background image

 

Barbara Cartland

 

O markizie, który nienawidził kobiet

 

The Marquis Who Hated Women 

 

 

background image

Od Autorki 
Auguste  Mariette  był  pierwszym  organizatorem  i 

kierownikiem  prac  archeologicznych  w  Egipcie.  Mianowano 
go  Dyrektorem  Nauk  o  Starożytności  i  aż  po  rok  1952  to 
stanowisko obejmowali Francuzi. 

Odkrycia  Mariette'a  były  kamieniem  milowym  w 

archeologii  egipskiej.  W  samym  Abydos,  gdzie  mieściło  się 
królewskie cmentarzysko, Mariette odnalazł piętnaście tysięcy 
przedmiotów.  Był  też  odkrywcą  drugiej  piramidy  oraz 
Grobowca Ti, dzisiejszej atrakcji turystycznej. 

Osobiście  za  swe  największe  osiągnięcie  uważał 

ufundowanie Muzeum Bulak. 

background image

R

OZDZIAŁ 

1853 
Robi się późno. Muszę iść. 
Mówiąc to, markiz obrócił się na łożu i wstał. 
Inez Shangarry wykrzyknęła protestując: 
 - Och, nie, Osborne, nie! Nie możesz tak szybko ode mnie 

odejść! Pragnę cię! 

Markiz uwolnił się z ramion, którymi go oplotła, i zaczął 

wkładać swe porzucone ubranie. 

Lady  Shangarry,  wsparta  na  poduszkach,  z  ciemnymi 

włosami  spływającymi  kaskadą  po  nagim  ciele,  wyglądała 
bardzo pociągająco. 

 - Nie możesz ode mnie odejść, nie możesz! - powiedziała. 

- Jeszcze jest bardzo wcześnie, a wieczory, kiedy możemy być 
razem, są rzadkością. 

W jej oczach zabłysnął ogień, a czerwone wargi rozchyliły 

się wyzywająco. 

 -  Jesteś  bardzo  przekonywająca,  Inez  -  rzekł  markiz, 

przechodząc przez pokój do toaletki po krawat. 

 -  Chcę  być  przekonywająca,  chcę  być  z  tobą...  wiesz  o 

tym -  mówiła lady Shangarry niskim, uwodzicielskim głosem 
-  lecz  czasami  to  takie  trudne.  Gdy  jesteśmy  sami,  wiem,  że 
jesteś 

najwspanialszym,  najdoskonalszym  kochankiem, 

jakiego mogłaby sobie wymarzyć kobieta. 

Markiz zwinnymi palcami zawiązał czarny krawat. Potem, 

sięgając  po  swój  płaszcz,  zwrócił  się  ku  Wyłożonemu 
jedwabiami łożu i jego pięknej właścicielce. 

 -  Jutro  wyjeżdżam  z  kraju  -  oznajmił  -  a  ponieważ 

chciałbym  wyruszyć  wcześnie,  uważam,  że  powinienem 
przespać się „dla urody", tak samo jak ty.  

 -  To  żaden  komplement  -  powiedziała  nadąsana  Inez.  - 

Chcę, żebyś został ze mną. Po tym wszystkim, czym dla siebie 

background image

byliśmy, Osborne, chyba mógłbyś poświęcić mi jeszcze kilka 
minut? 

 - Obawiam się, że nie byłoby to tylko kilka minut - odparł 

markiz rozbawionym tonem. 

Rzeczywiście,  trudno  było  uwierzyć,  żeby  jakikolwiek 

mężczyzna  mógł  się  oprzeć  powabom  lady  Shangarry,  której 
kształty  uznano  za  najdoskonalsze  w  całym  Londynie.  Pod 
tym  względem  zgodni  byli  wszyscy  koneserzy  urody,  w  tym 
hulaki,  rozpustnicy  i  mężczyźni  podobni  do  markiza,  o 
których  wiadomo  było,  że  są  ogromnie  wybredni  w  doborze 
damskiego towarzystwa. 

Markiz  był  całkiem  świadomy  nie  tylko  swej  reputacji 

grymaśnika, lecz także tego, że niemal każda kobieta, na którą 
przychylniej  spojrzał,  była  aż  nadto  chętna  paść  w  jego 
ramiona. 

Jednakże  przez  pewien  czas  nie  poddawał  się  wdziękom 

lady  Shangarry,  chociaż  wiedział,  iż  manewruje  w  jego 
kierunku  ze  śmiałością  kobiety,  która  wie,  że  niewielu 
mężczyzn potrafi się jej oprzeć. Wreszcie, ponieważ nie tylko 
była  piękna,  lecz  także  bawiła  go,  uległ  zapraszającym 
spojrzeniom i ruchom jej zmysłowo krągłego ciała. 

Teraz,  ponieważ  tak  nalegała,  aby  pozostał  dłużej,  niż  na 

to miał ochotę, zastanowił się, czy w istocie nie staje się nudna 
i czy nie oznacza to rychłego końca ich związku. 

Wieść  niosła,  iż  w  swych  miłostkach  markiz  był 

absolutnie bezlitosny. 

Wolał  polować  sam,  lecz  niestety  pogoń  zwykle  trwała 

krótko, gdyż obiekt jego uwagi prawie nie próbował uciekać. 
Zbyt  szybko  kobieta,  którą  był  zainteresowany,  usiłowała 
omotać go i wymusić na nim swą wolę. 

Trzydziestotrzyletniemu  markizowi  udało  się  jednak 

oprzeć wszelkim sztuczkom i pułapkom, mającym zwabić go 
do  ołtarza  i  poważanego  małżeńskiego  stanu.  Wybierał 

background image

kobiety  zamężne,  urozmaicające  nudę  życia  licznymi 
kochankami. 

Skutkiem takiego postępowania była serdeczna nienawiść, 

jaką  darzyli  go  niespokojni  małżonkowie;  jak  to  ujął  pewien 
żartowniś:  „Wystarczy,  aby  markiz  pojawił  się

 

w  większym 

zgromadzeniu,  a  połowie  obecnych  tam  mężczyzn  skoczy 
ciśnienie niebezpiecznie blisko apopleksji!" 

Chociaż  łączono  jego  imię  z  różnymi  kobietami,  do  tej 

pory  nikt  nie  złapał  markiza  na  gorącym  uczynku.  Był 
dyskretny  i  ostrożny,  więc  plotki  dotyczące  jego  romansów 
opierały  się  raczej  na  domysłach  niż  na  konkretnych, 
obciążających go dowodach. 

 -  Najdroższy...  jesteś  najprzystojniejszym  mężczyzną, 

jakiego  w  życiu  widziałam!  -  powiedziała  z  łóżka  Inez 
Shangarry. 

 -  Pochlebiasz  mi,  Inez  -  odrzekł  markiz,  lecz  w  jego 

głosie zadźwięczał cynizm. 

 - Naprawdę tak myślę - powtórzyła z uporem. - I dlatego 

chcę  ciebie  całować.  Chodź  tu!  Nie  możesz  odmówić  mi 
ostatniego pocałunku. 

Mówiąc  to,  wyciągnęła  swe  białe  ramiona,  lecz  markiz 

zaśmiał się i pokręcił głową. 

 - Już się kiedyś na to nabrałem! 
Dobrze wiedział, iż jeśli mężczyzna nachyli się nad leżącą 

w  łóżku  kobietą  i  ona  go  do  siebie  przyciągnie,  będzie 
bezradny.  Był  przekonany,  że  to  właśnie  zamierzała  Inez 
Shangarry i tym bardziej pragnął uciec. 

Pomyślał,  że  była  nienasycona.  Nie  wydawała  się 

zmęczona  namiętną  miłością,  podczas  gdy  on  zdecydowanie 
chciał wydostać się z ciepłego i pachnącego pokoju. 

W powietrzu unosił się duszny zapach kwiatów zmieszany 

z  egzotycznymi  perfumami,  których  zawsze  używała  Inez  i 

background image

którymi  -  jak  przekonywali  się  jej  kochankowie  -  na  długo 
przesiąkały ich ubrania. 

Nie  było  wątpliwości  -  pomyślał  markiz  -  że  była 

wyjątkowo piękna. Jednocześnie jednak brakowało jej czegoś, 
czego  nie  umiał  nazwać.  Jak  mało  która  kobieta  umiała 
rozśmieszyć  go  ciętymi  i  inteligentnymi  uwagami,  lecz 
chociaż  ich  związek  był  płomienny  i  burzliwy,  wiedział,  że 
wcale jej nie kocha. 

W  rzeczywistości  jak  zwykle  jego  serce  pozostało 

zupełnie  niewzruszone  i  nawet  gdyby  miał  jej  więcej  nie 
ujrzeć, nie wywarłoby to na nim najmniejszego wrażenia. 

 - Muszę iść, Inez - powiedział. - Dziękuję ci za czarujący 

wieczór;  mam  nadzieję,  że  uda  się  nam  w  najbliższej 
przyszłości zjeść razem kolację. 

Mówiąc to, wziął jej dłoń i uniósł do warg, lecz wówczas 

jej  palce  zacisnęły  się  wokół  jego  ręki  i  powiedziała  z 
naciskiem: 

 -  Pocałuj  mnie,  Osborne,  zostań  ze  mną  jeszcze  trochę! 

Pragnę cię... potrzebuję cię! Nie mogę pozwolić, byś ode mnie 
odszedł! 

W jej głosie zabrzmiała tak wielka namiętność i niemalże 

szalona determinacja, by go zatrzymać, że markiz spojrzał na 
nią zaskoczony. 

W  tejże  chwili  usłyszał  cichy  dźwięk  z  pokoju 

znajdującego się pod nimi. Bardzo cichy, ale zauważył, iż Inez 
też  go  usłyszała.  Przylgnęła  do  markiza  jeszcze  ciaśniej  i 
nieco podniosła głos, mówiąc: 

 -  Kocham  cię,  Osborne!  Kocham  cię!  Pocałuj  mnie! 

Proszę, pocałuj mnie. 

Markiz uwolnił się od niej i szybko przeszedł przez pokój, 

lecz  nie  do  drzwi  prowadzących  na  galeryjkę,  a  do  innych, 
należących  do  garderoby  zajmowanej  przez  lorda 
Shangarry'ego, gdy mieszkał w domu. 

background image

W pokoju panowały ciemności,  lecz  markiz przeszedł  go 

kilkoma  krokami  i  odciągnął  story  zasłaniające  okno.  Noc 
była gwiaździsta, a zza sunących obłoków raz po raz wyłaniał 
się księżyc. Energicznie odsunął okno i wychylił się. 

Jak  się  spodziewał,  od  znajdującego  się  poniżej  dachu 

dzieliło go około dwunastu stóp, a stamtąd skok z wysoka  w 
zaułek. 

Nie tracąc czasu, opuścił się na rękach, a następnie upadł 

lekko  niczym  atleta  na  znajdujący  się  pod  nim  dach.  Potem 
przerzucił  nogi  przez  jego  krawędź  i  tym  razem  za  pomocą 
rynny zszedł na wyboisty bruk zaułka. Usłyszał, jak przy tym 
pękają  pod  pachami  rękawy  jego  fraka,  ale  przecież  krawiec 
nigdy  nie  wyobrażał  sobie,  iż  jego  klient  będzie  oddawał  się 
takim  akrobatycznym  wyczynom,  będąc  odzianym  w 
wieczorowy strój. 

W opustoszałym zaułku kładły się mroczne cienie. Markiz 

szybko  przeskoczył  z  miejsca,  w  którym  stał,  w  ciemność 
padającą  od  stajennych  drzwi.  Wówczas  spojrzał  w  górę,  w 
okno, z którego się opuścił. 

Nie musiał czekać dłużej niż kilka sekund. 
W  otwartym  oknie  pojawiła  się  głowa  mężczyzny,  który 

wychylił  się  i  uważnie  rozejrzał  po  znajdującym  się  pod 
oknem dachu, a następnie po ulicy. 

Markiz 

ani 

drgnął. 

Wyraźnie 

rozpoznał 

lorda 

Shangarry'ego  i  zrozumiał,  że  właśnie  zbiegł  ze  sprytnie 
zastawionej  pułapki.  Pomyślał,  że  chyba  zawdzięcza  to 
jakiemuś  szóstemu  zmysłowi,  iż  odebrał  naleganie  Inez,  by 
został  przy  niej  dłużej,  jako  przesadzone.  Być  może 
wyjątkowo dobrze potrafił przejrzeć zamiary kobiety. 

Już  od  pewnego  czasu  wydawało  mu  się,  że  pragnienie 

Inez,  by  nim  zawładnąć,  narastało  tak,  że  mogło  stać  się 
niebezpieczne. 

background image

Dobrze  wiedział,  że  gdyby  jej  mąż  znalazł  ich  w 

miłosnych uściskach, jak tego chciała, pozostałyby tylko dwa 
wyjścia. Pierwsze: Shangarry rozwiódłby się z nią, w którym 
to  przypadku  koniec  końców  zostałaby  markizą  Linwood,  i 
jakkolwiek gigantyczny byłby skandal i ostracyzm towarzyski, 
ostateczny  skutek  mógłby  ich  usprawiedliwić.  Mógł  się  też 
liczyć  z  tym  (i  markiz  nie  mógł  opędzić  się  tej  myśli),  że 
najprawdopodobniej  lord  Shangarry  domagałby  się  wielkiej 
sumy  pieniędzy,  za  pomocą  których  złagodziłby  znieważone 
uczucia i uciszył dumę. 

Patrząc  na  niego,  rozglądającego  się  w  otwartym  oknie, 

markiz był przekonany, iż obydwoje razem uknuli spisek. 

Teraz,  kiedy  o  tym  rozmyślał,  przypomniało  mu  się,  że 

ktoś w klubie nadmienił, iż Shangarry miał poważne długi. A 
z tego, co mówiła Inez, mógł się domyślać, że trudno im było 
związać koniec z końcem. 

Jakież  więc  mogło  być  lepsze  rozwiązanie,  z  ich  punktu 

widzenia,  niż  znaleźć  się  w  sytuacji  umożliwiającej  szantaż, 
oczywiście  dyskretny,  kogoś  tak  bogatego  jak  on.  Wiedzieli, 
że nie chciałby być uwikłany w coś tak przykrego jak sprawa 
sądowa,  a  na  pewno  był  w  stanie  sowicie  zapłacić  za  swą 
swawolę. 

„Byłem głupcem" - powiedział do siebie markiz. 
A  gdy  lord  Shangarry,  przechytrzony  przez  swą  ofiarę, 

zamknął z trzaskiem okno, markiz zaklął po cichu. 

 -  Niech  cię  diabli  wezmą,  kobieto!  Do  diabła  z 

wszystkimi  kobietami!  Nienawidzę  wszystkich!  Zawsze 
nienawidziłem! 

Ta zawziętość zaskoczyła nawet jego samego, a jednak do 

pewnego  stopnia  mówił  prawdę.  Rzeczywiście  nie  lubił  płci 
żeńskiej.  Chociaż  posługiwał  się  kobietami  dla  swych 
własnych  celów  i  czerpał  przelotną  i  bardzo  nietrwałą 
przyjemność  z  ich  bliskości,  gdy  poddawały  się  jego 

background image

pragnieniom,  nigdy  nie  spotkał  kobiety,  której  towarzystwo 
przedkładałby  nad  męską  kompanię  lub  którą  opuszczałby  z 
poczuciem żalu. 

Pomyślał,  że  dzisiejsze  zachowanie  Inez  jest  typowe  dla 

damskiej połowy rodzaju. 

Patrząc wstecz, mógł dostrzec, jak stopniowo wkradła się 

w jego świadomość i jak sam fakt, że wszyscy inni mężczyźni 
wychwalali  ją,  sprawił,  iż  wydała  mu  się  bardziej  godna 
pożądania, niż  w  istocie  była.  A  tak  naprawdę  była  podobna 
do  wszystkich  innych  kobiet,  które  obdarzył  względami.  Nie 
odznaczała się niczym szczególnym.  

Teraz  mógł  jedynie  złorzeczyć  sobie,  że  zachował  się 

bezmyślnie,  niczym  niedojrzały  młodziak,  i  o  mało  co  nie 
wpadł  w  sidła,  z  których  trudno  byłoby  się  wyplątać, 
zachowując godność. 

 - Żeby ją... żeby ich oboje diabli...! 
Następnie, gdy upewnił się, że lord Shangarry nie spoziera 

już  przez  okno,  odwrócił  się  i  zaczął  iść  zaułkiem.  Mijając 
stajnie, słyszał poruszające się niespokojnie w boksach konie i 
od  czasu  do  czasu  poświstywanie  stajennego,  którego 
przetrzymano  do  późna  i  który  przed  spoczynkiem  czyścił 
swych podopiecznych. Pachniało sianem, skórą i końmi. 

Markiz  dobrze  znał  te  zapachy.  Przypominały  mu  wieś  i 

wywołały  nagłe  pragnienie  ucieczki  od  Londynu,  plotek  i 
intryg, których nie cierpiał, a szczególnie, gdy dotyczyły jego 
samego. 

Uszedł  spory  kawałek,  gdy  nagle  zatrzymał  się, 

przypomniawszy sobie, że chociaż zręcznie udało mu się uciec 
z  domu  Shangarrych,  pozostawił  tam  dwa  obciążające  go 
dowody: cylinder i wieczorowy płaszcz. Przyszły mu na myśl 
dopiero  wtedy,  gdy  zadygotał  od  styczniowego  wiatru 
wiejącego zaułkiem i kiedy poczuł mroźne powietrze na czole. 

background image

Shangarry prawdopodobnie zauważył obie rzeczy w holu i 

niewątpliwie właśnie w tej chwili zastanawia się z małżonką, 
jak je wykorzystać. 

Markiz gniewnie zacisnął zęby. 
Dlaczego,  zapytywał  sam  siebie,  nie  był  bardziej 

podejrzliwy, 

gdy 

Inez 

Shangarry 

bez 

zająknięcia 

poinformowała  go,  że  jej  męża  wieczorem  nie  będzie  w 
Londynie. 

 -  Patrick  jedzie  w  odwiedziny  do  przyjaciół  w  Epsom  - 

powiedziała.  -  Chce  obejrzeć  ich  konie.  Teraz  wcześnie  się 
ściemnia, więc nie zdąży wrócić do domu. 

Wtedy  historyjka  wydała  mu  się  całkiem  wiarygodna. 

Lecz  teraz  powiedział  sobie,  że  było  to  nadzwyczaj  głupie  z 
jego strony myśleć, iż jakikolwiek troskliwy mąż zostawi żonę 
samą  w  Londynie, będąc w pełni  świadomym, kto będzie jej 
towarzyszył podczas jego nieobecności. 

„Nie doceniłem własnej reputacji" - rzekł sam do siebie. - 

„A z reguły tak nie postępuję". 

W obecnej chwili nic nie mógł na to poradzić, lecz gdy tak 

szedł, z  wściekłością  myślał  o cylindrze i  płaszczu podbitym 
podszewką  ź  czerwonej  satyny,  spoczywających  na 
mahoniowym krześle w wąskim i nieładnym holu. 

Przypomniał  sobie,  że  gdy  wrócili  z  restauracji,  gdzie 

zjedli  razem  kolację  w  oddzielnym  pomieszczeniu,  aby  nikt 
ich ze sobą nie zobaczył, ogarnęło ich płomienne pożądanie i 
Inez pośpieszyła z nim na górę, nawet nie zatrzymując się  w 
saloniku na szklaneczkę wina, jak mieli w zwyczaju. 

Wydawało  mu  się,  że  dokładnie  pamięta  jej  słowa: 

"Zostaw  rzeczy  tutaj"  i  jak  niemal  automatycznie  odłożył 
cylinder i zsunął z ramion płaszcz. 

Potem poprowadziła go na górę, jej obszerne marszczone 

spódnice  ocierały  się  uwodzicielsko  o  poręcze,  a  biała  skóra 
szyi i ramion lśniła w przygaszonym gazowym świetle. 

background image

„Zasłużyłem  sobie  na  to  wszystko!"  -  strofował  się 

rozsierdzony  markiz.  -  „W  moim  wieku,  z  moim 
doświadczeniem,  powinienem  był  nauczyć  się,  żeby  nie  ufać 
nikomu, a już najmniej kobiecie!" 

Od czynionych sobie wyrzutów nie zrobiło mu się cieplej, 

więc  przyśpieszył  kroku.  dochodząc  do  końca  zaułka  i 
skręcając w inną ulicę, gdzie okna domów wychodziły wprost 
na chodnik. 

Nie  uszedł  więcej  niż  kilka  kroków,  gdy  nagle  coś  z 

głuchym  odgłosem  upadło  u  jego  stóp.  Instynktownie 
odskoczył,  zdając  sobie  sprawę  z  tego,  że  gdyby  tym  czymś 
dostał w głowę, zostałby powalony. 

Spojrzał  w  dół  i  zobaczył  walizę,  elegancką,  kosztowną 

walizę,  z  jaką  damy  podróżowały  pociągiem  lub 
pocztylionem. 

Markiz  wpatrywał  się  w  nią  zaskoczony.  Następnie,  gdy 

uniósł  głowę,  aby  zobaczyć,  skąd  się  wzięła,  usłyszał  głos 
wołający: - Ratunku! Pomocy! 

Spojrzał  w  górę  i  ze  zdumieniem  zobaczył  tuż  nad  sobą 

kobietę  uwieszoną  na  sznurze.  Jej  szerokie  spódnice 
wzdymały się na wietrze i wydawało się, że to one utrzymują 
ją w powietrzu. 

Dopiero wtedy uświadomił sobie, że sznur jest  za  krótki. 

Kobieta  znalazła  się  w  rozpaczliwej  sytuacji,  bowiem  nie 
dosięgała  ziemi,  a  sznurowi  brakowało  co  najmniej  sześciu 
stóp. 

 - Pomocy! - krzyknęła znowu. - Pomocy! 
Nie  pomyślawszy  nawet  nad  tym,  co  robi,  markiz 

podszedł i wyciągnął ramiona, chwytając ją ponad kostkami i 
mocno trzymając. 

Zdał sobie sprawę, jak bardzo jest lekka, więc ująwszy ją 

mocno, powiedział: 

background image

 - Może pani puścić. Nie pozwolę pani spaść. Musiała  go 

usłuchać,  ponieważ  poczuł,  jak  się  pochyla,  aby  oprzeć  się 
dłońmi  o  jego  ramiona.  Powoli  opuścił  ją  na  dół, 
przytrzymawszy  w  pasie,  póki  nie  postawiła  stóp  na  ziemi. 
Wtedy zauważył, że była ubrana w kosztowne jedwabie, a jej 
delikatny, świeży zapach przypominał mu wiosenne kwiaty. 

Gdy  tylko  ją  puścił,  zaczęła  porządkować  spódnice  i 

obciągać mankiety obcisłego spencerka. 

 -  Dziękuję  -  powiedziała.  -  Obawiałam  się,  że  sznur  nie 

będzie wystarczająco długi, ale musiałam ryzykować. 

 -  A  gdzież  jest  ów  dżentelmen,  który  powinien  pani 

pomagać w ucieczce? - zapytał rozbawionym głosem markiz. - 
Czy nie powinien już tu być? 

 - To wcale nie tak! - odparła ostro. 
Teraz w świetle księżyca zobaczył, że była bardzo młoda, 

zaledwie dziewczę, a gdy wiatr podniósł brzeg czepka, ujrzał 
małą, spiczastą buzię i - jak pomyślał - ogromne oczy. 

 - Pani nie ucieka z ukochanym? - zapytał. 
 - Oczywiście, że nie! Uciekam od mężczyzny, a nie do! - 

powiedziała.  -  Jeżeli  chce  pan  znać  prawdę,  to  nienawidzę 
mężczyzn! Nienawidzę ich wszystkich! 

Markiz  roześmiał  się,  a  gdy  spojrzała  na  niego 

zaskoczona, wyjaśnił: 

 -  Właśnie  taką  opinię  sam  wyraziłem,  choć  w  moim 

przypadku nienawiść odnosiła się do kobiet! 

Nie  wydawała  się  zainteresowana  jego  wyjaśnieniem. 

Schyliła  się  po  walizę.  Prawie  nie  mogła  jej  unieść,  ale 
dźwignęła ją obiema rękami, a było coś tak młodzieńczego w 
jej postaci, że markiz powiedział: 

 -  Jeżeli  zamierza  pani  uciekać  sama,  to  na  pani  miejscu 

zastanowiłbym  się  raz  jeszcze.  Nie  da  pani  sobie  rady  bez 
żadnej  opieki!  Proszę  więc  być  grzeczną,  iść  do  domu  i 

background image

przemyśleć to ponownie. Nie sądzę, aby było tak źle, jak pani 
podejrzewa. 

 - Ani mi się śni. 
 -  A  zatem  bez  wątpienia  moim  obowiązkiem  jest  tego 

dopilnować - odparł markiz. 

Wydała  cichy  okrzyk  i  upuściła  walizę  -  tym  razem 

markizowi  na stopę. A potem, zanim zdążył  się  zorientować, 
co  się  dzieje,  pobiegła  w  dół  ulicą  tak  szybko,  że  spódnice 
rozwiewały się za nią. 

 - Hej! Stój! - krzyknął markiz. - To nie ma nic wspólnego 

ze mną! Mówię ci, zatrzymaj się! 

Chwycił walizę, zamierzając pobiec za nieznajomą, ale w 

tej  samej  chwili  spostrzegł,  że  ktoś  się  wyłonił  z  cienia  u 
końca ulicy i usłyszał okrzyk strachu dziewczyny. 

Mimo  że  niósł  walizę,  która  rzeczywiście  była  dość 

ciężka,  markiz  szybko  pośpieszył  ku  uciekinierce, 
szamoczącej  się  z  kimś.  Dostrzegł,  że  był  to  jeden  z 
obdartusów,  którzy  całymi  dniami  i  nocami  włóczyli  się  po 
ulicach  w  nadziei  zarobienia  kilku  pensów  za  przytrzymanie 
koni lub, niewątpliwie, jeśli nadarzy się okazja, wypatroszenia 
czyjejś kieszeni. 

 -  Mam  ją,  szefie!  Trzymam  ją,  szefie!  -  powiedział 

mężczyzna do zbliżającego się markiza. 

 -  Puść  mnie!  Jak  śmiesz  mnie  dotykać?!  -  wołała  z 

wściekłością,  starając  się  szarpnięciami  uwolnić  dłoń,  którą 
mężczyzna trzymał żelaznym uściskiem. 

 -  Puść  ją!  -  powiedział  rozkazująco  markiz.  Wyjął  z 

kieszeni monetę i rzucił na ziemię. - A teraz zmiataj! 

Mężczyzna  schylił  się  po  pieniądz  i  wykonał  polecenie. 

Podczas  gdy  dziewczyna  stała  i  rozcierała  przeguby,  markiz 
mówił cicho: 

 -  Nie  ma  potrzeby  uciekać  przede  mną.  Pani 

postępowanie zupełnie mnie nie obchodzi, ale jak mi się zdaje, 

background image

już pani się przekonała, że młoda kobieta, która sama porusza 
się o tej porze po ulicach miasta, może wpaść w tarapaty. 

 - Miałam nadzieję, że znajdę powóz. 
 - Może będzie na placu Grosvenor - powiedział markiz. - 

Idę tam. Jeżeli pani sobie życzy, poniosę pani walizę. 

 -  Dziękuję  -  odpowiedziała  dziewczyna,  -  Myślałam,  że 

może będzie powóz na postoju na placu Berkeley. - Urwała, a 
po  chwili  dodała:  -  Mówiąc  szczerze,  nigdy  jeszcze  nie 
podróżowałam powozem. To byłaby przygoda sama w sobie! 

 - Jeżeli szuka pani przygód - rzekł markiz - to przychodzą 

mi  na  myśl  mniej  niebezpieczne  niż  spacer  po  Londynie  w 
środku nocy. 

 -  Nie  robię  tego  dla  przyjemności!  -  odparła  ostro.  - 

Muszę uciec! Jeżeli zostanę... 

Zamilkła,  jakby  poczuła,  że  nie  powinna  się  zwierzać, 

więc szli w milczeniu. 

Wiatr, który uderzył  w nich na rogu Carlos Place przejął 

dreszczem  markiza,  który  uświadomił  sobie,  że  jego 
towarzyszka też dygoce. 

 - Chyba wzięła pani ze sobą pelerynę? - zapytał. 
 -  Mam  szal  w  walizie  -  odrzekła  -  ale  trudno  byłoby  mi 

zejść po sznurze, gdybym coś miała na ramionach. 

 -  Rzeczywiście  -  powiedział.  -  Jest  to  dość  niewygodny 

sposób na opuszczenie rezydencji. 

 -  Nocą  w  holu  siedzi  lokaj  -  mówiła  dalej  dziewczyna 

takim  tonem,  jakby  markiz  był  zupełnie  tępy.  -  Poza  tym 
pomyślałam,  że gdybym usiłowała wyjść którymiś drzwiami, 
mogliby mnie usłyszeć służący. W spiżarni śpi drugi lokaj. 

 - Doskonale rozumiem pani kłopot! 
Usłyszała  śmiech  w  jego  głosie,  więc  powiedziała  ze 

złością: 

background image

 -  Może  panu  się  to  wydaje  zabawne,  ale  ja  musiałam  to 

bardzo dokładnie obmyślić i  gdy wydało  mi  się, że chce pan 
popsuć mi wszystkie plany, oczywiście musiałam uciekać. 

 - Oczywiście! - zgodził się markiz. 
 - A teraz jest mi już tylko potrzebny powóz: 
 -  Dokąd  pani  chce  się  udać?  -  zapytał  markiz.  -  Zwykle 

woźnice nie mają ochoty na dalekie trasy o tej porze. 

 - Jadę do Egiptu. 
 - Do Egiptu? - powtórzył osłupiały markiz: 
 - Jadę odnaleźć mojego ojca. 
 - I naprawdę zamierza pani jechać tam sama? 
 - Nie mam nikogo, kto by mi towarzyszył - powiedziała - 

a muszę złapać bardzo wcześnie rano pociąg do Southampton, 
zanim mój stryj odkryje, że znikłam. 

Markiz  zwrócił  się  ku  niej,  zaskoczony,  i  nagle 

przypomniał  sobie  o  swym  własnym  kłopocie.  Objawiło  mu 
się  ewentualne  rozwiązanie.  Jego  jacht  stał  w  Southampton. 
Jeżeli wróci do Londynu, zanim Shangarry złoży mu wizytę w 
celu  zwrotu  cylindra  i  płaszcza  oraz  uzyskania  wyjaśnień, 
skąd wzięły się w jego domu, to z pewnością markizowi uda 
się ujść cało. 

Głębiej rozważył tę możliwość. Wydało mu się oczywiste, 

że gdy tylko wyjedzie z Anglii, Shangarry'owie będą  musieli 
znaleźć  sobie  innego  głupca,  który  spłaci  ich  długi.  Nie 
ulegało wątpliwości, że nie będą mogli czekać na jego powrót, 
jeżeli wierzyciele naciskają ich tak, jak słyszał. To, pomyślał z 
uczuciem triumfu, jest właśnie tym, co powinien zrobić. 

Natychmiast  popłynie  jachtem  na  Morze  Śródziemne. 

Zresztą i  tak  za  miesiąc czy dwa miał  zamiar to zrobić. Nikt 
się  nie  zdziwi.  Sezon  strzelecki  już  się  zakończył;  na 
polowanie  było  za  zimno,  a  fakt,  że  opuszcza  Londyn  w 
styczniu, nie wywoła pytań o powody wyjazdu. 

background image

Co  więcej,  pomyślał  markiz,  oznaczałoby  to  punkt  dla 

mnie w potyczce z Inez Shangarry i niepowodzenie jej intryg! 

 -  Do  diabła  ze  wszystkim,  tak  zrobię!  -  powiedział 

półgłosem i przypomniał sobie, że nie jest sam. 

 - Czy pan coś mówił? - zapytała jego towarzyszka. 
 - Tylko do siebie - odrzekł. 
Przez ten czas zdążyli już dojść do placu Grosvenor, lecz 

gdy markiz spojrzał na miejsce koło parku, gdzie zwykle stał 
sznur  powozów  zaprzęgniętych  w  zmęczone  i  niedożywione 
konie, okazało się, że nie ma ani jednego. 

 -  Chyba  rzeczywiście  jest  zbyt  późno  -  nerwowo 

powiedziała towarzysząca mu dziewczyna. 

 -  Obawiam  się,  że  tak  -  przyznał  markiz.  -  Ale  mam 

pewną propozycję, która może okazać się pani pomocna. 

 - To znaczy? - zapytała. 
 -  Mam  zamiar  opuścić  rano  Londyn  -  rzekł.  -  Tak  się 

składa, że ja również będę wyjeżdżał z Southampton i muszę 
dowiedzieć się, jak wygląda rozkład jazdy pociągów. - Gdy to 
powiedział,  zatrzymał  się,  doszedłszy  do  własnego  domu,  po 
czym kontynuował: - Sądzę, że  pani  wie, iż bezpośrednio na 
miejsce  można  dojechać  z  Nine  Elms,  stacji  przed  Clapham 
Junction.  Jeżeli  zechce  pani  poczekać,  podczas  gdy  ja  będę 
sprawdzał  to  w  Bradshawie,  to  przypuszczam,  że  mój  lokaj 
zdoła  w  tym  czasie  zdobyć  powóz,  który  zawiezie  panią  na 
stację. 

 - A dlaczego nie mogę jechać z panem? 
Markiz spojrzał na nią i w świetle księżyca, który właśnie 

wyjrzał zza chmury, wyczytała zdumienie w jego twarzy. 

 -  Ja...  przepraszam  -  powiedziała  kornie.  -  Zdaję  sobie 

sprawę, że nie powinnam była tego proponować. 

 -  Uważam  to  za  całkiem  rozsądną  propozycję  -  odparł 

markiz.  -  Proszę  mi  wybaczyć,  powinienem  był  sam  o  tym 

background image

pomyśleć,  ale  nie  jestem  przyzwyczajony  do  spotkań  z 
młodymi damami, które pragną udać się do Egiptu! 

 - Jestem przyzwyczajona do podróżowania - powiedziała 

prawie wrogo. - Nie musi się pan o mnie martwić. 

 - Nie martwię się - odrzekł markiz - ale jeśli mogłoby to 

być  jakkolwiek  pomocne,  z  największą  przyjemnością 
odprowadzę panią na stację. - Mówiąc to, podszedł do drzwi. 

Dom  był  wielki  i  imponujący.  Nieznajoma  popatrzyła  na 

niego jakby niepewnie, zanim się odezwała: 

 -  Chyba  nie  powinnam...  rzeczywiście  wchodzić...  do 

pana domu... sam na sam... z panem. 

 -  Jeżeli  martwi  panią  stosowność  takiego  zachowania  - 

odparł  markiz  -  to  śmiem  zauważyć,  że  taki  krok  niewiele 
różni  się  od  ucieczki  po  sznurze  z  własnego  domu,  a  jeżeli 
obawia  się  pani  moich  zamiarów,  to  pozwoli  pani,  że  ją 
poinformuję,  iż  mówiłem  szczerą  prawdę  o  nienawiści  do 
kobiet! 

 - Tak właśnie jak ja nienawidzę mężczyzn - powiedziała. 
A  markizowi  wydało  się,  że  jej  wargi  ułożyły  się  w 

całkiem pociągający uśmiech. 

 - A więc przynajmniej co do tego jesteśmy zgodni - rzekł. 

-  Uważam,  że  mądrzej  pani  postąpi  wchodząc  do  środka  niż 
pozostając na tym zimnie, które  łatwo  może doprowadzić do 
zapalenia płuc. 

 - Dziękuję. - Jego towarzyszka z godnością skinęła głową. 

- Rzeczywiście czuję, że przemarzłam. 

Markiz  zapukał  do  drzwi,  które  niemal  natychmiast 

zostały  otworzone  przez  lokaja,  czekającego  w  holu  w 
wyściełanym  fotelu  o  zaokrąglonym  oparciu.  Wydawał  się 
zaskoczony  widokiem  pana  bez  kapelusza  i  płaszcza, 
wracającego najwyraźniej pieszo i niosącego walizę. 

Markiz podał ją lokajowi. 

background image

 - James, przynieś do biblioteki coś ciepłego do picia i coś 

do  zjedzenia  -  rozkazał.  -  Powiedz  Hignetowi,  żeby  się  nami 
zajął. 

 - Oczywiście, milordzie. 
Markiz  przeszedł  przez  hol  do  znajdujących  się  na  jego 

końcu drzwi i otworzył je. 

Dziewczyna  weszła  pierwsza  do  dużej  biblioteki,  której 

okna  wychodziły  na  ogród  znajdujący  się  na  tyłach  domu. 
Paliło się kilka lamp. Lokaj, który udał się za nimi do pokoju, 
podkręcił 

gaz, 

oświetlając 

wygodnie 

umeblowane 

pomieszczenie  pełne  książek,  dające  świadectwo  luksusowi  i 
bogactwu. 

Markiz podszedł do biurka i otworzył kilka szuflad, zanim 

znalazł  to,  czego  szukał.  Potem  skierował  się  do  kominka, 
gdzie  przycupnęła  dziewczyna,  wyciągając  dłonie  ku 
płomieniom. 

 -  Bardzo  niemądrze  zrobiłam,  że  nie  wzięłam  płaszcza  - 

powiedziała.  -  Teraz  przyszło  mi  do  głowy,  że  mogłam 
wyrzucić go przez okno razem z walizą. 

 - Która mało brakowało, a trafiłaby mnie - odparł markiz. 

-  Sadze,  że  gdyby  nagle  spowiły  mnie  fałdy  ciężkiego 
płaszcza, mogłoby to całkiem odebrać mi odwagę. 

 -  Nie  spodziewałam  się,  że  o  tej  porze  ktokolwiek 

znajdzie się pod oknem! 

Spojrzała na niego, a wówczas przekonał się, że nie mylił 

się  sądząc,  iż  była  ładna  i  miała  duże  oczy.  Oczy  wielkie, 
ciemnoszare,  niemalże  wypełniające  całą  twarz  dziewczyny, 
która w świetle kominka zdawała się drobna i szczupła. 

 -  A  może  teraz  przedstawilibyśmy  się  sobie?  - 

zaproponował  markiz.  -  Przyznaję,  że  ciekawy  jestem, 
dlaczego pani wyrusza w tę długą i trudną podróż sama. 

 - Nazywam się Szikara Bartlett. 

background image

 - Szikara? - powtórzył markiz. - Nigdy wcześniej takiego 

imienia nie słyszałem. 

 -  To  hinduskie  imię  -  wyjaśniła.  -  Mój  ojciec  tuż  przed 

moim  urodzeniem  był  na  wyprawie  naukowej  w  Indiach. 
Mama  mówiła,  że  postanowił  dać  mi  hinduskie  imię, 
ponieważ bardzo mu się tamtejsze imiona podobały. 

 - Pani ojciec jest badaczem? 
 - Nie, archeologiem. 
 -  Oczywiście!  -  wykrzyknął  markiz.  -  Profesor  Richard 

Bartlett.  Słyszałem  o  nim.  Czytałem  jego  książkę  o 
znaleziskach w Persji. 

 - Papa jest sławnym człowiekiem - powiedziała Szikara - 

ale  od  prawie  dziewięciu  miesięcy  nie  miałam  od  niego 
wiadomości. Martwię się... bardzo się  martwię, co  mogło się 
mu przytrafić. 

 - Powiedziała pani, że jest on w Egipcie? 
 - Tak. Wyruszył zeszłego roku na wiosnę, by spotkać się 

z panem Auguste'em Mariette'em, który dokonał sensacyjnych 
odkryć  w  pobliżu  piramid.  Napisał  o  tym  do  papy,  a  on 
natychmiast  zdecydował  się  tam  pojechać!  Więc  poprosił 
swego  brata,  sir  Hardwina  Bartletta,  u  którego  mieszkaliśmy, 
aby opiekował się mną. 

 -  Wydaje  mi  się,  że  poznałem  sir  Hardwina  -  rzekł 

markiz, marszcząc brwi. 

 -  Bardzo  mi  przykro  z  tego  powodu  -  powiedziała 

Szikara.  -  To  straszny,  uparty,  zakuty  łeb.  Nienawidzę  go! 
Gdybym  miała  trochę  rozsądku,  powinnam  była  go 
zamordować, zanim uciekłam! 

 - To brzmi bardzo krwiożerczo - zaśmiał się markiz. 
 - Może się pan śmiać - Szikara była zagniewana - ale nie 

wie pan, ile wycierpiałam, mieszkając u niego! 

Mówiąc to, zdjęła kapelusik, a wówczas markiz zobaczył, 

że  ma  jasne,  połyskujące  złociście  włosy.  Skaczące  na 

background image

kominku  płomienie  zdawały  się  ożywiać  je  i  dodawać  im 
blasku  i  markiz  uświadomił  sobie,  że  Szikara  nie  tylko  jest 
ładna, ale ma dziwną, niezwykłą urodę, jakiej nigdy przedtem 
nie widział. 

 -  Jakikolwiek  jest  pani  stryj  -  powiedział  -  z  całą 

pewnością  pani  posunięcie  jest  dość  drastyczne.  Uciec,  nie 
mając pojęcia o niebezpieczeństwach, w jakich może się pani 
znaleźć, zdana tylko na siebie? 

 -  Nie  sądzę,  aby  istniało  coś  gorszego  od  prób 

przekonania  stryja  Hardwina,  że  nie  mam  zamiaru  wyjść  za 
lorda Strouda! 

 - Stroud?! - wykrzyknął markiz. - Jest członkiem mojego 

klubu, ale on jest stary! 

 -  Dokładnie  mówiąc,  ma  czterdzieści  cztery  lata  - 

powiedziała Szikara. - Mimo to stryj Hardwin uważa, że mąż 
wziąłby  mnie  w  karby,  a  ponieważ  jest  moim  opiekunem, 
twierdzi,  iż  nie  mam  nic  do  powiedzenia  w  tej  sprawie...  że 
muszę za lorda wyjść. 

 -  Zgadzam  się,  to  absurdalne  -  przytaknął  markiz.  -  Jest 

pani  o  wiele  za  młoda,  aby  zostać  żoną  człowieka  w  wieku 
Strouda. 

Przypomniał  sobie  spotkania  z  lordem  Stroudem  przy 

różnych  okazjach  parlamentarnych.  Rozmawiał  też  z  nim  u 
White'a.  Zawsze  uważał  Strouda  za  mężczyznę  nudnego  i 
miało  błyskotliwego,  gotowego  do  dłuższych  wywodów  na 
wszelkie  tematy  i  wymuszania  własnej  woli,  bez  względu  na 
czyjąkolwiek opinię. 

 -  Widzi  pan,  cała  rzecz  w  tym, 

że  jestem 

spadkobierczynią - zwierzyła się Szikara. Markiz uniósł brwi, 
a  ona  ciągnęła  dalej:  -  Wiem,  że  to  pospolite  mówić  o 
pieniądzach, lecz nie przypuszczam, aby lord Stroud czy inni 
panowie,  którzy  tak  gorąco  się  do  mnie  zalecali,  płonęli 

background image

równie  mocno,  gdyby  stryj  Hardwin  nie  ujawnił,  że  będę 
bogata, gdy osiągnę wiek dojrzałości. 

 -  Wydaje  mi  się,  że  nie  docenia  pani  swych  osobistych 

powabów - powiedział markiz, krzywiąc wargi. 

 -  Przypuszczam,  że  to  tylko  uatrakcyjnia  ofertę  - 

odparowała  dziewczyna.  -  Wiem,  że  chcą  dostać  w  swe 
chciwe  łapska  te  sto  tysięcy  funtów,  które  zostawiła  mi  po 
śmierci mama. 

 - Ależ to fortuna! - zgodził się markiz. 
 - Tak też im się wydaje - powiedziała Szikara. - Ale ja nie 

zamierzam  wyjść  za  żadnego  z  nich,  i  stryj  Hardwin  może 
robić ze mną, co zechce! 

 - Co pani przez to ma na myśli? - zapytał markiz. 
 - Ach; groził mi biciem, zamknięciem w pokoju o chlebie 

i  wodzie. Uciekał  się do wszelkich możliwych gróźb, ale nie 
poddam się... O, nie! Nawet gdyby to miało mnie zabić! 

Mówiła z taką pasją, aż markiz nie mógł się powstrzymać 

od  uśmiechu.  Była  taka  drobna  i  delikatna,  a  prychała  niby 
tygrysica. 

Uświadomił sobie wtedy, że popełniłby wielki błąd, gdyby 

wplątał  się  w  sprawę  Szikary.  Co  innego  -  bronić  młodej 
dziewczyny, która dosłownie spadła mu z nieba, a zupełnie co 
innego  udzielić  pomocy  spadkobierczyni  uciekającej  od 
prawnego opiekuna. 

 - Z pewnością ma pani krewnych, do których mogłaby się 

udać? - zapytał niepewnie. 

 -  Jeżeli  mnie  zechcą...  w  co  wątpię  -  odparła  Szikara.  - 

Wszyscy oni za bardzo się boją stryja Hardwina, żeby mu się 
przeciwstawić.  To  on  jest  głową  rodziny.  Papa  zawsze 
mawiał,  że  równie  dobrze  można  by  walić  głową  w  skałę 
Gibraltaru, jak próbować coś mu wyperswadować. - Urwała i 
dodała  zniżonym  głosem:  -  Uparł  się  na  moje  małżeństwo  z 

background image

lordem  Stroudem,  a  ja  go  nie  cierpię!  Zamiast  niego 
wolałabym gada! 

 -  Rozumiem  -  zgodził  się  markiz.  -  Jednocześnie...  - 

Zamilkł. 

Zdecydował  się  nie  dyskutować  z  Szikarą,  ale  postawić 

sprawę zupełnie jasno: jej problem jego nie dotyczy i nie ma 
zamiaru się wtrącać. 

Otworzył  Przewodnik Bradshawa,  który trzymał  w dłoni, 

przewrócił kilka kartek i po chwili odezwał się: 

 - O, jest pociąg pospieszny, który wyjeżdża z Nine Elms o 

siódmej  rano.  Przybywa  do  Southampton  o  dziewiątej 
pięćdziesiąt. To znaczy, że powinniśmy wyjść około szóstej. 

 -  Nie  ma  żadnego  wcześniej?  -  zapytała  Szikara.  - 

Pokojówki  wstają  o  wpół  do  szóstej  i  ktoś  może  zobaczyć 
sznur zwisający z mojego okna. 

 -  Jest  pociąg  o  szóstej  trzydzieści  -  odparł  markiz  z 

oczyma  utkwionymi  w  przewodnik  -  lecz  nie  dociera  do 
Southampton wcześniej, bowiem zatrzymuje się po drodze na 
każdej stacji. 

 - Więc chyba muszę zaryzykować - powiedziała. - Raczej 

nie pomyśli, żeby mnie tutaj szukać. 

 - Sądzę, że to mało prawdopodobne - zgodził się markiz. - 

Jeżeli  pojedzie  pani  w  moim  powozie,  to  również  mało 
prawdopodobne,  by  pani  stryj  podejrzewał,  że  to  ja  panią 
eskortuję.  

 -  Ma  pan  rację  -  zgodziła  się.  -  Dziękuję.  Chciałabym  z 

tego skorzystać. 

Drzwi otworzyły się i do biblioteki wszedł kamerdyner. 
 - Pan mnie wzywał, milordzie? 
Mówił  niespiesznie  i  cicho,  jakby  nie  było  nic 

nadzwyczajnego  w  tym,  że  zbudzono  go  w  środku  nocy  i 
kazano zejść na dół. 

background image

 -  Tak,  Hignet  -  przytaknął.  -  Wyjeżdżamy  o  szóstej  do 

Southampton.  Zamierzam  zaokrętować  się  na  jacht.  Zapakuj 
wszystko, czego będę potrzebował. 

 - Na pogodę ciepłą czy zimną, milordzie? 
 - Może popłynę na Morze Śródziemne, a może do Maroka 

- odparł markiz. 

 - Oczywiście, milordzie. 
 - Wydaje mi się, że nie ma potrzeby budzić pani Kingdom 

- powiedział  markiz. - Może ty zaprowadź tę  młodą damę do 
jednej  z  sypialni,  aby  mogła  się  umyć  i  uczesać.  Prosiłem  o 
gorące  napoje  i  coś  do  zjedzenia.  Przypuszczam,  że  są 
przygotowywane? 

 -  Szef  kuchni  został  już  powiadomiony,  milordzie  - 

odrzekł Hignet. - Będzie też potrzebny prowiant na drogę. Czy 
mam przygotować kosz na dwie osoby? 

Markiz zawahał się chwilę, zanim odpowiedział: 
 - Dwa kosze, Hignet. Jestem przekonany, że młoda dama 

będzie  wolała  podróżować  w  przedziale  zarezerwowanym 
tylko dla pań. 

 - Oczywiście, milordzie. 
Hignet  czekał.  Szikara  podeszła  do  niego  i  stanęła  obok, 

trzymając swój kapelusik. 

 -  Jeżeli  będzie  pani  czegokolwiek  potrzebowała,  proszę 

zwrócić się do Higneta - powiedział markiz. 

 - Dziękuję - odrzekła. 
Gdy  markiz  został  sam,  stanął  przed  kominkiem  i 

spoglądając  w  ogień,  natychmiast  wrócił  myślami  do 
własnych kłopotów. Był przekonany, iż jedynym sensownym 
rozwiązaniem  był  wyjazd  z  kraju,  jak  zadecydował. 
Jednocześnie  czuł  złość,  że  musi  wyrzec  się  swej  dumy  i 
uciekać.  Jednakże  to,  co  mu  groziło  było  jeszcze  bardziej 
upokarzające.  Z  całą  pewnością  Shangarry  wyciągnąłby  od 

background image

niego  każdego  pensa,  równocześnie  oczerniając  go  przed 
przyjaciółmi. 

Powiedział  sobie,  że  to  powinno  nauczyć  go  większej 

ostrożności,  w  doborze  towarzystwa  na  przyszłość.  Gdy 
będzie  potrzebował  kobiety,  lepiej  zrobi  ograniczając  się  do 
Cypryjek. 

Nigdy  nie  przepadał  za  towarzystwem  kokot.  Damskie 

uprzejmości  za  pieniądze  zawsze  wydawały  się  mu 
zdecydowanie  niemiłe.  Teraz  zadawał  sobie  pytanie,  czy 
rzeczywiście  istniała  jakaś  różnica  miedzy  kobietami,  które 
otwarcie  domagały  się  zapłaty  za  swe  usługi,  i  kobietami  z 
towarzystwa,  które  oczekiwały  w  zamian  za  ich  tak  zwaną 
miłość  klejnotów  albo  innych  drobiazgów,  które  sobie 
upodobały. 

Cała sprawa, pomyślał markiz, budziła wstręt i prawie jak 

Szikara poczuł radość na myśl, że opuszcza Londyn, uwalnia 
się od towarzyskiej ośmiornicy, która zdawała się chwytać go 
tysiącem macek. 

Z zadowoleniem pomyślał o nowym jachcie oczekującym 

na niego w Southampton. To prawdziwe błogosławieństwo, że 
otrzymał  go  miesiąc  temu.  Czekał  tylko  okazji,  żeby  go 
wypróbować,  i  chociaż  nie  brał  pod  uwagę  niczego  tak 
kapryśnego 

jak 

styczniowe 

morza, 

istniało 

prawdopodobieństwo,  że  warunki  w  Zatoce  Biskajskiej  nie 
będą gorsze niż w marcu albo w kwietniu. 

„Przez cały rok nikt nie może być pewny pogody" - rzekł 

do siebie. 

Przypomniał  sobie  z  zadowoleniem,  że  jakkolwiek 

wzburzone  bywały  morza,  ani  on,  ani  Hignet  nigdy  nie 
zapadali  na  chorobę  morską.  Podróżowali  już  razem  przez 
różne części świata i  markiz wiedział, że na ile by przeszkód 
nie  natknęli  się  w  drodze,  Hignet  pozostawał  sobą, 

background image

niewzruszony,  pomysłowy  i  zawsze  gotowy  radzić  sobie  w 
każdej sytuacji. 

I  nagle  markiz  poczuł  się  jak  chłopiec  wyruszający  na 

wakacje. 

Popłynę do jednego z krajów arabskich - zdecydował. - To 

męski  świat,  gdzie  tubylcy  są  na  tyle  rozsądni,  że  trzymają 
swe  kobiety  pod  kluczem  i  zasłonięte  po  oczy,  żeby  nikogo 
innego nie kusiły. 

Roześmiał  się,  świadom,  że  upłynie  dużo  czasu,  zanim 

zatrze się przykre wspomnienie tego, jak mało brakowało, by 
został wymanewrowany przez kobietę. 

Myślał jeszcze o Inez Shangarry, gdy otworzyły się drzwi 

i wróciła Szikara. Zdjęła żakiecik i zarzuciła na ramiona szal. 
Pod nim miała muślinową bluzkę z koronkowymi wstawkami, 
w  której  wyglądała  na  jeszcze  szczuplejszą  i  kruchszą  niż 
poprzednio. 

Instynktownie chciał ją zganić, że nie pozwala mu zawieźć 

się  z  powrotem  do  opiekuna  i  upiera  się  przy  szalonej 
eskapadzie.  Potem  nakazał  sobie  zamilknąć  i  nie  zawracać 
głowy  kimś,  kto  nie  mógłby  nawet  w  przelocie  myśli 
zasługiwać  na  jego  uwagę.  Spotkał  Szikarę  zupełnie 
przypadkowo, i to wszystko. 

Następnie  do  pokoju  weszło  dwóch  lokajów,  niosąc  stół, 

który postawili koło kominka. 

 - Kucharz prosi o wyrozumiałość, milordzie - odezwał się 

jeden  z  nich  -  ale  sądził,  iż  może  panu  się  śpieszy,  więc 
przygotował  proste  dania,  nie  wymagające  dużo  czasu.  Ma 
nadzieję, iż nie będzie pan rozczarowany, milordzie. 

 -  Chyba  damy  sobie  radę  -  powiedział  przyzwalająco 

markiz. 

Drugi  lokaj  otworzył  butelkę  wina.  Markiz  popróbował  i 

skinął głową. 

background image

 -  Mam  nadzieję,  że  napije  się  pani  nieco  wina,  panno 

Bartlett - powiedział do Szikary. - Rozgrzeje i da pani siły na 
podróż. 

 -  Szczerze  mówiąc,  jestem  bardzo  głodna  -  odrzekła 

Szikara.  -  Pokłóciłam  się  strasznie  ze  stryjem  Hardwinem 
przed  kolacją  i  odmówiłam  przyjścia  na  posiłek.  Oczywiście 
nie rozpieszcza mnie, więc nie przysłał mi nic do zjedzenia do 
pokoju. 

 - Czas to nadrobić - zaproponował markiz, zauważywszy 

z satysfakcją, że  mimo przeprosin kucharza na stole znalazła 
się pokaźna liczba srebrnych półmisków. 

W  rzeczywistości  jedzenia  było  tak  dużo,  że  na  długo 

przed  podaniem  ostatniego  dania  Szikara  oświadczyła,  iż  nie 
zje już nic więcej. 

 - Hignet postara się, żeby dostarczono pani do przedziału 

kosz  z  prowiantem  -  powiedział  markiz.  -  Zajedziemy  do 
Southampton  wcześnie,  więc  na  pewno  znajdzie  pani  jakiś 
statek,  który  będzie  odpływał  w  ciągu  dnia.  Przykro  mi,  ale 
Bradshaw nie podaje żeglarskiego „rozkładu jazdy". 

 -  Z  pewnością  coś  znajdę  -  stwierdziła  z  przekonaniem 

Szikara.  -  A  gdy  tylko  wypłynę  na  morze,  naprawdę  poczuję 
się uwolniona od stryja Hardwina. 

 -  Czy  pani  się  go  boi?  -  zapytał  markiz.  -  Nie  wygląda 

pani  na  osobę,  która  by  bała  się  czegokolwiek  lub 
kogokolwiek. 

 - Szczerze mówiąc, napawa mnie strachem - odezwała się 

cichym  głosikiem.  -  Jest  taki  wielki,  a  gdy  mówi,  że  mnie 
zbije, jeżeli nie wyjdę za lorda Strouda, to wiem, iż to zrobi. 

 - Z pewnością pani ojciec takich metod nie aprobuje? 
 - Oczywiście, że nie! Papa jest najmilszym człowiekiem, 

jakiego  sobie  można  wyobrazić.  -  Uśmiechnęła  się  tęsknie.  - 
Niestety,  zapomina  o  moim  istnieniu,  gdy  wpadnie  w 
podniecenie na widok jakiejś wykopanej z grobowca kobiety, 

background image

która  żyła  trzy  tysiące  lat  temu,  albo  na  widok  rzeźbionego 
zwierzaka, który stracił i nogę, i łeb! 

Markiz zaśmiał się. 
 -  Na  pewno  jest  to  frustrujące,  lecz  niestety  jest  to  cena, 

jaką musi płacić córka sławnego ojca. 

 -  Chciałabym  tylko  wiedzieć,  co  się  z  nim  stało  - 

powiedziała Szikara. - Napisałam do monsieur Mariette'a, ale 
mam wrażenie, iż nie otrzymał mojego listu, stryj Hardwin zaś 
twierdzi z przekonaniem, iż papa nie żyje! 

 - Skąd ma taką pewność? 
 -  Ponieważ  papa  zawsze  pisywał  do  mnie  przynajmniej 

raz na miesiąc... nigdy się nie spóźniał... tak samo pisywał do 
mamy co tydzień, gdy wyjeżdżał na swe ekspedycje. 

 - Jak zrozumiałem, pani matka nie żyje. 
 -  Tak,  umarła  trzy  lata  temu.  Wiem,  że  gdyby  żyła,  nie 

pozwoliłaby  stryjowi  Hardwinowi  zmuszać  mnie  do 
małżeństwa z kimś, kogo nie... kocham. 

 - Myślałem, że pani nienawidzi mężczyzn? - przypomniał 

markiz. - A mimo to wyraża pani nadzieję, że kogoś pokocha. 

 -  Mężczyzny  nigdy  -  oznajmiła  zdecydowanie  Szikara.  - 

Nienawidzę  ich,  gdy  usiłują  do  czegoś  mnie  zmusić, 
nienawidzę  ich,  gdy  ich  oczy  mają  taki  głupi,  rozbiegany 
wyraz  i  gdy  chcą  mnie  dotykać.  -  Westchnęła.  -  Kiedy 
powiedziałam  o  tym  stryjowi,  stwierdził,  że  jestem 
nienormalna,  ale  nie  rozumiem,  dlaczego  mam  mówić,  że 
kogoś  lubię,  jeżeli  go  nie  lubię, a  mężczyźni  są  odrażający... 
wszyscy, każdy z nich. 

 -  Chyba  faktycznie  powinienem  poczuć  się  urażony,  gdy 

pani tak mówi - powiedział markiz. 

Spojrzała na niego i  ku swemu  zaskoczeniu pomyślał, że 

po raz pierwszy wzięła pod uwagę, że jest on mężczyzną. 

 -  Pan  jest  inny,  bo  pan  twierdzi,  że  nienawidzi  kobiet  - 

odrzekła.  -  Gdyby  usiłował  pan  do  czegoś  mnie  zmusić  albo 

background image

gdyby  patrzył  pan  na  mnie  w  taki  ckliwy  sposób,  też  bym 
pana znienawidziła! 

 - Będę bardzo uważał, by jednego i drugiego uniknąć! 
 -  Znowu  się  pan  ze  mnie  śmieje  -  powiedziała 

oskarżycielsko.  -  Ale  ponieważ  po  przyjeździe  do 
Southampton  nigdy  więcej  się  nie  zobaczymy,  nie  widzę 
przeszkód, by mówić panu prawdę. 

 -  W  takich  okolicznościach  wolę  usłyszeć  prawdę. 

Szikara  oparła  rękę  na  stole,  wspierając  podbródek  na  dłoni. 
Przyjrzała się markizowi z zadumą i oznajmiła: 

 -  Ciekawa  jestem,  czy  naprawdę  pan  tak  uważa.  Mam 

wrażenie,  że  jest  pan  przyzwyczajony  do  kobiecego 
nadskakiwania, przymilania się. Oto dlaczego one pana nudzą. 

 - Obawiam się, że jest pani kłopotliwie spostrzegawcza - 

zauważył markiz. 

 - To prawda, czyż nie? - zapytała Szikara. - Widzę, że jest 

pan bardzo bogaty, a ponieważ na dodatek ma pan tytuł, więc 
kobiety  ścigają  pana  jak  sfora  głodnych  psów.  To  w  istocie 
raczej  przerażające,  gdy  o  tym  pomyśleć.  Nie  chcą  pana... 
chcą tego, co pan posiada. 

 - Jest pani zbyt młoda na taki cynizm - zganił ją markiz. 
 -  Naprawdę  nie  jestem  cyniczna  -  odrzekła  Szikara.  - 

Mówię  tylko  prawdę.  Niewielu  ludzi  mówi  prawdę.  Papa 
twierdzi, że prawdą można napytać sobie wielu kłopotów, ale 
on  ma  na  myśli  wydarzenia  sprzed  stuleci  i  niewielu  może  z 
nim  na  te  tematy  podyskutować.  Wszystko,  co  ja  powiem, 
powoduje natychmiastową dyskusję z otoczeniem. 

 -  Jeżeli  jest  pani  zawsze  tak  szczera  jak  ze  mną  - 

powiedział oschle markiz - wcale mnie to nie dziwi! 

 - Przykro mi, jeżeli pana uraziłam - przeprosiła Szikara. - 

Ostatecznie  powinnam  być  wdzięczna  za  pańską  opiekę  i 
naprawdę  jestem  bardzo  zobowiązana,  że  zawiezie  mnie  pan 

background image

na  dworzec.  -  Mówiąc  to  zerknęła  na  zegar.  -  Czy  nie 
powinniśmy się szykować? 

 -  Nie  ma  pośpiechu  -  odrzekł  markiz.  -  A  szczerze 

mówiąc, obawiam się, że bardzo pani zmarznie bez peleryny. 

Gdy  to  mówił,  zadzwonił  dzwonkiem  i  w  tejże  chwili 

pojawił się lokaj. 

 -  Zapytaj  Higneta,  czy  w  domu  nie  znalazłoby  się  jakieś 

okrycie, mogące posłużyć za płaszcz lub pelerynę dla panienki 
-  powiedział.  -  Może  lady  Sarah  zostawiła  coś,  gdy  ostatnim 
razem się tutaj zatrzymała. 

 - Dowiem się, milordzie. 
 - Kim jest lady Sarah? - zapytała z ciekawością Szikara. 
 -  To  moja  siostra  -  odparł  markiz.  -  Jest  zamężna  i 

mieszka na wsi, a gdy przyjeżdża do Londynu, korzysta z tego 
domu jak z hotelu. Zwykle pozostawia po sobie stosy różnych 
rzeczy.  Niektóre  przechowujemy  aż  do  następnej  wizyty,  ale 
niemało  musimy  dostarczyć  do  jej  wiejskiej  siedziby,  co  jest 
zarazem niewygodne i kosztowne! 

Szikara zaśmiała się. 
 - Miejmy nadzieję, że tym razem pańska siostra zostawiła 

coś naprawdę użytecznego! 

Jej życzeniu stało się zadość. Niebawem zjawił się Hignet, 

niosąc płaszcz z czarnego aksamitu, podbity sobolami. 

 -  Nic  innego  nie  znalazłem,  milordzie.  Szanowna  pani 

wkłada go, gdy wybiera się do teatru. 

 -  Sądzę,  że  jest  to  zupełnie  do  przyjęcia  -  powiedział 

markiz. 

Szikara wydała cichy okrzyk. 
 -  Przecież  to  ogromnie  cenna  rzecz!  Pańska  siostra  nie 

będzie  zachwycona,  jeśli  go  pożyczę,  tym  bardziej  że  może 
nie odzyskać płaszcza przed moim powrotem. 

background image

 -  Zaryzykujmy  jej  gniew  -  powiedział  markiz.  -  Niech 

pani  pomyśli,  jak  bardzo  moje  sumienie  będzie  obciążone, 
jeżeli umrze pani na zapalenie płuc w drodze do Egiptu. 

 -  W  takim  razie  -  rzekła  Szikara.,  rzucając  mu  kose 

spojrzenie 

przyjmuję  tę  szczodrość  z  ogromną 

wdzięcznością. 

Płaszcz  okazał  się  bardzo  twarzowy,  gdy  tuż  przed 

wyjściem z domu włożyła go na siebie. 

Wygodny powóz markiza, ciągniony przez czwórkę koni, 

czekał  na  zewnątrz.  Tuż  za  nim  stał  drugi,  w  którym  miał 
jechać  Hignet  z  bagażami.  W  tym  także  z  walizą  Szikary, 
która  w  oczach  właścicielki  wyglądała  bardzo  niepozornie 
obok sterty kufrów należących do markiza. 

Szikara  wsiadła  do  pierwszego  powozu,  a  za  nią  markiz. 

Wciąż  było  ciemno,  ale  gwiazdy  bledły  i  księżyc  nie 
konkurował już z gazowymi latarniami na ulicy. 

Konie  ruszyły  w  żwawym  tempie.  Szikara  oparła  się  o 

wygodne poduszki tapicerowanego wnętrza powozu. 

 -  Oto  zaczyna  się  moja  przygoda  -  powiedziała 

podnieconym  głosem.  -  Myślę...  tak,  naprawdę  myślę,  że 
uciekłam!  Ale  mądrze  zrobię,  jeżeli  na  wszelki  wypadek 
zacisnę kciuki. 

 - O tak, bardzo mądrze - kpiąco zaśmiał się markiz.  

background image

R

OZDZIAŁ 

Siedząc w kołyszącym się przedziale kolejowym. Szikara 

myślała z  zadowoleniem, iż udało się jej uciec od stryja i  że 
była wolna. Jednocześnie pomyślała, że poczuje się naprawdę 
bezpieczna dopiero wtedy, gdy jej statek do Egiptu wypłynie z 
Southampton. 

Hignet  zdobył  dla  niej  osobny  przedział,  sąsiadujący  z 

tym, który zajął markiz, również podróżujący samotnie 

Wyposażono  ją  w  grzałkę  do  stóp.  pled;  zdążyła  już  też 

skosztować gorącej zupy i herbaty, umieszczonych w koszu w 
pojemnikach owiniętych flanelą. 

Przedziały  były  nowe  i  o  wiele  lepsze  niż  te,  którymi 

podróżowała  z  ojcem  po  świecie.  Jednocześnie,  mimo 
podbitego  futrem  płaszcza  lady  Sarah,  Szikara  czuła  chłód. 
Miała wrażenie, iż koniuszek jej nosa stał się siny. Z każdego 
kąta przedziału zdawało się wiać zimno. 

Jeszcze  przed  przystankiem  na  dworcu  w  Nine  Elms 

zdjęła  kapelusik  i  naciągnęła  na  głowę  kaptur  od  płaszcza. 
Futerko obramowało jej drobną twarz i jasne włosy, lecz choć 
wyglądała  bardzo  pociągająco,  najwyraźniej  markiz  nie  był 
nią zainteresowany. 

 - Hignet będzie pilnował, aby pani niczego nie zabrakło - 

oznajmił i zaszył się we własnym przedziale. 

Szikara  usiłowała  dać  Hignetowi  dwadzieścia  szylingów 

na pokrycie kosztu przejazdu pierwszą klasą do Southampton.  

Kamerdyner pokręcił głową. 
 -  Jest  panienka  gościem  jego  lordowskiej  mości.  Jestem 

przekonany, iż nie było w jego zamyśle, aby panienka płaciła 
za swój bilet. 

Szikara próbowała nalegać, po czym powiedziała sobie, że 

zachowuje  się  głupio.  Przecież  będzie  jej  potrzebny  każdy 
pens i  wiedziała, że gdy znajdzie się  w Southampton, będzie 
musiała  sprzedać  część  biżuterii  matki.  Nie  wątpiła,  że  koszt 

background image

przejazdu parowcem do Aleksandrii będzie wysoki, a miała w 
sakiewce zaledwie kilka suwerenów gotówką. 

Gdy  znalazła  się  sama  w  przedziale,  otworzyła  walizę  i 

wyjęła  puzdro  z  klejnotami.  Pomyślała,  że  podjęła 
bezsensowne  ryzyko,  pakując  puzdro  do  walizy,  którą 
faktycznie  porzuciła  na  chodniku,  gdy  uciekała  przed 
markizem. 

A jeżeli nigdy więcej by jej nie zobaczyła? 
W takim przypadku musiałaby wracać do domostwa stryja 

i na pewno zostałaby ukarana za swą eskapadę. 

Otworzyła  puzdro  i  z  zadowoleniem  popatrzyła  na  perły, 

brylanty,  rubiny  i  szafiry  spoczywające  wewnątrz  na 
aksamicie.  Niektóre  z  nich,  szczególnie  większe  brylanty, 
matka  odziedziczyła.  Także  ojciec  był  hojnym  małżonkiem  i 
może z powodu wyrzutów sumienia (bo tyle razy pozostawiał 
żonę samą albo zabierał ją w wyjątkowo niewygodne podróże) 
zawsze starał się obdarowywać ją kosztownymi podarkami. 

Szikara  popatrzyła  na  klejnoty  i  pomyślała,  że  umie 

nazwać prawie wszystkie kraje, które reprezentowały. 

Rubiny  przywiózł  ojciec  z  Indii,  gdy  matka  została  w 

domu  przed  porodem.  Były  wspaniale  oprawione  razem  z 
drobnymi brylancikami i perełkami, z emaliowaną mozaiką w 
tle,  typową  dla  wyrobów  od  pokoleń  wykonywanych  przez 
hinduskich rzemieślników dla książęcych rodów. 

Perły, jak Szikara pamiętała, kupił ojciec w Persji, szafiry 

na Cejlonie, a opale w Turcji. Nie przepadała za nimi, wierząc 
w brytyjski przesąd, że przynoszą nieszczęście, ale uwielbiała 
turkusy,  które  pochodziły  z  różnych  zakątków  Wschodu. 
Chociaż  nie  były  uważane  za  najcenniejsze,  w  istocie 
stanowiły jej ulubione kamienie.  

„Sprzedam broszkę" - zdecydowała. 

background image

Wybrała  półksiężyc  wysadzany  dużymi,  błękitnobiałymi 

brylantami. Była pewna, że pieniądze uzyskane ze sprzedaży 
tego klejnotu wystarczą jej na kilka miesięcy. 

Pomyślała, że bezpieczniej będzie poprzypinać broszki do 

wewnętrznej  strony płaszcza i  zawiesić kilka naszyjników na 
szyi,  wsuwając  je  pod  biały  koronkowy  kołnierzyk  bluzki. 
Większy  kłopot  był  z  bransoletkami,  stwierdziła  bowiem,  iż 
będzie je widać, jeżeli założy je  na ręce,  więc zawinęła je  w 
chusteczkę  i  wepchnęła  z  różnymi  innymi  drobiazgami  do 
kieszeni. 

Jeśli  teraz zgubię  walizę - pomyślała - i  tak  mój  majątek 

zostanie. 

Potem,  ponieważ  podczas  krzątaniny  w  przedziale  zdjęła 

płaszcz  i  zmarzła,  otworzyła  kosz  i  zjadła  trochę  pysznych 
kanapek i napiła się gorącej herbaty. 

W  Woking,  na  pierwszym  postoju,  przyszedł  Hignet, 

sprawdzić, czy niczego jej nie trzeba. 

 -  Mam  wszystko,  dziękuję  -  powiedziała  z  uśmiechem 

Szikara. 

 - Obawiam się, że jest bardzo zimno, panienko. 
 - Cieszę się, że mam pled i oczywiście płaszcz lady Sarah. 
 -  Wkrótce,  w  słońcu  południa,  będzie  panience  ciepło,  a 

jestem pewien, że prześcigniemy panienkę - by tak rzec -  na 
nowym jachcie jego lordowskiej mości. 

Szikara wyglądała na zaciekawioną, więc Hignet wyjaśnił: 
 -  W  tej  chwili  to  najnowszy  i  najszybszy  jacht  w  całej 

Brytanii  ten  „Koń  Morski".  Przyznam  się  panience,  że 
niecierpliwie czekam na przejażdżkę nim. 

 - Na pewno - uśmiechnęła się Szikara. 
 - Cóż, jeśli niczego nie mogę dla panienki zrobić... 
 -  Nie,  dziękuję,  tylko  gdy  już  przyjedziemy  do 

Southampton,  będę  wdzięczna,  jeśli  przyprowadzisz  mi 
powóz. 

background image

 -  Jego  lordowska  mość  mówił,  że  panienka  ma  zamiar 

jechać na przystań - powiedział Hignet. - Ale, jeśli mogę coś 
radzić,  panienko,  gdyby  nie  było  żadnego  statku  w  porcie, 
proszę  pojechać  do  hotelu  „Royal  Cumberland".  Jego 
lordowska mość zawsze się tam zatrzymuje, gdy nocujemy w 
Southampton. 

 - Dziękuję. Miałam zamiar zapytać cię, który hotel byłby 

najstosowniejszy - rzekła Szikara. 

Zawiadowca  zagwizdał,  więc  Hignet  czym  prędzej 

zatrzasnął  drzwi  i  pobiegł  wzdłuż  peronu  do  własnego 
przedziału w drugiej klasie, gdzie podróżował razem z całym 
bagażem. 

„To rozsądny człowiek" - powiedziała do siebie Szikara. - 

„Chciałabym, żeby papa znalazł kogoś takiego, kto zająłby się 
nim, a przynajmniej przypominał mu, by pisał do domu". 

Nie  wierzyła  przekonaniu  stryja,  że  jej  ojciec  nie  żył, 

chociaż  istotnie  było  to  bardzo  dziwne,  iż  od  tak  dawna  nie 
miała  od  niego  wieści.  Lecz  ona  wiedziała  lepiej  niż 
ktokolwiek  inny,  jak  bardzo  zaabsorbowany  może  być  jej 
ojciec  nowym  znaleziskiem  czy  nowymi  wykopaliskami 
archeologicznymi.  W  takich  okresach  zdawał  się  niemal 
ciałem i duchem przeniesiony w przeszłość. Nie jadał całymi 
dniami,  ponieważ  nigdy  nie  myślał  o  sobie,  ani  nie 
przychodziło mu na myśl, że zgłodniał, 

Niemniej dziewięć  miesięcy to jak na niego bardzo długi 

okres  milczenia,  o  ile  oczywiście  nie  trafił  do  jakiegoś 
zapadłego zakątka kraju, skąd nie odchodziła poczta. 

Zresztą,  dowiem  się  sama  -  pomyślała  Szikara,  -  I 

przekonam  papę,  żeby  nie  pozwolił  wydać  mnie  za  mąż 
zgodnie z życzeniami stryja Hardwina. 

Wiedziała,  że  stryj  był  źle  do  niej  usposobiony  od 

pierwszej chwili, gdy z nim zamieszkała. Wolał kobiety ciche 
jak  myszki,  zgadzające  się  z  każdym  jego  słowem,  a  własną 

background image

żonę  doprowadził  do  takiego  stanu,  że  nie  odważyłaby  się 
wyrazić innej opinii niż on. 

Szikara,  przyzwyczajona  do  wymiany  zdań  z  ojcem  i 

dyskutowania  o  rzeczach  stryjowi  zupełnie  nie  znanych,  nie 
umiała  się  zmusić,  by  przeistoczyć  się  w  nieme,  bezmyślne 
stworzenie,  jak  chciał  stryj.  Dlatego  też  próbował  wszelkimi 
środkami swej władzy stłamsić i ujarzmić ją. Mało brakowało, 
by użył przemocy fizycznej, a kilkakrotnie był niebezpiecznie 
bliski  uderzenia  jej.  Pomyślała,  że  dałoby  mu  to  ogromną 
satysfakcję, gdyby mógł spełnić swą groźbę i zbić ją za to, że 
odmawiała posłuszeństwa i nie chciała wyjść za lorda Strouda. 

Oświadczyny lorda zupełnie zaskoczyły Szikarę. 
Często  bywał  ich  gościem,  ale  to  dlatego,  że  był 

znajomym  stryja;  i  chociaż  wydawał  się  szukać  jej 
towarzystwa  na  przyjęciach,  a  czasem  na  balach  podawał 
usłużnie  ramię,  by  poprowadzić  ją  na  kolację,  nigdy  nawet 
przez chwilę nie pomyślała o nim jako o konkurencie. Prawdę 
mówiąc, była przekonana, iż Stroud interesował się wyłącznie 
sobą. Dlatego była zdumiona, gdy stryj wezwał ją do gabinetu 
i powiadomił, że lord Stroud poprosił o jej rękę, a on wyraził 
swą zgodę na to małżeństwo. 

 -  Wyjść  za  lorda  Strouda?  -  powiedziała  Szikara 

zdumionym głosem. - Nie wyszłabym za niego, nawet gdyby 
był ostatnim mężczyzną na ziemi! 

 - Wyjdziesz za niego - odparował stryj. - To odpowiedni 

mąż  dla  ciebie.  Będzie  umiał  wziąć  cię  w  karby  i  okiełznać 
twoją  płochą  i  nieodpowiedzialną  naturę.  Co  więcej,  ma 
pozycję i tytuł, z których każda kobieta byłaby dumna. 

 -  Każda,  lecz  nie  ja!  -  odparła  Szikara.  -  Nie  interesują 

mnie  tytuły  i  z  całą  pewnością  nie  mam  życzenia  poślubić 
mężczyzny, który jest prawie tak stary, że mógłby być moim 
dziadkiem! 

background image

Zobaczyła  wściekłość  malującą  się  na  twarzy  stryja. 

Natychmiast 

zaczęli 

na 

siebie 

krzyczeć. 

Szikara 

przeciwstawiała  się  Hardwinowi  z  gniewem,  za  którym 
skutecznie  ukryła  prawdziwy  lęk.  Mieszkała  rok  w  domu 
stryja  i  zdawała  sobie  sprawę,  że  był  despotą  i  zawsze 
postawił na swoim, a na każdego, kto usiłował sprzeciwić się 
jego  woli,  wywierał  nacisk  prawie  nie  do  zniesienia. 
Zrozumiała, że bez wątpienia podjął nieodwracalną decyzję, iż 
ona przyjmie oświadczyny lorda Strouda. 

Zastanawiała  się,  co  stryj  zrobi,  gdy  zostanie 

powiadomiony, że opuściła dom i gdy znajdą sznur zwisający 
z  okna  jej  sypialni.  Potem,  ogarnięta  obawą,  że  w  ostatniej 
chwili  może  udaremnić  jej  wyjazd  z  kraju,  spojrzała  na 
zegarek,  który  miała  w  walizie.  Przez  następną  godzinę 
sprawdzała czas jeszcze kilkanaście razy. 

Gdy  zbliżali  się  do  Southampton,  pociąg  -  jak  się  jej 

wydawało  -  jechał  coraz  wolniej.  Wyjrzała  przez  okno  i 
uświadomiła  sobie,  że  przyczynę  tego  stanowiła  mgła  albo 
jakiś opar morski. Nie była pewna, co to było, ale ograniczało 
widoczność do kilku jardów wzdłuż szyn. 

W  pierwszej  chwili  spóźnienie  ją  przeraziło.  Potem 

powiedziała  sobie  rozsądnie,  że  jeśli  ona  ma  kłopoty  z 
dobrnięciem do Southampton, to stryj, jeżeli istotnie ruszył  z 
pościgiem, nie będzie w stanie dotrzeć tam szybciej. 

Jednakże z wielką ulgą stwierdziła, że pociąg wjeżdża na 

peron dworcowy, choć w istocie z godzinnym opóźnieniem. 

Hignet,  który  przyszedł  pomóc  jej  wysiąść  z  przedziału, 

zdążył już wynająć bagażowego do niesienia jej walizy. 

 -  Jeśli  panienka  uda  się  do  wyjścia  -  powiedział  z 

szacunkiem  -  ja  zaraz  przyjdę,  tylko  najpierw  zajmę  się 
milordem. 

 - Dziękuję - odparła Szikara. 

background image

Kiedy  znalazła  się  na  peronie,  zobaczyła,  że  markiz  już 

wysiadł. Wyglądał nadzwyczaj elegancko w grubym płaszczu 
podróżnym  i  kapeluszu  na  ciemnych  włosach,  włożonym  w 
sposób,  który  w  oczach  większości  kobiet  był  pociągająco 
prowokujący.  Lecz  Szikara  myślała  tylko  o  swych  własnych 
kłopotach  i  uświadomiła  sobie,  gdy  podeszła  do  niego,  że 
spojrzał na nią krzywo. 

 - Jak sądzę, nie mowy o tym, by pani przemyślała sprawę 

i wróciła do Londynu? - zapytał. 

 - Absolutnie nie - odparła Szikara. 
 -  Wobec  tego  życzę  bon  voyage,  panno  Bartlett,  i  mam 

nadzieję, że gdy pani przyjedzie do Egiptu, znajdzie pani ojca 
w dobrym zdrowiu. 

 - Bardzo panu dziękuję... dziękuję, że przywiózł mnie pan 

aż tutaj. Jestem panu bardzo wdzięczna. 

 -  Poleciłem  Hignetowi,  by  natychmiast  przyprowadził 

pani powóz - powiedział markiz. - Potem może wrócić po mój 
bagaż. 

Szikara  pomyślała,  że  spojrzał  nieco  lekceważąco  na  jej 

walizę, niesioną przez bagażowego. 

 -  Mogę  tylko  raz  jeszcze  powtórzyć  dziękuję  -  - 

powiedziała dygając. 

Uniósł  kapelusz,  gdy  odchodziła  w  kierunku  wyjścia,  do 

powozu, który przyprowadził dla niej jak zwykle nieoceniony 
Hignet. 

 -  Kazałem  woźnicy  jechać  do  „Royal  Cumberland", 

panienko - oznajmił, pomagając Szikarze wsiąść. Gdy sięgnęła 
po sakiewkę, dodał: - Ja dam napiwek bagażowemu, panienko. 
Życzę dobrej podróży. 

 - Dziękuję, Hignet. 
Uśmiechnęła  się  do  zaradnego  człowieczka.  Gdy  powóz 

ruszył,  poczuła  się  zupełnie  tak,  jakby  odjeżdżała  od 
przyjaciela. 

background image

Teraz naprawdę jestem zdana na siebie - pomyślała. 
Jak tylko dworzec zniknął w oddali, zastukała na woźnicę 

i  poleciła  mu  jechać  najpierw  do  najlepszego  jubilera  w 
mieście. 

Markiz  pojechał  na  przystań,  zostawiając  z  bagażem 

Higneta, który miał podążyć za nim innym powozem. 

Wydał  polecenie  kapitanowi  swego  jachtu,  aby  był 

gotowy wypłynąć w każdej chwili, kiedy tego zażąda - był to 
jeden  z  warunków,  na  jakich  kapitana  zatrudniono. 
Spostrzegłszy  teraz  „Konia  Morskiego",  z  zadowoleniem 
stwierdził,  że  jacht  sprawiał  wrażenie,  jakby  tylko  czekał,  aż 
podniesie  się  mgła.  Ta  jednak  wciąż  otaczała  grubymi 
pasmami sam port i markiz, po wejściu na pokład, przywitaniu 
się  z  kapitanem  i  wyłożeniu  mu  swych  planów,  wrócił  do 
miasta, żeby kupić książki, gazety i czasopisma, których - jak 
sądził - mógłby potrzebować w podróży. 

Jacht  był  nowym  nabytkiem,  więc  markiz  nie  zdążył 

jeszcze  zgromadzić  na  pokładzie  znacznego  księgozbioru, 
który zawsze zabierał ze sobą, gdy wyruszał w rejs. 

Czytanie sprawiało mu przyjemność, lecz przekonał się, że 

będąc  w  Londynie,  a  nawet  na  wsi,  miał  tak  wiele  innych 
zajęć, że nie starczało czasu na lekturę. 

Podróż morska stwarzała idealną okazję do „odświeżenia 

umysłu"  i  z  radością  spostrzegł,  że  w  miejscowej  księgarni 
znalazły  się  w  sprzedaży  książki,  które  od  dawna  zamierzał 
przeczytać. 

Gdy wychodził ze sklepu, zauważył, że mgła nie tylko nie 

podniosła się, lecz sprawiała wrażenie gęstszej niż poprzednio. 

Przydałby się wiatr - pomyślał. 
Wówczas  z  pomocą  przyszło  mu  jego  morskie 

doświadczenie  i  pomyślał,  że  wiatr  prawdopodobnie  pojawi 
się wraz z przypływem. 

background image

Wynajęty  powóz  bardzo  powoli  zajechał  z  powrotem  do 

portu.  Podczas  gdy  wnoszono  pakunki  na  pokład,  markiz 
obejrzał „Konia Morskiego". 

Wcześniej  tego  roku  linie  „Peninsuiar  and  Oriental" 

zwodowały  „Himalaya",  statek  z  nowej  generacji  parowców, 
przy którym pozostałe jednostki wyglądały na przestarzałe. 

Dwa lata temu markiz bardzo odważnie zdecydował się na 

jacht  z  napędem  śrubowym.  Widział  już  taki  napęd, 
wprowadzony  przez  linię  „Inman"  do  firm  zajmujących  się 
przewozami na trasach europejskich i atlantyckich. 

Pierwsze  jednostki  tego  typu  były  parowcami 

napędzanymi  śrubowo,  o  wyporności  nie  przekraczającej 
dwóch  tysięcy  ton,  z  osprzętem  trójmasztowca  i  pełnymi 
żaglami.  Za  tym  przykładem  wnet  podążyli  Niemcy  i 
Francuzi,  lecz  to  Anglicy,  którzy  usiłowali  wytrwać  w  swej 
tradycji,  byli  wreszcie  zmuszeni  do  nowych  rozwiązań  i 
zbudowali  „Himalaya",  o  wyporności  3  438  ton,  będącego 
największą jednostką tego typu w świecie. 

W tej samej stoczni markiz zamówił „Konia Morskiego". 
Był  to  bardzo  duży  jacht  jak  na  własność  prywatną,  lecz 

markiz  uważał,  że  jest  wart  wydatku  i  spodziewał  się,  że 
wywoła sensację, gdy przypłynie do Cowes na wyspie Wight 
na siedmiodniowe regaty. 

Jednak  w  rzeczywistości  bardziej  był  zainteresowany 

wygodnym  podróżowaniem  niż  wrażeniem,  jakie  wywrze  na 
znajomych  i  rywalach.  Lubił  morze  i  nieraz  podróżował 
statkiem,  co  przez  większość  mężczyzn  z  jego  sfery  było 
uważane za męczące i niewygodne. 

Jednego  jestem  pewien  -  pomyślał  markiz  z  uśmiechem  - 

na tym jachcie ani ja, ani Hignet nie będziemy mogli narzekać 
na niewygodę. 

Jacht  prezentował  się  bardzo  dobrze,  lśnił  białym 

lakierem,  miał  dwa  wysokie  maszty  posiłkowe  i  banderę 

background image

powiewającą  na  rufie.  Wygląd  zewnętrzny  jachtu  sprawiał 
markizowi  przyjemność,  wszedł  więc  na  pokład  i  zajrzał  do 
salonu,  który  zachwycił  go  od  pierwszego  wejrzenia.  Sam 
dobierał kolory, meble i obrazy, zważając na każdy szczegół, 
tak jak to czynił przy swoich domach albo koniach. 

Hignet  uśmiechał  się,  gdy  przyniósł  mu  kieliszek 

szampana.  Markiz,  sadowiąc  się  w  wygodnym  fotelu,  uniósł 
kielich i oznajmił: 

 -  Za  nasz  rejs,  Hignet,  a  wydaje  mi  się,  że  ten  statek 

zawiedzie nas na podboje nowych światów! 

 -  Jest  większy  niż  się  spodziewałem,  milordzie  -  odparł 

Hignet. - I chyba pomyślał pan o wszystkim. 

 - Mam taką nadzieję - odparł markiz. - Długo i poważnie 

nad nim myślałem. - Mówiąc to, spojrzał w kierunku jednego 
z  luków.  -  Jak  uważa  kapitan,  kiedy  będziemy  mogli 
wypłynąć? 

 -  Gdy  się  go  ostatnio  pytałem,  milordzie,  odparł,  że  ma 

nadzieję, iż mgła podniesie się po przypływie. 

To samo wcześniej pomyślał markiz i przyjemnie mu było 

się dowiedzieć, iż miał rację. 

 -  Pójdę  na  mostek  pomówić  z  kapitanem  -  powiedział, 

dopijając szampana. 

Obaj  doskonale  wiedzieli,  że  była  to  wymówka,  aby 

znowu  popatrzeć  na  łódź.  Widział  ją  przy  wodowaniu,  ale 
wtedy jeszcze wyposażenie nie było całkiem gotowe, tak jak i 
nadbudowa.  Jakkolwiek  dobrze  przedstawiony  był  model  na 
rysunkach  i  planach,  nie  było  to  tak  satysfakcjonujące  jak 
efekt końcowy. 

Markiz  wszedł  na  mostek,  gdzie  nie  tylko  rozmawiał  z 

kapitanem,  ale  poznał  kilku  członków  załogi.  W  sumie  było 
ich  dwudziestu  pięciu.  Mieszkali  tu  w  warunkach 
nowoczesnych i komfortowych, zupełnie odmiennych od tych, 
z jakimi spotykali się na innych statkach, na których służyli w 

background image

swym 

marynarskim 

życiu. 

Dlatego 

ogromnie 

komplementowali „Konia Morskiego". 

 - Jak prędko wyruszymy, kapitanie? - zapytał markiz. 
 -  Czekam,  aż  wniosą  na  pokład  resztę  prowiantu, 

milordzie,  a  potem  sądzę,  że  możemy  zaryzykować  powolne 
wyjście  z  portu  -  odrzekł  kapitan.  -  Znam  to  miejsce  jak 
własną kieszeń i jestem gotowy podjąć takie ryzyko, jeżeli pan 
zechce, milordzie. 

 - Jeśli chodzi o mnie, to im szybciej ruszymy, tym lepiej - 

stwierdził markiz. - Tylko niech go pan nie nadzieje na skałę, 
kapitanie!. 

Oczywiście był to dowcip i kapitan zaśmiał się, po czym 

odpowiedział: 

 -  Za  bardzo  jestem  z  niego  dumny,  milordzie.  Markiz 

zszedł pod pokład. Zrzucił płaszcz podróżny i zdjął kapelusz, 
podając  je  Hignetowi,  po  czym  rozsiadł  się  wygodnie  i 
zagłębił  w  lekturze  gazet.  A  jednak  nie  mógł  się  oprzeć 
lekkiemu  podnieceniu,  gdy  ruszyły  silniki  i  chwilę  później 
poczuł, że jacht powoli, lecz gładko wypływa z portu. Rzucił 
gazety i ponownie wyszedł na mostek. 

Do  czasu  gdy  jacht  znalazł  się  na  zalewie  Southampton, 

mgła  rozproszyła  się  i  przez  chmury  zaczęło  pobłyskiwać 
blade, kapryśne styczniowe słońce. 

Pozostałą  część  dnia  markiz  spędził  na  mostku  lub  w 

salonie,  czytając  najpierw  gazety,  a  potem  jedną  z  nowo 
kupionych książek. 

Mimo to wciąż wracał myślami do wydarzeń poprzedniej 

nocy,  zastanawiając  się,  co  pomyślał  lord  Shangarry,  gdy 
złożył wizytę w jego domu przy Grosvenor Square i przekonał 
się,  że  ofiara  się  ulotniła.  Z  zadowoleniem  wyobrażał  sobie 
rozczarowaną  minę  Shangarry'ego  i  jego  gniew,  gdy 
uświadomił  sobie,  że  nadzieja  na  pokaźne  zadośćuczynienie 

background image

finansowe  rozwiała  się  jak  sen.  Jednocześnie  wciąż  czuł 
irytację na myśl o zdradzie Inez Shangarry. 

Musiał szczerze przyznać przed samym sobą, że wierzył w 

jej  miłosne  wyznania.  Pomyślał  jednakże,  iż  chociaż  okazała 
się  znacznie  lepszą  aktorką,  niż  się  to  wydawało  możliwe, 
fizycznie  naprawdę  ją  podniecał.  A  mimo  to  cały  czas 
spiskowała z mężem przeciwko niemu. 

Przyszło  mu  na  myśl,  że  nigdy  jej  tego  nie  wybaczy  i 

niełatwo będzie mu o tym zapomnieć. 

Żadna  z  kobiet  ubiegających  się  o  jego  względy,  choć 

odsuwał je bezlitośnie, gdy mu się znudziły, nie okazywała się 
niebezpiecznie mściwa ani nie obdarzała go żywą nienawiścią. 

Inez  Shangarry  była  inna.  Niewątpliwie  jego  miłosne 

uściski sprawiały jej przyjemność. Żadna kobieta nie umiałaby 
tak dobrze grać w takich okolicznościach. A jednocześnie była 
gotowa wraz z mężem zastawić perfidną pułapkę, by wyssać z 
niego ostatni pens. 

,,Do diabła  z nimi!"  -  powiedział  z  gniewem  do  siebie.  - 

„Dlaczego  mam  ciągle  o  nich  myśleć?  Zrobiłem  z  siebie 
durnia i na przyszłość będę bardziej ostrożny". 

Wiedział  jednak,  że  choć  Inez  Shangarry  zraniła  jego 

dumę  i  zachwiała  jego  pewność  siebie,  upłynie  dużo  czasu, 
zanim o niej zapomni. 

O Szikarze prawie nie wspomniał. 
Zrobił  dla  niej,  co  mógł.  Przywiózł  ją  do  Southampton  i 

zapewne do tego czasu, tak jak on, była już na morzu, kierując 
się  do  Egiptu.  Jednak  jej  pewność  siebie  i  umiejętność 
zadbania o własne interesy była dziwnie mało kobieca. 

Oto  nowoczesna  dziewczyna  -  rozmyślał  markiz.  - 

Gotowa  samotnie  podróżować  po  świecie,  nie  potrzebująca 
wesprzeć się na opiekuńczym męskim ramieniu, przekonana o 
swej niezależności prawie jak mężczyzna. - Jego myśli biegły 
dalej.  -  Niewątpliwie  wyrośnie  z  niej  coś  w  rodzaju  męskiej 

background image

kobiety,  takiej,  której  wiek  jest  nie  do  określenia  i  która  w 
końcu  podejmie  badania  na  pustyni,  podróżując  na 
wielbłądzie,  albo  będzie  się  starała  nawrócić  Beduinów  na 
chrześcijaństwo. 

Potem, gdy przypomniał sobie wielkie szare oczy Szikary 

i jej drobną postać, rozśmieszyła go własna fantazja. 

Chyba rzeczywiście powinienem był dowiedzieć się, jakie 

statki wypływają z portu i posłać Higneta, żeby zarezerwował 
dla  niej  kabinę.  Po  czym  upomniał  siebie,  że  to  nie  jego 
interes  i  że  ostatnia  rzecz,  na  którą  ma  ochotę,  to  udział  w 
zniknięciu spadkobierczyni, co na pewno wywoła skandal. 

„Raz się sparzyłem" - przypomniał sobie markiz. - „Po raz 

wtóry nie wsadzę palców we wrzątek". 

Po południu przespał się nieco i wstał dopiero, by przebrać 

się w swej przestronnej i komfortowej kabinie na kolację. 

Hignet  postarał  się,  aby  wszystko  urządzono  ku 

zadowoleniu  markiza.  Na  „Koniu  Morskim"  znajdowała  się 
wiec  osobna  łazienka  przy  jego  kabinie,  czym  mogło 
pochwalić się niewiele nowoczesnych jachtów. 

Markiz  wykąpał  się,  a  następnie  ubrał  elegancko,  jakby 

zamierzał  udać  się  na  kolację  do  swego  klubu  albo  do 
przyjaciół,  po  czym  zasiadł  do  pierwszorzędnego  posiłku 
przygotowanego  przez  kucharza,  który  został  wybrany  z 
podobną pieczołowitością jak kapitan. 

Markizowi  smakowały  tylko  szczególnie  wykwintne 

potrawy. Osądził więc z zadowoleniem, że rzadko miał okazję 
kosztować  smaczniej  przygotowane  langusty  czy  kuropatwy 
upieczone właśnie tak, jak chciał, 

Dań  było  wiele  i  markiz  spróbował  prawie  wszystkich, 

popijając winem wybranym z dobrze zaopatrzonej piwniczki i 
godnym  podniebienia  smakosza.  Obsługiwało  go  dwóch 
stewardów,  świetnie  znających  się  na  swych  obowiązkach. 
Gdy  posiłek  dobiegał  końca,  markiz  pomyślał,  że  słusznie 

background image

zrobił,  angażując  ludzi  doświadczonych,  poprzednio 
zatrudnionych  w  obsłudze  liniowców  transatlantyckich  lub  u 
prywatnego właściciela jachtu o podobnych wymaganiach jak 
jego. 

Sprzątnięto po kolacji i  markiz  właśnie  wrócił do lektury 

pochłaniającej go książki, gdy do salonu wszedł Hignet. 

 -  Przepraszam,  milordzie  -  odezwał  się  -  ale  wydaje  mi 

się,  że  powinienem  na  coś  zwrócić  uwagę  jego  lordowskiej 
mości. 

 - O co chodzi? - zapytał markiz. 
Z  zaskoczeniem  zauważył,  że  Hignet,  zwykle  spokojny  i 

chłodny bez względu na okoliczności, był zdenerwowany. 

 -  Gdyby  jego  lordowska  mość  zechciał  ze  mną  pójść, 

pokażę, co znalazłem - powiedział. 

Zaciekawiony  markiz  wstał  i  po  opuszczeniu  salonu 

Hignet poprowadził go korytarzem w kierunku swojej własnej 
kabiny. Zanim jednak tam doszedł, otworzył drzwi do jednej z 
kabin gościnnych. 

Była  bardzo  ładnie  urządzona.  Pośrodku  stało  mosiężne 

łoże. Pozostałe sprzęty były wykonane z bardzo kosztownego, 
polerowanego różanego drewna. 

Kajuta  sprawiała  wrażenie  pustej  i  markiz  zaczął 

zastanawiać  się,  co  też  Hignet  chciał  mu  pokazać.  Wówczas 
kamerdyner  schylił  się  i  podniósł  adamaszkową  walansjenkę 
ozdabiającą łoże. 

 - Proszę spojrzeć, milordzie. 
Markiz  usłuchał  i  ze  zdumieniem  zobaczył,  że  w 

ciemnościach pod łóżkiem leży ktoś, najwyraźniej pogrążony 
we śnie. Nie musiał przyglądać się bliżej, by odgadnąć, kto to 
był. 

Rozpoznał  złociste  włosy  na  poduszce,  którą  Szikara 

zapewne ściągnęła z łóżka, czarny aksamitny płaszcz podbity 
futrem,  którym  się  nakryła,  żeby  nie  zmarznąć.  Miała 

background image

zamknięte  oczy  i  jej  rzęsy  kładły  się  ciemną  kurtyną  na  tle 
jasnej karnacji twarzy. Obok niej na podłodze, schowana pod 
łóżkiem,  stała  waliza,  którą  markiz  dobrze  pamiętał,  oraz 
torebka 

Wpatrywał  się  w  dziewczynę  przez  chwilę,  po  czym 

powiedział ostro: 

 -  Hignet,  zbudź  pannę  Bartlett  i  przyślij  ją  do  mnie  do 

salonu. 

Nie  czekał  na  odpowiedź.  Wyszedł  z  kajuty  i  wrócił  do 

salonu,  a  jego  gniew  wzrastał  z  każdym  krokiem.  Jak  ta 
dziewczyna śmiała zachowywać się w taki sposób? Jak śmiała 
wedrzeć się na pokład jego własnego jachtu i narzucać się ze 
swoim towarzystwem? Bóg świadkiem, że jej nie zachęcał, a 
jednak i tu został nią obarczony! 

Stwierdził,  że  jedyne,  co  mógłby  zrobić,  to  zboczyć 

jachtem  z  ustalonego  kursu  i  wysadzić  Szikarę  w  Plymouth 
albo w Cherbourgu. 

 -  Co  za  bezczelność!  Przeklęta  bezczelność!  -  pieklił  się 

markiz. 

Był  wściekle  nachmurzony,  gdy  kilka  minut  później 

otworzyły się drzwi saloniku i weszła Szikara. Miała na sobie 
ten  sam,  ciasno  zapięty,  brązowy  spencerek,  ale  była  bez 
nakrycia  głowy  i  jej  włosy  rozsypane  wokół  drobnej  twarzy 
wydawały się bardzo jasne. 

Szeroko  otwarte  oczy  wyrażały  obawę,  lecz  uniosła 

wysoko  brodę,  podchodząc  do  markiza,  który  nie  podjął 
żadnego  wysiłku,  żeby  wstać,  czekając,  aż  znajdzie  się 
naprzeciwko niego. 

 -  Wiec?  -  zapytał  ostro,  gdy  nie  odezwała  się.  -  Co  ma 

pani do powiedzenia? 

 - Przykro mi - odrzekła Szikara - lecz... miałam nadzieję, 

że... nie znajdziecie mnie... tak prędko.  

background image

 -  A  co  to  ma  do  rzeczy?  -  spytał  markiz.  -  Prędzej  czy 

później  ktoś  by  panią  znalazł  i,  pozwoli  pani  powiedzieć 
sobie,  uważam  ten  postępek  za  ogromną  bezczelność,  za 
wtargnięcie w moją prywatność, a to że pani weszła na pokład 
mojego jachtu nieproszona, za absolutny skandal! 

 - Ja... przepraszam - powtórzyła Szikara. 
Łódź  zakołysała  się  gwałtownie  i  Szikara  chwyciła  się 

stołu, 

 - Czy... mogę usiąść? 
 - Niech pani siada - powiedział niechętnie markiz. - Zdaje 

mi  się,  że  pani  i  tak  zachowuje  się  w  sposób,  jaki  jej 
odpowiada, więc najwyraźniej moja zgoda nie jest  konieczna 
nawet  wtedy,  gdy  dotyczy  pani  swobodnego  korzystania  z 
mego jachtu. 

 - Ja... musiałam - szepnęła Szikara. - Nie było... żadnego 

statku  wypływającego  na  Morze  Śródziemne  wcześniej  niż 
dopiero  pojutrze.  Do  tego  czasu...  stryj  Hardwin  zapewne... 
dopadłby mnie. 

 - To nie moja sprawa - burknął markiz. 
 -  Pojechałam  do...  hotelu  -  kontynuowała  Szikara  -  ale 

powiedziano mi, że... nie ma miejsc. Wydaje mi się, że... nie 
przyjęli mnie, ponieważ byłam sama. 

Markiz milczał, gdyż uświadomił sobie, że nie pomyślał o 

tym. Powiedział sobie, że w istocie było to zaniedbanie z jego 
strony,  iż  nie  ostrzegł  Szikary,  że  samotna  kobieta  w  jej 
wieku,  za  skromnym  bagażem  tylko,  nie  znajdzie  pokoju  w 
żadnym przyzwoitym hotelu. Wydawała się jednak tak pewna 
siebie, że nawet nie przyszło mu na myśl, iż może się znaleźć 
w  takiej  sytuacji.  Przez  moment  prawie  winił  samego  siebie, 
że  nie  wziął  pod  uwagę  takiej  możliwości,  iż  Szikara  nie 
znajdzie miejsca w hotelu. 

A  potem  znowu  jego  oczy  zalśniły  gniewem  na  myśl  o 

tym, jak narzuciła się ze swoim towarzystwem. 

background image

 -  Mówiłem,  że  powinna  była  pani  wracać  do  domu  i  nie 

zachowywać  się  śmiesznie.  Gdyby  pani  rzeczywiście  tak 
bardzo  pragnęła  wydostać  się  z  Anglii,  to  wsiadłaby  pani  na 
parowiec do Francji. 

Poczuł się, jakby zdobył przewagę nad nią, poddając myśl 

o  innej  drodze  ucieczki  niż  ta,  którą  wybrała.  Wówczas 
odrzekła niemalże z pokorą: 

 - Nie miałam... tyle... pieniędzy. 
 - Niech mi pani nie mówi, że wyruszyła na tę zwariowaną 

eskapadę nie myśląc o kosztach! - zagrzmiał markiz. 

 - Nie... oczywiście, że nie - odparła Szikara. - Naturalnie 

nie miałam tyle gotówki, ale pomyślałam, że z łatwością będę 
mogła sprzedać biżuterię matki. Lecz gdy poszłam do jubilera, 
nie  chcieli  ode  mnie  kupić  broszki.  Myślę,  że...  sądzili,  iż... 
ukradłam ją. 

Markiz  wstał  i  przeszedł  przez salonik, jakby siedząc nie 

mógł opanować poirytowania. 

 -  Nigdy  nie  słyszałem  podobnej  historii!  Zupełna 

nieporadność!  -  rozzłościł  się.  -  Wpakowała  się  pani  w 
tarapaty,  ale  dlaczego  spodziewa  się,  że  to  ja  ją  wyratuję? 
Przecież o to pani prosi, nieprawdaż? - Prawie wykrzyczał do 
niej te słowa. 

Po chwili przerwy Szikara powiedziała: 
 - To... było... raczej... straszne... nie wiedzieć... co robić, a 

na dodatek... jakiś mężczyzna... zaczepił mnie. 

 -  Powiedziałem  pani,  że  każda  samotna  dziewczyna  na 

ulicy  może  się  spodziewać  akurat  takich  kłopotów  -  odparł 
markiz. 

 - Więc pomyślałam, że jedyne, co mogę zrobić, aby... być 

bezpieczną, to... zabrać się z... panem - powiedziała Szikara. - 
Nie...  sprawię  kłopotu...  Postaram  się...  aby  pan  mnie  nawet 
nie widział... właściwie nie  musi pan... wiedzieć, że jestem... 
na pokładzie. 

background image

 - Doprawdy? - zapytał markiz. - W każdym razie nie mam 

zamiaru wieźć nieproszonego gościa. Problem jedynie w tym, 
czy  wysadzę  panią  w  Plymouth,  czy  w  Cherbourgu.  -  Nie 
otrzymał  odpowiedzi  i  po  chwili  odezwał  się  ostro:  -  Więc? 
Gdzie? 

Szikara splotła palce i spojrzała na niego, a jej oczy stały 

się ogromne i proszące. 

 - Proszę, niechże pan... zawiezie mnie troszeczkę... dalej. 

Jeśli zostawi mnie pan... w Cherbourgu, będę musiała udać się 
do  Marsylii  lądem.  Już  raz  tak  jechałam  z  papą  i  było  to 
bardzo... niewygodne... i chyba... bałabym się jechać sama. 

 -  Dobrze  by  to  pani  zrobiło!  Może  przejrzałaby  pani  na 

oczy i wróciła do stryja. 

 -  I  w...  wyszła  za  lorda  Strouda?  -  zapytała  Szikara.  - 

Nigdy! 

 - Nie może pani błąkać się po świecie bez pieniędzy i, jak 

już  przedtem  pani  mówiłem,  nie.  ma  pani  pojęcia  o 
niebezpieczeństwach, które na panią czyhają. 

 -  Zaczynam  je...  rozumieć  -  odparła  Szikara.  -  Ten 

m...mężczyzna,  co...  zaczepił  mnie  na  ulicy,  był...  okropny! 
Uciekłam... ale pomyślałam, że... mógł iść.... za mną. 

 -  Boże!  -  wykrzyknął  markiz.  -  Czy  kiedykolwiek  żył 

mężczyzna  bardziej  napastowany  przez  kobiety  niż  ja? 
Dlaczego  miałbym  uwierzyć  w  te  śmiechu  warte  gierki?  Nie 
jestem  za  panią  odpowiedzialny.  Wczorajszej  nocy 
zobaczyłem  panią  po  raz  pierwszy  w  życiu,  a  gdy 
dojechaliśmy do Southampton, miałem nadzieję, że widzę po 
raz ostatni. 

 -  Ani  ja  nie  miałam  ochoty  więcej  pana  oglądać!  - 

odparowała  Szikara,  z  trudem  wypowiadając  słowa.  -  Jeżeli 
myśli pan, że to z powodu pańskich zalet za panem biegam, to 
wielce się myli! Schowałam się na pokładzie pańskiego jachtu 
po  prostu  dlatego,  że  obawiałam  się,  iż  stryj  Hardwin  może 

background image

mnie  szukać!  Żadnego  innego  powodu  nie  miałam,  a  jeżeli 
pan się obawia, to niech pan sobie nie schlebia, uważając, że 
mam wobec niego jakieś zamiary! 

Mówiła tak nieuprzejmie, że  markiz  wpatrywał  się  w nią 

zdumiony.  Wreszcie,  ponieważ  ponownie  przypomniała  mu 
tygrysiątko w zoo, roześmiał się. 

 -  Przynajmniej  jesteśmy  wobec  siebie  szczerzy  - 

powiedział  i  odkrył  ku  swemu  zaskoczeniu,  że  jego  gniew 
zelżał. Wrócił znów na swój  fotel. - Musimy porozmawiać o 
tym  rozsądnie,  a  o  ile  wiem,  nie  jadła  pani  kolacji  i 
podejrzewam,  że  obiadu  też  nie,  przypuszczam  wiec,  iż 
powinienem  poprosić  stewarda,  aby  przyniósł  pani  coś  do 
jedzenia. 

 -  Po  tym  wszystkim,  co  mi  pan  powiedział,  chyba 

utknęłoby mi w gardle - odrzekła Szikara. 

 - Wątpię - odparł oschle markiz. - Przedtem jednak proszę 

pozwolić  mi  poczęstować  panią  kieliszkiem  szampana.  Mam 
wrażenie, że po wszystkich przeżyciach przyda się to pani. 

Znowu  wstał,  aby  podejść  do  znajdującego  się  w  rogu 

pokoju  pojemnika  na  lód,  mocno  przytwierdzonego  do 
podłogi, aby nie uległ kołysaniu łodzi, w którym umieszczona 
była otwarta butelka szampana. Markiz nalał wina do kielicha 
z rżniętego kryształu i podał go Szikarze. Potem zadzwonił na 
stewarda. 

 - Teraz pan jest dla mnie dobry, a ja staję się podejrzliwa 

-  powiedziała.  -  Czyżby  zamierzał  pan  wyrzucić  mnie  za 
burtę? 

Markiz chcąc nie chcąc roześmiał się. 
 -  Rzeczywiście,  to  jest  myśl.  Rozwiązanie,  które  nie 

przyszło mi do głowy. 

 -  Zawsze  wydawało  mi  się,  że  najłatwiej  pozbyć  się  nie 

chcianej rzeczy, wrzucając ją do morza - rzekła Szikara. 

background image

 - Czy umie pani pływać? - zapytał markiz. Szikara skinęła 

głową. 

 -  Mogłem  się  tego  spodziewać!  -  powiedział.  -  Zapewne 

dopłynęłaby  pani  do  brzegu  albo  wpław,  albo  na  grzbiecie 
delfina,  po  czym  złożyła  zeznanie  przeciwko  mnie.  Mam 
niejasne podejrzenie, że jest pani czarownicą i pojawia się na 
miotle w najbardziej nieodpowiedniej chwili. 

Zanim  Szikara  mogła  odpowiedzieć,  w  drzwiach  stanął 

steward. 

 - Niech kucharz przygotuje dla tej bardzo głodnej młodej 

damy  kolację  -  polecił  markiz.  -  Powiedz  też  kapitanowi,  że 
chcę  z  nim  mówić.  -  Spostrzegł  minę  Szikary.  Zawahał  się 
chwilę  i  zanim  steward  wyszedł  z  kajuty,  dodał;  -  Nie 
zawracaj głowy kapitanowi. Sam do niego pójdę później. 

Gdy  tylko  drzwi  się  zamknęły,  Szikara  pochyliła  się  do 

przodu i powiedziała: 

 -  Proszę  zabrać  mnie  dalej  niż  do  Cherbourga. 

Przysięgam, że nie sprawię... kłopotu. 

 - Kłopotu?! - wykrzyknął markiz. - Odkąd panią pierwszy 

raz ujrzałem, są z panią same kłopoty! 

 -  Wiem  -  zgodziła  się  Szikara  -  ale  to  nie  moja  wina. 

Naprawdę... nie moja. 

 - Opinie na ten temat mogą być różne - odrzekł markiz. - 

Chciałbym,  aby  pani  miała  jasność  co  do  jednego:  nie 
zamierzam płynąć aż do Aleksandrii. 

 -  Może  pan  wysadzić 

mnie  w  Gibraltarze  - 

zaproponowała.  -  Dwa  razy  zatrzymywałam  się  tam  z  papą. 
Ostatni raz, gdy miałam dziesięć lat. ale nie sądzę, aby wiele 
się tam zmieniło. 

Markiz  pomyślał,  że  wziąwszy  pod  uwagę  wszystkie 

garnizony  stacjonujące  w  Gibraltarze,  była  tam  o  wiele 
bardziej  bezpieczna  w  wieku  lat  dziesięciu  niż  osiemnastu. 
Jednak na głos powiedział tylko: 

background image

 - Pomyślę o tym. 
Zaległa cisza. Po chwili Szikara zapytała: 
 - Nie jest już pan... taki zły... prawda? 
 -  Bardzo  się  rozzłościłem,  gdy  zobaczyłem  panią,  nie 

przeczę.  W  istocie  rzeczy,  gdybym  nie  był  nadzwyczaj 
cywilizowanym 

człowiekiem, 

można 

by 

dodać: 

chrześcijaninem, wyrzuciłbym panią za burtę, tak jak pani na 
to zasługuje. 

Zaśmiała się i po raz pierwszy zauważył, że na jednym jej 

policzku pojawił się dołeczek. 

 -  Mam  wrażenie,  że  należy  pan  do  tego  rodzaju 

mężczyzn,  którzy  najpierw  myślą,  a  potem  działają  - 
stwierdziła. - U mnie jest akurat odwrotnie. Najpierw działam, 
potem dopiero myślę. 

 -  O  tym  mogłem  się  przekonać!  -  rzekł  z  przekąsem 

markiz. 

 - Mam nadzieję, że pan nie myśli, iż żałuję swej ucieczki 

-  powiedziała  Szikara.  -  Cieszę  się...  bardzo  się  cieszę,  że 
umknęłam  stryjowi  Hardwinowi...  i  cokolwiek  się  ze  mną 
stanie... jakkolwiek przykre może to być... nie wrócę. 

 -  Chyba  zdaje  sobie  pani  sprawę,  że  gdy  pieniądze 

uzyskane za klejnoty się skończą, będzie pani musiała zwrócić 
się do stryja po więcej - ostrzegał ją markiz. - Niewątpliwie to 
on  zarządza  pani  majątkiem  i  może  nie  dać  pani  ani  pensa, 
jeśli nie zechce pani wrócić. 

 -  Klejnoty  wystarczą  mi  na  wiele  miesięcy,  ale  jeśli  nie 

znajdę  papy  na  czas,  będę  pracować  i  zarobię  własne 
pieniądze. 

 - To brzmi bardzo ambitnie - zauważył cynicznie markiz. 

- Jak pani sądzi, jakiej pracy będzie się pani mogła podjąć? 

 -  Ach...  znajdę  jakieś  zatrudnienie,  gdy  dostanę  się  do 

Egiptu - odparła Szikara. - Po pierwsze znam arabski. 

 - Arabski? 

background image

 -  Oczywiście!  Zawsze  musiałam  papie  pomagać  w 

pisaniu listów do różnych władz. Znam kilka języków. Akurat 
tureckiego  nie  znam  dobrze,  był  dla  mnie  bardzo  trudny,  ale 
perski okazał się łatwy, po arabsku zaś mówię od dziecka. 

 -  Czuję  się  coraz  bardziej  zadziwiony  -  powiedział 

markiz. 

 -  Choć  pan  nie  cierpi  kobiet,  to  wcale  nie  oznacza,  że 

wszystkie jesteśmy bezmyślne i  głupie - odparowała. - Może 
spotykał pan kobiety jakiegoś złego gatunku! 

Markiz pomyślał, że być może istotnie, lecz zapytał tylko: 
 - Co pani nazywa złym gatunkiem? 
 -  To  ten  typ  kobiet,  które  biegają  za  mężczyznami, 

schlebiają  im  i  spełniają  ich  zachcianki  -  odpowiedziała 
pogardliwie Szikara. 

Roześmiał się. 
Do  czasu  gdy  skończyła  kolację,  śmiał  się  jeszcze 

wielekroć z jej stwierdzeń. 

Potrafiła  być  irytująca  i  markiz  był  zupełnie  przekonany, 

że tym się głównie charakteryzowała, lecz niewątpliwie miała 
oryginalne  spojrzenie  na  świat  i  wypowiadała  swe  myśli  ze 
swadą, jakiej nigdy nie spotkał u żadnej kobiety. 

Oczywiście  był  przyzwyczajony  do  kobiet,  które 

wykorzystywały  wszystkie  swe  sztuczki,  aby  bawić  i 
zabawiać,  niemal  całkowicie  koncentrując  rozmowy  na 
jednym temacie - własnej osobie. 

Markiz  pomyślał,  że  to  spotkanie  z  młodą  damą,  która 

otwarcie oznajmiła mu, iż go nie lubi, bo jest mężczyzną, było 
czymś 

odświeżającym 

równocześnie 

nieznacznie 

prowokującym. Mimo wszystko z całym zaufaniem oddała się 
w jego ręce. 

Po  skończonym  posiłku  usiadł  wygodnie  z  kielichem 

brandy w dłoni i powiedział: 

background image

 -  Teraz  musimy  podjąć  decyzję  w  pani  sprawie.  Jeżeli 

zgodzę  się  i  zawiozę  panią  trochę  dalej,  czy  da  mi  pani 
uroczyste słowo honoru, że nie zrobi sceny, kiedy ostatecznie 
panią zostawię na lądzie? 

 -  Powinien  pan  wiedzieć,  że  słowo  honoru  dane  przez 

kobietę nigdy nie jest takie samo jak dane przez mężczyznę - 
prychnęła Szikara. 

 - Co pani chce przez to powiedzieć? - zapytał markiz. 
 - Kobiety nie muszą zachowywać się tak jak dżentelmeni 

-  odrzekła  Szikara.  -  Po  pierwsze,  nie  muszą  spłacać  długów 
karcianych  z  obawy  przed  wykluczeniem  z  klubu...  mogą 
podsłuchiwać  pod  drzwiami...  czytać  cudze  listy  bez  obawy, 
że ktoś zechce do nich strzelać o świcie, nie muszą czynić nic, 
co robią mężczyźni w podobnych okolicznościach. 

Markiz przyłapał się na tym, że znowu się śmieje. 
 -  Jeżeli  więc  nie  uznaje  pani  mojego  kodeksu 

honorowego, to według jakiego pani żyje? 

Szikara namyślała się chwilę. 
 -  Nigdy  nie  skrzywdziłabym  kogoś,  kto  mnie  nie 

skrzywdził,  a  w  każdym  razie  nienaumyślnie.  Nigdy  nie 
mówiłabym  niczego  o  kimś  za  jego  plecami,  czego  nie 
mogłabym powtórzyć mu w twarz. Nigdy, chyba że byłoby to 
niemożliwe, nie skłamałabym! 

 -  Więc  na  co  jest  pani  gotowa  przysięgać?  Rzuciła  mu 

bezczelne, kose spojrzenie. 

 - Krzyżyk na sercu i niech skonam! 
 - Nie uważam, aby to było poważne - odrzekł markiz. 
 -  Ależ  to  jest  bardzo  poważne  -  przekonywała  Szikara.  - 

Wcale  nie  mam  ochoty  umierać,  jeszcze  nie!  Tyle  jeszcze 
chciałabym zrobić. 

 - Niech będzie - uległ markiz. - Krzyżyk na sercu i niech 

pani skona, jeśli zrobi mi pani scenę po wysadzeniu na ląd. 

Szikara przechyliła głowę, 

background image

 -  To  mi  się  wydaje  dwuznaczne.  A  jeśli  wybierze  pan 

Diabelską  Wyspę  albo  jakieś  bezludne  miejsce  na  Pacyfiku, 
gdzie mieszkają same węże i gigantyczne kraby? 

 - Z pewnością to następny pomysł, który nie przyszedł mi 

do głowy - odparł markiz. - Gdy spędzi pani rok albo dwa w 
takim  miejscu,  to  może  z  radością  powita  pani  mężczyznę, 
jaki by nie był! 

 -  Może  ma  pan  rację  -  zgodziła  się  Szikara  -  ale  czy 

kiedykolwiek  pomyślał  pan,  jak  dałby  sobie  radę  w  świecie 
pozbawionym  kobiet?  Mimo  wszystko  musi  pan  sobie, 
uświadomić,  że  nie  byłoby  nikogo,  kto  pana  by  podziwiał, 
prócz niego samego. 

W  jej  oku  zabłysła  psotna  iskierka,  więc  markiz  dodał 

szybko: 

 -  Jeżeli  będzie  pani  tak  się  do  mnie  odzywać,  to  wezmę 

przykład z pani stryja i zbiję panią. 

 -  Wątpię,  aby  zrobił  pan  coś  równie  drastycznego  - 

odrzekła Szikara. - Najpierw by pan to rozważył i zdecydował, 
że  nie  ma  ochoty  na  czyn  tak  mało  dostojny  lub  że 
naruszyłoby  to  elegancję  owego  znakomicie  skrojonego 
żakietu! 

 - Myślę, że ponieważ nie spała pani całą wczorajszą noc - 

oznajmił markiz - im szybciej się pani teraz uda na spoczynek, 
tym lepiej, i proszę pozwolić mi zwrócić sobie uwagę, panno 
Bartlett, iż powiedziała pani, że będzie mi  schodzić z drogi  i 
nie  sprawiać  żadnego  kłopotu  w  podróży!  -  Urwał  i  dodał  z 
naciskiem:  -  Będziemy  razem  jedli  posiłki,  lecz  resztę  czasu 
proponuję zostawić mojej własnej pomysłowości. Mam wiele 
zajęć,  a  wydaje  mi  się,  że  mogłoby  okazać  się  korzystne  dla 
pani porozmyślać o swym bardzo lekkomyślnym posunięciu. 

 - Oczywiście, nie mam wyboru i muszę się na to zgodzić - 

odpowiedziała Szikara - z wyjątkiem tej uwagi o rozmyślaniu. 
Jeśli  nie  pożyczy  mi  pan  kilku  swoich  książek,  to  nie  będę 

background image

miała żadnego innego zajęcia prócz rozmyślania o sobie, a to 
będzie strasznie nudne. 

 -  Proszę  bardzo  -  zgodził  się  markiz.  -  A  gdy  pani 

skończy lekturę wybranej pozycji, Hignet zmieni pani na inną, 
o ile zbyt szybko nie wyczerpią się zapasy naszej biblioteki. 

Szikara  podeszła  do  stolika,  który  wskazał,  gdzie  leżały 

książki  zakupione  w  Southampton  przed  zaokrętowaniem. 
Obejrzała  je,  podnosząc  jedną,  potem  inną  podczas  gdy  on 
patrzył na nią. 

 - Prawie wszystkie są o wojnie - odezwała się. - Zapewne 

mężczyźni lubią czytać o walkach, jeżeli sami w danej chwili 
w walce nie biorą udziału. 

 -  A  czego  się  pani  spodziewała  -  romansów?  -  zapytał 

markiz. 

.  -  Wcale  nie!  -  odparła  Szikara.  -  Punkt  dla  pana!  - 

Wezmę tę. 

Zatrzymała  coś,  co  markiz  uznał  za  prawdopodobnie 

nudny wywód dotyczący rosyjskich interesów w Afganistanie, 

 - Sądzi pani, że to ją zainteresuje? - zapytał zaskoczony. 
 -  Zawsze  chciałam  kiedyś  pojechać  do  Afganistanu  - 

odparła  Szikara  całkiem  poważnie.  -  Myślę,  że  uda  mi  się 
przekonać papę, żebyśmy tam pojechali, gdy już  go znajdę... 
to znaczy oczywiście, jeśli... żyje. 

W jej głosie zabrzmiała nuta, po której  markiz poznał, iż 

gdzieś w głębi jej duszy krył się prawdziwy strach o ojca. 

Potem,  zanim  przyszły  mu  na  myśl  słowa  pociechy  czy 

może  nadziei,  podeszła  do  drzwi,  przy  nich  odwróciła  się  i 
dygnęła mówiąc: 

 -  Krzyżyk  na  sercu  i  niech  zemrę!  Sprawię  jak  najmniej 

kłopotu.  Proszę  postarać  się  nie  myśleć  o  mnie.  Nienawiść 
zawsze powoduje niestrawności! 

background image

Zniknęła,  a  drzwi  zamknęły  się  za  nią,  zanim  markiz 

zdążył  rzucić  stosowną  ripostę.  Uświadomił  sobie,  że  choć 
wcale nie miał na to ochoty, znowu się śmieje. 

background image

R

OZDZIAŁ 

Przez  pierwsze  trzy  dni  Szikara  trzymała  się  zasad 

umowy.  Pojawiała  się  na  obiedzie  i  kolacji,  a  gdy  tylko 
posiłek  się  kończył,  składała  dyg  markizowi  i  wracała  do 
własnej kajuty. 

Hignet znalazł jej miejsce na pokładzie, gdzie nie wiało i 

gdzie mogła siadywać, bez wchodzenia markizowi w drogę, a 
nawet nie będąc przezeń widziana. 

W  czasie  posiłków  była  błyskotliwa  i  prowokująca, 

Markiz przyłapywał się na tym, że przed snem przypominały 
mu się niektóre z jej zabawnych twierdzeń. 

Nie  pamiętał,  aby  kiedykolwiek  tak  ostro  dyskutował  Z 

kobietą  na  abstrakcyjne  tematy.  Wciąż  się  z  nią  nie  zgadzał: 
na  przykład  wtedy,  gdy  utrzymywała,  iż  kobietom  powinno 
być  wolno  działać  na  własną  rękę,  a  nie  pod  męskim 
patronatem,  albo  iż  kobiety  pracujące  powinny  otrzymywać 
takie samo wynagrodzenie jak mężczyźni. 

 - Nie znajdzie pani pracodawcy, który by na to się zgodził 

- powiedział wzgardliwie markiz. - Żadna 

kobieta nie pracuje tak dobrze jak mężczyzna. 
 - Niewątpliwie zależy to od rodzaju wykonywanej pracy, 

nieprawdaż?  -  zapytywała  Szikara.  -  Kobiety  pracują  w 
przędzalniach  i  tkalniach  i  chociaż,  jak  sądzę,  wyniki 
produkcyjne  są  dokładnie  takie  same  jak  wtedy,  gdy 
operatorami  maszyn  są  mężczyźni,  otrzymują  jedną  czwartą 
płacy „lepszej płci"! To niesprawiedliwe! 

 -  Kobiety  są  zatrudniane, ponieważ  są  tanie  -  powiedział 

twardo  markiz.  -  Gdyby  okazało  się,  że  żądają  tak  dużo  jak 
mężczyźni, nikt nie dałby im pracy. 

Kiedy  on  usiłował  znaleźć  argumenty  na  odparcie  jej 

twierdzeń, Szikara znakomitą część swego czasu na osobności 
poświęcała  obmyślaniu  tematów,  którymi  mogła  go 

background image

sprowokować.  Od  dawna  nic  nie  sprawiło  jej  takiej 
przyjemności jak owa zażarta szermierka słowna. 

Towarzystwo markiza było zupełnie inne niż towarzystwo 

stryja, od którego musiała wysłuchiwać tylko rozkazów i który 
nie pozwalał nikomu na wyrażenie własnej opinii. 

Uświadomiła  sobie,  że  markiz  był  wyjątkowo 

inteligentnym  mężczyzną. Co  więcej, posiadł  wiedzę o  wiele 
szerszą,  niż  spodziewałaby  się  po  kimś,  kto  był  bywalcem  i 
znakomitością socjety. 

Na  tych  balach,  na  które  zabierała  ją  ciotka,  a  także  w 

domu stryja, spotykała mężczyzn, dzięki którym uwierzyła, iż 
żadnego  z  dżentelmenów  nie  interesuje  nic  więcej  prócz 
sportu, takiego czy innego hazardu i plotek. 

Od dzieciństwa przebywała wśród mężczyzn zatopionych 

w badaniu historii, a ponieważ jej ojciec był znaną postacią w 
świecie  archeologicznym,  w  każdym  odwiedzanym  kraju 
podejmowali ich politycy, historycy i pisarze, których Szikara 
słuchała  z  ciekawością.  -  Podróżowali  tak  często,  że  jej 
formalne  wykształcenie  w  rzeczywistości  było  bardzo 
niejednolite. 

 -  Moje  umiejętności  matematyczne  są  żałosne!  - 

powiedziała  szczerze  markizowi.  -  Chyba  że  mam  do 
czynienia  z  walutą  miejscową,  wtedy  szybko  staję  się 
specjalistką od liczenia! Mama zawsze miała zwyczaj mówić, 
że brak mi kobiecych przymiotów. 

 -  Co  przez  to  chciała  powiedzieć?  -  zapytał.  -  Jestem 

gotowy się z nią zgodzić, choć jeszcze nie usłyszałem, co to za 
przymioty. 

Szikara skrzywiła się, zanim odrzekła: 
 -  Mamę  chowano  w  przekonaniu,  że  każda  kobieta 

powinna  grać  na  pianinie  i  grywać  na  zakończenie  kolacji  u 
siebie w domu. Powinna też szyć, malować akwarelą i układać 
kwiaty. 

background image

 -  Czyżby  pani  żadnej  z  tych  rzeczy  nie  potrafiła?  - 

dopytywał się markiz. 

 -  Szczerze  mówiąc,  nie  sądzę,  aby  moja  gra  na  pianinie 

sprawiła  panu  przyjemność  -  odrzekła  Szikara.  -  Nie  cierpię 
akwareli,  nawet  cudzego  autorstwa.  I  stokroć  bardziej  wolę 
kwiaty rosnące niż powtykane sztywno do wazonu. 

 - A szycie? 
 -  Szyję  całkiem  przyzwoicie  -  odrzekła  Szikara  -  ale  nie 

mogę powiedzieć, aby mnie to szczególnie bawiło. 

Markiz pokręcił głową. 
 - Rzeczywiście, pani przypadek  jest beznadziejny. Nigdy 

nie znajdziemy dla pani partii. 

 -  Może  pan  być  tego  całkiem  pewien  -  odparowała 

Szikara.  -  Nie  mam  wcale  ochoty  zostać  niczyją  małżonką  i 
być  traktowaną  jak  marionetka,  która  nie  może  poruszyć  się, 
jeżeli mąż nie pociągnie za sznurki. 

 -  Może  znajdzie  pani  mężczyznę  na  tyle  głupiego,  że 

będzie ją traktował jak sobie równą - powiedział prowokująco 
markiz. 

 -  Chce  pan  powiedzieć,  że  zniżałby  się  do  mnie  - 

uzupełniła  Szikara.  -  Mogę  pana  zapewnić,  że  nie  chcę,  aby 
ktokolwiek  roztaczał  nade  mną  opiekę,  a  już  najmniej  ktoś 
pana płci. 

 -  Na  początku  wydawała  mi  się  pani  podobna  do 

tygrysiątka  -  powiedział  jej  markiz.  -  Teraz  widzę,  że  nie 
miałem racji. Jest pani jeżozwierzem, co ma na grzbiecie cały 
las ostrych kolców! 

 -  Chyba  wolę  być  jeżozwierzem  niż  tym,  czym  mnie 

nazywał stryj Hardwin. 

 - Co to było? 
 -  Jak  większość  mężczyzn  wolał  konie  od  kobiet  i 

nieustannie mawiał o mnie „nieokiełznana źrebica". 

background image

 -  Nie  wiem,  czy  nie  miał  racji  -  stwierdził  markiz.  W 

oczach Szikary błysnął gniew, potem zaśmiała się. 

 -  Pan  naumyślnie  chce  mnie  rozzłościć!  Gdybym 

naprawdę była tygrysiątkiem, na pewno ugryzłabym pana! 

Jednakże  z  wymianami  złośliwości  przeplatały  się 

całkowicie  poważne  rozmowy  dotyczące  religii  Wschodu, 
wielu prac wykopaliskowych, w których brał udział jej ojciec, 
i  spekulacji,  czy  ktoś  kiedykolwiek  odnajdzie  źródło  Białego 
Nilu. 

 -  Czy  kiedykolwiek  płynął  pan  w  górę  Nilu?  -  zapytała 

Szikara. 

Markiz pokręcił głową. 
 -  Zawsze  zamierzałem  pojechać  do  Kairu  -  powiedział  - 

ale tak się składało, że nigdy nie miałem czasu. 

Szikara spojrzała na niego, a on odgadł, o czym myśli. 
 -  Jeżeli  chce  pani  zasugerować,  że  to  wspaniała  okazja, 

abym  to  zrobił  -  odezwał  się  -  to  proszę  o  tym  zapomnieć. 
Zamierzam udać się do Algieru. 

Mieszka tam mój przyjaciel, którego nie widziałem już od 

wielu lat. 

 - Czy zabierze mnie pan tak daleko? 
 - To będzie zależało od pani zachowania - odparł markiz. 

- Inaczej bowiem mogę mieć ochotę wysadzić panią w Oporto 
lub, jak pani proponowała, w Gibraltarze. 

 - Będę bardzo... bardzo grzeczna - przyrzekła Szikara, po 

czym wstała po skończonym obiedzie, chcąc odejść. 

Na  pewno  nie  sprawiała  wiele  kłopotu,  powiedział  sobie 

markiz, i chociaż wcale nie miał ochoty się do tego przyznać, 
możliwość  porozmawiania  z  kimś  przy  posiłkach  sprawiała 
mu przyjemność. Co więcej, Szikara umiała docenić potrawy 
przygotowywane  przez  kucharza.  Znała  się  na  kuchni  oraz 
wykazywała  apetyt  zupełnie  niespotykany  u  żadnej  innej 
znanej mu kobiety. 

background image

Pragnąc  posiadać  smukłą  talię,  kobiety  zazwyczaj  tak 

ciasno sznurowały gorset, że nie mogły zjeść ze smakiem i tak 
obficie jak ona. 

I  chociaż  starsze  członkinie  socjety  były  bardzo 

doświadczone  w  kwestii  wydawania  przyjęć  i  niewątpliwie 
instruowały swych szefów kuchni, co należy podać, młodsze i 
bardziej lekkomyślne nie przestrzegały tych reguł. 

Markiz pomyślał, że to, co jadał w niejednej gościnie, było 

mało oryginalne i czasem nie do strawienia. 

Wiedział,  że  był  jednym  z  nielicznych,  którym  nie 

imponowała obfitość stołu, na którą natykał się we wszystkich 
wielkich  domach.  We  własnym  domu  bowiem  domagał  się, 
aby  wszelkie  serwowane  dania  były  przygotowywane  z 
wyjątkową wprawą. „Jakość, a nie ilość" - powtarzał zawsze. 

Z  pewnością  Szikara  jest  wyjątkową  istotą  -  pomyślał 

markiz, po czym zapomniał o niej, wchodząc na mostek, aby 
porozmawiać z kapitanem. 

 -  Obawiam  się,  milordzie,  że  wejdziemy  w  złą  pogodę  - 

poinformował go kapitan. 

 -  Raczej  spodziewałem  się,  że  Zatoka  Biskajska  o  tej 

porze roku będzie niespokojna - zauważył markiz. 

 - Wygląda na to, że będziemy mieli huragan. 
 - Mam nadzieję, że „Koń Morski" świetnie da sobie radę. 
 -  Oczywiście,  milordzie.  Jestem  o  tym  przekonany  - 

zgodził  się  kapitan.  -  Lecz  prawdziwy  huragan  o  tej  porze 
roku  może  okazać  się  bardzo  nieprzyjemny,  a  na  pokładzie 
mamy damę. 

Markiz był bliski odpowiedzi, że zupełnie nie obchodzą go 

odczucia Szikary, a jeżeli się rozchoruje, będzie to po prostu 
to, na co zasłużyła. 

Gdy  obudził  się  następnego  ranka,  przekonał  się,  że 

przewidywania kapitana sprawdziły się dokładnie. Morze siekł 

background image

silny  wiatr  wiejący  z  północy.  Woda  burzyła  się  i  panowało 
przenikliwe zimno. 

„Koń  Morski"  był  wprawdzie  jednostką  potężniejszą  niż 

większość jachtów, ale nawet na łodzi rozmiarów „Himalaya" 
byłoby  nieprzyjemnie  na  tak  wzburzonym  morzu.  Jacht 
kołysał  się  i  przechylał  tak  mocno,  że  poruszanie  się  po nim 
było  bardzo  trudne,  przygotowanie  zaś  jedzenia  okazało  się 
niemożliwe. 

W  porze  obiadu  Hignet  przyniósł  markizowi  kanapki, 

niosąc  je  nie  na  talerzu,  gdyż  dobrze  wiedział,  jak  należy 
postępować  w  razie  sztormu,  ale  w  koszyku,  aby  nie 
ześliznęły się podczas wędrówki po trapach. 

Markiz  zjadł  kanapki,  wypił  kieliszek  szampana,  a 

ponieważ Szikara nie pojawiła się, wrócił na mostek. 

Walka  jachtu  z  żywiołem  fascynowała  go.  Doskonale 

wiedział, że wiele małych łodzi i statków handlowych ginie co 
roku  w  zatoce.  Lecz  gdy  wielkie  fale  rozbryzgiwały  się  o 
dziób  „Konia  Morskiego",  myślał  z  dumą,  że  istotnie 
zbudował przedni statek i bez względu na siłę sztormu nic im 
się nie stanie. 

Gdy Szikara nie zjawiła się na obiedzie, zapytał Higneta, 

czy u panny Bartlett wszystko w porządku. 

 - Tak sądzę, milordzie - odrzekł Hignet. - Pukałem do jej 

drzwi  około  dwóch  godzin  temu  i  pytałem,  czy  nie 
zechciałaby  czegoś  do  zjedzenia.  Powiedziała,  że  nic  jej  nie 
jest i niczego nie potrzebuje. 

 - Nie jadła obiadu? - zapytał markiz. 
 - Nie, milordzie. Zapytałem panienkę, czy chce coś zjeść, 

ale powiedziała, że nie. 

 -  Zapewne  cierpi  na  chorobę  morską  -  powiedział  z 

uśmiechem  markiz.  -  Nic  dziwnego.  Kapitan  mówił  mi,  że 
kilku z załogi nie może się nawet ruszyć. 

background image

 -  Ma  pan  szczęście,  milordzie,  że  morze  nigdy  nie 

wpływa źle na pana samopoczucie - zauważył Hignet. 

 - Na ciebie też nie - odparł markiz. 
Kolacja  nieco  różniła  się  od  obiadu,  lecz  najwyraźniej 

kucharz  nie  był  w  stanie  gotować,  dlatego  wiec  wszystkie 
przyniesione markizowi potrawy były na zimno. 

 -  Myślę,  że  wkrótce  to  się  skończy.  W  każdym  razie, 

wiatr się uspokoi do jutra - powiedział markiz. 

 -  Jedną  z  korzyści,  jakie  daje  posiadanie  tak  szybkiego 

statku  jest  to,  milordzie,  że  przepłynięcie  zatoki  zajmie  nam 
mniej czasu niż poprzednimi razy - odparł Hignet. 

 - To prawda - rzekł markiz z satysfakcją. 
Gdy  został  sam,  sięgnął  po  książkę,  ponieważ  jednak 

statek  to  starał  się  stanąć  na  głowie,  to  zrobić  przewrót 
bokiem, markiz zdecydował, że równie dobrze może pójść do 
łóżka. 

Szedł  korytarzem,  a  gdy  mijał  drzwi  do  kajuty  Szikary, 

zatrzymał się. Jeżeli chorowała, co podejrzewał, nie poprosiła 
o  pomoc  ani nawet  o  kieliszek  brandy,  co  według  niego było 
najlepszym  lekarstwem  w  takich  okolicznościach.  Po  chwili 
wahania  markiz  zapukał  do  drzwi.  Nie  było  odpowiedzi. 
Odczekał  chwilę  i  ostrożnie  nacisnął  klamkę,  sądząc,  że 
Szikara może śpi. 

Jeden rzut oka wystarczył, by odkryć, że łóżko stoi puste. 

Wtedy ujrzał Szikarę skuloną na podłodze, z twarzą ukrytą w 
dłoniach. Przez chwilę myślał, że jest ranna, złamała rękę albo 
nogę  i  straciła  przytomność.  Podszedł  do  niej  z  trudnością  i 
zobaczył, że cała dygoce. 

 - Co się stało? - zapytał. Ukląkł przy niej na jedno kolano 

i  odwrócił,  chcąc  zobaczyć  jej  twarz.  -  Co  się  dzieje?  - 
ponowił pytanie. - Czy pani jest chora? 

Odsunęła dłonie i spojrzała na niego. Jej oczy były bardzo 

ciemne, z rozszerzonymi źrenicami, twarz zaś biała jak kreda. 

background image

Przez  moment  wpatrywał  się  w  nią  zdumiony,  wreszcie 

powiedział: 

 - Pani się boi! 
Szikara pisnęła coś spazmatycznie, potem podniosła się na 

kolana,  rzuciła  mu  się  na  szyję  i  oparła  twarz  na  jego 
ramieniu. 

Automatycznie  objął  ją  i  usiadł  na  podłodze,  tuląc  do 

siebie.  Czując  jej  drżenie  uświadomił  sobie,  że  nie  była 
ubrana,  miała  na  sobie  jedynie  koszulę  nocną.  Jej  ciało  było 
bardzo  szczupłe,  dziewczęce,  a  dygotała  w  taki  sposób,  z 
jakim markiz nigdy przedtem się nie spotkał. 

 - Wszystko w porządku - powiedział uspokajająco. 
 - Czy... pójdziemy na... dno? 
Prawie nie dosłyszał słów wypowiedzianych w jego frak. 
 -  Mogę  pani  obiecać,  że  jeżeli  tak  się  stanie,  będę  się 

domagał  zwrotu  pieniędzy.  Gwarantowano  mi,  że  „Koń 
Morski" to porządny jacht! 

Miał nadzieję, że rozbawionym głosem pokona jej strach. 

Wydało mu się, że nie drży już tak gwałtownie, ale nie ruszała 
się i ciągle chowała twarz. 

 - Ja... ja się... naprawdę... boję - odezwała się po chwili. - 

Nic na to... nie poradzę. Zawsze... bałam się... burzy. 

 -  To  całkiem  zrozumiałe  -  oświadczył  markiz.  -  A  ten 

sztorm  jest  wyjątkowo  paskudny.  Jednak  mogę  panią 
zapewnić,  Szikaro,  że  przetrwamy  go,  że  tak  się  wyrażę, 
kapitan zaś uważa, że do jutra wicher zelżeje. 

Gdy to mówił, zdał sobie sprawę z tego, że wciąż trzymała 

klapę jego fraka w niemal szalonym uścisku. Jednak teraz jej 
palce lekko rozluźniły się i poczuł, że westchnęła z ulgą. 

 - Wstyd... mi - powiedziała po chwili. 
 - To całkiem zrozumiałe u... kobiety! - odparł markiz. 

background image

Wyraźnie  zawahał  się  przed  wypowiedzeniem  ostatniego 

słowa  i  Szikara  wydała  z  siebie  zduszony  dźwięk,  niby 
śmiech. 

 - Oczywiście - ciągnął markiz - jest mi niezmiernie miło, 

że pod całą tą agresją i niezależnością ma pani w sobie coś z 
prawdziwej kobiety. Boi się pani, Szikaro, i w tej chwili lgnie 
do mnie zupełnie tak, jak lgnęłaby normalna kobieta w takich 
okolicznościach. 

Poczuł,  że  zesztywniała,  po  czym  podniosła  głowę  i 

oznajmiła: 

 - To nie... fair... pan uderza... poniżej pasa! 
 -  Z  całą  pewnością  nie  zachowuję  się  jak  dżentelmen  - 

odrzekł markiz - lecz wielekroć mówiła mi pani, że chciałaby 
zaistnieć na takich samych warunkach jak mężczyzna. 

Szikara usiłowała jakby odsunąć się od niego, ale w tejże 

chwili jacht gwałtownie przechylił się na bok, przy czym cały 
zatrząsł się i  zatrzeszczał. Mruknąwszy coś, znowu schowała 
twarz w jego frak i zacisnęła palce na klapie. 

Markiz uśmiechnął się, po czym powiedział: 
 -  Wydaje  mi  się,  że  wszystko  sprawia  na  pani  większe 

wrażenie, niż powinno, tylko dlatego, gdyż nic pani nie jadła 
ani  nie  piła.  Pomogę  pani  położyć  się  do  łóżka,  Szikaro. 
Potem  mam  zamiar  nalegać,  aby  pani  coś  zjadła  i  napiła  się 
szampana, o ile Hignet doniesie go tutaj. 

 - To... za dużo... kłopotu - wyszeptała Szikara. Wiedział, 

że  usiłuje  odpowiednio  zareagować  na  rzeczowy  ton  jego 
głosu. 

 -  Zawsze  uczono  mnie,  że  jeśli  chodzi  o  kobietę,  nie  ma 

spraw zbyt kłopotliwych - zauważył markiz. - Dopiero wtedy, 
Szikaro, będę całkowicie przekonany, iż jest pani kobietą i to, 
ośmielę się rzec, bynajmniej niepodobną do mężczyzny. 

background image

Z pewną trudnością pomógł jej podejść do łóżka. Wsunęła 

się do wewnątrz i naciągnęła pościel na siebie, spoglądając na 
niego wielkimi i wciąż wystraszonymi oczyma. 

Markiz  przysiadł  na  materacu  naprzeciwko  niej.  Gdy  to 

zrobił, poczuł jej dłoń zaciskającą się na jego ręce, trzymającą 
się  go,  jakby  był  liną  ratunkową,  która  ma  ją  uratować  od 
utonięcia. 

 -  Zadzwonię  po  Higneta  -  oznajmił.  -  On  ma  więcej 

doświadczenia  niż  ja  w  chodzeniu  po  pokładzie  w  czasie 
sztormu,  a  jeżeli  zechce  pani,  zostanę  tu  z  panią,  Szikaro.  - 
Proszę... zostać. 

Prawie  nie  dosłyszał  słów,  lecz  oczy  utkwiła  w  jego 

twarzy i wiedział bez słów, czego pragnie. 

Godzinę  później,  uprzednio  zjadłszy  i  napiwszy  się, 

Szikara poczuła się senna. 

 - Jeżeli będzie się pani bała w nocy - uspokajał ją markiz - 

musi  pani  tylko  krzyknąć  dostatecznie  głośno,  bym  usłyszał, 
albo  zadzwonić  po  Higneta.  Przyrzekam,  że  żaden  z  nas  nie 
zawiedzie. 

 -  Oczywiście,  panienko  -  powiedział  Hignet.  -  Nie  będę 

się rozbierał, w razie gdyby milord mnie potrzebował. Zresztą 
kilka  osób  z  załogi  pokaleczyło  się  paskudnie  i  poobijało  i 
zanim  noc  przeminie,  jeszcze  niejeden  może  potrzebować 
mojej pomocy. 

 -  Zapomniałem  pani  powiedzieć,  że  Hignet  jest  bardzo 

doświadczonym  pielęgniarzem  -  dodał  markiz.  -  Wydaje  mi 
się, że powinien był zostać lekarzem. 

Hignet uśmiechnął się szeroko na ten komplement. 
 - Nigdy nie ruszam się bez mojej apteczki - pochwalił się. 

-  I  dobrze  zrobiłem,  że  ją  zabrałem  w  tę  podróż,  milordzie. 
Będę  musiał  uzupełnić  zapasy  bandaży  i  plastrów,  gdy 
zawiniemy do następnego portu. 

background image

 -  Zawsze  mogę  na  ciebie  liczyć  w  nagłej  potrzebie, 

Hignet - rzekł markiz. 

Kamerdyner  wycofał  się,  a  markiz  uwolnił  dłoń  Szikary, 

wsunął  ją  pod  pościel,  po  czym  przykrył  dziewczynę  aż  po 
szyję. 

 -  Proszę  zasnąć,  Szikaro  -  powiedział.  -  Jutro  będzie 

lepiej, przyrzekam, więc proszę postarać się nie bać. Wiem, że 
nie  ma  pani  pochlebnego  zdania  o  mojej  opinii  na  wiele 
tematów,  ale  zapewniam  panią,  że  nie  mam  sobie  równego, 
jeśli chodzi o wybór jachtu, który bezpiecznie zawiezie nas do 
celu. 

 -  Dziękuję  za  pana...  dobroć.  -  W  jej  głosie  zabrzmiała 

jakby tęskna nuta i zdawało się, że na chwilę opuścił ją duch 
niepokory.  -  Przykro...  przykro  mi,  że  wywołuję  tyle... 
zamieszania, choć przyrzekłam, że nie będę - dodała. 

 -  Jest  pani  kobietą  -  odrzekł  markiz.  -  Jak  już  pani 

wcześniej  mówiłem,  wszystkie  kobiety to przeklęte kłopoty i 
dlatego ich nienawidzę! 

Wiedziała, że mówił żartem. A jednocześnie, gdy zamknął 

za sobą drzwi kajuty, pomyślała, że wiele było prawdy w tym, 
co powiedział. 

Starała się dotrzymać słowa i nikomu nie zawracać głowy 

nawet wtedy, gdy bała się tak, że miała ochotę krzyczeć. Lecz 
nic  nie  zostało  z  jej  dobrych  chęci,  a  ona  sama  faktycznie 
okazała  się  wielce  kłopotliwa,  trzymając  się  kurczowo 
markiza. Na dodatek trzeba było specjalnie podać jej kolację 
po  zwykłej  porze.  Nie  mogła  wyzbyć  się  przekonania,  że  po 
tym  wszystkim  markiz  na  pewno  wysadzi  ją  na  ląd  w 
Gibraltarze i nie zabierze do Algieru, na co miała nadzieję. 

„Będzie  to  tylko  moja  wina"  -  stwierdziła.  -  „Nie  wiem, 

czemu jestem taka... głupia". 

Statek  kołysał  się  mocno,  lecz  nie  obawiała  się  tego  już 

tak  bardzo.  Czuła  się  bardzo  senna  i  gdy  zamknęły  się  jej 

background image

oczy,  nie  wiedziała,  gdzie  skończyły  się  myśli,  a  zaczęły 
marzenia. 

 -  Dałem  panience  coś  na  sen  -  powiedział  Hignet, 

pomagając markizowi rozebrać się. 

 -  Rozsądnie  zrobiłeś  -  odparł  markiz.  -  Dodałeś  to  do 

szampana? 

 -  Tak,  milordzie.  Nawet  nie  zauważyła.  Niewiele  kobiet 

może  szczycić  się  podobnie  wrażliwym  podniebieniem  jak 
wasza  lordowska  mość.  W  życiu  nie  udałoby  mi  się  czegoś 
dosypać, żeby się milord nie poznał. 

 - Niech tylko panna Bartlett tego nie usłyszy - powiedział 

markiz.  -  Bezustannie  powtarza  mi,  że  niemal  pod  każdym 
względem  kobiety  są  równe  mężczyznom,  z  wyjątkiem,  jak 
się okazuje, strachu przed burzą. 

 -  Niemało  mężczyzn  także  nie  lubi  burzy  -  zauważył 

Hignet. 

 -  Owszem  -  zgodził  się  markiz.  -  A  jednocześnie  to 

naturalne, że kobieta się boi, czy to burzy, czy to myszy. 

 - Oczywiście, milordzie. 
Gdy  markiz  został  sam,  stwierdził,  że  myśli  o  tym,  jak 

Szikara konwulsyjnie drżała w jego ramionach i jak szczupłe i 
lekkie było jej ciało. Był przyzwyczajony do kobiet o obfitych 
kształtach, jak Inez Shangarry, i nie mógł przypomnieć sobie, 
kiedy  ostatnio  trzymał  w  ramionach  istotę  tak  szczupłą  jak 
Szikara. 

„Jest bardzo młoda" - powiedział do siebie. - „Przejdą jej 

te  bzdurne  uprzedzenia  do  mężczyzn  i  znajdzie  sobie  męża, 
który będzie się nią opiekował". 

Zastanowił się, jaki mężczyzna mógłby ostatecznie jej się 

spodobać. 

Będzie musiał być inteligentny - pomyślał markiz. 
Przypomniał  sobie  rozmowy  z  Szikara  i  ich  zakres,  z 

którego  wynikało,  że  najwyraźniej  nie  tylko  chłonęła  urodę 

background image

zwiedzanych  miejsc,  wykazywała  się  bowiem  również 
znajomością  zwyczajów  i  tradycji  wielu  narodów.  To  go 
zaskoczyło. 

Zawsze  ciekawiła  go  historia  różnych  krajów,  lecz  mało 

kto  podzielał  jego  zainteresowania  w  większym  stopniu. 
Dlatego wolał podróżować sam z Hignetem. 

Teraz przypomniało mu się, że zawsze zamierzał zwiedzić 

kiedyś  Egipt.  Fascynowały  go  dzieje  faraonów  i  z  wielką 
ciekawością śledził niedawne odkrycia wokół piramid. 

„Chciałbym zobaczyć sfinksa" - powiedział do siebie. 
Wówczas  przypomniał  sobie,  że  nie  miał  zamiaru  ulec 

prośbom Szikary, by zawieźć ją jachtem w górę Nilu. 

Najpierw  popłynę  do  Algieru  -  pomyślał.  -  Potem,  jeżeli 

będzie mi to odpowiadało, mogę odwiedzić Kair, zanim wrócę 
do Anglii. 

Sztorm  cichł,  gdy  markiz  obudził  się  wypoczęty  po 

głębokim i nieprzerwanym śnie. 

„Koń Morski" nadał kołysał się na boki, lecz już nie na tak 

wysokiej fali jak dnia poprzedniego, więc gdy markiz wszedł 
na  mostek,  zastał  kapitana  w  dobrym  nastroju.  -  Miał  pan 
rację,  milordzie  -  powiedział.  -  „Koń  Morski"  jest  wybitną 
jednostką. Po takiej próbie ogniowej nie musimy się już nigdy 
więcej o mego martwić. 

 -  Pan  się  martwił?  -  zapytał  zaskoczony  markiz.  Kapitan 

wyglądał na nieco zakłopotanego. 

 - Nowa łódź zawsze wywołuje pewne obawy, milordzie, a 

choć przepływałem zatokę wielokrotnie, potężniejsze sztormy 
niż ten bywały rzadkością. 

 -  Naprawdę  uważał  pan,  że  znajdujemy  się  w 

niebezpieczeństwie? - dopytywał się markiz. 

 -  Przyznam  się  bez  wstydu  -  odrzekł  kapitan  -  że 

przeżyłem kilka trudnych chwil. 

background image

 - Nawet nie przyszło mi to na myśl - powiedział szczerze 

markiz. - Pan mnie zadziwia, kapitanie! 

 -  Gdyby  to  odpowiadało  waszej  lordowskiej  mości, 

chciałbym,  jeśli  to  możliwe,  wejść  do  portu  w  Lizbonie  - 
poprosił kapitan. - Jest parę napraw do wykonania, stewardzi 
zaś meldowali mi, że potłukło się dużo, porcelany. 

 - Więc zatrzymamy się w Lizbonie - zadecydował markiz. 
 - Dziękuję, milordzie. 
Markiz zszedł na obiad. W salonie czekała już Szikara.  « 

Była schludnie ubrana, lecz miała bardzo bladą twarz, choć jej 
oczy zajaśniały na jego widok. 

 - Lepiej się pani czuje? - zapytał. 
 -  Absolutnie  nic  mi  nie  jest  -  odrzekła.  -  Bardzo  się  za 

siebie wstydzę. 

 - Nie ma najmniejszej potrzeby przepraszać. 
 - Jestem upokorzona tym, że nie miałam dość silnej woli, 

żeby zapobiec swemu głupiemu  zachowaniu. - Zobaczyła, że 
markiz  się  uśmiechnął,  więc  powiedziała  oskarżycielskim 
tonem;  -  Oczywiście,  jest  pan  uradowany!  Udowodnił  pan 
swoją  tezę,  ja  zaś  jestem  słabą,  bezwolną  kobietką!  Czy 
mężczyzna mógłby żądać większej satysfakcji? 

 -  Czy  mam  powiedzieć,  że  nie  wykorzystam  tego 

przeciwko  pani?  -  zaproponował  markiz.  -  Będziemy  nadal 
prowadzić  nasze  słowne  utarczki,  jakby  to,  co  zaszło 
poprzedniej nocy, nie zdarzyło się. 

 -  Przypuszczam,  iż  uważa  się  pan  za  łaskawcę 

powiedziała gorzko Szikara. 

 - Na pewno gest nie został łaskawie przyjęty - odparował 

markiz. 

Dyskutowali ze sobą w czasie obiadu w tonie, do jakiego 

zdążyli  się  już  przyzwyczaić.  Skończywszy  posiłek,  Szikara 
zamierzała odejść, gdy markiz powiedział: 

background image

 - Proponuję, aby została pani tutaj, w salonie, dzisiejszego 

popołudnia. Nie będzie pani mi przeszkadzać, bo udaję się na 
mostek. Ośmielam się twierdzić, że po spędzeniu dwudziestu 
czterech  godzin  we  własnej  kajucie  ma  jej  pani  szczerze 
dosyć!  -  Szikara  spojrzała  na  niego  niepewnie,  więc  dodał:  - 
Bez zobowiązań!  Ani  nie rozpieszczam pani, ani  nie traktuję 
jej jak słabej, istoty, która nie posiada własnej woli. 

 - Dobrze, zostanę - powiedziała Szikara niemal krnąbrnie 

-  lecz  jeśli  okażę  się  dla  pana  ciężarem,  proszę  tylko 
powiedzieć. 

 -  Zapewniam  panią,  że  nie  zawahałbym  się  -  odparł 

markiz. 

Zostawił  ją  samej  sobie,  a  gdy  dwie  godziny  później 

wrócił,  znalazł  ją  śpiącą,  wyciągniętą  na  jednej  z  sof,  z 
jasnymi  włosami  rozrzuconymi  na  jedwabnej  poduszce. 
Wyglądała  bardzo  młodo  i  krucho.  Usiadł  na  pobliskim 
krześle i patrzył na nią. 

Wiedział,  że  to,  co  przeżyła  poprzedniego  dnia, 

wymęczyło  ją.  Lęk  był  ze  wszystkich  uczuć  najbardziej 
rozstrajający. Równocześnie przyznał, że Szikara wykazała się 
odwagą,  której  nie  spodziewałby  się  po  kobiecie,  zwłaszcza 
tak młodej. 

Dotrze do Kairu i odnajdzie ojca w taki albo inny sposób - 

pomyślał. - Na przekór wszystkim, którzy mogliby próbować 
jej  przeszkodzić.  Naprawdę  jest  odważna,  nawet  jeśli  trochę 
szalona. 

Wziął  rozpoczętą  książkę,  lecz  z  trudnością  mógł  skupić 

się na treści. Jego oczy wciąż wędrowały w kierunku Szikary. 
Pomyślał,  że  istotnie  była  prześliczna.  Jej  uroda  -  o  ile  nie 
mówiła  nic  ani  nie  stawała  się  przekorna  -  była  jakby 
uduchowiona. Może uduchowienie to płynęło z jej delikatnych 
rysów lub kształtu twarzy. 

background image

Podziwiał jej brwi, rozpostarte niby skrzydła, mały, prosty 

nos i zastanawiał się, kim była matka Szikary, przeczuwając, 
że  takie  rysy  i  małe  stópki  o  wysokim  sklepieniu  są 
niewątpliwie schedą po arystokratycznych przodkach. 

Zastanawiał  się  też,  co  powiedzieliby  jego  przyjaciele, 

gdyby wiedzieli, gdzie się w tej chwili znajdował i z kim. 

Mógł  sobie  wyobrazić  dowcipy,  które  krążyłyby  po  jego 

klubie,  i  jakie  czyniono  by  uwagi.  Doskonale  zdawał  sobie 
sprawę z tego, że był przedmiotem plotek, gdy wiedziano już, 
kim był nowy obiekt jego zainteresowań. 

Jednak  nie  była  to  wina  markiza,  że  tak  swobodnie 

dyskutowano  o  jego  życiu  miłosnym.  Prawie  zawsze  dama, 
którą  był  zainteresowany,  obnosiła  się  ze  zdobyczą  przed 
rywalkami,  bezskutecznie  ścigającymi  markiza  przez  długi 
czas. 

Prawdę  mówiąc,  często  był  zirytowany  niezmiernie 

odkryciem, że stawał się tematem dyskusji na długo przedtem, 
zanim zaistniały ku temu jakiekolwiek powody. 

Przynajmniej - pomyślał z zadowoleniem - nikt nie wie, że 

jest tu Szikara. 

Raz  jeszcze  wrócił  w  myślach  do  Inez  Shangarry; 

próbował  zgadnąć,  co  uczynili  -  ona  i  jej  mąż  -  gdy  okazało 
się, że ich ptaszek umknął. 

Zauważył,  że  jego  gniew  i  poczucie  upokorzenia  zelżały 

podczas tych kilku ostatnich dni. 

W  pewnym  sensie  było  to  zrozumiałe,  że  ci,  którzy  „nie 

mieli", pragnęli uszczknąć cząstkę od tych, którzy „mieli", on 
sam  zaś  był  ogromnie  uprzywilejowany,  posiadając  nadmiar 
dóbr tego świata. 

Mimo  to  świetnie  zdawał  sobie  sprawę,  iż  nie  tylko 

pieniądze skłaniały kobiety do nieostrożności i rzucania swych 
serc  do  jego  stóp,  Działo  się  tak  również  dlatego,  że  był 
pociągający, o czym wiedział, odkąd stał się mężczyzną. 

background image

„Czy  mnie  kochasz?"  „Czy  będziesz  mnie  wiecznie 

kochał?" „Och, Osborne, oddaj mi swe serce". 

Jakże  często  słyszał  te  zdania,  powtarzane  raz  po  raz,  i 

niemalże  słyszał  swoje  własne  gładkie  odpowiedzi,  nieco 
kłamliwe, a jednocześnie uspokajające i pocieszające. 

Wiedział,  że  gdyby  chciał  być  prawdomówny,  musiałby 

przyznać się, iż nigdy nie był zakochany, nigdy w jego życiu 
nie  było  kobiety,  której  powiedział  „kocham",  choć  trochę 
wierząc w to, co mówi. 

„Chyba  jestem  nietypowy...  albo  po  prostu  szczery"  - 

powiedział do siebie. 

A równocześnie doskonale wiedział, że gdyby przyznał się 

komuś  z  rówieśników  do  takich  uczuć,  nigdy  by  mu  me 
uwierzono. 

Pamiętał  chłopców,  z  którymi  uczęszczał  do  Eton. 

Podczas ostatnich paru semestrów każdy szaleńczo się w kimś 
kochał,  zwykle  w  jakiejś  aktorce  albo  osóbce  zdecydowanie 
nieodpowiedniej. 

W  Oksfordzie  było  dokładnie  tak  samo:  połowa 

młodszych studentów z jego roku, zamiast pracować, spędzała 
czas  na  miłostkach  z  miejscowymi  dziewczętami  albo 
tancerkami rewiowymi. 

Ktoś  z  tego  samego  roku  -  przypomniał  sobie  markiz, 

zakochał  się  ekstatyczno  -  lirycznie  w  żonie  jednego  z 
wykładowców.  Pisywał  dla  niej  wiersze  i  bez  końca 
wychwalał jej wdzięki. 

„Dlaczego  ja  nigdy  taki  nie  byłem"  -  zapytał  sam  siebie. 

Wówczas  odpowiedział  sobie,  że  nigdy  nie  pragnął  stać  się 
ckliwym z powodu kobiety. 

Kobiety  istniały  po  to,  aby  bawić  i  zabawiać.  Gdy  nie 

robiły  już  ani  jednego,  ani  drugiego,  zawsze  na  ich  miejsce 
znajdowały się inne. 

background image

A  cóż  innego  mogłoby  zajmować  kobietę,  jeśli  nie 

mężczyzna?  Właśnie  tak  powinno  być  i  oto  przyczyna,  dla 
której stworzono dwie płcie. 

I znowu spojrzał na Szikarę, myśląc, że to nadzwyczajne, 

iż nienawidzi mężczyzn. 

„Nie miała szczęścia do nich" - powiedział do siebie. 
Przyszedł  mu  na  myśl  lord  Stroud  i  wzdrygnął  się.  Nie 

mógł sobie wyobrazić, jak ten nadęty nudziarz całuje i kocha 
się z tak śliczną i wrażliwą istotą jak Szikara. - Nic dziwnego, 
że uciekła - mruknął. 

Jakby  jego  myśli  o  niej  zbudziły  ją  ze  snu,  Szikara 

otworzyła  oczy,  zobaczyła  go  siedzącego  w  fotelu  i 
uśmiechnęła się sennie. 

 - Śniłam... o panu - szepnęła na pół rozbudzona, 
 -  Pochlebstwo  -  skwitował  markiz.  -  Nie  wyobrażałem 

sobie, że pani zezwoli, by mężczyzna wtargnął do czegoś tak 
osobistego jak sny. 

 -  Jechaliśmy...  pustynią...  zdaje  mi  się,  że  konno...  ale 

mogły to być wielbłądy. 

 - Jeżeli mogę wybierać, to wolałbym konia - powiedział z 

naciskiem  markiz.  -  Istnieje  ruch,  którego  znieść  nie  mogę: 
jazda na wielbłądzie! 

Szikara  roześmiała  się  i  rozbudziła  zupełnie.  Usiadł  na 

sofie i instynktownie sięgnęła dłonią do włosów. 

 - Czy... sprawiam kłopot? - zapytała. - Czy mam odejść? 
 - Będę uradowany, jeśli pani zostanie - odrzekł markiz. - 

Czy  nie  zauważyła  pani  niczego?  -  Rozejrzała  się 
zaciekawiona. Wówczas dodał: - Morze już się uspokaja i nie 
jest tak bardzo wzburzone. 

 - Ależ oczywiście - ucieszyła się Szikara. - To wspaniale! 
Spuściła  nogi  na  podłogę.  Potem  spojrzała  na  markiza  i 

odezwała się cichym głosem: 

background image

 - Bardzo był pan dobry zeszłej  nocy. Nie  myślałam, że... 

mężczyzna potrafi być... taki. 

 - Jaki - zapytał markiz? - Troskliwy i... rozumiejący. 
 -  Doszedłem  do  wniosku,  że  znała  pani  bardzo 

dziwacznych  mężczyzn  -  powiedział  markiz.  -  Podobnie 
właśnie jak pani sądzi, że ja znałem dziwne kobiety. 

Szikara zaśmiała się. 
 -  Mogę  zgadnąć,  jakie  to  były  kobiety  -  powiedziała.  - 

Błyskotliwe,  błyszczące  i  bardzo  piękne.  Moi  panowie  byli 
wszyscy  bardzo  niedorośli  i  nudni  albo  dla  odmiany  starzy  i 
nadęci. 

 -  Jak  właśnie  powiedziałem,  nie  miała  pani  szczęścia  - 

rzekł  markiz.  -  Przyjdzie  dzień,  że  spotka  pani  innego 
mężczyznę i wtedy, Szikaro, mogę się założyć, że zakocha się 
pani. 

Popatrzyła  na  niego  i  na  chwilę  ich  oczy  się  spotkały  i 

zatopiły  w  sobie.  Prawie  gwałtownie  markiz  sięgnął  do 
dzwonka i pociągnął za taśmę. 

 -  Skoro  oboje  tu  razem  jesteśmy,  może  zjedlibyśmy 

angielski  podwieczorek...  -  zaproponował.  -  Ciekaw  jestem 
bardzo, czy mój kucharz potrafi piec dobre ciasto. 

Około  południa  wpłynęli  do  Port  Tejo.  Szikara,  patrząc, 

jak  jacht  sunie  w  górę  ujścia  rzeki  Targus,  wykrzyknęła  na 
widok urody portugalskiej stolicy. 

Wzniesiona na paśmie wzgórz nad ujściem rzeki,, Lizbona 

była  (o  czym  wiedział  markiz)  jednym  z  najbardziej 
efektownych miast Europy. 

 - Zawsze myślałem - powiedział, stojąc obok Szikary - że 

Lizbona  jest  godną  rywalką  Neapolu  i  Istambułu,  mając 
równie piękną oprawę i wygląd. 

Z  pewnością  różniła  się  od  większości  stolic.  - 

Różnokolorowe,  wykładane  kaflami  budowle  otaczały 
winnice, parki i lasy. 

background image

Szikara  zdążyła  już  wypytać  markiza  o  miasto. 

Opowiedział  jej,  że  najstarszą  część  stanowiła  Alfama, 
dzielnica  wschodnia,  gdzie  wśród  gęstwiny  drzew  wiły  się 
ciasne uliczki prowadzące nad rzekę. 

 -  Dzielnicę  centralną,  Baixe  -  ciągnął  -  zbudowano  w 

1755 roku po trzęsieniu ziemi, które zburzyło ją doszczętnie. 
Tam  zobaczy  pani  szerokie  ulice  i  znajdzie  świetne  sklepy, 
które, mam wrażenie, chciałaby pani zwiedzić. 

Szikara spojrzała na niego i zapytała: 
 - Skąd u pana tyle intuicji? 
 -  Wziąwszy  pod  uwagę  rozmiary  pani  walizy,  jestem 

przekonany, że tęskni pani do nowych sukien. 

 -  Oczywiście,  że  tak  -  zgodziła  się  Szikara.  Nie  uszło  to 

jego  uwagi,  jak  umiejętnie  gospodarowała  tymi  kilkoma 
sukniami, które miała ze sobą. Będąc doświadczonym w tym, 
co dotyczy kobiet, zdawał sobie sprawę, iż do tej samej białej 
wieczorowej sukni pasowało kilka szarf w różnych kolorach i 
barwnych  apaszek,  dzięki  którym  Szikara  mogła  odmieniać 
swój wygląd. 

We dnie na pokładzie było za zimno, by ubierać się w coś 

innego  niż  kostium  podróżny  i  wspaniały  płaszcz  siostry 
markiza,  w  który  dziewczynę  wyposażył.  Lecz  pod  żakiet 
wkładała  bluzkę  w  innym  kolorze;  miała  też  szyfonowe 
szaliczki,  które  albo  motała  wkoło  szyi,  albo  wiązała  w 
kokardę pod brodą. 

Szikara westchnęła. 
 -  Bardzo  chciałabym  mieć  nowe  ubranie  -  powiedziała  - 

ale nie sądzę, aby to było rozsądne wydawać na suknie więcej 
pieniędzy. Zresztą, jak pan sam już podkreślił, gdy sprzedam 
całą biżuterię mamy, będę musiała znaleźć pracę.  

 - Mówiła mi pani, że to wcale nie będzie trudne! 

background image

 -  Jestem  pewna,  że  tak  -  odrzekła  szybko  Szikara.  - 

Ponieważ jednak jestem tylko kobietą, niewątpliwie otrzymam 
niesprawiedliwą i małą płacę! 

Markiz roześmiał się. 
 -  Dobrze  -  powiedział  -  zabawię  się  w  pani  bankiera  i 

udzielę  pożyczki.  Spłaci  mi  ją  pani,  gdy  będzie  mogła  objąć 
swą fortunę albo jeśli w tym czasie zostanie żoną milionera. 

 -  Na  pewno  nic  wyjdę  za  milionera!  -  odparła  Szikara  - 

ale... 

Urwała. 
 - No, o co chodzi? - dopytywał się markiz. 
 -  Mama  zawsze  powtarzała,  że  dama  nie  wzięłaby 

pieniędzy od mężczyzny. 

 -  Wystarczająco  często  podkreślała  pani,  że  kobiety 

powinny mieć równe prawa z mężczyznami - odparł markiz. - 
Gdyby  pani  była  moim  przyjacielem,  bez  wahania 
zaoferowałbym  pożyczkę,  jeśliby  zaszła  taka  potrzeba,  i 
jestem przekonany, że w danych okolicznościach przyjęłaby ją 
pani ochoczo. 

 -  Jeżeli  pan...  jest  całkowicie  przekonany...  że  to...  w 

porządku - powiedziała z powątpiewaniem Szikara. 

 -  Co  pani  ma  na  myśli;  mówiąc:  w  porządku?  -  odezwał 

się, sprowokowany, markiz. - Czy pani się spodziewa, że będę 
się domagał spłaty lub co gorsza; oczekiwał tego w takiej albo 
innej formie? 

Mówił bez zastanowienia, aż Szikara popatrzyła na niego 

w zakłopotaniu. 

 - O czym pan mówi? - zapytała. 
Markiz uświadomił sobie całą niewinność pytania i szybko 

dodał: 

 -  Może  zmuszę  panią  do  pracy  u  mnie.  Kuk  ciągle 

narzeka,  że  przydałby  mu  się  ktoś  do  pomocy  w  zmywaniu 
naczyń. 

background image

Szikara zaśmiała się. 
 -  Wcale  bym  się  za  to  nie  obraziła,  jeżeli  w  zamian 

nauczyłby mnie tak dobrze gotować! 

 -  Musi  mu  to  pani  powiedzieć  -  rzekł  markiz.  -  Pochlebi 

mu pani. 

Po  dłuższej  dyskusji  nad  potrzebną  Szikarze  kwotą 

wreszcie  zeszli  na  ląd,  by  dokonać  zakupów  na  szerokich 
ulicach  Baixy.  Szikara  miała  dwadzieścia  pięć  funtów  w 
sakiewce. 

 - Będzie pani musiała wymienić to na walutę miejscową - 

uprzedził markiz - a wtedy na pewno będzie się wydawało, że 
ma pani o wiele więcej. 

 -  Co  mi  będzie  potrzebne  w  Egipcie?  -  zastanowiła  się 

Szikara. - Dużo cienkich sukien. 

 -  Oczywiście  -  zgodził  się  markiz.  -  Niech  też  pani  nie 

zapomni  kupić  parasolki  i  kapelusza.  Chyba  nie  chce  pani 
dostać udaru słonecznego. 

 - Bywałam w krajach o wiele gorętszych niż Egipt. 
 - Przepraszam, jeżeli moje rady są nierozważne, 
 -  Pan  wie,  że  nie  to  miałam  na  myśli  -  powiedziała 

Szikara.  -  Był  pan  bardzo  dobry  i  aż  nie  mogę  się  doczekać 
nowej  sukni. Nawet  nie umiem  opisać, jak bardzo się cieszę. 
Szczerze mam dosyć tych, które wzięłam ze sobą. 

 - To uczucia prawdziwej kobiety - uśmiechnął się markiz. 
Lecz  Szikara  nie  dała  się  wciągnąć  w  dyskusję  i  tylko 

roześmiała się. 

Markiz  zabrał  ją,  co  było  oczywiste,  do  pierwszorzędnej 

krawcowej.  Szikara  była  pewna,  że  bardzo  drogiej. 
Znajdowało się tam wiele sukien do wyboru i markiz pomagał 
jej właśnie powziąć decyzję, gdy kobieta wychodząca z jednej 
z  przymierzalni  przypadkowo  rzuciła  na  niego  spojrzenie  i 
nagle wykrzyknęła z prawdziwej radości. 

background image

 -  Osborne!  To  przecież  Osborne,  a  nie  jego  duch?  - 

mówiła fascynująco łamaną angielszczyzną. - Czy mogłabym 
sobie wyobrazić, że spośród wszystkich ludzi spotkam właśnie 
ciebie w Lizbonie? 

Markiz wstał. 
 -  Madalena!  Nie  spodziewałem  się  takiej  przyjemności. 

Ostatnio doszły mnie słuchy, że podbijasz Paryż. 

 -  Odniosłam  tam  triumfalny  sukces,  ale  po  sześciu 

miesiącach  potrzebowałam  przerwy,  więc  przyjechałam  do 
domu! 

Markiz ucałował jej dłoń i dodał: 
 - 

Jesteś 

jeszcze 

piękniejsza, 

niż 

pamiętałem. 

Rzeczywiście  jest  piękna,  pomyślała  Szikara.  Nigdy  nie 
wyobrażała  sobie,  że  kobieta  może  być  tak  szykowna  i 
jednocześnie mieć tak fascynującą i pociągającą twarz. 

Jakby przypominając  sobie nagle o jej obecności, markiz 

powiedział: 

 -  Pozwól  sobie  przedstawić  moją  podopieczną,  pannę 

Szikarę Bartlett. 

Szikara dygnęła, on zaś dodał: 
 -  Senhora  Madalena  Monteiro  jest,  jeżeli  pani  o  tym  nie 

wie, najsławniejszą i najwspanialszą tancerką Europy. 

 -  Pochlebiasz  mi,  Osborne  -  powiedziała  senhora, 

spoglądając  na  niego  ciemnymi,  błyszczącymi  oczyma,  tak 
czarnymi jak jej jedwabiste włosy. 

 - Nie masz sobie równych - upierał się markiz. - I dobrze 

wiesz, że nie przesadzam. 

 - Chciałabym ci wierzyć - senhora uśmiechnęła się. - Lecz 

powiedz  mi,  jak  długo  tu  będziesz?  Kiedy  mogę  się  z  tobą 
zobaczyć? 

 -  Obawiam  się,  że  wypływamy  jutro  -  odparł  markiz  - 

dlatego  musisz dziś  wieczór zjeść ze  mną  kolację, Madaleno. 

background image

Chcę, abyś zobaczyła mój jacht. To nowa łódź i, podobnie jak 
ty, nie ma sobie równych. 

 - Z rozkoszą. 
 -  Czy  zechcesz  przyprowadzić  przyjaciół?  -  zapytał 

markiz. 

 -  Wiesz,  że  chcę  zobaczyć  się  z  tobą  sam  na  sam  - 

odrzekła  senhora  -  więc  może  byś  przyjechał  po  mnie 
przedtem na małe tete a tete? Potem możemy zjeść kolację na 
twoim  jachcie  i  mam  tuziny  przyjaciół,  którzy  chcieliby 
przyjść  ze  mną  i  spotkać  najprzystojniejszego  i  najbardziej 
pociągającego Anglika, jakiego kiedykolwiek znałam. 

Było coś pieszczotliwego w mowie tancerki i sposobie, w 

jaki  jej  dłonie  muskały  to  ramię,  to  pierś  markiza,  gdy 
rozmawiała. 

Szikara  pomyślała,  że  przypomina  motyla,  kolorowego  i 

egzotycznego, trzepoczącego się wkoło kwiatu. 

Jest  fascynująca  -  pomyślała  -  i  zapewne  tak 

oszałamiająco kobieca, jak sobie życzyłby markiz. 

Senhora  podała  markizowi  swój  adres  i  gdy  całował  jej 

dłoń, powiedziała: 

 - Będę liczyła godziny do wieczora, Osborne. Zbyt wiele 

lat  upłynęło  od  momentu,  gdy  byliśmy  razem.  Nigdy  nie 
zapomnę, jak szczęśliwie spędzaliśmy czas w Rzymie. 

 -  Czy  mógłbym  kiedykolwiek  zapomnieć?  -  odrzekł 

markiz. - A ty wcale się nie zmieniłaś, Madaleno, prócz tego, 
że jesteś jeszcze piękniejsza. 

Senhora  stuliła  czerwone  usta  na  kształt  pocałunku  i 

powiedziała miękko: 

 - Do wieczora, au revoir, mon ami. 
Nawet  nie  rzuciła  spojrzenia  w  kierunku  Szikary  i 

odpłynęła,  szeleszcząc  uwodzicielsko  jedwabną  suknią,  a  jej 
egzotyczne perfumy jeszcze długo po jej odejściu unosiły się 
w powietrzu. 

background image

Markiz  znowu  zajął  się  doradzaniem  Szikarze,  którą 

suknię  ma  wybrać.  Lecz  jej  się  wydało,  choć  może  była  to 
tylko  wyobraźnia,  że  nie  jest  już  tak  zainteresowany  i  że 
myślami był gdzie indziej. 

background image

R

OZDZIAŁ 

Markiz spóźnił się na kolację. 
Szikara  wchodząc  do  saloniku,  ubrana  w  jedną  z  dwóch 

nowych  sukien  kupionych  w  Baiksie,  spotkała  czekających 
tam  dwóch  eleganckich  i  przystojnych  portugalskich 
dżentelmenów.  Obaj  nosili  imponująco  dźwięczne  tytuły  i 
obaj  natychmiast  zaczęli  prawić  jej  przesadne  komplementy, 
spoglądając  na  nią  wielkimi,  wilgotnymi  ciemnymi  oczyma, 
przez co pomyślała, że przypominają dwa rozkochane delfiny. 

Spodobało  się  jej  to  określenie  i  zdecydowała,  że 

powtórzy je markizowi, gdy już będą sami. 

Upłynęło  sporo  czasu  i  Szikara  uświadomiła  sobie,  że 

godzina, o której miała być kolacja, czyli wpół  do dziesiątej, 
dawno minęła. 

Była  zaskoczona,  gdy  po  powrocie  na  jacht  markiz 

poinformował ją, o której będzie kolacja. 

Portugalczycy,  podobnie  jak  Hiszpanie,  zawsze  jadają 

późno  -  odrzekł.  -  Trzeba  się  przyzwyczaić  do  tej  różnicy, 
choć czasami żołądek głośno protestuje! 

 -  Wiem,  że  w  Hiszpanii  obiad  i  kolację  jada  się  bardzo 

późno  -  zauważyła  Szikara.  -  Ale  gdy  tam  pojechaliśmy, 
byłam jeszcze mała i zawsze wysyłano mnie do łóżka, zanim 
rodzice udali się na posiłek. 

 -  W  Portugalii  jest  podobnie  -  powiedział  markiz.  - 

Dlatego  zamówiłem  kolację  na  godzinę,  która  będzie 
odpowiadała moim gościom. 

Szikara  widziała  go,  gdy  opuszczał  jacht  około  siódmej. 

Siedziała  na  pokładzie  i  nie  będąc  przez  niego  zauważona 
patrzyła, jak schodzi po trapie do czekającej w dole łódki. 

Pomyślała,  że  w  stroju  wieczorowym,  z  satynowym 

płaszczem  narzuconym  na  ramiona  wygląda  wspaniale  i  jak 
prawdziwy Anglik. 

background image

Każda kobieta byłaby dumna, gdyby  z nim ją  widziano - 

myślała  i  żałowała,  że  nie  będą  jeść  kolacji  sami,  ale  w 
towarzystwie. 

Teraz,  rozmawiając  z  Portugalczykami,  uświadomiła 

sobie,  że  czas  mija,  a  markiza  i  senhory  nie  widać. 
Zastanawiała się, czy nic złego się im nie stało. Może zdarzył 
się wypadek? Może dla jakiegoś nieznanego powodu markiza 
zatrzymała policja albo wojsko? 

Jakby  jej  obawy  udzieliły  się  gościom,  jeden  z 

Portugalczyków powiedział: 

 -  Niech  się  pani  nie  martwi,  panno  Bartlett,  jestem 

przekonany,  że  wasz  kucharz  jest  świadom  tego,  iż  cechą 
charakterystyczną  naszego  narodu,  a  już  szczególnie  senhory 
Madaleny, jest wieczne spóźnianie się. 

 - Czasami z bardzo istotnych powodów, a zwłaszcza gdy 

dotyczy to Madaleny! - zauważył drugi. 

W  jego  głosie  zabrzmiała  nuta,  która  aż  nadto  wyraźnie 

sygnalizowała ukryte znaczenie słów. 

Szikara  spojrzała  na  niego  nieco  zdziwiona.  Wtedy 

uświadomiła sobie, że  mężczyźni  wymienili  spojrzenia jakby 
rozbawione.  Nie  wiedziała,  czy  śmiali  się  z  niej,  czy  z 
dowcipu, którego nie zrozumiała. 

Wreszcie, blisko dziesiątej, na pokładzie rozległ się hałas i 

Szikara wiedziała, że przybył markiz ze swoim gościem. 

Senhora  wpłynęła  do  saloniku.  Wyglądała  pociągająco  i 

tak szykownie, że aż zapierało dech. 

Szikara  stwierdziła,  że  z  trudem  chwyta  powietrze  na 

widok ilości noszonej przez nią biżuterii i niemal wyzywająco 
wyciętej  sukni.  Była  ona  głęboko  wydekoltowana  z  przodu  i 
jednocześnie  podkreślała  wdzięk  ruchów  senhory  i  jej 
prowokujące kołysanie bioder. 

Wokół  szyi  i  ramion  senhory  znajdowało  się  całe 

bogactwo rubinów i szmaragdów. Niewiele kobiet ośmieliłoby 

background image

się  je  założyć.  W  uszy  wpięła  kolczyki  z  tych  samych 
kamieni. Kilka też pobłyskiwało w jej ciemnych włosach. 

Gestem 

cesarzowej 

podała 

dłoń 

portugalskim 

dżentelmenom,  którzy  ucałowali  ją,  po  czym  zaczęli 
ekstatycznie wychwalać wygląd tancerki. 

Ani ona, ani markiz nie przeprosili za spóźnienie. Szikara, 

patrząc  na  niego,  doszła  do  wniosku,  że  na  jego  wargach 
maluje  się  jeszcze  bardziej  cyniczny  uśmiech  niż  zwykle. 
Jednocześnie  pomyślała  nieco  przygnębiona,  że  prawie  nie 
zauważył jej ani jej nowej sukni. 

Pojawił  się  steward,  by  napełnić  kieliszki  szampanem. 

Trzech  panów  wzniosło  toast  na  cześć  senhory,  która 
uśmiechnęła  się  uwodzicielsko  do  nich  wszystkich.  Lecz 
sprawiała  wrażenie,  myślała  Szikara,  jakby  prowadziła 
szczególnie intymną wymianę słów i spojrzeń z markizem, co 
powodowało oddalenie ich obojga od wszystkich pozostałych. 

 -  Za  twoje  szczęście!  -  rzekł  markiz  unosząc  kielich. 

Senhora  spojrzała  na  niego  tajemniczo  zmrużonymi  oczyma. 
Po czym powiedziała miękko: 

 - To ty mnie uszczęśliwiasz... dobrze o tym wiesz. 
Szikara pomyślała, że senhora właśnie wyznała markizowi 

miłość i wtedy nagle zrozumiała prawdę, jakby ktoś uderzył ją 
obuchem. 

Jakże była głupia! Jak tępa! 
Oczywiście  powodem,  dla  którego  markiz  i  senhora  się 

spóźnili, było to, że „się kochali"! 

Szikara nie była całkiem pewna, co to za sobą pociągało, 

gdyż  mimo  że  zwiedziła  spory  szmat  świata,  była  bardzo 
niewinna.  Lecz  wiedziała,  że  mężczyzna  mógł  kochać  się  z 
kobietą i nie zamierzać się z nią ożenić; mógł jej pożądać, nie 
żywiąc do niej uczucia w sercu. 

background image

Tak  właśnie  było!  Dlatego  markiz  zszedł  z  jachtu  o 

siódmej i tak długo go nie było, dlatego senhora przypominała 
kotkę, której dostało się więcej śmietanki! 

Powinnam  czuć  się  wstrząśnięta...  jestem  wstrząśnięta!  - 

pomyślała. 

Wówczas  przyszło  jej  na  myśl,  że  prawdopodobnie 

Portugalczycy  uznali  jej  obecność  na  jachcie  za  dość 
podejrzaną. 

Markiz  otwarcie  powiedział,  że  jest  jej  opiekunem,  lecz 

Szikara  nie  była  wcale  pewna,  czy  panowie  w  jego  wieku 
podróżowali  samotnie  jachtem,  lub  innym  środkiem 
lokomocji, z osiemnastoletnim dziewczęciem. 

Spędziła  więcej  niż  trzy  kwadranse  sam  na  sam  z 

Portugalczykami i aż do tej chwili nie uświadamiała sobie, iż 
komplementowali  ją  bardziej  wylewnie,  niż  przystało 
debiutantce  oraz  że  w  ich  rozmowach  były  podteksty,  które 
dopiero teraz zauważyła. 

Nagle poczuła się zawstydzona! 
Po czym powiedziała sobie niemalże z goryczą, iż w ogóle 

nie  musieli  się  nią  zajmować,  ponieważ  było  całkiem 
oczywiste, kim zainteresowany jest markiz i jak gorliwie jego 
uczucia odwzajemniała senhora.  

Przez całą kolację flirtowała z nim w sposób, który matkę 

Szikary  przeraziłby.  Niewątpliwie  stryj  wyrzuciłby  taką 
„rozpustnicę" ze swego domu! 

Równocześnie  musiała  przyznać,  że  nigdy  wcześniej  nie 

sądziła,  iż  kobieta  może  być  tak  fascynująca,  jak  właśnie 
senhora. Każde jej słowo, każdy gest zdawały się rozmyślnym 
wabieniem,  podniecającym  mężczyznę  i  wzbudzającym  jego 
pożądanie. 

Co  do  tego  nie  było  wątpliwości,  myślała  Szikara, 

obserwując, jak przy kolacji trzech mężczyzn chłonęło każde 
jej słowo, wydając się przez nią prawie zahipnotyzowanymi. 

background image

„Wspaniałe przedstawienie teatralne!" - powiedziała sobie 

Szikara,  zastanawiając  się,  czy  naprawdę  senhora  była 
zakochana w markizie. 

Ponieważ  jego  uwaga  była  skupiona  na  innej  osobie  i 

prawie  nie  spoglądał  na  nią,  i  nie  zamienił  z  nią  ani  słowa, 
Szikara czuła zupełnie nieuzasadnioną urazę. 

Nie zapraszał mnie w tę podróż i nie mam prawa narzekać 

- myślała. 

A  jednak  czuła  się  zlekceważona,  chociaż  patrząc  na 

senhorę  uświadamiała  sobie,  jak  nieefektowna  musi  się 
wydawać w porównaniu z nią i nie dziwiło jej, że markiz nie 
pragnie jej towarzystwa. 

Rozmowy i śmiech trwały do wczesnych godzin rannych.  
Choć Szikara wolałaby zostawić ich wszystkich i iść spać, 

czuła,  że  mogłoby  to  spowodować  zamieszanie,  jeżeli 
zaczęłaby się zbierać. Przy tym jeden z Portugalczyków uparł 
się, by mówić do niej cicho i intymnie, przez co trudno byłoby 
się od niego uwolnić. 

Zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  próbuje  z  nią  flirtować, 

ale nie mogła skupić się na jego wyznaniach, gdyż cały czas 
starała się słyszeć słowa markiza. 

Wreszcie,  gdy  nabrała  przekonania,  iż  nie  wyjdą  nigdy, 

zaczęły się pożegnania i razem z markizem przeszli na pokład, 
aby upewnić się, że goście bezpiecznie zasiądą w łodzi, która 
miała zawieźć ich na ląd. 

Najpierw  wsiadł  jeden  z  Portugalczyków,  żeby  pomóc 

senhorze.  Zanim  ta  jednak  zeszła,  spojrzała  na  markiza  i 
Szikara usłyszała jej pytanie: 

 - Naprawdę musisz jutro odpłynąć? 
 - Obawiam się, że tak - odparł markiz. 
 -  Nie  zniosę  ponownego  rozstania  z  tobą,  Osborne  - 

powiedziała. - Było nam razem tak wspaniale, zupełnie jak w 
przeszłości. 

background image

 - Tak właśnie, jak mówisz; jak w przeszłości - powtórzył 

markiz. 

 -  Z  wyjątkiem  tego,  że  ty  jesteś  jeszcze  bardziej 

przystojny i pociągający i chyba jeszcze trudniej ci się oprzeć 
niż kiedyś. 

Chciał  unieść  jej  dłoń  do  warg,  ale  miast  tego  objęła  go 

ramionami za szyję i przyciągnęła jego głowę do siebie. 

 -  Zostawiasz  puste  miejsce  w  moim  życiu,  którego  nikt 

nie zapełni - zapewniała. 

Następnie  jej  usta  spoczęły  na  wargach  markiza,  a  jego 

ramiona objęły ją. 

Przez chwilę stali tak złączeni, a Szikara, patrząc na nich 

szeroko  otwartymi  oczami,  doznała  dziwnego  wrażenia;  było 
to coś niemal bolesnego. 

Pomyślała,  że  to  odraza.  Nigdy  nie  wyobrażała  sobie,  że 

kobieta  mogłaby  się  zachować  tak  bezwstydnie  w 
towarzystwie i prowadzić się tak nieskromnie. 

Zanim jednak zdołała zrozumieć swe uczucia, senhora i jej 

przyjaciele odpływali łodzią, za każdym pociągnięciem wioseł 
zbliżając się do rzęsiście oświetlonego brzegu. 

Markiz  odwrócił  się  i  skierował  do  saloniku.  Szikara 

podążyła za nim. 

 -  Jest  bardzo  późno  -  zauważył.  -  Na  pewno  oboje 

będziemy  bardzo  zmęczeni  rano,  ponieważ  do  tej  pory 
chodziliśmy spać o przyzwoitej godzinie. 

 -  Tak...  może  i...  będziemy  -  odpowiedziała  Szikara.  Z 

trudem  przychodziło  jej  mówić  w  normalny  sposób,  lecz 
markiz zdawał się nie zauważać tego. Po chwili powiedział: 

 -  Dobranoc,  Szikaro.  Mam  nadzieję,  że  dobrze  się  pani 

bawiła. Była to przyjemna odmiana po sztormie. 

 - Dobranoc... milordzie. 
Stojąc w drzwiach dygnęła, po czym udała się do własnej 

kajuty. 

background image

Dopiero  gdy  się  tam  znalazła,  usiadła  przy  toalecie,  aby 

przyjrzeć  się  własnemu  odbiciu;  widziała  jednak  tylko  i 
wyłącznie pociągające, fascynujące oblicze senhory. 

Takiego rodzaju kobiety lubi! - pomyślała. 
Wciąż  odczuwała  ból  w  piersiach  na  myśl  o  tym,  jak 

markiz całował senhorę w usta. 

„Jest  pospolita  i  wulgarna"  -  próbowała  przekonywać 

samą siebie. 

Lecz  wiedziała,  że  w  rzeczywistości  senhora  nie  była 

nikim takim, ale artystką, żyjącą w świecie, o którym Szikara 
nie miała pojęcia. 

„Co ja mogłabym ofiarować markizowi?" - spytała. 
Nagle  przeraził  ją  podtekst  tego  pytania.  Czemu  to 

miałaby  chcieć  zaofiarować  mu  cokolwiek?  Oświadczyła  mu 
to  samo,  co  nieraz  oświadczała  samej  sobie,  że  mężczyzn 
nienawidzi  i  nie  chce  mieć  z  nimi  nic  wspólnego.  Dlaczego 
więc miałoby ją obchodzić, co markiz o niej myślał lub do niej 
czuł? 

Ból  w  piersiach  stał  się  nie  do  zniesienia.  Szikara, 

przyzwyczajona  do  szczerości  zarówno  wobec  samej  siebie, 
jak i  wobec innych, wiedziała, co to za ból. Było to uczucie, 
którego  nigdy  dotąd  w  swoim  życiu  nie  zaznała,  którego  nie 
śniła zaznać w związku z mężczyzną... zazdrość! 

Była zazdrosna o senhorę, a ponieważ obawiała się zadać 

sobie inne pytania dotyczące markiza, odskoczyła od toaletki i 
zaczęła się niemal gorączkowo rozbierać. 

Dopiero gdy wsunęła się do łóżka i w kabinie zaległ mrok, 

obraz markiza całującego senhorę wrócił, by ją prześladować. 

Było  coś  wdzięcznego  i  niemal  pięknego  w  sposobie,  w 

jaki  byli  złączeni,  w  bliskości  ich  ciał,  w  pochyleniu  jego 
głowy nad nią, w linii jej długiej szyi, gdy podawała mu swe 
usta, zarysowującej się na tle jego wieczorowego stroju. 

background image

Przypominali  bohaterów  opery  romantycznej  i  Szikara 

przyznała się sobie, że sama pragnęłaby odegrać podobną rolę. 

Byłaby  bohaterką  uwielbianą,  zabawianą  i  ściganą  przez 

wielu  mężczyzn,  bohaterką,  która  ostatecznie  zostaje 
połączona z głównym bohaterem i jest całowana tak samo jak 
senhora. 

Przerażona  własnymi  myślami,  Szikara  zerwała  się  i 

usiadła na łóżku. 

Z całą pewnością nie powinna myśleć o takich rzeczach. A 

mimo to nie tylko  myśli  wymknęły się  spod jej władzy, całe 
ciało  jej  przenikały  odczucia,  o  których  nie  miała  dotąd 
pojęcia,  że  istnieją.  Stało  się  ono  miękkie  i  uległe  jak  nigdy 
przedtem, a jej wargi drżały, ponieważ pragnęła pocałunków. 

 - Chyba oszalałam! - wykrzyknęła Szikara. 
Gdy  znowu  się  położyła,  widziała  tylko  markiza  z 

cynicznym  uśmiechem  na  ustach  i  dziwnym  wyrazem 
malującym się w jego oczach podczas rozmowy z senhorą. 

Na  mnie  nigdy  tak  nie  patrzył  -  pomyślała  z  rozpaczą 

Szikara. 

Wreszcie  wcisnęła  twarz  w  poduszkę,  powtarzając  bez 

końca: 

„To, co czuję... to nie może być... nie może być... miłość!" 
O  świcie  następnego  dnia  jacht  zaczął  wypływać  z  Port 

Tejo. Gdy Szikara usłyszała rozruch silników, zrozumiała, ku 
swemu  ogromnemu  zadowoleniu,  że  opuszczają  Lizbonę  i 
senhorę. 

Noc upłynęła jej na cierpieniach prawie nie do zniesienia, 

walce ze sobą, ze swoimi uczuciami, z tym co nieuchronne, z 
rozsądkiem  -  przeciwko  temu,  co  zdawało  się  jej  nowym 
niebezpieczeństwem. 

Nigdy w życiu nie spotkało jej coś tak strasznego. 

background image

Jak  to  możliwe,  że  kochała  się  w  mężczyźnie,  który 

nienawidził  kobiet?  Jakim  sposobem  właśnie  ona  zakochała 
się? 

A  jednak  stało  się.  Pomyślała,  że  gdyby  nie  pojawiła  się 

senhora,  a  wraz  z  nią  zazdrość,  nigdy  nie  poznałaby  swoich 
uczuć. 

Teraz przy każdym uderzeniu pulsu czuła bliską obecność 

śpiącego markiza i wiedziała, że znów są sami na jego jachcie 
jak poprzednio. 

Pytanie tylko, na jak długo? 
Nie mogę od niego odejść... nie mogę! - myślała Szikara. 
Jednak wiedziała, że wolałaby umrzeć, niż dać mu poznać, 

co do niego czuje. 

Teraz,  gdy  dostrzegła  w  nim  pociągającego  mężczyznę, 

uświadomiła sobie, że setki kobiet musiały kochać się w nim 
beznadziejnie, ale jego one nie interesowały. 

Jasno  dał  jej  do  zrozumienia,  że  nie  obchodzi  go  w 

najmniejszym  stopniu,  więc  pomyślała,  że  gdyby  po  tym 
wszystkim,  co  powiedziała  i  po  ich  dyskusji  na  temat  jej 
uczuć,  zdał  sobie  sprawę  z  tego,  że  jest  w  nim  zakochana, 
uznałby  to  za  ogromny  sukces.  Mógłby  sobie  pogratulować, 
że  zniszczył  jej  wrogość  wobec  mężczyzn  i  spowodował,  że 
na podobieństwo innych kobiet, które znał w przeszłości, stała 
się z jego powodu ckliwie niemądra. 

„Nienawidzi  mnie,  ponieważ  jestem  kobietą,  a  mimo  to, 

ponieważ jest dobry i delikatny, musi mnie znosić" - mówiła 
sobie Szikara. 

I  wtedy  przypomniała  sobie,  że  w  krótkim  czasie  jacht 

dobije do Gibraltaru! 

Żałowała, że weszła na pokład „Konia Morskiego", że nie 

znalazła parowca, tak jak chciała, by popłynąć do Kairu. 

Wówczas  nigdy  nie  ogarnęłyby  jej  takie  uczucia  i  może 

nienawidziłaby mężczyzn do końca życia. 

background image

Lecz żale nie zmieniły jej uczuć

 

wobec markiza ani faktu, 

że  serce  jej  skakało  w  piersiach,  gdy  spotkali  się  przy 
obiedzie. 

Zastanawiała  się,  patrząc  nań,  jak  mogła  nie  uzmysłowić 

sobie  od  pierwszej  chwili,  gdy  się  spotkali,  że  jest 
najprzystojniejszym  i  najbardziej  pociągającym  mężczyzną 
jakiego  kobieta  mogłaby  sobie  wyobrazić.  -  Dobrze  pani 
spała?  -  zapytał.  -  Tak,  dziękuję  -  skłamała  Szikara.  -  Mam 
nadzieję,  że  wszystkie  pani  zakupy  trafiły  na  pokład,  zanim 
wypłynęliśmy  -  ciągnął  od  niechcenia.  -  Bez  wątpienia  jest 
pani do twarzy w tej sukni, którą ma pani na sobie. 

 -  Dziękuję  -  odparła  Szikara.  W  głębi  ducha  zaś  myślała 

rozpaczliwie:  mówi  to  całkiem  automatycznie  -  i  powinnam 
cieszyć się, że w ogóle zauważa moją obecność, gdy myślami 
jest na pewno przy senhorze. 

Ponieważ  nie  umiała  opanować  ciekawości,  zapytała 

ostrożnie: 

 - Dlaczego nie został pan dłużej w Lizbonie? Przecież nie 

spieszył się pan z odjazdem. 

Markiz uśmiechnął się. 
 -  Moja  stara  niańka  zawsze  mawiała:  „Nasycić  się,  a

 

starczy  za  ucztę!"  Nie  pragnę  dać  się  porwać  w  wir  zabaw, 
których bez liku w tym mieście. 

Szikara  miała  ogromną  ochotę  zapytać  go,  dlaczego  nie 

pragnie znaleźć się znów przy senhorze, ale brakło jej odwagi, 
by  wymówić  słowa,  które  cisnęły  się  jej  na  usta,  markiz  zaś 
zmienił temat. 

Czuła, że nie życzył sobie rozmowy o czymkolwiek lub o 

jakiejkolwiek kobiecie, z którą był blisko związany. 

Mówili  o  innych  sprawach,  lecz  po  chwili  nie  mogła 

oprzeć się zapytaniu: 

 - Czy senhora Madalena naprawdę jest sławną tancerką? 

background image

 -  Jest  rzeczywiście  wyjątkowa  -  odrzekł  markiz.  - 

Rozsławiła  swoje  imię  prawie  we  wszystkich  stolicach 
europejskich. 

Szikara  pragnęła  zapytać,  kiedy  byli  razem  w  Rzymie, 

lecz odniosła wrażenie, iż markiz, chociaż nic me powiedział, 
wznosił  wokoło  siebie  mur,  jakby  chroniąc  się  -  przed  jej 
ciekawością. 

Po chwili powiedział z namysłem: 
 -  Przypuszczam,  że  nie  powinna  pani  spotykać  aktorek 

ani  tancerek  baletu,  nawet  tak  sławnych,  ale  nie  mógłbym 
odmówić gościny komuś, z kim przyjaźnię się od dawna. 

 - Ponieważ jestem nieproszonym  gościem - odezwała  się 

Szikara - trudno, abym krytykowała ludzi, których zechce  mi 
pan przedstawić. 

 - To prawda - odparł markiz. - A jednocześnie  myślę, że 

powinienem był pamiętać, iż ma pani zaledwie osiemnaście lat 
i jest damą. 

 -  Oczywiście  damy  nie  mogą  się  dobrze  bawić!  - 

zripostowała Szikara. 

Roześmiał  się  i  znowu  wrócili  do  swoich  starych 

sprzeczek. 

 -  Kobiety  z  pani  sfery  powinny  być  trzymane  z  dala  od 

wszystkiego, co grubiańskie i brzydkie - stwierdził markiz. 

 -  Innymi  słowy,  trzeba  je  trzymać  w  klatkach  - 

powiedziała  gwałtownie  Szikara.  -  Przypuszczam,  że  gdyby 
mężczyźni  mogli  wybierać,  wszyscy  trzymaliby  żony 
zamknięte w haremie! 

 -  Jest  to  świetny  pomysł,  którego  zawsze  zazdrościłem 

krajom  Wschodu  -  odparł  markiz.  -  Posyła  się  po  kobietę 
wtedy,  gdy  jest  potrzebna,  a  poza  tym  trzyma  się  ją  pod 
kluczem,  więc  nie  może  popaść  w  żaden  kłopot,  i  z  całą 
pewnością nie wywiera niepokojącego wpływu na mężczyzn! 

background image

 -  Jest  to  typowa  autokratyczna  i  samolubna  męska 

postawa,  którą  pewnego  dnia  zmiotą  z  powierzchni  ziemi 
kobiety,  które  nie  zniosą  dłużej  takiego  traktowania  - 
przewidywała Szikara. 

 -  Jeżeli  wyobraża  pani  sobie,  że  przeistoczą  się  w  armię 

Amazonek, tak silnych, że będą mogły walczyć 

z  mężczyznami  i  uczynić  z  nich  niewolników  -  prychnął 

markiz - to wkrótce odkryją, że jest to nadzwyczaj nudne. 

 -  Lepsze  to,  niż  samej  być  niewolnicą!  -  odparowała.  - 

Jestem przekonana, że gdy staniemy pod piramidami, uznam, 
iż zbudowano je pracą niewolniczą i że owymi niewolnikami 
były kobiety! 

Po  jej  słowach  zaległa  na  chwilę  cisza.  Wreszcie  markiz 

powiedział wolno i pytająco: 

 - Gdy staniemy pod piramidami? Szikara spłoniła się. 
 - Czyżby pani zapomniała, że z nią nie jadę? - zapytał. - A 

może pani obmyśla sposób, bym wreszcie skapitulował, zrobił 
tak, jak pani sobie życzy i zawiózł ją w górę Nilu? 

Szikara zaczerpnęła tchu. 
 -  Pan  wie,  że  chcę  tęgo  ponad  wszystko  -  powiedziała 

cichym głosem. - Pan wie, iż będę się lękać, gdy zostawi mnie 
pan  w  Gibraltarze  albo  gdzie  indziej.  Lecz  nie  mam  prawa 
prosić,  by  zrobił  pan  coś,  czego  zrobić  nie  zechce.  Był  już 
pan... tak dobry... tak ogromnie dobry. 

W  jej  głosie  brzmiała  nuta  szczerości  i  zadźwięczało 

uczucie, którego markiz wcześniej nie słyszał. 

Spojrzał  na  nią  zaskoczony.  Wówczas,  ponieważ 

pomyślała, że się zdradziła, Szikara wstała od stołu. 

 - Jestem przekonana, że chce pan zostać sam, milordzie - 

powiedziała pośpiesznie.  

 - Na pewno potrzebuję czasu, żeby przemyśleć to, co pani 

właśnie powiedziała - zripostował markiz.  

background image

 - Ja... przepraszam - szepnęła Szikara, patrząc mu w oczy. 

-  Nie  chciałam  sprawiać  kłopotu  czy  okazać  się  natrętna  w 
jakikolwiek  sposób.  Przyrzekłam  panu  i...  dotrzymam  słowa, 
cokolwiek... się wydarzy. 

Następnie wyszła z salonu i zamknęły się za nią drzwi. 
 - Psiakrew! - wykrzyknął markiz sam do siebie. - Jest na 

tym świecie mężczyzna bardziej prześladowany przez kobiety 
niż ja? 

A  jednocześnie  wiedział,  że  trudno  mu  będzie  wysadzić 

Szikarę  na  ląd,  jak  wpierw  zamierzał,  w  Gibraltarze  lub  w 
Algierze.  Nawet  jeżeli  znajdzie  dla  niej  statek, umieści  ją  na 
pokładzie  i  upewni  się,  że  starczy  jej  pieniędzy  na  podróż, 
wiedział, że przybędzie do Kairu bez pewności, iż znajduje się 
tu  jej  ojciec  i  nie  mając  (o  tym  był  przekonany)  żadnych 
przyjaciół. 

Była  taka  młoda  i  niewinna,  że  po  raz  kolejny  powtarzał 

sobie,  iż  nie  powinien  był  przedstawiać  jej  Madalenie.  Nie 
uszło  jego  uwagi,  iż  Szikara  była  wstrząśnięta  i  zdumiona 
widokiem Portugalki całującej go na dobranoc na pokładzie. 

Dwa  lata  wcześniej  miał  krótki,  acz  burzliwy  romans  z 

Madaleną  Monteiro  w  Rzymie.  Znalazł  się  tam,  nie  mając 
żadnego zajęcia i spotkał ją na przyjęciu pierwszego wieczoru 
po przyjeździe. 

Prawie instynktownie ciągnęło ich ku sobie. W chwili gdy 

dotknął jej dłoni, poczuł, jak w obojgu buchnął płomień, który 
podsycany mógł stać się ogniem. 

Ponieważ  to  go  bawiło,  więc  z  rozmysłem  następnego 

wieczoru  udał  się  do  teatru,  przepędził  wielbiciela,  z  którym 
miała zjeść kolację, i porwał ją triumfalnie. 

Podczas  następnych  czterech  tygodni  Madalena  zrywała 

umówione  spotkania  i  przyrzeczenia  i  nie  widywała  prawie 
nikogo prócz niego. 

background image

To  była  wiosna.  Rzym  wyglądał  wyjątkowo  pięknie,  ich 

romans zaś - jeśli można to tak określić - okazał się fizyczną 
rozkoszą  przewyższającą  wszystko,  z  czym  markiz  się  dotąd 
spotkał. 

Madalena  miała  wielu  kochanków,  a  gdy  pożądała 

mężczyzny,  oddawała  się  całym  sercem  sztuce  miłosnej, 
podobnie jak na scenie oddawała się sztuce tańca. 

Markiz, wyznawca reguły, aby nigdy nie nasycić się aż po 

znudzenie,  wreszcie  zakończył  ich  związek  i  wyjechał  z 
Rzymu. 

Nie  spodziewał  się  więcej  zobaczyć  Madaleny.  Gdy 

zawijali  do  Port  Tejo,  nawet  nie  zamierzał  pytać,  czy  jest  w 
mieście. Mógł się z nią bez trudu spotkać, gdy była ostatnio w 
Paryżu,  lecz  nigdy  nie  pragnął  wskrzeszać  przeszłości  ani 
popsuć  wspomnień  o  czarującym  i  rozkosznym  epizodzie  w 
swym życiu próbą ożywienia gasnącego żaru. 

Nie umiał oprzeć się Madalenie ostatniego wieczora, gdy 

zszedł  na  ląd,  chociaż  wcale  nie  zamierzał  kochać  się  z  nią, 
jeżeli chwila okazałaby się nieodpowiednia i ogień, który ich 
niegdyś łączył, nie zapłonąłby wielkim płomieniem jak wtedy. 

W rzeczywistości czuł się zupełnie usatysfakcjonowany, a 

mimo  to  wiedział,  iż  wcale  nie  chce  znowu  zatopić  się  w 
burzliwej i pełnej erotyzmu atmosferze życia Madaleny. 

Raz tego doświadczył i sprawiło mu to przyjemność; lecz 

podobnie  jak  większość  kobiet  o  jej  charakterze  była  zbyt 
wymagająca,  żądała  od  mężczyzny  całkowitej  uwagi,  co 
oznaczało poświęcenie zarówno myśli, jak i ciała. 

Charakter  markiza  zaś  nie  pozwalał  mu  być  kimś  innym 

niż  autokratą,  przywódcą,  komenderującym  losem  swoim  i 
wszystkich wokół. 

Wiedział,  nawet  wtedy  gdy  Madalena  urzekła  go  i 

wzbudziła jego pożądanie, że to właśnie z myślą o niej rzekł: 
„Nasycić się, a starczy za ucztę!" 

background image

Teraz jego myśli były nie przy niej, lecz przy Szikarze. 
Pomyślał,  że  powinien  był  zdać  sobie  sprawę,  iż  pod  tą 

kruchą powierzchownością kryje się żelazna wola. Uparła się, 
podobnie jak wtedy gdy uciekała od stryja, zostać z nim i o ile 
możliwe nakłonić go, by zabrał ją do Kairu. 

 - Nic z tego! - powiedział w głos. 
Lecz  jakoś  dziwnie  mało  przekonania  dźwięczało  w  tym 

oświadczeniu.  Wiedział  już,  że  jego  obrona  załamuje  się  i 
doszedł  do  wniosku,  iż  trudno  byłoby  mu  zostawić  ją  na 
pastwę losu. 

Na  Morzu  Śródziemnym  jacht  napotkał  zadziwiająco 

dobrą  pogodę.  Nocami  było  zimno,  lecz  we  dnie  świeciło 
słońce  i  w  miarę  ich  oddalania  się  na  wschód  od  Gibraltaru 
robiło się coraz cieplej. Szikara zakładała więc cienkie suknie 
kupione  z  myślą  o  pobycie  w  Egipcie,  tylko  na  ramiona 
zarzucała lekki szał, który chronił ją przed chłodem bryzy. 

Markiz,  przebywający  od  świtu  do  nocy  na  pokładzie, 

nabierał  opalenizny.  Szikara  uznała,  że  jest  mu  z  tym  do 
twarzy i że wygląda jeszcze przystojniej (o ile to możliwe) niż 
poprzednio. 

Nic  nie  mówił  na  temat  jej  odejścia,  kiedy  dotrą  do 

Algieru, a mimo to w miarę jak zbliżali się do portu, każdego 
dnia  z  obawą  modliła  się  żarliwie,  żeby  nie  była  zmuszona 
kontynuować podróży samotnie. 

„Kocham  go!  O  Boże,  kocham  go!"  -  wyznała  sobie. 

Ponieważ  jednak  bardzo  obawiała  się,  że  on  odgadnie  jej 
uczucia, zmuszała się, by być jeszcze ostrzejszą  w dyskusji  i 
bardziej agresywną niż zwykle, a często nawet zostawiała go 
samemu sobie, gdy faktycznie z łatwością znalazłaby pretekst, 
by przy nim zostać.  

Każdego dnia, rozmawiając przy posiłkach, dowiadywała 

się o nim coraz więcej, dzięki czemu uświadamiała sobie, jak 
bardzo różni się od innych znanych jej mężczyzn. 

background image

Zdawała  sobie  oczywiście  sprawę  z  tego,  że  nie  mogła 

oczekiwać od żadnego z młodych mężczyzn, których poznała, 
by był tak obyty w świecie jak markiz. Starsi, jak na przykład 
lord  Stroud,  ani  nie  byli  fizycznie  tak  pociągający,  ani  nie 
posiadali jego prezencji i osobowości, które  wyróżniały go  w 
każdym towarzystwie, bez względu na kraj. 

Markiz  bardzo  interesował  się  jej  ojcem  i  jego  pracami, 

więc opowiedziała mu o licznych odkryciach ojca w różnych 
krajach. Potem wyjaśniła, dlaczego pojechał do Egiptu. 

 -  Kim  jest  ten  człowiek,  z  którym  miał  się  spotkać  pani 

ojciec? - zapytał. 

 -  To  Francuz, nazywa  się  Auguste  Mariette. Papa  poznał 

go podczas wizyty w Dziale Egipskim Luwru. Często i długo 
z  papą  rozmawiali.  -  Urwała,  aby  po  chwili  dodać:  -  Jest  o 
wiele  młodszy  od  papy,  wiec  w  pewnym  sensie  była  to 
zaskakująca  przyjaźń.  Lecz  o  ile  mi  wiadomo,  monsieur 
Mariette jest bardzo inteligentnym młodym człowiekiem; papa 
często powtarzał, że w większości panowie, którzy pracują w 
muzeach,  stają  się  nieciekawi  i  przykurzeni,  podobnie  jak 
badane przez nich eksponaty! 

Markiz zaśmiał się. 
 - Niech pani mówi dalej. 
 - Ponad rok temu  monsieur Mariette napisał do papy. Do 

tego czasu papa nie wiedział, że wyjechał on z Francji, by na 
zamówienie  Luwru  nabyć  manuskrypty  koptyjskie  w  Kairze. 
Pisał, iż w Egipcie ujrzał, jak rozkrada się pradawne bogactwa 
kraju i że bardziej był zainteresowany pracą przeciwdziałającą 
takim  nadużyciom,  niż  targowaniem  się  z  handlarzami 
antyków. 

 - A co na to pani ojciec? 
 -  Papa  od  dawna  mówił,  że  to  absolutny  skandal,  iż  tak 

niewiele  krajów  uświadamia  sobie  wartość  posiadanej 
własności, a szczególnie Egipt. 

background image

 - Już to kiedyś słyszałem - zauważył markiz. 
 -  Papa  zwykle  wściekał  się  na  archeologów,  turystów  i 

ludzi  prowadzących  wykopaliska,  którzy  zdają  się  ogarnięci 
pasją  kolekcjonerską.  W  rzeczywistości  zaś  Ograbiają 
historyczne  pomniki,  grobowce  i  świątynie  i  uciekają  ze 
skarbami. 

 - Przyznaję, że sprawia to wrażenie kradzieży na ogromną 

skalę - powiedział markiz. 

 -  Nie  sprawia...  to  jest  kradzież.  Monsieur  Mariette 

wyjaśnił,  że  niemożność  zachowania  w  Egipcie  odkrytych 
karbów  stanowi  poważne  zagrożenie  dla  przyszłości 
archeologii w tym kraju. 

 - Co takiego on odkrył? - zapytał markiz. 
 -  Napisał  papie,  że  po  krótkim  pobycie  w  Egipcie 

zauważył  rzecz  bardzo  znamienną.  W  prywatnych  ogrodach 
bogatych  urzędników  egipskich  i  przed  nowszymi 
świątyniami  w  Aleksandrii,  Kairze  i  Gazie  stawiano 
identyczne kamienne sfinksy. 

 -  Jeżeli  były  identyczne,  to  musiały  pochodzić  z  tego 

samego źródła. 

 -  Właśnie  tak  rozumował  monsieur  Mariette.  I  pewnego 

dnia,  podczas  spaceru  wśród  ruin  Sakkary,  miasta  w  pobliżu 
Kairu,  natrafił  na  sfinksa  zakopanego  po  głowę  w  piasku 
niedaleko wielkiej piramidy schodkowej Dżesera. 

 -  Rozpoznał  podobieństwo  pomiędzy  tym  sfinksem  a 

tymi, które widział w Kairze i Aleksandrii - zauważył markiz. 

 -  Tak  -  odrzekła  Szikara  -  więc  go  odkopał  i  znalazł 

inskrypcję dotyczącą  Apisa, świętego byka z Memfis. Wtedy 
już wiedział, że znalazł coś ogromnie podniecającego! 

W  głosie  Szikary  zabrzmiała  nuta  takiego  triumfu,  że 

markiz poczuł, iż jej zapał udzielił się i jemu. Zapytał: 

 - To znaczy? 

background image

 -  Monsieur  Mariette  uświadomił  sobie,  iż  odnalazł 

zaginioną Aleję Sfinksów, o której wiedziano, że istniała, lecz 
której do tego czasu nie odnaleziono. 

 - I co się stało? 
 - Wynajął  kilku  Arabów,  wyposażył ich  w łopaty i  kazał 

kopać. Wydobyli na światło dzienne sto czterdzieści sfinksów! 

 -  Mogę  sobie  wyobrazić,  że  było  to  dla  niego  bardzo 

podniecające - powiedział markiz. 

 - Właśnie wtedy usiadł i napisał do papy. Robił wszystko 

sam jeden i myślę, iż poczuł, że potrzebuje wsparcia profesora 
archeologii  o  światowej  sławie.  Ostatecznie,  jak  napisał  w 
swym liście, wysłano go do Kairu po zakup manuskryptów. 

 - Więc pani ojciec wyruszył? 
 - Nie mógł się doczekać - odparła Szikara. - Zwłaszcza iż 

monsieur  Mariette  uważał,  że  obok  Alei  Sfinksów  odnajdzie 
grobowce  świętych  byków.  -  Markiz  nie  odezwał  się  i  po 
chwili  Szikara  dodała:  -  Spodziewam  się,  że  pan  wie,  iż 
dopiero w późnym okresie historii Egiptu bogowie otrzymali 
kształt ludzki. Na początku byli przedstawiani jako zwierzęta: 
krowa, baran, sokół, ibis, krokodyl, kot i wąż. 

 - Tak,  wiedziałem - odrzekł  markiz. - O ile nie mylę się, 

najsławniejszy był święty byk z Memfis. 

 - Właśnie! - odrzekła Szikara. - Świętego byka czczono w 

postaci żywego stworzenia. Mieszkał w świątyni, obsługiwany 
przez  kapłanów.  Papa  często  mi  opowiadał,  że  gdy  kończył 
żywot,  namaszczano  go  wonnościami  i  grzebano  z  wielkim 
ceremoniałem. 

 -  I  pani  naprawdę  uważa,  że  monsieur  Mariette  odnalazł 

miejsce  pochówku  byków?  -  zapytał  markiz.  -  Jak  mi 
wiadomo,  jest  osobne  cmentarzysko  świętych  kotów,  osobne 
krokodyli  i  jeszcze  osobne  ibisów,  lecz  nie  pamiętam,  aby 
ktokolwiek natrafił na grobowce byków. 

background image

 -  To  prawda  -  przyznała  Szikara.  -  Oczywiście  może  się 

mylić,  lecz  przed  wyjazdem  papa  powiedział  mi,  iż  jest 
pewien,  że  grobowce  świętych  byków  będą  się  znajdować  w 
pobliżu Alei Sfinksów. 

 -  To  jest  coś,  co  naprawdę  chciałbym  zobaczyć!  - 

wykrzyknął markiz. Jego oczy spotkały się z oczami Szikary i 
dojrzał w nich pytanie. - Dobrze: wygrała pani - powiedział z 
lekkim  przekąsem.  -  Przyznaję,  że  obudziła  pani  we  mnie 
ciekawość. Zawiozę panią do Kairu! 

Szikara wydała okrzyk przepełniony szczęściem. 
 - Pan nie żartuje? Naprawdę? 
 -  Tak  myślę  -  odparł  markiz.  -  Nie  mogę  wyzbyć  się 

wrażenia, że to ogromna słabość z mojej strony, pozwolić, aby 
ktoś  taki  jak  kobieta  wpłynął  na  zmianę  moich  planów. 
Przypuszczam,  że  pęknie  pani  z  dumy,  myśląc,  iż  mnie 
zwyciężyła! 

 -  Nie,  jestem  po  prostu  ogromnie  wdzięczna!  -  szybko 

powiedziała  Szikara.  -  Wciąż  myślałam,  jak  bardzo  będę  się 
bała,  gdy  zostanę  sama,  i  że  mogę  nie  odnaleźć  papy,  kiedy 
już dotrę do Kairu. Ale teraz fakt, iż pan mnie tam zawiezie, 
sprawia, że wszystko wydaje się wspaniałe... zaiste wspaniałe! 

Słysząc jej rozradowany głos, markiz poczuł się, jakby dał 

dziecku zabawkę z samego czubka choinki. Lecz gdy odeszła i 
został  sam,  prawie  żałował  impulsu,  w  ślad  za  którym 
powiedział jej, że zabierze ją aż do celu podróży. 

Przynajmniej  nie  będę  miał  jej  bezpieczeństwa  na 

sumieniu  -  pomyślał.  -  A  poza  tym,  rzeczywiście  chciałbym 
zobaczyć grobowce świętych byków. 

W kajucie Szikara wzniosła dziękczynne modły nie tylko 

za to, że markiz zabierze ją do Kairu, ale również za to, iż nie 
będzie zmuszona się z nim rozstać. 

Równocześnie  jednak  nie  była  w  stanie  powiedzieć  mu, 

jak  bardzo  obawiała  się  tego,  że  gdy  dotrą  do  Kairu,  może 

background image

okazać się, iż ojciec pojechał gdzieś dalej,  monsieur Mariette 
zaś  może  wrócił  do Paryża.  Doskonale  wiedziała,  jak  bardzo 
roztargnieni  bywają  archeologowie  j  profesorzy,  pozbawieni 
poczucia czasu, i jak rzadko mają wzgląd na innych. 

Pomyślała,  iż  to  całkiem  prawdopodobne,  że  jej  ojciec 

wraz z Francuzem pojechali gdzieś na pustynię, by prowadzić 
wykopaliska  w  jakimś  miejscu,  o  którym  im  opowiedziano. 
Ani  jednemu,  ani  drugiemu  nigdy  nie  przyszłoby  do  głowy 
powiadomić  kogokolwiek,  dokąd  się  wybierają,  a  na  pewno 
nie daliby znać do domu, co ich zainteresowało. 

Papa był zawsze beznadziejnie roztargniony - pomyślała. - 

Chociaż  nigdy  do  tego  stopnia,  by  nie  odezwać  się  do  niej 
przez  tak  długi  czas.  A  może  -  zastanawiała  się  -  między 
innymi  dlatego nienawidzę  mężczyzn, że papa tak się  wobec 
mamy i mnie zachowywał? 

Gdy byli razem, ich życie płynęło szczęśliwie, lecz zawsze 

na  pierwszym  miejscu  stawiano  życzenia  jej  ojca,  matka  zaś 
nawet  nie  pomyślałaby  o  zrobieniu  czegokolwiek  bez  jego 
zgody. Kiedy go nie było lub gdy zamierzał udać się w podróż 
badawczą  na  koniec  świata,  wyjeżdżał,  nie  pomyślawszy 
nawet,  jak  samotna  będzie  jej  matka  podczas  jego 
nieobecności.  Co  więcej,  nigdy  nie  postarał  się,  aby  na  czas 
jego wyjazdu zapewnić żonie towarzystwo kogoś z krewnych. 

 -  Wydaje  mi  się,  że  papa  jest  wielkim  samolubem!  - 

powiedziała raz Szikara do matki. 

Lecz  w  odzewie  otrzymała  jedynie  uśmiech  i 

wypowiedziane żartobliwym tonem słowa: 

 -  Czyżby  istnieli  inni  mężczyźni?  Mężczyźni  rządzą 

światem,  Szikaro,  im  szybciej  to  sobie  uświadomisz,  tym 
lepiej!  Dla  mężczyzny  najważniejsza  jest  praca  albo  jego 
zainteresowania, natomiast kobieta jest sprawą drugorzędną. 

Mężczyźni, których poznała Szikara, nie spowodowali, że 

zmieniła  zdanie.  Wszyscy  byli  samolubni,  uważali,  że  świat 

background image

kręci  się  wokół  nich,  stryj  zaś  okazał  się  uosobieniem 
wszystkich  tych  męskich  cech,  których  nienawidziła  i  które 
napawały  ją  obrzydzeniem.  Bał  się  go  cały  dom:  nigdy  nie 
widziała,  aby  okazał  dobroć  bezinteresownie,  nigdy  nie 
powiedział miłego słowa, potrafił tylko zganić. 

Nic dziwnego - pomyślała - że nie byłam przygotowana na 

spotkanie z kimś takim jak markiz. 

Nie uszło jej uwagi, jak uprzejmie odzywał się zawsze do 

służby ani fakt, że wystrój ich kajut był tak samo szczegółowo 
przemyślany jak jego własnych czy gościnnych. 

Jest  dobry,  hojny,  troskliwy  -  myślała,  przypominając 

sobie, jak potraktował ją samą. 

Wówczas  na  wspomnienie,  iż  on  nienawidzi  kobiet, 

poczuła, jak ogarnia ją fala rozpaczy, że  on  nigdy nie będzie 
traktował  jej inaczej  niż -  może  -  z rozbawieniem i  udawaną 
tolerancją. 

Była  zakochana,  więc  wydawało,  się  jej  że  czas  pędzi 

nieodwołalnie  ku  chwili,  gdy  znajdą  się  w  Kairze,  zwiedzą 
grobowce byków, po czym markiz poinformuje ją, iż wraca do 
Anglii, i ona nigdy więcej go nie zobaczy. 

Może  byłoby  lepiej,  gdybym  go  nigdy  nie  spotkała  - 

nachodziła ją czasami desperacka myśl. A mimo to, ponieważ 
była zakochana, jej oczy błyszczały jaśniej i stawała się coraz 
piękniejsza. 

Hignet  ustawił  na  pokładzie  krzesło  z  podnóżkiem,  w 

miejscu  gdzie  nie  docierał  wiatr  i  gdzie  rozciągnięto  daszek, 
który chronił od palącego słońca. Czasami, gdy siedziała tam 
samotnie,  czytając,  ku  jej  radości  dołączał  do  niej  markiz. 
Teraz,  gdy  już  wiedziała,  iż  interesuje  się  mitologią  egipską, 
opowiadała mu o wielu rzeczach, o których dowiedziała się od 
ojca. 

 - Tak się cieszę, że zobaczę Aleksandrię - powiedziała. 
 - Czemu akurat Aleksandrię? - zapytał. 

background image

 - Chcąc być szczera, myślę, iż dlatego, że jestem kobietą: 

to  właśnie  w  Aleksandrii  stał  pałac  Kleopatry  i;  o  ile  wiem, 
tam gdzieś jest jej grób i grób Antoniusza. 

 -  Zapomniałem  o  tym  -  powiedział  markiz.  -  Bardziej 

interesował  mnie  fakt,  że  było  to  miasto  Aleksandra 
Wielkiego  oraz  że  na  wyspie  Faros  znajdowała  się  słynna 
latarnia morska, będąca jednym z siedmiu cudów świata. 

 -  Lubię  przypominać  sobie  historię  o  tym,  jak  Menelaos 

przywiózł swą piękną żonę Helenę do Egiptu po upadku Troi - 
odrzekła Szikara -  a potem powrócili do Sparty z  bogatymi  i 
cennymi pamiątkami z tej gościny. 

 -  Widzę,  że  gdy  dopłyniemy  do  Egiptu,  będziemy  mieli 

wiele tematów do dyskusji - uśmiechnął się markiz. - Podczas 
gdy  pani  będzie  szukała  pałaców  i  klejnotów,  ja  będę 
rozmyślał  o  wielkiej  latarni  morskiej,  o  ogniu,  który  płonął 
wiecznie  i  którego  światło  przechodziło  przez  soczewkę  z 
przezroczystego kamienia. 

 - Co się stało z tą latarnia? - zapytała Szikara. - Nawet nie 

pamiętam, czemu już jej tam nie ma. 

 -  Architekt  zapewnił  dostarczanie  paliwa  do  ognia,  który 

był  widziany  na  morzu  w  odległości  dziewięćdziesięciu  mil, 
konstruując  spiralną  rampę,  po  której  wprowadzano  juczne 
konie, a nawet wagoniki z drewnem opałowym. 

 - A więc spłonęła! - wykrzyknęła Szikara. 
 -  O  nie,  taki  koniec  byłby  nader  pospolity  -  odrzekł 

markiz. - Szpieg w służbie pewnego cesarza chrześcijańskiego 
przekonał  kalifa  Al  -  Wahida,  iż  budowniczowie  latarni 
zakopali pod nią wielki skarb. 

 - I pokusa była zbyt wielka. 
 -  Właśnie!  -  potwierdził  markiz.  -  Zrobiono  wykop. 

Latarnia  przewróciła  się  i  roztrzaskała  i  żadne  wysiłki  Al  - 
Wahida ani jego robotników już jej nie podniosły. 

background image

 -  Jakie  to  smutne!  -  powiedziała  Szikara.  -  Zniszczyła  ją 

chciwość! 

 -  Obawiam  się,  że  tak  -  zgodził  się  z  nią  markiz.  -  Tak 

samo  jak  chciwość,  według  tego,  co  mówi  przyjaciel  pani 
ojca,  monsieur  Mariette,  ograbia  nas  z  oszałamiających 
bogactw  skrytych  w  piaskach  Egiptu,  podczas  gdy  wiedza  o 
nich mogłaby przynieść korzyści całemu światu. 

 -  Pana  słowa  budzą  we  mnie  chęć  walki  o  zachowanie 

przeszłości, tak jak czyni to papa - powiedziała Szikara. 

 -  Będąc  tylko  kobietą  -  odrzekł  prowokująco  markiz  - 

powinna  pani  zajmować  się  własną  przyszłością,  jak  mi  się 
zdaje. 

background image

R

OZDZIAŁ 

Nie mogę uwierzyć, że tu jestem! - powiedziała Szikara. 
 - Czyżby zwątpiła pani we własną determinację? - zapytał 

markiz. 

Uśmiechnęła się do niego. 
 -  Niezupełnie,  ponieważ  musiałam  dostać  się  do  papy  w 

taki  albo  inny  sposób.  Ale  nie  wierzyłam,  że  pan  naprawdę 
popłynie w górę Nilu na swym jachcie. 

W  miarę  zbliżania  się  do  Aleksandrii,  stawała  się  coraz 

bardziej  podniecona.  Gdy  podpływali  do  Egiptu,  jacht  przez 
długie  mile  burzył  czerwonobrązową  wodę,  nasyconą 
nilowym  mułem.  Wreszcie  na  płaskim  horyzoncie  pojawiły 
się  najpierw  urządzenia  portowe,  kopuła  pałacu  kedywa,  a 
następnie sam port. 

Zeszli na ląd w Aleksandrii, gdzie przywitali ich żebracy, 

uliczni  handlarze  i  magicy,  którzy  wyczyniali  cudowne 
sztuczki  z  kurczętami,  co  nasunęło  Szikarze  myśl,  że  te 
zapewne bardzo krótko żyją. 

Szikarze  i  markizowi  spieszno  było  do  Kairu,  więc 

wkrótce  opuścili  Aleksandrię  i  popłynęli  szeroką  rzeką, 
wzdłuż nabrzeży wznoszących się ponad dwadzieścia stóp nad 
polami. 

Wszystkie  widoki  czarowały  Szikarę:  szmaragdowe  pola 

kukurydzy  i  trzciny  cukrowej,  ryta  sochą  gleba  o  barwie 
czekolady, gęstwiny palm daktylowych i plantacje bananów. 

Zauważyła, że zgarbieni nad motykami fellachowie, czyli 

egipscy  chłopi,  posługiwali  się  w  pracy  polowej  narzędziami 
niewiele  różniącymi  się  od  egzemplarza  muzealnego,  który 
pokazał jej ojciec, a który datował się z roku 3000 p.n.e. 

A gdy półnagi chłop szedł za pługiem prowadzonym przez 

dwa czarne woły lub wielbłąda, była pewna, iż taki sam pług 
zobaczy na malowidłach ściennych grobowców. 

background image

Mimo  że  niedawno  otwarto  pierwszą  linię  kolejową 

między  Aleksandrią  a  Kairem,  na  Nilu  było  tłoczno.  Białe 
skośne  żagle  łapały  lekki  wiatr  i  łodzie  bezgłośnie  sunęły  w 
górę i w dół rzeki. 

Po  nabrzeżach  wędrowały  jeden  za  drugim  wielbłądy, 

ciężko objuczone, osły szły truchtem w tumanach kurzu, a w 
czarnym  mule  brzegów  kanału  półnadzy  mężczyźni 
bezustannie  obracali  dźwignie  prymitywnych  konstrukcji 
beczkowych  do  czerpania  wody  z  Nilu  -  tak  samo  od 
niepamiętnych czasów. 

W podróży Szikara i markiz rozmawiali o historii Egiptu i 

Szikara  zauważyła,  że  był  on  ogromnie  zainteresowany 
kampanią napoleońską z roku 1796. 

 -  Czy  pani  wie  -  powiedział  Szikarze  -  że  ten  człowiek 

płynął  z  flotą  liczącą  trzysta  dwadzieścia  osiem  jednostek, 
wiozącą na pokładzie trzydzieści osiem tysięcy ludzi? Prawie 
równała się siłom dowodzonym przez Aleksandra! 

 -  Nienawidzę  Napoleona!  -  krzyknęła  Szikara.  -  To 

typowy  przykład  mężczyzny,  który  musi  zawsze  być 
zdobywcą,  bez  względu  na  okrucieństwo  i  cierpienie  zadane 
ludziom. 

 -  Musi  jednak  pani  przyznać,  że  był  wybornym 

żołnierzem. 

 - Niczego nie przyznam! - odparła. - Zupełnie nie zważał 

na to, ilu ludzi zginie podczas jego kampanii. Sprawiedliwości 
stało  się  zadość,  kiedy  Nelson  spadł  na  jego  flotę  niby  anioł 
zemsty  i  wcześniej,  gdy  wielka  liczba  francuskich  żołnierzy 
oślepła od egipskiej choroby oczu! 

 - Co za krwiożerczą ma pani duszyczkę! 
 - Wolę ludzi, którzy budują świat, a nie niszczą - odparła 

Szikara ze złością. 

background image

Wtedy zaczął się z niej śmiać, lecz gdy po obiedzie wyszli 

na pokład, by popatrzeć na usianą gwiazdami ciemność, oboje 
na chwilę ulegli tajemniczej i magicznej egipskiej nocy. 

W  Egipcie  zmierzch  nie  istniał,  lecz  tylko  krótka,  ulotna 

chwila,  gdy  wszystko  milkło  w  oczekiwaniu.  Szikarze 
zdawało się, że w tej wielkiej ciszy nawet czas stanął. W górze 
pojawiła  się  pierwsza  gwiazda,  w  powietrzu  rozległ  się  pisk 
nietoperza  i  zdawało  się,  że  świat  cały  skrył  się  pod 
skrzydłami mroku. 

Mogła  zrozumieć,  dlaczego  ojciec  mówił  jej,  iż  lud 

egipski lękał się ciemności. 

To nagłe zniknięcie światła złocistego dnia zainspirowało 

niesamowite 

obrazy 

zaświatów, 

malowanych 

przez 

starożytnych  Egipcjan  w  grobowcach.  W  ich  wierzeniach 
śmierć  była  podobna  egipskiej  nocy,  nawiedzana  przez 
cudaczne twory wyobraźni, pół zwierzęce, pół ludzkie. 

 Lecz  gdy  zaświeciły  gwiazdy  i  wzeszedł  blady  księżyc, 

ziemię  zalało  inne  światło,  srebrzyste  i  mistyczne.  Nil 
przeistoczył  się  w  płynne  srebro  i  Szikara  poczuła,  że 
wsłuchuje się w ciszę, tak jakby mogła do niej przemówić. 

Miała  na  sobie  jedną  z  nowych  sukien  kupionych  w 

Lizbonie i wydawało się jej, że gdy weszła przed obiadem do 
saloniku,  w  oczach  markiza  błysnął  podziw,  chociaż  nie 
mogła być pewna. 

Rozpaczliwie  pragnęła,  aby  ją  podziwiał,  lecz  czuła,  iż 

nigdy  nie  uda  się  jej  konkurować  z  pociągającą  i 
uwodzicielską senhorą. 

A  jednak,  chociaż  wydawało  się,  iż  baletnicy  nie  można 

się oprzeć, markiz rozmyślnie wypłynął z Lizbony prędzej, niż 
było  to  konieczne,  a  na  dodatek  stwierdził:  „Nasycić  się,  a 
starczy za ucztę", nieprawdaż? 

Szikara  zastanawiała  się  nieco  melancholijnie,  jak 

mężczyzna mógłby mieć dosyć kobiety tak czarującej. Potem 

background image

powiedziała  sobie,  że  to  wszystko  składało  się  na  nienawiść 
markiza  do  kobiet  -  wszystkich  kobiet  oczywiście  -  nie 
wyłączając jej samej. 

Gdy  przyszedł  na  pokład  i  stanął  koło  niej,  czuła  jego 

obecność  jak  bicie  własnego  serca  i  każdy  nerw  jej  ciała 
zdawał się drżeć, ponieważ on tam stał. 

 - Czego pani szuka? - zapytał. 
Rzuciła  mu  zaskoczone  spojrzenie.  Nie  spodziewała  się, 

że będzie na tyle wrażliwy, aby wyczuć, iż częścią swej duszy 
wyrywała się ku Egiptowi, w oczekiwaniu niezwykłego. 

Ponieważ  nie  umiała  wyjaśnić  słowami  tego,  co  czuje, 

powiedziała: 

 -  Myślę,  że  próbuję  wyobrazić  sobie  wielką  tratwę 

Kleopatry, która płynie tędy, aby spotkać się z Antoniuszem. 
Lubię wyobrażać sobie wielkie, złote, wyperfumowane żagle, 
podarki,  jakie  dla  niego  przygotowała,  i  wszystkie  piękne 
kobiety płynące na pokładzie, a wśród nich ją - najpiękniejszą 
- Kleopatrę. 

 -  Z  pewnością  Antoniusz  docenił  dary  -  powiedział 

cynicznie markiz. 

 - Zakochali się w sobie - ciągnęła niskim głosem Szikara. 

- Przybył zwyciężyć Egipt, a to Kleopatra go zwyciężyła! 

 - Wprost przeciwnie - powiedział markiz niemalże ostro. - 

To  ją  zwyciężono.  Kochała  go  i  jeżeli  książki,  które  na  ten 
temat  czytałem,  się  nie  mylą,  on  zawsze  był  jej  panem,  W 
rzeczywistości ona kochała go bardziej niż on ją! 

 - Byli szczęśliwi! - spierała się niemal zawzięcie Szikara. 

- Bardzo szczęśliwi! 

 -  Czemużby  nie?  -  odparł  markiz.  -  Była  wyjątkowo 

piękną kobietą! 

Zaległa  cisza.  Wreszcie  Szikara  odezwała  się  cichutkim 

głosem: 

background image

 -  Czy  to  mężczyznom  wystarcza?  Kobieca...  uroda? 

Markiz zawahał się chwilę. 

 - Jeżeli spodziewa się pani szczerej odpowiedzi - odezwał 

się  nareszcie  -  powiedziałbym,  że  mężczyzna  szuka  czegoś 
więcej, chociaż rzadko, o ile w ogóle, znajduje. 

 - Czego więc szuka? - zapytała Szikara. Markiz patrzył w 

ciemniejącą dal. W świetle gwiazd wyraźnie rysował się jego 
profil.  Szikara  uświadamiała  sobie,  że  takiej  rozmowy  nigdy 
dotąd  nie  prowadzał.  Nie  starał  się  być  ani  cyniczny,  ani 
ironiczny, ani nie drażnił jej. Mówił, co czuł naprawdę, więc 
wstrzymała oddech w obawie, że w jakiś sposób przerwie tok 
jego myśli. 

 - Wydaje mi się, że każdy mężczyzna, jeśli będzie ze sobą 

szczery - powiedział powoli markiz - znajdzie ukryty w sercu 
ideał  kobiety,  którą  chciałby  nie  tylko  pokochać,  lecz  i 
poślubić. 

 - I jaka... by... ona... była? - zapytała Szikara, z ledwością 

odważywszy się wymówić te słowa. 

 -  Zapytała  mnie  pani,  czy  mężczyzna  pragnie  jedynie 

urody  kobiecej  -  rzekł  markiz.  -  Uważam,  że  gdy  mężczyzna 
pokocha,  umiłowana  kobieta  zawsze  zdaje  się  piękna.  Lecz 
nie piękno jej twarzy jest najważniejsze. - Urwał na chwilę, po 
czym  dodał:  -  Tu  chodzi  o  coś  głębszego,  co  wywodzi  się  z 
ducha, a może z tego, co ludzie religijni nazwaliby duszą. 

Ponownie zaległa cisza, a ponieważ Szikara nie odezwała 

się, ciągnął dalej: 

 - Nie pretenduję do miana wielkiego znawcy pradawnych 

religii, jakim jest pani ojciec, lecz z tego, co czytałem, wiem, 
iż starożytni poszukiwali czegoś potężniejszego, co wyrastało 
ponad  ich  zrozumienie,  czego  obecność  wyczuwali,  lecz  nie 
potrafili  ująć  w  słowa.  -  Jego  głos  zniżył  się.  -  Dlatego 
częstokroć muzyka, malarstwo lub rzeźba lepiej wyrażają stan 
ludzkiego serca niż słowa. 

background image

 -  Czy...  właśnie  tego...  pan  szuka?  -  zapytała  Szikara. 

Markiz nie odpowiedział, więc po chwili dodała: - Wydaje mi 
się, że rozumiem. W pewnym sensie jest to straszne, ponieważ 
to,  co  nas  otacza,  jest  o  wiele  większe  i  potężniejsze  niż  my 
sami.  -  Westchnęła.  -  Czasem  czuję  się  bardzo  mała  i... 
nieważna, a jednak... chcę, aby to mnie... ogarnęło. 

 -  Nikt  nie  jest  dla  siebie  nieważny  -  odrzekł  markiz.  - 

Poza  tym  uważam,  iż  w  układzie  wszechświata  jesteśmy 
bardzo ważni. 

 -  Jak  może  pan  być  tego  pewien?  -  zapytała  Szikara.  - 

Skąd  mam  wiedzieć,  że  nie  jestem  tylko  ulotnym  bytem,  że 
gdybym zniknęła w ciemnościach nocy i nikt nigdy więcej by 
mnie nie zobaczył, nie miałoby to w ogóle żadnego znaczenia 
dla świata? I że nikogo nie obchodziłoby, co się ze mną stało? 

Markiz  uśmiechnął  się,  słysząc  jej  rozgorączkowane 

słowa,  i  zwrócił  ku  niej.  Jej  oczy  były  niczym  ciemne 
otchłanie.  Jednak  zdawało  się,  że  światło  gwiazd  pobłyskuje 
na  jej  włosach  i  mógł  dostrzec  biel  jej  szyi  i  ramion,  i 
delikatne dłonie wsparte o poręcz. 

 -  Dzisiejszego  wieczoru  jest  pani  zupełnie  inna  - 

powiedział. - Nie poznaję pani. 

 -  Boję  się  -  zwierzyła  się  Szikara  -  nie,  nie  fizycznego 

niebezpieczeństwa,  lecz  tego,  że  pozwolę,  by  życie  mi 
umknęło, tego, iż nie dowiem się, co znaczy pełnia istnienia, 
ani  nie  poznam  świata  zewnętrznego  -  jej  głos  zdawał  się 
pulsować w ciemności. Po chwili dodała: - Podobnie jak pan, 
a  może  jak  wszyscy,  szukam...  ideału.  Poniosę  zupełną  i 
absolutną... klęskę, jeśli go nie znajdę. 

 - Wydaje mi się, że pani zawsze znajdzie to, czego będzie 

szukała. 

Głos  markiza  zabrzmiał  bardzo  uspokajająco.  Szikara 

popatrzyła  na  niego,  myśląc  przy  tym,  jaki  jest  wysoki  i 

background image

szeroki  w  ramionach,  i  że  przy  nim  nie  musiałaby  się  lękać 
niczego. 

 -  Jesteś  śliczna,  Szikaro  -  powiedział  zniżonym, 

niespodziewanie  głębokim  głosem.  -  Chciałbym,  abyś  była 
szczęśliwa. 

Poczuła drżenie na dźwięk jego słów. I wtedy gdy patrzyła 

na  niego,  on  na  nią,  coś  magnetycznego  zdawało  się 
przepływać  między  nimi.  Nie  umiała  tego  wyjaśnić,  lecz  to 
było,  wibrowało  w  powietrzu,  aż  nie  była  w  stanie  się 
poruszyć, choć czuła, że markiz pociągnął ją ku sobie. 

Przez  długą  chwilę  oboje  trwali  w  bezruchu  i  milczeniu. 

Wreszcie powoli, nieodwołalnie, jak fale nilowej wody, która 
płynęła  pod  nimi,  markiz  otoczył  Szikarę  ramionami  i 
przygarnął  do  siebie.  Przez  moment  spoglądał  w  dół  na  jej 
twarz, zanim jego usta spoczęły na jej ustach. 

Nie mogła się poruszyć, nie mogła oddychać, jedyna myśl, 

jaka zaświtała w jej głowie, to to, że jego wargi były twarde, a 
ramiona zdawały się obejmować ją całą. 

Potem  ogarnęło  ją  nowe,  nieznane  uczucie  radości  i 

podniecenia,  które  ścisnęło  ją  w  gardle  i  przebiegło  ku 
wargom.  Jej  ciało  przeszył  dreszcz  niby  rozwidlona 
błyskawica, tak silny, że niemal bolesny, a jednak było to tak 
wielkie uniesienie, jakiego nigdy dotąd nie zaznała ani o jakim 
nawet nie śniła. 

Ramiona markiza zacisnęły się mocniej i Szikara czuła, że 

całą  swą  istotą  zatapia  się  w  nim,  staje  się  z  nim  jednym 
ciałem. 

Wiedziała,  że  właśnie  tego  pragnęła  od  początku 

wszechrzeczy,  a  ponieważ  było  to  tak  wspaniałe,  boskie  i 
tylko  on  mógł  jej  to  dać,  nienawidziła  wszystkich  innych 
mężczyzn. 

Markiz tulił ją ciaśniej i ciaśniej, a jego pocałunek stawał 

się  coraz  bardziej  palący,  pożądliwy,  aż  Szikara  poczuła,  że 

background image

wtopiła się weń cała i przestała istnieć jako odrębna istota. Nie 
była  sobą,  była  nim;  jej  wargi  były  jego  wargami,  jej  ciało 
jego ciałem, nie dzieliło ich nic. 

To była miłość! 
To  była  tajemnica  i  wspaniałość,  których  szukała  .  w 

ciemności,  odpowiedź  na  wszystkie  tęsknoty  jej  myśli  i 
pragnienia serca. 

Nie  miała  pojęcia,  jak  długo  markiz  ją  tulił  i  całował, 

wiedziała  jedynie,  iż  straciła  świadomość  poruszającego  się 
jachtu,  migocącej  wody,  gwiazd  nad  głową,  ciemnego  lądu. 
Istniał  tylko  on,  zamknięty  w  magicznym  złocistym  świecie, 
w którym należała do niego. 

Wreszcie markiz podniósł głowę i podczas gdy Szikara nie 

była  w  stanie  odezwać  się  ani  nawet  poruszyć,  spoglądał  na 
nią, a jej zdawało się, że chciał coś wyczytać z jej twarzy.  

I nagle, bez słowa, odwrócił się i odszedł, pozostawiając ją 

samą na pokładzie. 

Następnego  ranka  przybyli  do  Kairu  i  zakotwiczyli  przy 

brzegu. 

Spoglądając  przez  luk  w  swej  kajucie,  Szikara  zobaczyła 

łodzie  mieszkalne  i  parowce  rzeczne,  przycumowane  nie 
opodal. 

Flotylle  giyasat  o  cienkich,  niebotycznych  masztach  i 

zwiniętych  białych  żaglach  unosiły  się  na  wodzie,  podczas 
gdy  celucca,  załadowane  trzciną  cukrową,  zbożem,  ryżem  i 
kawą, powoli spływały w dół rzeki. 

Szikara  tęskniła  za  tą  chwilą,  bardzo  chciała  dotrzeć  do 

Kairu,  ale  teraz  trudno  jej  było  oderwać  myśli  od  markiza, 
który zeszłej nocy ją całował. Zrozumiała wówczas, że należy 
do  niego.  Jeśli  od  niej  odejdzie,  jej  życie  nigdy  nie  osiągnie 
pełni. 

Nawet  nie  wyobrażała  sobie,  że  pocałunek  może  być  tak 

cudowny,  doskonały,  że  nie  tylko  wargami,  lecz  każdym 

background image

nerwem  ciała  można  czuć  nieopisany  zachwyt..  Wywołał  w 
niej  uczucie  podobne  do  płomienia,  od  którego  zajęły  się 
wszystkie  jej  zmysły,  uczucie  będące  jednocześnie  częścią 
cudownego i pięknego wszechświata. 

Teraz  rozumiała  już,  czemu  każdy  tęsknił  do  miłości, 

czemu królowie zrzekali się tronów, narody szły na  wojnę, a 
ludzie  ginęli,  wybierając  raczej  śmierć,  niż  utratę  ekstazy, 
która przeistaczała ich ze zwykłej człowieczej gliny w bogów. 

 -  Kocham  go...  kocham  go...  kocham  go...  -  szeptała 

Szikara. 

Lecz gdy udawała się na spoczynek, nie zobaczywszy go, 

pomyślała, iż może ten pocałunek nie znaczył dla niego więcej 
niż ten, którym obdarzyła go senhora. 

„Pocałował  mnie, bo była noc, a ja byłam jedyną kobietą 

w  pobliżu"  -  powiedziała  do  siebie.  -  „Gdyby  znalazła  się  w 
jego obecności inna, równie dobrze mógłby pocałować ją". 

Była to zasmucająca myśl, która napełniła jej oczy łzami, 

lecz  Szikara  powstrzymała  je.  „On  nienawidzi  kobiet"  - 
powiedziała  sobie  -  "ja  zaś  jestem  tylko  kobietą!  Na  razie 
może  go  bawię  albo  z  braku  innego  towarzystwa  przy  mnie 
zabija czas, i tyle". 

Sfrustrowana  tym  wszystkim,  miała  ochotę  krzyczeć  lub 

pobiec do markiza, rzucić się na kolana u jego stóp i błagać, 
by  się  nią  zaopiekował.  Jednak  wiedziała,  że  wtedy  mógłby 
tylko  nią  pogardzić:  byłby  to  najlepszy  argument,  aby  go 
przekonać, iż powinien ją zostawić, i to jak najszybciej. 

Była pewna, że ponieważ uważał ją za damę, nie poprosi o 

nic więcej jak tylko o pocałunek. 

Z  senhorą  było  inaczej.  Szikara  była  przekonana,  że 

kochali  się  z  markizem.  Ale  była  pewna,  iż  markiz  nigdy 
czegoś  podobnego  jej  nie  zaproponuje,  ponieważ  postąpiłby 
wbrew swemu kodeksowi honoru. 

background image

Kocham  go!  Kocham  go  tak  bardzo,  że  z  radością 

zrobiłabym wszystko, o co poprosi - pomyślała przygnębiona. 

Lecz  wiedziała,  iż  nigdy  jej  nie poprosi,  w  każdym  razie 

póki  znajdowała  się  w  jego  pieczy  i  póki  nie  miała  nikogo 
innego, do kogo mogłaby się zwrócić. 

Chociaż  nawiedzała  ją  myśl,  że  gdy  odnajdzie  ojca, 

markiz zaproponuje związek innego rodzaju, wiedziała, iż jest 
to  tylko  niemądre  marzenie  zakochanego  dziewczęcia,  i 
zupełnie nierealne. 

Musze  przyjąć  do  wiadomości,  że  jego  pocałunek  był 

spowodowany  nastrojem  chwili  -  pomyślała  Szikara.  -  Do  tej 
pory  nawet  mnie  nie  wziął  za  rękę,  a  tu  może  zadziałała 
ciemność i magnetyzm Egiptu, a może fakt, że wyznałam mu, 
iż czuję się samotna i pełna obaw. 

Jakakolwiek  byłaby  tego  przyczyna,  pocałował  ją  i 

odszedł. Może,  chociaż  dla niej było  to  przeżycie  cudowne  i 
nieopisanie magiczne, dla niego nie znaczyło nic! 

Jeszcze był bardzo wczesny ranek, lecz Szikara ubrała się 

i  poszła  na  pokład,  by  popatrzeć  na  rzeczne  statki  i  na  ludzi 
spieszących drogą graniczącą z miejscem cumowania. 

Patrzyła na meczety i minarety wznoszące się wysoko nad 

dachami  po  przeciwnej  stronie  wody.  Najokazalszym  był 
meczet  Mohammeda  Ali,  umieszczony  na  samej  skale 
Cytadeli.  Jego  smukłe  tureckie  minarety  górowały  nad 
wszystkimi  innymi  budowlami  w  Kairze  i  Szikara 
zastanawiała się, czy będzie mogła go zwiedzić. 

Usłyszała  kroki  i  pomyślała,  że  to  markiz,  lecz  był  to 

steward. 

 -  Dzień  dobry,  panienko!  -  Skłonił  się  z  szacunkiem.  - 

Zaniosłem śniadanie panienki do pokoju. 

 - Dziękuję - powiedziała Szikara. 
Zeszła pod pokład, nie mając odwagi zapytać, czy markiz 

zjadł już śniadanie. 

background image

Gdy  skończyła  kawę  i  świeże  bułeczki,  zastanawiała  się,

 

czy  powinna  poszukać  markiza,  czy  odnaleźć  Higneta  i 
zapytać, jakie są plany na ten dzień. Wówczas, prawie jak na 
zawołanie, Hignet stanął w drzwiach jej kajuty. 

 -  Jego  lordowska  mość  pozdrawia  panienkę  i  jeżeli  jest 

panienka gotowa zejść na ląd, to pan markiz czeka. 

 - Z wielką chęcią - odparła Szikara. 
Zerwała  się,  chwyciła  z  szafy  kapelusz  z  szerokim 

rondem, kupiony w Lizbonie, założyła go na głowę, po czym 
wzięła  jeszcze  biały  parasol  przeciwsłoneczny,  kupiony  za 
radą markiza. 

 -  Gdy  jest  gorąco,  lepiej  wyruszyć  wcześnie  -  wyjaśnił 

Hignet.  -  Wydaje  mi  się,  że  jego  lordowska  mość  zamierza 
zawieźć panienkę do piramid. 

 -  Tam  właśnie  chcę  iść  -  rzucił  Szikara  prawie  bez  tchu. 

Porwała białą torebkę dobraną do sukni i wybiegła z kajuty na 
pokład. 

Markiz czekał na nią. Poczuła, jak serce koziołkuje jej w 

piersiach. Po drugiej stronie trapu stał powóz zaprzęgnięty w 
dwa konie. 

 -  Uważam,  że  nie  powinniśmy  tracić  czasu  -  powiedział 

ha widok Szikary - ale wyruszyć natychmiast w poszukiwaniu 
monsieur Mariette'a, by zapytać go, co stało się z pani ojcem. 

 - Chciałabym to zrobić jak najprędzej - odrzekła Szikara. 
Usiłowała odczytać jego wyraz twarzy, lecz wydawało się 

jej, że z rozmysłem nie chce na nią spojrzeć. Roztoczył wokół 
siebie  atmosferę  rezerwy,  jakby  wycofał  się  i  na  powrót 
wzniósł  wszystkie  bariery,  które  istniały  między  nimi 
przedtem. 

Szikara wsiadła do powozu i starała się przypomnieć sobie 

swoje podniecenie nadzieją, że po tych wszystkich miesiącach 
rozłąki odnajdzie ojca. Miast tego myślała prawie wyłącznie o 
markizie,  zauważając  jego  elegancki  biały  garnitur  i 

background image

równocześnie  obawiając  się,  że  on  żałuje  tego,  co  stało  się 
poprzedniej nocy. 

Jechali  ulicami,  gdzie  tłoczyły  się  osły,  wozy,  powoziki, 

wielbłądy  i  woły.  Ze  sklepów  dolatywały  zapachy  piżma, 
olejku  różanego,  kadzidła  i  kawy.  Wkrótce  opuścili  miasto  i 
pozostawili  za  sobą  zawoalowane  kobiety,  wjeżdżając  na 
wznoszący się trakt, o którym Szikara wiedziała, że prowadzi 
ku piramidom. 

 - Rozpytałem się trochę - powiedział markiz po dłuższym 

milczeniu  -  i  zorientowałem  się,  że  najprawdopodobniej 
monsieur Mariette znajduje się na terenie swoich wykopalisk. 

 -  A  więc  jest  tutaj?  -  zapytała  Szikara.  -  Prawie 

obawiałam się, że wrócił do Francji. 

 -  Ta  myśl  nie  jest  mi  obca  -  rzekł  markiz.  -  Byłby  to 

powód, dla którego nie odpisał na pani list. 

 - Może papa z nim jest - powiedziała z nadzieją w glosie. 
Markiz milczał i odniosła wrażenie, że nie wierzy w to. 
Konie wiozły ich prędko i wkrótce zobaczyli piramidy na 

tle bezmiaru pustyni. Chociaż Szikara marzyła, by zatrzymać 
się i zwiedzić je, wiedziała, że markiz miał rację i że pierwsza 
rzecz, od której powinni zacząć w Egipcie, to poszukiwania jej 
ojca. 

Mimo że starała się nie dopuszczać do siebie tej myśli, w 

czasie jazdy wciąż wracało do niej jedno pytanie: „Jeżeli mój 
ojciec  jest  tu,  jak  długo  zostanie  markiz,  gdy  już  mnie 
przekaże pod jego opiekę?" 

Była  zalękniona,  więc  jedynie  kątem  oka  rzucała  mu 

spojrzenia, a ponieważ nie zdawał się chętny do rozmowy, ona 
też milczała. 

Minęli pierwsze piramidy i ich oczom ukazała się wielka 

schodkowa  piramida  Dżesera  i  palmy  otaczające  budynek, 
który  według  markiza  był  świątynią  Ptaha.  Wszędzie  leżały 
kamienie  oraz  ogromne  marmurowe  i  kamienne  płyty.  Gdy 

background image

wysiadali  z  powozu,  Szikara  pomyślała  przez  chwilę,  iż  to 
niemożliwe,  aby  udało  się  cokolwiek  odtworzyć  z  tego 
kamiennego i piaszczystego bałaganu. 

Markiz  szedł  przodem,  kiedy  nieco  na  lewo  od  nich 

Szikara spostrzegła Aleję Sfinksów. 

Nie  można  było  się  pomylić;  to  właśnie  tu  dwa  lata 

wcześniej  Mariette  dokonał  swego  cudownego  odkrycia. 
Stanęła oczarowana. 

Aleja biegła względnie prosto około sześciuset jardów, po 

czym  ostro  skręcała  w  lewo,  prowadząc  do  niewielkiej 
świątyni, przed którą stały półkolem posągi. 

Poszli  w  tamtą  stronę;  napotkawszy  kilku  robotników, 

markiz zapytał o archeologa. Wskazali drogę. Szikara i markiz 
zeszli  stromym  szybem  w  głąb  ziemi  i  usłyszeli  dobywające 
się z końca długiej komnaty głosy i szmer kopania. 

 - Czy jest tam  monsieur Mariette? - zapytał markiz. Jego 

głos  zdawał  się  wracać  do  nich  echem  i  przez  chwilę  nie 
otrzymali  odpowiedzi.  Potem  zobaczyli  mężczyznę  powoli 
idącego komnatą, o której później Szikara dowiedziała się, iż 
jest to Grobowiec Świętych Byków. 

 -  Czy  to  mnie  pan  szuka,  monsieur?  -  odezwał  się  po 

francusku. 

 - To pan jest Auguste Mariette? - zapytał markiz. 
 - Oui, monsieur. 
 - Jestem markizem Linwood i przywiozłem do pana córkę 

profesora  Richarda  Bartletta,  która  przyjechała  do  Egiptu  w 
poszukiwaniu ojca, 

Monsieur  Mariette  wydał  okrzyk  zdumienia,  po  czym 

zwrócił się ku Szikarze i wyciągnął do niej obie dłonie. 

 - Mademoiselle! -  wykrzyknął. - Pani ojciec tak często o 

pani mówił, że mam wrażenie, iż już panią znam. 

Szikara  dygnęła  i  z  lekkim  zaskoczeniem  patrzyła,  jak 

podnosi do warg najpierw jedną, potem drugą jej dłoń. 

background image

 - To dla mnie zaszczyt... wielki zaszczyt... że pani tu jest - 

powiedział Mariette. - Chciałbym jedynie mieć dla pani lepsze 
wieści o jej ojcu. 

 -  On...  nie  żyje?  -  zapytała  Szikara  cichym  głosem. 

Monsieur Mariette wykonał niewielki gest dłonią. 

 - Prawda jest taka, mademoiselle, że nie wiem. 
 -  A  więc,  gdzie  on  jest?  Co  się  mogło  z  nim  stać?  - 

zapytała Szikara. 

 - Muszę wyjaśnić - odrzekł Francuz. 
Miał  podwinięte  rękawy  koszuli  i  nie  nosił  krawata,  lecz 

mimo  to  nawet  w  zapiaszczonym  ubraniu  roztaczał  wokoło 
siebie  atmosferę  powagi  i  autorytetu,  wzbudzającą  -  jak 
pomyślała Szikara - szacunek. 

 -  Może  usiądziemy,  mademoiselle?  -  zaproponował  i 

rozejrzał się z zakłopotaniem. 

Znajdowały się tam jakieś fragmenty kamieniarskie, więc 

ponieważ zdawał się tego od niej oczekiwać, Szikara usiadła, 
chociaż markiz pozostał na stojąco. 

Monsieur Mariette usiadł naprzeciwko Szikary. 
 -  Co  się...  stało?  -  zapytała,  jakby  niecierpliwie  chciała 

przejść do rzeczy. 

 -  Jak  pani  wie,  ojciec  pani  dołączył  do  mnie  ponad  rok 

temu  -  zaczął  Mariette.  -  Właśnie  natrafiłem  na  sfinksy  i 
doszedłem do wniosku, że Grobowiec Świętych Byków musi 
być gdzieś w pobliżu. 

 - Tak pan napisał w liście do papy. 
 - Miałem rację - powiedział archeolog. - Faktycznie mogę 

teraz  pokazać  pani  katakumby,  gdzie  chowano  Apisa,  i  nie 
tylko  te  podziemne  komnaty,  lecz  także  grobowce  z  okresu 
Ramzesa II, nie naruszone i nie rozgrabione przez złodziei. 

 -  To  cudowne!  -  wykrzyknęła  Szikara.  -  Czy  papa  był 

obecny przy tych odkryciach? 

background image

 -  Ależ  oczywiście  -  odparł  monsieur  Mariette.  -  Było  to 

dnia dziewiętnastego marca zeszłego roku i pani ojciec zaczął 
katalogować zawartość sarkofagów. 

 - Co zawierały? - zapytała Szikara. 
 -  Dużo  kości  i  innych  fragmentów  pochodzenia 

zwierzęcego, słabo zachowanych - odparł Mariette. - Ale była 
tam  też  pewna  liczba  statuetek  grzebalnych,  złotych 
ornamentów i innych bezcennych przedmiotów. 

 - Jeżeli to wydarzyło się w marcu - powiedziała Szikara - 

dlaczego papa nie napisał do mnie jak zwykle? 

 - Jestem przekonany, że zamierzał napisać, mademoiselle 

-  odpowiedział  monsieur  Mariette.  -  Lecz  pani  ojciec  był  tak 
samo jak ja podniecony odkryciem katakumb świętych byków 
i  obawiam  się,  że  trudno  nam  było  oderwać  się  myślami  od 
znaleziska.  -  Szikara  nie  odezwała  się,  więc  dodał 
przepraszająco:  -  Musieliśmy  przeprowadzić  ogromne 
wykopaliska,  co  powodowało  gigantyczne  problemy...  - 
Mówiąc to zrobił gest dłońmi, po czym kontynuował: - Widzi 
pani  tę  grubą  warstwę  piachu  i  kurzu,  która  leży  na 
wszystkim.  Z  tego  powstaje  coś  w  rodzaju  mgły,  drobnej  i 
wdzierającej  się  wszędzie.  Były  osuwy  skalne  i  czasami  z 
trudem udawało się nam utrzymywać płomienie świec. 

 -  Mogę  zrozumieć,  że  papa  zapomniał  o  mnie  - 

powiedziała Szikara. - Ale co się z nim stało? 

Monsieur Mariette zaczerpnął tchu. 
 -  Znowu  muszę  powiedzieć  pani  prawdę,  mademoiselle. 

Nie wiem! 

 - Pan nie wie? - powtórzyła Szikara. 
 - Zniknął! 
 - Jak to? 
 -  Mieszkał  tu  w  pobliżu  w  dość  niewygodnych 

warunkach. Domy tutejsze są tak  małe, że nie  mogliśmy być 
razem. 

background image

 - Proszę mówić dalej - nagliła Szikara. 
 - Pewnego  ranka  pani  ojciec  nie  pojawił  się,  choć  się  go 

spodziewałem,  więc  pomyślałem  sobie,  że  może  jest  zajęty 
pisaniem. Zamierzałem zajść do niego wieczorem, ale byłem 
zmęczony i odłożyłem to do dnia następnego. 

Kiedy  się  znowu  nie  pojawił,  posłałem  kogoś,  by  go 

odszukał  i  otrzymałem  odpowiedź,  że  ludzie,  u  których 
mieszkał, uważali, iż on to ja. 

Nie zaniepokoiło mnie to. Jak pani dobrze wie, pani ojciec 

był bardzo roztargniony i czasami udawał się do Kairu, jeżeli 
potrzebował  jakichś  informacji  albo  specjalnych  narzędzi  do 
oczyszczania znalezisk. 

 -  Musiał  pan  pomyśleć,  że  to  dziwne,  gdy  tak  długo  go 

nie było - powiedziała Szikara. 

 -  Po  pewnym  czasie  uświadomiłem  sobie,  że  jego 

nieobecność  jest  dziwna  -  przyznał  monsieur  Mariette.  - 
Chociaż  pracowaliśmy  ze  sobą  tak  blisko,  lubiliśmy  chadzać 
własnymi ścieżkami i nigdy sobie w drogę nie wchodziliśmy. 

 - To bardzo przypomina papę. 
 -  Wreszcie  zacząłem  się  naprawdę  martwić  -  ciągnął 

archeolog. - I odkryłem, że pani ojciec zupełnie zniknął! 

 - Ale jak? 
 -  Nie  wiem  -  odparł.  -  Poszedłem  do  jego  mieszkania  i 

znalazłem  wszystko  tak,  jak  on  zostawił.  Był  tam  nie 
dokończony  list  do  pani,  ale  poza  tym  nic  ważnego,  prócz 
przedmiotów odkrytych w sarkofagach. 

 -  Jakie  podjął  pan  kroki,  by  go  odnaleźć?  -  zapytał 

markiz. 

Dotąd nie  odzywał  się,  więc  Szikara  i  monsieur  Mariette 

aż drgnęli, gdy przerwał ich rozmowę. 

 -  Dopytywałem  się  w  okolicy,  czy  nikt  go  nie  widział  - 

odrzekł  Francuz.  -  Wszyscy  byli  przekonani,  iż

 

pojechał  na 

pustynię, by obejrzeć jakiś teren pod wykopaliska. 

background image

Rzeczywiście rozmawialiśmy o poszukiwaniu grobowców 

w  rejonie  Abydos,  ale  trudno  było  mi  uwierzyć,  że  profesor 
udałby  się  tam  beze  mnie,  a  przynajmniej  nie 
poinformowawszy mnie o swoich zamiarach. 

 -  Więc  co  pan  zrobił?  -  dociekał  markiz.  Monsieur 

Mariette wyglądał na zakłopotanego. 

 - Szczerze mówiąc, milordzie - powiedział po chwili - nie 

wiedziałem,  co  robić.  Wiedziałem,  że  profesor  nie  życzyłby 
sobie  wielkich  poszukiwań.  Nie  wystąpiłem  o  niczyje 
zezwolenie,  zapraszając  go,  by  dołączył  do  mnie,  a  rząd 
Francji,  który  pozwolił,  bym  kontynuował  swą  pracę  i  który 
wspiera  mnie  pieniężnie,  bardzo  zazdrośnie  patrzy  na  inne 
nacje, które chciałyby mieć udział w moich odkryciach. 

 -  Mogę  to  zrozumieć  -  rzekł  markiz.  -  Lecz  profesor  jest 

znanym  człowiekiem  i  jego  zniknięcie  nie  może  wiecznie 
pozostawać sekretem. 

 -  Jestem  tego  świadomy  -  odrzekł  monsieur  Mariette.  - 

Dlatego zamierzam zatrudnić detektywa, a przynajmniej jakaś 
odpowiedzialną  osobę,  aby  przeprowadzić  sumienne 
poszukiwania, 

Gdy  to  mówił,  Szikara  (uznawszy,  iż  markiz 

prawdopodobnie  pomyśli  tak  samo)  doszła  do  wniosku,  że 
monsieur  Mariette,  pochłonięty  swymi  wykopaliskami, 
pozwolił, by sprawy biegły własnym tokiem. Może poruszyło 
go i zmartwiło zniknięcie jej ojca, lecz nic nie byłoby w stanie 
oderwać go od na wskroś podniecających odkryć. 

 - Proszę przyjąć wyrazy mojego głębokiego ubolewania z 

powodu tego wypadku, mademoiselle - powiedział do Szikary. 
-  Chciałbym  panią  zapewnić,  że  mój  szacunek  i  podziw  dla 
pani  ojca  spotęgowały  się  tysiąckroć  przez  wielką  pomoc, 
którą okazał mi, wspólnie ze mną pracując. 

 - Dziękuję - odrzekła Szikara. 

background image

 - Proponuję, monsieur - powiedział markiz - aby pan teraz 

udał się z nami na obiad. Sądzę, że pan rozumie, iż był to dla 
panny  Bartlett  wstrząs  i  że  chciałaby  wyjaśnić  wiele 
szczegółów.  Wydaje  mi  się,  że  moglibyśmy  zrobić  to  w 
wygodniejszym miejscu niż tu, w ciemności i kurzu. 

 -  Oczywiście,  milordzie.  Z  radością  postąpię,  jak  pan 

sobie życzy - odparł Francuz. 

Jednakże  Szikara  nie  mogła  pozbyć  się  wrażenia,  że  on 

zapewne żałuje każdej chwili spędzonej z dala od wykopalisk. 

Uznała,  że  sprawi  mu  przyjemność,  jeżeli  zapyta  go,  czy 

mogłaby  zobaczyć  to,  co  już  odkopano.  W  jego  oczach 
zabłysło  światło,  a  w  głosie,  zadźwięczała  melodyjna  nuta, 
gdy  prowadził  ją  korytarzem,  który  rozgałęział  się  na  wiele 
pomieszczeń zawierających zmumifikowane szczątki byków. 

Szikara pomyślała, że panowała tu niesamowita atmosfera, 

być  może  charakterystyczna  dla,  każdego  miejsca  ostatniego 
spoczynku  i  śmierci.  Lecz  była  ogromnie  wszystkim 
zainteresowana  i  niewątpliwie  markiza  także  zachwyciło  to, 
co zobaczył. 

Szikara była również pod wielkim wrażeniem zadawanych 

przez niego pytań i jego wiedzy o świętych bykach. 

Przechodzili z jednego pomieszczenia w drugie, a Mariette 

pokazywał im sarkofagi, w których grzebano byki. Wykonane 
były  z  czarno  -  czerwonego  granitu,  każdy  wyrzeźbiony  z 
jednego  kamiennego  bloku,  ważyły  około  siedemdziesięciu 
dwóch ton i miały wysokość dziewięciu stóp. 

 -  Czy  wiele  rozgrabiono?  -  zapytał  markiz,  gdy 

wychodzili z głębi ciemności na słońce. 

 -  Znalazłem  dwa  nienaruszone  grobowce  -  odrzekł 

monsieur  Mariette  -  lecz  oczywiście  złodzieje  wyrządzili 
niewyobrażalne szkody. Nie tylko pokradli funeralne statuetki, 
ale w wielu miejscach zburzyli ściany, przez co dachy stały się 
niebezpieczne. 

background image

 - Czy byli to grabieżcy  współcześni, czy z przeszłości?  - 

zapytał markiz. 

Monsieur Mariette wzruszył ramionami. . 
 -  Grabieżcy  istnieją  od  tysiącleci  -  odrzekł.  -  I 

stwierdzam,  iż  nienawidzę  ich  coraz  bardziej  za  każdym 
razem, gdy uświadamiam sobie, jakie zapisy historyczne i jaka 
część wiedzy historycznej zostały stracone. 

 - Rozumiem - zgodził się markiz. 
Gdy  dotarli  do  powozu,  monsieur  Mariette  kazał  im 

zaczekać,  podczas  gdy  sam  zniknął  w  niewielkim  namiocie 
ustawionym  koło  wykopalisk  i  gdzie  najwyraźniej  trzymał 
ubranie  na  zmianę.  Po  krótkiej  chwili  dołączył  do  nich, 
wyglądając o wiele przyzwoiciej, i Szikara uświadomiła sobie, 
że  w  rzeczywistości  jest  to  bardzo  przystojny  młody 
mężczyzna. 

Z  tego,  co  mówił  jej  ojciec,  wyliczyła,  iż  miał  zaledwie 

trzydzieści jeden lat i było to zadziwiające, jak wiele udało się 
mu  osiągnąć  mimo  oporu  władz,  a  szczególnie  agentów 
kedywa,  władcy  Egiptu,  który  usiłował  w  swoim  czasie 
zlikwidować  wykopaliska  i  skonfiskować  znalezione 
przedmioty. 

 -  Oczywiście  -  archeolog  oznajmił  z  rozbrajającą 

szczerością, opowiadając o wydarzeniach - kopałem tutaj bez 
odpowiednich  zezwoleń  i  spodziewałem  się  podobnej 
interwencji od jakiegoś czasu. 

 - Lecz teraz prowadzi pan wykopaliska za zgodą władz? - 

zapytał markiz. 

 -  Na  szczęście  tak  -  odrzekł  monsieur  Mariette.  -  Choć 

zawsze  istnieje  ryzyko  nieproszonych  gości,  a  handlarze  z 
Kairu mają łatwy zbyt na brązy z grobowców, nie mówiąc już 
o  wszelkich  przedmiotach  ze  złota.  -  Spoglądając  na  swych 
robotników, dodał zmartwionym głosem: - Nikomu nie mogę 

background image

ufać!  Ludzie,  którzy  kopią  dla  mnie,  starają  się  ukryć  każdy 
drobiazg, bo wiedzą, że jest na nie rynek. 

 -  To  musi  panu  bardzo  utrudniać  życie  -  współczuła 

Szikara. 

 -  Pani  ojciec  uważał,  iż  Egipt  jest  najgorszym  krajem  w 

całym świecie, jeśli chodzi o drobne kradzieże - poinformował 
ją Mariette. 

Udało  się  im  otrzymać  raczej  mało  smaczny  posiłek  w 

niewielkim  gościńcu  nie  opodal  piramid.  Szikary  nie 
interesowały dania, ale pomyślała, że  markiz popatrzył  nieco 
pogardliwie  na  podawane  jedzenie,  natomiast  monsieur 
Mariette zjadał wszystko, co się przed nim postawiło. 

Teraz,  gdy  byli  z  dala  od  katakumb,  Mariette  stał  się

 

bardziej podobny do namiętnego Francuza niż archeologa. 

Szikara  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  się  mu  podoba.  W 

jego  oczach  pojawił  się  ten  wyraz,  który  już  wcześniej 
widziała i którego nigdy nie lubiła. 

Ponieważ  jednak  podziwiała  go  i  ponieważ  był 

przyjacielem  jej  ojca,  jego  towarzystwo  sprawiało  jej 
przyjemność, a nawet cieszyły ją jego komplementy. 

 -  Pani  ojciec  tak  często  o  pani  mówił,  mademoiselle  - 

powiedział. - Mówił mi, jaka pani jest piękna, i widzę, że nie 
przesadzał! 

Szikara uśmiechnęła się. 
 -  Nie  wierzę,  abyście  rozmawiali  Z  papą  o  czymkolwiek 

innym niż swoich odkryciach. 

 -  Czasami  wieczorem  zaczynaliśmy  bardzo  tęsknić  do 

tych, których pozostawiliśmy - stwierdził monsieur Mariette. 

 - Papa był przyzwyczajony do samotnego życia, ale panu, 

monsieur, mieszkańcowi Paryża, musi wydawać się to bardzo 
dziwne. 

 -  Kocham  pustynię,  kocham  ją  namiętnie!  -  odparł 

Francuz. - Mimo to czasami, mademoiselle, tęsknię za kobietą 

background image

podobną  do  pani,  która  stanęłaby  u  mego  boku...  która 
rozumiałaby moją pracę, zachęcała mnie i inspirowała. 

Markiz  odepchnął  swe  krzesło,  które  zaszurało  po 

drewnianej podłodze. 

 - Sądzę, że powinniśmy omówić główną przyczynę naszej 

wizyty,  Szikaro  -  powiedział  nagle.  -  To  znaczy,  dowiedzieć 
się, jakie przedsięwzięto kroki w celu odnalezienia pani ojca., 

 -  Co  możemy  zrobić?  -  Szikara  zapytała  monsieur 

Mariette'a. 

 -  Naprawdę  nie  wiem  -  odrzekł.  -  Można  zwrócić  się  do 

władz, ale nie będą szczególnie zainteresowani; poza tym, jak 
mówiłem,  mogą  wyrazić  niezadowolenie,  ponieważ  pani 
ojciec  jest  Anglikiem  i  nie  odpowiada  przed  rządem 
francuskim za to, co tu znajdziemy. 

 - Papa nie chciałby zabrać niczego z Egiptu - powiedziała 

Szikara. 

 - Pani o tym wie i ja o tym wiem,  mademoiselle - odparł 

monsieur  Mariette  -  lecz  niełatwo  byłoby  przekonać 
jakiegokolwiek  przedstawiciela  władzy,  że  prawda  jest 
właśnie taka. 

 -  To  z  pewnością  wydaje  się  bardzo  utrudniać  nasze 

zadanie  -  stwierdził  oschle  markiz.  Poprosiło  rachunek,  a 
następnie powiedział: - Proponuję, monsieur, ponieważ zbliża 
się  najgorętsza  pora  dnia,  że  panna  Bartlett  i  ja  wrócimy  do 
Kairu.  Może  moglibyśmy  odwiedzić  pana  znowu  jutro,  a 
jeżeli przyjdzie panu na myśl,  co jeszcze  można by zrobić, z 
chęcią wysłuchamy nowych pomysłów. 

Monsieur Mariette ukłonił się. 
 - Jestem przekonany, że panna Bartlett chciałaby również, 

aby spakowano rzeczy jej ojca i przekazano w jej posiadanie - 
dodał markiz. 

background image

 -  Wydaje  mi  się,  że  nie  ma  tego  wiele  -  powiedział  z 

roztargnieniem  monsieur  Mariette.  -  Zostawiłem  wszystko 
tam, gdzie mieszał. 

 -  W  takim  razie  mogły  zniknąć  jak  on  sam  -  zauważył 

markiz. 

Szikara  popatrzyła  na  niego  zmieszana.  Odniosła 

wrażenie,  że  markiz  z  rozmysłem  wprowadza  archeologa  w 
zakłopotanie,  ale  nie  mogła  nic  na  to  poradzić,  więc  tylko 
podziękowała ciepło Francuzowi za wszystko, co im pokazał. 

 -  Była  to  dla  mnie  wielka  przyjemność  -  rzekł  monsieur 

Mariette. Nie było wątpliwości, sądząc po tonie jego głosu, że 
mówił z całą szczerością. - Chcę panią, zobaczyć jutro - dodał 
ciszej. - Jestem przekonany, że do tego czasu przyjdzie mi na 
myśl jakiś środek zaradczy. 

Przytrzymał jej dłoń w swoich rękach, a następnie, tak jak 

wcześniej,  podniósł  ją  do  ust,  choć  Szikara  wiedziała,  że 
etykieta  nie  przewiduje  całowania  dłoni  młodej  niezamężnej 
dziewczyny. 

Potem ich opuścił i pośpieszył z powrotem w sposób który 

upewniał  Szikarę,  że  chce  jak  najszybciej  wrócić  do  swych 
wykopalisk. 

 -  Bardzo  mi  przykro  z  powodu  pani  ojca  -  powiedział 

markiz, gdy jechali z powrotem do Kairu. 

 -  Chyba  nie  jest  gorzej,  niż  się  spodziewałam  -  odrzekła 

Szikara.  -  Naprawdę  nie  miałam  wielkiej  nadziei,  że  papa 
żyje. 

 -  Teraz  jest  pani  przekonana,  że  nie  żyje?  -  zapytał 

markiz. 

 -  Czuję,  że  innego  wytłumaczenia  nie  ma.  Lecz  w  jaki 

sposób zginął? I dlaczego? Gdzie? To chciałabym wiedzieć. - 
Westchnęła,  po  czym  ciągnęła  dalej:  -  Jak  tylko  ujrzałam 
grobowce, wiedziałam, że papa nigdy nie odszedłby tak nagle, 
gdy  zostało  tam  jeszcze  tak  wiele  do  odkopania,  a  jeszcze 

background image

więcej  do  odkrycia.  Właśnie  takie  miejsca  uwielbiał  i 
pracowałby  do  czasu,  aż  znalazłby  i  skatalogował  ostatni 
kamyk. 

 - Przykro mi - powiedział cicho markiz. 
Szikara me odpowiedziała. 
Zdawało się, że ogarnia ją chmura smutku. 
Mniej rozmyślała o śmierci ojca niż o fakcie, że teraz, gdy 

go zabrakło, została zupełnie sama na świecie. 

Przyszłość zdawała się ciemna i pusta. 

background image

R

OZDZIAŁ 

Zrobiło  się  bardzo  gorąco  i  Szikara  odpoczywała  po 

obiedzie,  wiedziała  jednak,  że  markiz  zszedł  na  ląd  i 
zastanawiała się, dokąd się udał. Odkąd opuścili wykopaliska i 
monsieur  Mariette'a,  nie  była  z  nim  sam  na  sam,  nie  licząc 
przejazdu  otwartym  powozem.  Odniosła  wrażenie,  że  był  w 
dziwnym  nastroju,  którego  nie  rozumiała,  i  to  ją  niepokoiło, 
ponieważ  była  pewna,  iż  w  jakiś  sposób  wiązało  się  to  z 
wczorajszym wieczorem i pocałunkiem. 

Nie mogła sobie wyobrazić, dlaczego miałoby to markiza 

martwić. Jej wystarczyło tylko wrócić myślami do tej chwili, a 
już  ogarniało  ją  cudowne,  zachwycające  uczucie,  które 
poznała, gdy jego wargi uwięziły jej wargi i zdawało się jej, że 
wtapia  się  w  niego,  aż  przeistoczyli  się  z  dwojga  ludzi  w 
jedność. 

„Tak  ja  czułam"  -  powiedziała  sobie  Szikara  -  „lecz 

najwyraźniej  on  czuł  zupełnie  coś  innego.  Ta  magiczna  noc 
wpłynęła na niego, że na chwilę stałam się mu bliska, a teraz 
znowu mnie nienawidzi". 

Czuła,  iż  nawet  nie  może  znieść  myśli  o  tym,  że  on 

nienawidzi  jej  jako  kobiety,  chociaż  pod  każdym  innym 
względem okazuje jej dobroć. 

A może - pomyślała posępnie - pojechał przygotować mój 

powrót do Anglii. 

Była  przekonana,  iż  markiz  nigdy  nie  pozwoli  jej  zostać 

samej  w  Egipcie,  a  teraz,  gdy  zobaczyła  już  Kair  oraz 
Aleksandrię,  dobrze  wiedziała,  że  jej  pierwotny  pomysł 
pozostania i znalezienia tu pracy był całkowicie nierealny. To 
miejsce  było  za  duże,  zbyt  obce  pod  każdym  względem, 
niepodobne do życia znanego jej z domu. 

Podróżowała  wiele,  lecz  zawsze  z  ojcem  i  matką,  co 

bardzo różniło się od pobytu samotnej  młodej  dziewczyny  w 
obcym mieście. 

background image

Pomyślała,  że  mogłaby  zapytać  monsieur  Mariette'a,  czy 

nie  zgodziłby  się,  aby  pracowała  wraz  z  nim,  ale  pamiętała, 
jak  usilnie  archeologowie,  których  poznała  w  przeszłości, 
walczyli  o  to,  by  nie  dopuścić  kobiet  na  tereny  ich 
interesujące. Przypomniała sobie, że oburzali się nawet o to, iż 
jej  matce  i  jej  pokazywano  wykopaliska  prowadzone  przez 
ojca.  

Dlatego  była  zupełnie  pewna,  że  choć  monsieur  Mariette 

spoglądał  na  nią  z  podziwem,  wolałby  ograniczyć  ich 
znajomość  do  chwil  spędzanych  poza  terenem  wykopalisk. 
Chociaż  oprowadził  Szikarę  i  markiza  po  komorach 
grzebalnych,  szedł  szybko  i  przy  migotliwym  świetle  świec 
nie  mogła  dokładnie  zobaczyć  sarkofagów  ani  ogarnąć 
miejsca,  o  którym  wiedziała,  że  jest  ośrodkiem  dawno 
zapomnianego kultu. 

Zawsze,  gdy  towarzyszyła  w  wyprawie  ojcu,  powtarzał 

jej: „Nie ogranicz się do patrzenia. Myśl, odczuwaj. Staraj się 
oczyma  duszy  poznać,  jacy  byli  ci  ludzie  sprzed  wieków. 
Staraj się wyczuć ich wibracje. To cię nauczy więcej niż tysiąc 
ksiąg". 

Szikara  starała  się  postępować  według  jego  wskazówek, 

lecz tu nie miała na to żadnej szansy, mogła tylko słuchać, gdy 
monsieur  Mariette  pokazywał  ograbione  miejsca  albo  prace 
wykonane przez niego i jej ojca. 

Byli  tam  też  arabscy  robotnicy  pracujący  przy 

odkopywaniu  grobów,  wynoszący  długimi  korytarzami 
grobowca  kosze  wypełnione  piachem.  Szli  jeden  za  drugim 
bez  końca.  Szikara  musiała  ciągle  usuwać  się  im  z  drogi  i 
wtedy czuła na sobie ich ciekawskie ciemne oczy. 

Zapewne  wyglądałam  bardzo  dziwnie  w  swojej  białej 

sukni - pomyślała. 

Uświadamiała  sobie  jednak,  że  przeszkadzali  jej  w 

zebraniu  myśli  i  uczuć  i  nagle  zatęskniła  ku  ojcowskiej 

background image

metodzie  percepcji.  Kto  wie,  może  pojęłaby,  co  się  z  nim 
stało, gdyby tak mogła zostać sama w ciszy grobowca. 

Odpoczywając  po  obiedzie,  nie  zasnęła,  obmyślając,  co 

powie  markizowi.  Gdy  usłyszała,  że  Wchodzi  na  pokład, 
wstała i poszła go poszukać. 

Nie  było  go  w  saloniku,  jak  się  spodziewała;  stał  na 

pokładzie, spoglądając na drugi brzeg Nilu, który przedstawiał 
barwny widok. Na wielkiej rzece huczało jak w ulu. 

Pod jacht bezustannie podpływały łódki ze sprzedawcami 

owoców,  naszyjników,  dywanów  i  wszelkiego  innego  dobra. 
Markiz  usiłował  nie  zwracać  na  nich  uwagi,  lecz  kupcy 
egipscy byli bardzo wytrwali i wcale nie chcieli odpływać. 

W  takich  okolicznościach  Szikara  nie  miała  możliwości 

porozmawiać z nim poufnie. 

Mówili  więc  tylko  o  widoku.  Markiz  wskazał  kilka 

ciekawszych  budowli  na  przeciwległym  brzegu.  Wreszcie 
nadeszła pora kolacji. 

Szikara  zeszła  na  dół,  by  się  przebrać.  Wzięła  chłodną 

kąpiel przygotowaną dla niej przez Higneta i założyła jedną ze 
swoich  ładnych  nowych  sukien.  Obejrzała  siebie  w  lustrze, 
mając nadzieję, że spodoba się markizowi. 

„Wczorajszej nocy pocałował mnie" - powiedziała sobie i 

poczuła,  jak  na  to  wspomnienie  przez  jej  ciało  przebiega 
dreszcz.  Czy  istniało  cokolwiek  wspanialszego  -  albo 
piękniejszego?  A  jednak  zdawało  się,  że  on  zapomniał  już  o 
tym,  a  może  w  świetle  dziennym  nie  wydała  się  mu  tak 
pociągająca. 

Gdy  stali  na  pokładzie,  bardzo  pragnęła  zapytać  go, 

dlaczego  pojechał  do  miasta,  lecz  nie  miała  tyle  śmiałości  i 
odwagi.  A  może  ustalił  jej  powrót  do  Anglii?  Obecnie  już 
prawie  nie  mogła  wątpić,  że  ojciec  nie  żyje.  Teraz  jej 
prawnym opiekunem był stryj. 

background image

Pomyślała  o  czekającym  na  nią  lordzie  Stroudzie. 

Wiedziała, że gdy tylko wróci, nie będzie już mogła od niego 
uciec; Będzie musiała wypełnić wolę stryja. 

„Wolę umrzeć!" - powiedziała jak kiedyś, ale tym razem 

mówiła poważnie. 

Może obawiała się zostać sama w Egipcie, lecz był to lęk 

nieporównywalny  z  tym,  co  czułaby,  gdyby  zmuszono  ją  do 
poślubienia mężczyzny,  który budził jej obrzydzenie, a  który 
miałby prawo jej dotykać i tulić ją. Wiedziała, że ze wstrętem 
odwróciłaby się od każdego mężczyzny prócz markiza. 

Śmierć  nie  jest  najstraszniejszą  rzeczą  na  świecie  - 

pomyślała. 

A  jednak  było  coś  tajemniczego  w  ciemności  grobowca, 

co  napawało  ją  chęcią  życia.  Pomyślała,  że  nie  tylko 
Egipcjanie, lecz wszyscy ludzie łączyli śmierć z ciemnością, a 
życie  ze  słońcem.  Jeżeli  o  nią  chodzi,  słońce  i  światłość 
oznaczały bliskość markiza. Bez niego świat tonął w mroku i 
ogarniała ją samotność nie do zniesienia. 

Wreszcie wspomagając się całą swą dumą, której jej nigdy 

nie  brakowało,  Szikara  powiedziała  sobie,  że  jeśli  markiz  jej 
nie chce, to powinna odejść tak, jak obiecała, nie robiąc scen. 
Wiedziała, że jeśli złamie dane słowo, spadnie na nią pogarda 
markiza.  Pomyślała,  iż.  raczej  zniesie  wszystko,  niż  dopuści, 
by on miał się od niej odwrócić, ponieważ stała się dla niego 
nieznośnym ciężarem. 

Z  podniesioną  głową  szła  do  saloniku  na  kolację, 

świadoma,  że  choć  nie  może  zmierzyć  się  z  powabem 
senhory, przynajmniej wygląda ładnie. 

Skwar  dnia  ustępował  i  rzeką  wiała  przyjemna  bryza, 

chłodząc  jacht.  Woda  cicho  plaskała  o  burty,  z  brzegu  zaś 
dolatywał  zapach kwitnących dzikich krzewów porastających 
przybrzeżne  wały.  Czar  zapadłby  głębiej  w  duszę  Szikary, 
gdyby mogła oderwać się myślami od markiza. 

background image

Przebrał  się  do  kolacji,  a  jej  wydawało  się,  że  żaden 

mężczyzna  nie  wyglądałby  wspanialej  i  bardziej  pociągająco 
niż on. Gdy weszła, wstał. 

 - Odpoczęła pani? - zapytał. Uśmiechnęła się do niego, on 

zaś  ciągnął  dalej,  nie  czekając  na  odpowiedź:  -  Zdaję  sobie 
sprawę  z  tego,  iż  dzisiejsze  wieści  były  dla  pani  wstrząsem. 
Było  też  bardzo  gorąco  i  pomyślałem,  że  przyjemnie  byłoby 
zjeść kolację na pokładzie, 

 -  Rzeczywiście  sprawiłoby  mi  to  przyjemność  -  odparła 

Szikara. 

Jak  się  przekonała,  stewardzi  ustawili  na  pokładzie 

parawan, więc miejsce gdzie podano im kolację, było z jednej 
strony zasłonięte przed wzrokiem ciekawskich przechodniów. 
Stół ozdobiono kwiatami. 

Szikarze  bardzo  odpowiadał  chłodny  napój  smakujący 

limonami. 

Po 

nie 

nadzwyczajnym 

obiedzie, 

dania 

przygotowane przez lordowskiego kucharza skusiłyby jeszcze 
bardziej wybredne podniebienie niż jej. 

Gdy podawano do stołu, markiz mówił o egipskiej historii. 

Dopiero  kiedy  Szikara  dopiła  swą  słodką  turecką  kawę, 
spojrzała na niego i powiedziała: 

 - Chciałabym o coś pana... zapytać. 
 - Tak? 
Odniosła  wrażenie,  jakby  obawiał  się  czegoś. 

Uświadamiała  sobie,  że  choć  mówił  bardzo  interesujące 
rzeczy  podczas  kolacji,  omijali  tematy  osobiste.  Zupełnie 
jakby  z  rozmysłem  unikał  wszelkich  wątków,  które  mogłyby 
prowadzić  do  bardziej  poufałej  rozmowy  lub  które  mogły 
sprawić  wrażenie  czegoś  głębszego  niż  zwykła  konwersacja 
między znajomymi. 

Szikarze  wystarczyło  spojrzeć  na  markiza,  by  czuć,  jak 

całym swym jestestwem chce być przy nim. Ponieważ jednak 
uważała, iż on jej nie chce, z desperacją starała się opanować i 

background image

zachowywać tak, jak sądziła, że on uważałby za stosowne. A 
mimo to przez cały czas pragnęła go całą swą istotą aż do bólu 
i  chciała,  bardziej  niż  zbawienia  duszy,  znowu  poczuć  dotyk 
jego ust na swoich. 

Teraz,  kiedy  byli  sami,  wiedziała,  iż  ma  okazję  wyjawić 

mu  swe  zamiary,  więc  po  chwili  przerwy  powiedziała 
niepewnie: 

 -  Pan  pomyśli,  że...  to  dziwactwo  z  mojej  strony,  ale 

czuję, że muszę wrócić na wykopaliska monsieur Mariette'a w 
Memfis. 

 - Dziś wieczorem? - zapytał markiz. 
 -  Tak,  wieczorem,  gdy  nie  będzie  już  robotników,  a 

monsieur Mariette uda się na spoczynek. 

 - Czemu chce pani to zrobić? 
Szikara zawahała się chwilę, po czym powiedziała: 
 - 

Chcę...  wyczuć  to  miejsce.  Mam  pomysł, 

prawdopodobnie... absurdalny, że... w ten sposób zbliżę się do 
papy, a może nawet... poznam... jego los. 

 - Czy chce pani powiedzieć, że będzie to jasnowidzenie? - 

dociekał markiz. 

 -  Chyba  możną  tak  to  nazwać  -  odrzekła  Szikara.  -  Papa 

nazywał  to  „posługiwaniem  się  szóstym  zmysłem".  Sam 
zawsze  tak  postępował,  kiedy  chciał  wiedzieć,  czy  warto 
zacząć  wykopaliska na danym terenie. Zazwyczaj  miał  rację, 
nawet gdy nie było nic widać prócz kamieni i piachu. 

 -  Czy  chce  pani  wyruszyć  sama?  -  zapytał.  Szikara  nie 

odezwała  się,  ale  popatrzyła  na  niego  szeroko  rozwartymi 
oczyma, z błagalnym wyrazem na swej drobnej twarzy. 

Nie  było  potrzeby  wyrażać  słowami  tego,  o  co  prosiła; 

miała  wrażenie,  jakby  wyznała  mu  na  głos,  jak  bardzo  chce, 
aby  jej  towarzyszył...  jak  bardzo  zawsze  go  pragnęła.  Dzielił 
go od niej ubrany kwiatami stół, lecz przemówili do siebie bez 

background image

słów i na chwilę ich dusze zetknęły się, jakby rozumiały się od 
wszechczasów. 

Markiz odezwał się: 
 - Dobrze. Jeżeli tego pani chce, zawiozę panią. Zobaczył, 

że oczy Szikary rozbłysły. Wówczas szybko odwróciła wzrok, 
jakby ogarnęła ją nieśmiałość, i powiedziała cicho: 

 - Dziękuję panu... bardzo dziękuję! 
Zeszła  na  dół  po  szal,  którym  mogłaby  okryć  ramiona, 

gdyby  później  zrobiło  się  chłodno,  a  na  włosy  zarzuciła 
szyfonową chustę. Pomyślała, że wciąż wirujący w ciemności 
grobowca  kurz  mógłby  osiąść  na  jej  włosach  i  ta  myśl 
napełniła ją odrazą. 

Gdy  wyszła  na  pokład,  zobaczyła,  że  markiz  już  na  nią 

czeka,  a  na  brzegu  stoi  otwarty  powóz,  podobny  do  tego, 
którym jechali wcześniej. 

Jeszcze  był  dzień,  lecz  Szikara  wiedziała,  że  nie  potrwa 

długo.  Słońce  zajdzie  szybko  i  nad  piramidami  zapalą  się 
księżyc  i  gwiazdy.  Bardzo  chciała  zobaczyć  je  nocą  u  boku 
markiza.  Teraz  jednak,  niepewna  jego  myśli,  była 
przygnębiająco  przekonana,  że  tego  wieczoru  nie poruszy  go 
ani  romantyzm  scenerii,  ani  ona.  Wydawało  się  jej,  że 
specjalnie  usiadł  w  powozie  nieco  dalej  od  niej,  niż  to  było 
konieczne. 

Jechali  szybko,  a  Szikara  czuła,  że  nie  ma  nic  do 

powiedzenia,  prócz  tego,  co  skrywa  w  sercu.  Wkrótce 
pozostawili za sobą domy Kairu i wyjechali na pustynię. Przed 
nimi  widniały  dziwnej  piękności  piramidy,  ozłocone 
zachodzącym  słońcem,  ze  szczytami  rysującymi  się  ostro  na 
przezroczystym niebie. 

 -  Spośród  Siedmiu  Cudów  Starożytności  -  zauważył 

markiz  -  jedynie  piramidy  oparły  się  niszczycielskiemu 
działaniu czasu i destrukcyjnej dłoni człowieka. 

background image

Mówił  chłodno  i  z  dystansem,  lecz  Szikara  zapragnęła 

wsunąć  swą  dłoń  w  jego  dłoń  i  zapytać,  czy  i  dla  niego 
piramidy są tak tajemnicze i podniecające jak dla niej. Zawsze 
w przeszłości wydawało się jej, że wspaniały lub podniecający 
widok powinno się z kimś dzielić. 

Rozumiała  uczucia  ojca,  gdy  przy  każdym  nowym 

odkryciu chciał podzielić się wieścią z drugim archeologiem, a 
jeżeli  me  znalazł  takiego  człowieka,  często  pokazywał 
znalezisko  matce  lub  jej  samej.  Zupełnie  jakby  żadnego 
wydarzenia poruszającego do głębi nie było wolno samolubnie 
zatrzymywać dla siebie. Dlatego Szikara czuła teraz, jakby jej 
całkowite oczarowanie piramidami było czymś, co chciała dać 
markizowi niby dar. Jednakże nie mogła wyrazić swych uczuć 
słowami, więc dalej jechała w milczeniu. 

Gdy  zapadły  ciemności,  dojechali  do  piramidy 

schodkowej  Dżesera  i  woźnica  zatrzymał  konie.  Nie  znaleźli 
się w tym samym miejscu, gdzie zatrzymali się w ciągu dnia, 
lecz  w  panującym  półmroku  i  przy  świetle  gwiazd  właśnie 
pojawiających  się  na  niebie  nietrudno  było  znaleźć  dróżkę, 
którą szli do Alei Sfinksów. 

Łatwiej  było  iść,  niż  wytłumaczyć  woźnicy,  że  powinien 

zawrócić  konie,  więc  Szikara  i  markiz  wysiedli  z  powozu. 
Markiz  kazał  woźnicy  zaczekać  pod  palmami,  następnie 
ujmując  Szikarę  pod  ramię,  pomógł  jej  przejść  po  piachu  i 
kamieniach  do  Alei  Sfinksów.  Idąc  koło  niego  pomiędzy 
rzędami  posągów  pół  zwierząt,  pół  ludzi,  Szikara  pomyślała, 
że są jak kapłan i kapłanka zdążający do świątyni. 

Markiz  miał  ze  sobą  latarnię  na  świece,  którą,  zanim 

wyjechali,  Hignet  załadował  do  powozu  razem  z  pudełkiem 
zapałek. 

 -  To  najlepsza  latarnia,  jaką  mamy,  milordzie  -  oznajmił 

markizowi.  -  Jest  nowocześniejsza  niż  to,  czego  używają 
tubylcy. 

background image

 -  Dziękuję  -  powiedział  markiz.  -  Jestem  przekonany,  że 

spełni zadanie. 

Szikara 

pomyślała 

teraz, 

że 

prawdopodobnie 

zapomniałaby o świecy, gdyby pojechała sama. Wiedziała też, 
że  w  kieszeni  płaszcza  markiz  trzymał  mały  pistolet.  Gdy 
wchodziła  na  pokład,  widziała,  jak  go  chował  i  choć  nie 
powiedziała  nic,  wiedziała,  że  markiz  postępuje  roztropnie, 
ubezpieczając się w ten sposób. 

Nie  mogła  uwierzyć,  że  w  wizycie  w  Grobowcu  Byków 

Apisa 

istniało 

jakiekolwiek 

niebezpieczeństwo, 

ale 

dopuszczała  myśl,  iż  zwiedzający  piramidy  lub  inną  część 
pustyni  mogą  zostać  napadnięci  przez  rabusiów.  Wtedy 
zrozumiała, iż jej pomysł, by wejść tu samej, był od początku 
niemądry.  Widziała,  ilu  żebraków  kłębiło  się  w  Kairze  i 
Aleksandrii,  i  była  świadoma,  że  gdyby  nie  męskie 
towarzystwo, szybko zostałaby pozbawiona torebki i biżuterii. 

Doszli  do  wejścia  budynku,  który  przypominał  świątynie 

budowane  w  Egipcie  dla  uczczenia  szlachetnie  urodzonych. 
Markiz zatrzymał  się, aby zapalić świecę  w latarni  i  wtedy  z 
łatwością  dostrzegli  stromy  szyb  prowadzący  do  długiej 
komory grobowca. 

Wszedł  pierwszy  i  podał  rękę  Szikarze,  żeby  pomóc  jej 

zejść  szybem  w  ciepłą,  zakurzoną  otchłań.  Jak  się 
spodziewała,  wewnątrz  panowała  tajemnicza,  głęboka  cisza 
towarzysząca  śmierci  i  zapach  przeszłości,  który  -  jak 
pomyślała  -  zawsze  unosił  się  na  cmentarzyskach. 
Wyprzedziła markiza i szła w migotliwym świetle świecy. 

Poszczególne komory grobowca  ziały czernią. Plądrujący 

rabusie  pospychali  ciężkie  pokrywy  sarkofagów.  Niektóre 
roztrzaskały się spadając i leżały w gruzach na ziemi, inne, już 
ograbione, pogrzebał ponownie wiecznie ruchomy piasek. 

Szikara  szła  wzdłuż  korytarza,  z  trudem  oddychając  w 

bezwietrznym  pomieszczeniu,  zdecydowana  jednak  dojść  aż 

background image

do  końca,  gdzie  wciąż  odkopywano  nienaruszone  grobowce. 
Latarnia  rzucała  wkoło  niej  krąg  światła,  i  oczom  markiza 
dziewczyna  jawiła  się  niby  duch  płynący  przed  nim 
bezszelestnie.  W  ciemności  jaśniała  jej  biała  chusta,  którą 
narzuciła, by chronić włosy. 

Szikara zatrzymała się. Była już prawie u końca korytarza. 

Chciała  zebrać  myśli,  skoncentrować  się  jak  medium  w 
transie, aby móc zanurzyć się w przeszłości. 

Wówczas niespodziewanie i wyraźnie usłyszeli głosy! 
Odwróciła  się.  Markiz  był  tuż  za  nią.  On  również 

przechylił  głowę  i  nasłuchiwał.  Były  to  głosy  mężczyzn 
mówiących  po  arabsku.  Szikara  uświadomiła  sobie,  że 
schodzili szybem do grobowca. 

Markiz  podniósł  latarnię  i  zdmuchnął  świecę.  Potem 

pociągnął  zaskoczoną  Szikarę  z  korytarza  do  jednej  z 
bocznych  nisz  grzebalnych.  Wyczuła  wierzch  granitowego 
sarkofagu.  Między  sarkofagiem  a  ścianą  było  akurat  tyle 
miejsca, że mogli tam stanąć, Szikara od wewnątrz, markiz od 
strony korytarza. 

Rozmawiający  mężczyźni  przybliżali  się,  ich  głosy  były 

rozmyślnie  ściszone,  więc  Szikara  nie  mogła  dosłyszeć,  co 
mówią. Potem pojawiło się nikłe światło świecy i zdała sobie 
sprawę z tego, że do komory weszła większa liczba mężczyzn. 

Nieco  przesunęła  się  wzdłuż  sarkofagu  i  zobaczyła,  że 

przeciwległa  ściana,  oddzielająca  grobowiec  od  grobowca 
sąsiedniego,  była  zburzona.  Mogła  więc  patrzeć  znad 
strzaskanego sarkofagu, przy którym stali, na korytarz. 

Światło  przybliżyło  się  i  nagle  zobaczyła  kilka 

przyodzianych  w  turbany  głów.  Policzyła  -  mężczyzn  było 
sześciu.  Posuwali  się  naprzód,  lecz  nagle  zatrzymali  się  i 
usłyszała stukot, jakby na piaszczyste klepisko rzucono jakieś 
narzędzia. 

background image

 - Lepiej zapalmy więcej świec - odezwał się jeden z nich 

po arabsku. 

 -  Przydadzą  się  nam  -  odrzekł  inny  głębszym  głosem.  - 

Ten nie otwarty grobowiec jest na samym końcu. 

Szikara drgnęła, bo uświadomiła sobie, kim oni są. Byli to 

rabusie,  którzy  przyszli  otworzyć  grobowiec,  o  którym 
opowiadał  im  monsieur  Mariette,  grobowiec  byka 
pochowanego w okresie panowania Ramzesa II. 

Jeden już został otwarty, lecz drugi  pozostawał  jak dotąd 

nienaruszony. 

Szikara  poczuła,  jak  ogarnia  ją  gniew,  że  ci  złodzieje 

wykradną przedmioty znajdujące się w grobowcu, które w ten 
sposób  znikną  na  zawsze.  Pomyślała,  że  chciałaby  stanąć 
przed  nimi  i  powiedzieć  im,  co  myśli  o  ich  zachowaniu. 
Wówczas, gdy tylko ta myśl przyszła jej do głowy, usłyszała 
głos jednego z rabusiów: 

 - Lepiej postawmy kogoś na straży. 
 -  Ja  cię  obronię  -  odrzekł  inny.  -  Czy  nie  obroniłem  cię 

wtedy, gdy ten Anglik się wtrącił? Ryczał jak lew i wszystkich 
nas zawlókłby do więzienia, gdybym go nie uciszył. 

Musiały zostać zapalone kolejne świece, ponieważ Szikara 

wyraźniej  teraz  dostrzegła  intruzów.  Ten,  który  się  odezwał, 
był młody i nosił biały turban. 

Inny  mężczyzna,  starszy,  o  pomarszczonej  twarzy, 

powiedział: 

 - Cicho, Ali, nie chełp się. Jeśli ktoś usłyszy, skażą cię na 

śmierć za zabójstwo!, 

 - Nie boję się - oznajmił dumnie Ali. - Zaufaj mi, tak jak 

mi  ufałeś  przedtem.  Mój  nóż  dobrze  ci  służył  i  będzie  ci 
służyć, jeśli ktoś nam przeszkodzi. 

 - No dobrze - odrzekł starszy, niemalże z niechęcią. - Ty 

stań na straży. Reszta niech lepiej zabierze się do roboty. 

background image

Szikara  nagle  uświadomiła  sobie,  że  markiz  znalazł  się 

bardzo  blisko.  Zorientowała  się,  że  wyjął  z  kieszeni  pistolet. 
Czuła jego napięcie. 

Znaczenie  słów  wypowiedzianych  przez  tych  mężczyzn 

zamroczyło  ją i  napełniło niewysłowionym przerażeniem. To 
oni zabili jej ojca! Co więcej, na pewno zamordują markiza i 
ją, jeśli ich odkryją. 

Czuła, że zaczyna dygotać, gdy uświadomiła sobie, że jest 

ich  sześciu:  pięciu  kopie,  a  jeden,  którego  zwą  Alim,  stoi  na 
straży.  Pomyślała  z  rozpaczą,  że  markiz  z  pistoletem, 
załadowanym  tylko  dwiema  kulami,  nie  zdoła  ochronić  ich 
obojga  przed  ludźmi,  którzy  bez  wahania  zabiją  raczej,  niż 
pozwolą, by ich rozpoznano. 

Usłyszała innego mężczyznę, który dotąd się nie odzywał.  
 -  Może  lepiej  sprawdzić,  czy  nie  ma  tam  kogo,  zanim 

zaczniemy  pracę?  Przypomnijcie  sobie,  że  ten  Anglik  nas 
zaskoczył. 

 -  Zauważylibyśmy  światło,  gdyby  tu  ktoś  wchodził  - 

uspokoił ich starszy mężczyzna.  

 -  Ja  poszukam  -  powiedział  Ali.  -  Wy  zacznijcie  kopać. 

To zajmie trochę czasu, a noc nie jest wieczna. 

 - Kto tu rozkazuje? - zapytał inny. 
 -  Ali  mówi  rozsądnie  -  stwierdził  czyjś  głos.  -  Tu  jest 

wiele zakamarków, a nie chcemy, żeby nas ktoś zaskoczył. 

 - Oczywiście, że nie - zgodził się któryś. - Nie pamiętacie, 

co się wydarzyło w zeszłym tygodniu w Abydos? 

 -  Mało  brakowało  -  jęknął  jeden  z  mężczyzn.  Szikara 

poczuła, iż markiz otoczył ją ramieniem i przycisnął do siebie. 
Zauważyła,  że  w  prawej  ręce  trzymał  pistolet.  Instynktownie 
wyczuł, iż się boi, i dlatego trzymał ją mocno. 

Drżała,  ponieważ  wszystko  było  takie  dziwne  i 

przerażające:  migotliwe  płomyki  świec,  głowy  mężczyzn 
widoczne tuż nad zburzoną ścianą, ich rozmowa, wyjaśniająca 

background image

wszystko, którą tylko ona mogła zrozumieć, ponieważ markiz 
nie znał arabskiego. Jednocześnie - pomyślała - musiał zdawać 
sobie sprawę z tego, że znaleźli się w niebezpiecznej sytuacji, 
a ponieważ czuł jej drżenie, mógł poznać, iż się boi. 

Markiz  rzeczywiście  doskonale  uświadamiał  sobie 

niebezpieczeństwo  i  choć  nie  mówił  po  arabsku,  dobrze 
wiedział, jak bezwzględni mogliby okazać się rabusie, gdyby 
ich  odkryto.  Przez  stulecia  gangi  złodziei  walczyły  między 
sobą  i  mordowały  się  wzajemnie.  Każdy  archeolog  mógł 
opowiedzieć  o  tym,  jak  był  zmuszony  odpierać  napaści  na 
teren  wykopalisk,  nawet  w  biały  dzień.  Markiz  był 
zaskoczony, że Mariette nie wystawił tu straży. Przypuszczał, 
iż  powodem  był  fakt,  że  grobowiec  byka  nie  miał  takiej 
wartości dla złodziei jak sarkofag faraona. 

Gdy  zwiedzali  wykopaliska  rano,  dowiedział  się,  że  w 

pewnych  dniach  roku,  przy  pogrzebach  bądź  rytuałach 
pogrzebowych  Apisa,  mieszkańcy  Memfis  przychodzili 
odwiedzić  boga  w  jego  grobowcu.  Na  pamiątkę  tego  aktu 
wiary  pozostawiali  stelę,  to  znaczy  stojący  kamienny  słup  o 
przekroju kwadratu, z zaokrąglonym wierzchem. Ten kamień 
wmurowywano  w  ścianę  grobowca.  Na  steli  uprzednio  ryto 
słowa  oddające  cześć  bogu  oraz  miano  pielgrzyma  i  jego 
rodziny. 

Markiz wiedział, że to właśnie stele stanowiły największą 

wartość  historyczną,  choć  dla  rabusiów  nie  warte  były  nic. 
Natomiast  zniszczone  przez  wandali  lub  nieumiejętnie 
odkopane stanowiły stratę dla historii Egiptu. 

Stąd  też  opieszałość  Mariette'a  w  zastosowaniu  większej 

ostrożności. Lecz markiz pomyślał, iż archeolog mógł się nie 
spodziewać,  że  rabusie  zechcą  wedrzeć  się  do  ostatniego 
grobowca i że tylu ich będzie. 

Zastanawiał się, czy nagły strzał w sufit odstraszyłby ich, 

czy lepiej byłoby od razu zabić jednego i pomodlić się, żeby 

background image

reszta  uciekła.  Nie  musiał  rozumieć  ich  mowy,  by  wiedzieć, 
że  jeśli  poczują  się  zagrożeni,  bez  wahania  zabiją  jego  i 
Szikarę,  po  czym  zakopią  ich  ciała  w  piachu,  gdzie  nikt  ich 
nigdy  nie  odnajdzie.  Domyślał  się,  że  właśnie  to  spotkało 
profesora  Bartletta  i  przeklinał  siebie,  iż  pozwolił  Szikarze 
namówić się na tę nocną wizytę i  że nie  wziął  ze  sobą kilku 
mężczyzn z załogi jachtu dla ochrony. 

Gdyby  powóz  zatrzymał  się  przy  właściwym  wejściu, 

którędy  wchodzili  rano,  niewątpliwie  rabusie,  zauważywszy 
go,  woleliby  odłożyć  kradzież  na  inną  noc.  Lecz,  jak  się 
okazało,  konie  czekające  pod  palmami  pozostały  nie 
zauważone. 

Palce markiza zacisnęły się na pistolecie. Widział już, jak 

złodzieje  podnoszą  narzędzia  z  podłogi,  jak  jeden  z  nich 
kieruje światło na pierwszy sarkofag przy wejściu do komory 
grobowca. Wkrótce dotrą do miejsca, gdzie stali z Szikarą. A 
oni  nie  zdołają  schować  się  przed  światłem  świecy  i  zostaną 
ujawnieni. 

Markiz uświadomił sobie teraz, że skryli się za jednym z 

tych  sarkofagów,  które  brutalnie  okradziono  w  przeszłości. 
Grabieżcy  zerwali  i  strzaskali  wierzchnią  płytę,  rozbijając 
również ściany boczne. Jeśli więc ktoś zaświeci u wejścia, te 
ruiny  nawet  nie  zasłonią  ich,  co  inne  sarkofagi  by  im 
zapewniły. 

Była  to  już  tylko  kwestia  czasu,  zanim  ich  zobaczą. 

Markiz  zdecydował,  że  najlepiej  zrobi,  zabijając  jednego  z 
mężczyzn i zachowując drugą kulę na ostateczną obronę, jeśli 
się zdecydują na niego rzucić. • Wtem dobiegł go przedziwny 
niespodziewany  dźwięk.  Przez  chwilę  myślał,  że  to 
niemożliwe,  aby  coś  takiego  usłyszał  i  że  to  tylko  jego 
wyobraźnia.  Wtedy  spostrzegł,  iż  rabusie  także  nagle 
znieruchomieli, nasłuchując tego samego. 

background image

Była  to  bardzo  niska,  głęboko  brzmiąca  nuta,  podobna 

nieco do bzyczenia pszczoły. Dźwięk narastał i stawał się tak 
donośny i  tak uporczywy, że zdawał  się  wprawiać  w drganie 
mury i sklepienie. 

Jego  natężenie  rosło  i  potęgowało  się,  aż  z  absolutnym 

zdziwieniem  markiz,  którego  ramię  obejmowało  ją, 
uświadomił  sobie,  że  płynie  od  Szikary!  Dźwięk  zdawał  się 
wibrować z wnętrza jej istoty i z każdą chwilą narastał. 

Teraz zdawało się, że dźwięk odbijany od murów uderza 

ze  wszech  stron  ciemności  w  ludzi,  niemal  raniąc  uszy 
słuchających.  Było  to  dziwne,  intrygujące,  lecz  jednocześnie 
straszne. 

Grabieżcy zamarli jak zaczarowani, podobnie jak markiz. I 

nagle wrzasnąwszy:  

 - Bogowie! Bogowie! - Ali pierwszy rzucił się korytarzem 

do wyjścia, a za nim pozostali. 

Szikara  dotąd  wydawała  ów  natrętny,  wibrujący  dźwięk, 

aż wreszcie znikła ostatnia świeca, wyniesiona przez intruzów 
lub zasypana piaskiem, i  zaległy zupełne ciemności. Pozostał 
jedynie mrok i drażniący w ciszy jej głos. 

Przez  chwilę  Szikara  i  markiz  trwali  w  bezruchu, dopóki 

instynktownie nie zwróciła się ku niemu, a wtedy jego wargi 
spoczęły na jej ustach. 

Wiedziała,  że  właśnie  do tej  chwili  tęskniła  tak  bardzo, i 

znowu  czuła,  iż  stapia  się  z  nim  w  jedność.  Wciąż  jeszcze 
drżała,  lecz  już  nie  z  bojaźni.  Wszystko  zniknęło.  Nie 
mogłaby myśleć o niczym innym, tylko o bliskości jego ciała, 
jego ust, jego samego. 

Był  to  pocałunek  tym  bardziej  gwałtowny,  tym  bardziej 

znaczący,  że  przeżyli  wielki  strach,  a  gdy  wreszcie  markiz 
uniósł głowę, wyszeptała, nie mogąc dłużej powstrzymać tych 
słów: 

 - Kocham... cię! Kocham... cię! 

background image

Przycisnął  ją  do  siebie.  Potem  odezwał  się  głosem 

schrypniętym i nierównym: 

 -  Musimy  spróbować  się  stąd  wydostać,  kochanie  moje, 

póki jeszcze możemy. 

Fala  szczęścia  ogarnęła  ją,  gdy  usłyszała,  jak  ją  nazwał. 

Lecz on już wysuwał się zza sarkofagu na korytarz. Trzymając 
się go jedną ręką, podążyła za nim na ślepo. 

Schylił się, zapalił zapałkę i świecę w latarni. 
 -  Musimy  być  ostrożni  -  powiedział  -  bardzo  ostrożni, 

ponieważ ci rabusie mogą się kryć gdzieś na zewnątrz. 

 - Oni... zabiliby... nas! - szepnęła cicho Szikara. 
 - Byłem o tym przekonany. 
 - Oni zabili... papę! Ten człowiek, nazywany Ali... chełpił 

się tym. 

 -  Musimy  iść  bardzo  ostrożnie  -  powiedział  markiz 

prostując  się  i  ujmując  latarnię  w  lewą  dłoń.  -  Teraz 
najważniejsze  jest,  abym  cię  zaprowadził  w  bezpieczne 
miejsce. 

Mówiąc  to,  objął  ją  ramieniem  i  powoli  ruszyli 

korytarzem, markiz badawczo patrząc przed siebie. 

Serce Szikary biło jak szalone z radości. On ją pocałował! 

Nazwał ją „kochaniem"! Była blisko niego i jeżeli przyszłoby 
w  tej  chwili  umrzeć,  czuła,  iż  nie  miałoby  to  wielkiego 
znaczenia.  Miała  ochotę  głośno  krzyczeć:  „Kocham  cię! 
Kocham cię!" Lecz wiedziała, że był pełen niepokoju. 

Gdy  dotarli  do  szybu  prowadzącego  w  górę,  markiz 

poszedł  pierwszy.  Zobaczyła,  że  trzyma  w  dłoni  pistolet.  W 
drugiej miał latarnię. 

Podążyła  za  nim.  W  chwili  gdy  księżyc  i  gwiazdy 

wystarczająco już oświetlały drogę, markiz zdmuchnął świecę. 
Szikara podeszła do wejścia, gdzie stał między potrzaskanymi 
kolumnami, wyglądając na pustynię. 

background image

Znajdowały  się  tam  olbrzymie  skały  i  kamienie,  które  w 

świetle  księżyca  stały  się  dziwnie  piękne,  czego  nie  było 
widać  w  dzień.  Na  tle  nieba  rysowała  się  sylweta  piramidy 
schodkowej.  Lecz  tak  daleko,  jak  mogli  sięgnąć  wzrokiem, 
nigdzie  nie  zauważyli  niczego,  co  poruszałoby  się,  ni  śladu 
człowieka. 

Markiz  wsunął  pistolet  do  kieszeni  i  ująwszy  Szikarę  za 

ramię,  pospieszył  z  nią  tak  szybko,  jak  się  dało,  brnąc  po 
piachu w kierunku palm, gdzie pozostawili powóz. 

Ostre  kamienie  boleśnie  raniły  ją  w  stopy  i  do  pantofli 

sypał  się  piasek,  lecz  Szikara  nie  uświadamiała  sobie 
jakiejkolwiek  niewygody.  Rozpierało  ją  szalone,  ekstatyczne 
szczęście.  Czuła,  jak  wzbija  się  w  jej  duszy  niby  nowo 
narodzony  feniks  z  popiołów  smutku  i  niepewności,  które 
dręczyły ją, gdy jechali na to miejsce z Kairu. 

Wreszcie  dotarli  do  powozu.  Woźnica,  który  zasnął  pod 

jedną z palm, widząc ich skoczył na równe nogi, zdjął koniom 
worki  z  obrokiem,  dzięki  którym  stały  spokojnie,  po  czym 
wdrapał się na kozioł. 

Markiz  pomógł  Szikarze  wsiąść,  postawił  latarnię  na 

przeciwległym siedzeniu, a gdy konie ruszyły, pociągnął ją w 
swoje ramiona. Poczuł, jak zadrżała przy nim i spojrzał w jej 
oczy. Mógł wyczytać szczęście z jej twarzy. 

 - Jesteś bezpieczna, najdroższa!  - wykrzyknął. - Powiedz 

ml, jak nas uratowałaś. W jaki sposób wydobyłaś z siebie ten 
nieziemski, niewiarygodny dźwięk? 

Szikara zaśmiała się radośnie. 
 - Czyżbyś nie wiedział, co to jest? - zapytała. 
 - Nie mam pojęcia - odrzekł markiz. - Ponadto nie mogę 

sobie  wyobrazić,  w  jaki  sposób  ktoś  tak  drobny  jak  ty  mógł 
wydobyć  z  siebie  coś,  co  brzmiało  jak  cała  orkiestra  z  głębi 
ziemi, a raczej z wysokości niebios. 

background image

 - To modlitwa mnichów buddyjskich - odrzekła Szikara. - 

Śpiewają, a raczej intonują „Om Mani Padme Hum". 

 -  Ależ  oczywiście!  -  krzyknął  markiz.  -  Wiem.  To 

oznacza: „Chwalmy Klejnot Lotosu". 

 -  A  ponieważ  każdy  mnich  powtarza  to  bez  końca  - 

wyjaśniła Szikara - wszyscy mają głębokie i dźwięczne głosy i 
nigdy  nie  chorują  na  gardło,  bez  względu  na  wiek.  -  Skąd  ty 
się tego nauczyłaś? - zapytał markiz. 

 - Papa mnie nauczył, gdy byłam bardzo mała - odrzekła. - 

Bawiło mnie to, ponieważ łaskotało mnie w podniebienie i w 
nos.  Papa  kazał  mi  to  powtarzać  dotąd,  aż  umiałam 
bezbłędnie! - Jej głos zniżył się, gdy dodała: - Niemal o tym 
zapomniałam,  aż  nagle,  gdy  usłyszałam,  że  ci  ludzie  mają 
zamiar...  przeszukiwać  grobowiec...  a  jeśli  nas...  znajdą,  to... 
zabiją... wiedziałam, co muszę... zrobić. 

Markiz przygarnął ją do siebie i ucałował jej czoło. 
 -  Uratowałaś  nas  oboje,  moje  sprytne  kochanie!  - 

Spojrzała na niego, a on dodał cicho: - Kocham cię! Kocham 
cię  od  czasu,  który  wydaje  mi  się  ogromnie  długi.  Gdy  cię 
wczorajszej  nocy  całowałem,  tak  bardzo  bałem  się,  że 
mówiłaś  szczerze  o  nienawidzeniu  mężczyzn  i  że  w 
konsekwencji znienawidzisz mnie. 

 -  Kocham  cię!  -  odrzekła  Szikara.  -  Ale  wiedziałam,  że 

ty...  nienawidzisz  kobiet  i  myślałam,  że  chociaż  twój 
pocałunek był... czymś najwspanialszym, co mi się... w życiu 
zdarzyło... dla ciebie... nie znaczył nic. 

 -  Znaczył  więcej,  niż  nawet  mógłbym  ci  powiedzieć  - 

rzekł  markiz.  -  Więcej  niż  jakikolwiek  pocałunek  w  mym 
życiu.  Wtedy  pojąłem,  jak  bardzo  cię  kocham  i  że  przedtem 
nigdy w życiu nie kochałem. - Roześmiał się. - Walczyłem z 
moim  uczuciem  do  ciebie  od  dawna,  Szikaro,  szczerze 
mówiąc, przez całą naszą podróż po Morzu Śródziemnym. 

background image

 -  Żebym  była  wiedziała  -  szepnęła  Szikara.  -  Ja 

wiedziałam, że cię... kocham od postoju w... Lizbonie. 

Markiz ujął jej podbródek i obrócił jej twarz ku swojej. 
 - Czy byłaś zazdrosna, najdroższa? 
 - Strasznie... potwornie... zazdrosna! - wyznała Szikara. - 

Niczego takiego nigdy przedtem nie czułam i było to bardzo... 
bolesne. 

 - Nie miałaś powodu do zazdrości - zapewnił ją markiz. - 

Tak  jak  nigdy  nie  będziesz  miała  powodów  do  zazdrości  na 
przyszłość,  ponieważ  ty,  moja  uwielbiona  przeciwniczko 
mężczyzn,  jesteś  zupełnie  inna  od  wszystkich  kobiet,  które 
dotychczas znałem. 

 -  Może  i ja  właśnie...  stanę  się  jak  one...  teraz,  gdy...  cię 

kocham - szepnęła Szikara. 

 - Nigdy nie będziesz podobna do innych - odrzekł markiz 

-  z  tego  prostego  powodu,  że  ja  cię  kocham.  Kocham  cię 
bardziej, niż to umiem wyrazić w słowach! Będę musiał  całe 
życie poświęcić, aby ci opowiedzieć,. jak bardzo! 

 - Mów mi, proszę - błagała Szikara. 
Jej  wargi  znalazły  się  blisko  jego  warg  i  przez  chwilę 

spoglądał na nią, po czym z rozmysłem ucałował najpierw jej 
czoło, potem oczy, policzki, podbródek. Wreszcie, gdy drżała 
z  tęsknoty  do  jego  warg,  znalazł  jej  usta  swoimi.  Całował  ją 
jak szalony, namiętnie i  gwałtownie, i wiedziała,  iż nie tylko 
dlatego,  że  był  podniecony,  lecz  i  z  ulgi,  iż  ich  życiu  -  nie 
zagraża już niebezpieczeństwo. 

 - Kocham cię! Kocham cię! - powtarzała raz po raz. 
Czuła  się,  jakby  oboje  powstali  z  grobu,  wróceni  do 

życia... z grobu na pustyni, na której tak wiele milionów ludzi 
straciło życie i zostało pogrzebanych; na pustyni, co kryła tak 
wiele sekretów, których nikt nigdy nie zgłębi. 

background image

Lecz  Szikara  nie  była  w  stanie  myśleć  o  niczym  innym 

oprócz  uczuć,  które  wzbudzał  w  niej  markiz,  i  szczęścia, 
otaczającego ich dwoje niby jasne światło. 

 -  Kocham...  cię!  Kocham...  cię!  -  wykrzyknęła.  Markiz 

zaprzestał  pocałunków  dopiero  gdy  wjechali  na  ulice  Kairu  i 
znaleźli się między domami i ludźmi. Szikara jednakże mocno 
trzymała jego dłoń. 

Kiedy  dotarli  do  jachtu,  markiz  wysiadł  pierwszy. 

Pomagając  jej  wysiąść,  na  chwilę  przytulił  ją  do  siebie. 
Następnie weszli na pokład i udali się do saloniku. 

Stewardzi  pospieszyli  ich  obsłużyć,  a  gdy  zjawił  się 

Hignet, markiz wyjął z kieszeni pistolet i podał mu go. 

 - Czy mieliście jakieś kłopoty, milordzie? 
 -  Jesteśmy  bezpieczni,  dzięki  pannie  Bartlett  -  odrzekł 

markiz. 

Ale 

przeżyliśmy 

bardzo 

nieprzyjemne 

doświadczenie,  Hignet,  i  obojgu  nam  przydałoby  się  coś  do 
picia. 

 - Szampan się mrozi, milordzie. 
 - Zatem otwieraj! - polecił markiz. 
Steward  nalał  szampana,  lecz  dopiero  gdy  zostali  w 

saloniku sami, markiz podniósł kieliszek. 

 -  Piję  zdrowie  najodważniejszej  kobiety,  jaką  w  życiu 

spotkałem! - powiedział łagodnie. 

Szikara  spojrzała  na  niego,  a  jej  oczy  błyszczały  niby 

gwiazdy. 

 - Wcale nie jestem odważna - odparła. - Wiesz, jak bardzo 

boję  się  morza  i  naprawdę...  bardzo  się  bałam,  gdy 
usłyszałam, jak ci mężczyźni mówią, że zabili papę i zabiją... 
każdego, kto im... przeszkodzi! 

 - A mimo to uratowałaś nas! - uśmiechnął się markiz. 
 -  Wydaje  mi  się,  że  takie  rzeczy  są...  przeznaczone  - 

powiedziała cicho Szikara. - Może wiele lat temu, gdy byłam 
małą dziewczynką, papę coś natchnęło... a może pokierowała 

background image

nim  jakaś  siła  potężniejsza  niż  człowiek,  by  nauczyć  mnie 
czegoś, co dzisiaj wieczór... uratowało nam obojgu życie. 

 - Na pewno masz rację - zgodził się markiz. 
 -  Rzeczywiście  w  to  wierzysz?  -  zapytała.  -  Czy  mówisz 

to tylko po to, by mi sprawić przyjemność? 

 -  Mówię  prawdę  -  odrzekł.  -  Uważam,  że  ktoś,  kto 

przyjechał  do  Egiptu  i  przeżył  to,  co  my,  musi  uwierzyć,  iż 
istnieją siły, których nie pojmujemy, i  moc, jakkolwiek by ją 
nazwać, która może nas ocalić lub zgubić. 

 - Nas... ocaliła. 
Markiz  odstawił  kieliszek  i  zbliżył  się  do  niej. Ponownie 

wziął ją w ramiona, mówiąc: 

 - Kocham cię! Muszę ci to powtarzać, bowiem jest to dla 

mnie  nowe  doświadczenie,  że  mówię  te  słowa  i  czuję  to,  co 
teraz czuję. 

 - A co czujesz? - zapytała Szikara. 
 - Że jestem bardzo, bardzo zakochany. 
Szikara  westchnęła  ze  szczerej  radości.  Zanim  jednak 

zdołała powiedzieć markizowi, jak bardzo go kocha, znowu ją 
całował  i  nie  mogła  wymówić  słów,  które  dźwięczały  jak 
pieśń w jej sercu. 

background image

R

OZDZIAŁ 

Szikara  stała  przy  oknie,  wyglądając  na  pustynię.  Nigdy 

me  wyobrażała  sobie,  że  mógł  istnieć  równie  piękny  widok: 
trzy wielkie piramidy w świetle księżyca, a obok nich, z lewej 
strony, potężny sfinks. 

Pomyślała,  że  kiedyś  marzyła  o  tym,  aby  pewnego  dnia 

mogła oglądać pustynię z markizem, lecz nigdy nie przebiegło 
jej  przez  myśl,  iż  zatrzymają  się  tutaj,  na  samym  skraju 
pustyni, i że będzie tak cudownie. 

Przed sobą miała niebiosa i pustynny bezkres. 
Ślub  odbył  się  w  kościółku,  niedaleko  ambasady 

brytyjskiej. Dzięki uprzejmości samego ambasadora wynajęto 
im tę czarującą willę, wybudowaną na piaskach pustyni. 

Poprzedniej  nocy  markiz  odszedł  późno,  zaś  Szikara 

położyła się spać, drżąc jeszcze od jego pocałunków. Czuła się 
tak niebywale szczęśliwa, iż niemal obawiała się zasnąć, żeby 
po  przebudzeniu  nie  okazało  się  to  wszystko  znikającym 
snem. 

 -  Musisz  odpocząć,  kochanie  moje  -  powiedział  czule 

markiz.  -  Miałaś  dziś  wiele  przeżyć  i  wiem,  że  jesteś 
zmęczona. 

 - Nie wtedy... gdy jestem z... tobą - odparła Szikara. 
 -  Mamy  przed  sobą  całe  życie.  Daruję  ci  dzisiejszy 

wieczór, lecz odtąd będziemy razem w dzień i w nocy, abym 
nigdy cię nie utracił. 

 - To nigdy się... nie stanie - odrzekła. 
 -  Nie  mogę  być  pewny  -  rzekł  pół  żartem,  pół  serio.  - 

Może  uciekniesz  ode  mnie,  opuszczając  się  po  linie,  albo 
ukryjesz  się  na  jachcie  jakiegoś  nieznajomego  mężczyzny  i 
nigdy cię nie odnajdę. 

Roześmiała  się,  ale  zrozumiała,  że  markiz  chce  mieć  ją 

przy sobie i przeszył ją przyjemny dreszcz na myśl, iż tak jest 
mu droga, wręcz konieczna do życia. 

background image

Jakby czytał w jej myślach, powiedział półgłosem: 
 -  Jak  tylko  zostaniesz  moją  żoną,  będę  nalegał,  abyś 

zachowywała  się  z  większą  rozwagą  niż  dotychczas. 
Przerażają  mnie  te  wszystkie  niebezpieczeństwa,  na  jakie  się 
naraziłaś! 

 -  Bałabym  się...  gdyby  ciebie  nie  było...  przy  mnie.  - 

Krzyknęła cicho i dodała, nie puszczając markiza: - A jeżeli... 
przypuśćmy  tylko,  że  udałoby  mi  się  rzeczywiście  uciec  od 
ciebie  w  zaułku,  a  tamten  żebrak  by  mnie  zatrzymał... 
mogłabym nigdy więcej ciebie nie ujrzeć! 

 -  W  takim  wypadku  -  oznajmił  markiz  -  dalej 

nienawidziłabyś  mężczyzn  i  unikała  ich,  aż  bym  cię  znów 
odnalazł, 

 - Przecież nie szukałbyś  mnie! - odparła oskarżycielskim 

tonem. 

 - Może świadomie nie - odrzekł. - Lecz wydaje mi się, że 

koniec  końców  nie  udałoby  się  nam  od  siebie  uciec.  To 
przeznaczenie sprawiło, najdroższa, że się zeszliśmy. Sprawiło 
też, że zakochaliśmy się w sobie! 

 - To nic zaskakującego, że... ja cię kocham - odezwała się 

z pokorą Szikara - ale że ty kochasz mnie... 

Odwrócił jej twarz ku swojej i powiedział: 
 - Jesteś piękna, jesteś odważna, dobra i wyrozumiała. Czy 

mężczyzna mógłby żądać więcej od jednej małej osóbki? 

 - Dla ciebie chcę być tym wszystkim - wyznała namiętnie 

Szikara. 

Przycisnął ją do siebie, ucałował w czoło i rzekł: 
 -  Kocham  cię  i  będę  się  tobą  opiekował  przez  resztę 

swego życia, więc mam powód, by cię teraz odesłać spać. 

Przysunęła  się  bliżej  do  niego  i  wyszeptała  prawie 

niedosłyszalnie: 

 - Nie chcę... odchodzić. 

background image

 - Ja też nie chcę odejść, moje najdroższe kochanie, ale to 

tylko na dzisiejszą noc. 

 - Czy naprawdę mamy... wziąć ślub... jutro? 
 -  Dziś  po  południu  poczyniłem  wszelkie  przygotowania 

wymagane do ceremonii! 

Szikara spojrzała na niego w zdumieniu. 
 -  Dziś  po  południu,  gdy  zszedłeś  na  ląd?  Zastanawiałam 

się,  dokąd  idziesz.  Lecz  jakże  mogłeś  wiedzieć...  jak  mogłeś 
być pewny, że... wyjdę za ciebie? 

 -  Czyżbyś  zapomniała,  że  cię  pocałowałem?  -  zapytał 

markiz.  -  Jak  tylko  moich  warg  dotknęły  twoje  wargi, 
wiedziałem, że jesteśmy dla siebie przeznaczeni i nic ani nikt 
nas  nie  może  rozdzielić.  -  Westchnął.  -  A  jednak  obawiałem 
się!  Mimo  że  byłem  przekonany  o  twej  miłości,  nie  byłem 
wcale pewien, iż przyznasz się do uczucia i przestaniesz mnie 
nienawidzić  tak  samo,  jak  twierdziłaś,  że  nienawidzisz 
wszystkich mężczyzn. 

 - Ale przygotowałeś nasz ślub? 
 -  Gdy  spotkaliśmy  monsieur  Mariette'a,  zrozumiałem,  że 

twój ojciec nie żyje - odparł markiz. - Wiedziałem, jak bardzo 
jesteś niezależna i, że tak powiem, jak mało kobieca, niestety. 
Obawiałem  się,  że  możesz  zrobić  coś  wstrząsającego,  na 
przykład uciec ode mnie. 

Szikara  wykrzyknęła,  przypomniawszy  sobie,  jak 

rozpaczliwie się bała, że będzie zmuszona rozstać się z nim i 
jak całą swą istotą tęskniła do niego. 

 - Nigdy bym od ciebie nie odeszła... z własnej woli. 
 -  Skąd  mogłem  mieć  taką  pewność?  -  zapytał  markiz.  - 

Poza  tym  wiedziałem,  że  muszę  się  tobą  opiekować.  Twój 
absurdalny  pomysł  zarabiania  na  życie  był  niepraktyczny. 
Moja  droga,  jesteś  zbyt  śliczna,  żeby  cię  zostawić  samą  na 
świecie. 

 - Więc przygotowałeś już wszystko? 

background image

 - Gdy opowiedziałem ambasadorowi Brytanii, co stało się 

z twoim ojcem, zgodził się na hasz natychmiastowy ślub oraz 
zajął się wszystkimi koniecznymi do tego celu dokumentami i 
papierami.  -  Ramiona  markiza  zacisnęły  się  mocniej  wokół 
niej,  gdy  mówił:  -  Zostaw  wszystko  mnie.  Odtąd  jestem  za 
ciebie  odpowiedzialny  i  nie  pozwolę,  abyś  się  czymkolwiek 
martwiła... poza mną! 

 -  Chcę  się  tobą  opiekować...  chcę  robić  dla  ciebie  to 

wszystko, czego nikt inny nie zrobi - powiedziała Szikara. 

 -  Będziesz  miała  pełne  ręce  roboty  -  odparł  markiz  -  a 

twoje wynagrodzenie będzie płatne w miłości i pocałunkach! 

Roześmiała się na to. Wówczas ze wzbudzającą jej respekt 

stanowczością odmówił dalszej dyskusji i odprowadził ją pod 
drzwi kabiny. 

 -  Jutrzejszej  nocy  będziemy  razem  -  powiedział  głosem, 

który nagle stał się wibrująco niski. - Śpij dobrze, moje śliczne 
kochanie. Chcę, abyś w dniu ślubu wyglądała jeszcze piękniej 
niż kiedykolwiek. 

Szikara pomyślała, że trudno byłoby nie być szczęśliwą i 

piękną. Troska markiza o każdy szczegół uświadomiła jej, jak 
bardzo życie u jego boku będzie się od wszystkiego różniło. 

Cieszyła  się,  że  ma  ładną  białą  sukienkę,  którą  kupiła  w 

Lizbonie,  a  której  jeszcze  nie  nosiła.  Była  to  suknia 
wieczorowa,  ale  nie  tak  strojna  i  ostentacyjna  jak  suknia 
balowa.  Głęboko  wyciętą  bertę  zdobiły  drobne  białe 
kwiatuszki  naszywane  na  koronkę.  Takimi  samymi  obszyto 
falbany  szerokiej  spódnicy.  W  sukni  tej  Szikara  wyglądała 
bardzo młodo i niewinnie. 

Już  była  prawie  gotowa  i  kończyła  układać  włosy  w 

lustrze,  gdy  Hignet  przyniósł  jej  do  kajuty  pudło,  w  którym 
znalazła welon z delikatnej koronki i wianek uwity z kwiecia 
pomarańczy i innych białych kwiatów. Szikara pomyślała, że 
tylko tego było jej trzeba, aby wyglądać jak prawdziwa panna 

background image

młoda. Gdy nieśmiało wyszła z  kajuty, by odnaleźć markiza, 
okazało się, że czeka na nią w salonie z bukietem tych samych 
kwiatów,  które  wpleciono  w  wianek,  oraz  lilii  i  białych 
orchidei. 

Podniosła twarz, by mu podziękować, a on przyglądał się 

jej chwilę, zanim powiedział: 

 -  Nie  tylko  jesteś  piękna,  jesteś  wszystkim,  do  czego  w 

życiu  tęskniłem  i  czego  nie  spodziewałem  się  znaleźć  u 
kobiety, która miałaby zostać moją żoną. 

 -  Chcę,  żebyś  był  ze  mnie  zadowolony...  chcę  zrobić... 

wszystko,  czego...  ode  mnie  zechcesz  -  wyszeptała  Szikara  - 
ale... co będzie, gdy poznasz mnie lepiej i... rozczarujesz się? 
Markiz uśmiechnął się. 

 - Jestem gotowy założyć się o dużą sumę pieniędzy, iż nie 

tylko  żadne  z  nas  nie  rozczaruje  się  co  do  drugiego,  ale  ze 
nasza  miłość  będzie  rosła  i  stawała  się  coraz  silniejsza  w 
miarę  upływu  lat.  -  Objął  ją  i  dodał:  -  Jesteś  bardzo 
nieprzewidywalna,  moja  ty  poszukiwaczko  przygód,  więc 
zawsze się będę obawiał, czy życie ze mną cię nie nudzi i czy 
nie zechcesz szukać przygód gdzie indziej. 

Przypominając  sobie  lęk,  który  czuła  minionej  nocy, 

Szikara zadrżała. 

 -  Wiesz,  że  w  duszy  jestem...  tchórzem  -  odparła.  -  Nie 

chcę  się  bać...  lecz  czuć  się...  bezpieczna...  przy  tobie... 
właśnie tak jak teraz. 

 -  Będę  się  tobą  opiekował  i  kochał  cię  do  końca  życia  - 

powiedział markiz. - A mam przeczucie, że po śmierci nic nas 
nie rozdzieli. 

Nigdy nie słyszała  go  mówiącego tak poważnie. A  kiedy 

składali  swe  śluby  w  małym  angielskim  kościółku,  Szikara 
wiedziała,  że  jest  tak  samo  głęboko  wzruszony  jak  ona.  Tak 
jakby  to  nabożeństwo  zarówno  dla  niej,  jak  i  dla  niego  było 
święte. 

background image

Bardzo  mocno  trzymała  jego  dłoń,  gdy  razem  szli  do 

ołtarza  i  gdy  razem  odjeżdżali  powozem.  Wtedy  przytuliła 
policzek do jego ramienia i powiedziała szeptem: 

 - Kocham cię! Nie  wiedziałam,  że  mogłabym kochać  cię 

jeszcze mocniej, niż kochałam, ale kocham. 

 -  Ja  też  chcę  ci  opowiedzieć  o  mojej  miłości  -  rzekł 

markiz  swym  głębokim  głosem.  -  Ale  teraz,  kochanie  moje, 
musimy  udać  się  do  ambasady  brytyjskiej  na  obiad.  Nie 
mogłem odmówić ambasadorowi zaproszenia. 

Jego Ekscelencja był świadkiem na ich ślubie i  jechał  za 

nimi drugim powozem. 

Chociaż Szikara pragnęła zostać sam na sam z markizem, 

zdawała sobie sprawę z tego, że jego wysoka pozycja wymaga 
pewnych poświęceń i „bywania w świecie". 

Ambasada  brytyjska  była  bardzo  ładnym  budynkiem 

stojącym w dużym ogrodzie pełnym kwiatów. Choć niewiele 
osób  przybyło  uczcić  ich  ślub,  Szikarze  wydawało  się,  że 
przyjęcie było ogromnie radosne. . 

Ambasador  i  wszyscy  obecni  pili  zdrowie  młodej  pary, 

lecz dopiero gdy odjechali z ambasady, markiz wyjawił jej, że 
nie  wracają  na  jacht,  jak  się  tego  spodziewała,  ale  jadą  do 
willi. 

 -  Spędzimy  tam  trzy  albo  cztery  dni,  może  dłużej,  jeżeli 

zechcesz  -  oznajmił.  -  Ale  ja  chcę,  ukochana,  mieć  cię  tylko 
dla siebie. 

Gdy  Szikara  zobaczyła  willę  (którą  -  jak  się  potem 

dowiedziała  -  wypożyczył  ambasadorowi  brytyjskiemu 
pewien Francuz, który wrócił do Paryża), uświadomiła sobie, 
iż  nawet  gdyby  miała  wybór,  nie  mogłaby  zażyczyć  sobie 
wspanialszego miejsca na miodowy miesiąc. 

Willę  wybudowano  na  samym  skraju  pustyni,  mieszając 

style wschodni i zachodni, z całym przepychem tego drugiego, 
zaś  egzotycznym  pięknem  pierwszego.  Aż  krzyknęła  z 

background image

zachwytu zobaczywszy cudowne dywany, zdobiące podłogę i 
ściany,  oraz  liczne  posągi  i  ozdoby,  z  których  wiele,  jak  się 
domyślała, pochodziło z królewskich grobowców. 

Jej sypialnia była cała w chłodnej bieli. Stało tam szerokie 

i  miękkie  łoże,  leżały  gęste  dywany,  a  starodawne  lustra  na 
ścianach nadawały pomieszczeniu czar, który mówił jej, że nie 
byłoby piękniejszej oprawy dla ich miłości. 

Wszędzie pachniały kwiaty przysłane przez markiza: lilie, 

orchidee i gardenie, mieszając się cudownie z suchym wiatrem 
wiejącym znad pustyni. 

Centralną  część  domu  zajmował  chłodny  dziedziniec, 

gdzie  pomiędzy  egzotycznymi  roślinami  znajdowała  się 
fontanna, powojniki wszelkiego rodzaju zaś obficie pięły się i 
zwisały jaskrawymi girlandami ze ścian. 

W ogrodzie rosły drzewa pomarańczowe obok pinii, były 

tam  też  ustronne  miejsca,  gdzie  markiz  z  Szikarą  mogli 
siadywać  z  dala  od  ludzkiego  wzroku,  otoczeni  tylko 
pachnącymi  krzewami,  gdy  tuż  za  murem  rozciągały  się 
bezwodne piaski. 

Gdy  Szikara  patrzyła  teraz  na  pustynię,  wielkie  i  smętne 

morze  samotności  oświetlone  blaskiem  księżyca,  wydawało 
się  jej,  że  rozumie,  dlaczego  bezkresne  piaski  napawały 
niektórych  lękiem,  a  nawet  rozpaczą.  Wtedy  pojęła,  że 
Egipcjanie,  których  nigdy  nie  odstępowała  myśl  o  śmierci, 
ponieważ, jak mówiono, życie Egipcjanina zawsze było tylko 
podróżą ku niej, pozostawili sfinksa jako znak nadziei. 

Był  on  obietnicą  życia,  którą  nie  każdy  człowiek  mógł 

zrozumieć. 

Widziała  zarys  jego  dziwnego  kształtu  i  uszkodzonej 

głowy.  Zawsze  mówiono,  że  stanowi  zagadkę,  lecz  Szikara 
czuła,  choć  mogła  się  mylić,  iż  wie,  co  jego  budowniczowie 
chcieli przekazać. 

background image

Ich  bogów  uosabiały  zwierzęta,  dlatego  sfinks  był  pół 

zwierzęciem  i  pół  człowiekiem,  co  oznaczało,  iż  każdy 
stworzony człowiek był na wpół ludzki i na wpół boski. 

„Cóż  więc  jest  kluczem  do  boskiej  natury  człowieka  - 

zadała sobie pytanie - jeśli nie miłość? To miłość wynosi go z 
pospolitości  ku  niebu,  gdzie  może  poznać  swą  wielkość  i 
znaczenie życia".  

Kiedy  zaświtała jej ta  myśl,  zrozumiała, że nigdy już nie 

będzie  się  czuła  samotna  lub  nieistotna.  Znalazła 
przeznaczone  jej  miejsce  we  wszechświecie,  wskazane 
wyraźnie  wydarzeniami,  które  sprowadziły  ją  tutaj,  do  boku 
markiza. 

Gdy tylko o nim pomyślała, usłyszała odgłos otwieranych 

drzwi. To on wszedł do sypialni. 

Spostrzegł  ją  stojącą  przy  otwartym  oknie  i  podszedł  do 

niej. Na chwilę przedtem zobaczył w blasku księżyca jej oczy 
i  całą  teraz  rozpromienioną  ekstatycznym  szczęściem, 
ponieważ on tam był. 

 - O czym myślisz, najdroższa? - zapytał. 
Instynktownie  przysunęła  się  bliżej  niego  i  czuł  bijące 

przez cienki peniuar ciepło jej ciała. 

 - Myślałam o... tobie i o naszej... miłości. 
 -  Czy  któreś  z  nas  może  dziś  myśleć  o  czymkolwiek 

innym? 

 -  Myślałam  też,  że  już  nigdy  nie  będę  się  czuła 

niepotrzebna  i  samotna  -  powiedziała  Szikara.  -  Teraz  wiem, 
czego szukałam, chociaż nie byłam świadoma tego. Dlaczego 
czułam 

się 

niespokojna 

nieszczęśliwa, 

dlaczego 

nienawidziłam  ludzi  tylko  za  to,  że  nie  mogli  mi  dać  tego, 
czego potrzebowałam. 

 -  Powiedz  mi,  co  to  takiego  -  prosił  markiz,  choć  znał 

odpowiedź. 

background image

 -  Miłość  -  odparła.  -  Miłość,  którą  żywię  do...  ciebie  i 

którą ty... jak mi się wydaje... żywisz do mnie. 

Zaśmiał  się  łagodnie  i,  szukając  wargami  jej  warg, 

powiedział: 

 - Jeśli  wątpisz  w  moją  miłość, to muszę ją udowodnić, a 

jest to coś, co zrobię bardzo chętnie! 

Pocałował  ją  i  znowu  czuła,  jak  ogarnia  ją  ekstaza,  jak 

przez  jej  ciało  przebiega  płomień  i  błyskawice,  podobnie  jak 
wtedy,  gdy całował  ją po raz pierwszy  Teraz, ponieważ była 
pewna  jego  miłości,  było  to  jeszcze  bardziej  cudowne  i 
intensywne. 

Gdy 

markiz  uniósł  głowę,  powiedziała,  trochę 

nieprzytomnie:  -  Może  to  wszystko...  już  się  kiedyś 
wydarzyło... może... się spotkaliśmy i miłowaliśmy się już ... i 
dlatego  czuliśmy  brak  czegoś...  dopóki  znowu  nie  byliśmy 
razem. 

 -  Tak  właśnie  czuję  i  w  to  wierzę  -  odparł  markiz.  -  I 

dlatego,  najdroższa,  nigdy  nie  stracimy  siebie.  Dla  nas  nie 
istnieje śmierć, a tylko nowy początek. 

Szikara  spojrzała  na  piękno  oświetlonej  blaskiem  - 

księżyca pustyni i powiedziała: 

 -  Tak  wiele  musisz...  mnie  nauczyć...  tak  wiele  ja  muszę 

się  nauczyć...  lecz  kocham  cię  i  wszystko  jest  proste, 
ponieważ dla nas cały świat jest wypełniony... miłością! 

Markiz uniósł dłoń, aby odgarnąć włosy z jej czoła. A gdy 

tak  sploty  opadały  jej  na  ramiona,  pomyślał,  że  przypomina 
kapłankę, która przybiegła doń ze świątyni. 

Potem  oszołomiło  go  ciepło  jej  ciała,  jego  drżenie, 

miękkość  jej  warg,  i  nie  umiał  już  myśleć  o  niczym  innym 
prócz  swej  miłości  do  mej  i  ogniu,  który  w  nich  obojgu  się 
wzmagał. 

 -  Kocham  cię!  -  powiedział.  -  Jesteś  moja,  ukochana, 

moja aż po wieczność, i nigdy ci nie pozwolę odejść! 

background image

Całował  ją  znowu,  z  pasją  namiętną  i  władczą,  wargami 

silnymi  i  zaborczymi,  a  jednak  nie  bała  się.  Coś  cudownego 
rozjarzyło  się  w  jej  duszy  jak  płomień  w  odzewie  na  jego 
pożądanie i wiedziała, że duchem stanowili jedność. 

Czuła  jego  wargi  na  szyi,  potem  zsunął  jej  peniuar  i 

koszulę z ramion i całował jej piersi. 

Oddychała  szybko  półotwartymi  ustami  i  czuła,  że 

powieki  jej  ciążą.  Nie  rozumiała  nic,  tylko  pragnęła  aż  do 
bólu, aby jeszcze ciaśniej ją trzymał. 

 -  Kocham...  cię...  kocham...  -  Z  ledwością  wypowiadała 

słowa przerywanym głosem. 

Objęła  markiza  za  szyję,  a  od  jego  pocałunków  poczuła, 

jakby jego płomień złączył się z jej własnym i już nie umiała 
myśleć, jedynie czuła namiętny żar. 

Oto była miłość w całym swym majestacie i glorii, miłość 

namiętna  i  burzliwa,  oszałamiająca,  ogromna  jak  pustynia,  a 
jednocześnie niwecząca lęk. 

 -  Kocham  cię,  uwielbiam!  Bóg  wie,  jak  cię  pragnę! 

Zdawało  się  Szikarze,  że  choć  nie  powiedziała  nic,  te  same 
słowa odbiły się echem w jej sercu, jakby ono odpowiedziało 
za nią. 

Wreszcie, uwięziwszy jej  wargi  swoimi  wargami,  markiz 

odwiódł  ją  od  rozświetlonego  księżycem  okna  w  miękki, 
pachnący mrok.