background image

 
 
 

                         Ja i mój cień 

 
 
 
 
 
 

Resnick Michael D. 

 
 
 

   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Resnick Michael D.

 

 

 

Michael Diamond Resnick (ur. 

5 marca

 

1942

), bardziej 

znany jako Mike Resnick, amerykański pisarz i redaktor 

science fiction

Urodził się w 

Chicago

. Od dawna jest równieŜ członkiem 

fandomu science fiction. Jego córka, 

Laura Resnick

równieŜ tworzy science fiction. 

 

 

 

 

background image

Ja i mój cień 

   
 
To wszystko zaczęło się, kiedy... 
Nie. Skreśl to. 
Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Prawdopodobnie nigdy się nie dowiem. 
Ale po raz drugi to się zaczęło, kiedy strzelił gaźnik jakiejś cięŜarówki, a ja padłem na 
chodnik z szybkością i wprawą sportowca, co mnie diabelnie zaskoczyło, jako Ŝe byłem 
łamagą od urodzenia - czy teŜ od ponownych narodzin, zaleŜnie jak na to spojrzysz. 
Wstałem, otrzepałem się i spojrzałem wokoło. Jakiś tuzin przechodniów (choć czułem, jakby 
ich była setka) gapił się na mnie i wiedziałem, co myśli kaŜdy z nich: Czy ten facet jest 
jakimś świrem, czy moŜe to Wytarty? A jeśli to Wytarty, to czy wcześniej go spotkałem. Czy 
jestem mu coś w i n i e n? 
Oczywiście, nawet jeśli mnie wcześniej znali, teraz nie byli w stanie mnie rozpoznać. Wiem 
coś o tym. Sam spędziłem prawie trzy lata próbując odkryć, kim byłem, zanim zostałem  
Wytarty - ale prócz tego, co zrobili z moim mózgiem, dali mi nową twarz i starli odciski 
palców. Jestem nowym człowiekiem: mam dwa lata, jedenaście miesięcy i siedemnaście dni. 
Jestem (fanfary i trąbki, proszę!)  
***William Jordan***. Nazwisko takie sobie, przyznaję, ale to jedyne, które ostatnio 
posiadam. 
Kiedyś miałem inne nazwisko. Powiedzieli mi, Ŝebym się tym nie przejmował, Ŝe wszystkie 
moje wspomnienia zostały skasowane, Ŝe nie będę mógł wydobyć z pamięci najmniejszego  
faktu, choćbym się starał nie wiem jak, choćbym nawet dostał mały Pentotal od jakiegoś 
hipnotyzera. I po kilku tygodniach musiałem im przyznać rację - co nie znaczy, Ŝe przestałem  
próbować. 
Wytarci n i g d y nie przestają. 
 
MoŜe lekarze i technicy z Instytutu mają rację. MoŜe to dla mnie lepiej, Ŝe nie wiem. MoŜe 
ś

wiadomość tego, co zrobiłem, doprowadziłaby moje Nowe Poprawione Ja do samobójstwa. 

Ale coś ci powiem: cokolwiek zrobiłem, cokolwiek zrobił kaŜdy z nas (o tak, mówię do 
innych Wytartych, spędzamy mnóstwo czasu kręcąc się przy archiwach i Biurach Osób 
Zaginionych, i nie tak trudno nas znaleźć), byłoby łatwiej Ŝyć ze wspomnieniami niŜ z 
niepewnością. 
Na przykład: 
- śyczę pani miłego dnia. Ładną mamy pogodę. Przepraszam, Ŝe ośmielę się zapytać: czy 
przypadkiem nie zgwałciłem pani córeczki cztery lata temu? A moŜe zrobiłem z pani synów  
pederastów? Rozszarpałem pani męŜa od krocza po szyję? Och, tak sobie pytam; po prostu 
byłem ciekaw. 
Zaczynasz chwytać problem? 
Oczywiście, mówią nam, Ŝe jesteśmy wyjątkowi, Ŝadni tam pospolici przestępcy czy 
oszołomy; takich pełne są więzienia. 
Ach, uciechy w Instytucie! To doświadczenie samo w sobie. 
- Zadbamy o twoją indywidualność - mówią, usuwając boleśnie moje wspomnienia. 
(Zabawne: ból pozostaje długo po zniknięciu wspomnień). 
- Społeczeństwo potrzebuje ludzi z twoją energią i ambicją - uśmiechają się, aplikując 
mojemu wstrząsanemu drgawkami ciału miliony szoków elektrycznych. 
- Miałeś dość siły, Ŝeby przeciwstawić się systemowi - podkreślają i rozrywają moją twarz na 
strzępy, by dać mi nową. 
- Z twoją energią bez dwóch zdań zajdziesz daleko, teraz, kiedy na tym wspaniałym libido 
zaszczepiliśmy nową osobowość i nowe sumienie - schlebiają mi, zastanawiając się, czy  

background image

wyszkolić mnie na dozorcę psiarni, czy noŜe na akwizytora encyklopedii. (Wybierają 
kompromis i przemieniają mnie w księgowego). 
- Szczęściarz z ciebie, masz nowe nazwisko, twarz i wspomnienia, pięćset dolarów w kieszeni 
i ciągle jeszcze swoją energię i ambicję - mówią, instalując boleśnie ostatni blok pamięci. 
- A teraz idź i załatw ich na amen.- Mówiąc w przenośni - dodają pośpiesznie. 
- Aha, jeszcze jedno - wypychają mnie za drzwi Instytutu. - Jesteśmy strasznie zajęci, 
Williamie Jordanie, więc nie wracaj tu, chyba Ŝe zajdzie konieczność. KONIECZNOŚĆ. 
- Ale dokąd mam pójść? - spytałem. - Co mam robić? 
- Coś wymyślisz - zapewniają mnie. - W końcu miałeś dość sprytu i siły, Ŝeby przeciwstawić 
się naszemu systemowi społecznemu. Chłopcze, zazdrościmy ci! A teraz spływaj; czeka na 
nas robota - a moŜe ci się wydaje, Ŝe jesteś jedynym antyspołecznym mizantropem z manią 
wielkości, jaki kiedykolwiek został Wytarty? 
 
Najzabawniejsze, Ŝe mieli rację: większość Wytartych świetnie sobie radzi. MoŜe brzmi to 
dziwnie, ale my naprawdę mamy więcej energii niŜ zwykli śmiertelnicy. Tacy faceci, co to 
tylko chce lawirować pomiędzy wierzycielami, aŜ przejdą na emeryturę i będą mogli  
spokojnie odcinać kupony. Tak, tak, jesteśmy grupką charakterniaków - tyle tylko, Ŝe Ŝaden z 
nas nie wie, dlaczego został Wytarty. 
To fakt - ja sam nie miałem Ŝadnego sygnału, dopóki nie strzelił ten gaźnik. (Widzisz? ZałoŜę 
się, Ŝe myślałeś "całkiem juŜ o tym zapomniał". Nie ma siły, przyjacielu. Wytarci nic nie 
zapominają - to znaczy, od momentu opuszczenia Instytutu. Natomiast znaczną część swego 
czasu poświęcają na to, by przypomnieć. Na próŜno). 
Wprawdzie moja pamięć została do cna wyczyszczona, ale instynkty nadal działały 
normalnie, no i powiedziały mi rzecz następującą: byłem trochę bardziej przyzwyczajony do  
tego, Ŝe strzela się do mnie na ulicy niŜ zwykły śmiertelnik. To na pewno niewiele na 
początek, ale przynajmniej wynikało z tego, Ŝe natura mojego grzechu miała więcej 
wspólnego z przemocą fizyczną niŜ, powiedzmy, z wyrafinowanymi machinacjami bogaczy z 
Wall Street.  
 
Więc poszedłem do biblioteki publicznej, wynająłem kwadrans przy końcówce Centralnego 
Komputera i zabrałem się do wystukiwania pytań. 
WYMIEŃ WSZYSTKICH PRZESTĘPCÓW MIERZĄCYCH METR OSIEMDZIESIĄT 
SZEŚĆ, KTÓRZY ZOSTALI UJĘCI I SKAZANI W NOWYM JORKU POMIĘDZY A.D. 
2008 I 2010. 
***TAJNE. 
Spodziewałem się tego. Ta informacja była tajna ostatnich pięćdziesiąt razy, kiedy o nią 
pytałem. 
WYMIEŃ WSZYSTKIE MORDERSTWA POPEŁNIONE PRZY UśYCIU PISTOLETU W 
NOWYM JORKU POMIĘDZY A.D. 2008 I 2010. 
Na ekranie ukazała się lista, szesnaście nazwisk na sekundę. 
STOP. 
Komputer przerwał wyświetlanie, a ja spróbowałem mniej obszernego pytania. 
NIE PODAJĄC ICH TOśSAMOŚCI, POWIEDZ, ILU PRZESTĘPCÓW  
ZOSTAŁO SKAZANYCH ZA WIELOKROTNE MORDERSTWO Z UśYCIEM  
PISTOLETU W NOWYM JORKU POMIĘDZY A.D. 2008 I 2010. 
***TAJNE. Po czym kliknął i dodał: ALE TO BYŁ DOBRY STRZAŁ. 
DZIĘKUJĘ. CZY JAKIŚ WYTARTY ODKRYŁ KIEDYKOLWIEK SWOJĄ  
TOśSAMOŚĆ ALBO POWÓD, DLA KTÓREGO ZOSTAŁ WYTARTY? 
JAK DOTĄD NIE. 
CZY Z TEGO WYNIKA, śE TO JEST MOśLIWE? 

background image

ODPOWIEDŹ NEGATYWNA. 
WIĘC TO NIEMOśLIWE? 
ODPOWIEDŹ NEGATYWNA. 
CO TO MA DO LICHA ZNACZYĆ? 
ś

E NIC Z TEGO NIE MA WYNIKAĆ. 

Spojrzałem na swój zegarek. Zostało pięć minut. 
JESTEM WYTARTYM - zacząłem. 
KTO BY POMYŚLAŁ. 
Tylko tego brakowało - ironia ze strony komputera. One są ostatnio za cwane. 
NIEDAWNO ZAREAGOWAŁEM INSTYNKTOWNIE NA DŹWIĘK BARDZO  
PODOBNY DO WYSTRZAŁU PISTOLETU, CHOĆ ŚWIADOMIE NIE MIAŁEM KU  
TEMU POWODÓW. CZY Z TEGO WYNIKA, śE BROŃ PALNA ODGRYWAŁA  
ISTOTNĄ ROLĘ W MOIM śYCIU, ZANIM ZOSTAŁEM WYTARTY? 
***TAJNE. 
TAJNE, NIE - ODPOWIEDŹ NEGATYWNA? 
WŁAŚNIE. 
Wstałem, choć pozostawały mi jeszcze trzy minuty do dyspozycji. 
 
   Moim następnym przystankiem była księgarnia Doubleday na Piątej Ulicy. Poszedłem 
prosto do działu kronik kryminalnych, ale prawie natychmiast zrezygnowałem, widząc sam 
rozmiar kronik dla Manhattanu za jeden dzień.  
   Zadzwoniłem do pracy, Ŝe jestem chory, a potem znalazłem w ksiąŜce wideofonicznej 
numer pewnej strzelnicy. Umówiłem się, pojechałem chodnikiem Midtown do wejścia, 
wypoŜyczyłem pistolet i zszedłem po schodach do dźwiękoszczelnej galerii strzelniczej. 
   Zajęło mi parę minut, zanim się połapałem, jak ładować amunicję, nie rokowało to 
najlepiej. ZwaŜyłem w ręce pistolet - najpierw w lewej, potem w prawej - z nadzieją, Ŝe 
przyniesie to jakieś znajome uczucie. Nic z tego. Czułem się niezręcznie i głupio, i przez 
następnych parę minut nie poczułem się lepiej. Wycelowałem starannie w figurę zawieszoną 
o jakieś piętnaście metrów przede mną i fatalnie spudłowałem. Chwyciłem pistolet oburącz i 
jeszcze raz chybiłem. Spudłowałem z prawej ręki i z lewej. Spudłowałem z zamkniętym 
prawym okiem i z lewym, spudłowałem z otwartymi obydwoma oczami. 
   Dobrze, jeśli tylko mój instynkt działał na moją korzyść, to dam instynktowi szansę. 
Rzuciłem się na podłogę, przetoczyłem dwukrotnie i szybko wypaliłem - no i zestrzeliłem 
lampę pod sufitem. 
To by było na tyle, jeśli chodzi o instynkt, pomyślałem. Najwyraźniej człowiek, którym 
byłem, czuł się swojsko kiedy uskakiwał przed strzałami, a nie gdystrzelał. 
 
Opuściłem strzelnicę, złapałem paru przyjaciół - Wytartych - i spytałem ich, czy 
kiedykolwiek doświadczyli czegoś podobnego do mojego małego rozbłysku deja vu. Jeden z  
nich uznał to za zabawne - moŜe uczynili go niegroźnym, ale normalny to on chyba nie był - a 
pewna koleŜanka przyznała się do fal wzburzenia nachodzących ją, kiedy tylko słyszy pewien 
marsz Johna Philipa Sousy, co nie było odpowiedzią, jakiej poszukiwałem. 
Wpadłem na lunch do lokalnej jadłodajni, spędziłem następny bezowocny kwadrans w 
bibliotece z zaprzyjaźnionym komputerem, a potem wróciłem do mojego bliźniaka z 
ciemnego piaskowca. Podczas jazdy chodnikiem do domu toczyłem bokserską walkę z 
cieniem, odskakiwałem od wyimaginowanych przeciwników i sięgałem po nie istniejący 
rewolwer pod lewą pachę, ale nie czułem się naturalnie, tylko wręcz głupio. Po zejściu z 
chodnika i pokonaniu ostatniego odcinka drogi do domu postanowiłem sprawdzić, czy 
potrafię otworzyć zamek bez klucza, ale dałem sobie spokój po dziesięciu minutach, w samą 
porę, bo przechodzący policjant patrzył na mnie krzywo. 

background image

   Nalałem solidnego drinka - mieszkania Wytartych róŜnią się rozkładem, wystrojem i pod 
wieloma innymi względami, ale w kaŜdym znajdziesz alkohol, jak równieŜ taśmy z tanimi  
ć

wiczeniami pamięci i z "Who's Who w świecie Zorganizowanej Przestępczości" - i 

próbowałem, po raz kwadrylionowy, wydobyć jakiś obraz z mojej przeszłości. Wojenna rzeź,  
krzyki i błagania gwałconych ofiar, jęki masakrowanych starców i dzieci, leŜących w 
kałuŜach krwi w Central Parku, wszystko to mełło się w młynie mojego umysłu - i wszystko  
wydawało się kompletnie obce. 
A więc nie umiałem strzelać, nie umiałem forsować zamków i nic nie mogłem sobie 
przypomnieć. To z jednej strony. 
Z drugiej był jeden, odosobniony fakt: uskakiwałem przed kulami. 
   Ale gdzieś głęboko w bebechach (bo na pewno nie w mózgu), wiedziałem, w i e d z i a ł e 
m, Ŝe człowiek, którym kiedyś byłem, wrzeszczał mi bez słów do ucha, Ŝebym padł, zanim  
Mój \ jego \ nasz cholerny, głupi łeb zostanie roztrzaskany. Było to sprzeczne ze wszystkim, 
co powiedzieli mi w Instytucie. Jakakolwiek komunikacja z moim dawnym ja miała być 
wykluczona. Nawet w sytuacji, kiedy powietrze będą ciąć kule. 
 
   Im dłuŜej o tym myślałem, tym bardziej byłem przekonany, Ŝe to jest właśnie autentyczny 
nagły przypadek uprawniający do odwiedzenia Instytutu. Więc włoŜyłem marynarkę i  
wyszedłem. Nie miałem szans na złapanie taksówki - jak przestraszone kury, nowojorscy 
taksówkarze chowają się z pierwszymi oznakami zmierzchu - więc ruszyłem pieszo ku  
chodnikowi East River. 
   Przeszedłem moŜe dwie przecznice, kiedy spomiędzy domów wyskoczył na mnie złowrogi 
człowieczek z załzawionymi oczami, dziobami po ospie, haczykowatym nosem i paskudnie  
wyglądającym noŜem w ręce. 
No cóŜ, trzy lata bez ataku rabusia na Manhattanie, to jak 200 lotów nad Irakiem, 
Paragwajem, czy gdzie tam jeszcze w tym miesiącu zwariowali. Widzisz, Ŝe nadeszła twoja 
kolej i przyjmujesz wszystko, co ma się stać ze stoickim spokojem.  
Więc podałem mu portfel, ale był w nim tylko pojedynczy drobny banknot i kilka kart 
kredytowych sterowanych brzmieniem mojego głosu. Tamten rzucił nagle portfel na ziemię i 
wpadł w szał, deklamując wrzaskliwie, jak bardzo go oszukałem. 
Zacząłem się wycofywać, co chyba rozwścieczyło go jeszcze bardziej, bo z przekleństwem 
pognał ku mnie unosząc nóŜ nad głową, z wyraźnym zamiarem zatopienia go w mojej szyi 
lub piersi. 
Pamiętam, Ŝe pomyślałem: Ze wszystkich miejsc, w których chciałbym umrzeć, Druga Aleja 
pomiędzy 35 i 36 Ulicą jest ostatnim. Pamiętam, Ŝe miałem wołać pomocy, ale byłem zbyt  
przeraŜony, Ŝeby wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk.  
Pamiętam widok opadającego noŜa, jak w zwolnionym tempie. 
Następne, co dotarło do mojej świadomości to, Ŝe tamten leŜy na plecach, ma obydwie ręce 
złamane, a z nosa tryska mu krew jak z fontanny, ja zaś klęczę obok niego i mam właśnie 
wbić czubek noŜa w jego gardło. 
Zesztywniałem, starając się odtworzyć, co się stało, kiedy z głębi mnie jakiś głos - wcale nie 
wściekły, ani krwioŜerczy, ale łagodny i uwodzicielski - wychrypiał: - Zrób to, zrób to. 
- Nie zabijaj mnie! - zajęczał męŜczyzna, wijąc się pod moimi rękami. - Proszę, nie zabijaj 
mnie! 
- Będziesz miał frajdę - wyszeptał głos. - Zobaczysz. 
Pozostałem jeszcze przez chwilę znieruchomiały, a potem rzuciłem nóŜ i pobiegłem na 
północ, nie zwaŜając na sygnały uliczne i nie zwalniając, aŜ wpadłem na autobus blokujący  
skrzyŜowanie przy 42 Ulicy. 
- Głupi! - szepnął głos. - CzyŜ nie ocaliłem ci Ŝycia? Zaufaj mi. 
A moŜe to nie był Ŝaden głos. MoŜe tylko wyobraŜałem sobie, co by mówił, gdyby był. 

background image

  W kaŜdym razie postanowiłem w ogóle nie iść do Instytutu. Przeczuwałem, Ŝe jeśli wpadnę 
tam bez tchu i brudny, cały zbryzgany krwią bandyty, oni po prostu w y t r ą mnie po  
raz drugi, zanim zdąŜę im powiedzieć, co się stało. 
ToteŜ wróciłem do domu, wziąłem szybki Suchy Prysznic, znalazłem w ksiąŜce telefon dra 
Brozgolda i zadzwoniłem do niego. 
- Słucham - odezwał się po dwóch dzwonkach. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałem: 
wysoki i truposzowaty, z czarnymi wąsami i krzaczastymi brwiami, taki typ faceta, który 
nawet w świeŜo odprasowanym ubraniu będzie wyglądał niechlujnie. 
- Jestem Wytartym - powiedziałem, przechodząc od razu do rzeczy. - Pan pracował nade mną. 
- Obawiam się, Ŝe mamy jakąś awarię na linii - powiedział, zezując na monitor. - Nie dociera 
do mnie wizja. 
- To dlatego, Ŝe połoŜyłem ręcznik na mojej kamerze - wyjaśniłem mu. 
- Przypuszczam, Ŝe zachodzi stan wyŜszej konieczności? - spytał oschle, unosząc jedną ze 
swych zmierzwionych brwi. 
- I owszem, zachodzi - odpowiedziałem. 
- Dobra, panie X - mam nadzieję, Ŝe nie będzie pan miał nic przeciwko takiemu zwracaniu się 
do pana - w czym problem? 
- O mało nie zabiłem dziś wieczorem człowieka. 
- Naprawdę? - spytał. 
- Czy nie jest pan zaskoczony? 
- Jeszcze nie - odrzekł, kładąc przed sobą dłonie i ściągając palce. - Muszę najpierw poznać 
szczegóły. Prowadził pan samochód, napadł na bank, czy jak? 
- Omal nie zabiłem człowieka gołymi rękami. 
- CóŜ, kimkolwiek pan jest, panie X, i kimkolwiek pan był - powiedział doktor, gładząc z 
zadumą swe nastroszone wąsy - myślę, Ŝe mogę pana zapewnić, iŜ omal nie mordowanie 
prawdopodobnie nie było pańską specjalności. 
- Pan nie rozumie - powiedziałem z uporem. - Zastosowałem karate lub kung-fu, a nie znam 
karate ani kung-fu. 
- Kto mówi? - spytał nagle doktor. 
- Nieistotne - odpowiedziałem. - Chciałbym tylko wiedzieć, co u diabła się ze mną dzieje? 
- Proszę posłuchać, naprawdę nie mogę panu pomóc nie znając historii przypadku - 
powiedział doktor, starając się stłumić w głosie nerwową nutę, co mu się niezupełnie udało.  
- Ja nie mam historii - powiedziałem. - Jestem jak nowo narodzony - pamięta pan przecieŜ. 
- No to co stoi na przeszkodzie, Ŝeby mi pan powiedział, kim jest? 
- Staram się dowiedzieć, kim jestem! - powiedziałem niecierpliwie. - Jakiś głosik powtarzał 
mi, Ŝe zabijanie ludzi to frajda. 
- Jeśli stawi się pan w Instytucie z samego rana, zrobię, co będę mógł - powiedział Brozgold 
nerwowo. 
- Wiem, co moŜe mi pan zrobić. To juŜ raz się stało. Chcę wiedzieć, czy to nie zaczęło się 
odstawać. 
- Absolutnie nie! - powiedział stanowczo. - Kimkolwiek pan jest, pańska pamięć została 
totalnie wykorzeniona. śaden Wytarty nigdy nie osiągnął nawet cząstkowego przypomnienia. 
- Więc jak udało mi się cięŜko poturbować zawodowego bandytę, który zaatakował mnie 
noŜem? 
- Ciało ludzkie pod najwyŜszą presją jest zdolne do róŜnych rzeczy. 
- Nie mówię o wyskakiwaniu na trzy metry w powietrze albo przebiegnięciu czterdziestu 
metrów w cztery sekundy, gdy kogoś goni dzikie zwierzę! Mówię o zrobieniu z przeciwnika  
kaleki za pomocą trzech precyzyjnych ciosów. 
- Naprawdę nie jestem w stanie odpowiedzieć na to tak od razu. Jeśli wpadnie pan do 
Instytutu i zapyta o mnie, ja... 

background image

- Tak? - zapytałem. - Usunie pan ten mały skrawek, który został przeoczony za pierwszym 
razem? 
- Jeśli nie chce pan zdradzić swojego nazwiska aniprzyjść do Instytutu - powiedział - to czego 
ode mnie pan chce? 
- Chcę wiedzieć, co się dzieje. 
- JuŜ mówiłem - rzucił oschle. 
- I chcę wiedzieć, kim byłem. 
- Nie moŜemy tego powiedzieć - odrzekł. Potem zamilkł i uśmiechnął się przymilnie do 
kamery. - Oczywiście, być moŜe w tym wypadku zrobilibyśmy wyjątek, zwaŜywszy naturę  
problemu. Ale nie moŜemy tego uczynić, dopóki nie wiemy, kim jest pan obecnie.  
- Jakie mogę mieć gwarancje, Ŝe nie zostanę znowu Wytarty? 
- Masz moje słowo - powiedział z ojcowskim uśmiechem. 
- Ostatnim razem teŜ prawdopodobnie ktoś dawał mi słowo. 
- Ta rozmowa staje się nudna, panie X. Nie mogę panu pomóc, nie wiedząc, kim pan jest. 
Według wszelkiego prawdopodobieństwa nic niezwykłego się z panem nie działo i nie dzieje. 
A jeśli rozwija pan nową, przestępczą osobowość, nie wątpię, Ŝe i tak niezadługo się 
spotkamy. Więc jeśli nie ma pan nic więcej do powiedzenia, to wolałbym juŜ skończyć. 
Czeka mnie praca. - Zamilkł i spojrzał ostro do kamery. - Co naprawdę pana niepokoi? JeŜeli 
rzeczywiście jest to niewielkie przypomnienie, to dlaczego miałoby ci to sprawiać przykrość? 
CzyŜ nie o tym zawsze marzyli Wytarci? 
- Głos - powiedziałem. 
- Jaki głos? - naciskał. 
- Nie wiem, czy mu wierzyć, czy nie. 
- Ten, który ci mówi, Ŝeby zabijać ludzi? 
- Sprawia wraŜenie, Ŝe w i e - powiedziałem cicho. - Brzmi sugestywnie. 
- O BoŜe - szepnął doktor i przerwał połączenie. 
- Jesteś tu jeszcze? - spytałem głosu. 
Odpowiedzi nie było, ale naprawdę jej nie oczekiwałem. Nie było w pobliŜu nikogo do 
zabicia. 
 
Nagle poczułem się uwięziony, jakby ściany zaczęły się zaciskać, a powietrze stawało się 
zbyt gęste, by oddychać, więc znowu załoŜyłem marynarkę i wyszedłem na spacer, trzymając 
się z dala od Drugiej Alei. 
Unikałem bardziej ruchliwych ulic, trzymając się dzielnic mieszkalnych - w kaŜdym razie na 
tyle mieszkalnych, na ile to moŜliwe na Manhattanie - i parę godzin zeszło mi na włóczędze 
bez celu i próbach analizy moich przeŜyć. 
W dwóch cięŜarówkach strzelił gaźnik, ale nie padłem ani razu. Minął mnie olbrzymi, czarny 
męŜczyzna z rękojeścią noŜa wystającą nachalnie zza paska, rzucając mi przeciągle, twarde 
spojrzenie, ale nie rozbroiłem go. Przejechał obok samochód policyjny, ale nie poczułem 
pokusy ucieczki. 
W zasadzie prawie przekonałem sam siebie, Ŝe wprawdzie doktor Brozgold nie był zbyt miły, 
ale miał absolutną rację:moja wyobraźnia jest zbyt wybujała, kiedy nagle tandetnie ubrana 
blond dziwka wyszła na ulicę i puściła do mnie oko. 
- Ta - wyszeptał głos. 
Moja trasa urwała się nagle, znieruchomiałem strasznie zmieszany. 
- Zaufaj mi - wychrypiał. 
Dziwka uśmiechnęła się do mnie jak w transie.  
Odwzajemniłem uśmiech i pozwoliłem jej zaprowadzić się nagórę, do skąpo umeblowanego 
pokoju. 
- Cierpliwości - ostrzegł mnie głos. - Nie za szybko.  

background image

Delektuj się. 
Ona zamknęła drzwi na klucz. 
A jak zacznie krzyczeć? pomyślałem. Jesteśmy na trzecim piętrze. Jak się stąd wydostanę?  
- OdpręŜ się - powiedział głos, brzmiał łagodnie i słodko. - Wszystko po kolei. Wydostaniesz 
się, nie ma strachu. Zaopiekuję się tobą. 
Teraz dziwka była naga. Znowu uśmiechnęła się do mnie, wymruczała coś niewyraźnie, po 
czym podeszła i zaczęła odpinać mi koszulę. 
Wbiłem kciuk w jej lewe oko, usłyszałem trzask kości, kiedy wciskałem jej pięść pod Ŝebra, 
słuchałem jej wrzasku, kiedy krawędź mojej dłoni opadła na jej kark. 
A potem była tylko cisza. 
- To było bajeczne! - jęknął głos. - Po prostu bajeczne!  
- Nagle ogarnęła go troskliwość. - Czy tobie teŜ było dobrze? 
Poczekałem chwilę, aŜ mój oddech wróci do normy, a fala podniecenia ustąpi albo chociaŜ 
trochę opadnie. 
- Tak - powiedziałem na głos.- Tak, to było przyjemne. 
- A nie mówiłem? - powiedział głos. - Mogli zmienić wspomnienia, ale duszę. Ty i ja zawsze 
to lubiliśmy.  
- Czy my po prostu zabijamy kobiety? - spytałem zaciekawiony. 
- Nie pamiętam - przyznał głos. 
- To skąd wiedziałeś, Ŝe mam zabić właśnie ją? 
- Wiem, jak tylko je widzę - zapewnił mnie głos. 
Przemyśliwałem nad tym, kiedy robiłem porządek w pokoju, wycierałem klamkę chusteczką, 
starając się przypomnieć sobie, czy dotykałem jeszcze czegoś. 
- Oni usunęli twoje odciski palców - powiedział głos. - Nie warto zawracać sobie głowy. 
- W ten sposób nie zorientują się, Ŝe ścigają Wytartego - powiedziałem. Rzuciłem ostatnie 
badawcze spojrzenie na pokój i wyszedłem. 
Wróciłem do domu, przykryłem ręcznikiem kamerę wideofonu i połączyłem się z drem 
Brozgoldem. 
- Znowu ty? - powiedział, kiedy stwierdził brak obrazu. 
- Tak - odpowiedziałem. - Przemyślałem to, co pan powiedział i przyjdę jutro rano. 
- Do Instytutu? - upewnił się, z wyrazem olbrzymiej ulgi. 
- Owszem. Punkt dziewiąta - odpowiedziałem. - JeŜeli pana tam nie będzie, odchodzę. 
- Będę - obiecał. 
 
OdłoŜyłem wideofon, sprawdziłem jego adres w ksiąŜce i wyszedłem. 
- Sprytnie - powiedział głos z podziwem, kiedy pokonywałem dwadzieścia dwie przecznice w 
kierunku mieszkania Brozgolda. - Nigdy bym na to nie wpadł. 
- Prawdopodobnie dlatego cię złapali - szepnąłem w zimne powietrze nocy. 
Dotarcie do mieszkania Brozgolda zajęło mi prawie godzinę. (Chodniki wyłączają dla 
oszczędności o ósmej).  
Byłem dziwnie przekonany, Ŝe znajdę go w jednym z czteropiętrowych, stuletnich budynków 
mieszkalnych; facet, który ubierał się jak on i nie wiedział, do czego słuŜy grzebień, nie 
będzie marnował pieniędzy na apartament w wysokościowcu, Ŝeby zaimponować 
przyjaciołom. Odszukałem numer jego mieszkania, potem poszedłem od tyłu, wgramoliłem  
się po rachitycznych, drewnianych schodach na drugie piętro, odliczyłem okna i kiedy 
natknąłem się na kuchnię ze stosem około pięćdziesięciu ksiąŜek na podłodze i czterodniową 
na oko stertą nie zmytych naczyń w zlewie, wiedziałem, Ŝe to tu. Nie byłem w stanie 
otworzyć zamka wytrychem lepiej niŜ mojego własnego, ale drzwi były drewniane, starego  
typu, więc w końcu naparłem na nie ramieniem i wyłamałem je. 

background image

- Kto tam - spytał Brozgold, wychodząc z sypialni w piŜamie. Wyglądał jeszcze bardziej 
niechlujnie niŜ zwykle. 
- Cześć - powiedziałem rozpromieniony, wpychając go z powrotem do sypialni. - Pamiętasz 
mnie? 
Zamknąłem za sobą drzwi, Ŝeby mieć pewność, Ŝe nikt nam nie przeszkodzi. W pokoju 
panował stęchły zapach tytoniu, albo to była stęchlizna ubrań w szafie. Meble - komoda,  
biurko, podwójne łóŜko, para szafek nocnych i krzesło - musiały sporo kosztować, ale nie 
zaznały politury ani nawet odkurzacza od dnia, kiedy je dostarczono. 
Gapił się na mnie szeroko otwartymi oczami i rosnącym wyrazem rozpoznania.  
- Ty jesteś... ojej... Jurgins? Johnson? Nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć nazwiska.  
To ty do mnie dzwoniłeś? 
- Ja - powiedziałem, popychając go na krzesło . – A nazywam się William Jordan. 
- Jordan. Jasne. - Wyglądał na oszołomionego, jakby się jeszcze całkiem nie obudził. - Co tu 
robisz, Jordan?  
Myślałem, Ŝe spotykamy się w Instytucie jutro rano. 
- Wiem, Ŝe tak myślałeś - odpowiedziałem poufale. - Chciałem mieć pewność, Ŝe cała twoja 
obstawa będzie tam, byśmy mogli odbyć prywatną pogawędkę właśnie tu i teraz.  
- A teraz ty mnie posłuchaj, Jordan... - Doktor wstał. 
Posadziłem go z powrotem mocnym pchnięciem. 
- Właśnie po to tu przyszedłem - powiedziałem. - Najpierw chcę usłyszeć, jakie były powody 
mojego wytarcia. 
- Byłeś przestępcą - powiedział zimno. - PrzecieŜ wiesz. 
- Jakie przestępstwo popełniłem? 
- Tego nie mogę ci powiedzieć! - wrzasnął, starając się ukryć rosnący strach za zasłoną złości. 
- A teraz wynoś się stąd i... 
- Ile osób zabiłem gołymi rękami? - spytałem pogodnie. 
- Co? 
- Właśnie zabiłem kobietę - powiedziałem. - Sprawiło mi to przyjemność. Prawdziwą frajdę. 
W tej chwili zastanawiam się, jak przyjemne byłoby zabicie lekarza. 
- Jesteś szalony - warknął. 
- Niestety - odpowiedziałem – posiadam zaświadczenie stwierdzające, Ŝe stan Nowy Jork 
uznaje mnie za całkowicie normalnego. - Uśmiechnąłem się szeroko. - Zgadnij, kto to 
podpisał. 
- Odejdź! 
- Jak tylko mi powiesz to, co chcę wiedzieć. 
- Nie mogę! 
- Jesteś wciąŜ ze mną? - spytałem bezgłośnym szeptem. 
- Jestem tu - powiedział głos. 
- Przejmij kontrolę we właściwym momencie, bo sobie złamię rękę - powiedziałem mu. 
- Jestem gotów na kaŜde Ŝyczenie - odrzekł głos. 
- MoŜe potrzebujesz dowodów moich umiejętności i mojej szczerości - powiedziałem do 
Brozgolda, podchodząc do komody. 
Uniosłem dłoń wysoko ponad głowę i zacząłem ją opuszczać na litą, drewnianą powierzchnię. 
ZadrŜałem tuŜ przed uderzeniem, ale nie bolało ani trochę - a po chwili blat i dwie górne 
szuflady były rozłupane na dwoje. 
- Dzięki - szepnąłem. 
- Zawsze do usług. 
- To równie dobrze mógłbyś być t y - powiedziałem, odwracając się do Brozgolda. - I 
naprawdę, jeśli nie powiesz mi tego, co chcę wiedzieć, to b ę d z i e s z ty. 
- I tak mnie zabijesz - powiedział, drŜąc ze strachu, ale kurczowo trzymając się swojej linii. 

background image

- Zabiję cię, jeśli mi n i e powiesz. Jak powiesz, obiecuję, Ŝe nie zrobię ci krzywdy. 
- Ile jest warta obietnica mordercy? - spytał z goryczą. 
- To ty wyposaŜyłeś mnie w honor - zwróciłem uwagę. - Czy zajmujesz się produkowaniem 
kłamców? 
- Nie, ale nie zajmuję się teŜ produkowaniem morderców.  
- Chcę tylko wiedzieć, kim byłem i co zrobiłem. - powtórzyłem cierpliwie. - Nie mam 
zamiaru znowu tego robić. Potrzebuję tylko jakichś faktów, Ŝeby zdusić w sobie ten przeklęty 
głos. 
- Dobrze, to mi się podoba - powiedział głos. 
- Nie mogę - powtórzył Brozgold. 
- Jasne, Ŝe moŜesz - powiedziałem, robiąc parę kroków w jego stronę. 
- To ci nic nie da - powiedział, był teraz na granicy płaczu. - Wszystko na twój temat, 
najdrobniejszy fakt, zostało utajnione. Nie będziesz w stanie pójść Ŝadnym tropem na 
podstawie tego, co ja wiem. 
- MoŜe nie będzie trzeba - powiedziałem. - Ile osób zabiłem? 
- Nie mogę. 
Sięgnąłem ku małemu biurku i machnąłem ręką w dół.  
Rozpadło się na dwoje. 
- Ile? - powtórzyłem, wbijając w niego wzrok. 
- Siedemnaście! - wrzasnął i łzy popłynęły po jego twarzy. 
- Siedemnaście? - powtórzyłem z niedowierzaniem. 
- Przynajmniej o tylu wiemy. 
Nawet mnie samego zdziwił ogrom tej kolekcji.  
- Kim oni byli? MęŜczyźni? Kobiety? - Nie odpowiedział, więc zrobiłem ku niemu następny 
krok i dorzuciłem groźnie: - Lekarze? 
- Nie! - rzucił pośpiesznie. - Nie lekarze. Nigdy lekarze! 
- Więc kto? 
- KaŜdy, za kogo zabicie ci zapłacono - wydusił w końcu. 
- Byłem zawodowcem? 
Przytaknął. 
- Musiałem naprawdę lubić tę pracę, skoro zabiłem siedemnaście osób - powiedziałem w 
zamyśleniu. - Jak mnie złapali? 
- Twoja dziewczyna doniosła. Wiedziała, Ŝe zostałeś wynajęty, Ŝeby zabić Carlo Castinerrę... 
- Tego polityka? 
- Tak. Więc policja wystawiła go na wabia i nakryła cię.Wlazłeś prosto w ich pułapkę. 
Potrząsnąłem smutno głową. 
- Oto co się otrzymuje w zamian za zaufanie. A to - dodałem, spuszczając kant dłoni na jego 
kark i wydając z siebie stęknięcie - dostajesz ty. 
- To było nieetyczne - powiedział mój głosik. - Obiecałeś nie robić mu krzywdy, jeśli ci 
powie to, co chciałeś wiedzieć. 
- JuŜ raz komuś zaufaliśmy i popatrz, gdzie to nas zaprowadziło - odpowiedziałem, chodząc 
po sypialni i wycierając róŜne powierzchnie. - A co z tą dziwką? Czy ktoś zawarł na nią 
umowę? 
- Nie pamiętam - powiedział głos. - Po prostu miałem frajdę. 
- A jak wraŜenia z zabijania dra Brozgolda? - spytałem. 
- W porządku - powiedział głos po chwili zastanowienia. - Całkiem dobrze. Przyjemnie było. 
- Mnie teŜ - przyznałem. 
- No to wracamy do biznesu? 

background image

- Nie - powiedziałem. - Jeśli nauczyłem się czegoś jako księgowy, to tego, Ŝe wszystko ma 
właściwy sobie schemat. Jak popadniemy w znany, stary schemat, to skończymy z powrotem 
w Instytucie. 
- To co będziemy robić? - spytał głos. 
- Och, będziemy nadal zabijać ludzi - zapewniłem go. - Muszę przyznać, Ŝe to wciąga. Ale ja 
zarabiam więcej niŜ wydaję, a nie sądzę, Ŝeby dla ciebie pieniądze miały jakiekolwiek 
znaczenie. 
- śadnego - powiedział głos. 
- Więc teraz będziemy sobie zabijać kogo przyjdzie nam ochota na róŜne przyjemne sposoby 
- powiedziałem. - Williama Jordana uczyniono fanatykiem drobiazgów, więc sądzę, Ŝe będzie 
nas duŜo trudniej złapać niŜ wtedy, kiedy byłem tobą. - Wycierałem komodę najdokładniej, 
jak umiałem. 
- Oczywiście - dodałem, zabierając się do wycierania biurka - uwaŜam, Ŝe moŜna by zacząć 
od Carlo Castinerry, na konto starych czasów. 
- JuŜ się cieszę - powiedział głos, starając się stłumić podniecenie. 
- Liczyłem na to - powiedziałem oschle. - Poza tym to będzie wyrównanie ostatniego 
rachunku z naszego poprzedniego Ŝycia. Nienawidzę nie wyrównanych rachunków. To chyba 
moja dusza księgowego. 
 
Więc tak właśnie mają się teraz sprawy. 
Ostatnie dwa dni spędziłem w biurze, nadganiając zaległości. Nocami rozpracowuję dom 
Castinerry. Znam wszystkie drzwi i okna, wiem jak wydostać się na ulicę przez wyjście 
kuchenne, o której godzinie odchodzi słuŜba, o której gasną światła. 
I w piątek, punkt siedemnasta, wyjdę z biura i pójdę na obiad do szykownej francuskiej 
restauracji. Potem kopnę się do tego, co zostało z dystryktu teatralnego i złapię ten klasyczny 
kawałek Sondheima, który odgrzebali po latach. 
A potem, z niewielką pomocą mojego cienia, wywiąŜę się z dawno zaległej roboty na 
szacownym panu Castinerra. 
Tylko tym razem załatwić to jak trzeba. 
Ogólnie biorąc Wytarci to ludzie cholernie samotni. Nie wyobraŜasz sobie, jak miło znaleźć 
hobby, które moŜna dzielić z przyjacielem. 
 
 
                                                                                                PrzełoŜył Jacek Suchocki