background image
background image

H

ARRY

H

ARRISON

P

LANETA BEZ POWROTU

Tytuł oryginalny: Planet of no return

Copyright by Harry Harrison 1964

Copyright by Polish edition CIA-Books 1990

background image

SPIS TRE ´SCI

SPIS TRE ´SCI

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

2

Zwiadowca

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

3

Zapach ´Smierci

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

7

Desperacki plan

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

13

Dzie´n przed akcj ˛

a

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

18

Z gołymi r˛ekami do piekła

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

25

Spotkanie z obcym

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

32

Pierwszy kontakt

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

36

´Smiertelna niespodzianka

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

41

Elektroniczne przesłuchanie

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

48

Poskromienie

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

55

Niebezpieczna wyprawa

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

60

Odkrycie

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

66

Poznanie wroga

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

72

Maszyny, które morduj ˛

a

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

78

Penetracja Kanionu

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

84

Tajemnica czarnej kolumny

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

89

Zabójcy

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

92

Wojskowy punkt widzenia

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

96

Koniec misji

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

102

background image

Zwiadowca

Kiedy niewielki statek kosmiczny wnikn ˛

ał w górne warstwy atmosfery, zacz ˛

płon ˛

a´c niczym meteor; jego blask wzmógł si˛e w ci ˛

agu kilku sekund od czerwieni

do bieli. Stop, z którego wykonana była jego powłoka, cho´c nieprawdopodobnie
wytrzymały, nie był jednak odporny na działanie a˙z tak wysokiej temperatury.
Odrywane i spalane cz ˛

asteczki metalu tworzyły wokół sto˙zkowego dzioba statku

ognist ˛

a otoczk˛e. Nagle, kiedy zdawało si˛e, ˙ze cały statek zostanie pochłoni˛ety

przez ogie´n i zniszczony, przez jaskraw ˛

a po´swiat˛e przedarły si˛e jeszcze ja´sniejsze

płomienie silników hamuj ˛

acych. Gdyby statek spadał w sposób nie kontrolowany,

z cał ˛

a pewno´sci ˛

a zostałby zniszczony, jego pilot wiedział jednak, co robi i czekał

do ostatniej chwili z wł ˛

aczeniem hamownic.

Mkn ˛

ał w dół przez grub ˛

a powłok˛e chmur ku pokrytej traw ˛

a równinie, która

rosła przed nim z przera˙zaj ˛

ac ˛

a szybko´sci ˛

a. Kiedy wydawało si˛e ju˙z, ˙ze katastro-

fa jest nieunikniona, hamownice odpaliły ponownie wstrz ˛

asaj ˛

ac statkiem z sił ˛

a

odpowiadaj ˛

ac ˛

a kilku G. Mimo pracuj ˛

acych pełn ˛

a moc ˛

a silników, statek opadał

wci ˛

a˙z z du˙z ˛

a szybko´sci ˛

a i po chwili wyl ˛

adował z hukiem na ziemi, dociskaj ˛

ac do

oporu amortyzatory.

Kiedy kł˛eby dymu i pyłu opadły, na jego dziobie otworzył si˛e niewielki luk

i wynurzyła si˛e z niego kamera. Zacz˛eła powoli zatacza´c półkola, obserwuj ˛

ac

rozległe morze trawy, rosn ˛

ace w oddali drzewa. . . kompletne bezludzie. Gdzie´s

daleko przemykało w panice stado jakich´s zwierz ˛

at, szybko jednak znikło z pola

widzenia. Kamera poruszała si˛e nieprzerwanie, a˙z w ko´ncu zatrzymała obiektyw
na znajduj ˛

acych si˛e nie opodal szcz ˛

atkach zdemolowanego sprz˛etu wojennego —

rozległym rumowisku rozci ˛

agaj ˛

acym si˛e na porytej kraterami równinie.

Był to obraz totalnej ruiny. Pole bitwy usłane było setkami, mo˙ze nawet tysi ˛

a-

cami, zdruzgotanych pot˛e˙znych maszyn wojennych. Wszystkie były podziurawio-
ne, pogi˛ete i porozrywane działaniem strasznych sił. Cmentarzysko ci ˛

agn˛eło si˛e

a˙z po horyzont. Obejrzawszy pordzewiałe korpusy, kamera wsun˛eła si˛e z powro-
tem do luku, którego pokrywa zaraz si˛e zatrzasn˛eła. Min˛eło wiele minut, zanim
cisz˛e przerwał zgrzyt metalu tr ˛

acego o metal; to otwierała si˛e pokrywa ´sluzy po-

wietrznej.

3

background image

Min˛eło jeszcze kilka minut, nim ze ´srodka powoli wynurzył si˛e człowiek. Po-

ruszał si˛e ostro˙znie, trzymaj ˛

ac w r˛eku karabin jonowy; ko´ncówka lufy zataczała

półkola niczym w˛esz ˛

ace, wygłodniałe zwierz˛e. Miał na sobie ci˛e˙zki kombinezon

ochronny z hełmem wyposa˙zonym w TV. Bacznie lustruj ˛

ac otaczaj ˛

acy teren i nie

spuszczaj ˛

ac palca ze spustu, powoli si˛egn ˛

ał woln ˛

a r˛ek ˛

a w dół i wcisn ˛

ał guzik na

nadgarstku drugiej dłoni.

— Kontynuuj˛e raport. Jestem poza statkiem. B˛ed˛e szedł wolno, a˙z mój od-

dech wróci do normy. Mam obolałe ko´sci. L ˛

adowałem spadaj ˛

ac swobodnie do

ostatniej chwili. Było to naprawd˛e szybkie l ˛

adowanie i w ko´ncowym momencie

miałem pi˛etna´scie G. Na razie nic nie wskazuje na to, bym został namierzony
podczas spadania. B˛ed˛e mówił przez cały czas. Ten przekaz jest nagrywany na
moim statku dalekiego zasi˛egu kr ˛

a˙z ˛

acym na orbicie. Tak wi˛ec bez wzgl˛edu na

to, co si˛e stanie ze mn ˛

a, ten raport przetrwa. Chc˛e unikn ˛

a´c takiej partaniny, jak ˛

a

odwalił Marcill.

Nie czuł wyrzutów sumienia z powodu tych słów. Odzwierciedlały one to, co

my´slał o swoim martwym ju˙z poprzedniku. Gdyby Marcill przedsi˛ewzi ˛

ał jakie-

kolwiek ´srodki ostro˙zno´sci, ˙zyłby pewnie nadal. Pomijaj ˛

ac zreszt ˛

a ´srodki ostro˙z-

no´sci, ten dure´n powinien był jednak pomy´sle´c o pozostawieniu jakiej´s wiado-
mo´sci. Nie zostało po nim nic, absolutnie nic, i nie wiadomo, co si˛e z nim stało.
Nawet słowa raportu, który mógłby teraz pomóc. Hartig zmarszczył nos, my´sl ˛

ac

o tym. L ˛

adowanie na nowej planecie zawsze jest niebezpieczne bez wzgl˛edu na

to, jak niewinnie by ona wygl ˛

adała. Równie˙z i ta, Selm-II, nie była z pewno´sci ˛

a

pod tym wzgl˛edem wyj ˛

atkiem, zwłaszcza ˙ze nie wygl ˛

adała wcale przyja´znie. To

była pierwsza robota Marcilla. I ostatnia. Przekazał relacj˛e z orbity podaj ˛

ac poło-

˙zenie miejsca, w którym zamierzał l ˛

adowa´c. I nic wi˛ecej. Dure´n! Od tego czasu

wszelki słuch o nim zagin ˛

ał. Wła´snie wtedy zdecydowano si˛e wezwa´c fachow-

ca. Dla Hartiga był to siedemnasty zwiad planetarny. Zamierzał wykorzysta´c całe
swoje do´swiadczenie, aby na siedemnastu si˛e nie sko´nczyło.

— Rozumiem, dlaczego Marcill wybrał wła´snie to miejsce. Nie ma tu nicze-

go prócz trawy. To bezludna równina ci ˛

agn ˛

aca si˛e na wszystkie strony. tu˙z obok

miejsca l ˛

adowania rozegrała si˛e jaka´s bitwa. . . i to nie tak dawno. Pozostało´sci po

niej znajduj ˛

a si˛e na wprost mnie. Wygl ˛

ada to na ró˙znego rodzaju sprz˛et bojowy.

Kiedy´s te maszyny musiały wygl ˛

ada´c imponuj ˛

aco, teraz jednak s ˛

a porozrywane

i pordzewiałe. Spróbuj˛e przyjrze´c si˛e im z bliska.

Hartig zamkn ˛

ał wej´scie do ´sluzy i ostro˙znie, nie przerywaj ˛

ac relacji, ruszył

w stron˛e pobojowiska.

— Te maszyny s ˛

a naprawd˛e gigantyczne. Najbli˙zsza ma co najmniej pi˛e´c-

dziesi ˛

at jardów długo´sci: pojazd g ˛

asienicowy z pojedyncz ˛

a, ogromn ˛

a luf ˛

a. Jest

zniszczony. Nie wida´c na nim ˙zadnych oznacze´n. Spróbuj˛e przyjrze´c mu si˛e z bli-
ska: Przyznam si˛e jednak szczerze, ˙ze mi si˛e to nie podoba. Z orbity nie było tu
wida´c ˙zadnych miast, nie było słycha´c ˙zadnych audycji b ˛

ad´z sygnałów na jakim-

4

background image

kolwiek zakresie fal radiowych. A mimo to jest tu pobojowisko i te wraki. To
przecie˙z nie s ˛

a zabawki. Ten sprz˛et jest wytworem bardzo zaawansowanej techni-

ki. Nie jest złudzeniem. To solidny metal, który został rozerwany przez co´s jeszcze
pot˛e˙zniejszego. Nadal nie widz˛e na korpusie ˙zadnych symboli ani znaków iden-
tyfikacyjnych. Spróbuj˛e wej´s´c do ´srodka. Z miejsca, w którym stoj˛e, nie dostrze-
gam wprawdzie ˙zadnego włazu, ale jest tam z boku wyrwa, w której zmie´sciłby
si˛e z powodzeniem łazik. Id˛e tam. W ´srodku mog ˛

a by´c jakie´s dokumenty, a na

urz ˛

adzeniach kontrolnych jakie´s napisy.

Nagle Hartig przystan ˛

ał. Zamarł w bezruchu i uchwycił r˛ek ˛

a poszarpany brzeg

wyrwy. Wydało mu si˛e, ˙ze co´s usłyszał. Ostro˙znym ruchem podniósł poziom sy-
gnału zewn˛etrznego mikrofonu. Jedynym, co go dobiegło, był jednak tylko od-
głos wiatru wyj ˛

acego pomi˛edzy metalowymi szcz ˛

atkami. Nic wi˛ecej. Nadsłuchi-

wał przez chwil˛e, po czym wzruszył ramionami i odwrócił si˛e, aby wej´s´c przez
wyrw˛e do wn˛etrza maszyny.

Z przera˙zaj ˛

ac ˛

a gwałtowno´sci ˛

a spomi˛edzy metalowych szcz ˛

atków rozbrzmiał

echem odległy mechaniczny zgrzyt. Hartig obrócił si˛e i przycupn ˛

ał wysuwaj ˛

ac do

przodu karabin gotowy do strzału.

— Co´s si˛e tam porusza. Jeszcze tego nie widz˛e. . . ale słysz˛e wyra´znie. Wł ˛

a-

czyłem zewn˛etrzny mikrofon w obwód, ˙zeby odbierany przez niego d´zwi˛ek na-
grywał si˛e takie. Staje si˛e coraz dono´sniejszy, to chyba koła, g ˛

asienice, . . . skrzy-

pi ˛

a, zgrzytaj ˛

a. Pojazd. . . Jest!

Ze zgrzytem metalu spomi˛edzy zniszczonych maszyn wyłonił si˛e nieznany

pojazd. Mniejszy od pozostałych miał nie wi˛ecej ni˙z pi˛e´c jardów długo´sci — su-
n ˛

ał do przodu z zapieraj ˛

ac ˛

a dech w piersiach szybko´sci ˛

a. Był czarny i wygl ˛

adał

złowrogo. Hartig podniósł wy˙zej karabin, ale kiedy zobaczył jak pojazd skr˛eca
przy´spieszaj ˛

ac, zdj ˛

ał palec ze spustu.

— Kieruje si˛e w stron˛e mojego l ˛

adownika! Pewnie namierzył go, kiedy l ˛

ado-

wałem. Za pomoc ˛

a promieniowania, radaru, nie wiem. Wł ˛

aczam urz ˛

adzenie do

zdalnego sterowania, aby przygotowa´c pokładowe urz ˛

adzenia obronne. Gdy tylko

ten pojazd znajdzie si˛e w ich zasi˛egu, zostanie zmieciony z powierzchni ziemi. . .
Teraz!

Jedna po drugiej rozległy si˛e detonacje, kiedy szybkostrzelne działka pokłado-

we pluły ´smiertelnym ogniem. Ziemia zatrz˛esła si˛e, w powietrze wyleciały odłam-
ki skał i wzbiły si˛e kł˛eby dymu. Działka zamarły, lecz kiedy tylko pojazd wyłonił
si˛e z kł˛ebów pyłu, na nowo rozpocz˛eły kanonad˛e. Pojazd był zupełnie nietkni˛ety.

— Ten pojazd jest szybki i wytrzymały, ale główne działa poradz ˛

a sobie

z nim. . .

Nagle ziemi ˛

a wstrz ˛

asn˛eła pot˛e˙zniejsza od poprzednich eksplozja, która szcz˛e-

kiem odbiła si˛e od otaczaj ˛

acych Hartiga metalowych ´scian, wywołuj ˛

ac deszcz

rdzawego pyłu. Wyjrzał na zewn ˛

atrz, zamarł w bezruchu i zacz ˛

ał mówi´c mato-

wym głosem:

5

background image

— Mój l ˛

adownik wyleciał w powietrze. Wystarczył jeden strzał z tego cho-

lernego pojazdu, a nasze działka nawet go nie drasn˛eły. Teraz skr˛eca w moim
kierunku. Na pewno namierzył wysyłane przeze mnie sygnały radiowe, promie-
niowanie cieplne lub co´s jeszcze innego. Teraz ju˙z nie ma sensu wył ˛

aczanie ra-

diostacji. Sunie prosto na mnie. Strzelam do niego, ale bez skutku. Nie widz˛e

˙zadnych okien ani wzierników. Jego załoga musi korzysta´c z przeka´zników tele-

wizyjnych. Próbuj˛e strzela´c do wyst˛epów znajduj ˛

acych si˛e z przodu pojazdu. To

mog ˛

a by´c detektory albo co. . . Nawet nie zwolnił. . .

Odgłos eksplozji przerwał dalszy przekaz. Anteny kr ˛

a˙z ˛

acego wokół planety

statku zacz˛eły automatycznie poszukiwa´c utraconego sygnału. Bez skutku. Wte-
dy, zgodnie z programem, centrum kontroli sprawdziło inne kanały. Nic. Z typow ˛

a

dla automatów nieust˛epliwo´sci ˛

a zacz˛eło od pocz ˛

atku, lecz nie wykryło nic poza

promieniowaniem atmosferycznym. Po godzinie spróbowało raz jeszcze i powta-
rzało to nast˛epnie co sze´s´cdziesi ˛

at minut przez cał ˛

a dob˛e. Kiedy ta cz˛e´s´c programu

została zako´nczona, zgodnie z instrukcj ˛

a wł ˛

aczyło radiostacj˛e nad´swietln ˛

a i wy-

słało cał ˛

a relacj˛e otrzyman ˛

a od zwiadowcy z powierzchni planety. Wypełniwszy

sw ˛

a powinno´s´c, wył ˛

aczyło wszystkie obwody prócz czuwaj ˛

acych i zamarło w nie-

sko´nczenie cierpliwym oczekiwaniu na nast˛epn ˛

a instrukcj˛e.

background image

Zapach ´Smierci

— Co to? Co´s złego? — zapytała Lea.
W miejscu, w którym jej ciało stykało si˛e z Brionem, poczuła jego nagłe napi˛e-

cie. Le˙zeli obok siebie w gł˛ebokiej koi całkowicie zrelaksowani i patrzyli przez
bulaj na usian ˛

a gwiazdami kosmiczn ˛

a przestrze´n. Czuła, ˙ze jego pot˛e˙zne rami˛e

obejmuj ˛

ace jej drobne ciało wyra´znie zesztywniało.

— Nic takiego. Spójrz tylko na te kolory. . .
— Posłuchaj, kochana bryło mi˛e´sni, mo˙ze jeste´s najlepszym zapa´snikiem

w Galaktyce, ale jeste´s za to najgorszym kłamc ˛

a. Co´s si˛e stało. Co´s, o czym nie

wiem.

Brion wahał si˛e przez chwil˛e, po czym powiedział:
— Jest tu kto´s. Niedaleko. Kto´s, kogo przedtem nie było. Ten kto´s zwiastuje

kłopoty.

— Wierz˛e w twoje zdolno´sci empatyczne. Widziałam, jak si˛e sprawdzały

i wiem, ˙ze potrafisz wyczu´c stany emocjonalne innych ludzi. Ale teraz jeste´s da-
leko w przestrzeni kosmicznej, w drodze pomi˛edzy dwiema gwiazdami oddalony-
mi od siebie o całe lata ´swietlne, sk ˛

ad wi˛ec tu nowy człowiek na pokładzie. . . —

urwała i spojrzała nagle na zewn ˛

atrz, na gwiazdy. — Oczywi´scie, wahadłowiec.

To pewnie jakie´s spotkanie, a nie rutynowa korekta kursu. Czy˙zby tam był jaki´s
inny statek nad´swietlny? Kto´s b˛edzie si˛e przesiadał. . .

— On nie leci. . . on ju˙z przyleciał. Jest ju˙z na pokładzie. Idzie prosto do nas.

Nie podoba mi si˛e to wszystko. Nie podoba mi si˛e ten facet. . . ani ta wiadomo´s´c,
z któr ˛

a przybywa.

Jednym płynnym ruchem Brion zerwał si˛e na nogi, odwrócił si˛e do tyłu i za-

cisn ˛

ał pi˛e´sci. Mimo i˙z miał ponad metr osiemdziesi ˛

at wzrostu i wa˙zył blisko sto

trzydzie´sci pi˛e´c kilogramów, poruszał si˛e zwinnie jak kot. Lea spojrzała na wy-
prostowan ˛

a posta´c i prawie poczuła wypełniaj ˛

ace j ˛

a napi˛ecie.

— Nie mo˙zesz mie´c pewno´sci — powiedziała cicho. — Niew ˛

atpliwie masz

racj˛e, kto´s przybył na statek Ale nie musi to wcale oznacza´c, ˙ze ma jakikolwiek
zwi ˛

azek z nami. . .

— Jeden martwy człowiek, by´c mo˙ze nawet dwóch. Ten, który si˛e zbli˙za, sam

cuchnie ´smierci ˛

a. Ju˙z tu jest.

7

background image

Lea westchn˛eła gł˛eboko, kiedy usłyszała za sob ˛

a otwieraj ˛

ace si˛e drzwi do ka-

juty. Z l˛ekiem spojrzała przez rami˛e, nie wiedz ˛

ac, czego oczekiwa´c. Słycha´c było

odgłos delikatnego szurni˛ecia nog ˛

a, po którym nast ˛

apił głuchy stukot. I znowu:

szurni˛ecie, stukot. Coraz bli˙zej i gło´sniej. Zaraz potem w drzwiach ukazał si˛e
m˛e˙zczyzna. Zawahał si˛e i rozejrzał na boki, mrugaj ˛

ac, jak gdyby miał kłopoty ze

wzrokiem.

Lea musiała zdoby´c si˛e na niemały wysiłek, aby ukry´c uczucie wstr˛etu, któ-

rego na jego widok doznała, a tak˙ze aby nie odwraca´c wzroku. Jedyne oko m˛e˙z-
czyzny spojrzało powoli za ni ˛

a, na Briona. Kiedy go dojrzał, ponownie ruszył do

przodu, powłócz ˛

ac wykr˛econ ˛

a dziwnie stop ˛

a i stawiaj ˛

ac ci˛e˙zko kul˛e przy ka˙zdym

kroku. Zapewne ta sama siła, która okaleczyła jego nogi, oderwała mu równie˙z
fragment prawej połowy twarzy. Nowa skóra, która wyrosła w tamtym miejscu,
była jasnoró˙zowa. Pusty oczodół zakrywała opaska. Nie miał tak˙ze prawej r˛eki.
W jej miejscu znajdowała si˛e przeszczepiona do obojczyka jej miniatura, która
dopiero po roku osi ˛

agnie normaln ˛

a wielko´s´c. Teraz była jeszcze niedu˙za, przy-

pominała z wygl ˛

adu r˛ek˛e dziecka — miała około trzydziestu centymetrów dłu-

go´sci — i zwisała bezwładnie. Przybyły poczłapał bli˙zej do masywnej postaci
Briona.

— Nazywam si˛e Carver

1

— przedstawił si˛e. — Przybyłem tu, aby si˛e z tob ˛

a

zobaczy´c, Brandd.

— Wiem. — Napi˛ecie opu´sciło teraz ciało Briona równie szybko jak nim

owładn˛eło. — Usi ˛

ad´z i odpocznij.

Lea nie mogła powstrzyma´c si˛e od odsuni˛ecia na bok, kiedy Carver wes-

tchn ˛

awszy gł˛eboko opadł na koj˛e tu˙z przy niej. Słyszała jego ci˛e˙zki oddech i wi-

działa kropelki potu na skórze, kiedy grzebał w kieszeni, szukaj ˛

ac kapsułki, któr ˛

a

nast˛epnie wło˙zył do ust. Spojrzał na dziewczyn˛e i skin ˛

ał głow ˛

a.

— Doktor Lea Morees — powiedział. — Pani tak˙ze potrzebuj˛e.
— Culrel? — zapytał Brion.
Carver przytakn ˛

ał.

— Cultural Relationships Foundation

2

Rozumiem, ˙ze pracowali´scie ju˙z kie-

dy´s z nami?

— Owszem. To był nagły wypadek. . .
— Ka˙zdy wypadek jest nagły. Stało si˛e co´s bardzo wa˙znego i wysłano mnie,

abym spotkał si˛e wła´snie z wami.

— Dlaczego z nami? Dopiero co wrócili´smy z zadupia, jakim była planeta Dis.

Lea tylko co wyzdrowiała. Obiecano nam, ˙ze b˛edziemy mieli troch˛e odpoczynku
przed nast˛epn ˛

a akcj ˛

a. Zgodzili´smy si˛e pracowa´c dalej dla waszych ludzi, ale nie

ju˙z teraz. . .

1

Carver (ang.) — rze´zbiarz (przyp. tłum.).

2

Fundacja Zwi ˛

azków Kulturowych (przyp. tłum.).

8

background image

— Powiedziałem wam. . . To nagła sprawa — głos Carvera był chrapliwy.

Wcisn ˛

ał zdrow ˛

a r˛ek˛e mi˛edzy kolana, aby powstrzyma´c dr˙zenie. Był to ból lub

przem˛eczenie albo obie te rzeczy na raz i starał si˛e im nie podda´c. — Wła´snie,
jak zapewne dostrzegacie, wróciłem z innej tego typu nagłej akcji. Je´sli to po-
lepszy wam samopoczucie, powiem, ˙ze wiem, co si˛e wam przytrafiło na Dis i ˙ze
w zwi ˛

azku z tym zaproponowałem nawet, ˙ze sam przeprowadz˛e t˛e robot˛e. Wy-

´smiali mnie. Dla mnie nie było to wcale takie ´smieszne. No jak, zgadzacie si˛e? —

Odwrócił si˛e, aby spojrze´c Brionowi w twarz.

— Nie mo˙zesz nalega´c na Le˛e, nie teraz. Zajm˛e si˛e tym sam.
Carver sprzeciwił si˛e ruchem głowy.
— Musicie działa´c razem, jako zespół. Rozkazy w tej sprawie s ˛

a wyra´zne.

Jednakowe zdolno´sci, synergiczny zwi ˛

azek. . .

— Polec˛e z Brionem — powiedziała Lea. — Czuj˛e si˛e ju˙z znacznie lepiej.

Zanim dotrzemy na miejsce b˛ed˛e w pełni sił.

— Miło to słysze´c. Jak zapewne wiecie, jeste´smy organizacj ˛

a całkowicie do-

browoln ˛

a — Carver zignorował drwi ˛

ace prychni˛ecie Briona i wygrzebał z kie-

szeni płaskie plastikowe pudełko. — Nie s ˛

adz˛e, aby´scie nie wiedzieli, i˙z prawie

wszystkie nasze akcje dotycz ˛

a kultur, które prze˙zywaj ˛

a kłopoty, społecze´nstw za-

mieszkuj ˛

acych planety, które zostały odci˛ete od głównego nurtu ludzkich kontak-

tów przez tysi ˛

ace lat. Nie zajmujemy si˛e z zasady odkrywaniem planet na nowo,

to zadanie Zwiadu Planetarnego. Oni lec ˛

a zawsze pierwsi, potem przekazuj ˛

a nam

zgromadzone informacje. To twarda jednostka. Słu˙zyłem tam cztery lata, dopiero
potem przeszedłem do Fundacji. — U´smiechn ˛

ał si˛e ironicznie. — My´slałem, ˙ze

ta nowa robota b˛edzie łatwiejsza. Zwiad Planetarny ma jednak jakie´s problemy
i zwrócił si˛e do nas o pomoc. Czy jeste´scie gotowi ju˙z teraz zapozna´c si˛e z tymi
nagraniami?

— Przynios˛e odtwarzacz z mojej kabiny — powiedział Brion.
Carver skin ˛

ał oci˛e˙zale głow ˛

a, zbyt zm˛eczony, aby mówi´c.

— Zamówi´c ci co´s? — zapytała Lea, kiedy Brion wyszedł z kajuty.
— Tak, ch˛etnie jakiego´s drinka. Popij˛e nim pigułk˛e. . . za kilka minut poczuj˛e

si˛e lepiej. Ale bez alkoholu, na razie nie mog˛e.

Czuła jego spojrzenie na sobie, kiedy dzwoniła do centrali pasa˙zerskiej i prze-

kazywała zamówienie komputerowi. Kiedy odło˙zyła słuchawk˛e, odwróciła si˛e
szybko w stron˛e go´scia.

— No i jak oceniasz to, co widzisz?
— Przepraszam. Nie chciałem si˛e gapi´c. Czytałem o tobie w rejestrze. Nigdy

jeszcze nie spotkałem nikogo z Ziemi.

— A czego si˛e spodziewałe´s? Dwóch głów?
— Powiedziałem przepraszam! Przed opuszczeniem rodzinnej planety i ru-

szeniem w Kosmos s ˛

adziłem, ˙ze cała ta opowie´s´c o Ziemi to jeden z mitów reli-

gijnych. . .

9

background image

— No i teraz widzisz, ˙ze jeste´smy z prawdziwego, niedo˙zywionego ciała

i krwi. Jeste´smy niedojadaj ˛

acymi mieszka´ncami przeludnionej i zu˙zytej planety.

Przypuszczam, ˙ze powiedziałby´s, ˙ze mamy to, na co zasłu˙zyli´smy.

— Nie. No, mo˙ze w jednej kwestii, nie wi˛ecej. Jestem przekonany, ˙ze Impe-

rium Ziemskie ponosi win˛e za brak umiaru w wielu sprawach. Mam tu na my´sli
to wszystko, o czym mo˙zna przeczyta´c w podr˛ecznikach szkolnych. Nikt w to nie
w ˛

atpi. Ale to ju˙z historia, staro˙zytno´s´c sprzed wielu tysi˛ecy lat. To, co ma teraz

dla mnie wi˛eksze znaczenie, to przyszło´s´c wszystkich tych planet, które znalazły
si˛e w izolacji po Upadku. Kiedy zobaczyłem na własne oczy, jaki los spotkał nie-
które z nich, zdałem sobie spraw˛e z tego, jaki brutalny mógłby sta´c si˛e wszech

´swiat. Ludzko´s´c z zasady przynale˙zy do Ziemi. Osobi´scie mo˙zecie czu´c si˛e gor-

si, poniewa˙z przeludnienie i ograniczone zapasy surowców spowodowały ogólne
zmniejszenie si˛e waszych ciał. Tak czy inaczej, nale˙zycie do Ziemi i jeste´scie
jej wytworem. Wielu w´sród nas jest wi˛ekszych i silniejszych od was, ale jest to
jedynie skutek konieczno´sci przystosowania si˛e do okrutnych i brutalnych ´swia-
tów. Przyzwyczaiłem si˛e ju˙z do tego i traktuj˛e nawet jako norm˛e. Kiedy ciebie
zobaczyłem, uzmysłowiłem sobie jednak, ˙ze dom rodzinny ludzko´sci nadal ist-
nieje — u´smiechn ˛

ał si˛e. — Mo˙ze wyda ci si˛e to ´smieszne, ale na twój widok

doznałem uczucia zadowolenia i ulgi. Poczułem si˛e jak dziecko, które odnalazło
dawno utraconych rodziców. Obawiam si˛e, ˙ze te słowa nie oddaj ˛

a dobrze tego, co

czuj˛e. To tak jak powrót do domu z dalekiej podró˙zy. Widziałem, w jaki sposób
ludzko´s´c zaadaptowała si˛e do wielu planet. Spotkanie ciebie to jakby w pewnym
sensie wchłoni˛ecie koj ˛

acej szczypty wiedzy. Nasz dom nadal tam jest Ciesz˛e si˛e,

˙ze ci˛e spotkałem.

— Wierz˛e ci, Carver — u´smiechn˛eła si˛e. — Musz˛e przyzna´c, ˙ze ja tak˙ze za-

czynam ci˛e lubi´c. Cho´c musz˛e równie˙z doda´c, ˙ze twój wygl ˛

ad nie nale˙zy do naj-

przyjemniejszych.

Za´smiał si˛e i odchylił do tyłu, popijaj ˛

ac małymi łykami zimnego drinka, który

został automatycznie dostarczony na stół.

— Daj mi rok, a nie poznasz mnie!
— Nie w ˛

atpi˛e, ˙ze tak b˛edzie. Jestem biologiem, egzobiologiem, wi˛ec teore-

tycznie wiem, jakie efekty mo˙zna osi ˛

agn ˛

a´c na drodze odrostu. Jestem pewna, ˙ze

za jaki´s czas b˛edziesz jak nowo narodzony. Ale to tylko teoria i jak dot ˛

ad nie wi-

działam tego w praktyce. My, Ziemianie, nie jeste´smy zamo˙zni, wi˛ec mało kogo
z nas sta´c na tak kompleksow ˛

a rekonstrukcj˛e jak twoja.

— To jedna z niewielu korzy´sci, jakie daje ta praca. Odtwarzaj ˛

a człowieka bez

wzgl˛edu na to, jak mocno jest pokiereszowany. Za kilka miesi˛ecy pod t ˛

a opask ˛

a

b˛ed˛e miał nowe oko.

— Miło to słysze´c. Ale szczerze mówi ˛

ac, wolałabym osobi´scie unikn ˛

a´c

wszystkich korzy´sci zwi ˛

azanych z tego typu rekonstrukcj ˛

a, je´sli nie masz nic prze-

ciwko temu.

10

background image

— Pozostaje mi zatem ˙zyczy´c ci szcz˛e´scia. Trudno zreszt ˛

a si˛e z tob ˛

a nie zgo-

dzi´c.

Obydwoje spojrzeli na Briona, który wrócił z odtwarzaczem. Wzi ˛

ał kaset˛e

z nagraniem i wsun ˛

ał do pojemnika. Kiedy zaja´sniał ekran, razem z Le ˛

a pochylił

si˛e do przodu. Carver słuchał nagrania popijaj ˛

ac zimny płyn ze szklanki. Słyszał je

ju˙z wiele razy i przedrzemał pocz ˛

atek. Ockn ˛

ał si˛e dopiero pod koniec. Głos Har-

tiga był spokojny i precyzyjny. Mimo, i˙z wiedział, ˙ze czeka go niechybna ´smier´c,
nie przerywał swojej relacji. Chciał ułatwi´c działanie swoim nast˛epcom. Lea by-
ła wyra´znie przera˙zona, kiedy nagranie dobiegło ko´nca i ekran zgasł, natomiast
beznami˛etna twarz Briona nie wyra˙zała ˙zadnych uczu´c.

— I chcecie, aby´smy udali si˛e na t˛e planet˛e, Selm-II? — zwrócił si˛e do Ca-

rvera. Ten przytakn ˛

ał. — Dlaczego? To wygl ˛

ada bardziej na robot˛e dla wojska.

Nie lepiej byłoby wysła´c tam co´s wi˛ekszego, dobrze uzbrojonego, co potrafiłoby
zadba´c o swoje bezpiecze´nstwo?

— Nie. To jest wła´snie to, czego nie chcemy. Do´swiadczenie wykazało, ˙ze

zbrojna interwencja nigdy nie przynosi spodziewanych rezultatów. Wojna nisz-
czy. Nam potrzeba przede wszystkim wiedzy, informacji. Musimy dowiedzie´c si˛e,
co si˛e dzieje na tej planecie. Potrzebujemy utalentowanych ludzi, takich jak wy.
Dis była zapewne pierwszym waszym przydziałem, czym´s, w co zostali´scie wci ˛

a-

gni˛eci mimo swej woli. Ale powiodło si˛e wam nadzwyczajnie i osi ˛

agn˛eli´scie to,

co według specjalistów było niemo˙zliwe. Chcemy, aby´scie wykorzystali swoje
zdolno´sci i w tej sprawie. Nie przecz˛e, ˙ze to mo˙ze by´c bardzo niebezpieczne, ale
ta robota musi zosta´c wykonana.

— Nie planowałam ˙zy´c wiecznie — powiedziała Lea i zamówiła kilka moc-

nych drinków. Jej nonszalancja nie zwiodła Briona.

— Polec˛e tam sam — powiedział. — Lepiej sobie poradz˛e w pojedynk˛e.
— Och nie, nie mo˙zesz, ty wielka bezmózgowa bryło mi˛e´sni! Nie jeste´s do-

statecznie bystry, abym mogła pu´sci´c ci˛e samego. Polec˛e z tob ˛

a albo nie polecisz

w ogóle. Spróbuj lecie´c sam, a zastrzel˛e ci˛e. Po co maj ˛

a wie´z´c ci˛e taki szmat drogi,

je´sli i tak masz zgin ˛

a´c.

Brion u´smiechn ˛

ał si˛e, słysz ˛

ac te słowa.

— Twoje współczucie i wyrozumiało´s´c s ˛

a niezwykle wzruszaj ˛

ace. Zgadzam

si˛e. Twoje argumenty przekonały mnie, ˙ze najlepiej b˛edzie, je´sli polecimy tam
razem.

— ´Swietnie! — złapała szklank˛e, gdy tylko ta ukazała si˛e w wylocie podajnika

i poci ˛

agn˛eła du˙zy łyk. — Jaki ma by´c nasz nast˛epny krok, Carver?

— Trudny: Musicie przekona´c kapitana statku, aby zmienił kurs i skierował

si˛e na Selm-II. Na orbicie b˛edzie czekał na nas statek operacyjny.

— Mo˙ze by´c z tym jaki´s problem? — zapytał Brion.
— Widz˛e, ˙ze nigdy nie miałe´s do czynienia z kapitanem liniowca dalekie-

go zasi˛egu. Wszyscy oni s ˛

a bardzo apodyktyczni. I podczas lotu sami decyduj ˛

a

11

background image

o wszystkim. Nie mo˙zemy zmusza´c go do zmiany kursu. Mo˙zemy go jedynie
przekonywa´c.

— Przekonam go — powiedział Brion. — Podj˛eli´smy si˛e tej roboty i ˙zaden

pilotczyna nie b˛edzie stał nam na drodze!

background image

Desperacki plan

Kapitan MLuta mógłby mie´c wiele przezwisk, ale nigdy, w naj´smielszych na-

wet wyobra˙zeniach, nie s ˛

adził, by nazwano go pilotczyn ˛

a. Stał twarz ˛

a w twarz

z Brionem Branddem. Spogl ˛

adali na siebie gro´znie. Obaj byli m˛e˙zczyznami ro-

słymi, krzepkimi i wysokimi. . . przy czym kapitan był nawet nieco wy˙zszy. Był
tak samo umi˛e´sniony jak Brion. . . i równie wojowniczy. Byli bardzo podobni do
siebie, z jednym wyj ˛

atkiem: skóra Briona miała kolor opalenizny, kapitana za´s

gł˛ebokiej czerni.

— Odpowied´z brzmi nie — powiedział kapitan MLuta chłodno, a w głosie

jego wyczuwało si˛e rosn ˛

ac ˛

a zło´s´c. Prosz˛e opu´sci´c mój mostek!

— Chyba pan mnie dobrze nie zrozumiał, kapitanie. To była moja nieformalna

pro´sba.

— W porz ˛

adku. Pa´nska nieformalna pro´sba została odrzucona!

— Jeszcze nie powiedziałem, dlaczego si˛e z ni ˛

a do pana zwróciłem. . .

— I nie b˛edzie pan miał okazji, dopóki b˛ed˛e miał tu co´s do powiedzenia.

A b˛ed˛e miał. Jestem kapitanem tego statku. Mam załog˛e, pasa˙zerów i ładunek,
za który odpowiadam. A tak˙ze rozkład lotu. To jest dla mnie najwa˙zniejsze. Ze
wszystkiego. Ju˙z i tak wasi ludzie zakłócili lot, aby umo˙zliwi´c panu spotkanie
z tym człowiekiem. Zgodziłem si˛e na to, poniewa˙z poinformowano mnie, ˙ze to
nagły wypadek. Teraz ju˙z po wszystkim. Wyjdzie pan sam, czy mam pana wyrzu-
ci´c?

— Prosz˛e spróbowa´c.
Głos Briona był cichy, prawie jak szept. Jego pi˛e´sci byty jednak zaci´sni˛ete,

a mi˛e´snie napi˛ete, kiedy patrzył gniewnie na kapitana, który odwzajemniał jego
spojrzenie. Carver ruszył do przodu ku´stykaj ˛

ac i z trudem wcisn ˛

ał si˛e mi˛edzy

nich.

— To zaszło ju˙z za daleko — powiedział. — Zmuszony jestem interweniowa´c,

zanim b˛edzie za pó´zno. Brandd, prosz˛e i´s´c do doktor Morees. Natychmiast.

Brion wzi ˛

ał gł˛eboki oddech i rozlu´znił mi˛e´snie. Carver miał racj˛e, niemniej

Brion ˙załował, ˙ze kapitan nie spróbował i nie dał mu szansy rozstrzygni˛ecia spra-
wy. Obrócił si˛e na pi˛ecie i podszedł do Lei, która siedziała w pobli˙zu na przymo-
cowanym do ´sciany fotelu. Gdy tylko Brion i kapitan zostali rozdzieleni, Carver

13

background image

si˛egn ˛

ał zdrow ˛

a r˛ek ˛

a do bocznej kieszeni i wyj ˛

ał z niej kartk˛e papieru, rzucił na

ni ˛

a przelotne spojrzenie i schował j ˛

a z powrotem.

— Mieli´smy nadziej˛e, ˙ze zgodzi si˛e pan z własnej woli, kapitanie MLuta.

Teraz, dobrowolnie czy nie, pomo˙ze nam pan.

— Oficer wachtowy — powiedział kapitan do mikrofonu na kołnierzu. —

Natychmiast na mostek z trzema lud´zmi. Uzbrojonymi!

— Prosz˛e zaraz odwoła´c ten rozkaz — powiedział Carver zdenerwowany. —

Prosz˛e za pomoc ˛

a radiostacji nad´swietlnej skontaktowa´c si˛e ze swoj ˛

a baz ˛

a. Niech

pan poprosi o Kod Dp-L.

Kapitan odwrócił si˛e gwałtownie i pochylił nad kalek ˛

a.

— Sk ˛

ad pan ma ten kod? — rzucił ostro. — Kim pan jest?

— ˙

Zadnych dalszych pyta´n, je´sli łaska. Niech pan poł ˛

aczy si˛e z nimi i powie,

˙ze nazywam si˛e Carver. Prosz˛e im powiedzie´c, ˙ze jestem tu z panem.

Kapitan nie odpowiedział, ale wszyscy troje usłyszeli, jak odwołuje wezwanie

o zbrojne wsparcie.

— Co to za czary? — zapytał Brion, kiedy Carver opadł ci˛e˙zko na fotel obok
— To kopniak, a nie czary. Roodepoort, rodzinna planeta kapitana, nale˙zy do

tych, które wiele zawdzi˛eczaj ˛

a Fundacji. By´c mo˙ze jej mieszka´ncy nie wiedz ˛

a

o tym, ale rz ˛

ad wie. Płac ˛

a nam co roku całkowicie dobrowolnie du˙ze datki.

Brion pokiwał głow ˛

a.

— To znaczy, ˙ze Roodepoort jest jedn ˛

a z tych planet, którym pomogli´smy

w przeszło´sci wybrn ˛

a´c z kłopotów?

— Zgadza si˛e. Dlatego zawsze mo˙zemy prosi´c ich o pomoc, bez wzgl˛edu na

jej rozmiary. Tego rodzaju długi odbieramy tylko w nagłych wypadkach. Szef ich
agencji kosmicznej został poinformowany o mojej obecno´sci tutaj i miał oczeki-
wa´c na wiadomo´sci ode mnie. Jest bardzo zaj˛ety i nie s ˛

adz˛e, aby był zadowolo-

ny z zawracania mu głowy t ˛

a spraw ˛

a. Kapitan b˛edzie z nami współpracował bez

wzgl˛edu na to, czy b˛edzie mu si˛e to podobało, czy nie.

Nie musieli długo czeka´c. Kapitan wrócił na mostek i stan ˛

ał przed Carverem.

Wida´c było, ˙ze gotuje si˛e wewn˛etrznie, ale Carvera nie wzruszało to w najmniej-
szym stopniu.

— Kim pan jest, panie Carver? Kim pan jest, ˙ze mo˙ze pan wydawa´c takie

rozkazy?

— Skoro ma pan ju˙z rozkazy, nie wystarcza to panu?
— Nie. Zgodnie z kosmicznym prawem tylko ja mog˛e wydawa´c rozkazy na

tym statku. Teraz prawo to zostało złamane. Mój autorytet został podwa˙zony. A je-

´sli nie zastosuj˛e si˛e do tych instrukcji?

— Mo˙ze pan to zrobi´c. Ale kiedy wróci pan do swojego portu, b˛edzie miał

pan niemało kłopotów.

— Kłopotów? — u´smiechn ˛

ał si˛e gorzko kapitan. — Pójd˛e na zielon ˛

a trawk˛e.

B˛ed˛e sko´nczony.

14

background image

— Zatem zna pan cen˛e za swoj ˛

a ciekawo´s´c. Prosz˛e mi wierzy´c, kapitanie,

nie chc˛e, aby miał pan kłopoty z mojego powodu. Ta zmiana kursu jest spraw ˛

a

niezwykłej wagi. Powiem panu tyle, ile mog˛e. To akcja Fundacji. Kiedy wróci
pan do domu, mo˙ze pan zapyta´c swoich przeło˙zonych, ludzi, którzy wydali panu
ten rozkaz, o co chodzi. Do nich nale˙zy decyzja o tym, co powinien pan wiedzie´c.
Mog˛e jedynie doda´c, ˙ze ta zmiana kursu nie jest bezcelowa. Wła´snie zgin˛eli ludzie
i bez w ˛

atpienia w przyszło´sci zginie ich jeszcze wi˛ecej. Czy to wystarczy, aby

zaspokoi´c pa´nsk ˛

a ciekawo´s´c?

Kapitan uderzył zaci´sni˛et ˛

a pi˛e´sci ˛

a w otwart ˛

a dło´n drugiej r˛eki.

— Nie — powiedział. — Nie zaspokaja! Ale widz˛e, ˙ze na razie b˛edzie musiało

mi wystarczy´c. Zrobimy ten przystanek, ale nigdy wi˛ecej nie chc˛e was widzie´c na
pokładzie mojego statku. Nie chc˛e, aby przytrafiło mi si˛e to po raz drugi!

— Uszanujemy pa´nsk ˛

a wol˛e, kapitanie. Naprawd˛e bardzo mi przykro, ˙ze tym

razem musiało to przybra´c taki obrót.

— ˙

Zegnam panów. Zostaniecie powiadomieni o przesiadce.

— Nie zyskałe´s tu przyjaciela — powiedziała Lea, kiedy drzwi zatrzasn˛eły si˛e

za nimi.

Carver wzruszył jedynie ramionami. Był zbyt zm˛eczony, aby rozwodzi´c si˛e

nad tym.

— Wracam do mojej kajuty — powiedział. — Przył ˛

acz˛e si˛e do was, kiedy

nadejdzie pora przesiadki.

Cała przyjemno´s´c, jak ˛

a sprawiała Lei i Brionowi ta podró˙z, prysła bezpowrot-

nie. Obejrzeli ponownie zapis relacji Hartiga, a nast˛epnie przesłuchali go jeszcze
kilka razy, a˙z w ko´ncu dokładnie go zapami˛etali. Brion ´cwiczył w sali gimnastycz-
nej statku nie´swiadomy tego, ˙ze jego zdolno´s´c podnoszenia ci˛e˙zarów i doskonała
kondycja wp˛edziły w kompleksy tamtejszego instruktora. Lea próbowała odpo-
cz ˛

a´c i odzyska´c siły. Nie miała poj˛ecia, co spotka ich na Selm-II, niemniej nie

w ˛

atpiła, ˙ze b˛edzie tam nadzwyczaj niebezpiecznie. Czekanie stawało si˛e niezno-

´sne i gdy w ko´ncu nadeszła pora przesiadki, przyj˛eli to z ulg ˛

a. Podczas samych

przenosin ze statku, kapitana nie było nigdzie w pobli˙zu.

— I co dalej? — zapytał Brion, kiedy cała trójka wyszła z wahadłowca we-

wn ˛

atrz ogromnej ´sluzy powietrznej statku flagowego Fundacji.

— To zale˙zy całkowicie od was — powiedział Carver. — To wasz przydział.

Teraz wy decydujecie.

— Gdzie jeste´smy?
— Na orbicie wokół Selm-II.
— Chc˛e j ˛

a zobaczy´c.

— Na dolnym pokładzie jest kabina obserwacyjna. T˛edy, prosz˛e. Wezw˛e tam

dowódc˛e akcji.

Był to du˙zy i szybki statek Min˛eli automaty sklepowe i wn˛eki magazynowe

i zatrzymali si˛e na wprost przesuwaj ˛

acych si˛e automatycznie platform d´zwigo-

15

background image

wych zapełnionych ogromnymi ładunkami. W kabinie obserwacyjnej, do której
wkrótce dotarli, nie było nikogo. Stan˛eli na przezroczystej podłodze i spojrze-
li w dół. Pod nimi znajdowała si˛e bł˛ekitna kula planety, w połowie pogr ˛

a˙zona

w cieniu, w połowie o´swietlona jaskrawym ´swiatłem rodzimej gwiazdy Selm,
sło´nca tego samotnego ´swiata.

— St ˛

ad wygl ˛

ada jak ka˙zda inna planeta. Co było przyczyn ˛

a; ˙ze si˛e ni ˛

a zainte-

resowano? — spytał Brion.

— Wszystko zacz˛eło si˛e od rutynowego badania. Podczas normalnego kom-

puterowego przeszukiwania danych sprzed Upadku odkryto list˛e transportów wy-
syłanych na ró˙zne planety nale˙z ˛

ace do dawnego Imperium Ziemskiego. Wi˛ek-

szo´s´c z nich była nam znana, ale kilka było oczywi´scie nowych. Ich współrz˛edne
przekazano do Fundacji w celu nawi ˛

azania kontaktu i identyfikacji. Poniewa˙z ob-

serwacja z orbity nie wykazała istnienia tam miast ani osad, planeta miała by´c
zbadana na ko´ncu. Nie stwierdzono takie obecno´sci fał radiowych na ˙zadnym za-
kresie.

— Zatem nie ma tam ludzi ani ˙zadnych oznak cywilizacji. . . poza kilkoma

ogromnymi pobojowiskami?

— Tak. . . — powiedział Carver — i to nas wła´snie zaintrygowało. To mili-

tarne złomowisko, w pobli˙zu którego wyl ˛

adowali Marcill i Hartig, było najwi˛ek-

szym, jakie dot ˛

ad odkryto. A jest ich sporo.

— Sprz˛et wojenny. . . bez ˙zołnierzy. Gdzie s ˛

a ci wszyscy ludzie? Pod ziemi ˛

a?

— By´c mo˙ze. To wła´snie b˛edziesz musiał stwierdzi´c, kiedy tam bezpiecznie

wyl ˛

adujesz. Sama planeta wygl ˛

ada do´s´c atrakcyjnie. Te białe czapy, które tam wi-

da´c, to lód i ´snieg. Jest tam oczywi´scie sporo wody. S ˛

a wyspy i archipelagi, a tak˙ze

jeden du˙zy kontynent. O, tam. Po cz˛e´sci panuje teraz na nim noc. Ma w przybli-

˙zeniu kształt du˙zej misy otoczonej ła´ncuchami gór. W jego ´srodku znajduj ˛

a si˛e

trawiaste równiny i poro´sni˛ete lasami wzgórza. Mnóstwo jezior, wliczaj ˛

ac w to

jedno du˙ze, prawie na ´srodku. Od niego odbijaj ˛

a si˛e te promienie słoneczne. To

prawdziwy ´sródl ˛

adowy ocean. Dostaniesz szczegółowe dane na ten temat

— Jaki jest tam klimat?
— Znakomity. Przynajmniej na równinach otaczaj ˛

acych to gigantyczne je-

zioro. W górach jest nieco zimniej, ale na mniejszych wysoko´sciach jest ciepło
i przyjemnie.

— W porz ˛

adku. Pierwsz ˛

a rzecz ˛

a, której potrzebujemy, to ´srodek transportu.

Co jest do dyspozycji?

— Tym zajmie si˛e dowódca akcji. Proponuj˛e, by´scie wci˛eli jeden z l ˛

adowni-

ków. To s ˛

a dobrze wyposa˙zone statki, o stosunkowo du˙zej mocy, w których jest

dosy´c miejsca na niezb˛edny sprz˛et dodatkowy. S ˛

a te˙z dobrze uzbrojone. Technicy

zadbaj ˛

a ju˙z o to, aby znalazł si˛e na nich najnowszy sprz˛et bojowy i urz ˛

adzenia

obronne.

Brion uniósł wysoko brwi słysz ˛

ac te słowa.

16

background image

— Działka niewiele pomogły Hartigowi, o ile mi wiadomo.
— To do´swiadczenie mo˙ze nam pomóc.
— Nie szafuj tak beztrosko słowem my — powiedziała Lea — o ile nie za-

mierzasz lecie´c z nami.

— Przepraszam. Mo˙zecie otrzyma´c wszelk ˛

a bro´n, jak ˛

a zechcecie. Zarówno

r˛eczn ˛

a, jak i pokładow ˛

a. Wybór sprz˛etu nale˙zy do was.

— Mog˛e dosta´c list˛e sprz˛etu, jakim dysponujecie? — zapytał Brion.
— Ja si˛e tym zajm˛e — powiedział czyj´s głos.
Odwrócili si˛e i zobaczyli szczupłego, siwowłosego m˛e˙zczyzn˛e, który wszedł

niezauwa˙zenie podczas ich rozmowy. Rzucił jakie´s polecenie do mikrofonu przy-
mocowanego do pasa przeka´znika, spojrzał na nich i dodał:

— Jestem Klart, wasz dowódca akcji. Do mnie nale˙zy udzielanie rad, a takie

dopilnowanie, aby´scie dostali to, czego chcecie i czego potrzebujecie. Spójrz na
tamten ekran, znajdziesz tam spis wszystkiego, czym dysponujemy.

Spis sprz˛etu był długi i szczegółowy. Brion przegl ˛

adał go razem z siedz ˛

ac ˛

a

obok Le ˛

a, dotykaj ˛

ac ekranu w miejscach, gdzie pojawiały si˛e te pozycje, które

ich interesowały. Z wolna zacz ˛

ał pi˛etrzy´c si˛e obok stos wydruków. Gdy sko´nczyli,

Brion zwa˙zył je w dłoni i rzucił przelotne spojrzenie na planet˛e pod sob ˛

a.

— Podj ˛

ałem decyzj˛e — rzekł. — I mam nadziej˛e, ˙ze Lea zgodzi si˛e ze mn ˛

a.

L ˛

adownik zostanie wyposa˙zony we wszystkie najpot˛e˙zniejsze bronie, jakie tylko

s ˛

a tu dost˛epne. Zabierzemy tak˙ze wszelki mo˙zliwy sprz˛et, jaki mo˙ze przyda´c si˛e

nam na tej planecie. Kiedy zostaniemy w to wszystko zaopatrzeni, wyl ˛

aduj˛e na

niej sam, bez ˙zadnych urz ˛

adze´n, bez niczego, co by posiadało cokolwiek metalo-

wego. Nawet z gołymi r˛ekami, je´sli zajdzie taka potrzeba. Nie uwa˙zasz, Lea, ˙ze
w tych warunkach b˛edzie to najrozs ˛

adniejsze?

Jej niema, wyra˙zaj ˛

aca przera˙zenie twarz była jedyn ˛

a odpowiedzi ˛

a.

background image

Dzie ´n przed akcj ˛

a

— Zaraz przygotuj˛e spis propozycji — powiedział Klart, wprowadzaj ˛

ac seri˛e

polece´n do swojego osobistego terminalu. Spokój, jaki zachowywał ´swiadczył
wyra´znie, ˙ze ˙zadne zachowanie najbardziej nawet oryginalnego agenta nie było
w stanie go zaskoczy´c.

Lea jednak nie podzielała tego spokoju.
— Brionie Brandd, ka˙zdy, kto mówi co´s takiego, musi by´c stukni˛ety. Carver,

dopilnuj, aby go natychmiast zamkni˛eto!

— Lea ma racj˛e — przytakn ˛

ał Carver. — Nie mo˙zesz porusza´c si˛e nieuzbro-

jony na tak ´smiertelnie niebezpiecznej planecie. To byłoby samobójstwo.

— Czy˙zby? Czy te wszystkie urz ˛

adzenia i całe to uzbrojenie pomogło tym

dwóm ludziom przede mn ˛

a? Marcill znikn ˛

ał po prostu bez ´sladu. . . Mamy jednak

na szcz˛e´scie wyobra˙zenie, co si˛e z nim stało. I wiemy dokładnie, co tamten wóz
bojowy zrobił z Hartigiem. Mam nadziej˛e, ˙ze nie b˛edziecie mieli nic przeciwko
temu, ˙ze nie pójd˛e ich ´sladem. My´sl˛e o przetrwaniu, a nie o samobójstwie. Zanim
si˛e wypowiecie, chciałbym, aby´scie rozwa˙zyli dwa drobne fakty. Pami˛etacie, jak
zgin ˛

ał Hartig? Tamten wóz bojowy jechał prosto na niego przechwytuj ˛

ac i namie-

rzaj ˛

ac wysyłane przez niego sygnały radiowe lub lokalizuj ˛

ac jego bro´n. Wykrył

go i zniszczył. Nie myl˛e si˛e?

— Jak na razie, nie — powiedziała Lea. — Czy to pierwszy fakt?
— Tak. Hartig został namierzony i zniszczony. Fakt drugi to zwierz˛eta. Przy-

pominacie sobie, ˙ze Hartig dostrzegł je i opisał zaraz po wyl ˛

adowaniu. Biegły

w oddali, skacz ˛

ac.

— No i jaki wniosek wynika z tych dwóch informacji? zapytał Carver.
— To oczywiste — powiedziała do niego Lea. — Zwierz˛eta były ˙zywe i mi-

mo to nie były atakowane przez sprz˛et bojowy. Hartig natomiast został zabity.

˙

Zeby wi˛ec tam przetrwa´c, trzeba zachowywa´c si˛e jak zwierz˛e i zbada´c sytuacj˛e
poruszaj ˛

ac si˛e na własnych nogach.

— To szale´nstwo — j˛ekn ˛

ał Carver. — Nie mog˛e na to pozwoli´c.

— Nie mo˙zesz mi zabroni´c. Twoja odpowiedzialno´s´c sko´nczyła si˛e w mo-

mencie dostarczenia nas tutaj. Teraz ja kieruj˛e t ˛

a akcj ˛

a. Lea pozostanie na orbicie.

Wyl ˛

aduj˛e sam.

18

background image

— Cofam, co powiedziałam — odezwała si˛e Lea. To rozs ˛

adny plan. W sam

raz dla Zwyci˛ezcy Twenties. — Dostrzegła nieme pytanie na twarzy Carvera i za-

´smiała si˛e. — Wida´c, ˙ze niezbyt dokładnie ci˛e poinformowali, skoro nie wiesz, ˙ze

Brion jest ´swiatowej sławy bohaterem. Jego rodzinna planeta, jedna z najbardziej
niesprzyjaj ˛

acych ludziom w Galaktyce, organizuje co roku zawody fizyczno-umy-

słowe. Dwadzie´scia ró˙znych konkurencji, od szermierki, poprzez pisanie wierszy,
podnoszenie ci˛e˙zarów, po szachy. To z pewno´sci ˛

a najbardziej wycie´nczaj ˛

ace zma-

gania, jakie kiedykolwiek organizowano, wyczerpuj ˛

acy pokaz zdolno´sci zarówno

fizycznych, jak i intelektualnych. Zapytaj Briona o szczegóły, a dowiesz si˛e, ˙ze
jest to nieprawdopodobne wydarzenie sportowe, które po całym roku zmaga´n wy-
lania jednego jedynego Zwyci˛ezc˛e. Potrafisz wyobrazi´c sobie całoroczne zawody
sportowe, w których uczestnicz ˛

a wszyscy mieszka´ncy planety? Pomy´sl wi˛ec, kim

musi by´c ten Zwyci˛ezca! Je´sli nie starczy ci wyobra´zni, to popatrz na Briona. On
jest jednym z tych Zwyci˛ezców. Bez wzgl˛edu na to, co wywołuje trudno´sci na
Selm-II, jest bardzo prawdopodobne, ˙ze Brion potrafi je pokona´c. I zwyci˛e˙zy´c.

Carver podczłapał do fotela i opadł na´n ci˛e˙zko, upuszczaj ˛

ac kul˛e, która spadła

na podłog˛e.

— Wierz˛e ci — powiedział. — Ale to niczego nie zmienia. Jak powiedzieli´scie

jednak, od tej chwili odpowiedzialno´s´c za wszystko, co si˛e wydarzy, spada na was.
Masz racj˛e, ja jestem ju˙z poza t ˛

a spraw ˛

a. Jedyne, co mog˛e teraz zrobi´c, to ˙zyczy´c

wam szcz˛e´scia. Klart dopilnuje, ˙zeby´scie otrzymali wszystko, co mo˙ze wam by´c
potrzebne.

— Oto spis propozycji — powiedział Klart, odrywaj ˛

ac kartk˛e papieru z dru-

karki i wr˛eczaj ˛

ac im.

Lea chwyciła j ˛

a pierwsza, zanim Brion zd ˛

a˙zył wyci ˛

agn ˛

a´c r˛ek˛e.

— Poniewa˙z ja b˛ed˛e kr ˛

a˙zy´c na orbicie w l ˛

adowniku podczas twojego pobytu

na powierzchni planety, zaj˛ecie si˛e Wyposa˙zeniem nale˙zy do mnie. Id´z po´cwiczy´c
pompki lub we´z troch˛e anabolików. Zrób po prostu to, co zawsze robisz przed
walk ˛

a, a ja zajm˛e si˛e spraw ˛

a.

— Zazwyczaj odpoczywam — odparł Brion. — Przygotowuj˛e si˛e psychicznie

na to, co mnie czeka.

— No to id´z i odpocznij. Przed zło˙zeniem zamówienia dam ci ostateczn ˛

a list˛e

do akceptacji.

— Nie musisz tego robi´c. Zostawiam ten kłopot tobie i ekspertom. Po prostu

przypilnuj, ˙zeby wszystko było w komplecie. B˛ed˛e wprawdzie potrzebował troch˛e
specjalnego sprz˛etu, ale tym zajm˛e si˛e sam. Teraz potrzebuj˛e jedynie szczegóło-
wej kopii raportu zwiadu planetarnego. I miejsca, w którym mógłbym zapozna´c
si˛e z nim w spokoju.

— Macie przydzielone kajuty — powiedział do niego Klart. — W terminalu

znajdziesz potrzebne informacje.

— ´Swietnie. Jak szybko otrzymamy sprz˛et?

19

background image

— Za dwie, maksimum trzy godziny.
— My potrzebujemy dziesi˛eciu godzin. Chc˛e si˛e najpierw przespa´c — po-

nownie spojrzał na odległ ˛

a Planet˛e. — Gdy tylko odpoczniemy i zostaniemy wy-

posa˙zeni, b˛ed˛e chciał wsi ˛

a´s´c do naszego l ˛

adownika i zej´s´c na ni˙zsz ˛

a orbit˛e, aby

przyjrze´c si˛e powierzchni planety z mniejszej odległo´sci. Chciałbym wiedzie´c do-
kładnie, jakiego rodzaju zwierz˛eta widział Hartig.

*

*

*

Brion spał gł˛ebokim snem, lecz gdy Lea otworzyła drzwi, natychmiast si˛e

obudził. Zawahała si˛e i zamrugała nieprzywykłymi do ciemno´sci oczami.

— Wejd´z — zawołał do niej. — Zaraz zapal˛e ´swiatło.
— Zawsze ´spisz w ubraniu? — zapytała. — I w butach?
— To nazywa si˛e wchodzeniem w rol˛e. — Wzi ˛

ał du˙z ˛

a szklank˛e wody z podaj-

nika i wypił. — B˛ed˛e ˙zył w tym ubraniu przez kilka dni. Moje ciało i mój refleks
b˛ed ˛

a moj ˛

a główn ˛

a broni ˛

a. Zabior˛e ze sob ˛

a tak˙ze nó˙z. Przemy´slałem to dokładnie

i uwa˙zam, ˙ze jego warto´s´c w obronie jest warta ryzyka, jakie si˛e z tym wi ˛

a˙ze.

— Jaki nó˙z. . . i jakie ryzyko? Nie rozumiem.
— Nó˙z wykonany z minerału. B˛edzie jedynym wyj ˛

atkiem, jedyn ˛

a rzecz ˛

a cz˛e-

´sciowo nienaturalnego pochodzenia. To ubranie jest wykonane z naturalnych włó-

kien, a guziki z ko´sci. Buty zrobione s ˛

a ze zwierz˛ecej skóry i sklejone. Nie mam

na sobie nic z metalu ani ze sztucznych włókien.

— Nawet plomb w z˛ebach? — zapytała, u´smiechaj ˛

ac si˛e.

— Nawet. — Brion był niezwykle powa˙zny. — Wszystkie metalowe wypeł-

nienia zostały usuni˛ete i zast ˛

apione ceramicznymi. Im bardziej b˛ed˛e przypominał

zwykłe zwierz˛e, tym bardziej b˛ed˛e bezpieczny. Z tego wła´snie powodu ten nó˙z
jest ´swiadomym ryzykiem, jakie podejmuj˛e. — Obrócił si˛e, aby mogła zobaczy´c
skórzan ˛

a pochw˛e zawieszon ˛

a z boku na pasie. Wyj ˛

ał z niej długi, przezroczysty

przedmiot i dał jej do obejrzenia.

— Wygl ˛

ada jak szkło. Czy to wła´snie to?

Zaprzeczył ruchem głowy.
— Nie, to plastal. Specjalna posta´c krzemu, która przypomina pod pewnymi

wzgl˛edami szkło, lecz jest od niego stukrotnie wytrzymalsza, poniewa˙z jej cz ˛

a-

steczki zostały tak uporz ˛

adkowane, aby powstał jeden du˙zy kryształ. Jest prak-

tycznie niełamliwy, a jego ostrze nigdy si˛e nie t˛epi. Poniewa˙z jest to krzem, powi-
nien by´c traktowany jako piasek przez ka˙zdy detektor. Dlatego wła´snie decyduj˛e
si˛e na ryzyko zabrania go ze sob ˛

a.

Lea patrzyła w milczeniu, jak Brion chowa ostro˙znie swój nó˙z, wygina palce

w łuk i przeci ˛

aga si˛e jak kot. Widziała mi˛e´snie poruszaj ˛

ace si˛e pod ubraniem —

była ´swiadoma drzemi ˛

acej w nim siły, która była czym´s wi˛ecej ni˙z tylko sił ˛

a

fizyczn ˛

a.

20

background image

— Czuj˛e, ˙ze mo˙ze ci si˛e uda´c — powiedziała. — W ˛

atpi˛e, aby ktokolwiek inny

mógł tego dokona´c, przynajmniej nie w tej Galaktyce. Oczywi´scie nadal uwa˙zam,

˙ze jest to szalone przedsi˛ewzi˛ecie, ale zgadzam si˛e, ˙ze daje ono najwi˛eksze szanse

ustalenia, co dzieje si˛e tam w dole.

Jego ruchy były niezwykle szybkie. Ci ˛

agle jeszcze nie mogła si˛e do tego przy-

zwyczai´c. Obj ˛

ał j ˛

a, zanim zauwa˙zyła, ˙ze si˛e poruszył. Siła jego ramion wywoły-

wała wra˙zenie, ˙ze pod warstw ˛

a ciała znajduje si˛e stal. Pocałował j ˛

a szybko i cofn ˛

si˛e.

— Dzi˛ekuj˛e. Z twoim zrozumieniem i wiar ˛

a jestem teraz lepiej przygotowany

do Wypełnienia tego zadania. Do roboty zatem.

*

*

*

Ich odlotowi nie towarzyszyła ˙zadna ceremonia. Podczas gdy Lea sprawdza-

ła wykaz ładunku, Brion rozmawiał z pierwszym oficerem nawigacyjnym, który
nast˛epnie obliczył dla nich i wprowadził do komputera pokładowego l ˛

adownika

parametry kilku orbit. Kiedy wszystkie przygotowania dobiegły ko´nca i wszystko
jeszcze raz sprawdzono, zamkn˛eli luk. Po otrzymaniu od nich sygnału gotowo´sci,
komputer uruchomił program, który odł ˛

aczył ich od statku-matki i zapocz ˛

atkował

swobodne spadanie. Dysze manewrowe obróciły l ˛

adownik. Nast˛epnie wł ˛

aczyły

si˛e główne silniki, które miały dostarczy´c ich na planowan ˛

a orbit˛e. Selm-II rosła

z ka˙zd ˛

a chwil ˛

a na ekranie.

— Jeste´s przestraszona — powiedział Brion, przykrywaj ˛

ac swoj ˛

a mocn ˛

a r˛ek ˛

a

jej drobn ˛

a, zimn ˛

a dło´n.

— Nie trzeba zdolno´sci empatycznych, aby to stwierdzi´c — powiedziała dr˙z ˛

a-

cym głosem przysuwaj ˛

ac si˛e do niego. — To zadanie mo˙ze wygl ˛

ada prosto na

papierze, ale im bli˙zej jeste´smy tej planety bez powrotu, tym bardziej staj˛e si˛e
niespokojna. Dwóch ´swietnych facetów, fachowców od nawi ˛

azywania kontaktów,

zostało tam zabitych. To samo mo˙ze równie dobrze przytrafi´c si˛e nam.

— Nie s ˛

adz˛e. Jeste´smy znacznie lepiej od nich przygotowani. I to wła´snie

dzi˛eki ich po´swi˛eceniu, które dostarczyło nam informacji niezb˛ednych do prze-
trwania. Ale teraz nie pora na te rozwa˙zania. Musisz si˛e odpr˛e˙zy´c i oszcz˛edza´c
siły na pó´zniej, kiedy b˛ed ˛

a potrzebne. Teraz trzeba zej´s´c na odpowiednio nisk ˛

a

orbit˛e i obejrze´c szczegółowo powierzchni˛e, potem poszukamy miejsca do l ˛

ado-

wania. Do tego czasu nic nam nie grozi.

Nagle wł ˛

aczył si˛e komputer zadaj ˛

ac kłam jego słowom.

— Obserwuj˛e jaki´s pojazd atmosferyczny. Trajektoria jego lotu przebiega pod

nami. Pokaza´c na ekranie?

— Tak.
Na ekranie ukazała si˛e male´nka kropeczka, która poruszała si˛e powoli z lewej

strony na praw ˛

a.

21

background image

— Powi˛eksz obraz.
Ruchoma kropka zacz˛eła rosn ˛

a´c, przybieraj ˛

ac posta´c metalicznej strzały z od-

chylonymi do tyłu skrzydłami.

— Z jak ˛

a leci pr˛edko´sci ˛

a? — zapytał Brion. W odpowiedzi na ekranie uka-

zały si˛e dane, które gło´sno odczytał — 2,6 Macha. To samolot nadd´zwi˛ekowy,
produkt wysoko rozwini˛etej technologicznie kultury. Przy tej pr˛edko´sci ma. ogra-
niczony zapas paliwa. Je´sli uda nam si˛e ´sledzi´c jego lot do ko´nca, b˛edziemy mogli
zobaczy´c, gdzie wyl ˛

aduje. . .

— I przy okazji zyska´c szans˛e odkrycia, co si˛e dzieje na tej planecie — do-

ko´nczyła za niego Lea.

— Tak jest.
Obserwowany samolot przechylił si˛e na jeden bok i gwałtownie zanurkował.

W tej samej chwili odezwał si˛e komputer.

— Widoczny na ekranie samolot wysyła cyfrowy sygnał radiowy. Nagrywam

go.

Obraz samolotu na ekranie znikn ˛

ał nagle w płomieniach wybuchu.

— Co wywołało t˛e eksplozj˛e? — zapytał Brion.
— Rakieta ziemia-powietrze. Namierzyłem j ˛

a tu˙z przed eksplozj ˛

a.

Brion pokiwał ponuro głow ˛

a.

— Samolot musiał wykry´c j ˛

a tak˙ze i dlatego wła´snie próbował wykona´c ten

manewr.

— A ten przekaz radiowy. . . czy jest mo˙zliwe, ˙ze wysłała go jego załoga?
— Oczywi´scie! Je´sli to był samolot zwiadowczy, to był tam zapewne w ja-

kim´s celu. Kiedy odpalono do niego rakiet˛e, próbował wykona´c unik przekazuj ˛

ac

jednocze´snie informacje do swojej bazy. I je´sli si˛e nie myl˛e. . . wła´snie nadcho-
dzi odpowied´z. — Brion wskazał na niewielki obiekt, który ukazał si˛e nagle na
ekranie. Rakieta balistyczna. Najprawdopodobniej jest skierowana na t˛e wyrzut-
ni˛e rakiet. — Ta wojna wci ˛

a˙z tam trwa. Tak wi˛ec znamy ju˙z dwa miejsca, których

lepiej unika´c.

— Cel rakiety balistycznej, to znaczy miejsce, w którym wła´snie doszło do tej

efektownej eksplozji i miejsce, z którego j ˛

a wystrzelono?

— Zgadza si˛e. Dopóki nie wiemy co si˛e dzieje na tej planecie, lepiej trzy-

ma´c si˛e jak najdalej od miejsc, w których toczy si˛e wojna. Spróbujmy mo˙ze teraz
odszuka´c zwierz˛eta, które widział Hartig. My´sl˛e, ˙ze nie popełnimy bł˛edu, przy-
puszczaj ˛

ac, ˙ze unikaj ˛

a one miejsc walk i ruchomego sprz˛etu. Uciekły, kiedy wy-

l ˛

adował statek Hartiga, tote˙z prawdopodobnie trzymaj ˛

a si˛e z dala od wszelkich

urz ˛

adze´n.

Na wschodnim brzegu gigantycznego jeziora, nazwanego przez nich Jeziorem

Centralnym, znale´zli miejsce, którego szukali. Cała trawiasta równina, ci ˛

agn ˛

aca

si˛e od podnó˙za gór do brzegu jeziora, upstrzona była ruchomymi kropkami. Usta-
wiony na maksymalne zbli˙zenie teleskop elektronowy pozwalał stwierdzi´c, ˙ze by-

22

background image

ły to jakie´s trawo˙zerne zwierz˛eta. Poło˙zenie tego stada, jak równie˙z pozostałych
zwierz ˛

at pas ˛

acych si˛e wzdłu˙z brzegu, zostało zarejestrowane. Były tam tak˙ze dra-

pie˙zniki. Domy´slili si˛e tego, kiedy zauwa˙zyli uciekaj ˛

ac ˛

a w panice grup˛e zwierz ˛

at

´sciganych przez wi˛ekszych i szybszych prze´sladowców. W czasie tej obserwacji

nie dostrzegli najmniejszego ´sladu jakiejkolwiek cywilizacji.

— To jest miejsce, w którym chciałbym spa´s´c — powiedział Brion. — Na tej

równinie, gdzie pas ˛

a si˛e te wszystkie stada.

— Co masz na my´sli mówi ˛

ac spa´s´c? Czy˙zby´s nie zamierzał l ˛

adowa´c w l ˛

adow-

niku?

— Nie. To ostatnia rzecz, jak ˛

a chciałbym zrobi´c. Widziała´s, co si˛e stało z sa-

molotem. Nie chc˛e, aby nas namierzono i pocz˛estowano rakiet ˛

a. Musimy obliczy´c

trajektori˛e balistyczn ˛

a, która zapewni nam wej´scie w atmosfer˛e we wła´sciwym

miejscu.

— Nie b˛edzie ci˛e bolało, kiedy b˛edziesz płon ˛

ał tr ˛

ac o powietrze podczas spa-

dania?

Brion u´smiechn ˛

ał si˛e.

— Doceniam twoj ˛

a trosk˛e. B˛ed˛e miał na sobie grawitator, który zmniejszy

pr˛edko´s´c spadania. Usun ˛

ałem ponadto wszystkie zb˛edne metalowe cz˛e´sci z kom-

binezonu ci´snieniowego. Nawet butl˛e z tlenem zamieniłem na plastikow ˛

a. Ist-

nieje niewielkie prawdopodobie´nstwo, ˙ze zostan˛e wykryty przez radar naziemny,
zwłaszcza ˙ze miejsce, które wybrali´smy, jest chyba wolne od tego typu urz ˛

adze´n.

Jak tylko wyl ˛

aduj˛e, pozb˛ed˛e si˛e grawitatora razem z całym wyposa˙zeniem ko-

smicznym.

— Zostaniesz sam, zdany tylko na siebie!
— Dlaczego? B˛ed˛e przecie˙z w kontakcie z tob ˛

a.

— Jak to? Czy˙zby´s wymy´slił, plastikowe radio? — zamierzony ˙zart nie wy-

szedł jej, gdy˙z w jej głosie wyczuwało si˛e zmartwienie.

— Mam zamiar u˙zywa´c tego — powiedział Brion wyci ˛

agaj ˛

ac z przytwier-

dzonej do boku torby wst˛eg˛e kolorowego materiału. — Wymy´sliłem prosty kod.
Kiedy rozło˙z˛e te wst˛egi na ziemi, b˛edziesz je mogła bez trudu dostrzec z orbity.
Zaraz po wyl ˛

adowaniu, jak tylko si˛e przeja´sni, przeka˙z˛e ci wiadomo´s´c. W czasie

przemieszczania si˛e b˛ed˛e ci je przekazywał regularnie, ˙zeby´s wiedziała na bie˙z ˛

a-

co, co si˛e dzieje.

— Ale to niebezpieczne. . .
— Wszystko w tej operacji jest niebezpieczne. Niestety, innego sposobu nie

ma. — Odwrócił si˛e na powrót w stron˛e ekranu i przyjrzawszy mu si˛e dokład-
nie, stukn ˛

ał we´n palcem w pewnym miejscu. — Tu chc˛e wyl ˛

adowa´c. Niedaleko

miejsca, w którym równina styka si˛e ze wzgórzami. Pobliski las posłu˙zy mi za
kryjówk˛e. Je´sli wystartuj˛e we wła´sciwym momencie, zaczn˛e spada´c w nocy i na
ziemi znajd˛e si˛e o brzasku. Najpierw urz ˛

adz˛e sobie kryjówk˛e, a nast˛epnie przy-

st ˛

api˛e do obserwacji. Je´sli te zwierz˛eta oka˙z ˛

a si˛e tym, na co wygl ˛

adaj ˛

a, to znaczy

23

background image

dzikimi, prostymi formami ˙zycia, b˛ed˛e mógł przej´s´c do kolejnego etapu obserwa-
cji.

— Co ma nim by´c?
— Zbli˙zenie si˛e do jednego z rejonów walki. . .
— Nie mo˙zesz!
— Przykro mi, ale to konieczne. Od stada dzikich zwierz ˛

at niewiele mo˙zna

si˛e dowiedzie´c na temat sprz˛etu bojowego. Najbli˙zsze wraki znajduj ˛

a si˛e w od-

legło´sci około stu pi˛e´cdziesi˛eciu kilometrów od zaplanowanego miejsca mojego
l ˛

adowania. To zaledwie dwa, trzy dni marszu. Codziennie b˛ed˛e przekazywał pod-

czas marszu wiadomo´sci, zaczynaj ˛

ac ka˙zd ˛

a od znaku X ta regularna forma nie

wyst˛epuje normalnie w przyrodzie, dzi˛eki czemu skaner komputera b˛edzie mógł
j ˛

a łatwo zlokalizowa´c i ustawi´c si˛e na niej. Teraz zamierzam si˛e troch˛e przespa´c.

Obud´z mnie, prosz˛e, na godzin˛e przed odlotem.

*

*

*

Powierzchnia Selm-II gin˛eła w mroku, kiedy Brion wchodził do ´sluzy po-

wietrznej. Wszystko, czego b˛edzie potrzebował po wyl ˛

adowaniu, zostało szczel-

nie zapakowane w plastikowej torbie w kształcie rury, któr ˛

a przerzucił sobie przez

plecy. Korpus grawitatora spoczywał swobodnie na jego masywnych barkach, so-
lidnie przytwierdzony do jego ciała pasami. Lea patrzyła, jak po raz ostatni spraw-
dza uprz ˛

a˙z opinaj ˛

ac ˛

a jego kombinezon ci´snieniowy. Dłonie miała zaci´sni˛ete tak

mocno, ˙ze a˙z zbielały jej knykcie. Spojrzał na ni ˛

a i pomachał jej r˛ek ˛

a, ale kiedy

szykował si˛e do odej´scia, zbli˙zyła si˛e do niego i zapukała w przedni ˛

a szyb˛e hełmu.

Brion odemkn ˛

ał j ˛

a i uniósł do góry. Jego twarz wyra˙zała w takim stopniu spokój,

jak jej własne oblicze odbijało zdenerwowanie.

— Słucham? — rzucił.
Przez chwil˛e milczała. Jedynym d´zwi˛ekiem, jaki si˛e rozlegał, był syk powie-

trza dobiegaj ˛

acy z otworu wlotowego hełmu. Potem wspi˛eła si˛e na palce i pochy-

liwszy si˛e do przodu, pocałowała go mocno w usta.

— Chciałam tylko ˙zyczy´c ci powodzenia. Zobaczymy si˛e wkrótce?
— Oczywi´scie — u´smiechał si˛e, kiedy zamykał przedni ˛

a szyb˛e hełmu.

Wszedł do ´sluzy i zamkn ˛

ał za sob ˛

a wewn˛etrzne wrota. Znajduj ˛

acy si˛e obok

nich wska´znik zapłon ˛

ał czerwonym ´swiatłem, kiedy otworzyły si˛e drzwi ze-

wn˛etrzne. Czekał długie minuty wpatruj ˛

ac si˛e w kosmiczn ˛

a pustk˛e do chwili,

kiedy komputer dał mu znak, ˙ze nadszedł wła´sciwy moment. Jak tylko na ta-
blicy kontrolnej zapaliło si˛e zielone ´swiatło, wypchn ˛

ał si˛e do przodu, na zewn ˛

atrz

statku.

Lea usiadła przed ekranem monitora i obserwowała jego spadaj ˛

ace ciało wi-

doczne dzi˛eki blaskowi wydzielanemu przez silniki hamuj ˛

ace a˙z do chwili, kiedy

oddaliło si˛e na tyle, ˙ze znikn˛eło jej z pola widzenia.

background image

Z gołymi r˛ekami do piekła

Brion mkn ˛

ał w dół, prosto w otchła´n nocy. Swobodnie spadaj ˛

ac nie czuł

w ogóle ruchu, mimo i˙z doskonale wiedział, ˙ze jego pr˛edko´s´c stale ro´snie. Co
wi˛ecej, wydawało mu si˛e, ˙ze tkwi nieruchomo w miejscu, zupełnie sam, otoczo-
ny gwiazdami, z ciemn ˛

a tarcz ˛

a pogr ˛

a˙zonej w nocy planety nad sob ˛

a. Sam glob

otoczony był koron ˛

a ´swiatła powstał ˛

a z załamanych przez atmosfer˛e promieni

słonecznych. W miejscu gdzie zaczynało wschodzi´c sło´nce, była ona ja´sniejsza.
Mimo wyra´znego braku poczucia ruchu Brion wiedział, ˙ze spada w dół po staran-
nie wyznaczonym łuku w ´sci´sle okre´slone miejsce na powierzchni. Poruszał si˛e na
spotkanie wschodu sło´nca. Zainstalowany w spoczywaj ˛

acym na jego plecach gra-

witatorze komputer odliczał sekundy pozostałe do momentu l ˛

adowania. Od czasu

do czasu czuł lekkie szarpni˛ecia uprz˛e˙zy, w chwilach kiedy szybko´s´c jego spada-
nia była zmniejszana za pomoc ˛

a silników hamuj ˛

acych w celu dostosowywania jej

do zaplanowanej.

Tylko lata treningu pozwoliły mu zachowa´c spokój, powstrzyma´c napieraj ˛

a-

cy strach, który mógłby spowodowa´c niewła´sciw ˛

a reakcj˛e jego ciała i wydziele-

nie adrenaliny, kr ˛

a˙z ˛

acej bezcelowo po jego naczyniach krwiono´snych. Czas na

działanie b˛edzie po l ˛

adowaniu. Teraz była pora na rozmy´slanie. Pogr ˛

a˙zywszy si˛e

spokojnie w odpr˛e˙zaj ˛

acym stanie pół´swiadomo´sci, pozwolił swojemu ciału swo-

bodnie spada´c, nie zwa˙zaj ˛

ac na łagodne szarpni˛ecia uprz˛e˙zy, które przeszły nie-

bawem w stały naci ˛

ag. Pierwsze cz ˛

asteczki g˛estniej ˛

acej atmosfery zacz˛eły trze´c

o jego kombinezon. Opadanie trwało.

Nagle, kiedy nad horyzontem zacz˛eło wznosi´c si˛e sło´nce, w oczy za´swieciło

mu jasne ´swiatło. Poruszył si˛e i rozlu´znił mi˛e´snie. Zaraz b˛edzie po wszystkim.
Mimo i˙z na tej wysoko´sci był ju˙z wschód sło´nca, w dole na powierzchni planety
wci ˛

a˙z panowała noc. W pewnej chwili wszechobecna szaro´s´c pochłon˛eła ´swia-

tło słoneczne. Wleciał w grub ˛

a warstw˛e chmur. Gdy si˛e z niej wydostał, znalazł

si˛e nad pogr ˛

a˙zon ˛

a w półmroku równin ˛

a. Jak dot ˛

ad nic nie zakłócało opadania. Ni-

gdzie w pobli˙zu nie było ´sladu rakiet ani samolotów. Ani na chwil˛e nie opuszczała
go jednak my´sl, ˙ze w jego wyposa˙zeniu znajduj ˛

a si˛e łatwo wykrywalne metalo-

we elementy. Gdyby je tylko namierzono, ukazałby si˛e na ekranach radarów jako

´swietlna plamka, a w jego kierunku wysłano by natychmiast rakiety. Nie mógł

25

background image

si˛e doczeka´c, kiedy wreszcie znajdzie si˛e na ziemi i b˛edzie mógł si˛e pozby´c tego
zdradzieckiego metalu. Wierc ˛

ac si˛e w uprz˛e˙zy, Brion spojrzał pomi˛edzy stopami

w dół, na mkn ˛

ac ˛

a ku niemu trawiast ˛

a równin˛e. Wiedział, ˙ze spada za szybko, ale

szybko´s´c była jego jedyn ˛

a obron ˛

a. Je´sli gdzie´s tam znajdowały si˛e radary, mu-

siał by´c widoczny na ich ekranach, co oznaczało, ˙ze powinien spada´c swobodnie
jak najdłu˙zej, czekaj ˛

ac do ostatniej chwili z wł ˛

aczeniem stopu. Wła´snie zbli˙zał

si˛e ten moment. Ziemia była ju˙z blisko, coraz bli˙zej. . . Teraz! Obrót przeł ˛

acznika

kontrolnego sprawił, ˙ze grawitator zahamował gwałtownie, wrzynaj ˛

ac si˛e uprz˛e-

˙z ˛

a gł˛eboko w jego uda. W dalszym ci ˛

agu spadał za szybko. . . musiał zwi˛ekszy´c

moc. Uprz ˛

a˙z zaskrzypiała z napr˛e˙zenia. Popu´sci´c. A teraz. . . pełna moc! Uderzył

stopami o ziemi˛e z tak ˛

a sił ˛

a, ˙ze upadł i przekoziołkował kilka razy w wysokiej

trawie. Pozbawiony tchu, mógł potem jedynie le˙ze´c spokojnie przez kilka długich
sekund. Próbował poruszy´c nogami i r˛ekoma, ale odmówiły mu posłusze´nstwa.
Z wielkim trudem pod´zwign ˛

ał si˛e na kolana, po czym stan ˛

ał w pionowej pozycji

na mi˛ekkich jak z waty nogach. Nast˛epnie zrobił wszystko to, co nie mogło cze-
ka´c. Z wył ˛

aczonymi silnikami i zluzowan ˛

a uprz˛e˙z ˛

a grawitatora spadł ci˛e˙zko na

ziemi˛e. Brion rozpi ˛

ał kombinezon i zdj ˛

ał go z siebie, upewniaj ˛

ac si˛e, czy hełm

oraz butla z tlenem były na swoim miejscu. ´Swietnie, wszystko było w najlep-
szym porz ˛

adku. Teraz szybko, ale bez po´spiechu. Było wystarczaj ˛

aco jasno, aby

mógł widzie´c, co robi. Otwórz pojemnik przytwierdzony do dolnej cz˛e´sci grawi-
tatora i wyjmij z niego nó˙z i torb˛e, któr ˛

a b˛edziesz nosił ze sob ˛

a. Doskonale, masz

ju˙z obie te rzeczy. Teraz pozb ˛

ad´z si˛e reszty sprz˛etu. Zwi ˛

a˙z go uprz˛e˙z ˛

a. Sprawd´z,

czy wszystko zostało nale˙zycie zabezpieczone. Znakomicie. Nie zapomniałe´s ni-
czego? Nie, wszystko jest w porz ˛

adku.

Brion ustawił przeł ˛

acznik mocy grawitatora na maksimum. Pakunek natych-

miast wyrwał mu si˛e z r˛eki, zwalaj ˛

ac go z nóg I pomkn ˛

ał w gór˛e. Szybko malał

w oczach wznosz ˛

ac si˛e, a po chwili całkowicie znikn ˛

ał z pola widzenia. Zaraz

potem ujrzał błysk ´swiatła odbitego od przedniej szyby hełmu, kiedy trafiły w ni ˛

a

promienie wschodz ˛

acego sło´nca. Wkrótce i to znikn˛eło.

Brion odetchn ˛

ał z ulg ˛

a. A wi˛ec dotarł na powierzchni˛e planety i był zdrów i ca-

ły. L ˛

adowanie zako´nczyło si˛e sukcesem, mógł wi˛ec wreszcie uwolni´c swój umysł

od my´sli z nim zwi ˛

azanych. Teraz nadeszła pora, aby przyst ˛

api´c do wła´sciwego

zadania.

Schylaj ˛

ac si˛e, aby wyj ˛

a´c nó˙z, Brion obrócił si˛e wolno dookoła. Nie patrz ˛

ac

przytwierdził pochw˛e do pasa, gdy˙z cała jego uwaga skupiona była na wyłaniaj ˛

a-

cym si˛e z mroku krajobrazie. Ze wszystkich stron otaczała go wysoka trawa, która
zaczynała szele´sci´c i kołysa´c si˛e w podmuchach porannego wiatru, faluj ˛

ac wokół

niego. Nie opodal znajdował si˛e skalisty pagórek, a na zachodnim horyzoncie le-

´sny zagajnik, za którym ci ˛

agn˛eły si˛e poro´sni˛ete drzewami góry. Ich wierzchołki

sk ˛

apane były w ognistych promieniach wschodz ˛

acego sło´nca.

26

background image

Nagłe uwag˛e jego zwrócił niespodziewany ruch. Brion przykucn ˛

ał powoli,

z głow ˛

a wystaj ˛

ac ˛

a ponad traw ˛

a. Dostrzegł nadchodz ˛

ace od strony jeziora sta-

do zwierz ˛

at. Szły w jego kierunku skubi ˛

ac po drodze traw˛e. Tkwił nieruchomo

w miejscu niczym głaz, jedynie jego r˛ece osuwały si˛e powoli w dół, kiedy zapinał
przewieszon ˛

a przez rami˛e torb˛e.

Skrzekliwe głosy rozdarły nagle powietrze nad nim. Podniósł głow˛e i ujrzał

chmar˛e ptaków zataczaj ˛

acych kr˛egi w powietrzu niedaleko niego. Nie, to nie były

ptaki, ale co´s w rodzaju lataj ˛

acych gadów. Zamiast piór miały rozci ˛

agni˛et ˛

a pomi˛e-

dzy cienkimi ko´s´cmi rozpostartych skrzydeł błon˛e. Ich czerwonopomara´nczowa
skóra połyskiwała w promieniach słonecznych, a rozdziawione paszcze błyszcza-
ły biel ˛

a ostrych jak igły z˛ebów. Skrzecz ˛

ac nieprzerwanie obni˙zały lot, a˙z w ko´ncu

sfrun˛eły na ziemi˛e, nikn ˛

ac z pola widzenia w morzu trawy.

Skubi ˛

ace traw˛e zwierz˛eta były ju˙z niedaleko, dzi˛eki czemu Brion mógł si˛e im

teraz przyjrze´c dokładniej. Miały jaszczurowaty wygl ˛

ad. Ich bezwłosa, ciemno-

br ˛

azowa skóra stanowiła doskonały kamufla˙z na spalonej sło´ncem ł ˛

ace. Poruszały

si˛e ostro˙znie na długich nogach, unosz ˛

ac co chwil˛e łby i rozchylaj ˛

ac chrapy, aby

w˛eszy´c zapachy niesione przez powietrze. W pobli˙zu musz ˛

a by´c drapie˙zniki. . .

Brion pomy´slał, ˙ze to te˙z s ˛

a gady.

Stado wyra´znie wyczuło czyj ˛

a´s obecno´s´c. Zwierz˛eta przestały skuba´c traw˛e

i zamarły w bezruchu z szeroko rozwartymi chrapami. Zapewne zbli˙zało si˛e jakie´s
inne zwierz˛e. Chocia˙z wyw˛eszyły jego zapach, nie było go wida´c w g˛estej trawie.
Za chwil˛e na oczach Briona miał si˛e rozegra´c dramat ˙zycia i ´smierci.

Z przera˙zeniem zdał sobie spraw˛e, ˙ze był jednym z wielu widzów, kiedy na-

gle uprzytomnił sobie, ˙ze wszystkie zwierz˛eta patrz ˛

a w jego stron˛e. Czy˙zby go

zauwa˙zyły? Kucn ˛

ał ni˙zej, aby znikn ˛

a´c im z oczu, czuj ˛

ac empatycznie emanuj ˛

acy

od nich strumie´n emocji. Strach. Strach, który stłumił wszelkie inne ich odczucia.
Jego zdolno´s´c empatii była uwra˙zliwiona głównie na ludzi, niemniej od czasu do
czasu odbierał tak˙ze impulsy silnych emocji wysyłanych przez zwierz˛eta. Czuł
wyra´znie strach tych zwierz ˛

at. . . i co´s jeszcze, co´s silniejszego. . .

Brion skoczył na równe nogi i wyci ˛

agaj ˛

ac nó˙z z pochwy obrócił si˛e wokół

własnej osi, w por˛e dostrzegaj ˛

ac ciemny kształt p˛edz ˛

acy w jego stron˛e. Piskliwy

skrzek wdarł si˛e do jego uszu. Co´s twardego spadło mu na barki, kiedy nurko-
wał w bok, obróciło go i obezwładniło jego rami˛e do tego stopnia, ˙ze omal nie
wypu´scił no˙za.

Spadło na niego całym ci˛e˙zarem swego ciała. Wtedy zatopił nó˙z w jego gar-

dzieli. Z dławionym skrzekiem opadło ci˛e˙zko na ziemi˛e, przygniataj ˛

ac go sob ˛

a.

Zadr˙zało w konwulsji i zamarło w bezruchu. Ciepła ciecz spłyn˛eła na rami˛e Brio-
na. Nie wiedział, czy była to jego krew, czy krew zwierz˛ecia. Zaparłszy si˛e stopa-
mi o ciało, Brion oswobodził si˛e i rozejrzał nerwowo wokoło, aby zobaczy´c, czy
w pobli˙zu nie ma kompanów tego czego´s.

27

background image

Było samo. Wyprostował si˛e, dysz ˛

ac z wysiłku. Jedyny dostrzegalny ruch po-

chodził od stada trawo˙zerców, które oddalało si˛e w pospiesznych podskokach.
Spojrzawszy na swoje r˛ece zobaczył, ˙ze spływa po nich zielona ciecz — zatem
nie była to jego krew!

Obok na ziemi le˙zała rozci ˛

agni˛eta nieruchomo martwa bestia. Prawie metro-

wej długo´sci g˛esto uz˛ebiona paszcza była otwarta, jak w ziewni˛eciu, a nie widz ˛

ace

oczy wpatrywały si˛e matowo. Martwy drapie˙znik miał krótkie, zako´nczone szpo-
nami przednie łapy oraz du˙ze i masywne łapy tylne, które umo˙zliwiały mu szybki
bieg podczas ataku. Pomarszczona skóra była c˛etkowana i miała brzydki, br ˛

azo-

wy kolor z odcieniem purpury. Kolor tła, pomy´slał Brion. Maszyna do zabijania.
To na pewno jej obawiały si˛e inne zwierz˛eta.

Poczuł si˛e zm˛eczony. Opadł ci˛e˙zko na martwe ciało i wytarł dłonie z krwi o je-

go skór˛e. Wypił łapczywie kilka łyków wody ze swej drewnianej butelki, po czym
zacz ˛

ał gł˛eboko oddycha´c, czekaj ˛

ac, a˙z odzyska siły. Niezbyt obiecuj ˛

acy pocz ˛

atek

zwiadu. Omal nie został u´smiercony przez pierwsze napotkane zwierz˛e! Na szcz˛e-

´scie omal. Nó˙z był ostry i dobrze wywa˙zony, a refleks Briona błyskawiczny jak

zawsze. Drugi raz nie da si˛e ju˙z zaskoczy´c.

Tak czy inaczej, był w ko´ncu na powierzchni planety i w obecnej chwili

wzgl˛ednie bezpieczny. Teraz była pora na nast˛epne posuni˛ecie. Dotychczas trosz-
czył si˛e jedynie o przetrwanie. Najpierw musiał stara´c si˛e unikn ˛

a´c ataku rakieto-

wego, potem l ˛

adowego sprz˛etu bojowego, co mu si˛e ostatecznie udało. Udało mu

si˛e tak˙ze odeprze´c atak drapie˙znika. Tak wi˛ec pierwsza cz˛e´s´c zadania została wy-
konana. Nast˛epn ˛

a czynno´sci ˛

a, przed udaniem si˛e w dalsz ˛

a drog˛e było przekazanie

wiadomo´sci o bezpiecznym l ˛

adowaniu.

Miejsce, w którym si˛e znajdował, nadawało si˛e do tego celu tak samo jak ka˙z-

de inne na tej równinie — znajdowało si˛e dostatecznie daleko od drzew i było
dobrze widoczne z orbity. Cz˛e´s´c trawy była zdeptana przez zwierz˛eta, było tego
jednak za mało do rozło˙zenia znaków sygnalizacyjnych. Na szcz˛e´scie nie opo-
dal znajdował si˛e kamienisty pagórek, wolny od wysokiej trawy. Wszedł na niego
i otworzywszy torb˛e, wyci ˛

agn ˛

ał zwój kolorowych wst˛eg. Mimo, i˙z wiedział, ˙ze

nic nie zobaczy, nie mógł si˛e powstrzyma´c od spojrzenia na puste bł˛ekitne nie-
bo. L ˛

adownik kr ˛

a˙zył po orbicie niewidoczny dla niego, podczas gdy on mógł

by´c obserwowany przez Le˛e dzi˛eki elektronicznemu powi˛ekszeniu. U´smiechn ˛

si˛e do siebie, machaj ˛

ac szeroko r˛ekoma nad głow ˛

a. Był to gest zwyci˛estwa i to

wprawiło go w lepszy nastrój. Nast˛epnie pochylił si˛e i zacz ˛

ał rozkłada´c wst˛egi,

aby uformowa´c pierwszy znak. Był nim X, którego zadaniem było umo˙zliwienie
komputerowi ustalenie jego pozycji, w przypadku gdyby nie byt w tej chwili ob-
serwowany. Potem rozło˙zył reszt˛e przekazu. Kod, który wymy´slił i zapami˛etał,
był prosty. I oznaczało, ˙ze wyl ˛

adował bezpiecznie (je´sli Lea obserwowała jego

spotkanie z drapie˙znym gadem, mogła mie´c w ˛

atpliwo´sci co do jego finału). Sta-

n ˛

ał z boku na chwil˛e, aby umo˙zliwi´c jego zarejestrowanie, po czym doło˙zył dru-

28

background image

g ˛

a wst˛eg˛e, zmieniaj ˛

ac I na T, aby poinformowa´c j ˛

a, ˙ze działa zgodnie z planem

i ˙ze wkrótce przeka˙ze kolejny meldunek. Musiał przydusi´c wst˛egi kamieniami,
aby le˙zały płasko, gdy˙z poranny wiatr wzmagał si˛e, w miar˛e jak sło´nce wznosiło
si˛e coraz wy˙zej i coraz bardziej ogrzewało ziemi˛e. Z wierzchołka pagórka wida´c
było wyra´znie cał ˛

a okolic˛e. Skubi ˛

ace traw˛e jaszczurki pasły si˛e teraz spokojnie

nad brzegiem jeziora. Droga, któr ˛

a musiał przej´s´c chc ˛

ac dotrze´c do najbli˙zsze-

go pobojowiska była prosta — wystarczyło i´s´c na zachód wzdłu˙z brzegu jeziora.
Prosty spacer, dzi˛eki któremu b˛edzie mógł zbada´c okolic˛e i przyjrze´c si˛e napo-
tkanym zwierz˛etom. Była ju˙z najwy˙zsza pora, aby rusza´c w drog˛e. Zwin ˛

ał wst˛egi

i schował je na powrót do torby, a potem, czuj ˛

ac ciepło promieni słonecznych na

plecach, ruszył na zachód.

W ´srodku dnia zrobił postój na krótki odpoczynek i posiłek. Suszone przez

wymra˙zanie racje ˙zywno´sciowe miały dostarcza´c mu całej niezb˛ednej energii
przez kilka dni, smakowały jednak jak sucha tektura. Skropił je wod ˛

a, a nast˛epnie

potrz ˛

asn ˛

ał butelk ˛

a, aby zobaczy´c, ile mu jej zostało. Wystarczy na reszt˛e dnia,

ale przed zmrokiem b˛edzie musiał butelk˛e napełni´c. Postanowił zrobi´c to pó´zniej,
kiedy dzie´n b˛edzie si˛e zbli˙zał do ko´nca, a teraz oddali´c si˛e od jeziora i poszuka´c
kryjówki na noc mi˛edzy skałami lub drzewami. Ten samotny drapie˙znik sprawił,

˙ze poczuł respekt dla dzikich zwierz ˛

at zamieszkuj ˛

acych t˛e planet˛e. Schował opa-

kowanie po racjach ˙zywno´sciowych oraz butelk˛e z wod ˛

a do torby, wstał i przeci ˛

a-

gn ˛

ał si˛e.

D´zwi˛ek, który dobiegł nagle do jego uszu, był z pocz ˛

atku tak słaby i odległy,

˙ze wzi ˛

ał go za brz˛eczenie owada. Szybko jednak przybierał na sile. Kiedy rozpo-

znał go, zanurkował w bok, kryj ˛

ac si˛e w g˛estej trawie. Był to odgłos silnika od-

rzutowego. Dławił si˛e, jak gdyby miał awari˛e. Nadleciał od strony sło´nca — biała
smuga skondensowanej pary z czarn ˛

a kropk ˛

a z przodu. Skr˛ecał raz po raz, jakby

pilot chciał czego´s unikn ˛

a´c. Po raz kolejny zmienił kierunek, zakr˛ecaj ˛

ac w stron˛e

Briona, po czym przeleciał niemal dokładnie nad jego głow ˛

a z ogłuszaj ˛

acym ry-

kiem silnika. Po chwili znikn ˛

ał w błysku płomieni, które szybko pochłon ˛

ał biały,

rozprzestrzeniaj ˛

acy si˛e obłok. Co´s czarnego wychyn˛eło jednak z dymu i spadło

łukiem na ziemi˛e w odległo´sci ponad kilometra od Briona, wzbijaj ˛

ac w powie-

trze obłok pyłu. Towarzyszył temu odgłos grzmotu pochodz ˛

acego z powietrznej

eksplozji, który dotarł w ko´ncu do jego uszu.

Brion podniósł si˛e powoli na równe nogi i spojrzał w kierunku opadaj ˛

ace-

go pyłu. To wszystko rozegrało si˛e nieco za blisko, pomy´slał. Był to przypadek,
czy te˙z pojawienie si˛e tego samolotu miało co´s z wspólnego z nim? Niemo˙zli-
we, chyba przypadek. Ale dlaczego w takim razie czuł zimny pot na plecach na
my´sl o obejrzeniu z bliska tego wraku? Instynkt samozachowawczy nakazywał
mu trzyma´c si˛e od niego z dala. Dla dobra zadania musiał jednak obejrze´c tamto
miejsce. Mogło tam by´c ciało pilota lub jaka´s inna wskazówka. Nie miał wyboru.

29

background image

Pył opadł i równina wygl ˛

adała znowu spokojnie jak przedtem. Zapami˛etał jednak

kierunek. Nie zwlekaj ˛

ac dłu˙zej, ruszył w tamt ˛

a stron˛e.

Krater, który ujrzał, wygl ˛

adał jak czarna plama w morzu trawy. Brion zbli-

˙zył si˛e do niego powoli, pełzn ˛

ac na brzuchu przez kilka ostatnich metrów. Kiedy

zajrzał ostro˙znie przez jego kraw˛ed´z, dostrzegł w dole na dnie metalowe szcz ˛

at-

ki, z których wystawało skrzydło samolotu. Nigdzie na jego powierzchni nie za-
uwa˙zył ˙zadnego oznaczenia — nawet z bliska, kiedy zsun ˛

ał si˛e w dół i podszedł

do złomu. Powierzchnia wraku była jeszcze ciepła. Obszedł go ostro˙znie. Do-
okoła rozrzucone były niewielkie metalowe odłamki. Odwracał je kolejno no˙zem
na drug ˛

a stron˛e. Jego cierpliwo´s´c została nagrodzona, gdy˙z w ko´ncu znalazł ta-

bliczk˛e znamionow ˛

a, na której widniały wci ˛

a˙z czytelne jeszcze napisy! Niestety,

mimo i˙z wszystkie litery były wyra´znie widoczne, składaj ˛

ace si˛e z nich wyrazy

umieszczone mi˛edzy cyframi napisane były w zupełnie mu nieznanym j˛ezyku.
Jako ewentualna wskazówka tabliczka była dla niego w tym momencie zupeł-
nie nieprzydatna, niemniej nie mógł jej zlekcewa˙zy´c. Pomy´slał o oderwaniu jej,
ale szybko uprzytomnił sobie, ˙ze noszenie ze sob ˛

a metalu, bez wzgl˛edu na jego

wielko´s´c, byłoby nieroztropne. W ko´ncu czubkiem no˙za skopiował widniej ˛

ace na

niej napisy na butelce od wody. W ten sposób mógł zabra´c ze sob ˛

a przynajmniej

jej tre´s´c. Ogl˛edziny te odci ˛

agn˛eły go od jeziora, tote˙z ruszaj ˛

ac w dalsz ˛

a drog˛e,

zboczył nieco w jego kierunku. Blisko wody dostrzegł co najmniej trzy stada tra-
wo˙zernych zwierz ˛

at i skierował si˛e w ich stron˛e. Nie miał ju˙z wody w butelce,

a robiło si˛e pó´zno. Zamierzał napełni´c j ˛

a w miejscu, w którym piły wod˛e zwie-

rz˛eta.

Z równiny wyłonił si˛e przed nim niewielki zagajnik. Musiał słu˙zy´c za kryjów-

k˛e dla drapie˙zników, poniewa˙z stado, którego ´sladem szedł, wpadło nagle w pani-
k˛e. Cz˛e´s´c zwierz ˛

at ruszyła na o´slep w jego stron˛e. Stał nieruchomo, kiedy kolejne

osobniki przemykały obok niego. Ich długie łapy umo˙zliwiały im osi ˛

aganie im-

ponuj ˛

acej szybko´sci. Po chwili były ju˙z za nim. Kolumn˛e zamykali najmłodsi

i najwolniejsi członkowie stada, a jednym z ostatnich był masywny samiec z kr˛e-
tymi rogami. Potrz ˛

asał nimi złowrogo w kierunku Briona, ale poniewa˙z ten nie

wykonał ˙zadnego prowokacyjnego ruchu, pobiegł dalej. Kiedy w ko´ncu wszyst-
kie zwierz˛eta, z maruderami wł ˛

acznie, min˛eły go, poszedł wygniecionymi przez

nie ´scie˙zkami w trawie, omijaj ˛

ac smugi cuchn ˛

acego łajna. Poruszał si˛e bardzo

ostro˙znie, z no˙zem w r˛eku, rozgl ˛

adaj ˛

ac si˛e na wszystkie strony i nadsłuchuj ˛

ac

uwa˙znie. Dostrzegłszy przed sob ˛

a ciemny kształt na wpół ukryty w trawie, sta-

n ˛

ał jak wryty. Było to martwe zwierz˛e ro´slino˙zerne. Miało schowany pod siebie

łeb, którego rozwarty pysk wyra˙zał paniczny strach. Jego zabójcy nie było wida´c
nigdzie w pobli˙zu. Brion szedł do przodu stawiaj ˛

ac ostro˙znie kroki, dopóki nie

przekonał si˛e, ˙ze nic nie czai si˛e w trawie obok zwłok. Drapie˙znik, który je za-
bił, musiał si˛e dawno st ˛

ad oddali´c. Brion obchodz ˛

ac zwłoki cały czas trzymał nó˙z

30

background image

w r˛eku. Gardziel zwierz˛ecia była rozci˛eta. . . Bardzo równo. Trudno byłoby mu to
zrobi´c swoim no˙zem lepiej.

Zamarł w bezruchu. To rozci˛ecie było zbyt równe. Z boku zwierz˛ecia znajdo-

wała si˛e jeszcze jedna rana. Wła´sciwie nie rana, ale naci˛ecie. Brakowało jednej
łapy. Była równo odci˛eta w stawie. ˙

Zadne zwierz˛e nie mogło tego zrobi´c z˛ebami

lub pazurami. To mogło by´c wykonane tylko przez takie stworzenie, które było
wyposa˙zone w bardzo ostry nó˙z. Brion spojrzał w kierunku pogr ˛

a˙zonego w mro-

ku zagajnika. Czy z tej kryjówki spogl ˛

adały na niego czyje´s oczy? Czy˙zby na tej

planecie była jaka´s inteligentna forma ˙zycia? Czy to mo˙zliwe, aby to były oczy
ludzkie?

background image

Spotkanie z obcym

Teraz nale˙zało si˛e zastanowi´c, a nie działa´c. Brion wiedział o tym od chwili,

w której zobaczył te równe naci˛ecia. Powoli wsun ˛

ał nó˙z do pochwy przytwierdzo-

nej do pasa i równie wolno usiadł na ziemi. Spojrzał w kierunku jeziora, udaj ˛

ac,

˙ze nie patrzy na drzewa — widział je jednak wyra´znie k ˛

atem oka. Jedyny ruch,

jaki dostrzegł, pochodził od faluj ˛

acej na wietrze trawy.

To le˙z ˛

ace u jego boku zwierz˛e zabiły inteligentne stworzenia. Wyposa˙zeni

w no˙ze ludzie lub Obcy, którzy okaleczyli te zwłoki i zbiegli z odci˛etym mi˛e-
sem. Kimkolwiek byli, musieli dostrzec go i uciec w po´spiechu mi˛edzy drzewa.
Najprawdopodobniej byli tam teraz i obserwowali go. Rozlu´znił mi˛e´snie i skon-
centrował si˛e, aby nawi ˛

aza´c z nimi kontakt, ale jego zdolno´sci empatyczne były

niewiele warte na tak ˛

a odległo´s´c. Wyczuwał stany emocjonalne ludzi tylko wtedy,

kiedy znajdowali si˛e blisko niego. Gdy oddalali si˛e, szybko przestawał je odbie-
ra´c. Skoncentrował si˛e jeszcze raz, próbuj ˛

ac wyłapa´c jaki´s impuls. Jest — chy-

ba jakie´s stworzenie. Tyle tylko mógł o nim powiedzie´c. Impuls był tak słaby, ˙ze
mógł pochodzi´c od jakiejkolwiek ˙zywej istoty — człowieka, mo˙ze nawet Obcego,
mógł te˙z by´c prostym strumieniem ´swiadomo´sci takiego zwierz˛ecia jak to, które
le˙zało martwe przed nim. Cokolwiek oznaczał, był słabo wyczuwalny. Byłoby mu
łatwiej zidentyfikowa´c go, gdyby był wyra´zniejszy i silniejszy.

Brion zdecydował si˛e błyskawicznie: wyskoczył wysoko w powietrze, wyda-

j ˛

ac przy tym dziki okrzyk. Opadłszy na ziemi˛e, zacz ˛

ał okr ˛

a˙za´c ciało zwierz˛ecia,

nadal gło´sno pokrzykuj ˛

ac. Zatoczywszy koło, usiadł z powrotem u´smiechaj ˛

ac si˛e

z zadowoleniem. A jak˙ze, był tam kto´s! I nie był to ˙zaden Obcy ani ˙zaden tutejszy
gad. Ta emocjonalna reakcja, któr ˛

a wyczuł, pochodziła od człowieka, który prze-

straszył si˛e nie na ˙zarty, kiedy Brion niespodziewanie podskoczył z krzykiem. Był
to m˛e˙zczyzna. Obserwował go, ukryty za zasłon ˛

a drzew. Opanowany był przez

strach. To był ten stan emocjonalny, który wyemanował z siebie w odpowiedzi na
niespodziewany krzyk Briona. Bał si˛e go. Brion musiał si˛e z nim skontaktowa´c,
mimo jego panicznego strachu. Ale jak to zrobi´c? Popatrzył jeszcze raz na le˙z ˛

ace

obok niego martwe zwierz˛e. Mimo nieapetycznego wygl ˛

adu ciała oraz zielonej

krwi, jego mi˛eso musiało by´c jadalne dla ludzi. Ukrywaj ˛

aca si˛e istota była bo-

wiem człowiekiem — ten fakt był tak oczywisty, jak jego emocje. Człowiek ten

32

background image

odci ˛

ał kawał mi˛esa, aby je zje´s´c, ale zobaczywszy Briona zd ˛

a˙zył zabra´c ze sob ˛

a

tylko jedn ˛

a łap˛e. Nale˙zało zatem wykona´c jaki´s przyjazny gest. Brion oddzielił

drug ˛

a tyln ˛

a łap˛e, odcinaj ˛

ac j ˛

a równo od reszty ciała. — Podniósł j ˛

a do góry i wy-

ci ˛

agn ˛

ał przed siebie, aby była wyra´znie widoczna, po czym ruszył w stron˛e drzew,

uwa˙zaj ˛

ac, aby nie i´s´c prosto w kierunku ukrytego obserwatora. Kiedy dotarł do

pierwszego drzewa, jednym ruchem ´sci ˛

ał grub ˛

a gał ˛

a´z i zrobiwszy naci˛ecie pod

´sci˛egnem łapy, nadział j ˛

a na gał ˛

a´z i zostawił.

Pierwszy krok. Je´sli obserwator we´zmie mi˛eso, b˛edzie to oznaczało, ˙ze kon-

takt został nawi ˛

azany. Teraz jest wła´sciwy moment, aby pój´s´c napełni´c butelk˛e

wod ˛

a. Wydeptan ˛

a przez zwierz˛eta ´scie˙zk ˛

a doszedł do jeziora, po czym przedzie-

raj ˛

ac si˛e przez trzciny wszedł po pas do wody. Była czysta i nie zamulona. Spró-

bowawszy, napełnił ni ˛

a butelk˛e. Kiedy ruszył w drog˛e powrotn ˛

a, sło´nce zbli˙zało

si˛e do horyzontu. Kilka padlino˙zernych lataj ˛

acych jaszczurek siedziało na zwło-

kach zabitego zwierz˛ecia i rozszarpywało je po kawałku ostrymi jak igły z˛eba-
mi. Zatrzepotały leniwie skrzydłami, skrzecz ˛

ac piskliwie, kiedy przechodził obok.

Sło´nce dotykało ju˙z horyzontu. Patrz ˛

ac na nie musiał jednak przysłoni´c r˛ek ˛

a oczy.

Łapy nie było na gał˛ezi, lecz zorientował si˛e, ˙ze ukryty obserwator nadal czaił si˛e
w pobli˙zu. Jedyne, co Brion mógł teraz zrobi´c, to czeka´c. Ale nie tak blisko tego
martwego zwierz˛ecia. To byłoby nierozs ˛

adne: ´scierwojady wci ˛

a˙z nad nim kr ˛

a˙zyły,

skrzecz ˛

ac bez przemy i mogły zwabi´c jeszcze innych, wi˛ekszych amatorów pa-

dliny. Bezpieczne schronienie mogły mu zapewni´c drzewa. Wykonuj ˛

ac łatwe do

rozszyfrowania, spokojne ruchy w zapadaj ˛

acym mroku, obszedł zabite zwierz˛e

i wszedł do zagajnika.

W miar˛e jak zapadała noc, nieznany m˛e˙zczyzna oddalał si˛e, wchodz ˛

ac coraz

gł˛ebiej mi˛edzy drzewa, a˙z w ko´ncu poczucie jego obecno´sci stało si˛e ledwie wy-
czuwalnym impulsem balansuj ˛

acym na skraju zdolno´sci empatycznych Briona.

Najwyra´zniej nie chciał by´c zaskoczony w nocy. Brion zreszt ˛

a równie˙z. Wymo-

´scił sobie posłanie z opadłych li´sci obok najwi˛ekszego drzewa i uło˙zył si˛e do snu

z no˙zem mocno zaci´sni˛etym w r˛eku. Spał czujnym snem, podczas którego nie
tracił ´swiadomo´sci tego, co si˛e działo wokół niego. Obudził si˛e tylko raz, kiedy
w pobli˙zu przepełzło jakie´s nocne stworzenie. Wyczuło jego obecno´s´c i nie zbli-

˙zało si˛e do niego. Nic wi˛ecej nie niepokoiło go tej nocy. Obudził si˛e wypocz˛ety

wraz z pierwszymi promieniami słonecznymi.

My´sliwy wci ˛

a˙z był w pobli˙zu. . . i wci ˛

a˙z go obserwował. Brion czuł napły-

waj ˛

acy od niego strumie´n energii, kiedy wyszedł spomi˛edzy drzew na równin˛e.

Byt w nim ju˙z nie tylko strach, ale równie˙z ciekawo´s´c. Brion wiedział, ˙ze mu-
si panowa´c nad swoj ˛

a niecierpliwo´sci ˛

a. Nast˛epny krok nale˙zał do niewidocznego

obserwatora.

Czekanie nie nale˙zało do łatwych zaj˛e´c. Po południu miał ju˙z dosy´c siedzenia

i oczekiwania, ˙ze co´s si˛e stanie. Stada ro´slino˙zernych zwierz ˛

at pasły si˛e w oddali

przechodz ˛

ac z miejsca na miejsce. Sło´nce wznosiło si˛e wysoko na bezchmurnym

33

background image

niebie i nic si˛e nie działo. Brion zjadł swoj ˛

a racj˛e ˙zywno´sciow ˛

a zwil˙zaj ˛

ac j ˛

a wo-

d ˛

a z jeziora. Aby poskromi´c niecierpliwo´s´c zacz ˛

ał układa´c wiersz o otaczaj ˛

acym

go krajobrazie, ale szybko stwierdził, ˙ze jest to zaj˛ecie jeszcze bardziej nu˙z ˛

ace

ni˙z samo czekanie. Potem spróbował zagra´c ze sob ˛

a w szachy w pami˛eci, ale po

dwudziestym ruchu czarnych pogubił si˛e i równie˙z z tego zrezygnował. W ´srod-
ku popołudnia miał ju˙z dosy´c. Tamtemu człowiekowi najwyra´zniej wystarczało
le˙zenie w ukryciu i obserwowanie go. Postanowił zadziała´c. Wstał i przeci ˛

agn ˛

si˛e, po czym ruszył powoli w kierunku nieznanego m˛e˙zczyzny. Odebrał tak silny
i wyra´zny impuls strachu, ˙ze mógł z łatwo´sci ˛

a ustali´c miejsce jego kryjówki. Znaj-

dowała si˛e za pniem du˙zego, powalonego drzewa. Przystan ˛

ał i uniósł nad głow ˛

a

otwarte dłonie. Uczucie paniki znikn˛eło, lecz strach pozostał, całkowicie tłumi ˛

ac

ciekawo´s´c, która trzymała my´sliwego w ukryciu przez cały dzie´n i skłaniała go do
prowadzenia obserwacji. Teraz Brion odbierał mieszanin˛e emocji, w której poja-
wiła si˛e ˙z ˛

adza, wci ˛

a˙z jednak tłumiona przez strach. Zrobił krok do przodu i wów-

czas strach całkowicie j ˛

a zagłuszył. Łowca rzucił si˛e do ucieczki. Kiedy Brion

podszedł do jego kryjówki, zrozumiał, sk ˛

ad wzi˛eły si˛e w nim te dwa sprzeczne

stany emocjonalne. Le˙zały tam oba ud´zce. Porzucone w panice, za ci˛e˙zkie do nie-
sienia w biegu. Brion pochylił si˛e i podniósł je, po czym zarzucił je sobie bez
wysiłku na barki, po jednym z ka˙zdej strony, i ruszył ´sladem łowcy.

Szybko si˛e zorientował, ˙ze łowca kieruje si˛e w stron˛e wi˛ekszej g˛estwiny i ci ˛

a-

gn ˛

acych si˛e za ni ˛

a wzgórz. Kiedy Brion upewnił si˛e co do tego, wrócił na równi-

n˛e i ruszył co tchu skrajem zagajnika, aby go wyprzedzi´c. Poruszanie si˛e było tu
znacznie łatwiejsze i mimo i˙z był objuczony mi˛esem, bez trudu udało mu si˛e to
osi ˛

agn ˛

a´c. Wbiegł mi˛edzy drzewa i zatrzymał si˛e w miejscu, w którym przebiegała

przewidywana trasa ucieczki łowcy. Brion czuł, jak tamten zbli˙za si˛e do niego. To
było dobre miejsce, aby na niego zaczeka´c. Dysz ˛

ac ci˛e˙zko poło˙zył na ziemi swój

baga˙z i uspokajaj ˛

ac lekko przyspieszony oddech zamarł w oczekiwaniu, patrz ˛

ac

w kierunku, z którego spodziewał si˛e nadej´scia łowcy. Wyczuwał coraz wyra´zniej
jego strach i rosn ˛

ace zm˛eczenie.

Dostrzegli si˛e w tym samym momencie i nowy strumie´n strachu wyrzucił

gwałtownie r˛ek˛e łowcy do przodu. Brion zobaczył jedynie błysk ostrza dzidy
mkn ˛

acej prosto na niego. Odskoczył w bok, a dzida wbiła si˛e w pie´n drzewa.

Łowca kucn ˛

ał i wyci ˛

agn ˛

ał nó˙z. Brion powoli stawał na nogi. Nie spuszczaj ˛

ac go

z oczu, wyci ˛

agn ˛

ał dzid˛e z drzewa i rzucił j ˛

a na ziemi˛e. Potem równie wolno wy-

ci ˛

agn ˛

ał swój nó˙z i rzucił go obok dzidy. Fale strachu wci ˛

a˙z emanowały od łowcy.

Brion czekał w milczeniu, a˙z ten strach osłabnie, po czym przemówił spokojnym
głosem.

— Nie mam zamiaru ci˛e skrzywdzi´c. Oto mój nó˙z, a tu jest mi˛eso. Zosta´nmy

przyjaciółmi.

Łowca nie rozumiał go, ale łagodno´s´c jego głosu najwyra´zniej wywarła na

nim pewne wra˙zenie. Brion wskazał na mi˛eso i bro´n mówi ˛

ac nieprzerwanie tym

34

background image

samym spokojnym tonem, po czym odszedł na bok, staraj ˛

ac si˛e by´c cały czas

w polu widzenia łowcy. Kiedy znalazł si˛e w odległo´sci kilku metrów, zatrzymał
si˛e i usiadł na ziemi, opieraj ˛

ac si˛e plecami o drzewo. Czekał teraz na krok tamte-

go. Koncentruj ˛

ac si˛e na emanuj ˛

acych od niego emocjach, czuł wyra´znie stopnio-

we tłumienie strachu przez ciekawo´s´c. Łowca zrobił niepewny krok do przodu,
potem jeszcze jeden, a˙z w ko´ncu wyszedł na ´swiatło słoneczne. Spogl ˛

adali na sie-

bie ze wzajemn ˛

a ciekawo´sci ˛

a. Łowca był bez w ˛

atpienia człowiekiem, był ko´scisty

i niskiego wzrostu, si˛egał Brionowi zaledwie do ramion. Miał długie, zmierzwio-
ne włosy. Zlepione brudem kosmyki opadały mu prosto na twarz. Odziany był
w jaszczurcz ˛

a skór˛e, tak ˛

a sam ˛

a skór ˛

a owini˛ete miał niezdarnie stopy. Kiedy pod-

szedł bli˙zej, popatrzył ze strachem, szeroko rozdziawiaj ˛

ac przy tym usta, na ubra-

nie i buty Briona, który u´smiechn ˛

ał si˛e do niego, gdy ten pochylił si˛e nad broni ˛

a.

Starał si˛e zachowa´c spokój, widz ˛

ac swój nó˙z w jego r˛ekach. Łowca obracał go na

wszystkie strony przygl ˛

adaj ˛

ac mu si˛e z podziwem. Poczuł nagły strach, gdy roz-

ci ˛

ał sobie palec. o ostre jak brzytwa ostrze. Wło˙zył palec do ust i zacz ˛

ał go ssa´c

niczym dziecko. Kiedy po chwili przezwyci˛e˙zył ból i strach, pochylił si˛e i odkroił
no˙zem kawałek mi˛esa z jednego z ud´zców. Brion poczuł dreszcz zadowolenia, gdy
łowca wyci ˛

agn ˛

ał powoli w jego kierunku kawałek surowego mi˛esa. Skin ˛

ał głow ˛

a

i u´smiechn ˛

ał si˛e w odpowiedzi, po czym ruszył wolno do przodu z wyci ˛

agni˛etymi

r˛ekoma. Kiedy przeszedł kilka kroków, łowca znowu zareagował strachem i rzu-
ciwszy mi˛eso, cofn ˛

ał si˛e o par˛e metrów. Brion zatrzymał si˛e i poczekał cierpliwie,

a˙z tamten si˛e uspokoi, dopiero potem ostro˙znie ruszył dalej. Kiedy doszedł do po-
rzuconego kawałka mi˛esa, pochylił si˛e i podniósł go. Wło˙zył do ust i ˙zuł przez
chwil˛e. Mi˛eso było wstr˛etne, mimo to u´smiechn ˛

ał si˛e i potarł brzuch mlaskaj ˛

ac

z zadowoleniem. Strach łowcy zmalał wyra´znie. On równie˙z si˛e u´smiechn ˛

ał, naj-

pierw niepewnie, potem szeroko i potarł brzuch tak samo jak Brion, na´sladuj ˛

ac

przy tym wydawane przez niego d´zwi˛eki. Kontakt został nawi ˛

azany.

background image

Pierwszy kontakt

Kiedy wreszcie pokojowy kontakt został nawi ˛

azany, łowca wygl ˛

adał, jakby

cały strach go opu´scił. Brion czuł to empatycznie, chocia˙z z pocz ˛

atku trudno

mu było to zrozumie´c. Był to dorosły m˛e˙zczyzna, który objawiał jednocze´snie
dziwnie infantylne reakcje. Pocz ˛

atkowy strach na widok obcego został stłumiony

przez pó´zniejsz ˛

a ciekawo´s´c i zamiast ucieka´c, pozostał, aby przyjrze´c si˛e Briono-

wi, a nawet zanocował w jego pobli˙zu. Najpierw ˙z ˛

adza, potem znowu strach —

wygl ˛

adało to, jak gdyby potrafił prze˙zywa´c tylko jeden stan emocjonalny naraz.

Jak dziecko. Teraz mówił co´s wesoło do siebie ogl ˛

adaj ˛

ac ubranie i buty Briona, pił

hała´sliwie wod˛e z jego butelki. W ko´ncu posmakował suchego prowiantu, wkrót-
ce jednak odrzucił go z niesmakiem. Wszystko to robił nie zadaj ˛

ac ˙zadnych pyta´n,

z i´scie dziecinn ˛

a akceptacj ˛

a nowej sytuacji.

Nie zareagował nawet wtedy, gdy Brion, pokazuj ˛

ac mu zawarto´s´c swojej tor-

by, spokojnie podniósł swój nó˙z i schował go do pochwy. Co wi˛ecej, nawet tego
nie zauwa˙zył. Był zbyt pochłoni˛ety ogl ˛

adaniem posiadanych przez Briona przed-

miotów, aby zachowa´c minimalne chocia˙z ´srodki ostro˙zno´sci.

Brion nie potrzebował wiele czasu, aby doj´s´c do wniosku, ˙ze kultura tego

człowieka była tak prymitywna, jak prosta i pozbawiona refleksji była akceptacja
nowej znajomo´sci. Posiadane przez niego przedmioty były wytworami typowymi
dla epoki kamiennej. Ostrze dzidy było ostrym odłamkiem szklistej skały wulka-
nicznej, niezdarnie przywi ˛

azanym do ko´nca drzewca. Nó˙z był równie˙z wyłupany

z kamienia. Jaszczurcze skóry, które nosił, były zupełnie nie wyprawione, na co
jednoznacznie wskazywał ich zapach. Jedyn ˛

a ozdob ˛

a, czyli nieu˙zytkowym przed-

miotem, jaki posiadał, była jaszczurcza czaszka. Nosił ten odra˙zaj ˛

acy przedmiot

z gnij ˛

ac ˛

a z wierzchu skór ˛

a jak hełm.

Kiedy łowca zaspokoił pierwsz ˛

a ciekawo´s´c, Brion spróbował porozumie´c si˛e

z nim. Zako´nczyło si˛e to niemal całkowitym fiaskiem. Po nie ko´ncz ˛

acym si˛e

wskazywaniu na siebie i wymawianiu swojego imienia, a nast˛epnie wskazywaniu
na niego i zadawaniu pytania, Brionowi udało si˛e w ko´ncu ustali´c, ˙ze nazywał si˛e
Vjer lub Vjr — pojedynczy d´zwi˛ek, chyba jednak całkowicie pozbawiony samo-
głosek, Imi˛e Briona wypowiadał jako Bran lub, równie˙z całkowicie pozbawione
samogłosek, Brn. Na tym ko´nczyła si˛e ich rozmowa. Vjer szybko stracił zaintere-

36

background image

sowanie dla słów i nie chciał uczy´c si˛e ˙zadnych innych wyrazów wypowiadanych
przez Briona, nie miał te˙z ochoty nauczy´c Briona swoich. Zakres jego zaintere-
sowa´n był bardzo ograniczony. Kiedy poczuł pragnienie, opró˙znił cał ˛

a butelk˛e

wody, wi˛ecej jej przy tym wylewaj ˛

ac ni˙z wypijaj ˛

ac. Pó´zniej, kiedy poczuł głód,

odci ˛

ał kawałek zielonego, jaszczurczego mi˛esa, roj ˛

acego si˛e ju˙z od owadów, prze-

˙zuł je i zjadł na surowo z wyra´znym zadowoleniem. Brion z trudem akceptował

wszystko co było zwi ˛

azane z tym człowiekiem.

Vjer (lub Vjr) był po prostu człowiekiem pierwotnym. Korzystaj ˛

ac ze swo-

ich zdolno´sci empatycznych, Brion mógł z cał ˛

a pewno´sci ˛

a stwierdzi´c, ˙ze Vjer

niczego nie udawał. Był dokładnie taki, na jakiego wygl ˛

adał. Był pozbawionym

wyobra´zni, prostym człowiekiem z epoki kamiennej. A jednocze´snie jego planeta
była zdominowana przez dwie siły tocz ˛

ace ze sob ˛

a nieustann ˛

a wojn˛e, u˙zywaj ˛

ace

najbardziej nowoczesnych broni. . . Gdzie w tym wszystkim było miejsce Vje-
ra? Czy˙zby był swego rodzaju wyrzutkiem? Uciekinierem z pola walki? Nie było
mo˙zliwo´sci rozstrzygni˛ecia tej kwestii bez znalezienia sposobu na porozumiewa-
nie si˛e. Był sam czy te˙z był członkiem jakiej´s wi˛ekszej grupy? Jaki nast˛epny krok
nale˙zało teraz zrobi´c? Rozmy´slania jego przerwał sam Vjer. Sko´nczywszy je´s´c
mi˛eso, nie zwa˙zaj ˛

ac na nic uci ˛

ał sobie drzemk˛e. Usiadł na skrzy˙zowanych nogach

i w jednej chwili zapadł w gł˛eboki sen — jego odruchy były bardziej zwierz˛ece
ni˙z ludzkie. Potem równie nagle obudził si˛e, wyskakuj ˛

ac w powietrze i mam-

rocz ˛

ac jakie´s niezrozumiałe słowa. Musiał co´s postanowi´c, gdy˙z odci ˛

ał długie,

grube pn ˛

acza od jednego z drzew swoim kamiennym no˙zem. Zwi ˛

azał nim oba

ud´zce i post˛ekuj ˛

ac zarzucił je sobie na plecy. Trzymaj ˛

ac nó˙z w jednej r˛ece, a dzi-

d˛e w drugiej ruszył ´scie˙zk ˛

a przed siebie, po chwili jednak przystan ˛

ał, jak gdyby

sobie co´s przypomniał.

— Brrn — powiedział, chichocz ˛

ac. — Brrn, Brrn! — Nast˛epnie odwrócił si˛e

i chciał odej´s´c.

— Zaczekaj — zawołał Brion. — Pójd˛e z tob ˛

a!

Zacz ˛

ał i´s´c za nim, ale szybko zatrzymał si˛e, kiedy poczuł nagły impuls strachu.

Vjer wpadł w taki popłoch, ˙ze cały si˛e trz ˛

asł i wymachiwał agresywnie dzid ˛

a.

Próbował wycofa´c si˛e tyłem, lecz zatrzymał si˛e, kiedy zobaczył, ˙ze Brion ruszył
za nim. Emanowało z niego uczucie nieszcz˛e´scia, z oczu kapały rz˛esiste łzy.

— Có˙z, widz˛e, ˙ze nie chcesz, abym szedł z tob ˛

a — powiedział Brion ła-

godnym, jak mu si˛e zdawało, tonem. — Spotkamy si˛e jeszcze. B˛edziesz pewnie
gdzie´s tam na tych wzgórzach i nie powinno by´c problemu z odszukaniem ciebie.

Strach Vjera zmalał, kiedy zobaczył, ˙ze Brion nie ruszył za nim tym razem.

Wycofał si˛e mi˛edzy drzewa, po czym odwrócił si˛e do tyłu i co sił w nogach po-
biegł przed siebie, objuczony mi˛esem. Kiedy znikn ˛

ał z pola widzenia, Brion za-

wrócił i poszedł w przeciwnym kierunku, z powrotem na równin˛e. Zboczył nieco
z trasy, aby napełni´c butelk˛e wod ˛

a, po czym zacz ˛

ał biec powoli t ˛

a sam ˛

a tras ˛

a, któ-

r ˛

a szedł poprzedniego dnia. Miał teraz wa˙zne zadanie do wykonania. Pole bitwy

37

background image

mogło poczeka´c. Im bardziej opó´zniał si˛e kontakt ze ´smiertelnym wrogiem, tym
lepiej. B˛edzie na to du˙zo czasu, kiedy uda mu si˛e porozumie´c z Vjerem. Praw-
dopodobnie b˛edzie to mo˙zliwe, niemniej z pewno´sci ˛

a upłynie sporo czasu, zanim

Vjer b˛edzie mógł opowiedzie´c mu o tej wojnie, dzi˛eki czemu da si˛e mo˙ze unikn ˛

a´c

konieczno´sci podejmowania tej niebezpiecznej wyprawy.

Krater był wyra´znie widoczny na otwartej równinie i Brion skierował si˛e w je-

go stron˛e, zatrzymuj ˛

ac si˛e w odległo´sci około stu metrów od niego. Nast˛epnie

wydeptał koło w trawie, ˙zeby zapewni´c lepsz ˛

a widoczno´s´c wst˛egom sygnalizacyj-

nym. Zaj˛eło mu to zaledwie kilka minut. Do przytrzymania wst˛eg u˙zył kawałków
gruntu wyrzuconych z krateru. Po uło˙zeniu znaku X policzył do stu. To powinno
wystarczy´c komputerowi pokładowemu l ˛

adownika znajduj ˛

acego si˛e wysoko na

orbicie do odszukania go i wycelowania skanera na to miejsce. Kiedy, jak s ˛

adził,

był ju˙z obserwowany, uło˙zył znak V, pó´zniej znowu X, po nim dwa I. Potem usiadł
z boku, wypił kilka łyków wody i czekał.

Wiadomo´s´c, któr ˛

a nadał, była prosta: L ˛

aduj. W tym miejscu. Jak najszyb-

ciej. Teraz komputer dokonuje pewnie niezb˛ednych oblicze´n. Bior ˛

ac pod uwa-

g˛e obecn ˛

a orbit˛e l ˛

adownika, powinien wyl ˛

adowa´c za godzin˛e, najpó´zniej dwie.

Brion odczekał jeszcze kilka minut, po czym zebrał wszystkie wst˛egi, z wyj ˛

at-

kiem tych, które tworzyły znak X i schował je. Nast˛epnie oddalił si˛e na odległo´s´c
niespełna pół kilometra i usiadłszy na ziemi, zamarł w oczekiwaniu. Komputery
s ˛

a dosłowne i statek wyl ˛

aduje na pewno dokładnie we wskazanym miejscu. Nie

miał zamiaru tkwi´c tam, kiedy to nast ˛

api. Im dłu˙zej jednak my´slał o zaistniałej

sytuacji, tym bardziej si˛e niepokoił. Cała akcja stawała si˛e nagle znowu bardzo
niebezpieczna. L ˛

adowanie zajmie troch˛e czasu i tego nie da si˛e unikn ˛

a´c w ˙zaden

sposób. Miejsce, które wybrał, sprawiało wra˙zenie najbezpieczniejszego — by-
ło poło˙zone z dala od wszystkich miejsc walk. Było podwójnie bezpieczne, gdy˙z
ewentualne detektory metalu mog ˛

a zosta´c wprowadzone w bł ˛

ad przez stercz ˛

ace

w ziemi skrzydło zestrzelonego samolotu. Je´sli komputery rejestruj ˛

a takie rzeczy,

to miejsce to mo˙ze by´c oznaczone jako niegro´zne. Wszystko to było jednak czy-
st ˛

a spekulacj ˛

a. Musiał liczy´c tak˙ze na odrobin˛e szcz˛e´scia. Potrzebował pewnego

urz ˛

adzenia. Je´sli b˛edzie działał odpowiednio szybko, zd ˛

a˙zy wej´s´c na pokład, od-

szuka´c, co mu trzeba, wyj´s´c na zewn ˛

atrz i umo˙zliwi´c Lei start w ci ˛

agu dwóch

minut. Miał nadziej˛e, ˙ze to wystarczy. Po bezpiecznym odlocie l ˛

adownika scho-

wa sprz˛et pod skrzydłem samolotu i szybko si˛e oddali. Je´sli do rana nic si˛e nie
stanie z ukrytym sprz˛etem, zabierze go ze sob ˛

a i pójdzie szuka´c Vjera.

Zanim usłyszał odległy pomruk silników rakietowych nad sob ˛

a, sło´nce zni˙zy-

ło si˛e nad horyzont, sk ˛

ad ´swieciło czerwonawym blaskiem przenikaj ˛

acym przez

cienk ˛

a warstw˛e chmur. Podniósł głow˛e i dostrzegł male´nki punkt ´swiatła opada-

j ˛

acy w dół. Był znacznie ja´sniejszy od zachodz ˛

acego sło´nca i bardzo szybko rósł

w oczach, przechodz ˛

ac w słup ognia, który sprowadzał l ˛

adownik bezpiecznie na

ziemi˛e. Pojazd osiadł na ziemi dokładnie w miejscu, w którym był rozło˙zony znak

38

background image

z, obracaj ˛

ac go natychmiast w popiół. Brion ruszył co sił w nogach w jego kie-

runku, nie czekaj ˛

ac, a˙z zgasn ˛

a silniki. Nim do niego dobiegł, otworzyła si˛e klapa

´sluzy powietrznej i w dół zsun˛eła si˛e ze szcz˛ekiem elastyczna drabina. Brion zła-

pał r˛ekoma za jej szczeble i zacz ˛

ał podci ˛

aga´c si˛e w gór˛e, r˛eka za r˛ek ˛

a, nie chc ˛

ac

traci´c czasu na szukanie ich stopami, gdy˙z kołysała si˛e na całej długo´sci. Jego dło-
nie pracowały sprawnie niczym tłoki silnika, wznosz ˛

ac go wzdłu˙z kadłuba statku

do ´sluzy powietrznej. Lea odwracała si˛e wła´snie od pulpitu sterowniczego, kie-
dy pojawił si˛e za jej plecami. Obj ˛

ał j ˛

a mocno ramionami, przytulaj ˛

ac do siebie,

pocałował j ˛

a z gło´snym cmokni˛eciem i pu´scił.

— Wspaniale znowu ci˛e widzie´c — powiedział, odwracaj ˛

ac si˛e i przyst˛epuj ˛

ac

do grzebania w szafce. — Tu jest interesuj ˛

aco, ale samotnie. Potrzebuj˛e. . . o jest

Do zobaczenia! Startuj, jak tylko znajd˛e si˛e w bezpiecznej odległo´sci.

Przystan ˛

ał gwałtownie, poniewa˙z zablokowała swoim ciałem wej´scie do ´sluzy,

patrz ˛

ac na niego ze zło´sci ˛

a.

— Do´s´c tego, mój błyskawiczny kochanku! Najwy˙zszy czas, aby´smy sobie

troch˛e pogadali. . .

— Nie teraz. Musisz si˛e st ˛

ad wynie´s´c, wróci´c na orbit˛e. Lada chwila mo˙zemy

zosta´c zaatakowani. . .

— Zamknij si˛e. Wł ˛

acz zdalne sterowanie. Zaczekam na ciebie na ziemi.

Lea podniosła ci˛e˙zki plecak, odwróciła si˛e i zacz˛eła schodzi´c po drabinie, pod-

czas gdy zaskoczony Brion zastanawiał si˛e, co jej odpowiedzie´c. Miał jej kaza´c
wróci´c, wsadzi´c j ˛

a sił ˛

a do ´srodka, mimo i˙z tego nie chciała, próbowa´c j ˛

a przeko-

na´c, wytłumaczy´c, ˙ze to, co robi, jest niebezpieczne? Wszystkie te my´sli kł˛ebiły
mu si˛e w głowie, a˙z w ko´ncu stwierdził, ˙ze ˙zadne z tych wyj´s´c nie jest dobre.
Musz ˛

a ich chyba na Ziemi uczy´c jak by´c konsekwentnym, poniewa˙z kiedy po-

dejmowała jak ˛

a´s decyzj˛e, nie było sposobu, aby j ˛

a zmieni´c. Pogodził si˛e z jej po-

stanowieniem, przyznaj ˛

ac w duchu, ˙ze jej obecno´s´c przy nim była zdecydowanie

lepsza od dotychczasowej samotno´sci.

To wszystko trwa za długo! Podbiegł do pulpitu sterowniczego i wyci ˛

agn ˛

z gniazda przyrz ˛

ad do zdalnego sterowania. W tym samym momencie zapaliło si˛e

na nim ´swiatełko sygnalizacyjne oznajmiaj ˛

ace, ˙ze przyrz ˛

ad jest gotowy do działa-

nia. Przypi ˛

ał go do pasa obok HPJ, kiedy wbiegał do ´sluzy powietrznej. Nast˛epnie

spu´scił si˛e po drabinie. Znalazłszy si˛e na wysoko´sci kilku metrów nad ziemi ˛

a, ze-

skoczył z ostatnich szczebli i wcisn ˛

ał kilka przycisków na sterowniku. Biegn ˛

ac,

słyszał trzask zamykanych wewn˛etrznych drzwi ´sluzy oraz szcz˛ek wci ˛

aganej do

góry drabiny.

Lea nie czekała na niego, wiedz ˛

ac, ˙ze Brion biega dwa razy szybciej od niej.

Tote˙z, mimo i˙z biegła najszybciej jak mogła, momentalnie j ˛

a dogonił. Złapał j ˛

a

w biegu i nie zwalniaj ˛

ac ani na chwil˛e, pobiegł z ni ˛

a dalej. Kiedy usłyszał od-

głos zapłonu silników, poci ˛

agn ˛

ał j ˛

a na ziemi˛e i zasłonił swoim ciałem. Obj ˛

ał j ˛

a

39

background image

ramieniem, gdy zadr˙zała ziemia i omiótł ich gor ˛

acy obłok pyłu. Kiedy si˛e nieco

uspokoiło, usiadła krztusz ˛

ac si˛e i pocieraj ˛

ac oczy.

— Ty głupi umi˛e´sniony jaskiniowcu. . . Czy wiesz, ˙ze mało nas nie upiekłe´s

tym nagłym startem!

— Nie masz racji — powiedział u´smiechaj ˛

ac si˛e. Po czym przewrócił si˛e na

plecy i wsun ˛

awszy r˛ece pod głow˛e spojrzał do góry, na oddalaj ˛

acy si˛e płomie´n

l ˛

adownika. Byli bezpieczni, przynajmniej w tej chwili. — Wiedziałem, ˙ze wystar-

cz ˛

a mi trzy sekundy, aby znale´z´c si˛e w bezpiecznej odległo´sci. Przy zało˙zeniu, ˙ze

zamykanie zajmie siedem sekund. . . Czułem to!

— No, wspaniale! — powiedziała Lea, kopi ˛

ac go w bok z całej siły. Czubek

jej buta odbił si˛e od jego twardych jak skała mi˛e´sni nie wyrz ˛

adzaj ˛

ac mu krzywdy,

niemniej ten akt protestu sprawił jej ogromn ˛

a satysfakcj˛e. Brion chrz ˛

akn ˛

ał zasko-

czony, po czym odwrócił si˛e i zerwał si˛e na równe nogi. Lea u´smiechn˛eła si˛e do
niego przymilnie: — A wi˛ec jeste´smy tu, sami na tej dziwnej planecie. Co teraz
zrobimy?

Brion zacz ˛

ał protestowa´c, ale po chwili wybuchn ˛

ał ´smiechem. Chyba nigdy

nie przestanie go zaskakiwa´c. Odczepił oba urz ˛

adzenia od pasa.

— Masz co´s metalowego na sobie. . . lub w tej torbie?
— Ani tu, ani tu. Zaplanowałam t˛e wypraw˛e starannie.
— ´Swietnie. Tam, gdzie ro´snie ta g˛esta trawa, jest rów. Pójd´z tam i zaczekaj

na mnie. Doł ˛

acz˛e do ciebie, gdy tylko pozb˛ed˛e si˛e tych rzeczy.

Wrócił biegiem do krateru, wskoczył do ´srodka i pogwizduj ˛

ac wesoło, ukrył

starannie oba przedmioty pod wygi˛etym metalowym skrzydłem samolotu. Prawie
sko´nczone. Wygl ˛

ada na to, ˙ze udało mi si˛e.

Lea siedziała w ukryciu, kiedy wskoczył do kryjówki obok niej.
— Czy nie uwa˙zasz, ˙ze najwy˙zsza pora, aby´s powiedział mi, co si˛e tu dzie-

je? — zapytała.

— Nie powinna´s była tego robi´c. Powinna´s była zosta´c na statku, gdzie była-

by´s bezpieczna!

— Dlaczego? On mo˙ze lata´c sam, jak si˛e ju˙z przekonałe´s. Co dwie głowy,

to nie jedna, zwłaszcza teraz, kiedy znalazłe´s tubylców. To w tym celu chciałe´s
zaopatrzy´c si˛e w Heurystyczny Procesor J˛ezykowy, prawda? Tak czy inaczej, stało
si˛e. Jestem tutaj, a nasz ´srodek transportu jest na orbicie. Co robimy teraz?

Miała racj˛e. Co si˛e stało, ju˙z si˛e nie odstanie. Brion nauczył si˛e zawsze ak-

ceptowa´c realno´s´c sytuacji, której nie mo˙zna było zmieni´c. Wskazał na pokryte
drzewami wzgórza, ci ˛

agn ˛

ace si˛e skrajem równiny.

— Zostaniemy tutaj w ukryciu, dopóki nie upewnimy si˛e, ˙ze nic nam nie grozi.

Potem udamy si˛e na tamte wzgórza i poszukamy tego brudnego, prymitywnego
człowieka, którego wtedy spotkałem. Je´sli b˛edziemy mieli szcz˛e´scie, mo˙ze uda
nam si˛e znale´z´c równie˙z jego przyjaciół. Kiedy ich znajdziemy, b˛edziemy mogli
porozmawia´c z nimi za pomoc ˛

a procesora i uzyska´c ewentualnie odpowied´z na

pytania dotycz ˛

ace tej planety.

background image

´Smiertelna niespodzianka

Wieczorn ˛

a cisz˛e przerywało jedynie brz˛eczenie owadów i rzadkie, odległe

skrzeki lataj ˛

acych gadów. Brion czuł, jak wraz z rosn ˛

acym prze´swiadczeniem,

˙ze nie byli obserwowani i ˙ze nie b˛edzie odwetu za l ˛

adowanie, opuszczało go na-

pi˛ecie. Zast ˛

apiło je nagłe uczucie głodu od ostatniego posiłku min˛eło sporo czasu.

Wyj ˛

ał z torby racj˛e ˙zywno´sciow ˛

a i z rosn ˛

acym niesmakiem zdj ˛

ał z niej opakowa-

nie.

— To nie to, co obiad ze stekiem, prawda? — stwierdziła raczej ni˙z spytała

Lea, widz ˛

ac wyraz jego twarzy.

— Mo˙zna na tym ˙zy´c bez ko´nca, mimo i˙z nie ma w tym zbyt wiele ˙zycia.

I, prosz˛e, ani słowa wi˛ecej o stekach!

Lea obróciła swoj ˛

a torb˛e i otworzyła górn ˛

a klap˛e.

— Wspomniałam o nich, bo zabrałam jeden dla ciebie — u´smiechn˛eła si˛e

niewinnie w odpowiedzi na jego zdziwion ˛

a min˛e. — Przygotowałam go według

przepisu, który znalazłam kiedy´s w pewnej historycznej ksi ˛

a˙zce kucharskiej. Nie

wyja´sniaj ˛

ac dlaczego, zalecano tam przyrz ˛

adzanie go w czasie zimy. — Zacz˛eła

´sci ˛

aga´c plastikow ˛

a foli˛e z du˙zego zawini ˛

atka. — Naprawd˛e bardzo prosty w przy-

rz ˛

adzaniu. Rozcina si˛e bochenek chleba przez cał ˛

a jego długo´s´c, kładzie si˛e na

doln ˛

a połówk˛e kawałek ´swie˙zo upieczonego steku i polewa go jego własnym so-

sem, po czym cało´s´c zamyka si˛e. Obie cz˛e´sci bochenka dociska si˛e do siebie, aby
chleb wchłon ˛

ał lepiej sos, i. . .

Uniosła w dłoniach spłaszczony bochenek. Bior ˛

ac go od niej, Brion przełkn ˛

gło´sno ´slin˛e. Odgryzł kawałek i przełkn ˛

ał go z błogim wyrazem twarzy.

— Jeste´s wspaniała, Lea! — powiedział, oblizuj ˛

ac wargi.

— Wiem o tym. . . Ciesz˛e si˛e, ˙ze i ty równie˙z tak uwa˙zasz. No, ale opowiedz

mi teraz o swoim cuchn ˛

acym tubylcu.

Brion nie odezwał si˛e ani słowem, dopóki nie zjadł jednej trzeciej swojej

ogromnej kanapki. Zaspokoiwszy pierwszy głód, reszt˛e jadł ju˙z bez po´spiechu,
delektuj ˛

ac si˛e ka˙zdym k˛esem i opowiadał.

— Jest bardzo dziecinny. . . ale dzieckiem nie jest. Nazywa si˛e Vjer lub co´s

w tym rodzaju. Kiedy zetkn ˛

ałem si˛e z nim po raz pierwszy, był przera˙zony, ale

kiedy mnie zaakceptował, strach opu´scił go całkowicie. To było wr˛ecz niepraw-

41

background image

dopodobne. Jak pstrykni˛ecie przeł ˛

acznikiem. Gdy jednak pó´zniej chciałem i´s´c za

nim, tak si˛e tym zaniepokoił, ˙ze a˙z zacz ˛

ał płaka´c. Pozwoliłem mu wi˛ec odej´s´c

samemu, poniewa˙z stwierdziłem, ˙ze nie b˛ed˛e miał kłopotu z odnalezieniem go.

— Jest niedorozwini˛etym umysłowo. . . czy jakim´s wyrzutkiem?
— By´c mo˙ze, chocia˙z nie s ˛

adz˛e. Je´sli spojrzy si˛e na niego na tle jego ´sro-

dowiska, to oka˙ze si˛e, ˙ze jest dobrze do niego przystosowany. Potrafił wytropi´c
i zabi´c ro´slino˙zerne zwierz˛e, potem z wielkim apetytem zje´s´c jego surowe mi˛eso.
Odchodz ˛

ac, zabrał reszt˛e ze sob ˛

a do obozu czy osady, w której zapewne mieszka.

Nie czas teraz jednak na teoretyzowanie na ten temat. Nie mamy dostatecznych
informacji, aby snu´c jakiekolwiek domysły. Musimy znale´z´c go i nauczy´c si˛e je-
go j˛ezyka, a potem zada´c mu par˛e pyta´n. — Brion spojrzał na sło´nce, które kryło
si˛e wła´snie za horyzontem. — Na razie zostaniemy tutaj. To miejsce jest rów-
nie dobre na sp˛edzenie nocy, jak ka˙zde inne. Tamte przyrz ˛

ady zostawimy na noc

w kraterze, zabierzemy je o ´swicie.

— Nie mam nic przeciwko temu. Je´sli o mnie chodzi, było dosy´c wra˙ze´n jak

na jeden dzie´n. — Wyj˛eła z plecaka ´spiwór i rozło˙zyła go na ziemi. — By´c mo-

˙ze podró˙zowanie z niewygodami to dla ciebie chleb powszedni, ja jednak wol˛e

bardziej wyszukane przyjemno´sci, takie jak na przykład ciepłe łó˙zko. Zabrałam
tak˙ze ze sob ˛

a kilka kanapek dla siebie. I troch˛e wina w biorozkładalnym pojem-

niku. Mo˙zesz si˛e nim cz˛estowa´c tak długo, jak długo nie b˛edziesz uwa˙zał go za
zbytek.

— Z przyjemno´sci ˛

a. Zaczynam wierzy´c, ˙ze twoja rodzinna planeta Ziemia jest

naprawd˛e domem ludzko´sci!

*

*

*

Oboje spali dobrze. . . dopóki Brion nie obudził si˛e nagle w ´srodku nocy. Co´s

zm ˛

aciło jego spokój, cho´c nie potrafił okre´sli´c, co to było. Le˙zał spokojnie, wpa-

truj ˛

ac si˛e w gwiazdy. Poprzedniej nocy zapami˛etał układ głównych gwiazdozbio-

rów, dzi˛eki czemu mógł teraz okre´sli´c orientacyjnie czas na podstawie ich ruchu.
Było dobrze po północy, kilka godzin przed ´switem. Na niebie nie było ksi˛e˙zy-
ca. Selm-II go nie posiadała, niemniej ziemia o´swietlona była nikłym ´swiatłem
gwiazd. Cały ten układ planetarny poło˙zony był blisko centrum Galaktyki, tote˙z
miriady gwiazd ´swieciły jasno z szerokiego pasa ci ˛

agn ˛

acego si˛e wzdłu˙z całego

nieboskłonu.

Co go zaniepokoiło? Noc była cicha, tak cicha, ˙ze słyszał wyra´znie łagodny

i rytmiczny oddech ´spi ˛

acej Lei. Czy˙zby to był jaki´s impuls emocjonalny? Skon-

centrował si˛e i odczuł co´s nikłego. Na granicy wra˙zliwo´sci. To pochodziło od
człowieka. . . Był to impuls pojedynczego stanu emocjonalnego. Nienawi´sci. ´Sle-
pej nienawi´sci, w´sciekło´sci i ˙z ˛

adzy ´smierci. Nie pochodził od jednego osobnika,

lecz od wielu. Był skierowany w jego stron˛e.

42

background image

Brion obrócił si˛e powoli i obudził Le˛e, kład ˛

ac jej palec na ustach, kiedy zoba-

czył, jak mruga otwieraj ˛

ac oczy. Przyło˙zył usta do jej ucha i szepn ˛

ał.

— Zaraz b˛edziemy mieli towarzystwo. Lepiej spakuj swoje rzeczy, ˙zeby´s była

gotowa do drogi. — Poczuł nagle napi˛ecie i strach, które przeszyły jej ciało, kiedy
uniosła si˛e nieco i oparła na łokciach.

— Co si˛e dzieje?
— Jeszcze dobrze nie wiem. Ale czuj˛e ich tam, w ciemno´sci. Id ˛

a tutaj. Jeszcze

nie wiem ilu ich jest. Wiem jednak na pewno, ˙ze id ˛

a po mnie. . . i nie pałaj ˛

a do

mnie miło´sci ˛

a. Chwileczk˛e. . .

Skoncentrował si˛e na jednym z impulsów, staraj ˛

ac si˛e Wydzieli´c go spo-

´sród pozostałych. U˙zył całego swojego talentu, który doskonalił nieprzerwanie

od chwili, kiedy odkrył, ˙ze jest empatykiem. Tak, to on! Brion pokiwał głow ˛

a

w ciemno´sci.

— Jedn ˛

a zagadk˛e mamy rozwi ˛

azan ˛

a. Vjer jest razem z nimi. Zatem wiemy

ju˙z, ˙ze nie mieszka na wzgórzach sam. S ˛

adz˛e, ˙ze jego plemi˛e musi by´c liczne,

poniewa˙z poszukuje mnie ze spor ˛

a grup ˛

a.

— Zdaje mi si˛e, ˙ze mówiłe´s mi, i˙z jest twoim przyjacielem — szepn˛eła Lea.
— Tak mi si˛e zdawało. Wygl ˛

ada na to, ˙ze wszystko si˛e zmieniło. Chciałbym

wiedzie´c, dlaczego. . . i czuj˛e, ˙ze wkrótce si˛e dowiemy. — Wyprostował si˛e i po-
luzował nó˙z w pochwie. — Zosta´n tutaj w ukryciu, a ja zobacz˛e, co si˛e tam dzieje.

— Nie! — wpiła si˛e mocno palcami w jego rami˛e. — Nie mo˙zesz i´s´c tam sam,

w ciemno´s´c.

— Ale˙z mog˛e! Prosz˛e ci˛e, zaufaj mi, kiedy mówi˛e, ˙ze wiem co robi˛e — zdj ˛

delikatnie jej dło´n ze swojej r˛eki. — Musz˛e mie´c du˙zo miejsca wokół siebie,
kiedy spotkam si˛e z nimi. Chc˛e unikn ˛

a´c sytuacji, w której b˛ed˛e musiał si˛e martwi´c

dodatkowo o ciebie. Wszystko b˛edzie dobrze.

Oddalił si˛e bezszelestnie w panuj ˛

acy półmrok. Czołgał si˛e w kierunku noc-

nych go´sci. Kiedy znalazł si˛e w bezpiecznej odległo´sci od kryjówki Lei, zatrzymał
si˛e. Impulsy stanów emocjonalnych, które odbierał, były teraz o wiele wyra´zniej-
sze. Pochodziły od co najmniej kilkunastu osób. A mo˙ze było ich jeszcze wi˛ecej?
Czekał do chwili ujrzenia ich ciemnych sylwetek, było ich około dwudziestu, nim
skoczył na równe nogi i krzykn ˛

ał.

— Vjer! Jestem tutaj. Czego chcesz?
Poczuł fal˛e przera˙zenia, które szybko zdominowało ich inne uczucia. Raptow-

ny strach zast ˛

apił nienawi´s´c w chwili jego nagłego pojawienia si˛e. Zatrzymali si˛e

wszyscy z wyj ˛

atkiem jednego, który zignorował ten gwałtowny napływ strachu,

pozwalaj ˛

ac dalej nie´s´c si˛e nienawi´sci, tłumi ˛

acej inne jego odczucia. Ten człowiek

szedł nieprzerwanie naprzód i co´s robił.

Z mroku wyleciała dzida i wbiła si˛e w ziemi˛e w odległo´sci metra od nóg

Briona Sytuacja stawała si˛e niebezpieczna. Brion poczuł, ˙ze pozostali ochłon˛eli
stopniowo z pierwszego szoku i ponownie zacz˛eli emanowa´c t ˛

a sam ˛

a nienawi´sci ˛

a

43

background image

Ruszyli kolejno do przodu, jeden za drugim. Brion cofn ˛

ał si˛e, kieruj ˛

ac si˛e w stro-

n˛e jeziora, aby odci ˛

agn ˛

a´c ich od kryjówki Lei. W ten sposób b˛edzie bezpieczna.

O swoje bezpiecze´nstwo si˛e nie martwił. Był pewny, ˙ze potrafi si˛e obroni´c, je´sli
go zaatakuj ˛

a. . . zwłaszcza je´sli powstali s ˛

a tacy sami jak Vjer. Gdyby jednak nie

udało mu si˛e ich pokona´c, b˛edzie mógł bez trudu od nich uciec. Dlaczego tu przy-
szli? Ponownie krzykn ˛

ał, aby przyci ˛

agn ˛

a´c ich uwag˛e. W tym samym momencie

krzykn˛eła Lea. . . i jednocze´snie poczuł gwałtowny impuls paniki. Ruszył p˛edem
w jej kierunku. Nagle wyrósł przed nim m˛e˙zczyzna. . . Dwóch. Wpadł na nich ca-
ł ˛

a swoj ˛

a mas ˛

a i odtr ˛

acił na boki jak natr˛etne owady, nie zwalniaj ˛

ac ani na chwil˛e.

Lea krzykn˛eła znowu i w tym momencie zobaczył ludzi z uniesionymi dzidami,
którzy j ˛

a trzymali. Nawet nie pomy´slał o u˙zyciu no˙za, kiedy wpadł na nich —

jego r˛ece były wystarczaj ˛

ac ˛

a broni ˛

a.

Wywi ˛

azała si˛e zaciekła walka wr˛ecz w roz´swietlonym gwiazdami mroku. By-

li tak blisko siebie, ˙ze bro´n była bezu˙zyteczna, a nawet stała si˛e zagro˙zeniem dla
trzymaj ˛

acych j ˛

a. Rozległy si˛e chrapliwe krzyki bólu, kiedy Brion uniósł jedne-

go z napastników i cisn ˛

ał nim w najwi˛eksz ˛

a grup˛e jego pobratymców. Niemal

dosłownie zmia˙zd˙zył trzech pozostałych, którzy trzymali Le˛e. Ustawił j ˛

a za so-

b ˛

a, aby chroni´c j ˛

a swoim ciałem i odtr ˛

acał r˛ekoma drzewce dzid. Kontratakował,

zadaj ˛

ac ciosy pi˛e´sciami. Były niebezpieczniejsze od maczug. Napastnicy zacz˛eli

odpada´c od niego i wówczas pierwszy kamie´n trafił go w bok głowy. Brion za-
wył z bólu, kiedy trafiły go nast˛epne. Wtedy po raz pierwszy poczuł obecno´s´c
kobiet, pod ˛

a˙zaj ˛

acych za uzbrojonymi w dzidy m˛e˙zczyznami. Ich broni ˛

a były obłe

kamienie, które w ich r˛ekach były ´smiertelnie niebezpieczne. Brion chwycił jed-
nego z napastników, aby posłu˙zy´c si˛e nim jako tarcz ˛

a. . . ale było ju˙z za pó´zno.

Seria ostrych ciosów trafiła go w szyj˛e i głow˛e, ale nie poczuł ich nawet, gdy˙z
straciwszy przytomno´s´c zachwiał si˛e na nogach i upadł na ziemi˛e jak ´sci˛ete drze-
wo. Ostatni ˛

a rzecz ˛

a, któr ˛

a rejestrowała jego ´swiadomo´s´c były krzyki przera˙zenia

Lei i jego niemo˙zno´s´c udzielenia jej pomocy na skutek wszechogarniaj ˛

acego go

mroku.

Potem był ju˙z tylko chaos. Zm ˛

acona ´swiadomo´s´c. Mrok i ból. Kołysanie si˛e

tam i z powrotem, ból w nadgarstkach, w r˛ece i głowie. Ruch. Ponownie mrok.
Po jakim´s czasie zobaczył kołysz ˛

ace si˛e nad nim gwiazdy. Zawołał Le˛e. Czy od-

powiedziała? Nie mógł sobie tego przypomnie´c. Ból i niepami˛e´c były jedyn ˛

a od-

powiedzi ˛

a.

*

*

*

Było ju˙z szaro, kiedy zacz ˛

ał odzyskiwa´c ´swiadomo´s´c. Stopniowo docierało do

niego wołanie Lei, kiedy próbował otworzy´c zaskorupiałe oczy. W jaki´s sposób
miał unieruchomione r˛ece i nogi. Mrugał tak długo, dopóki majacz ˛

ace przed nimi

44

background image

plamy nie nabrały wyra´znych kształtów. Był przywi ˛

azany skórzanymi rzemienia-

mi do długiego pala. Jego prawa r˛eka była zakrwawiona i t˛etniła bólem. Spojrzał
na ni ˛

a i chrz ˛

akn ˛

ał z niepokojem. Wyszeptane przez Le˛e słowa były pełne troski.

— ˙

Zyjesz? Słyszysz mnie? Brion, prosz˛e, słyszysz mnie? Mo˙zesz si˛e rusza´c?

Kiedy starał si˛e poruszy´c głow ˛

a, j˛ek bólu wyrwał si˛e z jego ust. Była cała

pokaleczona, a jedno oko nie otwierało si˛e do ko´nca. Drugie było jednak dosta-
tecznie sprawne, ˙zeby mógł dostrzec Le˛e le˙z ˛

ac ˛

a w odległo´sci kilku metrów od

niego, przywi ˛

azan ˛

a do drugiego pala tak samo jak on. Z pocz ˛

atku zdołał jedynie

kaszln ˛

a´c, kiedy próbował jej odpowiedzie´c, ale w ko´ncu wykrztusił z siebie kilka

słów.

— Czuj˛e. . . si˛e. . . ´swietnie. . .
— ´Swietnie! — w jej głosie czu´c było łzy, pod którymi kryła si˛e w´scie-

kło´s´c. — Wygl ˛

adasz strasznie, jeste´s cały potłuczony i zakrwawiony. Gdyby twoja

głowa nie była jak z kamienia, ju˙z by´s nie ˙zył. . . Och, Brionie. To było straszne!
Przywi ˛

azali nas do tych pali jak zwłoki. Nie´sli nas cał ˛

a noc. Byłam pewna, ˙ze ci˛e

zabili.

Próbował si˛e u´smiechn ˛

a´c, ale wykrzywił jedynie twarz.

— Te przypuszczenia na temat mojej ´smierci s ˛

a mocno przesadzone. — Po-

ruszył z całej siły r˛ekoma i nogami napinaj ˛

ac do oporu wi˛ezy. — Czuj˛e si˛e potłu-

czony. . . ale nie wydaje mi si˛e, abym miał co´s złamanego. A co z tob ˛

a?

— Nic szczególnego, tylko kilka zadra´sni˛e´c. Pastwili si˛e głównie nad tob ˛

a.

Zawzi˛ecie. Strasznie. . .

— Nie my´sl teraz o tym. ˙

Zyjemy i to jest w tej chwili najwa˙zniejsze. Opowiedz

mi teraz o wszystkim, co widziała´s po drodze.

— Niewiele widziałam. Jeste´smy gdzie´s w´sród wzgórz. Na polanie przed

czym´s, co wygl ˛

ada jak groty w ´scianie skalnej. Cał ˛

a polan˛e otaczaj ˛

a wysokie

drzewa. Kobiety weszły do ´srodka, kiedy tu dotarli´smy i przebywaj ˛

a tam do tej

pory. M˛e˙zczy´zni ´spi ˛

a wokół nas.

— Ilu ich jest? Czy który´s z nich czuwa?
— Naliczyłam osiemnastu. . . nie, dziewi˛etnastu. . . dwudziestu. S ˛

adz˛e, ˙ze to

wszyscy. Je˙zeli jest jeszcze kto´s na stra˙zy, to znajduje si˛e poza zasi˛egiem mojego
wzroku. Co jaki´s czas który´s z nich budzi si˛e i idzie w zaro´sla. Przypuszczam, ˙ze
za potrzeb ˛

a.

— Brzmi to do´s´c obiecuj ˛

aco. S ˛

a tak niezorganizowani, jak s ˛

adziłem. Teraz,

kiedy ´spi ˛

a, mamy najwi˛eksz ˛

a szans˛e ucieczki. Zanim dobior ˛

a si˛e nam bardziej do

skóry.

— Odwal si˛e! — potrz ˛

asn˛eła ciasno zwi ˛

azanymi nadgarstkami w jego kie-

runku. — Chyba o raz za du˙zo dostałe´s w głow˛e. Zabrali twój wielki nó˙z i nie
mo˙zemy nawet dosi˛egn ˛

a´c z˛ebami tych rzemieni. Jak w tej sytuacji wyobra˙zasz

sobie ucieczk˛e?

45

background image

— Chwileczk˛e — powiedział spokojnie. Zamkn ˛

ał oczy i zacz ˛

ał gł˛eboko i ryt-

micznie oddycha´c.

Musiał przede wszystkim uporz ˛

adkowa´c my´sli, aby móc skoncentrowa´c cał ˛

a

swoj ˛

a uwag˛e i energi˛e. Te same ´cwiczenia oddechowe wykonywał, kiedy pod-

nosił ci˛e˙zary. Wysiłek, który czekał go teraz, był tego samego rodzaju. Rozlu´znił
ciało i wówczas poczuł niezliczone rany i stłuczenia. Były one jednak bez znacze-
nia. Kiedy skoncentrował uwag˛e, przestał je w ogóle odczuwa´c. ´Swietnie. Teraz
czuł, jak jego siła ukierunkowuje si˛e. Otworzył powoli oczy i spojrzał na grube
rzemienie owini˛ete wokół nadgarstków. Napi ˛

ał mi˛e´snie r ˛

ak. Lea patrzyła ze zdu-

mieniem. Widziała przed chwil ˛

a, jak opada z sił, jak wiotczeje jego twarz. Kie-

dy otworzył oczy, spojrzał bł˛ednym wzrokiem na nadgarstki. Fala dr˙zenia prze-
mkn˛eła przez górn ˛

a cz˛e´s´c jego ciała. Teraz dostrzegła, jak jego mi˛e´snie p˛eczniej ˛

a

wewn ˛

atrz postrz˛epionych r˛ekawów, poszerzaj ˛

ac dziury, a nast˛epnie rozrywaj ˛

ac

osłabiony materiał. Skórzane wi˛ezy napi˛eły si˛e i zaskrzypiały, rozci ˛

agane coraz

bardziej i bardziej. To było wr˛ecz nieludzkie. Jego twarz wyra˙zała spokój, kiedy
r˛ece rozdzielały si˛e powoli, z mechaniczn ˛

a precyzj ˛

a. Rozległ si˛e cichy trzask —

jeden z rzemieni pu´scił. . . A potem nast˛epny. R˛ece Briona były wolne.

Kiedy zdał sobie z tego spraw˛e, dreszcz zm˛eczenia przebiegł jego ciało. Opadł

na ziemi˛e, zamkn ˛

ał oczy i ci˛e˙zko oddychał, masuj ˛

ac palcami skór˛e wokół gł˛ebo-

kich ran na nadgarstkach i wyciskaj ˛

ac przy tym krew z miejsc, w których rzemie´n

rozci ˛

ał ciało a˙z do ko´sci. Trwało to tylko chwil˛e. Doszedłszy do siebie uniósł

powoli głow˛e i rozejrzał si˛e wokoło.

— Bardzo dobrze — powiedział cicho. — Miała´s racj˛e, wszyscy ´spi ˛

a.

Poruszaj ˛

ac si˛e niczym w ˛

a˙z, przesun ˛

ał si˛e w pobli˙ze Lei, wlok ˛

ac ze sob ˛

a wci ˛

a˙z

uwi ˛

azany do nóg pal i obejrzał jej wi˛ezy.

— Je´sli b˛edziesz próbował je rozerwa´c, oderwiesz razem z nimi moje dło-

nie — powiedziała, staraj ˛

ac si˛e nie patrze´c na powolne s ˛

aczenie si˛e krwi z jego

r ˛

ak.

— Nie martw si˛e, z twoimi pójdzie łatwiej ni˙z z moimi. — Pochylił si˛e do

przodu i zacisn ˛

ał z˛eby na rzemieniu z jaszczurczej skóry. Gryzł i ˙zuł go z całej

siły. Przerwanie wi˛ezów zaj˛eło mu mniej ni˙z minut˛e. — Smakuje obrzydliwie —
powiedział, wypluwaj ˛

ac kawałki skóry.

— Musisz mie´c dobrego dentyst˛e. — Pod wymuszon ˛

a lekko´sci ˛

a jej słów sły-

cha´c było dr˙zenie głosu.

Brion wyci ˛

agn ˛

ał r˛ek˛e i odgarn ˛

ał sprzed jej oczu kosmyk spl ˛

atanych włosów.

— Zaraz nas tu nie b˛edzie. Daj˛e ci na to moje słowo. Musisz tylko pole˙ze´c

spokojnie przez chwil˛e.

Nie czuł si˛e jeszcze tak odpr˛e˙zony, jak tego pragn ˛

ał. Był ju˙z jasny dzie´n i ich

ruchy mogły by´c z łatwo´sci ˛

a zauwa˙zone przez ka˙zdego, kto si˛e obudził. Kilka

nast˛epnych minut miało zadecydowa´c o wszystkim. Wiedział, ˙ze je˙zeli uda im
si˛e dotrze´c do zaro´sli przed podniesieniem alarmu, b˛ed ˛

a mogli uciec. Mimo ob-

46

background image

ra˙ze´n był gotów ucieka´c. . . I nie dopu´sci´c do tego, aby złapano ich po raz drugi.
Rozlu´znił rzemienie opasuj ˛

ace nogi, po czym wsun ˛

ał wskazuj ˛

acy palec lewej r˛eki

pod najcie´nszy z nich. Przerwał go bez wysiłku. Potem kolejno nast˛epne. Na ko-
niec zdj ˛

ał je i powoli si˛e wyprostował. Porywacze wci ˛

a˙z spali. W ten sam sposób

uwolnił nogi Lei.

— Idziemy — szepn ˛

ał, obejmuj ˛

ac j ˛

a i unosz ˛

ac do góry.

Ostro˙znie i cicho przechodzili pomi˛edzy ciałami ´spi ˛

acych, spodziewaj ˛

ac si˛e

w ka˙zdej chwili podniesienia alarmu. Sze´s´c, siedem, osiem kroków. . . Byli ju˙z
mi˛edzy drzewami i przedzierali si˛e przez zaro´sla.

— Wróc˛e za chwil˛e — szepn ˛

ał, stawiaj ˛

ac j ˛

a na ziemi. Przyło˙zył jej palec

do ust, aby zapobiec protestowi. W chwil˛e potem znikn ˛

ał, odchodz ˛

ac w stron˛e

polany.

Lea nie wiedziała, czy ma si˛e ´smia´c, czy płaka´c. To był ´smiech. Z trudem

powstrzymywała swoj ˛

a na wpół histeryczn ˛

a wesoło´s´c, widz ˛

ac, jak niesie jednego

z porywaczy. Zwykła ucieczka nie wystarczała mu. . . o, nie. Musiał wzi ˛

a´c ze

sob ˛

a je´nca! Jeniec opierał si˛e i wierzgał nogami, ale nadaremnie. Brion pojmał go

bezszelestnie, jedn ˛

a r˛ek ˛

a zasłaniaj ˛

ac mu usta, a drug ˛

a podnosz ˛

ac z ziemi. Jeniec

miał wytrzeszczone oczy i był ledwie ˙zywy. Kiedy Brion zwolnił u´scisk, wci ˛

agn ˛

łapczywie powietrze do płuc, dr˙z ˛

ac na całym ciele. Zanim je wypu´scił i mógł

krzykn ˛

a´c, twarda pi˛e´s´c Briona uderzyła go pod uchem. Bez czucia osun ˛

ał si˛e na

ziemi˛e.

Brion zignorował go i pomógł Lei stan ˛

a´c na nogi.

— Mo˙zesz i´s´c? — zapytał.
— Odpowiedniejszym okre´sleniem byłoby wlec si˛e.
— Postaraj si˛e. Je´sli zajdzie potrzeba, pomog˛e ci.
Bez wysiłku przerzucił je´nca przez rami˛e, wzi ˛

ał Le˛e za r˛ek˛e i ruszyli w dół

zbocza, przedzieraj ˛

ac si˛e mi˛edzy drzewami. Z ka˙zd ˛

a chwil ˛

a oddalali si˛e coraz

bardziej od obozowiska. Nie było słycha´c ˙zadnego alarmu. Byli wolni — przy-
najmniej na razie.

background image

Elektroniczne przesłuchanie

Brion doszedł do skraju lasu i zatrzymał si˛e przy najwi˛ekszym drzewie. Po-

wiódł wzrokiem po trawiastym zboczu, a potem przez pust ˛

a równin˛e a˙z do bł˛e-

kitnych wód Jeziora Centralnego, które ci ˛

agn˛eło si˛e po horyzont. Było ju˙z ciepło

i sło´nce wznosiło si˛e wysoko na niebie. Słyszał za sob ˛

a Le˛e przedzieraj ˛

ac ˛

a si˛e

przez zaro´sla. Potykała si˛e co chwila i wymrukiwała dławionym głosem jakie´s
obelgi. Zdolno´sci ˛

a empatii wybiegł daleko poza ni ˛

a a˙z do kresu swoich mo˙zliwo-

´sci, lecz nie wyczuł ˙zadnego ´sladu po´scigu.

— Czy jest jaki´s powód. . . Nie mo˙zemy tu odpoczywa´c. . . ani przez chwil˛e —

sapn˛eła opieraj ˛

ac si˛e o drzewo obok niego.

— Nie zgadzam si˛e z tob ˛

a. To jest dobre miejsce na postój. — Osun˛eła si˛e

z ulg ˛

a na ziemi˛e. — Dopóki mog˛e stwierdzi´c, ˙ze nikt nas nie ´sciga, dopóty je-

ste´smy tu bezpieczni. Kiedy wyjdziemy na równin˛e, b˛edzie nas łatwo zauwa˙zy´c.
Musimy teraz postanowi´c, co robimy dalej.

— Mo˙ze by´s tak zdj ˛

ał z siebie tego siwobrodego starca — powiedziała Lea,

wskazuj ˛

ac r˛ek ˛

a na wiotkie ciało zwisaj ˛

ace z jego ramienia. — A mo˙ze zapomnia-

łe´s, ˙ze go niesiesz?

Brion spu´scił powoli swój baga˙z na kupk˛e li´sci.
— Nie jest wcale taki ci˛e˙zki. Jak widzisz, jest bardzo chudy i stary.
— Lepszego nie było?
— Nie. Przypuszczalnie reprezentuje pewien autorytet, poniewa˙z jest jedyny,

który nosi nie maj ˛

ac ˛

a praktycznego zastosowania ozdob˛e. — Brion odchylił na

bok zmierzwion ˛

a, siw ˛

a brod˛e starca, aby pokaza´c Lei zawieszony na jego szyi

naszyjnik ze zbielałych ko´sci. — W przeciwie´nstwie do reszty, mo˙ze zna´c odpo-
wiedzi na interesuj ˛

ace nas pytania.

— Czy chcesz powiedzie´c, ˙ze kiedy poszedłe´s po je´nca, po´swi˛eciłe´s nieco

czasu, aby dokona´c jakiego´s wyboru?

— Oczywi´scie. To była wyj ˛

atkowa okazja.

— Mam nadziej˛e, ˙ze kiedy´s ci˛e zrozumiem. . . ale nie nast ˛

api to dzisiaj. Je-

stem spragniona, głodna, wyczerpana i czuj˛e si˛e, jakby przeszedł si˛e po mnie kto´s
w kolczastych butach. Zastanawiałe´s si˛e mo˙ze nad nasz ˛

a przyszło´sci ˛

a?

48

background image

— Owszem. Miałem na to troch˛e czasu podczas marszu. Po pierwsze, musimy

pogodzi´c si˛e z pewnymi nieprzyjemnymi faktami. Stracili´smy całe nasze wypo-
sa˙zenie, które mieli´smy przy sobie, to znaczy jedzenie, wod˛e, mój nó˙z. . .

— Je˙zeli jeszcze stracili´smy sterownik radiowy, który schowałe´s w kraterze,

to ju˙z teraz mo˙zemy pomy´sle´c o samobójstwie. Nie mam ochoty znale´z´c si˛e w r˛e-
kach tych typów po raz drugi. . . — Pochyliła si˛e nad je´ncem, aby przyjrze´c mu
si˛e z bliska, po czym zmarszczyła nos z niesmakiem. — Okropny. A je´sli ju˙z mó-
wimy o r˛ekach. . . to czy ten naszyjnik na jego szyi nie jest przypadkiem zrobiony
z ko´sci ludzkich palców?

Brion przytakn ˛

ał.

— To wła´snie wydało mi si˛e najbardziej interesuj ˛

ace. Wła´snie dlatego go poj-

małem. Ten naszyjnik interesuje mnie takie z osobistych wzgl˛edów.

W jego głosie pojawił si˛e cie´n gniewu, którego wcze´sniej w nim nie było.

Skłoniło j ˛

a to do ponownego przyjrzenia si˛e naszyjnikowi. W´sród zbielałych pal-

ców znajdował si˛e jeden ciemniejszy. Nie, nie ciemniejszy, ale inny. Przyjrzała
mu si˛e bli˙zej i zobaczyła, ˙ze był ´swie˙zo obci˛ety i pokryty jeszcze ciemnymi pla-
mami krwi. W nagłym ol´snieniu spojrzała z przera˙zeniem na Briona. Przytakn ˛

jej z ponurym wyrazem twarzy, unosz ˛

ac do góry praw ˛

a r˛ek˛e, aby zobaczyła wy-

ra´znie, ˙ze ma na niej ju˙z tylko cztery palce. Westchn˛eła gł˛eboko.

— Dlaczego ci to zrobili. . . s ˛

a wstr˛etni! Ukryłe´s to przede mn ˛

a. . .

— Nie było sensu o tym mówi´c, skoro nie mo˙zna ju˙z nic na to poradzi´c. To

nic powa˙znego. Obwi ˛

azali rzemieniem kikut, aby zatamowa´c krwawienie. Najbar-

dziej z tego wszystkiego interesuje mnie jednak znaczenie tego aktu. Ten człowiek
b˛edzie mógł nam to wyja´sni´c. — Okaleczon ˛

a r˛ek ˛

a wykonał gest oznaczaj ˛

acy, ˙ze

nie ma o czym mówi´c. — T ˛

a spraw ˛

a zajmiemy si˛e pó´zniej. Teraz, zanim przy-

st ˛

apimy do dalszych działa´n, musimy ´sci ˛

agn ˛

a´c l ˛

adownik. Mam nadziej˛e, ˙ze twoje

obawy zwi ˛

azane ze sterownikiem s ˛

a przedwczesne i ˙ze jest tam, gdzie go scho-

wałem. Prawd˛e powiedziawszy, nie dowiemy si˛e tego, dopóki tego osobi´scie nie
sprawdzimy. Musimy wi˛ec jak najszybciej dotrze´c do krateru i ´sci ˛

agn ˛

a´c l ˛

adownik.

Wsi ˛

adziesz do niego i odlecisz najszybciej, jak to tylko b˛edzie mo˙zliwe. . .

— Bez ciebie? A˙z tak bardzo polubiłe´s to nieprzyjemne miejsce?
— Niespecjalnie. Ale wyznaczona robota musi by´c wykonana. Poza tym nie

chc˛e, aby ten typ znalazł si˛e na pokładzie statku.

— Dlaczego? Boisz si˛e, ˙ze zawładnie nim?
— Wr˛ecz przeciwnie. Opieraj ˛

ac si˛e na odczuciach Vjera, jestem gł˛eboko prze-

konany, ˙ze zabranie któregokolwiek z tych ludzi poza ich naturalne ´srodowisko
mo˙ze by´c dla nich tragiczne w skutkach. B˛ed˛e całkowicie bezpieczny, czekaj ˛

ac

tutaj na twój powrót. Czas, jaki zajmie l ˛

adownikowi jedno okr ˛

a˙zenie orbity wy-

starczy ci na skompletowanie sprz˛etu z listy, któr ˛

a zaraz sporz ˛

adzimy. Nast˛epnie

wyl ˛

adujesz z całym tym sprz˛etem.

49

background image

— Czy nie powinnam na pocz ˛

atku zarejestrowa´c tego wszystkiego, co ju˙z

odkryli´smy?

— Ta sprawa to pozycja numer jeden na li´scie. Kiedy to sko´nczysz, b˛edziesz

musiała szybko skompletowa´c sprz˛et, którego b˛edziemy potrzebowali. Niestety
nie da si˛e unikn ˛

a´c tego, ˙ze b˛edzie on zawierał du˙zo metalu. Nadal uwa˙zam, ˙ze

bardzo wa˙zne jest, ˙zeby nie posiada´c przy sobie ˙zadnego metalu. Je´sli oka˙ze si˛e,

˙ze tamto skrzydło samolotu jest nietkni˛ete, b˛edzie to oznaczało, ˙ze b˛edziemy mo-

gli ukry´c tam wszystkie zawieraj ˛

ace metal przedmioty do czasu, kiedy b˛ed ˛

a nam

potrzebne.

— Takie, jak na przykład granaty ogłuszaj ˛

ace, par˛e rozpylaczy?

— Mniej wi˛ecej to miałem na my´sli. Nie mam ochoty na powtórk˛e dzisiejszej

nocy.

— Ani ja. — Wyra´znie zm˛eczona podniosła si˛e. — Je´sli jeste´s gotowy, mo-

˙zemy rusza´c w dalsz ˛

a drog˛e. Czuj˛e ciarki na skórze, siedz ˛

ac tu zwrócona plecami

do tych drzew.

— Musisz przej´s´c prób˛e, aby´smy mogli stwierdzi´c, czy masz zdolno´sci empa-

tyczne — powiedział Brion, podnosz ˛

ac i kład ˛

ac sobie na rami˛e wci ˛

a˙z nieprzytom-

nego starca. — Szukaj ˛

a nas ju˙z, czuj˛e to od kilku minut. Wyczuwam jednak tylko

ich zaniepokojenie i dezorientacj˛e, z czego wnioskuj˛e, ˙ze nie natrafili jeszcze na
nasz ´slad.

— Teraz mi mówisz! Ruszajmy. — Wyprostowała si˛e i skierowała si˛e w dół

wzgórza.

Brion ruszył za ni ˛

a truchtem i po kilku krokach przegonił j ˛

a.

— Pobiegn˛e przodem — powiedział. — Kiedy znajdziemy si˛e na otwartej

przestrzeni, na pewno od razu nas zobacz ˛

a. Dlatego wła´snie chc˛e jak najszybciej

´sci ˛

agn ˛

a´c l ˛

adownik.

— Nie tra´c czasu na gadanie. . . biegnij! B˛ed˛e biec za tob ˛

a.

Biegła najszybciej jak mogła, ale nie nad ˛

a˙zała za nim. Brion p˛edził du˙zymi

susami prosto w stron˛e krateru. Lea co chwil˛e ogl ˛

adała si˛e za siebie. Po pewnym

czasie musiała zwolni´c i przej´s´c pewien odcinek, aby odsapn ˛

a´c, po czym ponow-

nie zerwała si˛e do biegu. Z trudem wbiegła na niewielkie wzniesienie. Kiedy zna-
lazła si˛e na jego wierzchołku, zobaczyła daleko przed sob ˛

a, jak Brion wychodzi

z krateru. . . i wymachuje czym´s połyskuj ˛

acym w sło´ncu. A wi˛ec sterownik był na

miejscu!

— L ˛

adownik jest ju˙z w drodze — powiedział Brion, kiedy dowlekła si˛e do

niego. — I jak na razie nie wida´c, aby kto´s nas ´scigał.

— Nigdy w ˙zyciu. . . tak si˛e nie zm˛eczyłam — wysapała, osuwaj ˛

ac si˛e na

ziemi˛e.

Brion poło˙zył obok niej sterownik i pobiegł z powrotem do krateru.
— Daj mi znak, kiedy stary si˛e poruszy — powiedział. — Chc˛e jeszcze raz

skopiowa´c tamt ˛

a tabliczk˛e znamionow ˛

a, któr ˛

a znalazłem obok skrzydła. Tamta

50

background image

kopia przepadła, poniewa˙z wyryłem j ˛

a na butelce od wody. Kiedy znajdziesz si˛e

w statku, zakoduj t˛e kopi˛e za pomoc ˛

a modemu — dodał i znikn ˛

ał za kraw˛edzi ˛

a.

Lea spojrzała na naszyjnik zawieszony na szyi chrapi ˛

acego starca i wzruszy-

ła ramionami. Có˙z za zezwierz˛eceni ludzie! Odci ˛

a´c tak po prostu człowiekowi

palec. W jakim celu? To musi oznacza´c dla nich co´s wa˙znego, co´s zwi ˛

azanego

z jakim´s rytuałem. Na pewno Briona boli ta r˛eka, a mimo to nie uskar˙za si˛e. Jest
niezwykły pod ka˙zdym wzgl˛edem. Ten kikut musi zosta´c zdezynfekowany, aby
nie wywi ˛

azało si˛e zaka˙zenie. Apteczka powinna by´c umieszczona na samej górze

listy. Mo˙zna b˛edzie spowodowa´c odro´sni˛ecie palca, ale nie da si˛e usun ˛

a´c teraz

bólu i niewygody.

— Skopiowałem te znaki na tym kawałku kory — powiedział Brion, wyszedł-

szy z krateru. — Rozumiesz co´s z nich?

Obróciła kor˛e na wszystkie strony i pokr˛eciła głow ˛

a przecz ˛

aco.

— To ˙zaden ze znanych mi j˛ezyków, mimo i˙z te symbole wygl ˛

adaj ˛

a mi zna-

jomo. By´c mo˙ze banki pami˛eci zawieraj ˛

a co´s. . .

Siwowłosy jeniec otworzył oczy i zacz ˛

ał trz ˛

a´s´c si˛e i ochryple krzycze´c. Peł-

zn ˛

ał, próbuj ˛

ac uciec od nich. Brion wyci ˛

agn ˛

ał r˛ek˛e i złapał go, a nast˛epnie na-

cisn ˛

ał kciukiem szyj˛e pod uchem. Jeniec drgn ˛

ał konwulsyjnie dwa razy i zamarł

w bezruchu.

— Widziała´s? — zapytał.
— To, jak go obezwładniłe´s? No pewnie. Musisz nauczy´c mnie tej sztuczki.
— Nie, nie to. To, na co patrzył, kiedy zacz ˛

ał wrzeszcze´c. Sterownik radiowy.

— Czy˙zby wiedział, co to?
— Raczej w to w ˛

atpi˛e. Ale to musi oznacza´c dla niego co´s przera˙zaj ˛

acego,

co´s, co musimy wyja´sni´c. — Brion odwrócił głow˛e na bok, nadsłuchuj ˛

ac. — L ˛

a-

downik si˛e zbli˙za. Musisz zapami˛eta´c teraz spis rzeczy, których b˛edziemy potrze-
bowali.

*

*

*

L ˛

adownik stał na ziemi niecałe dwie minuty. Briona niepokoiła ka˙zda upły-

waj ˛

aca sekunda. Nawet kiedy statek startował z Le ˛

a na pokładzie, niepokój go

nie opuszczał. Statek wyl ˛

adował bezpiecznie dwa razy, co mogło oznacza´c, ˙ze to

miejsce nie jest pod stał ˛

a obserwacj ˛

a. Ka˙zde kolejne l ˛

adowanie zwi˛ekszało jednak

niebezpiecze´nstwo wykrycia. Mimo to musieli pozosta´c w tym rejonie, poniewa˙z
łowcy byli jedynym kluczem, jaki mieli do rozwi ˛

azania ´smiertelnej zagadki tej

planety. Nie maj ˛

ac wyboru, postanowił odp˛edzi´c od siebie my´sl o gro˙z ˛

acym mu

niebezpiecze´nstwie, koncentruj ˛

ac uwag˛e na uruchomieniu przem ˛

adrzałej maszyn-

ki tłumacz ˛

acej.

Niewielkie, metalowe pudełko zawierało mnóstwo skomplikowanych obwo-

dów i podzespołów. Tłumacz realizował swoje funkcje za pomoc ˛

a projektora

51

background image

holograficznego, który wy´swietlał w powietrzu trójwymiarowy obraz. Pierwszy,
jaki si˛e pojawił, przedstawiał nachylon ˛

a, biał ˛

a powierzchni˛e z widniej ˛

acymi na

niej instrukcjami. Brion przeczytał je i za pomoc ˛

a odpowiednich przycisków za-

kodował w urz ˛

adzeniu te, które go interesowały. Instrukcje znikn˛eły i na ich miej-

scu ukazał si˛e obraz nauczyciela. Był to starszy m˛e˙zczyzna ubrany w prosty, szary
strój, siedz ˛

acy ze skrzy˙zowanymi nogami przed stoj ˛

acym na ziemi pudełkiem bez

wieka. Brion przeł ˛

aczał przyciski, a˙z przetworzył jego ubranie na szat˛e okrywaj ˛

a-

c ˛

a go od pasa do ud i wydłu˙zył mu włosy. Mimo i˙z jeniec był o wiele brudniejszy,

jego nauczyciel niewiele ró˙znił si˛e od niego.

Brion spojrzał na nieruchomy, trójwymiarowy wizerunek i z uznaniem poki-

wał głow ˛

a. Był niezły. Dotkni˛ecie ostatniego przycisku sprawiło, ˙ze obraz znik-

n ˛

ał, cofaj ˛

ac si˛e w przestrzeni. Gdy tylko programowanie dobiegło ko´nca, Briona

ponownie ogarn ˛

ał niepokój. Dr ˛

a˙zył go, mimo i˙z Lea kr ˛

a˙zyła ju˙z bezpiecznie po

orbicie. Jedyn ˛

a rzecz ˛

a, która naprawd˛e mogła go w tej chwili niepokoi´c, byli po-

zostali członkowie plemienia je´nca. Na razie nie widział jednak ˙zadnych oznak
ich zbli˙zania si˛e ani nie czuł ich obecno´sci. Sekundy mijały powoli.

*

*

*

Do powrotu l ˛

adownika nie zaobserwował nic podejrzanego. Zerwał si˛e na nogi

i pomachał r˛ek ˛

a.

— Rzucaj mi sprz˛et po jednej sztuce — zawołał do Lei, kiedy otworzyła si˛e

´sluza powietrzna. — A potem zejd´z jak najszybciej!

Było to niebezpieczne, ale jednocze´snie był to najszybszy sposób otrzymania

sprz˛etu luzem. Chwytał jeden po drugim ci˛e˙zkie pojemniki i ustawiał je obok sie-
bie. Kiedy Lea schodziła po drabinie, przeniósł je kolejno do krateru. Po usuni˛eciu
wszystkiego wysłali l ˛

adownik z powrotem na orbit˛e. Gdy znikn ˛

ał, a na niebie nie

było wida´c oznak odwetu, mogli odpocz ˛

a´c. Lea pogroziła pi˛e´sci ˛

a w kierunku od-

ległych wzgórz.

— Hej, wy tam, mo˙zecie teraz wróci´c tutaj i spróbowa´c sprawi´c nam kłopoty.

Ale tym razem spotka was niemiła niespodzianka! Przyjemno´s´c b˛edzie po mojej
stronie. ˙

Zaden z was, ´smierdziele, nie jest wart palca z r˛eki Briona!

— Doceniam twoj ˛

a troskliwo´s´c — powiedział Brion, nakładaj ˛

ac banda˙z na

antyseptyczn ˛

a piank˛e, któr ˛

a spryskał kikut po odci˛etym palcu. Spojrzał na wi˛e´z-

nia. Widz˛e, ˙ze nasz go´s´c znowu si˛e budzi.

— Przygotuj˛e nam co´s do jedzenia, a ty wł ˛

acz to urz ˛

adzenie. Zobaczymy, czy

da si˛e nawi ˛

aza´c z nim jak ˛

a´s rozmow˛e.

Technika edukacji była niezwykle powolna, ale nadzwyczaj precyzyjna. Wa-

runkiem jej powodzenia była stała aktywno´s´c ucznia. Z pocz ˛

atku okazała si˛e mało

skuteczna, poniewa˙z jeniec był całkowicie bierny. Nie dlatego, ˙ze był temu prze-
ciwny, ale dlatego, ˙ze był ´smiertelnie przera˙zony.

52

background image

Zanim starzec odzyskał przytomno´s´c, Brion wyczuł to poprzez zmian˛e rytmu

jego fal mózgowych. Najpierw był niepokój i uczucie bólu a˙z do chwili otwarcia
oczu. Potem pojawił si˛e paniczny strach. Taki sam, jaki opanował Vjera, kiedy
po raz pierwszy zobaczył Briona. Ten był jednak gorszy, poniewa˙z nie słabł ani
na chwil˛e. Kiedy jeniec spojrzał na Briona, próbował uciec, kwil ˛

ac z przera˙zenia.

Brion złapał go za nog˛e w kostce i w tym samym momencie strach starca wzrósł
jeszcze bardziej. Zacz ˛

ał lamentowa´c i dr˙ze´c konwulsyjnie. Przewrócił oczy, tak

˙ze było wida´c tylko białka i zemdlał. Brion poszedł po apteczk˛e.

— Zjesz co´s? — zapytała Lea, kiedy wszedł do krateru.
— Za chwil˛e. Ten tam niespecjalnie pali si˛e do współpracy i musz˛e mu zrobi´c

zastrzyk ze skopolaminy, tak jak przewiduje instrukcja.

Delikatny zastrzyk z podskórnej strzykawki ci´snieniowej przywrócił je´ncowi

´swiadomo´s´c. Brion schował szybko strzykawk˛e, aby starzec nie zd ˛

a˙zył jej zoba-

czy´c. Tym razem odr˛etwienie przemogło strach. Poruszył si˛e niezdarnie, łypi ˛

ac

podejrzliwie na Briona z l˛ekiem w oczach. Brion nie reagował. Usiadł na ziemi
i czekał. Patrzył jak jeniec spogl ˛

ada na holograficzn ˛

a posta´c i w pewnym momen-

cie poczuł pierwszy impuls zainteresowania z jego strony. Obserwowana posta´c
jawiła mu si˛e jako jego rówie´snik. Jako człowiek, którego cechuje niezwykłe opa-
nowanie, gdy˙z siedział całkowicie nieruchomo i jedynie ledwie widocznie oddy-
chał. Bez tej komputerowej symulacji ˙zycia ów wizerunek wygl ˛

adałby jak pos ˛

ag.

Kiedy ciekawo´s´c starca wzrosła jeszcze bardziej, Brion wypowiedział łagodnie
słowo uruchamiaj ˛

ace program.

— Zacznij.
Jeniec spojrzał na Briona z nagłym strachem, a potem z powrotem na holo-

graficzn ˛

a posta´c, która po raz pierwszy si˛e poruszyła. Nauczyciel pokłonił si˛e

i u´smiechn ˛

ał, a nast˛epnie si˛egn ˛

ał do stoj ˛

acego przed nim otwartego pudełka. Wy-

j ˛

ał z niego co´s, co wygl ˛

adało jak zwykły odłamek skały.

— Skała — powiedział. — Skała. . . skała.
Za ka˙zdym razem, kiedy wypowiadał to słowo, kłaniał si˛e i u´smiechał. Na-

st˛epnie wyci ˛

agn ˛

ał j ˛

a przed siebie i zadał pytanie. Jeniec gapił si˛e jedynie, maj ˛

ac

w głowie kompletny zam˛et.

Z niesko´nczon ˛

a, mechaniczn ˛

a cierpliwo´sci ˛

a nauczyciel powtórzył demonstra-

cj˛e i zadał to samo pytanie. Starzec znowu nie zareagował. Podczas trzeciej po-
wtórki nauczyciel nie u´smiechał si˛e ju˙z, a kiedy starzec i tym razem nie odpo-
wiedział na jego pytanie, skrzywił twarz, szczerz ˛

ac z˛eby i zmarszczył brwi, aby

okaza´c gniew, stan emocjonalny istniej ˛

acy w usankcjonowany sposób, jak stwier-

dzili antropolodzy, w ka˙zdej kulturze. W odpowiedzi starzec cofn ˛

ał si˛e, j˛ecz ˛

ac ze

strachu. Podczas nast˛epnej powtórki, kiedy nauczyciel rzucił skał ˛

a w jego kie-

runku, wyj ˛

akał „Prtr”. Nauczyciel u´smiechn ˛

ał si˛e i ukłonił si˛e, po czym wykonał

kilka przyjaznych gestów. Proces nauczania zacz ˛

ał si˛e.

53

background image

Brion zszedł z linii wzroku starca, ˙zeby swoim widokiem nie zakłóca´c jego

uwagi. Patrzył, jak nauczyciel przelewa wod˛e z jednego pojemnika do drugiego,
nie roni ˛

ac ani kropli.

— Działa? — zapytała Lea.
— Zawsze. To samoucz ˛

acy si˛e program. Jak tylko ucze´n zapami˛eta jakie´s

słowo, program powtarza je w celu ich utrwalenia. Wraz ze wzrostem zasobu
słów ucznia przy´spiesza proces uczenia. Ju˙z wkrótce b˛edziemy mogli zadawa´c
mu pytania. Z pocz ˛

atku proste, ale potem coraz bardziej abstrakcyjne. Kiedy stary

si˛e zm˛eczy, urz ˛

adzenie zrobi przerw˛e na odpoczynek. Nast˛epnie b˛edzie mogło

nauczy´c nas wszystkiego, czego samo si˛e nauczyło.

— ´

Cwicz ˛

ac nas i poprawiaj ˛

ac nasz akcent, gramatyk˛e i inne rzeczy, tak?

— Zgadza si˛e. No, gdzie jest to jedzenie, o którym mówiła´s? Nie musz˛e na

niego patrze´c, aby go upilnowa´c. Po jego emocjach b˛ed˛e w stanie powiedzie´c, czy
co´s zamierza.

Było pó´zne popołudnie, kiedy starzec zacz ˛

ał si˛e kiwa´c ze zm˛eczenia. Podan ˛

a

mu przez Briona wod˛e w drewnianej czarce wypił, gło´sno siorbi ˛

ac.

— Jak si˛e nazywa? — zwrócił si˛e Brion do HPJ.
— Ucze´n nazywa si˛e Ravn. Ravn. Powtarzam, Ravn. . .
— Wystarczy. — Brion obrócił si˛e i u´smiechn ˛

ał si˛e szeroko. — Ravn, witamy

w ludzkiej rodzinie!

background image

Poskromienie

— Rana goi si˛e zupełnie dobrze — oceniła Lea, przygl ˛

adaj ˛

ac si˛e kikutowi po

obci˛etym palcu. Nast˛epnie pokryła go antyseptycznym kremem.

— Arbt klrm — powiedział Brion.
— Je´sli chcesz powiedzie´c to boli, musisz si˛e lepiej nauczy´c połyka´c ko´ncowe

głoski, bo inaczej ci ´smierdz ˛

acy tubylcy nigdy ci˛e nie zrozumiej ˛

a.

— Wstr˛etny j˛ezyk!
— Widz˛e, ˙ze odzywa si˛e w tobie twój j˛ezykowy izolacjonizm. Mówi ˛

ac ogól-

nie, ˙zaden j˛ezyk nie mo˙ze by´c wstr˛etny. . . — Brion przerwał jej, unosz ˛

ac palec

i powiedział spokojnie:

— Nie ogl ˛

adaj si˛e. Ravn szykuje si˛e wła´snie do ucieczki. Czekałem na to.

Dam mu troch˛e forów, zanim go złapi˛e. Chc˛e, aby uciekł i poczuł, ˙ze wreszcie
uwolnił si˛e od nas. A kiedy go potem złapi˛e, ˙zeby stracił nadziej˛e. By´c mo˙ze
dzi˛eki temu jego instynkt obronny zostanie osłabiony i uda mi si˛e nawi ˛

aza´c z nim

kontakt i skłoni´c do rozmowy. Nie chciałem u˙zywa´c do tego celu siły. Ale skoro
ma dosy´c energii na ucieczk˛e, to mały wstrz ˛

as mu nie zaszkodzi.

— Dołó˙z mu troch˛e ode mnie. Ilekro´c spogl ˛

ada na mnie, zawsze ma na twa-

rzy taki sam wyraz obrzydzenia, jaki miał, kiedy dałe´s mu do jedzenia gotowane
mi˛eso.

— Jak si˛e mogła´s sama przekona´c, jest przedstawicielem społecze´nstwa

o nadzwyczaj silnie zaznaczonych podziałach kastowych.

— Tak. Kobiety znajduj ˛

a si˛e w nim zapewne poni˙zej dna. Och, szykuje si˛e.

Podnosi si˛e i patrzy w t˛e stron˛e.

— Odwró´c si˛e, tak jakby´s go nie widziała. Chc˛e, aby miał nadziej˛e, ˙ze uda

mu si˛e uciec. . . zanim go jej pozbawi˛e. To powinna by´c stresowa sytuacja, która
odbierze mu ch˛e´c do obrony.

*

*

*

Ravn wiedział, ˙ze Starzec, Który Mówił nie b˛edzie go ´scigał. Zawsze siedział

w tym samym miejscu. Kobieta z kolei nie liczyła si˛e zupełnie. Bał si˛e jedynie

55

background image

tego wielkiego łowcy, poniewa˙z posiadał sił˛e dwóch ludzi. Musiał jednak pod-
j ˛

a´c prób˛e, korzystaj ˛

ac z okazji, kiedy Łowca nie patrzył na niego. Był najedzony

i wypocz˛ety. Nadal był tym samym silnym w nogach Ravnem, który od lat tropił
i zabijał Mi˛eso-twory. Zawsze prze´scigał je. . . A teraz prze´scignie Łowc˛e! Łowca
jest głupi, nawet nie patrzy na niego. Ten Stary te˙z jest głupi, bo siedzi i nie pod-
nosi alarmu. Ravn odpełzł powoli w traw˛e, a nast˛epnie zerwał si˛e na równe nogi
i rzucił si˛e do ucieczki. P˛edził niczym wiatr, niczym Mi˛eso-twory. . . Ju˙z go nie
złapi ˛

a.

Lea patrzyła, jak starzec biegnie chy˙zo równin ˛

a, oddalaj ˛

ac si˛e od nich coraz

bardziej.

— Nie za bardzo ryzykujesz? — zapytała. — Ten stary bałwan nawet szybko

biega. Nie zniosłabym, gdyby´smy go teraz stracili. Mogliby´smy mie´c kłopoty.
Musiałby´s walczy´c z jego kompanami. Mog ˛

a czeka´c tam na niego.

— Nie przejmuj si˛e a˙z tak bardzo. Nikt tam na niego nie czeka, jestem tego

pewien. — Brion spojrzał na uciekiniera, po czym wstał i przeci ˛

agn ˛

ał si˛e. —

Sprint to dobre ´cwiczenie. Rzadko mam okazj˛e go trenowa´c.

Patrz ˛

ac na niego, Lea uznała, ˙ze jej obawy s ˛

a nieuzasadnione. Kiedy Brion

ruszył w po´scig, stwierdziła, ˙ze nigdy dot ˛

ad nie widziała go biegn ˛

acego z maksy-

maln ˛

a szybko´sci ˛

a. Zapomniała, ˙ze jest mistrzem ´swiata, zwyci˛ezc ˛

a w dwudziestu

dyscyplinach. . . i ta musiała by´c jedn ˛

a z nich.

Dla Ravna był to nieoczekiwany szok. Jeszcze przed chwil ˛

a gotów był za-

´spiewa´c pie´s´n zwyci˛estwa, gdy oddaliwszy si˛e szybko na du˙z ˛

a odległo´s´c, uznał,

˙ze nie da si˛e ju˙z złapa´c. Kiedy obejrzał si˛e za siebie i zobaczył, ˙ze Łowca za-

cz ˛

ał go goni´c, za´smiał si˛e i przy´spieszył, aby powi˛ekszy´c dziel ˛

acy ich dystans. Po

chwili ponownie si˛e obejrzał i zobaczył, ˙ze Łowca zmniejszył t˛e odległo´s´c o po-
łow˛e. . . i wci ˛

a˙z si˛e zbli˙zał. Ravn zawył z rozpaczy i rzucił si˛e do dalszej ucieczki,

ale czuł ju˙z, ˙ze nie ucieknie. Odgłos szybkich kroków zbli˙zał si˛e coraz bardziej,
a las był wci ˛

a˙z daleko. Czuł ból w płucach, a serce waliło mu jak młotem, kiedy

ci˛e˙zka dło´n spadła na jego rami˛e. Wrzasn ˛

ał na cały głos i upadł na ziemi˛e. Brion

nie odczuwał ˙zadnych wyrzutów sumienia, patrz ˛

ac na wij ˛

acego si˛e i lamentuj ˛

ace-

go w trawie starca. Czuł silne bicie serca z powodu szybkiego biegu i pulsuj ˛

acy

w jego rytmie ból w kikucie — pozostało´sci po palcu, który przypuszczalnie ob-
ci˛eła mu wła´snie ta pełzaj ˛

aca teraz istota. Kiedy Brion zobaczył go na jego szyi,

ogarn˛eła go w´sciekło´s´c. Patrzył, jak starzec piszcz ˛

ac ˙zało´snie ´sciska kurczowo

obiema r˛ekoma naszyjnik. Trzymał go jak jaki´s amulet, maj ˛

acy dodawa´c mu sił.

Przygl ˛

adaj ˛

ac si˛e temu, Brion zrozumiał nagle, co musi zrobi´c. Przypomniał sobie,

˙ze ubranie z nie wyprawionej, jaszczurczej skóry i kamienna bro´n były jedyny-

mi przedmiotami, które posiadali ci ludzie. Z wyj ˛

atkiem tego naszyjnika. Musiał

wi˛ec przedstawia´c du˙z ˛

a warto´s´c lub by´c jakim´s wa˙znym symbolem. ´Swietnie!

Je´sli tak, to nale˙zał si˛e on tylko jemu.

56

background image

Ravn zawył jeszcze gło´sniej, ´sciskaj ˛

ac naszyjnik rozpaczliwie, kiedy Brion

próbował mu go zabra´c. Brion był jednak znacznie silniejszy. Chwycił go za nad-
garstki i ´scisn ˛

ał je. Palce starego straciły sił˛e i rozlu´zniły si˛e. ´Sci ˛

agn ˛

ał naszyj-

nik z jego szyi i demonstracyjnie zawiesił go na swojej. Lament starca przeszedł
w gło´sne błaganie.

— Mój. . . daj mi! Jestem Ravn, ja nosi´c, mój. . .
Zacz ˛

ał mówi´c w swoim j˛ezyku i Brion stwierdził, ˙ze rozumie go zupełnie nie-

´zle. Heurystyczny Procesor J˛ezykowy odwalił kawał dobrej roboty. Brion cofn ˛

si˛e i poło˙zył r˛ek˛e na naszyjniku mówi ˛

ac powoli w j˛ezyku Ravna:

— Teraz jest mój. Jestem Brion. Kiedy nosz˛e go, jestem Ravnem.
Bez wzgl˛edu na to, czy Ravn jest tytułem, czy imieniem, ten człowiek powi-

nien zrozumie´c, o co chodzi. I zrozumiał. Przestał krzycze´c i zmru˙zył gniewnie
oczy.

— Tylko jeden Ravn z lud´zmi. Ja. Mój. — Wyci ˛

agn ˛

ał r˛ek˛e w ge´scie ˙z ˛

adania.

Brion zdj ˛

ał naszyjnik, ale nie podał go.

— Twój? — zapytał.
— Mój. Oddaj mi. Nale˙zy do Ravna.
— Co znaczy Ravn?
— To ja. Mówi˛e ci, oddaj mi to. Jeste´s zgniłym mi˛esem, jeste´s gównem, jeste´s

kobiet ˛

a!

Brion złapał starca r˛ek ˛

a za szyj˛e i zacisn ˛

ał, przyci ˛

agaj ˛

ac go jednocze´snie bli˙zej

do siebie, a˙z ich twarze prawie si˛e zetkn˛eły. Potem zawarczał:

— Przeklinasz mnie? Nie przeklinaj Briona. Mógłbym zabi´c ci˛e w jednej

chwili, zaciskaj ˛

ac bardziej palce. . . o tak!

Ciało Ravna zadrgało jak w agonii. Nie mógł złapa´c powietrza ani mówi´c, Był

bliski ´smierci.

Brion potrz ˛

asn ˛

ał nim jak szmat ˛

a, po czym zakołysał mu naszyjnikiem przed

oczyma.

— Najpierw powiesz mi wszystko, co chc˛e wiedzie´c. Dopiero potem dosta-

niesz to z powrotem. Rozumiesz? Powiedz tak!

— Tak. . . — wykrztusił Ravn. — Tak.
Brion nie okazał zadowolenia z tego zwyci˛estwa. Wci ˛

a˙z jeszcze gniew był

w jego głosie, kiedy opu´scił Ravna na ziemi˛e i usiadł obok niego. Stawiał pytania
rozkazuj ˛

acym tonem, ˙z ˛

adaj ˛

ac odpowiedzi. Ravn odpowiadał na nie najlepiej jak

umiał, nie staraj ˛

ac si˛e nic ukry´c. Po dłu˙zszym czasie jego głos ochrypł, a słowa

zacz˛eły si˛e miesza´c. Brion był zadowolony. Jak na pocz ˛

atek uzyskał wi˛ecej ni˙z

si˛e spodziewał. Zamierzał ju˙z odda´c Ravnowi naszyjnik, kiedy spojrzał na swój
własny palec, tkwi ˛

acy mi˛edzy innymi ko´s´cmi. To była cz˛e´s´c jego samego, która

musiała mie´c jakie´s wa˙zne znaczenie dla tych ludzi, inaczej nie potraktowaliby
go w ten sposób. Nie, nie dostan ˛

a go. Brion złapał wysuszony palec i zerwał go

z naszyjnika.

57

background image

— Jest mój, na zawsze! Teraz mo˙zesz dosta´c reszt˛e. Rzucił naszyjnik na zie-

mi˛e. — Wrócimy teraz do mojego obozu. B˛edziesz rozmawiał ze mn ˛

a, kiedy tylko

zechc˛e.

Ravn wło˙zył naszyjnik dr˙z ˛

acymi r˛ekoma i podniósł si˛e. Ch˛e´c ucieczki opu-

´sciła go. Brion wiedział, ˙ze od tej chwili b˛edzie robił wszystko, czego od niego

za˙z ˛

ada. Kiedy starzec odwrócił si˛e do niego plecami, Brion upu´scił wysuszony

palec na ziemi˛e, zadowolony, ˙ze pozbywa si˛e go. Spełnił ju˙z swoje zadanie.

— Kobieto, chcemy je´s´c! — zawołał Brion w j˛ezyku Ravna, prowadz ˛

ac wy-

czerpanego je´nca z powrotem do obozu.

Lea rozszerzyła gniewnie nozdrza w odpowiedzi na te słowa i ton, jakim zo-

stały wypowiedziane.

— Czy te szowinistyczne, samcze słowa oznaczaj ˛

a, ˙ze doszli´smy do porozu-

mienia z tym ´Smierdz ˛

acym Staruchem?

— Tak jest, mój skarbie! — Zamrugał do niej wykrzykuj ˛

ac te słowa. — Na-

karm go, Prosz˛e. Potem, jak u´snie, opowiem ci kilka interesuj ˛

acych rzeczy, któ-

rych si˛e dowiedziałem.

— Je´sli nie masz nic przeciwko temu, zjemy oddzielnie. Nie przyzwyczaiłam

si˛e jeszcze do jego ulubionego dania składaj ˛

acego si˛e z gnij ˛

acego surowego mi˛esa.

— Ja równie˙z. Nakarmmy go i przywi ˛

a˙zmy do palika. Wydaje mi si˛e, ˙ze nie

sprawi nam wi˛ecej kłopotów.

Gło´sne chrapanie Ravna dobiegło z wysokiej trawy, w której został uło˙zony

do snu z nog ˛

a przywi ˛

azan ˛

a plecionym rzemieniem do wbitego gł˛eboko w ziemi˛e

palika.

— S ˛

a prymitywni — powiedział Brion, ˙zuj ˛

ac swoj ˛

a such ˛

a racj˛e. — Niepraw-

dopodobnie prymitywni, pod ka˙zdym wzgl˛edem. Wszystkie ich czynno´sci s ˛

a ´sci-

´sle zrytualizowane. M˛e˙zczy´zni zajmuj ˛

a si˛e polowaniem i wszystko kontroluj ˛

a. . .

— Nie po raz pierwszy w historii ludzko´sci.
— Zgadza si˛e. To jest i nie jest społecze´nstwo. Sama biel i czer´n, bez ˙zad-

nych odcieni szaro´sci. M˛e˙zczy´zni poluj ˛

a, a potem wszyscy razem jedz ˛

a to, co

przynios ˛

a. Na surowo. Jedzenie innych rzeczy jest tabu. Jedzenie gotowanego po-

˙zywienia jest tabu. Opuszczanie lasu jest tabu. . . z wyj ˛

atkiem krótkich wypadów

łowieckich. Jedynie m˛e˙zczyznom wolno sporz ˛

adza´c i u˙zywa´c broni. . .

— Wiem. To tak˙ze tabu. Czy dowiedziałe´s si˛e, dlaczego napadli na nas wtedy

w nocy?

— To równie˙z jakie´s tabu. Widzieli nas w pobli˙zu l ˛

adownika. . . a maszyny s ˛

a

u nich najwi˛ekszym tabu.

— To mo˙ze mie´c co´s wspólnego ze sprz˛etem wojennym.
— Nie mam co do tego w ˛

atpliwo´sci. To ju˙z wszystko, czego udało mi si˛e

dowiedzie´c od niego tym razem.

— Czy ustaliłe´s w ko´ncu, co takiego wa˙znego jest w tym ko´scianym naszyj-

niku?

58

background image

— S ˛

adz˛e, ˙ze tak. To jest troch˛e skomplikowane i zdaje mi si˛e, ˙ze nie zrozumia-

łem kilku słów, niemniej chodzi tu o nast˛epuj ˛

ac ˛

a spraw˛e. M˛e˙zczyzna ma dusz˛e,

co´s w rodzaju podstawowego bytu. Jak si˛e zapewne domy´slasz, kobiety i dzieci
jej nie maj ˛

a. Po prostu umieraj ˛

a i pami˛e´c o nich ginie, jak o zwierz˛etach. Ale je´sli

kawałek m˛e˙zczyzny jest przechowywany przez Ravna, uwa˙za si˛e, ˙ze ˙zyje on na-
dal i pozostaje w dalszym ci ˛

agu członkiem plemienia. I podlega rozkazom Ravna.

Zamierzali zabi´c nas zgodnie z jakim´s wspaniałym rytuałem, poniewa˙z jeste´smy
tabu. Nosił mój palec, ˙zeby cały czas mie´c nade mn ˛

a kontrol˛e.

— Pi˛eknie. Czy to znaczy, ˙ze przechowuj ˛

a gdzie´s ko´sci palców wszystkich

swoich przodków?

— Niewykluczone. W gruncie rzeczy ten rodzaj logiki nie ró˙zni si˛e zbytnio

od logiki innych kultur, które grzebi ˛

a swoich zmarłych. Jest to nawet bardziej

praktyczne. Zachowanie ko´sci palca jest o wiele łatwiejsze ni˙z całego szkieletu.

Lea spojrzała na rozgwie˙zd˙zone niebo i zadr˙zała.
— I wszyscy ci ludzie s ˛

a potomkami kulturalnych i inteligentnych istot ludz-

kich. Jak mogło doj´s´c do tego?

— Nie mam poj˛ecia. Na razie.
— Co ł ˛

aczy tych prymitywnych ludzi z nowoczesnym sprz˛etem wojennym,

który tu widzieli´smy?

— Nie znam odpowiedzi równie˙z na to pytanie. Ale zamierzam j ˛

a znale´z´c.

Je˙zeli Ravn te˙z jej nie zna albo udaje, ˙ze nie zna, postaram si˛e, ˙zeby udzielili mi
jej inni. Mog ˛

a oni by´c ponadto w posiadaniu przedmiotów, które posłu˙z ˛

a nam

jako jaka´s wskazówka. . . Tak wi˛ec wygl ˛

ada na to, ˙ze b˛edziemy musieli uda´c si˛e

na wzgórza i spotka´c si˛e z nimi i ustali´c, co wiedz ˛

a. ˙

Zyj ˛

a na tej planecie od tysi˛ecy

lat, by´c mo˙ze nawet ˙zyli tu jeszcze przed Upadkiem. Musz ˛

a by´c w stanie udzieli´c

nam jakich´s informacji.

— Mówisz nam. Czy chcesz przez to powiedzie´c, ˙ze zamierzasz ponownie

ryzykowa´c naszym ˙zyciem, wracaj ˛

ac do ich obozu?

— Tym razem ryzyko b˛edzie niewielkie — wskazał na skrzynk˛e z broni ˛

a. —

Pójdziemy tam uzbrojeni i z własnej woli.

background image

Niebezpieczna wyprawa

Id ˛

ac wolno g˛esiego, przedzierali si˛e równin ˛

a w kierunku poło˙zonych w oddali

zalesionych wzgórz. Ravn szedł przodem, a tu˙z za nim Brion. Lea wlokła si˛e
daleko z tyłu objuczona zawini˛etym w skóry pakunkiem, który niosła na plecach.
Wytarła r˛ek ˛

a pot z twarzy i zawołała:

— Zatrzymajcie si˛e. Ju˙z dawno min˛eła pora na odpoczynek!
Kiedy dogoniła Briona, zrzuciła swój baga˙z na ziemi˛e i usiadła na nim z wes-

tchnieniem ulgi.

— Napij si˛e wody — powiedział Brion. — I odsapnij.
— Co za wspaniała propozycja! — ˙zachn˛eła si˛e. I jaka wielkoduszna. Pozwa-

lasz mi napi´c si˛e wody, któr ˛

a targam na plecach cały dzie´n. . .

— A mamy jaki´s inny wybór? — zapytał spokojnie z nieubłagan ˛

a logik ˛

a, ale

ta odpowied´z nie spodobała si˛e jej.

— Co znaczy to my, przecie˙z to ja robi˛e za tragarza. Wiem, ˙ze ten argument

jest myl ˛

acy, ˙ze kobiety niczym zwierz˛eta poci ˛

agowe odwalaj ˛

a najci˛e˙zsz ˛

a robot˛e

w tym cofni˛etym w rozwoju społecze´nstwie, w którym straciłby´s cały swój pre-
sti˙z, gdyby´s przeniósł cokolwiek. Nara˙zam swój kr˛egosłup i bez w ˛

atpienia dosta-

n˛e w ko´ncu przepukliny. . . Przesta´n si˛e do mnie u´smiecha´c w ten protekcjonalny
sposób, ty wstr˛etny brutalu!

— Przepraszam. Bardzo mi przykro, ˙ze nie mog˛e ci pomóc. Niedługo powin-

ni´smy dotrze´c na miejsce.

— Nie tak szybko. . .
Rozwi ˛

azała tobołek z jaszczurczej skóry — pozostało´sci po zwierz˛eciu, które

dwa dni wcze´sniej posłu˙zyło Ravnowi za po˙zywienie — i grzebała w nim, a˙z
znalazła butelk˛e z wod ˛

a. Poci ˛

agn˛eła du˙zy łyk i podała j ˛

a Brionowi, który zwil˙zył

jedynie usta. Poniewa˙z kobieta piła t˛e wod˛e, stała si˛e owa woda dla niego, Łowcy,
tabu. Nawet nie próbowali proponowa´c jej Ravnowi.

— Jak schowasz wod˛e, odszukaj pudełko z granatami ogłuszaj ˛

acymi i daj mi

je — powiedział nieoczekiwanie Brion.

Lea spojrzała na niego z niepokojem.
— Czy˙zby zbli˙zały si˛e kłopoty? — zapytała.
Przytakn ˛

ał jej powoli.

60

background image

— S ˛

a ukryci w lesie. Czuj˛e ich nienawi´s´c, tak ˛

a sam ˛

a jak ostatnim razem.

— Ale nasza sytuacja nie jest taka sama jak ostatnim razem! — Wr˛eczyła mu

płaskie pudełko i u´smiechn˛eła si˛e do niego zach˛ecaj ˛

aco, kiedy wsuwał do kieszeni

gar´s´c metalowych kulek — Nawet nie wiesz, jak bardzo licz˛e na nie.

— Nie chc˛e zrani´c ˙zadnego z nich, ale najlepszy skutek mo˙ze da´c porz ˛

adne

ich przestraszenie. Je´sli uda nam si˛e zaj ˛

a´c miejsce na szczycie tej społeczno´sci,

wówczas b˛edziemy mogli z pewno´sci ˛

a uzyska´c odpowied´z na nasze pytania. Za

chwil˛e ruszamy. Trzymaj si˛e blisko mnie, poniewa˙z s ˛

a ju˙z niedaleko. To dobrzy

łowcy i do tego uzbrojeni, dlatego te˙z nie powinni´smy ryzykowa´c.

Je´sli Ravn był ´swiadomy przygotowywanej zasadzki, to nie dawał tego po so-

bie pozna´c, po prostu przedzierał si˛e przed nimi w tym samym tempie. Kierowali
si˛e ku krzewom i dalej, ku drzewom. Po pewnym czasie ukazała si˛e przed nimi
polana. Trasa ich w˛edrówki prowadziła przez jej ´srodek.

— Zatrzymaj si˛e — zawołał Brion w j˛ezyku tubylców, kiedy znale´zli si˛e na jej

´srodku. — Daj mi wody — zwrócił si˛e do Lei, po czym dodał cicho: — Otaczaj ˛

a

nas teraz ze wszystkich stron i s ˛

a bardzo spi˛eci. Jestem pewien, ˙ze s ˛

a gotowi

zaatakowa´c nas w ka˙zdej chwili. Na wszelki wypadek trzymaj bro´n pod r˛ek ˛

a.

Le´sn ˛

a cisz˛e rozdarł piskliwy ´swiergot, który rozniósł si˛e echem po polanie.

Tu˙z po nim rozległy si˛e liczne okrzyki wojenne Łowców, którzy wysypali si˛e ze
wszystkich stron z le´snej g˛estwiny. Ravn ruszył biegiem do przodu, aby przy-
ł ˛

aczy´c si˛e do nich, ale Brion dopadł go w tym samym momencie i powalił na

ziemi˛e jednym ciosem wymierzonym w plecy. Potem postawił na nim nog˛e, aby
przytrzyma´c go przy ziemi i zacz ˛

ał rzuca´c granaty w kierunku zaciskaj ˛

acego si˛e

wokół nich pier´scienia. Wybuchy płomieni i ogłuszaj ˛

ace huki eksplozji rozlegały

si˛e ze wszystkich stron. Lea wiedziała co nast ˛

api i zakryta uszy, mimo to jednak

kl˛eczała nadal, wzdrygaj ˛

ac si˛e przy ka˙zdej kolejnej eksplozji. Wojenne okrzyki

przeszły w ryk bólu, kiedy łowcy cofali si˛e lub padali. Cisz˛e, jaka wkrótce na-
stała, rozdarł nagle pełen gniewu głos Briona przeklinaj ˛

acy ich w ich własnym

j˛ezyku:

— Jeste´scie ´scierwem. Jeste´scie kobietami. Jeste´scie gównem! Podnosicie na

mnie dzidy, a ja zabijam was. Jeste´scie martwym mi˛esem pod moimi stopami. . .
jak ten Ravn, który jest martwym mi˛esem! — Mówi ˛

ac to, naciskał mocniej nog ˛

a

na Ravna, który zaj˛eczał imponuj ˛

aco. Brion czuł emanuj ˛

acy od Łowców paniczny

strach. Jeden z impulsów wydał mu si˛e znany. — Vjer, chod´z tutaj — rozkazał.

Vjer podniósł si˛e niepewnie i wolno ruszył do przodu, potykaj ˛

ac si˛e co chwila.

Z nosa ciekła mu krew, był oszołomiony i ogłuszony wybuchami. Brion spojrzał
na niego gniewnie.

— Kim jestem? — zawołał.
— Jeste´scie Brrn. . .
— Gło´sniej! Nie słysz˛e.
— BRRN!

61

background image

— Czym jest to ´scierwo, na którym stoj˛e?
— To jest Ravn.
— Wobec tego kim jestem teraz?
— Musisz by´c. . . Ravnem Nad Ravnem!
Patrzył na niego szeroko otwartymi oczyma i Brion czuł jego strach, grani-

cz ˛

acy niemal z uwielbieniem. Brion wskazał na przezroczysty nó˙z, który trzymał

Vjer.

— Co to jest, co trzymasz w r˛ece?
Vjer spojrzał na nó˙z i zacz ˛

ał si˛e trz ˛

a´s´c. Padł strwo˙zony na kolana i podczołgał

si˛e do Briona, aby poło˙zy´c go u jego stóp. Brion podniósł go i wsun ˛

ał do pustej

pochwy.

— Teraz pójdziemy — powiedział, zdejmuj ˛

ac nog˛e z grzbietu Ravna. Tytuł,

jaki otrzymał, był najwa˙zniejszy ze wszystkiego. Czuł to po reakcjach otaczaj ˛

a-

cych go ludzi. Agresja i strach zacz˛eły opuszcza´c ich, kiedy zaakceptowali go
w nowej roli.

— Nadal maj ˛

a bro´n — powiedziała Lea, mierz ˛

ac Łowców podejrzliwym

wzrokiem.

— Nie ma potrzeby ich rozbraja´c, dopóki jestem w tej nowej roli cz˛e´sci ˛

a ich

kultury.

— A co ze mn ˛

a? Przecie˙z jako kobieta jestem dla nich mniej ni˙z niczym.

Nie´s swój tobołek i milcz, tak? Poczekaj, niech no tylko opu´scimy ten samczo-
-szowinistyczny raj, Brionie Brandd! O, zapłacisz mi za to. . .

Kiedy wspinali si˛e na wzgórze mi˛edzy drzewami, Brion ´sledził stany emo-

cjonalne otaczaj ˛

acych go ludzi. Dopóki akceptowali go, dopóty był bezpieczny.

Wszystko to jednak mogło zmieni´c si˛e w jednej chwili — z ró˙znych, nie daj ˛

acych

si˛e przewidzie´c powodów. Je´sli jego nowa pozycja zostanie zachowana, b˛edzie to
najszybszy i najskuteczniejszy sposób na poznanie tutejszej kultury i przeprowa-
dzenie rozmów. Było to niebezpieczne, ale było ju˙z za pó´zno, ˙zeby si˛e wycofa´c.

Gdy agresja i nienawi´s´c opu´sciły Łowców, zacz˛eli si˛e kolejno oddala´c. Jedy-

nie niewielka grupa została przy nich, towarzysz ˛

ac im w drodze do obozowiska.

Wspinali si˛e dalej wzdłu˙z stromego wzgórza, a˙z znale´zli si˛e przed widocznym
mi˛edzy drzewami urwiskiem skalnym, tworz ˛

acym ci ˛

ag naturalnych jaski´n. Krz ˛

a-

tała si˛e tam niewielka grupa kobiet. Oddzielały mi˛eso od jaszczurczych skór ka-
wałkami ostrych kamieni. Kiedy zobaczyły obcych, cofn˛eły si˛e, ponaglane kop-
niakami i kuksa´ncami przez siwowłos ˛

a kobiet˛e.

— To pewnie ˙ze´nska odpowiedniczka Ravna — powiedziała Lea, przygl ˛

ada-

j ˛

ac si˛e scenie z zainteresowaniem. — Skoro ty stan ˛

ałe´s na czele Łowców, ja stan˛e

na czele kobiet. — Opu´sciła na ziemi˛e tobołek i ruszyła w ich kierunku, woła-
j ˛

ac, aby si˛e zatrzymały. Zamiast tego przyspieszyły kroku wszystkie z wyj ˛

atkiem

siwowłosej, która odwróciła si˛e nagle i ruszyła na Le˛e.

— Zabij˛e! Ty ´scierwo — zaskrzeczała.

62

background image

Lea stan˛eła w rozkroku i cofn˛eła swoj ˛

a mał ˛

a, tward ˛

a pi˛e´s´c. Kiedy jej prze-

ciwniczka podbiegła do niej, uderzyła j ˛

a z całej siły. Siwowłosa kobieta zgi˛eła

si˛e i j˛ecz ˛

ac z bólu złapała si˛e za brzuch. Lea chwyciła j ˛

a za włosy i poci ˛

agn˛eła,

odwracaj ˛

ac jej głow˛e.

— Zamknij si˛e i powiedz mi, jak si˛e nazywasz. . . albo dostaniesz jeszcze raz!
— Jestem. . . Pierwsz ˛

a Kobiet ˛

a.

— Ju˙z nie. Ja jestem Pierwsz ˛

a Kobiet ˛

a. A ty jeste´s teraz Star ˛

a Kobiet ˛

a!

Nowo nazwana Stara Kobieta zaj˛eczała, protestuj ˛

ac i jednocze´snie staraj ˛

ac si˛e

uwolni´c włosy z uchwytu Lei. Jej j˛ek przeszedł w krzyk bólu, kiedy przechodz ˛

acy

obok Ravn kopn ˛

ał j ˛

a od niechcenia w bok

— Jeste´s teraz Star ˛

a Kobiet ˛

a — powiedział zadowolony, ˙ze kto´s jeszcze

oprócz niego został upokorzony. Podszedł do skalnej ´sciany i usiadł w sło´ncu,
opieraj ˛

ac si˛e o ni ˛

a plecami, a nast˛epnie krzykn ˛

ał, ˙z ˛

adaj ˛

ac jedzenia.

— Czaruj ˛

acy ludzie — powiedziała Lea.

— Twory swojej własnej kultury — odrzekł Brion, owijaj ˛

ac kawałkiem jasz-

czurczej skóry nadajnik, zanim wyj ˛

ał go z tobołka. — Ten system pomaga im

przetrwa´c na tej planecie. Inaczej nie byłoby ich tutaj. Chc˛e przekaza´c do pami˛eci
komputera pokładowego l ˛

adownika raport z dzisiejszych wydarze´n. Musimy na

bie˙z ˛

aco uzupełnia´c relacj˛e, na wypadek gdyby nam si˛e co´s stało.

— Oszcz˛ed´z mi, je´sli łaska, tych dodatkowych zmartwie´n. Spodziewam si˛e,

˙ze zako´nczymy t˛e misj˛e ˙zywi. Miej to cały czas na uwadze! Kiedy b˛edziesz prze-

kazywał raport, postaram si˛e porozmawia´c z kobietami. Spróbuj˛e zobaczy´c, jak
wygl ˛

ada ten odra˙zaj ˛

acy ´swiat z ich punktu widzenia.

— Dobrze. Potrzebujemy informacji, ale nie b˛edziemy mogli zosta´c tu dłu˙zej

ni˙z b˛edzie to konieczne. Wi˛ekszo´s´c z nich ma insekty, zauwa˙zyła´s to?

— Trudno nie zauwa˙zy´c. Robi mi si˛e niedobrze, ilekro´c na nich patrz˛e. Nie

oddalaj si˛e zbytnio.

— B˛ed˛e tutaj. Sam chc˛e zada´c im par˛e pyta´n. Porozmawiam z Vjerem, ł ˛

aczy

mnie ju˙z z nim co nieco. Powodzenia!

*

*

*

Było ju˙z prawie ciemno, kiedy Lea wyszła z jaskini drapi ˛

ac si˛e pod pach ˛

a.

Brion rozmawiał z dwoma Łowcami, ale kiedy zobaczył wyraz jej twarzy, polecił
im odej´s´c. Podał jej plastikowy pojemnik i powiedział:

— Znalazłem w apteczce ´srodek antyseptyczny, mo˙ze by´c dobry na insekty.

Tamta jaskinia to dosłownie siedlisko robactwa!

Szybko zdj˛eła ubranie i spryskała całe swoje ciało pokryte czerwonymi pr˛ega-

mi. Kiedy smarowała skór˛e kremem goj ˛

acym, Brion spryskał jej ubranie. Ubiera-

j ˛

ac si˛e powiedziała do niego:

63

background image

— B ˛

ad´z tak dobry i nalej mi du˙z ˛

a wódk˛e. Butelka jest na dnie tobołka.

— Napij˛e si˛e z tob ˛

a. To był długi dzie´n dla nas obojga. Jak ci poszła rozmowa?

— Doskonale, je´sli pomin˛e k ˛

asanie przez robactwo. Do pełna, ´swietnie, dzi˛e-

ki. O, jak miło. . . Kobiety maj ˛

a swoj ˛

a własn ˛

a subkultur˛e ´sci´sle zhierarchizowa-

n ˛

a i wspaniał ˛

a skarbnic˛e opowie´sci. To jakby mityczny lub mnemoniczny ´spiew

o wszystkim, co tylko mo˙zna nazwa´c. To cała historia przekazywana z ust do ust.
Nast˛epnym razem wezm˛e ze sob ˛

a rejestrator. To b˛edzie bezcenny materiał dla

antropologów. A teraz powiedz, czego ty si˛e dowiedziałe´s.

— Niewiele. Łowcy rozmawiali ze mn ˛

a dosy´c ch˛etnie, ale tylko o zabijaniu

tego czy innego zwierz˛ecia lub o swoich niezwykłych zdolno´sciach tropicielskich.
My´sl˛e, ˙ze nie musz˛e tego rozwija´c. Na inne tematy nie maj ˛

a własnego zdania. S ˛

a

po prostu chodz ˛

acymi skarbnicami ró˙znych tabu. Wszystko, co robi ˛

a lub my´sl ˛

a

jest okre´slane przez ten system.

— To samo dotyczy kobiet, przynajmniej je´sli chodzi o ich ˙zycie fizyczne.

Cz˛esto si˛egaj ˛

a do mitów, co wydaje si˛e nie podlega´c ˙zadnemu tabu. Odnosz˛e jed-

nak wra˙zenie, ˙ze te opowie´sci s ˛

a prawdopodobnie tabu dla m˛e˙zczyzn. Słyszałe´s

co´s o micie stworzenia?

Brion zaprzeczył, potrz ˛

asaj ˛

ac głow ˛

a.

— Nie, nic na ten temat nie słyszałem.
— Jest interesuj ˛

acy, poniewa˙z mo˙ze by´c uproszczon ˛

a wersj ˛

a prawdziwych

zdarze´n, czym´s, co ˙zyje w ich pami˛eci, ale w formie mitu. Mówi on o tym, ˙ze
ludzie ˙zyli kiedy´s jak bogowie, ˙ze poruszali si˛e nad ziemi ˛

a, nie chodz ˛

ac po niej,

a nawet latali w powietrzu bez skrzydeł. W tamtych czasach ludzie byli ´zli, po-
niewa˙z cenili rzeczy wykonane z cklt. . . Spotkałe´s si˛e mo˙ze z tym słowem?

— Tak. Wiem, co ono oznacza. Metal. Domy´sliłem si˛e jego znaczenia ze spo-

sobu, w jaki zostało u˙zyte. Musiałem straci´c rozmówc˛e, aby upewni´c si˛e, ˙ze moje
przypuszczenie jest słuszne. Pokazałem mu przeka´znik, na którego widok ogarn ˛

go paniczny strach. Zwiał na o´slep mi˛edzy drzewa, aby znale´z´c si˛e jak najdalej od
niego. Mało sobie łba nie rozwalił.

— Coraz lepiej. To wi ˛

a˙ze si˛e z mitem opisuj ˛

acym dawne dzieje. Staro˙zytni

ludzie, którzy cenili metal, uwa˙zali si˛e za bogów i dlatego prawdziwi bogowie
zniszczyli ich, ich metal i metalowe miejsca, w których ˙zyli. Potem bogowie wy-
p˛edzili ich i zmusili do tego, ˙zeby ˙zyli jak zwierz˛eta, dopóki si˛e nie oczyszcz ˛

a.

Je˙zeli b˛ed ˛

a ˙zyli nadal w ten sposób, oczyszcz ˛

a si˛e i zostan ˛

a wpuszczeni do chlt.

Przetłumaczyłam to słowo jako raj, co chyba jest zgodne z prawd ˛

a. Aby móc

tam trafi´c, musz ˛

a cierpie´c na tym ´swiecie, przestrzegaj ˛

ac wszystkich tabu, które

umo˙zliwiaj ˛

a im ˙zycie we wła´sciwy sposób.

— Niesamowite! — powiedział Brion zrywaj ˛

ac si˛e na równe nogi. Chodził

tam i z powrotem z podniecenia. — Jeste´s cudowna. Odwaliła´s wspaniał ˛

a robot˛e.

Wszystko, co mówisz, układa si˛e w cało´s´c. . . o ile ci ludzie s ˛

a tymi, na których

wygl ˛

adaj ˛

a. Uciekinierami przed globaln ˛

a zagład ˛

a. Zostali najechani albo poko-

64

background image

nani w wojnie i musieli ucieka´c z miast. Widzieli, jak ich bro´n i armie zostały
zniszczone i teraz obwiniaj ˛

a o to bogów. Jest to łatwiejsze ni˙z przyznanie si˛e do

pora˙zki.

— ´Swietna teoria, profesorze — powiedziała Lea, popijaj ˛

ac ze szklanki i obli-

zuj ˛

ac si˛e ze smakiem. Nalała sobie jeszcze jednego drinka. — Widz˛e w niej jedn ˛

a

drobn ˛

a sprzeczno´s´c. Gdzie teraz s ˛

a te zwyci˛eskie, zdobywcze armie? Z tego, co

widzieli´smy, wynika, ˙ze wojna toczy si˛e nadal.

— Tak — Brion usiadł na ziemi, zas˛epiony. — Nie pomy´slałem o tym. Wobec

tego w chwili obecnej wiemy niewiele wi˛ecej ni˙z na pocz ˛

atku.

— Nie łam si˛e. Wiemy ju˙z du˙zo. W pewnym momencie przedstawiłam im na-

sz ˛

a teori˛e podziemnego miasta, ale spojrzały na mnie, jakby nie rozumiały, o czym

mówi˛e. Je´sli na tej planecie ˙zyje pod ziemi ˛

a jaka´s cywilizacja, to ci ludzie nic

o niej nie wiedz ˛

a.

— Co sprowadza si˛e do tego, ˙ze my wiemy tyle samo. Zaczynam si˛e obawia´c,

˙ze znale´zli´smy si˛e w ´slepej uliczce.

— No, mo˙ze ty, Ravnie Nad Ravnem, ze swoimi Łowcami i wojownikami,

i t ˛

a cał ˛

a samcz ˛

a bufonad ˛

a. — Czkn˛eła łagodnie i zewn˛etrzn ˛

a stron ˛

a dłoni za-

słoniła usta, u´smiechaj ˛

ac si˛e. — My, dziewczyny, prowadziły´smy konkretniejsz ˛

a

rozmow˛e jak przystało na atrakcyjniejsz ˛

a i inteligentniejsz ˛

a płe´c. Jak ci ju˙z mówi-

łam, wszystko co metalowe jest tabu, a najwi˛ekszym z nich s ˛

a metalowe maszyny

i urz ˛

adzenia, o czym zreszt ˛

a mogli´smy si˛e przekona´c, po tym, jak zobaczono nas

w pobli˙zu metalowego l ˛

adownika. Z tego wszystkiego wynika, ˙ze miejscem obj˛e-

tym najwi˛ekszym tabu b˛edzie to, z którego pochodz ˛

a maszyny. Pójdziesz tam ze

mn ˛

a?

— Oczywi´scie. Dola´c ci jeszcze?
— Zamknij si˛e. Nie uwa˙zasz, ˙ze dobrze byłoby, gdyby´smy dowiedzieli si˛e,

sk ˛

ad pochodz ˛

a te maszyny?

— Oczywi´scie, ale. . .
— ˙

Zadnych ale. Przyjmij do wiadomo´sci, ˙ze tyle to ja ju˙z wiem. Powiedziały

mi, jak znale´z´c to miejsce. W tej sytuacji pozostaje nam tylko pój´s´c tam. . . i cała
zagadka b˛edzie rozwi ˛

azana.

Z przyjemno´sci ˛

a patrzyła na wyraz jego twarzy: opadni˛et ˛

a szcz˛ek˛e i wytrzesz-

czone oczy. Potem spokojnie uło˙zyła si˛e do snu.

background image

Odkrycie

Brion miał przemo˙zne pragnienie, aby obudzi´c Le˛e i zmusi´c j ˛

a, ˙zeby wyja-

´sniła mu, o czym mówi, ale zrezygnował. To był długi i wyczerpuj ˛

acy dzie´n dla

niej. I na pewno bardzo nerwowy. Kiedy wzi ˛

ał butelk˛e z wódk ˛

a, aby j ˛

a schowa´c,

zobaczył, ˙ze ubyło jej niewiele. To zm˛eczenie, a nie alkohol zwaliło j ˛

a z nóg. Cho-

cia˙z noc była ciepła, podobnie jak poprzednie, okrył Le˛e ´spiworem, aby ochroni´c
przed chłodem.

Co mogła mie´c na my´sli, mówi ˛

ac miejsce, z którego pochodz ˛

a maszyny?

Z pewno´sci ˛

a chodziło o sprz˛et wojenny — od chwili przybycia na t˛e planet˛e nie

widzieli jeszcze ani jednej maszyny, która miałaby inne przeznaczenie. Ale jak
mogło istnie´c jedno miejsce, z którego pochodził cały ten arsenał? Jedno ´zródło
dla obu stron? Nie, to niemo˙zliwe. Je´sli miejsce, z którego pochodziły maszy-
ny naprawd˛e istniało, to musiało słu˙zy´c jednej lub drugiej stronie. Ale nawet to
było nieprawdopodobne. Czyi mo˙zliwe, aby cały sprz˛et wojenny której´s ze stron
pochodził z jednego miejsca? Mogło tak by´c tylko wówczas, gdyby pochodził
z podziemnych fabryk To z kolei potwierdzałoby teori˛e podziemnej cywilizacji.
Chyba ˙ze była to nie jedna, lecz dwie uzbrojone siły — i obie ukrywaj ˛

ace si˛e bez-

piecznie pod ziemi ˛

a i wysyłaj ˛

ace swoje armie do boju na powierzchni˛e. Ale jak

wyja´sni´c takie działanie? Potrz ˛

asn ˛

ał głow ˛

a. Był zm˛eczony i nie znajdował na to

w tej chwili ˙zadnego wyja´snienia. Niemniej jakie´s wytłumaczenie musiało istnie´c,
bo przecie˙z walka i sprz˛et wojenny istniały rzeczywi´scie!

Brion wstał i powiódł wzrokiem po obozowisku. Wraz z zachodem sło´nca za-

marło w nim ˙zycie. Kobiety przebywały wewn ˛

atrz jaskini, Łowcy za´s szykowali

si˛e do snu na swoich miejscach u jej wylotu. Odszukał wzrokiem Ravna. Siedział
z dala od innych i bez przemy obracał w r˛ekach swój naszyjnik. To mo˙ze by´c od-
powiedni moment, aby zada´c mu kilka pyta´n. Mógłby jednocze´snie obserwowa´c
Le˛e i pilnowa´c, aby nikt jej nie przeszkadzał. Ravn powinien wiedzie´c co´s nieco´s
o tym tajemniczym miejscu, z którego pochodziły maszyny.

W obozowisku panował spokój. Ka˙zdy, kto zagra˙załby Lei, emanowałby stra-

chem i nienawi´sci ˛

a, dzi˛eki czemu i Brion mógłby go natychmiast wykry´c. Upew-

nił si˛e, ˙ze Lea ´spi spokojnie gł˛ebokim snem i podszedł do Ravna, przechodz ˛

ac

pomi˛edzy le˙z ˛

acymi Łowcami.

66

background image

— Porozmawiajmy — powiedział.
Ravn spojrzał na niego przestraszony, przyci ˛

agaj ˛

ac naszyjnik bli˙zej siebie. Na-

gły impuls zaskoczenia został w jednej chwili stłumiony przez siln ˛

a nienawi´s´c.

Ten typ musi by´c obserwowany. Stale. . .

— Ju˙z pó´zno. Ravn jest zm˛eczony. Rano. . .
— Teraz. — Głos Briona był stanowczy. Chwycił za naszyjnik, czuj ˛

ac w tej

samej chwili gwałtowny impuls strachu. — Zrobisz jak mówi˛e! Musisz mnie za-
wsze słucha´c.

Pu´scił naszyjnik i usiadł. Ravn nało˙zył go natychmiast trz˛es ˛

acymi si˛e r˛ekoma.

— Kim jestem? — zapytał Brion. Ravn odwrócił si˛e uciekaj ˛

ac wzrokiem. —

Spójrz na mnie, ´smieciu! Kim jestem? Nazwij mnie po imieniu.

— Jeste´s. . . Ravnem Nad Ravnem — wydusił z siebie z wielk ˛

a niech˛eci ˛

a

i zgry´zliwo´sci ˛

a Ravn.

— To prawda. Teraz tak samo odpowiesz na moje pytania. Widziałe´s maszy-

ny? — Ravn niech˛etnie skin ˛

ał głow ˛

a. — W porz ˛

adku. Jakiego rodzaju maszyny

widziałe´s

— Rozmawianie o maszynach jest zakazane.
— Rozmawianie o nich z Ravnem Nad Ravnem nie jest zakazane. Widziałe´s

maszyny, które latały w powietrzu? Dobrze, widziałe´s. Co one robiły?

— To, co zawsze robi ˛

a maszyny. Z gło´snym hukiem zabijały inne maszyny,

a potem były same zabijane. Tak jest zawsze. To wła´snie one robi ˛

a.

— Czy widziałe´s kiedykolwiek maszyn˛e, która nie zabijała innych maszyn?
— Maszyny zabijaj ˛

a maszyny. To jest wła´snie to, co robi ˛

a.

Inna odpowied´z na to pytanie okazała si˛e niemo˙zliwa. Z wyrazu twarzy Ravna

było wida´c, ˙ze uwa˙za Briona za głupca, skoro o to pyta.

— Wszystkie maszyny zabijaj ˛

a maszyny — powtórzył Brion zmieniaj ˛

ac sło-

wa, a nast˛epnie tym samym spokojnym głosem zapytał: — Powiedz mi teraz. . .
sk ˛

ad pochodz ˛

a te maszyny?

D´zwi˛ek tych słów wywiał gwałtown ˛

a reakcj˛e Ravna. Ogarn˛eło go dr˙zenie

i strach, który w jednej chwili zdominował wszystkie jego pozostałe odczucia.

— Powiedz mi — powtórzył Brion. Pochylił si˛e do przodu i klasn ˛

ał gło´sno

swoimi pot˛e˙znymi dło´nmi. — Mów!

Ravn nie miał wyj´scia. W tej chwili bał si˛e bardziej tych pi˛e´sci ni˙z tabu, zaka-

zuj ˛

acego mówienia o tym. Wskazał r˛ek ˛

a ponad ramieniem za siebie, ale ta odpo-

wied´z nie zadowoliła Briona. W ko´ncu wyj ˛

akał chrapliwym szeptem:

— To tam. Wiele dni marszu. Jest tam. Miejsce Bez Nazwy.
— Byłe´s tam?
— Tylko Ravn mo˙ze tam i´s´c. Stary Ravn pokazał mi je, kiedy byłem młody.
— Teraz ty mi poka˙zesz, poniewa˙z jestem Ravnem Nad Ravnem. Pójdziemy

tam o ´swicie.

— To jest zakazane. . .

67

background image

— Zakazane jest odmawianie mi. — Złapał r˛ek ˛

a skulonego Ravna za chud ˛

a

szyj˛e i ´scisn ˛

ał j ˛

a. — Chcesz teraz umrze´c? — zapytał, nadaj ˛

ac swojemu głosowi

odcie´n nienawi´sci.

Ta gro´zba powinna wygl ˛

ada´c prawdziwie, gdy˙z jedynie strach przed ´smierci ˛

a

mógł zapewni´c mu kontrol˛e nad Ravnem. Nie słysz ˛

ac odpowiedzi, zacz ˛

ał stop-

niowo zaciska´c dło´n.

— Pójdziemy. . . o wschodzie sło´nca — wykrztusił niech˛etnie Ravn.
Ta odpowied´z zadowoliła Briona. Pu´scił Ravna i bez słowa wrócił do Lei. Na-

dal spała gł˛ebokim snem, cicho pochrapuj ˛

ac. Próbował pój´s´c jej ´sladem, ale czuł

zbyt wyra´znie przepływ emocji ´spi ˛

acych wokół niego ludzi. Strach i nienawi´s´c

unosiły si˛e cały czas tu˙z pod powierzchni ˛

a. W ko´ncu stwierdził, ˙ze nie b˛edzie

w stanie zasn ˛

a´c. Poło˙zył si˛e na plecach i wlepił wzrok w gwiazdy, rozpraszaj ˛

ac

swoj ˛

a empatyczn ˛

a percepcj˛e na wszystkie strony.

*

*

*

Lea obudziła si˛e tu˙z po wschodzie sło´nca. Podał jej wod˛e i poinformował

o tym, czego si˛e dowiedział. Pokiwała głow ˛

a potakuj ˛

aco.

— Co´s w tym musi by´c. Sposób, w jaki mówiły o tym kobiety, wskazuje na

to, ˙ze to miejsce istnieje naprawd˛e, ˙ze nie jest jeszcze jednym mitem.

— B˛edziemy musieli pój´s´c i obejrze´c je. Tam co´s musi by´c. Ravn z wielk ˛

a

niech˛eci ˛

a zgodził si˛e mnie tam zaprowadzi´c. Musiałem go mocno przekonywa´c.

Bał si˛e tego miejsca tak samo jak mnie.

— Czy bał si˛e tak bardzo, ˙ze mógł uciec? Nie widz˛e go nigdzie.
Lea miała racj˛e, Ravn znikn ˛

ał w nocy. Kiedy Brion obudził Łowców, okazało

si˛e, ˙ze byli tym tak samo zaskoczeni jak on. Zacz˛eli szuka´c go w popłochu. Kilku
z nich ruszyło wzdłu˙z ´scie˙zek prowadz ˛

acych do obozowiska, ale po niedługim

czasie wrócili z niczym. Ravn znikn ˛

ał bez ´sladu.

— Cholera! — zakl ˛

ał Brion. — Nigdy nie znajdziemy tego miejsca bez niego.

Powinienem był go zwi ˛

aza´c. . . teraz mo˙ze ju˙z by´c wiele kilometrów st ˛

ad.

— Nie s ˛

adz˛e — zaoponowała Lea. — Mam silne przeczucie, ˙ze jest znacznie

bli˙zej ni˙z s ˛

adzisz.

Wygl ˛

adała na zadowolon ˛

a z siebie, kiedy rozprowadzała ekstrakt kawy w kub-

ku z wod ˛

a, a nast˛epnie piła j ˛

a małymi łykami.

— Czy byłaby´s tak miła i powiedziała mi, do cholery, o czym mówisz?
— Spokojnie, spokojnie. Krzyk tylko podniesie twoje ci´snienie krwi! — Piła,

delektuj ˛

ac si˛e, podczas gdy on gotował si˛e w ´srodku. — Teraz lepiej. Kiedy wy,

m˛e˙zczy´zni, łazili´scie wsz˛edzie szukaj ˛

ac go, ja obserwowałam kobiety. S ˛

a bardzo

przestraszone i siedz ˛

a w jaskini.

— Czy˙zby si˛e tam ukrył? Czy przypadkiem przebywanie kobiet i m˛e˙zczyzn

razem w jaskini nie jest tabu?

68

background image

— Dla m˛e˙zczyzn tak. Dla Ravna nie. On ma tam nawet swoj ˛

a kryjówk˛e.

Chcesz, abym si˛e tam rozejrzała?

— Nie, to zbyt niebezpieczne. Mój nowy tytuł powinien pozwoli´c mi równie˙z

na to.

Łowcy patrzyli z zainteresowaniem, jak Brion kroczy w kierunku wej´scia do

jaskini, kobiety za´s wycofały si˛e w popłochu.

— Jestem Ravnem Nad Ravnem! — krzykn ˛

ał pochylaj ˛

ac głow˛e, aby wej´s´c do

´srodka.

Znalazłszy si˛e w półmroku zamrugał gwałtownie i odczekał chwil˛e, a˙z oczy

przyzwyczaiły si˛e do niego. Jaskinia była przestronna. Miała około dwudziestu
metrów długo´sci. Na jego widok rozległy si˛e przera˙zone okrzyki i szloch kobiet,
które stłoczyły si˛e razem z dzie´cmi w jednym ko´ncu. J˛eki przesuwały si˛e w bok,
kiedy zbli˙zał si˛e do nich. Wszystkie bez wyj ˛

atku przesun˛eły si˛e w lewo. Intere-

suj ˛

ace. Brion skierował si˛e w prawo w stron˛e wysokiego stosu nie wyprawionych

jaszczurczych skór uło˙zonego we wn˛ece. Same skóry. . . i nic wi˛ecej. Nagle wy-
dało mu si˛e, ˙ze dostrzegł nieznaczny ruch w ciemno´sci. Ukl ˛

akł i wsun ˛

ał r˛ek˛e pod

cuchn ˛

acy stos. Po chwili wydał okrzyk zadowolenia.

Kiedy Brion wyci ˛

agn ˛

ał Ravna, ten zacz ˛

ał j˛ecze´c i tarza´c si˛e po ziemi. Brion

spojrzał na niego z odrobin ˛

a współczucia. Szybko mu ono jednak min˛eło, kiedy

poczuł pulsuj ˛

acy ból w goj ˛

acym si˛e kikucie, którym uderzył o skaliste podło˙ze

jaskini. Bez cienia sympatii tr ˛

acił go stop ˛

a.

— Wstawaj, tchórzliwy ´smieciu! Zaraz ruszamy w drog˛e.
Min ˛

ał prawie cały ranek, zanim Ravn o´swiadczył, ˙ze jest gotowy. Musiał speł-

ni´c kilka obrz˛edów. Musiał przede wszystkim zabra´c z kryjówki w jaskini bran-
solet˛e z ko´sci i przygotowa´c po˙zywienie. Ponaglany przez Briona, przestał si˛e
w ko´ncu oci ˛

aga´c i niech˛etnie ruszył ´scie˙zk ˛

a, ale po chwili przystan ˛

ał, zobaczyw-

szy, ˙ze Lea idzie za nimi. Zacz ˛

ał nerwowo wymachiwa´c r˛ekoma.

— Bez kobiet! Kobietom nie wolno. Tylko Ravn mo˙ze. ˙

Zadni Łowcy, ˙zadne

wstr˛etne kobiety!

— Ta kobieta pójdzie z nami tylko przez cz˛e´s´c drogi i poniesie dla nas po˙zy-

wienie. Nie pójdzie do Miejsca Bez Nazwy. Zostanie odesłana, zanim do niego
dojdziemy. A teraz prowad´z.

Oci ˛

agaj ˛

ac si˛e z wyra´zn ˛

a niech˛eci ˛

a, Ravn ruszył ponownie w dół wzgórza.

Brion i Lea szli tu˙z za nim ´scie˙zk ˛

a prowadz ˛

ac ˛

a mi˛edzy drzewami. Kiedy znale´zli

si˛e na tyle daleko od obozu, ˙ze nie było ich z niego wida´c, Brion wzi ˛

ał od Lei

tobołek i zarzucił go sobie na plecy. Lea rozmasowała bol ˛

ace mi˛e´snie, mówi ˛

ac:

— Tylko plugawe kobiety nosz ˛

a ci˛e˙zary. Czy wypada, aby wielki Łowca nosił

baga˙z? To bardzo ´zle dla tabu.

— Chcesz go z powrotem?
— Przenigdy! Czy ten wstr˛etny, stary Ravn nie b˛edzie protestował i sprawiał

kłopotów?

69

background image

— Nie mo˙ze mnie ju˙z bardziej nienawidzi´c. A poza tym potrafi˛e sobie radzi´c

z takimi kłopotami, jakich on nie jest w stanie sobie nawet wyobrazi´c. Za ka˙zdym
razem, ilekro´c zaczynam czu´c dla niego współczucie, odzywa si˛e mój kikut i od
razu je trac˛e. Powiedz jak si˛e zm˛eczysz, to zrobimy postój.

— Mog˛e i´s´c przez cały dzie´n, dopóki kto´s inny niesie ten tobołek.
Trasa prowadziła pocz ˛

atkowo na zachód skrajem równiny. Po południu podgó-

rze zacz˛eło skr˛eca´c na zachód, biegn ˛

ac wzdłu˙z brzegu Jeziora Centralnego i dalej

w gł ˛

ab lasu. O zmierzchu Brion zarz ˛

adził postój, zm˛eczony całodniowym mar-

szem po bezsennej nocy. Tak samo jak poprzednim razem, przywi ˛

azał Ravna do

wbitego w ziemi˛e palika, ˙zeby nie odszedł, kiedy nie b˛ed ˛

a czuwa´c. Dobrze zabez-

pieczywszy si˛e przed ucieczk ˛

a swojego wroga, Brion spał gł˛ebokim, spokojnym

snem. Kiedy obudził si˛e rano, był wypocz˛ety i gotów do dalszego marszu.

*

*

*

Szli tak skrajem lasu wzdłu˙z podgórza przez trzy dni. Dopiero po zmroku wy-

chodzili na otwart ˛

a przestrze´n, aby napełni´c manierki wod ˛

a, o ile nie mijali po

drodze strumieni. Ravn odezwał si˛e tylko raz, kiedy krzykn ˛

ał ostrzegawczo, usły-

szawszy odległy odgłos silników. Le˙zeli ukryci pod le´snym podszyciem, obser-
wuj ˛

ac białe smugi niewidocznych samolotów ci ˛

agn ˛

ace si˛e nad nimi od horyzontu

na północy. Je´sli to mogła by´c wskazówka, to szli we wła´sciwym kierunku. Ravn
był przera˙zony widokiem samolotów i trz ˛

asł si˛e cały, le˙z ˛

ac na ziemi.

— Jeste´smy blisko. . . za blisko — nalegał. — Musimy wraca´c.
Brion musiał u˙zy´c siły, aby nakłoni´c go do dalszej drogi. Nie na długo to

jednak pomogło. Po niecałej godzinie stary zatrzymał si˛e i usiadł pod drzewem.

— No, co tym razem? — zapytał Brion.
— Musimy poczeka´c do zmierzchu i potem zej´s´c do jeziora, aby omin ˛

a´c to

miejsce — powiedział Ravn wskazuj ˛

ac na ci ˛

agn ˛

ace si˛e przed nimi wzgórza.

— Nie b˛edziemy czeka´c — rozkazał Brion. — Jeszcze daleko do wieczora.
— Nie mo˙zemy. Przed nami jest ´Swi˛ete Miejsce. Nie mo˙zemy tam i´s´c. Musi-

my je omin ˛

a´c. Tylko noc ˛

a mo˙zna i´s´c bezpiecznie wzdłu˙z jeziora.

— ´Swi˛ete Miejsce? Podoba mi si˛e ta nazwa. Musimy rzuci´c na nie okiem. . .
— Nie! To zakazane! Nie mo˙zesz!
Brion poczuł siln ˛

a fal˛e emocji, która ogarn˛eła Ravna strach, jakiego dotych-

czas nie czuł, silniejszy nawet od strachu przed nim. Ravn zaskrzeczał i rzucił si˛e
na Briona z no˙zem. Ten zablokował jego cios r˛ek ˛

a i złapał go za przegub dłoni.

Drug ˛

a r˛ek ˛

a chwycił go za szyj˛e i ´scisn ˛

ał j ˛

a mocno. Trzymał go w u´scisku tak

długo, a˙z jego wij ˛

ace si˛e ciało zwiotczało.

— B˛edzie nieprzytomny przez dłu˙zszy czas, ale dla spokoju przywi ˛

a˙z˛e go do

palika. Gdyby´smy si˛e nieco spó´znili, to nie zniknie jak sen złoty.

70

background image

— Masz na my´sli nasz wypad do ´Swi˛etego Miejsca?
— Nie nasz, mój. Ty zostaniesz z nim. On boi si˛e naprawd˛e. Cokolwiek tam

jest, jest niebezpieczne.

Lea prychn˛eła z niezadowoleniem:
— A co nie jest niebezpieczne na tej planecie? Pójdziemy razem. Zgoda?
Brion otworzył usta, aby sprzeciwi´c si˛e, ale szybko je zamkn ˛

ał i z niech˛eci ˛

a

przytakn ˛

ał.

— Trzymaj si˛e blisko mnie. Nie mamy poj˛ecia, co mo˙ze nas czeka´c po drugiej

stronie.

Szli powoli w gór˛e mi˛edzy drzewami. Kiedy dotarli do trawiastego zbocza,

przystan˛eli. Biegło kilka metrów dalej a˙z do szczytu wzgórza. Brion nachylił si˛e
nad ni ˛

a i szepn ˛

ał:

— Zosta´n tutaj, a ja zobacz˛e, co jest po drugiej stronie. Obiecuj˛e, ˙ze dam ci

zna´c, aby´s doł ˛

aczyła do mnie, je´sli wszystko b˛edzie w porz ˛

adku, zgoda?

Skin˛eła głow ˛

a potakuj ˛

aco i usiadła pod du˙zym drzewem.

Brion przepełzł wolno ostatnie metry centymetr po centymetrze. Znalazłszy

si˛e na samym szczycie, zamarł w bezruchu i odczekawszy chwil˛e, ostro˙znie uniósł
głow˛e. Popatrzył dookoła, po czym uniósł głow˛e jeszcze wy˙zej, aby spojrze´c
w dół na drug ˛

a stron˛e. Potem podniósł si˛e i pomachał na Le˛e:

— Chod´z, wszystko w porz ˛

adku. Chod´z i zobacz, co odkryli´smy!

background image

Poznanie wroga

Lea wdrapała si˛e na szczyt wzgórza, płon ˛

ac z ciekawo´sci. Co to mo˙ze by´c?

Ravn bał si˛e tego ´smiertelnie, a Brion stoi tam sobie jak gdyby nigdy nic i woła
j ˛

a. Podał jej r˛ek˛e i pomógł wej´s´c na szczyt.

— Spójrz — powiedział.
Ruiny, staro˙zytne pozostało´sci budynków. Pokiwała głow ˛

a.

— To jest to ´Swi˛ete Miejsce? To˙z to rozpadaj ˛

ace si˛e ruiny. Przecie˙z tu nie ma

nic, czego mo˙zna by si˛e ba´c.

— Dla ciebie. Dla tutejszych ludzi to miejsce jest z pewno´sci ˛

a czym´s wa˙znym.

Owszem, to ruiny, ale nie zapominaj, ˙ze to pierwsze stałe obiekty, jakie widzimy
na tej planecie. My´sl˛e, ˙ze jest tam dostatecznie bezpiecznie, ˙zeby si˛e mo˙zna było
nieco rozejrze´c.

Z pewno´sci ˛

a nie było w tych wal ˛

acych si˛e ruinach nic, co mogłoby stanowi´c

jakiekolwiek zagro˙zenie. Te budynki musiały liczy´c setki lat. Niektóre z nich mu-
siały by´c ze stali. Teraz zostały po nich tylko czerwone ´slady w ziemi. Wi˛eksze
budowle — dwie prostok ˛

atne konstrukcje wykonane były z zag˛eszczonego gruntu

pokrytego z zewn ˛

atrz elementami ceramicznymi. Tam, gdzie ceramika była pop˛e-

kana, grunt był wypłukany, lecz mimo to sporo było go jeszcze w ´srodku, dzi˛eki
czemu w wielu miejscach zachowały si˛e fragmenty konstrukcji. Brion wspi ˛

ał si˛e

na gór˛e, aby przyjrze´c si˛e bli˙zej jednej z ocalałych ´scian i rozejrze´c si˛e za czym´s,
co mogłoby mu powiedzie´c o ich przeznaczeniu. Kopn ˛

ał nog ˛

a skruszał ˛

a ziemi˛e

i wskazał na ci ˛

ag dziur w zewn˛etrznej ´scianie.

— Czy nie uwa˙zasz, ˙ze nie b˛edzie przesad ˛

a, je´sli powiem, ˙ze te budowle mo-

gły zosta´c zniszczone równocze´snie w wyniku wybuchów? To mog ˛

a by´c pozosta-

ło´sci po kraterach, a te wyrwy w ceramice po odłamkach.

Lea skin˛eła głow ˛

a.

— To bardziej ni˙z prawdopodobne, je´sli we´zmie si˛e pod uwag˛e to, co dzieje

si˛e na tej planecie. Co tu mogło by´c? To miejsce jest za małe na miasto, a jedno-
cze´snie te budowle s ˛

a za du˙ze.

— Tutejsze urz ˛

adzenia rozsypały si˛e w proch dawno temu, mam jednak prze-

czucie, ˙ze to była jaka´s kopalnia. Tamte wzgórza s ˛

a zbyt regularne, aby były czym

innym ni˙z kopalnianymi hałdami. Te budowle mogły by´c obiektami naziemnymi

72

background image

i biurowcami, a najwi˛eksze z nich magazynami. Wszystkie zostały zniszczone
w wyniku bombardowania. A ludzie zabici. . .

— Nie. Nie wszyscy. Nie wydaje ci si˛e, ˙ze istnieje du˙ze prawdopodobie´n-

stwo, ˙ze nasi tubylcy mog ˛

a by´c ich potomkami? Tych nielicznych, którzy ocale-

li. W przeciwnym razie dlaczego mieliby nazywa´c zniszczon ˛

a kopalni˛e ´Swi˛etym

Miejscem?

— Bardzo mo˙zliwe, ale na razie nie mo˙zemy tego stwierdza´c. Mogli odkry´c te

ruiny, nic o nich nie wiedz ˛

ac i czci´c je ze wzgl˛edu na ich ogrom. My´sl˛e, ˙ze Ravn

nam to wyja´sni.

— W ˛

atpi˛e. Ale uwa˙zam, ˙ze ju˙z pora wraca´c i zobaczy´c, czy ju˙z doszedł do

siebie.

— Tak, zobaczyli´smy ju˙z, co mieli´smy zobaczy´c. Je´sli jest w dalszym ci ˛

agu

nieprzytomny, to nie widz˛e potrzeby, aby mu mówi´c, ˙ze tu byli´smy. Nadal potrze-
bujemy jego pomocy.

Ravn był przytomny i w´sciekły. Odmówił ruszenia w dalsz ˛

a drog˛e przed

zmierzchem. Wiedział, gdzie byli. Wskazywała na to emanuj ˛

aca od niego niena-

wi´s´c, nie był jednak w stanie nic na to poradzi´c. Siedział bez ruchu do zmierzchu,
potem wstał bez słowa i ruszył w dół wzgórza, ku równinie. Pozostało im jedynie
i´s´c za nim. Min˛eło pół nocy, zanim obeszli ´Swi˛ete Miejsce i weszli z powrotem
mi˛edzy drzewa. Reszt˛e nocy po´swi˛ecili na sen i spali a˙z do ´switu. Rano ruszyli
w dalsz ˛

a drog˛e.

*

*

*

Po jakim´s czasie zatrzymali si˛e nad jednym z potoków, które spływały do je-

ziora, aby napełni´c manierki wod ˛

a. Brion zamarł nagle w bezruchu z naczyniem

wypełnionym do połowy i uniósł wzrok. Lea dostrzegła to. Chciała co´s powie-
dzie´c, ale on dał jej gestem r˛eki do zrozumienia, ˙zeby milczała.

— Chwileczk˛e. Nie ogl ˛

adaj si˛e i staraj si˛e nie zwróci´c na siebie uwagi. Nie

jeste´smy ju˙z sami. Przed nami s ˛

a jacy´s ludzie. Za tamtymi drzewami, tu˙z nad

trawiastym zboczem.

— S ˛

a przyjacielscy?

— Na tej planecie? Nie s ˛

adz˛e. Tylko jedno wyja´snienie przychodzi mi na

my´sl, dlaczego ukrywaj ˛

a si˛e na naszej trasie. Urz ˛

adzili zasadzk˛e i czekaj ˛

a na nas.

— Co zrobimy?
— Nic. Po prostu poczekamy, a˙z si˛e sami poka˙z ˛

a i zdradz ˛

a swoje plany. Je´sli

maj ˛

a złe zamiary, b˛edzie nam znacznie łatwiej broni´c si˛e tutaj, na otwartej prze-

strzeni.

Odepchn ˛

ał nagle Le˛e na bok, kiedy co´s ciemnego wyleciało spomi˛edzy drzew

i zatoczyło w powietrzu łuk. Była to długa dzida, która spadła na ziemi˛e z głuchym
odgłosem tu˙z przy nogach Ravna, który zaskrzeczał ze strachu.

73

background image

— No, to wiele mówi o ich zamiarach — powiedziała Lea, pokazuj ˛

ac na ludzi

wybiegaj ˛

acych spomi˛edzy drzew. — Wygl ˛

adaj ˛

a dokładnie tak samo jak współ-

plemie´ncy Ravna i wiemy ju˙z, do czego s ˛

a zdolni. Wiem, ˙ze nie powinnam ci

radzi´c, ale czy nie wydaje ci si˛e, ˙ze powiniene´s zrobi´c co´s odstraszaj ˛

acego, zanim

podejd ˛

a zbyt blisko?

Próbowała mówi´c spokojnie, ale nie udało si˛e jej opanowa´c dr˙zenia głosu.

Widok zbli˙zaj ˛

acych si˛e m˛e˙zczyzn uzbrojonych w dzidy przeraził j ˛

a. Od momentu

wyl ˛

adowania na tej planecie cały czas towarzyszy im przemoc.

— Schowaj si˛e za to drzewo, tam ci˛e nie dosi˛egn ˛

a zawołał do niej Brion,

schylaj ˛

ac si˛e, aby wyj ˛

a´c z tobołka pojemnik z granatami ogłuszaj ˛

acymi.

Napastnicy zbli˙zali si˛e coraz bardziej, byli ju˙z na szczycie zbocza. Wymachi-

wali dzidami i wykrzykiwali obelgi. Brion uzbroił granat i czekał, a˙z podejd ˛

a bli-

˙zej. Nastała pełna napi˛ecia chwila wyczekiwania, któr ˛

a przerwał Ravn krzycz ˛

ac

na cały głos:

— Jestem Ravn! Przychodz˛e wam pomóc!
Skoczył do przodu, do płytkiego potoku, i krzycz ˛

ac nieprzerwanie szedł w kie-

runku drugiego brzegu, chlapi ˛

ac wod ˛

a na wszystkie strony. Brion ruszył za nim,

szybko si˛e jednak wycofał. Było ju˙z za pó´zno, aby go zatrzyma´c. Ravn wchodził
na zbocze, wymachuj ˛

ac r˛ekoma i wołaj ˛

ac:

— Jest ich dwoje w ukryciu, zabijcie ich, ja wam pomog˛e. Dotykali metalu,

maj ˛

a maszyny! Widziałem je. Musz ˛

a zosta´c zniszczeni!

Jego słowa sprawiły, ˙ze włócznicy podeszli bli˙zej, mówi ˛

ac co´s podniesionymi

głosami, które zlewały si˛e z jego wołaniem. Widzieli jego naszyjnik i bransolet˛e.
Wiedzieli, ˙ze jest Ravnem, ˙ze powinni go usłucha´c.

Nagle na wzgórzu wybuchł pocisk, rozrzucaj ˛

ac metalowe odłamki mi˛edzy

drzewa. Ravn został uniesiony do góry i ci´sni˛ety na bok. Kiedy odgłos eksplozji
ucichł, nastała cisza, któr ˛

a rozdarły j˛eki cofaj ˛

acych si˛e w popłochu pokaleczonych

Łowców. Brion odruchowo padł na ziemi˛e poci ˛

agaj ˛

ac za sob ˛

a Le˛e i w tej samej

chwili nast ˛

apił drugi wybuch, który wyrzucił w gór˛e połamane gał˛ezie i odłamki

pni. Tym razem Brion usłyszał wyra´znie echo wystrzału dobiegaj ˛

ace od strony

znajduj ˛

acej si˛e za nimi równiny. Odwrócił si˛e i zobaczył sun ˛

acy w kierunku stru-

mienia czołg. Długa lufa wycelowana w ich kierunku, znikn˛eła nagłe w obłoku
dymu i ognia. Trzeci pocisk spadł jeszcze dalej mi˛edzy drzewami — w miejscu,
gdzie znikn˛eli Łowcy.

Ostrzał ustał równie nagle jak si˛e zacz ˛

ał. Poryte zbocze było puste, z wyj ˛

at-

kiem ciała Ravna. Łowcy zdołali uciec. Jeszcze przez chwil˛e pojazd wodził luf ˛

a

tam i z powrotem, w ko´ncu obrócił wie˙zyczk˛e i wycofał si˛e. Kł˛eby pyłu wzbiły
si˛e w powietrze spod g ˛

asienic, znacz ˛

ac jego drog˛e.

— Nie ruszaj si˛e, dopóki nie zniknie z pola widzenia — powiedział Brion. —

Nie wiemy, jakie posiada czujniki. Nie wiemy, kto nim kieruje, ale ktokolwiek to
jest, z cał ˛

a pewno´sci ˛

a nie lubi tubylców.

74

background image

— Czy to mog ˛

a by´c ci sami ludzie, to znaczy potomkowie tych, którzy znisz-

czyli tamt ˛

a kopalni˛e?

— Wszystko mo˙zliwe. . . Zaczekaj, spójrz!
Wysoko nad nimi błysn˛eło sło´nce, odbite od srebrzystych skrzydeł nurkuj ˛

a-

cych maszyn. Widoczne pocz ˛

atkowo jako drobne punkciki, dwa samoloty bły-

skawicznie urosły przybieraj ˛

ac kształt ostrza, które mkn˛eło w dół z pr˛edko´sci ˛

a

wi˛eksz ˛

a od pr˛edko´sci d´zwi˛eku. Leciały jeden za drugim, prosto na samotny czołg.

Kierowca czołgu musiał je równie˙z zauwa˙zy´c. Pojazd obrócił si˛e, ale było ju˙z za
pó´zno. Czarne kropki oddzieliły si˛e od samolotów, które skr˛eciły w gór˛e ostrym
łukiem. Wybuchy przesłoniły czołg, kiedy ryk silników odrzutowych wdzierał si˛e
do uszu. Było ju˙z cicho, kiedy opadaj ˛

acy dym i pył odsłonił dymi ˛

ace szcz ˛

atki

czołgu.

Brion obj ˛

ał ramieniem Le˛e i pomógł jej wsta´c, czuj ˛

ac dr˙zenie jej ciała.

— Wszystko w porz ˛

adku, ju˙z po wszystkim. Nic si˛e nam nie stało.

— To niemo˙zliwe. Mam ju˙z dosy´c tego miejsca! Nic tylko przemoc, ´smier´c

i zabijanie. . . — jej głos załamał si˛e.

Brion nadal j ˛

a obejmował.

— Wiedzieli´smy, ˙ze tak b˛edzie, zanim tu przybyli´smy — powiedział łagod-

nie. — Sami podj˛eli´smy t˛e decyzj˛e. Jedyne, co teraz mo˙zemy zrobi´c, to doko´nczy´c
t˛e robot˛e. Zróbmy to, co musi by´c zrobione.

Odepchn˛eła jego rami˛e.
— Ty obłudniku! Nieczuły i oboj˛etny. . . Masz tyle ludzkich uczu´c, co kawałek

drewna. Nie dotykaj mnie!

Usłuchał jej, wiedz ˛

ac, ˙ze nic wi˛ecej nie mógł w tej chwili zrobi´c. Sam umiał

radzi´c sobie ze stresem. Jego planeta była nieprzyjazna i brutalna, w odró˙znieniu
od jej — przeludnionej i przecywilizowanej. Lea została przy tym zmuszona do
zbyt długiego i szybkiego marszu. Teraz potrzebowała troch˛e czasu, ˙zeby doj´s´c
do siebie. Byli bezpieczni pod osłon ˛

a drzew i najlepsz ˛

a rzecz ˛

a, jak ˛

a mogli zrobi´c

w tej chwili, było pozostanie w ukryciu, do czasu a˙z upewni ˛

a si˛e całkowicie, ˙ze to

nieoczekiwane ´smiertelne starcie ostatecznie si˛e zako´nczyło. Rozwi ˛

azał tobołek

i odszukał butelk˛e wódki. Nalał alkohol do kubka i podał Lei. Wzi˛eła go bez sło-
wa, blada na twarzy, i wypiła par˛e łyków. Brion podszedł do skraju lasu i spojrzał
na równin˛e. Była pusta i cicha, z wyj ˛

atkiem dymi ˛

acych szcz ˛

atków czołgu.

— Co zrobimy teraz? — zapytała zbli˙zywszy si˛e do niego.
— Sprowadz˛e l ˛

adownik i wsadz˛e ci˛e bezpiecznie na jego pokład.

— Czy to m ˛

adre ´sci ˛

aga´c go tutaj?

— Nie. Ale nie mamy wielkiego wyboru. Nie mog˛e ci˛e dłu˙zej nara˙za´c na

niebezpiecze´nstwo.

Lea wygrzebała niewielki, plastykowy grzebie´n z kieszeni i rozczesała spl ˛

ata-

ne włosy.

75

background image

— Troch˛e za pó´zno, aby si˛e wycofa´c. Nie podoba mi si˛e tu, ale o ile sobie

przypominam, sama si˛e na to zgodziłam. Mimo twojego sprzeciwu. Sama nawa-
rzyłam sobie tego piwa, wi˛ec musz˛e je teraz wypi´c.

— Wcale nie musisz.
— Ale˙z tak Wprawdzie z samczego punktu widzenia rosłych, silnych m˛e˙z-

czyzn jestem gorsz ˛

a płci ˛

a, niemniej nadal mam swoj ˛

a dum˛e. Je´sli si˛e we´zmie pod

uwag˛e ostatni ˛

a planet˛e, na której byli´smy, ta wygl ˛

ada jak miejsce na piknik. Czy

nie czas rusza´c w drog˛e?

Brion stwierdził, ˙ze jedyn ˛

a rozs ˛

adn ˛

a odpowiedzi ˛

a b˛edzie cisza. Wiedziała, co

robi, co czuje i jakie jest ryzyko. Nagle uzmysłowił sobie, ˙ze jej zdecydowanie
było takie samo jak jego. Albo nawet silniejsze.

— Chc˛e przyjrze´c si˛e z bliska temu czołgowi — powiedział po jakim´s czasie,

kiedy opadł pył i przygasały płomienie.

Skin˛eła głow ˛

a.

— Oczywi´scie. Mog ˛

a tam by´c jakie´s zapisy, strz˛epy ubra´n, znaki czy doku-

menty identyfikacyjne lub inne rzeczy. Najwy˙zsza pora, aby´smy zrobili co´s kon-
kretnego, a nie zajmowali si˛e tylko tubylcami. Kiedy ruszamy?

Zaprzeczył ruchem głowy.
— Tym razem nie my. Jedno z nas pójdzie tam, a drugie zostanie tu i przeka˙ze

na statek raport. My´sl˛e, ˙ze najlepiej b˛edzie, je´sli ty zostaniesz tutaj. Wezm˛e ho-
lokamer˛e i postaram si˛e szybko uwin ˛

a´c. Ustawi˛e j ˛

a na automatyczn ˛

a rejestracj˛e,

dzi˛eki czemu b˛ed˛e mógł wykona´c ze sto klatek w niecałe pi˛etna´scie sekund.

— Nie b˛ed˛e si˛e spierała z tob ˛

a. Wiem, ˙ze potrafisz zrobi´c rekonesans szybciej

i lepiej ode mnie. Zaczekasz czy pójdziesz od razu?

Brion spojrzał na niebo i skin ˛

ał głow ˛

a.

— My´sl˛e, ˙ze teraz. Miejscowe plemi˛e zostało dostatecznie przestraszone, aby-

´smy nie musieli obawia´c si˛e na razie ˙zadnych działa´n z ich strony. B˛ed˛e potrze-

bował troch˛e ´swiatła, dlatego nie mog˛e czeka´c do zmroku. Jak na razie nie wida´c

˙zadnych innych czołgów. Niewiadom ˛

a s ˛

a jednak samoloty. Chc˛e i´s´c tam nie zwle-

kaj ˛

ac i jak najszybciej wróci´c. To nie powinno zaj ˛

a´c mi wiele czasu.

W chwil˛e potem ju˙z go nie było. Biegi ile sił w nogach w kierunku wraku.

Była najwy˙zsza pora, aby przekaza´c wst˛epny raport. Lea wzi˛eła nadajnik i opisała
prze˙zycia całego dnia najdokładniej jak umiała, po czym wył ˛

aczyła go. Widziała,

jak Brion upadł na ziemi˛e obok czołgu i zamarł w bezruchu. Po chwili wstał
i przeszedł na drug ˛

a stron˛e czołgu, nikn ˛

ac jej z oczu.

Czekanie stawało si˛e niezno´sne. Mimo i˙z wiedziała, ˙ze miejscowe plemi˛e

dawno uciekło, wsłuchiwała si˛e w ka˙zdy szelest i trzask dochodz ˛

acy z gł˛ebi lasu,

spodziewaj ˛

ac si˛e usłysze´c odgłos kroków. Sekundy mijały powoli.

I nagle pojawił si˛e. . . biegł z powrotem! Nigdy w swoim ˙zyciu nie widzia-

ła pi˛ekniejszego widoku od tej biegn ˛

acej chy˙zo masywnej postaci. Słycha´c było

76

background image

ciche dudnienie jego kroków, kiedy przedzierał si˛e przez g˛est ˛

a traw˛e. Wbiegł mi˛e-

dzy drzewa i podbiegł do niej. Ci˛e˙zko oddychał i ociekał potem.

— Nie podejrzewałem tego. . . — sapn ˛

ał opieraj ˛

ac si˛e o s ˛

asiednie drzewo.

— Czego nie podejrzewałe´s? Kto kierował tym czołgiem?
— Nikt. To najgorsze ze wszystkiego. Jest pusty. . . to znaczy nie ma w nim

i nie było ludzkich istot! Ten czołg jest całkowicie zautomatyzowany. Był kie-
rowany przez roboty, zaprogramowane na tropienie i zabijanie ludzi. Oto, kto
prowadzi t˛e wojn˛e, przynajmniej po jednej stronie: zmechanizowana armia au-
tomatycznych morderców. . .

background image

Maszyny, które morduj ˛

a

Male´nkie, czerwone ´swiatełko, które migotało z tyłu aparatu, zmieniło kolor

na zielony, wskazuj ˛

ac, ˙ze proces wywoływania dobiegł ko´nca. Brion wyj ˛

ał rolk˛e

z filmem i wsun ˛

ał j ˛

a do projektora. Kiedy go wł ˛

aczył, mi˛edzy drzewami ukazała

si˛e stalowa burta czołgu. Unosiła si˛e swobodnie w powietrzu, wprawiaj ˛

ac w za-

kłopotanie zmysły, gdy˙z wygl ˛

adała jak prawdziwa.

— To widok z zewn ˛

atrz — obja´snił Brion naciskaj ˛

ac przycisk przesuwu klatki.

Na ekranie pojawił si˛e obraz zniszczonego pojazdu. — A tu jest to, co zobaczy-
łem, kiedy zajrzałem po raz pierwszy do ´srodka.

Poprzedni obraz znikn ˛

ał i jego miejsce zaj ˛

ał nast˛epny. Przedstawiał wn˛etrze

czołgu. Bomba oderwała cz˛e´s´c urz ˛

adze´n, ale niektóre podzespoły były nadal całe.

Brion wskazał na pl ˛

atanin˛e przewodów i ł ˛

acz ˛

ace si˛e z nimi puszki.

— To jest widok przodu. Zauwa˙z, ˙ze nie ma tu siedze´n ani urz ˛

adze´n steruj ˛

a-

cych, przeznaczonych dla ludzi. Jedynie te urz ˛

adzenia wej´sciowe i mikroproce-

sory. Pozwala to przypuszcza´c, i˙z wn˛etrze zostało specjalnie zaprojektowane do
automatycznego sterowania. Widzisz t˛e metalow ˛

a rur˛e? To jest podajnik amunicji

bezodrzutowego działa. Biegnie przez całe wn˛etrze, przechodz ˛

ac przez miejsce,

w którym normalnie siedziałby ładowniczy lub kierowca. Mimo to jest tam jesz-
cze du˙zo miejsca, wi˛ecej ni˙z potrzeba na urz ˛

adzenia do automatycznego sterowa-

nia.

— Nie rozumiem. Jak to mo˙zliwe? — zapytała Lea. — Zawsze my´slałam, ˙ze

roboty s ˛

a niezdolne do szkodzenia ludziom. Istniej ˛

a przecie˙z prawa robotyki.

— By´c mo˙ze na Ziemi, ale obawiam si˛e, ˙ze chyba nigdzie poza granicami

dawnego Imperium Ziemskiego nie były stosowane. Zapominasz, ˙ze roboty s ˛

a

maszynami i niczym wi˛ecej. Nie s ˛

a ludzkimi istotami i dlatego nie nale˙zy ich

antropomorfizowa´c. Robi ˛

a to, co nakazuje im program. . . bez ˙zadnych emocji.

Zostały wprowadzone do walki od pierwszej chwili, kiedy stało si˛e to mo˙zliwe.
Słu˙zyły do nakierowywania bomb, ostrzegania przed zbli˙zaj ˛

acymi si˛e samolota-

mi, naprowadzania rakiet, kierowania ogniem dział i do stu innych celów. Cokol-
wiek robi ˛

a, robi ˛

a to szybciej i dokładniej ni˙z ludzie. Dodaj jeszcze do tego, ˙ze

s ˛

a od nich o wiele bardziej bezwzgl˛edne, a zrozumiesz, dlaczego wojskowi bar-

dzo je lubi ˛

a. Zwró´c uwag˛e, ˙ze historia wojen toczonych podczas Upadku pełna

78

background image

jest wzmianek o bitwach, które były prawie całkowicie zautomatyzowane. By-
ły one niezwykle marnotrawne, ale przynajmniej nie były ´smiertelne dla ludzi.
Ludzie cierpieli jedynie wtedy, gdy jedna strona ponosiła kl˛esk˛e lub brakowało
jej surowców. Z reguły jednak, kiedy zmechanizowany system obrony zostawał
przełamany, broni ˛

aca si˛e strona szybko si˛e poddawała.

— Zatem roboty wojenne nie miały na my´sli zabijania ludzi. . .
— Nie mogły mie´c na my´sli, poniewa˙z s ˛

a niezdolne do my´slenia. Ten auto-

matyczny czołg był zaprogramowany na tropienie ludzi i zabijanie ich. Mogli´smy
si˛e sami przekona´c, jak sprawnie wykonywał to zadanie.

— Ale zaprogramowa´c musieli go ludzie. S ˛

a wi˛ec normalnie odpowiedzialni

za zabijanie, nieprawda˙z?

— Zgadzam si˛e z tob ˛

a całkowicie. S ˛

a najzwyklejszymi kryminalistami, którzy

powinni stan ˛

a´c przed s ˛

adem.

Lea z rosn ˛

ac ˛

a niech˛eci ˛

a patrzyła na zmieniaj ˛

ace si˛e obrazy, przedstawiaj ˛

ace

zniszczon ˛

a maszyn˛e.

— Przynajmniej ten jeden robot-zabójca został zniszczony. Pewnie o to toczy

si˛e tu ta wojna. Piloci tych samolotów starali si˛e powstrzyma´c te roboty.

— Starali si˛e. Sk ˛

ad wiesz, ˙ze w tych samolotach byli piloci? One tak˙ze mogły

by´c zrobotyzowane.

— Czyste wariactwo. Wojna na prawie nie zamieszkanej planecie, toczona

przez roboty przeciwko robotom, które od czasu do czasu strzelaj ˛

a tak˙ze do oca-

lałych ludzi. To nie trzyma si˛e kupy!

— By´c mo˙ze dla nas nie ma to sensu. . . Cokolwiek by´smy jednak o tym s ˛

a-

dzili, ta wojna toczy si˛e nadal i nie da si˛e temu zaprzeczy´c. Te maszyny wojenne
musz ˛

a pochodzi´c z jakiego´s miejsca na tej planecie.

— Z podziemnych fabryk?
— By´c mo˙ze. Zastanawiali´smy si˛e ju˙z przecie˙z nad tym. Musimy poszpera´c

jeszcze troch˛e w Miejscu Bez Nazwy.

— Nie chc˛e powiedzie´c, ˙ze mi brak Ravna, ale czy uda nam si˛e tam dotrze´c

bez niego?

— To b˛edzie trudne, ale nie niemo˙zliwe. B˛edziemy szli cały czas na północ,

pod osłon ˛

a lasu. Mieli´smy okazj˛e zobaczy´c, co mo˙ze si˛e z nami sta´c, je´sli zosta-

niemy dostrze˙zeni.

— To mo˙ze lepiej, ˙zeby´smy szli noc ˛

a?

— Nie. Bezpieczniej jest za dnia. Bez wzgl˛edu na rodzaj u˙zywanych w tych

maszynach detektorów wykorzystuj ˛

acych fale radiowe, promieniowanie podczer-

wone, cieplne czy inne, mog ˛

a one skutecznie działa´c równie˙z w nocy, podczas

gdy my jeste´smy zale˙zni prawie całkowicie od zmysłu wzroku. Moje zdolno´sci
empatyczne s ˛

a dobre do unikania tubylców, ale s ˛

a całkowicie nieprzydatne do

wyczuwania obecno´sci maszyn. Dlatego musimy i´s´c w dzie´n i bacznie si˛e rozgl ˛

a-

da´c, wypatruj ˛

ac maszyn wojennych, aby si˛e przed nimi ustrzec.

79

background image

*

*

*

Mimo i˙z niebezpiecze´nstwo nie min˛eło i nie opuszczało ich ani na chwil˛e,

ich marsz okazał si˛e łatwiejszy bez kłopotliwej obecno´sci Ravna. Zgin ˛

ał, kiedy

próbował ich zdradzi´c. . . i nie ˙załowali go. Ich trasa prowadziła teraz prawie do-
kładnie na północ. Przez cały czas mieli po prawej stronie wielkie Jezioro Cen-
tralne. Pozostaj ˛

ac mi˛edzy drzewami, szli równoległe do równiny. Z upływem dni

spotykali coraz mniej pas ˛

acych si˛e zwierz ˛

at — przypuszczalnie ze wzgl˛edu na co-

raz bli˙zsz ˛

a obecno´s´c sprz˛etu wojennego. Przynajmniej raz na dzie´n przelatywały

w powietrzu samoloty, zataczaj ˛

ac szerokie łuki, jak gdyby czego´s szukały. Której´s

nocy na horyzoncie toczyła si˛e jaka´s bitwa. Odległe eksplozje wstrz ˛

asały ziemi ˛

a

i co chwil˛e wida´c było błyski wybuchów spoza obłoków dymu.

Nast˛epnego dnia przejechała w pobli˙zu cała kolumna sprz˛etu wojennego. Wi-

dzieli jak rozsnuwaj ˛

acy si˛e coraz wy˙zej obłok pyłu przepływa z północy. Z po-

cz ˛

atku przypominało to burz˛e piaskow ˛

a, ale była to przecie˙z trawiasta równina,

a nie pustynia i ta wła´snie nienaturalno´s´c zjawiska zwróciła ich uwag˛e.

— Mi˛edzy drzewa, szybko! — rzucił nagle Brion i ruszył do przodu du˙zymi

susami. — Tam jest grzbiet wzgórza. Musimy si˛e tam ukry´c. . . wykorzysta´c skał˛e
do osłony przed czujnikami, je´sli to jest to, co podejrzewam.

Rzucił tobołek w dół mi˛edzy skały, a potem pomógł Lei wdrapa´c si˛e do gó-

ry. Po drugiej stronie znajdowało si˛e du˙zo otoczaków. W´slizgn˛eli si˛e pod jeden
z najwi˛ekszych, chowaj ˛

ac si˛e za nim całkowicie. Brion przesun ˛

ał tobołek z meta-

lowym urz ˛

adzeniem jeszcze ni˙zej, aby ograniczy´c do minimum mo˙zliwo´s´c jego

wykrycia. Potem z płaskich odłamków skalnych uło˙zył murek, zostawiaj ˛

ac w nim

szczeliny, przez które mógłby wygl ˛

ada´c na zewn ˛

atrz.

— Słysz˛e je — powiedziała Lea. — Szcz˛ekaj ˛

a i skrzypi ˛

a. Zbli˙zaj ˛

a si˛e.

Sun ˛

ace przed kł˛ebami pyłu ciemne sylwetki pojazdów ukazały si˛e ich oczom.

Rosły z ka˙zd ˛

a chwil ˛

a. Był to masywny, pot˛e˙znie opancerzony i uzbrojony sprz˛et

bojowy. Wkrótce ukazały si˛e tak˙ze mniejsze i bardziej ruchliwe pojazdy, które
otaczały wi˛eksze ze wszystkich stron. Te siły osłonowe były wsz˛edzie, jedne to-
rowały drog˛e wzdłu˙z brzegu jeziora, a inne w gór˛e wzgórza. Lea skuliła si˛e w swo-
jej kryjówce, kiedy eskadra nadd´zwi˛ekowych odrzutowców przeleciała z hukiem
nad ich głowami. Pod ˛

a˙zaj ˛

aca za nimi fala d´zwi˛ekowa uderzyła w ich kamienny

murek i rozwaliła go. Armada przesuwała si˛e dalej i wkrótce cała równina, jak
okiem si˛egn ˛

a´c, pokryta była sprz˛etem wojskowym. Zgrzyt metalu był tak gło´sny

i przenikliwy, ˙ze a˙z uszy bolały.

Było pó´zne popołudnie, kiedy przejechała główna cz˛e´s´c kolumny. Mniejsze

i szybsze czołgi nadal jednak w˛eszyły wokoło.

— Niezłe widowisko — powiedziała Lea.

80

background image

— Nieludzkie. Same maszyny. Zaprogramowane maszyny! Gdyby kierowali

nimi ludzie, czułbym ich zmasowane emocje, nawet z tej odległo´sci. Ale niestety
nic nie czułem.

— A mo˙ze gdzie´s mi˛edzy tymi maszynami było paru ludzi kieruj ˛

acych nimi?

— Mało prawdopodobne, nie wyczułem ich obecno´sci. Ale nawet je´sli by-

ła tam jaka´s grupka ludzi kieruj ˛

aca t ˛

a kolumn ˛

a, jestem pewien, ˙ze co najmniej

dziewi˛e´cdziesi ˛

at pi˛e´c, dziewi˛e´cdziesi ˛

at osiem procent obsługiwały automaty.

— To przera˙zaj ˛

ace. . .

— Wszystko w tej operacji jest przera˙zaj ˛

ace. I ´smiertelne — powiedział

Brion. — Pozostaniemy tu do rana. Poczekamy a˙z te maszyny odjad ˛

a jak naj-

dalej, zanim ruszymy w dalsz ˛

a drog˛e. Jedyny nasz zysk polega na tym, ˙ze wiemy

w ko´ncu, w którym kierunku musimy teraz i´s´c.

— Co masz na my´sli?
Brion wskazał na szerokie bruzdy wyorane w równinie przez zmechanizowan ˛

a

armi˛e.

— Zostawiły ´slady, po których mo˙zna i´s´c z zamkni˛etymi oczyma. Pójdziemy

po tych ´sladach. . . i poszukamy miejsca, z którego pochodz ˛

a.

— Nie mo˙zemy! Stamt ˛

ad mog ˛

a nadjecha´c nast˛epne maszyny.

— B˛edziemy si˛e trzymali od nich z dala. Te ´slady wida´c z odległo´sci kilku ki-

lometrów. Nadal b˛edziemy zachowywali ostro˙zno´s´c, tak jak przedtem. Pójdziemy
wzdłu˙z ´sladów tak długo, a˙z znajdziemy to miejsce, z którego pochodz ˛

a maszyny.

*

*

*

Przez kilka pierwszych dni nie mieli kłopotów. Pó´zniej jednak droga stawała

si˛e coraz trudniejsza. Kiedy Jezioro Centralne zostało za nimi, ukształtowanie te-
renu zacz˛eło si˛e stopniowo zmienia´c. Znikn ˛

ał jednolity ci ˛

ag gór, le´snych wzgórz

i trawiastej równiny. Teren stawał si˛e coraz bardziej niejednorodny i górzysty,
z du˙z ˛

a ilo´sci ˛

a dolin i w ˛

awozów. Brion zatrzymał si˛e na stromym zboczu, spo-

gl ˛

adaj ˛

ac na wyorane na powierzchni równiny ´slady. Były nadal bardzo wyra´zne,

ale nikn˛eły nagle z pola widzenia w miejscu, w którym wchodziły do otoczonego
stromymi ´scianami w ˛

awozu.

— Co teraz zrobimy? — zapytała Lea.
— Zjedzmy co´s najpierw, zanim to rozwa˙zymy. Przypuszczam, ˙ze mo˙zna b˛e-

dzie i´s´c wzgórzami nad tym ´sladem.

Lea spojrzała na wysokie, strome zbocze.
— Łatwiej to powiedzie´c, ni˙z zrobi´c. — Rozerwała opakowanie z racjami

˙zywno´sciowymi i wyj˛eła prawie pusty pojemnik. — I, jak widzisz, ko´nczy si˛e nam

jedzenie. Cokolwiek si˛e stanie, b˛edziemy musieli niedługo wraca´c albo ´sci ˛

agn ˛

a´c

l ˛

adownik, ˙zeby uzupełni´c zapasy.

81

background image

— ˙

Zadna z tych mo˙zliwo´sci mi si˛e nie podoba. Zaszli´smy ju˙z bardzo daleko

i ci ˛

agle jeste´smy na tropie. Musimy i´s´c dalej. Nie mo˙zemy uzupełni´c zapasów, po-

niewa˙z nie wolno nam ryzykowa´c l ˛

adowania statku w miejscu, w pobli˙zu którego

znajduje si˛e tak wiele broni. Pozostaje wi˛ec tylko jedno wyj´scie. . .

— Nie gadaj tyle. Otwórz dziob i włó˙z do niego ˙zarcie. A potem post ˛

apimy

zgodnie z moim planem. Wrócimy na równin˛e, ´sci ˛

agniemy l ˛

adownik i wrócimy

na orbit˛e, gdzie b˛edziemy bezpieczni. Mamy sporo informacji do przekazania.
Potem si ˛

adziemy sobie spokojnie i zaczekamy, a˙z przy´sl ˛

a wojsko. . .

Brion sprzeciwił si˛e ruchem głowy.
— My jeste´smy tym wojskiem! Nie odlecimy st ˛

ad, dopóki nie dowiemy si˛e,

co si˛e tu dzieje. W tej sytuacji jest tylko jedna droga przed nami. Do kanionu. . .

— Chyba straciłe´s rozum. To pewne samobójstwo!
— Nie s ˛

adz˛e. Uwa˙zam, ˙ze szanse s ˛

a pół na pół. Trzeba tylko szybko do niego

wej´s´c i wyj´s´c, zanim nadjedzie kolejna kolumna maszyn.

— Ju˙z wiem, co b˛edzie dalej. Ma to by´c jednoosobowa druzgoc ˛

aca akcja,

prawda? Z tob ˛

a w tenisówkach i z du˙zym, przezroczystym no˙zem w r˛eku. I ze

mn ˛

a, siedz ˛

ac ˛

a tutaj z całym tym metalowym majdanem i czekaj ˛

ac ˛

a cierpliwie na

twój powrót?

— Wła´snie to mniej wi˛ecej miałem na my´sli. Czy co´s ci si˛e w tym nie podoba?
— Tylko jedno. Zastanawiam si˛e, czy nie byłoby pro´sciej, ˙zeby´s po prostu

waln ˛

ał sobie w łeb i oszcz˛edził sobie tego całego kłopotu.

Wzi ˛

ał jej drobn ˛

a r˛ek˛e w swoje łapsko. Czuł wyra´znie strach i niepokój kryj ˛

ace

si˛e za jej gorzkimi słowami.

— Wiem, co my´slisz i czujesz i nie mam do ciebie o to ˙zalu. Ale w obecnej

sytuacji nie mamy wyboru. Mo˙zemy wróci´c i zacz ˛

a´c cał ˛

a t˛e akcj˛e od pocz ˛

atku

albo po prostu zako´nczy´c j ˛

a. My´sl˛e jednak, ˙ze zaszli´smy ju˙z za daleko, prze˙zyli-

´smy zbyt wiele przemocy i przelało si˛e ju˙z za du˙zo krwi, aby si˛e wycofa´c. Jestem

w stanie poradzi´c sobie. I musz˛e t˛e spraw˛e doprowadzi´c do ko´nca!

Lea zrozumiała to i nie była w stanie polemizowa´c z nim. Poczuła, jak ogar-

nia j ˛

a rezygnacja. W milczeniu zapakowali tobołek i udali si˛e na wzgórza z dala

od kanionu. Szli, a˙z znale´zli odpowiednie miejsce na urz ˛

adzenie obozu. Był tam

osłoni˛ety nawis skalny i nieco poni˙zej potok górski.

— B˛edziesz tu bezpieczna — powiedział Brion, wr˛eczaj ˛

ac jej szybkostrzelny

pistolet — Trzymaj go cały czas przy sobie. Je´sli zobaczysz co´s podejrzanego,
najpierw strzelaj, a potem sprawdzaj. Tu nie ma ˙zadnych przyjaznych zwierz ˛

at,

maszyn ani ludzi. . . nic. Jak b˛ed˛e wracał, dam ci zna´c, ˙zeby´s przypadkiem mnie
nie zastrzeliła.

Po raz pierwszy na tych wzgórzach noc była chłodna. Spali w jednym ´spi-

worze, ˙zeby nie zmarzn ˛

a´c. Brion zasn ˛

ał od razu. Pomogły mu lata treningu. Lea

natomiast, nie mog ˛

ac przed dłu˙zszy czas zasn ˛

a´c, obserwowała przez konary drzew

82

background image

usiane gwiazdami obce niebo, tak bardzo ró˙zne od ziemskiego. Była tak bardzo
daleko od domu!

*

*

*

Ockn˛eła si˛e, czuj ˛

ac czyj´s dotyk na ramieniu i stwierdziła, ˙ze jest ju˙z widno.

Brion stał nad ni ˛

a i wkładał nó˙z do pochwy.

— Jestem przekonany, ˙ze w ostatnim raporcie przekazali´smy wszystkie naj-

wa˙zniejsze wiadomo´sci, które zebrali´smy do tej pory, mo˙zesz wi˛ec zachowa´c ci-
sz˛e w eterze. Cały czas musisz przebywa´c w ukryciu. Dzisiaj jest dzie´n pierw-
szy. . . wróc˛e najpó´zniej wieczorem czwartego dnia. Obiecuj˛e wróci´c bez wzgl˛e-
du na to, co znajd˛e. Gdybym jednak nie wrócił do tego czasu, nie czekaj na mnie.
Mam nadziej˛e, ˙ze zdajesz sobie spraw˛e z tego, jakim szale´nstwem byłoby pój-

´scie ze mn ˛

a. Bez wzgl˛edu na to, czy b˛ed˛e tu, czy nie, pi ˛

atego dnia musisz ruszy´c

w drog˛e powrotn ˛

a. Sprowad´z l ˛

adownik, jak tylko dotrzesz na równin˛e. . . i uciekaj

z tej planety. Jak najszybciej. S ˛

a inni agenci, którzy mog ˛

a zgry´z´c ten orzech. Na

razie jednak nie przejmuj si˛e tym gdybaniem. Zobaczymy si˛e czwartego dnia

Obrócił si˛e na pi˛ecie i oddalił si˛e. Stało si˛e to tak szybko, ˙ze nie zd ˛

a˙zyła nawet

powiedzie´c słowa. Było oczywiste, ˙ze wolał zrobi´c to w ten sposób. Patrzyła, jak
jego pot˛e˙zna sylwetka przesuwała si˛e susami w dół wzdłu˙z strumienia, malej ˛

ac

z ka˙zd ˛

a chwil ˛

a, a˙z w ko´ncu przeskoczyła przez wyst˛ep skalny i znikn˛eła z jej pola

widzenia.

background image

Penetracja Kanionu

Nie było ˙zadnego logicznego powodu, aby waha´c si˛e u wylotu kanionu, ale

logika nie miała tu nic do rzeczy. Brion zeskoczył z tarasowatego zbocza i za-
trzymał si˛e. Zamarł w bezruchu i nadsłuchiwał. Po obu jego stronach wznosiły
si˛e wysoko skaliste ´sciany, tworz ˛

ace naturalny korytarz wrzynaj ˛

acy si˛e gł˛eboko

w gł ˛

ab wzgórza. Widział przed sob ˛

a tylko niespełna półkilometrowy odcinek w ˛

a-

wozu, potem skr˛ecał on w bok, nikn ˛

ac z pola widzenia. Dno poro´sni˛ete było kie-

dy´s traw ˛

a i krzakami. Teraz były one starte na pył, a ziemia pokryta bruzdami.

Jedyne ocalałe resztki ro´slinno´sci znajdowały si˛e tu˙z przy skalistych ´scianach.
Reszta była zmia˙zd˙zona i zniszczona przez g ˛

asienice przeje˙zd˙zaj ˛

acych t˛edy ar-

mii. Pojazd za pojazdem wrzynał si˛e w kamieniste podło˙ze, a˙z zamieniło si˛e ono
w g ˛

aszcz przenikaj ˛

acych si˛e nawzajem ´sladów. Spojrzawszy w dół Brion stwier-

dził, ˙ze stoi w jednym z takich ´sladów: we wgł˛ebieniu o powierzchni ponad metra
kwadratowego. Była to zaledwie cz˛e´s´c ´sladu pozostawionego przez gigantyczn ˛

a

maszyn˛e — jedn ˛

a z bardzo wielu. Przejechała t˛edy cała armia tych maszyn i jak

s ˛

adził, dalsze mogły w tej chwili zbli˙za´c si˛e do niego. Zamierzał stawi´c czoła tej

armii. W pojedynk˛e?

— Tak — krzykn ˛

ał gło´sno, u´smiechaj ˛

ac si˛e przy tym. Szanse nie były zbyt

du˙ze, ale na inne nie mógł liczy´c. Ka˙zda chwila zwłoki zmniejszała je, z ka˙z-
d ˛

a mijaj ˛

ac ˛

a sekund ˛

a bowiem rosło prawdopodobie´nstwo natkni˛ecia si˛e na wroga

w tym w ˛

askim kanionie. Ruszył biegiem do przodu.

Skaliste ´sciany przesuwały si˛e obok. Pod stopami czuł poryt ˛

a bruzdami, nie-

równ ˛

a ziemi˛e. Po blisko godzinie równomiernego biegu zacz ˛

ał oddycha´c z coraz

wi˛ekszym trudem i musiał zwolni´c krok do szybkiego marszu. Szedł tak, a˙z od-
dech wrócił mu do normy, po czym ponownie przy´spieszył. Połykał kilometr za
kilometrem, ale wygl ˛

ad kanionu si˛e nie zmieniał. Po południu skaliste ´sciany za-

cz˛eły si˛e obni˙za´c i w ko´ncu wyszedł na skalist ˛

a nieck˛e, otoczon ˛

a górami.

Była to dobra okazja, ˙zeby zrobi´c postój na odpoczynek. Po raz pierwszy

zszedł z wyra´znego ci ˛

agu ´sladów i wdrapał si˛e na zbocze poro´sni˛ete traw ˛

a mi˛edzy

otoczakami. Z tego miejsca poryta droga była wyra´znie widoczna. Przebiegała
przez nieck˛e i gin˛eła w nast˛epnym w ˛

awozie, po przeciwnej stronie. Po wypiciu

kilku łyków wody poło˙zył si˛e na wznak i zamkn ˛

ał oczy. Postanowił zdrzemn ˛

a´c si˛e

84

background image

z godzin˛e, a potem ruszy´c w dalsz ˛

a drog˛e. Na tej wysoko´sci o zmierzchu robiło si˛e

chłodno, pomy´slał wi˛ec, ˙ze wła´sciwsze byłoby spanie w dzie´n, a maszerowanie
w nocy. Wiedział, ˙ze jego metabolizm bez trudu zaadaptuje si˛e do takiej zmiany.
Na Havrk, gdzie mieszkał, ˙zywno´s´c musiała by´c gromadzona w czasie krótkiego
lata, aby mo˙zna było potem przetrwa´c bardzo dług ˛

a zim˛e. Wytrzymywał ju˙z kie-

dy´s cztery czy pi˛e´c dni bez snu i wiedział, ˙ze mo˙ze to bez trudu powtórzy´c. Trawa
była mi˛ekka, a wn˛eka osłoni˛eta od wiatru i ogrzana promieniami słonecznymi.
Uło˙zył si˛e wygodnie i po chwili ju˙z spał.

*

*

*

O zaplanowanej porze otworzył oczy i spojrzał na bezchmurne niebo. Sło´nce

skryło si˛e za wzgórzami i w cieniu szybko robiło si˛e zimno. ´Slad w dole nadal był
pusty. Umie´scił wygodnie na biodrze nó˙z, wypił łyk wody i ruszył w drog˛e.

Kanion za nieck ˛

a był szerszy, lecz miał ostrzejsze zakola, przez co Brion miał

skrócone pole widzenia. Zwalniał przed ka˙zdym zakr˛etem, zachowuj ˛

ac ostro˙z-

no´s´c, dopóki nie stwierdził, ˙ze traci w ten sposób za wiele czasu. Co si˛e ma sta´c,
stanie si˛e i tak. Wiedział, ˙ze nie b˛edzie mógł nic na to poradzi´c. Musiał si˛e po-

´spieszy´c. Pieprzony fatalizm. . .

Dno doliny przeszło w lit ˛

a skał˛e, porysowan ˛

a i po˙złobion ˛

a stalowymi g ˛

asieni-

cami. Mimo to było znacznie równiejsze od pooranej ziemi. Kiedy przyzwyczaił
si˛e do równomiernego rytmu marszu, stwierdził z zadowoleniem, ˙ze przemieszcza
si˛e ze stał ˛

a szybko´sci ˛

a i ma regularny oddech. Był prawie zrelaksowany. Z głu-

chym odgłosem kroków szedł wzdłu˙z ostrego zakr˛etu, gdy nagle w odległo´sci kil-
ku metrów przed sob ˛

a zobaczył uzbrojony pojazd. Nikłe ´swiatło odbijało si˛e od

jego powierzchni. Czterolufowa wie˙zyczka skierowana była w niebo. W jednej
chwili obróciła si˛e i skierowała na niego. Skoczył za najbli˙zsz ˛

a skał˛e, ale cztery

czarne lufy mimo to w dalszym ci ˛

agu wycelowane były w jego stron˛e. Odłamki

trafi ˛

a go od tyłu, niemo˙zliwe, aby go min˛eły. . . Upadł na ziemi˛e, przetoczył si˛e

i odepchn ˛

ał od twardej skały, zaskoczony, ˙ze jeszcze ˙zyje. Nic si˛e nie stało. Działa

milczały.

Brion le˙zał ci˛e˙zko dysz ˛

ac i nadsłuchiwał szcz˛eku g ˛

asienic, kiedy pojazd ruszył

do przodu. Wiedział, ˙ze go nie przegoni. Czy mógłby si˛e wydosta´c z tej pułapki?
Nie, ´sciany doliny były gładkie i strome. Nie było st ˛

ad ucieczki.

Odgłos silnika był gło´sny i chrapliwy. Zgrzyt metalu odbił si˛e echem od ´scian

w ˛

awozu. Silnik pracował na pełnych obrotach, ale nierówno. Po chwili zgasł i za-

padła niepokoj ˛

aca cisza. Maszyna nie jechała ju˙z po niego, ale nadal stała na jego

drodze. Dlaczego si˛e zatrzymała? Brion wykonał gł˛eboki oddech i powoli wstał.
Został oszcz˛edzony, ale na jak długo? Co powinien teraz zrobi´c? Zaraz b˛edzie
zupełnie ciemno. Mo˙ze uda mu si˛e po ciemku przej´s´c niepostrze˙zenie obok tego

85

background image

czołgu. Nie, mrok nie stanowi ˙zadnej przeszkody dla tej maszyny. Jej czujniki
b˛ed ˛

a działały równie skutecznie. Wraca´c? Mógłby, ale to byłby koniec. Poddanie

si˛e. Zaszedł za daleko, aby si˛e teraz cofa´c. Ale dlaczego ten czołg nie strzelił do
niego? Ciekawo´s´c brała gór˛e nad ostro˙zno´sci ˛

a.

Posuwaj ˛

ac si˛e powoli, centymetr po centymetrze, podpełzł do skał i podniósł

głow˛e. Przypadł do ziemi, kiedy zobaczył, ˙ze zagl ˛

ada prosto do wn˛etrza luf. Czołg

nadal nie strzelał. Przecie˙z wiedział, ˙ze Brion jest tutaj, dlaczego wi˛ec si˛e wahał?
Zabawa w kotka i myszk˛e? Nie, nie mógł by´c zaprogramowany na nic innego
poza niszczeniem. Co wobec tego robi?

Podniósł spory odłamek skalny i rzucił go jak granat w powietrze. Odłamek

spadł na ziemi˛e z hukiem i Brion ponownie podniósł głow˛e. Wie˙zyczka skiero-
wała si˛e na skał˛e, a potem z j˛ekiem agregatów znów spojrzała na niego. Tym
razem nie ruszał si˛e. Czołg miał ju˙z dwa razy okazj˛e, ˙zeby go zabi´c i nie zrobił
tego. Je´sli teraz w ko´ncu wystrzeli, nigdy nie dowie si˛e, dlaczego nie zabił go
od razu. Min˛eła jedna sekunda. . . dwie. . . trzy. Działa nadal milczały. O´smielony
tym obrotem sprawy wyszedł z ukrycia i ruszył naprzód. Działa przesuwały si˛e za
nim, cały czas trzymaj ˛

ac go na muszce. Brion zatrzymał si˛e, kiedy silnik zaryczał

znowu i czołg zadr˙zawszy, posun ˛

ał si˛e kilka centymetrów do przodu, po czym

stan ˛

ał. W tym momencie dopiero Brion zauwa˙zył, ˙ze maszyna miała rozerwan ˛

a

g ˛

asienic˛e i nie mogła jecha´c. Gdyby udało mu si˛e przedosta´c za niego, czołg nie

mógłby go ´sciga´c! Ruszył biegiem wzdłu˙z w ˛

awozu, wiedz ˛

ac, ˙ze działa cały czas

pod ˛

a˙zaj ˛

a za celem. Kiedy zrównał si˛e z czołgiem, a potem go mijał, działa na-

gle dały mu spokój. Wie˙zyczka obróciła si˛e i lufy dział skierowały si˛e pionowo
do góry. Brion zatrzymał si˛e i patrzył. Czołg najwyra´zniej zacz ˛

ał go ignorowa´c.

Musiał znale´z´c si˛e poza zasi˛egiem czujników i jego obecno´s´c została wymazana
z pami˛eci urz ˛

adze´n sterowniczych. Zastanawiał si˛e, czy powinien podej´s´c bli˙zej

i obejrze´c go. Jedynym wytłumaczeniem tego pomysłu była ciekawo´s´c. Odpr˛e-

˙zenie po silnym napi˛eciu i strachu przed pewn ˛

a ´smierci ˛

a, odczuwanych jeszcze

przed chwil ˛

a, sprawiło, ˙ze przez moment poczuł si˛e beztroski i bezpieczny. Mu-

siał podej´s´c do czołgu i obejrze´c go. Mógł co´s odkry´c lub nie — było to bez
znaczenia.

Ostro˙znie st ˛

apaj ˛

ac zbli˙zył si˛e do niego, ale czołg nadal nie reagował. Był ju˙z

tak blisko, ˙ze widział wyra´znie spoiny na jego pancerzu. Postawił nog˛e na błysz-
cz ˛

acym metalowym kole i wspi ˛

ał si˛e na czołg. Na górze, tu˙z za wie˙zyczk ˛

a, był

właz z jednym uchwytem. Zawahał si˛e przez chwil˛e, po czym złapał za r ˛

acz-

k˛e i mocno poci ˛

agn ˛

ał. Właz otworzył si˛e bezgło´snie i bez oporu. Nic wi˛ecej si˛e

nie stało. Brion słyszał, jak serce wali mu gło´sno, kiedy pochylił si˛e i zajrzał do

´srodka. Wewn ˛

atrz nie było ˙zycia. Wska´zniki ´swieciły w półmroku, gdzie´s zabu-

czał i zaraz ucichł serwomechanizm. Ta´smy z amunicj ˛

a wznosiły si˛e a˙z do działek

znajduj ˛

acych si˛e obok niego. Były naładowane i gotowe do strzału. Dlaczego wi˛ec

nie strzeliły?

86

background image

Dosy´c tego! Poczuł nagle w´sciekło´s´c na siebie za własn ˛

a głupot˛e. Co robił

tutaj, ryzykuj ˛

ac ˙zyciem bez powodu? Min ˛

ał przecie˙z t˛e machin˛e wojenn ˛

a bez-

piecznie. Jedyne, co powinien w tej chwili robi´c, to i´s´c dalej, ˙zeby znale´z´c si˛e
jak najdalej od niej. Kopn ˛

ał j ˛

a w stalowy bok, zły na siebie, po czym zeskoczył

i pobiegł równomiernym truchtem wzdłu˙z w ˛

awozu ani razu si˛e nie obejrzawszy.

Była to jeszcze jedna zagadka, któr ˛

a musiał doł ˛

aczy´c do innych, składaj ˛

acych

si˛e na wizerunek tego ´smiertelnego ´swiata. ˙

Zadna z nich nie zostanie rozwi ˛

azana,

dopóki nie ustali, sk ˛

ad pochodzi armia, która przetoczyła si˛e przed nim. Biegł

nieprzerwanie dalej.

*

*

*

Ciemno´s´c ju˙z zapadła. Ziemia była wyra´znie widoczna w ´swietle gwiazd, a on

wci ˛

a˙z biegł w tym samym tempie. Był to wyczerpuj ˛

acy wysiłek nawet dla niego,

tote˙z na długo przed ko´ncem nocy musiał zatrzyma´c si˛e na odpoczynek. Potem
jeszcze raz. Zm˛eczenie zwolniło znacznie jego bieg, kiedy dotarł do w ˛

askiego

bocznego kanionu. Padł na kolana, aby sprawdzi´c dokładnie ziemi˛e, ale nie stwier-
dził istnienia jakichkolwiek ´sladów prowadz ˛

acych w tamtym kierunku. Powinno

to by´c bezpieczne miejsce na odpoczynek, wobec czego zagł˛ebił si˛e w cie´n. Kiedy
poprzedni w ˛

awóz został daleko w dole i znikn ˛

ał mu z pola widzenia, znalazł so-

bie kryjówk˛e mi˛edzy dwoma du˙zymi otoczakami i uło˙zywszy si˛e do snu szybko
zasn ˛

ał.

Jaki´s czas pó´zniej co´s wyrwało go z gł˛ebokiego snu. Gwiazdy ´swieciły jasno.

Z w ˛

awozu nie dochodził ˙zaden d´zwi˛ek. . . za to z oddali dobiegał wyra´znie sły-

szalny, stopniowo cichn ˛

acy odgłos silników odrzutowych. Brion zamkn ˛

ał oczy,

a kiedy otworzył je znowu, niebo było szare. Był wczesny ranek.

Czuł si˛e zm˛eczony i zzi˛ebni˛ety, bolały go mi˛e´snie. Woda była lodowata, wypił

wi˛ec tylko troch˛e. Był głodny. Spodziewał si˛e takich objawów i zmusił si˛e do
niemy´slenia o swoim osłabieniu. Zadanie musiało by´c wykonane. Kiedy zacznie
si˛e porusza´c, rozgrzeje si˛e. Pragnienie i głód b˛edzie mógł przetrzyma´c. Musi i´s´c
dalej.

Gdy w ˛

awóz zacz ˛

ał si˛e rozszerza´c, Brion przeszedł pod wschodni ˛

a ´scian˛e, aby

znale´z´c si˛e w cieniu. Mogło to by´c dla niego pewn ˛

a ochron ˛

a, gdyby natkn ˛

ał si˛e na

dalsze maszyny. W ˛

awóz stawał si˛e coraz płytszy i szerszy, a jego dno twardsze.

Tworz ˛

aca je ziemia przechodziła stopniowo w co´s twardszego i gładszego. Pochy-

lił si˛e, aby to sprawdzi´c. Była to zastygła, stopiona skała. Nie była zbryłowana jak
skała wulkaniczna, lecz pozioma i gładka. Była stopiona i odpowiednio wyrów-
nana. Zupełnie jakby kto´s u˙zył laserów. Powierzchnia w ˛

awozu była sztucznego

pochodzenia.

Sło´nce, widoczne zza grzbietu wschodniej ´sciany, było ju˙z wysoko na nie-

bie. O´swietlało całe dno doliny, ukazuj ˛

ac jego gładk ˛

a, płask ˛

a powierzchni˛e. Brion

87

background image

szedł ostro˙znie, bacznie si˛e rozgl ˛

adaj ˛

ac. Obie ´sciany były równie gładkie i twarde,

bez ˙zadnych odgał˛ezie´n, nawet na ko´ncu doliny. Skalne ´sciany były bardzo stare,
takie, jakie zostawiły je ruchy górotwórcze. To był ´slepy koniec. W ˛

awóz zaczy-

nał si˛e tutaj i wychodził na równin˛e. Był biegn ˛

ac ˛

a przez góry szczelin ˛

a z jednym

wylotem.

Brion wiedział, ˙ze pot˛e˙zna, mechaniczna armia wyjechała z tego w ˛

awozu. Wi-

dział j ˛

a na własne oczy i doszedł jej ´sladem do tego miejsca. Dlaczego wi˛ec nic

tutaj nie ma? To przecie˙z niemo˙zliwe! Podszedł wolno do skalnej ´sciany i dotkn ˛

jej, a potem uderzył w ni ˛

a r˛ekoje´sci ˛

a no˙za z bezsilnej w´sciekło´sci. Była twarda.

To nie mogło by´c mo˙zliwe. A jednak było.

Kiedy odwrócił si˛e, aby spojrze´c w dół doliny, po raz pierwszy dostrzegł czar-

n ˛

a kolumn˛e. Miała około metra wysoko´sci i stała w odległo´sci około dziesi˛eciu

metrów od ´sciany. Podszedł do niej wolno, obszedł j ˛

a i dotkn ˛

ał. Była z meta-

lu, z jakiego´s stopu. Miała lekko zniszczon ˛

a, zmatowiał ˛

a powierzchni˛e. Nie było

na niej ˙zadnego oznakowania i Brion nie miał poj˛ecia, do czego mogła słu˙zy´c.
W miejscu, w którym poci ˛

agn ˛

ał czubkiem no˙za po jej okr ˛

agłym wierzchołku,

pozostała jasna linia. Był zły i sfrustrowany, kiedy wkładał nó˙z z powrotem do
pochwy.

— Co to jest? — wrzasn ˛

ał na cały głos. — Co to wszystko znaczy?

Jego słowa odbiły si˛e echem od skalnych ´scian i po chwili ucichły, pogr ˛

a˙zaj ˛

ac

dolin˛e w ciszy.

background image

Tajemnica czarnej kolumny

W przypływie bezsilnej w´sciekło´sci Brion kopn ˛

ał ciemn ˛

a kolumn˛e. Jedynym

efektem był głuchy odgłos i ostry ból w stopie.

— Bardzo to imponuj ˛

ace, Brionie — powiedział gło´sno. — Doprawdy, reak-

cja godna inteligentnego człowieka. Ul˙zyło ci? Nie uwa˙zasz, ˙ze teraz, kiedy zło´s´c
ci ju˙z przeszła, najwy˙zsza pora ˙zeby zastanowi´c si˛e nad t ˛

a cał ˛

a spraw ˛

a? Zgadzasz

si˛e. A zatem: co wiesz? Po pierwsze — uniósł palec — zmechanizowana armia
wyjechała ˙z tego w ˛

awozu. Nie ma co do tego w ˛

atpliwo´sci. ´Slady, którymi sze-

dłem, prowadziły a˙z do tego miejsca. Nigdzie po drodze nie skr˛ecały ani si˛e nie
rozdzielały. To prowadzi do wniosku numer dwa: te maszyny musiały pochodzi´c
st ˛

ad, z tego ko´nca w ˛

awozu, z miejsca, w którym stoj˛e. Zbocza i dno wygl ˛

adaj ˛

a

na wykonane z litego materiału. . . A mo˙ze to nie jest lity materiał? Trzeba spraw-
dzi´c. A mo˙ze najpierw nale˙załoby przyjrze´c si˛e bli˙zej tej kolumnie? Jest sztuczna,
wykonana z metalu i stawiam sto do jednego, ˙ze ma co´s wspólnego z t ˛

a spraw ˛

a!

Zatem wniosek numer trzy: zbadanie kolumny jest pierwsz ˛

a w kolejno´sci spraw ˛

a

na li´scie.

Co´s nieuchwytnego dr ˛

a˙zyło jego pami˛e´c. Co to mogło by´c? Zaraz. . . Kiedy

kopn ˛

ał kolumn˛e, oprócz bólu palca jego zmysły zarejestrowały co´s jeszcze. Ale

co?. . . Ale˙z tak, oczywi´scie, zad´zwi˛eczała, jakby była pusta w ´srodku ten d´zwi˛ek
przypominał bardziej odgłos dzwonu ni˙z jednolitego kawałka metalu.

Brion wyj ˛

ał nó˙z z pochwy. Trzymaj ˛

ac go za ostrze postukał r˛ekoje´sci ˛

a

w wierzchołek kolumny, w miejscu, gdzie poprzednio zadrapał jej powierzchni˛e.
Rozległ si˛e odgłos litego kawałka metalu. Kiedy jednak postukał ni˙zej, kolumna
zad´zwi˛eczała gło´sno. Była pusta! Natychmiast nasun˛eło si˛e nast˛epne pytanie: czy
było co´s w ´srodku? Wielce prawdopodobne. Musiał pomy´sle´c, jak si˛e tam dosta´c.
Wolno powiódł po niej palcami w dół. Była gładka i nie oznakowana. Ukl ˛

akł,

chc ˛

ac obejrze´c jej doln ˛

a cz˛e´s´c, a potem poło˙zył si˛e na ziemi, ˙zeby sprawdzi´c sam

spód. Co oznaczała ta cieniutka jak włos szczelina, biegn ˛

aca wokół podstawy?

Wsun ˛

ał w ni ˛

a czubek ostrza. . . I ostrze weszło pod metal! Chocia˙z kolumna by-

ła wpuszczona w lit ˛

a skał˛e, na wierzchu miała osłon˛e, która spoczywała na jej

powierzchni. Kiedy podniósł si˛e z ziemi, co´s przyci ˛

agn˛eło jego wzrok. Był to nie-

znaczny błysk ´swiatła na wysoko´sci około trzydziestu centymetrów od dołu. Rysa

89

background image

na powierzchni metalu. Kiedy przyjrzał si˛e jej dokładnie, stwierdził, ˙ze w jej miej-
scu znajdował si˛e blisko trzycentymetrowej długo´sci rowek z ledwie widocznym
okr˛egiem wokoło!

— Główka wkr˛etu. To wygl ˛

ada jak du˙za główka wkr˛etu! A wkr˛ety s ˛

a po to,

aby je wkr˛eca´c lub wykr˛eca´c.

Jedynym narz˛edziem, jakie miał przy sobie, był nó˙z. Wsun ˛

ał jego ostrze do

rowka i próbował odkr˛eca´c główk˛e. Bez efektu. Nacisn ˛

ał mocniej r˛ekoje´s´c no˙za.

Czuł, jak mi˛e´snie napinaj ˛

a si˛e i widział jak ostrze si˛e wygina. Mogło w ka˙zdej

chwili p˛ekn ˛

a´c. Nie miało to jednak znaczenia. Jeszcze mocniej. . . Z metalicznym

zgrzytem okr ˛

agły łeb obrócił si˛e o kilka milimetrów. Kiedy Brion powiódł po nim

palcem, stwierdził, ˙ze wkr˛et nieznacznie si˛e wysun ˛

ał. Ruszony z miejsca, obracał

si˛e teraz l˙zej. Jego łeb wysuwał si˛e, obrót za obrotem, a˙z stal si˛e cały widoczny.
Po chwili wida´c ju˙z było błyszcz ˛

acy gwint. Wysuwał si˛e coraz bardziej i bardziej

tak lekko, ˙ze Brion mógł go obraca´c palcami. Wykr˛ecił go do ko´nca i poło˙zył na
ziemi, po czym zajrzał przez otwór do ´srodka. Ciemno´s´c, nic wi˛ecej. Ten wkr˛et
musiał przecie˙z spełnia´c jak ˛

a´s rol˛e. Utrzymywał co´s? Ale co? Chwycił nó˙z, aby

zbada´c nim wn˛etrze otworu, ale zmienił zamiar. Rozs ˛

adniej b˛edzie najpierw po-

my´sle´c, ni˙z zdawa´c si˛e całkowicie na przypadek. Jakie zadanie mógł spełnia´c ten
wkr˛et? Miał zatyka´c otwór i słu˙zy´c do jakiej´s regulacji wewn ˛

atrz? Mo˙zliwe, ale

mało prawdopodobne. A mo˙ze słu˙zył do mocowania osłony? To było bardziej
prawdopodobne.

Nachylił si˛e i wsun ˛

ał ostrze no˙za pod spód osłony. Poci ˛

agn ˛

ał r˛ekoje´s´c do góry.

Osłona drgn˛eła!

Manipuluj ˛

ac ostro˙znie no˙zem, Brion zdołał wepchn ˛

a´c jego ostrze na gł˛ebo-

ko´s´c ponad centymetra — do oporu. Teraz osłona powinna si˛e da´c zdj ˛

a´c. Zostawił

nó˙z w szczelinie i pochylił si˛e nad ni ˛

a, potem kucn ˛

ał i obj ˛

ał j ˛

a obur ˛

acz. Przyci-

skaj ˛

ac j ˛

a do siebie z całej siły, powoli prostował nogi. Osłona uniosła si˛e troch˛e

do góry. Spojrzał w dół i zobaczył, ˙ze znajdowała si˛e ponad centymetr nad po-
wierzchni ˛

a gładkiej skały. Nadal jednak co´s powstrzymywało j ˛

a od dołu. Z du˙z ˛

a

uwag ˛

a, bacz ˛

ac, aby jej nie upu´sci´c, przesun ˛

ał r˛ece w dół i podniósł j ˛

a jeszcze

bardziej. Wolno, wolniutko uniósł j ˛

a na wysoko´s´c ponad trzech centymetrów. Do-

strzegł wówczas wewn ˛

atrz błyszcz ˛

ac ˛

a metalow ˛

a powierzchni˛e. Podnosił j ˛

a coraz

wy˙zej i wy˙zej, a˙z w ko´ncu mógł wsun ˛

a´c palce pod spód. Chwyciwszy j ˛

a teraz

pewnie, kucn ˛

ał powoli, wzi ˛

ał gł˛eboki oddech i wyprostował si˛e. Osłona uniosła

si˛e wraz z nim i w tym momencie przechyliła si˛e w bok i wy´slizgn˛eła mu si˛e z r ˛

ak.

Odskoczył, kiedy upadła z hukiem na skaln ˛

a powierzchni˛e. Ci˛e˙zko oddychaj ˛

ac,

patrzył na to, co znajdowało si˛e pod ni ˛

a.

W metalowej obudowie tkwiło jakie´s elektroniczne urz ˛

adzenie. Były tam tak-

˙ze znajome ł ˛

acza z modułami pami˛eci, wzmacniacze i transformatory — wszyst-

kie poł ˛

aczone sieci ˛

a przewodów. Z puszki poł ˛

aczeniowej wychodził gruby prze-

wód, który biegł do masywnej, umieszczonej na samym dole u postawy atomo-

90

background image

wej baterii. Była wysoko wydajnego typu, co oznaczało, ˙ze je˙zeli pobór pr ˛

adu

był niedu˙zy, całe urz ˛

adzenie mogło pracowa´c przez długie lata. Ale jakie było

jego przeznaczenie? Prawie wszystkie jego elementy były mu znane. Niektóre
przypominały bardzo te, z którymi sam miał do czynienia. Przygl ˛

adaj ˛

ac mu si˛e,

u´swiadomił sobie nagle, ˙ze słyszy ciche buczenie. Czy˙zby owo dziwne co´s pra-
cowało? Obszedł je i po drugiej stronie zobaczył diody elektroluminescencyjne
błyskaj ˛

ace szybko zmieniaj ˛

acymi si˛e cyframi. A wi˛ec pracowało. ´Swietnie. Ale

do czego słu˙zyło i jaki miało zwi ˛

azek z maszynami wojennymi?

Brion pochylił si˛e i podniósł nó˙z, nast˛epnie cofn ˛

ał si˛e i jeszcze raz spojrzał

na całe urz ˛

adzenie. Było niezrozumiał ˛

a zagadk ˛

a. Uniósł ostrze i skierował je na

nie, czuj ˛

ac nagły impuls, aby d´zgn ˛

a´c delikatne obwody. Powstrzymał si˛e jednak.

Przecie˙z to nic by nie przyniosło poza pora˙zeniem elektrycznym. Mo˙ze w tym
urz ˛

adzeniu s ˛

a jakie´s tabliczki znamionowe lub co´s w tym rodzaju. Kiedy pochylił

si˛e, aby przyjrze´c mu si˛e bli˙zej, tu˙z za nim rozległy si˛e jakie´s gło´sne eksplozje.
Odruchowo skoczył w bok i upadłszy na ziemi˛e przetoczył si˛e kilka razy, po czym
wstał trzymaj ˛

ac nó˙z przed sob ˛

a.

W oddali stało trzech ludzi, których przed chwil ˛

a jeszcze tam nie było. Ubra-

ni w całkowicie czarne kombinezony ci´snieniowe z ci˛e˙zkimi butami, z twarzami
zasłoni˛etymi przez odbijaj ˛

ace ´swiatło szyby hełmów. Wszyscy trzymali w r˛ekach

jakie´s pudełka i nie wygl ˛

adali na uzbrojonych. Stali i patrzyli na niego. Musieli

by´c równie zaskoczeni jak on, poniewa˙z cofn˛eli si˛e na widok no˙za w jego r˛ece.
Brion wyprostował si˛e powoli i schował nó˙z do pochwy, po czym zrobił krok do
przodu w kierunku stoj ˛

acego najbli˙zej. Widz ˛

ac to, człowiek w kombinezonie cof-

n ˛

ał si˛e i wcisn ˛

ał jaki´s przycisk na pasie kombinezonu. Rozległ si˛e odgłos eksplozji

i ów człowiek znikn ˛

ał równie nagle jak si˛e pojawił.

— Co si˛e tu dzieje? Kim jeste´scie? — zawołał Brion, ruszaj ˛

ac do przodu.

Dwaj pozostali cofn˛eli si˛e przed nim. W tym momencie po raz trzeci rozległy

si˛e eksplozje. Nast˛epowały szybko po sobie i po chwili pojawiło si˛e kilkunastu
innych ludzi ubranych w takie same kombinezony.

Ci nowi byli ju˙z uzbrojeni. Trzymali w r˛ekach wycelowane w niego ci˛e˙zkie

karabiny. Brion nie ruszał si˛e, nie chc ˛

ac ich sprowokowa´c. Stoj ˛

acy z przodu czło-

wiek z jakimi´s paskami identyfikacyjnymi na r˛ekawach opu´scił bro´n i dotkn ˛

hełmu. Natychmiast uniosła si˛e jego przednia szyba.

— Kim jeste´s? - zapytał. - Co tu robisz?

background image

Zabójcy

Dwóch innych uzbrojonych ludzi równie˙z otworzyło przednie szyby swoich

hełmów.

— Rozumie pana, sier˙zancie? — zawołał jeden z nich.
— Có˙z za ´smieszny nó˙z.
— Powiedz mu, ˙zeby go rzucił.
Brion rozumiał te słowa wystarczaj ˛

aco dobrze. Rozmawiali w Uniwersalnym

Esperanto, mi˛edzyplanetarnym j˛ezyku, którym — oprócz swoich j˛ezyków — po-
sługiwali si˛e wszyscy mieszka´ncy planet. Wolno podniósł r˛ek˛e i ostro˙znie poło˙zył
j ˛

a na no˙zu.

— Poło˙z˛e go na ziemi. A wy zdejmijcie palce ze spustów.
Sier˙zant patrzył uwa˙znie jak Brion wyjmuje nó˙z z pochwy i rzuca go, trzyma-

j ˛

ac go cały czas na muszce. Kiedy nó˙z znalazł si˛e na ziemi, opu´scił luf˛e karabi-

nu i podszedł do Briona. Był to gro´znie wygl ˛

adaj ˛

acy m˛e˙zczyzna o szparowatych

oczach, bladej skórze i czarnej, nie ogolonej dolnej szcz˛ece.

— Nie jeste´s gyongyoskim technikiem — powiedział. — Nie w tym stroju.

Co tu robisz?

— Wła´snie chciałem panu zada´c to samo pytanie, sier˙zancie — powiedział

Brion. — Prosz˛e o wyja´snienie. Mam wi˛ecej pyta´n do pana. . .

— Nie do mnie nale˙zy odpowiada´c na nie. Nie podoba mi si˛e to wszystko! —

Zawołał przez rami˛e: — Kapralu, skoczcie po kombinezon ci´snieniowy, tylko du-

˙zy. I powiedzcie kapitanowi, co tu znale´zli´smy. Niech skontaktuje si˛e natychmiast

z Ministerstwem Wojny.

Ponownie rozległ si˛e gło´sny trzask. Brion stwierdził, ˙ze towarzyszy on zawsze

ich pojawianiu si˛e i znikaniu, jak gdyby przemieszczali si˛e tak szybko, ˙ze wypy-
chali powietrze lub zostawiali po sobie pró˙zni˛e niczym piorun. Stopnie wojskowe,
kontaktowanie si˛e z Ministerstwem Wojny — musieli mie´c bez w ˛

atpienia jaki´s

zwi ˛

azek z t ˛

a zmechanizowan ˛

a armi ˛

a, która st ˛

ad wyjechała. Mo˙ze i te maszyny

materializowały si˛e w ten sam sposób?

— Jeste´scie odpowiedzialni za te czołgi i pozostałe uzbrojone pojazdy, praw-

da? — zapytał.

Sier˙zant uniósł karabin.

92

background image

— Za nic nie jestem odpowiedzialny z wyj ˛

atkiem wykonywania rozkazów.

A teraz si˛e zamknij, dopóki jeste´s w moich r˛ekach. Je´sli chcesz rozmawia´c, to
rozmawiaj z Wywiadem. Tak b˛edzie najlepiej dla nas wszystkich.

Mimo zagro˙zenia ze strony karabinów, Briona przepełniało uczucie zadowo-

lenia. Musiał istnie´c jaki´s zwi ˛

azek mi˛edzy tymi lud´zmi i t ˛

a pogr ˛

a˙zon ˛

a w wojnie

planet ˛

a. Wyja´snienie było ju˙z blisko — powinien tylko panowa´c nad swoj ˛

a nie-

cierpliwo´sci ˛

a. Patrzył z uwag ˛

a jak technicy — ci trzej, którzy pojawili si˛e pierw-

si — robili co´s z urz ˛

adzeniem, które znajdowało si˛e wewn ˛

atrz kolumny. Doł ˛

aczali

do niego sondy i przyrz ˛

ady pomiarowe, sprawdzaj ˛

ac działanie ró˙znych podzespo-

łów. Wszystko musiało by´c w porz ˛

adku, poniewa˙z szybko odł ˛

aczyli przyrz ˛

ady

i nało˙zyli z powrotem osłon˛e. Obrócili j ˛

a, aby spasowa´c otwór i wkr˛ecili ´srub˛e.

Briona a˙z korciło, ˙zeby zada´c im kilka pyta´n, ale zmusił si˛e do milczenia. Ju˙z
niedługo b˛edzie miał okazj˛e. Obrócił si˛e, kiedy usłyszał znany mu trzask. To był
kapral ze zwini˛etym kombinezonem pod pach ˛

a.

— Porucznik mówi, ˙zeby zabra´c go ze sob ˛

a. Czeka z powitaniem. Tu jest

kombinezon.

Zapowiedziane powitanie brzmiało podejrzanie, ale Brion nie miał wielkiego

wyboru wobec wycelowanych w niego karabinów. Wło˙zył kombinezon jak mu
kazano. Sier˙zant zamkn ˛

ał przedni ˛

a szyb˛e hełmu i dotkn ˛

ał jednego z przycisków

na pasie kombinezonu Briona. Ogarn˛eło go niemo˙zliwe do opisania uczucie wy-
kr˛ecania i w jednej chwili wszystko si˛e zmieniło. W ˛

awóz i ˙zołnierze znikn˛eli.

Stwierdził, ˙ze stoi na jakiej´s metalowej platformie. Z góry padało jasne ´swiatło,
w jego kierunku biegli umundurowani ˙zołnierze. Rozpi˛eli jego kombinezon i ´sci ˛

a-

gn˛eli go z niego pod nadzorem młodego oficera.

— Chod´z ze mn ˛

a — rozkazał tamten.

Brion udał si˛e za nim bez sprzeciwu. Zanim został przeprowadzony przez me-

talowe drzwi, rzucił jeszcze przelotne spojrzenie na pot˛e˙zne urz ˛

adzenia z grubymi

kablami zwisaj ˛

acymi z izolatorów. Szli teraz długim, pomalowanym na neutral-

ny, szary kolor korytarzem, wzdłu˙z którego biegł ci ˛

ag drzwi. Zatrzymali si˛e przed

jednymi z nich, z napisem KORPUS 3. Id ˛

acy przodem oficer otworzył je i dał

Brionowi znak, aby wszedł do ´srodka. Kiedy przeszedł, drzwi zamkn˛eły si˛e za
nim bezszelestnie.

— Si ˛

ad´z na tym krze´sle, prosz˛e — odezwał si˛e spokojnym głosem m˛e˙zczyzna

siedz ˛

acy w odległo´sci około dwóch metrów od niego. Był szczupły, miał bla-

d ˛

a, ´sci ˛

agni˛et ˛

a skór˛e twarzy, wyra´znie zarysowane policzki z gł˛eboko osadzonymi

oczyma i uniform w szarym kolorze. U´smiechn ˛

ał si˛e do Briona, lecz był to tyl-

ko skurcz mi˛e´sni twarzy, za którym nie kryły si˛e ˙zadne uczucia. Brion słyszał go
Wyra´znie, mimo i˙z oddzieleni byli od siebie przezroczyst ˛

a ´sciank ˛

a, przegradzaj ˛

a-

c ˛

a pokój na dwie cz˛e´sci.

— Mam kilka pyta´n do pana — powiedział Brion.

93

background image

— Nie w ˛

atpi˛e. A ja do ciebie. My´sl˛e, ˙ze zdołamy si˛e dogada´c, tak ˙zeby ka˙zdy

z nas był zadowolony. Jestem pułkownik Hegedus. Z Opolea´nskiej Armii Ludo-
wej. A ty?

— Nazywam si˛e Brion Brandd. Czy dobrze rozumiem, ˙ze KORPUS 3 jest

wywiadem wojskowym?

— Zgadza si˛e. Jeste´s spostrzegawczy. Nie zamierzamy ci˛e skrzywdzi´c, Brion.

Jeste´smy tylko bardzo ciekawi, co chciałe´s zrobi´c z boj ˛

a Delta, któr ˛

a rozmonto-

wałe´s.

— To ona tak si˛e nazywa? Ogl ˛

adałem j ˛

a, poniewa˙z my´slałem, ˙ze mo˙ze mie´c

zwi ˛

azek z wojn ˛

a na Selm-II.

— Chcesz powiedzie´c, ˙ze jeste´s szpiegiem?
— Czy chce mi pan powiedzie´c, ˙ze na tej planecie jest co´s do szpiegowania?
— Prosz˛e ci˛e, Brion, nie bawmy si˛e w słówka. To miejsce, gdzie ci˛e znale´zli-

´smy, ma, jak wiesz, ogromne znaczenie strategiczne. Je´sli jeste´s z gyongyoskiego

wywiadu, lepiej od razu powiedz. Wiesz przecie˙z, ˙ze bez trudu mo˙zemy dowie-
dzie´c si˛e prawdy.

— Obawiam si˛e, ˙ze nie mam najmniejszego poj˛ecia, o czym pan mówi. Praw-

da jest taka, ˙ze to, co si˛e stało, jest dla mnie całkowit ˛

a zagadk ˛

a. Przybyłem na t˛e

planet˛e w samym ´srodku wojny. . .

— Wybacz mi, ale jak wiesz, na tej planecie nie ma ˙zadnej wojny. . . — Po

tych słowach twarz Hegedusa po raz pierwszy zmieniła wyraz, odmalował si˛e na
niej nagły szok: — Nie, ty nic nie wiesz, prawda. My´slisz, ˙ze nadal znajdujesz si˛e
na Selm-II. Nie jeste´s z Gyongyos. . .

Podj ˛

awszy nagł ˛

a decyzj˛e, Hegedus pochylił si˛e do przodu i nacisn ˛

ał przycisk

na pulpicie obok krzesła. W tym momencie Brion poczuł ból od ukłucia na przed-
ramieniu i podskoczył do góry. Było ju˙z jednak za pó´zno. Błyszcz ˛

aca igła znikn˛eła

z powrotem w oparciu krzesła, spełniwszy swoje zadanie. Spróbował wsta´c, ale
nie dał rady. Nie mógł tak˙ze utrzyma´c otwartych oczu. Pogr ˛

a˙zał si˛e w ciemno-

´sci. . .

*

*

*

Pierwszego dnia Lea nie miała nic przeciwko temu, aby czeka´c w lesie. Od-

poczynek po nie ko´ncz ˛

acej si˛e w˛edrówce był dla niej prawdziw ˛

a przyjemno´sci ˛

a.

Czuła gł˛ebokie odpr˛e˙zenie, siedz ˛

ac na brzegu strumienia i chłodz ˛

ac w nim zm˛e-

czone stopy. Przez korony wysokich drzew widziała przesuwaj ˛

ace si˛e białe obłoki

i sporadycznie przelatuj ˛

ace stada lataj ˛

acych jaszczurek skrzecz ˛

acych w locie. Ra-

cje ˙zywno´sciowe były niezmiennie bez smaku, niemniej wypełniały jej ˙zoł ˛

adek

i zaspokajały głód. Kiedy zaszło sło´nce, powietrze si˛e ochłodziło. Wyj˛eła ´spi-
wór i w´slizgn˛eła si˛e do niego. Zgodnie z instrukcj ˛

a Briona, obok głowy poło˙zyła

94

background image

pistolet Korony drzew wygl ˛

adały jak czarne plamy na tle gwia´zdzistego nieba.

Zamkn˛eła oczy i od razu zasn˛eła.

W pewnym momencie obudził j ˛

a chrapliwy odgłos jakiego´s zwierz˛ecia. By-

ła noc. Przestraszona si˛egn˛eła po pistolet. Te same odgłosy słyszała dosy´c cz˛esto
przedtem po zapadni˛eciu zmroku, ale wówczas nie niepokoiły jej, poniewa˙z był
z ni ˛

a Brion. Jego obecno´s´c dawała jej poczucie bezpiecze´nstwa i pozwalała na

powrót zasypia´c, gdy˙z wiedziała, ˙ze przy nim jest całkowicie bezpieczna. Teraz
jednak nie było go z ni ˛

a. . . Miała kłopot z ponownym za´sni˛eciem, a potem bu-

dziła si˛e jeszcze kilka razy, nasłuchuj ˛

ac w ciemno´sci tych obcych d´zwi˛eków. Od

pierwszego przebudzenia dalsza cz˛e´s´c nocy min˛eła jej niespokojnie.

Przez cały prawie nast˛epny dzie´n Lea przegl ˛

adała i korygowała raport. Kom-

puter pokładowy l ˛

adownika odtwarzał go jej, ona za´s uzupełniała go naj´swie˙zszy-

mi informacjami. Starała si˛e nie my´sle´c o Brionie, który szedł samotnie wzdłu˙z
kanionu. Odtr ˛

acała wszelkie my´sli o tym, co mogłoby si˛e z nimi sta´c, gdyby spo-

tkał który´s z tych czołgów.

*

*

*

Druga noc była równie nieprzyjemna jak pierwsza i ranek zastał j ˛

a mocno

znu˙zon ˛

a. Umyła si˛e w górskim potoku i uczesała włosy. Suche racje smakowały

tak samo podle jak przedtem. Wła´snie zwil˙zała je wod ˛

a, kiedy dostrzegła mi˛edzy

drzewami jaki´s błysk. Tam co´s było!

Zastosowała si˛e do instrukcji Briona, tak jak mu obiecała. ´Scisn˛eła w r˛ece pi-

stolet i oddała kilka strzałów mi˛edzy drzewa. Kiedy przerwała, jaki´s głos zawołał
do niej w j˛ezyku Esperanto.

— Jeste´smy przyjaciółmi. . .
Kolejne kule pomkn˛eły w gł ˛

ab lasu. Nie miała tu ˙zadnych przyjaciół! Padłszy

za skaln ˛

a osłon˛e, spojrzała mi˛edzy drzewa wypatruj ˛

ac jakiego´s ruchu. Co´s huk-

n˛eło gł˛eboko w lesie i tu˙z obok niej nast ˛

apił wybuch i po chwili jeszcze jeden.

Obłoki gryz ˛

acego dymu wzbiły si˛e w powietrze i otoczyły j ˛

a. Nabrała powietrza

w płuca, ale po chwili musiała je wypu´sci´c, aby móc oddycha´c. Kaszl ˛

ac, usia-

dła, a potem poło˙zyła si˛e na ziemi i wci ˛

a˙z kaszl ˛

ac, zamkn˛eła oczy. Le˙zała cicho

i nieruchomo, kiedy z lasu wyszli ludzie w maskach na twarzach. Stan˛eli nad ni ˛

a

i popatrzyli na jej ciało.

background image

Wojskowy punkt widzenia

Zamrugawszy kilkakrotnie, Brion otworzył oczy i spojrzał na obco wygl ˛

a-

daj ˛

acy sufit. Jego my´sli były mgliste i przypomnienie sobie, co si˛e wydarzyło,

zaj˛eło mu nieco czasu. Dolina. . . nie. . . dotarł do jej ko´nca. . . Czarna metalowa
kolumna. Potem ˙zołnierze, pojmanie, rozmowa z człowiekiem nazywaj ˛

acym si˛e

Hegedus. Co´s si˛e stało. . . Nagle przypomniał sobie: zastrzyk, narkotyk, potem
nico´s´c. Nie pami˛etał jak długo to trwało. Spojrzał w dół i zobaczył, ˙ze le˙zy na
jakiej´s koi przytwierdzonej do ´sciany du˙zego, pozbawionego okien pomieszcze-
nia. Jego wn˛etrze wyposa˙zone było w stół i kilka prostych metalowych krzeseł
pokrytych takim samym materiałem jak koja. Przechylaj ˛

ac głow˛e na boki, stwier-

dził, ˙ze ´swiat wiruje wkoło niego. Kiedy spróbował usi ˛

a´s´c, wszystko zacz˛eło mu

jeszcze szybciej miga´c przed oczyma. Musiał si˛e złapa´c mocno r˛ekoma za brze-
gi koi i odczeka´c, a˙z to niemiłe uczucie minie. Stłumił je jednak nagły przypływ
gniewu. Nie podobało mu si˛e, ˙ze został potraktowany w ten sposób! A na dodatek
nie przybli˙zył si˛e ani o krok do rozwi ˛

azania zagadki Selm-II. Wstał i nie zwra-

caj ˛

ac uwagi na zawrót głowy, podszedł do drzwi i złapał za klamk˛e. Zamkni˛ete.

Ju˙z chciał odej´s´c od nich, kiedy nagle zabrz˛eczał jaki´s mechanizm. Klamka ob-
róciła si˛e i drzwi otworzyły si˛e powoli. Brion przesun ˛

ał si˛e w bok i uniósł swoj ˛

a

masywn ˛

a pi˛e´s´c. Ju˙z raz go złapali i u´spili narkotykiem. Teraz przekonaj ˛

a si˛e, ˙ze

drugi raz nie pójdzie im tak łatwo. Był im co´s dłu˙zny i dobrze wiedział co. Napi ˛

mi˛e´snie, kiedy drzwi otworzyły si˛e na o´scie˙z. Gotów!

Pierwsz ˛

a osob ˛

a, która weszła, była Lea.

R˛eka opadła mu bezwiednie, kiedy odwróciła si˛e w jego stron˛e.
— Nic ci nie jest? — zapytała. — Nie chcieli mi powiedzie´c.
— Jak si˛e tu dostała´s? Szła´s za mn ˛

a?

— Nie, zostałam tam, gdzie mi kazałe´s. Dwa dni po twoim odej´sciu złapali

mnie jacy´s ˙zołnierze. Podeszli do mnie bezszelestnie i zawołali mnie. Tak jak
mi powiedziałe´s, mimo i˙z ich nie widziałam, zacz˛ełam od razu do nich strzela´c.
W odpowiedzi wokół mnie rozległy si˛e eksplozje, przypuszczam, ˙ze były to jakie´s
granaty i pojawiły si˛e kł˛eby dymu. Chciałam uciec, lecz w tym dymie musiał
by´c jaki´s gaz. Pami˛etam jeszcze, ˙ze upadłam, a przed chwil ˛

a ockn˛ełam si˛e tutaj.

96

background image

Weszła jaka´s kobieta i nic nie mówi ˛

ac przyprowadziła mnie tu. Rzecz w tym, ˙ze

nie wiem, gdzie jest to tutaj i co si˛e dzieje?

W jej głosie pobrzmiewała nutka histerii. Brion dostrzegł, ˙ze zaciska nerwowo

dłonie. Podszedł do niej i uj ˛

ał je w swoje r˛ece.

— Ju˙z wszystko w porz ˛

adku. Wiem niewiele wi˛ecej od ciebie. Szedłem

wzdłu˙z w ˛

awozu, a˙z dotarłem do prostok ˛

atnej doliny, która stanowiła jego ´slepe

zako´nczenie. Wkrótce potem pojawili si˛e jacy´s ludzie i ˙zołnierze, pojmali mnie,
podobnie jak ciebie, a nast˛epnie obudziłem si˛e w tym pomieszczeniu. Nie s ˛

adz˛e,

aby mieli zamiar nas skrzywdzi´c. Gdyby tak było, ju˙z by to zrobili. Mieli na to
sporo czasu. Kim oni s ˛

a. . . I jak znale´zli ciebie? Chciałbym, ˙zeby kto´s nam to

wyja´snił. . .

— I wyja´sni — powiedział Hegedus, wchodz ˛

ac przez otwarte drzwi. — Prosz˛e

usi ˛

a´s´c, doktor Morees. Ty tak˙ze, Brion. . .

— Sk ˛

ad pan wie jak si˛e nazywam? — zapytała Lea.

— Od pani towarzysza. Posiadamy bardzo zaawansowane techniki, odpowied-

nie ´srodki i urz ˛

adzenia, które pozwalaj ˛

a wnikn ˛

a´c do ludzkiej pami˛eci. To jest

bezbolesne i nie wywołuje efektów ubocznych. Dowiedzieli´smy si˛e od Briona
o waszej akcji i o tym, gdzie pani na niego czeka. Dlatego postanowili´smy zabra´c
pani ˛

a stamt ˛

ad, zanim ten dziki ´swiat dałby si˛e pani we znaki. Przepraszam za ten

gaz, ale nie mieli´smy innego wyj´scia, gdy˙z wiedzieli´smy, ˙ze jest pani uzbrojona
i gotowa do obrony. Wiemy tak˙ze, ˙ze pracujecie dla Fundacji. Jest nam bardzo
przykro, ˙ze spotkało was tyle nieprzyjemno´sci, dlatego te˙z pragniemy wam to,
w miar˛e naszych mo˙zliwo´sci zrekompensowa´c.

— Mo˙zesz zacz ˛

a´c od razu, wyja´sniaj ˛

ac nam, co si˛e dzieje na Selm-II — po-

wiedział Brion.

— Z przyjemno´sci ˛

a. Po to wła´snie jestem tu teraz z wami. Usi ˛

ad´z, prosz˛e.

Zamówi´c co´s dla was? Co´s do jedzenia i picia. . .

— Nic. Chcemy tylko wyja´snie´n — wyrzucił z siebie Brion, którego cierpli-

wo´s´c była ju˙z na wyczerpaniu. Lea przytakn˛eła mu.

Hegedus usiadł naprzeciwko nich i wsparł palce r ˛

ak na skrzy˙zowanych kola-

nach.

— Obawiam si˛e, ˙ze aby wyja´sni´c wam dokładnie, co si˛e stało, b˛ed˛e musiał

opowiedzie´c wam w du˙zym skrócie dzieje tego ´swiata, to jest planety Arao. . .

— Czy to znaczy. . . ˙ze nie jeste´smy na Selm-II? — zapytała Lea lekko oszo-

łomiona.

Hegedus potwierdził ruchem głowy.
— Znajdujecie si˛e tysi ˛

ace lat ´swietlnych od Selm-II, na planecie okr ˛

a˙zaj ˛

acej

zupełnie inne sło´nce Arao. Nasze badania historyczne wykazały, ˙ze ta planeta zo-
stała zasiedlona jako jedna z ostatnich przed Upadkiem Ziemskiego Imperium.
W gruncie rzeczy osiedlili si˛e na niej ludzie uciekaj ˛

acy przed wojnami, które za-

cz˛eły wybucha´c w Galaktyce. Nasi przodkowie pragn˛eli ˙zy´c w pokoju i jedynym

97

background image

sposobem na osi ˛

agni˛ecie tego była heroiczna walka, ukrywanie si˛e, wyt˛e˙zona pra-

ca i ogromne po´swi˛ecenie. . .

— Czy mógłby pan przyspieszy´c t˛e opowie´s´c, aby przybli˙zy´c j ˛

a bardziej do

współczesno´sci — przerwała Hegedusowi Lea. — Widzieli´smy ju˙z troch˛e tej wal-
ki i po´swi˛ecenia.

— Oczywi´scie! Przepraszam. Poznanie przeszło´sci tej planety jest jednak ko-

nieczne. Jak powiedziałem, ci, którzy ocaleli, wsiedli na statki kosmiczne i wy-
ruszyli w gł ˛

ab kosmicznej pustki. Cel podró˙zy znany był tylko niewielu. Była to

wcze´sniej odkryta planeta, ˙zyzna i nie zamieszkana. I co najwa˙zniejsze, znajdo-
wała si˛e na samym skraju strefy kolonizacji. W ten sposób przybyli na Arao. Do
dzi´s dnia my, Opoleanie, ´swi˛etujemy t˛e rocznic˛e jako Dzie´n Osiedlenia. . . — Do-
strzegł błysk zniecierpliwienia w oczach Lei i przyspieszył: — W niecałe sto lat
po osiedleniu si˛e tutaj, na pokrytym ro´slinno´sci ˛

a jednym z dwóch wielkich konty-

nentów, które istniej ˛

a na tej planecie, doszło do tragedii. Spadła na nas flota wiel-

kich statków wojennych, niedobitki pot˛e˙znej, kosmicznej armady rozbitej pod-
czas jednej z bitew. Byli tak samo jak my ofiarami rozpadu Imperium. Z pocz ˛

atku

doszło do konfliktu, zgin˛eło wielu ludzi, zniszczenia były ogromne. Mimo i˙z dys-
ponowali pot˛e˙zniejsz ˛

a broni ˛

a, my przewy˙zszali´smy ich liczebno´sci ˛

a. W ko´ncu

zwyci˛e˙zył rozs ˛

adek i zanim doszło do obopólnego zniszczenia, zawarto pokój.

Naje´zd´zcy zgodzili si˛e zamieszka´c na Gyongyos, drugim kontynencie poło˙zonym
po przeciwnej stronie planety. Pozostaj ˛

a tam do dzi´s. I oto zbli˙zamy si˛e do czasów

współczesnych. Mimo i˙z ˙zyjemy razem na tej planecie we wzgl˛ednym spokoju,
to jednak cały czas w naszych stosunkach istnieje napi˛ecie. B˛ed ˛

ac pierwszymi

osiedle´ncami, uwa˙zali´smy, ˙ze nasza planeta została najechana i obawiali´smy si˛e,

˙ze kiedy Gyongyosanie zaatakuj ˛

a nas znowu, zniszcz ˛

a nas na zawsze. Musz˛e po-

wiedzie´c, ˙ze chocia˙z nie darz˛e sympati ˛

a ich polityki, rozumiem jednak ich punkt

widzenia, który ka˙ze im zbroi´c si˛e przeciwko nam. Ostatecznie było ich mniej
i z pewno´sci ˛

a mieli poczucie winy z powodu tego, co zrobili. Tak czy inaczej, to

ju˙z historia. Teraz dochodzimy do obecnych czasów.

— Najwy˙zsza pora — chrz ˛

akn ˛

ał Brion.

— Cierpliwo´sci. To, co widzicie wokół siebie, to planeta Arao, ˙zyzna i ˙zycz-

liwa. Dwa wielkie kontynenty zamieszkane przez szcz˛e´sliwych potomków tych
dwóch grup osiedle´nców otoczone s ˛

a ciepłym oceanem. Planeta mogłaby by´c ra-

jem, gdyby nie te historyczne zdarzenia, które opowiedziałem wam w skrócie.
Wła´snie z ich powodu bud˙zety wojskowe obu narodów s ˛

a przeogromne. Wojna

i zagro˙zenie wojn ˛

a zawsze były obecne w naszych my´slach. Prawdopodobnie do-

szłoby ponownie do wojny i zniszczenia tego raju, gdyby nie wynalezienie Trans-
lokatora Masy Delta, TMD. Tymi, którzy go wynale´zli, byli oczywi´scie naukowcy
opolea´nscy, lecz niedługo potem Gyongyosanie skonstruowali własne urz ˛

adzenie

dzi˛eki swoim szpiegom. TMD okazał si˛e ratunkiem, gdy˙z uwolnił naszych ludzi
od grozy wojny i zniszczenia planety.

98

background image

— Poprzez jej eksport gdzie indziej! — powiedział Brion. — Zaczynam rozu-

mie´c, o co tu chodzi.

— Jeste´s inteligentny. . . chocia˙z to chyba zaczyna by´c oczywiste. TMD jest

pewnego rodzaju odmian ˛

a nap˛edu nad´swietlnego, który wykorzystuj ˛

a wszystkie

statki mi˛edzyplanetarne. Statki kosmiczne dokonuj ˛

a skoków w przestrzeni za po-

moc ˛

a tego nap˛edu, my za´s za pomoc ˛

a TMD. . .

— Z t ˛

a ró˙znic ˛

a, ˙ze wy nie potrzebujecie do tego celu statków, a tylko odbior-

nika, na który si˛e namierzacie! Brion uderzył pi˛e´sci ˛

a w otwart ˛

a dło´n drugiej r˛eki.

Ta metalowa kolumna to odbiornik Delta. Umieszczony tam przez waszych ludzi.
Za pomoc ˛

a statków kosmicznych ustawiacie na odległych planetach jedn ˛

a z tych

rzeczy i potem do dostania si˛e tam statki s ˛

a wam ju˙z zbyteczne. . .

— Zgadza si˛e. Ten plan był wspaniały. Statki wyruszyły na poszukiwanie od-

powiedniej planety i po pewnym czasie odkryły Selm-II, która nadawała si˛e ide-
alnie na miejsce do prowadzenia wojny. Jedynymi jej mieszka´ncami okazały si˛e
jaszczury, których unikaj ˛

a nasze komputery wojenne odpowiednio zaprogramo-

wane w tym celu. Była zupełnie nie zamieszkana przez ludzi. . .

— Wasi ludzie byli w bł˛edzie — powiedziała Lea. Na tej planecie ˙zyj ˛

a ludzie!

Hegedus wzruszył ramionami.
— Drobna pomyłka. . .
— Mo˙ze dla was. Ale na pewno nie dla tych biedaków wyrzynanych w pie´n

w samym ´srodku waszej bezu˙zytecznej wojny. — Brion spojrzał na Le˛e, zrozu-
miawszy co´s nagle: — Ta zniszczona kopalnia, któr ˛

a znale´zli´smy, tamto ´Swi˛ete

Miejsce tubylców. . . Teraz zaczynam rozumie´c. Kiedy ci wojskowi kretyni prze-
transportowali na Selm-II swój sprz˛et bojowy, istniała tam osada górnicza. W po-

´spiechu podyktowanym ch˛eci ˛

a jak najszybszego rozpocz˛ecia walki nawet jej nie

zauwa˙zyli ich bombowce zrobiły nalot i zniszczyły j ˛

a. Ci, którzy ocaleli, musie-

li nauczy´c si˛e ˙zy´c z t ˛

a importowan ˛

a wojn ˛

a, co im si˛e w ko´ncu udało. Musieli

przetrwa´c. Znale´zli si˛e w ´slepej uliczce. Stworzyli co´s w rodzaju kultury obozu
koncentracyjnego, która okazuje si˛e skuteczna. Nie u˙zywaj ˛

a ognia, gdy˙z mógłby

on przyci ˛

agn ˛

a´c uwag˛e robotów. Boj ˛

a si˛e metali, poniewa˙z mogłyby zosta´c wykry-

te. Nie maj ˛

a stałych obozowisk, które mogłyby by´c zauwa˙zone i zaatakowane. To

wszystko trzyma si˛e kupy. Teraz ju˙z wiemy, co si˛e tam naprawd˛e stało. — Obrócił
si˛e w stron˛e Hegedusa: — Macie za co odpowiada´c!

Hegedus przytakn ˛

ał skinieniem głowy.

— Zdajemy sobie z tego spraw˛e. Badaj ˛

ac twoj ˛

a pami˛e´c, poznali´smy prawdzi-

wy stan rzeczy na Selm-II. Jest nam oczywi´scie przykro z powodu tego, co uczyni-
li´smy jej mieszka´ncom. Mo˙zemy jednak zapewni´c im pokojow ˛

a przyszło´s´c. Zo-

stał ju˙z wydany rozkaz zawieszenia broni. Wojna si˛e sko´nczyła. Samoloty wy-
l ˛

adowały i zgasiły silniki. Nie b˛ed ˛

a ju˙z zrzucane bomby ani nie b˛edzie ˙zadnej

strzelaniny. . .

99

background image

— To miłe z waszej strony — powiedziała Lea. — A pomy´sleli´scie chocia˙z

o pozbawionych nadziei ocalałych mieszka´ncach tamtej planety? Czy te˙z mo˙ze
zamierzacie zostawi´c ich własnemu losowi w tej ´slepej uliczce rozwoju, w któr ˛

a

ich wp˛edzili´scie?

— Owszem. W zasadzie mogliby´smy im pomóc, gdyby nie obecno´s´c Funda-

cji. Wasza organizacja jest nieprawdopodobnie bogata i specjalnie przeznaczona
do tego rodzaju działa´n. Jestem pewny, ˙ze tubylcy skorzystaj ˛

a bardzo z waszej

obecno´sci.

— A czy wy równie˙z skorzystali´scie z niej? — zapytał Brion. — Czy zrozu-

mieli´scie, jak bezwarto´sciowa i zwariowana z ekonomicznego punktu widzenia
była ta wasza nie ko´ncz ˛

aca si˛e wojna?

— Uwa˙zaj, co mówisz! — powiedział ze zło´sci ˛

a Hegedus, trac ˛

ac po raz pierw-

szy zimn ˛

a krew. — Mówisz jak cholerny członek Partii ´Swiatowej. Produkcja dla

celów konsumpcyjnych, a nie wojennych, wi˛ecej dóbr konsumpcyjnych, legalne
zwi ˛

azki. . . Słyszeli´smy to wszystko ju˙z wcze´sniej. Dekadenckie brednie! Ka˙zdy,

kto tak mówi, jest wrogiem społecznym i powinien by´c zniszczony. Partia ´Swiato-
wa jest nielegalna, a jej członkowie winni by´c osadzeni w obozach pracy. Wojsko
jest wolno´sci ˛

a, a słabo´s´c militarna zbrodni ˛

a. . . — urwał, zasapawszy si˛e. Krople

potu zrosiły mu czoło.

— Nie do wiary — Lea u´smiechn˛eła si˛e niewinnie. — Wygl ˛

ada na to, ˙ze

trafili´smy pana w czuły punkt. Wygl ˛

ada na to, ˙ze po wiekach panoszenia si˛e woj-

skowej głupoty ludzie maj ˛

a jej ju˙z do´s´c.

— Zamilcz! — rozkazał Hegedus, zrywaj ˛

ac si˛e na równe nogi. — Wasz los

jest teraz w r˛ekach wojska. Mimo i˙z jeste´scie spoza tej planety, mo˙zecie zosta´c
surowo ukarani za wygłaszanie takich zdradzieckich teorii. To, co powiedzieli-

´scie do tej pory, zostanie puszczone w niepami˛e´c. Teraz zostali´scie ostrze˙zeni. Za

nast˛epne uwagi tego rodzaju zostaniecie ukarani. Czy to jasne?

— Jasne — odparł Brion. — W przyszło´sci nasze uwagi zachowamy dla sie-

bie. Prosz˛e przyj ˛

a´c nasze przeprosiny. Zapewniam ci˛e, ˙ze była to z naszej strony

nie zło´sliwo´s´c, a ignorancja.

Lea zacz˛eła protestowa´c, ale szybko zrozumiała zamiar Briona i zamilkła. Sło-

wa nie były w stanie powstrzyma´c tych wojowniczo usposobionych szale´nców.
Nadal ˙zyli w wojskowo-szowinistycznej koncepcji nieba. Wymachuj sztandarem,
krzycz, ˙ze twój kraj ma racj˛e, buduj przemysł wojskowy, zgadzaj si˛e na zniesienie
wszelkich praw jednostki. . . I id´z na nie ko´ncz ˛

ac ˛

a si˛e wojn˛e! Rz ˛

adz ˛

acy gene-

rałowie nigdy nie zamierzali dobrowolnie odda´c władzy. Zrozumiawszy to, Lea
doszła do wniosku, ˙ze s ˛

a tu wi˛e´zniami. Wszelki sprzeciw w ich sytuacji równałby

si˛e samobójstwu. Słowa Briona odbijały si˛e echem w jej my´slach.

— W zwi ˛

azku z przerwaniem wojny na Selm-II, planujecie zapewne przenie-

sienie jej gdzie´s indziej, tak? — zapytała.

Hegedus przytakn ˛

ał, wyci ˛

agn ˛

ał z kieszeni chusteczk˛e i otarł pot z czoła.

100

background image

— Z danych poprzedniego zwiadu wybrali´smy inn ˛

a planet˛e. W obu krajach

tocz ˛

a si˛e obecnie narady i czynione s ˛

a przygotowania do przeniesienia tam działa´n

wojennych.

— Zatem nie jeste´smy ju˙z tutaj potrzebni — stwierdził Brion, wstaj ˛

ac. —

Rozumiem, ˙ze mo˙zemy ju˙z wróci´c na Selm-II.

Hegedus spojrzał na niego chłodno i zaprzeczył ruchem głowy.
— Zostaniecie tu, gdzie jeste´scie. Wasza sprawa jest w tej chwili rozpatrywana

przez najwy˙zsze władze wojskowe.

background image

Koniec misji

— Jakim prawem wasze dowództwo ma decydowa´c o naszym losie? — zapy-

tał Brion.

Hegedus zrobił powa˙zn ˛

a min˛e.

— Brion, wydaje mi si˛e, ˙ze wyja´sniłem to ju˙z szczegółowo kilka minut temu.

Ten kraj jest w stanie wojny. Obowi ˛

azuje prawo wojenne. Zostałe´s schwytany

w strefie wojennej podczas manipulowania przy kluczowym urz ˛

adzeniu wojsko-

wym. Ciesz si˛e, ˙ze jeste´smy cywilizowanymi lud´zmi i nie zastrzelili´smy ci˛e od
r˛eki.

— A z jakiego powodu trzymacie mnie? — zapytała Lea. — Wasze zbiry

obrzuciły mnie granatami, a potem porwały. Czy to wła´snie robi ˛

a cywilizowani

ludzie?

— Tak. Przynajmniej, kiedy kto´s szpieguje w strefie wojennej. Prosz˛e, nie

kłó´cmy si˛e. W tej chwili mo˙zecie uwa˙za´c si˛e za naszych go´sci. Uprzywilejowa-
nych go´sci, poniewa˙z jeste´scie pierwszymi lud´zmi spoza naszej planety, którzy
postawili na niej stop˛e. Mimo i˙z dziel ˛

a nas, Opolean i Gyongyosan, ró˙znice po-

lityczne, w jednej kwestii jeste´smy całkowicie zgodni. Stosujemy bezwzgl˛edny
zakaz kontaktu z innymi planetami. Zarówno my, jak i oni znale´zli´smy tutaj przy-
sta´n po ucieczce od wojen, które trwały podczas Upadku. Reszta Galaktyki nie
ma nam nic do zaoferowania.

— Te wojny sko´nczyły si˛e tysi ˛

ace lat temu — powiedział Brion. — Czy wy

nie macie przypadkiem paranoi?

— Ani troch˛e. Jeste´smy całkowicie samowystarczalni. Nie potrzebujemy ni-

czego z zewn ˛

atrz. Wpływ z zewn ˛

atrz mógłby poci ˛

agn ˛

a´c za sob ˛

a naciski i zdra-

dzieckie ruchy polityczne, a te z kolei mogłyby zniszczy´c nasze szcz˛e´sliwe ˙zycie.
To gra, której nie mo˙zemy przegra´c. Dlatego prowadzimy polityk˛e ´scisłej izolacji.
Teraz prosz˛e mi wybaczy´c. Sier˙zancie!

W tej samej chwili, otworzyły si˛e drzwi i do ´srodka wszedł sier˙zant i trzaska-

j ˛

ac kopytami zamarł w pozycji zasadniczej. Brion rozpoznał jego surow ˛

a, woj-

skow ˛

a twarz. Człowiek ten dowodził oddziałem, który go schwytał. Hegedus pod-

szedł do drzwi.

102

background image

— Sier˙zant zostanie z wami a˙z do mojego powrotu. Mo˙zecie prosi´c go

o wszystko, czego potrzebujecie. Przypuszczam, ˙ze jeste´scie ju˙z nieco głodni.

Brion prawie nie zwrócił uwagi, kiedy Hegedus wyszedł, poniewa˙z napo-

mkni˛ecie o jedzeniu uzmysłowiło mu nagle, jak bardzo był głodny. W ferworze
zdarze´n zapomniał o głodzie, lecz teraz dał mu zna´c o sobie. Czuł gło´sne burcze-
nie w ˙zoł ˛

adku.

— Sier˙zancie, mogliby´scie zamówi´c nam co´s do jedzenia?
— Tak, prosz˛e pana. Co zamówi´c?
— Macie steki na tej planecie?
— Nie jeste´smy niecywilizowani. Oczywi´scie, ˙ze mamy. Piwo tak˙ze. . .
— Dla dwóch osób, je´sli nie ma pan nic przeciwko temu — powiedziała

Lea. — Na wpół surowe! Mam ju˙z dosy´c suszonych racji ˙zywno´sciowych i chcia-
łabym zapomnie´c o nich na zawsze.

Sier˙zant skin ˛

ał głow ˛

a i przekazał krótkie polecenie do umieszczonego w heł-

mie mikrofonu. Brion czuł wydzielanie soków trawiennych w ˙zoł ˛

adku. Kilka

minut, które upłyn˛eło zanim dostarczono jedzenie, wlokło si˛e niczym godziny.
Wreszcie wszedł ˙zołnierz z du˙z ˛

a tac ˛

a, postawił j ˛

a na stole i wyszedł. Brion i Lea

natychmiast rzucili si˛e na jedzenie.

— Najlepszy stek, jaki kiedykolwiek jadłem — mrukn ˛

ał Brion odgryzaj ˛

ac

du˙zy k˛es.

— ˙

Ze nie wspomn˛e o piwie — westchn˛eła Lea, odstawiaj ˛

ac zroszon ˛

a szklan-

k˛e. — Powinni´scie organizowa´c wycieczki z wegetaria´nskich planet do siebie.
Niech zobacz ˛

a, co to jest dobre jedzenie!

— Tak, prosz˛e pani — odrzekł sier˙zant patrz ˛

ac przed siebie z niezmiennie

srog ˛

a min ˛

a.

— Dlaczego nie napije si˛e pan z nami piwa? — zapytał Brion.
— Nie pij˛e podczas słu˙zby — odparł beznami˛etnym głosem, nie odwracaj ˛

ac

głowy.

— Czym si˛e pan zajmował, zanim poszedł pan do wojska? — zapytała Lea,

skubi ˛

ac delikatnie swoj ˛

a porcj˛e po zaspokojeniu pierwszego głodu. Brion spojrzał

na ni ˛

a z ukosa i skin ˛

ał nieznacznie głow ˛

a.

— Od pocz ˛

atku jestem w wojsku.

— A reszta pana rodziny? Tak˙ze słu˙zy w wojsku czy pracuje w fabrykach?
Pytanie wydawało si˛e niewinne, ale sier˙zant nie dał si˛e podej´s´c. Posłał Lei

gro´zne, znacz ˛

ace spojrzenie, po czym na powrót skierował wzrok na przeciwległ ˛

a

´scian˛e.

— ˙

Zadnych rozmów podczas pełnienia słu˙zby.

Koniec rozmowy. Ale Lea nie dawała si˛e łatwo zniech˛eci´c.
— W porz ˛

adku. A czy mo˙ze pan powiedzie´c nam co´s na temat tej wojny?

Kierujecie ni ˛

a, czy mo˙ze tylko obserwujecie i czekacie na rozstrzygni˛ecie?

103

background image

— To tajemnica wojskowa. Mog˛e jedynie powiedzie´c, ˙ze wszyscy na Arao

obserwuj ˛

a j ˛

a. Przez cały dzie´n mo˙zna j ˛

a ogl ˛

ada´c w telewizji, cieszy si˛e ogromn ˛

a

popularno´sci ˛

a. Ludzie zakładaj ˛

a si˛e o wynik poszczególnych potyczek. To bardzo

podniecaj ˛

ace.

— Nie w ˛

atpi˛e, ˙ze tak jest — mrukn ˛

ał Brion. Zaraz, co to było takiego, co

czytał w jednej z historycznych ksi ˛

a˙zek o chlebie i igrzyskach? — Prosz˛e mi

powiedzie´c, je´sli to nie jest tajemnica wojskowa, czy oba kraje istniej ˛

ace na tej

planecie u˙zywaj ˛

a do przenoszenia si˛e na Selm-II tego samego odbiornika TMD?

Tego, przy którym mnie schwytano?

Sier˙zant spojrzał na niego chłodnym, przenikliwym wzrokiem i po chwili za-

stanowienia powiedział:

— To nie jest tajemnica. Oba kraje u˙zywaj ˛

a tego samego odbiornika. Odpo-

wiednia kontrola umo˙zliwia jednakowe rozbrojenie obu stron za ka˙zdym razem.

— Co powstrzymuje jedn ˛

a stron˛e, to znaczy przeciwnika, od zaczajenia si˛e po

tamtej stronie?

— Prawo, prosz˛e pana. Ka˙zdy, kto ogl ˛

ada telewizj˛e, wie o tym. Specjalne, ko-

dowane sygnały radiowe zapobiegaj ˛

a u˙zywaniu broni w promieniu pi˛e´cdziesi˛eciu

kilometrów od boi Delta. Zneutralizowana strefa wojenna.

— Teraz rozumiem — powiedział Brion. — Id ˛

ac w ˛

awozem w kierunku boi,

natkn ˛

ałem si˛e na czołg z urwan ˛

a g ˛

asienic ˛

a. Poza tym był całkowicie sprawny. Ce-

lował do mnie ze swoich dział, ale ani razu nie strzelił. Czy to był efekt działania
tych urz ˛

adze´n?

— Prawdopodobnie, prosz˛e pana. Nic nie jest w stanie odda´c strzału w pro-

mieniu pi˛e´cdziesi˛eciu kilometrów.

— Czy kiedykolwiek chciał pan, aby ta wojna si˛e sko´nczyła, dzi˛eki czemu. . .
— Dosy´c pyta´n! — warkn ˛

ał gło´sno i szorstko sier˙zant.

Oznaczało to oczywi´scie koniec rozmowy. W milczeniu ko´nczyli posiłek, kie-

dy wrócił Hegedus. Sier˙zant odmeldował si˛e, odwrócił i wyszedł.

— Mam nadziej˛e, ˙ze smakowało wam. . .
— Dosy´c tego! — głos Briona był równie zdecydowany, jak głos sier˙zanta. —

Dosy´c tych miłych słówek. Mów pan, jak wygl ˛

ada sytuacja!

Hegedus wydłu˙zył krótk ˛

a chwil˛e niepewno´sci, przechodz ˛

ac w milczeniu na

drug ˛

a stron˛e pomieszczenia, aby usi ˛

a´s´c na krze´sle. Skrzy˙zowawszy nogi i wygła-

dziwszy fałdy spodni, powiedział:

— Przynosz˛e wam dobre wiadomo´sci, nie jeste´smy niesprawiedliwymi lud´z-

mi. Nie mamy zwyczaju zabijania posła´nców przynosz ˛

acych złe wiadomo´sci. Za-

decydowano, ˙ze zostaniecie niezwłocznie odesłani na Selm-II. Natychmiast po
powrocie otrzymacie całe swoje wyposa˙zenie. Pojazd sztabowy zawiezie was na
równin˛e, gdzie b˛edziecie mogli sprowadzi´c swój statek. To b˛edzie nasz jedyny
działaj ˛

acy pojazd, dlatego te˙z nie macie si˛e czego obawia´c. Po waszym odlocie

on równie˙z zostanie unieruchomiony. Boja Delta zostanie zniszczona, jak tylko

104

background image

przeniesiecie si˛e na Selm-II. W ten sposób wszelki kontakt z t ˛

a planet ˛

a zostanie

zerwany. Na zawsze.

— Pozwalacie nam odej´s´c. . . tak po prostu? — Lea wydawała si˛e zaskoczona

To była ostatnia rzecz, jakiej si˛e spodziewała.

— Dlaczego by nie? Powiedziałem przecie˙z, ˙ze jeste´smy humanitarni. Speł-

niali´scie tylko swoje obowi ˛

azki. . . tak jak my swoje. Nie zamierzali´scie nam szko-

dzi´c i nie b˛edziecie mogli tego zrobi´c w przyszło´sci.

— A co b˛edzie, je´sli spróbujemy? — zapytała. Je´sli powiemy innym w Galak-

tyce o was? Zaczn ˛

a tu przylatywa´c. . .

Hegedus u´smiechn ˛

ał si˛e chłodno. Brion pokr˛ecił przecz ˛

aco głow ˛

a i powie-

dział:

— Nie, to nie b˛edzie takie proste. . . ani mo˙zliwe. W tej Galaktyce s ˛

a miliony,

mo˙ze nawet miliardy gwiazd. Jak znale´z´c ten układ planetarny? Nie mamy ˙zadnej
wskazówki. Ani przez chwil˛e nie widzieli´smy tutejszego sło´nca, tote˙z nie mamy
nawet poj˛ecia, jakiego jest typu. Ani w którym kierunku le˙zy. Mamy pecha. Kie-
dy boja Delta b˛edzie zniszczona, wszelki kontakt z Arao zostanie zerwany. Na
zawsze. Chyba, ˙ze oni sami zechc ˛

a go z nami nawi ˛

aza´c.

— Nawet o tym nie my´slcie. To, co mówisz, to wszystko prawda. Nie chce-

my waszego wtr ˛

acania si˛e i nigdy si˛e na to nie zgodzimy. Oficjalnie pu´sciłem

w niepami˛e´c wasze wywrotowe gadanie, ale wiem, co czujecie. Wasza dobro-
czynna Fundacja nie b˛edzie nam wsadzała tutaj swojego nosa, aby zmieni´c nasze
szcz˛e´sliwe ˙zycie. Podburza´c ludzi i sia´c zamieszanie! Lubimy nasz styl ˙zycia i nie
mamy zamiaru zmienia´c czegokolwiek. No, pora rusza´c w drog˛e. Im mniej o nas
b˛edziecie wiedzieli, tym b˛edziemy szcz˛e´sliwsi. Sier˙zancie!

— Tak jest! — odpowiedział sier˙zant, otwieraj ˛

ac drzwi w tej samej chwili.

— We´zcie swój oddział i bezzwłocznie odstawcie tych dwoje do miejsca

translokacji. Pilnujcie, aby z nikim nie rozmawiali.

— Rozkaz!
Oddział składał si˛e z o´smiu ludzi doskonale uzbrojonych i wyposa˙zonych.

Weszli do pomieszczenia gło´sno tupi ˛

ac nogami i poszcz˛ekuj ˛

ac sprz˛etem. Na wy-

krzyczany rozkaz sier˙zanta stan˛eli w szyku z gotowymi do strzału karabinami. Lea
z trudem panowała nad sob ˛

a — to tupanie i wrzaski, cały ten wojskowy nonsens

był nie na jej nerwy.

— Mordercze szale´nstwo! Jeste´scie najgłupszymi. . .
— Milcze´c! — warkn ˛

ał sier˙zant wskazuj ˛

ac na drzwi. Na instynktowny ruch

Briona w jego kierunku wyci ˛

agn ˛

ał pistolet i skierował go na niego. — Słuchajcie

rozkazów, a nic wam si˛e nie stanie. Naprzód marsz!

Nie mieli wyboru. Brion trzymał Le˛e za r˛ek˛e. Czuł jej dr˙zenie i wiedział, ˙ze

to ze zło´sci, a nie ze strachu. Odczuwał to samo. Był sfrustrowany. Miał ochot˛e
spróbowa´c co´s zrobi´c. . . ale wiedział, ˙ze i tak nic z tego nie wyjdzie. Musieli

105

background image

wróci´c na Selm-II. ˙

Zywi lub martwi. To wojenne szale´nstwo b˛edzie trwało dopóty,

dopóki surowce tej planety nie zostan ˛

a wyczerpane.

Szli wzdłu˙z długiego korytarza. Słycha´c było dudnienie ich kroków. Przed

nimi szło czterech ˙zołnierzy i czterech za nimi, za´s strzeg ˛

acy wszystkiego sier˙zant

na ko´ncu w odległo´sci jednego kroku.

— Gdyby tylko było co´s, co mogliby´smy zrobi´c — powiedziała Lea.
— Nie mo˙zemy nic zrobi´c. Przesta´n o tym my´sle´c. Zrobili´smy, co mogli´smy.

Wojna na Selm-II zako´nczyła si˛e, jej mieszka´ncy zostan ˛

a obj˛eci opiek ˛

a.

— Ale co z lud´zmi na tej planecie? Czy ich ˙zycie ma by´c tłamszone przez t˛e

bezu˙zyteczn ˛

a wojn˛e. . .

— Dosy´c tego gadania — wrzasn ˛

ał sier˙zant tak gło´sno i z tak bliska, ˙ze a˙z

zabolały ich uszy. — Ja tu jestem od mówienia. Patrze´c przed siebie. Maszerowa´c!

Po chwili odezwał si˛e znowu. Szeptem, który był tak cichy, ˙ze ledwie był

słyszalny na tle odgłosu kroków.

— Domy´slacie si˛e chyba, ˙ze nie wszyscy jeste´smy tacy jak Hegedus. Jest ge-

nerałem. Nie powiedział wam tego. W naszej armii jest ponad sze´s´c tysi˛ecy ge-
nerałów. Dostaj ˛

a o wiele wi˛ecej forsy ni˙z sier˙zanci. Nie obracajcie si˛e, bo b˛edzie

po nas! Tamto pomieszczenie jest na podsłuchu. Słyszałem wszystko, co w nim
mówili. Na tym korytarzu nie ma podsłuchu. Zostało nam niewiele czasu. Ludzie
tacy jak ja maj ˛

a do wyboru tylko wojsko lub fabryk˛e. Nigdy nie widzimy mi˛esa.

Ten stek, który jedli´scie był z generalskiego przydziału. Zeszli´smy na dno. Mo˙ze
wy b˛edziecie mogli nam pomóc. Opowiedzcie wszystkim o nas. Powiedzcie im,

˙ze potrzebujemy pomocy. Bardzo.

Na ko´ncu korytarza znajdowały si˛e du˙ze drzwi strze˙zone przez dwóch ˙zołnie-

rzy. Otworzyły si˛e, gdy si˛e do nich zbli˙zali.

— Jeste´smy — powiedział szepc ˛

acy głos. — Brionie Brandd, zanim przej-

dziemy przez drzwi, obró´c si˛e i powiedz co´s. Wówczas popchn˛e ci˛e. Połó˙z r˛ek˛e
na piersi. . . teraz!

Brion zrobił krok do przodu, potem jeszcze jeden. Czy˙zby ten człowiek co´s

planował? Czy te˙z była to jaka´s sadystyczna pułapka zastawiona przez Hegedusa?
Byli ju˙z krok od drzwi. To mógł by´c plan maj ˛

acy na celu ich zabicie. . .

— Zrób to, co mówi — sykn˛eła Lea. — Albo ci˛e nie znam!
— Nie mo˙zecie nas tak odesła´c — powiedział Brion obracaj ˛

ac si˛e na pi˛ecie.

— Stuli´c pysk! — krzykn ˛

ał gniewnie sier˙zant, uderzaj ˛

ac r˛ek ˛

a Briona w pier´s

tak mocno, ˙ze a˙z Brion upadł. — Podnie´s´c go! Wci ˛

agn ˛

a´c do ´srodka! T˛e kobiet˛e

tak˙ze!

Niezdarne dłonie chwyciły ich i wci ˛

agn˛eły przez próg do du˙zego pomieszcze-

nia, a nast˛epnie cisn˛eły na chropowat ˛

a metalow ˛

a podłog˛e. ˙

Zołnierze cofn˛eli si˛e

z wycelowanymi w nich karabinami.

— Nałó˙zcie je — rozkazał sier˙zant, kiedy podeszli technicy z dwoma masyw-

nymi, czarnymi kombinezonami.

106

background image

Ubierano ich w milczeniu. Na koniec kombinezony zamkni˛eto i opuszczono

płyty czołowe hełmów. Kiedy ju˙z było po wszystkim, zostawiono ich samych
na metalowej podłodze. Brion podniósł r˛ek˛e na po˙zegnanie i w tej samej chwili
otoczyło ich pole translokatora. . .

*

*

*

Stali na powierzchni skały w ciepłych promieniach słonecznych. Brion ob-

rócił si˛e, usłyszawszy odgłos eksplozji — to boja Delta zamieniła si˛e w kupk˛e
dymi ˛

acego dymu. ´Sci ˛

agn ˛

ał z siebie kombinezon, po czym pomógł w tym samym

Lei.

— Co si˛e stało? — zapytała, kiedy tylko uwolniła głow˛e z hełmu.
— Dał mi to — powiedział Brion otwieraj ˛

ac dło´n, w której trzymał zwini˛ety

kawałek papieru. Rozwin ˛

ał go powoli i u´smiechn ˛

ał si˛e, widz ˛

ac rz ˛

ad cyfr pisanych

w po´spiechu.

— Czy to to, co mam na my´sli? — zapytała Lea.
— Tak. Współrz˛edne galaktyczne. Poło˙zenie w odniesieniu do centrum nawi-

gacyjnego. Gwiazda, sło´nce. . .

— Z planet ˛

a Arao kr ˛

a˙z ˛

ac ˛

a wokół niego! Ludzie z Fundacji mog ˛

a mie´c niezł ˛

a

zabaw˛e, projektuj ˛

ac dla jej mieszka´nców struktur˛e społeczn ˛

a, która b˛edzie dla

nich troch˛e bardziej odpowiednia od obecnej.

— Cokolwiek to b˛edzie, b˛edzie to lepsze od tego, co jest. Zgłosz˛e si˛e na ochot-

nika na t˛e akcj˛e. Tej jednej podejm˛e si˛e z przyjemno´sci ˛

a!

— Mów podejmiemy si˛e. Mog ˛

a min ˛

a´c całe łata, zanim dobiegnie ko´nca, lecz

bez wzgl˛edu na to obiecuj˛e zachowa´c cierpliwo´s´c. Poniewa˙z po całym tym cze-
kaniu b˛ed˛e mogła zobaczy´c min˛e Hegedusa, kiedy wejdziemy do jego pokoju. . .

*

*

*

Sło´nce wisiało nad dolin ˛

a odbijaj ˛

ac promienie od małego pojazdu stoj ˛

acego

nie opodal. Kiedy podeszli do niego, wł ˛

aczył si˛e silnik, który cicho pomrukiwał,

czekaj ˛

ac, a˙z wejd ˛

a do ´srodka.

— Ostatnia maszyna — powiedział Brion. Kiedy zamkn ˛

ał drzwi pojazd ru-

szył.

Na siedzeniu obok le˙zało pudło z całym ich sprz˛etem. Lea wyj˛eła z niego

przeka´znik radiowy i podała Brionowi.

— ´Sci ˛

agnij l ˛

adownik. Przeka˙z mu bezzwłocznie instrukcje, niech czeka na

nas, kiedy wyjedziemy st ˛

ad. Mam dosy´c tej planety. . . tak jak tamtej!

Kiedy wyjechali z kanionu na trawiast ˛

a równin˛e, ujrzeli stoj ˛

ac ˛

a w oddali sre-

brzyst ˛

a igł˛e l ˛

adownika. Automatyczny pojazd zatrzymał si˛e, po czym jego silnik

zgasł.

Po wielu wiekach niszczenia wojna dobiegła ko´nca.


Document Outline