background image

MARGIT SANDEMO 

ZAGINIONY 

Z norweskiego przełożyła 

MAGDALENA STANKIEWICZ 

POL - NORDICA 

Otwock 1998 

background image

ROZDZIAŁ I 

Jaka  cicha  letnia  noc!  Mrok  nadawał  wojskowym  barakom  niezwykły  charakter, 

rozmywał ich kontury, tak jakby zaraz miały się rozpłynąć w nieruchomym powietrzu. 

David  odruchowo  odgarnął  z  czoła  gęste  popielatoblond  włosy.  W  sali  chorych 

palenie było zabronione, wyszedł więc na zewnątrz. Stał na schodach, próbując się uspokoić 

po nieoczekiwanej pobudce. Krzyk strachu brzmiał jeszcze w jego uszach. 

Ta łagodna jasna noc obudziła w nim intensywną tęsknotę za domem, za Norwegią, za 

niepowtarzalną  atmosferą  północnych  letnich  nocy.  Oczywiście  Francja  była  cudownym 

krajem  i  czuł  się  tu  jak  u  siebie  w  domu,  ale  wychował  się  w  Norwegii,  spędził  tam 

dzieciństwo  i  pierwsze  lata  młodości.  Tam  też  została  jego  matka  i  rodzeństwo.  Tutaj 

mieszkał tylko jego stryj, z którym nigdy tak naprawdę się nie zgadzał. 

Wyjazd do Francji na studia - czyż nie było to marzeniem większości młodych ludzi? 

A  David  de  Saint  -  Colombe  posiadał  ku  temu  wszelkie  możliwości:  francuskie  nazwisko  z 

księgi  rodów  szlacheckich  i  wpływowego  stryja  w  Paryżu,  który  zapisał  go  na  studia 

medyczne  na  uniwersytecie.  Rodzina  chciała,  aby  David  został  lekarzem,  a  on  sam  nie  miał 

nic przeciw takiej propozycji. 

Dzięki  studiom  David  nigdy  nie  myślał  o  służbie  wojskowej.  Ale  powołanie  do 

wojska  przyszło  pewnego  dnia  nagle  i  niespodziewanie.  Początkowo  sądził,  że  to  jakaś 

potworna pomyłka, stryj jednak szybko wyprowadził go z błędu. Używając wzniosłych słów, 

wygłosił  wykład  o  obowiązku  i  zaszczycie,  jakim  jest  obrona  ojczyzny.  Czyż  David  nie  był 

obywatelem  francuskim  po  swoim  ojcu?  I  czyż  nad  Europą  nie  wisiała  groźba  wojny?  Czy 

Francja  nie  potrzebowała  wszystkich  zdolnych  do  służby  mężczyzn,  czy  nie  zauważył 

powszechnej mobilizacji? 

Tak, David musiał się z tym zgodzić. W owym roku, 1914, atmosfera w Europie była 

niezwykle  napięta.  David  przerwał  więc  swoje  prawie  ukończone  studia  medyczne  i 

przywdział mundur. 

Jego  niebieskie  oczy  zwęziły  się,  kiedy  przebiegł  wzrokiem  dziedziniec  i  posępne 

koszary. W głębi duszy nienawidził tego wszystkiego! Nie był materiałem na żołnierza, nigdy 

nie  mógłby  nim  być.  Od  razu  mianowano  go  oficerem  -  ze  względu  na  wykształcenie 

automatycznie został porucznikiem i nic na to nie mógł poradzić. Uparcie jednak trwał przy 

swoim:  przy  pracy  w  lazarecie,  która  jako  jedyna  interesowała  go  w  służbie  wojskowej. 

Chciał  także  jakoś  wypełnić  przymusową  przerwę  w  studiach.  Ostatecznie  zwyciężył. 

background image

Rodzina musiała uznać, że nigdy nie uda się uczynić z niego ambitnego żołnierza. 

Jean  -  Pierre’owi  znowu  śnił  się  koszmar.  Był  na  razie  jedynym  pacjentem  w 

polowym szpitalu. Załamanie nerwowe. To ostatnia rzecz, jakiej można by się spodziewać po 

tym człowieku. Niski, krępy Jean - Pierre swój niewielki wzrost rekompensował arogancją i 

zuchwalstwem.  Odważniejszego  niż  on  nie  znalazłoby  się  w  całym  oddziale.  Jean  -  Pierre 

należał do urodzonych bohaterów wojennych, takich, którzy wycinają rysy na kolbie karabinu 

na  oznaczenie  każdego  zabitego  nieprzyjaciela  i  dostają  odznaczenia  za  odwagę  na  polu 

bitwy. Jean - Pierre żałował z pewnością, że Francja nie bierze udziału w żadnej wojnie. To 

niepojęte, że taki człowiek w ogóle posiada nerwy. 

David  ponownie  odgarnął  do  tyłu  spadające  na  czoło  włosy.  Papieros  zaczął  parzyć 

mu  czubki  palców,  więc  rzucił  niedopałek  i  przydeptał  butem  na  cementowych  schodach. 

Jean  -  Pierre  gardził  nim,  David  wiedział  o  tym.  Nazywał  go  pupilkiem  tatusia.  Cokolwiek 

niesprawiedliwie,  ponieważ  ojciec  Davida  zmarł  wiele  lat  temu.  Nie  każdy  automatycznie 

staje  się  złotym  młodzieńcem  tylko  dlatego,  że  otrzymał  szlacheckie  nazwisko  i  trochę 

pieniędzy  do  własnej  dyspozycji.  Ale  Jean  -  Pierre  myślał  schematycznie  jak  rzadko  kto. 

„Wyższe sfery to warstwa snobów, którzy dbają tylko o forsę”. Koniec i kropka! 

Ktoś stanął z tyłu w drzwiach niczym ogromny cień czyhającego zła. David nie musiał 

się  oglądać,  żeby  wiedzieć,  kto.  Poczuł,  jak  mu  ciarki  przechodzą  po  plecach,  nie  chciał  się 

odwracać. Nie dość że miał pod swą opieką tego nieszczęsnego Jean - Pierre’a, to w dodatku 

był tu jeszcze Marc le  Fey, najbardziej tajemniczy  żołnierz w kompanii.  Marc nie przyszedł 

porozmawiać,  David  wiedział  o  tym.  Jego  intrygujący  asystent  stał  tylko  oparty  o  framugę 

drzwi, samotny, zamknięty w swym milczeniu. 

Człowiek zwykle obawia się tego, czego nie  rozumie. Wszyscy w jednostce trzymali 

się  więc  z  dala  od  Marca  le  Fey,  obserwowali  go  z  respektem  pomieszanym  ze  strachem, 

szeptali za plecami przedziwne historie, które stawały się tym bardziej niesamowite, im dalej 

były  powtarzane.  Nikt  właściwie  nie  wiedział  nic  o  tym  człowieku,  o  tym,  co  kryło  się  za 

nieustanną wrogością w jego lodowato szarych oczach. 

Jedynie  David  wiedział  nieco  więcej.  Pamiętał  moment  przybycia  Marca  do 

garnizonu. Przywieziono go jak jakieś zwierzę, zamkniętego i skrępowanego. Dano mu broń, 

lecz on cisnął ją na ziemię i za nic nie  chciał  wziąć do  ręki. David zobaczył jeszcze coś, co 

przyprawiło  go  o  dreszcze  -  nadgarstki  Marca  z  głębokimi  bliznami  po  rzemieniach  lub 

łańcuchach.  A  jego  plecy!  Trudno  by  zliczyć,  ile  razów  otrzymał  w  swoim  życiu  ten 

człowiek.  Inni  żołnierze  już  pierwszego  wieczoru  nie  chcieli  spać  z  nim  w  jednej  Sali, 

obawiali się siły jego mięśni i niemej nienawiści. 

background image

Francja  jednak  potrzebowała  każdego  mężczyzny  zdolnego  do  służby  wojskowej, 

zamiast  więc  wsadzić  Marca  le  Fey  do  aresztu  lub  po  prostu  zwolnić  z  obozu  pracy, 

dowództwo ofiarowało go „w prezencie” Davidowi. Teraz pełnił funkcję asystenta w szpitalu, 

gdzie  otrzymał  osobny  kąt  do  spania.  Być  może  przełożeni  liczyli  też  na  to,  że  łagodne 

usposobienie Davida będzie miało na tego dziwaka dobry wpływ? 

David zacisnął wargi. Nic na tym świecie nie mogło mieć jakiegokolwiek wpływu na 

Marca le Fey! 

Współpraca między nimi układała się właściwie w bardzo dziwny sposób. Przeważnie 

Marc  wykonywał  polecenia  Davida,  zachowując  całkowitą  obojętność,  czasami  tylko  jego 

oczy  płonęły  nienawiścią.  Davidowi  nigdy  się  nie  udało  dowiedzieć,  co  napełniało  takim 

gniewem tego człowieka, i, mimo że nie chciał się do tego przyznać, śmiertelnie się go bał. 

David minął w drzwiach Marca, rzucając tylko krótko: 

- Chodź. 

Szare  oczy  mężczyzny  zwęziły  się  pod  gęstymi,  czarnymi  brwiami,  ale  nic  nie 

powiedział. Weszli do Sali chorych. Stało tam pięć pustych łóżek, starannie zaścielonych, na 

szóstym w skotłowanej pościeli spał Jean - Pierre. 

David lekko trącił pacjenta w ramię. 

- Jean - Pierre! Obudź się! 

Ż

ołnierz odwrócił się oszołomiony i spojrzał nieprzytomnym, przerażonym wzrokiem. 

Jęknął jeszcze ze strachu, na wpół pogrążony w swym dławiącym śnie. 

- David de Saint - Colombe? Co tu robisz? 

- Jesteś w szpitalu. Coś ci się śniło. 

- Ech, idź do... 

Pospolita  twarz,  nie  odpychająca,  ale  też  niezbyt  sympatyczna,  wyrażała  niechęć. 

Chory odwrócił się do ściany. 

- Musisz wziąć tabletkę - powiedział David stanowczo. - Twoje nerwy są zbyt napięte. 

- Nic mi nie jest - odparł Jean - Pierre z naciskiem. - A poza tym nie chcę więcej tego 

ś

wiństwa, którym mnie szpikujecie. To i tak nic nie pomoże. 

- A może papierosa? - spytał David ostrożnie. 

Pacjent odwrócił się gwałtownie i spojrzał podejrzliwie. 

- Przecież tu nie wolno palić. 

-  Zdarzają  się  czasami  wyjątki  -  uśmiechnął  się  David.  -  Proszę!  wyświadczysz  mi 

przysługę, jeżeli weźmiesz, bo postanowiłem skończyć z paleniem. Proszę bardzo! 

Jean  -  Pierre  z  wahaniem  wyjął  papierosa  drżącymi  palcami,  David  podał  mu  ogień. 

background image

Przez chwilę zaciągali się dymem w milczeniu. Jean - Pierre rzucił niespokojne spojrzenie w 

stronę  Marca,  który  stał  przy  oknie  zwrócony  do  nich  plecami.  Jakby  rozumiejąc,  że  jego 

obecność jest niepożądana, Marc le Fey wyszedł po chwili do innego pokoju. 

- Może chciałbyś porozmawiać? - spytał cicho David. 

Nagle Jean - Pierre stał się czujny. Usta wykrzywił mu grymas pogardy. 

-  Psycholog  -  amator,  początkujący  księżulek,  co?  -  I  dodał  arogancko:  -  Nie  ma  o 

czym gadać. 

-  A  jednak.  Taki  człowiek  jak  ty  nie  załamie  się  nerwowo  z  byle  powodu.  Musisz 

pozbyć się tego balastu, Jean - Pierre, musisz uporządkować swoje życie i teraz masz szansę. 

Możesz  być  pewien,  że  twoich  słów  nie  powtórzę  nikomu.  Sądzę,  że  będzie  ci  lżej,  jeżeli 

częścią swoich kłopotów podzielisz się z innymi. 

- Gadanie - odparł tamten niepewnie. - A nawet jeżeli to zrobię, to dlaczego akurat z 

tobą?  Jesteś  chyba  ostatnim,  który  by  mnie  zrozumiał.  Ty,  z  twoimi  pieniędzmi  i  stryjem,  i 

całą tą bandą snobów. Chowasz się w tym szpitalu, bo nie chcesz wziąć broni do ręki! Co z 

ciebie za mężczyzna? 

David  zmarszczył  czoło.  Różnili  się  jak  noc  i  dzień,  mimo  to  uważał,  że  musi 

wyjaśnić przyczynę koszmarów dręczących Jean - Pierre’a. 

-  Mam  własne  poglądy  i  myślę,  że  trwanie  przy  nich  wymaga  także  pewnej  odwagi. 

Byłoby  mi  o  wiele  łatwiej  postępować  tak,  jak  nakazuje  dowództwo.  Nie  można  jednak 

działać wbrew swym zasadom. Po prostu nie nadaję się na żołnierza. Ale nie o mnie mieliśmy 

rozmawiać, lecz o tobie. Musi chyba istnieć jakieś wytłumaczenie twoich koszmarnych snów? 

Zostałeś  tu  przeniesiony,  ponieważ  chłopaki  z  twojej  Sali  nie  mogli  przez  ciebie  spać. 

Tabletki na dłuższą metę niczego nie załatwią. Co ci się śni? 

David  nie  otrzymał  odpowiedzi.  Jednak  opór  Jean  -  Pierre’a  zaczął  słabnąć,  pacjent 

wahał się, więc David czekał. 

- Czy masz jeszcze papierosa? - spytał po chwili Jean - Pierre. 

David podał mu następnego. 

Tamten zapalił i głęboko się zaciągnął. 

- Czy potrafisz dochować tajemnicy? 

- Naturalnie - zapewnił David. 

Znowu zapadła cisza. Jean - Pierre nie wiedział widocznie, od czego zacząć. 

- Dlaczego mówisz po francusku z takim dziwnym akcentem? 

-  Ponieważ  przez  prawie  całe  życie  mieszkałem  w  Norwegii.  Moja  matka  jest 

Norweżką. 

background image

Jean  -  Pierre  spojrzał  na  Davida  podejrzliwie,  jak  gdyby  uważał  go  za  szpiega,  lecz 

widocznie  w  końcu  uznał,  że  skoro  Norwegia  jest  neutralnym  krajem,  to  nic  mu  nie  grozi. 

Uczynił ruch w stronę drzwi. 

- A ten kryminalista...? 

- Marc? Nie ma go. 

- No dobrze. Czy zdarzyło ci się kiedyś, by jakiś sen ciągle powracał? Noc w noc? 

- Tak, jeżeli coś oznaczał. 

-  No,  ale  mój  sen  niczego  nie  oznacza  -  przerwał  mu  Jean  -  Pierre.  -  Ja  w  ogóle  nie 

wierzę... - Zamilkł i westchnął smutno. - Śni mi się dwoje oczu, Davidzie - podjął po chwili. - 

Najbardziej niezwykłych oczu na świecie. Stają się coraz większe i większe. Kryje się w nich 

ż

al i rozczarowanie całego świata. Nie mogę się od nich uwolnić! 

Ukrył twarz w poduszce, waląc bezsilnie pięścią w łóżko. 

- A więc kogoś zawiodłeś? - spytał David łagodnie. - Dziewczyna? 

Jean - Pierre uspokoił się. Odetchnął. 

-  Tak,  ale  to  nie  to,  o  czym  myślisz.  Nic  między  nami  nie  zaszło.  Nic.  Krótkie, 

niezwykłe spotkanie, tylko tyle. Była przecież dzieckiem. 

Krótkie spotkanie? Jakże mogło aż tak poruszyć tego cynicznego człowieka? 

-  Zacznij  od  początku.  A  więc  skrzywdziłeś  dziewczynę.  Ale...  opowiedz  może 

najpierw o sobie. 

- Hm... cóż mogę powiedzieć o sobie? Nie mieszkam w luksusowej willi, nie mam... 

- Daruj to sobie! - przerwał mu ostro David. - Marudzisz i marudzisz w kółko o tych 

swoich kompleksach. 

- Kompleksach! Ja? - najeżył się Jean - Pierre. -  Uważaj, co mówisz! No, dobrze. W 

cywilu pracuję w ogrodnictwie. Jako praktykant. Mam ojca, matkę i tak dalej. Lubię motory i 

gorzałkę  od  czasu  do  czasu.  Mam  dziewczynę,  z  którą  się  związałem.  Inez.  Powinieneś  ją 

zobaczyć! 

Zakreślił w powietrzu jej kształty. 

- A więc zostawiłeś „dziewczynę z oczami” dla tej Inez? 

- Nie, nie - zaprzeczył Jean - Pierre. - To zupełnie nie tak! 

David popatrzył w sufit, pod którym smugi dymu unosiły się w lekkim tańcu. 

- Czy wreszcie opowiesz tę historię? 

- To nie żadna historia. Tylko krótki epizod. Chociaż bardzo tajemniczy. Wybraliśmy 

się w pewną niedzielę na wycieczkę do północnej Francji, mój przyjaciel, Inez, no i ja, i moja 

sympatia,  rozumiesz?  Jechaliśmy  do  ciotki  przyjaciela.  Inez  była  wtedy  z  nim,  ale  od  razu 

background image

zauważyłem, że się mną interesuje. I naturalnie zakochałem się na śmierć! 

- A co z twoją dziewczyną? 

- Ech, nic. Jest teraz z moim kolegą. Wymieniliśmy się dziewczynami. 

- Wspaniale - skomentował sucho David. - I co dalej? 

-  Miejscowość  nazywała  się  Croix  -  sur  -  les  -  Collines.  Wszyscy  chcieli  koniecznie 

zwiedzić  kościół.  Ja  nie  znoszę  takich  zabytków  i  zamiast  tego  wybrałem  się  na  spacer. 

Rozmyślałem  o  Inez  i...  Zaszedłem  dość  daleko,  dotarłem  na  szczyt  wzgórza  i  zobaczyłem 

tam  ogromny  kamienny  krzyż.  Potem  znowu  wszedłem  do  lasu.  Nagle  znalazłem  się  na 

polanie.  Ty  byś  pewnie  powiedział,  że  jest  cudowna,  dla  mnie  była  nieciekawa.  Jednak 

panował tam dziwny nastrój. Sądzę, że to za sprawą światła księżyca wszystko wydawało się 

takie tajemnicze. Dokładnie jak w powieści grozy, z gęstą mgłą i temu podobnymi, wiesz, tuż 

przed pojawieniem się potwora. Kiedy więc zobaczyłem, że ktoś wychodzi spomiędzy drzew, 

nawet  nie  byłem  zaskoczony.  Najpierw  myślałem,  że  to  rusałka  albo  zjawa,  ale  potem  się 

zorientowałem,  że  to  dziewczyna  w  białej  koszuli  nocnej  z  długimi,  rozwianymi  włosami. 

Wpadła prosto na mnie. Musiała się potwornie przestraszyć, bo tylko pisnęła z przerażeniem, 

kiedy  złapałem  ją  za  ramię.  „Spokojnie,  panienko,  nie  zjadam  małych  dziewczynek  na 

kolację”,  powiedziałem.  Na  początku  z  trudem  łapała  oddech,  ale  wkrótce  udało  mi  się 

uspokoić  to  pisklątko.  Była  naprawdę  ładną  młodziutką  dziewczyną,  lecz  nie  dla  mnie, 

oczywiście.  Ani  też  dla  ciebie.  Na  takie  faceci  z  twojej  klasy  nawet  nie  spojrzą  albo  tylko 

wykorzystują i znikają. Ze wsi, wiesz. Wydawała się taka czysta i świeża jak nowo narodzone 

dziecko. Oczy jak gwiazdy, krągłe policzki, a jaki uśmiech, chłopie! 

Jean  -  Pierre  zgasił  papierosa.  Echo  jego  słów  brzmiało  jeszcze  w  gęstniejącym 

powietrzu. David wstał i otworzył okno. Dym z papierosów wolno wypełzał w jasną noc. 

- A więc to jest ta „dziewczyna z oczami”? 

- Tak. Te przeklęte oczy prześladują mnie wszędzie! 

Otarł czoło, na którym David dostrzegł krople potu: 

-  To  była  naprawdę  dziwna  młodziutka  istota  -  mówił  dalej  Jean  -  Pierre  w 

zamyśleniu.  -  Zazwyczaj  dziewczyny  kojarzą  mi  się  tylko  z  jednym.  Ale  z  tą  mogłem 

porozmawiać.  Spytała,  kim  jestem,  i  powiedziałem  jej  wszystko.  No,  może  niezupełnie,  nie 

wspomniałem o Inez, bo z dziewczynami trzeba uważać, nawet jeżeli nie są jeszcze dorosłe, a 

ta  wprost  pożerała  mnie  oczami.  Potrafiła  nakłonić  mnie  do  rozmowy.  Nie,  ty  tego  nie 

rozumiesz. 

-  Jednak  rozumiem  -  zapewnił  łagodnie  David.  -  Umiała  słuchać,  prawda? 

Rzeczywiście interesowało ją to, co mówiłeś. Rzadko spotyka się takich ludzi. 

background image

-  No  właśnie.  Inez  nie  potrafi  słuchać.  W  pośpiechu  rzuca  nerwowo  jakąś  uwagę  i 

sięga  po  puderniczkę.  Ale  do  rzeczy.  To  dziewczę...  Kiedy  odkryłem  przed  nią  całą  swoją 

duszę,  że  tak  powiem,  wtedy  przypomniałem  sobie,  jak  bardzo  się  przeraziła  na  początku. 

Zapytałem  więc,  kim  jest  i  co  tu  robi.  Wtedy  uchwyciła  się  mocno  mego  ramienia,  aż 

poczułem  się  trochę  zakłopotany,  i  patrząc  na  mnie  tymi  swoimi  oczami,  zaczęła  błagać  i 

zaklinać:  „Proszę  nas  stąd  zabrać,  monsieur  Jean  -  Pierre,  mnie  i  mojego  brata!  Chociaż 

kawałek  drogi,  nie  będziemy  sprawiać  kłopotu,  obiecuję!  Oni  nas  śledzą,  chcą  nas 

skrzywdzić, próbowaliśmy uciekać, ale oni są wszędzie!” 

Jean - Pierre przeżywał całą sytuację od nowa. 

-  Zastanawiałem  się,  czy  ci  „oni”  w  ogóle  istnieją.  Sprawiała  wrażenie 

rozhisteryzowanej.  Jedyne,  co  mogłem  z  niej  wydobyć,  to  że  „oni”  porwali  jej  młodszego 

brata. Nie mogła uciec, mówiła, bo z pewnością by ją zabili. 

Jean - Pierre przerwał i próbował oddychać spokojniej. 

- Z początku jej nie wierzyłem, ale cały czas powtarzała swoją prośbę oraz, że „oni” są 

niebezpieczni.  Ich  przywódca  nazywał  się  chyba  Lasalle  lub  jakoś  tak.  W  końcu  obiecałem 

beztrosko, że ich ze sobą zabiorę. Jezu, jak się ucieszyła! Ale nie mogła przecież wyjechać w 

koszuli nocnej i koniecznie musiała zabrać ze sobą brata. Uzgodniliśmy więc, że spotkamy się 

za  dwie  godziny  w  tym  samym  miejscu.  Davidzie,  wtedy  naprawdę  chciałem  dotrzymać 

obietnicy. Uległem chyba temu tajemniczemu nastrojowi. 

- A potem? 

Westchnął głęboko i ciągnął dalej udręczony: 

-  Potem  moja  dziewczyna  i  kolega  nie  chcieli  ze  mną  rozmawiać.  Twierdzili,  że  coś 

zaszło między mną a Inez. Była to i prawda, i nie. Więc kiedy Inez zaproponowała, żebyśmy 

jak  najszybciej  wracali  we  dwoje  do  domu,  byłem  tak  podniecony,  że  zapomniałem  o 

dziewczynie z lasu. Aż do następnego ranka, kiedy to byliśmy już w Paryżu, nie myślałem o 

Madeleine. 

- Tak miała na imię? 

-  Tak.  Wtedy  jednak  znajdowaliśmy  się  już  wiele  kilometrów  od  tego  miejsca,  był 

jasny  dzień  i  po  prostu  uznałem  historię  opowiedzianą  przez  Madeleine  za  wytwór  jej 

wybujałej wyobraźni. 

Jean - Pierre uniósł się na łokciu i mówił dalej: 

- Ale potem, kiedy Inez mi spowszedniała, rozmyślałem o Madeleine. Często! 

Jego twarz wykrzywił grymas. 

- Widziałem ją, Davidzie, jak tam stoi, trzymając brata za rękę... i czekała na mnie. A 

background image

ja nigdy nie przyszedłem! Do diabła! - Bezsilny uderzył pięścią w łóżko. - A jeśli jej historia 

była prawdziwa! Pomyśl tylko, Davidzie! 

David nie odpowiedział. Sama opowieść Jean - Pierre’a niespecjalnie go poruszyła, o 

wiele więcej mówiły gwałtowne reakcje pacjenta. 

-  Nigdy  nie  udało  mi  się  zapomnieć  o  Madeleine,  Davidzie.  Podobała  mi  się, 

rozumiesz. Była taka ufna i... Zawsze, kiedy czuję się przygnębiony, myślę o tej nocy i wiem, 

ż

e Madeleine potrafiłaby mnie zrozumieć. Jest to dla mnie pewnego rodzaju pociechą. Byłoby 

pociechą, gdybym nie zachował się tak podle wobec niej. 

Na pozór obojętnie, lecz z drżeniem w głosie, dodał: 

-  Jest  tak,  jak  mówiłem,  żadnego  punktu  zaczepienia.  Nie  wiem  już,  czy  to  prawda, 

czy nie. 

David  wyjrzał  na  zewnątrz.  Światło  poranka  przedzierało  się  przez  korony  brzóz, 

odkrywając  brzydotę  baraków.  Z  pomieszczenia  obok  dochodził  odgłos  stąpania  ciężkich 

ż

ołnierskich butów. To Marc le Fey chodził tam i z powrotem. 

-  Jednego  możesz  być  pewien,  Jean  -  Pierre  -  stwierdził  David.  To  zdarzyło  się 

naprawdę i myślę, że dziewczyna niczego sobie nie wymyśliła. Bardzo mocno to przeżywasz. 

- Wiesz, nie chciałem skrzywdzić tego dziecka! 

- Dwojga dzieci - poprawił go David. - Brata także. Czy zresztą była dzieckiem? Coś 

mi mówi, że to dorosła dziewczyna. 

- Hm, możliwe, ale nie miała w sobie nic z dorosłości. Trudno ocenić, ale sądzę, że to 

dziecinna osiemnastolatka. 

- Wiesz, podejrzewam, że się w niej zakochałeś. 

-  W  Madeleine?  Nigdy!  Nie  jest  w  moim  typie.  Ale,  do  licha,  polubiłem  ja.  Po 

bratersku. 

David spojrzał na swego pacjenta. 

-  Sądzę,  że  jedyny  sposób  na  pozbycie  się  wyrzutów  sumienia,  to  pojechać  tam  i 

spróbować naprawić swój błąd. Jedź i sprawdź, co się z nią stało. 

Jean - Pierre się żachnął. 

- Wtedy za podróż płacił mój kolega. W tej służbie nie zarabia się aż tyle! 

-  Mam  nadzieję,  że  niedługo  dostaniemy  urlop.  Pojadę  tam  z  tobą.  O  pieniądze  nie 

musisz  się  martwić.  Czuję  się  za  ciebie  odpowiedzialny,  a  poza  tym  ta  historia  wzbudziła 

moją ciekawość. Zgoda? 

- Jesteś chyba niespełna rozumu! 

- Nie chcesz? 

background image

-  A  jakże,  do  diabła,  strasznie  chciałbym  tam  znowu  pojechać.  Bóg  jeden  wie,  jak 

bardzo! Ale... 

- Możemy wziąć mojego bugatti. 

- Bugatti? Samochód? 

Jean - Pierre gwałtownie wyskoczył z łóżka, że zaplątał się w pościel i runął jak długi 

na  podłogę.  Kiedy,  wściekle  przeklinając,  zdołał  się  wreszcie  wyswobodzić,  spojrzał  na 

Davida rozradowany. 

- Na co czekamy? Kiedy wyruszamy? 

David uśmiechnął się trochę kwaśno. 

- Bogactwo nie jest takie złe, kiedy można z niego korzystać, co? 

- Bugatti! - wyszeptał Jean - Pierre. - Ten nowy, mały sportowy model? Nie? Ale ten 

duży też jest rekordowo szybki. Bugatti! Inez powinna go zobaczyć! Myślisz, że moglibyśmy 

zabrać Inez? Nie, zresztą nie. Nie bierzemy jej! 

Los jednak sprawił, że stało się inaczej. Podróż Davida i Jean - Pierre’a musiała zostać 

odłożona. 

- Chcę do domu, do mamy! 

- Tak, kochanie, wiem o tym. 

- Kiedy będziemy w domu, Madeleine? 

- Wkrótce, braciszku, już wkrótce. 

Jednak  w  głosie  dziewczyny  nie  było  przekonania,  tylko  ledwie  wyczuwalny  strach, 

którego nie udało jej się całkowicie ukryć. Siedzieli obok siebie na łóżku w pięknym pokoju 

dużej posiadłości. Kiedy dni spędzone w całkowitym odosobnieniu zamieniają się w tygodnie 

i miesiące, pryskają wszelkie nadzieje i pozostaje tylko dławienie w gardle. 

Usłyszała  pukanie  do  drzwi.  Dla  Madeleine  był  to  sygnał,  że  przyniesiono  tacę  z 

jedzeniem.  Drzwi  otworzyły  się  i  stanął  w  nich  mężczyzna  o  wyzywającym  spojrzeniu. 

Chłopiec nigdy go nie widział. 

Ale  Madeleine  widywała  go  wielokrotnie.  Znała  właściwie  wszystkich,  którzy 

mieszkali  w  posiadłości.  Madeleine,  choć  prosta  dziewczyna,  nie  była  wcale  głupia. 

Wiedziała, co to oznacza. Prześladowcy nie bali się pokazywać jej swych twarzy, bo i tak nie 

będzie miała okazji żadnego z nich zdemaskować. 

- Spójrz, ile pyszności dostaliśmy! - zawołała z udawaną radością do chłopca. - Chodź 

i siadaj przy stole! 

Sama  ledwie  napoczęła  jedzenie.  Spojrzała  w  górę  na  niewielki  skrawek  nieba 

widoczny przez zasłonięte okno. Czy już nigdy nikt tu się nie zjawi, żeby ich uratować? 

background image

O,  nie,  szlachetni  książęta  na  wspaniałych  koniach  istnieją  tylko  w  bajkach.  Jean  - 

Pierre? Musi o nim zapomnieć! 

Gdzie się podziały jej dziewczęce marzenia o życiu wypełnionym miłością i radością? 

Czyż  nie  dość  już  zaznała  goryczy?  Czy  nie  dostanie  od  losu  nic  więcej,  niż  tylko  pełne 

zakazów dzieciństwo i zbyt szybko przerwana młodość? 

Dla  niej  i  dla  chłopca  nie  było  żadnego  ratunku,  wiedziała  o  tym.  Poprzednia 

opiekunka  próbowała  ucieczki...  Madeleine  pamiętała  jeszcze  strzał  i  ciszę,  jaka  potem 

zapadła. O innym grożącym jej niebezpieczeństwie starała się nie myśleć. Wiedziała jednak, 

ż

e  najważniejszy  z  przetrzymujących  ich  tu  ludzi  (to  pewnie  on  nazywał  się  Lasalle)  miał 

wyjechać dziś wieczorem. Wówczas pilnujący jej i chłopca strażnicy zostaną sami. Madeleine 

słyszała,  o  czym  chichocząc  szeptali  między  sobą.  Od  czasu  do  czasu  zerkali  na  nią 

pożądliwie. 

Przełknęła dławienie w gardle i szybko otarła oczy. 

- Oj! - roześmiała się niepewnie. - Widziałeś? Dostaliśmy na deser cytrynowy budyń! 

Nagle oboje zaczęli nasłuchiwać. Gdzieś w głębi domu rozległy się krzyk i pośpieszne 

kroki. Z oddali dochodził nieznany, dziwny odgłos. 

- Co to? - zdziwiła się Madeleine. 

-  Wołają,  że  ktoś  obcy  tu  nadchodzi,  nie  mogę  zrozumieć  dokładnie,  co  mówią.  I  że 

posiadłość się pali! 

Madeleine  przytuliła  do  siebie  chłopca.  Słyszała  swoje  i  jego  serce,  bijące  mocno  ze 

strachu. 

David otrzymał list od swojego stryja z Paryża: 

Mój kochany bratanku! 

Słyszałem,  że  wszystkie  urlopy  zostały  wstrzymane.  Ale  odwagi,  to  jeszcze  niczego 

nie oznacza! Pisała Twoja matka, martwi się o Ciebie. Odpisałem jej i uspokoiłem ją. Niemcy 

nigdy  nie  wtargną  do  Francji,  nie  odważą  się,  nasza  granica  na  wschodzie  jest  dobrze 

zabezpieczona!  Tutaj  pogoda  jest  wspaniała.  Odwiedziłem  niedawno  mojego  przyjaciela 

ministra. Nie dość że ma tyle zmartwień, związanych z wiszącą nad krajem groźbą wojny, to 

na dodatek jego ukochany chrześniak został uprowadzony, prawdopodobnie dla okupu. Świat 

jest naprawdę okrutny! Wysłałem Twój najlepszy garnitur do pralni, był w okropnym stanie - 

moje psy zbyt jawnie okazywały Ci wyrazy swej sympatii, naprawdę mi je rozpuściłeś... 

Trzeciego sierpnia 1914 roku Niemcy wkroczyli niespodziewanie do neutralnej Belgii 

i  po  trwających  około  dwu  tygodni  zaciętych  walkach  dotarli  do  północnej  granicy  Francji. 

Na to Francuzi zupełnie nie byli przygotowani; granicę z Belgią uznawano za granicę pokoju 

background image

i nie pobudowano tu odpowiednich umocnień jak na granicy z Niemcami. Francuskie pociągi 

wojskowe, pełne żołnierzy i broni, gnały na północ dzień i noc, jednak Niemcy nieubłaganie 

parli  naprzód,  paląc  i  niszcząc  za  sobą  wszystko.  Wydawało  się,  że  nic  nie  zdoła  ich 

zatrzymać. 

W  samo  centrum  tego  piekła  trafił  David  ze  swoim  szpitalem  polowym,  który  ciągle 

się  przenosił,  podążając  za  wojskiem.  Pomoc  musiała  dotrzeć  tam,  gdzie  toczyły  się 

najbardziej  zacięte  walki.  Niestety,  przesuwały  się  one  coraz  bardziej  na  południe,  ku  sercu 

Francji.  Oddziały  niemieckie  opanowały  już  tereny  położone  na  północ  od  rzek  Somme  i 

Aisne.  Był  to  górski  region  z  rozrzuconymi  tu  i  ówdzie  niewielkimi  wioskami.  Ich 

mieszkańcy,  spokojni  chłopi,  musieli  ponosić  konsekwencje  decyzji  możnych  tego  świata, 

odpowiedzialnych za tę wojnę. 

David leżał na trawie przed wejściem do lazaretu. Właściwie mógłby to być cudowny 

letni wieczór, jednak on tego nie dostrzegał. Widział tylko gęsty dym, snujący się nad polem 

bitwy,  ciężki,  ołowianoszary  dym  na  tle  pomarańczowoczerwonego  nieba.  David 

odpoczywał.  Nie  miał  siły  podnieść  choćby  ręki.  Przez  cały  dzień  i  noc,  i  jeszcze  jeden 

straszny  dzień  wynosił  rannych  spod  kul.  Starał  się  ich  jakoś  opatrzyć  na  miejscu,  żeby 

zdążyli  trafić  na  stół  operacyjny  w  namiocie.  Teraz  musiał  zrobić  sobie  przerwę,  inaczej 

zasnąłby przy noszach. 

Słyszał  krzyki  bólu  i  strachu  tych,  którzy  jeszcze  nie  zostali  ewakuowani.  Niemcy 

także  mieli  wielu  rannych,  ale  Davidowi  zabroniono  się  nimi  zajmować.  Dowódcom  łatwo 

było rozkazywać. Nie musieli biegać z noszami pośród poszkodowanych, nie słyszeli ani nie 

widzieli okaleczonych żołnierzy... 

Trudno  nie  popadać  w  rozgoryczenie!  Nasze  siły  ponownie  zostały  rozbite,  myślał 

David.  Niemcy  zdobyli  jeszcze  jeden  kawałek  francuskiej  ziemi,  żołnierze  się  wycofywali. 

Manewr strategiczny, tak to chyba nazywano. 

Kolejni  ranni...  Sanitariusze  w  największym  pośpiechu  wnosili  ich  do  namiotu.  Spod 

wpół  przymkniętych  powiek  David  obserwował  jednego  ze  swych  pomocników,  silnego, 

nieugiętego i nieprzeniknionego mężczyznę, od którego chyba nigdy się nie uwolni. Marc le 

Fey  pracował  tak  samo  długo  jak  David,  ale  nie  okazywał  najmniejszych  nawet  oznak 

zmęczenia. Twarz miał czarną od ziemi i błota, błyszczały w niej tylko niezwykle jasne oczy i 

białe  zęby.  Marc  le  Fey  był  bardzo  przystojny,  ale  wrogość,  jaką  okazywał  otoczeniu, 

sprawiała,  że  nikt  nie  myślał  o  nim  w  ten  sposób.  W  ciągu  miesiąca  wspólnej  pracy  David 

usłyszał z jego ust nie więcej niż dziesięć słów. Tak naprawdę unikali się nawzajem, na ile to 

tylko było możliwe. 

background image

Kilka  razy  doszło  między  nimi  do  spięć.  Działo  się  tak  wówczas,  kiedy  David 

wydawał  Marcowi  polecenia  zbyt  ostrym  tonem.  Przekonał  się  wtedy,  jak  intensywną 

nienawiść ten człowiek tłumił w sobie, i później już uważał na słowa, trzymając się od Marca 

możliwie  najdalej.  David  starał  się  w  dowództwie,  by  uwolniono  go  od  kłopotliwego 

pomocnika,  ale  odpowiedziano  mu  tylko:  „Trudno,  jesteśmy  w  potrzebie  i  musimy  brać 

wszystkich, których nam przysyłają”. 

Jeden z lekarzy zawołał Davida do środka. Z zaczerwienionymi oczami, wyczerpany i 

brudny powlókł się więc do namiotu. 

- Ktoś cię wzywa. 

- Mnie? 

- Mówi, że musi z tobą porozmawiać. 

David ruszył w ślad za lekarzem przez przepełniony namiot do baraków robotniczych, 

przekształconych  w  prowizoryczne  sale  chorych.  Wszędzie  leżeli  ranni,  panował  zaduch  nie 

do wytrzymania i nieustannie rozlegały się jęki. 

- Kto to jest? - spytał David. 

- Nie pytaj mnie! - rzucił lekarz przez ramię. - Teraz nie rozpoznałaby go chyba nawet 

jego własna matka. O, jest tutaj. Proszę bardzo! 

Lekarz wrócił na salę operacyjną. Przed Davidem leżał człowiek, cały obandażowany, 

i  tylko  dzięki  wąskiej  szparze  pozostawionej  na  usta  można  było  się  domyślić,  że  pod 

opatrunkiem znajduje się żywa istota. Ponieważ ranny nie mógł go widzieć, David usiadł na 

brzegu łóżka i dotknął ramienia pacjenta. 

- Nazywam się David de Saint - Colombe. Dlaczego mnie wołałeś? 

Spod bandaży  wydobyło się kilka niezrozumiałych słów. David przysunął się bliżej i 

poprosił o powtórzenie. 

Z wielkim wysiłkiem mężczyzna powiedział coś trochę wyraźniej. 

-  Jean  -  Pierre?  -  spytał  David  zaskoczony.  -  Czy  to  naprawdę  ty?  Przyjacielu,  co 

mogę dla ciebie zrobić? 

Jean - Pierre wyszeptał z trudem: 

- Jesteśmy... prawie na miejscu. 

- Na miejscu? - spytał David. - Masz na myśli Croix - sur - les - Collines? 

- Rozpoznałem... to miasto. Krzyż... na szczycie... tu na górze. 

- Co ty mówisz, Jean - Pierre? Cóż za ironia losu! 

- Odszukaj Ma... 

-  Nie  musisz  nic  więcej  mówić,  spróbuję  ją  odnaleźć.  Jak  tylko  wydostaniemy  się  z 

background image

tego piekła, znajdę ją. A wygląda na to, że na froncie już się uspokaja. 

Ranny prosił niecierpliwie: 

- Dziś! Dziś! 

Zmęczenie dokuczało jak piasek pod powiekami. 

- Dziś? - powtórzył David. - W jaki sposób mógłbym... 

-  Chcę...  ją  jeszcze  zobaczyć!  Muszę  poprosić  ją  o...  przebaczenie.  Muszę  się 

upewnić... że ma się dobrze. Ona mnie potrzebuje. 

David  chciał  zaprotestować,  właściwie  nic  przecież  nie  wiedział  o  tym  niewyraźnym 

cieniu, który był jakoby żywą Madeleine. Ale brakło czasu na dyskusje. 

-  Obiecaj!  -  prosił  uparcie  Jean  -  Pierre.  David  słyszał  w  jego  głosie  determinację  i 

strach. - Obiecaj! 

Stłumił westchnienie. 

- Obiecuję. 

Obandażowany ranny się uspokoił. 

- Zaopiekuj się nią... Davidzie! 

- Będę o nią dbał. 

David  ostrożnie  klepnął  Jean  -  Pierre’a  po  ramieniu,  po  czym  wstał  i  wrócił  do 

lekarza. 

- W jakim jest stanie? 

Doktor wzruszył ramionami. 

-  Żadnych  szans.  Przyniósł  go  tu  twój  ponury  pomocnik.  Nie  rozumiem,  po  co 

przywlókł tego biedaka, ale jakoś go poskładaliśmy, przedłużając jego cierpienia. Nic więcej 

nie możemy zrobić. 

Od wejścia rozległy się podniesione głosy. 

-  Nowe  oddziały  Niemców!  Nasi  odpowiadają  ogniem.  Zaraz  znajdziemy  się  w 

samym środku bitwy! 

Lekarz nie krył zaskoczenia. 

- Przecież tu już nie ma się o co bić, został tylko szpital polowy! 

Ktoś odpowiedział z goryczą w głosie: 

- Utkniemy w samym środku tego bagna, nie ma żadnej wątpliwości. I to niebawem! 

Lekarz przymknął oczy i westchnął głęboko. 

- A więc ewakuujemy się! Lecz tylko sam diabeł wie, dokąd. Chyba on tu dowodzi. 

W  ciągu  następnej  godziny  w  obozie  panowało  całkowite  zamieszanie.  Rannych 

wywożono  na  wszystkim,  co  tylko  miało  koła,  baraki  opustoszały,  namiot  został  zwinięty. 

background image

Dookoła wybuchały granaty, świszczały kule, huk dział przybliżał się coraz bardziej. 

Ambulans,  w  którym  ułożono  Jean  -  Pierre’a,  dosięgła  seria  strzałów,  pojazd  zapalił 

się i eksplodował. Marc le Fey, znajdujący się w pobliżu, upadł odrzucony siłą wybuchu. 

David  został  trafiony  w  głowę.  Pocisk  wykosił  mu  włosy  długą  linią  nad  uchem  i 

powalił na ziemię; mózg wydawał się palącym piekłem bólu. 

- Pomóżcie mi! - zawołał David. - Weźcie mnie ze sobą! 

Nikt nie słyszał. Nikt nie miał na to ani czasu, ani dość siły. David leżał zupełnie sam 

na rozoranym pociskami i wybuchami polu. On, który wyniósł tylu rannych z pola bitwy. 

Teraz o Madeleine nie wiedział już nikt... 

Marzył o nocy i śmierci. O nocy, która mogłaby go ukoić, i o śmierci, która mogłaby 

go wyzwolić, dać mu nieskończony spokój. 

Madeleine. Musi odnaleźć Madeleine! 

Glina pod palcami? Palce czepiały się krwistoczerwonych maków i trawy zmieszanej 

z błotem. Ręce sięgnęły odrobinę dalej, próbował przesunąć się do przodu. 

Ziemia w ustach. 

Nie mogę. Już nie mogę. 

Chyba  krzyknął.  Lecz  nikt  nie  odpowiedział,  nikt  oprócz  innych  potrzebujących 

pomocy. Nic nie mógł dla nich zrobić. 

Trawa pod kolanami, czysta, świeża trawa? Madeleine... Musi odszukać Madeleine...! 

Niejasno David zdał sobie sprawę z tego, że znalazł się w innym miejscu. 

Ktoś mu pomógł! 

- Zostaw mnie - wymamrotał. - Już nie mogę! 

Był  na  wpół  nieprzytomny  z  bólu  i  niemal  ślepy  z  powodu  krwi,  która  spływała  na 

oczy.  Krew?  Czyjeś  ramię  obejmowało  go  i  podtrzymywało...  Cieknąca  po  twarzy  krew  nie 

była jego własną. 

David nie był w stanie myśleć. 

- Madeleine! - To jedyne, co udało mu się wymówić. - Obiecałem... muszę odnaleźć... 

Potykał się i upadał, ciągle podtrzymywany przez owo silne ramię pełzł na kolanach, 

w górę, w stronę lasu pora stającego wzgórze. 

Wiedział, co się działo tam na dole. Widział to już przedtem. Niemcy krążyli pośród 

pobojowiska i dobijali tych, którzy jeszcze pozostali przy życiu... 

Davidowi udało się uniknąć śmierci. 

Nagle  dostrzegł  pierwsze  drzewa.  Oparł  się  o  pień  wielkiego  dębu,  potem  osunął  na 

ziemię. Przez dłuższą chwilę siedział bez ruchu, zupełnie wyczerpany. Potem wytarł twarz i 

background image

szyję. 

-  Już...  nie  mogę  -  szepnął.  Ból  rozsadzał  mu  głowę.  Cały  świat  rozpłynął  się  w 

czarnej nieświadomości. 

background image

ROZDZIAŁ II 

Wieczór  zaczynał  ustępować  miejsca  nocy.  Powietrze  było  przesycone  zapachem 

wojny - tak trudnym do opisania i tak szczególnym. 

David otworzył piekące oczy. Na najbliższym wzniesieniu ujrzał pradawny kamienny 

krzyż, który odcinał się na tle nieba. 

Croix  -  sur  -  les  -  Collines?  „Krzyż  na  wzgórzu”  z  opowieści  Jean  -  Pierre’a? 

Madeleine i jej młodszy brat... 

Czy  rzeczywiście  dotarł  na  miejsce?  Nie,  stare  krzyże  i  figury  Chrystusa  można  we 

Francji często spotkać. 

Gdyby tylko mógł zebrać myśli, rozumować jasno i logicznie! 

Jean - Pierre mówił, że wszedł do lasu. Jeżeli krzyż jest tym, o którym opowiadał, to 

gdzieś tutaj powinna przebiegać ścieżka... O, jest. 

Nie, nie ma czasu na wyzwalanie dziewic z niewoli! Musi znaleźć ludzi i poprosić o 

pomoc, zanim się wykrwawi. 

Nareszcie jakaś rozsądna myśl! Widocznie dochodzi do siebie. 

Miasteczko?  Zniknęło.  Zwały  dymiących  jeszcze  ruin  to  wszystko,  co  pozostało  z 

miejsca,  w  którym  mieszkała  ciotka  kolegi  Jean  -  Pierre’a.  Co  się  z  nią  stało?  A  gdzie  był 

teraz  sam  Jean  -  Pierre?  A  szpital  polowy?  Może  on,  David,  przeżył  jako  jedyny?  Okolica 

wydawała  się  całkiem  wymarła.  Pod  niebem  zasnutym  dymem  o  barwie  żelaza  panowała 

zupełna cisza. 

Ta dziewczyna, Madeleine... Musiała przyjść z jakiegoś domu w lesie lub pod lasem. 

A więc tu niedaleko powinni być ludzie. 

To jedyna nadzieja Davida. 

Ale zaraz! W jaki sposób się tu dostał? Krwawiące ramię, które go podtrzymywało... 

Kim był jego nieznany wybawca? 

David  rozejrzał  się  dokoła.  W  pobliżu  ani żywej  duszy.  Ale  czyż,  nie  słyszał  szeptu: 

„Muszę sprowadzić pomoc”? 

Wstał  na  chwiejnych  nogach  i  zaczął  iść  wzdłuż  ścieżki.  Nagle  dostrzegł  ślady  krwi. 

Małe  i  niewyraźne  prowadziły  od  drzewa  do  drzewa.  Pnie  również  były  zabarwione  na 

czerwono od zakrwawionych rąk, szukających tu oparcia... 

Ż

aden ptak nie śpiewał w tym zasnutym dymem lesie, kiedy David z trudem posuwał 

się  naprzód.  Tak,  to  z  pewnością  ta  ścieżka,  po  której  szedł  Jean  -  Pierre,  jeżeli  to  w  ogóle 

background image

było tutaj. Wkrótce David znalazł się na polance. 

Dotarł na właściwe miejsce! 

Również  teraz  księżyc  rzucał  blade  światło.  Ścieżka  wiodła  dalej  w  głąb  lasu.  David 

łudził się, że prowadziła do domu Madeleine lub do innych ludzi. 

Miał też nadzieję, że wojna tu nie dotarła... 

Chyba  leżał  jakiś  czas  nieprzytomny,  bo  kiedy  ponownie  spojrzał  w  górę,  księżyc 

zmienił  nieco  swoje  położenie.  Czuł,  że  traci  siły,  rana  przestała  wprawdzie  krwawić,  ale 

upływ krwi musiał być znaczny. Podejrzewał też, że prawdopodobnie doznał silnego wstrząsu 

mózgu. 

Nie potrafił już utrzymać się w pozycji stojącej, lecz jego wola życia była niezłomna. 

Posuwał się do przodu na czworakach, choć często ramiona załamywały się pod nim i musiał 

odpoczywać. 

Ale jego myśli były teraz bardziej jasne i to dodawało mu sił. 

Niespodziewanie  ujrzał  przed  sobą  jakąś  przeszkodę.  Mur?  Tak,  to  był  mur,  ścieżka 

prowadziła właśnie do drzwi w tym murze. Czyżby jakieś tylne wejście? 

Drzwi wisiały na zawiasach, na wpół otwarte. David dotarł do nich, przytrzymał się i 

wstał. Ostrożnie zajrzał przez małą bramę. 

A jednak wojna zawitała i tutaj... 

Zawiedziony  David  patrzył  na  ruiny  tego,  co  kiedyś  musiało  być  dużą  posiadłością. 

Kilka osmalonych kominów, tu i ówdzie resztki ścian... W tym domu nie mógł nikt mieszkać. 

Mimo  wszystko  David  nie  zamierzał  się  poddać.  Przedostał  się  przez  bramę,  z 

wielkim wysiłkiem ominął ruiny i po dłuższej chwili, wypełnionej bólem i cierpieniem, dotarł 

do głównej bramy. Kiedy ponownie znalazł się w lesie, odczuł ulgę. Prowadziła tędy szeroka 

droga. Las nieco się przerzedzał, widocznie za drzewami kryła się kolejna polana. I wtedy po 

prawej stronie David ujrzał przed sobą światło. W tej samej chwili potknął się o coś leżącego 

na ziemi. Pochylił się. To człowiek, żołnierz. 

-  A  więc  dalej  nie  dotarłeś,  kolego  -  szepnął  do  siebie.  -  W  każdym  razie  gorąco  ci 

dziękuję! 

Próbował  dojrzeć  twarz  mężczyzny,  pokrytą  zaschniętą  krwią  i  ziemią,  ale  księżyc 

skrył się właśnie za drzewami. 

Puls nieznajomego był wyczuwalny, choć bardzo słaby. David przetoczył rannego pod 

drzewa, okrył mchem i gałęziami i postawił przy nim manierkę z wodą. 

W  tej  samej  chwili  światło  księżyca  przedarło  się  przez  korony  drzew  i  oświetliło 

leżącego. David zadrżał. 

background image

- Marc le Fey? 

To ostatnia rzecz, jakiej by się spodziewał. Człowiek, który tak bardzo go nienawidził! 

- Zaraz wrócę - mruknął w nadziei, że mówi prawdę, i powlókł się dalej. 

Wkrótce  potem  przystanął,  uchwyciwszy  się  kurczowo  drzewa.  Stał  tak  i  patrzył  na 

dwa  domy,  dwie  wspaniałe  wille  położone  blisko  obok  siebie.  Wydawało  mu  się,  że  dalej 

znajdowały się jeszcze inne zabudowania, ale nie miał co do tego pewności. 

Jeden  z  domów  był  oświetlony.  W  drugim  budynku,  noszącym  wyraźne  ślady 

zniszczeń, panowała ciemność. 

David  próbował  zebrać  myśli,  co  wcale  nie  było  łatwe.  W  głowie  huczało  mu  tak, 

jakby  tysiące  diablików  od  środka  tłukło  w  nią  z  zapałem.  Potrzebował  pomocy,  z  tego 

jednego  zdawał  sobie  sprawę.  Nie  podobało  mu  się  jednak  to  światło,  które  zapalono  tak 

odważnie. Przecież wszystkie domy w czasie wojny starannie zaciemniano! Nie wiedział, kto 

tu mieszka, Francuzi czy Niemcy. Druga willa była chyba pusta. 

David  przedostał  się  do  zaciemnionego  domu,  na  szczęście  zamek  w  drzwiach  był 

wyłamany. Przeczołgał się przez zimny marmur - podłogę w holu, jak zgadywał. Czerwone i 

ż

ółte  kręgi  nieprzerwanie  wirowały  mu  przed  oczyma.  Nie  mogę  tu  zostać,  muszę  znaleźć 

jakieś  miejsce,  żeby  się  ukryć,  pomyślał.  Zaraz  potem  głowa  opadła  mu  na  marmurową 

posadzkę i zapadł w głęboki sen. 

Chwilami docierały do niego szepty, ciche, podniecone głosy, które sprzeczały się ze 

sobą.  Ktoś  go  podniósł...  Ciągnął  po  podłodze.  To  boli,  chciał  zaprotestować,  ale  nie  mógł 

wykrztusić nawet jednego słowa. 

Szepty  dały  się  słyszeć  ponownie.  Coś  przytknięto  do  jego  suchych  warg,  coś 

miękkiego i chłodnego. Instynktownie wypił trochę, przełykając z trudem. 

Ciało  miał  rozpalone  jak  w  gorączce.  Delikatne  ręce  uniosły  mu  głowę  z  poduszki. 

Skąd się tu wzięła? Na jego ranę położono piekący kompres. 

Ktoś  obmył  mu  twarz,  ręce,  kark...  Posłyszał  szept:  „Musi  pan  coś  zjeść,  żołnierzu!” 

Potem wszystko na powrót stało się ciszą i ciemnością. Długą, długą ciszą. 

Po jakimś czasie David się obudził. 

Leżał  na  prowizorycznym  łóżku  w  jakimś  niedużym  pokoju.  Nie  było  tu  miejsca  na 

nic  więcej  niż  jego  posłanie  i  kilka  krzeseł.  Obok,  na  podłodze,  stała  miska  z  jabłkami  i 

kawałkiem kiełbasy oraz szklanka z wodą. 

David dotknął swej głowy i wyczuł trochę poplątany bandaż. 

Po  kilku  nieudanych  próbach  stanął  wreszcie  na  nogi.  Zaczął  od  sprawdzenia  drzwi. 

Były zamknięte. Czy został uwięziony? 

background image

Dostrzegł jeszcze jedne drzwi, mniejsze. Opierając się o ścianę, ruszył w tamtą stronę. 

Drzwi prowadziły do niewielkiej toalety. Wisiało w niej lustro. 

Na  widok  własnego  odbicia  David  się  cofnął.  Miał  zapadnięte  oczy  i  był  blady  jak 

ś

ciana. I kimkolwiek był ten, kto go umył, nie zrobił tego zbyt dokładnie. 

Być  może  półmrok  panujący  w  tym  pomieszczeniu  czynił  go  tak  bladym  i  obcym? 

Zarówno tu, jak i w jego pokoju przydymione, barwione szyby utrudniały dostęp światła. 

Na półce pod lustrem leżała brzytwa, znalazł także wodę do mycia, ręcznik i mydło. 

Jest  jeszcze  we  mnie  odrobina  życia,  pomyślał,  uśmiechnąwszy  się  krzywo,  skoro 

mam ochotę umyć się i ogolić. 

Spędził  w  łazience  chyba  całą  wieczność,  zmył  zakrzepłą  krew,  ogolił  się  i  poprawił 

bandaż. Z pewnością nie pielęgniarz zakładał ten opatrunek! Przy okazji David obejrzał ranę 

na swojej głowie. Była długa, nie wyglądała dobrze. 

Często musiał siadać i odpoczywać, drżały mu ręce i nogi. I kiedy wreszcie skończył 

toaletę,  łóżko  okazało  się  najcudowniejszym  miejscem,  do  którego  można  było  wrócić. 

Zasnął natychmiast. 

Jakiś ciężki mebel odsunięto spod drzwi do jego pokoiku. Ktoś włożył klucz do zamka 

i ostrożnie go przekręcił. David lekko uchylił powiek, żeby cokolwiek zobaczyć. 

Do pokoju wśliznął się chłopiec w wieku około dziesięciu lat. Wątły, ciemnowłosy, o 

szczupłej  twarzy,  należący  do  tego  typu  dzieci,  które  szachy  i  lekcje  gry  na  pianinie 

przedkładają  nad  szalone  zabawy  z  rówieśnikami.  Wystraszył  się,  kiedy  zauważył,  że 

jedzenie zniknęło, a żołnierz jest umyty i ogolony. Chciał uciec, ale David mocno schwycił go 

za nadgarstek. 

- Zaraz zawołam służbę - pisnął malec z przerażeniem w oczach. - Claude’a i Gerarda, 

i mojego ojca, i... 

- Nic ci nie zrobię - próbował uspokoić go David. - Chcę tylko wiedzieć, kim jesteś i 

co to za dom. Czy to ty mi pomogłeś? 

- Tak. Całkiem sam. 

David spojrzał na chłopca z niedowierzaniem. 

- Ale wcześniej z kimś rozmawiałeś? 

- Nie, nie było tu nikogo oprócz mnie. 

No cóż... David podziękował za pomoc i spytał, czy może obejrzeć dom. 

Oczy chłopca ponownie się rozszerzyły. 

- Nie! Nie, żołnierzu, tego panu nie wolno! 

-  Dlaczego  nie?  Kiedy  przyszedłem,  dom  wyglądał  na  opuszczony.  Jest  spalony  i 

background image

częściowo zburzony. 

- To nic nie szkodzi. Mieszkamy tu wszyscy razem. Jesteśmy uzbrojeni. 

- Wierzę w to, ponieważ mój pistolet zniknął - stwierdził David. - Jak się nazywasz? 

- Mi... August. 

- Kłamiesz - rzekł David. - Chciałeś powiedzieć coś innego. Michel? 

Mimo energicznych zaprzeczeń oczy dziecka zdradzały, że David zgadł. 

- Dlaczego trzymasz mnie w zamknięciu? 

Chłopiec obejrzał się przez ramię, jakby chciał sprawdzić, czy ktoś za nim nie stoi. 

- Proszę nie pytać, żołnierzu! 

- Michel, potrzebuję lekarza, żeby opatrzył moją ranę. 

Chłopiec potrząsnął głową. Zacisnął usta mocno i zdecydowanie. 

- Ranę trzeba oczyścić i zeszyć, zanim będzie za późno, i założyć nowy, czysty bandaż 

- nalegał David. 

Wiedział, że to konieczne. Gorączka wciąż nie ustępowała. Nagle pociemniało mu w 

oczach. 

Kiedy się ocknął, chłopca nie było, a drzwi zostały zamknięte. 

Po raz pierwszy dotarła do Davida brutalna prawda: samotny, bezradny, znalazł się z 

dala  od  swojego  domu  w  Norwegii,  a  jego  szanse,  by  ponownie  zobaczyć  rodzinę,  równały 

się  niemal  zeru.  Pomyślał  o  matce...  rodzeństwie,  o  Sissi,  swej  bliźniaczej  siostrze.  Ona  i 

David  byli  w  dzieciństwie  nierozłączni.  Dziwna,  ekscentryczna  Sissi!  W  ostatnich  latach 

dochodziło między nimi do nieporozumień. On dorósł, stał się poważnym, odpowiedzialnym 

mężczyzną,  a  odpowiedzialność  nie  stanowiła  akurat  najmocniejszej  strony  Sissi. 

Wielokrotnie dał się ponieść emocjom z powodu jej egoizmu i dziecinnej beztroski. Ale teraz 

tak bardzo za nią tęsknił! A myśl, że nigdy już jej nie ujrzy, doprowadzała go do rozpaczy! 

Mniej  więcej  w  tym  samym  czasie  stryj  Davida  otrzymał  list  z  dowództwa  sił 

zbrojnych: 

Przypadł nam przykry obowiązek zawiadomienia Pana, że porucznik David de Saint - 

Colombe został uznany za zaginionego w bitwie nad północną granicą Francji... 

Teraz stryj musiał przekazać tę smutną wiadomość do Norwegii, do matki Davida. 

Coś  twardego  i  kanciastego  leżało  pod  materacem.  David  sięgnął  tam  i  wyciągnął 

niewielką książkę, zniszczoną od częstego wertowania. Ku swemu zaskoczeniu stwierdził, że 

to  czyjś  dziennik.  W  normalnych  okolicznościach  nigdy  nie  przyszłoby  mu  do  głowy 

naruszać  prywatność  innego  człowieka,  ale  teraz,  oszołomiony,  działał  bez  zastanowienia. 

Otworzył na pierwszej stronie. Widniała tam data 14 maja 1911 roku. Ponad trzy lata temu. 

background image

Okrągłe, niewyrobione pismo: 

Kochany pamiętniku! 

Tak trudno jest znaleźć coś, co warto by tu zanotować! Nie wiem, o czym pisać. Nie 

istnieje przecież nic... 

Dostałam cię dzisiaj od Lucille na piętnaste urodziny. Dobrze cię schowam, żeby nikt 

do ciebie nie zaglądał... 

Potem  następowało  kilka  stron  zawierających  banalną  dziewczęcą  paplaninę, 

najwidoczniej  autorka  usilnie  próbowała  znaleźć  coś  godnego  zanotowania.  Nie  pisała  też 

codziennie. Aż nareszcie w tonie opisu pojawiło się pewne ożywienie: 

To  bardzo  trudne  być  najstarszą  spośród  jedenaściorga  rodzeństwa!  Matka  i  ojciec 

nigdy nie są ze mnie zadowoleni, mimo że staram się jak mogę. 

3 czerwca: Ojciec znowu mnie uderzył, a mama była dla mnie surowa. Nie rozumiem, 

dlaczego,  przecież  nic  nie  zrobiłam.  Tylko  na  chwilę  się  zatrzymałam  w  drodze  do  domu, 

ż

eby porozmawiać z Emile. Dlaczego nagle nie wolno mi już rozmawiać z chłopcami? Matka 

nazywa mnie grzesznicą i każe iść do kościoła się wyspowiadać. Z czego? 

6  czerwca:  Dzisiaj  matka  mnie  uderzyła.  Jeszcze  mam  czerwony  ślad  na  policzku. 

Bardzo  płakałam.  Była  zła,  ponieważ  stanęłam  przed  lustrem  i  rozpuściłam  włosy  tak  jak 

Lucille. Ty grzesznico! krzyczała. Nie wolno mi przez tydzień wychodzić z domu. 

15  sierpnia:  Muszę  dzisiaj  napisać.  Jestem  taka  szczęśliwa!  Kiedy  rano  poszłam  po 

mleko i chleb, widziałam nieznajomego chłopca! Był taki piękny, miał białą koszulę. Spojrzał 

na mnie i to było takie niezwykle, takie przyjemne! 

16  sierpnia:  Musiał  dziś  wyjechać,  był  tu  tylko  przejazdem,  już  go  więcej  nie 

widziałam... 

10 lutego 1912 roku: Dużo czasu upłynęło od ostatniego zapisu w pamiętniku. Tyle się 

wydarzyło. Już nie jestem wesoła. Wiem, że jestem grzeszną istotą, tak mówią matka i ojciec, 

ponieważ  często  śmieję  się  bez  powodu.  Życie  wcale  nie  jest  zabawą.  Teraz  muszę  zawsze 

ubierać  się  na  czarno.  Wiem  także,  że mężczyźni  są  niebezpieczni.  Chłopcy  też.  Miłość  jest 

zła! Nie wiem, czym jest miłość, być może czułam to trochę, kiedy ten nieznajomy chłopiec 

spojrzał na mnie ostatniego lata. Muszę o tym zapomnieć... 

Przestałam  tęsknić.  Kiedyś  strasznie  tęskniłam  za  czymś  pięknym  i  wspaniałym,  co 

dopiero miało się wydarzyć. Teraz wiem, że to grzech. 

Jestem taka smutna. 

4 września: Co za obrzydliwość! Nigdy więcej nie pójdę na próbę chóru kościelnego! 

Ten paskudny mężczyzna stal za mną i gładził mnie po plecach, a ja nie mogłam się odsunąć. 

background image

Nigdy więcej tam nie pójdę! 

1  stycznia  1913  roku:  Wszystko  jest  dla  mnie  zbyt  trudne!  Dlaczego  świat  jest  taki 

cudowny, jeżeli me można się nim cieszyć? Moje rodzeństwo dorasta i sprawia wrażenie, że 

jest  zadowolone  z  surowego  życia  w  naszym  domu.  Wkrótce  moi  bracia  i  siostry  staną  się 

tacy sami jak rodzice. Może tylko ja jestem dziwna? Wczoraj wyciągnęłam ręce do ognistego 

wschodu słońca i śmiałam się ze szczęścia, że istnieje coś tak pięknego. A moja siostra, ona 

ma  szesnaście  lat,  spojrzała  na  mnie  surowymi  oczami  matki  i  spytała,  czy  spotkałam  może 

jakiegoś  chłopaka.  Opowiedziała  matce,  jak  się  zachowywałam,  i  musiałam  prosić  Boga  o 

przebaczenie. Ale Bóg na pewno mnie rozumie. Przecież to z powodu Jego wschodu słońca 

byłam  taka  szczęśliwa.  Ciągle  mam  ogromne  poczucie  winy,  gdyż  nigdy  do  końca  nie 

potrafię zgasić w sobie tej radości, tej tęsknoty za wolnością, za czymś...! 

17 czerwca: Emile mnie pocałował. To było straszne, okropne! Teraz wiem, co to jest 

grzech,  i  żadnemu  chłopcu  już  nigdy  nie  pozwolę  tego  zrobić.  Szorowałam  i  szorowałam 

policzek,  w  który  mnie  pocałował,  ale  tego  nie  da  się  zmyć.  Matka  i  ojciec  mają  rację, 

wszystko,  co  się  dzieje  pomiędzy  kobietą  a  mężczyzną,  jest  nieczyste.  Dzisiaj  się 

spowiadałam. Teraz jestem silna, teraz znam swoją drogę i wiem, że to,  za czym tęskniłam, 

jest nic nie warte. 

Potem  następowały  opisy  mało  ważnych  zdarzeń  z  życia  młodej  wiejskiej 

dziewczyny.  David  szybko  przerzucał  kolejne  kartki,  aż  wreszcie  natrafił  na  fragmenty  o 

bardziej dramatycznej wymowie. 

Grudzień  1913  roku:  Jak  matka  i  ojciec  mogli  mi  to  zrobić?  Przecież 

podporządkowałam się ich woli, zaczęłam patrzeć na świat ich oczami, ale tego już za wiele! 

Jest  przecież  taki  stary  i  obmierzły,  boję  się  go,  wlepia  we  mnie  oczy,  jakby  chciał  mnie 

połknąć. Ja go nie chcę, nie chcę! 

26 marca 1914 roku: Pomyśleć tylko, że jestem w Paryżu. Czy to nie wspaniale? Sama 

nie  mogę  w  to  uwierzyć!  Czuję  się  taka  wolna.  Jest  mi  też  trochę  smutno,  bo  nigdy  już  nie 

wrócę do domu, ale matka i ojciec muszą przecież zrozumieć, że nie mogłam wyjść za tego 

okropnego człowieka. A teraz, kiedy ci dobrzy ludzie wzięli mnie do siebie na służbę, rodzice 

powinni być zadowoleni. Zapowiedzieli jednak, że jeżeli pojadę do tej rodziny, to już nigdy 

więcej nie będę mogła wrócić do domu, ponieważ ściągnęłam na nich hańbę we wsi. 

Jest wiosna, nie wiem, jaki to dzień. Znaleźliśmy się w jakimś dużym domu. Boję się. 

Michel  jest  ze  mną,  ale  jego  opiekunka  zniknęła.  Wiem,  co  się  z  nią  stało.  O  mój  Boże,  co 

mam robić? Odpowiedzialność jest tak ogromna! 

Następnych  kilka  słów  zostało  przekreślonych  grubą  kreską.  David  próbował  je 

background image

odczytać. W końcu mu się udało, kiedy sprawdził odcisk na odwrocie: Jean - Pierre. 

A potem był już tylko krótki fragment. 

Dziś w nocy znaleźliśmy rannego żołnierza. Michel chciał go zostawić, tak bardzo się 

bał,  ale  ja  byłam  innego  zdania.  Wydal  mi  się  bardzo  przystojny.  Ktoś  tak  piękny  nie 

powinien  umierać.  Był  nieprzytomny,  biedak,  miał  wielką  ranę  na  głowie.  Może  okaże  się 

niebezpieczny, może jest jednym z nich, ale ma na sobie francuski mundur, a jego skóra jest 

taka  delikatna  w  dotyku.  Oprócz  policzków,  bo  one  są  szorstkie.  Nigdy  przedtem  nie 

dotykałam męskiej twarzy, potwornie się wstydzę i nie odważyłabym się opowiedzieć o tym 

matce, chociaż i tak już nie wrócę do domu. Jestem taka oszołomiona. Ale być może będzie 

mógł  nam  pomóc.  Wiem,  że  to  głupie  tak  myśleć,  bo  właściwie  to  on  potrzebuje  naszej 

pomocy. 

Po tym zaskakującym wyznaniu nie było już więcej zapisów. David odłożył pamiętnik 

na  miejsce.  Miał  ogromne  poczucie  winy  z  powodu  swojej  niedyskrecji  i  obiecał  sobie,  że 

nigdy nie przyzna się do tego, że go czytał. 

Czy kiedykolwiek spotka jego młodziutką autorkę? 

David  przypominał  sobie  jak  przez  mgłę,  że  zaglądał  do  jego  pokoju  chłopiec,  który 

przyniósł świeże jabłka. 

Niezbyt urozmaicona dieta, pomyślał. 

I  oto  niespodziewanie  usłyszał  na  zewnątrz  obce  głosy.  Groźne  głosy  dorosłych 

mężczyzn. 

- Szukaliśmy wszędzie. Nic nie rozumiem, nie mogli przecież się wymknąć. 

-  Pamiętaj,  że  strażnik  odszedł  z  posterunku  na  parę  minut  ostatniej  nocy,  kiedy  pod 

Croix - sur - les - Collines toczyły się walki! 

- Tak, ale widzieliśmy później ich cienie. Oni na pewno są w domu! 

Kroki  zatrzymały  się  przed  drzwiami  Davida.  Rozejrzał  się  za  czymś,  co  mogłoby 

posłużyć jako broń, ale nic nie znalazł. Nie miał też odwagi poruszyć się i ukryć w łazience, 

najmniejszy dźwięk mógł go zdradzić. 

Po  chwili  usłyszał  coś,  co  przypominało  przestawianie  książek  na  półce.  Bystry 

chłopak, zamaskował drzwi od zewnątrz! Żeby tylko prześladowcy tego nie odkryli! 

- Prędzej czy później ich dostaniemy - mówił jeden z głosów. - A wtedy...! 

-  Musimy!  -  mruknął  inny.  -  Mam  na  myśli  przede  wszystkim  dziewczynę.  Małe, 

niewinne  dziewczę  ze  wsi,  świeże  jak  kwiatuszek.  Powinna  być  wdzięczna  za  odrobinę 

rozrywki przed opuszczeniem tego padołu! 

Roześmiali się. 

background image

Wyjęta  książka  została  odłożona  na  miejsce  i  kroki  się  oddaliły.  David  odetchnął  z 

ulgą. 

Nadal nie pragnął niczego innego, jak tylko móc się położyć. Dużo spał, gorączkujący, 

spocony i bardzo wyczerpany... 

Obudził się, kiedy chłopiec delikatnie potrząsnął go za ramię. 

- Co się stało, Michel? 

- Służył pan w Czerwonym Krzyżu, prawda? Widzę to po pańskim mundurze. 

- Zgadza się. 

- Moja siostra jest chora. 

- A więc jest was jednak dwoje? 

- Proszę pójść za mną, żołnierzu! 

Widać było, jak bardzo chłopiec się boi. David natomiast z radością przyjął możliwość 

opuszczenia swego więzienia. Wstał i z pomocą Michela założył buty. 

- Jak długo tu jestem? 

- Dwie i pół doby. 

- Nie dłużej? Wydaje mi się, że minęła cała wieczność. 

- Proszę starać się iść cicho, żołnierzu. I proszę nie pokazywać się w oknie. Wszędzie 

mają straże. 

Nareszcie  wydostał  się  ze  swojej  klatki.  Stanął  na  pokrytej  marmurem  posadzce  w 

holu, przysuwając się jak najbliżej ściany, żeby go nie dostrzeżono z zewnątrz. 

Ku zdumieniu Davida, chłopiec nie skierował się na schody prowadzące na pierwsze 

piętro,  lecz  poprowadził  go  przez  spaloną  kuchnię  na  mroczne,  rozchwiane  schody  do 

piwnicy. 

- Wydawało mi się, że mówiłeś, iż dom jest pełen twoich krewnych i służby? 

- To prawda. Wszyscy są na górze. Ale moja siostra jest tutaj. 

David nie odezwał się więcej. Wąskie schody wiodły w dół do pustych pomieszczeń, 

zniszczonych  i  splądrowanych.  Zobaczył  jedynie  kilka  jabłek  na  półce.  O,  pomyślał,  nic 

dziwnego, że moja dieta jest tak jednostajna. 

Dotarli do piwnicy, gdzie przechowywano wino. 

- Proszę tu przyjść, żołnierzu! 

W najbardziej odległym kącie, tuż przy ścianie, stała beczka na wino. Michel nacisnął 

okrągłe wieko, które odskoczyło, kołysząc się na metalowych zawiasach. 

- Proszę iść za mną - powiedział chłopiec, wchodząc do środka. 

Oniemiały ze zdziwienia David zrobił, co mu kazano. Zapach beczki świadczył o tym, 

background image

ż

e  nigdy  nie  wykorzystywano  jej  zgodnie  z  przeznaczeniem.  Następnie  Michel  pchnął  dno, 

które otwierając się ukazało pomieszczenie po drugiej stronie piwnicznej ściany. 

- Jak to znalazłeś? - spytał szeptem David, zamykając za sobą wejście do beczki. 

-  Bardzo  prosto  -  odpowiedział  Michel,  zeskakując  na  podłogę.  -  Wieko  było 

uchylone. Niemcy najwidoczniej się nie zorientowali, że jest tu jeszcze jakieś pomieszczenie. 

Byli  chyba  tylko  rozczarowani,  że  beczka  została  opróżniona  do  ostatniej  kropli.  Albo  za 

bardzo się upili, żeby coś podejrzewać. 

W małym,  ciemnym pokoiku panowało nieprzyjemne zimno i wilgoć. Michel zapalił 

ś

wiecę  i  David  rozejrzał  się  wokół.  Widocznie  przechowywano  tutaj  najstarsze  szlachetne 

roczniki, bo na półkach ujrzał dna niezliczonych butelek. Tego schowka Niemcy nie znaleźli. 

Michel poszedł dalej do wąskiego korytarzyka, który skręcał pod kątem prostym. Na 

podłodze leżała dziewczyna owinięta prześcieradłem. 

Spojrzała na Davida dużymi czarnymi oczyma. 

Ciemne włosy, mokre od potu, opadały na czoło. Na bladej twarzy malował się strach. 

David uznał, że mogła mieć około osiemnastu lat. Była bardzo piękna i bardzo chora. 

David ukląkł i spytał: 

- Gdzie panią boli? 

Drgnęła. 

- Pan nie jest Francuzem! - szepnęła przerażona. 

- Jestem obywatelem francuskim - odparł David spokojnie. 

Opanował ją silny atak kaszlu. 

-  Słyszę,  że  nie  jest  dobrze  -  stwierdził,  kiedy  kaszel  ucichł.  -  Tutaj  nie  może  pani 

zostać. Musimy panią przenieść na górę. 

- Ale to niemożliwe. Nie możemy się ukryć w pana pokoju, tam zaraz nas znajdą. 

- Czy nie moglibyśmy wydostać się z tego domu? 

Zaśmiała się gorzko. 

- Próbowałam pierwszej nocy, kiedy tu dotarliśmy. Momentalnie na ścianie tuż obok 

mnie rozprysnęła się seria kul. 

- Rozumiem - odparł David, lecz, szczerze mówiąc, nie rozumiał zbyt wiele. - Czy nie 

ma tu innego pomieszczenia? W tej zatęchłej piwnicy czeka panią śmierć! 

Zastanawiała się przez chwilę, drżąc z zimna na całym ciele. 

-  Jest  jeden  pokój  na  tyłach  domu,  który  możemy  zabarykadować  od  wewnątrz.  Ale 

tam odkryją nas bez trudu. Teraz nawet nie wiedzą, że w ogóle jesteśmy w domu! 

-  Nie  ma  innej  rady.  Tu  na  dole  nie  wytrzyma  pani  zbyt  długo.  Pomóż  mi,  Michel, 

background image

przeniesiemy się na górę. 

Dziewczyna,  próbowała  protestować,  ale  uporczywy  kaszel  odebrał  jej  resztki  sił.  Z 

pomocą Davida i Michela przedostała się przez tajemne przejście. Potem David wziął  chorą 

na  ręce,  Michel  zaś  zebrał  rzeczy  obojga.  David  sam  był  bardzo  słaby,  czuł,  jak  drżą  mu 

ramiona  i  szumi  w  głowie.  W  końcu  udało  im  się  wyjść  na  górę.  Dziewczyna  wskazywała 

drogę,  cały  czas  trzymając  coś  w  ręku  za  jego  plecami.  Łatwo  zgadł,  co  to  takiego.  Czyżby 

nikomu nie ufali? 

Pokój,  do  którego  ostrożnie  się  wśliznęli,  był  ciemny,  dość  długi  i  zastawiony 

ciężkimi,  stylowymi  meblami.  W  oknach  wisiały  długie,  jedwabne  zasłony.  Okazały  się 

bardzo przydatne, gdyż jeden ze strażników pilnował domu również od tej strony. Wspólnymi 

siłami  Michel  i  David  przesunęli  ciężkie  meble  pod  drzwi,  a  potem  zajęli  się  dziewczyną, 

którą wcześniej ułożyli na sofie. 

Wyglądała  naprawdę  pięknie:  twarz  o  wyrazistych  rysach,  złocistobrązowa  skóra  z 

rumieńcami na wysokich kościach policzkowych, białe zęby i błyszczące oczy - wszystko to 

nadawało jej cech zdrowej, silnej wiejskiej dziewczyny. Jednak teraz powodem rumieńców i 

blasku w oczach była wysoka gorączka. 

- Muszę panią zbadać, mademoiselle Madeleine! 

Oboje drgnęli ze strachu. Dziewczyna spojrzała z wyrzutem na Michela. 

- Nie powiedziałem mu, jak się nazywasz - zapewnił pośpiesznie chłopiec. 

Zanim  David  zdążył  zareagować,  ujrzał  wycelowany  w  siebie  własny  pistolet. 

Dziewczyna wyjęła go spod prześcieradła. 

-  A  więc  jest  pan  jednym  z  nich!  -  stwierdziła  z  goryczą.  -  Michel  miał  rację,  nie 

powinniśmy się panem zajmować. Ale pan wyglądał tak... 

-  Myli  się  pani,  mademoiselle  -  wyjaśnił  szybko  David.  -  Jestem  przyjacielem  Jean  - 

Pierre’a. Czy pamięta pani Jean - Pierre’a? On mnie tu przysłał. 

Z wahaniem opuściła broń. 

- Jean - Pierre? Tak, pamiętam go. Czy był na mnie zły? 

- Zły? Dlaczego? 

- Ponieważ nie przyszłam. Nie mogliśmy się z nim spotkać, bo nas znowu zamknęli. 

David się roześmiał. 

-  Nie,  nie  był  zły:  Sam  miał  potworne  wyrzuty  sumienia,  ponieważ  on  też  nie  mógł 

przyjść. 

W błyszczących z gorączki oczach dostrzegł wyraźną ulgę. 

- Mówi pan, że on pana przysłał? 

background image

-  Tak.  Kiedy  ostatni  raz  go  widziałem,  był  bardzo  ciężko  ranny.  Gorąco  prosił  mnie, 

abym  sprawdził,  co  się  z  wami  stało.  Chciał  też,  żebym  was  do  niego  przyprowadził  i  żeby 

mógł  poprosić  o  przebaczenie,  że  wtedy  nie  dotrzymał  słowa.  Sądzę,  że  teraz  jest  już  za 

późno... 

Zapadła cisza. Nawet Michel zrozumiał, choć David nie dokończył zdania. 

- Oto pański pistolet - powiedziała Madeleine. 

- Dziękuję! Poza tym mam na imię David. Jestem z pochodzenia Norwegiem, dlatego 

trochę  kaleczę  język.  A  teraz  muszę  panią  zbadać,  mademoiselle  Madeleine.  Michel,  czy 

możesz przejść w drugi koniec pokoju? 

David usiadł na brzegu sofy i ostrożnie zsunął prześcieradło. Dziewczyna wstydliwie 

naciągnęła je z powrotem. 

-  No,  no  -  uspokoił  ją  David.  -  Jestem  prawie  lekarzem,  przed  wojną  studiowałem 

medycynę. Proszę się nie obawiać, mademoiselle. 

Ciało  Madeleine  było  rozpalone.  David  nawet  bez  stetoskopu  słyszał  szmery  w 

płucach.  Nie  mógł  nie  zwrócić  uwagi  na  zgrabną  sylwetkę  tej  dziewczyny:  w  talii  szczupła 

jak lilia, poza tym kształty miała pełne. 

David uśmiechnął się, aby dodać chorej otuchy, i starannie ją okrył. 

- Ma pani zapalenie płuc. Ale poradzimy sobie z tym! Nie ma obawy! 

W  głowie  mu  huczało  i  zlewał  go  zimny  pot,  kiedy  przeszukiwał  dom  w  nadziei,  że 

może trafi na jakieś lekarstwa. Zmontował znalezioną gdzieś w kącie maszynkę spirytusową i 

zagotował wodę. Potem dał Madeleine tabletkę chininy ze swojej skromnej apteczki polowej i 

nałożył  jej  na  piersi  rozgrzewające  kompresy  z  terpentyny  i  oleju.  Dziewczyna  nie  kryła 

wzruszenia i wdzięczności za to, że troszczył się o nią z takim oddaniem. Dlatego też, kiedy 

sprawdzał, czy jest dobrze okryta, pogłaskał ją lekko po policzku. Zauważył, że zarumieniła 

się jeszcze bardziej. 

Potem  usiedli  przy  łóżku  Madeleine,  on  i  Michel,  i  zjedli  ostatnie  zapasy  żywności, 

składające się z kiełbasy i jabłek. 

-  Mademoiselle  Madeleine,  czy  będzie  pani  w  stanie  wyjaśnić  mi  kilka  spraw? 

Zupełnie nic nie rozumiem z tego, co się tu dzieje. 

Spojrzała na niego zamyślona. 

- Spróbuję. Ale muszę bardzo cofnąć się w czasie. 

- Dobrze. Proszę zacząć od siebie. 

Zaczerwieniła się zaskoczona. 

- Od siebie? Ale ja jestem postacią drugoplanową. 

background image

David  nie  chciał  się  zdradzić,  że  dzięki  pamiętnikowi  wiedział  o  niej  więcej,  niż 

myślała. Wstydził się, że go czytał, ale tak naprawdę nie żałował tego. Rozumiał teraz lepiej 

tę młodą dziewczynę. 

Skinął zachęcająco. 

I Madeleine zaczęła opowiadać... 

background image

ROZDZIAŁ III 

Podniosła wzrok na przystojnego żołnierza o niezwykle niebieskich oczach. Czuła do 

niego bezgraniczne zaufanie. Dotykał jej tak ostrożnie, żaden inny mężczyzna nie czynił tego 

w  taki  sposób.  Ale  jest  przecież  lekarzem  i  tylko  chciał  ją  zbadać,  nie  było  więc  w  tym  nic 

zdrożnego. I na pewno jej pomógł! Czuła się teraz o wiele lepiej. 

-  Pochodzę  z  małej  wioski  położonej  na  południe  od  Paryża  -  zaczęła  jakby 

przepraszając, że mówi o czymś tak niewiele znaczącym. Ale chciała wszystko opowiedzieć, 

on  na  pewno  zrozumie,  a  poza  tym  przecież  o  to  prosił!  -  Mój  ojciec  miał  nieduże 

gospodarstwo...  -  ciągnęła,  zastanawiając  się  w  duchu,  czy  też  monsieur  David  uważa  ją  za 

duże  dziecko,  czy  też  za  kobietę.  -  Rodzice  dali  mi  dobre  wychowanie,  byli  wyjątkowo 

surowi,  nauczyli  mnie,  jak  powinna  zachowywać  się  porządna  dziewczyna  z  szanowanej 

rodziny. Nie byliśmy jednak bogaci. Dlatego... 

Zawahała się. 

- Co się stało? - spytał David. 

W pięknych oczach Madeleine pojawiła się desperacja. 

-  Dlatego  kiedy  najbogatszy  gospodarz  w  okolicy  poprosił  o  moją  rękę,  uznali,  że 

wygrałam los na loterii. 

- Ale pani nie była szczęśliwa? 

-  Nie!  -  odpowiedziała  stanowczo.  -  Ma  pięćdziesiąt  lat  i  już  pochował  dwie  żony. 

Mały,  gruby  i  odpychający.  Kiedyś  powiedział  o  mnie:  „Jest  wprawdzie  jeszcze  trochę 

dziecinna  i  niedoświadczona,  ale  będzie  się  nadawała.  Wygląda  na  to,  że  jest  silna.  I  może 

urodzić  mi  synów.  Muszę  mieć  syna.  Moja  pierwsza  żona  dała  mi  jedynie  córki,  a  druga 

ciągle  chorowała.  Potrzebuję  młodej,  zdrowej  dziewczyny.  Tak,  Madeleine  będzie 

odpowiednia!” 

David wziął ją za rękę. Wiedziałam, że zrozumie, pomyślała. 

-  Jego  córki  były  ode  mnie  starsze,  monsieur!  Jednak  rodzice,  nie  pytając  mnie  o 

zdanie,  postanowili,  że  zostanę  jego  żoną,  jak  tylko  skończę  osiemnaście  lat.  Poszłam  do 

mojej  kryjówki  nad  rzeką  i  płakałam  cały  dzień.  W  tym  czasie  przyjechali  do  nas  bogaci 

paryżanie...  Spytali  moich  rodziców,  czy  mogłabym  do  nich  pojechać  na  pół  roku,  zająć  się 

domem,  a  od  czasu  do  czasu  ich  synem.  Dziewczyna  do  dziecka  musiała  mieć  czasem 

wychodne.  Ale  matka  i  ojciec  stanowczo  się  sprzeciwili.  Ile  ja  się  naprosiłam!  W  końcu 

wyjechałam  wbrew  ich  woli,  więc  się  mnie  wyrzekli.  Nie  wolno  mi  już  wrócić  do  domu, 

background image

sprowadziłam  na  nich  wstyd  i  hańbę  we  wsi,  ponieważ  odrzuciłam  najlepszą  partię.  Taki 

grzech! 

Madeleine zrobiła przerwę. Odetchnęła głęboko. 

- Czułam się dobrze w dużym domu u tej nowej rodziny w Paryżu i ci państwo też byli 

ze  mnie  zadowoleni.  Lecz  nagle,  jakieś  dwa  -  trzy  miesiące  temu,  Michel  i  jego  opiekunka 

zniknęli... 

-  Chwileczkę  -  przerwał  jej  David.  -  Coś  pani  ominęła.  Michel  nie  jest  więc  pani 

młodszym bratem? 

- Nie, mówiliśmy tylko, że jesteśmy rodzeństwem. Tak na wszelki wypadek. 

- A ten piękny dom był rodzinnym domem Michela? 

Chłopiec wpadł im w słowo: 

- Tak, mój ojciec jest dyrektorem. 

David zwrócił się do niego. 

- I zostałeś uprowadzony, ty i twoja opiekunka? 

- Tak. Samochodem. 

- Dokąd? 

-  Tutaj,  do  tej  dużej  posiadłości  tuż  obok,  która  w  nocy,  kilka  dni  temu,  została 

spalona. 

- Czy tam byliście więzieni? 

- Tak. Ale tamta dziewczyna próbowała uciekać. Wtedy ją zastrzelili. - Oczy chłopca 

posmutniały i spoważniały. 

- A jak pani tu trafiła? - spytał David Madeleine. 

-  W  domu  dyrektora,  ojca  Michela,  zapanowała  oczywiście  wielka  panika  - 

odpowiedziała,  starając  się,  żeby  jej  słowa  brzmiały  mądrze.  -  Słyszałam  urywki  rozmowy 

przy stole, kryły się za tym jakieś polityczne sprawy. 

- Poczekaj! - zawołał David. - Chyba już wiem, kim jesteś, Michel! Czy nazywasz się 

Bouget? 

- Tak - odparł zaskoczony chłopiec. 

- Ale skąd pan o tym wie? - spytała zaniepokojona Madeleine. - Wszystko miało być 

tajemnicą, gazety o niczym się nie dowiedziały. 

- Mój stryj ma znajomego w rządzie, rozumiecie? I ten znajomy jest ojcem chrzestnym 

Michela. Prawda, Michel? 

- Tak, mój ojciec chrzestny rządzi krajem. 

-  No,  nie  całkiem  sam  -  roześmiał  się  David.  -  A  więc  kidnaperzy  wykorzystali 

background image

dziecko jako pewnego rodzaju gwarancję? 

-  Tak  -  skinęła  głową  Madeleine.  -  Zrozumiałam,  że  próbowali  zmusić  ojca 

chrzestnego  Michela  do  ustępstw  wobec  Niemców,  żeby  ci  mogli  zawładnąć  Francją.  Lecz 

dyrektor Bouget przekonał swego przyjaciela ministra, żeby nie ustępował, bo i tak na pewno 

znajdą Michela. Jakże ojciec chłopca się zestarzał w ciągu zaledwie kilku dni! No i pewnego 

razu, kiedy wracałam do domu państwa Bouget, zostałam napadnięta przez dwóch mężczyzn i 

przewieziona samochodem aż tu. No, nie od razu. Pamiętam, że o zmroku podjechaliśmy do 

ogromnego  zamku  znajdującego  się  przy  drodze  z  Paryża.  Kazali  mi  wysiąść  z  samochodu. 

Przeszłam przez dziedziniec. Wtedy na schodach pojawił się właściciel zamku z żoną, bardzo 

nieprzyjemną  kobietą.  Był  wściekły  i  wrzeszczał:  „Nie,  nie  tutaj,  idioci!  Do  mojej  letniej 

rezydencji,  ma  przecież  pilnować  chłopaka!”  Rozpoznałam  tego  człowieka...  No,  a  potem 

przywieźli mnie do tej wspaniałej posiadłości. Porywacze musieli mieć kogoś do opieki nad 

chłopcem,  jego  poprzednia  opiekunka  nie  chciała  z  nimi  współpracować.  Oni...  ją...  zabili  - 

Madeleine  przełknęła  ślinę.  -  Pewnej  nocy  udało  mi  się  wydostać  i  chciałam  sprowadzić 

pomoc. Wtedy spotkałam Jean - Pierre’a, ale kiedy wróciłam, żeby zabrać chłopca, zamknęli 

dom na klucz i już nie mogliśmy wyjść. 

Madeleine musiała chwilę odpocząć, zanim mogła mówić dalej. Ataki kaszlu nie były 

już takie częste i gorączka wydawała się nie tak bardzo wysoka. Prawdopodobnie za sprawą 

chininy. 

- Upłynęło wiele czasu i nagle zjawili się tu Niemcy. To śmieszne, ale zbyt późno się 

zorientowali, że zniszczyli dom swego sprzymierzeńca. Może pan sobie wyobrazić, właściciel 

szalał ze złości! 

Madeleine  uśmiechnęła  się,  kiedy  o  tym  pomyślała,  ale  był  to  blady  uśmiech, 

pomieszany z melancholią i bólem. 

-  W  ogólnym  popłochu,  kiedy  posiadłość  się  paliła,  udało  nam  się  uciec. 

Próbowaliśmy  ukryć  się  w  lesie,  ale  tam  aż  roi  się  od  Niemców.  Wtedy  natrafiliśmy  na  ten 

dom,  który  wprawdzie  też  się  palił,  lecz  widocznie  ogień  sam  zgasł.  Strażnicy  musieli  nas 

jednak  zobaczyć,  bo  otoczyli  willę.  Przeszukiwali  wszystkie  pomieszczenia,  ale  nas  nie 

znaleźli. 

- Czy wie pani, kim oni są? 

- Wiem tylko, że właściciel zamku i letniej rezydencji, która została spalona, jest ich 

przywódcą i że sprzyja Niemcom. A potem, następnej nocy, zjawił się pan, monsieur David... 

Musiał pan przyjść w chwili, kiedy nie było strażników. Chyba ta wielka bitwa w pobliskim 

mieście  wywabiła  ich  z  domu.  Spieraliśmy  się  z  Michelem  przez  chwilę,  ale  w  końcu 

background image

uzgodniliśmy, że powinniśmy panu pomóc. 

- Bardzo wam dziękuję! 

- Uważaliśmy, że pan wygląda tak... 

Nagle  umilkła.  Nie  mogła  mu  chyba  powiedzieć,  że  jej  się  podobał  i  wydał  jej  się 

bardzo przystojny? On zauważył jej zmieszanie i nie nalegał, by skończyła zdanie. 

-  Mademoiselle  Madeleine  -  powiedział  zmartwiony.  -  Muszę  jednak  wydostać  się 

stąd jak najszybciej. 

- To niemożliwe! 

- Wiem. Ale muszę. Mój... kolega (ledwie mu przeszło przez gardło nazwanie Marca 

le Fey kolegą) leży bezbronny w lesie. Uratował mi życie, rozumie pani, i jest ciężko ranny. 

- To straszne! - zawołała. - Oczywiście należy mu pomóc! 

- Poza tym trzeba zeszyć moją ranę! l pani też wymaga opieki. I Michel musi wrócić 

do  domu,  żeby  jego  ojciec  chrzestny,  minister,  mógł  spokojnie  pracować  i  nie  pozostawał 

dłużej pod presją. 

Madeleine skinęła głową. 

Zrobiło  się  późno,  zapadł  już  zmrok.  Wszyscy  troje  potrzebowali  snu.  David 

przygotował  na  dwu  zsuniętych  fotelach  posłanie  dla  Michela.  Dla  siebie  przeciągnął  z 

drugiego  pomieszczenia  łóżko.  Ustawił  je  w  najodleglejszym  kącie  pokoju,  żeby  nie 

krępować dziewczyny. 

Madeleine  wodziła  za  nim  wzrokiem.  Po  dłuższym  wahaniu  (jak  mogła  być  tak 

ś

miała, a gdyby źle ją zrozumiał?) zawołała go. 

David usiadł tuż obok. Oczy Madeleine wyrażały  strach i zawstydzenie,  ale w końcu 

zebrała się na odwagę. 

-  Co  teraz  zrobimy,  monsieur  David?  -  szepnęła,  żeby  nie  zbudzić  śpiącego  już 

Michela. 

Westchnął ciężko. 

- Musimy się stąd wydostać. To śmiertelna pułapka. 

-  Ale  oni  strzegą  domu  ze  wszystkich  stron.  Nie  rozumiem  tylko,  dlaczego,  przecież 

Francja została już opanowana. Co zamierzają zrobić z Michelem? 

David spojrzał na dziewczynę w zamyśleniu. 

-  Powiedziała  pani,  że  zna  pani  właściciela  tej  posiadłości  i  zamku  -  zaczął,  powoli 

wymawiając słowa. 

-  Tak,  widziałam  go  już wcześniej.  Nie  jestem  pewna,  ale  chyba  nazywa  się  Lasalle. 

Jest przyjacielem rodziców Michela. 

background image

-  Lasalle?  Czyżby  ten  bogaty  Lasalle?  Właściciel  banków  i  koncernów,  który  często 

udziela państwu pożyczek? 

- To możliwe... Myślę, że to on. 

Oczy Davida pociemniały. 

- Więc w takim razie jest zdrajcą. Prawdopodobnie nie ma go tutaj, wrócił zapewne do 

swego zamku lub do Paryża. Myślę, że chyba bardzo by nie chciał, żeby ktoś dowiedział się o 

jego  skrywanej  sympatii  dla  okupanta.  Albo  o  tym,  że  jest  porywaczem  syna  swego 

przyjaciela. 

-  A  więc  sądzi  pan...?  -  Madeleine  przyszła  do  głowy  tak  przerażająca  myśl,  że  z 

wrażenia dostała ataku kaszlu. 

-  Właśnie  -  potwierdził,  kiedy  już  mogła  normalnie  oddychać.  -  Lasalle  z  pewnością 

nie  chce,  aby  zachowali  się  świadkowie  jego  niecnych  poczynań.  Teraz  jednak  proszę  się 

położyć i dobrze przykryć, to ważne! Obawiam się, że jest pani zbyt chora, aby dokądkolwiek 

iść! 

-  Pan  także  -  zauważyła  nieśmiało.  -  Widzę,  że  każdy  wysiłek  wiele  pana  kosztuje. 

Zdjął pan bandaż? 

- Tak, rana musi mieć dostęp powietrza. Czy nie wygląda już lepiej? 

- Tak, to prawda. Ale martwi mnie jeszcze coś innego. Pański mundur... Wie pan, że 

jesteśmy na terenie okupowanym przez Niemców. 

Madeleine  czuła  się  bardzo  dumna,  że  może  dyskutować  z  dorosłym  mężczyzną  jak 

równy  z  równym.  Miała  wrażenie,  że  David  naprawdę  przywiązuje  wagę  do  jej  słów,  nie 

traktuje jej jak niepoważnego podlotka, tak jak wszyscy do tej pory. 

- Ja też o tym myślałem - odparł. - I jeszcze jedno: nie wiemy, jak daleko musimy iść, 

ż

eby dotrzeć do strefy wolnej od okupanta. Nie mamy przecież pojęcia o sytuacji na froncie, 

być może cała Francja została już zajęta? 

Madeleine złapała go za rękę. 

-  O,  nie!  -  szepnęła  przerażona.  -  Nie,  nie  wierzę  w  to.  Czy  nie  słyszał  pan  huku 

armat? Nie czuł swądu dymu? 

David zauważył jej zmieszanie, kiedy zdała sobie sprawę, że ściska jego dłoń, i rzekł 

łagodnie: 

-  Nie  bój  się,  dziewczyno,  na  pewno  nam  się  uda!  Obyśmy  tylko  zdołali  przekazać 

wiadomość do rodziców Michela! Obawiam się jednak, że telefony tu nie działają? 

- Nie, już sprawdzałam. 

- Jak to naprawdę jest z tym, co mówił Michel? - spytał David. - Że na górze jest cała 

background image

służba i jego ojciec? 

Spojrzeli na chłopca, który spał spokojnie. Madeleine szepnęła: 

- Był bardzo dzielny. Ale kiedy tu uciekliśmy i do mnie strzelano, i kiedy zrozumiał, 

ż

e  znowu  jesteśmy  uwięzieni,  wpadł  w  histerię.  I  wtedy  wymyśliłam  tę  służbę.  Choć 

właściwie  w  to  nie  wierzy,  trochę  się  uspokoił.  Zastanawiam  się  jeszcze,  co  mam  zrobić  z 

ubraniem? Jest tak brudne i podarte, że będę zwracać na siebie uwagę. 

David wstał. 

- Pójdę na górę i rozejrzę się, może znajdę tam dla nas jakieś rzeczy. 

- Ale nie wolno nam przecież... 

- Nie można tego nazwać kradzieżą, tu chodzi o nasze życie! Przypuszczam, że jest to 

dom letniskowy, więc jeśli są tu jakieś ubrania, na pewno teraz nikt ich nie potrzebuje. 

Z niepokojem w sercu patrzyła, jak David znika w drzwiach. 

On  tymczasem  wszedł  na  górę  do  mocno  zniszczonej  przez  pożar  części  budynku. 

Ś

wiatło  księżyca  wpadało  przez  ogromne  dziury  w  dachu,  więc  nie  musiał  marnować  czasu 

na szukanie i skierował się prosto do garderoby. 

Po  chwili  był  już  na  dole.  Znalazł  spodnie,  koszulę  i  kurtkę  dla  siebie,  ciemnożółtą 

sukienkę, która, miał nadzieję, pasowała na Madeleine, oraz kurtkę chłopięcą. 

Widział, że Madeleine nie do końca była przekonana, czy może założyć cudze ubranie 

bez pozwolenia, wzięła jednak sukienkę i przewiesiła ją przez poręcz krzesła. 

- Kiedy spróbujemy? 

- Nie dzisiejszej nocy, jest pani zbyt chora i nie może wychodzić. Musimy wytrzymać 

jeszcze jeden dzień. Czy sądzi pani, że pani podoła? 

- Żeby tylko tu znowu nie przyszli, to... W jaki sposób się stąd wydostaniemy? 

- Nie wiem, mademoiselle Madeleine - szepnął, walcząc z ogarniającą go sennością. 

- Pan jest przemęczony - zauważyła dziewczyna ze współczuciem. 

- Przepraszam - roześmiał się. 

- Nic nie szkodzi, monsieur David. 

Myśl  o  tym,  że  młody  mężczyzna  niemal  zasnął  na  jej  łóżku,  rozczuliła  Madeleine  i 

zarazem oszołomiła. Co by mama na to powiedziała? 

Stryj  Davida  wszedł  do  salonu  w  paryskim  mieszkaniu  swego  przyjaciela  ministra. 

Siedziało tam już dwóch gości, jednym z nich był ojciec Michela. 

-  Witaj,  drogi  przyjacielu!  -  odezwał  się  gospodarz,  zapraszając  ostatniego  gościa  do 

ś

rodka. - Słyszałem o twoim bratanku. To prawdziwa tragedia. 

Gaston de Saint - Colombe skinął głową. 

background image

- Zupełnie nie mogę uwierzyć w to, że nie żyje. Został tylko uznany za zaginionego. 

-  Bitwa  była  niezwykle  krwawa  -  zauważył  pan  domu.  -  Nie  chciałbym  odbierać  ci 

nadziei, ale szanse odnalezienia go są znikome. 

Stryj Davida spuścił głowę. Po chwili spojrzał na Bougeta. 

- Teraz wiem, co czujesz, drogi Bouget! Nadal żadnych wieści o Michelu? 

- Żadnych - odpowiedział zbolały i załamany ojciec. - Jego poszukiwania nadal trwają, 

oczywiście  dyskretnie,  ale  jeżeli  chłopiec  znalazł  się  w  rękach  naszych  przeciwników 

politycznych, to pewnie wywieźli go do strefy okupowanej przez Niemców. A tam nikt go nie 

znajdzie. 

Czwarty w grupie, szpakowaty mężczyzna o ciemnej karnacji i ostrym profilu, zwrócił 

się do gospodarza: 

- Czy nadal wywierane są naciski na pana w związku z Michelem? 

- Tak, drogi Lasalle - odrzekł minister. - I dlatego mamy nadzieję, że chłopiec jeszcze 

ż

yje.  Jest  moim  synem  chrzestnym,  jak  pan  wie,  i  mógłbym  zrobić  dla  niego  wiele!  Ale 

warunki, które stawiają porywacze, są nie do przyjęcia! 

-  Rozumiem,  że  poświęcenie  życia  chłopca  musi  być  trudne  -  powiedział  rozparty  w 

fotelu Lasalle. 

-  Niezmiernie!  Tym  bardziej  że  nie  jest  moim  synem.  Spoczywa  na  mnie 

odpowiedzialność  za  dziecko  mojego  najlepszego  przyjaciela!  Proszę  mi  wierzyć,  taka 

sytuacja jest nie do wytrzymania! Czasami mam ochotę... 

Oczy Lasalle'a stały się czujne. 

- Musiał bardzo cierpieć w tych ostatnich miesiącach. Taki mały i delikatny! 

Minister westchnął cicho. 

- Bouget, czy nie powinniśmy... 

Ale ojciec Michela szybko mu przerwał: 

-  Zabraniam  ci  spełniać  najmniejsze  nawet  żądania  tych  drani!  Myślisz,  że  zadowolą 

się drobnymi ustępstwami? O, nie, jeżeli teraz dostaną to, czego chcą, wkrótce będą mieli w 

swoim ręku całą Francję. Nie! Znajdziemy Michela, musimy. 

Lasalle  przybrał  na  nowo  pozę  obojętności.  W  salonie  nastała  cisza.  Bouget  i 

gospodarz  myśleli  o  Michelu.  Hrabia  Gaston  de  Saint  -  Colombe  martwił  się  z  powodu 

Davida. 

Wcześnie dziś skończyli. Umawiali się zazwyczaj raz w tygodniu na brydża, lecz tym 

razem nikt nie był w stanie skupić się na kartach. 

background image

W  wielkiej  willi  na  przedmieściach  Christianii

1

 w  Norwegii  panowała  przygniatająca 

cisza. Od czasu kiedy przyszedł telegram z Francji, nikt nie był w stanie wydobyć słowa. Cóż 

zresztą można mówić w takiej sytuacji? 

W  milczeniu,  z  czerwonymi  od  płaczu  oczami,  matka  i  młodsze  rodzeństwo  Davida 

snuli się po domu z uczuciem, że odtąd nic już nie ma znaczenia. 

Wszyscy byli przygnębieni, oprócz jego bliźniaczej siostry, Sissi. 

- Tu jest tylko napisane, że zaginął! - przerwała milczenie z błyskiem buntu w oczach. 

Sissi  odznaczała  się  niezwykłą,  oszałamiającą  wprost  urodą.  Miała  jasne  włosy  i 

ciemnobrązowe oczy, które odziedziczyła po ojcu Francuzie. Wysoka i szczupła, ubierała się 

bardzo  kobieco.  Jej  włosy  nie  poddawały  się  żadnemu  grzebieniowi,  drobne  loczki  opadały 

zawsze na czoło i na skronie. Skórę miała  gładką jak jedwab; usta, pełne  i na wpół otwarte, 

zdradzały  niewiarygodną  ciekawość  świata.  Mężczyzn  na  jej  widok  opanowywał  instynkt 

łowiecki. Ale mogli się bardzo rozczarować! 

Sissi, ochrzczona jako Cecilie, hrabianka af Saint - Colombe, nie obawiała się nikogo i 

niczego. Inteligentna i bystra, bez skrupułów wykorzystywała swoją urodę, kiedy chciała coś 

osiągnąć. 

- Musimy oczywiście tam pojechać i szukać go! 

- Nie bądź niemądra, Sissi! - ofuknęła ją matka. 

-  On  żyje,  wiem,  że  żyje!  -  zawołała  Sissi  z  rozpalonymi  policzkami.  -  Bliźniacy 

wiedzą  takie  rzeczy,  mamo!  Zawsze  łączyła  nas  bardzo  silna  więź.  Wiem,  że  mnie  teraz 

potrzebuje. 

- Kochane dziecko, wyobrażam sobie, co czujesz, chyba wszyscy myślimy podobnie. 

Ale  w  Europie  trwa  wojna,  okrutna  wojna.  Nie  możemy  teraz  jechać  do  Francji.  Twój  stryj 

zrobi na pewno wszystko, co będzie mógł. 

- Ten stary pryk! Nie ma za grosz fantazji, nie potrafi się postawić w... 

- Sissi, jestem zmęczona i bardzo przygnębiona. Proszę cię, skończ już. 

Sissi  nie  rzekła  nic  więcej.  Gdyby  jednak  matka  potrafiła  lepiej  czytać  w  jej  oczach, 

stałaby się bardziej czujna. 

Przez cały dzień Sissi była bardzo milcząca i niezwykle zajęta. Spędziła dużo czasu w 

banku, sklepach i na dworcu kolejowym. 

Późnym  wieczorem  postawiła  list  na  półce  nad  kominkiem  i  cicho  wymknęła  się  z 

domu. Konduktor nocnego pociągu wyruszającego z Christianii na południe zwrócił uwagę na 

                                                 

1

 Christiania - dawna nazwa Oslo (przyp. tłum.). 

background image

niezwykle  urodziwą  młodą  kobietę  w  bieli  z  eleganckim  bagażem.  Nikt  nie  odprowadził  jej 

na stację. 

Wszystko szło gładko aż do niemieckiej granicy. Dopiero tu Sissi się przekonała, że w 

Europie  panuje  wojna.  Zmarnowała  wiele  godzin  na  telefony  do  konsulatu  i  wszelkiego 

rodzaju  wyjaśnienia.  Faktycznie  decyzja  o  cofnięciu  zezwolenia  na  przejazd  wisiała  na 

włosku.  Tylko  umiejętność  prowadzenia  rozmowy  z  urzędnikami  w  smutnych  okienkach 

uratowała  Sissi  od  przymusowego  powrotu  do  domu.  Wreszcie  siedziała  w  pociągu 

zmierzającym  do  Szwajcarii,  mając  nadzieję,  że  przez  ten  kraj  uda  jej  się  przedostać  do 

Paryża.  Drogi  przez  Belgię  i  północną  Francję  były  zamknięte,  na  tych  terenach  toczyły  się 

zaciekłe walki. 

Podróż  przez  Niemcy  Sissi  zapamiętała  jako  prawdziwy  koszmar.  Pociąg  pełen  był 

ż

ołnierzy  cieszących  się  zwycięstwem.  Zwykłych  pasażerów,  ściśniętych  pomiędzy  całą  tą 

hałaśliwą gromadą, jechało niewielu. 

Sissi z trudem znosiła tłok w pociągu, brudne ręce i twarze, które zanadto się do niej 

zbliżały. Ale wystarczyło błagalne spojrzenie przesłane konduktorowi (i banknot wciśnięty w 

jego dłoń), by znalazł się jakiś pusty przedział, w którym mogła się zamknąć od wewnątrz. 

Niemieccy żołnierze wkrótce wysiedli, ale zaczęły się problemy z konduktorem, który 

również posiadał klucz do przedziału. Sissi jednak wybrnęła szczęśliwie i z tego kłopotu. 

Na terenie Szwajcarii sytuacja się poprawiła, a w pociągu francuskim udało się nawet 

Sissi przespać kilka godzin. 

W  zimny  poranek  pociąg  wtoczył  się  do  Paryża.  Sissi  natychmiast  skierowała  się  do 

hotelu  i  poprosiła  o  pokój.  Potem  spędziła  sporo  czasu  w  łazience,  musiała  się  wykąpać, 

uczesać i umalować. Elegancka i świeża stawiła się przed stryjem w jego biurze. 

Dopiero kiedy ,umilkły wszelkie „achy” i „ochy”, zaczął odpowiadać na jej pytania. 

-  Drogie  dziecko,  zrobiłem  wszystko,  ażeby  trafić  na  jakikolwiek  ślad  Davida  lub 

potwierdzić jego śmierć. Ale zupełnie nic, żadnego znaku! 

- Czy pojechałeś tam, stryju Gastonie, osobiście? 

- Nie, nie mogłem opuścić Paryża, a poza tym trudno się przedostać przez linię frontu. 

Wiem tylko, że miejscowość nazywa się Croix - sur - les - Collines i że cała została spalona. 

Tak  to  bywa  na  wojnie,  chyba  wiesz.  Rozegrała  się  tam  straszna  bitwa.  Trwała  wiele  dni  i 

obie strony poniosły ogromne straty. 

- Czy to miejsce... Czy nadal jest w rękach Francuzów? 

-  Niestety,  nie!  Wróg  dotarł  już  dalej  na  południe.  Ale  walczymy,  Sissi,  wciąż 

walczymy! 

background image

Sissi pomyślała, że stryj chyba nie włożył zbyt wiele wysiłku w poszukiwanie Davida. 

Stała przez chwilę, głęboko zamyślona. 

- Dokąd trzeba się zwrócić, jeśli się szuka osób zaginionych? Mam na myśli instytucje 

wojskowe. 

Zanim Gaston de Saint  - Colombe zdążył się zastanowić, czemu o to pyta, wymienił 

interesujący Sissi adres. Zaraz jednak dodał: 

- Ale już wydobyłem stamtąd wszystkie możliwe informacje. Wszystkie! 

-  I  nic  nie  znaleziono?  -  spytała  Sissi  z  niedowierzaniem.  -  Nawet  znaczka 

rozpoznawczego? 

-  Nic.  Ale  powiedzieli  mi,  że  nie  ma  w  tym  nic  niezwykłego.  Nowa  broń  ma  wielką 

siłę  rażenia.  Wiesz,  Sissi,  wyrosłaś  na  uroczą  młodą  damę.  Może  zostaniesz  u  nas?  Zjemy 

gdzieś razem obiad? 

- Jutro, stryju Gastonie. Już zarezerwowałam hotel na najbliższą noc i mam dziś trochę 

spraw do załatwienia. 

-  Naturalnie,  zakupy  w  Paryżu!  -  uśmiechnął  się  stryj  pobłażliwie.  -  Potrzebujesz 

pieniędzy? Nie? Zaraz zatelegrafuję do twojej matki, że tu dotarłaś i jesteś w dobrych rękach. 

- Ach, jeszcze jedno. Chodzi o samochód Davida... - rzuciła Sissi na pozór obojętnie. - 

Mój brat Paul potrzebuje go w Norwegii i obiecałam, że go dostarczę. 

- Załatwię to. 

- Nie, nie chciałabym sprawiać kłopotu! - przerwała szybko. - Jeżeli dostałabym klucz 

do garażu, załatwiłabym to jeszcze dzisiaj. Stryj nie będzie już musiał się tym martwić. 

Skapitulował i podał Sissi klucze. 

-  Zawsze byłaś samodzielna jak mało kto, Sissi! Już w dzieciństwie. To  ty powinnaś 

być chłopcem, a nie ten twój łagodny brat David. 

-  Jestem  całkiem  zadowolona  ze  swej  roli  -  zaśmiała  się  i  wypadła  z  biura, 

odprowadzana pełnymi podziwu spojrzeniami urzędników. 

Oficer sztabowy, czy kim był ten mężczyzna w mundurze, niewiele mógł pomóc Sissi, 

chociaż wydawał się być olśniony jej urodą i elegancją. 

-  Mademoiselle,  to  prawda,  co  mówi  hrabia  Gaston  de  Saint  -  Colombe,  często  się 

zdarza, że żołnierze przepadają bez śladu. Zwłaszcza w bitwach takich jak ta. 

- Czy był jedynym, którego nie odnaleziono? 

-  Nie  -  oficer  zajrzał  do  swoich  papierów.  -  Straciliśmy  wielu  ludzi. 

Zidentyfikowaliśmy wszystkich, oprócz dwóch, po których ślad zaginął. To dziwne, ale obaj 

pracowali w lazarecie, pani brat, który pełnił funkcję lekarza, mimo że nie zdążył przed wojną 

background image

skończyć studiów, oraz Marc le Fey, sanitariusz. 

- Można więc przypuszczać, że znaleźli się w tym samym miejscu? 

- To bardzo możliwe. 

Sissi zmarszczyła czoło. 

- David nigdy by nie zdezerterował - rzuciła zamyślona. 

Oficer się uśmiechnął. 

-  Jeśli  pani  myśli,  że  mogliby  razem  zbiec  z  pola  walki,  to  się  pani  myli.  Ci  dwaj 

nienawidzili się nawzajem. 

- Nienawidzili się? - zdumiała się Sissi. - David nie mógłby nikogo nienawidzić. Jest 

najbardziej zgodnym człowiekiem na świecie. 

-  Marc  le  Fey  rozzłościłby  nawet  anioła.  Z  nikim  się  nie  przyjaźnił.  Pani  brat  był 

jedynym, który tolerował jego obecność, ale czasami sypały się między nimi iskry, proszę mi 

wierzyć! 

- Czy mogli trafić do niewoli niemieckiej? 

- O ile wiemy, Niemcy nie wzięli żadnych jeńców. 

- Gdzie leży miasto, w którym toczyła się bitwa? 

- Mademoiselle, nie może pani tam jechać! Nie taka dama jak pani! Nic już pani tam 

nie znajdzie. Poza tym... 

- Tak? 

- Jak zamierza pani przekroczyć linię frontu? 

-  Przyjechałam  specjalnie  aż  z  Norwegii,  żeby  szukać  swojego  brata,  panie 

pułkowniku. 

Oficer, który zaledwie był kapitanem, poczuł się oszołomiony i mile zaskoczony. 

Sissi wypytywała dalej: 

- Jak się nazywa niemiecki dowódca? 

- Na tamtym terenie? Kutsche. Czemu pani pyta? Chyba nie zamierza pani zwrócić się 

w tej sprawie do Niemców? 

- Nie, oczywiście, że nie! Którędy przebiega najbezpieczniejsza droga do Croix - sur - 

les - Collines? 

- Panienko, miasto jest przecież w rękach niemieckich, nie może pani... 

Spojrzenie  Sissi  sprawiło,  że  się  poddał.  Westchnął  ciężko.  Podszedł  do  mapy 

wiszącej na ścianie i powiedział: 

- Tutaj leży to miasto. 

- Tak daleko na północ? 

background image

- Tak. A tu... - wskazał bardziej na lewo. - Tu jest najspokojniej. Ale to nie znaczy, że 

bezpiecznie. W żadnym razie! Nie dociera tam kolej, a ja niestety nie mogę pani pomóc. Nasi 

ż

ołnierze tam się nie przedostaną. 

- Nie ma takiej potrzeby - zapewniła szybko Sissi. - Ale gdyby mógł pan wystawić mi 

jakieś pismo... 

- Naturalnie! W tej samej chwili. 

Usiadł i zaczął pisać. 

- Jednak jest to tylko przepustka przez francuskie linie. 

Sissi mruknęła coś niezrozumiale. 

Kapitan przystawił pieczęć i podał jej dokument. Westchnął znowu: 

- Mademoiselle, oby się pani udało! 

Sissi przesłała mu uśmiech, który mógłby skruszyć kamień. 

Oficer się zaczerwienił po same uszy. 

- Był pan niespotykanie uprzejmy, monsieur. 

Podała mu rękę, a on ucałował ją z iście francuską elegancją. 

Jednak spojrzenie, jakim ją odprowadził, wyrażało jedynie troskę. 

background image

ROZDZIAŁ IV 

Sissi wiedziała, że stryj Gaston nigdy w życiu nie udostępniłby jej samochodu, gdyby 

się  domyślał,  że  sama  zamierza  z  niego  skorzystać.  Już  tylko  taka  myśl  mogłaby  go 

przyprawić  o  zawał  serca.  Młoda  dama  licząca  sobie  dwadzieścia  trzy  wiosny!  Kobiety 

przecież nie mają pojęcia, co się znajduje pod maską samochodu. Nawet nie powinno ich to 

interesować. 

Ale  Sissi  już  od  dawna  potrafiła  prowadzić  auto,  choć  nikt  oprócz  jej  o  dwa  lata 

młodszego  brata  Paula  o  tym  nie  wiedział.  To  on  dawał  jej  lekcje,  ćwiczyli  pilnie  na 

nieuczęszczanych drogach w Norwegii. Paul był pełen podziwu dla umiejętności siostry jako 

kierowcy. 

Sissi  wyprowadziła  z  garażu  samochód  Davida  i  zatankowała  większą  ilość  benzyny 

na dłuższą podróż. Chyba nie to miał na myśli jej stryj, mówiąc o zakupach w Paryżu. Potem 

wróciła do hotelu, gdzie spędziła wieczór na tajemniczych ćwiczeniach pisemnych. 

Następnego  dnia  wczesnym  rankiem,  kiedy  wołanie  mleczarza  rozlegało  się  w 

milczącym  o  tej  porze  mieście,  hrabianka  Cecilie  de  Saint  -  Colombe  wyjeżdżała  z  Paryża 

nowym,  ekstrawaganckim  samochodem  marki  bugatti,  pokrytym  żółtym  lakierem,  z 

ciemnobrązowymi  wyściełanymi  siedzeniami...  Niewielki  bagaż,  który  wydawał  się  Sissi 

niezbędny,  leżał  upchnięty  z  tyłu,  resztę  przesłała  na  adres  stryja.  Tak  więc  i  tym  razem  się 

udało. 

Nic nie wskazuje na to, że w tym kraju toczy się wojna, myślała, pokonując pierwsze 

kilometry  drogi.  W  okolicy  panował  spokój,  maki  otwierały  się  ku  porannemu  słońcu,  rosa 

zaczynała znikać z pól. 

Sissi czuła się jak na przyjemnej niedzielnej wycieczce w rodzinnej Norwegii... 

Z  natury  była  beztroska.  Dzięki  osobistemu  urokowi  wszystko  układało  się  jej 

wspaniale.  Przyzwyczaiła  się  do  tego,  że  osiąga  w  życiu  to,  czego  chce,  wielkie  problemy 

tego  świata  właściwie  jej  nie  interesowały.  Nie  zwracała  uwagi  na  drobne  ślady  wojny  w 

Paryżu i na przedmieściach. Bywała we Francji już wiele razy wcześniej, mieszkała tu przez 

rok  jako  dziecko,  kiedy  jeszcze  żył  jej  ojciec.  Dobrze  znała  ten  kraj.  Wspaniale  było  mieć 

drogę  tylko  dla  siebie,  niemal  pustą  w  tych  wczesnych  godzinach  rannych,  móc  trąbić  i 

machać  do  chłopów  jadących  na  furach  i  słyszeć  ich  okrzyki  przerażenia  na  widok  młodej 

damy za kierownicą. 

Nuciła  pod  nosem.  Uważała,  że  skoro  jest  we  Francji,  Auprès  de  ma  blonde  będzie 

background image

odpowiednie. Droga nie  była niestety najlepsza.  Koleiny wcinały się głęboko, wyrobione po 

deszczu przez liczne przejeżdżające tędy chłopskie wozy, ale bugatti świetnie sobie poradził z 

nierównościami.  Sissi  miała  wiele  uciechy,  omijając  największe  kałuże.  Albo  wjeżdżając 

prosto w nie, aż rozpryskiwała się woda. 

Wojna? 

Phi! Cecilie de Saint - Colombe poradzi sobie w każdej sytuacji! 

W tym samym czasie w zniszczonej willi w lesie panowała przygnębiająca atmosfera. 

Dzień,  który  właśnie  się  zaczął,  był  chyba  najtrudniejszym  spośród  innych. 

Uwięzionym zaczął dokuczać głód, kiełbasa i jabłka już się skończyły. Michel kaprysił. Lęk 

przed  strażnikami,  którzy  w  każdej  chwili  mogli  wejść  do  domu,  wprost  paraliżował  całą 

trójkę. 

Jednak najwięcej obaw budziła choroba Madeleine. Tego dnia nastąpił kryzys. 

David czuł się już znacznie lepiej i robił wszystko, żeby pomóc dziewczynie. Podawał 

jej  tabletki  chininy  w  możliwie  najkrótszych  odstępach  czasu,  ale  lekarstwa  nie  pozostało 

wiele.  Ciepło  otulił  Madeleine,  wykorzystując  całą  pościel,  jaką  posiadali,  zmieniał  jej 

bieliznę na suchą, kiedy się pociła, a nawet sam kładł się obok, żeby ją ogrzać, gdy wstrząsały 

nią dreszcze. Kaszel chorej rozlegał się echem w dużym pokoju. David próbował go tłumić, 

przysłaniając usta dziewczyny prześcieradłem, a Michel łkał ze strachu. 

Madeleine  nie  pamiętała  wiele  z  tego  dnia.  Czuła  się  źle  i  bolało  ją  w  piersiach,  ale 

monsieur David był blisko niej, czasami bardzo blisko. Wtedy na krótko się uspokajała. 

Po  południu  pokój  wokół  niej  dziwnie  pojaśniał  i  popatrzyła  na  świat  bardziej 

przytomnymi oczami. Uradowany David rzekł: 

- Dzięki Bogu, Michel, wydaje mi się, że nam się udało! 

Madeleine  znowu  zapadła  w  sen  i  obudziła  się  dopiero  następnego  dnia.  Michel  był 

wtedy już tak głodny, że nie panował nad sobą. Miał do Davida pretensje, że nie zatroszczył 

się o pożywienie. David przyjmował to spokojnie, ale Madeleine dobrze wiedziała, jak bardzo 

był zmartwiony. 

-  Jak  tam  samopoczucie?  Czy  będzie  pani  na  siłach  wstać  dziś  w  nocy?  -  spytał  po 

chwili. 

Nie  musiała  się  zastanawiać  nad  odpowiedzią,  dobrze  wiedziała,  że  nie  jest  w  stanie 

zdobyć  się  na  najdrobniejszy  nawet  wysiłek.  Przy  każdym  ruchu  oblewał  ją  zimny  pot. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  to  z  osłabienia.  Choroba  chwilowo  utraciła  swą  siłę,  ale  żeby 

wstać... 

David  także  był  tego  świadom.  Istniała  szansa,  że  Madeleine  dojdzie  do  siebie,  ale 

background image

potrzebowała spokoju i dobrej opieki. Lecz właśnie tego jej brakowało! 

Dziewczyna spojrzała na Davida. 

- Chyba dam radę - powiedziała z trudem, bo w ustach jej zaschło. - Tylko jak się stąd 

wymkniemy? 

David zacisnął zęby. 

-  Pozostaje  nam  jedno  wyjście,  musimy  zaryzykować  i  wydostać  się  po  prostu 

głównymi drzwiami, kiedy będzie najciemniej. 

- Ach, monsieur David! - szepnęła z lękiem. 

Spojrzał na nią. Bez trudu odgadł, co myślała o szansach tego przedsięwzięcia. 

Starał się, by jego głos zabrzmiał beztrosko i pokrzepiająco, gdy powiedział: 

- Zaczniemy od zmiany ubrania, musimy być gotowi przed zapadnięciem zmroku. 

Michel, którego opuściła cała odwaga, narzekał, że kurtka jest za mała. 

- Nie mogłeś znaleźć większej? - spytał nadąsany. 

David i Madeleine wymienili spojrzenia, ale zdołali się opanować. 

Kiedy  David  założył  cywilne  ubranie,  które  pasowało  na  niego  niemal  idealnie, 

ofiarował pomoc Madeleine. 

- Chciałabym się umyć - poprosiła nieśmiało. 

Rozumiał to. Przyniósł wodę w misce i ostrożnie zaczął zmywać pot z twarzy, karku i 

ramion dziewczyny. 

- Czy z resztą poradzi sobie pani sama? Sukienkę położę tutaj. 

Skinęła  głową  i  David  zabrał  Michela  w  przeciwległy  koniec  pokoju.  Po  chwili 

dziewczyna zawołała zakłopotana: 

- Monsieur David, nie mogę zapiąć sukni na plecach. 

Podszedł do niej. 

Kiedy  tak  stała  w  ciemnożółtej  sukni,  blada,  z  wielkimi,  czarnymi  oczami,  David 

zrozumiał, jakie wrażenie odniósł Jean - Pierre, patrząc na nią tamtego pamiętnego wieczoru. 

W lesie, w świetle księżyca, musiała wydać mu się nierzeczywista, jak ze snu. 

David  zapiął  Madeleine  suknię  na  plecach,  potem  ściągnął  pasek  w  talii.  Musiał  go 

dwa razy owinąć, taka była szczupła. 

-  O,  tak  -  powiedział  i  spojrzał  na  dziewczynę.  Przeraził  się,  bo  dostrzegł  w  jej 

spojrzeniu  coś  niesamowitego,  a  zaraz  potem  Madeleine  niespodziewanie  straciła 

przytomność  i  osunęła  się  na  niego.  Przytrzymał  ją  i  ostrożnie  położył  na  posłaniu.  Na 

szczęście  szybko  doszła  do  siebie.  Leżała  teraz  wyczerpana,  kurczowo  trzymając  Davida  za 

rękę, on zaś siedział obok oniemiały, ciągle nie mogąc zapomnieć wyrazu oczu dziewczyny. 

background image

Przypomniał sobie opowieść Jean - Pierre’a o prześladującym go śnie. 

- Idziemy już? - jęknął Michel. 

-  Nie  -  odrzekł  David  wyrwany  z  zamyślenia.  -  Nie,  dopóki  się  nie  ściemni. 

Mademoiselle Madeleine jest bardzo chora. Nie mam pojęcia, jak sobie poradzi! 

- Czy musimy ją brać ze sobą? 

Teraz David rozzłościł się nie na żarty. 

-  Posłuchaj,  Michel!  Madeleine  narażała  dla  ciebie  życie.  Zrobiła  wszystko,  żeby  cię 

ocalić.  Nigdy  nie  myślała  o  sobie.  Miała  okazję  uciec,  udało  jej  się  nawet  stąd  wydostać  i 

pewien mój przyjaciel chciał jej pomóc, ale wróciła po ciebie, ty rozpieszczony dzieciaku! A 

teraz chcesz ją zostawić na pastwę losu, teraz, kiedy naprawdę nas potrzebuje? 

Zawstydzony Michel wbił wzrok w podłogę. 

-  Nie  chciałem  tego  powiedzieć  -  zapewnił,  tłumiąc  płacz.  -  Tylko  że  jestem  bardzo 

głodny i tak strasznie się boję. 

David natychmiast złagodniał. 

- Rozumiem. Wybacz mi, Michel, widocznie i ja tracę panowanie nad sobą. 

Madeleine w milczeniu przysłuchiwała się ich rozmowie. 

- Ale musimy coś zjeść - westchnął chłopiec. 

- Wiem - odparł David i dodał: - Wiedzą zresztą o tym także ci, którzy nas pilnują. 

Chcą nas zagłodzić, pomyślał. Mamy jednak nad nimi przewagę: nawet im do głowy 

nie przyjdzie, że ja tu jestem. W każdym razie na to liczę. 

-  Nie  możemy  wyruszyć  dziś  w  nocy  -  oznajmił,  spojrzawszy  na  bladą  jak  śmierć 

dziewczynę. - Musimy jeszcze trochę wytrzymać. 

Michel zaczął krzyczeć. 

- Nie, nie zostanę tu ani chwili dłużej! Chcę wyjść, chcę jeść! 

Rzucił się na meble barykadujące drzwi. 

- Michel, przestań! - syknął David i przytrzymał chłopca, ale ten zdołał się wyrwać i 

rzucił się do okna. Jednym szarpnięciem oderwał część zasłony. 

Na trwającą wieki sekundę w pokoju zapadła cisza. 

Michel  i  sparaliżowany  strachem  David  wpatrywali  się  w  strażnika  stojącego  w 

półmroku, który z uśmiechem spoglądał w ich stronę. 

W  samochodzie  potwornie  trzęsło,  chociaż  bugatti  należał  do  modeli  luksusowych. 

Sissi  widziała  w  oddali  skupiska  wojska,  a  raz  minęła  ją  cała  kolumna  żołnierzy.  Musiała 

zjechać  na  bok,  żeby  ich  przepuścić.  Kiedy  kilkuset  mężczyzn  w  mundurach  machało  z 

zachwytem pięknej młodej damie za kierownicą, odpowiadała im uśmiechem. 

background image

Na  noc  zatrzymała  się  w  niewielkiej  gospodzie.  Tu  również  odradzano  jej  dalszą 

jazdę.  Przez  linię  walk?  Chyba  oszalała!  Nic  jednak  nie  mogło  powstrzymać  Sissi.  Chociaż 

teraz,  po  paru  godzinach  drugiego  dnia  jazdy,  przy  niebezpiecznie  wysokiej  prędkości  35 

kilometrów na godzinę, jej odwaga nieco zbladła... 

Horyzont  przybrał  niezwykłą  barwę:  ciemnoszarą  z  rozrzuconymi  gdzieniegdzie 

czerwonożółtymi  plamami.  Dopiero  po  chwili  Sissi  się  zorientowała,  że  niebo  przesłania 

gęsty dym, który przeszywają błyski wystrzałów. 

Gwiżdżę na to, przecież nie jadę w tamtą stronę, mówiła do siebie w duchu. 

Tak było w istocie. Po chwili jednak minęła falę uciekinierów. Świadczące o bliskim 

niebezpieczeństwie  sygnały  pojawiały  się  w  ciągu  całego  dnia,  ale  Sissi,  nonszalancka  jak 

zwykle,  nie  zastanawiała  się,  dlaczego  natyka  się  na  takie  masy  ludzi.  Teraz  nie  mogła  już 

dłużej  tego  nie  zauważać.  Załadowane  po  brzegi  wozy,  wlokące  się  nie  spiesznie  za  nimi 

bydło,  zmęczone,  pozbawione  nadziei  ludzkie  twarze,  płaczące  dzieci  -  to  mówiło  samo  za 

siebie. Sissi już nawet nie trąbiła, kiedy droga była zablokowana. 

Kilka godzin później zaczęły się pierwsze poważne kłopoty. Sissi zatrzymał francuski 

patrol wojskowy. 

Chociaż oficer zdumiał się niezmiernie, widząc piękną, młodą kobietę za kierownicą, 

nie dał tego po sobie poznać, zachowując kamienną twarz. 

W kilku słowach zakomunikował Sissi o niebezpieczeństwie i zakazie przejazdu. 

- Ale dowiedziałam się, że tutaj nie toczą się żadne walki - próbowała protestować. 

- Na razie rzeczywiście nie, ale obie strony wciąż trwają w pogotowiu. Byle pretekst 

może stać się powodem do ponownego otwarcia ognia. 

Sissi wyjęła dokument, który otrzymała w Paryżu. Oficer czytał w milczeniu. 

-  To  nieodpowiedzialne!  -  powiedział  po  chwili.  -  Co  oni  tam  w  stolicy  mogą 

wiedzieć... Jak pani zamierza przekroczyć linie niemieckie? 

- To moja sprawa - oświadczyła Sissi. 

- Mogą panią zabić. 

- Niekoniecznie. 

- Croix - sur - les - Collines już nie istnieje. 

- To nie miasta szukam. 

-  Żołnierze  są  podenerwowani.  Wystarczy  przypadkowy  strzał...  Albo  pani 

prowokujące zachowanie... W każdej chwili walki mogą wybuchnąć na nowo. 

-  Nie  zamierzam  nikogo  prowokować.  Wszystko,  czego  chcę,  to  odnaleźć  brata.  On 

mnie potrzebuje. 

background image

- Skąd pani wie, że żyje? 

- Jesteśmy bliźniętami - odparła Sissi, jakby to wszystko wyjaśniało. 

Oficer spojrzał na nią zrezygnowany. Czy ktoś tak uroczy musi być jednocześnie tak 

naiwny i uparty? 

- Pierwszą rzeczą, jaką zrobią, będzie skonfiskowanie tego samochodu - mówił dalej. - 

W jednej chwili! 

- Nie sądzę. 

- Jak pani właściwie zamierza się tam przedostać? 

Sissi uśmiechnęła się tajemniczo i przysunęła się bliżej. 

Pokazała oficerowi kolejny dokument, jednocześnie szepcząc mu coś na ucho. 

Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami. Kąciki jego ust zaczęły drżeć. 

-  Mon  Dieu,  myślę,  że  naprawdę  się  pani  uda!  -  Ruchem  ręki  przywołał  do  siebie 

samochód wojskowy i polecił kierowcy eskortować Sissi przez francuską strefę. 

Do  linii  frontu  po  niemieckiej  stronie  Sissi  dotarła  samotnie.  Była  zmęczona  i 

zirytowana  z  powodu  częstych  przeszkód  na  drogach.  Zawalony  most  opóźnił  jej  podróż  o 

wiele godzin. Nie mogła kupić jedzenia, jej cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. 

Ale kiedy francuska eskorta pożegnała ją, życząc powodzenia, Sissi zatrzymała się i sięgnęła 

po lusterko. Każdy lok został starannie ułożony, poprawiła makijaż, otrzepała ubranie. Teraz 

czekała ją próba ognia! 

Nad  lasem,  przez  który  prowadziła  dalsza  droga  Sissi,  panowała  ponura  cisza.  Sissi 

wiedziała  jednak,  iż  drzewa  kryją  całe  uzbrojone  oddziały,  wyczuwała  je,  te  zamaskowane 

działa i okopy... Wszystko trwało w pogotowiu. 

Sissi  straciła  już  sporo  ze  swojej  odwagi.  Miała  wrażenie,  że  silnik  bugatti  czyni 

przeraźliwy hałas, który na pewno przyciągnie wrogów lub sprowokuje ich do otwarcia ognia. 

Przejechała  całkiem  spory  odcinek  trasy,  gdy  pojawili  się  oni,  budzący  przerażenie 

ż

ołnierze  niemieccy.  Dali  znak,  żeby  się  zatrzymała,  i  Sissi  po  raz  pierwszy  zdała  sobie 

sprawę z tego, na co się naraża. 

Ale nie dała po sobie poznać, że się boi. Przybrała minę osoby bardzo pewnej siebie i 

zahamowała z grymasem irytacji na twarzy. 

Kilku  Niemców  zbliżyło  się  do  samochodu,  trzymając  broń  gotową  do  strzału.  Sissi 

udała,  że  nie  zauważa  ich  zdumienia.  Nonszalancko  zamachała  własnoręcznie  podrobionym 

dokumentem. 

-  Oczekuje  mnie  Oberbefehlshaber  Kutsche  -  oświadczyła  w  swojej  najlepszej 

szkolnej niemczyźnie. - Czy możecie mi wskazać najdogodniejszą drogę do niego? 

background image

Nie powiedziała niczego wprost, jedynie swym wyglądem i sposobem bycia starała się 

sprawić wrażenie, że jest luksusową kochanką Kutschego. 

Zaświadczenie  było  w  miarę  autentyczne.  Druk  »wypożyczyła»  od  pewnego 

niemieckiego  oficera,  który  beztrosko  zostawił  swoje  papiery  w  przedziale  na  siedzeniu,  a 

sam  udał  się  do  wagonu  restauracyjnego.  Dokument  miał  wszystkie  niezbędne  nagłówki. 

Pieczęć Sissi ukradła na  stacji kolejowej, korzystając z nieuwagi kasjera.  Przybiła ją tak, by 

napis stał się niewyraźny, ale co do dwugłowego orła nie mogło być żadnych wątpliwości. 

Gorzej  przedstawiała  się  sprawa  z  charakterem  pisma  Kutschego.  Długo  ćwiczyła  w 

swym  pokoju  hotelowym  w  Paryżu,  nim  nauczyła  się  składać  nieczytelny  podpis,  który, 

wierzyła, wyglądał na sporządzony silną męską ręką. 

Miała  też  niemało  kłopotów  z  językiem  niemieckim,  ufała  jednak,  iż  udało  jej  się 

poprawnie  sklecić  zdanie  mówiące  o  tym,  że  zezwala  się  hrabiance  de  Saint  -  Colombe  na 

wjazd do okupowanej przez Niemcy Francji. 

Niezbyt rozgarnięty dowódca patrolu, słysząc nazwisko dowódcy wysokiego szczebla, 

połknął przynętę. 

- Czy także pan, majorze, mógłby podpisać ten dokument? Nie chciałabym być więcej 

zatrzymywana  -  poprosiła  Sissi,  przekonana,  że  ten  człowiek  nigdy  nie  osiągnie  nawet 

najniższego stopnia oficerskiego. 

Wyciągnął  pióro  i  zamaszyście  złożył  swój  podpis  pod  fałszywym  podpisem 

Kutschego. 

-  Dziękuję!  -  powiedziała  Sissi  i  uśmiechnęła  się  uwodzicielsko.  -  Ach,  jeszcze 

jedno... Którędy mam jechać? Jestem już bardzo spóźniona przez te okropne francuskie drogi. 

-  Oberbefehlshaber  Kutsche  niestety  przebywa  obecnie  nieco  bardziej  na  południe  - 

odparł. (Wiem, że go tu nie ma, i chwała Bogu, pomyślała Sissi). - Może pani jechać dalej tą 

drogą aż do skrzyżowania około trzydziestu kilometrów stąd. Potem skręci pani na wschód w 

stronę Vervins. Tam spyta pani o dalszą drogę. Czy może potrzebuje pani, benzyny, Fräulein? 

- Tak - odparła Sissi bezwstydnie. 

Niewybaczalną zuchwałością było zatrzymywanie się w tym niebezpiecznym miejscu 

dłużej  niż  to  konieczne,  ale  nigdy  nie  wiadomo,  kiedy  znowu  będzie  można  napełnić  bak. 

Trzeba skorzystać z nadarzającej się okazji. 

Dalej podróż przebiegała stosunkowo spokojnie. Wprawdzie Sissi dotarła do rejonów 

okrutnie zniszczonych przez wojnę, ale nie toczyły się już tutaj walki. Sissi udało się uniknąć 

najgorszego. 

Dopiero  teraz  w  pełni  zdała  sobie  sprawę,  że  naprawdę  urodziła  się  pod  szczęśliwą 

background image

gwiazdą,  że  została  wprost  stworzona  do  pokonywania  wszelkich  trudności.  Inaczej  już 

dawno nie byłoby małej Sissi i pięknego samochodu jej brata Davida. 

Zatrzymała  się  przy  starym  kamiennym  krzyżu.  Wokół  widziała  dziesiątki,  a  może 

setki, niskich, najwyraźniej niedawno ustawionych krzyży drewnianych. 

Opuściła ją cała odwaga. Do tej chwili prowadziła ją niezachwiana wiara, że odnajdzie 

Davida. Nigdy nie myślała o nim jako zmarłym, czuła całym sercem, że on żyje. Aż do tego 

momentu podróż była wspaniałą, śmiałą przygodą, sprawdzianem tego, co potrafi. 

Sissi  wreszcie  uświadomiła  sobie,  co  niesie  ze  sobą  wojna.  Każdy  krzyż  oznaczał 

smutek i trudną do zniesienia tęsknotę w jakiejś rodzinie i kręgu przyjaciół. Przerwane nagle 

ż

ycie, nadzieje, plany na przyszłość. Opustoszał jakiś pokój, przedmioty straciły właściciela. 

Matkom pozostały wspomnienia... 

Młodzi mężczyźni, którzy ledwie zdążyli pojąć, czym może być miłość. Bez sensu! 

I  to  tylko  jedna  bitwa  wojny,  która  dopiero  się  zaczęła!  Nikt  nie  wie,  ile  tygodni 

jeszcze potrwa ta krwawa zawierucha. Może miesięcy? 

Nie, nie może być tak długa. 

Jacyś  mężczyźni  postawili  dalej  w  dole  jeszcze  jeden  krzyż.  Sissi  odwróciła  się  i 

powoli poszła z powrotem do pobliskiego miasta. Wybrała okrężną drogę, która omijała las. Z 

trudem  ciągnęła  za  sobą  nogi,  w  głowie  huczało  jej  boleśnie  od  myśli,  które  wolałaby  od 

siebie odsunąć. 

Kiedy  przechodziła  tuż  obok  pola  bitwy,  zobaczyła  w  popiele  maleńki  pęd,  cudem 

ocalały  czerwony  pączek  maku,  który  lada  dzień  pewnie  rozkwitnie.  Sissi  przystanęła  na 

chwilę, przyglądając się roślince. W miejscach, gdzie popiół nie przykrył grubą warstwą tego, 

co  kiedyś  było  świeże  i  zielone,  widziała  wiele  innych  kwiatów  zdeptanych  ciężkimi 

ż

ołnierskimi buciorami. 

- Hej! - zawołała do maleńkiego pączka. - Właśnie tego teraz potrzebowałam! 

Pochyliła się i ostrożnie pogładziła maleńki mak, żeby dodać mu odwagi i siły. Potem 

poszła dalej. 

Nie  zatrzymywała  się  już,  póki  nie  dotarła  do  miasta.  Zobaczyła  szarobrązowe, 

częściowo  zburzone  murowane  domy.  Bardziej  zniszczone  wydawały  się  budynki  leżące 

nieco wyżej na wzgórzu i znacznie cofnięte w las. Jakaś posiadłość? Może... Teraz pozostały 

z niej tylko komin i kilka ścian, czarnych i osmalonych. 

Ale  w  dole,  w  mieście,  życie  toczyło  się  zwykłym  rytmem.  Sissi  dotarła  tu 

poprzedniego wieczoru i zamieszkała w domu, który chyba jako jedyny można było nazwać 

hotelem.  Dyskretne  pytania  o  to,  czy  ktoś  w  pobliżu  nie  widział  francuskiego  żołnierza,  nie 

background image

przyniosły  rezultatu.  Ludzie  byli  wyjątkowo  ostrożni  w  swych  wypowiedziach,  wszędzie 

widzieli  donosicieli.  Ponieważ  niemieckie  patrole  kontrolowały  miasto  przez  cały  czas, 

właściciel  hotelu  poradził  Sissi,  żeby  korzystała  z  samochodu  tylko  w  wyjątkowych 

sytuacjach,  inaczej  może  zostać  skonfiskowany.  Tak  więc  na  dalsze  poszukiwania  brata 

wymknęła się z miasta pieszo i równie niepostrzeżenie wróciła. 

Kiedy  w  recepcji  poprosiła  o  klucz  do  pokoju,  gospodarz  wraz  z  kluczem  wsunął  jej 

dyskretnie  do  ręki  karteczkę.  Sissi  zrozumiała  jego  spojrzenie  i  dobrze  schowała  skrawek 

papieru w dłoni. W pokoju rozwinęła go. 

Ktoś drżącą ręką zapisał na nim informację: 

Stary  Bernard,  mieszkający  na  skraju  miasta,  ukrywa  w  swojej  stodole  rannego 

francuskiego żołnierza. 

Sissi  stała  przez  dłuższą  chwilę,  nie  mogąc  się  poruszyć.  David!  ucieszyła  się. 

Wiedziałam! Wiedziałam, że żyje! Wiedziałam, że mnie potrzebuje, że go odnajdę! Dziękuję, 

nieznany przyjacielu! 

Ż

eby nie tracić czasu, zrezygnowała z obiadu, ale kiedy wyszła na ulicę, próbowała iść 

tak spokojnie, jak to możliwe. Żołnierz, było napisane. Przecież David nie może poruszać się 

po mieście w mundurze! Powinna się postarać o cywilną odzież dla brata. Sissi wstąpiła więc 

do sklepu, gdzie kupiła nie rzucające się w oczy ubranie w rozmiarze Davida. Miała nadzieję, 

ż

e  sprzedawca  nie  nabierze  żadnych  podejrzeń.  Z  paczką  w  dużej  plecionej  torbie  przeszła 

przez miasto aż do ostatniego domu. 

Stary  Bernard  nie  był  skory  do  rozmowy.  Drobny,  zgarbiony,  bezzębny,  zaprzeczył 

wszystkiemu.  Zaraz  też  zjawiła  się  w  kuchni  jego  żona,  kobieta  stanowcza  i  podejrzliwa. 

Uważnie obserwowała elegancką Sissi. 

- Z Norwegii? To daleko, Bernardzie! Ale u nas nie ma pani brata, mademoiselle. 

Sissi położyła na stole banknot. 

- Będzie należał do was, jeżeli pozwolicie mi zajrzeć do stodoły. A jeśli przypadkiem 

znajdę  tam  mojego  brata  i  okaże  się,  że  byliście  tak  mili  i  zaopiekowaliście  się  nim, 

dostaniecie więcej takich banknotów. 

Dwoje staruszków przez chwilę patrzyło na siebie nawzajem. 

-  Zapewniam  was,  że  nie  jestem  donosicielem  -  próbowała  ich  uspokoić  Sissi.  - 

Jedyne, czego pragnę, to odnaleźć mego brata, hrabiego de Saint - Colombe. 

Sissi  nie  była  fałszywie  skromna.  Zawsze  używała  należnego  jej  tytułu  bez  względu 

na to, czy przynosiło to jakiś pożytek, czy nie. Gospodyni głęboko wciągnęła powietrze. 

-  Nie  wiem,  jak  się  nazywa  ten  mężczyzna  -  powiedziała  po  chwili.  -  Ale  to 

background image

niemożliwe, aby był pani bratem. Pani jest prawdziwą damą, mademoiselle, a on jest dziki jak 

zwierzę. To bestia! 

Szok? Czyżby David doznał szoku? A może stara kobieta po prostu przesadzała? 

- Ale mimo to zaopiekowaliście się nim? 

Wzruszyła ramionami. 

- Tylko dlatego, że jest francuskim żołnierzem. Poza tym trudno się z nim dogadać. 

- Czy coś mówił? 

- On? Nic. Zanosimy mu jedzenie jak zwierzęciu. 

Jak zwierzęciu! Och, Davidzie! 

-  Tylko  proszę  zachować  ostrożność  -  rzekł  w  końcu  Bernard,  ustępując.  -  I  proszę 

wyjść tylnymi drzwiami, aby nikt pani nie zobaczył! 

Sissi  zbliżyła  się  do  stodoły.  Jej  nerwy  były  napięte  do  granic  wytrzymałości.  Zaraz 

zobaczy brata. Myślała już o tym, jak zareagują w domu, kiedy przyjedzie razem z Davidem. 

A stryj Gaston... Ależ się wszyscy ucieszą! 

Przekręciła  klucz  i  skrzypiące  drzwi  wolno  się  otworzyły.  W  stodole  panował 

półmrok. Po prawej stronie leżało siano, jego zapach był silny i przyjemny. 

- David? - odezwała się cicho. 

Usłyszała jakiś szelest, dochodzący zza siana. 

- David, to ja, Sissi! - powiedziała po norwesku. 

Postąpiła kilka kroków do przodu, omijając zagradzające jej drogę narzędzia. I stanęła 

jak wryta. 

Nie  od  razu  odczuła  rozczarowanie,  znacznie  silniejszy  był  szok  spowodowany  tym, 

co zobaczyła. 

Dziki, mówili... 

Nigdy  jeszcze  Sissi  nie  widziała  tak  przystojnego,  a  jednocześnie  budzącego  taki 

strach  mężczyzny.  Był  wysoki  i  silny,  o  ciemnej,  opalonej  skórze,  pokrytej  brudem  i 

zakrzepłą krwią. Włosy miał czarne, a oczy tak jasnoszare, że niemal świeciły w mroku. Białe 

zęby obcego lśniły w złośliwym uśmiechu, ramiona i dłonie wyglądały strasznie, jakby jakiś 

oszalały kot rozorał je pazurami. 

Sissi użyła wszystkich sił, aby się opanować. Przypomniała sobie nazwisko zasłyszane 

w Paryżu. 

- Marc le Fey? 

background image

ROZDZIAŁ V 

Dziewczyna dostrzegła błysk w niesamowitych oczach. 

- Tak - odpowiedział krótko, a jego głos brzmiał głęboko i ochryple, jakby rzadko go 

używano. 

Na  widok  nieznajomego  Sissi  doznała  tak  silnego  i  gorzkiego  rozczarowania,  że 

poczuła,  jak  ziemia  usuwa  się  jej  spod  stóp.  David!  Dlaczego  właśnie  on?  To  dzikie 

stworzenie  ocalało,  gdy  tymczasem  David,  mój  delikatny,  wrażliwy  David,  który  był  mi 

najbliższy spośród wszystkich ludzi... Dlaczego jego tu nie ma? Krzyże, cmentarz! 

O mój Boże! 

Po chwili uświadomiła sobie, że nie tylko ona stoi jak oniemiała. Mężczyzna również 

milczał, nie odrywając od niej wzroku. Jednak to nie podziw widziała w jego oczach. Raczej 

zdziwienie i strach. Tak, właśnie to! Jakby spadła z innej planety. 

Opanowała się i spytała: 

- Czy znał pan Davida de Saint - Colombe? 

Mężczyzna ledwie skinął głową. 

- Jestem jego siostrą Sissi... Wy obaj... jesteście jedynymi, których nie odnaleziono po 

bitwie. Czy wie pan... Czy widział pan Davida... w czasie bitwy? 

Ponownie skinął głową. 

Sissi z trudem przeszło przez gardło następne pytanie. 

- Czy również... potem? 

- Tak. 

Zapadła przeraźliwa cisza. W końcu Sissi wykrztusiła: 

- Czy żył? 

Stał  przez  chwilę  zatopiony  we  własnych  myślach,  nie  spuszczając  z  niej  wzroku. 

Sissi postąpiła krok naprzód. W mgnieniu oka odwrócił się, złapał widły do siana i skierował 

w jej stronę. 

Krzyknęła: 

- Nie zachowuj się jak idiota! 

Trwali w milczeniu, obserwując się nawzajem. Sissi odezwała się pierwsza. 

-  Przepraszam  za  mój  wybuch,  ale  proszę  zrozumieć!  Przyjechałam  aż  z  Norwegii, 

ż

eby go odnaleźć. Proszę mi tylko powiedzieć, czy on żyje, czy... zginął? 

Marc le Fey wzruszył ramionami. 

background image

- A więc nie był martwy, kiedy go ostatnio widziałeś? 

Nieświadomie zwróciła się do niego na „ty”. 

- Nie - odrzekł krótko. - Ale został postrzelony. W głowę. 

Sissi drgnęła. 

- Czy to poważna rana? 

Marc le Fey uczynił tylko grymas, świadczący o tym, że nie wie ani też wcale nie chce 

tego wiedzieć. 

Zagryzła wargi. 

- Gdzie go widziałeś? 

Marc  le  Fey  machnął  ręką  w  stronę  Croix  -  sur -  les  -  Collines.  Wydawało  się,  że  ta 

sprawa w ogóle go nie interesuje. 

-  Musimy  go  znaleźć!  -  powiedziała  Sissi  stanowczo.  -  Proszę,  kupiłam trochę  ubrań 

dla  Davida,  ale  możesz  je  na  razie  pożyczyć.  Najpierw  jednak  musisz  się  umyć,  przyniosę 

wodę. Czy jesteś ranny, czy możesz chodzić? 

Zaskoczony  mnóstwem  pytań  i  nieoczekiwaną  propozycją  Marc  le  Fey  po  prostu 

oniemiał.  Nie  znał  nieposkromionej  energii  Sissi  i  jej  ogromnej  wiary  w  siebie.  Poza  tym 

przywykł  do  tego,  że  ludzie  nie  brali  go  pod  uwagę  w  swoich  planach.  Zanim  zdążył 

przywołać  do  porządku  tę  bezczelną  dziewczynę,  zniknęła.  Zaraz  jednak  wróciła  z  ciepłą 

wodą i brzytwą Bernarda. 

- Proszę, teraz zrób z sobą porządek, nie chcę mieć do czynienia z takim smoluchem! 

Nie  mogę  iść  przez  miasto  z  obszarpańcem,  bo  Niemcy  nabiorą  podejrzeń.  Czy  potrafisz 

prowadzić samochód? Nie, zresztą wolę prowadzić sama. Pospiesz się! 

W  innych  okolicznościach  Sissi  z  pewnością  wystraszyłaby  się  na  widok  Marca  le 

Fey. Teraz jednak nad wszystkimi jej uczuciami dominowało pragnienie odnalezienia Davida. 

Trafiła na ślad brata, nic poza tym się nie liczyło. 

Marc źle zrozumiał jej gest, kiedy chciała podać mu brzytwę, w okamgnieniu mocno 

chwycił ją za nadgarstek. Nagle wyraz agresji na jego twarzy przeszedł w zdumienie. Spojrzał 

na  przegub  Sissi,  który  ściskał  swoimi  silnymi  palcami,  zmarszczył  czoło,  jakby  czegoś  nie 

rozumiał.  Potem  niemal  wyszarpnął  jej  brzytwę  z  ręki  i  odłożył  na  bok.  Zaczął  zdejmować 

postrzępioną kurtkę. Sissi wyszła pospiesznie ze stodoły. Wróciła do Bernarda i jego żony. 

-  Teraz  ja  zajmę  się  żołnierzem  -  oświadczyła.  -  Nie,  to  nie  jest  mój  brat,  ale  ten 

człowiek może mnie do niego zaprowadzić. Bardzo wam dziękuję za wszystko, co dla niego 

zrobiliście, proszę, to są pieniądze za poniesione wydatki. 

Ż

ona Bernarda była zmartwiona. 

background image

- Ale chyba taka delikatna kobieta nie weźmie ze sobą tego... tego... 

- Och, jakoś dam sobie radę - odparła Sissi beztrosko, podczas gdy Bernard z zapałem 

liczył nowiutkie banknoty. - Gdybyście jednak mogli postarać się o trochę jedzenia dla nas na 

drogę, byłoby świetnie, ponieważ przez jakiś czas będziemy się chyba musieli ukrywać. 

Kobieta natychmiast przygotowała sporą paczkę  z żywnością, którą Sissi wsunęła do 

swego koszyka. Potem uznała, że najwyższy czas wracać do stodoły. 

Mężczyzna  stojący  przed  nią  w  pogrążonym  w  półmroku  pomieszczeniu  przeszedł 

znaczną przemianę. 

Przede  wszystkim  był  czysty  i  ogolony  i  sam  ten  fakt  stanowił  już  niemały  krok 

naprzód,  mimo że  twarz  miał  pozacinaną.  Założył  ubranie  pozostawione  przez Sissi,  kurtkę, 

spodnie i sandały. Swój mundur zakopał, zatarł też wszystkie ślady, świadczące o tym, że tu 

mieszkał.  Ubrany  na  czarno  od  stóp  do  głów,  mógłby  teraz  uchodzić  za  przeciętnego 

Francuza, gdyby nie wyraz jego oczu. 

„Marc le Fey nie jest niczyim przyjacielem!” powiedział ten oficer w Paryżu. Tak, to 

samo mogła stwierdzić Sissi. Ten człowiek nie chciał mieć przyjaciół. 

„Został uznany za zaginionego...” Coś mówiło jej, że oto widzi zaginionego żołnierza, 

którego nikt nie poszukuje. 

Po plecach przebiegł jej dreszcz. Jednak Marc le Fey jako jedyny mógł doprowadzić ją 

do Davida... 

-  Świetnie!  Chodźmy!  -  zawołała,  siląc  się  na  wesołość,  choć  tak  naprawdę  nie 

wiedziała, jak odnosić się do tego człowieka. Jak się do niego zwracać? Przecież on w każdej 

chwili  może  zaatakować.  Nie,  to  bezsensowna  myśl!  Było  w  nim  jednak  coś,  co 

przypominało wygłodzonego wilka: miał bardzo chudą twarz, białe zęby i podłużne, wąskie, 

błyszczące oczy. 

On  także  zdaje  się  czuć  niepewnie  w  mojej  obecności,  pomyślała  Sissi,  kiedy 

zamykała  za  sobą  drzwi  do  stodoły.  Nie  lubi  mnie,  widać  to  wyraźnie.  Skąd  w  nim  tyle 

pogardy dla innych? Dostrzegła jednak w jego oczach jeszcze coś, czego nie rozumiała. Sissi 

zawsze  potrafiła  postępować  z  mężczyznami,  również  z  tymi  zbyt  nachalnymi  i  brutalnymi. 

Marc  le  Fey  sprawiał  jednak  wrażenie,  że  nie  pociągała  go  w  najmniejszym  stopniu,  jego 

oczy bynajmniej nie wyrażały podziwu, wyrażały raczej... 

Nie, nie udało jej się tego nazwać. 

Musiała  przyznać,  że  ani  trochę  nie  rozumie  tego  człowieka.  Wszystko  w  nim  było 

zagadkowe.  A  już  zwłaszcza  to  niezwykłe  połączenie  niepohamowanej  nienawiści  z 

obojętnością  wobec  wszystkiego  i  wszystkich.  I  sposób,  w  jaki  wypełniał  jej  polecenia:  bez 

background image

słów i bez emocji, niemal mechanicznie. Nie  wiadomo było, co może obudzić go do życia i 

wyzwolić ogrom zła, które kryło się w jego duszy. 

- No tak - odezwała się niepewnie. - Jak to zorganizujemy? Utykasz? Rana z bitwy? 

- Tak. 

- Może to i lepiej - rzekła po namyśle. - Jeśli ktoś zapyta, mów, że to dawna ułomność. 

Wtedy ludzie pomyślą, że nigdy nie byłeś żołnierzem. 

Sissi  nie  miała  najmniejszej  ochoty  przebywać  w  towarzystwie  tego  człowieka. 

Zauważyła, że Marc le Fey bynajmniej nie darzy jej sympatią, co oczywiście ją dotykało, ale 

wiedziała także, że i on dostrzega jej niechęć. To wzajemne oddziaływanie sprawiało, że ich 

wrogość wobec siebie wciąż rosła. 

Tak. David był chyba jedynym człowiekiem na ziemi, który mógł znieść towarzystwo 

Marca le Fey. Powinna się zastanowić, jak się go pozbędzie, gdy tylko znajdzie Davida. 

Jeżeli znajdzie Davida. I jeżeli on będzie żył. 

Aby okazać nieco dobrej woli, powiedziała szybko: 

- Potem lepiej opatrzymy twoje rany. 

Mogła to sobie darować. Marc rzucił jakieś przekleństwo, które oznaczało tylko jedno: 

ż

yczył sobie, by trzymała się od niego z daleka. 

-  Myślę,  że  będzie  najlepiej,  jeżeli  poczekasz  tam  pod  topolami,  na  skraju  drogi  - 

stwierdziła,  starając  się  zachować  choć  trochę  godności.  -  Nie  warto  ryzykować.  Muszę 

jeszcze wpaść do hotelu i założyć coś cieplejszego, wygląda na to, że wieczorem się ochłodzi. 

Rozstali się we wrogim milczeniu. 

W hotelu czekały Sissi złe wieści. Okazało się, że zaglądali tu Niemcy i wypytywali o 

młodą blondynkę, która wygląda na przyjezdną. Właściciel, przyparty do muru, wyjaśnił im, 

ż

e już opuściła miasto, ale nie wie, w jakim  udała się kierunku. 

Sissi skinęła głową. 

-  Dziękuję  za  ostrzeżenie!  Proszę  mi  wystawić  rachunek,  a  ja  tymczasem  pójdę  na 

górę  się  spakować.  Mógłby  pan  sprawdzić,  czy  ulica  jest  czysta,  kiedy  będę  wyprowadzać 

samochód? 

- Naturalnie, mademoiselle. 

Tak  więc  Sissi  nie  mogła  już  traktować  tego  miasteczka  jako  punktu  wyjścia  do 

swoich  poszukiwań.  I  nie  dość  tego  -  teraz  mogła  polegać  jedynie  na  dobrej  woli  Marca  le 

Fey.  A  jeśli  on  nagle  się  rozmyśli  i  nie  będzie  chciał  jej  pomóc  w  odnalezieniu  Davida?  A 

jeżeli już czmychnął do lasu? W jaki sposób dowie się wtedy czegoś o losie swego brata? 

Kiedy  zniosła  na  dół  wszystkie  swoje  rzeczy  i  zapłaciła  za  hotel,  wyprowadziła 

background image

samochód.  Usłyszała  sygnał,  że  droga  jest  wolna,  i  wyjechała  ostrożnie  na  ulicę.  Tam 

zwiększyła prędkość. 

David  i  człowiek  za  oknem  zareagowali  równocześnie.  Kiedy  strażnik,  stojący 

zaledwie o metr czy dwa od nich, przez ułamek sekundy się zastanawiał, czy wezwać pomoc, 

David  pchnął  Michela  na  podłogę  i  błyskawicznie  otworzył  okno.  Potem  chwycił  z  biurka 

mosiężny  świecznik.  W  chwili  gdy  mężczyzna  odbezpieczał  broń,  David  zamachnął  się  i  z 

całej siły rzucił w niego ciężkim przedmiotem. 

-  Teraz  ta  strona  domu  jest  wolna  -  powiedział  gorączkowo.  -  Mamy  szansę  się 

wymknąć. Bądź gotów do skoku, Michel, ja wezmę na ręce Madeleine... 

- Pójdę sama - wyszeptała dziewczyna niewyraźnie. Wstała powoli, z trudem, ale już 

po kilku krokach poczuła się pewniej. - Ależ monsieur David! - zawołała nagle przestraszona. 

- Czy znowu się pan gorzej czuje, jest pan taki blady? 

- Nie - odparł cicho. - Tylko... nie potrafię zabijać. 

Delikatnie musnęła dłonią jego ramię i David zrozumiał, że ten gest ma zastąpić słowa 

pociechy. 

- Mam tylko nadzieję, że nikt z pozostałych strażników nic nie słyszał - szepnął. 

Wszedł na parapet. 

- Najpierw wezmę Michela. Tylko proszę teraz nie zemdleć, mademoiselle Madeleine! 

Obawiam się, że nie zdołam wspiąć się ponownie na górę, jest za wysoko. 

- Postaram się - zapewniła z bladym uśmiechem. 

David  zniknął  za  oknem.  Po  chwili,  która  czekającym  wydawała  się  wiecznością, 

usłyszeli, że zeskakuje. 

Michel i Madeleine spojrzeli ze strachem na siebie. Dziewczyna skinęła zachęcająco. 

- To tak wysoko! - pisnął chłopiec. 

- Monsieur David ci pomoże - rzekła z przekonaniem. - No, już! 

Michel  wyskoczył.  Teraz  została  sama.  Kurczowo  trzymała  się  framugi,  zlewał  ją 

zimny pot, a serce mocno biło. Cały pokój dosłownie wirował. 

Usłyszała szept Davida; zebrała wszystkie siły, żeby wspiąć się na okno. Poczuła silne 

dłonie, które ją przytrzymały. Już na ziemi pośpiesznie poprawiła suknię. 

- Świetnie, wszystko poszło gładko. Chodźmy! Nie, Michel, lepiej tam nie patrz! 

Odciągnął  chłopca,  który  zafascynowany  przyglądał  się  leżącemu  wartownikowi. 

Madeleine starała się nie spoglądać w tę stronę. 

Pobiegli do lasu. Kiedy skryli się już między drzewami, David powiedział: 

- Najpierw muszę pomóc koledze. 

background image

- Oczywiście - zdążyła przytaknąć Madeleine, lecz w tej samej chwili pociemniało jej 

przed oczami i upadła. David jednym skokiem znalazł się przy niej. 

- Jak się pani czuje? - spytał zaniepokojony. 

- Muszę tylko... trochę odpocząć - jęknęła. - Kłuje mnie w boku. 

- Tylko nie kasłaj! - prosił Michel. - Mogą nas usłyszeć! 

David  obejrzał  się  w  stronę  willi,  z  której  dopiero  co  się  wydostali.  Na  szczęście 

panował tam spokój. 

- Mademoiselle, podejrzewam, że w ciągu ostatnich dni dawała pani mnie i Michelowi 

większe porcje jedzenia szepnął. - Sprawia pani wrażenie całkowicie wyczerpanej. 

-  Mieliśmy  tak  mało  żywności  -  odrzekła  z  wysiłkiem.  -  A  Michel  i  pan 

potrzebowaliście jej bardziej niż ja. 

- Tak, teraz to widać! - syknął David. - Nic dziwnego, że pani zachorowała! 

- Mogę już iść - zapewniła Madeleine, wstając. - Pański przyjaciel... 

- Zostawiłem go gdzieś tu w pobliżu. Ale proszę nie nazywać go moim przyjacielem! 

- Czy nie uratował panu życia? 

- Tak - przyznał zawstydzony David. - Tak, to prawda. 

Kiedy  przedzierali  się  przez  las,  tłumaczył  Madeleine,  jak  powinni  się  zachowywać 

wśród ludzi. 

-  W  dole  mignęło  mi  miasto.  Kiedy  tam  dotrzemy,  będziemy  udawać  młodą 

zakochaną parę, która wybrała się na wieczorny spacer. 

Madeleine spojrzała na niego przestraszona. 

- Z tego nie wolno żartować! - powiedziała z naciskiem. 

David  był  zaskoczony  jej  reakcją,  przecież  nie  miał  na  myśli  nic  złego.  I  nagle 

przypomniał sobie o surowym wychowaniu, jakie otrzymała na wsi. 

-  Proszę  nie  mieć  mi  tego  za  złe,  nie  zamierzałem  stroić  sobie  żartów  -  zapewnił,  z 

trudem  zachowując  powagę.  -  Mamy  szczęście,  nasi  prześladowcy  nie  wiedzą  o  moim 

istnieniu.  I  chyba  na  myśl  im  nie  przyjdzie,  że  dama  w  tej  żółtej  jedwabnej  sukience  to 

mogłaby być właśnie  pani. 

- Może powinnam zaczesać włosy do góry? - spytała. 

- Kiedy dotrzemy do miasta, będzie ciemno, nikt nie odróżni takich szczegółów. Tędy! 

Tu jest ścieżka, którą szedłem. A tam ukryłem Marca. 

- Pańskiego przyjaciela? 

David znowu się skrzywił. 

- Tak, przyjaciela. Tam, pod drzewami. 

background image

- Nikogo tu nie ma - zawołał Michel, który pobiegł przodem. 

- Jesteś pewien? 

- Proszę samemu sprawdzić! 

David odnalazł zagłębienie, w którym ukrył Marca le Fey. Teraz było puste. Michel i 

David szukali dokoła, ale bez rezultatu. 

A jednak coś zobaczyli! 

W miejscu, w którym leżał Marc, znaleźli portfel z jego dokumentami. Musiał wypaść 

mu z kieszeni. 

- Marc le Fey... - przeczytał David. 

Madeleine drgnęła. 

- Le Fey? - spytała, marszcząc brwi. 

- Tak, czy coś w tym niezwykłego? 

- Widziałam to nazwisko całkiem niedawno, ale nie pamiętam gdzie. 

- Może w jakiejś książce? 

- Nie, nie - powiedziała szybko. - To na pewno nie było zapisane na papierze. 

David zajrzał do dokumentów Marca i powiedział: 

-  Ma  dwadzieścia  sześć  lat.  Zastanawiam  się,  którędy  poszedł.  Może  jego  także 

złapali... 

- Pospieszcie się - pisnął Michel. - Mogą tu zaraz być! 

- Oczywiście. Proszę mi dać rękę, mademoiselle! 

Ruszyli dalej przez las. 

- Czy był ciężko ranny? 

- Tak, na pewno, stracił wiele krwi. Nie dotarł więc chyba daleko. Szkoda, że nic nie 

mogę dla niego zrobić, ale nie wolno nam na dłużej się zatrzymać. 

- Zgubił pan jakiś dokument. 

- No tak, dziękuję. To wojskowe papiery. Nie powinienem chyba tego czytać, ale... O 

mój Boże! 

- Co się stało? 

- Posłuchajcie: 

Niniejszym Marc le Fey zostaje przeniesiony z więzienia Briant do batalionu itd. itd. 

Skazany  na  dożywotnie  roboty  przymusowe  za  morderstwo  z  premedytacją.  Sadysta  i 

psychopata. Zwolniony dla służby ojczyźnie na wniosek dyrektora karnej kolonii, który uznał, 

ż

e  nie  istnieje  niebezpieczeństwo  powtórzenia  przez  skazanego  podobnych  przestępstw. 

Należy jednak postępować z nim z największą ostrożnością. 

background image

David złożył dokument. 

- Dzięki! I kogoś takiego przydzielili mi do pomocy. 

-  Cóż  za  niekonsekwencja!  -  wtrąciła  Madeleine.  -  Najpierw  zamykają  go  jako 

groźnego psychopatę, a później puszczają wolno. 

-  Tak,  wydaje  się,  że  nowy  dyrektor  więzienia  ma  bielmo  na  oczach.  Wystarczy 

spojrzeć  na  Marca,  by  się  przekonać...  Cóż,  co  się  stało,  to  się  nie  odstanie,  mam  tylko 

nadzieję, że nie udało mu się przeżyć. Tak byłoby dla niego najlepiej. 

Nagle od strony willi, z której niedawno się wymknęli, dobiegły ich głośne krzyki. 

- Znaleźli strażnika - stwierdził David. Bez zastanowienia chwycił Madeleine za rękę, 

pociągając ją za sobą, i zawołał: - Biegnij, Michel! Biegnij, ile sił w nogach! 

Marc  wstał  z  ziemi.  Oniemiały,  szeroko  otwartymi  oczyma  wpatrywał  się  w 

samochód,  który  zbliżał  się  w  jego  stronę.  Sissi,  ubrana  w  elegancki  płaszcz  i  modny 

kapelusz, przewiązany cienką jak mgiełka wstążką, zahamowała tuż przed Markiem i dała mu 

znak, żeby wskakiwał do środka. Posłuchał jej po chwili wahania. 

A jednak zaczekał, pomyślała. Dlaczego? Równie dobrze mógł pójść swoją drogą, był 

przecież  tak  wrogo  usposobiony.  Ona  sama  czuła  przemożną  niechęć  do  tego  prostaka. 

Musiała  zebrać  wszystkie  siły,  by  zapanować  nad  tym  uczuciem.  Powiedziała  mu  o 

Niemcach, którzy poszukiwali jej w hotelu. 

- Nie mamy więc gdzie mieszkać - zakończyła z westchnieniem. 

Marca  najwyraźniej  to  nie  zmartwiło.  Nie,  dla  niego  było  to  normalne,  przecież 

istniały jeszcze stodoły. Sissi jednak nie zadowalały takie kwatery. 

Wkrótce okrążyli porośnięte lasem wzgórze i zobaczyli przed sobą spalone Croix - sur 

-  les  -  Collines.  W  samochodzie  siedzieli  blisko  siebie,  ale  to  wcale  nie  zmniejszyło 

panującego  między  nimi  napięcia.  Przeciwnie  -  wydawało  się,  że  Marc  uczepił  się  swoich 

drzwi,  gotów  w  każdej  chwili  wyskoczyć.  Obserwował  nieufnie,  jak  Sissi  prowadzi,  i 

wyraźnie nie czuł się najlepiej. Dziewczyna nie mogła ukryć rozkosznego uczucia tryumfu. 

-  Rozumiem,  że  nie  jesteś  przyzwyczajony  do  widoku  kobiet  kierujących  autem. 

Sądziłeś, że nie potrafię? 

Odwrócił wzrok. 

- Nic nie sądziłem. 

W  jego  odpowiedzi  było  coś,  co  sprawiło,  że  musiała  na  niego  spojrzeć.  Siedział  z 

odwróconą twarzą, jego poranione ręce spoczywały trochę nieporadnie na kolanach. 

Nagle  Sissi  przeszył  dreszcz.  Zobaczyła  to  samo,  co  niegdyś  zauważył  David:  na 

wystających spod przykrótkich rękawów kurtki nadgarstkach Marca widniały stare, głębokie 

background image

blizny... 

Odruchowo spojrzała w dół, na kostkach nóg dostrzegła podobne ślady, tylko szersze i 

głębsze. 

Mocniej ścisnęła kierownicę, by opanować drżenie rąk. 

- No i? - spytała Sissi niespokojnie, gdy dojechali do cmentarza polowego. - Którędy 

teraz? 

Wskazał kamienny krzyż, który zdawał się sięgać nieba. 

-  Tam?  -  zdziwiła  się.  -  Byłam  tam  przecież  kilka  godzin  temu.  Nikogo  nie 

widziałam... Dobrze, schowamy samochód. 

Wjechali na skraj lasu i ukryli auto między drzewami. 

W  chwilę  później  dotarli  do  krzyża.  Słońce  było  już  nisko,  ale  do  zachodu  zostało 

jeszcze  trochę  czasu.  Ponad  lekko  pofałdowaną  równiną  kładł  się  wieczorny  spokój.  Od 

zachodu, za ruinami miasteczka, wznosił się las, od wschodu ujrzeli błękitniejące szczyty gór, 

mogli się domyślać, że to Ardeny. 

Marc le Fey zatrzymał się przy potężnym dębie. 

- Tutaj go zostawiłem - zabrzmiał jego ochrypły głos. 

Sissi  spojrzała  na  Marca  pytającym  wzrokiem,  ale  nic  więcej  nie  powiedział. 

„Zostawiłem go”? Starała się odtworzyć przebieg wydarzeń. 

- Czy został ranny tam na równinie? 

- Tak. 

Marc niechętnie odpowiadał, nie był przyzwyczajony do używania aż tylu słów. 

- Ja... dalej nie mogłem. Musiałem sprowadzić pomoc. Wszedłem do lasu. Więcej nie 

pamiętam. 

- A szpital polowy? 

- Poszedł do diabła! - rzucił szorstko, a po chwili szepnął sam do siebie: - Madeleine... 

To imię padło tak nieoczekiwanie, że Sissi drgnęła. 

- Kim jest Madeleine? - spytała ostro. 

Lodowato szare oczy powoli zwróciły się w jej stronę. Sissi z trudem wytrzymała ich 

spojrzenie. 

- David miał ją odnaleźć. Jean - Pierre... 

- Nic nie rozumiem. 

-  Ech  -  mruknął  zniecierpliwiony,  nie  zamierzał  najwidoczniej  marnować  cennych 

słów na wyjaśnienia. 

Ruszył w głąb lasu, nie upewniwszy się nawet, czy Sissi pójdzie za nim. 

background image

Co za okropny człowiek! pomyślała dziewczyna. Na ile można być niewychowanym i 

bezczelnym? 

Posuwała się za nim ostrożnie, myśląc o usłyszanym imieniu. W jaki sposób pojawiło 

się  ono  tu,  w  samym  środku  wojny?  Wiedziała,  że  David  nie  przebywał  w  tej  okolicy  zbyt 

długo  i,  o  ile  się  orientowała,  nie  miał  ani  chwili  wytchnienia.  Kiedy  znalazł  czas  na 

zawieranie znajomości z dziewczętami? A Jean - Pierre? Kto to był? 

Nagle Sissi poczuła ogarniający ją lęk. Uświadomiła sobie, że znalazła się oto w głębi 

lasu sam na sam z tym odpychającym mężczyzną. Patrzyła na jego silne, umięśnione ciało, na 

jego  ruchy,  zwinne  jak  u  dzikiego  kota.  Był  bardziej  drapieżnym  zwierzęciem  niż 

człowiekiem,  ale  Sissi  owładnęło  nagle  współczucie,  kiedy  tak  na  niego  patrzyła. 

Współczucie  dla  Marca  le  Fey?  Co  za  absurd!  Mimo  to  dławiło  ją  w  gardle,  sama  nie 

rozumiała, dlaczego. 

Właściwie nie bała się go tak bardzo, właściwie nie wierzyła, że mógłby jej zrobić coś 

złego. Zachowywał taką obojętność... Nagle jednak wyobraziła sobie ręce Marca, obejmujące 

jej ciało, jego dziką twarz tuż przy swojej i wtedy ogarnęła ją przemożna ochota, by odwrócić 

się i pobiec daleko, daleko stąd. 

Dlaczego? Przecież nic jej nie zrobił! Ledwie zwracał na nią uwagę. 

background image

ROZDZIAŁ VI 

Marc zatrzymał się przed starą bramą w ogrodzeniu. 

- Ja już tu byłem - szepnął. 

- Tak? Pamiętasz to? 

Skierował  na  Sissi  wzrok  jakby  nie  z  tego  świata.  Potem  powoli  wszedł  do  środka. 

Sissi pospieszyła za nim. 

Dopiero teraz się zorientowała, że stoją obok ruin posiadłości, którą widziała z miasta. 

Reakcja  Marca  była  zaskakująca.  Zagryzł  zęby  z  całej  siły,  po  raz  pierwszy  w  jego 

lodowato  szarych  oczach  pojawiło  się  ożywienie.  Wydawało  się,  że  zapomniał  o  jej 

obecności,  gdy  tak  błądził  wzrokiem  po  resztkach  spalonych  ścian  i  poczerniałych 

fundamentach. 

Sissi czekała. W końcu, aby przerwać ciszę, spytała: 

- Jak właściwie trafiłeś do stodoły Bernarda? 

Na powrót stał się sobą, obojętny i niewzruszony. 

-  Nie  wiem.  Zostawiłem  Davida...  Obudziłem  się  gdzieś  w  lesie.  Ktoś  przykrył  mnie 

zielonymi gałęziami... 

Nagle, jakby dopiero teraz to sobie uświadomił, dodał zaskoczony: 

- To musiał być David! 

Sissi spontanicznie złapała go za ramię. 

- Tak myślisz? Czy myślisz, że to zrobił David? 

Albo go zabolało, albo nie chciał, żeby go dotykała. Energicznie cofnął rękę. 

- Przepraszam - powiedziała Sissi. - No a potem? 

-  Nie  pamiętam.  Przypuszczam,  że  szedłem  w  nocy.  Chyba  widziałem  przed  sobą 

jakieś domy. Stodołę...? Nie wiem. 

- Rozumiem. 

Dotarł więc do skraju miasta sam, zamroczony bólem i osłabiony utratą krwi. 

-  Ale  jeżeli  to  był  David?  -  spytała  Sissi  żałośnie.  -  To  gdzie  on  teraz  jest?  Nikt  go 

przecież nie widział. 

Zapadła  cisza.  Oboje  pomyśleli  o  tym  samym.  Gdzieś  tutaj,  niedaleko  w  lesie,  leżał 

bezradny ranny żołnierz. Trwało to wiele dni... 

Sissi nie zdawała sobie sprawy, że myśli głośno: 

- Taki szmat drogi od domu w Norwegii! Samotny, bez jedzenia, bez pomocy... Chyba 

background image

sobie nie poradził. 

Czuła,  że  blednie.  Zamknęła  oczy,  a  kiedy  na  powrót  je  otworzyła,  napotkała  wzrok 

Marca. Był całkiem pozbawiony wyrazu. 

Ten  mężczyzna  ma  niespotykaną  zdolność  ukrywania  wszelkich  uczuć,  pomyślała. 

Długotrwały  trening?  A  może  David  nic  dla  niego  nie  znaczy?  Nie  jest  wszak  jego  bratem 

bliźniakiem, nie wychowywali się razem, nie stali razem przy trumnie ojca. 

Marc drgnął i syknął: 

- Cicho! 

Dotarły do nich podniecone głosy, mówiące po francusku. Jacyś ludzie zbliżali się do 

głównej bramy posiadłości. Sissi udało się zrozumieć ich słowa. 

- Chłopca chcę mieć żywego, dziewczynę możecie zastrzelić. 

- Sądzę, że im ktoś pomaga. 

- Jego także zastrzelić. Weźcie oba samochody, zablokować wszystkie drogi! 

Marc trącił łokciem Sissi. 

- Wracamy, szybko! 

Po  raz  pierwszy  okazał  odrobinę  solidarności.  Ale  czy  naprawdę  po  raz  pierwszy? 

Czyż wcześniej nie pomógł Davidowi? 

Marc le Fey był w istocie dziwnym stworzeniem! 

Dotarli do auta i już po chwili mknęli z powrotem ku miastu. Nie bardzo wiedzieli, co 

począć. Sissi zastanawiała się nad tym, co usłyszała. Francuzi goniący chłopca i dziewczynę? 

I kogoś, kto im pomagał? 

Kiedy zbliżyli się do pierwszych domów, zobaczyli jadący z przeciwka niemiecki wóz 

patrolowy. 

Marc krzyknął i złapał kierownicę. 

- Widzę - powiedziała Sissi spokojnie i zawróciła tak gwałtownie, że niemal otarła się 

o ściany domów. Niemiecki wóz przyspieszył. 

- Twój samochód jest chyba szybszy? - spytał Marc. 

- Mam nadzieję - odrzekła. 

Nagle krzyknęła tak przeraźliwie, że aż zabolały go uszy: 

- Spójrz! Tam w dole, na skraju lasu! Widzisz te trzy osoby? Młoda dziewczyna, która 

ledwie trzyma się na nogach, mały chłopiec. I... Marc, to jest David! 

David  przerzucił  sobie  Madeleine  przez  ramię  i  niósł  ją  przez  las.  Chwała  Bogu,  że 

Michel daje sobie radę sam, pomyślał. Udało im się zniknąć z oczu prześladowcom, ale na jak 

długo? 

background image

Madeleine  oddychała  ciężko,  świszczało  jej  w  płucach.  David  obawiał  się  o  jej  stan, 

sam  także  czuł  się  bardzo  źle.  Bolała  go  zraniona  głowa,  nie  mógł  już  dłużej  nieść  chorej 

dziewczyny. 

Potrzebujemy  żywności,  pomyślał.  Wtedy  moglibyśmy  dokonywać  cudów!  Ale  jak 

myśleć o zdobyciu jedzenia, kiedy i przed nami, i za nami czai się niebezpieczeństwo? 

Dlaczego  pobiegli  właśnie  w  tym  kierunku? Jeżeli  wyjdą  z  lasu,  trafią  prosto  w  ręce 

wroga. Jakie mieli szanse? Żadnych. Absolutnie żadnych! 

Mimo to nie przestawał powtarzać: 

- Szybciej, szybciej! 

Zbiegli na dół i znaleźli się na drodze. 

- Samochód! - zawołał Michel zrozpaczony. - Są już tutaj! 

David  usłyszał  krzyk  Madeleine,  która  osunęła  się  na  kolana.  Również  chłopiec  się 

poddał. 

Cóż  innego  mogli  uczynić?  I  tak  by  nie  uciekli  przed  samochodem,  nie  mieli  też  sił, 

by zawrócić, zwłaszcza Madeleine. 

Zrozpaczony  David  patrzył  na  zbliżający  się  pojazd.  Przypomina  mój  własny, 

pomyślał nagle ze zdumieniem. 

Właściwie  nawet  bardzo.  Bugatti,  oczywiście.  Dokładnie  ten  sam  model,  ten  sam 

ż

ywy żółty kolor i... 

Drgnął. 

- Mógłbym przysiąc, że... to moje auto! Ale to oczywiście niemożliwe! 

Michel odwrócił głowę. 

- Dlaczego nie strzelają? 

David potrząsnął głową, jakby chciał wyraźniej widzieć. Kto tam siedzi... Marc? Nie, 

to nie może chyba... 

- Jakaś kobieta prowadzi! - zawołał Michel. - Bardzo piękna kobieta! 

David otworzył usta ze zdziwienia. 

-  Sissi?  Czy  ja  oszalałem,  czy  też...?  Moja  siostra  Sissi,  ale  ona  jest  przecież  w... 

Norwegii!  O  mój  Boże,  to  ona!  Ona  jest  tutaj!  Razem  z  Markiem  le  Fey,  w  moim 

samochodzie! 

- Za nimi jedzie jeszcze jeden wóz. Tam daleko, od strony miasta - zauważył Michel. 

- Madeleine, Madeleine, wstawaj! - zawołał David. - To zakrawa na cud, ale myślę, że 

jesteśmy uratowani! 

Dziewczyna  z  trudem  uniosła  głowę,  spojrzała  nieprzytomnie,  jakby  nie  rozumiejąc 

background image

jego słów. Bugatti zahamował niebezpiecznie blisko. 

- Davidzie, och, Davidzie! - zawołała Sissi, energicznie ocierając oczy. - Pospieszcie 

się, wskakujcie prędko, musimy uciekać, ścigają nas! 

- A myślicie, że nas nie? Przesiądź się do tyłu, Sissi! 

- Ale ja mogę... 

-  Nie,  nie  możesz!  -  zaprotestował  David,  sadzając  Madeleine  i  Michela  na  tylnym 

siedzeniu. - Koniec niedzielnej jazdy. 

Sissi nie marnowała czasu na dyskusje. David zajął miejsce przy kierownicy. 

-  Cześć,  Marc,  miło  cię  znowu  widzieć  -  rzucił  przez  ramię  jakby  nie  pamiętając, 

czego właśnie dowiedział się swoim pomocniku. 

Samochód gwałtownie ruszył i pognał do przodu z taką prędkością, jakiej Sissi nigdy 

nie udało się osiągnąć. Choć niechętnie, musiała to przyznać. 

- Jesteśmy lepsi, jesteśmy lepsi! - wykrzykiwał Michel podniecony. 

-  Sissi,  nie  potrafię  wyrazić  tego,  co  czuję!  -  zawołał  David  ochrypłym  głosem.  -  To 

fantastyczne, że się zjawiłaś tu i właśnie w tej chwili! 

- Wiem - odparła Sissi. - Zostałeś niemal uznany za zmarłego. Ojej, jak ty kaszlesz! - 

zwróciła się zmartwiona w stronę Madeleine. - Proszę, weź mój płaszcz, jest ciepły. 

Narzuciła  okrycie  na  ramiona  dziewczyny,  choć  przyszło  jej  to  z  trudem,  bo  w  tyle 

samochodu trzęsło niemiłosiernie. 

- David, nie przedstawiłeś nas sobie! 

Jęknął zrezygnowany. 

-  Sissi,  jesteś  niepoprawna!  No  dobrze:  moja  siostra  Cecilie  de  Saint  -  Colombe, 

Madeleine... Hm, właściwie nie wiem, jak się pani nazywa. 

- Forgeron - wykrztusiła Madeleine między atakami kaszlu. 

- Miło mi - powiedziała Sissi i wyciągnęła rękę. 

-  Jest  z  nami  jeszcze  Michel  Bouget  i  to  właśnie  jego  ścigają  nasi  prześladowcy,  i 

Marc le Fey. Czy wszyscy już się znają? 

David mówił spokojnie, pewnie prowadząc samochód po wyboistej drodze. 

- Gdzie... - zaczęła Sissi. 

- Później. Czy mamy dość benzyny? 

- Nie wiem. Ale myślę, że całkiem sporo. 

I nagle odezwał się Marc. 

- Jakiś samochód jedzie z przeciwka w naszą stronę! 

- Tego tylko brakowało - mruknął David. - To nasi strażnicy z willi. Co robimy? 

background image

-  O,  przed  nami  jest  jakaś  boczna  droga!  -  zawołała  Sissi  z  przejęciem.  -  Zaraz  na 

prawo. Zdążymy? 

- Może. 

- Davidzie, czy masz pistolet? - spytała. 

- Tak, ale nie potrafię strzelać. 

- Marc go weźmie - zdecydowała Sissi. 

David rzucił pistolet w ręce Marca. Ale ten upuścił broń, jakby się oparzył. 

- Wybacz mi moją głupotę - zreflektował się David. 

- Tak, wybacz nam - powtórzyła Sissi. - Jesteśmy bezmyślni, zostawiamy zabijanie dla 

ciebie. 

Uważaj, Sissi, chciał powiedzieć David. Na myśl o siostrze, która przebywała sam na 

sam z tak groźnym przestępcą jak Marc le Fey, oblał go zimny pot. 

Sissi zauważyła, że Madeleine wprost panicznie boi się Marca.  Irytowało ją to, także 

jakby  w  jego  imieniu.  Sissi  nie  wiedziała  jednakże  o  tym  dziwnym  człowieku  tego,  czego 

dowiedziała się o nim Madeleine. 

- O, możemy jechać tędy - zauważył Marc bezbarwnie. 

David skręcił ostro i wjechali na nierówną drogę. 

-  Ona  prowadzi  do  samego  Croix  -  sur  -  les  -  Collines  -  stwierdziła  Sissi.  -  Mam 

nadzieję, że przecina miasto. 

Ś

cigające ich samochody spotkały się na rozdrożu i zatrzymały na chwilę. Tymczasem 

bugatti gnał naprzód. 

-  Nas  gonią  Niemcy,  to  chyba  nie  jest  dziwne  -  zauważyła  Sissi.  -  Ale  was  ścigają 

Francuzi! Dlaczego? 

-  Są  sprzymierzeńcami  Niemców  -  wyjaśnił  David.  -  Zdrajcami  kraju.  Więcej  nie 

mogę teraz powiedzieć. Sam zresztą mam mnóstwo pytań, ale odłóżmy je na potem. 

-  Oczywiście.  Davidzie,  czy  nie  mógłbyś  omijać  tych  kolein?  -  poprosiła  siostra.  - 

Trudno jest zachować godność w czasie takiej zwariowanej jazdy. 

David  tylko  uśmiechnął  się  pod  nosem.  Gdy  wjechali  pomiędzy  ruiny  domów,  Sissi 

zadrżała. To prawdziwe  miasto upiorów, czarne i osmalone, zasnute  gęstym dymem. Słońce 

właśnie zaszło, wszystko wokół stało się jeszcze bardziej ponure. 

Lawirowali między zburzonymi budynkami, gdy klęczący na tylnym siedzeniu Michel 

zawołał: 

- Znowu są za nami! Na przedzie jadą Niemcy. Wygląda na to, że nas dogonią. 

- Naturalnie, ale na to trzeba czasu - syknął David. 

background image

- I co teraz? Dalej nie przejedziemy! 

Na  drodze  pojawiła  się  przeszkoda  w  postaci  kamiennego  bloku.  Marc  bez  namysłu 

wyskoczył  z  samochodu  i  odtoczył  go  na  bok,  a  gdy  przejechali,  umieścił  w  poprzednim 

miejscu. 

- Ale jesteś silny - zauważyła Sissi z podziwem. 

Marc nie odpowiedział, za to David syknął przez zęby po norwesku: 

- Sissi, na miłość boską, nie flirtuj z tym mężczyzną! On jest niebezpieczny! 

- Nie flirtuję, jestem tylko miła! Czy on może na to nie zasłużył? 

- Oczywiście, że tak - odparł David. - Tylko tak bardzo się boję... 

- Wierz mi, nie rzucam się na pierwszego lepszego mężczyznę! 

-  Sissi,  twój  sposób  mówienia  jest  czasami...  No,  nareszcie  przejechaliśmy!  - 

wykrzyknął znowu po francusku. - Teraz nabierzemy prędkości! 

Nigdy  dotąd  silnik  bugatti  nie  pracował  na  takich  obrotach!  Wszyscy  trzymali  się 

mocno,  rozmowy  ucichły.  Madeleine  pobladła,  jej  ciemne  włosy  kleiły  się  na  spoconym 

czole. 

Droga  prowadziła  wśród  pól  na  północny  wschód,  w  stronę  rozległego,  porośniętego 

lasem wzgórza. Pozostałe samochody właśnie wyjechały z miasta, ale odległość od nich była 

jeszcze bezpieczna. 

- Kiedy tylko dotrzemy do lasu, będziemy mieli większe szanse! - zawołał David. 

- Most - zauważył Marc. - Patrzcie, jest zniszczony! 

David  zahamował  z  piskiem  opon.  Właściwie  nad  głębokim,  wypełnionym  wodą 

rowem pozostał tylko szkielet mostu. Marc wysiadł z samochodu, pobiegł naprzód i pomachał 

do  Davida,  aby  jechał.  David  z  wahaniem  zapalił  silnik.  Mógł  się  poruszać  tylko  po  dwóch 

grubych belkach, z całej konstrukcji nie pozostało nic więcej. 

Wszyscy  siedzieli  w  całkowitym  milczeniu,  podczas  gdy  samochód  balansował  na 

chybotliwym  podłożu.  Marc  przyglądał  się  im  w  napięciu.  W  miarę  jak  zbliżali  się  w  jego 

stronę, wyraźnie się uspokajał. 

- Przednie koła już przeszły... teraz tylne! 

W samochodzie rozległo się westchnienie ulgi na cztery głosy. 

- Naprawdę potrafisz prowadzić, braciszku - mruknęła z uznaniem Sissi. 

Nagle  usłyszeli  za  sobą  ogłuszający  hałas.  To  Marc  zniszczył  jedno  z  przęseł  i  most 

runął z hukiem. Poczekali, aż wsiądzie, i ruszyli dalej. 

- Czy myślicie, że jesteśmy teraz bezpieczni? - spytała niepewnie Madeleine. 

-  Na  pewien  czas  tak!  -  odparł  David.  -  Dziękuję,  Marc,  za  to  powinieneś  otrzymać 

background image

medal! 

-  Zatrzymali  się  po  drugiej  stronie  i  nie  mogą  przejechać!  -  cieszył  się  Michel.  - 

Utknęli w błocie! 

Sissi roześmiała się z ulgą. 

-  Dopiero  teraz  czuję,  jakie  to  było  napięcie!  Davidzie,  Madeleine  jest  bardzo 

osłabiona! Musimy ją zawieźć do szpitala, biedne dziecko! 

- Najgorsze już ma za sobą, dziś rano nastąpiło przesilenie - wyjaśnił David. - Chociaż 

to oczywiście  czyste szaleństwo narażać ją na takie trudy. Najbardziej potrzeba jej jedzenia. 

Ale gdzie teraz zdobyć żywność? 

-  Simsalabim!  -  wymówiła  zaklęcie  Sissi.  -  Marc,  podaj  mi  mój  koszyk,  stoi  obok 

ciebie.  Madeleine,  zaraz  zobaczymy,  co  też  mama  Bernarda  przygotowała  dla  Marca  i  dla 

mnie. Ach! Spójrz na te kanapki! Z szynką i serem! O, a tu jest mleko! Marc, obok twojego 

siedzenia  leży  kubek.  Zawinięty  w  papier.  Wszyscy  pozostali  możemy  pić  prosto  z  butelki, 

prawda? 

- Sissi, jesteś aniołem! - wykrzyknął David. 

- A jakże, wiem o tym. Ale częściowo to także zasługa gospodyni i Marca. 

Rozdzieliła  kanapki.  Michel  szybko  chwycił  swoją  i  zaczął  łapczywie  pić  mleko  z 

butelki. 

- Marc? - spytała Sissi. - To właściwie twoje kanapki. Chcesz jedną? 

- Jeżeli jest mało, to nie. Niech najpierw zje chłopiec. 

-  Marc  był  ostatnio  karmiony  zdrowym  wiejskim  jedzeniem  -  wyjaśniła  Sissi.  - 

Podzielimy się jedną, ty i ja. 

Ku  niezadowoleniu  Davida,  Sissi  zwracała  się  do  Marca  bardzo  poufale.  Ale  to  była 

cała Sissi, nie można jej było zmienić. 

Potem  zapadła  cisza.  David  prowadził  samochód  jedną  ręką,  trzymając  w  drugiej 

kanapkę. Nad lasem powoli zapadał zmrok. 

Kiedy wszystko zostało zjedzone i Sissi strzepnęła ostatnie okruchy, spytała: 

- Czy będziemy jechać całą noc? 

- Tak byłoby najlepiej - odparł jej brat. - Ale chyba nie wystarczy benzyny. 

- I myślę też, że Madeleine musi odpocząć. Jak się teraz czujesz? 

-  O  wiele  lepiej,  dziękuję  -  uśmiechnęła  się  słabo  dziewczyna,  wzruszona 

troskliwością niezwykle pięknej damy. 

-  Tak,  wyglądasz  chyba  lepiej,  choć  w  tych  ciemnościach  niewiele  można  zobaczyć. 

Już nie kaszlesz. 

background image

- Gdzie przenocujemy? 

- Myślę, że w stodole. 

-  O,  dziękuję  -  odparła  Sissi.  -  Beze  mnie!  Dojedziemy  chyba  zaraz  do  jakiegoś 

miasta? 

David się zirytował: 

- Sissi, wkrótce wszędzie będą nas szukali! 

- Telegraf i telefon nie działa, wiem o tym. Cała łączność została przerwana. Jesteśmy 

więc bezpieczni. 

- Bzdura! Widzieli przecież, dokąd jedziemy! Niemcy dysponują własnymi środkami 

łączności, wierz mi! 

- Róbcie, co chcecie. Ja muszę mieć pokój w hotelu, i to z łazienką! 

David westchnął. 

- Twoja siostra jest zbyt lekko ubrana - odezwał się nagle Marc. 

- W samochodzie jest ciepło - odpowiedział David. 

-  Ba  -  prychnęła  Sissi.  -  Nigdy  nie  siedziałeś  na  tylnym  siedzeniu!  Tutaj  można 

przemarznąć  do  szpiku  kości.  Nie,  Madeleine,  nie  oddawaj  mi  płaszcza.  W  bagażniku  leży 

kilka pledów. 

David  zatrzymał  się,  a  Marc  przyniósł  koce.  Kiedy  Sissi  brała  jeden  z  nich, 

wymruczała pod nosem: 

- Dziękuję za troskę. 

- Nie możemy sobie pozwolić na dodatkowe kłopoty z następnymi chorymi - syknął w 

odpowiedzi. 

Nie ma jeszcze niebezpieczeństwa, pomyślał David uspokojony. Ci dwoje nie znoszą 

się nawzajem. 

Ale zdumiony był widząc, jak jego siostra troszczy się o Madeleine, jak otula pledem 

jej  nogi.  Sissi  znano  z  tego,  że  nie  darzyła  innych  kobiet  szczególną  życzliwością.  Potrafiła 

być drapieżną kocicą. Widocznie ta młodziutka dziewczyna budzi w niej instynkt opiekuńczy. 

Sissi,  otulając  kocem  Michela  i  siebie  samą,  przyglądała  się  Madeleine.  Przecież  ta 

dziewczyna  pożera  mego  brata  oczami!  stwierdziła  ze  zdumieniem.  Mała  dzika  różyczko, 

wiem, że on wart jest zachodu! Ale strzeż się, jesteś dla niego niczym, rozumiesz? Oby tylko 

David cię nie zranił! 

Nagle las zaczął się przerzedzać i oczom jadących ukazały się w oddali zabudowania. 

- Gdzie jesteśmy? - spytała Madeleine. 

- A skąd ja mam wiedzieć? - odparł David. 

background image

W tej samej chwili silnik dziwnie zawarczał. 

-  No  tak,  koniec  jazdy!  Byle  tylko  udało  mi  się  dotrzeć  do  tego  zagajnika,  zanim 

benzyna wyczerpie się do reszty. Samochód trzeba ukryć, jest zbyt charakterystyczny. 

- Czy mamy iść na piechotę? - zdziwiła się Sissi. 

- A cóż nam innego pozostaje? Jeszcze tylko kilkaset metrów. 

- To chyba jakieś wyjątkowo długie metry! 

Przez zagajnik  prowadziła  droga,  przy  której  widniała  tabliczka  z  napisem  Chateau  - 

coś i „pokoje w malowniczej scenerii”. 

- Sądząc po stanie tabliczki, są chyba aż nadto malownicze - zauważył David. - Muszę 

iść do apteki po lekarstwa dla Madeleine, a Sissi dostanie chyba to, czego chciała. Tylko że ja 

jestem spłukany. Czy masz jakieś pieniądze, siostro? 

- No pewnie! Ile chcesz, bracie? 

Wziął jeden banknot z wyciągniętego przez nią pliku i poszli naprzód. Po bagaż Sissi 

mieli wrócić później, kiedy już znajdą nocleg, który przypadnie jej do gustu. 

Miasto spoczywało w mroku, nieodgadnione i tajemnicze. Nigdzie nawet znaku życia. 

Wszyscy poczuli kwaśny zapach starego dymu. O, tak, wojna zawitała chyba także i tu. Ale 

nie poczyniła takich spustoszeń jak na terenach, z których przybywali. 

Domyślili  się,  że  znajdują  się  na  głównej  ulicy.  Stopniowo  przyzwyczaili  oczy  do 

ciemności panujących pod lipami, które rosły po obu stronach, i powoli rozróżniali szczegóły. 

Mała piekarnia, poręcz do przywiązywania koni, salon fryzjerski... 

-  Tam!  -  odezwał  się  nagle  David.  -  Tam  daleko,  widzę  szyld  gospody.  Spróbujemy 

spytać o nocleg. 

W tej samej chwili dał się słyszeć rytmiczny stukot butów żołnierzy, nadchodzących z 

bocznej ulicy. 

- Niemcy! - rzucił David. 

Rozpaczliwie  rozejrzeli  się  wokół.  Żadnego  zakątka,  żeby  się  ukryć,  nagie  mury  po 

obu stronach ulicy... 

background image

ROZDZIAŁ VII 

Pierwszy zareagował David. 

- Trzeba ukryć Michela, nie wiadomo jeszcze, ile Niemcy  o nas wiedzą.  Musimy się 

rozdzielić. Sissi i ty, Marc, pójdziecie dalej, udając zakochanych. 

- Chyba jesteś niespełna rozumu! - syknęła ze złością Sissi. 

- Idźcie, idźcie już! 

Przy samym murze rosło drzewo. W szczelinę między ścianą a grubym pniem David 

wcisnął Michela, a przed nim ustawił Madeleine, tak by jej szeroka suknia zasłoniła chłopca. 

Następnie objął dziewczynę. 

- Ależ monsieur David...! 

- Nic nie mów, Madeleine, i nie ruszaj się! Od tego zależy nasze życie! 

Przyciągnął ją do siebie i przytulił. Kątem oka dostrzegł Marca i siostrę. Nigdy jeszcze 

nie  widział  zakochanej  pary  idącej  w  większej  odległości  od  siebie!  Wyglądali  tak,  jakby 

właśnie się pokłócili O Boże, westchnął David zrezygnowany. 

Madeleine nie była w stanie uczynić jakiegokolwiek ruchu. 

- Zachowuj się naturalnie! - szepnął. 

Patrol niemiecki zmierzał już główną ulicą w ich stronę. 

Powoli,  niezręcznie  i  niechętnie  Madeleine  uniosła  ręce  i  położyła  je  na  ramionach 

Davida. Całe jej wychowanie sprzeciwiało się takiemu postępowaniu. Przechodzący Niemcy 

ujrzeli  plecy  mężczyzny  i  obejmujące  jego  szyję  ręce  dziewczyny.  David  uniósł  głowę 

Madeleine i pocałował ją najpierw w czoło, a potem w usta. 

Madeleine  otworzyła  szeroko  oczy.  O  Boże,  co  on  robi?  pomyślała  wystraszona. 

Mama uważałaby pewnie, że teraz powinnam wymierzyć mu policzek, ale nie mogę. Wybacz 

mi,  mamo,  i  spróbuj  zrozumieć!  Tu  chodzi  o  życie  pięciorga  ludzi.  A  poza  tym  to  mi  się 

podoba... 

Ach, jak bardzo mi się podoba! 

Przed oczyma przemknął jej obraz tłustego, starego  gospodarza, za którego chcieli ją 

wydać  rodzice,  i  dopiero  teraz  w  pełni  sobie  uświadomiła,  co  by  ją  czekało  w  takim 

małżeństwie.  To  sprawiło,  że  niemal  desperacko  objęła  Davida  i  oddała  mu  pocałunek. 

Odegrała swą rolę z większym zaangażowaniem, niż się spodziewał. 

Dowódca patrolu skoncentrował się tymczasem na Sissi i na Marcu. Mówił długo po 

niemiecku  o  godzinie  policyjnej  i  zakazie  poruszania  się  po  mieście  o  tej  porze,  ale  Sissi 

background image

udawała, że nie rozumie. Powtórzył to w łamanym francuskim, znacznie łagodniej, czując na 

sobie niewinne spojrzenie niezwykłe urodziwej blondynki. 

-  Ach  -  zaszczebiotała.  -  Właśnie  wracamy  do  domu,  mój  mąż  i  ja,  tylko  trochę  się 

zasiedzieliśmy u znajomych. Bardzo nam przykro z tego powodu, panie oficerze! 

Jej  zwykle  stosowany  chwyt  nie  zawiódł  także  i  tym  razem.  Oficer  spytał  ich  o 

nazwisko i adres i zanim Marc zdążył wyskoczyć z czymś niemądrym, jednym tchem podała 

jakieś zupełnie wymyślone dane. 

Patrol ruszył dalej. 

- Hej, wy tam! - ryknął dowódca patrolu w stronę Davida i Madeleine. - To także was 

dotyczy! 

- Żegnam się tylko z moją dziewczyną - odpowiedział David. - Już idziemy! 

Dowódca musiał przyspieszyć,  aby dogonić swoich żołnierzy, i tylko rzucił za siebie 

kilka słów ostrym tonem. 

-  Tak  jest,  panie  majorze  -  zgodził  się  David,  pozwalając  Niemcowi  szybko 

awansować. 

Patrol  pomaszerował  inną  ulicą.  David  ujął  twarz  Madeleine  w  swoje  dłonie  i  przez 

chwilę przyglądał się jej uważnie. 

- No, nareszcie poszli! - szepnął zniecierpliwiony Michel. 

- Na szczęście - odparł David, budząc się z zamyślenia. 

Marc i Sissi czekali już na nich. Sissi wprost gotowała się z wściekłości, a oczy Marca 

dziwnie lśniły. Otarł rękę, którą trzymał Sissi za suknię, jakby chciał zetrzeć wstyd. 

-  Rozumiem,  że  chcesz  sobie  zafundować  zapalenie  płuc?  -  złośliwie  spytała  Sissi, 

czyniąc aluzję do niedawnego zachowania brata. 

David nie odpowiedział. 

Szli  teraz  szybko  w  stronę  zajazdu,  ale  gdy  usłyszeli  dochodzący  stamtąd  śpiew  w 

języku niemieckim, od razu się zatrzymali. 

Sissi głęboko wciągnęła powietrze i zapytała zrezygnowana: 

- Gdzie macie tę waszą stodołę? 

Nie  musieli  jednak  szukać  stodoły.  Kiedy  wrócili  w  miejsce,  gdzie  zostawili 

samochód,  w  pobliżu  zobaczyli  duży,  choć  nieco  zaniedbany  dom,  otoczony  parkiem.  Gdy 

odważyli  się  zapukać,  otworzył  im  dystyngowany  starszy  mężczyzna.  W  kilku  słowach 

przedstawili mu swoje położenie. 

-  Ach,  już  tak  dużo  czasu  minęło,  odkąd  ostatni  raz  przyjmowaliśmy  tu  gości  - 

uśmiechnął się życzliwie. - Ale wejdźcie, wejdźcie. Urządzimy panu i pańskim przyjaciołom 

background image

jakieś  spanie,  hrabio  de  Saint  -  Colombe,  chociaż  pewnie  będzie  tu  trochę  niewygodnie.  Ja 

także noszę tytuł hrabiowski, jednak nie mogę się poszczycić równie znakomitymi przodkami 

jak pan. Miło mi będzie zaprosić na kolację i nocleg takich młodych ludzi. 

Weszli  do  mrocznego  holu.  Hrabia  otworzył  drzwi  i  przybysze  znaleźli  się  w 

przepięknym salonie z kominkiem, w którym palił się ogień. 

- O, jak tu cudownie! - z podziwem zawołała Sissi. 

- Poleciłem już służącemu, żeby przygotowano wam sypialnię. Przykro mi, ale będzie 

to tylko jeden pokój, pozostałe nie nadają się już do zamieszkania. 

- Ale... - zaczęła Sissi. 

- Cicho! - syknął David po norwesku. - Masz natychmiast zejść z obłoków na ziemię, 

Sissi! W tym kraju toczy się wojna, czy nie rozumiesz tego? Musimy wspólnie dzielić troski i 

kłopoty. 

- O nieba, Davidzie, kiedy zostałeś socjalistą? 

- Jesteś okropna - odparł. - Myślisz, że jesteś kobietą wyzwoloną, ale w gruncie rzeczy 

ulegasz konwenansom. 

Zrobiło  jej  się  przykro.  Przecież  starała  się  nie  pamiętać  o  swym  arystokratycznym 

wychowaniu i znosiła w milczeniu niewygody. 

Godzinę  później,  kiedy  jedli  skromną,  lecz  bardzo  smaczną  kolację  w  towarzystwie 

gospodarza, wszedł jeden ze służących. Przekazał wiadomość, że Niemcy szukają w okolicy 

ż

ółtego  bugatti  i  jego  pasażerów.  Szczególnie  interesuje  ich  chłopiec  w  wieku  około 

dziesięciu lat i młoda, ciemnowłosa dziewczyna. Twierdzą, że w samochodzie znajdowały się 

jeszcze dwie inne osoby, a właścicielka wozu jest uroczą, młodą blondynką. 

- Dziękuję za komplement - rzuciła oschle Sissi. - Dobrze, że przynajmniej ukryliście 

samochód w stajni. Tak czy owak, depczą nam już po piętach! 

Gospodarz chrząknął. 

- Chciałbym coś państwu zaproponować - zaczął nieśmiało. - Nie możecie dalej jechać 

swoim  autem,  ja  natomiast  zawsze  marzyłem,  by  mieć  jeden  z  tych  nowoczesnych 

drobiazgów! Chętnie kupię od pana ten wóz, hrabio de Saint - Colombe. Nie myślcie sobie, że 

jestem biedny jak mysz kościelna, chociaż pozwalam, by niszczała moja posiadłość. Po prostu 

teraz nie opłaca się już wydawać pieniędzy na jej utrzymanie, a kilka pokoi to więcej niż dość 

dla  mojej  samotnej  osoby.  Samochód  każę  przemalować...  A  wam  radzę  jechać  dalej  jutro 

rano pociągiem, który odchodzi z miasta o siódmej trzydzieści. 

- Czy tym pociągiem dojedziemy do Paryża? 

- Na to nie potrafię odpowiedzieć. Ale podam wam pewien adres, pod którym możecie 

background image

po drodze szukać pomocy. 

- Jest pan niezmiernie życzliwy - rzekł David. - Chętnie na to przystanę. Wie pan, po 

tym koszmarze, przez jaki wszyscy przeszliśmy, czujemy się tu jak w raju! 

Stary  hrabia  przyglądał  się  przez  chwilę  wszystkim  po  kolei.  Spojrzał  na  jasnowłose 

rodzeństwo i delikatnego, małego chłopca, i zdziwił się, w jaki sposób tych troje znalazło się 

w towarzystwie mężczyzny o ponurym spojrzeniu i prostej z wyglądu dziewczyny. 

Prawdę mówiąc, bardzo szczególna gromadka! 

Pokój,  który  przygotowano  dla  niespodziewanych  gości,  był  na  szczęście  duży,  ale 

stały  w  nim  tylko  trzy  łóżka.  Michel  od  razu  wskoczył  do  jednego  z  nich  i  zasnął,  zanim 

jeszcze zdążył dobrze przyłożyć głowę do poduszki. 

Mężczyźni  czuli  się  nieswojo,  dziewczęta  były  zmieszane.  Na  szczęście  znalazł  się 

parawan,  którym  przedzielili  pokój.  Madeleine,  chora  i  osłabiona,  potrzebowała  osobnego 

łóżka. Sissi z kolei nawet nie wyobrażała sobie, że mogłaby dzielić z kimś posłanie. To takie 

barbarzyńskie!  Tak  więc  mężczyznom  pozostawało  legowisko  z  mat,  wyprawionych  skór  i 

pościeli. 

- Ojej, Madeleine, zapomniałem o twoim lekarstwie! - zawołał nagle David. 

-  Mogę  pójść  do  apteki  -  zaproponował  ponuro  Marc.  -  Najmniej  z  nas  wszystkich 

rzucam się w oczy. 

Akurat! pomyślała Sissi. Rozumiała jednak, o co mu chodziło, wszyscy pozostali byli 

poszukiwani. 

-  Och,  Marc  -  zawołała  z  ożywieniem.  -  Teraz  nareszcie  wymówiłeś  więcej  niż  pięć 

słów naraz! Dlaczego zawsze nie możesz tak mówić? Wszystko trzeba z ciebie wyciągać. 

Spojrzał w podłogę. 

- Nie chcę rozmawiać. 

- Dlaczego nie? 

- Ponieważ nie znam żadnych pięknych słów. Nauczyłem się tylko brzydkich. 

- Ale teraz uczysz się od nas? 

- Tak. 

-  W  takim  razie  musimy  się  możliwie  najładniej  wysławiać.  Pamiętaj  o  tym, 

braciszku! Nie przeklinaj od tej chwili, nawet jeśli siostra cię zdenerwuje! 

Kiedy Marc wyszedł, we trójkę usiedli przy piecu. 

-  Musimy  pozbyć  się  Marca  -  zaczął  David.  -  Nie  mogę  wziąć  odpowiedzialności  za 

to, co się może wydarzyć, jeżeli on z nami zostanie. 

-  Może  masz  rację,  choć  nie  bardzo  wiem,  czym  zasłużył  na  to,  byśmy  go  tak  po 

background image

prostu wyrzucili? - spytała Sissi. - Uważam, że zachowuje się lojalnie. 

- Tak - roześmiał się David. - Ale dlaczego? Co chce na tym zyskać? Może zamierza 

nas ograbić. Wymachujesz tymi swoimi pieniędzmi... 

- Marc nie jest złodziejem! 

-  Jest  kimś  znacznie  gorszym  -  rzekł  David  surowo.  -  Przeczytaj  pismo,  które 

znaleźliśmy w lesie razem z jego dokumentami. 

Nastała cisza. Sissi czytała podany jej papier w milczeniu. David nie umiał ocenić, czy 

to od blasku ognia oczy siostry zaczęły tak błyszczeć. 

- Rozumiesz teraz, dlaczego? - spytał David. - Morderca, sadysta i psychopata. Zdjęcie 

się zgadza, prawda? 

-  Nie  przeczytaliście  chyba  dokładnie  -  odparła  Sissi  stłumionym  głosem.  -  Nie 

spojrzeliście na datę. 

David i Madeleine, którzy siedzieli blisko siebie, pochylili się nad dokumentem. 

-  On  ma  dwadzieścia  sześć  lat  -  wyjaśniła  Sissi.  -  A  został  skazany  na  dożywotnie 

roboty czternaście lat temu. 

- Czternaście lat temu! - zdumiała się Madeleine. - Coś tu się nie zgadza! 

-  Dziecko!  Skazali  dwunastoletnie  dziecko  na  dożywotnie  więzienie  -  wykrzyknął 

David wzburzony. - Teraz już rozumiem, dlaczego nowy dyrektor go odesłał do wojska. 

- Ta gorycz i nienawiść... - mruknęła Sissi w zamyśleniu. David spojrzał na siostrę, z 

trudem łapiąc oddech. 

-  O  dobry  Boże,  teraz  jeszcze  coś  zrozumiałem!  Gdy  pojawił  się  w  jednostce, 

zachowywał się jak osaczone zwierzę. I mogę cię zapewnić, że w obozie stykał się wyłącznie 

z mężczyznami. Cecilie, moja droga, musiałaś być pierwszą kobietą, jaką zobaczył od czasu, 

gdy był dzieckiem! 

Sissi doznała olśnienia. 

- Oczywiście! Patrzył na mnie, jakbym spadła z księżyca! 

- Jak długo się znacie? - spytał David. 

- Poznaliśmy się dokładnie na dwie godziny przed spotkaniem z wami. 

- Chwała Bogu! Z poufałego tonu, jakim zwracałaś się do niego, można by sądzić, że 

jesteście starymi znajomymi. Ale teraz musi odejść! Im szybciej, tym lepiej. 

- Davidzie, zapewniam cię, że potrafię się upilnować. 

- To prawda. Ale czy również przed nim? 

- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. On mnie przeraża. (Zamierzała dodać „i niepokoi”, 

ale  rozsądek  nakazał  jej  to  przemilczeć).  Zresztą  w  ogóle  nie  jest  mną  zainteresowany.  Nie 

background image

znosi mnie. 

- Tak, zauważyłem to. Ale muszę myśleć także o Madeleine. 

Sissi  chciała  powiedzieć,  że  Marc  wcale  nie  zwraca  uwagi  na  tę  dziewczynę.  Zdała 

sobie jednak sprawę, że jej słowa mogą być źle zrozumiane. 

- Idę do łazienki - mruknęła tylko i wstała. 

Madeleine siedziała zupełnie cicho. Dopiero po chwili wyszeptała: 

- Jeszcze przecież panu nie podziękowałam, monsieur David. Bez pana... 

-  Bez  pani,  mademoiselle,  chyba  bym  dziś  już  nie  żył.  Darujmy  więc  sobie  te 

podziękowania! 

Znowu zapadła cisza. Słychać było jedynie miarowy oddech śpiącego Michela. 

-  Monsieur...  -  zaczęła  znowu  Madeleine  nieśmiało  i  z  wahaniem.  -  Zauważyłam.  że 

pana coś dręczy. I pana oczy są... pełne smutku. Co się stało? 

Jej łagodny głos podziałał na Davida jak balsam. 

- Nie jestem może prawdziwym mężczyzną - zaczął ale obiecałem sobie, że już nikogo 

więcej nie zabiję w czasie tej wojny. Moja praca polega na ratowaniu ludzkiego życia, a nie 

na odbieraniu go. 

-  Dokładnie  rozumiem,  co  pan  czuje  -  szepnęła.  -  I  gdyby  istniały  jakieś  słowa 

pociechy, wypowiedziałabym je. 

- Dziękuję! Jest pani niezwykłą dziewczyną. Taką czystą i zarazem tak mądrą! 

Nie mogła opanować łez. 

- Co się stało, mademoiselle? 

- Nie wiem. Nagle poczułam taką ulgę. Tyle miesięcy przeżytych w lęku, bez żadnej 

nadziei  na  to,  że  koszmar  się  kiedyś  skończy.  Porwanie  chłopca,  nieustanna  groźba  śmierci, 

ż

adnych szans ucieczki. Och, monsieur David! 

Rzuciła się w jego ramiona, drżąc ze strachu. 

David gładził ją po włosach i próbował uspokoić. 

-  To  całkiem  naturalna  reakcja  -  tłumaczył  jej.  -  To  musiały  być  dla  pani  potworne 

przeżycia,  drogie  dziecko.  Ma  pani  zaledwie  osiemnaście  lat,  a  już  spadła  na  panią  tak 

ogromna odpowiedzialność. I tak poradziła sobie pani wspaniale, lepiej niż niejeden dorosły! 

Drżała w jego ramionach jak liść osiki. Ufnie tuliła się do niego, a on trwał bez ruchu. 

Kiedy  jednak  szlochając  oparła  głowę  na  jego  piersi,  uznał,  że  to  już  za  wiele.  Tyle  czasu 

minęło  od  chwili,  kiedy  ostatni  raz  trzymał  w  ramionach  dziewczynę!  Nieznacznie  odsunął 

Madeleine. 

- Proszę mnie posłuchać. Czy matka nigdy nie przestrzegała pani przed mężczyznami? 

background image

Spojrzała na niego, nie rozumiejąc. 

- Dla swojego i mojego dobra powinna pani trzymać się ode mnie z daleka. 

Zmieszana wyszeptała: 

- Proszę mi wybaczyć, monsieur! Tak się wstydzę! 

David tylko uśmiechnął się smutno i pogłaskał ją po policzku. 

Wszedł Marc i rozejrzał się dokoła. 

- Jej wysokość właśnie się kąpie - zakomunikował David sarkastycznie. - Wywalczyła 

dla siebie nawet łazienkę. Jest niezmordowana! Dziękuję, to właśnie to lekarstwo, o które mi 

chodziło. 

Po czym zwrócił się ponownie do Madeleine. 

-  Czy  możemy  mówić  sobie  po  imieniu,  Madeleine?  Tak  chyba  będzie  wygodniej, 

skoro mamy razem podróżować. 

Kilkakrotnie skinęła głową w milczeniu, zanim odzyskała głos: 

- Tak, naturalnie! Ale ja chyba nie potrafię tak zwracać się do pana... Davidzie? 

- Dlaczego nie? 

- To chyba nie przystoi - szepnęła. - jestem tylko prostą służącą ze wsi, a pan... 

-  Całkiem  prawidłowo!  -  usłyszeli  od  drzwi  czysty  głos  Sissi.  -  Nie  zmuszaj 

dziewczyny do czegoś, co jest sprzeczne z jej naturą, braciszku! 

- A ty? - spytał David złośliwie. - Ty mówisz do Marca po imieniu? 

- Tak, naturalnie. 

- A jak on zwraca się do ciebie? 

-  On?  -  odparła  Sissi  i  spojrzała  na  Marca.  -  Nie  wiem.  Do  tej  pory  unikał  tego  w 

bardzo elegancki sposób. 

- Jak się do niej zwracasz? - spytał David. 

- Nijak! - syknął Marc z wściekłością. 

Już  otwierał  usta,  aby  dodać  parę  ostrych  słów,  ale  odwrócił  się  tylko  i  zaczął 

przygotowywać dla siebie posłanie na podłodze. David dostrzegł, że drżą mu ręce. 

Kiedy już wszyscy byli gotowi do snu, David uznał, że przyszedł czas na wyjaśnienia. 

-  A  teraz  -  zaczął  -  teraz  każdy  z  nas  powinien  opowiedzieć  o  swoich  przeżyciach. 

Przede wszystkim: co, u licha, moja siostra robi tu we Francji? 

- Nie cieszysz się, że przyjechałam? 

- To jasne, przecież uratowałaś nas wszystkich od niechybnej śmierci. 

-  Tak  się  szczęśliwie  złożyło.  Ja  z  kolei  chciałabym  wiedzieć,  kim  jest  Madeleine, 

Michel i Jean - Pierre... 

background image

-  Zaraz  się  dowiesz.  Ach,  prawda,  Marc  -  powiedział  David  -  Oto  twoje  dokumenty. 

które znaleźliśmy w lesie. Uważam, że powinieneś wiedzieć, iż je czytaliśmy. Myśleliśmy, że 

nie żyjesz, inaczej nie zrobilibyśmy tego. 

Nastała  pełna  napięcia  cisza,  podczas  gdy  Marc  wkładał  dokumenty  do  kieszeni. 

Przebiegł  wzrokiem  wszystkich  po  kolei,  zatrzymał  spojrzenie  na  twarzy  Sissi.  Z  jej  oczu 

wyczytał smutek. Ale jaki był tego powód? Ona sama miała nadzieję, że nikomu nie uda się 

tego zgadnąć. 

- No? - odezwał się David. - Kto zaczyna? Ty, Sissi! 

Po Sissi głos zabrał David. 

- Teraz rozumiecie, jak ważne jest sprowadzenie Michela całego i zdrowego do Paryża 

- stwierdził na zakończenie. - Teraz on jest najważniejszy z nas wszystkich. 

- Tak, oczywiście - przyznała Sissi. - A jak to właściwie było z Jean - Pierrem? 

- Został poważnie ranny. Ale to typ człowieka, któremu zwykle wszystko się udaje, a 

więc może... 

-  On  nie  żyje  -  oznajmił  Marc.  -  Widziałem,  jak  ambulans,  którym  jechał,  rozerwało 

na drobne kawałki. 

- Och - jęknęła Madeleine. 

- A teraz, Marc - odezwała się Sissi. - Teraz twoja kolej! 

Marc przez cały czas milczał. Tylko parę razy, kiedy opowiadała Madeleine, podniósł 

głowę i uważnie słuchał. Potem na powrót pogrążał się w swej zwykłej apatii. Historia Sissi 

wydawała  się  bezgranicznie  go  nudzić,  mimo  że  trochę  ją  ubarwiła,  aby  zaimponować 

słuchającym. 

- Nie - odrzekł krótko. 

- Dlaczego nie? - spytała Sissi zaczepnie. - My wszyscy wyznaliśmy nasze grzechy, a 

teraz ty musisz wyznać swoje! 

- Sissi - rzucił ostrzegawczo David. 

Ale nie dała się powstrzymać. 

- Czy to prawda, co jest napisane w tym liście? Że kogoś zamordowałeś? 

- Zamknij się! - krzyknął Marc, podrywając się z posłania. 

Sissi także błyskawicznie wstała. 

- Sądzę, że to zrobiłeś - powiedziała bez tchu. - Myślę tak dlatego, że nie chcesz brać 

do ręki broni palnej. Ale nie wydaje mi się, by... 

- Sissi, na litość boską! - prosił David. 

Marc  podszedł  do  okna.  Stanął  tam  zwrócony  do  wszystkich  plecami  i  tak  mocno 

background image

ś

cisnął  framugę,  jakby  chciał  ją  skruszyć.  Sissi  zbliżyła  się  do  niego  i  położyła  mu  ręce  na 

ramionach. Odwrócił się i wściekły potrząsnął nią, a z jego ust posypał się grad najgorszych 

wyzwisk. Potem odsunął Sissi od siebie, spojrzał na nią z nienawiścią, a jego usta wykrzywił 

pogardliwy uśmiech. 

David wpadł pomiędzy nich. 

- Puść ją, Marc! A ty, Sissi, nie powinnaś zachowywać się w ten sposób. 

Marc powoli się uspokoił. Opuścił ręce i wolno od wrócił się tyłem do pozostałych. 

Sissi rozcierała obolałe ramiona. Nie odezwała się więcej, podeszła tylko do swojego 

łóżka i usiadła na nim. 

- Marc, lepiej by było, żebyś nie zostawał w tym pokoju na noc - powiedział David. 

-  Nie  ma  się  czego  bać  -  mruknął  le  Fey,  choć  jego  głos  ciągle  jeszcze  drżał  ze 

zdenerwowania. - Jeżeli tylko zostawicie mnie w spokoju! 

-  Nie  zamierzam  ci  więcej  przeszkadzać  -  rzekła  na  pozór  obojętnie  Sissi,  ale  David 

usłyszał głęboką urazę w jej głosie. Rozumiał, jak bardzo czuła się zraniona. 

Dziesięć  minut  później  w  pokoju  było  zupełnie  ciemno  i  cicho.  Ale  nikt  z  czworga 

dorosłych nie mógł zasnąć. 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

Następny  ranek  wstał  dość  zimny.  Mgła  kładła  się  nad  rzeką,  kiedy  opuszczali 

gościnny  dom  starego  hrabiego.  Dopiero  teraz  zobaczyli,  że  miasto  było  znacznie  bardziej 

zniszczone,  niż  początkowo  sądzili,  właściwie  zachowały  się  jedynie  budynki  przy  głównej 

ulicy.  Mieszkańców  dostrzegli  niewielu,  jakaś  chłopska  furmanka  z  sianem  toczyła  się  z 

hałasem po bruku. 

Wkrótce  znaleźli  się  na  przedmieściu  i  wyszli  na  leśną  drogę.  Kiedy  dotarli  do  jej 

najwyższego  punktu,  roztoczył  się  przed  nimi  wspaniały  widok  na  północ:  w  oddali 

majaczyły  sinoniebieskie  wzgórza,  nieco  bliżej  widać  było  pola,  miasto,  kościoły  i  stary 

zamek. 

Jednak horyzont na południu przybrał barwę czerwoną. 

Niewielka stacja kolejowa, do której zmierzali, leżała w dole, ujrzeli przed sobą tory 

wijące się u podnóża gór. 

Rodzeństwo szło nieco z tyłu. 

- David, rozmyślałam trochę dziś w nocy... 

- Ja także. 

Wymienili porozumiewawcze uśmiechy jak za dawnych czasów. 

-  Gdybyśmy  poprosili  Marca,  żeby  odszedł,  byłoby  to  równoznaczne  z  przyznaniem 

się do porażki, prawda? - spytała Sissi. - A ja do tej pory nigdy tego nie zrobiłam. 

- Wiem. Kiedyś skręcisz kark z tego powodu. Ja myślałem o tym samym. Wydaje mi 

się, że w pewien sposób przyzwyczaiłem się do niego. On stał się częścią mego życia. Mimo 

całej  swej  nieprzystępności  i  trudnego  charakteru  jest  z  nami.  Zresztą  mamy  zbyt  wielu 

wrogów, aby przysparzać sobie jeszcze jednego. 

Sissi skinęła głową. 

- Na swój sposób brakowałoby nam Marca. Potrzebujemy go. 

- Ależ, Sissi, nie jako służącego! 

-  Nie,  nie!  Nie  jestem  aż  tak  zmanierowana.  Ale  wiesz,  myślę,  że  on  nas  także 

potrzebuje. Dlaczego tak po prostu nie odejdzie? 

- Naprawdę nie wiem, czemu z nami został. 

Sissi  obserwowała  Marca,  który  w  skupieniu  słuchał  Michela.  Obaj  szli  na  samym 

przodzie. Madeleine miała ochotę poczekać na Davida i Sissi, ale rozumiała, że brat i siostra 

chcą porozmawiać w spokoju. 

background image

- Czuję do niego wstręt - powiedziała Sissi w zamyśleniu. - Szczególnie po dzisiejszej 

nocy. Ale jednocześnie jest dla mnie podniecającym wyzwaniem. 

-  Jak  to  rozumiesz?  Spędziłaś  dziś  rano  dużo  czasu  przed  lustrem.  Chyba  nie 

zamierzasz go uwieść? 

-  Oszalałeś?  -  oburzyła  się  Sissi.  -  Nie,  ale  chcę  się  dowiedzieć,  co  się  za  tym 

wszystkim kryje... 

-  Ja  także.  I  nie  sądzę,  bym  musiał  się  niepokoić  z  jego  powodu  o  Michela  i 

Madeleine. Oni go w ogóle nie obchodzą, dla Michela jest nawet miły. Tylko ty i ja coś dla 

niego znaczymy. Ale co? On nas nie lubi... Myślisz, że chce nas skrzywdzić? 

Upłynęło sporo czasu, zanim odpowiedziała: 

-  Nie  wiem.  Jeżeli  ma  taki  zamiar,  to  biada  nam!  Może  jestem  głupia,  ale  w  pewien 

sposób mi go żal. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego. Lecz sądzę, że mylisz się co do niego. 

Podejrzewam, że istnieje jakiś związek między Markiem a Madeleine. Nie żeby osobiście był 

nią zainteresowany, oczywiście - dodała trochę nazbyt pośpiesznie. - Ale coś w tym jest... 

- Wiem, o co ci chodzi - odparł David. - Ja też zwróciłem na to uwagę. 

Madeleine nagle przystanęła. 

- Patrzcie! Na stacji stoi samochód! I tych dwóch ubranych na czarno mężczyzn... Oni 

już tam są, monsieur David! 

David zastanawiał się przez kilka sekund. 

-  Domyślają  się,  że  będziemy  chcieli  pojechać  pociągiem  -  mruknął.  -  Ale  budynek 

stacji leży po przeciwnej stronie torów. Możemy  się przedostać pod osłoną magazynu  aż do 

samego  wagonu.  A  potem  możemy  zrobić  to,  co  tysiące  podróżujących  na  gapę  uczyniło 

przed nami. 

- Wskoczyć do pociągu od drugiej strony? - spytał ożywiony Michel. - O, tak! 

Pozostali nie byli zachwyceni tym pomysłem. Szczególnie Sissi myślała z niesmakiem 

o wspinaczce na wysokie stopnie wagonu w długiej sukni. 

-  Nasi  prześladowcy  są  teraz  zdecydowani  na  wszystko  -  stwierdził  David.  -  Za 

wszelką  cenę  będą  chcieli  udaremnić  nam  ucieczkę.  Jeżeli  Michel  i  Madeleine  dotrą  do 

Paryża, Lasalle zostanie zdemaskowany... 

W  tym  momencie  Marc  zatrzymał  się  gwałtownie,  ale  niemal  natychmiast  ruszył 

dalej. Sissi powstrzymała się, żeby nie skomentować jego reakcji, wymieniła tylko z bratem 

porozumiewawcze spojrzenia. 

I wtedy Michel powiedział coś, co zaskoczyło dorosłych. 

-  Jesteście  moimi  przyjaciółmi,  wszyscy  razem!  -  rzekł  z  uśmiechem.  -  I  wszystkich 

background image

was  potrzebuję!  Mądrego  Davida,  silnego  Marca,  miłej  Madeleine  i  pięknej  Sissi,  która 

potrafi  wyprowadzić  w  pole  tych  głupich  mężczyzn!  Czy  mógłbym  marzyć  o  lepszej 

ochronie? 

Sissi  była  zdumiona  bystrością  umysłu  dziesięciolatka.  Nawet  Marc  musiał  się 

odwrócić,  a  wszyscy  pozostali  mogliby  przysiąc,  że  w  kącikach  jego  ust  czaił  się  tłumiony 

uśmiech. Ale to oczywiście niemożliwe! 

-  Rozmawiałem  dziś  rano  z  naszym  miłym,  starym  gospodarzem  -  zaczął  David.  - 

Mówił, że pociągi są teraz bardzo przepełnione z powodu ogromnej liczby uchodźców, którzy 

pragną  się  dostać  na  tereny  jeszcze  nie  zajęte  przez  Niemców.  Podróż  nie  jest  bezpieczna  i 

możliwe,  że  w  ogóle  nie  dotrzemy  do  celu.  Wiele  pociągów  staje,  nie  ujechawszy  daleko, 

albo po prostu przepada bez wieści. 

- Przepada bez wieści? - powtórzył przestraszony Michel. 

- Linia frontu przebiega całkiem niedaleko, chyba widziałeś? 

- Ale jakieś pociągi dojeżdżają do Paryża? - spytała Madeleine. 

David wzruszył ramionami. 

-  Musimy  zaryzykować.  W  każdym  razie  może  o  jakieś  kilkadziesiąt  kilometrów 

zbliżymy się do stolicy, a to już jest coś. 

Przemknęli  przez  las  i  skryli  się  w  krzakach  za  magazynem.  Z  niepokojem  jednak 

patrzyli na stację, a zwłaszcza na dwóch osobników w czerni, uważnie obserwujących peron. 

Widzieli też niemieckich żandarmów, lecz nie oni stanowili teraz największe zagrożenie. 

David szepnął do swych towarzyszy: 

- Ponieważ pociąg będzie przepełniony, może się zdarzyć, że się pogubimy. Zresztą i 

tak się chyba wkrótce rozdzielimy. Jak wiecie, sprzedałem dziś rano samochód i mam sporo 

pieniędzy, więcej niż teraz potrzebuję. Sissi też ma ich niemało. Weźcie te banknoty, Marc i 

Madeleine,  możecie  ich  potrzebować.  Nie,  żadnych  protestów!  Marc,  ty  nie  wiesz  chyba 

dokładnie, dokąd jechać i co robić? 

Marc nie odpowiedział. Patrzył zakłopotany na pieniądze. 

-  To  jest  banknot  stufrankowy  -  podpowiedziała  Sissi  dyskretnie.  -  A  to  jest 

pięćdziesiąt franków... 

Marc wsunął pieniądze do kieszeni. 

- Traktuję to jako pożyczkę - oświadczył z godnością. 

Daleko  na  równinie  zagwizdał  parowóz,  przesuwając  się  powoli  ku  stacji  i 

wypuszczając czarne obłoki dymu. Sissi strzepnęła sukienkę i poprawiła włosy. 

- Jak wyglądam z tyłu? - zwróciła się do Madeleine. 

background image

- Dobrze, tylko trochę siana zostało we włosach. 

Madeleine wyjęła pojedyncze źdźbła, a Sissi podziękowała jej uśmiechem. 

-  Pamiętajcie:  pociąg  stoi  dziesięć  minut.  W  tym  czasie  nie  wolno  wam  się  nawet 

poruszyć! - upominał po raz kolejny David. 

- Strasznie się denerwuję - wyrwało się Madeleine. 

David uspokajająco uścisnął jej rękę. 

- Ile tu ludzi! - szepnął Michel. 

Teraz  już  widzieli,  że  długi  skład  był  wprost  oblężony  przez  pasażerów,  którzy 

wychylali się z okien, stali stłoczeni na platformach, a nawet wisieli na stopniach. 

- Nigdy się nie dostaniemy - mruknęła Sissi. 

- Na pewno nam się uda. Musi! - odparł David. - Jak się czujesz, Madeleine? 

- Trochę słabo. Poza tym dobrze. Już nie boli mnie w piersiach. 

-  Świetnie!  Wkrótce  będziemy  w  domu,  w  Paryżu.  Jeszcze  tylko  kilka  godzin  i 

otrzymacie porządną opiekę. 

- Myślę o tym, jak się czuje mój kucyk - westchnął Michel. - I moje psy. Tęsknię za 

nimi. 

Stali w milczeniu, gdy tymczasem pociąg hamował z piskiem i zgrzytem kół. 

Budynku stacji i peronu nie było widać zza wagonów. 

Minęło  kilka  długich  minut.  Zgromadzeni  na  peronie  ludzie  robili  dużo  hałasu, 

wszyscy  byli  podenerwowani.  Uciekinierzy  widzieli  ze  swej  kryjówki  ubranych  na  czarno 

mężczyzn,  którzy  przeciskali  się  przez  środek  pociągu  zapewne  przy  akompaniamencie 

przekleństw stłoczonych pasażerów. Zaglądali do każdego przedziału, a minuty płynęły. 

W końcu wysiedli. Maszynista dał sygnał odjazdu. 

- Teraz! - szepnął David. 

Przebiegli przez boczny tor do najbliższego wagonu. 

Na szczęście pomiędzy pasażerami siedzącymi na stopniach pozostało trochę wolnego 

miejsca.  Kiedy  pociąg  wytaczał  się  ze  stacji,  piątka  zbiegów  stała  już  na  zatłoczonej 

platformie. 

Sissi uśmiechała się uszczęśliwiona, a wiatr rozwiewał jej włosy. Ledwo dosięgała do 

poręczy i z trudem utrzymywała równowagę. Marc znalazł się obok niej. Sissi nie była z tego 

zadowolona, ale on stał jak gdyby nigdy nic, trzymając za rękę Michela. Sissi zauważyła, że 

David i Madeleine także stoją bardzo blisko siebie, ale cóż było robić w tym tłoku. Udała, że 

nie dostrzega rozpromienionej twarzy dziewczyny. 

Ach, było cudownie, byli niezwyciężeni, Sissi wprost rozpierała radość życia! Mknęli 

background image

na południe, ku wolności! 

- Przykro mi - rzekł David do Madeleine. - Jako lekarz nie mogę patrzeć, jak tu stoisz. 

Sissi, chodź z nami, może znajdę wam jakieś miejsca siedzące! 

Protesty  dziewcząt  nic  nie  pomogły.  David  utorował  sobie  przejście  do  wagonu, 

dosłownie wcisnął Sissi i Madeleine na ławki i po chwili wrócił na platformę. 

Madeleine nie podobało się w przedziale. Sissi także nie. Czuły się tu intruzami. Sissi 

siedziała  pomiędzy  pulchną  damą  a  jegomościem,  który  kątem  oka  rzucał  na  nią  pożądliwe 

spojrzenia.  Na  wprost  siebie  miała  wysokiego  mężczyznę,  który  wyraźnie  okazywał 

niezadowolenie, ponieważ przez nią nie mógł wyprostować długich nóg. 

Wyglądała  przez  okno,  na  ile  to  w  ogóle  było  możliwe.  Widziała  rozległe,  lekko 

pofałdowane  równiny,  porośnięte  winnicami,  i  skupiska  wiejskich  zagród,  czasem  tak  duże, 

ż

e  można  by  je  nazwać  wsiami,  innym  razem  zaś  składające  się  z  kilku  domostw.  Gęsty, 

popielatoczerwony dym nad horyzontem był coraz bliżej. Do tej pory mijali mało zniszczone 

tereny,  ale  pociąg  stopniowo  zmniejszał  prędkość,  jakby  nie  miał  ochoty  jechać  dalej,  w 

okolice ogarnięte wojną. 

W przedziale panowała straszliwa duchota. Madeleine czuła się źle, pot wystąpił jej na 

czoło, wszystko przed oczyma wirowało. Nie mogła dłużej tego znieść, wstała, a Sissi wyszła 

za nią. Zwolnione przez nie miejsca natychmiast zostały zajęte. 

-  I  co?  -  spytał  David,  kiedy  wreszcie  dziewczętom  udało  się  wrócić  na  platformę. 

Tutaj było przynajmniej świeże powietrze, choć parowóz potężnie dymił. 

-  Wpadłam  w  panikę  -  wyjaśniła  Madeleine.  -  Myślałam,  że  zemdleję  z  powodu 

ciasnoty i braku powietrza. 

-  A  ja  miałam  problemy  z  jakimś  podrywaczem,  który  próbował  mnie  obmacywać  - 

dodała  Sissi.  -  Ale  ukłułam  go  szpilką  do  kapelusza.  Madeleine  była  jednak  w  gorszej 

sytuacji, wciąż dotykały jej czyjeś ręce. 

-  Co?  -  zawołał  gniewnie  David.  -  A  to  rozpustnicy!  Czy  nie  mogli  zostawić  w 

spokoju chorej dziewczyny? 

- To nie było takie groźne - uspokajała go Madeleine. 

- A jednak! Poza tym jesteś moją... 

Spojrzała na niego zdumiona. 

- ... pod moją opieką - dokończył. 

Madeleine odwróciła się, aby nie mógł zobaczyć, jak zabłysły jej oczy. 

Davidzie,  Davidzie,  zastanów  się,  co  ty  robisz!  pomyślała  Sissi.  Nie  krzywdź  tej 

dziewczyny, przecież między wami nigdy nic nie będzie! 

background image

Krajobraz  wokół  nich  powoli  się  zmieniał.  Spalone  miasta,  dym  wijący  się  ponad 

winnicami,  drogi  pełne  długich  kolumn  uchodźców.  Zbliżali  się  do  terenów  objętych 

działaniami wojennymi. 

-  David,  mam  nieczyste  sumienie  -  zaczęła  Sissi.  -  Jedziemy  na  gapę.  Czy  nie  ma  tu 

konduktora? 

- A którędy miałby przejść? - odparł David. Zrobił dla Madeleine trochę miejsca przy 

poręczy,  żeby  mogła  się  oprzeć  i  odpocząć.  Michel  usiadł  w  kucki  przy  ścianie  wagonu  i 

rozmawiał  z  innymi  dziećmi.  Sissi  i  Marc  musieli  stać  przy  drzwiach  prowadzących  na 

korytarz, które bez przerwy otwierały się i zamykały. 

Sissi  czuła,  że  cała  jest  przesiąknięta  dymem,  włosy  wciąż  opadały  jej  na  twarz. 

Kapelusz musiała zdjąć, nie utrzymałby się na tym wietrze. 

Wagonem szarpnęło, znów ktoś popchnął ją na Marca. Dziwne, ale nie sprawiało jej to 

przykrości.  Za  każdym  razem  przez  kilka  sekund,  zanim  nie  powróciła  do  poprzedniej 

pozycji, czuła pod swoimi dłońmi jego ciało. To dziwne myśleć o Marcu jako o ciepłej, żywej 

osobie. Taki kontrast w zestawieniu z jego szczególnym sposobem bycia! Jedno do drugiego 

całkiem nie pasowało. 

Pociąg zatrzymał się na stacji. 

- Nie! - zawołał Michel. - Czyżby zamierzali zabrać jeszcze więcej pasażerów? Chyba 

oszaleli! 

David  westchnął  zmartwiony.  Jak  się  okazało,  pociąg  został  zatrzymany  na  rozkaz 

Niemców. Była ich cała kompania. 

- Chyba nie chcą tu wsiąść? - spytała przerażona Madeleine. 

- Nie wygląda na to. 

Nagle Sissi drgnęła, usłyszała bowiem, jak ktoś mówi, że właśnie za chwilę pojawi się 

sam  głównodowodzący  Kutsche.  Zbiegowie  popatrzyli  po  sobie.  Sissi  wychyliła  się,  aby 

lepiej widzieć. 

Zaskoczona  zobaczyła  starszego,  bardzo  niskiego  mężczyznę  z  ogromnymi  wąsami  i 

w  zbyt  dużej  czapce,  opadającej  mu  na  nos.  Odebrał  on  meldunek  dowódcy  ustawionej  w 

karnym dwuszeregu kompanii, a potem cienkim głosem wydał jakąś komendę. 

Sissi oniemiała. Kiedy pociąg wytaczał się że stacji, David próbował stłumić śmiech, 

lecz mu się to nie udało. Po chwili także Sissi parsknęła śmiechem. 

Marc spojrzał na nich zdziwiony. 

- Co się stało? 

David, krztusząc się ze śmiechu, wyjaśnił: 

background image

- Sissi podała się za metresę tego człowieka! 

Marc zmarszczył brwi. 

- Metresę? 

- Tak, kochankę  albo damę do towarzystwa, jak  wolisz. Pamiętasz, jak opowiadała o 

sfałszowanym przez siebie dokumencie? 

- Tak, ale kochanka? Co to takiego? 

Nagle olśniło go. 

- Ach, rozumiem! - powiedział i wymienił określenie tak wulgarne, aż Sissi pobladła 

na twarzy. 

- Marc! - zawołał David. - Cofnij to słowo! 

- Mówiłem wam, że uczyłem się samych brzydkich słów! 

David powoli się uspokajał. 

- Ale musiałeś chyba dowiedzieć się czegoś o... kobietach... tam gdzie byłeś? 

- Tak, inni o tym mówili. Ale to chyba nie mogła być prawda... 

- Potrafię sobie wyobrazić te opowieści - stwierdził David z głębokim niesmakiem. - 

Czy  nigdy  nie  słyszałeś  o  miłości?  Miłość  między  kobietą  i  mężczyzną  może  być  czymś 

pięknym i wspaniałym. I bardzo łatwo ją zniszczyć. 

-  Myślisz,  że  on  coś  z  tego  rozumie?  -  rzuciła  ostro  Sissi.  -  A  ty,  Marc,  powinieneś 

wiedzieć, że nie jestem jak te kobiety... o których słyszałeś - dodała wyniośle. 

David i Madeleine popatrzyli po sobie zakłopotani. Wszyscy czworo stali w zupełnym 

milczeniu.  Słychać  było  tylko  sapanie  lokomotywy,  stukot  kół  i  szmer  rozmów  pozostałych 

pasażerów. 

Gęsty  dym  pożarów,  zmieszany  z  dymem  wypuszczanym  przez  parowóz,  był  nie  do 

zniesienia.  Pociąg  wlókł  się  w  ślimaczym  tempie,  maszynista  zatrzymywał  go 

niejednokrotnie,  żeby  sprawdzić,  w  jakim  stanie  są  tory.  W  pewnym  momencie  stojący  na 

platformie pasażerowie zobaczyli na sąsiednim torze wykolejony pociąg, który najwidoczniej 

także zmierzał na południe. Rozległy się krzyki przerażenia. Podziurawione od pocisków, na 

wpół spalone wagony musiały tu leżeć już od paru dni. 

Pociąg minął to straszne miejsce i znowu zwiększył prędkość. 

Po  krótkiej  chwili  zdarzyło  się  jednak  to,  czego  wszyscy  się  obawiali:  jakiś  kolejarz 

zatrzymał lokomotywę, machając czerwoną chorągiewką. 

Od czoła pociągu nadbiegł zdenerwowany człowiek. 

- Dalej nie pojedziemy! - zawołał. - Most kolejowy nad Oise został zburzony godzinę 

temu. 

background image

-  Oise  -  powtórzył  David  z  namysłem.  -  Oise?  Adres,  który  dostałem  od  starego 

hrabiego... 

Nagle  powietrze  przeszył  złowróżbny  świst.  Marc  energicznie  popchnął  Sissi  ku 

ś

cianie. 

- Nie stój tak i nie gap się, idiotko! - krzyknął. 

Padli tuż obok siedzącego na podłodze Michela. Pocisk rozerwał się gdzieś w pobliżu, 

wagonem potężnie zatrzęsło, a z jego drugiego końca dobiegł krzyk. 

Przerażona  Sissi  uniosła  głowę  i  zobaczyła  twarz  Marca  tuż  przy  swojej.  Michel 

zaczął płakać. 

- David! - zawołała Sissi. - Co z wami? 

- Nic się nie stało - odparł jej brat niepewnym głosem. - Chodźmy, musimy przedostać 

się do rzeki, tu nie możemy zostać. 

Większość  pasażerów  opuściła  już  wagony  i  ruszyła  zwartym  strumieniem  wzdłuż 

torów. Pomiędzy rodzeństwem rozgorzał spór na temat bagażu Sissi, w końcu oboje poszli na 

kompromis i ustalili, że Sissi może zatrzymać najmniejszą torbę. Teraz próbowała upchnąć w 

niej jak najwięcej rzeczy. 

-  Ale  sama  ją  będziesz  niosła!  -  uprzedził  David.  -  Myślę,  że  nie  powinniśmy  iść 

wzdłuż szyn, to zbyt niebezpieczne. Zejdźmy na dół, w te krzaki! 

Kiedy przebyli biegiem jakieś sto metrów, David zwolnił i spojrzał z rozbawieniem na 

Sissi. 

- Nie rozumiem, po co się kąpałaś wczoraj wieczorem. Próżny trud. 

Natychmiast wyjęła lusterko. 

- O nieba! - zawołała. Jej twarz pokrywały czarne plamy od sadzy, elegancka fryzura 

przestała istnieć, a śliczna sukienka poszarzała. Roześmiała się. - Dobrze więc. Jeżeli tak ma 

być, to niech będzie. 

Wyjęła wszystkie szpilki do włosów i jej jasne loki opadły swobodnie na ramiona. 

Kiedy przechodzili nad wąskim kanałem, umyła sobie twarz. 

- Mówcie sobie co chcecie o mojej zwariowanej siostrze - zaśmiał się David. - Ale ona 

nigdy nie traci stylu! 

Nagle  Sissi  zadrżała  z  przerażenia.  Dostrzegła,  że  w  kanale  coś  płynie.  Gdy 

zrozumiała,  że  to  zwłoki  mężczyzny  w  mundurze,  rzuciła  torbę  i  zaczęła  uciekać.  Po  paru 

metrach zdołała się opanować i wróciła do pozostałych. 

-  Davidzie  -  powiedziała  po  dłuższej  chwili  z  ledwie  wyczuwalnym  drżeniem  w 

głosie.  -  Zabawa  skończona.  Twoja  nieznośna  siostra  wreszcie  pojęła,  że  znaleźliśmy  się  w 

background image

samym środku wojny! 

Madeleine tymczasem przyniosła ciężką torbę Sissi. 

- Zostawiła ją pani, mademoiselle Cecilie. 

- Dziękuję - uśmiechnęła się Sissi. - Słuchajcie, musimy uporządkować pewne sprawy. 

Po  pierwsze,  wszyscy  będziemy  zwracać  się  do  siebie  na  ty.  Słyszałam,  że  Marc  już  zaczął 

tak do mnie mówić. W pociągu nazwał mnie nawet idiotką. A więc została tylko Madeleine. 

Twarz dziewczyny pokryła się rumieńcem. 

- Ale ja przecież nie mogę... Dobrze, obiecuję, ze spróbuję. 

- Świetnie! A po drugie, nie zamierzam dłużej dźwigać tej głupiej torby... 

Seria  niedalekich  strzałów,  która  właśnie  przeszyła  powietrze,  zagłuszyła  resztę 

zdania. Wszyscy jednak mogliby przysiąc, że powiedziała: „skoro muszę robić to sama”. 

Kiedy znowu zapadła cisza, Sissi oświadczyła: 

-  Chętnie  zostawię  resztę  rzeczy,  jeśli  tylko  dacie  mnie  i  Madeleine  trochę  czasu  na 

zmianę sukien. 

-  Nareszcie  rozsądne  słowa  -  pochwalił  ją  David.  -  Zaczynajcie,  my  już  się 

odwracamy. 

Zmieszana Madeleine zaczęła nieśmiało: 

- Ale ja nie mogę... Przecież to pani ubrania... 

Sissi zareagowała stanowczo. 

-  Pokora  jest  cenną  cnotą,  ale  nie  może  przeradzać  się  w  uniżoność!  Nie  zapominaj 

nigdy o swojej wartości jako człowieka, a przede wszystkim jako kobiety! 

- Słuchaj i zapamiętaj, Madeleine! - zaśmiał się David zwrócony do nich plecami. - W 

tej dziedzinie możesz się wiele nauczyć od mojej siostry! 

O  zmroku,  zdruzgotani  psychicznie,  głodni  i  wyczerpani,  dotarli  do  niewielkiego 

młyna nad rzeką Oise. Niezdolni do dalszego wysiłku padli na trawę. Mieli za sobą straszny 

dzień. Ponieważ znajdowali się w strefie ogarniętej walkami, musieli wybierać okrężne drogi, 

nadkładając  kilometrów.  Nie  raz  i  nie  dwa  kule  świszczały  im  tuż  nad  głowami.  Trudy 

wędrówki zbliżyły ich bardzo do siebie i solidarnie pomagali sobie nawzajem. 

Starali  się  posuwać  wzdłuż  rzeki  Oise.  David  wykorzystywał  każdą  okazję,  by  się 

upewnić,  czy  idą  w  dobrym  kierunku.  Pragnęli  jak  najszybciej  trafić  pod  adres  wskazany 

przez starego hrabiego. Ale teraz nie mieli już siły. 

background image

ROZDZIAŁ IX 

Leżeli  wyczerpani  w  miękkiej  trawie  i  jedli  resztki  żywności,  którą  zabrali  na  drogę. 

W oddali grzmiały armaty, niebo rozbłyskiwało jak na pokazie fajerwerków. 

-  Michel,  muszę  cię  pochwalić  -  powiedział  David.  -  Zachowywałeś  się  naprawdę 

wspaniale! 

Chłopiec się rozpromienił. 

- To nie takie trudne, jeżeli w pobliżu jest Marc. 

- Tak - zgodził się David. - Dobrze opiekowałeś się chłopcem! 

- Dzieci nie powinny cierpieć - mruknął Marc. 

- Masz do nich odpowiednie podejście. Powinieneś mieć własne. 

Twarz Marca spochmurniała. 

- Niby w jaki sposób? Może mam je ukraść? 

Ma rację, pomyśleli pozostali. Jaka kobieta zechciałaby kogoś takiego jak on? 

- Jest jeden problem - David zmienił temat. - Gdzie przenocujemy? 

- Tutaj - odparła Sissi niewyraźnie. 

- Cóż to znowu? Nie w hotelu? 

- Chyba że jakiś tu przestawisz i wniesiesz mnie do środka. 

- Co ty na to, Marc? 

- Ja zostaję tutaj. 

- Madeleine? 

- Ja też. 

- I ja również - dodał Michel. - Poobcierałem sobie nogi. 

- A jeżeli będzie zimno? Madeleine nie może marznąć. 

- To ją ogrzejesz. Kładź się i bądź cicho!  - przerwała mu Sissi. - Mnie już zamykają 

się oczy. 

David zrezygnował. Dziesięć minut później wszyscy już spali. 

Nad ranem Sissi się przebudziła. Czuła, że ktoś poprawia płaszcz, którym była okryta. 

Lekko uchyliła oczu. To Marc... 

Szarzało. Ptaki zaczynały  śpiewać, nad  rzeką kładła się mgła, a trawa była mokra od 

rosy. Sissi drżała z zimna. 

Udawała,  że  śpi,  nie  miała  ochoty  rozmawiać  z  Markiem.  Czekała,  aż  odejdzie,  ale 

tego nie zrobił. Z bijącym sercem leżała nieruchomo. 

background image

Nic  się  nie  zdarzyło.  Po  prostu  tylko  siedział.  Wiedziała,  że  patrzy  na  nią.  A  potem 

ostrożnie, bardzo ostrożnie musnął dłonią jej policzek. Robił to tak, jakby nigdy wcześniej nie 

dotykał skóry kobiety. Sissi uświadomiła sobie, że tak w istocie było. Z trudem opanowywała 

drżenie. 

Teraz Marc delikatnie okręcał wokół swoich palców małe loczki przy policzku Sissi, a 

kiedy położył rękę na jej szyi i powoli zsuwał coraz niżej, rozległ się głos Davida. 

- Marc! 

To  jedno  jedyne  słowo  zabrzmiało  niczym  strzał  w  panującej  wokół  ciszy.  Marc 

natychmiast wstał i odszedł. 

Sissi  skuliła  się  pod  płaszczem,  po  raz  pierwszy  była  naprawdę  wściekła  na  swego 

opiekuńczego brata. 

Po  kilku  godzinach  obudziła  ich  potężna  wymiana  ognia  po  drugiej  stronie  rzeki. 

Instynktownie poszukali schronienia w pobliżu na wpół zrujnowanego młyna. 

- Brr - trzęsła się z zimna Sissi. - Czuję się, jakbym sama przeszła przez żarna. 

- Ja też - dodał Michel. - Jestem zmarznięty, poobijany i brudny. Chyba nie za bardzo 

lubię takie życie. 

- To widać!  - powiedziała Sissi i przytuliła  go. -  Wreszcie jakaś bratnia dusza wśród 

tych wszystkich zahartowanych sportowców - szaleńców! 

David roześmiał się. 

- Może ruszymy się stąd, zanim do reszty to zburzą? 

Wstali, choć nogi odmawiały im posłuszeństwa. 

- Nie odważę się przejrzeć w lustrze - westchnęła Sissi. 

David przyglądał się jej z ukosa. 

-  Choć  raz  jesteś  naturalna,  to  ci  dodaje  uroku.  Źdźbła  trawy  we  włosach,  okruchy 

chleba na kołnierzyku. Jesteś młodsza o co najmniej trzy lata. Co o tym sądzisz, Marc? 

Marc  szybko  odwrócił  oczy.  Sissi  jednak  nie  raz  i  nie  dwa  przyłapała  go  na  tym,  że 

przypatrywał się jej ukradkiem, zamyślony. I do tego jeszcze to jego dziwne zachowanie nad 

ranem...  Świadomość,  że  czternaście  lat  spędził  w  więzieniu,  wypełniała  Sissi  nieopisanym 

niepokojem. I ten niepokój nie dotyczył wcale Marca. Był to strach przed tym, co drzemało w 

niej samej i czego nie pojmowała. 

Taki niewychowany gbur! myślała z gniewem. Czy nikt go nie nauczył, że nie wolno 

tak bezczelnie się gapić? 

Ale  podświadomie  poruszała  się  z  większą  gracją  albo  powolnym  ruchem  odrzucała 

włosy z karku. 

background image

Będzie  świetnie,  kiedy  nareszcie  się  go  pozbędziemy,  myślała.  Nigdy  jeszcze  nie 

spotkałam tak nieokrzesanego mężczyzny. 

Dwie godziny później stanęli przed dużym budynkiem w pobliskim mieście. 

- Ale to przecież szpital! - zawołała Madeleine zaskoczona. 

-  Tak  -  odparł  David  - Adres  jednak  się  zgadza.  A  mężczyzna,  do  którego  mamy  się 

zgłosić, jest lekarzem. 

W recepcji doktor Duclair podniósł wzrok znad listu, który wręczył mu David. 

-  Jeżeli  mój  stary  przyjaciel  prosi  mnie  o  przysługę,  wiem,  że  to  poważna  sprawa, 

ponieważ czyni to bardzo rzadko. Z listu wynika, że trzeba coś szybko postanowić w sprawie 

tego  małego  chłopca.  Macie  szczęście,  żeście  mnie  tu  spotkali.  Jutro  w  nocy  znowu  się 

przenosimy. 

- Przenosicie się? - spytał David. 

-  To  hrabia  o  tym  nie  wspomniał?  Mamy  specjalnie  przystosowaną  dużą  łódź.  Mały 

pływający  lazaret,  jeśli  wolicie.  W  czasie  pokoju  jest  to  szpital  ruchomy,  ale  teraz... 

Przewozimy  rannych  żołnierzy,  ale  też  i  innych  ludzi,  którzy  muszą  przedostać  się  do  nie 

okupowanej części Francji. Nawet do samego Paryża, jeśli to konieczne. 

Uciekinierzy z trudem ukrywali radość. 

- A co na to Niemcy? 

- Nie pytamy ich o zgodę. Do tej pory jakoś nam się udawało, choć dziś w nocy było 

naprawdę niebezpiecznie. Trafiliśmy pod bomby... Ale wszystko się powiodło. Czy możecie 

poczekać półtora dnia? 

-  Tego  nam  właśnie  trzeba!  Mała  Madeleine  potrzebuje  odpoczynku.  Ja  natomiast 

prawie jestem lekarzem, a mój... przyjaciel Marc zwykle asystuje mi przy prostych zabiegach. 

Więc jeżeli moglibyśmy w czymś pomóc... 

Doktor Duclair przyjął tę propozycję jak dar niebios. 

-  Ma  pan  paskudną  ranę  na  głowie,  hrabio  de  Saint  -  Colombe.  Zobaczę,  może  będę 

mógł założyć panu parę szwów po południu. A tę młodą dziewczynę powinienem właściwie 

umieścić w szpitalu. Co jej dolega? 

David  opowiadając  o  chorobie  Madeleine  z  troską  patrzył  na  jej  okoloną  ciemnymi 

włosami  twarz.  Z  żalem  myślał  o  tym,  jak  wiele  musiała  wycierpieć  ta  drobna  i  krucha,  a 

jednocześnie tak silna dziewczyna. Wiele dałby za to, żeby usłyszeć jej beztroski śmiech. 

- A ta druga młoda dama? - zainteresował się doktor Duclair. - Sądzi pani, że mogłaby 

pomóc przy chorych? 

- Hm - mruknął David i otrząsnął się z zamyślenia. - Co ty na to, Sissi? 

background image

-  Phi!  -  odparła.  -  Czy  słyszałeś  o  jakiejś  rzeczy,  której  bym  nie  potrafiła?  Zawsze 

marzyłam o tym, żeby pobawić się we Florence Nightingale. 

- Teraz ma pani okazję - rzucił szorstko lekarz. 

Sissi, nie zrażona tonem głosu doktora, dodała szybko: 

- Czy mógłby pan także zbadać Marca? 

Marc wyglądał na wściekłego, lecz na prośbę lekarza zdjął niechętnie koszulę. 

-  Co,  do  licha,  się  panu stało?  - zdziwił  się lekarz.  -  Przejechała  po  panu  brona?  Ale 

tym zajmiemy się później. Teraz opatrzymy tylko tę zaognioną ranę. 

Kiedy wyjmował odłamek, Marc nawet się nie skrzywił. 

- Chyba pan przywykł do cierpienia - rzekł lekarz. 

- Sądzę, że on ma poważne kłopoty z prawą nogą - nie poddawała się Sissi. 

Marc, posławszy jej soczyste przekleństwo, uniósł nogawkę spodni. Sissi zakryła ręką 

usta i odwróciła oczy. 

-  Co  się  dzieje?  -  spytał  lekarz.  -  Będzie  pani  musiała  znosić  gorsze  widoki  niż  ten, 

jeżeli chce pani iść w ślady Florence Nightingale. 

- Ale to dotyczy Marca - odparła Sissi bez zastanowienia. 

David i Marc spojrzeli na nią zdumieni. 

- Co przez to rozumiesz? - spytał David groźnie. 

Sissi się speszyła. 

- Nic specjalnego. Pomyślałam tylko o tym, jak biegł przez las z tą okropną raną, jak 

niszczył przęsło mostu i dźwigał ogromne kamienie... 

- Tak, tak - przerwał jej David. - Zawsze masz na wszystko odpowiedź. 

Lekarz zajął się nogą Marca, oczyścił ranę i zabandażował ją. Potem rozlokował całą 

piątkę w osobnych pokoikach, by mogli odpocząć. 

Mimo że wojna krążyła wokół miasta, czuli się tak, jakby trafili do prawdziwej oazy. 

Sissi wyprostowała obolałe plecy i odgarnęła włosy z czoła. Wiele godzin spędzili w 

sali chorych, David, Marc, ona i lekarz imieniem Victor. Był to pewny siebie młody człowiek, 

zdolny,  lecz  zarozumiały  i  skory  do  flirtów.  Sissi  znała  przynajmniej  tuzin  jemu  podobnych 

jeszcze z Norwegii. Odpowiadała mu zaczepnie, jak to czyniła w stosunku do mężczyzn tego 

typu, ale teraz ze zdziwieniem stwierdziła, że towarzystwo owego młodzieńca zupełnie jej nie 

bawi. 

Przez pierwsze godziny była tak wstrząśnięta tym, co zobaczyła w szpitalu, że musiała 

robić  sobie  długie  przerwy.  Stawała  wówczas  przy  wejściu,  aby  zaczerpnąć  świeżego 

powietrza. Nie chciała, by ktokolwiek zauważył, że robi jej się słabo i jest bliska załamania. 

background image

Do tego nie przyznałaby się nawet sama przed sobą. Nie Sissi! 

Na  zewnątrz  o  wiele  wyraźniej  słychać  było  odgłosy  walk,  wydawało  się,  że 

przybierają  na  sile  za  każdym  razem,  gdy  wychodziła.  Sissi zmuszała  się  więc,  żeby  wrócić 

do szpitalnej sali. Ale nigdy, przenigdy nie zostanie Florence Nightingale, wystarczy, że tego 

rodzaju bezinteresowną służbę podejmie David. 

Ciągle  przybywało  rannych,  żołnierzy  i  cywilów.  I  za  każdym  razem  Sissi  musiała 

narzucać sobie żelazną dyscyplinę, aby się nimi zająć. Nie uświadamiała sobie nawet, ile ją to 

wszystko kosztuje. Zwykle człowiek nie przygotowany do pielęgnowania chorych nie jest w 

stanie podołać tego rodzaju obowiązkom. Sissi jednak do perfekcji posiadła sztukę panowania 

nad sobą. 

David  pracował  ze  zdwojoną  energią,  był  w  swoim  żywiole.  Sissi  podziwiała  brata, 

naprawdę jej imponował. 

Marc  chodził  milczący  i  ponury.  Powodem  złego  nastroju  nie  była  praca,  którą 

wykonywał niemal mechanicznie. Nie, dręczyło go coś zupełnie innego. 

Sissi musiała odpocząć, wyszła więc na korytarz i stanęła przy oknie. Na zewnątrz już 

się  ściemniało.  Eksplodujące  granaty  i  pociski  rozjaśniały  horyzont,  grzmiało  i  huczało,  ale 

Sissi przyzwyczaiła się do tych dźwięków i już jej nie przerażały. 

Jak łatwo człowiek się przystosowuje! pomyślała. Jak łatwo obojętnieje! 

Obok niej przechodził Marc z brudną pościelą. 

- Hej - zagadnęła go Sissi. - Jak ci idzie? 

Zatrzymał się niechętnie. 

- Dobrze. 

Nagle Sissi poczuła się dziwnie onieśmielona. 

- Strasznie mnie bolą plecy - westchnęła. 

- Ach, tak - Marc nie okazał szczególnego zainteresowania. - David i pozostali pytali o 

ciebie - rzucił krótko. 

- Uff! - powiedziała Sissi, odchodząc od okna. - Nie znoszę Victora, tej nadętej ryby! 

Tego śmiertelnie nudnego idioty! 

Marc schylił się, by podnieść prześcieradło, które wypadło mu z rąk. Choć głowę miał 

opuszczoną, Sissi spostrzegła, że się uśmiecha. 

Stanęła jak wryta. Mógł to być jego zwykły pogardliwy  grymas.  Lecz równie dobrze 

mógł to być uśmiech, który próbował ukryć. Uśmiech na ustach Marca? Niemożliwe! 

Miasto  zostało  już  zdobyte  przez  Niemców,  ale  Francuzi  nie  chcieli  się  z  tym 

pogodzić. Przez cały następny dzień na ulicach toczyły się krwawe walki. Sissi zastanawiała 

background image

się,  czy  oddanie  miasta  nie  byłoby  rozsądniejszym  rozwiązaniem.  Rannych  i  umierających 

wnoszono  nieprzerwanym  strumieniem.  Wszystkie  łóżka  były  zajęte,  podłogi  w  salach  i  na 

korytarzach również. 

Kiedy  Sissi  po  raz  pierwszy  zobaczyła  konającego,  poczuła,  że  musi  się  kogoś 

przytrzymać,  by  nie  upaść.  Najbliżej  stał  akurat  Marc.  Ze  złością  odsunęła  się  od  niego.  Za 

nic  nie  chciała,  by  odkrył  jej  słabość.  Zacisnęła  zęby  i  znowu  starała  się  zachowywać  tak, 

jakby nic na świecie nie było w stanie jej poruszyć. 

Po południu następnego dnia, kiedy Sissi odpoczywała w swoim pokoju na górze, do 

szpitala przyszli Niemcy. 

Było ich trzech. Wtargnęli do sali chorych i od razu przystąpili do rzeczy: 

-  Otrzymaliśmy  wiadomość,  że  wczoraj  rano  przybył  tu  mały  chłopiec  z  czwórką 

dorosłych.  Dwoje  z  nich  to  kobieta  i  mężczyzna  o  jasnych  włosach  Wszyscy  oni  są 

poszukiwani. 

Doktor Duclair spojrzał na intruzów z udanym zdziwieniem. David i Marc wymienili 

spojrzenia, ale nie przerywali swoich zajęć. Czapka lekarska przysłaniała jasne włosy Davida 

i, na ile to możliwe, próbował kryć się za innymi. 

- Mamy tu tak wielu pacjentów - odparł lekarz. - Ale małego chłopca nie mogę sobie 

przypomnieć. W każdym razie nie w ostatnim czasie. 

- Przeszukamy szpital! 

- Bardzo proszę. 

Niemcy  sprawdzili  wszystkie  sale  i  w  końcu  dotarli  na  poddasze.  Otworzyli  z 

rozmachem drzwi do pokoju Sissi. 

Przestraszyła się, ale nie dała tego po sobie poznać. Głośno, tak by mogli ją usłyszeć 

przebywający w sąsiednim pokoju Madeleine i Michel, zawołała oburzona: 

- Niemieccy oficerowie? Czego tu szukacie? Precz stąd! 

- Aha!  - odezwał się jeden z Niemców. -  Blondyna, w dodatku taka harda! Czy  pani 

przypadkiem nie jest właścicielką wspaniałego bugatti? 

Czas. Michel potrzebował czasu! Mimo ogromnego napięcia Sissi zachowała spokój. 

Powaga sytuacji dodawała jej siły. 

- Bugatti? - spytała głosem słodkim jak miód. - A co to takiego? 

- Nie udawaj głupiej, maleńka - odparł porucznik, widać najważniejszy z całej trójki. 

Podszedł do łóżka i uniósł jej brodę. 

- Moi panowie, jestem norweską pielęgniarką, a was nie powinni obchodzić obywatele 

Norwegii! 

background image

Mówiąc  to  rozminęła  się  z  prawdą,  była  obywatelką  francuską,  tak  jak  David,  ale 

uważała, że w tej sytuacji kłamstwo jest usprawiedliwione. 

Porucznik  usiadł  na  brzegu  łóżka.  Próbował  powiedzieć  po  norwesku  coś,  co  w 

rzeczywistości okazało się szwedzkim „na zdrowie”: 

- Skål, mina vänner! 

- ...Starej krowie, ty ohydna klucho! - odparła Sissi po norwesku, bo domyśliła się, że 

Niemiec nie rozumie tego języka. 

Niemcy popatrzyli pożądliwie na dziewczynę. Podeszli bliżej łóżka... 

Tymczasem  Madeleine  przebywająca  z  Michelem  w  sąsiednim  pokoju  pozwoliła 

sobie na chwilę marzeń. 

David, powtarzała w myślach, och, David! Pamiętała jeszcze wciąż przestrogi matki: 

„Nie  słuchaj  eleganckich  panów  z  miasta,  używają  niezwykle  pięknych  słów,  ale  one  są 

fałszywe! Dla nich służąca ze wsi nic nie znaczy. Bawią się nią, uwodzą, kuszą do występku, 

a potem, kiedy osiągną swój cel, udają, że w ogóle nie znali tej dziewczyny!” 

Ale monsieur David nie jest taki, Madeleine wiedziała o tym. Jest delikatny, miły, to 

prawdziwy dżentelmen. 

Nagle znieruchomiała. Głosy z pokoju Sissi... Co powiedziała panienka? 

- Michel - szepnęła Madeleine. - Szybko na górę! 

Chłopiec błyskawicznie wydostał się na dach. Ukryty za kominem, siedział słuchając 

odgłosów  strzałów  dochodzących  z  miasta.  Serce  biło  mu  mocno  ze  strachu,  nie  był 

stworzony do szalonych przygód. 

Madeleine nastawiła uszu. 

Z pokoju obok dobiegł ją krzyk. 

Zbiegła na dół, narzuciwszy na ramiona szpitalny szlafrok. 

- David! Och, David! W pokoju Sissi są Niemcy i myślę, że... O mój Boże! 

Marc  upuścił  naczynie,  które  trzymał  właśnie  w  rękach,  i  wypadł  z  sali,  zanim 

ktokolwiek zdążył zareagować. 

Kiedy David i doktor Duclair dotarli do pokoju Sissi, dziewczyna siedziała skulona w 

samym  końcu  łóżka,  przy  poduszce,  blada  jak  kreda.  Drżącymi  rękami  desperacko 

przytrzymywała przykrywające ją prześcieradło. Jeden z Niemców był już unieszkodliwiony, 

drugi został właśnie „powalony przez Marca, a trzeciego rozbrojono w chwili, kiedy kierował 

pistolet w stronę obrońcy Sissi. 

David podbiegł do siostry. 

- Jak to się stało? - zawołał. 

background image

Skierowała wzrok w stronę Marca, to on rzucił jej prześcieradło. 

- Przyszliście w samą porę. Dzięki Bogu! 

David zobaczył ślady paznokci na twarzy jednego z Niemców. 

- Widzę, że dzielnie się broniłaś? 

- Kobieta ma swoją broń - odparła, próbując się uśmiechnąć. 

- Czy teraz, wreszcie zrozumiesz, że nie można przez całe życie się bawić? - krzyczał 

rozgniewany  David.  -  Myślisz,  że  poradzisz  sobie  w  każdej  sytuacji  za  pomocą  kobiecego 

wdzięku i urody? Czy mogłaś spodziewać się czegoś innego? 

Nerwowy uśmiech Sissi stał się jeszcze bardziej nienaturalny. 

- Co teraz z nimi zrobimy? - spytał Marc. 

-  Przekażemy  dowództwu  francuskiemu  -  odpowiedział  doktor  Duclair.  -  Niech  tam 

zdecydują. Gwałt jest poważnym przestępstwem. 

Sissi szybko się opanowała. Nie chciała, by ktokolwiek się nad nią litował. 

- Nic mi się nie stało - oświadczyła z dawną pewnością w głosie. - David, wracaj do 

swej pracy, ja też zaraz schodzę. 

Spojrzał na nią ponuro. 

-  Twoja  samodyscyplina  jest  przerażająca!  Zachowujesz  się  tak,  jakby  nic  tu  nie 

zaszło. Jesteś jedną wielką zagadką, Sissi. 

Madeleine odezwała się cicho: 

- Mylisz się, Davidzie! Bardzo się mylisz! 

- Sissi, naprawdę niczego ci nie potrzeba? - upewniał się David. 

- Nie! Chociaż... tak! Chciałabym porozmawiać z Markiem w cztery oczy. 

- Ze mną? - zdziwił się Marc. 

David i Madeleine opuścili pokój. Zrobiło się cicho. Sissi siedziała nie ruchomo. 

- Podejdź tu, Marc! 

Stanął przed nią. 

- Usiądź - poprosiła. 

- Nie. 

Westchnęła, ale nie nalegała. 

- David ma z pewnością rację, mówiąc, że jestem lekkomyślna, ale on nic nie rozumie. 

Marc... ty rozumiesz, prawda? 

Nie odpowiedział. 

-  Muszę  z  tobą  porozmawiać.  Ponieważ  jesteś  jedynym,  który  wie,  jak  ja  się  teraz 

czuję. Poniżenie... upokorzenie. Znasz to, prawda? 

background image

- Tak. 

Zapadła  cisza.  Sissi  z  wahaniem  wyciągnęła  rękę  w  stronę  Marca,  on  jednak  się  nie 

poruszył. 

- Ty drżysz? - spytał tylko. 

-  Tak,  drżę.  Oni...  oni  tak  na  mnie  patrzyli,  Marc.  Dotykali  mnie.  Czuję  się  taka 

brudna, taka zbrukana! 

- Powinnaś płakać, Sissi. 

- Tak, ale nie umiem! Ty także powinieneś był płakać wiele, wiele lat temu. 

- Nie potrafiłem. Ale ty możesz. Teraz! 

Wreszcie nawiązali jakiś kontakt! W każdym razie tak się wydawało Sissi. 

- Nie, w moim przypadku też jest za późno. To dlatego prosiłam cię o pomoc, ale ty 

nie chcesz mi jej dać. 

- Nie mogę. 

Potrząsnęła głową, nieobecna myślami. 

- David tak niewiele rozumie - wyznała szeptem. - Chociaż jest mądry. Ty i ja, Marc... 

Jesteśmy do siebie tak podobni. 

- My? 

Podszedł do okna i oparł się o szeroką framugę. 

- Dziecko bardzo łatwo jest zranić - powiedziała w zadumie. - Ale ono broni się przed 

tym. Wznosi wokół siebie mur, żeby uniknąć cierpienia. To tchórzostwo, oczywiście, ale... Ty 

zbudowałeś  sobie  mur  nienawiści  i  goryczy.  Ja  schowałam  się  za  maską  dumy  i 

lekkomyślności. W ten sposób nic już nie boli. 

Marc stał w milczeniu. 

-  Tak  cię  potrzebowałam  -  mówiła  dalej  z  gorzkim  uśmiechem.  -  Potrzebowałam 

twojego wsparcia. Chciałam poczuć, że mnie rozumiesz, i wierzyłam, że uda ci się stopić we 

mnie cały chłód, teraz, w chwili słabości. Ale się pomyliłam. 

- Czy mogę już odejść? - spytał obojętnie. 

- Tak, możesz iść. Audiencja skończona. 

Marc wyszedł bez słowa. Sissi siedziała długo na brzegu łóżka. Tym razem trudno jej 

było  odzyskać  równowagę.  Upokorzenie,  którego  teraz  doznała,  było  trudniejsze  do 

zniesienia niż wszystko, co ją dotychczas spotkało. 

Ktoś zapukał ostrożnie do drzwi. 

- Proszę wejść! 

Do pokoju wśliznął się Michel. 

background image

- Co się stało Marcowi? - spytał. - Był taki dziwny. 

- To znaczy? 

- Stał tu za drzwiami i zakrywał rękami twarz, jakby płakał. Ale nie płakał. 

Sissi się ożywiła. 

- Czy coś mówił? 

-  Bardzo  wiele.  Więcej  niż  kiedykolwiek.  Kucnął  przede  mną  i  uścisnął  mnie  na 

pożegnanie. 

background image

ROZDZIAŁ X 

- Pożegnał się? 

- Tak, tak sądzę. Mówił, że ma nadzieję, iż wszystko mi się uda, bo nie chciałby, aby 

dzieci  cierpiały,  choć  nie  wiem,  co  miał  na  myśli.  Wtedy  spytałem,  kto  wyrządził  mu 

krzywdę, ale wtedy odpowiedział, że to on wyrządził komuś krzywdę, i dodał: „Nie chciałem 

tego, Michel, chciałem jej pomóc, ale nie potrafiłem. Nie mogłem się do niej zbliżyć, bo nie 

jestem ani trochę lepszy od Niemców. Jestem od nich gorszy!” Co przez to rozumiał? 

Sissi zrobiło się gorąco. 

-  Och,  biedny  Marc!  -  szepnęła.  -  Zapomniałam,  kim  jest!  Czternaście  lat  w 

więzieniu... - Odwróciła twarz. - Czy powiedział coś jeszcze? 

-  Tak,  coś,  co  zabrzmiało  okrutnie.  Nie  pamiętam  dokładnie,  co,  ale  spytałem 

przerażony: „Czy chcesz sobie odebrać życie, Marc?” 

- Ach, Michel! 

- Wyglądał tak dziwnie. A potem dodał, że najpierw musi coś załatwić. 

-  Najpierw?  Pewnie  zamierzał...  Muszę  natychmiast  porozmawiać  z  Davidem.  Gdzie 

jest  moja  suknia?  Nie  ma  chwili  do  stracenia!  Czy  widziałeś  Marca?  -  zawołała,  kiedy 

znalazła się już na dole i zobaczyła brata. Właśnie mył ręce. 

- Nie, myślałem, że jest na górze u ciebie. 

- On odszedł, Davidzie! Zniknął. Chyba zamierza odebrać sobie życie! 

- Co ty opowiadasz! Ale to chyba mimo wszystko byłoby najlepsze rozwiązanie. 

- Och, Davidzie, jesteś bez serca! Zasłużył przecież na to, żeby dać mu szansę! Idę za 

nim, muszę go odnaleźć. 

Chwycił ją za ręce. 

- Zostaw go w spokoju! - rzekł z naciskiem. - Wydaje ci się, że się w nim zakochałaś, 

ponieważ jest jedynym, który Ci nie uległ. Zapomnij choć na chwilę o swej próżności, Sissi. 

- W cale się nie... 

Przerwał jej z goryczą w głosie. 

-  Czy  nie  potrafisz  spojrzeć  prawdzie  prosto  w  oczy?  Ten  prymitywny  samiec 

odwołuje  się  do  twoich  najniższych  instynktów!  Hrabianka  i  skazaniec.  Czy  może  być  coś 

bardziej banalnego? 

- Nic nie rozumiesz! Nie wierzę, aby był psychopatą czy mordercą! 

- Mówisz tak, bo chcesz, żeby tak było! 

background image

- Może częściowo masz rację, Davidzie. Jest niebezpieczny, ale sam o tym wie i nic na 

to nie może poradzić! Jest głęboko nieszczęśliwy i mnie potrzebuje. 

- W ręcz przeciwnie, ty tylko wszystko pogarszasz. Pozwól mu odejść! 

- Nie! Idę go szukać! 

David przytrzymał ją mocniej. 

- Nie zrobisz tego! 

-  Posłuchaj,  Davidzie  -  rzekła  Sissi  z  wyrzutem  w  głosie.  -  Sam  także  nie  jesteś 

całkiem w porządku wobec Madeleine! Czy nie widzisz, że jest w tobie zakochana? 

- Jeśli tak, to z wzajemnością - odparł krótko. 

- I co zamierzasz? Przeżyć krótką przygodę? 

- Zabiorę ją ze sobą do Norwegii. 

- Jesteś okrutny. Gotowa uwierzyć, że chcesz się z nią ożenić. 

- A jeśli tak? - spytał David zaczepnie. 

- Zmarnujesz jej życie. Sądzisz, że będzie się dobrze czuła wśród naszych przyjaciół? 

Czy  potrafi  zachowywać  się  jak  hrabina?  Albo  żona  lekarza?  Nie,  Davidzie,  Madeleine  jest 

zbyt szlachetna, by ją w ten sposób upokorzyć. Postara się zrobić wszystko, żebyś nie musiał 

się  jej  wstydzić.  Ale  jej  się  nie  uda!  Nie  ma  warunków,  aby  zostać  kimś  innym,  niż  tylko 

prostą... 

David przerwał jej blady z wściekłości: 

- Tak? Być może lepiej pasowałaby do kogoś takiego jak Marc? To miałaś na myśli? 

Sissi znieruchomiała. 

- Puść mnie - syknęła. 

Wiedziała, że David bardzo ją kocha. Pewnie dlatego zawsze na nią krzyczał. Chyba 

na to zasługiwała. 

Kiedy tylko brat ją puścił, Sissi wybiegła z budynku. Była zrozpaczona. A jeśli Marc 

odszedł już daleko? 

Zajęta  pracą  w  szpitalu,  zupełnie  zapomniała  o  wojnie.  Była  zdumiona,  jak  może  się 

zmienić miasto w ciągu zaledwie dwóch dni. Otwory okienne ze sterczącymi resztkami szkła 

zionęły pustką, ulice zawalał gruz. 

Sissi  zapytała  jakiegoś  mężczyznę  o  drogę  na  południe,  sądziła,  że  Marc  poszedł  w 

tym kierunku. Słyszała odgłosy walki dochodzące z niedaleka, ale nie zwracała na to uwagi. 

Pospiesznie szła naprzód. 

Po głowie krążyła jej tylko jedna myśl: znaleźć Marca. Nad tym, co mogło się zdarzyć 

później, wolała się nie zastanawiać. Wiedziała, że ona i Marc potrzebowali siebie nawzajem. 

background image

Wreszcie dostrzegła jego wysoką postać rysującą się na tle nieba. Kierował się wzdłuż 

plaży prosto na południe. Krzyknęła jego imię, ale głosowi zabrakło siły, była zbyt zmęczona 

długim biegiem. 

- Marc! Marc! 

Zatrzymał się, może pięćdziesiąt metrów przed nią. 

Zobaczyła, że był zły. Dał jej znak, żeby wracała, i zaczął iść szybciej. Lecz Sissi nie 

chciała zrezygnować. 

- Marc, proszę cię, wróć! Potrzebujemy ciebie! 

Udał, że nie słyszy, i przyspieszył kroku. 

Sissi zrozumiała, że nigdy go nie dogoni. Ukryła twarz w dłoniach. 

W  tej  samej  sekundzie  rozległa  się  w  pobliżu  seria  strzałów.  Marc  przystanął 

gwałtownie,  odwrócił  się  i  pobiegł  w  stronę  dziewczyny.  Popchnął  ją  z  całej  siły,  upadli  na 

trawę i stoczyli się razem w dół plaży, cudem unikając kul, świszczących nad ich głowami. 

Zatrzymali  się  między  kamieniami.  Sissi  spojrzała  na  wykrzywioną  gniewem  twarz 

Marca. 

- Ty nieznośna dziewczyno! - syknął. - Czy nie możesz zostawić mnie w spokoju? 

Sissi czuła dławienie w gardle. 

-  Obiecuję,  że  będę  się  trzymała  z  dala.  Jeżeli  ty  obiecasz,  że  nie  zrobisz  sobie  nic 

złego. Nie chcę, żebyś umarł, Marc - zakończyła nieszczęśliwa. 

Zamknął oczy, jakby nie mogąc na nią patrzeć. Jego  

twarz była zmęczona, pełna 

bólu. 

- Nie chcę ci zrobić krzywdy, Sissi. 

- Nie zrobisz - powiedziała z przekonaniem. - Wiem, że nie jesteś złym człowiekiem. 

- Ale ty jesteś taka piękna. Pragnę cię - szepnął, a jego ręka objęła jej szyję, wśliznęła 

się  pod  sukienkę,  dotknęła  ramion.  Sissi  czuła,  jak  jego  palce  drżą,  i  próbowała  opanować 

strach. 

-  Czy  to  wszystko,  co  dla  ciebie  znaczę?  Piękne  ciało,  pierwsza  lepsza  kobieta  po 

latach więzienia? 

-  Nie  -  odparł,  z  trudem  łapiąc  oddech,  i  spojrzał  na  nią  znowu.  -  Obrałem  własną 

drogę. Byłem silny, twardy i zimny, nic nie mogło mnie złamać. Lecz nikt mi nie powiedział, 

ż

e istnieje na świecie coś takiego, jak ty... tak czystego, tak delikatnego... i tak dumnego... 

- Madeleine również nie jest z tych złych kobiet, o których tyle słyszałeś. 

- Wiem, ale do niej nic nie czuję. Sissi, tak bardzo chciałem cię przytulić tam na górze 

w twoim pokoju, pocieszyć cię i bronić, i dać ci się wypłakać, tak jak tego chciałaś. Ale nie 

background image

miałem odwagi, chyba to rozumiesz, prawda? 

- Tak, zrozumiałam to dopiero później. To miło z twojej strony, Marc. 

Jego twarz znalazła się bardzo blisko jej twarzy, a jego oczy, które teraz patrzyły tylko 

na nią, były oszałamiająco piękne. 

- Czego ty właściwie ode mnie chcesz, Sissi? Nikt nigdy niczego ode mnie nie chciał. 

- Czy muszę o tym mówić? Dla kobiety nie jest to łatwe. 

- Tak, powiedz! 

- Jeżeli obiecasz, że zaraz mnie puścisz. 

Jego ręce zacisnęły się mocno na jej ramionach. Upłynęła dłuższa chwila, nim rzucił: 

- Obiecuję. 

- Nigdy tego jeszcze nie robiłam, Marc, musisz to zrozumieć! 

Ostrożnie  przyciągnęła  go  do  siebie  i  delikatnie  dotknęła  jego  ust  swymi  wargami. 

Marc drgnął i pocałował ją tak mocno, że zabrakło jej tchu. 

Przeraziła  się,  gdy  zrozumiała,  jakie  w  nim  wyzwoliła  siły.  Zaczęła  płakać.  Marc  z 

głębokim  westchnieniem  wypuścił  ją  ze  swych  ramion  i  usiadł.  Trwał  tak  przez  dłuższą 

chwilę z pochyloną głową, obejmując kolana rękami i drżąc jak liść osiki. Sissi położyła się 

na brzuchu i pozwoliła płynąć łzom. 

Wtedy poczuła, jak Marc delikatnie ją podnosi i przytula do swej piersi. 

Poczuła się bezpieczna. 

 

-  Ach,  Marc,  widziałam  tyle  zła,  tyle  bólu  i,  krzywdy  wśród  tych  wszystkich 

nieszczęsnych rannych. Dlaczego ludzie muszą tak cierpieć? 

- Tak już jest, moja przyjaciółko - szepnął. - Ale, Sissi, udało nam się! Obojgu nam się 

udało. Ty płakałaś, a ja... ja okazałem się silniejszy, niż myślałem. 

Po czym dodał z nikłym uśmiechem: 

- Ale to było bardzo trudne! 

Kiedy  dotarli  do  szpitala,  zapadł  już  zmrok  i  wszyscy  czekali  gotowi  do  drogi. 

Obsługa  i  ranni,  których  należało  przewieźć  do  lepiej  wyposażonych  szpitali  w  Paryżu,  a  z 

nimi  wielu  innych,  którym  nic  nie  dolegało,  ale  którym  na  wszelki  wypadek  nałożono 

opatrunki. Były to osoby poszukiwane przez Niemców, zmuszone ukrywać się i uciekać. 

David szalał z niepokoju o Sissi. Ale kiedy ją ujrzał, jak idzie korytarzem spokojna i 

opanowana razem z Markiem, stłumił złość i powiedział tylko: 

- No, nareszcie jesteście! Szybko na statek, odpływamy za pół godziny. 

Poczuł  ogromną  ulgę.  Gdyby  tych  dwoje  nie  wróciło  na  czas,  musieliby  zostać  i  ich 

szukać. Od razu też zauważył dziwną przemianę, jaka dokonała się w nich obojgu. Spostrzegł, 

background image

ż

e z twarzy Marca zniknęła hardość i pogarda, Sissi zaś... płakała...? Czegoś podobnego nigdy 

jeszcze nie widział! Zacisnął powieki. Co się właściwie stało? 

Sissi jednak szybko go uspokoiła: 

- Wiem, o czym myślisz, kochany bracie. Ale hrabianka wróciła do domu, zachowując 

swą cnotę i godność. 

Powoli odbijali od brzegu. Patrząc z pokładu statku na szeroką rzekę, Sissi pomyślała 

o czekającej ją podróży. Z napięciem obserwowała toczące się wokół walki. 

Płynęli  w  dół  rzeki  Oise.  Stateczek  sunął  cicho  z  prądem  pogrążony  w  ciemności, 

wszystkie  światła  były  zgaszone.  Towarzyszył  im  nieprzerwany  huk  dział.  Niekiedy  tu  i 

ówdzie ukazywał się czysty kawałek nieba i wtedy widzieli gwiazdy. Prawie zapomnieli, że te 

małe jasne punkciki nadziei w ogóle istnieją. 

Siedzieli  na  stopniach  prowadzących  na  pokład.  Pacjenci  nie  potrzebowali  teraz 

szczególnej  opieki,  można  więc  było  odpocząć.  Michel  przysunął  się  do  Madeleine. 

Dziewczyna przyniosła koc z sali na dole i otuliła nim chłopca, który szybko zasnął. 

Madeleine jest taka ciepła, pomyślała Sissi. Mogłaby z niej być świetna pani domu i 

matka.  Ale  David  de  Saint  -  Colombe  potrzebuje  czegoś  więcej  niż  gospodyni  domowej, 

potrzebuje kogoś bardziej reprezentacyjnego. Madeleine tego właśnie brakuje. 

Sissi  spojrzała  na  Marca,  który  siedział  tuż  za  nią.  Jego  twarz  pozostawała  w  cieniu. 

Wiedziała,  czego  chciała;  gotowa  była  pójść  za  nim,  dokądkolwiek  by  ją  zaprowadził. 

Powiedziała  mu  o  tym.  Marc  odwrócił  się,  w  jego  oczach  dojrzała  smutek.  David 

przypadkiem  usłyszał  jej  słowa,  zrezygnowany  westchnął  tylko  ciężko.  Obaj  myśleli  chyba, 

ż

e  to jej  kolejny  kaprys.  Ale  Sissi  nigdy  w  życiu  nie  była  niczego  bardziej  pewna.  Z  całego 

serca pragnęła pomóc Marcowi przebyć trudną drogę powrotu do normalnego życia i odkryć 

nowe  wartości.  Mógłby  pojechać  do  Norwegii  i...  O,  nie,  złapała  się  na  tym,  że  teraz  myśli 

dokładnie jak David. 

- No, Marc - odezwał się jej brat tak niespodziewanie, że zadrżała. - Winien nam jesteś 

jakieś wyjaśnienia, prawda? 

- Chyba tak - odparł Marc po krótkiej chwili. - Tak, myślę, że teraz mogę już mówić. 

Ale proszę, pamiętajcie o jednym: dopiero się uczę „ludzkiego” języka. 

- Wiemy - uspokoiła go Sissi. - No, zaczynaj. 

Marc westchnął. 

- Chyba jednak nie potrafię. 

-  Może  moglibyśmy  ci  jakoś  pomóc  -  zaproponował  David.  -  Myślę,  że  to  nie  był 

przypadek, że uratowałeś mi życie. Podejrzewam, że cały czas podążałeś za nami świadomie, 

background image

od  kiedy  Jean  -  Pierre  po  raz  pierwszy  opowiedział  o  swoim  spotkaniu  z  Madeleine.  W 

naszym obozie, zanim jeszcze wybuchła wojna. To nazwisko Lasalle zwróciło twoją uwagę, 

prawda? 

- Tak, to Lasalle - potwierdził Marc ochrypłym głosem. 

Sissi musiała się odwrócić i spojrzeć na niego.  W mroku dostrzegła tę samą straszną 

twarz,  której  tak  się  przeraziła  przy  pierwszym  spotkaniu.  Zadrżała.  Czy  rzeczywiście 

odważyła się pocałować tego demona, który tam siedział? I czy to jego dłonie głaskały ją po 

włosach czule i delikatnie? 

Trudno w to uwierzyć! 

-  Powiedz  mi  -  poprosiła  -  czy  kogoś  zamordowałeś?  Nie,  to  nie  było  właściwe 

pytanie. Czy kogoś zabiłeś? 

- Tak - szepnął Marc. 

- Kogo? 

- Mojego brata. 

- Ojej! - jęknęła Madeleine. 

- Zacznij od początku, Marc - zaproponował David. 

- Stało się to bardzo dawno temu - powiedział Marc cicho. - Było nas dwóch braci, on 

o rok starszy ode mnie. 

- A więc miał trzynaście lat, kiedy to się zdarzyło? - upewniła się Sissi. 

-  Tak.  Nie  pamiętam  mojej  matki.  Ojciec  wcześnie  ożenił  się  po  raz  drugi.  Nie 

lubiliśmy  naszej  macochy.  Była  piękna,  o,  tak,  bardzo  piękna  i  bardzo  chłodna.  Szybko 

zrozumieliśmy, że miała innego. On nazywał się Lasalle... 

- To niesłychane - zdumiał się David. 

-  Wkrótce  nasz  ojciec  zmarł  i  zostaliśmy  sami  z  macochą  i  z  tym  Lasallem,  który 

coraz częściej do nas przychodził. 

- W jaki sposób umarł twój ojciec? - spytała szybko Sissi. 

- Nie wiem, byliśmy jeszcze dziećmi. Pewnie na serce. 

- Mów dalej! 

Marcowi trudno było teraz znaleźć właściwe słowa. 

-  I  pewnego  dnia...  bawiliśmy  się  bronią,  mój  brat  i  ja...  Broń  wystrzeliła  i  zabiłem 

brata. 

Zapadła ciężka cisza. Słychać było tylko szmer wody. 

-  Byłem  załamany  -  podjął  po  chwili  Marc  -  leżałem  całymi  dniami  w  łóżku,  nie 

mogłem  wstać,  niczego  już  nie  chciałem.  Ale  przyszła  policja  i  zabrała  mnie.  Nic  nie 

background image

rozumiałem.  Usłyszałem  jednak...  O  Boże,  usłyszałem  to!  Moja  macocha  powiedziała,  że 

zabiłem swego brata, żeby otrzymać jego część spadku! Utrzymywała, że od urodzenia byłem 

psychicznie chory, ale zachowywała to w tajemnicy, aby nie szkodzić dobremu imieniu mego 

ojca. O, jakże ona kłamała! Że byłem sadystą, dręczyłem mniejsze dzieci i zwierzęta, ja, który 

tak kochałem wszystkie stworzenia... 

- Zawsze byłeś dobry dla Michela - powiedziała ciepłym głosem Madeleine. 

Sissi nie miała odwagi na niego spojrzeć. 

- Czy nie było nikogo, kto mógłby wystąpić w twojej obronie? - zdziwił się David. 

- Odprawiła wszystkich starych służących i zatrudniła nowych. A Lasalle zaświadczył, 

ż

e  moja  macocha  mówi  prawdę.  Potwierdził,  że  byłem  bardzo  zazdrosny  o  mego  starszego 

brata  -  ciągnął  Marc  -  i  że  słyszał,  jakobym  zawsze  marzył  o  tym,  by  być  jedynakiem. 

Macocha się mnie bała, zeznał Lasalle, gdyż ponoć groziłem, że i ją kiedyś zabiję. No i mnie 

zamknęli. 

- Ale nie mogli chyba zamknąć dwunastoletniego dziecka do więzienia? 

-  Prawo  karne  na  przełomie  wieków  nie  było  doskonałe  -  odparł  Marc.  -  Poza  tym 

uznano mnie za psychopatę i sadystę niespełna rozumu. 

-  Zaczekaj  chwilę  -  rzekł  David  -  Z  tego  wszystkiego  wynika,  że  byli  jacyś 

ś

wiadkowie, prawda? Mówiłeś o służących... 

- O! - zawołała Madeleine. - Teraz sobie przypomniałam! 

- Co takiego? 

-  Gdzie  widziałam  nazwisko  le  Fey.  Pamiętacie,  jak  mówiłam,  że  porywacze 

zaprowadzili mnie najpierw do dużego zamku? Wtedy to  Lasalle wyszedł na schody ze swą 

piękną żoną... czy to właśnie twoja macocha, Marc? 

- Na pewno! 

Tak mocno ścisnął palcami ramię Sissi, że aż ją zabolało. Nie był w stanie zapanować 

nad sobą. 

Madeleine mówiła dalej: 

- No i ten Lasalle był bardzo wściekły, że jego ludzie zabrali mnie tam z sobą. Teraz 

pamiętam!  Nad  portalem  widniał  herb  rodowy,  chyba  ze  smokiem  w  środku.  I  tam,  pod 

herbem, widniało wyryte w kamieniu nazwisko le Fey. 

Marc skinął głową. 

- Ależ to... - wybuchnął David. - Więc właściwie to ty jesteś właścicielem zamku? A 

co z majątkiem Lasalle'a? Jest przecież potwornie bogaty. 

-  Dobrze  wybrał  -  odparł  sucho  Marc.  -  Moja  macocha  odziedziczyła  oczywiście 

background image

wszystko, kiedy uznano mnie za psychicznie chorego i skazano na dożywotnie roboty. 

Milczeli. Sissi i David wymienili ukradkiem spojrzenia. 

-  Cieszę  się,  że  powiedziałam,  iż  poszłabym  za  tobą  wszędzie,  zanim  o  tym 

usłyszałam - odezwała się Sissi. 

- Mnie także to cieszy - szepnął Marc. 

- Opowiadaj, co się działo dalej - poprosił David. 

- Co tu jest jeszcze do opowiadania? Czy mogę nie mówić o następnych latach? 

- Oczywiście. 

-  To  niewiarygodne,  jak  szybko  człowiek  może  stać  się  nieczuły  na  wszystko  - 

mruknął.  -  Na  początku  starałem  się  trzymać  z  daleka  od  pozostałych  więźniów...  lecz 

wkrótce stałem się niemal jednym z nich... No i w tym roku nastał nowy dyrektor. Zauważył 

widocznie,  że  jednak  różnię  się  od  reszty.  Zwrócił  na  mnie  uwagę,  kiedy  polecono  mu 

przesłać do wojska niektórych dobrze sprawujących się więźniów. 

- A ty do nich należałeś? 

-  Widocznie  tak.  Wszystko,  co  pamiętam  z  tamtego  okresu,  to  bardzo  ciężka  praca, 

znęcający  się  nad  nami  strażnicy  i  twardy  pancerz  obojętności,  jaki  wokół  siebie 

zbudowałem. 

Słuchali go w milczeniu. Rozumieli. 

-  Kiedy  przybyłem  do  obozu  wojskowego,  byłem  w  pewnym  sensie  pozbawiony 

własnej  świadomości.  Pamiętam,  że  trwałem  w  ciągłej  gotowości  do  ataku  przeciwko 

wszystkim i wszystkiemu. Agresywny, pełen nienawiści. 

- Tak, rzeczywiście - przyznał David. 

- I tak trafiłem pod dowództwo Davida, o ile w tym przypadku można mówić o jakimś 

dowództwie. Ledwie odważył się poprosić: „Czy mógłbyś być tak miły i zrobić to, Marc...?” 

Takiego tonu nie znałem. Z początku nim pogardzałem, choć jednocześnie zdumiewała mnie 

jego łagodność i... tak, życzliwość. Wietrzyłem w tym podstęp. 

- Och, Marc! 

- Potem usłyszałem rozmowę Davida z Jean - Pierrem. O Lasalle'u i Croix - sur - les - 

Collines.  Rozpoznałem  to  nazwisko.  I  los  chciał,  że  kiedy  wybuchła  wojna  przybyliśmy  z 

naszym  oddziałem  właśnie  w  to  miejsce.  Śledziłem  Jean  -  Pierre’a  i  ciebie,  Davidzie; 

chciałem iść z wami, gdybyście udali się na poszukiwanie Madeleine. Wiedziałem, że to musi 

być ten sam Lasalle. Między innymi dlatego, że taki drań jak on zdolny był porwać dziecko. 

Wtedy  Jean  -  Pierre  został  ciężko  ranny.  Wiedziałem,  że  jest  w  beznadziejnym  stanie,  ale 

zabrałem  go  do  szpitala.  Nie  widziałeś  mnie  wtedy,  Davidzie,  ale  stałem  całkiem  blisko  w 

background image

czasie  waszej  ostatniej  rozmowy,  kiedy  obiecałeś  odnaleźć  nie  znaną  ci  Madeleine.  Ona  nie 

była dla mnie ważna, to Lasalle mnie interesował. Potem widziałem, jak Jean - Pierre umarł. 

Sam też byłem ranny, ale udało mi się odnaleźć  ciebie i doprowadzić do  miejsca, w którym 

Jean  -  Pierre  widział  Madeleine.  Ale  powinieneś  też  wiedzieć,  Davidzie,  że  trochę  cię 

poznałem  i  pomogłem  ci  nie  tylko  dlatego,  że  pragnąłem  zemsty  na  Lasalle'u.  Chciałem, 

ż

ebyś  przeżył,  bo  byłeś  pierwszym  człowiekiem,  do  którego  się  przywiązałem  od  śmierci 

mego brata. Może nie umiałem okazać ci przyjaźni. Nigdy nie miałem powodów, by uwierzyć 

w dobroć człowieka. 

- Dziękuję, Marc - szepnął David. - Teraz rozumiem motywy twego postępowania. 

- Jak wiecie, nie zdołałem ujść daleko. Ocknąłem się w stodole Bernarda... 

- Tak - odezwała się Madeleine. - Ale tych oboje staruszków chyba też okazywało ci 

ż

yczliwość? 

Marc prychnął. 

- Rzucali mi kawałki starego chleba i obgryzione kości! A na mój widok czynili znak 

krzyża. Uważali, że jestem samym szatanem. 

- Nie wyglądałeś wcale lepiej - zauważyła Sissi. - Potrafię ich zrozumieć. 

Marc pociągnął ją lekko za włosy. 

-  I  wtedy  zjawiła  się  Sissi.  To  był  dla  mnie  największy  wstrząs.  Mogłem  znosić 

szturchańce  i  razy,  mogłem  ścierpieć  wszystko.  Ale  oto  przyszła  do  mnie  kobieta.  I  to  nie 

byle jaka! Byłem bardzo nieufny. Wiecie, znałem tylko jedną piękną kobietę, moją macochę. 

I  nagle  zjawia  się  taka  dumna  piękność  i  wykrzykuje:  „Umyj  się,  nie  mogę  się  pokazać  z 

takim smoluchem!” - Marc roześmiał się i mówił dalej: - Ktoś tak nie znośnie pewny siebie aż 

się prosił, by go poskromić. 

Sissi westchnęła ciężko. 

- Ale strasznie mnie onieśmielała, nie wiedziałem, jakie ma słabe punkty. Wydawało 

się,  że  w  ogóle  ich  nie  posiada.  No  i  była  siostrą  Davida,  więc  postanowiłem  jej  pomóc. 

Pojechałem z nią, by szukać ciebie, Davidzie. 

-  Aha  -  przytaknęła  Sissi.  -  Następnie  dotarliśmy  do  spalonej  posiadłości  i 

powiedziałeś,  że  już  tam  byłeś.  Sądziłam,  że  miało  to  miejsce  parę  dni  wcześniej.  Ale  tobie 

chodziło o to, że byłeś tam wiele lat temu, prawda? 

-  Tak,  w  dzieciństwie  spędzałem  tam  letnie  wakacje.  Ta  ziemia,  na  której  wtedy 

stanęliśmy, jest właściwie moja, Sissi. No a resztę już znacie. O tym, że Sissi podobała mi się 

coraz bardziej, nie muszę mówić, ona i tak jest zbyt zarozumiała. Aj! Uważaj na moje rany, to 

boli. 

background image

Sissi odpowiedziała uśmiechem. 

- Co zamierzasz teraz zrobić, Marc? - spytał David. 

-  Miałem  tylko  jeden  cel,  zemścić  się.  Kiedy  uświadomiłem  sobie,  co  łączy  Sissi  i 

mnie, kiedy zrozumiałem, że mogę ją unieszczęśliwić, postanowiłem odnaleźć Lasalle'a i jego 

ż

onę i najpierw zabić ich oboje, a potem samemu popełnić samobójstwo. Później nadbiegła ta 

szalona dziewczyna i dzięki niej zrozumiałem, że są rzeczy więcej warte niż zemsta i śmierć. 

A teraz już sam nie wiem, czego chcę... 

background image

ROZDZIAŁ XI 

- Naturalnie pomożemy ci odzyskać twoją własność - zapewnił David. - Nam również 

zależy na tym, by Lasalle'a spotkała zasłużona kara. Ale czy nie uważacie, że powinniśmy to 

zostawić wymiarowi sprawiedliwości? 

Marc zgodził się po chwili wahania. 

- Tak byłoby najlepiej. Przynajmniej z jej powodu. 

Spojrzał na Sissi. 

- Patrzcie! - szepnął. 

Sissi zasnęła z głową opartą na kolanie Marca. 

- Tak ciężko dziś pracowała - rzekł z czułością. - Biedna mała! 

David otworzył szeroko oczy ze zdumienia. 

- Pierwszy raz w życiu słyszę, by ktoś powiedział o niej „biedna mała”! 

- Nie znasz jej - odparł z uśmiechem Marc. - W gruncie rzeczy jest bardzo wrażliwa. 

Nawet  człowiek  z  tak  zwanym  korzystnym  wyglądem  może  przecież  czuć  się  przerażony  i 

samotny. 

Sissi poruszyła się w półśnie. 

- I tak cię słyszę - mruknęła. - Mów jeszcze! 

Marc uniósł ją ostrożnie. 

- Kocham tę jej nieugiętą wolę walki - powiedział do Davida. - Jej poczcie humoru i 

zaraźliwą radość życia, ale i dumę. Żal rozdziera mi serce, że muszę ją opuścić. 

- Ale dlaczego? - zdziwił się David. - Dlaczego uważasz, że musisz się z nią rozstać? 

- Co mogę jej dać? Czy  naprawdę sądzisz, że uda mi się odzyskać z powrotem moje 

dobre imię i mój dom? Cóż ja mogę przeciwstawić takiemu chytremu lisowi, jak Lasalle? A 

poza  tym,  czy  wyobrażasz  sobie,  co  czuję,  trzymając  w  ramionach  kogoś  takiego  jak  Sissi? 

Przecież przez czternaście lat nie widziałem żadnej kobiety! Raz udało mi się opanować, ale 

nie mam dość siły, by oprzeć jej się ponownie! 

Sissi ułożyła się wygodniej w jego ramionach. 

- Nic nie szkodzi, Marc - zamruczała mu do ucha. - To absolutnie nic nie szkodzi! 

Marc  przeniósł  Sissi  w  zaciszny  kąt  pod  pokładem,  gdzie  urządził  jej  prowizoryczne 

posłanie. 

Przyklęknął  obok.  We  śnie  zniknął  z  jej  twarzy  wyraz  wyższości,  była  blada  i 

bezbronna.  Marc  poczuł,  jak  budzi  się  w  nim  ogromna  czułość.  Wiedział,  że  jest  jedynym, 

background image

który  poznał  inną  Sissi  -  delikatną  i  łagodną,  skłonną  do  poświęceń,  gotową  zapomnieć  o 

sobie. 

David,  który  pozostał  na  pokładzie  z  Madeleine  i  Michelem,  przyglądał  się  im  w 

zamyśleniu.  Dziewczyna  właśnie  sprawdzała,  czy  Michel  jest  dobrze  okryty.  Chłopiec  spał 

głęboko. Kiedy zamierzała odejść, David chwycił ją za rękę. 

- Madeleine, poczekaj! 

Zatrzymała się z wahaniem, zdziwiona powagą w jego głosie. 

- Jutro zakończy się nasza podróż - szepnął. - Nie chciałbym cię stracić, Madeleine. 

Uczyniła  nieśmiały  ruch  ręką,  jakby  chciała  odgarnąć  coś  z  twarzy.  Kiedy  David 

spróbował przyciągnąć ją bliżej, stawiła niepewny opór. David najostrożniej jak umiał uniósł 

jej twarz ku swojej. 

-  Pocałowałem  cię  jeden  raz  -  uśmiechnął  się.  -  I  to  było  piękne.  Długo  nie  mogłem 

zapomnieć tego pocałunku... 

-  Ja  także  nie,  monsieur...  to  znaczy  Davidzie  -  szepnęła  tak  cicho,  że  ledwie  ją 

usłyszał. - Ale nie powinniśmy... 

- Ależ Madeleine! Kto ci naopowiadał tych głupstw? Nie ma nic złego w pocałunku. 

- Na pewno? 

- Absolutnie! 

Jej  wargi  były  tak  miękkie  i  wspaniałe,  jak  je  zapamiętał.  David  czuł,  że  ogarnia  go 

fala gorąca, pocałunek przerodził się w wiele następnych, przerywanych gorącymi szeptami. 

- Madeleine - mówił gorączkowo. - Poproszę o oddzielną kabinę dla  ciebie i przyjdę 

dziś w nocy. 

Znieruchomiała. Stała przez chwilę całkiem zaskoczona, a potem odparła z uległością 

w głosie: 

- Jak pan sobie życzy, monsieur David! 

W świetle lampy dostrzegł, że w jej oczach zabłysły łzy, i natychmiast się opanował. 

-  Madeleine,  moja  kochana  -  rzekł  z  żalem.  -  Wybacz  mi,  zachowałem  się  jak  drań. 

Tak strasznie się wstydzę! 

Uśmiechnęła się promiennie. 

- Och. Davidzie! Ja... 

- Co takiego? 

- Nie, już nic. 

- Powiedz! 

Nieśmiało szepnęła mu do ucha, że go kocha i szybko zbiegła po stopniach. 

background image

David patrzył za nią, a potem wziął Michela na ręce i zniósł go na dół. Kiedy ułożył 

małego, powiedział do Marca: 

-  Chciałbym  się  przejść  po  pokładzie.  Szyper  mówił,  że  jeszcze  tylko  kilometr  i 

znajdziemy się w wolnej strefie francuskiej. 

- Dzięki Bogu! - westchnął Marc. 

Wyszli obaj na górę i rozglądali się dookoła, sprawdzając, czy wszystko w porządku. 

Nagle statek się zatrzymał. 

- O, nie! - jęknął David. - Oby to nie oznaczało kłopotów! 

Jeden z członków załogi powiedział im, że na dnie rzeki leży jakiś wrak. 

- Jak długo będziemy tu stali? - spytał David. 

-  Wkrótce  się  okaże.  Żeby  tylko  nie  zainteresowali  się  nami  Niemcy.  Zaraz  zacznie 

ś

witać, a nasi pasażerowie są niebezpiecznym ładunkiem. 

Najbliższe  godziny  były  pełne  napięcia.  David  i  Marc  zeszli  na  dół  i  siedzieli  przy 

trójce przyjaciół, która spokojnie spała. 

Po  wielu  manewrach  udało  się  kapitanowi  przepłynąć  bezpiecznie  obok  wraku. 

Wszyscy na pokładzie odetchnęli z ulgą. 

Jakieś  pół  godziny  później  minęli  strefę  działań  wojennych.  Znowu  znaleźli  się  w 

wolnym kraju! 

Marc  spojrzał  na  dziewczęta  i  Michela,  który  spał  między  nimi  na  wyszorowanej  do 

białości  podłodze.  Kiedy  napotkał  wzrok  Davida,  uśmiechnął  się  do  niego  szeroko,  a  David 

odpowiedział mu tym samym. Wywieźli z zagrożonej strefy drogocenny skarb. 

Statek przybił do nabrzeża. 

-  Ale  my  nie  schodzimy  na  ląd  -  uprzedził  David.  -  Popłyniemy  tak  daleko,  jak  się 

uda, skoro możemy skorzystać z tak świetnego środka transportu całkiem gratis! 

Jego  radość  okazała  się  niestety  przedwczesna.  Umknęli  Niemcom,  ale  zapomnieli  o 

innych  prześladowcach.  Bladym  świtem  na  pokład  weszło  pięciu  mężczyzn  w  ciemnych 

kapeluszach. David i Marc słyszeli, jak rozmawiają z szyprem. 

- Mamy nakaz aresztowania czterech osób, które uprowadziły chłopca. Podejrzewamy, 

ż

e znajdują się na pokładzie. Dziecko także. 

-  Ludzie  Lasalle'a!  -  szepnął  David.  -  Oczywiście  spodziewali  się,  że  jesteśmy  na 

statku, ktoś pewnie widział, że schroniliśmy się w szpitalu. I tu na nas czekali. Czy już nigdy 

nie  będziemy  wolni?  Doktorze  Duclair  -  rzekł  do  lekarza,  który  przechodził  właśnie  obok.  - 

Dziękujemy za pomoc! Musimy opuścić statek. 

- Niech wam szczęście sprzyja! Czy zamierzacie skakać przez burtę? 

background image

David przytaknął, lecz Marc zaprotestował. 

- Madeleine nie zniesie takiej zimnej wody, a poza tym na pewno zostawili kogoś na 

pokładzie. Pozwól, że to załatwię. 

Obudzili dziewczęta i Michela i wyjrzeli ostrożnie na pokład. Czterech ludzi Lasalle'a 

schodziło właśnie na dół schodami na dziobie, a piąty pilnował zejścia na ląd. 

Marc  schwycił  niedużą  beczkę  i  przeszedł  przez  pokład  w  stronę  trapu.  W  swym 

czarnym ubraniu wyglądał jak członek załogi i strażnik nie zwrócił na niego uwagi. 

Wracając na pokład Marc zatoczył się na strażnika i ogłuszył go mocnym ciosem. 

Cała  piątka  błyskawicznie  przemknęła  na  ląd.  W  następnej  minucie  znaleźli  się  na 

ulicy. 

- Co teraz zrobimy? - spytała Sissi zdyszana. 

- Telefon! - zawołał w odpowiedzi David. - Stąd chyba można połączyć się z Paryżem. 

Biegli  jak  najdalej  od  portu.  David  z  pomocą  napotkanych  ludzi  odnalazł  niedaleko 

parku miejskiego stację telefoniczną i telegraficzną. 

W padli do środka wszyscy pięcioro, ale pomieszczenie okazało się bardzo ciasne. 

- My wyjdziemy, a ty zadzwoń do stryja Gastona, Sissi - zarządził David. 

- Ja? Dlaczego nie ty? 

-  Ponieważ  ja  muszę  stanąć  na  straży.  Poza  tym  powinnaś  się  wytłumaczyć  z  tego  i 

owego, prawda? 

- Tchórz! - syknęła, ale spełniła jego polecenie. 

Musiała  trochę  poczekać.  Siedziała  w  małym,  dusznym  pomieszczeniu  i  patrzyła,  co 

robią pozostali czekający na zewnątrz. Madeleine i Michel próbowali zwabić do siebie kaczki 

pływające w stawie, a David rozmawiał z Markiem. 

Kiedy  połączono  rozmowę,  wprowadzono  Sissi  do  kabiny.  Na  szczęście  było  bardzo 

wcześnie i zastała stryja w domu. 

- Stryj Gaston? Tu Cecilie, Sissi! 

- Cecilie, co ty  wyprawiasz? - krzyczał zirytowany stryj. - Gdzieś ty się  podziewała? 

Dzwoniła twoja matka, a ciotka... 

- Znalazłam Davida, stryjku! - przerwała mu. 

Zapadła cisza. 

- Czy on...? 

- Żyje! Jesteśmy teraz w drodze do Paryża. - Mówiła bardzo szybko, by nie dopuścić 

stryja do głosu: - Jest ranny, ale wyzdrowieje. I przekaż rodzinie Bouget, że znaleźliśmy także 

Michela! 

background image

- Kogo? 

- Michela Bouget! Chłopca, który został porwany. Jest tutaj z nami. 

-  Co  ty  opowiadasz,  dziewczyno,  odnaleźliście  Michela?  Muszę  natychmiast 

zadzwonić do Bougeta. Ależ to szczęśliwy dzień! Gdzie jesteście? 

- Nie wiem. Gdzieś nad rzeką Oise, to chyba Compiègne. Dobrze by było, gdybyście 

mogli przyjechać i zabrać nas, my... 

- Przecież wzięłaś samochód? 

- Tak, ale musieliśmy go sprzedać. 

- Co takiego? 

Stryj zawsze dokładnie liczył pieniądze. 

- Potrzebujemy pomocy, bo Madeleine jest... 

- Uspokój się. Kim jest Madeleine? 

- Opiekunką. Opiekunką Michela. 

- Ach, tak. 

- Ona choruje. I znaleźliśmy też Marca le Fey! 

W tym momencie stryj się zaniepokoił. 

- Posłuchaj, Sissi! Czy tobie samej nic nie dolega? Czy naprawdę odnalazłaś Davida? 

- Oczywiście! 

- Ale ród le Fey wymarł! Już go nie ma. 

- Nieprawda, Marc żyje. 

Ż

yje, jak najbardziej, pomyślała Sissi i poczuła falę gorąca. 

-  Marc?  Jak  to  z  nim  było?  To  zdarzyło  się  tak  dawno  temu.  Jakaś  tragedia...? 

Chłopiec, który zabił swego brata... Ależ Sissi, on był przecież psychicznie chory! 

Sissi poczuła dławienie w gardle. 

-  Nie,  Marc  nie  jest  wariatem!  To  był  nieszczęśliwy  wypadek!  Jego  macocha  i  jej 

kochanek, Lasalle, wtrącili go do więzienia, żeby zagarnąć majątek. 

-  Nie,  no  wiesz,  Sissi,  teraz  przesadziłaś!  Czy  ty  piłaś?  Mój  przyjaciel,  Lasalle?  Nie 

chcę słuchać tych bzdur! 

- Nie, poczekaj, nie odkładaj słuchawki! To Lasalle także uprowadził Michela! 

- No nie... 

Ach, że też on tak wolno kojarzy! 

- Potrzebujemy pomocy, stryjku Gastonie, oni nas ścigają. Ostrzeż rodziców Michela 

przed  Lasallem!  On  jest  zdrajcą  ojczyzny.  Powiedz  swojemu  przyjacielowi  ministrowi,  aby 

natychmiast aresztował Lasalle'a i jego żonę! 

background image

Po krótkiej przerwie stryj odezwał się chłodnym tonem: 

-  Lasalle'a  nie  ma  teraz  w  Paryżu.  On  i  jego  żona  wyjechali  wczoraj  do  swojego 

zamku. 

-  Do  zamku  le  Feyów  -  poprawiła  go  Sissi.  Potem  umilkła  przerażona  i  szeroko 

otwartymi  oczami  patrzyła,  jak  jakiś  samochód  zatrzymuje  się  w  pobliżu stawu.  Wysiadło  z 

niego kilku mężczyzn. 

-  Stryju  Gastonie,  oni  tu  są!  Porwali  Michela  i  Madeleine!  Ratunku!  Strzelają  do 

Davida i Marca! Zabiją Michela i Madeleine, żeby nie mogli mówić. Musimy ruszać za nimi! 

-  Czekaj...  znajdujecie  się  na  wschód...  od  Oise,  prawdopodobnie  w  Compiègne?  Na 

południowy wschód... Tam leży zamek Lasalle'a. Nie, wiesz co, Sissi, już dość tego! Nie chcę 

dłużej słuchać tych bajek. Wracaj natychmiast do domu! 

Stryj rzucił słuchawką. 

Sissi jęknęła z bezsilności. Niemal w tym samym momencie zjawili się David i Marc. 

-  Widziałam,  jak  ich  porwali  -  westchnęła  Sissi.  -  Nie  udało  mi  się  przekonać  tego 

uparciucha,  chociaż  wszystko  mu  opowiedziałam.  Dlaczego  ty  z  nim  nie  porozmawiałeś, 

Davidzie?  Tobie  by  uwierzył.  Mówił,  że  tu  niedaleko  znajduje  się  zamek  Lasalle'a.  Pewnie 

tam pojechali. 

- Zgadza się - potwierdził Marc. - Muszę jechać za nimi. 

- My też. Ale jak? 

David  zamówił  rozmowę  i  pół  godziny  później  wyjeżdżali  już  z  miasta  w  hispano  - 

suiza. Co prawda nie był to najnowszy model, ale za to szybszy niż inne samochody. David 

nie  chciał  wyjaśnić  swym  towarzyszom,  w  jaki  sposób  zdobył  auto.  Uśmiechał  się  tylko 

tajemniczo. 

Minister spojrzał na swych rozmówców. 

- Niepojęte! A jeżeli dziewczyna ma rację? 

-  Właśnie  -  odparł  gorączkowo  ojciec  Michela.  -  To  pierwszy  znak,  że  Michel  żyje, 

jaki otrzymaliśmy od czasu, kiedy zniknął. Poza żądaniami porywaczy, oczywiście. Musimy 

spróbować, nawet gdybyśmy mieli popełnić błąd. Lasalle? Nie mogę w to uwierzyć! 

Pani Bouget już się zdecydowała: 

-  Trzeba  to  sprawdzić.  Jadę  z  wami.  Zresztą  nigdy  nie  lubiłam  madame  Lasalle.  Bez 

trudu mogę ją sobie wyobrazić jako złą macochę. 

- No, no! - zaprotestował jej mąż. - Madame Lasalle jest bardzo szykowną kobietą... 

- Czy to jest gwarancją prawego charakteru? 

Minister przerwał szybko tę bezsensowną dyskusję. 

background image

-  Jeśli  dobrze  zrozumiałem,  to  twoja  bratanica  wspomniała,  że  tych,  którzy 

uprowadzili  Michela  i  jego  opiekunkę,  było  kilku.  Musimy  więc  zabrać  ze  sobą  paru 

policjantów. 

- Sądzę, że mówiła prawdę - upierała się przy swoim pani Bouget. - Jedna z opiekunek 

Michela miała na imię Madeleine. 

-  To  brzmiało  jak  jakaś  zupełnie  nieprawdopodobna  sensacyjna  historia  -  stwierdził 

Gaston  de  Saint  -  Colombe.  -  Najpierw  pomyślałem,  że  Sissi  po  prostu  to  zmyśliła,  ale  po 

zastanowieniu doszedłem do wniosku, że powinienem o tym z wami porozmawiać. 

- To była słuszna decyzja. Czy wszyscy są gotowi? 

Wyjechali  z  Paryża  dużą  grupą:  hrabia  Gaston  de  Saint  -  Colombe,  małżeństwo 

Bouget, minister i naczelnik policji z ósemką uzbrojonych mężczyzn. 

-  Jeżeli  to  tylko  wytwór  bujnej  fantazji  Sissi,  nigdy  nie  będziemy  mogli  spojrzeć 

Lasalle'owi w oczy - myślał głośno Bouget. 

- I dobrze - odparła jego żona. 

-  Gdzie  odnalazła  brata,  Davida?  -  spytał  minister.  Jechali  jego  ogromnym 

samochodem  marki  Dion  -  Bouton.  Naprawdę  wspaniały  wóz,  wprost  stworzony  dla 

ministrów! 

- Nie mówiła. David zaginął w pobliżu Croix - sur - les - Collines, ale naturalnie tam 

nie dotarła! 

- Hm - zastanowił się minister. - To zaczyna się zgadzać. Lasalle ma w tych okolicach 

swoją letnią posiadłość. 

- To nonsens! - oburzył się hrabia de Saint - Colombe. Czy nasza mała Sissi mogłaby 

przedostać się aż tam? Przez linię walk? I z powrotem? Jest tylko bezbronną dziewczyną! 

-  Proszę  mi  powiedzieć  -  spytała  pani  Bouget  -  czy  mogła  znać  tragedię  rodziny  le 

Fey? 

-  Nie,  jestem  pewien,  że  nie.  Była  wtedy  dzieckiem...  a  poza  tym  mieszkała  w 

Norwegii. 

- A więc tym bardziej się zgadza! Skąd wiedziałaby o Marcu? 

-  Właśnie!  -  powiedział  hrabia.  -  David  pisał  pewnego  razu,  że  przydzielono  mu 

bardzo  dziwnego  asystenta,  którego  nawet  się  trochę  obawiał.  A  w  urzędzie  do  spraw 

zaginionych poinformowano mnie, że po bitwie nie odnaleziono tylko dwóch żołnierzy. Tym 

drugim mógł być Marc le Fey. Chociaż w jaki sposób wydostał się z... Nie, obawiam się, że 

wprowadziłem was w błąd. 

- Zobaczymy - odparł minister. 

background image

Resztę drogi przebyli w milczeniu. Wyprawa nie należała do przyjemnych. Nadzieja, 

ż

e  odnajdą  uprowadzone  dziecko,  była  nikła.  Tylko  na  podstawie  fantastycznej  opowieści 

Sissi  zamierzali  oskarżyć  o  wiele  poważnych  przestępstw  jednego  ze  swych  przyjaciół,  w 

dodatku bardzo wpływowego obywatela Francji! 

Sissi rzucało z boku na bok na tylnym siedzeniu samochodu. 

- Prowadź trochę spokojniej, Davidzie, niedobrze mi. 

David nie słuchał jej narzekań. Rozmawiał z Markiem. 

- Czy jesteś pewien, że nie pojechali inną trasą? 

-  Przyglądałem  się  wszystkim  bocznym  drogom.  Nie  było  na  nich  świeżych  śladów 

kół. 

- A sprawdzałeś rowy przydrożne? 

-  Cicho  bądź,  David  -  jęknęła  Sissi.  -  Pozwól  nam  przynajmniej  wierzyć,  że  jeszcze 

ż

yją! 

-  Miejmy  nadzieję,  że  te  ciemne  typy  zechcą  się  naradzić  z  Lasallem,  co  zrobić  z 

porwanymi - powiedział David. 

- Teraz w prawo! - zawołał nagle Marc. 

- Widziałeś jakiś ślad? 

-  Jesteśmy  na  miejscu  -  odparł  le  Fey  dziwnym  głosem.  Sissi  poklepała  go  po 

ramieniu. Czternaście lat minęło od czasu, kiedy Marc le Fey widział po raz ostatni tę piękną 

leśną drogę! 

- Co zrobimy, kiedy już będziemy koło zamku? - niepokoiła się Sissi. 

Nikt nie wiedział. 

- Może byśmy się tam jakoś niepostrzeżenie wśliznęli? - spytała niepewnie. 

- To niemożliwe - odpowiedział Marc. 

- Mamy przecież pistolet - przypomniał David. 

- I żaden z was go nie użyje, jestem tego pewna! - oświadczyła Sissi. – Ja go wezmę. 

-  O,  nie  -  zaprotestował  jej  brat.  -  Żadnej  strzelaniny!  Możemy  ich  postraszyć,  że 

zawiadomiliśmy  ministra  i  wiele  innych  osób,  i  że  jeżeli  spadnie  nam  włos  z  głowy,  to 

wszyscy się dowiedzą, kto ponosi za to winę. 

- To całkiem rozsądne - zauważył Marc. - Obyśmy tylko zdążyli. 

Wjechali  przez  piękną  bramę,  nową,  jak  stwierdził  Marc,  a  potem  między  wysokie 

drzewa  parku.  Następnie  droga  skręciła  i  ich  oczom  ukazał  się  ogromny  trawnik.  Dalej 

widniał zamek, niski i bez wieżyczek, ale stylowy i dobrze utrzymany. 

- Och - westchnęła Sissi. 

background image

Marc nie odezwał się ani słowem, kiedy wysiedli z auta. 

- Żadnej delegacji powitalnej? - zdziwił się David. 

- Ciesz się z tego - mruknęła Sissi. 

Ż

wirową alejką dotarli do wejścia. 

- Mnóstwo tu samochodów - zauważył David. - O, spójrzcie! Tam stoi ten, za którym 

jechaliśmy. A więc tu są! I nawet wielki dion - bouton, którego już gdzieś widziałem! Wiem, 

to wóz ministra, przyjaciela stryja Gastona! 

- A może oni mimo wszystko uwierzyli? - zastanawiała się Sissi. 

- Nie łudź się, minister może tu być z przyjacielską wizytą. Idziemy. Prosto w paszczę 

lwa! Chyba nie robimy zbyt mądrze, ale nie widzę innego sposobu. 

Sissi odchyliła się do tyłu i przeczytała napis nad wejściem: 

- Le Fey. 

Czuła  się  dziwnie  uroczyście.  Wzięła  Marca  za  rękę.  David  chciał  zadzwonić,  lecz 

Marc go powstrzymał. 

- Nie będę dzwonić do własnego domu - rzekł z dumą w głosie. 

Otworzyli drzwi i znaleźli się w ogromnym holu. 

Stało tam wiele osób. Ich spojrzenia obróciły się w stronę wchodzących. 

background image

ROZDZIAŁ XII 

-  Sissi!  I  David!  Davidzie,  czy  to  naprawdę  ty?  -  wykrzyknął  Gaston  de  Saint  - 

Colombe i objął bratanka ze łzami w oczach. 

David nie miał czasu na powitania. 

- Znaleźliście ich? 

-  Jeszcze  nie  -  odparł  minister,  który  podszedł  do  nowo  przybyłych.  -  Policja 

przeszukuje zamek. Czy to ci ludzie uprowadzili chłopca i dziewczynę? 

Wskazał na mężczyzn pilnowanych przez policjantów. 

- Myślę, że tak - powiedział David, a Marc skinął głową. Rozpoznał strażnika, którego 

uderzył na statku. 

- Naturalnie zaprzeczają, jakoby znali Michela - wtrącił Bouget. 

Jego żona chwyciła Sissi kurczowo za rękę. 

- Czy to prawda, że Michel żyje? Proszę mnie nie okłamywać, nie wolno pani! 

- Żył jeszcze przed kilkoma godzinami, zarówno on, jak i Madeleine. 

- Opisz Madeleine! - poprosiła pani Bouget z rozpaczą w głosie. 

-  Drobna,  ciemnowłosa,  ładna  -  mówiła  Sissi.  -  Z  łagodnym  ciepłem  w  oczach. 

Doskonała opiekunka. 

Oczy pani Bouget zalśniły. 

- A Michel? 

-  Blady,  szczupły,  delikatny.  Faliste,  ciemnobrązowe  włosy.  Zaciska  usta  w 

specyficzny sposób. 

Pani Bouget wybuchnęła płaczem. 

- To on, to on! Znajdźcie go, znajdźcie jak najszybciej! 

Naczelnik policji schodził właśnie ze swoimi ludźmi po schodach. 

- Ani śladu - oznajmił. - Sądzę, że ich tu nie ma. 

- A ja myślę, że są - nie zgodził się z nim David. - Całą drogę jechaliśmy ich śladem, a 

nikogo po drodze nie wysadzili. Madeleine i Michel muszą tu być! 

Nagle  otworzyły  się  drzwi  wejściowe  i  do  holu  wkroczyli  państwo  Lasalle.  Zapadła 

cisza. Marc zaczerpnął powietrza. 

-  Widzieliśmy  na  dziedzińcu  wasze  samochody,  drodzy  przyjaciele  -  odezwał  się 

Lasalle.  -  Wybraliśmy  się  na  krótką  przejażdżkę  po  naszej  posiadłości.  Jak  miło,  że  akurat 

zjawiliście się z wizytą. Ależ, moi drodzy, co za zgromadzenie! I policja! Czy coś się stało? 

background image

Nikt nie miał odwagi zacząć. Jeden z ludzi Lasalle'a po wiedział głośno: 

- Oskarżają nas o uprowadzenie dwojga dzieci. Mielibyśmy je jakoby tu schować. 

Lasalle i jego żona rozejrzeli się dookoła zdumieni. 

- Co to ma znaczyć? - spytał Lasalle. - Jakich dzieci? 

- Michela - odparł cicho Bouget. 

- Michela? - wybuchnęła pani Lasalle. - On miałby być ukryty w naszym domu? 

Sissi nie zdołała się opanować. 

- Chciała pani powiedzieć, w domu rodu le Fey? 

Para  brązowych  oczu  skierowała  się  w  stronę  Sissi.  Pani  Lasalle  patrzyła  na  nią  z 

nienawiścią. 

- Kim pani jest? Pani nie ma prawa wypowiadać się na temat tego domu! 

- Przeciwnie - włączył się Marc, który od chwili, kiedy wszedł  Lasalle, wyglądał jak 

czający  się  do  skoku  drapieżnik.  -  Wkrótce  bowiem  zostanie  jego  panią,  jeżeli 

sprawiedliwości stanie się zadość. 

Sissi zdumiona słuchała tych szczególnych oświadczyn. 

- Co to za bzdury? - zawołał Lasalle ze złością. - Kim są ci ludzie? 

Jego żona jednak cofnęła się z lękiem. 

- Te oczy! Czy nie widzisz? To jest Marc! Marc le Fey! 

Lasalle potrzebował ułamka sekundy, żeby się opanować. 

- Panie naczelniku! Niech pan aresztuje tego człowieka! - zwrócił się do policjanta. - 

Jest psychicznie chorym mordercą, który zbiegł z więzienia! 

-  Chwileczkę!  -  odparł  spokojnie  naczelnik.  -  Nie  wszystko  tu  jest  jasne.  Ci  troje  to 

rodzeństwo  de  Saint  -  Colombe  i  Marc  le  Fey.  Oskarżają  państwa  o  ukrywanie  w  zamku 

Michela  Bouget  i  Madeleine  Forgeron.  My  nikogo  tu  jednak  nie  znaleźliśmy.  A  co  państwo 

sami mają do powiedzenia na ten temat, monsieur i madame Lasalle? 

-  Już  pan  słyszał.  Oskarżenie  jest  fałszywe  i  krzywdzące,  i  nie  spodziewałem  się  po 

panu, panie ministrze, że pan w to uwierzy. Wiem przecież, że Michela uprowadzili zdrajcy 

ojczyzny. Czyżby pan zapomniał, ile uczyniłem dla Francji? 

-  Tak,  wiem  -  odpowiedział  minister.  -  Czyż  nie  lepiej  byłoby  więc  oczyścić  się  z 

zarzutów i raz na zawsze zakończyć tę sprawę? 

-  Tak,  naturalnie  -  zgodził  się  Lasalle.  -  Ale  proszę  się  nie  spodziewać,  że  o  tym 

zapomnę!  To  będzie  was  drogo  kosztować!  Prawdopodobnie  cofnę  moje  pożyczki  dla 

państwa... 

-  Proszę  nie  obiecywać  więcej,  niż  pan  może  dotrzymać  -  wtrąciła  się  Sissi.  - 

background image

Pieniądze, którymi pan szafował przez cały czas, należą do Marca, a więc mówimy tu o jego 

pieniądzach dla państwa. 

-  Marc  nie  ma  z  tymi  pieniędzmi  i  rodzinnym  majątkiem  nic  wspólnego!  - 

oświadczyła pani Lasalle. - Nie ma już do nich prawa. 

-  Zobaczymy  -  rzekł  David.  -  Panie  naczelniku,  nikogo  więc  nie  znaleźliście?  Może 

nie dotarł pan do wszystkich schowków i zakamarków? Może powinniście poprosić o pomoc 

kogoś, kto zna ten zamek na wylot? Mali chłopcy bawiąc się biegają po starych zamkach od 

piwnicy po strych, prawda, Marc? 

Na twarzy Marca pojawił się grymas, który miał być uśmiechem. 

- Masz rację! Chodźcie, rozejrzymy się jeszcze raz! 

Grupa policjantów ponownie udała się na poszukiwania. Pani Bouget poszła razem z 

nimi,  nie  mogła  już  dłużej  tkwić  bezczynnie.  David  także  chciał  do  nich  dołączyć,  ale 

powstrzymał go naczelnik. 

Po dłuższym milczeniu odezwał się minister: 

- Czy nie zaprosi nas pani do salonu, madame Lasalle? 

Z  wymuszoną  grzecznością  zaprosiła  ich  do  środka.  Sissi  rozejrzała  się  wokół  i 

musiała przyznać, że ta kobieta ma dobry gust. A może to matka Marca urządzała te wnętrza? 

Albo jeszcze ktoś inny w poprzednim pokoleniu? 

- Nie mogę wprost uwierzyć, że odnalazłaś Davida, Sissi! - przerwał milczenie stryj. - 

Cieszę  się,  że  będę  mógł  wysłać  do  Norwegii  telegram  z  dobrymi  wieściami.  Ale  muszę 

przyznać,  że  ty,  która  zawsze  tak  dbałaś  o  siebie,  wyglądasz  teraz  zupełnie  nieszczególnie. 

Włosy, ubranie... Można by pomyśleć, że sypiałaś na podłodze! 

-  Stryju  Gastonie,  jak  możesz?  -  odezwał  się  David  ostrym  tonem.  -  Najpierw 

wysłuchaj, przez co musieliśmy przejść, to może lepiej zrozumiesz! Sissi tak długo próbowała 

zachować swój styl, że chwilami wyglądało to komicznie. Była wprost fantastyczna! 

Dziękuję, bracie! pomyślała Sissi. A więc nie powinna za bardzo brać sobie do serca 

wszystkich wymówek, które czynił jej w czasie tej niezwykłej podróży. 

Stryj po chwili milczenia spytał: 

- Gdzie się odnaleźliście? 

- Niedaleko Croix - sur - les - Collines - odparł David. - Tam właśnie wytropiła Marca 

i mnie, a także Michela i Madeleine. I przejechała przez strefę działań wojennych. 

-  No  tak  -  westchnęła  Sissi.  -  A  ja  miałam  przez  cały  czas  odczucie,  że  traktujecie 

mnie jak zbędny bagaż. 

Stryj nie zadawał już więcej pytań. Ledwie pojmował to, co się stało. 

background image

A  Marca  le  Fey  nikt  nie  szukał,  pomyślała  Sissi.  Mógłby  pozostać  zapomniany  do 

końca życia... Zaszkliły się jej oczy i przełknęła dławienie w gardle. 

Minister  usiłował  podtrzymywać  grzecznościową  rozmowę,  lecz  Lasalle  i  jego  żona 

wyglądali  na  głęboko  urażonych.  A  może  byli  przestraszeni?  Bouget  nie  mógł  usiedzieć  ze 

zdenerwowania, a rodzina de Saint - Colombe drżała z niepokoju. Sissi napotkała wzrok pani 

Lasalle, kłujący jak szpilki, lecz dostrzegła w nim również strach. 

Bouget  wstał  i  zaczął  chodzić  tam  i  z  powrotem.  Co  chwila  wyjmował  zegarek  i 

wzdychał ciężko. 

W salonie panowała cisza. 

Nagle rozległy się głosy dochodzące z głębi zamku. 

Ojciec  Michela  zatrzymał  się  i  nastawił  uszu.  Głosy  były  ożywione,  zbliżały  się 

szybko. Wszyscy wybiegli do holu. 

Bouget znieruchomiał, słysząc lekkie kroki. 

- Michel! 

- Tata! 

Chłopiec  rzucił  się  ojcu  na  szyję.  Pani  Bouget  szła  za  synkiem,  zalana  łzami.  Potem 

pojawili  się  policjanci  i  Marc  z  zemdloną  Madeleine  na  rękach.  David  szybko  położył 

dziewczynę na sofie i zbadał jej puls. 

- Myślę, że to z wrażenia - powiedział Marc. - Straciła przytomność, kiedy nas ujrzała. 

- Gdzie ich znaleźliście? - spytał minister. 

- W tajemnym schowku, są jeszcze takie trzy w tym zamku - odparł Marc. 

Usłyszeli brzęk kajdanków. 

Naczelnik  policji  stanął przed  małżonkami  Lasalle.  Gdy  ich  wyprowadzano,  minister 

zawołał: 

- Tylko proszę dobrze za nimi zatrzasnąć drzwi! I sprawdzić, czy zamek wytrzyma! 

-  No  tak,  nie  mamy  teraz  czym  wrócić  -  stwierdził  minister,  gdy  stróże  prawa 

odjechali  z  dużą  grupą  aresztowanych.  -  Jestem  głodny.  Może  coś  przekąsimy,  czekając  na 

powrót samochodów? 

- Bez gospodarzy? - spytała pani Bouget. 

- Sądzę, że gospodarz jest z nami - odpowiedział minister. - Co pan na to powie, panie 

le Fey? 

- Nie jedliśmy od wczoraj. 

-  Dobrze.  Pójdę  więc  do  kuchni  i  jakoś  to  załatwię.  Nie  wszyscy  spośród  służby  są 

chyba przestępcami. 

background image

- Z pewnością znajdą się tacy, którzy nie darzą sympatią pani Lasalle - dodała Sissi. - 

Zwłaszcza wśród kobiet. 

- Odezwał się znawca - zakpił David. 

Minister zniknął, aby poprosić o podanie posiłku. 

Marc zwrócił się do Sissi. 

- Czy masz ochotę obejrzeć razem ze mną zamek? 

- Z przyjemnością! 

Wychodząc słyszeli jeszcze, jak David mówi do państwa Bouget: 

-  Chciałbym  powiedzieć  kilka  słów  o  Madeleine.  O  tym,  co  zrobiła  dla  Michela.  Jej 

ofiarność, nieskończona dobroć... 

- Tak - rozjaśnił się Michel. - Madeleine była dla mnie niemal jak starsza siostra. 

Pani Bouget zaproponowała ciepło: 

- Madeleine, bardzo chcielibyśmy, abyś została u nas jako opiekunka Michela... 

- Istnieje pewien problem - wtrącił się David. - Mam inne plany co do niej... 

Nie słyszeli dalszych słów, gdyż Marc zamknął drzwi. 

Przechodzili  od  pokoju  do  pokoju,  a  Sissi  wołała  tylko  od  czasu  do  czasu  „ach”  i 

„och”. 

Marc mówił jej, co było nowe, a co rozpoznawał z dawnych czasów. 

Nie jest to zamek, w którym straszy, stwierdziła Sissi z zadowoleniem. Do wszystkich 

pomieszczeń  doprowadzono  prąd,  łazienki  były  naprawdę  nowoczesne,  przeważały  jasne 

barwy. 

W końcu dotarli do dwojga pięknie  rzeźbionych  drzwi na pierwszym piętrze. Marc z 

wahaniem przystanął przed nimi. 

- Wejdź - zachęciła go Sissi. - Najlepiej mieć to już za sobą. 

Otworzył jedne drzwi. 

- Przerobili go na pokój gościnny! - zawołał zdumiony, kiedy weszli do środka. 

Oczom ich ukazał się maleńki pokoik z jednym łóżkiem, ładny i schludny, ale trochę 

bezosobowy. 

- Tu był kiedyś pokój mojego brata - powiedział Marc. - A ten drugi jest mój. 

-  To  także  pokój  gościnny  -  stwierdziła  Sissi,  wchodząc  do  sąsiedniego 

pomieszczenia. 

-  Wszystkie  moje  rzeczy  zniknęły,  z  wyjątkiem  łóżka,  które  pozostało  na  miejscu. 

Chyba nie liczyli się z tym, że kiedykolwiek miałbym... 

Zamilkł. Sissi spojrzała na niego. Marc zbladł, kąciki jego ust drżały. 

background image

Ukrył twarz w dłoniach. 

-  Chodź  -  zachęciła  go  Sissi  łagodnie.  Zdjęła  z  łóżka  narzutę  ze  złotego  brokatu.  - 

Odpocznij trochę, ostatnio miałeś tak mało snu, że ledwo trzymasz się na nogach. 

Niezdolny  do  sprzeciwu,  bezsilny,  położył  się  na  posłaniu  i  ukrył  twarz  w  poduszce. 

Sissi usiadła obok i gładziła Marca po włosach. Potem przytuliła się do niego. 

- Myślisz, że cię nie rozumiem? - szepnęła. 

-  Och,  Sissi!  -  jęknął  zrozpaczony.  Objął  ją  ramieniem  i  przycisnął  do  siebie  tak 

mocno, że musiała zacisnąć usta, żeby nie krzyknąć. - Tyle lat poniżenia! Stałem się dziki jak 

zwierzę! Czuję się tu obco, Sissi, już nigdy nie będę normalny! 

-  Nieprawda,  zmienisz  się,  jesteś  na  dobrej  drodze.  Istnieje  cała  przepaść  pomiędzy 

tobą dzisiaj a tą brudną, zaniedbaną dziką bestią, jaką znalazłam niedawno w stodole! Mimo 

wszystko podobałeś mi się już wtedy, Marc. 

Uścisk jego ramion trochę zelżał, wydawało się, że zatopił się we wspomnieniach. 

- Bili mnie, Sissi! Och, najdroższa, to wszystko było takie upadlające! Ja sam też się 

zmieniłem, stałem się niemal zwierzęciem, które musiało walczyć o resztki pożywienia... 

Dalsze słowa zagłuszył jęk rozpaczy. 

Serce Sissi uderzało mocno. Przed nikim innym Marc by się nie otworzył, uczynił to 

teraz  wobec  niej!  Ostrożnie  gładziła  jego  włosy,  szeptała  mu  do  ucha  słowa  pociechy. 

Ucałowała go w skroń. 

- Marc - odezwała się wzruszona. - Wszystko to z czasem przeminie jak zły sen. 

-  Nie,  nie!  To  nigdy  nie  minie.  Te  lata  odcisnęły  na  mnie  trwały  ślad,  sprawiły,  że 

drzemie we mnie ukryte zło. 

- Nie wierzę w to! 

-  Idź  stąd,  Sissi!  Teraz,  natychmiast!  Byłem  samotny,  tak  strasznie  samotny, 

rozumiesz? Przez długie lata! A ty jesteś taka cudowna. Twoje usta... Twoje włosy, twój głos, 

tak łagodny i pełen czułości! Odejdź stąd! Zaraz! 

- Nie mogę. Trzymasz mnie zbyt mocno. 

- Odejdź mimo to. Wyrwij się i uciekaj! 

Sissi starała się odsunąć, ale on natychmiast objął ją silniej. 

- Marc! Proszę cię! - jęknęła. 

Ale wiedziała, że jest już za późno. To jej wina, nie zachowała należytej ostrożności. 

Ale  miała  przed  sobą  człowieka  na  zawsze  skazanego  na  zapomnienie,  zrozumiała  jego 

ogromną samotność, pojęła, jak bardzo potrzebował dowodu, że jest ktoś, kto go kocha i dla 

niego żyje. 

background image

Kiedy Marc szukał jej ust, odwzajemniała pocałunki gorąco i z miłością. 

- Sissi? - powiedział i spojrzał na nią swymi jasnymi oczami. - Sissi, nie bój się mnie! 

Nie jestem bestią, kocham cię! 

Tragedię  rodziny  Le  Fey  wyjaśniono  ostatecznie  podczas  rozprawy  sądowej.  Marc 

został oczyszczony z wszystkich ciążących na nim zarzutów. Teraz był dorosłym mężczyzną, 

a nie przestraszonym dwunastolatkiem pogrążonym w rozpaczy, i mógł się należycie bronić. 

Zeznania  strażników  więziennych,  powołanych  na  świadków,  pozwoliły  na  jego  pełną 

rehabilitację. 

Sissi  była  obecna  na  każdej  rozprawie  i  rzucała  nieśmiałe  spojrzenia  w  stronę 

przysięgłych. David stwierdził, że wyraźnie ich kokietowała. 

Lasalle  i  jego  żona  trafili  do  więzienia.  Lista  ich  przewinień  była  długa.  Sprawa 

ś

mierci  ojca  Marca  nie  została  wyjaśniona,  podtrzymano  więc  wersję  o  ataku  serca.  Ale 

małżeństwo  miało  inną  śmierć  na  sumieniu:  śmierć  opiekunki  Michela.  Kolejnym  zarzutem 

była zdrada ojczyzny... 

W obliczu takich oskarżeń małżonkowie obwiniali się nawzajem, ale to w niczym nie 

poprawiło ich sytuacji. 

Lasalle dobrze  gospodarował majątkiem żony i znacznie go pomnożył. Sąd uznał, że 

za  lata  spędzone  w  więzieniu  Marcowi  należy  się  odszkodowanie  w  takiej  wysokości,  iż 

małżonkom z całej ich fortuny nie pozostało właściwie nic. Na cóż im zresztą były pieniądze 

- czekał ich przecież sąd wojenny! 

Zarówno Marc, jak i David z uwagi na odniesione rany zostali uznani za tymczasowo 

niezdolnych  do  służby  wojskowej.  Kiedy  Niemcy  wreszcie  zostali  powstrzymani  nad  rzeką 

Marną  i  działania  wojenne  na  froncie  zachodnim  wygasły,  wszyscy  czworo  popłynęli  do 

Norwegii.  Był  smutny  jesienny  dzień.  Ani  Madeleine,  ani  Marc  nie  mogli  uwierzyć  w 

zapewnienia Davida i Sissi, jak piękna Norwegia jest w zimie. 

- Marc, kim ty właściwie jesteś? - spytała Sissi, kiedy statek powoli dobijał do portu w 

Christianii. - Chodzi mi o to, jaki masz tytuł? Hrabiego czy barona... czy? 

- Żadnego - uśmiechnął się Marc. - Kiedyś takich jak ja nazywano chevalier, ale teraz 

się tego nie praktykuje. Le Fey wywodzą się z bardzo bogatych chłopów. 

- A co znaczy le Fey? Wydaje mi się, że to nie francuskie nazwisko? 

- Jeden z moich przodków otrzymał je w szesnastym wieku od króla Szkocji. Oznacza 

ono  mniej  więcej  „naznaczony  przez  śmierć”  lub  „bliski  śmierci”.  Jemu  udało  się  ocalić 

głowę... i mnie także. 

-  Trafnie  to  określiłeś!  -  roześmiała  się  Sissi.  -  Tytuł  czy  nie,  mama  będzie 

background image

zachwycona! 

David stał przy relingu, trzymając Madeleine za rękę. 

- Nie obawiaj się, moja droga, na pewno wszyscy cię zaakceptują! - przekonywał. 

W  jego  głosie  można  jednak  było  wyczuć  niepewność.  Wreszcie  zrozumiał,  że 

Madeleine  nie  bez  powodu  obawiała  się  spotkania  z  jego  rodziną.  Sissi  także  miała  rację, 

zastanawiając  się,  jak  przyjmie  tę  młodą  Francuzkę  krąg  ich  wysoko  postawionych 

znajomych.  David  zdecydował  się  z  nią  ożenić  trochę  z  przekory,  chciał  także  otoczyć  ją 

opieką.  Do  domu  nie  mogła  przecież  wrócić,  nie  mogła  także  przez  resztę  życia  być 

opiekunką Michela! 

David  wybrał  się  do  domu  rodzinnego  Madeleine  i  poprosił  o  jej,  rękę.  Na  początku 

rodzice  dziewczyny  nie  chcieli  z  nim  rozmawiać,  twierdząc,  że  Madeleine  nie  jest  już  ich 

córką. Kiedy jednak się zorientowali, że jest bogatym człowiekiem, od razu zmienili zdanie. 

Wtedy ostatecznie zdecydował, że zabierze Madeleine ze sobą do Norwegii. 

Ale  teraz...?  Wiedział  poza  tym,  jak  głęboko  tkwi  w  niej  lęk  przed  wszystkim,  co 

dotyczyło  miłości  między  kobietą  a  mężczyzną.  Dziewczyna  odnosiła  się  do  niego  niemal  z 

nabożeństwem, a to nie wróżyło udanego małżeństwa! 

David westchnął. Cóż, może jakoś się to wszystko ułoży! 

Ale  rodzina  przyjęła  ich  z  otwartymi  ramionami.  Sissi  usłyszała  to  i  owo  na  temat 

swej lekkomyślności, ale tak naprawdę nikt się na nią nie gniewał. 

Matka odbyła krótką rozmowę z Markiem: 

- Chętnie uwierzę w to, że Sissi podąży za tobą na koniec świata. Nie sądziłam, że ta 

dumna  dziewczyna  spotka  kiedyś  mężczyznę,  na  którego  będzie  patrzeć  z  takim 

uwielbieniem. Ale musisz wiedzieć, Marc, że to rozsądne z twojej strony, iż masz w zanadrzu 

zamek  i  majątek.  Sissi  jest  bowiem  rozpieszczonym  stworzeniem,  przywykłym  do  życia  w 

luksusie! 

- Chyba wszystko ułoży się dobrze - roześmiał się Marc. 

-  Jestem  tego  pewna!  Powinnam  była  wiedzieć:  ona  szukała  silnego  mężczyzny, 

którego mogłaby podziwiać. Kiedy mówię silnego, to mam na myśli nie tylko siłę mięśni. O 

Sissi się nie obawiam. Bardziej martwię się o Davida... 

- Madeleine jest wspaniałą i piękną dziewczyną - powiedział z przekonaniem Marc. 

-  O,  tak,  z  pewnością!  Zaraz  ją  wyślemy  do  szkół,  nauczy  się  sztuki  prowadzenia 

domu,  etykiety  i  tak  dalej.  Niczego  więcej  Madeleine  nie  trzeba!  Ale  czy  David  myśli 

poważnie?  -  mówiła  dalej  pani  de  Saint  -  Colombe.  -  Czy  on  przypadkiem  nie  bawi  się  w 

błędnego rycerza albo dobrego samarytanina? 

background image

-  Bzdura  -  wtrąciła  się  Sissi,  która  właśnie  nadeszła.  -  David  jest  w  niej  naprawdę 

zakochany.  Problem  w  tym,  że  dziewczyna  jest  tak  cnotliwa,  że  nigdy  nie  będzie  mógł  jej 

tknąć! Właśnie jej tłumaczyłam, że powinna gwizdać na cały świat. Trzeba żyć tylko dla tego 

kogoś, kogo się kocha. Dać mu wszystko. Myślę, że to pomogło! 

- Ależ Sissi! - wybuchnęła matka wstrząśnięta. 

-  Mamo,  czy  musimy  urządzać  wielkie  wesele?  -  szybko  zmieniła  temat  Sissi.  - 

Pomyśl  o  tych  wszystkich  snobach,  którzy  przyjdą  tylko  po  to,  żeby  zmrozić  spojrzeniem 

Madeleine. Poza tym Marc i ja musimy czym prędzej wracać do Francji i... 

-  Nikt  nie  będzie  mroził  wzrokiem  Madeleine,  mogę  cię  zapewnić!  Proszę  cię,  nie 

odbieraj mi radości wyprawienia podwójnego wesela moim bliźniętom! 

- No dobrze, mamo, jak chcesz! - zgodziła się w końcu Sissi. 

...  I  odbyło  się  huczne  wesele,  na  które  przybyli  najznakomitsi  goście.  Madeleine 

wyglądała jak czarująca dzika róża u boku dumnego Davida. 

A  Sissi  nigdy  jeszcze  nie  była  tak  oszałamiająco  piękna,  jak  w  olśniewająco  białej 

sukni i welonie, z białymi kwiatami w bukiecie ślubnym i wianku... 

Sissi bowiem nigdy nie poddawała się konwenansom!