięć sekund przed ostrzałem  rozpoczęto odwrót.
Zby t wolny  j ednak i za bardzo opóźniony. Ty lko kilka z wielu am ery kańskich pocisków wy buchło
wy soko nad gruntem  po spóźnionej  reakcj i za bardzo odległy ch sy stem ów obrony.

Zero.  Cisza.  Gdzieś  tam   ognie  piekielne  spadły   na  głowy   ludzi  walczący ch  na

powierzchni Księży ca. Potężne ładunki skupiły  swą furię na niewielkim  wy cinku przestrzeni. Masa
ikonek  pokry ła  wzniesienie  zwane  Wzgórzem   Mango.  Jego  zbocze  zniknęło  pod  sy m bolam i
oznaczaj ący m i  m iej sca  trafień.  Każdy   pocisk  spadał  tam ,  gdzie  powinien,  ponieważ  nie  by ło
roślinności, która m ogła w ty m  przeszkodzić. Podm uchy  gwałtownego wiatru także nie zm ieniały
nawet  na  m ilim etr  traj ektorii  spadaj ący ch  pocisków.  Całkowity   brak  atm osfery   uniem ożliwiał
odczucie  fal  uderzeniowy ch  i  usły szenie  niewy obrażalnego  huku  eksplozj i.  Patrząc  na  dane
wy świetlane na HUD-zie, trudno by ło poj ąć, czy m  tak naprawdę j est ostrzał arty lery j ski, skoro
człowiek stoj ący  na powierzchni Księży ca, tak blisko pola walki, m iał wokół siebie kom pletną ciszę
i odwieczny  spokój . A całkiem  niedaleko nawała m etalowy ch odłam ków rozwalała wszy stko, co
znalazło  się  na  j ej   drodze.  Eksplozj e  rozrzucały   głazy   i  wzbij ały   w  niebo  tum any   gęstego  py łu.
Strum ienie płonący ch gazów zabij ały  każdego, kto znalazł się zby t blisko, zanim  rozpły nęły  się w
pustce.

Przez  takie  zakłócenia  nie  przedostałby   się  żaden  sy gnał  radiowy,  dlatego  Stark

m usiał  czekać,  aż  ostrzał  arty lery j ski  dobiegnie  końca.  Stał  więc  w  kom pletnej   ciszy,  która
towarzy szy ła grozie woj ny  prowadzonej  w próżni.

Wystarczy  tylko  jeden  pocisk,  który  przebije  osłonę  bunkra.  To  doprowadzi  do

zawalenia całej struktury i wystawi ukrytych w niej ludzi na nawałę ogniową albo, co jeszcze gorsze,
zabije wszystkich. A ja będę tym, który kazał to zrobić. Proszę cię, Boże, niech chociaż to jedno nie
zostanie  spieprzone.  Gdzieś  z  zakam arków  pam ięci  wy chy nął  głos  Vic.  Czasami  nawet  robienie
właściwych rzeczy nie ulży twojemu sumieniu.

Większy   oddział  wroga  –  w  sile  ponad  dwudziestu  ludzi  –  pokonał  właśnie  szczy t

wzniesienia, otwieraj ąc naty chm iast ogień i równie szy bko ginąc pod gradem  kul.

–  Stark?  –  Ethan  drgnął,  sły sząc  kolej ne  wezwanie,  i  nagle  dotarło  do  niego,  że  to

nie Sanchez. – Mówi Lam ont. Sprowadziłem  trzy  szwadrony  czołgów na prawą flankę wy łom u.

– Sprowadziłeś j e tam ? – Zapom niał o nich zupełnie w ty m  baj zlu.
– Tak. Rey nolds kazała nam  tu przy j echać. Nie m asz nic przeciw, j ak sądzę?
– A skąd. – Stark włączy ł skaner i zm ienił skalę obrazu, by  obj ąć nim  większy  teren.

Czołgi Lam onta stały  w sześciu grupach gotowe rozpieprzy ć wroga z flanki. – Wstrzy m aj  ogień,
dopóki nie wy dam  rozkazu.

–  Nie  m a  sprawy   –  odparł  pancerniak.  –  Mam y   tu  wiele  idealny ch  celów.  To

będzie łatwiej sze niż ćwiczenia na strzelnicy.

–  Ethan  –  wtrąciła  Vic  –  wy słałam   do  was  także  nasze  transportery   opancerzone.

Trafią za tę grań, aby  dać wam  wsparcie.

–  Dzięki.  –  W  ty m   rozgardiaszu  zupełnie  zapom niał  o  wsparciu  pancerny m ,  j ak

każdy  piechociarz naj bardziej  polegał na własnej  broni. – Dobra robota. Cholernie dobra robota.

– Sargento?
Stark odetchnął, zdaj ąc sobie nagle sprawę, że wstrzy m ał oddech.
– Anita? Kapral Gom ez?
–  Sí.  Sierżant  Sanchez  został  lekko  poturbowany   podczas  ostrzału  arty lery j skiego.

Część  stropu  bunkra  zawaliła  m u  się  na  głowę.  Stracił  połowę  sy stem ów  w  pancerzu,  ale  poza
ty m  nic m u się nie stało. Co m am y  robić, sierżancie? Arty leria dalej  będzie nawalała?

– Ale j uż nie nasza – obiecał j ej  Stark.

background image

– Gracias a Dios. Wolałaby m  nie przechodzić po raz drugi przez coś takiego.
–  Jeśli  taka  będzie  wola  boża,  zostanie  ci  to  oszczędzone.  A  teraz  wy łaźcie  po  raz

kolej ny  na powierzchnię. Pierwsza fala ataku została zapewne zm ieciona z powierzchni, lecz wróg
m oże  lada  chwila  zebrać  siły   i  przy puścić  kolej ny   szturm   na  wasze  pozy cj e.  Ale  bez  obaw.  Za
m om ent  dorzucę  im   kilka  poważniej szy ch  zm artwień,  więc  wy starczy,  że  wy trzy m acie  j eszcze
parę m inut.

– Sí, sargento. Będziem y  się tutaj  bronić, dopóki piekło nie zam arznie. To wzgórze

j est nasze. Zapłaciliśm y  za nie słono, więc nikogo obcego tutaj  nie wpuścim y.

–  Stark?  –  Znowu  Milheim ,  dowódca  czwartego  batalionu.  –  Mam y   bronić

doty chczasowy ch pozy cj i? – W j ego głosie pobrzm iewało niedowierzanie.

–  Nie.  Słuchaj cie  m nie  wszy scy.  –  Uj rzał  ich  oczam i  wy obraźni.  Opancerzone

postacie  wciąż  zm ierzaj ące  na  pozy cj e  wy j ściowe,  albo  trwaj ące  na  nich  i  czekaj ące  na  j ego
słowa  pod  baldachim em   czerni  i  gwiazd.  –  Wróg  dotarł  tak  daleko,  j ak  m ógł.  A  teraz  tak  m u
skopiem y  dupsko, że na dłużej  straci ochotę do włażenia nam  na odcisk. Dzisiaj  odpłacim y  za to,
co zrobił trzeciej  dy wizj i.

– Czy  to znaczy, że nie bierzem y  j eńców? – zapy tał który ś z podoficerów.
Stark wy obraził sobie Grace’a, który  chciał osobiście zabić generała Meecham a i

w ten sposób pom ścić poległego brata. Teraz on m iał okazj ę zrobić coś podobnego, doprowadzić
do  rzeźni  porówny walnej   z  tą,  j aką  wróg  urządził  trzeciej .  Zacisnął  m ocno  szczęki,  czuj ąc
przy pły w gniewu.

–  Nie,  nie,  nie!  Bierzem y   j eńców.  Jesteśm y   żołnierzam i,  panie  i  panowie.

Am ery kańskim i  żołnierzam i.  Nie  zapom inaj cie  o  ty m ,  m im o  wszy stkiego,  co  was  ostatnio
spotkało. Nie zabij am y  ludzi, którzy  nam  się poddadzą.

– Przy j ąłem  – potwierdził Milheim  w im ieniu całego batalionu.
Stark zam ilkł na m om ent, zastanawiaj ąc się, j ak m a brzm ieć j eden rozkaz wy dany

wszy stkim  żołnierzom  czwartego oraz j eszcze liczniej szej  zbieraninie uciekinierów, którzy  dotarli
aż tutaj .

– Słuchaj cie m nie wszy scy, którzy  stoicie za tą granią. Od tej  chwili przechodzicie

pod rozkazy  Milheim a. Zrozum iano? Vic, m ożesz ich dać na j eden kanał?

– Przy j ęłam . Chwileczkę. Załatwione. Masz wszy stkich na j ednej  częstotliwości.
–  Świetnie.  –  Stark  przełączy ł  się  na  inny   kanał,  aby   przem ówić  do  j ednostek

zam y kaj ący ch wy łom  na obu skrzy dłach. – Wstrzy m ać ogień, dopóki nie wy dam  rozkazu.

Zaczął przełączać obrazy  na skanerze, aby  przy j rzeć się sy tuacj i oczam i żołnierzy

przeby waj ący ch  w  różny ch  m iej scach  pola  bitwy.  Z  wieży czki  j ednego  z  ukry ty ch  czołgów
dostrzegł m asę oznaczony ch sy m bolam i sy lwetek kry j ący ch się w cieniu przeciwległego zbocza.
Ocenił  szy bko  liczebność  przeciwnika  –  znaj dowała  się  tam   cała  kom pania.  Żołnierzy   wroga
przy by wało z każdą chwilą, właśnie przy gotowy wali się do przeprowadzenia frontalnego ataku. Ci
ludzie by li pewni, że lada chwila złam ią do reszty  ducha ostatnich obrońców kolonii.

–  Czekaj cie...  –  Po  lewej   j eden  z  operatorów  broni  przeciwpancernej   nam ierzał

właśnie  transportery   opancerzone  zam ierzaj ące  dać  wsparcie  zgrom adzonej   u  stóp  wzgórza
piechocie. Laserowy  celownik spoczął j uż na pękatej  burcie j ednego z wozów. – Czekaj cie. – Na
szczy cie  wzgórza  Gom ez  rozstawiała  resztki  swoj ej   druży ny   i  ludzi  Sancheza  w  nowo
zaaranżowanej  scenerii, ignoruj ąc j ednak zupełnie woj ska wkraczaj ące bezpośrednio do wy łom u.
Ostrzeliwała za to nieustannie kolej ny ch żołnierzy  wroga, którzy  próbowali przegrupować się do
przeprowadzenia  następnego  ataku.  –  Czekaj cie.  –  Znów  znalazł  się  na  prawej   flance  wy łom u,
gdzie kom pania Delta czekała pod Zam kiem . Żołnierze dy szeli ciężko, j ak konie wy ścigowe przed
ważny m   biegiem .  –  Czekaj cie.  –  Wrócił  do  czołgów  i  raz  j eszcze  przy j rzał  się  piechocie

background image

wspinaj ącej  się na szczy t wzniesienia, prosto na niego. Łatwo, oj , j ak łatwo by ło wy obrazić sobie
siebie  sam ego  pośród  nich,  szy kuj ącego  się  do  ataku,  czuj ącego  dzięki  adrenalinie  uniesienie  i
przerażenie  zarazem .  To  nie  potwory,  tylko  tacy  jak  ja  żołnierze,  którzy  wkrótce  zostaną
poszatkowani na kawałki krzyżowym ogniem. Szlag by to trafił. Ale to przecież nie ja rozpętałem tę
wojnę, nie ja sprowokowałem tę bitwę, niemniej zrobię wszystko, by jej nie przegrać, tak samo jak
nie pozwolę im zabić więcej moich ludzi niż to konieczne.

Stark  czekał.  Czekał,  aż  pierwsza  fala  atakuj ący ch  dotrze  pod  sam   szczy t

wzniesienia.

– Teraz. Otworzy ć ogień. Wszy stkie j ednostki wkraczaj ą do akcj i.
Wróg przedostał się przez grań i ruszy ł prosto na lawinę ognia czwartego batalionu

oraz zebrany ch uciekinierów. Atakuj ący  zatrzy m ali się tak nagle, j akby  trafili na lity  m ur. Idący
na  przedzie  żołnierze  polecieli  do  ty łu.  Odrzucani  im petem   trafień,  sunęli  nad  przeciwległy m
zboczem   m aj estaty cznie,  koziołkuj ąc  wolno,  popy chani  kolej ny m i  pociskam i  i  strum ieniam i
powietrza uchodzącego z przebity ch pancerzy. Od czasu do czasu zawadzali bezwładny m i rękom a
albo nogam i o powierzchnię, powoduj ąc lawiny  kam y ków i py łu, które towarzy szy ły  im  w ty m
film owy m  zwolniony m  upadku. Widok ten przy wodził na m y śl perwersy j nie piękną wizj ę piekła
nam alowaną  przez  szalonego  arty stę,  a  j ej   tłem   by ł  szary   m artwy   kraj obraz  pocięty   głębokim i
cieniam i i oślepiaj ąco biała tarcza słońca.

Główne  siły   wroga  dotarły   tuż  pod  grań,  ale  zanim   atak  został  podj ęty   na  nowo,

stoj ące  na  odsłoniętej   przestrzeni  oddziały   trafiły   w  krzy żowy   ogień  z  obu  flank.  Jedna  chwila
wy starczy ła,  by   przerzedzić  tę  m asę  ludzi.  Nagle  na  zboczu  zrobiło  się  pusto,  ty lko  kilku
niedobitków uciekało ku widocznej  w dali równinie.

Stark  przełączał  się  szy bko  z  kam ery   na  kam erę,  sprawdzaj ąc  sy tuacj ę  na

pozostały ch  odcinkach.  Zobaczy ł  wrogie  transportery   zam ieniaj ące  się  w  kule  ognia,  a  potem
pluj ące  odłam kam i  m etalu  i  strum ieniam i  gazów.  Uj rzał  żołnierzy,  który ch  ten  widok  zm usił  do
zastanowienia, zatrzy m ania, a w końcu wy cofania pod naporem  ognia ze wszy stkich stron.

–  Dobra  nasza,  m ałpoludy !  Koniec  z  braniem   po  dupie.  Teraz  m y   ich  skopiem y.

Zespół  uderzeniowy   Milheim a,  do  ataku!  Wszy scy   naprzód.  Nie  zatrzy m uj cie  się,  dopóki  nie
wrócicie  na  opuszczone  wcześniej   stanowiska.  Vic,  przej m ij   dowodzenie  piąty m   batalionem   i
kom panią Delta. Każ im  zam knąć wy łom .

Sam   pobiegł  w  kierunku  szczy tu.  Nie  m usiał  sprawdzać  na  HUD-zie,  żeby

wiedzieć,  iż  żołnierze  podążaj ą  j ego  śladem .  Dopadł  grani  i  przesadził  j ą  j edny m   pły nny m
ruchem .  Odepchnął  się  od  skały   i  poszy bował  nisko  w  dół  przeciwległego  zbocza.  Obok  poj awił
się  j akiś  człowiek,  sy stem   zidenty fikował  go  na  czerwono,  j ako  wroga.  Stark  przełoży ł  karabin  i
strzelił, nie nam y ślaj ąc się wiele, posy łaj ąc przeciwnika na poszarpane m artwe skały. Może ten
żołnierz  próbował  się  poddać?  A  m oże  chciał  walczy ć,  żeby   kupić  czas  swoim   uciekaj ący m
towarzy szom ? Tego Stark nie m ógł wiedzieć.

– Ethan! Nie m usisz prowadzić tego pieprzonego ataku! – darła się na niego Vic. Jej

głos dudnił m u w uszach.

– Owszem , m uszę. Ci ludzie podążaj ą za m ną, Vic. Jak idzie kom panii Delta?
–  Gdy by ś  nie  pchał  się  w  wir  walki,  m ógłby ś  to  sam   sprawdzić!  Geary   prze

naprzód, ale nadal boi się m in i wroga, który  m ógł obsadzić porzucone um ocnienia.

– Ma pełne prawo się bać.
– Nie m ogę wy słać j ej  na taka szczegółowy ch rozkazów, ponieważ sam a nie wiem ,

j ak wy gląda sy tuacj a na j ej  odcinku.

–  To  nie  wy sy łaj .  Niech  sprawdza  wszy stko  sam a,  bunkier  po  bunkrze.  Chwila

ciszy.

background image

– Dobrze. Każę j ej  prowadzić kom panię z m iej sca, w który m  się znaj duj e.
–  Świetnie.  Ty lko  upewnij   się,  że  ona  wie,  j ak  bardzo  liczy m y   na  to,  iż  zaj m ie  te

um ocnienia, aby  ludzie, który ch teraz ścigam y, nie wy dostali się z okrążenia.

– Dobrze, zm oty wuj ę j ą, j eśli będzie trzeba.
Stark sunął w dół zbocza, ledwie m uskaj ąc stopam i grunt, taką biegłość m ożna by ło

wy robić  sobie  ty lko  podczas  długiej   służby   na  powierzchni  Srebrnego  Globu.  Nauczy ł  się
zm ieniać  kierunek  każdego  skoku,  by   zm y lić  ewentualnego  strzelca,  który   chciałby   go  teraz
nam ierzy ć. Pozostali żołnierze biegli tuż za nim , przetoczy li się przy  ty m  – i to dosłownie – przez
kilku rzucaj ący ch broń przeciwników. Przed nim i znaj dowało się główne zgrupowanie sił wroga,
które  właśnie  zaczy nało  się  cofać,  i  to  równie  szy bko,  j ak  przed  chwilą  parło  naprzód.  Ci  ludzie
próbowali wy m knąć się z pułapki, która – j ak widzieli – zatrzaskiwała się nagle ze wszy stkich stron.

Zza postrzępiony ch skał w dole poleciały  serie pocisków kierowany ch w zbitą m asę

Am ery kanów. HUD Starka zawy ł, sy gnalizuj ąc zbliżaj ące się zagrożenie. Żołnierz znaj duj ący  się
obok niego zatrzy m ał się nagle w pół kroku, powstrzy m any  im petem  nadlatuj ący ch kul. Kolej ne
trafienia odrzuciły  go w ty ł.

Stark przy padł do ziem i za niewielkim  stosem  księży cowego py łu, usy py wanego w

ty m   m iej scu  przez  niezliczone  m ilenia,  złorzecząc  na  j edno:  że  m aj ąc  ty le  czasu,  natura  nie
zdołała stworzy ć czegoś solidniej szego. W kom unikatorze sły szał odgłosy  strzałów krzy żuj ące się z
okrzy kam i  i  rozkazam i.  Próba  obej ścia  tej   bary kady   od  prawej   spotkała  się  z  kolej ną  nawałą
ogniową. Kontratak się załam ał, ludzie przy padli do ziem i, patrząc w bezsilnej  złości, j ak oddziały
wroga oddalaj ą się osłaniane ogniem  ariergardy.

Stark rozglądał się po okolicy, klnąc przy  ty m  ile wlezie.
Doskonała  pozycja  obronna.  Albo  stracę  wielu  ludzi,  uderzając  na  nią  frontalnie,

albo jeszcze więcej czasu, oskrzydlając przeciwnika z obu stron. Gdybym tylko...

Z  powierzchni  Księży ca  oderwał  się  spory   głaz,  gdy   j eden  z  czołgów  obrócił

wieży czkę,  ustawiaj ąc  się  na  pozy cj i  do  strzału.  Lufa  cofnęła  się  szy bko,  wy pluwaj ąc  pocisk  w
sam  środek skał, z który ch prowadzono ostrzał. Py ł i kam ienie poleciały  gej zeram i na wszy stkie
strony,  odsłaniaj ąc  stworzony   przez  człowieka  krater.  Zaraz  potem   drugi  pocisk  wy żłobił  obok
kolej ne wgłębienie. Kilka postaci oderwało się od ziem i, próbuj ąc znaleźć osłonę albo nam ierzy ć
ostrzeliwuj ący  j e czołg, ale ludzie Starka nie próżnowali i szy bko wy bili wroga do nogi.

Czołg zatrzy m ał się, j ego działka zasy pały  pozy cj e przeciwnika pociskam i, podczas

gdy   ładunki  większego  kalibru  penetrowały   m iej sca,  w  który ch  m ógł  kry ć  się  trzon  sił
blokuj ący ch drogę am ery kańskim  oddziałom . Chwilę później  teren przed Starkiem  znów zm ienił
wy gląd,  gdy   ukry waj ący   się  m iędzy   skałam i  żołnierze  wstali,  unosząc  ręce  do  góry   w
uniwersalny m  geście.

– Milheim  – zawołał Ethan. – Wy znacz ludzi do pilnowania j eńców.
Zanim  sierżant zdąży ł odpowiedzieć, w kom unikatorze rozległ się głos Vic.
– Jeńcom  trzeba zapowiedzieć, że m aj ą wy łączy ć wszy stkie sy stem y  zabezpieczeń

w skafandrach, aby śm y  m ogli przej ąć nad nim i pełną kontrolę.

– A j eśli odm ówią? – zapy tał który ś z żołnierzy.
– Poinform uj ecie ich, że w takim  wy padku nie przy j m uj em y  ich poddania. Daj cie

im   pięć  sekund  na  ponarzekanie,  a  potem   otwórzcie  ogień.  –  Po  ty ch  słowach  szy bko  zm ieniła
tem at.  –  Wszy stkie  transportery   opancerzone  j azda  na  przód  form acj i.  Wozy   z  num eram i
parzy sty m i zapewnią wsparcie ogniowe dla piechoty. Pozostałe zostaj ą przy  j eńcach.

Te polecenia wy wołały  całą lawinę py tań.
– Ilu j eńców m oże pilnować załoga j ednego transportera?
– Co robić, j eśli wóz z nieparzy sty m  num erem  j est bliżej  linii frontu niż pozostałe?

background image

– Mam y  wy łam ać się z szy ku, j eśli to okaże się konieczne?
– Do cholery ! – zagrzm iał Stark. – Ludzie, zacznij cie w końcu m y śleć! – Po ty m

poleceniu w słuchawkach zapadła cisza. – Vic, to poszło w eter?

Jej   chichot  by ł  wy starczaj ącą  odpowiedzią.  Dziwnie  zabrzm iał  w  otoczeniu

odgłosów toczonej  bitwy.

– Tak, Ethan. Poszło w eter.
– W takim  razie dlaczego nikt nie potwierdził odebrania rozkazu?
– Może dlatego, że wszy scy  są w głębokim  szoku. Bóg j eden wie, kiedy  taki rozkaz

padł po raz ostatni w naszej  arm ii.

Kolej ny   etap  natarcia.  Ty m   razem   Stark  nie  znalazł  się  j uż  na  pierwszej   linii,

m łodsi i sprawniej si od niego żołnierze by li szy bsi i to oni spadli na karki przeciwnikowi, zanim  ten
zdąży ł się okopać. Gdzieniegdzie na równinie widać by ło grupki postaci w znaj om y ch pancerzach
– wzięci do niewoli Am ery kanie wciąż wy dawali się zagubieni, nie m ogli uwierzy ć, że tak szy bko
odzy skali wolność i sam i stali się strażnikam i swoich oprawców.

– Vic! Czy  Geary  zdołała zabezpieczy ć całą linię frontu?
– Nie. Wróg stawił zby t duży  opór. Wy sy łam  tam  kilka kom panii piątego batalionu,

aby  odciąży ły  j ą i zam knęły  wy łom  od drugiej  strony.

– Możem y  tam  posłać kilka czołgów?
– Zapy tam  Lam onta, czy  to m ożliwe.
Po lewej  za niewielkim  kraterem  poj awiła się nagle grupa zaskoczony ch żołnierzy.

Stark  m iał  j uż  karabin  przy   ram ieniu,  gdy   j ego  IFF  zaćwierkał,  daj ąc  znak,  że  to  swoi.  Chwilę
później   nowo  przy by li  otworzy li  ogień  w  kierunku  wy cofuj ący ch  się  oddziałów  przeciwnika.  To
piąty batalion, uznał, sprawdzaj ąc dane z HUD-a. Dotarliśmy do ich pozycji.

– Dalej , chłopaki, nie zatrzy m y wać się. Nie daj cie im  czasu na okopanie.
Zeskanował  większy   wy cinek  terenu,  ikonki  przesuwały   się  po  obrazie,  tworząc

skom plikowane wzory  wszędzie tam , gdzie am ery kańskie oddziały  zam y kały  wy łom . Przed nim i
poj awiały   się  i  znikały   czerwone  sy m bole  oznaczaj ące  uciekaj ącego  wroga.  Pstrokaty
wy świetlacz  po  lewej   przedstawiał  pole  walki  widziane  w  podczerwieni,  coś  rozbły sło  na  nim
oślepiaj ąco,  m om ent  później   Stark  zobaczy ł  w  polu  widzenia  żarzący   się  wrak  transportera
opancerzonego,  j ego  paliwo  i  am unicj a  wciąż  płonęły.  Na  skalistej   równinie  wokół  roiło  się  od
nieruchom y ch  ciał,  niektóre  kom binezony   nadawały   wciąż  słabe  sy gnały,  reszta  j ednak  by ła
całkowicie cicha i nieruchom a. Ethan starał się nie patrzeć w tam ty m  kierunku, sprawdził ty lko,
czy   m iędzy   ofiaram i  nie  kry j ą  się  żołnierze  wroga  sy m uluj ący   własną  śm ierć.  Robił  co  m ógł,
żeby  nie m y śleć o stratach, j akie obie strony  poniosły  tego dnia.

Zwy cięstwo  albo  porażka.  Każde  z  nich  rodziło  daleko  idące  konsekwencj e,  gdy

rozpacz lub euforia sięgały  w ludziach zenitu. Stark nie prowadził j uż tego ataku, dał się nieść fali
uderzaj ący ch na wroga żołnierzy.

A  cel  by ł  j uż  bliski.  Widział  zary sy   um ocnień  na  dawnej   linii  frontu.  Przed  nim i

kłębił  się  tłum   zdezorientowany ch  przeciwników.  Jedni  unosili  broń  wy soko  ku  czarnem u  niebu,
inni  wciąż  próbowali  przedrzeć  się  przez  znów  obsadzoną  linię  frontu.  Am ery kanom   udało  się
dotrzeć na czas do bunkrów dzięki niespodziewanem u i bardzo ry zy kownem u m anewrowi. Szy bko
stworzy li  też  ruchom y   kordon,  który   odpierał  zm asowane  ataki,  dławiąc  j ednocześnie  ostatnie
punkty  oporu. Podwładni Starka parli w ty m  czasie do przodu. Ethan sły szał w kom unikatorze ich
rosnącą euforię, gdy ż spodziewana klęska przerodziła się nagle w zwy cięstwo.

Część  oddziałów  nie  zatrzy m a  się  na  dawny m   pasie  um ocnień,  ludzie  ci  m iną

bunkry   i  pognaj ą  dalej ,  ścigaj ąc  uciekaj ącego  wroga.  Stark  wiedział  o  ty m ,  znał  z  autopsj i
zrodzone  z  iry tacj i  i  bezm y ślności  przy czy ny,  które  popy chaj ą  ludzi  do  tak  nierozważnego

background image

zachowania. Linie obrony wroga muszą być osłabione. Zbyt wielu ludzi wzięło udział w tym ataku.
Za  moment  uciekinierzy  przeleją  się  przez  własne  okopy,  potęgując  panikę.  To  może  się  udać.
Mamy szanse na przełamanie frontu. Tylko co potem? – zapy tał się w m y ślach i zaklął pod nosem .
– Co zrobimy, jeśli uda nam się przełamać linię obrony wroga? Nie przejmiemy jej i nie utrzymamy
na tak szerokim odcinku, ponieważ będzie oddzielony od reszty naszych linii. A jeśli wcale nie jest
osłabiony? Czy to zwycięstwo warte będzie ceny, jaką za nie zapłacimy?

–  Do  wszy stkich!  Mówi  Stark.  Nie  konty nuować  pościgu  za  naszy m i  liniam i,

powtarzam : nie konty nuować pościgu za linią naszy ch um ocnień.

– Przecież m am y  ich na widelcu! Wiej ą przed nam i!
– My  przed m om entem  zachowy waliśm y  się tak sam o i zobacz, j ak się to wszy stko

skończy ło.  Ich  linie  obrony   są  nienaruszone,  a  wy,  m ałpoludy,  gnacie  prosto  na  bunkry
nieprzy j aciela!  Zapom nieliście  j uż,  co  spotkało  trzecią  dy wizj ę?  –  Ta  odpowiedź,  przy wołuj ąca
niem iłe wspom nienie śm ierci ty sięcy  żołnierzy, którzy  próbowali przełam ać tę sam ą linię obrony,
wy warła większe wrażenie niż wcześniej szy  rozkaz Starka. Jego oddziały  naty chm iast przerwały
pościg, ale ci, którzy  znaleźli się za um ocnieniam i, przy padli ty lko do ziem i, zam iast się wy cofać.

– Stark – wy charczał ktoś. – Możem y  to skończy ć. Możem y  wy grać tę pieprzoną

woj nę.

Kusząca  m y śl,  niem niej   Ethan  wolał  się  trzy m ać  tego  co  tu  i  teraz.  Wziął  się  w

garść,  a  potem   wprowadził  zm iany   do  taka.  Nowe  ikonki  poj awiły   się  na  HUD-ach  żołnierzy,
widm owy   szy k  idący ch  do  boj u  oddziałów,  spora  część  dy wizj i  m aszeruj ącej   na  ty m   właśnie
odcinku frontu.

– Wszy scy  to widzicie? – upewnił się Stark. – To polegli żołnierze trzeciej  dy wizj i, a

raczej   ich  ciała,  który ch  nie  m ogliśm y   ściągnąć  z  ziem i  niczy j ej   z  powodu  trwaj ący ch  walk.
Spój rzcie na nich. Im  też się wy dawało, że m ogą przełam ać linię obrony  wroga. Pam iętacie? –
Jakże mogliby o tym zapomnieć? O nieustannym wyciu syren alarmowych, dywizji ginącej na ich
oczach, bezsilności ludzi, którzy nie mogli nic zrobić, tylko patrzeć na tę rzeź. Dobry Boże, nigdy
więcej! – Wracaj cie za linię obrony !

Oddziały  ruszy ły  się w końcu, wy cofuj ąc wolno i ostrożnie, szukaj ąc osłony, kiedy

to  ty lko  by ło  m ożliwe.  Milczące  do  tej   pory   um ocnienia  wroga  zaczęły   pluć  ogniem   w  ich
kierunku, przy spieszaj ąc powrót zapaleńców pod parasol obrony  dalekiego zasięgu.

Do  akcj i  włączy ła  się  nieprzy j acielska  arty leria,  zasy puj ąc  cały   sektor  ciężkim i

pociskam i. Niewiele z nich zdołało się przedrzeć przez autom aty czne sy stem y  obrony, niem niej
co j akiś czas dochodziło do silny ch eksplozj i w okolicach bunkrów.

Boże, jak ja nienawidzę artylerii! A w każdym razie tej należącej do wroga. Dość już

straciłem dzisiaj ludzi, a tam, na otwartym terenie, mam ich jeszcze sporo, zwłaszcza tych, których
wysłaliśmy do pilnowania jeńców...

– Vic, czy  m ożesz połączy ć się j akoś z wrogiem ?
–  Jak...  tak.  Tanaka  twierdzi,  że  istniej e  czerwona  linia  łącząca  nas  z  ich  kwaterą

główną. Dlaczego py tasz?

–  Chcę,  żeby   ktoś  skom unikował  się  z  tam tej szy m   dowództwem   i  przekazał,  że

wzięliśm y   podczas  tej   akcj i  sporo  j eńców,  który ch  właśnie  zaczęli  ostrzeliwać.  Niech  się
uspokoj ą, bo j edy ny m  efektem  ich działań będzie zabicie własny ch ludzi.

– Przy j ęłam .
Po  kilku  m inutach  przeciwnik  skrócił  ogień  i  skoncentrował  go  na  um ocnieniach.

Stark zszedł ostrożnie ze zbocza, na który m  stał, przenosząc się na pozy cj ę, której  nie m ożna by ło
dostrzec ze stanowisk wroga. O czymś zapomniałem. O czymś ważnym. Szlag!

– Anita?

background image

– Tak, sierżancie? – Głos drżał j ej  lekko, zapewne z wy czerpania, tak psy chicznego,

j ak i fizy cznego.

–  Nasi  przeciwnicy   za  m om ent  wpadną  na  to,  że  m ogą  ostrzeliwać  i  wasze

wzgórze.  Bunkry   po  waszej   lewej   zostały   znów  zaj ęte,  a  sy tuacj a  j est  na  ty le  opanowana,  że
m ożecie  się  wy cofać.  Zabierz  wszy stkich  ze  Wzgórza  Mango  i  skieruj cie  się  do  um ocnień  po
prawej . My  uszczelnim y  wy łom .

– Nie.
– Nie? Co u diabła m iało znaczy ć to „nie”?
–  Nigdzie  się  nie  wy bieram .  –  Głos  zaczął  j ej   się  załam y wać.  Stark  od  razu

zrozum iał, że m usi się teraz trząść j ak osika. – Zapłaciliśm y  za te m iej sca.

– Kapralu Gom ez, m y  nie oddaj em y  przeciwnikowi waszego wzgórza. Dopiero co

j e  odzy skaliśm y.  Nie  zam ierzam   j ednak  zostawić  piechoty   na  odkry ty m   terenie  na  pastwę
arty lerii wroga.

– Mogę odesłać większość ludzi do sąsiednich um ocnień...
–  Kapralu  Gom ez,  wy   i  cała  reszta  żołnierzy   zaj m uj ący ch  wzgórze  m acie

naty chm iast wy cofać się z pierwszej  linii albo na kopach was stam tąd wy niosę! Zrozum iano?!

Gdy   odpowiadała  m u  po  krótkiej   chwili  wahania,  w  j ej   głosie  dało  się  wy czuć

przepraszaj ący  ton:

– Sí. Przepraszam , sargento. Tak zrobię. To by ł naprawdę ciężki dzień i...
– Nie m asz za co przepraszać. Doskonale się spisaliście. A teraz zaprowadź ludzi w

bezpieczniej sze m iej sce.

Stark  przy glądał  się  ruchowi  ikonek  na  wy świetlaczu,  który   dokum entował

wy cofy wanie oddziałów broniący ch wzgórza.

Czy nie zapomniałem przypadkiem o czymś równie ważnym? Boże, sam nie wiem. A

tak  mało  brakowało,  żeby  nas  rozgromili.  Widząc,  jak  szybko  i  mocno  nacierają,  powinniśmy
posyłać  kolejne  oddziały,  by  spowolniły  ich  marsz,  ale  zamiast  tego  znalazłem  inne  rozwiązanie.
Dzięki ci, Kate. Znowu mam u ciebie dług wdzięczności.

Dług,  którego  nigdy  nie  da  się  spłacić  –  pom y ślał,  sm utniej ąc  w  j ednej   chwili.

Wiele lat tem u inni j ego towarzy sze broni ginęli j eden po drugim , uwięzieni przez przeważaj ące
siły  wroga w piekle zwany m  też Wzgórzem  Pattersona. Kapral Kate Stein odniosła poważne rany,
ale udało j ej  się przeży ć do zm ierzchu. To ona kazała Ethanowi uciekać i próbować szczęścia w
ciem nościach.  Tam tej   nocy   przy siągł  sobie  –  i  j ej   zarazem   –  że  będzie  ratował  swoich  ludzi,
ponieważ j ej  nie m ógł pom óc. I dotrzy m ał słowa m im o wielu niebezpieczeństw albo wściekłości
oficerów, którzy  woleli trzy m ać się harm onogram ów, niż rozum nie dowodzić podwładny m i, aby
j ak  naj m niej   z  nich  ginęło.  Takie  postępowanie  sprawiło,  że  znalazł  się  tutaj ,  nie  m iał  j ednak
bladego poj ęcia, dokąd j eszcze go zaprowadzi.

Stworzony   przez  człowieka  wy cinek  księży cowego  kraj obrazu,  który   stanowił

kiedy ś  linię  frontu,  przełam anego,  a  następnie  odzy skanego  i  uszczelnionego,  wy glądał  w  ty m
m om encie j ak ucieleśnienie spokoj u. Stark stał pod szczy tem  niewielkiego wzniesienia, gdzie nie
m ógł  go  sięgnąć  ostrzał  szukaj ącego  zem sty   wroga,  który   nam ierzał  teraz  każdy   ruch  po
am ery kańskiej   stronie.  W  odległości  niespełna  pół  kilom etra  od  Ethana  poj awił  się  czołg.  Jego
wielotonowy  kadłub przem knął z zadziwiaj ącą gracj ą po skalistej  równinie. Masy wny  kopułowaty
kształt  m aszy ny   przy wodził  na  m y śl  kry j ącego  się  za  pagórkiem   giganty cznego  zm utowanego
owada. Na szczęście dla rodzaj u ludzkiego, żaden żuk nie posiadał nigdy  tak szerokiego wachlarza
naj nowocześniej szego ciężkiego uzbroj enia.

–  Juuu-hu!  –  zagaił  sierżant  Lam ont  konwersacy j ny m   tonem .  –  Od  lat  się  tak

dobrze nie bawiłem , siedząc w tej  puszce. Zrobim y  to raz j eszcze?

background image

– Słodki Jezu, m am  nadziej ę, że nie – odparł naty chm iast Stark.
– Ethan?
– Słucham , Vic? – Musiał sobie przy pom nieć, że nie m a j ej  w pobliżu i to nie ona

pilnuj e m u teraz zadka. Rey nolds siedziała przecież daleko stąd, w kwaterze głównej , m aj ąc oko
nie ty lko na j ego ty łek, ale i na każdą inną część ciała. Dzięki niej  m iał pełen obraz pola walki.

– Możesz m i zrobić niewielką przy sługę?
– Jasne, Vic.
– W takim  razie spieprzaj  w podskokach z linii frontu!
– Dobra, dobra. – Przełączy ł się raz j eszcze na kanał czołgu. – Hej , Lam ont, m uszę

się zbierać. Mam a m nie woła. Możesz zadbać, żeby  nie doszło do kolej nego wy łom u, zanim  nasi
chłopcy  doprowadzą wszy stkie um ocnienia do pełnej  gotowości?

–  Jasne.  Nie  m a  problem u.  Aczkolwiek  bunkier  na  Wzgórzu  Mango  j eszcze  długo

nie będzie się nadawał do uży tku.

Nie chciał się teraz nad ty m  zastanawiać.
– Wiem . Musim y  wy m y ślić sposób na zatkanie tej  wy rwy.
–  Mógłby m   uży ć  m oich  czołgów  w  charakterze  ruchom y ch  punktów  ogniowy ch.

Wy sy łałby m   rotacy j nie  połowę  szwadronu  w  pobliże  frontu,  ale  tak,  by   m ieć  j e  tuż  za
wzniesieniem ,  aby   nie  przy szpiliła  nas  arty leria  wroga.  To  by łoby   dla  nas  niezłe  ćwiczenie,  a
j ednocześnie daliby śm y  popalić każdem u, kto chciałby  się tam  zapuścić. O ile – dodał – o to ci
chodziło, kiedy  wspom inałeś, aby m  nie dopuścił do kolej nego wy łom u.

– To ty  wiesz, j ak m ożna wy korzy stać czołgi, nie j a. Powiedz m i ty lko, dlaczego nie

widziałem  nigdy  wcześniej , żeby ście robili podobne sztuczki?

–  Może  dlatego,  że  za  każdy m   razem ,  gdy   wy prowadzam y   nasze  cacka  z

hangarów, istniej e spore ry zy ko, iż pory suj em y  im  lakier, a ten j est tak drogi, że generalicj a sra
w  gacie  na  sam ą  m y śl  o  płaceniu  za  polerowanie.  Powiem   ci  szczerze,  dość  m am   j uż
prowadzenia ty ch potworów wy łącznie w sy m ulatorach.

Stark skinął głową, czego Lam ont niestety  nie m ógł zobaczy ć.
–  Twoj e  puszki  będą  m iały   teraz  dość  pracy.  Sporządź  plan  operacy j ny   i  prześlij

kopie do m nie i Rey nolds.

– Ty  tu rządzisz. Do zobaczenia w Zewnętrzny m  Mieście.
– Dobra. – Stark potrząsnął głową tak m ocno, że wszy stkie ikonki na j ego HUD-zie

rozm azały  się w plam y. – Vic?

– Jestem .
– Co się dziej e poza ty m  sektorem ? Czy  wszy stko j est w porządku?
– Sprawdź na skanerze dowodzenia.
– Nie... m ogę. Powiedz m i, proszę. Załataliśm y  wy łom  na ty m  odcinku, prawda?

Czy  m am y  j eszcze j akieś problem y  na pery m etrze?

–  Nie,  Ethan.  Nie  m am y   żadny ch  problem ów.  Gdy   wróg  zobaczy ł,  j akiego  kopa

daliśm y   atakuj ący m   na  ty m   odcinku,  naty chm iast  wy cofał  oddziały   na  bezpieczną  odległość.
Możesz się odpręży ć.

– Dzięki.
Stark zaczął się trząść, naj pierw zadrżały  m u ręce, potem  nogi. Po chwili m iał takie

dreszcze,  że  nie  m ógł  ustać  i  m usiał  przy klęknąć,  a  następnie  położy ć  się  na  twardy m
księży cowy m   gruncie.  Jego  wzrok  skupiał  się  na  pusty m   czarny m   niebie,  stanowiący m   tło  dla
wzorów  z  zielono-czerwony ch  sy m boli.  Wy starczy ła  chwila,  by   do  j ego  klim aty zowanego
kom binezonu  zaczął  się  sączy ć  chłód,  leżał  j ednak  nadal  nieruchom o,  j eśli  nie  liczy ć  drgawek
przepły waj ący ch przez całe ciało. Gwiazdy  sunęły  powoli nad j ego głową, rozrzucone po m orzu

background image

czerni świetliste punkciki, niewinne i nieświadom e tego wszy stkiego, co człowiek robi człowiekowi.

– Kom endancie?  – Ten  głos zabrzm iał  niezwy kle znaj om o.  Stark uniósł  głowę,  by

spoj rzeć w kierunku zaparkowanego opodal ruchom ego centrum  dowodzenia. Jego pękaty  czarny
pancerz  nie  wy różniał  się  specj alnie  na  tle  równie  ciem ny ch  skał.  –  Sierżant  Rey nolds  wy słała
m nie, by m  przy wiózł pana do kwatery  głównej . Kom endancie?

To  znowu  ten  transporter  przerobiony  na  centrum  dowodzenia.  Zupełnie  o  nim

zapomniałem.

– Tu j estem .
Spróbował  wstać,  ale  udało  m u  się  to  dopiero  z  pom ocą  kierowcy,  ponieważ

zeszty wniałe  stawy   odm awiały   posłuszeństwa.  Wsiadł  do  wozu,  zapiął  uprząż,  a  gdy   zatoczy li
szeroki łuk i ruszy li w kierunku centrum  dowodzenia, sprawdził raz j eszcze statusy  wy świetlane na
otaczaj ący ch go ekranach. Ty m  razem  nie obchodziło go, z j aką prędkością się poruszaj ą.

Stark  szedł  wolny m   krokiem   przez  kom pleks  kwatery   głównej ,  nie  zwracaj ąc

zupełnie  uwagi  na  otaczaj ący ch  go  ludzi,  dopóki  nie  dotarł  do  pom ieszczenia,  które  wy brał  na
swoj ą kwaterę. Wcześniej  należało do pewnego pułkownika i by ło tak obszerne, że Ethan czuł się
w  nim   nieswoj o.  Dość  szy bko  j ednak  zrozum iał,  że  to  zaleta,  nie  wada,  zwłaszcza  dla  kogoś,  kto
pełni  obowiązki  dowódcy.  W  ty m   m om encie  j ednak  zignorował  m rugaj ące  czerwono  diody
przy pom inaj ące  m u  o  czekaj ącej   pracy,  zgasił  światło  i  opadł  ciężko  na  fotel.  Siedział  dłuższą
chwilę w łagodny m  półm roku rozj aśniany m  przez kilka nocny ch lam pek.

Jakiś czas później  Vic otworzy ła drzwi wej ściowe na całą szerokość, wpuszczaj ąc

do wnętrza snop oślepiaj ącego światła z kory tarza.

– Cześć, Ethan.
– Cześć.
Oparła się o fram ugę, składaj ąc ręce na piersi.
– Co robisz?
– Staram  się nie m y śleć.
– Jezu. Odbębniłeś j edną bitwę, a j uż zaczy nasz się zachowy wać j ak j akiś generał.

–  Pokręciła  głową,  widząc,  że  Stark  nie  reaguj e  na  żart,  a  potem   wy ciągnęła  do  niego  dłoń.  –
Chodź, pój dziem y  na spacer.

– Po co? Co dobrego z tego wy niknie?
– To o wiele lepsze niż siedzenie w ciem nicy. Idziem y, żołnierzu.
Stark podniósł się niechętnie, stawiał też słaby  opór, gdy  Vic ciągnęła go w kierunku

drzwi, a potem  kory tarzam i kom pleksu, które w m iarę zbliżania się do Zewnętrznego Miasta by ły
coraz  to  węższe  i  m niej   ozdobnie  wy kończone.  Bary   i  chodniki  pełne  by ły   świętuj ący ch  z
zapałem   żołnierzy,  którzy   spoj rzeli  śm ierci  w  oczy,  ale  j akim ś  cudem   uszli  z  ży ciem .  W  ty m
rozradowany m  tłum ie znaj dowały  się także niewielkie grupki poważniej szy ch ludzi, którzy  opij ali
śm ierć przy j aciół albo krewny ch. Wy j aśniali sobie wzaj em nie, j ak to się stało, kiedy  i gdzie. To
nie m ogło pom óc ty m , którzy  polegli, ale ułatwiało ży cie ocalały m .

– Co to za m ałpoludy ? – zastanawiał się Stark.
–  Piąty   batalion  –  odparła  Vic  –  i  ludzie  z  j ednostek,  które  uciekły   z  linii  frontu.

Wy cofałam  ich z pierwszej  linii, czwarty  przej ął od nich pieczę nad ty m  sektorem .

background image

– Dobry  pom y sł. – Może i ci żołnierze wy glądali na zadowolony ch, niem niej  biła

od  nich  niepewność  skry wana  pod  kruchy m i  m askam i  rozbawienia.  –  Milheim   odwalił  kawał
dobrej  roboty.

– Racj a. Zy skaliśm y  spore wsparcie pancerne i kolej nego rozsądnego dowódcę.
–  Cieszę  się,  że  to  oni  pilnuj ą  teraz  frontu.  –  Zaczerpnął  głębiej   tchu.  –  Masz  j uż

raporty  o stratach?

Rey nolds się skrzy wiła.
– Sporo z ty m  zam ieszania, więc zarządziłam  spis z natury  i wy szło m i, że m am y

około stu poległy ch. A ranni? Bóg j eden wie. Będziem y  potrzebowali kilku dni, by  ich zliczy ć.

– Stu zabity ch...
–  Około.  Maksy m alnie  stu  pięćdziesięciu.  Większość  z  nich  została  zastrzelona  w

czasie ucieczki. Wiem y  to na pewno, bo strzelano im  w plecy.

– Tak, to wiele wy j aśnia.
Rozm awiaj ąc,  szli  dalej ,  aż  dotarli  do  m iej sca,  w  który m   część  świętuj ący ch

szeregowców zaczęła rozpoznawać Starka. Szczerzy li do niego zęby  i pręży li się w przepisowy m
salucie.

–  Skopaliśm y   im   dupska!  –  zawołał  który ś,  a  cała  reszta  odpowiedziała  m u

twierdzący m  pom rukiem .

Mają  zadziwiająco  wysokie  morale  –  zdum iał  się  Ethan.  –  W  sumie  nic  dziwnego,

skoro  przeżyli,  zwyciężyliśmy,  a  rachunek  strat  nie  jest  zbyt  wysoki.  Szczerze  mówiąc,  można  go
uznać za cholernie niski. Wprawdzie każde życie jest bezcenne, ale dzisiaj udało mi się ograniczyć
liczbę ofiar.

– Może i nie poszło m i naj gorzej  – m ruknął pod nosem .
– Odwaliłeś kawał dobrej  roboty, Ethan – zapewniła go Vic.
– Jakim  cudem  usły szałaś, co powiedziałem ?
– Nie usły szałam . Um iem  czy tać w m y ślach.
–  Od  dawna  cię  o  to  podej rzewałem .  –  Stark  pokręcił  wolno  głową,  a  potem

uśm iechnął  się  szeroko.  –  Okay.  Powiedzm y,  że  poszło  m i  dobrze.  Choć  m ogłoby   by ć  lepiej .
Musim y  dopracować cała m asę szczegółów, zanim  wdam y  się w kolej ną taką awanturę. Przede
wszy stkim   koordy nacj ę.  Trzeba  usunąć  z  pieprzonego  sy stem u  dowodzenia  większość  dany ch,
które  trafiaj ą  na  wy świetlacze.  I  wy znaczy ć  ludzi,  którzy   będą  wspom agać  ciebie  i  m nie,  gdy
zby t  wiele  dziej e  się  naraz.  –  Uśm iech  spełzł  m u  z  ust.  Zasępił  się,  gdy   dostrzegł  żołnierza
opartego  o  ścianę  kory tarza.  Twarz  tam tego  pokazy wała  wy raźnie,  że  coś  j est  nie  tak.  –  Co  z
wam i, żołnierzu?

– Co? – Py tanie zaskoczy ło zatopionego w m y ślach szeregowca. Teraz m iał j eszcze

żałośniej szą m inę. – Stark. Sir. A niech m nie. Zawiodłem  pana, sir.

– Zawiedliście m nie? Jakim  cudem ?
–  Uciekłem .  –  Mało  brakowało,  aby   to  j edno  słowo  zadławiło  stoj ącego  przed

Ethanem  szeregowca. – Uciekłem . Mój  oddział poszedł przez to w rozsy pkę. Tak sądzę...

Vic chciała podej ść bliżej , lecz Stark powstrzy m ał j ą ruchem  dłoni.
– Jak daleko? Jak daleko uciekaliście?
– No... nie wiem . Aż do tej  grani.
–  Do  grani?  Do  tej ,  gdzie  j a  stałem ?  Do  tej ,  której   broniliśm y,  zanim   nastąpił

kontratak?

Bły sk dum y  przebił się przez m askę wsty du.
– Taj est. O niej  m ówię.
–  Pozwólcie,  że  wam   coś  powiem ,  żołnierzu.  –  Szeregowiec  wy prostował  się,

background image

czuj ąc, że w naj lepszy m  razie czeka go opieprz, a w naj gorszy m  areszt. – Gdy by m  zobaczy ł, że
uciekacie,  pewnie  by m   was  zastrzelił,  bo  m iałem   tam   zby t  wiele  na  głowie,  a  nic  tak  nie
przy kuwa uwagi ludzi j ak zabicie j ednego z nich. Owszem , źle postąpiliście, uciekaj ąc. Bardzo źle.
Ale zatrzy m aliście się w końcu i to też się liczy. To znaczy  bowiem , że m im o wszy stko m oże by ć z
was dobry  żołnierz.

– Czy  to znaczy, że wszy stko j est okay ? – Szeregowiec nie potrafił uwierzy ć w to,

co właśnie usły szał.

– Nie,  to  nie  znaczy,  że  wszy stko  j est  okay   –  wy palił  Stark.  –  Zawiedliście  m nie  i

wszy stkich pozostały ch członków waszej  j ednostki, ale co chy ba naj ważniej sze, zawiedliście także
ty ch, którzy   walczy li  z  wam i  ram ię  w  ram ię,  ponieważ  to  wy   m ieliście  pilnować,  żeby   nikt  nie
zaszedł ich z flanki. Zróbcie to j eszcze raz, choćby  raz, a sprawię, że pożałuj ecie dnia, w który m
włoży liście ten m undur.

– Nie zrobię czegoś takiego. Przy sięgam .
– Świetnie, bez was też wy starczy  m i zm artwień. A wy, m ałpoludy, j esteście zby t

dobrzy, by  zawodzić m nie albo swoich towarzy szy  broni.

–  Taj est!  Nie  m usi  się  pan  m ną  przej m ować,  sir.  –  Chłopak  wciąż  wy glądał  na

strapionego, ale rosła w nim  j uż determ inacj a.

– Świetnie. Nie zapom nę was. Możecie odej ść.
Żołnierz  zasalutował  szty wno  i  wy pręży ł  się,  gdy   Stark  z  Vic  przechodzili  obok

niego.

– Zaczy nasz m ięknąć – zauważy ła Rey nolds.
–  Nieprawda.  –  Ethan  wlepił  w  nią  oczy.  –  Czy   to  brzm iało  wy starczaj ąco

wściekle? Bo by łem  na niego zły  j ak cholerna osa.

–  Ten  szeregowiec  boi  się  teraz  bardziej   ciebie  niż  wroga  –  zapewniła  go  Vic.  –

Problem  w ty m , Ethan, że przy znał się do ucieczki. A to grozi sądem  polowy m .

–  Wiem   o  ty m .  –  Zerknął  w  głąb  kory tarza.  –  Wielu  z  nich  uciekło.  Nie  m ogę

oddać  ich  wszy stkich  pod  sąd.  I  nie  chcę.  To  by   poczy niło  większe  szkody   niż  ich  tchórzostwo.
Porozbij aliby śm y   pododdziały.  Nie.  Wy starczy   im   wsty d,  świadom ość,  że  zawiedli  nas
wszy stkich.  Dzięki  ty m   uczuciom   powinni  lepiej   walczy ć  w  następny ch  starciach.  Będą  się
chcieli zrehabilitować.

Pokiwała głową w zam y śleniu.
– Uniwersalny  Kodeks Sił Zbroj ny ch nie pozostawia w takich sprawach zby t wiele

m iej sca na dy skrecj ę, ale z tego, co pam iętam , nigdy  nie by łeś zby t m ocny  w literze prawa.

– Litera prawa j est dla ludzi, którzy  są tak ograniczeni, że trzeba im  m ówić, co j est

dobre, a co złe. Nie zam ierzam  pędzić ty ch żołnierzy  do walki na ostrzach bagnetów. Albo pój dą
za m ną z własnej  woli, albo wcale.

– Niezła filozofia. – Przy gry zła wargę, spoglądaj ąc w górę, na stalowo-kam ienne

sklepienie kory tarza. – Podczas bitwy  m am rotałeś coś, że wiesz j uż, dlaczego zaczęli uciekać.

– Tak m i się wy daj e.
– Mógłby ś zatem  oświecić tak wielką ignorantkę j ak j a?
– Naj pierw strzelim y  sobie po piwku. – Stark znów skręcił, podszedł do baru, który

m ieścił się w niszy  wy kutej  w ścianie, i zam ówił dwa piwa. Gestem  ręki usadził żołnierzy, którzy
zerwali  się  na  j ego  widok  od  j edy nego  stolika,  gotowi  oddać  m u  swoj e  m iej sca,  i  wy prowadził
Vic na zewnątrz, gdzie stanęli oboj e, opieraj ąc się o szorstką ścianę, nie bacząc na bij ący  od niej
chłód, który  sączy ł się do każdego z pom ieszczeń dostosowany ch do ludzkich potrzeb.

Ethan pociągnął długi ły k, głównie po to, by  m ieć czas na pozbieranie m y śli.
– Chcesz wiedzieć, dlaczego uciekli? Moim  zdaniem  nie m ieli dobrego powodu do

background image

walki. Nie zrozum ieli j eszcze, o j aką sprawę tutaj  idzie, Vic.

–  Hm ...  –  Rey nolds,  popij aj ąc  piwo,  rozm y ślała  nad  j ego  słowam i.  –  Moim

zdaniem  walczy li o ocalenie ży cia.

– To na pewno, ale zauważ, że ratowanie własnej  skóry  j est m arną m oty wacj ą. Z

tego powodu woj o gardzi naj em nikam i, którzy  walczą ty lko o to, by  przeży ć do następnego żołdu.

–  Tak.  –  Teraz  to  Vic  popatrzy ła  gniewnie,  ty le  że  kierowała  wzrok  na  puszkę  w

swoj ej  dłoni. – Co za paskudztwo. Ethan, wiesz równie dobrze j ak j a czy  j akikolwiek inny  weteran,
że naj łatwiej  zginąć na polu walki, gdy  zaczy na się uciekać.

– I o ty m  m ówię! To nie m a sensu. To czy ste szaleństwo. Czy  m usisz konty nuować

walkę  do  sam ego  końca,  aby   przeży ć?  Nie,  insty nkt  podpowiada  ci,  że  m usisz  znaleźć  się  j ak
naj dalej   od  zagrożenia,  j eśli  naprawdę  chcesz  go  uniknąć.  A  pokonanie  insty nktu  j est  m ożliwe
ty lko wtedy, gdy  m asz dobry  powód, w który  wierzy sz.

– Trafna uwaga. – Raz j eszcze spoj rzała na puszkę. – Moj a j est j uż pusta. Przy nieś

j eszcze.

– Przed chwilą stwierdziłaś, że ci nie sm akuj e.
– Bo nie sm akuj e. Ale to m im o wszy stko piwo.
–  Dobra  –  podj ął  Stark.  –  O  co  tak  naprawdę  walczy liśm y   do  tej   pory ?  O  Stany

Zj ednoczone?  Broniliśm y   własny ch  rodzin?  Konsty tucj i?  A  m oże  po  prostu  staraliśm y   się
postępować dobrze w przeżarty m  złem  świecie? Czy  dzisiaj  m ożem y  powiedzieć, że który ś z ty ch
celów j est nadal aktualny ? Tutaj  i teraz?

Zam y ślona głęboko Vic potarła palcem  wskazuj ący m  czubek nosa.
– Staram y  się postępować słusznie... – stwierdziła w końcu.
– Też tak uważam . Ale żeby  doj ść do tego wniosku, m usiałaś się m ocno zastanowić.
– Fakt. – Rey nolds podniosła głowę, ale j ej  spoj rzenie błądziło gdzieś w przestrzeni.

– Jedy ny m  sposobem  przetrwania na polu walki j est odrzucenie świadom ości, że m ożesz zostać w
każdej  chwili zabity. Jeśli j ednak człowiek nie m a poj ęcia, o co walczy, trudniej  m u powstrzy m ać
podobne m y śli.

–  Możliwe.  To  by   nawet  pasowało  do  m oj ej   teorii.  Ludzie,  którzy   nie  potrafią

przestać m y śleć, nie nadaj ą się do woj a.

– Tak, powiedz m i lepiej , o czy m  ty  teraz m y ślisz.
Rozej rzał  się  po  twarzach  żołnierzy   wy pełniaj ący ch  kory tarz  i  przy legaj ące  do

niego bary.

– My ślę, że kończy  nam  się zapas szczęścia. Mało brakowało, a przegraliby śm y  tę

cholerną  bitwę.  I  nie  m am   cienia  pewności,  że  ludzie  znowu  nie  pękną,  gdy   wróg  naciśnie  ich
równie m ocno.

Roześm iała się.
–  Dałeś  im   powód  do  walki,  który   powinien  wy starczy ć,  dopóki  nie  wy m y ślim y

czegoś lepszego. Niech będzie, dwa powody.

– Czy li?
– Jedny m  j esteś ty, a drugim ...
– Ja? – Stark spoj rzał na nią z niedowierzaniem . – O czy m  ty  m ówisz, u licha?
–  Ludzie  potrzebuj ą  bohaterów  i  przy wódców.  A  ty   łączy sz  w  sobie  cechy   obu.

Sam  zobacz, j ak poradziłeś sobie z problem em , gdy  na inny ch odcinkach ludzie zaczęli reagować
bardziej  nerwowo. Powiedziałeś im , że zawiodą cię, j eśli uciekną.

– Nie to im  powiedziałem . Chy ba...
– Może nie zacy towałam  cię zby t precy zy j nie, ale taki by ł ogólny  przekaz twoj ej

wy powiedzi. A oni nie chcieli zawieść ciebie, ponieważ ty  nigdy  nie zawiodłeś ich. Gdy  wszy stko

background image

zaczy na się sy pać, na m iej scu zawsze poj awia się Stark, staj e w pierwszy m  szeregu i dba o ludzi.
Trudno o lepszego dowódcę.

–  Tak,  m asz  racj ę.  –  Stark  znów  patrzy ł  w  dal,  ale  na  kim kolwiek  skupił  wzrok,

wszędzie widział uśm iechnięte twarze i saluty. – Jednak dobry  dowódca powinien wiedzieć, co m a
robić.

Vic wy szczerzy ła zęby  w szerokim  uśm iechu.
– U licha, Ethan, nigdy  nie m ieliśm y  kogoś takiego nad sobą.
–  A  j a  zawiodłem   wielu  ludzi,  Vic.  By łem   za  nich  odpowiedzialny,  a  dzisiaj   nie

ży j ą.

– Nie m ożesz brać na siebie odpowiedzialności za ty ch, którzy  uciekli...
– Nie o nich m ówię. Chodzi m i o ludzi z m oj ej  druży ny. Boże, ilu ich j uż zginęło.

Wciąż m am  ich wszy stkich przed oczam i.

Uśm iech spełzł z j ej  twarzy, opuściła wzrok na pustą puszkę.
–  Wszy stkich  nas  dręczą  podobne  duchy,  Ethan.  Niektóry ch  bardziej   niż  inny ch.

Jeśli nigdy  nie chciałeś, aby  podlegaj ący  ci ludzie ginęli, to znaczy, że wy brałeś nie ten zawód.

– Fakt. Strasznie dziwny  sposób na ży cie, nieprawdaż? – Dopił piwo i wrzucił puszkę

do naj bliższego poj em nika na śm ieci. – Skoro o ty m  m owa, przy pom niałem  sobie, że m am  coś
zrobić.

– Rozum iem  – m ruknęła, gdy  zaczął się zbierać do odej ścia. – Ethan?
– Tak?
– Spisałeś się na m edal. Nie zadręczaj  się ty m , że nie wszy stko poszło idealnie. –

Jeden  kącik  ust  Vic  uniósł  się  nieznacznie.  –  Kogo  j a  oszukuj ę?  Mówię  Ethanowi  Starkowi,  żeby
przy znał w końcu, że nie j est ideałem . Bardziej  sensowne wy daj e m i się nam awianie Księży ca
do sam oistnego wy kształcenia atm osfery.

– Spróbuj . Beznadziej ne przy padki to twoj a specj alność, j ak widzę.
Zostawił  j ą  śm iej ącą  się  w  głos  i  wrócił  do  swoj ej   kwatery.  Nie  zatrzy m ał  się

nawet na m om ent, dopóki nie stanął przed drzwiam i. Chwilę później  siedział j uż przy  term inalu,
próbuj ąc  opanować  nerwy.  Wiedział  doskonale,  że  zby t  długo  zwlekał  z  załatwieniem   ostatniej
sprawy. W końcu przem ógł się i włączy ł kom unikator.

– Kapralu Gom ez.
Odpowiedź nadeszła po kilku chwilach, cicha, ale stanowcza.
– Sí, sargento.
Wy glądała strasznie, twarz m iała bladą, oczy  zapadnięte, a m im o to starała się stać

prosto.

– Spokoj nie, Anita. Co tam  u ciebie?
Ram iona opadły  j ej , aczkolwiek niewiele.
– Jakoś leci. To by ła niezła rąbanka, sierżancie.
–  Widziałem   j uż  kilka  spokoj niej szy ch.  Odwaliłaś  kawał  piekielnie  dobrej   roboty.

Cholernie dobrej .

Jej  twarz nabrała kolorów, gdy  Anita spłoniła się po tej  pochwale.
– Gracias, sargento.
Stark zawahał się, zanim  ponownie zabrał głos.
– Kogo straciłaś, Anita?
Potrzebowała chwili, żeby  odpowiedzieć.
– Kidd. Walczy ła j ak lwica, ale zby t wielu m iało j ą na celowniku. Oberwała sześć

albo  siedem   razy.  Hoxley a.  Rozpieprzy ło  m u  całą  klatkę  piersiową.  I  Maseru.  Ten  dzieciak  by ł
zby t  niedoświadczony,  pom y lił  się  o  j eden  raz  za  dużo.  Ale  to  chy ba  nie  j ego  wina.  Nie  m iał

background image

czasu na złapanie dry gu.

Troj e zabity ch. Zaskakuj ąco m ało.
– To wszy stko?
–  Jeśli  chodzi  o  poległy ch.  Mam   też  troj e  ranny ch,  aczkolwiek  prawie  wszy scy

odnieśliśm y   j akieś  obrażenia.  Dlatego  m ówię  ty lko  o  naj poważniej szy ch  przy padkach.  Billings
oberwała w bark, rozpieprzy ło go kom pletnie, ale doktorzy  j uż rekonstruuj ą j ej  staw ram ieniowy.
Chena trafili kolej ny  raz w biodro. On m a tam  chy ba nam alowaną tarczę.

– A co z Murphy m ? Mówiłaś, że dostał...
–  A,  tak.  –  Zrobiła  wielkie  oczy.  –  Człowieku,  ale  j estem   sterana.  Zupełnie  o  nim

zapom niałam . Murph stracił rękę.

– Rękę? – Na szczęście nie zginął, ale... – Stracił całą rękę?
Gom ez przy taknęła.
–  Tak.  Nie  wiem ,  czy m   dostał,  ale  to  m usiał  by ć  j akiś  pocisk  przeciwpancerny.

Upieprzy ło m u rękę przy  barku, w tułowiu też m a kilka odłam ków.

– Jakim  cudem  przeży ł coś takiego?
Blady  uśm iech Gom ez m ówił sporo o przeby ty m  stresie. Hum oru w nim  nie by ło.
–  Miał  sporo  szczęścia.  Ktoś  by ł  wy starczaj ąco  blisko  i  naty chm iast  założy ł  m u

opatrunek  uszczelniaj ący.  Jeden  z  ty ch  tanich,  boj owy ch.  Wie  pan,  taki,  co  tam uj e  ty lko  upły w
krwi.  Dzięki  tem u  udało  się  uszczelnić  skafander  do  m om entu  podstawienia  noszy.  Nadal  nie
rozum iem , j ak on to zdołał wy trzy m ać, sargento, ale wie pan przecież, że Murphy  to twardziel.

–  Tak,  twardy   j est  –  przy znał  Stark,  dom y ślaj ąc  się,  że  rozm awia  właśnie  z  ty m

kim ś, kto uratował Murphy ’em u ży cie.

– Wy hoduj ą m u nową, prawda? To znaczy  rękę. Załatwi m u j ą pan?
– Tak. Albo nasi w woj u, albo lekarze cy wilbandy. Zadbam  o to.
–  Świetnie.  Murphy   strasznie  się  bał,  że  j ą  straci.  –  Znowu  się  uśm iechnęła.  –

Kiedy   zabierali  go  sanitariusze  z  ewakuacy j nego,  powiedziałam   m u:  Murph,  m asz  cholerne
szczęście, że nie m a tu z nam i sierżanta, on by  ci na pewno powiedział, że powinni ci odstrzelić ten
pusty  łeb, nie rękę, bo ta przy naj m niej  od czasu do czasu do czegoś się przy daj e.

Stark nie zdołał się opanować i wy buchnął śm iechem .
– Straszna z ciebie suka, Anito.
Jej  uśm iech poszerzy ł się nieco.
– Gracias, sargento.
–  Trzy m aj cie  się  tam   wszy scy.  Odpoczy waj cie,  bo  tego  wam   teraz  naj bardziej

trzeba.

–  Nie  m am y   zby t  wielkiego  wy boru.  Doktorzy   chcieli  nas  wszy stkich  zapakować

do  m edy cznego,  ale  na  szczęście  m aj ą  tam   j eszcze  pełno  ciężko  ranny ch,  więc  odesłali  nas  na
kwatery. Nieźle, co? Wy dano nam  rozkaz leżenia przez cały  dzień we własny ch wy rkach.

– Korzy staj cie, bo drugiej  takiej  okazj i m oże j uż nie by ć.
Stark  przerwał  połączenie,  a  potem   wy łączy ł  po  raz  kolej ny   pełne  oświetlenie.

Położy ł się na koi i przy m knął oczy, próbuj ąc zasnąć, by  nie patrzeć na twarze Kidd, Hoxley a i
Maseru.

background image

Następnego  ranka  Vic  poj awiła  się  w  pobliskiej   m esie,  zanim   zdąży ł  opróżnić

pierwszy  kubek kawy. Od razu przy siadła się do j ego stolika.

– Dzień dobry, słoneczko.
– Wzaj em nie.
– Co robiłeś od rana?
– Ćwiczy łem . – Stark poruszy ł zeszty wniały m i barkam i, krzy wiąc się m ocno. – Od

dawna nie zm agałem  się z ciężaram i.

Vic z szelm owskim  uśm iechem  nalała sobie kawy.
– Mieliśm y  trochę na głowie.
– Wiem , ale pam iętam  też, co się stanie z m oim i m ięśniam i, j eśli nie będę ćwiczy ł

regularnie. A skoro j uż o ty m  m owa, kiedy  odwiedziłaś po raz ostatni siłownię?

– I  tu  m nie  m asz.  Ostatni  raz  by łam   na  siłce  na  chwilę  przed  ty m ,  j ak  zaj ęliśm y

m iej sca  w  pierwszy m   rzędzie,  by   oglądać  dzieło  zaty tułowane  „Zagłada  trzeciej   dy wizj i”.  –
Pokiwała  głową  kilkakrotnie,  widząc  m inę  Ethana.  –  Zam ierzam   wrócić  do  sy stem aty czny ch
treningów. Słowo daj ę. Nie patrz na m nie z taką odrazą.

–  Moj a  odraza  nie  m a  nic  wspólnego  z  tobą.  Chodzi  o  kawę.  Widząc  te  wszy stkie

luksusy   w  kwaterze  głównej ,  pom y ślałem ,  że  oficerowie  pij ali  także  znakom itą  kawę.  Ale  się
m y liłem , j ak widać. Dlaczego w woj u nie m ożna dostać kubka porządnej  kawy ?

– To by łoby  chy ba wbrew regulam inowi. – Vic pociągnęła ły k ze swoj ego kubka. –

Fuj .  Jest  gorsza  od  tego  gówna,  które  nam   serwuj ą.  A  skoro  o  ty m   m owa,  m am y   kilka
ważniej szy ch problem ów do przedy skutowania.

–  Na  m oj e  oko  zebrało  się  ich  j uż  z  m ilion,  j eśli  nie  więcej .  Które  z  nich  chcesz

dzisiaj  poruszy ć?

– Chodzi m i o oficerów.
Stark znów się skrzy wił.
–  Nie  m am y   czasu  na  szukanie  sposobów  wy ekspediowania  ich  na  Ziem ię.  Jak

ty lko...

–  Nie  o  to  m i  chodziło.  Potrzebuj em y   nowy ch  oficerów.  Część  sierżantów

pełniący ch funkcj e dowódców sprawdziła się, część nie. Musim y  stworzy ć nową kadrę oficerską,
a  kandy datów  znaj dziem y   dzisiaj   wy łącznie  w  naszy ch  szeregach.  –  Rozglądała  się  po  m esie,
dopóki j ej  wzrok nie spoczął na term inalu wkom ponowany m  w pobliską ścianę. – Wiedziałam , że
nawet  tutaj   znaj dzie  się  j eden.  Popatrz.  To  schem at  organizacy j ny   naszej   dy wizj i.  Jak  m am y
wy szukać na nim  osoby, które będą się nadawały  na nowy ch dowódców?

– Nie m usim y  tego robić. Sam a m i kiedy ś m ówiłaś, że m am y  w arm ii zby t wielu

oficerów. Obsadźm y  ty lko te stanowiska, które... trzeba obsadzić.

– Elegancko to uj ąłeś, Ethan – zauważy ła Rey nolds, uśm iechaj ąc się pod nosem . –

Celna uwaga. Nadal j ednak m ówim y  o bardzo licznej  grupie ludzi.

– A co ci nie pasuj e w podoficerach, którzy  piastuj ą dzisiaj  te funkcj e?
–  Jaj a  sobie  ze  m nie  robisz?  Do  wielu  z  nich  nie  m am   nic,  ale  j est  paru,  którzy

sobie zupełnie nie radzą. A j eszcze inni robią co trzeba, choć tego nie chcą.

–  Straszne.  –  Stark  odchy lił  się  do  ty łu,  by   fachowo  wrzucić  zm ięty   kubek  do

recy klera.  –  Serce  m i  krwawi  na  m y śl  o  nich.  Nikt  nie  m oże  narzekać  na  niechcianą  robotę
bardziej  ode m nie. To m oj a specj alność.

– W takim  razie – dodała naty chm iast Vic – m ówim y  o ludziach, którzy  nie pasuj ą

do piastowany ch stanowisk.

– Na przy kład o kim ?
– O Kalnicku.

background image

– No tak. – Stark się skrzy wił. Niedokończone sprawy. Trzeba się z nim i uporać, i to

szy bko. – Dobra, rozum iem , o co ci chodzi. Powiedz m i ty lko, j akim  cudem  m am y  zrobić korpus
oficerski z sam y ch sierżantów i kaprali?

–  Możem y   kierować  się  doświadczeniem   zawodowy m   –  zauważy ła  Vic  –  j ak  to

zrobiliśm y  wczoraj .

–  Obawiam   się,  że  nie  zdobędę  wiele  więcej   doświadczenia  na  ty m   polu.  A

ponieważ  nie  m am y   zam iaru  przeprowadzać  żadny ch  akcj i  ofensy wny ch,  pozostali  także  nie
będą m ieli wielu okazj i do poszerzenia kom petencj i.

– Zgoda. W takim  razie nie pozostaj e nam  nic innego j ak program  szkoleń.
– Szkoleń? Jakich znowu szkoleń?
Wzruszy ła ram ionam i.
–  Na  przy kład  w  dowodzeniu  większy m i  oddziałam i.  Będziem y   ich  uczy ć  na

sy m ulatorach, j eśli uda się j e naprawić.

– Naprawić? A co im  dolega?
– Jeśli wolisz baj ki od rzeczy wistości, to nic.
Stark zm arszczy ł brwi.
–  Wy dawało  m i  się,  że  generalicj a  wy słała  nam   naj nowocześniej sze  i  naj lepsze

sy m ulatory  pola walki.

– Niezupełnie. Są wprawdzie niezłe, niem niej  daleko im  do naj nowocześniej szy ch i

naj lepszy ch.  Takich  nie  wy sy ła  się  na  pierwszą  linię  frontu.  Stoj ą  w  Pentagonie  albo  gdzieś  na
głębokim  zapleczu. Chcesz wiedzieć, co dolega naszy m  sy m om ? – Vic pochy liła się, by  włączy ć
nowy  przekaz. – Mam y  dostęp do nich nawet stąd. – Wy świetlacz zapłonął feerią barw, z który ch
po chwili uform owały  się linie am ery kańskich i wrogich woj sk. – Coś ci to przy pom ina?

– Owszem . – Ethana przeszy ł zim ny  dreszcz. – Tak to wy glądało na m om ent przed

wy słaniem  trzeciej  przez Meecham a.

–  Znakom icie.  Taką  właśnie  sy m ulacj ę  nam   zafundowali  pod  nazwą,  wy bacz

określenie,  „Plan  Meecham a”.  Patrz.  –  Włączy ła  zdalnie  urządzenie,  pozwalaj ąc  Starkowi  na
przy j rzenie się początkowi szturm u dy wizj i.

Ethan przy m knął oczy, staraj ąc się odgonić natrętne wizj e bezsensownej  rzezi.
– Vic, nie m am  ochoty  na oglądanie czegoś takiego.
– To ty lko sy m ulacj a, Ethan. Patrz.
Kosztowało go to sporo wy siłku, lecz w końcu otworzy ł oczy  i zm arszczy ł brwi.
– Mam y  w niej  także wroga?
– Mhm .
– Dlaczego j ednostki odwodowe kręcą się w kółko, zam iast odpierać nasz atak?
–  Ponieważ  –  Vic  wy j aśniała  m u  cierpliwie  –  tak  m iały   zareagować  na  akcj e

dy wersy j ne  Meecham a.  Nie  pam iętasz  j ego  wy wodu?  Nasza  sy m ulacj a  pokazuj e
niezdecy dowanie przeciwnika, który  nie wie, gdzie posłać te oddziały.

Stark pry chnął z odrazą.
–  Hej ,  tu  brakuj e  wielu  stanowisk  wroga.  Usunęli  j e,  żeby   plan  Meecham a  m ógł

zadziałać?  –  Gdy   Vic  skinęła  głową,  Ethan  wskazał  palcem   na  sy m bole,  który m i  oznaczono
nacieraj ącą  trzecią  dy wizj ę.  –  Spój rz  na  to!  Utrzy m uj ą  idealny   szy k!  To  niedorzeczne.  Żaden
żołnierz nie zdoła tego zrobić na powierzchni Księży ca.

– W planie Meecham a m ieli iść w idealny m  szy ku – przy pom niała m u Rey nolds.

–  Rozm awiałam   z  geekam i  obsługuj ący m i  te  sy m ulatory.  Kazano  im   skalibrować  j e  w  taki
sposób,  aby   plan  za  każdy m   razem   zadziałał,  więc  robili  co  m ogli  z  program am i,  aby   sprostać
stawiany m  przed nim i wy m aganiom . Rozum iesz?

background image

Maszeruj ące  na  wy świetlaczu  oddziały   napoty kały   niewielki  opór,  po  chwili

j ednostki  nieprzy j aciela  zaczęły   się  wy cofy wać,  zupełnie  j ak  Am ery kanie  wczoraj ,  szy bko  i  w
panice.

–  Czekaj .  Czegoś  tutaj   nie  rozum iem .  Te  sy m ulatory   m iały   odzwierciedlać  pełną

rzeczy wistość pola walki.

– Ależ skąd – zakpiła Vic, wy ty kaj ąc go palcem . – Nie rzeczy wistość, Ethan. One

tworzy ły   warunki  potrzebne  do  realizacj i  założeń  planu.  Widzisz?  Żeby   plan  Meecham a  m ógł
zadziałać,  wróg  m usiał  reagować  zgodnie  z  j ego  założeniam i.  Nasze  oddziały   wy kony wały
kolej ne m anewry, nie kłopocząc się takim i detalam i, j ak ukształtowanie terenu czy  wy szkolenie. A
gdy by  przy szło co do czego, m ieliśm y  pokonać przeciwnika... j ak on to pięknie uj ął, „nadrzędny m
parady gm atem  ideowy m ”.

–  Jakoś  tak  to  leciało.  –  Stark  pokręcił  głową,  zaciskaj ąc  zęby.  –  Nie  m ogę  w  to

uwierzy ć.  Ci  pieprzeni  generałowie  naprawdę  m ieli  się  za  równy ch  bogom .  Jeśli  świat  nie
spełniał ich założeń, po prostu zm ieniali panuj ące w nim  zasady.

– Owszem . A potem  ogłaszali, że wszy stko pasuj e, ponieważ da się bez problem u

wy konać w super-duper sy m ulatorach.

Stark potarł dłońm i oczy.
–  Nic  dziwnego,  że  większość  naszy ch  operacj i  kończy ła  się  porażkam i,  j eśli  ich

założenia  opracowy wano  na  podstawie  podobny ch  sy m ulacj i.  Nawet  j eśli  zasy m ulowy wali  się
na śm ierć, żeby  j e dopracować.

–  Tak  sądzę.  Większość  ludzi  uważała,  że  sy m ulacj e  służą  uzy skiwaniu

prawdziwy ch  odpowiedzi.  Ty m czasem   chodziło  o  wprowadzanie  do  nich  takich  zm ian,  które
pozwolą na spełnienie żądań dowództwa.

– Dlaczego nigdy  nie sły szeliśm y  o takich przekrętach? – zastanawiał się Ethan. –

Przecież ci program iści to także podoficerowie. Nigdy  nie podzielili się tą taj em nicą z kum plam i?

–  Kwestie  bezpieczeństwa.  Wszy stko,  co  doty czy   sy m ulatorów,  obj ęte  j est  ścisłą

taj em nicą.  Zatem   nasi  program iści  nie  m ogli  pisnąć  słowa  bez  narażenia  się  na  podej rzenie  o
zdradę.  Chodziło  zapewne  o  to,  by   wróg  nie  dowiedział  się  o  istnieniu  podobny ch  sy m ulacj i.
Wróg i m y  przy  okazj i.

–  Klauzule  taj ności  naj lepszy m   sposobem   na  kry cie  błędów,  niekom petencj i  i

naj zwy klej szej   głupoty   –  przy taknął  Stark  z  ponurą  m iną.  –  Czy   wspom niani  spece  są  w  stanie
naprawić ten sy f i tak go zaprogram ować, żeby  odzwierciedlał realne warunki?

Vic się zawahała.
– Tak m ówią.
– Ale ty  im  nie wierzy sz. Dlaczego?
– Dlatego, że j eśli się dobrze nad ty m  zastanowić, takie urządzenie nigdy  nie będzie

działać j ak w reklam ach. – Vic odchy liła się w fotelu, by  podziwiać natarcie rozwij aj ące się we
wszy stkich  m ożliwy ch  kierunkach.  –  Weźm y   choćby   ukształtowanie  terenu.  Trafiłeś  kiedy ś  na
m iej sce, które odpowiadało idealnie m apom  sztabowy m ?

– U licha, nie. Zawsze są j akieś różnice. Nawet tutaj  j est podobnie, chociaż nic się

nie zm ieniło od eonów, więc m ożna by  idealnie odwzorować powierzchnię. Ale zawsze znaj dzie
się głaz, którego nie powinno tam  by ć, albo inny  zniknie z m iej sca, w który m  go zaznaczono.

–  Zgadza  się.  Kam ienne  Grem liny.  –  Stark  zaśm iał  się  z  j ej   uwagi  o  m ity czny ch

stworkach, które  zm ieniały  ukształtowanie  terenu, gdy   ty lko ktoś  kończy ł j ego  skanowanie.  Starsi
oficerowie  upierali  się,  że  m apy   są  idealne,  więc  ich  podwładni  wpadli  na  pom y sł,  by
przy pisy wać te zm iany  złośliwy m  stworkom , które przesuwały  tuż po ty m , j ak j e zeskanowano,
nie  ty lko  kam ienie,  ale  i  wzgórza,  drzewa,  dom y,  a  nawet  zbiorniki  wodne.  –  Jak  widzisz,  w

background image

sy m ulatorze nie będziem y  m ieli nawet realnego ukształtowania terenu – konty nuowała Vic – a co
dopiero całej  reszty  obiektów, na ty le m ały ch, że nie da się ich zeskanować z orbity. Wiesz, j aką
sprawność m a określony  rodzaj  broni, j ak szy bko m oże poruszać się żołnierz, ile am unicj i będzie
potrzebował  i  j ak  często  trafi  w  cel,  gdy   otworzy   ogień.  Nie  wiesz  ty lko,  na  ile  te
niezarej estrowane  obiekty   zm ienią  ci  każdy   ze  wspom niany ch  param etrów.  A  teraz  pom y śl,
czego  trzeba,  żeby   napisać  program   odzwierciedlaj ący   zachowania  wroga.  Jakim   cudem
m ożem y  określić dokładnie choć j eden z ty ch czy nników?

–  To  raczej   niem ożliwe.  Z  tego,  co  m ówisz,  wy nika,  że  m am y   do  czy nienia  z

garścią przy padkowy ch czy nników przeciwstawiany ch podobnem u zestawowi dom y słów.

– Zgadza się. To dom y sły  zgodne ze sobą do dziesiątego m iej sca po przecinku, ale

ty lko  dom y sły.  Choćby ś  nie  wiem   j ak  się  starał,  za  ich  pom ocą  nie  odzwierciedlisz  realny ch
warunków. Nawet w przy bliżeniu.

– Z  tego  wy nika,  że  te  sy m ulacj e  są  ty le  warte  co  gry   wideo,  który m i  bawią  się

nasi ludzie.

– Masz racj ę. To m niej  więcej  ten sam  poziom  realizm u.
– Wspaniale. Zatem  sy m ulatory  nie okażą się cudowną bronią, nawet gdy by  udało

nam   się  stworzy ć  bardziej   realisty czne  scenariusze.  Jak  inaczej   m ożem y   nauczy ć  ludzi  by ć
oficeram i?

Vic wskazała brodą ekran term inalu.
– Poszperałam   tu i  ówdzie. Mam y   całkiem  sporo  plików edukacy j ny ch  w  bazach

dany ch sztabu. Z tego, co zrozum iałam , oficerowie m ieli zaj m ować się nim i w wolny m  czasie.

– Mówisz  o Selekty wny ch  Kursach Sztabowy ch?  O SEKS-ach?  – Stark  skrócił  ich

nazwę w ty powy  dla żołnierza sposób. – Tak na m arginesie, kto wy m y ślił tę idioty czną nazwę?

–  Nie  m am   zam iaru  zgady wać,  niem niej   m usiał  to  by ć  ktoś  o  wielkim   poczuciu

hum oru,  ponieważ  to  akurat  zakrawa  m i  na  dobry   żart.  Problem   j ednak  w  ty m ,  że  kiedy
dowództwo  uznało  nazwę  za  trafną,  nie  znalazł  się  odważny,  który   by   powiedział,  że  zakpiono  z
panów generałów.

– Ciekawe j aki rodzaj  SEKS-u m ógłby  spodobać się naszy m  kolegom ?
– Zachowuj  się, Ethan! Spój rz. To j est „Efekty wne zarządzanie walką”.
–  Jaj a  sobie  robisz.  –  Stark  pochy lił  się  nad  ekranem ,  ale  wciąż  wy glądał  na

scepty cznie  nastawionego.  –  Jak,  u  licha,  zarządza  się  walką?  Do  tej   pory   sądziłem ,  że  podczas
bitwy  panuj e zby t wielki burdel, by  m ożna czy m ś skutecznie zarządzać.

–  Nie  m am   poj ęcia,  Ethan.  Z  ty tułu  wnioskuj ę  j ednak,  że  nie  ty lko  znaleziono

sposób na zarządzanie walką, ale i na robienie tego efekty wnie.

–  Akurat.  Skoro  nasi  oficerowie  by li  tak  dobrzy   w  zarządzaniu  walką,  dlaczego

niem al  wszy stkie  plany,  które  przy gotowy wali,  kończy ły   się  katastrofam i,  z  który ch  m y
m usieliśm y  ich ratować za cenę własnej  krwi?

–  Nie  m ożesz  m ieć  wszy stkiego,  Ethan.  Albo  bitwa  j est  dobrze  zarządzana,  albo

świetnie zaplanowana.

– Masz racj ę. O co j a się rzucam ? Jakie j eszcze rodzaj e kursów zostawiono nam  w

spadku?

–  Spój rzm y.  –  Vic  przeglądała  szy bko  m enu  program u.  –  Mam y   całkiem   sporo

kursów dowodzenia.

– Dowodzenia? Oficerowie uczą się dowodzenia z takich kursów edukacy j ny ch?
–  Na  to  wy gląda.  Mam   tutaj   „Podstawy   dowodzenia”,  „Dowodzenie  dla

dowódców”...

–  Chwila,  to  ktoś  inny   też  m oże  dowodzić?  Masz  tam   m oże  „Dowodzenie  dla

background image

podwładny ch”?

– Nie trafiłam  na taki ty tuł, ale niewy kluczone, że i coś takiego się znaj dzie. Czekaj ,

„Dowodzenie  zaawansowane”,  „Dowodzenie  podstawowe”...  ciekawe,  czy m   różni  się  od
„Podstaw dowodzenia”?

„Dowodzenie  dla  oficerów  polowy ch”,  „Dowodzenie  kry zy sowe”,  „Dowodzenie

efekty wne”...

– Zaraz, czy  to znaczy, że inne rodzaj e dowodzenia nie są efekty wne?
–  Sądząc  po  naszy ch  doświadczeniach  z  oficeram i,  powiedziałaby m ,  że  nie.  Hm .

Mam  tu nawet „Dowodzenie doskonałe”.

– Które na pewno różni się bardzo od dowodzenia efekty wnego. Musieli nazwać j e

doskonały m , żeby  nikt nie pom y ślał, że m a do czy nienia z produktem  do dupy.

– „Dowodzenie w środku kariery ”! – konty nuowała Vic, ignoruj ąc przy cinki Starka.

– To chy ba coś dla oficerów, którzy  nie nauczy li się dowodzenia na początkowy ch etapach służby.
„Dowodzenie na podstawie badań...”

–  Daj że  spokój !  –  j ęknął  Ethan.  –  Ci  ludzie  m ieli  nam i  dowodzić.  Ciekawe,  kto

wpadł  na  to,  że  powinni  się  tego  uczy ć  na  przy kładach  z  kom putera,  a  nie  spędzaj ąc  czas  z
podwładny m i.

Vic skrzy wiła się po raz kolej ny.
–  Sądzę,  że  to  j eden  z  pom y słów  ty pu  „tak  nieźle  się  zapowiadało”,  które  potem

wy m y kały  się spod kontroli, j ak to zwy kle by wa w podobny ch przy padkach. No nie, nie wierzę.

– Co znowu? Kolej ny  kurs „od zera do oficera, klikaj ąc m y szką”?
–  Nie.  –  Rey nolds  odsunęła  się,  żeby   m ógł  spoj rzeć  na  ekran.  –  Kolej na  seria

kursów. Ty m  razem  pod zbiorczą nazwą „Zarządzanie walką”.

Stark wy buchnął śm iechem .
– Jasne. Gdy  dochodzi do walki, całe to wy uczone dowodzenie m ożna o kant dupy

potłuc. Zaczy na się walka, m usisz zostać m enadżerem . Jeśli chcesz efekty wnie zarządzać bitwą.
Na Boga, dlaczego ludzie m arnuj ą czas na takie głupoty ?

– Sam a nie wiem . Może znaj dę coś po ty ch kodach, które są na górze? O, proszę,

j est coś.

„Obowiązkowy   zbiór  kursów  dla  kandy datów  na  stanowiska  O4”.  O4  to  nazwa

kodowa dla stopni m aj ora w arm ii i kom andora porucznika we flocie.

–  Chcesz  powiedzieć,  że  żaden  oficer  nie  otrzy m a  awansu  na  m aj ora,  j eśli  nie

ukończy  wszy stkich ty ch kursów?

–  Na  pewno  doty czy ło  to  większości  z  nich.  Teraz  przy naj m niej   wiem y,  co  nasi

przełożeni robili w czasie, gdy  powinni nam i dowodzić.

Stark przy łoży ł palce do skroni, próbuj ąc powstrzy m ać rodzący  się ból.
– Dobrze. Większość ty ch kursów to zwy kłe gówno. Sy m ulatory  nadaj ą się ty lko na

śm ietnik.  Dowiedzieliśm y   się  też,  że  nasi  przełożeni  podchodzili  do  dowodzenia  j ak  do
m ikrozarządzania  w  przem y śle.  Wy nika  z  tego,  że  powinniśm y   wy walić  w  diabły   wszy stkie  te
bazy  dany ch i stworzy ć od podstaw zupełnie nowy  sy stem  szkoleń.

– Nooo... tak – przy znała z niechęcią Vic.
– Poświęcaj ąc na to cały  wolny  czas, j ak sądzę?
– Nie m am y  specj alnego wy boru, Ethan.
– Owszem , m am y. Ja na przy kład m ogę się zastrzelić. Albo poddać naszy m  by ły m

dowódcom ,  żeby   zrobili  to  za  m nie.  Choć  prawdę  m ówiąc,  nie  m am   ochoty   na  tego  ty pu
rozwiązania.

– Nie ty  j eden m asz z ty m  problem  – zauważy ła.

background image

– I ty lko to m nie j eszcze trzy m a przy  zdrowy ch zm y słach. – Stark pochy lił się, by

chwy cić  j ą  za  nadgarstek,  nadaj ąc  tem u  gestowi  znam ię  łączącej   ich  przy j aźni.  –  Okay.
Załatwim y  tę sprawę. Jakoś. Teraz j ednak ty  potrzebuj esz ćwiczeń, a j a pry sznica.

– Nie chciałam  cię dobij ać, ty lko dać ci znać o problem ie. – Wstała, uśm iechaj ąc

się,  ale  bez  cienia  rozbawienia.  –  Teraz  oboj e  będziem y   m usieli  robić  m asę  niechciany ch  i
niezby t przy j em ny ch, ale dobry ch dla nas rzeczy.

– Dom y ślam  się. Do zobaczenia.
Kiedy   Vic  opuściła  m esę,  Ethan  opadł  na  swoj e  krzesło,  zastanawiaj ąc  się,

dlaczego  księży cowa  grawitacj a  sprawia  czasam i  wrażenie  ziem skiej .  Przy m knął  też  oczy,
próbuj ąc  oddalić  wspom nienie  niedawnej   bitwy,  to  j ednak  sprawiło,  że  uj rzał  j ą  j eszcze
wy raźniej   pod  osłoną  powiek.  Eksplozj e,  roj e  ikonek  m ieszaj ący ch  się  na  wy świetlaczu  w
niekończący m   tańcu.  Otworzy ł  więc  oczy   i  uj rzał  nieprzy j azne  wnętrze  m esy   w  kwaterze
głównej , które nie pozwalało m u zapom nieć o korowodzie nowy ch problem ów. Dopiero brzęczy k
osobistego kom unikatora przy niósł m u chwilę oddechu i ulgi.

– Stark?
– Tak. Co tam , Bev?
W głosie sierżant Manley  sły chać by ło przepraszaj ący  ton.
–  Wiem ,  że  j esteś  potwornie  zaj ęty,  Ethan,  ale  ta  cy wilbanda  w  kółko  do  ciebie

wy dzwania.

–  Cy wilbanda?  –  Znaczy   cy wile.  Mieszkańcy   kolonii.  Ludzie,  który ch  żołnierze

Starka bronili, ale raczej  nie spoty kali.

– Tak. Chcą m ówić z kim ś, kto tu dowodzi, czy li z tobą.
–  Czy li  ze  m ną  –  przy znał  Ethan  z  rezy gnacj ą.  Chyba  nie  dam  rady  trzymać  ich

dłużej na dystans. Kolejny problem, z którym muszę się uporać. – Nie m am  przy padkiem  j akichś
spraw niecierpiący ch zwłoki?

–  Wy bacz.  Moj e  biuro  znane  j est  z  niesły chanej   wy daj ności  pracy,  więc  ty m

sposobem  nie zy skasz szansy  na uniknięcie rozm owy  z cy wilbandą.

– Dobra, dobra. Daj  m i ten num er, oddzwonię do nich.
Ekrany  wizy j ne w centrum  dowodzenia by ły  większe i lepsze od ty ch, do który ch

przy zwy czaił  się  Stark,  potrzebował  więc  kilku  dodatkowy ch  sekund,  aby   zorientować  się  w  ich
dodatkowy ch  funkcj ach.  W  końcu  wy świetlacz  poj aśniał  i  poj awiło  się  na  nim   dwoj e  cy wilów
siedzący ch  za  stołem   konferency j ny m .  Jedny m   z  nich  by ł  szczupły   m ężczy zna  o
zdeterm inowanej  twarzy, która dziwny m  trafem  pasowała idealnie do j ego siwiej ący ch włosów.
Drugą z obecny ch osób Stark rozpoznał od razu. Spotkała się z nim  całą wieczność albo ty lko kilka
dni tem u.

– Panna Sarafina. Dawno się nie widzieliśm y.
Popatrzy ła  na  niego  z  widoczny m   zaskoczeniem ,  a  potem   pochy liła  się  do

towarzy szącego j ej  m ężczy zny  i szepnęła m u coś na ucho. Przy taknął i spoj rzał Ethanowi prosto
w oczy.

– Nazy wam  się Cam pbell. Jam es Cam pbell. Jestem  zarządcą tej  kolonii.
– Miło m i. Panna Sarafina wspom inała o panu.
– Czy  rozm awiam  z kim ś, kto reprezentuj e dowództwo naszy ch sił woj skowy ch na

Księży cu?

Stark zm usił się do półuśm iechu.
– Można tak powiedzieć. Przepraszam , ale by łem  do tej  pory  zby t zaj ęty, by  m ieć

czas na pogaduszki. Mieliśm y  tutaj ... kilka problem ów.

–  Tak  właśnie  m y ślałem .  –  Cam pbell  się  zawahał.  –  Zaobserwowaliśm y   sporą

background image

akty wność woj ska w ciągu m iniony ch kilku dni. Nasze sensory  wy chwy ciły  też ogrom ną liczbę
eksplozj i na powierzchni.

– Walczy liśm y  j ak wszy scy  diabli, j eśli o to panu chodziło.
– Czy  kolonia... To znaczy, czy  poziom  j ej  bezpieczeństwa...
– Trzy m am y  się, panie Cam pbell. Kolonia j est bezpieczna.
– Dziękuj ę. Jest pan, z tego co widzę... sierżantem ?
– Jestem . Bardzo to panu przeszkadza?
Cam pbell wy glądał na zakłopotanego.
– Sierżancie Stark. Co właściwie stało się z pańskim i przełożony m i?
–  Chodzi  panu  o  naszy ch  oficerów?  –  Ethan  czuł  opory   przed  szczerą  rozm ową  z

cy wilbandą. Po raz pierwszy mam przed sobą ludzi, którzy nie brali udziału w tym wszystkim i nie
czują się z tego powodu współwinni. Boże, co myśmy zrobili? – Są bezpieczni.

– Nie rozum iem . Od kilku dni nie m ogliśm y  się skontaktować z żadny m  oficerem .

Nie  widzieliśm y   ich  też  na  terenie  kolonii.  Za  to  bez  przerwy   trafialiśm y   na  któregoś  z
podoficerów,  kogoś  takiego  j ak  pan,  i  zawsze  odm awiano  nam   inform acj i.  Odcięto  nam   też  bez
uprzedzenia łączność z Ziem ią. Zakazano wy lotu wahadłowców, nikt też nie przy leciał do nas od
pewnego czasu. Co się dziej e, sierżancie Stark?

Ethan  spuścił  oczy,  koncentruj ąc  wzrok  na  dolnej   ram ce  term inalu

kom unikacy j nego.

–  Panie  Cam pbell,  z  wielkim   żalem   m uszę  pana  poinform ować,  że  wszy scy

oficerowie zostali rozbroj eni i aresztowani. Nie wy konuj em y  j uż ich rozkazów.

To  oświadczenie  zaszokowało  Cam pbella  i  Sarafinę.  Oboj e  spoglądali  na  siebie  w

zdum ieniu, j akby  szukali oświecenia przed zadaniem  kolej nego py tania.

– W takim  razie czy j e rozkazy  pan teraz wy konuj e?
– Swoj e.
– Swoj e? – W końcu do nich dotarło.
Cam pbell uniósł dłoń, powstrzy m uj ąc asy stentkę przed zadaniem  kolej ny ch py tań.
–  Sierżancie  Stark,  chce  m i  pan  powiedzieć,  że  nie  reprezentuj ecie  j uż  legalnie

wy branego rządu? Że wasze oddziały  przeprowadziły  rewoltę?

Ethan naj pierw przy m knął oczy, potem  kiwnął głową.
– Tak, sir. To długa historia – dodał, widząc, że twarze j ego rozm ówców bielej ą ze

strachu. – Powiedzm y, że stało się coś złego. Bardzo złego. Musieliśm y  to zrobić, żeby  przetrwać.

–  Nie  rozum iem ...  A  co  z  ty m i  nowy m i  żołnierzam i,  który ch  widzieliśm y   tutaj

ostatnio?

– W większości polegli – oświadczy ł oboj ętny m  tonem  Stark.
Cam pbell przy glądał się przez dłuższą chwilę swoim  dłoniom , próbuj ąc pozbierać

m y śli i zarazem  wziąć się w garść.

– Skoro nie wy konuj e pan j uż rozkazów przełożony ch, kto wam i teraz dowodzi?
– Ja. – W ty m  m om encie Sarafina wy glądała, j akby  za m om ent m iała zem dleć. –

To  nie  by ł  m ój   pom y sł  –  dodał  pospiesznie.  –  Chociaż  na  pewno  się  do  niego  przy łoży łem .
Odrobinę. Sam  j uż nie wiem . W każdy m  razie po fakcie wszy scy  chcieli, aby m  to j a dowodził. I
tak trafiłem  na to stanowisko.

Kolej na  przerwa,  po  której   Cam pbell  zm ierzy ł  Ethana  władczy m ,  ale  zarazem

wy straszony m  spoj rzeniem .

– W takim  razie pozwoli pan, że zapy tam , j akie plany  m acie względem  tej  kolonii?
– Naszy m  zadaniem  by ła j ej  obrona i nadal zam ierzam y  to robić.
– Skoro nie j esteście j uż am ery kańskim i żołnierzam i...

background image

–  Jesteśm y   am ery kańskim i  żołnierzam i!  –  Oboj e  podskoczy li  m im owolnie,

opadaj ąc  na  oparcia  foteli,  j akby   chcieli  znaleźć  się  j ak  naj dalej   od  eksploduj ącego  Starka.  –
Przepraszam   –  m ruknął.  –  Nadal  m am y   problem   z  ustaleniem   wielu  spraw,  ale  to  akurat  nie
uległo  zm ianie.  Będziem y   bronili  kolonii,  j uż  to  nawet  robim y,  ale  nie  zam ierzam y   ginąć  bez
sensu  ty lko  dlatego,  że  j akiś  czterogwiazdkowy   dupek  próbuj e  zrobić  karierę  na  naszy m
poświęceniu, i to wbrew zdrowem u rozsądkowi.

– Przepraszam , nie chciałem  nic sugerować... – Cam pbell zaczerpnął głębiej  tchu.

– To dla nas bardzo nieoczekiwana wiadom ość. Nie by liśm y  na nią przy gotowani.

– My  też nie by liśm y.
– Nie oddacie tej  kolonii inny m  państwom ?
– Nie.
– Będziecie nas bronić j ak do tej  pory ?
– Tak.
– I nadal uważacie się za Am ery kanów?
– Bezwzględnie tak.
–  Ale  nie  przy j m uj ecie  j uż  rozkazów  rządu  z  Ziem i  ani  j ego  przedstawicieli  na

Księży cu?

– Nie.
– Jakie są zatem  wasze długoterm inowe cele?
– Nieokreślone.
– Sierżancie Stark, rozum iem , że m oże pan nie m ieć ochoty  na dzielenie się ze m ną

taką  wiedzą,  niem niej   proszę  pam iętać,  to  dla  nas  kwestia  wielkiej   wagi.  –  Cam pbell  pokręcił
głową,  m ocno  zaciskaj ąc  usta.  –  Pozwoli  pan,  że  wy tłum aczę.  Mam y   tu  stan  wy j ątkowy,
sierżancie.  Wprowadzono  go  w  chwili  stworzenia  tej   kolonii.  Zezwolono  nam   na  szczątkową
autonom ię w sprawach, które nie doty kaj ą sfery  zwanej  um ownie „kwestiam i bezpieczeństwa”.
Nie  m am y   j ednak  własny ch  władz  ani  żadny ch  środków,  dzięki  który m   m ogliby śm y
przeciwstawić  się  waszej   woli,  gdy by ście  podj ęli  j akąkolwiek  akcj ę  przeciw  nam .  Mówiąc
wprost,  j est  pan  teraz  naszy m   nowy m   przełożony m ,  więc  to  chy ba  zrozum iałe,  że  chcem y
poznać pańskie plany.

– Powiedziałem  j uż wszy stko, co m ogłem  powiedzieć.
Cam pbell spoj rzał błagalnie na Sarafinę, potem  przeniósł wzrok na Starka.
– Jestem  odpowiedzialny  za każdego cy wila przeby waj ącego na terenie kolonii, ale

nie będę w stanie ich chronić, j eśli nie otrzy m am  od pana choćby  podstawowy ch inform acj i.

Stark zachował oboj ętną m inę. Cywil  poucza  mnie,  czym  jest  odpowiedzialność.  W

dodatku polityk. Ciekawe, czy to właśnie chciał powiedzieć. Przecież całe doświadczenie życiowe
podpowiada mi, że nie powinienem mu ufać.

Widząc, że cisza trwa zby t długo, Sarafina pochy liła się w kierunku wy świetlacza.

W j ej  oczach widać by ło błaganie.

– Sierżancie Stark, proszę. Nasi podwładni polegaj ą na nas.
Para  cywilów,  którzy  wydają  się  bardziej  zatroskani  losem  podwładnych  niż  swoim

własnym. A Sarafina, z tego co mi wiadomo, dotrzymała słowa i nie przekazała żadnemu z oficerów
treści rozmowy, jaką z nią odbyłem. Jeśli to nie zasługuje na szacunek, to co?

Stark potarł podbródek, zastanawiaj ąc się nad odpowiedzią.
–  Chcecie  wiedzieć,  j akie  są  nasze  długoterm inowe  cele?  Ja  sam   ich  j eszcze  nie

znam  – przy znał w końcu. – Tak wy gląda prawda. Nikt z nas nie m iał j eszcze czasu, aby  się nad
ty m  zastanowić. Tak sam o j ak nie m y śleliśm y  o stosunkach z cy wilbandą, to znaczy  z wam i. Nie
chcem y,  żeby ście  wbili  nam   nóż  w  plecy,  ale  nie  zam ierzam y   też  dy ktować  wam ,  co  m acie

background image

robić.

–  Sierżancie  Stark,  istniej e  wiele  rzeczy,  który ch  nie  m ogę  zrobić  bez  uprzedniej

zgody  odpowiednich władz woj skowy ch.

–  Mogę  panu  załatwić  wizy tę  w  areszcie,  j eśli  chce  pan  rozm awiać  z  który m ś  z

oficerów, aczkolwiek w ty m  m om encie ich przy zwolenie nie na wiele się panu przy da.

Cam pbell zachował pokerową twarz. Siedział szty wno, m ilcząc i zerkaj ąc od czasu

do czasu na zabieraj ącą głos Chery l Sarafinę.

– Sierżancie Stark, czy  m ożem y  wnosić, że nie zam ierza pan przej m ować kontroli

nad cy wilny m  sektorem  kolonii?

– Przecież j uż wam  powiedziałem , że nie chcę z wam i żadny ch problem ów. Mam

zby t  wiele  roboty   z  zapanowaniem   nad  woj em .  Wy daj e  m i  się  także,  że  arm ia  nie  powinna
dy ry gować  cy wilam i.  Dlatego  m usim y   znaleźć  inne  wy j ście  z  tej   sy tuacj i.  Reasum uj ąc,  nie
zam ierzam   wam   m ówić,  co  m acie  robić,  i  wątpię,  aby   ktokolwiek  inny   z  naszej   strony   m iał
ochotę na kontakty  z wam i.

Sarafina spięła się, sły sząc te słowa.
–  Przecież  nie  zrobiliśm y   nic  złego  żołnierzom   stacj onuj ący m   przy   kolonii.  Co

więcej ,  wspieram y   was,  czy m   m ożem y.  I  doceniam y   wasze  poświęcenie.  A  to,  że  nie
pozwolono nam  na...

–  Przepraszam .  Nie  chciałem ,  żeby   m oj e  słowa  zabrzm iały,  j akby m   was  o  coś

obwiniał.  –  Stark  zm usił  się  do  kolej nego  uśm iechu.  –  A  zwłaszcza  panią.  My,  woj skowi,  nie
m am y   doświadczeń  w  kontaktach  z  cy wilam i.  Dorastaliśm y   oddzielnie,  pracowaliśm y   osobno  i
um rzem y  każdy  na swój  sposób. Co więcej , niem al każde spotkanie z cy wilam i tam , na Ziem i,
kończy ło  się  dla  nas  w  przy kry   sposób.  Nie  dziwcie  się  zatem ,  że  nie  j esteście  lubiani.  Wy
wy daj ecie się nieco inni, ale będę potrzebował sporo czasu, aby  przekonać do was m oich ludzi.

Cam pbell pokiwał głową.
–  Chy ba  rozum iem ,  o  czy m   pan  m ówi.  Stworzy liście  odm ienną  subkulturę.  By ć

m oże zrozum ieliby śm y  się lepiej , gdy by  pozwolono nam  oglądać program y  wizy j ne arm ii...

– Nie. My  nienawidzim y  ty ch program ów. To propagandowa papka tworzona przez

naszy ch  sztabowców  z  wy korzy staniem   przekazów  na  ży wo  z  pola  walki.  My   giniem y,
cy wilbanda  rechocze  z  uciechy,  siedząc  przed  wy świetlaczam i,  a  rząd  zgarnia  forsę  z  reklam
wy świetlany ch w przerwach. Czy  wy raziłem  się dostatecznie j asno?

Sarafina wy glądała teraz na przerażoną.
– Gladiatorzy. Traktuj ą was j ak gladiatorów.
– Te program y  m aj ą przy nosić zy ski rządowi i dostarczać rozry wkę cy wilbandzie.

Nikogo nie obchodzi, co m y  o ty m  m y ślim y.

–  Zaczy nam   rozum ieć,  o  co  w  ty m   wszy stkim   chodzi  –  oświadczy ł  Cam pbell,

wolno cedząc słowa.

– Wy korzy stano was.
– To j edno z określeń, które pasuj ą do naszej  sy tuacj i.
– W takim  razie j akie są wasze cele, sierżancie Stark? Co zam ierzacie w ten sposób

osiągnąć?

Ethan roześm iał się gorzko i gniewnie zarazem .
– Za cholerę nie wiem . – Spoważniał naty chm iast i wbił wzrok w podłogę. – Co do

ty ch żołnierzy, o który ch m nie pani py tała, panno Sarafina... – To krótkie spotkanie m iało m iej sce
całe wieki tem u. – Większość z nich poległa, j ak j uż wspom niałem . Ten idiota Meecham  kazał im
m aszerować  na  naj silniej   um ocnione  pozy cj e  wroga,  a  gdy   zostali  odparci,  wy słał  ich  po  raz
drugi,  a  potem   j eszcze  raz.  Musieliśm y   go  powstrzy m ać.  To  by ł  j edy ny   powód  naszego  buntu.

background image

Niestety,  powstrzy m anie  rzezi  dało  nam   o  wiele  więcej   władzy,  niż  przy puszczaliśm y,  i  wciąż
j eszcze nie połapaliśm y  się w ty m  wszy stkim .

Cam pbell zm ruży ł oczy.
–  Pan  naprawdę  j est  zdezorientowany.  Wszy stko  wy darzy ło  się  tak  nagle,

niespodziewanie, a teraz próbuj ecie to sobie poukładać.

– My ślę, że całkiem  trafnie podsum ował pan naszą sy tuacj ę.
– Sierżancie Stark, popełnił pan ogrom ne głupstwo... – Zarządca kolonii zam ilkł na

m om ent, bo Ethan zaczął czerwienieć na twarzy. – Nie m ówię o przej ęciu kontroli nad tutej szy m i
siłam i zbroj ny m i. Z naszej  trój ki ty lko pan m oże prawidłowo ocenić swoj e działania. Chodziło m i
o  to,  że  rozm awia  pan  o  nich  ze  m ną.  Jestem   w  stanie  wy czy tać  m iędzy   wierszam i  o  wiele
więcej  na tem at waszej  sy tuacj i, niż chciałby  pan wy j awić kom uś, na kim  nie m oże pan w pełni
polegać.

Ma rację. Ja i mój długi jęzor. Nie powinienem odbierać tego połączenia, nie mając

przy sobie Vic. Ona wiedziałaby dokładnie, kiedy powinienem się zamknąć. Nie znam przecież tego
faceta  ani  nawet  Sarafiny.  A  to,  jakkolwiek  patrzeć,  politycy.  Albo  korporacjoniści.  Nie  jestem
pewien, do której grupy należą, ale też jaka to różnica? Jedni i drudzy mają nas jednakowo gdzieś.

–  Dlaczego  pan  m i  to  m ówi?  Mógł  pan  przecież  wy ciągnąć  ze  m nie  znacznie

więcej  i dopiero na sam  koniec kazać m i się zam knąć. Albo w ogóle nie zareagować.

–  Dlatego,  że  tutej sze  społeczności  woj skowy ch  i  cy wilów  potrzebuj ą  siebie

wzaj em nie. Chciałem  by ć z panem  przez chwilę tak szczery  j ak pan ze m ną.

– Jest pan polity kiem  – wy tknął m u lodowaty m  tonem  Stark.
Cam pbell  zareagował  na  tę  uwagę  śm iechem ,  choć  Stark  spodziewał  się  raczej

gniewu.

– Tak, j estem . Ale nie takim , j ak pan sądzi. Dlaczego nie lubi pan polity ków i nigdy

im  nie zaufa? Nie, proszę się nie trudzić, odpowiem  za pana. Ponieważ m anipuluj ą prawem , które
sam i stworzy li, by  oni i ich znaj om i m ogli osiągać korzy ści. Ponieważ biorą ogrom ne dotacj e od
korporacj i,  a  potem   robią  dokładnie  to,  na  czy m   darczy ńcom   naj bardziej   zależy.  Ponieważ
pakuj ą rządowe pieniądze we własne interesy. Czy  takie krótkie podsum owanie wy starczy ?

– Owszem , aczkolwiek to ty lko wierzchołek góry  lodowej .
Kolej na erupcj a śm iechu, ty m  razem  podszy tego gory czą.
– Tak, m a pan racj ę. Sierżancie Stark, nie m am  prawa głosu ani tutaj , ani na Ziem i.

A każdy  grosz przy chodu z tej  kolonii j est zagarniany  przez Kongres. Wszy stkie aspekty  naszego
ży cia,  w  które  nie  m ieszało  się  woj sko,  zostały   zawłaszczone  przez  korporacj e.  Nie  m ogę
ustanawiać  tu  prawa  ani  wy dawać  zarobiony ch  pieniędzy.  Jedy ne,  na  co  m i  pozwalaj ą,  to
uniżone prośby  do decy dentów o zagwarantowanie przy zwoity ch warunków ży cia dla kolonistów,
którzy  wy brali m nie na to stanowisko w głosowaniu j awny m .

– Dlaczego więc pan to robi? Po co stawał pan do wy borów?
– Bo to też ważne. Gdy by m  tego nie uczy nił, na m oim  m iej scu znalazłby  się j akiś

nierób  i  głąb,  dla  którego  zarządzanie  kolonią  by łoby   ty lko  kolej ny m   stopniem   doskonale
zapowiadaj ącej  się kariery. Wprawdzie trudno sobie tutaj  wy robić m arkę, zwłaszcza polity czną,
ale spry tny  i bezwzględny  człowiek m ógłby  sporo ugrać, wy bij aj ąc się na plecach m oich ludzi.

– No, no. – Stark rozważy ł j ego słowa, potem  skinął głową. – Niewdzięczne zaj ęcie.

I  j akże  m i  znaj om y   koncept.  Dobrze,  załóżm y,  że  rozm awiam y   szczerze.  Co  chciałby   pan  m i
powiedzieć?

– Że wasz bunt by ł naprawdę nieoczekiwany m  wy darzeniem . I nie m am  poj ęcia,

j ak  reszta  kolonii  zareaguj e  na  wiadom ość  o  nim .  Aczkolwiek  wasze  działania  m ogą  dać  m oim
ludziom  szansę na zm ianę ich pozy cj i względem  władz na Ziem i. – Cam pbell zerknął na Sarafinę,

background image

a  ona  skinęła  zdawkowo  głową.  –  Moj a  współpracownica  m ówiła  m i,  że  wy j aśniła  panu  nasze
położenie.

– Twierdziła, że j esteście kim ś w rodzaj u współczesny ch niewolników.
– To by  się zgadzało. Niem al każdy  z obecny ch w kolonii cy wilów m usiał podpisać

zobowiązanie  zwrotu  wszy stkich  kosztów  związany ch  z  przetransportowaniem   go  na  Księży c  i
zapewnieniem  m u warunków do ży cia. Ludzie m y śleli, że to wielka okazj a, że pieniądze za pracę
w kolonii wy starczą do spłaty  zadłużenia, a ży cie tutaj  będzie lepsze niż na Ziem i.

–  Ży cie  cy wilbandy   nie  poprawiło  się  od  chwili,  gdy   wstąpiłem   do  woj a  –

zauważy ł Stark.

–  Powiedziałby m   nawet,  że  się  pogorszy ło.  I  to  pod  każdy m   względem .

Korporacj e dokonały  m asowy ch zwolnień, by  uzy skać całkowitą kontrolę nad warunkam i pracy  i
płacam i.  Rząd  na  Ziem i  dawno  tem u  zszedł  z  pleców  wielkiego  kapitału,  co  oznacza,  że  na
naszy ch karkach siedzą od tam tej  pory  korporacj oniści. Sądziliśm y, że nasz los odm ieni się tutaj
na  lepsze,  ale  okazało  się,  że  j est  j eszcze  gorzej .  Nie  m am y   szans  na  zm ianę  pracy,  m usim y
kupować  wszy stko  w  sklepach  należący ch  do  korporacj i,  w  który ch  panuj e  ogrom na  droży zna
nawet j ak na księży cowe standardy. A co naj gorsze, nasze kontrakty  zostały  tak skonstruowane, że
nigdy  nie spłacim y  długu.

Stark przy pom niał sobie rozm owę rodziców podsłuchaną wiele lat tem u.
– Twierdzi pan zatem , że każdego ranka wstaj ecie ubożsi, niż by liście wieczorem ?
– Tak.
– Wy gląda na to, że korporacj e zabij aj ą was powoli, a nasi dowódcy  robią z nam i

to sam o, ty lko o wiele szy bciej .

– Doskonałe podsum owanie, sierżancie Stark.
– Co zatem  nasz bunt m oże m ieć wspólnego z wam i?
Cam pbell zrobił wielkie oczy.
–  Pan  naprawdę  tego  nie  poj m uj e?  Sierżancie  Stark,  nie  m ieliśm y   do  tej   pory

wy boru  i  m usieliśm y   akceptować  wszelkie  stawiane  nam   warunki.  Żaden  prawnik,  na  którego
by łoby   nas  stać,  nie  m ógł  równać  się  z  kancelariam i  wy naj m owany m i  przez  korporacj e.  Rząd
wy rzekł  się  nas.  Żaden  polity k  z  Ziem i  nie  stanąłby   w  naszej   obronie,  ponieważ  wszy scy   oni
siedzą  w  kieszeniach  naj bogatszy ch  przem y słowców.  A  gdy by   kom uś  przy szło  do  głowy
wy powiedzieć  um owę,  siły   zbroj ne  stacj onuj ące  na  Księży cu  m iały   zadbać  o  przy wrócenie
porządku. Wy gląda j ednak na to, że nie wy konuj ecie j uż rozkazów generalicj i.

–  Nie  podlegam y   im   w  ty m   m om encie,  aczkolwiek  nie  wiem ,  czy   oni  zdali  j uż

sobie z tego sprawę.

– Sierżancie Stark, niewiele m i wiadom o o woj sku, ale dom y ślam  się, że żołnierze

potrzebuj ą  takich  sam y ch  warunków  do  ży cia  j ak  każdy   człowiek,  czy li  j edzenia  i  m iej sca  do
spania,  a  te  zapewniała  wam   zapewne  któraś  z  wy specj alizowany ch  korporacj i.  W  zaistniałej
sy tuacj i odetną was od dostaw i będziecie potrzebowali pom ocy  kolonii.

– To prawda, j ak sądzę.
Sarafina znów pochy liła się w kierunku wy świetlacza.
–  Potrzebuj em y   siebie  wzaj em nie,  sierżancie  Stark.  Bez  względu  na  to,  j akie

priory tety   sobie  ustalicie,  przy da  wam   się  współpraca  kolonii.  A  m y   dostarczy m y   wam
wszy stkiego, czego wam  będzie trzeba, w zam ian za ochronę i wsparcie, gdy  zażądam y  ustępstw
polity czny ch i gospodarczy ch.

Ethan skrzy wił się, próbuj ąc choćby  powierzchownie ocenić j ej  ofertę. Mam  zbyt

mało danych, a co za tym idzie, nie jestem w stanie powiedzieć, czy to dobra propozycja. Co więcej,
jestem  wystarczająco  przerażony  tym,  do  czego  doprowadziłem.  Czy  będę  chciał  mieć  jeszcze  na

background image

sumieniu zbuntowanych kolonistów? Milczał, nie wiedząc, co powiedzieć.

–  Sierżancie  Stark?  –  odezwał  się  w  końcu  zarządca  kolonii.  –  Dom y ślam   się,  że

potrzebuj e  pan  chwili  na  przem y ślenie  odpowiedzi  i  konsultacj e  z  doradcam i.  Um ówm y   się  w
takim  razie na kolej ną rozm owę, powiedzm y  j utro. Jeśli nie sprawi to panu różnicy, ty m  razem
m oże by ć osobiście.

Moi  doradcy?  Przecież  ja  nie...  A  Vic  to  kto,  jeśli  nie  mój  osobisty  doradca?  Albo

Manley  i  pozostali  chłopcy,  którzy  posiadają  doświadczenie  w  sprawach,  o  których  ja  nie  mam
bladego pojęcia.

– To dobry  pom y sł. Porozm awiaj m y  raz j eszcze. Może nie j uż j utro, ale na pewno

wkrótce. Teraz zby t wiele się tu dziej e. – Wy ciągnął rękę, by  przerwać połączenie.

–  Chwileczkę.  –  Cam pbell  uniósł  dłoń,  by   powstrzy m ać  Ethana.  –  Mam   j eszcze

j edną sprawę. Powiedział pan, że wielu waszy ch poległo.

Stark zam arł na m om ent.
– Owszem , straciliśm y  sporo ludzi. Dlaczego pan py ta?
– Zakładam , że m acie także wielu ranny ch.
– Zgadza się.
– Wiem y, że woj skowe placówki m edy czne m aj ą spore ograniczenia sprzętowe, a

m y   dy sponuj em y   nowoczesny m   szpitalem   dla  pracowników  kolonii.  –  Na  twarzy   zarządcy
poj awił się wy m uszony  ironiczny  uśm ieszek. – Prezesi i polity cy  odwiedzaj ący  cy klicznie naszą
placówkę  zadbali  o  to,  by   nie  zabrakło  im   niczego  w  razie  nagłej   potrzeby.  Jeśli  będziecie
potrzebowali  dodatkowy ch  łóżek  albo  pom ocy   wy kwalifikowanego  personelu,  przy j m iem y
waszy ch ranny ch.

–  Naprawdę?  Cieszy   m nie  to,  nie  wiem   ty lko,  w  j aki  sposób  m ogliby śm y   za  to

zapłacić.

–  Zapłacić?  –  Cam pbell  pokręcił  zdecy dowanie  głową.  –  Ty m   sposobem

odwdzięczy m y  się za lata obrony  naszej  kolonii. Jeśli zaj dzie taka potrzeba, będziem y  opiekowali
się waszy m i ranny m i, nie pobieraj ąc za to żadny ch opłat.

Co  nie  zmienia  faktu,  że  i  tak  będziemy  waszymi  dłużnikami.  Gdybym  tylko  miał

pewność,  że  mogę  zaufać  tej  cywilbandzie.  Chociaż  z  drugiej  strony,  dlaczego  nie  mielibyśmy
skorzystać z ich pomocy? Nasi ranni potrzebują lepszej opieki. A Campbell zaproponował ją sam,
bez żadnej sugestii z mojej strony.

Stark  uśm iechnął  się,  m aj ąc  nadziej ę,  że  wy gląda  to  j ak  gest  szczerej

wdzięczności.

–  Dziękuj ę.  To  bardzo  m iłe  z  waszej   strony.  Powiedzcie,  j ak  m am y   się

skontaktować z waszy m i lekarzam i, a nasi m edy cy  naty chm iast to zrobią.

Monitor  znów  pociem niał,  a  Ethan  wahał  się  przez  chwilę,  zanim   wy brał  num er

sierżant Rey nolds.

Zm arszczy ł brwi, widząc, że wy świetlacz pozostaj e czarny.
– Jesteś tam , Vic?
– Tak.
– Wizj a ci siadła?
–  Nie.  Dopiero  co  wy szłam   spod  pry sznica,  a  nie  m am   w  zwy czaj u  pokazy wać

wdzięków każdem u, kto akurat do m nie dzwoni.

– Mam  ci podać num er dostępu do m oj ego konta? – drażnił j ą Ethan.
– Żołnierzu, nigdy  nie zaoszczędzicie ty le, żeby  was by ło stać na taki pokaz. O co

chodzi?

– Musim y  zwołać kolej ne zebranie.

background image

– Nie m ożem y  zam iast tego wy brać się na j akąś sam obój czą m isj ę?
– Wy bacz. Jeśli zechcesz, połączy m y  to spotkanie z lunchem , żeby  nie m arnować

niepotrzebnie czasu.

To  by ł  m ocno  spóźniony   lunch,  j ak  się  okazało.  Stark  zgarnął  z  talerza  ostatnie

przesuszone fry tki i spoj rzał na pozostały ch.

–  Mam   naprawdę  ważną  sprawę,  ale  zostawm y   j ą  na  sam   koniec.  Czy   ktoś  chce

j eszcze coś powiedzieć?

–  Wszy stko  j est  dzisiaj   ważne.  –  Sierżant  Gordasa  stukał  palcem   w  swój

kom unikator.  –  Powinniśm y   zaj ąć  się  zaopatrzeniem .  Zacznij m y   od  podstaw.  Woda.  Ży wność.
Sy stem y  podtrzy m y wania ży cia.

–  Wiem y,  że  nie  j esteśm y   sam owy starczalni  –  wtrąciła  Vic.  –  Dlaczego  j ednak

chcesz om awiać tę sprawę j uż teraz?

Gordasa pokręcił głową.
–  Jesteśm y   bliżej   sam owy starczalności,  niż  wam   się  wy daj e.  W  dodatku

przej ęliśm y   ogrom ne  m agazy ny   racj i  ży wnościowy ch.  Chodzi  o  żarcie  przeznaczone  na
potrzeby  trzeciej  dy wizj i, którego nie będzie m iał kto zj eść. – Zignorował gniew, który  wzbudziły
te  słowa,  wiedząc,  że  nie  j est  wy m ierzony   w  niego.  –  Ale  nawet  one  kiedy ś  się  skończą,  a  nie
wiem y, j ak długo potrwa nasz bunt. Poza ty m  m am y  na garnuszku sporą liczbę oficerów, który ch
też  trzeba  będzie  karm ić,  dopóki  ich  się  nie  pozbędziem y.  Dodaj m y   do  tego  to,  co  zrobiliście
wczoraj . Nasze bohaterskie oddziały  wzięły  do niewoli m nóstwo j eńców. A ich też przecież trzeba
karm ić. Czy  ktoś m oże m i powiedzieć, co z nim i zrobim y ?

– Masz j akieś sugestie? – zapy tał Stark.
–  A  żeby ś  wiedział,  m am   całe  m nóstwo  pieprzony ch  sugestii.  Wy puśćm y   ich

wszy stkich. Nie są warci racj i, które nam  zeżrą.

– Jeńcy  są niezwy kle cenni – zaprotestowała Vic.
– Ale nie dla nas – sprzeciwił się Gordasa. – Nasi oficerowie potrzebowali ich do

zdoby wania dany ch wy wiadowczy ch, aby  planować kolej ne ofensy wy, ale m y  nie zam ierzam y
nikogo  atakować,  j eśli  m nie  pam ięć  nie  m y li?  Zatem   nie  przy dadzą  się  nam   do  niczego,  m oże
poza wy m ianą na naszy ch chłopców.

Sierżant Manley  podrzuciła głową, ściągnęła m ocno brwi.
– Tak, to j est to. Wy m iana.
– Wy m iana j eńców? To dobry  pom y sł, ale m y  ich nałapaliśm y  znacznie więcej .
– Zaraz. Przecież m ożem y  się potargować. Wróg na pewno chce ich odzy skać, a

m y  potrzebuj em y  żarcia i sprzętu. I dobrze. Wy m ienim y  ich za dostawy.

Ta propozy cj a nie przy padła do gustu Starkowi.
– Chcesz wy m ieniać j eńców za j edzenie? Człowiek to nie worek ziem niaków.
– Znam   wielu  takich,  który ch  m ożna  by   tak  nazwać,  ale  nie  o  to  m i  idzie.  Dzisiaj

bardziej  potrzebuj em y  ziem niaków niż dodatkowy ch gąb do wy ży wienia.

Vic się uśm iechnęła.
–  Ten  pom y sł  m i  się  podoba,  Ethan.  Pozbędziem y   się  j eńców  i  zdobędziem y

potrzebne zapasy, nie m ówiąc j uż o ty m , że zy skam y  wizerunkowo, wy puszczaj ąc ich tak szy bko.

background image

Stark starał się rozważy ć wszy stkie aspekty  tej  propozy cj i. Wreszcie skinął głową.
–  Dobra.  Zrobim y   to.  Tanaka,  uży j   czerwonej   linii  i  uzgodnij   warunki  wy m iany.

Ty lko  zadbaj ,  żeby   z  naszej   strony   siedział  ktoś,  kto  um ie  się  targować,  m usim y   zrobić  na  ty m
dobry  interes.

– Jasne. Może Gordasa się ty m  zaj m ie? Kawał oszusta z niego. Często sły szałam ,

j ak się na to skarży cie.

–  Jeśli  chcecie  kogoś  naprawdę  dobrego  w  te  klocki  –  zasugerowała  Manley   –

m usicie zaangażować Yurivan.

–  Stacey   Yurivan?  –  Vic  zerknęła  w  kierunku  Starka.  –  Chcecie  wpuścić  j ą  do

kwatery  głównej ?

– A w czy m  m ogłaby  nam  tam  zaszkodzić? Dobra. Zapom nij cie, że o to py tałem .

– Ethan rozej rzał się po twarzach swoich ty m czasowy ch sztabowców. – Możem y  powierzy ć j ej
tak ważne zadanie?

–  Jeśli  dam y   j ej   do  pary   kogoś  uczciwego  –  zasugerował  Gordasa.  –  Kogoś,  kto

zadba, żeby  przy  okazj i nie kręciła lodów na boku.

– Raczej  dwie takie osoby  – dodała Vic. – Gordasa, m iej  oko na techniczną część

zagadnienia. Tanaka, ty  będziesz pilnowała Yurivan. Macie by ć w trój kę przy  każdej  rozm owie z
wrogiem .

– Stacey  by  nas nie zdradziła – zaprotestowała Jill Tanaka. Stark przy taknął po raz

kolej ny.

– Masz racj ę, ale j ak j ą znam , próbowałaby  tak nam otać, żeby  j ak naj więcej  na

ty m  zarobić. A na to nie m ożem y  sobie pozwolić. Jak by śm y  wy glądali, gdy by  wróg się w ty m
połapał?

– Powiem  j ej  wprost, po co m nie tam  przy dzieliliście – ostrzegła Tanaka.
– Rób, co chcesz. Stacey  i tak się zorientuj e we wszy stkim , j ak ty lko usły szy, o co

chodzi.

– I będzie dum na – dodała oschle Vic – że daliśm y  j ej  aż dwoj e strażników. Dobra,

dość tego m arudzenia. Ethan, gadaj  o tej  swoj ej  wielkiej  sprawie.

Wahał się przez m om ent, wiedząc, że wszy scy  skupili na nim  wzrok.
– Chodzi o kolonię. I o cy wilbandę. Chcą wiedzieć, co m y  tu robim y.
– Pieprzy ć ich – m ruknął ktoś.
–  Nie  –  zaprotestował  Stark.  –  Jedziem y   wszy scy   na  ty m   sam y m   wózku.  I  nie

utrzy m am y  się długo, m aj ąc przeciw sobie całą tutej szą cy wilbandę. Kto z was będzie strzelał do
am ery kańskich oby wateli, j eśli nie zrobią tego, co im  każem y ? – spy tał ostro. Odpowiedziała m u
cisza. – Tak m y ślałem . Jak j uż wspom niałem  przed chwilą podczas rozm owy  z Vic, ta cy wilbanda
wy daj e m i się nieco inna od ziem skiej . Ci ludzie m ieszkali przy  linii frontu wy starczaj ąco długo,
by  zrozum ieć, że to, co robim y, to nie durna gra wideo organizowana dla ich rozry wki.

–  Co  nam   do  tego,  j eśli  nawet  m asz  racj ę?  –  wtrącił  Gordasa.  –  A  m oj e

doświadczenia zdaj ą się przem awiać za ty m , że tak właśnie j est.

–  Zarządca  kolonii  nazwiskiem   Cam pbell  zapy tał  m nie  wprost,  czy   poparliby śm y

cy wilbandę, gdy by  też wy powiedziała posłuszeństwo rządowi.

Gapili się na niego z zaskoczeniem  i niedowierzaniem .
–  Moim   zdaniem   –  odezwała  się  w  końcu  Vic,  ważąc  każde  słowo  –  j eden  bunt

naraz wy starczy. Dlaczego m ieliby śm y  m ieszać w to całą cy wilbandę?

Większość obecny ch poparła j ej  zdanie.
Stark zacisnął dłonie na rancie blatu, m ierząc ich wzrokiem  przez dłuższą chwilę.
–  Nie  tak  dawno  tem u  zapy tałem   Vic,  o  co  tak  naprawdę  walczy m y.

background image

Odpowiedziała  m i,  że  j eśli  nie  znam   innego  powodu,  to  powinienem   przy naj m niej   sądzić,  że
robię to w słusznej  sprawie. Z nim i j est podobnie. Z tego, co wiem , korporacj e wy korzy stały  ich
podobnie j ak nas. Dlatego chcą lepszego traktowania.

–  Im   zależy   ty lko  na  ty m ,  by   wy korzy stać  nas  do  straszenia  inny ch  –  stwierdziła

Tanaka chłodno. Ludzie znów zaczęli kiwać głowam i. – Nie m ożesz ufać cy wilbandzie.

–  Dorastałem   wśród  nich.  –  Słowa  Ethana  zaszokowały   wielu  siedzący ch  przy

stole.  Inni  po  prostu  gapili  się  na  niego.  –  Tak,  wiem .  Wy   wszy scy   wy chowy waliście  się  w
fortach, w rodzinach woj skowy ch. Ja by łem  cy wilem .

– Ale teraz j esteś w woj u – zaprotestowała Vic.
– Dorastałem  wśród cy wili – powtórzy ł Stark. – Stąd wiem , że nie wszy scy  m uszą

by ć  źli.  Potem   przeszedłem   to  sam o  co  wy,  m undurowi.  Kazano  m i  się  trzy m ać  z  dala  od
cy wilny ch dzielnic, ponieważ ich m ieszkańcy  nie ży czy li sobie zady m y. By łem  oszukiwany  przez
cy wilny ch handlarzy. Wy sy łano m nie na różne zadupia, gdzie m ożna by ło zaliczy ć kulkę w plecy
ty lko  dlatego,  że  korporacj a  wy czuła  okazj ę  do  wy ciśnięcia  j eszcze  kilku  dolców.  By łem
bohaterem   pierwszego  rozry wkowego  przekazu  na  ży wo  z  pola  walki.  Wiem   więc,  co  czuj ecie.
Ale znam  także drugą stronę m edalu. To też ludzie. Nasi rodacy.

– Czego od nas chcesz? – zapy tała Rey nolds. – Nie oczekuj esz chy ba, że zaufam y

tutej szej   cy wilbandzie  ty lko  dlatego,  że  zachowuj e  się  przy j aźniej ?  To  się  nie  uda.  Zby t  wiele
razy  nas wy dy m ali.

–  Powiedziałem   przecież,  że  wiem   o  ty m .  Chcę  ty lko,  żeby śm y   z  nim i

porozm awiali. Sprawdzili, czy  są szczerzy. Czy  m am y  j akieś wspólne cele. Powinniśm y  to zrobić,
na Boga. Co złego j est w rozm owie?

– To sam o powiedziała Ewa do Adam a, gdy  py tał o węża – burknęła Vic.
Stark  widział  twarze  ludzi  zgrom adzony ch  przy   stole.  Nie  przekonał  ich,  ponieważ

nie chcieli dać się przekonać.

–  Dobrze.  W  takim   razie  spój rzm y   na  tę  sprawę  z  punktu  widzenia  własny ch

korzy ści. Czy  ktoś z was uważa, że poradzim y  sobie tutaj  bez wsparcia ze strony  cy wilbandy ? Czy
ktoś z was zastanawiał się, co się stanie, j eśli koloniści pój dą na współpracę z wrogiem ? Będziem y
m usieli spacy fikować całe to m iasto, a potem  nim  zarządzać. Co ty  na to, Bev? To będzie nie lada
wy zwanie dla naszej  adm inistracj i.

– No.... – m ruknęła Manley. – Dla m nie to by łby  koszm ar. Nie znam  ich sy stem ów.

– Rozej rzała się wokół z kwaśną m iną. – Stark m a racj ę. Możem y  m arzy ć o ty m , że stąd znikną,
ale tak się nie stanie. Musim y  się z nim i dogadać.

–  Zorganizuj ę  spotkanie  –  podj ął  szy bko  Ethan.  –  W  takim   składzie  j ak  dzisiej sze,

ty lko z udziałem  kilku cy wilów. Porozm awiam y  z nim i. Bez obiecy wania czegokolwiek i dobij ania
targów. Czy  to wam  pasuj e? Vic?

– Porozm awiam  z nim i – odparła burkliwie – ale nie oczekuj  uścisków i całusów.
Gordasa uniósł dłoń i pokiwał nią ostrożnie.
– Skoro to j uż ustalone, raczcie pam iętać, że m am  cholernie m ało czasu, lecz za to

wiele do zrobienia. Chcecie om ówić coś j eszcze?

–  Nie  –  odparł  Stark.  –  Dam   wam   znać,  gdy   um ówię  term in  spotkania  z

cy wilbandą.

–  Cudnie  –  j ęknęła  Vic,  ale  niezupełnie  pod  nosem ,  co  wy chodzący   skwitowali

rechotem . – Wy bacz, Ethan – dodała, gdy  zostali sam i. – Wy m sknęło m i się.

– Tak. Akurat. Daj  m i szansę, proszę.
– Dobrze. Tobie ufam , ale cy wilbanda to zupełnie inna para kaloszy... – pozwoliła

by   te  słowa  zawisły   na  m om ent  w  powietrzu.  –  A  skoro  m owa  o  zaufaniu,  naprawdę  j esteś

background image

zadowolony  z powierzenia m isj i wy m iany  j eńców kom uś takiem u j ak Stacey ?

Stark zaśm iał się krótko.
– Już dawno nie by łem  zadowolony  z niczego. Ale j eśli ktoś m oże coś utargować,

to ty lko ona. – Sprawdził czas i westchnął głośno. Stracił j uż prawie pół dnia. Niesamowite.  Cały
miniony dzień walczyłem o życie, a dzisiaj od rana modlę się, żebym mógł robić to co wczoraj.

Zatrzy m ał się, twarz m u nagle stężała.
– Skoro m owa o Stacey, m am  do zrobienia coś naprawdę poważnego.
Vic uniosła py taj ąco brew.
– Co znowu?
– Chodzi o Kalnicka. Ona służy  w j ego batalionie.
– Aha. I co zam ierzasz z nim  zrobić?
– To, co m uszę. Nie wy konał rozkazu, co znaczy, że nie zrobi tego też w przy szłości.

Muszę znaleźć innego dowódcę.

Rey nolds skinęła zdecy dowanie głową.
– Dobrze, chodźm y  tam  w takim  razie.

Zwy kła  sala  odpraw  uży wana  kiedy ś  przez  oficerów  do  przedstawiania  j edy nie

słuszny ch  prawd  pły nący ch  z  kwatery   głównej .  Niewiele  się  różniły   od  siebie,  ale  zawsze
m usiały  by ć wy łuszczane od podstaw, kiedy  na Księży cu poj awiał się nowy  generał dowodzący
korpusem   lunarny m .  Teraz  m iej sca  zaj m owali  sierżanci  z  piątego  batalionu.  Stark  widział  ich
kam ienne  oblicza,  j edy ny m   wy j ątkiem   by ła  krzy wo  uśm iechnięta  Stacey   Yurivan  siedząca  w
j edny m  z naj dalszy ch rzędów.

– Zanim  przej dę do rzeczy  – zagaił Ethan – chciałem  podziękować wam  i waszy m

podwładny m   za  wzorową  postawę  podczas  niedawnej   bitwy.  Daliśm y   popalić  ty m   draniom .
Sporo  czasu  m inie,  zanim   zdecy duj ą  się  na  kolej ny   taki  wy pad.  –  Część  twardy ch  twarzy
złagodniała  nieco.  –  Niestety,  m uszę  z  wam i  porozm awiać  także  na  nieco  inny   tem at.  –  Znów
m iał przed sobą nieprzeniknione m aski. – Wasz batalion poj awił się na wy znaczony ch pozy cj ach
ze  spory m   opóźnieniem .  Mało  brakowało,  a  przy by liby ście  zby t  późno.  A  stało  się  tak  nie  z
przy czy n  obiekty wny ch,  ty lko  dlatego,  że  wasz  dowódca  nie  um iał  podj ąć  decy zj i.  To  m ogło
kosztować ży cie wielu ludzi i zadecy dować o przegraniu tej  bitwy.

Kalnick m ilczał, ły piąc na Ethana spode łba, za to odezwał się inny  z sierżantów:
– I co z tego? Czego chcesz od nas, Stark?
Zachowaj  spokój.  Traktuj  ich  tak,  jak  byś  chciał,  aby  ciebie  traktowano.  Ethan

dobierał słowa ostrożnie, aby  uniknąć wspom inania o „rozkazach”.

– Chcę widzieć na czele waszego batalionu kogoś, kom u m ogę ufać. Żołnierza, na

którego  wszy scy   m ożem y   liczy ć  w  kry zy sowej   sy tuacj i.  I  oni,  i  wy   zasługuj ecie  na  dowódcę,
który  zadba o wszy stko, gdy  kości zostaną rzucone.

Kalnik poczerwieniał, zerwał się z fotela.
–  Chcesz  od  nas  tego  sam ego  co  ci  pieprzeni  oficerowie.  Mam y   by ć  m ięsem

arm atnim ,  które  robi  wszy stko,  co  m u  się  każe!  O  to  ci  chodzi,  Stark?  A  m oże  powinienem
powiedzieć „generale Stark”?

Ethan  spoglądał  na  niego  ze  spokoj em ,  choć  to  kosztowało  go  wiele  wy siłku.

background image

Zachowy wał  m ilczenie,  bo  ty lko  tak  m ógł  poham ować  przepełniaj ący   go  gniew.  Pewność
Kalnicka topniała z każdą sekundą pod j ego palący m  spoj rzeniem .

– No? – zapy tał w końcu dowódca batalionu. – Odpowiadaj !
– Nie.
– Chcesz m nie usunąć ty lko dlatego, że m y ślę niezależnie.
– Nie.
Kolej ny  sierżant wstał, on także m iał kam ienną twarz.
–  Zaprzeczanie  nie  wy starczy.  Może  przej dziem y   do  szczegółów,  Stark?  Skąd

m am y  wiedzieć, że Kalnick nie m a racj i i nie chcesz zrobić z nas na powrót posłusznego m ięsa
arm atniego?

–  Zapy taj cie  Milheim a.  –  Zebrani  zareagowali  głośny m   szm erem   po  ty m

oświadczeniu.  –  Tak  nazy wa  się  pełniący   obowiązki  dowódcy   czwartego  batalionu,  j eśli  się  nie
m y lę.  Nie  podobał  m u  się  sposób  rozlokowania  j ego  oddziałów,  więc  powiedział  o  ty m   m nie  i
Rey nolds,  a  potem   zasugerował  inne  rozwiązanie.  Pozwoliliśm y   m u  j e  zastosować.  Weźm y   też
Geary.  Sam a  wy brała  sposób  działania,  kiedy   j ej   kom pania  otrzy m ała  polecenie  zam knięcia
wy łom u. By ła w sam y m  centrum  zdarzeń, więc zdaliśm y  się na j ej  osąd. – Stark uniósł prawą
rękę  i  wy m ierzy ł  oskarży cielskim   gestem   w  Kalnicka.  –  Wasz  dowódca  niczego  nam   nie
sugerował.  Nie  powiedział,  co  m ogliby śm y   zrobić  inaczej .  Sły szeliście  wszy scy,  j ak  go  o  to
py tałem .  Czy   ktoś  m oże  m i  powiedzieć,  j akie  by ły   propozy cj e  Kalnicka?  No  właśnie,  nie  by ło
żadny ch.  Chciał  siedzieć  na  tłustej   dupie  i  patrzeć,  j ak  czwarty   i  reszta  chłopców  wy krwawiaj ą
się na śm ierć. O to tu chodzi. Jesteśm y  zespołem , ale Kalnick nie lubi gry  druży nowej . Chciałby
zapewne wrócić do dom u, m aj ąc gdzieś, co się z nam i stanie.

– To kłam stwo! – Kalnick pobielał na twarzy  ze wściekłości, on też uniósł trzęsącą

się rękę. – Kto zginął, żeby ś ty  m ógł by ć naszy m  pry watny m  bogiem ?

–  Trzecia  dy wizj a  –  wy palił  Stark  lodowaty m   tonem .  –  A  w  każdy m   razie  spora

j ej  część. Po tej  klęsce sierżanci wy brali m nie na swoj ego przy wódcę. Nie chciałem  tej  roboty,
ale Bóg m i świadkiem , że staram  się wy wiązy wać z zadania naj lepiej , j ak um iem . A to oznacza,
że nie m ogę m ieć dowódcy  batalionu, który  nie wy konuj e rozkazów. – W końcu wy powiedział to
słowo. Stężał zaraz, czekaj ąc na nieuchronną reakcj ę, ale ta nie nastąpiła. Dy skusj a trwała nadal.

– Stark m a racj ę. – Yurivan wstała, j uż się nie uśm iechała. – Kalnick, j a nigdy  nie

grałam   według  ustalany ch  zasad,  ale  nie  zdarzy ło  m i  się  też  zawieść  zaufania  ludzi  z  inny ch
j ednostek.

– Przecież j a nic nie zrobiłem !
–  I  w  ty m   problem ,  człowieku.  Wczoraj   zdałam   sobie  sprawę  z  tego,  że  m ogę

oberwać podczas akcj i i będę m usiała polegać na ty m , czy  przy j dziesz m i z pom ocą. Szczerze? O
m ało  się  nie  zesrałam   ze  strachu  na  tę  m y śl.  –  Rozej rzała  się  po  sali.  –  Trzeba  nam   nowego
dowódcy,  panie  i  panowie.  Nie  dlatego,  że  Stark  m u  nie  ufa.  Potrzebuj em y   na  ty m   stanowisku
kogoś, kom u m y  m ożem y  zaufać.

– Popieram .
– Ja też.
–  Kto  chce,  żeby   dowódcą  nadal  by ł  Kalnick?  –  Kilka  rąk  podniosło  się  w

odpowiedzi na py tanie postawione przez Yurivan. – Kto m ógłby  go zastąpić? Masz j akieś sugestie
Stark?

Ethan  pokręcił  głową,  po  części,  by   ukry ć  poczucie  ulgi.  Daj  im  szansę,  a  sami

zrobią, co trzeba. Wskazuj im, zamiast rozkazywać.

–  To  nie  m oj e  zadanie.  Może  kiedy ś  będę  m usiał  m ianować  wam   nowy ch

dowódców,  j eśli  m am y   zostać  woj em ,  ale  dzisiaj   sam i  wy bierzcie  człowieka,  którem u

background image

naj bardziej  ufacie.

– W takim  razie proponuj ę Dem etriosa.
– Co? – oburzy ł się wy m ieniony. – Co j a ci zrobiłem ?
– A co powiecie na Falco?
–  Hej !  –  Kalnick  stanął  przodem   do  swoich  ludzi.  Spoglądał  na  nich,  nie  kry j ąc

wściekłości. – Sam i m nie wy braliście na to stanowisko! Jestem  dowódcą batalionu i nie m ożecie
m nie wy pieprzy ć ty lko dlatego, że nie podobam  się Starkowi i j ego przy dupasom .

– Nie j estem  niczy im  przy dupasem .
– Ja też nie.
– Wkurzasz się, bo nie chcem y  wy kony wać twoich rozkazów, Kalnick?
– Może zabierzesz stąd swoj ą tłustą dupę, zanim  ktoś raczy  wy kopać j ą na kory tarz?
–  A  idźcie  wszy scy   do  diabła,  bo  tam   właśnie  zaprowadzi  was  Stark!  –  Kalnick

obrócił się na pięcie i opuścił salę chwiej ny m  krokiem  stosowny m  do niższej  grawitacj i.

Ethan skinął głową w kierunku sierżantów.
–  Dzięki  za  wsparcie.  W  czasie  walki  i  teraz.  Piąty   bat  to  doskonały   oddział.  Nie

m uszę siedzieć tu z wam i do końca wy borów. Daj cie m i ty lko znać, kogo chcecie widzieć na ty m
stanowisku.

Sierżant o pociągłej  twarzy  wstał z fotela. Stark pam iętał go ze spotkania, na który m

m ianowano go dowódcą.

–  Zaakceptuj esz  każde  nazwisko,  j akie  ci  podam y,  czy   będziesz  j e  m usiał

zaaprobować? Dobre py tanie. Stark wy czuł, że wśród zebrany ch znów panuj e napięcie.

–  Będę  m usiał  j e  zaaprobować.  –  Do  j ego  uszu  dotarł  szm er  kom entarzy.  –

Posłuchaj cie.  Wy braliście  m nie  na  dowódcę.  Jeśli  nie  będę  wam   rozkazy wał,  nie  wy konam
powierzonego  m i  zadania.  Dowodzenie  ty lom a  ludźm i  wiąże  się  z  podej m owaniem   wielu
ważny ch  decy zj i.  Naprawdę  ważny ch.  Jeśli  wam   się  to  nie  podoba,  zwolnij cie  m nie  z  tego
obowiązku  i  wy bierzcie  kogoś,  kto  będzie  na  ty le  głupi,  by   się  zgodzić  na  przy j ęcie  tak  wielkiej
odpowiedzialności.  Macie  m i  powiedzieć,  kogo  chcecie  i  dlaczego.  A  j a,  m ałpoludy,  będę  was
słuchał,  bo  lepiej   ode  m nie  wiecie,  na  czy m   wam   zależy.  Może  się  j ednak  zdarzy ć  tak,  że  nie
wy rażę na coś zgody. I nie będę was za to przepraszał.

Cisza po ty ch słowach przedłużała się, w końcu szczurowaty  podoficer skinął głową,

uśm iechaj ąc się blado.

– Gadasz j ak na sierżanta przy stało. Niech ci będzie, ale z j edny m  zastrzeżeniem :

j eśli odrzucisz naszego kandy data, będziesz m usiał nam  wy j aśnić, dlaczego to zrobiłeś.

– Zgoda. A teraz, panie i panowie, oddalę się za waszy m  pozwoleniem , ponieważ

do wieczora m uszę rozprawić się z kolej ny m i dwunastom a rozsierdzony m i aligatoram i.

Gdy  wy szedł, poczuł, że j ego żołądek powoli zaczy na się rozkurczać. Podczas tego

spotkania  nie  by ł  nawet  świadom   źródła  i  przy czy n  skręcaj ącego  go  bólu.  Cieszy ło  go
rozwiązanie, czuł się na poły  szczęśliwy, na poły  oszołom iony. Ledwie j ednak m inął drzwi i skręcił
w  kory tarz,  natknął  się  na  Kalnicka,  który   czekał  na  niego  z  wy zy waj ąco  założony m i  rękam i  i
wzrokiem  płonący m  nienawiścią.

– Gratuluj ę, „generale”. Z tego, co widzę, m ogę j uż wracać do m oj ego oddziału?
–  My lisz  się.  –  Stark  podszedł  bliżej ,  staj ąc  z  nim   oko  w  oko.  –  Nie  chcę  m ieć  za

plecam i tak zdradzieckiego węża. Odkom enderuj ę cię do służby  adm inistracy j nej . Będziesz służy ł
pod  sierżant  Manley.  –  Jeśli  Kalnick  zechce  rozrabiać,  niewiele  zrobi,  siedząc  za  biurkiem.  –  A
kiedy  opracuj em y  odpowiednie procedury, wsadzę cię osobiście do wahadłowca, który  zabierze
stąd wszy stkich oficerów.

– Nie m ożesz m i tego zrobić! Oni każą m nie rozstrzelać!

background image

– Nie zrobią tego. Wy starczy, że powiesz im  prawdę. O ty m , że nie akceptowałeś

nigdy   m oj ego  przy wództwa  i  odm ówiłeś  wy kony wania  wy dany ch  przeze  m nie  rozkazów.  Bez
problem u przej dziesz sesj ę na wy kry waczu kłam stw, bo zafunduj ą ci j ą na sto procent. Powiedz
m i ty lko j edno: co j a ci u licha zrobiłem , że m nie tak nie lubisz?

–  Poza  ty m ,  że  uważasz  się  za  lepszego  od  nas?  Poza  ty m ,  że  j esteś  łasy   na

pochwały ? Poza ty m , że zacząłeś coś, czego nie um iesz skończy ć?

Stark kręcił powoli głową.
–  Masz  racj ę,  ale  ty lko  w  ostatniej   kwestii.  Nikt  z  nas  nie  wie,  j ak  to  wszy stko  się

skończy,  ale  to  j a  j estem   wszy stkiem u  winien.  Co  do  reszty...  nie  uważam   się  za  lepszego  od
kogokolwiek. Może j estem  dobry  w by ciu sierżantem  i dlatego większość podoficerów uznała, że
nadaj ę się  na  dowódcę,  ale  wiedz  j edno:  j eśli  kiedy kolwiek  poczuj ę  się  lepszy   od  inny ch,  to  tak
naprawdę dowiodę tego, że j estem  od nich gorszy.

– Nieźle powiedziane. Ale nie wierzę w ani j edno słowo. Ja tu j eszcze wrócę, Stark,

żeby  uratować, kogo się da z tego piekła, do którego nas wpakowałeś.

Ethan  uśm iechnął  się,  wy szczerzy ł  przy   ty m   wszy stkie  zęby   j ak  wilk,  który   szuka

wy zwania.

–  Zrób  to,  Kalnick.  Spróbuj   j ednak  skrzy wdzić  choć  j ednego  żołnierza,  a  łeb  ci

urwę i naszczam  w szy j ę. Zrozum iano?

Nie czekaj ąc na odpowiedź, ruszy ł kory tarzem .

background image

 

CZĘŚĆ DRUGA

Odwaga drugiego rodzaju

background image

Równina  by ła  rozległa  i  tak  m artwa,  j ak  to  ty lko  m ożliwe  w  księży cowy ch

warunkach.  Wśród  połaci  wszechobecnego  py łu  ciągnęły   się  rzędy   płaskich  skalisty ch  wy sp.  Z
j ednej  strony  ograniczały  tę przestrzeń kopuły  kolonii, z drugiej  j akże bliski hory zont, za który m
równina znikała, ustępuj ąc m iej sca bezbrzeżnej  pustce. Na ziem i podobna okolica usiana by łaby
polam i uprawny m i, stanowiłaby  podstawę pięknego parku albo podm iej skiego osiedla. Tutaj  by ł
to po prostu kawał bezuży tecznego gruntu, pod który m  nie znaleziono żadny ch złóż m ineralny ch
ani  warty ch  wy doby cia  pokładów  wiecznej   zm arzliny.  Któregoś  dnia  kolonia  zacznie  się
rozbudowy wać w ty m  kierunku, wy korzy stuj ąc tę równinę choćby  na kolej ne lądowiska. Na razie
j ednak m iej sce to m ogło posłuży ć ty lko do j ednego celu.

Nadleciał  sam otny   obiekt.  Jego  opancerzone  kończy ny   sterczały   szty wno  pod

dziwaczny m i  kątam i,  gdy   sunął  wolno  nad  gruntem ,  by   spocząć  na  stosie  podobny ch  m u
szczątków.  Zanim   znieruchom iał,  w  polu  widzenia  poj awiło  się  kolej ne  ciało,  to  m iało  ty lko  trzy
kończy ny.  I  ono  spoczęło  na  gruncie  z  oskarży cielsko  wy ciągniętą  w  górę  ręką.  Ukry te  pod
pancerną rękawicą palce by ły  rozcapierzone, j akby  człowiek ten tuż przed śm iercią próbował po
raz ostatni sięgnąć w kierunku dom u spoglądaj ącego na tę scenę z błękitnego dy sku Ziem i.

– Co tu się, u licha, dziej e? – zapy tał Stark.
Członkowie  ekipy   przerwali  pracę  i  spoj rzeli  na  niego.  Nawet  w  pancerzach

wy glądali j ak ludzie przy łapani na robieniu czegoś niewłaściwego. Żaden nie odpowiedział.

–  Py tałem   o  coś  –  odezwał  się  Stark  nieco  ostrzej szy m   tonem .  Podszedł  do

ciężkiego suwnika, którego uży wali do transportu zwłok, i spoj rzał na stos ciał spoczy waj ący ch na
j ego  pace.  Już  na  pierwszy   rzut  oka  widać  by ło,  że  zostały   tam   rzucone  w  taki  sam   sposób,  j ak
teraz j e wy ładowy wano.

– Co z wam i, ludzie? – Poczuł, że głos zaczy na m u się łam ać z wściekłości. Musiał

się opanować.

– Mam y  m asę tego do ściągnięcia z przedpola. – Jeden z żołnierzy  raczy ł w końcu

odpowiedzieć.

–  Tego?  Chodzi  wam   o  szczątki  towarzy szy   broni?  To  chcieliście  powiedzieć,

kapralu?

– My... My  nie m ieliśm y...
–  Zam knij cie  się  i  posłuchaj cie  m nie  wszy scy.  –  Stark  uniósł  rękę,  by   wskazać

palcem   j eden  ze  stosów  ciał.  –  To  są  szczątki  waszy ch  przy j aciół,  braci  i  sióstr.  Macie  j e
traktować z należny m  szacunkiem . Będziecie j e przenosili kolej no, poj edy nczo, a potem  układali
w  równy ch  rzędach.  Jeśli  zobaczę,  że  traktuj ecie  czy j eś  zwłoki  j ak  worek  piasku,  sprawię,  iż
pożałuj ecie wszy scy, że się urodziliście. Czy  to j asne?! – Ostatnie trzy  słowa wy ry czał i każde z
nich trafiło w cel, m im o, że przem awiał do ty ch żołnierzy  przez interkom .

Odpowiedziała  m u  długa  cisza,  dopiero  po  chwili  członkowie  zespołu  podeszli  do

wskazanego stosu i zaczęli rozm ieszczać zabity ch, j ak im  kazano. Kładli ich obok siebie w długich
rzędach,  tworząc  cm entarz  pozbawiony   nagrobków  i  pom ników.  Stark  przy glądał  im   się  przez
chwilę,  próbuj ąc  opanować  nerwy,  a  potem   obrócił  się  na  pięcie  i  odm aszerował.  Nie  zwolnił
nawet  na  m om ent,  dopóki  nie  dotarł  do  kom pleksu  dowodzenia.  Minął  drzwi  swoj ej   kwatery,
potem  wej ście do centrum , kieruj ąc się do m esy, którą zaadaptował na potrzeby  spotkań swoj ego
ty m czasowego sztabu.

– Vic?
Oderwała wzrok od palm topa, oczy  m iała m ocno zaczerwienione.
– Sekundę. Już. O co chodzi?
– Kto nadzoruj e prace ekip zbieraj ący ch ciała z przedpola?
Rey nolds nie odpowiedziała od razu, naj pierw sięgnęła po kubek z wy sty głą kawą.

background image

Upiła ły k lury  i wzdry gnęła się.

– Co się stało? – zapy tała w końcu.
– Nic. Ci ludzie traktuj ą zwłoki, j akby  przerzucali worki z praniem . To wszy stko.
– Cholera. Wy bacz, Ethan. Mam  zby t wiele na głowie, by  tego pilnować.
To szczere wy znanie ostudziło go nieco.
–  Wiem .  Wszy scy   j esteśm y   przem ęczeni.  Ja  też  nie  pom y ślałem   wcześniej ,  że

powinienem  tam  zaj rzeć.

Potarła oczy, wy glądała przy  ty m  na m ocno zm ęczoną i skruszoną.
–  Wiesz  doskonale,  j ak  wy glądaj ą  procedury   pogrzebowe  w  przy padku  m asowej

śm ierci.  Pam iętasz  tam to  m iej sce  w  Azj i?  To,  gdzie  próbowali  nas  zadeptać,  rzucaj ąc  do  ataku
falę piechoty  za falą? Tak wielu ich wtedy  poległo, że nie m ogliśm y  wszy stkich pochować.

– Ale to przecież nie wrogowie, ty lko nasi chłopcy. Dlatego tak m nie to zabolało.
– Nikogo to j uż nie obchodzi. Zby t wiele śm ierci widzieliśm y, żeby  to kogoś j eszcze

ruszało, i dlatego ludzie traktuj ą zwłoki j ak... j ak worki z praniem . Może odczłowieczanie poległy ch
to j akiś m echanizm  obronny ? Wiesz, j ak j est. Kiedy  zabij asz pierwszego wroga, czuj esz się z ty m
źle. Następny  raz j est j uż łatwiej szy. A po pewny m  czasie przestaj esz o ty m  m y śleć.

–  To  żadne  wy tłum aczenie.  –  Stark  opadł  na  krzesło,  twarz  znowu  poczerwieniała

m u z wściekłości. – Powinniśm y  dbać o naszy ch poległy ch.

–  Wiem   o  ty m .  Nie  szukam   wy m ówek,  staram   się  ty lko  wy j aśnić,  o  co  m oże

chodzić.  –  Spoj rzała  m u  prosto  w  oczy,  m rużąc  lekko  powieki.  –  To  cię  denerwuj e  z  powodu
Wzgórza Pattersona?

– Nie wszy stko, co m am  w głowie, m usi się wiązać z ty m  pieprzony m  pagórkiem  –

zaprzeczy ł Stark, ale j ego twarz nieco zbladła.

–  Racj a  –  zgodziła  się  Vic,  choć  j ej   ton  sugerował,  że  m y śli  coś  zupełnie

przeciwnego. – Ale nasi polegli w tam ty m  starciu także nie zostali pochowani j ak trzeba, z tego co
pam iętam .

– Leżeli tam , dopóki nie wróciliśm y  – przy znał Ethan, patrząc tępo przed siebie. –

Po  zdoby ciu  wzgórza  rozebrano  zabity ch,  niektóre  zwłoki  okaleczono,  a  potem   zostawiono  j e  na
pastwę dzikich zwierząt.

– Wy bacz.
–  Gdy   odzy skaliśm y   to  wzgórze  –  konty nuował  –  dowództwo  wy słało  grupy

poszukiwawcze, by  pozbierać szczątki poległy ch. Wy znaczono m nie do j ednej  z nich.

– Co takiego? – Vic nie kry ła oburzenia. – Jaki idiota przy dzielił ocalałego żołnierza

do takiej  roboty ?

– Nie m am  poj ęcia. Ale gdy by m  spotkał j ego albo j ą, to tak by m  im  wpieprzy ł, że

sraliby   własny m i  zębam i.  –  Zadrżał,  gdy   napły nęły   bolesne  wspom nienia.  –  Chcę,  aby
traktowano poległy ch z należy tą czcią.

–  Rozum iem .  Zadbam ,  aby   tak  by ło.  Osobiście.  –  Pochy liła  się  bardziej ,  by

chwy cić go m ocno za biceps. – Chciałaby m  ci j akoś ulży ć w ty m  bólu.

– Nie chciałaby ś. Wtedy  by łby m  zupełnie inny m  człowiekiem .
–  Ranne  zwierzęta  staj ą  się  niebezpieczne,  Ethan.  Nie  m ówię,  że  się  ciebie  boj ę.

Jeśli j uż się boj ę, to o ciebie. Ale z ty m  akurat niewiele m ożesz zrobić.

Stark zm usił się do krótkiego ironicznego śm iechu.
–  Mam   wciąż  spore  szanse  na  sprowokowanie  rewolucj i  w  naszej   księży cowej

kolonii, pam iętasz?

– Pam iętam .
–  Ale  –  m ówił  dalej   –  słowo  „ranne”  przy pom niało  m i  o  czy m ś,  co  powinienem

background image

j uż dawno zrobić. – Wstał, rozglądaj ąc się nerwowo po m esie. – Czas odwiedzić przy j aciela.

– Rasha Paratnam a?
–  Tak.  Oberwał  podczas  ofensy wy   Meecham a,  ale  powoli  wraca  do  zdrowia.

Powinienem  wpaść do niego.

– I to wszy stko, co zam ierzasz zrobić?
Nie  odpowiedział,  po  chwili  zerknął  j ednak  w  j ej   kierunku  i  na  j ego  usta  powoli

wy pełzł uśm iech.

– Będę potrzebował teraz wszy stkich przy j aciół, j akich m am , Vic.
– Am en – poparła go. – Powodzenia. Pozdrów ode m nie tego wielkiego m ałpoluda.
– Jasne.

Wy szedł na kory tarz i po chwili dotarł do m iej sca, w który m  szarość skalny ch ścian

została  zastąpiona  bielą.  Na  drzwiach  do  kom pleksu  m edy cznego  znaj dował  się  uniwersalny
czerwony  krzy ż. Stark zatrzy m ał się przed nim i i zdj ął hełm . Ostatnim i czasy  ludzie trafiaj ący  na
ostry  dy żur na ogół wy lizy wali się z ran, ale ten skrom ny  gest m iał na celu uhonorowanie ty ch,
którzy   nie  doczekali  ratunku.  Ethan,  przy gry zaj ąc  nerwowo  wargę,  pokonał  kilka  zatłoczony ch
kory tarzy  dzielący ch go od celu.

– Sierżant Stark? – Ten kobiecy  głos wy dał m u się dziwnie znaj om y.
Obrócił się i spoj rzał w znużone oczy. To ona opatry wała go albo całą wieczność,

albo ty lko kilka ty godni tem u. Skinął głową.

– Miło m i panią widzieć.
Lekarka uśm iechnęła się krzy wo sam y m i wargam i, oczy  pozostały  chłodne i puste.
– Obiecał m i pan, że nie wróci tu zby t szy bko.
– Hej , ty m  razem  wszedłem  o własny ch siłach, nikt m nie nie m usiał przy nosić. Co

sły chać?

Wzruszy ła ram ionam i.
–  Mam y   sporo  roboty.  Ten  wasz  Meecham   napsuł  sporo  faj ny ch  żołnierzy ków,  a

kilka dni później  ktoś inny  dosłał kolej ny ch.

– Meecham  nie by ł nigdy  nasz. Mam  też nadziej ę, że w naj bliższej  przy szłości nie

przy będzie pani zby t wielu nowy ch ranny ch.

–  Uwierzę,  j ak  zobaczę.  –  Lekarka  wskazała  głową  w  kierunku  kolonii.  –  To  pan

załatwił przeniesienie części ciężej  ranny ch do cy wilnej  placówki?

– Tak. Ale ta propozy cj a wy szła od zarządcy  kolonii.
–  Naprawdę?  Maj ą  tam   niezły   szpital.  Od  razu  wy słaliśm y   do  nich  część

pacj entów. Także tego chłopaka z pańskiego oddziału. Nazy wa się Murphy.

A zatem  Murph wciąż ży ł, co oznaczało, że m a spore szanse na wy lizanie się z ran.

Stark  poczuł,  że  j eden  węzeł  w  kiszkach  zaczy na  się  luzować.  Mam  zbyt  wiele  pytań,  których
wolałbym nie zadawać. Boję się odpowiedzi. Chwalić Boga, że niektóre z nich okażą się dobre.

– Skąd pani wiedziała, że by ł z m oj ej  druży ny ? – zapy tał.
– Sam  m i to powiedział. – Znów się uśm iechnęła, ty m  razem  także przekrwiony m i

oczam i. – Bez przerwy  dopy ty wał się, czy  sierżant wie, że wy sy łam y  go do szpitala cy wilbandy.
Uspokoił się, dopiero gdy  m u powiedzieliśm y, że pan kazał to zrobić.

background image

– Ale to nie do końca prawda.
– Wiem .
Stark się uśm iechnął.
– Czy  m ogę o coś zapy tać?
– Śm iało, ale uprzedzam , że sobotnie noce m am  zaj ęte.
– Nie o to m i chodziło. Czy  pani ostatnio sy pia?
Lekarka udała, że próbuj e sobie coś przy pom nieć.
–  Czy   spałam ?  Tak.  Chy ba  tak.  Ale  to  dawno  tem u  by ło.  –  Nagle  spoważniała.  –

Zby t wiele m am y  pracy. Sam  pan wie.

–  O  tak.  –  Sale  wokół,  pełne  ranny ch,  podkreślały   wagę  tego  prostego

oświadczenia. – Zrobię, co m ogę, by  trzy m ać m oich ludzi z dala od tego m iej sca. Od czasu do
czasu ktoś oberwie, przy naj m niej  dopóki nie skończą się walki, ale zadbam  o to, aby  ranny ch by ło
j ak naj m niej .

– Chce pan pozbawić nas pracy ? – zakpiła lekarka. – Po co pan tu przy szedł? Szuka

pan kogoś konkretnego?

– Paratnam a. Sierżanta Rashom ona Paratnam a, leży  w sali... 16c.
– Kory tarzem  w prawo, potem  trzecie odgałęzienie po lewej . Tam  go pan znaj dzie.
–  Dzięki...  –  Stark  zam ilkł  na  m om ent.  –  Za  wszy stko.  Jesteście...  –  szukał

odpowiedniego określenia.

–  Aniołam i?  –  dokończy ła  za  niego  lekarka,  nadaj ąc  tem u  określeniu  ironiczne

brzm ienie. – Tak, odkręcam y  skrzy dła i trzy m am y  j e w m agazy nie, żeby  wy glądały  im ponuj ąco
podczas inspekcj i. Wie pan, czy szczenie piór to udręka.

– Na pewno. Do widzenia.
– Oby  nie. Chy ba że wpadnie pan do nas z kolej ną wizy tą.
– Um owa stoi.
Stark zostawił j ą i odszukał salę 16c. Paratnam  leżał na łóżku z oczam i wbity m i w

ekran  naj bliższego  wy świetlacza,  choć  wcale  nie  oglądał  tego,  co  na  nim   pokazy wano.  Jego
ży laste  ciało  by ło  zdaniem   Starka  j eszcze  bledsze  i  m izerniej sze  niż  podczas  ich  ostatniego
spotkania.  Ethan  zaczerpnął  tchu,  a  potem   podszedł  bliżej ,  by   zwrócić  na  siebie  uwagę
przy j aciela.

– Siem ka, Rash. – Usiadł obok łóżka, przy gry zaj ąc nerwowo wargę.
– Cześć, Ethan. – W odpowiedzi nie dało się wy czuć nawet odrobiny  entuzj azm u.
– Jak leci?
– Świetnie. Wszy stkim i otworam i.
– Dobrze się tobą zaj ęli?
– Tak.
– Jak noga?
– Uj dzie.
– Słuchaj , Rash...
– Opowiedz m i o m oj ej  siostrze – przerwał m u Paratnam .
Stark wbił oczy  w podłogę, czy stą białą płaszczy znę, która pły nnie przechodziła w

równie j asne ściany.

– Nikt ci tego nie opowiadał?
– Ty  m i opowiedz.
– Ona nie ży j e, Rash.
– To wiem . Powiedz m i, j ak do tego doszło.
– Rash...

background image

– Gadaj , do cholery !
Stark uniósł głowę, ale ty lko przez m om ent spoglądał w oczy  przy j aciela.
–  Z  tego,  co  wiem ,  skosiła  j ą  seria  z  karabinu  szy nowego,  który   m ilczał  podczas

pierwszego ostrzału naszy ch pozy cj i. Przecięła j ą wpół. Nie m iała szans. Przy kro m i.

Paratnam  obrócił głowę, m inę m iał przy  ty m  bardziej  niż ponurą.
– To nie twoj a wina.
– Ty  tak m ówisz, ale j a sły szę coś innego.
– Na to j uż nic nie poradzę.
Stark przy glądał m u się badawczo.
–  Okay.  Muszę  cię  o  coś  zapy tać,  Rash.  Wiesz,  co  tam   się  stało?  Po  ty m ,  j ak

oberwałeś?

– Chodzi ci o to, że zaatakowaliście z własnej  woli? Tak, wiem .
– Jezu, Rash, nie powinieneś okazy wać z tego powodu aż tak wielkiej  wdzięczności.

Zrobiliśm y  to, by  ocalić resztki trzeciej  dy wizj i.

– Nie prosiliśm y  o to.
–  To  prawda,  ale  ty lko  dlatego,  że  robiliście  co  w  waszej   m ocy,  aby   udowodnić

światu, iż nawet naj twardsza czaszka w am ery kańskiej  arm ii nie m oże powstrzy m ać kuli. – Stark
wbił wzrok w przy j aciela. – Rash, potrzebuj em y  dobry ch dowódców. Przy szedłem  poprosić cię o
pom oc.

W końcu ich spoj rzenia znów się spotkały, ty le że w oczach Rasha nie sposób by ło

wy czy tać żadnego uczucia.

–  To  by   się  m oi  rodzice  ucieszy li.  Naj pierw  im   córkę  zabili,  a  potem   sy n  został

zdraj cą. Chcesz ich o ty m  powiadom ić osobiście?

Stark zam knął oczy. Dłonie m im owolnie zacisnęły  m u się w pięści.
– Nie. Tak sam o j ak nie chciałby m  ich powiadam iać o ty m , że oboj e zginęliście.

Dlatego  m usiałem   coś  z  ty m   zrobić.  –  Wstał,  skinął  głową,  nie  patrząc  na  Paratnam a.  –  Okay.
Odpowiedziałeś. Ale bez obaw, Rash. Odeślem y  cię do dom u z całą resztą ludzi z trzeciej  dy wizj i,
którzy  o to poproszą. Żałuj ę j ednak, że nie będę m iał ciebie u swego boku. Naprawdę j esteś m i
potrzebny. – Obrócił się.

– Hej , Ethan...
Stark zatrzy m ał się, ale nie odwrócił.
– Co?
– Nic. Do zobaczenia.
Stark  wy szedł  ze  szpitala,  przepy chaj ąc  się  przez  tłum y   żołnierzy,  ranny ch  i

zdrowy ch,  bowiem   ostatnio  nie  narzekano  tutaj   na  brak  ochotników  do  opieki  nad  ofiaram i
m asakry. Dlaczego czuję się taki samotny, mając wokół siebie tylu ludzi? Muszę się napić. Nie. W
piwie nie znajdę żadnej odpowiedzi. Lepiej porozmawiam z Vic.

Rey nolds przy glądała m u się badawczo, gdy  wrócił do m esy, by  opaść na krzesło

w zwolniony m  tem pie zm niej szonej  grawitacj i.

– Powinnam  zapy tać, j ak poszło ci z Rashem ?
– Nie.
– Wy bacz, Ethan.
–  Jeszcze  nigdy   nie  czułem   się  taki  sam otny,  Vic.  Nawet  na  tej   przełęczy,  gdy   w

poj edy nkę opóźniałem  wroga, by  dać plutonowi szansę ucieczki. Czasam i m am  wrażenie, j akby
wokół m nie nie by ło nikogo.

– Zawsze m asz m nie, draniu.
– Co chciałaś przez to powiedzieć?

background image

Vic westchnęła cicho, unosząc błagalne spoj rzenie w kierunku nieba.
– Wy luzuj , chłopie. Jesteśm y  towarzy szam i broni. Comprendo?
– Tak sądziłem . Ale tego właśnie m i trzeba. Jak zwy kle zresztą. Zaśm iała się, j akby

w j ego słowach kry ł się żart.

–  Dobry   chłopczy k.  Ostrzegali  m nie,  że  nie  da  się  ciebie  wy tresować,  ale

wiedziałam , że dam  sobie radę.

– Dzięki. Dostanę j akąś nagrodę?
– Co powiesz na m oj ą uśm iechniętą twarz w twoich snach?
Stark zaczął się śm iać. Nagle dotarło do niego, że ty m  sposobem  zdj ęła m u spory

ciężar z ram ion.

– Szczerze powiedziawszy, nikt inny  nie potrafi m nie tak podnieść na duchu j ak ty,

Vic. Dzięki.

– Daj  spokój , Ethan. Ja po prostu robię, co m ogę, żeby ś trzy m ał m nie przy  sobie.
–  Zatem   m am   coś  dla  ciebie.  Chcę,  aby ś  by ła  obecna  podczas  rozm ów  z

cy wilbandą. Nie j estem  naj lepszy m  negocj atorem , gdy  przy chodzi co do czego.

Vic się skrzy wiła.
– Musim y  się z nim i spoty kać?
– A co ci nie pasuj e?
– Hm , niech się zastanowię. Odraza. Nieufność. Traktowanie z góry. Czy  to dobre

powody, Ethan?

Stark zwalczy ł chęć odpowiedzi w podobny  sty lu.
– Słuchaj ...
–  A,  tak.  Zapom niałam   o  czy nniku  rozry wkowy m .  Może  ktoś  kogoś  zastrzeli  ku

uciesze cy wilbandy ?

– Skończ! Powiedziałem  ci przecież wy raźnie, że ta cy wilbanda nie j est aż tak zła.
Vic wzdry gnęła się przesadnie, gdy  Stark to m ówił.
–  A  twierdzi  to  facet,  który   przed  chwilą  przy znał,  że  nie  j est  naj by strzej szy   na

świecie.  Dobrze  j uż.  Wy bacz.  I  nie  wy buchaj .  Chcesz,  żeby m   by ła  z  tobą  szczera,  czy   m am
traktować cię j ak generała i ty lko przy takiwać: Taj est, sir, taj est?

–  Chcę,  żeby ś  trzeźwo  patrzy ła  na  sy tuacj ę  –  wy j aśnił  cierpliwie  Stark  –  i

opisy wała m i j ą, j ak trzeba, a nie wiedziała wszy stko z góry. Nie prowadzisz w ten sposób bitew,
j eśli j esteś niezły m  takty kiem . Naj pierw sprawdzasz warunki, a dopiero potem  wy sy łasz woj sko.

– O ile m asz coś we łbie – przy znała Vic. – Postaram  się, ale uwierz m i, widziałam

zby t  wiele  tabliczek  „Psom   i  woj skowy m   wstęp  wzbroniony ”,  by   podchodzić  do  tej   sprawy   na
luzie. Na kiedy  zaplanowałeś to urocze spotkanie?

– Na j utro rano. I j ak j uż wspom niałem , chcę, aby ś m nie na nim  wspierała.
– Przy j dę. – To by ła ty lko częściowa odpowiedź.
Stark spoj rzał na szarą pustkę wy łączonego ekranu wy świetlacza. Wygląda na to, że

zapowiada się walka: ja przeciw reszcie świata. Jak zawsze zresztą. A powinienem mieć u swojego
boku przyjaciół, nawet jeśli to oni sami wybrali mnie na swojego szefa. Gdy  spróbował wej rzeć w
głąb  duszy,  ignoruj ąc  pracuj ącą  opodal  Vic,  a  nawet  siebie  sam ego,  i  tak  nie  znalazł  lepszy ch
odpowiedzi.  Będę  musiał  zdać  się  na  instynkt.  Zrobić  to,  co  uznam  za  dobre.  Przecież  nie  mogę
postąpić inaczej. Wy łączony  ekran także nie oferował rozwiązań.

background image

Długa  nieprzespana  noc  też  nie  przy niosła  sensowniej szy ch  wniosków.  Dlatego

Stark  tłum ił  złość,  gdy   zasiadał  przy   stole  w  m esie  znaj duj ącej   się  na  obrzeżach  kom pleksu
kwatery   głównej   graniczący ch  z  tery torium   kolonii,  która  by ła  dla  niego  w  ty m   m om encie
czy m ś  w  rodzaj u  ziem i  niczy j ej .  Jedno  jest  pewne,  nie  mam  zamiaru  pokazywać  cywilbandzie
tych cudów, które generalicja kazała zbudować na potrzeby konferencyjne. Poza ty m , co wiedział
z własnego doświadczenia, brak wy gód podczas prowadzenia rozm ów sprawiał, że spotkania by ły
krótsze,  a  decy zj e  bardziej   przem y ślane.  Zasiadł  więc  po  j ednej   stronie  zwy kłego  stołu  z
m etalowy m   blatem ,  zrobiony m   tu,  na  Księży cu,  z  wy doby wanej   na  m iej scu  rudy,  a  j ego
ty m czasowi  współpracownicy   zaj ęli  m iej sca  po  lewej   i  prawej .  Zarządca  Cam pbell,  który
siedział po przeciwnej  stronie, także przy prowadził ze sobą kilku doradców.

Wy glądał na zdenerwowanego, m im o że um iał się nieźle m askować. Siedząca obok

niego Sarafina uśm iechnęła się przelotnie do Starka. Pozostali cy wile albo gapili się w blat, albo w
sufit. Stark chciał to skom entować, ale gdy  obrócił się do Vic, słowa uwięzły  m u w krtani – j ego
sztabowcy  zachowy wali się dokładnie tak sam o. A niech mnie. To może być większa katastrofa, niż
przewidywałem.

–  Chy ba  m ożem y   zaczy nać  –  zasugerował  w  końcu  –  chociaż  prawdę

powiedziawszy, nie j estem  pewien, czy  coś z tego wy j dzie.

–  Podobnie  j ak  m y.  –  Cam pbell  uśm iechnął  się  blado.  –  Am ery kanie  od  bardzo

dawna nie przeprowadzili żadnej  rewolucj i.

Siedzący   na  prawo  od  zarządcy   m ężczy zna  o  szerokiej   twarzy   wy prostował  się

nagle po ty ch słowach.

–  Nie  wiedziałem ,  że  zapadła  j uż  j akaś  wiążąca  decy zj a  w  tej   sprawie.  To  zby t

poważne...

– Tak, tak – przerwał m u naty chm iast Cam pbell. – To Jason Trasies, szef ochrony

naszej  kolonii.

–  Który   podchodzi  do  swoich  obowiązków  z  niezwy kłą  powagą  –  dodał  ostry m

tonem  wy m ieniony.

Sztabowcy  Starka wy m ienili chłodne spoj rzenia z Trasiesem , który  patrzy ł na nich

j ak na potencj alny ch więźniów.

–  Zapewniam   pana  –  odezwał  się  Stark  –  że  kolonia  j est  w  tej   chwili  całkowicie

bezpieczna.

–  Dzięki  nam   –  dodała  Vic.  –  My   także  traktuj em y   swoj e  obowiązki  z  niezwy kłą

powagą.

–  Mało  brakowało,  a  zostaliby śm y   zbom bardowani  przez  własną  flotę!  –  Kobieta

siedząca po lewicy  Cam pbella pochy liła się m ocno, patrzy ła na woj skowy ch j ak łania na grupkę
m y śliwy ch. – Straciliśm y  łączność z Ziem ią, nie dostaj em y  zaopatrzenia, powiedziano m i też, że
j esteśm y  nieustannie atakowani...

–  Szanowna  pani  –  przerwał  j ej   Stark.  –  Ataki  j uż  się  skończy ły.  Odparliśm y   j e  z

taką m ocą, że przeciwnik dwa razy  się zastanowi, zanim  znów na nas ruszy.

– Zabiliście ich! Zabiliście wielu ludzi, a teraz chcecie rządzić tą kolonią?
– Panno Pevoni – Cam pbell wbił wzrok w stół – wy j aśniłem  pani j uż wcześniej , że

background image

woj sko  nie  chce  przej ąć  władzy   nad  kolonią.  Z  tego,  co  m i  powiedziano,  zostawia  nam   więcej
swobód, niż m ieliśm y  doty chczas.

–  A  pan  im   ufa?  –  zaatakował  Trasies.  –  Czy   przy sięgli,  że  będą  respektowali

pańskie decy zj e?

Stark  poczuł,  że  twarz  zaczy na  m u  płonąć,  zanim   j ednak  zdąży ł  otworzy ć  usta,

przem ówiła Bev Manley.

– Korporacy j na policj a nie będzie nas uczy ła ety ki – stwierdziła, uśm iechaj ąc się

kpiąco, gdy  j ej  słowa cięły  ego Trasiesa j ak szty lety.

– Pracuj ę dla kolonii – odszczeknął się szef ochrony.
–  Pracuj esz  dla  m nie  –  poprawił  go  Cam pbell,  także  czerwieniej ąc.  –  Nie  będę

tolerował dalszy ch zniewag rzucany ch w stronę delegacj i woj skowej .

Pevoni znów pochy liła się nad stołem .
– Czy  przy pom inanie ich zachowań m oże by ć traktowane j ako zniewaga? Przecież

doty chczasowe...

– Kim  ty, u licha, j esteś? – przerwała j ej  Vic.
–  Nazy wam   się  Yvonne  Pevoni,  j estem   łącznikiem   na  linii  rząd–korporacj a  –

odpowiedziała  wy niośle  kobieta.  –  Jako  przedstawicielka  wy m ieniony ch  grem iów  m am   za
zadanie oceniać postawy  ludzi, z który m i m am y  do czy nienia, więc nie liczcie, że usły szy cie ode
m nie dobre słowo na tem at elem entu przestępczego w m undurach...

–  Dość  tego!  –  Stark  uciszy ł  j ą  w  dość  obcesowy   sposób.  –  Panie  Cam pbell,

pańscy  ludzie zachowuj ą się po cham sku.

Trasies spurpurowiał z wściekłości.
– My  zachowuj em y  się po cham sku? Kim  ty  u licha j esteś...
– Sierżant Stark m a racj ę – rzucił Cam pbell, zaciskaj ąc szczęki i wodząc wzrokiem

po obecny ch.

– Ty m  sposobem  niczego nie osiągniem y. Potrzebuj em y  chwili przerwy.
Stark skinął głową.
– To dobry  pom y sł.
– I  odrobiny  pry watności,  aby m  m ógł  porozm awiać z  m oim i doradcam i,  j eśli  to

m ożliwe.

–  Oczy wiście.  –  Stark  wstał,  ignoruj ąc  zaczepną  m inę  Trasiesa.  –  Zaczekam y   w

kory tarzu, o ile wasza narada nie potrwa zby t długo. Ile czasu pan potrzebuj e?

– Pół godziny. Jeśli do tej  pory  nie wy j aśnim y  sobie kilku spraw, będziem y  m usieli

odłoży ć te rozm owy  na czas nieokreślony.

–  Niech  będzie.  –  Ethan  wy prowadził  swoich  ludzi  z  m esy,  a  potem   stanął  przed

nim i w wąskim  kory tarzu.

Vic oparła się o chropowatą ścianę i wy j ęła z kieszeni palm topa.
– W ty m  czasie zaj m ę się czy m ś poży teczny m  – m ruknęła oboj ętny m  tonem , gdy

j ej  palce zatańczy ły  na klawiaturze.

– Też by m  tak chciał – westchnął rozgory czony  Stark. – Dobra, ludziska. Co tam  się

działo?

– Wiesz równie dobrze j ak m y  – odparła Bev Manley, uśm iechaj ąc się zgorzkniale.

– Cy wilbanda próbowała się po nas przej echać. W barach cały  czas m am y  z ty m  do czy nienia.

–  Wiem ,  że  ten  ich  szery f  m oże  by ć  cierniem   w  dupie,  wolałby m   też,  aby   w

składzie ich delegacj i nie by ło żadnej  korporacy j nej  Królewny  Śnieżki, niem niej ...

–  Oni  wszy scy   są  siebie  warci,  Ethan.  Sądzą,  że  im   zagrażam y.  Chcą  nas

wy korzy stać tam , gdzie im  to pasuj e, ale woleliby  nie m ieć z nam i nic wspólnego, j eśli przy j dzie

background image

co do czego.

–  Reszta  zgadza  się  z  tą  opinią?  –  Stark  przy glądał  się  im   kolej no,  dopóki  nie

przy taknęli. Vic oderwała na m om ent wzrok od kom putera, by  to potwierdzić. – Nawet Cam pbell i
Sarafina? Ci dwoj e nie wy glądali na zby t wrogich, m oim  skrom ny m  zdaniem .

–  Cam pbell  nie  wy gląda  także  na  człowieka,  który   kontroluj e  sy tuacj ę  –

oświadczy ła oschły m  tonem  Rey nolds.

– Do tej  pory  nie m iał zby t wiele władzy. Pewnie zdąży ł do tego przy wy knąć.
– Gdy by  który ś z m oich podwładny ch zachował się j ak ten wór gówna Trasies –

wtrąciła Manley  – osobiście rozdarłaby m  go na strzępy  i nakarm iłaby m  nim i szczury.

– Kom endancie – wtórował j ej  Gordasa – cy wilbanda potrzebuj e nas, j ak zawsze

zresztą. My  nie potrzebuj em y  j ej  do niczego.

–  Wiecie  co?  –  m ruknął  Stark,  m ierząc  ich  kolej no  wzrokiem ,  j ak  przed

m om entem .  –  Mam   takie  dziwne  poczucie.  Zaczy nam   rozum ieć,  co  czuj e  teraz  Cam pbell.
Wy daj e  m i  się  też,  że  m ógłby m   się  z  nim   dogadać.  A  wy   m i  bez  przerwy   powtarzacie,  że  nie
czuj ecie z nim i żadnej  więzi.

– Bo nie czuj em y. – Manley  odpowiedziała za wszy stkich.
– Ciekawe, dlaczego m y ślim y  w tak odm ienny  sposób?
Vic  wy szczerzy ła  dziko  zęby,  ale  nawet  na  m om ent  nie  oderwała  wzroku  od

wy świetlacza palm topa.

– Urodziłeś się j ako cy wil, Ethan. A potem  zostałeś nawrócony.
Gordasa się skrzy wił.
– Stark nie j est j uż cy wilem .
–  Na  pewno  nie  takim   j ak  oni  –  zgodził  się  Ethan.  –  Zaciągnąłem   się  do  woj a

równie dawno j ak wy, m ałpoludy. Ale dorastałem  j ak j eden z nich. Może dlatego rozum iem  ich
nieco lepiej ? Sam  nie wiem . Ale j edno j est pewne: będziem y  ich potrzebowali, chociaż w ty m
m om encie nic na to j eszcze nie wskazuj e. Kto waszy m  zdaniem  m oże porozm awiać z rządem  na
Ziem i w sprawie wy m iany  kadry  oficerskiej  za nasze rodziny ?

Milczeli przez m om ent, a potem  Manley  przy taknęła, choć niechętnie.
–  Władze  nie  zechcą  rozm awiać  z  nam i,  tego  m ożem y   by ć  pewni.  A  dla

Pentagonu j esteśm y  czy m ś w rodzaj u wrzodu na dupie.

–  Verdad  –  poparł  j ą  Gordasa.  –  Jeśli  będziem y   potrzebowali  zaopatrzenia,  a

będziem y  go potrzebowali, ponieważ bunt potrwa j eszcze długo, zostaniem y  zm uszeni do szukania
nieform alny ch doj ść do korporacj i. A te m aj ą ty lko oni.

–  Nieform alny ch  doj ść?  –  zdziwiła  się  Vic.  –  Jesteś  pewien,  że  m ożem y   załatwić

kom ponenty  do pancerzy  nieoficj alną drogą? To przecież num erowany  sprzęt, który  m ożna kupić
ty lko w j eden sposób.

Gordasa uśm iechnął się, j ednocześnie wzruszaj ąc ram ionam i.
–  Wszy stko  m ożna  kupić  na  lewo.  Dobrze  o  ty m   wiecie.  Sam   nigdy   się  w  to  nie

bawiłem , ale sporo na ten tem at sły szałem .

–  Zatem   zgadzacie  się  wszy scy,  że  powinniśm y   rozm awiać  z  cy wilbandą?  –

zapy tał  Stark.  Powinienem  przygotować  się  lepiej  na  to  spotkanie.  To  wydawało  się  tak  proste.
Następnym razem już się tak nie wygłupię. – Że ta współpraca m oże nam  by ć potrzebna?

– Do pewnego stopnia – zastrzegła Bev Manley, zerkaj ąc na pozostały ch, oni także

nie pozby li się j eszcze wszy stkich zastrzeżeń. – Ale niezby t nam  się to podoba.

–  Tak  sam o  j ak  nikom u  nie  podoba  się  nasz  pion  adm inistracy j ny,  ale  wszy scy

wiem y,  że  bez  kwaterm istrzostwa  nie  m a  arm ii.  –  Stark  spoj rzał  na  zegarek,  potem   na  drzwi.  –
Jeśli wznowim y  rozm owy, j a zaj m ę się ty m  Trasiesem . Niech ty lko otworzy  gębę. Może trzeba

background image

pokazać  Cam pbellowi,  j ak  się  to  robi.  A  ty,  Vic,  zm iażdż  spoj rzeniem   pannę  Pevoni,  j eśli
zobaczy sz, że zaczy na się przy gotowy wać do kolej nej  przem owy.

– A m oże pój dę za nią po spotkaniu i dopadnę j ą w j akim ś ustronny m  kory tarzu?
Stark  zdusił  rodzący   się  śm iech.  Starał  się  zachować  powagę,  gdy   wszy scy   inni

rżeli na głos.

– Dobra. Wiem , j ak się z ty m  czuj ecie, ale sprawdźm y  naj pierw, czy  dogadam y

się  z  ty m i  ludźm i.  Przerwa  dobiegła  końca,  Stark  wprowadził  swoich  doradców  do  sali
konferency j nej , w której  Cam pbell siedział z zaciętą m iną, próbuj ąc nie okazać daleko posuniętej
iry tacj i. Mom ent później  zbłądził wzrokiem  na swoj ą stronę stołu, zm ierzy ł Trasiesa i rzucił:

–  Wy gląda  na  to,  że  m usim y   ustalić  kilka  spraw,  zanim   osiągniem y   j akieś

porozum ienie.

– Nie m am y  czasu na takie zabawy  – przy pom niał m u Stark. – Jakie m am y  punkty

sty czne? Jakie różnice nas dzielą?

–  Obawiam   się,  że  kilka  kwestii  m oże  stanowić  zarzewie  kolej nej   awantury,  która

uniem ożliwi  wy pracowanie  j akiegokolwiek  porozum ienia.  –  Cam pbell  westchnął  głośno,
wy glądał  na  wy czerpanego.  –  To  nie  wasza  wina.  To  problem ,  z  który m   sam i  m usim y   sobie
poradzić.

–  Rozum iem .  Jeśli  będzie  potrzebował  pan  inform acj i  albo  pom ocy   z  naszej

strony...

– Um iem y  podej m ować decy zj e bez pom ocy  z zewnątrz – przerwał m u Trasies.
Stark zm ierzy ł go ostry m  spoj rzeniem  spod na wpół zam knięty ch powiek.
– Jestem  pewien, że pan Cam pbell um ie m ówić za siebie. Chy ba że to pan uważa

się za przy wódcę tej  kolonii?

Zarządca uniósł obie ręce, aby  zażegnać awanturę.
–  Uważam ,  że  naj rozsądniej   będzie  zakończy ć  spotkanie  w  ty m   właśnie

m om encie.

Stark także uniósł dłoń, aby  wy razić swój  sprzeciw.
–  Nie.  Jest  sprawa,  którą  m usim y   załatwić  tutaj   i  teraz.  I  nie  obej dzie  się  bez

pom ocy   z  waszej   strony.  Uwięziliśm y   wszy stkich  oficerów,  ale  chcem y   się  ich  pozby ć.  Mam y
zam iar wy ekspediować ich na Ziem ię.

Sarafina przy glądała się uważnie Cam pbellowi, gdy  ten py tał:
–  Czy   to  znaczy,  że  wszy scy   oficerowie  są  bezpieczni?  Żadnem u  z  nich  nie  spadł

włos z głowy ?

– Są bezpieczni, choć niezby t zadowoleni. W końcu zostali uwięzieni. Chcę odesłać

ich  do  dom u,  bo  ty lko  stam tąd  nie  m ogą  nam   zagrozić.  –  I  gdzie  będą  bezpieczni  przed  moimi
podwładnymi,  gdy  ci  wściekną  się  albo  spiją  i  spróbują  wyładować  żale  w  bardziej  zdecydowany
sposób. Nawet ja marzę czasami o dopadnięciu kapitan Noble i walnięciu nią o ścianę kilka razy.  –
Problem  w ty m , że nikt tam , na dole, nie chce z nam i rozm awiać. Dlatego chcieliby śm y, aby ście
negocj owali  w  naszy m   im ieniu  i  załatwili  środki  transportu,  który m i  uda  się  przewieźć  ich
wszy stkich na Ziem ię.

Cam pbell zachm urzy ł się, m im o to skinął głową.
– To nie powinno by ć trudne, j eśli ty lko przy wrócicie nam  łączność.
–  To  j eszcze  nie  wszy stko.  W  zam ian  za  oficerów  chcieliby śm y   ściągnąć  tutaj

nasze rodziny.

–  Rodziny.  Oczy wiście.  Będziem y   potrzebowali  listy   oficerów  i  drugiej ,  z

nazwiskam i osób, które m aj ą tu przy lecieć...

Yvonne Pevoni zam achała nerwowo rękam i.

background image

–  Radziłaby m   nie  m ieszać  się  w  te  sprawy.  Trafim y   w  sam   środek  sy tuacj i

kry zy sowej ...

– ...działaj ąc na rzeczy  ty ch drani – dokończy ł lodowaty m  tonem  Trasies.
Cam pbell znów poczerwieniał na twarzy. Popatrzy ł na spoglądaj ący ch na niego z

wy czekiwaniem  doradców.

–  Przecież  to  m isj a  hum anitarna  –  powiedział.  –  Nie  będziem y   reprezentować

żadnej  ze stron, j eśli ułatwim y  uwolnienie wszy stkich j eńców i wy m ianę ich za członków rodzin
żołnierzy  przeby waj ący ch na Księży cu.

– Ja nie... – zaczęła Pevoni.
–  Nie  będziem y   o  ty m   dy skutować  –  zgasił  j ą  Cam pbell.  –  Panno  Sarafina,

pom oże pani ludziom  sierżanta Starka w prowadzeniu ty ch negocj acj i.

– Dziękuj ę – odezwał się Ethan, ale nie zdołał ukry ć em ocj i kry j ący ch się za ty m

j edny m ,  j edy ny m   słowem .  Rzucił  okiem   w  kierunku  Vic,  a  ona  zrobiła  j edną  z  ty ch
charaktery sty czny ch m in. W ty m  wy padku m iało to znaczy ć: okay, Cam pbell udowodnił, kto tu
rządzi.  –  Sierżant  Rey nolds  będzie  naszy m   kontaktem .  –  Cy wilbanda  nie  zrozum iała,  sądząc  po
m inach. – Będzie osobą, z którą powinna się kontaktować panna Sarafina.

Cam pbell wstał, głowę m iał spuszczoną, twarz ponurą.
–  Musim y   rozwiązać  wiele  problem ów.  Przepraszam ,  że  to  spotkanie  nie  by ło

bardziej  konstrukty wne.

–  Ja  także  tego  żałuj ę.  –  Stark  wy ciągnął  dłoń,  a  gdy   zarządca  kolonii  uj ął  j ą,

odwzaj em nił  uścisk,  obserwuj ąc,  j ak  cy wilni  doradcy   wy m y kaj ą  się  z  sali,  zanim   ktoś
zaproponuj e im  podobną wy m ianę uprzej m ości. – Widzicie? Dotknąłem  go i nic złego m i się nie
stało.

– Sprawdzałeś, czy  m asz j eszcze zegarek? – zapy tała Vic. – Jeśli został na ręce, to

ty lko dlatego, że m u się nie spodobał.

Stark spoj rzał na nią z politowaniem .
–  Nie  m am   naj m niej szego  wpły wu  na  zachowania  cy wilbandy,  ale  Bóg  m i

świadkiem , że oczekuj ę wsparcia ze strony  własny ch doradców.

– Przecież nic nie m ówiliśm y...
– Zgadza się, ale nawet ślepiec wy czułby  wasze negaty wne nastawienie! Powtórzę

to  po  raz  ostatni.  Musim y   współpracować  z  kolonistam i.  Jeśli  ktoś  z  was  nie  j est  na  to  gotowy,
niech da m i znać, a znaj dę m u taką robotę, w której  nigdy  nie zobaczy  człowieka bez m unduru!

Przez  pom ieszczenia  kwatery   głównej   przetoczy ła  się  burza.  Stark  szedł  z

nachm urzony m   obliczem ,  gotów  m iotać  grom y   w  kierunku  każdego,  kto  go  sprowokuj e,  ludzie
j ednak  wy czuwali  j ego  nastrój   i  schodzili  m u  z  drogi,  zanim   zdąży ł  się  zbliży ć.  Nie  mogę
uwierzyć,  że  wszyscy  są  tacy  uparci  i  głupi.  Współpraca  z  cywilbandą  jest  konieczna  i  ważna.
Dlaczego  tylko  ja  jeden  to  widzę?  Dlaczego  stałem  się  nagle  jedyną  oazą  rozsądku  w  tej  armii?
Skręcił  za  róg  kory tarza  prowadzącego  do  opustoszały ch  apartam entów  kwatery   dowódcy   sił
księży cowy ch.  Tu  zatrzy m ał  się,  znaj duj ąc  uj ście  dla  przepełniaj ącego  go  gniewu.  Celem   stali
się trzej  żołnierze stoj ący  przed wąskim i drzwiam i.

– Kim  j esteście?

background image

–  Ogrodnikam i  –  odparł  pospiesznie  ten  w  stopniu  kaprala,  a  dwaj   towarzy szący

m u  szeregowcy   potwierdzili  te  słowa,  skwapliwie  kiwaj ąc  głowam i.  Nawet  na  m om ent  nie
spuścili  j ednak  wzroku  z  przełożonego,  j akby   m ieli  nadziej ę,  że  ty m   sposobem   zogniskuj ą  złość
Starka wy łącznie na nim .

–  Kim ?  –  Ethan  m usiał  potrzeć  skroń,  zanim   otworzy ł  usta  po  raz  drugi.  –

Ogrodnikam i? To m y  m am y  tutaj  ogród?

– Taj est. Nawet dwa ogrody.
– Dwa ogrody. – Stark m achnął ręką na kaprala. – Pokażcie m i j e. – Gdy  żołnierz

m ocował  się  z  zam kiem ,  Ethan  rozej rzał  się  po  kory tarzu.  –  Czy   to  nie  tutaj   znaj dowała  się
kwatera dowódcy ?

Żołnierz potaknął.
– Zgadza się. To boczne wej ście, dzięki którem u m ogliśm y  dotrzeć do ogrodów, nie

niepokoj ąc pana generała. – Nacisnął klam kę i wprowadził pozostały ch za próg.

– Ty lne wej ście do kwatery  generała – m am rotał pod nosem  Ethan, zastanawiaj ąc

się,  ile  przepisów  m usiało  zostać  złam any ch,  a  potem   zam arł  w  m iej scu,  gdy   uj rzał  ogród.
Pom ieszczenie to przy pom inało wy glądem  dziedzińce rozsiane po terenie całej  kolonii – by ły  one
zazwy czaj   prostokątne  ze  świetlikam i  w  suficie  albo  panoram iczny m   oknem   wy chodzący m   na
zewnątrz. Tutaj  j ednak, zam iast widoku m artwej  przestrzeni, otwory  w suficie pokazy wały  lekko
zachm urzone  niebo.  Stark  aż  zam rugał  ze  zdziwienia,  gdy   j ego  wzrok  zawędrował  na  sklepienie.
Ściany   tej   kom naty   wy konano  z  wy gładzonego  perfekcy j nie  kam ienia,  znaj dowały   się  na  nich
naturalisty czne kraj obrazy  z łagodny m i wzgórzam i i ruinam i, niepodobny m i j ednak do niczego,
co  Ethan  widział  podczas  m isj i  na  Bliskim   Wschodzie.  Pod  ścianam i,  na  który ch  nam alowano
drzewa  i  inną  roślinność,  rosły   w  donicach  prawdziwe  kwiaty   oraz  dokładnie  przy strzy żone
krzewy.  Mocne  lam py   im itowały   światło  słoneczne.  Podłogę  pokry wał  kobierzec  j asnozielonej
trawy.  W  tak  niskiej   grawitacj i  j ej   źdźbła  by ły   o  wiele  cieńsze,  ale  często  przy cinana  rosła
znacznie gęściej .

Po chwili dotarło do Ethana, że kapral i j ego dwaj  pom ocnicy  wpatruj ą się w niego

z kam ienny m i twarzam i.

– To pry watny  ogród naszego by łego dowódcy ? – zapy tał w końcu.
– Tak – odparł ogrodnik, kiwaj ąc głową. – Drugi należał do szefa sztabu.
– Czy  ten drugi wy gląda tak sam o?
–  Jest  bardzo  podobny,  m a  ty lko  m niej szą  powierzchnię,  o  całe  dwa  m etry

kwadratowe,  i  znaj duj e  się  w  nim   skrom niej szy   zestaw  roślin.  No  i  freski  są  pośledniej szego
gatunku.

– Jak rozum iem , nasz dowódca m usiał m ieć naj większy  i naj piękniej szy  ogród? –

Kapral znów przy taknął. – A wy  się nim  opiekowaliście?

– Taj est.
Absurdalność tej  sy tuacj i wy ssała całą złość Starka. Cóż za marnotrawstwo dobrych

żołnierzy. Ale to przecież nie wina tych chłopców.

– Widzę, że wy konaliście tutaj  kawał dobrej  roboty. Py tanie ty lko, co m am y  z ty m

fantem  zrobić?

–  To  znaczy...  sir?  –  Kapral  wy glądał  na  zm ieszanego,  a  j ego  dwaj   pom agierzy

m ieli wy straszone m iny. – To przecież własność głównodowodzącego.

– Który m  j a teraz j estem  – przy pom niał im  Ethan. – I nie chcę ani nie potrzebuj ę

pry watnego ogrodu. – Twarze stoj ący ch przed nim  żołnierzy  zapłonęły, po części z obawy, ale też
z  urazy.  –  Nie  przeczę,  że  odwalaliście  tutaj   kawał  dobrej   roboty,  ale  j ak  m am   usprawiedliwić
przed inny m i podoficeram i posiadanie pry watnego ogrodu?

background image

–  Generałowie  zapraszali  tutaj   wszy stkich  ważny ch  gości  –  zasugerował  j eden  z

ogrodników. – Robili tutaj  przy j ęcia i takie tam .

– Przy j ęcia, powiadacie.
– Tak. Wie pan, j ak to j est. Drinki i przekąski. Szwedzkie klopsiki, te m ałe kiełbaski,

które nadziewa się na widelczy ki, lum pia.

–  Lum pia?  –  Maleńkie  filipińskie  roladki  z  j aj kam i  by ły   niem al  m ity czny m

daniem , zwłaszcza dla żołnierzy, którzy  zaj adali głównie fry tki robione z rosnący ch na Księży cu
ziem niaków,  a  te  by ły   cięte  niezwy kle  cienko,  pieczone,  a  potem   posy py wane  solą,  ale  ty lko
odrobinę, więc sm akowały  j ak stary  papier. – Mieli tutaj  lum pia?

– Tak. Ale ty lko dla generałów.
Stark  oparł  się  o  fram ugę  i  potarł  oczy.  Dlaczego  to  wszystko  wydaje  mi  się  tak

zaskakujące? Wcisnął klawisz kom unikatora.

– Vic.
– Słucham  – odparła znużony m  głosem .
– Jesteś m i tu potrzebna.
– Boszsz, Ethan, chętnie by m  ci potowarzy szy ła, ale m am  kupę roboty  i...
– Już się nie wściekam , Vic!
– Akurat. Masz niezwy kle spokoj ny  głos.
– Vic, m usisz to zobaczy ć, żeby  uwierzy ć.
–  Co  m am   zobaczy ć?  Kiedy   facet  ostatni  raz  powiedział  m i  coś  takiego,  m oj a

reakcj a by ła daleka od j ego oczekiwań.

– Wolałby m  nie słuchać takich wy nurzeń. Zasuwaj  tutaj  i sam a zobacz.
– Okay, okay. Będę za m inutę.
Dotarła  na  m iej sce  w  czterdzieści  pięć  sekund,  poruszaj ąc  się  długim i  skokam i

charaktery sty czny m i dla weteranów, którzy  chcą pokonać szy bko większą odległość. Stark odsunął
się  od  drzwi,  zapraszaj ąc  j ą  do  wnętrza  ogrodu.  Rey nolds  wy bałuszy ła  oczy,  stała  tak  przez
dłuższą  chwilę,  a  potem   zam iast  zży m ać  się  na  niegospodarność  dowództwa,  wy buchnęła  tak
głośny m  śm iechem , że z trudem  utrzy m ała się na nogach.

– Hej , Ethan, trafiłeś na trawę.
Stark spoj rzał na nią z odrazą.
– Nie cierpię trawy.
– I dlatego to takie śm ieszne. O Boże. Jedy ny  skrawek trawy  na Księży cu trafia w

ręce faceta, który  naj chętniej  powy ry wałby  j ą z korzeniam i. – Znów zaczęła rechotać, z trudem
łapiąc oddech.

– Faj nie, że ci się podoba – m ruknął Stark, a potem  nacisnął klawisz kom unikatora. –

Tanaka, widzę cię naty chm iast w ogrodzie generała.

Sierżant Tanaka przy by ła w j eszcze krótszy m  czasie niż Vic.
– Znalazłeś go w końcu?
– Wiedziałaś o nim ?
–  W  pewny m   sensie.  Nikt  z  podoficerów,  prócz  ty ch  ogrodników,  nigdy   go  nie

widział. Ale wielu z nas sły szało o istniej ącej  tutaj  oazie zieleni. – Wy ciągnęła szy j ę, by  zaj rzeć
do wnętrza. – Niezły. Co chcesz z nim  zrobić?

–  Zastanawiam   się,  czy   nie  powy ry wać  tego  cholerstwa  z  korzeniam i  i  nie

wy walić na powierzchnię.

–  Nie  m ożesz  tego  zrobić!  –  Vic  i  Tanaka  zaprotestowały   j ednocześnie,  a  kapral  i

j ego dwaj  pom ocnicy  j ak na kom endę odzy skali norm alne barwy.

–  Dlaczego?  –  Stark  wskazał  ręką  na  kwiaty.  –  Nie  m ogę  m ieć  tutaj   ogrodu,  do

background image

którego  nikt  inny   nie  m a  wstępu.  Nawet  gdy by m   lubił  wąchać  te  chabazie,  to  i  tak  by łoby   to
zby t... im perialne czy  j ak to tam  zwać.

– W takim  razie otwórz go dla wszy stkich – zaproponowała Tanaka.
–  Co  ty   gadasz,  Jill?  –  obruszy ła  się  Vic.  –  Ty siące  buciorów  zadeptały by   ten

m aleńki trawnik nawet przy  tak niskiej  grawitacj i. Po godzinie m ieliby śm y  tutaj  sam o błoto.

Kapral energicznie pokiwał głową, zgadzaj ąc się z j ej  opinią.
– Może zorganizuj em y  loterię? – burknął Stark. Trzeba znaleźć jakieś zastosowanie

dla tego ogródka. Nie chcę nawet myśleć, ile kosztowało sprowadzenie tutaj tych roślin i późniejsze
ich  utrzymywanie,  chociaż  nam  zawsze  wmawiano,  że  nie  ma  pieniędzy  na  części  zapasowe  do
pancerzy. Ciekawe, ilu naszych zaliczyło kulkę z tego powodu? – Tak, to j est to!

– Czy li co? – zdziwiła się Vic.
– Mam y   tutaj  żołnierzy,  którzy  wy ciągnęli  pechowy  los.  Podczas walki.  Mówię  o

ranny ch. W takim  m iej scu powinni o wiele szy bciej  dochodzić do sił. A nikt chy ba nie ośm ieli się
powiedzieć, że nie zasłuży li na spędzenie kilku godzin w ogrodach.

Rey nolds uśm iechnęła się z aprobatą.
– To uczciwe rozwiązanie. Ludzie nie będą narzekali, że funduj em y  ranny m  takie

luksusy.  Podoba  m i  się  ten  pom y sł.  Pogadam   z  m edy czny m   i  poproszę,  aby   ustalono
harm onogram  wizy t. – Wskazała ręką na kaprala. – A wy  powiecie nam , ilu ludzi dziennie m oże
odwiedzić to m iej sce bez ry zy ka zadeptania roślinności.

– No nie wiem  – j ęknął ogrodnik. – Ogród nigdy  nie służy ł do takich celów.
–  W  takim   razie  zgaduj cie  –  zasugerował  Stark.  –  Jeśli  się  pom y licie,

wprowadzim y   stosowne  poprawki.  –  Nagle  spoważniał.  –  Dom y ślam   się,  że  trzeba  będzie
postawić  tutaj   wartowników,  aby   ludzie  nie  skubali  listków  i  kwiatków  na  pam iątkę  albo  nie
śm iecili.

Tanaka przy taknęła.
–  To  rozsądne.  Nie  wy stawiam y   j uż  cerem onialny ch  posterunków  przed

kwateram i  naj wy ższy ch  dowódców,  więc  będziem y   m ieli  sporo  ludzi  z  kom panii
reprezentacy j nej  do tej  roboty.

– Kom pania reprezentacy j na? Nie, dziękuj ę. Nie chcę o nich sły szeć. – Stark rzucił

raz  j eszcze  okiem   na  donice  z  kwiatam i,  j akby   coś  obliczał.  –  Jeszcze  j edna  sprawa,  Jill.
Widziałem , że kręcisz się po okolicy  w towarzy stwie Yurivan.

Znów przy taknęła.
– Tak. Trzy m am y  się razem . Stacey  to strasznie zabawna babka.
–  Można  i  tak  j ą  nazwać.  Wolałby m   j ednak,  aby   te  rośliny   by ły   tutaj   całkowicie

bezpieczne.  Przekaż  j ej ,  że  j eśli  usły szę  choćby   słowo  o  kwiatku,  który   został  sprzedany   na
czarny m   ry nku,  dostanie  przy dział  do  warty   na  biegunie  Księży ca,  a  trafi  tam   na  tak  długo,  że
zacznie m ieć wrażenie, iż j est czy m ś w rodzaj u tutej szego pingwina. Zrozum iano?

– Stacey  nie zrobiłaby  czegoś takiego – zaprotestowała Tanaka.
– Ona nie robi ty lko tego, na czy m  nie m ożna zarobić. Dopilnuj , aby  zrozum iała,

co ci powiedziałem .

Vic ruszy ła za nim , gdy  opuszczał ogród.
– Widzę, że znowu stałeś się człowiekiem .
– Nie dzięki tobie.
–  Słuchaj ,  Ethan,  sam   widziałeś,  j ak  zachowuj ą  się  Trasies  i  Pevoni.  Ja  im   nie

ufam . Widzisz w ty m  coś nierozsądnego?

– Nie, skąd. Prędzej  powierzy łby m  opiekę nad ty m i ogrodam i Yurivan.
Uśm iechnęła się.

background image

–  Stacey,  w  odróżnieniu  od  Trasiesa,  nigdy   nie  skrzy wdziłaby   innego  żołnierza.

Szkoda, że nie m ożem y  wcielić j ej  do sił dobra.

– A m oże j ednak?
Rey nolds uniosła brew w wy razie zdziwienia.
–  Mówisz  poważnie?  Jaką  robotę  powierzy łby ś  osobie  o  tak  wy rafinowany ch

zdolnościach?

– Na przy kład pilnowanie szczurów pokroj u Trasiesa.
– Nie m ów m i, że sugeruj esz awansowanie j ej  na oficera służby  bezpieczeństwa?
–  Taki  właśnie  m am   plan.  –  Stark  uśm iechnął  się  półgębkiem .  –  W  głębi  serca

j estem   wciąż  dowódcą  druży ny,  Vic.  A  co  należy   do  obowiązków  takiego  podoficera?
Przy dzielanie  ludziom   naj odpowiedniej szej   roboty.  Wy bieranie  naj lepszy ch  do  wy konania
każdego zadania. A z czy m  bory kam y  się teraz? Z bandą zdradzieckich drani, którzy  ty lko patrzą,
j ak nas załatwić. Kto po naszej  stronie j est naj bardziej  podstępną osobą, j aką znam y ?

– Stacey  Yurivan. Jesteś pewien, że zechce dołączy ć do twoj ego sztabu? Nigdy  nie

by ła zby t zaprzy j aźniona z nam i.

–  Nie  m am   poj ęcia.  Wsparła  m nie  w  czasie  rozprawy   z  Kalnickiem ,  ale  wtedy

m ogła m y śleć raczej  o ratowaniu własnego ty łka niż m oj ego. – Vic sięgnęła po kom unikator. – A
ty  do kogo znowu dzwonisz?

–  Do  Stacey.  Może  podej dzie  do  tej   propozy cj i  z  większą  ochotą,  gdy   j a  j ą

powiadom ię.  Poza  ty m   przy szło  m i  właśnie  do  głowy,  że  posiadanie  w  sztabie  osoby   nie
należącej   do  ścisłego  grona  twoich  przy j aciół  m oże  ci  wy j ść  na  dobre.  Ludzie  plotkuj ą,  że
otaczasz się wy łącznie kum plam i, którzy  są bardziej  loj alni wobec ciebie niż wobec arm ii.

– Co takiego? – Stark by ł tak wkurzony, że m usiał się zatrzy m ać, by  walnąć pięścią

w ścianę. Głośny  huk potoczy ł się echem  przez pusty  kory tarz, dziwiąc każdego, kto go usły szał. –
Skoro  wy   j esteście  absolutnie  loj alni  wobec  m nie,  to  nie  chciałby m   spotkać  kogoś,  kto  j est  m i
wrogiem .

– Dzięki.
– Wiesz, o co m i chodzi. Od kogo wy szły  te plotki? Czego dokładnie doty czą? Takich

spraw  j ak  ta  z  Kalnickiem .  Nigdy   wcześniej   nie  sły szałem ,  żeby   j eden  podoficer  knuł  przeciw
innem u.

– W przeszłości, Ethan, m ieliśm y  wspólnego wroga, czy li oficerów. A to oznaczało,

że m usieliśm y  trzy m ać sztam ę m iędzy  sobą, bo każdy, kto knułby  przeciw drugiem u sierżantowi,
zostałby  naty chm iast uznany  za człowieka kadry. A nie znasz chy ba nikogo, kto chciałby  zasłuży ć
na takie m iano.

– Taki gość nie przeży łby  zby t długo na polu walki.
–  Właśnie.  Teraz  nie  m am y   nad  sobą  oficerów  i  dlatego  zaczęło  się  wzaj em ne

podgry zanie.  A  niektórzy   nie  radzą  sobie  z  nowy m i  zadaniam i  i  patrzą  ty lko,  kogo  obciąży ć  za
własne niepowodzenia. Jak choćby  Gabriel z drugiego batalionu pierwszej  bry gady.

– Sierżant Gabriel? Nic m i nie wiadom o o problem ach w j ej  batalionie.
– Może dlatego, że sierżant Gabriel nie opowiada ci o swoich kłopotach. Rozpuściła

podwładny ch  j ak  przy słowiowe  dziadowskie  bicze,  ponieważ  nie  um ie  albo  nie  chce  ich
kontrolować.

Stark kręcił głową, trawiąc tę inform acj ę.
– Skąd m am  wiedzieć o takich sprawach, skoro nikt m i tego nie m ówi?
– Ja m am  swoj e źródła, pam iętasz? Będziem y  m usieli znaleźć zastępstwo dla niej .
– Nie. – Stark zatrzy m ał się, by  nacieszy ć wzrok j ej  zaskoczeniem  i złością. – Ani

ty, ani j a nie m ożem y  tego zrobić. Pierwszą dy wizj ą dowodzi Nageru. Każę m u postawić Gabriel

background image

do pionu albo zastąpić kim ś, kto nadaj e się bardziej .

Rey nolds uśm iechnęła się blado.
–  Masz  racj ę.  Zby t  często  widziałam   m ikrozarządzanie  w  wy konaniu  naszy ch

oficerów,  więc  weszło  m i  to  w  krew.  Dzięki  za  przy pom nienie.  –  Nacisnęła  nerwowo  kilka
klawiszy  na kom unikatorze.

–  Gdzie  ona  j est,  u  licha?  Stacey ?  Mówi  Vic  Rey nolds,  m usim y   się  naty chm iast

spotkać.

– Dlaczego? – zapy tała Yurivan.
– To niespodzianka.
– Nie m iałam  z ty m  nic wspólnego, Rey nolds.
– Z czy m ?
– Z ty m , o co ci teraz chodzi.
–  Czuj ę  się  zawiedziona,  Stacey.  Nie  wiesz,  o  co  chodzi,  ale  na  wszelki  wy padek

zaprzeczasz.

– Dzięki tem u oszczędzam  czas. Mam  brać szczoteczkę do zębów na to spotkanie?
– Nie widzę potrzeby. Po prostu przy j dź. Muszę cię o coś zapy tać.
–  Przy j ęłam .  W  końcu  zobaczę  te  luksusy,  który m i  ty   i  ten  twój   kum pel  Ethan

opły wacie. Do zobaczenia wkrótce.

Vic zerknęła na Starka.
– Zaczekasz w m esie? Mogliby śm y  napić się kawy.
– Wolałby m  piwa – m ruknął Stark – ale wiem , że podczas rozm owy  z kim ś takim

j ak Stacey  trzeba m ieć j asny  um y sł.

– I tak j ej  nie dorównam y, ale to dobry  pom y sł.
Czekali, zabij aj ąc czas próbam i zatopienia grudek śm ietanki w proszku żegluj ący ch

po powierzchni kawy  w ich kubkach. Dzięki niskiej  grawitacj i bry łki zbitego proszku unosiły  się na
powierzchni  pły nu,  dopóki  ktoś  nie  wepchnął  ich  w  głąb  celny m   ruchem ,  na  przy kład  ły żeczką.
Jak  większość  produktów  spoży wczy ch,  z  który ch  tutaj   korzy stali,  także  śm ietanka  do  kawy   by ła
m ocno  przeterm inowana.  To  kolej na  z  rzeczy,  do  który ch  człowiek  służący   w  arm ii  m usiał  się
przy zwy czaić, i co ciekawe, z czego czasam i by wał dum ny. Chłopcy  zrobili sobie nawet zawody,
który  pododdział pij e naj gorszą lurę parzoną z naj starszy ch składników.

– Cześć, Vic. – Yurivan stanęła w drzwiach, wodząc zaniepokoj ony m  spoj rzeniem  z

Rey nolds na Starka i z powrotem . – Co j est?

– Spokoj nie, Stacey, ty m  razem  nie chcem y  rozm awiać o nielegalny ch kasy nach,

które organizuj esz w m agazy nach koszar Buforda.

– To tam  ktoś gra na pieniądze? – zainteresowała się Yurivan. Na j ej  twarzy  widać

by ło spore zainteresowanie. – Jestem ... w szoku.

–  Jasne,  Stacey.  Daruj   sobie  te  gadki.  Co  powiesz  na  funkcj ę  oficera  służby

bezpieczeństwa?

– Co? – Teraz na twarzy  Yurivan widać by ło ty lko niedowierzanie. – To j akiś żart?
– Nie. Potrzebuj em y  na ty m  stanowisku kogoś spry tniej szego od naszy ch wrogów,

czy li ciebie.

– Zatem  nie, dziękuj ę. Nie m am  zam iaru robić ludziom  testów na loj alność.
– O to cię nie prosim y. Testy  na loj alność to j uż przeszłość. Nas bardziej  niepokoj ą

zagrożenia zewnętrzne. Szpiedzy. Sabotaże. Odkry wanie planów wroga i burdel, j aki m ogą robić
nam  koloniści. Zainteresowana?

Yurivan kiedy  odpowiadała, zerkała lękliwie w kierunku Starka.
– Dlaczego m iałaby m  by ć ty m  zainteresowana?

background image

– Ponieważ m ogłaby ś przechy trzać naj spry tniej szy ch drani, który ch naśle na nas

wróg.  Daj   spokój ,  Stacey.  Skończą  się  zabawy   w  kotka  i  m y szkę  z  lokalną  żandarm erią  i
funkcj onariuszam i  ochrony.  Zobaczy m y,  czy   dasz  sobie  radę  z  chłopcam i  i  dziewczy nkam i  z
agencj i narodowy ch.

Yurivan zachowała pokerowe oblicze.
– To za wy soka liga j ak na m nie, Vic.
Stark zaszczy cił j ą kpiący m  uśm ieszkiem .
– Bez pracy  nie m a kołaczy, Stacey.
– Mhm . A bez głowy  nie zarobisz.
Vic wzruszy ła ram ionam i, przebieraj ąc leniwie palcam i po klawiaturze palm topa.
– Cóż, Stacey, skoro ta robota j est dla ciebie za trudna...
Yurivan się zaśm iała.
–  Rey nolds,  m usisz  się  bardziej   postarać.  Miałam   do  czy nienia  z  wielom a

psy chologam i.

– Który ś zdołał cię rozgry źć?
– A skąd.
Rey nolds uśm iechnęła się uprzej m ie.
– W sum ie żadna niespodzianka. To chcesz tę robotę czy  nie?
– Może. Muszę się zastanowić.
– Świetnie. Daj  m i znać.
Sierżant  Yurivan  wy konała  skom plikowany,  ale  przepisowy   salut,  obróciła  się  na

pięcie  i  wy m aszerowała  z  m esy.  Gdy   odgłos  j ej   zdecy dowany ch  kroków  um ilkł  w  głębi
kory tarza, Vic zaśm iała się pod nosem .

– Co cię tak bawi? Ona na to nie pój dzie – odezwał się Stark grobowy m  tonem .
–  Pój dzie,  pój dzie  –  zapewniła  go  Rey nolds.  –  Potrzebuj e  j edy nie  czasu  na

pozam y kanie lewy ch interesów, zanim  znaj dzie się w służbie bezpieczeństwa. Nawet ona kieruj e
się  swoisty m   kodeksem   ety czny m .  Zobaczy sz.  Za  kilka  dni  zgłosi  się  i  powie,  że  przy j ęła  naszą
ofertę.

Stark zagapił się w otwarte drzwi, j akby  szukał za nim i odpowiedzi.
– Skąd ta pewność? Ja nie um iem  rozgry źć tej  kobiety.
– Może dlatego, Ethan, że j esteś facetem , którego nasz Pan obdarzy ł szczerością i

niezby t skom plikowany m  um y słem .

– Zakładam , że to by ł kom plem ent.
–  Powiedzm y.  Dzięki  tem u  ludzie  zy skuj ą  nad  tobą  przewagę,  ale  też  ufaj ą  ci

bardziej  niż inny m . Ze Stacey  j est przeciwnie.

–  Ty le  to  wiem .  Na  j ej   widok  nikom u  nie  przeszło  przez  m y śl  takie  słowo  j ak

„zaufanie”.

– A m im o to nigdy  nie skrzy wdziła żadnego żołnierza – przy pom niała m u Vic. – Co

naj wy żej   szkodziła  ich  portfelom .  I  przy j m ie  tę  robotę.  Pokusa  zaj rzenia  do  sy stem u  będzie  tak
silna, że nie potrafi się j ej  oprzeć, dlatego sam a stanie się j ego częścią.

Rozbawiła ty m  stwierdzeniem  Ethana.
– Wiesz, ostatnie kilka dni dało m i m ocno popalić, ale od razu czuj ę się lepiej , j ak

ty lko pom y ślę, że Stacey  siądzie na karku takim  ludziom  j ak Trasies i Pevoni.

–  I  dobrze.  Maj ąc  tak  dobre  sam opoczucie,  m ożesz  zacząć  m y śleć,  skąd

wy trzaśniem y  ty ch wszy stkich nowy ch dowódców, który ch potrzebuj em y.

–  Dzięki  za  naty chm iastowe  przy wołanie  do  rzeczy wistości.  –  Stark  dopił  kawę,

spoglądaj ąc  wy zy waj ąco  na  dy spenser.  –  Idę  na  piwo.  Ty   też  powinnaś  się  napić  czegoś

background image

lepszego.

– I to się nazy wa dowódca – pochwaliła go Vic. – Podej m uj  podobne decy zj e w

naj bliższej  przy szłości, a j uż wkrótce świat usły szy  o wielkim  zwy cięstwie Starka.

– Akurat. Dzisiaj  czuj ę się bardziej  j ak w ostatnim  szańcu Custera.
– Nie j esteś Custerem , Ethan. Jeśli zaczniesz się zachowy wać j ak on, palnę cię w

łeb.  –  Zam y ślona  zapatrzy ła  się  gdzieś  w  przestrzeń.  –  A  skoro  m owa  o  bitwach  i  oficerach,
ciekawe, dlaczego nie sły szałeś nigdy  o kapitanie Benteenie.

– A kim  by ł ten człowiek?
– Jedny m  z podwładny ch Custera. Wiem  o j ego istnieniu, ponieważ dorastałam  w

Forcie  Riley   w  Kansasie,  gdzie  znaj duj e  się  to  znane  m uzeum   kawalerii.  Historia  m ówi  nam
ty lko: Custer to, Custer tam to, a m ało kto wie, że przed bitwą podzielił swoj e siły  na trzy  części.
Pierwszą  dowodził  on  sam ,  drugą  przekazał  pod  rozkazy   Reno,  by   ten  poprowadził  szarżę,  a
Benteenowi  kazał  czekać  z  trzecią  w  odwodzie.  Gdy by   ten  facet  posłuchał  ostatnich  rozkazów
Custera i nie okopał od razu swoich oddziałów, przewiduj ąc, że sy tuacj a m oże wy m knąć się spod
kontroli,  to  stałby   w  szczery m   polu,  gdy   rozbite  szwadrony   Reno  wróciły   ze  ścigaj ący m i  j e
Indianam i  na  plecach.  Cała  siódm a  kawalery j ska  zostałaby   zm ieniona  z  powierzchni  ziem i,  nie
ty lko oddziały  Custera. Benteen uratował j e od zagłady, ale nikt nigdy  o nim  nie usły szał.

– Skoro nawet ty  robisz takie wielkie halo z tego, że j akiś oficer nie usłuchał rozkazu

i zrobił coś, co sam  uważał za naj słuszniej sze, inni oficerowie ty m  bardziej  powinni to zrozum ieć.
I gdzie by  nas to zaprowadziło?

Na j ej  twarzy  poj awił się krzy wy  uśm ieszek.
– Masz racj ę. Co j a sobie m y ślałam ?
Stark przestał się uśm iechać.
– Wiesz co? Podsunęłaś m i pewien pom y sł. Dlaczego woj o nie m iałoby  działać w

taki właśnie sposób? Dlaczego nie pozwolim y  ludziom  na dowodzenie swoim i oddziałam i, zam iast
nakazy wać  im   z  góry   ślepe  posłuszeństwo?  A  j eśli  nie  będą  dawali  sobie  rady,  usuniem y   ich  z
zaj m owany ch stanowisk.

–  Jak  chcesz  dowodzić  podczas  bitew,  j eśli  nikt  nie  będzie  wy kony wał  twoich

rozkazów?

– Może pój dzie nam  lepiej  niż do tej  pory ? Popatrz sam a, m usim y  znaleźć sposób,

aby   stworzy ć  równowagę  pom iędzy   potrzebą  skupienia  uwagi  oficerów  na  ty m   sam y m   celu  a
pozwalaniem  im  na swobodne m y ślenie. Może coś takiego w ogóle nie j est m ożliwe?

– Nie wiem  nawet, czy  ktoś kiedy ś tego próbował. A m oże dawna technologia nie

pozwalała na osiągnięcie takiej  równowagi? Maj ąc do dy spozy cj i rogi sy gnalizacy j ne, flagi albo
walkie-talkie,  trudno  przekazać  oddziałom   szczegółowe  inform acj e.  –  Vic  westchnęła,
uśm iechaj ąc się na widok piwa, które Ethan postawił przed nią, a potem  pociągnęła długi ły k. – Ty
m y śl o nowy ch sposobach prowadzenia walki, a j a pogadam  z Sarafiną o wy m ianie więźniów za
nasze rodziny. Może przy prowadzi te swoj ą m ałą przy j aciółkę.

– Jaką znowu m ałą przy j aciółkę?
– Tę, z którą cię um awiała, pam iętasz? Jak ona m iała na im ię...
–  Robin?  –  Stark  zaśm iał  się,  sięgaj ąc  po  opróżnioną  puszkę  Vic.  –  To  nie  by ła

randka,  ty lko  przesłuchanie.  Dość  m iłe  w  sum ie,  niem niej   sprowadzało  się  do  wy m uszania  na
m nie odpowiedzi. Od tam tej  pory  nie odezwała się słowem .

– Biedny  Ethan. Nie m asz szczęścia do kobiet.
–  Może  dlatego,  że  wy   j e  odstraszacie,  sierżancie  Rey nolds.  Poza  ty m   nie  m am

teraz czasu na randki.

Uśm iechnęła się i westchnęła j ednocześnie.

background image

–  Tak.  Dowodzenie  arm ią  to  nie  przelewki.  Na  szczęście  pozwalam y   ci  j eszcze

spać.

– Tak. Czasam i.

Kolej ny   dzień.  Następna  narada.  Sztabowcy   Starka  siedzieli  na  krzesłach

wy prężeni  j ak  wartownicy   na  służbie,  a  doradcy   Cam pbella  wahali  się,  czy   m iotać  kolej ne
zniewagi. Om ówiono kilka m niej  ważny ch kwestii, ale każda z nich utonęła w setkach dy gresj i i
niepotrzebny ch starć. Ethan spoj rzał na zegarek, po raz setny  ham uj ąc się przed wy buchem . A  ja
głupi uważałem, że zmuszenie tych ludzi do siedzenia tutaj tak długo, aż dojdziemy do porozumienia,
jest  dobrym  pomysłem.  Błąd.  Poważny  błąd.  Na  zewnątrz  przepełnionej   złością  i  frustracj ą  sali
konferency j nej  dobiegał końca zwy kły  pracowity  dzień. Ludzie skończy li j eść kolacj ę, zaży wali
zasłużonego odpoczy nku i ty lko ci, którzy  m ieli nocną zm ianę, szy kowali się do obj ęcia służby.

Stark  utkwił  wzrok  w  Cam pbellu,  w  którego  oczach  także  widać  by ło  zm ęczenie  i

iry tacj ę.

– Nie usły szałem  dzisiaj  j ednego zdania, które utwierdziłoby  m nie w przekonaniu,

że podej m iem y  j akąkolwiek decy zj ę.

Cam pbell skinął głową, gest ten by ł j ednak ledwie zauważalny.
–  Zbieraj cie  się  do  dom u  –  polecił  zwięźle  swoim   podwładny m ,  a  ci  wstali  z

krzeseł, także okazuj ąc zm ęczenie, i wy szli, nie patrząc w stronę woj skowy ch rozm ówców. Ty lko
Sarafina została, spoglądaj ąc oboj ętnie na zarządcę.

–  Wy,  m ałpoludy,  także  m ożecie  spadać  –  m ruknął  Stark  do  swoich  ludzi.  Ty lko

Rey nolds nie posłuchała j ego rozkazu. Westchnęła za to głośno i przeciągle.

– Jeśli to coś dla ciebie znaczy, sam a też nie j estem  zadowolona.
–  Dzięki  –  burknął  Ethan.  –  Panie  Cam pbell,  nie  m usi  pan  dłużej   zwlekać,  to  by ł

naprawdę m ęczący  dzień.

– To  prawda –  odparł zarządca  kolonii, wskazuj ąc  swoj ą asy stentkę.  –  Chciałby m

j ednak przekazać panu dobrą wiadom ość.

– Przy dałaby  się j akaś.
– Panna Sarafina uczy niła spore postępy  w negocj acj ach doty czący ch wy m iany

poj m any ch oficerów – poinform ował go Cam pbell. – Miałem  panu o ty m  wspom nieć j uż rano –
dodał.

–  Tam   j uż  j est  rano  –  m ruknął  Stark.  Na  zewnątrz  nad  ich  głowam i  wisiał  dy sk

błękitno-białej  Ziem i. – Dlaczego nie powiedział pan o ty m  wcześniej ?

Cam pbell zawahał się wy raźnie.
–  Nie  by łem   pewien,  j ak  m oi  doradcy   zareaguj ą  na  tę  m oim   zdaniem   dobrą

wiadom ość. Dlatego wolałem  om ówić j ą na osobności.

Stark zm usił się do uśm iechu.
– Nie m ogę pana za to winić. Każdy  z poruszany ch dzisiaj  tem atów wy dawał im

się kontrowersy j ny. Zatem  nie by ło wielkich problem ów w rozm owach?

–  Nie  by ło.  Wy gląda  na  to,  że  władze  w  Waszy ngtonie  pragną  odzy skać  swoich

oficerów.  Jest  pan  pewien,  że  wy puszczenie  ich  na  wolność  to  sensowny   pom y sł?  Muszą  by ć
bardzo dobrzy  w ty m , co robią, skoro Pentagon tak bardzo chce ich m ieć u siebie... – Cam pbell

background image

zam ilkł,  gdy   Stark  i  Rey nolds  wy buchnęli  j ednocześnie  śm iechem .  –  Czy   powiedziałem   coś
zabawnego?

–  Sam   pom y sł,  że  ktoś  m ógłby   uznać  ty ch  oficerów  za  dobry ch,  wy dał  nam   się

śm ieszny  – wy sapała Vic. – Pentagon chce ich z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby  dowiedzieć
się  z  pierwszej   ręki,  co  tu  zaszło,  ponieważ  na  Ziem ię  nie  dociera  zby t  wiele  inform acj i,  a  to
doprowadza  generalicj ę  do  szału.  Dziewięćdziesiąt  procent  trepów  w  Pentagonie  powtarza
bezm y ślnie każdą zasły szaną inform acj ę swoim  przełożony m , którzy  tak naprawdę nie potrzebuj ą
j ej  do niczego, a od pewnego czasu m ogą j edy nie powiedzieć po raz enty : „Przepraszam , sir, nie
m a nowy ch raportów w tej  sprawie”.

– Rozum iem . Zebranie inform acj i wy daj e się bardzo sensowne w tej  sy tuacj i. A

j aki j est drugi powód?

–  Kozły   ofiarne  –  odparł  konkretny m   tonem   Stark.  –  Chcą  powiesić  Meecham a  i

kilku  inny ch.  Jeśli  tego  nie  zrobią,  odium   winy   spadnie  na  nich.  A  nie  chcą  do  tego  dopuścić,
m im o że sam i wy słali go tutaj  i zatwierdzili j ego plany.

Cam pbell zwiesił głowę i pokręcił nią, j ak m iał to w zwy czaj u.
– I pom y śleć, że próbowałem  kiedy ś wy j aśniać panu zasady  rządzące polity ką. Z

tego, co widzę, m iał pan sporo do czy nienia z j ej  m roczniej szą częścią.

– A j est j akaś lepsza strona polity ki?
– Tak. Może uda m i się j ą panu kiedy ś pokazać.
–  Nie  będę  czekał  na  to  z  utęsknieniem ,  zapewniam   pana.  Vic,  gdzie  m asz  dy sk  z

naj nowszą listą członków naszy ch rodzin?

Rey nolds uśm iechnęła się blado.
–  Ostatni  raz  widziałam   j ą  na  twoim   biurku.  Tam   j ą  położy łeś,  gdy   ci  j ą

przekazałam .

–  Aha.  Tak.  Dzięki.  –  Stark  wstał,  po  czy m   skinął  na  Cam pbella  i  Sarafinę.  –

Zapraszam .  Moj a  kwatera  m ieści  się  nieco  dalej   w  ty m   sam y m   sektorze.  Przekażę  wam   ten
dy sk, aby ście m ogli dograć sprawę wy m iany. – Kory tarze, zazwy czaj  zatłoczone i gwarne, by ły
teraz  puściutkie  i  ciche,  j ak  każdy   biurowiec  po  zm roku,  m im o  że  ten  akurat  term in  by ł  na
Księży cu  całkowicie  um owny.  Stark  przy łoży ł  dłoń  do  skanera  przy   drzwiach,  a  gdy   wszedł  do
kwatery,  od  razu  zaczął  buszować  po  blacie  biurka  i  nie  przestał,  dopóki  nie  uniósł  try um falnie
wspom nianego dy sku z dany m i. – Tutaj  j est.

– Znalazłeś go? – zdziwiła się Vic. – Cuda się j ednak darzaj ą.
Cam pbell  przy j ął  nośnik,  przy glądał  m u  się  przez  chwilę,  a  potem   przekazał

Sarafinie.

–  Dziwne  uczucie  trzy m ać  w  dłoni  los  tak  wielu  ludzi,  nawet  gdy   chodzi  ty lko  o

krótką chwilę. Czuł pan kiedy ś to j arzm o, sierżancie Stark?

– Zdarzało się. Ale naj wy żej  raz dziennie, za to od rana do późnej  nocy. Słowa te

wy wołały  uśm iech zrozum ienia na twarzy  zarządcy  kolonii.

–  Jeśli  nie  m am y   inny ch  spraw  do  om ówienia,  wolałby m   wrócić  do  strefy

cy wilnej ,  zanim   j akiś  gorliwiec  zacznie  się  zastanawiać,  czy   nie  zostałem   po  tej   stronie  włazu,
aby  spiskować na spółkę z wam i.

– Świetny  pom y sł – odparł Stark. Cam pbell j ednak, m im o że nic nie blokowało m u

drogi,  zam arł  pośrodku  kwatery,  gapiąc  się  na  pancerz  boj owy   Ethana.  –  Coś  nie  tak?  –  zapy tał
zaskoczony  sierżant.

–  Nie.  –  Cam pbell  pokręcił  głową.  –  Po  prostu  j eszcze  nigdy   nie  widziałem

waszego oporządzenia z tak bliska. – Wy ciągnął dłoń, ale zawahał się. – Mogę dotknąć?

– Ależ proszę. Raczej  go pan nie pory suj e.

background image

– Dziwne – m ruknął zarządca, wodząc palcam i po napierśniku. – Wy dawało m i się,

że powinien by ć twardy  j ak stal, ale poddaj e się pod naciskiem , lekko wprawdzie, ale zawsze.

–  To  prawda.  –  Vic  podeszła,  by   klepnąć  dłonią  w  opancerzony   rękaw.  –

Zaproj ektowano go tak, by  by ł elasty czny.

– Zawsze sądziłem , że pancerze m aj ą by ć m aksy m alnie odporne i wy trzy m ałe.
– I tak, i nie. – Rey nolds bez problem u wcieliła się w rolę instruktora, j akim  by ł w

oczach kota każdy  weteran. – Naj twardsze przedm ioty  są zazwy czaj  naj bardziej  kruche. A j eśli
pękaj ą,  to  naty chm iast  staj ą  się  bezuży teczne.  W  przy padku  pancerza  by łoby   to  katastrofalne,
dlatego robi się j e ze stopów, które posiadaj ą niewielką elasty czność i poddaj ą się naciskowi, co
pozwala  im   przechwy cić  i  rozprowadzić  część  energii  uderzenia,  na  przy kład  gdy   uży tkownik
przewróci się na skały. Dzięki tem u elem enty  pancerza nie odkształcaj ą się, co chroni nas przed
ranam i i śm iercią w razie przebicia.

– Aczkolwiek każde z nas m a sporo otarć i inny ch sińców – dodał Stark, śm iej ąc się

szczerze.  –  Pancerz  powstrzy m uj e  odłam ki,  ale  człowiek  wy gląda  czasem   po  bitwie,  j akby
przeszedł przez szpaler zbirów z kij am i bej sbolowy m i.

– Coś za coś, m ożna powiedzieć – konty nuowała Vic. – Idealny  pancerz powinien

by ć bardzo lekki, niezwy kle wy trzy m ały  i do tego niesam owicie giętki. Realizm  każe nam  j ednak
pogodzić się z kilkom a kom prom isam i w tej  m aterii.

– I to j est owoc owego kom prom isu? – zapy tał Cam pbell, także się uśm iechaj ąc. –

Dziwne.  Dopiero  co  rozm awialiśm y   o  dobry ch  stronach  polity ki,  a  wasze  pancerze  są  ich
doskonałą ilustracj ą.

– Co pan przez to rozum ie? – zdziwiła się Rey nolds.
–  Tak  sam o  wy gląda  naj lepsza  odm iana  polity ki  –  wy j aśnił  zarządca  kolonii.  –

Wszy scy  czegoś chcą. Niektórzy  m ówią, że m a by ć tak, j ak powiedzą, i za nic nie ustąpią. Inni
natom iast widzą tę sprawę zupełnie inaczej , co stoi w sprzeczności z żądaniam i pierwszy ch. Aby
osiągnąć j akikolwiek postęp, trzeba nam ówić j edny ch i drugich na serię kom prom isów i znaleźć
takie rozwiązania, które zadowolą obie strony.

–  Świetnie  –  m ruknął  Stark.  –  Moj a  zbroj a  j est  j ak  polity ka.  Już  nigdy   więcej   j ej

nie zaufam .

Cam pbell zaśm iał się po raz kolej ny, ale od razu spoważniał.
– Czy  kom prom isy  zawarte w pańskiej  zbroi są czy m ś niedobry m ? A m oże wręcz

przeciwnie, pozwalaj ą j ej  prawidłowo funkcj onować?

– Pozwalaj ą, owszem  – przy znał Stark po chwili nam y słu.
–  I  to  sam o  powinno  by ć  z  polity ką.  Nie  tworzy   idealny ch  rozwiązań,  ale  też  nie

oferuj e  naj gorszy ch  z  m ożliwy ch.  Daj e  nam   to,  co  j est  potrzebne,  by   działać  w  ty m
niedoskonały m  świecie.

Vic wy szczerzy ła zęby  w pozbawiony m  hum oru uśm iechu.
–  Z  tego,  co  m i  wiadom o,  nasze  zbroj e  sprawuj ą  się  ostatnio  o  wiele  lepiej   od

wszy stkich znany ch m i polity ków.

Cam pbell pokiwał głową, wciąż j ednak by ł zasm ucony.
–  Muszę  przy znać  pani  racj ę.  Technologia  j est  o  wiele  prostsza  niż  stosunki

m iędzy ludzkie.

– Pański pancerz j est ciem noszary  – zauważy ła Sarafina. – Na transm isj ach, które

oglądałam  przed przy lotem  na Księży c, zbroj e żołnierzy  m iały  chy ba inną barwę.

Stark pokręcił głową.
–  Nie  m iały.  Szary   to  kolor  wy j ściowy.  Podczas  akcj i  korzy stam y   z  włączony ch

m asek.

background image

– Masek?
–  Przepraszam .  Z  kam uflażu.  Term inem   m aska  określam y   wszy stko,  co  pom aga

nam  stopić się z otoczeniem , doty czy  on zarówno akty wny ch, j ak i pasy wny ch osłon.

–  Na  polu  bitwy   –  dodała  Vic  –  trzeba  by ć  niewidzialny m ,  aby   przeży ć.  Jeśli

przeciwnik nam ierzy  kogoś i ostrzela, j ego szanse na przetrwanie drasty cznie m alej ą.

–  Owszem   –  poparł  j ą  Stark.  –  Gdy   włączam y   kam uflaż,  nasz  pancerz  przy biera

barwy  otoczenia j ak ta j aszczurka... nie pam iętam  j ej  nazwy.

– Kam eleon?
– Tak, kam eleon. Ale nasze m askowanie j est lepsze. Jeśli znaj duj em y  się na śniegu,

pancerz  staj e  się  bielusieńki.  Jeśli  śnieg  topi  się  m iej scam i,  na  odpowiednich  częściach  zbroi
poj awią się brązowe i zielone plam y.

Cam pbell przy j rzał się zbroi z większy m  zainteresowaniem .
– Zatem  ciężko pana wy patrzeć na powierzchni.
–  To  prawda,  problem   w  ty m ,  że  przeciwnik  posiada  skom plikowane  sy stem y

nam ierzania, które potrafią nas wy kry ć. Czasem  m y  wy gry wam y, czasem  oni.

Cam pbell i Sarafina spoj rzeli na niego j ednocześnie.
–  Nie  rozum iem ,  j ak  pan  m oże  m ówić  o  ty m   z  taką  swobodą  –  oświadczy ła  w

końcu asy stentka zarządcy.

Ethan wzruszy ł ram ionam i.
– Dla nas to norm alka. Robim y  co m ożem y, by  przeży ć i pokonać wroga.
– To znaczy  zabić go – skory gowała, robiąc wielkie oczy.
–  Tak.  Tak  sądzę.  Jeśli  m usim y,  rzecz  j asna.  Czasam i  nie  j est  to  konieczne,

aczkolwiek  nasza  praca  polega  głównie  na  zabij aniu  inny ch  ludzi.  –  Stark  poklepał  broń
spoczy waj ącą  na  podpórce  obok  pancerza.  –  Chy ba  z  tego  powodu  karabin  by ł  zawsze
naj lepszy m  przy j acielem  żołnierza. To znaczy  od czasu, gdy  go wy naleziono.

Cam pbell  pochy lił  głowę,  aby   lepiej   przy j rzeć  się  broni,  lecz  nie  próbował  j ej

doty kać j ak przedtem  pancerza.

– Wy gląda identy cznie j ak te egzem plarze, które widy wałem  na Ziem i.
–  Może  dlatego,  że  to  prakty cznie  rzecz  biorąc  to  sam o  uzbroj enie.  Zm niej szono

j edy nie  prędkość  wy lotową  pocisków,  aby śm y   nie  posy łali  ich  aż  na  orbitę.  Mam y   rzecz  j asna
oporniki  wbudowane  w  sy stem y   celownicze  naszy ch  pancerzy,  dzięki  który m   nie  m ożem y
skierować  ognia  prosto  w  górę,  ale  tam ,  na  powierzchni,  nie  m a  powietrza,  a  grawitacj a  j est
m niej sza niż na Ziem i, więc kule nie opadaj ą tak szy bko. Robim y  więc co m ożem y, żeby  nasze
pociski nie okrążały  całego Księży ca.

– Czy  pański pancerz m oże powstrzy m ać te pociski, skoro lecą wolniej ?
– Świetne py tanie. Odpowiedź brzm i: nie, ponieważ pociski nie są zrobione z litego

m etalu.  Arm ie  nie  uży waj ą  tego  ty pu  am unicj i  j uż  od  wielu  dekad.  Wewnątrz  każdej   z  kul
znaj duj e  się  niewielki  ładunek  wy buchowy,  który   odpala  tak  zwany   rdzeń  penetracy j ny,  gdy
pocisk trafia w cel, a ten m a o wiele większą szy bkość, więc przebij a prawie każde opancerzenie.
Z  drugiej   strony,  gdy   wy strzelony   pocisk  nie  trafi  w  nic  przez  określony   czas  i  m im o
ograniczników poleci za daleko albo za wy soko, gdzie m oże zagrozić cholera wie czem u, ten sam
ładunek doprowadza do j ego sam ozniszczenia.

– Ciekawe rozwiązanie – przy znał Cam pbell.
–  Ludzie  potrafią  główkować,  gdy   chodzi  o  zabij anie  się  wzaj em nie  –  poparła  go

Vic.  –  Dobry m   przy kładem   na  to  j est  woj na,  którą  tutaj   toczy m y.  Zam iast  walczy ć  tam ,  na
Ziem i, gdzie konflikt dotknąłby  wielu kraj ów, wy słano nas na ten m artwy  glob. Tutaj  co naj wy żej
dorobim y  kilka nowy ch kraterów.

background image

– Mim o wszy stko istniej e tu ży cie – wtrąciła Sarafina zaskakuj ąco cienkim  głosem .

– Na przy kład nasza kolonia.

–  To  prawda.  My   także  ży j em y.  Przy naj m niej   na  razie.  Moim   skrom ny m

zdaniem , ży cie niektóry ch ludzi j est cenniej sze niż inny ch.

– Do licha, Vic – rzucił Stark, podnosząc głos – to prawda znana od ty siącleci.
Sarafina potrząsnęła głową, spuszczaj ąc wzrok.
– Wy gląda na to, że m y  dopiero dzisiaj  odrabiam y  tę lekcj ę.
Twarz Vic naty chm iast złagodniała.
– Wy  się m usicie uczy ć, a m y  m usim y  z ty m  ży ć.
–  My lisz  się.  –  Stark  wy szczerzy ł  się  w  uśm iechu.  –  Możem y   to  zm ienić  i  j uż  to

robim y.

– To dość trudny  cel do osiągnięcia – zauważy ł Cam pbell.
–  Narażam y   się  na  śm ierć  dłużej ,  niż  sięgam y   pam ięcią.  A  wiecie,  o  czy m

m y ślę?  Jeśli  ry zy kować  ży cie,  to  dla  czegoś  naprawdę  wielkiego.  Dla  czegoś,  za  co  warto
um ierać.

– A to j est coś wielkiego – poparła go Vic.
– Wartego poświęcenia ży cia i honoru? – zapy tał Cam pbell.
– Czy  to j akiś cy tat?
– W pewny m  sensie, sierżancie Stark. W pewny m  sensie.

Otwarty,  a  m im o  to  zam knięty.  Jak  hol  każdego  lotniska.  Główny   term inal

kosm odrom u kolonii by ł ogrom ną budowlą, której  m etalowo-skalista kopuła ciągnęła się hen, we
wszy stkich  kierunkach,  wspierana  na  rzędach  m asy wny ch  kam ienny ch  kolum n.  Sklepienie  by ło
bardzo grube, aby  zapobiec skutkom  ewentualny ch katastrof spowodowany ch przez ląduj ące tutaj
m aszy ny.  Gdy by   ta  budowla  znaj dowała  się  na  Ziem i,  ktoś  m ógłby   powiedzieć,  że  j ej   filary
zostały   wy kute  w  ży wej   skale,  ale  to  określenie  w  żaden  sposób  nie  pasowało  do  m artwego  od
eonów  lunarnego  kam ienia.  Pod  j ej   kolum nadam i  przem ieszczały   się  grupki  ludzi,  zrazu
wy dawać się m ogło, że ten ruch j est chaoty czny, ale j uż po chwili wnikliwej  obserwacj i dało się
zauważy ć trzy  dom inuj ące w nim  prądy  – pierwszy  zm ierzał w kierunku wy j ścia, drugi stanowili
ludzie  wkraczaj ący   do  holu,  a  w  skład  trzeciego  wchodzili  pracownicy   obsługi,  którzy   służy li
pom ocą  dwóm   pierwszy m   grupom .  Cy wilni  pasażerowie  zatrzy m y wali  się  ze  zdziwieniem   na
widok żołnierzy  tłoczący ch się pośrodku term inalu: obce twarze i dziwnie wy glądaj ące m undury
naruszały   strefę  podziału  istniej ącą  w  porzucony m   dom u  i  pieczołowicie  odbudowaną  tutaj ,  na
powierzchni  Księży ca,  gdzie  dawne  zwy czaj e  rozkwitły   po  raz  kolej ny   pod  atram entowy m
niebem .

Stark  uśm iechnął  się,  sły sząc  paplaninę  przechodzącej   obok  cy wilbandy.  Kilku

nastolatków  z  wy bałuszony m i  ślepiam i  udawało,  że  obecność  ty lu  żołnierzy   nie  robi  na  nich
wrażenia.  Mógłbym  być  jednym  z  nich.  Na  przykład  tym  frajerem  w  krótkiej  kurtce.  Dziwne  są
koleje losu. Jeśli spieprzę coś dzisiaj, wielu z nich za to zapłaci.

Po  j ednej   ze  stron  holu  zrobiło  się  poruszenie,  długi  szereg  m undurowy ch  ruszy ł

przed  siebie.  Oficerowie,  by li  dowódcy   Starka  i  j ego  podwładny ch,  teraz  ruszali  pod  strażą  w
podróż do dom u. Niektórzy  z nich szli z wy prostowany m i ram ionam i, spoglądaj ąc wy zy waj ąco,

background image

j akby   wciąż  m ogli  wy dawać  rozkazy.  Inni  kulili  się,  czuj ąc  wsty d  albo  strach  po  tej
niespodziewanej   zam ianie  ról,  i  przy spieszali  kroku,  by   j ak  naj prędzej   znaleźć  się  na  pokładzie
wahadłowca,  który   zawiezie  ich  do  norm alności,  do  świata,  w  który m   znów  będą  m ogli
rozkazy wać inny m .

Stark zm ruży ł gniewnie oczy, gdy  j eden ze strażników zdzielił przechodzącego obok

niego  oficera  kolbą  karabinu,  tworząc  ty m   sam y m   zam ieszanie  w  kolej ce  zm ierzaj ącej   do
term inali. Dwanaście szy bkich płaskich skoków wy starczy ło, by  znalazł się na m iej scu incy dentu.

– Ty  tam !
Wartownik obej rzał się, próbuj ąc zrobić niewinną m inę.
– Ja?
– Tak. Ty. – Stark wy ciągnął rękę, by  przy trzy m ać uderzonego oficera, kobietę w

stopniu pułkownika, która wy glądała, j akby  nie m ogła się zdecy dować, czy  powinna zam rzeć ze
strachu, czy  raczej  wy buchnąć gniewem . – Czy  rozkazano ci gnębić j eńców?

– Nie, sir.
– Więc przeproś panią pułkownik za uderzenie j ej  bez powodu. – Pozostali strażnicy

spoglądali  j uż  w  stronę  Starka.  –  Miałby ś  prawo  zdy scy plinowania  j ej ,  gdy by   opuściła  kolej kę.
Gdy by   sięgała  po  twoj ą  broń,  m ógłby ś  j ą  nawet  zastrzelić.  W  każdy m   inny m   przy padku
powinieneś traktować j ą z szacunkiem  należny m  innem u żołnierzowi.

Twarz strażnika poczerwieniała, j ego usta przy pom inały  wąską czerwoną linię.
– Oni nigdy  nie traktowali nas z szacunkiem .
– I o to chodzi. Powinniśm y  by ć lepsi od nich. I będziem y... – Ethan przerwał na

m om ent. – Czekam .

–  Okay,  to  znaczy   taj est!  –  Strażnik  skinął  głową  w  stronę  kobiety,  przeły kaj ąc

głośno ślinę. – Przepraszam  za uderzenie bez powodu, pani pułkownik.

Stark przeniósł wzrok na nią.
– A teraz ty  przy j m iesz j ego przeprosiny.
Twarz pułkownik zrobiła się j eszcze czerwieńsza niż strażnika.
– Ja nie...
– Owszem , tak. A teraz spieprzaj . – Obrócił j ą, nie naduży waj ąc siły, wepchnął do

przesuwaj ącej   się  wolno  kolej ki,  a  potem   spoj rzał  raz  j eszcze  na  stoj ącego  obok  żołnierza.  –
Musim y  by ć lepsi od nich – powtórzy ł. – Nie proszę was, m ałpoludy, o okazy wanie szacunku ty m
draniom , ty lko o zachowanie dobry ch m anier. Niech wam  to wej dzie w nawy k. To się nazy wa
dy scy plina,  radzę  zapam iętać.  Niedługo  dorobim y   się  własny ch  oficerów,  wolałby m   więc,
aby ście nie zapom nieli, j ak wy konuj e się czy j eś rozkazy.

– A skąd m y  weźm iem y  inny ch oficerów? – zapy tał który ś ze strażników.
–  Wy bierzem y   ich  spośród  siebie.  Naj lepszy ch  z  naj lepszy ch.  –  Te  słowa  Starka

spotkały   się  z  ich  niedowierzaniem .  –  Mówię  poważnie.  Wszy scy   znacie  kogoś,  kto  m a  cechy
prawdziwego  dowódcy,  za  kim   poszliby ście  w  ogień.  Powiedzcie  im   zatem ,  że  czekam y   na
ochotników, i chcem y  naj lepszy ch z nich.

Gdy   oddalał  się  od  kolum ny   j eńców,  widział  zdawkowe  skinienia  głowy   i  sły szał

rzucane tu i ówdzie „taj est”. Szedł w kierunku innej  kolej ki, zm ierzaj ącej  w przeciwny m  kierunku.
Ci ludzie poruszali się niezdarnie, j ak każdy, kto znalazł się po raz pierwszy  w tak niskim  ciążeniu.
Przy glądał się im  z zaciekawieniem  i zazdrością – to by ły  rodziny  żołnierzy,, z który m i tak dawno
zostali rozdzieleni, a teraz znów m ogli tworzy ć zgrane m ałe społeczności.

Jeden z przy by ły ch, szczupły  i j uż niem łody, zm ierzy ł go tak ostry m  spoj rzeniem ,

że  Stark  naty chm iast  się  wy prostował.  Człowiek  ten  odłączy ł  się  od  kolej ki,  ignoruj ąc  krzy ki
strażników,  i  zrobił  kilka  wy j ątkowo  niezdarny ch  kroków,  by   stanąć  przed  Ethanem   i  oddać  m u

background image

spręży sty  salut.

Stark  odpowiedział  m u  równie  profesj onalny m   gestem ,  taką  przy naj m niej   m iał

nadziej ę.

– Czy  m y  się znam y ?
–  Nie.  Nie  znam y   się,  sierżancie  Stark.  Ale  m ój   sy n  m iał  zaszczy t  służy ć  w

pańskiej  druży nie przez kilka lat. Często wspom inał o pańskich talentach dowódczy ch.

– Pański sy n? – Twarz tego człowieka, j ego m aniery zm , ostrożnie dobierane słowa

nagle stały  się j akoś znaj om e. – Szeregowiec Mendoza. Pan j est j ego oj cem .

– Zgadza się.
Stark uśm iechnął się szeroko.
–  Powinienem   raczej   powiedzieć:  „poruczniku  Mendoza”.  Cholernie  się  cieszę,  że

m ogę pana poznać, sir.

– Nie wiedziałem , że m ój  sy n wspom inał panu o m nie.
Trudno  by ło  powiedzieć,  j ak  naprawdę  stary   Mendoza  zareagował  na  tę

inform acj ę. Podobnie j ak sy n potrafił m askować uczucia.

–  Ty lko  raz.  To  dobry   żołnierz.  Pana  sy n  m a  się  dobrze,  poruczniku.  Odniósł

powierzchowne rany  podczas ostatniej  bitwy, nawet nie m usiał zej ść z posterunku.

–  Dziękuj ę  za  dobre  wieści.  Jestem   j uż  na  em ery turze,  o  czy m   pan  chy ba  wie,

sierżancie. Wy starczy  zatem  pan, nie porucznik Mendoza.

– Przepraszam . Z tego, co sły szałem , by ł pan znakom ity m  oficerem , więc pozwolę

sobie  ty tułować  pana  porucznikiem .  –  Stark  dostrzegł  Rey nolds  m aszeruj ącą  wzdłuż  kolej ki
przy by ły ch. – Hej , Vic, m am y  tutaj  oj ca Mendo. To porucznik Mendoza.

Rey nolds zasalutowała autom aty cznie.
– Miło m i pana poznać, sir.
Stary  Mendoza uśm iechnął się zagadkowo.
–  Sły szałem   o  totalny m   braku  dy scy pliny   na  Księży cu.  Ty m   dziwniej   się  czuj ę,

widząc tak żołnierskie zachowania.

– A czego się pan spodziewał? – zapy tała nieco wy zy waj ący m  tonem  Vic.
–  Polity cy   ostrzegali  m nie,  że  oficer,  nawet  em ery towany,  m oże  zostać  tutaj

zlinczowany  przez oszalałą tłuszczę.

– Na Księży cu nie da się zlinczować człowieka – wtrącił Stark z ironią w głosie. –

Ciążenie  j est  zby t  m ałe.  Wisielec  wy zy wałby   wieszaj ący ch  godzinam i,  wy starczy   napiąć
m ięśnie karku, by  skom pensować nacisk pętli i oddy chać norm alnie. Uduszenie j est m ożliwe ty lko
wtedy,  gdy   człowiek  straci  wszy stkie  siły.  Dotąd  nie  próbowaliśm y   podobny ch  m etod  karania  –
dodał pospiesznie, widząc zdziwione spoj rzenie porucznika Mendozy. – Czasam i ktoś chce popełnić
sam obój stwo  w  taki  sposób,  ale  j eszcze  nikom u  się  nie  udało.  Chłopcy   naj pierw  szy dzą  sobie  z
takich nieudaczników, gdy  ich znaj duj ą, a dopiero potem  odcinaj ą.

–  Rozum iem .  Widzę,  że  m uszę  się  sporo  nauczy ć  o  tutej szy m   środowisku

naturalny m , ale woj o, j ak widzę, j est takie sam o j ak na Ziem i.

– Przy j m uj ę to za kom plem ent. – Stark uśm iechnął się. – Chciałby m  porozm awiać

z panem , sir, j ak j uż się pan tutaj  zadom owi i spotka z sy nem . My ślę, że j eśli przy pom ina pan go
choć trochę, m ógłby  m i pan pom óc w zrozum ieniu kilku problem ów.

– Oczy wiście. – Porucznik Mendoza zasalutował raz j eszcze, a potem  obrócił się i

spokoj nie wrócił do kolej ki nowo przy by ły ch.

Stark zerknął na Rey nolds.
– A to ci niespodzianka. Co cię przy gnało na kosm odrom ? Oczekuj esz kogoś?
Vic wzruszy ła ram ionam i, em anuj ąc oboj ętnością.

background image

– Nigdy  nie wiadom o, czy  nie zobaczy  się znaj om ej  twarzy. – Obróciła głowę w

kierunku szpaleru wy j eżdżaj ący ch. – Na przy kład oficerów.

–  Tak.  Generał  Meecham   i  j ego  przy dupasy   trafili  na  pokład  pierwszego

wahadłowca. Wątpię, aby  kiedy kolwiek wrócili na Księży c.

– Jaka  szkoda –  rzuciła absolutnie  nieszczery m  tonem .  – Zdąży łeś  powiedzieć  m u

„do widzenia”?

–  Co  to,  to  nie.  Powiedziałem   m u  wszy stko,  co  chciałem ,  podczas  pierwszego

spotkania. Uśm iechnęła się, ale bez rozbawienia.

–  Z  tego,  co  zrozum iałam ,  następna  fala  wahadłowców  przy leci  po  m ałpoludy   z

trzeciej  dy wizj i, które wolą wracać do dom u, niż siedzieć tutaj  z nam i.

–  Wiem .  –  Rash,  życzę  ci  spokojnego  lotu,  kolego.  Będzie  mi  ciebie  brakowało  i

mam  nadzieję,  że  nie  wrócisz  tu  nigdy.  Ileż  to  czasu  minęło  od  czasu,  gdy  siedzieliśmy  za  jakimś
głazem  jako  dwaj  szeregowcy,  na  których  przeciwnik  próbował  sprawdzić  odporność  nowych
pancerzy? Albo od tamtej pamiętnej bójki w barze, po której goniła nas połowa miasta? Człowieku,
to prawdziwy szmat czasu. Jeśli wrócisz tutaj, to będziesz walczył w szeregach armii, która spróbuje
nas pokonać. Rash, bracie, nie wracaj, żeby nie wiem co. – Ilu zdecy dowało się na wy pad?

– Chodzi ci o to, ilu żołnierzy  trzeciej  dy wizj i woli wrócić do dom u, zam iast tkwić

tutaj  z nam i? Jakieś dwie trzecie ocalały ch... – um ilkła, ale na j ej  twarzy  nie by ło widać śladów
niepokoj u. – Czy li całkiem  niewielka liczba, j eśli m am  by ć szczera.

Dwie  trzecie?  Dwie  trzecie  z  ilu?  Nadal  nie  zam knięto  listy   ofiar  poronionej

ofensy wy  Meecham a. O wiele łatwiej  by ło zliczy ć ty ch żołnierzy  trzeciej , którzy  przeży li. To nie
powinno  odby wać  się  w  taki  sposób.  Nikt  nie  m iał  prawa  posy łać  tej   dy wizj i  na  nienaruszone
um ocnienia wroga. Zwłaszcza że j eszcze nigdy  żadna bitwa nie przebiegła po m y śli generałów.

– Dlaczego oni tam  wracaj ą? – zapy tał Stark, zniżaj ąc głos. – Po ty m  wszy stkim ,

co im  zrobiono?

– Nie wiń ich za to, Ethan. To nie są księży cowi weterani. Nadal pam iętaj ą, gdzie

j est ich dom . Poza ty m  wciąż są w szoku po ty m , j ak Meecham  wy słał ich na tę rzeź, więc robią,
co m ogą, by  wy dostać się z m iej sca, które im  o niej  bez przerwy  przy pom ina.

Stark zm usił się do krzy wego półuśm ieszku.
– Nie ty lko oni m aj ą teraz nam ieszane w głowach. Ja ich nie winię, Vic. Wszy scy

dokonuj em y  wy borów. A j a nie zam ierzam  nikom u udowadniać, że m ój  j est naj właściwszy.

– Na razie tego nie robisz. – Skinęła głową w kierunku kolej ki przy by ły ch. – Widzę

kolej nego gościa, który  wziął cię na cel. Jesteś dzisiaj  wy j ątkowo popularny.

– Takie m oj e szczęście. – Stark spoglądał na zbliżaj ącego się do niego m ężczy znę,

nierówny  krok świadczy ł, że on także trafił tu po raz pierwszy, ale w j ego wy glądzie by ło także coś
j akby  znaj om ego. Nigdy wcześniej nie spotkałem tego faceta, dlaczego więc wydaje mi się taki...
swój?

Mężczy zna, kilka lat m łodszy  od Starka, zasalutował z zapałem .
– Szeregowy  Grant Stein m elduj e się do służby.
–  Stein?  –  Ledwie  rozpoznawalna  twarz  nagle  znalazła  swoj ego  odpowiednika  w

m orzu dawny ch wspom nień. Stark z trudem  zachował oboj ętność, a by ło to ty m  trudniej sze, że
czuł na sobie także palące spoj rzenie Vic, która obserwowała j ego i przy by sza. – Jesteś krewny m
Kate Stein? Kapral Kate Stein?

– Zgadza się, j estem  j ej  m łodszy m  bratem .
Ethan z trudem  przełknął ślinę, szok zby t m ocno ścisnął m u krtań.
– Nie wiedziałem , że m iała... Jesteś o wiele m łodszy, niż ona, gdy...
–  By łem   j eszcze  dzieckiem ,  gdy   ona...  poległa  na  Wzgórzu  Pattersona.  Może

background image

opowie  m i  pan  o  ty m   kiedy ś,  sierżancie?  –  Uśm iech  na  j ego  twarzy   zastąpiło  wsty dliwe
zaciekawienie.

–  No  tak,  zazwy czaj   nie...  –  Stark  potrząsnął  głową,  czuł  się  wy trącony   z

równowagi  em ocj onalnej ,  wściekły   i  zdezorientowany.  Stracił  zdolność  j asnego  m y ślenia.  –
Jakim   cudem   pozwolono  ci  tutaj   przy lecieć?  Wy m iana  m iała  doty czy ć  wy łącznie  członków
naszy ch rodzin.

Stein  znów  się  wy szczerzy ł,  a  w  ty m   gry m asie  by ło  bardzo  wiele  z  j ego

nieży j ącej  j uż siostry.

–  Wy m ianą  zarządzała  cy wilbanda.  Wy starczy ła  niewielka  łapóweczka  i  ktoś

wpisał m i do akt pokrewieństwo z żołnierzem  stacj onuj ący m  na Księży cu. Łatwizna.

– Łatwizna? – wtrąciła ostro Vic. – Jesteście szeregowcem ? Żołnierzem  istniej ącej

j ednostki,  a  m im o  to  przy lecieliście  tutaj ?  Rząd  nie  pozwoliłby   na  coś  takiego  bez  względu  na
stopień pokrewieństwa.

–  Nie  j estem   j edy ny   –  zaprotestował  Stein.  –  Nie  wiem ,  dlaczego  rząd  zezwolił

nam  na wy lot, ale spotkałem  j uż z pół tuzina ludzi takich j ak j a.

–  To  dziwne.  –  Vic  spoglądała  na  Starka,  gdy   wy powiadała  słowa  kierowane  bez

cienia wątpliwości do m łodego Steina. – Dlaczego wy sy łaj ą nam  uzupełnienia?

W j ej  tonie by ło coś niepokoj ącego.
–  Skąd  m am   wiedzieć?  Większość  członków  naszy ch  rodzin  to  em ery towani

woj skowi.  Ich  także  m ożna  uważać  za  coś  w  rodzaj u  uzupełnień.  Może  nie  nadaj ący ch  się  do
walki na pierwszej  linii, ale m im o wszy stko żołnierzy  zdolny ch do prowadzenia działań boj owy ch.

Rey nolds przy gry zła dolną wargę, a potem  skinęła niechętnie głową.
–  To  prawda.  Witam y   na  Księży cu,  szeregowy   Stein.  Jestem   pewna,  że  sierżant

Stark będzie m iał wam  wiele do powiedzenia. – Zasalutowała Ethanowi z niezwy kłą powagą. – Za
pozwoleniem , sir, m uszę wracać do papierkowej  roboty.

– Oczy wiście. – Stark odpowiedział salutem , posy łaj ąc j ej  py taj ące spoj rzenie, ale

ty lko skinęła m u głową i oddaliła się.

– To pana przy j aciółka? – zapy tał szeregowy  Stein oboj ętny m  tonem .
– Tak. I to naprawdę dobra. – Stark skupił się ponownie na człowieku, którego twarz

m iała w sobie coś znaj om ego, ale dawno j uż utraconego. – Rozgość się, zalicz wszy stkie spotkania
wprowadzaj ące, a potem  zadzwoń do m nie. Opowiem  ci, co wiem  o twoj ej  siostrze.

–  Będę  wdzięczny.  Dziękuj ę.  –  Szeregowiec  Stein  prom ieniał  szczęściem .

Wy pręży ł się w salucie, a potem  wrócił do szeregu nowo przy by łego personelu.

Nie  spodziewałem  się,  że  spotkam  tutaj  brata  Kate.  Stark  poczuł  zim ny   dreszcz.

Każdej  nocy  przeży wał na nowo tę dawno przegraną bitwę. Każdej  nocy  przeży wał śm ierć Kate
Stein  i  pozostały ch  towarzy szy   broni.  A  teraz  Grant  Stein  przeniósł  ten  koszm ar  także  na  j awę.
Dlaczego teraz? I co to może znaczyć?  Nagle  uj rzał  oczam i  wy obraźni  Vic  m ówiącą:  „Może  to
wszy stko m usiało się wy darzy ć, by ś m ógł spotkać prawdziwego m łodszego brata Kate?”.

Może.

Stark  spoglądał  w  naj bliższe  okno  z  lekkim   niepokoj em .  Czuł  się  cokolwiek

niepewnie,  choć  zastosowano  tutaj   bardzo  grube  sy ntety czne  „szkło”,  a  obok  poły skiwała  rączka

background image

awary j nego  sy stem u  zam y kania  osłon.  Maj ąc  w  pam ięci  bezkresną  pustkę  na  zewnątrz,
przestawał zachwy cać się m artwy m  kraj obrazem  m alowany m  wszy stkim i odcieniam i szarości.
Daleko po lewej  widział pły tę kosm odrom u – wielką równinę oczy szczoną ogrom ny m  kosztem  z
każdej  drobinki  py łu. Stały   na niej   teraz przy sadziste  wahadłowce ustawione  pośrodku  czarny ch
kręgów  punktów  startowy ch.  Rękawy   przy warły   do  ich  włazów  niczy m   podnawki  do  rekinów,
łącząc ich wnętrza z halą odlotów kolonii.

Ethan  rzucił  raz  j eszcze  okiem   na  ten  widok,  zaintry gowany   nim   pom im o  wielu

wcześniej szy ch  doświadczeń.  Gdy   przeby wał  na  zewnątrz,  wielokrotnie  widział  wieże  kolonii
zbudowane z księży cowego kam ienia, lecz nigdy  j eszcze nie by ł w żadnej  z nich.

– Dlaczego tu przy szliśm y ?
Stacey  Yurivan wskazała głową zam knięte drzwi.
– Spotkałam  dowódcę wahadłowca, który  chciał rozm awiać, ale ty lko gdzieś blisko

kosm odrom u.

– Pilot wahadłowca chce z nam i rozm awiać? Korporacy j ny  czy  rządowy ?
–  Ani  to,  ani  tam to.  Nasi  dawni  przełożeni  tak  bardzo  chcieli  ściągnąć  ty ch

oficerów, że wy naj ęli kilka zagraniczny ch m aszy n, aby  operacj a m ogła się zakończy ć za j edny m
zam achem .

–  Ciekawe,  o  czy m   chce  m ówić?  –  wtrąciła  Rey nolds.  Stała  w  narożniku

pom ieszczenia, dalej  od okna niż Stark. – Oficerowie z pierwszej  tury  powinni by ć j uż na Ziem i, a
j estem  pewna, że przesłuchiwano ich podczas całego rej su.

–  Tego  akurat  m ożem y   by ć  pewni  –  zgodził  się  Stark.  –  W  pierwszej   turze

znaj dowali się wszy scy  naj wy żsi dowódcy. Chciałby m  m óc posłuchać tego, co m ówili, gdy  j uż
poczuli się wolni. W drugiej  turze m am y  prawie wy łącznie m łodszy ch oficerów?

– Prawie. A j ak słusznie zauważy ła Stacey, ty m  razem  przy leciało po nich więcej

wahadłowców.  My   i  tak  będziem y   potrzebowali  j eszcze  j ednej   tury,  by   przewieźć  wszy stkich
chętny ch do ewakuacj i, zwłaszcza j eśli wliczy m y  w tę operacj ę żołnierzy  z trzeciej  dy wizj i. Co
ten facet m oże wiedzieć, Stacey ?

Yurivan wzruszy ła teatralnie ram ionam i.
–  Może  coś  o  sy tuacj i  na  Ziem i.  Dom y ślam   się  j ednak,  że  to  będzie  coś  bardzo

interesuj ącego, zwłaszcza dla was.

– W takim  razie nie m ogę się j uż doczekać – burknął Stark. – Zaprosiłaś też kogoś z

cy wilbandy ?

– Czy  to naprawdę konieczne?
– Owszem . Wy starczy  na przy kład Cam pbell i j ego główna doradczy ni.
Rey nolds poparła go skinieniem  głowy.
–  Zasłuży li  na  to,  by   tu  by ć.  To  dzięki  nim   ta  wy m iana  doszła  do  skutku.  –  Gdy

Yurivan  zabrała  się  do  dzwonienia,  Vic  spoj rzała  na  Starka.  –  Ciekawe,  co  o  nas  m ówią  tam ,  w
dom u.

– Dowiem y  się za kilka m inut, niem niej  na pewno nie będzie to nic dobrego.
Rey nolds zam y śliła się głęboko.
–  Przedstawiaj ą  nas  na  pewno  j ako  ostatnich  degeneratów.  Ty   j esteś  na  bank

opoj em   i  sam ozwańczy m   watażką.  –  Zerknęła  na  Starka.  –  Co  wcale  nie  odbiega  tak  daleko  od
prawdy.

– Bardzo zabawne. W takim  razie ty  m usisz by ć kim  w rodzaj u cesarzowej  dziwek

Księży ca.

– Tak sądzisz? Zawsze chciałam  by ć cesarzową dziwek. Może poprawią m i figurę,

j ak będą fałszowali przekazy  wideo.

background image

– Twoj a figura nie wy m aga żadny ch poprawek.
–  I  kto  to  m ówi  –  wy buchła  głośny m   śm iechem .  –  Śliniłby ś  się  do  m nie,  nawet

gdy by m  nosiła bez przerwy  pełen pancerz.

–  Tak.  Właśnie.  Pancerz  boj owy.  Uwielbiam   kobiety   wy glądaj ące  j ak  gory le

naszpikowane  horm onam i  na  wzrost  m ięśni  i  z  wielkim i  głowam i.  Cy wilbanda  j uż  tu  idzie,
Stacey ?

– Tak. – Yurivan podeszła do torby  leżącej  na posadzce, pogrzebała w niej  i wy j ęła

butelkę wy pełnioną ciem ny m  pły nem .

– Co to j est? – zapy tał Stark.
Szefowa służby  bezpieczeństwa uśm iechnęła się.
–  Łapówka,  a  zarazem   coś,  co  powinno  rozwiązać  j ęzy k  naszem u  dowódcy

wahadłowca.

– Rum  – zauważy ła Rey nolds – i to dobry. Skąd go m asz, Stacey ?
– Z zapasów klubu oficerskiego.
– Nie wiedziałam , że m asz dostęp do zapasów klubu oficerskiego. Sierżant Gordasa

nigdy  m i o ty m  nie wspom inał.

Yurivan zby ła j ą wzruszeniem  ram ion.
– Może dlatego, że nie zaprzątałam  m u głowy  takim i pierdołam i. Sam i wiecie, j ak

j est zaj ęty.

–  Mhm   –  m ruknęła  Vic,  uśm iechaj ąc  się  złośliwie.  –  Teraz  będzie  m iał  j eszcze

więcej  zaj ęć, skoro doj dzie m u j eszcze pełna inwentary zacj a ty ch zapasów.

– A co m nie to... – Stacey  ustawiła ostrożnie butelkę i szklaneczkę na blacie stolika

um ieszczonego wraz z j edny m  krzesłem  w rogu pom ieszczenia.

– Cy wilbanda powinna j uż docierać na m iej sce. Zaj m ę się nim i i ty m  gościem  z

wahadłowca.

Kilka m inut później  Jam es Plant, licencj onowany  pilot, siedział wy godnie rozparty

na krześle i popij ał rum  z błogim  uśm iechem .

–  Znakom ity,  aczkolwiek  j ego  sm ak  potęguj e  fakt,  że  to  niezwy kle  rzadki  trunek.

Mało  kto  m iał  okazj ę  pić  rum ,  który   dotarł  aż  tak  daleko  od  Karaibów.  To  butelka  z  pry watny ch
zapasów głównodowodzącego, j ak m niem am ?

–  Nie,  z  m agazy nu  klubu  oficerskiego,  aczkolwiek  nie  da  się  wy kluczy ć,  że

trzy m ano tam  także pry watny  konty ngent generałów.

– Teraz rozum iem  dlaczego. – Plant pociągnął kolej ny  ły k. – Co chcecie wiedzieć?
– Dlaczego uważa pan, że chcem y  coś wiedzieć?
– Może dlatego, że nie j estem  głupcem . Nie znam  zby t wielu taj em nic, niem niej

nie  m uszę  by ć  loj alny   wobec  waszy ch  przełożony ch.  Wy naj ęto  m nie  do  j ednorazowej   roboty.
Mam  też niewiele czasu, więc skończm y  te gierki i py taj cie o wszy stko, co chcecie wiedzieć.

Stacey  Yurivan skinęła nonszalancko głową.
– Co ci powiedzieli o sy tuacj i tutaj ?
Plant napił się j eszcze raz z rozm arzoną m iną.
–  Prawdę  m ówiąc,  niewiele.  A  j uż  na  pewno  za  m ało,  żeby   zadowolić  ty ch,

który ch to interesuj e, czy li prawie każdego. Na początku inform owano nas o blokadzie ze względu
na  działania  wroga.  Potem   przekazano  wiadom ość,  że  z  powodu  wy j ątkowo  silnej   burzy
m agnety cznej  na Słońcu utracono łączność z kolonią. Ale w to j uż nikt nie uwierzy ł. Dopiero kilka
dni  później   oficj alne  źródła  am ery kańskie  przy znały,  że  doszło  do  złam ania  prawa  i  do  buntu
inspirowanego  przez  nieznany ch  prowody rów  będący ch  w  rzeczy wistości  przestępcam i  na
żołdzie obcokraj owców.

background image

– To nieprawda. A co m ówią o Starku i reszcie przy wódców buntu?
– Prawie nic. – Kom andor Plant rozłoży ł ręce. – Według wersj i oficj alnej  panuj e

tutaj   kom pletna  anarchia.  Przez  j akiś  czas  rozpowszechniano  też  inform acj ę,  że  tłuszcza  zabiła
zarządcę  Cam pbella,  a  reszta  prawowity ch  władz  kolonii  m usi  się  ukry wać,  ponieważ  im   także
grozi podobny  los.

– Wy gląda pan całkiem  nieźle j ak na trupa – zauważy ł Stark, kieruj ąc te słowa do

Cam pbella.

Zarządca uśm iechnął się ty lko, pozwalaj ąc Plantowi na konty nuowanie opowieści.
–  Niestety,  podczas  negocj acj i  okazało  się,  że  pan  Cam pbell  ży j e,  więc  rząd

naty chm iast zm ienił pły tę i zaprzestał szerzenia podobny ch plotek.

– Miło m i to sły szeć – m ruknął ironicznie zarządca kolonii.
–  Dziękuj ę.  Niestety,  m uszę  pana  poinform ować,  że  długotrwałe  przeby wanie  w

zam knięty ch  pom ieszczeniach  przy   niskiej   grawitacj i  odbiło  się  fatalnie  na  stanie  pańskiej
psy chiki.

– Rozum iem . Bawim y  się w „m am  dla pana dobrą i złą wiadom ość”.
Plant  skinął  głową,  pociągnął  kolej ny   ły k  rum u,  a  na  koniec  sięgnął  do  kieszeni

kom binezonu.

–  Mam   tutaj   nagranie,  które  m oże  was  zainteresować.  –  Dowódca  wahadłowca

powiększy ł  wy świetlacz  swoj ego  kom unikatora  i  skierował  go  w  stronę  rozm ówców.  –  To  kopia
transm isj i  rozpowszechnianej   przez  wasz  rząd.  Może  by ć  cenna  ze  względów,  które  przy bliżę  za
m om ent. – Nacisnął klawisz, włączaj ąc wizj ę.

Na  wy świetlaczu  poj awiła  się  grupka  m ężczy zn  i  kobiet  w  brudny ch  podarty ch

m undurach, która strzelała na oślep krótkim i seriam i, a w przerwach popij ała z flaszek wszelkiego
koloru i kształtu. Obraz drgał nieustannie, j akby  niewidoczny  operator trząsł się ze strachu.

–  Wy glądaj ą,  j akby   się  nie  golili  ani  nie  kąpali  od  kilku  m iesięcy   –  rzuciła

rozbawiona Yurivan. – To chy ba ludzie z kom panii zwiadu.

Jeden z  żołnierzy  stanął  przed drzwiam i  i otworzy ł  j e silny m   kopnięciem .  Zniknął

na  m om ent  we  wnętrzu  budy nku,  a  gdy   poj awił  się  znowu  w  polu  widzenia,  ciągnął  za  sobą
wrzeszczącą zapłakaną kobietę.

– A to co m a by ć? – zdziwił się Stark.
–  Ty   –  odpowiedział  m u  Plant.  –  A  raczej   wy.  Jeśli  wierzy ć  narratorowi,  pewien

niezidenty fikowany,  ale  z  pewnością  obłąkany   renegat  ustanowił  się  sam ozwańczo  przy wódcą
pozbawiony ch kontroli zbuntowany ch oddziałów. To natom iast j est nakręcony  ukry tą kam erą film ,
na który m  widać, j ak sługusy  watażki pory waj ą kolej ną niewinną kobietę do j ego harem u.

– Jaj a sobie robisz – powiedziała rozbawiona Vic. – Patrz uważnie, Ethan, to m oże

by ć odpowiedni sposób na zdoby cie kobiety.

–  Bardzo  zabawne  –  żachnął  się  Stark.  –  Z  tego,  co  widzę,  obaj   z  Cam pbellem

j esteśm y  psy chicznie niezrównoważeni i obłąkani.

Żołnierze na wy świetlaczu ciągnęli za sobą szam oczącą się kobiecinę, okładaj ąc j ą

kolbam i. Nagle z wciąż otwarty ch drzwi wy biegła j akaś postać: dziecko, które nie chciało opuścić
m atki. Jeden z oprawców, uśm iechaj ąc się paskudnie, odkopnął j e, a potem  uniósł broń.

– Hej  – zaczęła Vic, nagle poważniej ąc.
Zanim   zdąży ła  coś  dodać,  z  kom unikatora  dobiegł  terkot  krótkiej   serii  i  m aleńkie

ciało poleciało w ty ł, by  znieruchom ieć w kałuży  krwi na środku ulicy.

– To przestało by ć zabawne – burknęła Stacey  Yurivan. – To po prostu chore. Czy

ty lko j a zauważy łam , że te m ałpoludy  poruszaj ą się, j akby  podlegały  ziem skiej  grawitacj i?

–  Nie.  –  Stark  wpatry wał  się  z  wściekłością  w  pusty   j uż  wy świetlacz.  –  Mogli

background image

podrobić ty ch pseudożołnierzy, ale z grawitacj ą nie poszło im  j uż tak łatwo. Chciałby m  dostać w
swoj e łapy  autorów tego film iku, pokazałby m  im , co to prawdziwa przem oc.

– Nie przej m uj cie się ty m  aż tak bardzo – poradził im  kom andor Plant, chowaj ąc

kom unikator do kieszeni. – Sporo ludzi na Ziem i zauważy ło problem  z grawitacj ą. To bardzo głupi
błąd wy nikaj ący  z pośpiechu, w j akim  realizowano ten film ik. Rząd naty chm iast zareagował na te
zarzuty,  twierdząc,  że  pokazano  rekonstrukcj ę  tego  wy darzenia,  ale  m ało  kto  wierzy ł  w  takie
tłum aczenia.  Dlatego  próbowano  potem   usunąć  wszy stkie  kopie  tego  nagrania,  co  by ło  równie
czasochłonne, j ak bezcelowe.

–  Sądzisz,  że  nasz  rząd  nauczy ł  się  j uż  tak  kłam ać?  –  zapy tała  gniewny m   tonem

Rey nolds. – Czy  nikt tam  na dole nie zadał sobie trudu, by  zidenty fikować przy wódców buntu? –
Plant pokręcił głową.

– Aż dziw, że tego nie zrobiono. Mogliby  nazwać zło po im ieniu, gdy by  to wiedzieli.
– Niekoniecznie – zaprotestował Plant. – Jeśli się zastanowisz, doj dziesz do wniosku,

że każdy  przy wódca m oże by ć obiektem  nienawiści albo uwielbienia. Rządzący  uznali, że istniej e
spore  niebezpieczeństwo,  iż  ludzie  obdarzą  buntownika  ty m   drugim   uczuciem ,  j eśli  nada  m u  się
konkretne nazwisko i pokaże j ego twarz.

– Uważaj ą nas za aż tak wielkich? – pry chnął z rozbawieniem  Stark.
–  Nie,  raczej   dotarło  do  nich,  j ak  sam i  niewiele  znaczą  w  ty m   konflikcie.

Zary zy kowaliście  wszy stkim ,  ży ciem   i  karieram i,  by   ratować  towarzy szy   broni,  zrobiliście  to
naprawdę,  nie  udaj ąc  i  nie  kry j ąc  się  za  plecam i  inny ch.  Rozum iecie?  Jesteście  m oralny m
przeciwieństwem   przy wódców  waszego  kraj u.  Jak  widać,  nie  trzeba  by ć  olbrzy m em ,  by
wy różnić się w tłum ie karłów.

Stark spuścił wzrok, wy raźnie zm ieszany  słowam i Planta. Poczuł ulgę pozwalaj ącą

m u na podniesienie głowy, dopiero gdy  przem ówił Cam pbell.

– Co j eszcze się stało? Czy  wy darzenia u nas m iały  j akieś przełożenie na sy tuacj ę

na Ziem i?

–  No  tak.  Przełożenie.  –  Wy dawać  się  m ogło,  że  to  określenie  bawi  pilota.  –

Pom y ślm y.  Utrata  dochodów  z  inwesty cj i  na  Księży cu  zm usiła  wiele  korporacj i  do  ogłoszenia
znacznie  m niej szy ch  przewidy wany ch  zy sków.  Istniej e  nawet  ry zy ko  całkowitego  przepadku
zainwestowany ch tutaj  pieniędzy. Giełdy  poszły  więc w dół, czem u nie m a się co dziwić, ciągnąc
za sobą całą resztę ry nków. Tak zwany  szary  oby watel, z tego co m i m ówiono, zaczy na się bać, a
ponieważ  am ery kańska  gospodarka  opiera  się  głównie  na  usługach,  które  nie  są  niezbędne  do
przeży cia, ludzie przestaj ą z nich korzy stać.

Sarafina zm ruży ła na m om ent oczy.
– Spowodowaliśm y  recesj ę?
–  Na  to  wy gląda.  Wasz  rząd  podj ął  całą  serię  działań  m aj ący ch  na  celu  wzrost

zaufania, ale tak znienawidzona władza nie m a j uż szans na poprawę wizerunku.

Cam pbell przy taknął ty m  słowom , m ierząc pilota uważny m  spoj rzeniem .
– A co z inny m i kraj am i, na przy kład z pańskim ? Co u was się m ówi?
– Co u nas się m ówi? – Plant zastanawiał się nad tą kwestią przez dłuższą chwilę. –

My   czekam y.  Am ery ka  j est  zby t  potężna.  Chcem y   wiedzieć,  j ak  rozwinie  się  sy tuacj a.  Czy
zdołacie wy trzy m ać naciski z własnego kraj u, walcząc j ednocześnie z koalicj ą, która od kilku lat
próbuj e was stąd przegonić.

Stark uśm iechnął się w sposób, który  nie m iał nic wspólnego z wesołością, unosząc

m inim alnie kąciki ust.

–  Właśnie  utarliśm y   nosa  siłom   koalicj i,  i  to  do  krwi,  nie  m ówiąc  j uż  o  kilku

podbity ch oczach. Od tam tej  pory  zrobiło się znacznie spokoj niej  w tej  okolicy.

background image

–  Rozum iem .  Docierały   do  nas  plotki  na  ten  tem at,  ale  oficj alne  kanały

cenzurowały   wszy stkie  przekazy.  Nie  ty lko  wasz  rząd  kontroluj e  wiedzę  przekazy waną
oby watelom .  –  Plant  zerknął  na  zdobiący   j ego  nadgarstek  chronom etr,  który   zaczął  właśnie
ćwierkać niecierpliwie. – Obawiam  się, że to by  by ło na ty le. – Spoj rzał z żalem  na butelkę rum u.
– Niestety, podlegam y  takim  sam y m  ry gorom  celny m  j ak każdy  inny  statek powietrzny, m im o
że  to  rząd  j est  naj em cą  naszy ch  j ednostek.  Uprzedzono  nas  z  góry,  że  każda  próba  przem y tu
zostanie surowo ukarana.

– Alkohol nie j est traktowany  j ak kontrabanda – zauważy ła Yurivan.
Plant wzruszy ł ram ionam i.
–  Zdaniem   waszego  rządu  każdy   przedm iot  pochodzący   z  tej   kolonii  łapie  się  do

kategorii przem y cany ch, przy naj m niej  do czasu rozwiązania kry zy su.

–  Czy   to  prawda?  –  Stacey   wy szczerzy ła  zęby   do  swoich  kom panów.  –  Zatem

każdy  towar od nas będzie wart wielokrotnie więcej  niż zazwy czaj .

– Na to wy gląda. Widzę, że m asz kupieckie podej ście do takich spraw.
–  Przy lecicie  tutaj   raz  j eszcze,  a  blokada  nigdy   nie  będzie  zby t  szczelna.  Zy ski  z

takiej  operacj i m ogą by ć... ogrom ne.

–  Też  tak  m y ślę.  Będę  m iał  to  na  uwadze  i  zadbam ,  aby   m oi  przełożeni  także

dowiedzieli się o twoj ej  ofercie. – Kom andor Plant wstał, ukłonił się każdem u z obecny ch, gdy  i
oni podnieśli się z krzeseł. – Dziękuj ę za tak gościnne przy j ęcie.

Patrzy li  w  ślad  za  nim ,  gdy   wy chodził  odprowadzany   przez  Stacey   Yurivan,  a

potem  usiedli znowu, by  przez dłuższą chwilę trawić w m ilczeniu zasły szane inform acj e. W końcu
Vic obróciła się do Starka, potrząsaj ąc m ocno głową.

– Przewróciłeś cholernie wiele kostek dom ina, Ethan.
– Ja ty lko powstrzy m ałem  niepotrzebną rzeź – zaprotestował. – Próbowałem  zrobić

coś dobrego i ocalić ludzkie ży cie.

–  Przecież  m ówię.  –  Vic  także  ruszy ła  w  stronę  drzwi,  m achaj ąc  ręką  do

Cam pbella,  Sarafiny   i  Starka.  –  Pozwolą  państwo,  że  udam   się  na  zasłużony   odpoczy nek,  nie
chciałaby m  popaść w obłęd j ak nasi przy wódcy.

– Wy daj e m i się – odparł zarządca kolonii z przesadną wy niosłością – że w stosunku

do m oj ej  osoby  uży to określenia niezrównoważony  psy chicznie, nie obłąkany.

– To prawda. Przepraszam . Ethan, m asz w grafiku kolej ne spotkanie, i to za niecałą

godzinę.

– Spotkanie? – Stark zerwał się z m iej sca. – Jakie spotkanie?
– To pry watne. Nie pam iętasz?
Skrzy wił się.
– Tak, tak. Pam iętam . Chy ba m uszę się zbierać.

Grant Stein stał przy  główny m  posterunku w kory tarzu prowadzący m  do kwatery

głównej . Gdy  Stark podchodził do niego, szczerzy ł się j ak przy  pierwszy m  spotkaniu.

– Przy szedłeś wcześniej , j ak widzę. Chodźm y.
Nieco  ty lko  m łodszy   m ężczy zna  trzy m ał  się  w  ty le,  gdy   Ethan  prowadził  go  do

swoj ej  kwatery, dopóki ten pom y sł nie wy dał m u się niewłaściwy. Powinniśmy usiąść w bardziej

background image

neutralnym miejscu. I spokojnym, w którym nikt nie będzie nam przeszkadzał. Chyba wiem, gdzie je
znajdę. Minął drzwi prowadzące do j ego pokoj u i zaprowadził Steina w głąb kory tarzy, tam  gdzie
zaczy nały  się drewniane panele naścienne. Za podwój ny m  skrzy dłam i wielkich wrót m ieścił się
apartam ent generała dowodzącego operacj ą na Księży cu.

Stein rozej rzał się ciekawie po luksusowy m  wnętrzu, gdy  ty lko weszli.
– Niezła nora. Idę o zakład, że nieźle się tu urzęduj e.
–  Nie  m am   zby t  wiele  wolnego  czasu  –  odparł  ostrożnie  Stark.  –  Siadaj .  Chcesz

czegoś? Na przy kład kawy ?

– Nie, dziękuj ę, sierżancie, a m oże raczej  kom endancie.
–  Mnie  to  oboj ętne.  Ty tuły   nie  są  tak  ważne  j ak  uży waj ący   ich  ludzie.  –  Ethan

pom asował kark, a potem  uśm iechnął się blado. – Śm ieszna sprawa. Wiem  tak wiele o Kate, ale
nie  m am   bladego  poj ęcia,  co  ty   chciałby ś  usły szeć.  Dom y ślam   się,  że  powiedziano  ci  j uż
wszy stko o j ej  ostatniej  bitwie.

–  Chodzi  panu  o  Wzgórze  Pattersona?  –  Grant  pokręcił  głową.  –  Nie  znam   zby t

wielu szczegółów. To znaczy, m ało kto m ógł nam  powiedzieć coś konkretnego.

–  No  tak.  To  prawda.  Ty lko  kilku  z  nas  przeży ło.  –  Stark  usiadł  ostrożnie,

przy gry zaj ąc  wargę.  –  W  gruncie  rzeczy   chodziło  o  to,  że  nasz  oddział  został  wy słany,  by
nauczy ć  rozum u  paru  tuby lców,  którzy   nie  m ieli  wielkiej   ochoty   na  sprzedawanie  za  bezcen
swoich dóbr naturalny ch kom paniom  opłacaj ący m  polity ków. Wtedy  bez przerwy  uży wano nas
do  podobny ch  akcj i.  Okazało  się  j ednak,  że  m iej scowi  m aj ą  całkiem   sprawne  woj o,  ale  nasz
dowódca,  a  by ł  nim   zwy kły   pułkownik,  ponieważ  generał  został  z  resztą  bry gady,  uznał,  że
przej edziem y   się  po  nich  bez  większego  problem u.  I  pewnie  by   tak  by ło,  gdy by   nie  fakt,  że
tuby lcy  m ieli wsparcie z zagranicy, o czy m  dowiedzieliśm y  się zby t późno. Przeciwnik otrzy m ał
tony  doskonałej  broni, am unicj i, a nawet parę oddziałów regularnego woj ska. – Grant Stein kiwał
głową,  nic  nie  m ówiąc,  więc  Ethan  konty nuował  opowieść.  –  Nasz  pułkownik  nie  m ógł  tego  nie
zauważy ć, gdy  natknęliśm y  się na trzon sił wroga. Strzelano do nas z broni każdego kalibru, kule
nadlaty wały   z  wielu  stron,  a  on  dy sponował  zaledwie  dwiem a  kom paniam i,  m y   szliśm y   na
szpicy,  przed  całą  resztą  form acj i.  Podobno  chciał  dobrze  wy paść  w  prasie,  tak  przy naj m niej
sły szałem ,  dlatego  nie  pozwolił  nam   się  wy cofać,  m im o  że  by liśm y   z  dala  od  ewentualnego
wsparcia. Kazał nam  zaj ąć pozy cj e na otwartej  przestrzeni, przy puszczaj ąc zapewne, że z takiego
m iej sca  łatwiej   będzie  nas  ewakuować,  gdy by   przy szło  co  do  czego.  Lotnictwo  nie  zdołało  się
j ednak przebić. Wróg dy sponował zby t dużą ilością broni przeciwlotniczej , a m y  znaj dowaliśm y
się  za  daleko  od  naszy ch  baz.  Nie  m am   poj ęcia,  co  sobie  m y ślał  ten  idiota  pułkownik,  ale  przez
niego tkwiliśm y  tam  przez całą noc. Mieliśm y  pod sobą cienką warstwę ziem i spoczy waj ącą na
litej  skale, nie m ogliśm y  się więc nawet okopać. Leżeliśm y  po prostu w trawie, podczas gdy  nasi
oficerowie  odby wali  kolej ne  narady.  Potem   znów  zaczęto  nas  ostrzeliwać,  ty m   razem   ze
wszy stkich  stron.  Chwilę  później   dostaliśm y   wiadom ość,  że  łączność  z  dowództwem   została
skutecznie  zagłuszona.  Jakby   tego  nie  by ło  dość,  przeciwnik  unieszkodliwił  także  nasze
kom unikatory...

Stark m usiał przerwać, te wspom nienia znów napełniały  go paniczny m  lękiem .
–  Cały   ranek,  całe  popołudnie.  Nic,  ty lko  strzelali.  Z  karabinów  i  dział.  Z  rana

m ieliby śm y   j eszcze  szanse  na  przełam anie  pierścienia,  tak  m i  się  przy naj m niej   wy daj e.
Przebiliby śm y   się.  Oficerowie  kazali  nam   j ednak  siedzieć  na  dupie  i  czekać.  Nie  m am   bladego
poj ęcia,  j ak  długo  przetrwał  Patterson,  nie  wiem   nawet,  czy   nie  dostali  go  j eszcze  przed
południem .  Do  wieczora  poległo  zby t  wielu  naszy ch,  ale  wciąż  m usieliśm y   tam   siedzieć...  –
Ethan poczuł nagle ból, a gdy  spuścił wzrok na swoj e dłonie, zauważy ł że zaciska j e tak m ocno, iż
odpły nęła  z  nich  cała  krew.  Rozluźnienie  ich  przy szło  m u  z  niem ały m   trudem .  –  Nie  widziałem

background image

Kate przez większość dnia. Wszy scy  wokół leżeli ty lko w trawie i m odlili się pod nosem . Nikt nie
m ógł  się  ruszy ć,  przestaliśm y   nawet  opatry wać  ranny ch,  ponieważ  dawno  skończy ła  się
zawartość  apteczek,  a  wszy scy   sanitariusze  polegli.  Ja  m iałem   szczęście,  przetrwałem   do
wieczora  z  kilkom a  ty lko  zadrapaniam i.  Odpuścili  nam   dopiero  po  zapadnięciu  zm roku.  Wtedy
zacząłem   się  rozglądać  za  naszy m i.  I  znalazłem   Kate...  –  Zam ilkł,  nie  m ógł  wy doby ć  z  siebie
głosu. – By ła ranna... i to poważnie. – Dlaczego nie mówię mu, że urwało jej obie nogi? Boże, nie
mogę  mu  czegoś  takiego  powiedzieć,  nawet  teraz.  –  By ła  unieruchom iona.  Nie  m ogłem   j ej
przenieść,  więc  upierała  się,  aby m   uciekał  bez  niej .  Nie  przeży ła  tam tej   nocy.  Tego  j estem
pewien. Nie m ogła przeży ć.

Stark wstał, odwrócił się twarzą do ściany  i zwiesił głowę, by  zebrać m y śli.
– Kazała m i uciekać. Kazała zabrać ze sobą wszy stkich ocalały ch, którzy  m ogli iść

o  własny ch  siłach.  Niestety,  niewiele  m ogłem   zdziałać,  ale  do  dzisiaj   śni  m i  się  to  po  nocach.
Chciałem   coś  zrobić,  cokolwiek,  ale  sen  zawsze  kończy   się  tak  sam o,  bo  nie  m oże  m ieć  innego
zakończenia. Kate o ty m  wiedziała. Dlatego dała m i ostatnią, znakom itą zresztą radę. Uratowała
m i ży cie, m im o że j a nie m ogłem  uratować j ej . Od tam tej  pory  staram  się postępować inaczej ,
ale to i tak nie zm ieni przeszłości.

Obrócił  się  nagle,  by   ponownie  spoj rzeć  na  Granta  Steina,  i  dlatego  zdąży ł

zauważy ć zm ianę na j ego twarzy, która po chwili wy rażała j uż ty lko sy m patię i współczucie. Nie
chce okazywać przede mną, jak bardzo zabolała go strata siostry. Nie mogę go za to winić.

–  Niewiele  więcej   m ogę  ci  powiedzieć.  Wy bacz,  ale  nie  przekazała  m i  żadny ch

ostatnich słów dla was ani niczego takiego. Obawiam  się, że by liśm y  oboj e zby t przerażeni, aby
j asno m y śleć.

Stein  m ilczał  j eszcze  długą  chwilę  po  ty m ,  j ak  Ethan  skończy ł  opowieść,  ale  w

końcu skinął głową, m aj ąc wciąż zatroskaną m inę.

– Ciężko by ło j ą tam  zostawić?
– Ciężko? To by ła naj trudniej sza decy zj a, j aką podj ąłem  w cały m  ży ciu. Powiem

ci  j edno:  um ieranie  j est  proste.  Czasam i  nawet  zby t  proste.  Ale  Kate  nie  pozwalała  m i  iść  na
łatwiznę. Zawsze taka by ła.

– Nie m iałem  szans poznać j ej  lepiej .
– Tak. – Stark znów spuścił głowę. – Wy bacz. Chciałby m ...
–  Jestem   pewien,  że  zrobił  pan  wszy stko,  co  by ło  m ożliwe  –  zapewnił  go  Stein.  –

Chciałby m   j ednak  zapy tać  o  teraźniej szość.  Pan  naprawdę  dowodzi  ty m   wszy stkim ?  Nie  m a
czegoś w rodzaj u rady, przed którą pan odpowiada?

– Rady ? – zdziwił się Ethan, m ierząc Steina wzrokiem , j akby  próbował ocenić, na

ile  poważne  j est  j ego  py tanie.  –  Nie.  Ja  j estem   dowódcą.  Zostałem   wy brany   na  to  stanowisko
podczas  głosowania  i  od  tam tej   pory   podej m uj ę  decy zj e  na  własną  rękę.  Jeśli  coś  spieprzę,
pewnie  zostanę  odwołany,  ale  dotąd  idzie  m i  całkiem   nieźle.  Tak  więc  na  razie  j estem   kim ś  w
rodzaj u głównodowodzącego korpusu księży cowego.

– Odniosłem  wrażenie, że sierżant Rey nolds nie podlega panu.
– Sierżant Rey nolds to bardzo dobry  żołnierz i j eszcze lepszy  przy j aciel.
Stein się uśm iechnął.
– Rozum iem .
Stark zdławił rodzącą się iry tacj ę. Co mnie obchodzą jego domysły? Przecież to nie

Kate. Boże, ale on jest do niej podobny. W każdym razie z wyglądu.

– Tak, to by  by ło na ty le. Zadom owiłeś się j uż na Księży cu?
– Tu j est zupełnie inaczej . Teraz j uż rozum iem , dlaczego weterani m uszą pom agać

nowo przy by ły m .

background image

Stark zawahał się, wy czuwaj ąc niewy powiedzianą prośbę w ostatnim  zdaniu.
– Zadbam  o to, by  przy dzielono ci kogoś doświadczonego. Ja niestety  nie m am  na

nic czasu. Wy bacz.

–  Nic  się  nie  stało.  Sły szałem ,  że  Kate  wzięła  pana  pod  swoj e  skrzy dła,  więc

pom y ślałem ...

Szlag. Jestem jej to winien.
– Zbliżanie się do m nie w ty ch dniach m oże nie by ć naj lepszy m  pom y słem . Ale

będę m iał na ciebie oko. Jeśli j esteś podobny  do siostry, na pewno dasz sobie radę.

–  Dziękuj ę.  –  Grant  od  razu  się  rozprom ienił.  –  Nie  będzie  pan  m iał  nic  przeciw,

j eśli odwiedzę pana od czasu do czasu? Jest pan dla m nie kim ś w rodzaj u łącznika z Kate.

– Nie widzę problem u. – Stark sprawdził ostentacy j nie zapisy  na kom unikatorze. –

Za chwilę będziesz m iał kolej ną odprawę. Lepiej  j uż idź. Odprowadzić cię?

– Nie, dziękuj ę, kom endancie. – Stein wstał, zasalutował przepisowo i wy szedł.
Stark spoglądał j eszcze przez chwilę na drzwi, za który m i zniknął szeregowiec. Nie

ruszy ł się z m iej sca, dopóki nie przy szła Vic.

– Ethan? Ktoś m i powiedział, że widział, j ak wchodzisz tutaj . Co robisz?
– My ślę.
–  Pasm o  cudów  nie  m a  końca,  j ak  widzę.  –  Rey nolds  weszła  do  sekretariatu  i

opadła  na  krzesło,  rozglądaj ąc  się  z  zaciekawieniem .  –  Niezłe  lokum .  Jak  tam   spotkanie  z
Grantem ?

– Chy ba dobrze.
Uniosła brew.
– Nie zabrzm iało to zby t opty m isty cznie. W czy m  problem ?
–  Sam   nie  wiem .  –  Stark  poruszy ł  się  niezręcznie.  –  Przy wołało  zby t  wiele

wspom nień.

–  Wy obrażam   to  sobie.  Jeśli  będę  m iała  szczęście,  nigdy   nie  dowiem   się,  j ak  to

j est. Ale to chy ba nie wszy stko?

Stark znów wzruszy ł ram ionam i.
–  Niby   wszy stko  by ło  w  porządku,  ale  coś  m i  j ednak  nie  pasowało.  Nie  potrafię

j ednak sprecy zować co.

– Jesteś pewien, że on to on?
– Co? Czy  to brat Kate? Tak. Nie m am  co do tego żadny ch wątpliwości.
– Ty lko że to nie to sam o co ona. Słuchaj , Ethan, przecież ty  nic nie wiesz o ty m

chłopaku.

– Jeśli j est podobny  do Kate...
– Jeśli. Nie m ożesz m ieć pewności.
– Owszem . Ale j estem  m u coś winien. Za Kate.
– Nie m ogę cię od tego odwodzić, zby t m ało wiem  na ten tem at. Pozwól j ednak, że

o coś cię zapy tam . Jeśli ten chłopak podziwiał cię przez ty le lat, j akim  cudem  nie sły szałeś o nim
aż  do  dzisiaj ?  Dlaczego  nie  pisał,  nie  dzwonił  albo  nie  odwiedzał  cię  po  ty m ,  j ak  j ego  siostra
zginęła na Wzgórzu Pattersona?

Trawa.  Zachlapana  krwią.  Targana  eksplozj am i  ze  wszy stkich  stron.  Stark  m usiał

otrząsnąć się z tej  wizj i.

– Nie wiem . Może m ówienie o niej  bolało go bardziej  niż m nie.
–  Ty   znasz  się  na  ty m   lepiej .  Mnie  nie  wy gląda  na  kogoś  senty m entalnego,  ale

m ożesz  m ieć  racj ę.  –  Westchnęła,  wy ciągaj ąc  palm topa.  –  Jesteś  gotowy   na  załatwienie  paru
służbowy ch spraw?

background image

–  Jezu,  Vic.  Czy   ten  dzień  nie  by ł  wy starczaj ąco  ciężki?  O  j akich  sprawach

m ówisz?

–  O  kandy datach  na  nowy ch  oficerów.  Dostałam   pierwszą  listę  nazwisk.  –

Rey nolds oparła się wy godniej , wprowadzaj ąc kom endę do urządzenia. Przy j rzała się dany m  na
wy świetlaczu,  kliknęła  kilka  razy,  a  potem   na  j ej   twarzy   poj awił  się  uśm iech.  –  Jest  j eszcze
pierwsza sprawa dy scy plinarna skierowana przeciw j ednem u z kandy datów.

– Już? Co zm alował albo zm alowała?
– Kilka dni tem u rozwalił ścianę i zrobił z dwóch boksów j eden większy.
Stark zaśm iał się z niedowierzaniem .
– Żartuj esz. Jak m u się to udało?
–  Wy gląda  na  to,  że  m iał  naram ienną  wy rzutnię  z  uszkodzony m   m echanizm em

spustowy m . Naprawiał j ą na własną rękę i zwarł obwody  naładowanej  broni.

– We własny m  boksie? – Ethan zaśm iał się raz j eszcze. – Ma szczęście, że sam  nie

zginął.

– Co sam  zresztą przy znał – dodała Vic. – Twierdzi, że spieprzy ł sprawę, sam  nie

m oże  uwierzy ć,  że  to  zrobił,  bla,  bla,  bla.  Musisz  zdecy dować,  co  z  ty m   począć.  –  Wskazała
sm ukły m  palcem  Starka.

– Ustal karę i zdecy duj , czy  taki żołnierz nadaj e się na oficera.
–  Tak...  –  Ethan  pocierał  dłonią  policzek,  gapiąc  się  na  strop.  –  Przy znał  się  do

popełnienia  błędu.  U  licha,  zrozum iał,  że  popełnił  błąd.  To  znaczy,  że  j est  rozsądniej szy   od
większości oficerów, który ch się pozby liśm y.

– Masz racj ę.
– Daj m y  m u szansę.
– Zatem  nie karzem y  go?
–  Ma  by ć  oficerem ,  i  to  takim   prawdziwy m ,  na  który m   m ożem y   polegać.

Świadom ość bezm y ślności powinna by ć wy starczaj ącą karą dla kogoś j ego pokroj u. Zobaczy m y,
czy  potrafi wy ciągnąć wnioski z takiej  lekcj i.

–  Kolej na  celna  uwaga.  –  Rey nolds  wcisnęła  kilka  kolej ny ch  klawiszy.  –  Jak  się

czuj esz, udaj ąc Boga?

–  Zazwy czaj   paskudnie.  Ale  większość  decy zj i,  j akie  m usiałem   podj ąć,  by ła

trudniej sza od tej .

– Jak na przy kład ta następna.
– No nie – j ęknął Stark. – Co znowu?
–  Mam y   grupkę  około  dwudziestu  oficerów,  którzy   odm ówili  udziału  w  tej

wy m ianie. Twierdzą, że chcą zostać tutaj .

– Dlaczego?
–  Aby   zostać  dowódcam i  w  naszej   dy wizj i.  To  sam i  m łodsi  oficerowie,  głównie

porucznicy, ale j est też kilku kapitanów.

Stark wpatry wał się w Rey nolds, kręcąc j ednocześnie głową.
–  Tego  się  po  nich  nie  spodziewałem .  Wprawdzie  spotkałem   kilku  zacny ch

oficerów, niem niej ...

– Co z nim i robim y ? Odsy łam y  ich na Ziem ię czy  nie?
–  Sam   nie...  Nie.  Przy dadzą  się  nam   dobrzy   dowódcy.  Ludzie  po  odpowiednim

przeszkoleniu. Py tanie ty lko, czy  m ożem y  by ć ich pewni.

– Możem y  kazać im  przy sięgać – zaproponowała Vic. – Aczkolwiek w przeszłości

nie bardzo się to sprawdzało.

– Nie. – Stark uniósł dłoń, powstrzy m uj ąc j ą przed dokończeniem  tej  wy powiedzi.

background image

– To j est to.

– Co j est co?
–  Przeszłość.  Wiem y   przecież,  j ak  ci  oficerowie  traktowali  swoich  podwładny ch.

Wy starczy  zapy tać ludzi z ich oddziałów. Jeśli do tej  pory  by li uczciwi, m im o że nie m usieli, to
m ożem y  brać ich w ciem no.

– Doskonała propozy cj a, sierżancie Stark. Hm ...
– Hm ? Jakie znowu hm ?
– Jedną z ty ch osób j est Conroy.
– Conroy ? Nasza Conroy ?
–  Na  to  wy gląda.  Tak.  Jej   kartoteka  pokazuj e,  że  m iała  do  czy nienia  z  naszy m

oddziałem .

–  Nie  widziałem   j ej   od  chwili,  gdy   dowodziła  plutonem   podczas  pam iętnego

wy padu.

–  Tego,  gdy   odgry wałeś  sam otnego  bohatera?  –  Ostentacy j nie  zignorowała  j ego

m ordercze spoj rzenie. – Tego, po który m  została zdj ęta z dowodzenia.

– Wy lali j ą za to, że sprowadziła was na pom oc.
– Tak. Wy dawało m i się, że została odesłana na Ziem ię, ale wszy stko wskazuj e na

to, że dostała ty lko j akąś ciepłą robotę biurową.

Stark  przy m knął  oczy,  przy pom niał  sobie,  j ak  leżał  pod  nawałą  wrogiego  ognia,

próbuj ąc  osłonić  wy cofuj ący   się  pluton.  Zastanawiał  się  wtedy,  czy   odsiecz  nadej dzie  w  porę,
ale  widział  ty lko  postacie  oznaczone  czerwony m i  ikonkam i,  które  parły   naprzód,  bez  przerwy
strzelaj ąc.

–  Coś  m i  się  zdaj e,  że  generalicj a  uznała,  iż  naj większą  karą  dla  niej   będzie

pozostanie na tej  pozbawionej  ży cia skale.

– Czy  pozwolim y  j ej  zostać tutaj  nieco dłużej ? – zapy tała spokoj nie Vic.
– Jestem  pewien, że na to zasługuj e, ale sprawdź j ą j eszcze przez ludzi, z który m i

ostatnio pracowała.

– Nie ufasz nawet Conroy, j ak widzę? Nie powiem , popieram .
– Vic – j ęknął Stark – od tak dawna nie ufałem  żadnem u oficerowi, że nie wiem  j uż

nawet, j ak to j est. Przy zwy czaj ę się znowu, ale to m usi chwilę potrwać.

Rey nolds popatrzy ła na Starka, który  siedział skulony  w fotelu, gapiąc się w ścianę.
– W czy m  problem , Ethan?
– Mam  m ilion problem ów, Vic.
– Wiem  przecież. Właśnie om ówiliśm y  dwa z nich. Ale py tam  o ten, który  tak cię

dołuj e.

Zastanawiał się przez chwilę.
– Jestem  otoczony  żołnierzam i, Vic, dlaczego więc czuj ę się izolowany ?
–  O  to  ci  chodzi.  –  Pokiwała  głową,  odkładaj ąc  palm topa  na  bok.  –  Bo  j esteś

izolowany.  Pracuj em y   ty lko  nad  j edny m :  nad  opanowaniem   tego  baj zlu.  Nie  m iałeś  żadnej
okazj i do rozładowania napięcia prócz ty ch kilku spotkań ze m ną i parom a dobry m i znaj om y m i.

–  Tak,  chy ba  m asz  racj ę.  –  Stark  wy prostował  się  nagle,  m inę  m iał  j uż  bardziej

zdeterm inowaną.  –  Nadal  chcę  porozm awiać  z  porucznikiem   Mendozą,  a  kiedy   ostatni  raz
zam ieniłem   słowo  z  Mendo  albo  kapral  Gom ez  czy   kim ś  inny m   z  m oj ej   dawnej   druży ny ?
Musim y  znaleźć trochę czasu dla siebie.

– Nie m a j ak. Nie dy sponuj em y  wolny m  czasem .
–  To  go  wy gospodaruj m y.  Co  powiesz  na  zj edzenie  obiadu  w  towarzy stwie

naszy ch m ałpoludów i chwilę relaksu po nim ?

background image

Rey nolds naj pierw się skrzy wiła, potem  uśm iechnęła, ale blado.
– To by  m i pasowało. Zrobię listę ludzi do zaproszenia. Chcesz m ieć na niej  Steina?
– Steina? Nie.
Znowu uniosła brew.
–  Wy dawało  m i  się,  że  zależy   m u  na  spędzaniu  czasu  z  tobą.  Wiesz,  te  związki

m istrz–uczeń.

– Wiem .
– Więc w czy m  problem ? Nie zniesiesz obecności wielbiciela?
–  Nie  o  to  chodzi.  –  Ethan  zm arszczy ł  brwi,  znów  wbił  wzrok  w  podłogę,  j akby

dostrzegł na niej  j akiś interesuj ący  obraz albo ukry ty  wzór. – Kate Stein poległa dawno tem u, Vic.
Bez  względu  na  to,  j ak  bardzo  m ęczy   m nie  bitwa  na  Wzgórzu  Pattersona,  wiem ,  że  j ej   j uż  nie
m a. A teraz nie wiadom o skąd poj awia się przy  m nie j ej  brat i za każdy m  razem  gdy  spoglądam
na j ego twarz, przy pom ina m i się Kate. Nie czuj ę się z ty m  dobrze. Zm arli powinni pozostać w
grobach.

– Tak – przy znała łagodnie – powinni. Jeśli chcesz, m ogę m u załatwić taki przy dział,

by  nie m ógł cię tutaj  odwiedzać.

– Nie. Dlaczego m am  go karać za to, że sam  sobie nie daj ę z ty m  rady ? Nie chcę

po prostu widzieć j ej  ducha podczas obiadu, który  m a m i przy nieść chwilę odprężenia. Verdad?

– Verdad. Comprendo. – Vic wstała, wy ciągnęła dłoń do Starka. – Chodź, żołnierzu.

Wy j dźm y  z tej  złotej  klatki i spotkaj m y  się z kilkom a osobam i.

– Brzm i nieźle. Ale nie zapom nij  o ty m  obiedzie.
– Nie zapom nę. Ty le że będę potrzebowała kilku dni, żeby  go zorganizować.
– Kilku dni? Na kiedy  j est planowana trzecia tura wy m iany ?
Vic skrzy wiła się, sprawdzaj ąc dane na palm topie.
– Chery l twierdzi, że za ty dzień.
– Chery l? Chciałaś powiedzieć Sarafina?
– A kogo innego m ogłaby m  m ieć na m y śli?
Ethan wy szczerzy ł się dziko.
– Jesteście j uż po im ieniu? Zaprzy j aźniłaś się z kim ś z cy wilbandy, Vic? Udała, że

j ą uraził.

– Panna Sarafina bardzo nam  pom ogła.
–  Nie  przeczę  –  zgodził  się  Stark,  nadal  szeroko  uśm iechnięty.  –  Z  naj większą

radością pozbędę się reszty  oficerów i ty ch żołnierzy  z trzeciej  dy wizj i, którzy  nie chcą zostać z
nam i.  Mam y   cały   ty dzień?  Nie  wy obrażam   sobie  niczego,  co  m ogłoby   przeszkodzić  nam   w
dokończeniu tej  wy m iany.

– Stark! Sierżancie Stark!
Zatrzy m ał się w pół kroku, sły sząc niepokój  w głosie wołaj ącej  go kobiety. Widzę,

że ten późny lunch, który miałem właśnie zamiar zjeść, przesunie się w czasie, i to bardzo.

– Tu j estem . Czy  to ty, Jill?
–  Tak  –  odparła  pospiesznie  sierżant  Tanaka.  –  Taj est.  Mam y   tu  niezłe  bagno.

Potrzebuj em y  pana w centrum  dowodzenia.

background image

–  Co  się  dziej e?  –  Ethan  ruszy ł  w  j ej   kierunku,  przepy chaj ąc  się  przez  grupkę

zaskoczony ch żołnierzy. – Kolej ny  atak?

– Nie. Nie sądzę. Chodzi o flotę.
–  O  flotę?  –  Okręty   przestrzenne  chroniły   kolonię  od  chwili  j ej   założenia,  nie

pozwalaj ąc  zbliży ć  się  do  niej   j ednostkom   wroga  i  próbuj ąc  blokować  budowę  instalacj i
księży cowy ch należący ch do państw koalicj i. Od chwili buntu Starka flota blokowała także kolonię,
aczkolwiek  trzy m ała  się  od  niej   z  dala,  m aj ąc  na  uwadze  potężne  sy stem y   obrony
przeciworbitalnej , które chroniły  kom pleks wy doby wczy. – Chy ba nas nie atakuj ą?

– Raczej  nie, chociaż trudno powiedzieć.
– Rey nolds j est na m iej scu?
– Nie. Właśnie do niej  dzwonię.
Stark  przy spieszy ł  j eszcze  bardziej ,  próbuj ąc  wy glądać  na  zdecy dowanego,  lecz

j eszcze nie zaniepokoj onego, gdy ż m ij ani żołnierze przy patry wali m u się bardzo uważnie. Okay,
wasz  przełożony  spieszy  się  gdzieś,  ale  nie  macie  powodu  do  obaw.  Znalazł  czas  i  ochotę,  by
uśm iechnąć  się  do  kilku  podwładny ch,  a  oni  odpowiadali  niezm iennie  szczerzeniem   zębów  i
przepisowy m i salutam i. Gdy  byłem  dowódcą  drużyny,  musiałem  uspokajać  tylko  dwunastu  ludzi.
Teraz mam na głowie tysiące. Czuję się, jakbym pływał w wielkim akwarium. Po raz pierwszy  zdał
sobie sprawę, że dobrze by  by ło ograniczy ć dostęp do kwatery  głównej . Miałbym o wiele prostsze
życie,  gdyby  ci  wszyscy  ludzie  nie  obserwowali  mnie  bez  przerwy,  zwłaszcza  w  tak  nerwowych
momentach.  Niestety,  to  co  wydaje  się  prostsze,  nie  zawsze  takie  jest.  Ci  chłopcy  chcą  mnie
widzieć, a ja chcę widzieć ich. Co z tego, że to czyni moją pracę nieco trudniejszą? I tak muszę ją
wykonać.

Wszedł do kom pleksu kwatery  głównej , pokonał kory tarze, które z każdy m  krokiem

robiły  się coraz szersze, i dotarł do sektora wy łożonego drewniany m i panelam i, gdzie m ieściło się
centrum   dowodzenia.  Gdy   poj awił  się  w  drzwiach,  siedzący   przy   konsolach  wachtowi  spoj rzeli
na niego z m ieszaniną niepewności i niepokoj u. Na główny m  ekranie, który  zazwy czaj  pokazy wał
odcinek frontu, znaj dował się niety powy  obraz 3D. Kolorowe ikonki poruszały  się po nim , tworząc
dziwne  wzory,  nie  m aj ące  j ednak  nic  wspólnego  z  norm alny m   rzutem   powierzchni  Księży ca.
Znaczki  te  krąży ły   w  przestrzeni  niczy m   stada  świetlików,  zam iast  przesuwać  się  zgodnie  z
topografią terenu. Gdy  kąt obrazu zm ienił się nieco, Stark zobaczy ł długi łuk po j ednej  ze stron –
wiele j ego odcinków m ieniło się czerwienią oznaczaj ącą potencj alne zagrożenia.

–  Co  to  j est,  u  licha?  –  zapy tał,  przy glądaj ąc  się  podej rzliwie  ekranowi.  Tanaka

podświetliła część ikonek, uży waj ąc laserowego wskaźnika.

–  To  okręty   floty.  Naszej   floty.  Wielkość  sy m bolu  powiązana  j est  z  m asą  danej

j ednostki.

– Im  większa ikonka ty m  potężniej szy  okręt?
– Zgadza się.
– A co oznacza ten naj większy  sy m bol?
– Ten? To m y. Księży c.
Nagle  wszy stko  zaczęło  m ieć  sens.  Spróbował  sobie  przy pom nieć  pierwsze

podej ście do satelity  Ziem i, j eszcze przed atakiem . Dawno to by ło, ale wciąż m iał przed oczam i
te  obrazy.  Tak.  Siedzieliśmy  w  transportowcach,  a  Księżyc  wyglądał  dokładnie  tak,  gdy
rozpoczynaliśmy procedury przygotowania do lądowania.

– Co się dziej e?
– Te dwie j ednostki chcą się z nam i skontaktować. Te tutaj .
Ethan zm ruży ł oczy.
– Są ostrzeliwane.

background image

– Zgadza się. Strzela do nich to większe zgrupowanie okrętów woj enny ch.
–  Dlaczego  okręty   naszej   floty   ostrzeliwuj ą  się  wzaj em nie?  Vic!  –  przy wołał  j ą,

gdy   ty lko  weszła  do  centrum   dowodzenia,  wciąż  j eszcze  zaspana  po  popołudniowej   drzem ce.  –
Rozum iesz coś z tego?

– Za  diabła. Czy   j a wy glądam   na cholernego  m ary narza? –  Obrzuciła  nieufny m

spoj rzeniem  nieznaną j ej  sy m bolikę. – Dlaczego te okręty  ostrzeliwuj ą się wzaj em nie?

– Nie wiem . Tanaka też tego nie rozum ie. Ponoć próbowali się z nam i połączy ć.
– To dlaczego nie odbieracie?! Nie chcecie wiedzieć, o co im  chodzi?
– Chcem y, ale... – Stark wskazał ekran. – To takie zagm atwane. Nie wiem y  nawet,

gdzie j est front, a gdzie zaplecze.

– Albo góra i dół. Tak, wiem , to wszy stko porąbane. Tanaka uniosła rękę, daj ąc im

znak.

– Znowu nadaj ą. Chcą koniecznie rozm awiać z kom endantem  Starkiem .
– Znaj ą m oj e nazwisko?
Sierżant Tanaka spłoniła się, gdy  o to zapy tał.
– Powiedziałam  im , kto nam i dowodzi, gdy  o to poprosili.
–  Nic  nie  szkodzi.  To  żadna  taj em nica.  Po  prostu  chciałem   wiedzieć,  skąd  m nie

znaj ą. Dobra. Łącz m nie z nim i. – Obraz zam igotał, a potem  ustabilizował się, pokazuj ąc kobietę
siedzącą w trzęsący m  się pom ieszczeniu. Skupiła wzrok na Ethanie.

– Ty  j esteś Stark?
– Tak. – Miała chy ba naram ienniki chorążego, aczkolwiek z tak ostrego kąta trudno

by ło dostrzec oznaczenia na m undurze. – A kim  ty  j esteś?

–  Starszy   m at  Wisem an.  Alex  Wisem an.  Ty lko  nie  róbcie  sobie  j aj   z  m oj ego

nazwiska.  Potrzebuj em y   waszej   pom ocy.  –  Pom ieszczenie,  w  który m   siedziała,  zatrzęsło  się
znowu, chwilę później  usły szeli dziesiątki sy gnałów alarm owy ch.

–  My ?  –  Stark  próbował  skoncentrować  uwagę  na  obcy m   m u  widowisku.  –  Jacy

m y ?

–  Podoficerowie  naszy ch  dwóch  j ednostek.  Przej ęliśm y   Zatokę  Subic  i  Zatokę

Guantanamo.

– Co znaczy : przej ęliśm y ?
Wisem an spoj rzała na niego gniewnie, ale zaraz znów m iała zaniepokoj oną m inę,

gdy  kolej ne wstrząsy  poruszy ły  j ej  fotelem , budząc do ży cia następną falę alarm ów.

–  To  j est  Zatoka  Subic.  Przej ęliśm y   kontrolę  nad  nią.  Podoficerowie  z  Zatoki

Guantanamo  także  się  zbuntowali.  Dlatego  pozostałe  okręty   atakuj ą  nas  w  tej   chwili,  a  m y
próbuj em y  się bronić, nie odpowiadaj ąc ogniem .

– Nie za dobrze wam  idzie, z tego co widzę.
– Zgadza się. Potrzebuj em y  osłony. Możecie nam  j ą zapewnić?
– Vic? – przekazał dalej  to py tanie. – Możem y ?
– Wątpię – odparła.
Wisem an znów wlepiła w niego oczy.
– Macie tam  całkiem  potężne sy stem y  obrony  przeciworbitalnej . Jeśli pozwolicie

nam  wlecieć w ich zasięg, pozostałe okręty  nie będą m ogły  konty nuować pościgu.

–  Kom endancie  Stark.  –  Głos  Tanaki  dobiegał  do  j ego  ucha,  ale  sądząc  po  braku

reakcj i  Wisem an,  nie  by ł  sły szalny   po  drugiej   stronie  łącza.  –  Jeśli  pozwolim y   im   wlecieć  pod
parasol ochronny  kolonii, m ogą narobić ogrom ny ch strat, zanim  ich zneutralizuj em y.

Wisem an odwróciła się, reaguj ąc na czy j eś słowa, który ch oni z kolei nie sły szeli,

zaraz j ednak znów popatrzy ła prosto w kam erę.

background image

– Znowu oberwaliśm y. Na razie to nic poważnego, ale nie zostało nam  zby t wiele

czasu. Pom ożecie nam , piechociarze, czy  nie?

–  Skąd  m am y   wiedzieć,  że  to  wszy stko  nie  zostało  ukartowane?  –  zapy tał  Stark.  –

Skąd m am y  wiedzieć, że nie chodzi wam  ty lko o to, by  dostać się nad kolonię i zniszczy ć, co się
da?

– Nie widzicie, że naprawdę do nas strzelaj ą? – wrzasnęła Wisem an.
–  Nie.  Obraz  skacze  co  prawda  i  sły szę  alarm y,  ale  nic  z  tego  nie  rozum iem .

Jestem  żołnierzem  piechoty.

Wisem an  gapiła  się  na  niego,  potem   skinęła  szy bko  głową,  unosząc  j ednocześnie

ręce.

–  Dobra,  rozum iem .  Jestem   na  m ostku.  To  takie  nasze  centrum   dowodzenia.

Wy konuj em y   gwałtowne  zwroty,  by   uniknąć  trafienia  wy strzelony m i  w  naszy m   kierunku
pociskam i  i  torpedam i.  Stąd  to  drganie  obrazu.  Po  części.  Inne  wstrząsy   są  spowodowane  zby t
bliskim i eksplozj am i głowic. To one powoduj ą większość sły szany ch przez was alarm ów.

– Mogliście to sfabry kować.
–  Owszem .  –  Wisem an  spuściła  wzrok  na  konsolę,  potem   obróciła  głowę,  by

wy dać j akiś rozkaz.

– Tak, to prawda. Otwieram  sy stem y  m oj ego okrętu, aby ście m ogli się przekonać,

j ak wy gląda sy tuacj a. Zobaczy cie, że ten ostrzał powoduj e realne uszkodzenia.

Tanaka znów zaczęła szeptać do ucha Starka.
– Jeśli otworzą sy stem y  dla nas, będziem y  m ogli przej ąć nad nim i kontrolę.
–  Zatem   albo  nam   ufaj ą,  albo  są  zdesperowani  –  odpowiedział  na  ty m   sam y m

pry watny m  kanale. – Dobrze. Co widzim y ?

–  Chwileczkę...  tak.  Część  sy stem ów  padła.  Jak  dla  m nie  to  wy gląda  bardzo

prawdziwie.

–  Okay.  –  Stark  skupił  uwagę  na  Wisem an  podskakuj ącej   w  ry tm   kolej ny ch

wstrząsów będący ch efektem  eksplozj i torped. – Co tam  się stało? Mów szy bko, dlaczego do was
strzelaj ą.

– Chodzi o was, j ak sądzę! Niewiele wiedzieliśm y  o sy tuacj i na powierzchni. Gdy

gruchnęła  wieść,  że  wasi  podoficerowie  przej ęli  władzę,  naty chm iast  aresztowano  większość
chorąży ch  i  m atów.  To  by ło  kilka  ty godni  tem u.  Bez  słowa  wy j aśnienia,  ale  zrozum ieliśm y,  że
nasi przełożeni boj ą się buntu.

– Wy gląda na to, że wiedzieli, co robią.
– Pierwszy  raz w ży ciu podj ęli słuszne decy zj e. Nic pewnie by  się nie stało, gdy by

nie  próbowali  przej ąć  naszy ch  funkcj i.  Niezby t  im   to  wy chodziło.  Nasz  kapitan  doprowadził  do
śm ierci  sześciu  m ary narzy   w  j ednej   z  m aszy nowni,  wy daj ąc  idioty czne  rozkazy,  które
doprowadziły   do  eksplozj i.  Po  ty m   wy padku  m łodsi  podoficerowie  uwolnili  nas.  Przełożeni
świrowali  ze  strachu,  zaczęli  uży wać  broni  osobistej ,  m usieliśm y   ich  zneutralizować  w
sam oobronie. Ale  dla  ludzi  z  zewnątrz  to  nadal  wy gląda  j ak  klasy czny   bunt,  więc  czeka  nas  sąd
polowy.

– To m a sens – wtrąciła Vic na inny m  kanale. – Możem y  ich wpuścić pod parasol

ochronny ?

– Skąd j a to m am  wiedzieć? Czy  ktoś z was wie cokolwiek o naszej  flocie? – zapy tał

na otwarty m  kanale. – Cokolwiek?

–  Ja  wiem   ty le,  że  żaden  z  ty ch  wielkich  okrętów  nie  m oże  podej ść  zby t  blisko  –

odparł sierżant Gordasa z zaopatrzenia.

– To znaczy ?

background image

–  Znam   się  trochę  na  ich  logisty ce.  Okręty   floty   spalaj ą  ogrom ne  ilości  paliwa,

j eśli utrzy m uj ą pozy cj e w pobliżu powierzchni Księży ca. Musieliśm y  j e kilkakrotnie tankować z
naszy ch zapasów. Jeśli te wielkie okręty  zawisną nad kolonią, pozbędą się paliwa w kilka chwil.

– Wisem an! – Stark poczekał, aż ponura buntowniczka spoj rzy  m u prosto w oczy. –

Moi  ludzie  podpowiadaj ą  m i,  że  nie  m ożecie  wprowadzić  ty ch  wielkich  okrętów  pod  parasol
ochronny, bo zaraz skończy  wam  się paliwo.

– Paliwo! Cholera! – Walnęła się pięścią w udo, zerkaj ąc gniewnie poza obiekty w.

– Dlaczego nikt m i wcześniej  o ty m  nie powiedział? – warknęła na kogoś. – Snipes – m ruknęła. –
Przełącz  m nie  na  ogólny.  Dobra,  nie  m am y   dokąd  uciec,  pozostaj ą  nam   więc  ty lko  dwa
rozwiązania.  Albo  walczy m y,  albo  opuszczam y   okręt.  Jesteście  gotowi  strzelać  do  swoich
rodaków?

Stark  czekał  w  napięciu,  m im o  że  insty nkt  od  razu  podsunął  m u  właściwą

odpowiedź.

– Nie. Dopóki będzie inne wy j ście, nie otworzy m y  do was ognia.
– Tak m y ślałam . Zatem  ewakuacj a.
– Macie wy starczaj ącą ilość sprzętu? To znaczy  szalup czy  czego tam  uży wacie?
Wisem an zaśm iała się, sły sząc archaiczną term inologię Starka.
–  Mam y   kapsuły   ratunkowe.  I  uzbroj one  wahadłowce.  Po  dwa  na  każdy   okręt.

Zabierzem y  j e wszy stkie.

– A co z waszy m i j ednostkam i? – wtrąciła Vic, ty m  razem  kieruj ąc to py tanie do

Wisem an.

– Nasi dawni towarzy sze broni zapewne rozwalą j e na kawałki, aby  się upewnić, że

nie  ustawiliśm y   sy stem ów  boj owy ch  na  funkcj ę  autom aty cznej   walki.  I  dobrze.  Mam   j uż  dość
naprawiania tej  kupy  złom u.

– A co z oficeram i?
– Jak j uż wspom niałam , są w bry gu.
– Więc zginą, j eśli do tego doj dzie.
– Cóż... – Wisem an uśm iechnęła się krzy wo. Stark pokręcił głową.
– Nie załatwiam y  naszy ch porachunków w taki sposób. Zawsze m am y  czy ste ręce.
– Jeśli wy puścim y  ich z aresztu, otworzą ogień do kapsuł ratunkowy ch.
– Nie m ożecie wy łączy ć sy stem ów uzbroj enia? Rozwalić ich w drobny  m ak?
–  Scuttle?  –  Wisem an  spoj rzała  w  bok,  potem   skinęła  głową.  –  Możem y.

Rozreguluj em y   sy stem y   celowania,  a  potem   uwolnim y   oficerów  po  drodze  do  kapsuł.
Zostawim y   im   kilka,  żeby   też  m ogli  uciec,  j eśli  coś  pój dzie  nie  tak.  Czy   to  cię  saty sfakcj onuj e,
błotołazie?

– Owszem , podfruwaj ko. – Kolej ne alarm y  rozdzwoniły  się za plecam i Wisem an,

obraz m ocno poczerwieniał. – Wy gląda na to, że powinniście się j uż zbierać.

– Po raz pierwszy  zgadzam  się z kim ś z arm ii. Odezwę się z pokładu wahadłowca.
–  Przy j ąłem .  –  Stark  przerwał  połączenie  i  skupił  się  ponownie  na  obserwacj i

sy m boli  szy buj ący ch  nad  wielką  kulą  Księży ca.  Teraz  zauważał  więcej   sensu  w  ty m   chaosie.
Naj m niej szy m i  ikonkam i  oznaczano  torpedy,  który m i  ostrzeliwano  obie  uciekaj ące  j ednostki.  –
Jak długo j eszcze wy trzy m aj ą? Pościg m a sześciokrotną przewagę liczebną.

– Mam  zgady wać? – zapy tała Vic. – Na pozostały ch okrętach podoficerowie siedzą

wciąż w areszcie, więc ich przełożeni nie są w stanie działać tak sprawnie j ak kiedy ś.

– To prawda – poparła j ą Tanaka. – Ale m am y  za to inny  problem , kom endancie.
– Cudnie. O co ty m  razem  chodzi?
– O te uzbroj one wahadłowce. Maj ą na pokładach sporo pukawek, zaproj ektowano

background image

j e  do  przeprowadzania  m isj i  korsarskich  i  wspierania  m acierzy sty ch  j ednostek  podczas  walki.
Chce pan pozwolić, aby  wy lądowały  na naszy m  kosm odrom ie?

– A m am  j akiś wy bór?
– Co będzie, j eśli zaczną strzelać? To nadal m oże by ć j akiś podstęp.
Stark  przy glądał  się  w  m ilczeniu  wy świetlanem u  obrazowi,  a  potem   wskazał

palcem   na  j eden  z  większy ch  sy m boli,  który   pokry ł  się  m rowiem   czerwony ch  znaczników,  aby
dosłownie w okam gnieniu zniknąć z pola widzenia. W ty m  sam y m  m iej scu widniał teraz sy m bol
oznaczaj ący  zniszczenie j ednostki.

–  Ten  okręt  wy leciał  właśnie  w  powietrze.  To  przedstawienie  zby t  wiele  by   ich

kosztowało.

– Drugi też oberwał – dodała Vic. – Czy  kapsuły  ratunkowe i wahadłowce zdąży ły

się odłączy ć?

– Tak – zapiszczał j eden z wachtowy ch. – Widzicie te znaczki? – Chm ara j asny ch

sy m boli  oddalała  się  od  ikonek  oznaczaj ący ch  m iej sca  zniszczenia  okrętów  woj enny ch.  –
Kapsuły  są bardzo łatwe do wy kry cia.

– Próbuj ą uciekać czy m ś, co m ożna tak łatwo wy kry ć? – zdziwił się Stark.
–  Nie  strzela  się  do  kapsuł  ratunkowy ch  –  odpowiedział  wy straszony m   głosem

wachtowy.

–  Do  własny ch  okrętów  też  nie  powinno  się  strzelać  –  przy pom niała  m u  Vic.  –

Dotrą bezpiecznie do nas?

– Powinny. – Kilka sy m boli zapłonęło nagle j aśniej . – Albo i nie. Pościg rusza za

nim i.

– Chcą ich przechwy cić czy  zabić? – zapy tał podniesiony m  głosem  Stark.
– Trudno powiedzieć. Dowiem y  się, gdy  dotrą na odległość strzału.
–  Mówisz  o  torpedach?  Czy   ktoś  m oże  m i  wy j aśnić  różnicę  pom iędzy   rakietą  a

torpedą?

– Nie m a żadny ch różnic – odpowiedział inny  z wachtowy ch – ty le że sam oloty  i

wy rzutnie odpalaj ą rakiety, a okręty  woj enne torpedy.

– Ale dlaczego?
– Nie wiem , kom endancie. Ci z floty  j uż tak m aj ą.
Stark zerknął w stronę Vic.
–  Nie  dość,  że  m am   na  głowie  m asę  własny ch  problem ów,  to  j eszcze  m uszę

zrozum ieć, j ak m y ślą we flocie.

– Na m nie nie licz. Ja ich nigdy  nie rozum iałam .
– Musim y  sprowadzić kapsuły  na lądowisko. Ci ludzie liczą na nas.
–  Z  ty m   się  zgadzam .  –  Ona  także  zaszczy ciła  go  szy bkim   spoj rzeniem .  –  A  co  z

wahadłowcam i? Je także chcesz tu sprowadzić?

– A co innego m ogę zrobić, Vic? – Wskazał ręką na wy świetlacz, pokazuj ąc sześć

duży ch sy m boli lecący ch w ślad za kapsułam i ratunkowy m i i eskortuj ący m i j e wahadłowcam i.
Kolej ne  ikonki  poj awiały   się  w  przestrzeni,  to  załogi  prom ów  uakty wniły   sy stem y   obrony,
próbuj ąc opóźnić prześladowców. Nad przesuwaj ącą się wolno powierzchnią Księży ca poj awiło
się dry fuj ące pole m inowe. – Miny ? – zdziwił się Ethan, rozpoznaj ąc sy m bole bardzo podobne do
ty ch, j akim i arm ia oznaczała swoj e m iny. – Jak długo m ogą latać takie świństwa?

Nikt tego nie wiedział.
– Raczej  krótko – m ruknęła Vic. – W przeciwny m  razie wiele z nich zdry fowałoby

na szlaki handlowe.

– Maj ą różną trwałość – zawołała Tanaka od strony  głównego term inalu, j ej  palce

background image

wciąż śm igały  po klawiszach. – Maksy m alna to trzy dzieści m inut.

– To rzeczy wiście niezby t długo – m ruknął Stark. – Ale te okręty  j uż niem al na nie

wleciały. Zaraz, co one robią?

Znów poj awiło się wiele m ały ch ikonek. Grupa pościgowa otworzy ła ogień z broni

krótkiego  zasięgu  po  wy kry ciu  przeszkody.  Kolej ne  m iny   eksplodowały,  ale  okręty   m usiały
zwolnić, by  oczy ścić przestrzeń przed sobą z zagrożeń.

–  Wy gląda  na  to,  że  flota  um ie  nam ierzać  własne  m iny,  ale  ten  m anewr  kupił

uciekaj ący m  dodatkowy  czas – uznała Vic.

–  Ty le  że  nadal  m aj ą  go  zby t  m ało  –  oświadczy ła  Tanaka  ponury m   tonem .  –  To

przewidy wany   m om ent  przej ęcia.  –  Na  wy świetlaczu  poj awiły   się  dwa  długie  zbieżne  łuki.  –
Widzicie?  Te  okręty   posiadaj ą  o  wiele  większą  m asę  od  wahadłowców,  a  co  za  ty m   idzie,  także
potężniej sze  silniki,  a  kapsuły   ratunkowe  nie  by ły   proj ektowane  do  rozwij ania  obłędny ch
szy bkości. Okno czasowe j est niewielkie. Naprawdę niewielkie.

– Kapsuły  ratunkowe powinny  ocaleć – oświadczy ła stanowczo Rey nolds. – Znam

się na ty le na proj ekcj ach takty czny ch, by  wiedzieć, że zdążą wlecieć pod parasol ochronny.

–  Tak  –  zgodził  się  z  nią  Stark  –  ale  te  wahadłowce  są  za  nim i,  chronią  j e.  Będą

m iały  pościg na karkach, gdy  dotrą w pobliże kolonii. O nie powinniśm y  się m artwić.

– Raczej  o kolonię.
– Wiem  o ty m ! Co zrobim y, j eśli zabronię załogom  ty ch wahadłowców lądować, a

one i tak rozpoczną procedury  podej ścia? Mam  strzelać do naszy ch rodaków?

– Czasam i będziesz m usiał to robić. Żeby  ocalić inny ch.
Stark zam arł, sły sząc te ostre słowa. Jego wzrok zbłądził naty chm iast na lewą pierś

Rey nolds i widoczną tam  baretkę srebrnej  gwiazdy. Ona wie, co mówi. Zastrzeliła porucznika, aby
ocalić resztę plutonu. Czasem nie ma innego wyjścia. Ale czy tak jest w tym przypadku?

– Vic, j esteśm y  to winni ty m  ludziom .
– Wiem , że bronili szlaków zaopatrzeniowy ch kolonii...
–  Nie  o  to  m i  chodziło.  Pam iętasz  kontratak  wroga?  Na  sam y m   początku  tego

burdelu?  –  Nowe  gwiazdy  rozbłysły  w  nieskończonej  pustce  nad  wciąż  obcym  księżycowym
krajobrazem. Wystraszeni żołnierze spoglądali w górę, wiedząc, że to flota kupuje im tyle czasu, ile
zdoła.  –  Powstrzy m ali  flotę  inwazy j ną,  pozwalaj ąc  nam   na  um ocnienie  linii  frontu.  Gdy by   nie
walczy li wtedy, oddaj ąc za nas ży cie, zostaliby śm y  rozgrom ieni. Jesteśm y  im  coś winni, Vic.

Chwila ciszy, potem  zdawkowe skinienie głowy.
–  Owszem ,  j esteśm y.  Jak  j ednak  chcesz  spłacić  ten  dług,  nie  narażaj ąc  nas

wszy stkich?

Stark  gapił  się  na  ekran,  w  głowie  m y śl  goniła  m y śl.  Pozwolić  im  wylądować,  nie

bacząc  na  ryzyko?  Czy  zostawić  ich  tam  na  pewną  śmierć?  Nie!  Nie  dopuszczę  do  tego.  Dopóki
dowodzę  tym  miejscem,  nikt  nie  zginie  w  podobnych  okolicznościach.  Dlaczego  nie  mam  innego
wyjścia?

– Kom endancie! – zawołała Tanaka.
– Słucham  cię, Jill.
– Mam  na linii przy wódcę cy wilbandy. Tego Cam pbella. Mówi, że to bardzo pilne,

i wy gląda na m ocno zdenerwowanego.

– Witam  w klubie. Dawaj  go.
Zarządca spoglądał na niego z wy świetlacza, w oczach dało się zauważy ć panikę.
– Sierżancie Stark, obsługa kosm odrom u zam eldowała m i o bitwie prowadzonej  w

przestrzeni nad nam i.

–  Wiem   o  ty m .  –  Stark  odpowiedział  beznam iętny m   tonem ,  próbuj ąc  uspokoić

background image

Cam pbella, j ak to robił ze spanikowany m i szeregowcam i. – Kilka okrętów floty  m a problem y. Ich
załogi zm ierzaj ą w kierunku lądowisk kolonii.

–  Problem y ?  –  Cam pbell  nie  wy dawał  się  uspokoj ony   zapewnieniam i  Starka.  –

Doszło na nich do buntu? Wielki Boże. I oni lecą do nas?

–  Zgadza  się.  –  Ethan  zerknął  na  wy świetlacz  znaj duj ący   się  obok  wizerunku

zarządcy. – Głównie w kapsułach ratunkowy ch.

– Sierżancie,  to ogrom na  eskalacj a doty chczasowej   sy tuacj i. Jeśli  rząd uzna,  że  z

rozm y słem  szerzy m y  rewolucj ę...

– Nie m am  wpły wu na to, co m y ślą inni. Staram  się reagować na wy darzenia.
– Zezwolenie na lądowanie ty ch kapsuł w kolonii będzie m iało poważne reperkusj e

i spory  wpły w na porozum ienie o wy m ianie j eńców na wasze rodziny. Nie m ówiąc j uż o ty m , że
bitwa w przestrzeni nad kolonią naraża nas wszy stkich. Nie m ożecie pozwalać na coś takiego.

Stark starał się zachować kam ienną twarz, ale nie zdołał ukry ć poiry towania.
– Proszę m i nie m ówić, że m am  odm ówić pom ocy  ludziom , którzy  j ej  potrzebuj ą.
– Kolonia...
...może iść do diabła.
– Nie naciskaj  m nie, Cam pbell! Mam  tu spory  problem , ale nie porzucę nikogo na

pastwę losu ty lko dlatego, że to ułatwiłoby  m i ży cie.

Zarządca kolonii zam ilkł. Miał m inę człowieka, który  nadział się czołem  na ścianę,

która  wy rosła  nie  wiadom o  skąd  na  trasie  j ego  biegu.  Gdy   odezwał  się  po  raz  kolej ny,  głos  m u
drżał.

– Sierżancie Stark, proszę...
Na wy świetlaczu poj awiły  się nowe sy m bole. Torpedy  odpalone z okrętów leciały

zwartą  m asą  w  kierunku  wahadłowców  i  chroniony ch  przez  nie  kapsuł  ratunkowy ch.  Załogi
prom ów  także  otworzy ły   ogień,  sy stem y   obrony   przeciwlotniczej   wy pluły   m rowie  pocisków
wy celowany ch w nadlatuj ące zagrożenie.

– Nie m am  czasu na takie rozm owy  – oświadczy ł ostry m  tonem . – skontaktuj em y

się  po  zażegnaniu  tego  kry zy su.  –  Przerwał  połączenie  i  spoj rzał  na  Rey nolds.  –  Tego  m i  by ło
teraz trzeba.

–  Nie  licz  na  to,  że  będę  kom entowała  postępowanie  cy wilbandy.  Mam y   j eszcze

pięć m inut, po upły wie tego czasu wahadłowce m ogą otworzy ć do nas ogień.

–  Szlag.  –  Nie  byłoby  problemu,  gdyby  te  maszyny  nie  posiadały  uzbrojenia.

Gdybym mógł pozbawić je... – Hej , Tanaka!

– Tak, sir?
–  Te  okręty   floty   dały   ci  dostęp  do  swoich  sy stem ów.  Czy   to  pozwalało  na

wy łączenie ich uzbroj enia?

–  No...  tak,  kom endancie  –  odparła,  rzuciwszy   szy bkie  spoj rzenie  na  j ednego  z

wachtowy ch,  który   zdecy dowanie  kiwał  głową.  –  Możem y   kierować  zdalnie  wszy stkim i
sy stem am i uzbroj enia.

–  Połącz  się  z  ty m i  wahadłowcam i,  przekaż  im ,  że  przej m iem y   kontrolę  nad  ich

sy stem am i uzbroj enia tuż przed ty m , nim  wej dą pod parasol ochronny  kolonii.

– A j eśli nie wy rażą na to zgody ?
– Zostaną zestrzeleni. Nie będziem y  negocj ować.
Przez  m om ent  panowała  cisza,  podczas  której   obserwował  traj ektorie  lotu

wszy stkich  j ednostek  sunący ch  łagodny m   łukiem   przez  przestrzeń.  Za  zbitą  m asą  kapsuł
ratunkowy ch  znaj dowały   się  cztery   znacznie  większe  sy m bole  oznaczaj ące  wahadłowce.  Ich
sy stem y   uzbroj enia  m igotały   wszy stkim i  barwam i  tęczy.  W  tle  nagle  poj awił  się  natarczy wy

background image

głos Tanaki:

– Kom endancie?
– Tak.
– Wisem an odm awia. Mówi, że pościg j est zby t blisko i że zostanie zestrzelona, j eśli

wy łączy  wszy stkie sy stem y  uzbroj enia.

– Przełącz m nie na j ej  kanał. Wisem an?
–  Daj   spokój ,  Stark!  Prowadzim y   tutaj   pieprzoną  bitwę,  a  ty   chcesz,  żeby śm y

pozby li się całej  broni?

–  Daj em y   wam   osłonę.  Wej dziecie  pod  parasol  ochronny   kolonii.  Nie  dopuszczę

was j ednak na odległość strzału, j eśli nie będę m iał pełnej  kontroli nad waszy m  uzbroj eniem .

– A co zrobisz, j eśli zginiem y  z tego powodu? No? Powtarzam  ci, m ogą nas zabić,

j eśli przy staniem y  na wasze warunki.

Stark  oderwał  wzrok  od  sy m boli  i  zerknął  w  naj ciem niej szy   róg  centrum

dowodzenia,  przy pom inaj ąc  sobie  idealne  księży cowe  cienie  i  niezwy kle  j asne  światło  wokół
nich.  Czerń  i  biel.  Jak  życie  i  śmierć.  Przeciwności,  ale  powiązane  ze  sobą.  Masz  przed  sobą
umocnienia. Kogo poślesz na śmierć, aby ocalić pozostałych? To prosty rachunek. Jeden zostanie
zabity, trzech przeżyje. Ale decyzja nigdy nie jest prosta i nic nie może jej ułatwić.

– Wisem an, m am  tutaj  ty siące ludzi, który ch ży cie zależy  od m oich decy zj i. I to

nim i m uszę się przej m ować w pierwszej  kolej ności. Wy  j esteście następni w kolej ce. Nie m ogę
zm ienić ty ch priory tetów.

Po chwili ciszy  Wisem an odezwała się o wiele m niej  pewny m  tonem .
– Dobrze. Niech ci będzie, m ałpoludzie. Wy łączcie nam  broń, kiedy  uznacie to za

stosowne. Ty lko zróbcie to dosłownie w ostatniej  chwili, proszę.

– Zrobim y  co w naszej  m ocy.
– Jeśli zdołam  wy lądować, stawiacie m i piwo.
– Z przy j em nością.
Stark poczuł na ram ieniu dłoń Vic, ty m  j edny m  m ocny m  uściskiem  przekazała m u

swoj e  poparcie,  zanim   oddaliła  się  szy bkim   krokiem .  Stał  j eszcze  dłuższą  chwilę,  obserwuj ąc
ikonki  dolatuj ące  do  granicy   pola  rażenia  baterii  broniący ch  kolonii  i  zbliżaj ące  się  do  nich
sy m bole oznaczaj ące okręty  pościgu.

– Czy  załogi baterii przeciworbitalny ch zostały  powiadom ione o sy tuacj i?
– Tak, sir –odparła Tanaka – na razie j ednak odm awiaj ą otwarcia ognia.
–  Wcale  im   się  nie  dziwię.  Sądzę  j ednak,  że  kilka  strzałów  ostrzegawczy ch

załatwiłoby   sprawę.  Każ  im   odpalić  rakiety,  zanim   okręty   floty   wej dą  w  pole  rażenia.  Jeśli
będziem y  m ieli szczęście, to j e odstraszy, zanim  doj dzie do naj gorszego.

– Przy j ęłam . Według sy stem ów za m om ent znaj dziem y  się w zasięgu skutecznego

ognia z wahadłowców.

– Przej m ij  kontrolę i wy łącz j e.
– Taj est. Wy łączam .
Nigdy  wcześniej  nie robił czegoś takiego. Nie pozbawiał broni kogoś, kto walczy ł o

ży cie.  Zawsze  um iał  znaleźć  lukę  w  sy stem ie  i  nie  pozwalał,  by   j ego  ludzie  budzili  się  z  ręką  w
nocniku. Potrzebuję lepszego planu. Muszę wyprzedzać takie sytuacje, aby nie dopuścić do utraty
wszystkich opcji.

– Masz łączność z wahadłowcem  Wisem an?
– Nie m am . Okręty  floty  są j uż tak blisko, że zagłuszaj ą transm isj ę.
– Uży j  nadaj nika z centrum  dowodzenia.
Tanaka pokręciła głową.

background image

–  Te  j ednostki  są  tak  wielkie,  że  dy sponuj ą  naprawdę  potężny m   sprzętem

elektroniczny m . Jeśli zagłuszaj ą coś punktowo, nie przebij em y  się z tak dużej  odległości.

–  Mam y   wciąż  kontrolę  nad  sy stem am i  uzbroj enia  ty ch  j ednostek?  –

zainteresowała się Vic.

– To nie m a j uż znaczenia – odpowiedziała Tanaka – zakończy liśm y  procedury  ich

wy łączania  przed  utratą  łączności.  Nie  zdołaj ą  ich  akty wować  bez  złam ania  kodów  centrum
dowodzenia.

– Co m y  robim y  z palcem  w odwłoku – przy pom niała j ej  Rey nolds. – Ethan, ich

sy stem y  boj owe m ogą by ć znów sprawne.

– Wiem .
Przy glądał  się  kapsułom   ratunkowy m   opadaj ący m   na  pły tę  kosm odrom u.

Przy glądał się ikonkom  oznaczaj ący m  zagrożenie, gdy  baterie wy strzeliły  salwę ostrzegawczą w
kierunku  nadlatuj ący ch  okrętów.  Przy glądał  się  wahadłowcom   wy konuj ący m   rozpaczliwe  uniki,
by  uniknąć trafień torpedam i.

– Ethan?
– Pozwólcie im  wy lądować.
Byli  już  blisko,  tak  blisko.  Okręty   woj enne  siedziały   na  karku  załogom

wahadłowców. Kolej na salwa z baterii obrony  przeciworbitalnej . Sy m bol j ednej  z uciekaj ący ch
m aszy n zniknął w gąszczu sy gnalizowany ch zagrożeń.

– Straciliśm y  j eden z wahadłowców?
– Trudno powiedzieć – zam eldowała Tanaka. – Zagłuszanie j est zby t m ocne i sporo

tam  wy strzelonego złom u. Równie dobrze m ogliśm y  stracić nam iar.

Trzy   pozostałe  wahadłowce  wy ham owały,  j akby   zam ierzały   iść  w  sukurs

czwartem u. Stracimy je wszystkie. Szlag. Spieprzyłem to. Wybacz, Wiseman.

– Czwarty  wahadłowiec wciąż tam  j est! – wrzasnął nagle j eden z wachtowy ch.
Sy m bol  poj awił  się  ponownie,  ty m   razem   j ego  kolor  oznaczał  spore  uszkodzenia.

Pozostałe  m aszy ny   otoczy ły   go  kordonem   i  razem   zaczęły   opadać  ku  powierzchni  Księży ca.
Wielkie okręty  lecące za nim i wy ham owy wały, ogrom ne dy sze spy chały  j e szerokim i łukam i w
kierunku  otwartej   przestrzeni,  której   sy stem y   obrony   kolonii  nie  m ogły   dosięgnąć.  Stark
potrzebował  chwili,  by   ogarnąć  nową  sy tuacj ę  –  nie  by ło  j uż  nowy ch  sy gnałów  zagrożeń,
wahadłowce przestały  kluczy ć j ak szalone i opadały  spokoj nie na powierzchnię Księży ca.

– Już po wszy stkim ? – zdziwiła się Vic. – Już po bitwie?
–  Na  to  wy gląda.  –  Stark  odetchnął,  nagle  dotarło  do  niego,  że  nieświadom ie

wstrzy m ał  oddech.  Zaczął  się  raz  j eszcze  przy glądać  obrazowi  na  wy świetlaczu,  szukaj ąc
zam ieraj ącej  wy m iany  ognia, tak charaktery sty cznej  dla końcowej  fazy  każdej  bitwy  lądowej . –
Nasza flota walczy  w nieco czy stszy  sposób niż m y.

– Tak to przy naj m niej  wy gląda.
– Stark? – Zniekształcony  głos Wisem an przedarł się przez zakłócenia. – Wisisz m i

więcej  niż j edno pieprzone piwo.

Stark zerknął na Tanakę.
– Odzy skaliśm y  sy gnał, a co z ich sy stem am i? Są nadal wy łączone?
Sprawdziła na konsoli, a potem  spoj rzała na niego, nie kry j ąc zdziwienia.
– Taj est. Nic nie wskazuj e na to, żeby  próbowali przy  nich gm erać.
Ethan posłał Vic charaktery sty czne spoj rzenie znaczące: „A nie m ówiłem ?”, na co

zareagowała przesadny m  skinieniem  głowy, przy znaj ąc m u racj ę.

–  Witam y   na  Księży cu,  starszy   m acie  Wisem an.  Zaparkuj cie  swoj e  ptaszki  na

m iej scach  wskazany ch  przez  władze  kosm odrom u.  –  Skupił  wzrok  na  sy m bolach  uszkodzeń

background image

widoczny ch obok ikony  j ednego z wahadłowców. – Macie ranny ch na pokładzie?

– Tak, ale to głównie sińce od obij ania się o ściany. Ty lko kilku naszy ch oberwało

m ocniej .

–  Wy sy łam y   zespoły   ratunkowe.  –  Ethan  spoj rzał  na  Tanakę,  a  ta  potwierdziła

skinieniem  głowy  przy j ęcie rozkazu i wprowadziła naty chm iast stosowne kom endy  do kom putera.
– Czy  pani dowodzi ty m i ludźm i? Mam  na m y śli wszy stkich m ary narzy, którzy  ewakuowali się z
okrętów?

– Chy ba tak.
– Wolałby m  usły szeć konkretniej szą odpowiedź. Chciałby m  też wiedzieć, czy  zdoła

pani utrzy m ać w ich szeregach dy scy plinę.

–  Jeśli  który ś  z  m ary narzy   za  bardzo  się  rozbry ka,  nasi  bosm ani  zrobią  z  nim

porządek.

– Świetnie. Poj awię się wkrótce na kosm odrom ie, by  panią powitać. Proszę do tej

pory  zapanować nad swoim i ludźm i. Dam y  im  przy działy  do koszar, j ak ty lko będzie to m ożliwe.

– Okay. W takim  razie do zobaczenia. Wisem an, bez odbioru.
Stark  zwiesił  na  m om ent  głowę,  opieraj ąc  się  na  wy prostowany ch  rękach  o  blat

konsoli. Ty m  sposobem  próbował dać uj ście przepełniaj ącem u go napięciu.

–  Vic,  zadbaj   o  to,  żeby śm y   m ieli  w  kosm odrom ie  ty lu  żołnierzy,  ilu  m oże  by ć

potrzebny ch do zaprowadzenia porządku.

– Chodzi ci o ludzi pod bronią?
–  Tak.  Nadal  m ożem y   m ieć  problem y.  Nie  j estem   pewien,  czy   ci  m ary narze

zechcą przej ść pod m oj e dowództwo. W każdy m  razie chciałby m  m ieć tam  ty lu ludzi, by  cały
czas trzy m ać rękę na pulsie.

– Załatwione. – Rey nolds nagle wy buchnęła śm iechem . – Gratuluj ę, Ethanie Stark.

Masz własną arm ię, a teraz do kom pletu dostałeś flotę.

– Flotę. Cudnie. Chcesz by ć j ej  adm irałem ?
–  Nie,  dzięki.  W  granatowy m   m i  nie  do  twarzy.  –  Zasalutowała  pospiesznie.  –

Przej m ę  dowodzenie  w  kosm odrom ie.  Kom pania  rezerwy   rozm ieszczona  w  kry ty czny ch
punktach sektora powinna wy starczy ć.

– Powiedziałem  przecież, że j a tam  idę.
Vic wy m ierzy ła w niego wy prostowany m  palcem .
– Jesteś zby t ważny, by  stać w pierwszy m  rzędzie kom itetu powitalnego, gdy  j akiś

niezrównoważony  m ary narz wy sadzi w powietrze wahadłowiec i przy  okazj i pośle w diabły  pół
kosm odrom u.

– Idę tam  – powtórzy ł Stark.
– Przestałeś m i ufać?
–  Ależ  skąd.  –  Ufanie  podwładnym,  że  wykonają  powierzone  im  zadania,  to  część

roboty  przełożonego.  Nie  mogę  być  wszędzie  naraz.  I  nie  powinienem.  –  Masz  racj ę,  pój dę
uspokoić Cam pbella, a ty  zaj m ij  się ty m i m ary narzam i.

– Chy ba trafiło m i się łatwiej sze zadanie – stwierdziła, szczerząc zęby.
– Fakt. – Stark się skrzy wił. – Źle to rozegrałem .
–  Co  chciałeś  przez  to  powiedzieć?  To  cy wil,  który   wty kał  nos  w  sprawy   woj a.

Kazałeś m u się odpieprzy ć. W czy m  problem ?

Zastanawiał  się  nad  ty m   py taniem   przez  chwilę,  nie  zwracaj ąc  uwagi  na

wielokolorowe wy świetlacze i radosne szczebiotanie otaczaj ący ch go wachtowy ch.

–  To  nie  powinno  tak  wy glądać.  Ale  nie  py taj   m nie  teraz  dlaczego.  Muszę  to

przem y śleć. Rób swoj e, a j a go przeproszę.

background image

– Przeprosisz? – Vic nie m ogła uwierzy ć w to, co usły szała, ale po chwili wzruszy ła

ram ionam i. –  Ethan Stark  będzie przepraszał.  Prędzej  spodziewałaby m   się, że  piekło  zam arznie.
Powodzenia.

– Dzięki.
Stark wy stukał kod, gdy  Rey nolds opuszczała centrum  dowodzenia, nie czekał długo

na połączenie.

–  Panie  Cam pbell?  Przepraszam .  Sy tuacj a  by ła  bardzo  napięta,  wiele  się  działo,

ale nie powinienem  pana zby wać w tak obcesowy  sposób.

– Sierżancie? – Zm iana tonu głosu Starka zaskoczy ła zarządcę kolonii.
–  Proszę  m i  wy baczy ć,  że  nie  podzielałem   pańskich  obaw  –  dodał  Ethan  nieco

bardziej   oficj alny m   tonem .  –  Bitwa  w  kosm osie  dobiegła  końca.  Za  chwilę  na  pły cie
kosm odrom u  wy ląduj e  cała  m asa  kapsuł  ratunkowy ch  z  ewakuowany m i  m ary narzam i,  a  także
cztery   eskortuj ące  j e  wahadłowce  boj owe.  Wy słałem   tam   j uż  m oich  ludzi,  aby   m ieli  sy tuacj ę
pod kontrolą.

– Co się stało z okrętam i ty ch ludzi?
– Zostały  zniszczone. Przez załogi i ostrzał z inny ch j ednostek.
Cam pbell potarł skronie obiem a dłońm i, wy glądał przy  ty m  na zaniepokoj onego.
– Nasz rząd będzie z tego powodu bardzo nieszczęśliwy. Okręty  woj enne są bardzo

drogim i m aszy nam i, a sam a m y śl, że bunt m oże się rozprzestrzenić na flotę...

–  Nie  m ieliśm y   z  ty m   nic  wspólnego.  Ci  ludzie  nie  wiedzieli  nawet,  kim   j estem ,

dopóki z nim i nie porozm awiałem .

–  Władz  pan  tak  łatwo  nie  przekona  do  tej   wersj i  zdarzeń,  sierżancie  Stark.  –

Cam pbell pokręcił wolno głową. – Jest pan pewien, że j uż po wszy stkim ?

– Nikt j uż tam  nie strzela, okręty  floty  odlatuj ą na zaj m owane wcześniej  pozy cj e.

Z tego, co widzę, wy gląda to na koniec starcia.

–  Poproszę  pannę  Sarafinę,  aby   skontaktowała  się  z  negocj atoram i  strony

rządowej . To j ą powinien pan przeprosić, sierżancie Stark, bo to na j ej  głowę spadnie całe odium
tej  afery. Będzie m usiała się napracować, aby  następna tura wy m iany  doszła do skutku zgodnie z
harm onogram em . Na pana m iej scu nie zdziwiłby m  się, gdy by  rząd powiedział nie.

– A j a by m  się dziwił – oświadczy ł z pełny m  spokoj em  Stark. – Panie Cam pbell,

nie  znam   się  na  wielu  rzeczach,  ale  j ednego  j estem   całkowicie  pewien.  Nasz  rząd  potrzebuj e
żołnierzy   trzeciej   dy wizj i,  i  to  rozpaczliwie.  To  zaprawione  w  boj ach  j ednostki  liniowe,  a  ty ch
ostatnim i czasy  zaczy na brakować w am ery kańskiej  arm ii.

Cam pbell zm ruży ł oczy, zaraz też skinął głową.
–  Rozum iem .  Zadbam   o  to,  by   panna  Sarafina  poznała  pana  opinię  na  ten  tem at.

Dziękuj ę,  sierżancie.  My ślę,  że  powinniśm y   opracować  lepsze  procedury   współpracy   w
sy tuacj ach kry zy sowy ch.

–  Pełna  zgoda.  –  Ethan  spoj rzał  po  raz  kolej ny   na  wy świetlacz.  –  Kapsuły   i

wahadłowce j uż ląduj ą, m uszę wracać do swoich obowiązków.

– Rozum iem . Dokończy m y  tę rozm owę w później szy m  term inie.
Stark  przerwał  połączenie  z  Cam pbellem ,  by   przy glądać  się  bezczy nnie,  j ak

rozbitkowie  opadaj ą  ku  powierzchni  Księży ca.  Ich  kapsuły   leciały   szy bko  i  dopiero  w  ostatniej
chwili  włączały   silniki  ham uj ące  –  m im o  szy bkiego  wy tracania  prędkości,  lądowanie  by ło
twarde. Wahadłowce podchodziły  znacznie wolniej , m aj ąc o wiele większe zapasy  paliwa, m ogły
osiąść na Srebrny m  Globie z dużą gracj ą.

Stark  przełączy ł  się  na  kam erę  zewnętrzną  pancerza  Vic,  a  potem   przefiltrował

dane z j ej  HUD-a, aby  uzy skać czy sty  obraz kosm odrom u. Wokół leżało wiele pękaty ch kapsuł,

background image

na  ich  korpusach  nie  by ło  widać  żadnego  uzbroj enia  ani  wy szukany ch  sensorów.  Wyglądają  jak
wielkie  kubły  na  śmieci.  Nadają  się  tylko  do  posadzenia  rozbitków  na  najbliższej  planecie,  ale  do
niczego więcej. Na j ego oczach wahadłowce podchodziły  kolej no do lądowania z dala od kapsuł,
by   uniknąć  przy padkowej   kolizj i.  Ich  dy sze  pionowe  wzniosły   z  pły ty   lądowiska  niewielkie
chm urki py łu. Nie dało się go wy m ieść do czy sta.

Stark sprawdził sy m bole poj awiaj ące się na wy świetlaczach centrum  dowodzenia,

porównuj ąc  j e  z  obrazem   transm itowany m   z  pancerza  Rey nolds  rozlokowuj ącej   kom panię
rezerwową wokół m iej sca lądowania. Vic podzieliła ludzi na trzy  oddziały, każdy  w sile plutonu, i
kazała im  otoczy ć kordonem  m iej sce spoczy nku kapsuł oraz wahadłowców.

– Gdy by ś podzieliła ich na druży ny, m ogliby  się ustawić szerzej  – rzucił.
–  Wiem ,  ale  chcę  stłum ić  wszelkie  rozruchy   w  zarodku,  a  widok  w  pełni

uzbroj onego  plutonu  działa  m ocniej   na  wy obraźnię  człowieka  niż  poj edy ncza  druży na.  Dobrze
m ówię?

Przy j rzał  się  j ednem u  z  plutonów.  Opancerzone  postacie  stały   w  trzech  równy ch

szeregach j ak figury  na dziwnej  szachownicy. Każda z nich trzy m ała palce na spuście broni.

– Dobrze m ówisz.
– Wiem , co m am  robić, Ethan.
Wy powiedziała te słowa z całkowity m  spokoj em , ale Stark i tak wy czuł wy rzut.
– Okay. Wy bacz. Postaram  się trzy m ać gębę na kłódkę.
–  No  to  zaczy nam y.  –  Przełączy ła  się  na  inny   kanał  i  zwróciła  do  m ary narzy,

pozostawiaj ąc Starka na nasłuchu. – Starszy  m acie Wisem an, proszę wy prowadzić swoich ludzi z
poj azdów.

–  Z  poj azdów?  –  pry chnęła  Wisem an.  –  Niech  ci  będzie,  m ałpoludzie.  Naj pierw

dam   rozkaz  opuszczenia  kapsuł  ratunkowy ch.  –  Chwilę  później   w  burtach  owalny ch  poj azdów
otworzy ły   się  wielkie  włazy.  Mary narze  wy sy pali  się  na  lądowisko,  większość  z  nich  m iała  na
sobie kom pletne pancerze boj owe floty, kilku j ednak wy niesiono na specj alny ch herm ety czny ch
noszach. Rozbitkowie zatrzy m ali się opodal swoich kapsuł, widząc naprzeciw nieruchom y  kordon
uzbroj ony ch żołnierzy.

– Proszę ustawić swoich ludzi w odpowiednim  szy ku.
Wisem an  wy dała  rozkazy   przez  własny   kom unikator.  Mary narze  zaczęli  się

przem ieszczać.

Bosm ani naty chm iast zapędzali ich na m iej sca w nierówny ch szeregach.
– Boże – j ęknął który ś z żołnierzy. – Mam  nadziej ę, że nikt im  nie każe m aszerować,

bo popękam y  ze śm iechu.

–  Zam knij cie  się!  –  zganił  go  Stark.  –  Ci  m ary narze  przeszli  przed  chwilą  przez

niezłe piekło. Zasłuży li sobie na nasz szacunek, więc im  go okażm y. Zachowaj cie takie uwagi dla
siebie.

– Dawać tu sanitariuszy  – rozkazała Rey nolds.
Dwa transportery  ruszy ły  naty chm iast, zm ierzaj ąc w kierunku zdezorientowany ch

m ary narzy, którzy  przy glądali się z rosnący m  niepokoj em  opancerzony m  karetkom , które stanęły
tuż przy  ich szeregach. Sanitariusze wy biegli z obu m aszy n, kieruj ąc się prosto na złożony ch na
noszach  ranny ch.  Ich  nagłe  poj awienie  się  na  lądowisku  wprowadziło  j eszcze  większe
zam ieszanie  wśród  ocalony ch.  Stark  uśm iechnął  się  m im owolnie,  widząc  wy grażaj ący ch  im
bosm anów.  Wiem  doskonale,  co  mówią  teraz  swoim  ludziom,  i  cieszę  się,  że  nie  muszę  tego
słuchać.

– Wisem an – odezwała się znowu Vic. – Możecie j uż wy j ść z wahadłowców.
Ethan  wy czuł  w  j ej   głosie  nutę  napięcia.  Nikt  inny   j ednak  nie  zdołałby   j ej

background image

wy chwy cić. Wciąż niepokoi ją uzbrojenie tych maszyn. A może boi się, że ktoś pomyli przycisk i
pośle w diabły pół kosmodromu.

– Nadal kontroluj em y  ich sy stem y  uzbroj enia, Vic.
– Dzięki, Ethan.
Wisem an  odezwała  się  po  raz  kolej ny,  w  j ej   głosie  dało  się  wy czuć  zm ęczenie,

które nie by ło niczy m  niezwy kły m  po takich przej ściach.

– Daj cie nam  j eszcze chwilę. Musim y  zabezpieczy ć wahadłowce.
–  Mam y   pełną  kontrolę  nad  kosm odrom em   –  upierała  się  Rey nolds.  –  Chy ba  że

chodzi wam  o j akieś wewnętrzne zagrożenia.

– Wewnętrzne zagrożenia? – Wisem an nie próbowała nawet kry ć rozdrażnienia. –

O czy m  ty  pieprzy sz, u licha?

– Twierdziłaś, że m usisz zabezpieczy ć wahadłowce. Czy  to nie oznacza, że czegoś

się obawiasz?

– Nie. Nie oznacza.
–  Dlaczego  zatem   boisz  się  o  ich  bezpieczeństwo?  –  Rey nolds  wy pluła  z  siebie

kolej ne py tanie.

– Ja się niczego nie boj ę! Po prostu zabezpieczam  wahadłowce!
–  Czekaj cie  –  wtrącił  się  Stark.  –  Wisem an,  co  znaczy   określenie  „zabezpieczam

wahadłowce”? Co ty  tam  właściwie robisz?

–  Wy łączam   światła.  Wy gaszam   sy stem y.  Dom y kam   włazy.  A  co  innego  m ogę

robić?

Vic  zacharczała,  j akby   się  dławiła,  ale  przem ówiła  m om ent  później   całkowicie

opanowany m  głosem :

–  Zabezpieczanie  czegoś  oznacza  ustanowienie  strefy   bezpieczeństwa  i

rozstawienie wart.

– Może dla ciebie – wy paliła w odpowiedzi Wisem an – ale na pewno nie dla m nie.

Coś m i się widzi, że wy  w piechocie uży wacie ty ch sam y ch określeń na zupełnie inne czy nności
niż m y  we flocie.

Vic przełączy ła się na pry watny  kanał Starka.
–  Jak  m y   m am y   współpracować  z  ty m i  ludźm i?  Oni  nawet  nie  m ówią  ty m

sam y m  j ęzy kiem . Słowa, które wy powiadaj ą, brzm ią znaj om o, ale m ogą oznaczać coś zupełnie
innego.

– Wszy scy  m am y  własne specj alisty czne żargony  – uspokaj ał j ą Ethan. – Nawet

tu, w woj u. Idź i pogadaj  z Gordasą o zaopatrzeniu. Albo z j akim ś prawnikiem .

–  Nie,  dziękuj ę.  Mam   dość  problem ów  z  dogadaniem   się  z  Wisem an.  Poza  ty m

chy ba zaczy na zadzierać ze m ną.

– Daj  spokój , Vic, o co ci znowu chodzi? – Stark spoj rzał na Tanakę m achaj ącą do

niego ręką. – Co j est?

– Próbuj ą wy łączy ć sy stem y  uzbroj enia wahadłowców. Mam  im  na to pozwolić?
–  Oczy wiście.  Vic,  m ary narze  wy łączaj ą  właśnie  sy stem y   uzbroj enia.  Co  tam   u

was?

– Przecież sam  widzisz.
– Nie py tam , j ak to wy gląda. Py tam , co ty  o ty m  m y ślisz?
–  Wy bacz,  kom endancie.  –  Ethan  wy czuł,  że  Rey nolds  się  uśm iecha.  –  Według

m nie  wszy stko  j est  w  porządku.  Mary narze  wy glądaj ą  j ak  ktoś,  kto  wy dostał  się  właśnie  spod
ostrzału.  Zaraz  podzielim y   ich  na  m niej sze  grupy,  nakarm im y   i  przy dzielim y   im   kwatery.
Sierżant Manley  oczy ściła j uż dla nich kilka baraków w koszarach.

background image

–  Świetnie.  Upewnij   się,  że  Manley   powiadom i  wszy stkich  chętny ch  do  bitki  z

m ary narzam i,  że  będą  m ieli  ze  m ną  do  czy nienia,  j eśli  tkną  kogoś  palcem .  –  Stark  odetchnął
głębiej . – Mam y  j eszcze j akieś kry zy sy  w planie?

– Ty lko ten twój  obiad.
– O Jezu.
– No właśnie. Nie postawiłaby m  złam anego szeląga na to, że nasz obiadek dziś się

odbędzie.

– Sierżancie Stark?
Ethan zm arszczy ł brwi, spoj rzał w stronę py taj ącego i zaraz wstał.
– Porucznik Mendoza. Co pana sprowadza... – sprawdził czas, tłum iąc ziewnięcie –

o tej  porze?

– Przedstawię m oj ą sprawę zwięźle, sierżancie. Obawiam  się, że odwołał pan ten

obiad, aby  nie zostać posądzony  o bratanie się z oficeram i.

– Słucham ? – Zm ęczenie Starka zniknęło w j ednej  chwili. – Kto panu naopowiadał

takich bzdur, sir?

– Nikt nie m usiał m i tego wy łuszczać...
– I nikt nie powinien tego robić. – Ethan odsunął na bok palm topa i opadł ciężko na

krzesło.  –  Proszę  siadać,  poruczniku.  Nie  sły szał  pan  j eszcze  o  niedawny m   kry zy sie  w  naszej
flocie?

Mendoza  zaj ął  niezdarnie  wskazane  m iej sce,  wciąż  j eszcze  przy zwy czaj ał  się  do

zm niej szonej  grawitacj i.

– Sły szałem .
–  Nie  powinno  więc  pana  dziwić,  że  nie  m iałem   ochoty   na  branie  udziału  w

podobny m   spotkaniu  towarzy skim .  Chciałem ,  Bóg  m i  świadkiem ,  ale  flota  spieprzy ła  m i  cały
dzień. Dlatego poprosiłem  o przełożenie term inu obiadu.

– Zatem  nie widzi pan żadny ch przeszkód w spoty kaniu się z oficeram i?
–  Poruczniku,  nigdy   wcześniej   nie  przej m owałem   się  ty m ,  co  ludzie  o  m nie

m ówią,  dlaczego  więc  m iałby m   to  robić  teraz?  Przepraszam   za  to  niespodziewane  odwołanie
przy j ęcia i zapewniam , że chodziło wy łącznie o zm ianę term inu.

– Dziękuj ę, sierżancie.
– Niem niej  – dodał Stark, powstrzy m uj ąc Mendozę od wstania – skoro j uż pan tu

j est, chciałby m  pana o coś zapy tać... – przerwał, żeby  zebrać m y śli. – Pański sy n to bardzo ostry
żołnierz.  Mógłby   by ć  wprawdzie  bardziej   agresy wny,  ale  j ego  rozum owaniu  na  polu  walki  nie
m ożna nic zarzucić. No i m ożna na nim  polegać.

Porucznik Mendoza uśm iechnął się z tłum ioną, lecz i tak widoczną dum ą.
– Dziękuj ę raz j eszcze, sierżancie.
–  Nie.  To  j a  panu  dziękuj ę.  Jestem   zaszczy cony,  że  m iałem   pańskiego  sy na  w

druży nie.  Jak  się  dom y ślam ,  j est  pan  równie  ostry   j ak  on,  a  do  tego  przeszedł  pan  szkolenie  na
oficera, nie wspom inaj ąc o spory m  doświadczeniu polowy m .

– Owszem , spędziłem  kilka lat, dowodząc j ednostkam i liniowy m i.
Stark  pochy lił  się  ku  niem u,  wy powiadaj ąc  kolej ne  słowa  spokoj nie,  ale

background image

j ednocześnie dobitnie:

–  Sprawa  wy gląda  tak.  Pozby liśm y   się  dawnej   kadry   oficerskiej ,  więc

potrzebuj em y   nowy ch  dowódców,  ale  na  pewno  lepszy ch.  Chcem y   ich  wy brać  rozum nie.
Prom ować ty lko ty ch, który m  to się należy, szkolić ich j ak trzeba i tak dalej . Nie dopuścim y  do
tego,  by   rządziła  nam i  znowu  banda  polity ków  w  m undurach,  którzy   dbaj ą  j edy nie  o  to,  by
zadowolić  swoich  przełożony ch,  w  dupie  m aj ący ch  swoj ą  robotę  i  ludzi,  j eśli  ty lko  doj dą  do
przekonania,  że  ich  przełożony m   też  na  ty m   nie  zależy.  A  to  oznacza,  że  m usim y   wprowadzić
ogrom ne zm iany  w procesie szkolenia i m am  nadziej ę, że pan nam  w ty m  pom oże.

Porucznik  Mendoza  skinął  głową,  ale  ty lko  raz,  powoli,  nie  spuszczaj ąc  wzroku  ze

Starka.

– Z naj większą przy j em nością podpowiem  wam  to i owo, sierżancie. Podobnie j ak

pan m iałem  sty czność z wielom a zły m i stronam i obecnego sy stem u. – Uśm iechnął się przelotnie
z  gory czą.  –  Wciąż  też  m am   w  pam ięci  treść  dokum entu  wy sy łaj ącego  m nie  na  em ery turę.
Pentagon  wy stosował  rozporządzenie,  którego  celem ,  cy tuj ąc  dokładnie,  by ło  „rozpoczęcie
udoskonalania procesu prowadzenia walki”.

–  Udoskonalania  procesu?  –  Stark  powtórzy ł  bezwiednie  te  słowa.  –  Czy li  woj ny.

Naprawdę uży li takiego sform ułowania?

– Nigdy  nie zapom nę tego zdania, sierżancie.
–  No  cóż,  panie  poruczniku,  w  ciągu  ostatnich  kilku  lat  brałem   udział  w  wielu

operacj ach,  ale  szczerze  powiedziawszy,  nie  zauważy łem   żadny ch  udoskonaleń  procesu
prowadzenia walki.

– Jestem  pewien, że wzrok i słuch pana nie m y lił. Moim  zdaniem  organizacj a, która

przem awia do ludzi podobny m i sloganam i, zatraciła swoj e pierwotne funkcj e i podąża wy łącznie
za  biurokraty czny m i  im peraty wam i,  skupiaj ąc  się  na  zarządzaniu  „procesam i”,  co  nie  m a  zby t
wiele wspólnego ze zdrowy m  rozsądkiem .

Stark potrzasnął głową, a potem  sięgnął po na wpół zapom nianą kawę stoj ącą przed

nim  na biurku.

Wzdry gnął się m ocno, gdy  upił ły k zim nego j uż pły nu.
–  Poczęstowałby m   pana  kawą,  poruczniku,  ale  obawiam   się,  że  nie  zapom niałby

m i pan tego do końca ży cia. Powiada pan zatem , że zna pan naj gorsze strony  dowodzenia. Może
nam  pan pokazać, j ak ich unikać?

– Zrobię co w m oj ej  m ocy, sierżancie. Aczkolwiek wątpię, aby  wam  to w czy m ś

pom ogło.

–  Nawet  poj edy ncze  osoby   m ogą  doprowadzić  do  zm ian  sy stem u.  To  m oże

wprawdzie by ć bolesne, niem niej ...

–  O  to  m i  chodziło.  To  pan  j est  tutaj   kom endantem ,  nie  j a.  Ty lko  pan  m oże

doprowadzić do ty ch zm ian. Wielu ludzi będzie proponowało różne pom y sły, ale pan i ty lko pan
m oże j e zrealizować.

Stark westchnął głośno, po czy m  uśm iechnął się pod nosem .
–  Powinienem   by ł  się  dom y ślić,  że  coś  takiego  usły szę.  Czy   j est  coś,  za  co  nie

m uszę by ć odpowiedzialny ?

– Dowódca m usi by ć odpowiedzialny  za wiele rzeczy, niem niej  znam  kilka o wiele

gorszy ch  powinności  niż  poruszane  przez  nas  w  tej   rozm owie.  Sły szał  pan  kiedy ś  o  von
Clausewitzu?

Ethan zastanawiał się przez chwilę.
– To ten Niem iec, o który m  Mendo, to znaczy  pański sy n, bez przerwy  wspom ina.

Porucznik Mendoza się uśm iechnął.

background image

–  Poświęciłem   wiele  godzin  na  dy skusj e  z  sy nem   o  dziełach  von  Clausewitza.

Cieszy  m nie, że dzielił się wiedzą z towarzy szam i broni.

–  Dzielił  się,  poruczniku,  ale  raczej   oszczędnie.  Pański  sy n  nie  należy   do

naj bardziej  gadatliwy ch. Wiele razy  trzeba go by ło zm uszać do gadania.

Uśm iech porucznika zm ienił się w wy raz lekkiej  zadum y.
–  To  niezby t  dobra  cecha,  ale  też  całkiem   zrozum iała.  Mnie  do  gadania  zm uszały

obowiązki  oficera.  Mój   sy n  wiedząc  o  ty m ,  postanowił  zostać  m ilczkiem ,  bo  tego  przecież
oczekuj em y  po szeregowcach.

Stark przy taknął.
–  Robiłem ,  co  m ogłem ,  poruczniku,  lecz  zm ienianie  charakteru  żołnierza  nie

należało  do  m oich  podstawowy ch  obowiązków.  Chciałem   j ednak,  aby   Mendo  stał  się  bardziej
rozm owny. Miał poukładane w głowie i by ł obkuty  w teorii lepiej  niż j a.

–  Dziękuj ę.  Może  więc  warto  będzie  um ieścić  m oj ego  sy na  na  stanowisku,  które

pozwoli wy korzy stać j ego wiedzę. On z pewnością będzie wiedział, co zrobić z taką okazj ą. A co
do  teorii,  ich  wartość  zm ienia  się  z  czasem ,  niem niej   von  Clausewitz  całkowicie  zasługuj e  na
swoj ą reputacj ę. Przy naj m niej  m oim  skrom ny m  zdaniem .

– Czy  powiedział coś, co pasowałoby  do m oj ej  aktualnej  sy tuacj i?
– Wspom inał na przy kład o ty m , że dobry  dowódca powinien się charaktery zować

dwom a  rodzaj am i  odwagi.  Pierwszy   to  taki,  o  j akim   zazwy czaj   m y ślim y   wszy scy,  czy li
pozwalaj ąca  funkcj onować  na  polu  bitwy.  Drugi  rodzaj   doty czy   natom iast  zachowań
pozaboj owy ch. To odwaga pozwalaj ąca na podej m owanie właściwy ch decy zj i w sprawach nie
m aj ący ch  nic  wspólnego  z  walką,  na  przy kład  podczas  szkoleń  czy   planowania.  Chodzi  o
podej m owanie słuszny ch decy zj i i trzy m anie się ich bez względu na polity czne i biurokraty czne
naciski,  które  prowadzą  do  ich  wy paczenia.  Ten  rodzaj   odwagi  j est  o  wiele  trudniej szy   niż
pierwszy,  ponieważ  człowiek  m usi  podej m ować  decy zj e  i  wcielać  j e  w  czy n,  nie  m aj ąc  przed
sobą wy raźnie określonego i bezwzględnego wroga, który  robi wszy stko, by  zniweczy ć te wy siłki.

– Hm .  –  Stark  znów  sięgnął  po  kawę,  skrzy wił  się  i  odsunął  kubek.  –  Powiada  pan

zatem ,  że  m uszę  się  ty m   wszy stkim   zaj m ować.  Ponieważ  j estem   dowódcą,  m uszę  m y śleć  o
wszy stkim .

– Obawiam  się, że tak, sierżancie. Dowódca m oże zawieść na wiele sposobów. Nie

zam ierzam  twierdzić, że by łem  idealny m  oficerem , bo nieraz dokony wałem  m y lny ch wy borów,
j ak  każdy   inny   człowiek  na  podobny m   stanowisku,  ale  chciałby m   wierzy ć,  że  wy nikały   one
wy łącznie  z  braku  doświadczenia  i  wiedzy,  a  nie  ze  sprzeniewierzenia  się  zasadom ,  kiedy   m i  to
pasowało.

Stark potarł oczy  j edną ręką.
– Im  więcej  dowiaduj ę się o tej  robocie, ty m  m niej  j ą lubię.
Porucznik Mendoza pochy lił lekko głowę, wpatruj ąc się intensy wnie w rozm ówcę.
–  Jeśli  dokona  pan  wszy stkiego,  o  czy m   tutaj   m ówiliśm y,  nie  widzę

przeciwwskazań, by  został pan dowódcą wy ższego stopnia, nawet głównodowodzący m  wszy stkich
am ery kańskich woj sk.

– Jezu... – j ęknął Ethan, nie próbuj ąc nawet ukry wać dreszczu, który  przeszy ł j ego

ciało.  –  To  m nie  pan  wy straszy ł.  A  j uż  zaczy nałem   m ieć  nadziej ę,  że  m nie  pan  zm oty wuj e,
poruczniku.

– Nie cieszy  pana m ożliwość takiego awansu?
– Nic a nic. Oddałby m  wszy stko za m ożliwość powrotu do m oj ej  druży ny.
– Dlaczego więc pan tam  nie wróci?
Stark rozej rzał się bezradnie.

background image

–  Nie  m ogę.  Otrzy m ałem   zadanie  do  wy konania.  Ci  ludzie  liczą  na  m nie.  Nie

wolno m i ich zawieść.

Porucznik Mendoza wstał, kiwaj ąc głową z wy raźną aprobatą.
– Zrobię wszy stko co w m oj ej  m ocy, by  panu pom óc, sierżancie Stark, ponieważ

wiem ,  że  to  słuszna  sprawa,  a  także  dlatego,  iż  wierzę,  że  m ówi  pan  prawdę,  twierdząc,  że  nie
chciał pan tej  roboty  i nie szuka innej . Jeśli wy trwa pan na ty m  stanowisku i oprze się kuszący m
awansom , dopnie swego.

–  Dziękuj ę.  –  Ethan  również  podniósł  się  z  krzesła  i  uścisnął  wy ciągniętą  dłoń.  –

Zby t wiele rzeczy  będę m usiał wy prostować. Dobrze wiedzieć, że m am  po swoj ej  stronie kogoś
takiego j ak pan.

Porucznik Mendoza uśm iechnął się raz j eszcze.
–  Proszę  też  doceniać  pom oc  przy j aciół,  sierżancie.  Z  tego,  co  zauważy łem ,

dobrze się panu przy służy li w ostatnim  czasie.

–  To  prawda.  Właśnie  coś  do  m nie  dotarło.  Przy szedł  pan  tutaj ,  by   m nie  ocenić?

Sprawdzić, czy  nadaj ę się na to stanowisko?

– Zgadza się. Nigdy  nie wątpiłem  w słuszność ocen wy dany ch panu przez m oj ego

sy na,  ale  doty czy ły   one  kogoś,  kto  by ł  dowódcą  druży ny.  Widziałem   podczas  służby   wielu
dowódców eszelonów, którzy  załam y wali się pod j arzm em  większej  odpowiedzialności.

– W to m ogę uwierzy ć. – Stark zachichotał. – Mnie też to m oże spotkać. Dobranoc,

poruczniku. Obaj  potrzebuj em y  odrobiny  snu. I proszę się nie obawiać, zorganizuj ę ten obiad.

– Nie wątpię, sierżancie. Dobrej  nocy.

Ziem ia  trzęsła  się  pod  Starkiem ,  gdy   pociski  arty lery j skie  spadały   kolej no  wokół

wzgórza.  Ktoś  w  pobliżu  krzy czał  przeraźliwie  przez  chwilę,  ból  m usiał  by ć  zby t  silny,  by   dały
sobie z nim  radę m edy czne dozowniki pancerza. A m oże po prostu ich zasobniki by ły  j uż puste?
W  ty m   wrzasku  kry ła  się  ledwie  wy czuwalna  nuta  słabości,  która  świadczy ła  o  ty m ,  że  ranny
żołnierz  nie  poży j e  j uż  długo.  Wszy stko,  co  Ethan  widział,  by ło  okry te  woalem   unoszącego  się
wokół dy m u, py łu, strachu i wy czerpania. To bom bardowanie trwało od wielu godzin. Sy stem y
nam ierzania w pancerzu Starka brzęczały  nieustannie od zaburzeń wy woły wany ch zakłócaniem
sy gnału  przez  wroga,  nie  m iał  więc  poj ęcia,  ilu  j ego  ludzi  dotrwało  do  tego  m om entu.  Słońce
wciąż  wisiało  nad  j ego  lewy m   ram ieniem ,  wy soko  nad  linią  drzew.  Spły wało  wolno  po
nieboskłonie,  nie  bacząc  na  m odlitwy   żołnierzy   proszący ch  ty lko  o  to,  by   ciem ności  choć
częściowo skry ły  ich pozy cj e przed oczam i wroga.

Głowa  szeregowiec  leżącej   kilka  m etrów  dalej   obróciła  się  lekko,  co  zaszokowało

Starka,  sądząc  bowiem   po  pusty m   wzroku  i  zeszty wnieniu  kończy n,  kobieta  ta  poległa  j uż  kilka
godzin  tem u.  Jakim ś  zrządzeniem   losu  straciła  hełm ,  a  krew  pły nąca  z  postrzępionego  otworu  w
j ej   skroni  zalała  sporą  część  policzka,  zam ieniaj ąc  go  w  czerwoną  m askę.  Jej   usta,  spękane  i
opuchnięte,  poruszały   się,  wy powiadaj ąc  słowa,  który ch  nie  m ógł  dosły szeć  w  huku  kolej ny ch
eksplozj i i terkocie broni m aszy nowej . Gapił się na nią, próbuj ąc zrozum ieć. „Gdzie... Gdzie j e...
Nie  –  j est...  nasz...  dowód...?  Dowódca!  Gdzie  j est  nasz  dowódca?”  Kobieta  zadrżała  nagle,  a
potem  ukry ła twarz w trawie, j akby  nie zauważała krwi pokry waj ącej  całą skroń i policzek.

Stark otworzy ł oczy, poderwał się, dy sząc ciężko, cały  zlany  zim ny m  potem . Szlag.

background image

To było paskudne. Vic mogła się mylić, gdy mówiła, że nigdy nie opuściłem Wzgórza Pattersona, ale
jedno  jest  pewne  –  wracam  do  tego  zapomnianego  przez  Boga  miejsca  każdej  nocy.  W  j ego
kwaterze  panowała  niezm ącona  cisza,  m ocno  kontrastuj ąca  z  echam i  dawny ch  eksplozj i,  które
wciąż rozbrzm iewały  w j ego um y śle. Zam iast oślepiaj ącego blasku słońca, otaczała go ciem ność
rozj aśniana  ty lko  przez  m dłe  światło  nocny ch  paneli.  Przetworzone  powietrze  by ło  chłodne,
pozbawione zapachu i sm aku, tak stery lne, j ak to ty lko m ożliwe na Księży cu.

Skrzy wił  się,  wracaj ąc  do  um y kaj ący ch  m u  ze  świadom ości  strzępków  snu.  Ta

szeregowiec... Nie by ło j ej  tam  wtedy. Chy ba. A m oże j ednak? Py tała o dowódcę. Nie, wtedy
m ówiłaby  o poruczniku albo kapitanie. W ty m  czasie on by ł dowódcą. Czy  to znaczy, że to j ego
prosiła  o  pom oc?  Świetnie.  Moja  podświadomość  zaczyna  mieszać  Wzgórze  Pattersona  z
aktualnymi  problemami.  Tego  jeszcze  mi  brakowało.  Dobrze,  że  nie  słyszę  w  snach  rechotu
cywilbandy oglądającej moją walkę dla rozrywki.

Ale  to  nie  cy wilbanda  zagnała  ich  na  tam to  wzniesienie.  W  każdy m   razie  nie

bezpośrednio.  I  nie  cy wile  do  nich  strzelali.  Wracamy  do  podstaw.  Kim  jest  wróg?  I  dlaczego
czasami tak trudno go zidentyfikować?

Stark  leżał  na  koi,  gapiąc  się  w  sufit,  m y śląc  o  warstwie  skał  nad  swoj ą  głową,

cienkiej   pokry wie  py łu  na  niej   i  bezkresnej   pustce  rozciągaj ącej   się  wokół,  m rocznej   i  cichej .
Ludzie. Jesteśmy tu sami, z tego co wiem. Tylko my jedni posiadamy umysły zdolne ogarnąć ideę
nieskończonej pustki. To powinno czynić nas ważnymi. To powinno sprawić, że zaczniemy szanować
Ziemię i traktować ją jak jeden wspólny dom, który daje schronienie przed bezbrzeżnym mrokiem.
A jednak tego nie robimy.

Czegoś  m u  tu  brakowało.  Z  każdego  powodu,  j aki  przy chodził  m u  do  głowy,

żołnierze i m ieszkańcy  kolonii powinni by ć soj usznikam i, pracować dla wspólnego dobra. A j ak to
wy glądało  naprawdę?  Mało  brakowało,  by   j edni  rzucili  się  drugim   do  gardła.  Dlaczego  więc  ja
widzę,  że  cywilbanda  niekoniecznie  musi  nas  wykorzystywać?  Dlaczego  mogę  z  nią  rozmawiać?
Mam  przecież  te  same  doświadczenia  co  każdy  mundurowy,  więc  nie  jest  to  główna  przyczyna
niechęci. Czy dorastanie w zwykłym mieście aż tak różni się od dorastania w forcie?

To  by ło  tak  dawno  tem u.  Czas  zatarł  wspom nienia  wy darzeń,  niezwy kle

intensy wny ch  i  liczny ch,  które  m iały   m iej sce  przed  wstąpieniem   do  woj a.  Spróbował  zebrać
m y śli.  Marzyłem  wtedy,  żeby  podróżować.  Wszędzie,  gdzie  zechcę.  Tak.  O  wyjściu  za  drzwi  i
pomaszerowaniu przez kraj albo i cały kontynent. To nic niezwykłego. Ale czy Vic mogła mieć takie
same marzenia? Nie. Dzieci wojskowych wychowują się w fortach albo bazach. Otaczają je mury.
Bramy. Jeżdżą w różne miejsca, ale to zazwyczaj inne forty i bazy, ponieważ większość świata poza
nimi jest dla nich niedostępna.

Chy ba wpadł na coś. Dlatego  myślę  nadal  w  inny  sposób.  Świat  woja  był  otoczony

zasiekami, a kiedy za nie wychodziłem, na przykład wyjeżdżając na misje, tubylcy próbowali mnie
zabić.  Gdy  zaś  wracałem  do  domu,  ludzie  chcieli  tylko  jednego  –  by  znów  zamknięto  mnie  za
murami. Nagle dotarło do niego, że to sam o doty czy ło dzieci. Nigdy nie spotkałem żadnego z nich,
ale  pamiętam,  że  opowiadaliśmy  sobie  o  nich  dowcipy.  Chyba  widziałem  je  kilka  razy.  Trudno  to
teraz powiedzieć, ale na pewno z żadnym nie rozmawiałem. One były inne. Hm. Dorastały zatem w
przekonaniu, że poza zasiekami i murami nikt ich nie chce, a gdy osiągały pełnoletniość i wysyłano
je do akcji, przekonywały się, że są jeszcze mniej mile widziane niż za młodu.

Tak.  To  musi  być  to.  Przynajmniej  po  części.  Dzieci  woja  dorastają  w  izolacji.

Cywilbanda je odrzuca. Ale o co może chodzić cywilom? U licha, nie miałem idealnego życia. Ale
była wolność. Mogłem robić, co chciałem, dopóki miałem czym za to zapłacić. Pieniądze kręciły
światem  cywilbandy.  Zarabiałeś  sporo,  ludzie  cię  słuchali,  zarabiałeś  mało...  nikt  się  z  tobą  nie
liczył.

background image

Usiadł,  m aj ąc  przed  oczam i  kolej ne  wspom nienia.  Liceum .  Nauczy ciel  m aj ący

niewdzięczne  zadanie  wpoj enia  nastolatkom   historii  Stanów  i  odpowiedzialności  oby watelskiej .
Stark pam iętał te lekcj e tak dokładnie, j akby  dopiero co opuścił niewy godne szkolne ławy. Nudził
się, zgry waj ąc autom aty cznie strzępki dany ch, by  wiedzieć, co m ówić podczas obowiązkowy ch
egzam inów  okresowy ch,  a  potem   kasował  j e,  żeby   zrobić  m iej sce  dla  kolej nego  etapu  nauki.
Ciekawa sprawa z ty m , j ak łatwo się do tego przy zwy czaić. Nie trzeba specj alnego wy siłku, po co
rozum ieć, o czy m  m owa, skoro m ożna wy kuć na pam ięć form ułki i też zdać?

Nauczy ciel  siedział  cały   czas  za  biurkiem   –  j ego  nazwisko  zniknęło  j uż  dawno  w

odm ętach niepam ięci, ale twarz wciąż stała przed oczam i Starka. Jak większość j em u podobny ch
rzadko  odry wał  oczy   od  wy świetlacza  wbudowanego  w  ten  m ebel.  Sam   uczy ł  się  z  niego
odpowiednich  form ułek.  Pewnego  dnia  j ednak  spoj rzał  niespodziewanie  na  uczniów,  a  oni,
zaskoczeni takim   obrotem  sprawy,  potrzebowali dłuższej   chwili, by   zrozum ieć, że  zaszła  zm iana.
W końcu j ednak sam i przestali patrzeć na wy świetlacze i przewij aj ące się po nich dane.

– Co to wszy stko znaczy ? – zapy tał nauczy ciel.
Chwila  ciszy,  podczas  której   uczniowie  rozpaczliwie  szukaj ą  odpowiedzi  na

ekranach. Na próżno.

–  Gdzie  znaj dziem y   odpowiedź,  panie  psorze?  –  zagaduj e  w  końcu  j edna  z

dziewczy n.

– W głowie. Tam  powinna by ć, j ak sądzę.
Widzi puste spoj rzenia, do chwili gdy  j eden z chłopców podnosi rękę.
– A m usim y  j ą znać, skoro i tak nie będzie tego tem atu na egzam inie?
Nauczy ciel sły sząc to py tanie, pokręcił głową, wolno, ze sm utkiem .
–  Nie.  I  to  j est  dziwne,  nie  uważacie?  Kazano  m i  uczy ć  was  o  odpowiedzialności

oby watelskiej ,  ale  żadna  z  wiadom ości,  które  wam   przekazałem ,  nie  m a  znaczenia,  j eśli  nie
znaj dzie  się  w  py taniu  egzam inacy j ny m .  Czy   to  nie  oznacza,  że  wasze  obowiązki  oby watelskie
ograniczaj ą się wy łącznie do zdawania egzam inów?

Znowu  cisza,  uczniowie  zerkaj ą  na  siebie  wzaj em nie.  Stark  przy pom niał  sobie

gorączkowe m y ślenie i zastanawianie, czy  nauczy ciel wkurzy  się na nich za tę niewiedzę.

On j ednak wstał ty lko i rozej rzał się zadum any m  wzrokiem .
– Są egzam iny  i egzam iny. Niektóre polegaj ą na ty m , że odpowiadacie na zadane

py tania,  naciskaj ąc  klawisze  waszy ch  term inali,  bazuj ąc  na  wiedzy,  którą  wam   przekazałem .
Dzięki  nim   otrzy m acie  świadectwa,  szkoła  wy padnie  dobrze,  a  m y,  nauczy ciele,  dostaniem y
prem ie.  Wszy scy   coś  zy skaj ą.  Istniej ą  j ednak  także  inne  rodzaj e  egzam inów.  Na  przy kład
oby watelskie. Któregoś dnia otrzy m acie prawo głosu. Ilu z was planuj e z niego skorzy stać?

Kilka  rąk  uniosło  się  z  wahaniem ,  na  co  nauczy ciel  zareagował  sm utny m

uśm iechem .

–  Sam i  m ożecie  się  przekonać,  że  uczy m y   was  wszelkich  aspektów  czegoś,  co

nazy wam y   obowiązkam i  oby watelskim i,  ale  z  tego,  co  widzę,  oddanie  głosu  w  wy borach  nie
wy daj e  wam   się  obowiązkowe.  Zdaj ecie  sobie  sprawę  z  tego,  j ak  wielu  waszy ch  przodków
oddało  ży cie,  aby ście  zy skali  prawo  do  głosowania?  –  Wskazał  uczniów  palcem .  –  Wiecie,  j ak
wielu z nich zginęło za wolność?

– Walcząc? Chciał pan powiedzieć, że by li w woj sku? – Jeden z uczniów wy dawał

się zszokowany  taką koncepcj ą. – My  nie... Nasza rodzina nigdy  by  czegoś takiego nie zrobiła.

–  A  j ednak  j estem   pewien,  że  tak  by ło.  Kiedy ś.  Posłuchaj cie  m nie.  Wszy stkie

inform acj e,  które  wtłaczam y   wam   do  głów,  okażą  się  bezuży teczne,  j eśli  nie  będziecie  um ieli  z
nich korzy stać. Ty, powiedz m i, j aka j est różnica pom iędzy  człowiekiem  głosuj ący m  a ty m , który
tego nie robi?

background image

– Ale... tego nie m a na egzam inie.
– Czy  to znaczy, że nie m usisz znać odpowiedzi na to py tanie? – zapy tał retory cznie

nauczy ciel.  –  Pozwól  zatem ,  że  zapy tam   o  coś  innego.  Gdy   osiągniesz  pełnoletniość,  zy skasz
prawo głosu. To nic trudnego. Możesz zagłosować z dom u albo biura, przez Sieć, nie ruszaj ąc się
sprzed kom putera. Zrobiono wszy stko, by  ułatwić ludziom  głosowanie, a m im o to m ało kto naciska
klawisz. Dlaczego?

– A  po  co  to  kom u?  –  wy palił  w  odpowiedzi  który ś  z  uczniów  i  klasa  wy buchnęła

śm iechem . – Przecież to i tak niczego nie zm ieni.

–  Niczego?  Możliwość  wy bierania  kandy data  na  naj ważniej sze  stanowisko  na

Ziem i j est według ciebie niczy m ?

– Przecież to wszy stko j est ustawione – wtrącił inny  uczeń. – Ten wy gry wa, za kim

stoi większa kasa. Nasze głosy  nie m aj ą żadnego znaczenia. Wszy scy  o ty m  wiedzą.

– A kto wam  każe zagłosować na tego właśnie kandy data? Dlaczego nie skreślicie

tego,  którego  uważacie  za  naj lepszego?  –  Nauczy ciel  podniósł  głos,  wy dawał  się  bardziej
oży wiony. – A ty, Stark, zgadzasz się ze zdaniem  kolegi?

–  Tak.  Chy ba  tak.  Po  co  głosować?  Nie  j estem   bogaczem   ani  kim ś  ważny m .

Polity ków nie interesuj e, co m y ślę, więc m oj e zdanie się nie liczy.

Nauczy ciel  przetrawił  tę  odpowiedź,  a  potem   odezwał  się,  zniżaj ąc  głos  do  tego

stopnia, że uczniowie m usieli wy tęży ć słuch, aby  go zrozum ieć.

– Jeśli w coś m ocno wierzy sz, m ożesz to urzeczy wistnić. Musisz j ednak spróbować,

aby  dopiąć swego. Nikt nie m oże odebrać ci prawa głosu, j eśli sam  się go nie pozbędziesz. – Gdy
podniósł głowę po raz kolej ny, Stark i j ego koledzy  uj rzeli w j ego oczach coś, czego nigdy  by  się
tam   nie  spodziewali.  Łzy.  –  Jesteście  oby watelam i  Stanów  Zj ednoczony ch  Am ery ki.  To,  co
m y ślicie i robicie, j est ważne! Każdy  z was m oże doprowadzić do zm ian, j eśli ty lko spróbuj e!

Ethan,  podobnie  j ak  reszta  j ego  klasy,  nie  uwierzy ł  w  te  zapewnienia,  siedział

j ednak  cicho  do  chwili,  aż  nauczy ciel  opuścił  klasę.  Gdy   poj awił  się  w  szkole  następnego  dnia,
głos, który m  odczy ty wał inform acj e z wy świetlacza, by ł bardziej  przy gaszony  niż wczoraj .

Ciekawe, dlaczego  nie zastanawiałem  się nad  tym nigdy  wcześniej i  dopiero  dzisiaj

wpadło  mi  to  na  myśl?  O  to  przecież  chodzi.  Ale  dzieciaki  woja  nie  mogły  tego  pojąć,  ponieważ
dorastając,  musiały  udawać,  że  ich  izolacja  to  tak  naprawdę  cena  przynależności  do  elitarnego
klubu.  Włączy ł  światło,  wy brał  num er  na  klawiaturze  kom unikatora.  Czekał,  niecierpliwiąc  się,
usły szał j ednak wiele sy gnałów, zanim  ktoś odebrał.

– Pan Cam pbell?
–  Tak.  –  Zarządca  kolonii,  w  odróżnieniu  od  Ethana,  nie  m iał  problem ów  z

zaśnięciem . – Kto m ówi? To pan, sierżancie Stark?

– Tak. Muszę się z panem  zobaczy ć i przedy skutować kilka spraw.
– Ustalm y  spotkanie na j utro rano...
– Nie. Spotkaj m y  się teraz. Jak szy bko m oże pan się zj awić u m nie?
– Zebranie wszy stkich asy stentów o tak późnej  porze potrwa...
–  Bez  asy stentów.  Ty lko  pan  i  j a...  –  Stark  przerwał  na  m om ent,  by   ponownie

przeanalizować  sprawę.  –  Po  zastanowieniu,  m oże  lepiej ,  aby śm y   m ieli  większe  audy torium .
Proszę ściągnąć Sarafinę, j a przy prowadzę Rey nolds.

– O co chodzi? – dopy ty wał się Cam pbell.
–  Proszę  się  zbierać.  Przy   główny m   wej ściu  do  kom pleksu  woj skowego  będzie

czekała eskorta, która doprowadzi was na m iej sce naszego nieform alnego spotkania. – Na  którym
zagadam was wszystkich na śmierć.

– Dobrze, sierżancie, poj awię się tam  naj szy bciej , j ak to ty lko m ożliwe.

background image

Niecałą godzinę później  dwoj e zaspany ch cy wilów usiadło naprzeciw pary  równie

m arnie  wy glądaj ący ch  żołnierzy.  Vic  nie  m ogła  się  zdecy dować,  czy   okazy wać  iry tacj ę  z
powodu  ściągnięcia  j ej   tutaj ,  czy   raczej   skupić  się  na  pogardliwy m   obserwowaniu  zachowań
cy wilbandy. Ty le dobrego, że uśm iechnęła się blado na powitanie Sarafiny. Stark krąży ł po pokoj u
j eszcze chwilę po ty m , j ak drzwi zam knęły  się za plecam i gości, a potem  zm ierzy ł przy by ły ch
ostry m  spoj rzeniem .

– Powiem  wprost, ani cy wilbanda, to znaczy  ludność cy wilna, ani m y, woj skowi,

nie  j esteśm y   aniołam i.  I  wy,  i  m y   spieprzy liśm y   sporo  rzeczy.  –  Wy m ierzy ł  palcem   w  Vic,
ledwie otworzy ła usta.

– Nic nie m ów, dopóki nie skończę. Panie Cam pbell, panno Sarafina. W głębi serca

nie ufacie nam  j ak każdem u człowiekowi, który  m oże przej ąć nad wam i władzę. Oceniacie nas ze
swoj ego punktu widzenia. Uważacie, że chcem y  was wy kiwać, ponieważ wszy scy  inni zawsze tak
robili.  Wiecie  doskonale,  że  ludzi  posiadaj ący ch  władzę  na  Ziem i,  polity ków  i  dy rektorów
korporacj i,  m ożna  przekupić,  j eśli  wszy stko  inne  zawiedzie,  ale  nie  m acie  pieniędzy,  więc  nie
m ożecie zaproponować nam  takich układów, j akie m ieliście z nim i. Zauważy liście też, że m y  w
woj u nie gram y  według ty ch sam y ch reguł, czego tak do końca nie rozum iecie. I boicie się. Ten
strach wy nika z faktu, że nie wierzy cie w to, iż m ożecie wy j ść z tej  próby  zwy cięsko, ponieważ
przez  całe  wasze  ży cie  wm awiano  wam ,  że  nic  nie  znaczy cie,  że  gra  została  tak  ustawiona,
aby ście  m usieli  przegrać.  Tak  ży ło  parę  ładny ch  pokoleń  szaraczków  w  USA.  Chce  pan  coś
powiedzieć, panie Cam pbell?

Zarządca kolonii przez dłuższą chwilę wlepiał w niego spoj rzenie.
–  To  bardzo  trudna  i  niebezpieczna  sy tuacj a.  Lepiej   by ć  ostrożny m .  Nie  m uszę

chy ba dodawać, że przez ostatnie kilka lat włoży liśm y  ogrom  wy siłku w to, by  zaczęto traktować
nas odrobinę lepiej .

– Mhm . I o ile lepiej  potraktowano was w związku z ty m i wy siłkam i? Niech pan się

tak  nie  wścieka,  na  litość  boską.  Jest  pan  m ądry   i  ostry.  Po  prostu  nie  m iał  pan  odpowiedniego
przełożenia,  tak  j ak  teraz.  Dzisiaj   m a  pan  nas.  Naj lepsze  j ednostki  woj skowe.  Dzisiaj   m oże  pan
kupić niem al wszy stko, ale na pewno nie nas. Gdy by śm y  by li łasi na pieniądze, z pewnością nie
zaj m owaliby śm y  się woj aczką. Jeśli j ednak będzie pan trzy m ał nas na dy stans, boj ąc się, że nie
m acie szans na wy graną, to z pewnością poniesiecie porażkę.

Twarz Sarafiny  by ła beznam iętna j ak m aska, ale j ej  słowa ociekały  j adem .
– Twierdzi pan, że cierpim y  na kom pleks niższości?
– Nazwa m a w ty m  przy padku naj m niej sze znaczenie. Jeśli nie uwierzy cie w to, że

coś  znaczy cie,  zostaniecie  nikim .  Wiem ,  bo  sam   przez  coś  takiego  przechodziłem .  Pam iętam
j eszcze  czasy,  gdy   sam   należałem   do  cy wilbandy,  m iałem   wiele  uroj ony ch  celów  przed  sobą,
ale w pewny m  m om encie, dość niespodziewanie zresztą, dotarło do m nie, że dzieli m nie od nich
gruba szy ba. Mogę j e zobaczy ć, ale nie dotknąć. Tak m i się wy dawało, choć m ogłem  się m y lić.
Przem y ślcie to sobie.

Stark spoj rzał na Rey nolds.
–  Z  woj em   j est  nieco  inna  sprawa,  ale  i  m y   j esteśm y   w  gruncie  rzeczy

przekonani, że m am y  przepieprzone. Ży j em y  za m uram i fortów, a każdy, kto m ieszka po drugiej
stronie, m usi by ć naszy m  wrogiem . A zwłaszcza cy wilbanda. Ty le że m am y  coś, czego cy wile
nigdy  nie zrozum iej ą. Każdy  w woj u wie, że coś znaczy. Czuj em y, że uczestniczy m y  w czy m ś
niesły chanie  ważny m .  To  wy daj e  się  bez  sensu,  ponieważ  przez  większość  czasu  j esteśm y
wy korzy sty wani, o czy m  także doskonale wiem y, ale nawet wtedy, gdy  nas wy korzy stuj ą, nadal
j esteśm y  dum ni z tego, kim  j esteśm y  i co robim y. Składaliśm y  przy sięgę! Cy wilbanda nie m usi
tego robić, m oże z wy j ątkiem  polity ków, ale wszy scy  wiem y, ile warte j est ich słowo.

background image

Vic zm ierzy ła go wzrokiem , ona również strzegła swoich m y śli, j ak Sarafina.
– Do czego zm ierzasz?
–  Do  tego,  że  oni  –  tu  wskazał  Cam pbella  i  j ego  asy stentkę  –  tego  nie  rozum iej ą.

Nie  rozum iej ą  ludzi,  którzy   uważaj ą,  że  m aj ą  na  coś  wpły w.  Patrzenie  na  ludzi  oddany ch
sprawie, której  nie rozum iej ą, przeraża ich i dlatego zawsze będą się nas bać. Tak, wiem , broni też
się  boj ą,  ale  broń  to  ty lko  narzędzie,  którego  uży waj ą  ludzie,  i  to  chy ba  wy daj e  im   się
naj straszniej sze, a nawet naj bardziej  bezsensowne. Cy wilbanda j est tłam szona każdego dnia przez
bogaczy  albo przez ty ch, którzy  dla nich pracuj ą, więc m y  j esteśm y  j edy ny m i, którzy  stoj ą niżej
od nich w tej  hierarchii. I dlatego staraj ą się wy korzy sty wać nas na tak wiele sposobów. Problem
j ednak w ty m , że ci cy wile nie wy korzy staj ą nas ty m  razem , ponieważ bardzo, ale to bardzo nas
potrzebuj ą. Ty lko m y  m ożem y  rozbić dla nich tę szy bę, o której  wcześniej  wspom inałem . Ty lko
m y  m ożem y  rozpieprzy ć j ą w drobny  m ak.

– Zatem  j esteśm y  im  potrzebni. Ale do czego m y  ich potrzebuj em y ?
–  Oni  m ogą  by ć  ty m   brakuj ący m   powodem !  O  co  walczy m y,  Vic?  Kogo

chronim y ?  Co  z  naszą  przy sięgą?  Woj o  potrzebuj e  celów,  by   istnieć.  Czegoś  więcej ,  niż  ty lko
sam ej  potrzeby  zabij ania ty ch, którzy  chcą nas wy rżnąć, i dążenia do wy j ścia cało z opresj i. W
przeciwny m   razie  będziem y   j ak  kapłani  bez  religii.  Możem y   robić,  co  chcem y,  ale  i  tak  nie
znaj dziem y   sensu  ży cia.  Będziem y   spełnieni  ty lko  wtedy,  gdy   staniem y   się  całością.  Może  w
wielu kraj ach robi się to inaczej , ale j esteśm y  am ery kańskim i żołnierzam i, do cholery. – Wskazał
palcem  na cy wilów. – Jeśli nie będziem y  pracowali dla nich, stracim y  powód istnienia.

Rey nolds m ilczała przez dłuższą chwilę, potem  uśm iechnęła się krzy wo.
–  Od  dłuższego  czasu  zastanawiałam   się  nad  celem ,  nad  naszy m   zadaniem .

Przecież nie m ożem y  bronić pery m etru do końca ży cia. A sam i nie wy znaczy m y  sobie innego
celu.  Nie  uczono  nas  tego,  wiem y,  że  nie  powinniśm y   robić  czegoś  takiego,  więc  nawet  wtedy,
gdy  istniej e taka m ożliwość, rezy gnuj em y  z niej . A m nie brakuj e j uż walki w im ieniu narodu. –
Zerknęła na Cam pbella i Sarafinę.

– My  zawsze robim y  to, co nam  każą. Co zatem  każecie nam  zrobić?
Cy wilbanda gapiła się na nich z niezrozum ieniem  w oczach.
– Py tacie nas o instrukcj e? – wy m am rotał w końcu zarządca kolonii.
– Nie o instrukcj e. O rozkazy.
–  Ale...  to  wy   m acie  tutaj   całą  władzę.  Sierżant  Stark  m a  absolutną  racj ę  w  tej

kwestii.  To  wy   powinniście  nam   rozkazy wać,  j ak  wczoraj ,  gdy   w  przestrzeni  nad  kolonią  trwała
wy m iana ognia.

–  Jesteśm y   woj em   –  wy j aśniła  m u  cierpliwie  Vic.  –  Am ery kańską  arm ią.  Jeśli

naciśnie się nas wy starczaj ąco m ocno, m ożem y  się złam ać, ale na pewno nie będziem y  z tego
powodu szczęśliwi albo dum ni. Ethan Stark m a racj ę, to działo się więcej  razy, niż m ogę zliczy ć.
Nie wy daj em y  poleceń cy wilom . Nie um iem y  rządzić państwem . Wy konuj em y  rozkazy, nawet
takie, w  który ch  niewiele  j est  sensu.  Nie  m ówię  j ednak  by naj m niej ,  że  wam   wierzę,  bo  tak  nie
j est.  Podej rzewam ,  że  prędzej   czy   później   i  tak  zechcecie  nas  wy korzy stać,  ale  takie  wasze
zbój eckie prawo. Jakie są wasze rozkazy ?

Cam pbell wy glądał na zm ieszanego.
– My  j eszcze nie wiem y, czego chcem y.
–  Do  tego  też  przy wy kliśm y.  –  Rey nolds  spoj rzała  nad  ich  głowam i  na  Starka.  –

Przy gotowałeś j akiś plan dla cy wilbandy ?

– Nie. – Ethan usiadł w końcu zadowolony  z rezultatu rozm owy. – Ty m  razem  sam i

m uszą do czegoś doj ść. Mogę im  j edy nie udzielić kilku rad.

Sarafina wlepiła w niego oczy.

background image

– A co nam  pan teraz radzi?
– Macie sporo władzy. Uży j cie j ej . Ale roztropnie. W am ery kańskim  sy stem ie nie

m a niczego złego. Znaj dzie się w nim  od cholery  słuszny ch postulatów. Problem  polega ty lko na
ty m ,  że  dopuściliśm y   do  rządzenia  nie  ty ch  ludzi,  co  trzeba.  –  Stark  skinął  głową  w  kierunku
Rey nolds.  –  Weźm y   dla  przy kładu  wy bory.  Woj o  nie  głosuj e,  ponieważ  zdaj e  sobie  sprawę  z
tego, że cy wilbanda m a ogrom ną przewagę liczebną.

Vic j ęknęła przesadnie głośno.
–  Bo  taka  j est  prawda,  Ethan.  Woj o  j est  nieliczne  w  porównaniu  do  cy wilbandy.

Nigdy  ich nie przegłosuj em y.

– Nie m usim y  tego robić. – Stark przeniósł wzrok na Cam pbella. – Ilu ludzi bierze

udział w wy borach? Tam , na Ziem i.

– Chodzi panu o procent uprawniony ch do głosowania? – uściślił zarządca kolonii. –

Średnio j akieś dwadzieścia do trzy dziestu procent.

–  Czy li  j est,  j ak  m ówiłem   –  ucieszy ł  się  Ethan.  –  Vic,  m y   nie  ry walizuj em y   ze

wszy stkim i cy wilam i, ty lko z ty m i, którzy  głosuj ą. A wy starczy  j eden głos przewagi, by  wy grać.

– To poprawia nasze szanse – przy znała – ale dzisiaj  głosowanie w niczy m  nam  nie

pom oże.  Zostaliśm y   wy j ęci  spod  prawa.  Jeśli  cy wilbanda  do  nas  dołączy,  ich  także  zaliczą  w
poczet zdraj ców.

Cam pbell spoj rzał na nią wy zy waj ąco.
–  My   też  m am y   prawa,  te,  które  deptano  od  bardzo  dawna.  Sierżancie  Stark,  j est

pan znacznie bardziej  przenikliwy, niż sądziłem . Obiecuj ę panu, że postawię do pionu wszy stkich
m oich  doradców  i  zorganizuj ę  w  kolonii  wolne  wy bory,  które  powinny   um ocnić  m oj ą  władzę  i
pozwolić na zawarcie soj uszu z wam i.

–  Trzy m am   pana  za  słowo  –  oświadczy ł  Ethan  –  ale  powiem   wprost  nie  ufam y

Trasiesowi.

– Tak, wiem , dawał wam  w kość podczas doty chczasowy ch spotkań...
– Nie o to m i chodzi. Nie lubię go, ale um iem  współpracować z ludźm i, do który ch

nie pałam  m iłością. Trasies natom iast cuchnie.

Cam pbell zerknął na Sarafinę, a ta pokręciła ty lko głową.
–  Sierżancie  Stark,  wielokrotnie  sprawdzaliśm y,  czy   szef  naszej   ochrony,  pan

Trasies, nie działa przeciw kolonii albo nam . Niczego na niego nie znaleźliśm y.

Vic zachichotała.
– Naprawdę liczy liście, że znaj dziecie coś we własny ch plikach? Jeśli Trasies knuł

przeciw  wam ,  nie  trzy m ał  dowodów  w  cy wilny ch  sy stem ach,  do  który ch  wszy scy   m ieliście
dostęp.  Moim   zdaniem ,  j eśli  istniej ą  dowody,  zostały   ukry te...  –  zam ilkła  na  m om ent,  a  potem
zaklęła. – Gdzieś w sy stem ie woj a.

– I nie znaleźliby śm y  ich do tej  pory ? – zdziwił się Ethan.
– Nie, nie, nie. W bankach dany ch pam ięci długoterm inowej  są pierdy liardy  bitów

dany ch, Ethan. A taj ne dokum enty  zabezpieczono hasłam i, fałszy wy m i nazwam i, firewallam i i
um ieszczono  w  bardzo  odizolowany ch  m iej scach.  Sam o  znalezienie  takich  kry j ówek  będzie
wy m agało  m nóstwo  czasu  i  wy siłku,  a  j eśli  nie  wiesz  dokładnie,  czego  szukasz,  m ożesz  na  nie
nigdy  nie trafić.

–  Jeśli  m acie  takie  pliki  w  sy stem ach,  chciałby m   j e  zobaczy ć.  I  to  bardzo  –

przy znał Cam pbell, zniżaj ąc głos. – Zdaj e pan sobie j ednak sprawę z tego, że każda przy nosząca
m u uj m ę inform acj a zostanie z m iej sca zakwestionowana? Takie akta m ożna przecież podrobić.

–  Nie  m am y   u  siebie  nikogo,  kto  potrafiłby...  –  zaczęła  Rey nolds,  lecz  szy bko

um ilkła.  –  A  m oże  i  m am y   –  dokończy ła.  –  Szlag,  na  pewno  j est  ktoś  taki.  Ale  m y   niczego  nie

background image

fałszuj em y.

– Niem niej  rozum ie pani, że j ego ludzie oskarżą was o to.
– Owszem , ale patrząc na problem  z drugiej  strony, nie m usieliby śm y  ty le czekać,

żeby  udupić Trasiesa. Mogliśm y  zrobić to niej ako z m arszu, na sam y m  początku.

–  To  prawda  –  zgodziła  się  Sarafina.  –  A  sierżant  Stark  nie  utrzy m ałby   tego  zby t

długo w taj em nicy. Jest m arny m  kłam cą.

Vic wy szczerzy ła zęby.
–  Cóż,  przy naj m niej   w  ty m   j edny m   osiągnęły śm y   porozum ienie.  Nie  licząc

odesłania na Ziem ię naszy ch oficerów.

Szeregowiec  Murphy   leżał  na  szerokim   łóżku,  m im o  niskiej   grawitacj i  m iał  pod

plecam i całkiem  gruby  m aterac. Jego prawy  bok i ram ię spoczy wały  w szary m  poj em niku, na
którego  powierzchni  m igotały   rzędy   kontrolek.  Pęki  wy staj ący ch  z  niego  przewodów  znikały   w
pobliskiej   ścianie.  Gdy   ranny   dostrzegł  Starka,  na  j ego  bladej ,  wy m izerowanej   twarzy   poj awił
się wy raz niedowierzania, a potem  uśm iech.

– Hej , sierżancie! To znaczy  kom endancie. – Wy pluwał z siebie słowa, j akby  ktoś

puścił  nagranie  w  przy spieszony m   tem pie,  co  nie  by ło  niczy m   dziwny m ,  zważy wszy   na
przy spieszenie m etabolizm u, które zaaplikowano m u w ram ach terapii.

–  Daj cie  spokój .  –  Ethan  przy siadł  po  lewej   stronie  Murpha,  zm uszaj ąc  się  do

uśm iechu. – Dla was nadal j estem  sierżantem .

– Dzięki, sierżancie. Co pana tutaj  sprowadza? Jest pan przecież cholernie zaj ęty.
–  Dla  was,  m ałpoludy,  zawsze  znaj dę  chwilkę.  Jak  leci,  Murph?  Żołnierz

wy szczerzy ł się i wskazał lewą ręką na poj em nik.

–  Straciłem   rękę,  sierżancie.  I  część  barku  też.  Za  to  chy ba  dadzą  m i  Purpurowe

Serce?

– Chy ba tak. Aczkolwiek znam  łatwiej sze sposoby  na zdoby cie tego odznaczenia. –

Stark  zerknął  na  odczy ty,  bezskutecznie  próbuj ąc  zinterpretować  wy świetlane  dane.  –  Wszy stko
idzie j ak trzeba? Ręka odrośnie j ak nowa? Nie by ło powikłań?

–  Ja  przy naj m niej   nic  o  ty m   nie  wiem .  –  Uśm iech  Murphy ’ego  stał  się  bardziej

niepewny. – Człowieku, j ak m nie tam  swędzi.

– Swędzi?
– Tak, sierżancie. Czuj ę cholerne swędzenie na ty m , co m i tam  hoduj ą. Zwłaszcza

w m iej scach, które j eszcze nie zdąży ły  odrosnąć! Mówię doktorowi, że kciuk nie daj e m i zasnąć,
a on na to, że nie m am  j eszcze nowego kciuka, że się j eszcze, no, nie zregenerował. To dziwne,
nie?

– Owszem . – Ethan znów przy j rzał się poj em nikowi. – A wy  nie m ożecie się nawet

podrapać. Jezu...

– No. Muszą m nie szpry cować, żeby m  m ógł zasnąć. Ale będzie dobrze, sierżancie

– obiecał ranny.

– Wrócę do druży ny, zanim  się pan spostrzeże, i to j ak nowy.
– I o to chodzi, Murph. Ale obiecaj cie m i, że następny m  razem  nie będziecie łapali

pocisków goły m i rękam i. Nie chciałby m  was stracić.

background image

–  Naprawdę?  U  licha,  sierżancie.  Nigdzie  się  nie  wy bieram ,  skoro  pan  i  kapral

Gom ez nade m ną czuwacie.

Stark zm usił się kolej ny  raz do uśm iechu.
–  Ale  też  żadne  z  nas  nie  um ie  czy nić  cudów.  Róbcie  wszy stko,  żeby   wrócić  do

dom u w j edny m  kawałku. Mogę coś dla was zrobić?

– Nie, to znaczy... czy  m ogę pana o coś zapy tać, sierżancie?
– Jasne, Murph, walcie śm iało.
Żołnierz  przesunął  się  na  ty le,  na  ile  pozwalały   m u  ograniczenia,  a  potem

zlustrował wzrokiem  naj odleglej sze zakątki sali.

– Wie pan, że kobiety  nas tu odwiedzaj ą?
– To m iłe z ich strony.
– Znaczy, z cy wilbandy. – Szeregowiec Murphy, weteran stu bitew, spłonił się j ak

dziewczy nka. – Czy  nam  wolno zapoznawać kobiety  w cy wilu?

Stark zakry ł pospiesznie usta dłonią, aby  ukry ć rodzący  się uśm iech.
– Chcecie się um awiać z cy wilbandą, Murph?
– Tak. Jest tu j edna taka babka, całkiem  m iła, sierżancie.
– Miła, powiadacie? Znaczy  j aka? Raczej  Ginger czy  Mary  Ann?
– Mary  Ann, sierżancie.
–  Naprawdę?  Taka  przaśna,  wiej ska  dziewucha?  A  m nie  się  wy dawało,  że

gustuj ecie raczej  w gwiazdeczkach pokroj u Ginger.

Murphy  się zaśm iał.
– Tak by ło, ale wie pan, ta j est naprawdę wy j ątkowa.
Tak,  wiem,  chłopcze.  Wiem  doskonale,  jak  to  jest...  Zachował  dla  siebie  tę  m y śl  i

powiedział ty lko:

– No, no.
– I widzę, że j est m ną zainteresowana.
– Cuda się zdarzaj ą.
– Fakt. – Murphy  przy taknął, nie zauważaj ąc ironii. – Czy li nie m a pan nic przeciw?
– Nic a nic.
Murph raz j eszcze się wy szczerzy ł, ty m  razem  z ulgą.
– To świetnie. – Uśm iech zniknął z j ego twarzy  tak szy bko, j ak się na niej  poj awił. –

Ale j ak m am  traktować babkę z cy wilbandy ?

– Daj cie spokój , Murphy, wiem , że bez przerwy  lataliście na randki.
– Ale ty lko z babkam i z woj a, sierżancie! Z żołnierkam i albo córkam i żołnierzy. A

kobiety  z cy wilbandy  są zupełnie inne.

–  Nigdy   nie  rozum iałem   żadnej   z  nich,  Murph,  ale  na  m oj e  oko  dziewczy ny   z

cy wilbandy  i woj a są takie sam e.

– Nawet kapral Gom ez? Nigdy  by m ...
– Okay, kapral Gom ez różni się nieco od przeciętnej  kobiety  z cy wilbandy. Ale to

akurat  nic  złego.  Zapam iętaj cie  j edno:  um awianie  się  z  kobietam i  j est  j ak  wszy stko  inne.
Dostaj ecie  ty le,  ile  daj ecie.  Jeśli  zaczniecie  j e  obm acy wać  na  pierwszej   randce,  pom y ślą,  że
ty lko na ty m  wam  zależy. Poczekaj cie trochę, aż poznacie j e lepiej . Słuchaj cie ich, rozm awiaj cie
z nim i, a m oże zaczną odpowiadać ty m  sam y m .

– Aha. – Murphy  ściągnął brwi w głębokim  nam y śle. – Czy li m am  postępować j ak

podczas  nauki  strzelania?  Naj pierw  trzeba  wy czuć  broń,  zrozum ieć,  j ak  działa  i  reaguj e,  bo  bez
tego nie sposób trafić w tarczę?

A to ci analogia. Murph, randkowanie z cywilbandą wyjdzie ci na zdrowie.

background image

– Zgadza się. Ty lko pam iętaj cie, złe albo nieostrożne obchodzenie się z bronią grozi

postrzałem  w stopę.

–  Zgadza  się,  sierżancie.  Trzeba  szanować  broń.  Tak  właśnie  będę  postępował  z

ty m i kobietam i, daj ę słowo.

– Nie wątpię, Murph. – Stark poklepał rannego po zdrowy m  ram ieniu. Trzy m aj  się

m ałpoludzie. Jesteś dobry m  żołnierzem .

Murphy  znowu się spłonił, spuścił wzrok.
– Dzięki, sierżancie. Wiem , że daleko m i do naj lepszy ch.
–  Będziecie  świetni,  j eśli  ty lko  się  postaracie.  Zaj rzę  tu  j eszcze  do  was.  –  Ethan

uśm iechał się zachęcaj ąco, gdy  wy chodził.

Dobry  dzieciak.  Ciekawe,  czy  tak  właśnie  myślał  mój  ojciec,  kiedy  rozmawiał  ze

mną, próbując dawać mi dobre rady? Tyle że ja go nie słuchałem. Mam nadzieję, że żołnierze są już
wystarczająco dorośli, by wiedzieć, iż słuchanie nie szkodzi, a czasami może nawet pomóc.

Kroczy ł wolno kory tarzam i cy wilnego szpitala, którego białe ściany  by ły  łudząco

podobne do ty ch, j akie widy wał w woj skowy ch placówkach. Z zam y ślenia wy rwał go brzęczy k
kom unikatora.

– Stark, słucham .
– Gdzie j esteś? – zapy tała Rey nolds.
– W szpitalu cy wilbandy. Odwiedzałem  Murpha.
– Aha. Co u niego?
– Czuj e swędzenie w urwanej  ręce.
–  Auć.  Słuchaj ,  m asz  się  stawić  za  pół  godziny   w  kom pleksie  rządowy m

cy wilbandy. Nie zapom nij  o ty m .

Stark skrzy wił się, sprawdzaj ąc plan dnia.
– Wy dawało m i się, że to spotkanie m a by ć godzinę później .
–  No  to  się  m y liłeś.  Zadzwoniłam ,  ponieważ  chciałaby m ,  aby ś  wy glądał

schludnie. Nie ży czę sobie, aby  j akiś m ary narz rozpowiadał potem , że kom endant m ałpoludów to
zwy kły  niechluj .

– Przecież j estem  czy sty  – żachnął się Ethan.
– Akurat. Po ty godniu spędzony m  w pełny m  pancerzu m ówisz to sam o.
– Wszy scy  pozostali także są gotowi? – zapy tał Stark. – Będzie tam  m ój  cały  sztab,

j eśli się nie m y lę? Skoro m am  się dogadać z m ary narzam i, wolałby m  m ieć pod ręką kogoś, kto
naprawdę ich zna.

– Wiedzy  o nich nie m ogę ci zagwarantować, ale będziesz m iał do pom ocy  nasze

naj tęższe m ózgi. Chcesz, żeby  by ł tam  też ktoś spoza naszego sztabu?

–  Nie.  Czekaj .  –  A  porucznik  Mendoza?  Nie,  nie  mogę  zaprosić  na  to  spotkanie

oficera,  mimo  że  jego  rady  byłyby  z  pewnością  bardzo  cenne.  Zaraz,  czy  on  nie  wspomniał
przypadkiem,  że  jego  syn  stałby  się  bardziej  rozmowny,  gdyby  dać  mu  ważniejsze  stanowisko?  –
Tak. Wezwij  Mendo.

– Szeregowego Mendozę? Z twoj ej  dawnej  druży ny ?
– Tak. On się zna prawie na wszy stkim .
–  Też  tak  sły szałam ,  aczkolwiek  nie  pam iętam ,  aby   dzielił  się  przem y śleniam i  z

własnej  woli.

–  Powie  m i,  co  trzeba,  j eśli  go  zapy tam .  Upewnij   się,  że  dotrze  na  m iej sce

spotkania.

– Ty  j esteś tutaj  szefem  – rzuciła Vic. – Pam iętaj , za pół godziny.
– Dobra, dobra. Za pół godziny.

background image

Starszy  m at Wisem an i j ej  nowo wy brany  zastępca, działonowy  Melendez, gapili

się  z  arogancką  wy niosłością  na  przy chodzący ch  kolej no  ludzi  Starka.  Sztabowcy   Ethana
odpowiadali  im   podobny m i  spoj rzeniam i,  podczas  gdy   obecna  na  sali  para  cy wilów,  czy li
zarządca  kolonii  Cam pbell  i  panna  Sarafina,  obserwowali  zachowania  obu  grup  woj skowy ch  z
ostrożną neutralnością.

Stark  uścisnął  szy bko  dłoń  Wisem an,  a  potem   przedstawił  kolej no  wszy stkich

obecny ch.

– My ślę, że nadszedł czas, aby  powitać was oficj alnie na Księży cu.
– Dzięki. Podoba nam  się to, co zrobiliście z ty m  m iej scem .
– Jakieś py tania?
–  Tak.  Gdzie  m oj e  piwo?  –  Wisem an  zaśm iała  się  z  własnego  żartu.  –  Nie  wiem

wprawdzie,  co  planuj ecie,  ale  dodaliśm y   do  waszego  arsenału  cztery   w  pełni  wy posażone
wahadłowce  boj owe.  Wprawdzie  wszy stkie  m aj ą  j akieś  uszkodzenia,  a  j eden  został  nawet  dość
poważnie trafiony, ale to wszy stko da się wy klepać. Czego od nas chcecie?

Wszy scy   spoj rzeli  na  Starka.  On  natom iast  wbił  wzrok  w  blat  stołu  i  dopiero  po

chwili przeniósł go na Wisem an.

– Na razie chodzi o działania czy sto defensy wne, czy li o obronę kolonii.
– Musicie zdoby wać w j akiś sposób zaopatrzenie.
– Owszem . Pracuj em y  nad ty m .
– Zatem  będzie wam  potrzebna eskorta dla transportowców, coś, co utrzy m a z dala

od  nich  większe  okręty   woj enne.  Nie  m ożem y   stawiać  czoła  zwartej   form acj i,  ale  na  pewno
nam ieszam y  sporo przy  przebij aniu się przez blokadę.

Vic pochy liła się w stronę oboj ga podoficerów floty.
– A  co z  niwelowaniem  dalekosiężny ch  zagrożeń kolonii  ze strony   floty ?  Możecie

im  w j akiś sposób przeciwdziałać?

Wisem an wzruszy ła ram ionam i, zerkaj ąc na działonowego Melendeza.
– O j akiego rodzaj u zagrożeniach m ówim y ?
– O bom bardowaniach.
Melendez pokręcił głową.
–  Torpedy   nie  m aj ą  szans  na  przebicie  parasola  ochronnego.  To  m iej sce  j est  j ak

forteca.

–  Nie  m ówiłam   o  torpedach  –  wy j aśniła  cierpliwie  Vic  –  ty lko  o  większy m

kalibrze.

–  Wielki  kaliber?  –  zdziwiła  się  Wisem an.  –  Nie  odważą  się.  Otrzy m aliśm y

wy raźne rozkazy : pod żadny m  pozorem  nie wolno nam  uży ć BMZ-etów.

Woj skowi skinęli zgodnie głowam i, za to cy wile wy glądali za zagubiony ch.
– Czy m  są BMZ-ety ? – zapy tała Sarafina.
– Skrót od broni m asowej  zagłady  – odparło kilku woj skowy ch naraz.
–  Skąd  wiecie  o  ty ch  rozkazach?  –  zapy tała  Rey nolds.  –  Takim i  wiadom ościam i

sztab nie dzieli się zazwy czaj  z podoficeram i.

Starszy  m at Wisem an wy szczerzy ła zęby  w uśm iechu.

background image

– Nie powinniśm y  wiedzieć o takich rozkazach, ale wiecie, j ak j est. Mieliśm y  ich

kopie, j eszcze zanim  ory ginały  dotarły  do przedziału oficerskiego.

– Tak, wiem y, j ak to wy gląda.
– Chwileczkę! – wtrącił Cam pbell. – Nie rozum iem , co te rozkazy  m ogą zm ienić.

Przecież  traktat  o  nierozm ieszczaniu  broni  nuklearnej   w  przestrzeni  kosm icznej   zabrania
instalowania ty ch BMZ-etów na okrętach woj enny ch.

Działonowy  Melendez z trudem  powstrzy m ał śm iech.
– Nie, nie zabrania.
– Znam  treść tego porozum ienia – upierał się zarządca kolonii, szukaj ąc wzrokiem

poparcia  u  Sarafiny.  –  Jest  w  nim   klauzula  zabraniaj ąca  instalacj i  broni  m asowej   zagłady   na
okrętach woj enny ch i stacj ach orbitalny ch. Nie wierzę, że pogwałciliśm y  zapisy  tej  um owy.

–  My   niczego  nie  pogwałciliśm y   –  zapewnił  go  Melendez.  –  Niech  pan  słucha

działonowego.  Traktat  zabrania  uży wania  orbitalnej   albo  transorbitalnej   broni  m asowej   zagłady
do bom bardowania Ziem i, ale gdzieś tam  w tekście, m ały m  druczkiem , precy zuj e się, że chodzi o
rakiety, czy li o coś, co m a nośnik i głowicę. Nieważne, czy  konwencj onalną, czy  atom ową. Nie
wspom niano za to ani słowem  o wielkim  kawałku stali z sam onaprowadzaniem . Taki sprzęt m oże
wy walić całkiem  spory  krater w centrum  każdego m iasta, niem niej  według zapisów kontraktu nie
j est „bronią”.

–  Wy godne  rozwiązanie  –  m ruknęła  oschle  Vic.  –  Obawiam   się,  że  nasz  rząd  j est

bardzo  wy straszony   ty m ,  co  tu  robim y,  m im o  że  nie  posiadam y   okrętów  zdolny ch  do
zaatakowania Ziem i.

–  Nie  potrzebuj em y   j ednostek  woj enny ch  –  wtrącił  działonowy,  m achaj ąc

lekceważąco  ręką.  –  Wy starczy   podczepić  spory   głaz  pod  j eden  z  naszy ch  wahadłowców.
Wprawdzie  m aszy na  będzie  się  zataczała  j ak  pij ak  po  nocy   w  tanim   barze,  ale  da  się  to  zrobić.
Możecie  też  zm ody fikować  którąś  z  linii  kolej ki  elektrom agnety cznej   tak,  aby   m ogła  służy ć  do
wy rzucania obiektów w przestrzeń. Wy starczy  wy celować j e w Wielki Błękit. Wprawdzie ciężko
będzie o dużą celność, ale m iasta są przecież spore.

– Nie będziem y  zrzucać głazów na m iasta – zaprzeczy ł zdecy dowanie Stark. – Ani

na am ery kańskie, ani na żadne inne.

– Nie twierdzę, że powinniście to robić. Wy j aśniam  ty lko, dlaczego trepy  boj ą się

ry walizacj i  w  kategorii,  kto  rzuci  dalej   wielką  pigułą.  Na  Księży cu  j est  j uż  m nóstwo  wielkich
kraterów. Oni nie chcą m ieć przed dom am i podobnego kraj obrazu.

Sarafina wy glądała na skonfundowaną.
– Jakim  cudem  podpisaliśm y  traktat z tak wielką luką?
– A co w ty m  dziwnego? Chcieliśm y  zy skać przewagę m oralną nad resztą świata i

zachować  m ożliwość  bom bardowania  oporny ch,  więc  stworzy liśm y   traktat,  który   dawał  nam
j edno i drugie.

– Nadal nie rozum iem . – Cam pbell kręcił głową, m ierząc wzrokiem  przedstawicieli

woj ska.  –  Wiem ,  że  rząd  z  Ziem i  chce  pokonać  zbuntowany ch  żołnierzy.  Dlaczego  więc
powstrzy m uj e  się  od  uży cia  każdej   dostępnej   broni?  Przecież  zm asowany   atak  BMZ-etem
pokonałby  w końcu nasze linie obrony  i zapobiegł uderzeniu odwetowem u.

Szeregowiec  Mendoza,  który   siedział  na  sam y m   końcu,  nagle  uniósł  wzrok,

wy dawał się poruszony.

– Należy  uży wać ty lko odpowiedniej  broni. – Speszy ł się, gdy  zauważy ł, że zwrócił

na siebie uwagę. – No tak – dodał niepewny m  tonem . – Rząd nie widzi sensu w uży ciu broni, która
nie pasuj e do zakładany ch celów.

– Co chcieliście przez to powiedzieć? – zapy tał Stark.

background image

– To j edna z zasad wy m y ślony ch przez von Clausewitza – wy j aśnił Mendo.
– Tego Niem ca, którego tak lubi wasz oj ciec? – spy tał Ethan i postanowił w duchu:

Muszę w końcu przeczytać jego prace.

– Tak. Często rozm awiałem  z oj cem  o j ego teoriach. Clausewitz uważał, że woj na

j est konty nuacj ą polity ki, ty le że bardziej  rady kalny m i środkam i. Zatem  konflikt zbroj ny  m a sens
ty lko wtedy, gdy  m oże doprowadzić do pożądanego rozwiązania polity cznego.

–  I  dlatego  próbowaliśm y   podbić  Księży c  przez  ostatnie  kilka  lat?  –  wtrąciła

Manley.

–  Tak  właśnie  –  przy znał  Mendo.  Z  każdy m   słowem   stawał  się  pewniej szy.  –  Cel

nie m usi by ć osiągalny, wy starczy, że j est zrozum iały. Zatem  celem  rządu w Waszy ngtonie j est
odzy skanie kontroli nad tą kolonią. Gdy by  doszło do j ej  zniszczenia, Am ery ka straciłaby  j edy ny
przy czółek na Srebrny m  Globie, a co za ty m  idzie, przestałaby  dom inować. Po zbom bardowaniu
nas z orbity  siły  przeciwnika zaj ęły by  naty chm iast zgliszcza kolonii, więc efekt by łby  niezm iernie
daleki  od  oczekiwanego.  Równie  daleki  j ak  teraz,  kiedy   stracili  wpły w  na  nas  i  cy wilów,  ty le  że
nieodwracalny.

–  A  korporacj e,  które  zainwestowały   w  nas  –  dodał  Cam pbell,  kiwaj ąc  głową  –

straciły by  ogrom ne kwoty  wpakowane w tutej szą infrastrukturę i pozy skiwanie złóż.

–  Zgadza  się,  sir.  Zatem   j edy ny m   sposobem   na  osiągnięcie  celu  j est  odbicie

kolonii  przy   pom ocy   sił  lądowy ch  albo  zm uszenie  nas  do  poddania  na  takich  warunkach,  aby
m ożna by ło naty chm iast przej ąć kontrolę nad sy stem am i obrony.

Vic kręciła głową, na j ej  twarzy  m alował się scepty cy zm .
– A j eśli nasi zm y ślni przy wódcy  nie zachowaj ą się rozsądnie? Z tego, co wiem ,

nie są znani z podej m owania naj m ądrzej szy ch decy zj i.

–  W  ty m   wy padku  to  ich  interes  –  upierał  się  Mendo.  –  Nie  wy graj ą,  j eśli  nas

zniszczą. A polity kom  zależy  na utrzy m aniu się przy  władzy. Utrata kolonii na naszą rzecz, zaj ęcie
j ej  przez wroga czy  zniszczenie na skutek bom bardowań będzie skutkowało przegraną w kolej ny ch
wy borach.  Aby   zrealizować  zakładane  cele,  m uszą  odzy skać  kontrolę  nad  wszy stkim .  A
korporacj e na pewno będą naciskały, aby  nie zniszczy ć infrastruktury.

Cam pbell przy taknął m u raz j eszcze, teraz z nieco bardziej  zam y śloną m iną.
– To bardzo sensowne. Pański człowiek m a racj ę, sierżancie Stark. Nie znam  się na

woj owaniu,  ale  m am   spore  rozeznanie  w  polity ce.  Ta  sprawa  wpły nie  na  rezultat  naj bliższy ch
wy borów.  Obie  wiodące  partie  chcą  j e  wy grać,  a  do  tego  będą  potrzebowały   wsparcia
naj bogatszy ch korporacj i. Znam  ty lko j eden sposób na uzy skanie sukcesu na obu polach. Muszą
odzy skać  kolonię,  i  to  nietkniętą.  To  by   tłum aczy ło,  dlaczego  powstrzy m uj ą  się  od  uży cia
pewny ch rodzaj ów broni.

–  Polity cy   co  rusz  przegry waj ą  j akieś  wy bory   –  zaprotestowała  Manley.  –  Co

wielkiego się stanie, j eśli kilku z nich powiem y  niedługo pa, pa? Zastąpią ich inni, tacy  sam i.

–  Nie.  Jeśli  obie  główne  partie  zostaną  zdy skredy towane  zniszczeniem   tej   kolonii,

do głosu m ogą dorwać się drugoligowi liderzy, którzy  od bardzo dawna dom agaj ą się reform . A
ostatnim ,  czego  dzisiaj   trzeba  rządzący m ,  są  ludzie  z  m isj ą  zasiadaj ący   na  ich  stołkach.  To
m ogłoby   doprowadzić  do  uj awnienia  wielu  nielegalny ch  i  niem oralny ch  interesów,  j akie  robili
potaj em nie od wielu lat.

Stark zaśm iał się nagle.
– Czy  to znaczy, że m ogą chcieć z nam i rozm awiać? Nie ty lko z wam i, cy wilam i,

ale i z woj em ? Pan i Mendo twierdzicie, że polity kom  z Ziem i naj bardziej  zależy  na odzy skaniu
tej  kolonii. A to oznacza, że nienawiść Pentagonu, zwielokrotniona buntem  we flocie, m oże zej ść
na dalszy  plan.

background image

Cam pbell przy taknął, wodząc ponury m  spoj rzeniem  po zebrany ch.
–  To  prawda.  Będą  z  nam i  rozm awiali.  Problem   j ednak  w  ty m ,  co  m y   im

powiem y,  a  nie  oni  nam .  –  Skoncentrował  wzrok  na  Starku.  –  Odłóżm y   na  bok  m rzonki  o
cy wilny m   zwierzchnictwie,  to  pan  tutaj   rządzi,  sierżancie.  Nie  m ożem y   nic  zrobić  bez  pańskiej
zgody. Zatem  j akie są nasze cele? Kom prom is? Rewolucj a? Wątpię, aby  ktokolwiek z obecny ch
tutaj  chciał oderwania kolonii od Stanów Zj ednoczony ch. O co zatem  m am y  walczy ć?

Stark spoglądał na niego w m ilczeniu. I  co  mam  na  to  powiedzieć?  Czego  ja  chcę

oprócz  odrobiny  szacunku  i  przełożonych,  dla  których  będę  istotą  ludzką,  a  nie  sprzętem?  Jaka
odpowiedź ochroni tych wszystkich ludzi, którzy tej ochrony potrzebują, i nie zostanie jednocześnie
uznana za zdradę wszystkiego, w co do tej pory wierzyłem? Wszyscy na mnie patrzą. Wszyscy na
mnie liczą. Jaka jest właściwa odpowiedź?

background image

 

CZĘŚĆ TRZECIA

Nie ma już chwały

background image

Obsiadły  kosm odrom  kolonii j ak harpie ze staroży tny ch m itów. Sam a ich obecność

zdawała się oskarżać Starka o złam anie przy sięgi i brak honoru. Wahadłowce sił rządowy ch. Ethan
przy stanął  przed  j edny m   z  m onitorów  i  zapatrzy ł  się  na  nie.  Jeszcze  nie  tak  dawno  wizyta  tylu
ważniaków  zmusiłaby  mnie  i  moich  ludzi  do  malowania,  polerowania  i  sprzątania  wszystkiego,  do
czego mogliby się zbliżyć na kilka kilometrów. A teraz ci sami ważniacy przybywają, aby spotkać
się ze mną. Z dwojga złego wolałbym chyba już to malowanie.

Spoj rzał  raz  j eszcze  na  m onitor,  żałuj ąc,  że  nie  m a  sposobu  na  zaj rzenie  pod

pancerze ty ch m aszy n. Kto  jest  wysłannikiem  rządu?  Co  zamierza  powiedzieć?  Czy  zaproponuje
porozumienie, czy raczej skończy się na kolejnych groźbach? Czy cywilbanda z kolonii poprze nas,
czy  pójdzie  za  nimi,  gdy  tylko  dostanie  lepszą  ofertę?  Dość  gdybania,  niedługo  sam  się  o  tym
przekonam.

Odszedł od m onitora, ruszaj ąc w kierunku korporacy j nej  sali konferency j nej , którą

zaproponował  Cam pbell.  „To  będzie  neutralny   grunt”,  stwierdził  zarządca  kolonii,  „a  w  każdy m
razie j ego naj bliższy  zam iennik, j akim  tutaj  dy sponuj em y, nie m ówiąc j uż o ty m , że to naj lepiej
wy posażona  sala  konferency j na  na  terenie  naszej   kolonii”.  Stark  powstrzy m ał  się  przed
zaproponowaniem   podobnego  centrum   konferency j nego  znaj duj ącego  się  przy   apartam entach
generałów, podej rzewaj ąc, że korporacy j ny  szaj s będzie lepiej  pasował na tę okazj ę.

Stacey   Yurivan  stała  sam otnie  w  kory tarzu  prowadzący m   na  m iej sce  spotkania.

Na j ej  ustach błąkał się lekko kpiący  uśm ieszek.

– Jak leci, kom endancie?
– Świetnie. Wszy scy  na m iej scach?
–  Z  tego,  co  wiem ,  pozostali  delegaci  weszli  j uż  na  salę.  Czekaj ą  j uż  ty lko  na

reprezentacj ę woj a.

Stark poczuł, że twarz czerwieniej e m u z gniewu.
– Spotkanie m a się zacząć dopiero za pół godziny. Nie j esteśm y  spóźnieni.
Jej  uśm iech stał się wy raźniej szy.
– Widać wszy stkim  inny m  bardziej  się spieszy ło. A nam  nie.
–  Wolałby m   prowadzić  sam obój czy   wy pad  –  przy znał  Stark.  –  A  ty,  j ak  widzę,

świetnie radzisz sobie w nowej  robocie.

Naty chm iast  przestała  się  uśm iechać.  Teraz  wy dawała  się  um iarkowanie

poiry towana.

– Tak, idzie m i świetnie.
– I to ci się z j akiegoś powodu nie podoba.
Yurivan wzruszy ła ram ionam i.
– Słuchaj , załóżm y, że j esteś m oim  szefem ...
– Jestem  nim .
–  Tak,  j asne.  Zapom niałam .  W  każdy m   razie  wy obraź  sobie,  że  przez  dwa

m iesiące nie łapiesz m nie na żadny m  naruszeniu regulam inu. Co by ś poczuł?

– Wdzięczność?
Stacey  wy buchnęła śm iechem .
–  Na  pewno  nie.  Raczej   zm artwiłoby   cię  to,  ponieważ  j a  zawsze  coś  kom binuj ę.

Zatem  fakt, że na niczy m  m nie nie przy łapałeś, świadczy łby  ty lko o ty m , iż nie wpadłeś j eszcze
na to, co teraz robię.

Stark zm ruży ł oczy, kieruj ąc wzrok na drzwi sali konferency j nej .
– Co cię zatem  m artwi?
– Wielkie szy chy. Wiesz, agencj e rządowe.
–  Z  tego,  co  wiem ,  nie  wy kry liśm y   żadny ch  ich  działań  skierowany ch  przeciw

background image

nam .

Yurivan westchnęła ciężko.
– Mam  to wszy stko wy j aśniać j eszcze raz?
–  Nie.  Nie  trzeba.  Załapałem .  –  Stark  pogładził  policzek  w  zam y śleniu,

przy pom inaj ąc sobie operacj e agencj i rządowy ch, z który m i m iał do czy nienia w przeszłości. –
Dom y ślasz się zatem , że oni coś kom binuj ą?

– Ja wiem , że oni coś kom binuj ą! Ci ludzie nigdy  nie siedzą bezczy nnie na dupie,

gdy   m aj ą  problem .  A  m y   j esteśm y   dla  nich  cholernie  wielkim   problem em .  Nie  wy kry łam
j ednak żadny ch prób włam ań do naszy ch sy stem ów, nie m ieliśm y  też do czy nienia z sabotażam i
albo szpiegam i. Co m i więc um y ka?

–  Może  wy dano  im   rozkaz,  aby   odpuścili?  Może  Pentagon  i  rząd  nie  chcą  nas

wkurzać, zwłaszcza że zgodziliśm y  się na te rozm owy ?

–  Tak,  na  pewno  –  pry chnęła.  –  Twoj a  teoria  trzy m ałaby   się  kupy   ty lko  wtedy,

gdy by śm y   przy j ęli  założenie,  że  nasi  polity cy   um iej ą  m y śleć  racj onalnie  i  nie  traktuj ą  tej
sy tuacj i j ako kolej nej  zabawy  w strzelanego! Człowieku, oni j eszcze nigdy  nie odpuścili!

Rey nolds  dołączy ła  do  nich  w  ty m   m om encie,  przy glądaj ąc  się  uważnie  oboj gu

rozm ówcom .

– Cześć, Ethan. Cześć, Stacey. Jak tam  łowy  na snarka?
–  Zakończone.  –  Yurivan  wsunęła  dłoń  do  kieszeni,  aby   wy j ąć  dy sk  z  dany m i.  –

Moi ludzie wy szperali to dzisiaj  rano.

– Tak? – Rey nolds przy j ęła nośnik i obróciła go w palcach. – Ciekawe, co to m oże

by ć?

– To, o co m nie prosiłaś.
–  Mocno  zawęziłaś  pole  dom y słów.  –  Vic  wsunęła  dy sk  do  czy tnika  w  palm topie,

przeleciała wzrokiem  po ekranie i wy szczerzy ła zęby. – Z tego, co widzę, pan Trasies nie będzie
nam  j uż sprawiał problem ów.

Stark także się uśm iechnął.
– Znalazłaś coś na niego?
Stacey  napuszy ła się j ak paw.
– Nasze program y  tak organizuj ą rozkład dany ch, by  m ożna by ło j ak naj szy bciej  i

naj efekty wniej   z  nich  korzy stać.  Te  brudy   by ły   dobrze  ukry te,  ale  dzięki  oprogram owaniu
czy szczącem u  znaleźliśm y   nagle  sporą  wolną  przestrzeń  w  sam y m   środku  strum ieni  równo
poukładany ch, choć zdefragm entowany ch folderów. Potem  wy starczy ło złam ać kody  blokuj ące
dostęp.  Nasz  śm ieć  Trasies  m eldował  sy stem aty cznie  o  wy darzeniach  na  Księży cu,  dopóki  nie
przy m knęliśm y  j ego kontaktów, czy li oficerów. Z tego, co wy wnioskowaliśm y, by ł na garnuszku
paru agencj i rządowy ch, ale nie stronił też od zleceń korporacy j ny ch.

– Sądzisz, że Cam pbell ły knie takie oskarżenia?
–  Na  pewno  ich  nie  odrzuci,  gdy   zaj rzy   do  ocen  doty czący ch  j ego  osoby.

Wprawdzie  Trasies  nie  m iał  zby t  dobrego  zdania  o  nikim   prócz  swoich  m ocodawców,  co
zauważy łam  w trakcie porannej  lektury  ty ch dany ch, ale wy gląda na to, że zarządca kolonii by ł
j ego ulubiony m  celem . Pastwił się nad nim  okropnie.

– Świetna robota, Stacey  – powiedział Stark z uznaniem .
–  Ty lko  się  nie  zasap,  obściskuj ąc  m nie  w  podzięce  –  m ruknęła  sarkasty cznie

Yurivan.  –  Jeszcze  m i  woda  sodowa  uderzy   do  głowy.  –  Podeszła  bliżej ,  wpatruj ąc  się  w  niego
intensy wnie.  –  Słuchaj ,  Stark,  m ogłaby m   pracować  o  wiele  bardziej   efekty wnie  –  wskazała
głową na salę konferency j ną – gdy by m  znała warunki brzegowe.

– Warunki brzegowe?

background image

– Jaki m acie plan? Co chcecie osiągnąć?
Stark uśm iechnął się po łobuzersku.
– Dam  ci znać, j ak ty lko to ustalę.
–  Jasne.  –  Yurivan  się  skrzy wiła.  –  Nie  licz,  że  uwierzę,  iż  sprowokowałeś  totalny

bunt w arm ii, nie m aj ąc poj ęcia, co robić dalej . Nie m a aż tak głupich ludzi, Stark.

Ethan zerknął na Rey nolds, ale ta gapiła się w sufit, robiąc co ty lko w j ej  m ocy, by

nie wy buchnąć śm iechem .

– Nie m ogę powiedzieć nic więcej , Stacey.
– Widzę, że to coś naprawdę wielkiego. Daj  spokój , przecież m ożesz m i zaufać.
– Przy sięgam , że w tej  chwili nie m a nic...
–  Okay,  okay.  Nie  chcesz,  to  nie  m ów.  I  tak  się  tego  dowiem ,  Stark.  Inni  nie  będą

tacy   taj em niczy,  j ak  ty.  –  Yurivan  uśm iechnęła  się  szeroko  i  obróciła  na  pięcie,  aby   powitać
pozostały ch członków sztabu.

Vic przy sunęła się do Ethana i wy szeptała m u na ucho:
–  Jak  sądzisz,  czy   Stacey   podzieli  się  ze  m ną  ty m ,  co  odkry j e  na  tem at  twoj ego

planu?

–  Mam   nadziej ę,  że  to  zrobi.  Bardzo  by   m i  to  pom ogło.  –  Stark  zrobił  krok  w

kierunku  przy by ły ch  i  powiedział:  –  Dobra,  chłopcy   i  dziewczęta.  To  będzie  ostra  j azda  i  na
pewno  cholernie  nieprzy j em na.  Dlatego  m iej cie  się  na  baczności.  Ja  i  Vic  będziem y   m ówili.
Musim y   wy glądać  na  m ocny ch,  zdecy dowany ch  i  zdy scy plinowany ch.  Jakieś  py tania?  –
Sztabowcy  wy m ienili spoj rzenia, ale m ilczeli. – Dobrze. Ale j a m am  j edno. Gdzie, do cholery,
j est nasza flota?

–  Tutaj .  –  Starszy   m at  Wisem an  podbiegła,  nerwowo  wy gładzaj ąc  m undur,  aby

uzy skać wy gląd inspekcy j ny. – Musiałam  wy dać instrukcj e załogom  naszy ch wahadłowców, na
wy padek  gdy by   ten  złom ,  który m   przy lecieli  delegaci,  okazał  się  czy m ś  w  rodzaj u  konia
troj ańskiego.

– Świetny  pom y sł, o ile nie zaczną strzelać, gdy  ty lko ktoś krzy wo na nich spoj rzy.
– Nie otworzą ognia dopóty, dopóki ktoś inny  do nich nie strzeli. A zadbałam  o to,

by  przy  sy stem ach uzbroj enia nie usiadł nikt nerwowy.

–  Dzięki.  Dobra,  ludziska,  idziem y.  –  Stark  obrócił  się  na  pięcie,  stanął  przed

drzwiam i, zaczerpnął głęboko tchu, a potem  zrobił ostatni, a zarazem  pierwszy  krok prowadzący
ku  spotkaniu  z  oficj alną  delegacj ą  rządową,  gotów  zm ierzy ć  się  ze  wszy stkim i  żądaniam i,  j akie
m ogą paść w trakcie rozm ów.

Sala  konferency j na  cy wilów  by ła  wielka  i  chociaż  nie  stanowiła  lustrzanego

odbicia podobnego m iej sca w kwaterze głównej  – tego, w który m  spoty kali się sztabowcy  – dało
się  wy czuć  w  niej   podobnego  ducha.  Połowa  zdj ęć  wiszący ch  na  ścianach  przedstawiała
fakty cznie istniej ące kom pleksy  przem y słowe – te z powierzchni Księży ca i te znaj duj ące się na
orbicie Ziem i. Pozostałe m usiały  by ć całkiem  udany m i wizualizacj am i planowany ch inwesty cj i.
Jedna z nich, niezwy kle podobna do tutej szej  kolonii, znaj dowała się pośród rudawo-czerwony ch
skał pod piękny m  błękitny m  niebem . Vic także zatrzy m ała na niej  wzrok.

– To Mars – m ruknęła.
– Maj ą chłopcy  rozm ach – odpowiedział j ej  zniżony m  głosem  Stark.
– Też tak m y ślę. Lepiej  więc o ty m  nie zapom inaj m y.
W  pom ieszczeniu  znaj dowało  się  j uż  kilka  stoj ący ch  oddzielnie  grupek  ludzi.

Członkowie j ednej  z nich, w której  Ethan zauważy ł Cam pbella, Sarafinę i pozostały ch doradców z
kolonii,  przy witała  wchodzący ch  zdawkowy m i  ukłonam i.  Kolej ni  cy wile,  także  ubrani  w
nieskazitelnie  czy ste  wy tworne  ciuchy,  by li  m łodzi,  ale  hardzi,  sądząc  po  zacięty ch  m inach.

background image

Większość  z  nich  udawała,  że  przy gląda  się  księży cowem u  kraj obrazowi  widocznem u  za
panoram iczny m i  oknam i.  Kilka  m etrów  dalej   zgrom adzili  się  przedstawiciele  woj a  z  Ziem i.
Wielokolorowe  pola  baretek  na  ich  piersiach  m ieniły   się  barwam i  tęczy   w  blasku  paneli
oświetleniowy ch.  Nieco  dalej   znaj dowała  się  kolej na  grupka,  ty m   razem   starszy ch  m ężczy zn  i
kobiet,  ich  twarze  wy rażały   zaskakuj ącą  i  bezsensowną  w  ty ch  warunkach  j owialność.  Za  nim i
by li j uż ty lko m łodzi rozgadani cy wile, trzy m aj ący  się blisko starszy zny  i nie spuszczaj ący  j ej  z
oka.

Stark zatrzy m ał się, m ierząc wzrokiem  obecny ch.
– Kim  są ci ludzie? – zapy tała szeptem  Vic.
–  Nie  wiesz?  –  spoj rzał  na  nią,  potem   na  każdą  grupę  po  kolei.  Powinna  ich

rozpoznać,  i  to  bez  trudu,  ponieważ...  a  niech  to.  Ja  przecież  wiem,  bo  dorastałem  pomiędzy
cywilami  i  widywałem  ich  na  co  dzień,  ale  dla  Vic,  Yurivan  i  całej  reszty  naszych  ci  ludzie  muszą
wyglądać jednakowo obco. – Cy wilbandę z kolonii j uż znasz. Postaraj  się zapam iętać, że oni są po
naszej   stronie  –  dodał  z  lekkim   sarkazm em .  –  Widzisz  ty ch,  którzy   wy glądaj ą,  j akby   zj adali
własne  dzieci  na  śniadanie?  To  reprezentanci  korporacj i  i  ich  prawnicy.  Za  nim i  stoj ą  trepy   z
Pentagonu.

– Tak. Ty ch akurat rozpoznałam . Sam i oficerowie. Aż dziw, że nie przy ciągnęli tutaj

orszaku zwy kły ch żołnierzy  do noszenia bagaży  i usługiwania.

–  Zapewne  obawiali  się,  że  ordy nansi  m ogliby   zdezerterować  i  zasilić  nasze

szeregi. Teraz j uż wiem , j ak się m uszą czuć groźne wirusy. – Stark wskazał głową naj dalej  stoj ące
grupki. – A tam  m asz polity ków i ich asy stentów. Czy li kogoś na kształt naszy ch sztabowców. Ich
zadaniem  j est powstrzy m y wanie szefostwa przed m ówieniem  i robieniem  głupot.

– To dość niewdzięczne zaj ęcie.
–  Raczej   beznadziej ne.  Cam pbell  powinien  zneutralizować  cy wilbandę  z  Ziem i  i

zostawić nam  woj o.

Na twarz Wisem an wy pełzł uśm iech.
–  Znam   tę  adm irał.  Miałam   nieprzy j em ność  służy ć  pod  j ej   rozkazam i,  na

szczęście ty lko przez kilka m iesięcy, gdy  dostała przy dział rotacy j ny  na m ój  okręt.

– My ślisz, że cię zapam iętała?
– Nie. Nie by łam  nikim  ważny m . Idę j ednak o zakład, że teraz na pewno zwróci na

m nie uwagę.

–  I  słusznie  –  zgodziła  się  Vic  –  ale  to  ty lko  trzy gwiazdkowy   adm irał.  Czy   ktoś

poznaj e tego czterogwiazdkowego generała, który  przewodzi grupie woj skowy ch?

Sierżant Manley  skinęła głową.
–  To  Wilkinson.  Przewinął  się  przez  nasze  księży cowe  centrum   dowodzenia  j akieś

cztery  czy  pięć lat tem u.

Generałowie  zm ieniali  się  rotacy j nie  co  sześć  m iesięcy,  trudno  więc  by ło  ich

wszy stkich spam iętać.

– Pam iętasz m oże, j aki by ł?
Machnęła lekceważąco ręką.
–  Dużo  gadał,  ale  to  raczej   drugoligowy   krzy kacz.  –  Pozostali  żołnierze  kiwali

głowam i ze zrozum ieniem . Krzy kaczam i nazy wano oficerów, którzy  zwy kli reagować ty radam i.
Podoficerowie często trafiali na takich. – Bał się zawsze, że coś spieprzy  – dodała Bev. – Dlatego
spędził te sześć m iesięcy, próbuj ąc nie robić niczego, co m ogłoby  go narazić na porażkę.

–  Pam iętam   go  –  wtrąciła  Yurivan.  –  Wróg  m ocno  naciskał  na  sektor  broniony

przez m oj ą j ednostkę. Zbieraliśm y  wtedy  tęgie baty, bo Słaby  Willie nie pozwolił nam  reagować.
Jakim  cudem  ten baran dostał się na tak eksponowane stanowisko?

background image

–  Idę  o  zakład,  że  ocena  m ery tory czna  j ego  roboty   nie  by ła  naj ważniej szy m

kry terium   –  m ruknął  Stark.  –  Przy znawanie  awansów  j uż  od  bardzo  dawna  polega  na  czy m ś
inny m . Jestem  za to pewien, że nasz Willie um iał się przy ssać, kiedy  trzeba do kogo trzeba.

– Z naszego punktu widzenia to niezby t dobrze – stwierdziła Rey nolds. – Jeśli Willie

fakty cznie boi się własnego cienia, ta konferencj a nie doprowadzi do sensowny ch rozwiązań.

–  Możliwe.  Aczkolwiek  przy   takiej   reprezentacj i  korporacj onistów  i  polity ków  nie

woj o  będzie  grało  pierwsze  skrzy pce.  Zresztą  zaraz  się  przekonam y.  Ale  naj pierw  daj m y
Cam pbellowi ten prezencik wy kopany  przez Stacey. Może zechce zm ienić skład swoj ej  druży ny,
gdy  go zobaczy.

Stark  przeszedł  przez  salę,  udaj ąc,  że  ignoruj e  spoj rzenia  gości  śledzący ch  każdy

ruch  delegacj i  zbuntowany ch  żołnierzy.  Prezentujcie  się  jak  trzeba.  My  umiemy  poruszać  się  w
tych warunkach. Jesteśmy tutaj już od dłuższego czasu, umiemy się poruszać o wiele lepiej niż oni.
Nie próbujcie jednak wciągać tych ziemskich robali w zbędną rywalizację.

– Sierżancie  Stark. –  Cam pbell uśm iechnął  się pod  nosem , ty lko  zm arszczki  wokół

j ego oczu świadczy ły  o presj i, j aką odczuwał. – To m oże by ć interesuj ące.

– Mhm . – Ethan podał m u dy sk. – Tak sam o j ak te dane. Powinien się pan z nim i

zapoznać.

Cam pbell zm arszczy ł brwi, przy j m uj ąc prezent.
– Zrobię to zaraz po spotkaniu...
– Lepiej  nie. Sugerowałby m , aby  zrobił pan to naty chm iast. Zanim  rozpoczniem y

rozm owy. Szef bezpieczeństwa podszedł bliżej  z woj owniczą m iną.

– Nie będziesz nas rozstawiał po kątach, Stark. I nie próbuj  nam  rozkazy wać.
Ethan spoj rzał m u spokoj nie w oczy.
– Nawet o ty m  nie m y ślę. Może pan to przeczy tać teraz, panie Cam pbell?
– Nie wiem , co m oże by ć tak ważnego, żeby  nie m ogło poczekać.
– Proszę sprawdzić.
Cam pbell  wziął  dy sk,  odsuwaj ąc  dłoń  Trasiesa,  który   również  po  niego  sięgał.

Włoży ł go od razu do swoj ego palm topa i otworzy ł pierwszy  z brzegu plik. W m iarę czy tania j ego
twarz czerwieniała, robiła się coraz ciem niej sza, a gdy  skończy ł czy tać, spoj rzał w kierunku grona
swoich asy stentów.

– Rozum iem .
Trasies wy ciągnął rękę, m rużąc podej rzliwie oczy.
– Gdy by m  i j a m ógł to zobaczy ć...
–  Nie  m a  takiej   potrzeby.  –  Cam pbell  uśm iechnął  się  do  szefa  ochrony   przez

zaciśnięte zęby. – I tak pan wie, co znaj duj e się w dokum entach, które właśnie przeglądałem . W
końcu to pan j est ich autorem .

Trasies zeszty wniał.
– Kłam stwa. Fałszerstwa. Podrobili te raporty, żeby  m nie...
–  No  proszę,  zatem   zna  pan  treść  ty ch  plików.  –  Słowa  Cam pbella  uciszy ły   szefa

ochrony  w połowie zdania. – A co do ich prawdziwości, przeczy tałem  właśnie notatki doty czące
spotkań  z  m oim i  doradcam i,  o  który ch  woj sko  nie  m iało  prawa  wiedzieć.  –  Przeniósł  wzrok  na
Yvonne Pevoni. – W pani loj alność także wątpiłem , ale zdaniem  naszego szefa ochrony, j est pani
zby t niezdecy dowana i intelektualnie zapóźniona, by  by ć dla niego równorzędny m  partnerem .

Pevoni opadła szczęka, zaraz j ednak zam knęła usta.
– Napisałeś tak o m nie? – wy sy czała do Trasiesa. – A j a ci ufałam !
–  Podobnie  j ak  j a  –  dodał  lodowaty m   tonem   Cam pbell.  –  Sierżancie  Stark,

obawiam   się,  że  zam knięcie  pana  Trasiesa  przez  naszą  policj ę  m ij ałoby   się  z  celem .  By łby m

background image

wdzięczny, gdy by  trafił do waszego aresztu.

– To da się zrobić. Vic, sprowadź tutaj  żandarm ów.
Rey nolds uśm iechnęła się kpiąco, patrząc na Trasiesa.
– Powinni j uż stać pod drzwiam i. Przewidziałam  taką potrzebę.
– Dziękuj ę.  Pój dziesz po  dobroci, Trasies,  czy  żandarm i  m aj ą cię  stąd  wy garnąć

j ak by le kry m inalistę? – By ły  szef ochrony  kolonii zerkał na pozostały ch uczestników obrad, j akby
oceniał szanse, czy  zdoła schronić się pod ich skrzy dłam i. – Na wy padek gdy by ś się zastanawiał –
konty nuował Ethan – znam  takich ludzi j ak oni, więc wiem , że nikt z nich ci nie pom oże, j eśli sam
czegoś  na  ty m   nie  zy ska.  Ty   także  zdaj esz  sobie  z  tego  sprawę,  prawda?  A  walka  z  nam i,
zwłaszcza o kogoś takiego j ak ty, z pewnością nie będzie im  dzisiaj  na rękę.

Trasies  zwalczy ł  chęć  ciętej   riposty   i  zagry zaj ąc  zęby,  dał  się  wy prowadzić.

Zaj ęła się ty m  Yurivan. W ty m  m om encie Ethan znów zdał sobie sprawę, że oczy  wszy stkich są
skierowane  na  wy chodzącą  niezby t  pasuj ącą  do  siebie  parę.  Wszy scy   też  m usieli  widzieć
żandarm ów stoj ący ch za otwieraj ący m i się drzwiam i.

Stacey   przekazała  im   by łego  szefa  ochrony   kolonii,  wy daj ąc  dowódcy   krótką

instrukcj ę, obróciła się i z uśm iechem  wróciła do grupy  otaczaj ącej  Starka.

–  Idę  o  zakład,  że  daliśm y   im   właśnie  kolej ny   tem at  do  dy skusj i  –  oświadczy ła

rozbawiony m  tonem .

Cam pbell zaprosił gestem  swoich asy stentów, a potem  sam  ruszy ł w kierunku stołu,

który   zaj m ował  cały   środek  pom ieszczenia.  Jego  wy polerowany   blat  lśnił  j ak  naj prawdziwszy
czarny  m arm ur, m im o że wy konano go w całości z tutej szy ch skał.

–  Jeśli  wszy scy   są  j uż  gotowi,  m ożem y   zaczy nać.  Jestem   zarządcą  tej   kolonii,

nazy wam   się  Cam pbell  i  j ak  zapewne  państwo  zauważy li  –  dodał  z  nutą  iry tacj i  w  głosie  –  nie
m am   naj m niej szy ch  problem ów  ze  zdrowiem   psy chiczny m .  To  –  wskazał  grupę  Starka  –  są
przedstawiciele  sił  zbroj ny ch  broniący ch  naszej   kolonii.  –  Chłodne  spoj rzenia  przeniosły   się  z
Cam pbella  na  ludzi  Ethana,  przy by sze  obserwowali  ich  uważnie  i  oceniali.  –  Proszę  o  zaj ęcie
m iej sc.

Generał  Wilkinson  nie  spuszczał  oczu  ze  zbuntowany ch  żołnierzy,  gdy   ci  zasiadali

na konferency j ny ch fotelach.

– Nie usiądę przy  j edny m  stole ze zdraj cam i. Ani j a, ani żaden z m oich oficerów.

Albo ci przestępcy  opuszczą tę salę, albo m y  to zrobim y.

Stark  zachował  zupełny   spokój   i  tak  j ak  pozostali  spoj rzał  w  kierunku  Cam pbella.

Zarządca kolonii zam arł, siedząc j uż prawie w fotelu, po czy m  podniósł się wolno.

–  Zatem   nie  m am y   o  czy m   m ówić  –  oświadczy ł  zdecy dowany m   tonem .  –  Ci

ludzie zasłuży li sobie na m iej sce tutaj , ponieważ to oni bronią dzielnie tej  kolonii. Jeśli każecie im
wy j ść, j a i m oi asy stenci także opuścim y  to m iej sce. Przy kro m i, że zm arnowaliście ty le czasu
na tę bezsensowną podróż – dodał, kieruj ąc przesy cone wy czuwalny m  żalem  słowa do cy wilnej
części delegacj i.

–  Nie  m ożecie  nam   rozkazy wać  –  oświadczy ł  z  gory czą  w  głosie  j eden  z

przedstawicieli korporacj i.

–  My   niczego  nie  rozkazuj em y.  Jeśli  chcecie  rozm awiać,  wszy scy   zostaniem y   w

tej  sali.

Zapadła  grobowa  cisza,  po  kilku  sekundach  część  cy wili  spoj rzała  w  kierunku

generała Wilkinsona.

– Siadaj  – rozkazał j eden z nich.
Wilkinson poczerwieniał lekko, usta poruszały  m u się bezgłośnie z wściekłości.
– Nie ży czę sobie...

background image

– Siadaj !
Generał  przełknął  resztę  wy powiedzi,  zm ierzy ł  m orderczy m   wzrokiem   Starka  i

Rey nolds,  a  potem   skinął  na  towarzy szący ch  m u  oficerów  i  sam   zaj ął  m iej sce  w  fotelu,
dem onstruj ąc cały m  sobą odrazę. Stark z trudem  powstrzy m ał cisnący  m u się na usta uśm iech,
gdy   zauważy ł  niepokój   na  twarzach  m łodszy ch  oficerów.  Stary   trep  urządzi  piekło  swoim
ludziom , gdy  te rozm owy  dobiegną końca, wcale nie dlatego, że oni coś spieprzą, ty lko z powodu
upokorzenia.

Cam pbell rozłoży ł ręce i przy j rzał się zebrany m .
– Dziękuj ę. Wiem , że m am y  wiele spraw do om ówienia. Kto chce zacząć?
Trzy dziestoletnia  kobieta,  od  której   biła  aura  bezwzględności  i  kom petencj i,

postukała palcem  w swoj ego palm topa, a m om ent później  przeniosła pełne iry tacj i spoj rzenie na
zarządcę kolonii.

–  Jesteśm y   gotowi  zagwarantować  częściowe  um orzenie  skum ulowanego  długu

wszy stkim   pracownikom   naszy ch  korporacj i  na  Księży cu,  j eśli  tutej sze  instalacj e  przem y słowe
zostaną naty chm iast zwrócone prawowity m  właścicielom .

Cam pbell czekał na koniec j ej  m owy  z wy czuwalny m  zainteresowaniem , dlatego

zm arszczy ł brwi, gdy  zam ilkła tak szy bko.

– To cała oferta? Nie m a w niej  nic o zm ianach w statusie kolonii? Ani o naszy ch

prawach?  Nie  wspom inacie  ani  słowem   o  zadośćuczy nieniu  za  cierpienia,  j akie  m usieliśm y
znosić  z  powodu  wcześniej szej   rabunkowej   polity ki  korporacj i  i  rządu?  –  Spoj rzał  w  kierunku
delegacj i polity ków. – Wy  też nie m acie nic do dodania?

Kobieta w średnim  wieku, o bardzo m iłej  twarzy, pokręciła głową, uśm iechaj ąc się

uspokaj aj ąco.

–  Wasze  spory   z  m acierzy stą  korporacj ą  nas  nie  interesuj ą.  Rząd  nie  powinien

wtrącać  się  w  takie  rozm owy,  to  chy ba  zrozum iałe.  Przy by liśm y   tutaj ,  by   pom óc  w  szy bkim   i
bezbolesny m   rozwiązaniu  nieprzy j em nej   sy tuacj i.  Sugerowałaby m   zatem   przy j ęcie  tej   hoj nej
oferty  finansowej , j aką proponuj e wam  przedstawicielka korporacj i.

Cam pbell  zam arł.  Milczał  przez  dłuższą  chwilę,  ściągaj ąc  na  siebie  niecierpliwe

spoj rzenie przedstawicielki by łego właściciela kolonii. W końcu przem ówił. Dość zwięźle.

– Ta oferta j est nie do przy j ęcia.
Korporacj onistka spłoniła się lekko.
–  To  nie  negocj acj e.  Nasi  szefowie  gotowi  są,  w  im ię  dobry ch  stosunków

pom iędzy  nam i, do zm niej szenia zadłużenia każdego z pracowników. Koniec, kropka.

Cam pbell pokręcił głową, wy rażaj ąc szczery  żal, i powtórzy ł wcześniej sze słowa.
– Ta oferta j est nie do przy j ęcia.
–  Odm owa  wiąże  się  z  surowy m i  konsekwencj am i.  Nasi  przełożeni  wy korzy staj ą

wszy stkie  m ożliwości  prawne,  by   dowieść  swoich  praw.  Zdaj e  pan  sobie  sprawę,  że  zapisy
kontraktów  zobowiązy wały   was  do  stawienia  się  w  wy brany m   przez  nich  sądzie?  Ponieważ  nie
by liście  obecni  na  poprzednich  rozprawach,  wy roki  j uż  zapadły   i  zostaliście  uznani  za  winny ch
złam ania wszy stkich paragrafów kontraktów. Nie m uszę chy ba dodawać, j ak dotkliwe kary, w ty m
finansowe, wiążą się z owy m i przestępstwam i, j eśli zdecy duj em y  się na ich wy egzekwowanie.

Zam iast odpowiedzieć j ej  wprost, Cam pbell spoj rzał na Starka.
– Kom endancie, czy  ci ludzie m ogą zrealizować swoj e groźby ?
Ethan  robił,  co  m ógł,  by   nie  patrzeć  w  stronę  Wilkinsona  i  towarzy szący ch  m u

oficerów,  czuł  bowiem   rosnący   niepokój   związany   z  pełnioną  aktualnie  rolą.  W  ty m   m om encie
pozwolił sobie j ednak na gry m as, który  m ógłby  by ć poczy tany  za przelotny  uśm iech.

– Nie.

background image

– Czy  są w stanie przej ąć kontrolę nad kolonią bez naszej  zgody ?
– Nie.
–  Czy   siły   zbroj ne  broniące  kolonii  są  gotowe  do  odparcia  ataku  ze  strony

korporacj i?

– Tak.
Kolej ny  z polity ków pochy lił się m ocniej , unosząc dłoń.
–  Igra  pan  z  ogniem .  Wierzę,  że  j est  pan  w  pełni  świadom   konsekwencj i  swoich

poczy nań, nie rozum iem  więc, dlaczego składa pan losy  tej  kolonii w ręce zwy kły ch renegatów.
Otrzy m ał pan właśnie uczciwą i szczodrą ofertę od przedstawicieli korporacj i, które uczy niły  tak
wiele dobrego dla was i naszego wspaniałego kraj u. Niech pan j ą lepiej  przy j m ie, zanim  ci... ci
sprzedaj ni zdraj cy  obrócą się i przeciw panu.

Uśm iech Cam pbella przy pom inał ten Starka sprzed chwili.
– Twierdzi pan, że powinniśm y  złoży ć los w pańskie ręce, senatorze? Proszę zatem

powiedzieć,  j akie  kwoty   otrzy m ał  pan  na  swoj ą  kam panię  wy borczą  od  korporacj i,  której   każe
nam  pan dzisiaj  zaufać?

– To nie m a żadnego związku ze sprawą! Każdy  grosz, j aki wpły nął na konto m oj ej

kam panii, został rozliczony  zgodnie z obowiązuj ący m  prawem .

– Które sam  pan stworzy ł. – Cam pbell potrząsnął głową. – Na razie nie usły szałem

żadnej   konstrukty wnej   propozy cj i,  a  na  bezpodstawne  i  niewy konalne  groźby   nie  zam ierzam
zwracać uwagi.

Korporacj oniści i polity cy  spoj rzeli j ak j eden m ąż na delegacj ę woj skowy ch.
–  Może  powinniście  poinform ować  ty ch  ludzi  o  konsekwencj ach  odm owy   –

zaproponowała kobieta, która przem awiała j ako pierwsza.

Generał  Wilkinson  skinął  pospiesznie  głową.  Znów  em anował  pewnością  siebie  i

odwagą.

–  Złam iem y   opór  tak  zwany ch  obrońców  kolonii  i  odbij em y   j ą.  Przy wrócim y

tutaj   prawo  takim i  środkam i,  j akie  uznam y   za  konieczne.  Ludność  cy wilna,  która  nie  podda  się
wy rokom   sądów,  zostanie  wy dana  w  ręce  stróżów  prawa  i  przy kładnie  ukarana.  Wszy scy,
powtarzam , wszy scy  zbuntowani żołnierze zostaną postawieni przed sądam i polowy m i zgodnie z
postanowieniam i Zunifikowanego Regulam inu Woj skowego. – Spoj rzał wy zy waj ąco na Starka. –
W przy padku zdrady  j edy ną karą j est śm ierć.

Ethan wy trzy m ał j ego spoj rzenie, zachowuj ąc kam ienną twarz.
–  Kto  wy kona  to  zadanie,  generale?  Kto  odbij e  kolonię?  Gdzie  są  wasze  woj ska?

Trzecią dy wizj ę wy bito niem al do nogi, a spora część ocalony ch przy łączy ła się do nas. Macie
tam   u  siebie  wprawdzie  oficerów,  ale  oni  nie  są  warci  funta  kłaków,  j eśli  nie  dy sponuj ą
żołnierzam i  gotowy m i  do  wy kony wania  rozkazów.  A  m oże  planuj ecie  przerzucić  tutaj   drugą
dy wizj ę? To by  znaczy ło, że pozbawicie Am ery kę ochrony  i wy stawicie tery torium  kraj u na atak
ze strony  całej  reszty  świata.

Wilkinson i j ego ludzie gapili się na niego.
–  Nie  będziem y   rozm awiali  w  takich  warunkach  o  kwestiach  natury   m ilitarnej   –

oświadczy ł w końcu generał.

Stark pokręcił głową, spoj rzał przelotnie na blat stołu.
–  Czy   to  znaczy,  że  nie  poinform owaliście  swoich  cy wilny ch  przełożony ch  o

wy sokości  strat  poniesiony ch  przez  trzecią  dy wizj ę?  Znam   pana  dobrze,  więc  wiem ,  że  należy
pan  do  ludzi,  którzy   nie  cierpią  przekazy wać  zwierzchnikom   zły ch  wiadom ości.  Ty m   razem
powinien pan to j ednak zrobić.

Znowu  wszy scy,  zarówno  korporacj oniści,  j ak  i  polity cy,  wlepili  spoj rzenia  w

background image

garstkę oficerów. Ty m  razem  m ieli znacznie bardziej  zacięte m iny.

–  Proszę  odpowiedzieć,  generale  Wilkinson  –  zachęciła  go  j adowity m   tonem

przedstawicielka korporacj i.

Gdy   wy wołany   zbladł  i  zaczął  się  j ąkać,  Vic  wy ciągnęła  dy sk  z  dany m i  ze

swoj ego palm topa i przesunęła go po blacie doskonale obliczony m  ruchem . Krążek zatrzy m ał się
tuż obok ręki generała.

– Proszę. To wstępne szacunki strat, j akie ponieśliśm y  w wy niku wielkiej  ofensy wy

generała Meecham a. Może się pan podzielić dany m i z kolegam i, ale uprzedzam , m am y  j eszcze
wiele stosów ciał do przeliczenia, więc te liczby  na pewno wzrosną. – Wilkinson patrzy ł na dy sk z
takim  lękiem , j akby  zobaczy ł j adowitego węża, Rey nolds ty m czasem  konty nuowała j akby  nigdy
nic. – A m oże woli pan poprowadzić swoich korporacy j ny ch i polity czny ch szefów na wy cieczkę
po  linii  frontu?  Możem y   im   pokazać  m iej sca,  w  który ch  trzecia  dy wizj a  została  rozniesiona  na
strzępy  podczas ofensy wy, którą pan także zaaprobował. Nie, zaraz. – Pochy liła się, wskazuj ąc na
naj bliższy  m onitor.

– Przecież to tam . Widzi pan?
Ekrany  pokazy wały  rozległą przestrzeń opadaj ącą łagodnie w kierunku m iej sca, za

który m   wznosiła  się  krawędź  krateru.  Oślepiaj ący   blask  odbij ał  się  od  pionowy ch  ścian,
pozostaj ąc  w  ogrom ny m   kontraście  do  czarny ch  cieni  zalegaj ący ch  tam ,  gdzie  słońce  nie
docierało. Nieruchom e obiekty, przy pom inaj ące bliźniaczo podobne do siebie głazy  leżały  wzdłuż
całej  krawędzi krateru. Rey nolds nacisnęła klawisz, robiąc zbliżenie.

–  To  podnóże  um ocnień  wroga.  Miej sce,  które  kazano  zaatakować  drugiej

bry gadzie  trzeciej   dy wizj i.  Nazy wam y   j e  teraz  Doliną  Śm ierci.  Te  podświetlone  przeze  m nie
przedm ioty  to ciała am ery kańskich żołnierzy, który ch nie zdąży liśm y  j eszcze odzy skać.

Stark obserwował kątem  oka reakcj ę pozostały ch uczestników rozm ów. Wściekłość

korporacj onistów  rosła  z  każdą  chwilą.  Z  twarzy   polity ków  dało  się  wy czy tać  niepokój ,  złość,
odrazę i z tuzin inny ch em ocj i, ponieważ na razie nie potrafili się zdecy dować, która z nich będzie
naj odpowiedniej sza  w  tej   sy tuacj i.  Asy stenci  po  prostu  gapili  się  na  ten  obraz  z  nieruchom y m i
obliczam i, j akby   kalkulowali, z  j ak wielkim   problem em  m aj ą  do czy nienia.  Cam pbell,  podobnie
j ak reszta delegacj i kolonistów, spuścił głowę i wbił wzrok w blat.

Wilkinson wy darł się, m im o że nie raczy ł nawet spoj rzeć w stronę ekranu.
– Możem y  i wy konam y  to zadanie!
–  Naprawdę,  generale?  –  zapy tał  Cam pbell.  –  Jest  pan  w  stanie  zagwarantować

swoim  przełożony m , że odzy ska pan kontrolę nad tą kolonią?

–  Nie  m am y   j eszcze  ostatecznego  planu  działania,  ale  j est  to  nasz  priory tet,  nad

który m  pracuj ą naj tęższe głowy  w sztabie generalny m .

Sierżant Rey nolds przerwała ciszę, j aka zapanowała po słowach Wilkinsona.
–  Generale,  wiem ,  że  potrafi  pan  tak  zagm atwać  sy tuacj ę,  że  nawet  naj większa

klęska  wy da  się  pańskim   przełożony m   zwy cięstwem ,  w  ty m   j ednak  wy padku  to  się  nie  m oże
udać.  Aby   walczy ć,  m usicie  posiadać  sporą  liczbę  podoficerów,  którzy   dopilnuj ą  wy konania
wy dany ch żołnierzom  rozkazów i zadbaj ą o to, by  m iał się pan czy m  chwalić.

– Nie pozwolę, aby  obrażano m nie w taki sposób.
Stark wy m ierzy ł palec w Wilkinsona, insty nktownie staj ąc w obronie Rey nolds.
– Ty m  razem  nie m a pan żadnego wy boru.
– Sierżancie, rozkazuj ę panu...
Ethan wściekł się, złość pokonała wszy stkie bariery, j akie j ej  stawiał do tej  pory.
– Generale,  pan nie  m oże m i  niczego rozkazać!  Przy pom inam  to  panu,  ponieważ

j ak widzę, nadal ży j e pan w nieświadom ości. Nie m am  także zam iaru ginąć ani patrzeć na śm ierć

background image

m oich przy j aciół, którzy  poświęcaj ą ży cie, wy konuj ąc j akieś idioty czne m isj e zlecane im  ty lko
po  to,  by   m ógł  pan  kry ć  własny   ty łek.  Chce  pan  cudów,  rób  pan  j e  sam !  –  W  ty m   m om encie
poczuł na kolanie dłoń Vic. Ścisnęła go m ocno, daj ąc znak, by  się uspokoił.

Twarz Wilkinsona nabrała barwy  szkarłatu.
– Nie wiem , za kogo się uważacie, żołnierzu...
Kolej na fala wściekłości do końca zm y ła bariery  dobrej  woli Starka.
–  Nazy wam   się  Ethan  Stark  i  j estem   sierżantem   arm ii  Stanów  Zj ednoczony ch

Am ery ki. A kim  ty  j esteś, do cholery, trepie?

Zanim  generał zdołał sform ułować odpowiedź, przedstawicielka korporacj i walnęła

dłonią w stół.

– Ty m  sposobem  niczego nie osiągniem y, panie Stark...
– Sierżancie Stark.
Kobieta zam ilkła na m om ent, widać by ło, że próbuj e wziąć się w garść.
–  ...sierżancie  Stark.  Niech  pan  nie  będzie  taki  pewny   swego.  Potrzebuj ecie

am unicj i  i  części  zapasowy ch.  Ale  ani  j ednego,  ani  drugiego  nie  dostaniecie.  Kolonia  także  nie
j est sam owy starczalna, zwłaszcza gdy  weźm iem y  pod uwagę wodę i ży wność. A tego także j ej
nie wy ślem y.

–  Mam y   wy starczaj ącą  ilość  zapasów  –  zapewnił  j ą  Stark,  wskazuj ąc  ręką

akty wowany  przez Vic m onitor. – Liczba uszkodzony ch pancerzy, które m ożem y  rozebrać, idzie
w  ty siące,  j ak  sam a  pani  widzi.  Am unicj i  także  nam   nie  brakuj e,  co  więcej ,  wiem y,  j ak  j ą
wy twarzać.

Cam pbell odchrząknął nieśm iało, j akby  przepraszał za to, że się wtrąca.
–  Zgrom adziliśm y   duże  ilości  ży wności,  po  części  dzięki  postawie  naszy ch

obrońców. Nie ty lko udostępnili nam  swoj e zapasy, ale zy skaliśm y  też sporo na wy m ianie j eńców
na  naj bardziej   potrzebne  nam   arty kuły   spoży wcze.  A  co  do  wody,  sy tuacj a  j est  j eszcze  lepsza
dzięki odkry ciu kolej ny ch złóż lodu pod powierzchnią Księży ca.

– Ten lód należy  do korporacj i! Co więcej , korzy stanie z ty ch złóż j est zabronione

na m ocy  zawarty ch kontraktów.

–  Wiem ,  wiem   –  przy znał  Cam pbell,  ale  ton,  j akim   to  powiedział,  sugerował

wy raźnie,  że  nie  zgadza  się  z  przedm ówczy nią.  –  Skoro  j ednak  nasze  korporacj e  okazały   się  tak
niewdzięczne, nie zam ierzam y  dłużej  respektować zapisów wspom niany ch kontraktów.

Kolej ny  z m ężczy zn pochy lił się nad stołem .
–  Pańskie  słowa,  sir,  zm uszą  nas  do  nałożenia  na  pana  stosowny ch  kar

finansowy ch, a nawet do uwięzienia. Jak pan doskonale wie, w pańskim  kontrakcie j est podpunkt
zabraniaj ący  panu publicznego przem awiania w im ieniu pozostały ch m ieszkańców kolonii.

W  ty m   m om encie  Sarafina  zabrała  głos  po  raz  pierwszy,  unosząc  brew  ze

zdziwienia.

– Nie zdawaliśm y  sobie sprawy, że to spotkanie m a wy m iar publiczny.
Mężczy zna uśm iechnął się try um fuj ąco.
– Definicj a term inu „publiczny ” została zawarta w paragrafie czwarty m , punkt a,

podpunkt pięć standardowego kontraktu o zatrudnienie.

– Zam knij  się wreszcie, człowieku – pry chnął Cam pbell, także tracąc j uż nerwy. –

Nie  chcę  dzielić  każdego  włosa  na  czworo.  Mam   za  to  nadziej ę,  że  dotrze  do  was  w  końcu,  iż
utraciliście  kontrolę  nad  tą  kolonią  i  j edy ne,  co  m ożecie  zrobić,  to  rozpocząć  rozm owy,  które
pozwolą wam  wy negocj ować uczciwy  podział zy sków z j ej  produkcj i.

Polity k, który  poprzednio zabrał po nim  głos, pokręcił głową.
– Nasze siły  zbroj ne nie są aż tak zależne od poszczególny ch żołnierzy, j ak pan to

background image

przedstawia.  Pentagon  zapewnił  m nie,  że  nasze  naj nowocześniej sze  sy stem y   uzbroj enia  są
wielokrotnie  bardziej   efekty wne  od  doty chczas  uży wany ch,  a  do  ich  obsługi  potrzeba  o  wiele
m niej   ludzi.  Generale  Wilkinson,  m oże  powinien  pan  oświecić  pana  Cam pbella  i  obecny ch  tu
podoficerów.

Wilkinson oblizał wargi. Mim o niepewnego spoj rzenia wciąż uśm iechał się kpiąco.
–  Oczy wiście.  Weźm y   chociażby   nową  generacj ę  opancerzony ch  wozów

boj owy ch,  czy li  czołgi  Fitzpatrick.  Poj azd  taki,  sterowany   przez  j ednego  ty lko  człowieka,  m oże
nawiązać  równorzędną  walkę  z  wielom a  celam i  naraz,  i  to  w  naj bardziej   niebezpieczny m
środowisku, posiada także niespoty kaną doty chczas zdolność odpierania ataków przeciwnika dzięki
unikalnem u 

pasy wno- 

akty wnem u 

pancerzowi 

posiadaj ącem u 

niesam owitą 

wprost

wy trzy m ałość... – przerwał, spoglądaj ąc try um falnie na zebrany ch.

Sierżant Rey nolds uniosła dłoń, j akby  chciała zadać py tanie.
– Ilu m acie ludzi zdolny ch do operowania takim i m aszy nam i? Jak często dochodzi

do awarii podsy stem ów ty ch czołgów?

Wilkinson wbił w nią nienawistne spoj rzenie.
–  Kwestie  logisty czne  oraz  inne  zagadnienia  związane  z  tem aty ką  wsparcia  tego

sprzętu są wciąż opracowy wane drogą testów polowy ch i sy m ulacj i.

Stacey  Yurivan także zam achała ręką.
– Generale, j ednoosobowa załoga oznacza duży  stopień autom aty zacj i czołgu. Czy

w sy tuacj i, gdy  wróg um ieści wirusa w sy stem ach boj owy ch takiej  m aszy ny, sam otny  operator
będzie m iał m ożliwość przej ęcia nad nią pełnej  kontroli i zapobieżenia bratobój czem u ostrzałowi?

–  Jak  wielka  j est  ta  m aszy na?  –  zapy tała  Wisem an.  –  Zm ieści  się  do  orbitalny ch

środków transportu i prom ów desantowy ch?

Stark poprosił swoich ludzi o ciszę.
–  Proszę  nam   wy baczy ć,  sir  –  odezwał  się,  nie  kry j ąc  wcale  nieszczerości  ty ch

przeprosin.  –  Weterani  zawsze  zadaj ą  tego  ty pu  kłopotliwe  py tania.  Ja  ze  swoj ej   strony
chciałby m   wiedzieć,  j ak  ten  supernowoczesny   pancerz  sprawuj e  się  w  zetknięciu  z  nowy m i
sekwency j ny m i  głowicam i  boj owy m i,  który ch  przeciwnik  zaczął  uży wać  przeciw  nam .  Jak  na
razie przebij ały  one wszy stko, co posiadam y, a co za ty m  idzie, m ożem y  uży wać czołgów ty lko
przy   silny m   wsparciu  piechoty.  Podczas  ostatniej   nieudanej   ofensy wy   wroga  zdoby liśm y
całkiem  sporo ciężkiej  broni – dodał j eszcze.

Wilkinson zacisnął na m om ent zęby.
–  Czołg  Fitzpatrick  przewy ższa  technologicznie  wszy stkie  istniej ące  sy stem y

uzbroj enia  i  nie  posiada  żadnej   z  wy m ieniony ch  tu  wad.  –  Jeden  z  pozostały ch  oficerów,
pułkownik,  pochy lił  się  i  wy szeptał  m u  coś  szy bko  do  ucha.  –  Wiem y   j ednak  –  podj ął  zaraz
generał  –  że  tutej sze  warunki  nie  są  naj bardziej   opty m alne  dla  większości  sy stem ów
operacy j ny ch, które wy m agaj ą w związku z ty m  dopracowania...

–  Generale  –  przerwał  m u  znowu  Stark.  –  To  nowy   sprzęt.  Sam   pan  nie  wie,  co

m oże,  a  czego  nie.  Nikt  z  nas,  j ak  tu  siedzim y,  nie  widział  j eszcze  uzbroj enia,  które  działałoby
zgodnie z zapewnieniam i producenta, więc nie oszołom i pan nas szum ny m i zapowiedziam i tego,
co nowe sy stem y  uzbroj enia będą m ogły  zdziałać w przewidy walnej  przy szłości.

Kolej ny  z polity ków, ty m  razem  kobieta, uderzy ła w błagalny  ton.
–  Naprawdę  chcecie  ry zy kować  ży ciem ?  Wasze  postępowanie  będzie  m iało

bardzo  poważne  konsekwencj e.  Nie  sądziłam ,  że  kiedy kolwiek  doj dzie  do  tego,  że  będę  m usiała
ostrzegać  rodaków  przed  m ożliwością  zaatakowania  przez  nasze  własne  woj ska,  j eśli  nie  zechcą
przestrzegać podstawowy ch zasad obowiązuj ący ch w naszy m  społeczeństwie.

Zarządca kolonii spoj rzał na nią, potem  przeniósł wzrok na pozostały ch uczestników

background image

spotkania.

– Nie chcem y  walczy ć. Nie chcem y  sprzeciwiać się władzom . Żądam y  j edy nie

poszanowania naszy ch podstawowy ch praw oby watelskich. Czy  to naprawdę taki wielki problem ?
Dlaczego nie m am y  na przy kład prawa głosu?

–  Znaj duj ecie  się  w  strefie  woj ny !  Jak  chcecie  przeprowadzać  wy bory   w  takich

warunkach?  Przecież  nie  dacie  rady   zorganizować  kam panii,  nie  m ówiąc  j uż  o  sam y m
głosowaniu.

–  A  niby   dlaczego?  Gdy by ście  m ieli  odwagę  przespacerować  się  po  kolonii,

zauważy liby ście, że nic j ej  nie grozi. Py tam  raz j eszcze: dlaczego nie wolno nam  głosować?

– Nie do pana należy  ustalanie m iej sca i term inu tak ważny ch spraw j ak wy bory.

Proszę  spoj rzeć  na  swoj e  ostatnie  dokonania.  Nierozsądny m i  i  nieprzem y ślany m i  decy zj am i
sprowadza pan na siebie groźbę ataku ze strony  własnej  arm ii.

W ty m  m om encie odezwała się Vic, odciągaj ąc uwagę pozostały ch od Cam pbella.
–  Ciągle  sły szę,  że  zaatakuj ecie  kolonię.  Wy sy łanie  am ery kańskich  żołnierzy   do

zabij ania  am ery kańskich  oby wateli  na  tery torium   należący m   do  Stanów  Zj ednoczony ch  j est
zabronione  prawem ,  chy ba  że  ci  oby watele  albo  tery toria  zbuntuj ą  się  przeciw  oj czy źnie.  Czy
m am y  rozum ieć, że ogłoszono nas oficj alnie buntownikam i?

Polity cy   wy m ienili  spoj rzenia,  potem   zgodnie  odwrócili  się  do  swoich  doradców.

Jeden z asy stentów odchrząknął i wy recy tował, j akby  powtarzał wy uczony  na pam ięć tekst:

–  Kwestia  uznania  kolonii  księży cowej   za  zbuntowane  tery torium   Stanów

Zj ednoczony ch  zależy   w  dużej   m ierze  od  wy ników  tego  spotkania.  Odrzucenie  rozwiązań
proponowany ch  przez  legalne  władze  będzie  traktowane  j ako  fakty czne  wy powiedzenie
posłuszeństwa rządowi.

Cam pbell spoj rzał na niego z niedowierzaniem .
–  Chce  m i  pan  powiedzieć,  że  m usim y   przy j ąć  wszy stkie  wasze  warunki?  Że

prośba  o  respektowanie  podstawowy ch  praw  oby watelskich  zostanie  potraktowana  j ako  próba
buntu?

–  To  bardzo  uproszczony   odbiór  stanowiska  rządu.  I  doty czy,  rzecz  j asna,  ty lko

oby wateli kolonii. Personel woj skowy, który  wy powiedział posłuszeństwo przełożony m , j uż został
uznany  za buntowników.

Panna Pevoni zerwała się z m iej sca, sądząc po wy razie twarzy, by ła zszokowana.
–  Pan  raczy   żartować!  Nie  m a  potrzeby   eskalowania  ty ch  nieporozum ień  do

poziom u... otwartej  woj ny !

Naj starsza kobieta z grona polity ków odpowiedziała j ej  ostry m  tonem :
–  Wręcz  przeciwnie,  sy tuacj a  j est  bardzo  poważna.  Wy kazaliśm y   wobec  was

daleko idącą cierpliwość. By li obrońcy  tej  kolonii zostali j uż powiadom ieni, że m aj ą naty chm iast
złoży ć broń. Nie będziem y  z nim i negocj owali. A co się ty czy  sam ej  kolonii, to albo przy j m iecie
warunki  przedstawione  przez  reprezentantów  korporacj i,  albo  zostaniem y   zm uszeni  do  uży cia
inny ch środków przy m usu.

–  To  j edy ny   wy bór,  j aki  nam   oferuj ecie?  –  Cam pbell  obrócił  fotel,  aby   m ieć  w

polu widzenia swoich doradców, j akby  naradzał się z nim i w m ilczeniu. – Zatem  m usim y  podj ąć
j edy ną decy zj ę, j aka nam  pozostała.

– Cieszę się, że zdrowy  rozsądek w końcu zwy cięży ł...
–  Dziękuj em y   państwu  za  przy by cie.  –  Zarządca  kolonii  nie  dał  sobie  przerwać,

teraz  j ego  słowa  ociekały   j adem .  –  Proszę  państwa  o  zabranie  swoich  rzeczy   osobisty ch.
Zostaniecie odprowadzeni pod eskortą do swoich wahadłowców. Mieszkańcy  tej  kolonii dowiedzą
się o waszy m  nikczem ny m  potraktowaniu ich żądań. Oczekuj em y  refleksj i i kolej nej  propozy cj i,

background image

ty m   razem   uwzględniaj ącej   nasze  postulaty.  Ży czę  m iłego  dnia.  –  Wstał  zdecy dowany m
ruchem ,  nadal  zwrócony   plecam i  do  delegatów  korporacj i,  rządu  i  woj ska,  a  ci  naty chm iast
zaczęli się sprzeczać m iędzy  sobą.

Stark,  próbuj ąc  ignorować  kulę  ołowiu,  która  zaległa  m u  na  dnie  żołądka,  skinął

aprobuj ąco głową w kierunku zarządcy  kolonii, gdy  ten obrócił się na m om ent.

– Dobra robota, m oi drodzy  – rzucił półgłosem  swoim  sztabowcom .
– Oni naprawdę chcą to zrobić? – zapy tała Bev Manley. – Wy gląda na to, że nadal

nie rozum iej ą, co tutaj  zaszło.

– Masz racj ę. Naj wy ższy  czas, żeby  przej rzeli na oczy.
Zwarte  doty chczas  grupki  delegatów  zaczęły   się  rozpadać,  gdy   poszczególni  ich

członkowie  wdawali  się  w  dy skusj e  ze  swoim i  odpowiednikam i  z  inny ch  frakcj i.  Sierżant
Rey nolds  oddaliła  się,  by   wy łączy ć  m onitory   z  oskarży cielsko  wy glądaj ący m   kraj obrazem ,
który   od  tej   pory   po  wsze  czasy   m iał  nosić  nazwę  Doliny   Śm ierci.  Kobieta  w  stopniu  m aj ora
skorzy stała  z  tej   okazj i  i  oddaliwszy   się  od  grupki  woj skowy ch,  podeszła  szy bko  do  Vic.  Stanęła
przed nią, robiąc dziwną m inę.

–  W  czy m   m ogę  pom óc,  pani  m aj or?  –  zapy tała  Rey nolds  oboj ętny m   tonem ,  z

trudem  kry j ąc zaciekawienie.

– Sierżancie, chodzi o... m oj ego brata. Kapitana Kutuzowa. Petera Kutuzowa.
– Kutuzow – powtórzy ła Vic, sięgaj ąc po palm topa. – Z drugiej  bry gady  trzeciej

dy wizj i?

–  Tak.  –  Maj or  wy glądała  na  m ocno  spiętą,  gdy   zerkała  w  stronę  wciąż

dy skutuj ący ch  trepów.  –  To  m iej sce,  które  nam   pani  pokazy wała...  –  Głos  załam ał  j ej   się  na
m om ent, j akby  nie potrafiła wy doby ć z siebie kolej ny ch dźwięków. – Czy  to by ł odcinek, który
kazano zaatakować j ego j ednostce?

– Obawiam  się, że tak.
– Nie dał znaku ży cia od tej  pory. Nie by ło go także pośród uwolniony ch oficerów.
–  Wiem   –  przy znała  Vic  łagodniej szy m   tonem .  Zachowy wała  oboj ętny   wy raz

twarzy,  ale  j ej   wzrok  wy rażał  współczucie.  –  Nie  m ógł  odlecieć  razem   z  nim i.  Sprowadziliśm y
j ego zwłoki dopiero kilka ty godni tem u.

Maj or Kutuzow drgnęła.
– Rozum iem .
Vic sprawdziła dane z wy świetlacza.
– Dotarł dość daleko ze swoim  oddziałem . Obawiam  się j ednak, że niewiele będę

m ogła o ty m  powiedzieć. Jego j ednostka została wy bita dosłownie do nogi, większość sy stem ów
w pancerzach uległa zniszczeniu, a m y  nie m ieliśm y  j eszcze czasu i środków na przeprowadzenie
dokładny ch szacunków obrazuj ący ch ogrom  strat poniesiony ch przez trzecią dy wizj ę.

– Rozum iem .
– Mogę  j ednak spróbować  dotrzeć do  ocalały ch żołnierzy   z j ego  j ednostki,  którzy

zdecy dowali się pozostać na Księży cu, j eśli chce pani z nim i porozm awiać.

– Nie. Dziękuj ę. Nie będę m iała na to czasu.
– Chciałaby  pani zabrać j ego ciało? – zapy tała uprzej m y m  tonem  Rey nolds.
– Nie pozwolą m i na to – wy dukała m aj or Kutuzow.
– Przy kro m i, że nie m ogliśm y  sporządzić kom pletnej  listy  poległy ch, ale j est ich

tak wielu, że będzie trzeba sporo czasu na ściągniecie ich tutaj .

– Dlaczego? Przecież teraz, gdy  zawarliście rozej m , to nie powinno by ć trudne?
–  Nie  powinno,  m aj orze.  Niestety,  nie  wszy scy   przeciwnicy   zgodzili  się  na

zawieszenie ognia. By wa, że zbieram y  ciała poległy ch pod ciągły m  ostrzałem  nieprzy j aciela.

background image

– Maj orze Kutuzow! – wy darł się generał Wilkinson z drugiej  strony  sali, patrząc

na  kom unikator,  którego  klawiaturę  dźgał  palcem   bez  przerwy.  –  Gdzie  pani  j est,  u  licha?  Gdzie
m oj e dokum enty ?

Kobieta,  pobladła  ze  zgry zoty,  a  zarazem   wściekła  na  przełożonego,  obróciła  się

naty chm iast na pięcie, by  wrócić do reszty  m undurowy ch.

– Zaj m iem y  się ciałem  pani brata – wy szeptała Vic, podchodząc do niej  bliżej .
Kutuzow  zatrzy m ała  się  w  pół  kroku,  potem   skinęła  ledwie  zauważalnie  głową  i

ruszy ła w stronę zniecierpliwionego generała, który  j uż łaj ał j ą za to, że nie przewidziała w porę
j ego ży czeń.

Stark podszedł do Rey nolds, m ierząc j ą wzrokiem , podczas gdy  delegaci opuszczali

salę konferency j ną  osobny m i grupkam i,  udaj ąc się  w stronę  lądowisk i  ostentacy j nie  ignoruj ąc
obecność przedstawicieli kolonii i ludzi Starka.

– O co chodziło, Vic?
– Chy ba m i żal tej  m aj or.
– Żartuj esz.
– Nie. Jej  brat poległ podczas ofensy wy  Meecham a. Szedł na czele form acj i.
– Szedł na czele? By ł porucznikiem ?
–  Nie.  Kapitanem .  –  Rey nolds  posm utniała.  –  Trzeba  by   nam   więcej   takich

oficerów.

– Tacy  oficerowie zazwy czaj  giną pierwsi. Dzięki tem u pustogłowe głąby  pokroj u

Meecham a i Wilkinsona awansuj ą na generałów.

– Liczy sz na to, że zaprzeczę? W ży ciu nie spotkałam  generała, który  nie uważałby,

że  słońce  wschodzi  i  zachodzi  ty lko  dlatego,  iż  on  tak  chce.  –  Skrzy wiła  się  z  odrazą.  –  Nie
powinniśm y  tak bardzo podpuszczać Wilkinsona. Może nam  narobić sporo problem ów.

– I tak by  narobił.
– To prawda, ale gdy by śm y  nie wleźli m u na am bicj ę, nie by łby  aż tak zacięty.
Stark pry chnął lekceważąco.
– Co j eszcze m iałem  zrobić? Zaproponować, że wy glancuj ę m u buty ?
– Oboj e m ogliśm y  nieco łagodniej  traktować j ego wy buj ałe ego.
–  Jasne.  Czy li  robić  to  co  zawsze.  On  posy ła  nas  na  pewną  śm ierć,  ale  dla  nas

priory tetem   powinna  by ć  dbałość  o  j ego  dobre  sam opoczucie.  Nigdy   nie  zrozum iem ,  dlaczego
ktoś, kto nie wy stawia nosa z kwatery  głównej , m a by ć lepiej  chroniony  niż m ój  własny  ty łek.

Vic  zaśm iała  się,  ściągaj ąc  na  siebie  uwagę  osób  przeby waj ący ch  wciąż  w  sali

konferency j nej , a potem  spoj rzała na Ethana z kpiną w oczach.

– Jakie to szczęście, że nasz kom endant nie m a nigdy  problem ów z własny m  ego.
– Bardzo zabawne. Jesteś j ak zaraza, Rey nolds.
– Naprawdę tak uważasz? – zapy tała z udawaną niewinnością.
–  Owszem .  W  kategorii  „zabawność”  ustępuj esz  ty lko  wy nalazcy   gazu

paraliżuj ącego. – Stark skinął ręką na swoich sztabowców. – Możecie wracać do siebie. Dzięki za
wsparcie.  Zobaczy m y   się  w  kwaterze  głównej .  Wisem an,  trzy m aj   wahadłowce  w  pogotowiu
boj owy m , dopóki ci klauni nie znaj dą się znowu poza zasięgiem  naszej  broni przeciworbitalnej .

–  Nie  m a  sprawy.  Uwielbiam y   służy ć  i  bronić.  –  Zasalutowała  m u  niedbale,  a

potem  ruszy ła za wy chodzący m i żołnierzam i.

Cam pbell,  wy glądaj ący   j ak  człowiek,  który   właśnie  spoj rzał  śm ierci  w  oczy,

podszedł wolno do Starka i Rey nolds.

– Dom y ślam  się, że m ogło pój ść gorzej .
– Trochę, ale na pewno nie za dużo – przy znał Ethan. – Dobrze pan sobie poradził z

background image

ty m i durniam i.

– Strasznie się bałem , sierżancie. Nigdy  nie będę dobry m  graczem  w pokera.
Vic zm ierzy ła go zaniepokoj ony m  wzrokiem .
–  Gdy   chce  się  blefować,  trzeba  um ieć  zachować  kam ienną  twarz.  O  ty m   pan

m ówi?

– Obawiam  się, że tak. – Cam pbell zerknął przez ram ię na swoich doradców, którzy

dy skutowali  we  własny m   gronie  w  kącie  sali,  zaraz  j ednak  skupił  uwagę  na  żołnierzach.  –  Nie
m am   zby t  dużego  poparcia  wewnątrz  kolonii.  Szczerze  m ówiąc,  obawiam   się,  że  większość
oby wateli nie poprze m oj ej  dzisiej szej  decy zj i.

– Jak źle m oże by ć? – zapy tał Ethan. – Na j ak m ocne poparcie m oże pan liczy ć?
–  Jedna  trzecia  m ieszkańców  kolonii  by ła  gotowa  poprzeć  m oj e  działania  do

ogłoszenia  niezależności  włącznie.  Z  drugiej   j ednak  strony,  podobna  liczba  ludzi,  ze  strachu
zapewne,  chce  wy łącznie  ugody   z  rządem .  Pozostali,  j ak  zwy kle  w  takich  sy tuacj ach,  siedzą
okrakiem  na płocie, nie chcąc bądź nie um iej ąc podj ąć ostatecznej  decy zj i.

–  Świetnie  –  podsum owała  Vic.  –  Co  m ożem y   zrobić,  żeby   niezdecy dowani

przeszli  na  pana  stronę?  –  Przeniosła  wzrok  na  Starka.  –  Cokolwiek  to  będzie,  m usim y
zary zy kować.

Cam pbell wzruszy ł ram ionam i, widać by ło, że czuj e się niepewnie.
–  Nie  j estem   pewien.  To  nie  j est  norm alna  sy tuacj a,  w  której   m ożna  kalkulować

polity cznie.  Mam y   do  czy nienia  z  fundam entalny m i  problem am i  władzy,  z  odpowiedzialnością
rządzący ch za oby wateli i loj alnością oby wateli wobec rządu. Taki rodzaj  buntu potrafi poróżnić
nawet  rodziny,  a  lęk  przed  niepewny m   j utrem   dopada  wszy stkich.  Nasze  stanowiska  nie  są
stabilne.  Nigdy   takie  nie  by ły.  Dawno  tem u  cy wile  pracowali  dla  tej   sam ej   firm y   przez  całe
ży cie.  Z  biegiem   czasu  ta  zasada  ustąpiła  czasowy m   um owom   o  pracę  albo  inny m ,  j eszcze
prostszy m   form om   zatrudnienia.  Lęk  przed  utratą  pracy,  a  co  za  ty m   idzie  także  źródła
utrzy m ania,  zniechęcał  robotników  do  podej m owania  j akichkolwiek  działań,  które  m ogły by
wpły nąć negaty wnie na ich los.

Stark przy taknął.
– Pam iętam , że m oi rodzice rozm awiali na ten tem at. Musi j ednak istnieć coś, co

ludzi poruszy.

–  Jestem   pewien,  że  m a  pan  racj ę,  sierżancie,  ale  na  razie  nie  wpadłem   na  nic

takiego.  –  Cam pbell  wpatry wał  się  intensy wnie  w  Starka.  –  Co  pana  zm oty wowało  do  podj ęcia
tak drasty czny ch decy zj i? Co dokładnie?

Tysiące  żołnierzy,  którzy  szli  naprzód,  ginąc  masowo  przy  kolejnych  próbach

bezsensownych  ataków.  Anonimowi  oficerowie  z  kwatery  głównej,  którzy  wysyłali  ich  do  boju,
skazując na zdziesiątkowanie i tak już nieliczne siły ocalonych, jakby chcieli złożyć ofiary z ludzi,
które zmienią rzeczywistość tak, by pasowała do ich wydumanego świata teorii i symulacji. Głosy
ludzi wołających o pomoc.

Zachowanie  oboj ętnego  wy razu  twarzy   kosztowało  Starka  wiele  wy siłku,

przem ówił j ednak spokoj ny m , bezbarwny m  tonem .

–  Gdy   to  się  stało...  zrozum iałem ...  że  niewiele  m ogę  zrobić...  j eśli  nie  uczy nię

czegoś,  co  wy wróci  m ój   świat  do  góry   nogam i.  Ja  wy szedłby m   z  tego  cało...  ale...  m usiałem
ocalić pozostały ch.

Vic uścisnęła m ocno ram ię Ethana, spoglądaj ąc j ednocześnie w twarz Cam pbella.
–  Mieliśm y   zawsze  taką  niepisaną  um owę  –  wy j aśniła.  –  Mogliśm y   zginąć,  j eśli

by ło to konieczne, ponieważ na ty m  polegała nasza robota, która przy naj m niej  naszy m  zdaniem
m iała j akieś znaczenie. Nasi przełożeni złam ali j ednak warunki tej  um owy. Kazali nam  ginąć nie

background image

po to, by śm y  coś osiągnęli, ale dlatego, że oni nam  kazali zdy chać.

Cam pbell spoglądał na nich, j akby  by li zupełnie obcy m i m u ludźm i.
– Chy ba rozum iem . My, cy wile, także m am y  kontrakty, takie albo inne, aczkolwiek

wy  m ówicie o znacznie ważniej szej  um owie. Takiej , na m ocy  której  wiecie, dlaczego żąda się od
was naj wy ższy ch poświęceń i j aka j est za to nagroda. Muszę znaleźć j akiś sposób, by  przekonać
oby wateli kolonii, że ich liderzy  i przełożeni także złam ali ten rodzaj  kontraktu.

Vic poparła go skinieniem  głowy.
– Miej m y  nadziej ę, że uda się panu tego dokonać bez patrzenia na to, j ak wielu z

nich ginie – stwierdziła, zniżaj ąc głos.

– Ja też na to liczę, sierżancie Rey nolds. Nie m ogę wciąż uwierzy ć, że posunęli się

wobec  nas  do  aż  tak  poważny ch  gróźb.  Jak  sądzicie,  czy   ludzie,  z  który m i  przed  chwilą
rozm awialiśm y, pój dą po rozum  do głowy  i spełnią choćby  część m oich żądań?

Rey nolds uśm iechnęła się krzy wo, zanim  odpowiedziała.
–  Panie  Cam pbell,  wy daj e  m i  się,  że  m am y   do  czy nienia  z  ludźm i,  który m

wy daj e  się,  iż  m ogą  zrobić  wszy stko  ty lko  dlatego,  że  tak  chcą.  Dobro  i  zło  nie  m a  z  ty m   nic
wspólnego. Na pewno nie przy j m ą ze spokoj em  faktu, że będą zm uszeni do zrobienia czegoś, na
czy m  nam  zależy.

– Co zatem  zrobią, pani zdaniem ? Chy ba nie rozpoczną frontalnego ataku.
–  Wiem   ty le  sam o,  co  i  pan.  –  Vic  wskazała  na  Starka.  –  Ethan,  znasz  zarówno

cy wilbandę, j ak i woj o. Co o ty m  wszy stkim  sądzisz?

–  Jestem   pewien,  że  czegoś  spróbuj ą.  –  Stark  rozej rzał  się  wokół,  j akby   sądził,  że

owo „coś” kry j e się na j edny m  z napuszony ch obrazów zdobiący ch ściany. – Z drugiej  strony, na
pewno  są  w  kropce.  Nie  wiedzą  bowiem ,  ile  to  m oże  ich  kosztować.  Korporacj e  m artwią  się
przecież ty lko o zy ski. A polity cy  na pewno niepokoj ą się, który  z nich zostanie obwiniony  o ten
baj zel, zwłaszcza że wszy stkie ich doty chczasowe wy siłki spełzły  na niczy m . A woj o, to znaczy
Pentagon?  Oni  m aj ą  naj więcej   powodów  do  zm artwień.  Właśnie  stracili  prawie  dwie  trzecie
składu  osobowego  arm ii,  j edną  trzecią,  gdy   posłali  całą  dy wizj ę  do  piachu,  a  drugą,  gdy   m y
kazaliśm y  im  iść do diabła. Nie dy sponuj ą dzisiaj  oddziałam i, które m ogły by  zrobić to, czy m  nas
straszy li, więc nie m a na Ziem i takiego spindoktora, który  wy doby łby  ich z tego bagna.

Cam pbell uśm iechnął się z widoczną ulgą.
– Zatem  nie odważą się zaatakować? Po prostu blefowali?
Stark i Rey nolds zaprzeczy li j ednocześnie, kręcąc zdecy dowanie głowam i.
– Na to by m  nie liczy ła – poradziła m u Vic. – Oni nie chcą przegrać. Nie m aj ą w

tej   chwili  wy starczaj ącej   liczby   żołnierzy   ani  szans  na  zm obilizowanie  kolej ny ch,  ale
niezaatakowanie  nas  oznaczałoby   przegraną,  natom iast  podczas  walki  m oże  się  j eszcze  zdarzy ć
j akiś cud.

– Poza ty m  – dodał Stark – m ożem y  się założy ć, że szefowie wy wiadu dostarczaj ą

im  takich dany ch, j akich Pentagon sobie zaży czy, co oznacza, że generalicj a j est przekonana, iż
wy starczy  nas m ocniej  nacisnąć, a poddam y  się prakty cznie bez walki.

– To j ednak nie nastąpi? – zapy tał zaniepokoj ony  zarządca kolonii.
–  Będę  z  panem   całkiem   szczery,  panie  Cam pbell.  Nie  m am   poj ęcia,  co  się

wy darzy, gdy  m oi żołnierze po raz pierwszy  wy m ierzą broń w swoich rodaków. Tak sam o j ak nie
wiem ,  co  zrobią  stoj ący   naprzeciw  nas  Am ery kanie.  Pokładam   więc  nadziej ę  w  Bogu,  że  nie
będzie  m i  dane  sprawdzić,  czy m   to  się  skończy,  ponieważ  przegram   w  obu  wy padkach,
niezależnie od tego, czy  zaczną strzelać, czy  się poddadzą.

Cam pbell wbił wzrok w podłogę i nie podnosił go długo, ale gdy  spoj rzał na nich po

raz kolej ny, uśm iechał się ironicznie.

background image

– Wy gląda więc na to, że i m y  m usim y  m odlić się o cud.
– Tak sądzę. Niedługo przekonam y  się, kom u sprzy j a ten, który  patrzy  na wszy stko

z góry.

– Masz wiadom ość – poinform owała Bev Manley, rzucaj ąc dy sk na biurko Starka.
– Co takiego? – Ethan postukał w nośnik dany ch, j akby  nie wierzy ł w j ego istnienie.

– Otrzy m uj em y  pocztę?

– Coś w ty m  sty lu. Ta oficj alna delegacj a j ą przy wiozła. Stark zm arszczy ł brwi i

przetoczy ł dy sk parę razy  w palcach.

– To by łaby  pierwsza poczta od czasu niesławnej  ofensy wy  Meecham a, j eśli nie

liczy ć tego, co zdołaliśm y  przem y cić. Dlaczego władze zdecy dowały  się nagle na tak m iły  gest
wobec nas?

– Może dlatego, że wcale nie m usi by ć m iły. – Sierżant Manley  wskazała palcem

na dy sk spoczy waj ący  w dłoni Starka. – Sam  pom y śl. Trepy, który m  nie ufam y  za grosz, nagle
przekazuj ą nam  korespondencj ę od rodzin i przy j aciół z Ziem i. Dlaczego to robią? Żeby śm y  ich
bardziej  polubili? W ży ciu. Raczej  chodzi o to, że ludzie na ty ch nagraniach m ówią dokładnie to,
co  rząd  chce,  aby śm y   usły szeli.  Na  m ój   nos  to  będzie  pierwszoligowa  propaganda.  Jakieś
wezwania do złożenia broni albo coś w ty m  guście.

– Bev, m oi rodzice nie są m oże naj wznioślej szy m i ludźm i na Ziem i i sporo przeze

m nie j uż wy cierpieli, ale na pewno nie będą robić za papugi rządu.

Bev potrząsnęła głową i m achnęła ręką.
–  To  nie  m a  nic  wspólnego  z  przy m iotam i  twoich  rodziców.  Już  prędzej   chodzi  o

zdolności m anipulowania ludźm i, a ty ch naszem u rządowi nie brakuj e.

–  Twierdzisz,  że  m ogli  przy łoży ć  broń  do  głowy   m oj ej   m am y   albo  coś  w  ty m

sty lu?

–  Wątpię,  aby   posłuży li  się  aż  tak  pry m ity wny m i  m etodam i.  Raczej   dali  twoim

rodzicom   do  przeczy tania  to,  co  powy pisy wali  o  nas,  grożąc  j ednocześnie,  że  przy j rzą  się
uważniej   ich  deklaracj om   podatkowy m   z  ostatnich  dwudziestu  lat.  Sam   wiesz.  Żelazna  ręka  w
aksam itnej   rękawicy   czy   j ak  to  tam   leciało.  I  co  zostanie  twoim   stary m ?  A  j eśli  to  dy sk  od
j akiegoś przy j aciela, a nie od rodziny, m ożna zastosować te sam e m etody. Słuchaj , dam  ci taką
sam ą  radę  j ak  każdem u  żołnierzowi,  który   dostał  podobną  przesy łkę:  nie  oglądaj   j ej   zawartości.
Jeśli rządowi zależy  na ty m , by ś to zrobił, nie powinieneś wiedzieć, co w niej  j est.

Stark m ilczał przez chwilę, a potem  skinął głową.
– Masz sporo racj i.
– Oddasz m i ten dy sk?
– Nie.
Manley  uśm iechnęła się pod nosem .
– Tak m y ślałam . Ale uważaj . Nie oglądaj  j ego zawartości. A j eśli nie zdołasz się

przed ty m  powstrzy m ać, nie wierz w to, co zobaczy sz.

– Dzięki, Bev. To dobra rada. Wielu ludzi dostało takie przesy łki?
Wzruszy ła ram ionam i.
–  Kilkuset.  To  niewielu,  bo  m am y   na  Księży cu  ty siące  żołnierzy,  dlatego  ty m

background image

bardziej   przy puszczam ,  że  to  j akieś  podróby.  Gdy by   każdem u  pozwolono  coś  napisać,  przesy łki
zalały by   całe  koszary.  Trzeba  j ednak  sporo  wy siłku  i  ludzi,  aby   nadzorować  nagry wanie  ty lu
wiadom ości.

– Może powinniśm y  się pozby ć ty ch dy sków?
– Zastanawiałam  się nad takim  rozwiązaniem . To by  j ednak oznaczało ukry wanie

poczty  przed adresatam i. Jeśli chcesz, m ogę...

–  Nie.  Nie  ukry j em y   poczty   przed  ludźm i.  –  Stark  spoj rzał  na  trzy m any   w  dłoni

dy sk.  –  To  by łoby   j eszcze  gorsze.  Jakby śm y   ich  okłam y wali.  Daleko  nie  zaj dę,  j eśli  zacznę
decy dować o ty m , czy  coś j est dobre dla m oich m ałpoludów. Rób to, co do tej  pory. Ostrzegaj
wszy stkich, że dostali coś w rodzaj u trucizny  dla ich serc, i przekaż, że m ogą o ty m  rozm awiać z
przełożony m i, kum plam i, a nawet kapelanam i, j eśli uznaj ą, że j est im  to potrzebne. Nie ukry waj
j ednak przed nim i, że ktoś przy słał im  pocztę.

–  Wiedziałam ,  że  to  powiesz.  –  Manley   zasalutowała  m u  niedbale.  –  Zatem

wy ruszam  na m isj ę, kom endancie Stark.

– Czy żby  udało m i się wy dać rozkaz kom uś z adm inistracj i? Ta posada nie j est taka

zła, j ak o niej  m ówili.

–  Ty lko  się  do  tego  nie  przy zwy czaj aj   –  ostrzegła  roześm iana  Bev,  zostawiaj ąc

Ethana sam  na sam  z j ego pocztą.

Stark  przetoczy ł  niewielki  krążek  po  dłoni.  Obejrzenie  jego  zawartości  będzie

naprawdę  głupie,  Bev  ma  rację,  ale  muszę  to  zrobić.  Pochy lił  się  m ocno,  by   wsunąć  dy sk  do
palm topa,  a  potem   spoj rzał  na  j ego  ekran,  staraj ąc  się  wy ciszy ć  em ocj e,  gdy   uj rzał  na  nim
znaj om e  twarze  rodziców.  Siedzieli  w  ty m   sam y m   m ieszkaniu,  które  Ethan  pam iętał  z  m łody ch
lat,  gdzieś  na  j edny m   z  wielu  identy czny ch  osiedli  na  przedm ieściach  m etropleksu  Seattle.
Rozpoznał nawet kilka m ebli, aczkolwiek kanapa, na której  przy cupnęli rodzice, m usiała by ć nowa.
Oj ciec wy glądał dokładnie tak j ak na ostatniej  wiadom ości, by ł starszy  i szczuplej szy  niż człowiek
zapam iętany  z dawny ch lat. Matka siedziała szty wno, z wy prostowany m i plecam i. Wy dawała się
zadziwiaj ąco  stara.  Stark  nie  widział  j ej   od  ponad  dziesięciu  lat.  Jej   twarz  stężała  w
nieprzeniknioną m askę.

–  Ethanie  Stark  –  zaczął  j ego  oj ciec,  słowa  z  trudem   wy doby wały   się  z  j ego  ust,

ociekaj ąc czy m ś na kształt gniewu. – To bardzo nieprzy j em ny  m om ent dla nas. Wiem y  j uż, co
wy darzy ło  się  na  Księży cu.  Wiem y,  co  zrobiłeś,  i  bardzo,  ale  to  bardzo  się  tego  wsty dzim y...  –
Oj ciec zam ilkł  na  m om ent,  a  m atka  pozostała  dziwnie  cicha.  –  Jeśli  nas  kochasz,  j eśli  m y ślisz  o
nas i m asz j eszcze odrobinę honoru, poddaj  się naty chm iast legalny m  władzom . Nic więcej  nie
m ożem y  ci poradzić. Rób, co uważasz za słuszne. – Obraz zam igotał i znikł w biały m  szum ie.

Czy  oni  naprawdę  tak  się  czują?  A  może  zmuszono  ich,  by  to  powiedzieli?  Nie  ma

sposobu,  bym  dowiedział  się,  jak  było  naprawdę.  Pom y ślał  o  oj cu  ganiący m   go  ostro  na  ty m
nagraniu.  To  by ł  zupełnie  inny   człowiek  niż  ten,  który   wy powiadał  się  o  sy nu  z  nieskry waną
dum ą. Kiedyś byłeś ze mną szczery. A teraz? A może w obu przypadkach? Dlaczego nie dałeś mi
żadnego  znaku,  bym  mógł  się  zorientować?  Dlaczego  nie  zrobiłeś  czegoś,  dzięki  czemu
wiedziałbym, co naprawdę czujesz?

Jego  oj ciec  nigdy   nie  by ł  dobry   w  dawaniu  takich  sy gnałów.  Prócz  okazy wania

inny m   pogardy   –  tę  m inę  Ethan  widział  w  m łodości  z  m ilion  razy.  Staruszek  potrafił  obej rzeć  z
kam ienną  twarzą  wy stępy   naj durniej szy ch  polity ków  albo  korporacy j ne  reklam ówki,  by   po
chwili  rzucić  ty m ,  co  akurat  trzy m ał  w  ręku  (lub  po  co  m ógł  sięgnąć)  i  wy drzeć  się  w  sty lu:
„Pieprzenie  w  bam bus!”.  To  by ło  ty powe  dla  niego  zachowanie  bez  względu  na  porę  dnia  czy
nocy. Uśm iechnięty  rzecznik korporacj i na ekranie:

„Pieprzenie  w  bam bus”  (sru).  Polity czna  agitka:  „Pieprzenie  w  bam bus”  (sru).

background image

Uśm iechnięty   rzecznik  korporacj i:  „Pieprzenie  w  bam bus”  (sru).  Naj bardziej   szczery
przedstawiciel rządu: „Pieprzenie w bam bus” (sru).

Ethan uśm iechnął się m im owolnie na to wspom nienie, zaraz j ednak m ars wrócił na

j ego czoło. Przewinął nagranie i przy j rzał się raz j eszcze, j ak oj ciec wy powiada słowa: „Wiem y,
co zrobiłeś, i bardzo, ale to bardzo się tego wsty dzim y ”. Kończąc to zdanie, oj ciec walnął dłonią
w czy tnik leżący  na stole przed nim . „Jeśli nas kochasz, j eśli m y ślisz o nas i m asz j eszcze odrobinę
honoru, poddaj  się naty chm iast legalny m  władzom ”. Jego pusta dłoń zacisnęła się, j akby  chciał
chwy cić  powietrze.  Po  ty m   nastąpiło  kolej ne  plaśnięcie,  które  m ogło  by ć  próbą  podkreślenia
wagi ostatnich słów.

Stark  przewinął  nagranie  po  raz  kolej ny.  „Bardzo,  ale  to  bardzo  się  tego

wsty dzim y ”.  Sru.  „Poddaj   się  naty chm iast”.  Sy m ulowane  sru.  Przy j rzał  się  uważniej   ostatnim
dwóm   zdaniom .  „Nic  więcej   nie  m ożem y   ci  poradzić”.  To  by ło  dość  dwuznaczne  stwierdzenie,
niem niej   Ethan  m iał  przeczucie,  że  odczy tuj e  j e  we  właściwy   sposób.  „Rób,  co  uważasz  za
słuszne”.  To  także  nie  by ło  j ednoznaczne.  Agenci  rządowi,  którzy   z  pewnością  nadzorowali
nagranie  tej   wiadom ości,  uwierzy li  j ednak  w  szczerość  tego  wy wodu,  całkiem   słusznie  zresztą.
Problem   polegał  j ednak  na  ty m ,  że  j ego  znaczenie  by ło  nieco  inne  od  zakładanego.  Oj ciec
Ethana  przez  całe  ży cie  wy rażał  się  j asno  na  tem at  tego,  kto  j est  „dobry ”,  i  by naj m niej   nie
wskazy wał  na  przedstawicieli  wielkich  korporacj i,  dla  który ch  liczy ły   się  ty lko  zy ski,  ani  na
siedzący ch im  w kieszeniach polity ków.

Obej rzał nagranie raz j eszcze, skupiaj ąc się ty m  razem  na m atce, która przez cały

czas m ilczała. To także nie by ło norm alne dla niej  zachowanie, o ile nie zm ieniła się diam etralnie
w ciągu ostatnich lat. Zawsze dawała nam do zrozumienia, że nawet wtedy, gdy zgadza się z ojcem
w jakiejś sprawie, to nie on będzie miał ostatnie słowo. Jej milczenie także było formą przekazu.

Wy biedne rządowe dranie, nie zdajecie sobie nawet sprawy, jak łatwo was oszukać.

Faceci  monitorujący  to  nagranie  musieli  być  przekonani,  że  gesty  ojca  oznaczają  podkreślenie
wypowiadanych słów, a wymowne milczenie matki jest naturalne.

Stark uśm iechnął  się, gdy   dotarło do  niego, co  oj ciec m y ślał  przy   wy powiadaniu

każdego  zdania,  w  które  nie  wierzy ł.  „Pieprzenie  w  bam bus!”  No  i  to  m ilczenie  m atki,  która  z
pewnością m iała ogrom ną ochotę, by  powiedzieć to sam o na głos.

Dlaczego  dowiaduję  się  tak  wielu  rzeczy  o  moich  rodzicach  dopiero  teraz,  gdy

jestem  już  od  dawna  dorosły?  Może  udałoby  nam  się  o  wiele  lepiej  dogadać,  gdybyśmy  wtedy
wiedzieli  to,  co  dzisiaj  o  sobie  wiemy?  Rób,  co  uważasz  za  słuszne.  To  jest  puenta.  Okay.
Zrozumiałem.

– Ethan, czas na spotkanie z oficeram i.
Stark  oderwał  wzrok  od  dokum entów,  m rużąc  oczy   ze  zdziwienia.  Jego  um y sł,

skupiony   na  rozwiązaniu  innego  problem u,  z  trudem   koncentrował  się  na  rzeczy wistości.  Z
oficerami?  Czyżby  dowódca  kompanii  zwołał  odprawę?  Zaraz,  co  ja  pieprzę!  Jego  już  tu  nie  ma.
Chodzi o tę delegację z Pentagonu? Oni przecież odlecieli kilka dni temu.

– Z oficeram i? Z j akim i znowu oficeram i?
– Hello, Ethan. – Vic pochy liła się, by  spoj rzeć m u w oczy. – Wy  chy ba za m ało

śpicie, żołnierzu.

background image

– Nie m ów. O j akich oficerów chodzi?
– O ty ch, którzy  zdecy dowali się zostać.
A, o tych mowa.
– Ilu ich tam  m am y ? – Raport na ten tem at m usiał trafić na j ego biurko w który m ś

m om encie,  ale  nie  m ógł  przy pom nieć  sobie  j ego  treści,  podobnie  j ak  dobrej   setki  inny ch
dokum entów. Za dużo tych pieprzonych kwitów. Trepy przyzwyczaiły nas do pisania wszystkiego na
każdy temat. Trzeba to zmienić.

– Szesnastu. – Vic uśm iechnęła się zachęcaj ąco. – Wśród nich j est Conroy.
–  Świetnie.  –  Stark  wstał,  przeciągaj ąc  się.  Poczuł,  j ak  m ięśnie  m u  drgaj ą.  –

Potrzebuj ę więcej  ruchu.

– Robisz codziennie ćwiczenia izom etry czne?
– Raczej  tak.
– Mhm . Widzim y  się dzisiaj  wieczorem . Razem  sobie poćwiczy m y. Okay ?
–  Dzięki.  –  Ethan  zaj rzał  do  planera  i  pokiwał  głową  aprobuj ąco.  –  Powinienem

m ieć wy starczaj ącą ilość czasu, by  wy stroić się na obiad z m oj ą druży ną.

– Ty lko nie przesadź z ty m  stroj eniem , bo cię właśni ludzie nie poznaj ą.
– Cha, cha, cha. Kiedy  ostatni raz wspom niałem , że by wasz zabawna?
– Kilka dni tem u.
–  Świetnie.  Zatem   wy trzy m asz  j eszcze  ty dzień,  zanim   usły szy sz  te  słowa

ponownie.

Vic uśm iechnęła się, a potem  raz j eszcze zlustrowała Starka.
– O co chodzi? Wy glądasz na zdenerwowanego. Nie przej m uj  się tak bardzo, ty m

razem  nic ci nie przeszkodzi w wy daniu tego obiadu. No, chy ba że nasza flota znowu postanowi
spieprzy ć nam  dzień.

– Nie to m nie niepokoi. Chodzi o oficerów, z który m i m am y  się spotkać. Vic, nigdy

wcześniej  nie by łem  w podobnej  sy tuacj i. Ty m  razem  j a m am  im  rozkazy wać, nie oni m nie. To
takie... dziwne. Rozum iesz, o czy m  m ówię?

Zam iast przy taknąć, wy buchnęła śm iechem .
– Ethan, ty  m ówiłeś oficerom , co m aj ą robić, odkąd cię znam .
Ten żart sprawił, że i na twarzy  Starka poj awił się kpiący  uśm ieszek.
–  Tak,  zgadza  się,  ale  warunki  by ły   wtedy   inne.  Jak  by   to  powiedzieć...

m anipulowanie nim i, aby  robili coś poży tecznego, nie przy pom ina w niczy m  rozkazy wania im .

Uśm iechnęła się, ty m  razem  koj ąco, i poklepała go po ram ieniu.
–  Wy dawanie  rozkazów  świetnie  ci  idzie.  Gdy by   ci  oficerowie  nie  chcieli  ich

wy kony wać, j uż by  ich tutaj  nie by ło.

– Chy ba m asz racj ę. Dobrze, idziem y.
Oficerowie  czekali  na  nich  w  średniej   wielkości  pom ieszczeniu,  które  wcześniej

służy ło  do  prowadzenia  odpraw  dla  m niej szy ch  oddziałów.  Stark  wszedł  do  środka,  skupiaj ąc
wzrok  przed  sobą,  i  zaklął  w  duchu,  gdy   Rey nolds  wrzasnęła  m u  za  uchem :  „Baczność!”,  na  co
zebrani zareagowali naty chm iast, zry waj ąc się z krzeseł.

Mogła  mnie  uprzedzić,  że  zamierza  to  zrobić.  Chociaż  gdyby  to  zrobiła,  pewnie

zabroniłbym jej stawiać ich do pionu.

Ethan  obrócił  się,  gdy   dotarł  na  koniec  salki.  Pięcioro  kapitanów  i  j edenaścioro

poruczników.  Niewiele  j ak  na  całkowitą  liczbę  kadry   oficerskiej   przy dzielonej   do  korpusu
lunarnego, ale i tak dużo, zważy wszy, że m iał przed sobą ludzi, którzy  zdecy dowali się przy łączy ć
na ochotnika do buntu przeciw swoim  kolegom . Odczekał j eszcze chwilę – stali więc na baczność
naprzeciw siebie, dopóki nie dotarło do niego, że ty lko on m oże zakończy ć to przedstawienie.

background image

–  Proszę  siadać.  –  Kapitanowie  i  porucznicy   naty chm iast  opadli  na  krzesła,

wszy scy   wpatry wali  się  w  niego  z  absolutnie  neutralny m i  m inam i.  –  Chciałem   podziękować
wam   osobiście  za  to,  że  zdecy dowaliście  się  zostać  z  nam i.  –  Wahanie  znikało  z  każdy m
wy powiedziany m   słowem .  –  Wiem ,  co  to  znaczy.  Zdaj ę  sobie  sprawę  z  ogrom u  ry zy ka,  j akie
podj ęliście,  i  rozum iem ,  ile  wy siłku  wy m agało  sprzeniewierzenie  się  trady cj i  oraz  tem u
wszy stkiem u,  co  wpaj ano  wam   podczas  szkoleń.  Moim   zdaniem   j ednak  nie  m ieliście,  podobnie
j ak  m y,  innego  wy j ścia.  Cokolwiek  wy niknie  z  tego  buntu,  a  wszy scy   zapewne  chcem y,  aby
wy niknęło  coś  dobrego,  wy,  oficerowie,  zdecy dowaliście  się  wspom óc  nasze  wy siłki.
Sprawdziliśm y  was dokładnie, więc wiem y, że każdy  z was postępował uczciwie nawet tam , gdzie
regulam in  zwalniał  was  z  takiego  obowiązku.  Gdy by   nie  to,  zapewne  dochrapaliby ście  się
wy ższy ch stopni. Za to poświęcenie także wam  dziękuj ę.

Stark zam ilkł na m om ent, by  sprawdzić, j ak zebrani przed nim  ludzie reaguj ą na te

słowa.

–  Gdy   obej m iecie  nowe  stanowiska,  każdem u  z  was  przy dzielim y   j ednego  z

sierżantów. Nie dlatego, że wam  nie ufam y, chodzi wy łącznie o to, by  podoficerowie i żołnierze
nie pogry wali z wam i. Wielu z nich wbiło sobie bowiem  do głów, że j uż nigdy  więcej  nie będą
m usieli słuchać rozkazów oficerów. To j ednak szy bko się zm ieni. Szkolim y  bowiem  nową kadrę i
dlatego  będziem y   chcieli  skorzy stać  z  waszej   wiedzy,  nie  podręcznikowej ,  ty lko  prakty cznej .
Chcem y,  aby ście  podzielili  się  z  naszy m i  kandy datam i  ty m ,  czego  nauczy liście  się  podczas
czy nnej  służby. To bardzo ważne. By cie oficerem  to dla nas coś nowego. Innego. Wiem  o ty m .
Wszy scy  o ty m  wiem y  w głębi duszy. Staniecie się zatem  wzorcam i dla wszy stkich sierżantów i
inny ch podoficerów, który ch czeka szkolenie i awans. Daj cie z siebie wszy stko.

Kolej na przerwa, znów nie doczekał się widocznej  reakcj i audy torium .
–  Jeśli  któreś  z  was  będzie  m iało  kłopoty   związane  z  nieposłuszeństwem

podwładny ch  albo  niewłaściwy m   traktowaniem ,  chcę  o  ty m   wiedzieć.  Dodam   ty lko,  choć
zapewne  sam i  j uż  do  tego  doszliście,  że  będziecie  nieustannie  kontrolowani,  j eśli  więc  kom uś
wpadnie  do  głowy   buntowanie  m oich  żołnierzy   albo  tępienie  ich,  szy bko  trafi  w  m iej sce,  z
którego nie da się konty nuować podobny ch zabaw. – Na twarzach siedzący ch przed nim  oficerów
poj awiły   się  m iny,  które  bardzo  łatwo  rozszy frował.  –  To  nie  znaczy,  że  zabraniam   wam
dy scy plinować  podwładny ch.  Macie  się  ty lko  na  nich  nie  wy ży wać.  Istniej e  spora  różnica
pom iędzy  znęcaniem  się nad podwładny m  a dy scy plinowaniem  go, j eśli więc ktoś z was nie m a
poj ęcia, o  czy m   m ówię,  warto,  by   powiadom ił  m nie  o  ty m   j uż  teraz.  –  Ich  czoła  wy pogodziły
się, kilkoro skinęło nawet głowam i, okazuj ąc zrozum ienie i poparcie dla słów Starka. – Wiem , że
nie wszy stko pój dzie nam  j ak z płatka – dokończy ł. – Ale to akurat norm alka. I j estem  gotów na
rozwiązy wanie wszy stkich problem ów. Obiecuj ę również, że będziecie traktowani uczciwie. Jakieś
py tania?

Przed  oczam i  stanęły   m u  podobne  spotkania,  j akie  oficerowie  organizowali  dla

nowo  prom owany ch  podwładny ch.  Teraz  m iał  przed  sobą  lustrzane  odbicie  każdego  z  nich,
zastanawiał  się  więc,  czy   oficerowie  uznaj ą  to  ostatnie  py tanie  za  szczere  zaproszenie  do
rozm owy,  czy   też  założą,  że  zadał  j e  wzorem   ich  by ły ch  przełożony ch,  którzy   nie  cierpieli  j ak
ognia niewy godny ch py tań. Dla nich każde pytanie było niewygodne. Hej, ktoś podnosi rękę!

– Tak, kapitanie?
–  Jakie  dokładnie  otrzy m am y   rozkazy,  j eśli  am ery kańskie  woj ska  otworzą  do  nas

ogień? – zapy tał oficer z kam ienną twarzą. – Będziem y  traktowali takie działania j ak każdy  inny
atak wroga?

Ethan  spoj rzał  ponad  głowam i  oficerów  na  stoj ącą  w  drzwiach  Vic.  Ona  także

spoglądała teraz na niego.

background image

–  Nie  zdecy dowaliśm y   j eszcze  o  try bie  reakcj i  na  podobne  zagrożenie  –  odparł,

skupiaj ąc  ponownie  uwagę  na  kapitanie.  –  Mam y   nadziej ę,  że  unikniem y   bezpośrednich  starć  z
am ery kańską arm ią.

Oficer skinął wolno głową.
– Ale zdaj ecie sobie sprawę z tego, że to m oże się zdarzy ć?
– Tak. Py ta m nie pan, czy  wy dam  rozkaz otwarcia ognia do Am ery kanów?
– Zgadza się. Szczerze m ówiąc, nie wiem , czy  by łby m  do tego zdolny.
– To j est nas dwóch – odparł zwięźle Stark. – Moim  zdaniem  im  twardsi będziem y  i

im  bardziej  nieustępliwi w oczach władz z Ziem i, ty m  większe prawdopodobieństwo, że będą one
wolały  rozm awiać, zam iast walczy ć, ponieważ w ty m  drugim  przy padku nikt nas nie pokona, o ile
sam i  się  nie  poddam y.  Musim y   zrobić  wszy stko,  co  w  naszej   m ocy,  by   Pentagon  także  o  ty m
wiedział.

Kolej ne skinienie głowy, ty m  razem  j eszcze bardziej  zdawkowe.
– Dziękuj ę.
–  W  porządku.  Skoro  to  j uż  wszy stko,  dziękuj ę  za  przy by cie.  Powodzenia...  –

Zam ilkł  na  m om ent,  zastanawiaj ąc  się,  co  powinien  powiedzieć,  aby   zakończy ć  oficj alnie  to
spotkanie.  Gdy   spoj rzał  błagalnie  na  Vic,  ta  znów  wy darła  się:  „Baczność!”  i  oficerowie
wy pręży li  się  j ednocześnie.  –  Rozej ść  się...  Proszę  poczekać,  poruczniku  –  zawołał  za
wy chodzący m i.  Conroy   zawróciła  i  stanęła  przed  nim   na  baczność,  ta  zam iana  ról  wy dała  się
Starkowi naj dziwniej sza, bowiem  to pod nią bezpośrednio służy ł. – Poruczniku, nie m iałem  do tej
pory  okazj i podziękować za sprowadzenie odsieczy.

Conroy  uśm iechnęła się półgębkiem .
– Wszy scy  by liśm y  cholernie zaj ęci. Ja także nie m iałam  okazj i podziękować panu

za ocalenie m oj ego plutonu. No i m nie sam ej .

–  Marnie  na  ty m   pani  wy szła,  poruczniku,  a  teraz  ry zy kuj e  pani  j eszcze  więcej ,

zostaj ąc tu z nam i. Ale bez obaw, potraktuj em y  panią z należny m  szacunkiem . Nie m ogę obiecać
niczego innego, lecz j estem  pewien, że ludzie nie zapom nieli, co pani dla nich zrobiła.

–  Dziękuj ę.  –  Conroy   uśm iechnęła  się  po  raz  kolej ny.  –  Wszy scy   się

zastanawialiśm y, j ak pana teraz ty tułować.

–  Nadal  nad  ty m   pracuj em y.  Większość  ludzi  nazy wa  m nie  kom endantem ,

ponieważ za diabła nie chcę by ć generałem .

– Zatem  będę się do pana zwracała trady cy j nie per „sir”.
–  Jezu...  –  Stark  skrzy wił  się  m ocno.  –  Proszę  nie  m ówić  do  m nie  „sir”.  Jestem

człowiekiem  uczciwie pracuj ący m  na swoj e utrzy m anie, poruczniku.

Ty m  razem  roześm iała się na głos.
– Skoro pan tak m ówi.
–  Wie  pani,  że  odsy łam y   panią  do  kom panii  Bravo?  Właśnie  wy cofano  j ą  z

pierwszej  linii. W ty m  ty godniu zaczy na ćwiczenia rekreacy j ne. Sierżant Sanchez dowodzi pani
dawny m   plutonem ,  a  sierżant  Podesta  przej ął  dowodzenie  kom panią.  Jestem   pewien,  że  obaj
ucieszą  się  z  pani  powrotu,  potrzebuj ą  tam   kogoś,  kto  dokładniej   wprowadzi  ich  w  arkana
dowodzenia na poziom ie oficerskim .

Porucznik Conroy  skinęła głową z wdzięcznością.
–  Dziękuj ę.  Będzie  m i  o  wiele  łatwiej   zaadaptować  się  do  tej   sy tuacj i...  w

j ednostce, którą j uż znam . Aczkolwiek obawiam  się, że sierżant Sanchez nie będzie zby t wy lewny
w okazy waniu radości.

–  To  nic  osobistego,  poruczniku.  Sanch  rzadko  okazuj e  j akieś  uczucia.  Ale  to

naprawdę  dobry   dowódca.  Spoty kam   się  z  nim   dzisiaj   wieczorem ,  wspom nę  o  ty m ,  że

background image

zapam iętała go pani.

– Dziękuj ę, sierżancie. – Conroy  lekko poczerwieniała. – I przepraszam .
–  Nie  m a  za  co.  Lubię,  kiedy   ludzie  nazy waj ą  m nie  sierżantem .  Jeszcze  raz

dziękuj ę, poruczniku, za to, że pani wtedy  wróciła.

Ty m  razem  w j ej  uśm iechu wy chwy cił m ieszaninę gory czy  i sm utku.
–  Po  powrocie  z  tej   akcj i  wielu  m oich  kolegów  twierdziło  wprost,  że  m aj ą  m i  za

złe, iż nie zostawiłam  tam  pana na pewną śm ierć.

– Przy kro m i, poruczniku.
– Dzięki ich postawie łatwiej  m i by ło podj ąć decy zj ę o pozostaniu tutaj .

– Kom endancie?
Ethan  zatrzy m ał  się  w  pół  kroku,  przery waj ąc  nerwową  wędrówkę  po  m esie,  i

nacisnął klawisz kom unikatora.

– Mówi Stark.
– Zgłasza się posterunek num er j eden, kom endancie. Mam  tutaj  oddział żołnierzy,

którzy  twierdzą, że idą na spotkanie z panem .

Ethan rozluźnił się i nawet uśm iechnął.
– Zgadza się. Powinniście m ieć listę ich nazwisk.
– Mam y, sir, ale oni wszy scy  m aj ą ze sobą broń, a przepisy  zabraniaj ą, by  ktoś nie

przy dzielony  do obsługi kwatery  głównej  wchodził na j ej  teren uzbroj ony.

Stark się skrzy wił.
– Racj a. Daj cie m i... kapral Gom ez.
– Taj est.
– Sargento? – zapy tała z wahaniem  Anita.
– Tak, to j a. Dlaczego przy nieśliście broń?
– Mieliśm y  dzisiaj  ćwiczenia strzeleckie, coś się j ednak spieprzy ło w sy m ulatorze,

sam   pan  wie,  j ak  j est.  Musieliśm y   czekać,  dopóki  nie  usuną  usterki,  bo  nie  chcieliśm y   stracić
kolej ki, i dlatego spóźniliśm y  się do pana. Z tego powodu sierżant Sanchez pozwolił nam  przy nieść
tutaj  broń. Mam y  j ą zabrać do koszar, gdy  będziem y  wracali. Czy  to panu pasuj e, sierżancie?

Komu mogę zaufać, jeśli nie moim małpoludom?
– Jasne, pasuj e. Wartownik, sły szeliście, co powiedziałem ?
– Przy j ąłem , kom endancie. Przepuszczam  ich.
–  Dziękuj ę.  Dobrze  się  spisaliście,  dzwoniąc  przed  wpuszczeniem   ich.  –  Stark

odwrócił  głowę,  zza  rozsunięty ch  drzwi  do  m esy   zaglądała  Vic.  –  Moj a  druży na  będzie  tutaj   za
kilka m inut. Ktoś ze sztabowców też zaj rzy ?

– Manley  prosiła, aby  nie brać j ej  pod uwagę, ponieważ j ej  oddział także m a j akiś

spęd.  Gordasa  i  Lam ont  zaangażowali  się  w  j akiś  turniej   sy m ulacy j ny.  Tanaka  prowadziła  cały
dzień szkolenia, więc także wątpię, aby  m iała ochotę na wy pad. Ale Wisem an i Yurivan powinny
przy j ść.

– Świetnie – m ruknął sarkasty cznie Ethan. – Moj e fawory tki.
–  O  wilku  m owa...  –  dodała  Vic  i  weszła  do  m esy,  prowadząc  obie  wy m ienione

kobiety. – Bar otwarty  – zaanonsowała m om ent później . – Pij cie, ile chcecie, pod warunkiem  że

background image

nie przekroczy cie lim itu dwóch piw.

Wisem an przy j rzała się ofercie.
– Czy  ta zasada doty czy  także czy stej ?
– Obawiam  się, że tak.
– Nawet m ały ch kielonków?
–  Nawet  ich.  –  Rey nolds  zachichotała,  widząc  j ej   m inę.  –  Spokoj nie,  starszy

m acie, m ożecie potem  dotankować z pry watny ch zapasów Stacey.

Yurivan spoj rzała na nią z udawaną urazą.
– Ja j uż nie pędzę. W każdy m  razie nie teraz. Dlaczego nałoży liście lim it na picie?

Vic wskazała palcem  Starka.

– Nasz przełożony  nie chce, aby śm y  wszy stkie padły  w j edny m  czasie.
– Czy  to nie on powiedział m i j akiś czas tem u: „Bez popij awy  nie m a sławy ”?
– To nie tak brzm iało – zaprotestował Ethan.
– Mówim y  o ty m  sam y m  facecie – wpadła m u w słowo Yurivan – który  zawsze

pakuj e się w beznadziej ne sy tuacj e i cudem  z nich wy chodzi? A ty  m i m ówisz, że on obawia się
ry zy ka? Co ty  na to, Wisem an?

– Sądzę – odparła starszy  m at – że dobrze zrobił, ry zy kuj ąc, gdy  przy laty waliśm y

tutaj , m aj ąc na ogonach naszą własną flotę. Wiem , że część z was, błotołazy  – obróciła się, by
wskazać puszką piwa na Vic – nie chciała, by  to zrobił, więc ty m  bardziej  się cieszę, że was nie
posłuchał.

– To nie by ło nic osobistego – broniła się Rey nolds, zachowuj ąc spokój . – Przecież

wiesz. Ry zy ko by ło zby t wielkie.

Stark skinął głową w stronę Wisem an.
– To prawda – przy szedł w sukurs przy j aciółce. – Zadaniem  Vic j est inform owanie

m nie  o  takich  sprawach  bez  względu  na  to,  co  sobie  o  nich  m y śli.  Udało  nam   się  j ednak  i  tak
zdoby liśm y  naszą m ałą flotę. – Nie chcę, aby się pokłóciły. Ciekawe jednak, skąd Wiseman wie o
tym,  że  Reynolds  była  przeciwna  wydaniu  zgody  na  lądowanie.  Pewnie  któryś  z  gadatliwych
wachtowych maczał w tym paluchy. – Czasam i trzeba zary zy kować.

–  Nie  m am   zam iaru  zaprzeczać,  że  ty m   razem   sowicie  nam   się  to  opłaciło.

Wisem an i j ej  wahadłowce to bardzo cenny  naby tek – dodała dy plom aty cznie Vic. – Niem niej
uważam , że w przy szłości nie powinniśm y  aż tak ry zy kować..

– Ja też tem u nie przeczę, Vic. Dlatego nie przestawaj  m i przy pom inać o stawce.

Obawiam  się j ednak, że czeka nas wkrótce parę ogrom ny ch wy zwań.

Wisem an odchrząknęła.
– Kto nie ry zy kuj e, ten nie wy gry wa. To cy tat – dodała, szczerząc zęby.
– Cy tat – powtórzy ła scepty czny m  tonem  Vic. – Ciekawe z kogo?
– Z Johna Paula Jonesa – wy j aśniła starszy  m at, unosząc piwo. – Oj ca m ary narki

woj ennej  Stanów Zj ednoczony ch. Tak ty lko przy pom inam , na wy padek gdy by ście, m ałpoludy, o
ty m  nie wiedzieli.

–  Ha!  –  Stark  zerknął  w  kierunku  Vic  i  puścił  do  niej   oczko,  żeby   wiedziała,  że

żartuj e. – Oj ciec naszej  floty  także stoi po m oj ej  stronie!

–  No,  no,  no  –  skom entowała  Rey nolds  z  przesadny m   podziwem .  –  To  powinno

zakończy ć naszą m ałą sprzeczkę. Ethanie Stark, nigdy  w ży ciu nie brałeś strony  floty.

– Może dlatego, że do tej  pory  zawsze się m y liła. Ty m  razem  j ednak m a racj ę. –

Cokolwiek m iała na to powiedzieć Vic, pozostało j ej  taj em nicą, ponieważ w drzwiach stanęli nowi
goście. – Hej , Mendo, przy prowadziłeś ze sobą resztę druży ny ?

–  Tak,  kom endancie  Stark.  Wszy stkich  prócz  Murpha,  który   na  kogoś  czeka.  –

background image

Szeregowy  Mendoza odsunął się od drzwi, aby  pozostali m ogli wej ść do m esy. Większość z nich
zlustrowała szy bko całe wnętrze, tego nawy ku trudno by ło się pozby ć po ty lu latach służby. Zaraz
też  ustawili  się  w  kolej ce  do  baru  po  przy działowe  piwo.  –  Sierżancie  Stark,  to  m ój   oj ciec,
porucznik Mendoza – dodał Mendo, wskazuj ąc z nieskry waną dum ą m ężczy znę stoj ącego u j ego
boku.

– Spotkaliśm y  się j uż parę razy. – Stark podszedł do nich, wy ciągaj ąc dłoń. – Miło

pana znowu widzieć, sir.

Porucznik Mendoza uścisnął m u rękę i skinął głową zdecy dowany m  ruchem .
– Dziękuj ę, sierżancie, czy  m oże powinienem  j uż m ówić: kom endancie?
– Jak pan woli, poruczniku. Poznał pan j uż kapral Gom ez? Teraz ona pełni funkcj ę

dowódcy  druży ny  pana sy na.

Porucznik raz j eszcze skinął głową, ty m  razem  w kierunku Anity, która przy stanęła

opodal z niewy raźną m iną.

–  Nie  m iałem   j eszcze  okazj i,  niem niej   z  tego,  co  sły szałem ,  bardzo  dobrze  się

sprawdza  w  nowej   roli.  –  Twarz  Gom ez  spoważniała  nieco,  gdy   posłała  porucznikowi  błagalne
spoj rzenie. – Sy n twierdzi, że kapral wy m aga od swoich podwładny ch m aksy m alny ch wy ników.

Wszy scy  spoj rzeli na Gom ez.
– Tego chciał sargento – rzuciła buńczucznie. – Nie pozwolę, by  j ego druży na się

rozleniwiała ty lko dlatego, że on m a teraz inną robotę.

Sierżant  Sanchez  poj awił  się  w  polu  widzenia,  j ak  zwy kle  spokoj ny   i  poważny,

pozdrowił  zdawkowy m   gestem   Starka,  potem   Rey nolds,  j akby   widział  ich  nie  dalej   niż  dzień
wcześniej .

– Wy niki kapral Gom ez m ówią sam e za siebie. Daj m y  na to j ej  obrona Wzgórza

Mango w czasie walk poprzedzaj ący ch pański przy lot. To naprawdę doskonały  dowódca druży ny.

–  Zatem   m ój   sy n  m a  ogrom ne  szczęście.  Z  tego,  co  m i  m ówiono,  pan  także  j est

świetny m  dowódcą plutonu.

Sanchez  wzruszy ł  ram ionam i.  Jego  twarz  i  głos,  j ak  zwy kle  zresztą,  nie  wy rażały

żadny ch uczuć.

– Staram  się wy wiązy wać naj lepiej , j ak um iem  z otrzy m anego zadania. Na razie,

pełnię rolę ty m czasowego dowódcy  plutonu, poruczniku.

–  Ta  prawda  doty czy   nas  wszy stkich  –  wtrąciła  Vic.  –  Wy konuj em y   zadania

wy m agaj ące o wiele wy ższy ch stopni niż nasze.

–  Fakt  –  poparł  j ą  Stark.  –  Ja  na  przy kład  pełnię  funkcj ę  kom endanta,  m am y   też

zastępców każdego oficera, który  by ł potrzebny  w centrum  dowodzenia. Jedni sprawdzaj ą się w
tej   roli  doskonale,  inni  średnio.  Naj lepsi  udowadniaj ą  swoj ą  postawą,  że  nie  trzeba  m ieć
gwiazdek, żeby  dobrze sobie radzić z taką robotą.

Porucznik  Mendoza  uśm iechnął  się  pod  nosem   w  ten  sam   sposób,  j ak  j ego  sy n

zwy kł to robić, ty le że on nie poprzestał na ty m  geście i rozwinął m y śl.

–  Jest  taka  opowieść  z  czasów  woj ny   secesy j nej   doty cząca  bardzo  podobnej

sprawy. Bitwa pom iędzy  arm iam i Północy  i Południa trwała cały  dzień, co znaczy ło, że żołnierze
obu stron padali z nóg. Zbliżał się wieczór, więc po zm ierzchu, w gęsty m  dy m ie prochowy m , bo
takiej   broni  palnej   uży wano  w  tam ty ch  czasach,  widoczność  spadła  niem al  do  zera.  W  takich
warunkach  na  kluczowy   odcinek  frontu  Północy   wy słano  karawanę  m ułów  z  zaopatrzeniem   i
am unicj ą.  W  ty m   sam y m   m om encie  żołnierze  Południa  przy puścili  ostatni  atak  na  zagrożone
pozy cj e.  Chłopcy   z  Północy   by li  zm ęczeni,  więc  niespodziewane  natarcie  m ogło  się  powieść  i
zm ienić losy  tej  bitwy. Tak się j ednak złoży ło, że strzelanina i wrzaski walczący ch spłoszy ły  m uły,
które pognały  prosto na nadbiegaj ącego wroga. W dy m ie i ciem nościach Południowcy  niewiele

background image

m ogli  zobaczy ć,  za  to  wy raźnie  sły szeli  tętent  końskich  kopy t  i  skrzy pienie  uprzęży.  Uznali,  że
konfederaci rzucili przeciw nim  kawalerię, i wzięli nogi za pas.

Stark się zaśm iał.
–  Dziwne  rzeczy   dziej ą  się  na  polu  bitwy.  Co  to  m a  j ednak  wspólnego  z

ty m czasowy m  pełnieniem  funkcj i?

–  Po  bitwie  –  wy j aśnił  porucznik  Mendoza  –  poganiacz  owy ch  m ułów  napisał  list

do  generała  dowodzącego  arm ią  Północy.  Zażądał  w  nim ,  aby   doceniono  rolę  j ego  zwierząt  w
zapobieżeniu przegranej  i w nagrodę m ianowano j e „ty m czasowy m i końm i”.

– Ha! Świetna historia. Pokazuj e, gdzie j est nasze m iej sce.
–  I  j aka  celna  –  zakpiła  Yurivan.  –  Stark  j ako  ty m czasowy   kom endant  nadal  m a

um y sł m uła.

– Dzięki, Stacey. Nie to co ty. Powiem  więcej : ponieważ pracuj esz na pół gwizdka,

zam iast ty m czasowy m  koniem , m ianuj ę cię ty m czasową połową konia. Sam a zgadnij  którą.

Yurivan wy szczerzy ła zęby, nie reaguj ąc na zaczepkę.
– Przekom arzaj  się ze m ną tak dalej , a Rey nolds pęknie z zazdrości.
Vic uniosła brwi ze zdum ieniem .
–  Z  zazdrości?  Od  lat  próbuj ę  nakłonić  go  do  tego,  by   znalazł  sobie  inny   obiekt

adoracj i i dał m i wreszcie spokój .

–  Cóż,  skoro  ty   go  nie  chcesz,  m nie  też  nie  będzie  pasował.  Stark  zerknął  na

porucznika Mendozę.

–  Sam   pan  widzi,  z  kim   m am   do  czy nienia.  Odpowiedź  nie  by ła  taka,  j akiej   się

spodziewał.

– Ma pan szczęście, że pańscy  sztabowcy  posiadaj ą tak wy sokie m orale.
–  Ja  m am   szczęście?  Postaram   się  to  zapam iętać.  –  Rozej rzał  się  wokół,  a  potem

cofnął się o krok.

– Daj cie m i szansę porozm awiania z resztą ludzi z druży ny. Zaraz wrócę. – Oddalił

się i trafił na Chena kręcącego się przy  barze z dwom a żołnierzam i, który ch nie znał. – Jak tam
biodro?

Chen skrzy wił się, m asuj ąc zranione m iej sce.
–  Chy ba  dobrze,  sierżancie.  Lekarz  powiedział,  że  j eśli  j eszcze  raz  oberwę  w  to

sam o m iej sce, wszy j ą m i tu zam ek bły skawiczny, żeby  m ieć lepszy  i szy bszy  dostęp do stawu.

–  Mam   nadziej ę,  że  m asz  na  niego  długą  gwarancj ę  –  zażartował  Stark.  –

Przy prowadziłeś przy j aciół?

– Coś  w  ten  deseń.  –  Chen  wy pchnął  kum pli  przed  siebie.  –  Są  z  uzupełnień.  Wie

pan, o co chodzi?

Ethan zdołał  zachować uśm iech  na ustach,  m im o że  w żołądku  znów  uform owała

m u się lodowata kula. Uzupełnienia. Nie zobaczy  j uż Hoxley, Kidda, Maseru. Tego ostatniego nie
zdąży ł  nawet  dobrze  poznać,  nie  m ówiąc  o  zapam iętaniu  twarzy.  To  nie  w  porządku,  gdy  twój
podwładny ginie, a ty nie pamiętasz nawet, jak wyglądał. To nie w porządku.

– Tak, wiem .
–  To  szeregowy   Josh  Finley   i  kapral  Vince  Caruso.  –  Żołnierze  kłaniali  m u  się

szty wno, widać by ło, że są zdenerwowani. – Wcześniej  służy li w trzeciej  dy wizj i, sierżancie.

–  W  trzeciej ?  Zostaliście  z  nam i,  chłopcy ?  –  Stark  uścisnął  im   dłonie,  ten  prosty

gest naty chm iast ich rozluźnił. – Dziękuj ę. Wiem , j ak trudno porzucić dawną j ednostkę.

Szeregowiec Finley  uśm iechnął się, choć niewiele radości by ło w ty m  skrzy wieniu

ust.

–  Prawdę  m ówiąc,  nie  m ieliśm y   czego  opuszczać.  Po  ofensy wie  Meecham a

background image

ocalało nas trzech z całego plutonu. Gardner nie chciał zostać, głównie dlatego, że m a na Ziem i
dziewczy nę i nie m ógł znieść m y śli, że by ć m oże j uż nigdy  więcej  j ej  nie zobaczy.

–  Wcale  m u  się  nie  dziwię  –  przy znał  Ethan.  –  Moj a  druży na  przy j ęła  was  j ak

trzeba?

– Jasne, sierżancie. To znaczy  kom endancie.
– Dzisiaj  m ogę by ć sierżantem . Odprężcie się, m ałpoludy, i dobrze bawcie.
– A skoro m owa o dziewczy nach – wtrącił Chen, szczerząc zęby. – Wy gląda na to,

że Murphy  przy prowadził swoj ą.

–  Murph  m a  dziewczy nę?  I  zaprosił  j ą  tutaj ?  –  Stark  obrócił  się  na  pięcie,

przy pom inaj ąc sobie niedawną rozm owę o randkowaniu z kobietą w cy wilu.

Murphy   zatrzy m ał  się  w  drzwiach,  po  części  dum ny,  ale  też  zdenerwowany   j ak

dzieciak,  który   przy prowadza  swoj ą  narzeczoną,  aby   przedstawić  j ą  oj cu,  a  potem   przekroczy ł
próg. Ethan zrobił wielkie oczy, gdy  uj rzał, kto j est rzeczony m  gościem , zaraz j ednak uśm iechnął
się szeroko.

– Robin Masood. Dawno się nie widzieliśm y.
–  Dobry   wieczór,  sierżancie  Stark.  –  Robin  ścisnęła  m ocniej   dłoń  Murpha,

uśm iechaj ąc się koj ąco do niego.

–  To  kobieta,  która  odwiedzała  cię,  gdy   odrastała  ci  ręka?  –  zapy tał  Stark

szeregowca,  a  potem   znów  spoj rzał  na  Robin.  –  Powinienem   panią  ostrzec,  że  j eśli  będzie  pani
odwiedzać żołnierzy  w szpitalach, to m oże się źle skończy ć.

– Cieszę się, że pan tego nie zrobił.
– Murph traktuj e panią j ak trzeba? – zapy tał pół żarem , pół serio.
– To prawdziwy  dżentelm en – oznaj m iła Robin. Kapral Gom ez podeszła do nich.
– Zrobiła pani z Murpha dżentelm ena? A niech m nie, rzuci go pani zaraz, a j a będę

m usiała przerabiać go na m ałpoluda.

Murphy  prom ieniał przy  takiej  widowni.
– Mogę j uż walczy ć. I to lepiej  niż kiedy ś. Już m am  o co.
Ethan zauważy ł bły sk strachu w oku Robin, gdy  padały  te buńczuczne zapowiedzi.
– Owszem , ale m asz też dla kogo ży ć.
–  No  tak,  sierżancie.  –  Murph  odwrócił  się,  by   porozm awiać  z  pozostały m i

żołnierzam i, którzy  gratulowali m u nowej  towarzy szki ży cia, rzecz j asna w kpiarski sposób.

Korzy staj ąc z chwili nieuwagi, Stark pochy lił się do ucha Robin i zapy tał szeptem :
– Jest pani pewna tego, co robi? Chce pani związać się na zawsze z kim ś z woj a?
Zerknęła na swoj ego chłopaka, a potem  potaknęła.
– Tak m i się wy daj e. Murphy  j est cudowny m  facetem , nieprawdaż?
– Nigdy  nie oceniałem  go pod ty m  kątem , ale wiem  j edno: to dobry  chłopak. Nie o

ty m  j ednak m ówię. Trudno j est by ć żoną żołnierza, kiedy  wie się, że w każdej  chwili m oże zostać
zabity. Poradzi sobie pani z tą świadom ością?

Wahała się przez m om ent.
– Sądzę, że tak.
Dobrze. Przynajmniej zastanowiła się, zanim odpowiedziała.
– To nie będzie łatwe, m oże m i pani wierzy ć. My  wszy scy  to rozum iem y, dlatego

m oże pani z nam i o ty m  rozm awiać, j eśli zacznie się pani stresować albo poczuj e strach. Gdy by
co, proszę śm iało dzwonić, także do m nie.

–  Dziękuj ę,  sierżancie  Stark.  –  Uśm iechnęła  się  nagle.  –  Poczułam   się,  j akby m

rozm awiała z oj cem  Murpha.

Ethan odpowiedział j ej  podobny m  uśm iechem .

background image

–  Czasem   się  nim   czuj ę,  j ak  widać.  Proszę  pam iętać.  I  dzwonić,  gdy by   coś  się

działo.

– Tak zrobię.
Stark  m iał  sporo  problem u  z  wy borem   dań  na  posiłek  dla  swoich  dawny ch

podwładny ch,  uznał  j ednak  w  końcu,  że  robienie  z  tego  obiadu  wielkiego  cy rku  sprawi,  że
wszy scy  poczuj ą się nieswoj o. Z tego też powodu na wózku pchany m  przez stewarda znaj dowały
się tace pełne tego sam ego żarcia, j akim  Ethan ży wił się niem al codziennie.

Stacey  Yurivan zerkała podej rzliwie w stronę swoj ego talerza.
– To m i wy gląda na standardowe racj e ży wnościowe, które nieco m i j uż zbrzy dły

– narzekała. – Gdzie te fikuśne potrawy, który m i zazwy czaj  zaj adaj ą się oficerowie?

– Chodzi ci o steki i hom ary ? – zapy tał Stark, wskazuj ąc kciukiem  gdzieś za plecy. –

Są w tej  sam ej  chłodni, w której  j e znaleźliśm y. Nie m am  zam iaru obżerać się j ak j akiś król, gdy
m oi ludzie żrą zwy kłe racj e.

–  Mógłby ś  dać  nam   po  steku,  a  sobie  nałoży ć  tego  gówna  w  śm ietanie  –

podpowiedziała  m u  m at  Wisem an.  –  To  by łby   naprawdę  szlachetny   uczy nek.  Godny
prawdziwego wodza. Może dasz się do tego przekonać?

–  Wy bacz.  Oszczędzam   steki  na  wy padek,  gdy by   nam   zabrakło  racj i

ży wnościowy ch.  A  ty ch  ostatnich  nie  da  się  przetrzy m y wać  w  nieskończoność,  bo  j ak  wiesz,
tracą walory  odży wcze.

–  Może  dlatego,  że  nawet  w  tej   form ie  są  prawie  niej adalne  –  zasugerowała

Billings.

– To prawda. Za to dobre żarcie m ożna m rozić latam i.
Porucznik Mendoza rozej rzał się po twarzach ludzi zebrany ch przy  stole.
–  Przekonaliśm y   się  o  ty m   na  własnej   skórze  podczas  operacj i  Wschodnia  Stal.

Jesteście zby t m łodzi, więc na pewno nie braliście w niej  udziału.

– Owszem  – przy znał Stark. – Niem niej  każdy  z nas rozm awiał z weteranem , który

by ł uczestnikiem  tam ty ch walk. To rodzaj  nauczki, przed którą starzy  żołnierze ostrzegaj ą swoich
następców. Dlatego właśnie oszczędzam  dobre żarcie, w ty m  nawet lum pia.

– Lum pia?! – wrzasnęła Yurivan. – Stark, ty  sady sto!
Porucznik Mendoza skosztował odrobinę papki i przeżuł j ą wolno.
– Muszę przy znać, że to żarcie zostało lepiej  przy prawione niż standardowe racj e.

Gotuj ą dla was ci sam i kucharze, którzy  obsługiwali przedtem  starszy ch oficerów?

– Kilku z nich zostało – potwierdził Ethan. – Trzeba przy znać, że znaj ą się na swoj ej

robocie.  Nie  potrzebowaliśm y   j ednak  ich  wszy stkich,  teraz  w  kwaterze  głównej   stacj onuj e
znacznie  m niej   ludzi,  a  j a  sam   m ogę  napełnić  sobie  talerz  i  nalać  kawy.  Większość  tutej szy ch
kucharzy   została  rotacy j nie  przeniesiona  do  inny ch  j ednostek,  aby   uczy li  tam   obsługi  kuchni  i
pokazy wali,  j ak  dostępny m i  środkam i  polepszać  sm ak  racj i  ży wnościowy ch.  Może  to  niewiele,
ale zawsze coś.

Stark spędził  czas, dzieląc  go na  żartobliwe pogaduszki  z dawny m i  podwładny m i  i

poważne rozm owy  z porucznikiem  Mendozą. Napięcie m ij ało z wolna, ucisk w brzuchu łagodniał
z chwili na chwilę. To nie by ła zwy kła rozm owa, otaczali go ludzie, który ch uważał za przy j aciół i
którzy  dawali m u zawsze wsparcie. Dlatego zdziwił się, gdy  podszedł do niego sierżant Sanchez z
niewy raźną m iną.

– Przepraszam , ale obowiązki wzy waj ą.
–  Tak  wcześnie?  –  Ethan  zerknął  na  zegarek.  –  No  tak,  trochę  przesadziłem   z  ty m

wcześnie. Ależ ten czas zleciał.

– Może powinniśm y  wprowadzić harm onogram y  doty czące podobny ch spotkań do

background image

naszy ch taków – zażartowała Billings.

– O tak – poparł j ą Chen – nie wy łączaj ąc zestawu rozkazów, kiedy  gry źć i j ak żuć.

Ma pan zam iar raczy ć nas podobny m i rozkazam i, sierżancie?

– Jeśli kiedy kolwiek na to pozwolę, m ożecie tu przy j ść i tak długo traktować m nie

kolbam i,  aż  odzy skam   zdrowy   rozsądek.  –  Stark  zachichotał,  gdy   j ego  goście  wy buchnęli
śm iechem ,  zareagowali  tak  sam o  j ak  na  każdy   z  j ego  żartów  wy powiadany ch  przed  wielom a
m iesiącam i.  –  Słuchaj cie,  ludzie,  zrobiło  się  naprawdę  późno.  Nie  m iałem   zam iaru
przetrzy m y wać was tutaj  aż do tej  godziny. Mam y  w kwaterze głównej  sporo wolnej  przestrzeni,
ponieważ  zarządzam y   kom pleksem   bez  pom ocy   ty ch  wszy stkich  oficerów,  m ożecie  więc
przenocować  na  m iej scu,  wy bieraj ąc  którąś  z  pusty ch  kwater.  A  te  łatwo  poznać,  nie  m aj ą  na
drzwiach osobisty ch zam ków. Rano wrócicie do koszar. Czy  to ci pasuj e, Sanch?

Sierżant skinął głową, wy rażaj ąc aprobatę dla pom y słu kom endanta.
–  Zgadzam   się.  Kapralu  Gom ez,  wasza  druży na  m oże  zostać  tutaj   na  noc.  Ja

j ednak m uszę wracać do koszar. Z sam ego rana prowadzę szkolenie.

– Rozum iem . Dziękuj ę, że przy szedłeś, Sanch.
– De nada.  Za  nic  nie  przegapiłby m   okazj i  obserwowania  sierżanta  Ethana  Starka

w roli człowieka, który m  do tej  pory  tak bardzo pogardzał i z który m  prowadził latam i pry watną
woj nę.  –  Sanchez  wy powiedział  to  przy długie  zdanie  absolutnie  oboj ętny m   tonem ,  niem niej
ledwie  zauważalne  drgnięcie  kącika  j ego  ust  zdradzało,  że  j est  to  żartobliwa  wy powiedź.  –  Do
zobaczenia wkrótce.

Wy j ście  Sancheza  uruchom iło  reakcj ę  łańcuchową,  żołnierze  ustawili  się  w

kolej ce, by  pożegnać gospodarza, a potem  opuszczali m esę m ały m i grupkam i. Większość z nich,
zdaniem   Ethana,  nie  m iała  zam iaru  skorzy stać  z  oferty   noclegu  w  kwaterze  głównej .  Ludzie
woleli  popędzić  do  koszar,  zdać  broń,  a  potem   zrobić  wy pad  do  Zewnętrznego  Miasta,  gdzie
radosne ucztowanie będzie trwało nadal. I niech im będzie. Sam tak robiłem jakiś czas temu.

Murphy  zadowolony, j akby  wy grał Szansę na luksus, j edną z naj bardziej  znany ch

loterii  cy wilbandy,  wy m aszerował  z  m esy   z  Robin  Masood  wciąż  wiszącą  m u  na  ram ieniu.  W
końcu  przed  Starkiem   poj awili  się  Mendoza  z  sy nem   i  kapral  Gom ez.  Porucznik  rozej rzał  się  po
opustoszały m  pom ieszczeniu, zanim  ponownie spoj rzał na Starka.

–  To  chy ba  by ł  dobry   pom y sł,  sierżancie.  Dobry   dowódca  m oże  skorzy stać  na

takim   kontakcie  z  podwładny m i,  zam iast  stawać  przed  nim i  na  odprawach,  z  który ch  niewiele
wy nika.

–  Na  ty m   m iędzy   inny m i  opierał  się  m ój   pom y sł  –  przy znał  Ethan.  –  Ale  nie

przeczę,  że  zaprosiłem   ich  tutaj   także  z  przy czy n  bardziej   osobisty ch.  Te  m ałpoludy   –  wskazał
głową na Gom ez i Mendo – naprawdę wiele dla m nie znaczą. Nadal j estem  j edny m  z nich.

– I j eszcze długo tak będzie. Aczkolwiek m usi pan sobie zdać sprawę z tego, że j uż

nigdy   nie  stanie  się  pan  zwy kły m   żołnierzem .  –  Stark  przy taknął  w  ty m   m om encie.  –  Zatem
ży czę  panu  dobrej   nocy,  sierżancie.  –  Porucznik  Mendoza  obrócił  lekko  głowę.  –  Sierżancie
Rey nolds.

Vic uśm iechnęła się, j akby  bawiła j ą j ego kurtuazj a.
–  Gdzie  pan  by ł  przez  całą  m oj ą  służbę,  sir?  Przy dałby   m i  się  taki  porucznik  j ak

pan.

– Może nigdy  m nie nie awansowano właśnie dlatego, że j estem  w ty m  tak dobry. –

Porucznik zaśm iał się z własnego żartu.

– To całkiem  m ożliwe – przy znał Stark. – Proszę do m nie zadzwonić w naj bliższej

przy szłości. Mam y  j eszcze wiele spraw do om ówienia.

– Może by ć za kilka dni, sierżancie?

background image

– Okay. Ty lko proszę zby t długo nie zwlekać.
Ethan  zasalutował  przepisowo  porucznikowi  wy chodzącem u  z  sy nem   i  kapral

Gom ez,  która  skinęła  m u  ty lko  głową  na  pożegnanie,  a  potem   stał  j eszcze  przez  chwilę  w
kory tarzu, spoglądaj ąc w ślad za odchodzący m i gośćm i.

Vic czekała w ty m  czasie oparta o ścianę, z rękom a założony m i na piersi. Ona także

nie spuszczała wzroku z Anity  rozm awiaj ącej  ży wo z porucznikiem .

– A to ci widok – m ruknęła.
– Słucham ? – zdziwił się Stark, podążaj ąc za j ej  spoj rzeniem . – O co ci chodzi?
– Twoj a kapral łaknąca kontaktu z oficerem ? Nie sądzisz, że to niety powe dla niej

zachowanie?

Ethan zaśm iał się krótko.
– Patrząc w ten sposób na sprawę, na pewno. Ciekawe, dlaczego to zrobiła?
–  To  akurat  wiem .  Obserwowałam   j ą  podczas  tego  spotkania.  Twoj a  kapral

sprawdzała,  j ak  reaguj esz  na  wszy stkich  obecny ch.  Zauważy ła  więc,  że  do  porucznika  odnosisz
się z szacunkiem , traktuj esz go j ak kogoś zaufanego, kto wie więcej  od ciebie, i j ak widać, wzięła
to sobie do serca.

– Hm . – Stark patrzy ł na tę niezby t pasuj ącą do siebie parę i m aszeruj ącego obok

niej   szeregowego  Mendozę,  dopóki  cała  trój ka  nie  skręciła  za  róg  kory tarza  i  nie  zniknęła  m u  z
oczu.  –  Gom ez  obserwowała  m nie  podczas  spotkania?  –  Vic  potaknęła.  –  Cóż,  dobry   żołnierz
powinien pobierać nauki od starszy ch stopniem . Ale m uszę j ej  wspom nieć, żeby  się na m nie nie
wzorowała.

Vic uniosła brew ze zdziwienia.
– Czy żby ś by ł niebezpieczny, Ethan?
–  Jak  m i  ktoś  podpadnie,  to  na  pewno,  ale  nie  o  ty m   m ówiłem .  Nie  j estem

doskonały,  Vic.  Gom ez  nie  powinna  zakładać,  że  wszy stko,  co  powiem   albo  zrobię,  m usi  by ć
słuszne.

Ta odpowiedź rozbawiła Rey nolds.
– Jak widzę, j arzm o herosa m usi by ć bardzo ciężkie.
– Nie j estem  herosem . – Stark westchnął ciężko, dodaj ąc ty m  słowom  dodatkowej

em fazy.

– Może i nie, ale zaj ąłeś j ego m iej sce. – Wskazała w głąb kory tarza. – Odprowadzę

cię do dom u, żołnierzu.

– Dobrze. – Szli w kierunku j ego kwatery  ram ię w ram ię, m ilcząc zgodnie j ak para

stary ch znaj om y ch, dopóki Ethan nie przerwał ciszy : – Vic, czy  m ój  dawny  szkolny  rocznik nadal
wisi na Sieci?

– Na pewno. W Sieci nic nie ginie. Poszukaj , a znaj dziesz. Aczkolwiek m ożesz nie

m ieć  do  niego  dostępu  z  Księży ca.  Rząd  robi  co  m oże,  by   ograniczy ć  nam   połączenia  z
m iej scam i, w które m ogliby śm y  zaj rzeć. Na m atkę Ziem ię, a raczej  na j ej  ły sego towarzy sza,
dlaczego tak nagle zainteresowałeś się ty m  szkolny m  rocznikiem ?

Stark wzruszy ł ram ionam i.
– Chciałem   sprawdzić w  nim  nazwisko  pewnego nauczy ciela,  żeby  znaleźć  go  po

powrocie  i  przekazać,  że  j ego  słowa  sprawiły,  iż  się  zm ieniłem ,  co  prawda  dopiero  po  kilku
dekadach od pewnej  pam iętnej  lekcj i, ale zawsze.

Vic zm ierzy ła go zaciekawiony m  spoj rzeniem .
– Czego cię uczy ł? Teorii buntu przeciw legalnie wy brany m  władzom ?
– Tak. Czegoś w ten deseń, czy li historii USA.
Zatrzy m ała się, potem  parsknęła śm iechem .

background image

–  To  według  ciebie  j edno  i  to  sam o?  –  Stali  j uż  przed  drzwiam i  kwatery   Ethana,

zaprosiła go więc do wej ścia szerokim  gestem . – Czas spać.

Stark stał przez chwilę niezdecy dowany, a na koniec pokręcił głową.
– Nie. Mam  j eszcze sporo papierkowej  roboty.
Rey nolds skrzy wiła się z dezaprobatą.
– Potrzebuj esz snu, Ethan.
–  Wiem ,  wiem .  Ale  ostatnio  cierpię  na  bezsenność.  Nie  zasnąłby m ,  nawet

gdy by m  próbował.

–  O  co  chodzi?  Masz  j akieś  konkretne  zm artwienie?  Zastanowił  się  nad  ty m

py taniem , a potem  zaprzeczy ł.

– Nie. To znaczy  m am  całe m nóstwo zm artwień, ale żadne z nich nie wy bij a się

ponad resztę. Może to dzisiej sze spotkanie tak na m nie podziałało.

– Może. Obiecasz m i, że prześpisz się choć chwilę?
– Jasne. Przecież tu nie chodzi o to, że j a nie chcę odpocząć. – Uśm iechnął się do

niej . – Dzięki za zorganizowanie tego obiadu, Vic. To naprawdę wiele dla m nie znaczy ło.

–  Ży j ę,  by   ci  służy ć,  kom endancie  Stark.  –  Rey nolds  pry chnęła  ze  śm iechu,

widząc j ego m inę, i pom achała m u na pożegnanie. – Słodkich snów, Ethan.

– Wzaj em nie.
Usiadł za biurkiem , spoj rzał na raport wy świetlany  na ekranie palm topa i zaraz go

wy łączy ł. Może i cierpię na bezsenność, ale to nie oznacza jeszcze, że będę ślęczał całą noc nad
jakimś badziewiem. Rozej rzał się po spartańsko urządzonej  kwaterze, skacząc wzrokiem  z punktu w
punkt, z przedm iotu na przedm iot, zastanawiaj ąc się, kto też zaj m ował to pom ieszczenie w ciągu
ty ch  kilku  lat,  j akie  upły nęły   od  wy cięcia  go  w  księży cowej   skale.  Oni  tu  wrócą.  Spróbują  nas
pokonać. Tak bardzo chciałbym, by zamiast tego podjęli rozmowy, lecz godząc się na nie, musieliby
przyznać, że spieprzyli tu wszystko, i usprawiedliwić chociaż częściowo moje czyny. A oficerowie,
których znałem, przenigdy nie przyznają, że nie mieli w czymś racji.

Poiry towany  tą m y ślą wcisnął klawisz kom unikatora.
– Centrala ochrony, tutaj  Stark. Jak wy gląda sy tuacj a?
–  Panuj e  całkowity   spokój ,  kom endancie.  Norm alka.  Zaraz,  niespełna  godzinę

tem u na j edny m  z posterunków py tał o pana j akiś szeregowiec. Wartownik powiedział m u, że j est
j uż za późno na wizy ty, i poradził, aby  skontaktował się z panem  j utro rano.

– Zapisaliście j ego nazwisko?
– Tak, zdaj e się, że nazy wał się Stone czy  j akoś tak.
– Stein?
– Tak. To znaczy  tak j est. Mam  do niego zadzwonić?
–  Nie.  Dobrze  się  spisaliście.  Sprawdzę,  czego  chciał,  j utro  rano.  Miej cie  oko  na

sy tuacj ę.

– Taj est.
To  powinno  poprawić  mi  humor,  ale  nie  poprawiło.  Stark  przy j rzał  się  uważniej

ekranowi  wy świetlacza,  korzy staj ąc  z  uprawnień  głównodowodzącego,  otworzy ł  furtkę  do
sy stem u  bezpieczeństwa  pozwalaj ącą  m u  na  dostęp  do  kam er  m onitoruj ący ch  wnętrze
kom pleksu kwatery  głównej . Przebiegał wzrokiem  po kolej ny ch uj ęciach, na który ch znaj dował
się  ciąg  pusty ch  o  tej   porze  niem al  identy czny ch  pom ieszczeń,  kory tarzy   i  biur,  dopóki  coś  nie
przy kuło  j ego  uwagi.  Cofaj ąc  się,  znalazł  uj ęcie  z  m esy,  w  której   znaj dowały   się  trzy   osoby.
Patrzcie no państwo! Kapral Gomez, porucznik Mendoza i jego syn. Co oni oglądają? Nad blatem
stołu wisiała trój wy m iarowa proj ekcj a, Mendo m ówił coś, wskazuj ąc na obraz, a Gom ez słuchała
go z uwagą.

background image

Gdzie jest klawisz fonii? Czy ją też muszę włączyć, omijając system zabezpieczeń? To

dosyć sprytne ograniczenie, ale z tego, co widzę, nie rozmawiają o mnie, nikomu więc nie stanie się
krzywda,  jeśli  posłucham  ich  przez  chwilę.  Dziwnie  się  czuję,  jak  oficer  służby  bezpieczeństwa,
który  podgląda  ludzi  podejrzanych  o  nielojalność.  Nie,  nie  robię  niczego  złego.  Jestem  tylko
ciekawy, co tak zainteresowało Gomez.

Nie  zdołał  sam   siebie  przekonać  ty m i  argum entam i,  m im o  to  włączy ł

przekserowanie dźwięku.

Teraz m iał pełen przekaz audio-wideo.
Patrzy ł,  j ak  Gom ez  nalewa  sobie  kawy   z  dy spensera,  a  potem   zerka  przelotnie  w

stronę kory tarza.

–  Hej ,  Mendo,  przy pom nij   m i  j akby   co,  że  zostawiam   tam   część  dodatkowego

wy posażenia.

– W kwaterze głównej  nikt niczego nie ukradnie, pani kapral.
–  Mam   torbę  pełną  am unicj i,  a  taki  ładunek  nigdy   nie  j est  bezpieczny,  j eśli  nie

trzy m a się  go  w  ręce.  –  Gom ez  dosiadła  się  do  stolika,  przy   który m   czekał  Mendo.  Wy ciągnęła
rękę i powiodła palcem  po terenie widoczny m  na proj ekcj i.

– Powinnam  j uż spać – j ęknęła oskarży cielskim  tonem  – a nie słuchać history j ek o

bitwie, którą stoczono paręset lat tem u. Co to w ogóle za m iej sce?

– Getty sburg.
– Aha. To tam  przeprowadzono ten wielki atak, w który m  poległa m asa piechoty ?
– Tak, kapralu. Szarżę Picketta. Ten epizod wy darzy ł się trzeciego dnia bitwy.
– Pam iętam . – Gom ez przy j rzała się uważniej  m apie. – Musieli przeprowadzić ten

atak, ponieważ dali przeciwnikowi czas na okopanie się w dogodny m  m iej scu. Nadal j ednak tego
nie ogarniam . Dlaczego się zatrzy m ali? Dlaczego ci, j ak im  tam , konfederaci nie zaj ęli wzniesień,
kiedy  m ogli to zrobić?

Mendo  odchrząknął  i  spoj rzał  w  kierunku  oj ca,  j akby   szukał  u  niego  wsparcia,

zanim  rozpocznie wy j aśnianie.

– To m ogło by ć efektem  błędu albo wy czerpania żołnierzy  po długim  dniu walki, j a

j ednak przy puszczam , że chodziło w ty m  wy padku o zby tnią pewność siebie.

– Strach m ogłaby m  j eszcze zrozum ieć, ale zby tnią pewność siebie?
– Pokonali arm ię unii j uż wielokrotnie, więc wierzy li, że m ogą to zrobić raz j eszcze.
Porucznik Mendoza kiwał głową z sąsiedniego krzesła.
–  Zgadza  się.  Zby t  częste  zwy cięstwa  też  m ogą  by ć  niebezpieczne.  Nauczki

wy ciąga się wy łącznie z porażek.

– Skoro pan tak m ówi. Ja j ednak wolę wy gry wać. – Gom ez raz j eszcze przy j rzała

się  m apie.  –  Co  zatem   generał  Lee  zrobił  ty m   ludziom ,  którzy   się  zatrzy m ali  i  pozwolili  okopać
przeciwnikowi na wzgórzach?

Mendo rozłoży ł ręce.
– W sum ie niewiele. Według history ków nie by ł zby t ostry m  dowódcą. Przy wy kł

do tego, że podwładni spełniaj ą j ego ży czenia zawczasu.

– Sporo m ożna ty m  sposobem  spieprzy ć. Moim  zdaniem  od czasu do czasu trzeba

kogoś kopnąć w dupę, żeby  dopiąć swego.

Porucznik Mendoza się uśm iechnął.
– Czy  kom endant Stark tak właśnie dowodzi wam i?
Ethan zm arszczy ł  brwi. Tak  bardzo wciągnęło  go słuchanie  tej  wy m iany   zdań,  że

zupełnie zapom niał, iż podgląda przy j aciół. Sięgnął więc do klawisza wy łączaj ącego fonię, ale w
ostatniej  chwili zadrżała m u ręka, ponieważ Gom ez zaczęła odpowiadać:

background image

– Sargento?  Czasam i.  Nie  zawsze.  Zazwy czaj   robim y,  co  każe,  ponieważ  wiem y,

że  tego  właśnie  chce.  Nie  ze  strachu  przed  nim .  Niem niej   zdaj em y   sobie  sprawę  z  tego,  co
będzie,  j eśli  go  zawiedziem y...  –  przerwała  na  m om ent,  by   się  zastanowić.  –  Choć  on  nie
powiedziałby  nigdy, że zawiedliśm y  j ego, ty lko sam i siebie. Nigdy  nie sły szałam  od niego innego
kom entarza. Ale to dobry  człowiek, zawsze robi wszy stko, by  uchronić nas przed kłopotam i.

–  To  j est  właśnie  podstawa  dobrego  planowania.  Dowódcy   m uszą  by ć  ostrzy   i

zdecy dowani w działaniu, ale zarazem  na ty le rozsądni, by  nie lekceważy ć dręczący ch ich obaw.

Stark  zam arł  z  palcem   wiszący m   nad  klawiszem   wy łączaj ący m   przekaz  audio.

Całkowicie skupił się na słowach porucznika.

Gom ez pry chnęła pogardliwie.
– Sierżant Stark i strach? On się niczego nie boi.
–  Wręcz  przeciwnie  –  poprawił  j ą  em ery towany   oficer.  W  j ego  słowach,  m im o

uprzej m ego  tonu,  dało  się  wy czuć  sporą  stanowczość.  –  Spotkałem   kom endanta  Starka,  więc
wiem , że obawia się wielu rzeczy, ale um ie stawić im  czoła i dlatego prawie zawsze radzi sobie z
sy tuacj ą.

–  Sargento  nie  j est  tchórzem   –  oświadczy ła  Anita,  podnosząc  głos,  by   podkreślić

każde słowo.

–  O  ty m   też  wiem .  To  niesły chanie  odważny   człowiek,  choć  sam   nigdy   tego  nie

przy zna.  Nie,  j ego  obawy   czy nią  z  niego  lepszego  dowódcę,  więc  kto  wie,  czy   nie  stanie  się
kiedy ś  kim ś  naprawdę  wielkim   ty lko  dlatego,  że  potrafi  podważać  własne  przekonania.  Wielu
żołnierzy   w  j ego  sy tuacj i  nie  um iałoby   podj ąć  decy zj i,  znam y   to  przecież  z  historii.  Wy bitni
dowódcy  przegry wali z kretesem , ponieważ zdj ęci strachem  nie kiwnęli palcem  tam , gdzie trzeba
by ło działać.

– No, m oże... – zaczęła Gom ez.
Stark  w  końcu  wziął  się  w  garść,  uznał,  że  sły szał  j uż  za  dużo,  i  wy łączy ł

j ednocześnie  wizj ę  i  fonię.  Ekran  m om entalnie  wy pełniła  szara  pustka.  Dlaczego  to  zrobiłem,  u
licha? Za łatwo mi to przyszło. Nie powinienem ich podsłuchiwać. Nie powinienem dowiadywać się
w  taki  sposób,  co  ludzie  o  mnie  myślą.  Poznawać  ich  sekretów.  To  tak  cholernie...  jak  brzmi  to
słowo?  Kuszące.  Tak.  To  obejście  zrobiono  zapewne,  aby  ktoś  mógł  panować  nad  sytuacją  nawet
wtedy,  gdy  wróg  wedrze  się  do  kwatery  głównej.  Nie,  raczej  nie.  Jaki  dowódca  nie  chciałby
dowiadywać  się  w  taki  sposób,  co  jego  ludzie  czują?  Który  z  nich  oparłby  się  podglądaniu  ich  co
jakiś  czas?  Muszę  kazać  założyć  jakieś  ograniczniki  na  te  połączenia,  żeby  nie  kusiły  mnie  ani
nikogo  innego,  kto  ma  dostęp  do  tej  sieci.  A  może  lepiej  będzie  pozbyć  się  tego  cholerstwa  na
dobre?

Stark wy łączy ł m onitor całkowicie, szczerze m ówiąc, czuł się splugawiony  ty m , że

szpiegował własny ch przy j aciół. Trawił tę winę do chwili, gdy  brzęczy k kom unikatora wy rwał go
z zam y ślenia.

– Tak.
–  Kom endancie,  tutaj   centrala  ochrony.  Mam y   coś  niety powego  do

zam eldowania.

– Niety powego? – Stark poczuł, j ak włosy  j eżą m u się na karku.
–  Taj est.  Właśnie  odebraliśm y   wiadom ość  od  cy wilbandy,  która  zaj m uj e  się

kontrolą  ruchu  wahadłowców  zaopatruj ący ch  kolonię.  Prosili,  aby śm y   przy j rzeli  się  duchom
widoczny m  na j edny m  z ich skanów.

– Duchom ?
–  Czem uś,  co  na  nich  j est,  choć  by ć  nie  powinno.  Nasz  sprzęt  rozstawiony   wokół

pły ty  lądowiska  bez przerwy   wy kry wa podobne  obiekty. Za  dużo elektronicznego  sy fu  znaj duj e

background image

się w tej  okolicy. Wie pan, echa zagłuszania i inne odbicia sy gnałów z powierzchni Księży ca albo
instalacj i orbitalny ch.

– Dlaczego więc cy wilbanda m elduj e o czy m ś takim , skoro to norm alka?
Oficer z centrali ochrony  zawahał się na ty le m ocno, że dało się to zauważy ć.
– Nie m am  poj ęcia, kom endancie.
– Obsługa kosm odrom u często m elduj e o takich zdarzeniach?
–  Nie,  sir.  Nigdy   wcześniej   nie  dostaliśm y   od  nich  podobnego  sy gnału.  Inny ch

zresztą też. Nie łączą się z nam i, j eśli naprawdę nie m uszą. Zna pan cy wilbandę.

Stark zm ruży ł oczy.
– Dlaczego więc zdecy dowali się na rozm owę ty m  razem ? Powiedzieli wam ?
– Taj est. Cy wil, z który m  rozm awiałem , poinform ował m nie, że j ego zwierzchnicy

otrzy m ali polecenie od władz kolonii, by  m eldować nam  o każdej  niety powej  sy tuacj i. Twierdził,
że m aj ą tam  nowe procedury... – Człowiek z centrali ochrony  znów zam ilkł na m om ent. – Zapy tał
też, czy  m oże coś dla nas zrobić.

– I to was tak zaniepokoiło?
– W sum ie tak, sir. Nie wiem , w co oni z nam i teraz pogry waj ą, sir.
Stark uśm iechnął się pod nosem . Jeszcze  nie  tak  dawno  temu  sam  zadałbym  sobie

podobne pytanie. Na szczęście pracuję z Campbellem od tak dawna, że wiem już, iż jest jednym z
najszczerszych ludzi, jakich znam, mimo że sam nas do końca nie rozumie.

– Oni z nam i w nic nie pogry waj ą. Chcą pom óc. Wiem , że to zabrzm i dziwnie, ale

tutej sza cy wilbanda j est inna od tej , którą pam iętacie z Ziem i. Sądzę, że ich szef, zarządca kolonii,
kazał im  po prostu współpracować z nam i.

–  Rozum iem ,  kom endancie.  –  Z  głośnika  kom unikatora  bił  scepty cy zm .  –  Jeśli

j ednak będą do nas dzwonić za każdy m  razem , gdy  zobaczą ducha, wiele nie pom ogą.

–  Rozum iem .  Oni  nie  rozgry źli  j eszcze,  j ak  m y   działam y,  ale  m iło  wiedzieć,  że

zadzwonią w razie potrzeby.

– Taj est. Mam y  zrobić coś w związku z ty m  raportem , sir?
– Nie... – Teraz to Stark zam ilkł, tknięty  j akąś m y ślą.
Co  to  było?  Jakieś  nagranie.  Bardzo  stare.  Chyba  sam  należałem  jeszcze  do

cywilbandy.  Film  o  jakiejś  bazie  floty,  która  oberwała  srogo,  ponieważ  wszyscy  widywali  takie
duchy i w końcu przestali zwracać na nie uwagę. Nie, nie mogę podrywać moich ludzi za każdym
razem, gdy cywil spanikuje.

–  Kom endancie?  –  odezwał  się  zaniepokoj ony   dy żurny.  –  Jak  j uż  wspom niałem ,

widuj em y  takie duchy  co chwilę. To nic wielkiego.

Stark w końcu dotarł do py tania, które cały  czas m iał na końcu j ęzy ka.
– Czy  nasze skanery  wy chwy ciły  ducha zauważonego przez cy wilbandę?
–  Nie  wiem ,  kom endancie.  Chy ba  nie.  Cy wilbanda  m a  inne  sy stem y.  Wie  pan,

pracuj ą na inny ch częstotliwościach, zm ienny ch algory tm ach...

– Okay. Zatem  cy wilbanda odbiera sy gnały, które m ogą by ć dla nas niewidzialne,

ale niekoniecznie dla nich?

Dłuższa chwila wahania.
– To m ożliwe, sir.
Zrywać  ludzi  na  próżno?  Mamy  odskakiwać  na  widok  elektronicznego  cienia

dlatego, że cywilbanda nas ostrzega? Całe doświadczenie ży ciowe kazało m u odrzucić ten raport.
Coś, o czy m  wszy scy  wiedzą, m oże by ć bardziej  niebezpieczne od tego, o czy m  nie wie nikt.

– Centrala, ogłoście alarm  dla wszy stkich posterunków. Chcę, aby  ludzie zachowali

wy j ątkową czuj ność. Ktoś m oże coś kom binować.

background image

– Taj est. Skoro pan tak m ówi.
–  Macie  to  zrobić  bardzo  stanowczo.  Żadne  tam   „przekazuj em y,  bo  góra  kazała”,

zrozum iano?

– Tak j est, kom endancie.
Stark  opadł  na  krzesło  wściekły   na  siebie  za  tak  ostrą  reakcj ę  na  nerwowe

zachowania  cy wilbandy.  Myślą,  że  nam  pomagają,  a  tak  naprawdę  plączą  się  pod  nogami.  Z
drugiej jednak strony chociaż próbują. Dziwnie się współpracuje z cywilbandą.

Usiadł  prościej ,  a  potem   sięgnął  na  stoj ak,  zdj ął  z  niego  karabin  i  zaczął  go

m etody cznie  rozkładać.  Nigdy   nie  wiadom o,  kiedy   człowiek  będzie  go  m usiał  uży ć.  Pracował
ostrożnie,  skupiaj ąc  się  na  każdy m   ruchu,  dzięki  tem u  m ógł  zapom nieć  o  dręczący ch  go  przed
chwilą  rozterkach.  Czas  m ij ał  niezauważalnie,  w  pom ieszczeniach  zakopany ch  głęboko  pod
powierzchnią  Księży ca  j edy ny m   świadectwem   j ego  upły wu  by ły   wy łącznie  cy fry   na
biurowy m  zegarze.

Sy gnał czerwonego alarm u przeszy ł wszy stkie nerwy  Ethana. Ściany  zawibrowały

od  wy cia  sy ren.  Włoży ł  ostatni  elem ent  broni  na  m iej sce  i  kieruj ąc  się  insty nktem ,  zaczął
nakładać pancerz, zanim  alarm  rozbrzm iał po raz drugi. Po trzecim  sy gnale znów trzy m ał w dłoni
karabin, drugą ręką gm eraj ąc przy  klawiaturze kom unikatora.

– Co się dziej e?
– Alarm  na posterunku num er cztery  – zam eldowała centrala ochrony.
– Co takiego? Co tam  się dziej e?
– Nie wiem y. Możliwe, że wartownik uruchom ił go przy padkowo, ale na razie nikt

tam  nie odbiera...

– Wy ślij cie oddział szy bkiego reagowania. Naty chm iast! – ry knął Stark, ruszaj ąc w

kierunku drzwi.

–  Taj est.  Wy sy łam   rozkazy.  Co...  –  z  kom unikatora  dobiegły   odgłosy   strzałów.  –

Jesteśm y  atakowani. Powtarzam , j esteśm y  ata...

Vic Rey nolds  j uż stała  za drzwiam i  swoj ej  kwatery,  w pełny m   pancerzu,  wodząc

lufą po kory tarzu, j akby  nam ierzała cele.

– To j akieś ćwiczenia? – zapy tała.
–  Nie.  Straciliśm y   co  naj m niej   j eden  posterunek  i  prawdopodobnie  centralę

ochrony.  –  Stark  spoj rzał  na  przezroczy sty   wy świetlacz  HUD-a,  na  który m   nie  by ło  widać
żadnego ruchu w ich bezpośrednim  sąsiedztwie. – Nie m am  żadny ch uaktualnień.

Vic nacisnęła klawisz kom unikatora.
– Łączność też j uż zagłuszaj ą. Kim kolwiek są, zablokowali wszy stkie przekaźniki.
– Mam  nadziej ę, że sy gnał zdąży ł dotrzeć do sił szy bkiego reagowania. – Stark stał

niezdecy dowany,  patrząc,  j ak  kolej ni  członkowie  j ego  sztabu  opuszczaj ą  kwatery.  Nie  wszy scy
m ieli na sobie pancerze, ale każdy  dzierży ł w ręku karabin.

– Czego oni m ogą tu chcieć, Vic?
–  Bez  względu  na  to,  kim   są,  zależy   im   na  zaj ęciu  naszego  centrum   dowodzenia.

Chy ba że to bardziej  chirurgiczne uderzenie i to ty  j esteś j ego celem .

– A j eśli się m y lisz i to j est ty lko część wielkiego natarcia?
–  W  takim   wy padku  m ieliby śm y   przesrane,  ale  nie  stawiałaby m   na  taką  opcj ę.

Wielkie natarcie poprzedzałoby  co naj m niej  kilka ostrzeżeń.

Ostrzeżeń. Stark zeszty wniał.
– Takich j ak duszki na skanerach?
Pokręciła głową.
– Nie ty lko. Można zam askować j eden albo kilka wahadłowców, ale na pewno nie

background image

całą flotę inwazy j ną. Wiesz coś o odczy tach duszków z dzisiej szej  nocy ?

– Tak. Obsługa lotów kosm odrom u wy patrzy ła j e i ostrzegła centralę.
–  Jaj a  sobie  robisz.  –  W  oddali  rozbrzm iały   echa  wy strzałów  świadczące  o

rozpoczęciu walk. – Musim y  zakładać, że wszy stkie wy j ścia zostały  j uż zablokowane. Musim y  się
przebić.

– Nie. – Ethan wskazał w drugą stronę. – Centrum  dowodzenia znaj duj e się tam , a z

tego, co sły szę nikt w j ego okolicy  nie strzela.

– Może j uż zostało zaj ęte – spierała się Vic.
– W takim  razie m usim y  j e odbić – wy palił Stark. – Mam  dowodzić, ale nie m ogę

tego robić, widząc i sły sząc ty lko to, co się dziej e w j edny m  kory tarzu.

Ruszy ł szy bkim  truchtem , zbieraj ąc po drodze każdego żołnierza z obsługi kwatery

głównej , którego spotkał. Vic biegła za nim , kieruj ąc broń na przeciwległy  kraniec kory tarza.

Na HUD-zie Starka poj awiły  się ikonki ostrzeżeń w tej  sam ej  chwili, gdy  Rey nolds

puściła pierwszą długą serię.

–  Mam y   towarzy stwo!  –  zawołała.  –  Higgens.  Fournier.  Pom óżcie  m i  ich

odeprzeć.

Stark  dotarł  do  drzwi  centrum   dowodzenia,  szy bko  wprowadził  kod  dostępu  i

insty nktownie  wy m ierzy ł  broń  w  otwieraj ące  się  skrzy dło.  Człowiek  w  pancerzu,  który   stał  za
nim i,  także  m iał  odbezpieczoną  broń.  Właśnie  przesuwał  j ej   lufę  w  stronę  Ethana.  Zawahał  się
j ednak  przez  krótki  m om ent,  wiedząc,  że  IFF  nie  zadziała  w  tak  krótkim   czasie,  i  został  skoszony
serią wy strzeloną przez Starka.

Ethan  rzucił  się  przed  siebie  skulony   i  m om ent  później   dostrzegł  innego  żołnierza,

strzegącego  przeciwległego  wej ścia.  Pancerz  tam tego  został  j asno  podświetlony   na  HUD-zie,
linie celownika skupiły  się na wy sokości brzucha. Wstrzy m ał oddech i wy palił z dużą precy zj ą. W
obram owaniu  drzwi  nad  j ego  głową  poj awiły   się  dwa  otwory,  a  kule  sięgnęły   celu,  odrzucaj ąc
przeciwnika na bok.

– Skąd pan wiedział, że to nieprzy j aciel? – zapy tał który ś z j ego ludzi. – Ich zbroj e

wy glądaj ą j ak nasze.

Stark  obej rzał  się  na  Jill  Tanakę,  która  przepy chała  się  właśnie  pom iędzy

żołnierzam i.

– Próbowali m nie zabić. Nie potrzebowałem  bardziej  szczegółowej  identy fikacj i. –

Przy klęknął,  zaj rzał  ostrożnie  do  wnętrza  centrum   dowodzenia,  wodząc  lufą  w  poszukiwaniu
kolej ny ch celów, wstał j ednak zaraz i ponaglił pozostały ch do wej ścia. – Szy bko. Sprawdźm y, czy
m ożem y  kom uś pom óc.

–  To  znaczy ?  –  Tanaka  wbiegła  do  pom ieszczenia  i  zaraz  zaklęła,  gdy   zobaczy ła

wachtowy ch  z  nocnej   zm iany   leżący ch  bezwładnie  na  konsolach  swoich  stanowisk  albo
spoczy waj ący ch pod ścianam i. Wokół nich rozlewały  się kałuże świeżej  krwi. – Dranie.

–  Zapłacili  za  to.  Niech  ktoś  sprawdzi,  czy   są  tam   j acy ś  ranni.  I  postawcie  wartę

przy   drugim   wej ściu.  –  Spoj rzał  ostro  na  Rey nolds  i  towarzy szący ch  j ej   szeregowców,  którzy
wy cofy wali się do centrum , cały  czas strzelaj ąc. – Vic, ty  będziesz bronić ty ch drzwi.

–  Przy j ęłam .  –  Obok  niej   Higgens  zatrząsł  się  dziwnie  i  poleciał  do  ty łu  pchany

im petem  trafień. – Szlag. Fournier, m ierz dokładniej  i pochy l się m ocniej !

Stark obrócił się na pięcie, wskazuj ąc pierwszego z brzegu żołnierza.
–  Kapralu  Abrakis,  sprawdźcie,  co  z  Higgensem .  –  Przesunął  palec.  –  Sierżancie

Tanaka, przy wróćcie łączność.

–  Przy j ęłam   –  odparła.  –  Sierżancie  Tran,  do  roboty.  Jesteśm y   zagłuszani,

kom endancie...

background image

–  Wiem   przecież.  Przebij cie  się.  –  Światła  zam igały,  zapłonęły   j aśniej ,  a  potem

zgasły. Zaraz j ednak zadziałała sieć awary j na. – Ile sprzętu m oże działać na takim  zasilaniu?

–  Parę  term inali  na  pewno  –  poinform ował  sierżant  Tran.  –  Zrobię  co  w  m oj ej

m ocy, kom endancie.

Vic  oddała  kilka  strzałów,  z  który ch  każdy   by ł  m ierzony,  a  potem   wy prostowała

plecy.

– To chy ba by ł ostatni z ty ch drani.
– Ilu ich tam  by ło? – zapy tał Stark.
–  Czterech.  Ty lu  przy naj m niej   załatwiliśm y.  Może  pięciu,  j eśli  dostałam   tego  za

załom em  kory tarza.

– To wszy stko? Mam y  do czy nienia z zawodowcam i, Vic.
– Nie żartuj . Zostań tutaj  i m iej  się na baczności – warknęła na Fourniera, potem

weszła  do  środka,  kładąc  dłoń  na  panelu,  by   drzwi  nie  zasunęły   się  za  nią.  –  Ilu  ich  m oże  tam
j eszcze by ć? I gdzie?

Poiry towana Tanaka rąbnęła pięścią w konsolę.
– Nie wiem . Większość naszy ch sensorów j est wy łączona, a wewnętrzna łączność

została  zablokowana,  chociaż  nie  potrafim y   zlokalizować  żadnego  fizy cznego  uszkodzenia
sy stem u. Musieli zainstalować j akiegoś wirusa z term inalu na posterunku.

– No to go zneutralizuj cie! Musim y  wiedzieć, co się tam  dziej e!
–  Przecież  nie  siedzę  i  nie  palę  faj ki,  do  cholery !  Guerrero,  spróbuj   zrobić  kilka

obej ść,  dopóki  anty wiry   nie  poradzą  sobie  z  ich  robalem .  Kloster,  ściągnij   przekazy   wideo  z
każdej  kam ery, do której  m am y  dostęp.

Stark gapił im  się na ręce, każdy  widział, j ak m ocno j est sfrustrowany.
– Vic, powinienem  wy dawać rozkazy, a nie m ogę się z nikim  skontaktować.
– Zatem  zrobim y  to, co j eszcze m ożem y. – Uniosła broń. – W ty m  przy naj m niej

j esteśm y  dobrzy.

– Hej ! – wrzasnął nagle sierżant Tran. Wszy stkie lufy  naty chm iast powędrowały

w j ego kierunku.

– Nie strzelaj cie, kurde. Jill, ci faceci, którzy  nas zaatakowali, powinni m ieć własny

sy stem  łączności.

– Powinni – przy znała rozwścieczona Tanaka. – I co z tego?
– Jeśli zbierzem y  kilka nadaj ników z ich pancerzy, m oże uda nam  się włączy ć do

ich sy stem u, zanim  nasz stanie ponownie na nogi.

–  Tak,  to  m oże  się  udać.  Świetny   pom y sł.  –  Tanaka  przy klęknęła  przy   j edny m   z

zastrzelony ch wrogów i zdj ęła m u hełm . Ciem ne włosy  spły nęły  na podłogę centrum , gdy  głowa
zabitego  opadła  bezwładnie.  Martwe  oczy   tego  człowieka  wciąż  spoglądały   na  cel,  który
znaj dował się przed nim i w m om encie śm ierci.

– Kom endancie?
– Tak?
– To am ery kański pancerz boj owy.
– To nie nasi... – Stark zawiesił głos, przy glądaj ąc się uważniej  opancerzeniu. – A

j ednak. Co to j est, nowa zbroj a m odel V?

– Na to wy gląda. Nie przy słali takich z trzecią dy wizj ą, ponieważ by ły  ponoć nie

przetestowane. Ethan przy glądał się ciem nowłosem u żołnierzowi spoczy waj ącem u na podłodze.
Żołnierzowi, który  próbował go zabić i sam  zginął w wy m ianie ognia. Walczymy z Amerykanami?
Przeniósł wzrok na zabity ch wachtowy ch. To zrobili nam nasi rodacy?

– Vic.

background image

Już klęczała obok trupa, przy glądaj ąc m u się uważnie, a potem  wskazała na ram ię.
–  Kim kolwiek  są  i  skądkolwiek  dostali  te  pancerze,  to  nie  Am ery kanie.  Nie  m aj ą

nieśm iertelników tam , gdzie powinny  się znaj dować.

Stark  odetchnął  z  ulgą,  nie  wiedział  nawet,  że  wstrzy m ał  oddech.  Każdy

am ery kański  żołnierz  m iał  w  pobliżu  lewego  ram ienia  tabliczkę  zwaną  trady cy j nie
nieśm iertelnikiem , na której  znaj dowały  się j ego dane cy wilne i m edy czne.

– Dzięki.
– Ja też m usiałam  się upewnić.
Tanaka  i  kilkoro  j ej   podwładny ch  rozbierało  pancerze  zabity ch,  m ocuj ąc  zdoby te

części do konsol, aby  otworzy ć furtkę prowadzącą do wrogiego sy stem u łączności.

–  Okay,  kom endancie.  Mam y   coś.  Z  tego,  co  widzę,  wirus  zainstalowany   w

naszy ch  sy stem ach  nie  ty lko  m iał  j e  zagłuszy ć,  ale  także  przekierowy wać  sy gnał  na
kom unikatory  przeciwnika. Maj ą tam  j ednak bardzo dobre zabezpieczenia. Bez przerwy  likwiduj ą
nasze  próby   połączenia.  Odbieram y   fragm entary czny   przekaz  wideo,  ale  ty lko  w  try bie
j ednoobrazowy m .  Nie  wiem   nawet,  czy   to  transm isj a  w  czasie  rzeczy wisty m   czy   j akiś
wcześniej szy   zapis.  Przekaz  rwie  się  często,  ponieważ  firewalle  odłączaj ą  nas  po  wy kry ciu
włam ania i m usim y  przechodzić na inny  strum ień dany ch.

– Świetnie. Jak m ogę z tego korzy stać?
Stark wy konał pospiesznie wszy stkie polecenia Tanaki i włączy ł przekaz.
Szerokokątny   obraz,  ale  j ak  wszy stkie  przekazy   z  urządzeń  szpiegowskich

rozm azany   i  ziarnisty.  Bogato  um eblowane  pom ieszczenie.  Apartam enty   naczelnego  dowódcy.
Vic  drgnęła,  gdy   z  lufy   broni  żołnierza,  którego  obserwowali,  wy doby ły   się  strugi  ognia
towarzy szącego  pociskom   pruj ący m   pościel  na  szerokim   łożu.  Wielkie  dy m iące  dziury
uzm y słowiły   napastnikom   od  razu,  że  w  betach  nie  m a  nikogo.  Obrócili  się  na  pięcie  i  ruszy li
przed  siebie,  szy bko,  w  kierunku  kory tarza,  na  który m   m ignęło  zasty głe  w  zaskoczeniu  oblicze
j ednego  z  ogrodników  generała.  Ułam ek  sekundy   później   pociski  rzuciły   nim   o  przeciwległą
ścianę.  Koniec  połączenia.  Szary   bezkształtny   szum   po  chwili  znikł,  ukazuj ąc  widok  z  kam ery
innego żołnierza.

Hol centrum  dowodzenia. Obraz skacze w charaktery sty czny  sposób, wskazuj ąc na

to,  że  żołnierz  biegnie.  Na  HUD-zie  widać  nieznane  sy m bole,  ale  po  chwili  poj awiaj ą  się
znaj om e ikonki zagrożenia. Stark obserwował w bezsilnej  złości, j ak pobliskie drzwi się rozsuwaj ą,
a sy stem y  boj owe kieruj ą broń nieprzy j aciela w stronę poszerzaj ącej  się wciąż szczeliny. Miga
w  niej   zaskoczona  twarz  kobiety,  j ej   oczy   robią  się  wielkie  z  przerażenia,  a  dziwaczna  cy wilna
fry zura  zupełnie  nie  pasuj e  do  woj skowej   bazy.  Ledwie  widoczna  postać  za  j ej   ram ieniem
właśnie  odwraca  się,  unosząc  broń,  j ej   otwarte  usta  zapewne  wy krzy kuj ą  ostrzeżenie.  Robin
Masood?  Na  miłość  boską,  padnij  kobieto!  Obraz  dzieli  się  na  m iliony   pikseli  staticu,  aby
uform ować  po  chwili  zupełnie  inną  scenerię,  na  co  Stark  reaguj e  silny m   walnięciem   pięścią  w
obudowę konsoli.

– Co się dziej e? – zapy tała Vic.
– Nie m am  poj ęcia.
Nowy   obraz  pokazuj e  przestrzeń  nad  opancerzony m   ram ieniem   innego  żołnierza,

obok  niego  kuli  się  kilka  inny ch  postaci  w  boj owy ch  pancerzach.  Ci  napastnicy   kry j ą  się  za
załom em  ściany. Przed nim i na podłodze leżą dwa ciała odziane w zbroj ę m odel V. Sy m bole na
wy świetlaczach  oży waj ą,  gdy   grad  pocisków  żłobi  ścianę  przy   węgle.  Mom ent  później   dwaj
naj bliżej   stoj ący   żołnierze  wy chy laj ą  się  i  posy łaj ą  serie  za  załom   ściany.  Vic  aż  podskoczy ła,
gdy   facet,  którego  przekaz  obserwowali,  wy skoczy ł  za  róg  i  ruszy ł  biegiem   w  głąb  kory tarza,
strzelaj ąc w kierunku kilku postaci widoczny ch w półm roku za pobliskim i drzwiam i. Czy to Gomez?

background image

To chyba mesa, w której ją widziałem. Zatem pozostali dwaj to Mendozowie.  Wy świetlacz  HUD-a
pokazał  m asę  zagrożeń,  na  które  biegnący   żołnierz  nie  m ógł  j uż  zareagować.  Obraz  zawirował
gwałtownie, gdy  pociski sięgnęły  celu. Przekaz znów zam igotał i znikł, ty m  razem  na dobre.

– Jill, straciłem  połączenie.
–  Wy bacz.  –  Nerwowo  przebierała  palcam i  po  klawiaturze,  kręcąc  przy   ty m

głową.  –  Wirus  zidenty fikował  num ery   nadaj ników,  z  który ch  korzy stam y,  i  zablokował  ich
transm itery.

– Szlag.
Rey nolds m achała do niego gniewnie ręką.
– Mów, co widziałeś!
–  Nam ierzy łem   trzy   grupy   napastników.  Jedna  przeczesuj e  apartam enty

generalskie.

– Tam  nikogo nie m a.
–  Jeden  z  ogrodników  by ł  przy   wej ściu.  –  W  oczach  Vic  poj awił  się  bły sk

wściekłości,  gdy   to  usły szała.  –  Nie  stawiał  oporu,  nie  m iał  nawet  broni,  ale  to  im   nie
przeszkadzało.  Druga  grupa  j est  w  j akim ś  kory tarzu.  Wy dawało  m i  się,  że  widziałem   tam   też
Robin Masood i Murphy ’ego. Nie wiem  j ednak, co się z nim i stało... – Stark m usiał zam ilknąć na
chwilę,  aby   odzy skać  panowanie  nad  głosem .  –  I  trzeci  zespół  przy gwożdżony   za  narożnikiem
innego  kory tarza.  Ci  próbowali  pokonać  punkt  obrony   zaim prowizowany   przez  Gom ez  i  obu
Mendozów, j ak sądzę.

Vic zastanowiła się nad ostatnim i słowam i Ethana i potrzasnęła głową.
–  Oni  nie  m aj ą  zby t  wiele  am unicj i,  a  porucznik  chy ba  nie  dy sponuj e  nawet

pistoletem .

– Owszem , ale z tego, co widziałem , strzelał. Może Gom ez oddała m u swoj ą broń.
–  Mało  broni,  j eszcze  m niej   am unicj i.  Jak  długo  m ogą  się  bronić  przed  atakam i

ty ch zbirów?

– Nie wiem . – Nagle przy pom niał sobie fragm ent podsłuchanej  rozm owy. – Ona

m a dodatkową am unicj ę, ale w swoj ej  kwaterze po drugiej  stronie kory tarza.

–  Skąd  ty   to...  –  Rey nolds  przerwała,  widząc  po  m inie  Starka,  że  nic  z  niego  nie

wy ciągnie. – Zresztą nieważne. Zdołaj ą się do niej  dostać?

Ethan  przy pom niał  sobie  widok  nieprzy j aciela  ostrzeliwuj ącego  z  dużą  precy zj ą

szeroki  kory tarz  kwatery   głównej   i  kry j ący ch  się  za  uchy lony m i  drzwiam i  nieopancerzony ch
żołnierzy.

–  Może.  O  ile  zary zy kuj ą  ży ciem ,  by   się  do  niej   dostać.  –  Uderzy ł  pięścią  w

otwartą dłoń. – Te przekazy  niewiele nam  pom ogły. Dostarczy ły  m i ty lko dodatkowy ch powodów
do strachu.

– Gdy by śm y  nie spróbowali, nic by śm y  nie wiedzieli – przy pom niała m u Vic. – A

tak m am y  chociaż pewność, że co naj m niej  j edna grupa atakuj ący ch została powstrzy m ana.

– Racj a.
Powstrzymana za cenę życia moich przyjaciół. Nie mówiąc o Murphym i Robin. Co

się stało, to się nie odstanie. I nic nie mogę na to poradzić. Pytanie tylko, jak długo mogą się bronić
Gomez i obaj Mendozowie? Napastnicy mocno na nich naciskają. Odpieranie takich ataków musi
kosztować sporo amunicji. Wkrótce im jej zabraknie. Lepiej uciekajcie stamtąd, Anita.

Stark  zdawał  sobie  j ednak  sprawę,  że  to  pobożne  ży czenie.  Kapral  Gom ez  nie

opuści pozy cj i, dopóki będzie m ogła walczy ć.

–  Udało  m i  się  znaleźć  czy nny   sensor  –  zam eldował  j eden  z  żołnierzy

przy dzielony ch do reakty wowania połączeń. – O nie. Znowu padł. Zanotował odgłosy  strzelaniny

background image

w kory tarzu Sześć Delta, zanim  straciłem  połączenie.

– Na który m  odcinku Sześć Delty ? – Zapy tała Tanaka. – Zawęź koordy naty.
–  Nie  m ogę,  sierżancie.  Nie  m aj ąc  pełnej   sieci  czuj ników,  nie  um iej scowię

dźwięku, który  odbij a się echem .

– Sześć Delta... – Stark przy j rzał się m apie kom pleksu kwatery  głównej , gdy  kapral

Kloster um ieścił na niej  sy m bol zagrożenia. – Mogą strzelać tutaj , tutaj  albo tutaj . Teorety cznie.
Czego oni tam  szukaj ą, Vic? Chodzi im  o j akieś konkretne m iej sce czy  o coś innego?

Wpatry wała się w m apę przez dłuższą chwilę, potem  potrząsnęła głową.
–  Nie  um iem   powiedzieć.  Te  kory tarze  krzy żuj ą  się  w  wielu  m iej scach,  a

napastnicy  wpadli na naszy ch, zanim  dotarli do celu. Wiem y, że rozpieprzy li centralę ochrony  i
apartam enty  generalskie. Ci zapewne zm ierzaj ą do ostatniego celu, czy li tutaj .

– Owszem , co znaczy, że wszy scy, którzy  nie nadziali się na naszy ch, powinni j uż

tutaj  by ć. – Przełączy ł się na stoj ącego za drzwiam i wartownika.

– Fournier, sły szałeś albo widziałeś coś?
– Nie, sir. Ty lko echa prowadzonej  wy m iany  ognia. Nie... hej . Uwaga!
Zza  drzwi  dobiegł  huk  wy strzałów.  Ethan  wy wołał  obraz  z  kam ery   boj owej

Fourniera  i  zdołał  uchwy cić  przez  m gnienie  oka  sy lwetki  napastników  m knący ch  w  kierunku
wartownika pod osłoną m rowia czerwony ch ikonek oznaczaj ący ch zagrożenie. Obraz zniknął, gdy
szeregowiec poległ.

– Padnij ! Vic, główne wej ście!
– Zrozum iałam .
Zanim   skrzy dła  zsunęły   się  całkowicie,  o  ich  zewnętrzną  powierzchnię  zadudniły

roj e pocisków.  Rey nolds przy cupnęła  obok fram ugi,  odpinaj ąc granat  od pasa.  Stark  przy klęknął
za naj bliższą konsolą, opieraj ąc na niej  lufę karabinu, by  m óc łatwiej  celować. Vic odczekała kilka
sekund,  potem   odbezpieczy ła  granat  i  zaczęła  odliczać,  rozprostowuj ąc  kolej ne  palce  drugiej
dłoni. Gdy  doszła do trzech, nacisnęła klawisz otwieraj ący  drzwi i zaraz przesunęła rękę nad drugi,
który   j e  zam y kał.  Gdy   skrzy dła  rozsunęły   się  na  szerokość  niespełna  pół  m etra,  zanim   znów
zatrzasnęły  się z hukiem , cisnęła granat w szparę i naty chm iast cofnęła rękę, by  uchronić j ą przed
kolej ną nawałą ogniową wy m ierzoną w otwieraj ące się drzwi.

Zanim   z  kory tarza  dobiegł  huk  eksplozj i,  Rey nolds  j uż  dołączała  do  Starka,

zaj m uj ąc dogodną pozy cj ę strzelecką. Tuż potem  m asy wne odrzwia zadrżały, wokół ich krawędzi
rozj arzy ła się oślepiaj ąca poświata i zaraz runęły  m aj estaty cznie w głąb centrali. Dzięki niskiem u
ciążeniu ich upadek wy glądał j ak film  puszczony  w zwolniony m  tem pie. Ułom ki drewna z paneli
zdobiący ch ich  zewnętrzną powierzchnię  wirowały  w  powietrzu z  nieziem ską gracj ą,  by   chwilę
później  rozpry snąć się pod gradem  kul zasy puj ący ch wnętrze centrum  dowodzenia.

Stark  strzelał  niem al  nieprzerwanie,  posy łaj ąc  w  kierunku  kory tarza  krótkie  serie.

Stoj ąca  opodal  Vic  robiła  to  sam o,  ale  on  tego  nie  zauważał.  Skupił  całą  uwagę  na  ikonach
oznaczaj ący ch  przeciwników.  Widział,  że  kilka  z  nich  cofnęło  się  raptownie,  gdy   j ego  kule
sięgnęły   celu.  Na  wy świetlaczu  HUD-a  zakotłowało  się,  zm iany   by ły   j ednak  zby t  szy bkie,  by
m ógł za nim i nadąży ć.

Próbują  wedrzeć  się  przez  te  drzwi,  mimo  że  wiedzą,  iż  kryjemy  je  ogniem.  Głupi

ruch.  Desperacki.  Chyba  zaczyna  im  brakować  czasu.  Ilu  ich  tam  jeszcze  jest?  Fournier  musiał
kogoś wyeliminować. Granat też. Ilu więc zostało?

Konsola obok Starka wy piszczała przenikliwą skargę, gdy  przeszy ła j ą długa seria.

Oświetlenie awary j ne zam igotało, ale zaraz wróciło do norm y.

Do  pom ieszczenia  wleciał  j akiś  przedm iot.  Jego  traj ektoria  by ła  j ednak  zby t

wy soka. Rzucaj ący  nie m iał doświadczenia w walce przy  niskiej  grawitacj i. Granat odbił się od

background image

sufitu i poleciał prosto na Vic. Ta oderwała dłoń od spustu ty lko na m om ent, by  pacnąć nią wolno
szy buj ącą  sferę  i  odbić  j ą  w  kierunku  drzwi.  Eksplozj a  rozsiała  odłam ki  po  obu  stronach,  w
kory tarzu i wewnątrz centrali. Stark ukry ł się za konsolą, czuj ąc, j ak j ej  m etalowa obudowa drży
od  kolej ny ch  trafień,  ale  zaraz  poderwał  się  znowu  i  wy m ierzy ł  broń  w  kierunku  zady m ionego
wej ścia.

–  Przerwij   ogień,  Ethan.  Oni  j uż  nie  strzelaj ą.  –  Zam arł  z  palcem   na  spuście,

podczas  gdy   Vic  czołgała  się  wzdłuż  ściany   w  kierunku  drzwi  z  bronią  gotową  do
naty chm iastowego uży cia. – Co o ty m  m y ślisz?

– Mogliśm y  załatwić ich wszy stkich, ale powinniśm y  się upewnić.
–  Racj a.  –  Vic  odpięła  kolej ne  dwa  granaty   i  zagięła  palce  drugiej   dłoni,  by

wy szarpnąć  z  nich  zawleczki.  Zam arła  potem   na  m om ent,  znów  odliczaj ąc,  i  szy bkim i  rucham i
posłała oba granaty  w głąb kory tarza, j eden na lewo od drzwi, drugi na prawo. – Poszły !

–  Uważaj cie  teraz  –  rzucił  Stark  w  kierunku  pozostały ch  kry j ący ch  się  wciąż  za

konsolam i  i  naty chm iast  przy kucnął  za  osłoną.  Zdąży ł  to  zrobić,  zanim   kory tarzem   wstrząsnęły
następuj ące  po  sobie  wy buchy.  Podniósł  się  i  skierował  lufę  w  stronę  drzwi,  podczas  gdy
Rey nolds czołgała się dalej , by  wy stawić za drzwi palec rękawicy, na którego końcu um ieszczono
przewodową m ikrokam erę.

– Wszy scy, który ch widzę, nie ży j ą – zam eldowała.
– A co z ty m i, który ch nie widzisz?
– Nic. Wy gląda na to, że dopadliśm y  cały  oddział.
– Ktoś j eszcze się zbliża?
Pokręciła palcem , przeszukuj ąc krańce kory tarza.
– Nie m a nikogo w zasięgu wzroku. Powiedz m i lepiej , j ak m am y  zabezpieczy ć to

wej ście.

–  Hej ,  wy   tam .  –  Stark  wskazał  dwóch  naj bliżej   znaj duj ący ch  się  żołnierzy.  –

Podnieście te drzwi i wstawcie j e na m iej sce. Mam y  tutaj  coś, czy m  m ożna j e zam ocować?

– Możem y  uży ć taśm y  izolacy j nej  – zaproponował j eden z nich.
–  To  lepsze  niż  nic.  Sprawdźm y,  czy   da  się  nią  przy kleić  te  drzwi  do  ścian.

Sierżancie Tanaka, co z odzy skiwaniem  łączności?

–  Nic.  Ten  cholerny   wirus  zablokował  wszy stkie  łącza.  –  Zam y śliła  się  nagle.  –

Może  ten  robal  blokuj e  ty lko  nasze  konsole?  Gdy by śm y   dostali  się  do  któregoś  z  transm iterów...
Vreeland, wiesz, gdzie one się znaj duj ą?

–  Wiem   –  odparł  kapral  Vreeland  z  entuzj azm em .  –  Główny   węzeł  łączy   m am y

tutaj ,  w  kory tarzu.  –  Wskazał  na  ty lne  wy j ście,  którego  pilnowało  dwóch  zdenerwowany ch
szeregowców.

– W takim  razie bierzem y  się do roboty.
Tanaka ruszy ła w kierunku drzwi, ciągnąc go za sobą.
Stark potrzebował chwili, by  zrozum ieć, co zam ierza zrobić. Dopiero wtedy  dotarło

do niego, że Tanaka przez cały  czas poby tu na Księży cu służy ła w kwaterze głównej , a nie na linii
frontu,  nie  m iała  więc  poj ęcia,  że  nawet  m om ent  nieuwagi  albo  prosty   błąd  m oże  kosztować
żołnierza ży cie. Vic, zaj ęta obserwacj ą prac przy  ustawianiu drzwi, dostrzegła to j eszcze później  i
także wy krzy czała te sam e słowa co Ethan.

– Tanaka! Nie wy chodź!
Jill obróciła się, sły sząc ich wołania. Nagle dotarło do niej , że popełniła błąd. Twarz

j ej  pobladła, gdy  chwy tała Vreelanda za łokieć, by  i j ego zawrócić. Zrobiła to j ednak zby t późno,
w kory tarzu rozbrzm iewały  j uż echa wy strzałów, kule zasy pały  pobliże drzwi. Tanaka, znaj duj ąca
się  połową  ciała  wewnątrz  centrum   dowodzenia,  nagle  poleciała  w  bok,  gdy   trafił  j ą  pierwszy

background image

pocisk.

Nie puściła kaprala, m im o że j ego ciało przeszy ło znacznie więcej  kul.
Pilnuj ący   wej ścia  szeregowcy   także  otworzy li  ogień,  j eden  z  nich  siał  długim i

seriam i  w  kierunku  kory tarza,  nie  patrząc  nawet  do  czego,  dopóki  Stark  nie  trzasnął  go  dłonią  w
osłonę hełm u.

– Celuj , do cholery. Ilu ich tam  m oże by ć?
– Co naj wy żej  dwóch – zam eldował stoj ący  nieco dalej  wartownik załam uj ący m

się głosem . – Jestem  prawie pewien, że ich dostaliśm y.

–  Powinieneś  raczej   zakładać,  że  j est  ich  tam   więcej   i  że  nie  trafiłeś  żadnego.

Ludzie,  znaj duj em y   się  pod  ostrzałem !  Nie  m ożecie  ot,  tak  sobie  wy chodzić  na  kory tarz!  –
Spoj rzał w dół na żołnierzy  próbuj ący ch udzielić pom ocy  Tanace i Vreelandowi. Zwalczy ł chęć
dołączenia  do  nich  i  wrócił  do  bezuży tecznej   wciąż  konsoli  dowodzenia.  Rób  swoje.  Pozwól  im
robić,  co  do  nich  należy.  Nie  pomogę  rannym  lepiej  niż  oni,  a  mogę  jedynie  ich  zdenerwować
pokrzykiwaniem.

Vic spoj rzała m u prosto w oczy. By ła równie wściekła j ak on.
– Ktoś za to drogo zapłaci, Ethan – przy rzekła złudnie łagodny m  głosem .
– O, tak. Cholernie drogo. O ile przeży j em y. – Spoj rzał ponuro na j edno, potem  na

drugie wej ście.

–  Nie  spodziewali  się  trafić  na  uzbroj onego  przeciwnika.  Sądzili,  że  będą  m ieli  do

czy nienia wy łącznie z nieuzbroj ony m  personelem  techniczny m .

– Chy ba m asz racj ę. Miło wiedzieć, że i m y  czy m ś ich zaskoczy liśm y.
Czekanie nigdy  nie j est łatwe. Zwłaszcza gdy  dowodzi się oddziałem . Albo gdy  od

człowieka  zależy   los  wielu  inny ch  żołnierzy.  Stark  poruszał  bezwiednie  dłońm i,  j akby   szukał  dla
nich  zaj ęcia,  podczas  gdy   j ego  ludzie  walczy li  gdzieś  tam   i  ginęli.  W  końcu  zacisnął  wściekle
pięści, spoglądaj ąc na bezuży teczny  m artwy  ekran konsoli dowodzenia.

– Powinienem  by ć tam  – szepnął. – Powinienem  pom óc Gom ez.
–  Nie  wiesz  nawet,  gdzie  ona  się  teraz  znaj duj e  –  odparła  spokoj nie  Vic  ku

zdziwieniu Starka. – Zapom niałeś wy łączy ć nadaj nik. To naj trudniej sze, kom endancie. Mówię o
trzy m aniu się z dala od pola walki, by  m óc dowodzić inny m i.

– To nie tak powinno by ć.
– Wiem . Dlatego też wolałaby m , aby  uderzy li raz j eszcze na centrum  dowodzenia.

Wtedy  czułaby m  się bardziej  uży teczna.

–  Ja  nie  j estem   aż  tak  zdesperowany.  –  Słowa  Vic  przy pom niały   m u  o  czy m ś,  o

czy m  próbował zapom nieć. – Co z ranny m i? – zapy tał sanitariuszy  z przy padku.

–  Tanaka  nie  ży j e  –  zam eldował  kapral  Guerrero  roztrzęsiony m   głosem .  –  Nie

zdołaliśm y  j ej  uratować. Vreeland m a szanse wy j ść z tego, j ak widzę.

– Szlag. – Stark walnął pięścią w panel ściany.
–  Kom endancie?  –  Sierżant  Tran  przy wołał  go  do  siebie.  –  Zlikwidowaliśm y

wirusa. Mam y  znów łączność wewnętrzną.

– Dzięki Bogu. – Dlaczego to nie mogło się stać kilka minut wcześniej, zanim Tanaka

pobiegła po śmierć? Dlaczego? Czy ktoś zdoła mi kiedykolwiek odpowiedzieć na to pytanie?  Stark
przy glądał  się,  j ak  wy świetlacz  j ego  konsoli  oży wa,  i  zaraz  wskazał  dłonią  na  wy pełniaj ące  go
sy m bole. – Vic, j eśli m nie wzrok nie m y li i nie m am y  w sy stem ie innego wirusa, który  fałszuj e
dane, nasi ludzie przebij aj ą się do nas od strony  wszy stkich wej ść.

– Tak. To kom pania Tay lor. To oni są dzisiaj  naszy m i siłam i szy bkiego reagowania

dla tego sektora... Spój rz tam . Kto to j est, u licha?

– Cała  reszta  –  uznał  Stark.  –  Wszy scy,  którzy   by li  w  pobliżu.  –  Zacisnął  pięści  w

background image

nagły m  uniesieniu. – Sanchez nim i dowodzi. Musiał by ć wciąż w pobliżu kwatery  głównej , gdy
rozbrzm iały  alarm y. Tran, m am y  łączność wewnętrzną? Tak? Sanch, tu Stark.

–  Tu  Sanchez.  –  Odpowiedź  by ła  cichsza,  niż  powinna  by ć,  i  tonęła  w  szum ach

zakłóceń, ale dało się j ą zrozum ieć. – Gdzie j esteś?

–  W  centrum   dowodzenia.  Utrzy m aliśm y   j e.  Odzy skaliśm y   też  kontrolę  nad

sy stem am i czuj ników. Odbieracie dane?

– Czekaj . Tak, odbieram . Zaraz przekażę j e m oim  ludziom , to powinno ułatwić nam

kontratak.

–  Uważaj   na  siebie,  Sanch  –  ostrzegła  go  Rey nolds.  –  Ci  chłopcy   znaj ą  się  na

swoj ej  robocie. Ponieśliśm y  tu spore straty.

– Zrozum iałem . Nie będziem y  nadm iernie ry zy kować.
– Czy  zaatakowano coś j eszcze prócz kwatery  głównej ? – zapy tał Stark.
–  Nie.  Na  pery m etrze  panuj e  całkowity   spokój ,  ale  wszy stkie  inne  sektory

woj skowe są w pełnej  gotowości boj owej , chociaż nie wy kry to na ich terenie żadnej  akty wności
przeciwnika. Władze kolonii obiecały  j uż każdą pom oc, j akiej  będziem y  potrzebowali.

Vic uśm iechnęła się ironicznie.
–  Zdaj e  się,  że  zrozum ieli  j uż,  kto  wy gry wa  to  starcie.  Sanchez  odpowiedział,

zanim  Stark zdąży ł się odezwać.

–  Sierżancie  Rey nolds,  cy wile  zaoferowali  pom oc,  gdy   ty lko  dowiedzieli  się  o

ataku. Ethan skinął głową, rozkoszuj ąc się wy razem  zaskoczenia na j ej  twarzy.

– Dzięki, Sanch. Vic, skontaktuj  się z Tay lor i przekaż j ej  wszy stkie dane o aktualnej

sy tuacj i, a j a spróbuj ę się połapać, o co tu chodzi.

Gdy   Rey nolds  wprowadzała  Tay lor  i  j ej   ludzi  w  szczegóły,  Ethan  sprawdzał  na

swoj ej  konsoli sy gnały  napły waj ące ze wszy stkich kam er.

–  Gom ez  i  Mendozowie  powinni  by ć  gdzieś  w  ty m   rej onie,  ty lko  tam   m am y

j eszcze dziurę w sy stem ie z powodu zakłóceń. Tutaj . Spój rz. – Obraz by ł zam azany, drgał m ocno
i pikselował na skutek działania sprzętu zakłócaj ącego. To by ł ten sam  kory tarz, który  Ethan widział
poprzednio,  ty le  że  ty m   razem   patrzy ł  na  niego  od  drugiej   strony.  Podłogę  w  okolicach  drzwi
broniony ch  przez  Gom ez  i  obu  Mendozów  zaściełały   ciała  większej   liczby   opancerzony ch
napastników niż na poprzednio widzianej  transm isj i. – Oni wciąż tam  są, Vic. Nadal się bronią.

Rey nolds przy j rzała się obrazowi z niedowierzaniem .
– Niesam owite.
–  Niesam owite?  Tak.  Ale  przecież  nie  m aj ą  nieskończonej   ilości  am unicj i,  na

pewno zaraz zacznie się im  kończy ć, j eśli nie dotrą do zapasu. Gdzie j est Sanch? – Sprawdził na
ogólny m  planie, pusta przestrzeń pom iędzy  sy m bolam i wy dawała się ogrom na. – Dotarcie tam
zaj m ie m u dłuższą chwilę.

Tak niewiele brakuje. Tak niewiele.
–  Owszem   –  przy znała  Vic,  z  j ej   głosu  także  przebij ała  frustracj a.  –  Nawet  zby t

długą. Napastnicy  na pewno m aj ą kogoś po drugiej  stronie tego kory tarza, który m  się posuwaj ą.
Jestem  tego pewna.

Zakrwawiona  trawa  koły sząca  się  w  świetle  czerwony ch  diod  alarm owy ch  i

wielokolorowy ch pasów zakłóceń na ekranach.

Wspom nienie odsieczy, która przy szła zby t późno.
Obraz  kory tarza,  który   drga  m ocniej ,  by   się  na  chwilę  ustabilizować  i  znów  dziko

wierzgnąć. Stark wy ostrzy ł przekaz, skupił wzrok na sy lwetkach widoczny ch za drzwiam i.

– Kłócą się. Dlaczego oni się kłócą?
Gom ez  wy ciągnęła  rękę,  wskazuj ąc  na  koniec  kory tarza,  potem   na  j ego  drugą

background image

stronę i w końcu na siebie. Porucznik Mendoza pokręcił głową, osadził Anitę w m iej scu, a potem
klepnął sy na w ram ię. Po chwili j uż go tam  nie by ło. Wy skoczy ł na kory tarz, niem al leżąc, aby
j ak  naj m niej   eksponować  się  na  ogień  przeciwnika.  Stark  zauważy ł,  że  j ego  ciało  zadrżało  od
im petu  trafienia,  ale  wszy stko  wskazy wało  na  to,  że  porucznik  zdoła  m im o  wszy stko  dotrzeć  do
drzwi pom ieszczenia po drugiej  stronie kory tarza.

Stark  nie  m iał  połączenia  audio,  ale  widział,  j ak  Anita  krzy czy   i  j ednocześnie

strzela,  próbuj ąc  osłaniać  ogniem   zaporowy m   wy pad  starszego  Mendozy.  Chwilę  później   j akiś
przedm iot przeleciał przez kory tarz i wy lądował u j ej  stóp. Gom ez wy j ęła z niego m agazy nki –
ich  charaktery sty cznego  kształtu  nie  dało  się  pom y lić  z  niczy m   inny m   nawet  przy   tak  duży ch
zakłóceniach wizj i – i zaczęła nerwowo przeładowy wać broń.

Napastnicy   ruszy li  do  ataku,  zby t  późno  dotarło  do  nich,  dlaczego  porucznik

wy konał tak desperacki ruch. Mendo i Gom ez ścięli biegnący ch na przedzie długim i seriam i. Kule
siały   spustoszenie,  wy ry waj ąc  dziury   w  wy gładzony ch  ścianach,  a  potem   niespodziewanie...
obraz znikł.

– Co tam  się stało?! – wrzasnął Stark.
Vic naciskała klawisze własnego kom unikatora, kręcąc j ednocześnie głową.
–  Kam era  nie  odpowiada.  Naj prawdopodobniej   została  trafiona  ry koszetuj ący m

pociskiem . – Odwróciła się do Starka. – Bez obaw. Widzieliśm y  wszy stko co trzeba. Dadzą sobie
radę.

Ethan nie by ł o ty m  tak niezłom nie przekonany.
– Ci dwoj e m aj ą szanse, ale j ak m ocno oberwał porucznik Mendoza?
–  Tego  się  dowiem y,  kiedy   Sanch  dotrze  na  m iej sce.  Porucznik  zrobił  to,  co  do

niego należało.

– Wiem  o ty m .
Vic  skinęła  głową,  ścisnęła  ram ię  Starka,  a  potem   osunęła  się  ciężko  na  podłogę,

j akby  i j ą dopadło zwątpienie.

–  Wbrew  pozorom ,  chy ba  wy graliśm y   to  starcie.  Napastnicy,  którzy   weszli  do

centrum  dowodzenia, zostali odcięci, podobnie j ak ci, który ch przy gwoździła Gom ez.

–  Uwięzione  zwierzęta  potrafią  by ć  groźne,  Vic.  Skąd  pewność,  że  ci  ostatni  nie

zachowaj ą się j ak kam ikaze?

– Nie m am  takiej  pewności. Ale m ożem y  sprawdzić, kim  są i po co tutaj  przy szli. –

Vic zm agała się bezskutecznie ze swoj ą konsolą, w końcu poprosiła Trana o pom oc. – Czy  m am y
tu gdzieś historię nagrań z ostatniej  pół godziny ?

–  Tak,  ale  fragm entary czną.  Likwidacj a  wirusa  doprowadziła  do  wy kasowania

części dany ch. Już linkuj ę.

– Spój rz, Ethan. – Palec Vic wskazał kilka tras. – Naj pierw zlikwidowali posterunki.
– Z całkowitego zaskoczenia – zauważy ł ze złością Stark. – Ty lko na czwórce im  nie

wy szło.

– Zgadza się. Musim y  sprawdzić, j ak im  się to udało. Potem  część oddziału udała

się prosto do centrum  dowodzenia, a reszta do centrali ochrony  i apartam entów generalskich.

– Ten fragm ent nagrania widziałem  – m ruknął Ethan.
–  Wiem .  –  Wskazała  palcem   na  nieruchom y   sy m bol.  –  Możesz  nam   to  pokazać,

Tran?

– Taj est. Proszę.
Człowiek  siedzący   pod  ścianą  wy glądał,  j akby   spał.  Głowa  zwisała  m u  nisko  na

pierś, ale sądząc po krwi na rękach i klatce piersiowej , powodem  tej  „drzem ki” by ło coś innego
niż zm ęczenie.

background image

–  Szlag  –  j ęknął  Ethan.  –  To  ogrodnik.  Powinienem   by ł  włączy ć  ty ch  biedny ch

drani do program u szkoleniowego.

– Niewiele by  m u to pom ogło – zauważy ła z przekąsem  Rey nolds. – Dobra, z tego

m iej sca skierowali się do... ale dlaczego tą drogą?

Stark wskazał na inny  sektor.
– Punkt zborny. Mieli się tutaj  spotkać z inną grupą, ale ta zatrzy m ała się po drodze.
– Owszem . Sprawdźm y  dlaczego.
Stark  potrzebował  chwili,  by   ogarnąć  kolej ny   obraz,  m im o  iż  ten  by ł  całkowicie

nieruchom y.

– Boże. To Murphy. Widziałem  go wtedy. Dostali go.
Vic skinęła głową, łom ocząc w klawisze naj szy bciej , j ak potrafiła.
– Czuj niki wskazuj ą, że j eszcze ży j e. Ledwie, ale zawsze. Leży  na czy m ś, nie, na

kim ś. Czy żby  go zasłonił?

– Raczej  j ą – poprawił j ą Stark. – To kobieta. Widzisz j ej  włosy ?
– Robin? – Rey nolds spoj rzała na ekran, a potem  opuściła wzrok na odczy ty. – Nie

ży j e.

– Jesteś pewna?
–  Całkowicie.  –  Znów  oderwała  wzrok  od  wy świetlacza.  –  Napastnicy   także  nie

ży j ą. Ethan, Murph załatwił sześciu!

– No tak. Musiał wpaść w szał, gdy  j ą zastrzelili. – Stark z trudem  zwalczy ł ucisk w

klatce piersiowej , który  nieom al odebrał m u głos. – Dlaczego, na Boga... nie zorganizuj em y  dla
niego pom ocy ? Możem y  wy słać tam  sanitariuszy ?

–  Sam a  tam   pój dę,  j eśli  nie  będzie  innej   m ożliwości.  Tay lor,  twoi  ludzie  są

naj bliżej   tego  m iej sca.  Mam y   tam   rannego.  Poważnie  rannego,  a  skany   wy kazuj ą,  że  nie  m a
żadny ch zagrożeń pom iędzy  waszy m i pozy cj am i.

– Przy j ęłam . Wy sy łam  po niego j edną druży nę i sanitariuszy. Ale z prawej  wciąż

sły szy m y  strzelaninę.

– Z waszej  prawej ? – zdziwiła się Vic, spoglądaj ąc na wy świetlacz. – Spokoj nie. To

sierżant Sanchez walczy  w swoim  sektorze.

– Spy cha ich na m nie? – zapy tała Tay lor.
– Nie. Przeciwnik j est uwięziony  pom iędzy  ludźm i Sancha a inny m  oddziałem . Nie

wy dostanie się z tego okrążenia.

–  Okay.  Sanitariusze  j uż  są  w  drodze.  Zarządziłam   przeczesy wanie  terenu  na

wy padek, gdy by  ktoś się gdzieś ukry wał.

–  Świetny   pom y sł  –  pochwaliła  j ą  Vic.  –  Nadal  nie  wiem y,  j ak  dostali  się  tutaj

niezauważenie.

Stark włączy ł się do rozm owy, wpadaj ąc j ej  w słowo.
– Sanch, oddział kapral Gom ez potrzebuj e naty chm iastowego wsparcia. Oberwali

przed m om entem .

– Taj est. – odparł Sanchez j ak zwy kle ze stoickim  spokoj em . – Właśnie rozbiliśm y

ariergardę tego oddziału. Za m om ent zdej m iem y  resztę z karku Anity.

–  Dzięki,  Sanch,  znowu  j estem   ci  coś  winien.  –  Ręce  Starka  opadły   bezwładnie,

przeniósł wzrok na Rey nolds. – Co j eszcze, Vic? Co j eszcze m ożem y  zrobić? Coś nam  um knęło... –
Duch. Stark podniósł głowę, próbuj ąc oderwać się m y ślam i od niedawnej  tragedii. Zm ruży ł oczy,
j akby   ty m   sposobem   m iał  szanse  przebić  wzrokiem   sklepienie.  –  Oni  m uszą  m ieć  tam   j akiś
transport.  Wahadłowiec  gotów  do  kolej nego  lądowania  i  podj ęcia  ty ch,  co  wracaj ą.  Tanaka...  –
Zby t późno ugry zł się w j ęzy k. – Tran. Połącz się z obroną orbitalną. Powiedz im , że m am y  tutaj

background image

wahadłowiec,  którego  nie  m ożem y   wy kry ć.  To  m aszy na,  która  potrafi  m askować  się  przed
naszy m i  sy stem am i,  ale  cy wilbanda  wy śledziła  j ej   echo.  Każ  im   przeprowadzić  ręczne
skanowanie przestrzeni w koordy nacj i z cy wilny m  nadzorem  ruchu. Chcę m ieć ten wahadłowiec.

– Taj est, kom endancie.
–  I  powiadom   o  ty m   Wisem an.  Możem y   potrzebować  j ednej   z  naszy ch  m aszy n

do rozwalenia wroga.

– Ethan?
– Czego chcesz? – Spoj rzał na Vic, czuj ąc rosnącą wściekłość.
– Potrzebuj em y  j eńców. – Odwrócił wzrok. – Ethan, m usim y  schwy tać któregoś z

nich. Musim y  go przesłuchać. Chcesz przecież wiedzieć, kto zaplanował ten atak.

– Owszem . I wy równać z draniem  rachunki. Do wszy stkich! Próbuj cie schwy tać

kogoś ży wcem !

– Ci faceci nie chcą się poddawać!
– Wiem . Dlatego proszę, żeby ście zrobili co w waszej  m ocy. – Popatrzy ł na Vic. –

Zadowolona?

Pokręciła głową.
– Nie pam iętam  j uż, j ak to j est by ć zadowoloną, Ethan.
Stark  wahał  się  przez  m om ent,  ale  w  końcu  nacisnął  klawisz  i  włączy ł  przekaz  z

kam ery   Sancheza.  Sierżant  posuwał  się  szy bko  w  głąb  kory tarza.  Przed  nim   szło  sześciu
opancerzony ch żołnierzy. Nad ich plecam i świeciły  uspokaj aj ąco zielone ikonki. Zatrzy m ali się.
Przy klęknęli,  unosząc  broń.  Za  następny m   załom em   trwała  walka.  Napastnicy   ostrzeliwali
Gom ez,  nie  zdaj ąc  sobie  sprawy   z  grożącego  im   niebezpieczeństwa.  Obraz  drgnął,  gdy   Sanch
wstał. Stark usły szał, j ak sierżant włącza zewnętrzne głośniki i woła:

– Poddaj cie się naty chm iast!
Obraz  znów  wierzgnął,  to  Sanchez  padał,  aby   uniknąć  gradu  kul.  Otaczaj ący   go

żołnierze odpowiedzieli ogniem , tłum iąc opór przeciwnika, a potem  zerwali się do biegu.

– Próbuj ą się przedrzeć! Za nim i!
Przed załom em  kory tarza leżało wiele pusty ch m agazy nków i kilka ciał odziany ch

w  zbroj e  m odel  V.  Gdy   żołnierze  dotarli  do  zakrętu,  Stark  poczuł  znaj om y   zawrót  głowy
towarzy szący   obserwacj i  szy bkich  ruchów  ludzi  toczący ch  walkę.  Znowu  ciała,  niektóre,  wciąż
opadaj ące  w  koszm arnie  zwolniony m   tem pie  na  podłogę.  Chwila  bezruchu.  Sam otna  postać
stoj ąca  z  rękom a  uniesiony m i  wy soko  w  górę,  m achaj ąca  dłońm i.  Z  postrzępionej   dziury   w
pancerzu  na  wy sokości  uda  try ska  krew.  Za  poddaj ący m   się  przeciwnikiem   zobaczy ł  Anitę  z
uniesioną  bronią  i  zaciętą  m iną  na  twarzy.  Stark  sięgnął  do  kom unikatora  naj szy bciej ,  j ak  m ógł,
wy korzy stał do połączenia zewnętrzny  głośnik Sancha.

– Kapralu Gom ez! Opuśćcie broń! Naty chm iast!
Drgnęła,  sły sząc  te  słowa,  spoj rzała  nienawistnie  na  wroga,  ale  lufa  j ej   karabinu

powędrowała wolno w dół.

– Uwierzy łeś, że m ogłaby  zabić j eńca? – zapy tał Sanchez.
– Ja na j ej  m iej scu m ógłby m  się nie oprzeć pokusie. Gdzie szeregowy  Mendoza?
Sanchez powtórzy ł to py tanie Anicie, a ta wskazała bez słów drzwi pom ieszczenia,

za który m i przedtem  zniknął porucznik.

– Wy ślij  tam  sanitariuszy  – ponaglił Stark.
–  Przecież  wiem .  –  Sanchez  podniósł  rękę,  wskazał  palcem   j ednego  z  żołnierzy   i

ruchem   przedram ienia  pokazał  m u,  gdzie  m a  iść.  –  Kom endancie  Stark,  wy gląda  na  to,  że
zlikwidowaliśm y  opór przeciwnika w ty m  sektorze kom pleksu kwatery  głównej .

– Przy j ąłem . Kom pania Tay lor przeczesuj e resztę kory tarzy, ale wy gląda na to, że

background image

załatwiliśm y  wszy stkich drani. – Głos Starka brzm iał cienko nawet w j ego własny ch uszach. – Idę
do  was.  –  Ethan  spoj rzał  na  Vic,  zwalczaj ąc  kolej ną  m roczną  wizj ę.  –  Już  po  wszy stkim .  Nie
j estem  tu potrzebny.

Ostatnie  słowa  m ogła  odebrać  j ako  py tanie,  nie  odpowiedziała  j ednak,  ty lko

przy taknęła.

–  Racj a.  Idź,  Ethan.  Dam   ci  znać,  gdy by   wy darzy ło  się  coś  ciekawego.  Stark

zawahał się w ostatniej  chwili.

– Co z Murphy m ? Dotarli do niego na czas?
–  Dotarli.  Ale  czy   na  czas,  to  się  dopiero  okaże.  Ludzkie  ciało  m oże  znieść

ograniczoną ilość bólu i ran.

– Wiem .
Oderwał trzy m aj ącą się na taśm ie przeszkodę i pobiegł, nie zważaj ąc na wiszące w

powietrzu  serpenty ny.  Kory tarze  wy dawały   się  tak  dziwnie  ciche  w  ty m   m om encie.  Um ilkły
echa  walki,  nie  by ło  też  sły chać  odgłosów  norm alnej   codziennej   krzątaniny   ludzi,  którzy
pracowali i m ieszkali w ty m  sektorze.

Dotarł  po  chwili  do  m iej sca,  w  który m   stał  Sanchez.  Stary   sierżant  trzy m ał  hełm

pod pachą, j ak zwy kle by ł spokoj ny  i opanowany. Gom ez stała przy  nim , opierała się plecam i o
ścianę, trzy m aj ąc opuszczony  karabin. Z j ej  twarzy  także nie dało się niczego wy czy tać.

– Wszy stko w porządku, Anita?
– Sí, sargento.
– Dobry  Boże! – Ethan przeniósł wzrok na opancerzone ciała zalegaj ące podłogę.

W  pośpiechu  nie  liczy ł  wcześniej   sy m boli  oznaczaj ący ch  poległy ch  wrogów.  Zrobił  to  dopiero
teraz i pokręcił głową z niedowierzaniem .

– To twoj a robota?
– Moj a, Mendo i j ego oj ca. Porucznika.
Ton, j akim  wy powiedziała ostatnie słowa, zm roził m u krew w ży łach.
– Sanitariusze wciąż tam  są? Z Mendo i j ego oj cem ?
Gom ez przy m knęła oczy, gdy  kręciła przecząco głową.
– Nie. Już poszli. Nie m ogli m u pom óc. Porucznik nas uratował, sargento.
Stark  skwitował  m ilczeniem   to  epitafium ,  a  potem   przeszedł  w  głąb  kory tarza,  do

drzwi, za który m i Mendo klęczał przy  ciele oj ca leżącego w kałuży  krwi. Łzy, co by ło zrozum iałe,
ale  i  dziwne  zarazem ,  spły wały   wolniej   przy   zm niej szonej   grawitacj i.  Ethan  wy cofał  się  za
zakręt i znów dołączy ł do Gom ez i Sancheza.

– Szlag. Szlag by  ich trafił.
Przez  m om ent  panowała  cisza,  a  potem   Sanch  odezwał  się  spokoj ny m   głosem .

Jego  ton  i  eleganckie  słowa  nie  pasowały   zupełnie  do  poobij anego  pancerza  i  broni  gotowej   do
strzału.

– Tego wieczora nie by ło j uż chwały, ty lko przerażenie na widok poszarpany ch ciał

żołnierzy  niesiony ch na naszy ch oczach ku ich dom om .

Stark przy m knął na m om ent oczy.
– To zabrzm iało j ak cy tat.
– Owszem . Z Anglika nazwiskiem  Lawrence.
– Z Bry tola. W j akiej  woj nie walczy ł?
– W pierwszej  woj nie światowej .
–  Pam iętam ,  że  Mendo  często  o  niej   wspom inał.  –  Dziwna  sprawa.  Nie  wiem  o

Sanchu  tak  wielu  rzeczy,  mimo  że  walczymy  razem  od  tylu  lat.  Ileż  to  człowiek  potrafi  skrywać
tajemnic. – To by ła ponoć j eszcze głupsza woj na niż te, w który ch m y  braliśm y  udział. – Kolej ny

background image

m om ent zastanowienia i Stark spoj rzał na kapral Gom ez. – Zadbaj m y  o to, by  Mendo m iał chwilę
na uczczenie pam ięci oj ca.

– Sí, to by ł naprawdę dobry  oficer, sargento.
– Zgadza się.
–  Nigdy   nie  sądziłam ,  że  spotkam   kogoś  takiego.  Nie  wierzy łam ,  że  przej m ę  się

j ego  śm iercią.  Ja  chciałam   iść.  Ja.  Po  am unicj ę.  –  Wy pluwała  kolej ne  słowa  w  wielkim
pośpiechu,  j akby   za  długo  j e  w  sobie  tłum iła.  –  Porucznik  m i  zabronił.  Stwierdził,  że  dobry
dowódca  zawsze  wie,  kogo  trzeba  wy brać,  i  wskazuj e  naj odpowiedniej szą  osobę  do  danego
zadania.  Powiedział,  że  w  ty m   oddziale  j a  j estem   naj lepszy m   strzelcem ,  a  po  m nie  m oże  by ć
Mendo. Na koniec szepnął coś sy nowi i j uż go nie by ło. Nie zdołałam  go powstrzy m ać. Gdzie m y
znaj dziem y  drugiego takiego oficera, sargento?

–  Dokładnie  takiego?  Wątpię,  aby   istniał.  Ale  będziem y   potrzebowali  podobny ch

j em u, Anita. Co powiesz, j eśli ty  zostaniesz j edny m  z nich?

–  Ja?  –  Gom ez  spoj rzała  na  niego  z  niedowierzaniem .  –  Nie  j estem   dobra  w  te

klocki, sierżancie. A j uż na pewno nie tak dobra j ak on.

– Ale m ożesz by ć. A przy naj m niej  spróbować.
Zerknęła w kierunku pom ieszczenia, w który m  rozpaczał Mendo.
– Może...
– Pom y śl o ty m . A tak na m arginesie, skąd wiedziałaś, że ci faceci to wrogowie,

zanim  zaczęli do was strzelać?

–  Z  powodu  zbroi  m odel  V,  sargento.  Widziałam   raz  taką  na  film ie

propagandowy m , ale wiedziałam , że nie m am y  ich na Księży cu.

–  Widziałaś  j ą  raz.  –  Stark  wy m ienił  znaczące  spoj rzenie  z  Sanchem ,  który   ty m

razem   nie  zdołał  całkowicie  ukry ć  wrażenia,  j akie  wy warło  na  nim   to  krótkie  stwierdzenie,  a
potem   ponownie  skupił  wzrok  na  m artwy ch  przeciwnikach.  –  Dlaczego  oni  pchali  się  w  ten
kory tarz? Mogli się przecież wy cofać i wy brać inną drogę? Bez trudu om inęliby  to m iej sce.

Sanchez podąży ł wzrokiem  za Ethanem .
–  Mogę  j edy nie  zgady wać,  ale  wy daj e  m i  się,  że  ich  taki  pokazy wały   ty lko  tę

drogę, żeby  nie opóźniać ataku, a rozkazy  zawierały  przy m us likwidacj i każdego gniazda oporu.

–  To  prawda.  Gdy by   się  wy cofali,  daliby   nam   szansę  pój ścia  za  nim i  i

zorganizowania  zasadzki  w  inny m   m iej scu.  Poza  ty m   nie  m ogliby   przem ieszczać  się  tak  szy bko
j ak m y, ponieważ nie dy sponowali dogłębną wiedzą o topografii.

– Dogłębna wiedza o topografii? – Stark znowu zrobił wielkie oczy. – Gdzie o ty m

sły szałaś? Na inny m  szkoleniu?

Zaczerpnęła tchu, a potem  uśm iechnęła się blado.
–  Nie.  Porucznik  m i  powiedział.  Siły   Północy   m iały   j ą  podczas  bitwy   pod

Getty sburgiem .

– Poniekąd. – Stark pokręcił głową z niedowierzaniem , a potem  poklepał Gom ez po

ram ieniu. – Świetnie się spisałaś. Potrzebuj esz chwili wolnego.

– Nie, sargento. Nie chcę siedzieć bezczy nnie i m y śleć. Mam  sporo roboty.
– Dobrze. Skoro taka twoj a wola. – Przeniósł wzrok na Sancheza. – Jestem  pewien,

że  na  brak  roboty   nie  będziesz  narzekać.  Ale  nie  zapom nij   o  kapelanach.  Jeśli  będziesz  czegoś
potrzebowała, daj  m i znać. Comprendo?

–  Sí.  –  Wy prostowała  się,  zarzuciła  broń  na  ram ię  i  ruszy ła  w  stronę  pokoj u,  w

który m  spoczy wał porucznik Mendoza. – Na razie m am  wartę do pełnienia.

– Który ś z ludzi Sancha m oże się ty m  zaj ąć.
– Nie. To m oj e zadanie. Jestem  m u to winna.

background image

– Rozum iem . Sanch, dzięki, że się tu zj awiłeś.
Sierżant  Sanchez  wzruszy ł  ram ionam i,  oboj ętny   nawet  na  oślepiaj ąco  j asne

światło, które spły nęło z lam p po przy wróceniu norm alnego zasilania.

– By łem  blisko, gdy  zawy ły  sy reny  alarm owe, i udało m i się poży czy ć pancerz.
–  Na  szczęście  dla  nas.  Zdaj   teraz  kontrolę  nad  ty m   sektorem   ludziom   Tay lor  i

rozpuść swoich podkom endny ch. Ja m am  j eszcze sporo do zrobienia, ale spotkam y  się wkrótce.

– Z pewnością.
Sanchez  zaczął  wy dawać  rozkazy   swoim   ludziom ,  a  Stark  ruszy ł  ku  następnem u

celowi, staraj ąc się nie m y śleć o utracony ch tej  nocy  przy j aciołach.

– Czy  wy darzy ło się coś j eszcze, Vic?
–  Kończę  ostatnie  skanowanie  kory tarzy   w  poszukiwaniu  ukry waj ący ch  się

przeciwników. I m am  tu Cam pbella. Chce z tobą rozm awiać.

– Łącz go. Panie zarządco?
– Tak. – Cam pbell by ł lekko zdy szany, j akby  sam  m usiał walczy ć przed chwilą. –

Sierżant Rey nolds zapewniła m nie, że wszy stko j est j uż pod kontrolą.

– Zgadza się. Dziękuj ę za opowiedzenie się po naszej  stronie.
–  W  tej   chwili  nie  m a  j uż  waszej   strony,  sierżancie  Stark.  Tkwim y   w  ty m

wszy stkim  wspólnie.

–  Ma  pan  racj ę.  –  Wspólnie.  Woj o  i  cy wilbanda.  Może  z  tego  burdelu  wyniknie

mimo wszystko coś dobrego? – Muszę lecieć. Mam y  tu j eszcze trochę roboty, ale sy tuacj a została
j uż opanowana. Przedstawię panu później  pełny  raport. – Stark przełączy ł się na inny  kanał. – Czy
to wszy stko, Vic?

– Tak, to znaczy  m om encik. Wisem an znalazła ten twój  wahadłowiec.
Stark stężał.
– Rozwaliła go?
– Jeszcze nie. Tam ci spieprzaj ą, j akby  im  kto soli na ogon nasy pał. Nie widzieliśm y

j eszcze m aszy ny  zdolnej  do robienia takich uników.

– To m usi by ć coś specj alnego. Miło wiedzieć, że cenią nas aż tak wy soko.
– Popłakałaby m  się, gdy by  nie twoj e kom plem enty  – rzuciła zgorzkniały m  tonem

Vic. – Policzy łam  dla ciebie j eńców.

– Ilu ich m am y ? – zapy tał Stark z wy m uszoną łagodnością.
– Trzech. Do tego dodaj  trzy dziestu siedm iu zabity ch.
– Zatem  wy słali na nas cały  pluton. – Ty lu ludzi w pełny m  uzbroj eniu m ógł zabrać

poj edy nczy  wahadłowiec. – Co z j eńcam i?

– Wszy scy  są ranni.
Ty lko ich trzech ocalało spośród czterdziestu atakuj ący ch. Zatem  to nie naj em nicy,

ale tego akurat Stark by ł pewien od początku. Naj em nicy  nie walczą do upadłego, zwłaszcza gdy
ry suj e się realna szansa na wzięcie do niewoli.

– Gdzie oni są?
–  Stacey   Yurivan  przy by ła  z  kom panią  Tay lor.  Um ieściła  ich  w  tej   salce

konferency j nej .  –  Na  HUD-zie  Starka  poj awił  się  sy m bol  wskazuj ący   dokładną  lokalizacj ę
j eńców. – Na pewno chcesz ich zobaczy ć j uż teraz?

– Tak. Dam  sobie radę.

background image

Ethan odetchnął, skupił m y śli, by  oddalić em ocj e, i wszedł do pom ieszczenia.
Pod  ścianam i  stały   dwa  zespoły   ogniowe  z  kom panii  Tay lor.  Wszy scy   żołnierze

m ieli  odbezpieczoną  broń  i  zacięte  m iny.  Trzej   j eńcy   –  dwaj   m ężczy źni  i  kobieta  –  stali
wy prostowani  m im o  rąk  spętany ch  na  plecach.  Teraz,  gdy   zostali  rozebrani  z  pancerzy,  ich
m undury  nie zdradzały  żadny ch stopni ani narodowości. Stark zm ierzy ł ich surowy m  wzrokiem ,
nie spuszczaj ąc przepełniaj ącej  go furii ze sm y czy.

–  Kto  was  wy słał?  –  Nawet  nie  m rugnęli,  gdy   się  odezwał.  –  Skąd  wzięliście

naj nowszy   am ery kański  sprzęt?  –  Nadal  żadnej   odpowiedzi.  Stark  oddzielił  od  pozostały ch
postawnego blondy na z wielkim  sińcem  na lewy m  policzku. – Skąd pochodzisz? – Cisza.

Kimkolwiek  są,  to  zawodowcy,  uznał  Ethan.  Zawodowi  żołnierze,  i  to  znakom icie

wy szkoleni.  Ale  nie  Am ery kanie.  Nawet  bez  nieśm ietelników  m ógł  powiedzieć  o  nich  j edno  –
by li  bardzo  podobni  do  siebie,  a  ty m   charaktery zowali  się  żołnierze  wielu  państw  etniczny ch.
Ty lko  am ery kańskie  j ednostki,  składaj ące  się  z  kolej ny ch  pokoleń  em igrantów  przy by waj ący ch
do  Stanów,  tworzy ły   prawdziwą  m ieszankę  kultur  i  ras.  Zatem   to  inne  m ocarstwo  dostarczy ło
ludzi, którzy  m ieli wy konać m okrą robotę dla am ery kańskiego rządu, zapewne w zam ian za j akieś
korzy ści.

– Dobra. Zrobim y  to po waszem u. – Stark spoj rzał na stoj ącą z boku uśm iechaj ącą

się  drapieżnie  Stacey   Yurivan.  By ła  naj lepsza  przy j aciółką  Jill  Tanaki,  z  tego  co  pam iętał.  –
Przesłuchaj  ich.

W uśm iechu Stace poj awiła się nutka zadowolenia.
– Taj est.
Ta szy bka odpowiedź zapaliła światełko alarm owe w m ózgu Ethana. Przesłuchanie

oznaczać m ogło wiele rzeczy, w ty m  kilka niezby t legalny ch i bardziej  bolesny ch niż pozostałe. I
co z tego? Niech cierpią, podpowiadał m u j akiś głos z ty łu głowy. Odegnał go od siebie. – Ty lko
zgodnie z prawem , Stacey. Nadal j esteś am ery kańskim  żołnierzem .

W j ej  oczach poj awiło się wy zwanie.
– Ale te gnoj e nie są.
Podszedł bliżej , patrząc j ej  prosto w oczy.
–  To  także  żołnierze.  Wy kony wali  rozkazy.  I  z  tego,  co  wiem ,  nie  dopuścili  się

żadny ch zbrodni. Chy ba że ty  wiesz lepiej . Nie? Zatem  traktuj  ich tak, j ak chciałaby ś, aby  ciebie
traktowano, j eśli zostaniesz kiedy ś wzięta do niewoli.

Stacey  nie ustępowała.
– Nikt nie m usi wiedzieć, co z nim i zrobię.
– Ja będę wiedział. – Pozwolił, by  te słowa zawisły  pom iędzy  nim i j ako wy zwanie i

przy pom nienie zarazem , kto tu rządzi. Yurivan wy trzy m ała j ednak j ego spoj rzenie.

–  Dobrze  –  rzuciła  w  końcu.  –  Podej dę  do  tego  legalisty cznie  –  dodała,  rzucaj ąc

gniewne spoj rzenie w stronę j eńców – aczkolwiek bez przesady.

Stark podszedł bliżej , by  usły szała j ego szept.
– Strasz ich, j ak um iesz, i pam iętaj , że chcem y, by  zaczęli m ówić. Jeśli ich do tego

zm usim y, narobim y  sporego kłopotu tem u, który ch ich tu wy słał.

–  Dobra.  –  Znów  obnaży ła  zęby,  ale  ty m   razem   nie  w  uśm iechu.  –  Tak  j est  –

background image

dodała głośniej . – Zrobię to.

Stark  uśm iechnął  się  pod  nosem ,  widząc,  że  na  niewzruszony ch  do  tej   pory

twarzach j eńców poj awia się cień niepokoj u. Niech się domyślają, co jej powiedziałem. Odrobina
lęku przed Bogiem i Stacey Yurivan na pewno im nie zaszkodzi, a zrobi swoje.

–  Daj   m i  znać,  j eśli  coś  powiedzą.  –  Ściany   kom pleksu  kwatery   głównej   wciąż

wy dawały   m u  się  obce,  gdy   szedł  w  stronę  centrum   dowodzenia,  m ij aj ąc  grupki  żołnierzy   o
zaszokowany ch i wściekły ch twarzach.

– Bierzcie się do roboty  – rozkazał, zatrzy m uj ąc się przy  j ednej  z nich. – Musim y

doprowadzić  to  m iej sce  do  porządku.  Usunąć  wszy stkie  uszkodzenia  i  przy gotować  kom pleks
kwatery  głównej  do działania. – Żołnierze skinęli głowam i, zasalutowali i zabrali się do pracy.

Vic  czekała  na  niego  w  centrum   dowodzenia,  siedziała  w  kącie,  z  j ej   twarzy

niewiele m ógł wy czy tać.

–  Wahadłowiec  uciekł.  Wisem an  nie  by ła  w  stanie  go  dogonić,  zanim   dotarł  w

strefę rażenia większy ch j ednostek. Twierdzi, że przy sm aży ła m u pióra na ogonie, ale to wszy stko,
co m ogła zrobić.

– Nie szkodzi. Wy starczaj ąco się dzisiaj  nazabij aliśm y.
– Murphy  powinien się z tego wy lizać.
– Powinien? – Stark znów poczuł, j ak krew m u zam arza.
– Został bardzo poważnie ranny. Na razie udało się go ustabilizować, ale j ego ciało

j est  w  straszny m   stanie.  Wiesz,  j ak  to  j est.  Z  technicznego  punktu  widzenia  m edy cy na  potrafi
poskładać człowieka nawet z kawałków, lecz by wa też tak, że połatane ciało odm awia współpracy.
– Spoj rzała na Starka, zm uszaj ąc się do uśm iechu. – Lekarka, z którą rozm awiałam , narzekała, że
dopiero co poskładała Murphy ’ego, a m y  j uż zdąży liśm y  go zepsuć.

– Chy ba wiem , o kim  m ówisz. Jeśli ktoś m oże uratować Murpha, to ty lko ona.
–  Możliwe.  Problem   w  ty m ,  że  j ego  serce  doznało  znacznie  większy ch  szkód  niż

reszta organów.

Stark ukry ł twarz w dłoniach, j akby  chciał się odciąć od świata.
–  Niewątpliwie  –  przy znał  w  końcu,  wolno  opuszczaj ąc  ręce.  –  Robin  by ła  dobrą

dziewczy ną, Vic. A Murphy  dobry m  chłopakiem . Zasługiwali na tę szansę.

– Ludzie nie zawsze dostaj ą to, na co zasługuj ą.
– Wiem  o ty m . Boże, wiem . Ciekawe, czy  Murphy  widział, j ak j ą zabij aj ą.
– Nie py taj  m nie. Teraz niczego nam  nie powie, więc m ożem y  się ty lko dom y ślać,

ile widział, zanim  oberwał.

Wygląda na to, że ja będę musiał go o tym poinformować. Słodki Jezu, za co?
– Cy wilbanda nie powinna tutaj  ginąć – wy szeptał po chwili.
– Nie, nie powinna. – Vic podniosła się z krzesła, stanęła przed nim  i położy ła m u

dłonie  na  ram ionach.  –  To  część  naszej   roboty,  m im o  to  cierpim y   j ak  diabli,  kiedy   tracim y
przy j aciół. Jestem  j ednak pewna, że gdy  Robin decy dowała się na spotkania z żołnierzem , brała
także pod uwagę negaty wne strony  tej  znaj om ości.

– Ostrzegałem  j ą. Ale raczej  przed ty m , co m oże grozić Murphy ’em u, a nie j ej . –

Spoj rzał na nią badawczo. – Ciebie to też zabolało?

– To chy ba j asne.
– Przecież to kobieta z cy wilbandy.
Vic zm ruży ła oczy.
–  Dobra,  pochodziła  z  cy wilbandy,  ale  z  naszej .  Traktowała  nas  z  szacunkiem   i

lubiła Murpha. Zginęła razem  z naszy m i towarzy szam i broni.

– Masz racj ę – przy znał Stark niezwy kle łagodny m  j ak na niego tonem . – Zginęła

background image

razem  z naszy m i towarzy szam i broni. Jako nasz soj usznik.

– Jako nasz soj usznik. – Vic naj pierw pokręciła głową, a potem  przy taknęła. – Tak.

Jako dobry  soj usznik. Masz racj ę, Ethan. Zawsze j ą m iałeś. My  i tutej sza cy wilbanda j edziem y
na ty m  sam y m  wózku, dlatego m ożem y  zaufać kolonistom . Szkoda ty lko, że trzeba by ło śm ierci
Robin Masood, aby śm y  to zrozum ieli.

– Powiedzm y  szczerze: by  część z nas to zrozum iała – poprawił j ą Stark, ściągaj ąc

na siebie kolej ne zdziwione spoj rzenie. – Ty le dobrego, że nie zginęła na próżno. Ta śm ierć będzie
coś znaczy ć. Dzięki niej  rozpoczną się zm iany.

– Jestem  pewna, że to będzie wielkim  pocieszeniem  dla Murpha.
Stark zwiesił głowę, czuj ąc ból prom ieniuj ący  na całe ciało.
– Zrobię dla niego, co się da.
Vic obj ęła go i przy tuliła na m om ent.
– Wy bacz. Wy bacz. Nie powinnam  by ła tego m ówić. To nie twoj a wina.
– Zatem  czy j a?
–  Tego,  kto  zaplanował  atak.  Daj   spokój ,  żołnierzu,  bierz  się  do  roboty.  Mam y

j eszcze ty le do zrobienia.

– Wiem .
Ruszy ł za nią, by  odgrodzić się od bólu barierą nieustannej  pracy, wiedząc, że ty m

sposobem  powstrzy m a chwilowo cierpienie, ale na pewno go nie odpędzi.

Jakiś czas później , gdy  sztuczny  dzień zbliżał się ku końcowi, Stark usiadł w swoj ej

kwaterze wy czerpany  fizy cznie i psy chicznie.

– Kom endancie?
– Słucham .
Centrala  ochrony   znów  funkcj onowała,  choć  j eszcze  nie  w  pełny m   zakresie.

Napastnicy   nie  m ogli  zniszczy ć  większości  wy posażenia,  ponieważ  potrzebowali  czasu,  by   ich
wirus  m ógł  się  rozprzestrzenić  w  sy stem ie,  a  ludziom   Ethana  udało  się  rozbroić  ładunki
wy buchowe, które m iały  zam ienić to m iej sce w kupę zgliszcz.

– Ktoś chce pana odwiedzić. To cy wil.
– Kto taki?
– Twierdzi, że nazy wa się Chery l Sarafina.
Stark skrzy wił się, a później  skinął głową sam  do siebie.
– Wpuśćcie j ą i wskażcie drogę do m oj ej  kwatery.
Chwilę później  Sarafina m inęła próg z pochy loną głową, by  nie patrzeć na Ethana.

Gdy  odważy ła się w końcu wy prostować, uj rzał j ej  zaczerwienione od łez oczy.

– Przepraszam  za to naj ście, sierżancie Stark.
– Niepotrzebnie. I tak m iałem  ciężki dzień. Zechce pani usiąść? Podać coś?
–  Nie.  Nie.  –  Sarafina  sięgnęła  do  kieszeni  i  wy j ęła  j akiś  niewielki  przedm iot.  –

Katalogowałam  rzeczy  Robin Masood i pom y ślałam , że m oże... zechce pan to m ieć. – Otworzy ła
dłoń.  Ethan  uj rzał  niewielką  opasłą  figurkę.  Idioty cznie  uśm iechnięta  twarz,  teraz  niem al
wy zy waj ąco. Paca,  którą  Robin  dostała  od  m atki.  Dla  ludzi  starszego  pokolenia  te  laleczki  by ły
czy m ś w rodzaj u m anii. Matka Starka także posiadała taką, tak j ak większość j ej  znaj om y ch.

background image

Zauważy ł tę laleczkę, gdy  odwiedzał dom  Robin i rozm awiał o sprawach woj ska z

nią i Sarafiną. Wtedy  paca przy pom niała m u o j ego m atce i pozwoliła nawiązać szy bkie i raczej
nieracj onalne więzy  z obiem a kobietam i należący m i do tutej szej  cy wilbandy.

Stark przy m knął na m om ent oczy, nie m ogąc znieść tego widoku.
– Dostała j ą od m atki i to do niej  powinna wrócić.
– Wy dawało m i się, że ta figurka m iała dla pana j akieś znaczenie...
– Bo m iała, ale nie należy  do m nie.
–  Wy daj e  m i  się,  że  Robin  chciałaby,  aby   to  pan  j ą  dostał.  Wspom inała  m i

kilkakrotnie, z j aką radością pan na nią patrzy ł.

Wy ciągnął dłoń i ostrożnie dotknął m aleńkiej  postaci.
–  Zróbm y   tak.  Wezm ę  j ą  teraz,  ale  gdy   Murphy   odzy ska  przy tom ność,  zapy tam

j ego, czy  j ej  nie zechce.

Murphy ma się już lepiej. Wyjdzie z tego. Muszę trzymać się tej myśli.
– Szeregowiec Murphy ? Oczy wiście... Ach, sierżancie. – Sarafina zam rugała nagle

szy bko,  po  czy m   otarła  wierzchem   dłoni  kąciki  oczu.  –  Dlaczego  takie  rzeczy   przy darzaj ą  się
porządny m  ludziom ?

– Ponieważ wszechświat nie j est sprawiedliwy, a gdy by  nawet by ł, to i tak ludzie

nim   rządzący   wszy stko  by   spieprzy li.  Naprawdę  m i  przy kro,  panno  Sarafina.  Gdy by m   m ógł
coś... – Stark zawiesił głos, czuj ąc własną bezradność.

– Dziękuj ę, sierżancie, ale nie potrafi pan przy wracać ży cia um arły m . Muszę panu

przy znać,  że  w  kolonii  m ieliśm y   wiele  tarć.  Zarządca  Cam pbell  z  pewnością  panu  o  ty m
wspom inał.  Sprzeczaliśm y   się,  co  robić,  j ak  daleko  m ożem y   się  posunąć,  czy   powinniśm y
popierać wasz bunt. – Głos Sarafiny  nagle stwardniał. – Ale to j uż przeszłość. Robin m iała wielu
znaj om y ch,  by ła  też  bardzo  lubiana.  Jej   śm ierć  zaszokowała  wszy stkich.  Tak  sam o  j ak  m etody,
j akim i  posługuj e  się  nasz  rząd  wy naj m uj ący   zagraniczny ch  żołnierzy   do  atakowania  własny ch
oby wateli!

–  Technicznie  rzecz  biorąc,  ci  ludzie  by li  kim ś  w  rodzaj u  am ery kańskiej   arm ii

zaciężnej .

–  To  niewielka  pociecha,  chociaż  gdy by   wy korzy stano  do  tej   akcj i  naszy ch

rodaków, m ogłoby  by ć znacznie gorzej . Nie, sierżancie Stark, dzisiaj  j uż ty lko niewielki m argines
ludzi w kolonii ufa rządowi. Koloniści coraz chętniej  skłaniaj ą się ku całkowitem u rozłam owi.

– To znaczy ?
–  Ogłoszeniu  deklaracj i  niepodległości.  –  Sarafina  m usiała  dostrzec  reakcj ę,  j aką

wy wołały  j ej  słowa. – Wiem , zerwanie więzi z oj czy zną to decy zj a niezwy kłej  wagi, nawet w
obliczu  tak  podłej   prowokacj i.  Mam y   j eszcze  nadziej ę,  że  nasi  przy wódcy   z  Ziem i  przej rzą  na
oczy, ale i pan Cam pbell j uż teraz w im ieniu zarządu kolonii, i j a zapewniam y  pana uroczy ście, że
będziem y  stali u waszego boku bez względu na konsekwencj e. Ku czci Robin.

– Dziękuj ę. – Stark obrócił pacę w dłoni. Przy glądaj ąc się tej  figurce, poczuł nagle

wy pełniaj ącą  go  pustkę.  –  Dziwna  sprawa.  Robim y   dla  ludzi  znacznie  więcej   po  śm ierci,  niż
by liby śm y  w stanie zrobić za ich ży cia.

– Więźniowie nie będą m ówić – poinform owała go oschle Vic – a w sy stem ach ich

background image

pancerzy  znaleźliśm y  wirusy, który ch zadaniem  j est wy kasowanie całego oprogram owania przy
pierwszej  próbie ingerencj i. Na szczęście ludzie Stacey  Yurivan zdołali odzy skać wy starczaj ącą
ilość  dany ch  z  ich  taków,  aby   odtworzy ć  przy puszczalny   plan  działania.  –  Przekręciła  ekran
wy świetlacza,  by   także  Ethan  m ógł  go  widzieć.  –  Ich  główny m   celem   by ły,  zgodnie  z  naszy m i
wcześniej szy m i przy puszczeniam i, apartam enty  generalskie.

Stark zm arszczy ł brwi.
– Spodziewali się widocznie, że m nie tam  zastaną.
– Owszem . Ciebie i m nie.
–  Co  takiego?  Przecież  by ł  środek  nocy.  Dlaczego  m iałaby ś  by ć  u  m nie  o  tak

późnej  porze?

Spoj rzała na niego z widoczny m  politowaniem .
– Ethan...
– Co?  –  Z  j akiegoś  powodu  to  napom nienie  rozbawiło  go.  –  Czy   oni  wiedzą  o  nas

coś, czego j a nie wiem ?

– Nie odpowiem  na to py tanie, ponieważ j a też nie m am  poj ęcia, o co im  chodziło.

Jak widać, by li przekonani, że m ieszkasz w ty m  apartam encie.

Stark się skrzy wił.
– Jest dla m nie za wielki i zby t luksusowy. Przecież wiesz.
– Ale pracuj esz w nim  od czasu do czasu – przy pom niała m u Vic.
–  Bardzo  rzadko,  ale  m uszę  przy znać,  że  j est  tam   bardzo  ładne  biurko  i  świetny

kom unikator.  –  Rozważy ł  tę  kwestię  dokładniej ,  gładząc  się  po  brodzie.  Ze  zdum ieniem   wy czuł
pod palcam i krótki zarost; w ty m  zam ieszaniu zapom niał się ogolić. – Ciekawe, czy  sam i wpadli
na to, że wy biorę to m iej sce dla siebie, czy  raczej  ktoś m nie tam  widział i powiedział im , że tam
właśnie zam ieszkałem ?

–  Trudno  powiedzieć.  Musim y   to  sprawdzić,  a  j eśli  się  okaże,  że  ktoś  im   to

powiedział, trzeba będzie go znaleźć.

Ethan gapił się w ekran z posępną m iną.
– Zatem  to m iała by ć klasy czna dekapitacj a. Chcieli pozbawić nas dowództwa. Ale

takie akcj e przeprowadza się zazwy czaj  tuż przed większą operacj ą m ilitarną. Dlaczego więc nikt
nas nie atakuj e?

– Wy daj e m i się, że ten wy pad m iał inny  charakter. – Rey nolds westchnęła ciężko,

a potem  zm ierzy ła Starka spoj rzeniem . – Ty le razy  ci o ty m  m ówiłam . Ethan, j esteś j edy ny m
spoiwem , które trzy m a nas wszy stkich w kupie. Nie m a w naszy ch szeregach nikogo, kto m ógłby
zastąpić  cię  na  ty m   stanowisku.  Oni  także  m usieli  doj ść  do  wniosku,  że  usuwaj ąc  ciebie,
doprowadzą do rozpadu całości.

Rozważy ł i tę kwestię.
– To znaczy, że j estem  teraz bardzo ważny.
– Księży c do Ethana! Jest tam  kto w ty m  pusty m  łbie? – Vic zam ilkła na m om ent,

kręcąc głową. – W końcu dotarło do ciebie, że m asz się nie narażać?

– Nie. – Stark uniósł obie dłonie, by  powstrzy m ać j ej  kolej ny  wy buch. – Słuchaj ,

Vic,  te  m ałpoludy   ufaj ą  m i,  ponieważ  wiedzą,  że  poprowadzę  ich  do  boj u,  j eśli  zaj dzie  taka
potrzeba. Okay, m oże to nie j edy ny  powód, ale na pewno j eden z ważniej szy ch. Jeśli ukry j ę się
w  bunkrze,  przestanę  by ć  ich  dowódcą...  –  Przerwał  na  chwilę.  –  Poza  ty m   to  j ak  prowadzenie
m oj ej   druży ny.  Żołnierze  nie  m ogą  widzieć,  że  się  boj ę,  ponieważ  to  m oże  ich  wy straszy ć.
Dlatego m uszę by ć zawsze na czele.

Vic siedziała, nic nie m ówiąc. Przy m knęła oczy  na dłuższą chwilę i odezwała się,

dopiero gdy  ponownie skupiła wzrok na j ego twarzy.

background image

– Takiem u stwierdzeniu nie sposób zaprzeczy ć. Musim y  utrzy m ać cię przy  ży ciu,

ale nie m ożem y  ci zabronić podej m owania ry zy ka. Dlaczego to nigdy  nie m oże by ć proste?

–  Może  dlatego,  że  m am y   do  czy nienia  z  ludźm i.  Idźm y   dalej   –  konty nuował

Ethan. – Po wizy cie w apartam entach napastnicy  ruszy li w kierunku centrum  dowodzenia.

– Mhm . Wy gląda na to, że m ieli dać wsparcie tej  dwój ce, którą tam  znaleźliśm y,

rozpieprzy ć  wszy stko  i  wy dostać  się  z  kom pleksu  pod  osłoną  wy wołanego  chaosu.  Tak
przy naj m niej  m usiał wy glądać plan, j eśli wierzy ć zapisom  z taków. Aczkolwiek nie bardzo widzę,
j ak niby  m ieliby  się przebić przez naszy ch.

–  Szanse  by ły by   niewielkie,  ale  to  m ogło  zadziałać  –  uznał  Stark.  –  By li  dobrze

wy szkoleni, m ieli przewagę zaskoczenia i rozpieprzy liby  cały  sy stem  łączności. Mieliśm y  m asę
szczęścia.

–  Owszem ,  szczęście  to  bardzo  pasuj ące  tutaj   słowo.  –  Vic  wskazała  palcem   na

inną  część  ekranu  wy świetlacza.  –  Aczkolwiek  ten  sukces  j est  także  dziełem   cy wilbandy,  która
ostrzegła  nas  w  porę.  Napastnicy   dy sponowali  aktualny m i  kodam i,  więc  sy stem   nie  m ógł  ich
wy kry ć, a m im o to wartownik na posterunku czwarty m  zdąży ł ogłosić alarm . – Przeniosła wzrok
na  Starka.  –  To  by ł  m łody   żołnierz,  więc  nie  przesiąkł  j eszcze  ruty ną  i  przej ął  się  wy dany m
chwilę wcześniej  ostrzeżeniem .

– Jak dobrze, że i j a tego nie zlekceważy łem .
–  Owszem .  I  dobrze,  że  wartownik  by ł  na  ty le  zielony,  by   nie  lekceważy ć

wy danego przez ciebie ostrzeżenia... – podkreśliła. – Ja by m  to olała. Każdy  weteran m iałby  to
gdzieś. Kazałaby m  cy wilbandzie nie wty kać nosa w nasze sprawy.

–  Ja  postąpiłem   inaczej .  Ale  szczerze  m ówiąc,  m oj ą  pierwszą  m y ślą  by ło:  „Tak,

j asne, walcie się na ry j ”.

– Dlaczego więc nie kazałeś im  się odpieprzy ć?
– Może dlatego, że wy starczaj ąco długo współpracowałem  z tutej szą cy wilbandą i

zdąży łem  j ą lepiej  poznać. Taka znaj om ość wiele zm ienia. A m oże chodziło o to, że dorastałem
wśród cy wilów i stąd wiem , iż każdy  z nich j est inny, ale większość to j ednak porządni ludzie i j eśli
będą m ieli szanse poznać nas lepiej , zrozum iej ą, że nie j esteśm y  kim ś w rodzaj u bohaterów gry
wideo.  –  Przy pom niał  sobie  ten  stary   film   o  ataku  na  port.  –  Istniej e  też  pewne
prawdopodobieństwo, że naoglądałem  się w m łodości za dużo film ów woj enny ch.

Uniosła scepty cznie brew.
– Chcesz powiedzieć, że powinnam  by ła oglądać więcej  film ów, gdy  dorastałam ?
– W każdy m  razie ty ch właściwy ch. Wracaj ąc do tem atu, ta cy wilbanda gra teraz

w  naszy m   zespole,  Vic.  Uczy   się,  j ak  współpracować  z  woj em .  Jeśli  fakt,  że  udało  nam   się
przeży ć  atak,  m ożna  nazwać  zwy cięstwem ,  to  by ło  ono  m ożliwe  ty lko  dlatego,  że  cy wilbanda
współpracowała z nam i. My  też m usim y  się tego nauczy ć.

Rey nolds wy glądała na m ocno rozdrażnioną.
–  Wiem .  Oto  kolej ne  m rowisko  rozkopane  przez  Ethana  Starka.  Aczkolwiek  nie

sądzę, aby m  zdołała przy wy knąć do m y śli, że j estem  coś winna cy wilbandzie.

–  Uznaj   to  zatem   za  zadośćuczy nienie  z  ich  strony   za  wszy stko,  co  m y   dla  nich

zrobiliśm y. – Stark znów się zam y ślił, ty m  razem  nieco dłużej , analizuj ąc kolej ne szczegóły  ataku.
– Dom y ślam  się, że wartownik z czwartego posterunku poległ na m iej scu?

–  Owszem .  –  Vic  skinęła  głową.  –  Nie  m iał  żadny ch  szans.  Utrzy m ał  się  j ednak

wy starczaj ąco  długo,  by   włączy ć  alarm ,  i  opóźnił  działania  napastników  na  ty le,  by   centrala
ochrony   zdąży ła  wezwać  posiłki.  –  Wskazała  na  kolej ą  część  wy świetlanego  planu  kwatery
głównej . – Ale bez odrobiny  szczęścia, które w ty m  przy padku nosi im ię kapral Gom ez, i tak nic
by   to  nie  dało.  Gdy by   nie  obrona  tego  kory tarza,  ludzie  atakuj ący   nas  w  centrum   dowodzenia

background image

otrzy m aliby  spore wsparcie.

– A m y  ledwie by liśm y  w stanie obronić się przed pierwszą falą atakuj ący ch.
– Tem u także nie przeczę. No i nie zapom inaj m y  o Murphy m , który  w poj edy nkę

załatwił  trzecią  część  oddziału  napastników.  To  także  nam   pom ogło.  Gom ez  i  Murphy   uszczuplili
siły  przeciwnika o niem al połowę stanu. Jakie to szczęście, że wzięli ze sobą broń. Kolej ny  łut, j ak
widzisz. – Zm usiła się do uśm iechu. – Ta twoj a dawna druży na to istny  burdel na kółkach, Ethan.
Czy m  ty  ich nafaszerowałeś?

–  Zdrowy m   rozsądkiem ,  ostry m   szkoleniem   i  pewnością  siebie.  –  Stark  pokręcił

głową i wzdry gnął się, czuj ąc zim ny  dreszcz na plecach. – Mało brakowało. Naprawdę m ało. Ci
goście powinni nas załatwić, Vic.

–  Wiem .  –  Rey nolds  przy taknęła  po  raz  kolej ny.  –  Nie  podoba  m i  się  to,  że

przeży liśm y  ty lko dlatego, że m ieliśm y  łut szczęścia.

Stark wpatry wał się w obraz, na j ego twarzy  odbij ał się rosnący  gniew.
–  Py tanie  raczej ,  skąd  oni  m ieli  ty le  szczęścia?  Jak  zdołali  wy lądować  nam   na

głowach  bez  wcześniej szego  wy kry cia?  Jak  zdołali  przelecieć  przez  pery m etr  obrony
przeciworbitalnej  i przedostać się niezauważenie do środka kom pleksu woj skowego? Jakim  cudem
pokonali  ogrom ną  liczbę  autom aty czny ch  posterunków,  z  który ch  każdy   powinien  nam
zasy gnalizować  wdarcie  się  obcy ch?  Jak  ich  wahadłowiec  oszukał  nasze  sensory   i  pozostał  w
ukry ciu do m om entu, gdy  zaczęliśm y  ręcznie przeczesy wać przestrzeń?

Przy gry zła wargę.
– Powiem  ci. Posiadali nasze kody  dostępu. Na ty m  polega problem  z autom aty ką.

Ona  nie  kieruj e  się  zdrowy m   rozsądkiem .  Posterunki  przepuściły by   nawet  diabła  we  własnej
osobie, gdy by  ty lko dy sponował odpowiednim  kodem .

– Dobrze. Zatem  dy sponowali naszy m i kodam i. W dodatku ktoś poinform ował ich,

że zaj ąłem  apartam enty  generalskie. To m oże oznaczać ty lko j edno.

–  Owszem .  –  Vic  nagle  zapadła  się  w  sobie,  j akby   przy gniotła  j ą  świadom ość

im plikacj i wy nikaj ący ch z ty ch faktów. – Ktoś z naszej  strony  m usiał im  pom agać. Ktoś przekazał
im  dane z naszy ch sy stem ów i pom ógł zaplanować atak.

– Trasies?
–  By łby   do  tego  zdolny,  ale  nie  m iał  dostępu  do  sy stem ów  woj a.  Uwierz  m i,

sprawdziłam   to  j uż  dawno  tem u.  Poza  ty m   kody   zm ieniły   się  j uż  kilkakrotnie  od  chwili  j ego
aresztowania. To m usiał by ć ktoś inny. Stacey  Yurivan j uż sprawdza wszy stkie tropy.

– Jesteś pewna, że ona j est naj odpowiedniej szą osobą? Śm ierć Tanaki doprowadziła

j ą do białej  gorączki.

Rey nolds wzruszy ła ram ionam i.
– To znaczy, że j est lepiej  zm oty wowana.
– Nie chcę polowań na czarownice.
– Wiem , ale j estem  pewna, że Yurivan nie spocznie, dopóki nie dopadnie winnego.

Pragnie zem sty, ale chce także, aby  karę poniósł ten, kto powinien.

– Dobrze. Daj  m i znać, j ak ty lko czegoś się dowiesz.

Wiadom ość przy szła następnego ranka, zanim  większość ludzi zdąży ła wstać. Stark

background image

zerwał się z łóżka, ubrał w pośpiechu i pobiegł na spotkanie z sierżant Yurivan. Rey nolds dołączy ła
do niego po drodze.

Stacey  powitała ich z um iarkowanie try um fuj ącą m iną, co m ogło świadczy ć o j ej

niewy spaniu, ale i zadowoleniu.

– Mam  waszego kreta.
– Działał w poj edy nkę? – zdziwiła się Vic.
– Tak uważam y. – Yurivan zm ruży ła kilka razy  przekrwione oczy, j akby  próbowała

się skupić. – W tej  branży  nigdy  nie m ożna m ieć stuprocentowej  pewności, ale skoro wiedziałam ,
czego z grubsza szukać, znalazłam  ślady  kilku włam ań do sy stem u i podąży łam  ich tropem . Gdy
złam ałam   protokoły   chroniące  tożsam ość  włam y waczy,  otrzy m ałam   około  tuzina  fałszy wy ch
loginów. Wszy stkie prowadziły  do j ednej  i tej  sam ej  osoby.

–  Tuzin?  –  Stark  pokręcił  głową.  –  Wy dawało  m i  się,  że  nasze  zabezpieczenia  są

lepsze. Ktoś wy korzy stał dwanaście fałszy wy ch tożsam ości do spenetrowania...

– Daj  spokój , Stark – zganiła go Stacey  i zaraz ugry zła się w wargę. – Przepraszam ,

kom endancie. Włam y  by ły  m ożliwe nie dlatego, że nasze sy stem y  są źle chronione. Co to, to nie.
On  dy sponował  naprawdę  dobry m   oprogram owaniem .  Nigdy   wcześniej   nie  widziałam   czegoś
podobnego.  Opowiem   wam   dokładniej   o  kilku  robalach,  j akie  zostawił  nam   w  sy stem ach,  kiedy
będziem y  m ieli więcej  czasu na techniczne pogawędki.

– Robale? – Vic powtórzy ła j edno j edy ne słowo.
–  Owszem ,  i  to  naprawdę  paskudne.  –  Yurivan  uśm iechnęła  się  ponuro.  –

Dom y ślam   się,  że  zostawiono  j e  tam ,  aby   się  ruszy ły   w  m om encie  głównego  ataku.  Ich
akty wacj a  narobiłaby   nam   tutaj   ogrom ny ch  problem ów.  Straciliby śm y   całą  łączność,  w  ty m
m ożliwość  zdalnego  obsługiwania  ciężkiej   broni,  sprawdzania  IFF,  a  nawet  odwrócenia  j ego
odczy tów.

– Odwrócenia? O czy m  ty  m ówisz?
– IFF działałby  odwrotnie do założeń, wskazuj ąc naszy ch przy j aciół j ako wrogów i

odwrotnie. Niezłe, nie?

– Naprawdę niezłe.
– Na szczęście zdołaliśm y  j e j uż usunąć. Nie m a za co.
Stark zdołał się uśm iechnąć.
– Dzięki, Stace.
– Mówisz, że te program y  by ły  bardzo zaawansowane? – naciskała Rey nolds.
– Naj lepsze, j akie kiedy kolwiek widziałam  – przy znała Yurivan. – Nie m am  cienia

wątpliwości,  że  ten  chłopak  j est  agentem   rządowy m .  Ty lko  j aj ogłowi  z  agencj i  m ogli  stworzy ć
podobny   kod.  Musicie  m i  powiedzieć,  co  m am   zrobić  z  naszy m   kretem .  Zostawiam y   go  w
spokoj u, żeby  sprawdzić, co j eszcze zm aluj e albo z kim  będzie się kontaktował, czy  zwij am y  go
od razu, zanim  narobi większy ch szkód?

Stark zastanawiał się nad odpowiedzią z wzrokiem  wbity m  w blat stołu.
– A co ty  o ty m  wszy stkim  sądzisz, Vic?
–  Uważam ,  że  nasz  kret  narobił  j uż  wy starczaj ąco  wiele  szkód.  Wolałaby m   nie

ry zy kować kolej ny ch, nawet gdy by  m iało to pozwolić na odkry cie inny ch agentów.

– Tak. – Ethan przeniósł wzrok na Stacey  Yurivan. – Wszy stkie tropy  prowadzą do

j ednego człowieka? Nie m a żadny ch wskazówek świadczący ch o m ożliwości uczestnictwa inny ch
szpiegów?

–  Nie,  aczkolwiek  to  wcale  nie  oznacza,  że  oni  nie  istniej ą.  Na  razie  wszy stko

wskazuj e, że w tej  sprawie by ł akty wny  ty lko j eden agent.

–  I  j esteś  pewna,  że  nie  m iał  dostępu  do  ciężkiej   broni?  Do  czegoś  o  naprawdę

background image

duży m  kalibrze?

Potarła brodę w zam y śleniu.
–  Nie.  Nie  sądzę.  Ale  nie  dam   za  to  głowy.  Bazy   dany ch  arty lerii  nigdy   nie

należały  do naj szczelniej szy ch, nawet w przy padku stanów m agazy nowy ch pocisków. Poza ty m
sporo  am unicj i  zostało  wy danej   na  potrzeby   ofensy wy   generała  Meecham a  i  odpierania  ataku
przeciwnika, który  nastąpił niedługo później . Ty ch stanów nikt do tej  pory  nie zwery fikował. Ktoś
m ógłby  zgrom adzić na boku całkiem  pokaźny  arsenał, o który m  nie m ieliby śm y  bladego poj ęcia.

– Zdej m ij cie go. Ale szy bko i po cichu.
– Okay. – Yurivan się zawahała. – Powinnam  powiedzieć o czy m ś j eszcze.
– Tak?
– To ci się nie spodoba.
Stark roześm iał się, głośno i zgorzkniale.
– Zaczy nam  się przy zwy czaj ać do tego rodzaj u inform acj i. O co chodzi?
– O tego faceta. O kreta. Znasz go. To Grant Stein.
Nic nie czuję. Nic nie czuję. Kate, co się ze mną dzieje?
– Chcę się z nim  zobaczy ć. Po ty m , j ak go j uż zgarniecie.
Yurivan popatrzy ła na niego podej rzliwie.
– Nawet nie m y śl o złagodzeniu...
– Zam knij  się.
Vic  zerknęła  w  kierunku  Starka,  wstała  z  krzesła  i  dała  dy skretny   znak  Stacey.  Ta

skinęła ty lko głową i razem  opuściły  pom ieszczenie. Drzwi zam knęły  się za nim i, pozostawiaj ąc
Ethana w kom pletnej  ciszy.

Jakiś  czas  później   wprowadzono  tam   Granta  Steina.  Ręce  m iał  skute  kaj dankam i,

luźny  łańcuch łączy ł j e z drugim i, nieco dłuższy m i, który m i spętano m u nogi w kostkach. Nawet
w zm niej szonej  grawitacj i poruszanie się stanowiło spory  problem . Prowadzili go dwaj  żandarm i,
trzy m aj ąc za ram iona. Dwaj  kolej ni trzy m ali się kilka kroków z ty łu, gotowi do naty chm iastowej
reakcj i, gdy by  aresztowany  chciał sprawiać problem y.

– Zostawcie go – rozkazał Ethan. – I wy j dźcie. – Żandarm i wahali się, zerkaj ąc na

siebie  z  niepokoj em .  –  Nigdzie  stąd  nie  ucieknie,  a  j a  dam   sobie  z  nim   radę,  j eśli  spróbuj e
j akiegoś num eru. Zaczekaj cie za drzwiam i.

Zasalutowali we czwórkę, potem  opuścili pom ieszczenie, zam y kaj ąc za sobą drzwi.

Stark  wstał,  górował  teraz  nad  niskim   chłopakiem   i  z  tej   pozy cj i  przy glądał  m u  się  przez  długą
chwilę.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapy tał w końcu.
– Nie rozum iem , o co panu chodzi.
– Daruj  sobie te gierki. Mam y  dowody. Wiem y, że to ty  dostarczy łeś napastnikom

kody,  dzięki  który m   zdołali  przej ść  przez  punkty   kontrolne.  Wiem y   też,  że  um ieściłeś  w  naszy ch
sy stem ach operacy j ny ch wirusy. Chcę wiedzieć, dlaczego to zrobiłeś.

Grant Stein patrzy ł m u w oczy, powoli purpurowiej ąc z gniewu.
– Zostawił j ą pan wtedy  na pewną śm ierć, chociaż m ógł j ą pan uratować!
Stark także poczuł wściekłość.
– Nie zrobiłem  niczego takiego, ty  podły  sukinsy nu. Um ierała, kiedy  j ą znalazłem , i

sam a kazała m i uciekać. Przecież ci to m ówiłem !

–  Jasne.  Został  pan  bohaterem ,  ponieważ  zginęli  wszy scy   świadkowie  tego,  co

wy darzy ło się na tam ty m  wzgórzu.

–  Nigdy   nie  uważałem   się  za  bohatera.  A  j uż  szczególnie  nie  podczas  poby tu  na

Wzgórzu Pattersona.

background image

Ta  prosta  odpowiedź  wy trąciła  Granta  Steina  z  równowagi.  Gapił  się  ty lko  na

Ethana, m ilcząc, ale w końcu zebrał siły, potrząsnął głową i powiedział:

– Zostawił j ą pan tam . Kochałem  m oj ą siostrę, a pan zostawił j ą tam , żeby  um arła

w sam otności. Nigdy  się pan nie dowie, j akie to uczucie!

Stark spuścił głowę na dłuższą chwilę, ale gdy  j ą podniósł, patrzy ł Steinowi prosto w

oczy.

– Już się dowiedziałem . Ja też j ą kochałem  j ak siostrę. Kochałem  j ą tak bardzo, że

poświęciłem   resztę  ży cia  na  to,  by   j ej   śm ierć  nie  poszła  na  m arne.  Kate  nigdy   nie  zrobiłaby
czegoś  takiego.  Nie.  Nie  próbuj   m i  przery wać,  bo  tak  ci  przy pieprzę,  że  się  zesrasz.  Gdy by
uważała, że j ą zdradziłem , powiedziałaby  m i to w twarz i na pewno nie próbowałaby  wsadzić m i
noża w plecy  w ciem ny m  kory tarzu. Wiesz, ilu ludzi przez ciebie zginęło? Ludzi, którzy  w wielu
przy padkach nie m ieli się nawet czy m  bronić. Jesteś z tego dum ny ? Naprawdę uważasz, że Kate
by łaby  z tego dum na?

Grant Stein próbował się wy prostować pom im o więzów, ale nie do końca m u się to

udało.

– Jestem  j ej  bratem  – warknął.
–  Owszem .  Ty m   większa  szkoda.  –  Stark  nacisnął  klawisz  otwieraj ący   drzwi  i

wezwał  żandarm ów.  –  Zabierzcie  go  stąd.  –  Dostrzegł  krążącą  po  kory tarzu  Vic.  –  Sierżancie
Rey nolds, zwołaj cie naty chm iast sąd polowy. Załatwm y  to zgodnie z prawem .

Zawahała się, a potem  zaczęła m ówić z pewną ostrożnością.
–  Skoro  w  walce  zginął  cy wil,  m ogliby śm y   oddać  go  w  ręce  wy m iaru

sprawiedliwości kolonii.

– Nie. To j eden z nas. Sam i się ty m  zaj m iem y.
– Wiesz, co to znaczy ? – Vic wolała to sprawdzić.
– Wiem .
Proces  polowy   m ógł  by ć  skom plikowany   albo  prosty,  zależnie  od  przy padku,

dowodów, zarzutów i ludzi biorący ch w nim  udział. Stark j ako kom endant nie powinien by ć sędzią
ani katem , ale do j ego zadań należał wy bór składu, ławników oraz zatwierdzenie bądź odrzucenie
wy roku.  W  ty m   wy padku  j ednak  postanowił  om inąć  pierwszy   punkt  regulam inu  i  nakazał
zwołanie  oficj alnego  składu  sędziowskiego,  ceduj ąc  prawo  wy boru  na  sierżant  Bev  Manley.
Zrobił to, aby  oddalić od siebie podej rzenia, że m iesza się w działanie sądu z pobudek osobisty ch.

A potem  czekał.
Siedział  w  sali  centrum   dowodzenia  całkiem   sam ,  podczas  gdy   wachtowi

zaj m owali  się  drążeniem   pom ieszczeń  na  nowe  centrum   w  zupełnie  innej   części  kwatery
głównej .  Co  chwilę  j ego  wzrok  m im owolnie  zatrzy m y wał  się  w  m iej scu,  gdzie  j akiś  czas  tem u
spoczęło ciało sierżant Tanaki, dlatego dopiero po j akim ś czasie zauważy ł, że przed nowiusieńkim i
lśniący m i drzwiam i głównego wej ścia ktoś stoi.

– Vic?
–  Tak.  –  Zrobiła  kilka  kroków  i  stanęła  z  rękam i  skrzy żowany m i  na  piersi.  –

Dlaczego siedzisz tu sam  j ak palec?

–  Staram   się  poskładać  to  wszy stko  do  kupy.  Sam a  wiesz.  Zastanawiam   się  nad

nowy m i rozwiązaniam i sy stem u ochrony. Nie chcem y  przecież powtórki przy  kolej ny m  ataku.

–  Nie  chcem y.  –  Rey nolds  podeszła  j eszcze  bliżej ,  ale  wciąż  nie  siadała.  –

Wiadom ość o ataku dotarła j uż do prasy  na Ziem i.

– I j akie są reakcj e?
–  Złe.  Rządzący   i  generalicj a  m uszą  stawać  na  głowie,  by   zam ącić  przekaz  i

zdem entować  pogłoski  o  nieudany m   ataku.  Wy dano  oświadczenie,  że  to  robota  obcego

background image

m ocarstwa, które próbowało wy korzy stać zam ieszanie wokół kolonii do własny ch celów.

Stark zaśm iał się krótko.
–  Obce  m ocarstwo  dy sponuj ące  naszą  naj nowocześniej szą  bronią  i  wsparciem

agencj i rządowy ch. Ktoś w to uwierzy ł?

–  A  skąd.  Cy wilbanda  na  ziem i  także  nie  m oże  ścierpieć  tego,  że  ktoś  zabił

nieuzbroj oną kobietę, j edną z nich. Tak sam o j ak nie podoba się nikom u, że gospodarka się wali.
Giełdy  znowu poleciały  w dół. Ludzie tracą pewność, a to odbij a się na notowaniach.

– Nic dziwnego. Nie sły chać nic o planowany ch operacj ach woj skowy ch?
Vic pokręciła głową.
–  Nie.  Nie  sądzisz  j ednak,  że  ten  atak  zasy gnalizował  nam   prawdziwe  intencj e

Pentagonu?  Generalicj a  m usiała  skorzy stać  z  naj em ników,  ponieważ  nie  m a  wy starczaj ącej
liczby   własnego  przeszkolonego  personelu.  Ale  to  nie  przeszkadza  j ej   w  ostry m   zagry waniu.
Możesz więc zakładać, że zaatakuj ą nas na całej  linii, gdy  ty lko zgrom adzą siły.

– Już to zrobiłem . Założy łem  także, że dogadaj ą się z obcy m i m ocarstwam i, żeby

zy skać m iej sce, z którego będą m ogli nas zaatakować. – Stark podniósł na nią py taj ący  wzrok. –
Ale nie po to tu przy szłaś, prawda?

– Nie – odpowiedziała Rey nolds służbowy m  tonem  z całkowicie oboj ętną m iną. –

Sąd polowy  wy dał werdy kt w sprawie szeregowca Steina. Został on uznany  za winnego złam ania
w  trakcie  działań  woj enny ch  arty kułu  104  Zunifikowanego  Regulam inu  Sił  Zbroj ny ch,  czy li
pom ocy   wrogowi,  arty kułu  106,  czy li  szpiegostwa,  i  arty kułu  106  podpunkt  a,  czy li  zdrady,  w
wy niku czego skazano go na śm ierć przez rozstrzelanie.

Starka  zatkało  na  m om ent,  dopiero  po  dłuższej   chwili  zdołał  odetchnąć  głębiej

stery lnie czy sty m  powietrzem .

– Szy bko poszło.
– Mieliśm y  przy tłaczaj ące dowody, a on przy znał się do winy, co ułatwiło wy danie

wy roku.

–  Dom y ślam   się.  Ciekawa  sprawa,  że  oskarżaj ą  go  ludzie,  którzy   sam i  pogwałcili

zapis bodaj że arty kułu 99.

– Mówisz o niewłaściwy m  zachowaniu w obliczu wroga, co w sum ie też m ożna by

podciągnąć pod nasz przy padek, aczkolwiek bardziej  pasuj e arty kuł 94, czy li bunt lub podburzanie
do buntu.

–  Nie  m ogę  pozwolić,  żeby   uszło  m u  to  na  sucho  –  wy cedził  wolno  Stark,  j akby

m ówił do siebie.

– Zginęło przez niego wielu ludzi, którzy  uważali go za towarzy sza broni. Ja nigdy

nie dopuściłem  się czegoś podobnego.

– To prawda.
– Jesteś przekonana, że działał w poj edy nkę? Co z pozostały m i żołnierzam i, którzy

przy by li tu w taki sam  sposób j ak on?

Vic pokręciła głową, przy gry zaj ąc lekko wargę.
– Nie m ożem y  m ieć pewności, że działał sam , ale z drugiej  strony  nie znaleźliśm y

żadnego  dowodu,  że  by ło  inaczej .  Uznaliśm y   więc,  że  ci  ludzie  służy li  naj prawdopodobniej   za
przy kry wkę. Wy słano ich, aby  Stein nie by ł wy j ątkiem .

Stark przy taknął niem al niezauważalny m  skinieniem  głowy.
–  A  m y   załatwiliśm y   sprawę  zgodnie  z  regulam inem .  Mim o  że  sam i  j esteśm y

wy j ęci  spod  prawa,  staram y   się  zachowy wać  j ak  trzeba.  Aczkolwiek  prawnicy   Pentagonu  z
pewnością znaj dą podstawy, aby  oskarży ć nas o m orderstwo, j eśli zatwierdzę ten wy rok.

– Masz racj ę. Ale czy  to m a j akieś znaczenie, skoro i tak grozi nam  naj wy ższa kara

background image

za wzniecenie buntu? Przecież nie stracą nas dwa razy.

– Gdy by  m ogli, z pewnością by  to zrobili... – Stark zam y ślił się na m om ent. – Czy

on prosił o litość? – Z j akiegoś powodu nie potrafił wy m ówić nazwiska Steina, lecz Vic nie m iała
problem u ze zrozum ieniem , o kogo m u chodzi.

–  Nie.  Wiedział,  że  powiedziałaby m   ci  o  ty m ,  więc  nie  chciał  dać  ci  tej

saty sfakcj i.

–  Tak.  –  Stark  spoj rzał  na  dłonie  spoczy waj ące  teraz  na  kolanach,  j akby   coś

pozbawiło  go  m ożliwości  poruszania  nim i.  –  Człowiek  robi  w  ży ciu  ty le  dobrego  i  złego,  a  on
znienawidził m nie za coś, z czy m  nie m iałem  nic wspólnego.

– Nic na to nie poradzę, Ethan.
– Wiem .
–  Nie  zdołam   też  uwolnić  cię  od  tego  brzem ienia.  –  Stark  m ilczał,  unikał  j ej

spoj rzenia. – Kochałeś j ego siostrę?

– Jak się tego dom y śliłaś?
– Stein żalił się żandarm om , gdy  wy prowadzali go po spotkaniu z tobą. Nie wierzy ł

w to, co m u powiedziałeś.

– Wiedziałem , że nie uwierzy. Ale taka j est prawda. Kochałem  j ą. Na swój  sposób.

Nigdy  j ej  tego nie powiedziałem . I pewnie nigdy  by m  tego nie zrobił.

Vic uśm iechnęła się pod nosem .
– Ona i tak wiedziała.
– Skąd ta pewność?
–  Ja  też  j estem   kobietą  i  wiem ,  że  żaden  facet  nie  um ie  m askować  uczuć  tak

dobrze, j ak m u się wy daj e. Wy chodzi na to, Ethan, że spędziłeś te wszy stkie lata po wy darzeniach
na Wzgórzu Pattersona na udowadnianiu tego, że by łby ś j ej  godzien.

– Nigdy  m i o to nie chodziło – zaprotestował Stark. – Dawałem  z siebie wszy stko,

żeby  m ieć pewność, że nikt inny  nie zginie tak niepotrzebnie j ak ona. Nikt nie zasługuj e na los, j aki
spotkał Kate i pozostały ch żołnierzy  z m oj ej  j ednostki. Nikt. Tu nie chodzi o m nie.

– Zatem  odwaliłeś kawał dobrej  roboty, Ethan.
– I w efekcie doprowadziłem  do skazania na śm ierć brata Kate.
– Powiedz m i, Ethan, co by ś zrobił, gdy by  chodziło o kogoś innego?
– Na przy kład o ciebie? Albo o Gom ez czy  Murphy ’ego?
–  Unikasz  odpowiedzi.  My   nie  zdradziliby śm y   ciebie  ani  nikogo  innego.  –  Stark

m ilczał. – Ethan, j edy ny m i ludźm i w okolicy, którzy  nie chcieli, by  Grant Stein został skazany  na
karę śm ierci, są ci, którzy  woleliby  go zabić własny m i rękam i bez żadnego procesu. Ten człowiek
wbił nóż w plecy  ich przy j aciołom . Gdy by m  j a kiedy kolwiek upadla tak nisko, m odliłaby m  się,
aby ś m nie zastrzelił. Zaufanie do towarzy szy  broni to niem al j edy na rzecz, na j akiej  m ożem y  się
j eszcze opierać.

–  Vic,  czy   ty   przy padkiem   nie  próbuj esz  m nie  przekonać,  że  j esteś  osobą,  która

wy m usi na m nie podpisanie tego wy roku?

–  Jeśli  to  będzie  konieczne.  Nie  chciałam   tego,  ale  m ogę  przy j ąć  na  siebie  tę

niewdzięczną rolę, ponieważ m usisz to zrobić.

–  Nie  chciałaś...  –  Stark  pozwolił,  by   ta  enigm aty czna  odpowiedź  zawisła  na

m om ent  w  powietrzu,  a  potem   pochy lił  się,  by   sięgnąć  do  klawiatury   term inalu  dowodzenia,  i
ściągnął  raport  doty czący   posiedzenia  sądu  polowego.  Przy glądał  się  dokum entowi
wy świetlanem u na ekranie przez dłuższą chwilę, aby  w końcu wcisnąć klawisz „Zatwierdź” z taką
siłą,  że  urządzenie  zapiszczało  w  elektroniczny m   proteście.  Wybacz  mi,  Kate.  –  Załatwione.
Zatwierdziłem  wy rok.

background image

– Przepraszam , Ethan. Jeśli m ogę w j akiś sposób...
– Nie m ożesz.
– Chcesz gdzieś iść?
– Nie. Nie ty m  razem . Potrzebuj ę chwili sam otności.
– Okay.
Wy szła.  Drzwi  zasunęły   się  za  nią  cichutko,  ich  lśniąca  m etalowa  powierzchnia

różniła się znacznie od zry ty ch kulam i paneli pokry waj ący ch ściany  po obu stronach.

Co  ja  zrobiłem?  Co  mówiła  ta  szeregowiec  w  moim  śnie?  Gdzie  jest  dowódca...

Uwięziony  na  wzgórzu,  bez  drogi  ucieczki,  zgubiony.  Czy  to  właśnie  zafundowałem  wszystkim
ludziom, którzy mi wierzyli? Uwięziłem ich tutaj, na tym pozbawionym życia kamieniu, wystawiając
na celowniki wszystkich potęg? Nawet ich dawnych towarzyszy broni? Do tego cywilbanda zaczyna
bredzić coś o ogłoszeniu niepodległości. To będzie oznaczało długą pełnowymiarową wojnę. Akurat
teraz, gdy wszystko zaczynało się układać. Żołnierze zaczęli ufać nowym dowódcom. Cywilbanda i
wojo  współpracują,  jakby  stanowili  jednolity  system.  Mogliśmy  stworzyć  tutaj  coś  naprawdę
znaczącego. Pokazać ludziom z Ziemi, jak powinno być. Gdyby tylko dano nam szansę.

Jak my... jak ja mam ich teraz z tego wyciągnąć? Ilu z nich będę musiał zabić? Ilu

zginie na moich oczach, zanim to się skończy?

Stark  siedział  w  na  pół  zaciem niony m   pom ieszczeniu,  spoglądaj ąc  niewidzący m i

oczam i  na  otaczaj ące  go  puste  ekrany   świadczące  o  j ego  potędze,  o  władzy   nad  ży ciem   i
śm iercią.  Gdzieś  tam   daleko,  poza  polem   widzenia  ty ch  urządzeń,  grom adzono  arm ię.  Wkrótce
opuści  ona  zielony   dom   ludzkości,  pełen  bieli  chm ur  i  błękitu  wód,  i  przy będzie  w  to  odległe
m iej sce, na pozbawioną ży cia powierzchnię Księży ca, gdzie oślepiaj ący  blask słońca konkuruj e
wy łącznie z czernią cieni. Przy będzie tu, na te szare skaliste równiny, by  zabij ać i ginąć.

O ile on, sierżant Stark. nie znaj dzie wcześniej  innego rozwiązania.


Document Outline