background image

STEFAN ŻER0MSKI

DZIENNIKI

TOM  IV

KARTKA Z TOMIKU XIII  „DZIENNIKÓW

TOM   TRZYNASTY

background image
background image

DZIENNIK   CZŁOWIEKA  NERWOWEGO*
Warszawa.       Biała.

od  l  czerwca  1887 r. do 8 lipca* 1887 r.
Jedna niezawodna twemu plemieniu — śmierć.*

Przeczytałem ten dziennik i nie znalazłem w nim jednego dnia — bez trosk, bez 
potwornej męczarni. Jestem widać złym człowiekiem. Źle żyję.

Mężowie! Strzeżcie się chudych przyjaciół, a broń Boże! — nie pokazujcie im 
waszych żon (jeśli, naturalnie, żony wasze warte są grzechu). Strzeżcie się 

chudych! Wszystkie niepohamowane namiętności obrały sobie siedlisko w ludziach 
chudych. Baczność wasza podwoić się powinna, jeśli macie żony słuszne, tłuste... 

Wiadomo bowiem, że kobiety tłuste i słuszne nie mają własnego zdania. Biada wam, 
jeśli zdaniem ich stanie się dynamiczna namiętność waszych chudych przyjaciół!

Taki jak ja ojczyźnie --• tylko śmiercią służy.*
ADAM

Ludzi uczucia — nie kocha nikt.*
JAŚ N.

Jestem mieszaniną zwierzęcia i poety.*' HypSan — B TapojibflOBOM miame. *
PUSZKIN '

1 Epigrafy i sentencje autora wpisywane były stopniowo różnymi kolorami 
atramentu; pierwszo cztery znajdują sią na wewnętrznej wyklejce wierzchniej 

okładki, następne cztery — na odwrocie karty tytułowej.
Niezbicie przekonałem się, że jednym z uczuć, które nie dadzą się wyprowadzić z 

pierwiastku „ja" — jest litość. Jest ona uczuciem nieopisanie doniosłym. 
Chrystus był mędrcem, ale zręcznym mędrcem. Napisać w prawodawstwie: „kochaj 

bliźniego..." — to tylko powtarzać rzecz konieczną w naturze ludzkiej. Żadne 
prawodawstwo nauczyć tego nie może, bo tego nas nauczyło — serce. Szkoda, że 

Chrystus nie narodził się po Darwinie — byłby napisał: „Kochaj bliźniego, 
zwierzę, kwiat... jak siebie samego." I byłby jeszcze dowcipniejszym prawodawcą 

— i większym psychologiem.
Taki już mój los, że kształcenie się moje polegało ł polegać będzie na 

rozwijaniu lub druzgotaniu uczuć. Uczucia... Gdybym był Szekspirem — 
wytłomaczyłbym to. To jedyny człowiek, który umiał mówić dwoma językami, pisać 

dwie psychologie od razu, ukazywać człowiecze serce, gdy mówił, że ono boli. 
Słowacki miał racją, nazywając Szekspira — bogiem.

Jestem poganinem. Ateuszem być nie mogę, bo mam serce — wierzyć w Boga nie mogę, 
bo ktoś gotów by mi dowodzić, że on jest w trzech osobach... Wiem, że rośliny 

czują i kochają, wiem, że w przyrodzie istnieje tajemnicze tchnienie, które 
kiedyś nazwałem duszą przyrody. Wiem, że uczucia moje z duszą tą łączą się. Ale 

dlaczego i po co jest tak — nie wiem.
Tak, jestem do tego stopnia bezsilny, że mogę być tylko poganinem. Dlatego może 

taką przewagę mają we mnie —
DZIENNIKI, TOMIK XIII

uczucia. Czasami one robią przed rozumem olbrzymie skoki. Może mi powiedzą wiele 
ciekawych rzeczy.

Co to jest siła woli? Ja tego nie znam zupełnie. Jest to dla mnie frazes tak 
pusty, jak frazes: przyjaźń, miłość idealna.

Jedyne moje marzenie, jedyne szczęście, jakie jeszcze dostrzegam na mojej drodze 
— to śmierć za kraj.

Są instynkta, z których musi się śmiać cywilizacja. Jednym z takich jest 
marzenie o męczeństwie za tych, których się kocha nadludzko. A nadludzko kocham 

wyraz: Polska.
l   czerwca  87 r. (środa). Warszawa.

Gdyby mię kto zapytał, czym ja jestem — znalazłbym się w nader przykrym 
położeniu. Jestem, prawdę mówiąc, autorem mojego dziennika — i niczym więcej.* I 

było tak ze mną zawsze. Uniform życiowy, czyli tak zwane stanowisko społeczne — 

background image

jest dla mnie fazą jakąś przejściową, źródłem, skąd biorę materiał do notatek. 
Czy jesterr .artystą? Jedi.ro z najboleśniejszych pytań, jakie sobie za da M ««: 

może człowiek taki jak ja. Że jestem poetą — o tym dziś nie wątpię. Z jakąż 
radością oddałbym ostatni tytuł za odrobinę pierwszego! Poeta odczuwa — artysta 

odtwarza; oto cała różnica. A jak ona jest okropną — pojąć może tylko jednostka, 
która odczuwa wszystko, a nic nie odtwarza.

2 VI (czwartek).
Spotkałem dziś X. — najniespodziewaniej, gdy zdążałem do Taniej Kuchni. Zawsze 

ta sama. Zawsze te śliczne włosy i te surowe, świecące oczy. Przesunęła się, 
wmieszała w tłum. Oto wszystko.

WARSZAWA, 1887
W wtorek wracał z Petersburga Lichterowicz. Byliśmy z Księciem towarzyszami jego 

do teatru. Grano pani Mellero-wej Fałszywe blaski i Oj, młody, młody! Fredry.* 
Nic obrzy-dliwszego dla mnie, jak talent pani M. Nie wiem dlaczego, ale znosić 

jej nie mogę. Ckliwa tendencyjka, morał jako idea, koncepta zamiast dowcipu i 
wymuszone, wyduszone sytuacje, długie, nieznośne monologi, dialogi naciągane. Za 

to jakim-że szczerym i naturalnym humorem oddychają sztuki Fredry! Humor ten 
wznosi się do wyżyn artyzmu. Niewinny a naturalny i dlatego tak zdrowy.

Ostatnimi czasy czytałem Pamiętniki Gordona.* Oto, co pisze o cytadeli 
warszawskiej:

Dzięki Bogu, zmysły moje ocalały, ale choroba sercowa wzrastała. Pragnąłem, aby 
zamieniła się w śmiertelną. Niekiedy rzewną improwizacją duszy wyrażałem 

świstaniem. Orfeusz szukał w lutni ulgi dla siebie, Szopen na fortepianie, Byron 
na papierze, ja — w świstaniu.

Powzięto zamiar uleczenia mię, bo odtąd szyldwach co kilka minut podchodził do 
mnie z pięścią i wykrzyknikiem: „Nie dumaj!"

Sam Jołszyn raczył przyjść raz pod moje okienko, zajrzał, zastukał, a gdy nie 
powstałem z łóżka, ukazał mi pochyliwszy się swój epolet. Na próżno. Ja go i bez 

epoletu poznałem, pomimo to leżąc świstałem sobie. Jołszyn i wszystko, co się 
koło mnie snuło, zdawało mi się być jakąś marą, nie mającą żadnego związku ze 

mną; i sołdackie „nie dumaj!" żadnego na mnie wrażenia nie robiło.
...Łóżko mi na całą noc wyniesiono. W nocy ktoś na strychu drzewo mi rąbał nad 

głową. Nazajutrz szczekotałem zębami, bo była zima, a w piecu mi nie napalono. 
Dnia trzeciego było znowu zbyt gorąco i swąd nadzwyczajny; zupa także 

nadzwyczajnie słona — pragnienie mię paliło, a żandarm więcej nad butelkę wody 
dostarczyć mi nie chciał.

...„Mamo, mamo, już go wiozą!"... Gdy obejrzałem się, stała nieruchoma na 
balkonie z rękoma na krzyż złożonymi. Patrzałem na nią chwilę i odwróciłem 

głowę...
...Żandarm przybył z golibrodą. Włosy mi ostrzyżono, paznokcie obcięto, które 

zapuściłem był, aby służyły w miejsce grzebienia... Wyszedłem na dziedziniec, 
ostatni raz obejrzałem się na okna zabielone — żandarmi szanowali chwilowe me 

rozmyślanie...
DZIENNIKI, TOMIK XIII

Język murów:*
12345

a b c d e f g h i k l ł m n o p r s t u wyż
„Litwo, ojczyzno moja..."

Pragnąc napisać utwór beletrystyczny — trzeba koniecznie uwierzyć, że się jest 
artystą. Bez tego przeświadczenia — niepodobna napisać ani jednego wyrazu. 

Zabija bowiem nieśmiałość i bojaźń oryginalności. Każdy powieściopisarz czy 
poeta, zasiadając do pisania, najmocniej jest przeświadczony, że jest jedynym na 

ziemi talentem.
3   czerwca   (piątek).

I przyroda nawet przeciwko mnie spiskuje, W miarę poniżania się temperatury — 
zwiększa się apetyt. Jakoś tak się stało, że w miarę poniżania się temperatury — 

obniżają się i zanikają moje finanse. Dziś był mój debiut w Taniej Kuchni, 
ukończony prawdopodobnie.1

4   czerwca   (sobota).
Rano otrzymałem bilecik od pana Wacława * — następu-

background image

' Słowa   „ukończony  prawdopodobnie"   zostały  w   autografie   dopisane 
później.

WARSZAWA, 1887
11

jacy: „Korepetycja zajętą została przez inną osobę." Wiedziałem już od tygodnia, 
że korepetycję ową p. Wacław dał Massalskiemu. Chciał w bileciku postawić się 

wysoko wobec mnie, lecz — dał mi dowód wyrafinowanej tylko obłudy.
5  czerwca   (niedziela).

Tak się wiele rzeczy u mnie zmieniło w ciągu wczorajszego dnia, że nie wiem, od 
czego by zacząć. Najlepiej — ab ovo*

Otóż do bileciku Wacława dołączył pan Stanisław Czaplic-ki bilecik od siebie 
treści następującej: „Prawdopodobnie w tych dniach wyprowadzam się." Przyjąłem 

to obojętnie, gdyż jego [rzeczą] było wprowadzać się lub wyprowadzać. Fakta 
jednak okazały, że obojętnie przyjmować nie można było. Po południu przyszedł do 

mnie „oficer" Szczukin * i zabawił do dziewiątej. W czasie jego bytności zjawił 
się pan Stanisław. O dziewiątej, gdy wychodziłem ze Szczukinem, pan S. chciał 

wręczyć mi rs. 6 na zapłacenie mieszkania za maj, gdyż on sam, jak się wyraził, 
„wychodzi dziś — a rządcy domu nie zastał". Powiedziałem mu, aby zostawił 

pieniądze na stoliku. Wróciłem do domu o dziesiątej.
Łóżko, stół, stołki, kuferek p. S. — znikły. Pozostała kupa śmieci, pomyje nie 

powylewane, zbita lampa... Pan S. uciekł w czasie mej nieobecności, 
pozostawiając mię w położeniu fatalnym z tego powodu, że wynajął on mieszkanie 

do l lipca przed moim sprowadzeniem się. Nie chciał sam płacić rządcy dlatego, 
aby ten nie zatrzymał go lub nie zmusił do zapłacenia mieszkania za dwa 

miesiące. Dlatego też nie powiedział mi, że się wynosi, aby mnie zamknąć w 
pułapkę. Zmuszony jestem mieszkać tutaj — za p. Stanisława, gdyż jego nie 

wiadomo gdzie szukać — a jeślibym się chciał nawet stąd wynieść, to i tak 
mieszkanie zapłacić muszę. Na pozór wyszedł on legalnie, w gruncie — postąpił 

podle. Wyniósłbym się niezwłocznie do Zydlera... obecnie jednak jest to 
niemożebne. Ja zapłaciłem sprowadzając się mieszkanie za dwa miesiące-

12
DZIENNIKI, TOMIK XIII

poprzednie, gdyż zapłacone nie było, dawałem pieniądze na życie przez 2 
tygodnie, kupiłem wiaderko blaszane itd. On zobowiązał się za to kupować herbatę 

rano i w wieczór. Herbata ta wyniosła co najwyżej (herbatę piłem w domu parę 
razy zaledwie) — 4 rs. Pozostał mi więc jeszcze dłużny. Tymczasem od tygodnia 

już w domu nie jadałem, gdyż przestał kupować chleb.
Wszystko to jest brudne i marne i ze wstrętem to przytaczam, a przytaczam 

dlatego, aby upamiętnić sobie, co to jest przyjaźń. Te małe cyfry, jakie tu 
wypisuję, absorbują nieraz najzupełniej wszystkie nasze myśli. Pierwszy może raz 

w życiu uczułem wczoraj instynktowną do tego człowieka nienawiść. Dziś... dziś 
nie mówiłbym z nim nawet wcale. Ze mną tak zawsze. Pozostał we mnie tylko żal 

jakiś chwilowy, że z tym człowiekiem żyłem, pomagałem mu, że dzieliliśmy się 
myślami. Nieubłaganą jest życiowa walka. Druzgocze na miazgę wszystko — ale i 

uczy. Jestem mądrzejszy i jeszcze bardziej zamknięty.
Ponieważ rozszedłem się i z drugim moim przyjacielem, muszę więc i o nim przykrą 

napisać wz niańkę.
Przed miesiącem Machajski wyrobił mi korepetycję na wakacje u pp. C. *, gdzie on 

obecnie daje korepetycje. Kiedy wskutek naukowej sprzeczki, jaką notowałem w 
poprzednim dzienniku, rozeszliśmy się bez pożegnania, starałem się o inną 

korepetycję przez Zydlera. Ostatnia nie przyszła do skutku. Wtedy Machajski 
pisał do mnie bilet z zapytaniem, czy przyjmę korepetycję u pp. C., o jakiej mi 

mówił. Odpisałem, że przyjmę. Tegoż samego niemal dnia dał ową korepetycję 
Massalskiemu. Nie rozumiem — dlaczego mię zapytywał? Mogę sobie to wytłomaczyć 

jedynie chęcią wywiedzenia mię w pole, tj. zmuszenia, bym licząc na pewne na 
miejsce u pp. C. innego nie szukał. Massalski we wtorek, o ile pamię-•tam, w 

rozmowie wygadał się, że jedzie do pp. C. i że miejsce

WARSZAWA, 1887
13

1

background image

to dostał od Machajskiego. Wczoraj ostatni pisał do mnie zacytowany bilecik. 
Chciał mię zgnębić i wyjść niby... na cało. Mówi, że „miejsce zajęła inna 

osoba". Dziś wiem, że plan postępowania ułożony był przez obydwu; a raczej 
Machajski był tu inicjatorem, Czaplicki — jako głupszy — pomocnikiem. 

Rzeczywiście — plan im się udał: zgnębiono mię, zostawiono w położeniu bez 
wyjścia. Całe szczęście, że machinacją odkryłem i odpisałem Machajskiemu skromny 

bilecik:
„Dałeś korepetycję Massalskiemu po zapytaniu mnie, czy ją przyjmę. Wiem o tym 

dawno. Racz przyjąć zapewnienie, że ostatnim bilecikiem dałeś mi dowód, że 
jesteś i obłudnikiem." Nie odpisał nic, nie tłomaczył się — miało to więc 

miejsce, jak przypuszczałem.
Machajskiego kochałem bardzo. Wczoraj nawet jeszcze, dowiedziawszy się, że nie 

zdał z chemii — żal mi go było. Ale źli są ludzie. Im bardziej oddajemy komuś 
uczuć naszych, tym więcej ponosiemy od niego przykrości. Żal dobrych dni 

gimnazjalnych, kiedy mieliśmy wspólne prawie ideały dobra, piękna, kiedy 
dzieliliśmy się myślami. Najlepszy i jedyny mój przyjaciel postąpił ze mną jak 

najzaciętszy wróg.
Zacieśniło się moje koło. Bywać mogę u Zydlera i Nowiń-skiego. Zydler jest 

naturą najzwyczajniej samolubną, ale rachującą się z wyrazem „obowiązek" — w 
szczególny sposób. Wczoraj i dziś wstąpił do mnie przed dwunastą. Gdy wchodzi, 

mówi:
— Mogę wam pożyczyć 20 kop., pójdziemy do „taniaka".

Idziemy więc, zjadamy obiad. Rozpytuje mnie o cały stan finansowy, bada. Jedyny 
człowiek, którego znam — nie marzyciel. Jeżeli marzy — to o ukończeniu 

uniwersytetu, posadzie itd. Realista — nie z przekonań, lecz z natury. Jawny 
samolub. Nigdy nie rozczuli go przyroda, nie zachwyci subtelne piękno. Natura 

rogata. Deklamuje jednak ze łzami,
14 DZIENNIKI, TOMIK XIII

cudownie — O;'ca zadżumionych. Innej poezji nie pojmuje. Konopnickiej 
nienawidzi; nigdy się nie kochał.

Nowiński — ideolog, marzyciel, antysemita, arystokrata. Z niego czerpę czasami 
jasność, gdy się zabrukam moralnie, pije. w jego towarzystwie cnotę — ale 

zamęcza on mię jako człowiek i socjolog. W Nowińskim czczę czystość młodości, w 
Zydlerze uwielbiam charakter. Obaj są szlachetnymi ludźmi. Ale... to nie moi 

przyjaciele. Oni ani jednego pro-myczka mojej duszy nie znają. Dlatego też nic 
mi złego zrobić nie mogą, a robią wiele dobrego. Z daleka z ludźmi!

Wróciłem wczoraj o dziesiątej, stanąłem na progu i kon-wulsyjnie drgnąłem.* 
Ogromny pusty pokój, w kącie jego moje łóżko z „malinową" kołdrą, brudną 

poduszką, słorna wylatująca z siennika, ślady pana Czaplickiego — śmieci, stolik 
spaczony, z krzywymi nogami, zbitą lampą i starymi pudełkami od zapałek i gilz, 

zaduch pomyj... Uderzyło mię w twarz poczucie brudu. Usiadłem na łóżku i długo 
myślałem o matce, o ojcu, o czystym naszym dworku, rabatach kwiatów przed 

oknami.
Myślałem tak do godziny drugiej w nocy. Gdy ucichło wszystko, zniosłem z mojego 

piątego piętia na śmietnik dwa wiadra pomyj. Następnie poszedłem z dzbankiem po 
wodę do wodociągu znajdującego się w kącie podwórza. Gdy z dzbanem wody 

wdrapałem się na moją górę — upadłem bezsilnie na łóżko.
Później zapaliłem lampę i zacząłem urządzać moje mieszkanie. Przesunąłem łóżko 

pod okno, obok łóżka ustawiłem stolik tak, by siedząc na pierwszym można było 
pisać. Stołka. w liczbie moich mebli — nie ma. Pod stolikiem stoi kuferek. Stary 

kuferek... Pamięta lepsze czasy, gdy przymocowywano go za karetą mojego ojca. 
Około pieca stoi dzbanek, wiaderko, maszynka do herbaty, miednica (słusznie tak 

zwana z powodu gliny, z jakiej ją uczyniono),* flaszka na naftę, szklan-
WARSZAWA, 1887

'   15
ka i imbryczek fajansowy. Dalej, za piecem, ciągnie się długa, przeciwległa oknu 

ściana, przy której nie ma żadnych mebli prócz maleńkiej, rzeźbionej półeczki, 
na której mieści się kawałek chleba (spiżarnia). Na trzeciej ścianie — półka z 

książkami. Półka ta jest nader demokratycznego pochodzenia: była to paczka na 
mydło. Oderwałem jedne jej stronę, a resztę przybiłem gwoździem do ściany — i 

biblioteka gotowa. Tam widnieje Anatomia, Fizjologia Drapera, Małecki, 14 tomów 

background image

dzienników,* zresztą kajeta z moimi „dziełami", czapka studencka i jedna szelka. 
Obok półki, pozostały po p. Czaplickim bretnal służy za wieszadło na palto 

Radzikow-skiego, pożyczone przeze mnie od tegoż na czas nieograniczony (wiadomo, 
że aura tegoroczna nader jest zmienną). Dwa drugie bretnale podtrzymują: 

ręcznik, spodnie (których „handel" kupić nie chciał) — nr l i spodnie, za które 
dawał złoty groszy pięć — nr 2, tużurek, gdy się przewdziewa palto lub marynarkę 

jasnopopielatą.
We framudze okna stoją zadumane dwie flaszki atramentu: zielonego i 

niebieskiego, lampa z nadwyrężonym kloszem, kozik i łyżeczka do herbaty. 
Ciekawym jest piec. Ciekawy badacz dostrzeże tam: słoik wazeliny, flaszkę z 

jodyną, roztwór kali hipermanganicum, cztery spadłe z etatu słoiki musztardy, 
niezliczoną ilość pudełek od gilz, wreszcie wspaniałą kolekcję retort, fioł, 

rurek, palników, słoików, kolb — wszystko potłuczone, ale że to rzeczy nauki, 
zachowane więc w poszanowaniu. Za piecem mieści się szczotka i nieprzejrzana 

mnogość papierów, które, w nadziei przyszłych głodowych dni, zachowuję... „na 
czarną godzinę" dla spieniężenia.

I nic już więcej nie ma w moim pokoju, prócz zepsutego powietrza, przed którym 
zamykać muszę okno. Ach — jest, prawda, jeszcze jedna istota prócz mnie — to 

nędza.
w

• <i ><r*3
:*ł«

Dziś rano zamiotłem pokój  i z  dumą parweniusza,  który dobił  się majątku,   
zacząłem  się  myć.   Jest  pewna  różnica

DZIENNIKI, TOMIK XIII
l

w myciu się wodą, którą przynosił mi na emaliowanej miednicy lokaj u państwa 
Józ.* — i tą, którą przyniosłem ja sam w nocy, pod połą pożyczonego paltota. 

Ach, jest!
Ponieważ stołka nie mam, trzeba więc „miednicę" w czasie mycia się ustawiać na 

poręczy żelaznego łóżka. Sytuacja niewygodną jest z tego powodu, że pozwala myć 
się jedynie jedną ręką. A nie można przecież zachlapywać wodą stolika, na którym 

w kształcie obrusa rozciągnęło się dwa arkusze „Prawdy", ani też ustawiać 
miednicy na „malinowej" kołdrze... Myślę, bądź co bądź, zmienić plan 

postępowania i myć się na wzór Wojtka, stangreta moich rodziców — tj. ustawiać 
„miednicę" na ziemi. Będzie to nawet do pewnego stopnia gimnastyka poranna.

Zydler pożyczył mi dziś 20 kop. na obiad. Jedliśmy sztukę mięsa z sosem 
„szczypiórowym" i kotlet z kartoflami. Anto-sia zdziwiła się, że nie kazałem 

sobie podać zwykłej kromki chleba, starała się mnie przekonać, że powinienem 
„odżałować", jak mówiła, te dwa grosze. Powiedziałem, że podają chleb niedobry. 

Antosia — to jedyna przyjaciółka moja w Warszawie.
11 w  nocy.

Gdy kończyłem poprzedni ustęp, zachodziło słońce. Narzuciłem na ramiona palto, 
zamknąłem mieszkanie i... schodziłem ze schodów. Któż to pojmie — takie 

zstępowanie ze schodów z myślą: dokąd ja idę? W bramie stróż mi się kłania. 
Głupie jest urządzenie tego świata: ten stróż mógłby kupić cały mój majątek za 

pół rubla...
Oddaję mu sześć rubli za mieszkanie, gdyż pana rządcy nie ma. W zamian Jan — 

oddaje mi list od Heleny. Rozrywam kopertę.
Kochany  Stefanie!  We wtorek  o  godzinie  drugiej  po  południu przy-

„ jeżdżam do Warszawy; jeżeli czas ci pozwoli i nie zbywa na chęciach
widzenia się ze mną, to proszę uprzejmie oczekiwać mię na dworcu T.*

WARSZAWA, 1887
17

Zabawią  kilka  godzin,   a  wieczornym  pociągiem  bezwarunkowo  wracać muszę. 
Do miłego widzenia

Helena.
Napisałem tu tę awizacją, aby porównać ją z poprzednimi. Zmieniony tylko wyraz 

wtorek i dzień wysłania listu. „Jeżeli czas pozwoli itd." jest niezmienne. 
Awizacja pocztowa.

background image

Jedynym bogactwem moim, jakiego żadna na ziemi potęga niezdolną   jest   mi   
wydrzeć,   własnością   do   tego   stopnia moją,  jak moim jest żołądek — są 

wspomnienia. (Nie mówię o nogach, rękach, organach płciowych — bo te mógłbym 
także utracić, nie przestając być mną, das Ich...) Marzenia młodości, dumne sny 

dwudziestoletnie tak się nie udały, tak gdzieś znikły, że oddawać się nowym — 
nie warto. Ale to, co się przeżyło, zjawiające się do nas z twarzą wypiękniała 

przez oddalenie  —  staje  się  rojeniem,   snem  czystym  jak  śnieg poranny na 
szczytach górskich. Kiedyś tę samą panią Helenę, która pisuje do mnie awizacje 

pocztowe, kochałem całym jestestwem,   słyszałem  od  niej  miliony  przysiąg,  
pieściłem, tęskniłem jak potępieniec. Niegdyś pociąg pędzący całą siłą pary  

zdawał  się  wstrzymywać,  by  nie  przerywać  naszego długiego,   
nieskończonego   pocałunku   pożegnania.   Niegdyś przybiegała ona do mnie jak 

ptak oswojony i rękami czystymi zganiała każdy podmuch smutku z mojego czoła. 
Któż zresztą zdoła opisać te święta duchowe, gdy się dowiedziałeś, że jesteś 

kochany, te szalone krzyki duszy, pijaną jej ekstazę,   miękkość   i   
uprzejmość,   które   pragnąłbyś   rozdać wszystkim i zaprosić wszystkich, by 

ucztowali z tobą razem; kto opisze tę wesołość, ekstazy, dziecięce figle,  
szyderstwa, szepty   duszy,   te   bystre,   namiętne   ruchy,   niespodziewane 

zmiany,  niespodziewane  jak  ogień,   co  wije  się,   trzeszczy, znika", syczy 
i pała, i co minuta zmienia i formę, i kolor?

Można to tylko w  samotną,   rozpaczliwą noc w głuchej izbie — pamiętać. I całe 
szcząście, że   można   pamiętać.

fSu\
2 — Dzienniki t. IV l     t > ,

w
l

18 DZIENNIKI, TOMIK XIII
Kiedy potoczysz oczyma po nagich ścianach, przyjrzysz się sobie i swemu życiu — 

zdaje się, że niepodobna, że to senna, chorobliwa ułuda. Jakże jest dobrą ta 
nasza pamięć, która nas prowadzi w znajome miejsca, wstrzymuje oddech i szepce: 

patrz, jakeś był szczęśliwy!
A jednak i wspomnienia  zabrać nam może...  umysłowy obłęd. Zabawny cyrk myśli!

A jednak nie napiszę na tytule dziennika wyrazu: pesymizm. Ja wierzę, że żyć 
warto — co więcej, przypuszczam czasami, że może życie nie kończy się ze 

śmiercią. Być uczniem Schopenhauera czy Chrystusa, Woltera lub Comtek — to 
głupstwo. Trzeba samemu uwierzyć lub przestać wierzyć. Nie można być nieustannie 

optymistą ani pesymistą. Raz — warto żyć, drugi raz — nie warto. A co nam do 
tego, co otrzymamy z ogólnych sumowań? Pod tym względem naj-mądrzej rozumował 

Epikur. Ale i jego hedone — nie piszę w dewizie. Po co? Sam przebieg wypadków 
wskazuje, że zawsze i wszędzie szukamy wszyscy zadowolenia jedynie.

Pesymizm jako teoria — nie ma racji bytu. Któż z tych pesymistów dowiedzie mi, 
że Boga nie ma? Któż natomiast z ultramontanów — wierzy w Boga? Kiidy , wierzy' 

w Boga, kiedy rozprawia o nim, ćwiczy się w ,;cholastycznej logice, sprawia 
sobie tylko zwyczajne „zadowolenie". Któż kiedy kochał Boga? Być może, że ja mam 

tak źle rozwinięte uczucia, że nie jestem w stanie ukochać Boga. Kochać przyrodę 
— ja to pojmuję. Jeśli ktoś mówi: „jakże dobrym jest Bóg, co stworzył nam ten 

cudowny wiosenny wieczór, pęki kwiatów, drzewa i ruczaje..." — to ja pojmuję go, 
chce on bowiem powiedzieć: „jakże dobrą jest przyroda, co sprawia nam takie 

szczęście — wiosną, zapachami i cieniami nocy..." Nie kochamy siły przyciągania, 
ruchu... choć one może są i bogami. Nie kochamy pojęć ani uczuć. A Bóg — to 

pojęcie lub uczucie.
WARSZAWA, 1887

19
A jednak... Jednak ja znam cię, szczególna siło, skutki rządów której widzę na 

sobie! Gdyby mię nie wstyd było, tobym się wprost przyznał do pogańskiej 
zabobonności, do fatalizmu. Fatalizm — to może nasz charakter, nasz temperament. 

Któż to wie?
Wiem to niezbicie, że jest jakaś siła, gromadząca i grupująca fakta życiowe w 

ten sposób, że raz jesteśmy bardzo szczęśliwi, drugi raz bardzo nieszczęśni. Ta 
siła może być, swoją drogą, szaloną działalnością prawego półkręga mózgowego, 

background image

podczas gdy lewy nie kontroluje jego funkcyj. Ostatni paradoks czy absurd — może 
być logiczny tylko dla mnie.

6czerwca.
The Urst oi a woman's rights is the right o! being beautiful; and the ioremost 

o! a woman's merits — the merit oi being young.*
Pomimo wszelkich naszych wzniosłych i filozoficznych twierdzeń — jest tak. Ani 

dobroć, ani rozum, ani talent, ani zasługa, ani urodzenie, ani wdzięczność =— 
nie nadaje kobiecie w przekonaniu naszym takiego prawa, jak jej piękność. 

Kobieta piękna posiada wszelkie prawa. Żadna zaś zasługa jej nie może się 
zrównoważyć z najznakomitszą kobiecą zasługą — młodością.

Pójdę jutro na dworzec — nie dlatego, że pani Helena jest dobrą, rozumną, że ją 
kochałem, ale dlatego, że pani Helena jest młodą i piękną. I nie dbam nawet na 

to, że to spotkanie może mię strasznie kosztować. Ogromne to prawa: piękność i 
młodość.

Usnąłem dziś, jak zwykle, gdy słońce już wzeszło. Był to sen gorączkowy i 
straszny. Śniło mi się, że policjant tajny przyszedł do mnie w nocy, zabierał 

moje dzienniki, czytał notatki, widziałem, że zapisywał sobie imiona moich 
kolegów uczestniczących na zebraniach. Leżałem na łóżku ze związanymi rękoma i 

chciałem zerwać powrozy. Wreszcie — bu-
iS!

\sm
20 ___   ___                                                                     

DZIENNIKI, TOMIK XIII
dzę się z krzykiem patrząc, jak „łapacze" zaczynają czytać listy Heleny.

Obudziwszy się leżałem przez parę minut bezwładnie. Byłem zmęczony ogromnie.
Któż wie? Gdyby wzięto mnie samego, gdyby nikt na złapaniu mnie nie stracił, to 

może by było i lepiej... Budzić się codziennie do głupiego życia, do bezmyślnej 
kołowacizny myśli... Zresztą — czy warto codziennie rano powracać do tych już 

odstraszająco obrzydłych myśli, do tych cierpień, które znosić muszę i z których 
się jednocześnie śmieję?

Nie mam ani złamanego szeląga. Z banhofu terespolskiego trzeba z Helą wracać 
tramwajem. (Nie mówię o jeździe w tamte stronę. Trzeba ten półmilowy kawał drogi 

zmierzyć...) Odprowadzając ją wieczorem także trzeba jechać. Tymczasem... do 
sprzedania — nic już nie ma, a pożyczyć nie mogłem dziś. Byłem u Zwana, 

Radzikowskiego, Karwasiń-skiego, Zydlera... Co jutro będę jadł? Dziś zjadłem 
ostatni kawałek chleba. Jutro idę do dyrektora Instytutu * z prośbą o 

pozostawienie mię na tym samym kursie. Prawdopodobnie nic z tego nie będzie, 
gdyż prośbę tę podaję za późno. Jest mi jednak wszystko jedno. Nie ma 

nieszcz<;«ci,, którego bym się obawiał teraz. Chcę tylko unikać głodu.
A jeśli nadejdą chwile, że go uniknąć nit będzie można — odbiorę sobie życie. 

Nie mam możności p "acy. Każdy, kto by czytał te notatki, zauważyłby zapewne, że 
jestem sentymentalnym mazgajem — i nie miałby żadnej racji. Jestem zdecydowany 

rąbać drwa, nosić wodę, pracować jak parobek. Ale dlaczego ja tych zajęć pełnić 
nie mogę? Dlatego, że nie dano by mi ich. Jestem urodzony * i wychowany. O, 

przeklęte urodzenie i wychowanie! Chłop ani andrus nie umrze w Warszawie z 
głodu, a student umrzeć może. Zjawia się siła odporna — duma i upór nieugięcia 

się do żebraniny. O, jakże piekielnie jestem nieszczęśliwy!
WARSZAWA, 1887

21
Helunia przyjedzie i patrzeć mi będzie w oczy aksamitnymi źrenicami, nachyli się 

ku mnie, szepnie: „kochasz mię jeszcze?"
Wiszę na brzegu przepaści i uczepiłem się rękami o gałązkę. Staje nade mną moja 

ubóstwiana i cudownymi oczyma patrzy — a pyta: „kochasz mię jeszcze?"
A, to męczarnia!

Nieopisana kraino piękna — ciebie jedynie żałowałbym umierając. Żałowałbym sumy 
ogólnej przejawów stwarzających — życie. Kiedy zamknę moją izbę i rzucę się na 

łóżko z Taine'em, wszystkie te brudy i strzępy opadają i nikną. Widzę wtedy i 
siebie w liczbie modelów do studiów, do odtwarzania. Życie w ogólnej sumie — to 

piękno. Czyż można nienawidzić ludzi? Czy dziś żywię do dwu moich nieprzyjaciół 
aby iskierkę nienawiści? Nie przebaczyłem — ale zapomniałem. Sądzę, że nie 

istnieje wcale przebaczenie, ale zapomnienie.

background image

Nieszczęścia i nędza — są najlepszymi katechizmami altruizmu. Nudziły mię nieraz 
po wytwornych obiadach pół roku temu głosy katarynek, fletów podwórzowych — dziś 

współczuję tym tułaczom, bo jestem im najzupełniej równy. Nie jest to moją 
zasługą — to logika uczuć. Litość rodzi się w nas bez naszego współudziału.

Trzecia   rano.
Wschód słońca. Huczy jeszcze gdzieś daleko po bruku jedna dorożka. Okno moje 

otwarte. Wlatuje przezeń co chwila świeży, zimny strumień wiatru, chwieje 
płomieniem mojej lampy i jakby znudzony pustką mojego pokoju — ucieka.

Wszyscy ode mnie uciekli — co by on tu robił w moim niewesołym towarzystwie? 
Spać nie mogę. Czytam Taine'a, Malota,* Dygasińskiego i myślę, myślę...

iii
sm

m,
22 _____________           _______  DZIENNIKI, TOMIK XIII

To chwila poezji miasta. O, poranku, poranku wiosenny, czemuż nie wszystko takie 
cudowne, dobre i błogosławione jak ty?

7   czerwca   (wtorek).
Wstałem rano, ubrałem się i poszedłem do Radzikowskie-go z celem pożyczenia 

pieniędzy... (kilkunastu kopiejek wyraźniej mówiąc). Nie miał. A może „kredyt 
mam już tak zachwiany", jak mówi Chonowski? Stamtąd do delegata * — nie zastałem 

go. Czułem, że oczy mi gasną, jakbym przestawał patrzeć. Poszedłem do „kolonii" 
prawników — i pożyczyłem rubla od Tomaszewskiego. Gdy tam wchodziłem, musiałem 

mieć szczególny uśmiech na twarzy. Złodzieje mają taki uśmiech. Ach, trzeba 
straszliwej odwagi, by wymówić wyrazy:

— Czy nie moglibyście, kolego, pożyczyć mi rubla?
Staczam się w przepaść. Zaczynam być cynicznie odważny.

Przed dwunastą poszedłem z Zydlerem do Taniej Kuchni. Jedyny człowiek, w oczach 
którego chciałbym być uczciwy. Każde jego słowo ma dla mnie wartość 2:łota. 

Staliśmy dziś u niego w oknie, gdy zjawił się na podwórzu śh;py jakiś chłopak i 
zaczął śpiewać. Rzucił mu dziesięć groszy — brakło mu z tego powodu na rosół w 

Taniej Kuchni.
Powiedziałem mu, że zaczynam go szanować — i szanuję go.

O pierwszej wsiadłem do tramwaju, oddawszy poprzednio prośbę Izmajłowowi i 
otrzymawszy rozkaz zjawienia się jutro po odpowiedź — pojechałem na Pragę. Była 

to jedyna dobra chwila. I za nią zostałem ukarany. Za każdym moim promykiem 
radości idzie nieodwołalnie — długi cień. Przeklętym jest nie radość, nie 

szczęście, ale każdy dzień, każda minuta wolna od smutków i trosk.
WARSZAWA. 1887

23
Wysiadając z wagonu pani Helena szepnęła uprzejmie: „dzień dobry". Weszliśmy do 

saloniku klasy pierwszej. (Jak to nas wysoko wznoszą kochanki: aż do klasy 
pierwszej!)* Mówiłem, jak zwykle, coś od rzeczy. Jedno małe jej zdanie: 

„wszystko mi jedno" — uderzyło mię jak prąd powietrza. A — wszystko więc jedno?
Nigdy nie można liczyć na swe uczucia, nigdy kobiety, którą się ubóstwiało, nie 

spotyka się bezkarnie. Nastąpiła mi na palce z całym spokojem... mężatki. 
Stanęły mi pierwszy raz od dawna łzy w oczach. I ona powiedziała mi, że jestem — 

potępiony. Oddałbym wszystko za jej współczucie. Ale stało się! Zamykam moją 
izbę i nie uwierzę już nigdy w uczucia takie, jakie miały nas łączyć.

Tymczasem zostawiam jej po sobie żar pocałunków i wspomnienie, że była moją 
kochanką. Pomimo wszelkich kobiecych sofistyk musi to pamiętać — i to jedyna 

moja zemsta. Gardzić ani zapomnieć nie mogę. Tyle razy próbowałem i nigdy się 
nie udała — ani wzgarda, ani zapomnienie.

Naznaczyła mi rendez-vous o godzinie 6 na Nowym Świecie. Może nie pójdę.
11   w  nocy.

Helunia już daleko. Zapewne mija Nowo-Mińsk, mój ukochany Nowo-Mińsk...
O szóstej — poszedłem na Nowy Świat. Zaledwie przeszedłem parę razy tam i nazad 

przestrzeń między Warecką i Świętokrzyską, dostrzegłem jej wielkie, szukające 
mię oczy. Przeleciał po mnie przeklęty, galwaniczny prąd... Byłem już w jej 

mocy.

background image

Ulicą Berga doszliśmy — do ogrodu.* Zauważyłem, że swobodniej mogliśmy rozmawiać 
u mnie niż w ogrodzie. Chodziło o czas — a mieliśmy go ledwo godzinę. Jedno 

jeszcze słowo prośby i byłaby przychyliła się do niej. Lecz ja sam nie nale-
24 DZIENNIKI, TOMIK XIII

gałem więcej. Jakiś wstyd czy duma biedy rnojej wobec tej najbliższej mi — 
wstrzymywały mię. Zrzekłem się dobrowolnie rozkoszy — na korzyść dumy. 

Szczególne zjawisko w epi-kurejskiej mojej duszy. Weszliśmy do ogrodu, usiedli 
na ławeczce w alei owocowej i rozmawiali wesoło, dowcipnie do wpół do ósmej. 

Odprowadziłem ją następnie na Bednarską do p. Niemirowej. Za pół godziny miała 
wyjechać, minąłem więc most i czekałem przy pierwszej stacji tramwajowej. Brzegi 

wiślane, zielone brzegi, drzewa i samą wodną dal rzeki kryła mgła. Smutne były 
moje myśli. Stoję tam, czekam, jestem głodny, zmęczony, niepewny jutra — i bawię 

się: odprowadzam żonę jadącą do męża... Gdybym choć mógł sobie zdać sprawę z 
tego, czy ją kocham! Wiem tylko, że pozostawia po sobie zamęt uczuć, smutek 

myśli, smugę jak mleczną drogę — na którą żadne uczucie, żadna myśl wstąpić nie 
może. Po co mnie to, po co, po co?...

Nie mogę się doczekać — wskakuję w tramwaj i dojeżdżam do dworca. W kwadrans 
przyjeżdża ona. Pociąg odchodził o 10 — mieliśmy więc godzinę czasu. W saloniku 

sąsiednim siedział jakiś stary cymbał — zasłoniliśmy więc roletę, zasunęli się w 
kąt kanapy i całowali usta, oczy, włosy. Zdjęła kapelusz. Zdaje ci się, żeś 

teraz dopiero zobaczył — poznajesz ją: to Helena. Ćmią się te oczy ud jakichś 
wichrów wewnętrznych jak chwiejące się płomieni*;. Poznajesz, przypominasz sobie 

zapach włosów, aksamit twarzy, ciepło rąk.
Wszedł do sąsiedniego pokoju rycerz jakiś i usiadł w drugim kącie jego, 

naprzeciwko starego Niemca. Na próżno zasuwaliśmy się za konsolę: jeden lub 
drugi musiał nas widzieć.. Zaczynamy więc gorączkową, swobodną rozmowę, jakby 

nam pocałunki otworzyły oczy i rozgrzeszyły język. Docinamy sobie dowcipnie, 
skaczemy z przedmiotu na przedmiot, uczucia poczynają się rwać, pędzić z 

szybkością wściekłego konia, sarkazm, ironia, szyderstwo, modlitwy, skargi 
następują po sobie ze straszną nielogicznością myśli i z szekspirowską logiką 

uczuć.*
WARSZAWA, 1887

Dzwonek.
Usta zatrzymały się na nie domówionych słowach, a między oczyma naszymi 

przesunęła się chmura żalu, smutku...
Stary Niemiec i młody dragon wynieśli się — a więc ostatnie jeszcze ,,do 

widzenia", potem plasowanie się w wagonie — i rozmowa przez spuszczoną szybę.
— Przyjedziesz?

— Jestem teraz tak przesiąkły pożytecznością i tak biedny, że jadąc muszę 
wiedzieć — po co?

— Po trzecią moją fotografią.
— Ubliżasz sobie częstując mię... krzywym nosem... fotografii.

— Kiedyż to zauważyłeś?
— Dziś.

— A więc fotografia zaszczyt przynosi rodzinnemu twojemu miastu.
— Lecz ujmę tobie.

— Więc tą ujemną mną nagrodzę twój przyjazd do B.
— Wiem, wiem, że tylko u j e m n ą...

— No... dodam jeszcze kilka ślicznych całusków.
— Byłbym pokrzywdzony.

— Więcej dać nie mogę.
— Jedno... „dobranoc"...

— Powiedział mi mój spowiednik, że „nie trzeba igrać z własną stałością".
— Mądry kapłan! Nie dodał czasem, że to psycho-fizjolo-giczne doświadczenie 

winien swej... niestałości?
— Dodał... że jestem mężatką.

— Kochającą zamiast męża...
— Dzieci.

— Nie wiedziałem, że zaliczam się jeszcze do rzędu dzieci.
— Paskudnych.

— Ale kochających.

background image

— Namiętnie, nie uczciwie...
— Namiętne kobiety.

DZIENNIKI, TOMIK XIII
— Skądże to uogólnienie?

— Ze wspomnień...
— Przeklętych.

— Przez księdza.
— I przeze mnie.

— Dopóki   nie   będą   błogosławione  na  nowo  przez   nas oboje — prawda?
— Wypędź ty tego złego ducha ze siebie — tak bym kochała wtedy...

— To on do ciebie poleci.
— Lepiej by już było.

— Dla pana Leona.
— Dla ciebie.

— Dwuznacznik — czy obietnica?
— Dowiesz się w B.

— Wątpię, bo cel ten... nie uświęca środków.
— Kto wie?

— Ja wiem na pewno.
— Że...?

— Że jesteś za dobrą i gościnną, by zmuszać mię do pozostawania w Warszawie.
— A więc czekam.

— Ze wspomnieniami?
— Jeśli je wskrzesić potrafisz, to...

— To?
— Może ich... nie zabiję.

Trzeci dzwonek — ta cudowna główka wychyla się, wychyla i niknie w czarnych 
szmatach nocy.

A teraz — moje piąte piętro, zamęt w uczuciach, noc bezsenna i dziwne coś, jak 
namiętny, spazmatyczny płacz.

9  czerwca   (czwartek)
9  czerwca   (czwartek).

Nowiński  przeczytał   mi  wczoraj   własnych  parę   aforyz-
WARSZAWA, 1887

mów, jakie sobie zapisał w notatkach pod wpływem nowej naturalnie (od dwu 
tygodni) — miłości do panny Katarzyny S. Oto, co mówi:

Ludzie uczucia — lubią wszystkich, a w zamian są przez wszystkich nie lubiani; 
ludzie rozumu — nie lubią nikogo, a są przez wszystkich lubiani.

Mężczyzna powinien być wcieleniem rozumu, dziecko — wcieleniem uczucia, kobieta 
— harmonijnym połączeniem rozumu z uczuciem.

Nie ma nic wstrętnie] szego nad uczuciowego mężczyznę, rozważną tylko kobietę i 
zanadto mądre dziecko. Kobieta z natury rzeczy powinna: 1) zaspokajać potrzeby 

mężczyzny i 2) równoważyć swym uczuciem jego chłód rozumowy.
Recepta więc jest. Brakuje tylko aptekarza, który by z niej zrobił odczyn na 

chorobę sercową zakochanych młodzieńców... Szkoda, że ja nie uczyłem się 
matematyki * — umiałbym wygłaszać paradoksy w kształcie twierdzeń: „kobieta 

powinna być harmonijnym połączeniem rozumu z uczuciem". Bagatela! Harmonijne 
połączenie rozumu z uczuciem — gdyby to w naturze znalazł się taki okaz! Chodzi 

bowiem tylko o ten wyraz... „harmonijne". Grek ideał doskonałego piękna 
przedstawiał sobie w posągu hermafrodyty — ja, jako gruntownie zepsuty 

Europejczyk, nie mogę sobie wystawić, wyobrazić kobiety — mało kobiety — istoty 
ludzkiej, która by była „harmonijnym połączeniem rozumu z uczuciem". Pomimo to 

jest w tych sofizmatach jeden, przesadnie wyrażony, ale wysoce prawdziwy: ,,nie 
ma nic wstrętniejszego nad uczuciowego mężczyznę". Wstrętnie j szy m być może 

np. człowiek bez serca, ale że uczuciowy jest wstrętnym — nie ulega kwestii. Nie 
ulega też kwestii, że pragnąc podbić serce kobiety — trzeba nosić maskę chłodu. 

One potrzebują, chcąc kochać, stwarzać sobie w ideale mężczyzny — ideał siły i 
zimna.

Na cóż się to jednak przyda dowodzić, że ,,mężczyzna powinien itd.", jeśli 
jesteś moralnym mieszańcem, preparatem

i

background image

28 DZIENNIKI, TOMIK XIII
nerwowym, kierowanym przez temperament jedynie, skłonnym do halucynacji, 

mieszaniną zwierzęcia i poety, jeśli rozum twój — to natchnienie, cnota — to 
sentymentalność, jeśli kierownikiem, reżyserem twojego życia jest — wyobraźnia 

jedynie...?
Przeczytałem wczoraj dwie tendencyjne powieści: Panna czy pani? Wilkie Collinsa 

* i Zdrożności! francuskie Hektora Malota. Pierwsza jest tendencyjną... po 
angielsku, druga straszliwą, przybijającą do ziemi, buntującą satyrą na 

społeczeństwo angielskie. Szczedryn umie w ten sposób szydzić. Prawdziwe 
zadowolenie sprawiła mi powieść Dygasińskiego Właściciele *, zaletą której jest 

dickensowska prawda. Komu przyszłoby do głowy opisywać takie rzeczy:
Tająca się kasza wygórowała ponad garnkiem, prztykała, pykała, rozstrzeliwała 

się to na ogień, to na kuchnię i jak wulkaniczna lawa ściekała po bokach swego 
krateru. Silnie zakipiał rosół, stercząca ku górze noga kury wznosiła się i 

opadała wirując dokoła wewnętrznych ścian garnka. W trójnożnym tygielku tłustość 
zajęła się płomieniem i dodała nowego rodzaju oświetlenia tym wszystkim wypadkom 

nadzwyczajnym, jakie zdarzyły się w kuchni, itd.
Nieopisanie cudowną jest niby miłość „Sobka roztroperza" i Franki gęsiarki. Oto, 

jak się poznają:
— Skądżeś ty, dziewucha?

Franka spojrzała nań bojaźlłwie, ale nic mu nie odpowiedziała.
— Siedzi nikiej niemowa! — mruknął chłopak. — Czemuż co nie powiesz? Słyszysz? 

Czyjażeś ty?
Franka znowu spojrzała, już teraz nieco śmielej. On był do niej podobny, miał 

takie same nogi czarne, błotem przerosłe, a w ubiorze dziur pełno. Ośmieliła się 
i powiedziała:

— A ty czyjżeś?
— Ja niczyj, ino Pana Jezusa! Ty służbą chodzisz czy co?

— Przyszłam z listem z hańtego dworu, kaj gęsi pasam.
— Jakże ludzie na cię wołają?

WARSZAWA, 1887
29

— Franka gęsiarka. A jakże tobie na przezwisko?
— Na mnie wołają Sobek roztroperz. Cóżem cię dotela nie widział nigdy na błoni z 

gęsiami?
— Na błonie nie chadzam, ino po podwórzu pasam.

— Będziesz tu długo siedziała?
— Dyć nie wiem; kiej się przymierzchnie, polecę do domu.

— Bez wieś polecisz?
— Nie, poza stodołami.

— No, to poczekaj, jak cielętom ze stodoły wywiozę obrok i słomę, odprowadzę cię 
do domu.

— Ta dobrze.
... — Franka — lubisz ty końpus?

— Mam lubić, kiedym go nigdy nie jadła.
Roztroperz wziął w obie ręce krajankę chleba, rozłamał ją na dwie połowy, przy 

czym rzadki twaróg rozlewał mu się po brudnych palcach; jedne podał France...
Przepyszne, nienaśladowane psie rozmyślania i ta szczegółowość uczuć, 

analizowanie ich, intuicyjne zbadanie myśli takich istot, jak gęsi, psy, koty — 
dają Dygasińskiemu prawo na genialność niemal w tym przedmiocie.

Z powstrzymanym oddechem śledzisz straszliwe intrygi, zachodzące między gęsiarka 
[a] „roztroperzem", wsłuchujesz się w to życie i widzisz je, poznajesz, 

przypominasz sobie. Większa dbałość o czystość stylu może poprowadzić tego 
pisarza na jedno z pierwszych miejsc w naszej literaturze. Trzeba mieć jakiś 

specjalny mózgowy mikroskop, aby zobaczyć tyle szczegółów drobnych, tyle rzeczy 
widzianych co dzień — i aby je opisać. To dickensowski artyzm.

Pisałem wczoraj  dowcipny list do Heleny. Ciekawym,  co mi odpowie.
Dziś czytałem przytoczone powieści przez całą noc. Gdy się rozwidniło, zgasiłem 

lampę i czytałem do końca Zdroż-ności. O drugiej w nocy przyniosłem sobie wody. 
Gdy po-

DZIENNIKI, TOMIK XIII

background image

myślę, że za trzy dni trzeba będzie znowu windować ten dzban — strach mię 
bierze. Trzeba bowiem wybierając się po wodę zbadać, czy wszyscy już w domu 

śpią. Gaz na schodach pogaszony. Wtedy cichutko, na palcach zsuwam się ze 
schodów, badam przez chwilę, czy na podwórzu nie ma kogo, podkradam się do 

wodociągu — odkręcam. Woda wpadając w dzbanek huczy jak wodospad, hałasuje — 
zdaje mi się, że woła na całe gardło: „patrzcie, co on robi, nie wstydzi się sam 

wody nosić! Patrzcie, panny z parteru, blondynko z pierwszego piętra — patrzcie 
— ha, ha, ha!"

Zamykam mimo woli oczy... Wreszcie dzbanek pełny — zmiatam więc, pędzę po 
schodach jak diabeł, a stanąwszy w moim dusznym pokoju — tchu złapać nie mogę, 

słaniam się, wreszcie padam na łóżko i leżę długo bezwładny prawie.
Noszenie chleba ze sklepiku, nafty — nie jest także wesołe. Chleb obwija się w 

papier, nadając mu, o ile możności, formę prostokąta... Śmieszne to — a jednak, 
ileż to przykrości sprawia uśmiech politowania stróża, służących spotykanych na 

schodach, gdy widzą, że ty sam chleb sobie nosisz!
Ale za to — jakże dobrym jest ten chleb, jak zimną i smaczną wydaje się woda! 

Dziś nie jadłem obiadu, nie jadłem prawie nic. Głowa mię boli cokolwiek, bo 
Nowiński upoił nas z Zydlerem — maślaczem. Chleb na śniadanie1, chleb na obiad, 

chleb na kolacją — i maślacz... to rozumiem. Dawno już nie piłem herbaty. Wodę 
muszę oszczędzać na :aycie, suchy więc chleb je się rano.

Wszystko to nic jeszcze wobec dziury, gangrenującej podeszwę kamaszka z lewej 
nogi! Zaczynam już odczuwać ostrość kamieni, mogę chodzić tylko po tretuarze — 

zachowaj Boże! po żwirze...
... Świat ci zbrodnię rad przebaczy, Nie przebaczy — dziury w bucie.

WARSZAWA, 1887
31

Co dzień przybywa mi więcej szczegółów do moich Sil. Żadne poważne myślenie ani 
nauka — nie zdoła leczyć tak skutecznie, radzić tak umiejętnie jak... zbieranie 

materiałów do Sił.
Nieraz w ciągu dnia — głowa opada na dół, siadam bezwładnie i nie mówię, ale 

czuję czy słyszę wyraz: umrzeć.
10   czerwca.

Zawsze się dziwiłem, że moraliści potępiają wiarołomstwo tylko w imię związków 
prawych; czemu nie potępiają w imię szczęścia? Może by chętniej byli wysłuchani?

Odważcie się na koniec powiedzieć, że kochać istotę, która do kogo innego 
należy, jest dla człowieka największą klęską i największym obłędem.

Czymże jest owa przelotna rozkosz, jaką mężczyzna znajduje u cudzej żony? O 
jakim to szczęściu mówią oni w związku, w którym oboje z konieczności wzajemnie 

się oszukują? Przysięgają sobie wierność, a każde ich tchnienie jest 
niewiernością. Kłamstwo duszy i ciała; nie ma chwili takiej, w której by 

najbardziej kochający i najbardziej kochany nie zmuszony był sobie powiedzieć: 
ona mnie oszukuje, kłamie; płodzi dla innego w kłamstwie i zbrodni. Jest to 

zbrodnia spełniona w imię ludzkich umów lub w imię nieśmiertelnej miłości.
I wy to nazywacie powodzeniem, zwycięstwem, radością, szczęściem, rozkoszą, 

szczęśliwością!
Ja to nazywam rozpaczą.

EDGAR OUINET Nowy duch *
Panie GJuinet! — i ja to nazywam rozpaczą. Musiałeś się pan kochać w cudzej 

żonie, bo wiesz dobrze, że to rozpacz.
11   czerwca   (sobota).

Rano przyszedł do mnie (rano trwa u mnie dotąd, dopóki śpię, tj. do godziny 12 w 
południe) — Otoś, Wasilkowski, Karwasiński, Chonowski i Zydler. Wszystkie myszy 

w po-
32 DZIENNIKI, TOMIK XIII

koju uciekły ze straszliwym przestrachem usłyszawszy niebywałą wrzawą 
demokratów. Zydler obciął sią wczoraj z astronomii, Chonowski — z analizy.* 

Delegat zdaje z wielkim trudem. Z naszego kółka zdaje jeszcze trzech: Kazio, 
Bielnicki i delegat. Nawet nasz znakomity przyrodnik, Ludwik,* obciął sią z 

anatomii porównawczej. Wasilkowski napisał mi ulubioną jego dumką Szewczenki, 
którą deklamuje z patosem:

flO EOrflAHA XMEJIŁHJmbKOrO

background image

HK-6n TO TM, Eorsane, II'HHMH Tenep na nepencjias TBI na aaMHMiije
SflOpOBO  6  ynHBCb

M
PosyMHMM SaibKy! M B

2KnfliBCKiJł xaii 6
A6o 6 B KajiiOHci yionHBCfa,

B Sarnie
To6i, BejmKMił

cjiaBHnił, Ta ne HK-ÓM TM na CB!T ne A6o B KOJiMcrti me ynHBCb, To ne Kynas 6n H 
B KajiiO5Ki Te6e, npocjiasHoro. AiniHb.

TĄPAĆ UIEBHEHKO *
Byłem w redakcji „Tygodnika" * i nie zastałem tego nieznośnego  redaktora.  

Chciałbym  raz już wiedzieć rezultaty.
Odebrałem list od pani Heleny.

Stefu — drogi mój przyjacielu!
Nie miałeś widać chęci do gawędy ze mną: listu dzisiaj nie ma! A ja łąk byłam 

pewną, że go otrzymam...
STUDNIA W OGRODZIE SASKIM (ST. WOLSKI)

WARSZAWA, 1887_________________________________________________       33
Pretensji o to nie mam wcale do ciebie; Twoje życie obecne — jest rzeczywiście 

tak smutne, że nie dziwię się wcale, jeśli zbraknie ci ochoty do rozmowy nawet z 
najbliższymi sercu. Widzenie się nasze było tak krótkie i, jak zwykle w 

początkach, tak kłótliwe i nienaturalne, że nawet zapomniałam pytać Cię, jak 
obecnie życie sobie urządzasz — po prostu, jakie masz fundusze do życia? Troska 

o byt codzienny jeszcze bardziej wyczerpie Twoje siły i tak już nadwątlone. 
Dziś, kiedy Cię nie widzę, ciągle mi się ta myśl nasuwa. Sam jeden na świecie — 

nikt nawet ci z pomocą nie przyjdzie. Czy na serio porzuciłeś twoje kursa? 
Szkoda roku — ja tak pragnęłabym prędzej widzieć cię wolnym od kłopotów 

codziennego życia! Odpisz mi, Stefku mój jedyny, szczerze, co myślisz, wierz w 
moją przyjaźń — zawsze jesteś mi bardzo drogim i nic nie byłoby w stanie zmienić 

mię dla Ciebie. Toteż każdą Twoją troskę odczuwam i cierpię nad nią na równi z 
Tobą. Jeśli możesz — przyjedź teraz do nas. Przywieziesz mi swoje powieści i... 

dziennik. Ten mój prawdziwy przyjaciel — on mi prawdę najszczerszą powie o 
wszystkim. Jakże często teraz myślą jestem na twojej górce; gdyby to było w 

mojej mocy, jakżebym pragnęła rozjaśnić ten twój kącik; dziś żałuję, że go nie 
zwiedziłam — dokładniejsze miałabym pojęcie o twoim życiu.

Czy wierzysz, Stefu, w uczucie moje dla ciebie, czy wierzysz, że warto żyć na 
świecie? Nie zamykaj się przed ludźmi — samotność to bardzo zły doradca, tym 

bardziej dla ludzi Twego usposobienia. Dwu przyjaciół Cię zawiodło, to jeszcze 
nie dowodzi, aby wszyscy byli tacy. Byłeś łatwowierny. Praktyka życia i zawody 

nauczą cię być ostrożniej-szym. Żal mi cię niewypowiedzianie, rada bym Ci 
przesłać słowa pociechy i zachęty do życia; jeżeli więc rzeczywiście straciłeś 

wiarę w ludzi — to żyj dla mnie;", a bądź pewny, że na mnie nigdy się nie 
zawiedziesz. Dziś jestem samiuteńka: Leon w Ciciborzeb, reszta w kościele, 

kończyć jednak muszę, bo Emilowie idą. Polecając Cię więc Bogu, proszę — nie 
zapomnij o —

Helenie,
Przysięgają  sobie wierność,  a każde  ich  tchnienie jest niewiernością.

Odpisałem jej list, w którym ją żegnam na zawsze, proszę o zapomnienie o mnie. 
Nie wiem tylko, czy go wyślę.

" Znakomita i czysto damska logika! b Co to za zwierzę?
3 — Dzienniki t. IV

DZIENNIKI, TOMIK XIII
Weź je na powrót, panie — woń ich uleciała, a wszelkie dary lichymi się stają, 

gdy dawca martwi.*
Biedny Hamlecie!

13   czerwca   (poniedziałek).
Fakt niezmiernej doniosłości! Jadłem wczoraj obiad w Taniej Kuchni. Ale za jaką 

cenę?!

background image

Za cenę Poezyj Kościelskiego, Psychologii pozytywnej w Anglii Ribota, Odrodzenia 
i reformacji w Polsce Szujskie-go etc., które sprzedałem za 3 złote polskie 

groszy 20 — antykwariuszowi z Chmielnej.
Po obiedzie, jak porządny obywatel warszawski, poszedłem w Aleje. Tłum pojazdów, 

powozów, procesja wystrojonych dam, uśmiechy, wesołość, szczęście. Gucio Potocki 
w faeto-nie z groomami,* kolega mój — Kiczorowski — rozparty w karecie, ja tylko 

jeden tam byłem w najzwyczajniej dziurawych butach. Spotykam Rogalskiego: ma 
trypra. Idę z nim do mnie i daję mu pół flaszki pozostałości moich lekarstw. 

Nędzarze — czy nędznicy?
Później idziemy obadwaj do Radzikowskiego na proszoną herbatę. Piłem herbatę — 

całe dwie szklanki! Odprowadziliśmy z Tadeuszem Karola * na Piwną i wrócili — ja 
o godzinie pierwszej do domu. Spać nie mogłem., łaziłem więc po pokoju do 

trzeciej. Gdy już szarzało i wróble zaczęły się awanturować w ogródku — zniosłem 
wiadro pomyj, przyniosłem sobie wody. Dzień już był, gdym się położył. Obudziło 

mię gwałtowne stukanie: Halik z Charkowa przyjechał i przyszedł z Rogalskim. Nie 
poznałbym go! Zmienił się, spa-noszał. Rozglądając się po mojej norze z dziwnym 

niesmakiem, zapytywał mię, jak ja tu żyć mogę? Była to godzina 12, ubrałem sią i 
poszedłem do redakcji. Stary * zauważył, że „uwodzenie mężatek — to rzecz nie na 

czasie". Z miejsca zaadresowałem do mistrza.* Sam wrzuciłem w puszkę.
WARSZAWA, 1887

35
W bramie dziś — pan rządca prosił mię, „bym był łaskaw... za czerwiec". Nie 

domawia wyrazu „zapłacić".
Do klawiatury, istniejącej w podeszwach moich kamasz-ków, przybyło kilka nowych 

klawiszy. Gdy po deszczu wracam do domu — słyszę dziwnej treści marsz 
pogrzebowy, wydobywający się z butów.

Chleba na jutro już nie ma.
Czuję, że w układzie muskułów mojej twarzy wypisał się wyraz: troska. Opuściło 

mię i pognębiło wszystko. Z rozkoszą położyłbym się i nie budził więcej.
Helenie nie odpisałem, a raczej nie posłałem napisanego listu. Nie odpiszę jej 

wcale. Ona dobra, bardzo dobra. Choćby nawet w ostatnim jej liście nie było ani 
cienia prawdy, to za to, że w ciągu tych dni odezwała się do mnie w ten sposób, 

zasłużyła na wielką moją wdzięczność. Cóż ja jej odpiszę? Co może napisać do 
kochanej kobiety człowiek głodny, człowiek złamany, niebywale, straszliwie 

upokorzony? Co raoże napisać człowiek, któremu czaszkę rozsadza mózg szalejący 
nad wynalezieniem środka ratunku, środka wybrnięcia z tego potwornego bagna? 

Budzisz się rano i od razu — upijasz się tą nędzą. Co począć, co robić? Pracy, 
pracy! Któż ją da, komu o nią mówić, do kogo się zwrócić? Wszystko się łamie, 

pęka jak lód pod topielcem. I czuję, że idę na to straszliwe dno życia. Co 
począć?

Jakaś senność opanowywać mię zaczyna. Mam minuty takiej apatii, że pozwoliłbym 
się zwymyślać, bić, znieważać. Czasami znowu jestem niebywale dowcipny, wesoły. 

Wtedy
DZIENNIKI, TOMIK XIII

tylko musi się jakoś dziwnie spłaszczać mózg, kiedy ze śmief-telną trwogą 
zaczynam się zapytywać siebie: ,,Co się to dzieje? co będzie?"

Lampa mi gaśnie. Przymusowo spać iść trzeba lub spacerować po ciemku. Nie 
odpisuję ci, Helu, bo mię wstyd. I nikt nie zdoła pojąć tego straszliwego 

wstydzenia się nędzy i upokorzeń, jakiego się doznaje wobec istot kochanych. 
Zresztą — ja nie wiem, czy ją kocham. Wiem tylko, że kiedy mię napada „czarna 

noc" i gdy już nigdzie, nigdzie nie widzę nic — to o Helenie myślę.
Ach — umrzeć już!

15 czerwca (środa).
Nędza, w jakiej żyję od dni paru, nie da się z niczym porównać. Stałem się 

bezmyślną istotą, doznającą jedynie wstrząśnień nerwowych. Wstrząśnienia te 
zamieniać się zaczynają w stan ciągły: morduje mię huk powozów, głośne rozmowy, 

głos dzwonków.
Wczoraj nic nie jedliśmy z Zydlerem do godziny czwartej. Za pożyczone od 

Chonowskiego dwa złote kupiłem chleba i cztery serdelki. Zjedliśmy ten obiad u 
mnie. Rano zaś — on przyszedł do mnie i poszliśmy obaj... „szukać obiadu". 

Szukać obiadu — znaczy siedzieć w owocowej alei wyczeku-kując, czy nie zjawi się 

background image

ktoś — „dobry a głupi" — co by kupił obiad. Ponieważ „dobrych a głupich" 
nadzwyczajnie w Warszawie jest obecnie mało — spacerowaliśmy więc. W ciągu tego 

spaceru spotkaliśmy „moją X" — z siostrą. W brzuchu kruczy, huczy, wichry wyją, 
wodospady szaleją, w gardle zasycha od papierosów, kurzu i pragnienia. Pijemy

WARSZAWA, 1887
37

więc ,,na drugie śniadanie" (o pierwszym mowy nie było) — wodę w ogrodzie. Po 
opisanym wyżej obiedzie (poprzedzonym nieudatną próbą sprzedania jakiegoś 

matematycznego antyka u Gieysztora) — wracamy na miasto.
Stróż oddaje mi bilecik od Nowińskiego z zawiadomieniem, że p. Daszewski 

przyjechał. Zachodzę do niego — i nie zastaję naturalnie. Tymczasem zaczyna mię 
ogromnie boleć głowa. W skroniach pulsuje krew, czuję mdłości, ból w rękach, w 

ramionach. Idę więc do domu. Rządca! Prosi mię uprzejmie, bym „dziś, a najdalej 
jutro był łaskaw zapłacić". Bezsilny, bezmyślny, głupi i prawdziwie 

nieszczęśliwy, położyłem się. Nafty nie ma, a spać nie mogę. Całą więc noc 
przepędzam na myśleniu. Któż pojmie te splątane, bezmyślne, halucynacyjne 

rozmyślania człowieka pogrążonego w nędzy, upokarzanego co minuta — i nie 
znajdującego żadnego wyjścia, żadnego środka? Najrozmaitsze obrazy lecą z 

szybkością wściekłych rumaków, twarze psie, ludzkie, głosy, wrzaski — słyszysz 
co minuta w półśnie; zrywasz się, spacerujesz godzinami po izbie jak obłąkany 

tygrys — i znowu bezsilny upadasz na łóżko.
Ale oto — brzask poranka zagląda w szyby okna. Światło. Dzień. Ciemność pomaga 

halucynacji. Światło słoneczne jest pierwiastkiem trzeźwiącym dla umysłu 
naszego. Zasypiam spokojniej. Wtem budzi mię coś łażące po mnie: myszy. 

Wściekły, jak wariat gonię je w ciągu kwadransa, rzucam kamaszkami, książkami... 
A jeśli ja zwariuję?

A jednak wszystko toczy się logicznie, prawidłowo, mądrze. Siły, które, 
stosownie do naszych pojęć, nazywamy już to Bogiem, już avdćyx7)*, już to 

fatalizmem, są według wszelkiego prawdopodobieństwa pryzmatem, złożonym z 
naszych nerwów. Kto inny w moim położeniu nie widziałby ani Boga, ani 

konieczności, ani fatalizmu. Nieszczęście nie jest nieszczęściem, jeśli go nie 
odczuwamy.

38 DZIENNIKI, TOMIK XIII
Pan Daszewski chciał mnie poznać. Ponieważ nie widziałem się z nim, więc nie 

pojadę do Pniew. Zakomunikował mi to Nowiński dziś. Magnat — rzecz zwyczajna. 
Zurich — przepadł we mgle.* Marzeniu temu — wieczne amen.

Halik „pożyczył" mi 20 kop. Zjadłem obiad. Kiedy recytowałem Antosi: „sztuka 
mięsa, pieczeń z kartoflami i chleb" — zapytała mię cichutko: „co pan taki 

blady?"
Skąd wziąć sześciu rubli na zapłacenie mieszkania? — wszystkie myśli całego dnia 

dadzą się sprowadzić do tego zagadnienia. I nie znajduję odpowiedzi, choć mało 
mi nad nią łeb nie osiwieje.

Czytaliśmy z Jasiem Z. Placówkę Prusa. Samego autora spotykamy codziennie po 
parę razy. Taki niezdara, podobny do Gogola, w popielatym surducinie, z dwiema 

parami okularów — pisze tak cudowne rzeczy! Ja czytałem to po raz trzeci już.
W wielu razach ratuje mię Edgar Ghunet którego Nowy duch czytam obecnie.

Wróciwszy dziś (ostrożnie, by rządca nie usłyszał) do domu wieczorem, zastałem 
list następujący:

Środa. Nie będę tłumaczył się z tej krętaniny, jaka z wiadomymi korepetycjami 
się urządziła. Sąd, jaki na głowę moją spadł, nic mię zupełnie nie obchodzi: 

uczyniłem, jak mi się podobało. Propozycją, jaką niżej zrobię, proszę nie uważać 
jako naprawę złego. ° Do tego, co obecnie

" Styl  przynajmniej   mistrzowski!  Znać,   że  pisze   student uniwersytetu.
WARSZAWA, 1887

39
robię, jestem pobudzony okolicznościami, a nie „wyrzutami sumienia"." Ojciec 

chłopców, którym od 15 lipca do końca wakacji korepetycyj trzeba udzielać, jest 
obecnie w Warszawie. Do niego, tj. na ulicę Złotą nr 44, udać się muszę jutro, o 

godzinie l po południu z korepetytorem, którego przedstawić zamierzam. Proponuję 
przyjąć tę korepetycją {Mas-salskł przyjąć jej nie może, gdyż dostał lepszą — na 

cały rok). Potrzeba przedstawić się jako student prawa, któremu egzamina dobrze 

background image

idą, który przeto będzie mógł bardzo krótko zabawić u wyżej wspomnianego p. Cy-
prysińskiego. Czym krótsza komedia będzie, tym chyba mniej nieprzyjemna dla nas 

obydwóch.
Zajdzie nam zapewne potrzeba zamienienia słów kilku. Trudno — jeżeli propozycja 

zostanie przyjęta, musimy grać komedią, która do niczego nas zobowiązywać, 
rozumie się, nie będzie.

Proszę jeszcze raz tej propozycji nie uważać jako podarunek6. Mamy się zejść o 
123/« w południe. Gdzie? Proszę wskazać miejsce.

Machajski
Jeżeli o godzinie 10 odpowiedzi mieć nie będę, będę zmuszony szukać kogo innego 

lub samemu przyjąć wspomnianą korepetycją, choć zupełnie tego nie życzę sobie.
M.

Przyjąłem to upokorzenie z rąk mojego świeżego wroga, gdyż daje mi ono możność 
uniknięcia tysiąca upokorzeń i upodleń płynących — jako skutek — z nędzy. Daje 

mi ono gwarancją istnienia. Choćby to była łapka na mnie, choćby to był wybryk 
dobrego humoru, choćby to był pierwszy plan strategii moich eks-przyjaciół, 

która by mię miała pognębić bardziej jeszcze — przyjąłem, bo daje mi możność 
pracy, zarobku, życia.

Poszedłem do pana M. i oświadczyłem mu, że korepetycję tę przyjmę.
Dziś po południu spotkałem ją znowu. Czyste jej źrenice posyłają w ciemności 

mojej myśli dobrych posłów cichego
" Ma to być — ów cudzysłów — szyderstwo z twierdzenia mojego, że istnieje 

sumienie. Przyczyna sporu z Czaplickim. 6 Ani sensu, ani zwrotu tego nie 
rozumiem.

DZIENNIKI, TOMIK XIII
smutku. Ożenią się z nią. I jej jednej jedynej powiedziałbym wszystko bez 

zastanowienia. Wydaje się być bardzo dobrą. Na żadnej kobiecej twarzy nie 
widziałem uśmiechu, który by był w tak wysokim stopniu synonimem dobroci. 

Powiedzieć, że ją kocham, byłoby przesadą. Ja ją lubię, lubię bardziej niż 
Helenę. Helenę mogę kochać — tę dotychczas lubię. Lubię przyglądać się każdemu 

jej ruchowi, naturalnemu i nacechowanemu jednocześnie kokieteryjnym 
zawstydzeniem. Z prawdziwą rozkoszą przysłuchiwałem się jej głosowi. Mówi 

szybko. Nie będzie ona nigdy ideałem, pięknością, za którą się szaleje, nie 
będzie kobietą-aniołem ani kobietą-szatanem. Ona jest i będzie kobietą. Wszystko 

w niej jest kobiece. Ona będzie kochać ogromnie, ale tak cicho, że tylko łzy jej 
o tym wiedzieć będą. Najbiedniejsza szwaczka odrzuciłaby mię, gdyż jestem 

wstrętnie nieznośny z moimi monomaniami, zdaje mi się jednak, że ona by mię nie 
odrzuciła, boby mię pojęła.

16 VI (czwartek).
Czymże jest pesymizm, jeśli znika przy pierwszym zetknięciu z pomyślnością? Nie 

jest uczuciem stałym, bezwaru ikowo nie. Wskażcie mi pesymistę, który by 
wyrzekał na sło, gdy jemu dobrze, ciepło, wygodnie? Frazeolog :. będzie.

Spotkało mię dziś... „przeklęte szczęście"/* Nazywam je przeklętym, bo przyczyną 
jego — są pieniądze, pomyślny zwrot interesów.

Oto o godzinie pierwszej poszliśmy do p, Cyprysińskiego. (Skąd ten człowiek 
wytrzasnął takie nazwisko?) Rozmawialiśmy o interesie z przymusem. Sytuacja 

głupia niewymownie! Wchodziemy. Mieszkanie urządzone elegancko. Spotyka nas sam 
pan C., człowiek nadzwyczaj miły, swobodny, wesoły i rozumny. Sądzę tak z 

zachowania się jego względem Ma-chajskiego. Traktował go jak przyjaciela.
Ugoda następuje: 50 rubli za miesiąc od 15 lipca do 15 sierpnia i koszta 

podróży. Zajęcia 5 godzin dziennie z dwoma
WARSZAWA, 1887

41
chłopcami z klasy pierwszej i drugiej. Proponuje mi zaliczkę — rs. 10. Przyjmuję 

ją naturalnie jak zbawienie. Adres: przez Ciechanów (droga Nadwiślańska) — w 
Szulmierzu.

A więc — kupisz sobie, obywatelu, spokój i zapłacisz mieszkanie. Jakież to 
szczęście: zapłacić mieszkanie! Za cenę? Za cenę — uśmiechu pana Wacława, który 

jednak jest małym pociskiem w zwycięstwie życiowym.
Zafundowałem Jasiowi Z. — obiad. Powiedziałem już nieraz, że pragnę jedynie 

przyjaźni tego równego mi nędzarza, pragnę wywzajemnić mu się za prawdziwie 

background image

braterską i bezinteresowną pomoc w biedzie. A jednak ja łajdak jestem! Kupiłem 
jemu i sobie bilet do teatru...

Nie rria listu od Heleny i ja nie piszę do niej. Prawdopodobnie ja sam pojadę do 
Białej na czas jakiś.

Jeżeli zamiłowanie piękna podtrzymuje gatunki zwierzęce, to cóż dziwnego, że 
uczucie to wrodzone jest rodzajowi ludzkiemu? Przestańcie pytać, skąd ono 

pochodzi i jak się utworzyło. Wypływa ze źródeł samej waszej istoty; narodziło 
się ono nie z rozmysłu, lecz z samychże warunków życia i spoczywa na dnie 

ludzkiego istnienia.
Ptak poszukuje piękna w upierzeniu, w śpiewie. Czemuż by człowiek nie miał 

szukać piękna w życiu i sztuce? Zamiłowanie piękna nie jest bynajmniej fantazją, 
ale jednym z praw całej żyjącej przyrody.

... Zły ma przewagę w walce życiowej jako jednostka, lecz dobry, nawet pokonany, 
zwycięża jako przedstawiciel ogólnego interesu ludzkości. Oto moralność w 

sztuce.
DZIENNIKI, TOMIK XIII

Skąd wziąć się mogło poczucie sprawiedliwości w człowieku przed-dziejowym? Sam 
go sobie nie nadał, a świat mu nie dostarczył o niej pojęcia. Mnie się zdaje, że 

sprawiedliwość rodzi się z miłości i że pierwszy, nieświadomy jej zaród istnieje 
w każdym stworzeniu." Sądzicie, że sprawiedliwość jest tylko poczuciem 

roztropności? Nie krzywdzę, ponieważ obawiam się kary. Upewniam was, że się 
mylicie. Mógłbym bowiem wiele złego narobić bez najmniejszej obawy kary. Gdy zaś 

tego nie czynię, powoduję się zupełnie inną pomocą niż mój własny interes. Może 
sympatią? Jak to, więc w takim razie czułbym się wolnym od wszelkiej 

sprawiedliwości, a zaród ten skądże się bierze? Powtarzam, że sprawiedliwość nie 
jest roztropną córką przezorności.

E.   OUINET
12   w   nocy.

Byliśmy tedy w Teatrze Letnim na premierze K. Zalew-skiego Małżeństwo ApieL* 
Nigdy jeszcze nie czułem takiego niesmaku... Nie rozumiem tej sztuki. Taki 

Ernest Apfel — nie istnieje. Kto zna sferę „Apflów" tak jak ja, ten przyznać 
musi, że nie istnieją wśród niej podobne ideały. Nie istnieją tam takie typy, a 

w komedii społecznej, jaką uprawia Za-lewski, typy być muszą. Wyłania się więc — 
tendencja, tendencja niemiła i wstrętna. W Jojnę Prusa * wierzymy z łatwością — 

Ernest deklamuje słowami pana Zalewskiego Czemu on nie porywa wielkością swej 
duszy? -•- Bo mu nie wierzymy. Dajemy Żydom prawo obywatelstwa, stawiamy ich ze 

sobą na równi, ale czemu nie damy v<iary nigdy — to temu, że Żydzi prześcigną 
nas we wspaniałomyślności, że oni nas nauczą szlachetności. Pan Zalewski 

przesadził tą rażą. W kolizji z tymi Żydami znajdują się Polacy, szlachta nasza 
— i tak są potworni, że Ernest powinien by nas porywać. I... pomimo to nie 

wierzymy mu. Szlachta wierzy w herby i obżera się tam, szachruje, łotruje się z 
wielko-światowymi prostytutkami lub uwodzi cudze żony. Wszyst-

0 Pierwszy raz spotykam potwierdzenie niemal dosłowne moich dowodzeń, że 
istnieje sumienie — przyczyna rozejścia się z Czaplickim.

WARSZAWA, 1887
43

ko to zresztą pozostaje w cieniu — prócz wyrzeźbionych i wystudiowanych, 
oświetlonych snopami bengalskiego ognia Żydów. Nie pojmują, po co istnieje np. 

taka Matylda... Gdyby był ukazał nam pierwiastki szlachetności w żydostwie w 
ogóle — klaskałbym z całej mocy. Ale ponieważ dowodzi, że Żyd cywilizowany i 

ochrzczony a bogaty szlachetniejszym jest od całego otaczającego go 
społeczeństwa, to drwię z jego tendencji. Bogate, ochrzczone i cywilizowane 

żydostwo — to stek brudów i mętów, połapanych z wad naszych, to bezmyślny, 
neoficko-konserwatywny grzyb na ciele społecznym. Tam nie tylko nie ma ludzi 

idealnych, ale nie ma — zacnych. Znam ich do gruntu i nazywałem ich niegdyś 
„plutodulami, zdolnymi trzymać do zabawy stępiały ch w lenistwie uczuć — 

błaznów".
Z całej tej komedii pozostaje, prawdę mówiąc, w pamięci genialna niemal w 

komizmie postać Ostrowskiego. Jest to jeszcze łapserdak, różniący się od 
chałaciarza — frakiem, nie sumieniem i duszą. Zamiast przysłowia: „nie kijem go 

— to pałką", robi on sobie inne: „nie grzybem go — to barszczem"... Przepyszny!

background image

17 VI (piątek).
Wczoraj jeszcze umówiliśmy się z Zydlerem, że ja dziś mam myśleć o obiedzie. W 

nocy więc przyniosłem dzban wody, dziś rano zakupiłem prowiantów: cukru, chleba, 
masła {20 groszy), knot do maszynki, tytoniu i gilz. O 12 zjawił się Jaś. 

Nastawiliśmy więc tzw. samowar. Ileż to zachodu, ile kłopotów i ile dymu i 
kopciu w pokoju, zanim woda zdecyduje się warczeć niechętnie, potem piszczeć z 

oburzeniem, wreszcie zabełkocze z wściekłością. Szklanki dwie są, ale spodek 
jeden i łyżeczka jedna. Objedliśmy się, objedli niemiłosiernie!

Po obiedzie — czytanie. Jaś przyniósł Prusa wszystkie cztery tomy.* Kładziemy 
się „dartego orła" * na łożu i czytamy. Ja czytałem Dusze w niewoli*

44 DZIENNIKI, TOMIK XIII
Prus nie potrafi pisać powieści. On zawsze pisze szkic, obrazek. I w obrazku — 

cały jego geniusz. On nie potrafi opowiedzieć całego życia człowieka. To dla 
niego za banalne i za nudne. Zobaczył człowieka, przyjrzał mu się spod dwu par 

swoich okularów, pochwycił kilka jego rysów — i od-fotografuje go wiernie. Długo 
opowiadać — to nie jego rzecz.

Nikt od niego lepiej nie przedstawia profilów i nikt realniej nie umie badać 
duszy. Każdemu z jego bohaterów — wierzymy. On obserwuje człowieka nie z punktu 

widzenia artysty, lecz z punktu widzenia czytelnika, i [to] czytelnika 
przeciętnego. Jeśli mówi o artyście, to musi powiedzieć, kto to jest artysta. 

Dlatego to nie wypowiada się on zupełnie, nigdy samego Prusa nie dostrzegamy w 
powieści, nie wiemy, czy powieściowe ideały — są ideałami autora. Najwyższy 

obiektywizm. Prus zbliża się pod tym względem do Turgieniewa, a przewyższa 
Coppee'go.

Dusze w niewoli nie jest to bynajmniej dzieło sztuki... Marna nawet powieść. 
Tylko szczególni tam są ludzie — i nawet nie ludzie, lecz życie tych ludzi 

szczególne. Gdy to przeczytasz — jesteś silniejszy, moc duszy wstępuje w ciebie. 
To mocny duch Prusa w ciebie wstępujn. Człowiek ten ma w sobie niezmierzoną 

skarbnicę pereł maleńkich które rozsypuje codziennie. Rozsypuje ją ze śmiejącym 
s.ę usty i ze łzami w oczach. Znając tak brud i nędzę, jak 0:1 zna, ukazując ci 

ten brud — szepce jednocześnie: istnieje dobro, piękno, cnota na ziemi.
Zacząłem pisać wieczorem list do Heleny, gdy oto zapukał do mnie — Chonowski. 

Przyjmowałem go herbatą. Jestem szczęśliwy, że mogę ich ugościć wszystkim, co 
posiadam. Im jestem biedniejszy — tym jestem lepszy. Zrobiłem się gościnnym i 

otwartym. Czułem się szczęśliwym, że Chunior pije herbatę u mnie, że ja mogę mu 
pomóc pożyczeniem pieniędzy.. Robić dobrze — jest zadowoleniem najwyższym. Prze-

WARSZAWA, 1887
45

siedzieliśmy — do rana. Teraz oto świta już. Opowiadał mi wieczną swą historią: 
nienawiści do ojca.

Jest on maniakiem, maniakiem upartym. Umyślnie, wiedząc, że słuchaczowi sprawia 
przykrość, mówi: ,,o n myśli (ojciec jego), że ja...", albo: „grubianin, 

skąpiec, impertynent, bla-gier..." Nieopisanie robi to wrażenie przykre. Są 
chwile, że miałem chęć wyrzucić tego Chuniora za drzwi.

O, ojcze! — o, marzenie czyste o świętych siwych wąsach, białej głowie — jakże 
on ci ubliżał!

18 VI (sobota).
[...................    A..   .   .   ]*

PRUS    Anielka
Dziwny poemat... Przeczytawszy go — nie chciałbyś już nic czytać, tylko oczy 

zasłonić, nie patrzeć na ludzi. Kto to pisze? Ten „człowiek śmiechu" *, którego 
fejleton odczytujesz trzymając się za boki... Między pana i chłopa — wrogów — 

wsunęła się ta dzieweczka i umarła, zapomniana przez pana, a skrzywdzona przez 
chłopa. Jedyna jej przyjaźń — to pies. I ten umarł za nią...

Dziwna baśń...
Spróbujcie przeczytać to bez płaczu.

Czyż Daudet, czyż Coppee — dotrzymają placu temu szczególnemu człowiekowi, z 
którego tak wesoło drwi w dzisiejszej ,,Roli" pan Jeske-Choiński? * Któż mu 

dorówna w genialnym jego śmiechu? Kto mu dorówna w tym niemal biciu obrazami 
czystości i cnoty? Kto nie pokocha go? Pokażcie mi takiego, co by opisał śmierć 

background image

psa, nie popadł w sentymentalizm, a zbił was, aż zmęczył straszną tragedią w 
życiu trzynastoletniej dziewczynki.

A Wasilkowski posprzeczał się aż dziś ze mną, dowodząc, że rodzina może być 
zastąpioną przez państwo.

46
DZIENNIKI, TOMIK XIII

Gdybym miał dzieci — kazałbym je uczyć religii.
Jutro napiszę o tej powieści, bo dziś jestem bardzo smutny.

Żal mi domku mojego, Co stal nad sadzawką... Żal ogrodu, altanki I kasztana z 
ławką. Kwiatów, które mnie co  dzień Zapachem witały, Ptaszków, co się na obiad 

Do mnie zlatywały. Żal mi ich i dlategom Smutna.
Czasem płaczę.

Wyszłam dzisiaj na wzgórek,
Może dom zobaczę?...

Może się choć odległym
Nacieszę widokiem...

Nie ma nic...
Pan Bóg dom nasz Zasłonił obłokiem.

Była to pierwsza poezja dziecka...*
str.  205

19   c z e r w c a. Świt.
W Collegium Novum — rozdano dyplomy doktorów filozofii. Obdarzono tym zaszczytem 

kilku artystów.* Czemu go nie dano... Prusowi? — zapytałem wczoraj 
Wasilkowskiego.

— Bo to nikczemnik, świnia!
— Prus?!

— Tak. Nie chciał się podpisać na adresie do Jeża, nie chciał zasiadać w liczbie 
sędziów na konkursie Puławia-ków * — a jego kroniki kwietniowe? * Napisał kilka 

błazeństw, kilka elegij — za to go wieńczyć?
WARSZAWA, 1887

Tak rodacy sądzą zazwyczaj swoich proroków, swoich wielkich ludzi. Niedawno 
Nowiński dowodził mi, że Kraszewski niewart nie tylko dobrego wspomnienia, lecz 

imię jego powinno być napiętnowane hańbą, gdyż „ten wielki Kraszewski"... miał 
utrzymankę — Niemkę! *

Tak u nas sądzi się olbrzymów, tytanów, wodzów narodu!
Według mnie, po Jeżu — stoi u nas Prus. Pierwszy jest najznakomitszym Polakiem, 

drugi — najznakomitszym artystą. Sienkiewicz i Orzeszkowa stanowią grupę osobną.
Prus jest artystą, filozofem, poetą. Prus jest Polakiem patriotą; ekonomistą, 

dziennikarzem, obywatelem. Prus jest typem do pewnego stopnia Dickensów, 
Daudetów, Dostojew-skich. Nareszcie — Prus jest jedynym u nas psychologiem ludu.

Gdyby mię zapytano, kogo ja w narodzie moim wielbię — powiedziałbym, że wielbię 
Jeża. Gdyby mię zapytano, kogo kocham — powiedziałbym, że kocham Prusa.

Jest to doskonały człowiek.
Jest on tak dobry, że nie ma u niego ludzi złych, jest tak dobry, że kocha się w 

niedoli. Nie słyszałem jego genialnego śmiechu, który by brzmiał jak pogarda. 
Jeśli się wsłuchać w jego śmiech — to się łzy usłyszy. On się łzami śmieje.

Posiada genialną intuicję i szaloną w mistrzostwie moc wykonania, gdy idzie o 
psychologiczne tragedie istot maleńkich.

Jego studia, które są jednocześnie rzewnymi jak muzyka Szopena poematami, można 
porównać do tych odkryć, jakie robiemy z pomocą mikroskopu. Pokazuje ci przez 

swój mikroskop życie takich spermatozoów, lecz skąd wie, co one cierpią, skąd 
bierze moc tę, która nas rozdrażnia, gniewa, unosi, wreszcie doprowadza do 

wściekłości? Ze łzami wznosiemy ku niemu oczy — i dostrzegamy na następnej 
stronicy jego smutny uśjniech... Rozwiązania zagadki — nie poda.

To poeta — oto cały sekret. To wielkie serce, które ukochało wszystko, co małe, 
pogardzone, co smutne. Prus —

DZIENNIKI, TOMIK XIII
to serce ludu. Jego pisma trudno rozumieć — bo to poeta. Czasem czytelnik w 

najlepsze śmieje się tam, gdzie łzy się sączą.
Nowiński wyjeżdża, Rogalski wyjeżdża — zostajemy my dwaj z Jasiem. Chciałbym 

koniecznie pojechać do Białej, lecz fundusiki nie pozwalają.

background image

Ludzie zapominają o mnie po trochu. Pani Helena np. — nie może sobie o mnie 
przypomnieć. Pół roku temu — nie byłbym uwierzył, że ja mogę kiedykolwiek nie 

komunikować się z Wackiem. Dziś — zapomniałem już o nim. Nad wszystkim, co 
wytwarza sobie nasze serce, panuje — zapomnienie.

Przywykłem już do mojej samotni. Abym tylko miał książki — to mógłbym się obejść 
bez ludzi.

Noce są teraz cudowne. Śmiertelnicy zwyczajni z parterów, pierwszych, drugich 
pięter nie mają ani nawet pojęcia o tym, co to jest brzask. Nad nimi jeszcze 

panują cienie, gdy do mnie przylatuje poranny wiatr; zimny wiatr wpada przez 
okno, rujnuje wszystko na stoliku, przewraca kartki, usiłuje koniecznie zgasić 

lampę — i woła: patrzą j! l muszę patrzeć: nad zborem ewangelickim zarysowuje 
się liliowy blask, rośnie, rośnie, wspina się na chmury, wsuw.j się w ich 

szczeliny, załamy, wąwozy, przerasta chmury, rozpala się — i nakazuje ziemi 
ciszę. Milknie ziemia. Wiatr-herold świtu lata nad światem głosząc kwiatom, 

ziołom, drzewom i ptakom: słońce! Są chwile, że i wiatr zwija skrzydła i wisi 
niemy w przestrzeni. Wtedy się modlą kwiaty, zioła, drzewa, ptaki, domy, wody — 

wszyscy. Cisza jest wtedy nieopisana.
Zydler jest tak niemal nerwowy jak ja. Pamiętam, że gdy przed paroma dniami 

rozjechano jakąś panienkę — o mało
TARG NA STARYM MIEŚCIE (J. PANKIEWICZ)

WARSZAWA, 1887
49

że nie w naszych oczach — przez cały dzień był dziwny, blady, zły, smutny.
Dziś po przeczytaniu Anielki był taki sam. Mówił, że nigdy już Prusa nie będzie 

czytał, bo „głupieje". Może atrakcyjna siła, jaka nas obu łączy, to nasze 
kiepskie, a jednakowo kiepskie — nerwy.

Zaczynam być konserwatystą: ja, przed rokiem tak straszny wróg małżeństwa, dziś 
śmiałem się serdecznie, gdy mi delegat dowodził, że „miłość powinna być ślubem 

dwojga ludzi". Miłość ginie — oni się rozchodzą.
— A dzieci?

— Dzieci kształci i wychowuje państwo.
— Na swój koszt?

Roześmieliśmy się obaj: ja z niego i z tego, że kiedyś w takie rzeczy wierzyłem, 
on nie wiem z czego. Może z tego, że nie zna, jak się okazuje, zasad...1

22   czerwca   (środa).
Trzy dni nie widziałem się z dziennikiem, toteż dużo mam pisaniny.

W poniedziałek poszedłem do Kazia S.* i pożyczyłem od niego dziesięć rubli, gdyż 
kamaszki moje uznały za stosowne rozleźć się na wszystkie cztery strony świata.

Kupiłem więc kamaszki 5 r. 30 k.
Zjadłem obiad 21  „

Ponieważ jestem skończony, niepoprawny, nikczemny łajdak, poszedłem więc na 
Wystawę Sztuk Pięknych, aby zobaczyć Makarta — 50 k. Dałem do prania bieliznę — 

l r. 7 k. Pożyczyłem Jasiowi kilkanaście kopiejek, zafundowałem mu obiad raz i 
drugi, zresztą wypiłem niezmierzoną ilość kawy we wszystkich kawiarniach 

istniejących w obrębie Marszałkowskiej. W rezultacie (ponieważ jestem skończony, 
jak to 1 Zdanie urwane w autografie.

4 — Dzienniki t. IV
50 DZIENNIKI, TOMIK XIII

już nadmieniono wyżej, łajdak) — poszedłem na Fiancillon Dumasa *. W rezultacie 
rezultatów mam jeszcze 35 kop. — i nie mam za co jechać do Białej, dokąd 

wyprawiłem w poniedziałek list z zawiadomieniem, że w tym tygodniu tam pojadę.
Tak postępować może tylko łajdak.

We wtorek poszedłem do sztuby, zwróciłem bibliotece Anatomią Francka, w nagrodę 
czego Inspekcja wydała mi urlop na czas wakacyjny. Napisano na nim, że jadę do 

Białej. Trzeba jechać, jeśli tak napisano, kto to zaś jeździ do Białej — 
wytłomaczę niżej.

Wróciwszy z urlopem do domu zastałem list od pana Aleksandra * zapewniający mię, 
że nowela jest „niejasną w celu".

Kategorycznie oświadczyłem sobie wtedy, że pisać nowel — nie przestanę. Nie 
przestanę pisać nowel dopóty, dopóki nie zostanę sławnym.

— Czy rozumiesz, panie Stefanie, Piąć zmysłów Makarta?

background image

— Nie rozumiesz.
— Czy rozumiesz,  panie  Stefanie,  Wiosny Makarta? *

— Rozumiesz.
— Czy rozumiesz Francillon Dumasa?

— Rozumiesz... ale ziewałeś w teatrze.
— Czy rozumiesz Wjazd Alaryka do Rzymu Linden-schmita? *

— Nie bardzo.
Nie rozumiesz Pięciu zmysłów — rzecz prosta — bo nie rozumiesz, co to jest 

koloryt. Nie mów więc o tym, czego nie rozumiesz.
WARSZAWA, 1887

51
\

Rozumiesz Wiosnę — bo jest w niej... poezja. Stara niemiecka ballada, Schiller, 
poezja czysta i niewinna, poezja, jaką rozumieją piętnastoletnie panienki — oto, 

co jest w tym obrazie.
Strumień spadający kaskadami po murawach, całowany przez liście olch i sitowi, 

królewicz i królewna, dziki koń, roje amorków unoszą cię w dziwny, nieznany dziś 
świat, w świat romantyzmu. Przed czterdziestu laty obraz ten byłby zgromadzał 

tłumy widzów nie dlatego, że go malował Ma-kart, ale dlatego, że pojmowano by 
jego treść; dziś... kogóż z nas zachwyca ballada? A ja nie pojmuję obrazu — bez 

ducha, sztuki — bez duszy.
W drugiej sali — Alaryk wjeżdża do Rzymu. Przeraził się czegoś, ale czego — nie 

wiadomo. Postacie teatralne jakieś, martwe. Nie wierzysz tym, co się tam mocują. 
Zdaje ci się, że udają...

Znalazłem tam w trzecim salonie rzeźbę: Powróż z ziemi *. Anioł unosi zmarłą 
dziecinę do niebios. Skrzydłami ją otulił, kwiatami otoczył. Ten, co wymarzył tę 

śliczną grupę — sam już powrócił z ziemi... To Mularski. A Francillon?
Potrzebują przede wszystkim, aby mię dany utwór zajmował. Ponieważ zaś nie 

wierzy się w to wszystko, co robi Francillon, ponieważ zresztą jest dziś dla 
mnie rzeczą obojętną, czy jakaś Francillon, która nie jest kobietą typową, 

upadnie, czy nie (dzięki szczególnym i wcale nie typowym okolicznościom) * — 
więc bez wszelkiego wzruszenia słucha się uniesień pani Ludę, usiłującej być 

nerwową i egzaltowaną. Całą zaletą (dla mnie) w nowej sztuce Dumasa jest to, że 
nie „rozwiązał kwestii", za co go tak ganili wielcy i mali krytycy warszawscy. 

Jeśli nie wyłożysz w sztuce łopatą, czego chcesz, choćbyś nie wiem jak cieniował 
rzeczy — skrzywią ci się, bo nie rozwiązujesz kwestii. ,,Skłamał[am]!" — 

kończące sztukę, jest figlem scenicznym; zresztą wszystko u Dumasa dzieje [się] 
ładnie i zajmująco dzięki owej scenicz-

52 ,                                            DZIENNIKI, TOMIK XIII
ności, o której Bourget powiedział, że Dumas z nią na świat przyszedł.

We wtorek spotkałem Prusa. Poszedłem za nim, aby się dowiedzieć, gdzie mieszka, 
gdyż będzie mi to kiedyś potrzebne. Mieszka na Kruczej nr 25 m. 4.

Wisła wylewa! Jaka szkoda, że nie pijam obecnie herbaty z panią rejentową *, 
mielibyśmy tak zajmujący temat do rozmowy!

Poszedłem dziś w deszcz na bulwary i przyglądałem się wzrastaniu wody w ciągu 
godziny blisko. Jest coś groźnego w tym pędzie ogromu wody, w pędzie tak cichym, 

że nie wydaje on żadnego szmeru. Jeśli się jednak weń wpatrzysz — czujesz zawrót 
głowy, jakby cię grzechotnik wzrokiem urzekał. Żywioł.

23 VI (czwartek).
Ostatnią noc spędzam w moim mieszkaniu: jutro nocować będę u Zydlera, a pojutrze 

— w Białej.
Tyle złego przeżyłem w tym pokoju, tyle biedy — a jednak szkoda mi tej nory. 

Widziała ona obrazy przyjaźni, szczerej, bezinteresownej przyjaźni, widziała 
potem, jeik się ta przyjaźń w sekutniczą nienawiść wyrodzłła, widziała całą 

smutną epokę samotności, w czasie której przestawałem ludzi kochać. Zapominać, 
zapominać...

Nie zapomnę cię nigdy, naga komórko!
Jutro mam załatwić olbrzymią moc interesów, dziś więc chcę się nacieszyć jeszcze 

Leopardim, którego tomik leży przede mną.* Chcąc mu uwierzyć i znienawidzić 
wszystko w tej mierze jak on, zwątpić tak strasznie — trzeba by być mniej 

młodym. Za czarny jego pogląd, za przykry śpiew

background image

WARSZAWA, 1887
53

DO SIEBIE
Spocznij teraz na wieki,

Strudzone serce. Zamknąłem powieki
Przed złudą, co trwać miała nieskończenie,

A szczęścia lubej mary
Już nie nadzieja znikła, lecz pragnienie.

Spocznij teraz na zawsze,
Dosyć bolałoś. — Za nic się nie liczą

Wzruszenia twoje, ani westchnień godna
Ziemia. Męką i goryczą

Jest życie, niczym nad to, a świat błotem.
Uspokój się i zrozpacz

Po raz ostatni. Jedna niezawodna
Twemu plemieniu — śmierć.

Wzgardę ci sądzi Brutalna moc, co z cienia
Tajnych praw na złe człowieczeństwa rządzi, I nieskończona nicość 

wszechstworzenia.
DO ITALII

Choćby twe oczy były dwie krynice Żywe, nie mógłby płacz twój Wyrównać nędzy 
twej i pohańbieniu; Ty, pani, wzięta dziś na niewolnicę!

Prędzej wydarte z nieba, wpadłszy w morze,
Zasyczą gwiazdy gasnące w głębinie,

Niźli zaszczyt wieczny
I pamięć o was zaginie.

Grób wasz ołtarzem będzie: tu niewiasty
Przychodząc dzieciom będą ukazować

Siady krwi waszej; tu ja się położę,
O moi święci, i będę całować

Ten głaz i murawę,
Co od krańca do krańca

Ziemi przywodzi w pamięć waszą sławę.
Gdybym tam z wami był! Gdyby i moją

Krwią święta matka ziemia zwilgotniała!
Lecz skoro wzbrania mi losów zesłanie,

Abym za Grecją zemdlałe powieki
DZIENNIKI, TOMIK XIII

Zamknął gdzieś na majdanie,
Niechaj z bożej opieki

Przetrwa czcigodnej sławy panowanie
Krainy waszej wieszcza

Na przyszłe wieki, póki waszej stanie.
NA ŚLUB SIOSTRY

Nieszczęsne albo niecne
Porodzisz dzieci: wybieraj nieszczęsne.

Między zasługą a szczęściem obecne
Wykopało zepsucie

Głąb wieczną. ...
Niewiasty! Żąda wiele

Po was ojczyzna. ...
Matkami niewojennej

Niech   wam   wstyd   będzie   zwać   się   generacji. Niech się nauczy znosić 
szczep wasz hardy Cnót poniewierkę, a co wiek wstydliwy Wielbi, niechaj wam 

godne będzie wzgardy.
MIŁOŚĆ I ŚMIERĆ

'Ov ol
MENANDEE

W jeden dzień siostry z losu się poczęły: Miłość i śmierć.
Pokwap się skłonić ucho

Na powtarzane modły;

background image

Przed światem, co mię rani, Przymknij me smutne oczy, wieków pani!
Ciebie jednej i owej

Czekam pory majowej, Gdy mi dasz głowę pochylić uśpioną
Na twe dziewicze łono.

LEOPARDI
Niepodobna tego czytać! Zgniły trup prawdy tego, co on mówi,   dławi,   morduje, 

przeraża.   Milion   razy   gorszy   od
WARSZAWA, 1887

55
Schopenhauera, od Byrona, od Heinego, od Musseta, bo nie śmieje się ironicznie, 

nie szydzi, lecz jest smutny. Spoza tych kartek wyłania sią posągowa boleść tego 
człowieka, która pozostanie smutną na wieki, wielka jak Prometeuszowe męczarnie. 

Z radością pragniesz uchwycić jakiś ton fałszywy, aby uwolnić się od natrętnej i 
nieznośnej pewności, że on przecierpiał te myśli rzeczywiście, lecz dostrzegasz 

ze wstrętem, z dławiącą złością, że nie ma tu jednej strofy udanej.* Ani jednego 
promyka szczęścia! Z tej głębi, od której czujesz zawrót głowy, z głębi jego 

spokojnej rozpaczy wysnuwają się jednak potęgi, w które wierzę od dawna: miłość 
ojczyzny, miłość jako pewnik fizjologiczno-psychiczny i „brutalna moc, co z 

cienia tajnych praw na złe człowieczeństwa rządzi". Leopardi jest geniuszem 
nocy, kusicielem, szatanem, którego nie radzę czytać w samotne noce!...

O, nie opuszczaj mię, smutny uśmiechu Prusa! Chcę wierzyć, że warto żyć, a 
raczej nie chcę wierzyć, że owa brutalna moc na złe człowieczeństwa rządzi. 

Geniuszom wolno w to wierzyć, bo wyskarżą się cudownymi strofami, nad którymi 
miliony pochylać będą głowy, lecz nam, robakom pełzającym po bagnach niedoli... 

niebezpieczny Leopardi. Wgryza się w duszę zębami, przeraża i morduje dotąd, aż 
zostawi w strasznej męczarni — samego z rozpaczą. Jakaż to straszna rozpacz, 

jakież nieszczęście — uwierzyć raz na zawsze w to, co on mówi!
Czytając Myśli Leopardiego * postanawia się wiele rzeczy pełnić według jego 

wskazówki. Gdy się zamknie książkę — wszystkie gdzieś się podziały. Uogólnienia, 
zarówno jak filozoficzne morały mają małą nadzwyczajnie wartość w zastosowaniu 

praktycznym.
Czy powinienem jechać do Białej? — Nie. W sobotę wieczór będę tu pisał rzeczy 

rozpaczliwe, gorączkowe, będę do-
DZIENNIKI, TOMIK XIII

znawał niezbadanych, nieokreślonych wstrząśnień, będę w sytuacji duchowej, z 
której nie będę sobie mógł zdać sprawy. Wiem to na pewno. Nie jestże rzeczą 

śmieszną — nie móc się roześmiać w sobotę z tego, co mię czeka? Nie jestże 
śmiesznością nad śmiesznościami śmiesznie cierpieć? A jednak będzie to 

cierpienie... I ja z radością myślę, że do odjazdu pozostało już tak niewiele 
czasu, z taką swobodą myślę o tej przejażdżce... Ach — jakżem głupi! Będę wracał 

smutny, zdenerwowany, bezsilny.
Cóż robić? Przede wszystkim uczucia nasze są śmiesznymi — później dopiero 

dowcipnie domyślamy się, że są śmiesznymi — a nad wszystkim króluje jakaś 
zwierzęca nieświadomość. ł

2 w  nocy.
Ostatni raz zniosłem kubeł pomyj. Już koniec temu życiu... nareszcie. Któż wie? 

— Może i nie koniec.
24 VI (piątek).

Ostatnie parę słów o moim mieszkaniu. Za godzinę porzucę je. Posłaniec zabrał 
część moich mebli i poniósł na letnie mieszkanie do Zydlera. Pozostało jeszcze 

łóżko, po które przyjdzie niedługo. Przeniesienie mojego n u ją,ku kosztuje mię 
pół rubla. Śmiało mogę współzawodniczyć ze starożytnym mędrcem — Biasem,* gdyż 

przeniesienie kosztuje pół rubla, ale czy cały majątek wart pół rubla — wątpię 
Kuferek pełen książek i... utworów moich, poowijanych w stare inekspry-mable, w 

których więcej dziur niż płótna, łóżko i malinowa kołdra. Siennika nawet nie 
mam.

Zamiotłem mieszkanie, zostawiam wszystko w porządku panu C., który już nie 
redaguje „Biblioteki Romansów".* Jest w postępowaniu moim z nim trochę dumy, 

trochę zemsty i trochę komizmu: wieczorem udam się do niego, oddam mu klucze, 
kwity z zapłaconego czynszu i oddam pokój uporządkowany, podczas gdy on zostawił 

mi brudny i zaśmiecony.

background image

BIAŁA, 1887
57

Jutro wyjadę o ósmej rano. Tę noc przepędzę u Zydlera. Trzeba wstać rano, 
spieszyć się, jechać...

W takich ludziach jak ja — dzieciństwo jest przeważającym we wszystkich czynach 
pierwiastkiem. Są chwile, że nie myślę o niczym, patrzę tylko w stronę banhofu 

terespol-skiego.
. Co prawda — mam ośm złotych całego majątku. Zostały one pożyczone od 

Bielackiego *. Ile ja mam długów!...
Nie będę na ostatnim meetingu naszym, który odbędzie się w niedzielę... w 

Wilanowie. Lecz — nie mógłbym już pozostać w Warszawie. Liczę godziny z nerwową 
niecierpliwością.

Nigdzie jeszcze nie pozostawiłem po sobie wspomnienia, które by było skończenie 
złym — nigdzie też nie pozostał po mnie zachwyt. Jestem istotą bezbarwną, której 

nikt nie kocha i nikt też nie nienawidzi. Hermafrodyta moralny.
Adieu! dachy, jakie widać stąd, adieu wieże, kościoły, kominy, druty telefonowe, 

zachodzie słońca, poranku, adieu, koty piszczące nocami na schodach, adieu, 
Moskieweczko z parteru *, wodociągu, śmietniku, adieu, panie „strucely — i wy, 

nagie ściany, i ty, nędzo-kochanko! Tobie zaś najdłuższe adieu! — głodzie i nudo 
mieszkańców piątego piętra. Jutro nie będę już słyszał, jak mój kulawy sąsiad 

stuka laską po schodach wieczorem, co znaczy, że jest godzina 11, ani rano 
słyszeć nie będę, jak chrząka — co znaczy, że jest godzina dziewiąta. W świat — 

tułaczu!
27 VI (poniedziałek).

Biała.
Wyrazy, wyrazy, wyrazy!...

Hamlet •
58

DZIENNIKI, TOMIK XIII
Szczęście i nieszczęście — to rzeczy w naturze nie istniejące. A więc jest 

prawdą, że człowiek jest sprawcą swojego losu. Tylko jeden warunek — niech 
człowiek nie ma nerwów! — a będziecie ze mnie mieć szczęśliwca.

Tymczasem wróćmy do moich nieszczęść, ponieważ mam nerwy i czuję, czuję 
nieskończenie nerwowo, że nieszczęśliwy jestem; dlatego to napisałem w nagłówku 

ponurą dumkę Hamleta.
Wszystko co znosiemy — to ,,wyrazy, wyrazy, wyrazy..."

Z nich to układa się abecadło życia, abecadło niedoli, jeśli jednostka podobną 
jest do mnie.

Cierpienie jest symbolem życia, objawem, przemijającym obrazem. Zdaje się, że 
ono znika nie pozostawiając po sobie śladu — ach, nie! To wyraz. W bezsenne 

noce, nad grobem stojąc, przypomnisz, że nie darmo cierpiałeś, że każdy dzień, w 
ciągu którego marzyłeś o śmierci z rozpaczy, był szczeblem ku mądrości. Tak, bo 

cierpienie uczy nas filozofować, a jeśli i nie uczy namacalnie, to jest ono 
filozofią, którą pojmiemy kiedyś.

Cóż pani Helena?
Pani Helena — starzeje się. W ośmnastolfitniej panience gadatliwość, pustota, 

wesołość, naiwność — l o ponętne rzeczy. W trzydziestoletniej — to, niestety! 
kumoszkowatość. Patrzysz, patrzysz, wsłuchujesz się i gdzieś w głębi twojej 

istoty, w najtajniejszym zakątku duszy odzywa się śmiech piekielnej ironii. 
Spróbuj znaczenie jego powiedzieć sobie otwarcie... Ach, nie mów! Ta ubóstwiana 

— przed tobą, przed tobą, który w ciągu trzech lat szalał za nią, który 
zazdrościł jak potępieniec każdego jej uśmiechu udzielonego komukolwiek — w 

samotnej z tobą rozmowie zaczyna rozwijać np. swą tajoną niby zazdrość o męża 
względem pani 2.

Miłość ku cudzej żonie — to padół płaczu.
BIAŁA, 1887

59
28 VI (wtorek).

Czemu przypisać zgodę kobiety na upadek? Mówię tu o kobiecie religijnej, 
uczciwej, inteligentnej. Nazywam to już dziś upadkiem kobiety... (konserwatystą 

być zaczynam). Czemu przypisać?...

background image

Weźcie podłego mężczyznę, młodą i uczciwą kobietę, dołączcie... moment 
psychiczny — i upadnie najreligijniejsza kobieta. Do całego tego romansu mojego 

dołącza się jeszcze jedna rzecz: moja podłość.
Kiedy przyjechałem, Helena zapewniła mię, że mię kocha, ale że przysięgła 

„przyjmując Najświętszy Sakrament", że nie odda mi się nigdy, choćby to ją i 
mnie kosztować miało nie wiem ile.

Doznałem wtedy uczucia niepohamowanej pożądliwości i powiedziałem sobie, że musi 
być moją. Może pierwszy raz w życiu wola moja stała się żelazną. Walczyłem 

wszelką bronią: prośbą, zaklęciami, wspomnieniami, zazdrością, obojętnością — i 
kłamstwem. Wczoraj pozwoliła oddać sobie owo „dobranoc". Broniła się do ostatka, 

wreszcie uległa — udanej namiętności. Udanej namiętności, bo jej po dawnemu nie 
kocham. Moja duma została nasyconą, ale rozbudziła się dzika żądza na nowo. I 

jeszcze ją mieć muszę, bo jest cudownie szczodrą w rozkoszy.
29 VI (środa).

Idziemy na spacer brzegiem Zofii-lasu — p. Leon, ja i ona. Las otoczony rowem, 
głębokim na dwa łokcie. Miedza między żytem i rowem tak jest wąska, że może się 

pomieścić na niej zaledwie jedna osoba. Idziemy więc gęsiego: mąż przodem, żona 
w środku, ja z tyłu. Śmiejemy się i rozmawiamy wesoło. Las milczy, jakby go sen 

ogarniał, w istocie zaś ogarnęło go znużenie. Zachód niedaleko, ale skwar 
wielki. Kłosy stoją nieruchome, jałowce i sośnina opuszczają w rów

DZIENNIKI, TOMIK XIII
gałęzie — snu chcą, odpoczynku, bo gorąco im nieznośnie. Wioski ze słomianymi 

dachami widać pod siwiejącym z dala lasem, bliżej rzeka z zapachami skoszonego 
siana — i cisza olbrzymia wszędzie. I nic tu na całym obszarze nie kłamie: ani 

las, ani zboża, ani kraski uciekające z sosny na sosnę — tylko my. Wśród tych 
cudów przyrody, jakie cię otaczają — ty tylko jesteś kłamstwem. Pan Leon rzuca 

co kilka kroków ukradkowe spojrzenia w tył, ja mam jednocześnie na ustach dwa 
uśmiechy: czysty uśmiech miłości — dla niej i przyjacielski — dla niego. Pod 

ostatnim kryje się — nienawiść, ironia, wzgarda i... wstyd.
Helena idzie o dwa kroki przede mną. Aksamitny stanik otacza jej ramiona, ściska 

w pasie; pamiętna, ulubiona suknia czasami tylko dozwala dojrzeć brzeżek bucika, 
a głowę zakryła w zupełności parasolka. Ani słowa, ani spojrzenia!... A z nim 

rozmawia swobodnie, wesoło, śmieje się. Idę ze zwieszoną głową wyczekując końca 
tego spaceru...

Wtem zrywa nieznacznie kłosek żyta, potem drugi, trzeci, czwarty... Zza 
parasolki wysuwa się maleńka, obnażona do łokcia rączka, a w niej — skromny 

bukiecik z sześciu kłosów żyta. Porwałem go i namiętnie przycisnąłem do ust. 
Wiać pojęła... I oto nieme, wąsate badyle stanowią zgłoski, z których w 

uniesieniu czytasz wyrazy jakieś, ach, nit; — jeden wyraz: kocham. * Dziwną 
intuicją posiada serce kobiece, umie trafiać w samo twoje serce. Zaczynam się i 

ja śmiać wesoło, nie męczy mię już obojętna rozmowa i wesoły jestem, wesoły. Nie 
chcę nawet, aby się odsłaniała parasolka — tylko czytać, czytać ten wyraz!

Wczoraj. Wieczór. Pan Leon na stacji, godzina 12. W sali stanowiącej obecnie 
moją sypialnię czytam Pana Tadeusza. Smutno jakoś, tęskno, cisza.

Wtem z sąsiedniego pokoju daje się słyszeć cichy szept: „dobranoc, Stefu!" Gaszę 
lampę i przesuwam się na palcach tam, skąd szept słychać.

BIAŁA, 1887
61

W nocnym ubraniu, co obnaża jej szyją, oparta o fotel — czeka.
— Będziesz grzeczny?

— Będę...
— Słowo?

— Dwa nawet...
— Słowo honoru?

— Przypuśćmy.
Usiadamy na brzeżku łóżka. Ach, te nocne szlafroczki! Czujesz to cudowne ciało 

pięknej, ukochanej kobiety, tulące się do ciebie, usta szaleją z rozpaczy, nie 
wiedząc, gdzie całować, głowa osuwa się na piersi od wybuchów namiętności... 

Gdzież uczciwość, honor, słowo?
Tulą się do siebie nasze głowy, biją szalonym tempem serca, płoną policzki i 

dusimy się w uściskach... cudzołoż-nych... Upada w moje ramiona z szeptem: 

background image

„przebacz mi, Boże — Ty widzisz, jak ja go kocham!..." A Bóg? — czy widzi prawdę 
w jej słowach? Czy Bóg przebacza wszystkie nikczemności cudzołóstwa, czy widzi w 

głębinach naszych serc miłość, która by usprawiedliwić była zdolną — wszystko?
— Czy pan Stefan ubrany? — słyszę rano, gdy palę papierosa (załatwiwszy się 

poprzednio z 1
— Ubrany — odpowiada służący.

Wchodzi wtedy do mojego pokoju. Wielkie oczy zasłonięte rzęsami, na białym czole 
znać niebieskie żyłki, na policzkach delikatny rumieniec, włosy nad skroniami 

wilgotne jeszcze troszkę, a uśmiechnięte usta szepcą: dzień dobry...
Gdzieś tam w tobie odzywa się szept namiętny, cichy, spazmatyczny: ach, jakże 

jej nie kochać?!
1 Tu w autografie więcej niż pół wiersza zamazane później atramentem do 

nieczytelności, pozostały tylko cudzysłowy, w które przekreślona część zdania 
była ujęta.

62
DZIENNIKI, TOMIK XIII

— Obrzydliwy, obrzydliwy! — mówią mi te usta, gdy główka kłoni się na moje 
ramię, a ręce owijają szyję. Czyż to nie szczęście?

— Kochasz mię, Helu?... — pytam, gdy o zachodzie cho-dziemy we dwoje po ogródku. 
Akacje spadają na drożynę, namiętne jaśminy zastępują drogę...

— Ty wiesz...
— Kochasz?

— Tak.
— Kogo?

— Ciebie, ale zawsze ciebie muszę poświęcić — dla niego... Czyż to nie rozpacz?
A czasami, czasami cienie dziwaczne zlatują się, rozłupują czaszkę i przez 

szczelinę obserwują nić strasznych myśli. Po co to wszystko?
Wiecznie się spotykać, wyciągać z utęsknieniem nieskończonym ręce, zaciskać je w 

szalonym uścisku — i wiecznie odchodzić z niewiarą; z kamieniem zdrady krążyć 
około drzwi niewinnego człowieka, a tak pożądać! tak kochać! i tak się ranić — 

jakaż obłędna halucynacja!
Nie kochajcie się nigdy, młodzieńcy, w mężatkach! Bezwiednie was znieprawią, 

ośmielą, zdemoralizują, zaklinać będą, aby je idealnie kochać, a gdy staną się 
ofiarą waszej nieprawej miłości, napoją was taką rozkoszą, taką straszną, 

niepohamowaną, grecką podarują wam noc, że stracicie rozum, wolę, honor, pamięć, 
sumienie, stracicie możność myślenia. Potem każą wam patrzeć na karesy męża, co 

nauczy was czuć ku temu mężowi zbrodniczą nienawiść, wreszcie posieją w duszy 
zgryzotę, żal, miłość, niewiarę, niechęć, smutek, łzy, wzgardę do siebie samego 

— a same pójdą do spowiedzi do samego księdza dziekana i przysięgną „przyjmując 
Naj-

BIAŁA, 1887
63

świętszy  Sakrament",   że  nigdy  już  grzech  ich  nie  powtórzy się.
Jakież   to   musi   być   szczęście   kochać   czystą,   niewinną dziewicę!

Wracam od niej pijany szczęściem, pijany wesołością: była moją, starała się 
przekonać mię, jak mię kocha, roztoczyła wszystką potęgę piękności kobiecego 

ciała, otruła mię uściskami, zmagnetyzowała, zaklęła w kamień rozum — szczęśliwy 
jestem.

A przecież — nie mogę nawet z samym sobą podzielić się tą radością. Jutro 
przyjdzie tamten — i poda mi rękę. Powinienem go zabić lub nie powinienem się tu 

pokazać...
Kiedy

Zabroniła mi... żenić się.
„Nie  wolno  ci  się  żenić..."   —  mówi  nieustannie, toniemy w uściskach, nie 

zapomina o pytaniu:
— Ożenisz się z inną?

Zabawne  kobiety,  zabawniejsze  niż  dzieci  —  a  wszyscy my, razem wziąwszy, 
podlejsi od zwierząt.

30 VI (czwartek).
Byłem dziś w kąpieli rano. Wróciłem wesoły i swobodny. Spotkało mię po powrocie 

wielkie nieszczęście: przekonałem się, że kocham szalenie Helenę.

background image

Powitała mię drwiącym uśmiechem, którego nie mogłem zrozumieć. Zdumiony byłem 
bardziej jeszcze, gdy zaczęła zapewniać mię, że „mnie zdaje się, jakobym ją 

kochał".
— Byłam naiwną, głupio naiwną, że ci wierzyłam, ale od dnia dzisiejszego zmieni 

się to i obecnego przekonania nie zmienię ani na jedne jotę.
— Byłem kłamcą?

DZIENNIKI, TOMIK XIII
— Wszystko mi to dziś jedno...

— Co to znaczy wszystko?
— Nie wierzę ci nic, nic, nic!

— Nie wierzysz, że cię kocham? To zabawne!
— Być może, ale pozostanie niezmiennym.

— Więc mię nie kochasz?
— Kochałam... a gdzie nie ma wiary, tam o miłość trudno.

— Jednym słowem, nie kochasz?
— Kochałam, teraz nie kocham.

Dziwna rzecz działa się ze mną wtedy. Żaden język opowiedzieć tego nie zdoła. 
Jakieś naiwne zdumienie błąka się wkoło jednej myśli: co ona mówi? co ona mówi?

Potem pół serca drętwieje czy marznie, a drugie pół pali się. Krew dusi cię, 
boli gardło, krew bałwanem bucha do głowy i jak młotkiem stuka w czaszkę, jęk 

jakiś wydziera się z ust, a nie znalazłszy miejsca, gdzie by mógł upaść, wbiega 
do gardła i dusi, zdaje się, że w źrenicach masz elektryczne węgle, rozsuwają 

się wargi, a język bezwładny wyszeplenia: co ona mówi? Patrzy obojętnym okiem na 
drżenie twarzy, na zbielałe wargi. Wtedy jakby gdzieś w tobie uderza głos: 

miłosierny Boże!
Zataczam się pijany na jakiś fotel i w ciągu długiego czasu przypatruję jej się.

Huragan rozpaczy skacze z serca do mózgu, deszczem iskier lata po wszystkich 
żyłach i ścieka aż w kończyny palców u nóg. Drętwiejesz. Za chwilę — stajesz się 

spokojnym. Za co mnie ludzie nie chcą kochać? Za co, za co? — myślisz smutnie 
już tylko. Stają w oczach łzy i co się zaroją pod powiekami, to znów uciekną, 

aby kapać jak ołowiane kule na serce.
Wyraz twarzy mam taki, że wszystko na niej widać — toteż dziwnie musiałem 

wyglądać.
Naraz świta jedna myśl: uciekać! Myśl zmienia się w postanowienie. Po chwili nie 

możesz pojąć, jak byś tu mógł dłużej pozostać. Szukam po kieszeniach urlopu... 
Ale przery-

BIAŁA, 1887
65

wają ci — ręce jej otaczające ci szyję, usta nurzające się we włosy, w usta.
— Kocham, kocham, kocham — szepcą te same usta, które przed chwilą odpychały 

cię, biły, katowały...
Czemuż tu wierzyć?

Nie ma to, jak pogniewać się z kochaną kobietą; nie ma, jak doznać od niej 
przykrości, która by wywołała łzy. Jakiż to potem uśmiech świta spośrodka takich 

łez! Za taki jeden uśmiech — sto razy większą rozpacz podjęłoby się z ochotą.
Nad wieczorem idziemy na imieniny do pp. rejentów. Idziemy — ale że ja nie 

zwykłem poświęcać drogiego czasu („czas to pieniądz") na wizyty, więc idę z 
pewnym warunkiem. Warunkiem tym jest nieśmiertelny wyraz: „pozwolisz?" Idziemy 

następnie na owe imieniny. Jest to olbrzymi kawał drogi ze stacji. Wchodziemy w 
miasto. Zauważyłem to już nieraz, że ile razy idę z Heleną, a patrzą na nas 

ludzie — nogi mi się plączą, jestem niezgrabny, nieśmiały, a chciałbym 
jednocześnie, by wszyscy zachwycali się nią.

Nic przyjemniejszego nad rozmowę oczami w towarzystwie, nie domyślającym się 
znaczenia takiej rozmowy. Była pani Kamilla, pan Saturnin, panna Jadwiga i p. 

Mieczysław, student medyk — słowem cała familia Korzeniowskich. Śród nich 
widziałem tylko Helenę, która była wczoraj dziwnie — kobietą. Ach, któż pojmie 

ten straszny czar, jaki rzuca kobieta rozwinięta w pełni? Wobec niej czym będą 
wszelkie dziewoje? Nawet pani Elżbieta znika wobec niej jak... No, znika — i 

basta.
Przy kolacji — ktoś mię nieustannie deptał. Kto to mógł być? Ktoś to musiał być, 

co wie, że ze mną trzeba nieustannie

background image

5 — Dzienniki- t. IV
66 DZIENNIKI, TOMIK XIII

rozmawiać, jeśli nie słowami, to oczami, jeśli oczami nie można, to kioskami 
żyta, jeśli i to niemożebne, to trywialnym troszkę — deptaniem. Ktoś to dobry 

być musi!
Powróciliśmy o 12 w nocy bialską dryndą. Pan Leon poszedł na banhof. Zostaliśmy 

sami. Kto widział zostawiać nas samych? Sami sobie winni ci, co zostawiają. Ja 
np. siedziałem w sali rozmyślając najprzykładniej o moim tużurku, gdy wtem coś 

stuka w ścianę. Niepokoi mię to — a nuż złodzieje, rozbójnicy, bandyci? Idę więc 
odważnie — zobaczyć. Znajduję rzeczywiście jakąś ludzką istotę. Siedzi i milczy. 

Pytam — kto to? — nic. Proszę, by odpowiedziała — nic. Całuję — nic...
Ach, ta istota, ta istota! Był to mój zły duch, mój zbójca. Ależ zemściłem się 

nad nim! — aż przebaczenia prosił.
Ciche szepty, ciche całunki — i tylko wrzask krwi głośny, serc bicie szalone 

słyszy noc ciemna.
Mówiła mi kiedyś:

— Gdybym była twoją żoną, widziałbyś, jak ja umiem kochać...
Nie umie lepiej, jak kochała wczoraj. 'yu.zdana zmysłowość wtóruje bezbrzeżnej 

namiętności. Nie dziwię się, że Kleopatra umarła po ostatniej namiętnej nocy. Po 
takiej nocy — tylko umrzeć.

Jednym z najstalszych — a bodaj czy nie jedynym uczuciem trwającym wiecznie — 
jest namiętność.

l   lipca   (piątek).
Nastąpiła kara za wczorajsze rozkosze. Obudziła mię dziś rano głośna rozmowa: 

babcia przyjechała z Janinką.* Bagatela!
Amin tobi — wełykij muzę! *

BIAŁA, 1887

67
Z rozpaczy — poszedłem się kąpać. Ponieważ łazienka była zajęta, wsunąłem się 

więc do altanki i czekałem. Cudnie tam było. Z miasta dolatuje odgłos muzyki, 
las szumi cichutko, niebo bez chmurki. Marzysz... Marzysz — ale niedługo, bo 

wychodzi z łazienki 12 panien T. Zajmuję ją ja, rozbieram się i wskakuję w wodę. 
Trzeba senność, znużenie, bezsilność i... i ten natrętny zapach uścisków zmyć ze 

siebie. Zmarznięty, bo woda zimna, idę w las.
W najzaciszniejszym i najmniej dostępnym zakątku lasu, wśród zarośli młodych 

dębów, kalin, leszczyny, jarzębiny, paproci — zdejmuję surdut i idę spać.
Długo leżę z na pół przymkniętymi powiekami. Proste, wy- ' smukłe sosny kiwają 

ze zdziwieniem gałęziami, po których tułają się z rozpostartymi skrzydłami młode 
wrony, zabawnie udając dorosłe; od sosen tych kładą się wielkie cienie na 

leszczyny, na dąbki o ufryzowanych zalotnie liściach. O parę kroków ode mnie 
hałasuje mierny artysta — drozd. Nauczył się jednego trela — ech! — jedne gamę 

umie zaledwie i popisuje się nią ciągle. Zwyczajnie — samouk. Zaczyna pompa-
tycznie — i urywa nie wiedząc, co dalej; znowu zaczyna i urywa.

Znudzona tymi egzercycjami zięba wzięła się do realniejszego naśladownictwa: 
udaje kucie żelaza. Kuje i kuje —-aż do znudzenia.

Hałas tych fanfaronów zaciska jeszcze bardziej powieki, widzisz już tylko 
paprocie, trawy, mech. Tu dopiero walka! Boża krówka wdrapuje się na liść 

czarnej jagody. Po co i na co? Sześć razy spadnie i sześć razy włazi — mały 
Syzyf. Widocznie zaciekawiła ją czarna jagoda, wisząca na jednym z prątków tej 

roślinki. Ale czyż krówka nie widzi tych wielkich much o żółtych, złoconych 
skrzydłach, co pozasiadały wkoło listków, czy się nie boi wygiętego w pałąk 

pająka, co swoje krótkie nogi formalnie wbił w jagódkę. Ciekawym,
DZIENNIKI, TOMIK XIII

co on myśli robić? Stoi i medytuje tam bez ruchu. Naraz zrywa się i maszeruje z 
listka na listek, z listka na listek — aż dotarł do ostatniego. Tam znowu się 

wstrzymał: droga skończona, albo trzeba skoczyć z narażeniem życia na najbliższy 
liść konwalii, tulącej się w objęcia listków jagody, albo wracać tą samą szosą. 

I oto wybrał... Skoczył. Dzielny i chybki jak góral tatrzański. Szary jego 
profil miga tylko po białych dzwoneczkach, aż utonął zupełnie w jednym z nich — 

i ani po nim śladu...*

background image

Biedna konwalia! — tyle zapachu poseła „czarnej jagodzie", taka blada od 
namiętnych uniesień, taka zrozpaczona w tym opuszczeniu białych dzwoneczków — a 

„czarna jagoda" ani myśli do niej się zbliżyć, ukoić jej tęsknotę, chwali się 
tylko czarnym swym owocem. Za zimna i za wyrachowana jak na kobietę... Za to 

poczciwa stara paproć osłania biedną konwalią. Z prawdziwą czułością roztacza 
nad nią swoje eleganckie wachlarze, odgradza ją od słońca, chroni od padających 

suchych igieł — i opiekuje się poczciwie biedną poetką lasu.
Bo też i konwalia nie umie sobie radzić. Wątłe to takie, nerwowe, blade, 

chwiejne. Całą jej potęga — ten zabijający zapach, pieśń jej życia. Zbój-pająk 
pewno joi tam dokucza, rani — to nic jeszcze pająk, ale kiepski liteiat 

warszawski, bojąc się jej współzawodnictwa, zabije, wyrwi<; z ziemi, którą tak 
ukochała!... Takie to życie poetów... Inna rzecz z paprocią, realistką, 

zwolenniczką teorii „walki o byt". Spróbuj jej zrobić krzywdę! — Pokaleczy, 
pogryzie — i arii jej ugniesz. Ta nie opuści rodzinnego lasu. -Właśnie jakby 

mówiła: przyjdź, gdy zakwitnę, dam ci kwiatek...
Ma i las swoich pozytywistów. Ale ma i konserwatystów: siwy mech np. — zestarzał 

się, posiwiał na starym pniu, a nie zmienił się na jotę. Dokoła niego wre życie, 
szerzy się cywilizacja, a ten wiecznie śpiewa swoją piosenkę: „był tu, tu gdzie 

ja śpię, wielki dąb — dziś został pień i ja. Zabrali potężną moją ojczyznę, pień 
gnije — i gdyby nie ja, nie

l ii J
BIAŁA, 1887

byłoby po dębie znaku ani pamięci..." A rusz go palcem — rozsypie się w proch 
maruder. Tyle on wart, co trupy leżące dokoła: igły sosnowe i szyszki. Martwe 

to, ale zabalsamowane w wichrach, toteż długiego trzeba okresu, by czas-trawca 
pożarł je, by z nich węgiel stworzył.

Kulturtragery-mrówki chyba i z igieł umieją robić użytek. Toteż latają, 
wdzierają się wszędzie, awanturują się zajadle, a trąbią: „budujemy wielkie 

miasto — materiału, materiału, cegieł, kamieni!"
Znudzony... na pół zasypiam.

Śnią mi się słowa, pieszczoty, uśmiechy pewnej mężatki, której nie mogę sobie 
przypomnieć imienia. Kto ona, ta śliczna mężatka?

2  lipca   (sobota).
Garściami pakuję sobie w usta błoto — i dziwię się, że mię ono dusi. Jestem 

idiotą albo mam początki wariacji. Nie wzgardzić tym wszystkim — to wariacja. I 
co mnie może uleczyć? — Czas. Czasami jeden zasłyszany wyraz z rozmowy ich zwija 

mię formalnie w kłębek, zdaje mi się, że byłbym szczęśliwy w takiej chwili, 
gdybym był psem i mógł nie zwracając niczyjej uwagi — skowyczeć.

Nie ulega żadnej wątpliwości, że ja mam rozdrażnienie nerwów, bo miewam chwilami 
obłęd. Siedzę spokojnie przy obiedzie, jem, śmieję się czas od czasu — a 

jednocześnie cały drżę. Wiem, że w takiej chwili nie wiedząc o tym, co robię, 
mógłbym potłuc wszystkie sprzęty znajdujące się dokoła mnie. Ręce nabrały 

jakichś szczególnych, konwulsyj-nych ruchów — i strasznie, niekłamanie boli mię 
serce. Jakim ja biedny człowiek! Kiedy ja doznaję tych męczarni, kobieta, którą 

kocham, wiedząc, co się dzieje ze mną, wiedząc doskonale — śmieje się rozkosznie 
z dowcipów jej męża, nie dlatego nawet, aby mi dokuczyć, ale dlatego, aby jemu 

nie sprawić zmęczenia smutnym wyrazem twarzy. Jest to zabawne, bardzo zabawne, 
nad wyraz zabawne! I ja

70 DZIENNIKI, TOMIK XIII
wiem — ot, w tej chwili wiem doskonale, że w tym uczuciu moim nie ma żadnej 

nadziei, że bawi się mną, bo nie zaszkodzę jej opinii, potrzebny jej jestem...
Ale niechaj ona ze mną nie igra! Zaprawdę jest we mnie coś niebezpiecznego. Jest 

coś, co mnie samego przeraża. Mogę dostać strasznego paroksyzmu, który 
przeczuwam — i gdy mąż szepce jej do ucha: „ty raz lubisz na tydzień, a pani J. 

trzy razy" — ja mogę zaprzeczyć, mogę mu dowieść, że lubi częściej... Jak ja 
okropnie jestem nieszczęśliwy!

Zamknij się w grób milczenia, O pogardzone serce moje! Nad wszelką rozkosz 
istnienia, Nad nieświadomość wniebowzięcia, Nad rozkosz śmierci, Nad pół-

świadomość snów dziecięcia I nad wariata myśli zwoje Przełożyłbym  istność 
Kamienia.

3  lipca   (niedziela).

background image

Byłem   dziś   we   wszystkich   cerkwiach   B pobazyliańskiej zastałem kilku 
chłopów.

IBJ.   W  cerkwi
Gdybym ja mógł umrzeć, umrzeć i skończyć raz z tym wstrętnym i nikczemnym 

uczuciem!
Jakaż nieustanna rozpacz! Od tego niezmierzenie daleko nawet do smutku. Nic, 

tylko śmierć.
W cerkwi stałem w kącie i słuchałem nieustannego głosu ; chłopa: ,,Hospody 

pomiłuj, hospody pomiłuj, hospo-iłuj!..." I tak bez końca... Zdawało mi się, że 
ten głos •e mnie. Hospody pomiłuj !

BIAŁA, 1887
71

Wzywaj mię w dzień utrapienia, a wyrwę cię i czcić mię będziesz. O Boże, 
Boże!...

Nie wierzę i w modlitwę. Piszę to, aby znaleźć punkt, na którym spocząć by mogła 
myśl.

Jestem milion razy biedniejszy od Hamleta. On przynajmniej wątpił o wszystkim — 
ja nie wątpię, tylko nienawidzę wszystko — począwszy od siebie. Ach, jakże się 

nienawidzę teraz!
Nie mogę zupełnie mówić.

Opuściło mię wszystko, bo praca i prawda. Wiem, że ta straszna choroba, jaka 
zgangrenowała mię jako człowieka, jest rezultatem braku pracy i pogardzenia 

prawdy.
Otacza   mię   ciągła   radość,   ciągły   śmiech,   otaczają   mię dzieci. 

Jestem potworny we wszystkich moich uczuciach.
Alboż mogę mieć pretensją do pani Heleny? Nie. Nie mam nawet żadnej. 

Przedwczoraj tuliła się w moje objęcia — dziś, wczoraj dowiodła mi, że jestem 
jej wstrętny. Ale czemu kłamie? Przychodzi i całuje mię. Jest kobietą, 

potrzebuje kochanka. A — nawet nie potrzebuje... Bo ja wiem, dlaczego ona mię 
zwodzi. Nawet i nie zwodzi — tylko, po co mię zabija? Nie mam do niej pretensji 

— tylko mam, tak, mam niewątpliwie pomieszanie zmysłów.
DZIENNIKI, TOMIK XIII

Jeśli stan taki, w jakim znajduję się obecnie, potrwa jeszcze z godzinę — to 
odbiorę sobie życie.

Rzuciłem  wszystkie uczucia w  gnój   —   i chciałbym,  aby kwiaty z nich 
wyrosły. Jakżem głupi!

Czyż to miłość jest przyczyną mojej rozpaczy? Nie. Ja jestem chory, chory 
bardzo. A śmierć nie przychodzi na zawołanie. Trzeba myśleć, że się jest 

śmiertelnie chorym, ale że się umrze dopiero po nieskończonych wiekach.
Ta godzina trwa już ze sto lat. Wszystko, co mię otacza, wydaje mi się snem nie 

mającym ze mną żadnej styczności. Alboż ja wiem, czy i sam istnieję?
Rozpacz.

Wieczór.
Wszystko przeminęło. Jestem słaby, boią mię ramiona, nogi, serce, żebra i co 

chwila coś mię dusi. Minęło wszystko i rozpacz ze śmiechem uciekła — została 
ty:ko bezwładność drewna. I to się nazywa — miłość.

Ja Heleny nie lubię, ale ją do szaleństwa, do obłędu kocham. Ani jednemu jej 
słowu nie wierzę, a jeśli i wierzę czemukolwiek, to temu, co muszę pogardą 

okrywać. Nie jest to miłość, tylko nieustanne szaleństwo z miłości. Szacunku, 
moralności, życzliwości, miłosnej przyjaźni, cichej cnoty, dumy z samych siebie 

— w naszym uczuciu nie ma. Jest szalona atrakcja, od której pęka serce, jest 
uniesienie bezgraniczne — ciągłe. Jeden z najpotworniejszych duchowych związków, 

jaki kiedykolwiek istniał na ziemi.

BIAŁA, 1887
73

W  nocy.
Chcę odetchnąć na chwilę, na godziną! Spokoju, spoczynku, snu! Na cóż mi płakać? 

Na kogo? Na siebie jedynie, że najpiękniejsze lata zabijam.
Byłem w cerkwiach i kościołach bialskich. W cerkwi, przerobionej z byłego 

bazyliańskiego kościoła, odprawiano nabożeństwo. Było kilka osób zaledwie, 

background image

między którymi widziałem czterech chłopów. Sukmany ciemnobrązowe, spodnie, 
zgrzebne, łapcie na nogach. Jeden z nich klęczał i modlił się, trzech stało. Był 

między nimi chłopak ośmnastoletni. Dziwne tu twarze mają chłopi. Nie znajdziesz 
rumianej, zdrowej, tryskającej przebiegłością, butą, zdrowiem twarzy chłopa 

stron naszych. Tu twarze zawiędłe, czarne, smutne. Z jakąś boleścią przyglądałem 
się owemu chłopcu: nie żegnał się, nie kiwał. Stał oparty o filar i nieruchomo, 

obojętnie patrzał przed siebie.
Historia zryła te twarze w tak dziwne bruzdy. Z nich wychodzą albo męczennicy, 

albo nikczemni. Ani katolicyzm, ani prawosławie nie dają im szczęścia. Czego 
chcą od nich — nie wiedzą... Chcą się modlić do Boga, aby im chleba nie 

brakło... Wtedy ciągną ich do popów, jak niegdyś ciągnęli ich do unii. A oni, 
oni tak się bronią! Dwa tygodnie temu wywieziono stąd na Sybir kilkadziesiąt 

rodzin. Nie chcieli iść „w Moskali".
Ach — wielki mocarzu ziemi naszej, ludu, wielki świeczniku przyszłości naszej, 

wielki nauczycielu! Zapomnieli panowie, zapomnieli twoi księża, że trzeba nie 
dawać się — a tyś pamiętał, choć nie uczono cię pamiętać. I ty jeden płacisz 

krwią za ideę, idziesz w Sybir, rzucasz rodzinny dach — za ideę! Ty jeden 
jeszcze — wielki idealisto!

Smutnaś ty, podlaska kraino!
5   lipca   (wtorek).

Niegdyś,  gdy  byłem  jeszcze  uczniem,   czytając  powieści
74

DZIENNIKI, TOMIK XIII
Kraszewskiego, gdzie kobieta występowała jako syrena, bawiąca się uczuciem 

mężczyzny jak syrena, nudziłem się śmiertelnie, nie wierząc w istnienie ani 
takich kobiet, ani w istnienie takich uczuć. Dziś wiem, że kobiety i uczucia 

takie istnieją.
Co się ze mnie zrobiło? Stałem się w 23 roku życia starcem zgrzybiałym, nie 

dbającym na honor, na uczciwość, na dumę, na tę godność osobistą, jaka jedna 
pozostaje na dnie nieszczęśliwego uczucia. Oprócz marzenia o zwróceniu ku mnie 

serca Heleny — nie ma we mnie innych myśli. Całe, literalnie całe godziny 
spędzam w fotelu z głową podpartą na rękach, w myślach, a raczej w bezmyślności 

najzupełniejszej. W nic nie wierzę, w żadne zaklęcie, w żadne zapewnienie o jej 
uczuciu, nie wierzę żadnemu jej słowu, a kiedy się zlituje nade mną i chce 

rozmawiać, zadaję jej jedno wiecznie pytanie: — Kochasz mię?
Wczoraj poszliśmy do miasta. Nie szczędzi mię ona teraz, szafuje rozrzutnie na j 

dokuczliwszymi środkami sprawienia mi przykrości. Gorzko pomyśleć, że robi to 
nie dla przekonania się o moim uczuciu, lecz robi tak, gdyż z<, :.\u: mię uważ-

i.1 Nie zadaje sobie trudu kierowania się względen ir lic nawet stereotypową 
grzecznością.

Zwykły mój stan to smutek graniczący z mądrością. Stan ten przerywa czasami 
straszna, upalna, wrząca rozpacz. Wszystko skryte w maskę śmiechu, w którym nie 

ma ani cienia wesołości.
Jest ona piękną — najgorszą, najniebezpieczniejszą pięknością. W wielkich, 

wypukło osadzonych jej oczach, blado-niebieskich jak niebo północy, śmieje się 
wieczna ironia dusz

1 W autografie omyłkowo: „nie uważa".
BIAŁA, 1887

75
przeżytych. Wobec takiej twarzy jesteś bezsilny. To, co tobie daruje młodość 

jako najpiękniejsze swe dary, ona już zna — i drwi z tego. Nic jej nie powiesz 
nowego, niczym jej nie zachwycisz. Kiedy idziemy pylną drogą, dającą możność 

swobodnego obserwowania jej — doznajesz obłędu, zawrotu głowy, piekła 
namiętności. Dosyć wysoka, cudnie zbudowana; szerokie jej biodra, kibić okrągła, 

gibka, ruchliwa i giętka jak pręt stalowy, przepyszny biust, szyja krótka, 
biała, na którą zsuwają się pojedyncze promienie włosów o kolorze hebanu — 

wszystko to napełnia cię straszliwą pewnością swych sił, wobec której 
nieszczęścia, postanowienia, cała filozofia niedoli tego uczucia — przepada jak 

dym.
Nie rozumiem, czemu wczoraj na moją zwykłą prośbę o „dobranoc" — odpowiedziała 

przyzwoleniem. Długo spacerowaliśmy po peronie wieczorem. Taki cudowny, 

background image

ciemnoniebieski wieczór, wielki księżyc, milczące zadumanie drzew, cisza 
lipcowej nocy — i nic tego nie widzisz, nic nie czujesz, czujesz tylko, że to 

mija godzina dziesiąta, jedenasta, pół do dwunastej, a my jeszcze mówiemy, 
mówiemy... Wreszcie — pan Leon odchodzi na stacją, a my do domu.,

Na pół rozebrany czekam w salonie. Jest w nim widno, plamy księżycowe kładą się 
na podłodze jak w obrazach Rembrandta. Godzina 12. Wreszcie, po wszystkich 

mękach oczekiwania, wsuwa się ona, trwożna, lękliwa, na krótką chwilę. Pierwszy 
raz tutaj przyszła do mnie. Jest nieoceniona w tym satysfakcja, gdy kobieta 

kochana oddaje ci się na twoim łóżku. Zdaje się, że to już nie cudzołóstwo.
Jest w zachowaniu się naszym względem siebie stosunek męża i żony, a czasem 

robiemy sobie honory i prawiemy grzeczności jak ludzie, co się wczoraj poznali.
Co dzień rano odprowadzam ją do kąpieli. Podczas gdy ona się kąpie, ja czekam w 

altance z liści dębowych. Kładę się
76

DZIENNIKI, TOMIK XIII
tam na ławce i pogrążam w nirwanę. Jest to jedyna chwila, kiedy nie wiem o 

niczym. Lekkie białe obłoczki snują się po szafirach nieba, cichy szmer sosen 
przerywa tylko imperty-nencki krzyk dzięcioła. Zdaje się wtedy, że zasypiam, że 

pogrążam się w nieskończoną niebieskość, jaką widzę nad sobą.
6 VII (środa).1

Już to dziś jest chroniczna moralna choroba. Nad wszystkimi moimi uczuciami 
króluje już dziś to uczucie. Zatapiam się w morze rozmyślań, jakim cudem, jaką 

potęgą, jaką władzą — czym skłonić ku mnie to wielmożne serce.
Najgorszym stanem w nierozważnej miłości jest ten, kiedy zaczynasz nie zwracać 

uwagi na jej niestosowność, na wady organiczne kobiety kochanej, kiedy 
potworności zaczynasz uważać za rzeczy konieczne, kiedy nie dostrzegasz w niej 

nic — prócz piękności. Męka i gorycz, nieustanny niesmak, godziny moralnych 
obłędów przyjmujesz za konieczne satelity uczucia, nienawidzisz i idziesz z 

zawiązanymi oczyma, z konającym sercem, a jedyne myśli twoje — to pokorne czy 
ironiczne, a zawsze namiętne błaganie: wróć do mnie!

Gdyby ktoś wejrzał do głębi w całe nic- L :zucia, a miał uczciwe i szlachetne 
serce — doznałby głębokiego smutku. Nie jestem człowiekiem, który by nie miał za 

sobą nic, co by przemawiało za nim dodatnio. Te uczucia te myśli, cała wartość 
moja intelektualna dają mi prawo do uważania się za jednostkę wartą choćby 

współczucia. Tymczasem — nieustanne różniczkowanie naszego stosunku wykazuje 
jakieś mniemane wielkości, od których odwracam się znudzony i taki 

nieszczęśliwy, że czuję nad sobą samym litość. I oto powstaje z tego chaosu 
jeden pewnik, smutny i straszny jak bezsenna noc: „Z wszystkich nędz na j 

straszniejsza — ludzkie zapomnienie."
" W autografie pierwsze dwa akapity pod tą datą ujęte są w ramkę.

BIAŁA, 1887
77

Od wysoce tragicznego do wysoce komicznego stanu duszy — mniej niż jeden krok. 
Toteż nie ma nic bardziej tragicznego i jednocześnie nic komicznie j szego nad 

człowieka zamkniętego w klatce namiętności.
Trzeba ogromnych przyczyn, by wywołać nareszcie we mnie żądzę nieodegnaną i 

silną — wzniesienia się nareszcie i zapomnienia.
Wiem, że mnie „kiedyś" — ale „kiedyś" oddalone wielce — wyleczy pracą i prawdą.

Wczoraj przyjechała matka. Pan Leon jeździł po nią do Łukowa. Cieszyłem się 
nadzieją, że te parę godzin pani Helena poświęci mnie na rozmowę. Ale... miała 

akurat wtedy mnóstwo interesów do załatwienia.
Chciałbym jeszcze kiedykolwiek mieć w życiu chwilę, w której mógłbym się na niej 

za te wszystkie męczarnie — moralnie pomścić. Chciałbym mieć chwilę, aby ona 
poczuła raz, że ja wart jestem trochę więcej niż tej pogardliwej grzeczności. 

Chwila taka nadejść musi i nadejdzie.
Najszczęśliwsze chwile, chwile bezwiednego zachwytu, są moim udziałem wtedy, gdy 

mogę przycisnąć Helenę do piersi, całować jej wielkie oczy, jej kochane włosy, a 
ona nie odzywa się wcale, tylko pochyli głowę na moje ramię i czas od czasu 

podniesie powieki, co odsłonią na chwilę to piekło, szczęście i nieszczęście, i 
całą moją niedolę — oczy.

background image

Moralność kobiet — zależy od... światła dziennego. Najmo-ralniejsza we dnie — w 
nocy pozwoli ci robić ze sobą, co się podoba. Moralność mieści się we wzroku, a 

zależy od słońca.
78 __________________     ____                 ___          DZIENNIKI, TOMIK 

XIII
Lepiej być zdradzanym niż zdradzać, lepiej znosić męczarnie niż doznawać radości 

z myślą, że ona minie za chwilę. A moje radości?...
Zabite wszystkie, zakażone, umarłe, zanim się urodziły na świat. Każdy uśmiech, 

jeśli się rodzi, to z przyczyn fizjologicznych, bo rzeczywistej chwili 
zadowolenia — naprawdę nie ma. Chyba wtedy, gdy przyznaję sobie patent złodzieja 

i mówię: okradłem go znakomicie!
Za parę dni — jadę do Warszawy. Kończy się wszystko. Tak jestem chory, że żal mi 

się rozstać z tym wszystkim, co dziś nazywam rozpaczą.
Męką    i    goryczą    jest    życie, A świat błotem...

Dziś mam przyrzeczone rendez-vous. Płyńmy po tym błocie.
W  nocy.

Jest nareszcie i skandal. Zbrodnia może się kończyć tylko zbrodniczo. 
Rozmawialiśmy w sali przy ti/zwłach otwartych około godziny trzeciej po 

południu. Heler.i o,.arła rękę na moim ramieniu, później, według swego zwyczaju, 
przesunęła nią kilka razy po mojej głowie. W sąsiednim pokoju była matka.

W stołowym pokoju stanął pan Leon i widział ten jej ruch. Poprosił ją do ogrodu 
i zelżył straszliwymi wyrazami,

Otello! Jednak do mnie się nie odezwał. Zmierzyliśmy się wzrokiem. Byłem chłodny 
i spokojny. Całą tę historię znam z opowiadania matki.

Teraz od dwu godzin słyszę całą ich rozmowę, jeśli rozmową nazwać można tę 
straszną, karczemną lawę wyrazów, jakimi ją zasypuje. Jutro jadę, jadę dlatego 

jedynie, że
BIAŁA, 1887

79
Helena ma dzieci i nie chcę ich pozbawiać matki. Zresztą nie wiadomo jeszcze — 

może jemu i sobie strzelę w łeb. Jestem niemal szczęśliwy z rozpaczy, że się to 
tak stało.

Co mnie obchodzi skandal? Co mnie obchodzą wszystkie śmieszności idące za 
wyrazem: romans odkryty przez zazdrosnego męża? Nieszczęście — to nieszczęście! 

Nareszcie zaki-piała krew, nareszcie jest walka. Maska zrzucona — zacznę z nim 
bój, ale on mnie popamięta! Powtarzam, że jestem szczęśliwy z rozpaczy.

Stracone   w   jednej   godzinie   wszystko,   dziś   już   koniec miłości. 
Odtąd nie będziemy się widzieć nigdy, wątpię, czy będziemy pisywać — ale za to 

jakaż straszna jest moja dla niej miłość! Nigdy nie kochałem jej tak jak dziś. 
Jeśli nie duszę się paskiem, jaki leży koło mnie, to dlatego jedynie, że chcę, 

pragnę doczekać jutrzejszego dnia, aby mu spojrzeć w oczy, aby go wydrwić, 
zmasakrować szyderstwem — lub zabić. Nic nie wie  idiota,  pieni  się z 

wściekłości,  ale nic nie wie! Całym oskarżeniem jego jest jeden jej gest. 
Wściekaj   się,   śmiertelny   wrogu   mój,   klnij,   lżyj   ją   wyrazami 

łotrów ulicznych — nareszcie musisz się wściekać! Kosztować mię to będzie tyle 
co życie, muszę się wyrzec Heleny, ale  nasycona   jest   moja   śmiertelna   

męka,   moja  piekielna jędza-nienawiść  do  ciebie.  Jestem  zemszczony.  Tłucz 
siwy łeb o ścianę, jak ja go tłukłem, rwij włosy, jak ja rwałem, przeklinaj, jak 

ja przeklinałem, wiem, co się dzieje z tobą, wiem, że cię zabija zazdrość — ale 
musisz zazdrościć, musisz się wściekać, bo to szalona nagroda dla mnie. Bez tej 

godziny — życie moje byłoby podłością. Teraz jestem szczęśliwy, szczęśliwy 
nieopisanie — a jutro będę jeszcze szczęśliwszy, tysiąc, milion razy 

szczęśliwszy, gdy zobaczę twoją nienawiść do mnie, gdy spotkam z szyderstwem 
całej mojej istoty — twój nienawidzący mię wzrok. Boisz się mnie, nędzny, podły 

tchórzu, przyciszasz głos,  gdy słyszysz,  że ja jestem w są-
80 DZIENNIKI, TOMIK XIII

siednim pokoju, lżysz bezbronną kobietę — a uciekasz z pokoju, gdy ci spojrzałem 
w oczy? Chcesz mię może obić, nastawisz chłopów? — boisz się i tego zrobić... A 

ja nie obawiam się niczego! Chcę, żebyś mię zaczepił, chcę, pragnę, pożądam!
Zabiłbym cię z rozkoszą, ale wolę zabijać cię drwiącym śmiechem, posiać ci w 

duszę ziarna nienawiści, aby wyrosły w codzienną zgryzotę, w codzienną niewiarę, 

background image

w ciągłą myśl: ona kocha Stefana! Ja to przeżyłem — i ty przeżyj! Ach — znęcałeś 
się nade mną, całowałeś Helenę w mojej obecności, znęcałeś się tak, że, jak 

mówisz, bladły mi wargi — więc i ty teraz nie śpij po nocach, wątp o niej i bądź 
przeklęty w tym nieszczęściu.

Niewinny jesteś, ja jestem podły? Bóg tu jest niewinny. Kogo ja zapytam o moje 
męczarnie, o moją zazdrość? Ciebie, który zabrałeś mi kobietę, kochaną bardziej 

przeze mnie niż moja istota. Jestem podły, tak, jestem podły, podlejszy nad 
wszelki wyraz. Ale jestem nieszczęśliwy i będę się mścił do ostatniego 

tchnienia. Trzyletnie moje męki, trzyletnie milczenie, straszna trzyletnia 
tęsknota — w tej godzinie zapłacone mi. Ach, gdyby nie to, że tu idzie o Helenę, 

gdyby me to, że — pomimo wszystko — ją jedne kocham do szaleństwa, gdyby nie to, 
że jesteś chłopem, gburem, i;: byś ją mordował, z rozkoszą pokazałbym ci jej 

listy pisane do mnie — może byś się wściekł z rozpaczy...
Straciłem cię na wieki, znikłaś już dla mnie. Z mojej przyczyny usłyszałaś 

wyrazy, na wspomnienie których zamiera we mnie życie — to ja cię zhańbiłem, ja 
cię moją namiętnością uwiodłem, ja cię unieszczęśliwiłem, ja ci zatrułem życie. 

Rozumiesz ty, co znaczy wiedzieć to wszystko?!
I ty, ty, ta sama — gdy chodziło o mnie, broniłaś mię, oskarżając się wobec tego 

kiełbia? Ty, ta sama, całowałaś mię po wszystkich obelgach w usta z pytaniem: 
„wierzysz,

BIAŁA, 1887
81

że cię kocham?" Ty, ta sama, dziś, teraz, przed godziną, po wszystkim, co 
zaszło, po tej strasznej krzywdzie, jaką ci wyrządziłem je przez tego fajfra — 

ty mojemu smutkowi się litowałaś? Czy mię rozpacz, czy radość myli? Czyżbyś mię 
rzeczywiście kochała? Straszne odkrycie, gdy się wyrzekam ciebie na wieki!

Włożyła dziś ukochaną przeze mnie suknię. Jakaż była cudowna! Siedzi taka 
strasznie blada, z zaciśniętymi nerwowo wargami, krew w niej, zdaje się, 

przestała płynąć. Milczy. Ręce złożyła na kolanach, zacisnęła mocno dłonie. Co 
się wtedy ze mną działo? Możnaż nazywać żalem tę męczarnię? Dusił mię, dusił — 

okropny.
Z wolna duże rzęsy podnoszą się i oczy wielkie, tonące we łzach, zwracają ku 

mnie. A gdy się zrozpaczone nasze oczy spotkają, to na jej kredowych wargach — 
zjawia się... uśmiech. Patrzy przez chwilę i przesyła mi ustami pocałunek. 

Straszne jest twoje serce, straszna jest twoja miłość dla mnie!
Poznałem cię dziś dopiero i dziś nareszcie wiem, kto ty jesteś.

Ach — to ja cię dziś tracę...
Winienem ci wieczną miłość, winienem wieczną wdzięczność, wieczną pamięć, 

wieczne uwielbienie.
Niepodobna żyć. Jutro trzeba... Co jutro? Czy będzie to jutro? Wszystko to jest 

strasznym snem, halucynacją... Czyż to rzeczywistość? Na wieki? Nigdy?
Nic nie rozumiem. Jutro trzeba umrzeć, bo dziś chce mi się strasznie śmiać.

6 — Dzienniki t. IV
DZIENNIKI, TOMIK XIII

Cztery   złote,   jazda,   Warszawa,   głód, śmierć, wieczność — Helena, 
Helena!! Gdyby lepiej była umarła!

Zydler,   trucizna,
Czy   mię   zapomnisz? przewraca, przewraca...

Skandal.   Mózg   się   przewraca,
Nieprawda wszystko! Kłamstwo! Uderzył ją w twarz. Ona zniosła, ja zniosłem? 

Absurd, sen, podłość, kłamstwo, zbrodnia, cudzołóstwo.
Oni się kochają. Nie znosi się policzków — a ja zniosłem, słyszałem, uderzył ją! 

Jezus Maria! Obłęd, obłęd, obłęd! Uderzył — Helenę — ten — za co? Mnie kocha? 
Kłamstwo wszystko! Nie wiem, nic nie wiem.

Jutro zabiję. Ją? uderzył?
Sen, obłęd.

Zabiję.
7 VII (czwartek).

Trudniej jest wytrwać niż umrzeć. Wybrałem pierwsze: zostałem tutaj na jeden, 
może na dwa dni.

background image

Jest to podłość i śmieszność. Ale dozwalam jej sobie: będę podłym jeszcze w 
ciągu dni paru.

Był wczoraj wieczorem pijany.
"r*11- przynajmniej tłomaczy go Helena. Fu! co za podłość!

Tak
Było rano, kiedy obudziłem się z zdrętwienia. Zdawało mi się, że wrosłem w 

fotel; wrosłem tylko w rozpacz, która nie mówi, nie żyje, w rozpacz, która jest 
zdrętwiałą. Byłem ogromnie chory, położyłem się nie rozebrany i nie śpiąc —

BIAŁA,  1887
83

przyglądałem się moim snom. Zdawało mi się, że wyrywam sobie zęby i czuję ból, 
potem przepiło wy wuj ę sobie te zęby paznokciami, to znowu, że prowadzę zacięty 

spór z generałem de Yiller * — o Helenę. Ten generał raz był Leonem, drugi raz 
generałem...

Obudziłem się o szóstej rano i w koszuli powlokłem do okna. Wiał wiatr zimny. Z 
sąsiedniego lasu szła mgła poranna. Zimno mi było strasznie, a nie mogłem oczu 

oderwać ani od mgły, ani od akacyj wysokich, co żałośnie kiwały gałęziami, jakby 
wołały: uciekaj, uciekaj, Helenę biją, nazywają łajdaczką — uciekaj!

Upadłem na sofę i w tej chwili usnąłem.
Obudziła mię rozmowa Leona i Heli: mówili spokojnie, spierali się, dowodzili.

Więc już zgoda?
Łatwiej — milion razy — umrzeć niż przeżyć taką noc. Cóż — umrzeć, zadusić się — 

to romantyzm, to Nieżda-now? *... A tu rozpacz.
Jakimiż upartymi głupcami są ludzie: wymyślili prawa, nazwiska, przezwiska, 

terminy nikczemne — i sądzą, że mają rację. Śmiech bierze. Warto jednak widzieć 
walkę praw natury. Z jednej się matki poczęły — siostry: miłość i śmierć. * 

Wiedziałem o tym wczoraj, a dziś — dziś nic nie wiem.
Wczoraj Helena z matką wyszły wieczorem przejść się po peronie. Ja poszedłem do 

ogrodu. Powiadają, że istnieje bezwzględne piękno przyrody. Alboż to prawda? 
Widziałem,, że ta cudowna wczorajsza noc była jakimś strasznym bóstwem, które 

zdawało się grozić mi palcem. Strzeżcie się chwil, kiedy dostrzeżecie, że 
wszystka przyroda gardzi wami S

84 DZIENNIKI, TOMIK XIII
Dziś rano Helena chciała ze mną rozmawiać, gdy szła do kąpieli. Pobiegłem. Któż 

opisze ten straszliwy żal? A — takie więc bywają kobiety na świecie: nazywano je 
imionami, jakie niżej przytoczę,* z twej przyczyny, lżono je — a one patrzą ci w 

oczy z prośbą: nie bądź smutny. Miłość. Straszny wyraz.
Pamiętaj te wyrazy, które ona zniosła w milczeniu za mnie.

Dziwnie ja piszę ten dziennik od dni paru. Nikt by go nie pojął. Piszę jedno, 
dwa zdania, przerywam pisanie, zagłębiam się w fotel i myślę. Po upływie 

kwadransa, czasami godziny — piszę drugie zdanie. Tak mija cały niemal dzień.
Szekspir by zrozumiał ten dziennik.

„Rozmawiajmy, jeśli nie możem się ucałować, patrzmy przynajmniej, jeśli nie 
możemy rozmawiać" — mówiła przed chwilą, zjawiając się we drzwiach sali.

Przed południem p. Leon pojechał na jakiś pogrzeb — mogliśmy swobodnie rozmawiać 
w ciągu godziny. Ach, jakież prawdziwe były te nasze pocałunki! S\\ >jtość, 

sakrament widziałem w niej. Ona mię kocha — choć ile posiadam jej serca. 
Pęknięty dzwon zdradza się dźwiękiem, okiem pęknięcia nie dostrzeżesz. Miłość 

kobiety nie zdradzi się w słowach, ale poznasz ją w spojrzeniach, w ruchach, w 
łzach, w uśmiechu.

Ten dzień jest niemal szczęśliwy.
— Kocham cię tysiąc razy bardziej niż wczoraj.

— Jak to?
— Wtedy się kocha naprawdę, gdy się bardzo cierpiało, gdy się wiele zniosło dla 

kochanego.
1 W  autografie poniżej   trzy wyrazy  zostały zamazane  atramentowymi kreskami 

do zupełnej nieczytelności.

BIAŁA,  1887
85

background image

Jest to więc jedno z tych serc, co czują głęboką wdzięczność, gdy komuś mogą 
służyć, gdy mogą za kogoś cierpieć. Serca takie posiadają tylko kobiety.

I w tym jest najprostsza logika duszy ludzkiej: gdy zagrożono nam stratą tego, 
co nazywaliśmy rozpaczą — poznaliśmy, że nie rozstaniemy się z rozpaczą naszą za 

nic — chyba że powyrywają nam serca.
Boże mój — daj mi jeszcze, dzień przeżyć w tych męczarniach, w towarzystwie 

Leona, w tym brudzie, daj mi popatrzeć jeszcze na nią. Jakaż ona olbrzymia 
uczuciami, wzniosła, wysoka, wielmożna! O, niepojęta, o, słońce życia, słońce — 

daj mi popatrzeć w siebie zgasłym wzrokiem!
8   lipca   (piątek).

Bezpowrotnie zakochałem się w Helenie. Któż by uwierzył? Wygłoszono tysiące 
teoryj ludzkich serc — a ani jedna nie jest prawdziwą. Po trzech latach miłości 

zakochać się idealnie, kiedy najmniej na to pozwalają okoliczności — to 
nadzwyczajnie zabawne.

Ale już nie ma ratunku. Ognie dokuczania sobie i jej, płomienie zmiennych 
uniesień — spaliły się. Została czystość ogromna i tęsknota dawniejszych lat. Z 

przedziwną pieszczotą zaczyna pędzić przede mną, skakać we wszystkich moich 
myślach — cichutki wyraz: H e l a.

Zaczynam jak dawniej lubować się w jej włosach, w tych wielkich a aksamitno-
niebieskich oczach, zaczynam wpatrywać się w jej fotografią, marzyć o jej 

rękach, słowach, dźwięku głosu, sposobie mówienia: „nie bądź smutny"...
Bieda to wielka. Wpaść w tę wonną rzekę idealnej miłości,

gg DZIENNIKI, TOMIK XIII
gdy trzeba myśleć, co jeść, a raczej myśleć, aby było co jeść dziś — ciężka 

rzecz.
Tysiąc razy na dzień dusza wyrywa się z modlitwą do Boga, powtarzając ten psalm 

rozpaczy, którym skarży się tylko w najcięższe dni:
Wzywaj mię w dzień utrapienia, a wyrwę cię i czcić mię będziesz.

Wczoraj szliśmy wieczorem na spacer po nasypie kolejowym. Opierała na moim 
ramieniu głowę, rozmawialiśmy naj-swobodniej, wesoło, spotykają się oczy, cieszą 

sobą, ale nie wolno ich odwracać ani na chwilę, bo otacza nas piekło. Ach — 
podłeż jest życie!

Kiedy wyjeżdżałem z Warszawy, w ostatnią noc czytałem Leopardiego. Ani 
przypuszczałem, że będę po dwu tygodniach tak szczerym wyznawcą jego Myśli. Ale 

i dziś nie jestem pesymistą skończonym. Daleko, za światami musi istnieć kraina 
szczęścia.

Jeden z tysiąca bezładnych :-. n ó w.
Umarłem. Dusza moja była nieśmiertelną. Była mną. Czuła miłość, rozpacz i 

bezgraniczny żal za ziemią, i bezgraniczną tęsknotę za ludźmi, za życiem, za 
rozpaczą. Stan ten nie da się z niczym porównać. Czuć w sobie człowieczeństwo — 

i nie być, nie móc być człowiekiem!
Duch mój zeszedł na ziemię, a kierując się dawnym sternikiem — uczuciem — 

zaszedł tu, do tego samego pokoju... W nocy, na tym samym fotelu siedziała 
Helena. Przyszedłem zobaczyć, czy wie, że umarłem. Najwyższe bowiem zadowolenie 

nieśmiertelnych nawet duchów jest wtedy, gdy patrzą

BIAŁA, 1887
87

na rozpacz serc tych, kogo kochają. Najciekawszym widowiskiem jest śmierć, a 
najwyszukańszym przysmakiem — moralna śmierć. I widziałem, widziałem znakomicie 

bezbrzeżny jej żal. Serce biło wolno, coraz wolniej i nie padały wcale łzy. 
Tylko w zwężonych średnicach jej źrenic czytały oczy moje, że pęka jej serce, 

tylko w otwierających się do krzyku ustach widać było wyraz: umarł!
Najstraszniejsze jest uczucie, które ma za przedmiot — garść prochu.

Chciałbym, aby dusza była nieśmiertelną, aby widzieć jej rozpacz.
9  lipca   (sobota).

Wczoraj po południu zwiedziłem lasy otaczające Białe. Biorę w rękę laskę i brnę 
ścieżynami zamyślony, a raczej nie myślący o niczym. Gwar lasu — krzyki dłutw *, 

krasek, grzywaczy, sójek — zajmuje mię na chwilę. Chodzę olbrzymimi państwami 
poziomek i jagód czarnych. Czasami kładę się na takim kobiercu na twarz i 

pozostaję w tym stanie fizycznej zdrętwiałości w ciągu całych godzin. Zdrowa, 

background image

żywiczna sosnowa woń, dziwna a ożywcza woń lasu przenosi mię w czasy 
gimnazjalnych wakacyj, kiedy las był mi domem, dubeltówka przyjacielem, a sójki 

i kraski wrogami. Dawne ogromnie to czasy — dziś ludzie są mi wrogami i ludzie 
przyjaciółmi. A ludzie zawsze gorsi od rzeczy martwych...

Wracam, z lasu widać już czerwone dachy miasta, poezja samotności, poezja lasu 
zostaje w lesie, a ogarnia cię to zwierzę leżące w poprzek piersi — ta miłość.

Zgoda między panią H. a panem L. najformalniej usankcjonowaną została — 
pocałunkiem. Jestem jak dawniej przykładnym siostrzeńcem. Zachowuję się też 

przykładnie. Cóż
DZIENNIKI, TOMIK XIII

robić? Ludzie nie pytają się, czy ty rozpaczasz, gdy ci wyrządzili krzywdę. Cóż 
mnie do tego, że oni mogą rozpaczać? A zemsta? Słodki to wyraz! Trzymam się 

dosłownie teoryjki pewnego Murzyna, brzmiącej w tym sensie: „Dobro — jest to 
ukraść komuś żonę, zło — gdy mnie ją ukradną." A że wolę zawsze dobro niż zło — 

więc ukradłem wczoraj żonę panu L. Wieczorem na kanapce kradłem do tego stopnia 
z zapałem, że aż H. zapewniła mię, że wobec takiego jak ja słońca nawet taki jak 

ona lód — topić się musi. Topił się, ale słabo. „Nie tak to illo tempore * 
bywało."

Lolu! strzeż się ludzi takich jak ja! Doprawdy, nie chciałbym być moim 
nieprzyjacielem. Kiedy nienawidzę, to umiem postępować po mistrzowsku. Rwią się 

we mnie wnętrzności, a tak potrafię być chłodnym, tak umiem grać rolę, że sam 
się sobie dziwię. To obłuda — najpodlejszy występek, ale... używam go na 

niekorzyść najbardziej w życiu nienawidzonego człowieka.
Skończył się dziennik — a „ta paproć nie zakwita". *

10   lipca   (niedziela).
Smutno tak, że poza takim smutkiem nie widać już nic — prócz żalu.

Niekiedy wyłania się z tego chaosu no < > a traina rezygnacja.
Uczucia nasze muszą być nieustannym zapominaniem, inaczej bylibyśmy Makbetami. 

Ale zapomnieć często ciężej niż umrzeć. Wiecznie w przyszłości towarzyszyć ci 
będzie ta twarz, a oddalenie i czas posiadają tę własność oczyszczania, że złe 

strony, skazy w tym obliczu zatrą, zostawią cię samego ze wspomnieniem, co 
potrafi całe godziny wypełniać pytaniem: czyś zapomniał, czyś zapomniał? Winna 

przed tobą,
1 Ostatnie dwie kartki zeszytu zostały wyrwane; jak wynika z resztek przy 

grzbiecie, zawierały one notatki w języku rosyjskim. Dalsze zapiski prowadzone 
są na dodatkowo wszytych sześciu kartkach papieru listowego.

II
BIAŁA, 1887

winna ogromnie, ale mimo tę winę, mimo wszystko — jedna jest na całej ziemi; 
posiada nad tobą tę wszechwładzę, jaką posiadała w dalekiej przeszłości inna 

kobieta. Tamta jeszcze bardziej zawiniła przede mną, bo wydała mię na świat, a 
mimo to — ta i tamta kojarzą się ze sobą, podają sobie ręce i one tylko dwie 

mówią ze sobą o mnie. I nikt inny nie przychodził i nie przychodzi do mnie w 
godziny, kiedy już i łez brakuje — tylko wspomnienie tych dwu kobiet.

Odchodząc z miejsc ukochanych trzeba nie odwracać głowy. Stara biblijna baśń 
sprawdza się zawsze, ilekroć chcesz patrzeć na miejsca drogie za długo: obrócisz 

się, jeśli nie cały, to sercem i uczuciami, jak żona Lota — w słup soli.
Trzeba iść, iść, bez płaczu, z modlitwą o męstwo, o ducha potęgi.

Wczoraj siedzieliśmy w sali rozmawiając we troje, gdy Helena poczęła mi się 
przypatrywać z jakąś szczególną uwagą i z tym rozszerzeniem źrenic, co pociąga 

za sobą cudowną kontrastowość zaróżowionych blado powiek, czarnych rzęs i oczu, 
do których napływa jakiś nowy strumień niebiesko-ści. Nagle pochyliła się i 

szepnęła mi do ucha: „kocham cię..."
Była to jedna z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Wiedziałem, że wtedy 

mówiła szczerą prawdę.
Dziś, a najdalej jutro pojadę do Warszawy. Przepędzę tam cztery głodowe dnie u 

Zydlera, Pławińskiego, Radzikowskie-go — zresztą nie wiem gdzie: może w Saskim 
Ogrodzie — i w piątek pojadę do Szulmierza.

Ubiera się w sypialnym pokoju. Obserwuję cały pro[ce]s czesania przez uchylone 
drzwi do sali. Halka (niesłusznie tak nazwana, gdyż ani jej Moniuszko stwarzał, 

ani Wolski

background image

90 DZIENNIKI, TOMIK XIII
pisał) czerwona w czarne paski o tyle jest grzeczną, że pozwala widzieć buciki. 

Co za buciki! Węgierskie prawdopodobnie, bo kutasy tam są i wysokie obcasy, mają 
zresztą w sobie coś wojennego: stukają energicznie. Znam ten ich głos 

znakomicie, będę go długo pamiętał. Biały kaftanik z najrozmaitszych form ł 
niebywałych pomysłów falbanami, haftami — ma zwyczaj rozsuwania się w jednym 

miejscu. Nie wiem, a nawet (dzięki wrodzonej mi skromności) nie chcę wi[e]dzieć, 
jak się nazywa to miejsce. Cóż to komu szkodzić może, że wiem, dzięki 

kaftanikowi, jaką ma formę? Chwaliłem go bardzo z tego jedynie, ściśle 
historycznego względu, że przypomina lniane słowiańskie szaty, że jest wygodny, 

odsłania bowiem białą, krótką szyję. Zresztą, chwaliłem go, bo wolę jego białość 
niż smutny, czarny kolor... jedwabnych pończoszek.

Sprzeczaliśmy się nieraz o to, co trzeba pierwej pocałować: usta czy nóżki. Otóż 
teraz wpadłem na pomysł genialny: ponieważ pończoszki są czarne, a biały 

kaftanik ładniejszy jest niż czarne pończoszki — trzeba więc dotąd całować 
czarne pończoszki, aż się czarność z nich wycałuje, że staną się białymi, a 

nawzajem dotąd całować biały kaftanik, dopóki się zupełnie nie zabrudzi, że 
trzeba go będzie... zdjąć. Nikt nic na tym nie straci: pończoszki ;odti białe, a 

zbru-kany kaftanik zastąpi jeszcze lepiej — nierównie bielsza koszulka. Zresztą 
jakaż białość może się równać z białością ramion?...

Czy zgoda na ten plan — Helu?
Straszna pomyłka! Któż pojmie moje zdumienie! — Pończoszki nie są czarne, lecz 

ciemnopąsowe, bordo... Cała teoria na nic.
Przed chwilą była u mnie Hela już ubrana. Zgodziła się na plan taki, ale w 

teorii.
BIAŁA, 1887

91
12  w  nocy.

Wracaliśmy ze zwykłego naszego spaceru, gdy nadszedł pociąg wieczorny. Na 
peronie stała gromada chłopów otoczona żołnierzami, żandarmami. Zbliżać się do 

nich nie było wolno. Podszedłem tak, aby słyszeć rozmowę żandarma z oficerem, 
wyglądającym przez okno swej kajuty, a mieszczącej się tuż obok wagonu 

aresztanckiego. Był to więc eskortant aresztantów.
— CKOJIBKO 3TMX

— HeTbipe ceMHH, Bame BbicoKoGji...
—— BojIŁUie   H6T?

— HeTy ceroAHH, Banie BbicoKoSji...*
Zapisał w książeczce, zapalił papierosa, ziewnął i gwizdnął jakąś piosenkę. 

Żandarm chodził pod oknami wagonu ziewając.
Unitów złapano wczoraj w nocy, pozwolono zabrać ze sobą 100 funtów * rzeczy, 

zawleczono na stację, wepchnięto do wagonu... Obywatele miasta Biały są z tego 
rodzaju scenami oswojeni. Pan Pawłowski dziwił mi się kiedyś, że się takimi 

rzeczami zajmuję. To tak powszednie!
Piszemy elegie, dramaty, zbieramy składki na Poznańczy-ków, których wydalono do 

Kongresówki. Cóż tam unici? Wielka rzecz, że zabiorą matkę od dzieci, męża od 
żony! Przed kilkoma tygodniami zabrano w nocy chłopa, nie pozwolono mu się ubrać 

nawet, pojechał bez butów... do Oren-burga. Dzieci dwoje ze strachu uciekło w 
las i tułało się uciekając przed „Moskalami". Wiek XIX!

Zajrzyjcie w duszę takiego chłopa. Męczennik, przestępca polityczny.
Jego las, jego pole — znikły, za kratami go wiozą... , gospody pomiłuj!" .

A pan Stefan? Pan Stefan w ciągu dwu godzin pieścił się przed chwilą z panią 
Helunią, rozpaczał, gdy opierała się

m
DZIENNIKI, TOMIK XIII

dać mu nóżkę do pocałowania... Ale że dała wreszcie, pozwoliła pieścić wszystko 
— więc jest szczęśliwy, zadowolony, zapala papierosa, kładzie się spać. Usłyszy 

za chwilę cichutkie stukanie w ścianę — to Helunia mówi dobranoc. Cóż mu do 
tego, że nędzny cham, unita, słyszy może w tej samej chwili świst oznajmujący mu 

— Moskwę, że szepce cichym głosem, który jednak Bóg nanizuje na koronkę mę-
czeństw, który smutne anioły ziemi niosą na sercach do niebios, że szepce: 

„Hospody pomiłuj!"

background image

11 VII (poniedziałek).
Koniec już temu wszystkiemu. Nadchodzi czas pokuty i żalu, nadchodzi czas 

odpoczynku po męce. Odpoczynek ten będzie chorobą na tęsknotę. Zaczyna mię to 
śmieszyć. Czasami śmieję się ze siebie w ciągu całych godzin, czasami znowu 

zdaje mi się, że już przed wiekami przestałem kochać Helenę. Coś mię tylko 
nieustannie boli, smuci, śmieszy.

Nie powiedziałem nawet Helenie dobranoc. I nie żal mi tego. Kiedy przed chwilą 
słyszałem Helenę, mówiącą do męża: ,,jak ciebie kocham...", ogarnął mię taki 

śmiech, taka jakaś nerwowa wesołość, jakiej nie pamiętam dawno. Kłamstwo duszy i 
ciała, kłamstwo uczuć. Przed chwilą, godzinę temu, przybiegła do mnie, pieściła, 

całowała / szeptem: .,ico-cham cię bardzo, bardzo, najbardziej..."
I to kłamstwo jawne, widoczne. Nawet zdtady nie ma. Ach — jakiż mię śmiech 

bierze!
12 VII (wtorek).

Dogryzam się tą rozpaczą, co to milczy jak kamień, co nie wyrazi się ani jednym 
słowem, co jest stoicyzmem mordującego się własnymi zbrodniami diabła. Są pewne 

stany duszy, w czasie trwania których ukłucie szpilką równa się pchnięciu 
sztyletu, żart równa się obeldze, milczenie — pogardzie, w ciągu trwania których 

jesteś podejrzliwy jak złodziej, drapiesz się paznokciami i lubujesz bólem, rad 
byś wszystkim tak dokuczyć, aby już nie było wyjścia.

BIAŁA, 1887
93

Dzisiaj z niewysłowioną radością wyczekują jakiejkolwiek czułości pana Leona, 
okazanej żonie. Zdaje mi się, że parsknąłbym śmiechem. Zasłyszane wczoraj słowo 

Heleny, wyrzeczone do pana Leona — słowo „jak ciebie kocham..." — dźwięczy mi w 
uszach tak nieustannie, że dałbym pół życia, aby go się na chwilę pozbyć. Wiem 

przecież, że ona go kocha, że mnie nie kocha — a jednak tak się męczę, tak 
męczę!

Chciałem dziś koniecznie jechać, skończyć tę męczarnię, zacząć straszliwą pokutę 
— żal i tęsknotę. Matka mię wstrzymała. Przez cały dzień dzisiaj nie mówiliśmy 

wcale, nie pocałowali ani razu, nie uścisnęli sobie rąk. Taki ostatni dzień.
Ona wie, co się robi ze mną, wie, że doprowadzi mię do szaleństwa pytaniem: ,,co 

złego ci zrobiłam? czego się gniewasz?" — i powtórzy go za każdym zbliżeniem 
się.

Wysłałem dziś list do pana C. z zawiadomieniem, że przyjadę do Ciechanowa w 
piątek.

Ty nie wiesz — ty, co umiesz bez chluby łzy koić —
Co to jest dzikie serce do siebie przyswoić,

Co tęsknić za dobrocią, a wdzięków żałować,
W  których   wspomnieniu   umysł  chciałby  istność   schować.*

Jakże ją bezbrzeżnie kocham! Niepojęty żal, wściekłość zranionego diabła 
porywają mię i tarzają po ziemi. Ja czuję, że przykrość jej wyrządzam, że 

krzywdę robię sobie, a mimo to z rozkoszą się dręczę. Była bardzo złą dla mnie 
dzisiaj, stara się być gościnną dla mnie, a wie przecież, że zasługuje przez to 

na straszną nienawiść moją. O, mój Boże!
Poszedłem w las, położyłem się na mchu na wznak i leżałem   z   godzinę   

bezmyślnie.   Rozkoszne   marzenia,   twarze
DZIENNIKI, TOMIK XIII

ludzkie nieznane przesuwają się razem z obłokami. Ale to nie ja marzyłem, to 
ktoś inny, bo ja wiedziałem, że cierpię bardzo, że czeka na mnie Helena z 

wesołym czy ironicznym uśmiechem. Nad głową poczęły mi przeciągać obłoki coraz 
czarniejsze, drzewa zaszumiały ponurzej, twarz lasu ściemniała, stała się 

ciemnozieloną, burą niemal. Wstałem z wilgotnego mchu; drzewa się kołysały z 
szeptem: burza, burza, strach! Nieopisane jest przerażenie lasu! Pada jedna duża 

kropla, druga, trzecia! Suche igły lecą przerażone, tworząc szelest podobny do 
szeptu tłumu, zgromadzonego nad otwartym grobem. Wpada w las podmuch wichru, 

wymija drzewa, sunie się wierzchem i dołem, pełza po samej ziemi, porywa się 
przebić ścianę drzew, obija się o nią, zrywa znowu — i złamany pada w proch, 

kręci się w koło jak pijany, aż przelękły ucieka ze spazmatycznym świstem: las, 
las, niezdobyty las! Sądzisz, że uciekł już? Nie. Skoczy jeszcze jak złodziej, 

background image

uczepi się rękoma o pierwszą lepszą gałęź, targnie ją w górę, na dół, na bok, 
ukąsi i uciecze jak wariat.

13 VII (środa).
Za parę godzin jadę. Tyle różnych uczuć trzeba by z.nie-ścić na tej ostatniej 

stroniczce!
Wczoraj byliśmy na spacerze o zachodzi*; słońca. Popatrzyła na mnie swoimi 

oczyma — i smutek uciekł. Wieczorem przyszła do sali powiedzieć mi dobranoc. 
Zgodziła się na prośbę z chęcią, zarzuciła ręce na szyję i tyle dobrych słów 

szeptała, że trzeba być takim odartym z wiary sceptykiem jak ja, aby nie 
wierzyć, że mię kocha.

Kiedyż zapomnę wczorajszą ucztę naszą, kiedyż zapomnę o tej rozkoszy, jaką ona 
uszczęśliwiać cię potrafi? Na każdy pocałunek odpowiada tysiącem, a cicha 

rozkosz pieszczot zagłusza wszelkie marzenie. Z trzeciego pokoju pada na 
posadzkę smuga światła — widzę w moich ramionach całą tę postać giętką i 

sprężystą, i te oczy błyszczące w ciemności od bicia piorunów krwi. Oddaje się z 
rozkoszą, z radością.

BIAŁA, 1887
95

Wydzieramy sobie dusze z tulących się do siebie ciał, czujemy całe szczęście 
uczucia. Samotność ucieka, dusze uczucia, namiętności spajają się w jedno — na 

chwilę.
Przed smutnym jutrem...*

Adieu\ — kanapko, sofko, fotele! Już w was nie utoną nasze pieszczoty — nigdy! A 
milczcie! — bo wy jedne (prócz sypialnego pokoju) wiecie wszystko, wy jedne 

mogłybyście pokazać panu L., jak długie nosi rogi...
Pojadę o l w nocy. Dzień dzisiejszy opiszę już w Szulmie-rzu, w nowym dzienniku, 

jaki kupię w Warszawie. Ach, jakże smutno! Zamiera na ustach ostatnia prośba: 
bądź mi wierną! Na próżno prosić. Powitanie i pożegnanie, i cała miłość — to 

jeden długi okrzyk rozpaczy.
Pokłon tobie, pokłon ostatni, pokłon najpokorniejszy, ubóstwiona Helu! Idę w 

świat i zwracam się ostatni raz, by rzucić ci pod wielmożne stopy dumne i biedne 
serce moje... Pamiętaj o tułaczu...

TOM   CZTERNASTY
Szulmierz  w gub. płockiej, pow. ciechanowskim 1

od 17 lipca  [18]87 r. do 26 sierpnia [18]87 r.
1 Tytuł wypisany na nalepce przyklejonej do wierzchniej okładki.

Praca   i   prawda
...Żem nie znał prawie rodzinnego domu, Żem jest jak pielgrzym,  co  się w nocy 

trudzi Przy blaskach gromu...
JULIUSZ »

Jednym z największych nieszczęść człowieka jest: nie mieć rodziny.
Zapomnij o twym sercu — a myśl o twej duszy...*

17 VII (niedziela).
Szulmierz.

Gdzie skarb twój — tam i serce twoje.*
Kończąc we środę dziennik poprzedni, pisałem, że środę ową opiszę w dzienniku 

nowym. Dziś — z trudnością przychodzi mi wypełnić to przyrzeczenie, gdyż... 
„infelicissimum genus infortunii est — fuisse ielicem". * Rzadko w życiu bywam 

tak szczęśliwy, jak w ową środę. W ciągu całego dnia trwało to zaciśnięcie rąk 
na długie rozstanie, ten uśmiech śród łez zrodzonych i potok dobrych słów, 

jakimi pragnęłoby się zagłuszyć duchową męczarnię, nurtującą na dnie całej 
istoty. Miałem jechać w nocy o l — Hela obiecywała siedzieć... Któż opisze ten 

żal, jaki czytałem co chwila w podnoszących się ku mnie wielkich oczach? Zresztą 
nieopisaną jest ta olbrzymia kraina smutku, która daje nam przedsmak — tęsknoty. 

Adieu — Helu!
Pan Leon doradził mi, aby jechać pociągiem rannym, pocztowym. Spotkały się nasze 

oczy. Oczy Heleny mówiły: jeszcze 12 godzin. Zostałem. Wyszliśmy na spacer. Na 
peronie był p. Emil, bawiliśmy się więc wesoło: on opowiadał o swej rejenturze 

macosze, ja pieściłem dłonie Heleny. Były to pieszczoty ostatnie — były też 
serdeczne... Noc później bezsenna prawie. Wreszcie — ósma rano. Ubieram się 

szybko, gdyż słyszę, że Hela ubrana już. Wbiega do sali i tuli się do mnie, 

background image

zarzuca te ukochane ręce około szyi, pochyla ukochaną głowę na piersi i płaczące 
oczy zasłania.

— Wróć prędzej do Warszawy.
— Czyż mi to pomoże zobaczyć ciebie?

— Pomoże.
7*

DZIENNIKI, TOMIK XIV
— Kiedy?

— Zawsze, ilekroć będę.
— Gdzie?

— U   ciebie.
19 VII (wtorek).

Wypada opowiedzieć w dalszym ciągu obfity w wypadki tydzień poprzedni. We 
czwartek rano... Alboż ja pamiętam, co było we czwartek rano?... Kiedy wyszedłem 

do stołowego pokoju, zastałem okno otwarte. Cudowny był poranek. Na liściach i 
kwiatach lipy, nachylającej się ku samemu oknu, świeciły w słońcu krople rosy 

nocnej. Zapach, nieopowie-dziany zapach lipowy pamiętam... Stałem tam przez 
chwilę modląc się za kogoś czy za siebie. Weszła Helena. Już nic nie czytaliśmy 

w naszych oczach — prócz namiętnego błagania: miłosierny Boże, daj nam jeszcze 
patrzeć na siebie — godzinę, pół, kwadrans... Uderzył dzwonek.

Pamiętam te drżące usta, czepiające się moich warg, cichy, dziwacznie modulowany 
głos: „wyjrzyj z wagonu — będę czekała"...

I ani już słowa. Coś uderza cię miedzianą pięścią w piersi i ściska za gardło. 
Drzewa, ludzie, budynki zastępują ci drogę z płaczem. Płacze wszystko, kołuje de 

— a tuo dom...
Całujemy się serdecznie z panem Leone T. Życzy rni szczęśliwej podróży.

— A piszże pan po powrocie, donieś, gdsie mieszkasz...
— Naturalnie...

Ani przypuszcza, co znaczy powiedzenie „naturalnie".
Kłania mi się jeszcze Aron, wsiadam do wagonu. Ruszają. We drzwiach tylnych stoi 

Helena. Nie odpowiada wcale na mój ukłon ostatni — patrzy tylko, patrzy. Mijamy 
szlaban, drogę, dyski * — a ona wciąż jeszcze patrzy, choć już mnie nie widzi. 

Potem maleje, maleje — i zabierają ją przestrzeń i czas.
Przelatujemy  miejsce   naszych   spacerów   —  kres   ich   —

l
SZULMIERZ, 1887

101
stopniowo znika i Biała — wskakujemy w las — i nic już nie ma!

Upadłem na sofę wagonu na wznak i przestałem czuć. Przyglądałem się obojętnie 
drutom telegraficznym. Jest ich tam dziesięć. Falistości gruntu sprawiają, że 

zdaje się, jakby system tych drutów latał z dołu do góry i z góry na dół po 
szybie. Pamiętam, że mię to zjawisko zajmowało ogromnie. Z wytężoną ciekawością 

wyczekiwałem na zjawienie się drutów, gdy się przypadkiem skryły.* Międzyrzec, 
Łuków...

Naraz — uderza cię jak piorun świadomość: już jej nie ma! Zaczyna cię dławić 
straszny, dziki, spazmatyczny żal! Na żadnej myśli nie możesz zatrzymać się, 

czujesz potrzebę płaczu, jęku, ucieczki, lotu, krzyku, bitwy, śmierci! Musisz 
siedzieć spokojnie i słuchać spokojnych wywodów sąsiada o gatunkach kawioru. 

Miałem straszną chęć udusić owego amatora kawioru. Świadomość „już nie ma 
Heleny" — jest najzupełniejszą raną. Staram się np. myśleć o czymś obojętnym — 

myślę z pomocą całej siły woli — myślę — naraz drgnę cały spojrzawszy na 
cokolwiek, choćby na papierosa zrobionego jej rękoma. I zaczyna się diabelski 

młyn uczuć, zamęt myśli, chaos — rozpacz.
Nad takim uczuciem — nie zapanuje żaden człowiek.

Nowo-Mińsk. Wysiadłem i przeszedłem tam-nazad po peronie, zajrzałem do ogrodu, w 
stronę Stankowizny, lasu...

Żal, bezbrzeżny żal! Najulubieńszym miejscem we wspomnieniu będzie zawsze to, 
gdzieśmy kochali kobietę miłością platoniczną. Nowo-Mińsk pozostanie dla mnie 

zawsze świętością.

background image

Jechałem z Białej do Warszawy godzin 5. O pierwszej z południa wsiadłem w 
tramwaj — i zajechałem na Żurawią. Ani śladu po Zydlerze! Wyniósł się. Stróż nie 

wiedział dokład-
DZIENNIKI, TOMIK XIV

nie adresu jego mieszkania, na szczęście spotkałem Massal-skiego i ten 
doprowadził mię na Złotą nr 49. Tam mieszka Jaś... z rodzicami. Stary nie dostał 

posady — sprowadzili się więc do Warszawy. Siedziałem tam przez jakiś czas, 
potem odprowadziłem Jasia na korepetycję (jedne, jaką posiada) na Miodową — i 

poszedłem do Massalskiego, gdyż zaprosił mię na noc. Mieszka: ulica Chmielna nr 
36, mieszkania 16...

— Co takiego?! — wrzasnąłem.
— Chmielna... nr 36... 16.

— W moim mieszkaniu?
— W byłym waszym mieszkaniu.

Zajął to mieszkanie z powrotem p. C.*, ponieważ zaś pan C. wyjechał do miasta 
Kielc, odstąpił więc panu Księciu na parę dni mieszkania, z warunkiem, aby 

przenocował wracającego z Petersburga brata stryjecznego pana C., pana Jana C. 
Książę zaprosił na noc mnie: wypadało więc spać we trzech na jednym łóżku...

Gdy tam wszedłem — na moje piąte piętro — pierwszy raz od chwili pożegnania z 
Heleną zapłakałem jak dziecko. Ściany te widziały moją całą epokę rozkładu 

finansowo-moralnego — a najbardziej pono przywiązujemy się do miejsc, gdzieśmy 
dużo cierpieli. Posiedziawszy tam chwilę, v\ szedłem porobić trochę sprawunków, 

zresztą spakować rzeczy będące u Zydle-ra, przenieść je do Księcia — i zjeść 
cokolwiek.

Do Zydlera zaszedłem o siódmej, lecz nie zastałem go. Trzeba było czekać, 
rozmawiać z panią Zydler... O ósmej Jaś przyszedł, a w ślad za nim jakaś młoda 

ładna kuzynka pp. Z., młoda mężatka. Siedziała od ósmej do dziesiątej. Nie 
mogłem spakować rzeczy. Nigdy nie byłem bardziej nieszczęśliwy jak w ten 

wieczór. Płakałem w ciągu dwu godzin nie roniąc ani jednej łzy, nie zganiając z 
twarzy uśmiechu. Straszna męczarnia, w ciągu której robi się to śmiertelnie 

zimno, to piekielnie gorąco. Nie doczekawszy się wreszcie na wyjście młodej 
mężatki — poszedłem ja o 10. Massalski pociągnął mię na kawę na... Trębacką. 

Wróciliśmy o 12
SZULMIERZ, 1887

103
w nocy. Wtedy rozciągnęliśmy prześcieradło na podłodze, pod głowy położyli 

mantelzaki * i rozmawiali jeszcze czas jakiś. O 2 nadszedł pan Jan C. — spał 
więc na łóżku.

Żadna mowa, żadna pieśń Goethego nie opowiedziałaby tego stanu, jaki mną 
owładnął, gdy tam przewracałem się z boku na bok. Chwilami zdaje się, że tuż 

jest Helena, mówi coś, odpowiadani jej, budzę się, znowu zapominam... Budzę się 
o 5, wstaję, budzę Księcia. Ubieramy się, gdyż on obiecał mię odprowadzić na 

banhof. Wyszliśmy o pół do szóstej. Ja musiałem jeszcze pędzić do Zydlerów, 
spakować rzeczy i z tłomoczkiem w ręku pędzić do Ogrodu Saskiego, gdzie miał 

czekać Książę. O szóstej rano nie idzie żaden tramwaj, szliśmy więc piechotą na 
banhof Nadwiślański — z Chmielnej. Paski mojego tłomoka poobrzynały mi ręce, na 

ramionach zimowe palto... Ledwo zaszedłem na dworzec. Poczciwy Książę! — 
odprowadził mię do Nowo-Gieorgiewska.*

Wyjechaliśmy z Warszawy o dziewiątej rano. Ze ściśniętym sercem mijałem te ładne 
krajobrazy — Jabłonne, Nowy Dwór... W Modlinie Książę wysiadł, pożegnaliśmy się. 

Zostałem bardziej jeszcze smutny. Zasunąłem się w głąb ławki i myślałem o... 
Helenie.

Wreszcie — Ciechanów. Wysiadam, biegnę co tchu na podjazd — i nie zastaję koni. 
Książę chciał mi rozstając się ze mną pożyczyć pieniędzy, ale nie chciałem już 

wchodzić na studenckie hipoteki. Miałem 22 grosze — i markę pocztową na list do 
Heli. Wsparty tymi kombinacjami wchodzę na pocztę, najmuję ekstrapocztę za 10 

złotych i jadę.
Ot — z takich dni składa się życie!

Jakież to było dławiące upokorzenie — zajechać pierwszy raz do osób najzupełniej 
mi nieznanych — nie zapłaconymi końmi! Trudno jednak. O l po południu byłem już 

pod Szul-mierzem. Ze strasznym trąbieniem i hałasem zajechał pocz-tylion przed 

background image

pałac. O mało mu za to trąbienie nie dałem w kark, lecz przypomniałem sobie, żem 
mu winien 10 złotych, a mam w kieszeni 22 grosze i markę pocztową — i dałem

104 DZIENNIKI, TOMIK XIV
pokój. Zszedłem z bryczki — otworzyłem drzwi do sieni, w której powitał mię pan 

C. *, zdjąłem zakurzone palto, wytarłem nos.
— Proszę... — rzekł nowy, chwilowy finansowo-militarny mój Charon. Wytarłem tedy 

nos — i wszedłem...
Wielki pokój jadalny. Obiad. Przy stole siedzą następujące osobistości: pani 

Gąsiorowska (ciocia, ale czyja — nie wiem), pani domu — pani Wanda C., pan 
Retmański, panna Marie Gąsiorowska, pan domu, pan Antoni C., panna Maria 

(Niemka), panna Augustyna (Francuzka), Kazio i Tadzio — moi elewi * i mały knot 
— Włodzio.

Rekomenduje mię pan C., sadzają mię do stołu i przynoszą mi talerz... 
jajecznicy. Byłem pewny, że to jajecznica pałacowa. Gdzie tam? — zwyczajna. 

Mniejsza jednak o jajecznicę: słyszę, że cały ten orszak zaczyna mówić po 
francusku. Znakomicie! Czytamy więc drugi tom dzieła, którego tom pierwszy 

nazywał się: Józefowicze. Mówię bez uprzedzeń. Jeśli kogokolwiek znajomość 
języka francuskiego upoważnia do tego, aby nie mówił prawie po polsku — to 

należy on do rodziny... zielonogłowskich.
Po obiedzie poproszono mię do gabi.otu pana C. Tam z rozmowy z panną Marie i 

panią C. —- dowiedziałem się, że pan C. pisał do mnie z zawiadomieniem, bym 
przyjechał do Ciechanowa 17 bm. Uśmiechnąłem się smutno...

Po godzinnej blisko rozmowie, która była naszym wzajemnym badaniem stanów 
umysłowych, pan C. prowadzi mię na, górę, do mojego pokoju, który obecnie 

dzielić jeszcze muszę z panem Retmańskim *.
Pan Retmański jest starcem siedemdziesięcioletnim. Jest to znakomity łacinnik, 

historyk, urzędnik archiwów warszawskich. Bawi tu na letnim mieszkaniu. Chodzi w 
długim tabaczkowym surducie do kostek, w spodniach tabaczkowych zeszytych 

zupełnie na przodzie, w słomianym wielkim kapeluszu
SZULMIERZ, 1887

105
spadającym mu na ramiona, co robi tego starca podobnym do Franklina. Nosi też 

kamizelką białą w czarne kropki z kołnierzem zachodzącym pod brodę. Coś 
podobnego widziałem na portretach Osińskiego, Brodzińskiego, Lelewela. Na nogach 

wielkie pantofle wykrojone na przedzie, lecz z pozostawionymi a wysuwanymi 
umyślnie uszami z tyłu. Coś podobnego widziałem znowu na nogach Hamleta w 

ilustracji dzieł Szekspira *.
Tabakierka i dzieła Cycerona leżą przy łóżku, na którym często spoczywa wśród 

dnia. Ponieważ nieraz jeszcze mówić o nim będę — powróćmy więc do naszej 
powieści.

"20   lipca   (środa).
Tydzień temu byłem bardzo jeszcze szczęśliwy. Szczęście i nieszczęście — jest 

paradoksem, ale o pewnych życiowych chwilach można mówić bez ogródki: 
szczęśliwa. Miarą i regulatorem tego uczucia — jest tęsknota. Stara bajka:

Cupimus in vetitum semper cupimusąue negata.*
a) Pan C. jest człowiekiem cywilizowanym i inteligentnym. Mówiąc „człowiek 

cywilizowany i inteligentny" — nie mówi się nic. Wiadomo, że Bismarck, Kątków e 
tutti ąuanti są ludźmi cywilizowanymi i inteligentnymi. Jednakże mówiąc o 

szlachcicu polskim w ten sposób — mówiemy coś. Otóż p. C. mówi znakomicie po 
francusku, dobrze po niemiecku, bez błędów po polsku. Pan C. ukończył Instytut w 

Puławach *, był we Włoszech, w Niemczech — no, i w Paryżu. Pan C. jest 
ugrzecznionym, co go zaszczytnie wyróżnia z grona Jó-zefowiczów. Jest 

antysemitą. Mówi o Jeleńskim, że to człowiek zacny i odważny. Pan C. dyskutuje o 
bilu karnym angielskim * z równą łatwością jak o melioracjach rolnych lub 

stosunkach towarzyskich. Pan C. jest w zasadzie republikaninem, nie lubi Niemców 
— natomiast jest do pewnego

106 DZIENNIKI, TOMIK XIV
stopnia panslawistą *, nie jest arystokratą pur sang, jest doskonałym typem 

bogatego ziemianina, który mógłby być z równą łatwością urzędnikiem. Tego jednak 
nie potrzebuje, gdyż ma 60 włók * przepysznej ziemi, 5 folwarków, lasu włók 30, 

background image

załatwione serwituty, zresztą pałacyk w Szulmierzu. Trzyma „Kuriera Codziennego" 
i „Monde Illustre".

b) Pani Wanda C. — mówi znakomicie po francusku, lepiej od pana C. po niemiecku, 
bez błędów (o ile to możliwe w Szulmierzu) po polsku. Może mieć lat 29, 30, 31, 

32, 33... nie więcej. Jest blondyną. Jest (o ile mogą to dostrzec moje zbiedzone 
oczy) — w smutnym stanie (co bardzo możliwe wobec wiejskiej przyrody i 

znakomitego sanitarnego stanu prowincji). Jest z ruchów, zachowania się 
(grzecznie pogardliwego) podobną bardzo do Walci Koczanowicz. Mówi z równą 

łatwością o błlu karnym, jak o upadku moralności wśród ludu (upadku — 
motywowanego na zmianie sukmany na tużurek). Jest dobrą gospodynią, grzeczną dla 

otaczających, próżną cokolwiek — wszystkiego w miarę.
c) Pani G. (ciocia) — jest staruszką mniej więcej pięćdziesięcioletnią, o 

prześlicznej powierzchowności, dobrym wyrazie twarzy, bez zdania, uprzejmą —- w 
ogóle nader miłą.

d) Panna Marie G. — jest panną... 28, '^, 30, 31, 32, 33, 34... i więcej-letnią 
może, o powierzchowności średnio-ary-tmetycznej; mówi po francusku wybornie, 

mówi o bilu karnym, postępie, literaturze, polityce, astronomii, medycynie, 
prawie — mówi tak wiele, tak szybko, tak przekonywająco, że jest najzupełniej 

podobną do... Telimeny. Kiedy szliśmy wczoraj na spacer w stronę Ciechanowa, 
zbierała zioła i kwiaty i objaśniała mię o ich własnościach leczniczych z równą 

łatwością jak o miłości Zygmunta Krasińskiego z Delfina Potocką. * 2ywi 
przekonanie, że można być człowiekiem małej wartości etycznej, byleby być 

przyjemnym w towarzystwie, jest więcej rojalistką, mniej demokratką od pana C., 
natomiast więcej od ostatniego religijną. Hołduje

LiiJ
T

SZULMIERZ,  1887
107

modzie i szlachectwu — zresztą nic jej nie mam do zarzucenia.
e) i f) Panna Augustyna ł panna Maria (Francuzka i Niemka) — odznaczały się w 

stosunkach ze mną jak dotąd przysuwaniem mi masła w czasie kolacyj i 
podwieczorków. Francuzka jest bruneta, ognistą, żywą; Niemka jasną, limfatyczną, 

melancholijną, w niebieskich okularach — słowem, jak przystało — blondyną. 
Obiedwie równie dobrze mówią po polsku, jak ja po francusku i po niemiecku.

g) i h) Gucio i Kazio — są zdolnymi chłopcami, mają oba-dwaj baty, jeżdżą na 
koniach, mówią po francusku i niemiecku, kopią sią w czasie obiadów pod stołem i 

kiepsko czytają po rusku *.
i, j, k, l, m...) Panna służąca, kucharz, pokojówka, ogrodnicy, rządca, ekonom, 

Żyd-dzierżawca ogrodu, gospodyni — znani mi są zaledwie z widzenia, nie znam 
więc ich usposobień i charakterów. Z częstego używania wyrazu „psiakrew" wnoszę, 

że nie mówią ani językiem Wiktora Hugo, ani Goethego.
Opuśćmy ludzi i wróćmy do tego, co jest wieczne, dobre, wiecznie piękne — do 

drzew, kwiatów, ptaków.
Szulmierz otacza z jednej strony szerokim półkolem las, odległy od dworu o 

kilkadziesiąt kroków. Jest to las brzozowy, zjawisko spotkane przeze mnie po raz 
pierwszy. Nieopisane wrażenie sprawia ta masa płaczących brzóz! Dołem widzisz 

bielutką jak mleko, nieprzejrzaną ścianę, górą — przepyszną matową otchłań 
zieloności. Ciągnie cię coś, rwie — iść tam i przepędzać długie godziny. Pałac 

tonie w olbrzymich drzewach ogrodu. Z zieleni tej wyłania się czerwony dach i 
zarysy tej ładnej, świeżej budowli. Pałacyk składa się z dwu skrzydeł 

parterowych, pośrodku których wznosi się piętro z dużym balkonem. Na balkon ten 
wychodzą trzy duże okna z naszego (z p. Retmańskim) pokoju. Przed

DZIENNIKI, TOMIK XIV
pałacykiem roztacza się szeroki dziedziniec, pośrodku którego leży równa elipsa 

gazonu, otoczonego dzikim winem. Gazon obiega podjazdowa droga. Po bokach leżą 
śliczne, w dywan ułożone trawniki z zaroślami świerków, kasztanów, brzóz, 

klonów. Cały dziedziniec otoczyły w czworobok zasadzone wielkie kasztany.
Po drugiej stronie pałacu ciągnie się szeroki taras. Na nim leży wielki dywan 

kwiatów. Poniżej tarasu ciągnie się ogromny ogród; przecinają go cztery baseny 
wody, idące wzdłuż ogrodu, przecinające go w poprzek — umyślnie, by stworzyć 

obfitość białych, filigranowych, rzeźbionych, wypukłych mostków. I idą długie 

background image

aleje lip, klonów, dębów, świerków, wiązów, kasztanów, morw, akacyj. Wielkie, 
nieprzejrzane cienie zalegają tę przestrzeń. Tu i ówdzie tulą się w głębi 

żywopłotów, w cieniu kasztanów, w ramionach zrosłych lip — białe, z brzozy 
plecione ławeczki, kanapki, stoliki, zaciszne krzesełka i kozetki.

A ileż to tu ptaków! Żółte wilgi tysiąc razy na minutę krzyczą, by tam nie 
chodzić, wróble deklamują klasyczne poematy, zięby rozwiązują jakieś 

algebraiczne zadania monotonnym głosem, trznadle rozpoczynają te wieczne akordy 
jakiejś galopki, której nigdy nie mają dokończyć.

Nad poprzecznym basenem stoi pochylony nad wodą olbrzymi świerk. Ofiarował mi 
swą przyjaźń, jak tylko zjawiłem się w ogrodzie. Wielka obfitość szyszek zJoci 

jego czarno--zielone szaty, jak ordery dane mu przez naturę — za starość i moc. 
Gdy wyjdę rano, śmieje on się do mnie nimi niby dojrzałymi jabłkami.

21   lipca (czwartek).
Minął tydzień od chwili mojego wyjazdu. Nie opisałem jeszcze mojego sposobu 

życia tutaj, gdyż mato po temu miałem danych. Korepetytor i guwernantka w 
bogatym domu na wsi muszą sobie wyrobić pewien status in statu * — pewne 

granice, w których mogliby się poruszać swobodnie. Otóż
SZULMIERZ,  1887

109
ja swobodą tę zdobyłem już i dlatego to dziś dopiero opiszę moje monotonne dnie.

Budzi mię rano pan Retmański odmawianiem pacierzy. Wstaję około ósmej, o pół do 
dziewiątej schodzę do jadalnego pokoju na dwie filiżanki herbaty. Punkt o 

dziewiątej zaczynam lekcję, która trwa godzin cztery — a więc do godziny 1. 
Punkt o pierwszej — obiad. Po południu jestem zupełnie wolny — idę więc albo do 

dębowego lasu, albo włóczę się po ogrodzie, czasami czytam. Punkt o piątej — 
kawa. O 7 — kolacja trwająca długo. Spać idę wcześnie, najpóźniej o dziewiątej.

Z okien moich widać bramę wjazdową, za którą ciągnie się szeroka, podnosze,ca 
się w górę, biała droga. Kończy się ona w dębowym gaju. Urocze to miejsce, 

panujące daleko nad okolicą. Wzgórek ten otaczają ze wszystkich stron łany 
zboża. Wierzchołek tylko jego okrywa wspomniany gaj. Składa on się ze stu co 

najwyżej wielkich dębów. Wygląda on jak wspaniały bukiet zasadzony wśród pól 
ręką olbrzyma. Tam bywam najczęściej. Wysoka trawa, dziewicza, nie koszona, 

ściele się dołem, a gdy się w niej ułożę na wznak, widzę te olbrzymie konary, 
ramiona i mięśnie tytanów-dę-bów, ginące gdzieś w niebiosach. Po brzegu lasku 

tuli się kilka wierzb. Gdy wiatr nadleci z dala — wierzby drżą, kłaniają się, 
biją pokłony i anonsują dębom: wiatr, wiatr... Dęby o tym nie wiedzą wcale. Ani 

jeden liść nie raczy drgnąć. Oni, ci magnaci, grandy lasów — odpowiadają tylko 
na zaczepki wichru, burzy, piorunów. Warto posłuchać głuchego ich pomrukiwania, 

gdy biorą się do walki z wichrem. Jest ono wspaniałe, jest jak odwieczna jakaś, 
bojowa pieśń tytanów.

Lasek ten jest ulubionym moim miejscem. Widać stamtąd całą okolicę, jak ją oko 
obejmie: równą, zbożową, bezbarwną. Oko nie ma się na czym zatrzymać. Widać na 

wschód ko-
HO DZIENNIKI, TOMIK XIV

ścielną wieś Kosiczynek *, pałac piętrowy w Lipie *, nędzne wioszczyny — zresztą 
nigdzie naszych jałowcowych, szarych gór. Zboże i zboże. Natomiast spojrzawszy 

na południe — doznajesz wrażenia, jakby cię ktoś urzekał, jakby jakieś głosy 
tajemnicze szeptały nieustannie. Oto wielka kępa ogromnym czworobokiem leży w 

sześciowiorstowym oddaleniu. Ze środka jej wystrzela wysmukła różowa wieżyca 
pałacu.

To grób Zygmunta Krasińskiego: Opinogóra.
Na zachód i północ — leży brzozowy las. Na płaszczyźnie tej widać wszystko jak 

na dłoni. Gdzieś tam, o trzy, cztery wiorsty idzie człowiek, widać wszystkie 
jego ruchy. Inaczej u nas! Na czarnym tle naszych gór nie zobaczysz człowieka. 

Tam ziemia i człowiek — to jedno. Tam ziemia cię kocha, kryje, pilnuje.
W niedzielę jeszcze wysłałem listy do Heli i macochy. Kiedy nań otrzymam 

odpowiedź? Nieopisane czekanie, nieopisane wyglądanie na listonosza... Wiem, 
najpewniejszy jestem, że listu do mnie nie będzie, gdy jednak idzie oto z 

Ciechanowa posłaniec — bije mi serce. O, Helu, Helu!
22 VII (piątek).

background image

Panna Maria, którą dla skrócenia, treściwości i ścisłości będę nazywał odtąd 
Telimeną, pokazywała mi dziś pachnące bratki. Gdyby nie mówiła przy tym tak 

wiele — byłoby to nader przyjemne odkrycie. Panna Telimeną mówi tak dużo, że 
przewyższa wszelkie możliwe granice wielomówności. Wielomówność panny 

Skupieńskiej, Karuni B. — niknie. Helena wobec niej byłaby uosobieniem grobowego 
milczenia. Jeśli kiedy jakikolwiek rząd monarchiczny zechce mnie za 

republikanizm, wolnomyślność i tym podobne grzechy główne skazać na srogie 
męczarnie — doradzę mu, by mię zamknął z taką p. Telimeną na pół dnia w jednym 

pokoju (bez świad-
T

SZULMIERZ,  1887
111

ków  nawet).  Umarłbym  pewno  krócej  niż  po  upływie  tygodnia.
Pomimo to wszystko — jest mi tu bardzo dobrze, z wyjątkiem tych chwil bolesnych, 

kiedy wypalam ostatniego papierosa. Dwa dni już, jak przestałem palić, a 
ponieważ nie widzę w przyszłości żadnego obiecującego mi papierosy punktu — więc 

wielce a srodze cierpię moralnie. Filozofuję co prawda, że trzeba być filozofem 
w takich razach — ale kiepskie są moje sofizmaty, bo paliłbym kartofle, badyle, 

trawę...
Czytam już od tygodnia Notes sur 1'Angleterre Taine'a * i niewiele 

przesylabizowałem. Za to „Kuriera" czytam starannie, uważnie, rozsądnie, z 
ogłoszeniami i inseratami. Dziś spotkałem tutaj znakomicie pisaną „noweletę" pt. 

Rp. Morph. acet... — prawdopodobnie Stebelskiego (Stb.) *. Jest to humor tak 
subtelny i cięty, że może stać obok Prusa. Prawdziwa sól attycka.

Ja zabieram się i nie mogę zabrać do pisania. Pisałem w dzienniku otrzymanym od 
Heli początek nowelki pt. Józia. Ładna rzecz będzie.

W lesie brzozowym byłem, mrowisko rozgrzebałem, żmij się obawiając uciekłem, 
lecz pójdę jutro zobaczyć, czy mrówki potrafią załatać tę dziurę, jaką im 

uczyniłem w budynku.
Lękam się studiów nad sobą, nie chcę, formalnie nie chcę — pisać szczerej 

prawdy. Mówiąc o świniach nigdy nie można być pewnym, że się nie mówi o sobie.
Pół dnia korepetycyj — pół dnia jedzenia i rozmawiania z p. Retmańskim. Jest to 

chodzący pamiętnik Warszawy.
U2 _____DZIENNIKI, TOMIK XIV

Czterdzieści pięć lat przesłużył w Archiwum Głównym Kr. Poi. * Spojrzawszy na 
niego, zdaje się, że widzisz pożółkły dokument historyczny: kamizelka, pantofle, 

wąsy, cera, kapelusz, łacina, surdut — wszystko pargaminem trąci. Ciekawy on 
jest niewymownie: słuchając go zdajesz się czytać ciekawy pamiętnik 

wszystkowidza, pamiętnik pisany w ciągu lat blisko siedmdziesięciu. Dużo się od 
niego nauczyłem. Tradycje wszystkich ważniejszych gmachów Warszawy, prawie 

wszystkich kamienic Starego Miasta, tajemnice rewolucji, powstania, te drobne 
sekreciki, o jakich historia nie powie, jakie zna tylko pamięć takiego starca 

zasuszonego w archiwach, starego łacinnika, co jednocześnie łaził po tym 
gruncie, brał udział w historii, czytał o niej — zna ją jednym słowem na wylot.

Mam więc wolny wstęp do owego Archiwum (róg Długiej i Krasińskiego Placu, 
parter), a obecnie z przyjemnością znoszę klerykalizm starego, moralne nauki, 

jezuityzm, manią uwielbiania pijarów — byleby gadał o tej przeszłości Warszawy, 
tyle ciekawej — między rokiem 20 a 60.

Kiedy siedzi w ogrodzie w wielkim kapeluszu, którego skrzydła spadają mu na 
ramiona i dosięgają środka krzyża — jest najzupełniej podobny do zmokniętego 

jastrzębia Siadam obok niego, zażywam tabakę, jaką mię cięstoje, i słucham: ,,Bo 
to, panie, za moich czasów — to pijarzy" itd.

Ach, gdybym mógł usnąć i zobaczyć cię we śnie, gdybym mógł jedno słowo zamienić 
z tobą! Wolno mi tylko nieustannie chodzić myślami za tobą, jak wiatr tułać się 

u stóp twoich, jak szmer miłosnych słów dzwonić ci w uchu, jak zapach całować 
cię w usta. Wolno mi wyciągać do ciebie ramiona i całą siłą młodości pożądać 

cię. „Kocham cię, tęsknię za tobą, żal mi chwil przeżytych..." Puste dźwięki. Ja 
pożeram każdą myśl o tobie!

SZULMIERZ, 1887_______________________________________________113
Poznałem wczoraj dwu młodych Ipsylonów *, wychowańców szkół poznańskich. Jeden z 

nich kończy takie gimnazjum, co to dziewięć klas posiada. Są to Niemczyki 

background image

zabawne, ugrzecz-nieni, drgający jak na sprężynach, śmieszni, ale niegłupi. Taki 
Niemczyk umie mówić rozsądnie o wszystkim. U nas uczeń klasy szóstej, oprócz 

tego że jest ateuszem, nie odznacza się niczym; historii krajowej nie zna, z 
patriotyzmu drwi, jest kosmopolitą... Tam widać ucisk jeszcze większy niż u nas, 

bo ludzie są rozsądniejsi.
23 VII (sobota). Grano.

Nieopisany poranek! Będzie wielki upał, bo słońce przez zapuszczone sztory 
dopieka. Spać nie można. Pan R. dawno zmówił pacierze, wypił mleko ł poszedł na 

spacer. Otwieram wszystkie okna. Cisza jeszcze, a przerywają ją wróble tylko, 
krzyczące na gwałt w kępach sąsiednich kasztanów — i ten brzęk szczególny much, 

jaki one posiadają w gorący ranek letni. Ospałe są.
Czuję się zdrowym, młodym. Jestem wesoły. Dziś rozpoczynają żniwo — będzie więc 

sposobność przyjrzenia się ludowi.
Wczoraj wieczorem chodziliśmy na spacer ku Ciechanowu. Zdaje mi się, że ja 

jestem już tutaj od dawna, że posiadam tu już prawo obywatelstwa. Dwa największe 
skarby ludzkie — to wspomnienie i zapomnienie. Zapomnienie jest treścią życia, 

wspomnienie — pięknem. Cała tajemnica unikania moralnych udręczeń polega na 
uregulowaniu tych dwu sił. Nigdy wspomnień za wiele, a za mało .zapomnienia — 

inaczej strach... tęsknota.
4  po  p ł d n.

Pada deszcz. Senne muchy napełniają cały pokój, łażą, marudzą.
. 8 — Dzienniki! t. IV

114 DZIENNIKI, TOMIK XIV
Poszedł do Ciechanowa ogrodnik po listy i gazety. Powinien mi więc przynieść 

list od Heli. Wróci dopiero o siódmej. Gdybyż choć wrócił... Słyszałem stojąc na 
balkonie, jak mówił: nie wrócę jak na dziewiątą... Kazano mu wrócić o 7. 

Nieopisane oczekiwanie! Chodzę od okna do okna, gadam o pijarach z panem R., 
wychodzę do ogrodu — i oto upłynęło 10 minut. Przy tym ten deszcz przeklęty!

Byłem dziś po obiedzie w polu — pod Opinogórą. Idę miedzami, rowami, granicami. 
Żadnego widoku — prócz tej wieżycy zameczku zbliżającej się ciągle. Mam nieraz 

wielką chęć pójścia do Opinogóry.
Jak tu cicho, jak pusto! Samotność — czyż to samotność? Samotność ta jest we 

mnie, boć otacza mię mnóstwo ludzi... Żal mi tych cierpień, jakie pozostawiłem w 
Biały... ach — jak żal! Z rozkoszą wróciłbym tam, pasował się ze sobą, gardził i 

nienawidził, smucił się i rozpaczał — byleby się wróciło to wszystko przeżyte...
Ileż razy budząc się rano doznaję półsennego złudzenia, że jestem w Biały, że za 

chwilę zobaczę ją z upajającymi bladymi oczyma... Jakże namiętnie tęsknię za 
nią! Pdące pocałunki, wonne pocałunki — i piorunowe pieszczoty nasze przychodzą 

drzeć pazurami duszę i śrrusć się szelmowsko. Wtedy zatacza się głowa kołem, 
szepcesz: zapomnieć, zapomnieć! I idziesz... zapominać... w pole, do lasu. 

Wszystko ją przypomina: las, pola — wszystko gada o niej i dopomina się, aby ją 
pamiętać równie krwią jak sercem.

Gdybym umierał — nie miałbym komu zostawić moich dzienników. Nie mam nikogo, kto 
by je przeczytał od deski do deski... Matki nie mam...

Pani Helena? — Wycięłaby rzeczy uwłaczające jej miłości własnej, oskarżające 
ją... A reszty by i nie czytała może. Trzeba będzie spalić dzienniczki (jeśli 

się nie ożenię;).

SZULMIERZ, 1887
115

Pamiętniki Imci Pana Benedykta Winnickiego * — przypominają mi się. Kiedyś o tym 
napiszę, jeśli nota bene będzie na tyle materiału. Czasy i okoliczności są 

ciężkie, nerwy rozdrażnione — a młodość... Wieś posiada pewne zapachy, siły 
tajemne, o jakich miasto nie ma pojęcia. Tu łatwo zostać bohaterem lub heroiną, 

choćby się nawet było korepetytorem lub...
Lecz milcz — muzo!

24 VII (niedziela). Rano.
Wczoraj o siódmej po południu mały Włodzio przyniósł mi list. Długo nie miałem 

odwagi rozpieczętować go... Oto treść:
Jedyny mój Stefanie!

Gdybym potrafiła wypisać to wszystko, co w tej chwili czuję dla Ciebie!

background image

Na próżno. — Myśli się plączą, jestem kompletnie chora — smutno, tęskno 
okropnie. Życie bez Ciebie wydaje mi się tak strasznie pustym i bezcelowym, że 

nawet dzieci nie są w stanie wyrwać mię z odrętwienia. Gdybyż jeszcze była 
nadzieja, że sytuacja moja kiedyś się zmieni... Dziś więcej czuję jak zwykle, że 

miłość nasza jest beznadziejną. Pomimo jednak rozpaczy — za nic na świecie nie 
wyrzekłabym się Ciebie! Pewność, że Ty mnie tak bardzo kochasz, sprawia 

niesłychaną radość. Stefanie najdroższy — nigdy Cię więcej nie kochałam jak dziś 
— toteż nienawidzę z całej duszy tych, którzy są tobie nieżyczliwi."

Nieraz godziny całe spędzam z myślą o Tobie. To niepodobna, aby uczucie nasze 
mogło kiedyś przeminąć!... Na myśl, że Ty byś zapomniał o mnie — dziwnie mi się 

robi... Nie — Ty nie zapomnisz, Ty wiecznie kochać mię będziesz, tak jak ja 
Ciebie! Pokochawszy Cię poznałam dopiero, co to jest miłość — uczucie więc to do 

Ciebie tylko należeć powinno zawsze, boś Ty je rozbudził we mnie. Ciężkie Twoje 
położenie, ale moje, doprawdy, chyba gorsze: ty orzynajmniej myśleć swobodnie 

możesz... Mnie i to wzbronione — toteż co chwila orientować się muszę. Jestem 
tak okropnie zasmucona, że nie słyszę, co mówią do mnie, nic nie jest w stanie 

zająć mię ani rozerwać. Doznaję jakiegoś zawrotu głowy, od Twojego wyjazdu dwa 
razy zemdlałam i w tej chwili mroczy mi się

Niewymownie dużo zyskuję na nienawidzeniu... babci.
l"l6 DZIENNIKI, TOMIK XIV

w oczach. Dziś dopiero czuję, co znaczy tęsknić za istotą, którą się prawdziwie 
kocha...

Czy wierzysz mi, że mówię prawdę? Czemu ja się nie urodziłam o dziewięć lat 
później?...

Nie mam pojęcia o Twoim obecnym życiu — pisz mi obszernie o wszystkim. Twój list 
— to najjaśniejsza chwila w moim smutnym życiu. Prosisz, żeby dużo pisać — ja 

nie mogę, bo doprawdy jestem chora. Kiedy ja Cię zobaczę?...
Co ludziom szkodzi, że ja Cię kocham? Z odjazdem Twoim — wszystko utraciło dla 

mnie powab, wszędzie tęskno i smutno. O, nie zapominaj o mnie, błagam Cię — ufaj 
Twojej Helenie i nie wątp o miłości, jaką żywię dla Ciebie —

Helena.
P.S. Matka ucałowania Ci zaseła. Jakie to szczęście, że ona jest! Przynajmniej 

wypłakać się jest i pożalić przed kim; toteż nieraz godziny całe opowiadam jej o 
Tobie.

Przyjm uściśnienie... „ty mój" — od
Heli.

Wiecznie pamiętne słowa Ouineta są na to odpowiedzią: Przysięgają sobie wierność 
— a każde ich tchnienie jest niewiernością.

Dziwnie ściska się serce, gdy czytasz, panie Stefanie, słowa: ...„ty mój"... Czy 
pamiętasz, kiedy to J: Ma te słowa szeptała?

Pan Retmański jest wielkim moim przyjacielem. Zauważywszy, że nie mam 
papierosów, a zważywszy widocznie, że i pieniędzy nie musi być u mnie obfitość — 

wstał dziś rano i kazał mi przywieźć papierosów za swoje pieniądze. Jeśli chcę 
list wysłać, to dość powiedzieć jemu. Wyszpera spod ziemi posłańca. Wstaje rano 

i duka, zajmuje się mną szczerze.
SZULMIERZ, 1887

117
Ma być dziś dużo gości. Temu zapewne przypisać muszę niespodziewane wejście 

ładnej Y. do naszego pokoju.
Bezbożność to wielka — Bóg widzi,

Jak   wielka   w   mężczyznach   bezbożność.*
W salonie gra panna Maria. Drzwi na schody otwarte. Lecą do mnie dźwięki z 

innego świata... O, niedobra muzyko — nie budź tych lwich bólów, śpiących jak 
polipy po wielkiej burzy. * Spać trzeba.

4  po  p ł d.
Poznałem arystokracją — rodową, obywatelską. Teraz nareszcie wiem, czym ona 

jest, jaką jest. Każdy członek tej arystokracji jest typem całego gatunku. Bawią 
tutaj od trzech godzin pp. Łepkowscy z Wyszyn. Opiszę ich później — teraz muszę 

chwytać te ogólne cechy, jakie błyskają z rozmowy z nimi.
Arystokrata jest sobą jedynie w towarzystwie drugiego arystokraty. Arystokrata w 

rozmowie z demokratą jest niewyraźnym. Nic bardziej podobnego do jezuityzmu jak 

background image

ary-stokratyzm. Rozumiem teraz, dlaczego tyle ludzi rozsądnych jest w rzędzie 
lalek arystokratyzmu. Pod pewnym względem arystokracja sprawdza najzupełniej 

rodowód tego wyrazu. Są to — najlepsi. Chcąc, aby cię w gronie tym uznano za 
równego — musisz być doskonałym. Niegdyś zdawało mi się, że nauka jest rękojmią 

wszystkiego na świecie — dziś wiem, że potrzeba jeszcze być wszechstronnym. Nic 
oryginalnego — a całość oryginalna, żadnego wyskoku — a całość ekscentryczna — 

to rękojmia powodzenia w tym świecie. Nie mówić po francusku, nie być w Paryżu, 
nie mieć pewnych fantazyj dozwolonych — nie szkodzi ci widomie, ale nie daje ci 

żadnych praw. Natomiast być w Paryżu, mówić po fran-
118 DZIENNIKI, TOMIK XIV

cusku — choć nie daje ci praw widocznych, ale umożliwia ci wszystko bez wyjątku. 
Jest to takie prawo, jak piękność kobieca. Najniemożliwsze rzeczy ujdą ci 

bezkarnie, jeżeli jesteś posiadaczem pewnych w tym względzie warunków. Są pewne 
granice, do których trzeba dojść, niby patent złożyć — później wolno ci 

wszystko. Są przecież arystokraci-grubianie, idioci, skąpcy, potwory. Dlaczego 
im to uchodzi, dlaczego pozostają na swych wybitnych krzesłach? — Zdali egzamin. 

Oczom zwykłego profana wydaje się, że to zwykłe bydlę. Bynajmniej — to 
usankcjonowane bydlę. Arystokracja rodowa — to świat odrębny.

Czy ja mógłbym być w obecnej chwili arystokratą, choćbym był elegancko ubrany, 
miał wszelkie warunki po temu? — Nie. Jestem szlachcicem, mam trochę nauki, 

umiem się jako tako znaleźć — wszystko na nic.
Po obiedzie — panna Maria, dwu panów Łepkowskich i ja — chodziliśmy po ogrodzie. 

Wszczęła się rozmowa o sztuce i literaturze. Panna Maria mówi o wszystkim — 
ponieważ zaś sądziła, że wszyscy trzej jesteśmy arystokra^ tami — mówiła więc 

otwarcie.
Prus jest, według niej, zaprzedańcem ż} rowskim, a cała „prasa postępowa" — jest 

sprzedajną. Nieshisznie posądzałem ją o cokolwiek liberalne poglądy. Myliłem 
się: jest typem tego, co w satyrach czytałem o szlachcie; wierzy w herb, ród, 

krew — dzieli ludzi na dwie grupy: ,,n a s" i „demokracją" (wszystko, co nie 
jest nami).

Zabawne, lecz zabawne wysoce jest to święte idiotycznie jej twierdzenie, że nie 
ma wartości literackiej utwór pisany w duchu postępowym. Według niej — jest to 

tylko podburzanie, ,,de m a g o g i z m". Począwszy od Syrokomli, a kończąc na 
Orzeszkowej, Konopnickiej, wszystkich zresztą pisarzach z ostatniego okresu — 

takimi więc burzycielami społecznego porządku są wszyscy.
SZULMIERZ, 1887

119
25 VII (poniedziałek).

Wiele mam pisać, wiele notować z tego życia nowego, z taką szybkością 
przesuwającego się przed moimi oczyma. Opiszę tedy wczorajszą recepcją.

O godzinie pierwszej z południa dostrzegłem z mojego piętra poczwórną karetę, 
toczącą się w stronę Szulmierza: byli to pp. Łepkowscy, jak już miałem honor ich 

zarekomendować — z Wy szyn.
Wkrótce potem zajechał drugi powozik, niosąc dwu młodych idiotów, których 

nazwisk nie pamiętam. O drugiej poproszono nas z p. Retmańskim — na obiad. Sala 
jadalna zmieniła się nie do poznania: olbrzymi stół, srebra, pełno kwiatów, 

ogromny pośrodku srebrny wazon — słowem awantura straszna. Przedstawiają mnie z 
wymienieniem sposobu życia na bożym świecie.

Mówiono wiele o rysach twarzy zdradzających pochodzenie. Przypominam sobie, że 
Ghiinet zatrzymywał się w swym Nowym duchu na tym przedmiocie. Otóż w twarzy 

pana L. i jego siostry znać — pochodzenie. Są to prześliczne twarze. Z 
przyjemnością przypatrywałem się im. Pan Ł. jest wysokim mężczyzną lat pod 60. 

Szpakowate, zsuwające się na czoło włosy, takaż broda i te rysy wspaniałe, 
szlachetne, piękne, rozumne — dadzą go odróżnić w największym tłumie. Siostra 

jego jest kobietą mniej więcej pięćdziesięcioletnią. Niewypowiedziane piękno 
jest w tej twarzy. Siwe włosy okalają czoło rozumne, spokojne. To kobieta 

rozumna i inteligentna. • Tak, inteligentna! Tego taktu, harmonii w każdym 
geście, uprzejmości w każdym spojrzeniu, taktu w każdym niemal spojrzeniu — nie 

nabywa się. To rodem idzie.

background image

Ona nie popisywała się francuszczyzną, nie makaronizo-wała zdań, choć mówi tym 
językiem ślicznie. W spojrzeniach jej znać uprzejmość i godność. Mówi wiele — 

rozumnie. Jakże bym chciał być dłużej w jej towarzystwie!
Otóż to jest — arystokracja czystej wody. Przekonania takich ludzi można 

szanować. Tu nie ma pięcia się ku wy-
120 ______________________________________DZIENNIKI, TOMIK XIV

żynom — jest przekonanie. Oni muszą pozostać ze swoimi ruchami, manierą, 
sposobem mówienia — arystokratycznym, bo to leży w ich krwi. Trywialnie przy 

nich wyglądały twierdzenia panny Marii o krwi, gdyż ona tej właśnie krwi, do 
której się przyznaje — nie ma.

Po obiedzie graliśmy w krokieta. Szczęściem przerwała go trzecia zajeżdżająca 
kareta: państwo Dębowscy z Przedwo-jewa. Papa, mama i córka.

Papa jest człowiekiem pięknym, rozumnym, wykształconym, mama mówiła mało, 
córka... ,,ja myśleć nie śmiałem o córce..." * Przystojna jest, ośmnastoletnia. 

Zachwyca... zdrowiem. Widać w tych oczach piwnych, żywych, w wargach pąsowych, w 
ruchach porywczych — młodość, siłę, kobiecość. Prężą się nerwy, gdy na nią 

patrzysz. Wesoła jest, dowcipna, chce być niby po warszawsku swobodną, lecz tak 
nie jest. Ruchy warszawianki może posiadać — tylko warszawianka. Ale miła 

faceteczka.
Krokieta, rozpoczętego na nowo, przerwał odjazd pp. Łep-kowskich. Spacerek więc 

jeszcze niewinny po ogrodzie i resztka wieczoru — w salonie. Ta resztka właśnie 
stanowi jedne z najprzyjemniejszych chwil.

Proszono pannę Eleonorę, aby zagrała ,,coś". Fortepian stoi w saloniku, będącym 
jednocześnie bil)lici.eką, a przylegającym do salonu. Usiedliśmy więc w 

komplecie i puścili się na morze studiów charakterów gubern&:orów (ja 
charakteryzowałem dwu ostatnich kieleckich) — gdy oto odzywa się zawadiacki, 

dziarski akord — za nim smutny, nerwowy jęk i idzie fala smutku w szeregach 
pląsów.. Chopinowski mazurek. Głuchy łoskot zapada w serce, płakać się chce i 

śpiewać. Ten adamaszkowy wspaniały salon niknie sprzed oczu i widzisz tylko 
przez otwarte okna sine, niebieskie echo słońca, słyszysz głosy wsi, wiosek, 

pól, Polski drogiej...
Nikt lepiej nade mnie nie odczuwa muzyki Chopina. Taki mazurek — to moja miłość. 

Młodość rwie się w tych junackich echach wioskowych skrzypiec i w te junackie 
tempa

SZULMIERZ, 1887
121

wgryza się płacz spazmatyczny — a wszystko się łączy w cudowną całość, w 
mazurek, w wyraz... Hela. I kołace serce jak ptak konający i ze wszystkich kątów 

tej sali wychyla się cudowna twarz i lazurowe oczy widzisz gdzieś w toniach 
własnych źrenic...

Nagle rwie się ta muzyka i jak olbrzymi prąd wichru uderzają cię akordy, lecą w 
ciebie strumieniami zimna aż do kończyn palców. Wszystka krew ucieka do serca i 

nakazuje mu śmiertelne milczenie... Cicho. Wielki, tytaniczny huk dzwonów 
bijących pożegnanie życiu, fala tonów ogłuszająca cię rozpaczą, chaos uczuć — 

przeszywający jak nagi stalowy miecz, namiętny, tonący w spazmach płacz... 
Marsza Chopina. Na oczy naszła chmura, na duszę upadł strach — tracisz 

świadomość o tym, że istniejesz, zamieniasz się w zasłuchane uczucie...
Potem — noc bezsenna.

Dziękowałem z całej duszy pannie Eleonorze. Za co? Za to, że grała na mojej 
duszy, że rzuciła mi tą muzyką natrętne pytanie: czy kochasz Hele? Ach, gdyby 

wieczorny wiatr zabrał te uczucia i zaniósł jej i tam jej we śnie powiedział 
wszystko. Wierzyłaby, że... kocham.

Dziś poznajomiłem się z innym społeczeństwem. Po obiedzie poszedłem — do lasu. 
Minąwszy ogród przeskoczyłem przez płot, wyszedłem w opłotki prowadzące do lasu, 

przyjrzałem się chałupom chłopskim. Gorąco. Kurz straszny, co chwila 
przejeżdżają drabiniaste wozy po zboże.

Chłopi w niebieskich spodniach, dziewczyny w zarzuconych na głowy chusteczkach 
stoją na wozach i z uśmiechem politowania przyglądają się mojej popielatej 

marynarce.
Wchodzę w las. Mijam drobną sośninę i idę szybko w czarny bór. Sosny trafiają 

się z rzadka, częściej buki i dęby.

background image

DZIENNIKI, TOMIK XIV
Wznoszą się pagórki, rozpadają w wąwozy piaszczyste, rzucam zieloną zarośniętą 

drogę i idę na przełaj tam, gdzie ciemno zupełnie. Wchodzę w państwo grabów. 
Nogi toną w miękkim kobiercu liści. Jak daleko sięgniesz okiem — wszędzie ten 

dywan z zeschłych liści, dywan podobny do jasnobrązowego ze złotymi odcieniami 
adamaszku, utkany kropkami zeschłych szyszek i przerabiany deseniami paproci. 

Ach — jak tam rozkosznie, lubo i wesoło! Żaden kwiatek tam nie rośnie, żadna 
leśna krzewina, bo wszystkie siły zabrały graby. Mają one kolor wypolerowanego 

Chęcińskiego marmuru z odcieniami rozpalonego do białości żelaza. Patrząc na 
nieprzejrzany szereg tych żelaznych drzew — wydaje się, że są stalowymi 

mięśniami, powyciąganymi z ziemi rękoma tytana. Twarde to tak, że nie wypuści ze 
siebie żadnej gałązki. Wysmukły, śmiga aż pod obłoki i tam dopiero w obliczu 

chmur rozpadnie się w bukiet liści jak palma.
Gdzieś daleko, w końcu państwa tego leśnego high-life'u, tuli się w cieniu 

chłopka lasu — sosna. Ciemnobrunatną jej sukmanę dziurawi dzięcioł, latający jak 
mysz z dołu do góry lub głową na dół. Ciężkim łebkiem swoim bije jak nalotem, aż 

jęk idzie po lesie. Nic go nie obchodzi, zapomina o wszystkim w swym granatowym 
mundurze: służb,' powiada, pełni. Tymczasem chodzi mu o napchanie własnego 

żołądka tłuścio-chami pasożytami, co toczą serce biednej wieśniaczki. Kładę się 
na wznak i leżę długo. Nie chce się już wi acać do ludzi — spać tam lub 

umrzeć...
Nieba nie widać prawie, bo je zakryło grabowe sklepienie. Co chwila tylko wedrze 

się przez nie promień słońca, odbije jak w lustrze w korze graba — i ucieknie 
spłoszony ciemnością. Nad tym sklepieniem krążą nieustannie wielkie kanie, 

wydając głos podobny do głosu rozgrymaszonego kota. Zresztą cisza grobowa.
Po dwu godzinach podnoszę się. Sercu się uderzać nie chce. Skądś z dala 

nadlatuje ciągle miły nad wyraz zapach:
SZULMIERZ, 1887

123
lipa. Idą tam. Wielka szafarka i gospodyni uciekła pod niebo wraz z nieustannym 

brzękiem pszczół i stamtąd, z wysokości, błogosławi lasom zapachem: ja Słowianka 
— tak kochać umiem umiłowaną, rodzinną knieję...

Idę dalej jeszcze i robię nie myśląc o tym olbrzymi łuk, bo wychodzę z drugiej 
strony Szulmierza. Ileż tu cudów, ile życia, ile rozkoszy! Oto kępa młodych, 

przysadzistych dębów, a wśród nich jedna jedyna, wysmukła w białej koszulinie — 
brzoza. Czysta dziewica! Bielutka koszula ją osłania od natręctwa pijaków, 

zataczających się w różne strony, włosy dziewicze na wiatr puściła i skarży się 
borowi ciemnemu, że matki i sióstr nie ma, że ją zagryzą napastnicy, krew jej z 

piersi wyssą, soki zabiorą. A bór milczy, jeno czasem zakołysze się w zadumaniu: 
taka już dola!

Tymczasem cichy ten sąd przerwie krzykliwy głos, aż las się przed nim rozstąpi, 
głos czarnej żołny. Zupełnie jak egzaltowana kobieta. Leci i krzyczy na cały 

las, że... upadnie. Tymczasem czepia się pierwszego lepszego drzewa i obżera 
liszkami.

Siadam znów w cieniu, na prost brzozy-sieroty. Wszystkie niedawno przeżyte 
uczucia w całej pełni zaczynają iść przeze mnie. Ach, gdzież ona — ta 

umiłowana?...
Wróciłem do domu .o 5 — od strony Kosiczyna. Akurat był podwieczorek. Zaledwie 

miałem czas wypalić papierosa i odpocząć po wycieczce, gdy oto zapraszają mię, 
by pójść do lasu. Pomimo zmęczenia idę. Pan C., panna Maria i ja.

26 VII (wtorek).
Poszliśmy tedy wczoraj do lasu. P. Telimena w swoich białych pantofelkach tonęła 

formalnie w głębokim piasku. W lesie były wysłane poprzednio dzieci. Zapaliliśmy 
ognisko, przy czym pokaleczyliśmy sobie wszyscy ręce przy wyrywaniu jałowców na 

ogień. W porozwieszanych hamakach
124 DZIENNIKI, TOMIK XIV

huśtały się dzieci: maleńka Tosia, Gucio i... Telimena. Po długim odpoczynku 
ruszyliśmy obejrzeć grubą sosnę. Stoi ona w głębi lasu na małym wzgórku. Ledwo 

ją mogliśmy objąć we troje. Przechodząc obok grubej sosny, której pień podcięli 
chłopi wyłupując szczapy, a obok której założyły republikańskie, przerażające 

ogromem państwo — mrówki, panna Telimena zauważyła, że wsadziłaby w to mrowisko 

background image

całą redakcję „Głosu", aby siedząc w nim mogła (redakcja) obserwować, jak 
obecnie przedstawia się kwestia chłopska... (Mówiłem, że chłopi podcięli panu C. 

ową sosnę). Odpowiedziałem, że byłby to postępek najzupełniej arystokratyczny...
Pan C. poszedł przodem, chłopcy się rozbiegli — szliśmy sami. Boże mój! o mały 

figiel, że nie odgrywaliśmy scen „grzybobrania" z Pana Tadeusza. Zbieramy 
skorupki jajek makolągw, grzyby, trawy...

Ach — nudyż to, nudy!
Dziś gorąco ogromne. Od paru dni wstaję wcześniej i kąpię się w płytkiej 

łazience. Później śniadanie, a o dziewiątej lekcja. Zielona sztora opuszczona, 
nauczycielski pokoik — obok jadalnego — niewielki, naprzeciwko mojego krzesła 

wisi obraz: Zygmunt August w Lublinie... * r!iedy go pierwszy raz zobaczyłem, 
zacisnął mi gardło płacz. Ileż to chwil przeżyłem wobec tego obrazu w Mińsku i 

B;ały! Każda tam postać pamiętna... Takie rzeczy najbardziej smucą. Ale — 
lekcja. Czytają moi elewi, piszą dyktanda, robią zadania, opowiadają. Godziny 

mijają z wolna, gorąco się wzmaga... Wreszcie o jedenastej kończy Gucio, zaczyna 
Kazio. Odzywa się dzwonek folwarczny zwołujący na obiad — to dwunasta. Jeszcze 

jedna godzina — odzywa się dzwonek umieszczony w przedpokoju — to zwołują 
„towarzystwo" na obiad. Cztery godziny siedzenia bez ruchu na jednym miejscu 

denerwują mocno. Jednak lubię już ten porządek.
SZULMIERZ, 188? ___                                        

________________________125
Kawa na przykład poobiednia — jakaż to długa rzecz. Piją niezliczoną ilość 

szklanek (przepraszam — filiżanek) tej kawy — a mówią, mówią! Pani C. opowiada 
mi o miłości poprzednika mojego, pana D., i Francuzki, panny Jeannette'y. 

Płakali, powiada, przy rozstaniu.
— Niech się pan strzeże! Szulmierz jest niebezpieczny.

Co prawda —: dla mnie niebezpieczny chyba pod względem rozdarcia ostatnich 
spodni na którymkolwiek z płotów...

W  nocy.
Był pan Turowski, człowiek młody i wykształcony, który skończył przed rokiem 

politechnikę w Rydze. Siedzisz w salonie i słuchasz sporu o... antysemityzmie 
naturalnie, ulubionym temacie całego domu, o „Roli", „Wieku", panu Jeleń-skim, 

Drumoncie. Panna Maria z największą pewnością wygłasza zdanie, że „Prawda" jest 
zaprzedana Żydom, podtrzymywana przez Żydów, pisana dla Żydów — lub dla... 

„bezwyznaniowców". Kwestia jest tak zdecydowaną, że przeczyć jej — byłoby 
hazardem. Zgadzają się wszyscy. Nie przeczę więc — ale doznaję dziwnego smutku. 

Przypominam sobie, że Ochorowicz twierdził kiedyś, że społeczeństwo pod wpływem 
prasy postępowej posunęło się o krok naprzód. Czyż się posunęło? Wszakże 

inteligentni i wykształceni ludzie obrzucają błotem pogardy te najświętsze 
inspiracje, które ukochaliśmy i przywykli czcić. Ludzie ci są wolnomyślniejsi w 

gruncie rzeczy ode mnie, a nie dadzą sobie wspomnieć wolnomyślności — dlaczego? 
Czyż są kłamcami? Nie. Oni najmocniej są przekonani o prawdzie i bezwzględnej 

świętości swoich zasad, są konserwatystami — i oto cały sekret. Rozanalizować 
tego pojęcia formalnie nie umiem. Ale my zginiemy — zarówno postępowi jak 

konserwatywni, bo żaden z tych kierunków nie podaje środka ratunku.
Pan T. odjechał na koniu. Noc jasna, śpią wszyscy. Patrzę z mojego piętra na 

bielejącą białą smugą drogę — i żal, smutek nie daje mi spać. Szczęśliwy ten pan 
T.! Ma konia, może się

126___________________________________ DZIENNIKI, TOMIK XIV
na nim wyhulać po polach, spić nocą i pędem po polach, zapomnieć, że się jest 

marną istotą, która nosi w sobie zaród brzydoty... Z cieniów takiej nocy wyłania 
się brzydka, garbata postać Leopardiego — i pisze kościstą ręką w powietrzu 

wyrazy:
Męką i goryczą jest życie...

Za nic się nie liczą
Wzruszenia twoje, ani westchnień godna

Ziemia...
Spocznij więc na wieki

Strudzone serce — dosyć bolałoś...*
28 VII (czwartek).

background image

26° C. Niezmiernie gorąco! Na naszym piętrze pomimo po-zapuszczanych rolet upał 
olbrzymi. Pan Retmański powiada, że jest „prawie" * ciepło, obala się na łóżko i 

tnie chrapic-kiego.
Ja idę zwykle do ogrodu, siadam nad brzegiem basenu na ławeczce i roztapiam się 

w gorącu. Po wieczornej herbacie idziemy zazwyczaj na spacer w stronę Ciechanowa 
lub Opi-nogóry. Wtedy z pól, ze zbóż, z traw, z kamieni, z lasów wyłania się 

gorąco. W powietrzu panuje już chłód słońce zachodzi, a ten ziemski prąd waru — 
idzie aotem, czepia się ust, wysusza je i ściska w skroniach.

Na balustradzie balkonu siada po dziesięciu i więcej wróbli. Pomimo to, że o dwa 
kroki jest nasze kawalerskie mieszkanie — przylatują i wróblice. Co prawda, to 

trudno rozpoznać, która z nich mężatka, która rozwódka, a która panna — zdaje mi 
się jednak, że wszystkie muszą być mężatki, bo nie uciekają wcale, gdy ja 

spaceruję w ich obecności (za pozwoleniem!) w gatkach. Prawda i to, że w tym 
stroju daję im zwykle okruszyny chleba — przywykły więc albo wstydu w oczach nie 

mają!
SZULMIERZ, 1887

127
Boże drogi! — widziemy tu ł większe bezeceństwa. Pan Retmański opowiadał mi, że 

wczoraj rano widział wróbla samca, który 16 razy parzył się z samiczkami — z 
rzędu. Siedział na balustradzie i czekał: którakolwiek się zjawiła — gwałcił. 

Wreszcie osowiał i napuszony i śpiący siedział z godzinę bez ruchu. Myśleliśmy, 
że zdechnie (gdyż obudziłem się po owych 16 ekscesach) — lecz poszedł!

Szczęśliwe ptaki! (Kto mądry — niech sobie tłomaczy ten wykrzyknik. Głupi będzie 
sądził, że ma on na celu... samiczki, a raczej obecność samiczek, a mądry... 

mądry zastanowi się nad cyfrą 16...)
Pan C. gra dobrze na fortepianie. Często wieczorem łażę po ogrodzie do późnej 

nocy, gdy on gra.
Pomimo to wszystko opanowuje mię nieraz taka nuda, że mało nie wymiotuję. Wtedy 

już idę do salonu — do pań. Tam udaję konserwatystę, rozprawiam o wyższości 
religii katolickiej nad protestantyzmem, słucham banialuków — aż odezwie się 

dzwonek na kawę.
Ani źdźbła tytuniu i ani jednej litery do czytania! Wyjść nie można, bo 26° 

gorąca, siedzieć w pokoju niepodobna, a iść do stołowego pokoju, gdzie siedzi 
Niemka — nie chce się z obawy nudów. Ja bym sobie znalazł... tak na dziś zajęcie 

— ale muszę udawać przynajmniej gentlemana, więc... nie wypada. Oto poszedłbym 
przez dziecinny pokój, otworzywszy z niego drzwi do sieni minąłbym ją, wszedł na 

wąski poprzeczny korytarzyk, stamtąd na schody prowadzące na pięterko w 
pawiloniku, a ze schodów są tylko jedne drzwi: do pokoju... „panienki". 

„Panienka" jest istotą pobudzającą do grzechu: ma warszawskie ruchy, zgrabną 
figurkę, ładne oczki czarne jak tarki, czarne włosy, głos równy — i śliczne dwie 

zwinięte turkaweczki w tym miejscu kobiecego ciała, gdzie u innych kobiet 
bywają... piersi. Cała jej postać mówi wymownie najpiękniejszy w mowie ludzkiej 

wyraz: prawicz-
DZIENNIKI, TOMIK XIV

ka! Cóż jednak z tego? Kiedyś siedząc na balkonie widziałem znaki porozumienia 
między nią a rymarzem... Wczoraj znowu Gucio zapytał z najpoważniejszą miną przy 

herbacie matkę:
— Mamusiu, dlaczego „panienka" posełała ręką całusy rymarzowi?

— Nie wiem! — z oburzeniem odparła mama.
— Guciu! nie wyrywaj się nigdy z nieprzyzwoitymi zapytaniami — zauważyła panna 

Telimena.
Panna Telimena uważa widocznie Gucia za wiedzącego, że jego zapytanie było 

nieprzyzwoite... Z tego wynika, że rymarz siedzi w sercu panienki. Czyżby 
zechciała patrzeć na mnie — po rymarzu? Kto wie zresztą — rymarz i poeta prawie 

na jedno wynosi. Ale poeta nie ma ani takich wąsów, ani takiego... pałasza, jak 
były huzar a obecny rymarz.

Zdaje mi się, że głupstwa piszę, ale jest tak gorąco, że prawie piszę przez sen. 
Czasami pewne nadzieje wstępują w moje serce, gdy np. biegnąc po moich schodach 

panienka śpiewa, aby było znać, że to ona. Ale nadzieja — nie nakarmi... 
zapałów. Główna rzecz, że nie ma tu takich skrytek, gdzie można by być nie 

background image

zauważonym. Wieczorem zawszą — choćby Żyd łazi po ogrodzie, a Retmańsio... za 
klerykolny.

Przy porannej herbacie była mowa o wielde j rewolucji, przy obiedzie o karach 
śmierci, przy kawie — o pisowni naszej. Pozostaje herbata... Kto by sądził, że 

oni mówią o tych rzeczach dlatego, że ich te rzeczy zajmują, myliłby się bardzo: 
mówią dla przyjemności mówienia.

Dwa tygodnie upłynęło od mego wyjazdu z Biały. Miałem jeden list. Kiedy będzie 
drugi? Jutro idzie do Ciechanowa Żyd dzierżawiący ogród — ale czy mi list 

przyniesie?
l •ii

, 188?
129

Często chodziemy na spacer: ja, pani G. i panna Telimena. Zwykle tak chodziliśmy 
w Białej: matka, Hela i ja. Czasami zamyślę się do tego stopnia, że zwracam się 

do panny Teli-meny z zapytaniem, które było początkiem każdej mojej rozmowy z 
Helunią:

— Czy kochasz mię?...
Gryzę się w język w porę — a panna T. wytrzeszcza swe małe oczy z upudrowanych 

powiek i ze wzruszeniem i prawdopodobnym biciem serca przygląda się mojemu 
rumieńcowi.

Wczoraj wieczorem spotkaliśmy na spacerze żeńców wracających z pola. Przeważnie 
dziewczęta w liczbie mniej więcej 100. Wracając od pracy śpiewają zawsze pobożne 

pieśni. Ślicznie wygląda ten chór w wieczornej ciszy... Wszystkie chodzą w 
chusteczkach zarzuconych na głowę, lecz nie zachowują narodowego ubioru: 

przebierają się w miejskie spódnice kupione na tandecie, zarówno jak mężczyźni — 
w surduty warszawskie.

Wsi — w sandomierskim znaczeniu tego wyrazu, wsi, co to białym pasmem ciągnie 
się na widnokręgu, tonie w jednej alei lip, wsi długiej, równej, naszej — tu nie 

widać. Nigdy one zresztą nie mają w tej okolicy tego charakteru co tam: są to 
wszystko mikroskopijne miasteczka. Domy najrozmaitszej struktury idą w różne 

strony, nie tworzą ulicy, lecz mają zadęcie stworzenia rynku. Chłopa od 
mieszczanina trudno odróżnić. Niemczyzną, Poznańskiem tu już pachnie — Mława o 

dwie mile odległa.
Jednak — lud tu pracowity, trzeźwy, uczciwy. Na całą parafię Kosiczyn jest dwie 

karczmy. Pijak jest tutaj grzesznikiem, wyjątkiem, publicznie znaną 
osobistością.

29 VII (piątek).
Dwa tygodnie tu już śmierdzę — i nie wymyśliłem sobie żadnej kobiety. Niedołęga 

ze mnie straszny! Lecz na takim gorącu wszelki spryt człowieka opuszcza. 
Pokojówki brzyd-

9 — Dzienniki t. IV
DZIENNIKI, TOMIK XIV

kie jak arystokratyczne zasady ich państwa, a jedna owa ,,panienka" gdzieś się 
ukrywa, że ją zaledwie raz na dzień widzę. A gorąco się zwiększa — na zewnątrz i 

na wewnątrz...
Siedziemy przy kawie, gdy dają znać panu C„ że w jego gabinecie czeka jakaś 

kobieta. Wychodzi on więc pozostawiając drzwi otwarte. Rzuca mu się do nóg 
kobiecina jakaś, z płaczem całuje go po kolanach i szlocha:

— Zmiłuj się, jaśnie panie! Zmiłuj się, jaśnie panie!
— Co takiego? Czego?!

— A toć ja żona Popławskiego, co to idzie do kryminału...
— Za to, że kradł moje dęby?

— Tak...
— Ano, i cóż wy chcecie?

— My się dziś spalili, jaśnie panie.
— Aha — to wy się spalili.

— My, jaśnie panie.
— I cóż wam się spaliło?

— Stodoła i chałupa — obora została.
— Aha... obora została. To czegóż chcecie?

— Zmiłuj się, jaśnie panie! Jak on pójdzie do kryminału — jakże ja z dziećmi?...

background image

— Aha... Po cóż kradł?
— Zmiłuj się...

— Dlaczego nie przyszedł przeprosić?
— Powiada: „pójdę — nie pójdę, to taki * jaśnie pan mię zgnoi". °

— Aha... Musi być kara, uważacie, musi być kara. Gdyby ludzie chcieli samowolnie 
jedni drugich rabować, nie byłoby porządku na świecie. To darmo: posiedzi w 

kryminale — nie będzie kradł.
— Jaśnie panie! Dzieci z głodu poumierają. Kto zbierze z pola? Gdzież tu 

mieszkać? Spaliło się wszystko...
0 Zmusi do tego, aby zgnił w kryminale (vox populi).

SZULMIERZ, 1887
131

— To trudno, sprawiedliwość być musi — to trudno, moi kochani. Nie daruję.
— Jaśnie panie! Jaśnie panie!...

Słyszysz łoskot kolan uderzających o posadzkę gabinetu, płacz i falset 
dziedzica:

— To trudno, moi kochani, to trudno! *
— Ach, jakżebym chciała, aby tu była redakcja „Głosu" — wtrąca panna Maria.

— Chciałbym i ja — odpowiadam i nie czekając końca sceny uciekam na górę.
Wczoraj wieczorem chodziliśmy na spacer pod Lipę. Pan C. z panią G. — ja z panną 

M. Udaję zupełnego arystokratę, aby wyciągnąć z mojej Telimeny zwierzenia. Otóż 
co do literackich przekonań warto zanotować fakt taki, jak u nas ceni się pracę 

i zasługę. Oto talentu — Orzeszkowa nie posiada zupełnie, jest rozsławioną i 
wywyższoną żydowskimi pieniędzmi. Chmielowski ma w literaturze naszej 

najpotworniejszy i najcięższy styl. Panna M. zarzeka się, że nie czytała rzeczy 
nudniej szych nad artykuły Chmielowskiego. Natomiast Jeske-Choiński jest niemal 

jedynym u nas rozumnym krytykiem i pisze prześlicznie. Resztę — „można kupić" za 
parę rubli.

Zdawało mi się, gdy mi się wynurzała, że mam paroksyzm wścieklizny, ale 
pomrukiwałem coś w guście: uhuumm!...

— Zna pan nowele Zyndram-Kościałkowskiej?
— Bardzo niewiele.

— Oto jest rzeczywisty talent, lecz zepsuty, niestety, wpływem Orzeszkowej.
— Słyszałem, że Orzeszkowa uczyła podstarzałą pannę K. pisać, poprawiała jej 

utwory...
— Z czego pan wnosi, że jest podstarzałą?

— Opowiadano mi.
— To moja przyjaciółka.

132 DZIENNIKI, TOMIK XIV
— Nie sądzę, abym ubliżał... przyjaciółce pani — zresztą wątpię, aby pani ceniła 

przyjaźń kobiety do tego stopnia zepsutej wpływem Orzeszkowej, że aż nie umie 
pisać bez formalnego naśladownictwa pani O.

— Cenię jej przyjaźń, bo porzuciła nareszcie ten nieszczęsny stosunek.
— Nauczywszy się pisać?

— Nie, lecz powróciwszy w sfery właściwe jej urodzeniu i stanowisku.
Czytam Yolneya Les luines ou meditations sur les ievo-lutions des empires. * O 

dziełku tym pan C. wyraża się, że ono „nihilizmem trąci". Pani C. powiada, że 
powinienem je przeczytać — „dla wyrobienia sobie przekonań"...

Jest to rzeczywiście kawałek Renana.
Czasami włażę w płytką łazienkę, siadani jak kto głupi na podłodze i siedzę po 

godzinie... Szczypawki mię gryzą, małe rybki skubią — nie zważam nic. Chyba 
wywlecze mię stamtąd p. Retmański zwiastowaniem, że są świeże kuriery i... że 

nie ma listu do mnie.
Gorąco rozwija we mnie skłonność do „jamorów". Na wspomnienie kobiety, form 

ciała jej, na widok jakichkolwiek bucików, pończoch, majtek — krew bulgoce we 
mnie, A tu... ani jednej... chmurki na widnokręgu, by się ochłodziło!...

Teraz łażę niejednokrotnie sam w stronę Przedwojewa. Widać go stąd, z naszego 
balkonu, z białym pałacem — w bok Opinogóry, w kępie olchowego lasu. Tam mieszka 

panna Eleonora, co gra tak ładnie szopenowskie mazurki i taką ma smagłą, 
cygańską cerę, takie gorąco-piwne oczy — i musi diabelnie lubieć myśleć o 

mężczyznach. [...]

background image

SZULMIERZ, 1887
133

30 VII (sobota).
Wczoraj byli dwaj młodzieńcy z Poznania, o których już mówiłem. (Panowie Romoccy 

— synowie sławnego awantur-nrka, wodza powstańczego, znanego pod pseudonimem 
Waltera *). Siedzieli do późnej nocy.

Po ich odjeździe poszedłem do ogrodu. Cudowna noc! Po upalnym dniu z północy dąć 
poczyna chłodny wiatr. Wielkie drzewa ogrodu kołyszą się i mruczą zagadkową 

gwarą. Z dala wstaje zza lasu czerwony wielki księżyc, dźwiga się w górę blednąc 
coraz bardziej, jakby z przerażenia. Jeśli idziesz alejami ogrodu i patrzysz w 

stronę księżyca, to wydaje się, że on ukryty w liściach i gałęziach wielkiej 
lipy. Stamtąd to zaczynają błądzić po ogrodzie jego promienie. I idą na czarny 

świerk, spinają się aż na jego wierzchołek, strącone stamtąd spadają na zieloną, 
a czarną w nocy, wodę basenu, ślizgają się po pleśni wodnej, po lipkiej rzęsie i 

żabim skrzeku. Stamtąd jednym skokiem wyskakują na brzeg, siadają na białych, 
schowanych w cień ławeczkach. Strach ogarnia! Wydaje się, że jakieś postacie 

krążą po tym ogrodzie, że szepcą modlitwy czy miłosne zaklęcia, że siadają, 
chodzą, czasami machają rękoma, szeleszczą białymi sukniami — a nieraz 

wszczynają głośny gwar... Nareszcie pełznąc po trawach, robiąc olbrzymie 
stąpnienia, przerzucając się przez rowy — promienie podkradają się — do rabat 

kwiatów. Zaczyna się wieczorna schadzka. Tu biały, srebrny promyczek uczepił się 
białej, dziewiczej lewkonii. Wstrzymujesz się i z zachwyceniem śledzisz wymianę 

ich uczuć. Ona tak pachnie, tak się przegina, tyle uczuć namiętnych nią 
wstrząsa, a stara się panować nad nimi, jak na dziewicę przystało. A on — otacza 

ją ramionami, całuje każdy listek, pieści wszystkie prątki. Lecz jej nie 
kocha... Wypieścił i rzuca. Nieśmiało osuwa się z jej ramion, a potem chyżo 

pełznie... do drugiej lewkonii. Biedna biała zhańbiona dzieweczka zanurza się w 
zmrok, w ciemność, w rozpacz i tęsknotę. Nie wróci do niej nigdy, bo oto objął 

ramionami fioletową dziewoję. Ta nie sprawdza swej na-
134 _____________________    ________           _____DZIENNIKI, TOMIK XIV

zwy *, nie jest białą — toteż nie bawi on u niej długo. Muska pocałunkiem i 
ucieka do następnych — do pąsowej, amaran-towej... Obiegł wszystkie, doszedł do 

końca rabaty, podszedł pod kąt pałacu, przemaszerował po żółtym piasku ścieżki, 
musnął w przelocie bratki, zawisł chwilowo na ustach szta-mowej przekwitłej róży 

— i uciekł, przepadł jak duch. Ach — czyż sądzicie, że to była rzeczywistość? To 
był miłosny sen kwiatów!

Wstań rankiem, zejdź do lewkonij, zajrzyj w sperlone rosą ich główki i szaty: 
stoją wonne, dumne, niepokalane patry-cjuszki. Kto im śmie zarzucić miłość 

choćby z niebiańskim kochankiem? Sprawdzają swe greckie imię — są „leukonie": 
białe, czyste. Miękkie, aksamitne ich suknie, zapach prześliczny dają znać 

ludziom, by szli i cieszyli nimi swe zbru-kane dusze. Ileż to cudów na tych 
rabatach dzieje się rankiem, gdy jeszcze rosa na listkach wisi! Kielichy 

portulaków, co to setkami kolorów się wdzięczą, rozwijają się do słońca; 
drobniutkie o lazurowych oczach lobelie śmieją się do słońca; matematyczny, 

pąsowy, a szorstki i nieokrzesany koguci grzebień nawet — strząsa z fałdów swej 
sukni kropelki z estetycznym wdziękiem. A bratki, a naiwne stokrotki, a ska-

biozy * — wszystko się śmieje, modli i przesyca całunki kochankom, siostrom...
Wtedy też pachną najbardziej lipy, rozbudzona w cieniu liści kasztanów, brzóz, 

świerków cisza ustęp uje leniwie gwarowi pszczół, wilg i swarom przekupniów-
wróbli. Wzmaga się skwar, poczyna skrzypieć żuraw studni...

Idzie nad małym tym państwem — praca.
— Pan D. utrzymywał, że nie może zrozumieć tych osławionych piękności Pana 

Tadeusza.
— Wiesz,   Anteczku,   że ja  sama  nie  mogę  pojąć,   gdzie leży piękność w 

Dziadach.
— Rzeczywiście... jakieś uniesienia, halucynacje, brewerie...

SZULMIERZ, 1887
135

— Rozumiem np. Irydiona — lecz czego chce ów Gustaw, co znaczy liczba 44?
— Czy ceni pani Fausta Goethego?

— Cenię — jest to szczyt liryzmu.

background image

— Dlaczegóż nie chce pani ocenić szczytu liryzmu u Mickiewicza w takim genialnym 
epizodzie jak Improwizacja Konrada?

— Nie rozumiem go wcale.
— Daruje pani, lecz ja znowu nie mogę pojąć, jak można rozumieć Irydiona, a nie 

rozumieć Dziadów.
— W Irydionie jest ta podniosłość proroczego niemal ducha, jakiej u Mickiewicza 

nie widać. Widać mesjanizm, jazdy do nieba...
— Jazda do nieba jest zrozumiałą, jeśli się zważy, że się czyta utwór poetycki, 

a nie formułę algebry.
— Bardzo pięknie, lecz czyż poeta musi koniecznie latać w niebiosa?

— Nie musi...
— Co do poezji — wtrąca pan C. — to ja żadnego nie mam zmysłu. Lubię 

Krasickiego, lubię Wilkońskiego...
— Tak, zapewne, Anteczku, lecz trzeba cenić takie śliczne utwory, jak Sen nocy 

letniej... *
— Ach, ty, Marie, zawsze przeceniasz arystokratów.

— Ach, nie! Chciałabym, panie Ż., przeczytać ową Improwizację — czy nie ma jej 
pan ze sobą?

— Nie.
— Zaczekajmy, przyjedzie pan W., zadeklamuje ją nam... Czekajmy na pana W.

Przy obiedzie: .
— Ty jesteś, Maryniu, największą z nas wszystkich ary-stokratką.

— Nie, lecz wolę bądź co bądź to,  co ma za sobą przeszłość, niż naleciała 
hałastrę.

DZIENNIKI, TOMIK XIV
— No... nie ulega kwestii, lecz ty masz pewne zapędy socjalistyczne.

— Chciałabym, aby przyznano ludziom zasłużonym emeryturę. Zarówno służącym, jak 
wyrobnikom, praczkom itd.

— Ciocia jest klerykalną najbardziej z nas wszystkich, lecz pod pewnymi 
względami jest najbardziej liberalną.

— Ja bo jestem sobie — zacofanym realistą...
— Wandzia jest także realistką, o filantropijnym jednak zakroju.

— No, my sformułowaliśmy nasze zasady — a pan, panie Ż.?
— Ja przeczuwam w panu Ż. socjalistę lub zakamieniałego radykalistę w duchu 

warszawskiego postępu. Jaki pan jednak skryty! Chcemy gwałtem coś z pana 
wydobyć, bo że nie godzi się pan z nami, widać to czasem z przelotnego uśmiechu 

— i nie...
— Muszę milczeć, aby nie zdobyć sobie wroga w pannie Marii.

— Aha! Więc postęp, postęp!
— I demokracja...

31   lipca   (niedziela).
Co tam słychać w Górnie? Imieniny wuja Ignacego *. Był to jeden z najciekawszych 

dni w ciągu gimnazjalnych wa-kacyj. Gdy ojciec był wdowcem, jeździliśmy obadwaj. 
Pamiętam, jakby to wczoraj było: „siwy" i gniada klacz ciągną wózek pod górę. 

Biała droga wije się nad przepaściami góry Kamienia. Zmrok zapada. Nad naszymi 
łąkami rozbija się mgła jak srebrny obrus, przerzuca się przez rzekę i z wolna 

sunie po powierzchni stawów. Wstrzyma się pod samym 4worem naszym, co bieli się 
i odbija calutki z modrzewiem, z wierzbami, z olchami i lipami w toniach stawu. 

Dym sinym słupem wije się z naszego dworu, w chatach zaczynają migać ognie. Las 
ledwo już widać w zmroku. Konie parskają ciągnąc nas z wolna. Ojciec się 

zamyślił — ja... chciałbym pta-
SZULMIERZ, 1887

137
kiem lecieć do Górna, bo tam ma być — Ludwinia. Wjeżdżamy na szczyt góry, widać 

już chatę Zagozdy, Krajno, majaczą topole w Górnie...
— Pogoda będzie, zdaje się.

— Będzie...
— Trzeba będzie żąć pszenicę w Ciaciaku *.

— Karpiński już zaczął...
Konie ruszają z kopyta. Pędzim szybko, ja i mój ojciec.

background image

... Minęło i wierzyć się nie chce, że ja miałem kiedyś tam dom, siwego 
ukochanego ojca i dzieciństwo święte, nad którym czuwał on...

Łzy się kręcą. *
Oszczędzałem to miejsce na list Heleny. Liczyłem godziny od obudzenia się do 

chwili obecnej, tj. do przyjazdu pana Sielskiego (rządcy), który jeździł dziś do 
Ciechanowa. I oto — nie ma listu. Coś się stać musiało, bo Helena nie igrałaby 

ze mną w ten sposób...
Nie ma na świecie szczerszej rzeczy nad... szczerą dziewczynę. Panna Bronisława 

jest taką. Zresztą śliczna ona jest, zgrabna i rozsądna. Żaden młody człowiek 
nie ominie bez uśmiechu zadowolenia twarzy, co drga jawną, bijącą w oczy, 

zaściankową kokieterią, twarzy, co ma cerę smagłą jak na obrazach Żmurki lub 
Siemiradzkiego, co ma za bogactwo drganie powiek, kryjących wielkie czarne oczy. 

Wielka filozofia panny M., wyrafinowana kobiecość — wszystko zdaje się absurdem 
wobec prostoty i naturalnego rozsądku takiego dziewczęcia.

Zachodziło słońce. Straszny, 28-stopniowy skwar dnia utonął w wieczornym 
chłodzie. Znużony siedziałem w najciemniejszym kącie ogrodu — z przechyloną 

głową, z zamrużo-nymi powiekami i ze smutnymi myślami o losie moich listów
138 ______________________________________________DZIENNIKI, TOMIK XIV

do Heli... Nie widziałem nawet, że po alei, leżącej po drugiej stronie kanału, 
spaceruje panna B. Znudzona widocznie jed-nostajnością mojej pozy — dostała 

kaszlu. Podszedłem zapytać, co jej takiego... Zagadaliśmy się. Opowiadała mi 
dużo rzeczy o sobie — tak dużo, że aż „Niemeczka", panna M., zaniepokojona 

naszym spacerem śledziła z daleka...
Jutro zatrzęsie się Szulmierz — od salonu do dworku rządcy... Cóż by ludzie 

robili? A ja spędziłem godzinę przyjemnie. „Telimena" — wzgardzi moim 
demokratyzmem. Ta mała sto razy więcej warta od nich wszystkich — razem 

wziętych.
P. Telimena zawiadomiła mię dziś, że arystokraci są niemal jedynie punktualnymi. 

Arystokracja — jest szczytem cywilizacji, a punktualność — to jeden z 
drogocennych nabytków cywilizacji (szczególnie punktualnym jest Gucio 

Potocki...).
Smutno mi bardzo. Co się stało z listem? Przeczuwam wiele przykrych rzeczy. 

Niepodobna, aby mi nie odpisała. Ja wysłałem dziś list przez p. Sielskiego... 
Może go Lolo odbierze...

l   sierpnia   (poniedziałek).
Skwar i skwar nieustanny. Dziś rano było 1:5° R. — o godzinie 5. Z wielu 

względów upał ten jest mi nieznośny. Ile razy zajdę w dębinę — porywa mię 
niepohamowana chęć zwiedzenia Opinogóry, złożenia pokłonu prochom wielkiego 

poety. Jak się tylko ochłodzi, pójdę tam. Może by to uspokoiło smutek, jaki mię 
opanowywać zaczyna. Tymczasem trzeba iść na lekcję...

Ładna   twarzyczka,   spotkana   przelotnie,   jest   jak   zapach kwiatu. 
Patrzysz na nią, patrzysz, patrzysz; przestawszy pa-

SZULMIERZ, 1887
139

trzeć — pamiętasz w ciągu jednej godziny, drugiej, trzeciej. Budzisz się 1
Wróciwszy do mieszkania zaśmiałem się ze siebie. Trzy tygodnie temu plunąłbym 

sobie w oczy...
.Smutno. Może utracę na zawsze Hele wskutek kataklizmów nie przewidzianych, a 

może i nie utracę — tylko tak, jak teraz... będę smutny...
2   sierpnia   (wtorek).

Po dwu tygodniach upałów, dochodzących do 30° — nadeszła wreszcie upragniona 
chwila: deszcz. Cały horyzont zasłany chmurami, drobniutkie kropelki jak wodny 

pył sypią się na zeschłe liście i konające kwiaty.
Poszedłem zwiedzać okolicę. Zaszedłem do Kosiczyna, minąłem Lipę, gdzie doznałem 

bolesnego rozczarowania: to, co brałem za piętrowy pałac, jest piętrowym 
spichlerzem. Bądź co bądź objąłem okiem całą okolicę aż do Ciechanowa. Szul-

mierz i Opinogóra stanowią na tym obrazie najwydatniejsze i najbardziej 
pociągające punkty. Bór szulmierski wyłania się ślicznie z łanów pszenicy. 

Wiosek nie widzisz zupełnie: dwory i dwory...
Jeździł wczoraj do Ciechanowa pan C. — był na poczcie, a listu dla mnie nie 

przywiózł. A więc? A więc nie ma go na poczcie, a więc nie odpisano mi. 

background image

Dlaczego? Helena albo jest chora, albo... Lolo przejął listy. W takim razie 
odbierze sobie i ten, który pisałem w niedzielę. W czasie zimowej choroby Hela z 

objęć śmierci jeszcze pisała do mnie. Teraz jest tam matka — słowem, jedyną 
przyczyną milczenia może być interwencja w nasze sprawy — Lola.

1 W  autografie  brak  jednej   kartki:   zob.  wyjaśnienie  w  tekście  pod 
datą 22 VIII.

140 _____________ _____________DZIENNIKI, TOMIK XIV
Chciałbym, aby tak było, chciałbym, aby to piekielne nieszczęście, jeśli ma 

nastąpić, rozdarło piorunem tę noc spokojnego trawienia obiadów i kolacyj! Bez 
wielkich nieszczęść — głupie byłoby życie.

Gdy morze wyrzuciło zwłoki Percy Shelleya na brzeg — znaleziono w kieszeni jego 
tom Sofoklesa i utwory Keatsa.

studium SCHURfi •
Po wieczornym spacerze z towarzystwem — wieczór na werandzie. Pan C. siada do 

fortepianu i gra uwertury z Łucji, Traviaty, Trubadura. * Wielki księżyc wytacza 
się nad ogród i poczyna szukać każdej kropelki rosy na liściach, na kwiatach, na 

wierzchołku świerka i w kielichach wodnych lilij. Muzyka wypędza stąd ciszę i 
walczy z promieniami, z cieniami, kontrastami... Cudowna noc! Tylko z cudzą żoną 

spacerować. Cóż, kiedy ani cudzej żony, ani nawet bezpańskiej faceteczki mojej 
nie mogłem dziś tropić, zaprzężony do słuchania Łucji — jedynie dlatego, aby p. 

Telimena mogła mi oświadczyć: ,,...to z Łucji"..,
11

Czemu ty nie chcesz być gentlemanem Stefusiu! Nie chcesz — czy nie chce ci się? 
Tobie nie chce się nawet mówić. Czasami słucham jakichś wywodów panny T. — ona 

czegoś nie wie, zwraca się do mnie; ja wiem znakomicie — i mówię, że nie wiem. 
Co mi z tego, że jej powiem? Zresztą zaczynam jej nie cierpieć. Mnie nie 

zawiniła niczym — jak dotąd — z tego jednak, jak ona „obrabia" ludzi, wnioskuję, 
co powie o mnie... Jest mi to wszystko jedno, że znęcać się będzie, 

przypuszczam, nad moim tużurkiem, splamionym w 255 miejscach — przed Machajskim 
co najwyżej — ale nienawidzę jej za ten ozór staropanieński, wyostrzony na 

bzdurnych tezach „Roli" i Drumonta, na osłowszczyźnie Jeske-Choińskiego, na 
idiotyzmie salonów — którym drapie i ślini ukochane przeze

SZULMIERZ, 1887
141

mnie idee. Jedną bowiem z najpotworniejszych niegrzeczno-ści jest ta, gdy ktoś 
wiedząc, że mu odpowiedzieć nie mogę — korzystając z praw krewnego pana domu, 

szermuje językiem w sposób wywołać mogący kłótnię zażartą. Panna T. wie, że 
skłaniam się ku ideom postępowym, wyraziłem jej nieraz zapewnienie, że kocham te 

idee — i nieraz słuchać muszę przycinków, robionych trzecim osobom, przycinków o 
te właśnie idee.

— Pan M. wczoraj na pikniku w Ciechanowie podciął się znakomicie... Odwieziono 
go do domu.

— Jak na demokratę przystało... — wtrąca panna T.
Jest to impertynencja — wie bowiem, że nie mogę jej odpowiedzieć: „jesteś głupia 

i zła, jak na arystokratkę i starą pannę przystało..."
W spojrzeniach i dialogach naszych — zapanowała aksamitna dzikość.

Bp*:
ife

ms,
Czytałem studium o Shelleyu, głupią nowelę Marrene'owej pt. Złote runo *, 

kiepski dramat Zalewskiego pt. Marco Foscarini*, zresztą Szkice Szajnochy i... 
Boże, bądź miłościwi — Monografią miasta Lublina *. Co mnie np. obchodzi Lublin? 

Telimena obdarzyła mię tymi skarbami. Czasami czujemy nieodzowną potrzebę druku. 
Potrzeba ta nie jest może równą tej, jaką ja, z dala od Warszawy i Biały — a 

mówiąc wyraźniej, z dala od kobiety — czuję obecnie, ale zawsze jest i pierwsza 
natarczywą. A nie wiem, czy z brunetki co będzie, czy będą... trociny.

3 VIII (środa).
Wielki las jest zupełnie podobny do miłości. Gdy weń wchodzisz — jesteś 

dziecięco uśmiechnięty, jesteś zachwycony cudami lasu, wonią, jakiej nigdzie nie 
ma na świecie, i milionami zjawisk, o jakich słyszałeś i czytałeś, z których nie 

zdawałeś sobie sprawy, a ujrzawszy które na własne

background image

DZIENNIKI, TOMIK XIV
oczy, oczarowanyś, zachwycony, unosisz się z każdą chwilą bardziej, i z 

przyspieszonymi uderzeniami serca idziesz w ciemną, odurzającą zieloną głąb. Z 
miłością to samo. A że ja wiem, co to miłość... więc powiem o mojej dzisiejszej 

wędrówce, nadającej się tak bardzo do przytoczonego porównania. O godzinie 
trzeciej ująłem kij w garść i ruszyłem w las. Gdy wchodzisz w jego brzozowy 

przedsionek, zdają się odmykać jakieś olbrzymie drzwi — wchodzisz w budynek 
przyrody. I oto wszystkie trawy, wszystkie drzewa z uśmiechem niemal zdają się 

rozstępować, wabić, prosić, zachęcać, by iść, iść, iść...
Szedłem z nieświadomością samego siebie. Zdaje sią, że niemożliwością byłoby 

zatrzymać się, usiąść — idziesz automatycznie, upijasz się krzepkością swych 
sił, zapachem lasu, zielenią lasu. Do nieskończoności iść!...

Potem nadlatują myśli, marzenia... Najswobodniej, najłatwiej myślę w czasie 
jazdy wagonem lub idąc. Obrazy za obrazami suną, suną... Twarze, które znasz, i 

takie, których nie znasz wcale, idą razem z tobą. Zielona droga, co parę kroków 
przerżnięta warkoczem korzeni dębowych, co kilkadziesiąt kroków przepasana jakąś 

leśną ścieżką, wije się śród pagórków, zbiega na dół i wije się wśród zieleni. 
S::edłem więcej niż godzinę. Las począł rzednieć. W; chodzę, na wzgórek sośniny, 

stamtąd na pole zasiane łubinem. Roztacza się przecudny widok. Zdaje się, że 
jestem w Krakowskiem*: las ciągnie się aż do krańców widnokręgu, biegnie naprzód 

i cofa się, obiega dokoła wielkich polan, wspina się na góry, osłania wsie. Tuż 
pod lasem, za łanem łubinu — folwark ze ślicznym dworkiem, kościołem, przy 

którym reperują wieżę, z ogrodem i rzeką. Biała droga, którą szedłem, zbiega w 
aleję topól i idzie pod ganek dworu. Śliczne miejsce, jak dowiedziałem się 

później — Zalibokł, odległe od Szulmierza o milę. Przyjrzawszy się okolicy 
ruszam lasem na przełaj — do Szulmierza. Po półgodzinnej wędrówce dostrzegam, że 

las rzednie — polana. Wychodzę: dwór, kościół, przy którym repe-
SZULMIERZ, 1887

143
rują wieżę, ogród, rzeka — wyszedłem do tego samego miejsca z przeciwnej strony. 

Podobnego wrażenia — świadomości, że się jest kołowatym — doznaje się tylko w, 
miłości.

Zawróciłem i skierowałem się w prawdopodobną stronę Szulmierza: wyszedłem na tę 
samą polanę z północnej strony... Zaczęła .mię ogarniać złość jak w miłosnych 

postanowieniach. ^
Rzucam się w las znowu — i wychodzę w miejsce, gdzie stałem pierwszy raz, 

znajduję własne ślady... Wielkie chmury wytaczają się nad las, wicher się czepia 
po gałęziach drzew... Omamił cię las jak kochanka, zdradził cię, rozum odebrał, 

wolę zniweczył, zmęczył! Idę po własnych śladach, orientuję się według słońca i 
wychodzę... w nieznane zupełnie miejsce: wielka polana, zasiana łubinem 

przeważnie — pośrodku kilka chat. Idę tam. Kury łażą po drodze, wróble skaczą po 
płotach — ale ani jednej żywej duszy; drzwi pozamykane na kołki: wszyscy w polu. 

Szukam ich oczyma — nie ma na całej płaszczyźnie żywego ducha. Chodzę od chaty 
do chaty...

Wreszcie dostrzegam w polu, w kępie łopianu, jakąś ludzką istotę. Idę tam. Jest 
to chłopczyna lat siedmiu, może ośmiu. Głowę ma wielką, kędzierzawą, duże oczy 

czarne, cerę brunatną jakąś od spalenia, brudną koszulinę i ogromne żołnierskie 
majtki, zawinięte do kolan. Wygląda w tym, pożyczonym od ojca widać, stroju jak 

w beczce. Otworzył na mój widok oczy, usta — przysiągłbym, że wszystkie upusty 
rozwarły się w nim z przerażenia. Skubał rączyną czarną, przerosła błotem liść 

łopianu...
— Chłopiec! — może ty wiesz, którędy tu wyjść do Szul-młerza?

— Hę?
— Tą drogą do Szulmierza się idzie?

— Do... do... do...
"i

DZIENNIKI, TOMIK XIV
wpo — ,wpo — lu...

— A gdzież twoja matka?
— A... a — a — awpo Zauważyłem, że się jąka.

— Daleko w polu?

background image

— A, a — het! — Wskazał mi ręką nieokreślony kierunek, jakby to było na południu 
i na północy.

— Ty szedłeś kiedy tą drogą?
— A, a — a — do Li — , do Li — py...

— Do kościoła?
— Tak.

— To ta droga do Lipy, nie do Szulmierza?
— Trza, trza w boru iść, iść — het na prawo — będzie tam droga, to trza iść het, 

het, het, na prawo, trza iść w boru...
— A może ty wiesz, w której stronie Szulmierz?

— Tu...
Znowu wskazał nieokreślony kierunek, zakreślając trwoż-nie rączyną łuk. *

Ruszyłem i po godzinie drogi byłem w Szulmierzu. Wieś, w której byłem, nazywa 
się Włosty — jest to wieś szlachecka. Żałuję mocno, że nie zastałem mieszkańców 

— byłbym poznał panów-braci zagonowych szlachciców. Złaziłem się kapitalnie — od 
2 do 7 bez odpoczynku — zrobiłem ze 4 mile drogi.

Wieczorem było zaćmienie księżyca. Ponieważ było chłodno, więc obserwowaliśmy to 
zjawisko z jadalnego pokoju. Zaczęła cała society — śpiewać: „Boże coś 

Polskę", ,,Z dymem..." Wielka arystokratka wyciągała przekwitłym głosikiem...
— Znasz, Wandziu, tę   demagogiczną   z 31 roku?

— Jaką?
— „Gdy naród..." *

— Znam, ale to nie warto...
— Co ci szkodzi — na pociechę pana Ż.

l "
LEON KORCZAK-WASILKOWSK.I

i

SZULMIERZ, 1887______________________________________________t,„
Zaczęto. Ja basem,  od którego trzęsły się szyby, wtórowałem umyślnie:

Armaty   pod   Stoczkiem   zdobywała   wiara
Rękami czarnymi od pługa — Panowie w stolicy palili cygara...

Aksamitna dzikość,  istniejąca między mną i panną Teli-meną, zamienia się w 
kocią dzikość. Drapie mnie czas od

czasu pazurami.
— Nie wiesz,  Guciu,  gdzie są nasze kapelusze? — pyta

Telimena.
— Zdaje mi się, że je widziałem w przedpokoju — odpowiadam za elewa ja.

— Czy pan je tam umieścił?
— Skądże podejrzenie o taką krwiożerczość?

— Ach!... ja chcę panu podziękować za dowód galanterii — a pan podejrzywa mię o 
chęć dokuczenia.

— Jeśli się odrzuci galanterią, do jakiej nie mam zdolności, zostałaby 
krwiożerczość — na kapelusz pani — a tej nawet... nie ma, więc nie ja je 

umieściłem tam...
Po długich śpiewach, gadaniach — poszli spać wszyscy, wróciła z ogrodu 

Niemeczka, wtedy ja poszedłem... obserwować zaćmienie księżyca. Poszedłem, bo 
wiedziałem, że czekać na mnie będą... Poszedłem dla niepoznaki do ogrodu — 

wracając stamtąd skręciłem w świerkową aleję. Ktoś stał pośród ścieżki.
— Dobry wieczór...

— Dobry wieczór...
— Jeszcze pani nie śpi?

— O, ja idę spać późno, o 12...
— Ależ to można zaziębić się w ogrodzie.

— Ja się nie boję... A... pan się boi?
— Trochę,  szczególniej,  gdy powieje chłodny wiatr  od... panny Marii.

10 — Dzienniki t. IV
DZIENNIKI, TOMIK XIV

— Musi być panu zimno?
Obejrzałem się. Na końcu alei wlókł się długi cień od... p. Marii.

background image

Kląłem ją w duszy od siarczystych diabłów — ale, z obawy rozbabrania sprawy, 
pożegnałem Bronisię i poszedłem spać. Przeklęta Niemka! Wstała z łóżka, aby 

zobaczyć, co się z nami dzieje.
5 VIII (piątek).

Burza! Godzina siódma po południu. Zza drzew ogrodu zaczęła się wychylać 
straszna ogromem, ziejąca/ zimnem, lecąca na skrzydłach wichrów — hiena-chmura. 

Kolor miała miedziany, o burofioletowych brzegach. Przodem pędził mały giermek — 
wiaterek zimny. Zaczepiał drzewa, magał kozły w piasku na drodze, rozdmuchiwał 

ogony kogutom, wsuwał się pod spódnice dziewuch wracających z pola — zrucił z 
płotu schnące prześcieradło, pognał przed sobą jakieś piórko wróble, zamknął 

drzwi wozowni — i gdzieś się podział.. W chwilę za nim przyleciał straszny 
herold — wicher. Miedzianą pięścią uderzył w twarz za jednym zamachem wszystkie 

drzewa — aż się pochyliły w tył — drugą ręką nabrał garść piasku i wyrzucił go w 
powietrze wyżej nad wszystkie drzewa, straszliwym podziemnym głosem huknął: 

burza! Na głos ten — zamknęły kielichy swe portulak zadrżały akacje i schowały 
się w gniazda wróble. Ale i wic! er znikł gdzieś... Znów cisza, a taka 

śmiertelna cisza, że można słyszeć bicie serca przyrody. Liście wiszą bez ruchu 
na oniemiałych drzewach, kwiaty się modlą zapachem o łaskę. Majestatyczne 

wyczekiwanie! Przerywa je głuchy, krótki trzask — piorun! Huk leci od szczytów 
niebios do głębin ziemi i bezbrzeżna czerń okryła niebo; rzadkie, ciężkie, grube 

krople padają na piasek ścieżek. Z pomrukiem straszliwym chmur łączy się skrzyp 
topól, jęk kasztanów i plusk deszczu, co poczyna lecieć, bić, siec. Wzmaga się 

to wszystko do apogeum... Wtedy otwieram okno i widzę, że jakaś mała ręka 
wysunęła się

ISli
SZULMIERZ, 1887

z jednego z okien prawego pawilonu, że w ręce tej bukiet kwiatów moknie na 
deszczu. Krople deszczu padają na listki bukietu, na białe paluszki, na dłoń, 

oblewają ją — aż do samego rękawa...
6 VIII (sobota).

Wczoraj odebrałem dwa listy od Heleny. Przywiózł mi je z Ciechanowa Kazio, który 
jeździł do Pawłowa, wstrzymany tam został wskutek burzy nocnej i dziś dopiero 

powrócił konno.
Zdziwiłem się i ucieszyłem zarówno ilością, jak i jakością dzisiejszych listów.

1) Biała, l VIII.
Kochany S.! Dwa tygodnie oczekuję na próżno na odpowiedź... Najbardziej lękam 

się, czy nie jesteś chory. Otóż obie-dwie z Matką prosiemy, abyś natychmiast po 
odebraniu listu doniósł o zdrowiu swoim ł wytlomaczył powód milczenia. Lakonizm 

tego listu — wytłomaczę w następnym.
H.

ł-rfCTM-i
'="?;* i*J'.s*

2) Biała, 3 VIII. Osłodo mojego życia! °
Długo myślałam, co napisać w nagłówku — wreszcie napisałam słowa, które 

podyktowało mi serce. Co z nami wyrabia poczta? List twój datowany d. 21 lipca 
odebrałam dopiero wczoraj!... Ile niepokoju doznawałam przez te dwa tygodnie — 

opisywać nie będę. Myśli, jedne straszniejsze od drugich, trapiły mię 
nieustannie; wyobrażałam sobie, że jesteś chory, że może Ciebie nie ma w 

Szulmierzu... Były to myśli niedorzeczne, ale obawiając się, aby list mój nie 
wpadł w obce ręce, nie pisałam tak długo — w końcu miałam zamiar napisać do pana 

C. (jako matka twoja) z zapytaniem, co się z tobą dzieje — aż nadeszły listy od 
Ciebie, które mię uspokoiły i rozjaśniły chociaż na chwilę smutne moje życie.

Pytasz o powód choroby i mdłości... Sama nie wiem, dlaczego zemdlałam parę razy 
— było to zapewne wynikiem moralnych cierpień, jakie mię ostatnimi czasy 

spotkały. Czułam się po Twoim odjeździe bardzo
•Bat' fe

Tekst poczerpnięty ze Starego Testamentu.
DZIENNIKI, TOMIK XIV

chorą i zdenerwowaną, było mi smutno okropnie; zastanawiałam się często bardzo 
nad naszą miłością i widziałam z żalem, że ona jest beznadziejną, widziałam, że 

z mojej strony jest ona grzeszną i występną, że nie wyrzeknę się jej jednak za 

background image

nic w świecie... stała się ona dziś potrzebą mego serca, bez niej — życie moje 
byłoby bezbarwne i bardzo ciężkie. Czy wierzysz słowom moim — nie wiem, wszystko 

mi to jedno: piszę to, co czuję, co mi serce każe. W dzień twego odjazdu 
zachorowała na gardło Zosia. Wiesz, jak ją kocham — wyobraź więc sobie moją 

rozpacz: zdawało mi się, że Pan Bóg mię za coś karze — czy za miłość dla 
Ciebie?... Ty, mój jedyny — dla Ciebie mam tylko słowa pieszczoty, nikogo nimi 

nie darzę, boby mi słowa uwięzły w gardl e..."
Pracuję po całych dniach. Do kąpieli chodzłemy z Antosłą. Codziennie idąc przez 

Zofii-lasek, zasyłam Ci dzień dobry i ze łzami wspominam chwile spędzone razem. 
Wieczorami z Antosią chodziemy po peronie układając plany na przyszłość. Co do 

waszego mieszkania w Warszawie, które czy kiedy przyjdzie do skutku, Bogu 
wiadomo — marzę nieustannie. List mój pierwszy nie zrozumiany przez Ciebie; nie 

dziwię się temu zupełnie. Pisząc go byłam tak jeszcze rozdrażniona i smutna, że 
nie byłam w stanie nadać porządku moim myślom. Wierz jednak, że każde w nim 

słowo było szczerą prawdą. Do Warszawy jeszcze nie wybieram się — choć jakże 
pragnę zobaczyć Cię! Czuję, że przywitanie nasze byłoby zupełnie inne niż 

zwykle. Ostatnie widzenie się przykuło nas do siebie, a nic tak nie łączy jak 
wspólne cierpienia. A my oboje przecierpieliśmy niemało.

Przyrzeczenia danego Ci w chwili odjazdu wcale nie cofam: jak tylko będę w 
Warszawie, bezwarunkowo będę u Ciebie ,b

Za życzliwość, jaką okazuje Ci p. R., wdzięczna ,on jestem i szanuję go bardzo. 
Choć mówisz, że niewiele wygrywasz na nienawiści mojej dla tych, którzy Cię nie 

lubią — powtarzam raz jes::cze, że każdy Twój przyjaciel i mnie kaptuje. Nie 
rozpaczaj, Stefanie -— może nigdy nie zejdziemy się otwarcie, ale miłość nasza 

nic na tym nie straci. Kocham Cię jak nikogo w życiu — zechciej wejrzeć w moje 
serce, a przekonasz się, jak ono umiłowało Ciebie tylko, jedynie... Tyle lat, 

tyle prześladowań, przykrości — nie zdołało mię zmienić dla Ciebie... Wiecznie 
zostaniesz mi drogim, kochaj więc i ty i nie zapominaj o twojej —

Heli.
" Azaż prawdą mówi ta białogłowa?

6 Tu nasuwają mi się dwa przysłowia: „nadzieja — to matka głupich", „obiecanka 
cacanka, a... itd." — i „zanim dzień nadejdzie — rosa oczy wyje".

SZULMIERZ, 1887
149

P.S. Zapłakałyśmy obie z Antosią nad Twoim listem: ja bo z radości, że posiadam 
Twoją bezgraniczną miłość... Jakież to szczęście być kochaną tak i kochaną — 

przez Ciebie! a
I cóż? Przeczytawszy taki list czuje się większą jeszcze pustkę i, co gorsza, 

słyszy się gdzieś w powietrzu akord ironicznego śmiechu. Po co to okłamywać się, 
po co wdawać się w trzeszczenie poetyczne bez celu?... Wiecznie? Alboż istnieją 

jakiekolwiek wieczne uczucia? Wszystko okrywa zapomnienie, a i zapomnienie 
okrywa samolubstwo...

Gdy się spotkamy, zabiją nam serca, zaśpiewają nerwy, a teraz — wyrazy, wyrazy, 
wyrazy! Dźwięki bezduszne, niezdolne wzlecieć z ziemskiego prochu. Idąc przez 

życie zbiera się okruchy filozofii dziwnej, z dnia na dzień zdobywa się więcej 
zwierzęcości, która jest osławioną Macht VOT Recht... * Przyjaźń nie istnieje, 

nie istnieje i miłość. Istnieje wieczny puls krwi, przenoszący nas od jednej 
kobiety do drugiej. Oczy czarujące, usta czerwone, ramiona okrągłe — i 

wyrafinowane kłamstwo na ustach — to synonimy miłości. Smutek upada na duszę jak 
cień i wlecze wszystkie myśli w zaświatowe krainy.

J. W. Generał-Adiutant Hurko, uznawszy za konieczne na winnych w sprawie całej 
uczestników w nieporządkach z d. 13 czerwca i wydawców gazet polskich wymierzyć 

odpowiednie kary i stosując się do Najwyżej zatwierdzonej itd. decyzji, 
postanowił:

1) Studentów II kursu wydziału medycznego: Maksyma Antono-wa i Leona 
Wasilkowskiego oraz studenta I kursu tegoż wydziału Włodzimierza Talkę na 

zamknięcie w areszcie policyjnym, każdego po 2 miesiące.
Studentów II kursu tegoż wydziału: Ludwika Wiśniewskiego i Jana Borzuchowskiego 

na zamknięcie w areszcie policyjnym po 6 tygodni.
Studentów:  Adama  Grabowskiego, Tomasza  Staweno  — po miesiącu.

" Zarumieniłem się z zawstydzenia,

background image

150______________________ DZIENNIKI, TOMIK XIV
Studentów: Feliksa Zawadzkiego, Józefa Smólskiego, Izydora Fajer-sztejna, 

Mieczysława Bełżyckiego, Kazimierza Swiąteckiego, Stanisława Krzemieniewskiego, 
Juliusza Malecińskiego itd. — po dwa tygodnie.

2) Wydawców zaś gazet ł dzienników skazać na kary pieniężne: wydawcę tygodnika 
„Prawda" — 300 rs.; „Tygodnika Mód", „Tygodnika Ilustrowanego", „Kolców", 

„Przeglądu Tygodniowego" — po 500 rs.; wydawcę „Kuriera Codziennego", „Biesiady 
Literackiej" — po 1000 rs.; wydawcę „Gazety Polskiej" na 1500 rs.; wydawcę 

tygodnika „Życie", tygodnika „Kłosy" i „Dziennika dla Wszystkich" — po 2000 rs.; 
wydawcę „Kuriera Warszawskiego" — na 2500 rs.

„Kurier Codzienny" nr 211 *
A więc delegat stanął na świeczniku! Od tego zgniłego obecnego życia notatka 

powyższa przeniosła mię w burzliwe czasy naszych zebrań — na Dobrą, do 
Radziwiłła, do Ludwika — kiedy Leon w podartym mundurze woła: „tyle krwi, tyle 

ofiar, tyle upodlenia, boć i upodlenie, panowie — to ofiara ciężka!..." A no — 
bądź co bądź, pomimo że to walka [z] klownem — to koza za polskość... Nie 

przypuszczałem, że Antonow — to taka uczciwa dusza. Ach, wracać tam do nich!
Panna Bronisława pojechała wczoraj do Warszawy. Wyjeżdżała, gdy ja miałem 

lekcję. Obejrzała się ? soilutkim uśmiechem pożegnania... Dziś całe society 
wyjechało do Pawiowa. Został pan Retmański, panna Niemka i parna Francuzka — no, 

i ja. Nie chciałem tam jechać, bo nic mi j tam ciekawego nie oczekiwało. Chodzę 
dziś jak desperat po Szułmierzu, z Niemką gadam. Jaka szkoda, że moja facetka 

pojechała! Byłbym ubił interes...
Wczoraj byli znowu z wizytą dwaj młodzieńcy z Koterma-nia: pan Milewski, 

wstępujący w tym roku do Puław, i p. Czerwiński, wstępujący w tym roku na 
medycynę. Ostatni zapraszał mię usilnie do Kotermania, ma przyjechać po mnie. 

Może uda mi się być w Opinogórze.
SZULMIERZ, 1887

7 VIII (niedziela).
Byłem w kościele z paniami. Pani G., pani C. i panna Augustyna, Gucio i Kazio na 

koniach. Kurz kłębami sypie się do powozu i robi jeszcze więcej plam na moim 
tużurku. Ach, ten nieszczęsny tużurek! Kościół w Kosiczynku drewniany. Jest to 

domostwo zbudowane w formie kościoła. Wewnątrz obity deskami, deski pomalowane 
problematycznie białą farbą; tu i ówdzie wisi jakiś obraz, powieszony pobożną 

ręką bez składu i symetrii, a kupiony w Częstochowie. Okna maleńkie, nie mające 
pretensji do gotyku żadnej, zakratowane jak piwnica. Pod sufitem mnóstwo gniazd 

wróblich, jaskółczych. Szelest tam, gwar, który cichnie na chwilę, gdy odezwią 
się organy. Co prawda, organy te mogłyby głuchoniemego z kościoła wypędzić. W 

zakrystii podłoga się popsuła, próg zgnił, szyby powybijane. Zakrystia ta jest 
wielkości chustki od nosa. Siwiuteńki ksiądz wdziewa komżę, wdrapuje się na 

ambonę, zbitą z desek pomalowanych na niebiesko, i mówi, mówi... Skończywszy 
tzw. kazanie, zstępuje na schody ambony, staje po ich środku; wtedy po kolei 

podsuwają się ku niemu parafianie, szepcą na ucho coś, coś wsuwają w rękę — i 
ksiądz wygłasza: „za duszę Jana — zdrowaś Maryja... za duszę Piotra — zdrowaś 

Maryja... itd." Nie ma tu sceptyków ani odszczepieńców — wszyscy wierni i 
prości, bo ich to nie razi. Jest to nieświadomość zupełna, nie widzą śmieszności 

w odmówieniu zdrowaśki za 3 grosze... Wysokie brzozy biją w szyby kościoła, 
przez drzwi otwarte widać pola daleko, pola blisko, pola wszędzie; siwy ksiądz 

wychodzi ze mszą, przesadnie wystrojone obywatelki zajmują ławy w głównej nawie, 
organ piszczy — proste wszystko, a nie wiedzieć czemu swoje jakieś, rodzime, 

bliskie, nawet drogie.
12   w  nocy.

Po południu odjechał do Warszawy na zawsze p. Retmański.  Szkoda mi staruszka!  
W wielu razach był mi  bardzo

152 DZIENNIKI, TOMIK XIV
pomocny, zresztą dobry to człowiek. O szóstej poszedłem na spacer w stronę 

Przedwojewa. Po drodze leży wieś Kalisz. Gdy ją mijałem, wysypało się na pole 
kilka panien z parasolkami, w modnych (z turniurami) sukniach. Patrzyłem przede 

wszystkim na twarze, nie zwracając uwagi, że panny owe są boso... Są to 
dziewczyny wiejskie. W niedzielę widzi się tu ze wszystkich wsi idące 

dziewczęta: parasolki, kapelusze, turniury — a trzewiki pod pachą. Jak to razi! 

background image

ani to bowiem nie cywilizacja, ani postęp ku lepszemu. Nic potworniej szego nad 
parobczaka w wysmarowanych butach i spodniach modnie wąskich, kupionych na 

tandecie po jakimś jasnokościstym * warszawiaku.
Bliskość Warszawy i bliskość granicy niemieckiej — zatarły strój narodowy i 

przedzierzgnęły chłopa w coś niesmacznego. Pod względem pojęć nie jest on ani 
trochę wyższym od swego pobratyma [ze] stron moich — a nie mówiłby z tamtym 

pewno. Obserwacje i kombinacje tego rodzaju przerwał mi jakiś zbliżający się 
turkot. Była to maleńka, śliczna karetka pędząca niemal w cwał. Gdy się kareta 

zrównała ze mną, wysunęła się przez okno wesoła, miła, życzliwa twarzyczka — 
panny Eleonory D. Jechały z matką dc Szul-mierza. Na mój ukłon odpowiedziała 

uśrniocbrm, jakim witają się dobrzy koledzy. Nie wiem czemu, lec;; .machinalnie 
zawróciłem do domu za karetą znikającą w tumanach kurzu...

Gdy powróciłem do domu, zastałem i księdza proboszcza z Kosiczynka, 
uśmiechniętego dobrodusznie starowinę. Przy herbacie byłem niezwykle, niebywale, 

niesłychanie rozmowny i wymowny. Panna E. jest to dobry, serdeczny i szczery, 
szczery jak złoto — koleżka. Bez wahania powiedziała mi, że powinienem sobie 

kupić słomiany kapelusz, taki sam, jaki nosi ona, bo „byłoby mi w nim dobrze".
— Ja i pan — mamy twarze włoskie, a nawet, powiem panu w sekrecie, nie włoskie, 

ale cygańskie...
— Lorko! — strofuje ją panna Telimena — cóż za zwierzenia?

SZULMIERZ, 1887

153
— No? czy nie mogą panu tego powiedzieć?... Ja wiem, że jestem podobna do 

cyganki, a i pan...
Od kapeluszy przelatujemy do powieści Zoli — stamtąd do palenia papierosów, przy 

czym zawiadomiła mię, że paliła dawniej papierosy w ten sposób:
— Jaś (brat) brał w usta dym, puszczał go w usta mnie, a ja panu Antoniemu 

Milewskiemu.
— Lorko! — brzmi mama znowu.

Jednym słowem byłem dziś młodym, młodym (jak by to określić) — młodym 
aranżerem...

Po kolacji w salonie grałem z panną E. w „fortunkę" — przy czym ona wygrała dwie 
partie na pięć. Najspokojniej w świecie strofowała mię, gdy się hazardowałem:

— Niech pan nie daje takich mocnych sztosów — bo gra na nic. Ja nie mogą...
Telimena gryzła wargi.

Serdeczna dziewczyna! Żywa jak iskra, dowcipna, szczera, otwarta, cięta w 
rozmowie, pewna siebie — a jednocześnie w tych ocienionych łukami brwi piwnych 

oczach tli się czasem szerokie, bujne, hajdamackie, junacze, a wzniosłe marzenie 
ośmnastoletnie. Bujne, wpadające aż w granat włosy czesze w duży pukiel — po 

grecku, ruchy ma dziwnie żywe, krewkie, zamaszyste. Ojciec jej — pan całą gąbą, 
nie bywa nigdzie, rzadko kogo przyjmuje i, jak mówią w okolicy, nigdy mu przez 

myśl nie przeszło, że córka jego mogłaby wyjść za mąż... Toteż panna E. rada 
jest ludziom, nawet takim jak ja. Boże mój! jaki ja plebejusz — ciałem, duszą, 

stanowiskiem...
Pozostanie mi w pamięci ten żywy koleżka. Takie to życie moje nudnie monotonne, 

że warto osobną barwą podkreślić wieczór, po którym nie czuje się niesmaku — 
owszem, czuje się miłe i dobre wspomnienie kobiety, która jest i arysto-kratką, 

i demokratką, i śmiechem, i płaczem, która jest na-
154

DZIENNIKI, TOMIK XIV
miętnie młodą i w gruncie — kobieco dobrą. Jakże potwornie wobec niej wyglądała 

p. Telimena ze śmiejącymi się przeżyciem i ironią oczami nad upudrowanym nosem. 
Chuda jak sztalugi, zła jak szyderstwo — gwiazda high-life'ul

Ksiądz objaśnił mię, że na całym obszarze, jaki widać spod kosiczyńskiego 
kościoła, istnieje jedna szkółka ludowa w Lipie. Druga jest aż w Opinogórze.

Otóż i sam śpię. Noc chłodna, drzewa uciekają w cień, chmury się ścielą nad 
„dębiną", w chmurach tkwi kawałek księżyca, ścielącego smutny blask na drogę, na 

kamienną statuę Matki Boskiej. Żal mi będzie porzucić tej ciszy uroczej 
towarzystwo i towarzystwo drzew wielkich...

Czy śpisz już, panno Eleonoro?

background image

8 VIII (poniedziałek).
Chodziłem dziś na spacer pod Opinogórę. Zrobiłem wielki kwadrat: drogą pod 

Kotermań, ścieżką pod Lipę i rowami do Szulmierza. Lubię włóczyć się po 
nieznanych miejscowościach. Tu się otworzy nowy krajobraz, tu drożyna biała wije 

się śród zbóż i zaciekawia niewymownie — dokąd też ona prowadzi? Idziesz nią, 
idziesz — ot, i kończy się... Gdzie tam! — pobiegła het, chyłkiem, aż na 

sąsiednią górę i przepadła w dalekich, dalekich polach. Pod nie zżętym jeszcze 
łanem pszenicy spocząłem na miedzy. Wiatr zirnny, zapowiadający długie deszcze 

lub spadłe grady, na ziemi leżącemu nie zaszkodzi, bo ona rozpalona, spękana od 
żaru słonecznego i ciepła jak piec. Koniki polne skrzeczą, szeleszczą suche, 

ciężkie kłosy i tak tam dobrze!...
Wypocząwszy idę dalej. Tu i ówdzie żną jeszcze pszenicę, częściej już owies i 

jęczmień. Panuje tu zwyczaj koszenia zboża na sposób góralski. * Mężczyźni nie 
żną nigdy. Pieśni

SZULMIERZ, 1887
nie słychać, pieśni niebotycznych, krakowskich, co to radują się pracy, cieszą 

się gorącem, latem, żniwem. Zniemczone tu wszystko, zimne, ale — po niemiecku 
pracowite i uczciwe. Wódki tu nie piją na całym obszarze. Karczem nie ma wcale! 

Szedłem miedzą ku Lipie — i o mało nie nastąpiłem na dziecko. Na zżętej garści 
jęczmienia rozpostarto chustkę i zawinięto w nią jednoroczną może dziecinę. 

Wiatr rogi chustki na cztery strony rozrzucił, włosy maleńkiej rozdmuchał, ko-
szulinę na piersi zsunął i szczypie po gołych nóżkach, po różowej twarzyczce. A 

ono śpi, śpi, śród szelestu kłosów wąsala jęczmienia. Słońce co minuta rozbije 
chmury, aby popatrzeć na dziecinę, iść promieniem do jej usteczek i ca-łunkiem 

się wessać — a ucieka, ucieka szybko za chmury, gdy czuje, że pocałunki mogłyby 
ją zbudzić. Wtedy rzuca nań dobre słońce duży usypiający cień. Wiatr-złośnik 

nawet, co skacze ze źdźbła na źdźbło, przysiadzie na najbliższym kłosie 
jęczmienia, aż się źdźbło całe pod nim ugina, aż skrzypią długie jęczmienne 

wąsy: cicho, cicho, śpij, śpij... Koniki polne do snu jej skrzeczą, kwiaty 
koniczyny pachną, muchy brzęczą — całe pole, zakochane w maleńkim śpiochu, woła: 

śpij, śpij! Szukałem oczyma matki: nie było widać nigdzie... A więc... była sama 
jedna dziecina* wobec tego ogromu przyrody, była bezbronna a wszechmogąca, bo 

posiadała — niewinność. Była nieświadomym sobie pyłkiem przyrody i dlatego — 
była bezpieczna.

Dobre jest moje teraźniejsze życie. Doprawdy — wśród labiryntu nieustannych 
zawodów i zniechęceń pobyt tutaj zostanie mi w pamięci jako dobre chwile życia. 

Tyle rozmaitości, tyle uczuć co dzień, to nieustanne obcowanie z przyrodą i... 
dobrzy, choć obojętni mi ludzie. Grzeczność arystokratów — ja, plebejusz, 

przerabiam sobie na dobroć i życz-
1 W autografie: dziecinna.

156 DZIENNIKI, TOMIK XIV
liwość. I nie myślę o tym z goryczą. Lepiej, że są dla mnie uprzedzająco, 

czasami aż przesadnie uprzejmi, niż mieliby być impertynentami. Mają wady, z 
których się śmieję, ale — nie robią mi krzywdy... Nie okażą mi przyjaźni, lecz, 

że ja już w przyjaźń nie wierzę, więc lepiej, że są grzeczni...
Deszcz padał. Przed deszczem jeździliśmy wozem drabiniastym na pole. Usiadamy na 

snopach pszenicy w półkole i wiążemy nić grzecznej rozmowy. Nie powiem, abym nie 
cenił i nie poważał ich towarzystwa. Nawet i... Telimena zasypuje mię od pewnego 

czasu potokiem komplementów. Mówiemy o literaturze. W deszcz spędza się wieczór 
w wielkiej sieni. Zmrok w niej panuje i wypełnia ją rozmowa. Uczę się mówić, 

mówić płynnie i bez ustanku o potocznych rzeczach.
W  nocy.

Deszcz pada. Drzwi na balkon przymknąłem i czytam... „Kurierka". Wieści z 
Warszawy. Jeśli kiedykolwiek mieć będę możność obrania sobie jakiegoś zawodu — 

nie zamieszkam w żadnym mieście. Zamieszkam na wsi...
Tymczasem — oddajmy się tokowi myśli idących w świat. Gdzieś, w nieskończonej 

przestrzeni przyszłości istnieje punkt, ku któremu zwracają się moje oczy. 
Punktem tym jest sława. Daleka ona i blada, a jednak czeka mię. Ludzie kiedyś 

czytać będą moje nazwisko... Będę sławnym!
Panna Bronisława przyjedzie jutro z Warszawy — o godzinie 12.

9 VIII (wtorek).

background image

Od rana pada deszcz. Obudziło mię usypiające klapanie deszczowych kropel i 
symfonie wiatru. Po południu wdziałem palto i poszedłem drogą ku Ciechanowu. 

Deszcz mży nieustannie, czasami jednak wicher porywa chmurę i ciska
SZULMIERZ, 1887

157
ją na ciebie. Całe potoki wtedy zalewają ci twarz. Wtedy dopiero wartą widzenia 

jest dębina! Wszystkie niemal konary ciężko skrzypią, wierzchołki gną się, a 
pnie stoją nieporu-szone. Droga rozmokła, ślizgam się po niej, lecz idę precz aż 

w wierzbową aleję. Wierzbina — to skończona wariatka: ledwo wiatr dmuchnie — ta 
już pędzi ze wszystkimi gałęziami, już przepadła...

Wlokłem się i wyglądałem, czy nie jedzie furman Spysiń-ski, czy furman Spysiński 
nie wiezie panny B.

Ani słychu! Wróciłem do domu, ległem na łożu i zacząłem czytać Les ruines — lecz 
sen mię zmorzył. Obudziła mię Bogusia, trzymając w palcach — list. Zamiast 

podziękować, zapytałem:
— Czy przyjechała panna B.?

— Nie.
— A kiedyż przyjedzie?

— Nie wiem, nie wróciła z Warszawy... Odczytałem list — następujący:
Biała, 7 VIII.

Jedyny mój Stefanie!
Znowu niewierny Tomasz odzywa się w Tobie; mam zapłatą za dwa tygodnie 

oczekiwania i niepokoju; doświadczając na sobie, jak przykrym jest zawód ze 
strony drogich osób, nie chciałabym nigdy przyczyniać go Tobie i ważny jakiś 

jedynie powód zmusiłby mię do odwłoki z odpowiedzią na Twoje listy. Dziś jest 
już bardzo późno; dopiero wróciłyśmy z Antosią od Emilów. Ona już śpi — ja zaś 

chcę Ci przesłać chociaż kilka słów, jako dowód niezmiennej pamięci i że rozmowę 
z Tobą przekładam nad wszystko. Piszesz, że na wsi ciężko wyczekiwać na 

wiadomość od ukochanych; ja mieszkam w mieście i zajęcia mam bardzo dużo, pomimo 
jednak tego wszystkiego — z jakim ja niepokojem i radością oczekuję listu Twego! 

Już mi nie idzie o treść, tylko o list, o wiadomość od Ciebie — toteż dzisiejszy 
podwójnie był mi miły, bo nie sądziłam ", że otrzymam tak prędko odpowiedź na 

moje listy.
Życie moje obecne bardzo urozmaicone: przybyła na kilka tygodni córka pana 

Tomaszewskiego — owa p. Rygiel, o której ci nieraz wspo-
" Jak to Hela cudownie mówi ten wyraz: „sądzinam"!...

158
DZIENNIKI, TOMIK XIV

minałam, bawi z nią młoda panienka, obiedwie więc te panie prawie po całych 
dniach spędzają czas u nas i ja, rada nierada, muszę im wszędzie towarzyszyć; a 

więc: majówki, jeżdżenia łódką i tym podobne rozrywki mają codziennie miejsce. 
Wszystko to nudzi mię niesłychanie i wówczas, w czasie tych zabaw, myślę sobiea: 

czemu to jego nie ma? Inny by urok miała zabawa... Wszyscy też wyrzucają mi, że 
mię towarzystwo nudzi i że zmieniłam się od pewnego czasu bardzo. Cóż począć? 

Obecnie cały świat mię nudzi — nikt nie umie tak mówić jak ty, nikogo prócz 
Ciebie nie kocham...6 Co będzie dalej — nie wiem, ale bez Ciebie i Twojej 

miłości żyć bym nie potrafiła. Z suknią w kratkę prawie nie rozstaję się — 
najmilszą mi jest ona. Ile razy ją kładę — tyle razy... myślę...

Ukochany, drogi — kochaj i nie zapomnij Twojej —
Heli

10 VIII (środa).
Towarzystwo kobiet jest rzeczą pożyteczną i uszlachetniającą. Pan C. pojechał na 

jakąś wizytę, zostałem wśród pięciu pań — ja jeden. Chodzę z nimi na spacer, 
gadam, gadam. Wieczór bez światła spędzamy w gabinecie pana C. Mówie-my o teorii 

Lombroso *, o Ochorowiczu i hipnotyzmie, o doświadczeniach Cumberlanda *, o 
wariacji, wreszcie o Jędrze-jewiczu i astronomii *, o poezji i muzyce — o 

wszystkim, co tylko może żywo interesować umysł. Czyż 'o nie rozkosz takie 
towarzystwo? (Lecz... ciocia ma lat 59, pan. C, 35, panna Marie — 34...)

11 VIII (czwartek).
Jeden z moich elewów, Gucio, zachorował na. głowę, nie było więc lekcji. 

Poszedłem na spacer o jedenastej. Zakochany jestem w zjawiskach przyrody. Wiatr 

background image

— to jedno z najpiękniejszych zjawisk. Jest on namiętnością przyrody. On to nosi 
pyłki nasienne — a więc całunki, a więc to powiernik zakochanych kwiatów i 

drzew, on nadaje głos lasowi
" Baczność! » Ohe!

SZULMIERZ, 1887
159

i łanom zboża, nadaje ruch wszystkiemu, on — to życie roślin. Wyrywa je z 
powszedniości, rwie, roznosi, szamoce — jak nas namiętność...

Od paru dni padają nieustanne deszcze. Cały włdnokręg zasłany burymi chmurkami, 
co lecą, pędzone wichrem, ze straszną szybkością. Wicher olbrzymi. Co pół 

godziny lecą garście deszczu. Deszcz przejdzie, słońce wyjrzy na sekundę, 
zamigoce na kropelkach ściernisk — i ucieknie w futro chmur, tak tu zimno u nas 

na ziemi dzisiaj. Za kilka chwil znowu leci gęsta mgła ziarnistego deszczu. 
Wiatr go podrywa i niesie w skośnym kierunku — prosto w twarz wracającemu spod 

Kotermania korepetytorowi szulmierskiemu. Korepetytor podnosi kołnierz paltota, 
zawija majtki i rżnie sobie po gliniastym błotku drogi. Mijając dębinę wstrzymać 

się musi na chwilę — taki tam huk. To dęby tak zaalarmowane, tak zagniewane, że 
je wiatr zaczepia. Oto rzuca się olbrzymia fala deszczu na nowo — całe potoki z 

dziwnym hukiem spadają na liście. Chronię się w kasztanową aleję. Olbrzymie 
kasztany zasłaniają mię zupełnie, tam ani kropla nie upadnie. A dookoła awantury 

straszne: brzózki-białokoszulki wiją się w konwulsjach, choina otrząsa gałęzie z 
wody i kiwa się wiatrowi jak ruski pop, i stara topola, co ją to we troje ledwo 

mogliśmy objąć, skłania wysmukłą kibić na znak pokory.
A panny B. jak nie ma tak nie ma! Jutro, ach! — odjeżdża panna Telimena i ciocia 

Olcia. Jeśli jutro B. nie wróci — powieszę się w dębinie.
Straszne rzeczy się ze mną dzieją: trzy ruble za kobietę!

Oddano mi list — od Jasia *. Pisany 8 lipca(sicl). Oryginalny Jaś wart zawsze 
odwzorowania jego pomysłów:

DZIENNIKI, TOMIK XIV
Drogi Stefku!

Wiesz co? Przyszedłem do przekonania, że natura ludzka jest głupią... dlatego, 
że jest zmienną jak kobieta, lecz zapewniam Cię, najgłupszą naturę posiadają 

krańcowi narwańcy, do jakich ja z czystym sumieniem mogą się policzyć. Nie sądź, 
abym ci tu chciał prawić znowu o tak często przedtem powtarzających się 

mrzonkach. W obecnej chwili całe piekło dzieli mię. od czegoś podobnego, a przy 
tym raz na zawsze postanowiłem być realnie rozsądnym.° Ideałem mężczyzny dla 

mnie jest i na zawsze pozostanie tytan umysłowy,6 jeżeli można się tak wyrazić. 
Ja chcę pod tym wyrażeniem rozumieć najwyższą potęgę umysłu. Przyznam Ci się 

nawet, że dziś drażni me nerwy wszystko, co mi przypomina dawniejsze moje 
idealizmy. I oto — jutro wyjeżdżam do Skrzydłowa do bardzo bogatych krewnych, 

pp. S., powinno by się więc zdawać, że jestem kontent, gdyż tam, gdzie nawet na 
zbytki starczy, można wesoło spędzić czas, a jednak — dla pewnych powodów, a 

wyraźniej mówiąc, dlatego że tam będzie... Jesteś poetą — więc się domyślisz, 
gdyż poeci więcej nawet czasami myślą, niż potrzeba. Jestem dziś zły na siebie. 

Byłem tam już przedtem parę dni i... z początku nie mogłem sobie dać rady, aż 
nareszcie złapałem Hist. lit. powszechn. Scherra * i z całym zapałem w godzinach 

wolnych od konwenansów czytałem. To mię zupełnie uleczyło.c Prawdopodobnie przez 
te parę dni, bo zabawię tam do czwartku, powtórzę to samo... Teraz muszę ci zdać 

rachunek tego, co zrobiłem dotąd:
1) Przeczytałem (raz co prawda, ale uważnie) — 12 000 słów angielskich.

2) Dokończyłem powieść: Poor Miss Finch, przeczytałem: Miss or Mrs — i zacząłem 
Daniel Deionda.*

3) Z Scherra przeczyt. do Liter. Hiszpanii.
4) Chciałem koniecznie i to czysto z rozumowych pobudek puścić się — szukałem 

więc sobie d z i e w k i,d lecz że dotąd nie znalazłem, więc
a Być „realnie rozsądnym" Jaś postanawia raz na zawsze w każdy poniedziałek. Po 

trzech dniach — zaczyna się kochać, przestaje być realnie rozsądnym, rozpacza... 
itd.

» Ho-ho!
c Bohaterski człowiek! Miłość leczy Scherrem.

background image

" Wyobrażam cię sobie, idealny arystokrato, szukającego... d z i w k i!... na 
wsi.

SZUŁMIERZ, 1887
161

prawdopodobnie będą musiał odbyć tę funkcją w Warszawie; będzie to dopiero 
radykalne lekarstwo na wszystkie głupstwa.

Przepraszam cię za sucho trywialną treść listu, całuję po milion razy...
Jan

P.S. Przez Przedbórz i Nowo-Radomsk w Masłowicach.
W  nocy.

Pomimo padającego nieustannie deszczu — nawiedziły Szulmierz dziś po południu 
dwie wizyty. Przyjechała znana mi już pani Łepkowska z synem i p. Karolem 

Majewskim i dwaj panowie Milewscy. Pan K. Majewski jest studentem prawa w 
Petersburgu, wrócił przed tygodniem z Paryża, pan Józef Milewski skończył przed 

rokiem prawo w Warszawie, a pan M. (senior) — prawo przed laty dwudziestu. 
Zauważyłem to już nieraz, że najlepiej deklamuję, gdy mię słucha mnóstwo osób, i 

najlepiej umiem się znaleźć, gdy jest w salonie osób dużo i inteligentnych. Co 
prawda toczy się wtedy rozmowa zajmująca, potrącają o rzeczy, które żywo, najży-

wiej interesują. Byłem tak rozmownym jak rzadko. Mimo woli nasuwa się tysiące 
tematów do rozmowy, słowa znajduje się łatwo, umie się wykazać swą 

niepośledniość i posiada się swobodę obejścia się, pewność siebie i odwagę. „Jak 
cię widzą — tak cię piszą."

Znalezienie się w salonie jest nieraz rzeczą tak niepochwyt-nie trudną, że wobec 
niej każda niepomierna wartość człowieka jest niczym. Ludziom, którzy 

nieustannie przebywają w salonie, nie będzie się wydawać dzikim orzeczenie p. 
Teli-meny: ,,co mi do wartości moralnych człowieka — chcę, aby był przyjemnym w 

towarzystwie". Być przyjemnym w towarzystwie — znaczy: posiadać niezliczoną 
ilość wiadomości, być wymownym i... mieć pewność, pewność siebie, pewność swych 

ruchów. Otóż ja to czasami posiadam ku zadowoleniu p. Telimeny, która zauważyła, 
że ja nie jestem zasadniczo małomównym, że jestem „zamkniętą książką", która 

czasami przez swe milczenie jest niebezpieczną.
11 — Dzienniki t. IV

162
DZIENNIKI, TOMIK XIV

Ach — lecz za żadną cenę nie podjąłbym się żyć w tej sferze! Jakie tu panują 
pojęcia o kobiecie, o człowieku, jaka biegłość i artyzm w grzeszeniu, jakie 

pojęcie o obowiązku, jaka komedia na zewnątrz — i jaka pustka i zblazowanie w 
gruncie serca, jaki przesyt życiem z maską używania go i cieszenia się nim, 

jakie kłamstwo poza uśmiechami!
Każdy taki wieczór jest dla mnie lekcją, lekcją ciekawą. Stanowisko korepetytora 

pozwala mi być w salonie, stać niejako z nimi na równi, doznawać grzeczności; 
gdyby oni zajrzeli do mojej izby w Warszawie — jakżeby mię wyszydzili i jakim 

obrzucili wstrętem! Jestem gorszym od najgorszego z ich służących — a chwilowo 
jestem im równy.

Zabawne!
Kiedyś — te nieocenione nabytki odzwierciadlę w powieści. Jeśli opiszę salon w 

Szulmierzu — to opiszę salon w ogóle. Salon bowiem ma to do siebie, że jest 
wiecznie i niezmiennie — jeden i ten sam na całym bożym świecie. Lecz... kiedyż 

ja to napiszę?
Obecnie śpi w moim pokoju Kazio, który się bał sam spać w dziecinnym. Gucia 

bowiem, poważnie chorego, wyniesiono do pokoju sypialnego pp. C. Mam do 
czytani., obecnie mnóstwo powieści — począwszy od Jokaia *, skończywszy na 

Ouidzie *. Tymczasem myślę o tym, że jiodobno... B. wróciła.
12   sierpnia1   (piątek).

Wszelka stronniczość jest brzydką rzeczą, lecz stronniczość p. Telimeny jest 
najbrzydszą rzeczą. Dość być choć cokol-wieczek — nie już postępowcem, ale być 

demokratą, nie być antysemitą, gentlemanem, arystokratą — aby nie mieć talentu, 
pisać bzdurstwa etc. Panna Telłmena uprzejmą jest

1 W autografie omyłkowo: 12 lipca.
SZULMIERZ, 1887

background image

dla mnie zawsze pod względem dostarczania mi „Kurier-ków". Wychodzi tam obecnie 
powieść Rapackiego pt. Do światła] *

— Czyta pan Do światła?
— Czytam.

— Wie pan, że to trzeba mieć szczególną czelność, aby śmieć podobny bezsens 
drukować...

— Tak, tak...
Powieść R. jest utworem niezłym, pisanym ze znakomitą znajomością historii i 

pisanym dobrze, zajmująco, lecz... występują tam Żydzi...
W czasie bytności wczorajszych gości potępiony został Kotarbiński jako „nędzny 

aktor i żaden literat". Zresztą, o ile pamiętam, do kategorii ludzi małej 
wartości zaliczeni zostali (prócz postępowców): Mickiewicz (był człowiekiem 

grubym, nieokrzesanym, chłopem litewskim, zresztą... zży-dział), Spasowicz, 
Jeż...

Kiedyś unosiliśmy się oboje nad Tarnowskim. Już jej nie przeczę, gdy zacznie 
nosić pod niebiosa Tarnowskiego, Choiń-sia, Jeleńsia * et consortes...

Literatura jest naszym bogactwem. Każda zdobycz artystyczna — to zbogacenie 
narodu, zostającego w szczególnej tezie życia czy umierania. Zdawać by się 

powinno, że arystokracja powinna jedynie niemal, mając po temu środki, 
pielęgnować, przechowywać i wychowywać to, co może ojczyznę przyozdobić... 

Tymczasem ci panowie kwestionują nam — masom — znaczenie nawet Mickiewicza, 
obrzucają błotem to, co zrobiono w ciągu lat ostatnich, wycinają sobie kilku 

zgniłych pajaców — i bawią się ich kadzidłem. Czyż ta suknia zwierzchnia narodu 
może mieć inne żądania — nad pogardę plebejską? My pracujemy, my stwarzamy 

epoki, my wydobywamy idee. Czymże są oni, że śmią nam o wartości Mickiewicza 
wątpić?

Plwajmy na tę skorupę — i zstąpmy do głębi! *
DZIENNIKI, TOMIK XIV

Straszliwy wicher dzisiejszy wyciągnął mię do lasu. Idę więc sobie drogą po 
obsychającym czarnym błotku — a las się już z dala bałwanami przewala i huczy 

jak masa zebranych wód. Wchodzisz tam. Górą wre walka straszna, zacięta, 
konwulsyjna. Brzozy łączą się w jakiś dzwoniący płaczem, zawodzeniem, śpiewnym 

szlochaniem słowiańskim — chór; sosny-burochy * żują przeciągły, głuchy, 
chłopski pomruk namiętny, szum podziemny, zgrzyt zaciśniętych zębów, jęk 

zduszony w ściśniętych pięściach i zwartych zębach, a dęby — dęby i graby 
milczą... Ogarnia cię strach, rzucasz się na ziemię jak gwebr * — iż zachwytem 

wpatrujesz w ten straszny bój toczący się pod niebiosami. Oto idzie z głębi lasu 
huk, jakby miliony powozów pędziły w oddaleniu — idzie, idzie, nadchodzi... 

Widzisz go już, bo oto wysmukła brzoza, co płaczącymi warkoczami niebu i 
wiecznemu słońcu skarżyła się przed chwilą — zarzuca na szyję wszystkie swe 

włosy, na szyję sąsiedniej sośnie. Potem wszystkie brzozy z olbrzymim rozpędem 
chylają się tam i nazad. Zdaje ci się, że to jakieś tytaniczne istoty o 

olbrzymich nogach chodzą po lesie, sosny jęczą — huk idzie dalej i jak pomruk 
powodzi ginie gdzieś na końcu lasu.

Zmokłe paprocie, wsłuchane w straszną epopeję lasu, drżą strzępiatymi liśćmi, 
małe zięby i sikorki i ^ierkają na gałązkach... Głuchy bór! Huk przejdzie... 

Wtedy wszystkie drzewa stoją wyprostowane, wsłuchane — wyraźnie naprężają się w 
nich nerwy — i tylko wierzchołkami, samymi liśćmi wierzchołków, szeptem, cichym 

szeptem komunikują sobie wiadomość o tym, chodzącym po lesie, duchu-leśniku, co 
rwie je zębami, zgina ku ziemi, bije, łamie im gałęzie i z liści obdziera. 

Zasłyszały, że idzie... już dały sobie umówiony znak. Na wszystkich liście drżą 
konwulsyjnie: idzie wróg, już huczy, już wyje — i już wre las... Chwilami 

słyszysz w tym wrzeniu słowa jakieś, wrzaski, wołania, jęki, a nade wszystko 
przeciągłe, spazmatyczne płakanie. Chwilami wydaje się, że słyszysz własne imię, 

wygłoszone kędyś nad
SZULMIERZ, 1887

165
konarami niebotycznych dębów, w chaosie wichru... Ogarnia cię straszny smutek. 

Nie chcesz już tego wspaniałego widowiska, boisz się już samej rozkoszy 
wsłuchiwania się w leśną burzę... Formalnie boisz się duchów leśnej burzy. 

Słowianin przedhistoryczny widział w lesie — ducha lasu, chłop dzisiejszy nie 

background image

umie go nazwać, ale opowiada to samo co ja, że w lesie w czasie wichru „coś woła 
po imieniu"... To nerwy wołają po imieniu. A tam, tam jest cud przyrody, jeden z 

najpiękniejszych cudów, który zachwyca i odurza jak namiętność. O, przyrodo!
Gucio poważnie chory. Dziś po południu dostał jakiegoś ataku, rozległ się bowiem 

krzyk — mały zerwał się z łóżka, mówił jak w malignie, rzucał się. Od pierwszego 
spojrzenia polubiłem Gucia i lubię go najbardziej ze wszystkich chłopców. 

Odwiedziłem go. Leży na sofie, oczy ma gorączkowo otwarte. Gdy wszedłem — 
zażenował się jak przed korepetytorem przystało, ale uśmiechał się, gdyż 

jesteśmy w wielkiej przyjaźni. Ciemny zmrok w pokoju, ten niewinny a ładny z 
zamglonymi gorączką oczyma chłopaczek i ręka matki, co ślizga się z czoła jego 

do pulsu, i oczy matki, te dziwnie ciekawe oczy matki chorego dziecka — wszystko 
to zamienia się nagle w prąd poezji czy żalu...

Wychodzę z pokoju z szeptem: rodzina...
Jest pewnik pełen doniosłego znaczenia, który jak prawo wiekuiste zdaje się 

panować nad najbardziej nieokiełznaną namiętnością ludzką: oto miłość wyszukuje 
zawsze typu odmiennego, aby się połączyć w tajemnicy zachwytu erotycznego. 

Dlatego też w każdym kraju i w każdym czasie blondyn kocha brunetkę, mężczyzna 
smukłej postaci tęskni do kobiety imponującej kształtami i codziennie łączy się 

geniusz z urodą, siła z powabem, gniew ze spokojem, rozum z uczuciem.
...Erotyczny temperament najsilniejszy jest u brunetów szczupłej kom-pleksji 

ciała.
MANTEGAZZA  Higiena   mlloScl *

DZIENNIKI, TOMIK XIV
Herbatę wypiłem, włożyłem palto i poszedłem do ogrodu. Wicher zimny latał po 

drzewach, otłukiwał zmartwionemu Zydowi-dzierżawcy zielone jabłka... Zagłębiłem 
się w grabowy szpaler, rozmyślając bardzo poważnie nad przytoczonymi słowami 

Mantegazzy. Jeżeli bowiem erotyczny temperament najsilniejszy jest u brunetów 
słabej kompleksji ciała, a ja jestem brunetem słabej kom...

— Dobry wieczór panu!... — budzi mię jakiś głos...
— Dobry wieczór... (To panna B. A więc powrót jej nie jest mitem).

— Nie poznał mię pan?
— Myślałem, że już nigdy nie tylko nie poznam, lecz nie zobaczę pani.

— Czyż tak?
— Kto opuszcza na cały tydzień tych, komu wiele zależy na obecności...

— Komuż to zależało?
— Mnie najbardziej.

— Na serio?
— Najzupełniej na serio — itd., itd.

Żyd tymczasem niechcący przygląda się bacznie,
Czy mu które z „gołąbków" jabłek kraść i.t: zacznie.

Usiedliśmy na ławeczce — ale cóż to jest vakie siedzenie? Strach bierze, aby 
ktoś nie szpiegował zza drzewa — tym bardziej że widno było jeszcze. Zza chustki 

wysuwają się te wielkie świecące oczy, czarne jak noc, brwi sobolowe, usta 
czerwone jak żywa krew i ta cera smagława twarzy, co zdradza kipienie krwi. Ot, 

porwałbyś ją w ramiona i uniósł het...
Tymczasem podajemy sobie ręce na dobranoc... ja okrążam ogród i wieś i wychodzę 

na dziedziniec z przeciwnej strony, aby dowieść pannie M., która już zaczęła 
kasłać w końcu ogrodu, że nie widzieliśmy się z B. zupełnie. Lamę sobie

SZULMIERZ, 1887
167

w niebezpieczny sposób głowę, jak by tu pomóc tej zawiłej sprawie... Co tu 
począć?

13 VIII (sobota).
Potrzeba przedstawić całą brzydotę dzisiejszej nerwowo--zwierzęcej miłości, 

wykazać straszliwą etyczną nierozwagę w miłowaniu kobiety zamężnej i wystawić 
słabość młodego pokolenia.

Po południu towarzyszyłem dwu paniom G. do lasu. Panowała tam w nim cisza 
uroczysta i urocza. Panna Telimena obznajmiała mię z leśną przyrodą.

— Czy czyta pan Nad Niemnem Orzeszkowej w „Tygodniku Ilustrowanym"? *
— Nie.

background image

— Tam panna z towarzystwa spaceruje po lesie z młodym synem ekonoma, który 
wskazuje jej leśne kwiaty. Pani Orzeszkowa chce widocznie wskazać w tej 

powieści, gdzie panny z towarzystwa mają szukać serca, szczęścia itd.
— Czy serce, szczęście itd. — to tak małe rzeczy, że nie warto ich szukać?

— Byleby nie u ekonomskich synów...
— Naturalnie... Jak się nazywa, proszę pani, ten kwia-teczek?

— To kampanula.
— A ten?

— Bratek leśny. Jeśli pan będzie kiedy pisał dydaktycz-no-demokratyczne powieści 
— to niech pan nie korzysta z tych szczegółów.

— Pomimo ich niezwykłej... poezji? Kończymy śmiechem.
Czytam mnóstwo niezliczone najrozmaitszych powieści — nudnych niemiłosiernie. 

Ponieważ Gucio chory na coś nie-
168 DZIENNIKI, TOMIK XIV

bezpiecznego, jak zdecydował doktor, mam więc z Kaziem tylko dwie godziny 
lekcji. Nie wiadomo, co robić z czasem. Czytam, chodzę po kilka razy na dzień we 

wszystkie strony świata, jak dziś pod samo Przedwojewo, bawię p. Telimenę. Tylko 
B. nie mogę spotkać w ogrodzie nigdy. Wieczorem była... ale była tam i ciocia 

Olcia.
Serce moje puste, nikczemne...

Gdybyś mię zapytała, czy kocham cię nieskończenie — odpowiedziałbym, że tak.
I kłamałbym.

Ach, pisałem ci dziś serdeczny list, udawałem tęsknotę... Dlaczego kłamałem? 
Czyż jestem tak zwykle nikczemnym samcem, że pożądam tylko twoich cudzołożnych 

uścisków, twoich ramion nagich, włosów pachnących i kurczawych ruchów 
kurtyzanki? Czyż to, co było środkiem kiedyś, jedyną literą alfabetu pieśni 

miłości naszej, czyż to, co miało być dowodem, przysięgą, ofiarą — celem się 
stało? Czyż już nie natchniesz mię uniesieniem tęsknoty za tobą, tęsknoty 

bezbrzeżnej? Czyż w istocie jesteśmy zwierzętami, co przesyciły się... i 
rozchodzą, rozchodzą i zapominają. „Przysięgają sobie wierność — a każde ich 

słowo jest kłamstwem duszy i ciała"...? * Tak.
14 VIII 4  po   p ł d.

Rozmawiałem z nią w ogrodzie, gdy wszyscy pojechali do kościoła. Pąsowy 
staniczek odznacza jej kształty w całej pierwotnej ich swobodzie; żaden gorset 

nie zdolen skrępować ich ani im nadać więcej elastycznego wdzięku. Po 
dzisiejszym porannym deszczu na trawach wisiał szron rosy. Wtedy uginała suknią 

i szła maleńkimi stopami o wykończonym rysunku linij. Z upodobaniem wpatrywałem 
się w ślady na żwirze ścieżek — w ślady jej dziecięco małych bucików. Kiedy 

żegnałem ją pospiesznym „do widzenia" — patrzała
SZULMIERZ, 1887

mi w oczy oczami podobnymi do ciemnej nocy, pełnej promienistych gwiazd,
— Taki dziś brzydki dzień — chciałam iść na spacer po południu... do Kalisza.

— Sama?
— Ta...ak.

Teraz — poszła. Stojąc za sztorą balkonu widzę ją idącą szeroką drogą. Gibka jej 
talia kołysze się jak wąż na tle białej drogi, białego posągu Matki Boskiej...

Nie pójdę za nią — choć przystanęła na chwilkę przy zakręcie drogi. Jest pewna 
duma, pewien żal i pewna filozofia nawet nad moją namiętnością...

Ach, nie! Żadna miłostka nie zdoła zatrzeć pamięci o tobie. Nic nie zdoła 
zatrzeć pamięci o twoich łukiem zgiętych brwiach, długich i wąskich, i wąskich 

tak ogromnie, jak tego wymaga ogrom twych oczu. Nic nie zdoła zatrzeć pamięci o 
wielkich rzęsach cienistych, co przesłaniają oczy bogini. Gdy oczy te zapłoną 

lub się zadumają — wydaje się, że są czarne, dopiero gdy się zaśmieją — są 
ciemnoniebieskie, a gdy się modlą lub żegnają mnie — są blade jak zimowe 

niebo... Nic nie zdoła zatrzeć w pamięci cienia obiegającego dolną powiekę i 
ciemnym tłem ścielącego się aż ku brwiom sobolowym. Są to piękności, ukochane na 

wieki wieczne... Kocham cię, Heleno, zawsze, zawsze. Przeczenie jest złudą.
15 VIII (poniedziałek).

Piękna kobieta, co cię oszukała, a teraz dla innego żyje — jest jeszcze mimo to 
twoją. Piękna kobieta, co cię kochała-, co umarła i którąś ty pogrzebał — i ona 

background image

jest twoją jeszcze. Ale z tej, co się oddała innemu i dla innego umarła — z tej 
tobie nic nie zostało.

JOKAI
170 DZIENNIKI, TOMIK XIV

I znowu ta smutna rocznica!* Pamiętam te prześliczne poranki w naszej wiosce: 
wstawałem raniutkot. gdy na pa-stewniku rosa jeszcze była — szedłem się kąpać. 

Wybierałem te do kąpieli miejsca, które u okolicznych rybaków miały sławę 
niezgłębionych. Ach, jak pamiętam wiry i odmęty rzeczne! Zdaje mi się, że widzę 

nadbrzeżny tatarak i tuż czarną toń nieprzejrzaną, co sunie się cichym a 
nieustannym pędem, formując pośrodku niby pluszczący nieustannie warkocz...

Rozbieram się żywo i jednym skokiem jestem na środku toni. Śmiertelne zimno 
ścina krew — bawić w takiej kąpieli nie można długo. Przepływam tam-nazad, 

ubieram się i jestem za chwilę już w domu. Tam dziewczęta wiejskie przyszły do 
kuchni ze snopami ziela, orzechów, kwiatów...

Jedziemy do kościoła. Wracamy... Rozlega się krzyk przeciągły: moja matka 
umarła...

Tyle rzeczy przeżyłem, tyle dni życia zapomniałem — a tego dnia nigdy i nigdzie 
zapomnieć nie mogę. Widzę go, jakby to było wczoraj... A to tyle lat!

Między mną i p. Telimeną wywiązał się od jdtdegoś czasu stosunek bezwiednej -r- 
nie przyjaźni, nie sympatii — lecz zainteresowania się wzajemnego. Panna T. 

:iekawie mnie bada. Wczoraj, w czasie zwykłego wieczornego rendez-vous — 
mówiliśmy o badaniu otaczających charakterów. Zgadzamy się na jedno. Dla mnie i 

dla niej jest to namiętnością. Czasami spędzamy długie godziny na etycznych 
sporach. Życie moje tutaj jest wysoce interesujące i przyjemne.

Kazio od kilku dni sypia w moim pokoju. Kiedy dziś po długiej ogólnej rozmowie 
wróciliśmy obaj wieczorem do siebie, zastałem na stoliku kilka papierosów...

SZULMIERZ, 1887
171

Co to znaczy? Położyła je tu Bogusia, bo ona tu wchodzi. Kto jej kazał? Nikt — 
prócz... B. Co to znaczy? Może fornalski objaw miłości? Fi doncl

Mateczko! — gdyby twój duch zeszedł w dzień twojej śmierci do mnie... Nie 
ukazujesz mi się nigdy — nie mam więc ani rozdrażnionych nerwów, ani nie 

istnieje owa nieśmiertelność duszy realna. Naprężam moją wolę i z bijącym sercem 
oczekuję... Nie ma, od lat tylu — nie ma!

Codziennie patrzeć muszę na miłość matek, na miłość dzieci — chcę choć we śnie 
lub halucynacji uczuć dłoń matki mojej na czole — i nigdy!

A więc to złuda. Czemuż istnieje ta wiekuista tęsknota i wiekuiste błaganie: 
zejdź do mnie...?

16 VIII
Zbliżające się zaćmienie słońca interesuje wszystkich. Ciekawe więc są pewne 

dane w tym względzie:
W Ciechanowie trwać będzie całkowite zaćmienie — O min. 44 sekundy, w Mławie l 

min. 14 sęk., w Przasnyszu l min. 10 sęk. Zacznie się w Ciechanowie — mniej 
więcej o godzinie 5. Środek zaćmienia przypadnie o 5 min. 35. *

Jestem cavaliere seryante * dla pań G. Zrobiliśmy dzisiaj blisko milę drogi, 
chodziliśmy bowiem aż za Lipę, do tzw. lipskiego wiatraka, punktu panującego nad 

całą okolicą. Widać stamtąd krajobraz na mil 3—4 dokoła. Pomijając trudności 
konwersacyjne — doznaję wielkiego zadowolenia w pieszczeniu się szerokimi 

horyzontami. Ze smutkiem myślę, że za 10 dni trzeba będzie kontentować się 
skraweczkiem nieba... Za 40 rubli mam żyć długo, bardzo długo. Chociaż! Jechałem 

ja rok temu do nieznanej mi całkowicie Warszawy mając w kieszeni 3 złote groszy 
ośm. Los, los, szczęście..

172      ______________________ ____________________DZIENNIKI, TOMIK XIV
18 VIII (czwartek).

Wczoraj odebrałem list następujący:
Biała, 15 VIII.

Mój jedyny!
Straciłam już rachubę, ile dni wyczekuję na wiadomość od Ciebie. Gdyby nie 

zupełne zaufanie, jakie pokładam w Tobie, i wiara w Twoje uczucia dla mnie, 
mogłabym sądzić, że kładziesz wcześniejsze daty na listach... Czyż podobna, aby 

one z S. do B. szły dni pięć, kiedy moje zwykle nazajutrz dochodzą rąk Twoich? 

background image

Jest w tym coś, czego zrozumieć nie mogę. Niepewność i-ciągłe oczekiwanie bardzo 
zły wpływ wywierają na mnie, toteż dzisiejszy list nie zrobił na mnie wrażenia, 

gdyż byłam pewną, że przecież kiedyś nadejdzie!...
Smutno mi dziś: Antosia pojechała, zgubiłam w ogrodzie obrączkę. Oczekuję czegoś 

złego...
Krytykujecie, Panie Stefanie, moje pismo...0 Nie potrafię pisać tak ładnie i 

kwiecisto jak Wy — przyjmijcie jednak te bazgroty mile, bo płyną prosto z 
serca... Doprawdy, ja dziś do Ciebie tylko pisać potrafię. Wszystko, prócz 

Ciebie, nudzi mię. Ten tydzień spędziłam niby wesoło: w środę byliśmy w Krasówce 
na imieninach; było kilkadziesiąt osób — tańczono nawet. Znowu ktoś nie uwierzy, 

że nawet taniec, który tak lubię, nie ożywił mię. Wczoraj była majówka. Jaka 
szkoda, że Ciebie nie było: ileż by to sposobności nadarzyło się, jeśli nie do 

rozmowy, to przynajmniej do rozmowy ocznej, którą wolę, bc. można więcej >obie 
powiedzieć niż słowami. Zabawnie może wygląda kobiet.i idealizująca miłość — w 

moim wieku — nie śmiej się jednak ze Jiiiie, bo ja Ciebie bardzo kocham. Nic nie 
donosisz, kiedy wyjeżdżasz z S Napisz wskazując adres, gdyż prawdopodobnie w 

tych czasach będę w Warszawie, a więc... i u Ciebie. Z czego wnosisz, że ostatni 
mój list był senny? Źle, Stefanie, że dziś jeszcze powątpiewacie o mnie... Co 

będzie później — nie wiem, ale dziś czuję, jak jesteś mi drogim, i nigdy nie 
powiem, że mi wszystko jedno — czy Ty mię kochasz lub nie. Wreszcie — 

rozróżniajmy żart od prawdy. Oczekuję listu, ale nie tak lakonicznego jak 
ostatni.

Kochająca Cię
Hela

" Dobrodusznie żartowałem z kocich ogonków, jakie Helu-nia przyczepia do 
rosyjskiego adresu — stąd obraza.

SZULMIERZ, 1887
... I dałbyś życie, by ci mogło zdać się, 2e ty wciąż jeszcze kochasz po 

dawnemu... Wyciągasz race... i nie wiedzieć czemu — Chce  ci  się  tylko  głośno 
śmiać  się,  śmiać  się.

CZESŁAW *
Ostatni raz chodziłem z pp. G. na spacer pod Kotermań, jutro bowiem panie te 

stanowczo wyjeżdżają. Zostawiliśmy sobie z panną Telimeną najciekawszy temacik 
na ostatek: o Swiętochowskim.

— Czy nie przypomina sobie pan krytyki w „Prawdzie" o dziełku p. Drewnowskiego 
pt. Katechizm dla moich synów? *

— Nie.
— Było to w roku zeszłym, w czasie procesu ze Snieżko--Zapolską. *

— Proces tak absorbował moją uwagę, że nie zwracałem jej na drobiazgi.
— I współczuł pan?

— Swiętochowskiemu.
— Ach, panie! Gdyby on miał nawet racją, to jeszcze bym mu nie współczuła...

— Dlaczego?
— Jest on dla mnie tak wstrętny!...

— I dlaczego?
— Jest to podszczuwacz, pozer, nadęty, a w gruncie rzeczy... Czy czytał pan 

studium Jeske-Choińskiego? *
— Czy z tego studium sądzi pani o wartości mistrza Ole-sia?

— Ach, nie! znam kilka osób, które znają Swiętochowskie-go dobrze, wiem, jaki 
jest w domu. Jego to odezwanie się w sądzie: „ojciec mój był szlachcicem — ja... 

itd." — poza, apostolstwo!... A sprawa z Piltzem? *
— Czy zna pani jego dramata?

— Dowiedziona rzecz, że nie mają wartości. O powstawaniu praw moralnych* jest 
kompilacją. Stronnik Żydków, zdolną jestem uwierzyć, że jest na żydowskim 

żołdzie,
i*.

174_______________________________________ ___       DZIENNIKI, TOMIK XIV
a w sławiony patriotyzm jego — nie wierzę, stanowczo nie wierzę. Wieczna poza i 

nic więcej!
— Więc on stanowczo nie ma, według pani, żadnej wartości?

background image

— Panie! Kto nie zachowuje czci dla honoru, nie szanuje nazwiska, tradycji — ten 
nie tylko u mnie, ale w ogóle nie ma wartości. Pan S. np. ofiarowuje jednej z 

moich znajomych fotografią swoją z czubem w tył zaczesanym i napisem: „Wiem, 
komu..." Wie pan, to całe parafiaństwo, jakaś gmin-ność, zarozumiałość bije 

stąd. Jest zaciekły, zły, jadowity.
— Ten jad mu wiele i u wielu szkodzi... biedny Swięto-chowski!

— Pan musi być jego wielbicielem?
— O tyle, że umiem odróżnić cokolwiek próżnego człowieka od wielkiego artysty, 

niezrównanego dziennikarza, genialnego stylisty, od człowieka zasad niezłomnych 
i niezłomnej uczciwości.

— Panie, panie — to wstrętny człowiek.
Było dziś tzw. wieńcowe. Skończono żąć pszenicę. Chn ara dziewcząt staje 

wieczorem przed bramą dworu ze śpiewem:
Plon  niesiem — plon Dziedzicowi w dom...

Wszyscy wychodzą na werandę. Gromada ze skrzypkami na czele podsuwa się bliżej. 
Zaczynają śpiewać na jedną nutę:

A   przede   dworem   rosną   stokrocie, A jaśnie pani chodzi we złocie. Plon 
niesiem — plon...

Było coś  o jaśnie panu,  o jaśnłe paniczach o panu rządcy:
— wreszcie

SZULMIERZ, 1887
A przede dworem rośnie lelija

A nasz pan rządca — koniem wywija.
Plon niesiem — plon... A nasz ekonom — wielki żołnierz — Nie ma koszuli, tylko 

sam kołnierz.
Plon niesiem — plon.

Panna Telimena, panny wszystkie słuchają z ciekawością wielką — aż tu:
A nasz ekonom chodzi po błocie, Zdejmuje portki — suszy na płocie...

Plon itd.
A przede dworem rośnie rzeżucha Nasza pokojówka dostała brzucha.

Plon niesiem — plon.
Panny stroją miny poważne i wynoszą się powoli. Telimena zgorszona „gminnością" 

— słucha jednak ciekawie, jak to ogrodowy wchodzi oknem do gospodyni, jak 
ogrodowczyk suszy na kamieniu g...a itd. Dziedzic daje im dwa ruble, muzyka gra 

oberka i hasanka na podwórzu rozpoczyna się bezgraniczna.
„Dobroczynny wpływ cywilizacyjny" dworu streszcza się... w tej dwurublówce 

właśnie. Ech! — i śmiać się nie warto!
19 VIII (piątek).

Wczoraj było dwu „sąsiadów" na kartach: pan Włodek z Niestumia i pan Drewnowski 
z Opinogóry Dolnej. Pan Włodek mówi nadzwyczaj wiele, jest sędzią gminnym — 

zresztą wszystkie jego grzechy i wady znam — od p. Teli-meny naturalnie. Pan 
Drewnowski — nic a nic nie mówi, jest bowiem „filozofem, demagogiem, pozytywistą 

itd." Wydał własnym nakładem Katechizm dla moich synów i coś jeszcze innego. W 
opowiadaniu p. Telimeny wygląda on na osła, ale jest postępowcem i demokratą. To 

wystarcza, aby
176 DZIENNIKI, TOMIK XIV

ona swym wstrętnym jęzorem zrobiła z igły — widły. Ponieważ padał wielki deszcz 
— pan więc Dr. nocował. Spał w moim pokoju. Jest jednak tak małomówny i tak 

podobny do wujaszka Kozłowskiego, że nie wszczynałem z nim rozmowy. Spać mi się 
zresztą chciało.

Dziś rano obudził mię o 4 Jastrzębowski — na zaćmienie słońca. Zerwałem się 
szybko, odsłaniam roletę — i rozczarowanie straszne: całe niebo okryte 

obrzydliwymi chmurami... Mimo to ubieramy się z p. Dr., schodziemy na dół z 
okopconymi szkłami. Wiatr dmie. Całe towarzystwo wyrusza na wzgórek — do 

wiatraka. Nie widzieliśmy nic.
O */2 do 6 zaczęło się ściemniać. W parę minut później ściemnianie to zaczęło 

się zwiększać z przerażającą szybkością — wreszcie nadeszła chwila, że nastała 
ciemność absolutna i taka, że nie widać było nic o cztery kroki. Bydło idące na 

pole zaczyna ryczeć i zawracać do domu, na wsi pieją koguty, gwałtowny wicher 
obraca ramiona wiatraka z gwałtownością, szare obłoki nabierają barwy popiołu, 

później stają się brudnoczarnymi, wreszcie — czarnymi jak sadze. Tę 

background image

nieprzejrzaną ciemność, jaka piorunem spadła na cały widnokrąg, przeszywa ostry 
śpiew, zmieszany 2 płaczem: to kobiety wiejskie śpiewają przed figurą Matki 

Boskiej. Co jednak było najwspanialsze, to to, ze. gdy na całej północno-
wschodniej stronie panowała nieprzejrzana ciemność — w stronie Warszawy było 

najzupełniej jasno. Szul-mierz leży na granicy pasa zaćmienia.
Ale oto — po upływie 45 sekund światło wraca... Straszliwe, fantastyczne 

przedstawienie! Piekielnie drżą nerwy, gdy na taką straszną przestrzeń w ciągu 
jednej sekundy upada nieprzejrzana noc. Nieoszacowana szkoda, że nie widać było 

fenomenu całego — przepadł widok korony słonecznej, gwiazd etc.
SZULMIERZ, 1887

4  po  p ł d.
Powóz z paniami G. znikł przed chwilą na zakręcie drogi. Nie będę więc słyszał 

francuszczyzny ani tez arystokratycznych panny Telimeny. Na odjezdnym podając mi 
rękę — szepnęła:

— Do widzenia w Warszawie.
O, panno T., nie chcę cię widzieć więcej! Ciocia Olcia solennie zaprosiła mię, 

by być u nich po przyjeździe do Warszawy — „inaczej bowiem zapomnę o nich". 
Zapomnę, ciociu Olciu.

Ha — za tydzień i ja będę już w Warszawie.
Ach,  jakie nędzne jest to życie! Nieraz śmiejesz  się ze siebie...

Mnie smutek zabił, mnie gorzkie koleje,
Mnie  gwałt  namiętnych,  nieskończonych  marzeń, Mnie   krok   leniwy   

ognuśniałych   zdarzeń, Mnie te   dni   naszych   wciąż   tak   podłe   dzieje!
KRASIŃSKI *

Oto jest cała choroba... ,,Te dni naszych wciąż tak podłe dzieje."
Z Ouidy:

Kobieta, która nie podlega ani skrupułom, ani szaleństwom biednej Frou-Frou; 
która nie postrada swego stanowiska i nie opuści swego pana; która wystudiowała 

cudzołóstwo, jak jedną ze sztuk pięknych; która zabiera znużonego kochanka do 
domu swoich przyjaciółek, jak zabiera swą mufkę lub pieska faworyta, i uczy 

synów i córki nazywać go poufnym imieniem; która pisuje do ofiary swoich 
namiętności tym samym piórem, którym wzywa syna ze szkoły; która gładzi pukle 

dziecięcia palcami, rozpalonymi od pocałunków kochanka; która splotła 
najświętsze węzły i n aj b e z b o ż n i ej s z e rozkosze w tak zręczną 

plecionkę, że nikt nie powie, gdzie się
12 — Dzienniki! t. IV

178_________________________________________ DZIENNIKI, TOMIK XIV
jedno zaczyna, a drugie kończy; która używa świętości macierzyństwa dla pokrycia 

bezprawia s wy woli; która, zarówno niezdolna do poświęceń z miłości jak do 
zaparcia się z obowiązku, nie posiada i tego zdawkowego honoru, jaki nawet 

dziewczyna uliczna mieć może — oto jest la iemme galante * bieżącego stulecia. Z 
dłonią wspartą na ramieniu męża szczebioce ona o swej cnocie z układną 

przechwałką i wyrugowawszy ze swego słownika grubiański wyraz grzech — z 
uśmiechem mówi o przyjaźni.

Wobec niej Frou-Frou jest uosobioną niewinnością, Marion Delorme * — cnotą; 
Manon Lescaut * — czystością, Kleopatra może się zwać skromną, a Faustyna * — 

wierną. Jest ona żeńskim świętoszkiem uwodzicielstwa, precieuse lidicule * 
namiętności, parodią miłości, wyzywającą zniewagą charakteru niewieściego.0

Prawdziwa elegancja wznosi się wysoko nad poziom drobnostek cechujących 
narodowości; buja po przestworach tak wyniosłych, że barwy narodowe nie znajdują 

w nich odbicia. Jest to grunt neutralny, na którym spotykają się przywódcy sfer 
cywilizowanych, z dala od zwykłego tłumu śmiertelników.

12   w   nocy.
Przeczytawszy nowelę Ouidy * traci się chęć do pisania i... nabiera się chęci do 

pisania. Traci się ze względu na niedościgłą skalę jej obserwacji, szalonej 
pewności siebie, diabelskiego wykształcenia i diabelskiego języka... Pisać 

nowelę po Ouidzie, Daudecie i Turgieniewie — to śmiałość. A jednak jaka 
nikczemna jest ta angielszczyzna! Kruty ne werty * a Numa musi wyjść za 

Pompiliusze *, morał być musi. Nad artystami Europy stoi jeden zawsze, wioczny 
filozof, znawca człowieka, smutny mędrzec — Turgieniew.

background image

Jak Wasilkowski był maniakiem na punkcie twierdzenia, że wszelkie społeczne zło 
lat ostatnich wynikło z hasła... „pracy organicznej" — tak ł ja mam może idee-

fixe na punkcie twierdzenia, że gentleman musi być człowiekiem fałszywym. Ależ 
weźmy przykład. Państwo C. tysiące razy

" Ha, ha, ha! — To nieźle powiedziane!
SZUŁMIERZ, 1887 _______________________________________________179

unosili się w nieobecności nawet panny Telimeny nad jej elokwencją, wymową, tym 
chic towarzyskim — dopóki bawiła w Szulmierzu. Dziś przy wieczornej herbacie pan 

C. mówi:
— Wandziu... co robi teraz Marynia?

— Mówi.
— Panie Ż., nieprawdaż?

— Naturalnie.
— I panu musiała dokuczyć „gadatliwość" panny G.? Nieprawdaż?

— O nie, pani! Brałem w towarzystwie panny G. lekcje wymowy i mówienia.
— Tak... aby być równie nieznośnym i nudnym jak ona, po zdobyciu tej 

umiejętności. Dla mnie jest to nieznośne, najzupełniej nieznośne...
Państwo ci mówili ze sobą, mówili do upadłego, do połamania sobie języków z 

panną T. — gdy była tutaj. Obecnie ja, jako obcy, nadaję pewien odcień rozmowom 
— a że jestem małomówny, chwali się więc małomówność. Wszystko dla zachowania 

przepisów głupiego kodeksu mydlenia sobie oczu.
20 VIII (sobota).

Ostatnia sobota! Z dziwnym żalem piszę te słowa. Przeżyłem tu pięć tygodni bez 
troski. Nie było dnia, w którym nie doznałbym jakiejś przyjemności, i nie było 

dnia, abym doznał smutku, aby mię spotkało nieszczęście. Obecnie jest mi tak 
dobrze! Pani C. obchodzi się ze mną z taką uprzejmością, jakbym był gościem. Już 

to nikt i nigdzie nie obchodził się ze mną tak umiejętnie grzecznie jak pp. C.
Cztery godziny zajęcia, obiad, dzielne powieści Ouidy, wieś z całą jej 

nieskończoną pięknością, spacer, swoboda, możność prowadzenia rozmowy na każdy 
temat — wreszcie swój pokój i wieczór... z faceteczką w ogrodzie. To się już 

nigdy tak dodatnio nie splecie. Gdy sam zostanę wieczorem, otwieram drzwi na 
balkon. Wicher pchając gromady chmur

12'
11

DZIENNIKI, TOMIK XIV
szarpie  wielkie   drzewa   i  ten  ukochany  szum  towarzyszy moim myślom, 

obłędnym marzeniom... Jestem szczęśliwy.
Wieczór.

Państwo C. pojechali po południu do Pawiowa. Miałem zamiar przejść się trochę i 
przeszedłem się do... Ciechanowa. Jest to stąd wiorst dziewięć. Szedłem tam i 

nazad 3Vs godzin. Miasteczko jest czyste, ulice proste, Żydzi bez pejsów, jest 
ratusz (czytaj: magistrat) z wieżą, na ulicy Wielko-Warszaw-skiej jest poczta. 

Poszedłem na pocztę, lecz poczta była zamknięta na kłódkę. Na szczęście zjawił 
się jakiś niższy dygnitarz pocztowy i zawiadomił mię przez nos, że „panowie 

śpią".
— A czy nie można wiedzieć, jak prędko się panowie obudzą?

— Nie jest wiadomo.
Zwątpiłem tedy o mojej szczęśliwej gwieździe. Aliści po kilku minutach 

rozmyślania, co począć: iść czy czekać... zjawia się jeden „pan" i tryumfalnie 
oddaje mi dwa „Codzienne Kuriery". Ukłoniłem się panu i poszedłem obejrzeć ruiny 

zamku. Ruiny oblane są z dwu stron wodą, a wzniesione są na kępie śród łąk i 
trzęsawisk. Niegdyś był tu zwodzony most i grzmieli starostowie ciechanowscy -•- 

dziś stoi kij, na kiju tabliczka opiewająca, że nie wolno się tam kąpać i koni 
pławić. Biedne, stare ruiny!

Mają fizjognomią forteczną: dwie ocalałe baszty, połączone ze sobą grubym, do 
połowy zburzonym murem — mają strzelnice. Cały ten gmach ma formę prawidłowego 

czworokąta. Tylna ściana zwaliła się w gruzy, drzewa na niej porosły. Strona 
frontowa cała jeszcze, tu i ówdzie tylko wy-dzióbana dziobem czasu. Woda, co tam 

stoi i myśli o przeszłej wielkości — zazieleniła się z żalu, że tuż, na brzegu 
Moskale budują sobie koszary. Biedne, stare ruiny!

SZULMIERZ, 1887

background image

181
Zrobiłem tedy dziś 18 wiorst. Mijałem Niestum, Przedwo-jewo, zostawiałem na boku 

Opinogórę. A więc zmierzyłem całą okolicę w promieniu siedmiowiorstowym — 
własnymi pedałami. Nie byłem tylko w Opinogórze!

Wróciłem do Szulmierza o 7, akurat na herbatę. Po herbacie poszedłem do ogrodu — 
spotkałem Niemeczkę z B. Chodziliśmy czas jakiś. Niemeczka poszła następnie do 

domu. Mówiłem B., że mi się wczoraj śniło, jakoby mię duch porwał i zaniósł do 
jej pokoju itd. Powiedziała, że nie wie...

Ja Helenie... nie odpisałem. Nie odpisałem, gdyż nie mam marki. Dowodem mojej 
biedy może być ten fakt, że nie palę papierosów od miesiąca. Gdybym miał choć 

kilkanaście kop., poszedłbym do Opinogóry. Lecz tam trzeba by fagasowi coś dać. 
Mówić zaś tutaj o pieniądze formalnie nie wypada. Co pomyśli sobie Hela?

Gdy pisałem pierwszą stronicę tego dziennika — byłem inny.
21 VIII (niedziela).

Jeden z ostatnich cudownych wiejskich poranków. Gdy się budzę rano — zaledwie 
podniosę głowę — przez niezupełnie szczelnie opuszczoną sztorę widzę bramę i 

drogę. Wydaje się, jakby ta droga była gdzieś w głębi... daleko, daleko. Od 
porannego słońca, przesłoniętego konarami kasztanów i topól, padają na tę białą 

drogę cienie poprzeczne, co grają na białym tle tak jak na obrazach 
Siemiradzkiego. Na folwarku parobczak gra na skrzypkach zawadiackiego oberka... 

Ubieram się szybko, aby nie stracić możności przesłania pocałunku B., co zbiera 
kwiatki na klombie w kącie dziedzińca. Jej śliczny kapelusik, suknia jasna 

licują z kielichami portulaków... Cudny ranek!
DZIENNIKI, TOMIK XIV

l
Południe. Panuje przyjemne gorąco przeplatane wiatrem, co długo pędził po 

zmoczonej deszczem ziemi. W cieniu drzew zalega ciemność. W szpalerach grabów 
ciemność tę rozdzierają plamy białe wielkości liścia. Gra tych plam, ta muzyka, 

jaką one wywołują w ciemnej ulicy drzew, urąga wszelkiemu opisowi, urąga farbom 
malarza i wierszom poety w takim stopniu, w jakim np. urąga opisowi kolor 

portula-ków. Żadna kokietka, co co dzień w południe biegnie przed sklep Hersego 
*, aby napaść oczy kolorami nowych materyj, nie widziała w ciągu całego swego 

życia tylu odcieni nieopisanych, tylu nie farb — lecz barw i zabarwień, tylu 
półświa-tełek i pół-matów, ile ich się kryje, gdy słońce przesłoni chmura lub 

gałązka kasztanu, ile ich się promieni, świeci, ćmi, czasami aż błyszczy, gdy 
słońce wpadnie w rabatę portulaków, przepasaną niebieskim jak oczy 

piętnastoletniej dziewczyny pasem lobelij. Nad główkami tych cudownych pełzaków 
stoi w kąciku rabaty czarna przyrodnia siostra jałowca, bardziej tylko miękka i 

delikatna, bardziej uczuciowa i smutniejsza... tuja. Jej wszystko jedno — czy 
jest słońce, czy nie. Ona wiecznie smutna. W rabatach kwiatów — jak w życiu: 

szczęśliwe kwiatki, co się śmieją w wiecznym słońcu ł roztwierają mu kielichy, 
los łączy ze smutnymi, co umierają ze smutku.

Wczoraj w czasie rozmowy z B. odpierałem argument, jakoby ludzie przywiązywali 
się do miejsc więcej niż do ludzi. Przywiązanie do miejsc — mówiłem — jest jedną 

z najsłabszych słabostek, właściwych ludziom nerwowym. Mówiłem to... dla 
pięknego słówka, jakie chciałem z B. wyciągnąć — ale w gruncie rzeczy 

przywiązujemy się jedynie do miejsc. Ludzie się starzeją, zmieniają, zapominają, 
a poczciwa ziemia zawsze jest jednaka. Po upływie dziesiątków lat wracasz do 

rodzinnej wsi i łzy ci się toczą po twarzy, bo kochasz ją zawsze. Ja np. w 
Szulmierzu ludzi nie będę żałował. Ładną

SZULMIERZ, 1887
183

bez wątpienia B. zapomną nie dojechawszy do Ciechanowa, lecz jakże to długo 
potrzeba zapominać te drzewa cieniste, do których przywiązałeś się serdecznie, 

drogi, po bokach których rosną meliloty * pachnące, macierzanka i stokrotki 
polne, kampanule i wielki' łopian; jak niełatwo zapomnieć o polach, równych i 

płaskich aż do krańca horyzontu, aż do tych nieznacznych wzgórków, na których 
ścielą się czasami jasne błyski słoneczne; jak trudno będzie wyrzec się tej 

ogromnej przestrzeni i swobodnego wiatru, i widoków na las, na pszeniczne łany, 
na dwory białe!

background image

Wieczór. Idę w pole. Z małego wzgórka rozciąga się dywan szeroki, czarny. 
Dolinami przepasuje go biała mgła. Zza lasu wychodzi w pąsowym obłoku księżyc. 

Wieczny artysta na palecie niebios rzucił bez myśli kilka plam — chmur. Pąsowa 
jedna, druga brunatna, inna długa i biała jak wstęga muślinu lub ogon komety. W 

tej jak drogocenna perła świeci wielka gwiazda. Drzewa śpią, ludzie przestali 
mówić — tylko księżyc w tym olbrzymim obrazie idzie, idzie po niebie.

Wracając z pola spotkałem koło dużego gazonu B. Zaczęliśmy chodzić, rozmawiać o 
panu Domaradzkim i pannie Jeannecie, o tym, że ona chodziła do jego pokoju (co 

zresztą wiem już od panny Telimeny, pani C. i Niemeczki), że... itd. (co 
wypowiadają panny rumieńcem, mężatki uśmiechem i spuszczeniem oczu) — o tym, jak 

to oni rozmawiali w ogrodzie, jak ona szalała za nim, jak chodziła w nocy pod 
jego pokój i płakiwała tam — cały zresztą romans...

Z tego wszystkiego po dwugodzinnej gawędzie zeszliśmy do pytania, czy by ona 
(B.) nie zechciała obronić mię od tego ducha, jaki mię ma porwać dziś. 

Zapewniała mię, że to nie-możebne. Na zapytanie, dlaczego niemożebne — 
odpowiedziała, że to niewłaściwe, a... w jej pokoju śpi Marychna.

184 __ DZIENNIKI, TOMIK XIV
Zarzuty moje, że jest uparta — odpierała twierdzeniem, że tak nie jest, że jest 

po prostu niemożliwe itd. Musiałem poprzestać na ucałowaniu ładnych usteczek i 
dużych oczu. Przy tym robiłem topograficznych badań cokolwiek — i znalazłem, że 

wyrazy „niewinność, hymen" etc. nie mogą być wymazane z ryso-morało-pisu panny 
B. Za parę dni jadę — mało mię więc sąd szulmierski obchodzi. Choć jutro kroniki 

i herbarze pisać o tym będą. O moim wczorajszym spacerku do Ciechanowa wie cały 
Szulmierz z przyległościami.

22 VIII (poniedziałek).
Byłem dziś w Opinogórze. Od dawna, odkąd tu jestem, wzdychałem do tej wycieczki, 

jak muzułmanin do zwiedzenia grobu Mahometa. Jeździliśmy konno z Kaziem. Ja na 
jednej z czterech klaczy cugowych — on na kucu. Zaledwie minęliśmy Kotermań — 

zarysowała się wyraźniej wieżyca zameczku, do którego zdążaliśmy. Na prawo 
leżało Przedwo-jewo, na lewo — Dzbonie. Wyjeżdżamy na szosę prowadzącą do 

Przasnysza, za Dzboniem skręcamy w bok — i stajemy wkrótce wobec muru 
otaczającego park opinogórski. Roztacza się jeden z tych krajobrazów, od których 

odwraca się oczy z dziwnym żalem, dlatego że go opisać niepodobna. Ze wzgórza, 
na którym leży zamek*, park w k:,ztć;i:cie olbrzymich chmur zieloności zbiega ku 

stawom. Stebrne brzozy, wierzby, rzucają w wodę gałęzie, a od nich idą w różne 
strony aleje zapuszczone, straszne, przepiękne. Rozumiem, dlaczego Zygmunt z 

takim smutkiem i żalem wspominał Opinogórę w liście do Gaszyńskiego. * Tu jego 
geniusz dziecięcy pierwszy raz spotkał się z wielką księgą piękności. Tu chodził 

prowadzony przez Kor żeni owskiego *, a bawił się na kobiercach łąk, nad 
brzegami stawów z Gaszyńskim. Park ten zrobił na mnie takie wrażenie jak 

Łazienkowski, gdy po upalnym dniu biegłem doń upijać się zielonością... Lecz 
opuszczamy park, gdyż idziem oddać czołobitny pokłon wielkim popiołom.

SZULMIERZ, 1887
185

Po drugiej stronie pałacu i parku wznosi się kościół. * Żaden z kościołów 

warszawskich nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Jest to jakieś greckie cacko, 
cudowna myśl architekta. Mało się znam na stylu, o ile jednak wnosić mogę, jest 

w tej budowie — styl romański. Na przedzie wznosi się niby portyk grecki, 
wsparty na korynckich kolumnach. Wysoka nawa króluje nad otaczającym parkiem i 

patrzy w nieskończoną równinę pól.
Przywiązałem konia do sztachet otaczających kościół, a sam poszedłem na 

plebanią. Ponieważ proboszcza nie było, umiz-gnąłem się więc o klucze od 
podziemi — do księżej gospodyni. Księża gospodyni odesłała mię do żony 

kościelnego. Poszedłem do żony kościelnego. Ostatnia poprowadziła mię wreszcie, 
pobrzękując kluczami, do zakrystii kościelnej. Wbiegłem do kościoła i rzuciłem 

się oglądać pomnik matki Zygmunta. Pomnik (z kararyjskiego marmuru) przedstawia 
kobietę umierającą z krzyżem w ręce i błogosławiącą maleńkiego chłopczynę, co 

klęczy u jej wezgłowia. Chłopczyna ten — to Zygmunt. U dołu pomnika napis 
łaciński, poczynający się od słów: Mariae Radzivillae — principi genere itd. * 

Chwilę czasu mam zaledwie, by rzucić okiem na ołtarz główny. Miejsce organu 

background image

zastępuje tu melodykon *. Znać, że tu modlili się ludzie tacy jak nasz wielki 
poeta. Cisza śmiertelna, żadnego obrazu, białe ściany świątyni biegnące wysoko, 

głuchy łoskot kroków.
Lecz opuszczam i kościół... Odźwierna prowadzi nas ku zewnętrznej stronie 

prezbiterium. Są tam ciężkie żelazne drzwi z wykutym na nich herbem. Otwarła je. 
Przeszliśmy jeden sklep pusty, drugi pusty i wreszcie stanęliśmy wobec 

zamkniętych drzwi. Gdy je otwarła babina — weszliśmy do wiecznej sypialni 
smutnego ducha poezji polskiej.

Stoi tam na drewnianych podstawach sześć drewnianych trumien. Pośrodku stoi 
wielka dębowa, zwykłego formatu — to trumna Wincentego. * Obok tej — czarna, 

suknem obita, otoczona srebrną lamą, mająca kształt zwykłej podłużnej
186 ____ _____________________________ ___          DZIENNIKI, TOMIK XIV

skrzyni, ściętej cokolwiek w głowach. Pośrodku płaskiego wieka przybita mosiężna 
tablica i dużymi literami wyryto na niej: „Zygmunt Krasiński f 1859". Nic 

więcej. Obok dużej trumny małego ojca — mała trumienka czarna wielkiego syna. 
Wiesz, że on tu leży, i dziwno ci, że to ten sam dumny, nieprzebłagany, wielki — 

w tej małej czarnej trumience. Głowa się usuwa na piersi, toczą się łzy po 
twarzy. W tej ciszy podziemia, w mroku i ciemności grobów, jak złote ognie 

latają wyrazy:
Jam ciężko grzeszny — wyznaję — o, bracia, Bom dał zamieszkać w sobie tej 

żałości, Co z czucia w końcu w krew się przepostacia I myśl zatrutą przewciela w 
szpik kości.

Mnie smutek zabił, mnie gorzkie koleje,
Mnie gwałt namiętnych, nieskończonych marzeń,

Mnie krok leniwy ognuśniałych zdarzeń,
Mnie te dni naszych wciąż tak podłe dzieje.

Jam pił zanadto z krynic mętnych łzami, Za dużo trumien przeszło mi przed 
wzrokiem, Wiek wołał: „czekaj!" rok ciągnąc za rokiem, Co dzień świeżymi witał 

mię trumnami'
Wszystko, com kochał, w ziemi pogrzebał ua, Miłości moich krzyże — tam, po 

błoniach.*
Wobec tego prochu czujesz się tak nikczemnym i małym, tak dziwny wstyd uderza 

cię w twarz!... Ten ,,syn szlachecki" * — wiecznie jednaki: śpi teraz z tym 
samym słowem na trumnie, jakie miał za życia na ustach:

Duma bez pokory — to próżność; pokora bez dumy — to podłość.*
Otóż proch ten — jest pokornie dumny. Spróbuj wobec tej trumny być demokratą, 

uśmiechnąć się szyderczo ze słów:
SZULMIERZ, 1887____________________________________________________187

Słaby tylko rzeź wybiera,
Czy   mu   imię   jest   Mariusza,

Czy mu imię Robespiera.*
Jesteś w tym podziemiu Polakiem, czcicielem wielkiego prochu. A proch ten nie 

poszedł szukać sobie pomnika w ulicach, gdzie przesuwa się tłum, na placach, 
gdzie czerń — on zeszedł w podziemia, naznaczył imię swe dwoma wyrazami i leży 

—- geniusz — obok zwykłych, o robaczywych duszach hrabiątek. I musisz — 
demokrato — zejść w te ciche podziemia i tu mu się pokłonić, proch ucałować, 

gdzie do wiecznego snu oparł głowę, gdy:
Jak Dant przez piekło przeszedł za życia...*

Módl się ty za mnie, bym u Boga w niebie,
Po wiekach wieków kiedyś spotkał ciebie

I tam przynajmniej odetchnął wraz z tobą,
Bo mnie już wszystko gruzem i żałobą.

Módl się ty za mnie — ja ciebie się trzymam,
Bo  na  tyin  świecie,  prócz  ciebie,  nic  nie  mam

I nic, prócz ciebie, nie marzę za światem,
Tylko to marzę, by z mą duszą biedną

Twoja spłynęła w nieśmiertelność jedną —
Więc módl się...*

Przypominasz sobie, żeś kiedyś te słowa powtarzał jakiejś kobiecie — i wstyd, 
wstyd wygania cię stąd!

background image

Zerwałem gałązkę akacji z cmentarza i wskoczywszy na koń uciekłem stamtąd ze 
łzami.

Pałac nie robi wrażenia. Hr. Wincenty wzniósł go dla Zygmunta wyłącznie w stylu 
średniowiecznym. Jest on cokolwiek podobny do zameczku Łuszczkiewicza w 

Kielcach. * Dziś mieszka w nim jakaś pani doktorowa z Ciechanowa na letnim 
mieszkaniu — nie można więc było nawet obejrzeć pokojów i wieżycy. W parku i na 

folwarkach, po drogach i w ogrodach znać opuszczenie i nieład. Obecni panowie 
Krasińscy — ścigają się w Carskim Siole... *

Ze smutkiem żegnałem opinogórski park.
188 DZIENNIKI, TOMIK XIV

Wieczorem.
Rozmawiałem dziś z panią C. po herbacie bardzo długo. Opowiadała mi znów 

historią panny Jeannette'y i Domaradz-kiego, z innego tylko punktu widzenia. 
Jesteśmy w wielkiej przyjaźni z panią C. Zachowam o nich dobrą pamięć. 

Powróciwszy wieczorem późnym do siebie, otworzyłem obecny dziennik na dniu l 
sierpnia. Zwróciła moją uwagę — wydarta kartka! Zaczynam czytać... brakuje 

kartki jednej rzeczywiście... O ile sobie przypominam, była tam mowa o którymś 
ze spotkań z B. Ona dziś rano była w moim pokoju. Wycałowałem ją i — poszedłem 

na lekcje, zostawiając dziennik schowany jak zwykle w tłomoczku. A więc to ona 
czytała i wyjęła tę kartkę! Jestem strasznie zły! Nie mogę jej tego powiedzieć 

naturalnie, ale... wycałuję ją jutro tak, że popamięta!
Obecnie przypominam sobie nawet pewne wyrażenia jej o odbieranych przeze mnie 

listach, o tym, że nie może mi wierzyć, że potrafię ja dobrze innym to mówić, co 
jej... Ach, jakżem zły! Dziś po południu była znowu w pokoju pań G. Pozwoliła 

się wyściskać, mówiła, że się nie gniewa, ale była jakoś za bardzo milcząca.
A zresztą... czytała — niech sobie będzie. C d dziś za tydzień — gdzie ja będę? 

Czy będę miał dach ne.d głową, czy będę miał co jeść, umyć się w czym?
Teraz — po deszczu — wicher kołysze drzewa, szum do huku podobny zabiera moje 

myśli. Dzień ten będzie mi zawsze pamiętny ze względu na odwiedziny grobu 
Zygmunta, ze względu na optymizm nie dopuszczający myśli smutnych.

We czwartek trzeba będzie jechać.
23 VIII (wtorek).

Jak to wesoło — przebudzić  się i widzieć na podłodze
SZULMIERZ, 1887

189
blask wzeszłego słońca, słyszeć, że wróble siadają na drzwiach od ganku, że biją 

dziobami w szybę, widzieć, jak białe i czerwonawe motyle niby kawałki papieru 
latają po pokoju, wpadłszy tu przez nie domknięte drzwi!...

Zaspany — wyciągam rękę po książkę z powieściami Ouidy i czytam. Dziwny to 
talent. Czasami unosi i zadziwia bogactwem farb, drogocennością szczegółów, a 

jednocześnie nuży banalnością opisywanych historyj. Zna gentry * tak znakomicie 
jak nikt z nowoczesnych ar ty stów-Europe jeżyków — złożyła tego dowód w 

dzielnej powieści pt. Na zimowych leżach. Zna zajęcia włoskiego wieśniaka z 
badawczością Anglika, ze szczegółowością Niemca, jest niedościgłą eru-dytką, ma 

przepyszny styl — i najzupełniej nie ma duszy ludzkiej. W powieści Signa spotyka 
się dziwolągi etyczne, od których uszy więdną. Ouida posiada szalony dar 

obserwacji, ma śliczny styl, ma wszystko — lecz „nie ma w tym kościele Boga". * 
Po cóż tu szukać do powieściowych kreacji — geniuszów, kiedy zwykli i niezgrabni 

ludzie tak nas absorbują... u Turgieniewa?
Chodziłem po południu do lasu. Ach, jak mi żal szpalerów leśnych, szpalerów tym 

ponętniejszych, że je zbudowała zwyczajna leśna drożyna, wiercąca las na 
przestrzał. Nad drożyną zwieszają się gałęzie leszczyny z dojrzałymi już 

orzechami. Na dywanie liści leżą w wielkiej obfitości orzeszki dębowe, z których 
powstaje nasz atrament, * gdzieniegdzie czerwienią się lub bielą pospolite 

grzyby.
Słońce schylało się ku zachodowi. Lekki wiatr, zginający zaledwie małe gałązki, 

otwierał promieniom słonecznym wnętrze lasu. Cudny jest widok, gdy taki promień 
wpadnie i — to przesłaniany, to odsłaniany liśćmi — skacze po korze białych i 

czarnych drzew. Jeśli podnieść zwieszoną głowę — to wydaje się, że przed 
wzrokiem naszym uciekają olbrzymie jakieś istoty, to znów maleńkie karzełki, 

duchy, leśne tyta-

background image

DZIENNIKI, TOMIK XIV
ny, dziewczęta... Wyszedłem z tej strony lasu zwanego Kro-gul, gdzie jeszcze nie 

byłem. Jest to wielkie na kilkanaście sążni wzniesienie, coś w rodzaju wielkiego 
kurhanu, stromego i szerokiego w średnicy na kilkadziesiąt kroków. Obrosły go 

same, samiuteńkie brzozy. Śliczny stamtąd roztoczył się widok, gdyż kurhan ten 
leży na skraju lasu. Pół horyzontu zakryła brunatna, o miedzianym odbłysku, 

jednostajnie granatowa chmura. Na przeciwnej stronie nieba świeciło jeszcze 
słońce i goniły się białe puchowe obłoczki. Wszystkie przedmioty na całej 

przestrzeni miały szczególne oświetlenie. Drzewa w opinogórskim parku można było 
odróżnić... Od chmury tej pociągnął przejmujący zimnem wiatr. Zakołysały się, 

załkały brzozy. Stojąc na szczycie pagórka mogłem dosięgnąć ręką wierzchołka 
brzóz rosnących u jego podnóża... Trudno było oderwać oczy od całego krajobrazu: 

tak tu szeroko, tak rozdymają się swobodnie piersi w ogromnym powietrzu! Ciągnie 
burza, porywa już garście skoszonego grochu i niesie, niesie aż do lasu, pędzi 

po piasku drogi i bije weń piętami, ryje nosem — wreszcie wywraca wielkiego 
kozła, aż kurz słupami podobnymi do trąb skacze ku niebu. Wychodzę na brzeg 

lasu. Tam sośniaki już wyją. Najgłośniej ze wszystkich drzew płaczą w wietrze — 
sośniaki właśnie. Są to młodzieńcy chorujący na Weltschmerz *.

Fury naładowane grochem pędzą szybko, aby umknąć przed deszczem. Uciekam i ja, 
pozostawiając ::a sobą machający na gwałt skrzydłami wiatrak, psy, którym kottu-

niaste ogony rozwiewa wiatr, kury z powagą prezesówien spacerujące po piasku 
przed dworkiem pana rządcy, przeskakuję przez płot i jestem w cienistych 

uliczkach, gdzie brunatne śliwki skłaniają nad głowę moją wielkie swe kiście. 
Zaczyna mżyć drobny deszczyk, chmury okryły niebo, wicher dmie i w czarnym mroku 

burzy uderza tylko co chwila folwarczny dzwonek zawieszony na wysokim słupie — 
uderza lękliwie, niby na trwogę...

SZULMIERZ, 1887
191

Noc teraz. Dopala mi się świeca. B. chodziła z godzinę koło dużego gazonu. 
Wyszedłem na chwilkę, aby jej powiedzieć „dobranoc"... Gdybym tu był jeszcze z 

miesiąc — kochalibyśmy się... przez cały ten miesiąc, a tak... będziem się 
kochać jeszcze tylko do czwartku. Zawsze — szkoda ślicznych oczek B.! Przeczyła 

kiedyś uparcie, że te oczy jej nie są wcale ładniejsze od gwiazd w ciemnej głębi 
niebios, jak zapewniałem ją...

Ma mięciutkie ręce, białe i mikroskopijne. Nie broni też ich całować, tylko oczu 
broni bardzo. W logice tych całusów było twierdzenie, że lepiej się całować w 

usta.
Szkoda B.!

24 VIII (środa).
Jeszcze jeden jutrzejszy dzień... Państwo C. zaproponowali mi, aby jechać razem 

z nimi — w piątek. Zostałem z ochotą.
Zwykłe moje chorobliwo-mazgajskie przywiązanie do miejsca, do łożyska, wzrosło 

tą rażą do maksimum. Chciałbym o ile możności odwlec powitanie Warszawy. Tak mi 
tu dobrze w ciszy, w oddychaniu świeżym powietrzem, w dobrej wsi!...

Pamiętam, że ilekroć zdarzało mi się być w Warszawie na Zjeździe * lub w Alejach 
Jerozolimskich, skąd widać horyzont, kończący się lasem, polami — doznawałem 

uczucia żalu, że tam być nie mogę... Nie ma na świecie lepszej rzeczy nad 
wieś... Z komicznym patosem deklamuję sobie, ile razy pomyślę, że to już trzeba 

jechać:
Beatus Ule, qui procul negotiis Ut prisca gens mortalium Paterna mrą bubus 

exercet suis Solutus omni ioenore...*
Choć to nie paterna rura — a jednak takie się stały kochane!

192 DZIENNIKI, TOMIK XIV

Dziś byłem znowu w lesie. Znudziłyby każdego moje opisy, a jednak las ma dla 
mnie zawsze tyle nowego, że nie mogę nie zapisać sobie kilku przyjemnych 

widoków, jakie mi się nastręczają w czasie takiej parogodzinnej na oślep 
wędrówki po ślicznym Krogulu. Poszedłem dziś w las od strony Ko-siczyna. Idzie 

sobie tam droga zwykła, ta filuterna ścieżyna leśna, po której nikt nie chodzi 
ani jeździ, która istnieje sobie Bóg wie po co, tak ot — aby lasowi przysporzyć 

uroku. W tej stronie Krogula wznoszą się pagórki. Szczególny las: na jednym 

background image

pagórku rosną same dęby, na drugim — tylko graby, doliną stoją w kupce sosny, a 
tam znów dalej same dziewczyny-brzozy na wzgórku, jak w panieńskiej świetlicy — 

szepcą a chichoczą. A droga — to na łeb na szyję leci w wąwóz z góry, to znowu 
wlecze się jak starzec na szczyt sąsiedniej górki, pod cieniem suchotnic-

leszczyn się przesunie, graby wyminie z finezją i — hajda! Bóg wie dokąd — aby 
korepetytorowi z Szulmierza w głowie zakręcić, zmylić kierunek i wyprowadzić 

gdzie na koniec świata. Czerwona wiewiórka przeskoczyła przez drogę i jednym 
susem usiadła na grabowej gałęzi. Kitkę zawiesiła nad głową i patrzy a patrzy na 

mnie mądrymi oczami. Co za licho, myśli sobie — popielaty cały od głowy do 
kończyn spodni? Znudziło ją jednak obserwowanie, bo jak nie skoczy ii: sosnę, 

jak nie sunie w górę! Za chwilę jest już na najwyższej gałęzi, stamtąd jak 
błyskawica skacze z wierzchołka nu wierzchołek...

Uszedłem był już wiorst parę, a więc ległem całym ciężarem cielska grzesznego na 
mchu i myślę: gdyby tak, panie dobrodzieju, przejeżdżała teraz jaka piękna 

księżniczka, cierpiąca na wściekłość macicy, to miałbym niewątpliwie 
zatrudnienie...

Rozmyślania te i tym podobne przerywa mi jakiś jednostajny, a zbliżający się 
ciągle stuk. Podnoszę głowę i widzę niedaleko od siebie — nie księżniczkę co 

prawda, ale dziewczynę w zakasanej spódniczce (co pozwala obserwować jej 
bynajmniej nie białe nogi — aż do kolana), chodzącą z małą

SZULMIERZ, 1887
193

opałką od jednego krzaka jałowca do drugiego i otłukującą kijem czarny owoc jego 
w ową opałkę. Wmawiam w siebie, że to zaklęta księżniczka, cierpiąca — i wstaję.

— Zośka! Gdzieżeś ty? — woła zaklęta...
— Hou! — odpowiada inny głos...

Ponieważ dwie księżniczki nie postały w moich marzeniach, zabieram więc kij i 
idę do Szulmierza.

25 VIII (czwartek).
Tęsknić i marzyć... potemTtracic nadzieję, a w końcu zbudzić się nagle i widzieć 

wszystkie marzenia spełnione — oto, co zowie się być szczęśliwym.
OUIDA

Tak pojmują szczęście dzieci i poetyczni utrapieńcy. Epiktet zapewnia, że 
„prawdziwe szczęście trwa wiecznie i nie może być zniszczone..." Być może, że 

Epiktetowe szczęście jest jedynie rzeczywiste, ale my — śmiertelnicy — znamy 
tylko szczęście Ouidy. To, co „trwa wiecznie", jest dla nas przede wszystkim — 

nudne. Stracić nadzieję widzenia kochanej kobiety, rozpaczać i zobaczyć ją nagle 
— to nasze ludzkie pojmowanie szczęścia, choć wiemy, że tylko uczucie trwające 

wiecznie — jak miłość rodziców, jak miłość dzieci — może być źródłem szczęścia.
Ostatnie parę godzin przepędzam tutaj. W ciągu sześciu tygodni obracałem się, 

mówiłem i uczyłem w sferze ludzi najzupełniej różnych od moich przekonań, 
podziwiałem ich i obserwowałem. A przecież ani urok, jaki wywierają zasady 

gentry w całym ich blasku, ani wyszukane zasady arysto-kratyzmu rodowego — nie 
zaćmiły mi moich idę j. Pozostałem tym szeroko wolnomyśłnym, jakim byłem. Idę w 

świat demokratą, ateuszem bodaj, bo nie zdaję sobie sprawy z idei bóstwa, 
rewolucjonistą i, pomimo zapewnień pana C., że „fanatyzm w polityce jest 

szkodliwy" — fanatycznym patriotą.
13 — Dzienniki t. IV

194__________________________________________ DZIENNIKI, TOMIK XIV
Wracam do was, bracia moi, półgłówki kuszące się o budowanie gmachów lepszej 

przyszłości na... lodzie! Wódz nasz siedzi w kozie — zebrania więc odbywać się 
muszą bez niego. Lecz za to — ileż nowych rzeczy powie on nam, gdy wróci z 

„kryminału"!...
Starszy z moich elewów, Kazio, był dzisiaj u pierwszej spowiedzi. Rano jeździł 

więc z panią C. do Kosiczynka. Miałem ostatnią lekcję z Guciem tylko. O 11 więc 
poszedłem naturalnie do lasu. Orzechy rwałem, ,,na mech rzucałem, bo mi do smaku 

nie były..." Adieul kochany lesie!
4  po  p ł d.

Przed chwilą przyjechała owa p. Jeannette'a, o której „tyle słyszałem". Któż 
wie? — Może bym był zastąpił pana D.? Stało się jednak.

background image

Jedziemy jutro rano. Dziś wielkie przygotowania, awanturnicze znoszenie kuferków 
ze strychu, pakowanie... Co kilkanaście minut odzywa się w moim pokoju do liku 

tnę —- stuk, stuk, stuk — we drzwi. „Proszę" — odpowiadam. (Pan Mi-lewski z 
Kotermania mówi w takich razach: „Ferajn" zam. Herein.)

Wchodzi B. Delikatnie przyćmione oczy jej uśmiechają się, gdy usta mówią 
skromnie: przepraszam pana... muszę zapakować Kaziowi to i to...

Spod sukienki wysuwają się pantofelki maleńkie, dalej mały kawałeczek pończoszki 
koloru zgniłych śliwek.

Panna Jeannette'a jest to Francuzka czystej krwi: gada jak wiatrak, jak wiatrak 
macha rękami, wierzga nogami, naśla-

SZULMIERZ, 1887 __________________________________________195
duje głosy cudze, śmieje się co trzeci wyraz... Ma ona lat ze 33. Chuda, niska, 

nieładna, ale i niebrzydka. Ma coś w twarzy, coś szczególnego — to oczy. Nie są 
one ładne. Czarne, duże — ale jest w nich nie blask, jak w oczach Polek, lecz 

ogień. Takie oczy u nas miewają czasami bardzo zdolni mężczyźni (jak Kostecki 
np.). Chwilami z tych francuskich oczu spływa dziwna, namiętna, niespokojna 

melancholia, smutek... łafiryndy nie mającej kogo ściskać. Chuda — u! chuda 
jak'sztalugi!

Po południu chodziłem w pola. Wszystko już pożęte — zostało proso i kartofle. 
Nawet len wyrwały babiny. Och, jutro zamiast tej nieskończonej przestrzeni, jaką 

poiłem się dziś, trzeba będzie patrzeć na kawałek jakiego odrapanego muru, na 
skraweczek nieba! A teraz — tak tutaj cudnie! Z balkonu widać o kilkadziesiąt 

kroków oświetlone zachodzącym słońcem dęby. Zdają się złotymi... Dalej za górką 
widać Kołaki, gdzie mieszka 50 „panów braci" Kołakowskich, na lewo — 

Przedwojewo, gdzie panna Eleonora... Adieu — mazurki Chopina!
Ostatnia kartka. Skończona swoboda i życie bez myśli o jutrzejszym obiedzie... 

Odwraca się stronica czarna, na której trzeba może będzie śmiertelną kredą pisać 
pieśń Leopardiego:

... Zamknąłem powieki
Przed złudą, co trwać miała nieskończenie... A szczęścia lubej mary Już nie 

nadzieja znikła, lecz pragnienie.
Życie nie może być kontemplacją przyrody i obserwacją ludzkich naiwności.  

Walka,   walka,   cierpienie  —  bezsenne
DZIENNIKI, TOMIK XIV

noce... Podejmowane po co? Czy żeby światła umysłowi przysporzyć, czy żeby komuś 
zapewnić szczęście, czy żeby służyć ideom? Nie... B y  ży ć!

Pierwszy w tym dzienniku smutny dzień.
12  w  nocy.

Pan C. wypłacił mi 42 rs. kop. 60, jako resztą mej wakacyjnej gaży. Spakowałem 
rzeczy (które stanowią ogromny tłomok — wielkości dużej portmonetki): para 

kamaszków (tych, co to grały marsza Chopina — licho wie, po co ja je tu 
przywiozłem?), cztery koszule, 18 kołnierzyków, 5 (sic!) mankietów (gdzie 

szósty?), jedne shocking *, marynareczka koloru świeżo wypierzonej przepiórki, 
dwa tomy dzienników i jedna chustka od nosa (używałem jej — tak naturalnie, aby 

panna Telimena nie widziała — przez całe wakacje). Wszystko to, zawinięte w 
„malinową" kołdrę (ona ma już swe epithetum omans * u młodzieży uniwersyteckiej 

naszego kółka), związałem paskami... Ptak by mógł w dziobie nieść cały mój 
majątek!

Uścisnęliśmy się z B. na pożegnanie. Nie zrobiliśmy sobie krzywdy — to i 
lepiej...1

W „moim" pokoju śpi Kazio. Cicho...
Razem z ostatnim wyrazem — pierwsza łza w tym dzienniku. Matko moja, nie 

opuszczaj mię w wrzaskliwej, złej Warszawie.
26 VIII (piątek).

Szósta rano. Mgła. Konie zajechały
dziwny smutek...2

1 Tu  w  autografie   obcą  ręką  wpisane   czerwonym   atramentem  imię: 
Janina.

2 Zapis pod datą 26 VIII znajduje się na wyklejce tylnej okładki.
TOM   PIĘTNASTY

od 29 sierpnia [18]87 r. [do  l  grudnia  1887 r.|

background image

Ten prawdziwie kochał ojczyznę — kto umarł za nią.
TURGIENIEW *

Ducha nie gaście!
ALF   WALDO   EMERSON

fa = fa'
Jeżeli nagroda, której się pragnie, warta pracy — to trzeba się starać o nią do 

śmierci; człowiek, póki mu życia starczy, nie powinien opuszczać placu boju.
OUIDA

Strzeż się dwu łdeł kosmopolitycznych: socjalizmu i jezuityzmu.
(Z   listu   BEMA)'

1 Pierwszy epigraf znajduje się na odwrocie karty lytutowej; następne — na s.  3 
autografu.

29  sierpnia   (poniedziałek). Warszawa. In!elicissimum genus iniortunii...
Ech — zbyt to już stare i banalne! Wiadoma rzecz, że przeszłość zawsze lepiej 

wygląda od teraźniejszości. Jednak przeszłość pozostawiona w Szulmierzu należeć 
będzie do najlepszych, jakie pozostawiłem za sobą. Dobre to było życie! 

Inteligencja — choćby nawet ta inteligencja, którą (demo-kratyzmu gwoli) 
obrzucamy nienawistnym spojrzeniem, inteligencja arystokratów-dżentelmenów — 

podobna jest do pięknej kobiety. Jak kobieta piękna — toruje sobie ona drogę do 
twojej sympatii, pociąga i otacza się nimbusem niewy-tłomaczonym. Wolisz ludzi 

szczerych, wolisz dobre dziew-czątko od ludzi wiecznie grzeczniutko 
uśmiechniętych i kobiet pięknych a zblazowanych moralnie — a jednak... jednak, 

jakże mi brak gentry SzulmierzaL.
W piątek obudził mię raniutko lokaj. Wstałem tedy, ubrałem się i pocieszałem 

Kazia, co patrzał smutnymi oczami na wieś, na sadzawkę i baseny, gdzie obadwaj z 
Guciem puszczali małe okręty z żaglami. Nad dębiną, nad Przedwojewem, nad wsią, 

nad lasem wisiała biała smutna mgła. Za drogą, tonącą w tym białym tumanie, 
świeciła statua Matki Boskiej, gdzie tyle razy rozmawialiśmy o warszawskich 

postępowcach z p. Marią...
Las brzozowy stał zapłakany i czasami zachodził się od smutku w porannym 

wietrze. Otworzyłem drzwi na balkon i po raz ostatni objąłem okiem szeroki 
obszar, gdzie oddychało się tak wolno, tak swobodnie. Adieul

Ciche stukanie we drzwi przerywa pożegnanie: to panna
p t ił

200 DZIENNIKI, TOMIK XV
Bronisława... przyszła po Yolneya i Yoyage Tissota. * Żegnaliśmy się we czwartek 

wieczorem obok gazonu — ale czerwone usteczka zawsze są czerwonymi i miękkich 
rąk — zawsze szkoda nie ucałować... Lecz i to trwa krótko, bo zajeżdża kareta, 

staje pod balkonem, tupią kasztany, a ten ze wszystkich czterech najmocniej, na 
którym jeździłem do Opinogóry. Schodziemy na dół, pijemy śniadanie i...

Przepraszam — nie jedziemy jeszcze, bo wychodzi panna Jeannette'a. Patrzy na 
mnie francuskimi oczami jakby z wyrzutem: żal jej było, że nie jestem panem D... 

Panna Augustyna, panna Maria, panna Bronisława, nawet lokaj (mający jakoś ciągle 
prawą rękę na pogotowiu), nawet Bogusia i Ma-rychna — zdają się płakać. Żegnamy 

je, wsiadamy. Nadchodzi jeszcze pan rządca, jeszcze pożegnania, ukłony — 
Spysiński zacina konie i ... adieu!

Mijamy las-Krogul, we mgle tonie Niestum, Przedwojewo i daleko, daleko świeci 
wieżyca zamku w Opinogórze. Mimo woli przypominają się słowa wielkiego poety, co 

tam śpi w czarnej trumnie:
Przed życiem  czuję,  nie przed śmiercią,  trwogę, Bo takie światy widzę tam, 

przed sobą, Że mi ten ziemski — grobową żałobą...*
Potem i park, i wieża uciekają gdzieś, mgła zasłania okno karety, smutno i 

niewyraźnie majaczą ruiny zanikowe w Ciechanowie, kościół krzyżacki, * wszystko 
znika, ucieka — jak zwykle ucieka to, do czego przywiązujesz się, jak nikną 

lepsze dni, by gorszym ustąpić miejsca.
Dworzec. P. Antoni Milewski jedzie także do Warszawy. Państwo C. oddają mi 

chłopców pod opiekę. Kazio i Gucio patrzą przez szyby wagonu na daleko siwiejące 
lasy i w dużych niebieskich oczach malców stoją łzy. Smutne ich twarzyczki 

uśmiechają się przymusowo, gdy ja żartuję z ich smutku.
WARSZAWA, 1887

201

background image

l   września   (czwartek).
Tydzień blisko mieszkam w Warszawie. Pożegnawszy pp. C. na dworcu Nadwiślańskim, 

otrzymawszy zaproszenie na przyszłe wakacje, zapewnienia, ,,że pozostawiłem w 
ich pamięci najlepsze i najprzyjemniejsze wspomnienie" — siadłem w dorożkę i 

ruszyłem... do Warszawy. Na Długiej jeszcze jeden ukłon całej rodzinie C., 
jadącej do Hotelu Niemieckiego — a potem zjawiam się u Zydlerów, składam tam 

rzeczy i idę szukać mieszkania. Spotkałem Chonowskiego. Wzięliśmy ślub: żyjemy 
od owej chwili razem. Pięć dni mieszkałem u niego, nr 13 Żurawia — w sąsiedztwie 

ładnych facetek. 30 b. m.1 . szukaliśmy mieszkania przez pół dnia. Obeszliśmy ze 
dwadzieścia ulic w „łacińskim kwartale", * tj. w obrębie Chmielnej i 

Marszałkowskiej, zwiedziliśmy kilkadziesiąt ulic naj-niepotrzebniej, byliśmy w 
najrozmaitszych pokojach. Dlaczego? Dlatego, że potrzeba było znaleźć mieszkanie 

z meblami, samowarem, usługą itd. — za 8 rs. najwyżej. Tu i ówdzie zatrzymujemy 
się przed kartą z napisem: „Pokój umeblowany dla osoby pojedynczej płci o b o j 

g a". Choć żaden z nas nie jest osobą płci obojga — szukaliśmy jednak szczęścia 
i w takich ryzykownych mieszkaniach. Nareszcie — znaleźliśmy. Ulica Wi dok nr 

14, mieszkania 11.
Lecz oderwijmy się od marnych dni! Nędzny żywot „zjadacza chleba" przerywa 

niespodziewanie — zebrańko pierwsze u Machajskiego. Ludwik, Tadeusz, Stach i 
Filip * zjawiają się u Wacława. Pierwszy podmuch, pierwszy huragan. Znane 

powietrze otacza cię, wznosisz oczy... To Jeż do nas przemówił *.
4  września   (niedziela).

Nad wszystkimi uczuciami człowieka — panuje jedno, a tak nieśmiertelne jak 
wieczność. Jest nim litość. Na zasadzie

1 Chodzi oczywiście o 30 ubiegłego miesiąca — sierpnia.
l!

202 DZIENNIKI, TOMIK XV
zaznania ogromu tego uczucia — gotów jestem uwierzyć w altruizm, rozumiany jako 

prawo warunkujące istnienie społeczeństw. Walczym zażarcie o byt, spychamy się w 
przepaście, aby dogodzić naszemu samolubstwu, ale jest granica, której żadne 

serce nie przekracza, jest linia, poza którą nie przechodzi nikt. Są minuty, 
kiedy zapadamy w otchłanie smutku — nie nad sobą rozmyślając, nie swą opłakując 

dolę, Te minuty, minuty bezwiednej litości, są jednym z najpotężniejszych węzłów 
łączących społeczeństwa. Gdybyśmy minut takich nie mieli, bylibyśmy szczęśliwi, 

prawda — ale szczęśliwością gorylów. A — niewesołe jest życie!
W dzień moich imienin nikt nie podszedł do mnie, nie uścisnął ręki, nie 

powiedział: „szczęść ci Boże"!...
Nie potrzeba nawet być mazgajem, aby być smutnym w taki dzień. Posiadam 

przyjaciół, znajomych, którzy witają mię, mówią komplementa... nie posiadam 
tylko jednej rzeczy, nie posiadam niczyjego serca. Pani Helena nawet — 

zapomniała, choć pisała przed dwoma tygodniami, że „nie może sobie wyobrazić 
życia beze mnie".1

Było wszystkiego — 42 rs. 60 kop. Lokajowi w Szulm. Kolej Dorożka Papierosy 
Dziennik *

10 obiadów w Taniej Kuch. Mieszkanie Chleb za miesiąc Pięć funtów cukru
60

Proszek

4

1.30

Przenoszenie

55

30

Gruszki

5

10 45 Koperty ,  marka Herbata

10 20

2.10

Chleb 16

4

Stróż 15

1.20 34

Stół

10

1.452

1 Dalej  dwie  kartki wyrwane,-  obie,  jak  świadczą  ślady przy  grzbiecie, 

były obustronnie zapisane.
2 Błąd w dodawaniu: suma wynosi 1,35 rs.

WARSZAWA, 1887
203

Herbata

25              23.48

42.60

Chonowskiemu pożyczyłem 8.82V2       +  1.45

—24.93

Zydlerowi pożyczyłem

50 k.          24.93

17.67

background image

Metoda Leidenscheidta * 10
Siennik

1.10

Wypchanie           i^K-ST

30 k.

Cudn.                    4B& 25 k.

Chmielna

1

17.67

Drobne wydatki: nafta, tytoń 77

— 1.37

23.48

16.40 l

Zostało się jeszcze — 16 rs. 40 k. na kupno munduru i ca-łomiesięczne życie.

Nie jadłem lodów, nie byłem ani razu w kawiarni, raz jeden byłem w teatrze, nie 
wydaję ani grosza na darmo. Cho-nowski i Zydler winni mi 9 rs. 32V2 k. Wydałem 

więc na życie i urządzenie się dotąd 14 rs. 16V2 k.
A przecież grozi mi wielka bieda.

Czynić dobrze, świadczyć łaski — bywa nieraz tak nieodzownie potrzebą naszego 
sumienia, jak jest potrzebą naszego organizmu — jeść.

6  września   (wtorek).
Byłem dziś u Wasilkowskiego z Filipkowskim i „kapitanem". * W ratuszu prowadził 

nas do „kryminału" — „kapitan", obeznany do pewnego stopnia z procedurą ukłonów 
panom komisarzom, radcom, naczelnikom, za zezwoleniem których można dopiero 

oglądać Leona. Weszliśmy tedy na
1 Błąd w odejmowaniu: różnica wynosi 16,30 rs.

DZIENNIKI, TOMIK XV
l'j

jakieś schodki — stamtąd do zakratowanej izby. „Pan radca" zmierzył nas nieufnym 
wzrokiem.

— Panowie studenci?
— Tak.

— Hh-um...
— Mamy do niego pilny interes pod względem jego lekcyj.

— Jego lekcyj? Wasilkowski... wątpię, czy będzie potrzebował jeszcze lekcyj — 
ale idźcie, panowie.

Otwieramy tedy drzwi do obszernej nory biurowej, gdzie znów jest kilku „panów 
radców". Jest tam i kilka facetek młodych, a wśród nich — Leon.

Przesyła nam pocałunki, lecz jeszcze rozmawiać nie mo-żem — póki nie skinie 
jakiś młody radca. Nareszcie...

Rzucamy się sobie w ramiona. W takich razach poznaje się tę niezgłębioną 
sympatię, jaka nas łączy. Ileż razy różniliśmy się w poglądach, spierali o 

kierunki — nigdy tylko nie mogliśmy się oprzeć wzajemnemu pociągowi ku sobie, 
gdy słowa nasze staczały się na jeden brylantowy wyraz: ojczyzna.

On już rozpoczął życie za nią.
Pierwsze słowo po przywitaniu:

— A co — jak tam stoi kwestionariusz ludowy? *
— Źle stoi...

— Świnie! No — ale do porządku dziennego, nas, tj. mnie, Antenowa, Talkę i 
Staweno, wyrzucą z uniwersytetu. Nie róbcie z tego powodu burd! Niech ich 

diabli!... Jedziemy do Krakowa, a jeśli JWny hr. rektor Tarnowski nie przyjmie — 
jedziemy do Genewy. Ja na rok pojadę pożegnać Wołyń...

— Kiedyż sąd?
— Czwartego października.

— Jakże was tu podejmują?
— Elegancko. Przez dwa tygodnie spało nas 19 w jednej izbie: na jednej pryczy 

dziesięciu złodziei, na drugiej karaluchy, pluskwy i dziewięciu studentów. Było 
tam jedno okno i dwa drewniane naczynia — jedno z wodą czystą, drugie...

WARSZAWA, 188?

205
dla nłerobienia sobie subiekcji. Teraz  siedziemy w norach po trzech.

— Z kimże ty?
— Z dwoma „kieszonkowymi".

— A wikt jaki?
— Warszawa karmi... Patrzcie — spodnie, buty, bieliznę, wino, herbatę, 

papierosy, książki, wreszcie całusy — wszystko dostarcza ta Warszawa tajemnicza. 

background image

Przynoszą np. kosz z czystą bielizną i prowiantami — dla mnie, Talki i Maksyma — 
nie wiadomo od kogo. Wiesz, poeto, jeśli kto, to Warszawa warta ody...

— I rzucisz nas, delegacie?
— Z tobą spotkam się jeszcze nieraz — co?

— Daj Boże!
— Cóż Chunior?

— Kiepsko...
— Gdzież idzie?

— Ku... „matuszkie"...
— A Piaseckł?

— Ksiądz.
— Macie nowych — jakiegoś Rakowskiego?

— Jest — ale bez ciebie...
— Cicho... my wiecznie razem!

Wchodzi kilka facetek eleganckich, matka i siostra Talki, siostra Wiśniewskiego.
— Panie Wasilkowski! proszę — woła pan radca. Otwierają małe drzwiczki —

— Adieu]
Nad tym pokoleniem, nad garścią nas, nad tymi, co siedzą dziś w kryminale — 

rozciąga się żelazna prawica ostatniego wielkiego poety, brzmi spiżowy głos 
starca: „nie umierajcie!" Między nami i tymi, co umierali w sybirskich stepach, 

na szubienicach i w cytadelach, co słuchali śpiewki Z dymem
206 ____ _____ ___     ___________DZIENNIKI, TOMIK XV

pożarów... — istnieje jeden tylko jeszcze człowiek, co domaga się od nas życia 
dla kraju. Jest nim Jeż. Reszta spoważniała, ubrawszy się w ordery, uszywszy 

sobie sztandar z napisem „praca organiczna" lub „obrona bierna", reszta się 
zasklepiła intelektualnie w służbie moskiewsko-austriac-ko-pruskiej.

Stary orzeł nasz — jeden tylko kracze jeszcze w ostatniej broszurze:
...gdyby Apuchtiny, Drentelny, Kochanowy, Hurki czuli, że grożą im nie policzki, 

lecz kije,* jeśli będą samowolnie nas ciemiężyć — nie pozwalaliby sobie tak 
swobodnie, tak bezkarnie...

(Rzecz o  obronie czynnej i Skarbie Narodowym — Paryż)
Godzien on tego adresu, jaki otrzymał od nas i za który ustnie (przez Zosię 

Kosmowską, która przyjechała z Genewy) — dziękował.
Leon — nie przeżyje życia daremnie.

Spałem jeszcze dziś rano, gdy stara nasza służąca Joanna przyniosła mi list — od 
pani Heleny. Zawsze dobra Kala! Trzy tygodnie nie pisałem do niej ani słowa, nie 

motywując milczenia niczym. I oto co pisze:
Drogi Stefanie!

Dlaczego tak długo nie pisałeś do mnie? Spodziewam się, że ważne powody zmusiły 
Cię do tego, nie sądzę bowiem, abyś dla fantazji narażał mię na tak przykry 

zawód i niepokój. Przez te kilka tygodni codziennie oczekiwałam listu, gniewałam 
się na Arona, że może źle pyta się o niego, posądzałam pocztowego oddawcę o 

ciekawość, o przejmowanie listów, a najbardziej lękałam się, czy nie jesteś 
chory. W ostatnim liście wspominałeś o chorobie elewa, zdawało mi się więc 

koniecznie, że mogłeś się zarazić tyfusem, i najprzykrzejsze myśli trapiły mię 
na ten temat. Gdyby nie obawa, że może mój list nie zastanie cię już w Szul-

mierzu, byłabym pisała — słowem, nie wiedziałam już co myśleć, dopiero list 
wczoraj otrzymany zaspokoił w części mój niepokój, ciekawa bowiem jestem bardzo 

powodu Twego milczenia. Napisz mi szczerą prawdę...
WARSZAWA, 1887

207
Teraz zanoszę prośbą do mego Stefana o natychmiastową odpowiedź, której oczekuję 

całym sercem...
Helena

P.S. Wybacz bazgroty i brak sensu,  ale dziś nieszczęsny jakiś dzień, w którym 
bardzo głowa boli... Pożałuj chociaż z dala...

Jedna i zawsze ta sama, aż do nieznośności ta sama odpowiedź: nie wierzę ci!
W  nocy.

Okno z naszego pokoju wychodzi na podwórze. Takiego drugiego podwórza nie ma 
prawdopodobnie w całej Warszawie.  Jest ono wielkości mniej więcej  — chustki od 

nosa. Ponieważ mieszkamy na parterze — widziemy więc tuż pod samym  oknem  

background image

kwadratowy  kawałek  asfaltu,   nad  asfaltem wznosi się prostopadle szara 
ściana, sięgająca prawdopodobnie do nieba, gdyż z naszego okna nie widać końca 

tej ściany, choćby się wysunęło na dwór głowę... na podobieństwo szukającej   
oczyma  w  powietrzu  jastrzębia   —   indyki.  Takaż ściana wznosi się z prawej 

strony kwadracika asfaltowego. Trzecia — dobiega do wysokości drugiego piętra, 
urywa się i artystycznie zakończa — kominem.  Jednym  słowem jest to głęboka na 

trzy piętra studnia, na dnie której znajduje się troszka asfaltu, ogryzeczki 
papierosów i podejrzane jako-weś strzępki, gałganki, parę sznajgurtów * i stary, 

zdeptany, złamany na dwoje pantofel. W ścianach studni czernieją — okna. Mówię 
czernieją, gdyż szyby tych okien rzadko bardzo widują słońce. Słońce nigdy nie 

wdrapuje się na niebo tak wysoko, by mogło oświecić wszystkie zagłębienia i 
zmarszczki starości w asfalcie. A jednak — chce ono być wszędzie: rankiem przez 

szczelinę szerokości łokcia, sformowaną przez komin i  sąsiednią  ścianę,  
wskakuje w tę  ciemną  szufladę promień słoneczny. Po szarej,  brudnej,  

chropowatej, pełnej
Kr-

DZIENNIKI, TOMIK XV
płaskich zagłębień ścianie zsuwa się na dół, wchodzi w najmniejszą szczelinkę, 

jak strumień wody zmywa twarz pomarszczonej ściany, dotyka ram sąsiedniego okna, 
dochodzi już-już do prostego dwuściennego kąta... Wydaje się, że z szczelin 

starej ściany wyłażą jakieś duże, czarne, obrzydliwe robaki i chyżo, na łeb na 
szyję uciekają na ścianę sąsiednią. To cienie, wieczne cienie, złe duchy tej 

nory. Wtedy to i z naszego okna można widzieć... niebo. Niebieskie niebo!
Widać go taki skrawek jak poła surduta, lecz wydaje się cudnym, fantastycznym, 

nieskończenie zachwycającym obrazem, oprawnym w obrzydłe ramy: okopconego 
komina, kan-ta ściany i górnej ramy naszego okna. Czasami na tym obrazie 

przesuwa się biała, leciuchna jak piórko puchu, jak marzenie dziecka — chmurka. 
Pragnąłbyś zatrzymać ją stęsknionym wzrokiem — lecz uciekła, uciekła może ku 

znanej ci wsi, ku szerokim lasom, rzekom srebrzystym — zanieść wieść, jak ciemno 
w brudnych pieczarach miasta...

Czasami na to nasze (tak zwane) podwórze zalatuje nadprzyrodzony smrodzik. Nie 
jest to bynajmniej smrodzik domowego ogniska — owszem, jest to smrodzik, 

wydostający się z jakichś zgniłych skór bydlęcych czy czegoś w tym sensie, 
fabrykowanego w sąsiedniej kamienicy. Rzadko, bardzo rzadko w nocy zagląda 

trwożliwie p; :mteń księżyca. Odrysuje na ścianie mglistymi freski — drab:u:ę z 
sąsiedniego dachu, przypomni coś — i pójdzie do szczęśl wszych miejsc, do 

szczęśliwszych ludzi, pójdzie wyszukiwać zakochanych, śledzić ich pocałunki, 
zaglądać w okna młodych panienek i romansowych wdów. Nie ma tu nic dlań 

ciekawego. Nasza sąsiadka? Boże drogi! — ani jej się śni o całowaniu żadnego z 
nas.

Czasami znowu przypłynie akord jakiś muzyczny, gama fortepianowa, spadnie z 
wysokości trzeciego piętra i nie doleciawszy do dna studni rozsypie się w 

proch... A wiatr — wiatr dosyć często tu bywa. Pośliźnie się na gzymsie dachu, 
rznie na łeb, potłucze się śmiertelnie na asfalcie, zaskowyczy

Ł
WARSZAWA, 1887

209
i

z bólu, zepnie na pazury, lecz nie wyżej okna naszej sąsiadki, a widząc, że nie 
wyskoczy żadną miarą — rozdmuchnie jednym plunięciem płuc niedopałki papierosów 

w cztery kąty podwórza, harcnie pazurem mur, zatrzaśnie lufcik sąsiadce naszej i 
jednym susem wskoczy w nasze okno otwarte — wydmie firanki...

Firanki?
— Tak — z całą dumą wyznaję: firanki! Nie żadne tam byle jakie ze starej halki, 

czepka lub kołdry uszyte — ale rzeczywiste firanki... (Zresztą — ja nie wiem, 
jakie one są, ale nadzwyczajnie białe, białością, jeśli nie śniegu, to 

przynajmniej dwa tygodnie ledwo noszonej koszuli).
A pokój nasz? Pokój z obiciem niebieskim, pokój, na obiciu którego namalowane są 

niebieskie ptaszki na niebieskich gałązkach z niebieskimi kwiatkami? O — 
zaprawdę — pokój ten wart jest opisu. Oto... umywalnia. (Zaczynam od umywalni, 

bo to najpiękniejszy mebel u nas). Umywalnia tedy z marmurową płytą, z samowarem 

background image

(rzeczywisty samowar!), z miednicą, z miseczką na mydło... Tuż łoże moje z 
malinową kołdrą, tuż piec, wąski jak suchotnik. Dalej idzie...-krasny; ugoł* 

(inaczej „bawialnia"), gdzie fotel stoi — przed stolikiem, jak na fotel 
przystało. Łóżko Chuniora, stół drugi. Obrazy dwa: Limik Andriollego * i drugi 

olejny, „bardzo piękny", jak nas zapewniała nasza służąca Joanna, przedstawia 
bowiem jakieś coś, podobne do mocno zasmarkanej chustki czy też zielonawej wody, 

nad którą na drągu suszy się, jak ja utrzymuję, „chiton" grecki — a jak 
utrzymuje Chunior, zwyczajna damska koszula — taka sama nawet, według niego, w 

jakiej czasami widujemy naszą sąsiadkę.
Część ornamentacyjną pokoju reprezentuje: czaSzka, cu-kierniczka, kałamarz, mój 

kuferek, zresztą najzupełniej cała lampa, pudełko od gilz i inne „meble". Co do 
przedpokoju — to nie mam nic do nadmienienia. Na długość jest on mniej więcej 

tyli co nos Chuniora, na szerokość równać się może jednej nogawce idealnie 
modnych spodni. Lecz dokąd to pro-

14 — Dzienniki t. IV
210 DZIENNIKI, TOMIK XV

wadzi ten przedpokój! Chunior patrzy zawsze w stronę spiżarni, ja w stronę 
naszej ładnej gospodyni — ze współczucia jedynie, bo oto nie dłużej jak za 

miesiąc „stanie się cud i rozraduje" * — jeśli nie świat, to przynajmniej 
sąsiedni pokój... wrzaskiem.

7 IX (środa).
Wszystko przemija ł znika, w cień się zasuwa... Młodość bujna, najpiękniejsza 

młodość leci szalenie szybko. Czasami, dorzucając nowy list Heleny do paczki 
poprzednich, natrafiając przypadkowo na jakąś od niej pamiątkę — wierzyć się nie 

chce, że się już przeżyło życia aż tyle... Przypominam się sam sobie jako 
zakochany niewinnie, namiętnie, wściekle, natrętnie i skromnie; gdzieś, daleko 

ogromnie widzę przerażające porywy duchowego cierpienia, bezrozumną, wściekłą, 
zwierzęcą, palącą tęsknotę, żrącą jak dzikie zwierzę — rozpacz; nie chce mi się 

uwierzyć, że człowiek może sobie stworzyć piekło takie, w którym ani cienia, ani 
obrazu, ani konturu, ani nic, co mogłoby być podobne do nadziei, do pociechy, 

choćby do zimnego spokoju.
Z uśmiechem epikurejczyka czytam dawne minuty zachwy-ceń, gdy jakiś 

nieskończenie długi prorrre.a włosów, c;:arny jak smoła, jedwabny i łamiący się 
w setnt: > walne zgięcia, zsuwał się na wyniosłą, hardą pierś; gdy biai>:, a 

jakby rzeźbione nieskończoną płaskorzeźbą cieniuchnycr,, różowych żyłek półkręgi 
powiek zsuwały się na wielkie, wspć.niałe, jaśniewielmożne, aż czarne od ognia 

palącego się w nich, niebieskie oczy; gdy od prostych, długich, tkwiących w 
powiece jak rząd żelaznych czarnych strzał, rzęs — leciało czarne zaćmienie na 

drugą półkulę oka, na cień podoczny czarnoniebieską wstęgą wijący się 
półkolem...

A kibić, kibić wysmukła i gibka jak nadrzeczna trzcina, a piersi, linia których 
zbiegała się z linią ramion, wzniesionych jak u Napoleona, półowalem wykreślała 

granicę dla szyi, co była biała jak u posągu Afrodyty z kararyjskiego
WARSZAWA,

211
marmuru, co ginęła aż gdzieś, pod nieskończonością czarnych, natrętnie 

pachnących kaskad. Posiadłem tę nieopisaną piękność, a duszy nie przykułem do 
siebie i gdy dziś trzeba napisać list, przysięgać — to tak mi smutno, że nie 

czuję nic nad to, tylko „wypada" odpisać.
W jednym z poprzednich listów było: „będę u ciebie" — i... nie wynająłem 

osobnego mieszkania. Dławi mię ten epi-kurejski śmiech!
Wczoraj — „margfaBia^T^ojciec", Tadeusz, „kapitan", Andrzejaczek, „Kąsinowski", 

ja i z ośmiu nieznajomych studentów — byliśmy u cioci Slimakowskiej, u Zośki, 
Jankla Swicy, pod 42 itd. Ponieważ jednak Tadeusz i „kapitan" spili się setnie i 

wytłukli stróża u Swicy — zawróciliśmy więc do domu. Na sali u Slimakowskiej 
było ogromnie gorąco — wyszedłem na wiatr o godzinie drugiej w nocy i dziś mam 

ogromny kaszel. Boję się, by nie było zapalenia płuc. Banda szaleńców zaciągnęła 
mię na te brudy; nie „spuszczałem nawet natury" i mogę się nabawić choroby...

„Kapitan" i „Kąsinowski" mieszkają z Otosiem u hrabiny O. * Parę dni temu, przed 
sprowadzeniem się rewolucjonistów, odwiedzałem Otosia. Spotkałem się z p. 

hrabiną w przedpokoju, a ponieważ Otosia nie było, czekałem w jego pokoju. Co 

background image

chwila wbiegał mały Jurek, za nim śliczna mama, odnowiliśmy więc naszą przelotną 
znajomość jeszcze z czasów egzaminów. Szczęśliwy Otoś! Jak jemu musi być dobrze 

kołysać się w tych okrągłych ramionach.
Pan hrabia zblazowany jest widocznie do zupełnej „miękkości"...

Z Wacławem się przeprosiłem. Właściwie — nie przepraszaliśmy się, lecz że jemu 
do wpisu brakowało 5 rubli, a nie-

212
DZIENNIKI, TOMIK XV

zapłacenie wpisu mogło go według nowych praw wciągnąć „w ratniki jewo 
Impieratorskawo wieliczestwa" * — chciałem więc pożyczyć pieniędzy dla niego od 

byłego księdza Oktawiana. Ksiądz zawsze księdzem... Wykręcił się sianem, 
wyjazdem. Pożyczył jednak Wacław od „Kąsinowskiego." Tym tedy sposobem 

nawiązaliśmy rozerwane przez Soplicę stosunki.
Tania Kuchnia jest punktem, gdzie kulminują się najważniejsze cele bieżących 

dni: obiad (pieczeń i chleb — 15 kop.), nadzwyczaj zajmujące konwersowanie o 
drastycznych kwestiach z Antosią, Andzią, Zuzią, Michaliną i innymi kotletami, 

spotkania ze znajomymi studentami, wreszcie pewna przerwa w ziewaniu i w myślach 
nudnych, tak codziennych jak te nieznośne popielate spodnie, które mi do 

maksimum obrzydły...
Mamy dwie sąsiadki. O jednej muza milczy wyczekując dnia, kiedy będzie mogła 

wyśpiewać wdzięki tej bogini, które jak obecnie widujemy tylko z daleka, tylko 
przez niezupełnie dosuniętą sztorę, tylko w spódniczce białej, :<> dozwala 

czasami (gdy się wlezie na stołek) widzieć śnieżyste pończoszki, więzione na 
małych, duszą się klnę, jakby lilipucich nóżkach — w płytkich, jak moja 

filozofia, pantofelkach z czarnego safianu. Sąsiadka nasza — chodzi, jak wszysry 
śmiertelni, spać. Sypia w samej tylko koszuli (sic!). Okno naprzeciwko, sztora 

umyślnie przez nią nie dosuniętą — Jezu! — co za olimpijskie widoki, gdy nasza 
sąsiadka łapie pchły!...

Druga sąsiadka, sypiająca (ach!) tuż za drzwiami, przy których stoi moje 
łóżko... Ta sąsiadka (czy łapie pchły — nie wiem, ale) śpiewa ładnie. „Śpiewa 

piosenki swojemu dzieciątku w noc ciemną". Jest pewna nieprzeparta potęga w 
śpiewie kobiecym. Głos czysty jak bujna fala źródlanej

WARSZAWA, 1887
213

wody wylatuje w przestwór i niby grom z wysokości zapada ci w serce.
8 IX (czwartek). -,    _^

Poszedłem wczoraj spać o czwartej w nocy, a obudzono mię dziś o piątej rano. 
Ludwik, Edward, Tadeusz i Stach — przyszli mię zbudzić, wyciągnęli z łóżka i 

kazali iść ze sobą do Wilanowa.
Poszliśmy więc. O siódmej zwiedziliśmy Czerniaków. Święty Bonifacy — wiem, że 

umarł w 755 roku — ale co robi ten święty w Czerniakowie — wcale nie wiem *. 
Pilawę * zauważyłem wszędzie — i całe wrażenie. Z Czerniakowa ruszyliśmy łąkami 

ku Wilanowu. Otwierają ci się przed oczyma łęgi, błonia, zakończone gdzieś aż 
nad brzegami Wisły zaroślami wikliny. O ósmej byliśmy już w Wilanowie. Szliśmy 

przez wieś. Co chwila spotykasz jakieś dziwowiska: chłopska chałupa np. 
zbudowana w najczystszym gotyckim stylu. Ostro-łukowate drzwi i okna — i we 

drzwiach wrotka * jak w chlewie, próg przegniły prowadzący przez gotyckie drzwi 
do najzwyczajniej, najpierwotniej polskiej chaty. Obok chałupki, skleconej z 

najprostszych okrąglaków, ze słomianą strzechą — stoi np. wysmukła baszta w 
stylu maurytańskim, a przez misterne okienka baszty o secinie kolumienek — 

wygląda siano, niżej — kwiczą świnie. Widziałem chłopską stodołą z mozaikowatym 
rysunkiem cegieł...

Lecz mijamy te niespodzianki, by popieścić oko kościołem. Nie znam się na stylu 
— tym bardziej na stylu tego rodzaju. Wydaje mi się jednak, że to styl 

„odrodzenia" *, że kościół ten jest reminiscencją kościoła Piotra i Pawła w 
Rzymie *. Wszędy wspaniała gładkość, grecki spokój widnieje w ko-rynckich 

kolumnach.
Ani jednak napisy, ani prześliczne tuje okalające kościół, ani sarkofag Augusta 

i Aleksandry Potockich *, ani strzyżone przepysznie aleje — nie zatrzymują nas. 
Spieszymy do pałacu*. Trzeba mieć wielki zasób historycznej wiedzy, dosko-

et!

background image

DZIENNIKI, TOMIK XV
nały smak artystyczny, znajomość ducha epoki, aby choć blado opisać wszystko, co 

się tam rzuca w oczy. Wspaniały jest ten pałac. Czujesz tu dłoń hojnego mocarza, 
wielkiego króla — nie zblazowany smak Stanisława Augusta. Z pałacu wilanowskiego 

wieje echo potęgi tego pana, co hojnie rzucał światu dobrodziejstwa — a tu na 
stare lata zbudował sobie siedlisko i zmieścił w nim wszystko, co tylko mógł 

mieć wtedy przepych królewski. Szybko mijaliśmy te sale. Zamarła przeszłość 
wieje z każdego gobelinu, z każdej majoliki, z krzeseł i kanap, ze stołów i 

biurek. Zaledwie masz czas w ślad za głosem cicerone'a rzucić okiem na biurko 
przysłane królowi przez papieża, na różę przysłaną królowej, na portrety i 

meble, a już wskazują ci takie rzeczy, jak karabela Stefana Batorego, szabla 
Sobieskiego, buława Jabłonowskie-go *, puchary Augusta II, wspaniałe vitrum 

glorioswn *... Tu kaplica przerobiona z pokoju, gdzie umarł, tu gabinet z 
kanapą, którą zda się przed chwilą opuścił, by pójść do gabinetu Marysieńki, 

gdzie wielkie obrazy mitologiczne rozdrażniają nerwy. Tam wiszą portrety wodzów, 
tu prześliczne rzeźby, tu wspaniałe gobeliny. Każdy z tych przedmiotów wtrąca 

cię w inną sferę, unosi dokądś na chwilę — a wszystko odziane tajemniczą, 
mglistą czcią i żalem, Tak byli wielcy, tak bogaci — i nie zostawili nam nic, 

nii prócz żalu po nich!
„Wykopaliska z Pompei" — głosi cicerone otwierając jakieś nowe podwoje. Wilcza 

ciekawość musi się gasić jednym niemal przelotnym wejrzeniem. Odwieczne skarby — 
ta „nova villa tenet" *!

Po krętych schodach dostajem się do chińskich apartamentów. Miejsce świętości 
zajmuje kosmopolityczna wiedza — ciekawość. Zachwycające reprodukcje arcydzieł 

rzeźby — z porcelany saskiej — zabrałyby czasu wiele, a oto mamy zwiedzić 
jeszcze galerię obrazów. Paweł Yeronese, Guido Reni, Correggio, Greuze * po raz 

pierwszy zjawiają się przed tobą. Pędzisz zgłodniałymi oczyma z arcydzieła na 
arcydzieło

WARSZAWA, 1887
215

i wicher tej sztuki porywa cię za sobą. Oto kilka twarzy kobiecych Greuze'a 
staje przed tobą. Szukasz gdzieś w pamięci snów tak pięknych, jak jedna z tych 

twarzy — i nie odnajdujesz ich. Twarze te nie żyją, ale unoszą się, dumają, 
marzą, śnią. Patrzysz na jakąś główkę pędzla Correggia — i bez komentarzy już 

wiesz, co to jest koloryt, co znaczy ta straszna potęga, dająca możność w barwie 
farby odzwiercia-dlić temperament, naturę, niemal duszę człowieka. Tam Guido 

Reni przypomina ci biblijne obrazy: widziałeś je dawno. Nie, nie widziałeś 
nigdy! To coś nowego, coś innego! coś porażającego masą twarzy, masą ciał, 

stanowiących jedną, olbrzymią jak skończony utwór muzyczny, jednolitą — całość. 
Idziesz dalej — wracasz znowu do Greuze'a — płakać, tęsknić, marzyć, szaleć. 

Wreszcie uciekasz stamtąd, bo powstaje w uczuciach chaos: jak wichry, jak 
opętane wściekłością konie latają myśli i mało piersi nie pękną!

Wiesz teraz, dlaczego ludzie chodzą do Włoch, wiesz, czego się uczą, i 
rozumiesz, jakie oni spędzają dnie patrząc na ten świat zaczarowany, potężny, 

święty, wspaniały i wszechmogący jak natura.
Park. Wszystko oddano na usługi sztuki, i drzewa nawet, i rzekę, wszystkiemu 

powiedziano: masz być tak, a nie inaczej piękne.
Schodziemy na dół: tam „stara Wisła" i Wilanówka * leżą w nieskończonej zieleni 

łęgów. Śliczna Wilanówka! Jak cudna kobieta wypręża swe srebrzyste piersi z 
bujnych, dziewiczo-bujnych kędziorów nadrzecznych wierzb. A wierzby długie, 

miękkie, jedwabne pukle zarzucają na dziewicze ciało rzeki i na próżno zgania je 
wiatr, na próżno ciska się w namiętnym drżeniu białosrebrna, delikatna pierś 

rzeki.
Co chwila botanik nasz Ludwik zrywa rośliny, pakuje w swą zieloną puszkę, lecz 

nie drobnych szukamy rozkoszy. Oko się nurza w ogromie zielonych państw, szaleje 
i pędzi po prześlicznych krajobrazach. Zwiedzamy Morysin *, ruiny sztuczne, 

promem przebywamy Starą Wisłę. Za Starą Wisłą

g DZIENNIKI, TOMIK XV
rozciągają się sady. Morze brunatnych śliwek rywalizuje z srebrem białodrzewów. 

Cudne widoki!

background image

Wracaliśmy inną drogą: na Augustówkę i Siekierki, * robiąc tym sposobem ze trzy 
mile drogi. Szliśmy brzegiem Wisły po piaszczystych łachach.

Z dala wstaje w brudnych mgłach Warszawa...
Zrobiliśmy ze sześć mil drogi. Nogi bolą, lecz czuję się zdrowym i wesołym, 

naoddychawszy się czystym powietrzem. Nie stworzony jestem dla miasta.
10 IX (sobota).

Chory .jestem. Mam straszny kaszel, gorączkę, ból głowy, dreszcze febryczne.
Czytam książki — znowu mojego ulubionego Taine'a. Co prawda — mam obecnie przed 

sobą ulotne jego spostrzeżenia nad życiem *, które nie są ani tak głębokie jak 
Historia literatury angielskiej, ani nie pisane tym wspaniałym stylem, jaki 

kwitnie w jego Francji przed rewolucją, [w] Notes sur l'Angleterre lub studiach 
o Napoleonie *. Zawsze jednak ma on tutaj tyle do powiedzenia o Francuzach, że 

już to zanosisz się od śmiechu, już uważnie wglądasz w jego tezy i paradoksy.
Wczoraj czytałem tragedią Gadomskiego Larik *. Potężny to, spiżowy utwór, niby 

jedna z wstrząsających kreacyj Ajschylosa. Larik ani jednego słowa nie deklamuje 
— wszystkie słowa jego płyną z głęboką boleścią przesyconej duszy. Zachodzi 

pewne, nieznaczne pokrewieństwo między ogólnym charakterem tego starca i Learem. 
Brak tu naturalnie tchnienia Szekspira, lecz są chwile uniesień, potężnych jak 

uderzenie piorunu. Obrzuconego błotem, uwiązanego na powrozie Larika prowadzą na 
śmierć krzyżową. Tłumy jego rodaków złorzeczą mu. Wtedy on zwraca się do nich z 

paru słowami: „Powróz waszym prawem. Szanujcie prawa!" Jest straszna,
WARSZAWA, 1887

217
oburzająca ironia w tych dwu słowach. Kryje się w nich i głębokie szyderstwo 

zamaskowane sztucznie — może skierowane nie do samych tylko Br y tańczy ków... 
Utwór ten stoi na wysokości kreacyj Słowackiego, powinien zająć poczestne 

miejsce w literaturze naszej i daj Boże, by go czytali nasi młodzieńcy, 
dowodzący o wcielaniu się słabszych organizmów w silniejsze.

11 IX (niedziela).
Wzmaga się gorączka. Jest to coś strasznego: marzę chwilami jak małe dziecko. 

Kaszel piekielny, bok mię boli.
Musiałem dziś trzy razy latać na Mirowską ulicę do krawca, który robi mi mundur 

i spodnie.
Z mojego majątku — zostało mi się 7 rs. 71 kop. na długu u Chuniora. Mundur 

będzie we czwartek. Należy się jeszcze krawcowi — 6 rs., za spodnie (robota) — 2 
rs.

Wasilkowskiego podobno wypuszczono. Na jak długo — nie wiem. Wątpię, by pan 
Hurko ułaskawił go aż o cały miesiąc. Delegatem naszego kółka jest obecnie 

zastępca Leona — „Kąsinowski".
Pisałem do Heluni... Może umrę, bo jestem s

le słaby. Zażywam chininę.
Chwilami rad bym rzucić wszystko i spać, spać do nieskończoności. Raz mi zimno, 

drugi raz gorąco i duszno — piersi bolą.
14 IX (środa).

Leona puszczono z kryminału rzeczywiście. Byliśmy z Wacławem u niego dziś. Aby 
go określić teraz — trzeba by

218_______________________________________ DZIENNIKI, TOMIK XV
dużo papieru zapisać... Przede wszystkim jest chory na lekkie zapalenie płuc, 

następnie — ogarnął go jakiś skryty głęboko, głęboko, jątrzący się jak drzazga w 
ciele, dotkliwy a widny zaledwie wprawnemu oku — pesymizm. Zdawałoby się, że o 

Leonie niepodobna mówić formalnie jako o pesymiście, tymczasem i ten kot, 
padający zawsze na łapy — stłukł się. Uwolniono ich — po słuczaju tiezoimienstwa 

jewo Impie-latorskawo wieliczestwa *. Dano im pewnego rodzaju szczut-ka w nos. 
Wszedł Pankow i przeczytał: „rocnoflHH HanaJib-

HMK   KpaH   JlbCTHT   Ce6«   HaflejKflOIO,   HTO   CTyfleHTbl   H6
ypona B Teneraie Bceił CBoeił JKHSHM..." * Nie dziwię się, że im żal było 

porzucać kryminał. Zbiedzony, zadłużony, wreszcie wycieńczony — wrócił w grono 
ludzi, zajętych już powszednim jedzeniem obiadów, chodzeniem do Zośki i 

przyglądaniem się końcom swoich kamaszków... Pojmuję takie wrażenie. Jest on 
jednostką niezaprzeczenłe silną: złamać się we dwoje jak kij — nie złamie nigdy, 

ale jest za chwacki do podejmowania zadań, jest za wiele ufający swym siłom. 

background image

Mieć taką duszę gwałtowną, gwałtowną od szczytów do korzeni — i nie znajdować 
echa, po prostu duszy podobnej w otaczających go — znaczy patrzeć czasami z 

niechęcią na tych otaczających.
Jutro będzie na nich uniwersytecki sąd. Jeśli uwolnią — pojedzie na wieś, 

miesiąc zabawi i wróci, jeśli wypędzą — zginie nam na zawsze.
Broszura — da się może odlitografować w jakich dziesięciu egzemplarzach u 

Chodowieckiego *. Prócz tego Tadeusz ją przepisuje, ktoś zaufany ma sprowadzić 
wprost z Paryża sztuk 5 lub 6. Tymczasem żegluje ona po Warszawie.

Dziś nareszcie po tysiącznych trudnościach, które mię do wściekłości   
doprowadzały,   wyciągnąłem   matrykułę.   Jutro

zaszyję się w mundur, chemią w garść wezmę i śmierci czekać będę.
Z ludzi, o których sądziłem, że będą dużym budynkiem, "w których wierzyłem — 

widać bardziej i bardziej albo ośle uszy, albo ślady kopyt zostające w 
budowlanym cemencie. A jeszcze ci urzędnicy wysocy, prezesi i sekretarze, 

delegaci i bodaj czy nie mistrze ceremonii — jeśli także na sposób patriotyczny 
w nosach dłubią, to niech ich pioruny zatrzasną. Pozostaje — pozostaje śmiech 

bezdźwięczny na śmieciach gmachu.
Wierzę jednak, że istnieją siły w tym narodzie, siły odśrodkowego gatunku, siły 

zgiętej sprężyny. Nie chcę wierzyć, nie uwierzę nigdy, abyśmy byli długą nicią, 
którą można w kłębek mały przemocą zwinąć i obcasem w błoto wbić. Są u nas 

młodzi studenci, jak mój przyjaciel Ch.,* którzy z najlepszą wiarą i pewnością 
siebie wygłaszają zdania, ,,że siła stać się musi prawem tam, gdzie prawo stać 

się siłą żadną miarą nie może, że tedy (za jednym zamachem) — porzuciwszy idee 
wyniesione z Buckle'ów, Millów, Chrystusów, Comte'ów — powinniśmy za ideał 

państwa uważać nie inny, jeno ten, co jest najsilniejszy, jeno ten, co bat ma". 
A jednak duszę tych młodych Polaków musi oblewać czerwona jucha wstydu, bo gdy 

im w oczy patrzeć, to się zasłaniają tumanem panslawizmu (sic!) lub, co jeszcze 
lepsze, wskazują albo na pana Tarnowskiego, albo na pana Swięto-chowskiego, 

odziewają się w pancerz „pracy organicznej", „obrony biernej" — lub mówią, że 
koniecznie trzeba się „zachowywać". Mówią mi nieraz, że my — to zdrajcy, że my 

chcemy znowu narodowi narzucić ideę samogwałtu, że prawdziwym Polakiem jest ten, 
kto milczy i pracuje. Milczą i pracują dla chłopa — woły — dopóty, póki mu się 

nie spodoba ich zabić.
Naród żyje, tworzy, pracuje, sięga tam, „gdzie wzrok nie

220 DZIENNIKI, TOMIK XV
sięga" — wtedy jedynie, gdy w nim kipi żądza swobody, gdy go nurtuje od piwnic 

do poddaszy lawa miłości rodzinnej ziemi. W jarzmie się tylko zdycha. 
Przyprawcie pracy organicznej skrzydła, którymi niech leci do niepodległości — 

wtedy wam uwierzę. Bez nadziei wolnego jutra — jesteśmy żołnierzami, co to nie 
myślą być generałami.

Pan Bem powiedział do jednego z moich znajomych, że z ochotą by nas „wydusił". 
Pan Bem jest organicznikiem i — wołem roboczym, jednak — dajmy na to... Lecz ci 

oto, rozumniejący ze strachu — młodzi z krwią, co nie zdążyła się zamienić 
jeszcze w piwo — jakże podli!

Najnowsze studium Taine'a o Napoleonie czytałem. Ponury sąd spadł na tytana.
... Samolubstwo jego i chciwość władzy sprowadziły architektoniczny błąd zarówno 

w budowie monarchii europejskiej, jak i monarchii francuskiej. W pierwszej 
budowli architektoniczny ten błąd już od początku roboty staje się widocznym i 

sprawia, że po upływie lat piętnastu gmach rozsypuje się w gruzy; w drugiej — 
jakkolwiek lównie ważny, mniej przecież wyraźnie występuje: ostateczny upadek 

nastąpi może po : pły-wie lat pięćdziesięciu lub całego stulecia, ale 
następstwa, stopniowo i powoli zeń wynikające, nie mniej zgubne i nieunikni<:r e 

być muszą.
Napoleon najlepiej sam siebie charakteryzuje, kiedy przecząc panu de Segur, że 

po śmierci cesarza ludzie wcale czuć nie będą jednomyślnego żalu, twierdzi, że 
ludzie dowiedziawszy się, iż wielki cesarz nie żyje — powiedzą: „Ha!"

W  nocy.
W pokoju naszym wieczorem zjawiają się nieraz goście: skórki i karaluchy. Nie 

mówię tu już o tym, że dzięki obecności w mieszkaniu kobiet — pchły nam nieraz 
po łydkach inkursje czynią, nie wspominam o pająkach i ćmach, co Bóg

WARSZAWA, 1887

background image

221
raczy wiedzieć skąd się tu biorą i wojowniczego ducha ojców naszych w Ch. budzą 

— lecz o prusakach wspominać muszę, bo niejedną godzinę żywota mi zatruły. Cóż 
dopiero mówić o doktorze? Z kamaszkiem w ręku, z namarszczoną groźnie brwią 

ściga on napastników po ścianach, aż grzmot idzie na sąsiednie kamienice, tapety 
obija — a karaluch siedzi gdziekolwiek w dziurze, wąsami strzyże, w kułak się 

śmieje i drwi z animuszu rycerskiego młodzieńców, co dziś — jeno na karalucha 
śmieją się porwać... z kamaszkiem.

16 IX
Byłem po raz pierwszy w tym roku na chemii ogólnej. Ubrany już jestem w mundur i 

mam wielce poważną minę — żandarma. Ubierają nas ile możności w mundury, aby 
mogli za jednym zamachem na jakimś społecznym przeglądzie wskazać: oto lojalne 

durnie...
Wracając z „taniaka" spotkałem — pannę Zofią *. Ze ślicznej warszawianki stała 

się obrzydliwie tłustą studentką genewską. Mniejsza jednak o to, bo przywiozła 
jeszcze ze sobą ośm egzemplarzy broszury. W skok też wyprawiłem Kazia, by 

wydostał od niej te resztki, zanim je zdąży rozdać jakimś lojalno-ostrożnym 
obywatelom wielkiego państwa filistrii, co by spalili drogocenne kartki. 

Zbrzydła Zosiunia: ma wygląd pfowincjonalnej sawantki, kandydatki do znajomości 
reguły trzech — czy czegoś w tym guście. Staniemy się fali modo * — panami kilku 

(niemal dziesięciu) zeszytów, co ułatwi nam wielce rozrzucenie promieni światła.
Dostałem nareszcie kwestionariusz ludowy. Jest za obszerny i jednocześnie nie 

wyczerpujący kwestii. Aby nań odpowiedzieć sumiennie, trzeba by kilka lat stykać 
się bezpośrednio z ludem, być więcej od przeciętnego demokraty war-

222 DZIENNIKI, TOMIK XV
szawskiego świadomym rzeczy wioskowych ł nie mieć tych nieznośnych odcisków, 

zwanych arystokratyzmem lub demo-kratyzmem krańcowym. Nic głupszego nad 
demokratę, podporządkowującego wszelkie sympatie antypatii do tak zwanej 

szlachty lub sympatii dla chłopa, zarówno jak nic nieznoś-niejszego nad 
„dżentelmeńskie" przekonania w kształcie przekonań panny Marii G., lecz żadne z 

tych głupstw nie ma tak doniosłego znaczenia w zamianie wymówek zwanej1 sporem — 
jak gdy rzecz idzie o traktowanie rzeczy bezstronnie naukowej.

Kwestionariusz ludowy, sporządzony przez Jasia, wyświadczyłby kwestii szkodę 
wielką, sporządzony przez Kar. * — wyświadczyłby nie mniejszą. Ci arystokraci i 

demokraci udają, że... są jednym narodem!
Jaś — porzuca Koło *.

Ach, pani! pomyśleć, że ja i najbiedniejszy chłop, ostatni żebrak w Bułgarii, 
czujemy jedno — jakaż rozkosz! *

Żałować by należało w takim razie, że nie urodziłem się w Bułgarii lub że nie 
znam pięknych, zanadto pięknych słów Turgieniewa. W Polsce — nie ma bodaj dwu 

ił.udentów „czujących jedno"... To jedno — to miłość rodzinnej ziemi, miłość 
nieopisanego dobra, miłość najświętszej, niepokalanej żadną zmazą, nie 

podlegającej żadnemu wątpieniu idei, miłość tego czegoś, czegoś nieujętego, tego 
czegoś, co każą nam określać nasi koledzy, tego czegoś, co leży pod sercem jak 

żmija, co czasami płacze, czasami uderza pięścią miedzianą, a zawsze żyje, 
zawsze idzie we krwi, jak zegar puszczony w ruch przez Boga. Pan Ch. wątpi o 

istnieniu, o możliwości istnienia tego gatunku uczucia w „logicznym" organizmie, 
pan Jan odstępuje nas — a więc także wątpi... Idą szukać złotych

1 W autografie omyłkowo: zwanych.
WARSZAWA, 1887

223
cielców i porzucają Synai. Kiedyż się zjawisz, Mojżeszu pomsty, i rozbijesz nad 

głowami nędznych, spodlałych, zgniłych na gnój — tablice bożego prawa?
A jaki żal, gdy taki jeden i drugi pan — „rozumnieje"! Siadasz nieraz z 

niechęcią, by zanotować fakt podobny, i idzie głębokie, potworne, wstrętne, 
straszące jak grzechot-nik zwątpienie o intelektualnej wartości wszystkich. Któż 

wie, czy jutro lub za rok nie stanie się „rozumnym" — Leon, Wacław, 
„kapitan", ...czy ty sam kiedykolwiek nie zmądrzejesz?

Sąd uniwersytecki skazał Leona na pozbawienie wszelkich studenckich praw 
(stypendia, Igoty *, bańki mydlane) — w ciągu pobytu jego w uniwersytecie. 

Spalili mu budę na rzepie *. Apuchtin nie chce go puścić na Podole, a Hurko bada 

background image

tymczasem wszystkie jego facetki, jakie go odwiedzały w kryminale. Spali mu 
drugą budę na rzepie. Tymczasem — Leon udaje lojalnego kawalera, ma całe 

najzupełniej buty, chodzi w tużurku, jada obiady w „taniaku" i kłania się 
rewirowym, co go odwiedzają. „Saul zabił tysiąc, a Dawid dziesięć tysięcy" *. 

Leona żandarm kopnął w brzuch, „Gazeta Narodowa" napisała, że „pan W. został 
poraniony tak, że piersi jego stanowiły jedne olbrzymią raną" — a Maria Andrie-

jewna * wymyśliła agitację polityczną. Dzięki małżonkom Hurkom — Leon zasłynął 
jak Sariusz pod Płowcami. Tak, tak, Dawid-Hurko „zabił dziesięć tysięcy".

17 IX
Byłem dziś z broszurką u Czekana *. Czekan jest byłym pesymistą, przynajmniej za 

takiego chciał uchodzić w kilku swoich wierszach drukowanych w „Jednodniówce", 
„Życiu" itd. Właściwie zaś jest on umysłem zdrowym, naszpikowanym 

satyrycznością, jest żywym, chodzącym dowcipem — jest zdrową, w moim guście, 
patriotyczną rewolucyjnie duszą. Podłe, powiązane sznurkami łóżko, kołderka, 

której by
i:*ft»

m--
224

DZIENNIKI, TOMIK XV
mógł używać z czystym sumieniem trapista *, poduszeczka... minoru/n gentium *, a 

nad łożem w wielkich ramach — Mickiewicz, tuż Krasiński ze swym kolegą — 
Słowackim, a najwyżej promienny wódz — Kościuszko. Patrz po mieszkaniu młodego 

faceta, a poznasz, co zacz.
Był tam pan Tomasz, stały, urzędowy mój wielbiciel *. Wielbicielstwo jego — miłe 

mi jest jak odcisk, choć dobry to dżentelmanik, kawaler z finezją z pańska-
chłopską, mówi bowiem, że „Niwa" jest dobra... a i „Głos" nie najgorszy. Jednak, 

gdym mu zakomunikował, że „Głos" na suchoty kieszonkowe umiera, śmiał się 
sardonicznie. Choć... sam ja nie będę płakał na pogrzebie „Głosu", co ostatnimi 

czasy coraz głośniej krzykał: ex oriente lux] *
Broszurka nasza w każdym sercu robi wyłom, każdy przeczytawszy ją wstaje bledszy 

lub czerwieńszy, ale po każdym znać, jakoby się pomodlił.
Leon pojechał dziś na Podole. Dr Przewoski wystawił mu lekarstwo1 jako choremu 

na rozdrażnienie nerwów i chwilowe pomieszanie zmysłów. Na mocy takiego 
świadectwa — dano mu urlop. Ładna misja! Iść do uniwersytetu z rekomendacją: 

jestem kiepski wariat, mam delirium tremens — puśćcież mię, wielmożni, na 
pastwisko... "Wczoraj jednak — rozeszli się z Nowińskim. Rozeszli się na zawsze, 

bo Leon jest chłop walny. Jaś mnie bańki w nos puszcza, obiecuje wycieczki do... 
Paryża za swoim pośrednictwem, lecz i ja odsunę się od niego daleko. Niech 

próbuje żyć, jak mu się żywnie podoba. Nieraz mię zawiódł moralnie — a 
wdzięczność za to, co mi wyświadczał, zachowam mu do grobu. Pieniądz — 

pieniądzem, wdzięczność — wdzięcznością, a braterstwo — swoją szosą. Zdrady 
uczciwych przekonań, zdrady jawnej, szkodliwej, pozorowanej czymkolwiek nie 

przebaczę nikomu.
1 Tak w autografie, zamiast: świadectwo.

WARSZAWA, 1887
225

18 IX (niedziela).
Siadam wieczorem, aby zapisać dzieje dnia — i co zapisać, sam nie wiem. 

Zamknąłbym się w najciaśniejsze kółko obowiązku — gdybym go miał... Cięży nad 
człowiekiem obowiązek pracy, lecz cięży z drugiej strony — bezrobocie. Porywy do 

pracy, do czynu więcej niż do pracy, gorączka, majacząca namiętność wypełniania 
nieustannego duszy po brzegi — i jednocześnie dzień wlokący się leniwie w 

bezczynności — są to fatalne ramy, w które się zamyka podła historia dnia. Ach, 
choćbyż piorun nieszczęścia zleciał i zmącił przeklętą ciszę, oderwał myśli od 

potwornego pełzania po błocie, od grzęźnięcia w nudzie! Obiad i czytanie w domu 
lub rozmowy z kolegami, z Ch., które mię denerwują, wprawiają we wściekłość. 

Pomimo całych lat okiełznywania się pozytywizmem, skrajnym materializmem — 
pozostałem wiecznym, wyrzuconym za późno na świat — Kordianem...

Świat podobny jest dzisiaj do tłumu, zgromadzającego się na rynku w dzień 
puszczania fajerwerków. Pojedynczy człowiek zgnieciony i zgubiony w tym tłumie. 

Siła jego zbyt mała. Łokcie mu nawet nie na wiele służą, musi iść za drugimi, z 

background image

kolei, gęsiego, pod okiem policji. Ta ogromna masa poruszając się posuwa go i 
porywa z sobą; z jednej strony trzyma go w porządku, z drugiej go przydusza. 

Broni się z początku — później ustępuje z rezygnacją...
TAINE

Żadna istota ludzka nie może być zrozumianą przez żadną z istot ludzkich. 
Jedynie przez przyzwyczajenie, cierpliwość, interes, przyjaźń mogą się tolerować 

i znosić.
Zęby zrozumieć ludzi i świat, trzeba zajść samemu do progu samobójstwa lub 

granic szaleństwa choć raz w życiu.
Zęby pojąć życie w świecie — trzeba uprzednio wiedzieć, że jest ono zwichnięciem 

wszelkiej prawdy.
Muzyka ma tę ogromną zaletę, że nie przedstawia nam jednej  istoty lub rzeczy, 

ale tworzy całość, nieskończoność, stan ducha niepojęty, nie-
226 DZIENNIKI, TOMIK XV

określony raczej, zawarty cały w uczuciu błogości lub smutku. Zwykłe myśli 
usuwają się z mózgu, pozostaje istota ludzka, siła niesłychana rozkoszy i 

cierpień, podnosząca ducha i kojąca stworzenia czułe i nerwowe wśród 
niezmierzonych harmonij i wariacyj tonów. Rzekłbyś, wielkie państwo jakieś, z 

którego usunięto mieszkańców, mieszkania, granice, role, drzewa. Pozostaje grunt 
tylko, postać ziemi z górami, rowami, rzekami i dolinami, i odwieczna poezja 

dnia i nocy, rozciągnięta nad wszystkim...
Gama nut krystalicznych przebiega śród akordów, powraca, niknie jak strumyk w 

dąbrowie. Czasami słychać fujarkę pastuszą, czasami znowu westchnienie miłosne 
kobiety zakochanej i smutnej. Nagle te dźwięki ustają; dusza twórcy niespokojna 

i kapryśna wyrzuca kaskady * nut brylantowych; krocie, skarby złote sypią się. 
Znów cisza; szmer drobnych głosów podnosi się z wolna, potem szybko, coraz 

szybciej...
Jest to frazes krótki, powolny i smętny niezmiernie, powtarzający się 

bezustannie, jak łkanie bez końca. Wśród niego wloką się tony tłumione; jedne 
ciągną się jak szeregi, póki drugie nie nastąpią, i umierają pod nimi, podobne 

do jęku, stłumionego westchnienia, a wśród tych łez i westchnień — echo 
pierwszej boleści powtarza się bez końca. Nie ma w nim nic strasznego, nie 

skarży się, nie przeklina — tylko płacze.
Serce zdaje się nie narzekać na nieszczęście, powiada tylko, że radość jest mu 

nieznaną. Jak umierający na puszczy, gdy noc kwiecista nadejdzie, noc ostatnia 
dla niego, patrzy na niebo wysadzone brylantami i zapomina o swoich 

cierpieniach, nie usiłuje już nawet powrócić do życia... Łzy cierpienia ustają, 
a płyną teraz słodkie łzy uwielbienia, dzwonią, rozkoszą napełniając duszę.

W* '                   TAINE«
19 IX (poniedziałek).

Istnieją męczarnie duszy straszne, nie Vviadomo skąd powstające, fantastyczne 
jak marzenia i dziwaczne postaci nocy bezsennej, przeszywające jak nagie miecze. 

Wiatr skacze z pazurami do szyb okna. Sam jesteś, sam straszliwie. Życie i 
młodość, młodość z jej marzeniami odeszła dokądś i czujesz, że od chwili, gdy 

znikły ostatnie cienie marzeń, rozpoczęła się nie mająca ani początku, ani 
końca, długa jak sto lat, uciskająca ci każdą kość czaszki, zimna, przeklęta 

noc. Ciemność i samotność sprawiły, że ci się zdaje, jakby ten
1 W autografie: kaskadami.

WARSZAWA, 1887
227

pokój napełniał niedokwas węgla *. Zamykasz powieki, głowa się zsuwa i upada na 
stół. W każdej minucie gotów jesteś zerwać się z krzykiem: czy tu nie ma nikogo? 

ratujcie! — a godziny mijają, zanim zdołasz przypomnieć, że jesteś tu. Natomiast 
jesteś daleko stąd, jesteś na cmentarzu. Zanieśli cię na ramionach grabarze, 

postawili trumnę nad grobem, czujesz, że wicher tłucze w deski tej paki, 
czujesz, że czas od czasu na wieko paki pada listek jarzębiny lub olszyny 

pędzony jesiennym wichrem — tym samym wichrem, który huczy, skowyczy 
spazmatycznie, wije się jak obłąkany nad tobą. I oto jakieś straszne ręce 

podłożyły dwie liny pod trumnę — zaczynają cię opuszczać w przepaść.
Lecisz, lecisz, jak się zdaje, całe setki lat z nieskończonym świstem, jaki 

tworzy w przestrzeń spadające ciało — tymczasem spuszczano cię wolno w 

background image

trzyłokciową przepaść. Spuszczano cię trzy sekundy — ale dosyć ich było, abyś 
przemyślał wszystkie myśli, na jakie się zdobyć mógł cały twój mózg. Widziałeś 

miliardy kartonów życia i nieskończoność miliardów kartonów — twoich marzeń. 
Wszystko trwało trzy sekundy. Teraz nie zostało nic. Rozległ się straszny 

łoskot, huk rozpryskającej się w drzazgi ziemi, setki piorunów zaczynają 
strzelać jednocześnie w ciebie — a wszystkie się miażdżą, krystalizują... to 

grudka ziemi zmarzniętej spadła na twoją trumnę. Pioruny się wzmagają — jest ich 
moc taka, że zbiły się w masy kamieni, brył, kawałów grudy. Cały ten huk 

wytworzył grabarz, co spycha leniwie łopatą ziemię, myśląc o tym, że mu tytuń w 
fajce dogasa. I oto teraz dopiero zrozumiałeś: jest nad tobą trzy łokcie ziemi, 

a ty nie możesz jej zwalić... Wyprężasz się, zwijasz, dźwigasz, zrywasz, pięście 
twoje stają się żelaznymi młoty, czołem jak taranem bijesz w wieko, zginasz 

kolana w polispast * równy sile tysiąca wołów, wreszcie rozdąłeś płuca w krzyk, 
co rozedrze niebo od zenitu do punktu centralnego ziemi — a grabarz przyklepał 

rydlem wzgórek nad tobą i podnosi osuwające mu się z chudego brzucha spodnie...
228

DZIENNIKI, TOMIK XV
Umierasz, bo dusi cię powietrze. Wciągasz w siebie rozpalone w płyn żelazo, 

miliardy pudów cię gniotą, młoty biją cię w głowę, szeroki jak ocean szrubstak 
odkręca aortę serca, rozdzierają się płuca, żołądek pcha się ze wszystkimi 

kiszkami w gardło i pękają, w całym ciele pękają żyły z przeraźliwym świstem i 
sykiem, jakby w miliardzie wiolonczel pękła naraz sawanna strun. Krew jak morze 

wypływa z ciebie i straszne jej bałwany — wszystkie co do jednego wlały ci się w 
usta.

20 IX (wtorek).
Byłem wieczorem u Kazia S. *, gdyż obiecywał mi lekcje korzystne. Pani domu 

słaba, nudziliśmy się więc wzajemnie tylko we dwu. Kazio należy do ludzi mało mi 
znanych. Jest i sam się mianuje — pozytywistą, ja jestem także pozyty-wistom 

przychylny — jesteśmy jednak podobni do siebie, jak zapach asafetydy * do 
zapachu zgniłego szwajcarskiego sera^Dla niego wszystko na ziemi jest interesem. 

Odróżnia tylko na świecie dwa gatunki ludzi: gatunek noszący żółte pugilaresy — 
i drugi, noszący tandeckie palta. Na zapytanie idealnej jego kuzynki, pani 

Seweryny, „czy pamięta dobrą ciocię Janową, do której jeździł na wakacje?" — 
odpowiada: „rzeczywiście — jej siostrzeniec sprowadiił .sobie dv/ie błyskawiczne 

lampy" *. Rozmawiając o swej siostrze, która w jego opowiadaniu wygląda na 
chorą, dodaje: „szkoda, że jej mąż nie zastosował w kopalniach drenów mojej 

fabryki". Marzy o drugim przedpokoju, jada dużo szynki, w polityce jest patriotą 
w tych razach, gdy Moskale nie zakupują jego maszyn hydraulicznych. Natomiast 

sprzyja w pewnych razach Niemcom, wtedy mianowicie, gdy wyganiają z Prus dużo i 
taniego a kompetentnego w jego kunszcie rzemieślnika. Mówić do niego o unitach 

wywożonych na Sybir — znaczy tyle, co tracić czas na odmawianie pacierzy. A 
jednak — to zachwycający człowiek. Gdyby on powiedział, że będzie bił Moskali, 

to czułbyś, że będzie bił; gdy on powie, że coś
WARSZAWA, 1887

229
zrobi, to zrobi — choćby piekło stało między nim i celem. Życie w jego pojęciu 

jest borykaniem się, wodzeniem za łby. Nie ma dla niego przyjaciół, są tylko 
współzawodnicy. Nie zwyciężać — znaczy być idiotą, nie kopać przeciwnika — 

znaczy mieć trociny w głowie, być sentymentalnym, mieć „tak zwane serce". Oto 
jest nowożytny pozytywista. Nie istnieje dla niego altruizm ani litość, ani 

pomoc, ani łaskawość, ani amnestia. Ma pojęcie prawa takie samo, jakim się 
szczyci gwebr. Ma tylko sumienie i pewne przemysłowo-ku-pieckie skrupuły.

A przecież — jest on, ten zażarty w walce o swój byt przemysłowiec, jedyną 
rzetelną naszą tarczą przeciw przemysłowcom i politykom ze szkoły Hartmanna lub 

Wysznie-gradzkiego *. On się po prostu nie da — a że mówi, pisze po polsku, więc 
asymiluje się ze społecznością polską, choć sobie z tego sprawy nie zdaje. 

Człowiek realnie realny.
Jaś wstępuje do kółka pod warunkiem: że kółko będzie skończenie, we wszystkich 

swych ruchach rewolucyjne, że nigdy i pod żadnym pozorem nie zgodzi się z Kołem 
w razie, gdyby Koło przybierało barwę białą, że kółko nie będzie nigdy 

dysputować i „kształcić się wszechstronnie", lecz że zawsze będzie parło, kogo 

background image

się da — do czynu. Jaś nie potrafi nigdy być rozumnym: albo odłączyć się i nie 
myśleć o patriotyzmie, zająć się nauką języka francuskiego i chodzić na spacer, 

lub być rewolucyjnym tak, żeby jutro łeb ucięli na Saskim Placu. Jeśli skakać, 
to już koniecznie przeskoczyć wieżę ratuszową — inaczej nie warto się paprać... 

Jest zresztą zwolennikiem zrywania sejmów. Nie ma dla niego autorytetu prócz 
własnego przekonania, a wszelkie głosy większości nie znaczą ani trochę więcej 

nad śmierć przywódcy mormonów.*
Przyłączył się na skutek sporu z „Kąsmowskim", mną i Wackiem.

230
DZIENNIKI, TOMIK XV

Wacek jest delegatem trzeciego kółka *. Sczerwieniał tak, że zaczyna się 
zabarwiać na karminowo. Jeszcze chwila — a rozpryśnie się w przestrzeń.

Czeka go małoduszność w próbach lub cicha apatia, podobna do nieczyszczenia 
sobie butów i noszenia skarpetek w ciągu sześciu miesięcy. Coraz więcej widzę 

bankructw moralnych i uczuciowych.
21 IX (środa).

Wracając dziś z lekcy j — spotkałem się oko w oko z face-teczką z Zielnej ulicy 
*. Utyła cokolwiek, a że ma cerę sma-glejszą niż poprzednio — wnoszę, że musiała 

była być na wsi. Włosy te same, długie, jak strumienie zlatujące ~vtr tył, jak 
pył wodny rozsypujące się w drobne, puszyste, jasne, lniane promy czki; oczy te 

same, robiące wrażenie oczu czarnych, choć są niebieskie a przejrzyste, tak 
sztucznie i umiejętnie umie je do połowy czarnymi rzęsami przesłaniać. A 

wiecznie ze zmarszczonego czoła błyska w niej hardość, duma, nieugiętość, potęga 
może pańska, a może tylko dziewicza. Przyjrzała mi się dłużej — widać ją mundur 

mój z kołnierzem a la książę Józef * zastanowił — i uśmieszek przelotny, jak 
błysk słońca na pagórku okrytym mgłą, na małą chwilkę roztworzył jej maleńkie 

usną, by błysnąć białym szeregiem zębów...
22 IX (czwartek).

Niepodobna by jednym jakowymś mianem określić kierunku umysłowo-etycznego, 
jakiemu podlegają młodzi ludzie,' debiutujący tu i ówdzie, a przeważnie w 

uniwersytecie. Obok ,,kapitana", który posiada wszystkie wady i zalety pana 
Zagłoby, skierowane tylko w kierunku więcej demokratycznym — spotkasz 

Wesołowskiego, który dziś już ma minę młodego doktora chirurgii i fuszerii, 
wygodnickiego na wszystkich punktach medyczno-społecznego istnienia — począwszy 

od klubu i konnej jazdy, a kończąc na suspensorium. Wy-
WARSZAWA, 1887

231
tworny, w spodniach zakończonych artystycznie wąsko, z brodą a la Mierzwiński *, 

w rękawiczkach wchodzi do Taniej Kuchni. Cyniczny, ateusz, blagier, sypiący 
(przeważnie profanom) w oczy terminy naukowe i nie wahający się nazwać 

diaphragmy — diaremą *, szydzący nieustannie z „odnowicieli ojczyzny", z 
„płaczących Polaków", z „wielkich idei" — bezwarunkowo zbliża się do każdego, 

kto pozuje na członka high-life'u. High-liłe — wierzy w... konieczność wiary — 
źle mówię — w konieczność religii, ponieważ wolnomyślność nie jest bynajmniej w 

dobrym tonie — co więcej — jest modą jak sztuka, zamiłowanie [do] chińszczyzny, 
sport lub podróże. Pan W. podda się, mimo swój ateizm, tej modzie w tym samym 

stopniu, jak jej się poddaje Ch., który w nic literalnie nie wierzy, wstrętnie i 
nielogicznie nie wierzy — lecz najprzykładniej kłania się kościołowi Sw. Krzyża, 

gdyż jest to cechą... „przyzwoitego człowieka". Olśniewa ich, imponuje im wielce 
atmosfera gazu, świec, nudów, perfum, modnych ubrań, upału, czczych insygniów, 

czczych pochlebstw, atmosfera krytycyzmu [wobec] wszystkiego, co istnieje pod 
słońcem od atomu do nieskończoności — na korzyść barwnej, a nawet nie barwnej, 

tylko bezwarunkowo nie ustającej rozmowy w salonie. Chcą koniecznie, 
nieodwołalnie być małpami i papugami — za cenę owego sztucznego życia.

Pan W. — zaledwie wszedł i zawinął się eleganckim ruchem dokoła kilku stolików — 
podbiega do mnie:

— Jak to? i poeta tutaj?...
— Gdzie są hrabiowie nie gardzący medycyną,  i ja być mogę.

— Ja  bo po  raz pierwszy  i  to  wypadkowo  zaszczycam Tanią Kuchnią... (sic!).
— Siebie?...

background image

— No...  naturalnie...  was  zaszczycać  nie  zaszczycam,   bo tego nie 
potrzebujecie...

DZIENNIKI, TOMIK XV
— Wy potrzebujecie widocznie... — dostrzegając tutaj... tylko mnie...

— Na bok docinki i przecinki... Co porabiacie oprócz pisania heksametrem?
— Piszę jambem.

— No, a więcej?
— Mieszkam na ulicy Widok.

— Sam?
— ZCh.

— Boże drogi! Czemuż nie jestem hr. Tołstoj? Miałbym już gniazdo anarchiczne.*
— Możecie je mieć będąc hrabią W.

— Skąd tyle złośliwości?
— Ze .studium...

— Nad czym?
— Nad wami.

— Nie rozumiem...
— Bo też to niezrozumiałe.

— No, ale cóż Ch.? Nie chodzi już po piwnicach, nie składa mikrobów wschodnich w 
umysły polskich mikroorganizmów?

— Ch., panie hrabio, jest dżentelmenem czystego jeśli nie pomiotu, to kierunku, 
nie tylko więc, że nie chodzi do piwnic, lecz owszem — wspina się na poddasza. 

Nie :-|di pan jednak, aby przestał być czynnym — owszem, szerzy mikroorganizmy, 
innego tylko rodzaju, mianowicie... spermatozoa... między szwaczkami. Czy i 

obecnie znalazłbyś pan na alicy Widok — gniazdo?
— Poeto — ja mówiłem o hr. Tołstoj...

— W sferze pańskiej — litery h r. są treścią, nazwiskiem; to co zwykłe 
demokratyczne kpy zwą nazwiskiem — u was jest tylko końcówką.

— Przypuśćmy, że tak — pod tym jednak warunkiem, że końcówka jest polską.
— Ach, nie! w świecie hrabiów — nie ma końcówek wyraźnie polskich.

r  r*""
WARSZAWA, 1887

233
— W poezji waszej musi królować pesymizm?

— Gdy mowa o dżentelmenach.
— Lepiej, że nie mówicie o demokratach, bo pewno mówiliby grubiaństwa.

— Hrabiom — bezwarunkowo.
— Za to, że są hrabiami?

— Nie — za to, czym nie są.
— Hrabiowie — mogą być wszystkim.

— Tym też większej wzgardy godni, że nie są — Polakami.
23 IX (piątek).

Nie opuszczaj mię nigdy, odwago życia, w nieustannej porażce życiowej l 
Cywilizacja nowożytna naraziła jednostkę na nieprzerwaną konieczność oganiania 

się morzu potrzeb i jednocześnie na korzystanie z kropel tego morza. Każden z 
nas przechodzi wszelkie szczyty odwagi cywilnej — codziennie i w takim stopniu, 

do jakiego nie dosięgali nigdy Rzymianie. Cywilizacja zniesie kiedyś całkowicie 
dumę. Dziś już nad ostatnią — ma przewagę pokora. Choćbyśmy dosięgli najwyższego 

ideału — paneuropejskiego socjalizmu — to i wtedy bylibyśmy niewolnikami, co 
gorsza, niewolnictwo wzrosłoby do najwyższej potęgi: bylibyśmy, oddzielnie 

wzięci, niewolnikami wszystkich. Jednostka, porywana prądem cywilizacji, zdąża 
prosto do niewolnictwa — wszyscy, razem wzięci, dążymy do swobody. Głupi 

potrzask.
Ciężki dzień przebyłem. Tł. ofiarował mi korepetycje na cały rok u pp. Hemplów w 

Horoszczence * — o milę od Hotyłowa, o jedne stację kolejową od Biały. 
Horoszczenka należała poprzednio do rodziców męża Heleny. Byłbym bardzo 

blisko... czyniłbym wielki strach mężom ładnych żon...
Zresztą podreperowałbym moje głupie zdrowie, zebrałbym 200 rs., jadłbym 

codziennie przez cały rok, nauczyłbym się zupełnie francuszczyzny, żyłbym w 
centrum unii, zbadałbym

234

background image

DZIENNIKI, TOMIK XV
unickiego chłopa, wreszcie obcowałbym w towarzystwie dżentelmenów, którzy aż 

przejedli majątek za granicą, a nade wszystko widziałbym w każdą niedzielę 
chłodne ruiny bialskiego zamku z okien... Heli. Życie na wsi zimą, powieści, 

cicha praca, polowanie, wieś, powietrze, Podlasie...
Odrzuciłem wszystko — z miłości ku anatomii, z ciekawości zajrzenia jeszcze 

lepiej w oczy — głodowi.
24 IX (sobota).

Jeśli młoda panienka zauważy, że się na nią, po uprzednim natrętnym emablowaniu, 
nie zwraca prawie uwagi — wpada w złość, a ze złości w kokieterią. Przede 

wszystkim spojrzy ci w oczy wzrokiem śmiałym, w którym wyczytasz wyraz: głupiś! 
— następnie wykaże ci, dowiedzie faktycznie, niezbicie, że ma ładną, sprężystą 

talię, którą, jeśliś nie jest głupim jak karp, powinno się zachwycać. Niemym, a 
jednak wymownym, jak świeżo wyświęcony kleryk, gestem — wskaże ci na swe włosy i 

po prostu nie pozwoli ci, zabroni obserwować ścięte obcasy jej pantofelków. Od 
tego przecież ma oczy. Wolno ci jeszcze, dajmy na to, patrzeć spod oka na jej 

szeroką, jednostajną, czarną sukienkę, nawet, choć krótko i nie natrętnie, na 
piersi — ale ona nie chce, byś patrzał gdzie indziej, tylko tam, gdzie jej się 

podoba: na iolte rękawiczki, na stanik oblegający jak trykot jej tłuściutkie 
ręce, zresztą czas od czasu w wielkie jak Ocean Atlantycki, niebieskie oczy. 

Potem dopiero — zapyta cię oczami: no, powiedz — czyś ty nie dziecinny chcąc o 
mnie zapomnieć?

Żyjemy w regionach osteologii. Ch. wyładował całą paczkę z gnatami i całą masę 
piszczeli, miednic, krzyżówek, dłoni, nóg, pięć czaszek, między którymi są łby z 

zabarwionymi arteriami, inne z zębami, inne przepołowione, inne jeszcze 
rozbierające się na składowe części, wreszcie łebki embrionów, łebki dzieci, 

starannie zaablegrowaną duia mater, gnaty
WARSZAWA, 1887

235
mało wyschnięte, czerwone, żółte, zielonawe sznury nieod-preparowanych kręgów, 

wiązki żeber, łopatek, mostków, palców, ulnów, radiusów — zwalił na okno. Istna 
trupiarnia czy kościarnia. Nieraz spieramy się zajadle o jakieś proces-susy *, 

okostne, punkta kostnienia — i wtedy cały gmach anatomii ludzkiej i porównawczej 
drży.

27 IX (wtorek).
Przeznaczeniem naturalnym człowieka, tak jak i zwierzęcia każdego, jest być 

zabitym lub umrzeć z głodu. Nie nieszczęście, ale szczęście jest przeciwnym 
naturze. Trzeba cierpieć takie przeznaczenie — czyż chcesz żądać od wielkich sił 

natury, by ci przerobiły serce i nerwy i żebyś nie cierpiał? Zabijają cię, 
zjadają — to takie proste. Jeżeli chcesz zrozumieć życie — zapamiętaj sobie ten 

początek i koniec wszelkich żyjątek.
TAINE »

Marna pociecha — zupełnie taka, jakby kat pocieszał ministra tureckiego i 
motywował pociechę tym, że oto sam sułtan i jedwabny, czysto jedwabny przyseła 

mu sznur. Trudno jednak — niech i to będzie pociechą w marnym życiu!
mm

Chodzę na anatomią i nie sypiam na niej bynajmniej. Dowiedziałem się dziś, że 
processus odontoideus jest „ciałem" atlasa. *. Co główniejsza, widziałem tę 

historię na preparatach: na kręgach (pierwszym i drugim) — embrionów jedno-i 
dwumiesięcznych. W środku owego piocessusa siedzi klinik, który ma być, według 

zapewnień Izmajłowa, zrosłymi listkami pierwszego i drugiego kręgu uformowań. 
Dajmy na to.

Spiemy jak susły, pozagrzebywani w nasze łóżka, poowi-jani w kołdry tak, że 
widać tylko dwie spiczaste a la Mierz-wiński brody, sterczące na brudnym tle 

poduszek; Joanna
DZIENNIKI, TOMIK XV

od dwu godzin przyniosła samowar i co kwadrans wchodzi z jednym zdaniem: „Matko 
Jezusowa, a to śpią!" Wchodzi następnie praczka, rewiduje nasze kuferki i wynosi 

toboły bielizny — my jednym okiem przyglądamy się tym funkcjom,, drugim 
chwytając ostatnie nici snu o ładnych facetkach, boć to przecie „galówka" — nie 

background image

idzie się na lekcje. Wreszcie wchodzi Wacek, nie wita się z żadnym, siada na 
fotelu, wyjmuje papierosa za papierosem i ćmi. Siedzi tak godzinę, może dwie.

— Cóż tobie jest?
— Nic.

— Czegóż się złościsz?
— Niczego!

Ubieramy się, pijemy herbatę — on nic nie gada. Wreszcie Ch. wychodzi. Wtedy 
Wacek mię zawiadamia, że brat jego palnął sobie w łeb, zostawiając żonę z 

trojgiem dzieci. Żelazne palce nieszczęścia uchwyciły za korzenie tej silnej 
natury i zatrzęsły całym człowiekiem. Milczy i żuje zgryzotę od paru dni. Często 

przychodzi do mnie, siada na stołku i siedzi parę godzin nie odzywając się wcale 
do mnie. Wiem, że pewnego rodzaju krzywdę bym mu robił wypytując, go o 

szczegóły.
Wreszcie wczoraj gadał mi całą tę historie, (jadał przez parę godzin, gadał, 

gadał.
Palta nie mam, wpisu nie mam czym opłacić, mieszkania też, żyć nie ma z czego, 

kursa * kupować, dłużki płacić. Rozpacz — aż do chodzenia z nie zapalonym 
papierosem w zębach przez kilka godzin — ogarnia mię. Czuję już śmiertelny chło-

dek nieraz, gdy trzeba wyjść wieczorem i zmiatać jak postrzelony zając, w 
tużureczku lub mundurze. Cóż to będzie w listopadzie?

Napisałem więc nowelę. Gdym ją pisał, wydawała mi się diabelnie ładną i 
zajmującą, a gdym po przepisaniu odczy-

WARSZAWA, 1887
237

tał — wydała mi się diabelnie wartą oddania Chuniorowi do wiadomego użytku. Coś 
tam chciałem powiedzieć niby — a powiedziałem niby nic. Tak ni w pięć, ni w 

dziewięć. Bądź co bądź...
Jutro powiem co — bądź co bądź.

30 IX (piątek).
Trzydziesty, trzydziesty!...

Jutro już pedel nie puści mię prawdopodobnie na anatomią, a zimno i deszcz 
zatrzyma w domu: będę odbywał „trąbki" i „kuczki" *, a może i rekolekcje i post 

wielki.
Los nas, wolnomyślnych, zwraca ku praktykom religijnym. Teraz już całe 

popołudnia przepędzam w domu, w zielonym pokoju. Tak tu wszystko zielone, że i 
mnie wydaje się nieraz, jakobym miał za skórą, szczególnie zaś w czaszce, pełno 

chłorophylu. Wtedy usprawiedliwiając to przypuszczenie romansuję oczami z 
sąsiadką po drugiej stronie studni, gla-zajobniczaju, jak określa tę czynność 

nasz pobratymczy, a bogaty w piękne zwroty i dosadne miłosne określenia, język.
Gdy do Ch. przychodzi na lekcje greckiego i łaciny pewien młody idiota, a 

dawniejszy mój elew z Kielc jeszcze, Emi-lek M., wychodzę naturalnie, unikając 
tłomaczeń młodego idioty w guście np. następującej greckiej maksymy: „nie szukaj 

głosu u ryb, lecz u głupich ludzi" — i idę na godzinny spacer. Idę tedy 
Chmielną, gdzie uprzejmie zaczepia mię kilka pięknych znajomych i nieznajomych, 

idę Nowym Światem znajdując pewne zadowolenie w mijaniu tysięcy twarzy, 
wyszukując ładnych, odwracając się od brzydkich. Zatrzymuję się przed wystawami 

księgarskimi Gruszeck/ego, Orgel-branda, gdzie co dzień spotykam jakiś nowy tom 
nowel, powieści, opowiadań, szkiców. Hajota, Klin, Szymański, Bałucki, 

Jasieńczyk, Dygasiński, Zapolska, Gawalewicz, Prus * —r coraz ich więcej, więcej 
— i coraz niżej opada mi głowa na piersi...

„Azaż i ja między nowelisty...?"
11

238 DZIENNIKI, TOMIK XV
Podnoszę głowę aż przed posągiem Chrystusa, oświeconym jedną lampą. Przypominam 

sobie, że napisano pod tym posągiem: „Sursum cór!" *
Idę aż do Robiczka *, aby popatrzeć na portret Mularskiego. Za poezją jego 

została świetlista smuga sławy dobrej, najlepszej, tej, która jest tajemniczym 
żalem. Miał 22 lat i już był sławny, i szedł już po jej szczeblach... Umarł, ale 

nie umarł zupełnie, jak umrę ja — zepsuty, przegniły umysł i chorobliwe serce...
Podczas naszych sporów z Ch., podczas wyprowadzania przezeń idei panslawizmu — 

powiedziałem mu, że społeczeństwo polskie o tyle jest jeszcze polskim, że ukarze 

background image

obmową jego, Ch., opluje go i zatruje mu życie. Drwił z moich proroctw. A jednak 
— już dziś ucichł, zaniemiał i... wziął się sam, na własną rękę do patriotycznej 

roboty. Opinia już go ukarała. Dziś — sam Ch. z własnej inicjatywy zbiera 
pieniądze na sprowadzenie broszury Jeża, rozrzuca egzemplarze u swych wujów i 

ciotek, myśli pisać do samego Jeża. Pomimo grożącej nam nędzy — my dwaj 
złożyliśmy już po 50 kop. na broszurę. Jesteśmy jeszcze coś warci, jeżeli opinia 

publiczna mści się na renegatach.
Niepodobna być nowelistą nie znając życia Dla powieścio-pisarza aulą 

rzeczywistego ukształcenia — jest aula życia, podróże, nieustanne obcowanie ze 
sztuką, wyrabiającą smak krytyczny ^ budzącą instynkta estetyczne. Literatura 

powieściowa mnie tylko rozdrażnia. Nie mówię o arcydziełach, o utworach 
potężnych jak Potop — ale o tej kaczej literaturze *, zaczynającej się na 

Prusie, a kończącej się diabeł wie na jakim pseudonimie z „Kurierów". Chcąc coś 
napisać muszę mimo chęci zwracać się do wyobraźni, z niej wyciągać temata i 

sztucznie je szlifować, smażyć dowcip, wytwarzać
WARSZAWA, 1887

239
sztuczną, nowelłstyczną prawdziwość, nie mającą z prawdą żadnej styczności. 

Żywość szkicu wytwarza — życie, dowcip wytwarza — życie, obrazowanie wytwarza — 
życie. Chcąc te trzy rzeczy a jedną nowelę — wysmażyć w głowie, preparuje sią 

zlepek jak mój ostatni. Ostatecznie — są w nim miejsca ładne, ale ładnymi są 
właśnie miejsca zaobserwowane; wszystko, wypełniające całość, klej powieściowy, 

a nawet, w sekrecie mówiąc, i idea — śmierdzi tandetą. Nazywa się to arcydzieło 
— Stara nowela, ale dlaczego się tak nazywa, Bóg raczy wiedzieć. Cały świat 

obserwacyjny dla mnie stanowi — auditorium, Tania Kuchnia, pokój nasz i ulica. W 
ciągu dnia mówię z paru kolegami, z Antosią z Taniej Kuchni, z Ch. i Wackiem 

czasami. Nie bywam nigdzie, bo nie mam żadnych znajomości i nie chcę co pr awda.
(Wiem~ że pisałbym świetne szkice, gdybym był pojechał na Podlasie. Niezmierzony 

obszar obserwacji tamecznego chłopa, którego nie opisał, nie zbadał nikt. Jest 
to kopalnia, z której mógłbym wybierać perły, jest to pustynia, którą ja bym 

pierwszy zwiedził i opisał. Wiem, że zyskałbym sobie tymi szkicami sławę. Mam 
już dziś pełną głowę obrazów, jakie widziałem na Podlasiu. Spełniłbym 

obywatelski uczynek odtwarzając ich wiernie i wstawiając się za tymi 
męczennikami u narodowego areopagu. Tam bym dokończył rysunek „dżentelmenów" 

naszych i w ciągu roku wysondował duszę chłopską. A — nie można!
Ipaździernika.

Wacek kupił dla nas obu bilety do teatru na Epidemię Narzymskiego *.
Jeśli ktokolwiek z naszych komediopisarzy zasługuje na paralelizowanie go z 

Sardou — to jedynie Narzymski. Nie Zalewski i nie Lubowski. Narzymski był 
komediopisarzem, jak to mówią, z bożej łaski. Nie należał prawdopodobnie do 

żadnej szkoły, drwił z tego, co uważał za grzeszne i zgubne, szydził i gromił, a 
nie żałował barw — a jednak komedia

DZIENNIKI, TOMIK XV
nasza nie jest bogatą... Spotykasz wszędzie — u Zalewskiego, u Blizińskiego, u 

Lubowskiego i u Narzymskiego — zawsze jedne satyrę, jedne modłę, jedne 
tendencją, jeden grom. Czymże się wyróżnia Narzymski? Czymś, co się nie da 

ściśle określić — może młodością, może szlachetnością, może talentem. Jest 
jednak w nim coś z poety, coś z patrioty — są łzy serdeczne, gorące, gorzkie. Z 

jego komizmu niepodobna się śmiać. Opłakuje on tym śmiechem jakiś wielki upadek 
moralności narodowej, śmieje się — a zawsze z podłych — podli zaś to nasi 

najbliżsi, krew z krwi, kość z kości... U naszych spolszczonych Żydków, pp. 
Zalewskiego i Lubowskiego, spotkasz nieraz miejsca sarkastyczne, drwiące, 

ironiczne, spotkasz rzeczy najwyższego artyzmu (My się kochamy Lubowskiego) — 
ale nie ma tam... śmiechu przez łzy — Polaka. Każdy przejaw dowcipu u 

Narzymskiego — to jakiś stłumiony, zakuty w wesołość jęk. „Syn Kiszkowskiej — w 
kryminale!" — woła pani Kiszkowska w ostatnim akcie — sala wybucha śmiechem, 

miejsce wysoce komiczne. Ale czy warto się śmiać z tego? Autor — tym i tysiącem 
innych — pluje na szlachtę, choć zdaje się widzieć w szlachcie wiele sił.

Począłem wysoko cenić Narzymskiego, bo znalazłem w nim, jeśli nie talent wysoki 
(nie zachwycam się bynajmniej budową jego dramatu) — to tajemniczy ur.k. jaki 

background image

posiadała i posiada gorąca miłość obleczona w szyderstwo. Sam konał na suchoty w 
Nizzy i „śmiał się gorzkim śmiechem". Był poetą, dramaturgiem i patriotą.

2 X (niedziela).
Zebranie. Spóźniam się nań, według zwykłej mojej reguły a raczej instynktu 

postępowania. Czytano o Sejmie Grodzieńskim — z Korzona *. Niegdyś, w klasie 
szóstej bodaj, tłoma-czyłem Poslednije gody Rieczipospolitoj i Grodnienskij sejm 

Iłowajskiego *. Warto porównać Korzona i p. Iłowajskiego.
Wacław przeczytał zbiorek poezji Icza pt. W okowach *. Autor jest studentem, 

zbiorek swój... litografował w Warsza-
RYNEK NA MARIENSZTACIE   (ST.  MASLOWSK1)

»iii:

WARSZAWA, 1887
241

wie. Są rzeczy dzielne, talent niezaprzeczony. Dostrzegłem tam utworek na modłę 
Przedświtu — tak dzielny, że wart szerszego rozgłosu. Kilka drobiazgów 

pomniejszych na te-mata Ujejskiego, jeremiada pamfletyczna na lojalność 
warszawską, zresztą mocny, dzielnym, tryskającym zdrowiem, życiem, talentem — 

wierszem pisany wstęp — dają mu prawo, zalecają do jak najszerszego rozrzucenia 
po naszych kołach.

Pieczeń barania z burakami w Taniej Kuchni, obiecywanie złotych gór Zuzi, jeśli 
zechce te..., wreszcie para kufli u Czer-skiego *, jakie kupuje Michałowski. 

Jest nas czterech: Tadeusz *, Michałowski, „Kąsinowski" i ja — musi więc zrodzić 
się jakiś plan — i rodzi się: pojedziemy łódką. Poszliśmy za most, do stacji 

łódek, wynajęli dwuwiosłową i ruszyli. Deszcz zawrócił nas na chwilę, ale na 
chwilę tylko. Tadeusz i „kapitan" wiosłowali, wice-delegat * sternikował, a ja 

deklamowałem Iliadę. Minęliśmy Kępę, ręce wioślarzom pomdlały, wydelegowano 
mnie... na samym środku Wisły do robienia wiosłami. Pracowałem jak wół w ciągu 

blisko godziny.
Po dwugodzinnym lawirowaniu „przybiliśmy do brzegu". Z powrotem, na Zjeździe, 

zeszliśmy na galary * kupienia jabłek gwoli. Piękne dziewoje macaliśmy, jabłka 
kupujące a gotowe lada chwila spaść z chwiejnej deski w wodę (nie jabłka, ale 

dziewoje). Wreszcie — wróć z wycieczki i siadaj do... Espinasa *.
3 X (poniedziałek).

Jednym z największych utrapień człowieka ucywilizowanego — jest brak paltota w 
czasie zimnych jesiennych dni, kiedy wiatr gwiżdże jak potępieniec, a jeśli mu 

się uda wyrwać źle domknięty lufcik, to hula po pokoju tak, że się aż kołdra na 
łóżku rusza. Nieszczęście wzmaga się, a bodaj i do apogeum dochodzi, gdy — 

przypuszczam — trzeba iść zjeść
16 — Dzienniki t. IV ,

2 DZIENNIKI, TOMIK XV
jobiad, sprzysięgają się bowiem na jednostkę dwie mocne siły natury: zimno i 

głód. Jeśli zaś jednostka jest do tego stopnia cynicznie odważną, że idzie w 
tużurku przez ulicę, podczas gdy inni obywatele zapinają paletoty pod samą kość, 

zwaną w anatomii maxilla interior * — to jednostka nabawia się bólu boku, kaszlu 
suchego, nie mówiąc o szyderczym wzroku warszawianek drwiących z jednostki, z 

jej wytartego tużurka, czerwonego nosa, wskazującego raptowne spadanie merku-
riuszu*, drwiących, mówię, bez litości — zarówno zasuwaniem rączek w rękawy 

ciepłych kubraczków, jak i przymrużaniem dużych oczu, zagryzaniem czerwonych 
warg i wyraźnym wreszcie śmiechem, zamaskowywanym wycieraniem różowiejącego z 

zimna noska.
Jedynym [lekarstwem] na tego rodzaju moralno-fizyczne dolegliwości jest 

papieros, trzymany w zębach prostopadle w czasie leżenia na łóżku. Można bez 
wyrywania sobie włosów z głowy i wąsów, bez wykręcania sobie palców u rąk i nóg, 

bez odgryzania guzików u spodni — przeżyć całe piekło rozpaczy leżąc spokojnie 
na łóżku. Potrzeba do tego dwu tylko warunków: niemożności pracowania i 

niemożności wyrwania się z pokoju, ciemnego jak piwni:.). Myśli tępieją tak, że 
nie można odnaleźć logicznego wątku powieści czy noweli, jaką obmyśliłeś przed 

godziną. Cało jestestwo zamienia się w naprężoną cięciwę, wyczekującą czegoś. Za 
chwilę ktoś wejść nareszcie musi, coś powiedzieć, ożywić cię — inaczej bzik cię 

chyba ogarnie.

background image

Tymczasem wchodzi — młody idiota...
W mojej wsi istnieje między ludem podanie o przepalających się pieniądzach, 

zakopanych po polach tu i ówdzie w czasie ucieczki przed „Turkiem"... Szweda *. 
Lud mojej małej wioski albo nie umie historii, albo przypomina sobie

243,
coś o ucieczce przed najemnymi Tatarami wojsk Karola Gustawa. Otóż ja jestem 

obecnie takim „przepalającym się" pieniądzem. Nikt mię nie zna, wiedzą o mnie 
coś, wie ktoś, o mej istocie mało oświecony. Trzeba samemu wyjść na wierzch — 

wtedy uznano by mię może za szczere złoto — inaczej mogę się przepalać do 
nieskończoności. Wszystkim jednak rządzi przypadek, jest on tak wszechmocny na 

punkcie dawania impulsów, że moją nawet inercję — zamienić zdolen w hoże ruchy. 
Potrzeba tylko szczęścia, tylko szczęścia. Jeden uśmiech szczęścia postawiłby 

mię na nogi, wzniósł; po tym uśmiechu losu — z otwartym czołem szedłbym zdobywać 
jeden wieniec po drugim, bo wróciłaby — energia.

Rachunek sumienia, będący jednocześnie mocnym żalem, że pieniędzy nie ma, i 
mocnym postanowieniem nabycia ich jak najwięcej w jak najkrótszym czasie...

19 dni do pierwszego — od 11-go — obiady 19X20 = 3,80 kop. obiady
l — praczce 7X18 = 1,26 tytuń 30 cudn.                   7X5   =    35 gilzy

5 papier 25 herbata 52 cukier 50 na Jeża l — gimnastyka
3 stalówki  . 10 żydziak

7
7,62

40:2=20
m&

244
DZIENNIKI, TOMIK XV

Winien jestem Ch. z przeszłego m-ca 71 kop. Z października.
Obiady — 3 dni

65

k.

Mieszkanie 4,—

Winienem Ch. wszy-

Chleb 1,20

stkiego 605 kop.

Nafta — 20

6,05

6 r s. 5 kop.

28X42 = 11,75

11,75 :

2 = 5,87.

— obiady

25

herbata

Szemat

7,92

65

cukier

na paź-

+ 6,05                14 rs.

1,15

tytuń dzier-

13,97

7,92

nik.

Tęsknić i marzyć — potem stracić nadzieję nadziei — i nagle obudzić się i 

widzieć wszystkie marzenia — speł-nio-ne... *
O, matko moja — czyż nigdy?

Jakże się kiedyś rozśmieję serdecznie z mojej obecnej niedoli, jakże by się z 
niej uśmiał jakiś pan w płaszczu z kołnierzem bobrowym, każda nawet gnida 

biurowa: 15 r s. miesięcznie wydaję na życie i wszystkie jego wymagania — i drżę 
z przerażenia wobec tej cyfry. Każda kokota, nieprodukcyjna tak samo jak ja, 

wydaje 6 razy więcej, każda koś-ciarka * zjada więcej niż ja...
Nie ma to jak być kobietą: pieniędzy nie ma — spódnica do góry — i są pieniądze! 

Zamiast psychologiczno-społecz-nych powieści i tym podobnego świństwa — lepiej 
by napisać o nierównouprawnieniu mężczyzny, wołać wielkim gło-

WARSZAWA, 1887
245

sem: otwórzcie domy publiczne dla... biednych studentów, dla kawalerów psycho-
społeczników, dla hultai, refleksjoni-stów, leniuchów, psowaczy powietrza, 

halucynacjonistów, mających po półczwartej myśli we łbach — niechże pracują, jak 
pracują kobiety. Byłby niezawodnie nakładcą sam pan Gebethner z samym panem 

Wolffem... Tymczasem muszę czekać kolei na literackim płaczu padole.
Ach, któż pojmie oczekiwanie na list *, mający przynieść szczęście wyśnione lub 

zanurzyć w błoto, straszliwe dla samego snu! Kto pojmie te raptowne szprynce od 
niezbitej, nie ulegającej powątpiewaniu, spokojnej jak teorema Pitagorasa, 

pewności siebie — do natrętnej, obrzydłej, potwornej, dławiącej, szyderczej jak 
Hamlet, drwiącej jak Yoltaire — niewiary... Kto pojmie wpatrywanie się ciekawe w 

stróża, wsłuchiwanie w każdy szelest, w skrzypnięcie drzwi, w głośniejszą 

background image

rozmowę — i dzień jednostajny, jednakowy, niezmienny jak stojąca woda gnojówki, 
wlokący się jak limfa w żyłach...

Gorączka ta jest jednocześnie marzeniem rozkosznym jak śmiech młodej panienki i 
rozpaczliwym jak krzyk w sonacie Beethovena. Za ostatnie 5 kop. wleczesz się do 

kawiarni, by czytać dzienniki. A tam... nie ma, nie ma, nie ma... Zabije mię ta 
niedola, ten mus życia — wiecznie pod gnojówką.

A przecież — jest we mnie, w każdym moim uczuciu, nawet w najczarniejszej 
rozpaczy (kiedy przysięgam sobie, że potrzeba kupić rewolwer, piłę, długą igłę, 

kwasu pruskiego lub czegoś podobnego dla zadania sobie śmiertelnego ciosu w 
brzuch) — jest we mnie jakiś stary człowiek, który się śmieje wtedy ze mnie. 

Taki refleksyjny duch siedzi we mnie nawet podczas zachwycania kolegów 
deklamacją, która i mnie unosi. Cała rzecz, że mam zmysł pozwalający patrzeć na 

wszystko ze stanowiska przyszłości. Wiem doskonale, że
246 DZIENNIKI, TOMIK XV

y .
impuls, o jakim mówiłem wyżej, dałby mi pewność siebie, niezbędną każdemu 

artyście jak powietrze; pewność siebie od razu stworzyłaby we mnie oryginalność, 
dałaby mi uderzenia maczugi i muśnięcia delikatne jak pocałunki matczyne. Ach, 

jakże bym szybko szedł! Cóż z tego, że czytam Espinasów, Taine'ów, Heinego, 
Turgieniewa — ja bym im się wyrwał z objęć za jednym takim podmuchem szczęścia. 

Przestałbym, niemal naraz, być składem miejsc ogólnych *, zwolennikiem cudzych 
ładnych myśli, wołem roboczym, fabrykantem nowel, byłbym sobą, przypomniałbym 

rzeczy przeżyte, noce przecierpiane, śmiech młody wróciłby do mnie na nowo, 
tysiące rzeczy nowych, prześlepionych lub zapomnianych zobaczyłbym na nowo, 

oddałbym je z szaloną werwą, z taką werwą, jaką noszę w głowie, a jaka zginie 
znów na długo, jeśli, jeśli... nie błyśnie jutrzenka.

Szymański — zdobył sobie sławę, jest już jednym z tych umiłowanych dzieci 
narodu, jakim jest Sienkiewicz np. A wszakże uderzył tylko w tę strunę, której 

moje niedołęstwo uderzyć nie chciało. Czyż potrzeba kisnąć tu, kiedy całe światy 
są do opisywania, niezbadane pustynie... Trzeba je widzieć — a ty tutaj, 

gliniane cacko, mi.rznij bez paltota, chodź na nikczemne obiady i komponuj z 
gtowy, fabrykuj rzeczy, które ci przynieść mogą sławę... warszawskiego — pana 

nowelisty.
4 X (wtorek).

Deszcz siecze rózgami szyby wielkiej sali auditorium. Zimno. Widać z okien 
Wisłę, kawałeczek Pragi, zielone zarośla wierzbiny i daleko, daleko — siwe 

kontury lasów.
Wielka, sięgająca aż do sufitu katedra w kształcie rzymskiej trybuny — kryje 

całkowicie niemal p. Wolfa razem z jego nudnym przysłowiem: oczewidnoje dieto *. 
Mówi o ciekawym przedmiocie — o energii.

WARSZAWA, 1887
Przyjemniej zawsze rozumować o rzeczach, których nie posiadamy, niż o tak 

znanych rzeczach jak bezsilność, refleksja, brak woli — nie dziw więc, że mnie 
energia fizyczna zajmuje. Oto jej formuły:

vt = v0 + t g (Szybkość — w końcu postępowego ruchu)
t g*

v0 = 0
vt = t g f-gM

Stąd S
t2

E — energia. S — przestrzeń, g — ruch post. M — masa.
(Formuła roboty)

E =
g Mgt*       Mg*ta   .„2 ——2—————2      'V

Mv2
(Formuła energii kinetycznej)

Energia kinetyczna równa się — masie pomnożonej przez szybkość ruchu do drugiej 
— podzielonej przez 2. Energia kinetyczna jest własnością ciał, posiadających 

energię potencjalną *. Dwa te rodzaje niszczą się wzajemnie — jak to okazuje 
formuła:

fa = f'a'; fa + fa' = O; f a = f'a';

background image

i a
Cóż jednak we wszechświecie nie posiada energii potencjalnej? Gdzie jest punkt, 

cieszący się absolutnym spokojem? Nad wszystkim panuje — ruch. On to nadaje 
energię wszystkiemu, co jest. Kamień wrosły na trzy sążnie w ziemię — posiada 

moc uderzeń... w kataklizmie kosmicznym, jakim mogłoby być wstrzymanie ruchu 
ziemi. Sufity, wieże, drzewa — posiadają prawo zwalenia nam się na głowy w tym 

samym stopniu, co gaz zamknięty w fioli — rozerwania naczynia, zwinięta sprężyna 
— rozkręcenia się, para zamknięta w kotle — poruszania pociągu.

1 W autografie omyłkowo: kinetyczną.
248 DZIENNIKI, TOMIK XV

Energia ludzka — jest tą samą siłą, jaką nosi w sobie zwinięta sprężyna, para, 
błyskawica, obrót planet i słońc około wspólnego, nie zbadanego centrum.

Ja... w obecnym czasie — posiadam energię potencjalną. Koleguję więc [z] 
pierwszym lepszym gazem zamkniętym w kolbie. Pamiętać jednak należy, pamiętać 

dobrze szczególniej formułkę: f a = f'a'.
Będzie to lekarstwo na górnolotne marzenia. Energia kinetyczna — nie może być 

ani o jotę większą od potencjalnej.
Święć się nam wiecznie, o lojalności, Coś patryjotyzm pchnęła w ruinę! W tobie 

prawdziwą arkę przyszłości Plemię dzisiejsze czci — śmiercią sine. Ciebie 
podłością zwą ludzie prości, Którzy w utopii przeszli krainę I od Polaka chcą — 

farsa szczera! — Dzielności męża, cnót bohatera.
Przed wrogiem cicho, grzecznie, układnie, Bo się inaczej zwichnie kariera, A gdy 

nasz dzielny zastęp upadnie, Przed Polską wnet się przepaść otwiera. Nam 
Wallenroda drogą iść zdradnie — A gdy się w sercu na rozpacz zbiera, Zamiast 

gniew niecić w tobie zapalny Damy ci plaster, żeś jest — lojalny.
O, tak! szowinizm — to zguby cecha! Czyś o Sybirze zapomniał, bratku? Moskal się 

dziwnie tylko uśmiecha, Gdy Polak myśli powstać z upadku. Jeśli ci miłą rodzinna 
strzecha, Strzeż się odwagi w każdym wypadku; Boś ty jest Polski arką 

przymierza, Szczędź własną skórę, a miast puklerza —
Użyj ostrożność — i siedź tak cicho, Jak mysz pod miotłą. Polska nie zginie, Bo 

nas nie skusi żadne już licho
WARSZAWA, 1887

249
Starać się o nią w sądu godzinie... Nam nie wypada zbroić się pychą, Bośmy na 

dziady zeszli już ninie. Bronić się? walczyć? satana, vadel * My w hasłach 
takich wietrzymy zdradę!

Ha, podłe plemię! Ty znikczemniały Hańby z służalstwem nędzny bękarcie! Tobież 
to marzyć o chwilach chwały, Gdy się podłością szczycisz otwarcie? Z godności 

ludzkiej wyzuty cały Przed progiem wroga żebrze o wsparcie — I jeszcze w głowie 
zuchwale roi, 2e na nim Polski zbawienie stoi.

Toż Polska wasza? Miejsce dochodne *
I żywot cichy z Moskalem w zgodzie.

Wtedy, gdy masy rozpaczne, głodne,
Ucisk i nędza zarówno bodzie,

A wróg, przez zdrady w następstwa płodne,
Ostatki życia tłumi w narodzie —

Wy się płaszczycie kornie, ze drżeniem,
By nie obrazić wroga westchnieniem!

Precz od ołtarzy! Miejsce lokai Za drzwiami! Tam się gryźcie o kości, Gdzie się 
pies głodny za łupem czai, Pokornym wzrokiem żebrząc litości. Śród całej waszej 

skarlałej zgrai Duch poświęcenia nigdzie nie gości. Kiedy wam dobrze tak na 
łańcuchu, To gnijcie w brudzie myśląc o brzuchu.

Ale od znicza narodu — wara!
Nie wam go zgasić zatrutym tchnieniem,

Bo w naszych sercach wciąż żyje wiara
I, podsycona zemsty pragnieniem,

Da płód, a płodu imię — ofiara,
Co nie jest tylko słów pustym brzmieniem,

Lecz ogniem żywym, co siłę trwali,
Roziskrza duchy — a próchno pali.

i c z

background image

ii
DZIENNIKI, TOMIK XV

Otrzymałem list... od p. Heleny. Bardziej bym się był spodziewał, że — zostanę 
ukoronowanym na konkursie „Kuriera Warszawskiego", * niż odbioru tego listu.

Biała — 3 X
Drogi mój!...

Ile tygodni upłynęło od ostatniego listu... sama już nie wiem. Nie pisałam tak 
długo — dlaczego? Nie umiem powiedzieć. Myśląc nieraz godzinami" o Tobie, 

zaczynałam pisać, aby Ci przesłać choć kilka słów czy to pociechy, czy też 
użaleń nad naszą b dolą — pióro jednak wypadało z ręki i odkładałam to na 

później. Z Twego ostatniego listu wiał taki smutek i niezadowolenie, że nie 
chciałam dolewać oliwy do ognia. Przez ten czas przebyłam bardzo wiele: choroba 

Leona, choroba moja; jakiś dziwny ból piersi uczepił mi się od paru tygodni, 
kaszlę i lękam się suchot...

Wszystko to ujemnie wpływa na moje usposobienie, tak że pomimo woli obojętnieje 
się dla drogich nam osób, bo czy uwierzysz, że do A.* po jej wyjeździe jeszcze 

nie pisałam? Z ręką na sercu — wyznałam najszczerszą prawdę — proszę więc o 
równie szczerą odpowiedź: dlaczego się tak długo nie pisało do mnie, proszę 

wygłosić wszelkie pociski, jakimi się miotało — naturalnie w myśli, a następnie 
w dzienniku — za moje milczenie.0

Pewno w Twoim przekonaniu warta jestem ukamienowania — ale odwołajcie Wasz 
wyrok, bo pewną jestem wygranej za pierwszą bytnością w Warszawie... Marzę o 

niej od bardzo dawna i spodziewam się, że ona wkrótce nastąpi. Ktoś wówczas 
zechce za wszystkie kalumnie osobiście przeprosić. Czy zgoda? Jakże Wasze 

zdrowie? I okem się, izy jaka niedobra chorobad nie nawiedziła Was... Odpisz m 
Stefanie — choć z dala żyjemy, jednak nie ma chyba dwu istot baró; ej sobie 

oddanych j«k nas dwoje....6 Już nie w naszej mocy być dla siebie wrogami ani — 
zapomnieć...

Helena
0 Jeszcze nieźle stoję: pani H. „godzinami" o mnie myśli. b Ale nad czyją 

właściwie dolą — nie wiem. Czy nad moją? 0 Niestety! — nie było pocisków ani w 
myśli, ani w dzienniku.

d Cóż ona myśli, że ja mam syfilis — czy jak? e Ehe...
WARSZAWA, 1887

251
Aronek w Mińsku na światach, adresujcie „Iberszer °, poste-restante". Pójdę sama 

na pocztę w piątek.
Szczęście lepszych dni — już nie powróci. Cudzołóstwo przeżarło najlepsze, 

najcudniejsze uczucia, całą nieskończoność przywiązań, zgnoiło sympatią, 
obryzgało błotem przyjaźń, a miłość — gdzieś uciekła na gwiazdy. Pani Heleno! — 

dziś nawet cię nie lubię, nawet nie szanuję... Adieu.
5 X

Gdy siła działa na ciało i gdy ciało to porusza się w kierunku siły, wówczas o 
sile tej mówimy, że wykonywa pracę, praca zaś wykonana przez siłę mierzy się 

iloczynem z siły działającej F przez przestrzeń s, jaką ciało przebiegło:
praca = Fs = mgs

Para na tłok w cylindrze wywiera siłę, czyli ciśnienie, dajmy na to, 30 funtów 
na cal kwadratowy — pole powierzchni tłoka jest, dajmy na to, 30 cali 

kwadratowych, a więc ciśnienie, wywarte na tłok, równa się ciężarowi 900 funtów. 
Tłok jest popychany, dajmy na to, przez długość 16 cali. A więc praca wykonana 

jest 900 f • lVs stóp = 1200 stopo--funtów za każdym ruchem tłoka.
Odwrotnie, gdy siła działa na ciało, poruszające się lub poruszane w kierunku 

przeciwnym kierunkowi siły, wówczas o sile tej mówimy, że jest pokonywaną, a o 
pracy — że jest wykonywaną przeciw działaniu siły. Iloczyn Fs z siły pokonywanej 

przez przestrzeń przebytą przedstawia pracę wykonaną przeciw działaniu 
pokonywanej w ten sposób siły.

Gdy masa dziesięciu funtów zostaje podniesioną na dziesięć stóp przeciw 
działaniu ciężkości, wówczas praca wykonana na pokonanie ciężkości równa się 

iloczynowi z przestrzeni przebytej przez siłę pokonywaną, tj. 10 st. • ciężar 10 
f. = 100 stopo-funtów. W tym razie jak zwykle praca = Fs, lecz F jest to siła 

pokonywana, jest ciężarem masy M, a więc F = mg, wskutek tego Fs = Mgs.

background image

Człowiek kroczy pod silny wiatr, który ciśnie na stopę kwadr, z siłą 40 fun. 
Jeżeli pole powierzchni, wystawionej na działanie wiatru, równa się 5 st. kw., 

to całkowite ciśnienie wiatru wyniesie 200 funtów, a wysiłek przy kroczeniu pod 
taki wiatr będzie taki sam, jak gdyby człowiek

Skąd ona dobiera takich nazwisk mitycznych?!

252
DZIENNIKI, TOMIK XV

ten ciężar 200 f. podnosił do góry za pomocą sznura przerzuconego przez blok. 
Jeśli człowiek ten przeszedł pod wiatr jedną milę (ang.) — to znaczy, iż pokonał 

on ciśnienie 200 f. na przestrzeni 5 280 stóp, wykonał on więc 1056000 stopo-
funtów pracy, to jest taką ilość pracy, jaka, skierowana inaczej, wystarczyłaby 

do podniesienia tego człowieka (jeśli waży 150 f.) na podwójną wysokość góry 
Snowdon.

Gdy Fs = l, to otrzymujemy jednostkę pracy. Taki wypadek jest, gdy F = l i S = 
l, to znaczy, że jednostka pracy jest wykonaną wówczas, gdy ciało, na które 

działa jednostka siły, przesuwa się przez jednostkę długości. Jednostka ta 
nazywa się erg ą.

Energia. Jeżeli ciało, ważące dziesięć funtów, zostanie wzniesione na dziesięć 
stóp i zatrzymane w tym położeniu za pomocą podstawki, to cała praca, wykonana 

nad tym ciałem — a mianowicie 100 stopo-funtów — może być na nowo odzyskaną, 
jeśli ciału temu pozwolimy spadać

1 wprawiać przy tym w ruch jakiś mechanizm. Gdyby użyty w tym celu mechanizm był 
doskonały, to otrzymana przezeń praca — byłaby w stanie wyrzucić masę 10 funtów 

na wysokość 10 stóp lub masę 50 funtów na wysokość
2 stóp. Ta okoliczność, iż nie możemy zbudować doskonałego mechanizmu, w niczym 

nie narusza zasady. Widzimy więc, że ciało na wysokości posiada możność 
wykonania pracy, równej tej ilości pracy, jaka została wykonaną nad tym ciałem 

przy wznoszeniu go na wysokość. W tym razie możność wykonania pracy została 
nadaną ciału przez oddzielenie go od ziemi wbrew działaniu ciężkości: gdy ciało 

znajduje się na wysokości, wówczas jest wysil, czyli ciągnienie (albo 
przyciąganie) do sprowadzenia go na dół j tylko dzięki temu wysiłowi ciało to 

przedstawia możność wykonywaria pracy. Gdyby ziemia i wyniesione w górę ciało 
przestały się przyciągać, wówczas ciało, nawet po oswobodzeniu go, nie spadałoby 

na dół i nie oddałoby nam pracy 100 stopo-funtów, jakąśmy nad nim wykonali.
Wiemy, że praca wykonana przy wzniesieniu masy M na. wysokość S przeciw 

działaniu ciężkości jest mgs; a więc energia, zebrana w ciele, jest równą mgs, z 
czego widzimy, że zależy ona od masy ciała, od wysokości, na jakiej jest 

umieszczone, i od przyspieszenia, jakie w danym miejscu nadaje ciężkość. 
Energia, czyli możność wykonywania nagromadzonej w ten sposób pracy, nazywa się 

energią potencjalną albo energią statyczną, albo energią położenia, albo energią 
wysiłu. Energią wysiłu posiada staw np. przy młynie. Liczbę jednostek energii w 

takim stawie możemy znaleźć mnożąc ilość wody znajdującej się w nim przez 
średnią wysokość, na jakiej jest umieszczoną, i przez miejscową wartość g.

Energia zebrana w tego rodzaju ciałach jest jak  sprężyny zegarowe.
WARSZAWA, 1887

Na sprężynie takiej wykonywamy pracę skręcając ją, przy czym wywołujemy ruch nie 
całej masy sprężyny, lecz zmieniamy względne położenie jej cząstek. Praca ta 

zwraca się nam i bywa spożytkowaną na wprowadzenie w ruch mechanizmu połączonego 
ze sprężyną. Gdy skręconą sprężynę zegarową trzymamy mocno w taki sposób, aby 

skręcenie, czyli odkształcenie było trwałym, wówczas cała masa jest w stanie 
wysiłu i dąży do oddania wykonanej na niej pracy.

Ciała znajdujące się w ruchu posiadają także możność wykonywania pracy. Jeżeli 
np. kula karabinowa uderzy w odpowiednio urządzony mechanizm, wówczas uderzenie 

to można spożytkować na wytworzenie pewnej ilości pracy. Albo — kulę, 
poruszającą się w jakimkolwiek kierunku, możemy połączyć z ciężarem za pomocą 

sznura przerzuconego przez blok — w takim razie kula ciężar za sobą pociągnie.
= mgs;

mv2

background image

A więc energia kinetyczna ciała poruszającego się w pewnym kierunku z prędkością 
v — zależy jedynie od masy m i od jego prędkości v, a nie zależy od miejscowego 

natężenia ciężkości.
Mgs = -Ł Mv2

M — masa; s — przestrzeń; v — prędkość; g — miejscowa wartość.
Jeden rodzaj energii, tj. energia potencjalna, przekształca się na inny, tj. na 

energią kinetyczną, w ten jednak sposób, że w całym układzie energii ani 
przybywa, ani ubywa podczas tego przekształcenia. Jest to jeden z najprostszych 

wypadków zasady, mającej bardzo obszerne zastosowanie i znanej pod nazwą zasady 
zachowania, czyli nieznisz-czalności energii.

Według tej zasady układ ciał, posiadający pewną ilość energii, zachowuje zawsze 
tę ilość energii w tej lub innej formie, dopóki nie wejdzie w takie stosunki z 

innymi ciałami, że wraz z nimi utworzy nowy, obszerniejszy układ, w którym 
energia jest już inaczej rozmieszczona. Jeśli jednak uważany układ jest tak 

wielkim, że już żadne nowe ciało nie może wejść do tego układu — jednym słowem, 
jeśli układem posiadającym energię będzie cały wszechświat, to w układzie takim 

ilość energii nie może się ani powiększać, ani zmniejszać przez udzielanie się 
innym ciałom, a wskutek tego ilość energii we wszechświecie jest niezmienną i 

liczebnie stałą.
A.   DANIELI *

254
DZIENNIKI, TOMIK XV

6 X (czwartek).
Wczoraj chodziłem do redakcji, a raczej do czytelni „Roli", aby zaprenumerować 

książki. Udało mi się dostać dwa tomy... Turgieniewa. Spotkałem się z ulubionymi 
utworami: Dym, Niesczastnaja * itd. Czytałem go długo w noc. Ileż to czasu 

minęło, ile uczuć wypaliło się! Gdzie dawna miłość — niepojęta czarna otchłań 
uczuć, które tak rozumiałem niegdyś czytając Turgieniewa? Patrzysz ze 

zdziwieniem na własne serce i smutku pełen żal, nieznośnego śmiechu pełen — 
upewnia cię, że może niezupełnie wystygło, ale zapomniało, przestało boleć, ale 

i czuć przestało... Ani tęsknoty, ani młodych porywów, wichrem bijących w 
najtajniejsze kąty duszy — nic nie ma...

Nie odpisałem pani Helenie.
4   w   nocy.

Czemuż nie można zatrzymać cudownych widzeń, jasnych, wspaniałych myśli, 
cudownych obrazów — sunących się namacalnie przez głowę i serce? AchK ten 

idealny stenograf--sztuka nie stworzy, nie odda wszystkiego! Noc taka minie i 
nie powróci. Szczęście ciche a nieskończenie potężne, bezmiernie wszechmocne — 

widzenia cudowni :h kart — nie co dzień schodzi w ciemną głąb moich dni. Boi e 
miłosierny — pozwól mi napisać wszystko, co czuję...

7 X (piątek).
Wracając od Wacława spotkałem dziwną facetkę: rna lat ze dwadzieścia, wysmukła, 

wysoka, o włosach ciemnokaszta-nowych. Rysy ma twarde, a jednak szczególnie 
symetryczne, jakby je wyrzeźbił początkujący artysta. Cera nie śniada, ale 

ciemna, chmurna, zdrowa; rozlewa się na szczękach i policzkach plamami 
ciemnobrunatny rumieniec. Ani trochy bie-lidła ani różu nie postało na tej 

twarzy. Mały, modny, stożkowaty kapelusz nasuwa na same brwi — a szczególnie
WARSZAWA, 1887______________________________________________________

wspaniałe i szczególnie nieprzyjemne są te brwi: co chwila drgają one^porywczo, 
zuchwale, dumnie, jak wąskie skrzydła ponurego ptaka. Za każdym takim rzutem na 

czole formuje się zmarszczka i nozdrza ślicznego nosa rozdymają się nadając 
twarzy wyraz wyzywającego cynizmu. Ubrana była nie to niemodnie, ale jakoś 

niedbale. Gdzieś ją czy jej podobną twarz widziałem bardzo dawno, w ciągu 
jakichś chwil smutnych czy nieszczęsnych — nie pamiętam — ale zrobiła na mnie 

bardzo przykre, nieznośne wrażenie. Musiałem ją widzieć w Kielcach albo Nowo-
Mińsku — pamiętam, że przelotnie, ale kiedy i jak?

Trudno było odróżnić, co ona; za jedna. Nie wygląda na „puszczającą się" — a 
jest w tej twarzy coś niemiłego, coś zdradzającego cynizm — i jednocześnie 

burzącego krew, jak wicher. Cudnie zbudowana, o szerokich biodrach i piersiach 
wyniosłych, posiadających ten zarys prostokąta, co to jadem ognia rozpryska ci 

się po żyłach. Szukała kogoś na Nowogrodzkiej ulicy, chodząc od bramy do bramy. 

background image

Rozmawiałem przez ten czas z Br[y]dackim. Wreszcie wyszła z tej ulicy. Na rogu 
Marszałkowskiej przyjrzałem się jej, na co odpowiedziała uśmiechem aż zanadto 

wymownym. Nie chciało mi się wierzyć; poszedłem jednak aż na Zielony Plac. * Nie 
odwróciła głowy ani razu. W ogóle każdy jej ruch jest niedbały, jakby znudzony.

Podszedłem do niej i zaczęliśmy rozmawiać. Cała jej twarz od szyi aż do brwi 
zabarwiła się krwią, krwią, z której bił ogień, żar. Twarz w tym brunatnym 

rumieńcu wydawała się aż czarną, podczas gdy oczy, pełne tegoż płomienia, 
patrzały łaskawie. Tęczówki oczu są tak ogromne, że spod zsuniętych brwi, prócz 

tych czarnych, pełnych gwiazd ognia tęczówek, nie było widać nic.
Doszliśmy do narożnej kamienicy, rozmawiając, nie pamiętam o czym. Zatrzymała 

się na schodach, marmurowych, wysłanych ogromnym dywanem. Zapytałem się, gdzie 
mieszka?

— 20 nr.
l

256
DZIENNIKI, TOMIK XV

— Czy... sama?
Odwróciła się i do twarzy jej uderzyła jeszcze większa masa krwi.

— Niech pan... przyjdzie...
— Kiedy?

— Jutro o 12-ej.
Zawróciła się i, nie obejrzawszy się, pobiegła na górę.

Jeśli prostytutka — to dziwna. Lecz nie wygląda na to, nie ma miny „grandy", nie 
wygląda nawet na lekkomyślną — a ja przecież znam się, chwała Bogu, na tych 

paniach. Dziwna w ogóle facetka, a jeśli się to uda bez pieniędzy — to 
pożyteczny nabytek. Choć wątpię, czy tam pójdę... Staram się o niej zapomnieć — 

a nie mogę — diabli mię rozsadzają na wspomnienie tej twarzy smagłej, namiętnie 
pięknej, grubo, grubiańsko ponętnej, oczu diabelsko gorących i ruchów ciała 

porywczych, jakby w niej kipiała uczciwa, dziewicza krew.
Wacław mieszka u jakichś państwa, całą zaletę których stanowią dwie córki. 

Młodsza ładna jest, tłuściutka, ręce ma jak utoczone wałki, oczy ma niebieskie, 
no, i naiwno-głupiu-teńki puszek na pyzatych policzkach i na bujnym włosem 

omglonej główce. Otóż tej pannie „Helenci" podobałem się, ładnym mię nazwała i 
ma minę uradowanej, ekstatycznie melancholijnej kozy, gdy przychodzę do Wacka. 

Próbowałem jej, parę dni temu, mówić różne głupstwa w kształcie kom-plimentów — 
z wielkim nawet skutkiem, bo pozwoliła uściskać swe tłuste a niewielkie dłonie. 

Dziś zauważyłem, że Wacio mój robi oczy wielkie jak karw * nasrożony, gdy ja 
lekko mówię o Helenci. Tymczasem więc dam pokój odwiedzinom, niechaj się Wacio 

„spuszcza" idealnie w spodenki, lecz Helenci zapomnieniem nie zbędę. Da Pan 
Jezus, płaszcz człowiekowi uszyją — to i poromansujem, gdy panienka spieszyć 

będzie z domu do magazynu i z magazynu do domu. Do Helen mam szczęście.
NA SASKIEJ  KĘPIE (AL.  GIERYMSKI)

WARSZAWA, 1887
257

8 X (sobota).
?^ssw«S}Ł   a^-

...HejioseK, KOTOpbiń paccTaeTca c HteHmwHoii, HeKor^a jiro6nMoii, B TOT 
ropbKuft M BCJIIIKHH nur, Korfla OH HesojibHO cosnaeT, HTO ero cepfli;e ne Bce, 

HC snojine npoHHKHyro ero, STOT HejioseK, nosepbTe MHB, Jiynine M rjiy6ace 
noHUMaei CBHTOCTb jiK)6BM, HCM Te MajiosyuiHbie jnop?i, KOTO-pbie OT CKyKM, OT 

CJiaSocTM npoflOJiacaioT nrpais na nojiynopB3HHbix CTpynax CBOMX BHJIWX M 
HyBCTBMTejibHbix cepseij. OflHaKOHt — HMKTO

M3 H3C H6 B CMJiaX npOTMBMTbCH MGJIKOMy CaMOJIK)6nro,  M6JIKMM  XOPOIHMM
— coHcajieHMio M pacKaaHHio...

TURGIENIEW *
10 X (poniedziałek).

Jakże ciemno w tym pokoju, choć jest zaledwie godzina trzecia po południu! 
Olbrzymie deszczowe krople spadają z wysokości, bulgocząc w kałuży sformowanej 

na środku naszego podwórza, wytwarzając wielkie bańki, jakby w tym błocie igrały 
roje małych igrających w słońcu rybek. Mrok tu jest taki, że niepodobna 

odróżniać liter książki, jaką czytałem, szyby zamazał deszcz jakimiś podłużnymi, 

background image

równoległymi linijkami, jak gdyby kto umazanymi w błocie palcami uczył się na 
nich geometrii. Zabawne jest to miniaturowe niebo, jakie widać stąd: podobne do 

ścierki zamazanej tak, że utraciła kolor. Wróciłem niedawno z obiadu, kamaszki 
przemoknięte, albowiem w podeszwach są niebezpieczne dziury, pożyczany płaszcz 

przemoknięty, zimno — i nieznośnie smutno...
Zapalić papierosa czy zapalić lampę? Lampa zbliży mię z dobrymi przyjaciółmi — z 

Ouidą, Taine'em, Espinasem, kursem fizjologii... lecz odwracam się jeszcze od 
nich na chwilę, by zatonąć w odmęcie moich myśli.

Zapalam tedy papierosa i piszę nachylając głowę nad samym papierem, piszę 
brzydko, czego nie znoszę, piszę bez sensu, co w danym razie odzwiercładla 

pesymistyczno-nud-no-leniwo-bezładny tok myśli. Wróciłem z Taniej Kuchni. Dobra 
i ładna dziewczyna ta Zuzia. Całe moje koło gałganów-

17 — Dzienniki t. IV
Jil

ii
258

DZIENNIKI, TOMIK XV
-kolegów utrzymuje, że Zuzia jest moją kochanką, dopytuje się mnie, gdzie 

miewamy spotkania — w chambres-garnies czy u mnie, zazdroszczą mi, starają się o 
protekcje. Całą tę wrzawę wywołała moja przyjaźń z Zuzią. Przyjaźń zaś 

manifestuje się — soczystymi kawałami pieczeni i przewyższającym marzenia 
ogromem greczanej kaszy, jakie mi podaje, zapałkami podawanymi ze skwapliwoscią 

godną lepszej sprawy, wreszcie uśmiechami, rozmowami zakrawającymi na romans w 
stylu Balzaka.

Zuzia mię lubi, a ja lubię zarówno ją, jak dobry kawałek pieczeni. Przy wyjściu 
oczekuje mię ona zawsze i — jednego dnia wymienia numer domu, gdzie mieszka, 

drugiego godzinę 8 wieczorem, innego znowu zapewnia mię o różnych rzeczach. 
Gdybym był bardziej bogaty, mógłbym pędzić piękny żywot wolny od trosk — 

tymczasem muszę zadowolnić się dozą zarozumiałości, że oto... Zuzia, przedmiot 
uwielbienia całej Taniej Kuchni, już-już... kocha się we mnie. Zarozumiałość to 

niemała, boć posiąść taką Venus zamierzają wszyscy — zarówno ci, co mają 40 rs. 
miesięcznie, jak i ci, co się ogłaszają od wakacji w kurierach na próżno jako 

„zdolni korepetytorowie".
Wczoraj czytałem na zebraniu kilka charakterystyk z Sejmu czteroletniego Kalinki 

*, charakterystyk Potockiego, Rzewuskiego i ciekawą... księcia Adama 
Czartoiyskiego. Nudne są bez Leona te zebrania! Całą ich wartość stanowi 

działalność Ch.*, działalność — dośrodkowa... w zbieraniu składek na broszurę 
Z.F.M. * Robi się z niego dzielny chłopak — dzięki antagonizmowi, panującemu 

między nim, panem Edwardem O.* i Jankiem. Zabawne małpie uczucia! Przesadzają 
się w objawach uczuć patriotycznych dla dokuczenia sobie. Za oczy szkalują się, 

w oczy udają kiepskich dżentelmenów. Ch. wychodzi z tego na cało, choć i on wart 
— kolanem...

r
WARSZAWA, 1887

259
Po zebraniu, po obiedzie, zabrawszy płaszcze hiszpańsko--mikołajewskie * i kilka 

złotych polskich, idziemy, jak poprzedniej niedzieli, na Wisłę. Towarzyszy nam i 
trwożliwy Soluś. Dzień był śliczny, słoneczny, jesień oddychała całymi 

piersiami. Wesoło wyrwać się na chwilę z gnojowisk miasta, lubo, dobrze! 
Najęliśmy łódkę i żeglując daleko wprawniej i szybciej niż przeszłą rażą, w parę 

minut przebyliśmy łachę i znaleźli się na środku Wisły. Prąd był daleko słabszy, 
zresztą znamy już wszystkie mielizny i wiry, Tadeusz i „kapitan" pracowali całym 

wysiłkiem medycznych muskułów — toteż posuwaliśmy się szybko pod wodę.
Śliczny to był spacer! Słońce, widziane z wiślanej powierzchni, w kształcie 

wielkiej, czerwonej, miedzianej kuli zataczało się z wolna za gmach teatru, na 
wodzie lśniły długie, czerwone, połyskliwe jego blaski. Każdy liść wierzb 

nadrzecznych świecił promienisto, wesoło; dusza przyrody — cisza — zakradała się 
aż tam, pod mury miasta, gasiła chlupanie wioseł, burczenie steru i nasze 

rozmowy. Jechaliśmy w milczeniu aż za Saską Kępę. Wjechaliśmy w zatokę tzw. 
przystani. Stoi tam na dużym galarze domek do niewiadomego mi użytku, z wygiętym 

blaszanym kominkiem podobnym do fajki niemieckiej i paskudnym psem nie 

background image

szczekającym nigdy. Na brzegach rosną rokiciny, taplające się w wodzie, kiwające 
gałęziami oblepionymi błotem, jak tam u nas, nad moim stawem — w ukochanych C.* 

Słońce zachodziło. Przybiliśmy do brzegu warszawskiej Itaki. * Były tam co 
prawda na brzegu Nausikaje * — panny Franciszki, znane aż nadto dobrze z 

„Kolców" i „Kuriera Świątecznego", w towarzystwie panów unter-oficerów. Nie one 
jednak stanowiły cel naszego wylądowania: ja, wicedelegat i Soluś poszliśmy 

śliwek kupić. Wierzby idą brzegiem, obok drogi pełnej błota, wysychającego raz 
na rok około Matki Boskiej Zielnej, wygrodzonej płotem, sztuka budowania którego 

sięga epoki mieszkań nawodnych. Obok drogi stoją restauracje z katarynkami, a 
wchód do restauracyj zagradzają stogi siana

1IK
260

DZIENNIKI, TOMIK XV
i grupy panien Franciszek, zamieniających z panami unter-ofi-cerami najmniej 

przyzwoity szereg objawów miłosnych; widocznie siano zbliża rodzaj ludzki ku — 
marzonemu przez Rousseau — stanowi natury.

Liście z drzew poczynają opadać, szeleszczą pod nogami, po gałęziach skacze 
zimny, zgryźliwie gwiżdżący, wiecznie przesiąkły wilgocią — wiatr wiślany. 

Czasami cały szereg wierzb o dużych, grubych pniach i cienkich gałązkach 
zagwiżdże, zakołysze się i aż zagłuszy tony „Gaszparonego" *, co się rozlega na 

wszystkie strony... Kupiliśmy kilka gruszek od starej i bardzo złej pani — i 
wrócili na łódź. Wzięliśmy się do wioseł — ja z Tadeuszem — i pomknęli. Noc 

zaległa. Wesoło pędzić za wodą, mocno i szybko robiąc wiosłami, wpadać w smugi 
światła, padającego z nadbrzeżnych latarń i okien i zalegającego całą szerokość 

Wisły jak długie, połyskujące świetlistą łuską żmije, łamać srebrne blaski 
uderzeniami wioseł i słyszeć tuż-tuż pod sobą szmer czarnej głębi. 

Przelecieliśmy jak czarny ptak aż do przystani w parę minut. Potem wesoły powrót 
do domu i herbata, smakująca dobrze po wysiłku muskułów...

Przeczytałem nareszcie sześć tomów, cah sześć tomów — Potopu Sienkiewicza.
Dwa lata temu stałem przed Bitwą grunwaldzką Matejki. Na pierwszy rzut oka 

wydawało się, ze jest to wielki dywan, na którym uchybiając perspektywie 
nawalono masę ciał ludzkich, koni, rąk, nóg, pałaszy, dzid. Po wpatrzeniu się 

jednak stopniowym — postacie te poczęły się rozsuwać, dawać miejsce powietrzu, 
słońcu, dymowi, oddechom ludzkim. Twarze ludzkie z bezmyślnie powykrzywianych 

stały się twarzami rzeczywistych ludzi, bijących się na śmierć i życie, 
konających, otumanionych mgłą śmierci. Pamiętam jeszcze zagadkową twarz Witolda, 

rycerzy łamiących się w śmiertelnych zapasach. Wreszcie straciłem świadomość, że 
jestem widzem,

U!!
r

WARSZAWA, 1887
2bl

i porwany zostałem wirem strasznych uniesień, jakie wrzały nie na tym już 
płótnie, ale na tym polu śmierci, czułem, że oczy tych ludzi mogły widzieć 

postać zamodloną świętego w czerwonych od ognia obłokach *. Poczułem, że nie 
mający krańca artyzm — przeniósł mię przez czterysta lat i rzucił w tłum, 

siekący się tam na życie i śmierć. Jak bezgraniczny artyzm przenosi widza — tak 
samo przenosić musi twórcę tych ludzi. Artysta, puszczający cugle fantazji, musi 

stać się człowiekiem XV wieku, wierzyć, nienawidzić, bić bez litości, szaleć, 
konać.

Czytając powieść Sienkiewicza — doznaje się tych samych wrażeń. Matejko i 
Sienkiewicz są ludźmi jednej miary. Nasze drobne, niskie, codzienne przekonania 

i kierunki nikną w krainie odrębnej, diametralnie obcej codziennemu życiu — w 
artyzmie twórczym. Sienkiewicz nie umie narysować życia naszych dziadów z XVII 

wieku ze ścisłością archeologiczną Kraszewskiego — ale umie czuć tak, jak czuli 
tamci. W Potopie jest olbrzymie tchnienie minionego wieku. Jest to obraz 

poetyczny, epos w guście Ariosta *. Stąd podobieństwo jego do Matejki. Nie 
opisuje, nie odrysowuje umarłych pokoleń, ale je genialną intuicją stwarza. Jego 

Bogusław Radziwiłł, Kmicic, Wołodyjowskł, Zagłoba mogą być absurdami z punktu 
widzenia historycznego — ale są postaciami genialnie stworzonymi, analogicznymi 

typami na tle epoki, typami tak całkowitymi, że pochłaniają twoją uwagę, 

background image

wciągają cię, unoszą jak kreacje Wiktora Hugo. Takie postacie stwarza poeta — 
nie dosięgnie ich powieściopisarz piszący według formuł sztuki i rad historii. 

Potop jest wielką pieśnią naszej przeszłości, jest zbiornikiem treści 
egzystencji naszej politycznej, jest fotografią ducha narodowego nie w danej 

epoce, lecz w ciągu całego istnienia. Nagły, natrętny, nieznośny w niedawnym 
pozytywiście katolicyzm — nie jest błędem, jak powszechnie twierdzą: jest 

konieczną, niezbędną stronicą tego życia — sądzę bowiem, że zbyt wysoko stoi 
Sienkiewicz, by się zniżał, jak twierdzą, do schlebiania księ-

262
DZIENNIKI, TOMIK XV

dzu Chełmickiemu *. On stwarza obiektywnie, a że, jako poeta, musi zejść w 
epokę, musi stać się w danym utworze jedną z jego kreacyj, niewidomym duchem 

przewijającym się śród tych postaci — 'musi więc przyjąć wszelkie uczucia 
Kmicica czy księdza Kordeckiego, bo podlega temu samemu prawu, jakiemu podlega 

Mickiewicz w Switeziance. Jest to więc romantyzm? Nie wiem, lecz coś wielce do 
romantyzmu zbliżone.

Pozostaje jeszcze idea tego obrazu. Idea zamyka się w toaście pana Zagłoby na 
weselu Kmicica *

Wziąwszy pod uwagę ideę Potopu, Larika Gadomskiego, Szkiców Szymańskiego — mamy 
nowy kierunek sztuki, kierunek czysto polski, wyrosły na naszym gruncie, na 

gruncie naszego żebraczego głodu. Kierunek ten wyda wielkie owoce, bo jest 
dziełem twórców. Reakcja to, reakcja po mdłych typach epoki pracy organicznej. 

Stary Jeż wyciąga rękę od starych marzycieli i podaje ją młodym, podaje temu 
kierunkowi, który wykazuje, że nam... trzeba ofiary. Duch narodu jeszcze jest 

silnym, jeśli potrafi wznosić oczy ku tym nowym rzeczom, ku ofierze. A młodych 
twórców ludzie ciekawie czytają.

Co do mnie, to rad bym tylko schwycić i upamiętnić... budzenie się do ofiary.
Wziąłem z czytelni p. Jeleńskiego — Ouidtj i Taine'a Notes sur 1'Angleterie i O 

ideale w sztuce *. Czytałem kilka nowel Ouidy. Jest ona sztukmistrzem, 
arcyfizykiem, trzymającym ciekawość czytelnika na powrózku aż do chwili, gdy go 

piorunem olśni, przerazi i... zmusi do oklasku. Treść jej nowel zamyka się 
zwykle w ostatniej stroniczce. Nie można jednak czytać tylko ostatniej kartki, 

gdyż straciłoby się śliczne roz-prawki z dziedziny sztuki. Tak zwanej 
psychologii u Ouidy szukać nie trzeba, a to, co ona nazywa prawdopodobnie tym 

mianem — bynajmniej psychologią nie jest. To także poetka.
WARSZAWA, 1887

263
Opowie — dlaczego ktoś kogoś zabił, z jakich powodów, opowie, co czuł, ale [nie] 

dostrzeże, nie zauważy, co święci się w cierpieniu, w radości. Bardzo podobna do 
Coppee'go — ale ognistsza, namiętniejsza, śmielsza. Czasem rozśmieje się zimnym, 

angielskim śmiechem z rządów, z ludzi; Anglii tylko nie tyka.
... obraz łąki zielonej, rowu pełnego nłezabudek rosnących śród pokrzyw, olszyny 

rozsypanej po bagnie za rowem i drewnianego kościółka, w którym przed laty 
wyśniła mi się Wielkanoc, mnie, dziecku... A później koło tego kościółka 

polowałem nieraz, zda się, że z Tobą nawet pod Ciechanowem, w bok od Opinogóry. 
Tam dziś także pełno ludzi, tam dziś skowronek śpiewa, słońce wiosenne świeci 

nad równiną wielką...
Mnie smutek zabił, mnie gorzkie koleje,

Mnie gwałt namiętnych, nieskończonych marzeń,
Mnie krok leniwy ognuśniałych zdarzeń,

Mnie te dni naszych wciąż tak podłe dzieje...
Z listu Z. Krasińskiego do Gaszyńskiego *

Ze smutkiem przeczytałem dziś ten ustęp. Byłem i ja w owym kościółku w 
Kosiczynku i te same obrazy zostały mi w pamięci. Dziś mieszka tam ładna panna 

Eleonora D. * Czasami wracam z żalem myślą do tej równiny, na której przeżyłem 
tyle dobrych dni. Olszyna owa została i ciągnie się za dworem pana D.; dworu, 

gdy powyższe słowa pisał Krasiński, pewno nie było, dziś stoi śliczny, nowo 
zbudowany pałacyk, a w nim tęskni za światem ładna, o cerze smagłej, czarniawej, 

jak świeża powłoka brunatnej śliwki. Ach, mazurki Chopina — jak ona je grała!
11 X (wtorek).

Orrota  /p^ei  pY)yvuT<o SOFOKLES Edyp król *

background image

W strasznych minutach życia — przychodzą mi na pamięć te wyrazy z całą ich 
przerażającą grozą. Pozostaje mi jeszcze modlitwa do straszliwej siły, rządzącej 

losami atomów

264 DZIENNIKI, TOMIK XV
i wszechświata, abym znaczenia tych słów nie potrzebował tłomaczyć. W 

cierpieniach codziennych można woleć bolesną prawdę — nad rozpaczliwość 
niepewności, ale tu, tu, gdzie otchłań bezdennego nieszczęścia roztwiera się 

przede mną — wolę niepewność. Upewnić się — znaczy umierać. Na spokojnie 
rozkwitający na ustach uśmiech pada śmiertelna bladość rozpaczy. Obłąkane oczy 

szukają punktu oparcia, cienia nadziei — i nie ma jej, nie ma światła, promyka, 
iskry. Wieczna, nieprzebrana ciemność. Wszechmocna potęga — Bóg, gromowładny 

kaprys, bezmiar kary — mówi do mnie.
12 X (środa).

Nasze dwie wielkie epopeje nowoczesne, Boska komedia i Faust, są skróceniem dwu 
wielkich epok historii europejskiej. Jedna wskazuje sposób, w jaki zapatrywano 

się na życie w wiekach średnich, druga — sposób, w jaki my się zapatrujemy.*
Wieczór koleżeński, własne kółeczko... Nie myślałem, że będzie tak łapczywe na 

idee bez końca.
— Koledzy! od czego zaczynamy naszą pracę? — pyta kolega blondyn w binoklach.

— Hm... historia... — mruczy kolega W.
— Historia — to mało, to nic. Trzeba poruszać sprawy ekonomiczne, społeczne, 

trzeba dyskutować, kształcić się wszechstronnie — mówi jednym tchem łysawy, 
ślepawy, brodaty i dziobaty kolega z trzeciego kursu.

— Cóż? Historia nasza? Buckle'a, Drapera Dzieje stosunku wiary do rozumu, a 
Buckle'a, Buckle'a głównie dawajcie. Czego nas nauczy nasza historia?... 

Bobrzyński czy jak?... — woła inny.
— Nasze zebrania — to nic, to zero! Tu społeczeństwo trzeba przerobić, zburzyć 

przesądy. „Prawdę" niech czytają facetki! Wnoszę projekt, proszę o głos... niech 
każdy z nas na facetki działa, na facetki głównie, one matkami będą,

WARSZAWA, 1887
265

dzieci kształcić będą, nasza praca na dziesiątki lat się rozkłada — trzeba więc 
przeważnie na kobiety...

— Dobrze to mówić tym, co trypra nie mają — mówi grobowym głosem kolega o 
pesymistycznym wyrazie twarzy.

— Kto Milla nie czytał, niech czyta Milla o poddaństwie kobiet * — trzeba je 
wyzwolić, inaczej ruina nam grozi, śmierć społeczna... — ciągnie dalej kolega 

cienki jak ołówek Fabera, biały jak kość.
— Śmierć spółkująca — przerywa mu kolega pesymista, gruby a sprośny.

— „Prawdę" trzeba rozszerzać...
— „Głos" trzeba rozszerzać...

— „Prawdę"! Swiętochowski jest...
— Swiętochowski idiota! „Głos" — to pismo!

— Panowie — założemy bibliotekę!
— Pisma trzeba prenumerować, „Głos" podtrzymywać...

— Proszę o składki na bibliotekę.
— Na Skarb Narodowy składkę...

— Gdzie kasjer?
— Co za zwierzę — „skarb narodowy"?

— Broszura Jeża.
— Nie Jeża — styl wściekły, podły, nikczemny, Jeż by się wstydził tak pisać.

— Załóżmy się.
— Panowie! Trzeba myśleć o odrodzeniu społeczeństwa.

— Kto delegatem będzie?
— Praca organiczna jest zbawieniem.

— Dla brzucha.
— Naród by skonał...

— W pracy organicznej.
— Koledzy — kasjera nie ma.

— Koledzy — Fryze w „Kurierze Porannym" znieważył nas *.

background image

— Bić w pysk!
— Piszę artykuł do „Przeglądu", * zwymyślam!

DZIENNIKI, TOMIK XV
— BuckleL.

— Dawajcie papierosa!
Wszczyna się dziesięć sporów, spory przechodzą w kłótnię, dym papierosów dusi, 

hałas, gwałt! Po godzinie tego rodzaju „rozpraw1' nad poprawieniem ,,z gruntu" 
społeczeństwa — rozchodziemy się zostawiając złotówki na bibliotekę. Zimno, 

wiatr świszczę, zakrada się aż za mundur mój, w którym uciekam do domu jak 
zając.

A jednak — muszę szukać jakiegokolwiek towarzystwa, aby uciekać od samotności i 
myśli, jakie ona nasuwa. Dzisiaj ostatni raz spoglądam w otchłań z nadzieją, że 

tam nie spadnę. Straszny wir myśli odbiera pamięć, rozsądek — błądzę w jakimś 
piekle ciemności. Przyświeca mi w zakątkach mózgu nadzieja, że wyjdę jeszcze, a 

jutro mam się dowiedzieć: wyjdę czy nie wyjdę. Ciekawym, czy potrafię jutro 
napisać, co uczuję, gdy będę zlatywał ze strasznym świstem w ten grób, który nie 

otworzy się już nigdy? Matko moja, zstępuję oto w przepaście, aby z nich nigdy 
nie wyjść. Miej litość — wybaw.

Przypominam sobie, co pisałem 19 listopada *, i wiążę, że było to nieświadome 
przeczucie. Moje prace, moje myśli, moje życie zaczynają mię opuszczać. Patrzę, 

jak —- nie to odchodzą, ale uciekają, jakby je wiatr unosił, zostaję sam, ,,beze 
mnie", zostaję jak drewno. Wtedy podkrada się na palcach widmo nieznane i głosem 

niedosłyszalnym, nie dźwiękami, ale uderzeniem w nerwy — daje znać: musisz podle 
jak pies, jak zwierzę, gorzej od spracowanego konia, podlej niż ostatni ze 

zbrodniarzy, potworniej niż padlina — umierać. Umierać?! Ależ roztwiera mi się 
dziś mleczna droga życia i sławy! Ależ myśli moje, które muszę zakuć w granit, 

ależ ziemia, rodacy, miłość... Umierać! Musisz sobie odebrać życie, aby nie...
Czyż tak?

WARSZAWA, 1887
267

Jeżeli tak, to nikt o tym nie będzie wiedział. Dokonam na sobie wyroku losu. 
Byłbym już zbyteczny, nienawistny nawet sobie.

Wzgardę ci sądzi brutalna moc, co z cienia Tajnych  praw  na   złe   
człowieczeństwa  rządzi...*

Zabawna myśl: stać się niczym, nawet nie prochem, nie pyłem, nie atomem, nie 
molekułą, nie niewidzialnym gazem — ale niczym.

Czyż podobna? Jak to — więc ze mnie nie pozostałoby nic, nawet uczucie? Zabawne, 
puste głupstwo, idiotyzm wymyślony za kuflem piwa i kawałem rostbefu. Ze mnie 

musi coś pozostać, bo inaczej musiałbym zwariować w chwili, kiedy o tym myślę. 
Pojęcie nicości przekracza granice mojego rozumu, a jest podłym brutalstwem w 

zastosowaniu do mojej, do ludzkiej istoty.' Znaczy to, że ja — trup, stoczony 
zostanę przez robaki, zamienię się w gnój, w reakcje gazowe, w ciecze, wreszcie, 

wytworzywszy trochę siarkowodoru, odczynów amiakowych, wywoławszy trochę 
energii, gdy mię w dół wrzucą, w ziemi, trochę energii, gdy jako siarkowodór 

wejdę w skład jakiegoś wielkiego smrodu — przestanę być materią, narzędziem siły 
— i stanę się zerem... A moje czucie, myślenie? Powiadają, że koń, karaś, motyl, 

glista, wszą — mogłyby zadać to samo pytanie. Powiedzą mi, że może i sosna, 
tatarak i trawa mogą je także zadawać, uniesione pychą... motywującą się 

posiadaniem nerwów. Ach — nic więc! Bezmiar nicości, tym potwornie j szy w swym 
ogromie, że jest nieskończenie mniejszy od wszelkiej miary, jaką by mogła 

wyobrazić sobie myśl. Do tego zdążamy — żyjąc. Umrzeć — znaczy stać się tym 
czymś, co nie da się określić niczym w mowie ludzkiej, nawet tonem muzycznym. 

Czy rozumiecie ten stan: być niczym?
Patrzcie, jak jesteśmy idiotyczni: mówimy — ,,być niczym"... Nie umiemy nazwać 

tego stanu, nie możemy zro-
m

268
DZIENNIKI, TOMIK XV

zumieć „niczego" bez wyrazu „być". Pewni swego, łączymy dwa wyrazy wykluczające 
się wzajemnie — dla oznaczenia nie-bytu. Ale spojrzyjcie w tę przepaść, która 

nazywa się — „nicość". Czujecie zawrót głowy z przerażenia, bo nie być nawet 

background image

gazem, nawet nieskończenie małym indywiduum gazu, nawet miliardową cząstką owego 
indywiduum — jest bezgraniczną rozpaczą. Niech nikt nie mówi, że mu wszystko 

jedno, co się z nim stanie — bo kłamie. Wszak, aby zbyć się nieskończonego 
przerażenia na myśl nicości — stworzono duszę. Mówią nawet, że dusza jest jedna 

na całą przyrodę, na wszechświat. Czy nie widzicie stopniowania strachu w umyśle 
ludzkim na myśl o nicości? Jakaż rozkosz — umrzeć, czyli stać się maleńką 

cząsteczką ducha przyrody! Jakaż rozkosz — istnieć wiecznie i wiecznie czuć! 
Istnieć, istnieć jako duch czujący, przebywać na ziemi i wiecznie ją bez zmazy 

kochać! Być czymkolwiek, nie być nawet cząstką materii — być tylko samym 
uczuciem w przyrodzie, cząsteczką jej bezgranicznego uczucia! W takim razie — 

śmierć byłaby dobrem najwyższym. Tak może czują... w niebie. Lecz niebo — 
musiałoby być na ziemi. Istota ziemi — tylko na ziemi może mieć niebo. Nic nie 

wiadomo. Twierdzą natomiast ze śmiechem, że śmierć zamienia nas na nicość, nie 
istniejącą w przestrzeni i wieczności. Rozum tego nie pojmuje, a uczucie doznaje 

odrazy. Kłamią widocznie. Z tym oto kłamstwem — trzeba zestawić życie, które 
jest kilkoletnim gniciem, konaniem z myślą, że nadzieja nie-konania jest 

absurdem, ze świadomością, że za życia zaczynasz zamieniać się na gnój, na błoto 
wydzielające siarkowodór, z fizycznym odczuwaniem zamiany twego ludzkiego ciała 

na padlinę, z cierpieniem bezmyślnego zwierzęcia fizycznym i cierpieniem poety 
moralnym. Przestajesz być cząstką ludzkości, nie jesteś człowiekiem, a wracając 

codziennie i coraz szybciej do stanu zwierząt — posiadasz najwyższy intelekt 
ludzki: moralne cierpienie wzrastające stopniowo, z dniem każdym. Tak — zdążasz 

do śmierci, poza którą...?
l

WARSZAWA, 1887
Kogóż obwinisz i komu się poskarżysz? Bogu? Wszak go nie ma. Obwinisz siebie? Za 

co? Obwinisz syfilis? Cóż ci z tego przyjdzie? Los? Szkoda czasu. Wypadek? Chyba 
wypadek. Dowodzą jednak, że nie ma wypadków na świecie.

Życie i młodość spędzona tak — byłaby obrazą Boga. Trzeba by uwierzyć, że Bóg 
jest brutalną mocą, jak Go pojmuje Leopardi. A młodość, życie?

Wszystko to ma się spełnić. Ma nadejść. Trzeba na to czekać godziny, dnie, 
tygodnie i myśleć. Takie myślenie nazywać można, jak kto chce, można je nawet 

okrywać naj-dowcipniejszą śmiesznością — to tylko pewna, że nań nie można 
patrzeć z punktu przyszłości, bo ta nie istnieje, ani z punktu stoicyzmu, bo ten 

byłby kiepską komedią. Nazywa się to rozpaczą. Poza nią nie ma nic.
Matko moja!

13 X (czwartek).
Gdyby nie Wacław, który zaszedł do mnie na chwilę, aby zabrać nowele Coppee'go, 

Daudeta, kilka Turgieniewa, jakąś Dickensa, Friedrich-Friedricha, Elizy Polko i 
Jelinka — byłbym siedział tak, jak siedziałem, Bóg wie dokąd. Zmarznięty 

człowiek musi doświadczać takiego spokoju, zimna we wszystkich kościach, 
lenistwa niezdolnego do poruszenia nogą. W miękkim fotelu, wpatrzony w stojącą 

przede mną lampę — istnieję już od paru godzin. Czytać nie mogę zupełnie. 
Ciekawe, poetyczne rzeczy Coppee'go — wydają mi się głupim kłamstwem. Pociąga 

mię płomień lampy, w której coś gotuje się z cichym rzężeniem. Zresztą bardzo 
miłe wrażenie sprawiają mi dwa zegary, nie zgadzające się w pochodzie sekund. O 

czym ja myślę? Właściwie nie ja to myślę, lecz cała moja istota, całe ciało. 
Jest to jakaś tępa, zakuta pogoń myśli, jedna za drugą, jak pogoń zagryzających 

się na śmierć myszy, niejasna, nie dająca się określić, nieświadoma siebie, 
jakby fałszywa rozpacz — ciekawość dziwna, natrętna, niedostępna, obejmująca 

każdą myśl inną, nieodegnana, słodka,
DZIENNIKI, TOMIK XV

ciężka jak duszący zapach asfaltu — i jednocześnie gruba, zwierzęca, zbójecka, 
bezlitosna, szydercza, brutalna, tyrań-ska — gorycz nie przelanych łez w 

ściśniętym gardle, dusząca jak zwoje wbitych tam pakuł, na wargach usiłowanie 
pustego, codziennego uśmieszku i błaganie, błaganie idiotycznie bezmyślne, 

wściekłe, rozpaczliwe, wstrzymujące oddech — nie zwrócone do nikogo.
Wszystko to pędzi z okropnym wirem, podczas gdy ja cały niezdolny jestem do 

poruszenia głową — pędzi dotąd, aż rozbiwszy się o jakąś nieznaną mi granicę — 
ucichnie jak wiatr. Zostanie tylko zimno i zwilgotniałe podoczne powieki. Zimno, 

zimno. Daleko na jakiejś kolei gwiżdże przeciągle świstawka. Cicho, w ślad za 

background image

tym głosem, nadchodzi najspokojniej, zupełnie poważnie myśl o śmierci. Zaczynam 
się zamieniać w jakiegoś trapistę czy kapłana buddyjskiego, zajętego przez całe 

życie rozpatrywaniem swojego pępka. Zaczynam myśleć o nicości i myślę logicznie, 
spokojnie, z determinacją, bez cienia strachu. Aż oto... Tuż nad moim uchem 

słyszę szybki oddech, jest on tak blisko mnie, że czuję niby ciepło jego na 
policzku. Zamykam, zaciskam mocno powieki, aby nic nie stracić z tych obrazów, 

jakie przeciągają nie przed oczyma, ale gdzieś pod powiekami, może w głębi oczu, 
na retinie*, czy w samych nawet przepaściac,] m;;?gu. Oto ona, ona cała w 

najrozkoszniejszej pozie, kiedy śmiała się cichutkim, urywanym śmiechem, 
spadającym jak fale muzyki wraz [z] zapytaniem czy wykrzyknikiem: ,,ty — mój — 

mój — mój?!" Widzę to jasno: siedzę na fotelu, ona stoi koło mnie z boku, a tak 
stoi, że w każdej chwili może się nachylić, zajrzeć mi w oczy, oprzeć się jedną 

ręką na moim ramieniu, drugą na kolanie, pocałować mię w czoło, potem oderwać 
usta bardzo szybko i zatrzymać długo twarz swą przed moją na tak bliskiej 

odległości, że oddech jej upada na moje oczy. Usnąć by, zamknąć oczy na wieki 
wieczne w gorącu tych ust!

Kiedy mi się ona teraz tak śni — to jest nie dzisiejszą.
WARSZAWA, 1887

271
Heleną, ale dawniejszą, sprzed dwu lat. Taka jest, jaką była, gdym przyjechał na 

święta do niej i siedział długo bez ruchu, zachwycony jej pięknością. Jest oto 
biała, blada, a cerę ma gładką jak na posągach bóstw z kararyjskiego marmuru, 

matową, niby pociągniętą smugłą * barwą. Widać na tym przepysznym tle tylko 
źrenice oczu. Są ogromne, niebieskie, a od białego tła odbijają mocno, jakby 

były ciemne, nawet czarne — widocznie rzęsy cisnęły na nie ten cień. A rzęsy... 
Gdzieś na rysunkach niezgrabnych widziałem boginie egipskie z takimi rzęsami. 

Czarne, koliste, długie... Gdy te oczy spod czarnych, skrzydlatych rzęs cisną 
spojrzenie, to jakby cię raziły, jakby uderzały. Wilgotne złote iskierki świecą 

w ich głębokiej toni — i one to ciskają pioruny upojenia. I całą ją widać 
przechyloną nade mną: mięcłuchne cienie i delikatne odblaski wolno ześlizgują 

się z czarnych, pysznie, dumnie, bogato, po królewsku wieńczących jej skronie 
włosów, zstępują na czoło białe, na szyję, wieszają się na brwiach — ale nikną, 

toną w na poły rozwartych wargach o kolorze najgłębszych listków róży. Z tych 
ust wymykają się słowa szeptane: „mój, mój..." Jeśli się nie otrząsnąć, to czuć 

można, jak jej cudna główka upada na moje ramię, jak cała ona, sprężysta, 
namiętna, dysząca płomieniem krwi — staje się miękką jak jedwab, pokorną, 

błagalną. Rozpinasz jej stanik, wtedy gdy ona wolno, łaskawie, łagodnie zaciska 
ci rękami oczy, ustami się broni, wreszcie delikatnymi ruchy gładzi twe włosy, 

obwija szyję i poddaje się z miękkością i dziwną, namiętną jak tygrysica pokorą. 
Zabójczym jadem rozpryskuje się krew po żyłach...

I umrzeć? Umrzeć, zostawić wszystko: i niebo bez chmur, i głosy lasów, i głosy 
zbóż wiecznie urodzajnej, tyle kochanej ziemi? Nigdy nie wrócić do rodzinnej wsi 

sławnym, nigdy nie położyć się pod cieniem lip, gdzie umarł ojciec, gdzie 
kochała mię matka, gdzie pierwszy raz oczarowała mię piękność przyrody?... A ona 

— Helena? Nie zobaczyć jej ni razu, aby powiedzieć: już cię widzę ostatni 
raz...?

DZIENNIKI, TOMIK XV
Czemu to wszystko wraca? Czyż jeszcze mało? Skąd te widzenia wszystkiego, co 

piękniało w mym życiu? Los.
Ciekawym, czy psy umierając czują jakikolwiek żal, podobny choć trochę do 

ludzkiego.
14 X (piątek).

Byłem u Diehla. Co się działo ze mną, gdy oczekiwałem na posłuchanie w jakimś 
gabineciku pełnym dzienników i gazet — nie wiem. Lokaj mówił coś do mnie — nie 

słyszałem. Z tępą zalotnością myślałem o tym, że kołnierz mego munduru jest 
cokolwiek za ciasny, że brodę mam nie ostrzyżoną — co sobie pomyśli ten doktor? 

A wychodziłem — z radością równającą się wygranej na loterii. Zdawało mi się, że 
wszyscy na ulicy cieszą się ze mną, najpiękniejsze kobiety uśmiechają się do 

mnie... Cała rzecz, że oznaki, jakie brałem za oznaki niewątpliwego syfilisa, 
były oznakami nerwowego rozdrażnienia gruczołków limfatycznych. Któż mógł 

wiedzieć, że syfilis może mieć co wspólnego z rozdrażnieniem? Według Diehla — 

background image

cała choroba skończy się na kilkakrotnym obmyciu miejsc zajętych nerwozą wodą 
sublima-tową. A więc nie pójdę do „Łabaja" *, ni-: bc|dę gnił — będę 

człowiekiem. O, jakież szczęście!
Skończyłem dziś lat 23. Szybko idzie czas. Mniejsza jednak o to — nie miałem 

bowiem weselszego dnia urodzin (chyba prócz tego, w którym posiadałem pierwszy 
raz Helenę). Bry-dacki, kolega mój, przysłał do mnie Otosia z zawiadomieniem, że 

chce mi dać korepetycję za 14 r s. Ma być u mnie. Filip pożyczył od kilku 
kolegów pieniędzy na szynel dla mnie, Michałowski bierze z kasy studenckiej na 

zapłacenie za mnie wpisu 12 rs. 50 kop.
Długi straszne! Ale zdrowie, zdrowie wróciło i odwaga, i siły! Mam trochę 

szczęścia i przyjaźni ludzkiej.
WARSZAWA, 1887

Przed chwilą czytałem notatki z dnia wczorajszego i onegdajszego: wydały mi się 
przesadzonymi. Tymczasem pisałem je spokojnie i z całą prawdą. Widocznie 

atmosfera zmniejszyła swe ciśnienie o całe kilka stopni. Nie rozumiem siebie 
wczorajszego.

15 X (sobota).
Wczoraj poszliśmy wieczorem z Filipem do Jasia N. Sprawa była tego rodzaju: do 

panny Zofii K. * pisała z Genewy jakaś jej koleżanka donosząc, że Jeż znajduje 
się w nader krytycznym położeniu, dochodzącym do tego stopnia, że mu rzeczy 

zasekwestrowano i wyrzucono z mieszkania. Kazio G. * pisał do mnie bilecik z 
zaleceniem urządzenia w Kole składki jakiejś. Poszliśmy tedy do Jasia. Ponieważ 

panna Zofia jedzie do Genewy pojutrze, a Ch. zebrał na zakupienie broszur 
zaledwie 8 rs. — niepodobna więc ich było sprowadzać za pośrednictwem księgarzy. 

Trzeba było zwrócić się wprost do Jeża. Jaś więc, ja i Filip wystosowaliśmy list 
z prośbą o załatwienie tego komisu i o możliwe wyjaśnienie, zalecenie, radę co 

do organizacji poborczej na tzw. Skarb Narodowy. Rzecz tę streszczę sobie niżej 
jeszcze — tu zaś muszę zanotować postanowienie, jakie powzięliśmy co do 

zbierania składek. Wkrótce po nas przyszedł do Jasia Wacek. Przenieśliśmy się 
więc do mnie i uradzili:

Jutro Filip i Ch. (sic!) ubiorą się w zielone mundury, takież spodnie, takież 
czapki, przypaszą szpady *, naciągną białe rękawiczki, narzucą na ramiona 

płaszcze, ogolą lub ostrzygą brody i pójdą o godzinie 10 rano do redakcji 
„Prawdy", czyli do tzw. p. Aleksandra. Pan Aleksander z właściwą mu werwą 

napisze do przezacnej lojalnej i nielojalnej publiki polskiej wezwanie o 
udzielenie pomocy zacnemu człowiekowi, najznakomitszemu z Polaków, czcigodnemu 

emigrantowi, niezmordowanemu pracownikowi, wielkiemu poecie, najdzielniejszemu 
synowi zgniłej epoki — a nie mającemu dziś dachu nad głową. Na wyżej 

przytoczonej odezwie umieści swe na-
18 — Dzienniki! t. IV

274
DZIENNIKI, TOMIK XV

zwisko i pieczątkę redakcyjną pan Aleksander. Wtedy Filip i Ch. pójdą do 
redakcji „Kłosów", „Niwy", „Słowa", „Ate-neum", „Przeglądu Tygodniowego", 

„Głosu", „Roli", „Biblioteki Warszawskiej", „Przeglądu Katolickiego", „Biesiady 
Literackiej", „Tygodnika Ilustrowanego", „Kurierów", „Kolców", „Tygodnika Mód", 

„Bluszczu", „Wieku", „Gazety Polskiej", „Wędrowca", „Wszechświatu", „Biblioteki 
Romansów", „Dziennika dla Wszystkich", „Kroniki Rodzinnej", zażądają podpisów 

redaktorskich i przyłożenia pieczątek. Z takim do-Jcumentem udadzą się do domów 
polskich, lecz nie do innych, eno do tych, jakie im wskaże każda redakcja. Kupią 

książeczkę, w której zapisywać będą nazwiska osobistości, wskazanych przez 
redakcje, a same już osobniki zechcą własnoręcznie zanotować w niej, ile na 

rzecz emigranta ofiarują. Tym trybem, w ciągu jednego dnia, można będzie zebrać 
bez szelestu i rozgłosu, cicho, po kociemu i po polsku — sześć razy więcej, niż 

zdołają uczynić pp. Karłowłcz i Orzeszkowa, od paru miesięcy nawołujący publikę 
do zapłacenia za Jeża długu * jeszcze z Lozanny, a poręczonego przez Potockiego 

i Dygasińskiego.
Jest tu i drugi punkt ważny. Filip i Ch. będą zwracać t.wagę i zanotowywać 

osobniki, które z chęcią składkę udzielą: do tych, gdy otrzymamy broszur sztuk z 
50 — pajdzie się wprost. Będą to dobrzy Polacy, o tyle dobrzy, że się z policją 

nie wdają.

background image

Lecz... czy ich za drzwi pp. redaktorzy i pp. Polacy nie wyrzucą? Obaczym jutro.
Co się tyczę listu napisanego do Jeża, to wymieniono w nim prośbę o kupienie 

broszur za rs. 8 (wypadnie około 50 egzemplarzy) — i wysłanie pod naszym 
adresem... przez kogoś, co przecie w ciągu jakiego miesiąca z Genewy do Warszawy 

jechać będzie. Następnie prosiliśmy go o zaakceptowanie lub nie następującego 
planu pobierania składek na Skarb Naro-

WARSZAWA, 1887
275

dowy: każdy z nas, czy ktoś ze znanych nam wybitnych, zaufanych osób w kole 
oznaczonym swych znajomych pobierać będzie co miesiąc składki, mające formę 

regularnego, płaconego akuratnie podatku. Przypuszczam, że tego rodzaju poborców 
i tego rodzaju kół opodatkowanych będzie 10. Wtedy każdy z poborców umieszczać 

będzie zebrane pieniądze (na swe imię) w miejskiej czy gminnej kasie 
rzemieślniczej, znaczniejsze sumy w banku. Cóż dalej? Musi być ktoś, co by od 

dziesięciu poborców pieniądz nagromadzony odbierał i rozciągał kontrolę ścisłą. 
Nad takimi znów kontrolerami musi być ktoś, co by pieniądze odbierał i za 

granicę do punktu wskazanego odsełał. Otóż uwagę naszą zwraca ten ostatni 
„ktoś". My go na widowni warszawskiej nie widzie-my, nie znamy — prosiliśmy więc 

Jeża o wskazanie nam w Warszawie czy Królestwie osobistości wybitnej, 
najzupełniej godnej zaufania, odważnej, praktycznie i prawnie wykształconej. 

Jemu, staremu rewolucjoniście, członkowi Towarzystwa Demokratycznego, wybór ten 
uczynić nierównie łatwiej. Ze wskazanym p. X. — my się zwąchamy i według jego 

wskazówek rozpoczniemy czynność. Zacząć ją trzeba równocześnie ze zjawieniem się 
paczki broszur, kiedy panom Polakom krew zagra. Wtedy wpiszą się w rejestr 

opodatkowanych i myśląc sobie już o niebieskich migdałach — płacić będą. Trzeba 
bowiem przy tworzeniu każdej roboty mieć na uwadze wzgląd, iż się ma do 

czynienia z upostaciowanym ruchem w czasie, ale nie w przestrzeni: z Polakami. 
Robota nasza sięgnie od piwnic do poddaszy: Jaś i Ch. biorą na się obowiązek 

skierowania ruchu socjalnego, istniejącego w klasie rzemieślniczej i roboczej, w 
naszą stronę. Ch. pod względem znajomości tych stosunków jest luminarzem, Jaś ma 

mocny, błyskawiczny zapał i nie wytrwałość, ale upór wytrwania. Ja mam 60 
studentów *, Wacław swoje kółko, Filip swoje kółko, każdy zresztą skalę mniejszą 

czy większą, lecz jako taką obszerną facetek-Polek, tych nieoszacowanych 
„dobrych przewodników" prądów elektrycznych. Mamy na-

..,.!.„
276

DZIENNIKI, TOMIK XV
'II

dzieję, że młode Polki opodatkują na Skarb Narodowy za pomocą oczu i usteczek — 
połowę choćby dżentelmeńsko-tłu-sto-wieprzowo-Zośkowato-zblazowanej Warszawy 

płci męskiej.
Z tej treści listem i ulokowanymi w nim 8 rublami poszedłem dziś do panny Zofii. 

Na nieszczęście nie zastałem jej samej. Natomiast otworzył mi drzwi i wpuścił do 
ślicznego dziewiczego apartamenciku jakiś bardzo milutki, bardzo ładny, 

dwunastoletni może bobek rodzaju żeńskiego, z rodu K. bodaj ostatni.
— Czy jest panna Zofia?

— Nie, nie ma, wyszła, niedługo wróci, ale jest pan Kazio G. — mówi szybko z 
jakimś entuzjazmem dwunastoletniej panienki, która znalazła sposobność otwarcia 

drzwi młodemu facetowi i rozmawiania z nim sam na sam, „przyjmowania go", 
odgrywania roli — domu pani, a przynajmniej rzeczywistej panny.

— Czy będę się mógł widzieć z Kaziem?
— Owszem, ale niechże pan siada! — woła niemal, tonem takim, jakby mówiła: 

„czemuż nie siadasz? wiadoma przecież rzecz, że się siada na fotelu przychodząc 
do kogoś..."

Za chwilę sprowadziła już Kazia. Zacząłem z nim rozmawiać — bobek tymczasem 
usiadł naprzeciwko mnie, rozłożył książkę na kolanach i udawał, że czyta. Co 

chwila odrywa oczy od książki, zwraca je na mój mundur lub patrzy w oczy z 
powagą, twierdzącą: i ja kiedyś będę tak samo emancypo-waną panną jak Zosia — a 

nawet, jak mamę kocham, teraz już jestem...
Poprosiłem Kazia o oddanie listu p. Zofii, wytłomaczyłem mu sens naszych 

zamiarów i wyniosłem się — przy czym mała blondynka otwarła mi znów drzwi ze 

background image

znajomością szczególną zatrzasku. Obserwowałbym taką „pannę" z największą 
ciekawością. Ciekawy i zabawny, a przy tym bardzo milutki model — embriona 

emancypacji kobiecej.
WARSZAWA, 1887

Szliśmy z Waciem, tchórzliwym młodzieńcem, Wielką ulicą, gdy oto spotykamy się z 
panią C. * Witała się ze mną nader serdecznie, wypytywała, jak żyję, co robię — 

jednym słowem, zbiła mię z tropu. Pyta mię np. o zdrowie pana R. *, podczas gdy 
ja u pana R. wcale jeszcze nie byłem. Oświadczała mi ukłony od całego 

Szulmierza, wątpliwe rzecz prosta, niemniej jednak śmiało określone... *
W Inspekcji * proponowano mi uprzejmie, abym wpis zapłacił. Soluś, obecny temu, 

w kształcie prośby dodał uwagę, zwróconą do Jewo Priewoschoditielstwa *, że nie 
mam jeszcze płaszcza nawet... Wobec takiej alternatywy uznano za stosowne 

zamilczeć o wpisie. Czasami cynizm biedy bije w oczy silnych tego świata.
17 X (poniedziałek).

Nie tylko w Polakach, ale w samych pobudzających niby do życia — życia nie ma. 
Pp. Ch. i „Kąsinowski" ubrali się rzeczywiście w niedzielę po galowemu, 

rękawiczki nowe kupili i paczkę papierosów „dyrektorskich" dla kurażu, poszli do 
p. Swiętochowskiego, lecz nie zastawszy go poszli do p. Potockiego, 

redaktora ,,Głosu". Ten zbył ich obietnicą „zebrania czegoś dla Jeża w kółku 
swoich znajomych, gdzie miała być p. Marrene..." Zresztą zapewnił ich, że Jeż 

jest karciarzem, „dziurawym workiem", któremu pomagać nawet nie warto... Z tą 
rezolucją wrócili do domów — pewni sławy. Robi to na mnie wrażenie uczniów klasy 

wstępnej, idących z powinszowaniem imienin do naczelnika klasy. Dzieci!
Jest to jednak sprawa jedna z mniejszych, choć z całą moją niedojdowatością — 

wstydziłbym się tak ją zakończyć. Są ważniejsze. Koło — zreformowało się. 
Zreformowało się Koło w ten sens: delegaci nie będą się odtąd zbierać razem, 

lecz
278

DZIENNIKI, TOMIK XV
po kilku, przy czym żaden z członków kółek nie powinien wiedzieć nazwisk zarówno 

prezesa, jak i delegatów...
XoTeJin npas OHM — npasa MM M M oÓHOBJieHHaa POCCMH —

c BwnymKow — uiTanw. *
Porównanie to nadaje się w zupełności do obecnej reformy Koła. Byłoby inaczej, 

byłaby ona nadzwyczaj pożądaną, gdyby Koło robiło cokolwiek, gdyby szło po 
jakiejś drodze, gdyby manifestowało swe życie choćby oddychaniem wolniejszym. 

Koło, jak dostrzegam obecnie, jest aglomeratem naj-sprzeczniejszych żywiołów, 
tak sprzecznych uparcie, jak to można sobie tylko wyobrazić. Atomy tej masy 

obracają się nie około jakiejś ogólniejszej idei, powstałej na gruncie 
rzeczywistych potrzeb, lecz po prostu około odwiecznej studenckiej idei: 

Gaudeamus igitui... * Kogo tu nie ma? Organicznicy, kosmopolici, anarchiści, 
panslawiści, socjaliści i garsteczka rzeczywistej Polski, czczącej naród i ideą 

Ojczyzny — tak mała, że ginie w morzu, burzliwym jak młodość, fanatycznym jak 
prozelityzm, krzykliwym jak stado kukułek, a koniec końców ciemnym jak noc. 

Wszyscy tam czczą Swiętochow-skiego, nie wyłączając tych, co czczą „Głos'
Na sobotnim (u Wacka) „delegacko-podkomitetowym" (tak się nazywa rzeczywiście) 

zebraniu było delegatów pięciu. Przyrodnik K., Edek Ł., „Kąsinowski" i M. 
zgodzili sią na ideę „Głosu". Co to jest idea „Głosu"? „Podporządkowanie 

interesów oddzielnych warstw — interesom ludu"...? — Bynajmniej. Ideą „Głosu" 
jest — socjalizm rosyjski.* Oto, co mówili pp. delegaci:

„Polska, wolna od kajdan tyranii, ma się podzielić na gminy, według szematu 
Jeża, podanego w «Wolnym Głosie Pol-ski» *. Do gminy należeć mają Polacy, Żydzi, 

Moskale... komu ugodno * zresztą. To plan przyszłości gminowładnej. Obecnie 
trzeba — zdemokratyzować społeczeństwo, oświecić chłopa,

WARSZAWA, 1887
279

a oświecając go pod żadnym pozorem nie wzbudzać w nim nienawiści do ludu 
rosyjskiego — lecz obudzić nienawiść do rządu i tyranii °. Ile kto może — 

szerzyć pamięć Bardow-skiego śród klas roboczych warszawskich..." Wspomniano 
zresztą o współudziale diekabristow w rewolucji 30 roku *...

background image

Wiem dobrze, że idee te wyznaje całe kółko lubelskie, większość warszawskich, 
zresztą mnóstwo luminarzów komunikujących się z „Głosem". „Głos" jest widocznie 

ogniskiem, zamaskowanym dość zręcznie owym „podporządkowywaniem". Na bibie u 
Czerskiego, gdzie był Czekan, Micha-łowski, Leon i inni — pp. Popławski, 

Potocki, Więckowski et consortes wołali po pijanemu: „Koledzy — ex oriente lux\" 
Teraz zrozumiałe to dla wielu, co nie rozumieli dotąd tego wzniosłego hasła.

Tajemniczość, jaką okrywa się Koło, nie jest niczym innym, jeno albo dziecinadą 
zabawną, albo ściśle obmyślanym planem „Głosu". W ostatnim razie, należąc do 

Koła — należelibyśmy do kół większych, po rosyjsku czy po polsku socjalnych. 
Byłoby to arcyzabawne...

W twierdzeniach studenckich tkwi przede wszystkim — idiotyzm, marzycielstwo, 
nowożytna halucynacja na kształt mesjanizmu. Co jednak tkwi w całej robocie — 

czy nie ukryte ręce kierują tą machiną? Jeśli nie wyjaśnią mi tego wielcy 
rządzący Kołem lub zbędą niczym — usunę się od wszystkiego i zacznę z Jankiem 

robotę na swoją rękę.
Nie chcę pod żadnym pozorem nigdy należeć do walki klas, dlatego, że chcę walki 

narodu. Walki klas burzą w narodzie jedność, a ja chcę jedności, chcę zbierać do 
kupy rozstrzelone na tysiące kierunków nici, aby kłębkowi przypomnieć 

przyrodzoną naturze ludzkiej ideę: patriotyzm.
" Nie widzieli nigdy chłopa, bo nie wyobrażają sobie, że on dziś nie odróżnia 

rządu od narodu.
280

DZIENNIKI, TOMIK XV
Wszelki socjalizm, nawet tzw. socjalizm polski, jest ideą kosmopolityczną. Cóż 

mówić o socjalizmie z zabarwieniem rosyjskim? Jest mi to wstrętnie j sze niż 
stańczykostwo, niż praca organiczna i obrona bierna. Nie chcę należeć do takich 

robót, bo zdawałoby mi się, że należę do stada baranów. I ginąć za taką podłą, 
nikczemnie, oburzająco głupią sprawę?

Za wiele jest roboty uczciwej, pożytecznej praktycznie i świętej dla uczuć, aby 
się onanizować socjalizmem moskiewskim.*

Prosta, jasna, promienista, święta miłości mojej ojczyzny, umiłowana kochanko 
duszy, wieczny balsamie na męczarnie życia, miłości rodzinnej ziemi, miłości 

rodaków, miłości wszystkiego co polskie — stój zawsze przy mnie, nie opuszczaj w 
minuty kuszących obłędów i prowadź, ale tam tylko, gdzie się umiera za świętą — 

ciebie, za nieskalaną, za prawdziwą — ciebie.
Młodzi panowie Polacy pragną zaszczepić syfilis w zdrowiejącym organizmie 

narodu. Zakażają najświeższą krew, pragną, aby poszła zaraza do wen i arterii, a 
głoszą z czystym czołem: chcemy odrodzenia ojczyzny, chcemy reformy społecznej, 

połączonej z rewolucją dającą swobodę.
Zgodzę się nawet na despotyzm w wolnej •/. kajdan Polsce, zgodzę się na tyranią, 

ale nie przyklasnę nigdy idei ofiarującej wolność... na spółkę z wolnością 
kostromskich obywateli mniejszych. *

Według mnie broszura Jeża jest manifestem prezydenta rozrzuconej Rzpltej 
Polskiej. Powitałem ją, umiłowałem, zgodziłem się — i stać przy niej będę. Tu 

będę pracował. Jest to odsiecz nadesłana zagrożonemu przez miliardy spółczes-
nych kierunków umysłowi zdrowych młodych umysłów *.

1 Tak w autografie.
WARSZAWA, 1887

281
Rozrzucić broszurę jak najszerzej, zacząć zbierać składki od piwnic do poddaszy 

i budzić, gdzie się da, życie — oto zadanie na dziś. Zginąć za kraj i jego 
niepodległość, gdy przyjdzie pora wskazana z góry — zadanie na później. Teraz 

pracować w tym tylko kierunku. Droga prosta, jasna — linia prosta.
A przecież niedawno — tak wierzyłem w Koło, tak walczyłem z Jankiem, z Ch. Żal, 

wstyd dziwny i łzy serdeczne! Czyżby trzeba podeptać te serdeczne związki i 
marzenia, i „ciche nocne rodaków rozmowy" *...? Czy rzeczywiście — socjalizm?

Na niedzielnym zebraniu przeczytano list Jeża, odpowiadający na adres, wysłany 
doń przez nas w ciągu ostatnich miesięcy:

Do młodzieży warszawskiej.
Rąk moich doszły dwa przy okazji obchodu rocznicy Towarzystwa Demokratycznego 

skreślone adresy od młodzieży warszawskiej, przyznającej się do zasad 

background image

Towarzystwa Demokratycznego i zobowiązującej się w duchu zasad tych pracować dla 
Polski. Nie umiem znaleźć słów na wyrażenie uradowania i pociechy, jaką mi to 

sprawiło. Tak więc podejmujesz, młodzieży, w ciągu dalszym pracę, w której 
udział mój niegdyś się rozpoczął w sposób taki sam, jak twój obecny. Kiedym, jak 

ty, młodym był, o uszy obijały się hasła różne i pomiędzy nimi jedno do 
przekonania serca trafiło. Stanąłem pod sztandarem, na którym ono świeciło, 

przyłączyłem się do pracy i wytrwałem w niej w tym przeświadczeniu, że odpowiada 
ona wymogom i potrzebom tak społecznym, jak politycznym Ojczyzny, którą 

umiłowałem nad wszystko.
Nie łudziłem się, aby praca ta prędko do rezultatów pożądanych doprowadzić 

mogła. Oddałem się jej mimo to, a trudy i zawody, przykrości, cierpienia i 
upokorzenia nabyte wreszcie, a drogo okupione doświadczeniem, utwierdzały we 

mnie przeświadczenie pierwotne. Ona jedna — praca demokratyczna — ku przyszłości 
lepszej drogę wskazuje. Dlatego, już nad grobem stojąc, ręki od niej nie 

odsuwam, nie odstępuję spod sztandaru z napisem: „P r 2 e z lud dla ludu, przez 
Polskę dla ludzkość i."

282 DZIENNIKI, TOMIK XV
Młodzieży polska! Wchodzisz w szranki, w których nie spodziewaj się tryumfów 

łatwych, ale pracy i walki! Pracuj! Wytrwaj! Ze strony mojej, ile sił mi 
starczy, pomagać wam będę.

Z. M. Genewa, 18 czerwca [1887]
Blada ta odpowiedź — jakby nie serdeczna... Mnie się wydaje, że Jeż prędzej nas 

zrozumie, gdy mu powiemy: jesteśmy Polacy czystej krwi, bić się będziem za 
wolność, gdy Bóg da, dziś nie mamy co robić — więc się bawiemy w urządzanie 

przyszłej Polski, ale my byśmy wszystko przyjęli, byleby nam wrócono nasz kraj, 
byleśmy mogli rozwijać naszą cywilizacją.

19 X (środa).
Czytałem dramat Okońskiego Ojciec Makary. Dlaczego ,,ojciec Makary" ma być 

„nieśmiertelną duszą" * — nie wiem. Wątpię bowiem, aby przyznanie się do 
własnych dzieci * dawało wstęp do nieśmiertelności. Okoński zdradza w tym 

utworze wielki dar nawet sceniczności (scena z Antonim *). Nie mówię o języku, 
bo ten jest mistrzostwem, dającym Okońskiemu berło, jakie trzymał w 

starożytności Lukian. Leopardi chyba może się równać ze Swiętochowskim pod 
względem zabójczości zdań. Zachodzi tylko ta różnica, że Leopardi jest poetą i 

filozofem głębszym. ??ok:ewni sobie są pod względem wspólnej im ponurej, 
dzikiej, bolesnej anatomii uczuć ludzkich. Obaj są filozofami iczpaczy — lecz 

Swiętochowski młodszy jest, cokolwiek płytszy. samolubniej-szy, więcej 
subiektywny, krzykliwszy, więcej poddający się wpływom. Leopardi nie wierzy w 

nic — ten w siebie.
Wczoraj byłem na pierwszej lekcji gimnastyki u Olszew-skiego. * Uczyni się we 

20. Jest tam Edek Ł., całe Kielce, Ch.r Otoś, Grunert. Gimnastyka szwedzka z 
hantlami jest rzeczą znakomitą. Od skakania przez linę na wysokość 5 łokci bolą 

mię nogi, od robienia różnych gniazd i kozioł-
WARSZAWA, 1887

ków na trapezach — ramiona i ręce. Cóż zresztą pomoże gimnastyka, jeśli się już 
tydzień nie jadło obiadu, jeśli się żyje chlebem i herbatą, mało sypia, chodzi w 

deszcz i zimna bez paltota? Choroba się tak czy inaczej przyczepi.
Aby wielkie kształty prosto się mogły odwzorować na płótnie, ręką takiego 

Tycjana lub Rafaela, trzeba, żeby się wytworzyły w naturalny sposób w umyśle 
ludzkim, trzeba, żeby obrazy nie były przytłumione i pokaleczone przez ideę.

TAINE   Filozoiia   sztuki
Właściwością prawdziwej kultury krańcowej jest coraz większe zacieranie obrazów 

na korzyść idei. Pod nieustannym wysiłkiem edukacji, rozmowy, rozwagi i nauki 
pierwotne wizje wykrzywiają się, rozkładają się, zacierają, zostawiając miejsce 

dla idei nagich, słów dobrze uszykowanych, dla pewnego rodzaju algebry. Umysł 
odtąd wstępuje na tor czystego rozumowania. Jeżeli zaś zwraca się do obrazów, to 

z niejakim przymusem, przez podskok chorobliwy i gwałtowny, przez rodzaj 
halucynacji rozprzężonej, niebezpiecznej.

TAINE •
21 X (piątek).

background image

Trafiła mi się wczoraj""cEięki Ch. korepetycja, nic więcej tylko na... Dobrej 
ulicy. Poszedłem tedy. Odnalazłem wreszcie wskazany nr 39 i mieszkanie 

właściciela domu p. Klip-pela. Przeszedłem brudny przedpokój i wprowadzony 
zostałem przez pewnego rodzaju służącą do salonu. Tam spotkałem się oko w oko z 

panią domu. Tłustawa jejmość, lat pod 50, nie wiedziała, co zrobić ze swoją i 
moją osobą, wysłuchała więc mojej tyrady rekomendacyjnej, uśmiechnęła się 

mętnie, wreszcie pociągnęła mię za sobą do szykownie j szego jeszcze salonu. Pół 
pokoju zaściela dywan, modne aksamitne meble, obrazy, fortepian Małeckiego za 

1000 rs. zdobią go z wykwintną skromnością. Nie widać głupiego nagromadzenia 
świecideł i brązów, co przeważnie cechuje mieszkania zbo-gaconych Żydów.

284
DZIENNIKI, TOMIK XV

Jejmość podeszła do kanapy i zaczęła poruszać leżącą szarą masę, której nie 
dostrzegłem w mroku zalegającym pokój. Był to pan Klippel. Obudził się po 

długotrwałych i dość nie-tkliwych ekscytacjach żony i zjawił się przede mną. 
Niskie czoło, twarz brudna koloru rzepy, włosy matowo-żółte, ubrany jak handlarz 

wieprzków w Bodzentynie: kacabaja długa do kolan z sukna używanego przeważnie 
przez młynarzy, długie buty, zabłocone tak, jakby przechodził w bród Wisłę, 

tłuste, olbrzymie, wielkości małych poduszek łapy, ubrudzone w żółtej farbie, na 
palcu widzieć się daje szeroki, w kształcie l herbowego sygneta żelazny 

pierścień. Obudziwszy się zgłupiał przede wszystkim. Pociągał to jedną, to drugą 
ręką po twarzy, roztwierając jakby z przerażeniem małe, tłuszczem zaszłe oczka. 

Oddałem mu rekomendacyjny bilet p. P., wyłożyłem całą sprawę... Mruczał coś, 
klepał się po kolanie, uśmiechał głupkowato.

— Ii... owszem, ii... owszem — ahaa...
— Ile pan dobrodziej wymagać będzie godzin zajęcia?

— A no... jedne, jedne jedyną, łaciny niby, no i z drugim tego, z realnej 
szkoły...

— Zawsze więc zejdzie z półtorej?
— A no — niby. Ileż by pan wymagał?

— Myślę, że 10 rs. nie będzie wiele.
— A! panie! Czasy okropne, bieda, panie!

— Dla mnie to środek utrzymania...
— Wiem ja, wiem — ale widzi pan, tego -— czasy ciężkie, okropne. My byśmy tego — 

starali się wywdzięczyć.., 8 ru-belków...
— Panie łaskawy — z Widok na Dobrą.

— Tak to, wiem ja. Niech no ano pan chłopaków zobaczy. Przyjdą o 4.
Umówiliśmy się, że przyjdę tam o godzinie 5, wybadam chłopców i zgodzę się. 

Poszedłem tymczasem do domu. O 4 wyszedłem od siebie, a o 5 byłem już na 
początku Dobrej. „Wybadałem" chłopców, tj. przekonałem się, że star-

WARSZAWA, 1887
285

szy w żaden sposób nie potrafi sformować imperfectum od amo, a młodszy kiepsko 
umie tabliczką mnożenia. Tymczasem pan K. począł się obawiać, czy czasem 

gospodarz klasy nie zechce mieć pretensji, że wzięto korepetytora nie z jego 
porady... Stanęło na tym, że p. K. przyjdzie do mnie w niedzielę, aby się umówić 

i zgodzić.
Pan K. jest zbogacającym się kaflarzem czy białoskórni-kiem, sam zdobywa 

podstawy cywilizacji. Dzieci jego są już ucywilizowane, rosnąc pod jego bokiem 
są już delikatne; on składa grosz do grosza — one są już rozrzutne, on nie umie 

się znaleźć, rozmawiać bez kaflarskich manier, nabranych w czasie bibek w 
knajpce, w towarzystwie „panów rękodzielników" — dzieci są już dystyngowane, 

ugrzecznione, przyjemne w rozmowie. Kiedy wychodziłem, zastałem w pierwszym 
pokoju dwie panienki: jedna ma lat może z 18, druga młodsza, blondynki, w 

skromnych sukienkach, z długimi warkoczami puszczonymi swobodnie, z manierami 
swobodnymi warszawianek pewnych, że nie potrzebują szyć; ruchy ich są bardzo 

ładne, zdania okrągłe, cokolwiek za poważne w stosunku do serdecznego śmiechu, 
tryskającego z dużych niebieskich oczu. Obiedwie są bardzo, naiwnie ładne. Papa 

i mama ich nie umieją bez niedźwiedzich kiwań, zabawnych mrugań wykrztusić dwu 
wyrazów: „proszę siedzieć" — one potrafią zachować się tak, jakby wychowały się 

background image

w domu, gdzie nie robiono nic innego, jeno proszono siedzieć i bawiono się w 
nudy, w konwersacją i ruchy salonowe.

Chciałbym dostać tę korepetycję nie tyle ze względu na 10 rs. miesięcznie, nie 
tyle dla przebywania w bród codziennie ulicy Browarnej, pod względem 

błotnistości nie ustępującej pierwszeństwa nawet Bagnu — ile ze względu na tych 
ciekawych ludzi. Zdobywacze pieniędzy, zamknięci w dwu kastach: robotniczej i 

arystokratycznej. Grube, zaciapane w gnoju buty — i aksamitne meble. Ciekawa 
rzecz, jak taki pan Klippel wygląda w świątecznych szatach.

28g DZIENNIKI, TOMIK XV
Leon powrócił z Podola. Urządzono tam na niego sąd obywatelski, na którym 

przewodniczyło trzech prałatów „grubych a sprośnych" *. Sąd ów kazał mu się 
podpisać i dać słowo honoru, iż nie będzie należał do „polityki", będzie chodził 

do spowiedzi, nie będzie robił długów...
Nie podpisał się, jak mówi. Spotkałem się z nim wczoraj. Zmizerniał, krwią 

pluje, zlojalniał, obiady jada. Zapewniał mię, że będę uszczęśliwiony z reform, 
jakie przeprowadza Koło. Roześmiałem się.

Nigdy, za żadne skarby świata nie będę jadł baraniny! Wczoraj za pożyczoną od 
Leona złotówkę — zjadłem ważkę zupy kartoflanej i ogryzłem gnat barani. Dziś mam 

piekielny ból głowy, odbywają się we mnie wulkaniczne wybuchy baranimi gazami, 
zresztą febra mię trzęsie. Zuzia opuściła Tanią Kuchnię, ulotniła się. Nie 

jadłem obiadów w ciągu tygodnia i nic nie wiedziałem o jej zniknięciu. Szkoda 
dziewczyny! Choć — dlaczego szkoda? że niby u mnie nie bywała?...

Inspekcja przysłała do mnie pedela z prośbą niezwłocznego opłacenia wpisu lub 
opuszczenia przesławi.ych kursów, zabrania papierów. Prawdopodobnie to drugie 

nastąpi, bo pieniędzy nie mam i mieć nie będę. Co będzie ^się] dalej robić na 
bożym świecie oprócz pisania dziennika?

Na lekcji drugiej gimnastyki nauczono mię wsiadać na koń z najrozmaitszymi 
szpryncami. Ból mięśni, szczególniej subscapularisa * — po rozpaczliwych 

wywijaniach hantlami znikł. Z piersi przeniósł się do brzucha. Zdaje się, że 
diaphragma oddziera się. Zniknie i to, gdy szczerzej popracuję na trapezach i 

linie. Zabawny widok musi przedstawiać 20 facetów w koszulach, podskakujących na 
jednej nodze lub

WARSZAWA, 1887
287

bijących się piętami w siedzenie, podczas gdy hantle trzyma się między 
łopatkami. Nieraz ogarnia wszystkich szczera wesołość.

Mieszkanie nasze od mieszkania pp. O. przedzielają tylko drzwi zamknięte. 
Najmniejszy szmer słychać u nas, rozmowę każdą — znam więc drobiazgowo ich życie 

i opisałem je w powiastce pt. Siara nowela *. Zolizm * opisu skróciłem jednak z 
obawy wobec świętobliwości czytelnika i ograniczyłem się drobiazgowością 

szczegółów życia widocznego, jawnego. Mąż suchotnik, ładna żona, służąca, dzieci 
— wszystko prawdziwe i naturalne. Są jednak niepochwytne szczegółki, cechujące 

znakomicie sferę, w jakiej ukształcił się i żyje ze swą rodziną mały urzędniczek 
warszawski. Oto np. u pp. O. są goście: siostra stryjeczna pani i daleki kuzynek 

pana, urzędniczek kolejowy. W ciągu rozmowy dają się słyszeć następujące 
szczegóły:

— Czytałam wczoraj w „Kurierze", że jakiś młody człowiek umarł w lupanarze. 
Panie Karolu, co to znaczy ten lupanar?

— A to te... Na Freta ulicy?
— Na Freta.

— No... to...
— A to już wiem! Bronka, wiesz? Ha, ha!

— Jezus Maria!
— Proszę pani — ja byłem raz w... tym i jeden umarł na... tej, jak się nazywa, 

na.,. — rezolutnie opowiada pan Karol, nie mogąc jednak znaleźć odpowiednich 
określeń na tak pospolite rzeczy w koleżeńskim opowiadaniu jak „szopka" i 

„dziewczyna".
— Jezus Maria! — wołają obiedwie, nie mogąc się jednak powstrzymać od 

grzmiącego, szczerego śmiechu. — A. cóż ona — ta — nie umarła na anerwizm?
— Phii, proszę pani, ona zaraz poleciała na drugiego.

288

background image

DZIENNIKI, TOMIK XV
— To szelma jedna! Słyszysz, Bronka?

Takie rozmowy prowadzą z całą swobodą. W mieście prowincjonalnym nigdy by do 
takich kwestyj nie doszło, po prostu dlatego, że kobiety upadłe znane tam są 

kobietom uczciwym ze słyszenia zaledwie lub z sensacyjnych romansów pani 
Snieżko-Zapolskiej *. Tutaj zaś każda panienka obznajmia się z tym podłym 

światem na ulicy, słyszy o prostytucji, czyta w „Kolcach", widzi ćmy nocne 
wałęsające się po trotuarze, przywyka do tego zjawiska jako do faktu i przywyka 

do takiego stopnia, że nie waha się o przedmiocie tym mówić z młodym 
człowiekiem.

Nasza gosposia * śpiewa ślicznie. Ma wysoki, czysty, okrągły, skończenie mocny 
altowy głos. Krunio *, który ją raz słyszał, przychodzi teraz często, aby 

lubować się tym głosem, jego uczuciowymi modulacjami, wznoszącymi się jak fala 
wody, aby rozsypać się następnie w tysiącznych bryzgach krystalicznych, w 

których zdaje się odbijać całe ludzkie serce. Śpiewa, rzecz prosta, wyjątki z 
tych tylko oper, które słyszała, że jednak nigdy prawie nie słyszałem jej 

śpiewającej kawałów i kupletów z Offenbachiad, Mikadów, Gaspa-rone'ów * itd. — 
wnoszę, że ma gust artystyczny szlachetniejszy, smak z natury krytyczny. 

Natomiast przecudnie śpiewa dumkę Zaleskiego U nas inaczej. Jest w tym 
wznoszącym się do niebios alcie namiętne uczucie, wszechmocne, tak jak umie być 

wszechmocną tylko tęsknota. Ton^ nie drżą, nie płaczą, nie skarżą się ani jednym 
westchnieniem — są spokojne, straszliwie zrezygnowane w nieustającym żalu, w 

dumnym, Bogu snutym u kolan wyrzucie, zdającym się wołać wszechpotężnym głosem: 
czemuś mię pozbawił ojczyzny? Potem kaskadami, niby po promieniach zduszonych 

uczuć, zstępują do modlitwy smutnej, pokornej, jak nieutulony płacz 
skrzywdzonego dziecka:

Boże-ż mój, Boże, łzami modlę ciebie,
Gdy   umrę,   daj   mi   Ukrainę   w   niebie...*

WARSZAWA, 1887
Słyszałem gosposię naszą opowiadającą raz, jak to nie jadała bułek, sprzedawała 

je Żydkowi, a za zebrane pieniądze brała lekcje śpiewu. Dziś kłóci się z mężem 
suchotnłkiem, robi kapelusze, bije dzieci i czasami nad kolebką najmłodszego 

przypomina sobie lepsze epoki swej duszy, marzenia dziewicze i sny 
dwudziestoletnie. Takie to życie...

Opiekuje się nami bardzo. Przysłała mi dziś butelkę czerwonego wina, 
zasłyszawszy, że jestem słaby. Ale za to — jak się z mężem umie sprzeczać! 

„Jesteś obrzydliwy, plujesz, nie znoszę zaplutych ludzi, nie dam ci nigdy!"
Jeśli jej wierzyć — to w ciągu czterech miesięcy nie dała mu zbliżyć się do 

siebie. A ja sypiam z nią (przez drzwi) — i muszę miewać polucje.
Podłe są urządzenia świata tego!

Czytam Filozofią sztuki Taine'a. Jest on mi ulubionym i sprawia mi czytanie jego 
dzieł największe zadowolenie. Pamiętam, że Szekspira tylko czytałem tak jak 

Taine'a. Są to na pozór rzeczy różne. Szekspir — to wszechpotężny, boski 
geniusz; Taine — zwyczajna w literaturze ryba: krytyk.

Tymczasem Taine jest bynajmniej nie zwyczajną rybą. Nie jest on nawet krytykiem. 
Gdyby zażądać od niego sądu o dwu potężnych utworach — nie umiałby go wydać. On 

tylko dopowiada myśli i uczucia danego utworu, uzupełnia go, rozjaśnia, zgłębia, 
śledzi, bada, analizuje. Taki krytyk — to nieoceniony skarb dla autora. To nie 

Chmielowski, nawet nie Brandes, to geniusz wszechwiedzy. Ale jakiej? — dyle-
tanckiej. Dyletant wszechwiedzy, dyletant na każdym punkcie, zwolennik 

paradoksów, jeśli jego twierdzenia zestawić z twierdzeniami poprzedniej 
stronicy, wszystkowiedz, człowiek posiadający tysiące oczu, miliony reporterów, 

muzyk, poeta, malarz, historyk, archeolog, przyrodnik, powieściopi-sarz (Notatki 
Graindorge'a), filozof, polityk, socjolog, ekonomista, podróżnik — a nade 

wszystko widz, raczej wszystko-
19 — Dzienniki t. W

290
DZIENNIKI, TOMIK XV

widz. Zarysy Anglii, Historia literatury angielskiej, -Notatki Graindorge'a, 
Filozofia sztuki — macie w nim wszystkie cechy wędrującego artysty, spektatora, 

żyjącego na świecie po to, aby widziane przedmioty rozebrać, obejrzeć i 

background image

zestawić, porównać z innymi. Francja przed rewolucją, O ideale w sztuce, O 
Napoleonie — tu mól książkowy, historyk, polityk, badacz, krytyk w znaczeniu 

naszym. Ten człowiek tyle rzeczy badał, tyle na określenie i ocenienie ich 
znalazł określeń, tyle wygłosił twierdzeń, że cała olbrzymia masa jego wiedzy 

rozsadziłaby głowę zwyczajnej jednostce.
Taine jest geniuszem w każdym swoim wierszu, każda zaś jego praca zbiorowa — 

jest pysznym utworem dyletanta. Nie jest to bynajmniej geniusz, wytykający drogi 
nawet w literaturze, ale nie ma nadeń człowieka mądrzejszego. Newton -albo Kant 

mogą być mędrcami, ale Taine jest od nich mądrzejszy. Jego nie zdołała zatrzymać 
ani wiedza ścisła, ani sztuka — choć i tu i tam byłby pożądany — on chce znać 

wszystko, od praw Keplera do życia i myśli gryzetki. Nie znam człowieka żywszy i 
barwniejszy posiadającego dowcip, nikt ze spółczesnych nie ma prawa równać się z 

nim pod względem nieocenionych piękności stylu, przechodzącego od czystej, 
nieskalanej poezji do ścisłych i suchych twierdzeń naukowych. Ani jednej 

stronicy jego :izu.:ta niepodobna opuścić bez moralnej straty, zawsze jest 
zajmujący — czy to w swych porównaniach w guście porównań W. Hugo, czy w 

karkołomnych skokach fantazji, czy w okrągłych urzędowo formułach 
filozoficznych. Nigdzie przecież nie zaiiważysz u niego nadętego uczonego, 

mędrca, który mówiąc każdy wyraz, mówi dwa: znaj mię — to ja mówię. Taine 
rozmawia z czytelnikiem, i to z czytelnikiem przeciętnym.

Zbliża się do niego jeden jedyny człowiek, posiadający takiż zmysł głębokiej 
obserwacji, w zastosowaniu jednak do jednego narodu, umysł głębszy 

filozoficznie, takiż dobrotliwy filozof i znakomity artysta — Turgieniew. Są to 
dobrzy wielcy ludzie. Nie sektanci, nie utrapieńcy wrzeszczący na całe

WARSZAWA, 1887
gardło, że przynieśli oto światu i jego okolicom zbawienie w postaci ateizmu 

albo wiary w nieomylność papieża — to filozofowie wznoszący nad kurzawą świata 
dobrotliwe twarze. Na dnie ich dusz leży wielka miłość ludzi, w komórkach ich 

mózgów kryje się nienasycona ciekawość poznania wszystkiego, co istnieje, siła 
ich intelektualna włada artyzmem potężnym. Taine jest udoskonalonym Francuzem, 

prototypem Francuza. Prześlicznie, rozumnie, poetycznie, zajmująco mówi o 
wszystkim.

22 X (sobota).
Przerzuciłem „Kuriera1*1* "Iz""całego miesiąca. Czytałem kilkanaście numerów 

Lalki, najnowszej powieści Prusa. Staje się artystą zbliżającym się do Dickensa, 
wchodzi na stanowisko przez nikogo nie zajęte, już nie bawi, nie denerwuje, nie 

chce zachwycać, ale maluje; czując za sobą moc, używa fortelu Słowackiego: 
zatrzymuje sią na błahostkach, by naraz błysnąć jak mieczem epizodem potężnym — 

choć nigdy nie potężnym tak, by cię ujmował za tajemne węzły uczuć. Dlatego też 
mówię, że zbliża się do Dickensa.

Mieszkam w Warszawie, a dzięki brakowi paltota tak dalece jestem od niej 
odosobniony, że nie czytam afiszów. Grają oto wkrótce Don Juana Mozarta *, 

Przyjaciół Hioba Asny-ka * — i nie będę na nich prawdopodobnie. Nie dla nędzy 
pyszne uczty duchowe... Proszono mię znów o zapłacenie wpisu z miną groźnie-

pokorną... „Wypatruję tęskne oczy — paproć szczęścia nie zakwita..."
... szepcą sobie na ucho, że Szopen — to „chory poeta", ci, którym się zdaje, że 

ducha można zamknąć na zamek jak dźwięki w fortepianie, którzy nie wiedzą, że są 
choroby podtrzymujące życie społeczeństw i że dzięki takiej chorobie rodacy 

Szopena rozumieją w nim poezję boleści, niezrozumiałą już dziś dla dyletantki 
Europy.

W.   BOGUSŁAWSKI. *
19*

DZIENNIKI, TOMIK XV
Ceniłem zawsze w Bogusławskim znakomitego, najlepszego u nas krytyka, 

analizatora, stylistę, filozofa, zdolnego obserwatora — cenię w nim teraz 
jeszcze jeden serdeczny przymiot, za który mam zwyczaj kochać ludzi.

Przychodzi mi fantazja notowania w dzienniku szkieletów moich wizyj i marzeń, z 
których się ludzie nie spowiadają nigdy i nikomu, a o istnieniu których w 

naszych bliźnich wiemy zaledwie od powieściopisarzy. Obawiam się tylko tego, aby 
nie szukano mego nazwiska w pewnej instytucji na Bonifraterskiej ulicy *, gdy — 

po mojej śmierci — oko jakieś spocznie na tych kartkach... Co by ludzie 

background image

powiedzieli na to, gdyby przeczytali o afektach człowieka nie mającego paltota i 
nie jadającego obiadów — do wielkiej sławy? Na zasadzie czego? Na zasadzie 

najprostszej w świecie rzeczy — powieści. Ale jakiej powieści — Jezu miły! 
Powieści pt. Mgs = -g-My2 *. Śmieszny tytuł, a nawet nie śmieszny, tylko 

właściwie — głupi. Dajmy na to, że jest niejaki Włodzimierz Borowicz *, który 
jest... Zresztą on niczem nie jest jeszcze, prócz tego, że jest duchową 

spermatozoą w moim mózgu. Zobaczymy, czym będzie. Jutro zacznę rodidć mego 
Włodzimierza Borowicza. Jeśli nie trzeba będzie r: bit: „cesarskich cięć" po 

napisanych kartkach — to może się i uda chłopak.
Mój Ch. wraca do swego rusofilstwa, a wczoraj, udając doskonale człowieka o 

zdrowych zmysłach, zaczął mi dowodzić, że Bismarck ani nie jest przedstawicielem 
zasady Macht voi Recht, że jest geniuszem, kto wie czy nie dobroczynnym dla 

Polaków. Kłóciliśmy się z zaciekłością taką, że popiół z papierosa, spadając na 
ogromny nos Ch., utworzył z owego nosa na j zupełnie j sze Herkulanum i Pompeję. 

Nie przeszkadza to jednak smutkowi, jaki mię coraz bardziej ogarnia, gdy patrzę 
na moich młodych kolegów...

WARSZAWA, 1887
293

23 X (niedziela).
Rembrandt, zbieracz samotny, pociągany rozwojem monstrualnej zdolności, żył jak 

Balzak, jak magik i jasnowidzący, w świecie stworzonym przez niego samego, od 
którego on tylko jeden klucz posiadał. Wyższy nad wszystkich malarzów wrodzoną 

delikatnością i ostrością zmysłu optycznego, zrozumiał on i śledził tę prawdę we 
wszystkich jej skutkach, że dla oka caJą istotą widzialnej rzeczy jest plama, że 

najprostszy kolor jest bardzo złożony, że całe uczucie widzenia jest wywołane 
przez jego elementy, a nawet przez jego otoczenie, że każdy przedmiot w polu 

widzenia jest tylko plamą, modyfikowaną przez inne plamy i że takim sposobem 
główna postać obrazu jest powietrze ukolorowane, drgające, wypełniające 

przestrzeń, w którym pogrążają się postacie jak ryby w wodzie. To powietrze 
zrobił on dotykalnym, pokazał snujące się w nim tajemnicze życie. Wprowadził weń 

światło swego kraju, światło słabe i żółtawe jak światło lampy w piwnicy, czuł 
on tę bolesną walkę, jaką wydaje cieniowi spadanie rzadszych promieni, idących 

skonać w głębokościach; drżenie odblasków czepiających się na próżno świecących 
ścian i całe to nieokreślone bogactwo półcieni, które, niewidzialne dla zwykłego 

wzroku, wydaje się w jego obrazach podmorskim światem, widzianym przez otchłanie 
wód. Po wyjściu z tych podziemi pełne światło było dla jego oczu oślepiającym 

deszczem; uczuł on je jako ogniska świetlane, jako magiczną iluminację lub jak 
snopy pocisków. W taki sposób znalazł on w świecie nieożywionym najdokładniejszy 

i najwymowniejszy dramat, wszystkie sprzeczności i walki, to co jest w nocy 
najnieznośniejszego i najsmutniejszego, to co jest najbardziej znikomego i 

melancholicznego w dwuznacznym cieniu, to co jest najgwałtowniejszego i 
niezwyciężonego w świtaniu dnia. To zrobiwszy pozostało mu tylko przedstawienie 

dramatu ludzkiego na dramacie przyrodzonym.
Grecy i Włosi znali z człowieka i z życia tylko najprostsze i najwyższe pędy, 

zdrowy kwiat kąpiący się w powietrzu, on widział gałązkę ich, to wszystko, co 
się czołga i butwieje w cieniu, bezkształtne i skarło-waciałe potwory, ciemny 

tłum biedaków, żydostwo Amsterdamu, błotnistą i cierpiącą ludność amsterdamską, 
koślawego żebraka, ślepą i pod-puchniętą idiotkę itd.

Posiada on tę wzruszającą cechę, która w jednej chwili ześrodkowywa na twarzy 
całą historię duszy i którą Szekspir tylko widział w tak cudownej jasności. Jest 

on w tym najoryginalniejszy z nowoczesnych artystów i kuje jeden z końców 
łańcucha, którego drugi koniec ukuli Grecy.

...Rubens tym jest dla Tycjana, czym Tycjan dla Rafaela, czym Rafael dla 
Fidiasza.

TAINE Filozofia sztuki (Niderlandy)
294

DZIENNIKI, TOMIK XV
25 X (wtorek).

Wracam do ciebie, dzienniczku, zbrukany jak prześcieradło prostytutki. Wczoraj 
wieczorem wyszedłem pierwszy raz od dawna przejść się. Spotkałem facetkę, 

przyczepiłem [się] i odprowadziłem na Żurawią ulicę. Lecz ona ,,nie miała pokoju 

background image

na Żurawiej" — szła do krewnych z wizytą, wprowadziłem ją więc na wschody, 
wycałowaliśmy się i naznaczyli sobie dziś o czwartej rande-iks u niej, przebacz 

mi Panie, na Mariensztacie. Ponieważ jednak o piątej chodzę na korepetycję — nie 
poszedłem tedy na spotkanie, dopiero o siódmej, wprost do mieszkania.

Używałem jak pies w studni: facetka młodziutka, tłusta, zdrowa, a obłapia się 
jak stado aniołów. Jeżeli wszystkie szwaczki takie ogniste, to nie daj boże... 

[...]
26 X (środa).

W niedzielę oczekiwałem na p. Klippla w ciągu trzech godzin. Ludzie z tej sfery 
uważają dotrzymanie słowa za przesąd arystokracji. Otrzymałem natomiast list 

następujący:
Szanowny panie, byłem u p. P. i rozmuwiłem se co to tamgo pana Profesora żeby 

nie miał urazy że nie odniego przysłany Korepetytor. Wienc proszę Szanownego 
pana żeby był łaskaw być u n>nie jutro albo od pierwszego Listopada ale 

natmieniam że będę psi u Płacić po rubli 8 Miesięcznie z tego powodu że płaciłem 
Korepetytorowy po rubli 10 jak moji Chłopcy mieli początki a dziś idzie o to 

żeby p.3n był łaskaw ich topielnować niech pan będzie łaskaw da opdopiedź.
Sz. A. Klippel

Życie tak jest nudne, że takie listy nawet sprawiają pewną rozrywkę. Rzecz 
naturalna, że poszedłem na drugi dzień, objąłem „korepę" i chodzę teraz na ulicę 

Dobrą nr 39 dzień w dzień z widoczną z każdą godziną szkodą moich butów.
Romansowaliśmy przez całe dwa dni i całe dwa wieczory z sąsiadkami z przeciwka. 

Ch. przełaził oknem, po gzemsie
WARSZAWA, 1887

295
wdrapywał się do ich okna i całowanie urządzał. Ja, powstrzymywany przez mój 

piekielny kaszel, rozmawiałem tylko przez całą długość podwórza z młodszą Giulią 
*, która tym razem nazywa się — Kazia. Zgadzała się na przyjście do nas lub na 

chambres-garnies — ale nie zgadzały się na to nasze fundusze. Obiedwie te damy 
lubiłyby słodkie rzeczy, ale boją się języków ludzkich niby. Pyszne miałem 

widowisko, gdy Ch. złaził i właził po gzemsach, niezgrabnie wisiał na oknie i 
wracał zmarznięty...

i&i

Byłem dziś w redakcji „Kuriera Codziennego", widziałem się i zapoznałem z 
Czapelskim, redaktorem faktycznym. W roku przeszłym widywałem go na koncertach 

„Lutni" w Resursie Obywatelskiej i mocno mię zaciekawiał ten facet anglikowaty. 
Jest nieznośnie, przesadnie uprzejmy — być może wobec mego studenckiego mundura, 

a może rzeczywisty dżentelmen z wadami i przymiotami tych ludzi. Panna Marie G. 
* wynosiła go nieraz pod same niebiosa. Ciekawym, jak postąpi w danym razie.

m
Od Heli:

Kochany Stefanie!
Zapewne masz ważne powody nie odpowiadając na moje listy; przywykłam już do 

Twego milczenia i nie mam żalu o to do Ciebie. W pierwszych dniach listopada 
będę w Warszawie: nie wiem, czy zechcesz widzieć się ze mną, bo może i widok mój 

razić Cię będzie. Otóż proszę mi donieść, czy chcesz oczekiwać na mnie na 
stacji, gdyż podług tego urządzę się z przybyciem. Jeżeli będziesz — to nigdzie 

nie zajadę, w przeciwnym zaś razie stanę u p. Niemira.
O dniu przyjazdu zawiadomiłabym...

Helena
To ostatnie zdanie jest — przepyszne i bardzo ją za nie lubię. Tryb warunkowy i 

taki jakiś serdecznie-dumny wyrzut — licują znakomicie. Trudno się zaprzeć: ja 
ją kocham jeszcze.

Hit
Plfe

296 DZIENNIKI, TOMIK XV
27 X (czwartek).

Wszechświat możemy uważać jako wielką machinę fizyczną i stosownie do tego 
poglądu naukę o nim możemy rozdzielić na dwa wielkie działy. Jeden z tych 

działów obejmuje to wszystko, co wiemy o budowie samej machiny; drugi zaś to, co 

background image

wiemy o sposobie, w jaki ona wykonywa pracę. Wszechświat złożony z atomów, 
połączonych ze sobą pewnym środkiem eterycznym, uważamy za machinę; prawa zaś 

energii za prawa, podług których machina ta wykonywa pracę.
BALFOUR STEWART Zasada zachowania energii *

Na wstępie zaraz do tego dzieła spotykam rzeczy, których nie rozumiem. 
„Wszechświat uważany jako machina"... Nadajemy więc wszechświatowi cechę 

skończoności. Nauczono nas wierzyć, zaklęła nas pod tym względem matematyka 
myślowa, że linię prostą, rozumianą jako prywatny wypadek nieskończonej krzywej, 

możemy przeciągnąć do nieskończoności. Nauka mówi nam nieustannie o 
nieskończoności czasu i przestrzeni. Jeżeli ukształtowaliśmy mózg nasz (nie 

mówię o wyobraźni) w ten sposób, że wierzymy w istnienie nieskończoności 
przestrzeni i czasu, to najpierwszym rezultatem tego poglądu jest wiara w 

nieskończone pod względem przestrzeni i czasu istnienie materii. Do tego wywodu 
zmusza nas najzupełniejsza niemożność pojęcie n i-c o ś c i. Materia pod 

względem swego by: u. nie miaia początku ani w czasie, ani w przestrzeni. Tak 
mówi logika. Inaczej mówi wyobraźnia i zasada przyczynowości. Nikt z ludzi nie 

może sobie wyobrazić kamienia spadającego w nieskończoną przepaść w ciągu 
nieskończonych godzin. Nikt z ludzi nie może sobie wyobrazić wiecznej pustki, w 

którą pogrąża się nasz systemat słoneczny, nikt nie wyobrazi sobie prostej 
idącej w nieskończoność — a to dlatego, że nie pozwalają na to zmysły nasze, 

rezultatem których jest wyobraźnia. Od punktu idąc do linii, od linii do 
powierzchni, od powierzchni do objętości — ale nigdy zajść do nieskończoności 

nie zajdziem tą empiryczną, naturalną, aposteriorycz-ną *, logiczną drogą.
WARSZAWA, 1887

297
Co do przyczynowości, zasady namacalnej niemal, niepodobna przypuścić, aby 

wieczna (w przeżytym przez wszechświat czasie) energia, powstający z niej ruch i 
prawo powszechnego ciążenia — mogły powstać absolutnie same przez się. Kto 

wydarł materii jej energię położenia (jeśli przypuścić istnienie materii), kto 
nadał powstałym ciałom energię kinetyczną? Nieznany, ostatnia przyczyna, zwana 

Bogiem. Goethe mawiał o nim, że jest „uczuciem, zaczerpniętym przez człowieka we 
wszechświecie". Renan powiada, że jest „wyrazem ludu, nie znającego wyrazów 

ruch, siła itd.", a wielki, mądry Spencer powiada, że jest „wielkim X". To 
ostatnie, na hańbę rodowi ludzkiemu, najpewniejsze niestety.

Ciekawym, co powie Balfour Stewart, zaczynając swą pracę (Zasada zachowania 
energii) określeniem, że wszechświat jest „maszyną" — a więc czymś dostępnym dla 

rozumu, czymś skończonym, zamkniętym w polu zmysłowej wyobraźni. Balfour jest 
fizykiem, a fizyka ma tę dobrą stronę, że nie buduje gmachów na jedynej a 

eterycznej podstawie — logice myślowej, lecz opiera się i na eksperymencie.
Poszłabym ja na kraj świata, Jak ten wiatr, co w polu lata, Jak ten wiatr, co 

chmury pędzi, Białe chmury, puch łabędzi, W ciemną mroczną dal...
Tylko mi cię żal, Ty ziemio,

Gdzie kurhany ciche drzemią, Gdzie się w stepach bielą kości, Gdzie kwiat mdleje 
od żałości,

Tylko mi cię żal!
Poszłabym ja w świat daleki, Jako idą bystre rzeki, Jako idą bystre wody,

298
DZIENNIKI, TOMIK XV

Do dunaju, do swobody, Do szumiących fal...
Tylko mi cię żal,

Ty chato,
Pod tą lipą rosochatą, Pod tym sadem pełnym rosy, Pod błyskami jasnej kosy —

Tylko mi cię żal!
Poszłabym ja w ukrainę, Za to morze, za to sine, Poszłabym ja na stracenie, W 

bezmiesięcznej nocy cienie, W niepowrotną dal...
Tylko mi cię żal,

Sokole,
Co nad nasze latasz pole, Ponad pole, ponad niwę, Latasz, gubisz piórka siwe —

Tylko mi cię żal!
KONOPNICKA   (Seria  III) «

28 X (piątek).

background image

Trzeci tom Poezyj Konopnickiej.
Kiedy się zasłyszy ulubiony, ukochany mazun:k. ''Z nie wiadomo, które akordy 

chwytać mocniej, sordeczniej — te, co wiecznie płaczą płaczem istot nadludzkich, 
wieczyście smutnych, żałosnych w każdym westchnieniu —• czy serdeczne tempa 

zawadiackich, uniesionych w wir szczęścia hołubców. Te i tamte są nasze, 
swojskie, narodowe, ojczyste, tak zrozumiałe jak słowa pieszczotliwych nazw 

nadawanych nam przez matki. Gdy się przerzuca karty poezyj wymienionej poetki — 
doznaje się tego samego. Wszystko u niej, zarówno słowa wiary, jak słowa 

rozpaczy nad dolą naszą — obleczone w togę rzewności, nawet nie smutku, ale 
rzewności właśnie, czegoś, co naciska serce i gwałtem wyciska łzy. Kogóż nie 

ujmie w żelazną obręcz smutku taka piosenka:
WARSZAWA, 1887 ____________________________________________

Wiem, odleciały te ptaki daleko,
Co   nam   na    skrzydłach    niosły    chwały    zorze,

I z rzek już naszych te wody nie cieką,
Które szły w morze... I syn się karmi kłosami gorzkiemi

Z ojców swych ziemi...
Sam Bóg zagasił nad nami pochodnię I na mogiły strząsnął jej popioły; Idziem, 

jak idą bezdomne przechodnie,
Z zwiędłymi czoły... A stopy naszej zasypuje ślady

Wicher zagłady...
Wiem! niech mi smętne echo nie powtarza

Tego, co wstydem pali i co boli.
Bom ja też rodem z wielkiego cmentarza

I z krwi tej roli... I ja też lecę jak ptak obłąkany
I wichrem gnany.

Przecież o zmierzchy skrzydłami bijąca I piekieł naszych ogarniona sferą — 
Oczyma szukam dnia blasków i słońca... : Contra spem — spero *.

Na tym tle, na tym najserdeczniejszym tle dla Polaka roztacza się jej cudowna, 
błękitna tkanina pieśni. Wszystko u niej jest pieśnią. Nawet nad starogreckim 

światem stojąca w epicznym Kaloskagatos * — trzyma wysoko lirę otuchy. W każdym 
jej słowie jest wielkie uniesienie, otucha, wołanie o zapał, o ducha narodu. O, 

wielką poetką swojego czasu jest Konopnicka!
Nie mogę do was mówić, jak bym chciała, Ani do głębi serca wam otworzyć... Ale 

wy wiecie, jak drży i jak pała Słowo to, które pragnę tu położyć I stanąć przed 
nim z pochyloną głową — Wielkie, zaklęcia pełne, ciche słowo.

DZIENNIKI, TOMIK XV
Kto je odgadnie, uczuje, jak pióra

Z ramion mu rosną do górnych polotów,
Jak zeń trosk drobnych opada wichura,

Jako z duchami jest ł jak jest gotów
Wybłysnąć niby ciosowa kolumna,

Silna — bo w gmachu, że gmach dźwiga — dumna *.
Choć to jednak oderwane pieśni, cudne fragmenty — a stanowią przecież tak 

zamkniętą, zawartą w sobie całość i stopniowanie idei, uczuć, że żadnego z tych 
utworów niepodobna usunąć. Przerzucasz te stronice, i coraz piękniejsze, coraz 

rzewniejsze już nie słowa, ale uczucia, nie uczucia, lecz umiłowane dźwięki 
otaczają cię jak cudna zieleń drzew rodzinnej wsi. Zaczyna od pieśni 

ogólnoludzko-patriotycznej In exitu Izrael * — tego odwiecznego psalmu ludów 
zabitych, zbiega po stopniach idei do najczarowniejszych dialogów jak w 

Pirejskim porcie *, wywołuje Husa przed oczy żyrondy-stów *, wspomina 
Termopłle... * Po co? Aby wypowiedzieć szeregiem arcydziełek to „wielkie, 

zaklęcia pełne, ciche słowo", którego nie dadzą jej wypowiedzieć. A dalej — naj-
cudniejszy dział: Żywym i umarłym. Jej wiersz nad grobem Grudzińskiego jest 

czymś cudnym po grecku; jak srautna jest to mowa, jak nieznośnie płakać się chce 
czytając:

Nie porzuciłeś, bracie, dla mogiły Domu wesela, ani domu siły. Ale odszedłeś z 
cichą, białą twarzą Od chaty, której węgły są ruszone I kędy sprzeczne wichry 

gospodarzą I sprzeczne siły.
A teraz — cóż ci wyniesieni z tej chaty, Gdyś już w odlocie od nas — duch 

skrzydlaty I jak cię żegnać będziem, bracie miły?... Ach, dla śpiewaka, co żył 

background image

między swemi, Nie mamy więcej nic nad garstkę ziemi, Nad wielką ciszę i spokój 
mogiły — I łzy i kwiaty...*

WARSZAWA,  1887 ____________                          __________                 
301

Słuchajcież teraz nie żalów,  ale mocnych słów jej, tych junaczych marzeń, 
tempów dzikiej wiary:

Tam!... Trąbkę słychać! Echo gra w borze...
Dalekie padły strzały... A jeleń stanął, podniósł poroże,

W głos się zasłuchał cały.
I mnie tak w piersi serce kołacze

A tętna warem biją, Może usłyszę, może obaczę,
Że nasze lasy żyją!

Pod lasem
Albo:

Jak się człowiek po gromadzie
Spojrzy w ciężki czas, To na sercu rękę kładzie:

Jeszczeć kupa nas!
Nowy Rok

Hej, tam nad rzeką stoją tumany! Jakżeś daleko, kraju kochany, Jakżeś daleko, 
smętna i mglista, Piastowa chato, ziemio ojczysta!

Sto lat do ciebie w głodzie i chłodzie Idziem po lądzie, płyniem po wodzie, Sto 
lat do ciebie, wędrowne ptaki, Lecim przez chmurne, wichrowe szlaki...

xi
Ostatnie i najwspanialsze, coś co przypomina Ojca zadżu-mionych, coś co jest 

.brylantem naszej poezji — Do granicy *. Sądzić tego nie będę — wiem tylko, że 
za ten wiersz należy się Konopnickiej sława, jaką naród nagradza wielką miłość 

swych najlepszych ludzi.
302 DZIENNIKI, TOMIK XV

Gdy się oderwie oczy od tej świetlanej poezji i spojrzy w swe własne życie — 
widzi się... Nie widzi się nic, ale za to — czuje się, że w podeszwach kamaszków 

istnieją dziury, wcale nie metafizyczne, ale rzetelne, rzeczywiste, pozytywne, 
matematycznie elipsoidalne dziury. W takich kamaszkach trzeba chodzić na lekcje, 

na korepetycje... Na korepetycjach panna Helena * (Bóg mię karze Helenami!) 
grywa mi urywki z Barona cygańskiego * z wdziękiem osoby grającej „kawałki z 

oper". Ma ładne włosy panna Helena, długie, pozłociste. Bardzo mi to pomaga w 
objaśnianiu tajemnych wpływów słów dico, volo, animadverto, assentior etc. na 

accusativus cum infinitivo *. Mimo to wszystko — zimno dokucza mi bardzo w mym 
mundurze, a nawet w pożyczanym od Otosia płaszczu. 8 rs., jakie chowałem na 

szynel, prawie się rozeszły na życie, choć obiadów nie jadam Bóg wie odkąd, 
żyjąc chlebem i herbatą. Inspekcja dała mi za ostatni termin opłacenia wpisu — 

przyszłą sobotę. Wszystko byłoby straszne, gdyby nie ta okoliczność, że jest 
śmieszne. Jaś Z. nastręczył mi przepisywanie kursów matematyki (scriba) * po 2 

rs. od arkusza. Wyniesie to na miesiąc — 6 rs. Razem tedy pobierać będę pensji 
rs. 14. Co za grosz! Lecz z czego kupić buty, palto, zapłacić wpis, żyć przez 

miesiąc, zapłacić mieszkanie, gimnastykę, kursa? Herbatą samą żyć niepc ?ob;.ia, 
bo nabiera ona smaku gotowanych myszy, gęstych gnębieni, starych kamizelek — czy 

czegoś w tym sensie; ciikier gotów pozabijać, a przynajmniej znieczulić pepsyny 
żołądka, spragnione mięsa. W ciągu tego tygodnia muszę mieć 50 rs. — inaczej, 

marniej od karalucha zginę. O, szczęście, szczęście, szczęście!
Furda zresztą wszystko! Oto sprzątnąłem nareszcie sprzed nosa Waciowi — p. 

Helenkę *. Wracałem z korepetycji ze łbem spuszczonym jak melancholijny pies, 
gdy oto przesuwają się koło mnie dwie panienki. W jednej z nich poznaję p. 

Helenkę. Na rogu Alei Jerozolimskiej towarzyszka odcze-
WARSZAWA, 1887

piła się — Helenka wracała Marszałkowską sama. Podszedłem, ukłoniłem sią z 
szykiem i zawiązałem jakąś głupią rozmową. Stopniowo rozmowa ta zaczęła się 

ożywiać, biec szybko, wesoło, ale wesoło i swobodnie, dowcipnie tak, jak nie 
rozmawiałem prawie nigdy. Zręcznymi zwrotami wyciągnąłem z niej pozwolenie na 

jutrzejsze spotkanie o szóstej na Zielonym Placu obok fotografii Conrada *. 
Rzadko można spotkać faceteczkę, która by umiała tak zgrabnie, zręcznie, 

elegancko, energicznie, a jednocześnie grzecznie i milutko odcinać się jak p. 

background image

Helenka. Przeszliśmy Złotą i Wielką i znaleźli się pod bramą nr 31 — domu 
Helenki.

— Ach, gdyby to nie była ósma... — zaczęła mówić z wesołym uśmiechem.
Zapewniłem ją, że jeszcze siódmej nie ma, i zawróciliśmy jeszcze raz na 

Marszałkowską aż do Ogrodu, później z powrotem. Kazała mi wyleczyć się z kaszlu, 
gdyż inaczej nie zgodzi się ani na jutrzejsze spotkanie, ani na nic... Zacząłem 

dopominać się o owo „nic". Obiecała dziś pocałowanie rączki, a gdy znaleźliśmy 
się na wschodach, wycałowałem policzki, okryte puchem naturalnym, usta, oczy. 

Trwało to długo — z kwadrans. Uciekała na schody, aby wrócić znowu i szeptać mi 
do ucha, gdy całowałem szyję, giętką jak sprężyna: „— wstyd, wstyd..." Kazała mi 

przyjść dziś do Wacka, gdyśmy się rozchodzili.
Rozgrzały mi te nieprostytucyjne pocałunki — zakrzepłą w herbatniczych uczuciach 

krew i poruszyły serce. Rzadko rozmawia się tak wesoło z facetką. Ma zresztą 
jakiś wdzięk, gdy wycałowana zapytuje: — Ustanie kaszel?

Poszedłem do Wacka. Miał trochę kwaśną minę, gdy Helenka przez drzwi zapytywała 
mię: — Ustał kaszel? Blondynka z czubem jasnych loków nad czołem i policzkami 

pełnymi, z cerą matową, powleczoną puchem jak skórka morela, z niebieskimi 
oczami, pełnymi wesołości rzeczywistej — będzie mi się podobać z półtora 

tygodnia. Wacio jutro jedzie do Pińczowa *, szkoda, że jedzie...
; 51 *

W
ma

m
304 DZIENNIKI, TOMIK XV

A teraz — smutnie podpieram głowę na ręku, z dawnym dreszczem w sercu, z tą 
nieskończonością małej obawy, która dawniej znaczyła przyjazd wiecznie 

kochanej... Heli tamtej.
29 X (sobota).

O szóstej punkt byłem na Zielonym Placu obok Conradą. Ta punktualność kosztowała 
mię dosyć drogo, musiałem bowiem lecieć z korepetycji pod górę ulicą Karową jak 

kiepski wariat. Za to — Helenka dotrzymała słowa: w pięć minut po szóstej 
zjawiła się obok mnie ze ślicznym uśmieszkiem, wesołym i zalotnym. Znowu ta 

rozmowa, złożona z dowcipu, który musi być oryginalny, nie marnowany na próżno, 
pędzący bez ustanku, błyskotliwy jak iskry żelaza palącego się w płomieniu, 

połączonego wodoru i tlenu. Sześć razy zbliżaliśmy się do bramy domu Helenki i 
za każdą rażą mijaliśmy ją. Więc przeszliśmy Złotą, Sosnową, Wielką, Chmielną, 

Marszałkowską — znowu te same ulice — znowu brama... Aż wydostawszy się z tego 
koła na Marszałkowską — poszliśmy w stronę Mokotowa za Piękną aż do 

Nowowiejskiej. Prowadzi się przy tym tysiączne zakłady, celem których pocałunki 
— już to o godzinę, jaka bije, już o pierwsze lepsze głupstwo. Wygrałem jeden z 

takich zakładów, czyli wygrałem 1800 pocałunków. Spacer od IM -w t wiejskie j do 
Chmielnej odbyliśmy dwa razy. Widziałem ;;am, że jest późno: było po ósmej. 

Odprowadziłem więc ją do domu i dostałem na schodach kilkadziesiąt całusów. 
Zaczynam przy-wykać namiętnie do tych ślicznych ust. Prosiła, aby koniecznie 

przyjść o dziewiątej. Gdy schodziłem ze schodów, mówiła:
— Proszę przyjść, nie spóźnić się — będę czekała.

Bywam regularnie na lekcjach — szczególniej na anatomii. Osteologia i osteologia 
bez końca — do czaszki jeszcze daleko, obecnie skończyliśmy kończyny przednie, 

zaczęliśmy oglądać — miednicę. Te rzeczy zawsze zajmują młodych
T

NA  SOLCU O ZMROKU (AL.  GIERYMSKI)
WARSZAWA, 1887

305
ludzi. Izmajłow często zwraca się do mnie w strasznie ważnych punktach spornych 

— np. czy ta i ta łopatka z prawego czy lewego boku, czy to ramię, to żebro, ta 
ulna * — prawa, czy lewa. Jednym słowem rozcinam sporne węzły gordyjskie. Niczym 

Aleksander *.
Wacek pojechał o trzeciej. Ponieważ zostawił u siebie 2 tomy Małeckiego o 

Słowackim *, musiałem więc iść — no i... Helenka miała czekać. Poszedłem o 
dziewiątej. Wszedłszy do pierwszego pokoju, zastałem „czcigodną matkę" — śpiącą 

snem zarżniętych. Otworzyłem drzwi do pokoju Wacka — i zastałem tam Helenkę, 

background image

siedzącą na niskiej kanapce Wacka. Była prześliczna. Czarny stanik, jak on się 
nazywa, nie wiem, ale wiem, że obleka jak trykoty tłuste ręce, wypukłe piersi, 

pozostawia szyję nie zakrytą, do połowy zakrywa ręce i uwydatnia całą piękność, 
dziewiczą wiotkość, sprężystość, gib-kość, każdy ruch, każdy odskok talii. Widać 

każdy oddech piersi, widzisz cudnie wyrytą okrągłość ramion. Wieczna i 
nieśmiertelna potęga cudów przyrody spoczywa w zakreśleniu niezbadanych, 

nieopisanie pięknych owalów i łuków, łączących w kobiecie zbudowanej pięknie 
szyję z ramionami. Dziś rozumiem, że ciało kobiece może być niemal celem, a na 

pewne nieustającym, ciągle najciekawszym przedmiotem studiów w malarstwie. Włosy 
p. Helenka (wolno mi ją nazywać „Helą") ma jasnoblond z popielatym odcieniem, 

czesze je — modnie, rzecz prosta — w greckie dwa pukle na wierzchu głowy. 
Najładniejsze w niej są policzki, czoło, brwi, usta. Oczy takie, jakie ona ma, 

nie bardzo mi się podobają: jasnoniebieskie, siwe, dosyć duże, osadzone w głębi 
i ocienione prawie ciągle powiekami. Patrzy nieustannie zza przymkniętych kotar 

rzęs. Gdy się oczy te zapalą płomieniami młodego ognia, podobne są do błysków 
palącej się w wodorze siarki, błysków otulonych w cień. Są to gwiazdy 

niebieskie, świecące w wiecznej nocy. Stąd pochodzi, że twarz Helenki ma
20 — Dzienniki1 t. IV

306
DZIENNIKI, TOMIK XV

wyraz wiecznej dumy, miałaby zresztą taki — gdyby się nie śmiała ustami 
ślicznymi, rozwiniętymi jak bukiet pąsowych portulaków, wykrojonymi do śmiechu 

ustami. Ładne ma brwi: długie, cieniuchne, jak czarne chmury znaczą się nad 
błękitem oczu.

Przerzucała książki i kajeta Wacka.
Ileż całunków, ile pieszczot cichutkich w ciągu trzech godzin! Od policzków do 

ust, do oczu, do czoła, szyi, piersi — znowu do rąk... Potem w świat pieszczot. 
Gdy pierwszy raz przytuli ci głowę do swych ramion i całuje w oczy, gdy całuje 

ci włosy w zamian za pocałunki rąk — dreszcz radości piorunami strzela w ciebie. 
A te miękkie, nieśmiałe, z rumieńcem na licach zarzucania rąk na twą szyję i 

pierwsze przytulenie całego ciebie do swego boku, tak abyś słyszał, jak stuka w 
niej serce, wreszcie poddanie się, poddanie podobne do mięcia się w ręku 

jedwabiu, ruchy i oddanie całej siebie twej woli... A przecież umie się bardzo 
zagniewać za uściśnie-nie kolanka, umie nie mówić przez kwadrans z miną pastora 

wstępującego na kazalnicę, umie nawet usiłować powstać — po to, aby znaleźć się 
w ramionach twoich. Prawdopodobnie wycałowałem moje 1800 razy...

Lecz nie o pocałunki mi idzie. Zauważyłem '/.c. zaczyna mię jeśli nie kochać, to 
lubić, pamięta moje wyrażenia, pieści się imieniem, bezwiednie naśladuje sposób 

mówienia — a czasem patrzy serdecznie z płomieniem w siwych, oczach. Teraz 
jeszcze, gdy przymknę oczy, widzę jej płonące policzki i czarne w rzęsach 

nawisłych oczy. Kolor tych lic nie da się opisać, nie da się określić przejście 
z pełnego, dyszącego ogniem pąsu w biały, delikatny mat czoła. Jest to kolor 

nieopisany, jak nieopisanym jest przejście pąsu w oranż w spek-trze tęczy. O 
dwunastej ledwo wydostałem się stamtąd. Wyszła na schody za mną. Otuliłem ją 

płaszczem i utonąłem w miękkim szale uścisku, który nie ma granic, jest 
zapomnieniem ziemi i nieba, nieświadomym siebie snem dwu pociąganych ku sobie 

siłą bezmierną... ciał. Dusze daleko. Ale
WARSZAWA, 1887

piękna, wzniosła, pijana jest rytmika uczuć naturalnych, wzrastających co 
minuta, aż do apoteozy uczuć cielesnych. Ze schodów, z sieni wracałem się 

jeszcze i jeszcze, jeszcze całowaliśmy się.
A Wacław? Grzmi do Pińczowa i myśli, że jestem wspaniałomyślnie szlachetnym jego 

przyjacielem. Gdyby mi był powiedział jedno słowo na moje tysiączne zapytania, 
czy mu się Helenka podoba, poszedłbym sobie precz, nie bywał u niego i nie 

właził mu w drogę. Lecz tak — wolę te słodkie usta niż pokutniczy tłok samotnych 
myśli.

Jutro mamy się spotkać o 11 na Wielkiej, iść do kościoła etc... Nie wiem, czy 
pójdę.

31 X (poniedziałek).
Wstałem wczoraj za późno jak na spotkanie z Helenką. Byłem u Jasia Z., 

obznajmiłem się z przepisywaniem kursu astronomii sferycznej — a następnie 

background image

poszedłem do Sw. Krzyża. Zapomniałem o celu, w jakim tam przyszedłem, wobec 
ciszy przerywanej jękiem lub śpiewem organu. Chwilami wydaje się, jakoby stada 

ptaków śpiewały w chmurach pieśni wielkiemu Panu. Smutny wyszedłem.
l   listopada   (wtorek).

Miałem wczoraj ładny wieczór. O szóstej miałem spotkać się z Helenką na rogu 
Marszałkowskiej. Przyszła. Była śmiertelnie zagniewana za niestawienie się moje 

w kościele. Sposób objawiania niezadowolenia ma identyczny z kimś, dawno 
umiłowanym. Oto rozmawia dosyć wesoło, jak gdyby nic nie zaszło — nie dopuszcza 

tylko żadnych poufalszych słów, nie przypomina sobie żadnych obietnic, nie 
pamięta pocałunków. Jest to znakomita taktyka z tego względu, że doprowadza do 

wściekłości. Jesteś jak żak, którego sprawiedliwie a surowo karzą. Obojętnie 
podaje rękę na dobranoc, gdy zbliżamy się do bramy jej domu. Wtedy i we mnie 

zaczyna grać krew przodków spod Beresteczka: podaję jej rękę, kłaniam się
20*

308
DZIENNIKI, TOMIK XV

i zawracam ku domowi. Robi jej się po kobiecemu żal wszystkiego, gryzie więc 
wargi i niby obojętnie pyta:

— Gdzież pan pójdzie teraz?
— Na spacer w Aleje Jerozolimskie.

— Ja bym poszła także, gdyby pan nie był taki zły na mnie.
— Wcale nie jestem zły.

— No, to chodźmy...
Podaję jej ramię rycerskie i idziemy sobie szybko, tuląc się do siebie. Idziemy 

w Aleje i przechodzimy je raz, drugi, trzeci wzdłuż całe. Trwa to dwie godziny. 
Gdyby mię kto zapytał, o czym właściwie mówiliśmy w ciągu tego czasu — nie 

wiedziałbym zupełnie. A mówiliśmy nieustanie, szybko chodząc po miękkim żwirze.
Zbliża się godzina ósma. Odprowadzam ją do domu, całujemy się bez liku na 

wschodach i obiecujemy spotkać nazajutrz — znowu w kościele o 11 rano.
Zawijam się w płaszcz i idę na wieczorek studencki na Żurawią do panów Ar. Jest 

tam Kośm. * —- ów sławetny „gło-sowicz", o socjalizmie którego tyle mi 
naopowiadano. Jest Edzio, znakomity prawnik, Stefan T., nie tyle ::aakomity 

prawnik, ile dzielny gimnastyk, Jaś S. *, „Kąsinowski", „kapitan", jakiś 
żydziak-kosmopolita z Płocka i ze sześciu braci medyków z pierwszego kursu, 

milczących krytycznie oraz rewolucyjnie puszczających dym przez obiedwie dziury 
w nosie. Początkowo mówi się o facetkach, o gustach literackich, o bezwzględnej 

wyższości „redlówki" nad „ratafią" * i o bezwzględnej wyższości pism postępowych 
nad zacofanymi — choć zacofanych ani postępowych nie ma już prawie w Warszawie.

Naraz wjeżdża samowar. Członkowie meetingu wydostają z kieszeni i portmonetek 
25-kopiejkówki, składają je na ręce gospodarza, większość wyciąga z paltotów 

szklanki, które
iLi;t'.il

WARSZAWA, 1887
309

składają na ręce usługującej, jakiejś starej Euriklei * — rozpoczyna się 
jedzenie bułek z serdelkami i szynką, picie kolejek „redlówką". Rozmowa się 

ożywia.
Wychodzi na stół Jeż z broszurą. Nie uradzono nic, zakomunikowano mi tylko parę 

dobrych wieści, mianowicie, że w Krakowie zebrano składek 5 tysięcy reńskich, że 
u nas urzędnicy kilku biur złożyli organizacją z naczelnikiem-po-borcą i zebrali 

do tysiąca rubli, że studenci w ogóle zebrali 150 rs., że Edzio zebrał w swym 
kółku l rs. 40 kop., że redakcje „Głosu", „Prawdy", „Kłosów" etc. o broszurze 

wiedzą i aplauzem ją przyjmują, że jest jej w ręku studenckim egzemplarzy 9, że 
kilka egzemplarzy poszło na Wołyń, Ukrainę. Jest na Wołyniu, Litwie, Ukrainie 

dworów polskich milion; gdyby każdy taki, każdy przeciętny dwór dał l rs. 
miesięcznie, czyli 12 rs. rocznie — zebrano by w przeciągu roku rs. 12 milionów. 

Takie absurda chodzą po głowach studentów w Warszawie.
Czytaliśmy pierwszy numer „Wolnego Polskiego Słowa", dwutygodnika wychodzącego w 

Paryżu pod prawdopodobną redakcją Jeża. Są tam wzniosłe, niebotyczne, chwytające 
za serce marzenia niedobitków Towarzystwa Demokratycznego: „wolni z wolnymi, 

przez lud dla ludu, przez Polskę dla ludzkości"... itd.

background image

Piękne to hasła z całym swoim socjalistycznym zadęciem. Dla mnie jednak istnieje 
jedno, największe: przez Polskę — dla Polski. Czytaliśmy bzdurny fragment... 

Leona. Wreszcie ja — rzecz prosta deklamowałem, rzecz prosta Grób Aga-memnona i 
Bajkę Rodocia *. Śpiewaliśmy o Sowińskim i o dymie pożarów... * Któż zresztą 

opowiedzieć zdoła, o czym mówi garstka gorących, szlachetnych, gorączkowych, 
czerwonych pasowo, młodych głów? Żydziak, podobny do Spencera, mówił coś o 

symbolizmie*: — dano mu napić się piwa.
Wyszliśmy o trzeciej w nocy. Ja, „Kąsinowski", „kapitan" i Jaś S. 

odprowadziliśmy Kośm. na Solec przez Ludną aż do kościoła oo. Trynitarzy. 
Stamtąd Solcem do Tamki, gdzie

^^^^^nl
wie,

lii
W-^--

310 DZIENNIKI, TOMIK XV
został Jaś, a z Tamki dopiero do domu. Mówię o tym nocnym spacerze z tego 

względu, że odrębną fizjognomią ma ta część miasta: fabryki, wielkie czerwone 
mury, szeregi kominów. Z fabryki chemicznej wypuszczono gaz jakiś duszący, który 

w postaci wielkiej mgły rozległ się na ulicy. Pusto tam było w nocy, strasznie, 
jakbyśmy mijali jakieś wymordowane zarazą państwo przyszłości. Zimne, spokojne, 

bez serca, o architekturze fortec mury, śpiące w ponurym milczeniu, szmer 
złowrogi Wisły i w tę gromadę cegieł wciśnięty stary kościółek — smutne robią 

wrażenie. Postęp — tak wygląda: wielkie, matematyczne mury z czerwonych cegieł, 
zagradzające przestwór, w którym ginie — kościół-poezja.

Dziś poszedłem o piątej do mojej facetki. Siedziała sama w saloniku, w kaftaniku 
białym. Tak ją przydybałem i nie puściłem daremnie z miękkiej kanapki. Chwilami 

z rumieńcem na czole lgnie w ramiona, podaje się sama, otacza szyję ramionami, 
całuje namiętnie — to znowu prostuje się jak westalka, chowa twarz w dłonie, 

jest smutna, zamyślona, ponura. Trzy godziny takich całusów męczą nas oboje. Ja 
jestem równie zdenerwowany i muszę się hamować, by jej nie zadusić w uściskach. 

Szlachetna man.i .nało aa nas zwraca uwagi, zajęta rozmową z sąsiadkami, 
starsjza siostra czasami szpieguje niezgrabnie, zresztą wolność zupełna. Helenka 

pieści moją fotografią, piastuje jakąś jedyną chustkę od nosa, czystą na 
szczęście, wydziera Wackowi z bruliona kawałki papieru, gdzie ja pisałem mu 

formuły energii — słowem, wyrabia najrozmaitsze głupstwa niby zakochanej.
Cóż to jest właściwie ta Helenka?

Typowa szwaczka warszawska. Gdyby taka szwaczka zjawiła się w towarzystwie na 
prowincji, zapędziłaby w kozi róg najszlachetniej spłodzone, najstereotypowiej 

edukowane dziewice. Ona wie o wszystkim z rozmowy — choć nie wie nic. Można z 
nią rozmawiać — o ile rozmowa będzie bezce-

WARSZAWA, 1887
311

lowym mówieniem, można się z nią bawić wesoło, ale w Warszawie tylko. Z nie-
warszawiakiem nie umiałaby mówić, gdyż ma metodą mówienia. Szwaczka warszawska 

ma swój savoir--vivre jak panna z towarzystwa, ma swe miary, którymi mierzy 
wesołość, grzeczność, rozsądek, uprzejmość, nawet miłość „faceta". Każda jest na 

swój sposób kokietką. Kokieteria jej na prowincji nazywałaby się wyuzdaniem. 
Kokietuje zawsze, stroi miny nawet wtedy, kiedy w pokoju oprócz niej jest tylko 

lampa. Na ulicy jest napuszenie poważną, aby się wyodrębnić od prostytutki, z 
którą ją identyfikuje biedne, a pozujące na elegancją ubranie. Trzeba ją długo 

skrobać, aby się doskrobać rzeczywistego jej charakteru. Gdy się to uda, 
znajduje się nawet dosyć skromne, proste, uczciwe, religijne, głupiuteńkie, 

dosyć szczere, czasami aż serdeczne dziewczątko. Z wierzchu, wypolerowana, 
wygląda niemiło i śmiesznie. Mówi chętnie górne frazesy, których nie rozumie, 

używa wyrazów takich w odpowiedzi na komplementa, jak „pan kretykuje moje oczy", 
albo „przeciwnie, jestem bardzo brzydka", „w rezultacie, gdzie my idziemy" itd. 

Wyrazów tych nie używa wcale, gdy się serdecznie rozgada. Gdy się rozgada, widzi 
się, że ona ma swój rozum, swoje serce, którymi odgaduje zamiary młodego 

studenta odprowadzającego ją do domu. Mówi czasami takie zdania:
— Proszę pana, prawdziwa miłość to nie w słowach i komplementach się mieści.

— Dlacżegóż pani mówi mnie komplementa — więc one także nieszczere?

background image

— Dlatego, że chcę się zabawić z panem w miłość.
Sądzisz, że dobijasz do brzegu, kończysz zaloty, że będziesz ją już miał — aż tu 

powie ci takie zdanie, gdy ją pieścisz energicznie:
— Drogi, jedyny Stefusiu — po ślubie...

— Będziesz czekała przez cztery lata?
— Mój panie, musiałabym czekać sto lat.

— Więc cóż?
312

DZIENNIKI, TOMIK XV
— Więc nic. Pocałuję cię w oczy, wycałuję włosy, które kocham...

— I koniec?
— Ha, ha... Reszta po ślubie...

Jest to rzeczywiście bawienie się w miłość, nawet nie miłostka, tylko miłe, 
milutkie kokietowanie się po to, aby się namiętnie wycałować. Za mądra ona na 

to, aby się dała, jak to mówią, uwieść, a za uczciwa na to, aby polowała na 
zarobek, nie tak naiwna, aby marzyła o złapaniu mię na męża, i nie tak naiwna, 

aby spodziewała się czegoś po... studencie. Jest zazdrosna. Gdy idziemy razem i 
ja się obejrzę na kogoś — na trzeci dzień zapyta: na kogo się pan oglądał wtedy 

i wtedy?
Chodzi jej o to, aby miała się czym pochwalić przed koleżankami. Toteż jest 

bardzo rada, gdy chodziemy razem, gdy idzie z koleżanką, a ja jej się zgrabnie 
ukłonię, gdy ktoś zauważy, że ten a ten — to „znajomy" pani. To jej sława, sława 

jej wdzięków. Nazywa się to: „mieć faceta". Nie lubi trywialności, nie znosi 
nieeleganckiego języka, nigdy by się nie zadała z żadnym „rękodzielnikiem", co 

ma ręce „jak wysmarowane dziegciem poduszki". Inna rzecz student: umie szeptać 
ładnie, kłaniać się, jest delikatny, zgrabny, uprzejmy, dobry. Ona wie, że jest 

biedny. Kiedy mowa. o jeździe na Powązki, oblicza skrupulatnie, ile go to może 
kosztować — choć wkłada na niego obowiązek zapłacenia :ramwaju. To należy do 

jego obowiązku. Gdyby jej chciał kapować czekoladę i kremowe ciastka — 
obraziłaby się śmiertelnie, bo wyglądałoby to na jakieś przekupstwo, na wstrętne 

ruble i półruble...
Wszelkie silniejsze objawy miłosne są wzbronione: to świadczyłoby o 

nieuczciwości tzw. „kochanka". Natomiast „być kochanką" jest nader miłym 
epitetem.

— Czy jesteś moją kochanką?
— No, jestem. Całuję pana, o... tak!

I całuje... „o tak!", siedzi sama, w osobnym pokoju, przyj-
WARSZAWA, 1887

313
dzie do mieszkania studenta, ale jeśli jej da słowo, że się „zachowa grzecznie". 

Słowem, światek ten nie jest ani półświatkiem, ani prostytucją, ani światem 
naiwnych. To świat uczciwych „szwaczek".

2 XI (środa).
TOAST*

Szalony, kto chce na morskiej głębi Gasić pragnienie, co krew mu kłębi. Kto do 
szerokiej przylgnąwszy fali, Z nią się podnosi i w przepaść wali. Szalony! 

Życie, wielki piwniczy, Poda mu puchar pełen goryczy. Morza i bez nas w 
przepaście płyną — Niech żyje wino!...

My tyle właśnie mamy zapału, Ile go mieści czara z kryształu, Tyle uniesień — co 
pian w tej czarze, I tyle ognia — co w tym pucharze! Płomień z helotów piersi 

nie bucha... Brzęk szkła tak bawi jak brzęk łańcucha. Wielkich klęsk — wielkie 
serca przyczyną: Niech żyje wino!...

Ludy się kędyś prą falą mętną, Szumem ich wzbiera dziejowe tętno, Nad żaglem 
trzeszczą maszty przegniłe, To tylko żyje, co żyć ma siłę... A nam tymczasem 

młynek na strudze Obraca plewy swoje i cudze... Górą mielizny! Na głębiach — 
giną. Niech żyje wino!

5 XI1 (sobota).
Jacy my biedni, dzienniczku, jacy my biedni! Nie pisałem przez kilka dni 

dlatego, że nie chciałem poruszać tej kupy
1 W autografie omyłkowo: X.

background image

314
DZIENNIKI, TOMIK XV

błota, przyczepionej do mojego życia, śmierdzącej kupy, zwanej pospolicie — 
biedą. Przeważa jednak nałóg pisania i przyzwyczajenie do prawdomówności tam, 

gdzie rzecz idzie o moich, osobistych, własnych odczuciach, o moich odbiera-
niach fizycznej i moralnej natury wrażeń, z otaczającego pochodzących świata. 

Najwyższa bieda nachodzi na nas wtedy dopiero, gdy wchodzi w głąb naszej istoty, 
wkrada się do zamkniętych apartamentów naszej duszy i jak brudny, natrętny, 

podle dumny Żyd-chałaciarz rozkłada swe śmierdzące cielsko na wytwornie, 
arystokratycznie, misternie, artystycznie wykończonych meblach duszy. Wtedy jest 

się prawdziwie biednym, gdy się zaczyna pojmować, że marzyć w danej chwili nie 
wolno, że sobą być nie wolno, myśleć, czuć po swojemu nie wolno.

Dziurawe buty, absolutnie wzięte (jeśli jest w nich jeszcze coś, co warte by 
było, aby było wzięte) — same w sobie, mówię, dziurawe buty — nie są bynajmniej 

czynnikiem biedy. Można w nich być setnie wesołym, lekkim, swobodnym, można być 
przedmiotem zazdrości dla niejednego wielkiego pana, w siedemnastej parze swych 

kozłowych kamasz-ków jadącego na wizytę do jakiegoś jeszcze większego pana i 
jeszcze większego wieprza z przekonań — aby się śmiertelnie znudzić, nazginać 

grzbietu, nadokuczar swej dumie, nawyrabiać czczych uśmiechów zadowolę.:.: a, o 
jakich się woli jego nie śniło. Ale gdy przyjdzie po ślaiach dziurawych butów, 

zostawionych na jesiennym błocie, nie otwierając drzwi do twego mieszkania — 
głód, zimno, wstyd, upokorzenie, obawa, wreszcie wieczna, nieskończona jakaś 

bojaźń, jakaś tchórzliwość, jakieś fizjologiczne odczucie, czysto zwierzęce, 
odczucie zająca-strachu nieszczęścia, wiszącego nad tobą w przestrzeni; gdy 

tysiąc razy na dzień uderzą w twarz twą dumę, tylko na zasadzie tego, że nie 
masz pieniędzy — wtedy jest bieda. Zaczynasz ją czuć w sobie jak zarazek 

wścieklizny, zaczynasz być jak łuk za mocno naciągnięty, zaczynasz być po 
żydowsku natrętny, po chłopsku wytrwały,

WARSZAWA, 1887
315

po psiemu zły, zaczynasz być sarkastyczny wobec samego siebie i bić się 
szyderstwem jak skorpion jadem, zaczynasz być wilkiem w stosunku do ludzi i — co 

najgorsza — znika z twarzy twej najlepsza na świecie istota: wesołość biedy. Nad 
wszystkim tym króluje jeszcze niezbita świadomość, że to wszystko, co dotkliwie, 

boleśnie, namiętnie, wściekle, piekielnie odczuwasz świadomie w tej chwili, o 
czym jesteś przekonany, co jest w danej minucie rzeczywiste jak istnienie twego 

żołądka, nad świadomością, mówię, o cierpieniu — z uśmiechem wiecznej ironii 
unosi się bardziej jeszcze wybitna i realna świadomość, że czynniki wywołujące 

pierwszą — są jeśli nie zupełną złudą, to tak małymi indywiduami w świecie 
życia, że oto jutro śladu z nich nie będzie.

Tak samozachowawczo raczej niż samolubnie mamy ukształtowany mechanizm moralny, 
że odczucie tego rodzaju jest nad wyraz bolesne, a to dlatego, że nie możem 

darować, nie chcem darować siłom nami rządzącym ani jednej cząsteczki naszych 
cierpień wyszastanych na marne. Za każde, nieświadomie nawet przeżyte 

cierpienie, chce się nam — nie nagrody już, ale prawa obywatelstwa dla tego 
cierpienia, uznania go za rzeczywiste cierpienie. Ludzie są takimi dziećmi — 

wszyscy i zawsze, że jeśli nie mówią, to na pewne czują: ach, nareszcie 
nacierpiałem się porządnie! Sprawia to zadowolenie. Goethemu cierpienia sprawiły 

nie tylko już impuls do tworzenia, lecz i jedne z najmilszych przyjemności 
życia.

Galamatia rozumowań, filozofowań, popędów niezłomnej woli, strachu, cierpienia, 
wstydu, nienawiści, wreszcie pewnych, nie dających się rozanalizować mikrolitów 

* macień-kich, najzupełniej nieświadomych, chyba fizycznych czysto odczuć 
przykrości — wytwarza stan duszy nieznośny, próżny wesołości, stan, który jest 

czymś nieskończenie większym niż nuda przykra i daleko mniejszym niż boleść. Ma 
on tę ujemną przywarę za sobą, że jest — ciągły. Nie istnieje w tobie 

niewzruszonym kamieniem gorzkiej boleści, ale jest w tobie ciągle, wisi nad 
tobą, wiesz, że istnieje, jak istnieje

m
316 DZIENNIKI, TOMIK XV

background image

wiatr w jesienną noc. Co chwila możesz się spodziewać, że zarzuci ci twarz 
bryzgami błota. Jest to po prostu gorączka moralna. Cała dusza jest jakby 

rozogniona i dość ukłucia szpilką, aby ci się wydawało, żeś dostał postrzał 
armatni, dość, aby ci kolega powiedział, gdy mu proponujesz pożyczenie 

pieniędzy, że ma takie a takie wydatki, abyś ryczałtowo wywnioskował, że tobą 
gardzi, a stąd, licho wie z jakich racyj, płynie skutek, że ludzie są takimi 

świniami, o jakich się nie śniło filozofom.
Idę np. Trębacką ulicą, tak misternie stawiając nogi, aby przynajmniej nie 

wszyscy widzieli, że podeszwy moich ka-maszków przeszły w krainę marzeń — i 
spotykam Ellę Russell * idącą z Myszugą. Ładna kobieta! Zapewne za jej palto 

jesienne mógłbym sobie kupić ze 20 par kamaszków i co najmniej ze trzy palta. 
Ella Russell odwraca głowę i widzi, gdzie tylko spojrzy — siebie: na wystawach 

sklepowych, w szafkach fotografistów, nawet między krawatami i szelkami 
rękawiczniczego sklepu leży jej fotografia... Kto by sądził, że mię sława jej 

uszczęśliwia — myliłby się: jestem wściekły, z gustem powiedziałbym jej 
głupstwo. Na szczęście nie umiem nawet ani jednego francuskiego głupstwa — a 

mogę jej co najwyżej pokazać podeszwy moich butów. Z rozpaczy zawracam z miejsca 
i idę do redakcji „Kuriera Codziennego". W sieni spotykam eleganta Stchelskiego. 

Ustępuje mi z drogi. Prawdopodobnie jest tylko grzeczny i dobrze wychowany — 
mnie jednak wydaje się, że jest i głupi, i strasznie, niewypowiedzianie podły. 

Wchodzę do redakcji:
— Czy jest pan Czapelski?

— Wyszedł przed kwadransikiem... Niech pan będzie łaskaw przyjść o 8 wieczorem.
Trzeba tu nadmienić, że już trzy dni ścigam tego przeklętego Czapelskiego. 

Wychodzę więc stamtąd nadprzyrodzenie zły. Idę Krakowskim. Jedzie dryndą 
Sienkiewicz z miną melancholijną, z miną, w której kocha się prawdopodobnie z 

dziesięć par młodych mężatek ze sfery high-Iiie'u. Przycho-
WARSZAWA, 1887

dzi mi na myśl, że Sienkiewicz musiał w chwilach swej młodzieńczości miewać i 
dziurawe buty, i nie zastawać redaktorów. Uspokojony zawijam na ulicę Karową i 

jak orzeł spadam na Dobrą, gdzie p. Helena rozdrażnia mię kiepskimi 
reprodukcjami z Mikada i Barona cygańskiego, a uczniowie dobijają nieznajomością 

zupełną prawideł spójnika ut con-secutivum *.
Gdy wracam na powrót ulicą Karową, zatrzymuję się na jej najwyższym szczycie, 

aby popatrzeć na Pragę. Praga przedstawia się oczom jak ciemna, bezkształtna 
masa, czarna, potworna, w głębiach której świecą się miriady światełek. Są 

między nimi tak maleńkie, że wydają się być gwiazdeczkami Drogi Mlecznej. 
Prześliczne widowisko! Gwiazdki te odbijają się w Wiśle.

8 XI (wtorek).
Z ciemnych otchłani nędzy, gdzie nie ma ani radości, ani spokoju, ani wolności 

myśli, ani zachowania ludzkiej dumy, ani marzeń, z otchłani, gdzie błąka się 
blady głód, namiętna wściekłość, strach ze stojącymi włosami i zapadłymi w głąb 

czaszki ślepiami, gdzie wieczne zimno ustępuje miejsce tylko nieskończonemu 
szyderstwu ananke, z otchłani pełnej straszliwych potworów, będących odmianami 

jednej materii — ironii — gdy się wznosi oczy, widać tylko, niby przez warstwy 
niezmiernego ogromu wód oceanu, jedyną jedne ciebie — jak milionpromienne słońce 

— ojczyzno.
Poszedłem kiedyś na ulicę Książęcą, Ludną, Solec, aby przyjrzeć się lepiej temu 

miastu. Było południe. Z fabryki lokomotyw, gazu świetlnego, z fabryki 
chemicznej, z młynów parowych, z fabryk odlewów — dają się słyszeć świstawki, 

dzwonki. Z fabryk wysypują się tysiące robotników. Na ulicach robi się ludno 
niby w czasie pożaru: biegną wszyscy, popychają się, spieszą. Ich olbrzymie 

mięśnie, szerokie twa-
318

DZIENNIKI, TOMIK XV
rze, wielkie ręce, szerokie ramiona, żywe, bystre, przenikające oczy, niebieskie 

bluzy — zlewają się w jedne masę. Jest to bezlitosny zastęp, ludzie żelaza. 
Hasłem ich: jeść. Treścią: pracować. Gdy tak biegną — z kościoła Trynitarzy daje 

się słyszeć dzwon na „Anioł Pański". Wtedy tłumy zwalniają kroku, z głów, niby 
za powiewem wichru, znikają czapki — usta szepcą modlitwę. Starsi klękają pod 

murem... Spróbujcie tym ludziom zabrać religią L.

background image

Młodsi biegną z blaszankami, mającymi jeden kształt, mniej więcej podobny do 
naftowych lampek blaszanych. Przynoszą sobie w tym kawę, mleko. Pod murem 

szpitala Sw. Łazarza siadają na obiad całe gromady. Żony, córki, siostry, może i 
kochanki przynoszą im tam jeść. Jedzą na zimnie, na wietrze z odkrytymi głowami. 

Kasza z mlekiem w jednym garnuszku, kartofle w drugim. Gdzie indziej kawałek 
gotowanego mięsa.

Czasami do stu par siedzi razem, rzędem pod bezlistnymi drzewami. Kobiety 
opowiadają coś żywo, czasami śmieją się do siebie, czasami rozłącza czarnego, 

zabrudzonego pyłem węgla ł żelaza młodego Samsona i ładną dziewczynę w czystym 
fartuchu — pocałunek. Drugi nastąpi aż późno w wieczór. Rodzina jest świętą.

11 XI (piątek).
Nie piszę nawet dziennika...

Natomiast po całych dniach i wieczorach — przepisuję kurs geometrii wyższej. 
Pisze się tego rodzaju rzeczy atramentem chemicznym, trzeba wykonywać mnóstwo 

rysunków zawiłych, wykonywać doskonale, pisać starannie. Za arkusz z 16 stronic 
płacą 2 ruble. Arkusz taki pisze się przez trzy dni prawie.

Wpis w przeszłą sobotę zapłaciłem za pieniądze odłożone na palto i za rs. 5, 
pożyczone od Wacka. Nasze z Otosiem wpisy poszły niezwłocznie na stypendia dla 

kolegów-Mo-skali. Czuję apetyt na tych koleżków, którzy za nasz nie-
WARSZAWA, 1887

319
kłamanie krwawy grosz pójdą do knajpy i burdelu, jak tego były dowody. Od 

tygodnia nie miałem w ustach nic innego oprócz chleba. Herbatę pijam nie zawsze. 
Mam gorączkę, ciągły ból głowy, nie mogę zupełnie spać w nocy.

Dziś padał już śnieg — a ja nie mam nadziei posiadania palta nawet za miesiąc. 
Na korepetycje chodzę w pożyczonym od Filipa sakpalcie. Na lekcje nie chodzę 

zupełnie. Piszę i piszę ten kurs, za który Bóg wie, czy zapłacą mi kiedy.
Winien jestem Ch. — r s. 19 kop. 20; Filipowi — r s. 8 kop. 40j Wacławowi 6. 

Potrzeba mi — na palto, na buty... Gdyby nie kalosze, jakie ocalały z 
przeszłorocznego pogromu sprzedaży — leżałbym już chory. Tak — mam tylko 

gorączkę.
Czasami czuję taki straszny głód, że jadłbym własne skarpetki. Gdy się biorę do 

jedzenia chleba — nie mam zupełnie apetytu.
We czwartek, piątek, sobotę, poniedziałek — chodziłem po kilkanaście razy do 

redakcji w najrozmaitszych godzinach, aby zastać Czapelskiego. Poznałem 
Sabowskiego, Stebelskie-go, Prusa. Z Czapelskim zobaczyłem się dopiero w 

poniedziałek: nie zrobił nic.
Przeżyłem wtedy niezmierne morze niedoli. Czasami, idąc w uparty deszcz do 

niewiadomego celu, po błocie, w lichym przemokniętym ubraniu, głodni — doznajem 
takich uczuć, jakie ja przeżyłem wtedy. Te gromady reporterów, redaktorów z 

minami bimbaszów *, binokle pani Ostoi *, ruchy p. Czapelskiego, bas pana 
Wołodego Skiby *, dzwonki, telefony redakcyjne — był to deszcz jakiś 

siarczysty... A no — czekajmy.
W tych dniach przeprowadzę się do Wacława, gdyż Ch. winienem taką masę 

pieniędzy, że zaczyna się wysnuwać niemiły, a przynajmniej mdło-kwaśny stosunek. 
Zresztą — zmęczył mię ten człowiek: młody, a już taki stary, taki młody 

wieprżaczek z przekonań, uważający nieraz waterklozet za ideał życia. Sam nie 
jestem mocen charakterem, ale wolę swoje mdłe, niziuchne, mizerniuteńkie 

zasadki, skrupuliki,
320 DZIENNIKI, TOMIK XV

swoje dziecinne zapały, swoje głupiuteńkie .'prawa etyczne, niż jego monopol 
myślowy, zamknięty w obrębie pojęcia: brzuch.

Przeprowadzę się do Wacka — ale obecnie nie mam nawet 40 groszy, aby się 
cokolwiek posilić, a czuję, że mizernieję diablo, słabnę i wpadam w tę 

mizantropijną kałużę błota, z której trudno się wywlec o własnych siłach. Gdy, 
czasami późnym wieczorem „zalecę" do Wacława, czuję się w innym powietrzu... 

Nieraz do godziny trzeciej w nocy „amnestią twą — obwłjamy nasze kule..." * Ach, 
umrzeć za ciebie, umiłowana, ubóstwiona kochanko mojej całej duszy, prześwietna 

ojczyzno, pani wielmożna!...
Taki jak ja ojczyźnie tylko śmiercią służy;

background image

Pisałem do wujostwa S., gdyż domagali się tego przez Radź., * który powrócił z 
Kielc.

Marzyłem, że nie zwrócę się do nich o pomoc... Nie pisałem o pomoc, ale tym 
samym, że pisałem, dałem im pole do domysłów, rezultatem których będzie jakie 

parę rubli, jakie mi przyślą... Wstyd...'
Pisałem do Bema o list rekomendacyjny do kogoś z wpływowych redaktorów. Chcę się 

zgodzić gdziekolwiek za scribę, gdyż korepetycje się nie trafiają, jeść trzeb-., 
a sam nigdzie, nie mając żadnych - stosunków, znaleźć takiego miejsca nie 

znajdę.
Marzyłem, że wrócę do tego Bema ze sławą. On sam mi to prorokował... Jakiż 

wstyd!
Pracuję. Zarabiam w taki sposób, jakiego nie chciał się podjąć żaden z moich 

kolegów. Jestem wesoły, a przynajmniej staram się być takim. Czyż podobna utonąć 
w takich błotach? Wszak to dzieciństwo! Kiedyś śmiać się z tego będę serdecznie.

DWORZEC  KOLEI WARSZA.WSKO-WIEDEIŚISKIEJ (W. PODKOWINSKI)
WARSZAWA, 1887

321
A przecież — kto by przeczytał referat z mojego obecnego położenia, nie tylko że 

by się rozśmiał, ale dodałby jeszcze: niedołęga! Wpadł w błoto — cóż 
łatwiejszego jak iść po rydel i wykopać się...

Czasami tylko, gdy głodny, osłabły, w pożyczonym sak-paletku, ciasnym jak kaftan 
wariata, w wołaj ąco o pomstę do nieba dziurawych butach, z płomieniami w głowie 

— skręcam z Krakowskiego Przedmieścia na ulicę Karową, staję na najwyższym jej 
punkcie, a wicher ze śniegiem, z deszczem gwiźnie nie półgwizdnięciem, ale całym 

gwizdem diabelskim, gdy zimno mię przejmie takie, że szpik kości pacierzowej jak 
rtęć zacznie tężeć czy kurczyć się, zaczynam czuć ponuro całą małość, podłość, 

niepotrzebność, zbyteczność moją, całą moją miernotę. Wtedy łzy mi się toczą po 
twarzy, licho wie czemu — i oddałbym pół życia za to, aby myśli te znikły z mej 

głowy. Jestem tak samotny, że nieprzebranym bogactwem wydaje mi się marzenie, że 
mam jeszcze matkę, że ona nie pomaga mi, nie ratuje, ale pisze mi raz na rok: 

„Mój synu, bądź wytrwały, pracuj, nie zginaj się nigdy. Pamiętaj, że ja jeszcze 
istnieję."

A teraz — nie mam nikogo — prócz tej niezmiernej rzeczy, którą nazywamy 
ojczyzną. Ta matka zabiera całe serce, a nie daje w zamian nawet iskry uczucia, 

nie chce nawet pozwolić, aby za nią umrzeć.
Zresztą — wszystko to głupstwo...

Niejeden był w moim położeniu, poeci nawet opisywali niedole studenckie:
Lecz nieraz — pański kmieć znużony upada w winnicy, Ale niejedna pierś w 

ofiarnej robocie swej jąknie, Niejednemu, nim skończył ten syzyfowy trud, 
Niejednemu — ach, serce pęknie...

SOWIŃSKI •
21 — Dzienniki: t. IV .        .            .

322
DZIENNIKI, TOMIK XV

Nie mam bynajmniej zamiaru umierać na pęknięcie serca, ale wiem, że w ukochanej 
Warszawie — można zdechnąć z głodu. Są takie czasami terminy nieprzyjazne. ^

Na j rozkosznie j szy m marzeniem moim obecnym są barykady. Na Chmielnej można 
by urządzić jedne przepyszną obok redakcji „Biesiady Literackiej". Apuchtina 

powiesiłbym na pomniku Paskiewicza *, a Ch. kazałbym stać tam na warcie i uczyć 
się na wisielcu anatomii *. Kurkową wbiłbym na pal: na pomnik Saskiego Placu *.

Przydałaby się jakowaś tęga awantura, w guście przytoczonej, aby nie było tego 
wiecznego spokoju śmierci, jaki widzieć sią daje wszędzie — w pismach 

codziennych, w rozmowach... 1
12 XI (sobota).

Nasz anatom * ma bzika chyba. Czaszki najzupełniej nie przechodził — a dziś 
skoczył do mózgu i rozszerza się — „pacnMCbisaeT" *... Na lekcji schwyciłem ten 

kiepski rysunek ze względu na aąuaeductus Sylvii i thalami optici *, które w tym 
rozcięciu wyszły nieźle. 2

Mówiąc o corpus guadiigeminum * anatom wpada w anegdotki. [...]
Pomimo tych krotochwil — wyłożył o wi; kich półkręgach znakomicie.

background image

Co się mnie tyczę, to Izmajłow obdarzył tnie dzisiaj komplementem za rozwiązanie 
zagadki — co za kość przywlókł: kręg czy kawałek os pubis *. Za umotywowanie 

wyroku, że kręg, a raczej mała okruszyna kręga, powiedział mi z ukłonem: „BŁI TO 
AapoM ne cjiyuiaeTe JICKUTIM — snaeTe, MMJIO-

CTMCflapB"... *.
Pokazywał i krajał podle śmierdzące mózgi dzieci, trzech-

1 Cały ten urywek, poczynając od zdania: „Zresztą wszystko to głupstwo", jest w 
autografie przekreślony.

2 Z boku znajduje się w tym miejscu rysunek ołówkiem przedstawiający przekrój 
mózgu z łacińskimi objaśnieniami.

ur.iui
WARSZAWA, 1887

cztero- pięcioletnich, zarówno jak mózgi trzy- cztero- pięciomiesięcznych 
embrionów. Nieodgadnione cuda i szalona logika przyrody!

W  nocy.
Wacław „zafundował" mi bilet na Straszny dwór. Przyjąłem z wdzięcznością. Po 

prostu rwie się dusza do muzyki i inny świat, inne powietrze otaczają ci 
skronie, gdy się odezwą początkowe akordy.

Dziwnie serdeczną, rzewną, liryczną jest muzyka Moniuszki, szczególniej zaś 
muzyka Strasznego dworu. Nie ma w utworach Moniuszki (tych, jakie znam) 

piękniejszej arii nad śpiew Stefana: „Matko moja miła..." Jest to muzyka, pod 
którą dałyby się podłożyć słowa inne, światlejsze... A jakiego uroku pełen ten 

akt *; jest to cicha poezja domowych ognisk, podań naszych, poezja naszych 
kolebek, poezja zrozumiała i nasza. Gdyby uważać Moniuszkowską muzykę za muzykę 

polską, to trzeba by ją nazwać muzyką romantyczną... O ileż gwałtowniejszy 
Szopen! W Moniuszce odbił się pierwiastek iście słowiański, liryczny, odbił się 

sclavus saltans * — w niewoli czyniący sobie muzyckie narzędzie i niewysłowienie 
smutnie opiewający umiłowane świętości domowego ogniska. Moniuszko — podobny do 

Mickiewicza trochę, do Syrokomli szczególniej. Straszny dwór to muzyczny 
Urodzony Jan Dę-boróg *. Dramat uczuć ekstatycznych, Słowacki, Róża We-neda — 

Moniuszce nieznani. Tamto odczuł, przebolał, przepłakał Szopen.
Moniuszko mówi muzyką, co kochać trzeba; lecz umiłowany Szopen, bijąc w 

miedziane litawry *, woła krzykiem Szekspira — jak kochać trzeba. Natomiast, 
jakże się to kocha to wszystko swoje, co zamknął Moniuszko w pieśń Stefana przy 

akompaniamencie starego kurantowego zegara: „Matko moja miła..." Melodia ta 
wiecznie krąży nad tobą, jak wspomnienie wszystkiego, co było pieszczotą w twym 

życiu.
21'

324
DZIENNIKI, TOMIK XV

Prześlicznie śpiewał Myszuga. U nas tak zawsze: prześlicznie śpiewa Myszuga 
najserdeczniejsze nasze pieśni, a tenże pan za kilka miesięcy przejdzie na 

prawosławie, ożeni się z jedną z patriotek naszych — Wisnowską *, Warszawa brawo 
im bić będzie, bo jedno ładnie zaśpiewa im, niewolnikom, drugie ładnie 

zadeklamuje...
Żeby choć jedna pierś była zrobiona Nie miarą krawca, lecz Fidiasza — Kościuszko 

przeczuł was...*
16 XI (środa).

W poniedziałek otrzymałem następujący list od Bema:
Kochany Panie Stefanie!

W odpowiedzi na Wasze pismo przesyłam list do Adolfa Dygasiń-skiego. O adres 
dopytasz się łatwo w którejkolwiek redakcji. Jeżeli zawiąże z Tobą dłuższą 

rozmowę, bądź zupełnie szczerym. Do mnie z wszelkim uczciwym żądaniem każdej 
chwili zwrócić się możesz. Stosunki moje, wskutek zasklepienia się w Kielcach, 

nie są wcale rozległe, ale gotów jestem nimi służyć takim jak Jegomość 
sowizdrzałom. Szkoda, że nie mam czasu na dłuższą korespondencją... Natomiast 

nie mogę się powstrzymać od wypowiedzenia jednej rady, która mi na sercu leży: 
jeżeli dotąd nosisz „czapeczkę czerwoną z krzyżem"*, .rzuć ją do licha między 

rupiecie — może ją przypadkiem znajdzie historyk konfederacji barskiej i zadziwi 
się, że taka świeża... Twój

AGBem

background image

W liście do p. Dygasińskiego wynosił mię profesor pod niebiosa, nazywał swoim 
duchowym synem, dzielnym chłopcem, poetą, słowem, cierpiącym srodze na brak 

korepetycyj i eo ipso obiadów — zapoznanym talentem.
Poszedłem tedy do p. Dygasińskiego na ulicę Złotą nr 41. Stary realista, 

sceptyk, demokrata, „belfer", jak go nazywają — przyjął mię serdecznie. Zabawnie 
i rzeczywiście literacko on wygląda: okulary na czole, rzadkie, mięciuchne, 

cieniutkie, bez koloru włosy, broda, Boże zmiłuj się, jaka, pantofle, stary 
arcy-wytarty tużurek, stosy książek, portret

WARSZAWA. 1887_______________________________________________
Spencera, groszowe papierosy, gromady dzienników, jego powieści, korektę których 

sam prowadzi, żona w sąsiednim pokoju dowodząca coś o cielęcinie, córka bijąca 
na gwałt w fortepian — i twarz jego szczera, prosta, uśmiechnięta życzliwie, bez 

cienia obłudy... Takie życie — to koniec tej walki męczeńskiej, co się nazywa 
drogą do sławy. W ciepłym gabinecie dożyje ostatka dni i będzie patrzał 

spokojnie, jak jego dzieci kształcić się będą — z jego własnych, uczciwych 
książek...

Dał mi słowo, że w jak najkrótszym czasie znajdzie mi jakieś lekcje, a swoją 
drogą postara się o wynalezienie posadki czy zajęcia w „Przeglądzie 

Tygodniowym". Prosił mię zresztą, aby bywać u niego — „zachodzić na 
pogadankę..."

Jaś Z. dał mi nową korepetycję u p. Lato — na Grzy-bowskiej nr 17. Poszedłem 
dziś. Mama Lato jest rozklapaną Żydówką, mającą minę śledziarki. Blisko godzinę 

perswadowała mi, że nie powinienem żądać za godzinę korepetycji z jej synkiem 
więcej nad 4 ruble miesięcznie. Musiałem się zgodzić na lVs godziny roboty za 

rs. 6. Są to Żydy, cybu-larze, nawet nie mechesy. Szwargoczą po żydowsku. Są 
dwie córki, którym trzeba się było ukłonić wychodząc, a na co one odpowiadają: — 

Adieu, monsieur...
At, bieda diabelna! Przyszło z brudnymi Żydami wchodzić w zażyłe rozmowy, 

kłaniać się mamie śledziarce...
Typowy kantorzysta, typowy Ołesz, z rzymskim nosem, baczkami, krótkimi i wąskimi 

majtkami, gwiżdżący Gaspa-rone'a i czytujący „Kurier Poranny" — podaje ci 
łaskawie łotrowską łapę.

Pomimo wszelki mój demokratyzm, godzenie się na Chowa Rubin * etc. — brzydzę się 
tym śledziarstwem. Muszę u nich szukać chleba.

Wśród nędzy zeszłego tygodnia, w ciągu dni, kiedy obiad stanowi marzenie nie o 
potrzebie, nie o konieczności odży-

DZIENNIKI, TOMIK XV
wienia się, pokrzepienia zanikających sił, lecz stanowi marzenie o używaniu, o 

zbytku, o przyjemności wielkiej — zapomniałem był o miłostce z Helenką, na 
schadzki nie chodziłem i unikałem spotkań. W poniedziałek zjadłem po dwu 

tygodniach głodu — obiad i spotkałem się z nią w zwykłym miejscu. Odtąd 
spotykamy się znowu. Wieczorem bywam u Wacława. Idę do niego o ósmej, on zaś 

wraca do domu dopiero o 10. Przez dwie godziny więc całujem się z Helenką. 
Spacery wszelkie z nią nudzą mię piekielnie. Czasami dałbym ostatnią dyskę, aby 

mi kto szepnął do ucha, co z nią zajmująco mówić dalej. Bawienie się rozmową, 
dowcipne rozmowy, ucinkowe dwuznaczniki dobre są na dwa wieczory — później nudzą 

piekielnie. Rzecz inna zupełnie, gdy się siedzi z taką śliczną facetką na 
maleńkiej kanapce, tak że nogi się stykają i depcą, gdy się całuje bez końca i 

miary, „maca", pieści, ściska. I to zaczyna nudzić, gdy gaśnie nadzieja rozkoszy 
rajskich.

Wczoraj pokazywała mi listy swoich tzw. kochanków, tj. takich samych 
wiercipiętów jak ja. Czytasz listy studentów, junkrów *, farmaceutów, subiektów. 

Poznać od razu, czego dany młodzian chciał. Ten błaga ją o schadzkę, tamten 
rymuje wyrazy „słońca promienie" z wyrazem ,wiele" (chodziło o to, że kocha on 

ją „jak słońca prou enie"). Student jakiś dużo mówi o zgrabności jej nóżek. 
Pisze zimno, dowcipnie, zgrabnie i namiętnie. Był w moim guście i podobały mi 

się jego listy. Podobają się i Helence, wszystkie bowiem inne podarła (na dowód, 
że mnie tylko kocha) -— lecz tamten ukradkiem schowała. Dziś dała mi, Boże 

odpuść, straszny promień swoich włosów... Co prawda — to włosy ma prześliczne: 
blond, jasne jak rzeczny piasek, puszyste z połyskiem popielatym, a że na moją 

prośbę czesze je inaczej — jest młodszą o jakie dwa lata. Dziś widać, że ma 

background image

dziewiętnasty rok. W zamian ja — dałem jej (ohe!) Cierpienia młodego Wertera... 
Oj, baranie!

WARSZAWA, 1887
327

U Leona byłem. Czytał „MecHuecjioB HapoflHoił BOJIM" * i nadzwyczaj dużo mówi o 
sile socjalizmu rosyjskiego. Debatuje, co wybrać — kosmopolityzm czy 

internacjonał, skłania się ku internacjonałowi. W ogóle zdechł dawny Leon, 
idiota się objawia. Plunąłem i poszedłem.

Panna Helena K.* pożyczyła mi wczoraj Czy to powieść? Żmichowskiej *. Czytając 
to — unoszę się nad jej stylem. Jest w nim niezrównana śliczność. Nie kwiecisty, 

a przepiękny, ważki, poważny, prosty i nadzwyczajnie mocny. Nic łatwiejszego, 
panie Stefanie, jak zmierzać ku tej doskonałej stylo-wości przez wzorowanie się 

na pisarzach ze złotego okresu, na Kochanowskim i Górnickim. Dziś znakomicie 
rozumiem, co znaczy styl nie wytworny, do jakiego dążyłem, nie karkołomny, 

obcojęzyczny — lecz czysto, źródłowo i źródlisto polski. Duch narodu może się 
odbijać i w stylu doskonałego nacjonalnego pisarza. Pojmowała to Żmichowska i 

dlatego posiada stylowe cuda.
20 XI (niedziela).

Rzadko, jak nigdy dotąd, pisuję dziennik, a główną temu przyczyną — brak czasu.
O ł/2 do 4 płd. muszę być już na Grzybowskiej ulicy, u Ży-dziaka. Jest to 

niebywały-osioł, coś w guście Edzia K.* Prawdziwą męczarnię stanowią wszelkie 
wykłady temu zupełnemu idiocie. Obrzydliwe zresztą Żydzie: nos rzymski, uszy 

odstające, włosy porastające całe niemal czoło, kręcone, grube, obrzydliwie 
szerokie usta, oczy małe, przebiegłe, a jednocześnie tępe i bezmyślne, gdy 

chodzi o zrozumienie wszelkiej teorii czy prawidła nie namacalnego. „Mamę" 
zawsze dopytuje mi się po lekcji, jak „Romcio" stoi...

Gdy wybije piąta — lecę przez Grzybowską, Królewską, Saski Plac, Karową, 
Browarną — na Dobrą. Idę ten kawał drogi nigdy nie dłużej jak kwadrans. U 

Klipplów schodzi mi
328

DZIENNIKI, TOMIK XV
do ósmej. Nim wrócę — jest Vz do 9. Muszę wtedy iść na herbatę do Wacka — gdyż 

stosunki z Ch. naprężają się z dniem każdym. Wracam do domu i nie mogąc, w braku 
lampy, pisać, idę spać, a raczej leżeć i myśleć, myśleć bezsennie.

Nasza  sąsiadka  dała  mi  adres nowej  korepetycji — za rs. 5 (pięć) — na 
Trębackiej ulicy, w  magazynie  mód, do panienki siedmioletniej. Jutro tam idę o 

warunki (czasu i miejsca) umówić się. Cztery godziny lekcji dadzą mi tedy — rs. 
19 miesięcznie. 1900:30 = 63Vs kop. dziennie; 18 100 90

190 3-4
190

= 15 i B/« k.
A więc daję godzinę lekcji z przejściem z Widoku na Dobrą np. — za 15 i 5/e kop. 

Niezły zarobek!
Przepisałem dwa arkusze kursów, za co należy mi się rs. 4. Wypłacono mi dotąd 

rubla. Jadłem więc kilka razy obiad i niewiele co prawda, ale względnie 
przynajmniej sił mi przybyło. Jedząc tylko chleb, jak to było w zeszłym 

tygodniu, dając żołądkowi tylko krochmal, a ni; wytwarzając białka, słabłem i 
dostawałem boleści. W przyszłym miesiącu — razem z kursami będę miał zarobku 2i> 

rubli. Stanę świetnie. Życie nie kosztuje więcej jak 15 — już więc kilka rubli 
długów oddać będzie można. Jakiż wtedy sen mój będzie spokojny!

W środę stanowczo przeniosę się do Wacława, aby raz odczepić się od żydowskiego 
życia i żydowskich zasad Ch. Jakże wesołe będzie to nowe życie!

O, wesołości, młoda, wiecznie wesoło uśmiechnięta, wesoło pełna, tryskająca 
życiowym ogniem nadziejo, nieśmiertelny mój śmiechu duszy — dziś widzę, jakim 

dobrodziejstwem w burzach i kałużach życia jesteś l Kłamstwem byłby
WARSZAWA,  1887 ______   __________

we mnie wszelki pesymizm, wszelki bajronizm — jestem wesołym i lekkomyślnym 
chłopcem, „sowizdrzałem", ale uczciwość, swobodę, swadę, konieczną moim 

artystycznym nałogom, podtrzymuje ona jedna, najlepsza koleżanka biedy — 
wesołość.

background image

Z Helenką byłem dziś w kościele u Wszystkich Świętych. Ogrom ładnych kobiet 
niezmierzony. Moja Helenka ma nowy kapelusik zimowy, bardzo ładny. Wygląda w nim 

gorzej od księżnej co prawda, ale bądź co bądź lepiej od całej setki jej 
koleżanek. Mówiemy sobie po imieniu. Umie pieścić czasami epitetami: „mój 

milutki, Stefuchnu" etc... Wysłuchałem całego kazania ze skruchą i pobożnością 
wzorową, a gdy ją odprowadziłem do domu, „zamówiła mię sobie" na całe popołudnie 

i wieczór. Muszę iść...
Do 3 listopada winien byłem p. Ch. rs. 17 kop. 28. Mieszkanie rs. 3. Nafta 1 — 5

8rs. 17 rs. 28 + 8 = 25 rs. 28 [kop.]
26 XI (sobota).

Tydzień przeminął jak smutny, gorzki sen. Czy potrafię naszkicować choć jako 
tako wszystko, co przeżyłem — nie wiem, i jeśli biorę się do tego, to jedynie z 

nałogu... W poniedziałek otrzymałem list od Heleny:
Drogi mój Stefanie!

Zadziwia cię zapewne moje milczenie. Od pierwszego listopada codziennie 
projektowałam podróż do Warszawy, z niezależnych jednak ode mnie przyczyn nie 

mogłam tego zamiaru doprowadzić do skutku; dziś
1 W autografie ten wyraz przekreślony.

330
DZIENNIKI, TOMIK XV

jednak stanowczo donieść ci mogę, że we czwartek zobaczemy się... i to bardzo 
rano, bo „bombel" przychodzi do Warszawy o Vz do 8. Dla nocnego marka będzie to 

pewien ambaras wstać tak rano — ale kto tak rzadko jak ja bywa w Warszawie, ten 
z całą śmiałością wymaga obecności Twej na stacji. Może ja dla kogoś robię to 

poświęcenie, że przez dwie noce spać nie będę... Pragnąc jednak być dłużej z 
Tobą, wolę narazić się na zmęczenie — proszę tylko należycie ocenić wyżej 

wspomniane poświęcenie. Jedzie ze mną panna Betley, chociaż więc niezupełnie 
sami, ale spędziemy ten dzień razem, przy tym spodziewam się, że parę godzin, 

bodaj na Wystawie, uda nam się przepędzić samym.
Do miłego widzenia —

Helena.
P.S. Nie zajeżdżamy nigdzie: wolne ptaki.

Odebrałem ten list, roześmiałem się z „poświęceń" pani Heleny, która po 6 
tygodniach milczenia ofiaruje mi towarzystwo p. Betley, osoby wszechstronnie i 

gruntownie brzydkiej — włożyłem do kieszeni i nosiłem przez dwa dni. W środę po 
południu przypomniałem sobie, że mam nazajutrz być na Pradze. Trzeba tu 

nadmienić, że w ciągu trzech dni, poprzedzających przyjazd pani Heleny, nie 
jadałem nic. Zdarzył się taki dzień i taka noc, że nie miawszy nic w ustach, 

paliłem jednego papierosa na śniadanie, drugiego na obiad, trzeciego na kolacją. 
Każdy przyzna, że tego rodzaju rtostne obiady nastrajają ludzi pesymistycznie. 

Jeść się chce cak, że ogarnia ckliwe i wstrętne, chorobliwe marzenie o kawałkach 
mięsa. Tymczasem p. Klippel uznał za stosowne nie oddać mi na czas, jak się 

należało, pieniędzy, za kursa nie zapłacono... Nie było 20 groszy na tramwaj... 
Trudno iść piechotą za tramwajem, w którym jedzie ubóstwiana, lub pożyczyć od 

tejże — 10 groszy zaraz po przywitaniu. Miłość, jak każde inne zwierzę, musi 
mieć realne nogi. Postanowiłem tedy w mgnieniu oka pożyczyć 20 groszy. Nie tylko 

jednak w mgnieniu oka, lecz w ciągu całego wieczora nie mogłem znaleźć między 
kolegami młodzieńca, który by posiadał całkowitą, wspomnianą wyżej sumę. Jakiś 

szczególny śmiech
WARSZAWA, 1887

czy chichot słyszeć sią dawał mojemu sercu, gdy w 5, 6 miejscu, do którego się 
udawałem, odmówiono mi pożyczki 20 groszy.

Ach, są minuty bolesne!
Dlaczego bolesne? — Bo kocham jeszcze Heleną, a w ów wieczór kochałem ją 

bezgranicznym uczuciem (dlatego może, że głupie okoliczności wzbraniały mi 
widzieć sią z nią). Obszedłszy wszelkie możliwe kasy zaliczkowe * — wróciłem do 

domu bez „pieniędzy" — i głodny, strasznie głodny położyłem się na chwilę. 
Zdawało mi się, że oczy mi mgłą zachodzą, że chichotanie diabelskie słyszę 

wszędzie, że zza obicia pokoju, z sufitu, z poduszki, ze szczelin podłogi 
przedostaje się do mnie ten drwiący, zapadający się w serce śmiech z łoskotem, 

jaki wywołuje najwyższy alt, dzwoniący nieustannie.

background image

Naraz przypomniałem sobie, że mam na ów fatalny czwartek wykończyć trzeci arkusz 
kursów. Zabrałem, co było potrzeba, i poszedłem do Wacka — pisać. Pisałem do 

szóstej rano. Zjadłszy kawałek chleba, wypiwszy szklankę zimnej herbaty, 
zdrzemnąwszy się przez dwie godziny — ruszyłem o 8 rano na stacją... tramwajów, 

na Krakowskim Przedmieściu. Zimne dreszcze, głód, straszny ból głowy z 
bezsenności i ślęczenia nad rysunkami wyższej geometrii — i inny dreszcz, jak 

jad roztaczający się po nerwach: zobaczyć ją. Czekałem, czekałem — na próżno. 
Zamiast Heleny spotkałem panią Niemi-rową. Straszna antyteza! Tłomaczyłem się 

przed nią jak żak, że daję lekcje na Piwnej ulicy — 08 rano... Panie! nie 
pamiętaj mi tego głupstwa w godzinę sądu...

Pani N. zmrużyła tylko oczy, przygryzła wargi i zawinęła do kościoła. 
Wiedziałem, że się modli w przedsionku i ma na oku całą ulicę. Nie miałem tam 

już co robić — poszedłem na lekcją chemii. Słuchałem o bromie czy borze — 
zresztą nie wiem o czym. Z gustem zjadłbym był kawałek jakiego bora, napił się 

kwasu bornego (Hs BOa) — byleby poczuć w ustach jakiś smak inny nad smak 
wypalonego na czczo

332
DZIENNIKI, TOMIK XV

papierosa. Nawiasem mówiąc, papieros ów miał smak nie-dosmażonego befsztyku. 
Poszedłem po chemii do domu. Stróż oświadczył mi, że „była tu jakaś pani z drugą 

jakąś panią i ta pani kazała pana prosić, żeby pan przyszedł o 7 wieczorem na 
banhof Wiedeński."

W ciągu dnia — nie spotkałem Heleny.
O 6 p. Klippel oddał mi rs. 8. Jadłżem, jadł bułki w jakiejś kawiarni, piłżem 

kawę — „piersio Chrystusa czerwona sie-dmią ranami"!... O siódmej z miną godną 
lepszej sprawy przechadzałem się po sali dworca Wiedeńskiego *. Przechadzałem 

się z miną rzedniejącą co chwila aż do godziny 8. Przyczyną bezpośrednią 
rzednięcia mojej miny i niezjawia-nia się Heleny — była omyłka „strabancla" *, 

który wskazał mi dworzec Wiedeński, zamiast — Terespolskiego, jak mu zleciła 
Helena. O ósmej zaszedłem do Wacka z trzema serdelkami, gdyż i on oddawał się 

głodowym halucynacjom w ciągu paru ostatnich dni.
O Vz do 9 — wsiadłem w tramwaj, a o 9 min. 10 byłem na dworcu Terespolskim. 

Szwajcar wprowadził mię do sali klasy I. Minąłem jeden pokój i stanąłem na progu 
drugiego. W rogu kozetki, odrzuciwszy w tył głowę. — drzemała Helena. Starą 

pannę Betley przeraziłem widocznie moją o^obą, bo wydała jakieś piśniecie, które 
można sobu; by to rozmaicie tłomaczyć. Wtedy powieki Heleny podniosły się i 

utkwiły we mnie dwie cudowne źrenice. Strzeliła v nich radość, dziecinna 
uciecha, jakaś rozkosz szczera i gromka, dźwięczna. W jednej sekundzie stała 

przy mnie, cisnąc rni obie ręce. Uczułem na ustach ciepło jej warg, drżących 
radością, słyszałem setki zapytań, skarg, wyrzutów wyrzuconych jednym tchem.

— Dlaczego nie byłeś? Co się stało?
Łgałem coś, zmyślałem nadzwyczajności różne. Zamknęła mi usta jednym „nie 

wierzę..." Potem pociągnęła mię w zagłębienie okna. Panna B. zajęła się 
pakowaniem czegoś tam.

U! i.
WARSZAWA, 1887

— Mów — co się z tobą dzieje, co słychać. Mówże szybko — mamy 45 minut...
O, jakże cudne są jej oczy zawsze! A z promieniami tej radości w nich była taka 

śliczna. Próbujemy coś mówić, ale nie możem o nic się zapytać, bo usta się 
szukają, ręce zaciskają mocno, mocno.

Daje się słyszeć dzwonek. Umieszczenie w wagonie zajmuje dużo czasu. Chwila 
rozmowy przez opuszczoną szybę wagonu...

— Jedź, odprowadź...
— Nie ma tam dla mnie miejsca — zresztą monopol „poświęceń" zostawiam Heluni w 

zupełności...
— Rozumiem. To przyczyna niezjawienia się na dworcu rano?

— Tak.
— Zawsze jednaki. Ach, fantastyku! Gdybyśmy wszyscy tak poczęli kaprysić — żadna 

umowa nie mogłaby mieć miejsca.
— Toteż tu leży nieszczęście, że mają miejsce wszelkiego rodzaju umowy, a 

dotrzymanie słowa nigdy.

background image

— Byłam   dwa  raz y...   Proszę pamiętać.
— Pamiętam: na podwórzu domu, oznaczonego nr 14 na ulicy Widok.

— Niegościnny gospodarz z ciebie...
— Nie lubię nie pojedynczych gości.

— Nic straconego...
— Styczeń, luty, marze<;

— Biała.
— A ile tam cerberów strzec będzie przybytku „nie straconego"?

— Żaden strzec nie będzie.
Dzwonek. Wagon posuwa się, ucieka.

Zadrżało serce, zatrzęsło się, dreszcz — a oczy pozbawione łez pragną przebić 
ciemność otaczającą, słuch ze słodkim szyderstwem zatrzymuje głos świstawki 

uciekającego pociągu.
334

DZIENNIKI, TOMIK XV
Dziwaczne marzenia, gdy siedzę w pustym tramwaju... i noc bezsenna. Czemu 

bezsenna? Jakiż wstyd, jaki cios, jakie poniżenie podać rękę takiej Helence B., 
gdy się pieściło te dłonie wielmożne. Ach, Helu, kiedyż cię zapomnę?

29 XI (wtorek).
Od piątku mieszkam na ulicy Wielkiej nr 31, mieszkania 5. Pan Ch. przy rozstaniu 

żądał, abym zapłacił za miesiąc listopad, podczas gdy na trzy tygodnie przedtem, 
zapytany w tej kwestii, odrzekł, że bierze to na siebie. Pytałem go o to samo w 

piątek rano. Powtórzył zdanie poprzednie. Pragnął więc widocznie złapać mię w 
pułapkę: nie dać się wyprowadzić i zmusić do opuszczenia mieszkania. Ponieważ 

zapłaciłem na nowym mieszkaniu za grudzień (czego nie byłbym robił, gdyby mię 
uprzedził o swym żądaniu rano) — musiałem więc zapewnić pp. O. *, że zapłacę l 

grudnia. Przytaczam te świństwa dlatego, aby dać historyczną podkładkę 
dzisiejszemu wypadkowi. Kiedy wyprowadzałem się, rozeszliśmy się bez gniewu. 

Rozmawialiśmy o interesie. Dziś zaszedłem do „Ką-sinowskiego" z Cetnarowiczem i 
zastałem tam pana Ch. Odezwałem się do niego w słowa:

— Moje uszanowanie.
— Moje uszanowanie — odpowiedział. Po: ałem mu rękę. On mi swojej nie dał. 

Postąpiłem podle nie dawszy mu w pysk od razu. Ale... winienem mu 22 rs. 
Wstrzymałem się, ale poprzysiągłem mu zemstę taką, jaka go zgnębi. Oddam mu dług 

do kopiejki. Wtedy wyśledzę, gdy pójdzie na jakieś zebranie, gdzie będzie 
przynajmniej z 10 kolegów. Tam z byle jakiego powodu zacznę z nim sprzeczkę — 

nazwę go Zydziakiem lub czymś w tym guście. Odpowie prawdopodobnie głupstwo. 
Wtedy dam mu w papę. Jego rycerskie zapędy podszepną mu coś o pojedynku... Wtedy 

pojedynku nie przyjmę, gdyż „jestem szlachcicem i nie biję się z Żydami". Jeśli 
zaś domagać się będzie usilnie na mocy tego, że jest studentem — przyjmę i... 

strzeliłbym mu w łeb z gustem.
WARSZAWA, 1887

Pierwszy raz w życiu poczułem nienawiść instynktowną, słodką, gwałtowną, ciągłą. 
Myślę z rozkoszą o tej awanturze i raczej zdechnę, niż zaniecham tego, co 

postanowiłem. Zemsta ta jest słodyczą, marzeniem. Jaka to będzie rozkosz zgnębić 
go policzkiem! Nienawidzę tego Żydziaka strasznie, a dziś poczułem nareszcie, co 

znaczy obrażona niesłusznie godność.
l   grudnia   (czwartek).

Miesiąc dobiega od czasu, kiedy ostatni raz pisałem dziennik porządnie. Toteż 
tyle dziś mam materiału do pisania, że na kilku ostatnich stronicach niniejszego 

tomu — nie da się on nawet naszkicować. Mieszkam od tygodnia z Wacławem — u 
Helenki. Rzecz prosta, że romans posuwa się; posuwa się romans „dedukcyjnie". 

Obecnie jest w stadium obejmowania kolan i formalnego domagania się o rozpięcie 
stanika. Wiadomą jest rzeczą, że każda kobieta, a więc i szwaczka, zgodzi się na 

na j energiczniejszą pieszczotę w ciemności, a zarumień! się na wspomnienie o 
pocałowaniu przy świetle dziennym — nic więc dziwnego, że podlegając wspomnianej 

regule, Helenka pozwala nieraz wśród śmiechu i żartów przewrócić się na łóżko, 
cokolwiek niedelikatnie oprzeć się mi na niej (wieczorem), a doprowadza mię 

niemal do wycia z nudów spacerami, rozmowami, dysputami, siedzeniem 
kilkogodzinnym i bronieniem objęcia kibici. W ogóle zauważyłem, że kobiety mało 

inteligentne ulegają nie namowie, nie prośbie, nie pieszczocie, nie namiętności 

background image

(tę ostatnią umieją tłumić i dusić) — ale brutalnej sile. Tu jeszcze panuje w 
zupełności siła fizyczna mężczyzny. Toteż, choć Helenka mówi po francusku, po 

niemiecku, po rusku, pisze ortograficznie po polsku — jest tak niewiele 
inteligentną, że moje, pomimo wszelkich demokratyzmów, arystokratyczne gusta 

nieraz znoszą katusze. Nie mam z nią o czym mówić. Gram widocznie dobrze, gdyż 
zaczyna wierzyć, że się w niej kocham. Kto wie, czy nie zdobędę jej wkrótce. 

Wszystko roz-
336

DZIENNIKI, TOMIK XV
bija się o pewien jeszcze szkopuł: potrzeba kupić jej koniecznie pudełko 

cukierków. Czasami ona sama przynosi mi jakiś karmelek, jaki dostanie od 
koleżanki. Muszę wziąć go naturalnie, gdyż w razie nieprzyjęcia obraża się 

śmiertelnie. Jest to wyzwanie. Ile w niej złego, ile zepsucia, jaka wszędzie 
nikczemnie-śmieszna pruderia. A mama! Tu muszę być ostrożnym jako wąż, gdyż 

niechajże mię mama złapie na gorącym uczynku. Żeń się z Helenką! Jezu!
29 listopada obchodziliśmy rocznicę śmierci Mickiewicza i rewolucji 

listopadowej. W Warszawie urządzono 24 wieczorki studenckie. Na każdym było 15-
tu przeciętnie. Ja, Wacław, Leon, Michałowski, Wołodyjowski, Ludwik — słowem 

większość Kielc — byliśmy na ulicy Freta nr 43. Było młodzieńców 20, z Płocka 
przeważnie. Leon zainaugurował zebranie odczytem pt. Przyczynek do kwestii 

chłopskiej. Zarysował się, zamalował się jako socjalista. Rewolucja polityczna 
nie może się obejść, powiadają, bez społecznej. Szkoda, że zapominają o pewnym 

punkcie: rewolucja społeczna nawarzy piwa, jeśli wybuchnie jednocześnie z 
polityczną, ku czemu skłaniają się wszelkie szansę prawdopodobieństwa. Jeż, 

Limanowski, Potocki* — nie są w stan.2 'vyrugować ze mnie ani jednej cegiełki 
uporu przeciw soc alizmowi. Jeż i Limanowski znają chłopa i rzemieślnika 

europejskiego i wmawiają w naszego instynkty socjalne, jakich on nie posiada 
(Placówka), propagują socjalizm europejski, Marksa; „Głos" a więc i hurma 

głosowiczów propagują socjalizm rosyjski i także chłopa nie znają. Dlaczego 
rewolucja polityczna * nie ma się obejść bez społecznej? Czemu socjalizm ma nam 

podać broń ku swobodzie, dlaczego mamy się łączyć z rosyjskimi anarchistami — 
Bóg raczy wiedzieć. Nie, pod żadnym pozorem — nie! Publicznie kółko kieleckie 

orzekło,
1 W autografie omyłkowo: socjalna.

WARSZAWA, 1887
337

iż na zdanie swego delegata wcale się nie godzi, że nagania mu się jego owczy 
pęd ku Chałturynom *. Delegat podziękował orzeczeniem: „Zakute łby!"

Delegat, na mocy niebywale skomplikowanej i problematycznej gry słów, łączy 
tradycją szlachecką z socjalizmem rosyjskim. Nie rozumiem.

Spór trwał do godziny trzeciej, przeplatany Dymem pożarów, Redutą Ordona, 
Dziadami, Improwizacją, deklamowanymi przeze mnie, zakończył się zaś... spacerem 

pod pomnik Sobieskiego w Łazienkach *, Godzina była 4, noc jasna i mroźna. 
Wicher tłukł się po suchych gałęziach drzew parku. Tytan, majestatyczny w 

promieniach nocy, z wzniesioną prawicą, wysłuchał przysięgi nas ośmiu na 
wierność służby ojczyźnie. Ponura cisza, 29 listopada, zamek królów * i wielka 

miłość dla Niej, nieśmiertelnej w majestacie Pani...
Szkoda tylko, że tyle jest tych socjalistów!...

Inne kółka chodziły gdzie indziej na spacer. Większość chodziła „napluć" na 
samowar z Saskiego Placu *.

W cieniach, w milczeniu, w ukryciu kipi i wre. Czasem widzieć można usta 
zaciśnięte taką zemstą, czasem tyle naraz ust otwiera się z krzykiem: Polska L.

Błogosławione... „ciche nocne rodaków rozmowy".
Dużo napiszę o pannie Helenie K., o Helence, o Heli i o jednej jeszcze, 

najpiękniejszej w Warszawie, a najpiękniejszej z tego względu, że nie ma całych 
trzewików — ale już w następnym dzienniku *. Ten żegnam.

22 — Dzienniki t. IV
SPIS TREŚCI

TOMIK XIII    (l VI 1887—   8 VII 1887)
TOMIK XIV (17 VII 1887 — 26 VIII 1887)

TOMIK XV   (29 VIII 1887 —   l XII 1887)

background image

5
97

197

s. 4/5 Kartka z tomiku XIII Dzienników
s. 32/33       Stanisław Wolski: Studnia w Ogrodzie Saskim

(„Kłosy" 1889) s. 48/49       Józef Pankiewicz: Targ na Starym Mieście
(,,Tygodnik Ilustrowany" 1888) s. 144/145   Leon Korczak-Wasilkowski s. 240/241  

Stanisław Masłowski: Rynek na Mariensztacie
(„Kłosy" 1887) s. 256/257   Aleksander Gierymski: Na Saskiej Kępie

(„Tygodnik Powszechny" 1884) s. 304/305   Aleksander Gierymski: Na Solcu o 
zmroku

(„Tygodnik Powszechny" 1883) s. 320/321    Władysław Podkowiński:  Dworzec  
Kolei  warszawsko-wre

deńskie] („Kłosy" 1885)
l   l

STEFAN 2EROMSKI
DZIEEft

NOWELE I OPOWIADANIA
1.   ROZDZIOBIĄ  NAS   KRUKI,  WRONY...

2.   OPOWIADANIA • UTWORY  POWIEŚCIOWE
3.   ARYMAN MŚCI SIĘ • GODZINA • POWIEŚĆ

O  UDAŁYM WALGIERZU • DUMA  O HETMANIE
4.   SEN O SZPADZIE • SEN O CHLEBIE • POMYŁKI • WSZYSTKO I NIC • ECHA LEŚNE • 

PUSZCZA JODŁOWA • ELEGIE
5.   WIATR   OD  MORZA • WISŁA • MIĘDZYMORZE

POWIEŚCI
1.   SYZYFOWE PRACE

1.   PROMIEŃ
3.   LUDZIE BEZDOMNI

4—6. POPIOŁY
7—8. DZIEJE GRZECHU

9.   URODA ŻYCIA 10.   WIERNA RZEKA 11—13. WALKA Z SZATANEM 14.   PRZEDWIOŚNIE
DRAMATY

1.   RÓŻA
2. SUŁKOWSKI • TUROŃ

3. GRZECH • BIAŁA RĘKAWICZKA
4. PONAD ŚNIEG • UCIEKŁA MI PRZEPIÓRECZKA

PISMA RÓŻNE
1.  WSPOMNIENIA

2.   PISMA LITERACKIE I KRYTYCZNE
DZIENNIKI

1—4. DZIENNIKI TOM l, 2, 3, 4