background image

MARGARET HOLT 

PIEŚŃ DLA DOKTOR ROSE 

Tytuł oryginału: 

A Song for Dr Rose 

Harlequin Medical Romans tom 4(1'94) 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Nad  całą  północno-zachodnią  Anglią  panował  od  tygodnia  wyŜ,  zaś  Beltonshaw, 

jedno z przedmieść Manchesteru, zdawało się wprost smaŜyć w słońcu i dusić w nagrzanym, 

nieruchomym  powietrzu.  ToteŜ  wszystkie  okna  szpitala  w  tej  dzielnicy  otwarte  były  na 

ościeŜ, zaś ci pacjenci, którzy mogli chodzić, okupowali ławki niewielkiego, ale miłego parku 

na  tyłach  budynku.  Na  widok  doktor  Rose  Gillis,  która  zmierzała  energicznym  krokiem  w 

stronę  lekarskiej  stołówki,  kilka  cięŜarnych  kobiet  uśmiechnęło  się;  niejedna  teŜ  dłoń 

podniosła się w geście pozdrowienia. 

Doktor  Rose  nie  odbiegała  wiekiem  od  większości  swoich  pacjentek.  Miała 

dwadzieścia sześć lat, śniadą cerę i kruczoczarne włosy, upięte teraz w zgrabny węzeł z tyłu 

głowy. Jej biały kitel rozchylał się z przodu, ukazując letnią, zwiewną sukienkę. 

Pięć  minut  później  doktor  Gillis  odwróciła  się  z  lunchem  od  bufetu  i  przebiegła 

wzrokiem po stolikach. 

- Tutaj, Rose! - zawołał Paul Sykes, chirurg. 

Rose uśmiechnęła się i dosiadła do niego. 

Stanowili  bardzo  ładną,  dobraną  parę.  Ich  koledzy  z  oddziału  kaŜdego  niemal  dnia 

spodziewali  się  wieści  o  zaręczynach.  Tylko  najbliŜsi  przyjaciele  wiedzieli,  Ŝe  Rose  i  Paul 

zdecydowali  się  czekać  z  małŜeństwem  jeszcze  przez  co  najmniej  dwa  lata.  Na  razie  Paul 

dysponował przyczepą campingową nad jednym z pobliskich jezior i miał nadzieję, Ŝe spędzą 

w  niej  wspólnie  najbliŜszy  weekend,  kiedy  Ŝadne  z  nich  nie  ma  w  rozkładzie  zajęć  dyŜuru. 

Dwa  dni  z  dala  od  duchoty  Beltonshaw  wydawały  się  cudowną  obietnicą,  niemniej  Rose 

dręczyła  się  myślą  o  ewentualnej  reakcji  matki,  gdyby  ta  dowiedziała  się,  Ŝe  jej  córka 

wypuszcza się z męŜczyzną sama, bez towarzystwa kolegów i koleŜanek. 

Nagle  z  jej  maleńkiego,  elektronicznego  odbiornika,  znajdującego  się  w  górnej 

kieszeni  fartucha,  doleciał  charakterystyczny  natarczywy  sygnał.  Nie  moŜna  go  było 

lekcewaŜyć.  Rose  poderwała  się  od  stolika  i  podeszła  szybkim  krokiem  do  telefonu.  Nie 

wiedziała  jeszcze,  dokąd  ją  wzywano.  To  mogła  być  porodówka,  patologia  ciąŜy, 

ginekologia,  obserwacja,  oddział  nagłych  wypadków,  poradnia  przyszpitalna...  Ale  mógł  to 

być  równieŜ  profesor  Horsfield,  lekarz-konsultant  na  oddziale  połoŜniczym  i  ordynator 

oddziału  ginekologii,  z  którym  miała  dziś  umówione  spotkanie  w  sprawie  ewentualnego 

przedłuŜenia staŜu. Będąc osobą niezaleŜną, decyzji tej nie konsultowała z Paulem. 

Uzyskała połączenie. 

background image

-  Doktor  Gillis?  Czy  mogłaby  pani  przyjść  jak  najszybciej  do  salki  telewizyjnej  na 

oddziale połoŜniczym? Pani Mowbray ma właśnie kolejny atak padaczki. 

Wszystko  to  powiedziane  zostało  przez  pielęgniarkę  głosem,  który  nie  pozostawiał 

Ŝ

adnych wątpliwości, iŜ była to sprawa nie cierpiąca zwłoki. 

Rose  odwiesiła  słuchawkę,  gestem  i  miną  dała  Paulowi  do  zrozumienia,  Ŝe  musi 

pędzić,  po  czym  pospieszyła  na  pierwsze  piętro.  Zanim  wpadła  do  salki,  zdąŜyła  tylko 

pomyśleć,  Ŝe  ona  i  Paul  podjęli  właściwą  decyzję.  Dla  dwójki  młodych  lekarzy  na  staŜu 

małŜeństwo nie było najlepszym rozwiązaniem. 

Nad  nieprzytomną,  owładniętą  drgawkami  panią  Jane  Mowbray  klęczały  juŜ  siostra 

Tanya  Dickenson  i  przełoŜona  pielęgniarek,  Laurie  Moffatt.  Rzut  oka  wystarczył,  by 

stwierdzić,  Ŝe  był  to  jeden  z  najcięŜszych  przypadków  epilepsji.  Nagłej,  niczym  nie 

zapowiedzianej i całkowitej utracie przytomności towarzyszyły upływ moczu, szczękościsk i 

silne  drgawki.  Pani  Mowbray  była  epileptyczką  od  urodzenia.  Zazwyczaj  przed  atakami 

chroniły  ją  leki.  CiąŜa  wykluczyła  stosowanie  niektórych  z  nich,  a  zmieniając  parametry 

równowagi  hormonalnej  uodporniła  na  inne.  W  rezultacie  ataki  zaczęły  pojawiać  się  niemal 

codziennie.  Stanowiło  to  powaŜne  zagroŜenie  dla  zdrowia  lub  nawet  Ŝycia  dziecka,  które 

miało się narodzić dopiero za sześć tygodni. 

- Kiedy rozpoczął się atak? - zapytała Rose, klękając obok pielęgniarek. 

-  Jakieś  trzy  minuty  temu  -  odpowiedziała  Tanya  Dickenson.  -  Spadła  z  krzesła 

podczas oglądania telewizji. Inne pacjentki, rzecz jasna, natychmiast zostały odesłane do sal. 

Niektóre z nich przeŜyły prawdziwy szok. WłoŜyłyśmy jej między zęby kauczukową płytkę, a 

pod głowę podłoŜyłyśmy jasiek. I to w zasadzie wszystko. 

-  Spróbujmy  odwrócić  jej  głowę  nieco  w  bok,  aby  język  nie  tamował  przepływu 

powietrza. 

Rose, manewrując płytką, zaryzykowała włoŜenie ręki do jamy ustnej. 

- Proszę uwaŜać, doktor Gillis! - wykrzyknęła Laurie Moffatt. 

W tym samym momencie chora, sina na twarzy i zmieniona nie do poznania, kłapnęła 

zębami  z  całą  siłą  padaczkowej  konwulsji.  Na  szczęście  Rose  w  ostatnim  ułamku  sekundy 

zdąŜyła uciec z palcami. 

Nagle  na  korytarzu  dały  się  słyszeć  spieszne  kroki.  Do  salki  wpadł  doktor  Leigh 

McDowie,  internista.  Długie,  kręcone  włosy  i  raczej  niechlujny  wygląd  nie  sprawiały  moŜe 

najlepszego  wraŜenia,  lecz  Rose  odetchnęła  z  ulgą.  Miała  juŜ  okazję  poznać  doktora 

McDowie'ego  przy  okazji  jego  wizyt  u  cięŜarnych  pacjentek  z  zadawnionymi  zespołami 

chorobowymi, takimi jak cukrzyca czy wrzody Ŝołądka. 

background image

- Hej! Głowa do  góry, a uśmiech na twarz, dziewczęta. Nie klęczcie jak nad trumną. 

Skocz,  Laurie,  i  przynieś  mi  szczypce  do  języka.  Przy  okazji  szepnij  komuś,  lecz  tak,  aby 

naprawdę usłyszał, Ŝe chcę mieć tu butlę z tlenem. 

Nim  przyniesiono  tlen,  a  siostra  Moffatt  wróciła  ze  szczypcami,  konwulsje  zaczęły 

ustępować.  Ciało  chorej  rozluźniło  się.  Rose  zauwaŜyła,  Ŝe  pani  Mowbray  próbuje  z 

powodzeniem sama oddychać. Mimo to doktor McDowie przyłoŜył jej do twarzy plastikową 

maskę i dla szybszego dotlenienia organizmu pozwolił jej przez jakiś czas korzystać z butli. 

Prędko  teŜ  nieprzyjemna  siność  jej  policzków  i  warg  ustąpiła  miejsca  zdrowej  róŜowości. 

Młoda kobieta otworzyła oczy. 

- Jak się masz, Jane! Wszystko w porządku, kochanie. A teraz połoŜymy cię na takim 

specjalnym  wózeczku  na  kółkach  i  przewieziemy  do  twojego  łóŜka.  ZasłuŜyłaś  sobie  na 

długi,  spokojny  sen  -  powiedział  doktor  McDowie  tonem  bardziej  niŜ  ojcowskim,  po  czym 

dyskretnie  zwrócił  się  do  pielęgniarek:  -  Tlen  trzymać  zawsze  pod  ręką.  Gdziekolwiek  pój-

dzie,  do  łazienki,  na  telewizję  czy  całować  się  z  męŜem  za  drzwiami,  ma  jej  towarzyszyć 

butla. Jej dziecko potrzebuje tlenu bardziej nawet niŜ ona sama. 

Wszedł  sanitariusz,  pchając  przed  sobą  nosze,  i  wspólnymi  siłami  ułoŜyli  na  nich 

chorą.  Nie  odezwała  się  dotąd  ani  jednym  słowem,  tylko  się  uśmiechała  półprzytomnym 

uśmiechem  człowieka  wyrwanego  z  głębokiego  snu.  W  jej  oczach  malowało  się  bolesne 

oszołomienie. 

Kiedy  pani  Jane  Mowbray  znalazła  się  juŜ  w  swoim  łóŜku,  doktor  polecił  jednej  z 

praktykantek ze szkoły połoŜnictwa czuwać przy niej aŜ do momentu pełnego przebudzenia. 

Następnie  dał  siostrze  Dickenson  instrukcję,  aby  codziennie  aplikowała  chorej 

stumiligramową  dawkę  fenytoiny,  zwiększając  ją  stopniowo  do  czterystu  jednostek.  Co  zaś 

się tyczy fenobarbitalu, to miał być stosowany bez zmian, zawsze przed zaśnięciem. 

- A teraz, dziewczęta, co powiecie na filiŜankę herbaty? 

Tanya z uśmiechem podchwyciła pomysł i wydała odpowiednie zarządzenia salowej. 

Przeszli do pokoju lekarzy. Leigh McDowie rozsiadł się przy biurku w swobodnej pozie męŜa 

i ojca, który wrócił do domu po cięŜkiej, całodniowej pracy. 

-  No  cóŜ,  dzierlatki,  chciałbym,  Ŝeby  wasz  staruch  podzielał  mój  pogląd,  Ŝe  w  tym 

przypadku im wcześniej dziecko będzie powite, tym będzie zdrowsze. 

-  TeŜ  tak  sądzimy,  doktorze  -  odparła  Tanya,  wysoka  i  smukła  dziewczyna  o 

wyjątkowo jasnych włosach. 

Jej  chłodne  jasnoniebieskie  oczy  uwaŜnie  taksowały  lekarza  o  tak  zwodniczym 

sposobie  bycia.  Zawsze  sprawiał  wraŜenie,  jakby  się  niczym  nie  przejmował,  a  w  dodatku 

background image

nosił  włosy  niczym  najprawdziwszy  bitnik.  Odwróciła  jednak  wzrok  pod  naciskiem  jego 

kpiącego  spojrzenia,  które  po  chwili  skierowało  się  ku  licznym  wdziękom  Laurie  Moffatt; 

wesołej i pogodnej blondynki. 

Rose  stała  cicho  na  uboczu,  obok  szafki  z  danymi  o  pacjentkach,  i  studiowała  kartę 

chorobową  Jane  Mowbray.  DraŜniło  ją  zachowanie  doktora  McDowie'ego.  To  prawda,  Ŝe 

kwadrans  temu  wspaniale  zapanował  nad  sytuacją,  lecz  teraz  nazwał  profesora  Horsfielda 

„staruchem”, co nie brzmiało najgrzeczniej. Poza tym ta bezczelność, z jaką zaŜądał herbaty. 

CzyŜby  naprawdę  w  tym  szpitalu  nie  było  juŜ  dziś  nic  do  zrobienia?  A  wreszcie  te  jego 

komicznie  długie  włosy,  tak  mało  pasujące  do  lekarza,  który  przekroczył  trzydziestkę.  Do 

kaŜdego lekarza. 

Jakby zgadując jej myśli, Leigh McDowie obrócił się ku niej na krześle z czarującym 

uśmiechem. 

- A jakiego zdania jest nasza Rosie? PrzecieŜ biedne dzieciątko pani Mowbray nie jest 

zachwycone, Ŝe jego matka od czasu do czasu zamyka mu kurek z tlenem. 

-  Bez  wątpienia  profesor  Horsfield  będzie  rozwaŜał  moŜliwość  wcześniejszego 

rozwiązania - odparła, nie unosząc oczu znad karty - ale trzydzieści cztery tygodnie to jednak 

ciągle trochę za mało, tym bardziej śejak wynika z badań, dziecko nie jest duŜe. 

- DuŜe czy małe, nie urośnie większe, jeśli jego matka będzie kaŜdego dnia krzesała te 

swoje  epileptyczne  hołubce.  A  przecieŜ  nie  moŜemy  faszerować  jej  większą  ilością 

narkotyków, bo moŜe odbić się to na jej chłopaku... czy dziewczynce. 

- Całkowicie się z tobą zgadzam, Leigh - powiedziała Tanya. - Poza tym Jane Ŝyje w 

ciągłym  stresie  i  lęku,  aby  nie  zrobić  krzywdy  własnemu  dziecku.  Pamiętajmy  teŜ  o  innych 

cięŜarnych, u których jej napady wywołują irracjonalny strach. 

Rose zesztywniała. 

-  Jestem  przekonana,  Ŝe  podejmując  decyzję  profesor  Horsfield  weźmie  pod  uwagę 

wszystkie okoliczności. 

-  Chyba  nie  zdenerwowałem  cię,  Rose,  kochanie?  --  zapytał  Leigh,  dolewając  sobie 

herbaty.  -  Jestem  jak  najdalszy  od  okazywania  braku  szacunku  naszemu  czcigodnemu 

profesorowi.  Zresztą  stawiam  sto  przeciw  jednemu,  Ŝe  zrobi  cesarskie  cięcie  jeszcze  przed 

Upływem trzydziestego szóstego tygodnia. 

Rose zaczerwieniła się, lecz nic nie odpowiedziała. 

-  Och,  Rose,  twój  rumieniec  jest  jak  wschód  słońca  nad  krainą  wiecznych  śniegów  i 

lodów.  I  jakiŜ  to  cud  sprawił,  Ŝe  będąc  brunetką  moŜesz  szczycić  się  tymi  wspaniałymi 

background image

niebieskimi oczami? Chyba Ŝe w listowiu twego drzewa genealogicznego ukrywa się jakiś Ir-

landczyk? 

-  Rodzina  mojej  matki  wywodzi  się  z  County  Clare  -  krótko  wyjaśniła  Rose, 

dostrzegając zniecierpliwienie malujące się na twarzach sióstr połoŜnych. 

-  Wiedziałem!  JuŜ  dawno  rozpoznałem  w  tobie  celtycką  duszę,  wraŜliwość  i 

wyobraźnię. Ten szczęściarz Sykes! Dlaczego kobiety wolą chirurgów od internistów? 

Rose  miała  juŜ  po  dziurki  w  nosie  tej  bezsensownej  rozmowy.  Kiedy  zaś  Leigh 

McDowie  zaintonował  starą  szkocką  balladę  miłosną,  uznała,  Ŝe  nie  jest  to  czas  na 

wysłuchiwanie wokalnych popisów i wyszła z pokoju. 

Ma miłość jest jak róŜy krew. 

Krew róŜy w czerwca świt. 

Ma miłość jest jak rzewny śpiew, 

Melodii cudnej rytm. 

Idąc  korytarzem  słyszała  czysty  i  donośny  tenor  Leigha  McDowie'ego.  Słowa  pieśni 

zapadały w jej duszę, mimo urazy, jaką czuła do wykonawcy. 

W piękności twojej strojna blask, 

Jak w lunę jasnych zórz, 

Ma miłość przetrwa świat i czas, 

Gdy dna juŜ wyschną mórz. 

- Czy to nadają w radiu? - zapytała z zachwytem w oczach i z błogim uśmiechem na 

twarzy pani Lambert, której termin porodu właśnie się zbliŜał. 

Lecz  zanim  Rose  zdąŜyła  otworzyć  usta,  ubiegła  ją  Trish,  nastolatka,  której  chłopak 

umiał  śpiewać  jedynie  hymn  swojej  druŜyny  piłkarskiej,  i  to  w  dodatku  zachrypniętym 

głosem. 

- Nie, to nasz przemiły, długowłosy doktor. 

- Witaj, Rose. Jak się miewasz? Siadaj, moje dziecko. 

To,  Ŝe  profesor  Horsefield  zwrócił  się  do  niej  po  imieniu,  było  miłe,  ale  trochę 

zaskakujące.  Do  tej  pory  traktował  ją  bowiem  z  pedantyczną  oficjalnością,  niczym  kapitan 

statku członka swojej załogi. Być moŜe odgadł jej wewnętrzne napięcie i pragnął, aby poczuła 

się  swobodniej.  Zapewne  teŜ  z  tego  powodu  poprosił  ją,  aby  zajęła  miejsce  w  wygodnym 

fotelu przy otwartym oknie, nie zaś po drugiej stronie jego biurka. Z okna rozciągał się widok 

na  miasto.  Dachy  domów  błyszczały  w  słońcu,  a  w  powietrzu  unosił  się  upał.  Ciemniejsza 

zieleń drzew świadczyła o tym, Ŝe skończyła się wiosna i na dobre zaczęło lato. 

background image

-  Przede  wszystkim  dziękuję,  Ŝe  zechciał  się  pan  ze  mną  zobaczyć,  profesorze  - 

zaczęła  Rose,  w  pełni  świadoma  tego,  Ŝe  dobre,  ojcowskie  spojrzenie  znad  okularów  nie 

wyraŜało  bynajmniej  trudnego  charakter  tego  człowieka  i  jego  zwyczaju  ostrego,  a  często 

bezwzględnego traktowania swoich podwładnych. 

-  Zobaczyć  i  porozmawiać,  moja  droga.  Twoją  pracę  w  charakterze  starzystki  przez 

ostatnie  pół  roku  oceniam  wysoko.  Cieszę  się  z  postępów,  jakie  uczyniłaś  i  umiejętności, 

jakie pokazałaś. Pora juŜ na objęcie samodzielnego stanowiska. Ja, niestety, dysponować będę 

wakatami  dopiero  w  przyszłym  roku.  Tak  czy  inaczej  powinnaś  jednak,  myślę,  wzbogacić 

swoje  doświadczenie  w  innych  miejscach.  Zobacz,  jak  pracuje  się  w  Londynie,  Edynburgu 

czy Birmingham. Oczywiście, dostaniesz ode mnie jak najlepsze referenq'e. 

-  Dziękuję,  sir.  Doceniam  pana  uznanie,  ale  mam  szczególny  powód,  by  starać  się  o 

pozostanie  w  Beltonshaw,  przynajmniej  przez  najbliŜszy  okres  -  powiedziała  Rose  trochę 

niepewnym głosem. Ordynator ściągnął brwi. 

-  Och,  wy  kobiety!  Ludzie  obwiniają  mnie  o  męski  szowinizm,  lecz  nie  jest  moją 

winą,  Ŝe  tak  mało  kobiet  robi  karierę  w  naszym  zawodzie.  Same  zresztą  marnujecie  szanse. 

CzyŜ mąŜ, dzieci i dom to nie kula u nogi niewiasty zdolnej i ambitnej? Ale gdy juŜ się ma 

rodzinę,  to,  oczywiście,  macierzyństwo  okazuje  się  najwaŜniejsze.  Zawsze  wyznawałem  ten 

pogląd  i  teraz  go  tylko  po  raz  kolejny  potwierdzam.  -  Wymienili  uśmiechy.  Nie  było  dla 

nikogo  tajemnicą,  Ŝe  obowiązki  wynikające  z  macierzyństwa  profesor  stawia  ponad 

wszystkimi  innymi.  -  Ale  ty  jesteś  młoda,  inteligentna  i  wolna,  Rose.  Zanim  nałoŜysz  na 

siebie  pęta  Ŝony  i  matki,  powinnaś  iść  do  przodu  przebojem.  I  nie  słuchaj  chirurgów  w 

rodzaju doktora Sykesa,  Ŝe masz czekać grzecznie na grządce, zanim któryś z nich łaskawie 

cię zerwie. WykaŜ energię, inicjatywę, odwagę. Przed tobą dziewicze pastwiska, gdzie bujna 

trawa i nie ma ogrodzeń. 

Rose  była  wściekła  na  siebie  za  swój  rumieniec.  Bezceremonialna  uwaga  o  Paulu 

całkiem wyprowadziła ją z równowagi. 

-To  nie  ze  względu  na  doktora  Sykesa,  sir,  proszę  o  moŜliwość  pozostania  w 

Beltonshaw - powiedziała z zakłopotaną miną. - I nawet nie dlatego, Ŝe pracę tutaj uwaŜam za 

coś niezmiernie cennego. Jest inny powód. 

-Tak? 

-  Chodzi  o  moją  matkę.  Niepokoję  się  o  nią.  Jest  wdową  i  mieszka  w  tej  dzielnicy. 

Pracując tutaj mogę zawsze mieć ją na oku. 

- Mów dalej - zachęcił ją. - Dlaczego niepokoisz się o swoją matkę? 

background image

-  Podejrzewam,  Ŝe  to  pana  działka,  profesorze.  W  końcu  udało  mi  się  ją  zmusić,  by 

dała  się  zbadać  naszemu  domowemu  lekarzowi.  Okazało  się,  Ŝe  ma  zadawnione  mięśniaki 

macicy, z typowymi zresztą objawami, jak na przykład obfite okresowe krwawienia. 

Wielkie  nieba,  kobieto!  I  ty  nazywasz  siebie  lekarzem!  -  wybuchnął  ordynator.  - 

Pozwalasz od lat cierpieć swojej matce, podczas gdy zaradziłaby wszystkiemu zwykła wizyta 

w naszej poradni. Doprawdy, trudno w to uwierzyć, Rose. 

Rose dotknęła ręką czoła i zamknęła na chwilę oczy. 

-  To  nie  takie  proste,  sir.  Pan  jej  nie  zna.  Urodziła  się  na  irlandzkiej  prowincji  i 

otrzymała bardzo staroświeckie wychowanie. Jestem jedynaczką, a nigdy nie rozmawiałyśmy 

o  intymnych  sprawach.  Nigdy  teŜ  nie  zobaczyła  we  mnie  lekarza,  chociaŜ  wiem,  Ŝe  była 

szczęśliwa, gdy wręczano mi dyplom. Tak więc wszystko, co osiągnęłam, to jej jednorazowa 

wizyta u doktora Taita. Myślę teŜ, Ŝe ma nadŜerkę szyjki macicy. 

- Ile lat ma twoja matka? 

- Pięćdziesiąt pięć, sir. 

- I przeszła juŜ klimakterium? 

- Przypuszczam, Ŝe tak. Nie wspomniała o tym ani jednym słowem. 

-A teraz posłuchaj mnie, Rose. Pani Gillis ma odwiedzić mnie jutro o dziewiątej. Nie, 

za kwadrans dziewiąta, jeszcze przed otwarciem poradni. 

- To bardzo ładnie z pana strony, sir, ale... 

-  Przyprowadź  jutro  matkę  do  mnie  na  badania  o  ósmej  czterdzieści  pięć.  Czy 

wszystko jasne? 

-Tak, sir. Dziękuję. 

A zatem stało się. Profesor podejrzewał raka. Oczy Rose napełniły się łzami. 

-  Och,  moje  drogie  dziecko.  Rozumiem  cię  lepiej,  niŜ  sądzisz.  Trudno  nam  spojrzeć 

prawdzie  w  oczy,  jeŜeli  rzecz  dotyczy  nas  samych  lub  naszych  bliskich.  W  tym  wypadku 

ostrość i przenikliwość naszego spojrzenia zawsze osłabiają jakieś uczucia - miłości, nadziei, 

lęku. Co zaś się tyczy twojej matki, to jutro poznamy tę prawdę, jakakolwiek by była. 

- Jestem panu bardzo wdzięczna, profesorze. Jeśli w czymkolwiek uda mi się pomóc, 

będzie  to  dla  mnie  wielką  satysfakcją.  A  teraz  wróćmy  do  twojej  pracy.  Prosisz  mnie  o 

przedłuŜenie umowy, ja zaś daję ci zgodę na pozostanie tutaj przez następne pół roku. Wiem, 

Ŝ

e szpital na tym nie straci. Wprost przeciwnie - zyska. - Uśmiechnął się, a ona po raz juŜ nie 

wiadomo  który  pomyślała,  Ŝe  starość  moŜe  być  równoznaczna  z  dobrocią.  -  Ale  jest  pewna 

rzecz,  którą  naleŜy  juŜ  na  początku  wyjaśnić.  OtóŜ  awansujesz  teraz  na  stanowisko  starszej 

background image

staŜystki i w rezultacie zmienią się relacje słuŜbowe pomiędzy tobą a doktorem McDowie'em, 

który odtąd będzie ci podlegał. 

-  Doktor  McDowie!  -  wykrzyknęła  Rose  ze  zdumieniem.  -  AleŜ  jakim  sposobem? 

PrzecieŜ on jest internistą. 

-  W  pewnym  sensie  był  nim  -  sprostował  ordynator.  -  Zdecydował  się  bowiem 

poszerzyć  swoją  wiedzę  medyczną  i  w  związku  z  tym  poprosił  o  półroczny  staŜ  na  obu 

oddziałach,  ginekologicznym  i  połoŜniczym.  Mam  o  nim  jak  najlepsze  zdanie,  a  miałbym 

jeszcze  lepsze,  gdyby  ostrzygł  się  bardziej  po  ludzku.  Ale  to  tylko  tak  na  marginesie.  Poza 

tym muszę przyznać, Ŝe mając na stałe lekarza o tak rozległej wiedzy mogę się mniej obawiać 

o  nasze  cukrzyczki,  astmatyczki  i  epileptyczki.  A  skoro  juŜ  o  epileptyczkach  mowa,  to  w 

poniedziałek biorę na stół panią Mowbray. 

- Naprawdę, sir? - zapytała Rose z nagłym zainteresowaniem. 

-  Tak.  To  jedna  z  tych  trudnych  decyzji,  gdy  wybieramy  pomiędzy  większym  a 

mniejszym złem. 

Zasadnicze  pytanie  brzmi:  czy  dziecku  będzie  lepiej  w  łonie  matki,  czy  teŜ  w 

inkubatorze?  Tutaj  przewaŜają  racje  za  tym  drugim  rozwiązaniem.  Czy  jesteś  tego  samego 

zdania, Rose? 

Przypomniała sobie słowa Leigha McDowie'ego i mimowolnie się uśmiechnęła. 

-Tak, sir - odparła. - Zgadzam się z panem całkowicie. 

Wstała z fotela i uścisnęła rękę, którą do niej wyciągnął. 

-  Powodzenia,  moja  droga.  I  do  zobaczenia  jutro  rano  w  poradni.  Pani  Gillis,  mam 

nadzieję, nie zawiedzie. 

Kiedy wpadła na chwilę do lekarskiej stołówki, aby przed opuszczeniem szpitala napić 

się jeszcze herbaty, było tam pusto. 

-To pani nie słyszała, doktor Gillis? Wydarzył się okropny wypadek - poinformowała 

ją bufetowa. 

- Na autostradzie do Liverpoolu wpadło na siebie kilkanaście samochodów. Wszyscy 

nasi lekarze pobiegli do pawilonu chirurgii, aby słuŜyć pomocą. 

- To straszne! - wyszeptała Rose. 

Ostatnie  dwie  godziny  spędziła  właśnie  na  sali  operacyjnej,  asystując  doktorowi 

Rowanowi w szeregu lŜejszych operacji, takich jak usunięcie mięśniaków czy cysty. 

-  Tak,  to  była  prawdziwa  masakra,  jak  słyszałam  -  kontynuowała  dziewczyna.  - 

Caroline Trench wracała wraz z przyjacielem po całym dniu kręcenia zdjęć do filmu i wpadli 

pod jedną z tych ogromnych cięŜarówek. 

background image

-  Caroline  Trench?!  -  wykrzyknęła  Rose.  Aktorka  ta  zagrała  w  kilku  popularnych 

serialach i odtąd jej nazwisko stało się znane milionom telewidzów. 

- Szofer zginął na miejscu, a Caroline i jej przyjaciel zostali mocno poturbowani. Jest 

mnóstwo rannych. Przed pawilonem chirurgii aŜ roi się od ambulansów i wozów policyjnych. 

- Mój BoŜe! JuŜ tam biegnę. Być moŜe przydam się do czegoś. 

-  Na  pewno  bardziej  przyda  się  pani  doktor  niŜ  ja  -  rezolutnie  skomentowała 

dziewczyna,  po  czym  wstrząsnęła  się  na  myśl  o  kałuŜach  krwi  i  połamanych  kończynach.  - 

Ale proszę najpierw wypić herbatę. Doda pani sił. 

Rose  miała  nadzieję  na  spokojny  wieczór  i  otwartą,  taktowną  rozmowę  z  matką. 

Wiedziała  jednak,  Ŝe  gdyby  nie  pospieszyła  z  pomocą  ofiarom  samochodowej  kraksy, 

postąpiłaby  wbrew  etyce  lekarskiej.  Wypiwszy  więc  na  stojąco  pół  filiŜanki  herbaty,  po-

prawiła grzebyk we włosach i pobiegła na oddział nagłych wypadków. 

Zobaczyła  tam  coś,  czego  nigdy  jeszcze  dotąd  nie  widziała.  Hol  oraz  izba  przyjęć 

zapchane  były  noszami,  na  których  leŜeli  ranni.  Powietrze  wypełniały  płacze,  jęki  i  skargi, 

pełne  bólu  i  strachu.  Nad  nieszczęsnymi  pochylał  się  ojciec  Naylor,  kapelan  szpitalny, 

pocieszając,  głaszcząc  po  twarzach  i  dłoniach,  wspierając  słowem  BoŜym.  Lekarze  i 

pielęgniarki  uwijali  się  jak  w  ukropie.  Musieli  oddzielić  lŜej  rannych  od  tych  z  cięŜszymi 

obraŜeniami,  którzy  po  prześwietleniu  kierowani  byli  do  sal  operacyjnych.  Udzielali 

pierwszej  pomocy,  przetaczali  krew,  dawali  zastrzyki  przeciwbólowe.  Ostry  zapach  potu, 

krwi i wymiocin atakował nozdrza. Rose była wstrząśnięta. 

- Gdzie mogę znaleźć doktora Sykesa? - zapytała śpieszącą z kroplówką pielęgniarkę. 

-  W  „trójce”  -  odparła  dziewczyna,  po  czym  wręczyła  Rose  woreczek  z  płynną 

glukozą i solą fizjologiczną. - Skoro pani tam idzie, to proszę mu to zanieść. 

Kiedy  Rose  weszła  do  „trójki”,  zobaczyła  leŜącą  na  kozetce  kobietę.  Była 

nieprzytomna i śmiertelnie blada. Miała na sobie porwane ubranie, zaś jej włosy poplamione 

były  krwią.  Pomimo  iŜ  znajdowała  się  w  tak  Ŝałosnym  stanie,  nietrudno  było  rozpoznać  w 

niej Caroline Trench. Paul Sykes, odchylając jej powiekę, badał właśnie oftalmoskopem dno 

oka. 

- Cześć, Rose. Dobrze, Ŝe jesteś. Siostra dała jej zastrzyk przeciwtęŜcowy, ale bardzo 

się spieszyła do innych chorych. Czy mogłabyś podłączyć ją do kroplówki? 

Rose  ucisnęła  ramię  aktorki  i  wprowadziła  igłę.  Zbielałe  wargi  poruszyły  się  i 

wydobył się z nich cichy jęk. 

- Caroline, Caroline, czy słyszysz mnie? - zapytał Paul, nachylając się do jej ucha. 

Ranna kobieta ponownie jęknęła i powoli kiwnęła głową. Paul ujął ją za rękę. 

background image

-  Nie  martw  się,  Caroline  -  powiedział  uspokajająco.  -  Zaopiekujemy  się  tobą  i 

niebawem wrócisz do zdrowia. Zaufaj nam, Caroline. 

Wyprostował się i spojrzał na Rose z wyrazem ulgi na twarzy. 

- Odzyskuje przytomność - szepnął. - Nie sądzę, aby obraŜenia głowy, jakie odniosła, 

były  bardzo  powaŜne.  Pęknięcie  czaszki,  ale  obędzie  się  chyba  nawet  bez  krwiaka  mózgu. 

Poza tym liczne otarcia i przecięcia skóry. 

- A co z jej przyjacielem? - zapytała Rose. Paul w milczeniu pokręcił głową. 

Rose przebiegł zimny dreszcz. A zatem śmierć zbierała coraz większe Ŝniwo. Był jakiś 

zdumiewający kontrast pomiędzy ruchliwością autostrady, tego pasma energii, pędu i Ŝycia, a 

nieruchomością i ciszą śmierci. 

Drzwi otworzyły się i stanęła w nich ta sama pielęgniarka, która dała Rose kroplówkę. 

-  Doktor  Gillis,  czy  mogłaby  pani  przejść  do  Jedynki”  i  pomóc  doktorowi 

McDowie'emu? 

-  A  czy  nie  widzi  siostra  -  warknął  gniewnie  Paul  -  Ŝe  mamy  tu  ranną,  która  nie 

odzyskała jeszcze przytomności? 

-  Widzę,  tylko  Ŝe  doktor  McDowie  ma  trzech  pacjentów:  małŜeństwo  i  młodą 

dziewczynę, a na dokładkę jest sam - odparła zdecydowanym tonem pielęgniarka. 

- W porządku, siostro, juŜ idę - powiedziała Rose. 

- Kroplówka jest juŜ podłączona, proszę tylko przymocować plastrem igłę. 

Zastała  doktora  McDowie'ego  z  noŜyczkami  w  ręku.  Właśnie  rozcinał  nogawkę 

spodni leŜącego na kozetce męŜczyzny. Obok siedziała Ŝona pacjenta i zapłakanymi oczami 

wpatrywała  się  w  jęczącego  małŜonka.  Miał  brudną  twarz,  a  na  prawej  skroni  opatrunek  z 

gazy  przyklejony  plastrem.  Na  drugiej  kozetce  wiła  się  z  bólu  osiemnastoletnia  moŜe 

dziewczyna.  Jej  jęki  brzmiały  szczególnie  przejmująco.  Rose  musiała  powtórzyć  sobie  dwa 

razy, Ŝe jest lekarzem, aby choć do pewnego stopnia zapanować nad emocjami. 

- Jestem, doktorze McDowie. Co mam robić? Spojrzał na nią i uśmiechnął się z taką 

pogodną beztroską, jakby witał ją na progu swojego domu. 

-  Cześć,  Rose.  Zjawiasz  się  niczym  dobra  wróŜka.  Poznaj  państwa  Bradshawów, 

Alfreda i Grace. Dostało im się co nieco na autostradzie pod Manchesterem, zaś Alfred stracił 

sporą  butlę  krwi.  Będzie  więc  zaraz  małe  pompowanko,  tylko  muszę  doprowadzić  go  do 

porządku. 

- A co z tą młodą dziewczyną? - zapytała Rose. 

- Racja, to jest Peggy, córka państwa Brand-shawów, która jechała razem z nimi. 

background image

- Peggy nie jest naszą córką, doktorze - sprostowała Grace Bradshaw - tylko bratanicą 

mojego męŜa. 

-  Przepraszam  za  pomyłkę.  Tak  czy  inaczej,  zajmij  się  tą  krzykliwą  młodą  damą, 

Rose.  Doznała  albo  jakichś  wewnętrznych  obraŜeń,  albo  jest  to  atak  histerii  spowodowany 

szokiem powypadkowym. Skłaniałbym się ku drugiej hipotezie. 

-  Peggy  niewątpliwie  odczuwa  ból  -  stwierdziła  Rose,  biorąc  dziewczynę  za  rękę  i 

badając jej puls. 

- Być moŜe ból spowodowany ukąszeniem szerszenia. Bo ciśnienie ma normalne, a do 

pulsu,  jak  juŜ  zapewne  zdąŜyłaś  sprawdzić,  teŜ  nie  moŜna  się  przyczepić.  Poza  tym  nie 

odpowiedziała jeszcze ani na jedno pytanie. Więc spróbuj ją uspokoić, a wszyscy będziemy ci 

wdzięczni. Choć, szczerze mówiąc, nie miałem dotąd czasu, by zbadać ją dokładniej. 

Po  tych  słowach  doktor  McDowie  wrócił  do  swoich  obowiązków  przy  panu 

Bradshawie, Rose zaś skupiła się na swojej pacjentce. 

- Uspokój się, Peggy. Przestań jęczeć i powiedz mi, gdzie cię boli. 

Jedyną odpowiedzią był bolesny grymas i rozpaczliwy jęk. 

Rose stała przyglądając się Peggy i nagle doznała olśnienia. Kiedy rozchyliła jej nogi i 

zobaczyła zakrwawione uda, widok ten nie zaskoczył jej. 

-  Czy  wiedziałaś,  Ŝe  jesteś  w  ciąŜy,  Peggy?  -  szepnęła  do  ucha  dziewczyny, 

jednocześnie pewnymi ruchami zsuwając z niej figi. 

Peggy na chwilę przestała jęczeć. 

- Nie byłam pewna - odparła Ŝałosnym głosem. - Nikomu o tym nie mówiłam. Wuj i 

ciocia nie wiedzą. Och, pomóŜ mi, pomóŜcie mi, ratunku... 

-  Nie  krzycz,  Peggy,  tylko  mocno  chwyć  mnie  za  rękę.  Bądź  dzielna.  Za  chwilę 

przestanie  boleć.  -  Odwróciła  się  i  zobaczyła  pielęgniarkę  niosącą  krew  do  transfuzji.  - 

Siostro, potrzebuję syntometriny. Proszę przynieść mi zaraz jedną ampułkę z lodówki. 

-  Dobry  BoŜe,  a  po  co  ci  to?  -  zapytał  Leigh  McDowie.  -  PrzecieŜ  stoisz  nad  ofiarą 

wypadku drogowego, a nie nad rodzącą porodówki. 

- Siostro, proszę wykonać moje polecenie, i to moŜliwie szybko. 

Spokojny,  lecz  mocny  głos  Rose  wykluczał  wszelką  dyskusję.  Mimo  to  pielęgniarka 

przed wyjściem pozwoliła sobie na okazanie wątpliwości miną i spojrzeniem. 

Ledwie  zdąŜyła  wrócić,  gdy  rozległ  się  głośniejszy  niŜ  dotąd  krzyk  Peggy.  Rose 

pochyliła się i zobaczyła na prześcieradle płód wielkości pięści. Wszystko wskazywało na to, 

Ŝ

e ciąŜa trwała około dziesięciu, dwunastu tygodni. 

background image

Rose chwyciła z półki pierwsze lepsze plastikowe naczynie i szybko umieściła w nim 

płód. Przykryła je papierowym ręcznikiem, po czym wsunęła pod kozetkę. 

-  Do  diaska!  -  wykrzyknął  McDowie.  -  Stokrotne  dzięki,  Rose.  Będę  chyba  musiał 

wrzucić do kosza mój dyplom i nająć się jako tynkarz na budowę. 

Rose spojrzała nań płonącymi gorączką niebieskimi oczami. 

- Zamknij się - wyszeptała, przenosząc znacząco wzrok na stryjostwo Peggy. 

-Czy... czy je utraciłam? - dobiegł ją słaby głos Peggy. 

- Tak, kochanie. Ale nie rozpaczaj. Wszystko będzie dobrze. Dostaniesz tylko zastrzyk 

na powstrzymanie krwawienia. 

-Jak czuje się Peggy, pani doktor? - zapytała Grace Bradshaw, widząc, Ŝe pielęgniarka 

pochyla  się  nad  Peggy  ze  strzykawką.  -MąŜ  całkowicie  pochłonął  moją  uwagę  i  w  swoim 

egoizmie  zapomniałam  prawie  o  jego  bratanicy.  Tej  jesieni  zaczyna  studia  na  tutejszym 

uniwersytecie. Czy wróci do zdrowia i pełni sił przez lato? 

-  Tak,  pani  Bradshaw,  proszę  się  nie  martwić.  Lecz  na  dzisiejszą  noc  będziemy 

musieli  zatrzymać  ją  w  szpitalu.  Na  oddziale  chirurgicznym  w  bloku  kobiecym  nie  ma  juŜ 

wolnych łóŜek, więc wyjątkowo przewieziemy ją na oddział ginekologiczny. 

Rose  zignorowała  na  poły  zdumione,  na  poły  pytające  spojrzenie  doktora 

McDowie'ego.  Nie  naleŜało  do  jej  obowiązków  informowanie  stryjenek  o  ciąŜy 

osiemnastoletnich bratanic. Niech bratanice, jeśli uznają to za konieczne i słuszne, powiedzą o 

tym same. 

Tak więc z całej trójki karetka miała odwieźć do domu tylko panią Bradshaw. Jej mąŜ 

i  Peggy  zostawali  w  szpitalu,  przy  czym  pana  Bradshawa  zatrzymywano  na  chirurgii  ze 

wstępnym  rozpoznaniem  pęknięcia  śledziony  i  krwotoku  wewnętrznego,  nie  licząc 

oczywiście mniej powaŜnych, choć drastycznych dla oka zewnętrznych obraŜeń. 

Pozostało  jeszcze  tylko  załatwienie  formalności.  Przy  wypełnianiu  formularza  ze 

strony doktora McDowie'ego padło pytanie o dzieci. 

Na twarzy Grace Bradshaw pojawiła się gorycz i smutek. 

-  Nie  mamy  dzieci.  Jesteśmy  małŜeństwem  od  trzynastu  lat  i  straciliśmy  juŜ  wszelką 

nadzieję. 

- CóŜ, zdarza się, moja droga - rzucił Leigh. 

W Rose zagotowało się. Ten człowiek działał jej na nerwy juŜ od kilku godzin, a jego 

brutalny komentarz był ostatnią kroplą przepełniającą miarę. 

-  PoŜycie  małŜeńskie  państwa  -  powiedziała  łagodnym  głosem  -  spaja  szacunek  i 

miłość, a najwaŜniejsze, Ŝe Ŝyciu pani męŜa nie zagraŜa Ŝadne niebezpieczeństwo. 

background image

- Dziękuję, pani doktor - odparła kobieta ze łzami w oczach. - Dziękuję wszystkim za 

to, co dla nas zrobiliście. I niech Bóg was błogosławi. 

O siódmej było juŜ właściwie po wszystkim. LŜej ranni zostali odesłani do domów, ci 

zaś,  którzy  mieli  mniej  szczęścia,  leŜeli  w  szpitalnych  łóŜkach.  Niektórzy  przeszli  operacje, 

innym załoŜono opatrunki gipsowe. Byli teŜ i tacy, których zatrzymano tylko na obserwację. 

Rose, pijąc herbatę, pomyślała o tych, którzy nie przeŜyli wypadku. Nie przeŜyło go dziecko 

Peggy.  Było  z  pewnością  nie  chciane,  a  jednak  była  to  najmłodsza  ofiara  kraksy  na 

autostradzie. Ofiara, której nie uwzględnią Ŝadne statystyki. 

- Rose! A więc tu jesteś! Tu jesteś, dobra wróŜko, która uratowałaś moją reputację. 

W poplamionym fartuchu i z włosami przemienionymi w gniazdo bocianie stał przed 

nią Leigh McDowie. 

Uraczyła  go  spojrzeniem,  które  powinno  właściwie  obniŜyć  temperaturę  otoczenia  o 

dobrych kilka stopni. 

- Sądzę, doktorze McDowie, Ŝe im mniej nad tym będziemy się rozwodzić, tym lepiej. 

RozłoŜył ręce w przepraszającym geście. 

- Chciałem tylko powiedzieć, Ŝe nigdy nie zapomnę swojej pomyłki i Ŝe wdzięczny ci 

jestem za interwencję. 

Rose wstała i zmierzyła go surowym wzrokiem. 

-  Mogę  panu  wybaczyć,  iŜ  nie  wziął  pan  pod  uwagę  moŜliwości  poronienia,  ale 

stanowczo  nie  mogę  zaakceptować  pana  ogólnej  postawy:  obojętności  i  zniecierpliwienia, 

jakie  okazał  pan  wobec  tej  biednej  dziewczyny,  oraz  braku  taktu  w  rozmowie  z  panią 

Bradshaw, która z pewnością boleje nad swoją bezdzietnością. A poza tym pańska skłonność 

do  obracania  wszystkiego  w  Ŝart,  często  nie  licująca  z  powagą  chwili,  a  juŜ  na  pewno 

niedopuszczalna  w  takim  szczególnym  miejscu,  jakim  jest  oddział  ginekologiczno-

połoŜniczy, gdzie wchodzą w grę najintymniejsze ludzkie uczucia. 

-  Bardzo  mi  przykro,  doktor  Gillis,  Ŝe  aŜ  tak  panią  zdenerwowałem  -  powiedział 

McDowie z wyrazem zmieszania na twarzy. 

- Nie tyle zdenerwował mnie pan, co znudził - odpaliła, biorąc odwet za lekcewaŜenie, 

z jakim ją dotąd traktował. - Bo, szczerze mówiąc, jest pan nudny. 

W pierwszej chwili otworzył usta ze zdumienia, lecz zaraz wziął się w garść. 

- Dobrze wiedzieć, co inni o nas myślą. Zarzut, Ŝe jest się osobą irytującą, nie naleŜy 

do najprzyjemniejszych. Udowodnienie błędu w sztuce lekarskiej przygnębia jeszcze bardziej. 

Ale  być  nazwanym  nudziarzem  to  juŜ  prawdziwy  wyrok  śmierci.  A  przecieŜ  mamy  ze  sobą 

współpracować przez najbliŜsze pół roku, czyŜ nie tak, doktor Gillis? 

background image

-Tak, doktorze McDowie. I ufam, Ŝe powiedzie się nam ta współpraca, o ile będziemy 

pamiętać, Ŝe jesteśmy lekarzami, nie komediantami. 

Powiedziawszy to, odwróciła się i wyszła. 

Leigh stał bez ruchu, patrząc na drzwi, za którymi zniknęła. 

-A  więc  nudzę  cię?  -  wymamrotał  pod  nosem.  -  Bo  ty  nie  wydajesz  mi  się  nudną 

osóbką. Wprost przeciwnie. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Przekonanie Brigid Gillis, aby wybrała się do poradni ginekologicznej, nie naleŜało do 

rzeczy łatwych. 

- Bóg jeden wie, dlaczego tak bardzo chcesz, by twoja własna matka pozwoliła sobie 

na  taką  nieskromność  wobec  jakiegoś  męŜczyzny  -  powiedziała,  patrząc  na  Rose  oczyma 

pełnymi  wyrzutu.  -  Znasz  przecieŜ  moje  przekonania  i  moją  gotowość  do  znoszenia  w 

pokorze wszystkich kobiecych przypadłości, na jakie zostałam skazana. Czy kiedykolwiek się 

skarŜyłam? 

- Nie, mamo, i to jest właśnie najgorsze - odparła Rose ze ściśniętym sercem. 

Dopiero  teraz  bowiem,  po  rozmowie  z  ordynatorem,  dostrzegła  niepokojącą  chudość 

matki,  bladość  jej  przezroczystej  skóry  i  ogólne  osłabienie.  Dlaczego  dotąd  tego  nie 

zauwaŜyła? Dlaczego okazała się ślepa na cierpienie znoszone w pokornym milczeniu? 

Pomyślała  o  samotnym  Ŝyciu  matki,  skromnej  nauczycielki  w  szkole  podstawowej,  i 

jej bezgranicznym poświęcaniu się dla jedynego dziecka. Rose musiała pobierać lekcje gry na 

fortepianie, nosić eleganckie szkolne mundurki, ukończyć prywatną szkołę, a wreszcie pójść 

na kosztowne studia medyczne. Wszystko było dla Rose, zaś jej matka zadowalała się przez 

lata samymi okruchami. 

Wiele  przemilczeń  i  niedomówień  nagromadziło  się  między  nimi.  Rose  między 

innymi nauczyła się nie zadawać pytań na temat śmierci swojego ojca, którego i tak nie mogła 

pamiętać.  Jedyna,  zresztą  niezbyt  udana  technicznie,  fotografia  młodego  męŜczyzny  w 

marynarskim  mundurze  budziła  w  niej  sprzeczne  uczucia.  Utonął  wkrótce  po  tym,  jak 

sprowadził  się  ze  swoją  świeŜo  poślubioną  małŜonką  do  Manchesteru,  gdzie  Brigid  juŜ 

została na stałe, z dala od zielonych wzgórz Irlandii. Kiedy pewnego razu Rose zadała matce 

pytanie,  dlaczego  nie  wróciła  w  rodzinne  strony,  otrzymała  odpowiedź,  Ŝe  wielkie  miasto 

zapewniało lepsze perspektywy wychowania dziecka. Jak wiele więc zawdzięczała tej cichej, 

naboŜnej  kobiecie  i  jak  mało  troski  wykazała  w  zamian,  nie  zauwaŜając  pierwszych 

symptomów jej zdradliwej choroby. 

-  śadnej  dyskusji,  mamo!  Przekonasz  się  osobiście,  Ŝe  doktor  Horsfield  jest 

wspaniałym lekarzem i prawdziwym dŜentelmenem. 

Musiała  stawić  czoło  oporowi  matki,  jeŜeli  chciała  dzielić  z  nią  cięŜar,  który  Brigid 

juŜ dostatecznie długo, zbyt długo nosiła sama. 

background image

Punktualnie  za  kwadrans  dziewiąta  stawiły  się  przed  profesorem  Horsfieldem,  który 

od  razu  przystąpił  do  zadawania  pytań.  JuŜ  pierwsze  z  nich,  dotyczące  wypróŜnień  i  pracy 

nerek,  zmieszało  panią  Gillis.  W  końcu  odparła  ogólnikowo,  Ŝe  ,jak  na  jej  wiek”  wszystko 

wydaje  się  w  porządku.  Stopniowo  jednak,  ulegając  działaniu  uprzejmości  lekarza,  który 

znalazł  złoty  środek  pomiędzy  serdeczną  poufałością  a  zawodową  rezerwą,  zaczęła  udzielać 

bardziej rzeczowych odpowiedzi. 

W pewnym momencie doktor odłoŜył pióro, mówiąc, Ŝe skończył wywiad i chciałby 

przejść teraz do bezpośrednich badań. 

Rose podeszła do matki, by pomóc jej się rozebrać. Napotkała jednak na zdecydowany 

opór. 

- Nie potrzebuję cię tutaj. Nie będę rozbierała się przy własnej córce. 

Profesor Horsfield miał jak na dłoni małą próbkę wszystkich tych trudności, o których 

Rose wspomniała mu wczoraj w rozmowie. 

Opuściła gabinet i poszła do bufetu na kawę. Siedząc nad parującą filiŜanką, usłyszała 

nad sobą miły głos doktora McDowie'ego: 

- Nie spodziewałem się spotkać pani w poradni,  doktor Gillis! Czy nie powinna pani 

przebywać teraz wśród naszych nowo upieczonych matek? 

Jego  nieskazitelnie  biały  fartuch  i  błyszczące  od  szamponu  włosy,  skręcone  przy 

końcach,  czyniły  zeń  zupełnie  innego  człowieka.  Ujmujący  uśmiech  równieŜ  nie  miał  nic 

wspólnego z wczorajszymi wydarzeniami. Pamiętając, jak go potraktowała, Rose poczuła się 

trochę niezręcznie. 

- Przyprowadziłam do profesora Horsfielda moją matkę - wyjaśniła, popijając kawę. 

Leigh McDowie natychmiast podjął temat w charakterystyczny dla siebie sposób. 

-  No  to  Horsfield  przenicuje  starszą  panią  na  lewą  stronę.  Nie  bez  powodu  jest 

najlepszym  ginekologiem  w  północno-zachodniej  Anglii.  I  dlatego  proszę  się  nie 

przejmować. 

Patrzył na nią przyjaźnie i z duŜą sympatią, co nie tylko kazało jej przejść do porządku 

nad  jego  Ŝartobliwymi  powiedzonkami,  lecz  zrodziło  teŜ  pragnienie  zwierzenia  się  ze 

wszystkich  swoich  lęków,  wątpliwości  i  wyrzutów  sumienia.  Lekko  się  zarumieniła,  on  zaś 

zdawał się zgadywać jej myśli. 

-  Na  pewno  jesteśmy  w  piekielnie  trudnej  sytuacji,  kiedy  jakąś  bliską  nam  osobę 

przekazujemy  w  łapy  jednego  z  członków  naszej  bandy.  Ja  teŜ  rok  temu  musiałem 

przyprowadzić do doktora Stephensa mojego ojca, kiedy, jak mi się wydawało, na szczęście 

background image

bezpodstawnie, odkryłem u niego symptomy cukrzycy. Nawiasem mówiąc, często mylimy się 

w naszych diagnozach, jeśli dotyczą one osób, które kochamy. 

Ostatnie  słowo  powiedział  tak  delikatnym  i  melodyjnym  głosem,  jak  gdyby  było 

ostatnim słowem refrenu jakiejś ballady. 

Rose  była  mu  wdzięczna  za  wielkoduszność,  jaką  okazał,  puszczając  w  niepamięć 

wczorajszą przykrą sprzeczkę. . - Dzięki, Leigh. 

Impulsywnie  dotknęła  jego  ciepłej  dłoni,  która  natychmiast  zamknęła  się  w  mocnym 

uścisku na jej zlodowaciałych palcach. 

- Głowa do góry, Rose. I najlepsze Ŝyczenia dla twojej mamy. 

Gdy  jednak  wróciła  do  gabinetu  i  zobaczyła  kamienną  twarz  profesora  Horsfielda, 

nogi ugięły się pod nią. Jaki wyrok usłyszy za chwilę? 

-  A  więc  sprawy  przedstawiają  się  następująco  -  zaczął  z  lekkim  chrząknięciem.  - 

Powiedziałem  właśnie  pani  Gillis,  Ŝe  bez  szpitala  się  nie  obędzie.  Jutro  jest  piątek  i  chyba 

uznajmy ten dzień za ostateczny termin rozpoczęcia hospitalizacji. Do poniedziałku bowiem 

musimy  wykonać  wszystkie  podstawowe  przedoperacyjne  badania.  W  poniedziałek  pobiorę 

próbkę  z  szyjki  macicy,  by  zbadać  ją  na  ewentualność  nowotworu  złośliwego.  UwaŜam 

jednak za rzecz wielce prawdopodobną, Ŝe pójdę dalej i będę musiał wyciąć całą macicę. 

Pobladła Rose oparła się o blat biurka. 

- Teraz proszę zabrać swoją matkę do domu i zjawić się z nią na oddziale jutro rano. 

Mam  nadzieję,  Ŝe  znajdzie  się  dla  pani  Gillis  pokój  jednoosobowy.  Musimy  dbać  o  matkę 

naszego  pracownika.  Panią  zaś  proszę  -  dodał,  podając  rękę  wdowie  -  aby  pozwoliła  pani 

córce pomóc sobie. 

Odprowadziwszy matkę do domu, Rose wróciła do szpitala. Wszyscy koledzy byli dla 

niej wyjątkowo mili i prześcigali się w ofertach pomocy.  Leigh McDowie nie pozostawał w 

tyle za innymi. 

Paula spotkała dopiero po południu w stołówce lekarskiej. 

- Przykro mi z powodu twojej matki - powiedział - ale cieszę się, Ŝe zostaną wreszcie 

podjęte  jakieś  radykalne  działania.  W  związku  z  tym  nasz  wyjazd  nad  jeziora  wydaje  się 

chyba raczej nieaktualny? - dodał z wahaniem w głosie. 

-  Tak,  Paul.  Nie  mogłabym  cieszyć  się  wodą  i  słońcem  wiedząc,  Ŝe  moja  matka 

przebywa w szpitalu i czeka na operację. 

- W porządku, kochanie. Nie ma sprawy. Więc moŜe przynajmniej wybierzemy się w 

sobotę wieczorem do jakiegoś lokalu na obiad? Co powiesz o „Old Barn”? Dwie godziny nad 

rzeką po upalnym dniu dobrze nam zrobią. 

background image

Zmusiła się do uśmiechu. 

- To brzmi zachęcająco. A jak się czuje Caroline Trench? 

- Nie najgorzej. Lecz jestem na noŜe ze szturmującymi jej pokój reporterami. Jeden z 

nich,  niejaki  Maynard,  chciał  nawet  zrobić  zdjęcie  biednej  dziewczynie  i  w  imię  taniej, 

wulgarnej  sensacji  pokazać  ją  tysiącom  jej  wielbicieli  w  gipsie,  bandaŜach  i  podłączoną  do 

kroplówki. Stanowczo się temu sprzeciwiłem. 

- A czy została juŜ powiadomiona o śmierci przyjaciela? - zapytała Rose. 

Paul zmarszczył brwi. 

- Jeszcze nie. Powiedziano jej tylko, Ŝe znajduje się w bardzo powaŜnym stanie. Będę 

więc musiał wziąć to na siebie. Obowiązek, do którego bynajmniej się nie palę. 

Tak,  oboje  znali  kodeks  etyki  lekarskiej,  który  między  innymi  regulował  powinności 

lekarza w zakresie udzielania informacji. A jednak Rose wzdrygnęła się na myśl, Ŝe równieŜ i 

ona, prędzej czy później, będzie musiała przynieść komuś wiadomość o śmierci bliskiej osoby 

lub  powiadomić  chorego  o  krytycznym  stanie  jego  zdrowia.  Jak  powiedzieć  Caroline  całą 

prawdę  i  nie  wywołać  u  niej  dodatkowego  szoku?  Na  pewno  Paul  zrobi  to  w  najbardziej 

oględnej  formie.  Udzielanie  informacji  było  najbardziej  kłopotliwym  i  przykrym 

obowiązkiem zawodu lekarza. 

Rose pomyślała takŜe o swojej matce i o tym, czy nie jest juŜ za późno na skuteczną 

terapię. Dlatego teŜ, poŜegnawszy się z Paulem, poszła do kaplicy szpitalnej, gdzie pomodliła 

się za nią i za siebie, i za Caroline, i za wszystkich cierpiących, którzy potrzebują wsparcia i 

nadziei. 

W piątek o dziesiątej rano Brigid Gillis była juŜ zadomowiona w swojej separatce na 

oddziale ginekologicznym i słuchała monologu siostry Kelly, wesołej i dorodnej kobiety, a na 

dodatek teŜ z pochodzenia Irlandki. 

- W sumie nie będzie tu pani źle - kończyła pielęgniarka. - Muszę teŜ powiedzieć, Ŝe 

wszyscy kochamy tu doktor Gillis i nazywamy ją „naszą słodką dziewczyną”. 

Pani  Gillis  zamknęła  oczy.  Dopiero  w  ostatnich  godzinach,  kiedy  miała  okazję 

widzieć swoją córkę w fartuchu i ze stetoskopem wokół szyi, uświadomiła sobie w pełni, co 

to właściwie oznacza, Ŝe Rose jest lekarką. A oznaczało to między innymi, Ŝe musiała poddać 

się bez słowa jej zaleceniom i w ogóle być jej posłuszna. 

- Pani Gillis? 

Otworzyła  oczy  i  zobaczyła  nad  sobą  rozjaśnioną  przyjaznym  uśmiechem  twarz 

lekarza,  którego  długie  włosy  jak  gdyby  zaprzeczały  schematycznemu  wizerunkowi 

przedstawiciela tego zawodu. 

background image

- Tak, to ja. Nazywam się Brigid Gillis - odparła teŜ z uśmiechem. 

- A moŜe będę zwracał się do pani po prostu po imieniu? - zapytał, siadając na brzegu 

jej łóŜka. - Czy niczego ci nie potrzeba, Brigid? 

Rzucił  okiem  na  jej  szafkę,  na  której  między  innymi  znajdował  się  budzik  i 

modlitewnik. 

- Absolutnie niczego. Wszyscy są tutaj dla mnie tacy dobrzy i mili. To chyba dlatego, 

Ŝ

e moja córka, Rose, pracuje w tym szpitalu jako lekarz. 

- Tak, Brigid, i wszyscy musimy jej słuchać. Jeśli coś będzie nie po jej myśli, da nam 

do wiwatu. Ja osobiście doświadczyłem juŜ na sobie jej ostrego języczka. Postawiła mnie do 

kąta niczym pierwszoklasistę. Powiem więcej: złamała mi serce. 

Westchnął melodramatycznie. 

-  Wielkie  nieba,  doktorze,  chce  pan  powiedzieć,  Ŝe  to  chucherko  narzuca  panu, 

męŜczyźnie, swoją wolę?! - wykrzyknęła Brigid z przeraŜeniem w oczach. 

-  Tak,  gdyŜ  jest  jedną  z  tych  wyzwolonych,  bezlitosnych  kobiet,  które  obecnie 

trzymają w szachu cały świat. 

Uśmiechnął  się  od  ucha  do  ucha,  zaś  Brigid  pojęła  istotę  tego  uśmiechu.  Po  raz 

pierwszy od bardzo dawna poczuła się rozbawiona. 

- Oj, Ŝartowniś z pana, doktorze. Chyba będę musiała powiedzieć o wszystkim córce. 

-  Litości,  Brigid.  Nazywam  się  Leigh  McDowie  i  przez  najbliŜsze  pół  roku  będę 

zmuszony  wypełniać  jej  rozkazy.  Przyszedłem  z  prośbą,  abyś  od  czasu  do  czasu  szepnęła  o 

mnie dobre słowo tej okrutnej kobiecie. Zrobisz to, Brigid? 

-  Tak,  ale  przede  wszystkim  uwaŜam,  Ŝe  pan  doktor  sam  sobie  da  radę  -  odparła 

chytrze, mruŜąc oko. 

Na znak przyjaźni podali sobie ręce. 

Kiedy  juŜ  wyszedł  z  pokoju,  zauwaŜyła  na  szafce  miniaturową  buteleczkę  likieru 

irlandzkiego oraz widokówkę, przedstawiającą domek w ogrodzie nad strumieniem. 

Godzinę  później  zjawili  się  Rose  i  Paul.  Przynieśli  bukiecik  fiołków  oraz  pudełko 

owocowych  dropsów.  W  zamian  musieli  wysłuchać  pochwalnych  hymnów  na  cześć 

„długowłosego,  zabawnego  doktora”.  Doktora,  pomyślała  Rose,  który  zaraził  jej  matkę 

pogodnym uśmiechem. 

Rose  Ŝałowała,  Ŝe  w  ten  weekend  nie  ma  dyŜuru.  Potrzebowała  jakiegoś  zajęcia  i  w 

końcu  je  znalazła.  Dom  wymagał  generalnych  porządków,  więc  rzuciła  się  do  sprzątania. 

Pucowała,  prała,  odkurzała,  pastowała  całą  niemal  sobotę.  Pod  wieczór  odwiedziła  matkę. 

Zastała ją pogodną i odpręŜoną. 

background image

-Jest  mi  tu  lepiej,  niŜ  myślałam.  Czuję  się  jak  w  czterogwiazdkowym  hotelu  - 

powiedziała na powitanie. 

Rose  uśmiechnęła  się,  spoglądając  na  pokryte  siatką  niebieskich  Ŝyłek  i  złoŜone  na 

modlitewniku dłonie swojej matki. 

- Widzę, Ŝe nareszcie odpoczywasz. Pani Gillis przechyliła głowę. 

- Powiedz mi, Rose, czy naprawdę jesteś taka cięta na tego przemiłego, długowłosego 

doktora? 

Rose lekko się zmieszała. 

-Ach,  masz  na  myśli  doktora  McDowie'ego.  Nie  traktuj  go  zbyt  powaŜnie.  To 

człowiek pełen sprzeczności. Czasami zachowuje się jak szczeniak. Jest jednak bardzo dobry 

w swojej dziedzinie. 

- Nie znam się na medycynie, ale wiem, Ŝe cię lubi. Rose wzruszyła ramionami. 

-  To  dobrze,  poniewaŜ  mamy  ze  sobą  współpracować.  Paul  przesyła  ci  najcieplejsze 

uściski. Za godzinę mam się z nim spotkać. Idziemy na obiad. Jutro, rzecz jasna, odwiedzę cię 

znowu. MoŜe przynieść jakieś owoce lub coś do czytania? Jeśli chcesz... 

Rose  przerwała,  widząc,  Ŝe  matka  zapadła  w  smaczną  drzemkę.  Nachyliła  się, 

pocałowała  ją  w  czoło  i  wyszła  z  pokoju  na  palcach.  Lękając  się  złych  wiadomości,  nie 

zajrzała do pokoju pielęgniarek i nie porozmawiała z siostrą Kelly. 

Po  powrocie  do  domu  wzięła  szybki  prysznic,  przebrała  się  w  błękitną  sukienkę, 

lekkim  makijaŜem  oŜywiła  bladą  twarz,  kruczoczarne  włosy  związała  z  tyłu  niebieską, 

atłasową  tasiemką  i  kiedy  wsuwała  stopy  w  sandały,  do  drzwi  zadzwonił  Paul.  Powitała  go 

uśmiechem, choć pełna wewnętrznego niepokoju. 

W  samochodzie  Paul  uprzejmie  dopytywał  się  o  panią  Gillis.  Rose  w  pierwszym 

odruchu chciała otworzyć przed nim serce, ale skończyło się na tym, Ŝe pokazała mu wesołą 

twarz, dodając, iŜ na matkę szpital wpływa raczej pozytywnie. 

-  Cieszę  się,  kochana.  Chciałbym  to  samo  powiedzieć  o  Caroline  Trench.  Odkąd 

usłyszała  ode  mnie  o  śmierci  przyjaciela,  jest  w  stanie  załamania  nerwowego.  Prawdę 

mówiąc, byłem o krok od odwołania tego naszego spotkania. Powstrzymała mnie tylko myśl, 

Ŝ

e zarówno tobie, jak i mnie potrzebne jest oderwanie się od codziennego kołowrotu. 

- Tak, oboje mieliśmy cięŜki tydzień - przyznała Rose. 

- Wszystko zresztą się skomplikowało - ciągnął Paul. 

-  Ów  zmarły  przyjaciel  Caroline  był  człowiekiem  Ŝonatym  i  dzieciatym.  Wyobraź 

sobie,  co  to  za  gratka  dla  tych  dziennikarskich  hien.  Pewnie  rozdmuchają  zdradę  do  rangi 

background image

przewrotu  gabinetowego  i  jeszcze  gotowi  sprofanować  pogrzeb.  Caroline  wpadła  wręcz  w 

czarną dziurę rozpaczy. 

-  Jest  młoda  i  prędzej  czy  później  upora  się  z  tym  -  powiedziała  Rose.  -  Współczuję 

jej, ale  współczuję równieŜ Ŝonie i dzieciom tego faceta.  Dla nich to jakby podwójna strata, 

nie sądzisz? 

-  CóŜ,  nie  znamy  wszystkich  okoliczności  -  odparł,  patrząc  przed  siebie  na  drogę.  - 

Tak czy inaczej, Caroline zostanie na chirurgii co najmniej przez miesiąc. Dodajmy  do tego 

okres  rekonwalescencji,  a  wypadnie  nam,  Ŝe  nieprędko  wróci  do  pracy.  Tymczasem  jej 

szefowie pamiętają o niej. Zalali ją taką powodzią kwiatów, Ŝe trudno wręcz przecisnąć się do 

łóŜka. 

Rose zamknęła oczy i pomyślała o swojej matce. Ona miała tylko bukiecik fiołków i 

swój modlitewnik. 

W  „Old  Barn”  panował  oŜywiony  tłok.  Kelner  zaprowadził  ich  do  zarezerwowanego 

przez  Paula  stolika  w  rogu  sali.  Zamawiając  smaŜoną  flądrę,  Rose  usłyszała  wybuch 

zbiorowego śmiechu. Odwróciła się i spojrzała na rozbawione, siedzące  kilka stolików dalej 

towarzystwo. Zobaczyła samych znajomych. Leigh McDowie siedział w towarzystwie Tanyi 

Dickenson, 

Laurie 

Moffatt 

oraz 

dwóch 

studentów 

medycyny, 

odbywających 

sześciotygodniową  praktykę  na  oddziale  połoŜniczym.  Wszyscy  śmiali  się  i  Ŝartowali.  Rose 

szybko odwróciła głowę, nie chcąc, by ją rozpoznano. 

-  Widzę,  Ŝe  McDowie  zaleca  się  do  dwóch  najładniejszych  naszych  pielęgniarek  - 

zauwaŜył  Paul.  -  Ciekaw  tylko  jestem,  czy  zagiął  parol  na  obie,  czy  teŜ  jedna  z  nich  ma 

przypaść studentom? 

-  MoŜna  teŜ  przyjąć,  Ŝe  jest  to  zwykłe  koleŜeńskie  spotkanie  -  powiedziała  Rose  i 

natychmiast poŜałowała swoich słów. 

CóŜ bowiem ją obchodziło, czy Leigh McDowie zabawiał się w marcowego kota, czy 

teŜ, załóŜmy, zakochał się w Laurie Moffatt? 

Raz  jeszcze  zerknęła  do  tyłu.  Leigh  kończył  właśnie  mówić  coś  do  Laurie,  na  co  ta 

odpowiedziała perlistym śmiechem. 

- Trzeba przyznać temu gościowi, Ŝe humoru to mu nie brakuje - skomentował Paul. 

- CóŜ, kaŜdy ma jakąś zaletę - rzuciła Rose z lekkim wzruszeniem ramion. 

Nagle  od  rozchichotanego  stolika  dobiegły  ich  radosne  okrzyki.  Towarzystwo  witało 

nowo przybyłą osobę, w której Rose rozpoznała Rogera Maynarda. Kilka miesięcy temu robił 

na  oddziale  połoŜniczym  serię  zdjęć  pewnej  sławnej  matce  i  jej  dziecku,  a  dzisiaj  Paul 

odprawił go z kwitkiem od łóŜka Caroline Trench. 

background image

-  Cześć!  Przepraszam  za  spóźnienie.  Widzę,  Ŝe  zaczęliście  beze  mnie  -  powitał 

przyjaciół Maynard, po czym usiadł obok Laurie Moffatt i pocałował ją w usta. 

A więc, pomyślała Rose, Tanya Dickenson jest dla McDowie'ego. Wlepione w lekarza 

oczy Tanyi jak gdyby potwierdzały tę hipotezę. 

Rose  poczuła  przypływ  ogromnego  znuŜenia.  Z  trudem  unosiła  widelec  do  ust.  Całe 

otoczenie  wydawało  się  zasnute  szarą  mgłą.  Słowa  Paula  przebijały  się  przez  nią  tylko 

częściowo.  Ogarnęło  ją  pragnienie  ciszy  i  samotności.  Widziała  przed  sobą  pogodną  twarz 

matki, która powtarzała jej swoją rozmowę z tym „długowłosym, zabawnym doktorem”. 

Gdy  w  poniedziałek  Rose  otworzyła  oczy,  z  przydomowych  ogródków  dobiegł  ją 

poranny hymn kosów i drozdów. Bezchmurne niebo zapowiadało kolejny upalny dzień. Była 

jeszcze  wczesna  godzina,  więc  nie  ruszając  się  z  łóŜka  pomyślała  o  matce  i  czekającym  ją 

zabiegu  chirurgicznym.  Jak  Brigid  zniesie  operację?  Czy  jej  serce  nie  sprawi  kłopotów 

anestezjologowi?  W  tym  samym  czasie  ona,  Rose,  miała  asystować  doktorowi  Rowanowi 

przy  cesarskim  cięciu  u  pani  Mowbray.  Godność  lekarza  wymagała,  aby  przez  tę  godzinę 

istniała dla niej tylko Jane i jej dziecko. Brigid miała zejść na plan dalszy. 

Punktualnie  o  dziewiątej  Jane  Mowbray  połoŜono  na  stole  operacyjnym.  Doktor 

Okoje,  anestezjolog,  przystąpił  do  jednego  z  trudniejszych  zadań  w  swojej  praktyce.  Musiał 

bowiem zachować kruchą równowagę pomiędzy narkozą a działaniem leków powstrzymują-

cych atak padaczki. Natomiast rolą doktora Cranstone'a, pediatry, było przyjęcie wcześniaka i 

zastosowanie wszelkich moŜliwych środków, aby przed włoŜeniem do inkubatora nic mu się 

nie stało. 

Podczas gdy doktor Rowan i Rose szorowali ręce, siostra Dickenson przygotowywała 

instrumenty  chirurgiczne.  Właściwe  rozłoŜenie  noŜy,  peanów,  ssaków,  klamer,  nici  i  igieł” 

wymagało duŜej znajomości rzeczy, zaś ich podawanie operatorowi - refleksu i zręczności. 

Student  Dan  Clark  miał  przypatrywać  się  operacji.  Jego  kolega,  Ben  Davis,  wybrał 

zabieg usunięcia macicy na oddziale ginekologicznym. 

Doktor Rowan chwycił za skalpel i zrobił pierwsze cięcie w linii od pępka do spojenia 

łonowego.  Po  kilku  minutach  poprzez  powłoki  jamy  brzusznej  i  otrzewną  zagłębienia 

pęcherzowo-macicznego  dostał  się  do  ściany  macicy.  Jeszcze  końcowe  cięcie  w  obrębie 

dolnego odcinka i pozbył się skalpela. Teraz włoŜył  ręce do  gorącego, wilgotnego  gniazda i 

wyjął  z  niego  pisklę  -  maleńkiego,  róŜowego  i  oślizgłego  chłopaczka.  Lekkie  trzepnięcie  w 

pupę  i  chłopiec  z  krzykiem  się  obudził.  Jego  płacz  to  forma  protestu.  Nie  chce  być 

niepokojony.  WyraŜa  swój  gniew  kurczeniem  nóŜek  i  zaciskaniem  piąstek.  Tymczasem 

doktor  Rowan  zawiązał  i  odciął  pępowinę,  po  czym  oddał  szkraba  w  ręce  doktora 

background image

Cranstone'a. Kiedy pediatra wkładał go do inkubatora, chirurg wydobył łoŜysko i wyskrobał 

jamę macicy. Siostra Dickenson będzie teraz podawać juŜ tylko igły i nici. 

W  tym  samym  czasie  w  sali  operacyjnej  na  oddziale  ginekologicznym  profesor 

Horsfield  i  doktor  McDowie,  asystujący  przy  zabiegu,  wymienili  ponad  stołem  spojrzenia. 

Przed podjęciem czynności profesor powoli pokręcił głową. 

W  atmosferze  ogólnego  rozpręŜenia,  gdy  pozostało  juŜ  tylko  zeszycie  powłok  jamy 

brzusznej, Rose uciekła myślami ku matce. Wczoraj uczestniczyły wspólnie w naboŜeństwie 

niedzielnym,  podczas  którego  Brigid  przystąpiła  do  spowiedzi  i  przyjęła  komunię  świętą. 

Oczyszczona z grzechów, z ufnością czekała dnia dzisiejszego i chwili przewiezienia na stół 

operacyjny.  AŜ  wreszcie  ta  chwila  nadeszła  i  teraz  jej  matka  leŜała  tam  bez  świadomości, 

zdana  na  profesjonalizm  i  doświadczenie  profesora  Horsfielda  i  doktora  McDowie'ego.  A 

najdziwniejsze  było  to,  Ŝe  nonszalancki  doktor  całkowicie  podbił  jej  matkę,  i  to  do  tego 

stopnia, iŜ nawiązała się między nimi jakaś intymna, tajemnicza więź. 

O  dziesiątej  doktor  Rowan  zakończył  swoje  krawiecko-chirurgiczne  czynności.  Rose 

nałoŜyła na zaszytą ranę opatrunek, otarła pot z czoła, a po chwili zdjęła maskę i czepek. 

Kiedy  Jane  Mowbray  wywieziona  została  na  korytarz,  przypadł  do  niej  małŜonek, 

który czekał przed salą operacyjną. Nachylił się nad uśpioną Jane i pocałował ją w policzek. 

- Mamy syna, Jane, maleńkiego chwata. Widziałem go. WaŜy prawie dwa kilogramy i 

będzie musiał szybko przytyć. Dziękuję, kochanie... 

Laurie  Moffatt  klepnęła  go  po  ramieniu  i  poinformowała,  Ŝe  przez  najbliŜsze  kilka 

godzin wolno mu będzie pozostać z Ŝoną. Następnie zwróciła się do Rose: 

- Siostra Kelly dzwoniła z ginekologii, abyś zaraz tam przyszła. 

Uwalniając się z zielonego fartucha, Rose lekko drŜała. 

Brigid leŜała juŜ w swoim łóŜku pod kroplówką i z załoŜonym cewnikiem, zaś siostra 

Kelly mierzyła jej właśnie ciśnienie. 

Rose zjawiła się w chwili budzenia się matki z narkotycznego snu. Jej zamglone oczy 

dostrzegły córkę. 

- Rose, córeczko... wybacz mi... wybacz. Rose ujęła w obie ręce dłoń matki. 

- Jestem przy tobie, mamusiu. Nie mów, nie wysilaj się. 

- Tak mi przykro, Rose - wyszeptała matka. 

-  Cicho,  mamusiu.  Wszystko  jest  na  jak  najlepszej  drodze.  Masz  mnie  przy  sobie, 

teraz i na zawsze. 

Brigid zamknęła oczy. Wydawało się, Ŝe ponownie zapadła w sen. 

background image

- Wezwałam panią, pani doktor - odezwała się siostra Kelly - bo pomyślałam sobie, Ŝe 

po odzyskaniu przytomności powinna panią pierwszą zobaczyć. 

-Dziękuję,  siostro...  Ale  dlaczego  prosiła  mnie  o  wybaczenie?  PrzecieŜ  to  ja  jestem 

winna. To przeze mnie jej choroba osiągnęła stan zaawansowany... 

Ukryła  twarz  w  dłoniach.  Stała  tak  przez  dłuŜszą  chwilę,  przytłoczona  wyrzutami 

sumienia, kiedy nagle poczuła, Ŝe obejmują ją czyjeś mocne ramiona. 

Dała się wyprowadzić z pokoju niczym mała, bezradna dziewczynka. 

Dopiero  na  korytarzu  uniosła  głowę  i  zobaczyła  Leigha  McDowie'ego.  Z  pewnością 

wiedział więcej niŜ ona. 

-  Dlaczego  Brigid  prosiła  mnie  o  wybaczenie?  Co  mam  jej  wybaczać?  -  zapytała 

długowłosego doktora. 

-  MoŜe  uświadomiła  sobie,  Ŝe  robisz  sobie  gorzkie  wyrzuty,  iŜ  pozwoliłaś  jej 

przemilczeć  i  zlekcewaŜyć  pierwsze  objawy  choroby.  Ale  moŜe  są  to  tylko  słowa 

wypowiedziane w stanie półsnu, których później w ogóle nie będzie pamiętać. Porozmawiasz 

z nią, kiedy narkoza całkiem przestanie działać. 

- A dlaczego tak prędko wróciła z sali operacyjnej? 

-  PoniewaŜ  zabieg  został  ukończony,  kochanie  -  rzekł  ciepłym,  łagodnym  głosem, 

gładząc ją po włosach. - Profesor Horsfield, kiedy upora się ze wszystkimi wyznaczonymi na 

dzisiejsze przedpołudnie operacjami, z pewnością zaprosi cię na rozmowę. 

-  I  co  mi  powie?  -  zapytała,  zagłębiając  spojrzenie  w  ciemnych  oczach  Leigha 

McDowie'ego. 

Ujrzała  w  nich  współczucie.  Współczucie  dla  niej  i  jej  matki.  Zobaczyła  prawdę, 

zanim ją usłyszała. 

- A więc nie mógł nic zrobić! Nie uratował jej! Mój BoŜe! 

Leigh dotknął palcami jej otwartych w niemym szlochu ust. 

-  Przestań,  Rose.  Przestań  natychmiast.  Masz  być  dzielna  i  silna.  Dla  jej  dobra.  Ona 

cię potrzebuje. 

Głęboko wciągnęła powietrze w płuca. 

- Tak, spróbuję. Wezmę się w karby. Dzięki, Leigh. 

Rose  dotrzymała  obietnicy.  Kiedy  w  południe  profesor  Horsfield  zapoznawał  ją  w 

swoim gabinecie z faktycznym stanem rzeczy, uderzył go jej spokój i opanowanie. 

-  Zastosowałem  zabieg  radykalny.  Wyciąłem  drogą  brzuszną  całą  macicę  wraz  z 

jajnikami,  tkanką  łączną,  węzłami  chłonnymi  miednicy  mniejszej  oraz  mankietem  pochwy, 

ale  obawiam  się  większego  pola  inwazji.  Rokowania  przy  tym  stopniu  klinicznego 

background image

zaawansowania  nowotworu  nie  mogą  być  pocieszające.  Poza  tym  musimy  liczyć  się  z 

powikłaniami  ze  strony  dróg  moczowych,  odbytnicy  oraz  układu  chłonnego.  W  tobie  więc 

cała nadzieja, Rose, Ŝe podtrzymasz na duchu swoją matkę. 

- Jak długo jeszcze, panie profesorze? 

Zadając  to  pytanie,  które  cięŜko  chorzy  pacjenci  lub  ich  krewni  zadają  od 

niepamiętnych czasów lekarzom, uśmiechnęła się nerwowo. 

-  KtóŜ  to  moŜe  wiedzieć.  Miesiąc,  moŜe  dwa  albo  trzy.  Wiesz  sama,  jak  trudno  jest 

lekarzowi  przewidzieć  sprawy  ostateczne.  Na  razie  najwaŜniejsze  zadanie,  jakie  przed  nami 

stoi, to nie dopuścić, aby pani Gillis wpadła w apatię lub rozpacz. 

- Tak, oczywiście. Dziękuję, panie profesorze. 

- Na resztę dnia moŜesz zwolnić się z pracy. 

-  Dziękuję,  ale  chyba  tego  nie  zrobię.  Chcę  funkcjonować  normalnie,  a  zawsze 

przecieŜ mogę zajrzeć do mamy. 

-  Jak  sobie  Ŝyczysz,  moja  droga.  Być  moŜe  masz  rację.  śycie  musi  toczyć  się  dalej. 

Słyszałem, Ŝe dziecko pani Mowbray jest zdrowe, a operacja przebiegła bez komplikacji. Gdy 

tylko znajdę trochę czasu, pójdę odwiedzić matkę. 

- Teraz moŜemy trzymać jej epilepsję pod kontrolą. 

-  Oczywiście.  Tak  oto  niektóre  ścieŜki  wyprostowują  się,  inne  zaś  wikłają  jeszcze 

bardziej. 

W milczeniu podali sobie ręce. 

Idąc  korytarzem  na  oddział  połoŜniczy  Rose  natknęła  się  na  Paula.  Wydawał  się 

czymś podniecony, jakkolwiek powodem z pewnością nie było radosne wydarzenie. 

-  Kochanie,  myślałem  o  tobie  przez  cały  ranek,  Ŝe  asystujesz  przy  cesarskim,  mając 

równocześnie na stole operacyjnym swoją matkę. Jak ona się czuje? 

Oddała mu pocałunek i blado się uśmiechnęła. 

- Wspaniale. Jest na morfinie, Paul. 

- Ach, tak. 

Zrozumieli się bez zbędnych słów. 

- A jak ty się czujesz, Paul? - zapytała, czując, Ŝe coś go zaprząta nieomal bez reszty. 

- Jestem wściekły jak diabli i będę walczył, Rose. Ten sukinsyn fotograf! 

Wyraz twarzy Paula przestraszył ją. 

- Czy coś się stało? 

background image

-  Kup  dzisiejszą  popołudniówkę,  a  zobaczysz  zdjęcie  biednej  Caroline  w  gipsie  i 

bandaŜach.  Wierz  mi,  Rose,  jeŜeli  to  sprawka  Maynarda,  to  wybiję  mu  wszystkie  zęby  tą 

pięścią. 

- Na rany Chrystusa, nie rób niczego pod wpływem emocji, w gorączce i zaślepieniu. 

Zanim kogokolwiek oskarŜysz, upewnij się co do faktów. Proszę, Paul. A teraz muszę wracać 

do swoich obowiązków. Spotkamy się później. 

Wchodząc do pokoju dla personelu, usłyszała najpierw śmiech wpleciony w rozmowę, 

a  po  chwili  zobaczyła  pochylonych  nad  rozłoŜonym  dziennikiem  doktora  McDowie'ego  i 

siostrę Pardoe. 

-  Cześć,  Rose  -  powitał  ją  Leigh.  -  Podejdź  i  rzuć  swoim  ślicznym  oczkiem  na  te 

obrazki. 

Gazeta  zamieściła  trzy  zdjęcia.  Na  pierwszym  z  nich  widać  było  Caroline  Trench  z 

głową  obwiązaną  bandaŜem.  Drugie  ukazywało  ją  w  pozycji  leŜącej,  z  nogą  w  gipsie  i  z 

podłączoną do Ŝyły kroplówką. Trzecie wydawało się najciekawsze. Ponad morzem kwiatów 

aktorka  patrzyła  gdzieś  w  dal  uduchowionym  wzrokiem,  zaś  dwie  pocieszycielki  w 

pielęgniarskich  kitlach  siedziały  po  obu  jej  bokach  i  czule  głaskały  po  lewym  i  prawym 

ramieniu.  Wybity  tłustymi  literami  tytuł  brzmiał:  CZUWANIE  SIÓSTR  SZPITALA  W 

BELTONSHAW PRZY POGRĄśONEJ W BÓLU CAROLINE. 

-  Nie  mogę  pojąć  -  wyznała  siostra  Pardoe,  czterdziestokilkuletnia  Szkotka  o  miłej 

twarzy - jak ktoś z zewnątrz mógł zrobić te zdjęcia. Znam siostrę Banks z oddziału chirurgii i 

wiem, Ŝe nigdy na coś takiego by nie pozwoliła. Siostro Dickenson, czy widziała juŜ siostra 

dzisiejszą  popołudniówkę?  -  zwróciła  się  do  wchodzącej  Tanyi,  która  od  drzwi  rzuciła 

szybkie spojrzenie w kierunku doktora. 

OŜywiło to w pamięci Rose obraz tamtego wieczoru w „Old Barn”. Przystojny Roger 

Maynard mógł ostatecznie uŜyć całego swego męskiego uroku, by skłonić nocny personel do 

wpuszczenia go do pokoju popularnej aktorki. 

- A swoją drogą - zauwaŜył Leigh - to do jej makijaŜu nie sposób się przyczepić. 

Tanya zachichotała. 

Faktycznie,  wiele  wskazywało  na  to,  Ŝe  Caroline  nie  była  zmuszona  do  pozowania 

wbrew swojej woli. 

Cała  trójka  zaczęła  snuć  domysły.  Z  uwagi  na  Paula,  Rose  ani  myślała  brać  w  tym 

udziału. 

background image

- Przepraszam, Ŝe przerywam - powiedziała w pewnym momencie - ale muszę zrobić 

obchód sal przedporodowych. Siostro Dickenson, czy ma siostra ostatnie dane o cięŜarnych? 

Czy u pani Lambert, tej z przodującym łoŜyskiem, nie wzmogło się czasami krwawienie? 

-  Oczywiście,  Ŝe  nie,  pani  doktor.  Gdyby  tak  było,  zdąŜyłabym  juŜ  postawić  na  nogi 

całą druŜynę połoŜniczą - odparła Tanya, odrzucając do tyłu swoje śliczne jasnoblond włosy. 

Rose zesztywniała, kiedy zaś zauwaŜyła na twarzy Leigha szybko stłumiony uśmiech, 

jej  pomieszanie  objawiło  się  gorącym  rumieńcem  na  szyi  i  policzkach.  Trudno  jej  było 

uwierzyć,  Ŝe  dwie  godziny  temu,  tam,  w  pokoju  matki,  ten  człowiek  trzymał  ją  w  swoich 

ramionach, ona zaś ufnie przytulała się do niego. Oby jak najszybciej mogła zapomnieć o tej 

scenie! 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Mijały  upalne  lipcowe  dni.  Rose  wdraŜała  się  w  nową  rolę  starszej  asystentki.  Leigh 

McDowie okazał się kompetentnym współpracownikiem, który wykonywał swoje obowiązki 

bez  pośpiechu,  lecz  rzetelnie  i  z  rozwagą.  Czasami  irytował  ją  tylko  swoją  skłonnością  do 

obracania  wszystkiego  w  kpinę  i Ŝart.  Ale  pacjentki  przepadały  za  nim,  chętnie  śmiały  się  z 

jego dowcipów, i to chyba było najwaŜniejsze. 

- Obawiałbym się o kondycję dziecka tej Pendle - powiedział pewnego popołudnia, w 

tydzień po operacji Brigid Gillis. 

-  Aha,  chodzi  ci  o  tę  Trish  Pendle  z  zespołem  gestozy  -  podjęła  Rose.  -  Biedna 

dziewczyna. Osiemnaście lat, porzucona przez chłopaka, rodzice rozwiedzeni. Nawet trudno 

się  dziwić,  Ŝe  poszła  z  pierwszym  lepszym,  który  zwrócił  na  nią  uwagę.  Raczej  typowa 

historia. 

-  Trish  Pendle  jest  przede  wszystkim  horrendalnie  głupia  -  wtrąciła  gwałtownym 

tonem Tanya Dickenson. - Zamiast leŜeć w łóŜku, jak Pan Bóg i lekarz przykazał, wyskakuje 

co  pół  godziny  na  klatkę  schodową,  gdzie  kopci  jak  komin  fabryczny.  Odmawia 

przyjmowania  Ŝelaza,  twierdząc,  Ŝe  jej  nie  słuŜy.  I  zamiast  ściśle  przestrzegać  diety,  co 

wieczór opycha się frytkami, w które zaopatruje ją jej przyjaciółka. W rezultacie do obrzęków 

dochodzi jeszcze nadwaga. 

- Spróbuję z nią porozmawiać - powiedziała Rose. 

-  Umówię  ją  teŜ  z  dietetykiem,  by  sprawdził,  co lubi,  a  czego  nie  znosi. Tymczasem 

zaś odstawimy Ŝelazo w pigułkach i zaczniemy podawać w syropie. 

-  Ma  coraz  wyŜsze  ciśnienie,  Leigh  -  kontynuowała  Tanya.  -  Dziś  rano  miała  sto 

czterdzieści  pięć  na  dziewięćdziesiąt  pięć.  Do  granicy  sto  sześćdziesiąt  na  sto,  za  którą 

zaczyna się cięŜka postać gestozy, jak widać, niedaleko. Zwiększa się teŜ ilość białka wyda-

lanego  z  moczem.  UwaŜam,  Ŝe  trzeba  zacząć  jej  podawać  środki  uspokajające.  Inaczej  nie 

zatrzymamy jej w łóŜku. 

-  Porozmawiam  o  Trish  z  profesorem  Horsfieldem  podczas  jutrzejszego  obchodu  - 

oświadczyła Rose, próbując uciąć dyskusję. 

Denerwował ją upór siostry Dickenson w dąŜeniu do bycia pielęgniarką i diagnostą w 

jednej osobie. 

- Przedtem trzeba zrobić Pendle ultrasonografię - rzucił Leigh. - Czy mogłabyś wziąć 

to na siebie. 

background image

-  Ultrasonografię?  -  zapytała  Rose,  nie  kryjąc  zdumienia.  -  Przechodziła  to  badanie 

dziesięć  dni  temu.  Wykazało,  Ŝe  ciąŜa  trwa  juŜ  trzydzieści  sześć  tygodni.  Nie  ma  sensu 

powtarzać badania. 

-  Jeśli  mam  to  załatwić  jeszcze  dzisiaj  -  powiedziała  Tanya,  ignorując  Rose  -  muszę 

mieć zaznaczone na skierowaniu, Ŝe sprawa jest pilna. 

- Jasne, ogłosimy stan wyjątkowy - odparł Leigh. 

- A swoją drogą pertraktuj z tymi z laboratorium najbardziej uwodzicielskim głosem, 

na  jaki  cię  stać.  Natomiast  ty,  Rose,  zanim  uśmiercisz  mnie  tymi  swoimi  cudnymi  oczami, 

wiedz, Ŝe chodzi mi o ultrasonografię nerek. 

- Po co? PrzecieŜ nic nie wskazuje na ich złą pracę. 

-  Obawiam  się,  Ŝe  zdrowotne  problemy  Trish  nie  sprowadzają  się  tylko  do  gestozy  - 

powiedział  Leigh  w  zamyśleniu.  -  Tanya,  chciałbym,  Ŝebyś  zrobiła  jej  wykres  falowań 

temperatury  w  okresach  czterogodzinnych  oraz  dokładny  bilans  pobierania  i  wydzielania 

płynów. Być moŜe uzyskamy w ten sposób jakieś wskazówki. Zgadzasz się, Rose? 

Nie potrafiła spierać się w tej sprawie z lekarzem internistą o kilkuletniej praktyce, z 

którego opiniami liczył się notabene sam profesor Horsfield. Przyzwalająco kiwnęła głową. 

-  Lynne  Westbrook  to  druga  smutna  dziewczyna,  choć  z  całkiem  innych  przyczyn  - 

rzekł, biorąc do ręki kolejną kartę chorobową. 

-  Ta,  która  w  połowie  września  ma  urodzić  bliźniaki?  -  upewniła  się  Rose.  -  Tak, 

chociaŜ  nietrudno  wczuć  się  w  jej  połoŜenie.  Inteligentna,  ładna,  z  dopiero  co  obronionym 

dyplomem w kieszeni. Otwierała się przed nią przyszłość, a tu nagle tego rodzaju wpadka... 

- Szczerze jej współczuję - powiedziała Tanya. 

- Jej przyjaciel chciał, Ŝeby usunęła ciąŜę. Kiedy odmówiła, zniknął z horyzontu. 

- Na świecie roi się od takich przyjemniaczków - zauwaŜył Leigh. 

-  Jej  rodzice  -  ciągnęła  pielęgniarka  -  to,  zdaje  się,  stare  rodowe  ziemiaństwo. 

Rozmowa z nimi musiała być dla Lynne wizytą w piekle. Powiedzieli, Ŝe nie przyjmują tego 

do  wiadomości.  Ma  do  nich  w  październiku  wrócić  panną  i  dziewicą.  Stanęła  więc  kwestia 

adopcji  i,  jak  słyszałam,  nasza  socjalna,  pani  McClennan,  rozgląda  się  za  bezdzietnym 

małŜeństwem, które gotowe by było adoptować bliźniaki. 

Rose znała jedno bezdzietne małŜeństwo. Byli to Grace i Alfred Bradshaw z wypadku 

na autostradzie. Rodzi się tylko pytanie: Czy zainteresowaliby się tego rodzaju propozycją? 

- Chodźmy, doktorze McDowie - powiedziała wstając. - Czekają na nas młode matki i 

ich nowo narodzone dzieci. 

background image

Sale  poporodowe  znajdowały  się  na  parterze.  Tu  równieŜ  panował  upał,  który 

wydawał  się  nawet  bardziej  dokuczliwy.  Tęga  i  czarnoskóra  siostra  Dorothy  Beddows, 

zawsze  pogodna  i  uśmiechnięta,  tym  razem  była  nieco  apatyczna.  Mimo  to  ze  szczerym 

zainteresowaniem  zapytała  o  zdrowie  pani  Gillis,  po  czym  wsunęła  do  kieszeni  kitla  Rose 

mały srebrny krzyŜyk. 

Zaczęli obchód. Noworodki darły się wniebogłosy, zaś matki wyglądały na zmęczone 

i  niewyspane.  Tylko  Jane  Mowbray  uśmiechała  się  czułym,  rozanielonym  uśmiechem.  Jej 

synek, Luke, wyprowadził się właśnie z inkubatora i miała go wreszcie przy sobie. Niemowlę 

ssało z butelki. 

-  Oczywiście,  chciałabym  go  karmić  piersią,  pani  doktor,  ale  rozumiem,  Ŝe  prochy, 

które łykam, nie pozwalają na to. Czy nie jest piękny? I waŜy juŜ ponad dwa kilo! 

Patrząc,  z  jakim  zapałem  Luke  doi  butelkę,  moŜna  było  śmiało  załoŜyć,  Ŝe  prędko 

dogoni wagą swoich rówieśników. 

- I nic ci nie dolega, Jane? - zapytała Rose. 

-  Zupełnie  nic.  śadnych  komplikacji.  Szew  goi  się  wspaniale  i  juŜ  mnie  prawie  nie 

boli.  Spaceruję,  biorę  prysznic,  właściwie  na  upartego  mogłabym  juŜ  nawet  jeździć  na 

rowerze - zapewniała szczęśliwa matka. 

Podczas  gdy  Leigh  rozmawiał  z  siostrą  Beddows  na  temat  jej  córki,  która  po  raz 

pierwszy  zaszła!  w  ciąŜę,  Rose  studiowała  kartę  chorobową  pani  Mowbray.  W  pewnym 

momencie dobiegła ją wymiana! zdań pomiędzy matkami. 

-  Jeśli  będę  chciała  przestawić  dziecko  na  butelkę,  zrobię  to,  mając  w  nosie  ich 

zalecenia  i  rady  -  powiedziała  ściszonym  głosem  jedna  z  matek,  dwudziestoletnia 

dziewczyna. 

-  MoŜesz  Ŝałować  swemu  dziecku  najlepszego  i  najcenniejszego  pokarmu,  twoja 

sprawa.  Ja  mam  zamiar  karmić  mojego  synka  tylko  piersią.  I  dlatego  zabroniłam 

pielęgniarkom  dawać  mu  nocami  mleko  z  butelki  -  oświadczyła  druga  autorytatywnym 

tonem. 

Pani  Gainsford  chodziła  do  tej  samej  szkoły  co  Rose,  tyle  Ŝe  dziesięć  lat  wcześniej. 

Mimo swoich trzydziestu pięciu lat, po raz pierwszy leŜała w połogu. 

- Łatwo ci mówić - dołączyła trzecia, wieloródka - ale przez twojego krzykacza Ŝadna 

z nas ostatniej nocy nie zmruŜyła oka! Brakuje w tym szpitalu oddzielnego pomieszczenia dla 

niemowląt,  do  którego  byłyby  zanoszone  na  noc,  aby  matki  mogły  wyspać  się  i  odpocząć. 

Kiedy  byłam  tu  z  pierwszym  dzieckiem,  praktykowano  jeszcze  coś  takiego.  -  ZauwaŜyła  na 

background image

sobie wzrok doktor Gillis i podniosła głos. - Idiotyczny pomysł, by przez okrągłą noc trzymać 

matki razem z noworodkami. 

-  Lecz  zapewne  we  własnym  domu  nie  będzie  pani  rozstawała  się  z  dzieckiem?  - 

odezwała się Rose. 

- Tak, ma się rozumieć, ale będę miała tylko swoje. Po prostu nie chcę wysłuchiwać w 

ś

rodku nocy krzyków, pisków i mlaskań j e j dzieciaka! 

Pani Gainsford aŜ zatrzęsła się z oburzenia. 

-  Jak  pani  śmie!  Osoby  takie  jak  pani  nie  potrafią  wczuć  się  w  sytuację  kogoś 

drugiego,  nie  potrafią  teŜ  wyrzec  się  własnych  wygód  dla  zapewnienia  swemu  dziecku 

optymalnych warunków rozwoju. Czy w ogóle zna pani słowo „poświęcenie”? 

W  tym  krytycznym  momencie,  Ŝeby  zapobiec  większej  awanturze,  interweniowała 

siostra Beddows. 

- Spokojnie, moje panie. Nie chcemy tu Ŝadnych niepotrzebnych kłótni. RóŜnimy się 

między  sobą,  to  oczywiste.  Mamy  odmienne  przekonania,  odmienne  charaktery,  odmienny 

sposób patrzenia na świat. I dlatego musimy nauczyć się tolerancji. śyć tak, aby pozwolić Ŝyć 

innym. Wasze dzieci są piękne i kochane, podziękujcie za nie Bogu. I niech zapanuje między 

wami zgoda i harmonia. Te kilka dni, jakie spędzicie tu ze sobą, powinny pozostać w waszej 

pamięci jako dni szczęśliwe. 

- Co za giez ją ukąsił, Dorothy? - zapytała Rose czarnoskórą siostrę, kiedy całą trójką 

wyszli na korytarz. - Czy to z powodu tego nieznośnego upału? 

Na  szerokiej  twarzy  pielęgniarki  malowała  się  pełna  napięcia  powaga.  Westchnęła  i 

potrząsnęła głową z rozgoryczeniem. 

-  Dosłownie  tracę  wszelką  ochotę  do  Ŝycia,  kiedy  widzę  moje  matki  w  takich 

paskudnych  nastrojach.  Kłótnie  się  powtarzają,  a  ja  jestem  bezsilna.  Ale  po  co  będę  się 

skarŜyć przed tobą, Rose. Ty i tak niesiesz cięŜkie brzemię z powodu choroby matki... 

-A więc niech siostra ponarzeka przede mną - zasugerował Leigh, obejmując w pasie 

jej rozłoŜyste kształty. 

Pomimo  głębokiego  rozgoryczenia,  Dorothy  Beddows  uśmiechnęła  się,  Rose  zaś 

zauwaŜyła,  Ŝe  Leigh  wkłada  tyle  samo  czaru  w  uwodzenie  kobiet  w  średnim  wieku,  co  w 

podbój młodej i ślicznej dziewczyny w rodzaju Tanyi. 

-  To  wszystko  przez  Philipa  Cranstone'a  -  powiedziała  Dorothy,  przełamując 

wewnętrzny opór. 

Rose  i  Leigh  spojrzeli  na  siebie  ze  zdumieniem.  Doktor  Cranstone  pracował  w  tym 

szpitalu  od  pewnego  czasu  i  podbił  serca  wszystkich  jako  pediatra.  OŜenił  się  z  jedną  z 

background image

pielęgniarek  i  wkrótce  stali  się  dumnymi  rodzicami  chłopca.  Zaliczali  się  do  najbliŜszych 

przyjaciół Dorothy Beddows. 

-Mów dalej, Dorothy. W czym problem? - zachęcała Rose. 

- Myślę tu o głośnej kampanii na rzecz karmienia piersią, jaką nie tak dawno rozpętał 

Philip.  „Nie  chowaj,  matko,  swych  piersi”,  „Najlepsza  matczyna  pierś”,  „Naturalne  jest 

piękne”  -  tak  brzmiały  niektóre  hasła.  Presja  była  tak  duŜa,  Ŝe  matki  w  szpitalu  wręcz  nie 

ś

miały odmawiać piersi swym dzieciom. 

- I słusznie - zauwaŜył Leigh. - Po to ostatecznie są te dwa gruczoły, które nazywamy 

piersiami.  I  jakąŜ  wygodę  stanowią!  Są  zawsze  pod  ręką,  nie  trzeba  ich  wyjaławiać  poprzez 

gotowanie,  są  niezastąpione  dla  dziecka,  nic  nie  kosztują...  Zaiste,  „Matka  karmiąca 

najwyŜszą formą macierzyństwa”. 

- Pominąłeś, jak zwykle, rzecz najwaŜniejszą - suchym głosem powiedziała Rose. - To 

mianowicie, Ŝe karmienie piersią spaja szczególnymi więzami matkę i dziecko. 

-  Tyle  Ŝe  jest  róŜnica  pomiędzy  teorią  a  praktyką  kontynuowała  pielęgniarka.  - 

Wierzcie mi, pracuję z matkami juŜ dostatecznie długo, aby się przekonać, Ŝe nic nie jest tak 

proste  i  łatwe,  jak  wydaje  się  na  pierwszy  rzut  oka.  Niektóre  matki,  i  z  pewnością  pani 

Gainsford  do  nich  naleŜy,  czerpią  z  karmienia  piersią  autentyczną  radość.  Inne  karmią  w 

atmosferze  przymusu  i  utyskiwań.  Ale  są  i  takie,  które  po  prostu  nie  chcą  i  juŜ  pierwszego 

dnia sięgają po butelkę. 

-  A  czy  nie  jest  zadaniem,  wręcz  misją  personelu  pielęgniarskiego,  by  ukazał  im 

wszystkie dobre strony karmienia naturalnego? - zapytał Leigh. 

-  Problem  w  tym,  Ŝe  Ŝyjemy  w  bardzo  zróŜnicowanym  i  stechnicyzowanym 

społeczeństwie.  Nie  ma  tu  jednej  recepty,  a  i  kobiety  nie  są  juŜ  tak  potulne,  by  godziły  się 

przyjmowć  tradycję  z  dobrodziejstwem  inwentarza.  Mają  własne  pomysły  i  próbują  je  nam 

narzucić. Kiedy więc widzę, by tak rzec, nowoczesną matkę, nie próbuję się przeciwstawiać i 

przyzwyczajam  dziecko  od  razu  do  butelki.  Stosuję  argumentację  tylko  wtedy,  gdy 

napotykam  otwartość  i  gotowość  uznania  autorytetu  osoby  w  pielęgniarskim  lub  lekarskim 

kitlu. 

-  Wspomniałbym  tu  jeszcze  o  jednym,  Dorothy  -  dodał  Leigh.  -  O  postawie 

konsumenckiej  dzisiejszych  społeczeństw.  Mleko  w  proszku  jest  takim  samym  towarem  jak 

kaŜdy  inny.  Producenci  prześcigają  się  w  reklamie,  wymyślaniu  pięknych  opakowań  i 

róŜnych nowinek. To wszystko wpływa na kobiety, które lepiej się czują w supermarketach z 

pełnym  koszykiem,  niŜ  ze  swoją  nader  skromną  piersią  w  domowym  zaciszu.  Poza  tym 

kiedyś jedyną alternatywą dla matki było pełne bakterii mleko krowie. 

background image

-  Bogatsze  panie  -  uściśliła  Dorothy  -  wynajmowały  mamki,  które  w  zamian  za 

pieniądze  godziły  się  karmić  ich  dzieci  kosztem  swoich  własnych.  A  kiedy  biedna  kobieta 

umarła podczas porodu, co dawniej zdarzało się nader często, jej dziecku podawano mleko od 

krowy.  Niektórym  z  takich  dzieci  udawało  się  przeŜyć.  Sama  naleŜę  do  nich  -  dodała 

melancholijnym tonem. 

Rose  zauwaŜyła  cień  smutku  na  jej  twarzy  i  uznała,  Ŝe  dyskusja  ta  trwa  juŜ 

wystarczająco długo. Postanowiła ją zakończyć. 

-  Będziemy  starali  się  wniknąć  w  problem  i  być  moŜe  nawet  zrobimy  w  tym  celu 

spotkanie  pediatrów  z  połoŜnikami.  W  kaŜdym  razie  zwrócę  się  z  tą  sprawą  do  profesora 

Horsfielda. Tak czy inaczej, presja na karmienie piersią nie moŜe przybierać formy dyktatu. 

- Czyli co się komu podoba, czy tak, Rose? - zapytał Leigh na poły ironicznie. - Phil 

Cranstone  jest  doskonałym  pediatrą  i  teraz,  kiedy  został  tatusiem  i  zna  rzeczy  z  pierwszej 

ręki, moŜe być chyba uznany za niepodwaŜalny autorytet w swojej dziedzinie. 

- Ale niech sobie nie  wyobraŜa - wtrąciła Dorothy, idąc w sukurs Rose -  Ŝe z kaŜdej 

matki zrobi panią Gainsford czy teŜ swoją Ŝonę, Annette, która mieszkali w pięknym domu, 

sprzątanym przez słuŜbę, i moŜe całkowicie poświęcić się swojemu dziecku. Zapominasz, Ŝe 

kaŜda matka to jakaś indywidualność. 

- RównieŜ kaŜde dziecko - wtrąciła Rose. 

-  I  co  jest  dobre  dla  jednej  osoby,  nie  musi  być  idealne  dla  innej.  Potwierdza  to 

chociaŜby sprzeczka tych trzech matek, której byliśmy świadkami. 

-  CóŜ,  uwaŜam,  Ŝe  obie  za  bardzo  się  gorączkujecie  tym  wszystkim,  co  siłą  rzeczy 

prowadzi  do  zaślepienia.  Ostatecznie  Cranstone  jest  na  bieŜąco  z  ostatnimi  osiągnięciami 

naukowymi i skoro... 

- I skoro jest męŜczyzną, to na pewno ma rację, czy tak? - wybuchnęła Rose. 

- Klasyczny męski szowinizm. - Dorothy postawiła kropkę nad „i”. 

Ich reakcja całkowicie go zaskoczyła. 

-  Och,  dość  tego,  dziewczęta!  Trochę  więcej  zdrowego  rozsądku!  Racja  nie  jest 

związana z płcią... 

Mógłby argumentować dalej, praktycznie bez końca, ale zainteresowały go oczy Rose. 

Z niebieskich stały się fiołkowe. Z pięknych jeszcze piękniejsze. 

-  Racja  nie  jest  związana  z  płcią,  ale  moŜe  być  z  nią  związane  przekonanie  o  racji  - 

rzekła  Rose  pogardliwym  tonem.  -  OtóŜ  jestem  zdecydowana  prosić  profesora  Horsflelda  o 

zorganizowanie spotkania, na którym doktor Cranstone szczegółowo zapozna siostry połoŜne 

ze swoimi racjami. 

background image

- I matki równieŜ - dorzuciła Dorothy. 

- Tak, ostatecznie to o nie chodzi w tym wszystkim. O nie i ich dzieci - zgodziła się 

Rose. - Słowem, zrobię wszystko,  aby twoje matki, Dorothy, były szczęśliwe i nie czuły się 

poddawane jakiejś nieznośnej presji. 

-  Dzięki,  Rose.  Wiedziałam,  Ŝe  mogę  liczyć  na  ciebie.  Z  drugiej  jednak  strony  nie 

chciałabym poróŜnić cię z Philipem ani z panem, doktorze McDowie. 

-  Nie  ma  sprawy,  siostro.  Mnie  równieŜ  leŜy  na  sercu  dobro  matek  -  odpowiedział 

Leigh  tonem,  który  Rose  uznała  za  skandalicznie  protekcjonalny.  -  A  teraz  proszę  mi 

wybaczyć. Mam waŜne spotkanie z wyjątkową kobietą. Nie chciałbym, Ŝeby czekała. Spokoj-

nego dyŜuru, Rose. Nie nadweręŜaj sobie nerwów, moja niebieskooka. 

Po tych słowach odszedł. 

-  Uff!  MoŜemy  wreszcie  odetchnąć!  -  wykrzyknęła  Rose  pełnym  emfazy  głosem.  - 

Siostra Dickenson moŜe teraz cieszyć się do woli jego towarzystwem. Nasz przyjaciel, doktor 

McDowie, wiele jeszcze będzie musiał nauczyć się o kobietach. 

- Być moŜe - z rezerwą przyznała Dorothy Beddows, umykając w bok ze spojrzeniem. 

- A ty, Rose, pewnie masz zamiar wystąpić w roli nauczycielki? 

Wydawało  się,  Ŝe  los  zawziął  się  na  Rose,  by  tego  popołudnia  nie  mogła  odwiedzić 

swojej matki. Za kaŜdym razem kiedy wybierała się juŜ na oddział ginekologiczny, pojawiała 

się  jakaś  nieprzewidziana  przeszkoda.  A  to  kobiecie,  którą  przywiozło  pogotowie  i  która 

poroniła  trzynastotygodniowy  płód,  trzeba  było  wyłyŜeczkować  jamę  macicy,  a  to  znowu 

zaszyć cięcie krocza, którego dokonał student Ben Davis, odbierając dopiero trzecie dziecko 

w Ŝyciu. 

-  To  był  wspaniały  moment  -  wyznał  Ben,  dumny  ze  swego  wyczynu.  -  Kiedy  juŜ 

rodząca zaczęła przeć i ukazała się główka dziecka, poczułem się tak, jak gdybym... 

- Jak gdybyś w pełni kontrolował sytuację? - podpowiedziała Rose, trochę rozbawiona 

jego entuzjazmem. 

-  Coś  w  tym  rodzaju.  A  siostra  połoŜna,  która  mi  asystowała,  okazała  się  wprost 

cudowna. UwaŜając na wszystko, równocześnie dała mi całkiem wolną rękę. 

Miałem  teŜ  chwilę  prawdziwego  strachu.  Kiedy  główka  dokonała  zwrotu 

zewnętrznego  do  prawego  uda  matki  i  miało  nastąpić  wytoczenie  się  barku  przedniego, 

zobaczyłem wokół szyi dziecka pępowinę... 

- O, rany! - wykrzyknęła Rose. - I zdołałeś przerzucić ją przez główkę? 

-  Nie,  była  zbyt  napręŜona.  Nie  miałem  wyboru.  Chwyciłem  noŜyczki  i  dokonałem 

odpępnienia przed właściwym czasem. - Uśmiechnął się tryumfalnie. 

background image

- Wiesz, myślę, Ŝe połoŜnictwo moŜna polubić. Nie chciałbym być sentymentalny, ale 

uczestnictwo  w  narodzinach  człowieka  jest  czymś  w  rodzaju  rzadkiego  przywileju.  A  poza 

tym  mąŜ  pacjentki  nazwał  mnie  „panem  doktorem”...  Tylko  nie  śmiej  się  ze  mnie,  Rose, 

przepraszam, doktor Gillis. 

A  jednak  Rose  w  głębi  duszy  uśmiechnęła  się  pobłaŜliwie  na  myśl  o  zachwytach  i 

uniesieniach  Bena.  Były  one  czymś  zwykłym  w  jego  wieku,  kiedy  serce  i  umysł  idealizują 

cały  świat,  tak  jak,  z  drugiej  strony,  czymś  zwykłym  u  studentów  był  szok  związany  z  wi-

dokiem nagiej kobiety w połogu. 

Wróciła do pokoju, aby napisać krótkie sprawozdanie z porodu. Właśnie je kończyła, 

kiedy weszła siostra Moffatt. 

-  Mam  coś  interesującego  dla  pani,  doktor  Gillis  -  powiedziała  od  drzwi,  wyciągając 

rękę z róŜową kartką, w której Rose rozpoznała zapis badania ułtrasonograficznego. - Wyniki 

Trish Pendle z dzisiejszego popołudnia. 

Rose wzięła kartkę i przeczytała: 

„Lewa  nerka  mała,  słabo  wykształcona,  wykazująca  stan  uśpienia  czynnościowego; 

podejrzenie  wrodzonej  ułomności  (moŜliwa  teŜ  chroniczna  niedoczynność);  prawa  nerka  z 

objawami umiarkowanego wodonercza &a skutek utrudnionego odpływu.” 

Wpatrywała  się  w  odręcznie  skreślone  słowa  z  mimowolnym  lękiem.  A  więc 

przeczucie  nie  zawiodło  Leigha:  dziewczyna  miała  praktycznie  tylko  jedną  nerkę.  Druga, 

prawdopodobnie  od  urodzenia,  była  tylko  czymś  w  rodzaju  nieudanej  atrapy.  Do  tej  pory 

zdrowa  nerka  wywiązywała  się  jakoś  ze  swoich  podwójnych  obowiązków.  CiąŜa  jednak, 

sprowadzając  typowe  zmiany,  jak  na  przykład  rozszerzenie  światła  moczowodów  i 

miedniczek  nerkowych,  spowodowała  wsteczne  odpływy  moczu  i  zaleganie  uryny. 

Nadciśnienie tętnicze, białkomocz i obrzęki, objawy charakterystyczne dla gestozy i za takie 

do  tej  pory  u  Trish  Pendle  uwaŜane,  faktycznie  stanowiły  alarmujący  sygnał  upośledzenia 

czynności nerek. 

Nie moŜna było zwlekać. Rose bezzwłocznie udała się do chorej dziewczyny. 

- Siądź prosto, Trish - poleciła. - Czy czujesz ból w tym miejscu? 

Nacisnęła dłonią miejsce po lewej stronie okolicy lędźwiowej. 

- Nie, najwyŜej troszeczkę - bąknęła Trish. 

- A tutaj? 

Rose powtórzyła czynność po prawej stronie kręgosłupa. 

-  Och,  tak,  tu  boli!  -  przyznała  dziewczyna,  krzywiąc  się.  -  Mówiłam  im,  Ŝe  coś  tu 

mam nie w porządku, lecz nikt nie wziął sobie moich słów do serca. 

background image

Rose  zamyśliła  się.  Bolesność  prawej  strony  okolicy  lędźwiowej  wskazywała  na 

odmiedniczkowe zapalenie przeciąŜonej nerki. 

-  Czy  moŜe  dotarły  juŜ  do  pani  doktor  wyniki  moich  dzisiejszych  badań?  -  zapytała 

Trish, patrząc podejrzliwie. 

-  Tak,  kochanie,  i  wygląda  na  to,  Ŝe  masz  pewne  kłopoty  z  nerkami  -  odparła  Rose 

uprzejmym, lecz chłodnym tonem, do jakiego zawsze się uciekała, gdy miała do przekazania 

niepomyślne wieści. 

- I co w tej sytuacji? 

-  Nie  jestem  w  stanie  powiedzieć  dziś  niczego  dokładnie.  Konieczne  są  dodatkowe 

badania.  Ale  nie  przejmuj  się.  Udzielimy  ci  wszelkiej  moŜliwej  pomocy.  Chciałabym  przy 

okazji poruszyć waŜną sprawę. Słyszałam od siostry, Ŝe masz pewne kłopoty z jedzeniem... 

Gdy  Rose  skończyła  przekonywać  Trish  co  do  konieczności  ścisłego  przestrzegania 

diety, wybiła godzina odwiedzin. Na korytarzu i w salach zaroiło się od męŜów, krewnych i 

przyjaciół.  Rose  poczuła  głód.  Uświadomiła  sobie,  Ŝe  od  lunchu  niczego  nie  brała  do  ust. 

Postanowiła więc najpierw zejść do stołówki, posilić się i juŜ stamtąd udać się do matki. 

Przy jednym ze stolików zauwaŜyła Paula. Przeniosła tacę z jedzeniem i dosiadła się 

do niego. On tylko pił kawę, ona jadła sałatkę z tuńczyka. 

-  Jesteś  chyba  przemęczona  kochanie  -  powiedział  współczującym  tonem.  - 

Przydałaby  ci  się  chwila  oddechu.  W  ten  weekend  musimy  wreszcie  wyskoczyć  do 

Nethersedge. 

- AleŜ, Paul, zrozum, ja nie mogę. Jeszcze przed sobotą mama wraca do domu... 

-  Nie  ma  tu  Ŝadnej  konieczności.  Wystarczy  powiedzieć  słówko  profesorowi,  a 

zostawi  ją  na  weekend  w  szpitalu.  Dwa  dni  odpoczynku  to  skromne  minimum,  którego 

potrzebujesz,  zanim  dorzucisz  do  obowiązków  związanych  z  pracą  obowiązki  wynikające  z 

opieki nad matką. A będzie to piekielnie cięŜkie brzemię. 

- Tak, Paul, wiem o tym. 

Spuściła  oczy  i  utkwiła  wzrok  w  talerzu.  Świadomość  podwójnej  lojalności  -  wobec 

własnej  matki  i  wobec  pacjentek  w  szpitalu  -  przejmowała  ją  trwogą.  W  ostatnim  okresie 

uprzytomniła sobie z całą wyrazistością, jak bardzo kocha Brigid i jak wiele jej zawdzięcza. 

Ich  wzajemna  miłość,  pozbawiona  zewnętrznych  akcesoriów  i  symboli,  płonęła  w  sercach 

Ŝ

ywym płomieniem. Piasek w klepsydrze Brigid przesypywał się i w kaŜdej chwili mogło go 

zabraknąć.  Czas,  który  pozostał,  ona,  Rose,  powinna  poświęcić  tylko  matce.  Miała  oto 

ostatnią  okazję,  by  okazać  jej  swoją  miłość  i  bezgraniczne  oddanie.  Paul  schodził  tu  bez 

wątpienia na plan dalszy. 

background image

-  Porozmawiajmy  o  czymś  innym  -  rzekła  przerywając  milczenie.  -  Widziałam 

Caroline  Trench  w  telewizji.  Wyglądała  czarująco.  Czy  to  znów  jakaś  akcja  Rogera 

Maynarda? 

Zadała to pytanie z ironicznym błyskiem w oku.  Oburzanie się Paula na  wścibstwo i 

bezczelność dziennikarzy  naleŜało do przeszłości. Caroline kochała rozgłos i wiedzieli juŜ o 

tym wszyscy. 

Paul roześmiał się. 

- Ach, tak, popełniłem błąd uwaŜając, Ŝe Caroline jest zwykłą śmiertelniczką. Co to za 

kobieta, Rose! Co za charakter! Interesuje się wszystkimi i kaŜdym z osobna. Dosłownie bawi 

swoje  towarzyszki  w  cierpieniu  i  uprzyjemnia  im  cięŜkie  chwile.  Kiedy  opuści  szpital, 

zostanie po niej smutek i Ŝal. 

- Co przypuszczalnie stanie się wcześniej, niŜ myślałeś? 

-  Nie,  Caroline  zostanie  co  najmniej  do  połowy  sierpnia.  Złamanie  nogi  było 

skomplikowane  i  proces  zrastania  się  musi  trochę  potrwać.  Obawiam  się  nawet,  czy  po 

zdjęciu gipsu nie zajdzie konieczność przeprowadzenia drugiej operacji. 

Potrząsnął  głową,  zaś  Rose  pomyślała,  Ŝe  troska  Paula  o  piękny  kształt  i  sprawność 

nogi aktorki niewiele róŜni się od troski lekarza o Ŝycie pacjenta. 

-Młodość i zdrowie będą jej bardzo pomocne. Dodaj oczywistą determinację, aby jak 

najszybciej  znów  pojawić  się  na  planie  filmowym  -  powiedziała  z  uśmiechem,  on  zaś 

skwapliwie pokiwał głową. 

-  Tak,  ta  dziewczyna  wręcz  tryska  energią.  Zamieniła  blok  kobiecy  na  oddziale 

chirurgicznym niemal w jakąś oazę nieustannego świętowania. 

Rose  nie  mogła  oprzeć  się  myśli,  Ŝe  Caroline  dość  bezboleśnie  i  szybko  przeszła  do 

porządku nad śmiercią przyjaciela. Pojawiało się pytanie, czy równieŜ jego Ŝona wykazała się 

taką samą psychiczną odpornością? 

Prawie  zmierzchało,  kiedy  Rose,  skończywszy  posiłek,  poŜegnała  się  z  Paulem  i 

pośpieszyła na oddział ginekologiczny. Otworzyła drzwi do pokoju matki i stanęła zdumiona. 

ŁóŜko  było  puste.  RównieŜ  puste  były  łóŜka  w  sąsiednich  salach  zbiorowych.  Tu  i  ówdzie 

leŜały tylko te pacjentki, które przeszły w tych dniach jakieś operacje. Nigdzie teŜ ani śladu 

personelu pielęgniarskiego. 

Idąc  korytarzem,  Rose  usłyszała  nagle  muzykę  i  śpiew.  Kiedy  podeszła  do  wysokich 

drzwi, które prowadziły na obszerny balkon, zobaczyła scenę jak z obrazka. Wszystkie panie, 

w  ich  liczbie  równieŜ  jej  matka,  siedziały  w  półkolu  i  słuchały  barda  o  ciemnych  oczach  i 

długich,  dotykających  ramion  włosach.  Ubrany  w  bawełnianą  koszulę  i  dŜinsy,  opierał  na 

background image

udzie  gitarę,  z  której  wydobywał  słodki  akompaniament  do  starej  francuskiej  piosenki, 

ś

piewanej w języku angielskim. Na twarzach pań, zaleŜnie od wieku, gościły tęskne i marzące 

lub  figlarne  i  rozradowane  uśmiechy.  Pieśniarz  opiewał  wyłoŜone  kostką  ulice  dawnego 

ParyŜa,  toczącą  się  po  nich  zakrytą  doroŜkę  i  parę  zakochanych,  złączonych  namiętnym 

pocałunkiem  na  tylnym  siedzeniu.  Skończywszy  kolejną  zwrotkę,  przeszedł  na  francuski  i 

wówczas  usłyszano,  imitowany  na  sześciostrunnej  gitarze,  stukot  kopyt  końskich  na  bruku, 

który po jakimś czasie rozpłynął się w ciszy. 

Zachwycona publiczność wybuchnęła śmiechem i oklaskami. 

Panie domagały się dalszych piosenek. 

Palce  Leigha  wyczarowały  kilka  słodkich  i  rzewnych  akordów.  Na  balkonie 

zapanowała pełna oczekiwania cisza. Wieczorny podmuch wiatru przyniósł z ogrodu zapach 

róŜ i kapryfolium. Stentorowy, czysty głos wzbił się ku pociemniałemu niebu. 

Ma miłość jest jak róŜy krew, 

Krew róŜy w czerwca świt. 

Ma miłość jest jak rzewny śpiew, 

Melodii cudnej rytm. 

Rose  stała  oparta  o  framugę  drzwi,  nie  mając  śmiałości  się  poruszyć.  Spojrzała  na 

zasłuchaną,  pogrąŜoną  w  melancholijnej  zadumie  matkę.  Na  jej  wychudłych  policzkach 

pojawiły  się  blade  rumieńce,  a  posiwiałe  włosy  przypominały  aureolę.  Duchowe  światło, 

które rozświetlało tę drogą twarz, niosło przesłanie nadziei i ufności. Śpiewak zniŜył głos i z 

czułością, która chwytała za serce, zwrócił się jak gdyby wprost do Brigid. 

Gdy wszystkich mórz dna wyschną w krąg, 

Skał w słońcu zniknie ślad, 

Wyciekną piaski z Czasu rąk, 

Ma miłość przetrwa świat. 

Z  listowia  pobliskiego  klonu  dobiegł  trel  kosa.  Ptak  zamilkł,  zamilkli  teŜ  śpiewak  i 

jego gitara. Tym razem nie było oklasków. Niektóre panie ocierały Łzy. Rose była w rozterce: 

zostać czy teŜ wycofać się cicho na palcach. 

- Rose, moja córeczko! Myślałam, Ŝe juŜ dzisiaj nie przyjdziesz! 

Po  słowach  Brigid  inne  panie  teŜ  się  odwróciły.  Rose  usłyszała  liczne  pozdrowienia. 

Uśmiechnęła się i dołączyła do grona pacjentek. 

-  Och,  doktor  Gillis,  nigdy  nie  słyszałam  czegoś  równie  pięknego!  -  wykrzyknęła 

jedna z dziewcząt. 

background image

- Niech pani Ŝałuje, doktor Gillis, Ŝe spóźniła się pani na ten cudowny koncert - dodała 

siedemdziesięcioletnia staruszka. 

Rose była wściekła na siebie za swoje rumieńce, lecz Leigh wyratował ją z opresji. - 

PrzekaŜ jej tę wiadomość, Brigid - powiedział. 

-  Chwileczkę,  juŜ  mówię.  Słuchaj,  Rose.  Dostałam  dzisiaj  list  od  mojej siostry.  I  jak 

sądzisz, co pisze Maury? OtóŜ zapowiada swój przyjazd. Czy nie wspaniale? Obiecuje zostać 

aŜ do momentu, gdy  wykaraskam się z choroby. To zaoszczędzi ci wielu zmartwień i ujmie 

obowiązków. 

Rose  spojrzała  z  miłością  na  oŜywioną  twarz  matki  i  ujęła  ją  za  rękę.  PoŜegnawszy 

towarzystwo wróciły wolnym krokiem do pokoju Brigid. Przyjazd ciotki Maury niewątpliwie 

rozwiązywał szereg problemów, nie mówiąc juŜ o radości matki, Ŝe po tylu latach znów ujrzy 

swoją siostrę. 

Porozmawiały  ze  sobą  jeszcze  przez  kwadrans,  po  czym  Rose,  Ŝycząc  matce  dobrej 

nocy,  zgasiła  światło.  Trzeba  było  zajrzeć  równieŜ  do  innych  pacjentek.  Wychodząc  z 

ostatniej sali, Rose rzuciła okiem w kierunku balkonu i zobaczyła Leigha, który stał oparty o 

barierkę i wpatrywał się w noc. 

-  Czy  pamiętasz  moje  słowa?  -  zapytał,  gdy  podeszła.  -  Rzuciłem  na  odchodnym,  Ŝe 

mam waŜne spotkanie z wyjątkową kobietą. 

Rose rozłoŜyła ręce. 

- I cóŜ mogę ci odpowiedzieć, Leigh? Twoje wizyty sprawiają jej tyle radości. Zresztą 

nie  tylko  ona  jedna  cieszy  się  na  twój  widok.  Wszystkie  leŜące  tu  panie  wprost  szaleją  na 

twoim punkcie. 

Roześmiał się, ale zaraz jego twarz przybrała powaŜny wyraz. 

- Brigid wraca niebawem do domu. Będzie się nią opiekować jej siostra, i to jest dobra 

wiadomość.  Ale  zapewne  uświadamiasz  sobie,  Ŝe  moŜe  zaistnieć  konieczność  jej  powrotu 

tutaj? 

Wpatrywał  się  w  Rose  uwaŜnym  spojrzeniem.  Gotów  był  natchnąć  jej  serce  otuchą, 

ale nie chciał robić jej fałszywych nadziei. 

-  Wiem.  Profesor  Horsfield  nie  krył  przede  mną  niczego  -  odparła  najspokojniej  jak 

mogła. 

- Grzeczna dziewczynka. 

Zamilkli  i  w  tej  ciszy  Rose  zdecydowała  się  powiedzieć  mu  o  wyniku  badania 

ultrasonograficznego Trish Peadle. Dodała teŜ własne uwagi. 

- A zatem intuicja nie zawiodła cię, Leigh - powiedziała na koniec. 

background image

Pokiwał powaŜnie głową. 

- Biedny dzieciak. Po rozwiązaniu powinien być  dokładnie przebadany.  Z rentgenem 

musimy  się  wstrzymać,  ale  moŜemy  przeprowadzić  szereg  innych  badań,  jak  na  przykład 

bakteriologiczne badanie moczu czy pomiar stęŜenia kreatyniny we krwi. 

- Zlecenie przeprowadzenia tych badań przekazałam juŜ do laboratorium. 

Uśmiechnął się. 

-Wspaniale!  Czy  sądzisz,  Ŝe  uwzględniając  tak  słabą  wydolność  nerek,  a  właściwie 

jednej nerki, nasz mądry staruch pójdzie na wcześniejszy poród? 

- Myślę, Ŝe bez cesarskiego się nie obędzie. Jej stan, odkąd jest w ciąŜy, pogarsza się z 

dnia na dzień. 

Leigh westchnął. 

-JakaŜ przyszłość czeka tę biedną dziewczynę? Hemodializa lub transplantacja, na tym 

najpewniej  się  skończy.  Wierz  mi,  Rose,  bywają  chwile,  kiedy  chcę  rzucić  swój  zawód  i 

wybrać, powiedzmy, karierę piosenkarza. 

- Czy mam się cieszyć, czy smucić, Ŝe jeszcze tego nie zrobiłeś? - zapytała z kamienną 

twarzą. 

Rzucił na nią badawcze spojrzenie i roześmiał się w głos. 

- Tylko pomyśl! Dawałbym bezpłatne koncerty dla chorych, emerytów i kalek! Czy to 

nie piękne, doktor Gillis? 

Poczuła ciepło w okolicy serca. Ten długowłosy doktor, który przed godziną ofiarował 

pacjentkom  oddziału  ginekologicznego  chwile  radości  i  szczęścia,  a  teraz  tak  głęboko 

współczuł tęgiej i prostej dziewczynie w ciąŜy, wydał się jej kimś drogim i bliskim. 

-Wiele osób ma romantyczne pojęcie o naszym zawodzie - powiedziała. - WyobraŜają 

sobie,  Ŝe  na  oddziałach  połoŜniczych  wszystkich  szpitali  świata  rodzą  się  tylko  zdrowe, 

tłuściutkie i uśmiechnięte bobasy. A tymczasem rzeczywistość jest trochę inna. 

- Rzeczywistość zawsze jest inna od naszych  wyobraŜeń i dlatego musimy  pogłębiać 

wiedzę. Niech Bóg ma nas w swojej opiece, jeśli w jakimś momencie spoczniemy na laurach. 

-I niechaj ma w opiece naszych pacjentów! - dodała. 

Nagle zbliŜyli się do siebie. Leigh ujął ją za ręce. Stali tak przez chwilę na balkonie, w 

zapadającej ciemności, a gwiezdny pył prószył na ich głowy. 

Wtem z elektronicznego odbiorniczka w górnej kieszeni fartucha dobiegł natarczywy 

sygnał.  Rose  drgnęła.  Spojrzała  raz  jeszcze  w  oczy  Leigha-pieśniarza,  musnęła  wzrokiem 

gitarę leŜącą na krześle i pobiegła tam, dokąd ją wzywano. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- CzyŜby zapomniała pani, doktor Gillis, o tych  dwóch pacjentkach z przenoszonymi 

ciąŜami,  które  dziś  przyjęliśmy  w  celu  wzniecenia  porodu?  -  zapytała  Pat  Kelsey,  młoda 

pielęgniarka o rudych włosach. 

-  Jest  juŜ  prawie  wpół  do  jedenastej,  chciałabym  więc  wiedzieć,  czy  jeszcze  dzisiaj 

zostaną przebadane. 

- Proszę mi wybaczyć, siostro. Zeszło mi trochę na ginekologii. Wiem, Ŝe powinnam 

wrócić wcześniej. 

- Domyślam się, Ŝe odwiedziła pani swoją matkę - powiedziała Pat z nutką sympatii, 

która zdominowała początkową dezaprobatę. 

-Jest juŜ straszliwie późno, lecz chyba mimo wszystko je zbadam - powiedziała Rose i 

chwyciwszy obie karty chorobowe udała się na blok. 

U  pierwszej  z  pacjentek  rozwarcie  ujścia  szyjki  macicy  oceniła  na  dwa  centymetry. 

Poród  praktycznie  się  rozpoczął.  Kobieta  oczekiwała  drugiego  dziecka.  Kalendarz  ciąŜy 

przekroczony został o dziesięć dni. 

-  Wspaniale!  Wszystko  wskazuje  na  to,  Ŝe  jeszcze  tej  nocy  znajdzie  się  pani  na 

porodówce. Wzniecenie nie jest konieczne. 

- Oby pani doktor miała rację - westchnęła cięŜarna. - Chciałabym to dziecko urodzić 

równieŜ w sposób naturalny. 

- I tak z pewnością się stanie - zapewniła ją Rose. 

- A teraz, siostro, idziemy obejrzeć drugą pacjentkę. 

Tutaj Rose równieŜ podjęła natychmiastową decyzję. Poleciła podać estrogeny w celu 

wzmoŜenia  pobudliwości  mięśnia  macicy  i  wraŜliwości  na  działanie  oksytocyny,  a  do 

zasadniczego wzniecenia przejść jutro. 

- Ze mną wszystko w porządku, pani doktor - wyznała z całą szczerością pacjentka. - 

Prosiłam  profesora  Horsfielda  o  wywołanie  trochę  wcześniejszego  porodu,  poniewaŜ  w 

przyszłym tygodniu obchodzimy pięćdziesiąte urodziny mojej mamy. PrzyjeŜdŜa moja siostra 

aŜ z Nowej Zelandii i chciałabym pokazać jej siostrzeńca... lub, ma się rozumieć, siostrzenicę. 

Rose  uśmiechnęła  się.  ZauwaŜyła,  Ŝe  jako  przyczynę  wzniecenia  porodu  profesor 

Horsfield  podał  w  karcie  wzrost  ciśnienia  tętniczego.  Tymczasem,  uwzględniając  końcową 

fazę ciąŜy oraz falę upałów, nie odbiegało ono w najmniejszym stopniu od normy. 

Po powrocie do pokoju dla personelu Rose zapytała o sytuację na oddziale. 

background image

- Na razie nie dzieje się nic takiego, z czym nie mogłybyśmy sobie poradzić - odparła 

jedna z połoŜnych, siostra Grierson, osóbka Ŝywa i energiczna. 

- U jednej z pacjentek nastąpiło właśnie rozwiązanie, druga lada chwila będzie rodzić. 

Poza tym Ŝadnych problemów! 

-  Nie  zdziwiłabym  się,  gdyby  poród  nastąpił  jeszcze  tej  nocy  u  jednej  z  tych  nowo 

przyjętych - powiedziała Rose. - Niech Ben Davis, ten nasz student, będzie w pogotowiu. 

- Zdaje się, Ŝe nie trzeba mu o tym przypominać - odpowiedziała pielęgniarka. - Jest to 

jeden  z  tych  praktykantów,  którzy  wiele  czasu  spędzają  z  cięŜarną,  zanim  wejdą  do 

porodówki. Miło mieć takich, a doktor McDowie daje im sobą dobry przykład. 

Siostra  Angela  Grierson  rzadko  kiedy  kogoś  chwaliła.  Oznaczało  to,  Ŝe  doktor 

McDowie podbił i oczarował sobą cały personel pielęgniarski. Serce Rose przyśpieszyło swój 

rytm.  Scena  balkonowa,  kiedy  stali  trzymając  się  za  ręce,  a  nad  nimi  migotały  roje  gwiazd, 

wciąŜ  pozostawała  w  jej  pamięci.  CóŜ  by  się  stało,  gdyby  siostra  Kelsey  nie  przesłała 

wówczas  sygnału?  Jakie  słowa  padłyby  z  jego  ust?  Czy  byłyby  to  słowa  dotyczące  Brigid? 

Zapewne tak, zwaŜywszy na ich głęboką przyjaźń. Przyjaźń, której tajemnicy Rose nie udało 

się jeszcze dotąd zgłębić. 

Przeszła do oddzielnej dyŜurki, połoŜyła się i zasnęła. Po dwóch godzinach wezwano 

ją do nowo przybyłej pacjentki. 

- Jest dopiero w trzydziestym piątym tygodniu, a mówi, Ŝe odczuwa regularne bóle - 

oznajmiła  siostra  Grierson.  -  Stan  podgorączkowy.  Ostatnie  dwa  dni  z  objawami  diurezy. 

Niewykluczona  infekcja  dróg  moczowych.  Lecz  równocześnie  Ŝadnego  śladu  skurczów 

macicy. 

Zbadawszy pacjentkę, Rose musiała się zgodzić z diagnozą siostry. Na razie nie groził 

tu Ŝaden przedwczesny poród. 

-  Proszę  się  nie  obawiać,  urodzi  pani  o  właściwym  czasie  -  zapewniła  cięŜarną  i  jej 

zdenerwowanego  małŜonka.  -  Jednak  na  kilka  dni  zatrzymamy  panią  w  szpitalu.  Zbadamy 

mocz  i  ewentualnie  podejmiemy  jakąś  decyzję  odnośnie  leczenia.  Dzisiaj  proszę  wziąć 

proszki przeciwbólowe i starać się zasnąć. 

- A czy te proszki nie wpłyną niekorzystnie na moje dziecko? - zapytała kobieta. - Ono 

jest takie maleńkie! Zniosę kaŜdy ból... 

-  Jako  lekarze  musimy  w  kaŜdym  wypadku  znaleźć  złoty  środek  pomiędzy  dobrem 

matki  a  dobrem  dziecka  -  odparła  Rose.  -  Pani  jest  mu  potrzebna,  a  pomoŜe  mu  pani 

wówczas, gdy będzie zdrowa, silna i wypoczęta. 

background image

PoŜegnawszy  się  z  pacjentką  i  jej  męŜem,  Rose  poszła  na  oddział,  Ŝeby  zorientować 

się w sytuacji. 

- Wszystko w porządku, doktor Gillis zameldowała siostra Grierson. - Powiem tylko, 

Ŝ

e Ben przyjął poród około północy. 

- A więc spokój i cisza? 

Tutaj  tak,  ale  na  bloku  poporodowym  prawdziwe  trzęsienie  ziemi.  Musiałam  aŜ 

wysłać tam siostrę Keisey, gdyŜ siostra Hicks nie mogą dać sobie rady. 

-  Doprawdy?  CzyŜby  o  tej  porze  matki  jeszcze  nie  spały?  -  rzuciła  Rose  jakby  do 

siebie. 

Była druga w nocy. 

- Proszę mnie nie rozśmieszać, pani doktor. A pani by zasnęła w wieloosobowej sali, 

gdzie przy kaŜdej z matek leŜy noworodek? Tak oto piękne teorie was, lekarzy, zmieniają się 

w  praktyce  w  pandemonium,  którego  skutki  odczuwa  na  własnej  skórze  przede  wszystkim 

personel pielęgniarski. Wy zaś zdajecie się o tym wcale nie pamiętać. 

Rose  przypomniała  sobie  słowa  Dorothy  Beddows.  Nie  róŜniły  się  wiele  od  słów 

dopiero co zasłyszanych. 

-  Proszę  nie  myśleć,  siostro  Grierson,  Ŝe  lekarze  zapominają  o  cięŜkiej  i 

odpowiedzialnej pracy pielęgniarek. 

- Pani nie zapomina, doktor Gillis, bo pani jest jeszcze staŜystką. Ale gdy pójdzie pani 

wyŜej i uzyska stopień samodzielnego lekarza, to szybko przestanie się pani wczuwać w nasz 

los. Tak jak zapomniał o nas doktor Philip Cranstone, jeden z tych idealistów. 

-  Mogę  zapewnić  siostrę,  iŜ  zrobię  wszystko,  aby  nie  szarogęsił  się  na  naszym 

oddziale jakiś pediatra. 

- A moŜe, pani doktor, skorzystamy z okazji i zajrzymy do matek, aby dowiedzieć się 

z pierwszej ręki, o co tam właściwie chodzi? 

Okrągłe oczy Angeli miotały gniewne błyski. Rose tęskniła za łóŜkiem i poduszką, ale 

wiedziała, Ŝe tego wyzwania nie wolno jej odrzucić. Poza tym nocna wizyta mogła dostarczyć 

jej mocnych argumentów do rozmowy z profesorem Horsfieldem. 

A  jednak  to,  co  zobaczyła,  przechodziło  najgorsze  oczekiwania.  Jeszcze  będąc  na 

schodach  usłyszała  podniesione  kobiece  głosy  i  płacz  noworodków.  Oddział  przypominał 

bardziej  dworzec  z  ewakuującymi  się  przed  zbliŜającym  się  frontem  cywilami  niŜ  jaką-

kolwiek  część  szpitala.  Ogniskiem  zawieruchy  i  zamętu  okazała  się,  niestety,  sala,  w  której 

leŜały panie Gainsford i Mowbray. 

background image

Kiedy Rose i Angela weszły do środka, pani Gainsford krzyczała na siostrę Hicks, zaś 

pozostałe trzy panie obserwowały scenę z otwartymi ustami. 

-  Nie  pozostanę  tu  ani  minuty  dłuŜej!  Zatelefonowałam  do  męŜa,  aby  natychmiast 

zabrał nas, mnie i moje dziecko, z tego okropnego szpitala! 

-  Im  wcześniej  pani  się  stąd  wyniesie,  tym  lepiej  -  powiedziała  pod  adresem 

roztrzęsionej  kobiety  jedna  z  jej  towarzyszek,  zwolenniczka  karmienia  dziecka  z  butelki.  - 

MoŜe będziemy miały trochę spokoju. 

Jane Mowbray wymieniła z sąsiadką wymowne spojrzenia. 

Siostra Doris Hicks była bliska płaczu. 

-  AleŜ,  proszę,  niech  pani  się  uspokoi  i  posłucha  głosu  zdrowego  rozsądku  -  rzekła 

błagalnym głosem. 

- Pani dziecko jest duŜe i potrzebuje więcej pokarmu. Nie jest pani w stanie dostarczyć 

mu takiej ilości. 

Doris była bardzo obowiązkową, trochę staroświecką pielęgniarką, wdową, która brała 

nocne dyŜury, aby móc opłacić naukę dwójki swych dzieci. 

- Opiekuję się noworodkami juŜ od ponad trzydziestu lat - kontynuowała - i proszę mi 

zaufać, wiem, co jest najlepsze dla pani synka... 

-  A  właśnie  Ŝe  nie  ufam  siostrze!  Siostra  samowolnie  karmi  go  tym  paskudnym, 

sztucznym  roztworem,  wbrew  moim  Ŝyczeniom  i  wbrew  zaleceniu  doktora  Cranstone'a!  - 

wykrzyknęła  piskliwym,  niemal  histerycznym  głosem  oburzona  matka.  -  Zresztą  nie  chcę 

więcej siostry słuchać! Mam dość tych przekonywań. 

-  W  porządku,  pani  Gainsford,  nie  ma  powodu  ani  sensu  tak  się  denerwować  - 

odezwała się Rose, modulując bardzo starannie sylaby i słowa. - Wszystko, o co prosimy, to 

aby oświadczyła pani na piśmie, Ŝe opuszcza szpital na własne Ŝądanie. 

-Tak,  napiszę  drukowanymi  literami  i  jeszcze  ujmę  to  w  ramkę,  Ŝe  wyrywam  moje 

dziecko  z  rąk  tej  kobiety!  -  wybuchnęła  pani  Gainsford.  -  Powiadomię  teŜ  o  wszystkim 

doktora Cranstone'a. 

-  Jak  pani  nie  wstyd  wydzierać  się  w  środku  nocy  na  cały  szpital!  -  wtrąciła  matka 

trójki dzieci. - Siostra Hicks próbowała tylko napełnić pusty brzuszek pani maleństwu, aby od 

jego krzyku nie pomieszało się nam w głowach. 

- To prawda, doktor Gillis - powiedziała siostra ze łzami w oczach. - Mam tu ostatnio 

same  kłopoty.  Albo  jestem  winna  temu,  Ŝe  podaję  im  dzieci  do  karmienia  piersią,  albo 

zbieram cięgi za to, Ŝe dokarmiam je z butelki. JuŜ dłuŜej tego nie wytrzymam! Będę musiała 

background image

przejść  chyba  na  wcześniejszą  emeryturę,  ale  czym  wówczas  opłacę  studia  Roberta  i  Ruth? 

ś

adne z nich nie moŜe liczyć na stypendium. 

Rose zmusiła się do uśmiechu. Oświadczyła, Ŝe ona i inni chętnie by się napili gorącej 

i  mocnej  herbaty,  a  następnie  pod  tym  pretekstem  wysłała  siostrę  Hicks  do  pokoju  dla 

personelu.  Doris  była  doświadczoną  pielęgniarką,  lecz  jej  psychika  i  nerwy  nie  wytrzymy-

wały cięŜszych prób. 

Niebawem  przybył  pan  Gainsford,  który  nie  do  końca  orientował  się  w  przyczynach 

nocnego  alarmu.  Rose  zdecydowała  się  nie  odwodzić  jego  Ŝony  od  decyzji  opuszczenia 

szpitala.  Przeciwnie,  była  szczerze  zaniepokojona  wyrazem  nieprzytomnej  wściekłości  w  jej 

oczach. Dalsze stresy mogły wpędzić tę kobietę w jakieś psychiczne aberracje. 

MałŜeństwo  złoŜyło  wymagane  przepisami  podpisy,  po  czym  Rose  wzięła  ciągle 

płaczące dziecko na ręce i oddała je matce dopiero wówczas, gdy ta usadowiła się na tylnym 

siedzeniu  samochodu.  Zrobiła  wszystko,  co  było  w  jej  mocy,  aby  stworzyć  atmosferę 

przyjacielskiego rozstania. 

Wróciwszy na oddział, skreśliła szczegółową notatkę z zaistniałego incydentu. Kiedy 

podniosła głowę znad biurka, natrafiła na wpatrzone w nią oczy siostry Angeli Grierson. 

-  Proszę  nie  przejmować  się,  siostro.  Wezmę  na  siebie  pełną  odpowiedzialność  za 

wypuszczenie  pani  Gainsford.  Tak  czy  inaczej  cała  ta  polityka  karmienia  noworodków  i 

zajmowania  się  nimi  musi  ulec  gruntownej  i  szybkiej  rewizji.  Dziś  jeszcze  zwrócę  się  z  tą 

sprawą do profesora Horsfielda. 

Oczy siostry Angeli pociemniały. 

-  Jeśli  wybuchnie  kłótnia  między  pediatrami  a  połoŜnikami,  to  i  tak,  prędzej  czy 

później, wszystko skrupi się na pielęgniarkach. One zbiorą najboleśniejsze cięgi. 

Rose ściągnęła brwi. 

-  Chwileczkę,  siostro,  nie  tak  pesymistycznie.  Jestem  całkowicie  po  waszej  stronie  i 

mam pewien wpływ na ordynatora. Ujrzy rzeczy takimi, jakimi my je widzimy. A poza tym 

to rozsądny człowiek. 

-  Mam  nadzieję,  Ŝe  się  pani  nie  myli,  doktor  Gillis.  Z  pewnością  będzie  wściekły  z 

powodu pani Gainsford. To chyba pierwszy przypadek opuszczenia szpitala w środku nocy. 

-  W  domu  będzie  jej  duŜo  lepiej  -  powiedziała  Rose,  ziewając  i  spoglądając  na 

zegarek. 

Dochodziła  czwarta  nad  ranem.  Rose  wstała  i  poszła  na  porodówkę.  Tutaj  nigdy  nie 

było podziału na dzień i noc. Dzień pracy trwał dwadzieścia cztery godziny. Właśnie urodziła 

jedna z tych dwóch kobiet z zaleceniem wzniecenia porodu, u której Rose pięć godzin temu 

background image

stwierdziła  dwucentymetrowe  rozwarcie  ujścia  szyjki  macicy.  Rose  pogratulowała  matce  i 

ojcu,  po  czym  wróciła  do  dyŜurki  i  rzuciła  się  na  łóŜko.  Obudziła  się  przed  siódmą.  Umyła 

się, ubrała i poszła do stołówki na śniadanie. 

- Rose, mój ptaszku, jak przebiegł nocny dyŜur? Czy ja i Phil moŜemy się przysiąść? - 

zapytał Leigh McDowie, stając przy jej stoliku z tacą pełną róŜnych smakowitości. 

- Proszę bardzo - odparła z uśmiechem, mimo Ŝe Philip Cranstone był ostatnią osobą, 

z którą pragnęła rozpocząć ten dzień. 

-  Ślicznie  dziękujemy  -  rzekł  Leigh,  siadając  i  wskazując  drugie  krzesło  pediatrze, 

przystojnemu,  wysokiemu  blondynowi.  -  Phil  właśnie  mówił  mi  o  pogarszającej  się  stale 

sytuacji dzieci, o znęcaniu się nad juŜ urodzonymi i uśmiercaniu jeszcze nie narodzonych. 

-  Tak,  statystyki  mówią  same  za  siebie  -  odezwał  się  Philip  Cranstone.  -  Przyczyny 

tych  niepokojących  zjawisk  są  zresztą  wielorakie.  Wzrost  liczby  samotnych  matek, 

bezrobocie, ubóstwo, całkowity rozpad więzów rodzinnych. Dlatego teŜ my, lekarze, musimy 

włączyć się do akcji ratowania rodziny. A powinniśmy zacząć od samego początku, to znaczy 

od  stworzenia  matce  i  jej  nowo  narodzonemu  dziecku  warunków  bliskiego  i  intymnego 

współŜycia. 

- Tak, uświadamiam sobie problem i popieram cele, do jakich zmierzasz - powiedział 

Leigh. - W tej chwili rozumiem teŜ chyba lepiej twojego bzika na punkcie karmienia piersią i 

przebywania matki razem z dzieckiem. 

-  Powinniśmy  zdąŜać  do  zacieśniania  i  pogłębiania  więzów  rodzinnych,  a  jakiŜ 

kontakt moŜe być bliŜszy od ssania matczynej piersi? 

Rose  mogła  iść  o  zakład,  Ŝe  Leigh  wyciągnął  doktora  Cranstone'a  na  tę  rozmowę 

specjalnie  z  myślą  o  niej.  Wiedziała  teŜ,  Ŝe  gdyby  była  studentką  medycyny,  słuchającą 

podobnego  wykładu,  argumenty  wykładowcy  uznałaby  za  swoje.  Sęk  w  tym,  Ŝe  lata 

studenckie miała juŜ za sobą. Pracowała od pół roku jako staŜystka w duŜym szpitalu, gdzie 

poznała róŜne matki. Narzucanie im jednolitego wzorca było szkodliwą utopią, zarówno pod 

względem pedagogicznym, jak i społecznym. 

- A moŜe ty równieŜ zechcesz wyrazić swoje zdanie, Rose? - uprzejmie zaproponował 

Leigh. 

Odstawiła na talerzyk kubek z kawą. 

- Szanuję pana intencje, doktorze Cranstone - powiedziała, starannie dobierając słowa 

- ale myślę, Ŝe przekuwa je pan w czyn, uŜywając niewłaściwych narzędzi. Po pierwsze, zajął 

pan wobec kobiet, które zostały matkami, sztywną i pryncypialną postawę. Tymczasem kaŜda 

z  tych  matek  to  całkiem  odrębny  świat  psychiczny,  duchowy,  intelektualny  i  społeczny.  Po 

background image

drugie,  nie  uznał  pan  za  stosowne  porozumieć  się  najpierw  z  personelem  pielęgniarskim  i 

skorzystać  z  jego  doświadczeń.  Siostra  Hicks,  na  przykład,  mogłaby  być  pańską  matką. 

Zaczęła  opiekować  się  matkami  i  dziećmi,  zanim  jeszcze  odcięto  pana  od  pępowiny.  OtóŜ 

teorie, które pan propaguje, postawiły ją w sytuacji bez wyjścia. Minionej nocy odwiedziłam 

blok matek i na własne oczy zobaczyłam, Ŝe Ŝadna z nich nie ma warunków do odpoczynku. 

Wydarzyła się teŜ bardzo nieprzyjemna historia. Czy pamiętasz, Leigh, panią Gainsford? 

-  Panią  Gainsford?  -powtórzył  za  nią,  odkładając  łyŜkę.  -  AleŜ  oczywiście.  To  z 

pewnością ta nauczycielka, która z taką determinacją obstawała przy karmieniu piersią? Mój 

BoŜe, Rose! Co się stało? 

-  Stało  się  to  po  prostu,  Ŝe  laktacja  nie  nadąŜała  u  niej  za  apetytem  i  potrzebami 

dziecka, które z tego powodu darło się wniebogłosy, odbierając wszystkim nadzieję na sen. W 

rezultacie  pani  Gainsford  wpadła  w  rozstrój  nerwowy.  Po  wściekłej  awanturze  zaŜądała 

wypisania ze szpitala, ja zaś wyraziłam zgodę, widząc w tym mniejsze zło. 

-  Ale  musiała  być  chyba  jakaś  bezpośrednia  przyczyna?  -  zapytał  Leigh,  lustrując 

Rose badawczym spojrzeniem. 

- Tak. Siostra Hicks próbowała uspokoić dziecko, karmiąc je mlekiem z butelki... 

-  Bez  pozwolenia  matki  nie  miała  prawa  tego  robić!  -  zasadniczym  tonem  zauwaŜył 

Philip. 

-  Więc  proszę  mi  powiedzieć,  jak  miała  postąpić!  -  odparła  Rose,  czując,  Ŝe  traci 

cierpliwość. - PrzecieŜ, na miłość Boską, to dziecko było głodne. 

-  Lecz  zgodzisz  się  chyba  -  powiedział  Leigh  -  Ŝe  laktację  pobudza  częste 

przystawianie noworodka. 

- Tak, ale nie wtedy, kiedy stres goni stres. Podenerwowanie i ciągłe napięcie działają 

na takie procesy hamująco. 

- Moja Annette nie ma Ŝadnych kłopotów z pokarmem. Jej gruczoły sutkowe działają 

bez zarzutu - pochwalił Ŝonę Philip, nie dostrzegając ostrzegawczego spojrzenia Leigha. 

Oczy Rose, przybrawszy ciemnofiołkowy kolor, zaczęły rzucać błyskawice. 

-  Jeśli  uwaŜa  pan,  Ŝe  wszystkie  kobiety  podobne  są  do  pańskiej  Ŝony,  to  pragnę 

wyprowadzić  pana  z  błędu.  KaŜda  kobieta  jest  inna!  Pęknięcia  brodawek,  cesarskie  ciecia, 

wzniecenia porodów, utrzymujące się krwawienia - oto skromna namiastka tej inności jedynie 

w płaszczyźnie medycznej. Jak te kobiety mają wytrzymać w atmosferze krzyków, wrzasków 

i  płaczu?  Dzisiaj  postawię  to  pytanie  profesorowi  Horsfieldowi.  Philip  Cranstone  zrobił 

głęboki  wdech,  najwyraźniej  zamierzając  utrzymać  na  wodzy  swoje  nerwy  wobec  tej 

narwanej osóbki. 

background image

-  Zgadzam  się  z  pani  zarzutem,  Ŝe  powinienem  był  przeprowadzić  dokładniejsze 

konsultacje  z  pielęgniarkami.  Niektórym  z  nich  trudno  jest  w  pełni  zaakceptować  moją 

koncepcję,  lecz  gdyby  odsunęły  na  bok  uprzedzenia  i,  zamiast  działać  przeciwko  mnie,  za-

częły  działać  ze  mną,  to  w  przeciągu  trzech  miesięcy  dziewięćdziesiąt  procent  kobiet  w 

naszym rejonie karmiłoby piersią. 

Powiedziawszy  to,  opadł  na  oparcie  krzesła  i  czekał  na  odpowiedź.  Leigh  wstrzymał 

oddech,  spodziewając  się  raczej  wybuchu.  śaden  z  nich  jednak  nie  był  przygotowany  na 

powiew arktycznego wiatru. 

- Zdaję sobie sprawę, Ŝe jest pan młody i pełen najlepszych chęci, doktorze Cranstone, 

ale brakuje panu doświadczenia na oddziale połoŜniczym, zwłaszcza w zakresie psychologii 

kobiety.  Pielęgniarki  mogłyby  wiele  pana  nauczyć,  gdyby  nie  stała  tu  na  przeszkodzie  pana 

arogancja i... 

- Chwileczkę, doktor Gillis! - przerwał jej Philip Cranstone, poczerwieniały jak burak 

ze złości. 

Rose, zamiast się opamiętać, jeszcze bardziej podniosła głos. 

-  Uprzedzam  pana,  zrobię  wszystko,  by  przestał  pan  niepokoić  moje  pacjentki  i 

antagonizować kompetentny personel połoŜniczy. A teraz, wybaczą panowie, przeniosę się ze 

swoim śniadaniem do innego stolika. 

Wstała, wcielając zamiar w czyn. Leigh McDowie stracił zimną krew. 

- Rose, na miłość boską! PrzecieŜ Phil jest samodzielnym lekarzem-pediatrą. 

- Wielkie rzeczy. A ja jestem kobietą - odpaliła. 

- A czy mogę zapytać, czy karmiła juŜ pani piersią, doktor Gillis? 

-  Jeszcze  nie.  A  pan,  doktorze  McDowie?  Było  to  najprawdziwsze  wypowiedzenie 

wojny. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Po  zakończeniu  porannego  obchodu  profesor  Horsfield  zasiadł  w  gronie  lekarzy  do 

mocnej, aromatycznej kawy. Zapalając hawańskie cygaro, zaczął od wyraŜenia pochwały po 

adresem doktora McDowie'ego za dociekliwość, jaką ten okazał wobec choroby Trish Pendle. 

Następnie  zagadnął  Bena  i  Dana,  studentów-praktykantów,  jak  widzą  kwestię  rozwiązania 

cięŜarnej  w  sytuacji,  gdy  stan  jej  nerek  jest  krytyczny.  Mile  pochlebieni,  Ŝe  zapytano  ich  o 

zdanie,  studenci  w  zasadzie  nie  róŜnili  się  poglądami.  Rokowania  co  do  przeŜycia  dziecka 

były bardzo złe, równieŜ Ŝyciu matki zagraŜało powaŜne niebezpieczeństwo. W sumie było aŜ 

nadto  przyczyn  do  zastosowania  cesarskiego  cięcia.  Na  podobnym  stanowisku  stanął  teŜ 

doktor McDowie. 

-Dobrze,  a  teraz  przejdźmy  do  sprawy  matek  -  powiedział  profesor  Horsfield, 

strząsając  popiół  z  cygara.  -  Minionej  nocy  wydarzył  się  nader  przykry  incydent.  Jedna  z 

naszych  pacjentek  na  własne  Ŝądanie  opuściła  wraz  z  dzieckiem  szpital,  co  skłoniło  doktor 

Gillis  do  podania  w  wątpliwość  całą  dotychczasową  koncepcję  opieki  nad  matkami  i  ich 

dziećmi, obowiązującą na bloku poporodowym. Jak państwo wiecie, z chwilą oddelegowania 

doktora  Camerona  na  placówkę  do  Etiopii  odpowiedzialność  za  te  sprawy  przejął  doktor 

Philip  Cranstone.  Powszechnie  znane  są  jego  poglądy  na  temat  karmienia  dzieci  piersią  i 

przebywania  noworodków  wraz  z  matkami.  Swego  czasu  dałem  mu  zresztą  pod  tym 

względem  najzupełniej  wolną  rękę.  Dziś  rzecz  wymaga  dogłębnego  przedyskutowania. 

Najlepiej chyba będzie, jak zacznie doktor Gillis. 

Ordynator  kiwnął  głową  w  kierunku  Rose,  ona zaś  spojrzała  mimowolnie  na  Leigha. 

Byłaby  wdzięczna  za  wsparcie  z  jego  strony,  wiedziała  jednak,  ze  na  poziomie  zasad  Leigh 

zgadza się w pełni z doktorem Cranstone'em. Co zaś się tyczy Paula, to podejrzewała, Ŝe cały 

ten problem, jako daleki od chirurgii, niewiele go obchodzi. Została więc na placu boju sama, 

samotność zaś często rodzi desperację. 

- Powiedziałam juŜ panu, sir - odezwała się z gwałtownością, której nikt po niej się nie 

spodziewał  -  Ŝe  byłam  wówczas  na  bloku;  kiedy  pani  Gainsford  podejmowała  swoją 

rozpaczliwą  decyzję.  Co  przede  wszystkim  przeraŜało,  to  pełna  bolesnych  napięć  atmosfera 

panująca wśród matek i personelu pielęgniarskiego. Po prostu trudno mi uwierzyć, Ŝe zgadzał 

się  pan  do  tej  pory,  by  doktor  Cranstone  traktował  nasze  pacjentki  niczym  króliki 

doświadczalne. Jego śmieszne teorie... 

background image

- Moja droga doktor Gillis - przerwał jej profesor Horsfield, lekko marszcząc czoło - 

dopóki nie opiszemy faktów, powstrzymajmy się od subiektywnych ocen. Dałem pani szansę 

przedstawienia  swojego  punktu  widzenia,  lecz  być  moŜe  powinniśmy  wysłuchać  najpierw 

innych  opinii.  Doktorze  McDowie,  pan,  zdaje  się,  skłonny  byłby  bronić  karmienia  dzieci 

piersią? 

-  Samą  zasadę  uwaŜam  za  słuszną  i  godną  poparcia  -  odparł  Leigh,  patrząc 

profesorowi prosto w oczy. - Niemniej jednak jeŜeli matka odrzuca tę naturalną powinność, to 

nie moŜna, uwaŜam, zmuszać jej do karmienia piersią siłą. Nie byłoby teŜ wskazane... 

- A czy ja zarzucam doktorowi Cranstone'owi stosowanie siły?! - wykrzyknęła Rose. - 

PrzecieŜ  to  czysty  absurd!  Przeciwnie,  jego  środki  nacisku  są  bardzo  subtelne.  W  rezultacie 

matki, które zdecydowały się na mleko w proszku, czują się jakby mniej wartościowe, czują 

się  po  prostu  gorszymi  matkami.  Zaś  my,  połoŜnicy,  musimy  przypatrywać  się  z  boku,  jak 

nasze  pacjentki  uginają  się  pod  psychicznym  terrorem  idei,  które  zrodził  teoretyczny  umysł 

męŜczyzny! 

-  Doktor  Gillis,  nie  zajdziemy  daleko  w  naszym  poszukiwaniu  prawdy,  jeŜeli 

pozwolimy,  by  powodowały  nami  emocje  -  zauwaŜył  profesor  Horsfield,  chociaŜ,  rzecz 

dziwna,  nie  nadał  swoim  słowom  jakiegoś  nieprzyjemnego  brzmienia.  -  Postarajmy  się  wy-

słuchać do końca doktora McDowie'ego. 

- Cenię sobie szczerość doktor Gillis i jej wielkie zaangaŜowanie w sprawę, sir. Ale z 

pewnych  osobistych  powodów,  o  których  wszyscy  wiemy  i  które  wywołują  w  nas  głębokie 

współczucie,  przeŜywa  ona  szczególnie  cięŜki  okres.  Być  moŜe  to  właśnie  stresy,  jakim 

ostatnio jest poddawana, stanowią przyczynę, Ŝe tak trudno zdobyć się jej na obiektywny sąd. 

-  Pani  Gainsford  teŜ  była  poddana  stresom,  lecz  jakoś  nie  przeszkodziło  jej  to  w 

podjęciu właściwej decyzji - powiedziała Rose z niepohamowaną wściekłością. - A skoro juŜ 

o tej kobiecie mowa, to doprowadzona została na próg załamania nerwowego. I to dlatego, iŜ 

wmówiono jej, Ŝe będzie gorszą matką, jeśli pozwoli, by jej dziecko nakarmiono z butelki. 

-  Pani  Gainsford  jest  skrajnym  przypadkiem  -  rzekł  profesor,  nieznacznie  podnosząc 

głos. - Dowiedziałem się, Ŝe jest teraz na środkach uspokajających. Jej synkiem opiekuje się 

babcia. W związku z tym miło mi było usłyszeć, Ŝe dziecko przestało płakać i śpi smacznie. 

-  Oczywiście,  bo  wypiło  pewnie  całą  butelkę  i  jest  najedzone!-  powiedziała  Rose.  - 

Kiedy siostra Hicks próbowała uczynić to samo, została zelŜona od najgorszych. 

-  A  moŜe,  doktor  Gillis  -  wtrącił  Leigh  McDowie  -  siostra  Hicks  nie  wykazała 

dostatecznego  taktu  w  postępowaniu  z  panią  Gainsford?  To,  oczywiście,  złota  kobieta  i 

najszlachetniejsza dusza, jednak... 

background image

- Jak pan śmie? - Rose wypowiedziała te słowa z największym oburzeniem. - Jak pan 

ś

mie  traktować  w  tak  protekcjonalny  sposób  doświadczoną  pielęgniarkę?  Doris  Hicks  zna 

swoje  obowiązki  i  wywiązuje  się  z  nich  bez  zarzutu.  Doktor  Cranstone  powinien  jak 

najszybciej przeprosić ją za wszystkie nieprzyjemności, na które ją naraził. Dodam jeszcze, Ŝe 

Ŝ

yje  ona  w  realnym  świecie,  o  którym  on  i  pan,  dwóch  wartych  siebie  durniów,  nie  macie 

zielonego pojęcia! 

.  Dławił  ją  gniew,  łzy  napłynęły  do  oczu.  Zapanowała  ogólna  konsternacja.  Leigh 

zacisnął  usta.  Profesor  Horsfield  zdjął  okulary  i  skupił  się  na  przecieraniu  szkieł.  Długo 

namyślał się, zanim zabrał głos. 

- Wyraziła pani swoje stanowisko dobitnie, by nie rzec, dosadnie, doktor Gillis. Wiem, 

Ŝ

e mocne słowa, jakie usłyszeliśmy, podyktowała pani autentyczna troska o nasze matki i ich 

dzieci. 

-  Dziękuję  za  ten  dowód  zrozumienia,  sir.  Po  prostu  psychicznie  nie  jestem 

przygotowana na doświadczenia, które stały się moim udziałem minionej nocy. Więcej takich 

haniebnych incydentów, a uzyskamy wątpliwą sławę najgorszego szpitala w Anglii. 

-  Na  tym  kończymy  naszą  dyskusję  -  oświadczył  profesor.  -  Nadeszła  chwila,  abym 

zapoznał  państwa  z  moją  decyzją.  OtóŜ  niebawem  wyjeŜdŜam  na  urlop,  który  potrwa  sześć 

tygodni.  Przez  ten  czas  doktor  Cranstone  zachowa  pełnię  swoich  dotychczasowych 

uprawnień,  zaś  doktor  Gillis  będzie  upowaŜniona  do  interweniowania  we  wszystkich  tych 

wypadkach, gdzie interes matek i ich dzieci nie będzie postrzegany jako nadrzędny. Ona teŜ 

przedstawi  mi  po  moim  powrocie  ogólny  bilans  współpracy  połoŜników  z  pediatrami.  Czy 

satysfakcjonuje panią takie rozwiązanie, doktor Gillis? Nadmieniam, Ŝe liczę tu na pani trafny 

sąd i zdrowy rozsądek. 

Policzki Rose smagał ogień, ale jej głos wydawał się spokojny. 

- Dziękuję, sir. Zrobię wszystko, aby nie zawieść pana oczekiwań. 

- A pan, doktorze McDowie? Czy stanie pan u boku doktor Gillis? 

- Obawiam się, Ŝe nie - odparł Leigh z kamienną twarzą. - O ile bowiem cenię sobie 

szczerość koleŜanki, o tyle... 

-  Oznacza  to  po  prostu,  Ŝe  jest  przeciwko  mnie  -  z  niecierpliwością  przerwała  mu 

Rose. 

Nawet nie spojrzał w jej kierunku. 

-  ...o  tyle  jej  próby  przeciwstawiania  się  odwiecznemu  zwyczajowi  przypominają 

trochę ruchy pływaka, który płynie pod prąd. 

background image

-  Rozumiem  myśl  zawartą  w  pana  słowach  -  rzekł  profesor  Horsfield  -  ale  nie 

odpowiedział pan jeszcze na moje pytanie. Czy stanie pan u boku doktor Gillis? 

- Nie, sir. Jest to absolutnie niemoŜliwe z uwagi na nasze diametralnie róŜne poglądy. 

-  śadna  to  dla  mnie  niespodzianka  -  oświadczyła  Rose  z  goryczą.  -  Zresztą  gotowa 

jestem walczyć samotnie o dobro matek i dzieci. 

-Jeśli pielęgniarki są po pani stronie, a chyba sama pani o tym wspomniała, to trudno 

mówić tu o samotności - zauwaŜył profesor, któremu nigdy nie zbywało na przenikliwości. 

-  Ja  chciałbym  wesprzeć  doktor  Gillis,  sir  -  odezwał  się  Ben,  czerwieniejąc  jak 

piwonia. - Będąc kobietą, poruszającą się w strefie zarezerwowana dla kobiet, ma moje pełne 

zaufanie. 

- Dobrze powiedziane, młody człowieku, dobrze powiedziane! - pochwalił ordynator z 

ledwie wyczuwalną nutką ironii. - Czy ktoś ma jeszcze jakieś uwagi? 

- Mam pytanie, sir - powiedziała Rose. - Chciałabym mianowicie dowiedzieć się, jakie 

zwyczaje  panują  w  szpitalu  połoŜniczym  pod  wezwaniem,  św.  Agnieszki?  Słyszałam,  Ŝe 

niektóre swoje prywatne pacjentki tam właśnie pan wysyła. 

- Zgadza się, doktor Gillis. CóŜ, tam kaŜda matka ma swój własny pokój, więc kwestia 

„być  razem  lub  oddzielnie”  całkowicie  odpada.  Co  zaś  się  tyczy  karmienia,  to  matkom 

pozostawia się wolną rękę. 

-Tak  właśnie  myślałam,  sir.  Nie  sądzi  pan,  Ŝe  trudno  jest  cokolwiek  narzucać 

pacjentkom, które za wszystko słono płacą? 

Wszyscy wstrzymali oddech. Byli pewni, Ŝe ordynator nie puści płazem tej obraźliwej 

sugestii, nawet jeŜeli padła z ust osoby, do której zdawał się mieć słabość. 

-  Powiem  coś,  o  czym  rzadko  i  niechętnie  mówię,  doktor  Gillis.  Moja  córka  miała 

bardzo cięŜki poród. Kiedy kleszcze zawiodły, podjęto decyzję o cesarskim. Po operacji była 

ledwie  Ŝywa,  obolała,  wyczerpana,  unieruchomiona.  A  jednak  poprosiła  o  dziecko  i  przy-

stawiła je do piersi. I oświadczam, nie podlegała naciskom Ŝadnych zwariowanych idei. Czy 

wyraziłem się jasno? 

- Zupełnie jasno, sir - odparła Rose. - Wskazał pan na przemoŜną siłę macierzyńskiego 

instynktu.  Lecz  tam,  gdzie  ta  siła  słabnie,  pojawia  się  kwestia  wyboru.  Kobieta,  która 

zdecydowała  się  karmić  piersią,  moŜe  niekiedy  wygrać  nawet  przy  bardzo  nierównych 

szansach,  podczas  gdy  inna  chwyci  się  kaŜdego  pretekstu,  by  tego  nie  robić.  KaŜda  kobieta 

jest  inna,  tej  na  pozór  oczywistej  prawdy  zdecydowana  jestem  bronić.  A  poza  tym  muszę 

pogratulować panu dzielnej córki! 

background image

Spotkanie  dobiegło  końca.  Profesor  poŜegnał  towarzystwo  promiennym  uśmiechem, 

Rose jednak poprosił, aby została. 

- Myślę o twojej matce,  moja droga  - powiedział. - Słyszałem, Ŝe przyjeŜdŜa do was 

jej siostra z Irlandii? 

- Tak, ma przyjechać w czwartek, więc jeśli wyrazi pan zgodę, zabiorę mamę do domu 

w piątek po południu. 

-  Dobrze.  Jest  to  twój  wolny  weekend,  więc  wykorzystaj  go  jak  najlepiej.  Lato 

przemija, słoneczna pogoda nie utrzyma się długo. 

Powaga,  z  jaką  to  powiedział,  zdawała  się  nadawać  jego  słowom  głębsze,  bardziej 

ogólne znaczenie. 

Skoro  Rose  miała  za  półtora  miesiąca  przedstawić  kompleksową  charakterystykę 

pracy  tej  części  oddziału  połoŜniczego,  gdzie  leŜały  kobiety  w  połogu,  nie  mogła  zwlekać  i 

musiała  od  razu  podjąć  określone  działania.  ToteŜ  widywano  ją  tam  prawie  codziennie  w 

godzinach  popołudniowych,  a  niekiedy  równieŜ  nocnych,  jak  rozmawiała  z  pacjentkami, 

nagrywając  ich  odpowiedzi  na  taśmę  lub  zadawała  pielęgniarkom  i  personelowi 

pomocniczemu masę szczegółowych pytań. Do porządkowania ankiet i prowadzenia ogólnej 

statystyki  zaangaŜowała  sekretarkę  profesora  Horsfielda,  pannę  Kavanagh,  która  obchodziła 

się  fachowo  z  bezcennymi  materiałami.  DuŜą  teŜ  pomoc  miała  ze  strony  pielęgniarek, 

zachwyconych i rozentuzjazmowanych jej zawziętością, pasją i determinacją. Słowem, Rose 

była na wojennej ścieŜce! 

Tego  rodzaju  tryb  Ŝycia  siłą  rzeczy  musiał  się  odbić  na  jej  wyglądzie.  Pod  oczami 

pojawiły  się  cienie,  w  kącikach  zaciśniętych  ust  widać  było  gorycz,  włosy  utraciły  blask. 

Rose dławił jakiś nieokreślony smutek, którego przyczyny nie znała. Domyślała się tylko, Ŝe 

choroba  matki  nie  tłumaczyła  wszystkich  jej  apatycznych,  ponurych  nastrojów.  Chodziło 

raczej  o  Leigha  McDowie'ego  i  jego  odmowę  udzielenia  jej  pomocy  i  wsparcia.  A  nie 

mogłaby mieć lepszego, bardziej kompetentnego sojusznika. JakŜe fatalnie, wręcz głupio się 

stało,  Ŝe  znaleźli  się  po  przeciwnych  stronach  barykady.  PrzecieŜ  nawet  nie  róŜnili  się  w 

zasadniczej kwestii - akceptowania kaŜdej osoby w jej indywidualności. 

Debata w gabinecie profesora Horsfielda odbiła się głośnym echem w całym szpitalu. 

Zakrawało  niemal  na  Ŝart,  Ŝe  uparta  staŜystka  wraz  z  grupą  zbuntowanych  pielęgniarek 

wydała  wojnę  doktorowi  Cranstone'owi  i  jego  godnym  szacunku  koncepcjom 

wychowawczym. 

Paul Sykes ujął rzecz lapidarnie: 

background image

-  Na  miłość  boską,  kochanie,  ciesz  się  tym,  co  masz,  po  co  ci  jeszcze  te  podchody? 

Marnujesz tylko czas i energię. 

- Dzięki za słowa pocieszenia. Wzruszył ramionami. 

- Czy wiesz, Ŝe nazywają cię kobietą-z-noŜem-w-zębach? 

- Nadmiar pochlebstwa. Ale a propos, w piątek wypisują mamę. Czy mógłbyś odwieźć 

ją swoim samochodem do domu? 

-  Przykro  mi,  kochanie,  ale  piątek  mam  wolny.  Poza  tym  Caroline  zmieniają  gips  i 

prześwietlają nogę. Trzymaj za nią kciuki, by na tym skończyła się jej męka w tym szpitalu. 

Zresztą, przecieŜ moŜesz zadzwonić po taksówkę? 

-  Jasne,  mogę  zadzwonić  po  taksówkę.  Odmowa  Paula  zmroziła  ją  i  po  raz  kolejny 

zadała  sobie  pytanie,  czy  czasami  ich  miłość  ni  weszła  w  fazę  kryzysu.  Był  jedynym 

męŜczyzną, który posiadał jej ciało. Z kolei ona była „największym ukochaniem” jego Ŝycia, 

co  niejednokrotnie  powtarzał  i  co  wysłuchiwała  z  ufnym  i  wdzięcznym  sercem.  Lecz  teraz 

pomyślała, Ŝe moŜe juŜ nigdy  więcej nie spędzą wspólnego weekendu w  Nethersedge. Myśl 

ta  wywołała  w  niej  sprzeczne  uczucia.  Doznaniu  ulgi  towarzyszyło  uświadomienie  swojej 

samotności. Bez Paula i matki byłaby sama jak ten palec. 

Rose nie zdawała sobie sprawy, Ŝe Leigh cały czas ją obserwuje, i Ŝe to jego uwaŜne i 

troskliwe oko rychło dostrzegło ślady zmęczenia  i napięcia na jej twarzy.  Nie wiedziała teŜ, 

Ŝ

e  przeklinał  tamtą  debatę  w  gabinecie  ordynatora  i  skutki,  jakie  z  niej  wynikły.  Publicznie 

wspierał doktora Cranstone'a, gdyŜ tak nakazywała mu moralna i intelektualna uczciwość, w 

ukryciu jednak robił wszystko, by ująć choć cokolwiek z cięŜaru, jaki dźwigała Rose. Między 

innymi  to  dzięki  jego  zdolnościom  dyplomatycznym  rzadko  kiedy  dochodziło  na  oddziale 

połoŜniczym  do  spotkania  Rose  z  doktorem  Cranstone'em,  a  dzięki  jego  zapobiegliwości  jej 

ulubiony stolik w stołówce był zawsze wolny. Kiedy zaś w czwartek Rose poszła odwiedzić 

matkę, Leigh siedział przy łóŜku chorej niczym wierny przyjaciel, który nigdy nie zawodzi. 

- Wiesz, co mówi ten odmieniec, Rose? śe odbierze Maurę ze statku w  Liverpoolu i 

przywiezie ją prosto tutaj! 

Pamiętając o swoim brutalnym zachowaniu wobec Leigha, Rose nie wiedziała wręcz, 

gdzie uciec z oczami. 

-  Nie  wiem,  co  powiedzieć  -  wyjąkała,  nagle  uświadamiając  sobie,  Ŝe  ma 

przetłuszczone  włosy  i  wyblakłą  twarz.  -  Ciocia  Maura  miała  przyjechać  pociągiem.  Ale 

oczywiście bardzo się ucieszy, gdy w porcie będzie na nią ktoś czekał. Jak ją rozpoznasz? 

background image

-  To  proste,  córeczko.  Będzie  trzymał  tekturkę  z  wypisanymi  duŜymi  literami  jej 

imieniem i nazwiskiem - radosnym głosem powiedziała Brigid. - Och, Rose, czy to nie złoty 

człowiek? 

•- Ten „złoty człowiek” chce cię prosić, Rose, abyś go zastąpiła w jego obowiązkach, 

gdyŜ w związku z wyjazdem nad morze musi urwać się z pracy. 

-  AleŜ  oczywiście,  Leigh.  Zresztą  dzisiaj  poród  przewidywany  jest  tylko  u  jednej 

pacjentki, pani Taylor. 

-  Wiem,  to  ta  biedaczka,  której  odporność  na  środki  farmakologiczne  wyzwalające 

skurcze macicy stała się juŜ legendarna. Jak sądzisz, czy zdąŜy uwinąć się z dzieckiem przed 

urodzinową fetą swojej matki? 

- Decydujące będą najbliŜsze godziny. DłuŜej nie moŜna zwlekać, wynika to z kontroli 

stanu płodu. Zastosujemy więc albo przebicie pęcherza płodowego, albo... 

- Albo David Rowan ją posieka. 

- Najświętsza Panienko, o czym wy mówicie?! - wykrzyknęła z przeraŜeniem Brigid. 

- O cesarskim cięciu, mamusiu. To naprawdę nic strasznego. Zresztą zrobię wszystko, 

aby ta jej uparta szyjka zaczęła wreszcie się rozszerzać. 

- Słyszysz, Brigid, jeśli tak mówi, to odniesie sukces. Moja szefowa ma głowę nie od 

parady. 

- Nie miałam dotąd zielonego pojęcia, Ŝe mam tak mądrą córkę - powiedziała Brigid z 

jakimś  rzewnym  zachwytem.  -  Chcę  jeszcze  dodać,  Rose,  Ŝe  Leigh  zaofiarował  się  odwieźć 

mnie jutro do domu swoim samochodem. 

Rose mogła się zdobyć w tej chwili tylko na pełne wdzięczności spojrzenie. Zbyt bolał 

kontrast między odmową Paula a tą spontaniczną, przyjacielską ofertą. 

Leigh  wywiązał  się  ze  swojej  misji  w  stu  procentach.  Przywiózł  Maurę  Carlinnagh 

prosto do szpitala, a kiedy obie siostry ze łzami w oczach rzuciły się sobie w ramiona, pobiegł 

na oddział połoŜniczy, gdzie powitały go trzy śmiejące się panie: Rose Gillis, siostra Pardoe 

oraz pani Taylor, obok której leŜało spowite w pieluszki niemowlę. 

- Widzę, Ŝe juŜ po krzyku - zauwaŜył Ŝartobliwie. 

- Doktor Rose powiedziała, Ŝe jeśli będę bardzo chciała, to na pewno się uda. I udało 

się!  -  rzuciła  z  nutką  dumy  świeŜo  upieczona  matka.  -  Parłam  przez  dwie  godziny,  aŜ 

wreszcie go usłyszałam. Mojego synka. Czy nie jest wspaniały? 

- Kawał chłopa - przyznał Leigh. 

- A teraz chciałabym wiedzieć, pani Taylor - zapytała siostra Pardoe - czy będzie pani 

karmiła piersią? 

background image

- Oczywiście, Ŝe piersią. Chodź do mnie, mój skarbie, chodź do mamusi - powiedziała 

pani  Taylor  pełnym  słodyczy  głosem,  po  czym  rozpięła  koszulę,  pozwoliła  sobie  odkazić 

brodawkę i podała pierś dziecku. Ono zaś nie dało się prosić dwa razy. Przywarło usteczkami 

do sutka i z widoczną rozkoszą zaczęło ssać. 

Widok,  jakkolwiek  zwyczajny  w  tym  miejscu  i  mocno  opatrzony,  miał  w  sobie  tyle 

wdzięku, świeŜości i ciepła, Ŝe Rose i Leigh wymienili pogodne uśmiechy. 

Rose  pochyliła  się  nad  matką  i  dzieckiem,  zaś  Leigh,  zainspirowany  skrawkiem 

koronkowego  biustonosza,  widocznym  w  rozchyleniu  jej  fartucha,  oddał  się  nieskromnym 

myślom. Musiała chyba wyczuć jego gorące spojrzenie, gdyŜ szybko uniosła głowę, a skrzy-

Ŝ

owawszy  z  nim  wzrok,  stanęła  w  pąsach.  Zobaczyła  w  czarnych  oczach  Leigha  szczery 

zachwyt,  a  moŜe  nawet  coś  więcej  niŜ  zachwyt,  co  ją  speszyło,  lecz  równocześnie  dodało 

pewności siebie. A więc wciąŜ była na tyle atrakcyjną i pociągającą kobietą, by wzbudzać w 

męŜczyznach  pragnienie,  by  nawet  w  swym  zdeklarowanym  przeciwniku  przyśpieszyć 

pulsowanie  krwi.  Niemy,  aczkolwiek  bardzo  ekspresyjny  hołd  Leigha  odrodził  ją.  Ostatnio 

czuła się zaniedbywana przez Paula, czemu towarzyszyło przygniatające poczucie, Ŝe gaśnie 

wewnętrznie  jako  kobieta.  PoŜądliwy  wzrok  Leigha  znowu  rozniecił  w  niej  płomień. 

Wiedziała, Ŝe prędko o tym nie zapomni. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Maura  Carlinnagh  ledwie  zdołała  ukryć  przeraŜenie,  jakie  ogarnęło  ją  na  widok 

zmienionej nie do poznania starszej siostry. Gdy odzyskała głos, zaczęła od wymówek. 

-  Och,  Brigid,  nikt  z  nas  do  tej  pory  nie  moŜe  pojąć,  dlaczego  uciekłaś  z  domu  i 

wyszłaś za tego Anglika? I czy tak trudno było przyjechać z nim i przedstawić go rodzinie? - 

pytała gładząc posiwiałe włosy siostry i patrząc na nią z łagodnym wyrzutem. 

Brigid  uchodziła  za  najmądrzejszą  z  rodzeństwa.  Młodsi  bracia  i  siostry  zawsze 

patrzyli  na  nią  z  podziwem  pełnym  szacunku.  Kiedy  zaś  po  ukończeniu  szkoły  wróciła  do 

domu z dyplomem nauczycielki w kieszeni, ich szacunek zmienił się niemal w naboŜną cześć. 

- Przyjechałam zaopiekować się tobą, siostro - ciągnęła Maura, uwaŜając, aby się nie 

rozpłakać. - Zostanę do momentu, kiedy... kiedy poczujesz się lepiej i będziesz mogła radzić 

sobie beze mnie. 

Maura  okazała  się  prawdziwym  darem  niebios.  Gotowała,  prała,  sprzątała,  skakała 

koło  chorej  siostry,  we  wszystko  to  wkładając  całe  swoje  serce  i  duszę.  Była  starą  panną, 

osobą prostą i z natury dobrą, zawsze gotową zapomnieć o sobie, zawsze skorą do poświęceń. 

Siostrzenicę traktowała z rewerencją, jako osobę przewyŜszającą mądrością i wykształceniem 

nawet swoją matkę, a więc zasługującą na odpoczynek i komfort po pracy. I Rose, tym razem 

za sprawą ciotki, poczuła się znowu jak mała dziewczynka, której wszystko w domu podsuwa 

się pod nos i której Ŝyczenia się odgaduje. 

Któregoś dnia Maura poprowadziła Rose do okna i wskazała ręką stojący  w ogródku 

piękny wyściełany fotel, w którym Brigid drzemała w cieniu krzewu jaśminu. 

- Dostarczono go z kartką, na której widniały słowa: „Od oddanego wielbiciela”. Czy 

nie wiesz przypadkiem, kto to moŜe być? 

Rose  znała  odpowiedź  na  to  pytanie  i  nie  mogła  ukryć  wzruszenia,  kiedy  Leigh 

McDowie  wpadł  po  godzinie  z  przyjacielską  wizytą.  Usiedli  na  tarasie  w  promieniach 

zachodzącego słońca, zaś Maura uraczyła wszystkich herbatą i słodkimi bułeczkami własnego 

wypieku.  Wizyty  „długowłosego  doktora”  zaczęły  się  powtarzać.  Rose  długo  pamiętała  te 

złociste sierpniowe wieczory, spędzane na miłych pogawędkach. 

Na  oddziale  połoŜniczym  wszystko  szło  swoim  trybem.  Paul  Sykes  zbadał  Trish 

Pendle  i  zdecydował,  Ŝe  w  celu  uniknięcia  powaŜnych  powikłań,  włącznie  ze  śmiercią, 

groŜących  dziecku  i  rodzącej,  naleŜy  wybrać  metodę  prewencyjną,  czyli  cesarskie  cięcie. 

Operacja  przebiegła  bez  komplikacji.  Dziecko  urodziło  się  zdrowe.  Trish  nazwała  synka 

background image

Donovan.  Na  razie  miała  karmić  go  mamka,  o  którą  postarał  się  szpital,  gdyŜ  Trish,  w 

związku z planowaną operacją nerki, została przewieziona na oddział chirurgiczny. 

-  Mój  BoŜe,  Rose,  skąd  takie  prymitywy  jak  ta  Pendle  się  biorą?  -  biadolił  Paul 

podczas  lunchu.  -  I  co  z  nimi  robić?  Niechlujne  toto,  tępe,  tłuste  i  na  dokładkę  Ŝadnej 

odpowiedzialności za wychowanie dziecka! W takich wypadkach zaczynam wręcz wierzyć w 

sensowność przymusowej sterylizacji. Wiem, Ŝe mówiąc to, ranię twoje uszy, lecz taka jest po 

prostu moja spontaniczna reakcja. 

Ranił nie tylko jej uszy. Tak nie godziło się mówić. Na szczęście nie wszyscy myśleli 

w ten sposób o Trish. Rose pamiętała o dowodach sympatii, jakie Leigh okazał nieszczęśliwej 

nastolatce i jej dziecku. W sumie uznała, Ŝe uwagi Paula nie zasługują na odpowiedź. 

- Czy dostałaś zaproszenie na poŜegnalne przyjęcie, jakie urządza Caroline? - zapytał 

Paul. 

Kiwnęła głową, jednak bez entuzjazmu. 

Strzaskane kości aktorki zrosły się wręcz wzorowo, co było niewątpliwie zawodowym 

sukcesem  Paula.  ZałoŜono  jej  lŜejszy  i  poręczniejszy  gips,  w  którym  mogła  poruszać  się  o 

kulach. Cieszyła się na myśl o powrocie do domu i chciała, Ŝeby inni równieŜ uczestniczyli w 

jej  radości.  Bez  trudu  dostała  pozwolenie  na  urządzenie  przyjęcia,  które  miało  się  odbyć  w 

stołówce  w  ostatni  piątek  sierpnia.  Zaprosiła  połowę  personelu  medycznego,  to  znaczy  te 

wszystkie  osoby  spośród  lekarzy  i  pielęgniarek,  które  pośrednio  i  bezpośrednio  przyczyniły 

się do jej powrotu do zdrowia. Paul miał być honorowym gościem. Rose i Leigh, jako obecni 

wówczas  przy  ofiarach  wypadku,  teŜ  nie  zostali  pominięci.  KaŜdy  zresztą  mógł  przyjść  z 

osobą  towarzyszącą.  Rose  była  świadkiem,  jak  Tanya  Dickenson  chwaliła  się  przed  Laurie 

Moffatt,  iŜ  Leigh  zwrócił  się  do  niej  z  prośbą,  aby  to  ona  wystąpiła  w  roli  jego  partnerki. 

Kiedy to mówiła, w jej jasnoniebieskich i zwykle zimnych oczach błyszczała satysfakcja. 

Tymczasem  walka  Rose  o  dobro  matek  i  ich  dzieci  nie  słabła.  Rzadko  jednak  takie 

działania  obywają  się  bez  kosztów  i  Rose  płaciła  za  swoją  aktywność  krańcowym 

wyczerpaniem. Dzień pracy lekarza na staŜu i tak był dostatecznie długi. Dodatkowe godziny, 

jakie  trzeba  było  poświęcić  na  zbieranie  danych,  czyniły  go  praktycznie  nie  kończącym  się. 

W  trzecim  tygodniu  sierpnia  Rose  stwierdziła,  Ŝe  goni  resztkami  sił.  W  dwa  dni  później, 

asystując  doktorowi  Rowanowi  przy  cesarskim,  zasłabła  i  na  chwilę  straciła  przytomność. 

Jedno  było  pewne  jak  amen  w  pacierzu:  musiała  odpocząć.  ToteŜ  bez  słowa  protestu 

pozwoliła zapakować się do taksówki i odesłać do domu. 

- Wielkie nieba, co się stało?! - wykrzyknęła ciotka Maura, kiedy o tak wczesnej i stąd 

niezwykłej porze dnia Rose stanęła w drzwiach. 

background image

- Wszystko w porządku, ciociu. Po prostu dzisiaj mam wolne. Gdzie mama? 

Maura wskazała palcem na drzwi saloniku, po czym natychmiast przyłoŜyła go do ust. 

- Sza, Rose, twoja matka konferuje - wyszeptała. - I zabroniła sobie przeszkadzać pod 

jakimkolwiek pozorem. 

- Konferuje? A z kim, jeśli wolno wiedzieć? - zapytała Rose. 

Nasuwały  się  tylko  dwie  moŜliwości.  Mógł  to  być  ksiądz  Naylor  lub  ich  lekarz 

domowy, doktor Tait. 

- Czy wezwała księdza Naylora, Ŝeby się wyspowiadać? - uszczegółowiła pytanie, nie 

mogąc doczekać się odpowiedzi. 

- Nie, to jest... ech... - Maura zaczęła się jąkać. 

Rose  nagle  poczuła,  Ŝe  wzbiera  w  niej  podejrzliwość.  Szybko  podeszła  do  drzwi 

saloniku.  Usłyszała  głos  matki  oraz  swoje  imię.  Słowo  „Rose”  powtórzyło  się,  ale  zarówno 

teraz,  jak  i  przed  chwilą  nie  wypowiedziała  go  Brigid.  Padło  z  ust  doktora  McDowie'ego, 

którego miękki, głęboki głos rozpoznała bez trudu. 

Zapukała  i  nie  czekając  na  odpowiedź  otworzyła  drzwi.  Matka  i  Leigh  siedzieli  przy 

stole nad jakimiś dokumentami. 

-  Co  się  tutaj  dzieje?  -  zapytała  z  wyczuwalnym  rozdraŜnieniem.  -  Przychodzisz, 

Leigh, podczas mojej nieobecności i ucinasz sobie z mamą pogawędkę na mój temat. Czy nie 

za duŜo tego dobrego? 

ZbliŜyła się do stołu, by rzucić okiem na dokumenty, lecz Leigh uprzedził ją i zakrył 

je leŜącą obok tekturową teczką. 

-  Nie  tak  szybko,  Rose.  Twoja  matka  i  ja  mamy  pełne  prawo,  by  się  spotykać  i 

rozmawiać,  o  czym  nam  się  Ŝywnie  podoba.  Nie  przewidzieliśmy  twojego  tak  rychłego 

powrotu. 

-  Jasne,  Ŝe  nie!  -wykrzyknęła  rozwścieczona,  z  pobladłą  twarzą.  -  Tyle  Ŝe  ja  z  kolei 

mam  pełne  prawo  wiedzieć.  Ostatecznie  jestem  jej  jedyną  córką.  Nie  pozwolę  tu  na  Ŝadne 

konspiracje,  na  Ŝadne  szeptanki  skierowane  przeciwko  mnie!  Mamo,  proszę,  powiedz  mi,  o 

czym rozmawiałaś z tym człowiekiem? 

- Nie, Rose, nie. 

Matka  ukryła  twarz  w  dłoniach,  po  czym  do  uszu  przeraŜonej  Rose  dobiegł  jej 

stłumiony szloch. Leigh objął Brigid opiekuńczym ramieniem i zaczął szeptać jej jakieś słowa 

pocieszenia. W pewnym momencie podniósł głowę. 

-  Bądź  tak  dobra  i  zostaw  nas  samych  -  powiedział  tonem,  który  wykluczał  wszelką 

dyskusję. - I nie zapomnij zamknąć za sobą drzwi. 

background image

W  osłupieniu,  wystraszona,  zrobiła  to,  co  jej  kazano.  Następnie  krokiem  lunatyczki 

przeszła do kuchni, gdzie bez Ŝycia padła na krzesło. 

- AleŜ nie masz się czego obawiać - uspokajała ją ciotka. - Wiesz przecieŜ, Ŝe Brigid 

zawsze miała, ma i będzie mieć na względzie tylko twoje dobro. A i doktor McDowie wydaje 

się być przyzwoitym człowiekiem. 

-Wiem, ciociu, wiem! Tylko czuję się taka odepchnięta, gdzieś na marginesie, prawie 

niepotrzebna - skarŜyła się Rose ze szlochem. 

Na widok Leigha, który stanął w drzwiach, szybko jednak otarła łzy. 

-  Musisz  mi  przyrzec,  Rose,  Ŝe  nigdy  juŜ  wobec  Brigid  nie  zachowasz  się  w  taki 

sposób.  Ona  i  tak  juŜ  dźwiga  dostatecznie  cięŜkie  brzemię  cierpień  -  powiedział  głosem  nie 

znoszącym sprzeciwu. - A więc? 

- Przyrzekam - wyszeptała. 

-  Dobra  dziewczynka.  A  teraz  wytłumacz  mi  swój  stan.  Wyglądasz,  jakby  zmarli  ci 

podczas porodu matka i dziecko. 

Rose zdobyła się na wątły uśmiech. 

- Tak źle to nie było. Po prostu zasłabłam przy cesarskim. 

Usłyszawszy  to,  Maura  natychmiast  skoczyła  po  poduszkę  i  podłoŜyła  ją  pod  głowę 

siostrzenicy. 

- CóŜ ty wyrabiasz, kobieto?! - wykrzyknął Leigh. - Chcesz zapracować się na śmierć? 

Marsz do łóŜka! I nie wstawać mi do jutra rana! 

-  Ani  myślę.  Dziś  koło  północy  muszę  jeszcze  wpaść  na  oddział  do  moich  matek. 

Chodzi o nocne wywiady w ramach badań, które podjęłam się przeprowadzić. 

- Do diabła z badaniami! - rzucił zdecydowanie. 

- Nie zdajesz sobie sprawy, jakie to dla mnie waŜne, Leigh. Teraz odpocznę, ale nikt 

nie odwiedzie mnie od tej wizyty. Ty równieŜ. 

-  No  więc  dobrze,  Rose  -  rzekł  rozdraŜnionym  głosem.  -  Pójdę  i  przeprowadzę  za 

ciebie  te  cholerne  wywiady!  Wezmę  pióro,  notatnik  i  przemienię  się  na  dzisiejszą  noc  w 

kobietę-z-noŜem-w-zębach,  w  wieloczynnościowego  robota.  Będę  pytał,  wysłuchiwał,  spi-

sywał, zmieniał pieluszki, przystawiał do piersi, słowem: uczynię kaŜde wariactwo, włącznie 

z seksualnym zaspokojeniem siostry Hicks, bylebyś tylko spędziła tę noc w łóŜku! 

- W porządku - zgodziła się. 

Skapitulowała  tak  szybko,  gdyŜ  zaczęła  się  obawiać,  Ŝe  jeszcze  chwila,  a  wybuchnie 

histerycznym, niepowstrzymanym śmiechem. 

Kiedy Leigh poŜegnał się i poszedł, Maura skomentowała jego wizytę: 

background image

- Widać jak na dłoni, Ŝe doktor McDowie dba o ciebie, Rose. 

Rose  spała  przez  cały  dzień  i  całą  noc.  Obudziła  się  rześka  i  wypoczęta  fizycznie  i 

psychicznie.  Zjadła  obfite  śniadanie  i  poszła  do  pracy  z  mocnym  postanowieniem 

podziękowania „długowłosemu doktorowi”. Niestety, zajęty był na oddziale ginekologicznym 

i musiała czekać aŜ do pory lunchu. 

Prawie  kończyła  swój  posiłek,  gdy  zobaczyła  go  z  tacą  przy  barze.  Równocześnie 

usłyszała, jak wołają go, aby się przysiadł od stolika pediatrów, gdzie siedział równieŜ doktor 

Cranstone  z  Ŝoną,  Annette.  Ku  jej  wielkiemu  zaskoczeniu,  odpowiedział  im  tylko 

zdawkowym uśmiechem, po czym wybrał jej stolik. 

-  Czy  nie  przeszkadzam?  -  zapytał,  rozkładając  się  ze  swoim  szaszłykiem  baranim, 

surówką i kawą. 

- Chciałbym zamienić z tobą kilka słów. 

Uśmiechnęła się. 

- AleŜ oczywiście, Leigh- Prawdę mówiąc, miałam nadzieję na to spotkanie. 

- Przede wszystkim powiedz mi, jak się czujesz? 

- Czuję się zdrowa jak ryba. I to dzięki tobie, Leigh, za co z całego serca dziękuję. A 

poza  tym  -  spuściła  oczy  na  talerz  -  chciałabym  cię  przeprosić.  Zachowałam  się  wczoraj 

wobec ciebie i mamy głupio, wulgarnie i napastliwie. Dzisiaj wstydzę się tego. 

- A jak się czuje Brigid? - zapytał pośpiesznie. -MoŜliwie. Gdy wychodziłam z domu, 

jeszcze spała. Twarz miała pogodną, jakby nawiedzały ją tej nocy jedynie dobre sny. 

Z  oczu  Leigha  znikły  iskierki  wesołości.  Została  w  nich  tylko  niezgłębiona  czerń. 

Milczał. 

A ty, Leigh? Jak spędziłeś ostatnią noc? - zapytała. - Na połoŜniczym musiał panować 

niezły rejwach... Przerwała i biegnąc za wzrokiem Leigha spojrzała w górę. Przy stoliku stał 

uśmiechnięty Philip Cranstone. 

-  Cześć,  Leigh.  Cześć,  Rose.  Przysiądźcie  się  do  nas.  Annette  chciałaby  usłyszeć 

ostatnie ploteczki z połoŜniczego. Zróbcie jej tę przyjemność. 

Rose  bez  słowa  spuściła  głowę.  Natomiast  odpowiedź  Leigha  zabrzmiała  dość 

bezceremonialnie: 

- Przykro mi, Phil. Nie czuję się dzisiaj w nastroju do plotkowania i Ŝartów. Poza tym 

prowadzę teraz waŜną rozmowę. Wybacz, stary. I przeproś od nas małŜonkę. 

Phil lekko pobladł, wzruszył ramionami i obróciwszy się na pięcie odszedł. 

-  Słuchaj,  Rose.  Chciałbym  ci  teraz  zaproponować  starucha.  Słowem,  chcę  wziąć 

udział w twoich badaniach. Bez wątpienia potrzebna ci pomoc. Tylko razem moŜemy podołać 

background image

temu zadaniu w narzucanym terminie, nawet jeŜeli róŜnimy się poglądami na sprawę. Zresztą 

odmienność  stanowisk  sprawi  jedynie,  Ŝe  końcowe  wnioski  będą  bardziej  obiektywne  i  wy-

waŜone. 

Nagle  spojrzenie  Rose  stało  się  badawcze.  Szukała  w  twarzy  Leigha  śladu  jakichś 

ukrytych  pobudek.  Zlękła  się,  Ŝe  jej  tezy  zostaną  rozwodnione  lub  ukazane  w  fałszywym 

ś

wietle. 

-  Czy  mam  rozumieć,  Ŝe  nie  popierasz  juŜ  doktora  Cranstone'a?  -  zapytała  bez 

ogródek. 

-  Powiedzmy  raczej,  iŜ  zaleŜy  mi  w  równym  stopniu  jak  tobie,  by  nasze  grube  ryby 

dostały  rzetelny,  dobrze  udokumentowany  raport,  który,  miejmy  nadzieję,  zostanie 

opublikowany  w  którymś  z  lekarskich  periodyków.  A  jeśli  przedrukuje  go  jakieś  pismo 

kobiece, to tym lepiej. Tyle Ŝe musimy operować faktami, nie anegdotami. 

Spojrzenie  Rose  złagodniało.  Patrzyła  na  swego  byłego  przeciwnika,  nieświadoma 

przemiany, jakiej ulega w tej chwili jego romantyczna dusza. 

- Powiedz mi, Leigh, czy minionej nocy wydarzyło się coś, co spowodowało tę zmianę 

w twoim stosunku do mnie? 

Potrząsnął głową. 

-  Nie  wyciągaj  zbyt  pochopnych  wniosków,  Rose.  Nie  zmieniam  poglądów  w  ciągu 

dwóch godzin, nawet gdyby obfitowały one w dość szokujące doświadczenia. Musimy przede 

wszystkim oczyścić się z emocji. No więc jak, przyjmujesz moją wyciągniętą rękę? 

Rose westchnęła. 

- Przyjmuję. Raz kozie śmierć. 

Uśmiechnął się. Znane jej dobrze ogniki znów zatańczyły w jego oczach. 

-  A  teraz  zmieńmy  temat.  Myślę,  Ŝe  pracę  trzeba  przeplatać  rozrywką,  i  właśnie 

czegoś  takiego  potrzebujesz.  OtóŜ  wdzięczny  mąŜ  jednej  z  moich  pacjentek,  chcąc  mnie 

uszczęśliwić, podarował mi... Zgadnij, co? 

- Nie mam pojęcia - odparła lekko zaintrygowana. 

- Dwa bilety na „Burzę” Szekspira. Co ty na to? 

- A Tanya nie chce iść? 

- Ma dzisiaj dyŜur. Poza tym nie jestem pewien, czy przepada za klasyką. 

- Ja równieŜ. To znaczy równieŜ mam dyŜur. Rose nie wiedziała, czy cieszyć się, czy 

teŜ smucić z tego powodu. 

background image

-  Wiem, z  tym  Ŝe  doktor  Rowan  zaofiarował  się  przejąć  twoje  obowiązki  na  te  kilka 

godzin.  Zostanie  w  szpitalu  aŜ  do  naszego  powrotu.  Tak  jak  my  wszyscy,  on  równieŜ 

przejmuje się tobą. Urazisz go, odrzucając jego ofertę. 

Rose przez chwilę się wahała. W końcu potrząsnęła głową. 

- Przykro mi, Leigh, ale nic z tego. 

- Przykro mi, Rose, ale to musi wypalić - rzekł stanowczym tonem, pochylając się do 

przodu.  -  Jeśli  będziesz  uparta,  pójdę  i  poskarŜę  się  twojej  matce.  Czy  chcesz  ją  jeszcze 

bardziej przygnębić? I tak juŜ w dostatecznym stopniu zamartwia się, Ŝe za duŜo pracujesz. 

Przeczucie podpowiadało jej, Ŝe gotów naprawdę to zrobić. Poddała się. 

CóŜ, widzę, Ŝe nie mam wyboru. Leigh. 

Po  gorącym  dniu  nastał  ciepły  i  miły  wieczór.  Południowo-zachodni  wietrzyk 

oczyszczał  miasto  z  nagrzanego,  cięŜkiego  od  spalin  powietrza.  Rzęsiście  oświetlona  bryła 

teatru  nasuwała  na  myśl  porównania  ze  świątynią  magii,  azylem  fantazji,  arką  pięknego 

słowa.  Dzień  w  dzień  podczas  tego  letniego  sezonu  elegancka  publiczność  zapełniała 

widownię, aby nacieszyć oczy i uszy ostatnią z trzydziestu sześciu sztuk Maga ze Stratfordu, 

dramatyczną baśnią, w której zawarł on całą swoją dojrzałą mądrość. 

-  Ciekawa  jestem  -  powiedziała  Rose,  zajmując  miejsce  -  jak  inscenizator  poradził 

sobie z pierwszą sceną burzy na morzu. 

- Obawiam się, Ŝe jeśli potraktował rzecz realistycznie, to przyjdzie nam rozejrzeć się 

za jakąś kłodą, Ŝeby nie zatonąć - zaŜartował Leigh. 

Leigh  w  swoich  Ŝartach  niezbyt  daleko  odbiegł  od  prawdy.  Po  chwili  bowiem,  za 

skinieniem  czarodziejskiej  róŜdŜki  Prospera,  niebo  zarysowały  błyskawice  i  zagrzmiały 

pioruny,  wicher  rzucił  góry  wody  na  nieszczęsnych  śmiertelników,  a  liny  statku  pękały 

niczym  pajęcze  nici.  śagle  poszły  w  strzępy,  okręt  zaczął  się  rozpadać,  zaś  krzyki  i  Ŝale 

załogi,  która  spojrzała  w  oczy  bezlitosnej  śmierci,  głuszyło  wycie  oceanu.  Ale  ksiąŜę-

czarodziej  zadbał,  by  nikomu  nic  złego  się  nie  stało.  Jego  zamiary  były  dobrotliwe,  a  jego 

sługa Ariel, duch powietrza, swoim cudownym śpiewem najpełniej je wyraził: 

Posplatajcie wasze dłonie 

Gdy całunki, gdy pieszczoty 

Ukołyszą morskie tonie, 

Suńcie po nich krok wesoły 

I zanućcie ze mną społy

 

                                                 

 Tłum. Leon Ulrich 

background image

I  stała  się  rzecz  dziwna.  Rose  i  Leigh  spojrzeli  na  siebie  i  bez  słowa,  posłuszni 

Arielowi, ujęli się za ręce. A kiedy śliczna Miranda, córka Prospera, i Ferdynand, królewicz 

neapolitański,  wyznali  sobie  miłość,  Rose  poczuła  na  swoim  policzku  delikatny  pocałunek 

Leigha. Z tą chwilą scena przed jej oczami poszybowała ku niebu i Rose całą duszą doznała 

cudowności  istnienia.  Lecz  aby  czar  nie  rozpłynął  się  zbyt  szybko,  odwróciła  głowę  i 

przyjąwszy ustami usta męŜczyzny utonęła w pocałunku słodszym od śpiewu Ariela. 

Sztuka  dobiegła  końca.  Roztopiła  się  baśniowa  rzeczywistość.  Długo  trwały  oklaski. 

Kiedy zamilkły, Rose poczuła, Ŝe ma łzy na policzkach. 

- I jak, Rose? - zapytał Leigh głosem doktora McDowie'ego. 

- Nie chcę wracać do rzeczywistości, Leigh - odparła ze smutkiem. 

Ujął ją za ramię i uścisnął. 

-  To  było  cudowne  przedstawienie,  i  to  pod  kaŜdym  względem.  Chodź, 

przygotowałem na dzisiaj jeszcze jedną niespodziankę. 

Zaprowadził  ją  za  kulisy  i  chciał  juŜ  zapukać  do  którychś  z  rzędu  drzwi,  gdy 

otworzyły się nagle i stanął w nich aktor, który grał Bosmana w pierwszej i ostatniej scenie. 

- Cześć, Bosmanie. Widzę, Ŝe właśnie wychodzisz. Pójdziemy więc razem na parking. 

- Cześć, stary chłopie. A co to za czarnowłosa piękność stoi u twego boku? 

-  Rose,  pozwól,  Ŝe  ci  przedstawię  mego  młodszego  brata,  Andrew  -  rzekł  Leigh, 

szczerząc  zęby  w  uśmiechu.  -  MoŜe  jeszcze  nie  aktor,  lecz  klown  całą  gębą.  Właśnie 

debiutuje na deskach tego teatru. 

Rose nawet nie starała się ukryć przyjemnego zaskoczenia. 

-  Co  za  miła  niespodzianka!  Leigh,  dlaczego  nie  powiedziałeś  mi  podczas 

przedstawienia,  Ŝe  patrzę  na  twojego  brata?  Nigdy  ci  tego  nie  wybaczę.  Byłeś  wspaniały, 

Andrew, wszyscy byliście wspaniali. 

Zaczęli komentować reŜyserię, grę poszczególnych aktorów, dekoracje i kostiumy. W 

pewnym momencie Andrew zmienił temat. 

-  Teraz  zaczynam  rozumieć,  dlaczego  puściłeś  kantem  internę  i  wlazłeś  w  skórę 

staŜysty  na  oddziale  połoŜniczym.  JeŜeli  wszystkie  lekarki  są  tam  takie  jak  Rose,  to  ja 

równieŜ jestem gotów zrezygnować ze sceny i witać głębokim ukłonem rodzące się dzieci. 

-  Dość  błaznowania,  braciszku  -  powiedział  Leigh.  -  Wiedza  z  zakresu  połoŜnictwa, 

ginekologii  i  pediatrii  będzie  mi  bardzo  pomocna  w  mojej  prywatnej  praktyce.  Jako  lekarz 

domowy  i  rodzinny,  którym  mam  nadzieję  zostać,  nie  mogę  znać  się  przecieŜ  tylko  na 

wątrobie  czy  nerkach.  -  Westchnął  i  spojrzał  na  zegarek.  -  Niestety,  Bosmanie,  musimy  się 

background image

rozstać.  Jeśli  nie  zjawimy  się  o  oznaczonej  godzinie  w  szpitalu,  posiekają  nas  na  drobne 

kawałki. W takim razie do zobaczenia przy okazji jakiegoś innego przedstawienia. 

-  Do  zobaczenia.  śegnaj,  słodki  ksiąŜę  i  ty  piękna  księŜniczko  -  odparł  Andrew, 

składając na policzku Rose braterski pocałunek. 

Wracali do Beltonshaw w milczeniu. Rose tylko ciałem była w samochodzie, jej dusza 

została w teatrze, zaś myśli krąŜyły wokół tamtej chwili, kiedy ona i Leigh, częściowo tylko 

ś

wiadomie, spełnili Ŝyczenie starego Prospera. Czy biły wówczas ostrzegawcze dzwony? Być 

moŜe biły, lecz ona ich nie słyszała. Inaczej przecieŜ pomyślałaby o Paulu! 

- Paul zdziwi się, kiedy usłyszy, gdzie byłam - zauwaŜyła, przerywając milczenie. 

- Powiedz mu, Ŝe zjeŜdŜa do Manchesteru Edna Everage. Być moŜe to go zainteresuje 

- rzucił zimnym głosem Leigh. 

-  Przepraszam,  ale  sama  lubię  Ednę.  Wszystko  zaleŜy  od  tego,  w  jakim  w  danym 

momencie jesteśmy nastroju. 

-  Racja.  Lecz  Edna  musiałaby  wznieść  się  na  wyŜyny,  Ŝeby  wyciągnąć  Sykesa  z 

kobiecego bloku na oddziale chirurgii. 

Rose zmarszczyła brwi. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? Dlaczego psujesz uroczy wieczór? 

- Och, Rose, Rose. Jak ty w ogóle moŜesz to wszystko znieść? Czy nie obraŜa cię fakt, 

Ŝ

e on niczego nie widzi poza nogą tej aktorki? 

Rose  zesztywniała.  Dlaczego  Leigh  McDowie  stał  się  nagle  tak  nieprzyjemny? 

CzyŜby  powodowała  nim  zazdrość?  Myśl  ta  zaintrygowała  ją,  lecz  po  chwili  wydała  się 

zwyczajnie śmieszna. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Przygotowania  do  poŜegnalnego  przyjęcia  Caroline  Trench  były  na  ukończeniu. 

Aktorka wynajęła renomowaną firmę, organizującą tego typu imprezy, a poniewaŜ utrzymała 

się piękna pogoda, podjęto decyzję o zorganizowaniu zabawy pod gołym niebem, w ogrodzie 

na tyłach szpitalnego budynku. 

Lista  gości  wydłuŜyła  się  o  sławy  i  znakomitości  ze  światka  telewizyjnego  i 

filmowego,  co  z  pewnością  podniosło  temperaturę  oczekiwania  na  ów  od  dawna  juŜ 

zapowiadany ostatni piątek miesiąca. AŜ wreszcie dzień ten nadszedł. Było bardzo gorąco, a 

nieruchome  powietrze  zdawało  się  gęste  jak  zupa.  Wszyscy  goście  pocili  się  przy 

najmniejszym  ruchu.  Dwie  cięŜarówki  przywiozły  pół  tuzina  dość  pokaźnych  rusztów  oraz 

chyba tonę węgla drzewnego. Na trawnikach porozstawiano ogrodowe stoliki i krzesła, zaś na 

zaimprowizowanym podium zaczęto instalować mikrofony, głośniki i światła. KaŜde drzewo 

przybrano girlandami Ŝarówek, aby po zapadnięciu zmroku móc bawić się dalej. 

Nie  mogło  zabraknąć,  rzecz  jasna,  dziennikarzy  i  reporterów,  a  wśród  nich 

wszędobylskiego Rogera Maynarda. KaŜda, nawet najmniejsza lokalna gazeta przysłała swoją 

delegację, która toczyła bój o lepsze miejsca z kolegami z innych redakcji. Nazwisko Caroline 

Trench działało bowiem jak magnes i przysparzało czytelników. 

Rose  do  ostatniej  chwili  miała  nadzieję,  Ŝe  nawał  pracy  uniemoŜliwi  jej  udział  w 

zbiorowej imprezie przy roŜnach, lecz jakby fatalnym zrządzeniem losu tego dnia zjawiła się 

na  oddziale  tylko  jedna  cięŜarna  i  nic  nie  wskazywało,  aby  zanosiło  się  na  więcej  porodów. 

Pozostawała  jeszcze  najwaŜniejsza  kwestia.  OtóŜ  Rose  poczuwała  się  do  obowiązku 

towarzyszenia Paulowi, kiedy ten, w roli gościa tym razem, będzie witany przez gospodynię 

wieczoru, Caroline Trench. 

Patrząc w lustro, zadała sobie pytanie, które dręczyło ją od dawna. Kim jest właściwie 

dla  Paula?  Narzeczoną?  A  moŜe,  by  uŜyć  trochę  staroświeckiego  słowa,  kochanką? 

Zmarszczyła brwi. Byli  ze sobą zaręczeni. Mniejsza z tym, Ŝe nieoficjalnie, gdyŜ wszyscy o 

tym wiedzieli, tak jak wszyscy wiedzieli o istnieniu ich miłosnego gniazdka w campingowej 

przyczepie w Nethersedge. Ostatni raz byli tam przed dwoma miesiącami. CzyŜ zatem mogło 

dziwić, Ŝe Paul ochłódł cokolwiek w swych uczuciach i juŜ nie poświęcał jej całego swojego 

wolnego  czasu?  Zresztą,  nawet  gdyby  chciał  poświęcić,  to  ona,  przytłoczona  pracą  i 

dodatkowymi obowiązkami, nie mogła zaofiarować mu ani minuty. 

background image

Tak  czy  inaczej  przy  najbliŜszej  okazji  powinna  przeprowadzić  z  nim  szczerą 

rozmowę.  JeŜeli  nadal  będzie  zapewniał  ją  o  swojej  miłości,  to  ona,  Rose,  musi  postawić 

kwestię oficjalnych zaręczyn i wyznaczenia orientacyjnej daty ślubu. 

Ponownie  spojrzała  w  lustro,  tym  razem  z  przyjemnością.  W  długiej  sukni  z 

karmazynowego brokatu, z głębokim wycięciem na plecach wyglądała wręcz oszołamiająco. 

Kryształowe  kolczyki  w  kształcie  wisiorków  na  tle  kruczoczarnych  włosów  przypominały 

dwie  roziskrzone  gwiazdy  na  tle  nocnego  nieba.  Lecz  bez  wątpienia  najciekawsze  były 

okolone długimi rzęsami ciemnoniebieskie oczy.  Zachował się w nich bowiem ślad tamtego 

pytania z teatru o granicę pomiędzy rzeczywistością realną a tą ze świata magii i czarów. 

Kiedy  zjawiła  się  w  przemienionym  w  teatralną  scenerię  i  rozbrzmiewającym  miłą 

muzyką ogrodzie, nie tylko Paul Sykes, lecz równieŜ inni koledzy wyrazili mimiką i słowem 

swój  zachwyt  piękną  i  elegancką  koleŜanką.  Tylko  Leigh  McDowie,  który  przyszedł  w 

towarzystwie  triumfalnie  młodej  i  jasnej  Tanyi  Dickenson,  ograniczył  się  do  badawczego, 

trochę  melancholijnego,  trochę  ironicznego  spojrzenia.  Wkrótce  teŜ  zaczęli  napływać  goście 

spoza  szpitala.  Rozpalono  ogień  pod  roŜnami.  W  powietrzu  rozeszła  się  smakowita  woń 

kiełbasek i szaszłyków. 

Nagle zrobiło się wietrznie i chłodno. Do dźwięków muzyki i rozmów dołączył szelest 

liści.  Wiatr  napędził  chmury,  które  przesłoniły  chylące  się  ku  zachodowi  słońce.  Na 

obnaŜonych ramionach pań pojawiła się gęsia skórka. Sięgnięto po szale i narzutki. 

Rozpoczęła  się  część  oficjalna.  Paul  Sykes  wprowadził  na  estradę  Caroline  Trench  i 

pomógł  jej  usiąść  na  przygotowanym  tam  specjalnie  dla  niej  krześle.  Aktorka,  niewątpliwie 

zachwycająca  w  swej  białej  jedwabnej  sukni  ze  złotym  paskiem,  biła  jednak  inne  panie  nie 

tyle elegancją czy urodą, co przede wszystkim szczęściem promieniującym z jej twarzy. 

Powitała  wszystkich  gości,  dziękując  im  za  przybycie,  a  następnie,  trzymając 

mikrofon przy ustach, z wprawą zawodowej aktorki zwróciła się do Paula Sykesa, który stał 

w pobliŜu jej krzesła. 

- A teraz, korzystając z tej miłej okazji, chciałabym wyrazić swoją wdzięczność panu 

doktorowi Paulowi Sykesowi, który uratował moją nogę, a tym samym moją aktorską karierę, 

a tym samym moje Ŝycie. Słowa zresztą nie są w stanie oddać tego, co czuję. Ten szpital oraz 

jego  personel  na  zawsze  pozostaną  w  mym  sercu.  Ale  szczególne  w  nim  miejsce  będzie 

zajmował  najlepszy  z  chirurgów  i  fantastyczny  człowiek,  Paul  Sykes,  mój  doktor,  mój 

cudowny doktor. 

Paul  Sykes  pochylił  się,  by  pocałować  dłoń  aktorki,  lecz  ona  zarzuciła  mu  ręce  na 

szyję i zaczęła obsypywać namiętnymi pocałunkami. 

background image

Rozległy  się  oklaski,  wesołe  okrzyki  i  gwizdy  Błyskały  flesze  aparatów.  Szczery 

entuzjazm ogarnął teŜ pacjentów okupujących okna szpitalnego budynku. 

- To ci heca! - skomentował Leigh na uŜytek Tanyi, lecz Rose, która stała w pobliŜu, 

usłyszała jego słowa. 

-  I  to  chyba  dość  przykra  dla  doktor  Gillis,  zwaŜywszy  na  jej  związek  z  Paulem 

Sykesem - dodała pielęgniarka. 

- Nie przejmuj się, taka piękna kobieta jak Rose nie zostanie długo sama - powiedział 

Leigh oschłym, jakby drewnianym głosem. - Poza tym rozumiem tego Sykesa, Ŝe smakują mu 

usta Caroline, lecz ja chciałbym popróbować smaku czegoś z rusztu. Jestem wściekle głodny, 

a w kaŜdej chwili mogą mnie wezwać na oddział. 

Rose modliła się w duchu, aby Leigh i Tanya nie dostrzegli jej i nie zorientowali się, 

Ŝ

e wszystko słyszała. Odetchnęła dopiero wówczas, kiedy na skutek falowania tłumu oddaliła 

się od nich na dostateczną odległość. Czuła się upokorzona zarówno słowami Leigha i Tanyi, 

jak i sceną na estradzie. Gniew zabarwił jej policzki. Postanowiła, Ŝe machnie ręką na to całe 

przyjęcie i wróci do matki i ciotki. I gdy była juŜ blisko wyjścia, niespodziewanie natknęła się 

na  ludzi,  których  bardzo  lubiła:  doktora  Okoje,  anestezjologa,  z  Ŝoną  Susannah  oraz  Lewisa 

Granta, teŜ anestezjologa, z Ŝoną Fay. 

Fay i Rose były przyjaciółkami, a Ŝe praktycznie nie widziały się od wesela Grantów, 

na którym Rose wystąpiła w roli druhny, miały wiele tematów do poruszenia. 

- Czy to prawda - zagadnęła Fay, kiedy juŜ do woli się wyściskały - Ŝe masz teraz pod 

sobą  Leigha  McDowie'ego?  Szampański  facet.  Czy  wciąŜ  otacza  go  rój  omdlewających  z 

zachwytu dziewcząt? Dobrze choć, Ŝe Paul ma na ciebie oko, bo byłabyś jego następną ofiarą. 

-  Nie  ma  obawy!  -  odparła  Rose,  nieco  zmieszana  Ŝartami  przyjaciółki.  -  Aktualnie 

interesuje  się  jedną  z  pielęgniarek,  młodą,  lecz  nie  w  ciemię  bitą  dziewczyną,  która  wie, 

czego chce. A wszystko wskazuje na to, Ŝe chce właśnie Leigha McDowie'ego. 

- Oho! Wyczuwam w twoim głosie nutkę uraŜonej kobiecej ambicji - powiedziała Fay, 

puszczając oko. PrzecieŜ juŜ wróble na dachach ćwierkają, Ŝe wspaniały, olśniewający Leigh 

niemal codziennie odwiedza swoją szefową w jej domu. 

-  Faktycznie,  przychodzi  do  mojego  domu,  ale  niestety  czy  „stety”  nie  do  mnie. 

Zaprzyjaźnił  się  z  moją  matką  i  wydaje  się,  Ŝe  jest  to  wyjątkowo  serdeczna  i  głęboka 

przyjaźń. Zaczęła się tutaj, w tym szpitalu, gdzie Brigid miała operację. 

- Tak, słyszałam, Ŝe twoja mama leŜała na ginekologii - powiedziała Fay, tym razem 

juŜ powaŜnym głosem. - Ale chyba wszystko w porządku? 

- Przeciwnie, Fay. Nie mogę mieć duŜych nadziei. 

background image

- Och, Rose, jakŜe mi przykro! - Twarz Fay wyraŜała szczere współczucie. - A moŜe 

przyjechałabyś  do  nas  ze  swoją  mamą  na  weekend?  Barfylde  to  urocza  miejscowość  i 

skończyliśmy juŜ urządzanie domu. 

-  Nie  sądzę,  Ŝeby  mama  chciała  wyjeŜdŜać  w  tej  chwili  gdziekolwiek.  Zresztą 

przyjechała do nas jej siostra, która się nią opiekuje. Tak czy inaczej, dziękuję, Fay. 

- To moŜe wybrałabyś się z Paulem? - nalegała młoda kobieta. 

- Wierz mi, bardzo bym chciała, ale ostatnio wszystko tak jakoś mi się układa, Ŝe nie 

mogę  ruszyć  się  z  Beltonshaw  -  odparła  Rose  głosem,  który  rozpłynął  się  w  półtonach 

melancholii i smutku. 

Zaraz  jednak  uśmiechnęła  się  i  odrzuciwszy  głowę  do  tyłu  poszła  z  przyjaciółmi  w 

kierunku rozstawionych  stolików, gdzie juŜ czekały na nich upieczone na ruszcie, rumiane i 

wonne mięsiwa. 

Wiatr  rozwiewał  zapachy,  porywał  ze  stołów  papierowe  chusteczki  i  szumiał  w 

koronach drzew. 

Na  trawniku  pomiędzy  podium  a  stolikami  pojawił  się  wózek  inwalidzki,  na  którym 

siedziała  Caroline  Trench.  Z  tyłu,  w  roli  pielęgniarza,  kroczył  Paul  Sykes,  po  bokach  zaś 

ciągnęło  roześmiane  i  rozbawione  towarzystwo  z  telewizji.  Na  obrzeŜach  grupy  uwijali  się 

niezmordowani fotoreporterzy. 

- Rose, kochanie, gdzie się podziewałaś? - zapytał Paul, pomagając aktorce przesiąść 

się z wózka na krzesło. - Cześć, Lewis, jak leci, przyjacielu? Zdaje się, Ŝe nie przedstawiłem 

cię jeszcze Caroline? 

Do prezentacji jednak nie doszło. Nagle tuŜ ponad ich głowami pojawił się na niebie 

jęzor  błyskawicy,  a  zaraz  potem  rozdarł  powietrze  ogłuszający  grzmot.  Wiatr  zawył,  jak 

gdyby przestraszony gniewem niebios, i z gwałtownością rzucił się na ludzi i przedmioty. Tu 

pofrunął  jakiś  szal,  tam  znów  szybował  obrus,  niczym  resztka  porwanego  Ŝagla.  Gromy  za-

częły  się  sypać  jeden  za  drugim,  głusząc  piski  kobiet  i  krzyki  męŜczyzn,  którzy  nawoływali 

do spokojnego odwrotu w kierunku głównego wejścia do szpitala. Kiedy zaś zgasło światło, 

zapanował ogólny chaos. 

Jakby  tego  jeszcze  było  mało,  z  czarnej,  skłębionej,  ciągnącej  się  aŜ  po  horyzont 

chmury lunęły na spieczoną letnimi upałami ziemię całe potoki deszczu. 

Ogniska pod rusztami zaczęły syczeć i parować. Goście, biegnąc w kierunku budynku, 

instynktownie  zarzucali  na  głowy  marynarki  lub  narzutki,  jak  gdyby  mogło  to  ich  uchronić 

przed  całkowitym  przemoczeniem.  Ktokolwiek  wpadał  do  holu,  niewiele  róŜnił  się  od 

skąpanego w balii kota czy kury. 

background image

Nie zatrzymując się, Rose pobiegła prosto na oddział, gdzie wiatr narobił trochę szkód 

i bałaganu, zanim pielęgniarkom udało się zamknąć okna. Większość matek w duŜej sali tuliła 

opiekuńczo  w  ramionach  swoje  pociechy  i  słuchała  barwnego  opowiadania  siostry  Hicks  o 

niemieckich  nalotach  bombowych,  które  ta  starsza  kobieta  pamiętała  z  okresu  dzieciństwa. 

Siostra  Hicks  w  co  drugim  zdaniu  podkreślała,  Ŝe  było  to  prawdziwe  niebezpieczeństwo  w 

odróŜnieniu od tej niewinnej burzy z piorunami, która nie zrobi nikomu krzywdy, chyba tylko 

ptakom na drzewach. Jednak dwie czy trzy pacjentki, w atawistycznym lęku przed gniewem 

Ŝ

ywiołów, nakryły głowy poduszkami. 

W  pokoju  dla  personelu  było  tłoczno,  a  poniewaŜ  kaŜda  z  przemoczonych  osób 

chciała się napić gorącej herbaty, zabrakło plastikowych kubków. Rose pamiętała, Ŝe cały ich 

zapas znajduje się w przechowalni bielizny i sprzętu na końcu korytarza. 

Gdy  otworzyła  drzwi  i  weszła  do  środka,  stanęła  jak  wmurowana.  Zobaczyła  Paula  i 

Caroline  splecionych  w  uścisku  tak  mocnym,  Ŝe  wydawali  się  jedną  istotą.  Caroline  wydała 

cichy okrzyk. Paul odwrócił głowę. 

- Przepraszam - wybąkała Rose. - Nie wiedziałam, Ŝe ktoś jest tutaj. 

Odwracając  się,  uderzyła  kostką  o  podnóŜek  stojącego  z  boku  wózka  Caroline. 

Zabolało. 

- Cholera! - zamruczała i zatrzasnęła za sobą drzwi. 

Na  korytarzu  pomyślała,  Ŝe  po  kubki  musi  pójść  teraz  aŜ  do  bufetu.  Przyniosła  je  i 

mogła wreszcie wraz z innymi rozgrzać się gorącą herbatą. 

Pijąc  ją,  zadała  sobie  pytanie,  skąd  ten  spokój,  ta  chłodna  obojętność?  Chyba  stąd, 

pomyślała,  Ŝe  scena  w  przechowalni  w  gruncie  rzeczy  jej  nie  zaskoczyła.  Od  jak  dawna 

podświadomie wiedziała o zaślepieniu Paula piękną Caroline? Niewykluczone, Ŝe od samego 

początku,  to  znaczy  od  tamtego  dnia  wypadku  na  autostradzie,  który  dla  niej  był  zarazem 

dniem bolesnej cezury, związanej z chorobą matki. 

Po  godzinie  burza  osłabła.  Wiatr  ucichł,  grzmoty  oddalały  się.  Goście  zaczęli  się 

rozjeŜdŜać. Rose stała przy oknie i patrzyła na migoczące w prześwitach pomiędzy chmurami 

pojedyncze gwiazdy. Czuła gorycz i Ŝal. Bezgranicznie zaufała męŜczyźnie, który ją zawiódł. 

Na myśl jednak o Nethersedge Ŝal ustąpił miejsca wstydowi. To siebie raczej powinna winić, 

nie zaś męŜczyznę, który szepcząc słodkie słówka brał ją w ramiona. I czy ostatecznie tam, w 

teatrze, oszołomiona śpiewem Ariela, nie dopuściła się zdrady? 

Dochodziła  juŜ  północ,  kiedy  Rose  zdecydowała  się  zadzwonić  po  taksówkę. 

Specjalnie czekała do tak późnej pory. Nie czuła się na siłach stawić czoło pytaniom ciotki i 

matki. Pragnęła zastać je w łóŜkach i tym samym odłoŜyć wszystko do jutra. 

background image

Podniosła słuchawkę i wykręciła numer radio-taxi. Po drugiej stronie odezwał się miły 

głos dyŜurującej dziewczyny. I w tym momencie Rose poczuła, Ŝe nie wolno jej odjeŜdŜać, Ŝe 

musi  zostać  w  szpitalu.  Przeczucie  to  oddziaływało  na  nią  niczym  bezwzględny  nakaz, 

któremu trzeba się podporządkować. Jak gdyby niewidzialna ręka spoczęła na jej ustach i nie 

dawała  sformułować  zamówienia.  Mimo  zmęczenia  i  przygnębienia  bez  słowa  odłoŜyła 

słuchawkę.  Była  zaskoczona  własnym  zachowaniem,  a  równocześnie  coś  jej  mówiło,  Ŝe 

postąpiła słusznie. Pozostawało tylko jedno zasadnicze pytanie: co teraz pocznie ze sobą w tej 

brokatowej, karmazynowej sukni i z kolczykami w uszach? 

Odpowiedź,  jakiej  udzielił  jej  wewnętrzny  głos,  brzmiała:  powinna  natychmiast,  nie 

tracąc ani sekundy, udać się na oddział do swoich matek. 

I  znów  poczuła  się  zaskoczona,  Ŝe  pozornie  podejmuje  jakieś  decyzje,  a  faktycznie 

wszystko rozgrywa się poza jej wolą i świadomością. śe jest posłuszna czemuś, co moŜe być 

tylko psychiczną anomalią. 

Kiedy  zadyszana  stanęła  w  drzwiach  pokoju  dla  personelu,  obecna  tam  pielęgniarka 

rozmawiała przez telefon. 

- Więc jest pani całkowicie pewna, Ŝe doktor Gillis nie wróciła jeszcze do domu? W 

takim razie moŜe wie pani, pani Gillis, gdzie w tej chwili... Och, przepraszam, myślałam, Ŝe 

rozmawiam z matką. Dzwonię ze szpitala... 

- Powiedz mojej ciotce - odezwała się Rose, wchodząc do środka - Ŝe jestem tutaj, bo 

inaczej rozchoruje się z niepokoju o mnie. 

-  JuŜ  wszystko  w  porządku.  Doktor  Gillis  właśnie  się  pojawiła.  Musiała  otrzymać 

wiadomość od kogoś innego. Przepraszam, Ŝe niepokoiłam panią o tak późnej porze, ale jest 

nam tutaj bardzo potrzebna. 

Pielęgniarka  odłoŜyła  słuchawkę  i  spojrzała  na  Rose  oczami,  z  których  wyzierała 

panika. 

-  Och,  doktor  Gillis,  dzięki  Bogu,  Ŝe  nie  zdąŜyła  pani  jeszcze  opuścić  szpitala.  Ta 

Westbrook  z  ciąŜą  bliźniaczą  zaczęła  rodzić  podczas  burzy,  lecz  nie  pisnęła  nikomu  o 

pierwszych  skurczach.  Równocześnie  z  policji  otrzymaliśmy  telefon,  Ŝe  doktor  Rowan  miał 

wypadek  samochodowy  i  nie  będzie  mógł  przyjechać.  Są  tylko  doktor  McDowie  i  siostra 

Grierson. 

Rose,  nie  zwlekając,  poszła  na  porodówkę.  Westbrook  leŜała  na  plecach  z 

rozstawionymi nogami; i podłoŜoną pod pośladki twardą, klinową poduszką. Angela Grierson 

pochylała  się  nad  rodzącą  i  delikatną  perswazją  zachęcała  ją  do  aktywnego  współdziałania. 

Leigh McDowie czekał w pełnej gotowości na pojawienie się główki pierwszego dziecka. 

background image

Rose jednym spojrzeniem ogarnęła zastaną sytuację. Przede wszystkim zauwaŜyła, Ŝe 

brakuje  jednego  przyrządu  i  jednej  osoby:  kroplówki  i  pediatry.  Następnie  przypomniała 

sobie,  Ŝe  ostatnie  badanie  Lynne  Westbrook  wykazało  nieprawidłowe  połoŜenie  jednego  z 

bliźniąt w macicy, co groziło kolizją płodów, krwotokiem, a w konsekwencji nawet śmiercią 

drugiego dziecka. 

-  Strasznie  mi  przykro,  Ŝe  ściągnęliśmy  cię  tutaj  -  powiedział  Leigh  -  lecz  nie 

mieliśmy wyboru. Bóg jeden wie, co wydarzyło się Rowanowi, więc ty musisz tu wszystkim 

kierować. Jeszcze nigdy nie odbierałem bliźniąt, a sama teoria to za mało. 

- Czy wezwaliście pediatrę? 

- Tak. Doktor Vane, asystentka doktora Cranstone'a, juŜ jedzie - potwierdziła Angela 

Grierson.  -  Lynne  poczuła  bóle  przed  dziesiątą,  lecz  nie  skojarzyła  ich  z  porodem.  O 

jedenastej  trzydzieści  odeszły  wody  płodowe,  a  przed  kwadransem  stwierdziłam  pełne 

rozwarcie ujścia szyjki macicy. 

-Doktorze McDowie, proszę naciąć krocze i przygotować się do odebrania pierwszego 

dziecka - powiedziała Rose, nakładając fartuch. - Siostro, potrzebuję kroplówki, gdyŜ musimy 

się liczyć z odwodnieniem ustroju i zmianą zawartości elektrolitów. Cicho, Lynne, kochanie, 

twoje  dzieci  będą  maleńkie,  ale  zrobimy  wszystko,  by  były  zdrowe.  Wykonuj  wszystkie 

polecenia doktora McDowie'ego. 

- Chyba go mamy, widzę potylicę! - wykrzyknął Leigh podenerwowanym głosem, po 

czym cały skoncentrował się na przeciskaniu się główki. 

Wpadła  doktor  Vane,  zadała  Rose  kilka  pytań  i  zaraz  sprawdziła  stan  aparatury 

tlenowej przy inkubatorach. 

Gdy główka się wytoczyła, siostra Grierson usunęła miękkim ssaczkiem pokłady śluzu 

z  nosa  i  ust  dziecka.  Urodzenie  się  barków  i  całego  tułowia  przebiegło  juŜ  bardzo  szybko. 

Chłopiec przekazany został w ręce doktor Vane, a kiedy złapał pierwszy oddech i pociesznie 

zamiauczał, wszyscy uśmiechnęli się z ulgą. 

Leigh dokonał odpępnienia, uprzednio starannie podwiązawszy pępowinę równieŜ od 

strony  łoŜyska,  aby  w  razie  istnienia  połączeń  naczyniowych  w  łoŜysku  drugie  dziecko  nie 

wykrwawiło się przez pępowinę pierwszego. 

Korzystając  z  przerwy  w  skurczach  macicy,  Rose  przystąpiła  do  badania  połoŜenia 

drugiego z bliźniąt. Jej ustalenie nie było pocieszające. 

-  PołoŜenie  poprzeczne.  Siostro,  rękawiczki!  Zaryzykuję  obrót  wewnętrzny  i  ręczne 

wydobycie płodu. 

- Czy robiłaś to juŜ kiedyś? - zapytał Leigh ściszonym głosem. 

background image

- Nie, ten zabieg rzadko jest dzisiaj stosowany. Trudno. Na cesarskie cięcie nie mamy 

czasu  ani  warunków.  Przedtem  jednak  musimy  uśpić  Lynne.  Nie  mamy  teŜ  czasu,  aby 

ś

ciągnąć  tu  z  domu  jakiegoś  anestezjologa.  Ty,  Leigh,  będziesz  musiał  wziąć  na  siebie  jego 

obowiązki. 

Leigh  kiwnął  w  milczeniu  głową,  po  czym  zlecił  siostrze  Grierson  wyjąć  z  szafki 

ampułkę  pentothalu.  Siostra-staŜystka,  ta,  która  dzwoniła  do  domu  Rose,  przytoczyła  z  sali 

operacyjnej  wózek  z  aparaturą.  Narkoza  została  podana,  rodząca  zasnęła.  Oddychała  teraz 

przez maskę tlenową. Puls wskazywał, Ŝe Ŝadnego niebezpieczeństwa z tej strony nie naleŜy 

się chyba spodziewać. 

Leigh spojrzał wymownie na Rose, jakby podpowiadając, Ŝe teraz jej kolej i Ŝe, o ile 

to moŜliwe, musi się pośpieszyć. 

Tak, pośpiech był jak najbardziej wskazany! Rose wzięła głęboki oddech, poleciła się 

Bogu i przystąpiła do zabiegu. 

Wszystkie  swoje  czynności  przekładała  na  słowa,  aby  zespół  orientował  się  w 

aktualnym stanie rzeczy. 

-Teraz  wkładam  rękę  przez  rozwarcie  szyjki,  dotykam  nogi,  nie,  ramienia,  nie,  nogi, 

ujmuję palcami piętę, ciągnę, opór słaby, jest, wyszła, pokazuje się noga, widzę pośladki, to 

dziewczynka, a teraz druga noga, wyłania się samoistnie, obluźniam pępowinę... 

- Czy pulsuje? - ośmielił się zapytać Leigh. 

-  Wydaje  się,  Ŝe  tak.  Na  pewno  tak.  Wyłania  się  jedno  ramię,  dotykam  zgięcia  w 

łokciu, obrót całego ciała, widzę oba ramiona i barki, została jeszcze główka... 

Cisza,  jaka  zapadła  w  tym  momencie,  oznaczała  jedno:  nadszedł  kulminacyjny 

moment porodu w połoŜeniu miednicowym. 

Rose wyciągnęła rękę. 

- Siostro, kleszcze! - Następnie zaś dodała dla wyjaśnienia: - Nie będę nimi wyciągała 

główki,  Leigh,  lecz  uŜyję  ich  w  celu  zabezpieczenia  jej  przed  zbyt  gwałtownym 

wypchnięciem i szkodliwym wpływem róŜnicy ciśnień... Wprowadzam teraz obie łyŜki, zbli-

Ŝ

am je ku sobie, sprawdzam, czy nie zostały uchwycone tkanki miękkie kanału rodnego, łyŜki 

tworzą  teraz  coś  w  rodzaju  ochronnego  kasku  wokół  główki  dziecka,  główka  wytacza  się, 

piękna, kochana, cudowna główka... 

I  faktycznie,  główka  wytoczyła się z jakąś pełną  wdzięku powolnością. Znów siostra 

Grierson  uŜyła  ssaczka  do  oczyszczenia  ze  śluzu dróg  oddechowych  noworodka  i  ponownie 

podczas tego długiego porodu usłyszeli radosny hymn Ŝycia. 

background image

Rose  zamknęła  oczy.  Jej  ryzykowna  gra  skończyła  się  sukcesem.  Na  jej  twarzy 

malowało się błogie odpręŜenie. Spojrzała na Leigha i na widok jego kciuka wzniesionego ku 

górze uśmiechnęła się promiennie. 

Następnie  spojrzała  na  obie  kruszyny.  LeŜały  juŜ  w  ciepłym  domku  inkubatora, 

bliźniacze,  a  jednak  róŜniące  się  wagą  ciała  i  płcią.  Chłopiec  waŜył  trzysta  gram  więcej  od 

swojej siostrzyczki. 

Ale była to tylko krótka przerwa w jeszcze nie zakończonej pracy. Rose spodziewała 

się obfitego krwawienia i rzeczywiście, po wydaleniu łoŜyska nastąpił krwotok. Zastosowano 

więc doŜylny wlew kroplowy na usunięcie niedowładu nadmiernie rozciągniętej macicy. Rose 

poleciła równieŜ podanie antybiotyków, aby zapobiec infekcji, częstej w tego typu porodach. 

Leigh  zaaplikował  matce  dawkę  czystego  tlenu,  po  której  zaczęła  ona  cicho  jęczeć  i 

ruszać głową na boki. 

- W porządku, Lynne, juŜ po wszystkim. Urodziłaś chłopca i dziewczynkę. Dwa małe 

cuda. 

Drzwi otworzyły się i wszedł pobladły na twarzy David Rowan. 

- Mój BoŜe, Rose, co za noc! - Rozejrzał się i od pierwszego rzutu oka zorientował się 

w sytuacji. - Gratulacje z powodu przyjęcia bliźniąt. Wiem, Ŝe nie było to łatwe. Strasznie mi 

przykro, ale musiałem umieścić Eve na ginekologii. Poroniła i jest kompletnie załamana. 

Wracali z przyjęcia i na mokrej nawierzchni wpadli w poślizg. Uderzyli w słup latarni. 

Samochód  nadawał  się  juŜ  tylko  do  kasacji,  lecz  oni,  dzięki  pasom,  nie  odnieśli  Ŝadnych 

zewnętrznych  obraŜeń.  Niestety,  na  skutek  wstrząsu  spowodowanego  uderzeniem  i  psy-

chicznego szoku, Eve, która była w trzecim miesiącu ciąŜy, straciła dziecko. 

David  ze  smutkiem  przyjmował  wyrazy  współczucia  od  przyjaciół.  W  końcu  jednak 

uśmiechnął  się  i  wrócił  do  pochwał  pod  adresem  Rose.  W  ustach  doktora  Rowana, 

najlepszego  z  połoŜników,  kaŜde  słowo  uznania  liczyło  się  podwójnie.  Podziękowawszy, 

Rose  przypomniała  koledze,  iŜ  najwyŜszy  czas,  aby  wracał  do  swojej  Ŝony  i  próbował  ją 

pocieszyć. 

Kiedy  doktor  Rowan  się  poŜegnał,  Rose  zaszyła  nacięcie  krocza,  a  siostra  Grierson  i 

Nancy,  pielęgniarka-staŜystka,  umyły  Lynne  Westbrook,  przebrały  i  zawiozły  na  oddział. 

Czekał ją teraz kilkugodzinny sen, który miał dodać jej sił i przygotować na moment podjęcia 

trudnej i waŜnej decyzji. Lynne nie była męŜatką. Jej macierzyństwo wynikło z chwilowego 

miłosnego zauroczenia.  Czy zatem formalnie wyrzeknie się swoich dzieci, aby  nie wyrzucić 

ich nigdy z serca i myśli? Czy teŜ przygarnie je do matczynej piersi, tym samym biorąc za nie 

pełną odpowiedzialność i poniekąd zawiązując sobie Ŝycie? Te właśnie pytania kołatały się w 

background image

głowie  doktora  McDowie'ego,  kiedy  razem  z  doktor  Gillis  pisali  w  pokoju  lekarzy  raport  z 

odebranego porodu. 

Weszła Nancy z herbatą. 

- Przypuśćmy, Ŝe wiadomość nie dotarłaby do ciebie - powiedział Leigh, jakby głośno 

myśląc  -  i  ta  dziewczyna  miałaby  połoŜnika  w  mojej  osobie.  Wówczas  jej  drugie  dziecko 

mogłoby umrzeć lub urodzić się z urazem głowy. W rezultacie Ŝyłbym do końca swych dni w 

poczuciu winy. 

-  Co  z  góry  moŜemy  wiedzieć,  Leigh?  RozwaŜania:  „co  by  było,  gdyby...”  są  czystą 

igraszką  umysłu  odparła  Rose  powaŜnym  tonem.  -  Siostra  Grierson  jest  doświadczoną 

połoŜną i razem moglibyście dać sobie radę. Cieszmy się z tego, Ŝe Lynne znajdowała się w 

szpitalu.  Przypuśćmy,  Ŝe  bóle  chwyciłyby  ją  w  domu.  Wątpię,  czy  wówczas  udałoby  się 

uratować  dziewczynkę.  WciąŜ  drugie  z  bliźniąt  ma  mniejsze  szanse  przeŜycia  i 

prawdopodobnie  zawsze  tak  będzie.  Pomyślmy  teŜ  o  tych  wszystkich  tragediach,  które 

wydarzyły się w przeszłości. Rose cięŜko westchnęła. 

- Tak, ci wiejscy lekarze i babki, które wzywało się do porodu, musieli napatrzyć się 

na niejeden dramat - zgodził się Leigh. - Dzisiaj cięŜarne znajdują się w dosyć komfortowej 

sytuacji, bez względu na głosy krytyki, których nikt nie szczędzi słuŜbie medycznej. 

-  Moja  matka  często  wspominała,  Ŝe  w  jej  wiosce  zawsze  był  jakiś  „miejscowy 

głupek”. Inne wioski teŜ miały swoich głupków. Kto wie, czy większość z nich to nie ofiary 

porodu pośladkowego, szczególnie u pierwiastek? 

- Więc nie jesteś zwolenniczką tak zwanych porodów naturalnych? - zapytał  Leigh z 

nutką ironii. 

-  Nie  wyciągaj  zbyt  pochopnych  wniosków.  Jasne,  ale  poród  naturalny  i  połóg  w 

domu  to  chyba  najbardziej  optymalna  forma  rozwiązania,  co  nie  znaczy,  Ŝe  chciałabym 

naraŜać kobiety i dzieci  na niepotrzebne ryzyko.  Matka natura nie zawsze jest tak łaskawa i 

doskonała,  jak  głoszą  jej  wielbiciele.  Nauka  i  technika  niewątpliwie  znacznie  zmniejszyły 

margines ryzyka. 

-  Niech  zatem  kroczą  nadal  ścieŜką  postępu  -  podsumował  Leigh,  nie  wiadomo: 

Ŝ

artem czy serio. 

Zamilkli. 

Rose spojrzała na zegarek. 

-  Wielkie  nieba,  juŜ  wpół  do  drugiej!  Muszę  wracać  do  domu  -  powiedziała,  nagle 

uświadamiając sobie, jak bardzo jest zmęczona i... niestosownie do tego miejsca ubrana. 

background image

- Zanim poŜegnamy się, powiedz mi jeszcze, Rose, kto cię powiadomił? Dzwoniliśmy 

we wszystkie miejsca. W końcu pomyślałem, Ŝe jesteś z... 

Rose zaczerwieniła się. 

- Nie, byłam samiuteńka w dyŜurce. A potem zeszłam do holu wezwać taksówkę. 

- Więc kto cię znalazł? Zawahała się. 

- Nikt. Po prostu nagle poczułam, Ŝe muszę zajrzeć na oddział. To wszystko. 

- śeby mnie poszukać, czy tak, Rose? - zapytał z uśmiechem. 

-  Oczywiście,  Ŝe  nie!  Jeśli  juŜ  chcesz  wiedzieć,  doświadczyłam  czegoś  w  rodzaju 

proroczego  jasnowidzenia,  a  mówiąc  mniej  górnolotnie,  tknęło  mnie  przeczucie,  Ŝe  jestem 

potrzebna, i to zaraz, natychmiast. Rzecz jasna, nie wiedziałam, Ŝe Lynne Westbrook leŜy na 

porodówce, ani Ŝe David i Eve mieli wypadek. 

Leigh popatrzył na nią uwaŜnie. 

-  To  interesujące,  Rose,  interesujące  tym  bardziej,  Ŝe  wzywałem  cię  w  myślach  i 

wyszeptywałem  w  duchu  prośby,  Ŝebyś  jak  najszybciej  się  znalazła.  A  kiedy  pojawiłaś  się, 

nie byłem nawet tym zaskoczony. Wygląda na to, Ŝe oboje mamy zdolności telepatyczne. 

- Być moŜe - odparła odwracając wzrok, Ŝeby nie zajrzał do jej duszy. - Lecz równie 

prawdopodobna jest wersja, Ŝe to anioł stróŜ Lynne i jej dzieci przyszedł po mnie i zawiódł na 

górę. 

- Nie, Rose. To ja wysłałem w eter informację, która miała przywieść anioła. 

Z jego głosu i twarzy biła taka szczerość, iŜ Rose spuściła oczy. 

- CóŜ, był to długi dzień i teraz nic juŜ mnie nie powstrzyma przed zadzwonieniem po 

taksówkę - po- wiedziała cichym głosem, biorąc za słuchawkę i wykręcając numer. 

Zamówienie miało być zrealizowane za dziesięć minut. 

-  Odprowadzę  cię  -  zaproponował  Leigh.  Zeszli  na  dół  do  holu,  trochę  oszołomieni 

nocną ciszą szpitala. 

- Niezwykła cisza tej nocy - zauwaŜył Leigh. 

- Tak, burza przytłumiła emocje, a poza tym w bloku poporodowym mamy aktualnie 

tylko dziesięć matek. Philip Cranstone kręcił się tam wczoraj w godzinach nocnych, a biedna 

siostra  Hicks  aŜ  kipiała  z  wściekłości,  Ŝe  nie  moŜe  mu  zafundować  jakiejś  piekielnej 

awantury. 

- WyobraŜam sobie - roześmiał się Leigh, lecz natychmiast spowaŜniał. - Rose, tam na 

górze  wspomniałem  o  aniele,  a  teraz  chcę  cię  zapewnić,  Ŝe  Ŝaden  anioł  nie  byłby  goręcej 

powitany  niŜ  ty  przed  dwiema  godzinami  w  porodówce.  A  juŜ  sposób  i  styl,  w  jakim 

pomogłaś urodzić się temu drugiemu dziecku, sięgał wręcz wyŜyn kunsztu sztuki lekarskiej. 

background image

Przypomniała sobie, w jakim skupieniu słuchał wówczas jej „komentarza” i jak bardzo 

czuła się przez niego wspierana. Był niewątpliwie człowiekiem o wielkiej sile ducha. Gotowa 

była  wierzyć,  Ŝe  to  on  właśnie  skontaktował  się  z  nią  bez  udziału  zmysłów  i  przywołał  na 

oddział.  Pomyślała  teŜ  o  zdradzie  Paula  i  swojej  samotności.  Łzy  napłynęły  jej  do  oczu. 

Spuściła  głowę  i  oparła  się  o  ramię  Leigha.  Poczuła,  Ŝe  dotknął  dłonią  jej  włosów.  Pod 

wpływem znuŜenia, rozczarowania i Ŝalu wybuchnęła szlochem. Łzy spływały na jego biały 

fartuch. Ogarnął ją ramionami i przytulił do siebie. 

- Nie płacz, Rose, kochanie. Wszystko w porządku, moja dziewczynko. 

Słowa,  które  jej  szeptał  do  ucha,  i  ramiona,  którymi  ją  otaczał,  dawały  jej  poczucie 

bezpieczeństwa,  nasuwały  myśl,  Ŝe  oto  ma  przyjaciela,  na  którego  zawsze,  nawet  w 

największej  potrzebie  i  biedzie  moŜe  liczyć.  Ogarnęła  ją  fala  spokoju.  Odpłynęły  wszystkie 

troski i zmartwienia. 

Nagle oboje usłyszeli natarczywy dźwięk dzwonka. Za szklanymi drzwiami głównego 

wejścia stał taksówkarz. 

Rose gwałtownym ruchem odsunęła się od Leigha, okryła ramiona szalem i chwyciła 

za torebkę. 

- Muszę juŜ iść, Leigh. Dobranoc. 

-  Dobranoc,  Rose,  dobranoc,  moja  dziewczynko.  I  raz  jeszcze  dziękuję  za  piękny 

pokaz wiedzy i umiejętności. Długo go będę pamiętał. 

Wziął ją pod ramię i podprowadził przez hol do drzwi. Zwolnił wewnętrzną blokadę. 

Ale  Rose  opanowało  nagle  nieprzeparte  pragnienie  podziękowania  temu  męŜczyźnie 

za  wszystko,  co  dla  niej  zrobił.  A  przede  wszystkim  za  to,  Ŝe  mogła  pomyśleć  o  nim  przed 

chwilą  jako  o  oparciu  i  ucieczce.  Więc  stojąc  juŜ  w  otwartych  drzwiach,  odwróciła  się  i 

złoŜyła na jego policzku przyjacielski pocałunek. 

Chciał  odpowiedzieć  czymś  innym,  na  pewno  mniej  niewinnym,  ale  poniewaŜ 

taksówkarz ciągle stał i przyglądał się im badawczo, pozwolił odejść Rose w przekonaniu, Ŝe 

ten  świat  jest  światem  Disneylandu,  gdzie  kobiety  i  męŜczyźni  całują  się  tylko  w  policzki  i 

czoła. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Piątkowa  burza  zakończyła  okres  letnich  upałów.  Wrzesień  nastał  pod  znakiem 

zachmurzonego nieba i zimnych wiatrów. Jesień zdawała się dochodzić swych praw i spychać 

lato  w  bezpowrotną  przeszłość.  Na  drzewach  zaczęły  pojawiać  się  pierwsze  Ŝółte  liście  i 

jakkolwiek  rolnicy  cieszyli  się  z  końca  długotrwałej  suszy,  mieszkańcy  miasta  reagowali 

melancholią  na  ponurą  szarość  coraz  krótszych  dni.  Opalone  i  wypoczęte  dzieci  znowu 

zasiadły  w  szkolnych  ławkach,  zaś  Brigid  Gillis  porzuciła  swój  ogrodowy  fotel  i  przeniosła 

się do domu. Siły nieubłaganie ją opuszczały. Opieka siostry juŜ nie wystarczała. Trzy razy w 

tygodniu przychodziła pielęgniarka, która wspomagała Maurę. 

Rose  walczyła  z  rozpaczą  i  przerzucała  się  od  najbardziej  absurdalnych  nadziei  do 

najczarniejszej rezygnacji. 

Pewnego dnia zadzwonił Paul. 

-  Trudno  mi  wręcz  wyrazić  -  zaczął  niepewnie  -jak  bardzo  mi  przykro  z  powodu 

tamtego incydentu i chciałbym... 

- Incydentu? Nazywasz incydentem swoją miłość do Caroline? Myślę, Ŝe wiedziałam 

to juŜ od dawna. 

- Jakim sposobem? 

- Słuchaj, Paul, długo by o tym mówić, lecz chcę przede wszystkim cię zapewnić, Ŝe 

nie  mam  najmniejszego  zamiaru  robić  ci  scen  na  szpitalnych  korytarzach  czy  w  stołówce. 

Przeciwnie, mam nadzieję, Ŝe znalazłeś wreszcie swoje szczęście. To wszystko. 

-  Rose,  z  całego  serca  dzięki  za  twoją  wyrozumiałość,  więcej,  wielkoduszność, 

chociaŜ  nie  powiem,  bym  czuł  się  przez  to  lepiej.  Mimo  wszystko  winien  ci  jestem  jakieś 

wytłumaczenie. Czy moglibyśmy zjeść razem obiad? Proszę, Rose! 

- UwaŜam, Ŝe nie jest to konieczne! 

On  jednak  nie  przestawał  nalegać  i  w  końcu,  po  długich  pertraktacjach,  stanęło  na 

kompromisie.  Umówili  się  na  najbliŜszą  sobotę  w  porze  lunchu  w  popularnej  winiarni, 

niedaleko szpitala. 

W  szpitalu  sprawy  szły  swoim  trybem.  Największą  troską  Rose  była  obecnie  Lynne 

Westbrook  i  stan  jej  zdrowia.  A  zdrowie  to  budziło  uzasadniony  niepokój.  U  Lynne 

utrzymywała  się  wysoka  temperatura,  wystąpiło  teŜ  zakaŜenie  układu  moczowego.  DuŜe 

dawki  antybiotyku  nie  przynosiły  natychmiastowej  poprawy.  W  trzy  dni  po  porodzie 

wpompowano w dziewczynę cały litr krwi, a mimo to zmian na lepsze nie dało się zauwaŜyć. 

background image

LeŜała  bladziutka  jak  opłatek,  z  zamkniętymi  lub  wpatrzonymi  w  sufit  oczami,  obojętna  na 

toczące się wokół niej Ŝycie. Dopiero kiedy odwiedzili ją. jej skłopotani, zafrasowani rodzice, 

zareagowała  Ŝywiej  i  wybuchnęła  płaczem.  Była  młodą,  inteligentną  kobietą  z  ambicjami 

kariery uniwersyteckiej, a stała się oto matką dwójki dzieci, których ojciec nawet nie wiedział 

o ich istnieniu. 

Rose  zaprowadziła  państwa  Westbrook  do  ich  wnuków.  Nie  spodziewała  się,  Ŝe 

przeŜyje tak wzruszającą scenę. 

- On jest całkiem podobny do ciebie, Graham! 

_

 wykrzyknęła pani Westbrook. 

- Ona jest wypisz-wymaluj tobą, Hannah! - wykrzyknął pan Westbrook. 

Skrzywili  się  z  niekłamaną  zgrozą,  kiedy  Rose  napomknęła  o  ewentualnym 

przeznaczeniu bliźniąt do adopcji. Lynne mogła nadal myśleć o swojej karierze naukowej lub 

z  niej  zrezygnować.  Oni,  jej  rodzice,  tak  czy  inaczej  zaopiekują  się  wnukami.  Rose  miała 

ochotę zatańczyć z radości. Ostatecznie te dwa małe szkraby głęboko zapadły jej w serce. 

W sobotę, zgodnie z umową, Paul wpadł po Rose do jej domu. Rose przedstawiła go 

ciotce, po czym przeszli do salonu. Tam na kanapie, przykryta kocem i wsparta poduszkami, 

leŜała  Brigid  Gillis.  Paul  był  wstrząśnięty  widokiem  jej  wymizerowanej  twarzy.  Wyrzuty 

sumienia,  które  od  dawna  go  gnębiły,  przybrały  na  sile.  Poczuł,  Ŝe  do  winy  wobec  córki 

powinien dodać winę wobec matki. W rozmowie próbował być serdeczny, lecz Brigid rzadko 

się odzywała. 

Rose  miała  na  sobie  zgrabną,  ciemną  wełnianą  sukienkę  oraz  naszyjnik  z  pereł  i 

gustownie  dobrane  klipsy.  Wyglądała  w  kaŜdym  calu  na  kobietę  wykształconą,  niezaleŜną, 

doskonale obywającą się bez męskiej opieki. Podobała się Paulowi bardziej niŜ kiedykolwiek. 

Nie było między nimi dzisiaj miejsca na urazy i pretensje. W ich rozmowie w lokalu, 

w którym się wreszcie znaleźli, przebijały nawet serdeczne tony. Paul opowiadał o Caroline z 

pełnym  entuzjazmu  zachwytem.  Przypominał  zakochanego  po  uszy  osiemnastoletniego 

chłopaka. Rose uśmiechała się w duchu, a równocześnie czuła pewien niepokój. Martwiła się 

o Paula. Caroline była ambitną osóbką i swoją karierę stawiała ponad wszystko. Z kolei Paul 

gotów był spełniać kaŜdą jej zachciankę i iść na pasku wszystkich jej kaprysów. Tworzyło to 

nierówną zaleŜność w ich stosunkach, która nie wróŜyła najlepiej dla tego związku. 

-  Powiedz  mi,  Paul,  ile  Caroline  ma  lat?  Wiem,  Ŝe  zadaję  bardzo  osobiste  pytanie,  i 

bynajmniej nie zmuszam cię do udzielania odpowiedzi. Twoja rudowłosa piękność wydaje się 

być moją rówieśniczką, ale jak jest naprawdę? 

background image

- Naprawdę jest dziesięć lat starsza od  ciebie, ale zachowaj toproszę, wyłącznie dla 

siebie.  Tak,  wiem,  Ŝe  trudno  w  to  uwierzyć,  i  nie  dziwię  się  twojemu  zaskoczeniu.  To  jej 

cudowna Ŝywotność sprawia, Ŝe wygląda tak młodo! 

Paul  musiał  być  bardzo  zaślepiony  miłością,  skoro  nie  widział  pewnych  faktów. 

Caroline powoli zbliŜała się do czterdziestki, wciąŜ zwlekała z zamąŜpójściem i uzaleŜniała je 

od  podpisania  filmowego  kontraktu.  Wszystko  więc  wskazywało  na  to,  Ŝe  szanse  Paula  na 

ojcostwo są niewielkie i z kaŜdym dniem maleją. 

- Więc nie macie jeszcze wyznaczonej daty ślubu? 

- Nie, Rose, ale między  nami mówiąc, planuję oŜenić się z nią równo za rok. Ma się 

rozumieć, Caroline zachowa swoje nazwisko, pod którym zyskała sławę i popularność. Poza 

tym  nasze  małŜeństwo  będzie  odbiegało  cokolwiek  od  standardowego  modelu  „dom,  ich 

dwoje oraz czwórka dzieci”... 

Z pewnością, pomyślała Rose. 

- ...który notabene nie za bardzo mnie pociąga. Chciałbym kontynuować moją karierę 

zawodową... 

W jej cieniu, dodała w myślach Rose. 

-  ...i  sprzedać  przyczepę  campingową  nad  jeziorem.  Rozumiesz,  w  stanie,  w  jakim 

znajduje się Caroline, nie mogę jej tam zabierać. 

- Rozumiem, Paul. W naszym małym domku na kółkach mogłaby jeszcze urazić się w 

nogę. 

Rose  wybuchnęła  śmiechem.  Paul  w  pierwszej  chwili  się  zmieszał,  lecz  zaraz  teŜ 

zaczął się śmiać. Śmiali się prawie do łez, ściągając na siebie spojrzenia osób siedzących przy 

sąsiednich stolikach. 

- Och, mój BoŜe, Paul, aleŜ ty jesteś zabawny! 

- A ty cudownie słodka i wyrozumiała! 

Ich donośny śmiech przeszedł w bardziej powściągliwe chichotanie, kiedy nagle Rose 

zamilkła  z  wpółotwartymi  ustami.  Ponad  ramieniem  Paula  dostrzegła  Leigha  McDowie'ego, 

który  wszedł  do  lokalu  w  towarzystwie  doktora  Okoje  i  jego  Ŝony,  Susannah.  Leigh  musiał 

dostrzec  ich  rozbawienie,  gdyŜ  jego  twarz  wyraŜała  zarazem  rozczarowanie  i  niesmak. 

Powiedział coś do anestezjologa, po czym wybrali stolik po przeciwnej stronie baru, gdzie nie 

byli  widoczni.  Rose  odczuła  pokusę,  aby  podejść  do  Leigha  i  wyjaśnić  mu  swoją  obecność 

tutaj, lecz zrezygnowała  z tego. Co ostatecznie mogło  go to obchodzić? Tak czy inaczej, jej 

dobry humor i apetyt zniknęły bez śladu. 

background image

W połowie września niebo wypogodziło się i nastała prawdziwie złota jesień. Profesor 

Horsfield wrócił z urlopu wypoczęty i opalony. JuŜ pierwszego dnia wezwał Rose do swego 

gabinetu. 

-  Wyglądasz  mizernie,  moja  droga.  Po  tym,  co  słyszałem,  nie  jest  to  dla  mnie 

większym  zaskoczeniem.  Podczas  mojej  nieobecności  zmierzyłaś  się  tutaj  z  powodzeniem  z 

wieloma problemami. Znam teŜ dokładnie wypadki tamtej nocy, gdy odbierałaś bliźnięta. Ta 

młoda kobieta nigdy nie będzie wiedziała, ile ci zawdzięcza. McDowie opowiadał mi o twojej 

rozsądnej odwadze. Dobra robota, Rose, dobra robota! 

Rose przyjęła pochwałę z radością i rumieńcem na twarzy, odpowiadając następnie na 

szereg pytań dotyczących matki. Profesor obiecał odwiedzić chorą w domu. 

-  A  teraz  przejdźmy  do  kwestii  badań,  które  podjęłaś  się  przeprowadzić.  Moja 

sekretarka  przekazała  mi  bardzo  interesujące  materiały.  Zleciłem  jej,  aby  w  najbliŜszym 

czasie zwołała zebranie połoŜników i pediatrów. Chodzi o wspólne przedyskutowanie twoich 

ustaleń.  Rzecz  jasna,  nie  moŜe  zabraknąć  na  tym  spotkaniu  równieŜ  sióstr  połoŜnych. 

Widziałbym teŜ chętnie jakieś matki, przynajmniej te spośród naszych byłych pacjentek, które 

posiadają zdecydowane poglądy i potrafią jasno je wyrazić. Co powiesz na najbliŜszą środę? 

- Im wcześniej, tym lepiej, sir - odparła Rose. 

Ś

roda  faktycznie  szybko  nadeszła  i  wszystkie  zaproszone  i  zainteresowane  osoby 

zebrały  się  w  sali  wykładowej  przyszpitalnej  szkoły  pielęgniarek.  Profesor  Horsfield  zajął 

miejsce  u  boku  panny  Kavanagh.  Leigh  i  Rose  usiedli  naprzeciwko  Philipa  Cranstone'a  i 

Stephanie Vane. Siostry Beddows i Hicks siedziały razem z paniami Gainsford i Lambert. 

Rose poczuła w sercu lekki niepokój. Patrzyła na kamienną twarz doktora Cranstone'a, 

który z pewnością juŜ się domyślał, Ŝe  Leigh zweryfikował swoje poglądy  i moŜe być teraz 

równie trudny jako przeciwnik, jak był pomocny w roli sojusznika. 

W końcu profesor Horsfield wstał, wyłoŜył  cele  przyświecające spotkaniu i otworzył 

dyskusję. Ku zaskoczeniu Rose, pierwszego dopuścił do głosu Leigha McDowie'ego. 

- Proszę zacząć, doktorze. Wspomagał pan doktor Gillis w jej badaniach, ciekaw więc 

jestem, czy nadal zalicza się pan do zwolenników koncepcji doktora Cranstone'a? 

-  Nie,  sir.  Dopuszczony  do  badań  i  zapoznawszy  się  z  ich  rezultatami,  całkowicie 

zmieniłem zdanie. Dzisiaj uwaŜam, Ŝe racja leŜy po stronie doktor Gillis i cieszę się, Ŝe mogę 

powiedzieć to publicznie. 

Przystojna twarz doktora Cranstone'a spowaŜniała, zaś obie siostry połoŜne wymieniły 

między sobą wymowne spojrzenia. 

background image

-  Doprawdy,  doktorze  McDowie,  wygląda  to  na  zwrot  o  sto  osiemdziesiąt  stopni!  - 

skomentował profesor. - Lektura raportu doktor Gillis musiała bardzo panem wstrząsnąć? 

-  Nie  tylko  lektura,  sir.  Prawdę  mówiąc,  sam  w  wąskim  zakresie  uczestniczyłem 

czynnie w ostatniej fazie badań i mogłem naocznie przekonać się o faktycznym stanie rzeczy. 

Powiem krótko: zauwaŜyłem przepaść pomiędzy teorią a praktyką. 

Łzy  napłynęły  do  oczu  Rose.  Przepełniała  ją  wdzięczność  za  to  otwarte  i  pełne 

poparcie. 

-  Czy  mógłby  pan  podać  nam  kilka  przykładów  tych,  uŜywając  pana  słownika, 

przepastnych róŜnic? - nalegał ordynator. 

-  Nie  będzie  to  trudne,  sir.  Ustawiczny  płacz  niemowląt,  wyczerpanie  matek, 

bezsenność,  atmosfera  napięcia  i  stresu,  Ŝadnych  względów  dla  pacjentek,  które  właśnie 

wróciły  z  porodówki,  bywa  Ŝe  po  cesarskim...  CóŜ  zresztą  mówić  o  tych  obolałych  i 

wyczerpanych  kobietach!  Ja,  chłop  zdrowy  jak  koń,  po  kilku  dniach  leŜenia  na  takiej  sali 

dostałbym  kompletnego  bzika.  AŜ  dziw,  Ŝe  siedzące  tu  siostry,  mimo  iŜ  pracują  w  takich 

warunkach, pozostały jak dotąd całkiem normalnymi osobami. 

- Dziękuję, doktorze McDowie! - powiedział profesor. - Czekam na kolejne głosy. 

Następnym  głosem był pomruk powszechnej  aprobaty, na którego tle protest doktora 

Cranstone'a zabrzmiał niczym samotny flet w orkiestrze. 

-  Proszę  pozwolić  mi  powiedzieć,  Ŝe  kiedykolwiek  w  nocy  zaglądałem  na  oddział, 

zawsze było tam cicho i spokojnie, co zresztą moŜe poświadczyć personel dyŜurny. 

Siostra Hicks ani myślała pozostawiać tych słów bez komentarza, więc nie czekając na 

pozwolenie zapytała pediatrę, ile tych nocnych wizyt złoŜył w ostatnim okresie. 

-  Jedną  godzinną  wizytę  pamiętam  bardzo  dobrze  -  odparł  Philip  Cranstone  tonem 

trochę  juŜ  mniej  przekonującym.  -  A  poza  tym  wielokrotnie  wpadali  na  oddział  połoŜniczy 

moi asystenci i staŜyści. 

Profesor Horsfield był wyraźnie zaskoczony. 

-  Tak,  doktorze  Cranstone,  tyle  Ŝe  oddział  połoŜniczy  to  ogólniejsze  pojęcie  niŜ  sale 

poporodowe. Jedna  godzinna wizyta, powiedział  pan. Panno Kavanagh, proszę przypomnieć 

nam, ile nocnych wizyt złoŜyli w tym czasie połoŜnicy? 

Sekretarka odszukała odpowiednią stronę raportu. 

-  Osiem  wizyt  doktor  Gillis  oraz  pięć  doktora  McDowie'ego,  co  czyni  w  sumie 

piętnaście godzin i czterdzieści pięć minut. 

-  Dziękuję,  panno  Kavanagh.  A  teraz  proszę  podać  nam  trochę  danych  z  raportu, 

abyśmy zyskali dokładniejsze wyobraŜenie o sprawie. 

background image

Sekretarka spełniła prośbę ordynatora. 

-  Z  kolei  zapytamy  doktor  Gillis,  do  jakich  ogólnych  wniosków  doszła  na  podstawie 

tych danych? 

Rose obrzuciła towarzystwo zamyślonym, skupionym spojrzeniem. 

-  Doktor  McDowie  przyznał  się  przed  chwilą  do  zmiany  swojego  stanowiska.  Teraz, 

uwaŜam, mnie pozostaje uczynić to samo. 

Nikt się nie ruszył, nikt nie poprosił o głos, wszyscy czekali na wyjaśnienia. 

-  Zgodnie  z  wymową  podanych  przeze  mnie  liczb,  jedna  trzecia  matek  pragnie  mieć 

swoje  dzieci  przy  sobie  i  gotowa  jest  znosić  wszystkie  niedogodności  z  tym  związane.  To 

powaŜny odsetek i nie moŜe być lekcewaŜony tylko dlatego, Ŝe stanowi mniejszość. Mówimy 

tu  głównie  o  matkach-karmicielkach,  chociaŜ  w  grupie  tej  trafiają  się  równieŜ  kobiety, 

których dzieci są karmione z butelki. Wynika z powyŜszego, Ŝe zabieranie wszystkich dzieci 

na  noc  do  oddzielnego  pomieszczenia  równałoby  się  praktycznie  dotychczasowemu 

pozostawianiu ich przy matkach. Najlepsza byłaby daleko posunięta giętkość, czyli po prostu 

akceptacja faktu, Ŝe kaŜda matka i kaŜde dziecko to odrębny świat. Powinniśmy więc znowu 

otworzyć  salę  noworodkową,  zaś  matki  podzielić  salami  na  te  w  separacji  oraz  te  z  dziećmi 

przy  piersi.  Wybór  będzie  naleŜał  do  matek,  i  tylko  do  nich.  W  przypadku  gdy  jakaś  matka 

nie  będzie  umiała  podjąć  decyzji,  osobą,  która  jej  w  tym  pomoŜe,  będzie  siostra  połoŜna, 

zgodnie  z  załoŜeniem,  Ŝe  im  bliŜej  ktoś  jest  jakiejś  rzeczywistości,  tym  lepiej  ją  zna  i 

rozumie. Dziękuję! 

Zarumieniona  i  zadowolona  z  konkluzji,  Rose  opadła  na  krzesło.  Leigh  przesłał  jej 

uśmiech  pełen  aprobaty,  zaś  Philip  Cranstone  miał  minę  artylerzysty,  który  odnalazł  swoje 

działa zagwoŜdŜone. Chciał zarzucić Rose, Ŝe pragnie na siłę przeforsować tylko swój punkt 

widzenia, a teraz został zaskoczony gotowością zawarcia kompromisu. 

-  Czy  siostry  chciałyby  coś  dorzucić?  -  zapytał  profesor  Horsfield,  zwracając  się  do 

pielęgniarek. 

- Tak, sir - odparła Dorothy Beddows. - KaŜda matka powinna wiedzieć, Ŝe jest wolna 

w  swoim  wyborze  sali  i  sposobu  karmienia  dziecka,  i  Ŝe  zawsze  moŜe  zmienić  raz  podjętą 

decyzję.  Wspominam  o  tym  tylko  dlatego,  Ŝe  doświadczenia  pierwszych  dni  u  pierwiastek 

często odbiegają od ich idealnych wyobraŜeń, z jakimi zjawiają się w szpitalu. 

-  Tak,  oczywiście,  prawo  do  zmiany  zdania  przysługuje  kobietom  juŜ  od  tysiącleci  i 

jako  prawo  kardynalne  nie  moŜe  być  zniesione  -  powiedział  profesor  Horsfield  z  iskierkami 

wesołości  w  oczach.  -  Dopuśćmy  z  kolei  do  głosu  nasze  doświadczone  matki.  Pani 

Gainsford? 

background image

Pani Gainsford przyznała, Ŝe po swojej ucieczce ze szpitala na jakiś czas, ze względów 

zdrowotnych, musiała rozłączyć się z dzieckiem, które karmiła teściowa mlekiem w proszku. 

Jednak  niedawno  znowu  wróciła  do  karmienia  piersią,  z  tym  Ŝe  wieczorami,  aby  zapewnić 

sobie, rodzinie i dziecku spokojną noc, dokarmia je z butelki. 

- Odkąd wyrwałam się z okropnej atmosfery tego oddziału, zauwaŜyłam, Ŝe skończyły 

się moje kłopoty z pokarmem - dodała z wyczuwalną dumą. 

- Pragnę tylko przypomnieć - wtrąciła Rose - Ŝe wieczorne dokarmianie doradzała juŜ 

pani siostra Hicks. 

Następnie głos zabrała pani Lambert. 

-  Po  cesarskim  nie  czułam  się  najlepiej,  a  przynajmniej  nie  na  tyle  dobrze,  by 

opiekować się moją córeczką. Pozwoliłam na karmienie jej z butelki, i tak juŜ pozostało. Nie 

sądzę jednak, abym była przez to gorszą matką. Ośmielam się teŜ wystąpić z gorącym apelem 

do państwa, abyście stworzyli w szpitalu taką atmosferę, w której matki takie jak ja nie będą 

dręczone wyrzutami sumienia. 

- Dziękuję obu paniom - powiedział ordynator. - Myślę, Ŝe najtrafniejszymi słowami, 

jakie do tej pory padły, są „giętkość” i „elastyczność”. Jak w innych dziedzinach Ŝycia, tak i 

w  tym  budynku  powinna  znaleźć  sobie  naleŜne  miejsce  sztuka  kompromisu.  Czy  doktor 

Cranstone ma jeszcze jakieś uwagi w związku z raportem doktor Gillis? 

-  Imponujące szeregi liczb, jakie w nim się znajdują, upodobniłyby wszelki sprzeciw 

do  walki  Don  Kichota  z  wiatrakami  -  oświadczył  pediatra  sarkastycznym  tonem.  -  KaŜdy  z 

nas,  mam  nadzieję,  jest  świadom  wyŜszości  karmienia  piersią  nad  wszystkimi  innymi 

substytutami.  To  w  ogóle  nie  podlega  i  nie  moŜe  podlegać  jakiejkolwiek  dyskusji.  Ale 

oczywiście są róŜne uwarunkowania, specyficzne sytuacje, o których zresztą była tu mowa. I 

właśnie  z  myślą  o  nich  gotów  jestem  pracować  w  tym  kierunku,  aby  słowu  „elastyczność” 

nadać realny sens. 

Było jasne, Ŝe doktor Cranstone zgadza się na kompromis. 

-  Dziękuję,  doktorze  -  powiedział  ordynator.  -  Czegoś,  jak  widać,  nauczyliśmy  się  z 

raportu doktor Gillis. 

Jej  cięŜka  praca  nie  poszła  na  marne,  zaś  jej  efekty,  myślę,  powinny  zostać 

opublikowane.  Krótko  podsumuję:  Rygorystyczne  zasady  zastępujemy  od  dzisiaj  bardziej 

giętkimi,  lepiej  dostosowanymi  do  rzeczywistości.  I  otwieramy  oddzielną  salę  dla 

noworodków. Czy wszystko jasne? 

Odpowiedziały  mu  potakiwania  i  uśmiechy.  Doktor  Cranstone  spojrzał  na  zegarek  i 

tłumacząc  się  waŜnym  spotkaniem  opuścił  salę.  Wszyscy  pozostali  gratulowali  Rose. 

background image

Niektórzy  zwycięstwa,  inni  zaś,  jak  Leigh  McDowie,  po  prostu  uczciwego  i  bezstronnego 

postawienia sprawy. 

Niespodziewanie  drzwi  się  otworzyły  i  weszła  Tanya  Dickenson.  Jej  jasne,  długie 

włosy  zebrane  były  w  koński  ogon  i  przewiązane  niebieską  kokardą.  Wyglądała  bardzo 

atrakcyjnie. Była naprawdę piękną dziewczyną. 

- Słuchaj, Leigh - zwróciła się wprost do doktora McDowie'ego - zaczęliśmy właśnie 

próby  do  gwiazdkowego  przedstawienia.  W  tym  roku  będzie  to  „Śpiąca  Królewna”.  Jak 

wiesz, istotną rolę w baśni odgrywa Królewicz, który pocałunkiem budzi piękną dziewczynę 

z  nieprzespanego  snu.  Ktoś  w  rodzaju  lekarza  budzącego  pacjentkę  po  narkozie.  Ty  byłbyś 

idealny  i  tylko  ciebie  chcemy.  Poza  tym  Królewicz  musi  umieć  akompaniować  sobie  na 

gitarze.  Więc  właściwie  nie  masz  wyboru,  nie  moŜesz  nam  odmówić.  Ja  będę  grała  Śpiącą 

Królewnę. 

- No, jeśli tak, to zgadzam się z prawdziwą ochotą - odparł  Leigh tonem  Don Juana, 

zaś siostry Beddows i Hicks skomentowały tę scenę stosownym chichotem. 

Rose  równieŜ  się  zaśmiała,  lecz  w  jej  sercu  zapanował  chłód.  Oto  bowiem  Leigh 

oddalił  się  od  niej  o  tysiąc  kilometrów.  Oddalił  się  ku  tej  pięknej  dziewczynie,  która  go 

niewątpliwie kochała. 

Profesor  Horsfield  dotrzymał  słowa  i  znalazł  czas  na  odwiedzenie  Brigid  Gillis. 

Zbadawszy chorą, zasiadł w saloniku do herbaty i ciasteczek. 

-  I jak się pani tutaj Ŝyje, panno Carlinnagh? - zapytał Maurę, pochwaliwszy  wpierw 

jej wypieki. - Czy starcza pani czasu na jedzenie i odpoczynek? Czy nie podjęła się pani zbyt 

cięŜkiego zadania? 

- AleŜ radzę sobie całkiem dobrze, panie doktorze. Zresztą jestem przyzwyczajona do 

cięŜkiej harówki i gotowa byłabym pracować podwójnie, byleby tylko ona... byleby ona... 

Głos  Maury  zamarł.  Rose  wstała  i  objęła  ciotkę,  niezdolna  wydobyć  z  siebie  słowa 

pocieszenia. 

-  Doceniam  pani  poświęcenie  -  rzekł  profesor  Horsfield.  -  Pani  siostra  moŜe  śmiało 

powiedzieć, Ŝe ma najlepszą moŜliwą opiekę. Niemniej, aby ująć pani trudu, porozmawiam z 

doktorem Taitem, Ŝeby pielęgniarka przychodziła odtąd codziennie. 

-  Dziękuję,  panie  doktorze,  to  bardzo  miłe  z  pana  Strony  -  powiedziała  Maura, 

ukradkowym gestem wycierając oczy. - A moŜe jeszcze jedną herbatę? 

Minął wrzesień i nastał październik. Zaczęły się mgliste ranki i chłodne noce. Leigh i 

David Rowan starali się na kaŜdym kroku wyręczać Rose. Zresztą i tak ubyło jej obowiązków 

w  związku  z  zakończeniem  badań.  Nowe  porządki  na  oddziale  zdecydowanie  poprawiły 

background image

atmosferę.  Sala  dla  noworodków  rozwiązywała  wiele  problemów.  Gdy  zniknęła  presja  na 

karmienie piersią, stała się rzecz, którą trudno było przewidzieć: przybyło karmiących matek. 

Z  twarzy  siostry  Hicks  nie  schodził  uśmiech.  Przynajmniej  Rose  i  Leigh  zawsze  widzieli  ją 

uśmiechniętą.  Doktor  McDowie  stał  się  człowiekiem  bardzo  zajętym,  gdyŜ  masę  czasu 

pochłaniały  mu  próby  „Śpiącej  Królewny”.  WciąŜ  jednak  wpadał  z  krótkimi  wizytami  do 

Brigid,  podczas  których  konferowali  sobie  jak  przyjaciele  z  lat  dziecinnych.  Rose  na  widok 

Leigha  pogrąŜała  się  w  uczuciowym  zamęcie.  Wiedziała  wszakŜe  jedno:  był  to  wspaniały 

przyjaciel,  na  którym  mogła  bezwzględnie  polegać.  Jeśli  pytała  siebie  w  duchu,  co  czuje 

jeszcze  do  tego  męŜczyzny  prócz  przyjaźni,  natychmiast  starała  się  zmienić  temat  swoich 

rozmyślań. Tłumaczyła sobie, Ŝe piękna i utalentowana Tanya  Dickenson jest tu pierwsza w 

kolejce i nikt nie moŜe odmówić jej tych praw. Tak więc Rose tłumiła w sobie swoją miłosną 

tęsknotę i próbowała zrekompensować ją pracą. Zdarzały się jednak chwile głębszej refleksji i 

wówczas czuła się nieszczęśliwa. 

Pewnego  popołudnia,  kiedy  weszła  do  pokoju  dla  personelu,  zastała  tam  Leigha  i 

Tanyę pochylonych nad scenopisem. 

- Czy mogłaby pani nas przepytać, doktor Gillis? 

- zapytała piękna dziewczyna. - Tu jest skrypt. Zaczynamy od tego miejsca. Gotowy, 

Leigh? 

- Kto to napisał? - zapytała Rose, przebiegając tekst oczyma i widząc, Ŝe roi się w nim 

od róŜnych zabawnych aluzji do problemów, z jakimi boryka się słuŜba zdrowia. 

-  Pewna  pielęgniarka  z  oddziału  intensywnej  terapii  -  odpowiedział  Leigh  z 

niedwuznacznym chrząknięciem. 

- Osóbka w jakimś sensie utalentowana, niemniej do Szekspira jej daleko. 

-  A  zatem,  mój  ksiąŜę,  zaczynamy  -  powiedziała  Rose,  siląc  się  na  swobodny  ton  i 

uśmiech. 

Czarne oczy Leigha skrzyły się wesołością, kiedy zaczął mówić. 

Dotarłem nareszcie w te ponure strony; 

Widzę mury budowli, hańbę mej korony. 

Nęka się tam chorych bez podania racji, 

A czynią to złośliwe duchy biurokracji. 

Więc chwytam za miecz i spuszczam się w dolinę, 

By z urzędasów zrobić dla hien padlinę. 

background image

-  Dobrze,  teraz  walczysz  z  całym  zastępem  demonów,  roznosisz  ich  na  sieczkę  i 

wpadasz  do  pokoju,  gdzie  leŜę  ja,  gdzie  leŜy  śpiąca  piękność  -  zarysowała  Tanya  sytuację 

sceniczną. 

Ufny w swój srebrny miecz i siłę ramienia, 

Znalazłem ukochaną, wzór ludzkiej piękności. 

Zaczarowana, leŜy w okowach omdlenia, 

Pocałunkiem wrócę ją do przytomności. 

A więc do dzieła, mój rycerzu - zaśmiała się Tanya, zamykając oczy i nadstawiając 

rozchylone usta. 

Kiedy zaś Leigh pocałował ją w czubek nosa, nadąsała się. 

- AleŜ nie ma w tym za grosz romantyzmu, czyŜ nie, doktor Gillis? Spróbuj w swoją 

rolę wkładać więcej uczucia. A teraz budzę się i mówię: 

Miałam sen błogi, słodki niczym nektar pszczeli, 

Całował mnie królewicz, leŜącą w pościeli. 

Znów rozległ się głęboki głos Leigha: 

Nie w czczym śnie szukaj widomych prawdy znaków. 

Twój kochanek stoi przy twoim wezgłowiu.  

On to sercem, skrytym oręŜem medyków,  

Przywrócił cię Ŝyciu, młodości i zdrowiu. 

Tanya zatrzepotała długimi rzęsami. 

Oddaję ci mą rękę, śluby nas zespolą, 

 A potem objedziemy razem nasze włości,  

Gdzie na twarzach pacjentów uśmiechy swawolą, 

 Zaś w sercach personelu satysfakcja gości. 

-  A  teraz  bierzesz  gitarę  i  razem  z  całym  zespołem  śpiewasz  finałową  piosenkę.  Jak 

wypadliśmy, doktor Gillis? 

- Horrendalnie! - wykrzyknął Leigh, wyręczając Rose w ocenie. - Słuchaj, Tanya, nie 

moŜemy absorbować Rose takimi bzdurami. Ma waŜniejsze rzeczy na głowie. 

-  AleŜ  wysłuchałam  was  z  przyjemnością  -  odparła  Rose,  starając  się  nadać  głosowi 

choć  trochę  entuzjazmu.  -  Byłaś  nadzwyczajną  Śpiącą  Królewną,  Tanya.  A  teraz  wybaczcie 

mi.  Muszę  zobaczyć  się  z  siostrą  Beddows  i  spytać  ją  o  córkę.  Poród  powinien  nastąpić  w 

najbliŜszych dniach, jeśli nie godzinach. 

background image

Okazało się, Ŝe Philippa, córka Dorothy Beddows, właśnie została przyjęta do szpitala, 

zaś  przyszła  babcia  robiła  wokół  córki  takie  zamieszanie,  Ŝe  aŜ  siostra  Pardoe  musiała  ją 

pohamowywać. 

-  Chodź,  Dorothy  -  powiedziała  Rose.  -  My  pójdziemy  na  herbatę,  a  Philippa 

tymczasem zostanie przygotowana do rozwiązania. 

Dorothy w końcu dała się uspokoić. Z uwagi na wczesną fazę porodu córki przyrzekła 

nawet pójść do domu i trochę odpocząć. Czekała ją bardzo nerwowa noc. 

Rose  równieŜ  miała  wpaść  do  domu,  chociaŜ  obowiązki  trzymały  ją  w  szpitalu. 

Zmusił ją do tego Leigh, który zaofiarował się ją zastąpić w pracy przez godzinę. 

-  Chcę,  aŜebyś  powiedziała  Brigid  dobranoc  i  przesłała  jej  ode  mnie  ten  pocałunek  - 

rzekł, delikatnie całując ją w czoło. 

Rose zadzwoniła po taksówkę i po kwadransie była juŜ przy łóŜku matki. Dowiedziała 

się  od  Maury,  Ŝe  po  południu  odwiedził  je  ksiądz  Naylor.  Obie  wyspowiadały  się  i  przyjęły 

komunię świętą. 

- Co za słodka pociecha - dodała Maura. 

I  rzeczywiście,  twarz  biednej  Brigid  pełna  była  szlachetności  i  jakiejś  nieziemskiej 

słodyczy. 

ś

egnając  się,  Rose  złoŜyła  na  czole  matki  najdelikatniejszy  i  najczulszy  z 

pocałunków. 

- To od Leigha - wyjaśniła. 

- Och, Rose, czyŜ to nie wspaniały człowiek? On zaopiekuje się tobą, córeczko. 

Rose uśmiechnęła się i ujęła chudą, przezroczystą niemal dłoń matki. 

- Muszę juŜ iść, mamusiu. Dobranoc, śpij dobrze i niech Bóg cię błogosławi. 

- Dobranoc, dobranoc, skarbeńku... 

- Kocham cię, mamusiu. 

Rose  miała  zawsze  pamiętać  ów  pełen  miłości  uśmiech,  jaki  rozjaśnił  twarz  Brigid, 

kiedy się Ŝegnały. 

Taksówka czekała przed drzwiami. Zanim Rose  wsiadła, uniosła głowę i spojrzała w 

górę.  Ujrzała  nad  sobą  usiane  gwiazdami  ciemnogranatowe  niebo,  na  którym  fosforyzowała 

zimnym światłem pełna tarcza księŜyca. 

Tej  nocy  urodziło  się  dwoje  dzieci,  ale  Ŝadne  nie  było  wnuczkiem  czy  wnuczką 

Dorothy  Beddows.  Dopiero  nad  ranem  Philippa  poczuła  częstsze  i  mocniejsze  bóle.  Kiedy 

Rose  zjawiła  się  na  porodówce,  zobaczyła,  Ŝe  oprócz  matki  towarzyszy  rodzącej  jej  mąŜ, 

Lance.  Siostra  Angela  Grierson  przygotowywała  się  do  przyjęcia  dziecka  i  Rose  nie 

background image

zamierzała jej w tym wyręczać. Angela była doświadczoną połoŜną, w niczym nie ustępowała 

połoŜnikom-lekarzom,  a  niektórych  biła  na  głowę  umiejętnością  wczucia  się  w  psychikę 

rodzącej kobiety. 

-  Przyj,  Philippa,  jeszcze  jeden  wysiłek,  tak,  dobra  dziewczynka,  pomyśl  sobie,  Ŝe 

lepiej  mieć  to  jak  najszybciej  za  sobą,  nie  warto  się  oszczędzać,  potem  milszy  będzie 

odpoczynek, tak, przyj,  przyj, odetchnij sobie, spróbuj raz jeszcze, zrób  to lepiej, zrób to na 

piątkę, pięknie, niebawem ujrzysz swoje dziecko... 

Philippa dzielnie parła, jedną dłonią trzymając za rękę męŜa, drugą zaś matkę. 

- Meta tuŜ-tuŜ, kochanie - podtrzymywał ją na duchu Lance. 

- Philippa, twoja matka jest z tobą - dorzucała co chwila matka. 

Rose podziwiała siostrę Grierson, która potrafiła radzić sobie nawet w tak niezwykłej 

sytuacji, kiedy poród miał charakter niemal rodzinnego spotkania. 

Za  kwadrans  szósta,  tuŜ  przed  jesiennym  świtem  przyszła  na  świat  piękna,  duŜa 

dziewczynka,  wielka  radość  rodziców  i  babki.  Jej  czarne  oczki  zdawały  się  obserwować 

sprawne  ruchy  Angeli,  kiedy  ta  wycierała  ściereczką  mokry  puszek  jej  włosów  czy  teŜ 

podwiązywała i przecinała pępowinę. 

-  Jaką  mam  piękną  wnuczkę,  najpiękniejszą  na  świecie!  -  wykrzyknęła  w  ekstazie 

radości Dorothy Beddows. 

- I dlatego nazwiemy ją Bella - dość przytomnie zdecydował Lance, całując córeczkę 

w mikroskopijną stopkę. 

Rozległ  się  głośny  płacz  dziecka,  natychmiast  mieszając  się  z  wybuchami  śmiechu  i 

słowami powinszować. Gdzieś na oddziale zadzwonił telefon, lecz Ŝadna z obecnych tu osób 

nie zwróciła uwagi na daleki, przytłumiony sygnał. Być moŜe nawet Ŝadna go nie usłyszała. 

Po chwili do sali porodowej wpadła pielęgniarka-staŜystka. 

-  Był  do  pani  telefon,  doktor  Gillis.  Proszono,  aby  jak  najszybciej  wracała  pani  do 

domu. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Ś

mierć zabrała Brigid we śnie. Tknięta straszliwym przeczuciem, Maura obudziła się 

o  wpół  do  szóstej  i  zastała  siostrę  śpiącą  wiecznym  snem.  Na  jej  twarzy  pozostał  ślad 

ostatniego sennego marzenia. 

Cicha  słodycz  tej  twarzy  długo  przykuwała  spojrzenie  Rose.  Matka  umarła  w  domu, 

we własnym łóŜku, nie zaś w szpitalu, i to było w tej chwili bodaj najwaŜniejsze. 

Rose nie płakała. Była pusta w środku, jakby wydrąŜona. Odwróciła wzrok od matki i 

spojrzała przez okno na zasypany liśćmi ogródek. Wstawał słoneczny, październikowy dzień. 

Usłyszała w kuchni jakiś męski głos. Najpierw pomyślała, Ŝe to doktor Tait, ich lekarz 

domowy, zaraz jednak rozpoznała charakterystyczną intonację Leigha. Rzuciła się do drzwi i 

wpadła do kuchni. W mgnieniu oka znalazła się w jego ramionach. Teraz dopiero pozwoliła 

popłynąć łzom. Buczała jak mała dziewczynka, on zaś pocieszał ją jak stroskany ojciec. 

- Jestem do twojej dyspozycji, Rose. Mamy trochę spraw do załatwienia. 

Ogarnęła  ją  fala  wdzięczności.  Kiedy  potrzebowała  wsparcia,  pocieszenia,  pomocnej 

przyjacielskiej dłoni, Leigh zawsze się zjawiał i stawał u jej boku. 

Przy  herbacie  i  grzankach,  które  podała  Maura,  ustalili  pierwsze  konieczne 

formalności:  uzyskanie  aktu  zgonu  od  doktora  Taita,  wizyta  w  przedsiębiorstwie 

pogrzebowym, zgłoszenie o śmierci w magistracie. 

Rejestracja  zejścia  wymagała  przedłoŜenia  odpowiednich  dokumentów,  w  związku  z 

czym Rose przypomniała sobie o metalowym pudle na szafie. 

-  Trzymała  w  nim  wszystkie  swoje  papiery,  a  ja  nie  mam  pojęcia,  gdzie się  znajduje 

klucz. 

Leigh  połoŜył  rękę  na  stole  i  rozchylił  dłoń.  Ujrzała  to,  o  co  pytała:  duŜy  Ŝeliwny 

klucz. 

Podniosła  na  niego  wzrok.  Skinął  głową,  ona  zaś  natychmiast  pomyślała  o  tamtym 

dniu,  kiedy  zastała  Brigid  i  Leigha  pochylonych  nad  rodzinnymi  papierami.  Spłonęła 

rumieńcem. 

- Czy mama ci go dała? 

- Tak, kilka tygodni temu. 

- Ale dlaczego nie mnie, swojej córce? Dlaczego do końca nie obdarzyła mnie swoim 

zaufaniem?! - wykrzyknęła, czując Ŝal w sercu. 

background image

-  Cicho,  Rose,  uspokój  się!  Nie  w  obecności  Maury  -  powiedział  autorytatywnym 

tonem.  -  Kiedy  załatwimy  najpilniejsze  sprawy,  wezmę  cię  na  małą  przejaŜdŜkę.  Musimy 

porozmawiać. 

O  dziesiątej  mieli  juŜ  akt  zgonu  oraz  zapewnienie  ze  strony  przedsiębiorcy 

pogrzebowego, Ŝe wszystko zostanie zorganizowane zgodnie z ich Ŝyczeniami. 

Następnie  Leigh  zawiózł  Rose  do  otwartego  dla  publiczności  rozległego  parku  w 

starej  podmiejskiej  rezydencji.  Wysiedli  z  samochodu  i  poszli  wysłaną  kolorowymi  liśćmi 

szeroką aleją. 

-  Co  masz  mi  do  powiedzenia,  Leigh?  -  zapytała  Rose.  Myślała  o  tej  rozmowie  od 

ponad dwóch godzin. 

-  Coś,  o  czym  twoja  matka  nigdy  ci  nie  wspomniała.  Ustrojone  w  brąz,  czerwień  i 

złoto drzewa pyszniły się przemijającą urodą. 

- Mów dalej. Nie dręcz mnie jakimiś ogólnikami. 

-  Znam zawartość tego pudełka.  Brigid uczyniła  mi ten zaszczyt i dopuściła mnie do 

sekretu. To był wyłącznie jej wybór. Ja o nic nie prosiłem, niczego nawet nie sugerowałem. 

- Więc powiedz mi, co jest w tym przeklętym pudełku? 

- Jest tam akt urodzenia Brigid... 

- Bawisz się ze mną jak kot z myszką, Leigh - wybuchnęła Rose. - Oczywiście, Ŝe jest 

tam jej akt urodzenia, podobnie jak akt ślubu rodziców. Oba te dokumenty muszę przedłoŜyć 

w magistracie i chyba mama, która liczyła się z rychłą śmiercią, musiała wiedzieć, Ŝe prędzej 

czy później wezmę je do rąk. 

-  Brigid  miała  specjalne  powody,  aby  trzymać  cię  od  tych  papierów  z  daleka.  Jest 

wśród nich równieŜ twój akt urodzenia... 

-  A  co,  do  licha,  mój  akt  urodzenia  ma  wspólnego  ze  Sprawą?  -  zapytała  Rose 

wzburzona. 

- Kiedy weźmiesz go do ręki, zauwaŜysz, Ŝe zapis jest bardzo lakoniczny. Podaje się 

w nim jedynie twoje imię, nazwisko, płeć, datę i miejsce urodzenia. 

- I co z tego? Czy to nie wystarczy? Ku czemu zmierzasz, Leigh? 

Wziął głęboki oddech. 

- W pudełku nie ma aktu ślubu. 

- Co? O czym ty w ogóle mówisz?! - wykrzyknęła zatrzymując się. 

- Twoja matka nigdy nie była męŜatką. 

Rose  niespodziewanie  zauwaŜyła,  Ŝe  tak  jasnego,  barwnego  i  czystego  dnia  nie  było 

chyba od wiosny. 

background image

-  Oczywiście,  Ŝe  była  zamęŜna.  Poślubiła  marynarza,  Nazywał  się  James  Gillis.  Jak 

ś

miesz  twierdzić,  Ŝe  mój  ojciec  jest  nieznany?  śe  noszę  zmyślone,  wybrane  z  ksiąŜki 

telefonicznej nazwisko? 

Nie tyle wymawiała, co wyrzucała z siebie kaŜde słowo, równocześnie krok po kroku 

odsuwając  się  od  Leigha,  jak  gdyby  był  potworem,  który  przejmuje  strachem  lub 

przynajmniej obrzydzeniem. 

Mój BoŜe, Rose, właśnie tego rodzaju reakcji z twej strony obawiała się Brigid. To lęk 

pieczętował w niej tę tajemnicę. 

- Nie ma Ŝadnej tajemnicy! Mój ojciec nazywał się James Gillis! 

-  Posłuchaj,  Rose,  kochanie.  Zdobądź  się  na  odrobinę  cierpliwości.  Tak,  twój  ojciec 

nazywał  się  James  Gillis,  ale  nigdy  nie  poślubił  twojej  matki.  Brigid  była  świętą  kobietą. 

Pełną  poświęcenia  jako  matka,  szlachetną  i  dzielną  jako  człowiek.  Ale  nie  znalazła  w  sobie 

dość odwagi, aby powiedzieć ci prawdę. Teraz rozumiem, dlaczego. 

Podszedł do niej i ujął ją pod ramię. Znowu ruszyli wysadzaną kasztanami aleją. Rose 

szła u boku przyjaciela, ale bez udziału własnej woli. 

- Być moŜe w naszych czasach - kontynuował Leigh - po tych wszystkich rewolucjach 

seksualnych i obyczajowych, panny zachodzą w ciąŜę równie bezproblemowo, jakby smaŜyły 

jajecznicę lub czyściły zęby. Ale pamiętaj, Rose, Ŝe Brigid była  Irlandką  i wychowała się w 

katolickiej rodzinie. Do końca nosiła brzemię winy. Oddając się temu męŜczyźnie, wystąpiła 

przeciwko  Bogu  i  przeciw  swojej  społeczności.  Nie  mogła  zawieść  swoich  najbliŜszych, 

którzy ją kochali, podziwiali i szanowali. Dlatego ukryła prawdę.  I niech ta prawda zostanie 

ukryta przed nimi na zawsze. Brigid miała moje słowo, Ŝe rodzina nigdy się o tym nie dowie. 

Teraz będzie to zaleŜało równieŜ od ciebie. 

- Czy faktycznie był marynarzem? 

-  Tak,  marynarzem  na  urlopie.  Kiedy  wrócił  na  statek,  Brigid  próbowała  się  z  nim 

skontaktować. Bez rezultatu. Po jakimś czasie dostała od kapitana list z suchą informacją, Ŝe 

marynarz  kwalifikowany  James  Gillis  utonął  podczas  akcji  ratunkowej  na  morzu.  List 

równieŜ znajduje się w pudełku. 

- Czy nie miał rodziców... rodziny? - zapytała Rose, połykając łzy. 

-  Dokładnie  nikogo.  Wychował  się  w  sierocińcu  w  Liverpoolu.  Gdy  dorósł,  wybrał 

morze.  Ktoś  bardzo  samotny  i  bardzo  młody.  Był  kilka  lat  młodszy  od  Brigid.  -  Leigh 

westchnął  głęboko.  - Kiedy  uświadomiła sobie,  Ŝe zaszła w ciąŜę, wyjechała do  Liverpoolu. 

Stamtąd  po  jakimś  czasie  zawiadomiła  rodzinę  o  zamąŜpójściu,  narodzinach  córki  i  śmierci 

męŜa.  Och,  Rose,  co  ta  kobieta  musiała  przejść  podczas  tych  kilku  miesięcy,  kiedy  nosiła 

background image

ciebie  w  swym  łonie.  Potem  juŜ  było  jej  łatwiej.  Stanowiłaś  jej  oparcie,  jej  nadzieję,  jej 

ukochanie. Podołała wszystkiemu. Wspaniała matka! MoŜesz być z niej dumna. 

Rose zadrŜała niczym liście kasztanów w ciepłym powiewie złotej jesieni. 

-  Dzięki,  Leigh.  Potrzebuję  czasu,  Ŝeby  wszystko  to  ogarnąć  i  przemyśleć.  Ale  juŜ 

teraz rozumiem pewne fakty. To na przykład, Ŝe nigdy nie rozmawiała ze mną o przeszłości, 

nawet  wówczas,  gdy  pytałam  o  ojca.  I  wiem,  dlaczego  prosiła  mnie  o  wybaczenie,  kiedy 

budziła się z narkozy po operacji. Ale dlaczego, zanim odeszła na zawsze, nie dopuściła mnie 

do swojej tajemnicy? 

-  Prawdopodobnie  z  tego  samego  powodu,  z  jakiego  my  nie  mówimy  rodzicom  o 

naszych własnych romansach. 

Rose odrzuciła do tyłu głowę. 

-  Przypuszczam,  Ŝe  masz  na  myśli  Paula  -  powiedziała  ostrym  tonem.  -  Jak  ty 

wszystko wiesz! Faktycznie, mama nie dowiedziała się o jego wolcie. 

-  Mój  ty  narwańcu,  ja  równieŜ  wikłałem  się  w  róŜne  historie  z  kobietami,  lecz  nie 

pisnąłem o nich słówkiem rodzicom. To jest temat tabu pomiędzy rodzicami a dziećmi. Co się 

zaś  tyczy  tajemnicy  Brigid,  to  będziemy  ją  znali  tylko  my  i  urzędnik  w  magistracie,  i  nikt 

poza naszą trójką. 

Poza  naszą  czwórką,  sprostowała  w  duchu  Rose,  mając  na  myśli  księdza  Naylora, 

spowiednika matki. 

Wrócili do samochodu. Serce Rose krwawiło. WciąŜ myślała o matce i jej samotności 

w  Liverpoolu.  Czy  Brigid  rozwaŜała  wówczas  moŜliwość  aborcji?  Na  pewno  nie.  A  moŜe 

kwestię adopcji? Być moŜe, ale tylko do momentu, kiedy nie urodziła córki i nie wzięła jej w 

ramiona. 

Brigid  znała  praktycznie  w  swym  Ŝyciu  tylko  dwóch  męŜczyzn:  Jamesa  Gillisa, 

którego  pokochała  krótką,  namiętną  miłością,  oraz  Leigha  McDowie'ego,  którego  obdarzyła 

najczulszą przyjaźnią i pełnym zaufaniem. 

Nadszedł  dzień  pogrzebu.  Wśród  Ŝałobników  przewaŜali  koledzy  i  przyjaciele  ze 

szpitala,  z  profesorem  Horsfieldem  na  czele.  Rose  kroczyła  za  trumną  pomiędzy  Leighem  a 

płaczącą ciotką. Ksiądz Naylor wygłosił piękną poŜegnalną mowę. 

Na  konsolację  do  domu  zaproszeni  zostali  tylko  najbliŜsi.  Maura  częstowała 

kanapkami, ciastem i herbatą. Pokoje tonęły w kwiatach. Na stoliku w holu leŜały dziesiątki 

depesz z kondolencjami. 

background image

Gdy zamknęły się drzwi za ostatnią osobą, Rose wyszła na taras i spojrzała na czyste, 

błękitne niebo. Pomyślała, Ŝe Ŝycie musi toczyć  się dalej, a ją  czeka jeszcze duŜo radości w 

towarzystwie przyjaciół i w pracy. 

Na  trzeci  dzień  odwiozła  ciotkę  do  Liverpoolu.  Uścisnęły  się  czule,  a  potem  Rose 

długo odprowadzała wzrokiem oddalający się statek, który rozcinał fale Morza Irlandzkiego. 

Tam, za tym morzem leŜała jej druga ojczyzna. 

Wróciwszy  do  Manchesteru,  Rose  rzuciła  się  w  wir  pracy.  Mało  jej  było  własnych 

obowiązków. 

Odbierała  je  innym.  Szczególnie  pod  tym  względem  upodobała  sobie  Leigha. 

Tłumaczyła  mu,  Ŝe  będzie  to  z  obopólną  dla  nich  korzyścią,  gdyŜ  on  znajdzie  czas  na 

szlifowanie  swojej  roli,  ona  zaś  uniknie  straszliwych  mąk  bezczynności.  Leigh  przeŜywał 

pewien dramat i szukał rozwiązania. Nie miał juŜ wątpliwości, Ŝe Tanya jest w nim po uszy 

zakochana,  i  wyrzucał  sobie,  Ŝe  na  to  pozwolił,  ba,  Ŝe  zrobił  tak  wiele,  aby  ją  w  sobie 

rozkochać. Stało się zaś tak dlatego, Ŝe w pięknej pielęgniarce znalazł pociechę i azyl, ucieka-

jąc  przed  Rose|  która  była  przeznaczona  innemu,  Paulowi  Sykesowi.  Lecz  sytuacja 

diametralnie  się  zmieniła.  Paul  stracił  głowę  dla  Caroline  Trench,  zerwał  zaręczyny  i 

właściwie  nie  było  juŜ  obiektywnej  przeszkody,  aby  on,  Leigh,  wyznał  kobiecie,  na  której 

naprawdę mu zaleŜało, swoją gorącą miłość. 

Więc  dlaczego  tego  jeszcze  nie  zrobił?  Zwlekał  z  dwóch  powodów.  Nie  był  pewien, 

czy Rose odwzajemnia jego uczucia. Mogła nadal kochać Paula. W związku z tym moŜliwa 

była  sytuacja,  Ŝe  gdyby  kapryśnej  Caroline  Paul  nagle  przestał  się  podobać  lub  gdyby 

znalazła sobie innego męŜczyznę, Rose mogłaby go przyjąć z otwartymi ramionami i wszyst-

ko wybaczyć. 

Drugim  powodem  była  Tanya.  Cieszyła  się  wspólnymi  próbami  i  tym,  Ŝe  moŜe  tak 

często z nim przebywać. Okazywała swoją radość zarówno publicznie, jak i prywatnie, kiedy 

siedzieli  nad  tekstem  przedstawienia  w  zaciszu  biblioteki  lub  w  pustym  pokoju.  Leigh 

traktował  ją  z  przyjaźnią  i  sympatią,  zapraszał  od  czasu  do  czasu  na  obiad  czy  kolację, 

całował rutynowo na „dzień dobry” i „do widzenia”, lecz nie posunął się dalej ani o krok. Ona 

jednak uparcie myliła świat „Śpiącej Królewny” ze światem realnym, interpretując poufałość 

jako  intymność,  zaś  zachwyt  jej  urodą  jako  miłość  i  poŜądanie.  Leigh  wiedział,  Ŝe  jego 

moralnym  obowiązkiem  jest  wyprowadzenie  jej  z  błędu,  nawet  za  cenę  chwilowego 

okrucieństwa, lecz zdecydował się przełoŜyć rozmowę na dzień po przedstawieniu. Po prostu 

obawiał się, Ŝe kiedy Królewna się dowie, Ŝe Królewicz wcale jej nie kocha,  gotowa będzie 

jeszcze zrezygnować ze swej roli i tym samym połoŜy całą imprezę. 

background image

Listopad  zaczął  się  od  sensacji.  Doktor  Paul  Sykes  oraz  Caroline  Trench  ogłosili 

oficjalne  zaręczyny.  Wiadomość  natychmiast  przedostała  się  do  prasy  i  gazety  zamieściły 

zdjęcia  narzeczeńskiej  pary.  Dziennikarze  specjalizujący  się  w  towarzyskiej  plotce  zaczęli 

prześwietlać  przeszłość  Caroline  i  doszukali  się  męŜa-policjanta  oraz  dziewiętnastoletniego 

syna, który mieszkał z ojcem i macochą. 

-  Co  za  idiotę  robi  z  siebie  ten  biedaczyna  Sykes!  -  zawołał  Leigh  do  nadchodzącej 

szpitalnym  korytarzem  Rose.  -  Chłop  musiał  kompletnie  zbzikować.  Nie  chciałbym  wtrącać 

się w twoje prywatne sprawy, lecz nadarza się dobra okazja, byś raz na zawsze uwolniła się 

od niego, kochanie. Musisz chyba się czuć, jakbyś dostała cios w plecy? 

Rose poczuła się tyleŜ wzruszona, co rozbawiona tym dowodem troski. 

- Och, Leigh, wiedziałam juŜ od dawna, Ŝe Paul i Caroline zamierzają się pobrać. Nie 

spodziewałam się tylko, Ŝe zaręczyny zostaną ogłoszone tak szybko. śyczę im z całego serca 

jak  najlepiej,  chociaŜ  obawiam  się,  Ŝe  Paul  nie  będzie  miał  łatwego  Ŝycia,  Ŝeniąc  się  z 

gwiazdą filmową. 

-  Szczerze  mówiąc,  guzik  mnie  to  wszystko  obchodzi  -  odparł  Leigh  głosem  pełnym 

irytacji.  -  Obchodzisz  mnie  tylko  ty  i  twoje  samopoczucie.  Myślisz,  Ŝe  Paul  wiedział  o  tym 

dziewiętnastoletnim synu? 

Spojrzała na niego z jakimś smutkiem w oczach. 

-  Biedna  Caroline!  Udawało  się  jej  zachować  sekret  przez  tyle  lat.  I  teraz  nagle 

okazuje się, Ŝe wywloką ci wszystko, nawet najgłębiej skrywaną intymność. 

Leigh  uświadomił  sobie,  Ŝe  Rose  mówiąc  to  myślała  bardziej  o  swojej  matce  niŜ  o 

aktorce. 

Porozmawiali  jeszcze  przez  chwilę,  po  czym  Rose  pośpieszyła  do  swoich 

obowiązków. Miała dziś dyŜur w przychodni przyszpitalnej. 

Leigh  patrzył  na  jej  szczupłe  nogi  i  zaokrąglone,  lekko  rozkołysane  biodra. 

Uświadomił sobie, Ŝe widok ten sprawia mu duŜą przyjemność. 

Rose wzięła pióro do ręki, przygotowując się do przyjęcia ostatniej pacjentki. 

-  Dzień  dobry,  pani  Bradshaw.  Proszę  usiąść.  Mam  nadzieję,  Ŝe  siostra  juŜ  panią 

zbadała? - zapytała z uśmiechem. 

- Tak, doktor Gillis - odparła przystojna, trzydziestokilkuletnia kobieta. O wieku pani 

Bradshaw  świadczyły  ślady  siwizny  we  włosach  i  delikatne  zmarszczki  przy  oczach, 

natomiast  zaprzeczała  mu  świeŜość  jej  pogodnej  twarzy.  -  Siostra  zmierzyła  mi  ciśnienie, 

postawiła  na  wadze,  pobrała  krew  i  płyn  owodniowy.  Słowem,  zrobiła  wszystko,  co  moŜna 

było zrobić. 

background image

Rose rzuciła okiem na wyniki badań. W Ŝadnym punkcie nie odbiegały od normy. 

-  Powiedzmy,  Ŝe  prawie  wszystko  -  zgodziła  się.  -  A  teraz  proszę  powiedzieć  mi  o 

swoich kłopotach ze zdrowiem, kontaktach z lekarzami i tak dalej. 

-  Właściwie  nie  mam  nic  do  powiedzenia.  Jestem  zdrowa  jak  ryba,  a  to  jest  moja 

pierwsza ciąŜa. 

- Ach, tak, rozumiem -  powiedziała Rose, notując w karcie „pierwiastka”. - To miłe, 

Ŝ

e nie jest nam odebrana radość urodzenia dziecka nawet w trochę późniejszym wieku. 

- Bardzo późnym, pani doktor. Mam trzydzieści dziewięć lat. 

Coś w głosie pani Bradshaw zaintrygowało Rose. Spojrzała na pacjentkę uwaŜniej. 

-  Pani  Bradshaw,  czy  my  juŜ  kiedyś  się  nie  spotkałyśmy?  -  zapytała,  gorączkowo 

szukając w pamięci. 

- Oczywiście, doktor Rose. 

- Proszę mi wybaczyć, ale... 

-  Wtedy  wyglądałam  całkiem  inaczej.  Widziała  mnie  pani  poplamioną  krwią,  w 

podartym ubraniu, zapłakaną... Siedziałam i prosiłam Boga, Ŝeby mój mąŜ nie umarł. 

Nagle  w  pamięci  Rose  zapaliło  się  światełko.  Ujrzała  tamtą  scenę:  gabinet  lekarski, 

Leigha, państwa Bradshaw i dziewczynę o imieniu Peggy, ich kuzynkę. 

-  AleŜ,  oczywiście!  -  wykrzyknęła,  wstając  i  ściskając  Grace.  -  Mieliście  państwo 

wypadek, a pani mąŜ ma na imię Alfred. Jak on się czuje? 

-  Wrócił  do  zdrowia  i  odzyskał  krzepę,  czego  dowodem  jest  moja  tu  obecność!  - 

odparła Grace śmiejąc się. - Och, doktor Gillis, oczekuję dziecka! Po tylu latach! 

- Pamiętam, iŜ powiedziała pani wówczas, Ŝe nie moŜecie mieć dzieci. 

- Tak, nie mogliśmy. Straciliśmy juŜ wszelką nadzieję. A tu nagle nie doczekałam się 

dwóch  kolejnych  okresów,  poczułam  mrowienie  w  piersiach  i  dostałam  mdłości.  Nawet  mi 

jednak  przez  myśl  nie  przeszło,  Ŝe  to  moŜe  być  ciąŜa.  Mój  lekarz  przepisał  mi  coś  na 

przeczyszczenie. 

- Nie uwierzę! - zachichotała Rose. 

-  Jakieś  przeczyszczające  ziółka!  Teraz  mówi,  Ŝe  nie  chciał  zbyt  wcześnie  wzbudzać 

we  mnie  nadziei,  lecz  myślę,  Ŝe  po  prostu  się  nie  połapał.  Potem  zaczęłam  obserwować 

siebie, stałam się podejrzliwa. Podejrzliwość zmieniła się w nadzieję, a nadzieja w pewność -

mówiła  Grace  ze  łzami  radości  w  oczach.  -Mój  lekarz  wysuwa  przypuszczenie,  Ŝe  w  chwili 

wypadku  coś  mogło  zostać  poruszone,  wstrząśnięte,  przesunięte  na  właściwe  miejsce.  Być 

moŜe chodzi tu o droŜność jajowodów, być moŜe o coś innego. Tak czy inaczej, doktor Gillis, 

jestem dzisiaj najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. 

background image

-  Cieszę  się  razem  z  panią,  Grace.  -  Sięgnęła  po  słuchawkę  i  wykręciła  numer 

wewnętrzny  oddziału  połoŜniczego.  -  Dzwonię  po  doktora  McDowie'ego.  Chciałabym,  Ŝeby 

on równieŜ się z panią zobaczył. 

Po chwili wszedł Leigh. Rozpoznał Grace juŜ w drzwiach. 

- Grace Bradshaw albo ulegam omamom! wykrzyknął podchodząc. - Pamiętam tamtą 

swoją  gafę.  Pewnie  nigdy  nie  będzie  mi  wybaczona.  Chyba  nie  przyszłaś  po  moją  głowę, 

Grace? 

Pani Bradshaw wybuchnęła śmiechem. 

-  Nie,  panie  doktorze.  Spodziewam  się  dziecka.  Otworzył  ramiona  i  serdecznie 

uścisnął przyszłą matkę. 

-  Najlepsza  wiadomość,  jaką  ostatnio  słyszałem.  Kiedy  to  się  stało,  to  zstąpienie 

Ducha Świętego? 

Grace odpowiedziała, a on zadał kolejne pytanie. Gawędzili tak przez dobry kwadrans. 

Kiedy zaś pani Bradshaw się poŜegnała, Leigh zwrócił się do Rose: 

-  I  tylko  pomyśl  sobie,  Rose.  W  tamtym  wypadku  zginęły  trzy  osoby,  jeśli 

kilkutygodniowy  płód  Peggy  moŜna  określić  tym  mianem.  Ale  równieŜ  tamten  wypadek 

przyczynił się do powstania nowego Ŝycia. Dziwny jest ten świat. 

- WciąŜ nie mogę w to uwierzyć. Będziemy musieli otoczyć ją wyjątkową opieką. 

-  Idę  o  zakład,  Ŝe  nasz  staruch  wybierze  cesarskie  w  trzydziestym  ósmym  tygodniu, 

aby zaoszczędzić matce i dziecku wysiłku. 

Tego  wieczoru  Rose  poszła  na  mszę  świętą  do  szpitalnej  kaplicy.  Gdy  odwróciła 

głowę,  ujrzała  ze  zdumieniem,  Ŝe  obok  niej  stoi  Leigh.  Kapłan  otworzył  Pismo  Święte. 

Rozpoczęło  się  czytanie  Ewangelii  według  świętego  Łukasza.  A  kiedy  padły  słowa:  „A  oto 

równieŜ krewna Twoja, ElŜbieta, poczęła w swej starości syna i jest juŜ w szóstym miesiącu 

ta,  która  uchodzi  za  niepłodną”,  Rose  i  Leigh  spojrzeli  na  siebie.  Dla  nich  te  słowa  miały 

szczególny sens. 

Minęło  kolejnych  kilka  tygodni  i  zaczął  się  okres  przedświąteczny.  W  czwartek,  na 

parę  dni  przed  BoŜym  Narodzeniem,  miało  się  odbyć  pierwsze  z  dwóch  przedstawień 

„Śpiącej  Królewny”.  Rose  nie  miała  ochoty  na  oglądanie  romantycznych  scen  z  udziałem 

Tanyi i Leigha. Spędziła ten wieczór u swojego sąsiada, starego i samotnego człowieka. Gdy 

następnego  dnia  zjawiła  się  w  pracy,  cały  szpital  rozbrzmiewał  komentarzami  na  temat 

wielkiego sukcesu. 

- Popisali się na medal - powiedział David Rowan. 

background image

-  A  jeśli  chodzi  o  Leigha,  to  bez  wątpienia  powinien  zostać  zawodowym 

piosenkarzem. Ma taki... 

Przerwał na widok Leigha i Tanyi, którzy, uśmiechnięci, weszli do pokoju. 

- Nie było cię wczoraj, Rose! - zauwaŜył od razu Leigh. 

- Przepraszam, miałam umówioną wizytę. David właśnie pochwalił was przede mną. 

- Ale dzisiaj przyjdziesz? - nacierał Leigh, przeszywając ją badawczym wzrokiem. 

- Postaram się, ale, jak wiesz, mam dyŜur. Nie dziw się więc, jeśli nie będę mogła. 

Wiedziała, Ŝe mówi jak ostatni tchórz. 

- To postaraj się móc. ZaleŜy mi na tym. 

- Nie ma sprawy - odezwał się David Rowan. 

- Ja juŜ widziałem przedstawienie, więc przyjdę i zastąpię Rose. 

-  Dzięki,  ale  trudno  mi  cokolwiek  obiecywać.  Zapowiada  się  bardzo  pracowity 

wieczór. 

Powiedziawszy  to,  Rose  opuściła  pokój.  Leigh  dogonił  ją  na  korytarzu  w  pobliŜu 

porodówki. 

-  Rose,  poczekaj!  Chcę,  Ŝebyś  była.  Mam  specjalny  powód,  Ŝeby  cię  o  to  prosić. 

Przyjmij propozycję Rowana i zajmij miejsce w pierwszym rzędzie. 

Nerwy Rose, juŜ i tak napięte do ostatnich granic, nagle odmówiły jej posłuszeństwa. 

-  Na  miłość  Boską,  Leigh,  czego  ci  się  zachciewa?  UwaŜasz,  Ŝe  umieram  z  ochoty, 

Ŝ

eby  gapić  się  na  twoje  romansowe  podrygiwania  czy  teŜ  słuchać  twoich  miłosnych 

zawodzeń?  Zostaw  mnie!  Idź  sobie  do  diabła!  Wracaj  do  swojej  Śpiącej  Królewny,  która 

właśnie się obudziła i czeka na dalsze pocałunki! 

Głos Rose załamał się. Odwróciła się i pobiegła schodami na górę. 

-  No,  moja  maleńka  -  mruknął  do  siebie  Leigh.  -  Zastosujemy  w  takim  razie  wobec 

ciebie specjalne środki. 

Rzeczywiście  zdarzyło  się,  Ŝe  oddział  tętnił  tego  wieczoru  wytęŜoną  pracą.  Rose  i 

David  nie  mieli  chwili  wytchnienia.  Kiedy  zaś  Rose  wpadła  na  korytarzu  na  Rogera 

Maynarda,  który  niósł  jakieś  zwoje  przewodów,  potraktowała  go  tylko  krótkim  skinieniem 

głowy  i  pospieszyła  dalej.  Wiedziała,  Ŝe  po  przedstawieniu  część  zespołu  wraz  z  częścią 

widowni  wróci  na  oddział  i  podejrzewała,  Ŝe  będzie  to  czas  robienia  okolicznościowych 

zdjęć. Sama postanowiła skryć się w jakimś kąciku. 

Kończyła  właśnie  operację  kleszczową,  kiedy  w  głośnikach  radiowych  na  piętrze 

rozległy  się  szmery  i  trzaski.  Normalnie  głośniki  były  wyłączone,  zaś  program  radiowy 

background image

odbierały pacjentki dzięki słuchawkom zainstalowanym przy łóŜkach. Teraz ktoś zrobił z nich 

uŜytek, a tym kimś, wszystko na to wskazywało, był Roger Maynard. 

Nagle  Rose  usłyszała  czysty  i  dźwięczny  tenor  Leigha.  Śpiewał  finałową  piosenkę 

przedstawienia.  Niesione  melodią  słowa  rozbrzmiewały  we  wszystkich  pomieszczeniach 

oddziału. 

-  CzyŜ  to  nie  cudowne?  -  szepnęła  Laurie  Moffatt,  która  asystowała  Rose  przy 

operacji. 

Na  szczęście  zabieg  zakończył  się  pełnym  sukcesem  i  Rose  mogła  schować  się  w 

gabinecie lekarskim, gdzie zasiadła do pisania raportu. 

W pewnym momencie Leigh przestał śpiewać. Zaczął mówić: 

-  A  teraz,  przyjaciele,  zaśpiewam  inną  piosenkę  o  miłości.  Dedykuję  ją  wyjątkowej 

lekarce i wyjątkowej osobie. Mam nadzieję, Ŝe słyszysz mnie, Rose. JeŜeli nie, to ci, którzy 

mnie słyszą, powtórzą ci moje przesłanie. Więc zwracam się ku tobie z głębi mojego serca, a 

słowa szkockiego poety-pieśniarza, Roberta Burnsa, niechaj mówią za mnie. 

Wydobył  z  gitary  kilka  swobodnych  akordów,  a  z  jego  ust  popłynęły  słowa  pięknej, 

słodkiej  pieśni  miłosnej.  Emanowały  taką  tęsknotą  i  Ŝarem,  iŜ  słuchającym  zdawało  się,  Ŝe 

przenoszą  się  w  jakiś  inny  wymiar,  gdzie  miłość  ma  za  oprawę  góry,  doliny,  wrzosowiska  i 

granatowe jeziora. 

Ma miłość jest jak róŜy krew, 

Krew róŜy w czerwca świt. 

Rose  stała  na  środku  pokoju,  oszołomiona,  zdumiona,  zachwycona.  Wszystko  to 

graniczyło z cudem. Czuła się jak w objęciach magii. 

Wpadła Laurie Moffatt i niemal siłą wyciągnęła ją na korytarz. 

Otoczyły ją roześmiane twarze, posypały się gratulacje, pocałunki, miłe docinki. 

Na  końcu  korytarza  pojawiła  się  Śpiąca  Królewna.  Trzymając  jedną  ręką  dół  swej 

przepysznej sukni zmierzała prosto w kierunku Rose. Jej oczy płonęły usta miała zaciśnięte. 

-  Wydaje  się,  Ŝe  podbiła  pani  wszystkich,  doktor  Gillis  -  powiedziała  z  godnością.  - 

ś

yczę wam obojgu wiele szczęścia. 

-  Dziękuję  Tanya.  Wyglądasz  bajkowo...  Przerwała,  gdyŜ  piękna  dziewczyna  znikała 

juŜ  za  drzwiami  prowadzącymi  na  blok  matek.  Powitały  ją  tam  burzliwe  oklaski  i  okrzyki 

entuzjazmu. Tymczasem pieśń cichła w końcowej obietnicy: 

Więc czym rozłąka? Zdrowa bądź! 

Do ciebie wrócę tu, 

Choć mil tysiące miałbym brnąć 

background image

Bez sił, bez tchu, bez snu.

 

Rose  w  końcu  uświadomiła  sobie,  Ŝe  kocha  Leigha  i  Ŝe  on  za  chwilę  się  tu  pojawi. 

Wybiegła mu na spotkanie. 

Wpadli  na  siebie  na  podeście  schodów.  KsiąŜę  odrzucił  swój  elŜbietański  kapelusz  z 

piórem i otworzył ramiona, zamykając ją w uścisku. 

- Czy wysłuchałaś mojej piosenki? Czy uwierzyłaś kaŜdemu jej słowu? - zapytał. 

-Tak, tak, tak... Więc naprawdę kochasz mnie, Leigh, naprawdę? 

Jego  długi,  namiętny  pocałunek  nie  pozostawiał tu  Ŝadnych  wątpliwości.  On  sam  teŜ 

zyskał pewność, Ŝe kocha z wzajemnością. 

Rose odchyliła głowę. 

- Muszę wracać na oddział, mój ksiąŜę. 

- Rozumiem. Zresztą ja równieŜ muszę pokazać się mym wielbicielkom w połogu. Ale 

posłuchaj,  Rose.  Chcę  oŜenić  się  z  tobą,  i  to  moŜliwie  jak  najszybciej.  W  związku  z  tym 

pragnąłbym  przedstawić  cię  moim  rodzicom.  Mieszkają  w  Carlisle,  sto  pięćdziesiąt  kilo-

metrów od Manchesteru. Zadzwonię do nich i powiem, Ŝe przyjedziemy w niedzielę. 

- W niedzielę? Ale to juŜ pojutrze! - wykrzyknęła z przeraŜeniem. 

- Nie obawiaj się, kochanie. Zawrócisz im w głowie równie szybko, jak  zrobiłaś to z 

moim bratem, Andrew. 

Chciała protestować, lecz zapobiegł temu pocałunkiem. 

Rodzice  Leigha  powitali  Rose,  nie  szczędząc  wyrazów  radości  i  sympatii.  Pan 

McDowie,  prawnik,  powiedział  jej,  Ŝe  perspektywa  ustatkowania  się  syna  to  dla  nich 

najwspanialszy  boŜonarodzeniowy  prezent,  natomiast  pani  McDowie  była  po  prostu 

zachwycona Rose. Co zaś się tyczy Andrew, to uścisnął ją niczym starą przyjaciółkę. 

Stół uginał się od róŜnych smakowitości, a wśród nich znalazł się równieŜ świąteczny 

pudding. 

- Nie będzie was na BoŜe Narodzenie, więc poświętujemy sobie dzisiaj - powiedziała 

matka Leigha. 

Ciepło przyjęcia, serdeczna atmosfera, to wszystko ujęło Rose i wzruszyło, niemniej, 

nie mogąc pozbyć się skrępowania, jadła tyle co ptaszek. 

Ś

lub  miał  się  odbyć  w  połowie  stycznia,  to  znaczy  tuŜ  po  zakończeniu  obu  okresów 

staŜowych.  Z  uwagi  na  Ŝałobę  Rose  oraz  fakt,  Ŝe  ona  i  Leigh  naleŜeli  do  odrębnych 

                                                 

 Tłum. Zofia Kierszys 

background image

kościołów, zdecydowali się na cichą uroczystość w szpitalnej kaplicy. Leigh planował podjąć 

prywatną praktykę w Chorlton i namawiał Rose do tego samego. 

-  AleŜ  mając  dwóch  doktorów  McDowie,  ludzie  będą  was  mylić  i  na  przykład  ktoś 

zapisze się na wizytę do doktora McDowie'ego, licząc na przyjęcie przez doktor McDowie - 

zaŜartował ojciec. 

- Ja tam juŜ wian, u kogo z tej dwójki chciałbym się leczyć - zauwaŜył Andrew, łypiąc 

na  Rose  i  zmuszając  ją  do  uśmiechu.  -  Czy  jesteś  pewna,  Rose,  Ŝe  wybrałaś  właściwego 

faceta? Był coś bardzo powolny w zalotach, jeŜeli przyjąć, Ŝe wówczas w teatrze juŜ szalał za 

tobą. 

-  Raczej  trudno  to  przyjąć  -  odparła  Rose.  -  Poszliśmy  na  „Burzę”  całkiem 

przypadkowo.  Leigh  dostał  bilety  od  wdzięcznego  męŜa  pacjentki,  a  ja  byłam  akurat  pod 

ręką. 

Andrew wybuchnął śmiechem. 

-Doprawdy?  JeŜeli  uwierzyłaś  w  to,  Rose,  to  uwierzysz  we  wszystko.  ZałoŜę  się,  Ŝe 

kupił je z myślą o tobie. 

Rose  spojrzała  na  Leigha.  Z  jego  twarzy  wyczytała  przyznanie  się  do  winy  i 

zaczerwieniła  się.  Rzecz  jasna,  nie  wiedziała,  Ŝe  tym  rumieńcem  ostatecznie  podbiła  serca 

swych przyszłych teściów. 

Zmierzchało  się,  kiedy  wyruszyli  w  drogę  powrotną  do  Manchesteru.  Rose  siedziała 

obok  narzeczonego.  Czuła,  Ŝe  spisała  się  nie  najgorzej.  Jeśli  państwo  McDowie 

zaakceptowali ją, to niebawem znajdzie w nich ojca i matkę. 

Leigh  wyczuł  jej  pogodny  nastrój,  jakŜe  róŜny  od  nerwowego  napięcia,  w  jakim 

jechała w tamtą stronę, i zdjąwszy rękę z kierownicy pogładził ją po włosach. 

- Oczarowałaś ich, kochanie. Jestem z ciebie dumny. 

- Myślę, Ŝe byli trochę zaskoczeni tak bliską datą ślubu. Zastanawiam się, czy czasami 

nie podejrzewają... hmm... obiektywnych przyczyn. 

-  To  ja  subiektywnie  śpieszę  się  do  tych  obiektywnych  przyczyn  -  zapewnił  ją  z 

uśmiechem. 

Przytuliła  się  do  niego  i  pozwoliła  oddać  się  marzeniom.  Wkrótce  zapadła  w  sen. 

Obudziła  się,  kiedy  juŜ  byli  przed  jej  domem.  Na  niebie  świecił  księŜyc,  zaś  uliczkę 

oświetlały latarnie. 

- AleŜ szybko dojechaliśmy! - wykrzyknęła odpinając pasy. 

Leigh się nie poruszył. Spojrzała na niego pytająco. 

- Oczywiście wejdziesz, Leigh? 

background image

- A czy jestem zaproszony? 

Wiedziała, co ma na myśli. Wybór naleŜał do niej. Nie wahała się ani sekundy. 

- To jest twój dom i ja jestem twoja - powiedziała z wielką prostotą. 

Kiedy weszli do środka, Rose od razu nastawiła wodę. 

- Poczekaj w saloniku, Leigh. Kawa będzie za chwilę. Wyjmując filiŜanki z kredensu, 

usłyszała wiosenne allegro z „Czterech pór roku” Vivaldiego. Uśmiechnęła się. Leigh puścił 

jej ulubiony utwór. 

-  A  moŜe  coś  zjesz?  Jakąś  kanapkę  lub  jajko?  -  zapytała,  wchodząc  do  saloniku  z 

kawą. 

- Rose. 

Padło  tylko  jedno  słowo,  a  zadrŜała  na  całym  ciele.  Objął  ją  i  zaczął  całować. 

Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  Wydała  ciche  westchnienie,  gdy  poczuła,  Ŝe  zwalnia  haftki  jej 

biustonosza. Po chwili znaleźli się na dywanie, wśród rozrzuconych i przemieszanych ze sobą 

części 

garderoby. 

długimi, 

potarganymi 

włosami 

Leigh 

sprawiał 

wraŜenie 

dwudziestoletniego  chłopca.  W  jakimś  sensie  młodzieńcza  była  równieŜ  muzyka,  która 

płynęła z magnetofonu. 

Zaczęli  siebie  dotykać,  odkrywać  własną  nagość.  W  nowym  wymiarze  fizycznej 

miłości  pojawiły  się  teŜ  nowe  uczucia  i  stany:  fascynacji,  upojenia,  bezwstydu...  Osiągnęli 

szczyt tak szybko, jakby ona była jego pierwszą kobietą, on zaś jej pierwszym męŜczyzną. 

Ich ciała stopniowo uspokajały się w przy largo i allegro „Zimy”. 

--  Musimy  przyśpieszyć  nasz  ślub  -  odezwał  się  w  pewnym  momencie  Leigh.  - 

Chciałbym robić to z tobą legalnie, najdroŜsza. 

Ś

lub odbył się w słoneczne, mroźne południe Nowego Roku, w kaplicy szpitala. Rose, 

ubraną w jasnoszary wełniany kostium i popielaty aksamitny kapelusz z duŜą czerwoną róŜą, 

powiódł  do  ołtarza  Derek  Horsfield.  Pachniało  świerkiem,  ostrokrzewem  i  geranium. 

Płomienie  świec  drŜały,  a  dookoła  rozbrzmiewała  muzyka  organowa  Haendla.  Koledzy, 

przyjaciele  i  znajomi  pary  młodej  wypełniali  kaplicę  po  brzegi.  W  pierwszym  rzędzie 

siedziała  najbliŜsza  rodzina  Leigha  oraz  Maura  Carlinnagh,  która  przybyła  na  ślub 

siostrzenicy  aŜ  z  Irlandii.  Maura  myślała  o  swojej  zmarłej  siostrze  i  o  tym,  Ŝe  prośby  i 

pragnienia  Brigid  zostały  spełnione.  Rose  wychodziła  za  mąŜ  za  „długowłosego  doktora”, 

człowieka, którego w głębi swojego serca wybrała dla niej matka. 

David  Rowan  i  jego  Ŝona  Eve  byli  w  szczególnie  radosnym  nastroju.  Eve  po 

poronieniu spowodowanym wypadkiem ponownie zaszła w ciąŜę i do rozwiązania pozostało 

jej juŜ tylko siedem miesięcy. 

background image

Philip  i  Annette  Cranstone  siedzieli  obok  Paula  Sykesa,  który  przyszedł  sam,  gdyŜ 

jego narzeczona miała dziś próbne zdjęcia do nowego serialu telewizyjnego. 

pielęgniarki  stawiły  się  niemal  w  komplecie,  ciesząc  się  szczęściem  ich  ukochanej 

pani  doktor,  i  nawet  nie  zawiodła  Tanya  Dickenson,  dziewczyna  tyleŜ  piękna,  co  dzielna  i 

wielkoduszna. 

Ale  największą  niespodziankę  sprawiły  byłe  pacjentki.  Dorothy  Beddows  przyszła  z 

Philippą  i  jej  śliczną  Bella.  Pani  Mowbray  z  dumą  trzymała  na  rękach  swego 

sześciomiesięcznego  synka.  TuŜ  obok  uspokajała  swoją  córeczkę  pani  Lambert.  Hałasował 

teŜ  Donovan,  synek  Trish  Pendle.  Zaś  w  ostatnim  rzędzie,  pogodna  i  zasłuchana  w  siebie, 

siedziała Grace Bradshaw w towarzystwie męŜa. 

Lecz  Rose,  świadoma  obecności  ich  wszystkich  i  czując  to  ciepło,  jakie  wytwarzali 

swymi najlepszymi o niej myślami, patrzyła tylko w jednym kierunku, na jednego człowieka, 

który czekał na nią w towarzystwie księdza Naylora. 

Derek  Horsfield,  przyprowadziwszy  pannę  młodą  do  ołtarza,  z  lekkim  ukłonem 

wycofał się i dłoń Rose znalazła się w dłoni Leigha McDowie'ego. Unieśli głowy i spojrzeli 

na kapłana. Ten przyjął od nich przysięgę, pobłogosławił i ogłosił ich męŜem i Ŝoną. 

Stali oto, młodzi i rozkochani w sobie, na progu Nowego Roku i nowego Ŝycia. Przed 

Leighem  otwierał  się  kolejny  rozdział  jego  kariery  zawodowej.  Rose  patrzyła  na  swoją 

bardziej  sceptycznym  okiem.  Będąc  kobietą,  wiedziała,  Ŝe  wkrótce  zmieni  swe  obowiązki 

wobec matek na obowiązki matki. 

Na razie jednak była świeŜo poślubioną oblubienicą. Wszyscy zgodnie orzekli, Ŝe tak 

promiennej i uroczej jeszcze jej nie widzieli.