background image

Joanna Mansell

Bhutan – Kraina 

smoków

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Josie   wysiadła   z   samolotu   na   lotnisku   Dum   Dum   na 

przedmieściach Kalkuty. Miała wrażenie, że podróż nigdy się 
nie skończy. Marzyła teraz jedynie o tym, by zakopać się w 
miękkim   łóżku   i   spać   co   najmniej   przez   tydzień.   Ledwie 
znalazła się na lotnisku, otoczyło ją gorące wilgotne powietrze 
i   osłabła   jeszcze   bardziej.   Wakacje   nawet   się   na   dobre   nie 
zaczęły, a już czuła się kompletnie wyczerpana!

Na lotnisku czekał autobus mający zabrać pasażerów do 

hotelu. Prawie wszyscy byli turystami, którzy zarezerwowali 
zbiorowe wycieczki w różne rejony. Niektórzy mieli objechać 
Indie  północne,  kilka   osób  zostawało   parę  dni   w  Kalkucie, 
nim wyjadą do Katmandu w Nepalu, a zaledwie garstka - tak 
jak   Josie   -   wybierała   się   do   niewielkiego,   jeszcze 
odleglejszego kraju.

Chociaż   dziewczyna   spędziła   z   pozostałymi   pasażerami 

wiele godzin w samolocie, wymieniła z nimi zaledwie kilka 
uśmiechów   i   uprzejmości.   Zapewne   dlatego,   że   wszyscy 
pozostali   podróżowali   parami   lub   grupkami.   Tylko   ona 
okazała się tak szalona, by wybrać się w drogę samotnie.

Oczywiście   powinna   mieć   towarzystwo,   przypomniała 

samej   sobie   ze   złością.   W   jej   błękitnych   oczach   zapłonął 
gniew,   aż   pociemniały   jeszcze   bardziej.   Spróbowała   się 
opanować, lecz udało się jej to tylko częściowo. Rana była 
wciąż jeszcze  zbyt  świeża, rozgoryczenie zbyt duże, by dały 
się łatwo zepchnąć do podświadomości.

Ze zmarszczonymi brwiami wdrapała się do małego busa. 

Miejsce   obok   niej   było   puste,   podobnie   jak   w   samolocie. 
Chociaż   boleśnie   przypominało   jej   to   o   wszystkim,   co 
przeżyła   przez   ostatnich   parę   tygodni,   czuła   również 
przewrotne zadowolenie. Skoro miejsce pozostało nie zajęte, 
znaczyło to, że agencji nie udało się sprzedać biletu Dereka. 

background image

więc będzie musiał za niego zapłacić. Doskonale! - pomyślała 
z satysfakcją. Oto kara za wycofanie się w ostatniej chwili! 
Satysfakcja okazała się jednak krótkotrwała i już po chwili 
wolny   fotel   przypominał   dziewczynie   tylko   o   jej 
osamotnieniu.   To   z   kolei   sprawiło,   że   ogarnął   ją   niepokój. 
Podróżowała już wcześniej samotnie, ale nigdy tak daleko od 
domu ani do tak egzotycznego kraju.

To szaleństwo porywać się na coś podobnego! Powtarzała 

to sobie setki razy, lecz mimo to stanowczym krokiem weszła 
na   pokład   samolotu   w   Londynie.   Kierowała   się   uporem   - 
którego już zaczynała żałować - lecz mimo to znalazła się w 
Indiach. Teraz pozostało jej tylko zacisnąć zęby i udawać ze 
wszystkich sił, że świetnie się bawi.

Wyjrzała przez okno na zalane pola i bawoły kroczące ze 

stoickim spokojem przez błotnistą wodę. Była pora monsunów 
- nie najlepszy czas na odwiedziny w tej części świata. Po 
chwili bus wjechał do miasta i Josie po raz pierwszy ujrzała 
Kalkutę.

Czytała kiedyś, że to miasto uważano za piekło na ziemi. I 

jeśli   nie   lubi   się   tłumów,   bez   wątpienia   jest   to   prawdą! 
pomyślała. Ulica i chodniki roiły się od ludzi. Wydawało się, 
że wszyscy jedzą, śpią, myją się. piorą i handlują na ulicy, w 
palących promieniach słońca. Stada kóz i krów wędrowały w 
ożywionym ruchu ulicznym. Riksze, ciężarówki i samochody 
osobowe przedzierały się przez zatłoczone ulice z szaleńcza 
brawura,   klaksony   trąbiły   nieustannie,   piesi   i   zwierzęta   w 
ostatniej   chwili   usuwali   się   z   drogi   i   tylko   cudownym 
zrządzeniem losu nikt nie zostawał zabity ani ranny.

Ku   uldze   Josie   droga   do   hotelu   nie   trwała   długo.   Przy 

innej okazji bez wątpienia doszłaby do wniosku, że Kalkuta 
jest   gwarna,   egzotyczna,   podniecająca   i   godna   zwiedzenia, 
lecz w tym momencie nie czuła, się na siłach, by stawić jej 
czoło.

background image

Powłócząc nogami, weszła do hotelu. Niemal zasypiając 

na stojąco, naskrobała swoje nazwisko w księdze gości, wzięła 
klucz   do   pokoju,   zerknęła   na   numer   i   ruszyła   w   stronę 
schodów.

Pierwsze piętro, pokój piętnasty. Ziewnęła rozdzierająco i 

spróbowała   otworzyć   drzwi,   lecz   okazało   się,   że   są   już 
otwarte.

We   wnętrzu   panował   mrok   z   powodu   zamkniętych 

okiennic. Dziewczyna nic miała siły, by je otworzyć. Widziała 
przed sobą niewyraźny zarys łóżka, a jak na razie tylko to było 
jej   potrzebne   do   szczęścia.   Z   westchnieniem   ulgi   zrzuciła 
buty, dżinsy i podkoszulek, nie zadając sobie trudu, by zdjąć 
również   biustonosz   i   figi.   Ziewnęła   znowu.   Wiedziała,  że 
powinna wziąć prysznic, rozpakować się, coś zjeść. Mniejsza 
o to. Najpierw musi się wyspać.

Wymacała łóżko, uniosła cienkie przykrycie i owinęła się 

w nie z rozkoszą. Powieki same jej się zamykały.

Ułamek sekundy później głośno krzyknęła z przerażenia i 

zerwała się z posłania, pociągając za sobą cienką kołdrę.

W łóżku ktoś leżał!
  - Co. u diabła...? - odezwał się zirytowany męski głos. 

Josie próbowała  coś  powiedzieć, lecz nie mogła wykrztusić 
słowa. Serce waliło jej tak  mocno,  że zabrakło  jej tchu  Parę 
chwil później pstryknął przełącznik i zapaliła się lampa przy 
łóżku.   Dziewczyna   stała   twarzą   w   twarz   z   mężczyzną 
wyglądającym   na   bardzo   rozgniewanego.   Z  drugiej   strony, 
ona też nie była w szczególnie ugodowym nastroju.

  - Co pan robi w moim  łóżku?! - krzyknęła ostro, gdy 

odzyskała nieco panowanie nad sobą.

  -  Tak  się  składa,  że  to  moje  łóżko  -  brzmiała  cierpka 

odpowiedź.

Mężczyzna   przesunął   wzrokiem   po   jej   niekompletnie 

ubranej postaci.

background image

  - I nie przypominam sobie,  żebym zamawiał dodatkowe 

usługi pozą sprzątaniem - dorzucił zimno.

W oczach Josie błysnęła furia. Wiedziała, że w niektórych 

hotelach   w   zamian   za   duży   napiwek   gościom   sprowadzano 
dyskretnie kobiety. Jednak żeby insynuować, że ona znalazła 
się tutaj w takim celu,..

 - Nie wyobrażam sobie, by jakaś kobieta przy zdrowych 

zmysłach chciało dzielić z panem łóżko, nawet gdyby istotnie 
pan za to zapłacił - rzuciła obraźliwie. - I jeśli nie wyniesie się 
pan z tego pokoju... mojego pokoju... w ciągu pięciu sekund, 
wezwę dyrektora. Każę pana aresztować!

Mężczyzna wolno podniósł się z łóżka. Josie starała się 

patrzeć na niego z wściekłością i równocześnie nie przyglądać 
mu   się   za   bardzo,   co   nie   było   szczególnie   łatwe.   Gdyby 
odwróciła   wzrok,   stanowiłoby   to   objaw   słabości.   Z   drugiej 
strony, był przecież nagi! Teraz, kiedy pierwsza fala gniewu 
minęła, czuła, jak pełen skrępowania rumieniec pokrywa jej 
twarz.

Wydawało się, że obcy nie ma  podobnych rozterek, bo 

bezwstydnie   gapił   się   na   nią.   Dziewczyna   podciągnęła 
okrycie.

  -   Nie   znoszę   zboczeńców.   Jeśli   podnieca   pana   widok 

kobiety, niech pan sobie poszuka innej! - syknęła.

Jego spojrzenie stwardniało.
 - Nie lubię kobiet, które wkradają mi się do łóżka, licząc 

na łatwy zarobek.

  - Wcale nie wkradłam się panu do łóżka! - wrzasnęła 

losie. - To moje  łóżko! Mam klucz do tego pokoju i mam 
prawo   być   tutaj.   I   byłabym   wdzięczna,   gdyby   pan   coś   na 
siebie włożył - dodała cierpko.

  - Skoro moja nagość tak pani przeszkadza... - odparł z 

lekkim rozbawieniem.

background image

 - Wcale nie - odparła natychmiast, niezgodnie z prawda. 

Ku   jej   wielkiej   uldze   włożył   dżinsy,   które   leżały   rzucone 
niedbale na krzesło.

 - A pani nie zamierza się ubrać? - spytał nieco ironicznie.
 - Och... racja - odparła szybko.
Naciągnęła   podkoszulek   i   spodnie:   teraz,   kiedy   oboje 

wyglądali w miarę przyzwoicie, poczuła się nieco pewniej.

Mężczyzna siedział na łóżku i patrzył na nią. W świetle 

lampy widziała, że jego oczy są złotobrązowe. Tygrysie oczy, 
pomyślała bez związku. Włosy miał w tym samym kolorze, 
zmierzwione pasma odgarnął z wysokiego czoła.

  -   Skoro   przestaliśmy   na   siebie   wrzeszczeć,   może 

spróbujemy wyjaśnić całą sprawę - zaproponował.

 - Nie ma czego wyjaśniać. Znalazł się pan w nie swoim 

pokoju - odparła stanowczo.

 - Myślę, że to raczej pani popełniła błąd.
  -   Niemożliwe   -   odparła   z   irytacją.   -   Mam   klucz.   Jak 

inaczej mogłabym tu wejść?

 - Otworzyła pani nim drzwi?
 - Nie, były otwarte.
 - Ponieważ ja je otwarłem moim kluczem.
 - To niemożliwe - upierała się dziewczyna.
 - Proszę mi pokazać swój klucz.
Wyjęła   go   z   kieszeni   dżinsów   i   rzuciła   w   stronę 

mężczyzny.

  -   I   co,   mam   rację,   prawda?   Klucz   do   pokoju   numer 

piętnaście - mojego pokoju.

  -   Nie   -   odparł   spokojnie.   -   To   klucz   do   numeru 

szesnaście,

 - Co takiego? - Wyrwała mu klucz i uważnie spojrzała na 

plakietkę.

  -  Łatwo   popełnić   błąd   -   wyjaśnił   mężczyzna.   -   Cyfra 

sześć jest zatarta i wygląda jak piątka.

background image

Josie przełknęła z trudem ślinę.
 - Ja... eee... no, cóż, chyba powinnam pana...
 - Przeprosić? - dokończył za nią gładko.
Z całą pewnością nie chciała przepraszać tego człowieka, 

nawet   jeśli   to   ona   popełniła   błąd.   Musiała   jednak   coś 
powiedzieć, więc wyrecytowała bez przekonania:

 - To jednak była moja wina. Przepraszam za najście.
  -   Sprawiłoby   mi   ono   znacznie   większą   przyjemność, 

gdybym   tylko   nie   był   tak   zmęczony   -   odparł   głosem,   w 
którym pojawiły się nagłe inne tony.

Dziewczyna schwyciła torbę i pośpiesznie wycofała się do 

drzwi.

 - Pójdę lepiej do swojego pokoju.
 - Numer szesnaście - przypomniał jej z błyskiem w oku,
 - Wiem! - prychnęła.
Ugryzła   się   w   język,   żeby   nie   powiedzieć   nic   więcej. 

Stanowczo  nie zamierzała  się  okazać  jeszcze bardziej nie  - 
grzeczna.

  -   Może   zechciałaby   to   pani   zawiesić   na   drzwiach   od 

zewnątrz?

Rzucił coś w jej stronę. Była to tabliczka z napisem „Nie 

przeszkadzać".   Dziewczyna   gniewnie   zmarszczyła   brwi. 
Bardzo zabawne. Co za niezwykle poczucie humoru.

Opuściła   pokój   jak   najszybciej   i   ruszyła   do   własnego 

numeru.   Kiedy   otwierała   drzwi,   złapała   się   na   tym,   że 
wstrzymuje   oddech.   A   jeśli   ktoś   inny   też   się   pomylił? 
Naprawdę   nie   miała   ochoty   przechodzić   przez   to   wszystko 
jeszcze raz! Przekonała się jednak z ulgą, że pokój jest pusty. 
Rzuciła torbę na podłogę i zorientowała się, że wciąż jeszcze 
ściska   w  ręce  tabliczkę.  Po   chwili   wahania   zawiesiła   ją   na 
własnych drzwiach. Potem rzuciła się na łóżko i natychmiast 
zapadła w głęboki sen.

background image

Przespała resztę popołudnia i całą noc. Kiedy otworzyła 

oczy, jasne światło sączyło się przez półotwarte okiennice i w 
Kalkucie zaczynał się kolejny gorący, duszny dzień.

Josie wstała bez entuzjazmu, nadal czując, że powieki ma 

ciężkie.   Nie   miałaby   nic   przeciwko   temu,   żeby   poleżeć 
jeszcze   kilka   godzin,   wiedziała   jednak,   iż   musi   zdążyć   na 
kolejny   samolot   odlatujący   przed   południem   -   ten,   który 
zawiezie ją do Bhutanu, celu jej podróży.

 - Dokąd? - spytała, kiedy Derek wymienił tę nazwę po raz 

pierwszy.

 - Do Bhutanu - powtórzył radośnie.
 - Nie wiem nawet, gdzie to jest!
 - Lecisz do Indii, a potem dalej na północ i zatrzymujesz 

się   tuż   przed   Tybetem   -   wyjaśnił.   -   To   mały   kraik   w 
Himalajach. Dociera tam niewielu turystów, głównie dlatego, 
że Bhutańczycy bardzo rozsądnie wpuszczają ograniczoną ich 
liczbę. Spodoba ci się.

A ponieważ Josie zawsze lubiła podróżować i poznawać 

nowe   miejsca,   z   wielkim   entuzjazmem   zgodziła   się   na   tę 
propozycję.   Tyle   tylko,   że   teraz   od   Bhutanu   dzieliło   ją 
zaledwie   dziewięćdziesiąt   minut   lotu   i   zaczynała   nabierać 
nieprzyjemnych podejrzeń co do swojej wyprawy. Zjeździła 
samotnie   całą   Europę,   ale   ta   kraina   w   niczym   nie 
przypominała Europy. To była Azja - bardzo obca, egzotyczna 
i   niepodobna   do   niczego,   z   czym   się   Josie   dotychczas 
zetknęła.   Nie   planowała   przyjeżdżać   tu   samotnie,   a   teraz 
zaczynała   odkrywać,   że   nie   chce   odbywać   tej   podróży   bez 
towarzystwa.   To   stanowiło   dla   niej   kolejne   nowe 
doświadczenie. Chociaż była osobą towarzyską, zwykle lubiła 
samotne wyjazdy.

Prysznic był zaledwie letni, a ciśnienie wody słabe, co nie 

poprawiło jej nastroju. Utyskując półgłosem, włożyła cienką 
spódnicę,   bawełnianą   bluzkę   i   sandały.   Przeciągnęła 

background image

grzebieniem po rozczochranych blond włosach, spojrzała na 
siebie w lustrze i uznała, że może zrezygnować z makijażu. 
Natura obdarzyła ją piękną cerą; brwi i rzęsy miała o kilka 
odcieni   ciemniejsze   niż   włosy,   wiec   nie   musiała   ich 
dodatkowo przyciemniać.

Poczuła,   że   umiera   z   głodu.   Ostami   posiłek   jadła   w 

samolocie, a była wówczas zbyt znużona podróżą, by w pełni 
wykorzystać okazję.

Być może dlatego, że hotel przyjmował wielu turystów, 

menu zawierało między innymi solidne angielskie śniadanie. 
Josie   zamówiła   pełny   zestaw:   jajka,   bekon,   pomidory, 
kiełbaski i gorące grzanki z masłem, a na koniec kawę. Kiedy 
pochłonęła   wszystko,   co   przed   nią   postawiono,   poczuła   się 
znacznie lepiej. Zamówiła jeszcze jedną porcję tostów i drugą 
filiżankę kawy i właśnie smarowała grzankę dżemem, Kiedy 
w wejściu do sali spostrzegła znajomą postać.

Grzanka   wypadła   jej   z   palców,   plamiąc   nieskazitelnie 

biały   obrus.   Dziewczyna   nerwowo   zaczęła   ścierać   plamy   z 
masła   i   dżemu   serwetką   -   co   tylko   pogorszyło   sytuację   - 
równocześnie   obserwując   ukradkiem   nowo   przybyłego.   Na 
sali   było   kilka   wolnych   stolików   i   z   ulgą   zauważyła,   że 
mężczyzna kieruje się do jednego z nich.

Oczywiście nie miał powodu, by wybrać właśnie jej sto - 

lik. Prawdę mówiąc, zapewne wolał jej unikać. Nagle kątem 
oka zauważyła, że spojrzał w jej stronę. Wbiła wzrok w obrus. 
Z całą pewnością nie chciała, by przyłapał ją na tym, że się na 
niego gapi. Mógłby błędnie to zrozumieć!

Z powrotem zabrała się do jedzenia tostów, zdecydowana 

poświęcić całą uwagę śniadaniu, nawet jeśli nie sprawiało jej 
już takiej przyjemności jak jeszcze przed paroma chwilami. 
Właśnie   przełykała   kęs,   kiedy   mężczyzna   nieoczekiwanie 
osiadł na krześle naprzeciw niej.

background image

Kawałek grzanki utknął jej w gardle i dziewczyna zaczęła 

się krztusić. Natręt zerwał się z miejsca i uczynnie klepnął ją 
w plecy. Mimo to zabrało jej dłuższą chwilę, nim odzyskała 
oddech. Z oczu wciąż jednak ciekły jej łzy, więc nie widziała 
go wyraźnie.

 - Co pan tu robi? - wychrypiała rozzłoszczona.
 - Chcę zamówić śniadanie - odparł rzeczowo.
 - Nie o to mi chodzi! Co pan robi przy tym stoliku! Jest 

wiele wolnych miejsc.

Wzruszył ramionami
 - Nie mam towarzystwa i pani, jak się wydaje, tak samo. 

Pomyślałem więc, że skoro dzieliliśmy ze sobą łoże, możemy 
też dzielić stół.

 - Może trochę ciszej? - wysyczała i purpurowiała, kiedy 

kilka głów w pobliżu podniosło się z zainteresowaniem.

 - Poza tym to nieprawda.
  - Wzięła pani angielskie śniadanie? - spytał, jakby nie 

słyszał. - I jak? Jeśli pani smakowało, chyba też je zamówię.

  -   Nie   chcę   rozmawiać   o   jedzeniu!   -   niemal   na   niego 

wrzasnęła.

W tym momencie zdała sobie sprawę, że to ona zwraca 

uwagę swoim zachowaniem. Poczerwieniała jeszcze bardziej i 
pożałowała, że nie może się zapaść pod ziemię.

 - Wychodzę - burknęła, odsuwając talerz.
 - Przeze mnie? - spytał.
  -   Tak,   przez   pana!   -   Spojrzała   na   niego   wściekłym 

wzrokiem.   -   I   mam   nadzieję,   że   udławi   się   pan   swoim 
śniadaniem - dorzuciła niegrzecznie, po czym wstała i wyszła 
z jadalni.

Przez parę minut stała przy recepcji, wciąż zdenerwowana 

spotkaniem. Kiedy trochę ochłonęła, doszła do wniosku, że 
zachowała się bardzo niewłaściwie, ale nie dbała  o to.  Obcy 
miał   w   sobie   coś,  co  bardzo   działało   jej   na   nerwy. 

background image

Postanowiła, że wróci do pokoju i przygotuje się do wyjścia. 
Im szybciej opuści ten hotel - i tego człowieka - tym lepiej.

Właśnie szła w stronę schodów, kiedy ktoś zawołał ją po 

nazwisku,

 - Panna Saunders?
Josie  odwróciła   się   i   zobaczyła   atrakcyjną   kobietę   w 

średnim   wieku   ściskającą   pod   pachą   kilka   teczek   z 
dokumentami.

 - Tak, to ja - powiedziała.
 - Jak dobrze - odetchnęła kobieta z ulgą. - Zawiadomiłam 

już wszystkich z pani grupy. Pani była ostatnia na mojej liście.

Kiedy dziewczyna spojrzała na nią z lekkim zdumieniem, 

wyjaśniła:

 - Jestem z biura podróży organizującego pani wakacje w 

Bhutanie.   Niestety,   mamy   drobne   problemy.   Nie   mogą 
państwo wylecieć dzisiaj rano.

 - Co się stało?
 - Jakieś kłopoty techniczne z samolotem. Nic poważnego, 

ale   naprawa   potrwa   parę   godzin.   Państwa   lot   został   prze   - 
sunięty   na   jutro.   Bardzo   przepraszam;   oczywiście 
zapewniliśmy państwu dodatkowy nocleg w hotelu.

Josie   pomyślała   o   mężczyźnie   z   jadalni.   On   również 

zostanie, a stanowczo nie chciała na niego znowu wpaść.

  -   Nie   ma   tu   innego   hotelu,   w   którym   mogłabym 

przenocować? - spytała.

Kobieta wyglądała na zdumiona.
 - Raczej nie. Czy coś się stało? Pokój nie jest wygodny? 

Josie westchnęła.

  -   Pokój   mi   odpowiada.   Tylko...   och,   nieważne   - 

zakończyła z rezygnacją. - Mogę tu zostać.

Na twarzy kobiety odmalowała się ulga.
  -   Naprawdę   trudno   byłoby   panią   przenieść   do   innego 

hotelu, 1 skomplikowałoby to wiele spraw, ponieważ wszyscy 

background image

pozostali   pasażerowie   zostają   tutaj.   Przykro   mi   z   powodu 
zwłoki, ale Kalkuta to naprawdę bardzo ciekawe miasto.

Wręcz   fascynujące,   jeśli   tylko   nie   przeszkadzają   pani 

tłumy i hałas.

  -   Czy   jest   tu   coś   szczególnie   godnego   obejrzenia?   - 

spytała Josie.

  -   Wiele   rzeczy.  Może   przejdzie   się   pani   po   prostu   po 

okolicy   i   wczuje   w   atmosferę   tego   miejsca   -   doradziła 
agentka. - Wielu ludzi nie znosi Kalkuty, są tacy, którzy ją 
uwielbiają,   ale   nikt   nie   pozostaje   obojętny.   -   Spojrzała   na 
zegarek. - Muszę już iść - oświadczyła. - Trzeba odprawić 
grupę   turystów   do   Katmandu   i   jeszcze   wytropić   jakiś 
zgubiony bagaż.

Odeszła   pośpiesznie.   Josie   wahała   się   kilka   minut.   Co 

zrobić z resztą dnia? Nie wiedziała. Jednej rzeczy była jednak 
pewna. Nie zostanie w hotelu.

Liczyła, że natknie się na turystów ze swojej grupy. Może 

pozwolą się jej przyłączyć, jeśli zdecydują się na zwiedzanie 
miasta.   Nie   zauważyła   jednak   żadnych   znajomych   twarzy, 
więc po chwili westchnęła ze smutkiem i wyruszyła samotnie.

Gdy wyszła z hotelu, poczuła upał. Odczuła go niemal jak 

cios.   Drugą   rzeczą   był   hałas.   Silniki   grzechotały,   ryczały   i 
krztusiły się, powietrze dusiło od spalin, nieustannie brzmiały 
klaksony.

Dziewczyna   ruszyła   przed   siebie,   spięta,   lecz 

równocześnie   zafascynowana.   Wydawało   się,   że   każdy 
centymetr   powierzchni   jest   zajęty.   Nad   ogniskami   z   węgla 
drzewnego   wisiały   garnki,   dym   mieszał   się   ze   spalinami, 
tworząc   mgiełkę   wiszącą   nad   miastem.   Wzdłuż   chodnika 
rozstawiono stragany z najróżniejszymi towarami - od gorącej 
herbaty,   curry   i  chapati  po   poliestrowe   koszule,   zabawki   i 
obrazki świętych. Przy popękanych rurach ludzie myli się i 
prali ubrania, kobiety zręcznie przebierały się z mokrych sari 

background image

w   suche.   Wszędzie  dostrzegało   się   wielką   biedę,   ale   także 
równie wielką żywotność.

Po   pewnym   czasie   niepokój   wziął   jednak   górę.   Josie 

zatrzymała się gwałtownie i postanowiła wrócić do hotelu. To 
nie ma sensu. Zwykle nie brakowało jej pewności siebie, teraz 
jednak czuła, ze odwaga ją opuszcza. To stanowczo nie były 
wakacje, na jakie można się wypuszczać samotnie. Być może 
opóźnienie to dobra rzecz. Będzie miała czas się zastanowić, 
czy   rzeczywiście   chce   kontynuować   swoją   wyprawę   do 
Bhutanu.

Pierwszy   raz   wzięła   pod   uwagę   możliwość   powrotu. 

Kiedy to jednak zrobiła, nie mogła zrozumieć, po co w ogóle 
zmuszała   się   do   wyjazdu.   Pewnie   przez   upór   i   dumę, 
pomyślała. Oraz głęboko tkwiący w niej gniew na mężczyznę, 
. który miał jej towarzyszyć.

Zaprzątnięta myślami, obróciła się w miejscu, zamierzając 

wrócić po własnych śladach do hotelu. Zamiast tego wpadła 
wprost na mężczyznę stojącego tuż za jej plecami.

 - Przepraszam... - zaczęła.
W tym momencie zobaczyła złotobrązowe oczy i jej twarz 

natychmiast sposępniała.

 - To znowu pan! - wybuchnęła - Śledził mnie pan?
 - Tak - odparł spokojnie. To ją zaskoczyło.
 - Czemu? - spytała ostro.
  -   Zobaczyłem,   że   wychodzi   pani   z   hotelu.   Chciałem 

wiedzieć, dokąd się pani udaje. I dlaczego jest pani sama.

  -   Nie   rozumiem,   czemu   miałoby   to   pana   obchodzić   - 

odparła lodowato.

Wzruszył ramionami.
 - Pewnie ma pani rację. Ale to nie zawsze rozsądne... tak 

chodzić samotnie po nieznanym mieście.

 - Doskonale potrafię o siebie zadbać. Jestem dorosła i nie 

potrzebuję, żeby mnie ktoś prowadzał za rękę.

background image

Przyjrzał się jej taksująco.
  -  Ma   pani   może   dwadzieścia   trzy,  cztery   lata   -  ocenił 

zgodnie   z   prawdą.   -   Większość   ludzi   w   tym   wieku   potrafi 
sobie dać radę, ale to nie znaczy, że poradzą sobie w Kalkucie. 
I nie powiedziała mi pani jeszcze, dlaczego jest pani sama.

 - Mówiłam już, że to nie pański interes! - odburknęła. - A 

teraz   wybaczy   pan,   ale   jest   parę   miejsc,   które   chciałabym 
zobaczyć.

Mężczyzna nawet nie drgnął.
 - Na przykład? - spytał.
Josie   przeczytała   w   przewodniku   cały   rozdział 

poświęcony   Kalkucie,   teraz   jednak,   czując   na   sobie   jego 
spojrzenie, nie potrafiła sobie przypomnieć ani jednej nazwy.

  - Nie muszę się panu tłumaczyć - mruknęła w końcu, 

świetnie zdając sobie sprawę, że to dość marna odpowiedź.

Przyjrzał się jej uważnie.
  - Moim zdaniem, nigdzie pani nie idzie - stwierdził w 

końcu. - Kalkuta okazała się bardziej przytłaczająca, niż pani 
sądziła, więc zamierzała pani wrócić do hotelu.

  - Bardzo bystrze - odparła obojętnym tonem. - Zna pan 

jeszcze inne sztuczki poza czytaniem w myślach?

Prawie   się   uśmiechnął.   Prawie   -   ale   nie   całkiem.   Josie 

nagle odniosła wrażenie, że uśmiech był u niego niezwykle 
rzadkim zjawiskiem.

 - Odprowadzę panią do hotelu - oświadczył swobodnie.
 - Nie ma potrzeby.
 - Wiem, że nie ma. Ale mimo to chcę się z panią przejść.
 - Po co? - spytała podejrzliwie. Oczy mu błysnęły.
 - Będę miał okazję poznać panią lepiej.
  -   Nie   rozumiem,   po   co   miałby   mnie   pan   poznawać. 

Uniósł nieznacznie brwi.

background image

 - Myślę, że większość mężczyzn chciałaby się dowiedzieć 

czegoś   więcej   o   blondynce,   która   nagle   wskoczyła   im   do 
łóżka.

 - Niech pan znowu nie zaczyna! - odparła gwałtownie. - 

A teraz wracam do hotelu - sama! Nie zamierzam zawierać 
znajomości   na   ulicy.   Na   wszelki   wypadek   wolę   nie 
ryzykować.

  - Więc po co pani przyjechała do Kalkuty? Nie jest to 

szczególnie   niebezpieczne   miasto,   ale   dziwne   miejsce   na 
wakacje dla osoby takiej jak pani.

 - Nie jestem na wakacjach - odparła Josie wyzywająco - 

tylko w podróży poślubnej!

Ledwie to powiedziała, pożałowała swojej szczerości. Nie 

zamierzała nikomu o tym mówić.

Mężczyzna spojrzał na nią z nowym zainteresowaniem.
 - Nie widzę ani śladu męża - zauważył.
  -   Ponieważ   zdecydował   się   spędzić   swój   miesiąc 

miodowy  z inną kobietą - wyjaśniła ponuro. - Rzucił mnie 
dwa   tygodnie   przed   ślubem.   Uznałam,   że   skoro   straciłam 
okazję zostania panną młodą, nie daruję przynajmniej podróży 
poślubnej. Więc przyjechałam bez niego!

Nie miała pojęcia, czemu opowiada temu człowiekowi o 

swoich prywatnych sprawach. Może dlatego, że był obcy. Nie 
miało   znaczenia,   co   mu   powie.   Kiedy   wyjedzie   z   Kalkuty, 
nigdy   więcej   go   nie   zobaczy.   A   potrzebowała   z   kimś 
porozmawiać.   W   głębi   duszy   aż   się   gotowała   z   gniewu   i 
urazy.

 - Nie wydaje się pani szczególnie nieszczęśliwa z powodu 

odwołanego ślubu - zauważył.

Josie poczerwieniała.
 - Jestem nieszczęśliwa - upierała się.
Wiedziała   jednak,   że   nie   do   końca   jest   to   prawda.   Za 

każdym  razem,   gdy   myślała   o   Dereku,   ogarniała   ją   złość   i 

background image

gdyby   stanął   przed   nią,   zrobiłaby   mu   scenę.   Nie   szlochała 
jednak po nocach w poduszkę i nie rwała włosów z głowy. 
Wiedziała, że powinna się czuć całkowicie rozbita - ale wcale 
się tak nie czuła.

 - Nie była nawet ładna... - wymamrotała na koniec.
 - Kto?
 - Dziewczyna, z którą odszedł. Dla której mnie rzucił!
 - To mi zaczyna wyglądać bardziej na urażoną dumę niż 

tragiczną miłość - skomentował.

Josie spojrzała na niego.
 - Skoro nie umie pan okazać współczucia, niech pan sobie 

idzie!

 - Gdyby zależało pani na współczuciu, zostałaby pani w 

domu i wylewała wiadra łez przed rodziną i przyjaciółmi. - 
zauważył.   -   Tymczasem   pani   się   spakowała   i   ruszyła   na 
wakacje.

  - To nie wakacje - przypomniała mu gwałtownie. - Już 

panu   tłumaczyłam.   Wie   pan,   co   mi   Derek   powiedział?   - 
ciągnęła z coraz większą irytacją. - Że chciałby, żeby nasz 
miesiąc miodowy był pamiętnym przeżyciem. I bez wątpienia 
to   osiągnął.   A   zapamiętam   go   głównie   dlatego,   że   niezbyt 
wiele kobiet wyjeżdża w podróż poślubną bez męża!

Urwała   nagle.   Zbyt   późno   uświadomiła   sobie,  że 

powiedziała o wiele za dużo. Co ją opętało, żeby wypaplać te 
wszystkie   szczegóły   komuś   całkowicie   obcemu?   I   to 
poznanemu w tak krępujących okolicznościach!

Mężczyzna   nie   wydawał   się   w   najmniejszym   stopniu 

poruszony jej wybuchem. Zamiast tego przyglądał się jej w 
zamyśleniu,   jakby   oceniając   ją   na   nowo.   Wreszcie   się 
odezwał:

  -   Co   pani   sądzi   o   mężczyznach?   To   znaczy,   o 

mężczyznach w ogóle?

background image

 - To dranie - odparła szybko. - Nie chcę już nigdy mieć 

do czynienia z żadnym z nich. Nie są warci tych wszystkich 
kłopotów i cierpieć. Zamierzam się zająć pracą, przyjaciółmi i 
zwiedzaniem   świata.   Nie   obchodzi   mnie   miłość,   seks   ani 
małżeństwo.   Mężczyźni   mnie   już   nie   interesują.   Nawet 
najprzystojniejsi.

 - No cóż, nie zaliczam siebie do tej kategorii - stwierdził 

sucho   -   a   pani   z   pewnością   wykazuje   zdrowy   brak 
zainteresowania moją osobą.

  - Przykro mi, jeśli rani to pańskie uczucia - odparła bez 

śladu szczerości.

Ku   jej   zaskoczeniu,   jego   wargi   znowu   skrzywiły   się   w 

owym   grymasie,   który   był   prawie   -   choć   nie   do   końca   - 
uśmiechem.

 - Wręcz przeciwnie - powiedział. - Szukam właśnie kogoś 

takiego jak pani. Powinienem się przedstawić: nazywam się 
Daniel Hayden. I mam dla pani pracę.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI
W tym momencie hałas uliczny osiągnął nowe crescendo; 

Josie pokręciła głową.

  - Chyba nie dosłyszałam - powiedziała. - Wydawało mi 

się, że zaoferował mi pan pracę.

Daniel Hayden po raz pierwszy okazał zniecierpliwienie.
 - Właśnie.
  -  Ale...   -   zaczęła.   -   Jestem   w   podróży   poślubnej   - 

przypomniała. - A poza tym nie potrzebuję pracy.

 - Jak pani zarabia na życie?
  -   Wykonuję   prace   biurowe.   Pracowałam   w   telewizji, 

reklamie   i   lokalnej   rozgłośni   radiowej,   dla   maklerów, 
bankowców i rozmaitych pośredników. Próbuję wszystkiego, 
co wydaje mi się ciekawe.

 - Często pani zmienia zajęcie.
  - Pracuję na umowy czasowe. Jestem zarejestrowana w 

dobrej agencji, która posyła mnie tam, gdzie ich zdaniem się 
sprawdzę.   Zwykle   pracuję   w   jednym   miejscu   dwa   -   trzy 
tygodnie, chociaż czasem zostaję dłużej, jeśli trzeba zasępić 
pracownika na zwolnieniu.

 - Jest pani dobrym pracownikiem?
 - Nikt się na mnie nie skarżył - odparła. - Parę firm nawet 

proponowało mi stałą pracę.

  - Ale pani zawsze odrzucała ich oferty? Josie skrzywiła 

się nieznacznie.

 - Lubię ciągłe zmiany. I uwielbiam podróżować. Dlatego 

odpowiada mi praca czasowa. Mogę pracować jak szalona i 
oszczędzać   każdy   grosz   przez   parę   miesięcy,   żeby   potem 
wyjechać na kilka tygodni... albo na tak długo, na ile starczy 
mi pieniędzy.

 - Dużo pani podróżowała?

background image

 - Nie tak dużo, jak bym chciała. Ale widziałam większą 

część   Europy   i   nawet   parę   razy   udało   mi   się   wyrwać   do 
Ameryki. Ale w Azji jestem pierwszy raz.

 - I jak się pani podoba?
  -   Trochę   przytłaczająca   -   wyznała.   -   To   chyba   nie 

najlepsze miejsce na samotne wędrówki.

 - Wykupiła pani wycieczkę grupową, prawda?
 - Tak. - Nagle spojrzała na niego z podejrzliwością. - 
Skąd pan wie?
 - Pytałem w hotelu. Chciałem wiedzieć, co pani tutaj robi 

i dokąd jedzie.

 - Czemu?
Hayden wzruszył ramionami.
  -   Początkowo   z  ciekawości.   Potem,   kiedy   się 

dowiedziałem, że wybiera się pani do Bhutanu, pomyślałem, 
że możemy ubić interes.

Spojrzała na niego ze zdziwieniem.
  - Pan też jedzie do Bhutanu? - Zmarszczyła brwi, kiedy 

przytaknął. - Ale nie należy pan do wycieczki.

 - Fakt - przytaknął. - Jadę na własną rękę.
  - To niemożliwe - odparła szybko. - Bhutan ma bardzo 

ostre przepisy, jeśli chodzi o turystów.

 - Nie jestem turystą. I jadę tam na specjalne zaproszenie 

jednej z księżniczek.

Josie prychnęła z niedowierzaniem.
 - Naprawdę pan sądzi, że dam się na to nabrać? Skąd niby 

miałby pan ją znać?

 - Przez lata poznałem wielu interesujących i wpływowych 

ludzi - odparł spokojnie. - A w tej chwili w Kalkucie jest moja 
ciotka, która zatrzymała się u swojego przyjaciela maharadży. 
Pomogła mi zaaranżować wyjazd i przekonać urzędników.

background image

Kiedy to mówił, patrzył złotobrązowymi oczyma prosto w 

jej oczy. Josie zmarszczyła nos. Albo mówił prawdę, albo też 
kłamał tak umiejętnie, że nikt by się na tym nie poznał.

  - Zamierzam odwiedzić ciotkę dziś wieczorem - ciągnął 

dalej. - Może pójdzie pani ze mną i ją pozna? Będzie pani 
całkowicie bezpieczna - dodał z błyskiem w oku. - To osoba 
niezwykle godna szacunku.

  - W przeciwieństwie do pana, jak się zdaje - mruknęła 

cicho Josie.

 - Ja też potrafię być godzien szacunku. I myślę, że polubi 

pani moją ciotkę. Uwielbia podróżować, podobnie jak pani. 
Zresztą   cała   moja   rodzina   lubi   podróże.   Mam   sporo   braci, 
ciotek,   wujów   i   kuzynów   rozsianych   po   całym   świecie. 
Rzadko udaje mi się zastać całą rodzinę w domu. A pani? - 
spytał   gawędziarskim   tonem.   -   Czy   pani   rodzina   też   lubi 
wędrować?

 - Nie mam licznej rodziny - odparła. - Tylko mamę, ojca i 

parę   ciotek   w   podeszłym   wieku.   Moi   rodzice   nigdy   nie 
wyjeżdżali   z   Anglii.   Nie   wiem,   skąd   się   wzięła   moja 
fascynacja podróżami. Matka twierdzi, że jestem odmieńcem, 
bo zupełnie nie przypominam reszty krewnych.

 - Nie sądzę, żeby była pani odmieńcem - odrzekł, patrząc 

na   nią   uważnie.   -   Według   ludowych   wierzeń   odmieniec   to 
głupie, brzydkie dziecko podrzucone przez wróżki na miejsce 
mądrego i ładnego. Ton opis zupełnie do pani nie pasuje.

Josie poczuła, jak jej twarz pokrywa się rumieńcem, co 

trochę ją zirytowało. Chyba jest już dość dorosła i dojrzała, by 
przyjąć komplement bez zmieszania?

  - Nie powiedział mi pan jeszcze, po co pan jedzie do 

Bhutanu - rzuciła z pośpiechem, żeby zmienić temat. - Skoro 
nie jest pan turystą, co pana sprowadza do tak egzotycznego 
kraju?

background image

  -   Bardzo   prawdopodobne,  że   będę   kręcił   o   nim   film 

dokumentalny.

  - Dla telewizji? - spytała z nagłym zainteresowaniem. - 

Pracuje pan dla którejś stacji telewizyjnej?

  -   Nie,   mam   własną   niewielką   firmę.   Produkujemy 

głównie   filmy   dokumentalne   i   sprzedajemy   je 
zainteresowanym stacjom. Na razie są to przede wszystkim 
duże   firmy   telewizyjne,  ale   z   rozwojem   sieci   satelitarnych 
rynek pewnie się powiększy.

 - Czemu właśnie o Bhutanie?
 - Bo to piękne i ciekawe miejsce, a niewielu ludzi o nim 

słyszało.

  -   Może   lepiej,   żeby   pozostało   nieznane?   Bhutańczycy 

wcale nie chcą najazdu turystów.

  - Mało prawdopodobne, by po moim filmie setki ludzi 

rzuciły się po bilety na samolot - odparł sucho. - Poza tym 
ostateczna   decyzja   jeszcze   nie   zapadła.   Na   razie   jadę   się 
rozejrzeć,   sprawdzić,   czy   to   ma   sens.   I   dlatego   chciałbym 
panią ze sobą zabrać. Moja asystentka musiała zrezygnować w 
ostatniej chwili. Złamała nogę.

  -   Nie   mógł   pan   znaleźć   nikogo   na   zastępstwo   przed 

wyjazdem z Anglii?

  -   Nie   było   czasu.   Poza   tym   Margaret   jest   właściwie 

niezastąpiona. Lojalna, pracowita, zaangażowana...

  - Chodzący ideał - wtrąciła Josie z przekąsem. - Skoro 

jest tak oddana,  czemu   nie  towarzyszyła  panu  o kulach?  Z 
pewnością taki drobiazg jak złamana noga nie powinien jej 
powstrzymać.

 - Prawdę mówiąc, to właśnie chciała zrobić. Musiałem się 

sporo namęczyć, żeby jej to wyperswadować.

Josie była niemal pewna, że potrafi sobie wyobrazić ową 

Margaret.   Słodka,   pewnie   mało   atrakcyjna   dziewczyna, 
gotowa całować ziemię, na którą stąpnął Daniel Hayden. No 

background image

cóż,   Josie   taka   nie   jest.   I   nigdy   nie   zamierza   kimś   takim 
zostać!

  -   Hm,   przykro   mi   z   powodu   pańskiej   asystentki,   ale 

naprawdę nie sądzę, żebym umiała ją zastąpić - stwierdziła 
stanowczo. - Przede wszystkim nie mam pojęcia o robieniu 
filmów.

  -   Nie   musi   pani   się   na   tym   znać.   Potrzebuję   jedynie 

kogoś, kto się zajmie sprawami praktycznymi i będzie robił 
notatki w czasie wyprawy.

 - Przyjechałam tutaj, żeby odpocząć - przypomniała mu. - 

Nie po to, żeby pracować.

  -   To   nie   zajmie   pani   wiele   czasu.   Będzie   pani   miała 

mnóstwo   okazji   do   zwiedzania.   I   zabiorę   panią   w   okolice, 
których z wycieczką nigdy by pani nie zobaczyła - nalegał.

  -   Na   przykład   świątynie   i   klasztory   zostały   ostatnio 

zamknięte   dla   turystów,   a   mnie   udało   się   dostać   specjalne 
pozwolenie na zwiedzanie.

Josie   zawahała   się   przez   moment.   Potem   jednak 

stanowczo pokręciła głową.

 - Nie chcę dla pana pracować - powtórzyła. Rozmawiając, 

dotarli do hotelu i teraz weszli do środka.

Daniel zatrzymał się i popatrzył na Josie uważnie.
  -   Zanim   podejmie   pani   ostateczną   decyzję,   proszę 

odwiedzić ze mną moją ciotkę - powiedział. - Spotkamy się o 
siódmej tutaj w holu i zawiozę panią na miejsce.

  -   Już   podjęłam   ostateczną   decyzję   -   powiedziała   dość 

ostro. - Spotkanie z pańską ciotką niczego nie zmieni.

  -   To   się   okaże   -   rzucił.   -   Siódma   wieczorem   - 

przypomniał   i   odszedł,   zanim   zdążyła   mu   powiedzieć,   że 
nigdzie z nim nie pójdzie.

Josie wróciła do pokoju pełna złości. Ten facet naprawdę 

obiecuje sobie zbyt wiele! Widziała go ledwie parę razy - i to 
w   niezbyt   przyjemnych   okolicznościach   -   a   już   próbuje   ją 

background image

skłonić do przyjęcia pracy, której ona wcale nie chce, i do 
spotkania ze swoją okropną starą ciotką.

Wzięła   prysznic,   przebrała   się   i   usiadła   przed   lustrem, 

żeby wysuszyć włosy. Skrzywiła się do swojego odbicia.

Wcale   nie   chciała   jechać   do   Bhutanu   z   Danielem 

Haydenem ani nie chciała poznawać jego rodziny. Nie chciała 
też zostać sama ani chwili dłużej.

Czego więc chce?
  - Chcę Dereka - mruknęła i głos nagle się jej załamał. 

Dwie wielkie łzy stoczyły się po policzkach, a po nich pół 
tuzina kolejnych. - Nie powinien był się żenić z kimś, kogo 
poznał ledwo parę tygodni wcześniej. Powinien być tutaj jako 
mój mąż!

Nadal   nie   doszła   do   siebie   po   tamtym   wstrząsie. 

Przypomniała  sobie dokładnie, jak  Derek  wyglądał  w dniu, 
kiedy łagodnie wyjaśniał jej, dlaczego musi zerwać zaręczyny.

  -   Ale   do  ślubu   zostały   tylko   dwa   tygodnie   - 

zaprotestowała z mieszaniną niedowierzania i paniki.

  - Wiem. I naprawdę mi przykro. Ale właśnie poznałem 

tamtą dziewczynę i to ona jest tą jedyną. Zawsze cię lubiłem. 
Josie, świetnie się dogadywaliśmy, lubimy te same rzeczy i 
myślałem, że to wystarczy, żeby zbudować dobre małżeństwo. 
Ale z nią jest inaczej. Kiedy zobaczyłem Fern, wiedziałem, że 
to   z   nią   chcę   spędzić   resztę   życia.   -   Wzruszył   lekko 
ramionami,   jakby   sam   nie   mógł   w   to   uwierzyć.   -   Nie 
rozumiem tego, ale wiem, że postępuję właściwie. Pewnego 
dnia ty też to przeżyjesz i będziesz wiedzieć, o czym mówię. I 
może wtedy mi wybaczysz.

Josie   pamiętała,   jak   bardzo   ją   to   rozgniewało.   Poszła 

nawet do budynku, w którym pracowała Fern, i ukryła się w 
holu, chcąc zobaczyć dziewczynę, która ukradła jej Dereka. 
Nie   miała   pojęcia,   co   zrobi,   kiedy   ją   zobaczy.   Zacznie   się 
awanturować?   Zażąda   oddania   Dereka?   Kiedy   jednak 

background image

rzeczywiście ujrzała Fern, była zbyt wstrząśnięta, by zrobić 
cokolwiek.

Dziewczyna   była   zupełnie   przeciętna!   Mysie   włosy   i 

wielkie   brązowe   oczy   w   chudej,   bladej   twarzy.   Jak   Derek 
mógł się zakochać w kimś tak nieatrakcyjnym? Josie nic z 
tego nie rozumiała.

Usiadła na łóżku. Łzy wyschły, a nowe nie popłynęły. Od 

oświadczenia Dereka ani razu nie popłakała sobie jak należy.

Parę razy próbowała, bo myślała, że jej to dobrze zrobi, 

ale łzy nie chciały płynąć.

Może dlatego, że po prostu nie kochała go tak bardzo, by 

wylewać   nad   nim   łzy,   podpowiedział   cichy   głosik   w   jej 
głowie.

 - Ależ ja go kochałam! - odparła głośno. - Naprawdę! A 

jednak w jej głosie brakowało przekonania. Może dlatego, że 
nigdy nie było między nimi wielkiej namiętności. Ich związek 
był   przyjemny   i   wygodny.   Zawsze   czuła   się   swobodnie   z 
Derekiem. Oboje uwielbiali podróże. Spotkała go w pociągu 
w   Europie,   wracając   z   wakacji   we   Włoszech,   kiedy 
przemierzyła   całe   Alpy.   Zaprzyjaźnili   się,   a   potem   zostali 
parą. Zamierzała spędzić z nim resztę życia.

Dlaczego więc teraz nie czuła się całkowicie załamana? 

Zamiast tego była zła, nieszczęśliwa i samotna, ale wiedziała, 
że podniesie się z tego, może nawet szybciej, niż sądzi.

 - Naprawdę go kochałam - mruknęła znowu.
Ale   istnieje   tyle   odmian   miłości..   -   Łagodne   uczucie, 

którym się obdarza dobrego przyjaciela - jak Derek - i pasja, 
która   wstrząsa   światem,   Z   jakiegoś   powodu   Derek   poznał 
namiętność   do   Fern.   Josie   zdecydowała,   że   ona   nic   chce 
kochać   nikogo   w   taki   sposób.   Było   to   zbyt   niebezpieczne, 
wymykało się spod kontroli. Nie będzie ryzykować.

background image

Bez entuzjazmu pomyślała o obiedzie, a potem kolejnym 

samotnym posiłku i nocy w hotelu, nim rankiem odleci do 
Bhutanu.

Czy   rzeczywiście   chce   tam   lecieć?   Tak,   uświadomiła 

sobie nagle. Ogarnęła ją znowu tęsknota za podróżą. Chciała 
zobaczyć   ten   niewielki   kraj   ukryty   w   Himalajach.   Ludzie 
Zachodu nazywali go Bhutanem. Miejscowi nadali mu nazwę 
Druk - Gyal - Khab,  czyli  Kraina Burzowego Smoka. Teraz, 
gdy   dotarła   tak   daleko,   Josie   nie   chciała   wracać,   nie 
zobaczywszy go.

Wycieczka   wyrusza   rankiem.   Tyle   tylko,  że   Josie   nie 

znosiła   zorganizowanych   wyjazdów.   Tym   bardziej   że   była 
sama. Być może  ktoś  weźmie ją pod swoje skrzydła, ale to 
byłoby jeszcze gorsze...

Istnieje inne rozwiązanie, podpowiedział jej cichy głosik. 

Wyprawa z kimś, kto może jechać, gdzie mu się podoba. Kto 
nie   musi   się   trzymać   sztywnego   rozkładu   dnia,   kto   może 
zwiedzać   piękne   klasztory.   Kto   zna   nawet   bhutańską 
księżniczkę.

  -   Ale   ja   nie   chcę   jechać   z   Danielem   Haydenem   - 

zaprotestowała   Josie.   -   Poza   tym   wcale   go   nie   znam.   Nie 
mogę ruszać na koniec świata z obcym człowiekiem!

Mimo to może przecież pójść na spotkanie z jego ciotką. 

Dowie   się   o   nim   więcej   i   będzie   się   mogła   przekonać,   że 
zorganizowany   wyjazd   jest   rzeczywiście   lepszym 
rozwiązaniem.

Przez całe popołudnie nie mogła się zdecydować, co robić. 

Ale kiedy zegar wybił siódmą, ruszyła do holu, choć w głębi 
duszy upierała się, że nie jest to dobry pomysł.

Daniel już na nią czekał.
 - Nieźle, jesteś punktualna - powiedział z ożywieniem.

background image

  -   Nie   lubię   spóźnialskich.   Moi   pracownicy   muszą   się 

nauczyć,  że   mają   być   w   określonym   czasie   w   konkretnym 
miejscu.

 - Jeszcze nie powiedziałam, że będę dla ciebie pracować
  -   odparła   Josie   z   lekkim   zniecierpliwieniem.   -   Nie 

powiedziałam nawet, że z tobą wyjdę dziś wieczorem. A może 
przyszłam ci oznajmić, że jednak spędzę wieczór w hotelu? 
Przesunął   wzrokiem   po   jej   postaci.   Miała   na   sobie   jedyną 
elegancką   sukienkę,   jaką   przywiozła   -   dopasowaną   małą 
czarną. Blond włosy tworzyły wokół twarzy jasną aureolę, z 
ciemnoniebieskie oczy nabrały blasku, umiejętnie podkreślone 
cieniem do powiek.

  -  Jeśli  planujesz  kolację  w   hotelowej   jadalni,   niewielu 

mężczyzn   będzie   w   stanie   skupić   się   na   jedzeniu   - 
skomentował.

 - Ty nie wyglądasz na szczególnie poruszonego - odparła 

i zaraz pożałowała tej uwagi. Brzmiało to tak, jakby domagała 
się komplementu.

Daniel tylko pokręcił głową.
 - Masz rację, na mnie nie robi to wrażenia. Nie obchodzi 

mnie   twój   wygląd,   choć   doceniam   fakt,   że   większość 
mężczyzn poświęciłaby ci drugie, a może i trzecie spojrzenie.

  -  Więc   co  cię  we   mnie   interesuje?   Mam  wrażenie,   że 

nagle   na   ciebie   wpadam.   Za   każdym   razem,   kiedy   się 
oglądam, widzę cię gdzieś w pobliżu.

  - Po prostu zbieg okoliczności - stwierdził obojętnie. - 

Ale   masz   rację,   coś   mnie   w   tobie   zaintrygowało:   fakt,   że 
przyjechałaś tutaj sama. Ktoś zdolny do takiego wyczynu mysi 
mieć pewną dozę pewności siebie i zaufania do własnych sił. 
A to są cechy, których szukam u moich pracowników. Dlatego 
doszedłem   do   wniosku,   że   byłabyś   dla   mnie   idealną 
asystentką.

background image

Josie poczuła się lekko dotknięta. Co za koszmarny typ! 

Ten człowiek myślał tylko o produktywności i efektywności.

Z drugiej strony, czy nie kogoś takiego właśnie szukała?
Kogoś, kto nie widziałby w niej kobiety, lecz partnera. A 

to mogła być idealna relacja. Nie będzie jednak podejmować 
ostatecznej  decyzji,  póki  nie  dowie się czegoś więcej o tym 
człowieku.

  -   Spóźnimy   się,   jeśli   będziemy   tu   dłużej   sterczeć   - 

powiedziała szybko. - A jeśli twoja ciotka ceni punktualność 
tak bardzo jak ty, nie będzie zachwycona.

  -  Różnimy  się   pod   tym   względem   -   odparł   z   lekkim 

rozbawieniem.   -   Ale   jestem   gotów   do   wyjścia.   Taksówka 
czeka na zewnątrz.

Przez   większą   część   popołudnia   padał   ulewny   deszcz   i 

choć teraz ustał, wilgotne powietrze wypełniała nowa kolekcja 
zapachów,   Josie   cieszyła   się,   że   obficie   spryskała   się 
perfumami.

Wsiedli   do   samochodu.   Dziewczyna   zauważyła,   że   w 

przeciwieństwie   do   niej   Daniel   nie   zadał   sobie   trudu,   żeby 
ubrać się inaczej na spotkanie. Nadal miał na sobie dżinsy - 
chociaż   inne   niż   rano   -   a   jedyne   ustępstwo   na   rzecz 
formalności stanowiła biała koszula, zresztą rozpięta pod szyją

Taksówka   pędziła   przez   zatłoczone   ulice   Kalkuty   z 

zawrotną szybkością. Josie zacisnęła zęby i zapewniała samą 
siebie, że wcale jej nie przeraża to, w jaki sposób kierowca 
wymija o włos ludzi, zwierzęta i samochody.

  - Jazda przez Kalkutę to zawsze interesujące przeżycie, 

nieprawdaż? - rzucił Daniel z błyskiem w oku.

  - Zależy, co się uważa za interesujące - odparła przez 

zaciśnięte zęby.

 - Nie ma się czego bać.
 - Wcale się nie boję - zaprzeczyła natychmiast, po czym 

zamknęła  na chwilę oczy, kiedy samochód  wyminął stadko 

background image

kóz przechodzących przez ulicę. - Wolałabym tylko, żebyśmy 
nie   przyjechali   na   miejsce   z   martwą   kozą   na   masce   w 
charakterze maskotki!

Z   ulgą   zauważyła,   że   wkrótce   taksówka   znalazła   się   w 

znacznie   spokojniejszej   i   mniej   zatłoczonej   części   miasta. 
Domy   były   bielone,   duże   i   zamożne.   Nikt   nie   spał   tu   na 
chodnikach, nie handlował na rogach ani nie żebrał.

Parę minut później wóz wjechał przez bramę na podwórze 

i   zatrzymał   się   przed   domem   wyglądającym   niemal   jak 
pałacyk. Josie wysiadła z lekkim ociąganiem, przyglądając mu 
się z niedowierzaniem.

  - To tu zatrzymała się twoja ciotka? - A kiedy Daniel 

kiwnął głową, dodała: - Więc czemu nie zamieszkałeś razem z 
nią?

  -   Dom   nie   jest   jej   własnością.   Ciotka   jest   gościem 

maharadży.

Josie uniosła wysoko brwi.
 - Twoja ciotka ma wpływowych znajomych!
  - Rzeczywiście zna wielu ciekawych ludzi - zgodził się 

Daniel. - Wejdziesz wreszcie do środka? Zaraz będzie lało.

Ponieważ   deszcz   w   Indiach   w   porze   monsunów 

przychodził   znienacka   i   padał   wielkimi   falami,   które 
przemaczały wszystko na wylot w ciągu paru sekund, Josie 
usłuchała natychmiast.

Drzwi   otwarły   się,   zanim   zdążyli   zapukać,   i   jakiś 

mężczyzna   w   białej   marynarce,   spodniach   i   rękawiczkach 
przywitał ich oficjalnie.

 - Pan Hayden z gościem? Proszę do środka.
 - Kto to? - spytała szeptem Josie, wchodząc za Daniela. - 

Maharadża?

Daniel wydawał się rozbawiony tym pomysłem.

background image

  -   Nie   -   odparł   równie   cicho.   -   Indyjski   odpowiednik 

lokaja.   Maharadży   nie   ma   w   domu.   Podobno   wyjechał   w 
interesach.

  -   Szkoda   -   westchnęła   zawiedziona.   Bardzo   chciała 

zobaczyć prawdziwego maharadżę.

Wprowadzono   ich   do   pokoju   umeblowanego   w   bardzo 

nowoczesnym   stylu.   Josie   przeżyła   kolejne   rozczarowanie. 
Liczyła na coś bardziej egzotycznego.

 - A gdzie twoja ciocia?
 - Pewnie jeszcze nie jest gotowa - wyjaśnił. - Uwielbia się 

przebierać.

Parę   chwil   później   drzwi   się   otworzyły   i   do   środka 

wkroczyła   wysoka   kobieta   w   przepięknym,   obrzeżonym 
złotem  sari.  Skórę  i  włosy   miała   jasne,  oczy   złotobrązowe. 
Czyżby   tygrysie   oczy   stanowiły   znak   szczególny   rodziny 
Haydenów?  -  pomyślała  Josie.  Daniel  lekko  popchnął  ją  w 
stronę starszej kobiety.

 - Daniel! - przywitała go, mierząc wzrokiem jego postać. 

- Znowu w dżinsach! Chociaż, prawdę mówiąc, chyba nigdy 
nie widziałam cię w garniturze.

 - Przepraszam - odparł wesoło. - Nie zabrałem ze sobą nic 

lepszego.

Spojrzenie   ciotki   pozostało   krytyczne,   lecz   uśmiechnęła 

się.

  -   Kogo   ze   sobą   przyprowadziłeś?   -   zwróciła   się   do 

siostrzeńca,

  -   To   jest...   -   zaczął.   Spojrzał   na   dziewczynę  z   lekkim 

zaskoczeniem. - Nie wiem, jak masz na imię.

Josie nie mogła opanować grymasu.
  -   Nic   dziwnego.   Nie   przedstawiałam   ci   się,   a   ty   nie 

zapytałeś.

Spojrzała na starszą kobietę.
 - Jestem Josie Saunders - przedstawiła się.

background image

  - A ja Katherine Hayden. Bardzo miło mi cię poznać i 

przepraszam za okropne maniery mojego siostrzeńca.

Ku zdumieniu dziewczyny. Daniel wcale nie poczuł się 

zawstydzony.   Zamiast   tego   spojrzał   na   ciotkę   z 
nieoczekiwanym uczuciem.

  -   Skoro   masz   zamiar   prawić   mi   kazania   przez   cały 

wieczór, lepiej naleję sobie drinka. Albo od razu dwa.

 - Danielu - powiedziała ciotka ostrzegawczo.
  - Nie martw się - odparł cicho. - Dwa w zupełności mi 

wystarczą.

Josie nieznacznie ściągnęła brwi, O czym oni rozmawiają? 

Czyżby był czas, kiedy Daniel nie potrafił się ograniczyć do 
dwóch drinków?

W ostatniej chwili powstrzymała się przed zadaniem tego 

pytania   na   głos.   To   nie   twoja   sprawa,   napomniała   siebie 
surowo.

  - Jesteście głodni? - spytała pani Hayden. - Kolacja jest 

gotowa. Możemy od razu siadać do stołu.

Otworzyła   mahoniowe   drzwi   prowadzące   do   jadalni   ze 

stołem   zastawionym   sałatkami   i   gorącymi   daniami.   Josie 
miała apetyt i jadła wszystko, co jej podano.

  - Opowiedz mi coś o sobie - zwróciła się do niej pani 

Hayden po dłuższej chwili. - Daniel nie zdradził mi nic na 
twój temat.

  - Bo nic nie wiem - wtrącił - prócz tego, że zamierza 

spędzić w Bhutanie miesiąc miodowy.

Josie rzuciła mu wściekłe spojrzenie. Nie życzyła sobie, 

by ktokolwiek o tym wiedział. Pożałowała, że nie potrafiła 
utrzymać języka za zębami.

Ciotka spojrzała na nią z zainteresowaniem.
 - Miodowy miesiąc? Więc gdzie jest twój mąż? Czemu go 

ze sobą nie zabrałaś?

background image

  -   Bo   go   nie   mam   -   wymamrotała   dziewczyna.   - 

Zerwaliśmy tuż przed ślubem. Prawdę mówiąc, w przyszłym 
tygodniu Derek żeni się z kimś innym. Pojechałam w podróż 
poślubną bez niego.

Skuliła się nieznacznie, spodziewając się nieuniknionych 

wyrazów   współczucia.   Zamiast   tego   starsza   kobieta   lekko 
wzruszyła   ramionami   ruchem   irytująco   przypominającym 
gesty Daniela.

  -   Brzmi   to   bardzo   rozsądnie.   Po   co   rezygnować   z 

fantastycznego miesiąca miodowego tylko dlatego, że się nie 
ma męża? Danielu, wreszcie spotkałeś dziewczynę z głową na 
karku.

  -   Wiem   -   odparł.   -   Dlatego   chcę,   żeby   dla   mnie 

pracowała. Ale najpierw ona chciałaby się dowiedzieć o mnie 
czegoś   więcej.   Mam   nadzieję,   że   wystawisz   mi   dobre 
referencje.   -   Jego   oczy   zmieniły   nieznacznie   wyraz,   kiedy 
spojrzał na ciotkę. - Ona ma dla mnie pracować - powtórzył z 
lekkim   naciskiem.   -   Jeśli   się   zgodzi,   będzie   to   zlecenie 
czasowe.   Przekonaj   ją,   że   będzie   bezpieczna,   udając   się   ze 
mną w ostępy Bhutanu.

Ciotka przyglądała mu się przez parę chwil. Potem skinęła 

głową.

 - Rozumiem.
Josie   chciałaby   to   powiedzieć   o   sobie.   Czuła,   że   tych 

dwoje przekazuje sobie jakieś wiadomości, nie miała jednak 
pojęcia, czego one dotyczą. Ogarnął ją niepokój. O co tutaj 
chodzi?

  -   A   może   przeszedłbyś   się   trochę,   Danielu?   - 

zasugerowała   ciotka.   -   Myślę,   że   będzie   lepiej,   jeśli 
porozmawiamy z Josie tylko we dwie.

Dziewczyna odniosła wrażenie, że Danielowi niezbyt się 

ten pomysł spodobał. Jakby się obawiał tego. co ciotka może o 

background image

nim   powiedzieć.   Jednak   podniósł   się   wolno   i   ruszył   do 
wyjścia.

  -   Wystarczy,   jeśli   udzielisz   jej   ogólnych   informacji   - 

rzucił i z widocznym ociąganiem opuścił pokój.

Katherine uśmiechnęła się do Josie.
  -   W   porządku,   co   chcesz   wiedzieć   o   Danielu?   Nie 

odpowiem tylko na bardzo osobiste pytania.

Josie skrzywiła się.
 - Nie jestem pewna, o co zapytać. Nie wiem nawet, czy 

chcę dla niego pracować. Ostatecznie to miały być wakacje,

  -   Och,   wyprawa   z   Danielem   będzie   z   pewnością 

fantastyczna - zapewniła Katherine bez wahania.

  -   Wyjazd   zorganizowany   byłby   bezpieczniejszy   - 

zauważyła dziewczyna.

  - To zależy, co rozumiesz przez słowo „bezpieczny" - 

odparta spokojnie starsza pani. - Danielowi zdarzają się trudne 
sytuacje.   Kiedy   się   podróżuje   tak   wiele   jak   on,   to 
nieuniknione.   Ale   z   pewnością   nic   musisz   się   martwić   o 
własne   bezpieczeństwo.   Nie   rzuci   się   na   ciebie,   gdy   tylko 
opuścicie   cywilizowane   rejony.   Musisz   się   natomiast 
przygotować na ciężką pracę. - Zawahała się przez moment, 
po czym dodała:

  - Pewnie nie powinnam ci tego mówić, ale skoro cię to 

uspokoi... Daniel obecnie nie jest zainteresowany kobietami. 
Josie szeroko otwarła oczy.

  -   To   znaczy,  że   jest...?   -   Urwała   i   zaczerwieniła   się 

mocno. Stanowczo nie miała prawa zadawać takich pytań!

Jego   ciotka   wyglądała   na   rozbawioną.   Kąciki   jej   ust 

uniosły się leciutko w uśmiechu, jaki Josie mogłaby zobaczyć 
u Daniela, gdyby ten kiedykolwiek się uśmiechał.

  -   Daniel   z   całą   pewnością   lubi   kobiety   -   wyjaśniła 

Katherine. - Ale w chwili obecnej nie zamierza się angażować 
w żadne związki.

background image

 - Świetnie to rozumiem - odparła szybko Josie. - Czuję to 

samo, jeśli chodzi o mężczyzn.

  - W takim razie jesteście dla siebie stworzeni. Zawołam 

Daniela i powiem mu, że znalazł swoją idealną asystentkę.

  -   Wcale   się   jeszcze   nie   zdecydowałam   -   rzuciła   Josie 

wyzywająco.

  -   Oczywiście,   że   tak   -   odparła   ciotka   rzeczowo.   -   W 

przeciwnym razie wcale byś tutaj nie przyszła. Musiałaś się 
tylko   upewnić,   że   Daniel   jest   godny   zaufania   i   nie   ma 
kiepskiej reputacji.

  -  I  nadal  nie  do  końca  jestem  tego  pewna  - mruknęła 

dziewczyna.

 - Czego? - spytał Daniel, który cicho wrócił do pokoju.
 - Wszystko w porządku - zwróciła się do niego Katherine. 

- Josie zgodziła się dla ciebie pracować, choć niechętnie się do 
tego przyznaje.

 - Świetnie - odparł. - Miejmy nadzieję, że samolot odleci 

jutro zgodnie z planem. Nie mogę marnować zbyt wiele czasu 
na ten projekt.

Josie   miała   wrażenie,   że   wszystko   dzieje   się   trochę   za 

szybko. Haydenowie decydowali za nią, co ma robić, nie dając 
jej szansy, by się wycofać.

  -   Jeśli   wezmę   tę   pracę,   to   pod   jednym   warunkiem   - 

odezwała się, patrząc na Daniela.

Złotobrązowe   oczy   odpowiedziały   spokojnym 

spojrzeniem. - Jakim?

  - Jeśli się nie uda... jeśli nie dogadamy się ze sobą albo 

nie będziesz zadowolony z mojej pracy, nie zostawisz mnie 
samej w samym środku Bhutanu.

  - To brzmi rozsądnie - stwierdził po krótkim namyśle. - 

W porządku, bez względu na wszystko obiecuję, że dostarczę 
cię tutaj, do Kalkuty, skąd będziesz mogła wrócić do Anglii. 
Jesteś zadowolona?

background image

Josie   nie   była   pewna,   czego   jeszcze   mogłaby   sobie 

życzyć.

 - Chyba tak - mruknęła w końcu.
  - W takim razie rano lecimy  do Bhutanu - oznajmił z 

satysfakcją.

Josie nie mogła się pozbyć uczucia, że popełnia błąd.
 - Rano lecimy do Bhutanu - powtórzyła jak echo, czując 

dreszcz.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI
Następnego   dnia   Josie   zjawiła   się   na   lotnisku   w 

towarzystwie   Daniela   Haydena,   próbując   ignorować 
podejrzliwe   spojrzenia   towarzyszy   podróży.   Wszyscy 
wiedzieli, że miała brać udział w zorganizowanej wycieczce. 
Jednak   zrezygnowała,   by   jechać   dalej   w   towarzystwie 
mężczyzny, którego ledwo co poznała. Mogła sobie wyobrazić 
komentarze,   jakie   wymieniano   ściszonym   głosem   za   jej 
plecami!

Nie pomagało też i to, że Daniel przyciągał spojrzenia. 

Wysoki, dobrze zbudowany, z tymi złotobrązowymi oczyma 
zwracał na siebie uwagę - szczególnie kobiet.

Kiedy   podeszli   do   samolotu   czekającego   na   pasie 

startowym, dziewczyna przestała myśleć o plotkach. Spojrzała 
na   maszynę   z   szafranowo   -   pomarańczowym   wizerunkiem 
bhutańskiego smoka na ogonie.

  -   Nie   wygląda   na   szczególnie   duży   -   zauważyła   z 

niepokojem.

 - A czego się spodziewałaś? - spytał Daniel z błyskiem w 

oku, stanowiącym u niego najdobitniejszy wyraz rozbawienia, 
- Bhutan odwiedza niewielu gości. Taki samolot całkowicie 
wystarczy na ich potrzeby.

Mimo to Josie czułaby się pewniej w czymś choć odrobinę 

większym.   Zaczynała   myśleć   o   całej   wyprawie   z   coraz 
większą dozą fatalizmu. Być może przejmowała już wschodni 
sposób patrzenia na życie.

Samolot wzbił się 

W

 powietrze i skierował na północ. Pod 

nim rozpostarty się zielone równiny Bengalu. Wielkie połacie 
gruntu pokrywała woda, tylko budynki i palmy wystawały nad 
powierzchnię.

  - Co właściwie mam robić w Bhutanie? - zwróciła się 

Josie do Daniela, kiedy przestała podziwiać widoki.

background image

Siedział z zamkniętymi oczyma, chociaż nie spał. Kiedy 

się   odezwała,   otworzył   je   i   dziewczynę   znowu   uderzył   ich 
niezwykły kolor. Nigdy wcześniej nie spotkała mężczyzny  z 
takimi oczyma.

 - Po prostu masz się zająć sprawami organizacyjnymi, tak 

żebym ja mógł się skupić na pracy.

 - A na czym ona właściwie polega? Co będziesz robił?
 - Szukał dobrych scenerii do filmu, rozmawiał z ludźmi, 

żeby uzyskać ogólne wrażenie o tym, co myślą o swoim kraju, 
oraz   planował   zarysy   dokumentu   -   pod   warunkiem,   że 
wszystko pójdzie dobrze. I jeszcze jedno: jeśli to możliwe, 
chciałbym, żebyś spojrzała na wszystko kobiecym okiem.

  -   Co   takiego?   -   spytała,   nie   rozumiejąc.   Westchnął   z 

lekkim zniecierpliwieniem.

  -   Zarówno   kobiety,   jak   i   mężczyźni,   oglądają   filmy 

dokumentalne.   Ja   będę   patrzył   na   kraj   z   męskiego   punktu 
widzenia, ponieważ to powszechnie, znany fakt, że kobiety i 
mężczyźni   widzą   wiele   rzeczy   inaczej,   chciałbym   się 
dowiedzieć, jak ty postrzegasz dany problem.

Josie spojrzała na niego ciekawie.
  - Naprawdę wierzysz, że obie płci widzą świat zupełnie 

inaczej?

  -   Uważam,   że   jesteśmy   dwiema   kompletnie   różnymi 

rasami   -   odparł   stanowczo.   -   I   mamy   przerażająco   mało 
wspólnego. - Potem, jakby poczuł, że powiedział więcej, niż 
zamierzał, pokręcił głową. - Zresztą mniejsza o to. Spróbujesz 
to dla mnie zrobić?

 - Czemu nie? - odparła. - Chociaż wątpię, czy ci się to na 

wiele przyda.

 - Dlatego?
 - Bo wyglądasz na człowieka, który lubi odciskać własne 

piętno na tym, co robi. Założę się, że w końcu film będzie 
oddawał wyłącznie twoją opinię o Bhutanie.

background image

 - Pracuję z zespołem - rzucił krótko.
 - Tyle tylko, że to ty jesteś jego szefem - zauważyła.
  -   Uważasz,   że   jestem   apodyktyczny?   Że   nigdy   nie 

słucham innych? - Zmarszczył gniewnie brwi.

Josie uznała, że najlepiej będzie skończyć rozmowę w tym 

momencie. Nie było sensu irytować go, zanim jeszcze dotarli 
do celu.

  -   Z   pewnością   będziesz   idealnym   szefem   -   rzuciła 

łagodząco. - Patrz - dodała, żeby zmienić temat - to muszą być 
Himalaje.

Samolot wzbijał się teraz w górę i, zdaniem dziewczyny, 

silniki pracowały na zbyt dużych obrotach. Żeby opanować 
nerwy, wyjrzała przez okno.

W   dole   rozciągała   się   gruba   warstwa   obłoków,   lecz   w 

krótkich   chwilach,   kiedy   chmury   się   rozstępowały.   Josie 
dostrzegała wspaniałe widoki: gęste lasy, doliny i rzeki. Góry 
stawały się coraz wyższe i niekiedy zdawały się niepokojąco 
bliskie.   Dziewczyna   zagryzła   nerwowo   wargę   i   znowu 
spojrzała na Daniela.

  -   Czy   ten   samolot   nie   powinien   nabrać   trochę   więcej 

wysokości?   Wygląda   na   to,   że   nie   uda   się   nam   pokonać 
następnego łańcucha gór!

  -   Wszystko   w   porządku.   Nie   martw   się   tak.   O   ile   mi 

wiadomo,   samolot   zwykle   dociera   do   Bhutanu   w   jednym 
kawałku.

 - Zwykle? - Josie nerwowo przełknęła ślinę.
Spojrzała   na   góry,   które   zdawały   się   teraz   znacznie 

bliższe.   Miała   wrażenie,   że   samolot   szoruje   brzuchem   o 
wierzchołki drzew, więc zamknęła oczy.

Parę sekund później Daniel lekko dotknął jej ręki.
 - Możesz już patrzeć. Zaraz będziemy lądować. Ostrożnie 

wyjrzała   przez   okno.   Jakimś   cudem   pokonali  góry   i   teraz 
obniżali lot w stronę szerokiej doliny. Josie zobaczyła złocone 

background image

dachy   świątyni   z   flagami   powiewającymi   na   murach,   białe 
budynki gospodarstw i jasnozielone pola.

 - Gdzie wylądujemy? - spytała nerwowo.
 - Tam, w dole - odparł Daniel, wskazując palcem.
Widziała jedynie bagniste pola ryżowe. Potem, w ostatnim 

momencie,   ukazał   się   wąski   pasek   suchego   lądu   i   samolot 
osiadł na nim bezpiecznie.

Parę   minut   później   Josie   wysiadła   i   po   raz   pierwszy 

postawiła stopę w Bhutanie - Krainie Burzowego Smoka.

Pierwsze, co ją uderzyło, to zapach: powietrze było czyste 

i   chłodne.   Zupełnie   inne   niż   wilgotne   i   duszne   powietrze 
Kalkuty. Wszystko wokół zdawało się świeże i zielone na tle 
gęsto porośniętych lasem gór.

Na pasażerów czekało kilka mikrobusów.
  - Dokąd jedziemy? - spytała dziewczyna, kiedy wsiadła 

do jednego z nich i usadowiła się obok Daniela.

 - Do Thimphu, stolicy Bhutanu - wyjaśnił.
Josie   odetchnęła   z   ulgą.   Natychmiast   wyobraziła   sobie 

ciepłą kąpiel, wygodne łóżko oraz sklepy, w których będzie 
buszować do woli, kiedy skończy pracę.

  -   Nie   obiecuj   sobie   zbyt   wiele   -   ostudził   jej   zapał.   - 

Thimphu może i jest stolicą, ale ma niecałe trzydzieści tysięcy 
mieszkańców.

  - Wszystko w porządku, jeśli tylko mają tam wygodny 

hotel - odparła Josie z rozmarzeniem.

  -   Lot   trwał   tylko   półtorej   godziny   -   stwierdził   Daniel, 

marszcząc lekko brwi. - A ty już jesteś zmęczona? Coś mi się 
zdaje, że nie będę miał z ciebie pożytku, bo zamierzam dużo 
jeździć.

  - Podróżowanie mnie nie męczy. Tylko te nerwy mnie 

wyczerpały...   Kiedy   samolot   leciał   nad   górami,   naprawdę 
bardzo się niepokoiłam - wyjaśniła.

background image

Bus toczył się przez zamieszkaną okolicę. Niekiedy przez 

otwarte   okna   dobiegał   ich   melodyjny   dźwięk   dzwonków 
umieszczonych na młynkach modlitewnych. Chociaż nie było 
jeszcze późno, dziewczynie zamykały się oczy. Zmusiła się, 
by   je   otworzyć,   kiedy   wjechali   w   długą,   wąską   dolinę,   w 
której położone było Thimphu. Nie chciała przespać momentu 
przybycia do maleńkiej stolicy.

Thimphu   przypominało   raczej   niewielką   mieścinę   niż 

metropolię.   Po   obu   stronach   doliny   wznosiły   się   strome 
wzgórza   porośnięte   drzewami,   wśród   których   gdzieniegdzie 
widać   było   bielone   ściany   domów.   Nad   wszystkim 
dominowała   potężna   budowla   otoczona   białymi   murami 
obronnymi, z licznymi wieżyczkami i złoconymi dachami.

 - Co to jest? - spytała Josie, zafascynowana.
 - Tashicho Dzong - wyjaśnił Daniel. - Trochę warownia, 

trochę   klasztor.   Centrum   administracyjne   kraju   i   siedziba 
władz klasztornych.

 - Obejrzymy ją później z bliska?
 - Może nawet uda się nam wejść do środka.
  -   Dzięki   specjalnemu   zezwoleniu   tej   bhutańskiej 

księżniczki, z którą się przyjaźnisz?

 - Właśnie.
Josie prychnęła cicho. Wcale nie była pewna, czy wierzy 

w   bajeczkę   o   księżniczce.   Prawdę   mówiąc,   jeśli   chodzi   o 
Daniela   Haydena,   nie   miała   pewności   co   do   bardzo   wielu 
rzeczy.

Parę   minut   później   dotarli   do   hotelu.   Tylko   ich   dwoje 

wysiadło   z   mikrobusu.   Reszta   wycieczki   miała 
zarezerwowany nocleg w innym miejscu. Wyładowali bagaże 
i   wnieśli   je   do   środka.   Zanim   Daniel   udał   się   do   recepcji, 
zwrócił się do Josie:

background image

 - Zarezerwowałem sobie pokój wcześniej. Spróbuję teraz 

zdobyć   jakiś   dla   ciebie.   -   Uniósł   nieznacznie   brew.   -   Bo 
pewnie nie chcesz nocować ze mną?

 - Nie, stanowczo nie! - odparła natychmiast.
  - Tak sądziłem - stwierdził sucho. - Chociaż będziemy 

musieli później wrócić do tej sprawy.

Kiedy odszedł, dziewczyna spojrzała za nim podejrzliwie. 

Co to miało znaczyć?

Wrócił po chwili z dwoma kluczami w ręce.
  -   Mamy   szczęście.   Znalazł   się   dodatkowy   pokój. 

Mieszkamy na pierwszym piętrze, ty od frontu, ja na tyłach.

Okazało się, że pokój Josie wychodzi na główną ulicę z jej 

herbaciarniami   i   sklepami.   Dziewczyna   szybko   się 
rozpakowała,   czując   znacznie   mniejsze   zmęczenie.   Właśnie 
wrzuciła ostatnie rzeczy do szuflady, kiedy rozległo się ciche 
pukanie   do   drzwi.   Sądząc,   że   to   ktoś   z   obsługi   przyniósł 
bardzo pożądaną filiżankę herbaty, zawołała, by wszedł. Był 
to jednak Daniel. .

 - Ładny pokój - skomentował - ale nie przyzwyczajaj się 

do niego za bardzo, bo pewnie niedługo tu zostaniemy. Mam 
dość napięty terminarz.

 - Dokąd pojedziemy? - spytała.
 - Na wschód, mam nadzieję, do Tongsy i Bumthangu. Ale 

to zależy od księżniczki.

  -   Pewnie   dostaniemy   osobiste   zaproszenie   do   pałacu, 

żeby   mogła   ci   przedstawić   plan   podróży,  który   opracowała 
specjalnie dla ciebie? - rzuciła sarkastycznie.

 - To prawie pewne - odparł spokojnie.
Josie prychnęła lekceważąco. Uwierzy w tę księżniczkę, 

kiedy zobaczy ją na własne oczy.

  - Umieram z głodu - oświadczyła, zmieniając temat.  - 

Można tu dostać coś do jedzenia?

background image

 - Mają tu dobrą restaurację. Na twoim miejscu najadłbym 

się   na   zapas.   Kiedy   opuścimy   Thimphu,   będziemy 
prawdopodobnie żywić się głównie ryżem.

 - Nie szkodzi. - Josie wzruszyła ramionami. - Lubię ryż.
  - To się okaże - rzucił oschle. - Ale nie przyszedłem tu 

rozmawiać o jedzeniu. Chciałem z tobą omówić inną sprawę.

Ton jego głosu się zmienił, więc Josie spojrzała na niego 

uważnie. Miała wrażenie, że rozmowa nie będzie łatwa.

 - Wydawało mi się, że ustaliliśmy już wszystko - odparła 

ostrożnie.

  - Nie wszystko. Tym razem udało mi się zarezerwować 

miejsca w hotelu, ale kiedy znajdziemy się na wsi, możemy 
nie mieć tyle szczęścia.

Josie wzruszyła ramionami.
  - Nie szkodzi. Nie przeszkadza mi brak wygód. Mogę 

nawet spać na dworze, jeśli nie będzie lało.

 - Nie spodziewam się problemów ze znalezieniem pokoju 

- ciągnął Daniel. - Jednego pokoju. I na tym polega problem.

Josie spojrzała na niego ostro.
 - Chcesz powiedzieć, że będziemy go musieli dzielić?
  -   To   się   często   zdarza   podczas   tego   typu   wyjazdów   - 

odparł  spokojnie.  -   Nieraz   nocowaliśmy   z  pracownikami   w 
tym   samym   pomieszczeniu   i   nigdy   nie   powodowało   to 
problemów.

Wydawało się, że ta perspektywa wydaje mu się czymś 

całkowicie   naturalnym,   więc   Josie   nie   chciała   z   tego   robić 
problemu. Z drugiej strony, stanowczo nie miała ochoty spać 
w jednym pokoju z Danielem!

 - Skoro to sytuacja, która może się w ogóle nie zdarzyć, 

dajmy   temu   na   razie   spokój   -   zasugerowała   w   końcu 
niepewnie. - Wymyślimy coś, kiedy będzie taka potrzeba.

 - Nie mam nic przeciwko temu - zgodził się Daniel ku jej 

uldze. - Uważałem jednak, że lepiej o tym wspomnieć przed 

background image

wyjazdem   z   Thimphu.   Nie   chcę   znosić   histerycznych  scen, 
jeśli będą problemy z zakwaterowaniem.

 - Nie robię scen - poinformowała go lodowato.
 - Miło mi to słyszeć - odparł równie chłodno. - W takim 

razie   może   lepiej   ustalmy   jeszcze   jedno,   zanim   stąd 
wyjedziemy.

Nie była pewna, czy chce nadal prowadzić tę rozmowę, 

ponieważ jednak nie miała śmiałości wyprosić go z pokoju, 
spojrzała na niego najspokojniej, jak potrafiła.

 - Słucham - powiedziała krótko.
 - W najbliższych dniach spędzimy ze sobą sporo czasu.
 - Wiem o tym.
 - Ustalimy kilka podstawowych zasad. W ten sposób nie 

będzie miejsca na nieporozumienia.

 - Na temat czego? - spytała ostrożnie.
 - Naszego związku.
Jej oczy błysnęły ostrzegawczo.
 - Nic nas nie łączy!
  - Właśnie. - Jego ton pozostał chłodny. - Ale to nas nie 

uchroni przed pewnymi problemami. Dlatego chciałbym się 
dowiedzieć już teraz, czy interesuje cię seks.

  -   Co   takiego?   -   Josie   była   naprawdę   zaskoczona.   Nie 

zrobiło to na nim wrażenia.

 - Nie patrz na mnie, jakbym ci właśnie złożył niemoralną 

propozycję. Staram się tylko być praktyczny. Niektóre kobiety 
lubią seks, a inne nie. Chciałem wiedzieć, do której kategorii 
należysz.

  -   Nie   rozumiem,   czemu   cię   to   interesuje!   Nawet   jeśli 

lubię seks, to z pewnością nie znaczy, że... że...

 - Gotowa jesteś wskoczyć do łóżka ze mną? - dokończył 

za nią. Niemal się uśmiechał. - Sądzę, że nie, ale chciałem się 
upewnić.   Zdziwiłabyś   się,   jak   wiele   kobiet   próbowało   się 
wślizgnąć do mojego śpiwora w czasie podobnych wypraw.

background image

  -   Och,   z   pewnością   byłabym   ogromnie   zdziwiona   - 

odpaliła ze złością. - Czemu mi nie powiesz, ile ich było? Z 
pewnością liczyłeś. A może jesteś tak popularny, że straciłeś 
rachubę? Kobiety pewnie zapisywały się z wyprzedzeniem.

Jego złotobrązowe oczy pociemniały.
  - W tej chwili w moim  życiu nie ma żadnej kobiety - 

powiedział szorstko.

Josie   przypomniała   sobie,   jak   jego   ciotka   mówiła,   że 

Daniela nie interesują kobiety.

  - To znaczy, że należysz do mężczyzn, którzy nie radzą 

sobie   w   związkach?   -   spytała   pogardliwie.   -   Interesuje   cię 
tylko przypadkowy seks?

Uderzyło ją, że to dość niezwykły temat jak na rozmowę z 

pracodawcą. Żaden z jej dotychczasowych szefów nie mówił 
do niej w taki sposób ani nie zmuszał do równie osobistych 
zwierzeń, Z drugiej strony, Daniel Hayden nie przypominał 
nikogo z ludzi, których znała.

Jego oczy zabłysły gniewnie.
 - Nie powinienem był poruszać tego tematu - mruknął.
  -   Fakt,   nie   powinieneś.   Ale   skoro   to   zrobiłeś,   równie 

dobrze   możemy   sobie   wyjaśnić   parę   spraw   już   teraz.   Być 
może ty lubisz przypadkowy seks, ale ja nie! Nawet gdyby 
nam przyszło spać w jednym pokoju przez wszystkie noce w 
Bhutanie,   nie   znajdziesz   mnie   w   swoim   śpiworze.   Czy   to 
jasne? - spytała ostro z twarzą wciąż jeszcze zarumienioną z 
gniewu.

Wydawało się, że Daniel odzyskał panowanie nad sobą 

bez   większego   trudu.   To   bardzo   zimny   typ,   pomyślała. 
Żadnych głębszych uczuć, kompletnie pozbawiony zdolności 
do współodczuwania lub choćby uśmiechu.

 - Zbyt wiele czasu poświęciliśmy tej kwestii - powiedział 

po krótkiej przerwie. - Chciałem tylko wiedzieć, czy należysz 

background image

do kobiet lubiących przelotne związki. Skoro nie, przyjmuję to 
do wiadomości.

 - A gdybym lubiła?
Josie   nie   zdołała   się   powstrzymać   od   tego   pytania. 

Obojętnie wzruszył ramionami.

 - Wtedy moglibyśmy znaleźć sposób, by ożywić długie i 

nudne noce.

Dziewczyna spojrzała na niego niepewnie.
  - Nie bój się, jesteś całkowicie bezpieczna - zapewnił. - 

Nie obchodzisz mnie jako kobieta. Nie obchodzi mnie nawet 
sam seks, chyba że traktowany wyłącznie jako rozrywka.

Wydawało   się,   że   Josie   powinna   się   poczuć   obrażona. 

Jednak   złapała   się   na   tym,   że   coś   w   obojętnym  tonie   jego 
głosu przemawia do jej uczuć. Ona też niekiedy mówiła w taki 
sposób,   kiedy   chciała   ukryć   coś   nazbyt   osobistego,   zbyt 
bolesnego, by można o tym dyskutować z drugą osobą.

Spojrzała na niego uważnie. Co się kryje za tym pozornym 

chłodem? - zastanowiła się. Jaki sekret ukrywa Daniel?

To nie twoja sprawa, ostrzegł ją energicznie głosik w jej 

głowie.   Nawet   nie   próbuj   się   tego   dowiedzieć.   Zajmij   się 
swoją pracą albo zrezygnuj, jeśli zbyt trudno ci wytrzymać z 
tym człowiekiem.

Dziewczyna   nie   była   jednak   w   nastroju,   by   się 

przyznawać   do   porażki.   Potraktuj   tę   pracę   jak   wyzwanie, 
poinstruowała samą siebie. Udowodnij sobie, że nie straciłaś 
całej pewności siebie tylko dlatego, że drań narzeczony rzucił 
cię dla innej!

  -   W   porządku   -   oznajmiła   w   końcu   tonem   równie 

chłodnym i obojętnym. - Ja nie jestem zainteresowana tobą, a 
ty   nie   jesteś   zainteresowany   mną.   To   wygląda   na   solidną 
podstawę relacji zawodowych, więc bierzmy się do zajęć, dla 
których tu przyjechaliśmy.

Przez moment wyglądał na zaskoczonego.

background image

 - Żadnych scen? - spytał, lekko unosząc brwi. - Żadnego 

wychodzenia   z   pokoju   i   oświadczania,   że   nie   możesz 
pracować z takim typem jak ja?

  - Nie jestem histeryczką. I dopóki będziesz pamiętał, że 

nie   lubię   przypadkowego   seksu,   nie   widzę   powodu,   by 
wychodzić.

 - Mało prawdopodobne, żebym o tym zapomniał - odparł, 

a jego usta lekko drgnęły.

Josie nagle odniosła wrażenie, że Daniel bardzo się stara 

nie   uśmiechnąć.   Wydawało   się   to   niedorzeczne,   ponieważ 
doskonale wiedziała, że on nigdy się nie uśmiecha. Poza tym 
nie widziała w tej sytuacji nic szczególnie zabawnego.

 - Co teraz zrobimy? - spytała z lekkim skrępowaniem.
  -   Możesz   robić,   co   chcesz   -   odparł.   -   Ja   zejdę   do 

restauracji   dowiedzieć   się.   czy   dostanę   coś   do   jedzenia. 
Idziesz ze mną?

Mężczyźni, pomyślała Josie z irytacją. Cała ta dziwaczna 

rozmowa zupełnie go nie poruszyła. Nawet nie odebrała mu 
apetytu.

  - Nie jestem głodna - mruknęła. - Chyba się przejdę i 

trochę pozwiedzam.

  - Wolałbym, żebyś została w hotelu. Księżniczka może 

zadzwonić   w   każdej   chwili.   A   kiedy   po   nas   pośle,   będzie 
uprzejmiej, jeśli zjawimy się natychmiast.

  -   Wygląda   na   to,   że   nie   mam   wielkiego   wyboru   - 

powiedziała. - Ale cóż, to ty jesteś szefem.

Po czym, krzywiąc się do jego pleców, zeszła za Danielem 

do jadalni.

Menu   okazało   się   bardziej   urozmaicone,   niż   się 

spodziewała,   a   potrawy   smaczniejsze.   Pamiętając   o   radach 
Daniela,   unikała   ryżu   i   wybrała   kurczaka   z   lekko 
podsmażanymi warzywami.

background image

Pod koniec posiłku jeden z pracowników hotelu podszedł 

do   mężczyzny   i   szepnął   coś   do   niego.   Jego   spojrzenie 
natychmiast nabrało czujności; skinął na dziewczynę.

  -   Tak   jak   mówiłem   -   odezwał   się.   -   Księżniczka   nas 

wzywa. Posłała po nas samochód.

Josie zamrugała oczami.
 - Samochód?
  - A w jaki sposób mamy się do niej dostać? - spytał z 

lekkim zniecierpliwieniem. - Na jakach?

Wstał i ruszył do wyjścia. Josie pobiegła za nim.
 - Gdzie ona mieszka? - spytała lekko zdyszana, kiedy go 

wreszcie dogoniła. - Tutaj, w Thimphu?

  -   Zaraz   za   miastem   -   odparł   krótko.   -   Ma   dom   na 

wzgórzach.

 - Tylko dom? - zdziwiła się Josie. - Nie pałac?
Przez   moment   zdawało   się,   że   Daniel   uśmiechnie   się 

znowu.

 - Tylko dom - potwierdził.
Gdy znaleźli się w samochodzie, który szybko wyjechał z 

miasta i zaczął się wspinać wąską, stromą drogą, dziewczyna 
nagle chwyciła go za rękę.

 - Nie jestem właściwie ubrana na spotkanie z księżniczką 

- syknęła. - Nie było czasu, aby się przebrać.

Miała   na   sobie   bawełnianą   spódnicę   i   pasujący   do   niej 

podkoszulek.   Daniel   nie   podzielał   jej   niepokoju.   Prawdę 
mówiąc, sam jak zwykle był ubrany w dżinsy i bluzę. Josie 
pomyślała, że wyglądają jak para autostopowiczów.

  -   Księżniczka   sama   ubiera   się   dość   nowocześnie   - 

wyjaśnił. - Więc nasze stroje nie będą jej przeszkadzać. Czy 
mogłabyś mnie tak nie ściskać za rękę?

Samochód   zatrzymał   się   przed   domem   otoczonym 

rozległym ogrodem. Wysiedli i Josie ruszyła za Danielem w 

background image

stronę   schodów   prowadzących   do   wejścia.   Na   ich   szczycie 
zobaczyła jakąś postać.

 - Czy to księżniczka? - spytała szeptem.
 - Chyba tak - odparł.
 - Nie wiesz? - zdziwiła się.
  - Nigdy się nie spotkaliśmy. Poznałem w Londynie jej 

męża.   Kiedy   opowiedziałem   mu   o   planach   związanych   z 
filmem, bardzo się zainteresował i obiecał mi pomóc.

Byli niemal u szczytu schodów. Josie podniosła wzrok i 

przekonała   się,   że   księżniczka   jest   ubrana   w   kirę,   barwną 
tradycyjną   szatę   spiętą   na   ramionach   srebrną   klamrą.   W 
uszach nosiła ozdobne złote kolczyki. Miała krótkie ciemne 
włosy i bystre oczy.

Josie nagle ogarnęła panika.
 - Czy powinnam dygnąć? - mruknęła cicho do Daniela.
  - Jak chcesz. - odparł. - Z pewnością byłoby uprzejmie, 

ale nie stanowi to przymusu.

Dziewczyna   skłoniła   się   lekko,   balansując   dość 

niebezpiecznie   na   ostatnim   stopniu.   Nie   miała   wielkiej 
praktyki w tego rodzaju gestach.

  -   Proszę,   wejdźcie   -   odezwała   się   kobieta   doskonałą 

angielszczyzną.

Zaprowadziła   ich   do   salonu,   którego   wielkie   okna 

wychodziły   na   dolinę   i   miasto.   Służący   wnieśli   miseczki   z 
herbatą z dodatkiem masła i talerze z chrupkami ryżowymi. 
Księżniczka   zaczęła   omawiać  Z  Danielem   szczegóły   filmu, 
który zamierzał nakręcić.

Josie czuła się nieco osamotniona. Nie żałowała jednak, że 

przyszła. Choć nie był to pałac, znalazła się z pewnością w 
królewskiej rezydencji - prawdopodobnie pierwszy i ostatni 
raz w życiu.

  -   Podoba   się   pani   w   Bhutanie?   -   spytała   nagle 

księżniczka, zwracając się do dziewczyny.

background image

  - Och... tak - odparła Josie. - Chociaż niewiele jeszcze 

widziałam.

  -   W   towarzystwie   pana   Haydena   zobaczy   pani   wiele 

ciekawych   rzeczy.   Chociaż   to   nie   najlepsza   pora   na 
podróżowanie   -   ostrzegła,   spoglądając   na   Daniela.   -   Drogi 
mogą być zatarasowane przez błotne lawiny.

  -   Wiem   -   odparł   -   ale   tylko   w   tym   terminie   mogłem 

przyjechać. Jeśli zdecydujemy się filmować, przyjedziemy w 
porze suchej.

 - Zapewniłam wam transport i oczywiście służę pomocą 

we wszelkich sprawach - powiedziała księżniczka.

Wstała; Daniel i Josie również podnieśli się z miejsc.
  -  Życzę   powodzenia   -   oznajmiła,   wyraźnie   dając   do 

zrozumienia, że to koniec audiencji.

Opuścili zalany słońcem salon i wrócili do samochodu.
 - Wygląda na to, że wszystko, jak dotąd, idzie pomyślnie 

- zauważył Daniel z satysfakcją.

Josie   wcale   nie   była   o   tym   przekonana.   Nie   wiedziała, 

dlaczego czuje się nieswojo. Nie było po temu powodów, a 
jednak co jakiś czas jej ciało przebiegał dreszcz niepokoju.

Masz wybór, przypomniała sobie. Możesz jechać w głąb 

Bhutanu   z   Danielem   albo   wracać   do   Kalkuty,   a   potem   do 
Anglii.   Nikt   cię   nie   zmusza,   żebyś   towarzyszyła   temu 
mężczyźnie.

Westchnęła cicho. Tak naprawdę wcale nie miała wyboru. 

Własny upór nie pozwoliłby jej wrócić tak szybko, zwłaszcza 
że czekało ją tak wiele zabytków wartych obejrzenia.

Postanowiła zignorować niepokój, pracować ciężko przez 

najbliższe   dni,   cieszyć  się   z   wyprawy,  a   przede   wszystkim 
utrzymywać   konieczny   dystans   w   kontaktach   z   Danielem 
Haydenem.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY
Następnego   ranka   Josie   bardzo   wcześnie   zeszła   na 

śniadanie.   Chciała   zjeść   szybko,   a   potem   zwiedzić   miasto, 
zanim Daniel wstanie.

Dlatego   poczuła   lekką   irytację,   kiedy   zastała   go 

siedzącego w jadalni.

 - Zawsze wstajesz tak wcześnie? - spytała.
 - Nie sypiam długo - wyjaśnił.
 - Czemu? Z powodu nieczystego sumienia?
Posłał jej ostre spojrzenie, tak że natychmiast zamilkła. 

Ten   facet   nie   zna   się   na   żartach,   przypomniała   sobie.   W 
przyszłości powinna ich unikać, nawet bardzo niewinnych.

 - Jakie są plany na dzisiaj? - spytała, by zmienić temat.
  -   Rano   odwiedzimy   Tashicho   Dzong.   Mamy   specjalne 

pozwolenie, by zwiedzić klasztor.

Josie uśmiechnęła się. Bardzo chciała obejrzeć dokładniej 

wielką budowlę górującą nad miastem.

  -   Po   południu   -   ciągnął   Daniel   -   mam   się   spotkać   z 

paroma   urzędnikami   odpowiedzialnymi   za   całą   robotę 
papierkową związaną z kręceniem filmu. Jutro wyjeżdżamy i 
udajemy się na wschód.

Josie szybko skończyła śniadanie. Skoro mieli spędzić w 

Thimphu   tylko   jeden   dzień,   chciała   go   wykorzystać   jak 
najlepiej.

Poszli do klasztoru piechotą. Josie musiała przyznać, że 

ogarnął   ją   podziw,   kiedy   stanęli   przed   potężnym   białym 
murem   z   przyporami.   Daniel   zabrał   ze   sobą   aparat 
fotograficzny   i   zrobił   teraz   kilka   zdjęć.   Po   wysokich 
kamiennych stopniach wspięli się na ogromny podwórzec.

Na jego środku stała wysoka wieża, a w głębi dziewczyna 

dostrzegła   rząd   kolumn   przed   bieloną   ścianą   ozdobioną 
gigantycznymi malowidłami. Złote i szkarłatne smoki wiły się 
na szczytach kolumn, za nimi otwierały się masywne wrota z 

background image

tłoczonej miedzi. Prowadziły do ciemnej rozległej sali, skąd 
dobiegała dziwna muzyka.

Josie złapała się na tym, że nerwowo przygryza wargę.
 - Możemy wejść? - spytała zniżonym głosem.
 - Nie widzę powodu, żeby tego nie robić - odparł Daniel - 

Dlaczego szepczesz?

  -   Nie   wiem...   To   miejsce   ma   w   sobie   coś   takiego... 

szczególną atmosferę. Ty tego nie czujesz?

Jednak nawet jeśli Daniel ją odczuwał, nie zamierzał się 

do tego przyznawać. Zrobił kolejne zdjęcia i ruszył w stronę 
miedzianych wrót.

Josie   wolno   poszła   za   nim.   Słońce   zalśniło   na   włosach 

mężczyzny, zmieniając je w złotą aureolę. Ramiona wydawały 
się szersze niż zwykle; Josie po raz pierwszy zwróciła uwagę 
na jego ręce - kształtne, o długich palcach.

Nieco   zmieszana,   oderwała   od   niego   spojrzenie   i 

popatrzyła   przed   siebie.   Widziała   teraz,   że   ściany   sali   od 
podłogi   do   sufitu   pokrywają   półki   zastawione   tysiącami 
figurek Buddy, połyskujących w cieniu. W głębi znajdował się 
jego ogromny posąg, przed którym siedzieli w rzędach mnisi.

To   stąd   płynęła   muzyka,   którą   dziewczyna   słyszała 

wcześniej. Mnisi grali na bębnach ozdobionych wizerunkami 
smoków, na dzwonkach, fletach i cymbałach.

Josie stanęła zasłuchana, jak w transie. Muzyka brzmiała 

w jej uszach bardzo egzotycznie, mimo to jednak przemawiała 
do   jej   serca.   Spostrzegła,   że   Daniel   również   zamarł   w 
bezruchu, bez słowa. Może on też znalazł się pod urokiem 
tego miejsca.

Jak się zdawało, długo trwało, nim wyszli z. powrotem na 

dziedziniec,   idąc   cicho,   by   nie   przeszkadzać   mnichom. 
Światło   słoneczne   wydawało   się   niezwykle   ostre   w 
porównaniu   z   półmrokiem   sali.   Josie   zamrugała   oczami   w 
oszołomieniu. Kiedy jej wzrok przyzwyczajał się do światła, 

background image

spostrzegła,   że   Daniel   stoi   w   pewnej   odległości,   patrząc 
wprost na nią.

Przez dłuższą chwilę nie mówili nic do siebie, Zdawało się 

jednak,   że   jego   złotobrązowe   oczy   straciły   trochę   ze   swej 
obojętności. Prawdę mówiąc, patrzył na Josie, jakby pierwszy 
raz zobaczył ją naprawdę. Zauważał szczegóły, zamiast jak 
dotąd po prostu prześlizgiwać się po niej wzrokiem.

Przyjrzał   się   jasnym   włosom   dziewczyny,   potem   jego 

spojrzenie   krótko   musnęło   jej   ciemnoniebieskie   oczy. 
Odwrócił wzrok i Josie miała dziwne wrażenie, że ogarnęło go 
lekkie zmieszanie,

 - Co się stało? - Spytała z wahaniem.
 - Nic - odparł szybko. - Zupełnie nic.
Sięgnął po aparat i zrobił kilka zdjęć, jakby musiał znaleźć 

zajęcie dla rąk. Kiedy skończył, zarzucił aparat na ramię.

  -  Ja   już  się  naoglądałem.   Ale   ty,  jeśli  chcesz,  możesz 

zostać dłużej,

Josie   miała   silne   wrażenie,   że   Daniel   chce,   żeby   tak 

właśnie   zrobiła.   I   prawdę   mówiąc,   chętnie   poświęciłaby 
jeszcze   parę   godzin   na   dokładne   zwiedzenie   tego   miejsca. 
Była   to   jedna   z   najbardziej   fascynujących   budowli,   jakie 
widziała w życiu. Nie chciała jednak zostać tu sama. Poza tym 
nagle   znacznie   bardziej   zaczęło   jej   zależeć   na   tym,   by   nie 
rozstawać się z Danielem. Dziwna zmiana jego zachowania 
pobudziła jej ciekawość.

 - Wracam z tobą - oświadczyła.
Burknął   coś   niezrozumiale,   po   czym   ruszył   szybko   w 

stronę wyjścia, każąc jej niemal biec za sobą.

Przez   całą   drogę   do   hotelu   nie   powiedział   ani   słowa   i 

nawet   na   nią   nie   spojrzał.   W   pewnej   chwili   Josie   zaczęła 
wręcz żałować, że nie została w klasztorze. Z pewnością nie 
należało do przyjemności przebywanie w jego towarzystwie, 
kiedy był w takim nastroju!

background image

I wtedy uświadomiła sobie, że to właśnie jest niezwykłe. 

Daniel   Hayden   nie   należał   do   ludzi,   którzy   miewają   zły 
humor.   Oczywiście   niekiedy   przelotnie   się   irytował, 
przeważnie   jednak   pokazywał   światu   obojętną   twarz.   Teraz 
zmienił się z  jakiegoś powodu i Josie intrygowało, co mogło 
być tego przyczyną.

Kiedy dotarli do hotelu, zwrócił się do niej dość szorstko:
 - Idę do pokoju, a potem wychodzę do miasta. Nie będzie 

mnie przez całe popołudnie.

 - Nie zjesz obiadu? - spytała zaskoczona.
 - Nie jestem głodny.
 - A co ja mam robić, kiedy cię nie będzie?
 - Rób, co chcesz - odparł tym samym tonem.
 - Chcesz, żebym przygotowała notatki? Wyglądało na to, 

że on unika patrzenia na nią.

  -   Nie   ma   potrzeby.   Zrobiłem   w   Thimphu   zdjęcia 

wszystkiego, co mnie interesuje.

  -   Tashicho   Dzong   to   fascynujące   miejsce,   prawda?   - 

rzuciła w rozmarzeniu. - Ma niezwykłą atmosferę. Jest takie 
spokojne i ciche... jak zaczarowane.

 - Nie zauważyłem - odparł obojętnie. - Ciekawy zabytek, 

i to wszystko.

Josie była całkowicie pewna, że Daniel kłamie. Nigdy nie 

widziała   go   takim,   jak   wtedy   na   dziedzińcu.   Wyglądał... 
niemal jak człowiek, doszła do wniosku. Chociaż najwyraźniej 
wrażenie, jakie wywarta na nim świątynia, nie było trwałe.

 - Człowiek, na którym Tashicho Dzong nie robi wrażenia, 

musi nie mieć duszy - powiedziała, żeby się z nim podręczyć.

Uśmiechnął się posępnie.
  -   Pewnie   masz   rację.   Powinnaś   to   zapamiętać   na 

przyszłość.

Po   czym   odwrócił   się   na   pięcie   i   poszedł   do   swego 

pokoju. Josie gapiła się za nim, aż zniknął jej z oczu. Co za 

background image

dziwny człowiek! - stwierdziła, krzywiąc się. Kogoś takiego 
nie sposób poznać naprawdę.

Co   nie   znaczy,  żeby   chciała   go   poznać,   zapewniła 

pośpiesznie   samą   siebie.   Daniel   Hayden   był   tylko   jej 
pracodawcą, i to wszystko. Dla pewności powtórzyła to sobie 
dwa razy.

Po   obiedzie   zaczęła   się   zastanawiać,   jak   spędzić   resztę 

popołudnia. Wrócić do Tashicho Dzong? Doszła do wniosku, 
że nie. Mogłaby zacząć rozpamiętywać, jak Daniel patrzył na 
nią na zalanym słońcem dziedzińcu, a było to coś, o czym 
stanowczo nie chciała pamiętać.

W   końcu   zdecydowała,   że   przejdzie   się   po   mieście   i 

obejrzy sklepy. Znajdowały się wzdłuż głównej ulicy, choć z 
pewnością   nie   przypominały   w   niczym   sklepów,   do   jakich 
przywykła w kraju. Ich wnętrza byty ciemne i wilgotne, w 
niektórych   dziwnie   pachniało.   W   wielu   sprzedawano 
żywność: ryż i mąkę, suszone ryby i ser, cebulę, paprykę i 
jajka. W innych piętrzyły się jaskrawe jedwabie oraz wełny, 
biżuteria, pięknie rzeźbione drewniane skrzynki i wyroby z 
bambusa.

Po   długim   namyśle   kupiła   sobie   srebrną   bransoletkę   z 

wygrawerowanym smokiem.  Wydawało się, że smoki są tu 
niemal wszędzie. Josie miała wrażenie, że gdyby natknęła się 
na   żywy   egzemplarz   w   jakiejś   uliczce,   wcale   nie   byłaby 
zaskoczona.

A   może   już   go   spotkała?   -   pomyślała   z   nieznacznym 

uśmiechem.   Najwyraźniej   Daniel   wcale   nie   był   takim 
chłodnym   typem,   za   jakiego   go   uznała   na   początku.   Może 
mimo wszystko potrafił ziać ogniem, kiedy coś go naprawdę 
poruszy?

Niemal   jakby   przyciągnęła   go   myślami,   wpadła   na 

Daniela   tuż   za   rogiem.   Przełknęła   ślinę,   spotkanie   z   nim 
twarzą w twarz dziwnie zbiło ją z tropu.

background image

  - Myślałam... - zaczęła. - Myślałam, że będziesz zajęty 

przez całe popołudnie?

  -   Spotkania   trwały   krócej,   niż   się   spodziewałem   - 

wyjaśnił oschle.

Odniosła  wrażenie,  że  nie  jest  zachwycony   spotkaniem. 

Nie rozumiała dlaczego. Nie zrobiła nic, co mogłoby go do 
niej zrazić.

 - Co robisz w tej części miasta? - spytała, starając się, by 

zabrzmiało to przyjaźnie.

 - Szukam baru - odparł, patrząc jej wyzywająco w oczy, 

jakby ją prowokował do krytycznego komentarza.

Josie   nie   miała   zamiaru   tego   robić.   Jeśli   z   jakiegoś 

powodu potrzebował drinka, to nie była jej sprawa.

 - Na końcu uliczki jest bar - powiedziała obojętnie.
A   kiedy   ruszył   w   tym   kierunku,   niespodziewanie   dla 

samej siebie udała się za nim. Była przekonana, że nie jest to 
dobry   pomysł,   lecz   równocześnie   czuła,   że   nie   należy 
zostawiać Daniela samego, kiedy jest w takim nastroju.

W połowie drogi wydawało się, że zdał sobie sprawę z jej 

obecności. Zatrzymał się gwałtownie i odwrócił.

 - Wracaj do hotelu - rozkazał.
  -   Pójdę   z   tobą.   -   W   jej   głosie   zabrzmiał   upór,   który 

przyjaciele i rodzice z pewnością by rozpoznali. - Nigdy nie 
byłam w tutejszym barze. Właściwie to nawet nie wiedziałam, 
że   je   tu   mają   -   paplała   wesoło,   ignorując   jego   ponure 
spojrzenia.   -   To   bardzo   religijny   kraj,   prawda?   Czy   środki 
odurzające nie są źle widziane?

  -   Oficjalnie   tak.   ale   Bhutańczycy   mimo   to   produkują 

zdumiewającą liczbę różnych trunków.

  -   Masz   zamiar   spróbować   ich   wszystkich   w   jedno 

popołudnie? - spytała śmiało.

background image

Zastanawiała się, skąd u niej tyle odwagi, by go spytać o 

taką rzecz, i to kiedy wyraz jego twarzy ostrzegał, że nie jest 
w nastroju do przyjaznych pogawędek.

Mimo   to   Daniel   doskonale   nad   sobą   panował.   Josie 

zaczęła   sobie   uświadamiać,   że   potrzeba   bardzo   wiele,   by 
wyprowadzić go z równowagi, którą najwyraźniej ogromnie 
sobie cenił.

  - Moje zwyczaje, jeśli chodzi o alkohol, to całkowicie 

prywatna   sprawa   -   odparł   chłodno.   -   O   ile  pamiętam, 
zatrudniłem cię w charakterze asystentki, a nie niańki.

 - To prawda - zgodziła się. - Ale ponieważ podróżujemy 

razem,   wszystko,   co   robisz,   ma   wpływ  i   na   mnie.   A   mam 
wrażenie, że twoja ciotka obawiała się, że masz problem  z 
piciem.

Słowa   wyrwały   się   jej,   zanim   zdążyła   pomyśleć,   i 

natychmiast ich pożałowała.

  - Moim problemem nie jest alkohol - wyjaśnił głosem, 

który wydawał się tym groźniejszy, że był tak nienaturalnie 
pozbawiony   emocji.   -   Prawdę   mówiąc,   w   tej   chwili   moim 
głównym problemem jest pracownica, która wtyka nos w moje 
prywatne sprawy!

Odszedł, a Josie gapiła się w ślad za nim, marszcząc brwi. 

Z jakiegoś powodu zawsze w obecności Daniela mówiła nie 
to, co trzeba.

 - Co robić? - mruknęła do siebie półgłosem. - Wrócić do 

hotelu i zapomnieć o całej awanturze?

Uznała, że tak będzie najrozsądniej. Mimo to parę sekund 

później   znowu   ruszyła   za   Danielem.   Była   coraz   bardziej 
ciekawa tego człowieka i tego, co nim kieruje.

Oczywiście,   nie   obchodzi   mnie   prywatnie,   zapewniła 

samą   siebie.   W   jej   fascynacji   nie   było   nic   romantycznego. 
Daniel był dla niej niczym skomplikowana łamigłówka, którą 
próbowała ułożyć.

background image

Zniknął w barze; Josie po chwili też weszła do środka. W 

półmroku   zobaczyła   ściany   pokryte   plakatami   indyjskich 
filmów.

Daniel obrócił się na stołku i spojrzał na nią nieprzyjaźnie.
 - Czemu nie zostawisz mnie w spokoju?
Wzruszyła ramionami.
 - Jesteś jedyną osobą, którą znam w Bhutanie.
 - Nie wyglądasz na taką, która źle znosi samotność.
  - Spędziłam sama całe popołudnie i trochę mnie to już 

znudziło.   Poza   tym   czuję   się   bezpieczniej   w   towarzystwie 
kogoś, kogo znam.

W jego oczach pojawił się dziwny błysk.
 - Czujesz się ze mną bezpieczna?
 - Tak - potwierdziła stanowczo, jakby chciała przekonać 

samą siebie.

Jego   usta   wygięły   się   w   zupełnie   nieoczekiwanym 

półuśmiechu, który szybko zniknął.

  - A naprawdę dlaczego przyszłaś tu za mną? Ponieważ 

nie umiała na to odpowiedzieć, wzruszyła lekko ramionami.

  - Może jestem do ciebie podobna. Też mam ochotę na 

drinka.

  -   Ale   przyszłaś   tu   nie   dlatego,   że   Katherine   kazała   ci 

pilnować, czy nie piję za dużo?

 - Twoja ciotka bardzo niewiele mi o tobie powiedziała - 

odparła   dziewczyna   po   krótkiej   pauzie.   -   Jeśli   chodzi   o 
alkohol... sama to wywnioskowałam z rozmowy,

 - Bardzo spostrzegawcza z ciebie dziewczyna - zauważył 

Daniel bez szczególnego zachwytu. - Pewnie obawiasz się, że 
wyruszasz w dzikie ostępy w towarzystwie zdeklarowanego 
alkoholika?

  - Nie, oczywiście, że nie - zapewniła pośpiesznie, ale z 

jakiegoś powodu w jej głosie nie było przekonania.

Złotobrązowe oczy patrzyły wprost na nią.

background image

 - Był taki czas, kiedy niewiele brakowało, żebym wpadł 

w alkoholizm, ale nigdy do tego nie doszło, a obecnie picie z 
pewnością   nie   stanowi   już   dla   mnie   problemu.   Czy   to   cię 
satysfakcjonuje?

 - Tak - wymamrotała.
  -   Doskonale.   W   takim   razie   zamówię   teraz   drinka. 

Jednego drinka - dodał z ironią. - A potem wrócimy do hotelu.

  -   Ja   też   chyba   się   napiję   -   odparła   z   westchnieniem. 

Zwykłe nie piła - prawdę mówiąc, nie bardzo lubiła alkohol - 
lecz czuła, że w tej chwili bardzo tego potrzebuje.

 - Co chcesz zamówić?
 - To samo co ty.
 - Czyli miejscową whisky. Nazywa się "Mgła Bhutanu".
 - "Mgła Bhutanu"? - powtórzyła z niedowierzaniem.
 - Podobno jest bardzo dobra. - Wydawało się, że pierwszy 

raz od bardzo długiego czasu odrobinę się odprężył. - Jeśli to 
ci   nie   odpowiada,   możesz   spróbować   kilkunastu   innych 
drinków. Co powiesz na „Smoczy Rum"?

 - Znowu smoki! - prychnęła. - Zdaje się, że ten kraj się od 

nich roi. No dobrze, spróbuję „Smoczego Rumu".

Daniel   zamówił   drinka,   po   czym   opróżnił   swoją 

szklaneczkę w paru łykach.

  - Niezły - stwierdził z zaskoczeniem. - Nie spróbujesz 

swojego?

Uniosła szklaneczkę, zawahała się nieco i upiła niewielki 

łyczek. Niemal natychmiast zamknęła oczy.

 - I jak? - spytał Daniel z zainteresowaniem.
 - Nie pytaj - odparta słabo. Odsunęła szklaneczkę i lekko 

się   otrząsnęła.   -   Chyba   mam   dość   miejscowych   barów   - 
stwierdziła z uczuciem. - Chciałabym wrócić do hotelu.

Na zewnątrz przekonali się, że niebo groźnie pociemniało.
Wyglądało   na   to,   że   lada   chwila   może   nastąpić 

monsunowa ulewa.

background image

  - Lepiej się pośpieszmy - powiedział Daniel, a Josie ten 

jeden raz całkowicie się z nim zgodziła.

Byli   w   połowie   drogi,   kiedy   spadły   pierwsze   ciężkie 

krople. Parę minut później z nieba polały się strugi deszczu. 
W   tym   momencie   nie   było   już   powodów   do   pośpiechu. 
Przemokli do nitki.

  - To rzeczywiście nie najlepsza pora na odwiedziny w 

tym kraju - stwierdziła Josie, potrząsając mokrymi włosami i 
ocierając oczy.

 - Ja nie miałem wyboru - odparł Daniel. - Ale czemu ty 

nie zaplanowałaś swoich wakacji w innym terminie? Za parę 
miesięcy,   jesienią,   pogoda   się   poprawi   i   będzie   tu   o   wiele 
sympatyczniej.

  - To nie miały być wakacje, tylko miesiąc miodowy - 

przypomniała   mu.   -   Derek   wpadł   na   pomysł,   żeby   tu 
przyjechać, w ostatniej chwili, kiedy data ślubu została już 
ustalona.

Zabawne,   lecz   w   jej   głosie   nie   było   goryczy,   kiedy 

wspominała o miesiącu miodowym i Dereku. Nie czuła już 
nawet gniewu.

Wreszcie dotarli do hotelu i zostawiając niewielkie kałuże, 

szli   w   stronę   schodów,   zanim   jednak   do   nich   dotarli, 
kierownik   zbliżył   się   do   nich   szybko   ze   zmartwionym 
wyrazem twarzy.

  -   Mogę   zamienić   z   panem   słówko?   -   zwrócił   się   do 

Daniela.

Josie ruszyła po schodach na górę. O czymkolwiek szef 

hotelu chciał rozmawiać z Danielem, jej to nie dotyczyło.

Marzyła,   by   zdjąć  z  siebie   zimne,   lepiące   się   ubranie  i 

wziąć gorący prysznic. Ledwie jednak zrobiła parę kroków, 
kierownik zawołał do niej:

  - Bardzo proszę, czy zechciałaby pani chwilę zaczekać? 

Niechętnie się odwróciła. Zdawało się jej, że rozmowa na

background image

dole   ciągnie   się   w   nieskończoność.   Po   dłuższej   chwili 

zniecierpliwiona   już   chciała   odejść,   kiedy   zauważyła,   że 
Daniel   kiwnął   głową,   a   kierownik   wyglądał   na   bardzo 
ucieszonego. Daniel ruszył w jej stronę.

  - O co mu chodziło, u diabła? - spytała kwaśno, gdy ją 

dogonił. - Albo nie, nie mów. Nic mnie to nie obchodzi. Chcę 
się tylko przebrać.

 - Lepiej posłuchaj - odparł. - Kierownik chciał nas prosić 

o wielką przysługę.

 - Więc dlaczego rozmawiał tylko z tobą? - spytała jeszcze 

bardziej rozzłoszczona.

Oczy Daniela błysnęły.
  -   Sprawa   jest   delikatna,   więc   chciał   ją   najpierw 

skonsultować ze mną.

Spojrzała na niego czujnie.
 - Co to znaczy: delikatna?
 - Mają tu wielki problem. Grupa wycieczkowa zjawiła się 

w   hotelu   o   dzień   wcześniej,   niż   planowano,   wiec   zabrakło 
pokoi dla wszystkich.

 - Nie rozumiem, co to ma wspólnego z nami... - zaczęła 

Josie. Nagle jej oczy się zwęziły. - Chwileczkę. Chcesz mi 
powiedzieć...?

  - Widzę, że załapałaś - odparł Daniel, z półuśmiechem 

błąkającym   się   w   kącikach   ust.   -   Kierownik   usiłował 
wysondować, jakie stosunki nas łączą.

  -   Mam   nadzieję,   że   powiedziałeś   mu   prawdę:   żadne   - 

oświadczyła   gwałtownie.   Poczerwieniała   lekko,   gdy   zdała 
sobie   sprawę,   jak,   niegrzecznie   to   zabrzmiało.   -   Nie 
chciałam... - wymamrotała.

  -   Wiem,  że   nie   -   odparł   spokojnie.   -   Wyjaśniłem,   że 

pracujemy   wspólnie,   i   powiedziałem,   że   nie   ma   sprawy. 
Możemy spać w jednym pokoju.

background image

 - Tak mu powiedziałeś?! - wykrzyknęła. Wyglądało na to, 

że Daniel stracił wreszcie cierpliwość.

  - Już to omawialiśmy - przypomniał. - Ostrzegałem, że 

może   dojść   do   takiej   sytuacji.   I   jeśli   dobrze   pamiętam, 
powiedziałaś, że to nie jest dla ciebie problem.

Josie nie przypominała sobie niczego podobnego.
 - A ja pamiętam, jak mówiłeś, że taka sytuacja może się 

zdarzyć   w   jakimś   bardzo   odległym   zakątku.   Tymczasem 
znajdujemy się w stołecznym hotelu!

Ku jej zdumieniu mężczyzna tylko wzruszył ramionami.
 - Powinienem był wiedzieć, że zareagujesz tak dziecinnie. 

Skoro nie ufasz mnie i sobie, nie ma sensu dłużej się spierać. 
Powiem, że sprawa jest nieaktualna.

Josie spojrzała na niego ze złością. Sugestia, że nie może 

sobie   ufać,   bardzo   ją   zirytowała.   I   nie   znosiła,   kiedy   ktoś 
nazywał ją dziecinną.

 - Nie powiedziałam, że się nie zgadzam. Kąciki jego ust 

uniosły się lekko.

 - Więc nie masz nic przeciwko temu, żeby spać w moim 

pokoju? Są w nim dwa łóżka, więc nie będzie problemu, kto 
śpi na krześle.

Josie z całą pewnością miała wiele przeciwko temu, lecz 

nie wiedziała,  jak wybrnąć z  sytuacji.  Poza  tym uznała, że 
będzie to dobra zaprawa, w razie gdyby w przyszłości miało 
się zdarzyć coś podobnego.

Mimo   to   czuła   się   bardzo   skrępowana,   gdy   szła   za 

Danielem  po schodach do jego pokoju. Jej bagaże  stały  już 
przy łóżku. Żeby ukryć zdenerwowanie, podeszła do jednej z 
walizek i wyjęła dżinsy i podkoszulek.

 - Wezmę prysznic - oznajmiła nieco wyzywająco.
  - Rzuć  mi  tylko  ręcznik,  dobrze?  -  poprosił obojętnie. 

kiedy weszła do łazienki. - Przebiorę się do kolacji.

background image

Kiedy  się   umyła   i   włożyła   suche   ubranie,   poczuła  się 

znacznie lepiej. Włosy miała nadal wilgotne; przeczesała je 
palcami i pozwoliła im schnąć na powietrzu.

Z ulgą przekonała się, że Daniel czeka gotowy do wyjścia. 

Obawiała się, że zaskoczy go w trakcie ubierania, co byłoby 
niezwykle krępujące. Przynajmniej dla niej. Na nim pewnie 
nie zrobiłoby to najmniejszego wrażenia.

Kolacja   tego   wieczoru   była   znakomita,   lecz   z   jakiegoś 

powodu   Josie   to   nie   ucieszyło.   Właściwie   nie   czuła   się 
szczególnie głodna. Oczywiście wcale nie jest zdenerwowana, 
zapewniła sama siebie kilka razy. Pewnie to zmęczenie. To 
był długi dzień i marzyła tylko o tym, żeby się położyć.

Ledwie to pomyślała, ogarnęło ją skrępowanie. Oczyma 

wyobraźni zobaczyła czekające na nich dwa łóżka, ustawione 
stanowczo zbyt blisko siebie.

W   jadalni   było   gorąco   i   raczej   duszno.   Dziewczyna 

ziewnęła.

 - Jesteś zmęczona? - spytał Daniel.
  - Och, nie - zapewniła pośpiesznie. - Nadal zamierzasz 

wyjechać z Thimphu wcześnie rano? - spytała, żeby zmienić 
temat.

Kiwnął głową.
  - Tak, i to naprawdę wcześnie, więc raczej nie licz na 

długie wylegiwanie się w łóżku.

Nie   miała   najmniejszego   zamiaru   tego   robić.   Prawdę 

mówiąc,  chciała   wyskoczyć   z   łóżka,  ledwie  tylko   otworzy 
oczy. Daniel spojrzał na zegarek.

 - Może to dobry pomysł, żeby położyć się wcześniej.
  - Och... ja nigdy nie chodzę wcześnie spać - zapewniła 

gorączkowo.   -   Ciekawe,   czy   hotel   zapewnia   jakieś   nocne 
rozrywki? A może moglibyśmy się wybrać gdzieś indziej?

background image

  - Bhutan nie jest szczególnie znany z nocnego życia - 

wyjaśnił oschle. - I są po temu powody. Tu po prostu nie ma 
nocnych rozrywek.

 - Aha - westchnęła rozczarowana.
 - Więc równie dobrze możemy już iść spać.
Josie wolałaby, żeby nie mówił wciąż o „spaniu". W jego 

głosie nie było żadnych dwuznacznych podtekstów, ale mimo 
to   za   każdym   razem,   gdy   wymawiał   to   słowo,   dziewczyna 
dostawała gęsiej skórki.

Była pewna, że w jego złotobrązowych oczach dostrzega 

błysk rozbawienia. Miała wrażenie, że Daniel wie dokładnie, 
jak ona się czuje - i że bardzo go to bawi.

Wreszcie się nad nią zlitował.
 - Możesz iść pierwsza, jeśli chcesz - zaproponował. - Ja 

zostanę tu jeszcze chwilę. Będziesz miała czas przygotować 
się do snu.

Josie nie zamierzała odrzucać takiej propozycji. Pomknęła 

na górę, w mgnieniu oka narzuciła na siebie najszacowniejszą 
koszulę nocną, jaką ze sobą zabrała, po czym zakopała się pod 
lekką kołdrę.

Pozostawało jej tylko zasnąć, zanim przyjdzie Daniel. W 

ten sposób uniknie krępujących momentów. A rankiem przy 
odrobinie szczęścia wstanie i ubierze się. zanim on otworzy 
oczy

Nawet jeśli nie zdąży usnąć, zamierzała udawać. Jednak 

już   w   parę   minut   później   zmęczenie,   z   którym   próbowała 
wcześniej walczyć, wzięto górę, i zapadła w zdrowy, głęboki 
sen.

Nie wiedziała więc, kiedy Daniel wszedł do pokoju. Nie 

wiedziała, że stał przy jej łóżku, przyglądając się przez parę 
minut jej jasnym włosom rozsypanym na poduszce i delikatnej 
linii   szyi.   Nie   wiedziała,   że   skrzywił   się   w   dziwnym, 

background image

autoironicznym   półuśmiechu,   zanim   wziął   bardzo   zimny 
prysznic i położył się spać.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY
Josie zbudziła się, przeciągnęła rozkosznie i uświadomiła 

sobie, że od dawna nie spało  jej  się tak dobrze. Chyba od 
czasu,   gdy   Derek   oświadczył,   że   porzuca   ją   dla   sarnookiej 
Fern.

Spulchniła poduszkę i pomyślała, że poleży sobie jeszcze 

z pół godzinki. Naraz zmarszczyła nos. Zdaje się, że wczoraj 
wieczorem Daniel mówił coś o wczesnym wyjeździe.

Ciemnobłękitne  oczy   Josie   otwarły   się  szeroko.   Daniel! 

Śpi z nim w jednym pokoju! Jak mogła o tym zapomnieli?

Z   bijącym   sercem   usiadła   na   łóżku,   podciągając   kołdrę 

pod szyję, po czym ostrożnie spojrzała na sąsiednie łóżko.

Sekundę później odetchnęła z wielką ulgą. Posłanie było 

puste. Daniel już wstał.

Wyskoczyła   z   łóżka   i   pomknęła   w   stronę   łazienki. 

Weźmie   szybko   prysznic   i   ubierze   się,   zanim   on   wróci. 
Pewnie zszedł już na dół i je wczesne Śniadanie.

Otwarła drzwi i wpadła prosto na Daniela ubranego tylko 

w   dżinsy.   Wyrwał   jej   się   okrzyk   przerażenia   -   nie   tylko 
dlatego, że była zaskoczona, lecz że dotknęła przez moment 
jego nagiej piersi, co wzbudziło w niej dziwne wzburzenie.

 - Ja... to znaczy... myślałam, że... - wyjąkała.
  - Myślałaś, że już wyszedłem z pokoju? - dokończył za 

nią, unosząc brew. - Daj mi jeszcze pięć minut, a wyniosę się 
stąd.   Jednak   muszę   włożyć  koszulę   i   buty,  zanim   zejdę   na 
śniadanie.

Zdawało się, że jakaś magiczna siła przyciąga jej wzrok 

do   szerokiej,   opalonej   piersi.   Josie   złapała   się   na   tym   i 
pośpiesznie spojrzała na jego bose stopy. Całkiem ładne jak na 
mężczyznę   -   pomyślała   bez   związku.   Zgrabne   i   o   ładnym 
kształcie.

background image

  - Ja... eee... - Wielkim wysiłkiem woli opanowała się i 

spróbowała   znowu:   -   Wejdę   do   łazienki,   a   ty   skończ   się 
ubierać.

 - Doskonały pomysł - odparł poważnie.
Miała wrażenie, że złotobrązowe oczy naśmiewają się z 

niej. Oczywiście nie widziała w nich radości - zaczynała się 
zastanawiać,   czy   ktokolwiek   widział,   jak   ten   człowiek   się 
śmieje   -  lecz  była  pewna,   że   w  ich   złocistej   głębi  czai  się 
rozbawienie.

Wyglądało na to, że znaleźli się w impasie. Daniel wciąż 

blokował drzwi łazienki, a Josie nie chciała się obok niego 
przeciskać. Nie czuła się na siłach, żeby stawić temu czoło tak 
wcześnie rano.

Parę sekund później odsunął się na bok. Josie wpadła do 

łazienki, zatrzasnęła za sobą drzwi i oparła się o nie.

Co za idiotyczne zachowanie, napomniała siebie surowo, 

kiedy   odzyskała   nieco   panowanie   nad   sobą.   Do   licha, 
widziałaś przecież w życiu nagą pierś!

Miała   jednak   uczucie,   że   to   nie   nagość   Daniela   tak   ją 

wyprowadziła z równowagi. I na tym polegał cały kłopot. Nie 
miała pojęcia, co tak bardzo ją wzburzyło.

Zanim   skończyła   się   ubierać,   zepchnęła   cały   incydent 

głęboko w niepamięć. Miała ważniejsze rzeczy na głowie, tym 
bardziej że wkrótce opuszczali Thimphu.

Zeszła   do   jadalni   i   zmusiła   się   do   zjedzenia   śniadania. 

Nigdzie   nie   było   śladu   Daniela,   co   przyjęła   z   dużą   ulgą. 
Pewnie już zjadł i zajmował się przygotowaniami do wyjazdu.

Właśnie przełknęła ostatni łyk kawy. kiedy wszedł do sali, 

najwyraźniej jej szukając.

 - Jesteś gotowa do wyjazdu? - rzucił.
Wydawał się teraz wcieleniem chłodnej efektywności. W 

niczym   nie   przypominał   mężczyzny,   na   którego   wpadła   w 

background image

łazience ani z którym spędziła poprzedni dzień. Wczoraj miał 
zmienny nastrój i może dlatego był bardziej ludzki.

Josie zeszła za nim do holu i przekonała się, że zniósł na 

dół jej torby. Jego własny bagaż piętrzył się obok, większy niż 
jej, ponieważ zawierał sprzęt fotograficzny i zapas filmów.

Dziewczyna zmarszczyła nos.
  -   Będziemy   się   wlekli   jak   żółwie,   jeśli   przyjdzie   nam 

nosić to wszystko na grzbiecie. Mają tu autobusy?

  - Mają, i to całkiem przyzwoite, ale nie potrzebujemy z 

nich korzystać - odparł Daniel. - Wyjrzyj przed hotel.

Josie  usłuchała  i  aż zamrugała.  Na ulicy stał błyszczący 

nowy mikrobus.

 - To dla nas? - spytała.
  - Prezent od Ministerstwa Turystyki. Wygląda na to, że 

zależy im, by o ich kraju nakręcono film. Land - rover byłby 
lepszy, ale ponieważ ten samochód wyładowali zapasami, nie 
narzekam - wyjaśnił. - Ruszajmy.

Kiedy wrzucali bagaże na tył wozu, Josie przekonała się, 

że   znajdują   się   już   tam   śpiwory,   kuchenki   turystyczne, 
pudelka z żywnością, a nawet dwa namioty.

  -   Wystarczy   tego   na   miesiąc   -   stwierdziła   z   lekkim 

niepokojem. - Jak długo będzie trwała nasza podróż?

 - Tylko parę dni - uspokoił ją. - Chciałbym dłużej, ale pod 

koniec przyszłego tygodnia muszę być w Anglii.

Josie   natychmiast   poczuła   się   lepiej.   Z   pewnością 

wytrzyma   z   Danielem   Haydenem   przez   kilka   dni.   Nie   ma 
sprawy   -   pomyślała   dziarsko,   wspinając   się   na   fotel   obok 
niego.

Blade promienie słońca zalały okolicę, kiedy wyjeżdżali z 

Thimphu.   Mikrobus   toczył   się   szybko   i   dziewczyna   z 
podnieceniem myślała o czekającej ich podróży.

Jechali w milczeniu przez długi czas. Droga wspięła się na 

przełęcz nad Thimphu, po czym wijąc się zaczęła zstępować 

background image

w   następną   dolinę.   Chmury   zasłoniły   poszarpane   szczyty 
piętrzące się po jednej stronie, z drugiej rozciągała się głęboka 
przepaść. Josie nerwowo zagryzała wargę i zastanawiała się, 
czy   Daniel   jest   dobrym   kierowcą.   Mgła   bowiem   otoczyła 
samochód ze wszystkich stron.

  -   To   na   pewno   właściwa   droga?   -   spytała   wreszcie   z 

lekkim niepokojem.

 - Tak - odparł spokojnie.
Mikrobus pokonał z dużą prędkością ostry zakręt i Josie 

na chwilę zamknęła oczy.

 - Czy mógłbyś jechać wolniej? - spytała przez zaciśnięte 

zęby.

Nadal silnie przyciskał pedał gazu.
 - Mamy dzisiaj pokonać kawał drogi. Jeśli nie dotrzemy 

do   Tongsy   przed   zmrokiem,   będziemy   musieli   spać   w 
namiocie.

  - Wolę spać w namiocie, niż skończyć w jednej z tych 

przepaści - odburknęła.

Znów prawie się Uśmiechnął.
 - Nie masz wielkiego zaufania do moich umiejętności.
  -  Bo   nigdy  wcześniej   me   siedziałam  z   tobą   w 

samochodzie. Nie wiedziałam,  że  zmieniasz się w rajdowca, 
kiedy tylko siądziesz za kierownicą!

Daniel   wydawał   się   całkowicie   obojętny   na   jej   uwagi. 

Najwyraźniej   był   w   swoim   niezwykle   spokojnym   nastroju, 
kiedy   nikt   i   nic   nie   było   go   w   stanie   wyprowadzić   z 
równowagi. Josie spojrzała na niego naburmuszona, a potem 
wbiła wzrok wprost przed siebie. Jeśli nie będzie patrzeć na 
przepaście, może zdoła a nich zapomnieć...

Chmury   zaczęły   się   rozwiewać,   ukazały   się   płaty 

błękitnego nieba. Josie zobaczyła rozciągające się przed nimi 
oszałamiające   widoki:   wąskie   doliny,   strome   zbocza   gór 
porośnięte gęstym lasem, wioski, świątynie i klasztory. Droga 

background image

zstąpiła w jedną z dolin. Dziewczyna westchnęła z ulgą, kiedy 
wreszcie zostawili za sobą przepaście.

Wkrótce zaświeciło słońce i zrobiło się bardzo gorąco. Po 

obu stronach rozciągały się zalane wodą pola, wzdłuż rzeki 
płynącej równolegle do szosy rosły eukaliptusy.

Wczesnym   popołudniem   przejechali   przez   niewielką 

wioskę,   która   wyglądała   na   całkowicie   wyludniona.   Minęli 
kilka sklepów i straganów, samotną pompę benzynową, ale 
nie zobaczyli żadnych śladów życia.

 - Nie wydaje mi się, żeby był sens zatrzymywać się tu na 

obiad - zauważył Daniel.

Josie jęknęła.
 - Umrę z głodu, jeśli szybko czegoś nie zjem!
 - Nie jesteś z tych, co padają z byle powodu - odparł bez 

współczucia. - Może i wyglądasz na delikatną i wrażliwą, ale 
tak naprawdę jesteś silna jak koń.

 - To nie brzmi jak komplement - rzuciła rozzłoszczona. - 

Czy   w   ogóle   zamierzasz   się   zatrzymać   na   posiłek?   Od 
śniadania minęły całe godziny.

Daniel zjechał na pobocze i zatrzymał auto.
  - Z tyłu jest kosz piknikowy - powiedział. - Możesz go 

wyjąć.

Kosz najwyraźniej został przygotowany w hotelu. Były w 

nim bułki, mięso na zimno, owoce i butelki z lemoniadą. Josie 
zaczęła żarłocznie jeść.

 - Muszę się najeść na zapas - powiedziała z uśmiechem, 

kiedy skończyła. - Polem będzie pewnie tylko ryż.

Schowała resztki z powrotem do kosza i zeszła nad rzekę, 

żeby umyć ręce i twarz. Kiedy wróciła. Daniel siedział oparty 
o drzewo, z zamkniętymi oczami.

Przez parę chwil stała, przyglądając mu się w milczeniu. 

Uświadomiła sobie, jak niewiele wie o tym mężczyźnie, choć 
spędzili ze sobą tyle czasu. A przecież wydawał się znajomy; 

background image

mogła   zamknąć   oczy,   a   mimo   to   nadal   widziała   twarz   o 
zdecydowanych rysach, brązowe włosy odrzucone z czoła i 
błysk, jaki pojawiał się w jego oczach.

Nagle   uświadomiła   sobie,   że   te   oczy   otwarły   się   i 

spoglądają na nią. Poczuła zmieszanie. Nerwowo przestąpiła z 
nogi   na   nogę,   zastanawiając   się   gorączkowo,   co   mogłaby 
powiedzieć, by nie zabrzmiało to idiotycznie.

 - Nie sądziłam, że zastanę cię śpiącego - wymamrotała w 

końcu. - Podobno mamy się śpieszyć?

 - Nie spałem - odparł Daniel leniwie.
 - Miałeś zamknięte oczy!
 - Po prostu myślałem.
 - O czym?
Nie powinna była pytać. To nie był dobry pomysł - starać 

się poznać jego myśli.

Zdawało   się   jednak,   że   i   tak   nie   zamierza   jej 

odpowiedzieć.   Wzruszył   obojętnie   ramionami,   ale   wydawał 
się nieco mniej odprężony niż jeszcze przed chwilą.

 - Ja też trochę myślałam - powiedziała Josie. - Zaczynam 

się zastanawiać, co ja tutaj robię.

Jego brwi uniosły się lekko.
 - To chyba oczywiste. Pracujesz jako moja asystentka.
  - W tym problem - odparła. - Przecież nie pracuję. Nie 

zrobiłam   nic,   odkąd   przyjechaliśmy   do   Bhutanu,   nie   licząc 
zwiedzania   zabytków.   Wydaje   mi   się,   że   wcale   nie 
potrzebujesz asystentki.

  - Może i dałbym sobie radę sam - przyznał spokojnie. - 

Ale mam nadzieję, że w twoim towarzystwie ta podróż okaże 
się   bardziej   produktywna.   Liczę,   że   podzielisz   się   ze   mną 
wrażeniami.   A   nawet   jeśli   to   się   nie   uda,   będzie   rzeczą 
przydatną   mieć   cię   tutaj.   Chcę   się   przekonać,   jak   kobieta 
poradzi   sobie   w   tutejszych   warunkach.   Zatrudniam   kilka 

background image

pracownic. Muszę wiedzieć, czy podróż tu nie okaże się dla 
nich za ciężka.

Josie spojrzała na niego rozwścieczona.
  -   Jednym   słowem   traktujesz   mnie   jak   królika 

doświadczalnego!   Jeśli   nie   wpadnę   w   przepaść,   nie   złapię 
jakiegoś   okropnego   miejscowego   wirusa   i   nie   padnę   z 
wyczerpania  w   trakcie   tej   podróży,   będziesz   wiedział,   że 
możesz tu przyjechać z całym zespołem!

  - Właśnie - zgodził się Daniel. To rozzłościło ją jeszcze 

bardziej.

  - Gdybyś powiedział mi o tym wszystkim w Kalkucie, 

pewnie nigdy bym tu z tobą nie przyjechała.

  -   Wiem.   Dlatego   mówię   ci   o   tym   dopiero   teraz.   - 

Złotobrązowe oczy błysnęły. - Chcesz zrezygnować?

 - A jeśli powiem: tak, to co zrobisz? - spytała ostro.
  -   Zostawisz   mnie   tutaj,  żebym  wracała   autostopem   do 

Kalkuty?

  -   Możliwe   -   odparł   spokojnie.   -   Z   pewnością   nie 

zamierzam cię tam odwozić osobiście.

  -   Wykorzystałeś   mnie   i...   złamałeś   obietnicę!   - 

wybuchnęła.

  -   Wcale   tak   nie   uważam.   Masz   szansę   zobaczyć  takie 

miejsca w Bhutanie, do których nigdy byś nie dotarła, i nic za 
to   nie   płacisz."   Uważam,   że   całkiem   nieźle   wychodzisz   na 
naszej umowie.

Josie zabrakło słów. Doprawdy, ten facet jest niemożliwy! 

Co za bezwzględny egoista! Inni nic go nie obchodzą, chce ich 
tylko wykorzystać w drodze do własnego celu.

  -   Gdybym   miała   odrobinę   rozsądku,   poszłabym   sobie, 

zostawiając cię tutaj - wyrzuciła z siebie ze złością.

 - Co cię powstrzymuje? - spytał, wcale nic przestraszony 

jej groźbą.

 - Może to, że nie mam dokąd iść - odparła ironicznie.

background image

  -   Zadbałeś   o   to,   żebyśmy   się   znaleźli   na   całkowitym 

odludziu, zanim mi to wszystko powiedziałeś.

 - Niedaleko stąd jest wioska - przypomniał.
  - A tak, całkiem wyludniona. Z pewnością mają z tuzin 

taksówek tylko czekających, żeby mnie odwieźć do Thimphu! 
Nie   mogłabym   nawet   jechać   autostopem   -   rzuciła 
zdesperowana.   -   Przez   cały   ranek   nie   minął   nas   ani   jeden 
samochód.   Nie   widziałam   nawet   jaka,   którego   mogłabym 
dosiąść! W tym momencie Daniel się uśmiechnął. Była tak 
zdumiona, widząc na jego twarzy szeroki, szczery uśmiech, że 
przez moment niemal zapomniała o gniewie.

  - A może byś po prostu wsiadła do auta i ruszylibyśmy 

dalej? - zaproponował z rozbawieniem.

 - Tak po prostu?
  - Nie widzę powodu, by tego nie robić. Poza tym, jak 

sama   powiedziałaś   -   przypomniał   -   właściwie   nie   masz 
wyboru.

Josie   mamrotała   gniewnie,   wsiadając   z   powrotem   do 

wozu. Ten facet nie był z nią szczery i wcale jej się to nie 
podobało. Teraz tkwiła z nim tutaj, na zupełnym odludziu, i to 
również nic budziło jej entuzjazmu. A na dodatek wcale nie 
wierzyła   w   powody,   dla   których   rzekomo   zabrał   ją   na 
wyprawę.

Daniel wsiadł obok niej, samochód ruszył. Droga wiła się 

pod górę, opadła w następną duszną i gorącą dolinę, po czym 
znowu  zaczęła  się  wspinać  na  wzgórza.  Josie  siedziała  bez 
słowa. Wiedziała, że Daniel spojrzał na nią parę razy, lecz ona 
uparcie   patrzyła   przed   siebie.   Wcale   nie   jestem   obrażona, 
powiedziała sobie stanowczo. Po prostu w tej chwili nie chcę 
na niego patrzeć ani z nim rozmawiać!

Chmury zgęstniały znowu i słońce zniknęło. Wyglądało na 

to, że wkrótce zacznie padać, ale mało ją to obchodziło. Silna 
ulewa w sam raz odpowiadała jej nastrojowi.

background image

Droga znowu wyglądała niebezpiecznie. Po lewej stronie 

wznosiła   się   stroma   ściana   skalna,   z   prawej   otwierała   się 
przepaść.   Josie   miała   tylko   nadzieję,   że   nie   natkną   się   na 
wielka ciężarówkę nadjeżdżającą z przeciwka.

Minęli   zakręt   i   Daniel   gwałtownie   nacisnął   hamulec. 

Szosa przed nimi ginęła pod hałdą skał i ziemi.

 - Co się stało? - spytała dziewczyna, gdy stanęli.
  -  Osuwisko  -  wyjaśnił  krótko.  -  Oberwał  się  fragment 

zbocza. Często się to zdarza o tej porze roku.

 - Co robimy?
 - Spróbujemy się przekopać.
 - Sami? - pisnęła.
 - A widzisz tu kogoś, kto by nam pomógł?
 - Może... jeśli zaczekamy, ktoś się zjawi - podsunęła.
  - Albo będziemy tu tkwić przez resztę dnia i całą noc - 

sprzeciwił się Daniel. - Masz ochotę spać w samochodzie?

Stanowczo   tego   nie   chciała.   Było   w   nim   zbyt   ciasno   - 

znajdowaliby się o wiele za blisko siebie.

  - Bierzmy się do kopania - rzuciła pośpiesznie. - Czego 

użyjemy?

  - W wozie są łopaty. Ale będzie też trzeba popracować 

rękami. Niektóre odłamki są zbyt duże, żeby je usunąć łopatą.

Josie bez wielkiego entuzjazmu wzięła łopatę i zabrała się 

do pracy. Na szczęście osuwisko nie było duże.

Po   kilku   minutach   poczuła   na   twarzy   pierwsze   krople 

deszczu.

  -   Wspaniale   -   mruknęła.   -   Żeby   było   jeszcze   fajniej, 

przemokniemy doszczętnie.

Wkrótce   już   lało   jak   z   cebra.   Błoto,   które   odgarniała, 

rozmokło; prawie cała była nim pokryta.

 - Jak ci idzie? - spytał Daniel, pracujący obok niej.

background image

 - Świetnie - burknęła. - Jestem mokra, umazana błotem i 

krzyż   boli   mnie   od   kopania.   Nie   bawiłam   się   tak   dobrze, 
odkąd leżałam w łóżku z grypą!

  -  Pracuj dalej - poradził ze złośliwym uśmiechem. - Ja 

spróbuję   przesunąć   kilka   większych   głazów.   Jeszcze   pół 
godziny i przejedziemy.

  -   Uśmiechnąłeś   się   już   drugi   raz   -   zauważyła   ze 

zdumieniem. - Cieszysz się tylko wtedy, kiedy wszystko idzie 
źle?

  - To tylko drobna przeszkoda, a nie wielka katastrofa - 

sprostował.

  - Dla mnie zupełnie wystarczająca! - burknęła z kwaśną 

miną.   Kopnęła   leżący   obok   odłamek   skały.   Nie   trafiła, 
poślizgnęła  się w błocie. Rozpaczliwie zamachała rękami w 
powietrzu   i   chwilę   potem   stadła   z   impetem   na   ziemi. 
Krzyknęła głośno ze złości i frustracji.

Przez parę minut Daniel stał, przyglądając się jej, po czym 

wybuchnął śmiechem.

Josie nie mogła uwierzyć własnym uszom. Spojrzała na 

niego, potem chwyciła pacynę błota i cisnęła w jego stronę.

  - To nie jest śmieszne! - wrzasnęła. - Jak możesz się ze 

mnie naśmiewać?

Spoważniał   odrobinę,   lecz   kąciki   jego   ust   pozostały 

uniesione, a w złotobrązowych oczach lśniły wesołe iskierki.

  - Przepraszam - powiedział, ale wcale nie brzmiało  to 

przekonująco. Prawdę mówiąc, Josie miała wrażenie, że nie 
bawił się równie dobrze od wieków.

  -  Żałuję,   że   cię   spotkałam!   -   krzyknęła.   -   Wcale   nie 

powinnam tu z tobą przyjeżdżać!

Wyciągnął do niej rękę.
 - Pomogę ci wstać.
Zignorowała go. Z trudem podniosła się na nogi, omal nie 

przewracając się znowu. Spojrzała na niego ze złością.

background image

  - Nic potrzebuję twojej pomocy. I nie rozumiem, po co 

mnie tutaj przywiozłeś.

Nawet mimo deszczu widziała, że wyraz jego twarzy się 

zmienił.   Patrzył   na   nią   w   zamyśleniu   przez   parę   chwil,   po 
czym powiedział nieoczekiwanie spokojnym tonem:

  - Może wiedziałem, że jesteś jedyną osobą na świecie, 

która potrafi sprawić, żebym zaczął się znowu śmiać.

To zamknęło jej usta. Nie wiedziała, co powiedzieć. Przez 

bardzo długą chwilę stali w deszczu, patrząc na siebie. Potem 
dziewczyna odwróciła wzrok i odsunęła się.

 - Wracam do samochodu - mruknęła.
Nie próbował jej powstrzymać. Kiedy odeszła, zabrał się z 

powrotem do kopania.

Josie   wślizgnęła   się   na   fotel,   ociekając   wodą   i   błotem. 

Ledwie   to   zauważała.   Siedziała,   patrząc   przed   siebie   na 
wysoką postać Daniela.

Serce zabiło jej szybciej, kiedy podszedł do wozu.
 - Chyba już możemy przejechać - stwierdził.
Włączył   silnik   i   ruszył   wolno   przed   siebie.   Koła 

podskoczyły   na   odłamkach   skalnych,   polem   zaczęły   się 
ślizgać w błocie.

Josie   przełknęła   ślinę.   Samochód   wolno   zsuwał   się   ku 

przepaści.

 - Nie sądzę, że to dobry pomysł - odezwała się drżącym 

głosem.

 - Uda się - odparł Daniel spokojnie.
Wyjrzała   przez   okno   i   natychmiast   tego   pożałowała. 

Bezdenna otchłań otwierała się tuż obok! Josie zamknęła oczy 
i zaczęła się modlić w duchu.

Mikrobus podskoczył jeszcze kilka razy, wpadł w lekki 

poślizg i niemal się zatrzymał. Potem Daniel wrzucił wyższy 
bieg   i   samochód   pokonał   resztę   osuwiska   z   szaleńczą 
prędkością - przynajmniej tak się zdawało Josie. Była pewna, 

background image

że stoczą się w dół i spadną na dno doliny. Ale samochód 
przedostał się bezpiecznie na drugą stronę.

Daniel spojrzał na nią.
 - Zrobiłaś się bardzo blada - zauważył.
  -   Nic   dziwnego!   -   odparła.   -   Myślałam,   że   zaraz 

spadniemy w przepaść.

  -   Nic   ci   nie   groziło   -   zapewnił   ją.   -   Gdyby   istniało 

jakiekolwiek ryzyko, kazałbym ci wysiąść z samochodu.

  -   Więc   tylko   sobie   wyobraziłam,   że   jedziemy   nad 

przepaścią? - spytała ironicznie.

 - Byliśmy dość blisko - zgodził się. - Ale nie groziło nam, 

że   się   stoczymy.   -   Uśmiechnął   się   lekko.   -   Poza   tym,   jak 
pewnie   widziałaś,   mnisi   wywiesili   tu   flagę   modlitewną   dla 
odstraszenia   złych  duchów,   które  mogłyby   zepchnąć  nas   w 
przepaść.

Jechali   w   milczeniu.   Niskie   chmury   przesłaniały 

wierzchołki   gór.  Wydawało   się,  że  lada   chwila   mogą   zejść 
niżej, przesłaniając drogę.

Daniel zmarszczył lekko brwi.
 - Chyba musimy poszukać miejsca na nocleg.
  -   Nie   powinniśmy   niedługo   dojechać   do   Tongsy?   - 

zdziwiła się Josie.

  -   Powinniśmy.   Prawdę   mówiąc...   już   dawno   temu. 

Spojrzała na niego uważnie.

 - Chcesz powiedzieć, że zabłądziliśmy?
 - Musieliśmy gdzieś źle skręcić - wyjaśnił.
Wcale jednak nie wydawał się zmartwiony, co trochę ją 

zirytowało.   Uważała,   że   zgubienie   się   w   samym   środku 
Bhutanu powinno budzić niepokój.

  - Masz jakieś pojecie, gdzie jesteśmy? - spytała ostro. 

Wzruszył ramionami.

  -   Trudno   powiedzieć...   w   deszczu   i   mgle.   Ale   droga 

wygląda na dość dobrą, więc w końcu gdzieś dotrzemy.

background image

 - I będziemy tak jechać przed siebie?
  -   Czemu   nie?   Wcześniej   czy   później   trafimy   na   jakąś 

wioskę.

Josie   pomyślała,   że   wolałaby   bardziej   konkretny   plan 

działania,   Z   drugiej   strony,   nie   potrafiła   znaleźć   rozsądnej 
alternatywy.

Droga   zaprowadziła   ich   na   dno   doliny,  gdzie   zobaczyli 

parę domów skupionych wokół klasztoru o białych murach. 
Dziewczyna odetchnęła z ulgą. Cywilizacja!

  - Kiedy tylko znajdziemy nocleg, wezmę długą, gorącą 

kąpiel - oświadczyła.

 - Nie liczyłbym na to - odparł wesoło Daniel. - Będziemy 

mieli szczęście, jeśli znajdziemy podstawowe wygody.

Dziewczyna jęknęła cicho.
 - Żałuję, że nie zostałam w Thimphu.
 - Pomyśl, ile przygód by cię ominęło.
  - Błoto, osuwiska, śmiertelne zagrożenie życia... Chyba 

potrafię przeżyć bez takich rozrywek - odparła ponuro.

Wyjrzała przez okno.
 - Gdzie się zatrzymamy? Mają tu jakąś gospodę?
 - Spróbujemy w klasztorze - stwierdził Daniel.
 - Wpuszczą nas? Nie znam tutejszego języka i ty pewnie 

też nie. Jak im wyjaśnimy, o co nam chodzi?

  -   Kiedy   zobaczą   na   progu   parę   przemokniętych 

podróżnych, pewnie zrozumieją bez trudu, w czym rzecz. A 
przy odrobinie szczęścia możemy spotkać kogoś mówiącego 
po  angielsku.  Większość  wykształconych Bhutańczyków go 
zna. Chociaż nie ma ich tu zbyt wielu - czytać umie tylko co 
dziesiąty obywatel.

Bus zatrzymał się przed bramą. Była otwarta, nigdzie nie 

dostrzegli jednak człowieka. Weszli na zarośnięty dziedziniec. 
W   rogu   zauważyli   kilka   psów,   lecz   poza   tym   miejsce 
wyglądało na opuszczone.

background image

 - Myślę, że nikogo tu nie ma - stwierdziła Josie szeptem. 

Wydawało jej się, że powinna zniżyć głos. Może sprawiała to 
niezwykła atmosfera tego miejsca.

Właśnie   w   tym   momencie   zauważyli   paru   mnichów   w 

czerwonych   szatach,   stojących   w   wejściu   po   przeciwnej 
stronie dziedzińca.

  - To wygląda bardziej obiecująco - zauważył Daniel. - 

Myślę, że to komitet powitalny.

Potem   wszystko   potoczyło   się   bardzo   szybko.   Żaden   z 

mnichów nic znał angielskiego, lecz nie miało to znaczenia. 
Podróżnych   zaprowadzono   do   wnętrza,   które   okazało   się 
ciemne   i   dość   ponure,   oświetlone   migotliwymi   kagankami. 
Używając   gestów.   Daniel   dał   do   zrozumienia,   że   byliby 
wdzięczni za coś do jedzenia i nocleg.

Niemal   natychmiast   przyniesiono   miseczki   z   herbatą   i 

talerze   ryżu.   Potem   gości   zaprowadzono   do   niewielkiej 
izdebki  na  tyłach  klasztoru.  Josie  domyśliła  się,  że  to  tutaj 
mają   spać.   Daniel   przyniósł   z   samochodu   śpiwory,   czyste 
ubrania   i   parę  innych   rzeczy,   których   mogli   potrzebować. 
Pokój   był   niemal   pusty,   za   jedyne   źródło   światła   służyła 
maleńka lampka.

Po   chwili   zjawili   się   mnisi,   przynosząc   miski   z   wodą. 

Potem zostawili gości, by mogli ułożyć się do snu.

W niewielkiej salce zrobiło się bardzo cicho. To miała być 

druga   noc   spędzona   w   jednym   pomieszczeniu   z   Danielem, 
pomyślała   Josie.   Poprzedniego   wieczoru   zasnęła   niemal 
natychmiast, dzisiaj jednak czuła się całkowicie rozbudzona, 
choć jechali przez większą część dnia i powinna odczuwać 
zmęczenie.

Żałowała, że nie może po prostu wsunąć się do śpiwora i 

usnąć.   Żałowała,   że   mnisi   nie   dali   im   osobnych   pokojów. 
Żałowała, że nie może zapomnieć,  w jaki sposób wyglądał 
Daniel, kiedy się śmiał. Wtedy była zbyt rozzłoszczona. Teraz 

background image

przypominała sobie wyraźnie wesołe błyski w jego oczach. 
linię ust, kiedy straciły nieco ze zwykłego napięcia.

Żałowała, że nie rozumie lepiej tego mężczyzny, że nie 

zna jego myśli. I przede wszystkim żałowała, że lubi go tak 
bardzo. Miała bowiem wrażenie, że tylko jeden krok dzieli ją 
od   uczucia   znacznie   głębszego   i   o   wiele   bardziej 
niebezpiecznego.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY
Daniel zaczął się rozbierać.
 - Co robisz? - spytała Josie nerwowo.
 - Chcę się umyć - wyjaśnił, rozpinając ubłocone dżinsy.
 - Woda jest ciepła?
  - Zimna - stwierdziła z grymasem, zanurzając palec w 

najbliższej   misce.   Potem   z   pośpiechem   odwróciła   się   do 
drzwi. - Mam wyjść na zewnątrz?

 - Chyba nie ma to sensu - odparł z lekkim uśmieszkiem.
 - Widzieliśmy już siebie nawzajem na golasa. Po co nagle 

udawać pruderię?

Wiedziała, że on ma rację. Jednak wejść przez pomyłkę do 

jego   pokoju   hotelowego   i   zaskoczyć   go   nagiego   to   nie   to 
samo, co patrzeć, jak się rozbiera.

 - A ty się nie umyjesz? - spytał, zmywając błoto z ramion.
 - Och... tak - odpowiedziała niepewnie.
Zdjęła T - shirt, zamoczyła go w wodzie i wytarła z błota 

górną   połowę   ciała.   Kiedy   skończyła,   włożyła   czysty 
podkoszulek. Potem owinęła się ręcznikiem i zdjęła dżinsy.

Zdawała sobie sprawę, że Daniel obserwuje ją z pewnym 

rozbawieniem. To sprawiło, że i tak niełatwa procedura stała 
się  jeszcze   trudniejsza,   więc  Josie   burknęła  półgłosem   coś 
niegrzecznego, kiedy próbowała umyć nogi jedną ręką, drugą 
przytrzymując ręcznik.

 - Byłoby ci znacznie łatwiej, gdybyś zdjęła ten ręcznik
 - skomentował w końcu.
 - O, tak, bardzo byś tego chciał, prawda? - Popatrzyła na 

niego z wściekłością. - Zyskałbyś lepszy widok na... na...

 - Twoje nogi? - dokończył za nią.
Przez   niego   czuła   się   nieswojo   i   wcale   jej   się   to   nie 

podobało. Nie chciała też, żeby się jej przyglądał.

 - Nie ufasz mi? - spytał.

background image

 - Nie ufam żadnemu mężczyźnie! - prychnęła. - Wszyscy 

jesteście   tacy   sami.   Mówicie   jedno,   a   myślicie   co   innego. 
Mówicie dziewczynie, że jej pragniecie, ale znaczy to tylko 
tyle,   że   pragniecie   jej   w   tym   momencie.   Następnego   dnia 
mówicie to samo innej.

Zabrakło jej tchu, wiec zamilkła. Nadal jednak patrzyła 

gniewnie.

Wyraz twarzy Daniela zmienił się lekko.
 - Mylisz się - ostrzegł łagodnie.
 - Wcale nie. Wszyscy mężczyźni są podli! Nie chcę mieć 

z wami nic wspólnego! I nie zmienię zdania.

  - Może wcale nie chcę cię do tego nakłaniać - odparł 

spokojnie. - I może mam podobne zdanie na temat kobiet  - 
ciągnął   głosem,   w   którym   brzmiała   gorycz.   -   Może   jestem 
przekonany, że wszystkie są zimne i wyrachowane, że zawsze 
myślą tylko o sobie i nie obchodzą ich uczucia innych ludzi.

  -   To   nieprawda!   -   zaprotestowała   Josie   żywo.  Daniel 

przyglądał się jej przez chwilę.

  - Wygląda na to, że oboje mamy niepochlebne zdanie  o 

płci przeciwnej  - powiedział  wreszcie.  Surowa linia jego ust 
lekko   złagodniała.   -   Może   powinniśmy   oboje   wstąpić   do 
któregoś z tutejszych klasztorów.

 - Ty mógłbyś tu zostać, ale ja musiałabym szukać innego 

- stwierdziła Josie. - Jestem kobietą.

  - Fakt - zgodził się i niemal szeroko uśmiechnął. Josie 

zaczęła wycierać nogi, zupełnie nie zdając sobie  sprawy,  że 
używa do tego ręcznika, w który zawijała się szczelnie jeszcze 
przed chwilą.

 - Czemu nie lubisz kobiet? - spytała po chwili.
 - Nie powiedziałem, że ich nie lubię - odparł po krótkim 

namyśle. - Ale z pewnością byłoby mi bardzo trudno którejś 
zaufać. 1 nie mam zamiaru angażować się w żadne związki.

 - Nadal nie powiedziałeś mi, dlaczego.

background image

 - I nie powiem. To nie twoja sprawa.
  - Mówisz, że nie obchodzą cię związki - przypomniała 

ma.  -  A tymczasem  w  Thimphu wspominałeś o seksie.  Nie 
rozumiem,   jak   można   uprawiać   seks,   nie   angażując   się 
uczuciowo.

 - Skoro tak myślisz, to znaczy, że jesteś jeszcze bardziej 

naiwna   i   niedoświadczona,   niż   myślałem   -   odparł   dość 
szorstko, - Bardzo łatwo oddzielić jedno od drugiego.

Z jakiegoś powodu to stwierdzenie głęboko ją poruszyło.
 - Nie wierzę - odparła cicho.
  - Większość ludzi potrzebuje jakoś rozładować energię 

seksualną. Pewnie kiedyś i ty pójdziesz z kimś do łóżka tylko 
po to, żeby znaleźć zaspokojenie.

Dziewczyna energicznie pokręciła głową.
 - Nigdy tego nie zrobię.
Jego   złotobrązowe   oczy   patrzyły   na   nią   w   zamyśleniu. 

Poczuła lekkie skrępowanie.

  -   Gdybyś   była   mniej   niewinna,   zabawnie   byłoby   ci 

udowodnić, że się mylisz. Ale tak.... - wziął głęboki oddech, 
jakby zachowanie lekkiego tonu przychodziło mu z wysiłkiem 
- ...lepiej kładźmy się spać. W osobnych śpiworach - dodał 
oschle.

Josie usłuchała natychmiast.
 - Dobranoc - powiedziała.
Zasnęła szybko. Nad ranem jednak zbudziła się, nie mając 

pojęcia, gdzie się znajduje. Dopiero po chwili przypomniała 
sobie, że śpi w klasztorze w towarzystwie Daniela.

Było   bardzo   ciemno.   Jedyne   źródło   światła   stanowiło 

niewielkie   okno,   a   kiedy   zwróciła   twarz   w   jego   stronę, 
zobaczyła czarną sylwetkę na tle usianego gwiazdami nieba.

 - Daniel? - spytała z lekką paniką. - To ty?
 - A jak sądzisz? - spytał z nutą rozbawienia.
 - Czemu wstałeś?

background image

 - Nie mogę spać.
 - Dlaczego?
  -   Czy   ty   nigdy   nie   potrafisz   się   powstrzymać   od 

osobistych pytań?

Gdyby   było   jaśniej,   Daniel   zobaczyłby,   że   twarz 

dziewczyny pokrył lekki rumieniec.

  -   Nie   musisz   odpowiadać,   skoro   nie   chcesz   - 

wymamrotała wreszcie.

Wzruszył ramionami.
  -  Mogę ci powiedzieć, czemu nie śpię. Prawdę mówiąc, 

zrobię nawet więcej. Dam ci dobrą radę. Nie gadaj za dużo o 
seksie,   zanim   pójdziesz   spać.   To   stanowczo   nie   pomaga 
zasnąć.

 - Och! - sapnęła i cofnęła się o krok.
 - Nie ma potrzeby tak się denerwować. Nie rzucę się na 

ciebie.   Chociaż   to   szkoda,   że   jesteś   taka   staroświecka   - 
stwierdził z pewnym żalem. - Moglibyśmy się zabawić.

Josie   poczuła   oburzenie.   Nikt   jeszcze   nic   nazwał   jej 

staroświecką!

 - Wiele współczesnych kobiet myśli tak jak ja - odparła z 

godnością.

 - Nie chodzi tylko o twój stosunek do seksu. Wydaje się, 

że uważasz go za rzecz bez znaczenia. Zastanawia mnie, jak 
wyglądał   twój   związek   z   narzeczonym   -   powiedział   w 
zamyśleniu.

  -   To  byt  bardzo   ciepły   związek   -   odburknęła.  -  Pełen 

uczucia.

Daniel nie wydawał się przekonany.
 - Ale on z niego zrezygnował.
 - Sugerujesz, że to była moja wina, że nam nie wyszło? - 

spytała rozwścieczona. - Że poszukał sobie kogoś innego, bo 
ja nie byłam wystarczająco atrakcyjna?.

 - Tego nie powiedziałem.

background image

 - Ależ, tak. Może nie w słowach, ale o to ci chodziło!
  -  Po   prostu   mam   wrażenie,   że   twój   związek   z   byłym 

narzeczonym był trochę nudny. Żadnych wzlotów i upadków. 
Raczej przyjaźń niż namiętność.

 - Nie możesz tego wiedzieć! - wrzasnęła na niego.
 - Ciszej - poradził spokojnie. - Albo zbiegnie się tu zaraz 

cała gromada mnichów.

  -   Niech   będzie   nawet   pół   Bhutanu.   Nie   będę   słuchać 

takich oskarżeń!

Mimo panujących ciemności wiedziała, że spojrzał na nią 

z zainteresowaniem.

 - O co chodzi, Josie? Dotknąłem czułego punktu? - spytał 

łagodnie. - Ciebie też martwiło, że wasz związek był tylko 
przyjaźnią? Że twój narzeczony nie chciał cię zaciągnąć do 
łóżka?

  - Tak się składa, że uważam przyjaźń za bardzo dobrą 

podstawę   małżeństwa   -   odparła.   -   Mieliśmy   ze   sobą   wiele 
wspólnego. Lubiliśmy te same rzeczy.

  - Najwyraźniej twój narzeczony uważał, że to za mało. 

Przynajmniej kiedy poznał kogoś, kto mu pokazał, czego mu 
brakowało.

Josie przypomniała sobie Dereka tłumaczącego, dlaczego 

opuszcza ją dla innej kobiety. To jak grom z jasnego nieba, 
mówił. Dopóki tego nie przeżyjesz, nie możesz zrozumieć.

Josie nie wiedziała wtedy, o czym on mówi. Miłość była 

dla   niej   czymś   bardzo   delikatnym,   opartym   na   wspólnych 
zainteresowaniach   i   głębokim   oddaniu.   Nie   było   w   niej 
miejsca na gromy.

Poruszyła się niespokojnie. Żałowała, że w ogóle wstała. 

Powinna   była   zamknąć   oczy   i   zasnąć   albo   przynajmniej 
udawać, że śpi.

 - Myślę, że ta rozmowa stała się zbyt osobista - oznajmiła 

w końcu sztywno.

background image

  - Naprawdę? Więc mam dla ciebie jeszcze jedną bardzo 

osobistą   uwagę.   Gdybym   to   ja   byt   twoim   narzeczonym, 
bardzo bym chciał zaciągnąć cię do łóżka.

Josie chciała coś odpowiedzieć, przełknęła ślinę.
 - Nie powinieneś mówić takich rzeczy.
 - A ja myślę, że tak - odparł cicho.
 - Czemu?
 - Nie wiem. - Uśmiechnął się do siebie z ironią. - Jeszcze 

przed chwilą zdawało mi się, że znam wszystkie odpowiedzi. 
Ale chyba tylko dlatego, że zadawałem sobie łatwe pytania.

 - Nie rozumiem, o czym mówisz.
 - Też nie jestem tego pewien - przyznał. - Pewnie to nie 

najlepsza pora na takie rozmowy.

 - Więc o czym powinniśmy mówić?
 - Nie powinniśmy rozmawiać w ogóle. Powinniśmy robić 

to...

Jego pocałunek był delikatny i łagodny. Josie nigdy nie 

spodziewałaby się po Danielu takiego pocałunku. Mimo to po 
paru sekundach gwałtownie odwróciła głowę.

 - Przestań! - rzuciła ostro.
 - Czemu? Nie podoba ci się?
 - Podobanie nie ma tu nic do rzeczy - odparła. - To nic nie 

znaczy. To tylko... przyjemne dotknięcie ust.

Daniel przyglądał się jej parę minut w ciemności. Potem 

zaczął się śmiać.

 - Nie powiedziałam nic zabawnego!
  -   Wiem,  że   nie   -   odparł,   opanowując   się   nieco.   -  Ale 

chciałbym   wiedzieć,   czemu   uważasz,   że   jest  coś 
niewłaściwego w tej przyjemności.

 - Wcale tego nie powiedziałam - odparła z irytacją.
 - Świetnie - stwierdził gładko. - Więc nie ma powodów, 

by nie powtórzyć tego doświadczenia.

background image

Jego   usta   przylgnęły   do   jej   warg,   zanim   zdążyła 

zaprotestować.   Tym   razem   jego   pocałunek   był   bardziej 
zdecydowany, i dlatego głębiej ją poruszył.

Kiedy Josie zdołała się wreszcie wyswobodzić, oddychała 

gwałtownie.

  -  Nie  wiem,   dlaczego  to  robisz,  ale  wolałabym,  żebyś 

przestał - powiedział z płonącymi oczyma.

  -   Nie   wydaje   mi   się,   żebym   chciał   przestać   -   odparł 

spokojnym tonem. Pocałował ją znowu: wyczuła kryjącą się w 
nim gwałtowność. Pieścił ustami jej wargi, podczas gdy jego 
dłonie gładziły plecy, budząc w niej dreszcz rozkoszy.

Nagle przestał i wypuścił ją z objęć. Oczy Josie otwarty 

się szeroko.

  -   Czyżbyś   wreszcie   postanowił   zachowywać   się   jak 

dżentelmen? - rzuciła wyzywająco.

Po jego twarzy przemknął wyraz rozbawienia.
 - Rzadko bywam dżentelmenem. Ale z drugiej strony nie 

chcę, żebyś narobiła sobie złudzeń.

Chłód   w   jego   głosie   dziwnie   kontrastował   z   żarem 

bijącym   od   jego   ciała.   Człowiek   pełen   sprzeczności   - 
pomyślała dziewczyna, zmieszana całą sytuacją bardziej, niż 
chciałaby przyznać sama przed sobą.

  - W jaki sposób? - spytała i zdobyła się na odwagę, by 

spojrzeć   mu   prosto   w   oczy.   -   Bardzo   wyraźnie   dajesz   do 
zrozumienia, czego ode mnie chcesz!

 - No właśnie. I chcę, żebyś zdawała sobie sprawę, że to 

wszystko, co mam ci do zaoferowania.

  -   Jesteś   ostatnim   człowiekiem   na   ziemi,   w   którym 

mogłabym   się   zakochać   -   odburknęła.   -   Jesteś   zbył   zimny, 
zbyt cyniczny, zbyt odpychający.

Przez mgnienie zdawało się, że osiągnęła swój cel. Jego 

oczy zwęziły się, usta zacisnęły w surową linię. Chciał coś 
powiedzieć, lecz się opanował.

background image

  - Masz rację - odezwał się po chwili, przerywając pełną 

napięcia ciszę. - Taki właśnie jestem.

Josie nie spodziewała się tak otwartej kapitulacji.
  -   Myślę,   że   masz   jakieś   pozytywne   cechy...   -   dodała 

niezręcznie.

 - Wątpię. Już nie.
  - Chcesz powiedzieć, że nie zawsze taki byłeś? Co się 

stało?

  - Zadajesz zbyt wiele pytań. - Jego ton znowu stał się 

szorstki. - Jak na jedną noc dość już się nagadaliśmy.

 - Nawet jeśli ze mną rozmawiasz, tak naprawdę nigdy nic 

mi nie mówisz - rzuciła zdesperowana.

 - I tak jest lepiej.
Wiedziała, że nic z niego więcej nie wydobędzie. A skoro 

nie   rozmawiali,   istniał   tylko   jeden   sposób,   by   spędzić   tych 
kilka   godzin   do   świtu...   Pośpiesznie   zdecydowała,   że 
absolutnie nie wchodzi to w grę. To wcale nie znaczyło, że nie 
lubi pocałunków, ale całowanie się było pierwszym krokiem 
na długiej drodze, prowadzącej do czegoś znacznie, znacznie 
poważniejszego. Nie czuła się jeszcze gotowa, żeby wejść na 
tę   drogę,   i   z   pewnością   nie   zamierzała   na   nią   wkroczyć   z 
Danielem Haydenem.

  - No cóż, chyba będzie lepiej, jeśli spróbujemy złapać 

jeszcze parę godzin snu - oznajmiła, odsuwając się od niego w 
nadziei, że nie podąży za nią. - Pewnie chcesz, jutro wyruszyć 
wczesnym rankiem?

 - Niespecjalnie - odparł ku jej zdumieniu. - Chcę obejrzeć 

klasztor, zanim stąd odjedziemy.

 - Aha - mruknęła z pewnym rozczarowaniem.
Z jakiegoś powodu to miejsce napełniało ją niepokojem.
Szybko wsunęła się do ciepłego pikowanego śpiwora, po 

czym powiedziała:

 - Będziesz tak stał przy oknie przez całą noc?

background image

 - Nie śpię dużo - odpowiedział. - Potem się położę. Josie 

nie była tym zachwycona. Myśl o Danielu krążącym

cicho po izbie, podczas gdy ona będzie spać, sprawiła, że 

dostała gęsiej skórki. Z drugiej strony, niewiele mogła na to 
poradzić. Nie mogła go zmusić, żeby się położył.

W końcu westchnęła cicho i zamknęła oczy. Może jeśli 

przestanie   na   niego   patrzeć,   uda   się   jej   zapomnieć   o   jego 
obecności. Przy odrobinie szczęścia nie będzie musiała więcej 
spać w jego towarzystwie. Jechali przecież do paru większych 
miejscowości, gdzie zapewne dostaną osobne pokoje.

Pod dłuższej chwili zasnęła, lecz wtedy zaczęły ją męczyć 

niepokojące   sny.   Natomiast   Daniel   nie   spał   wcale   przez   tę 
długą noc.

Rankiem Josie obudziły jasne promienie słońca wpadające 

przez   małe   okienko.   Usiadła   z   cichym   jękiem.   Wszystko 
wskazywało na to, że zaspała.

Daniela nie było. Mnisi dostarczyli miski ze świeżą wodą, 

więc   umyła   się   szybko.   Przeciągnęła   palcami   po   włosach, 
żeby doprowadzić je do jako takiego porządku.

Kiedy   była   prawie   gotowa,   otwarły   się   drzwi   i   wszedł 

Daniel. Odkąd się obudziła, Josie usilnie starała się zapomnieć 
o tym, co zaszło ostatniej nocy. Teraz, gdy znalazła się twarzą 
w   twarz   z   Danielem,   nie   sposób   było   nie   pamiętać   jego 
pocałunków.   A   myślenie   o   nich   sprawiało,   że   czuła   się 
dziwnie rozgorączkowana i niespokojna.

Jego spojrzenie prześlizgnęło się po jej sylwetce.
 - Ładnie wyglądasz - skomentował.
  - Okropnie! - zaprzeczyła gniewnie. Zdecydowanie była 

nie w sosie tego ranka.

  -   Niektóre   kobiety   wyglądają   ładnie,   kiedy   są 

rozczochrane. Ty właśnie do nich należysz.

background image

Ponieważ nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, milczała. 

Zabrała się do pakowania ubrań i zwijania śpiwora. Daniel stał 
i przyglądał się jej.

 - Czasem myślę, że zabrałeś mnie ze sobą dla rozrywki - 

prychnęła gniewnie - Kiedy nie masz nic do roboty, gapisz się 
na mnie!

 - Istotnie, lubię na ciebie patrzeć - zgodził się pogodnie.
  -   Czemu?   -   spytała   ostro.   -   Nie   ma   we   mnie   nic 

niezwykłego.

Wzruszył ramionami.
 - Nie wiem. Po prostu niedawno odkryłem, że sprawia mi 

to przyjemność.

 - To znaczy od kiedy?
Na twarzy Daniela pojawił się uśmiech.
 - Chyba od ostatniej nocy w Thimphu. Gdy wróciłem do 

pokoju   w   hotelu,   ty   już   spałaś.   Wyglądałaś   fantastycznie   z 
tymi jasnymi włosami rozsypanymi na poduszce.

Popatrzyła na niego z oburzeniem.
 - Gapiłeś się na mnie, kiedy spałam?
  -   Wyglądałaś   absolutnie   przyzwoicie   -   zapewnił   ją.   - 

Prawdę mówiąc, ta koszula nocna pasowałaby lepiej twojej 
prababce.

 - To brzmi dość perwersyjnie - mruknęła ponuro. Daniel 

uśmiechnął się znowu.

  -   Po   pierwsze,   taka   porządna   dziewczyna   jak   ty   nie 

poznałaby się na perwersji, nawet gdyby się o nią potknęła. A 
po drugie, o ile mi wiadomo, patrzenie na kogoś uważane jest 
za raczej normalne zachowanie.

Teraz   wyśmiewaj   się   z   niej   z   całą   pewnością.   Josie 

zarzuciła torbę na ramię.

  -  Nie  jestem  pewna,  czy   mam   ochotę  kontynuować  tę 

wyprawę   -   oświadczyła   wprost.   -   Chyba   byłoby   lepiej, 
gdybym wróciła do Thimphu.

background image

 - Jak zamierzasz tam dotrzeć? - spytał spokojnie.
 - Myślę, że uda mi się z kimś zabrać - odparła ze znacznie 

większą pewnością siebie, niż naprawdę czuła.

 - Możesz czekać tydzień albo i miesiąc, zanim znajdziesz 

kogoś jadącego w tamta stronę. Ale jeśli jesteś na to gotowa, 
mogę cię tu zostawić.

Josie zadrżała lekko. Stanowczo nie chciała tu zostać sama
 - a on o tym wiedział!
 - Hm, może lepiej podjadę z tobą do najbliższego miasta
 - wymamrotała po namyśle. - Tam pewnie łatwiej będzie 

o samochód.

 - Skoro już to ustaliliśmy, chcesz coś zjeść? - spytał.
 - Mnisi gotowi są nas nakarmić, zanim wyjedziemy.
 - Myślałam, że chcesz zwiedzić klasztor?
 - Już to zrobiłem - odparł ku jej zaskoczeniu.
 - Kiedy?
 - Gdy spałaś.
Po raz pierwszy tego ranka spojrzała na zegarek. Zbliżało 

się południe. Spala znacznie dłużej, niż jej się wydawało.

 - Czemu mnie nie zbudziłeś? Też chciałam pozwiedzać.
 - Wielu miejsc nie wolno oglądać kobietom. Uznałem, że 

będzie lepiej, jeśli pójdę sam - wyjaśnił.

  -   To   tyle,   jeśli   chodzi   o   równouprawnienie   - 

skomentowała. - Ciekawe, co by zrobili, gdybym po prostu 
wmaszerowała   do   środka?   Szkoda,   że   mam   zbyt   dobre 
maniery, żeby to zrobić.

Daniel nieznacznie uniósł brwi.
 - Nie zauważyłem, żebyś była szczególnie uprzejma, jeśli 

chodzi o mnie.

Zaczerwieniła się lekko, ponieważ była to prawda.
  -  Bo   rozmawiasz  ze  mną   w   niewłaściwy  sposób   - 

wymamrotała.

Złotobrązowe oczy błysnęły.

background image

 - Mogę to robić inaczej. Tak, żeby ci się spodobało.
  - Nie zaczynaj znowu! - ostrzegła surowo. - Nie życzę 

sobie niczego związanego z... z tymi sprawami.

 - Chodzi ci o seks? - spytał z szelmowskim uśmiechem. - 

Więc czemu tego nie powiesz? To łatwe słowo.

Lecz Josie miała już dość tej rozmowy.
  -   Idę   poszukać   czegoś   do   jedzenia   -   oznajmiła   i 

wymaszerowała z pokoju.

Mnisi   poczęstowali   ich   solidnym,   sycącym   posiłkiem. 

Wczesnym popołudniem Daniel i Josie siedzieli z powrotem 
w mikrobusie, zmierzając ku  głównej trasie. Stolice świeciło 
jasno,   choć   chmury   już   się   zaczynały   gromadzić   wokół 
szczytów, zapowiadając popołudniowy deszcz.

Główną drogą wspięli się na przełęcz, po czym znaleźli się 

w środkowej części kraju, wśród Gór Czarnych. Otaczały ich 
strome  zalesione góry, wśród których rwące rzeki tworzyły 
malownicze przełomy. Droga - miejscami niewiele więcej niż 
gruntowy   szlak   -   wielkimi   pętlami   prowadziła   w   dół   po 
zboczu góry. Wkrótce zaczęło się ściemniać, lecz dziewczyna 
wcale się tym nie przejmowała. Wiedziała, że dotrą do Tongsy 
przed   zmrokiem.   Mogła   już   dostrzec   światła   miasteczka   i 
sylwetkę górującego nad nim klasztoru.

 - Nigdy nie widziałam tylu klasztorów - zwróciła się do 

Daniela. - Wydaje się, że są w każdej miejscowości!

 - Bhutan to bardzo religijny kraj - odparł i uśmiechnął się 

ironicznie. - Na szczęście klasztory są fotogeniczne, co bardzo 
pomaga przy kręceniu filmów dokumentalnych.

Josie zaprzątało już jednak co innego. Patrzyła przez okno 

z niesmakiem.

 - Znowu zaczyna padać - jęknęła.
 - Nie szkodzi. Za kwadrans będziemy w Tongsie. Daniel 

pewnie wprowadził samochód w kolejny zakręt.

background image

Nagle   wóz   zarzucił   w   jedną   stronę   i   zakołysał   się 

niepokojąco.

 - Co się stało? - spytała Josie, prostując się jak struna.
 - Złapaliśmy gumę - odparł krótko.
  -   No,   nie!   Co   teraz   zrobimy?   Potrafisz   zmienić   koło? 

Pewnie,   że   tak   -   odpowiedziała   sama   sobie.   Wszyscy 
mężczyźni są dobrzy w takich rzeczach.

Lało   teraz   znacznie   mocniej   i   Daniel   skrzywił   się, 

wyglądając przez okno.

 - A co ty będziesz robić? - spytał. - Siedzieć tutaj, kiedy 

ja będę mókł na deszczu?

 - Nic na to nie poradzę - odparła z szerokim uśmiechem. - 

Kobiety są bezużyteczne w takich wypadkach. Wszyscy o tym 
wiedzą.

W rzeczywistości bez trudu umiała zmienić koło, ale nie 

zamierzała   mówić   o   tym   Danielowi.   Da   sobie   radę   - 
pomyślała ze złośliwym uśmiechem.

Mężczyzna   wysiadł,   po   krótkiej   chwili   jednak   wrócił, 

ociekając woda..

 - Pozwól mi zgadnąć - powiedziała Josie, poważniejąc na 

jego widok. - Nie ma zapasowego koła?

 - Koło jest. Brakuje podnośnika.
  - Więc co robimy? Siedzimy i czekamy, aż ktoś będzie 

przejeżdżał?

 - To nie ma sensu. Możemy tak czekać całą noc. Lepiej 

chodźmy piechotą do miasteczka.

Po szybach spływały strugi deszczu.
 - Piechotą? - powtórzyła bez entuzjazmu.
 - To niedaleko. Nie jest zimno, tylko bardzo zmokniemy. 

Włożyła kurtkę przeciwdeszczową i wyszła na zewnątrz.

Natychmiast zmokły jej włosy, a woda zaczęła ściekać po 

szyi.

background image

Daniel wrzucił do torby najpotrzebniejsze rzeczy i ruszył 

drogą przed siebie, nie oglądając się na dziewczynę. Pobiegła 
za nim.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY
Gdy   dotarli   do   Tongsy,   panowały   niemal   całkowite 

ciemności. Bardziej za sprawą szczęścia niż orientacji zdołali 
w   miarę   szybko   znaleźć   jakąś   gospodę.   Właściciel   nie 
wydawał   się   wcale   zmartwiony   ich   wyglądem   i   szybko 
zaprosił   ich   do   wnętrza.   Nie   znał   angielskiego,   lecz   w 
najmniejszym stopniu nie utrudniało to porozumiewania się.

Wkrótce   dostali   pokój   -   jeden,   jak   zauważyła   bez 

zachwytu Josie - przyniesiono im wodę, żeby mogli się umyć, 
a z energicznych gestów właściciela wywnioskowali, że zaraz 
zostanie podany gorący posiłek.

 - Założę się, że to ryż - mruknęła, krzywiąc się.
 - Podobno lubisz ryż - przypomniał jej Daniel.
Wyjął   z   torby   dżinsy.   T   -   shirt   i   ręcznik   i   rzucił 

dziewczynie, potem zaczął szukać ubrań dla siebie.

  - Kiedy wyruszałam w tę podróż, wydawało mi się, że 

lubię   wiele   rzeczy   -   stwierdziła   ponuro.   -   Ale   szybko 
przestałam lubić większość z nich. Przede wszystkim dotyczy 
to ryżu, mikrobusów i deszczu.

Zanim na stole pojawiła się kolacja, Josie była już sucha, 

choć nadal czuła się rozdrażniona. Okazało się, że dostali ryż, 
lecz doprawiony ostrą papryką, i warzywa w serowym sosie 
oraz - co niezwykłe - sałatkę z młodych pędów paproci.

Dziewczyna   była   tak   głodna,   że   pochłonęła   z   apetytem 

wszystko, co przed nią postawiono; bardzo jej to smakowało.

Kiedy   skończyli,   zrobiło   się   dość   późno   i   udali   się   na 

spoczynek. Przynajmniej mamy osobne łóżka, pomyślała Josie 
z pewną ulgą. Gdyby musieli spać razem, gotowa była wracać 
samotnie w deszczu do mikrobusu.

Wyszorowała   zęby   i   przetrząsnęła   torbę   przyniesioną 

przez Daniela. Chwilę później rzuciła mu groźne spojrzenie.

 - Zapomniałeś o mojej koszuli nocnej!

background image

  - Przykro mi - odparł obojętnie. Spojrzała na niego ze 

złością.

 - Zrobiłeś to celowo?
 - Oczywiście, że nie - powiedział z lekką irytacją. - Poza 

tym to mało ważne. Możesz spać w T - shircie, prawda?

  - Chyba tak - mruknęła niezadowolona. Wcale jej się to 

nie podobało. Może to głupie, lecz czuła się bezpiecznie w 
owej koszuli - z małym dekoltem, zapinanymi mankietami, 
sięgającej sporo za kolana. W podkoszulku większa część jej 
długich   nóg   znajdzie   się   na   widoku,   a   poza   tym   dzianina 
znacznie dokładniej przylega do ciała, zwłaszcza gdy nie ma 
się nic pod spodem.

Po namyśle postanowiła spać w biustonoszu. Doskonale 

zdawała   sobie   sprawę,   że   przesadza,   ale   wynikało   to   z 
obecności   Daniela.   Z   jego   winy   proste   rzeczy   stawały   się 
skomplikowane;   zwyczajne   sytuacje   groziły   nieokreślonym 
niebezpieczeństwem.

Znowu   poczuła   przypływ   złości,   choć   nie   wiedziała 

dlaczego.

 - Wszystko wyglądałoby inaczej, gdybyś sprawdził przed 

wyjazdem,  czy   w  aucie  są  wszystkie  potrzebne  narzędzia  - 
stwierdziła, rzucając mu wojownicze spojrzenie. Oczy Daniela 
pociemniały. 

 - Nie rozumiem, czemu miało to być moim obowiązkiem. 

Dlaczego sama się tym nie zajęłaś?

 - Bo to męska sprawa - odparowała. - Chociaż Margaret, 

twoja idealna asystentka, z pewnością sprawdza takie rzeczy.

 - Margaret jest bardzo pracowita - zgodził się gładko. - I 

zdolna. Umie nawet zmienić koło, jeśli trzeba.

 - Ja też to potrafię - wypaliła natychmiast Josie.
Po   czym   natychmiast   umilkła,   gdy   sobie   przypomniała, 

jak   udawała   bezradną   kobietkę,   siedząc   w   samochodzie, 
podczas kiedy Daniel sprawdzał kolo.

background image

 - Będę o tym pamiętał następnym razem - rzucił krótko.
  -   Gdybyś   rzeczywiście   potrzebował   pomocy, 

powiedziałabym o tym - wymamrotała. - Ale zawsze wydajesz 
się taki samowystarczalny... jakbyś nikogo nie potrzebował w 
żadnej sprawie.

Jego   oczy   błysnęły   i   Josie   uświadomiła   sobie,   że 

atmosfera uległa subtelnej - i niepokojącej - zmianie.

 - Istnieją sytuacje, kiedy nie można się obejść bez drugiej 

osoby - powiedział ze znaczącym uśmieszkiem.

 - Nie... nie rozumiem, o czym mówisz. - Zmusiła się do 

szerokiego ziewnięcia, które nawet w jej uszach zabrzmiało 
bardzo   nienaturalnie.   -   Ale   jestem   zmęczona...   -   dodała.   - 
Oczy same mi się zamykają.

  -  Łatwo   mógłbym   cię   rozbudzić   -   zaproponował 

aksamitnym   głosem.   -   Znam   mnóstwo   sposobów 
pomagających zapomnieć o zmęczeniu.

 - Doprawdy? - spytała tonem, który brzmiał jednocześnie 

uprzejmie   i   chłodno.   -   Masz   na   myśli   dowcipy,   ciekawe 
historyjki, kalambury i tym podobne? Szczerze mówiąc, nie 
jestem zainteresowana. Chcę się tylko położyć.

Uśmiechnął się szerzej.
  - Wciąż mi się wymykasz. To tak jak próbować złapać 

motyla na szpilkę.

  -   Może   po   prostu   nie   chcę   się   na   niej   znaleźć   - 

powiedziała, znużona całą rozmową.

  - Też tak myślałem z początku - odparł Daniel. - Ale w 

ciągu ostatnich paru  dni  zmieniłem zdanie. Myślę, że  bardzo 
byś chciała, tylko się boisz z powodu złych doświadczeń ze 
swoim byłym narzeczonym.

 - Nie boję się niczego... i nikogo - zaprzeczyła gorąco. - 

Ale zaczynam mieć dość tych utarczek co wieczór. Mówiłeś, 
że   nie   będzie   żadnych   problemów   ze   spaniem   w   jednym 
pokoju, tymczasem jak dotąd są same problemy. I większość z 

background image

nich z twojej winy! Ciągle powtarzasz, że nie chcesz żadnych 
związków,   ale   wcale   się   nie   zachowujesz   jak   ktoś,   kogo 
kobiety nie interesują!

  - Wydawało mi się, że sobie to wyjaśniliśmy - odparł 

jedwabistym  tonem.  -   Nie   chcę  związków,   ale   stanowczo 
jestem zainteresowany kobietami.

  -   Chcesz   chyba   powiedzieć:   seksem!   Wzruszył 

ramionami.

 - Nie ma w tym nic złego.
 - Tylko że ja nie jestem nim zainteresowana. - Patrzyła na 

niego   płonącym   wzrokiem.   -   Nie   jestem!   -   powtórzyła 
gwałtownie.

Złotobrązowe oczy Daniela prześlizgnęły się po jej postaci 

od głowy do stóp. Z trudem stłumiła dreszcz.

 - Myślę, że jesteś - powiedział spokojnie. - Tylko jeszcze 

o tym nie wiesz. Nikt nie nauczył cię go lubić.

  -   Z   moim   narzeczonym  świetnie   mi   się   układało   - 

odparła, rozzłoszczona. - I wiem wszystko o seksie. Niczego 
nie możesz mnie nauczyć!

W rzeczywistości było to bardzo dalekie od prawdy. Jej 

doświadczenia   z   Derekiem   ograniczały   się   do   kilku   dość 
niezręcznych   i   zaskakująco   krępujących   prób,   zawsze 
kończących się szybko, nim doszło do prawdziwego zbliżenia. 
Dziewczyna   czuła   się   nimi   dziwnie   rozczarowana   i 
zastanawiała się, czy zrobiła coś nie tak, lecz absolutnie nie 
zamierzała się do tego przyznać Danielowi.

Stał w przeciwnym rogu pokoju, przyglądając się jej w 

zamyśleniu. Nagle zrobił krok w jej stronę.

 - Nie zbliżaj się - ostrzegła.
 - Mam ochotę... - rzucił swobodnie.
  -   Nie   obchodzi   mnie   to!   Kiedy   zgodziłam   się   z   tobą 

jechać, obiecałeś, że nic podobnego się nie zdarzy. Łamiesz 
wszystkie zasady.

background image

 - Nie pamiętam, żebyśmy ustalali jakieś zasady. A nawet 

jeśli tak, jestem zwolennikiem elastyczności. - Skrzywił się w 
uśmiechu, który instynktownie rozpoznała jako niebezpieczny. 
- Zastanawiałem się. po co właściwie zabrałem cię ze sobą, i 
po namyśle doszedłem do wniosku, że to był impuls. To dość 
dziwne, bo bardzo rzadko ulegam emocjom, szczególnie od 
pewnego czasu. Potem, gdy przyglądałem ci się w hotelowym 
pokoju, zacząłem lepiej rozumieć ten impuls. Czasem spotyka 
się kogoś, kto budzi w nas silne emocje, czy tego chcemy, czy 
nie.   Może   to   być   pociąg   seksualny,   niechęć   albo   dziwne 
wrażenie   zażyłości,   jak   gdyby   nieznajoma   osoba   wcale   nie 
była nieznajoma. I kiedy się to zdarza, takie uczucie nie znika. 
Nawet się wzmaga i wymyka spod kontroli.

Josie   gapiła   się   na   niego.   Była   to   chyba   najdłuższa 

przemowa,  jaką  wygłosił   w  jej   obecności   -   i   z   pewnością 
najbardziej niepokojąca.

  -   Co   chcesz   przez   to   powiedzieć?   -  spytała  czujnie. 

Wzruszył lekko ramionami.

  -   Nie   jestem   pewien.   Tyle   tylko,  że   zdarzyło   się   coś, 

czego zupełnie się nie spodziewałem. - Zawahał się, potem 
mówił ciszej; - Kiedy wyruszałem w tę podróż, czułem się w 
środku   martwy.   Myślałem,   że   to   uczucie   będzie   mi 
towarzyszyć bardzo długo, być może już zawsze. Tymczasem 
odrętwienie zaczęło znikać... i jak się wydaje, za twoją sprawa 
odzyskuję życie.

 - Dlaczego tak się czułeś?
W oczach Daniela znowu pojawił się cień ostrożności.
 - Nie chcę o tym mówić. Nie teraz.
 - Nigdy o niczym nie chcesz mówić - odparowała Josie.
  -   Przynajmniej   o   niczym   ważnym.   Wiem   o   tobie   tyle 

samo. ile w chwili gdy opuszczaliśmy Kalkutę!

  - Och, myślę, że wiesz o mnie znacznie więcej - odparł 

łagodnie. - A chciałbym cię nauczyć jeszcze więcej.

background image

 - Już ci mówiłam, że niczego nie możesz mnie nauczyć.
  -   Starała   się,   by   jej   głos   nie   zdradzał   strachu,   jaki   ją 

ogarnął, gdy  mężczyzna zbliżył się jeszcze o parę kroków.  - 
Nie podchodź! - krzyknęła, lecz nie usłuchał.

  - Wiem,  że tego nie chcesz,  lecz  uważam, że naprawdę 

muszę...

Oczy mu błyszczały.
Jego usta wydawały się ciepłe i świeże, kiedy zamknęły 

się na jej wargach. Josie próbowała go kopnąć w goleń, ale 
bez trudu usunął się przed jej stopą, po czym przycisnął ją do 
ściany tak mocno, że nie mogła tego spróbować po raz

  - Nie bój się - powiedział, uwalniając ją tylko na parę 

chwil.

  - Nie boję się - odparła gwałtownie, ignorując fakt. że 

serce wali jej jak młotem.

  -   To   dobrze   -   mruknął.   -   Więc   nie   będzie   ci 

przeszkadzało, jeśli zrobimy to jeszcze raz.

Drugi   pocałunek   rozpalił   ją   znacznie   bardziej   niż 

pierwszy. Powoli zaczęła sobie uświadamiać, że istotnie nie 
wiedziała nic o całowaniu. To nie był jedynie kontakt dwojga 
ust. Kiedy robiło się to z kimś, kto się na tym znał - a Daniel 
znał się z pewnością - było to znacznie więcej...

Zaczął   całować   ją   śmielej,   kiedy   jej   początkowa 

sztywność ustąpiła. Josie zadrżała.

 - Podoba ci się? - mruknął.
 - Nie - odparła z wysiłkiem. Daniel tylko się uśmiechnął.
  -   Jeśli   to   cię   zaskoczyło,   myślę,   że   powinnaś   się 

przygotować  na   naprawdę   dużą   niespodziankę   -   powiedział 
aksamitnym tonem.

 - Wcale nie jestem zaskoczona - upierała się denerwująco 

drżącym głosem. - Już się kiedyś całowałam.

 - Z Derekiem?
 - Oczywiście. Przecież był moim narzeczonym.

background image

 - Ale niezbyt dobrym kochankiem.
Jej oczy błysnęły.
 - Jak śmiesz mówić coś takiego?
  - Przecież to prawda. Możliwe, że oddał ci przysługę, 

odchodząc   z   tamtą   dziewczyną.   Niech   ona   się   meczy.   Ty 
zasługujesz na coś lepszego. Coś w tym rodzaju...

Objął ją, nim zdążyła zaprotestować. Tym razem nie tylko 

jego   usta   budziły   te   drobne,   lecz   bardzo   niepokojące   fale 
rozkoszy. Jego dłonie wsunęły się pod jej podkoszulek i bez 
wahania   odnalazły   drogę   do   piersi.   Mruknął   z 
niezadowoleniem, gdy odkrył, że ona ma na sobie biustonosz, 
lecz   uporał   się   z   tym   szybko   i   zręcznie.   Cienka   bawełna 
opadła   i   nic   już   nie   chroniło   skóry   Josie   przed   jego 
napastliwymi palcami.

Tyle   tylko,  że   wcale   nie   wydawały   się   napastliwe. 

Wydawały się... bardzo delikatne. Jak gdyby postanowił nie 
płoszyć jej, żądając zbyt wiele. Serce dziewczyny zaczęło bić 
mocno i równo.

 - Widzisz? - powiedział głosem, w którym wyczuwało się 

teraz   znacznie   większe   napięcie   niż   jeszcze   przed   paroma 
chwilami. - Nie ma się czego bać.

Jednak Josie uważała to wszystko za bardzo 

niepokojące

. 

Po   pierwsze,   nic   miało   to   nic   wspólnego   z   miłością. 
Przynajmniej nie taką, jaką ona zawsze sobie wyobrażała. Ten 
mężczyzna jej pragnął. Tylko tyle, i nic więcej. Lecz znacznie 
bardziej   niepokojące   było   to,   że   potrafił   sprawić,   iż   i   ona 
zaczynała pragnąć jego.

Było   to   nowe   uczucie.   Daniel   ma   rację,   pomyślała   w 

oszołomieniu. Naprawdę nie wiedziała nic o seksie. Niezdarne 
zabiegi   Dereka   były   jedynie   nędzną   namiastką.   I   zawsze 
kończyły się, zanim doszło do czegoś poważniejszego.

Wargi Daniela przesunęły się ku nasadzie jej szyi, budząc 

nowe   wrażenia   na   rozpalonej   skórze.   Jego   oddech   stał   się 

background image

bardziej niespokojny, ruchy rąk nabrały śmiałości. Jego dłonie 
przesunęły   się   po   jej   brzuchu,   a   potem   lekko,   delikatnie 
zsunęły się niżej.

 - Nie! - zaprotestowała zduszonym głosem. Natychmiast 

cofnął rękę.

 - Jeszcze nie jesteś gotowa? A może to wszystko jest dla 

ciebie nowe? - Patrzył z natężeniem w jej oczy. - Czy ktoś 
kiedyś dotykał cię już w taki sposób?

Josie nie chciała odpowiadać na to pytanie. Poza tym, co 

miała   mu   powiedzieć?   Że   ponieważ   tak   bardzo   lubiła 
podróżować, w jej życiu nie było czasu na bliskie związki? Że 
Derek   był   jedynym   bliskim   jej   mężczyzną,   który   -   co 
zaczynała sobie uświadamiać - wiedział o seksie równie mało 
jak ona? Łatwo mogła sobie wyobrazić, jak bardzo Daniel by 
się z niej śmiał, gdyby się do tego przyznała!

  -   Po   prostu   nie   chcę   posuwać   się   dalej   -   stwierdziła 

sztywno.

Odsunął się odrobinę.
 - Czemu nie?
Oddychał spokojniej, w jego głosie pojawił się lekki chłód
 - Bo to tylko... tylko... - szukała właściwych słów. - Tylko 

kontakt   fizyczny   -   oznajmiła.   -   Nie   ma   w   tym   żadnego 
głębszego   uczucia,   niczego,   co   by   temu   nadawało   większe 
znaczenie.

Trudno było to powiedzieć, gdy całe jej ciało przenikał ów 

szarpiący ból. a skóra płonęła pod jego dotykiem. A jeszcze 
trudniej,   gdy   spojrzała   w   tygrysie   oczy   i   przez   mgnienie 
zobaczyła w nich coś, czego nie dostrzegała nigdy wcześniej.

  - Nigdy nie zmusiłem do niczego kobiety i teraz też nie 

zamierzam   tego   robić.   Tyle   tylko,   że   ty   nie   jesteś   jeszcze 
kobietą,   Josie   -   stwierdził   oschle.   -   Wciąż   jesteś   małą 
dziewczynką.   Dlatego   chciałaś   wyjść   za   człowieka,   który 

background image

byłby   twoim   przyjacielem,   a   nie   kochankiem.   Dlatego 
uciekasz. Nie chcesz dorosnąć.

Ostatnia uwaga naprawdę ją zraniła, być może dlatego, że 

kryła   w   sobie   ziarno   prawdy.  Istotnie,   praca   w   Londynie  i 
liczne   podróże   stanowiły   sposób,   by   wyrwać   się   spod 
przytaczającej miłości, jaką obdarzali ją rodzice. Nigdy jednak 
nie   stała   się   naprawdę   samodzielna,   bo   nigdy   nie   musiała. 
Zawsze   wiedziała,   że   jeśli   stanie   się   coś   złego,   rodzice 
pośpieszą jej na pomoc. Ponieważ dobrze im się powodziło, 
zawsze mogli ją wesprzeć finansowo, choć prosiła o to jedynie 
w   wyjątkowych   wypadkach.   I   zawsze   przychodzili   jej   z 
pomocą, gdy tego potrzebowała. Wystarczył jeden telefon, by 
ojciec przyjechał po nią swoim dużym samochodem i zabrał 
do ciepłego, bezpiecznego domu.

Josie   nie   podobało   się,   że   Daniel   każe   jej   myśleć   o 

sprawach,   które   zwykle   ignorowała.   O   jej   braku 
doświadczenia; nieudanym związku z Derekiem; zbyt łatwym 
życiu i tym, że nigdy nie musiała o nic walczyć.

  - Mam tego dość - oznajmiła chłodno. - Nie chciałam, 

żebyś mnie dotykał ani całował, i z pewnością nie życzę sobie 
kazania. - Złapała leżące obok dżinsy i zaczęła je wkładać. - 
Myślę,   że   obwiniasz   mnie   o   wszystko,   bo   chciałam,   żebyś 
przestał, ale ty nie...

  -   To   prawda,   nie   chciałem   przerywać...   -   przyznał 

posępnie Daniel. - Ale to zrobiłem. Nie musisz się mnie bać.

  -   Wcale   się   nie   boję   -   burknęła   gniewnie,   choć   nie 

całkiem zgodnie z prawdą. - A teraz puść mnie, wychodzę.

 - Dokąd?
 - Wracam do samochodu. To chyba jedyne miejsce, gdzie 

będę się mogła wyspać spokojnie.

  - Na zewnątrz jest ciemno - zauważył Daniel. - Zgubisz 

się.

background image

 - Nie obchodzi mnie to. Wolę się zgubić, niż zostać z tobą 

w jednym pokoju!

Zacisnął zęby.
  - Gdybym miał choć trochę rozumu, pozwoliłbym ci to 

zrobić.  Ciągle   sprawiasz   kłopoty.   Jednak   za   ciebie 
odpowiadam  i muszę dbać o twoje bezpieczeństwo, póki nie 
wrócimy do Kalkuty.

Sięgnął   po   swoją   kurtkę.   Josie   spojrzała   na   niego 

podejrzliwie.

 - Co robisz?
  -   Ponieważ   nie   chcesz   dzielić   ze   mną   pokoju,   lepiej 

będzie, jeśli to ja wyjdę.

  - Gdzie będziesz spał? Nie chciała zadać tego pytania, 

lecz wyrwało się jej, zanim

zdążyła pomyśleć.
Daniel uśmiechnął się z ironią.
  - Sądziłem, że obchodzi cię jedynie, żebym nie spał z 

tobą.

Wyszedł   z   pokoju.   Dziewczyna   opadła   na   najbliższe 

łóżko,   zastanawiając   się,   jak   długo   potrwa,   nim   przestanie 
dygotać. Ta wyprawa okazała się całkowitą katastrofą. Gdyby 
wiedziała,   że   sprawy   tak   się   ułożą,   nigdy   nie   postawiłaby 
stopy w Bhutanie.

Po chwili położyła się na twardym łóżku. Złapała się na 

tym, że zastanawia się, gdzie jest w tej chwili Daniel.

Mam   nadzieję,   że   tam,   gdzie   jest   zimno,   mokro   i 

niewygodnie, pomyślała ze złością. Zasłużył sobie na to!

Z drugiej strony, ona też nie zachowała się najlepiej. Pełna 

wyrzutów   sumienia,   spięta   i   niespokojna,   przykryła  się   i 
podjęła   pierwszą   z   serii   kompletnie   nieudanych   prób 
zaśnięcia.

background image

Obudziła się z lekkiej drzemki, z trudem otworzyła oczy i 

jęknęła,   gdy   przypomniała   sobie   wydarzenia   poprzedniego 
dnia.

Przez okno wpadało jasne światło, co znaczyło, że pora 

wstawać.   Wcale   nie   chciała   stawiać   czoła   dniu   -   ani 
Danielowi. Wolałaby zostać w łóżku do wieczora.

Obawiała się jednak, że gdyby to zrobiła. Daniel po prostu 

przyszedłby i wyciągnął ją z łóżka. Prawdopodobnie nie był w 
najmniejszym   stopniu   zawstydzony   tym,   co  się  zdarzyło 
wczoraj. A czy ona czuje wstyd? Nie, stwierdziła po namyśle. 
Z  pewnością  nie  mogłaby   nazwać   wstydem  tego,  co  czuła. 
Prawdę   mówiąc,   wątpiła,   by   istniało   słowo   na   określenie 
bardzo dziwnych emocji, jakie ją ogarnęły.

Bez entuzjazmu wstała, umyła się i ubrała. Potem wyjrzała 

z pokoju.

Daniela   nigdzie  nie   było   widać.   Dziewczynę   zaczęła 

ogarniać lekka panika. A jeśli odszedł na dobre i zostawił ją 
tutaj?

Przełknęła  z  trudem  ślinę.   Mieszkańcy   Bhutanu   byli 

sympatyczni i gościnni, a kraj bardzo piękny. Mimo to nie 
chciała tu zostać sama. Zaczynała się przekonywać, że wcale 
nie jest taka samodzielna, jak jej się wydawało.

W   tym   momencie   usłyszała   głos   Daniela.   Jej   żołądek 

natychmiast   skurczył   się   z   niepokoju.   Parę   minut   później 
mężczyzna wszedł do pokoju.

 - Dobrze, że już wstałaś - powiedział. - Jesteś gotowa do 

wyjścia?

 - Zmieniłeś koło? - spytała zaskoczona.
 - Pożyczyłem podnośnik.
Dziewczyna rzuciła nerwowe spojrzenie na jego ponura 

twarz i westchnęła cicho. Zanosiło się, że nie będzie to łatwy 
dzień. Nagle zbudziła się w niej irytacja. To wszystko jego 
wina,   powiedziała   sobie.   To   on   jest   przyczyną   problemów. 

background image

Wszystko było dobrze, póki nie postanowił zmienić zwykłej 
znajomości   w   coś   znacznie   poważniejszego   i   bardziej 
skomplikowanego.

Popatrzyła na niego ze złością; w odpowiedzi rzucił jej 

równie gniewne spojrzenie.

 - Wyjeżdżamy od razu! - spytała sztywno.
  -   Tak,   chyba  że   potrafisz   podać   jakiś   powód,   żeby   tu 

zostać - odparł szorstko.

Zamierzała wspomnieć, że jeszcze nie jadła śniadania, lecz 

zrezygnowała, widząc jego minę. Poza tym wcale nie czuła się 
głodna. Podróżowanie z Danielem Haydenem było lepsze od 
najsurowszej diety. Człowiek przy nim w ogóle oduczał się 
jeść!

W  ślad   za   nim   wyszła   z   gospody.   Ranek   był   piękny   i 

słoneczny. Po wczorajszej ulewie wszystko wyglądało świeżo; 
w innych okolicznościach byłaby pewnie zachwycona.

Mikrobus stał zaparkowany przed budynkiem. Wsiedli do 

niego   bez   słowa.   Daniel   zapalił   silnik   i   z   dużą   prędkością 
wyjechał   z   Tongsy.   Dziewczyna   zastanawiała   się,   czy   po 
wczorajszej sprzeczce nie zechce wrócić prosto do Thimphu, 
on jednak skierował się w przeciwną stronę.

Droga   wkrótce   znowu   się   pogorszyła,   pełna   była 

błotnistych   kałuż.   Daniel   nadal   jechał   bardzo   szybko.   Josie 
zaczęły już boleć kości. W końcu wybuchnęła:

  - Jeśli zamierzasz dłużej jechać jak wariat, wolę iść na 

piechotę!

Zmniejszył odrobinę prędkość.
 - Przykro mi - rzucił cierpka
  - Wcale nie! - Patrzyła na niego płonącym wzrokiem. - 

Co to  ma  być? Kara za wczorajszy wieczór? Za to, że nie 
chciałam... nie chciałam...

Słowa utknęły jej w gardle.

background image

 - Iść ze mną do łóżka? - Jego glos był teraz spokojniejszy, 

mniej napięty. - Nie sądzę, żeby należało karać innych za to, 
że mnie nie chcą. Po prostu chcę rozładować własną złość.

  -   Więc   trzeba   było   pojeździć   wcześniej.   Przynajmniej 

miałabym czas zjeść śniadanie.

Ku jej uldze, zwolnił jeszcze bardziej. Wydawało się też, 

że  trochę  się  odprężył. Z  Danielem  Haydenem  trudno  było 
wytrzymać,   nawet   gdy   miał   dobry   nastrój.   Josie   nie   była 
pewna, czy wytrzymałaby z nim, gdyby się rozgniewał.

Okolica   stawała   się   coraz   bardziej   bezludna,   z   rzadka 

widywali   tulące   się   do   zboczy   gór   domy   o   dachach 
obciążonych  wielkimi   głazami   dla   ochrony   przed   silnymi 
zimowymi  wichurami. Droga częściej prowadziła teraz przez 
zagajniki   i   łasy.   Gałęzie   drzew   spłatały   się   nad   drogą, 
nieliczne   promienie   słońca   przebijały   się   przez   zielone 
sklepienie, znacząc drogę złotymi cętkami światła.

Kiedy pokonali kilka kilometrów. Daniel spojrzał na nią i 

spytał nieoczekiwanie:

 - Chcesz porozmawiać o wczorajszym wieczorze?
 - Porozmawiać? - powtórzyła zaskoczona. - Chyba nie. O 

czym tu mówić?

Wzruszył lekko ramionami.
  - Czasami lepiej omówić pewne sprawy, niż udawać, że 

nigdy się nie zdarzyły.

Josie   nie   sądziła,   by   chciała   się   angażować   w   podobną 

rozmowę.

 - Nie jestem pewna... zwykle nie...
  -   Nie   rozmawiasz   o   seksie?   -   spytał.   W   jego   głosie 

dosłyszała znowu leciutką nutkę rozbawienia.

Zmarszczyła brwi. Daniel znowu próbował zabawić się jej 

kosztem. Naprawdę ją to irytowało.

  -   Nie   sądzę,   żeby   cokolwiek   to   rozwiązało   -   odparła 

stanowczo po chwili namysłu. - Poza tym nie rozumiem, skąd 

background image

u ciebie nagle taka chęć do rozmowy o sprawach osobistych. 
Do tej pory to ty nie chciałeś o nich wspominać.

  -   Zmieniłem   zdanie   -   odparł   swobodnie.   -   Mówiłaś 

wczoraj, że nic o mnie nie wiesz. No wiec, dziś rano chętnie 
odpowiem na wszelkie pytania. Co chciałabyś wiedzieć?

Dziewczyna   była   tak   zaskoczona,   że   nie   potrafiła 

wymyślić  żadnego pytania. Minęło parę minut,  nim coś jej 
przyszło do głowy.

  -   Powiedz   mi   coś   o   swojej   rodzinie   -   poprosiła.   - 

Mówiłeś, że wszyscy lubią podróżować, ale nic więcej.

  - Mój ojciec pracuje dla dużej kompanii naftowej jako 

negocjator. Ponieważ firma ma oddziały na całym świecie, w 
każdej   chwili   mogą   go   wysiać   na   drugą   półkulę.   Matka 
towarzyszy   mu   zawsze,   kiedy   to   możliwe.   Uwielbia 
podróżować   tak   samo   jak   on.   Mam   też   dwóch   młodszych 
braci. I, zanim spytasz, mam trzydzieści cztery lata - dodał. - 
Jeden z braci pracuje w Ameryce w branży muzycznej, drugi, 
najmłodszy,   skończył   studia   w   ubiegłym   roku.   Teraz 
podróżuje  po   Europie,   żeby   zobaczyć   trochę   świata,   zanim 
zdecyduje, co chce robić w życiu. Kształcił się na inżyniera, 
więc będzie miał wiele ofert do wyboru, kiedy zdecyduje się 
ustatkować. Na razie jednak chce jeszcze zwiedzić Amerykę 
Południową i Australię.

 - Pewnie rzadko się widujecie z powodu tych podróży?
  -   Wpadamy   na   siebie   częściej,   niż   można   by   sądzić. 

Chociaż  często   spotykam   się   z   członkami   rodziny   w   dość 
dziwnych miejscach.

 - Tak jak z twoją ciotką, w domu maharadży? - spytała. 

Uśmiechnął się szeroko.

 - Lubię Katherine. Jest bardzo bezpośrednia, inteligentna i 

ciekawa świata. I ma wielu niezwykłych znajomych.

  -   Widzę,   że   cała   twoja   rodzina   jest   niezwykle 

interesująca.

background image

 - Wliczając w to mnie? - spytał, unosząc brwi.
 - Jeszcze nie jestem pewna. Powiem ci, jak to ustalę.
 - Co jeszcze chcesz o mnie wiedzieć?
 - Wszystko. Jesteś chyba najbardziej skrytym mężczyzną, 

jakiego znam!

  -   To   nietrudne,   skoro   znanych   ci   mężczyzn   można 

policzyć   na   palcach   jednej   ręki,   i   jeszcze   kilka   zostanie 
wolnych.

 - Czemu ciągle to robisz? - spytała rozgniewana.
 - Co?
  -   Traktujesz   mnie   jak   niedoświadczona,   idiotkę.   Mam 

dwadzieścia   trzy...   prawie   dwadzieścia   cztery   lata.   Byłam 
zaręczona i świetnie mi się układało z moim narzeczonym.

 - Nie tak świetnie, skoro odszedł z inną.
  - Znowu zaczynasz! - krzyknęła, nagle zupełnie tracąc 

panowanie   nad   sobą.   -   Chcesz   powiedzieć,   że   to   wszystko 
była moja wina? Że  gdybym się z nim przespała, toby mnie 
nie zostawił? Czy tylko tego mężczyźni chcą od kobiet?

Gotowała   się   ze   złości.   Z   tym   facetem   nie   da   się 

normalnie rozmawiać! Zawsze wszystko przekręcał, ukrywał 
własne tajemnice i próbował poznać jej najbardziej wstydliwe 
sekrety.

Daniel spojrzał na nią spokojnie. Jego złotobrązowe oczy 

nie zdradzały żadnych uczuć.

  - To twoje słowa - stwierdził. - Może to ty tak myślisz. 

albo   może   to   Derek   sprawił,   że   poczułaś   się   nieatrakcyjna 
seksualnie. Nie chciałaś uprawiać z nim seksu, bo nie lubisz 
się tak czuć. A teraz boisz się spróbować znowu, obawiając 
się, że będzie tak z każdym mężczyzną.

Było to tak bliskie prawdy, że Josie nie była w stanie nic 

odpowiedzieć. Odwróciła głowę i wyjrzała za okno, nie chcąc 
nawet   patrzeć   na   Daniela.   Milczenie   przeciągało   się   w 
nieskończoność. Bardziej niż kiedykolwiek żałowała, że nie są 

background image

na zatłoczonej londyńskiej ulicy. Wtedy mogłaby po prostu 
wyskoczyć   z   samochodu   i   złapać   taksówkę,   wsiąść   do 
autobusu albo pociągu, zrobić cokolwiek, byle tylko znaleźć 
się daleko od Daniela Haydena.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY
Wczesnym   popołudniem   zostawili   za   sobą   lasy   i   droga 

znowu   zaczęła   się   wspinać   na   strome   górskie   zbocze.   Za 
przełęczą   zjechali   w   zieloną   dolinę,   gdzie   pod   nawisem 
skalnym   chroniła   się   niewielka   wioska.   Na   szczycie   skały 
wznosił się skąpany w promieniach słońca zamek o białych 
murach, dominujący nad całą okolicą.

Daniel minął go i kawałek dalej skręcił w wąską gruntową 

drogę. Wkrótce zobaczyli przed sobą kilka drewnianych chat 
stojących przy bramie dość zniszczonego pałacu.

 - To wszystko należy do księżniczki - wyjaśnił krótko. - 

Pozwoliła nam tu przenocować. Rano wracamy do Thimphu. 
Chyba obejrzałem wszystko, na czym mi zależało.

Josie westchnęła cicho. Męcząca podróż wreszcie zbliżała 

się do końca!

Wyładowali   z   auta   wszystko,   czego   potrzebowali   na 

nocleg.   Tylko  jedna   chatka   nadawała   się   do   spania;   w 
pozostałych  znaleźli   stare   zapasy   żywności,   kilka   miało   w 
dachu sport dziury.

 - Ja będę spał w busie - oznajmił Daniel cierpko. Wrzucił 

swój   śpiwór  do  środka   i   zaraz   polem  odszedł,  jakby 
potrzebował chwili samotności.

Kiedy zniknął, Josie odetchnęła głęboko. Wydawało się, 

że ostatnio w jego obecności ciągle jest spięta.

Na drżących nogach weszła do chaty, gdzie miała spędzić 

noc.  Była   ona   wyposażona   w   coś   w   rodzaju   łazienki   z 
mnóstwem   skomplikowanych   urządzeń,   które   jednak 
najwyraźniej   nie   działały.   Dziewczyna   umyła   się   w   zimnej 
wodzie, co bynajmniej jej nie odprężyło.

Następnie zdecydowała, że powinna poszukać czegoś do 

jedzenia. Ostatni raz jadła prawie dwadzieścia cztery godziny 
temu   i   -   choć   wcale   nie   czuła   się   głodna   -   wiedziała,   że 
głodzenie się wcale nie poprawi jej nastroju.

background image

Daniel wrócił, kiedy przetrząsała zapasy zgromadzone w 

jednej   z   chat.   Kiedy   tylko   go   zobaczyła,   zaczęła   paplać 
nerwowo.

 - Jest tu mnóstwo jedzenia, ale nic wiem, czy cokolwiek 

się nam przyda. Tam leży ryż, całe worki! I papryczki. A tam 
wisi   jakieś   suszone   mięso.   Nie   mam   pojęcia,   z   jakiego 
zwierzęcia!

Podszedł, żeby spojrzeć.
 - Z jaka - oznajmił.
  - No cóż, na pewno jest bardzo smaczne, jeśli lubi się 

takie rzeczy - powiedziała.

W kącie leżał stos puszek. Podniosła jedną i spojrzała na 

nalepkę.

 - Sardele - przeczytała. - Czy można jeść sardele z ryżem?
 - Pewnie tak, jeśli się musi - odparł. - My na szczęście nie 

musimy. Właściciel gospody z Tongsy zaopatrzył nas w zapas 
jedzenia. Jest w samochodzie.

 - Czemu mi nie powiedziałeś? - zapytała, wychodząc za 

nim na zewnątrz.

 - Bo nie byłem pewien, czy chcesz ze mną rozmawiać - 

odparł, a w jego oczach zapaliły się iskierki.

Kiedy znaleźli się przy samochodzie, wyjął skrzynkę.
  - Jajka, kurczak, chleb,  świeże owoce... starczy na kilka 

przyzwoitych posiłków - oznajmił, przetrząsając zawartość.

 - Gdzie zjemy? W chacie? - spytała Josie z zapałem.
  -  Tak,   chyba  że   chcesz,   żebym   także   z   jedzeniem 

przeniósł się do samochodu.

 - Oczywiście, że nie - odparła zirytowana. - Doskonale o 

tym wiesz,

  -   Jeśli   chodzi   o   ciebie,   nigdy   nic   nie   wiadomo   - 

powiedział,   wprawiając   ją   w   zakłopotanie.   -   Komplikujesz 
wszystko   jeszcze   bardziej,   ponieważ   zmieniasz   decyzje   -   i 
nastrój - co pięć minut

background image

  - Wcale nie! - zaprzeczyła z oburzeniem. - To ty ciągle 

miewasz humory.

 - Ja? - zdziwił się szczerze. - Zawsze myślałem, że jestem 

bardzo ugodowy.

  -   Ugodowy!   -   prychnęła.   -   Kto   ci   to   powiedział? 

Wzruszył ramionami.

  - Może ostatnio zachowywałem się inaczej niż zwykle. 

Prawdę mówiąc, ty też nic jesteś chyba w najlepszej formie.

 - Nic dziwnego - odparła. - Prawie wszystko w trakcie tej 

podróży okazało się inne, niż oczekiwałam!

 - Ja też się spodziewałem czego innego - rzucił sucho. - Z 

pewnością ta wyprawa nie przypominała innych. Nie zrobiłem 
połowy   rzeczy,   które   sobie   zaplanowałem,   nie   zobaczyłem 
kraju, nie porozmawiałem z jego mieszkańcami.

 - Może to moja wina? - spytała Josie buntowniczo.
 - Z pewnością okazałaś się... absorbująca,
 - Nie powinieneś był na to pozwolić - zauważyła.
  - Kiedy wyruszaliśmy, nie sądziłem, że coś może mnie 

zaabsorbować - odrzekł tym samym chłodnym łonem.

Josie   milczała   przez   chwilę,   potem   spytała   z   lekkim 

wahaniem:

 - Chcesz wracać jutro do Thimphu z mojego powodu? Bo 

nie możesz dłużej ze mną wytrzymać?

Pokręcił głową.
  -   Wracam,   bo   to   nie   ma   sensu.   Zdobyłem   potrzebne 

pozwolenia,   przekonałem   się,   że   ekipa   nie   będzie   miała 
większych problemów z realizacją filmu. Kiedy jednak wrócę 
do Anglii, przekażę cały projekt komuś innemu.

 - Dlaczego?
Milczał przez chwilę, zanim wreszcie odpowiedział:
  -   Ponieważ   nie   umiałbym   patrzeć   na   ten   kraj   oczyma 

dokumentalisty. Dla mnie już na zawsze będzie on miejscem, 
gdzie znalazłem swego rodzaju... ukojenie.

background image

 - Ukojenie? - powtórzyła Josie zaskoczona. - O ostatnich 

paru dniach można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że były 
spokojne!

Wzruszył ramionami.
 - Każdy widzi po swojemu. Mogę mówić tylko za siebie. 

Chociaż może wydaje mi się tak, ponieważ ostatnie dni bardzo 
różniły się od tego, co przeżyłem wcześniej.

 - A co przeżyłeś? - spytała ciekawie. Jego twarz stężała.
 - Piekło na ziemi - rzucił obojętnie.
Nie   zadała   już   kolejnego   pytania   -   nie   teraz,   kiedy 

wydawało się, że powietrze między nimi wibruje od nagłego 
napięcia.

Wielka   kropla   deszczu   spadła   na   twarz   Josie,   potem 

następne.

 - Lepiej chodźmy do chaty - rzuciła stłumionym głosem.
 - Znowu pada. I robi się ciemno.
Przez   parę   chwil   zdawało   się,   że   Daniel   zostanie   tam. 

gdzie stoi, w deszczu i zapadającym mroku. Potem sięgnął po 
skrzynkę i ruszył za dziewczyną do chaty.

Josie zapaliła lampkę, rzucającą wokół miękkie światło. i 

wypakowała zapasy. Jedli w milczeniu, lecz wcale jej to nie 
przeszkadzało.   Wydawało   się.   że   napięcie   miedzy   nimi 
opadło. W chacie było ciepło i przytulnie.

Kiedy skończyli  i  spakowali resztę jedzenia, na dworze 

zrobiło się całkiem ciemno. Daniel nadal nic odezwał się ani 
słowem. Nagle wstał, podszedł do okna i spojrzał ponuro w 
noc.

 - Chyba pora spać, skoro jutro mamy wcześnie wyjechać
 - zaproponowała Josie niepewnie.
Zwrócił   się   w   jej   stronę;   jego   złotobrązowe   oczy 

połyskiwały w miękkim świetle lampki.

 - Nie mówiłem, że wyjedziemy wcześnie.

background image

  -   Hm...   sądziłam,   że   chcesz   wracać   do   Thimphu   jak 

najszybciej - powiedziała.

  -   Po   co   miałbym   się   śpieszyć   do   Thimphu?   Albo   do 

Kalkuty? Albo do Anglii? - spytał cicho. - Nic... nikt tam na 
mnie nie czeka.

 - Myślałam, że ci to odpowiada. Kot samotnik chodzący 

własnymi drogami...

Tyle tylko, że zawsze wyobrażała go sobie jako tygrysa. Z 

powodu tych groźnych oczu. niczym u drapieżnika udającego 
się na łowy.

Ruszył   wolno   w   jej   stronę,   Josie   pomyślała,   że   to 

doskonały   moment,   by   się   wycofać.   Jednak   chwilę   później 
trudno  jej   było   myśleć   o   czymkolwiek   -   z   powodu 
hipnotyzującego złotobrązowego spojrzenia.

 - Taki bytem - przyznał. - Jednak odkryłem, że samotność 

bardzo mnie męczy.

Przełknęła z trudem ślinę.
 - No cóż, kiedy wrócisz do domu, możesz odmienić swoje 

życie. Z pewnością masz przyjaciół... i żonę.

  -   Nie   mam  żony   -   odparł.   W   jego   głosie   zabrzmiała 

posępna nuta. - Kiedyś niewiele brakowało... Ale, tak jak i 
tobie, szczęśliwie udało mi się tego uniknąć.

Jej oczy błysnęły gniewem.
 - Nie czułam się szczęśliwa, kiedy straciłam Dereka!
  -   Być   może.   Ale   był   dla   ciebie   nieodpowiednim 

mężczyzną.   Z   pewnością   do   tej   pory   zdałaś   sobie   z   tego 
sprawę?

 - Skąd możesz wiedzieć, że do mnie nie pasował? Nawet 

go nie widziałeś!

  - Nie potrzebuję go oglądać - wyjaśnił. - Wystarczy, że 

widziałem,   jak   reagowałaś,   kiedy   dotknąłem   cię   po   raz 
pierwszy. Nikt, kto przeżył udany związek tak nie reaguje.

background image

  - A ja myślę, że prawie każdy, jeśli rzuca się na niego 

ktoś prawie nieznany! - odparowała.

Kąciki   jego   ust   uniosły   się   w   uśmiechu,   a   jej   ciało 

przebiegł niemal bolesny dreszcz.

 - Znasz mnie - powiedział. - Może nie wiesz o mnie zbyt 

wiele, ale mnie znasz.

Podczas gdy rozmawiali, stał nieruchomo. Kiedy zapadło 

milczenie, ruszył w jej kierunku - wolno, lecz zdecydowanie.

  - Czy... czy chcesz,  żebym coś dla ciebie zrobiła teraz, 

gdy wyprawa prawie dobiegła końca? - zapytała, żeby tylko 
utrzymać   go   z   dala   od   siebie.   -   Mam   sporządzić   notatki? 
Przygotować raport?

  - Myślę, że mogłabyś przestać gadać - odparł głosem, 

który był całkowicie spokojny, lecz sprawił, że dziewczynę 
przeszył dreszcz.

Tej jednej rzeczy nie zamierzała jednak zrobić.
 - Lubię mówić - trajkotała dalej. - Może ci opowiem, co 

sądzę o Bhutanie,

Zachowuję się jak współczesna Szeherezada, pomyślała, 

tłumiąc   histeryczny   chichot.   Paplająca   non   stop,   żeby 
odstraszyć   Daniela   Haydena!   Hm,   nie   zdołam   chyba   tego 
robić przez tysiąc i jedną noc, ale przez parę godzin dam sobie 
radę z pewnością. Przy odrobinie szczęścia Daniel będzie tak 
zmęczony - i znudzony! - że po prostu zaśnie.

 - Od czego mam zacząć? Od tego, kiedy wylądowaliśmy?
  -   Zamknij   się,   Josie   -   przerwał   jej.   Trudno   było   nie 

posłuchać.

Mimo to udało się jej wydusić: - Czemu?
 - Bo kiedy mówisz, bardzo trudno jest to robić.
"To" okazało się pocałunkiem, jakiego się spodziewała - i 

obawiała - od momentu, gdy zaczął się do niej zbliżać. Był to 
dziwny   pocałunek:   odrobinę   szorstki.   Trwał   krócej,   niż 
oczekiwała,   i   nie   nastąpił   po   nim   kolejny.   Wydawało   się 

background image

niemal,   jakby   Daniel   chciał   sprawdzić   jej   reakcję,   zanim 
posunie się dalej.

Oto moment, by dać mu jednoznacznie do zrozumienia, co 

sądzę o całej tej sytuacji, powiedziała sobie Josie stanowczo. 
Cofnąć się, rzucić mu oburzone spojrzenie i powiedzieć, że 
stanowczo nie życzę sobie...

Tylko  że   jakaś   część   jej   duszy   stanowczo   sobie   tego 

życzyła.   Uświadomiła   to   sobie   z   zaskoczeniem.   Wstrząs 
pozostawił ją słabą i podatną na zranienie - a niebezpiecznie 
było   się   znajdować   w   takim   stanic   w   obecności   Daniela 
Haydena.

Opanowała   się   z   wysiłkiem.   Przeżywam   trudny   okres, 

usprawiedliwiała   samą   siebie.   Zerwane   zaręczyny;   nagła 
decyzja o wyjeździe do Bhutanu, długa podróż - nic dziwnego, 
że   czuję   się   źle   i   zachowuję   trochę   dziwnie.   Potrzebowała 
spokoju i odpoczynku w przyjaznym otoczeniu, żeby dojść do 
siebie.

Przyjazd do Bhutanu był złą decyzją. Widziała to teraz 

wyraźnie. Powinna była zostać w domu i w samotności lizać 
rany. aż będzie gotowa znowu stawić czoło światu. Zamiast 
tego trafiła w zaborcze ramiona mężczyzny, który koniecznie 
chciał   rozdmuchać   iskierkę   jej   zainteresowania   w   wielki 
płomień uczucia.

Przez cały czas, kiedy tak rozmyślała, Daniel stał, patrząc 

na   nią   uważnie.   Nie   dotknął   jej   i   nie   próbował   jej   znowu 
pocałować. Wyglądało na to, że czekał na jej decyzję.

  - Nie sądzę, że to dobry pomysł, żebyśmy się ze sobą 

wiązali w jakikolwiek sposób.

 - Jaki rodzaj związku masz na myśli? - spytał.
 - Wiesz doskonale! - wybuchnęła.
Zaraz   jednak   się   opanowała.   Nie   pozwoli   się 

sprowokować.   Chciała,   żeby   jej   głos   brzmiał   spokojnie, 
obojętnie, rzeczowo.

background image

 - To i tak by się nie udało. My... nie pasujemy do siebie.
  -   Chcesz   powiedzieć,   że   nie   jesteśmy   dobrymi 

przyjaciółmi?   Taka   jest   twoja   definicja   idealnego   partnera? 
Ale ja nie szukam przyjaciółki - zauważył łagodnie.

Josie doskonale zdawała sobie sprawę, kogo Daniel szuka, 

i w popłochu cofnęła się o krok.

  -   Myślę,   że   będzie   najlepiej,   jeśli   nie   będziemy   tego 

kontynuować.

Znowu zbliżył się do niej.
  - A ja myślę, że każde z nas potrzebuje czegoś od tego 

drugiego.

 - Nie - zaprotestowała, lecz bez wielkiego przekonania w 

głosie.

Zignorował jej odpowiedź..
  - Właśnie teraz, z różnych powodów, powinniśmy być 

razem - szepnął.

Wcale   nie,   chciała   powiedzieć.   Chciała,   lecz   tego   nie 

zrobiła. Nie wiedziała dlaczego. Słowa utknęły jej w gardle, a 
zanim zdołała je wypowiedzieć, było już za późno.

Jego   pocałunek   tym   razem   był   zupełnie   inny   od 

poprzedniego. Prawdę mówiąc, od wszystkich, jakie od niego 
otrzymała   do   tej   pory.   Natarczywy   i   poszukujący,   jakby 
mężczyzna   chciał   zbadać,   jak   wiele   przyjemności   można 
wydobyć ze zwykłego kontaktu dwojga ust.

Oszołomionej   Josie   przemknęło   przez   głowę,   że   nikt 

nigdy nie całował jej w taki sposób; nie miała nawet pojęcia, 
iż można być całowanym w taki sposób.

Zaraz  po pierwszym  pocałunku nastąpił następny, który 

dosłownie   zaparł   jej   dech   w   piersiach.   Równocześnie   do 
działania  wkroczyły   ręce  Daniela,  rozszerzając   obszar 
rozkoszy,  aż ogarnął całe jej ciało, budząc tępy, słodki ból 
gdzieś we wnętrzu.

background image

Sięgnął pod jej T - shirt i mruknął z satysfakcją, dotykając 

piersi.  Skóra   dziewczyny  pulsowała  falami   gorąca;   Josie 
zastanawiała   się,   jak   to   się   dzieje,   że   dotyk   jednego 
mężczyzny może budzić jedynie jej skrępowanie, podczas gdy 
inny potrafi sprawić, iż cała topnieje.

 - Czasem natrafia się we właściwym czasie i miejscu na 

właściwą osobę - wyszeptał, odrywając na moment usta od jej 
warg, jakby odpowiadał jej myślom.

Josie próbowała coś powiedzieć, lecz wciąż nie była w 

stanie.   Wydawało   się,   że   wszystkie   właściwe   słowa   gdzieś 
zniknęły.   Zresztą,   co   miałaby   powiedzieć?   Ze   chce,   by 
przestał? Ależ nie chciała! Jego obecność, dotyk, zapach były 
niczym narkotyk; pragnęła go, i wciąż więcej.

A on dawał go jej z największą chęcią. Znowu poświęcił 

uwagę jej piersiom. Jednym ruchem ściągnął jej przez głowę 
podkoszulek,   biustonosz   rozpiął   i   odrzucił   na   bok 
niecierpliwym   gestem.   Potem   zaczął   ją   pieścić   z   tak 
zaskakującą   delikatnością,   że   wszelki   strach,   który   jeszcze 
pozostał gdzieś w głębi, rozpłynął się w długiej fali rozkoszy.

Po dłuższej chwili rzucił na podłogę jeden ze śpiworów i 

skłonił ją, by się położyła. Oszołomiona, jak we śnie, uległa. 
Miała   wrażenie,   że   tej   nocy   Daniel   mógłby   z   nią   zrobić 
absolutnie wszystko.

Całując jej piersi, przesunął dłońmi do jej pasa, zręcznie 

rozpiął dżinsy, po czym sięgnął pod szorstki materiał.

Josie   zamknęła   oczy   i   zadrżała.   Daniel   miał   rację, 

pomyślała w oszołomieniu. Nie wiedziała zupełnie nic o tym, 
co dzieje się między mężczyzną i kobietą.

  -   To   się   staje   odrobinę   jednostronne   -   mruknął   jej   do 

ucha. — Lubię, nie tylko dotykać, lecz i być dotykanym.

Nie   była   pewna,   od   czego   zacząć.   Niepewnie   rozpięła 

guziki jego koszuli. Skóra na jego piersi była przyjemna w 
dotyku, ciepła i sprężysta, więc nabrała śmiałości.

background image

Daniel zrzucił z siebie koszulę, dając jej swobodny dostęp 

do swych szerokich pleców, silnych ramion. Oddychał teraz 
ciężko, ale zdawało się, że panuje nad sobą. Josie mimo swego 
niedoświadczenia wyczuła to i poczuła się bezpieczniej.

Lampka,   którą   zapalili   wcześniej,   wciąż   oblewała   ich 

miękkim blaskiem, więc dziewczyna widziała twarz Daniela, 
gdy się nad nią pochylił. Złotobrązowe oczy lśniły.

Spojrzała na niego, zdumiona tym, jak znajome wydają się 

jej   jego   rysy.   Miał   rację,   pomyślała   w   rozmarzeniu.   Ona 
naprawdę go zna.

Poruszył   się   niespokojnie   i   zaczął   zsuwać   jej   spodnie. 

Patrzyła,  jak   jego   opalone  dłonie  przesuwają   się   po   jej 
jaśniejszej skórze, i czuła, jak ogarnia ją płomień. Położyła mu 
dłonie na piersiach, po czym przesunęła je w dół, czując, jak 
jego mięśnie napinają się w odpowiedzi.

Oddychał   szybciej.   Rozpalony   i   pełen   namiętności, 

przylgnął do niej, jakby szukał ukojenia. To jednak wzbudziło 
w niej jeszcze większe pragnienie. Chciała złączyć się z nim 
tak, by nie zostało między nimi najmniejszej przerwy.

Szeptem wypowiedział jej imię. I jeszcze raz. Podniosła 

ciężkie powieki, zobaczyła nad sobą jego twarz - tak blisko, że 
rysy   wydawały   się   rozmazane   -   i   bardzo   wolno   pokręciła 
głową. Trudno jej było uwierzyć, że to wszystko dzieje się 
naprawdę. Jeszcze trudniej, że sama tego pragnęła.

Jego   usta   zamknęły  się  na   jej   wargach   w   pocałunku 

stanowiącym   dziwne   połączenie   łagodności   i   palącego 
pragnienia. Potem uniósł głowę. Jego oczy wydawały się w 
tym momencie równie ciemne, jak jej.

  - Powiedziałem ci kiedyś, że  zawsze zatrzymam się w 

chwili,  gdy   tego  zechcesz.  Jednak  jeszcze  parę  minut   i  nie 
będę w stanie dotrzymać tego przyrzeczenia. Więc jeśli chcesz 
przestać, lepiej powiedz teraz.

background image

Spojrzała w złotobrązowe oczy z uczuciem, jakby w nich 

tonęła,   i   nagle   poczuła,   że   stało   się   coś   bardzo   dziwnego. 
Miała wrażenie, jakby jej skóra zajęła się naraz płomieniem, 
serce   zamarło   na   mgnienie,   po   czym  znowu   zaczęło   bić,   a 
każdy nerw w jej ciele przeniknął słodki ból.

Wstrząśnięta, otwarła szeroko oczy. Co się z nią dzieje? I 

nagle już wiedziała.

To był grom z jasnego nieba! Derek ostrzegał, że pewnego 

dnia może go poczuć, i tak się stało. Nareszcie wiedziała, jak 
to jest; wiedziała, że nigdy już nie będzie taka sama.

Wydawało się jej, że jedynie uprawia seks, a zamiast tego 

nagle się zakochała. A może nie było to takie nagłe? Może 
uczucie   rosło   w   niej   w   tajemnicy   od   jakiegoś   czasu,   by 
wybuchnąć płomieniem, kiedy najmniej się tego spodziewała.

  -   Josie?   -   odezwał   się   Daniel.   Głos   nadal   miał 

schrypnięty, lecz nieco bardziej opanowany. - Co się stało?

Pokręciła głową. Nie mogła mówić.
Przesunął wolno dłonią po jej ciele; zadrżała gwałtownie 

pod   jego   dotykiem.   Jego   oddech   przyspieszył   znowu,   lecz 
równocześnie zdawało się, że czuł, iż coś jest nie w porządku. 
Znowu spojrzał na dziewczynę.

 - Co się stało? - powtórzył.
 - Grom z jasnego nieba - mruknęła ledwie zrozumiale.
 - Grom? - Pokręcił głową. - Nie ma żadnych błyskawic. 

Dalej leje, ale to nie burza.

 - To burza. Tylko tutaj, w środku.
Josie wiedziała, że to, co mówi, nie ma sensu, ale nic nie 

mogła na to poradzić.

Poruszył   się   niespokojnie,   jak   gdyby   rozmowa   była 

ostatnią rzeczą, na którą miał właśnie ochotę. Opanował się 
jednak,   parę   razy   odetchnął   głęboko  i  popatrzył   w   jej 
zmartwione ciemnoniebieskie oczy.

background image

  - Jeśli nie chcesz tego zrobić albo się boisz, albo jesteś 

zdenerwowana,   powiedz.   Coś   z   tym   zrobimy,   ja   coś   na   to 
poradzę.

  - Nie możesz nic na  to poradzić  - wyszeptała. -  Już za 

późno.

Jego rysy stwardniały.
 - Skoro tak uważasz, czemu pozwoliłaś, by sprawy zaszły 

tak daleko? Czemu nie powstrzymałaś mnie wcześniej?

Odwrócił się od niej.
  -   Nie   rozumiesz.   -   Josie   niemal   płakała.   -   Nie 

powiedziałam,   że   cię   nie   pragnę.   Ale   zrobiłam   coś   bardzo 
głupiego. I obawiam się, że bardzo ci się to nie spodoba - 
dokończyła znacznie ciszej.

Daniel usiadł z płonącym wzrokiem.
 - Co takiego zrobiłaś, Josie? - spytał łagodnie. - Powiedz.
Zagryzła wargę z dręczącej niepewności i zmieszania.
  -   Mówiłam   ci   -   wymamrotała   w   końcu.   -   To   jak 

błyskawica.   Derek   kiedyś   mi   o   tym   mówił,   ale   mu   nie 
wierzyłam

  - To  chyba  nie jest najlepsza pora,  żeby  rozmawiać  o 

Dereku - rzucił posępnie.

  - Możemy o nim mówić, bo on się nie liczy - odparła 

nieco pewniejszym tonem. - Nie kochałam go, teraz widzę to 
jasno. Czy raczej kochałam go tak, jak się kocha bliskiego 
przyjaciela. Nie w ten jedyny sposób, który się liczy. Nie tak, 
jak   zaczynam  kochać   ciebie   -   wyrzuciła   z   siebie   w  końcu, 
chcąc to powiedzieć, nim uniemożliwi jej to przerażenie.

Daniel   patrzył   na   nią   długą,   długą   chwilę.   Wyraz   jego 

oczu całkowicie ją zmroził. Potem bez słowa wstał, ubrał się i 
ruszył do drzwi.

 - Dokąd idziesz? - spytała Josie, nie mogąc uwierzyć, że 

ją opuszcza.

 - Na zewnątrz - odparł krótko.

background image

 - Ale jest ciemno i pada!
 - Nieważne.
 - Byle dalej ode mnie, tak? - stwierdziła bezradnie. - Nie 

powinnam była wspominać o miłości, prawda? Nie chcesz o 
tym słyszeć.

Jego twarz znajdowała się teraz w cieniu.
 - Po prostu chyba nie umiałbym sobie z tym poradzić w 

tym momencie - powiedział po długiej, pełnej napięcia pauzie.

 - A kiedy będziesz umiał? Jutro? Za tydzień? A może za 

porę miesięcy?

Josie nie potrafiła opanować nagłej fali gniewu na to, że 

zakochała się w niewłaściwym mężczyźnie. Czy już nigdy nie 
ułoży sobie życia?

  - To nie najlepsza pora, by o tym dyskutować - odparł 

Danie!   sztywno.   -   Może   rano,   kiedy   oboje   będziemy 
bardziej...

 - Bardziej jacy? - spytała ostro. - Opanowani? Przecież ty 

nie   masz   uczuć.   A   w   każdym   razie   nie   zamierzasz   ich 
okazywać. I na tym polega twój problem.

 - Sądzisz, że o tym nie wiem? - W jego głosie zabrzmiała 

nuta goryczy. - Jestem dość bystry, żeby zdawać sobie z tego 
sprawę.

 - Ale dlaczego...?
Przez chwilę sądziła, że on nie odpowie. Stał w drzwiach, 

najwyraźniej zamierzając wyjść z chaty.

  -   Czemu   taki   jestem?   -   spytał   cicho.   -   Bo   tak   jest 

bezpieczniej.   Bo   istnieją   kobiety   niezwykle   sprawne   w 
zadawaniu bólu, a ja nie chcę tego doświadczyć jeszcze raz.

Josie przełknęła z trudem ślinę.
  - Ktoś cię zranił?  Zabawne, jak  bardzo  ją zabolało, gdy 

nagle uświadomiła

sobie, że Daniel był kiedyś związany z inną kobietą.
 - Tak - przyznał po chwili.

background image

 - To się czasem zdarza - powiedziała stłumionym głosem. 

-   Większość   ludzi   w   końcu   się   po   tym   podnosi   i   próbuje 
znowu.

  - A co ty możesz o tym wiedzieć, do diabla? - spytał z 

nagłą   gwałtownością.   -   Z   twoimi   niewinnymi   oczami   i 
dziecinnym wyobrażeniem o miłości?

Nie   zwracając   uwagi   na   wyraz  jej  twarzy,   ciągnął   tym 

samym tonem:

  -   Nie   masz   pojęcia,   jak   dwoje   ludzi   potrafi   się   ranić, 

kiedy sprawy układają się źle miedzy nimi. Gdy się zna czułe 
punkty   drugiej   osoby,   kiedy   się   wie,   jak   komuś   wyrządzić 
nieodwracalną krzywdę.

Josie   drżała   lekko,   lecz   chciała   -   i   musiała   -   wiedzieć 

więcej.

  -   Skoro   było   wam   tak   źle,   czemu   się   po   prostu   nie 

rozstaliście? - spytała niepewnie.

Jego oczy błysnęły.
 - Bo czasem seks jest tak dobry, że nie chce się odejść od 

tej osoby, mimo wszystko... Nie rozumiesz tego, prawda?

 - rzucił wyzywająco. - Albo dopiero zaczynasz rozumieć 

po dzisiejszym wieczorze. Nawet jeśli to pojmujesz, pewnie 
tego nie aprobujesz...

  - Myślę, że to prywatna sprawa każdego człowieka, co 

robi ze swoim życiem - powiedziała opanowanym głosem.

 - Powiedz mi więcej o... tamtej kobiecie.
 - Poznałem ją na jakimś przyjęciu - odezwał się po bardzo 

długim   milczeniu.   -   Po   pięciu   minutach   wiedzieliśmy,   że 
pragniemy   siebie   nawzajem.   Dwie   godziny   później 
wylądowaliśmy   w   łóżku,   a   potem   wszystko   potoczyło   się 
według tego schematu. Była aktorką. Dobrą aktorką, ale długo 
nie mogła dostać żadnej przyzwoitej roli i w końcu coś w niej 
pękło. Widziała, jak jej koleżanki dostają role, dla których ona 
dosłownie   byłaby   gotowa   zabić,   i   nie   mogła   tego   znieść. 

background image

Nigdy nie miała łatwego charakteru, ale z czasem zaczęła się 
zmieniać w kogoś, kogo zupełnie nie rozumiałem...

 - Kochałeś ją? - spytała zdławionym głosem. - To znaczy, 

na początku?

  -   Nie   wiem.   Było   między   nami   silne   fizyczne 

przyciąganie.   Niektórzy   twierdzą,   że   to   odwrotna   strona 
miłości; jeśli tak, to chyba ją kochałem.

Josie żałowała, że zadała to pytanie. Właściwie żałowała, 

że w ogóle zaczęła tę rozmowę. Jakaś nienaturalna ciekawość 
kazała jej jednak pytać dalej.

 - Czemu ostatecznie zerwaliście ze sobą?
Jego twarz sposępniała.
 - Na pewno chcesz to wiedzieć?
 - Tak - odparła zdecydowanie.
 - Poszła na casting. Chodziło o rolę w jakimś filmie - nie 

główną,   ale   dość   ciekawą,   dzięki  której  zostałaby   wreszcie 
zauważona. Dostała ją, ale w tym samym czasie okazało się, 
że jest w ciąży.

Josie westchnęła cicho.
 - Uważaliśmy... ale czasem to nie wystarcza. Stało się. - 

Twarz Daniela się zmieniła, usta zacisnęły się w surową linię. 
- Nie powiedziała mi o dziecku. Więcej, postarała się, żebym 
o niczym nie wiedział. Parę tygodni później oświadczyła, że 
wyjeżdża   do   koleżanki.   Oczywiście   było   to   kłamstwo. 
Potrzebowała czasu na aborcję.

Josie ścisnęło się gardło. Nic mogła wykrztusić słowa.
  - Kiedy było po wszystkim, opowiedziała mi spokojnie, 

co zrobiła. Z detalami. Zdawało się,  że  sprawia  jej to jakąś 
perwersyjną   przyjemność.   Bawiła   się   moją   bezradnością, 
moim   gniewem.   Siedziała,   uśmiechając   się.   jakby   dokonała 
czegoś...

 - Jak mogła?
Josie poczuła dreszcz.

background image

 - Częściowo mogę zrozumieć, czemu chciała usunąć ciążę 

-   powiedział   Daniel.   -   W   jej   karierze   nareszcie   nastąpił 
przełom.   To   nie   był   dobry   czas   na   dziecko.   To,   co   mną 
najbardziej  wstrząsnęło, to sposób,  w jaki to zorganizowała. 
Moje   zdanie   zupełnie   jej   nie   obchodziło.   Uwielbiała   mieć 
władzę nade mną, jaką dawało jej to, co zrobiła. To, że nie 
mogłem zupełnie nic  na to  poradzić - chyba tylko  zabić  ją z 
wściekłości - dokończył posępnie.

 - Chciałeś ją zabić? - spytała cicho, drżącym głosem.
  -   Tak,   ale   jej   nie   dotknąłem.   Może   dlatego,   że 

wiedziałem,   iż   to   by   się   jej   spodobało.   Lubiła   przemoc   - 
podniecało ją to. Z czasem coraz bardziej. .

Josie patrzyła na niego oczyma pełnymi łez.
 - Winisz siebie za to? Myślisz, że to przez ciebie?
 - Nie wiem. Nie sądzę, ale nie mogę być pewien.
  -   Nie   jesteś   gwałtownym   człowiekiem   -   stwierdziła   z 

przekonaniem, choć nie wiedziała, skąd się ono bierze. - Ze 
mną byłeś bardzo delikatny.

  -   Jedna   noc   nie   zmieni   wszystkiego,   co   było   złe   w 

przeszłości. Nie ufam sobie. I nie ufam kobietom.

  -   Myślę,   że   mogłabym   ci   pomóc   odzyskać   wiarę   - 

powiedziała spokojnie.

Popatrzył na nią i wydawało się, że przez moment w jego 

oczach błysnęła nadzieja. Zaraz jednak zgasła.

  -   Chyba   nikt   nie   potrafi   tego   dokonać,   nawet   ty   - 

powiedział obojętnie.

Odwrócił się i wyszedł w noc. Wolał ciemność i deszcz od 

pociechy, jaką mogła mu dać Josie.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Josie z najwyższym trudem stłumiła impuls, by pobiec za 

Danielem. Zamiast tego wtuliła się z powrotem w śpiwór i 
oparła bolącą głowę na splecionych dłoniach, zastanawiając 
się, czy kiedyś jeszcze będzie sobą po tej długiej nocy.

Pewnie nie, pomyślała ze znużeniem. Czuła się starsza o 

wiele   lat,   przytłoczona   ciężarem   wszystkiego,   co   jej 
powiedział. Jeśli tak wyglądała miłość, wcale jej się to nie 
podobało. Oznaczała odczuwanie bólu innych, jakby dotykał 
nas samych. A może nawet bardziej.

Słyszała, jak deszcz bębni o dach chaty, i zastanawiała się, 

czy   Daniel   wciąż   jest   na   dworze,   czy   też   schronił   się   we 
względnie ciepłym samochodzie.

Po chwili zwinęła się w kłębek i zamknęła bolące oczy. 

To  jednak   nie   pomogło   usunąć   dziwnych   obrazów   z   jej 
wyobraźni.   Daniel   leżący   obok   niej   na   śpiworze,   jego 
rozpalone   ciało   i   zdumiewająco   delikatne   ręce.   Zapewne 
celowo delikatne, bo nauczył się obawiać wszelkiej przemocy. 
I zamazany obraz kobiety, która nie miała imienia ani twarzy; 
kobiety, która świadomie pozbyła się własnego dziecka - nie 
tylko dlatego, że bardziej ceniła własną karierę, lecz ponieważ 
czerpała   perwersyjną   przyjemność   z   ranienia   mężczyzny, 
który ją kochał...

Josie   zadrżała.   Wiedziała,   że   są   sytuacje,   w   których 

kobieta może nie mieć wyboru i jest zmuszona podjąć bolesną 
decyzję o aborcji. Nie potrafiła sobie jednak wyobrazić, jak 
ktoś może ją przeprowadzić w tak okrutny sposób, używając 
jej jako sposobu, by zadać ból komuś innemu.

Długie godziny nocy wlokły się powoli. Deszcz przestał 

padać i niebo się przejaśniło. Dziewczyna widziała za oknem 
niewyraźny zarys mikrobusa, lecz nie odważyła się sprawdzić, 
czy   Daniel   jest   w   środku.   Nie   chciał   jej   towarzystwa;   nie 
zamierzał robić jej miejsca w swoim życiu. Im szybciej Josie 

background image

pogodzi się z tym faktem, tym prędzej dojdzie do siebie po 
wstrząsającej dzisiejszej nocy.

Tyle tylko,  że była pewna, iż pewnych rzeczy nigdy nie 

zapomni. Daniel Hayden rozpalił w niej płomień, który trudno 
będzie zgasić; Jak tego dokonał? - zastanawiała się zmieszana. 
Nie   wiedziała,   nie   umiała   wyjaśnić.   Jedyne,   czego   była 
pewna, to że tak właśnie się stało. Przeklęty grom z jasnego 
nieba, pomyślała z goryczą. Derek nie ostrzegł jej, jak bardzo 
może być groźny i niszczący.

Wreszcie   nadszedł   promienny   świt,   zupełnie   nie 

odpowiadający jej nastrojowi. Josie nie wyspała się; czuła się 
zmęczona i ospała. Bolało ją całe ciało - dziwny, nie znany 
dotąd ból, przenikający do kości.

Umyła się w zimnej wodzie. Twarz miała bladą.
Kiedy wreszcie otworzyła drzwi chaty, przekonała się, że 

Daniel   stoi   tuż   za   nimi.   Drgnęła.   Liczyła,   że   zyska   trochę 
czasu, nim będzie musiała stawić mu czoło.

  - Właśnie chciałem sprawdzić, czy już wstałaś - rzucił 

krótko.

 - Tak - odparła niepewnie.
Nic   mogła   oderwać   od   niego   wzroku.   Znała   dobrze   tę 

twarz,   a   jednak   jej   spojrzenie   wciąż   powracało   do   silnie 
zarysowanych szczęk, wysokiego czoła i lekko zaciśniętych 
ust.   Och,   tak,   znała   je   doskonale!   Pamiętała   dokładnie   ich 
dotyk na swoich wargach, na swojej skórze...

Z wysiłkiem odepchnęła od siebie obrazy i wspomnienia. 

Zwariuje, jeśli nie weźmie się w garść!

 - Co robimy dzisiaj? - spytała głosem, który wydawał się 

zdumiewająco spokojny.

  - Myślę, że najlepiej będzie pozostać przy pierwotnym 

planie i wracać do Thimphu.

Patrzył w jej stronę, lecz wzrok miał skupiony gdzieś obok 

niej, jak gdyby nie chciał spojrzeć jej prosto w oczy.

background image

  -   To   kawał   drogi,   ale   jeśli   wyruszymy   zaraz   i   nie 

będziemy mieć pecha, powinniśmy być na miejscu wczesnym 
wieczorem.

 - Pójdę po rzeczy.
Po   raz   pierwszy  obojętny  wyraz   jego   twarzy  uległ 

zmianie, a w rysach odbiło się lekkie zaskoczenie.

 - Nie masz nic przeciwko temu? Żadnych pytań? Żadnych 

wyrzutów?

 - Gdybym sądziła, że ma to sens, kłóciłabym się z tobą do 

utraty tchu - powiedziała cicho. - Ale ty podjąłeś już decyzję, 
prawda? Podjąłeś decyzję, jeśli chodzi o mnie.

Daniel poruszył się niespokojnie, jak gdyby nie chciał  o 

tym rozmawiać.

  -   Powiedziałem   za   dużo   ostatniej   nocy   -   mruknął   w 

końcu. - Ale może dzięki temu rozumiesz lepiej pewne rzeczy.

I wiesz, czemu nie chcę się angażować.
Oczy dziewczyny zapłonęły.
  -   Więc   dlaczego   mnie   dotykałeś?   -   spytała   ostro.   -  A 

może   miałeś   mnie   za   idiotkę,   z   którą   zabawisz   się   przez 
chwilę, a potem rzucisz, kiedy się nią znudzisz?

  - Nigdy nie myślałem o tobie w ten sposób. Przyznaję, 

popełniłem   wiele   błędów   przez   ostatnie   parę   dni.   Nie 
powinienem   był   cię   zabierać   ze   sobą,   nie   powinienem   był 
sobie pozwolić...

Urwał   nagle,   jakby   znowu   powiedział   więcej,   niż 

zamierzał. Kiedy po chwili odezwał się znowu, jego głos był 
obojętny i opanowany.

  -   Na   początku   wyprawy   nawet   nie   przeszło   mi   przez 

myśl, że skończy się to w taki sposób.

  -   A   jak?   -   spytała   ze   złością   Josie.   -   Szczególnie   od 

chwili, kiedy nie zdołałeś utrzymać rąk przy sobie?

Nic   chciała   mówić   nic   podobnego.   Wiedziała,   że   z 

każdym   słowem   sytuacja   staje   się   coraz   trudniejsza,   lecz 

background image

buzujące   w   niej   emocje   groziły   wybuchem   i   zupełnie   nie 
kontrolowała swoich słów.

Twarz   Daniela   sprawiała   wrażenie,   jakby   również   z 

trudem zachowywał spokój.

 - Wydawało mi się, że ci się to podobało - przypomniał. - 

Nie starałaś się mnie powstrzymać.

  -   Bo   nie   wiedziałam,   że   tylko   na   tym   ci   zależy   - 

odparowała.   -   Nie   wiedziałam,   że   jesteś   emocjonalnym 
kaleką.   Że   albo   nie   masz   uczuć,   albo   jesteś   za   wielkim 
tchórzem, by je okazywać!

Wiedziała, że to cios poniżej pasa, lecz nie dbała już o nic. 

W porządku, przeszedł przez piekło, ale czy to daje mu prawo, 
by wciągać ją w to? By z niej też robić ofiarę?

Daniel burknął coś półgłosem.
  -   Czego   ode   mnie   chcesz?  Żebym   przeprosił?   W 

porządku,   przepraszam,  że   cię   dotknąłem,   a   nawet   ze 
przywiozłem cię tutaj. Chociaż to naprawdę nie moja wina, że 
byłaś tak głupia, by się we mnie zakochać.

 - Głupia? - powtórzyła Josie z furią. - Głupia?! Przeczesał 

włosy roztargnionym gestem,

  -   To   nie   było   najwłaściwsze   słowo   -   mruknął.   -   Ale 

rzeczywiście... to przede wszystkim moja wina. Nie wiem, co 
mógłbym   teraz   na   to   poradzić,   poza   odwiezieniem   cię   do 
Kalkuty.

 - Dotrę tam sama - zaprotestowała od razu.
Po   wszystkim,   co   się   stało,   długa   podróż   w   jego 

towarzystwie byłaby istnym czyśćcem.

  - Do Thimphu też mogę wrócić sama - ciągnęła dalej z 

determinacją. - Ktoś na pewno mnie podwiezie.

Daniel nie odpowiedział. Wszedł do chaty i chwilę później 

pojawił się, niosąc jej rzeczy.

 - Co robisz? - spytała podejrzliwie.

background image

Bez   słowa   wrzucił   bagaże   na   tył   auta.   Potem   wreszcie 

zwrócił się do niej:

 - Wiem, że w tej chwili jestem pewnie ostatnią osobą na 

świecie,  z  którą  chciałabyś mieć   do  czynienia  -  powiedział 
posępnie   -   ale   jeśli   cię   tu   zostawię,   nie   wiedząc,   czy 
bezpiecznie dotarłaś do domu, nie będę mógł spać po nocach. 
Zresztą pewnie i tak nie będę - dodał z dziwnym grymasem. - 
Ale to już mój problem.

 - A jeśli się nie zgodzę?
 - Wrzucę cię do środka siłą.
Mówił spokojnie, lecz błysk w jego oczach ostrzegł ją, że 

istotnie zrobi tak, jeśli będzie musiał.

  - Jeśli nie chcesz siedzieć w szoferce, idź na tył. Dzięki 

temu nie będziesz musiała ze mną rozmawiać ani nawet na 
mnie patrzeć.

Dziewczyna   natychmiast   wskoczyła   na   tył   samochodu. 

Było tam dość ciasno, ale wolała to niż towarzystwo Daniela.

Ta   podróż   należała   do   najgorszych   w   jej   życiu. 

Podskakując na wybojach, miała mnóstwo czasu, by ochłonąć 
z   gniewu.   Jego   miejsce   zajęły   znacznie   bardziej 
skomplikowane uczucia.

Zatrzymali się na krótko tylko parę razy, nie mówiąc do 

siebie ani słowa.

Gdy dotarli do celu, było już ciemno. Josie była z tego 

zadowolona. Nie chciała, by Daniel zobaczył wyraz jej twarzy 
- zdradzał zbyt wiele uczuć.

 - Jest późno, ale powinnaś dostać jakiś pokój - oznajmił 

krótko.

 - A ty? - spytała, zanim zdołała się pohamować,
 - Będzie lepiej, jeśli zatrzymam się gdzie indziej - odparł 

po chwili. - Jutro rano masz samolot do Kalkuty. Postaram się, 
żebyś dostała bilet. Ja zostanę w Thimphu jeszcze parę dni. 
Mam tu parę spotkań.

background image

 - Więc już się nie zobaczymy.
Starała się, by jej głos brzmiał równie obojętnie jak jego, 

lecz nie była pewna, czy jej się to udało.

  -   Przynajmniej   przez   jakiś   czas.   Może   kiedyś   w 

przyszłości gdzieś na siebie wpadniemy. - Głos zmienił mu się 
gwałtownie.   -   Kłopot   w   tym,   że   spotkaliśmy   się   w 
niewłaściwej   chwili.   Ty   niedawno   rozstałaś   się   z 
narzeczonym,   ja   wciąż   jeszcze   nie   uporałem   się   z 
przeszłością.

To   powiedziawszy,   odwrócił   się   szybko,   wsiadł   do 

samochodu i odjechał.

Josie siała przed hotelem jeszcze chwilę. Potem otarła łzy 

i weszła do środka.

Czuła   się   tak   wyczerpana,   ze   w   pokoju   natychmiast 

rzuciła   się   na   łóżko   i   zapadła   w   głęboki   sen.   Był   jednak 
bardzo   niespokojny,   pełen   mrocznych,   nieprzyjemnych 
marzeń.

Rano z trudem podniosła się z pościeli z wrażeniem, jakby 

nie spała w ogóle. Musiała jednak złapać samolot do Kalkuty. 
Stamtąd wróci do domu.

Co będzie robić, kiedy znajdzie się z powrotem w Anglii? 

- zastanawiała się ze znużeniem. Siedzieć w swoim małym 
mieszkanku, rozmyślać i płakać? Pojedzie do rodziców, by się 
o nią troszczyli niczym o małe dziecko, które nie radzi sobie z 
kopniakami   wymierzanymi   przez   los?   Żadna   z   tych 
możliwości   zupełnie   jej   nie   pociągała.   Przetrwaj   ten   dzień, 
poradziła   sobie.   Robienie   dalszych   planów   na   razie   ją 
przerastało.

Do chwili gdy wsiadła do samolotu lecącego do Kalkuty, 

jakaś część jej umysłu miała nadzieję, że Daniel będzie na 
pokładzie. Dopiero kiedy wzbili się w powietrze, musiała się 
pogodzić z tym, że mówił prawdę. Został w Bhutanie, podczas 
gdy ona wracała do domu.

background image

W   Kalkucie   upał   spadł   na   nią   niczym   cios   pięści.   Po 

świeżym, czystym powietrzu Bhutanu miała wrażenie, że się 
dusi.

Josie   wiedziała,   że   powinna   zmienić   termin   wylotu   do 

Anglii. Podobnie jak reszta wycieczki, miała zarezerwowany 
lot pod koniec tygodnia.

Nagle doszła do wniosku, że nie ma siły tłumaczyć się i 

wypełniać formularze. Zostanie w Kalkucie parę dni i wróci w 
zaplanowanym terminie. Poza tym wcale nie śpieszyło jej się 
do domu. Właściwie było jej obojętne, gdzie się znajduje.

Ruszyła przed siebie piechotą, samotna i zagubiona. Indie 

wydawały   się   zbyt   wielkim   krajem,   by   stawiać   im   czoło 
samotnie. Było tu zbyt gorąco, zbyt tłoczno, zbyt obco.

Kiedy   zatrzymała   się   przed   nią   taksówka,   dziewczyna 

wsiadła, nie zastanawiając się, co robi. Nie może snuć się po 
lotnisku   cały   dzień.   Samochód   ruszył   w   stronę   miasta   i 
wkrótce przeciskał się przez ruchliwe ulice. Josie pochyliła się 
do kierowcy.

  -   Nie   chcę   jechać   do   hotelu   -   oznajmiła.   Mężczyzna 

zahamował na środku ulicy, ignorując klaksony samochodów, 
które musiały zatrzymać się za nim.

 - Więc dokąd chce pani jechać? - spytał uprzejmie Josie 

nie miała pojęcia. Wiedziała tylko tyle, że nie chce  oglądać 
hotelu   pełnego   obcych   ludzi,   położonego   w   samym   środku 
hałaśliwego miasta.

Za   taksówką   zaczął   tworzyć   się   korek,   trąbienie 

klaksonów   stało   się   bardziej   naglące.   Dziewczynę   ogarnęła 
panika. Dokąd chce jechać? Gdzie byłoby ciszej i spokojniej? 
Gdzie mogłaby znaleźć względny spokój, by dojść do siebie?

Nagle już wiedziała. Zanim uświadomiła sobie, co robi, 

podawała   kierowcy   adres   domu,   w   którym   zatrzymała   się 
ciotka Daniela.

background image

Taksówkarz wrzucił bieg, wyminął stadko kóz, przecisnął 

się tuż obok wielkiej ciężarówki toczącej się w przeciwnym 
kierunku i ruszył boczną uliczką.

Josie   powtarzała   sobie,   że   powinna   mu   kazać   się 

zatrzymać. Nie może tak po prostu udać się do obcego domu. 
Zresztą, co by powiedziała Katherine?

Wóz   sunął   jednak   przed   siebie,   a   dziewczyna   wciąż 

milczała.   Nawet   kiedy   wreszcie   zatrzymał   się   przed 
imponująca   willą   maharadży,   nie   powiedziała,   że   zmieniła 
zdanie i chce jechać dalej. Zamiast tego wysiadła, zapłaciła i 
patrzyła tępo, jak taksówka odjeżdża.

Stała   przed   wielkim   białym  domem   prawie   pięć   minut. 

Potem   podniosła   torbę,   podeszła   do   drzwi   frontowych   i 
nacisnęła guzik dzwonka.

Drzwi otwarły się natychmiast. Stała w nich Katherine.
 - Obserwowałam cię przez okno i zastanawiałam się, czy 

wreszcie   zdobędziesz   się,   żeby   zadzwonić   -   przywitała 
dziewczynę   z   uśmiechem.   -   Parę   razy   omal   nie   otwarłam 
drzwi,   ale   uznałam,   że   to   decyzja,   którą   powinnaś   podjąć 
samodzielnie.

Josie   nie   mogła   wykrztusić   słowa.   Zresztą   i   tak   nie 

wiedziałaby, co odpowiedzieć.

Starsza kobieta przyglądała się jej ciekawie.
 - Co tu robisz? - spytała w końcu.
 - Nie wiem - wymamrotała dziewczyna.
  - W takim razie lepiej wejdź do środka. Wyglądasz na 

zmęczoną. Daniel źle cię traktował? Zwykle nie zachowuje się 
niegrzecznie w obecności kobiet, ale ostatnio nie jest sobą. 
Miał... wiele problemów.

 - Wie pani o nich? - spytała Josie.
  -   Nie   znam   szczegółów,   ale   wiem,   że   wplątał   się   w 

związek z kimś, kto głęboko go zranił. Mężczyźni! - prychnęła 
z   irytacją.   -   Czemu   tak   często   wybierają   kobiety,   które 

background image

zupełnie do nich nie pasują? Myślę, że to wszystko przez seks. 
Potrafi   zamącić   w   głowie   najinteligentniejszemu   facetowi. 
Jesteś głodna?

Niespodziewana   zmiana   tematu   zupełnie   zaskoczyła 

dziewczynę. Z wysiłkiem zmusiła się do odpowiedzi.

 - Właściwie nie. Nie powinnam nawet tu przychodzić; nie 

wiem, czemu to zrobiłam. Chyba lepiej już pójdę.

Sięgnęła po torbę, ale Katherine była szybsza.
  -   Jesteś   tu,   bo   musisz   gdzieś   przenocować,   a   nie 

wyobrażasz   sobie,   żebyś   wytrzymała   w   hotelu   -   oznajmiła 
stanowczo. - A ja jestem jedyną znaną ci osobą w Kalkucie. 
Chodź, znajdę ci jakiś pokój.

  - Naprawdę uważam, że nie powinnam - wymamrotała 

Josie. - Poza tym maharadża pewnie nie życzy sobie obcych w 
domu.

 - Maharadża wraca dopiero w przyszłym tygodniu. Poza 

tym   to   bardzo   miły   i   gościnny   człowiek.   Nie   miałby   nic 
przeciwko temu.

Propozycja brzmiała niezwykle kusząco. Dom był chłodny 

i cichy.

  - Mimo wszystko myślę, że powinnam iść do hotelu - 

zaprotestowała bez przekonania.

Katherine jednak już wnosiła jej torbę do wnętrza domu.
  -   Pewnie   chcesz   się   wykąpać   -   mówiła   żywo,   jakby 

wszystko   zostało   już   ustalone.   -   Wyglądasz   na   bardzo 
zmęczoną. Powinnaś się przespać przed kolacją.

Josie poddała się. Prawdę mówiąc, na nic innego nie miała 

siły.   Pokornie   podreptała   za   starszą   kobietą   do   dużej, 
przewiewnej   sypialni   z   piękną,   wspaniale   wyposażoną 
łazienką.

  -   Rozgość   się   tutaj   -   poleciła   Katherine.   -   Po   kąpieli 

możesz   spać,   Jak   długo   zechcesz.   Jeśli   nadal   będziesz 
zmęczona, dostaniesz kolację do łóżka

background image

Dziewczyna   omal   nie   zasnęła   w   wannie.   Woda   była 

cudownie   ciepła   i   odprężająca,   pachniała   olejkiem,   którego 
Josie dolała do kąpieli.

Sennie obiecała sobie, że odejdzie rankiem. Po przespanej 

nocy poczuje się lepiej i bez trudu stawi czoło czekającym ją 
decyzjom.

Następnego   dnia   jednak   stwierdziła,   że   nie   ma 

najmniejszej ochoty podnosić się z łóżka. Nie czuła się chora, 
nie   miała   gorączki.   Po   prostu   nie   chciała   wstawać.   Ciotce 
Daniela najwyraźniej wcale to nie przeszkadzało. Nie złościła 
się nawet, że dziewczyna nie ma apetytu.

 - Też się tak czułam parę razy - oświadczyła spokojnie. - 

To tak. jakby umysł i ciało urządzały sobie wolne do czasu, aż 
wypoczną i dojdą do siebie.

 - Sprawiam pani kłopot - szepnęła dziewczyna.
  -   Lubię   trochę   kłopotów   od   czasu   do   czasu   -   odparła 

starsza kobieta wesoło. - A ostatnio zaczynałam się nudzić. 
Poza   tym   czuję   się   za   ciebie   odpowiedzialna.   To   ja   cię 
przekonałam, że będziesz bezpieczna z Danielem. Powinnam 
była pamiętać, że żadna kobieta nie jest bezpieczna w jego 
towarzystwie.

Josie zamknęła oczy. Nie chciała mówić o Danielu. Nie 

chciała nawet o nim myśleć.

Katherine   natychmiast   to   zrozumiała   i   wycofała   się 

taktownie. Josie znowu zapadła w sen. Obudziła się, czując, że 
powoli wraca do życia.

Następnego   dnia   wstała   i   zjadła   porządne   śniadanie. 

Katherine   patrzyła   z   satysfakcją,   jak   dziewczyna   pochłania 
kolejne porcje.

  -   Przynajmniej   nie   zagłodzisz   się   na   moich   oczach   - 

powiedziała. - Idę po zakupy. Wybierzesz się ze mną?

Lecz Josie stanowczo nie czuła się jeszcze na siłach, by 

wyjść na hałaśliwą i zatłoczoną ulicę.

background image

  -   Wolałabym   zostać   w   domu...   jeśli   nie   ma   pani   nic 

przeciwko temu?

 - Absolutnie. Rób, na co masz ochotę. Powinnam wrócić 

na obiad.

Po   jej   wyjściu   wielki   dom   wydal   się   bardzo   pusty. 

Dziewczyna wiedziała, że maharadża zatrudnia sporo służby, 
lecz   pracownicy   zachowywali   się   cicho   i   dyskretnie.   Przez 
chwilę przechadzała się po pustych pokojach, potem wyszła 
do ogrodu.

Słońce   świeciło   mocno,   jaskrawe   kwiaty   spływały 

kaskadami   z   donic   i   piety   się   po   ścianach.   Po   ocienionym 
wnętrzu   blask   na   chwilę   oślepił   Josie.   Jej   oczy   wolno 
przyzwyczajały   się   do   światła   i   wtedy   dostrzegła   wysoką 
postać   w   otwartych   drzwiach   prowadzących   z   domu   do 
ogrodu.

Daniel   Hayden   wyglądał   na   równie   zaskoczonego,   jak 

ona. Zrobił parę kroków w jej stronę, po czym się zatrzymał. 
Słońce   budziło   złote   refleksy   w   jego   włosach.   Patrzyli   na 
siebie przez chwilę. Potem mężczyzna zbliżył się jeszcze o 
krok.

  - Nie spodziewałem się ciebie tu spotkać - powiedział 

wreszcie.

 - Nie chciałam tu przychodzić - odparła drżącym głosem. 

- Nie wiem, jak to się stało.

 - A moja ciołka, jak to ona, zajęła się tobą.
 - Opiekowała się mną przez parę dni.
 - Byłaś chora? - spytał Daniel z niepokojem.
Josie pokręciła głową. Tak trudno było jej myśleć jasno, 

kiedy stał w odległości zaledwie paru kroków.

 - Nie chora. Po prostu... nie czułam się najlepiej.
 - I pewnie z mojej winy - stwierdził dość szorstko.
  -   To   niczyja   wina   -   powiedziała   ze   znużeniem.   -   I 

przepraszam, że tu przyszłam. Nie chciałam... nie przyszłam, 

background image

żeby   zobaczyć   się   z   tobą.   Nie   wiedziałam,   że   odwiedzisz 
ciotkę. Zaraz się spakuję i odejdę.

 - Dokąd pójdziesz?
  - W gruncie rzeczy wcale cię to nie interesuje, prawda? 

Po prostu chcesz się mnie pozbyć.

W jej głosie zabrzmiała nutka goryczy.
 - Tęskniłem za tobą - odparł Daniel gwałtownie.
 - Nie widzieliśmy się tylko parę dni.
  -   Wydawało   mi   się,   że   znacznie   dłużej.   Chyba 

przywykłem do twojego towarzystwa.

 - Półtora tygodnia temu nie wiedziałeś o moim istnieniu - 

przypomniała.

Pierwszy raz cień uśmiechu zamajaczył w kącikach jego 

ust.

  - Półtora tygodnia temu byłem innym człowiekiem. Nie 

wiem, co mi zrobiłaś.

Zaczął przechadzać się niespokojnie.
 - W Bhutanie powiedziałem ci wiele rzeczy, które wtedy 

wydawały mi się prawdą, ale teraz brzmią jak stek bzdur.

  - W Bhutanie byłeś pewien, że nie chcesz mnie więcej 

widzieć.

Skrzywił się lekko.
 - Te ostatnie dni ciągnęły się tak długo! Wiedziałem, że 

tęsknię za tobą, ale nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo, 
póki cię tutaj nie zobaczyłem.

Josie   wpatrywała   się   w   niego.   Każdy   nerw   w   jej   ciele 

wibrował z bólu.

 - Dlaczego mówisz mi to wszystko? Ludzie nie zmieniają 

się z dnia na dzień. A w Bhutanie marzyłeś tylko, żeby się ode 
mnie uwolnić.

  - Wszyscy popełniamy  błędy. - Znowu uśmiechnął się 

nieznacznie.   -   Nawet   ja.   Nie   uwierzysz,   jak   mi   brakowało 
twoich awantur i wrzasków.

background image

  -   Nie   wrzeszczałam   na   ciebie   -   zaprotestowała   z 

oburzeniem.   -   Przynajmniej   niezbyt   często   -   sprostowała 
szybko, gdy sobie przypomniała parę sytuacji, kiedy mówiła 
podniesionym głosem. - Poza tym to nie było na poważnie. 
Prawdziwym problemem było to, że ty bałeś się zaangażować. 
Ciągle wynajdywałeś wymówki; powtarzałeś, że nie interesują 
cię stałe związki, a tak naprawdę okropnie się bałeś, że coś do 
mnie poczujesz.

  -   W   dalszym   ciągu   się   boję   -   przyznał.   -   Ale   kiedy 

zostałem sam,  uświadomiłem  sobie, że wcale mi  się to nie 
podoba.   Postanowiłem,   że   nie   będę   czekać,   aż   kiedyś 
wpadniemy na siebie przypadkiem. Chciałem lecieć prosto do 
Anglii   i   wyjaśnić   ci,   że   popełniłem   wielki   błąd. 
Zarezerwowałem   miejsce   w   samolocie   dzisiaj   po   południu; 
chciałem tylko wcześniej odwiedzić Katherine.

 - Och! - Josie była zaszokowana tym, co usłyszała.
  -   Zrobiłaś   mi   bardzo   miłą   niespodziankę.   Chętnie 

przeżywałbym je częściej - powiedział. - Nie mogę ci wiele 
obiecywać - dodał po chwili. - Obawiam się, że nie będzie to 
łatwe, ale chciałbym spróbować. Oczywiście, jeśli ty też się 
zgodzisz. Zostaniesz ze mną?

  -   Tak   -   powiedziała   cicho,   lecz   bez   najmniejszego 

wahania.

 - Myślisz, że nam się uda?
 - Tak - powtórzyła,
  -   Doskonale,   -   Tym   razem   uśmiechnął   się   znacznie 

szerzej. - Więc może weszłabyś do środka, żebym cię mógł 
pocałować, kiedy nie patrzy na nas cała służba?

Josie weszła za nim do chłodnego domu. Serce bito jej tak 

mocno,   że   chyba   wszyscy   wokół   musieli   je   słyszeć.   Nie 
wierzę, że to się dzieje naprawdę, powtarzała w duchu. Po 
prostu nie wierzę!

background image

Lecz   pocałunek   Daniela   wkrótce   ją   o   tym   przekonał. 

Trwał tak długo, aż obojgu zabrakło tchu. Oderwali się od 
siebie rozpaleni i drżący. Mężczyzna pociągnął Josie na sofę. 
Położył   się   obok,   rozchylił   jej   cienką   bawełnianą   bluzkę   i 
zaczął pieścić jej piersi, jakby była to jedyna rzecz na świecie, 
której pragnął. Potem znowu pocałował ją gwałtownie.

 - Nie wiem, co mi zrobiłaś - jęknął - lecz chyba nigdy się 

od tego nie wyzwolę!

Josie westchnęła z satysfakcją j przesunęła dłońmi po jego 

ciele. Daniel zadrżał pod jej dotykiem. Po chwili odsunął się 
od niej.

 - Chyba lepiej, żebyś przestała!
 - Czemu? - spytała z niewinnym uśmiechem.
 - Bo Katherine może wrócić lada chwila, a nie chciałbym 

wtedy robić czegoś, co by mogło zaszokować moją ulubioną 
ciotkę!

 - Nie wydaje mi się. Żeby łatwo ją było zaszokować.
 - To prawda. Ale z pewnością ma bardzo surowe zasady 

moralne.   Na   przykład   -   ciągnął   dalej   -   jeśli   między   nami 
wszystko będzie się układać, z pewnością mnie zmusi, żebym 
się z tobą ożenił.

 - Jesteś gotowy na takie poświęcenie?
  -   Jeśli   to   potrwa   trochę   dłużej...   -   odparł   Daniel 

stłumionym   głosem,   zajęty   całowaniem   piersi   Josie   -   nie 
będzie trzeba mnie zmuszać. Prawdę mówiąc, to raczej ja będę 
ciągnął ciebie do ołtarza.

Odległy   dźwięk   otwieranych   drzwi   sprawił,   że   drgnęli 

oboje.

 - Niech to diabli!
Z żalem oderwał się od Josie, pomógł jej zapiąć bluzkę, po 

czym przeczesał włosy.

  -   Widać   po   nas,   że   robiliśmy   coś   nieprzyzwoitego?   - 

spytał z bezczelnym uśmieszkiem.

background image

  - Nie widać - odparła. - Ale z pewnością czuję się tak, 

jakbyśmy coś takiego robili.

  - To dobrze - stwierdził z satysfakcją. - W przyszłości 

zamierzam sprawić, żebyś czuła się tak jak najczęściej.

Wciąż jeszcze mając w uszach tę nieco niepokojącą, lecz 

bardzo  przyjemną  obietnicę,  Josie  wzięła  Daniela  za  rękę  i 
ruszyła wraz z nim do holu, by przywitać Katherine.