Lee Wilkinson
Nowa sekretarka
Stand–in Mistress
Tłumaczył Krzysztof Bednarek
R
OZDZIAŁ PIERWSZY
— Czy instalacja się nie opóźni?
— Oczywiście, Ŝe nie — odpowiedziała z pewnością w głosie Joanne. Wiedziała, Ŝe świetnie
wygląda w popielatym kostiumie. ZałoŜyła nogę na nogę.
Krępy prezes spółki Liam Peters zastanowił się chwilę.
— Jeśli pani firma rzeczywiście jest w stanie wykonać usługę na poziomie, jaki mi pani
opisała, myślę, Ŝe podpiszemy umowę — zdecydował.
— MoŜe pan na nas liczyć — zapewniła Joanne. Prezes patrzył na nią przyjaźnie. Była
elegancka, smukła, miała niebieskie oczy, pełne usta, prosty nos, zdecydowany wyraz twarzy.
Nie klasyczna piękność, pomyślał, ale ma interesującą urodę. Kobieta z charakterem.
— Skoro tak, oczekuję w poniedziałek z samego rana waszych techników — zakończył.
— Przyjdą — odparła z uśmiechem Joanne.
Jej uśmiech sprawił, Ŝe prezes uznał ją jednak za piękność.
Wstał i odprowadził Joanne do sekretariatu. Uścisnęli sobie dłonie.
Wyszła ze świeŜo wykończonego biurowca spokojnym krokiem, choć miała ochotę
podskakiwać i krzyczeć z radości. Fulham Road oświetlało złociste, wrześniowe, popołudniowe
słońce. Ulice Londynu jak zwykle roiły się od warczących samochodów.
Trwała recesja i załoŜona przez brata Joanne firma Optima Business Services od kilku
miesięcy miała kłopoty. Tego dnia Joanne cieszyła się, poniewaŜ wydawało się, Ŝe sytuacja
wraca do normy.
Steve załoŜył firmę przed pięcioma laty i od tego czasu z trudem próbował utrzymać się na
rynku. Klientów było z powodu recesji niewielu. Przychody były więc skromne, a młoda firma
nie miała duŜego zaplecza finansowego.
Pierwsze powaŜne trudności doprowadziły do zastawienia domu Winslowów. Następna fala
kłopotów, która nadeszła wkrótce potem, zagroziła im ostatecznym bankructwem.
Jednak, właśnie tego ranka, międzynarodowa firma inwestycyjna MBL Finance,
specjalizująca się w pomocy małym przedsiębiorstwom, obiecała Steve’owi duŜy zastrzyk
gotówki. A przed chwilą Joanne wynegocjowała lukratywny kontrakt na instalację duŜej sieci
łączności.
Szła do metra, ale spojrzała na zegarek i zatrzymała się. Była juŜ szesnasta czterdzieści. Nie
było po co wracać do siedziby firmy, mieszczącej się w Kensington, jednej z eleganckich
dzielnic miasta. Joanne znajdowała się w pobliŜu domu. Wróci więc juŜ z pracy i przygotuje
uroczystą kolację. Skręciła ku ulicy Carlisle. Mieszkali razem ze Steve’em, ich siostrą Milly i jej
męŜem — Duncanem.
Milly na pewno była w domu i pakowała się. Pobrali się z Duncanem niedawno. Był świeŜo
upieczonym lekarzem i dostał właśnie pracę w Edynburgu, skąd pochodził. Miał tam odbywać
staŜ. Nad przychodnią znajdowało się umeblowane mieszkanie, do którego mieli zamiar się
wprowadzić. Tego piątkowego wieczora wyjeŜdŜali nocnym pociągiem, aby urządzić się w ciągu
soboty i niedzieli.
Jedna z recepcjonistek przychodni zwolniła się ostatnio, dzięki czemu takŜe Milly miała
zapewnioną pracę na miejscu. Wcale się jednak nie cieszyła, Ŝe wyjeŜdŜa z Londynu tak daleko.
Miała teraz ciągle naburmuszoną minę i denerwowała się z byle powodu. Kłóciła się z
Duncanem. Mówiła, Ŝe podoba jej się obecna praca — była sekretarką — i Ŝe nie ma ochoty
jechać. Duncan odpowiadał na to spokojnie, Ŝe przecieŜ przed ślubem mówił jej wyraźnie, iŜ
zamierza wrócić do Szkocji.
Milly nie mogła temu zaprzeczyć, płakała więc, a kiedy to w niczym nie pomagało —
wybuchała gniewem. Dobrze, Ŝe przynajmniej Duncan znosił wszystko ze stoickim spokojem. W
przeciwieństwie do krewkiej Ŝony był z natury bardzo zrównowaŜonym, trzeźwo myślącym
człowiekiem.
WzdłuŜ ulicy Carlisle, cichej, spokojnej, ocienionej drzewami, stały stare, eleganckie domy o
charakterystycznych wejściach ze schodkami i kolumienkami. Joanne z rodzeństwem mieszkali
pod numerem dwudziestym trzecim. Dom naleŜał wcześniej do ich rodziców. We frontowym
oknie widniał wówczas szyld: JOHN I JANE WINSLOW. BIURO NOTARIALNE.
Winslowowie byli szczęśliwą rodziną. Niestety, przed pięcioma laty rodzice Joanne zginęli w
wypadku samochodowym w Meksyku, podczas drugiej podróŜy poślubnej, w jaką się wybrali.
Milly, najmłodsza z rodzeństwa, miała wówczas trzynaście lat. Joanne przerwała studia i
zatrudniła się w firmie załoŜonej przez Steve’a. Dołączyła do niego nie tylko po to, aby mu
pomóc w interesach, ale takŜe dlatego, Ŝeby być blisko obojga rodzeństwa, opiekować się
Steve’em i Milly. Steve był wówczas dwudziestodwulatkiem i mówił, Ŝe jest przecieŜ dorosły,
ale cieszył się, Ŝe zajmowanie się domem spoczęło na cudzych barkach.
Joanne otworzyła drzwi i weszła do mieszkania. Spodziewała się usłyszeć głośną muzykę,
jednak w domu panowała cisza. Widocznie Milly nie było. Joanne przebrała się w letnią bluzkę i
spodnie, i weszła do kuchni. Włączyła czajnik elektryczny i zaczęła szykować uroczystą,
poŜegnalną kolację. Tego wieczora miała przyjść takŜe Lisa — narzeczona i sekretarka Steve’a.!
Joanne włoŜyła do lodówki dwie butelki szampana i zaczęła robić zapiekankę z sera i
brokułów. W pewnej chwili w drzwiach kuchni pojawiła się Milly. Miała ładną twarz, drobną
postać, złociście rude włosy, jasne; niebieskie oczy i apetyczną kobiecą figurę. Zazwyczaj
ubierała się tak, by podkreślić swoje ponętne kształty. Była Ŝywą, tryskającą energią osóbką.
Teraz miała jednak na sobie stare, wytarte dŜinsy i zwykłą koszulkę, która kiedyś skurczyła
się w praniu. Usiadła cięŜko na krześle, z chmurną miną.
— Nie wiedziałam, Ŝe jesteś w domu — zdziwiła się Joanne. — Nie włączyłaś muzyki!
— Nie jestem w nastroju — odparła Milly.
— Smutno ci z powodu wyjazdu? — zagadnęła Joanne. Odpowiedziało jej milczenie. — Nie
martw się — próbowała pocieszyć siostrę. — Kiedy juŜ się tam zadomowisz, poznasz nowych
przyjaciół i będzie ci dobrze.
— A moja praca? Wiesz, jak bardzo mi się podoba…
Milly nie poszła na studia, postanowiła skończyć zamiast tego kurs sekretarek. Bystra,
inteligentna, choć nie przykładała się zbytnio do nauki, bez kłopotów ukończyła kurs, a potem
znalazła pracę w firmie Lancing International, zastępując jedną z sekretarek, która poszła na
urlop macierzyński. Milly okazała się tak dobra w pracy, Ŝe podpisano z nią stałą umowę, kiedy
okazało się, Ŝe młoda matka nie zamierza wrócić na dawne stanowisko.
— Nowa praca na pewno teŜ ci się spodoba — powiedziała Joanne.
— Coś ty?! Kto chciałby siedzieć całe dnie w recepcji przychodni?
Joanne nalała herbaty.
— Skończyłaś się juŜ pakować?
— Nawet nie zaczęłam.
— MoŜe chciałabyś, Ŝeby ci pomóc?
— Nie jestem pewna, czy pojadę — oświadczyła Milly.
— Nie masz chyba wielkiego wyboru — odpowiedziała Joanne, usiłując zachować spokój. —
Wszystko zostało juŜ ustalone; a przede wszystkim, Duncan jest twoim męŜem.
— Nie musisz mi o tym przypominać! Szkoda, Ŝe cię nie posłuchałam, kiedy mi mówiłaś, Ŝe
jestem za młoda na małŜeństwo.
Joanne ogarnął smutek. Sprawa była bardzo powaŜna. Faktycznie, Joanne uwaŜała, Ŝe Milly
jest zbyt niedojrzała, aby wyjść za mąŜ. Jednak wyglądało na to, Ŝe bardzo kochają się z
Duncanem, a on wydawał się rozsądnym i zrównowaŜonym człowiekiem.
— Tyle się ostatnio z Duncanem kłócimy, Ŝe zaczynam się zastanawiać, czy wychodząc za
niego nie popełniłam wielkiego błędu!… — dodała Ŝałosnym tonem Milly.
Ukrywając przeraŜenie, Joanne odpowiedziała spokojnym głosem:
— Wiesz, Ŝe czujesz się tak tylko z powodu przeprowadzki.
Milly pokręciła głową.
— Nie tylko. Chyba się zakochałam.
— Mam nadzieję.
— Nie mówię o Duncanie. Nadal mi na nim zaleŜy, oczywiście — ale zdaje się, Ŝe
zakochałam się w kimś innym.
— Jeśli w Trevorze, uzna to za wielki komplement! — próbowała Ŝartować Joanne.
Milly skrzywiła się, zniecierpliwiona.
— Co ty widzisz w tym nadętym typie? — rzuciła. — MoŜe nie jesteś Miss Świata, ale stać
cię na kogoś lepszego niŜ Trevor.
— Dzięki!… — burknęła Joanne.
— Duncan teŜ go specjalnie nie ceni. Trevor to przeciętniak. Nie ma w nim nic interesującego.
— Nie przesadzaj.
— MoŜe faktycznie przesadzam — nie jest zwykłym przeciętniakiem, bo lubi się rządzić i
zadzierać nosa. W kółko mówiłby ci, co masz robić.
— Zapamiętam to — zapewniła Joanne. — Nie chcę wyjść za nieodpowiedniego męŜczyznę.
— Jak zrobiłam ja.
— Nie wygłupiaj się! — zawołała Joanne, nie będąc w stanie dłuŜej skrywać niepokoju. —
PrzecieŜ nie wyszłaś za nieodpowiedniego męŜczyznę. Potrzebujesz właśnie takiego człowieka,
jak Duncan.
— Być moŜe. Ale mówię ci: zakochałam się w kimś innym.
Joanne wzięła głęboki oddech.
— MoŜe zechcesz mi powiedzieć, w kim? — zapytała.
— W Bradzie Lancingu, moim szefie. To dopiero męŜczyzna z charyzmą!
— W Bradzie Lancingu?!
— Jest wspaniały! Przystojny, inteligentny, niebywale czarujący!… Ma cudowne oczy i
usta…
Nic dziwnego, Ŝe Milly ma ostatnio humory i nie chce rezygnować z obecnej pracy, pomyślała
Joanne.
— UwaŜasz, Ŝe jestem głupia, prawda? — spytała wprost Milly.
— Z tego, co mówił mi Steve, Lancing ma Ŝonę i dzieci — zauwaŜyła Joanne. — Dlatego
odpowiem ci, Ŝe tak, jesteś niemądra.
— AleŜ skąd! — zaprotestowała Milly. — Brad jest kawalerem i nie ma Ŝadnych dzieci!
Wiem o tym. Ma trzydzieści cztery lata, ale jeszcze się nie oŜenił.
— W kaŜdym razie ty jesteś męŜatką! Osiemnastoletnią.
— Wiek nie ma znaczenia; a kiedy przebywam z Bradem, nie czuję się męŜatką. Czuję się…
wspaniale!
— Milly! — jęknęła bezradnie Joanne. — Nie wiesz, ile kobiet zakochuje się we własnych
szefach? Za to ci szefowie ledwie zauwaŜają swoje sekretarki.
— Brad mnie zauwaŜa! — zapewniła triumfalnie Milly. — W te dwa wieczory, kiedy
mówiłam ci, Ŝe pracowałam do późna, jedliśmy razem kolację w restauracji.
Joanne zaniemówiła na chwilę.
— Nie posunęłaś się chyba jeszcze dalej?… — wybąkała.
— Nie. Ale z tego, co mówił i w jaki sposób na mnie patrzy, wiem, Ŝe tego chciałby.
Joanne zacisnęła zęby. Kiedy Milly podjęła pracę, Steve wspomniał o tym, Ŝe Lancing ma
reputację kobieciarza. Nie niepokoiło to jednak zbytnio Joanne, poniewaŜ nie przyszło jej do
głowy, Ŝe tak inteligentny i wykształcony człowiek, jakim musiał być Lancing, moŜe choćby
odrobinę zainteresować się osiemnastolatką. I to do tego — świeŜo upieczoną męŜatką. Ten
Lancing musi być pozbawioną skrupułów świnią, pomyślała.
— Zdajesz sobie sprawę, Ŝe taki męŜczyzna chce tylko zdobyć to, co zdoła? — zapytała. — A
kiedy juŜ zdobędzie…
— Nie musisz mi mówić. Wiem, o co ci chodzi. 0 to, Ŝe potem nie będzie mnie szanował —
odpowiedziała Milly. — Ale nie martw się. Mam juŜ dość tego, Ŝe jestem traktowana z
szacunkiem. Chcę, Ŝeby w moim Ŝyciu coś się działo, coś ekscytującego. Jeśli wyjdzie nam ta
podróŜ do Norwegii… — Urwała nagle.
— Jaka podróŜ do Norwegii?
— Jeśli okaŜe się to potrzebne, Brad wyjedzie w sprawach zawodowych do Norwegii, na
około półtora miesiąca. Poprosił mnie, Ŝebym z nim pojechała.
— Jako kto? — zapytała wymownie Joanne, zacisnąwszy usta.
— Oczywiście, Ŝe jako jego sekretarka.
— Ale przecieŜ juŜ u niego nie pracujesz! ZłoŜyłaś wymówienie.
Milly pokręciła głową.
— Nie, nie wspominałam mu o tym, Ŝe przeprowadzam się do Szkocji. Jeszcze się w tej
sprawie nie namyśliłam.
Joanne odstawiła filiŜankę.
— Chyba nie mówisz powaŜnie? Czy zamierzasz postawić swoje małŜeństwo w sytuacji
bliskiej rozpadu, z powodu zwykłego zauroczenia?
— Ale ja…
— Nie przyszło ci do głowy, Ŝe Brad Lancing prawdopodobnie myśli tylko o przelotnym
romansie? — perorowała Joanne. — Nawet jeśli mylę się w sprawie tego, Ŝe jest Ŝonaty, ma
reputację kobieciarza. A poza tym, niedawno złoŜyłaś przysięgę małŜeńską!
— Jestem za młoda, Ŝeby wiązać się na całe Ŝycie.
— Przed ślubem zapewniałaś mnie, Ŝe jesteś gotowa wziąć na siebie tę odpowiedzialność.
— Tak mi się zdawało.
— Źle ci się zdawało, jeŜeli jesteś na tyle niedojrzała, Ŝe zamierzasz wskoczyć do łóŜka
pierwszemu poznanemu męŜczyźnie, którego uwaŜasz za zachwycającego! — zakomunikowała
Joanne.
Milly zaczerwieniła się.
— Oj, bo ty zawsze byłaś taka porządna! — odparła z przekąsem. — JeŜeli nadal będziesz
zachowywać się w ten sposób, zostaniesz starą panną albo wyjdziesz za kogoś tak nieciekawego,
jak Trevor.
— MoŜe wyłączmy z całej sprawy mnie… Rozmawiamy o twojej przyszłości — zauwaŜyła
Joanne. — A takŜe przyszłości Duncana. Uwielbia cię ponad wszystko. Czy pomyślałaś o tym,
jak straszną krzywdę byś mu wyrządziła?
— Nie mam najmniejszej ochoty go zranić… — odpowiedziała smutno Milly. — Ale chyba
nie zdołam się powstrzymać. Ciągle myślę o fantastycznej podróŜy do Norwegii i o wszystkim,
co stracę, jeśli tam nie pojadę.
— Spróbuj zastanowić się nad tym, co stracisz, jeŜeli tam pojedziesz! — poradziła Joanne. —
Pozbawisz się kochającego cię męŜa, dobrego człowieka, który nigdy cię nie opuści, przyszłego
Ŝ
ycia rodzinnego…
Na twarzy Milly wymalowała się niepewność. Joanne mówiła więc dalej:
— Nie moŜesz oczekiwać od Duncana, Ŝeby spokojnie czekał na twoją decyzję, czy
wyjeŜdŜasz z nim do Szkocji, jako jego Ŝona, czy teŜ wybierasz się z innym męŜczyzną w podróŜ
do Skandynawii.
— Dzisiaj wieczorem okaŜe się, czy ta podróŜ jest aktualna — odparła krótko Milly. — Brad
wyjechał na tydzień. Ma wrócić dziś wieczorem. Będzie juŜ wiedział, czy jego pobyt w Norwegii
jest potrzebny. Jeśli tak, zadzwoni.
— Tutaj?
— Tak. Wyjechalibyśmy jutro rano.
— śartujesz! A jeŜeli nie zadzwoni? Milly obracała nerwowo obrączkę na palcu.
— Nie wiem — przyznała. — MoŜe wyjadę do Szkocji… Nie jestem pewna.
Rozległ się chrobot klucza w zamku.
— Milly? Jestem, kochanie! — zabrzmiał radośnie głos Duncana.
Milly wstała z krzesła i szepnęła do Joanne:
— Nie mów mu nic, dopóki nie podejmę decyzji, dobrze?
— Nie powiem ani słowa. Ale jeŜeli nie chcesz, Ŝeby sam zaczął zadawać ci niewygodne
pytania, lepiej zacznij się pakować. Ja w tym czasie dokończę szykować kolację.
Milly wybiegła z kuchni. Joanne rozmyślała ze złością o Lancingu. Mógł nie zapraszać Milly
dwukrotnie do restauracji i nie nęcić perspektywą długiej podróŜy do Norwegii. Kiedy to zrobił,
zaczęła powaŜnie myśleć o porzuceniu świeŜo poślubionego męŜa!
W pewnej chwili zadzwonił telefon. Joanne ode brała juŜ pierwszym sygnale.
— Czy panna Winslow? — spytał przyjemny męski głos.
— Tak.
— Mówi Brad Lancing. Wyjazd do Norwegii aktualny. Z przyjemnością zjadłbym z panią
dziś wieczorem kolację, podczas której omówilibyśmy wszystkie szczegóły.
Joanne juŜ otwierała usta, Ŝeby przedstawić się Lancingowi i powiedzieć mu, co o nim myśli,
ale nagle przyszło jej do głowy, Ŝe moŜe to być nie najlepszy pomysł. Pozbawiony wstydu
męŜczyzna w typie Lancinga zapewne nie da od razu za wygraną i ponownie spróbuje
skontaktować się z Milly. Joanne musiała zapobiec rozpadowi małŜeństwa siostry!
— Spotkajmy się w Somersby’s, o dziewiętnastej trzydzieści, jeśli to pani pasuje — ciągnął
męski głos Lancinga.
Joanne pomyślała, Ŝe najprościej odpowiedzieć chłodno, iŜ nie da rady spotkać się z nim o
dziewiętnastej trzydzieści, i rozłączyć się. Zawahała się jednak. Gdyby się zgodziła, Lancing bez
protestów zakończyłby rozmowę i juŜ by więcej nie dzwonił. Powiedziała więc szybko,
naśladując sposób mówienia Milly:
— Będę tam!
— Restauracja znajduje się na Grant Street w Mayfair. Proszę wziąć taksówkę.
Lancing odłoŜył słuchawkę. Był chyba małomównym człowiekiem. Dobrze się złoŜyło.
Gdyby miał ochotę porozmawiać dłuŜej, trudno by było Joanne wciąŜ udawać Milly. Jeśli Milly
jednak wyjedzie do Szkocji, sądząc, Ŝe podróŜ do Norwegii jest nieaktualna, jej kłopotliwe
zauroczenie moŜe zakończyć się w naturalny sposób.
Nagle naszła Joanne inna myśl — jeŜeli Milly nie pojawi się w restauracji o wpół do ósmej,
Lancing zapewne zadzwoni, Ŝeby spytać, co się stało. Milly będzie jeszcze wtedy w domu.
Wszyscy będą siedzieć przy kolacji. Usłyszą więc telefon jednocześnie. Milly z pewnością
będzie chciała osobiście sprawdzić, czy to Lancing dzwoni.
Pozostawała jedyna moŜliwość. Joanne mogła pojechać na spotkanie z nim i sprawić, Ŝeby nie
zatelefonował ponownie. Będzie miała jednak okazję powiedzieć mu, co o nim myśli.
Drzwi wejściowe otworzyły się i po chwili do przedpokoju wkroczył Steve z narzeczoną.
Steve był szczupłym, ciemnowłosym męŜczyzną średniego wzrostu. Miał pociągłą, inteligentną,
sympatyczną twarz, niebieskie oczy. Nie był brzydki ani teŜ przystojny.
Przede wszystkim był jednak tak miłym człowiekiem, Ŝe Joanne niegdyś nie raz zastanawiała
się, dlaczego jeszcze nie znalazł sobie Ŝyciowej partnerki. Chyba dlatego, Ŝe zbyt cięŜko
pracował, Ŝeby mieć czas na Ŝycie towarzyskie. Ciągle pozostawał sam, aŜ do czasu, kiedy, przed
kilkoma miesiącami, w jego firmie zatrudniła się Lisa. Była niezwykle sympatyczną, drobną,
ładną blondynką. Pokochali się od pierwszego wejrzenia. Niespodziewanie Lisa zaszła ze
Steve’em w ciąŜę. Wprawdzie tego nie zaplanowali, jednak bardzo chcieli dziecka. Pospiesznie
czynili więc przygotowania do ślubu, który miał się odbyć pod koniec października.
— Jak ci poszło w Liam Peters? — spytał Steve.
— W poniedziałek z samego rana oczekują tam naszych techników — odpowiedziała Joanne.
Steve zakrzyknął z radości, przytulił Joanne, uniósł i wykonał z nią kilka obrotów.
— Chyba zdarzyło się coś bardzo pomyślnego — odezwał się Duncan, który nadszedł razem z
Milly z pokoju.
— Zgadłeś! — odparł Steve. — Trzeba to uczcić. Powinny gdzieś być w domu dwie butelki
szampana…
— JuŜ się chłodzą — poinformowała Joanne. Steve ucieszył się, wyjął butelkę z lodówki,
odkorkował i nalał wszystkim musującego trunku. Wzniósł toast, mówiąc:
— Za nas wszystkich, a zwłaszcza za Joanne, której udało się wynegocjować umowę z Liam
Peters — a potem jeszcze przygotować nam wspaniale pachnącą kolację!
Zebrani wznieśli kieliszki i napili się.
— Mam nadzieję, Ŝe kolacja będzie smaczna, a wieczór miły. Przykro mi to powiedzieć, ale
nie będę spędzać go dzisiaj z wami — zakomunikowała Joanne, wykorzystując chwilę wesołości.
Widząc zdumienie na twarzach pozostałych, wyjaśniła: — Trevor zapomniał, Ŝe Milly i Duncan
wyjeŜdŜają właśnie dzisiaj, i kupił bilety, bardzo drogie, na wyjątkowy koncert, na który bardzo
chciałam pójść.
Joanne powiedziała wyłącznie prawdę, choć nie wyjaśniła, Ŝe oddała Trevorowi pieniądze za
swój bilet — Trevor był oszczędnym człowiekiem — i zaproponowała mu, Ŝeby poszedł na
koncert z matką.
Milly nie kryła rozczarowania obrotem spraw. ZbliŜyła się do męŜa, a on objął ją.
MoŜe się uda! — pomyślała Joanne. Z boską pomocą. Milly jest za młoda, Ŝeby w pełni
ś
wiadomie zniszczyć sobie Ŝycie.
— Hm, skoro nie spędzisz z nami naszego poŜegnalnego wieczoru, mam nadzieję, Ŝe będziesz
pierwszym gościem, jakiego powitamy w naszym nowym mieszkaniu! — powiedział Duncan.
— Ustalone! — zakończyła Joanne.
Zamówiła taksówkę i od razu poszła wziąć prysznic i przebrać się, Ŝeby nie spóźnić się na
spotkanie. Jeśli Brad Lancing jest niecierpliwym człowiekiem, moŜe zadzwonić od razu po
dziewiętnastej trzydzieści. Udawała, Ŝe wybiera się na koncert, włoŜyła więc swój najlepszy
jedwabny kostium, zrobiła staranny makijaŜ, nałoŜyła perłowe kolczyki, upięła włosy w kok.
Kiedy zeszła na dół, Duncan gwizdnął, a Milly pokiwała głową na znak aprobaty.
— Nieźle — pochwaliła. — ChociaŜ szkoda tak się szykować dla Trevora… Kiedy wrócisz,
juŜ chyba nas nie będzie… — dodała odrobinę drŜącym głosem.
Zdecydowała się jechać! — pomyślała Joanne. Podziękowała w myślach Bogu.
Przytuliła siostrę i szwagra, i powiedziała pogodnie:
— Miłej podróŜy. Kiedy będziecie juŜ gotowi na przyjmowanie gości, zawiadomcie mnie!
— Nie omieszkamy — zapewnił Duncan. Przyjechała taksówka. Joanne uściskała pozostałych
i wyszła.
*
*
*
Somersby’s była stylową, drogą restauracją, ulokowaną nad galerią sztuki. Joanne weszła na
piętro po schodach wyłoŜonych czerwonym dywanem. Na górze były cięŜkie szklane drzwi,
które otworzył portier w uniformie.
Joanne układała sobie w głowie to, co chciała powiedzieć Lancingowi. WyobraŜała sobie, Ŝe
wprawi rozmówcę w zakłopotanie, po czym wyjdzie.
To zły pomysł, stwierdziła jednak w duchu. Milly i Duncan mieli wyjechać na dworzec
dopiero mniej więcej za trzy godziny. Trzeba było jakimś sposobem zająć Lancinga przez aŜ tak
długi czas, Ŝeby nie zatelefonował do Milly, zanim pociąg ruszy. Joanne nie wiedziała jeszcze,
jak to zrobić.
Zastanawiała się, jak moŜe wyglądać Lancing. Na pewno jest niezmiernie przystojny, ma
ś
miałe spojrzenie i kształtne usta. A moŜe wąsy?
Milly i Joanne gustowały w zdecydowanie innych męŜczyznach. Jedynie Duncan podobał się
im obu — był blondynem o chłopięcej urodzie. Poza tym Milly ciągnęło ku osobnikom, którzy
nosili się i patrzyli w sposób zdradzający zainteresowanie zmysłowością.
Było dwadzieścia pięć po siódmej. Kiedy tylko Joanne weszła na salę, podszedł do niej szef
obsługi kelnerskiej i powitał grzecznie.
— Jestem umówiona z panem Lancingiem — oznajmiła.
— Proszę tędy. — Kelner poprowadził ją do przytulnego stolika we wnęce. Siedział przy nim
brunet o gęstych włosach. Wstał na widok zbliŜającej się kobiety.
Był wysoki, miał szerokie ramiona, pociągłą twarz, ciemną cerę. Jego oblicze było szlachetne,
moŜe tylko nazbyt surowe. Nie był ubrany z przesadą, nie miał starannie przystrzyŜonego zarostu
ani bezczelnego spojrzenia. Przez chwilę Joanne zastanawiała się, czy kelner się nie pomylił.
— Oto pani, której pan oczekuje. Pan Lancing — szepnął i wycofał się cicho.
Wygląd Lancinga zaskoczył Joanne na tyle, Ŝe zamiast wyćwiczonych słów zająknęła się i
powiedziała:
— Jestem… Rzeczywiście nazywam się Winslow, ale nie jestem tą panną Winslow, której
pan się spodziewał.
Brad uniósł gęste, elegancko zarysowane brwi.
— Faktycznie, nie pani się spodziewałem, ale jest pani nie mniej czarująca niŜ pani, z którą
zamierzam się spotkać.
Co za podrywacz! — pomyślała z oburzeniem Joanne.
— Jestem siostrą Milly — wyjaśniła.
— Zupełnie nie jest pani do niej podobna.
— Nie przeczę.
— MoŜe zechce pani usiąść?
— Dziękuję.
Lancing zaczekał, aŜ Joanne usiądzie, i dopiero potem zajął z powrotem miejsce.
Przynajmniej jest dobrze wychowany, pomyślała.
— Obawiam się, Ŝe przynoszę panu złe wiadomości — zaczęła.
Patrzył niezwykłymi oczami. DuŜymi, ciemnozielonymi, inteligentnymi. Nie był nieśmiały.
Czując na twarzy jego wzrok, Joanne zaczęła oddychać odrobinę szybciej.
— Chyba nic się nie stało? — upewnił się.
— Milly nie moŜe przyjść — oznajmiła pospiesznie Joanne.
— Rozumiem… — Nagle Brad doznał olśnienia.
— To z panią, nie z Milly, rozmawiałem przez telefon!
Joanne wystraszyła się nieco.
— CóŜ… tak.
— W takim razie, jest pani tą panną Winslow, z którą się umówiłem. — Uśmiechnął się
szeroko. Miał piękny uśmiech. Usta Lancinga były zmysłowe i szlachetne jednocześnie. Joanne
nie dziwiła się, dlaczego urzekł Milly z wyglądu. Jej takŜe się podobał. Odwróciła na chwilę
wzrok.
— Proszę mi powiedzieć, dlaczego udawała pani siostrę? — zapytał.
— Ja… nie udawałam… — zająknęła się Joanne.
— AleŜ udawała pani. Naśladowała pani nawet jej sposób mówienia.
— Rzeczywiście — plątała się Joanne. — Tylko dla Ŝartu. Milly nie było, więc…
— Postanowiła pani odpowiedzieć mi za nią?
— Tak.
— Zawsze pani tak robi? Mówi za siostrę?
— Oczywiście, Ŝe nie. Wiedziałam jednak, Ŝe będzie chciała przyjść na to spotkanie, zatem…
— W takim razie, dlaczego nie przyszła?
— Zdarzyły się nam nagłe kłopoty rodzinne. Milly właśnie miała wychodzić, kiedy odebrała
telefon od naszej cioci, osoby w podeszłym wieku. Ciocia przewróciła się i mocno potłukła, a
bała się pójść do szpitala, zwróciła się więc do Milly. Milly uwielbiają, łączą je bardzo zaŜyłe
stosunki, więc…
Brad był lekko rozbawiony, ale odpowiedział:
— Wiem, jak to bywa w rodzinie. Rozumiem…
— Zanim wyszłam, nie byłyśmy pewne, w jakim stanie jest ciocia — zmyślała dalej Joanne
— ale niewykluczone, Ŝe Milly będzie musiała zostać z nią na noc.
— A pani przyjechała tu?
— CóŜ, pomyślałam, Ŝe najlepiej będzie, kiedy przyjadę i osobiście wyjaśnię panu całą
sytuację.
— To rzeczywiście znacznie sympatyczniejsze niŜ gdybym tylko odebrał od pani telefon —
skwitował oschle Brad.
Joanne nie miała wątpliwości, Ŝe Lancing nie uwierzył. Nagle jednak przyszło jej do głowy,
jak rozegrać całą sprawę. Gdyby połechtała jego próŜność, udała, Ŝe jest nim zainteresowana,
wówczas moŜe zdoła sprawić, Ŝe zostanie z nim w restauracji. I zajmie go przez tak długi czas,
Ŝ
e Milly zdąŜy wsiąść do pociągu i wyjechać z Londynu. Wówczas Joanne powie Lancingowi,
co o nim myśli.
— Muszę przyznać, Ŝe bardzo chciałam pana poznać… — oznajmiła z udawanym
zawstydzeniem.
— Doprawdy? — W oczach Brada błysnęło zainteresowanie.
— Mnóstwo o panu słyszałam od Milly.
— CóŜ takiego mówiła?
— Opowiadała ciągle, Ŝe jest pan błyskotliwy, czarujący, obdarzony charyzmą.
— Chciałbym taki być — odpowiedział skromnie Lancing.
Nadszedł młody kelner i podał oprawione w skórę menu.
— Och… — Joanne udała, Ŝe zamierza wstać. — Powinnam juŜ pójść i pozwolić panu zjeść
w spokoju kolację.
— MoŜe zechciałaby pani zostać i zjeść ze mną? — zaproponował Brad, spełniając jej
nadzieje.
— Hmm…
— Chyba Ŝe pani narzeczony będzie miał o to pretensje. — Obserwował uwaŜnie Joanne.
— Nie, z pewnością nie będzie miał.
— Proszę zatem zostać. Zapraszam panią.
— Dziękuję. Z przyjemnością zostanę.
— MoŜe na początek napije się pani czegoś, wybierając potrawę. Szampana? —
zaproponował Brad.
Joanne uśmiechnęła się. Wypiła juŜ w domu kieliszek szampana, a do tego wieczór był pełen
emocji, czuła więc lekki szum w głowie; jednak zgodziła się.
— Cudowny pomysł! — odparła.
Brad dał znak kelnerowi od win i zamówił najlepszy trunek. Kelner powrócił niemal
natychmiast, wprawnie odkorkował butelkę i nalał szampana do dwóch wysokich kieliszków, po
czym znikł. Lancing uniósł kieliszek i uśmiechając się lekko, wzniósł toast:
— Za ekscytujący wieczór!
Joanne odpowiedziała uśmiechem i wypiła mały łyczek. Nie spodziewa się, jakich emocji
dostarczę mu na zakończenie, pomyślała z ironią.
R
OZDZIAŁ DRUGI
Joanne wpatrywała się w menu tak długo, jak tylko mogła, sącząc powolutku szampana.
Wybrała w końcu przekąskę z melona, a potem awokado z krewetkami, jako danie główne.
ZłoŜywszy zamówienie, Brad popatrzył jej znowu w oczy i spytał:
— Skoro juŜ zastępuje pani dziś siostrę, proszę mi powiedzieć, czy sądzi pani, Ŝe Milly wciąŜ
jest zdecydowana wyjechać ze mną do Norwegii?
Zaskoczona pytaniem, Joanne zawahała się, po czym odparła szczerze:
— CóŜ, sądzę, Ŝe chciałaby pojechać.
— Widzi pani — wyjaśnił Brad — czas nagli. Zarezerwowałem dwa miejsca w samolocie,
który startuje z Heathrow jutro około trzynastej. JeŜeli pani siostra będzie musiała zostać do tego
czasu… z ciocią, powinienem znaleźć sobie inną sekretarkę.
— Jestem pewna, Ŝe Milly nie chciałaby pana zawieść — odpowiedziała Joanne, aby wprawić
Lancinga w większe zakłopotanie. Niewiele myśląc, wypaliła: — Gdyby przypadkiem się nie
zjawiła, sama bym ją zastąpiła.
— Trzymam panią za słowo!… — odpowiedział z błyskiem w oku Brad, napełniając
powtórnie szam — panem kieliszek Joanne. — Musiałaby pani odpowiednio się przygotować.
Noce w Norwegii bywają bardzo zimne.
— Bez wątpienia dałabym sobie radę.
— Jakie ma pani doświadczenie? — spytał Brad.
— Wystarczające.
— Gdzie pani obecnie pracuje? — wypytywał.
— W Optima Business Services.
— W firmie waszego brata, Stevena Winslowa.
— Zgadza się. — Skąd Lancing słyszał o Stevenie, zastanawiała się Joanne. MoŜe Milly
pochwaliła mu się, co robi jej brat?
— Jak rozumiem, jest pani jego sekretarką?
— Asystentką. Od ponad pięciu lat.
— I uwaŜa pani, Ŝe jest pani dobra w tej pracy? — upewnił się Brad.
— Gdybym była niedobra, nie pracowałabym jako asystentka Steve’a. śadne z nas nie uwaŜa,
Ŝ
e wystarczy być czyimś krewnym, aby zajmować jakiekolwiek stanowisko. Ale… nie jestem aŜ
tak interesującą osobą. Porozmawiajmy raczej o panu…
— Proszę zwracać się do mnie po imieniu. Jestem Brad.
— Bardzo chętnie. Mam na imię Joanne.
Joanne uniosła do ust kieliszek z szampanem. Przypomniało jej się, co kiedyś powiedziała jej
Milly. Powtórzyła to:
— Zawsze podobali mi się przystojni męŜczyźni, mający władzę. Tacy jak ty — dodała od
siebie.
W oczach Lancinga pojawił się chyba wyraz rozbawienia. Być moŜe przesadziła. Ale ten
egoista musiał ucieszyć się z bezpośredniego komplementu, jaki przed chwilą usłyszał. Bez
wątpienia cieszył się z rozpoczynającego się romantycznego wieczoru z nowo poznaną
dziewczyną, która była nim zafascynowana. Jako kobieciarz, niewątpliwie zamierzał ją uwieść.
Niech się łudzi! — pomyślała Joanne. Tym większe będzie jego rozczarowanie, kiedy mu
dopiekę.
Kolacja była wyśmienita. Joanne flirtowała śmiało z Lancingiem, świetnie się przy tym
bawiąc. Cały czas starała się unikać pytań, które dotyczyły jej, starając się jak najwięcej
rozmawiać o nim.
Nie było to łatwe. Większość męŜczyzn, nawet ci najmilsi, bardzo się cieszy, kiedy moŜe
opowiadać o sobie. Brad Lancing był jednak całkowicie otwarty tylko na kwestie zawodowe, nie
chciał natomiast zdradzić niczego, co wiązało się z jego Ŝyciem osobistym.
MoŜe jednak jest Ŝonaty, pomyślała Joanne. Jeśli tak, współczuję jego Ŝonie.
— Zapewne bardzo duŜo podróŜujesz? — zadała kolejne pytanie, podczas gdy kelner podał
kawę z likierem.
— Kiedyś podróŜowałem więcej — odpowiedział Brad. — Teraz wyjeŜdŜam tylko wtedy,
kiedy uwaŜam to za naprawdę konieczne.
— śona na pewno cieszy się, kiedy jesteś w domu… Lancing wbił w nią spojrzenie.
— Nie jestem Ŝonaty — odpowiedział spokojnie. — Ani nie zamierzam się Ŝenić.
— Coś podobnego!
— Kto to powiedział: „Kochaj wszystkie kobiety, ale nie Ŝeń się z Ŝadną”? — zaŜartował
Brad.
— Nie wiem, ale zapewne postępujesz dokładnie według owej porady! — wypaliła Joanne.
— Do tej pory tak robiłem — przyznał Lancing, nie zraŜony. — A ty… pewnie tego nie
aprobujesz?
— Kto to powiedział: „Zbieraj pąki róŜ, póki moŜesz?” — odpowiedziała innym cytatem.
— Wiem. Tak napisał Herrick.
Joanne domyślała się, Ŝe Brad Lancing jest wykształcony, ale nie przyszło jej do głowy, Ŝe
moŜe interesować się poezją.
— I cóŜ? Czy zgadzasz się z jego sentencją? — zapytał.
— Chyba tak… — przyznała. — Choć nie miałam w Ŝyciu zbyt wiele czasu na zrywanie
kwiatków.
— DlaczegóŜ to?
— Nasi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy byłam jeszcze na początku
studiów. Przerwałam je i stałam się głową domu.
— Ile miałaś wtedy lat?
— Dziewiętnaście.
— Pewnie zatrudniłaś się wówczas w firmie brata?
— Tak…
— Czy macie jeszcze więcej rodzeństwa? — interesował się Brad.
— Nie, jest nas trójka. Steve jest najstarszy, a Milly najmłodsza. Kiedy rodzice zginęli, była
jeszcze w szkole podstawowej.
— Matkujesz jej odtąd?
— MoŜna tak powiedzieć. Z tego, co mi mówiła, wyjeŜdŜasz do Norwegii na około półtora
miesiąca? — zmieniła temat Joanne.
— Zgadza się.
— To długo, jak na podróŜ w interesach. Czy będziesz dopilnowywał rozwoju nowego
przedsięwzięcia?
— Nie. Muszę uporządkować sprawy związane z odziedziczoną firmą, istniejącą juŜ od stu
lat.
— Odziedziczyłeś firmę w Norwegii? Nie masz norweskiego nazwiska.
— Moja mama urodziła się w Norwegii. Dziadek był Norwegiem, a babcia — Angielką.
Mieszkali w Bergen. Tam mama poznała mojego tatę. Zamieszkali w Londynie, jeździliśmy do
Norwegii na wakacje. Mama umarła półtora roku temu. Odziedziczyłem po dziadku — który Ŝył
do niedawna — morską linię przewozową, a takŜe niewielką sieć hoteli. Odkąd zabrakło dziadka,
interesy norweskiej firmy zaczęły iść źle. Oddelegowałem tam jednego z najlepszych ludzi, ale
nie radzi sobie dostatecznie dobrze. Zwrócił się do mnie o pomoc. Wolałbym pojechać do
Norwegii wiosną, ale nie mogę czekać tak długo.
— Dlaczego wiosną? — spytała Joanne, której zaczynało się trochę kręcić w głowie.
— We wrześniu jest wprawdzie pięknie, moŜna chodzić po górach, ale norweski krajobraz
najwspanialej wygląda wiosną, kiedy zaczynają puszczać lody i rzekami płynie kra… Chciałbym
wykorzystać tę podróŜ takŜe na urlop. Od paru lat nie miałem na to czasu, a do Norwegii
jeździłem wyłącznie na krótko, jedynie słuŜbowo. Bardzo lubię kraj mojej matki.
— Czy firma ma siedzibę w Bergen? — spytała Joanne.
— Tak, właśnie tam się wybieram.
— Nigdy nie byłam w Norwegii.
— Nie podróŜujesz zbyt duŜo, prawda?
— Od śmierci rodziców — niewiele. W tym roku wyjechałam tylko na długi weekend.
Chciałam pojechać do Rzymu, ale Trevor uparł się na Amsterdam. — Joanne zmitygowała się.
Zaraz, po co mu to powiedziałam?!
Brad ujął jej dłoń i uniósł ją, przyglądając się zaręczynowemu pierścionkowi z brylantem.
— Trevor to twój narzeczony? — spytał.
— Tak — odpowiedziała, po chwili wahania.
Brad przesunął palcem po jej palcach, aŜ przeszedł ją dreszcz.
— Ale nie jest chyba zbyt zazdrosny? — upewnił się.
— Nie. — Joanne cofnęła rękę i spojrzała na zegarek. Milly i Duncan powinni za kilka minut
wyjść z domu.
— Spieszysz się? — spytał Lancing.
Joanne nie miała po co przedłuŜać spotkania, kiedy tylko Milly wyjedzie.
— CóŜ, skoro jutro około południa lecisz w długą podróŜ… — zaczęła.
— Masz rację — przerwał jej Brad i skinął na kelnera. — Czas wstać od stolika.
Joanne wzięła głęboki oddech. Zamierzała powiedzieć Lancingowi, co o nim myśli.
Rozejrzała się, pod — f czas gdy Brad płacił. NajbliŜsze stoliki były zajęte. Nie chciała
dyskutować głośno przy ludziach o prywatnym Ŝyciu swojej siostry. Zrobi to więc na zewnątrz.
Alkohol uderzył jej do głowy do tego stopnia, Ŝe wstając, zachwiała się lekko. Brad
podtrzymał ją za ramię i nie puszczając, sprowadził ze schodów aŜ na dół. Na jednym ze stopni
zachwiała się po raz drugi.
Nadjechała lśniąca szara limuzyna, prowadzona przez kierowcę w liberii, który otworzył
szeroko tylne drzwi. Zanim Joanne zdąŜyła zebrać myśli, siedziała juŜ w samochodzie.
— Miałam zamiar wezwać taksówkę — oznajmiła, kiedy ruszyli.
— Och!…
— Czy jedziemy prosto do domu, proszę pana? — spytał szofer, nie odwracając się.
— Tak, Gregory, bardzo proszę. — Brad wcisnął przycisk i przed fotelami wysunęła się
szyba, która oddzieliła jego i Joanne od kierowcy. Chwilę później rolety zasłoniły wszystkie
szyby wokół tylnej kanapy limuzyny.
Korzystając z chwili, Brad natychmiast ujął Joanne za kolano. PoŜałowała, Ŝe wsiadła do jego
samochodu.
— Mieszkam w Fulham i… — odezwała się.
— Wiem — przerwał jej Brad, po czym nachylił się, objął ją i zaczął całować.
Zaskoczona, nie opierała się z początku. W końcu zdała sobie sprawę z tego, co robi, i cofnęła
głowę.
— Daj mi spokój — powiedziała. — Nie chcę, Ŝebyś mnie dotykał.
— Z twojego zachowania sądziłem, Ŝe tego właśnie pragniesz.
— Myliłeś się. Chcę pojechać do domu.
— Właśnie tam jedziemy.
— Do mojego domu! Natychmiast kaŜ szoferowi zatrzymać samochód i wypuścić mnie.
Brad był szczerze zdumiony.
— Jeśli wolno spytać, po co cały czas dawałaś mi do zrozumienia, Ŝe tej nocy chcesz być ze
mną?
— Musiałam cię czymś zająć, Ŝebyś nie zatelefonował do Milly! — przyznała Joanne.
Brad uśmiechnął się smutno.
— A zatem jest w domu? Ta historia o chorej cioci od początku wydawała mi się podejrzana.
Czy moŜesz mi wyjaśnić, dlaczego posunęłaś się aŜ tak daleko, po to, Ŝeby nie udało mi się
skontaktować z sekretarką?
— Dlatego, Ŝe gdyby odebrała twój telefon, natychmiast rzuciłaby wszystko i przyjechała na
spotkanie.
— Rozumiem. Czy obawiałaś się, Ŝe chciałaby spędzić ze mną noc?
— Wiem, Ŝe by do tego doszło.
— Skąd moŜesz wiedzieć cokolwiek na ten temat?!
— Milly wyznała mi, Ŝe ją zauroczyłeś.
— Czy winisz mnie za to? — spytał Brad.
— Oczywiście. Milly opowiadała, jak na nią patrzysz, i to, Ŝe dwukrotnie zapraszałeś ją do
restauracji. Steve mówił, Ŝe jesteś kobieciarzem, ale przez myśl mi nie przeszło, Ŝe moŜesz
próbować uwieść osiemnastoletnią męŜatkę!
— MęŜatkę?!… — zdumiał się Brad.
— Nie udawaj, Ŝe nie wiesz! Kusiłeś ją perspektywą ekscytującej podróŜy do Norwegii, przez
co Milly omal nie doprowadziła do rozpadu swojego świeŜo zawartego małŜeństwa! Miała
ochotę jechać z tobą, zamiast wyprowadzić się z męŜem do Szkocji.
— Do Szkocji? — dziwił się Brad. — Nic nie rozumiem. Jej mąŜ mieszka w Szkocji?
— Chwilowo oboje mieszkali z nami, ale w tej chwili właśnie wyjeŜdŜają do Edynburga —
wyjaśniła Joanne. — Mam nadzieję, Ŝe tam Milly będzie poza twoim zasięgiem!
— Chyba zaczynam pojmować — oznajmił Brad. — Chciałaś zająć mnie, dopóki nie wyjadą.
— Właśnie. A teraz chcę wysiąść.
— Na pewno?
— Tak! — krzyknęła Joanne. — Zamierzasz mnie porwać?!
— Nie. Odwiozę cię do domu. Gdzie dokładnie mieszkasz?
Podała mu adres.
Lancing wcisnął guzik i polecił kierowcy:
— Gregory, skręć, proszę, do Fulham. Wysadzimy panią na ulicy Carlisle, pod numerem
dwadzieścia trzy.
— Dziękuję — burknęła Joanne.
Brad popatrzył powaŜnie i powiedział:
— Twoje przypuszczenia na temat moich zamiarów względem Milly są całkowicie błędne.
UwaŜam ją po prostu za miłą dziewczynę, a przede wszystkim, sprawną sekretarkę.
Joanne przypomniało się, jak Brad złapał ją za kolano i zaczął całować.
— Nie wierzę ci — odparła. — Słyszałam, jakim jesteś człowiekiem, i sama widzę. —
Cofnęła się w kąt kanapy. Milczeli chwilę. Kiedy limuzyna zatrzymała się pod domem
Winslowów, Brad rzucił Joanne gniewne spojrzenie. Kiedy jednak kierowca otworzył jej drzwi,
Lancing natychmiast wyskoczył i odprowadził ją po schodkach do aŜ do progu mieszkania.
— Dziękuję ci — powiedziała, otworzywszy sobie, po czym weszła do domu i zamknęła za
sobą drzwi. Była wściekła. „Co za okropny człowiek!” — myślała sobie. Uspokoiwszy się po
dłuŜszej chwili, zebrała myśli. W domu panowała ciemność. Widocznie Steve i Lisa juŜ się
połoŜyli.
Kiedy weszła na piętro, drzwi sypialni Steve’a otworzyły się.
— Przepraszam, Ŝe jestem ciekawski, ale przed chwilą widzieliśmy, jak wysiadłaś z czyjejś
limuzyny… — powiedział Steve.
Joanne poczuła się bezradna. Nie chciała tłumaczyć wszystkim, gdzie, z kim i po co była. Po
co rozpowiadać o rozterkach Milly, zwłaszcza Ŝe szczęśliwie wyjechała z męŜem do Edynburga?
— MęŜczyzna, który z tobą wysiadł, wydał mi się znajomy. Choć, oczywiście, to nie Trevor
— dodała Lisa. — Milly pokazała mi raz swojego szefa, kiedy odbierałam ją z pracy.
Joanne milczała, nie wiedząc, co mówić.
— Powiedz coś — odezwał się znowu Steve. — Jesteśmy bardzo ciekawi, skąd wzięłaś się w
limuzynie Brada Lancinga?
— Byłam z nim w restauracji! — odparła śmiało Joanne.
— Coś podobnego! — Steve aŜ gwizdnął. — To znaczy okłamałaś nas, mówiąc o tych
biletach na koncert, które kupił Trevor.
— Niezupełnie. Naprawdę kupił te bilety, tylko Ŝe powiedziałam mu, Ŝe nie mogę pójść na
koncert.
Steve zrobił kwaśną minę.
— Wiem, Ŝe wasze zaręczyny nie są oficjalne — zaczął — ale postąpiłaś w sposób, jakiego
bym się po tobie nie spodziewał…
Steve myślał, Ŝe Joanne zdradza Trevora! Tego tylko jej brakowało! Po raz kolejny
poŜałowała, Ŝe przyjęła oświadczyny i pierścionek zaręczynowy. Nie chciała ranić Trevora
odmową, ale nie podjęła jeszcze ostatecznej decyzji, czy chce zostać jego Ŝoną.
— Dlaczego utrzymywałaś wszystko w tajemnicy?
— zastanawiał się na głos Steve. — Wiem, nie chciałaś martwić Milly, skoro zadurzyła się w
nim jak podlotek.
Steve wiedział zatem o jej fascynacji Lancingiem.
— Nie moŜna ufać takim męŜczyznom jak Brad Lancing — kontynuował. — Dobrze, Ŝe
Milly wyjechała. Nie wiadomo, czym by się to wszystko skończyło… Słuchaj, to nie moja
sprawa, ale skoro spotykasz się z Lancingiem, lepiej uwaŜaj, dobrze? — poradził.
— Mam prawie dwadzieścia pięć lat. Wiem, co robię. — Nie zabrzmiało to przekonująco. —
Dopiero poznałam Lancinga i prawdopodobnie więcej się z nim nie spotkam — dodała Joanne.
— WyjeŜdŜa zresztą jutro w interesach na półtora miesiąca do Norwegii… No, to idę spać.
Dobranoc.
Wymknęła się do pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Miała nadzieję, Ŝe dopiekła Bradowi
równie mocno, jak mocno on był dla niej nieprzyjemny. Te parę godzin, które spędziła w jego
towarzystwie uznała za jedne z najokropniejszych w swoim Ŝyciu.
Długo nie mogła zasnąć. WciąŜ miała przed oczami obraz Brada Lancinga. Szczególnie
mocno przypominał jej się jego pocałunek. Wspomnienie nie budziło jednoznacznie
negatywnych odczuć, więc była rozdraŜniona.
Jak mogła reagować na Lancinga i jego ohydne postępki tak, jak nigdy nie zdarzyło jej się
zareagować na obecność czy zachowanie Trevora?! Czuła się zdruzgotana. Wierciła się, nie
mogąc zasnąć przez pół nocy.
*
*
*
Obudził ją dzwonek do drzwi. Pomyślała, Ŝe to listonosz przyszedł w sobotni ranek. Ostatnio
chodził ich ulicą o wczesnych porach. Joanne nie chciała, Ŝeby Steve musiał wstawać. Tak duŜo
pracował, Ŝe przynajmniej w weekend powinien się wysypiać.
Wstała, włoŜyła szlafrok i zeszła na parter, podczas gdy dzwonek cały czas brzęczał. Po co
tyle hałasu, pomyślała. Pewnie znowu jakaś reklama.
Nie patrząc przez wizjer, otworzyła drzwi, wołając:
— Niech pan wreszcie przestanie dzwonić! Brat jeszcze śpi i… — Urwała. Zobaczyła przed
sobą Brada, w pięknym garniturze, eleganckiej koszuli i jedwabnym krawacie. Musiała przyznać,
Ŝ
e był bardzo przystojnym męŜczyzną… Wszedł, zanim zdąŜyła zatrzasnąć drzwi z powrotem.
Cofnęła się, a on spoglądał na nią z góry. Podziwiał jej twarz, włosy, patrzył, jak wyglądała w
szlafroku i boso…
— Widzę, Ŝe dopiero wstałaś — odezwał się, uśmiechając się bezczelnie.
— Co ty tu robisz? — spytała Joanne, rozzłoszczona
— A jak myślisz?
— Nie mam ochoty na zgadywanki. MoŜe więc łaskawie zechcesz mi powiedzieć?
— Jak wiesz, około trzynastej wylatuję do Norwegii i potrzebna mi sekretarka — zaczął
Lancing. — Nie mam juŜ czasu na szukanie kogokolwiek; poza tym jest sobota, przyjmuję więc
twoją ofertę.
— Słucham?!
— Nie zapomniałaś chyba, Ŝe powiedziałaś, iŜ gdyby z jakiegoś powodu Milly się nie
pojawiła, sama byś ją zastąpiła?
— Nie mówiłam przecieŜ powaŜnie. — Joanne cofnęła się o kolejny krok. — Nie mówiłam
powaŜnie! — powtórzyła.
Brad nastroszył ciemne brwi.
— Szkoda, poniewaŜ ja mówiłem powaŜnie, kiedy odparłem: „Trzymam panią za słowo!”.
Twoja siostra wyjechała, więc tobie proponuję pracę w Norwegii.
— Dziękuję, ale, jak wiesz, mam juŜ pracę.
— Twój brat z pewnością znajdzie kogoś, kto będzie cię zastępował przez mniej więcej sześć
tygodni — odparł Lancing.
— Być moŜe, lecz ja nie zamierzam przyjąć twojej propozycji.
Brad zerknął do kuchni. Krzesła z wysokimi oparciami wyglądały na wygodne.
— MoŜe, zamiast tu stać, napijemy się kawy i przedyskutujemy szczegółowo sprawę? —
zaproponował.
Joanne z powrotem otworzyła szeroko drzwi.
— Nie mam zamiaru robić ci kawy ani rozmawiać z tobą na Ŝaden temat — oznajmiła. —
Wyjdź, proszę. — Brad nie ruszał się z miejsca. — Wyjdź natychmiast, bo zawołam Steve’a i
poproszę, Ŝeby cię wyrzucił.
— Czy jesteś pewna, Ŝe byłoby to mądre?
Joanne nie wątpiła, Ŝe Lancing jej grozi. ZadrŜała. Zdawała sobie sprawę, Ŝe Steve nie poradzi
sobie z o wiele potęŜniejszym od siebie męŜczyzną.
Widząc jej wahanie, Brad zamknął drzwi, ujął ją za łokieć i zaprowadził do kuchni.
— Nie chcę z tobą rozmawiać! — powtórzyła. — Jesteś ostatnim człowiekiem na świecie,
którego asystentką chciałabym zostać.
Brad pokręcił głową.
— Nie masz wyboru. Chyba Ŝe nie obchodzi cię, co stanie się z firmą Steve’a…
— Słucham?!…
— MoŜe zaparzyłabyś kawy…
— JuŜ powiedziałam, Ŝe nie mam zamiaru.
— To przynajmniej usiądź.
— Nie chcę siadać. Powiedz natychmiast, co masz na myśli!
Brad włączył czajnik, a potem zdjął z suszarki dwa kubki.
— Chętnie ci wyjaśnię, kiedy będziemy spokojnie siedzieć i pić kawę.
R
OZDZIAŁ TRZECI
Joanne czuła się zastraszona. Zagryzła wargi i patrzyła na Lancinga. Zaskoczyło ją, Ŝe tak
bogaty, a przy tym bezczelny męŜczyzna czuje się swobodnie w kuchni. Przypuszczałaby, Ŝe
gotowaniem zajmuje się u niego słuŜba, a on do kuchni nawet nie zagląda.
— Mleka, cukru? — spytał uprzejmie.
— Poproszę o mleko.
Brad podał Joanne kawę, usiadł i patrzył nieodgadnionym wzrokiem. Zawstydziła się nagle
szlafroka i nieuczesanych włosów. Brad przyszedł do niej nadzwyczaj elegancko ubrany.
— Skoro juŜ siedzimy przy kawie, jak się uparłeś — odezwała się — powiedz mi, czym
grozisz Stevenowi i jego firmie.
— Ja? Z tego, co wiem, grozi wam bankructwo.
— Dlaczego tak mówisz?
— Czy nie mam racji?
Joanne dała za wygraną.
— Rzeczywiście, groziło nam bankructwo, ale ostatnio sytuacja znacząco się poprawiła —
powiedziała.
— Doprawdy?
— Tak! Steve odnalazł firmę inwestycyjną, która nie zawahała się wyłoŜyć pieniędzy na rzecz
rozwoju Optima Business Services, a poza tym właśnie wynegocjowaliśmy umowę na instalację
duŜej sieci łączności.
— Z firmą Liam Peters? — upewnił się Brad.
— Tak — przyznała Joanne. Była zdumiona. CzyŜby Milly opowiadała swojemu byłemu
szefowi o wszystkim?
— Co zrobiłby twój brat, gdyby zarówno MBL, jak i Liam Peters wycofały się ze współpracy
z wami? — zapytał Lancing. — Wasz dom jest powaŜnie obciąŜony hipotecznie, a wam ledwie
starczy na wypłacenie pracownikom najbliŜszej pensji…
— Skąd wiesz to wszystko?! — Joanne zirytowała się.
— Pierwszą rzeczą, jaką robi firma inwestycyjna, zanim zdecyduje się wyłoŜyć pieniądze —
tłumaczył Brad — jest szczegółowa analiza sytuacji finansowej potencjalnego klienta, a takŜe
perspektyw jego rozwoju. MBL nie jest wyjątkiem. Jak myślisz, skąd wziął się skrót MBL? Od
mojego nazwiska: Michael Brad Lancing. Formalnie mam na pierwsze imię Michael, chociaŜ
zawsze uŜywałem drugiego.
— CzyŜbyś był takŜe właścicielem Liam Peters?!…
— Owszem, to firma zaleŜna od Lancing International. Wystarczy, Ŝe szepnę słowo w
odpowiednie uszy.
— Z pewnością są bardziej etyczne sposoby zatrudnienia sekretarki!… — powiedziała po
chwili Joanne, zdruzgotana.
— Nie wątpię. Ale nie potrzebuję zwykłej sekretarki — oznajmił Brad. — Widzisz, jadę nie
tylko załatwić waŜne sprawy, ale takŜe na urlop. Potrzebna mi zatem asystentka, która będzie
jednocześnie moją towarzyszką. Nie lubię jadać, podróŜować i spędzać wieczorów samemu.
Lubię rozmawiać z kimś inteligentnym, dzielić się swoimi przeŜyciami…
A więc do tego potrzebna mu była Milly! — pomyślała Joanne.
— Z pewnością nie lubisz takŜe sypiać sam — dokończyła za niego. — Ale ja nie zostanę
twoją kochanką.
— Zrobisz wszystko, o co tylko cię poproszę, jeśli naprawdę zaleŜy ci na ocaleniu firmy
Steve’a — odparł Brad.
— Mam narzeczonego!
— Wczoraj jakoś specjalnie ci to nie przeszkadzało…
Joanne opuściła głowę, zacisnęła pięści i rzuciła gniewnie:
— Dlaczego się na mnie uwziąłeś?! Brad roześmiał się.
— Nazwijmy to pewnego rodzaju sprawiedliwością — odpowiedział. — Pozbawiłaś mnie
znakomitej sekretarki…
— Ale Milly nie jest całkowicie dyspozycyjna. Ma męŜa…
— Poza tym osądziłaś mnie i obraziłaś, nie wiedząc, jakim naprawdę jestem człowiekiem —
przerwał Lancing. — Moją dewizą zawsze było: „Odpłacaj pięknym za nadobne”.
Rozumiał ją w wyjątkowo perfidny sposób! Joanne znowu zadrŜała. Nie zdawała sobie
sprawy, z jak nie — bezpiecznym człowiekiem zadarła. Być moŜe blefował, ale nie była tego
pewna. Nie mogła pozwolić na upadek firmy Steve’a. Nie tylko straciliby oboje pracę, ale takŜe i
dom. A przecieŜ Steve miał się Ŝenić, Lisa była w ciąŜy, i musiał jakoś utrzymywać ją i dziecko.
Lisa teŜ pracowała w firmie Steve’a…
Joanne poczuła nagle, Ŝe gdyby Lancing spełnił swoją groźbę i doprowadził ich firmę do
upadku, stałoby się to z jej winy. Dlaczego powiedziała mu zeszłego wieczora wszystko, co
powiedziała?!
Było za późno na Ŝale. Czuła, Ŝe musi uchronić Steve’a, Lisę, ich nienarodzone dziecko i
wszystkich pracowników firmy przed powaŜnymi kłopotami, które groziły im z jej powodu.
Gdyby nie spotkała się z Lancingiem, do niczego takiego by nie doszło. ChociaŜ, z drugiej
strony, Milly zapewne poleciałaby z nim do Norwegii, rujnując Ŝycie sobie i Duncanowi!…
W kaŜdym razie Joanne zdecydowała poświęcić się za wszystkich. Doszła do wniosku, Ŝe w
ten sposób stanie się najmniej zła. Tylko ona będzie cierpiała.
Podniosła wzrok, Ŝeby odpowiedzieć Bradowi, kiedy do kuchni wszedł Steve, takŜe ubrany w
szlafrok.
— Napiłbym się kawy, jeśli zrobiłaś — odezwał się na powitanie.
— Zostało trochę.
— Przepraszam, nie wiedziałem, Ŝe masz gościa!… — rzucił, spostrzegłszy Brada.
— Chyba przyszedłem za wcześnie. Jestem Brad Lancing. — Brad wstał i wyciągnął rękę. —
Pan musi być Steve.
MęŜczyźni uścisnęli dłonie, ale Ŝaden z nich się nie uśmiechał.
— Pan Lancing pojawił się w związku… — zaczęła Joanne.
— Proszę cię, mów o mnie „Brad” — przerwał Brad.
— Nie jesteśmy w pracy.
— Brad przyszedł, poniewaŜ potrzebuje sekretarki — oznajmiła Joanne.
— PrzecieŜ Milly jest w Szkocji — zauwaŜył Steve.
— Nic nie wiesz; zaszło małe nieporozumienie — powiedziała. — Nie złoŜyła wymówienia i
Brad nie miał pojęcia, Ŝe Milly wyjeŜdŜa. Właśnie dziś Brad wylatuje do Norwegii, a poniewaŜ
nie dysponuje inną sekretarką, zgodziłam się polecieć w zastępstwie Milly.
— Jak to?! — zdumiał się Steve. — A co z twoją pracą?
— Lisa zdoła poradzić sobie z moimi obowiązkami przez kilka tygodni, kiedy mnie nie
będzie. Nie dalej jak wczoraj powiedziała, Ŝe nie ma co robić w pracy.
— Widząc, Ŝe Steve zamierza się sprzeciwić, Joanne szybko kontynuowała: — Lisa na pewno
bardzo się ucieszy, Ŝe ma okazję nabrać doświadczenia. Milly postawiła Brada w kłopotliwym
połoŜeniu. Czuję się w obowiązku wynagrodzić mu to.
— Nie wydaje mi się, Ŝebyś ponosiła odpowiedzialność za nieporozumienia wynikłe z
postępowania Milly — zawyrokował Steve.
— Być moŜe nie… Ale bardzo chciałabym wykorzystać szansę poznania Norwegii.
— Nie wyobraŜam sobie, Ŝeby twój narzeczony łatwo pogodził się z tym, Ŝe na tak długo
wyjeŜdŜasz! — Steve wspomniał o tym głównie po to, aby jego słowa usłyszał Brad.
— Zrozumie, kiedy wyjaśnię, jak zachowała się Milly.
— Joanne wcale nie była pewna, czy Trevor ją zrozumie.
— Mam nadzieję, Ŝe zadzwonisz do niego przed wyjazdem!… — powiedział Steve.
— Oczywiście.
Joanne dobrze wiedziała, Ŝe poinformowanie Trevora o wyjeździe nie będzie przyjemne.
Okazał jej wyraźne niezadowolenie juŜ wtedy, kiedy odmówiła pójścia na koncert. A teraz…
— Ale nie przed wyjazdem — dodała. — Trevor pojechał z matką na weekend do
Bournemouth. Skontaktuję się z nim, kiedy wróci. Zastanowię się jeszcze, jaka forma przekazu
będzie najodpowiedniejsza…
— Twoja decyzja — zakończył z nieskrywaną dezaprobatą Steve. — O której wyjeŜdŜacie na
lotnisko?
— Jak najszybciej — odpowiedział Brad. — Samolot startuje z Heathrow o trzynastej
piętnaście. Polecimy przez Oslo do Bergen.
— Będziecie przebywać w Bergen?
— Tak, głównie tam. Dam panu adres i numer telefonu — oznajmił Brad. — Ile zajmie ci
spakowanie się i toaleta? — spytał Joanne.
— ZdąŜę mniej więcej w pół godziny.
— Pamiętaj przede wszystkim o dwóch rzeczach — paszporcie i dobrym płaszczu
przeciwdeszczowym.
Joanne przeleciało przez myśl, Ŝeby powiedzieć, iŜ nie ma paszportu. Ale, niestety,
powiedziała przecieŜ Bradowi o podróŜy do Amsterdamu!
— MoŜe jeszcze spakować kalosze? — zakpiła.
— Dobry pomysł — odparł powaŜnie Brad. — W Bergen o tej porze roku naprawdę duŜo
pada.
Joanne wyszła szybkim krokiem na korytarz. Steve podąŜył za nią.
— Mam nadzieję, Ŝe wiesz, co robisz! — powiedział.
— Jestem dostatecznie dorosła — odparła.
— MoŜe i tak, ale mimo wszystko — uwaŜaj na siebie.
— Jeśli chcesz mi powiedzieć, Ŝe Brad ma Ŝonę i dzieci, to…
— Nie, ktoś pomylił go z jego kuzynem, Blakiem Lancingiem, który pracuje w firmie Brada i
ma rodzinę — przyznał Steve. — Ale chcę powiedzieć, Ŝe Brad Lancing najwyraźniej nie ma
skrupułów, jeśli chodzi o Ŝycie towarzyskie, a widzę, Ŝe jest bardzo atrakcyjnym męŜczyzną.
— Co z tego?
— Hmm… — Steve był nieco zawstydzony. — Nie sądziłbym, Ŝe moŜe interesować się
kobietami w twoim typie, ale mimo wszystko moŜe mieć względem ciebie niecne plany. —
Joanne uśmiechnęła się, usłyszawszy staromodne określenie, jakiego uŜył jej brat. — A pod
pewnymi względami jesteś bardziej naiwna niŜ Milly — kontynuował.
— Dziękuję!
— Musisz zdawać sobie sprawę, Ŝe Lancing to bogacz i człowiek o ogromnych
moŜliwościach, a przy tym złamał serce juŜ niejednej kobiecie.
— Nie martw się, wiem, jaką ma reputację — zapewniła Joanne.
— I mimo to jesteś zdecydowana z nim jechać?
— Tak.
Steve westchnął.
— Nie chcę tylko, Ŝebyś potem cięŜko tego Ŝałowała.
— Nie będę. Na pewno. Nie martw się o mnie. — Objęli się. — Wytłumacz, proszę, wszystko
Lisie. Przed wyjazdem zamienię tylko kilka słów przez telefon z Milly.
— Nie wiedziałem, Ŝe chcesz jej o wszystkim powiedzieć — zdziwił się Steve. — Skoro
zadurzyła się w Lancingu…
— Spytam ją tylko, czy szczęśliwie dotarli na miejsce, Ŝeby nie zadzwoniła, kiedy mnie juŜ
nie będzie.
— Rozumiem.
— Najlepiej, Ŝeby nic nie wiedziała aŜ do mojego powrotu — ciągnęła Joanne. — Znając
Milly, zajmie się teraz ozdabianiem nowego mieszkania.
— Gdyby pytała o ciebie, powiemy, Ŝe oddzwonisz, a potem przekaŜemy ci wiadomość —
zaofiarował się Steve. — Zaraz… a twoje urodziny? — przypomniał sobie na głos.
— Milly na pewno zatelefonuje, Ŝeby złoŜyć mi Ŝyczenia! — stwierdziła Joanne. — W
kaŜdym razie próbujcie ukrywać, Ŝe pojechałam z Bradem do Norwegii. Nie chcę narobić
nowych kłopotów Milly i Duncanowi.
— Wiesz co? Powiem jej, Ŝe wyjechaliście z Trevorem do ParyŜa! — wymyślił rozwiązanie
Steve. Joanne pobiegła się pakować.
Doprowadziwszy się do ładu, wrzuciła do walizki najpotrzebniejsze rzeczy. Cały czas myślała
o tym, co ją czekało. Zniósłszy walizkę na parter, zatelefonowała do Milly.
— Och, to ty! — ucieszyła się Milly. — Myślałam, Ŝe to kolejna pacjentka. — Zdała szybką
relację z podróŜy i opowiedziała, jak wygląda mieszkanie. Faktycznie, zamierzała zmienić jego
wystrój.
Z kuchni nadeszli Brad i Steve. Steve, jeden z najspokojniejszych ludzi, jakich moŜna spotkać,
był wyraźnie rozgniewany, aŜ czerwony na twarzy; za to Brad zachowywał niezmącony spokój.
Joanne zastanawiała się, jak przebiegała rozmowa obu męŜczyzn.
— Czy nie odzywał się moŜe Brad? — spytała tymczasem Milly.
— Nie — skłamała Joanne. Lancing popatrzył jej kpiąco w oczy. Wiedział, na jakie pytanie
odpowiedziała. — Jest tu Steve, chce zamienić z tobą słowo — zakończyła. — PrzekaŜ uściski
Duncanowi. — Oddała bratu słuchawkę.
Brad podniósł walizkę Joanne i wyszli razem na dwór. Joanne odwróciła się w progu i posłała
Steve’owi pocałunek.
Wsiadła z Bradem do limuzyny. Szofer włoŜył walizkę do bagaŜnika. Joanne wciąŜ
zastanawiała się nad okropną sytuacją, w jakiej się znalazła. RozwaŜała, jak będzie się
zachowywać w róŜnych okolicznościach.
Bała się. Mimo wszystko będzie musiała sobie poradzić. Najlepiej ignorować doznawane
przykrości, a nie rozpamiętywać je, pomyślała.
Na lotnisku była juŜ prawie spokojna. Kiedy oddali bagaŜ i załatwili formalności paszportowe,
pozostała im jeszcze godzina do odlotu. Brad zaproponował, Ŝeby poszli coś zjeść. Joanne
zamówiła obfite śniadanie. Była bardzo głodna.
— Nie wiedziałem, Ŝe tyle jesz — skomentował Brad. — Po wczorajszym wieczorze
sądziłem, Ŝe jesteś jedną z tych kobiet, które potrafią Ŝyć na surowych marchewkach i sałacie.
— Byłam najedzona. Ale moŜesz wkrótce poŜałować, Ŝe nie jem tylko marchewki.
— Dlaczego?
— W stresie zawsze jem więcej, a zapewne zamierzasz płacić za moje posiłki, więc…
Brad roześmiał się tylko.
— Nie bój się, budŜet tej podróŜy jest wystarczający — zapewnił. — Jak wiadomo,
wykonując pewne hmm… czynności, spala się duŜą ilość kalorii.
Joanne zaczerwieniła się. Lancing był zdecydowanie zbyt bezpośredni.
— Będziemy więc musieli dbać o to, Ŝebyś odpowiednio duŜo ćwiczyła — ciągnął. —
Twojemu bratu z pewnością nie spodoba się, kiedy wrócisz do domu pulchna jak ciasto.
Joanne nie zamierzała pokazywać po sobie, Ŝe przeraŜają ją jego słowa. Odpowiedziała więc:
— To niemoŜliwe. Mam taką przemianę materii, Ŝe nawet bez Ŝadnych ćwiczeń jestem
szczupła. Tak samo jak Steve.
— Nie jesteś podobna do Milly, ale do Steve’a i to bardzo — zauwaŜył Brad. —
Przypuszczam, Ŝe łączy was nie tylko fizyczne, ale i psychiczne podobieństwo — dodał oschle.
— Dlaczego tak mówisz?
— Byłem pewien, Ŝe miał ochotę mnie pobić. A z tego, co powiedział, wnioskuję, Ŝe ma o
mnie równie złą opinię, jak ty.
Joanne przeraziła się. Steve zwymyślał Brada, nie zdając sobie sprawy, Ŝe ten moŜe zniszczyć
Optima Business Services, jeśli tylko zechce — i Ŝe nie ma Ŝadnych skrupułów.
Brad uśmiechnął się smutno.
— Wprawdzie nie krzyczał i uŜywał względnie grzecznych słów — powiedział — ale ostrzegł
mnie bardzo zdecydowanie, Ŝebym trzymał się od ciebie z daleka. Wspomniał jeszcze raz, Ŝe
jesteś zaręczona, i dodał, Ŝe jeśli choćby cię dotknę, będę miał z nim do czynienia.
— Chyba nie powiedziałeś mu, Ŝe przymusiłeś mnie szantaŜem do wyjazdu? — upewniła się
Joanne. — Nie chcę, Ŝeby się martwił!
— Nie. Steve martwi się tylko o to, Ŝebyś nie zakochała się we mnie i nie straciła
narzeczonego. Gdyby tylko wiedział, Ŝe nie moŜesz na mnie patrzeć… Nie znosisz mnie,
prawda?
— A jak myślisz?
Lancing znowu się roześmiał.
— Gdyby zdawał sobie sprawę, Ŝe zgodziłaś się pojechać ze mną tylko w wyniku szantaŜu —
kontynuował — nie puściłby mi tego płazem. Przyznam, Ŝe podziwiam jego odwagę.
— ZaleŜy mu na mnie — odpowiedziała krótko Joanne.
*
*
*
Po mniej więcej dwugodzinnym locie, którego większą część Joanne przespała, wylądowali na
lotnisku Flesland.
— Na wybrzeŜu Norwegii nie jest tak zimno jak w głębi kraju, ale pada przez ponad dwieście
dni w roku — poinformował Brad. — Na szczęście zwykle nie przeszkadza to w oglądaniu
wspaniałych widoków.
Faktycznie, kiedy wyszli z budynku lotniska, padał słaby deszcz. Brad skierował się do
najbliŜszej taksówki, wydając kierowcy polecenia płynnym norweskim.
— Nie przysłano samochodu — wyjaśnił Joanne — poniewaŜ utrzymywałem nasz przyjazd w
tajemnicy. Pojawię się w firmie dopiero wtedy, kiedy porozmawiam z człowiekiem, którego tu
oddelegowałem — nazywa się Paul Randall — i gdy ocenię sytuację.
— Jak daleko od Bergen jesteśmy? — spytała Joanne.
— Około dwudziestu kilometrów na południe od miasta. Do centrum jedzie się mniej więcej
pół godziny, jeśli nie ma duŜego ruchu — tłumaczył Brad. — Szkoda, Ŝe dzisiaj chmury są nisko,
nie widziałaś Bergen z powietrza. Bergen jest znane jako „miasto siedmiu wzgórz” — opowiadał.
— Poza tym przecina je siedem fiordów. Jest naprawdę pięknie połoŜone, na samym wybrzeŜu.
Deszcz i tak zasłaniał widoki za szybami samochodu. Joanne znowu poczuła się niezręcznie,
siedząc tuŜ koło Brada, zamknięta w małej kabinie. Dyskretnie cofnęła się w kąt. Lancing
zauwaŜył to jednak i uśmiechnął się lekko. Zaczerwieniła się.
— Gdzie się zatrzymamy? — spytała dla odwrócenia jego uwagi.
— W Bergen jest mnóstwo dobrych hoteli, ale jedziemy do rodzinnego domu mojej matki.
Dom nazywa się Lofoten. Stoi niedaleko od centrum. MoŜna z niego szybko dojść piechotą
zarówno do siedziby firmy, jak i do portu. Pomyślałem więc, Ŝe hotel nie jest nam potrzebny.
Lofoten jest sporym budynkiem. Moi pra — prapradziadkowie mieli mnóstwo dzieci i wnuków.
DuŜa część ich potomków mieszka teraz w Chicago. Po śmierci dziadka nie chciałem pozbywać
się tak pięknego domu; nie ma teŜ sensu, Ŝeby stał pusty, zamieniłem więc Lofoten w
pensjonat… Cieszysz się? — spytał Brad, widząc wyraz twarzy Joanne.
— Tak! — odparła śmiało. Doznała niejakiej ulgi. JuŜ się bała, Ŝe będzie mieszkać w wielkim
domu sama z Lancingiem. W pensjonacie przynajmniej będą inni ludzie.
R
OZDZIAŁ CZWARTY
Przejechali przez nowoczesną część miasta i wkrótce znaleźli się w centrum. Składało się
prawie wyłącznie z zabytkowych budynków. Kiedy minęli długi, wąski basen portowy, Brad
poinformował:
— Tu jest Torget, czyli rynek, na którym do dziś odbywają się targi. Bywa teŜ zwany
Fisketorget — „targ rybny”. Sto lat temu rybacy sprzedawali tu świeŜo złowione ryby.
W pięknych, starych domach stojących przy krętych uliczkach znajdowały się dziesiątki
sklepów z antykami. W końcu taksówka dotarła do miejsca, gdzie budynki stały nieco rzadziej.
— Jesteśmy na miejscu — zakomunikował Brad. Zatrzymali się pod duŜym, starym,
drewnianym, pomalowanym na czerwono trzypiętrowym domem o wysokich, łukowato
zwieńczonych oknach z małych szybek. Po obu stronach Lofoten stał mur, otaczający chyba
rozległy teren.
— Ten dom naleŜy do naszej rodziny juŜ od kilkuset lat — oznajmił z dumą Lancing. —
Parokrotnie był częściowo przebudowywany, ale główna jego część stoi od wieków.
Lofoten postawiono w pewnej odległości od ulicy, od której oddzielały go grządki kwiatów,
otoczone Ŝwirem. Budynek był kryty ozdobnym gontem, dach miał wystające okapy. Nad
werandą widniał napis z nazwą domu. Joanne popatrzyła w górę, zafascynowana. Bezpośrednio
nad nią znajdowała się rodzina pięknie wyrzeźbionych, splecionych ze sobą smoków.
— Podobają ci się smoki? — zagadnął Brad.
— Są wspaniałe! Nadają domowi charakter. Mają wesołe pyski, jakby się bawiły. Zaraz, ten
jeden mały wygląda, jakby go coś bolało.
— Nie widzisz, dlaczego? Największy nadepnął mu na ogon!
Brad popatrzył na pełną podziwu twarz Joanne. Krople deszczu spływały jej po policzkach.
„Jest piękna!” — pomyślał niespodziewanie. Miał nagle ochotę pocałować Joanne.
Powstrzymał się jednak.
— Jaki śliczny ten maleńki! — zawołała, pełna zachwytu.
— Rzeczywiście słodki — zgodził się Brad. — Ale pada deszcz. Za chwilę przemokniemy do
suchej nitki. ChociaŜ… moglibyśmy potem wziąć gorącą kąpiel i umyć się nawzajem.
Joanne natychmiast ruszyła do wejścia. Brad otworzył cięŜkie drzwi. W duŜym holu nie było
nikogo poza siedzącą za biurkiem recepcjonistką. Podłoga, sufit i ściany zrobione były ze
szlachetnego, jasnego drewna o złotawej barwie, trochę ściemniałego ze starości. Klatka
schodowa była pięknie rzeźbiona, drewniane schody prowadziły na półpiętro z balustradą. Nie
było Ŝadnych dywanów. W kącie stał zielono–niebieski piec w kształcie ogromnego ula.
Wszystko robiło bardzo sympatyczne, choć odrobinę surowe wraŜenie. Od pieca biło przyjemne
ciepło. W holu znajdowała się jeszcze skórzana kanapa, były teŜ krzesła i ława. Zasłony, obicia
mebli i niepalna mata przed piecem miały jednakowy, jasnobrązowy kolor. We wnęce z boku
piętrzył się pachnący stos sosnowego drewna.
Jasnowłosa NorweŜka podniosła wzrok znad komputera i odezwała się świetną
angielszczyzną:
— Jak miło pana widzieć, panie prezesie! Szkoda, Ŝe akurat pada.
— Jak się miewasz, Helgo? — spytał Lancing.
— Dziękuję, znakomicie. Mam nadzieję, Ŝe pan prezes takŜe.
— Owszem. — Brad objął Joanne w pasie, pociągnął ją naprzód i przedstawił: — To jest pani
Winslow. — Nie dodał: „moja sekretarka”, ani niczego innego. Helga mogła sama próbować
domyślać się, kim jest Joanne. Recepcjonistka zauwaŜyła pierścionek zaręczynowy na jej palcu i
zaczęła się zastanawiać.
— Miło mi panią poznać — powiedziała, uśmiechając się sympatycznie.
— Przepraszam, Ŝe zawiadomiłem o swoim przyjeździe tak krótko przed przybyciem —
powiedział Brad.
— Pański apartament zawsze jest gotowy na przyjęcie pana — zapewniła Helga. — Wezwę
Edvarda, Ŝeby wniósł walizki na górę.
— Dziękuję, nie trzeba; sam je zaniosę… — Brad spojrzał na Joanne. — Chodźmy, kochanie.
Ruszyła do małej windy, myśląc: „Muszę jakoś to wszystko przetrwać!” Brad zaprowadził ją
do apartamentu na pierwszym piętrze. W apartamencie był wygodny salon — ogromna skórzana
kanapa, dwa fotele, telewizor, zestaw stereofoniczny, duŜy, stary zegar, półki pełne ksiąŜek oraz
mały piec kaflowy zbudowany wewnątrz kominka, obok stosik drewna.
Po lewej był mniejszy pokój z biurkiem i sprzętem komputerowym najnowszej generacji. Inne
drzwi prowadziły do łazienki. Sypialnia była tylko jedna. Drugą Brad zamienił na biuro. Joanne
była bliska rozpaczy. Trzymała się dotąd nadziei, Ŝe być moŜe będzie miała własny pokój.
Okna duŜej sypialni wychodziły na rozległy ogród. Pokój urządzony był przyjemnie. W
ś
cianach były dwie wielkie szafy, wstawiono nowoczesne meble. Wzrok Joanne przykuło
ogromne łóŜko, zajmujące środek pomieszczenia. Obawiała się nadchodzącej nocy. WyobraŜała
sobie, Ŝe Brad połoŜy się obok niej, nagi — wiedziała, Ŝe będzie nagi. Na pewno miał pręŜne,
umięśnione ciało — nie miał ani odrobiny nadwagi. Nie wątpiła, Ŝe był doświadczonym
kochankiem… Ogarnęły ją erotyczne myśli. Zdumiała się. Była przecieŜ przeraŜona. A jednak…
— Zmieścimy się tu oboje — zapewnił Brad. — Po której stronie wolisz leŜeć?
— Wolałabym spać sama. — Joanne odwróciła wzrok.
— Zawsze śpisz sama?
— Zawsze.
— A co z Trevorem? — wypytywał bezczelnie Lancing.
Milczała. Nie miała zamiaru dzielić się z nim swoimi intymnymi sprawami. ZadrŜała, kiedy
kropla deszczówki spłynęła jej po szyi i plecach.
— MoŜesz opowiedzieć mi o nim później — zawyrokował Brad. — W tej chwili powinnaś
raczej wysuszyć włosy.
— Chętnie wzięłabym prysznic.
— A moŜe masz ochotę, Ŝebyśmy wzięli go razem? — upewnił się Brad.
— Nie! Zgodziłam się pełnić rolę twojej sekretarki, a nie zostać twoją kochanką.
— Szkoda. Ale to dopiero pierwszy dzień. Kiedy mnie lepiej poznasz…
— Na pewno nie będę chciała się z tobą kochać!
Brad uśmiechnął się tylko. Joanne poŜałowała, Ŝe wdała się z nim w dyskusję.
— Zdaje się, Ŝe deszcz słabnie i zaczyna się przejaśniać — odezwał się, wyglądając przez
okno. — Wieczór powinien być piękny. Jeśli chcesz, zamówię stolik w jednej z restauracji.
Wybierzemy się na spacer, pokaŜę ci trochę miasto.
— To byłoby miłe — zgodziła się grzecznie.
Potarł brodę.
— Najpierw powinienem się ogolić; poza tym chcę załatwić kilka drobnych spraw i
porozmawiać krótko z Paulem Randallem. W Norwegii kolację jada się wcześnie. Czy moŜemy
wyjść za godzinę? — zaproponował.
— Dobrze.
— Nie ma potrzeby elegancko się ubierać. — Na podróŜ Joanne włoŜyła kostium, jak do
pracy. — Wystarczy coś ładnego, zwyczajnego — poradził Brad.
Odebrała to jako polecenie, mimo Ŝe zwracał się do niej spokojnie modulowanym tonem.
— Przyda ci się Ŝakiet. Wieczorem moŜe być zimno — dodał i zniknął w gabinecie.
Joanne zajrzała do walizki. Nie miała czasu spakować wielu ubrań na specjalne okazje. Miała
drugi kostium, płaszcz, polar, wełniane swetry, dŜinsy, spódnice i zwykłe bluzki. W ostatniej
chwili spakowała markową kurteczkę ze sztucznego futerka. Stwierdziła, Ŝe najlepiej będzie, jak
włoŜy ten sam kostium, który miała na sobie.
Łazienka była bardzo luksusowo urządzona. Joanne zamknęła się, oczywiście, na wszelki
wypadek. Kiedy myła włosy, znów naszły ją erotyczne myśli. Brad fascynował ją w
niewytłumaczalny sposób. Dziwiła się. Było to zupełnie do niej niepodobne.
Nawet kiedy była nastolatką, w przeciwieństwie do wielu przyjaciółek nie miała ochoty na
fizyczne kontakty z chłopcami. Ostrzegano ją, Ŝe rozpoczęcie Ŝycia erotycznego to powaŜna
sprawa, która moŜe prowadzić do róŜnych, czasem nieodwracalnych konsekwencji. Kilku
starszych od niej chłopców dąŜyło do tego, Ŝeby poszła z nimi do łóŜka, jednak ich męskie zaloty
raczej ją odrzucały, niŜ zachęcały do czegokolwiek. Kiedy stała się nieco starsza, nie umiała
reagować na posunięcia swoich chłopaków tak, jak by chcieli. Zaczynała juŜ nabierać
przekonania, Ŝe ma jakiś istotny brak. Unikała erotycznych pieszczot czy nawet dotknięć,
poniewaŜ budziły w niej tylko poŜądanie, nie zaspokajając go, a chłopcy, z którymi była kolejno
związana, i tak byli niezadowoleni. Po śmierci rodziców zaś w ogóle nie miała czasu na Ŝycie
prywatne. Uznała, Ŝe widocznie nie jest jej dane znaleźć męŜa i załoŜyć rodzinę. Skoncentrowała
się na pracy i karierze zawodowej.
Wreszcie, na początku bieŜącego roku, jeden z męŜczyzn, z którymi współpracowała,
przedstawił jej kolegę — Trevora Wilky’ego. Zaczęli się spotykać i związali się ze sobą, choć nie
był to związek nacechowany silnym uczuciem. Trevor był bardzo spokojnym człowiekiem i tak
teŜ układały się jego relacje z Joanne. Zaczęła powaŜnie myśleć o wspólnej przyszłości…
Nie wiedziała, czy koszmar, jaki przydarzył jej się teraz, doprowadzi do rozpadu jej związku.
Westchnęła i sięgnęła po ręcznik. Rozczesawszy włosy, upięła je, jak zwykle, w schludny kok.
NałoŜywszy makijaŜ, ubrała się w ten sam kostium, w którym przyleciała. Brad przebrał się w
modne, codzienne ubranie. Kiedy Joanne wyszła do przedpokoju, wstał znad papierów. Obejrzał
ją od stóp do głów. Wyglądała, jakby wybierała się do pracy. Popatrzył na nią z
niezadowoleniem.
— Powiedziałeś, Ŝe nie ma potrzeby elegancko się ubierać — powiedziała.
— To prawda, ale mówiłem równieŜ, Ŝe wystarczy ubrać się w coś zwykłego i ładnego.
Kostium, który masz na sobie, nie jest ani zwykły, ani ładny.
— Obawiam się, Ŝe będzie musiał wystarczyć — odparła chłodno.
Brad zdenerwował się.
— Jest idealny do pracy, ale nie moŜna powiedzieć, Ŝeby był odpowiedni na romantyczny
spacer! KaŜdy od razu pomyśli, Ŝe jesteś moją sekretarką.
— Jestem nią.
— Tylko w biurze. Proszę, Ŝebyś poza biurem ubierała się stosownie do tego, o czym
wspominałem. Będziemy spędzać razem urlop.
— Obawiam się, Ŝe nie mam nic, w czym na pierwszy rzut oka wyglądałabym na twoją
kochankę!
— W takim razie niedługo pójdziemy po zakupy — zdecydował Brad. — A teraz mogłabyś
mimo wszystko nałoŜyć coś innego.
— Nie mam nic odpowiedniejszego.
— W takim razie moŜemy zostać w domu. KaŜę przynieść nam coś do jedzenia. Zastanowimy
się, jak moglibyśmy spędzić wieczór tutaj…
Joanne przeraziła się kolejny raz.
— Naprawdę nic ciekawego nie wzięłam! — powiedziała. — MoŜesz zajrzeć do mojej
walizki i sprawdzić, jeŜeli mi nie wierzysz. — Ruszyła do sypialni.
Brad przetrząsnął szybko jej walizkę i wybrał jedwabną spódnicę w brązowomiedziane wzory,
sandały z cienkich pasków i niby–futrzaną kurtkę.
— To będzie dobre — zapewnił. — A moŜe chcesz, Ŝebym pomógł ci się przebrać?
Joanne miała juŜ dość.
— Nie chcę! — odpowiedziała. — Przebiorę się tylko po to, Ŝebyś przestał się mnie czepiać.
Zmieniając ubranie, pomyślała, Ŝe sprzeciwianie się Lancingowi nie było mądre. Mogło
jedynie pogorszyć sprawy. PrzecieŜ od Brada zaleŜał los firmy Stevena, los ich wszystkich.
Lancing trzymał Joanne w szachu.
Niechętnie wróciła do salonu. Brad stał plecami do niej, wyglądając przez okno. Na dworze
zapadał zmierzch.
Joanne przystanęła, zauwaŜając, jak szerokie ramiona miał Brad w porównaniu z biodrami.
ZauwaŜyła wcześniej, Ŝe stąpa lekko, z męskim wdziękiem, a jednocześnie zdecydowanie.
Roztaczał aurę pewności siebie, niemal arogancji.
Westchnęła. Jej matka z pewnością powiedziałaby, Ŝe Brad to prawdziwy męŜczyzna, o jakim
marzy kaŜda kobieta.
Odwrócił się i przyjrzał jej się znowu.
— Teraz o wiele lepiej — pochwalił.
— Cieszę się, Ŝe tak uwaŜasz — odparła z ironią w głosie.
Spojrzał na nią takim wzrokiem, Ŝe postanowiła więcej go nie prowokować.
— Jeszcze jedno… — zaczął, zbliŜając się. Znów zrobiło jej się nieswojo. Zanim odgadła, co
Brad zamierza zrobić, sięgnął do jej włosów i zaczął zręcznie wyjmować z nich szpilki. Gęste
włosy Joanne opadły kaskadą na jej ramiona. — Tak jest o wiele lepiej.
Był wyraźnie zadowolony.
Podał jej kurtkę i zeszli po schodach da holu. Było w nim teraz trochę ludzi.
Przestało padać, tylko chodniki były mokre. Brad wziął Joanne pod rękę. Nie pytając, sam
przełoŜył jej dłoń ponad zgięciem swojego łokcia.
— Pomyślałem, Ŝebyśmy przeszli się aŜ do WieŜy Rosenkrantza, aby rozprostować trochę
nogi — powiedział. — A potem zjemy kolację na Bryggen.
— Co to jest Bryggen? — zainteresowała się Joanne.
— NabrzeŜe. Ciąg stojących tam budynków został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa
Kultury UNESCO. Są naprawdę stylowe, przychodzi tam wielu turystów. W budynkach
mieszczą się teraz butiki, muzea, restauracje.
Na ulicach było mnóstwo samochodów, a na chodnikach — roześmianych ludzi.
— Czy jest tu gdzie bawić się wieczorami? DuŜo ludzi spędza czas w róŜnych lokalach? —
pytała Joanne.
— Owszem. W weekendy w rejonie portu jest wieczorem prawdziwy tłok. Są sympatyczne
kawiarnie, dyskoteki, kluby studenckie — co kto lubi. Szczególnie godna polecenia jest
kawiarnia Kirkenes, grają tam na fortepianie. Zabiorę cię do niej jutro — mówił Brad.
Joanne rozglądała się ciekawie na wszystkie strony. W końcu doszli do niskiej, pękatej wieŜy
Rosenkrantza.
— Do czego słuŜyła ta wieŜa? — spytała Joanne.
— Erik Rosenkrantz zbudował ją, w połowie szesnastego wieku; stanowiła część jego
ufortyfikowanej rezydencji.
Stojący obok turysta nadstawił z zainteresowaniem uszu.
Brad oprowadzał Joanne po malowniczej starówce Bergen, opowiadając o wszystkim jak
prawdziwy przewodnik. Jasne było, Ŝe zna i kocha rodzinne miasto swojej matki. Turysta, który
dołączył do nich pod wieŜą, chodził za nimi, słuchając z zainteresowaniem słów Brada.
Port był rzęsiście oświetlony; nieduŜe drewniane budynki o krytych gontem dachach,
przysadzista wieŜa i białe jachty odbijały się w wodzie.
— Cudownie tu! — Joanne była zachwycona. Lokal wybrany przez Brada, urządzony w
jednym ze starych drewnianych domów, miał coś z atmosfery saloonu rodem z Dzikiego
Zachodu. Usiedli pod balkonem z desek.
— Dobrze, Ŝe ten facet, który chodził za nami, nie wszedł tutaj — odezwał się Brad.
— Rzeczywiście, był trochę natrętny. — Rozejrzała się. — Niezwykłe miejsce. Pełno gości.
Całe szczęście, Ŝe znaleźli dla nas stolik.
— Nie znaleźliby, gdyby mnie tu nie znali — odparł z zadowoleniem Brad. — W tej
restauracji miejsca rezerwuje się z góry. Kucharze są znakomici; serwują tu tradycyjne norweskie
potrawy, na przykład marynowanego łosia i pieczonego renifera.
Joanne trochę się obawiała wymienionych przez Brada potraw, wybrała więc pieczonego
łososia i deser owocowy.
Czekając na jedzenie, rozmawiali na róŜne, nie związane ze sprawami osobistymi ani
zawodowymi tematy. Joanne była zaskoczona swobodą wymowy Brada, jego wiedzą i
inteligencją. Wspaniale jej się z nim rozmawiało. A przede wszystkim Brad traktował ją jak
równego partnera w rozmowie, a nie tłumaczył jej wszystkiego, wygłaszając arbitralne sądy —
jak często robił Trevor. Brad był obdarzony swoistym, cierpkim humorem, miał ukształtowane,
przemyślane opinie na większość tematów. A przy tym nie próbował ich narzucać.
Joanne sama zgadzała się z wieloma z nich. Tokowi jego rozumowania nie moŜna było
niczego zarzucić. Brad był błyskotliwy.
I tym razem zachowywał się grzecznie, a nawet uprzejmie. Wprost czarująco. Nie narzucał się
w najmniejszym stopniu.
W miarę upływu wieczoru Joanne zaczęła myśleć z niepokojem, Ŝe cieszy się jego
towarzystwem. Przypomniała sobie jednak zaraz, jakiego rodzaju człowiekiem jest Lancing. I Ŝe
nim przecieŜ gardzi.
— Nie musisz mi mówić, co teraz myślisz — odezwał się nagle cierpko. — Od razu widać po
tobie wszystkie uczucia.
Zaczerwieniła się. Dlaczego musi być taki spostrzegawczy?! Atmosfera wieczoru od razu się
pogorszyła. Joanne Ŝałowała, Ŝe do tego doszło. Zagryzając wargi, zastanawiała się, jak
przełamać niewygodne milczenie.
— Miałaś opowiedzieć mi o swoim narzeczonym — usłyszała niespodziewanie.
Nie miała ochoty rozmawiać o Trevorze.
— Nie ma wiele do opowiadania… — zaczęła.
— Mogłabyś zacząć od jego wyglądu.
Jeszcze przed chwilą Brad zachowywał się swobodnie, teraz patrzył i mówił chłodno.
— Wysoki czy niski, gruby czy szczupły, blondyn czy brunet? — pytał.
— Wysoki, blondyn, wygląda całkiem miło.
— „Całkiem miło”. Czyli niezbyt poraŜająco — skomentował bezczelnie Brad.
— Czy musisz od razu z niego kpić? Co tak naprawdę chciałbyś wiedzieć?
— Najpierw powiedz, ile ma lat.
— Trzydzieści sześć.
— Zatem minęły juŜ jego burzliwe, młodzieńcze lata.
Trevor był wyjątkowo spokojnym, trzeźwo myślącym człowiekiem. Joanne nie wierzyła, aby
kiedykolwiek miał „burzliwy” charakter.
— A ty ile masz lat? Dwadzieścia pięć — upewnił się Brad, kiedy nie odpowiadała. — Jest
między wami duŜa róŜnica wieku — jedenaście lat.
— Dopiero za kilka dni skończę dwadzieścia pięć lat — poprawiła Joanne. — Ale, wracając
do Trevora, uwaŜam, Ŝe wiek nie ma znaczenia.
— Czy Trevor jest jedynakiem? — spytał niespodziewanie Brad.
— Dlaczego tak sądzisz? — Joanne była nieco wytrącona z równowagi.
— Mam wraŜenie, Ŝe jest trochę maminsynkowaty.
— MoŜna mieć większe wady! — burknęła Joanne. — Trevor jest przynajmniej przyzwoitym,
uczciwym człowiekiem. O niektórych męŜczyznach nie moŜna tego powiedzieć! — zakpiła.
— Poza tym, Ŝe jest przyzwoity i uczciwy, co sprawia, Ŝe wybrałaś go spośród innych? —
wypytywał Brad, nie zraŜony.
— Mamy te same zainteresowania.
— Jakie?
— Czytanie, muzyka, sztuka, zwłaszcza teatr.
— Nie uprawiacie sportów, nie chodzicie na piesze wycieczki, i tak dalej?
— Trevor nie jest typem sportowca.
— Nie ogląda nawet sportu w telewizji? — chciał się dowiedzieć Brad.
— Nie.
— A ty?
— Ja teŜ nie oglądam.
Brad uśmiechnął się z błyskiem w oku.
— A czy lubisz uprawiać jakieś sporty? — spytał.
— Owszem. Lubię piesze wędrówki i pływanie.
— Jeździsz na nartach?
— Nie. Nigdy nie miałam okazji spróbować.
— A gdyby nadarzyła się okazja, chciałabyś?
— Tak — zgodziła się Joanne.
— Wyjechałabyś wtedy i zostawiła Trevora samego w domu?
Joanne umilkła, zastanawiając się.
— Opowiedz mi o jego wadach — nalegał Brad. — Nie moŜna dobrze ocenić człowieka, nie
znając jego wad.
CóŜ, Trevor miał bardzo niewiele powaŜnych wad. Trochę lubił się rządzić, mówił Joanne, co
powinna robić, jak Ŝyć. Poza tym był jednak idealnym przyjacielem i partnerem.
Zasadnicze znaczenie miało dla Joanne to, Ŝe wprawdzie odnosił się do niej z
zainteresowaniem, co było bardzo miłe, ale nigdy nie nalegał na erotyczne zbliŜenie. Nie
oczekiwał teŜ od niej inicjatywy w tej sprawie. Zapewne Trevor miał mniejszy od przeciętnego
popęd seksualny. Był w pełni zadowolony z jej towarzystwa i niezbyt namiętnych pocałunków.
— Trevor nie ma… Ŝadnych powaŜnych wad — powiedziała.
— Istny wzór — zakpił Brad.
— Mam szczęście, Ŝe na niego trafiłam — zapewniła Joanne z przekonaniem.
— Od dawna jesteście razem?
— Poznaliśmy się mniej więcej siedem miesięcy temu.
— Jak długo jesteście zaręczeni?
Joanne zastanowiła się chwilę, czy nie powiedzieć prawdy. Właściwie sprawa zaręczyn nie
była rozwiązana. Joanne zdecydowała jednak nie tłumaczyć tego Bradowi. JeŜeli miał choć
odrobinę przyzwoitości, mógł mieć na względzie to, Ŝe Joanne jest zaręczona.
— Niedługo — powiedziała. — Parę tygodni.
— Czy jego matka zgadza się na wasz ślub? — wypytywał Brad.
— Tak.
— MoŜe uwaŜa, Ŝe juŜ czas, Ŝeby jej synek oŜenił się z miłą dziewczyną. Zapewne matka
Trevora udaje, Ŝe nie wie, iŜ sprowadziłaś go na złą drogę.
— Niczego takiego nie zrobiłam!
— PrzecieŜ chyba sypiacie ze sobą?
— Nie — odpowiedziała szczerze Joanne.
— Jak to? Dlaczego nie? Nie mów mi, Ŝe Trevor nie próbował…
— Nie kaŜdy ma taką mentalność, jak ty! — wypaliła, zdenerwowana. — Trevor z radością
czeka na czas, kiedy będziemy juŜ małŜeństwem.
— Naprawdę? A ty? Skoro czekasz na Trevora, moŜe spotykasz się tymczasem z innymi?
— Nie! Wiesz co?! Jesteś obrzydliwy!
Brad nie dawał za wygraną.
— Musisz być okropnie sfrustrowana — stwierdził. — Nic dziwnego, Ŝe zgłosiłaś się, Ŝeby
zastąpić Milly.
— Nie o to mi chodziło!
— JuŜ mówiłaś — nie protestował Brad. — Jednak niewykluczone, Ŝe moŜe ci się spodobać,
Ŝ
e zastępujesz Milly. Sprawię, Ŝe ci się spodoba.
Joanne zadrŜała, ogarnięta dziwnym uczuciem.
— CzyŜbyś cieszyła się na tę perspektywę? — zainteresował się Brad.
— DrŜę z odrazy! — burknęła Joanne.
A jednak coś ją ku niemu ciągnęło. Brad uśmiechnął się kpiąco.
— Nie umiesz kłamać — powiedział. — Wszystko, co czujesz, masz od razu wypisane na
twarzy. No proszę, boisz się nawet na mnie spojrzeć!
R
OZDZIAŁ PIĄTY
— Pozwól, Ŝe z ciekawości spytam — ciągnął Brad — kiedy się pobieracie?
— Jeszcze nie ustaliliśmy daty.
— Jak długo spodziewałaś się, Ŝe Trevor ci się oświadczy, zanim to zrobił?
Joanne w ogóle nie spodziewała się oświadczyn. Sądziła, Ŝe Trevor jest typem urodzonego
kawalera. Choć powinna była coś podejrzewać, kiedy kupił szampana — jak na niego była to
daleko posunięta ekstrawagancja. Zaskoczył ją.
— Nie spodziewałam się — przyznała Joanne.
— Coś takiego! Skoro Trevor ma taki wzorcowy charakter, pewnie zaprowadził cię do
jakiegoś ogrodu róŜanego, a kiedy usiadłaś na ławce, przyklęknął na jedno kolano — kpił Brad.
— Nie.
— To w jaki sposób się oświadczył? Powinienem wiedzieć, jak to się robi, na wszelki
wypadek!
*
*
*
Trevor zaprosił Joanne do jednej z najlepszych restauracji w Londynie, a potem odchrząknął i
odezwał się odrobinę pretensjonalnym tonem:
— Dobrze się między nami układa, nie uwaŜasz?
— Owszem — odparła Joanne, trochę zdziwiona. — A dlaczego pytasz?
— Chcę, Ŝebyśmy się zaręczyli — oświadczył Trevor i zanim się spostrzegła, nasunął jej na
palec pierścionek z drogim kamieniem.
Joanne była zupełnie zaskoczona.
— Co na to twoja matka? — spytała.
— Aprobuje moją decyzję.
— Och…
— Mam dobrą pracę — przypomniał Trevor. — Stać mnie na utrzymanie rodziny.
— Hmm, w zasadzie…
— Zwróciłem uwagę, jak reagujesz na bliźnięta kuzyna Jeana. Uwielbiasz dzieci!
Była to tylko częściowo prawda. Joanne uwaŜała róŜne znane sobie dzieci za cudowne, ale to
nie znaczyło, Ŝeby marzyła, aby jak najszybciej mieć jak najwięcej własnych!
— Chciałabyś załoŜyć rodzinę, prawda? — ciągnął Trevor.
— Tak, ale…
— Widzisz, moja mama zdecydowała, Ŝe juŜ najwyŜszy czas, abym się oŜenił i dał jej wnuki
— zakończył.
Najwidoczniej jego matce nie wystarczało, Ŝe rządzi swoim synem. Czuła potrzebę
dyrygowania kimś jeszcze.
— Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałabym zastanowić się nad twoją propozycją —
powiedziała wreszcie Joanne.
Trevor poczuł się zawiedziony — matka zapewniła go, Ŝe Joanne będzie śpiewała z radości.
— Naprawdę nie wiem, o czym tu myśleć! — oświadczył.
Joanne nie chciała go zranić.
— Zanim zdecyduję się wyjść za ciebie, muszę mieć pewność, Ŝe będę dla ciebie odpowiednią
Ŝ
oną — powiedziała.
— Mama najwyraźniej uwaŜa, Ŝe jesteś znakomitą kandydatką — wyjaśnił Trevor. — Cieszy
się, Ŝe masz właściwe zasady moralne. To znaczy, Ŝe nie zabawiasz się na prawo i lewo.
Joanne wiedziała, Ŝe to największy komplement, jaki mogła wypowiedzieć matka Trevora i on
sam.
— Pochlebiacie mi, naprawdę — odparła. — Ale rozumiesz zatem, Ŝe zanim powiem „tak”,
chcę mieć pewność, czy dobrze postępuję. Nie chciałabym was zawieść.
— Rzeczywiście, lepiej mieć absolutną pewność — zgodził się Trevor. — Nie musisz
spieszyć się z decyzją.
Joanne chciała ściągnąć pierścionek, ale Trevor powstrzymał ją ze słowami:
— DuŜo się natrudziłem, Ŝeby znaleźć właśnie ten pierścionek. Mama była przekonana, Ŝe ci
się spodoba — ja takŜe…
— Podoba mi się! — zapewniła Joanne. — Jednak nie byłoby w porządku, gdybym go nosiła
przed podjęciem decyzji… A gdybym tak zdecydowała nie wychodzić za ciebie?
Trevor nie wierzył, Ŝe coś takiego moŜe się zdarzyć.
— Nie obawiam się tego — zapewnił z całkowitym spokojem.
Pewnie miał rację. Rozsądek nakazywał Joanne wyjść za Trevora. Gdzie znajdę równie
przyzwoitego męŜczyznę o zaletach Trevora — myślała — kogoś, kto odpowiadałby mi choć w
połowie tak jak on? Jeśli odrzucę jego oświadczyny, prawdopodobnie nigdy w Ŝyciu nie znajdę
męŜa i nie będę miała dzieci…
— Obiecaj mi, Ŝe podczas podejmowania decyzji będziesz miała na palcu ten pierścionek —
ciągnął Trevor. — Bylibyśmy bardzo rozczarowani, gdybym musiał zabrać go z powrotem.
— Dobrze, obiecuję — zgodziła się niechętnie Joanne.
— Znam cię na tyle dobrze, Ŝe nie mam wątpliwości, iŜ będziesz idealną Ŝoną — oświadczył z
szerokim uśmiechem Trevor.
A jednak Joanne nie była do samego końca pewna, czy za niego wyjść…
*
*
*
Brad nie usłyszał od razu odpowiedzi, więc spytał:
— A moŜe to ty mu się oświadczyłaś?
— Trevor zaprosił mnie na obiad do restauracji, zamówił szampana, wyciągnął pierścionek i
oświadczył mi się — wyjaśniła Joanne.
— Jak rozumiem, powiedział, Ŝe cię kocha? — upewnił się Brad.
Joanne przeszedł zimny dreszcz. Nigdy nie powiedzieli sobie z Trevorem „kocham cię”.
— Oczywiście! — skłamała.
— A ty go kochasz?
— Czy myślisz, Ŝe inaczej zgodziłabym się wyjść za niego?
Brad wzruszył ramionami.
— To zaleŜy, czy myślisz, Ŝe miłość jest waŜna — odparł.
— A ty — co o tym myślisz? — rzuciła wyzwanie Joanne.
— Ja uwaŜam, Ŝe jest bardzo waŜna — oznajmił Brad. — Miłość scala małŜeństwo, jeśli
małŜonków łączą takŜe inne potrzebne rzeczy.
— Co uwaŜasz za „inne potrzebne rzeczy”? — zainteresowała się Joanne.
— Wspólne zainteresowania, dopasowanie seksualne, wzajemny szacunek, wzajemne
upodobanie do przebywania w towarzystwie współmałŜonka.
Joanne była zaskoczona, Ŝe człowiek taki jak Brad ma zdrowy pogląd na małŜeństwo.
— Myślę tak samo jak ty — przyznała.
— A zatem byłaś ogromnie uszczęśliwiona i powiedziałaś mu „tak”? — wypytywał Brad.
— Właśnie! — skłamała znowu Joanne, pomagając sobie butną miną.
— To, co mówisz, róŜni się zasadniczo od wersji przedstawionej mi przez twoją siostrę —
oznajmił Brad z nieprzeniknioną miną.
— Jak to?! — Joanne przeraziła się. — A co powiedziała ci Milly?
— Mówiła, Ŝe Trevor ci się oświadczył, ale Ŝe nie dałaś mu odpowiedzi. Miała teŜ nadzieję, iŜ
po przemyśleniu sprawy powiesz mu, Ŝe nie chcesz za niego wyjść. Jeśli dobrze pamiętam,
nazwała Trevora „nadętym frajerem”.
Joanne została przyłapana na kłamstwie.
— Nawet to jest lepsze niŜ hipokryzja — a ty jesteś hipokrytą! — oświadczyła.
Brad popatrzył gniewnie, ale nie wystraszyła się go.
— Nie pamiętasz, jak powiedziałeś mi, Ŝe mylę się w sprawie twoich relacji z Milly? —
przypomniała. — śe uwaŜasz ją po prostu za miłą dziewczynę i sprawną sekretarkę.
— Pamiętam — zgodził się Brad. — To wszystko prawda.
— Nie wydaje mi się jednak, Ŝeby sekretarka rozmawiała ot, tak po prostu z szefem o
szczegółach związku swojej siostry.
— Faktycznie, w biurze do takiej rozmowy by nie doszło — ale w restauracji Milly nawiązała
do tego tematu.
— Kiedy zaprosiłeś ją na kolację!
— Nie zapraszałem jej na kolację.
— Mówiła, Ŝe zaprosiłeś ją, i to dwukrotnie!
— Jedliśmy wspólnie dwa razy kolację w restauracji, ale to były zawodowe spotkania z
partnerem w interesach — wyjaśnił Brad. — Nie byliśmy z Milly sami. Potrzebowałem
sekretarki, Milly robiła notatki.
— Nie chcesz chyba powiedzieć, Ŝe opowiadała o mnie i Trevorze w obecności obcego
biznesmena? — upewniła się Joanne.
— Nie, ów człowiek spóźnił się na drugie spotkanie, więc zamówiłem drinka i ucięliśmy z
Milly towarzyską pogawędkę. Poplotkowaliśmy o rodzinie, i tyle, nic więcej.
Joanne nie dowierzała Lancingowi. Milly mówiła, w jaki sposób na nią patrzył…
— Nie wierzysz mi — stwierdził Brad.
— Rzeczywiście, nie wierzę — oznajmiła Joanne. — Milly przedstawiła wszystko trochę
inaczej.
— CóŜ, nie dziwię się, Ŝe w takiej sytuacji uwierzyłaś raczej siostrze niŜ mnie…
— Właśnie.
— Skoro tak, zmieńmy moŜe temat — zaproponował Brad, nieco znudzony.
— MoŜemy zmienić.
Brad spytał znowu o Trevora:
— Powiedz mi, jakiej spodziewasz się reakcji Trevora na to, Ŝe wyjechałaś ze mną do
Norwegii, nie mówiąc mu ani słowa? Mówiłaś, Ŝe pojechał z matką do Bournemouth?
— Porozmawiam z nim jeszcze, kiedy wróci.
— A moŜe on pierwszy zadzwoni jutro do twojego domu?
— Jeśli tak, Steven na pewno wszystko mu wytłumaczy.
Joanne znała jednak Trevora i wiedziała, Ŝe nie będzie dzwonił. Czasem, bardzo rzadko,
zdarzało się, Ŝe poróŜnili się w jakiejś drobnej sprawie. Wówczas Trevor oczekiwał zawsze, aŜ
Joanne odezwie się pierwsza — poniewaŜ był przekonany, Ŝe racja leŜy po jego stronie.
Tymczasem ostatnio zdarzyła im się powaŜna kłótnia. Gdy Joanne oznajmiła, Ŝe nie moŜe pójść z
nim na koncert, Trevor odparł, Ŝe widocznie bardziej zaleŜy jej na Milly niŜ na nim. „Dlaczego
jej ciągle matkujesz?! — powiedział ze złością. — PrzecieŜ jest męŜatką i poradzi sobie przed
wyjazdem bez ciebie!”
— A kiedy ty zatelefonujesz do Trevora, co mu powiesz? Całą prawdę i tylko prawdę? —
chciał się dowiedzieć Brad.
— Nie, oczywiście, Ŝe nie.
— Mówiłaś, Ŝe nie jest zazdrosny.
— Nie jest przesadnie zazdrosny. Ale lepiej będzie dla nas wszystkich, jeśli będzie sądził, Ŝe
wyjechałam jedynie z powodów zawodowych.
— Rozumiem — ciągnął Brad. — Czy nie będzie się jednak martwił, Ŝe spędzasz sześć
tygodni w Norwegii z męŜczyzną, który ma reputację kobieciarza — jak mówiliście o mnie ty i
twój brat?
— Być moŜe będzie.
— „Być moŜe”?
— Trevor mi ufa — wyjaśniła Joanne.
— W takim razie jest naiwny.
— Jak śmiesz sugerować…! — Joanne urwała i zaczerwieniła się. Przypomniało jej się, co
robiła zeszłego wieczora.
— Właśnie! — przedrzeźniał ją Brad.
— Wczoraj wieczorem tylko udawałam — przypomniała. — Dla dobra Milly.
— Czy naprawdę uwaŜasz, Ŝe Milly potrzebuje opieki? — zapytał Brad.
— Owszem, kiedy poznaje męŜczyznę takiego jak ty, czyli pozbawionego skrupułów.
— To zabawne, ale Milly wydaje mi się bardziej niŜ ty pewna siebie.
Joanne była zaskoczona. Poprzedniego dnia Steve powiedział coś podobnego.
Brad rozejrzał się. Byli przedostatnimi gośćmi lokalu.
— MoŜe juŜ pójdziemy? — zaproponował.
— Dobry pomysł.
Brad zapłacił, grzecznie podał Joanne kurtkę, wziął ją pod rękę. Wyszli na dwór. Świeciły
gwiazdy, niebo było czyste. Joanne zaczęła z lękiem myśleć o dalszym ciągu nocy.
— Całe szczęście, Ŝe nasz znajomy nie śledzi nas teraz — odezwał się Brad. Joanne przez
chwilę nie wiedziała, o co mu chodzi.
— Czy mówisz o tym turyście, który zwiedzał miasto, depcząc nam po piętach? — upewniła
się.
— Bardzo wątpię, Ŝeby to był turysta — odpowiedział Brad. — Myślę, Ŝe moi oponenci
zapłacili temu człowiekowi, Ŝeby nas obserwował. To znaczy, Ŝe wiedzą o naszym przyjeździe.
— Co ty mówisz?
— Nie martw się. I tak dowiedzieliby się, prędzej czy później. Nie ma sensu przejmować się
interesami w takiej chwili. — Brad ścisnął znacząco Joanne za ramię. — Czeka nas tyle
przyjemności… — dodał. — Niestety, najpierw będę musiał zadzwonić do Paula. Ale zaraz
potem przyjdę do sypialni. Ciekawe, co sprawia ci największą przyjemność. Mamy całą noc na
eksperymentowanie! ‘‘. — Joanne była przeraŜona. W dodatku miała dziwne przeczucie, Ŝe to,
co zechce z nią robić Brad, moŜe naprawdę być dla niej przyjemne…
— Nie chcę z tobą sypiać! — wypaliła.
— Och, chyba nie mówisz prawdy. Zawsze troszczę się o to, Ŝeby kobieta była w pełni
zadowolona. Nie spieszę się z niczym.
Joanne znowu zadrŜała. Nie wiedziała, czy lepiej sprzeciwiać się Bradowi, czy dać za
wygraną? Odwróciła temat rozmowy:
— Właściwie niewiele wiem o twoich kłopotach z norweską firmą.
— Czy musimy marnować tak piękną noc na rozmowy o pracy? — spytał z westchnieniem
Brad.
— Jeśli mam być twoją sekretarką, muszę wiedzieć, co się dzieje.
— Masz rację — zgodził się Brad. SpowaŜniał. — Problemy linii przewozowej Dragon
zaczęły się z pozoru zwyczajnie. Ale po pewnym czasie stało się dla mnie jasne, Ŝe moi
pracownicy specjalnie działają na niekorzyść firmy — wyjaśnił Brad. — Wysłałem więc Paula,
Ŝ
eby zorientował się w sytuacji. Odnalazł winnego. Odpowiedzialny za wszystko okazał się
niejaki Mussen — specjalista od przewozów ładunków. Mścił się za zwolnienie z pracy brata,
który był głównym recepcjonistą w hotelu mojej firmy. Został wyrzucony za podkradanie
drobnych sum z kasy. Jego brat nie wierzył w jego winę i popadł w głęboki gniew. Po rozmowie
z Mussenem — tym od przewozów ładunków — poleciłem puścić jego sprawę w niepamięć,
poniewaŜ, jak się okazuje, ma chorą Ŝonę i czworo małych dzieci. Dobra praca jest mu bardzo
potrzebna. TakŜe i jego brata zdecydowałem się przyjąć z powrotem, choć na niŜsze stanowisko.
Kazałem obiecać mu, Ŝe po półrocznym okresie próbnym, jeśli nie będzie zachowywał się
podejrzanie, zostanie mu przywrócona posada głównego recepcjonisty.
Na krótko zakończyło to nasze kłopoty — ciągnął Brad. — Ale potem zaczęły się nagłe
awarie statków. Prom samochodowy „Midnight Dragon” nie mógł wypłynąć, poniewaŜ jego
wodoszczelne wrota nie chciały się domknąć. Potem w maszynowni nastąpiła eksplozja z
podejrzanych przyczyn. Dzięki Bogu, nikt nie doznał powaŜnych obraŜeń. PoniewaŜ tego rodzaju
sabotaŜ moŜe mieć nieobliczalne konsekwencje, rozwaŜaliśmy zwrócenie się o pomoc do policji.
Tym razem Mussen i jego brat mieli alibi. Paul nie zdołał udowodnić, Ŝe wybuch w maszynowni
był wynikiem sabotaŜu.
Jednak ostatecznie zdecydowaliśmy się zachować sprawę w tajemnicy — mówił Brad. —
Gdyby policja rozpoczęła śledztwo i dziennikarze zwęszyliby sprawę, linia poniosłaby wielkie
straty z powodu spadku zaufania klientów.
Na krótko nastąpił spokój, ale kilka tygodni temu na jednym ze statków straŜnik zauwaŜył
intruza. Próbował go zatrzymać, ale został zaatakowany i doznał lekkiego wstrząsu mózgu…
Natomiast nie dalej jak wczoraj nad ranem wybuchł poŜar w magazynie jednego z naszych hoteli.
Tak się złoŜyło, Ŝe wartownik, który odebrał sygnał alarmu, był niegdyś straŜakiem. Zdołał
ugasić poŜar w zarzewiu. Goście nie dowiedzieli się o niczym. Wartownik jest przekonany, Ŝe
ktoś specjalnie podłoŜył ogień.
Brad i Joanne zaczęli zbliŜać się do Lofoten. Joanne znowu pomyślała o tym, co będzie, kiedy
znajdą się z powrotem w apartamencie. DrŜała z niepokoju. Pod budynkiem zadarła głowę i
popatrzyła na czarne sylwetki smoków widoczne na tle nieba.
— Chciałabyś zobaczyć resztę? — spytał Brad.
— Jaką resztę?
— Resztę smoków.
Zaciekawiona, pozwoliła się zaprowadzić przez drewnianą bramę do ogrodu. Światło latarń
oświetlało zielone liście. Zaczarowany ogród, pomyślała Joanne. Teren był pofałdowany,
ś
rodkiem płynął strumyczek, ścieŜki wiodły między kamieniami i paprociami do zakątków
ukrytych pośród drzew. Brad wziął Joanne za rękę i zaprowadził ją do łukowatego mostka. Po
drugiej stronie strumyka stał drewniany domek z werandą, na której były dwa fotele. Usiedli na
nich.
— Są tam — oznajmił Brad, pokazując dłonią kierunek. — I jak ci się podoba?
Joanne wytęŜyła wzrok i nagle wybuchnęła śmiechem. Całe zbocze pełnego kamieni pagórka
roiło się od smoków najrozmaitszych rozmiarów i form. Największe wyglądały groźnie, małe —
na bawiące się dzieci. Parę spało, jeden zerkał spod krzaków. Były zabawne.
— Cudowne! — zawołała Joanne.
— Uwielbiałem je, kiedy byłem dzieckiem. MoŜe są właśnie dziecinne, ale myślę, Ŝe pasują
do tego miejsca.
— Skąd się wzięły?
— Te na dachu są równie stare jak dom, a te na pagórku wyrzeźbiono siedemdziesiąt parę lat
temu, kiedy urządzano ogród. Mój dziadek był wtedy mały i uwielbiał smoki. Zrobili je dla
niego.
Historia podobała się Joanne. Chłonęła romantyczną atmosferę miejsca i chwili. Nie
doświadczyła w Ŝyciu wiele romantyzmu… Westchnęła z Ŝalem.
— Piękna noc — odezwał się Brad.
— Tak.
Zerknął na nią z ukosa i dodał:
— Jakby wprost stworzona dla kochanków, nie uwaŜasz? — Wziął Joanne za rękę i ucałował
ją. Joanne zadrŜała znowu. Miała ochotę zbliŜyć się do Brada, pragnęła, Ŝeby ją całował,
pieścił…
— Nie! — odparła stanowczo, zabierając rękę. Zerwała się z fotela.
Brad równieŜ się podniósł. Górował nad nią.
— Co ci nie odpowiada? — spytał. — Sceneria? A moŜe partner?
— To drugie — przyznała.
— Przynajmniej jesteś uczciwa. To pozytywna odmiana. Mówiłaś mi, Ŝe zawsze podobali ci
się przystojni męŜczyźni, mający władzę — tacy jak ja.
Zarumieniła się.
— Zatem, jeśli nie chcesz, Ŝebyśmy pocałowali się w świetle księŜyca, o czym masz ochotę
rozmawiać? — zagadnął Brad.
— Nie wiem.
— Wczoraj wieczorem wyraziłaś chęć porozmawiania o mnie — przypomniał.
Joanne rozzłościła się. Otuliła się kurtką. Brad spoglądał na nią ciekawie z góry. Westchnął
teatralnie.
— Jeśli nie wymyślimy tematu rozmowy, będę musiał cię pocałować — oznajmił.
Patrzyła na niego z niepokojem. Brad był taki przystojny!… Była podekscytowana. Czekała
na pocałunek. Tak, czekała. Z przeraŜeniem zdała sobie sprawę, Ŝe chce, Ŝeby Brad ją pocałował.
Powoli opuścił głowę i dotknął ustami kącika jej ust. Znieruchomiała. Po chwili zaczął
delikatnie muskać ją wargami, od lewego kącika ust do prawego. Potem zaczął całować ją po
szyi.
To było bardzo przyjemne! Ale on cofnął nieoczekiwanie głowę.
— Męka skończona — oznajmił. — Ale chyba nie było aŜ tak źle?
Ogarnęła ją złość. Robił wszystko, Ŝeby ją uwieść.
— Wygląda na to, Ŝe chciałabyś, Ŝebym całował cię dalej — zauwaŜył Brad. — A moŜe takŜe
ty chcesz mnie całować?
— Nie chcę — burknęła. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę hotelu. Brad dogonił ją.
— MoŜemy wejść tędy — powiedział i otworzył drzwi od strony ogrodu. Znaleźli się na sali,
gdzie serwowano śniadania.
— Masz ochotę na małą kolację? — spytał Brad.
— Nie, dziękuję.
— Wejdźmy tylnymi schodami.
Weszli. Gdy znaleźli się w apartamencie, Joanne zrobiło się nieswojo. Tymczasem Brad
odebrał od niej kurtkę, a potem odgarnął włosy Joanne i pocałował ją w kark. Odwróciła się
gwałtownie.
— Jeśli chcesz juŜ się połoŜyć, weź prysznic pierwsza, a ja zamienię kilka słów z Paulem —
zaproponował Brad, nie zraŜony.
Wahała się. Nie chciała przecieŜ kochać się z nim — a z drugiej strony, bardzo tego pragnęła.
— Nie musisz spieszyć się z tą rozmową — zapewniła. — Właściwie mógłbyś nie
przychodzić.
— CzyŜbym ci się podobał? — zainteresował się Brad. Przesunął palcami po jej włosach.
— Jesteś okropny! — powiedziała, nie cofając się jednak. Było oczywiste, Ŝe targają nią
sprzeczne uczucia.
— Zraniłaś mnie… — przekomarzał się Brad. — Myślę, Ŝe powinnaś mnie pocałować.
Nachylił się i znów dotknął ustami jej ust. Nie zdołała się powstrzymać. Całowała go z
rozkoszą. Ogarnęło ją erotyczne pragnienie, tak silne, jak nigdy w Ŝyciu. Brad objął ją, przytulił.
Rozkoszny pocałunek trwał, aŜ wreszcie Brad podniósł głowę.
— Muszę porozmawiać z Paulem — powiedział. — Ale odprowadzę cię do sypialni. — Po
tych słowach wziął ją na ręce i zaniósł do łóŜka. PołoŜył ostroŜnie, zapalił lampkę nocną.
Zasłonił zasłony.
— MoŜe pomóc ci się rozebrać?… — zaproponował. Joanne pokręciła głową.
— W takim razie przyjdę, kiedy tylko skończę rozmawiać z Paulem. — Wyszedł, cicho
zamykając za sobą drzwi.
R
OZDZIAŁ SZÓSTY
Joanne leŜała kilka minut bez ruchu. Czuła się inaczej niŜ zwykle. Poszła do łazienki i
zmywając makijaŜ, popatrzyła w lustro. Była zdezorientowana. UwaŜała Brada za
zdemoralizowanego człowieka, a jednak był interesującym męŜczyzną. Męskim, inteligentnym.
Atrakcyjnym. Obudził w niej namiętności, których, jak sądziła, nie była w stanie odczuwać.
Zawsze miała na wpół świadome wraŜenie, Ŝe czegoś jej brakuje — głębokiego związku z
męŜczyzną, z którym łączyłaby ją takŜe erotyczna bliskość. Nigdy nie była z nikim związana w
taki sposób i obawiała się, Ŝe moŜe nigdy nie będzie. A tymczasem teraz czuła coś takiego, Ŝe…
Jak gdyby nagle się zmieniła.
Cieszyłoby ją to ogromnie, gdyby Brad Lancing, który stał się tego przyczyną, był dobrym
człowiekiem. Albo gdyby była w stanie czuć się w taki sposób w obecności innego, porządnego
męŜczyzny. Takiego, którego mogłaby pokochać, który byłby dobrym męŜem i ojcem, z którym
spędziłaby szczęśliwie resztę Ŝycia.
Popatrzyła na błyszczący pierścionek zaręczynowy, który miała na palcu. I w tym momencie
wiedziała juŜ, Ŝe Trevor nie jest męŜczyzną, o jakim właśnie zamarzyła. Nie chciała zostać jego
Ŝ
oną.
Nie wywoływał w niej takich emocji jak Brad i nie miała wątpliwości, Ŝe nigdy nie będzie w
stanie. Po prostu Trevor nie miał w sobie czaru, niczego ekscytującego. Był dobry, ale
nieciekawy, bierny, brakowało mu silnej osobowości. Zycie przy nim byłoby szare i nudne. A on
byłby zapewne zadowolony z bezpiecznej stabilności. MoŜe poprosił o rękę akurat ją, Joanne,
właśnie dlatego, Ŝe takŜe wydawała mu się spokojna i mało wymagająca.
Dlaczego od razu nie oddałam mu tego pierścionka? — pomyślała Joanne. Cieszyła się, Ŝe
poprosiła Trevora o czas do namysłu. Miała nadzieję, Ŝe odrzucając jego oświadczyny, zrani
jedynie jego dumę.
Bała się za to, Ŝe zniweczy swoją jedyną szansę wyjścia za mąŜ. MoŜe nikt inny juŜ jej nie
zechce? W końcu sama nie była aŜ taka atrakcyjna…
A jednak nie mogła wyjść za Trevora tylko z tego powodu. Przyszło jej nagle do głowy… Ŝe
woli romans z Bradem niŜ brak jakichkolwiek emocji i wydarzeń w Ŝyciu. Ruszyła do sypialni.
Kiedy weszła do pokoju, serce biło jej szybko. Nie była przyzwyczajona do tego, co miało
zacząć dziać się juŜ niedługo. W dodatku nie wiedziała, kiedy dokładnie wejdzie Brad. Ściągnęła
niechciany pierścionek od Trevora i schowała go do zamykanej na suwak kieszeni walizki.
WłoŜyła koszulę nocną — satynową, w kolorze kości słoniowej. Koszula miała cieniutkie
ramiączka, sięgała do pół łydki, od pasa w górę była rozcięta po bokach, przód i tył łączyły
wstąŜki. Joanne włoŜyła ją po raz pierwszy. Dostała tę koszulę — a takŜe drugą, w kolorze
kawowym, oraz krótką koszulkę zrobioną z tego samego materiału — jako prezent
boŜonarodzeniowy od Milly i Duncana.
— Pomyślałam, Ŝe juŜ czas, Ŝebyś miała na noc coś modnego, zamiast tych okropnych
długich koszul, w których wyglądasz jak sierotka Marysia — powiedziała wtedy bez ogródek
Milly.
Joanne czuła się jednak znacznie lepiej w białych, bawełnianych koszulach nocnych, które
byłyby uznane za odpowiednie nawet w epoce wiktoriańskiej. Wiedziała tylko, Ŝe nie
spodobałaby się w takim stroju Bradowi…
Zastanawiała się, czy usiąść na łóŜku i czekać na Brada, czy lepiej zgasić lampę i udawać, Ŝe
spokojnie wypoczywa. Wybrała to drugie. Zamknęła oczy i wyobraŜała sobie, jak to będzie,
kiedy Brad przyjdzie.
DrŜała z podniecenia, a jednak martwiła ją waŜna rzecz — wiedziała, Ŝe to, co będzie wkrótce
robić, nie będzie wynikało z miłości. Obawiała się, Ŝe potem będzie gorzko Ŝałowała tego, na co
zdecydowała się tej nocy — lecz nie zmieniła decyzji.
Pomyślała nagle, Ŝe teraz lepiej rozumie Milly…
Zniecierpliwiona, zapaliła z powrotem lampę i spojrzała na zegarek. Minęła juŜ ponad
godzina. Czy to moŜliwe, Ŝeby Brad ciągle rozmawiał przez telefon? Joanne wyszła z łóŜka i
ruszyła do salonu. Brad zasłonił zasłony, świecił tylko kominek. Drzwi gabinetu były uchylone,
ś
wiatło było zgaszone. Zajrzała do środka. Brada nie było. Musiał wyjść.
Joanne zagryzła wargi, rozczarowana. Odwróciła się — i wtedy go zobaczyła. RozłoŜył
pościel na kanapie i leŜał, przykryty do połowy, z rękami pod głową i odsłoniętym torsem. Jego
otwarte oczy błyszczały w świetle kominka. Joanne pomyślała, Ŝe tak mogłaby wyglądać scena z
reklamy wody kolońskiej. Przypuszczała, Ŝe Brad był nagi. Patrzyła na niego, nie wiedząc, co
robić.
— No proszę — odezwał się. — Myślałem, Ŝe juŜ śpisz.
— Nie mogłam zasnąć — przyznała.
— Frustracja to okropne uczucie — odpowiedział. — Ale skoro do mnie przyszłaś, rozumiem,
Ŝ
e moŜemy się go pozbyć. — Wyciągnął rękę.
Joanne nie śmiała się ruszyć.
— Chodź — polecił łagodnym tonem. Stała dalej.
— Jeśli będę musiał wstawać, Ŝeby cię tu ściągnąć… — Urwał. Joanne wystraszyła się i
zbliŜyła do kanapy.
— BliŜej — odezwał się znowu Brad.
Kiedy stała tuŜ przy nim, wyciągnął dłoń i przesunął nią po jej ciele, przez satynową tkaninę.
— Podoba mi się ta koszula — powiedział. — Wyglądasz w niej jednocześnie atrakcyjnie i
niewinnie… Widzę, Ŝe zdjęłaś pierścionek od Trevora — zauwaŜył.
— Zdecydowałam, Ŝe to błąd, Ŝe go nosiłam — wyznała Joanne.
— Dlaczego?
— Hmm… Zrozumiałam, Ŝe nie zaleŜy mi na Trevorze aŜ tak, jak myślałam.
— PrzecieŜ powiedziałaś mi, Ŝe go kochasz — przypomniał Brad.
— Być moŜe „kocham” to w tym wypadku zbyt mocne słowo. Bardzo… lubię Trevora.
— Ale on cię kocha? — upewnił się Brad.
— Właściwie, nie sądzę.
— Spytałem, czy wyznał ci miłość, i odpowiedziałaś, Ŝe tak.
— Skłamałam… Nigdy nie powiedzieliśmy sobie „kocham cię”. Myślę, Ŝe Trevor po prostu
uwaŜa mnie za odpowiednią kandydatkę na Ŝonę.
— Czy zatem zrywasz zaręczyny? — chciał się dowiedzieć Brad.
— Tak naprawdę, nie zaręczyłam się jeszcze.
— A zatem wersja, którą przedstawiła mi twoja siostra, jest prawdziwa!
Joanne pokiwała smutno głową. Brad był wyraźnie zadowolony.
— To dobrze — stwierdził. — Nie czułem się dobrze ze świadomością, Ŝe wyjechałem z
cudzą narzeczoną… Powiedz, dlaczego nosiłaś ten pierścionek.
— Trevor nałoŜył mi go na palec i nie chcąc robić mu przykrości, zgodziłam się nosić
pierścionek do czasu aŜ się namyślę — wyjaśniła Joanne. — Właśnie się namyśliłam.
— Czy to ostateczna decyzja? — zapytał Brad.
— Tak. Widząc, co się teraz ze mną dzieje, zrozumiałam, Ŝe nie powinnam wychodzić za
Trevora.
— A gdyby nie ja — czy wówczas wyszłabyś za niego?
— Być moŜe. Ale byłby to wielki błąd.
— Muszę powiedzieć, Ŝe cieszy mnie, Ŝe za niego nie wyszłaś — oznajmił Brad. — Wasze
małŜeństwo byłoby nieudane.
— Dlaczego tak uwaŜasz? — zapytała Joanne, zaciekawiona.
— Po pierwsze, jesteś o wiele za ciepłą, zbyt uczuciową osobą, jak na tak chłodnego typa,
jakim musi być Trevor. — Joanne była zaskoczona, słysząc od Brada, Ŝe jest ciepła i uczuciowa.
— A po drugie, małŜeństwo powinno składać się z dwóch, a nie z trzech osób — dokończył. —
Jestem zdumiony, Ŝe brałaś powaŜnie pod uwagę przyjęcie jego oświadczyn.
Co ciekawe, w tej chwili Joanne takŜe była tym zdumiona.
— Jesteśmy z Trevorem podobni do siebie pod wieloma względami — powiedziała bez
przekonania. — Przynajmniej tak mi się zdawało.
— WyobraŜam sobie, Ŝe ze mną łączy cię znacznie więcej podobieństw — odparł ku jej
zaskoczeniu Brad.
Nieoczekiwanie pociągnął Joanne ku sobie, aŜ przewróciła się na niego. Przytulił ją, zawarczał
wesoło, niczym pies, i pocałował ją w szyję. Joanne była całkowicie zaskoczona w pierwszym
odruchu próbowała się uwolnić. Brad ze śmiechem przetoczył się na bok, zrzucając ją z siebie, a
potem ugryzł ją delikatnie w ramię. Była wystraszona i podekscytowana zarazem.
— Czy nie lubisz się bawić? — spytał powaŜnie Brad.
— W porządku, zaskoczyłeś mnie tylko.
— Myślałem, Ŝe to cię rozluźni. — Brad pocałował Joanne w koniec nosa. — CzyŜby Trevor
nie draŜnił się nigdy z tobą?
— Nie.
— A inni męŜczyźni, z którymi byłaś?
Joanne milczała. Brad uniósł brwi.
— CzyŜbyś po raz pierwszy w Ŝyciu miała zbliŜyć się intymnie z męŜczyzną? — zapytał.
Milczała dalej.
— Nie martw się. Mnie na pewno będzie przyjemnie i postaram się, Ŝeby było miło takŜe i
tobie. Na początek chciałbym zobaczyć cię całą…
Brad wstał, wziął Joanne na ręce i ułoŜył delikatnie na koziej skórze przed kominkiem. Powoli
rozwiązał wstąŜki i ściągnął z niej koszulę.
Patrzył na jej nagie ciało, oświetlone migoczącym światłem kominka. Zaparło mu dech z
podziwu. Nie mógł oderwać wzroku od Joanne, taka była piękna. Szczupła, miała długie nogi,
gładką skórę, nieduŜe, kształtne piersi, wspaniałe biodra. Pomyślał, Ŝe to najpiękniejsza kobieta,
jaką widział w Ŝyciu.
— Jesteś cudowna! — wyszeptał zachwycony. — Mogłabyś być modelką dla rzeźbiarza.
— Coś ty! — szepnęła Joanne, zawstydzona. — Mam znamię.
— No to masz — zgodził się Brad, nie zmieniając tonu. — Podoba mi się. Przez to jesteś
jeszcze bardziej interesująca. Prawdę mówiąc, nie chciałbym kochać się z rzeźbą.
Pochylił głowę i pocałował Joanne w nieduŜe znamię na brzuchu, a potem przytulił ją i
rozpoczął delikatne pieszczoty. Były bardzo przyjemne. Tak delikatne i przyjemne, Ŝe gdy
złączyli się w jedno i dopełnili tego, co zaczęli, Joanne doznała rozkoszy, której wcześniej nawet
sobie nie wyobraŜała. Myślała, Ŝe nie jest zdolna jej odczuwać. Była szczęśliwa.
Brad oparł głowę na jej rozsypanych włosach i spytał łagodnie:
— Joanne, dlaczego nigdy wcześniej z nikim tego nie robiłaś? Czy coś, co przeŜyłaś,
odstręczało cię od seksu?
— Nie — pomyślała na głos. — Właściwie, po prostu nie zdarzyło się nic, co by mnie do
niego zachęciło. Do tej pory nie miałam takich doznań, jak przed chwilą, i myślałam juŜ, Ŝe nie
jestem w ogóle do nich zdolna. śałowałam, bo zawsze chciałam załoŜyć rodzinę, mieć dzieci…
— To dlatego zastanawiałaś się, czy nie wyjść za takiego człowieka, jak Trevor?
— Chyba tak.
Brad pokręcił głową.
— Bezbarwne Ŝycie u boku Trevora zniszczyłyby tak dynamiczną kobietę, jaką jesteś —
ocenił. — A przynajmniej doznałabyś wielu cierpień. Ale i ja zrobiłem ci równie powaŜną
krzywdę.
— Nie zrobiłeś mi Ŝadnej krzywdy — odpowiedziała Joanne, ziewając.
— Zrobiłem. Zmuszając cię, Ŝebyś wyjechała ze mną do Norwegii, doprowadziłem do zmiany
dalszego biegu twojego Ŝycia. Teraz nie wyjdziesz za Trevora.
Joanne była juŜ niemal na krawędzi snu.
— Całe szczęście — zakończyła, i zasnęła.
Spała juŜ głęboko, kiedy Brad wstał i wziął ją na ręce, a potem przeniósł na łóŜko.
— Lepiej, Ŝebyś się nie przeziębiła — szepnął. Przykrył Joanne kołdrą i wyłączył lampę.
*
*
*
Joanne obudziła się. Widać było przez zasłony, Ŝe jest dzień. Zastanawiała się chwilę, skąd
wzięła się w łóŜku. Przypomniało jej się, jak zasnęła przed kominkiem. WciąŜ czuła się
wspaniale, jakby w jakimś cudownym transie. Realia sytuacji nie martwiły jej na razie.
Odwróciła głowę. Brada nie było w pokoju; jego poduszka leŜała wygładzona — musiał spać
na kanapie. Dlaczego? Na pewno nie z powodów moralnych. A moŜe? Byłoby to zaskakujące.
Brad Lancing okazał się pod pewnymi względami innym człowiekiem, niŜ myślała.
Powiedział, Ŝe nie najlepiej się czuł, wyjeŜdŜając z narzeczoną innego męŜczyzny — choć
przecieŜ szantaŜem zmusił ją do wyjazdu!
Jeśli zaś chodzi o to, co Joanne robiła z Bradem w nocy… CóŜ, nie była, tak naprawdę,
zaręczona, i zdecydowała wczoraj, Ŝe zrywa z Trevorem. A później — sama chciała kochać się z
Bradem, do tego jej nie przymusił.
Sama chciała! Pomyślała, Ŝe powinna się wstydzić, ale jakoś nie czuła się zawstydzona. Mimo
Ŝ
e pierwszy raz w Ŝyciu postąpiła w taki sposób — podjęła waŜną decyzję, nie myśląc o zasadach
ani zdrowym rozsądku.
Powinna była mieć wyrzuty sumienia. Ale ich nie miała.
Brad chyba takŜe nie Ŝałował tego, co robili. Tylko dlaczego nie połoŜył się obok niej, a
wrócił na kanapę?
Tak myśląc, Joanne poszła wziąć prysznic. Nagle pomyślała o Milly i wtedy poczuła się
winna. Dlaczego?
Wychodziło na to, Ŝe odebrała Milly potencjalnego kochanka. Co za niedorzeczna myśl,
zreflektowała się Joanne. PrzecieŜ uratowałam jej małŜeństwo! Teraz zamieszkała z męŜem w
Szkocji i być moŜe wkrótce zapomni o przelotnym zauroczeniu byłym szefem, zauroczeniu,
przez które mogła sprowadzić okropne skutki na siebie i Duncana!
Ironią losu, ratując siostrę–męŜatkę przed destrukcyjnym związkiem z szefem, Joanne sama
wpadła w sidła Brada Lancinga.
Ubrała się w lnianą spódnicę i bluzkę. Zawahawszy się chwilę, pozostawiła włosy
rozpuszczone. Tak, jak lubił Brad…
Ś
wiadomość, Ŝe zbliŜyła się tak bardzo do męŜczyzny, w dodatku tak czułego męŜczyzny jak
Brad, była dla Joanne czymś nowym i niezwykłym. Z bijącym sercem ruszyła do salonu,
ciekawa, w jaki sposób Brad się zachowa. Poda jej z uśmiechem rękę, jak szef? Czy moŜe
obejmie, przytuli i pocałuje?
Na widok Joanne Brad odłoŜył czytaną gazetę i z ponurą miną, uprzejmie podniósł się z
fotela. Joanne zaczerwieniła się. Poczuła się okropnie.
— Dzień dobry. Czy dobrze spałaś? — spytał. Nie mówił tonem kochanka.
— T… tak — zająknęła się Joanne. — Dziękuję.
— Właśnie miałem cię wołać. Za chwilę powinniśmy dostać śniadanie.
Jak na zawołanie, rozległo się pukanie do drzwi. Młoda jasnowłosa dziewczyna wprowadziła
do apartamentu wózek ze śniadaniem.
— Dziękuję, Lys — powiedział Brad. — Sam wszystko rozstawię.
Lys rzuciła Bradowi krótki, zalotny uśmiech, po czym wyszła bez słowa.
— Kawy czy herbaty? — spytał Joanne Brad.
— Poproszę o kawę.
Joanne pomyślała ze smutkiem, Ŝe teraz odnoszą się z Bradem do siebie nawzajem tak, jak
dwoje obcych ludzi.
Na tacy był chleb, dŜem, wędliny, sery i ryba. Joanne chciała sięgnąć po dŜem.
— MoŜe spróbujesz śledzia — jeśli masz odwagę… — odezwał się Brad z nagłym błyskiem
w oku.
— Z rozkoszą!… — odparła Joanne, zadowolona ze zmiany zachowania Brada. NałoŜył jej
obfitą porcję śledzia.
— Dziękuję. Pewnie miałeś nadzieję, Ŝe za chwilę nazwiesz mnie tchórzem? — zagadnęła
Joanne.
Brad uśmiechnął się. Nareszcie!
— Kim jak kim, ale tchórzem z całą pewnością nie jesteś — odparł. — Choć zdziwiłem się,
bo Ŝadna ze znanych mi kobiet nie tknęłaby śledzia. A jest to coś bardzo smacznego.
— Wiem — powiedziała Joanne. — Uwielbiam śledzie.
Brad roześmiał się.
— Jesteś niezwykła! — skomentował z zadowoleniem.
Jedli. Joanne co chwila zerkała na Brada, a on wpatrywał się w nią upartym spojrzeniem. W
końcu poczuła się nieswojo.
— Skontaktowałeś się z Paulem Randallem? — spytała.
— Tak. — Brad skrzywił się.
— Czy coś się stało?
— Wieczorem doszło do kolejnego aktu sabotaŜu. Nikt nie zginął, ale jeden z marynarzy
został lekko ranny i statek musiał zostać w porcie. Obawiam się, Ŝe w końcu komuś stanie się
powaŜna krzywda. Podejrzewam teŜ, Ŝe sprawca celowo nasila działania, Ŝeby sprowadzić mnie
na miejsce.
— Co by mu to dało? — zainteresowała się Joanne.
— Zawsze łatwiej pokonać przeciwnika, kiedy ma się z nim bezpośredni kontakt. Ale mogę
jeszcze zaskoczyć tego człowieka i wygrać z nim.
— Jak to moŜliwe, skoro nie wiesz, kto to i gdzie moŜe ponownie dać o sobie znać?
— Rzeczywiście, to utrudnia sprawę — zgodził się smutno Brad. Joanne zadrŜała nagle. —
Nie martw się — dodał Brad. — Tobie nic nie grozi.
— Jak to? UwaŜasz, Ŝe tobie coś grozi?
— Niewykluczone. Paul juŜ o mało co nie rozbił się samochodem, bo nagle przestały działać
hamulce. Na szczęście awaria nastąpiła, kiedy wjeŜdŜał juŜ do garaŜu, więc jedynie rozbił
przednią lampę. Poleciłem mu nie wspominać o zdarzeniu nikomu i oddać samochód w ręce
specjalisty, który oceni, czy ktoś majstrował przy układzie hamulcowym. — Brad wstał i
przeciągnął się spręŜyście, niczym wielki kot. — Dość rozmowy o kłopotach — powiedział. —
Jest niedziela. Nie zamierzam dzisiaj pracować. Jest piękny dzień. Wjedźmy na Floyen. To góra,
z której wierzchołka rozciąga się piękny widok na miasto.
Brad był miły, choć nie odnosił się do Joanne czule. Mimo to cieszyła się z jego obecności i z
tego, Ŝe pójdą razem na wycieczkę.
Przeszli kilometr słonecznymi ulicami Bergen, docierając do przeszklonej stacji kolejki
linowej. W wagoniku Joanne wyglądała przez okno; nie mogła jednak skupić się na widoku.
WciąŜ myślała o Bradzie. Kiedy wjechali na wierzchołek Floyen, Brad podał Joanne rękę i
zaprowadził ją na taras widokowy. Bergen wyglądało z góry wprost oszałamiająco. Porośnięte
zielonozłotymi drzewami wyspy odcinały się od niebieskiej wody, przypominając kamienie
naszyjnika.
— Jaki ten świat jest piękny! — zawołała radośnie Joanne.
— Zawsze byłem tego samego zdania — zgodził się z uśmiechem Brad.
Podziwiali widok dłuŜszą chwilę, a potem przysiedli na ławce.
— Zaczekaj chwilę — powiedział Brad. Poszedł do pobliskiego sklepiku. Po chwili wrócił z
dwoma duŜymi lodami. Podał jednego Joanne.
— Chciałbym, Ŝebyś spróbowała czegoś, co uwielbiałem w dzieciństwie — wyjaśnił,
pokazując piękne zęby.
Siedzieli w słońcu, delektując się lodami z dodatkiem pomarańczy, moreli, wiśni i orzechów.
Joanne myślała o Bradzie. Miał złoŜony charakter. Był światowym, błyskotliwym człowiekiem;
jednocześnie nosił w sobie beztroskiego chłopca.
Joanne pomyślała, Ŝe kogoś takiego mogłaby pokochać…
R
OZDZIAŁ SIÓDMY
Co za myśl, zmitygowała się. PrzecieŜ to człowiek bezwzględny, i kobieciarz! Nie mogłaby
jednak pokochać Brada. Był wprawdzie atrakcyjnym męŜczyzną, ale to za mało. Joanne
wiedziała, Ŝe fascynacja oparta tylko na fizyczności minie. Miłość to o wiele więcej. Jest
głębokim, trwałym uczuciem. Opiera się na trwałych podstawach, rozwija, i jeśli oboje kochający
się ludzie pielęgnują ją — i mają szczęście — trwa całe Ŝycie.
Joanne jeszcze nigdy nie kochała męŜczyzny. Popatrzyła na Brada. Była nim zafascynowana.
Trudno jej było mu się oprzeć. Kiedy na nią spojrzał, zarumieniła się, nie mogąc oderwać wzroku
od jego oczu. Miał niezwykłe oczy, zielone, inteligentne. Gdy patrzył na Joanne, czuła się jak
hipnotyzowana.
Nachylił się i pocałował ją w kącik ust. Serce zabiło jej mocno. Odwróciła na chwilę głowę.
— Pyszne lody — odezwała się w końcu. — Dziękuję.
— Ty takŜe jesteś smakowita — odpowiedział Brad. — MoŜe się przespacerujemy, jeśli ci to
odpowiada — zaproponował.
— Odpowiada mi jak najbardziej.
Wziął ją pod rękę. W głowie Joanne kłębiły się sprzeczne emocje.
— MoŜemy przejść okręŜną trasą i wrócić w to samo miejsce na późny lunch — zasugerował
Brad.
— Świetny pomysł.
Dzień był piękny, chłodne, jesienne powietrze — czyste i orzeźwiające. Joanne i Brad ruszyli
przez pachnący, sosnowy las. Szli przez kilka godzin, ciesząc się przyrodą, ruchem i wzajemnym
towarzystwem. Od czasu do czasu wymieniali krótkie, radosne uwagi. Przed czternastą,
zbliŜywszy się do miejsca, z którego wyszli, dotarli do hotelu, który wyglądał jak dom z bajki,
postawiony na ogromnym, skalnym występie.
— Pomyślałem, Ŝe zjemy lunch w Trondheim — odezwał się Brad. — Z tarasu rozciąga się
wspaniały widok.
Joanne czuła się cudownie. Posadzono ich przy stoliku dla dwojga, pod kolorowym
parasolem. Zamówili lekko schłodzone białe wino i wyśmienitą sałatkę. Kiedy pili kawę,
podeszła wysoka, elegancka platynowa blondynka o idealnej figurze.
— Brad, kochanie! — zawołała. — Gdzie się podziewałeś?! Próbowałam skontaktować się z
tobą, Ŝeby zaprosić cię na moje przyjęcie, ale w twoim biurze powiedziano mi, Ŝe wyjechałeś.
Dlaczego mnie nie zawiadomiłeś, Ŝe przyjeŜdŜasz?
— Erika… — Brad podniósł się na powitanie dziewczyny. Była młoda, miała około
dwudziestu dwóch lat. Na obcasach dorównywała wzrostem Bradowi. Rzuciła mu się na szyję i
pocałowała w usta.
Znieruchomiał, a potem zsunął z karku jej ręce, cofnął się i popatrzył na nią. Erika miała
owalną twarz, idealne lalkowate rysy, proste, błyszczące włosy, bardzo jasne, niebieskie oczy.
— Wyglądasz, jak zawsze, pięknie — odezwał się chłodno Brad. — Joanne, pozwól, Ŝe
przedstawię ci panią Reiersen. Eriko — to jest moja sekretarka, pani Winslow.
— Dzień dobry — mruknęła Joanne.
Blondynka omiotła ją wzrokiem, z miną, która wskazywała, Ŝe uwaŜa Joanne za osobę
niegodną uwagi.
— Od dawna jesteś? — spytała Erika Brada. Nie odpowiedziała Joanne na „dzień dobry”.
— Przylecieliśmy wczoraj.
— Gniewam się na ciebie. Przyleciałeś do Bergen, nie powiadamiając mnie. Tata teŜ będzie
niezadowolony.
— Zupełnie nagle postanowiłem przyjechać — wytłumaczył się Brad.
— Przebaczę ci, jeŜeli przyjdziesz na moje przyjęcie — oznajmiła Erika.
— Kiedy?
— Dziś wieczorem. Pojawiłeś się akurat na czas. Urządzam przyjęcie z okazji rozwodu. Teraz
jestem wolną kobietą! — To powiedziawszy, Erika zademonstrowała dłonie, na których nie było
obrączki ani Ŝadnych pierścionków.
— CóŜ… — zaczął Brad.
— Wiem, Ŝe tata będzie oczekiwał twojego przyjścia…
Brad skrzywił się.
— Wprawdzie to impreza towarzyska, ale jestem pewna, Ŝe tata będzie chciał porozmawiać z
tobą o interesach — dodała pospiesznie Erika. — Nie pozwolę mu jednak zajmować cię przez
cały czas, obiecuję… Ma przyjść takŜe Paul Randall. Nie moŜesz zawieść.
Widać było, Ŝe Erice niezmiernie zaleŜy na tym, aby Brad był na przyjęciu. Joanne pomyślała,
Ŝ
e współczuje tej dziewczynie. Rozwodziła się w tak młodym wieku, urządzała z tej okazji
przyjęcie, zapraszała atrakcyjnego męŜczyznę…
Nadszedł młody, krzepki, brodaty chłopak. Miał jasne włosy. Spojrzał wrogo na Brada, a
potem spytał:
— Skończyłaś juŜ, Eriko?
Erika zignorowała go zupełnie. PołoŜyła dłoń na ramieniu Brada i powiedziała aksamitnym
głosem:
— Obiecaj mi, Ŝe przyjdziesz…
— Rozumiem, Ŝe zaproszenie dotyczy takŜe pani Winslow? — upewnił się Brad.
— Po co ci sekretarka na przyjęciu? — spytała niegrzecznie Erika. — Przyjdziesz?
— Niestety, juŜ obiecałem pani Winslow, Ŝe pójdziemy dziś wieczorem do Kirkesen —
odpowiedział z Ŝalem w głosie Brad. — Pani Winslow jest w Norwegii po raz pierwszy. Nie chcę
zostawić jej samej w hotelu.
— Na litość boską, ta pani nie jest dzieckiem i na pewno sobie poradzi! — zniecierpliwiła się
Erika. Widziała jednak po Bradzie, Ŝe go nie przekonała. Westchnęła. — No dobrze, jeśli musisz,
przyjdź z panią Winslow. — Zapraszam na siódmą. — Erika wystawiła usta na pocałunek.
Brad cmoknął ją krótko w policzek, nienaturalnie.
Odwróciła się, rozczarowana. Jej brodaty towarzysz ruszył za nią, z wymalowanym na twarzy
głębokim niezadowoleniem. Brad usiadł z powrotem.
— Ten chłopak nie jest zbyt towarzyski, a teraz, kiedy był zazdrosny, zachowywał się tak, jak
było widać — wytłumaczył. — Chciałbym przeprosić cię za zachowanie Eriki. Była bardzo
niegrzeczna. Mam nadzieję, Ŝe nie będziesz się na nią gniewała. Nie jest taka zła. — Widać było,
Ŝ
e Brad odnosi się do Eriki z daleko posuniętą tolerancją. — Zawsze była córeczką tatusia, który
do tej pory pozwala jej na wszystko.
— Nie będę się gniewała — odezwała się Joanne. — Przede wszystkim Ŝal mi jej. Rozpad
małŜeństwa to nie jest radosna okoliczność.
— Zwłaszcza po tym, jak rozpadły się z hukiem jej dwa poprzednie związki — dodał Brad. —
Typ wychowania, jaki otrzymała Erika, nie uczy gotowości do kompromisu. Ani nie pomaga
osiągnąć szczęścia w małŜeństwie. Niestety, Erika wyszła za kuzyna, co oznacza, Ŝe oboje mają
te same wady.
— Ile czasu byli małŜeństwem? — spytała Joanne.
— Przeszli w stan separacji po zaledwie kilku miesiącach.
Brad domyślał się, co myśli Joanne. Na pewno była teŜ ciekawa jego opinii.
— Dla mnie rozwód to powaŜna Ŝyciowa klęska — powiedział. — Nie uwaŜam, Ŝeby był
odpowiednią okazją do urządzenia przyjęcia. Nie musimy być na nim długo.
Joanne myślała o tym przyjęciu z niesmakiem.
— Naprawdę uwaŜam, Ŝe powinieneś pójść sam — powiedziała.
— Nie chcę iść sam — oznajmił Brad. — Tak się składa, Ŝe chciałbym, Ŝebyś poszła tam ze
mną.
— To bardzo miłe, Ŝe się o mnie troszczysz, ale naprawdę nie będę miała ci za złe, jeśli
zostanę w hotelu — zapewniła Joanne.
— Nie mam zamiaru zostawiać cię w hotelu — przekonywał Brad.
Joanne wyjaśniła więc szczerze:
— A ja nie mam ochoty iść na przyjęcie pani Reiersen, skoro ona nie chce, Ŝebym na nim
była.
— Erika była nieuprzejma, ale na pewno bardzo się ucieszy, kiedy zobaczy nas oboje —
odpowiedział Brad.
— Akurat!
— W kaŜdym razie chcę, Ŝebyś poszła ze mną na to przyjęcie — zakomunikował.
Joanne zagryzła wargi. Tym razem nie miała zamiaru zgodzić się na Ŝyczenie Brada. Nie
zaciągnie jej na przyjęcie Eriki nawet końmi.
Widząc opór na twarzy Joanne, odezwał się:
— Czas na nas. MoŜemy zejść piechotą przez Fjellveien, ale chyba dość się juŜ dziś
nachodziliśmy. Zwłaszcza Ŝe dziś wieczorem z pewnością będziemy tańczyli…
Joanne nie komentowała ostatniego zdania. Brad podał jej rękę i poszli na stację kolejki
linowej. Okazało się, Ŝe wagonik właśnie odjechał, a następny rusza dopiero za pół godziny.
Usiedli więc, zmuszeni czekać. Joanne rozwaŜała w milczeniu, jakie stosunki łączą Brada z
Eriką. Sądząc po tym, w jaki sposób go pocałowała — bliskie. Joanne zastanawiała się, czy Brad
i Erika byli kiedyś ze sobą związani, czy teŜ moŜe jeszcze w jakimś stopniu są? Brad mówił, Ŝe
młody towarzysz Eriki jest zazdrosny… Ale gdyby Brad ciągle interesował się Eriką,
powiadomiłby ją o swoim przyjeździe.
Dotarli do Lofoten dopiero kwadrans po szóstej.
— MoŜe napijemy się herbaty? — zaproponował Brad, kiedy weszli do recepcji.
— Czytasz w moich myślach.
— W twoich myślach łatwo jest czytać — zapewnił. Poprosił Helgę o herbatę i usiadł z
Joanne naprzeciw kominka. — Zanim pójdziemy na górę, muszę jeszcze coś zrobić —
powiedział. — Spróbuję się pospieszyć.
Wyszedł z powrotem na dwór. Dopijając drugą filiŜankę herbaty, Joanne zastanawiała się,
gdzie podział się Brad. Wrócił wreszcie.
— JuŜ prawie siódma — powiedział. — Chodźmy na górę. Musisz się przygotować.
— Jeśli myślisz, Ŝe wybieram się na to przyjęcie…!
— Ćśś! — uciszył ją Brad, zerkając kątem oka na Helgę. — Pracownicy nie muszą wiedzieć o
naszych sprawach.
Kiedy znaleźli się z Joanne na górze, oznajmił:
— Musimy umyć się i przebrać, trzeba zamówić taksówkę, więc jeśli chcesz zrobić awanturę,
to się pospiesz.
— Nie chcę Ŝadnych awantur. Nie chcę równieŜ iść na przyjęcie pani Eriki.
Brad pokręcił gtową.
— Zapomniałaś, Ŝe liczy się to, czego ja chcę? A chcę, Ŝebyś tam ze mną pojechała. Nie masz
wyboru.
— Zostaję!
Popatrzył tak groźnie, Ŝe Joanne się wystraszyła. Zastanawiała się, czy Brad zrobi z powodu
jej odmowy coś złego. Miała tylko pewność, Ŝe nie zastosowałby fizycznej przemocy wobec
kobiety. PrzecieŜ tylko źli i tchórzliwi ludzie wyładowują gniew na słabszych. On taki nie jest.
— Zrób, jak ci mówię! — rzucił, przeszywając ją wzrokiem. Uciekła do łazienki. Umyła się,
upięła włosy w elegancki kok, nałoŜyła makijaŜ. Naprawdę, starała się, jak tylko mogła, Ŝeby
wyglądać jak najlepiej — zgodnie z wolą Brada. Zapomniał chyba tylko o jednym. Nie miała nic,
w co mogłaby się ubrać na ekskluzywne przyjęcie. A nie wątpiła, Ŝe przyjęcie Eriki Reiersen
takie będzie.
Joanne była przekonana, Ŝe Brad będzie wolał, Ŝeby została w hotelu, niŜ Ŝeby z nim
pojechała i wyglądała na osobę nie na swoim miejscu.
Wyszła do salonu w haleczce i oznajmiła:
— Nie mam się w co ubrać!…
Wówczas ktoś zapukał do drzwi. Brad odebrał duŜą płaską paczkę, podziękował przybyszowi
i wręczył mu suty napiwek.
— A jak podoba ci się to? — spytał Joanne, wręczając jej pudełko.
Zaskoczył ją. Rozzłościła się.
Wyjęła z pudełka prześliczną sukienkę i — aŜ dech jej zaparło.
Sukienka była z jedwabnego szyfonu, prosta, ciemnoniebieska, jak oczy Joanne. Odsłaniała
jedno ramię, sięgała Joanne do kostek. Dół był rozcięty z boku, przez stanik aŜ do rozcięcia
schodził drobno ulistniony pęd bluszczu, wyszyty srebrną nicią. Do sukienki dodany był szal tego
samego koloru, przetykany srebrną nicią. Na metce było napisane „Tessin”.
Joanne nigdy w Ŝyciu nie byłoby stać na kupienie sobie sukienki od Tessina. W pudełku były
jeszcze jedwabne pończochy, cieniuteńkie, przejrzyste, jedwabne majteczki oraz srebrne sandały
i mała wieczorowa torebka. Jak Brad zdołał zamówić tego rodzaju rzeczy w niedzielę?
— Mam przyjaciółkę imieniem Ingrid, która jest właścicielką butiku — wyjaśnił. — Mieszka
nad nim, przy tej ulicy. Powiedziałem Ingrid, jaki mniej więcej jest twój rozmiar, wybrałem
sukienkę. Resztę rzeczy dobrała sama. Mam nadzieję, Ŝe sukienka ci się podoba.
— Jest cudowna — powiedziała chłodno Joanne — jednak nie mogę przyjąć od ciebie tak
drogiego prezentu.
— To nie jest prezent. Nie jest to teŜ zapłata za szczególnego rodzaju usługi, jeśli tego się
obawiasz… Po prostu to forma wypłaty. Do końca wyjazdu zarobisz więcej niŜ tyle, oczywiście
wyłącznie jako moja sekretarka.
Joanne zacisnęła usta. Brad wziął ją za rękę, pogładził palcem jej dłoń i odezwał się:
— Proszę cię, Joanne. Ubierzesz się i pojedziesz ze mną?
Była zbita z tropu tym, Ŝe poprosił.
— Nie rozumiem, dlaczego chcesz, Ŝebym była z tobą na tym przyjęciu — odparła.
— Po pierwsze, chciałbym, Ŝebyś poznała Paula Randalla. Po drugie, biedny Knut będzie
spokojniejszy.
— Kto to jest „biedny Knut”?
— Ten brodaty chłopak, który był dziś z Eriką. Jest w niej od dawna zakochany. Obawiam się
jednak, Ŝe Erika tylko go wykorzystuje. Jak myślisz, co się będzie działo, jeŜeli pojawię się sam?
Joanne nie miała wątpliwości, Ŝe Brad interesował Erikę znacznie bardziej niŜ Knut.
— Dobrze, pojadę z tobą — zgodziła się. Wiedziała, Ŝe Erika nie będzie zadowolona z jej
obecności. Brad delikatnie pocałował Joanne w usta.
— Cieszę się! — powiedział. Pocałunek podziałał na Joanne oŜywczo. Natychmiast wzięła
nowe ubranie do łazienki, Ŝeby jak najszybciej je włoŜyć.
Stanąwszy w sukience przed lustrem, Joanne aŜ wstrzymała oddech. Wyobraziła sobie, jak
zdumiałoby się jej rodzeństwo, gdyby zobaczyło ją w tym stroju! Był piękny, dopasowany,
ś
miały, ale w granicach przyzwoitości, i nadzwyczaj szykowny.
Gdy wróciła do salonu, oczy Brada otworzyły się szeroko z podziwu.
— Wyglądasz oszałamiająco! — skomentował. Zeszli do taksówki. Przyjęcie odbywało się
poza miastem. Brad milczał przez drogę, zatopiony w myślach. Joanne zastanawiała się, o czym
on myśli i jak przebiegnie nadchodzący wieczór.
Dom Reiersenów był stary, ogromny, rzęsiście oświetlony; stał w lesie na szczycie pagórka.
Właściwie był to bardziej zamek niŜ dom. Prowadził do niego szeroki, wijący się w górę
podjazd. Taksówka zatrzymała się na pełnym samochodów placu. Brad podał Joanne rękę i
poprowadził ją po kamiennych schodach do okutych Ŝelazem wrót.
Otworzył je lokaj w średnim wieku. Skłonił głowę i odebrał od Joanne szal.
Weszła z Bradem do wyłoŜonego drewnem holu. Nadszedł kelner z szampanem. Brad wziął
dwa kieliszki i podał jeden Joanne.
Po prawej znajdowała się sala balowa, w której wisiały wielkie Ŝyrandole. W środku było
pełno ludzi, gromadzili się w grupkach, pili drinki, śmiali się.
Noc była ciepła. Na końcu sali kilka par dwuskrzydłowych drzwi otwierało się na oświetlony
latarniami taras i ogród. Na podwyŜszeniu grała orkiestra, kilka par juŜ tańczyło. Widać było, Ŝe
wszystkie kobiety mają kosztowne suknie od znanych projektantów mody; męŜczyźni
prezentowali się znakomicie w nienagannych strojach wieczorowych. Suknia Joanne pasowała do
pozostałych.
Kiedy tylko weszła z Bradem do salonu, nadszedł szczupły męŜczyzna o sympatycznej,
inteligentnej twarzy i ciemnych włosach.
— Dobry wieczór — przywitał się. — Miło cię widzieć.
— Dobry wieczór. Ciebie równieŜ — odpowiedział Brad. Podali sobie ręce. — Joanne, to jest
Paul Randall. A to — Joanne Winslow, moja sekretarka. — Joanne wyciągnęła rękę.
Paul uśmiechnął się dopiero po chwili wahania.
— Miło mi panią poznać — powiedział. — Czy… pani jest panią Winslow? — upewnił się.
— Tak.
— Proszę wybaczyć moje zaskoczenie. Myślałem, Ŝe znam sekretarkę Brada o nazwisku
Winslow — niewysoką, złotowłosą dziewczynę. Flirtowałem z nią nawet… Pani jest równie
piękna, ale nie jest pani tą samą osobą… — mówił Randall.
— Zastępuję tymczasowo siostrę na stanowisku sekretarki pana Lancinga — wyjaśniła
Joanne.
— Ach — odpowiedział Paul. — Są panie zupełnie niepodobne do siebie. Mam nadzieję, Ŝe
pani siostra nie jest chora?
— Nie, Milly czuje się świetnie. Wyjechała, dość nieoczekiwanie, do Szkocji razem z męŜem.
— Z męŜem? — zdziwił się Paul. — Nie wiedziałem, Ŝe wyszła za mąŜ. Czy dawno?
— Na wiosnę. Wkrótce po podjęciu pracy u pana Lancinga.
— Coś takiego! — Randall wyglądał na szczerze zaskoczonego. — Nie miałem o tym pojęcia.
Milly nie nosi obrączki. Byłem przekonany, Ŝe jest panną!
Joanne zmarszczyła brwi, zastanawiając się, dlaczego Milly zdejmowała obrączkę przed
przyjściem do pracy. Tymczasem nadszedł potęŜny męŜczyzna w wieku około siedemdziesięciu
łat. Miał krzaczaste brwi i gęste, szpakowate włosy. Był przystojny.
— Cieszę się, Ŝe pan przyszedł — odezwał się do Randalla, ściskając jego dłoń.
— Dziękuję za zaproszenie — odpowiedział grzecznie Paul.
— Jak się pan miewa, panie Bradzie? — zagadnął z kolei gospodarz.
— Znakomicie, dziękuję bardzo. A pan?
— Wiek pomału zaczyna dawać mi się we znaki.
Stary Reiersen uścisnął rękę Brada. Widać było, Ŝe szanują się nawzajem, choć niezbyt lubią.
Brad pociągnął Joanne naprzód.
— To jest pan Reiersen — powiedział. — Panie Haraldzie — moja sekretarka, pani Winslow.
— Miło mi panią poznać. — Harald uśmiechnął się czarująco. Najwyraźniej lubił kokietować
kobiety.
— Mnie równieŜ.
— Wygląda pani wprost oszałamiająco. Pani zdrowie! — powiedział Reiersen i wychylił do
dna swój kieliszek.
— Dziękuję bardzo. — Joanne czuła się nieswojo pod spojrzeniem tego człowieka.
Nadbiegł kelner z tacą szampana i szybko zamienił pracodawcy pusty kieliszek na pełny.
— Na jak długo zamierza pani zatrzymać się w Bergen? — spytał Reiersen, zwróciwszy się
znowu do Joanne.
— Nie jestem pewna… To zaleŜy od planów pana Lancinga.
— Niech mi pani nie mówi, Ŝe nie zna pani jego planów, będąc jego zaufaną sekretarką… —
odparł Harald Ŝartobliwym tonem.
Joanne nie wiedziała, co ma odpowiedzieć; na szczęście nadeszła Erika. Przykuwała uwagę
urodą i połyskującą sukienką w kolorze akwamarynu.
— Brad, kochanie! — zawołała. — Nareszcie jesteś! JuŜ zaczynałam myśleć, Ŝe w ogóle się
nie pojawisz… — Obrzuciła Joanne pobieŜnym spojrzeniem, po czym połoŜyła dłoń na ramieniu
Brada i powiedziała: — Chodź, zatańczmy.
Brad stał nieruchomo. Erika znowu popatrzyła na Joanne.
— Ta sukienka musiała bardzo duŜo kosztować! — rzuciła obcesowo. — Niech mi pani
powie, skąd ją pani wzięła. Z pewnością nie kupiła jej pani za pensję sekretarki…
Joanne zaczerwieniła się, podczas gdy Brad odpowiedział:
— Pani Winslow z pewnością chętnie ci to powie, skoro prosisz tak grzecznie…
Joanne poŜałowała, Ŝe zgodziła się przyjąć sukienkę. Nie miała zamiaru opowiadać, Ŝe Brad
płaci za jej ubrania. Ani kłamać.
— MoŜe o strojach porozmawiacie później, dziewczyny — uratował sytuację Paul. —
Orkiestra zaczęła właśnie moją ulubioną melodię. Chciałbym poprosić panią Winslow, Ŝeby
zatańczyła ze mną. — Wyciągnął rękę.
Joanne była mu wdzięczna. Poprowadził ją na parkiet.
— Nie tańczyłam od bardzo, bardzo dawna — ostrzegła. Randall chwycił ją i zaczął tańczyć.
— Z tańcem jest jak z jazdą na rowerze — odparł. — Nie zapomina się, jak się to robi.
Joanne uśmiechnęła się.
— Nie jestem pewna. Ale dziękuję panu za wybawienie z nieprzyjemnej sytuacji.
— Do pani usług! Zapewne odpowiedziałaby pani tej zepsutej smarkuli, Ŝeby pilnowała
swojego nosa — stwierdził powaŜnie Paul. — Czasem mam ochotę jej przyłoŜyć, chociaŜ jest
ode mnie większa — dodał pół–Ŝartem. — Mówiąc serio, nie wiem, jak Brad z nią wytrzymuje.
— O ile mi wiadomo, nie bywa w Norwegii zbyt często?
— Nie, ale Erika znaczną część czasu spędza w Londynie. Reiersen ma dom koło Hyde Parku.
Mieszkał tam zresztą przez kilka lat, kiedy jego Ŝona chorowała i potrzebowała najlepszej,
specjalistycznej opieki. Potem wrócili z Ŝoną do Bergen. Po rozpadzie małŜeństwa Eriki ojciec
dał jej londyński dom. Hołubi ją ponad wszystko.
— Pewnie Erika jest jego jedynym dzieckiem?
— Tak, i do tego późnym. Zdaje się, Ŝe zanim przyszła na świat, stracił juŜ nadzieję, Ŝe
kiedykolwiek będzie miał dziecko. Dobijał pięćdziesiątki, kiedy się urodziła. śona pana
Reiersena zmarła, kiedy Erika miała zaledwie kilka lat, tak więc pozostała mu tylko ona…
— To bardzo smutne — powiedziała Joanne.
— Rzeczywiście. Przypuszczam, Ŝe Erika mogłaby być znacznie milszym człowiekiem,
gdyby nie to, w jaki sposób ojciec ją wychowywał. Moim zdaniem zepsuł ją do imentu. Pozwolił
jej nawet wyjść za Larsa, kuzyna, który właśnie miał oŜenić się z kim innym. Jednak Erice
spodobał się tak bardzo, Ŝe zaczęła dręczyć ojca i przekonała go. Zawsze dostawała od niego
wszystko, czego chciała.
— A Lars? Czy nie zakochał się w Erice?
— Niezupełnie. Reiersenowie od lat byli w złych stosunkach z tą gałęzią rodziny. Ojciec kupił
córce męŜa. Zainwestował ogromne pieniądze w podupadającą firmę Larsa. Reiersen nabrał przy
tym nadziei, Ŝe Lars stanie się jego przybranym synem, którego nigdy się nie doczekał. Jednak
Lars doszedł chyba po krótkim czasie do wniosku, Ŝe źle postąpił; w kaŜdym razie nie było mu
dobrze w małŜeństwie z Eriką. Postanowił się z nią rozwieść.
— Ciekawe, co teraz zrobi Erika? — zagadnęła, niby mimochodem, Joanne.
— To bardzo piękna kobieta. Wielu męŜczyzn chciałoby się z nią związać, nie zwaŜając na to,
jaka jest. Tyle Ŝe stary Reiersen nie kaŜdego zaakceptuje…
Paul wypowiedział powyŜsze słowa szczególnym tonem, tak Ŝe Joanne zapytała:
— Czy pan takŜe naleŜy do tych męŜczyzn?… Przepraszam, Ŝe zadałam to pytanie —
zmitygowała się.
— Nie szkodzi, rozmawiamy szczerze. Ma pani rację, Erika ogromnie mi się podoba. A tak w
ogóle, proszę mówić mi Paul.
— A mnie — Joanne.
Utwór skończył się i natychmiast zaczął się następny. Paul ujął Joanne mocniej i tańczył dalej.
— Uwierz mi, wiem, jak okropny charakter ma Erika, i nie mam złudzeń, Ŝe natychmiast się
zmieni — powiedział. — Ale z czasem, u boku odpowiedniego męŜczyzny, moŜe… — Jednak
miał złudzenia. — Lecz mam wraŜenie, Ŝe Erika juŜ zdecydowała się, z kim chciałaby być —
ciągnął. — I tym razem jest to jeden z tych niewielu męŜczyzn, na których Ŝycie Harald Reiersen
nie jest w stanie wywrzeć Ŝadnego wpływu.
R
OZDZIAŁ ÓSMY
— Mówisz o Bradzie — odgadła Joanne.
— Tak. Jak chyba zauwaŜyłaś, Erika szaleje za nim.
— Ciekawe, co on o tym myśli?
— Trudno mi powiedzieć. Na razie nie odnosi się do niej przesadnie ciepło. Ale Brad nie
uzewnętrznia łatwo uczuć, więc nie wiem, na co się zdecyduje. W sumie, zawsze wydawał się w
znacznym stopniu tolerować jej wybryki.
Joanne przypomniało się, jak podczas lunchu Brad tłumaczył jej zachowanie Eriki.
— Brad ma silną osobowość i na pewno nie psułby Eriki dalej — kontynuował Paul.
Joanne zerknęła tymczasem na Brada i Erikę, którzy tańczyli ze sobą. Erika obejmowała
Brada za szyję, opierając głowę na jego policzku. Joanne poczuła ukłucie zazdrości. Przez
nieuwagę nadepnęła Paulowi na palce.
— Przepraszam — powiedziała.
— Nie szkodzi. — Spojrzał w stronę, w którą przed chwilą patrzyła. — Zdaje się, Ŝe cierpimy
z tego samego powodu — stwierdził. — Nie martwmy się jednak naszymi zranionymi uczuciami,
tylko spróbujmy cieszyć się dzisiaj tym, co mamy… O, nie!
— Co się stało?
— Reiersen idzie w naszą stronę. Wypił za duŜo szampana; zdaje się, Ŝe zawsze miał do tego
skłonność. Pewnie chce poprosić cię do tańca. Jeśli nie chcesz ryzykować tańca z nim, to biegnij
do toalety, a ja spróbuję go zagadać i odprawić.
Joanne roześmiała się. Polubiła Paula od pierwszego wejrzenia.
— MoŜe jego teŜ bym podeptała — zaŜartowała.
— Coś ty. Kiedy nie myślisz o czym innym, tańczysz lepiej od Eriki.
— Mam nadzieję — oznajmił Reiersen, usłyszawszy ostatnie zdanie. — Moja córka ma dwie
lewe nogi, dlatego staram się z nią nie tańczyć.
— Nie mogę w to uwierzyć — odparła Joanne, spoglądając na tańczącą z Bradem Erikę.
— Porusza się bardzo elegancko — dodał Paul.
Reiersen wyciągnął dłoń w stronę Joanne.
— PokaŜemy tamtym dwojgu, jak się tańczy? — zaproponował. — Nie pogniewa się pan?
— AleŜ skąd — odparł z uśmiechem Paul. — MoŜe mnie uda się zatańczyć z Eriką.
— Wątpię — odpowiedział Reiersen. — Z tego, co widzę, Erika woli tańczyć z Bradem.
Przed chwilą odprawiła z kwitkiem Knuta, tego młodego chłopaka.
— Coś podobnego — skomentował Paul. — Serce nie sługa. — To powiedziawszy, odszedł.
Reiersen ujął Joanne tak niezdarnie, Ŝe wytrącił jej torebkę, którą trzymała w dłoni.
Rzeczywiście za duŜo wypił.
— Och, najmocniej przepraszam! — Schylił się i podniósł torebkę.
— Powinnam ją gdzieś odłoŜyć, przeszkadza mi właściwie — odpowiedziała Joanne.
— Niech pani pozwoli. — Reiersen odłoŜył torebkę na jeden ze stołów pod ścianą.
— Dziękuję.
Ku zdziwieniu Joanne, okazał się dobrym tancerzem. Świetnie prowadził i poruszał się lekko,
mimo swoich ogromnych rozmiarów. Był cały w uśmiechach.
— Erika mówi, Ŝe jadła pani lunch na Floyen — zagadnął. — Jak podobał się pani widok na
miasto?
— Jest zachwycający.
— A zatem i Bergen podoba się pani? — Bardzo.
— Kiedyś było największym miastem Norwegii, stolicą handlu i największym portem. —
Reiersen opowiadał jeszcze przez chwilę. — Gdzie się pani zatrzymała? — zapytał.
— W Lofoten… — odpowiedziała Joanne, zaskoczona.
— Zapewne Brad ma tam apartament?
Joanne milczała. Po chwili Reiersen kontynuował:
— Erika ma otwarty umysł i nie robi Bradowi wielkich wyrzutów, Ŝe czasem zabawi się
trochę z kim innym, za pieniądze. Jednak zaleŜy jej, Ŝeby został od dzisiaj u niej, tak jak robił to
w przeszłości. Nie będzie więc pani miała nic przeciwko temu, jeśli Brad nie wróci z panią do
hotelu?
Słowa Reiersena zabolały Joanne wprost nie do opisania. Zorientowała się, Ŝe poprosił ją do
tańca tylko po to, Ŝeby przekazać jej swój okropny komunikat.
— SkądŜe — odpowiedziała, opanowując się z trudem. — Zamówię sobie taksówkę.
— To moŜe być trudne. Wiem, Ŝe dziś wieczorem odbywa się kilka duŜych imprez. Taksówki
będą zapewne zajęte. Jednak pan Randall na pewno z radością odwiezie panią swoim
samochodem, wynajmuje dom niedaleko Lofoten.
— Myślałam, Ŝe jego samochód jest zepsuty — zdziwiła się na głos Joanne, niewiele myśląc.
— Podobno wypadł z drogi.
— Rzeczywiście, słyszałem, Ŝe zepsuły mu się hamulce. Ale widocznie juŜ je naprawił. Paul
to dynamiczny młody człowiek. Gdyby nie pracował u Brada, sam chętnie bym go zatrudnił. —
Potem Reiersen dodał, jakby do siebie: — Nie zajęło mu wiele czasu dotarcie do Mussena… Ale
za duŜo mówię.
To z powodu szampana, pomyślała Joanne. Przypomniało jej się, kto to jest Mussen.
— Słyszałem — odezwał się znowu po chwili Reiersen, konspiracyjnym tonem — Ŝe firma
Dragon ma ostatnio powtarzające się kłopoty. W jednym z ich hoteli wybuchł niedawno poŜar…
Nie wie pani, co Brad zamierza z tym zrobić? Czy jest zdecydowany zwrócić się o pomoc do
policji?
— Niestety nie wiem — odparła chłodno Joanne.
— A gdyby tak miała pani czas na przemyślenie tego? W końcu, człowiek bywa czasem
lojalny wobec niewłaściwej osoby. PrzecieŜ skoro Brad zabawił się juŜ z panią, bez wątpienia
panią zostawi… — Reiersen umilkł na chwilę. — Z pewnością jest pani na tyle pojętna, aby
zachować naszą rozmowę dla siebie — a takŜe wie, Ŝe róŜne istotne informacje mogą często
przynieść bardzo duŜe dochody.. Gdyby tak zechciała pani pozwolić staremu człowiekowi
zaprosić się na lunch… Jutro albo moŜe pojutrze?
Joanne była przeraŜona. Pokręciła głową.
— Obawiam się, Ŝe będę cały czas zajęta — odpowiedziała.
— Szkoda. Chciałbym pani pokazać nowe centrum handlowo–rozrywkowe, które właśnie
zbudowałem. Jest tam galeria sklepów, w tym eleganckie sklepy z biŜuterią i butiki…
— Czy mogę wrócić do swojego partnera? — Paul wyrósł nagle jak spod ziemi.
Reiersen zrobił wściekłą minę, a potem opanował się natychmiast, uśmiechnął i powiedział:
— Szkoda mi rozstawać się z panią, ale nie mam wyboru. Gdyby jednak znalazła pani czas na
spotkanie przy lunchu, proszę dać mi znać.
— Dziękuję, ale jestem pewna, Ŝe nie znajdę czasu.
Paul objął ją z powrotem.
— Wyglądałaś na coraz bardziej przeraŜoną, więc pomyślałem, Ŝe się pojawię — powiedział.
— Zdaje się, Ŝe w samą porę.
— Nawet nie wyobraŜasz sobie, co on mówił! — Joanne zdała Paulowi dokładną relację z tej
części rozmowy z Reiersenem, która dotyczyła firmy Brada. — Pomyślał, Ŝe jestem jedną z tych
kobiet, które moŜna kupić! — zakończyła.
— Coś podobnego! — Paul był zaskoczony. — Skąd Reiersen tak dokładnie wie o naszych
kłopotach? Do tego kazał ci zachować milczenie. Nie wiedziałem, Ŝe jest aŜ tak strasznym
człowiekiem. Popełnił wielką nieostroŜność i pomylił się co do ciebie. To na pewno przez
nadmiar szampana.
— Albo moją sukienkę…
Paul dyplomatycznie nie odpowiedział. Przez chwilę tańczyli w milczeniu, zatopieni w
myślach. W pewnej chwili otwarto drzwi prowadzące do sąsiedniej sali.
— MoŜe zjemy kolację? — zasugerował Paul.
Joanne zgodziła się, mimo Ŝe nie była bardzo głodna. Chciała jednak uspokoić się trochę.
Na sali ustawiono szwedzki stół i małe okrągłe stoliki. Nie było widać Brada i Eriki, ani
Reiersena. Dobrze, Ŝe ten ostatni gdzieś przepadł…
Joanne poczuła się zmęczona. Pojechałaby juŜ do domu. Jednak czy miała wrócić do Lofoten
sama? Jeśli Brad zamierzał zostać u Eriki, dlaczego tak stanowczo nalegał, Ŝeby ona, Joanne,
pojechała z nim na przyjęcie?
— Pyszny kawior — zagadnął Paul. — Spróbuj.
Pokręciła głową.
— Nie, dziękuję.
— Chyba nie jesteś głodna. Czy ty aby dobrze się czujesz?
— Wszystko w porządku, nie martw się. — Joanne zaczęła jeść, nie zwracając uwagi na smak
wykwintnych potraw. Cały czas myślała o Bradzie. Był naprawdę zagadkowym człowiekiem…
Nagle przyszło jej do głowy, Ŝe być moŜe łudziła się tylko. MoŜe Brad Lancing po prostu cały
czas mścił się na niej za odebranie mu Milly?! SzantaŜował, a jednocześnie sprawił, Ŝe Joanne
zaczęło na nim zaleŜeć!… Jeśli tak, był naprawdę okrutnym, przebiegłym człowiekiem!
Pomyślała, Ŝe jego groźba pod adresem firmy Stevena była tylko blefem. Postanowiła wracać
rano pierwszym samolotem do Londynu.
— MoŜe zjesz coś słodkiego? Albo napijesz się kawy? — proponował z troską Paul.
Odmówiła.
— W takim razie wracamy na salę? — upewnił się. Spytała go, kiedy będzie wychodził.
— Myślałem, Ŝe wkrótce, ale zaczekam, aŜ pojawi się Brad, Ŝebyś nie była sama —
zaofiarował się.
— Dziękuję ci. Jesteś prawdziwym aniołem. Ale chcę poprosić cię o coś innego. Czy kiedy
będziesz wychodził, mógłbyś podwieźć mnie do Lofoten?
— Oczywiście. Ale jestem pewien, Ŝe Brad…
— Pan Reiersen powiedział mi, Ŝe Brad zostanie… — Joanne urwała, zorientowawszy się, Ŝe
moŜe niechcący zrobić przykrość Paulowi.
— śe zostanie z Eriką? — upewnił się jednak. — Radzę ci, nie wierz we wszystko, co mówi
Harald Reiersen. Nie po raz pierwszy przekonałem się, Ŝe lubi manipulować ludźmi.
Kiedy wrócili na salę balową, wodzirej zapowiedział walc dla zakochanych. Wówczas
niespodziewanie nadszedł Brad.
— Zdaje się, Ŝe teraz będzie nasz taniec — powiedział. Wziął Joanne za rękę ale nadbiegła
Erika, mówiąc coś po norwesku.
— Ostatnim razem, kiedy cię widziałem, tańczyłaś z Knutem — odparł po angielsku.
— Nie chcę zatańczyć tego tańca z Knutem, tylko z tobą! — oznajmiła Erika.
— Przepraszam cię, ale właśnie poprosiłem do tańca panią Joanne.
— Jeśli musisz z nią zatańczyć, moŜesz to zrobić później.
— Nie mogę.
— Brad, proszę cię… Jak moŜesz?! PrzecieŜ to walc dla zakochanych!
— W takim razie nie wolno nam go zmarnować — wtrącił się Paul, chwycił Erikę i chciał
porwać ją do tańca.
Zaprotestowała. Odepchnęła go, mówiąc mu coś po cichu. Cofnął się, a potem powoli
wyciągnął rękę.
Erika wyglądała na wstrząśniętą. Rozejrzała się, a potem ujęła dłoń Paula i zatańczyli.
— Paul nie da się zjeść w kaszy — skomentował Brad, obejmując Joanne w talii. Ruszyli do
tańca.
Czy jednak nie uwaŜa Eriki za swoją dziewczynę? — zastanawiała się. — A moŜe tylko chce
pokazać jej, kto jest górą? W kaŜdym razie Joanne wiedziała juŜ, Ŝe kocha Brada. Dotąd myślała,
Ŝ
e wiąŜe ją z nim jedynie poŜądanie, ale teraz zdała sobie sprawę, Ŝe jednak na — prawdę się w
nim zakochała. Obawiając się, jaka będzie jego reakcja, jeśli to odkryje, rozglądała się na boki.
— Uspokój się — szepnął. — Z Paulem nie wydawałaś się taka napięta.
PoniewaŜ nie była zakochana w Paulu! Joanne obawiała się, czy nie tańczy z Bradem ostatni
raz w Ŝyciu. Tymczasem, kiedy walc się skończył, Brad pocałował ją. Zaskoczona, przytuliła się
do niego, nie chcąc, aby ją opuszczał. Kiedy podniosła wzrok, spostrzegła, Ŝe Erika patrzy na
nich z wściekłością. Obok niej stał ojciec, wyglądało na to, Ŝe chce porozmawiać z Bradem.
Joanne szarpnęła się i odbiegła.
Nie dostrzegła Paula, wypadła więc na taras. Przysiadła na ławce i popatrzyła na zalany
księŜycowym światłem ogród.
Myślała o minionych trzech dniach. Tyle się w ciągu nich wydarzyło! Jej świat wywrócił się
do góry nogami. Sądziła, Ŝe zapewne nazajutrz wróci do Londynu, jednak coś zmieniło się w niej
na zawsze… Wiedziała, jak czuje się człowiek zakochany, co to jest rozkosz seksualna, zazdrość.
Poznała nowe aspekty Ŝycia i ludzkiej psychiki… Zaznała zarówno intensywnej radości, jak i
głębokiego smutku. Nigdy nie zapomni tego, co wydarzyło się w Norwegii…
Gdy tak myślała, zobaczyła kątem oka, Ŝe nadchodzi Brad.
— Tutaj się schowałaś! — powiedział.
— Chciałam tylko odetchnąć świeŜym powietrzem.
— MoŜe zatańczymy jeszcze?
— Nie, dziękuję.
— Wobec tego, moŜe masz ochotę wracać do hotelu?
— Mam. Czy ty takŜe będziesz jechał? Poprosiłam Paula, Ŝeby mnie podwiózł.
— ZauwaŜyłem, Ŝe dobrze się wam tańczyło… — mruknął chłodno Brad. — Jednak kiedy
wychodzę z kobietą, zawsze odwoŜę ją do domu. Poza tym rano wcześnie wstajemy.
— Pomyślałam, Ŝe odlecę jutro do Londynu.
— Naprawdę? A więc nie obchodzi cię juŜ, co stanie się z firmą twojego brata?
— Obchodzi.
— Zatem dotrzymasz naszej umowy.
— Czy zatańczyłeś ze mną i pocałowałeś mnie tylko dlatego, Ŝeby pokazać swojej
dziewczynie, Erice, kto tu rządzi? — zapytała Joanne.
— Nie. Zobacz, teraz Erika nie patrzy. — Z tymi słowami Brad przytulił Joanne i zaczął
całować ją namiętnie. — Jak widzisz, po prostu lubię cię całować — oznajmił. — Zamówiłem
juŜ taksówkę, powinna akurat być. Podziękowałem juŜ gospodarzom i poŜegnałem się z nimi i z
Paulem.
Joanne ucieszyła się, Ŝe nie będzie musiała Ŝegnać się z Reiersenem i jego córką. Brad podał
jej ramię i Joanne ruszyła z nim przez salę balową do wyjścia.
Jechali do Lofoten w milczeniu. Joanne próbowała zebrać myśli. Wiedziała tylko tyle, Ŝe nie
poleci nazajutrz do domu. I cieszyła się z tego ogromnie — poniewaŜ będzie przebywać w
pobliŜu Brada… Ale na jakich warunkach? Znowu ją zaszantaŜował!
Nie wiedziała, co on myśli.
Pomógł jej wysiąść, zapłacił taksówkarzowi i ruszyli do hotelu. Tym razem Brad nie dotykał
Joanne. Widać było, Ŝe jest rozzłoszczony. W holu przystanął i polecił młodemu recepcjoniście
posłać do swojego apartamentu dzbanek kawy i talerz kanapek. W apartamencie odebrał od
Joanne szal, ściągnął marynarkę i krawat, podwinął rękawy koszuli i rozpalił w kominku. Kolację
przyniesiono błyskawicznie, akurat gdy skończył. Brad usiadł na kanapie.
— Nie przysiądziesz się? — zagadnął.
Joanne nie wiedziała, co ma robić. Przysiadła w pewnej odległości.
— Kawy?
— Poproszę.
Brad nalał kawy. Podziękowała za kanapki, więc zaczął jeść.
— Nic nie jadłem na przyjęciu — powiedział. — Prawie cały czas rozmawiałem z
Reiersenem. Oczywiście, sądziłaś, Ŝe byłem z Eriką.
— Brad, przepraszam cię! Przykro mi, jeśli się gniewasz.
— A ja przepraszam za swój chłód, ale nie cieszę się, kiedy kobieta porzuca mnie i zajmuje
się innym męŜczyzną — choćby był nim Paul.
— To dlatego, Ŝe myślałam, iŜ zostaniesz z Eriką na noc…
— Słucham?! Skąd przyszło ci do głowy coś takiego?
— Pan Reiersen zasugerował mi to niedwuznacznie. Brad zmarszczył brwi.
— Naprawdę? Czy mogłabyś opowiedzieć mi dokładnie, co ten człowiek ci mówił?
Joanne opowiedziała mu część rozmowy z Reiersenem, która dotyczyła jej, Brada i Eriki.
— Rozumiem… — odezwał się Brad. — Reiersen to kłamca i manipulator. Zrobiłby
wszystko, Ŝeby osiągnąć swój cel — albo spełnić zachciankę Eriki.
— Ty jesteś ostatnią zachcianką Eriki — zauwaŜyła Joanne.
— Rzeczywiście, nalegała, Ŝebym został z nią na noc i zatrzymał się u niej. Odmówiłem.
Rozzłościła się bardzo. Pewnie dlatego Reiersen wymyślił intrygę.
Joanne popatrzyła uwaŜnie na Brada. Odgadując jej myśli, dodał:
— Nigdy nie byłem z Eriką. Tylko raz zatrzymałem się w domu Reiersenów, na jedną noc,
zeszłej zimy. Rozmawialiśmy z ojcem Eriki o interesach, zaskoczyła mnie burza śnieŜna i
zostałem. Ale spałem sam, nie z nią.
Joanne spadł kamień z serca.
— Nie podoba mi się, Ŝe znowu podejrzewałaś mnie o intymny związek z kobietą, wbrew
faktom — oświadczył Brad. — Nie Ŝyłem jak zakonnik, ale nie jestem teŜ kobieciarzem. Nie
wiem, dlaczego ty i twój brat uwaŜacie mnie najwyraźniej za takiego człowieka.
— Tak? — zirytowała się Joanne. — A jak oceniasz próbę uwiedzenia osiemnastoletniej
męŜatki?
— Nie wiem, jakie kłamstwa naopowiadała ci Milly, ale nigdy nie próbowałem zbliŜać się do
męŜatek ani kobiet zaręczonych. Chyba Ŝeby ciebie uznać za kobietę zaręczoną. Jeszcze Ŝadna
kobieta nie oceniała mnie tak źle jak ty.
— MoŜe jeszcze dodasz, Ŝe duŜo cię kosztuję, co?!
Brad szarpnął się.
— Jeśli zamierzasz mówić mi takie rzeczy, lepiej idź spać — powiedział chłodno.
Joanne wstała i wyszła. Była bliska płaczu. Dlaczego w ferworze sprzeczki powiedziała coś aŜ
tak niemiłego? Wcale nie chciała. PrzecieŜ zamierzała tylko przeprosić Brada!… Obawiała się,
Ŝ
e zepsuła wszystko. A przecieŜ była w nim zakochana!
Opadła na poduszkę i zaczęła płakać. Spotkało ją ostatnio zbyt wiele przykrych przeŜyć.
R
OZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Nie usłyszała pukania ani nawet otwierających się drzwi.
— Joanne, przestań, nie ma sensu leŜeć i płakać — odezwał się głos Brada, który wrócił spod
prysznica, w jedwabnym szlafroku. Miał mokre włosy. — Jeśli musisz płakać, moŜesz to zrobić
na moim ramieniu. — RozłoŜył szeroko ręce. Joanne przytuliła się do niego, a on gładził ją po
plecach.
— Uspokoiłaś się juŜ? — spytał po dłuŜszej chwili. Uniosła głowę i cofnęła się. Brad podał jej
chusteczkę.
— Dziękuję. — Joanne usiadła na krześle. — Chciałabym cię przeprosić. Nie chciałam mówić
ci przykrości. Miałam zamiar pójść i przeprosić cię, ale bałam się, Ŝe pomyślisz, Ŝe robię to
dlatego, Ŝeby…
— Nie martw się juŜ — uspokajał Brad.
— Obawiałam się, Ŝe nie będziesz więcej chciał się ze mną zadawać.
— Coś ty!… Wiesz, jutro są twoje dwudzieste piąte urodziny! — przypomniał. W tej samej
chwili zegar wybił dwunastą. — Pomogę ci rozpiąć sukienkę, a potem, jeśli masz ochotę… —
Podszedł i zaczął całować Joanne po spłakanej twarzy. — Bardzo chciałbym, Ŝeby znowu było ci
ze mną dobrze.
— Bradzie — spytała nagle — dlaczego wczoraj w nocy wróciłeś na kanapę?
— Nie byłem pewien, czy będziesz chciała, Ŝebym został. Pomyślałem, Ŝe moŜe rano
poŜałujesz tego, co zrobiłaś, i poczujesz się okropnie, obudziwszy się ze mną w jednym łóŜku.
— A dziś, czy zostaniesz ze mną?
— Chciałabyś tego?
— Bardzo bym chciała.
Brad objął Joanne i ową noc znowu spędzili razem, kochając się z rozkoszą i tuląc ciepło.
*
*
*
I obudzili się razem, wczesnym rankiem. Joanne opierała głowę na piersi Brada, a on
obejmował ją i dotykał brodą czubka jej głowy. Czuła bicie jego serca. Pomyślała, Ŝe jest
szczęśliwa. Bardzo szczęśliwa.
— Dzień dobry! — odezwał się Brad. — Dzień dobry!
Dopiero wstawał dzień, przez turkusowe zasłony przeświecało słabo światło słońca,
napełniając sypialnię tajemniczą poświatą.
— Czas, Ŝebym wstał — oznajmił Brad. — Niedługo przyjedzie samochód, który wynająłem.
Powinniśmy zjeść porządne śniadanie.
Joanne chciała się podnieść.
— Ty zostań w łóŜku. — Brad włoŜył szlafrok. — Czeka cię urodzinowe śniadanie w pościeli.
— Nie pamiętam, Ŝeby kiedykolwiek przyniesiono mi śniadanie do łóŜka. — Joanne
roześmiała się.
— W takim razie to będzie pierwszy raz — odpowiedział ze śmiechem Brad.
— Dlaczego musimy wstawać tak wcześnie? — spytała Joanne.
— Mam dla ciebie specjalny prezent — zrobimy wycieczkę do Briksdal. To dość daleko.
— Co jest w Briksdal? — zainteresowała się Joanne.
— Nie powiem ci, Ŝebyś miała niespodziankę.
— Jak powinnam się ubrać?
— Wystarczą dŜinsy i zwykła bluzka. Ach, przydadzą się porządne buty. Spakuj się, bo
zostaniemy tam na jeden nocleg.
Tymczasem przywieziono śniadanie. Brad poszedł otworzyć i po chwili wrócił, pchając przed
sobą wózek z tacą.
— Czary mary… — powiedział, ściągając z tacy białą serwetkę. Znajdował się pod nią
bukiecik kwiatów. Brad wręczył je Joanne. — Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!
Joanne była uradowana.
— Śliczne! — powiedziała. — Wolę takie kwiatki niŜ brylanty!
— Cieszę się, Ŝe ci się podobają. Wiele kobiet ceni tylko brylanty… — Następnie Brad dał
Joanne urodzinową kartkę. Napisał na niej coś po norwesku. Joanne zrozumiała tylko jego imię.
Kartka przedstawiała sympatycznego łosia, trzymającego w pysku kwiaty. Wręczał je łoszy o
długich rzęsach.
Joanne roześmiała się na głos.
— Jaka zabawna kartka! — powiedziała. — Co mi napisałeś?
— Nie jestem pewien, czy uŜyłem właściwych słów. MoŜe przetłumaczę ci je, kiedy poznamy
się lepiej.
Joanne uświadomiła sobie, Ŝe przecieŜ, choć zbliŜyli się intymnie, znają się od zaledwie
czterech dni…! Poczuła się nieswojo.
— Mam dla ciebie jeszcze jedną rzecz — oznajmił Brad, podając jej coś małego.
Rozwinęła prezent z papierka i znowu wybuchnęła śmiechem. Zobaczyła drewnianą figurkę
paskudnego, kudłatego trolla.
— To jest troll Olaf, który przynosi szczęście! — wyjaśnił Brad. — Masz świetny gust, więc
Olaf na pewno ci się spodoba.
— Pokochałam go od pierwszego wejrzenia — odpowiedziała Joanne. — Dziękuję ci, to moje
najweselsze urodziny od bardzo dawna!
— Dzień się dopiero zaczyna. Mam nadzieję, Ŝe spotka cię dziś jeszcze duŜo więcej
przyjemności… A teraz, zjedzmy śniadanie.
Ś
niadanie było pyszne. Niecałą godzinę później siedzieli juŜ w samochodzie terenowym z
napędem na cztery koła. Spakowali małe bagaŜe, Brad zabrał teŜ kosz jedzenia. Ruszyli na
północny wschód.
Dzień był piękny. Na niebieskim niebie widniały białe chmury, jesienne słońce ogrzewało
otaczające skały i rozświetlało czerwone i złote Uście drzew. Wkrótce samochód zaczął mijać
potęŜne góry o pokrytych śniegiem szczytach, granatowe fiordy, malownicze lasy i liczne
wodospady, małe i duŜe. Joanne siedziała w milczeniu, oszołomiona zachwycającymi widokami.
Jeszcze nigdy w Ŝyciu nie czuła się tak szczęśliwa!
Jechali długo, aŜ wczesnym popołudniem Brad zakomunikował:
— JuŜ dojeŜdŜamy. — Skręcił w las, a potem zatrzymał samochód na polanie. — Zmieniamy
ś
rodek transportu — oznajmił.
W cieniu drzew stał szereg kuców, zaprzęgniętych do dwukołowych powozików ze złoŜonymi
daszkami. Na widok turystów pierwszy z przewoźników pociągnął za lejce i podjechał do Joanne
i Brada. Wsiedli i ruszyli stromą ścieŜką w górę. Przejechali jakieś półtora kilometra, kiedy ich
oczom ukazał się wspaniały wodospad, niknący w dole fiordu. Rozpadlinę przecinał drewniany
most. Wokół unosiła się wodna mgiełka, rozszczepiająca światło słońca na kolory tęczy.
Przejechali przez mostek. Joanne była zachwycona.
Ś
cieŜka wznosiła się dalej. Po krótkim czasie wysiedli i poszli dalej piechotą. Gdy dotarli do
skraju lasu, Brad zasłonił Joanne oczy i powiedział:
— Zatrzymaj się, kiedy ci powiem, i dopiero wtedy otwórz oczy. Chodźmy… JuŜ!
Joanne popatrzyła przed siebie i aŜ dech jej zaparło. Zobaczyła iskrzący się w słońcu
lodowiec, spływający do wąskiej doliny. Przypominał ogromnego, białego lizaka. Wtem od
lodowca oderwała się z ogłuszającym trzaskiem olbrzymia bryła lodu i runęła w dół.
— Coś niesamowitego! — zawołała z podziwem Joanne.
— To jest właśnie Briksdal. Najłatwiej dostępny jęzor lodowca Jostedal.
— Pierwszy raz w Ŝyciu widzę lodowiec!
— Jeśli chciałabyś przyjrzeć mu się z bliska, organizują tu wycieczki z przewodnikiem, po
bezpiecznej trasie. Jednak na taką wycieczkę będziemy mogli pójść dopiero następnym razem.
„Następnym razem…” — pomyślała z radością Joanne. Cieszyła się, Ŝe Brad chce, Ŝeby
znowu wspólnie przyjechali w to miejsce.
W dole z lodowca wypływała woda, tunelem, który wyŜłobiła. Mimo ciepłego dnia po
jeziorze pływały bryły lodu. Joanne była oczarowana.
Usiedli na porośniętym trawą brzegu, rozłoŜyli koc i zaczęli jeść, popijając posiłek białym
winem.
— Co myślisz o Paulu? — zagadnął w pewnej chwili Brad.
— Bardzo go polubiłam — przyznała z wahaniem Joanne.
— Tak mi się zdawało…
— Byłam wdzięczna, Ŝe się mną zajął, inaczej tkwiłabym na tym przyjęciu zupełnie sama.
Brad pocałował Joanne w rękę.
— Przepraszam, Ŝe cię zaniedbałem. Reiersen chciał porozmawiać ze mną o interesach, i
wyczułem, Ŝe jest waŜne, Ŝebym posłuchał, co ma mi do powiedzenia.
Po tej wymianie zdań Joanne i Brad zajęli się przyjemniejszymi sprawami — napili się kawy,
a potem, gdy spakowali kosz, Brad objął Joanne i oparli się razem o skałę, wystawiając twarze ku
słońcu.
Nagle Joanne poczuła, Ŝe Brad ją całuje. Otworzyła oczy i popatrzyła na niego czule. Była
szczęśliwa.
Pomału robiło się późno. Wrócili do dwukółki.
— Dziękuję ci za cudowny dzień! — powiedziała Joanne.
— Mamy przed sobą jeszcze wieczór — oznajmił Brad. — Pojedziemy do Lanadal — to
miasteczko odległe mniej więcej o godzinę jazdy samochodem. Pomyślałem, Ŝeby zatrzymać się
w przytulnym pensjonacie. Wybrałem taki, który został zbudowany przed stu dwudziestu laty
jako prywatny dom. Zobaczysz, spodoba ci się tam.
— Na pewno — odparła z zadowoleniem Joanne.
*
*
*
Lanadal było malowniczo połoŜonym miasteczkiem. Zbudowano je u stóp niewysokiej góry,
nad wąską, wartko płynącą pod kamieniach rzeką. WzdłuŜ uliczek o nawierzchni z polnych
kamieni stały kolorowe drewniane domki. WzdłuŜ chodników stały staromodne latarenki.
Atmosfera była niemal bajkowa.
Pensjonat stał na stoku wzgórza. Był zielony, kryty gontem, i miał pełno załomów dachu,
wieŜyczek i iglic. We wnęce nad drzwiami stała rzeźba trolla.
Okazało się, Ŝe Brad zarezerwował pokój w wieŜyczce. Całkiem spory pokój był okrągły!
Piętro niŜej znajdowała się naleŜąca do apartamentu łazienka z ogromną wanną.
— Co myślisz o tej wannie? — spytał Brad. — UwaŜam, Ŝe bez trudu zmieścimy się w niej
razem. Masz na to ochotę?
— Skłamałabym, gdybym powiedziała, Ŝe nie — odparła skromnie Joanne.
Brad ogromnie się ucieszył.
— Potem pójdziemy do pewnej ciekawej restauracji na urodzinowy obiad — zaproponował.
— Co ty na to?
Joanne była uszczęśliwiona.
*
*
*
Restauracja znajdowała się po drugiej stronie rzeki. W szumiącej wodzie migotał odblask
księŜycowego światła. Okazało się, Ŝe restauracja została urządzona w duŜej, wiejskiej chacie. W
dwóch jej końcach stały stare piece, izbę oświetlały mosięŜne lampy naftowe. Zamiast podłogi
był piasek, stoliki zrobiono z grubo ciosanego drewna. Jedzenie, które szykowali dwaj kucharze
— bliźniacy, było wyśmienite. Joanne i Brad uraczyli się marynowanymi karczochami, homarem
w sosie z białego masła oraz krumkake — norweskimi ciastkami, które miały cieniutką warstwę
ciasta, całe zaś wypełnione były pyszną marmoladą jeŜynową. Napili się kawy, a później —
słodkiego wina domowej roboty.
Wracali spacerkiem, trzymając się za ręce. Było późno i prawie nie było ruchu. Nagle, kiedy
Joanne i Brad przeszli moŜe z pięćdziesiąt metrów, zawarczał zaparkowany naprzeciw
samochód. Kierowca oślepił ich długimi światłami i ruszył gwałtownie, prosto na nich,
wjeŜdŜając na chodnik. Brad zareagował szybciej. Pchnął Joanne w wąskie przejście między
budynkami, skacząc za nią. Samochód przemknął tuŜ obok i odjechał, nie zwalniając.
Brad podniósł się z ziemi i pomógł wstać Joanne.
— Nic ci się nie stało? — spytał.
— Nie.
— Na pewno?
— Na pewno. A tobie?
— Mnie teŜ nie — odpowiedział Brad. — Zostań tu chwilę. Pójdę sprawdzić, czy ten
człowiek nie czai się znów gdzieś w pobliŜu.
— Idę z tobą!
— To nie będzie bezpieczne — zauwaŜył Brad.
— Nie pozwolę, Ŝebyś poszedł sam.
— Jesteś uparta.
Brad wziął Joanne za rękę. Wyszli spomiędzy domów. Wówczas ruszył ku nim inny
samochód, zatrzymując się przy krawęŜniku. Joanne była przeraŜona. Zobaczyła, Ŝe w
samochodzie siedzi para, która była wcześniej w restauracji. MęŜczyzna wyskoczył z pojazdu i
zaczął szybko tłumaczyć coś Bradowi. Ten niechętnie przyznał mu rację, po czym wszyscy
wsiedli do samochodu. Kobieta pytała Brada, czy nic im się nie stało — Joanne zdołała to
wywnioskować. Zajechali pod pensjonat, w którym się zatrzymali. Brad i Joanne podziękowali
dwojgu Norwegom i poszli w milczeniu do pokoju.
Dopiero tam, w jasnym świetle, Joanne zobaczyła, Ŝe Brad ma rozdartą kurtkę oraz
posiniaczony, podrapany i zakrwawiony policzek. Dopiero teraz Joanne zdała sobie w pełni
sprawę, Ŝe gdyby nie jego błyskawiczna reakcja, juŜ by nie Ŝyli. ZadrŜała.
— Masz krew na twarzy — odezwała się z troską.
— To tylko zadrapanie.
— W hotelu na pewno jest apteczka — mówiła Joanne. — Pójdę po nią.
— Dziękuję ci, nie trzeba. Zawsze noszę przy sobie własną apteczkę. — Brad wyjął z torby
nieduŜe, miękkie pudełko.
Joanne oczyściła mu twarz wodą utlenioną, a potem posmarowała zadrapania maścią.
— Dziękuję ci, Joanne. Pocałujesz mnie teraz?
— Oczywiście!
Po tych słowach zaczęli całować się delikatnie. Uspokoiło ich to trochę.
R
OZDZIAŁ DZIESIĄTY
Rozległo się pukanie do drzwi. Kelner przyniósł kawę i brandy, które zamówił Brad.
— Przepraszam, Ŝe przeze mnie znalazłaś się w tak niebezpiecznej sytuacji — powiedział. —
Nasi znajomi z restauracji wyszli wkrótce po nas i zobaczyli, jak samochód rusza na nas. Chcieli
dzwonić po policję, ale uznałem, Ŝe byłaby to strata czasu. Było ciemno, nikt nie widział numeru
rejestracyjnego pojazdu napastnika. Nie rozpoznali nawet koloru, poza tym, Ŝe był ciemny.
Policja uznałaby, Ŝe to pijany kierowca stracił na chwilę panowanie nad samochodem, i tyle.
— A ty jesteś pewien, Ŝe było inaczej? — spytała Joanne.
— Raczej tak.
— Zatem wiąŜesz to, co się stało, z niepokojącymi wydarzeniami w twojej norweskiej firmie?
— Owszem. Postanowili mnie zabić, i zrobić to z dala od Bergen. Kierowca przyjechał
pewnie do Lanadal przed nami i czekał na okazję.
— Skąd mógł wiedzieć, Ŝe jedziemy do Lanadal?
— Mówiłem o tym wielu ludziom — przyznał Brad. — Ty dowiedziałaś się jako ostatnia.
Kiedy Erika proponowała mi, Ŝebym u niej został, powiedziałem w pewnej chwili, Ŝe wybieram
się z tobą do Lanadal. Mówiłem Heldze, która pakowała nasz kosz z jedzeniem. Firmie, w której
poŜyczyłem samochód, teŜ wyjaśniłem, dokąd jadę. Poinformowałem Paula, gdzie będę. Na
pewno o naszym wyjeździe dowiedziały się przy okazji jeszcze inne osoby.
— Kto moŜe za tym wszystkim stać?
— Przeanalizowawszy całą sprawę, doszedłem do wniosku, kto to musi być — oznajmił Brad.
— To jedyna sensowna wersja. Człowiek, który chce mnie zniszczyć, jest bogaty i wpływowy.
Mało kto podejrzewałby go o zlecanie pospolitych przestępstw.
— Czy wiesz, dlaczego próbowałby cię zniszczyć? — zapytała Joanne, zdziwiona.
— Ma dwa powody. Po pierwsze, równieŜ jest właścicielem morskiej linii przewozowej —
czyli moim konkurentem. Drugi powód to coś, co zaczęło się jeszcze przed pięćdziesięciu laty,
kiedy nasi dziadkowie byli młodzi i przyjaźnili się. JuŜ jego i mój dziadek byli właścicielami linii
przewozowych, ale klientów starczało dla nich obu; Norwegia ma bardzo długą linię brzegową.
Niestety, obaj młodzi męŜczyźni zakochali się w tej samej dziewczynie. KaŜdy się oświadczył i
dziewczyna wybrała mojego dziadka. Jego rywal poprzysiągł mu zemstę i odtąd stał się jego
wrogiem. Gdy odziedziczyłem po dziadku linię Dragon, ów Ŝyjący jeszcze wróg dziadka
zaproponował mi kupno firmy. Muszę przyznać, Ŝe oferował naprawdę wysoką cenę. Nie
zgodziłem się jednak sprzedać linii Dragon, poniewaŜ dziadek Ŝyczył sobie, aby pozostała w
rodzinie. Następnie człowiek, o którym mówię, złoŜył mi jeszcze dwie kolejne oferty kupna linii.
Odrzuciłem je.
— Dlaczego aŜ tak zaleŜy mu na linii Dragon? — zainteresowała się Joanne. — Czy obecnie
konkurencja jest większa niŜ kiedyś?
— Nie, ale mógłby chcieć przejąć firmę dziadka i zlikwidować ją. Uznałby, Ŝe wyrównał w
ten sposób rachunki. Widzisz, mam powody, Ŝeby go podejrzewać, ale nie mam dowodów, na
których podstawie mógłbym go o cokolwiek oskarŜyć.
— Rozumiem… — zafrasowała się Joanne. — Ale jeŜeli nic nie zrobisz, będzie powtarzał
akty sabotaŜu.
— Jestem o tym przekonany. Ale i tak nie sprzedam firmy Dragon.
— Czy ten człowiek nie wie, Ŝe nie poddajesz się łatwo?
— Być moŜe nie wie. Ale i on nie poddaje się łatwo. Do tego jest bezwzględny. Skoro nie
chcę ustąpić, posunął się do zamachu na moje — i twoje — Ŝycie. Choć mogło być to tylko
ostrzeŜenie. MoŜe kierowca miał zamiar nas minąć. Jednak jeśli wciąŜ będę obstawał przy
swoim… Gdyby mnie zabrakło, mój koncern odziedziczyłby mój brat, Blake. Z nim poszłoby
naszemu nieprzyjacielowi o wiele łatwiej — tłumaczył Brad. — Blake jest, niestety, większym
kobieciarzem niŜ biznesmenem. Mimo Ŝe ma Ŝonę i dwoje dzieci! Jak się domyślasz, potrzebuje
duŜo pieniędzy na swoje rozrywki; jestem więc przekonany, Ŝe bez wahania sprzedałby linię
Dragon.
— Co zamierzasz zrobić? — spytała Joanne.
— Być moŜe jedynym wyjściem jest znalezienie przeze mnie dowodów obciąŜających
bezpośrednio zleceniodawcę zamachów. Kiedy juŜ będę je miał, pewnie sam się wycofa. Nie
zaryzykuje utraty dobrej reputacji. Jest dumą miejscowej społeczności i powszechnie znanym
sponsorem kościelnych akcji dobroczynnych. Jutro po powrocie do Bergen porozmawiam z
Paulem, moŜe uda nam się wypracować wspólnie jakąś strategię.
— Czy Paul wie, kim jest twój wróg?
— Nie. Nie mówiłem mu dotąd, bo byłem ciekaw, czy sam, niezaleŜnie ode mnie, dojdzie do
tych samych wniosków. Nie ma jednak czasu dłuŜej czekać…
*
*
*
Nazajutrz był kolejny piękny, słoneczny dzień. Zaraz po śniadaniu Joanne i Brad pojechali do
Bergen. Brad, choć z pozoru spokojny, raz po raz zerkał w lusterko i zwracał uwagę na widoczne
wokół pojazdy. Zatrzymali się po południu na obiad, przy restauracji dla kierowców.
— Masz ochotę zjeść w środku czy na zewnątrz? — spytał Brad.
— Wolę na dworze. Jest tak ładnie.
Restauracja miała taras pełen kwiatów. Usiedli przy małym stoliku, z widokiem na wijącą się
po górach drogę.
— Zadzwonię do Paula — powiedział Brad.
— Oczywiście.
Brad wybrał numer i powiedział do Paula:
— Późnym popołudniem będziemy z powrotem w Bergen. Chciałbym z tobą pomówić… —
Słuchał chwilę. — Tak, chyba tak będzie najlepiej… Naprawdę?… Nie jesteś ranny?… —
zaniepokoił się. — Całe szczęście. UwaŜaj na siebie. Do zobaczenia.
— Czy z Paulem wszystko w porządku?… — zaniepokoiła się Joanne.
— Tak, dzięki Bogu. Wczoraj wieczorem był na jednym z naszych nabrzeŜy. Rozmawiał ze
straŜnikiem, który gonił wcześniej intruza. Nagle nad Paulem urwał się hak dźwigu. Spadł tuŜ
obok niego, ale nie zrobił mu krzywdy.
Joanne zadrŜała. Coraz bardziej bała się o Brada.
— Widzę, Ŝe niepokoisz się o Paula — odezwał się. — CzyŜbyś coś do niego poczuła?
— Coś ty? Nie. Polubiłam go, to wszystko.
— Paul i tak jest beznadziejnie zakochany w Erice.
— Mówił mi.
Brad uniósł brwi.
— Myśląc, Ŝe jestem z Eriką, poprosiłaś go, Ŝeby odwiózł cię do domu? — upewnił się.
— Najpierw chciałam wziąć taksówkę — odpowiedziała Joanne. — Ale pan Reiersen
powiedział, Ŝe w okolicy odbywa się kilka duŜych imprez i Ŝe w związku z tym nie zdołam
nigdzie znaleźć wolnej taksówki. To on zasugerował, Ŝebym poprosiła o przysługę Paula.
Myślałam, Ŝe samochód Paula jest w naprawie, poniewaŜ wypadł z drogi, ale…
— Mówiłaś o tym Reiersenowi? — przerwał Brad.
— Tak. Ale nie powiedziałam, Ŝe nastąpiła awaria hamulców.
— I co na to Reiersen? — chciał się dowiedzieć Brad.
— To on powiedział, Ŝe słyszał, iŜ zepsuły się hamulce i Ŝe widocznie Paul juŜ je naprawił.
— Co jeszcze mówił?
— Nazwał Paula dynamicznym młodym człowiekiem i dodał, Ŝe sam chętnie by go zatrudnił,
gdyby nie pracował u siebie. Reiersen wspomniał o Mussenie!… Powiedział, Ŝe Paulowi nie
zajęło zbyt wiele czasu dotarcie do Mussena!
— Czy na pewno Reiersen pierwszy wymienił nazwisko Mussena? — wypytywał Brad.
— Tak. Pierwszy i ostatni. Wówczas nie mogłam sobie dokładnie przypomnieć, kto to jest
Mussen.
— Zdaje się, Ŝe kiedy Reiersen to mówił, nie był całkiem trzeźwy?
— Nie był…
*
*
*
Gdy dojeŜdŜali do Lofoten, ściemniało się. W holu, przed kominkiem, czekał Paul. Brad oddał
Heldze kosz z resztkami jedzenia, dziękując.
— Mam nadzieję, Ŝe wycieczka się udała? — odezwała się Helga.
— Och, zdecydowanie! — odparł.
— Powiem Edvardowi, Ŝeby wniósł na górę państwa bagaŜe.
— Jak wypadła podróŜ urodzinowa? — zagadnął pogodnie Paul.
— Wspaniale — odpowiedziała Joanne. — To był piękny dzień.
— ChociaŜ spotkało nas przykre zdarzenie w Lanadal — wtrącił Brad. Opowiedział o
niebezpiecznej przygodzie z rozpędzonym samochodem na chodniku.
Paul aŜ gwizdnął.
— To mogło skończyć się dla was fatalnie! — skomentował. — Mechanik, który oglądał mój
samochód, nie ma wątpliwości, Ŝe ktoś celowo uszkodził układ hamulcowy. Próbują zabić
zarówno ciebie, jak i mnie. Co robić?
— Przyszło mi coś do głowy — uspokoił Brad. Joanne zaczęła nalewać pozostałym herbatę,
którą przyniosła Helga.
— Proszę, widzę, Ŝe urządziliście sobie małe spotkanie! — odezwał się nagle kpiący głos.
NaleŜał do Eriki. Patrzyła z góry lodowatym spojrzeniem. Dwaj męŜczyźni wstali grzecznie.
— MoŜe do nas dołączysz? — zaprosił Brad.
— Chciałam pomówić z tobą w cztery oczy — odparła.
— MoŜe w takim razie przejdziemy się — odezwał się Paul do Joanne — a oni…
— Nie ma potrzeby — przerwał Brad. — MoŜecie usłyszeć to, co ma mi do powiedzenia
Erika.
— Proszę bardzo, jeśli chcesz — odpowiedziała Erika. Spojrzała na Joanne. — Mam coś dla
pani. Zostawiła to pani na przyjęciu. — Oddała jej srebrną torebkę.
— Dziękuję.
— Dziwię się, Ŝe jest pani tak spokojna — zadrwiła Erika.
— O co ci chodzi? — zniecierpliwił się Brad.
— Nie wiem, czy wiesz, ale twoja sekretarka sprzedaje poufne informacje! — oznajmiła
Erika. — Tata słyszał plotki o jakichś kłopotach w firmie Dragon, spytał więc o nie panią Joanne.
Odparła, Ŝe odpowie, ale nie za darmo! Był zaszokowany.
— Co za okropne kłamstwo! — krzyknęła Joanne.
— Kłamstwo? — odpowiedziała Erika. — To skąd wzięły się pieniądze?
— Jakie pieniądze? — zdziwiła się Joanne.
— Zajrzyj pani Winslow do torebki, Bradzie — zaproponowała Erika.
— Co ty sobie wyobraŜasz? — zirytował się Brad. — Nie mam zamiaru grzebać w torebce
pani Winslow.
— To patrz! — Z tymi słowami Erika wyrwała z powrotem Joanne torebkę i wysypała jej
zawartość na stół. Na blacie, pośród przyborów kosmetycznych, znalazł się gruby plik koron
norweskich. Joanne spojrzała na niego z zaskoczeniem. — Widzisz? — skomentowała z
triumfem w głosie Erika.
— Dość tego! — rzucił Brad. — Ufam pani Winslow.
— MoŜe powinieneś najpierw spytać ją, skąd ma te pieniądze?
— Nie wiem, kto włoŜył je do mojej torebki — wtrąciła Joanne — ale przychodzi mi do
głowy, Ŝe mógł to zrobić pani ojciec.
— Jak śmiesz?!
— Paulu — odezwał się spokojnie Brad — czy mógłbyś odprowadzić Erikę do jej
samochodu?
— Oczywiście — zgodził się natychmiast Paul. — Za ile czasu mam się pokazać?
— Za piętnaście minut.
— Dobrze.
Brad, zebrawszy rzeczy ze stołu, wziął Joanne za rękę i poszedł z nią do pokoju.
— Proszę cię, powiedz mi dokładnie wszystko, co jeszcze mówił Reiersen na temat firmy
Dragon — polecił.
— Powiedział, Ŝe słyszał plotkę o powtarzających się kłopotach. śe podobno w jednym z
hoteli firmy wybuchł poŜar. Reiersen chciał dowiedzieć się, jakie kroki w związku z tym
podejmujesz. Pytał, czy chcesz zwrócić się do policji. Odpowiedziałam, Ŝe nie wiem, a wtedy on
stwierdził, Ŝe być moŜe potrzebuję czasu, aby to przemyśleć, i dodał, Ŝe waŜne informacje mogą
czasem przynieść bardzo duŜe dochody. Zrelacjonowałam zresztą wszystko szczegółowo
Paulowi.
— Coś podobnego! — Bradowi błyszczały oczy. — Czy moŜesz spróbować powtórzyć mi
całą rozmowę z Reiersenem, słowo po słowie — jeśli, oczywiście, wszystko pamiętasz?
Joanne odtworzyła z pamięci rozmowę. Była na tyle szczególna, Ŝe Joanne szybko jej nie
zapomni…
— Dam mu w kość! — zapowiedział z gniewem Brad, wysłuchawszy uwaŜnie opowieści. —
Przepraszam cię, to wszystko moja wina. Wyłącznie przeze mnie znalazłaś się w mackach tego
nikczemnika! I to pijanego… Całe szczęście, Ŝe alkohol rozwiązał mu język. Pewnie kiedy
Reiersen wytrzeźwiał, domyślił się, Ŝe powiesz mi, co ci zaproponował, więc włoŜył do twojej
torebki duŜą sumę pieniędzy, Ŝeby cię skompromitować.
Rozległo się pukanie do drzwi — minęło piętnaście minut. Wszedł Paul.
— Wszystko juŜ wiesz? — upewnił się. Brad skinął głową. — Wiesz, zastanawiałem się
ostatnio nad Reiersenem — oznajmił Paul. — A kiedy Joanne powiedziała mi, Ŝe próbował ją
przekupić, pomyślałem, Ŝe chyba moje podejrzenia są trafne. Zamierzałem o nich z tobą
porozmawiać. Teraz jeszcze doszła sprawa tych pieniędzy w torebce…
— Nie sądzisz, Ŝeby podłoŜyła je sama Erika? — spytał Brad.
— Przyszło mi to do głowy. Erika byłaby do tego zdolna. Kiedy jednak spytałem, skąd miała
torebkę Joanne, wywnioskowałem z tonu opowieści Eriki, Ŝe to nie ona. Mówiła, jak jeden ze
słuŜących przyniósł jej torebkę, Ŝe zdawało jej się, iŜ to torebka Joanne, zajrzała do środka,
znalazła tam pieniądze. Przysięgała, Ŝe to nie ona je włoŜyła. Raczej jej wierzę.
— Myślę, Ŝe słusznie — ocenił Brad.
— A więc ty takŜe sądzisz, Ŝe za wszystkim stoi Reiersen? — zapytał Paul.
— Myślałem tak juŜ od pewnego czasu. Nie miałem tylko dowodów. Ale Reiersen wygadał
się po pijanemu przed Joanne, a ona dobrze zapamiętała jego słowa. Teraz mamy ślad.
Brad schował zwitek pieniędzy do kieszeni.
— Jedziesz przyprzeć Reiersena do muru? — upewnił się Paul.
— Chcę to zrobić, ale najpierw zamierzam porozmawiać z Mussenem.
— Pojechać z tobą?
— Nie, wolę, Ŝeby Joanne nie zostawała tu sama. UwaŜajcie, proszę, na siebie.
— Mnie nic się nie stanie — zaprotestowała Joanne. — Myślę, Ŝe będzie o wiele lepiej, jeŜeli
pojedziecie we dwóch.
— Ona chyba ma rację — skomentował Paul. Brad wyglądał na zupełnie nie przekonanego.
— Jeśli chcesz, obiecuję, Ŝe zamknę się na klucz i nie będę ruszać się z apartamentu —
powiedziała Joanne.
— A tobie, Bradzie, moŜe przydać się świadek rozmów z Mussenem i Reiersenem —
zauwaŜył Paul.
— Dobrze — zgodził się Brad.
*
*
*
Joanne czekała, niepokojąc się bardzo. Brad i Paul wrócili po dwóch godzinach, cali i zdrowi.
— Czy wszystko w porządku? — upewniła się.
— Tak, dzięki tobie — odpowiedział Brad. — Dzięki temu, Ŝe zapamiętałaś nazwisko
Mussena.
— Co z nim? — spytała.
— Porozmawialiśmy szczerze. Jak wiesz, Mussen miał głęboki Ŝal do firmy o to, Ŝe
zwolniono jego brata. OtóŜ dzisiaj Mussen przyznał się nam, Ŝe zgłosił się do niego niejaki
Andersen i zapłacił mu za zemszczenie się na firmie Dragon w zasugerowany przez siebie
sposób. Trzeba ci wiedzieć, Ŝe Andersen to jeden z najwyŜej postawionych ludzi Reiersena.
— Coś takiego!
— Kiedy złapano Mussena — kontynuował Brad — i przywrócono do pracy jego brata,
Mussen zdał sobie sprawę, Ŝe źle postąpił. Powiedział Andersenowi, Ŝeby znalazł sobie kogo
innego do realizacji swoich niecnych planów. Wyjaśniłem Mussenowi, do jak powaŜnych
zdarzeń ostatnio doszło. Przeraził się i podał nam nazwiska ludzi, którzy jego zdaniem są na
usługach Andersena… Uzbrojeni w te informacje pojechaliśmy z Paulem do Reiersena.
Postanowiłem posłuŜyć się małym blefem. Najpierw oddałem Reiersenowi pieniądze, które
włoŜył do torebki Joanne, a potem — nie wspominając o Mussenie — wymieniłem kilka nazwisk
i oznajmiłem, Ŝe jeśli akty sabotaŜu nie ustaną, zwrócimy się do organów ścigania, oraz Ŝe
dysponujemy szczegółową wiedzą na temat jego działań, którą przedstawimy policji. Obawiając
się, Ŝe na tym skończy się jego kariera, Reiersen ustąpił. Przypuszczałem, Ŝe tak zrobi. Udało się!
— Przyznał się przed wami do organizowania tych wszystkich zamachów?! — zdziwiła się
Joanne.
— O, nie. Na to jest za inteligentny. Powiedział po prostu, Ŝe jest pewien, iŜ teraz nie
będziemy juŜ mieli więcej kłopotów… Wyobraź sobie, Ŝe później spytał, czy jednak nie
przystanę na propozycję, jaką złoŜył mi podczas przyjęcia — ciągnął Brad. — Pamiętasz,
mówiłem ci, Ŝe rozmawialiśmy z Reiersenem o interesach?
— Pamiętam.
— Mówiąc w skrócie, zaproponował połączenie naszych koncernów drogą zawarcia przeze
mnie małŜeństwa z Eriką. Miałbym kierować wszystkim i mieszkać w Norwegii. „Czas, Ŝeby ster
firmy przejął ktoś młodszy — mówił. — Gdybym miał syna, juŜ przekazałbym mu fotel prezesa.
Mam prawie siedemdziesiąt cztery lata. Kiedy umrę, będzie pan miał absolutną władzę nad
połączonym koncernem”.
— Jak rozumiem, podczas przyjęcia odrzuciłeś jego propozycję?… — upewniła się Joanne.
— Owszem. I myślę, Ŝe dlatego zaszarŜował na nas ten kierowca w Lanadal. A dziś, w
obecności Paula, Reiersen zaoferował oddanie mi wszelkiej władzy nad połączoną firmą, kiedy
tylko urodzi się pierwsze dziecko Eriki i moje — jego wnuk. Oczywiście, odmówiłem.
Powiedziałem Reiersenowi, Ŝe mam zamiar wrócić do Wielkiej Brytanii, poufne materiały na
jego temat zdeponować w banku i pozostawić tu Paula, aby dalej kierował dla mnie firmą
Dragon.
— A co na to Paul? — pytała Joanne.
— Uwielbia Norwegię i ciągle ma nadzieję zwrócić na siebie uwagę Eriki.
— PrzecieŜ Erika kocha ciebie!
— To tylko zepsute dziecko. Zdaje jej się, Ŝe się we mnie zakochała. Ale kiedy zniknę, moŜe
przekonać się do Paula. śyczę im tego, choć małŜeństwo z nią to bardzo ryzykowna rzecz…
Tymczasem zarezerwuję ci na jutro rano lot do Londynu. Zobaczę, moŜe za dzień czy dwa ja
takŜe wrócę juŜ do domu. Nie powinienem był zmuszać cię do przyjazdu tutaj…
— MoŜe wynikło z tego coś dobrego?… — odpowiedziała niepewnie Joanne. Ogarnął ją
głęboki smutek.
— Popełniłem tyle błędów! — ciągnął Brad, jak gdyby jej nie słyszał. — A wszystko dlatego,
Ŝ
e denerwowało mnie, iŜ z góry mnie osądziłaś, i to opierając się na pogłoskach. To Blake, nie ja,
ma reputację kobieciarza. Naprawdę nie wiem, dlaczego jego Ŝona jeszcze z nim jest.
— Być moŜe go kocha — stwierdziła Joanne.
— Być moŜe. ChociaŜ mój brat nie zasługuje na jej miłość…
— Bradzie… Przepraszam, Ŝe tak niezasłuŜenie cię osądziłam! — powiedziała Joanne.
Gdybyś nie zachowywał się w taki sposób, gdy się poznaliśmy, nie zmusił mnie do wyjazdu… —
Urwała.
— Tego wieczora, kiedy się poznaliśmy, gdy zrozumiałem, co robisz i co o mnie myślisz,
postanowiłem podjąć z tobą grę… — przyznał z westchnieniem Brad. — Chciałem cię przerazić,
Ŝ
eby dać ci nauczkę… I, Ŝeby wszystko było jasne: nigdy nie zamierzałem zbliŜać się w
jakikolwiek sposób do Milly. Szczerze mówiąc, nie jest w moim typie. Kiedy powiedziałem ci,
Ŝ
e zawsze traktowałem ją jedynie jako miłą, dobrą sekretarkę, mówiłem prawdę. Poza tym
rzeczywiście nie miałem pojęcia, Ŝe jest męŜatką. Nigdy nie nosiła obrączki ani nie wspominała
o tym, Ŝe ma męŜa.
— Wierzę ci — odpowiedziała Joanne. — Zresztą Paul takŜe powiedział, Ŝe sądził, iŜ Milly
jest panną. Ale nie potrzebuję potwierdzenia z jego ust, Ŝeby ci wierzyć. Kiedy zaczęłam cię
poznawać, zorientowałam się, Ŝe nie zachowujesz się jak kobieciarz.
— A jednak uwiodłem cię… — stwierdził Brad.
— Nieprawda. Postąpiłam z własnego wyboru. I nie Ŝałuję. śałuję natomiast, Ŝe posłuchałam
Miłly. WyobraŜała sobie tylko, Ŝe powaŜnie się nią zainteresowałeś. PrzecieŜ mówiłeś mi, Ŝe
traktujesz ją wyłącznie jako dobrą sekretarkę. Powinnam była ci uwierzyć.
— A jednak źle z tobą postępowałem — skwitował Brad. — Nie chcę więcej tego robić.
— Ale… Czy nie uwaŜasz, Ŝe odesłanie mnie z powrotem do Londynu będzie złe? — zapytała
Joanne. Tak bardzo pragnęła być z Bradem! — Mówiłeś, Ŝe potrzebny ci ktoś, kto by ci
towarzyszył, z kim przeŜywałbyś wszystko, co się dzieje. Jeśli nie kochasz Eriki, to moŜe ja
mogę zostać taką osobą?
— Nie chcę ciągnąć z tobą romansu — odparł Brad. Ukrył twarz w dłoniach. — MoŜesz tu
zostać tylko pod warunkiem, Ŝe naprawdę chcesz ze mną być. Wyjść za mnie.
Joanne nie wierzyła własnym uszom.
— CzyŜbyś chciał się ze mną oŜenić?… — upewniła się.
— Bardzo bym chciał. Całe Ŝycie czekałem na kobietę, która będzie wyglądać tak, jak ty,
cieszyć się Ŝyciem tak, jak ty się cieszysz, śmiać się z tego samego co ja, całować mnie tak, jakby
mnie kochała… Tylko czy mnie kocha?
— Kocham cię!
— Tak bardzo się cieszę! Gdybyś wróciła spokojnie do Londynu, nie wiem, co bym ze sobą
począł.
— Ogromnie chciałabym za ciebie wyjść! — zapewniła Joanne. — Zostanę z tobą w
Norwegii.
— Chcę tylko, Ŝebyś odesłała od razu jutro rano pierścionek zaręczynowy Trevora.
— Dobrze. JuŜ z nim zerwałam. Nie wiesz, ale zatelefonowałam do niego z lotniska, bo juŜ
wtedy zdałam sobie sprawę, Ŝe wolę być z tobą niŜ z Trevorem.
— Skoro tak, czuję się wspaniale! — oznajmił Brad. — Mam pomysł: weźmiemy razem
prysznic, a potem pojedziemy do restauracji!
— Wzięłam juŜ prysznic — ale myślę, Ŝe drugi będzie bardzo przyjemny…
Brad wziął Joanne za rękę i poprowadził przez sypialnię do łazienki. Jego wzrok spoczął na
urodzinowej pocztówce, stojącej na nocnym stoliku. Brad przystanął.
— Skoro chcesz za mnie wyjść, powiem ci, co napisałem. — Uśmiechnął się. —
„Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin dla mojej sarenki. Postscriptum: Kocham cię!!!”