background image

CHRISTOPHER CARTER 

 

 

OSTATNIA ZBRODNIA   

AGATY CHRISTIE 

 

(Tłumacz: Maria Demidowicz- Domanasiewicz) 

 

 

background image

ROZDZIAŁ I 

 

Abu  był  rosłym  i  przystojnym  Nubijczykiem,  mie-

rzącym  dwieście  dziesięć  centymetrów  wzrostu.  Miał 

poważną twarz i mocny tors. Już sam jego widok wprawiał 

w  zdumienie  turystów  mieszkających  w  hotelu  Stara 

Katarakta  w  Asuanie,  w  Górnym  Egipcie.  Szlachetność 

tego  olbrzyma  zrodzonego  w  głębi  Afryki  pozostawiała  w 

nich  niezatarte  wspomnienie.  Schodzili  mu  z  drogi,  a  on, 

choć  był  tylko  służącym,  cieszył  się  powszechnym 

szacunkiem. 

Nubijczyk był dumny ze swego pochodzenia i kultury. 

Od  zarania  ludzkości  jego  lud  umiał  przystosować  się  do 

warunków,  jakie  stworzyły  prażące  słońce,  wylewy  Nilu  i 

nienasycony  apetyt  pustyni,  z  łapczywością  pożerającej 

poletka ziemi stworzone ludzką pracą. 

Ale czasy się zmieniały, i to na gorsze. Nubię dotknęły 

pogarda,  ucisk  i  zagłada,  a  synowie  tego  szlachetnego 

kraju, aby przeżyć, musieli wyemigrować. 

Abu  znalazł  zatrudnienie  w  Starej  Katarakcie,  ulu-

bionym  hotelu  angielskich  turystów,  których  obecność 

tworzyła atmosferę elegancji i przytulności, i z tego właśnie 

powodu  odbywały  się  tu  zawody  brydżowe  dla  osób  z 

towarzystwa. 

Hotel  Stara  Katarakta,  wzniesiony  w  1899  roku, 

background image

pozostawał  jednym  z  klejnotów  Asuanu,  dużego  miasta 

leżącego  w  południowej  części  Egiptu,  które  z  każdym 

dniem  coraz  bardziej  poddawało  się  szturmowi  nowo-

czesności  i  przemysłu.  Stary  budynek  z  jasnoczerwoną 

fasadą i gzymsowanymi narożnikami przyjmował pod swój 

dach  znaczną  liczbę  osobistości,  pragnących  zwiedzić 

Egipt, a zarazem korzystać z europejskich wygód. Któż nie 

marzył,  by otwierać  okna  z widokiem  na Nil, połyskujący 

za  sprawą  boga  Ra,  odradzającego  się  rankiem  po 

zwycięstwie nad ciemnościami? 

Ale jeśli piramidy i świątynie odniosły zwycięstwo nad 

czasem, to w przypadku Starej Katarakty działo się akurat 

odwrotnie. Mimo że początkowo standard był wysoki, teraz 

kurki  zaśniedziały,  tapety  wyblakły,  a  całość  szacownego 

pałacu zdradzała swój wiek. 

Należało  więc  podjąć  w  końcu  decyzję,  od  dawna 

krytykowaną  przez  wielbicieli  przeszłości:  wyremontować 

hotel  zgodnie  z  obowiązującą  modą,  co  wiązało  się 

nieodwołalnie z jego zamknięciem. 

Kilka  uprzywilejowanych  osób  mogło  jeszcze  oczy-

wiście pijać herbatę na tarasie pod daszkiem, gdzie siadały 

swobodnie  w  wiklinowych  fotelach,  by  kontemplować 

zachód  słońca,  podobnie  jak  ci  rozkoszujący  się  tą 

wyjątkową chwilą egiptolodzy, którzy przyszli tu odpocząć 

po  ciężkim  dniu  spędzonym  w  terenie  na  badaniach 

background image

naukowych. 

Abu  uważał,  że  większość  z  nich  to  zarozumialcy 

przesiąknięci  wiedzą  książkową,  która  zamyka  im  oczy  i 

serca.  Ale  Nubijczyk  pilnował  się,  by  nie  ujawniać  swojej 

opinii  przed  tymi  ludźmi  z  Zachodu,  przekonanymi  o 

własnej wyższości. 

Także  pod  koniec  tamtego  popołudnia  w  Starej  Ka-

tarakcie  zjawiło  się  sześciu  reprezentantów  owego 

dziwnego  gatunku,  jakim  są  egiptolodzy  -  czterech 

mężczyzn i dwie kobiety, nie licząc miłośnika starożytności 

odmiennego  typu,  Abdel-Mosula,  godnego  spadkobiercy 

rodu złodziei i paserów. Mówili dużo i o niczym, wydawało 

się  nawet,  że  sobie  docinają.  Cała  ich  wiedza  nie  dała  im 

grama mądrości. 

Abu otrzymał ważne zadanie i miał zamiar wypełnić je 

z właściwą sobie powagą. Dlatego wszedł powoli na trzecie 

piętro  Starej  Katarakty,  gdzie  właśnie  zakończono 

malowanie korytarzy. Za niecały miesiąc znów pojawią się 

tu  zachwyceni  turyści,  wspominając  ostatnią  wycieczkę  i 

oczekując  z  niecierpliwością  kolejnej.  Zaliczali  Egipt  w 

biegu, 

zapominając 

często 

wdychaniu 

jego 

najważniejszego zapachu - zapachu wieczności. 

Na trzecim piętrze znajdował się najsłynniejszy pokój 

-  ten,  w  którym  mieszkała  angielska  pisarka  Agata 

Christie. Abu nie czytał żadnej jej powieści, ale słyszał, że 

background image

ta  wielce  dystyngowana  dama  zbiła  fortunę,  uśmiercając 

kilkudziesięciu  nieszczęśników.  Doprawdy,  dziwny  sposób 

zarabiania na życie. 

Abu miał się zająć odnowieniem apartamentu zajmo-

wanego  przez  królową  zbrodni  w  czasie  jej  pobytów  w 

Asuanie.  Apartament  składał  się  z  sypialni,  salonu, 

gabinetu  i  pokoju  kąpielowego.  Był  to  prawdziwy  raj  dla 

pisarza. Okna wychodziły na wyspę Elefantynę i świątynię 

boga-barana  Chnuma,  który  nieustannie  stwarzał  świat  i 

ludzi na swoim kole garncarskim. Abu sądził, iż napawając 

się  tym  niezrównanym  widokiem,  pani  Christie  była 

niezwykle  szczęśliwa  i  powinna  była  mieć  zgoła  nie 

zbrodnicze myśli. 

Ta raczej niegodna przeszłość miała wkrótce odejść w 

zapomnienie. Renowacja apartamentu miała go oczyścić ze 

wszystkich  ponurych  myśli  zrodzonych  w  głowie  autorki 

kryminałów. Koniec ze starą wanną, łożem z baldachimem, 

sztychami  przedstawiającymi  angielską  wieś,  deszczową  i 

zasnutą  mgłami!  Gusty  turystów  się  zmieniły,  trzeba  też 

było zapewnić gościom nowoczesne wygody. 

Abu  pchnął  drzwi  prowadzące  do  królestwa  Agaty 

Christie. 

Nagle  odczuł  instynktownie,  że  wydarzyło  się  coś 

niezwykłego. Zło zaatakowało. Było tu nadal obecne. 

Nubijczyk zawahał się w progu. 

background image

Palcem wskazującym prawej dłoni dotknął wiszącego 

na  szyi  amuletu.  Byt  to  mały  fajansowy  krokodyl,  odzie-

dziczony po pradziadku. 

Odzyskawszy  odwagę,  Abu  wszedł  do  sypialni,  w 

której  panowała  cisza  i  wszystko  wydawało  się  normalne. 

Na  chwilę  przystanął.  Niepokój  nadal  go  nie  opuszczał. 

Spojrzał w stronę półotwartych drzwi łazienki, następnie w 

przeciwną, w kierunku gabinetu. 

Zobaczył buty. 

Buty i spodnie. 

Wolnym  krokiem  podszedł  do  gabinetu  i  dostrzegł 

leżącego na brzuchu mężczyznę. W jego plecach tkwił nóż. 

background image

 

ROZDZIAŁ II 

 

Szkocja,  z  wyjątkiem  Spring  Island  -  zagubionej 

wyspy  ze  swoistym  mikroklimatem  -  tonęła  w  strugach 

deszczu.  Spring  Island,  ukryta  w  głębi  jeziora,  którego 

wody dzięki Golfsztromowi były prawie tak ciepłe jak wody 

Morza  Śródziemnego,  była  sercem  rozległej  posiadłości 

należącej  do  jednego  z  najstarszych  szkockich  klanów  - 

Kilvanocków.  Lord  Percival,  ostatni  z  rodu,  mieszkał  na 

stałe w Lonecastle, granitowym zamczysku wzniesionym na 

środkowym cyplu wyspy. 

Tuż przed południem, jak co dzień. Nestor Pwryctswll, 

walijski 

majordomus 

liczący 

siedemdziesiąt 

lat 

trzymający  służbę  żelazną  ręką,  przyniósł  lordowi 

Percivalowi  kieliszek  porto  “Noval  Nacional",  rocznik 

1931,  pochodzącego  z  należących  do  arystokraty  winnic 

nad górną Duerą. 

Walijczyk zastał lorda Percivala w ogromnej bibliote-

ce,  przypominającej wersalską Galerię  Lustrzaną i miesz-

czącej kilkaset tysięcy woluminów. Spali tu snem wiecznym 

wszyscy  wielcy  autorzy  dzieł  literatury  światowej,  ale 

prawdziwym  konikiem  właściciela  była  kryminologia. 

Zgromadził  niemal  wszystkie  studia  i  prace  naukowe,  do-

tyczące  rozlicznych  aspektów  zbrodniczej  działalności 

background image

człowieka, istoty o niewyczerpanej wyobraźni. 

Lord  Percival,  który  zadowalał  się  tym  skromnym 

tytułem, mimo iż lista pokoleń jego szlachetnych przodków 

zajęłaby  całą  stronę,  był  spokojnym  czterdziestoletnim 

mężczyzną,  eleganckim  w  każdym  calu,  podobnym  do 

aktora  Aleca Guinnessa. Jego szerokie czoło zdobiło  kilka 

dodających mu uroku zmarszczek, przypominając, że wiele 

w  życiu  przeszedł  i  że  za  swój  spokój  zapłacił  słoną  cenę. 

Miał  bystre  i  przenikliwe  spojrzenie  i  widać  było,  że  jego 

umysł nieustannie czegoś poszukuje. 

Wchodząc  do  biblioteki,  majordomus  usłyszał  chra-

pliwy  oddech,  a  następnie  zobaczył  rycerza,  który,  mi-

nąwszy  go,  gwałtownie  wszedł  w  ścianę.  “Zły  znak", 

pomyślał  Walijczyk;  pojawienie  się  ducha  zamku 

Lonecastle wróżyło bowiem rychłe kłopoty. Ów nieszczęsny 

rycerz  -  obrońca  praw  pokrzywdzonych  i  niedoszły 

prywatny  detektyw  -  został  zamordowany  przez  francu-

skiego  zbója  i  nigdy  się  z  tym  nie  pogodził.  Od  czasu  do 

czasu  przypominał  lordowi  Percivalowi,  że  jest  ostatnim 

prawdziwym  potomkiem  rycerzy  Okrągłego  Stołu  i  że 

dewiza  widniejąca  na  jego  herbie  głosi:  “Przywracać 

prawdę, to uczestniczyć w harmonii". 

- Pańskie porto, milordzie. 

- Dziękuję, Nestorze. Postaw na konsoli. 

- Przed chwilą widziałem ducha. 

background image

Arystokrata spojrzał z uwagą na majordomusa. 

- Ach tak ... - mruknął. - Czy to się stało dziś rano? 

- Sądzę, że nie. Pogoda była piękna i nie było żadnych 

nieoczekiwanych telefonów. 

Lord  Percival  z  największą  przyjemnością  wypił 

znakomite  porto,  po  czym wspiął się po  krętych schodach 

na blankowaną wieżę, by popatrzeć na swoje włości. 

U  stóp  zamku  ścieliły  się  trawniki  ozdobione  mar-

murowymi  wazami  upamiętniającymi  przodków  klanu, 

lśniły  otoczony  wieńcem  kamyków,  muszli  i  strzyżonym 

bukszpanem basen oraz staw dla wędrownych ptaków. W 

dali  ciągnęły  się  wrzosowiska  i  jesionowe  lasy,  w  których 

żyły  dziki,  bażanty,  jelenie  i  rude  wiewiórki.  W  górze 

polatywały  orły.  Żyły  tam  również  wróżki  i  elfy, 

zamieszkujące drzewa i potoki, i oczywiście kelpies, bóstwa 

opiekuńcze  jeziora,  w  którego  ciepłych  wodach  lord 

Percival co dzień zażywał kąpieli. 

Miał szczęście, że mieszkał w tym raju, z dala od coraz 

brzydszego  i  hałaśliwszego  świata.  Tutaj  niebo  i  ziemia 

zachowały  jeszcze  pierwotną  czystość  i  w  silnym  wietrze 

unosiły  się  słowa  przodków,  z  których  niektórzy  byli, 

prawdę mówiąc, tęgimi zabijakami. 

Charakterystyczny  dźwięk  przerwał  rozmyślania 

lorda Percivala: ktoś wspinał się po schodach. 

Był to Abercrombie, czarny pies, mieszaniec owczarka 

background image

szkockiego, labradora i kilku innych równie potężnych ras. 

Reagował jedynie na pełną formę swego imienia, nigdy na 

poufałe  zdrobnienia  typu  “Abie",  i  uparcie  protestował 

przeciwko  dużej,  ogrzewanej  i  wygodnej  budzie,  którą 

dostał od swojego pana. Z wyjątkiem tych dwóch kaprysów 

Abercrombie 

był 

niezrównanym 

powiernikiem 

towarzyszem 

potwierdzającym 

codziennie 

słuszność 

głębokiej maksymy jakiegoś zagranicznego filozofa: “To co 

najlepsze w człowieku, to jego pies". 

Abercrombie stanął na tylnych łapach, przednie oparł 

w otworze strzelniczym i podziwiał wspaniały krajobraz w 

towarzystwie lorda Percivala. 

-  Cudownie  tu,  prawda?  Zaraz  pójdziemy  do  lady 

Ofelii. 

Pies zawarczał radośnie. 

Już  za  chwilę  czekał  ich  długi  spacer  przez  wrzoso-

wiska do zamku narzeczonej lorda Percivala. Arystokrata 

nie mógł się z nią niestety ożenić, ponieważ ta młoda dama 

należała  do  wrogiego  klanu,  któremu  Kilvanockowie 

poprzysięgli  śmierć.  Szkocki  szlachcic  zaś  dotrzymuje 

słowa,  nawet  jeśli  dał  je  jeden  z  jego  przodków,  żyjący 

przed dwunastoma wiekami. 

Lord  Percival  potajemnie  finansował  klinikę  swojej 

narzeczonej, która leczyła w niej ginące zwierzęta zranione 

przez  kłusowników.  Jej  najlepsza  asystentka,  Margaret, 

background image

słonica  indyjska,  żyła  tam  za  pan  brat  z  Charlesem, 

pelikanem z Antylów. 

- Milordzie, milordzie! 

Ten  łagodny  glos,  wzywający  pomocy,  należał  do 

Dorothei  Pettigrew,  młodej  Angielki  z  nieskazitelnym 

koczkiem,  osobistej  sekretarki  lorda  Percivala,  którą  da-

rzył  pełnym  zaufaniem  w  kwestiach  zarządzania  swoimi 

dobrami.  Panna  Pettigrew  była  wcieleniem  uczciwości  i 

wybitną specjalistką w dziedzinie lokat finansowych; dzięki 

niej  fortuna  lorda  Percivala  stale  rosła.  Urocza  panna 

Dorothea  mogłaby  znaleźć  zatrudnienie  w  każdym  banku 

inwestycyjnym, ale mimo gwałtownej niechęci, jaką żywiła 

dla majordomusa, chciała mieszkać tutaj, w Lonecastle. 

Zadyszana  panna  Pelligrew  wymachiwała  jakimś 

listem. 

- Milordzie... 

- Proszę się uspokoić. Co takiego się stało? 

- To straszne... straszne! 

Zrozumiawszy,  że  duch  nie  ukazał się  na  próżno  i że 

sekretarka nie zdoła przeczytać listu, lord Percival wziął od 

niej kartkę. 

Przeczytał go dwukrotnie. 

Sekretarka z  napięciem wpatrywała się w pobladłego 

pracodawcę. 

- Proszę spakować moje walizki i polecić mechanikowi, 

background image

aby przygotował helikopter. Lecę do Londynu. 

On,  ekspert  w  dziedzinie  kryminologii,  miał  stawić 

czoło rzeczywistości, której nigdy nie wyobrażał sobie w tak 

brutalnej formie. 

Czy  los  nie  zmusi  go,  by  przeszedł  od  teorii  do 

praktyki? 

background image

 

ROZDZIAŁ III 

 

Nadinspektor  Angus  Dodson  z  racji  korpulentnej  i 

barczystej  sylwetki  nazywany  był  przez  niektórych 

Falstaffem.  Syn  górnika  z  Newcastle  i  sklepikarki,  zanim 

został  jednym  z  filarów  najsłynniejszej  policji  świata, 

zaczął  pracę  w  Scotland  Yardzie  jako  zwykłe  hobby. 

Reprezentował  starą  szkołę  i  dzielił  ludzi  na  uczciwych  i 

zbrodniarzy.  Podanie  ręki  mordercy  było  według  niego 

niemal  równoznaczne  z  przestępstwem,  toteż  nie  darzył 

szacunkiem  intelektualistów,  którzy  starali  się  pokazywać 

piękno zbrodni. 

Dodson -  miłośnik mocnego piwa i ciastek z kremem, 

zatwardziały 

kawaler 

zwolennik 

roweru, 

który 

umożliwiał  mu  zachowanie  jako  takiej  linii  i  ułatwiał 

poruszanie  się  po  ulicach  Londynu  -  miał  zwyczaj 

prowadzić  śledztwo  twardą  ręką  i  przesłuchiwać  bez 

współczucia  dla  podejrzanych.  Obowiązkiem  funkcjona-

riusza  Scotland  Yardu  było  zaprowadzanie  ładu,  areszto-

wanie  złoczyńców  i  ochrona  niewinnych.  Dodson,  nawet 

gdyby był ostatnim dinozaurem, pozostawałby nieugięty w 

tych zasadach. 

Z  racji  nienagannej  służby  Angusowi  Dodsonowi 

pozwolono trzymać w biurze Sherlocka, wspaniałego persa 

background image

o  błękitnawej  sierści.  Zwierzak  sypiał  na  kaloryferze  pod 

osłoną  grubosza  na  tyle  potężnego,  że  chronił  go  przed 

nawiewem  z  klimatyzatora  i  miliardami  roznoszonych 

przez  niego  zarazków.  Sherlock  był  kotem  spokojnym  i 

nieskazitelnie  czystym;  kiedy  miał  okazję,  darł  pazurami 

źle związane akta, które nadinspektor starannie przeglądał 

jeszcze 

raz 

przed 

przekazaniem 

ich 

wymiarowi 

sprawiedliwości. 

Do drzwi gabinetu Dodsona zapukat ordynans. 

- Proszę wejść. 

- Szefie, ktoś chciałby z panem rozmawiać.  

Dodson  zajrzał  do  notesu.  Dzisiejszy  limit  spotkań 

został już wyczerpany. 

- Niech przyjdzie jutro o dziewiątej. 

-  Bardzo nalegał... Oto jego wizytówka, szefie.  Angus 

Dodson rzucił okiem na kartonik, na którym po nazwisku 

lorda Percivala Kilvanocka następowała wyliczanka coraz 

to bardziej imponujących lyliilow. 

Policjant  sięgnął  do  rejestru  szlachty  Zjednoczonego 

Królestwa,  uzupełnionego  poufnymi  notatkami,  i  stwier-

dził, że  jego  gość  to  nie  byle  kto.  Ten  szkocki  arystokrata 

oprócz  pokaźnego  majątku  miał  znakomite  koneksje,  a 

nawet  prawo  bywania  w  pałacu  Bucking-ham.  Królowa 

regularnie  udzielała  mu  prywatnych  audiencji  podczas 

wakacji w Balmoral. Widziano go również, jak rozmawiał z 

background image

nią podczas spaceru z królewskimi psami. 

-  Niech  wejdzie  -  ustąpił  Dodson,  obawiając  się,  czy 

aby to spotkanie nie zapoczątkuje serii kłopotów. 

Lord  Percival  ubrany  był  w  niezwykle  elegancki 

jasnoszary  garnitur.  Biała  koszula  uszyta  na  miarę,  bla-

dozielona  muszka  i  eleganckie  buty  od  Lobba  nadawały 

sylwetce wygląd tak dystyngowany, że nikt nie mógł wątpić 

w jego przynależność do starej szlachty. 

Mimo  to  jego  oczy  nie  kryły  cienia  pogardy.  Miał 

natomiast  kilka  uroczych  zmarszczek  i  czarujący  sposób 

bycia. Dodson wiedział, że Szkot nie przyszedł zamęczać go 

błahostkami. 

-  Jestem  szczęśliwy,  że  mogę  pana  poznać,  panie 

nadinspektorze.  Jak  przypuszczam,  zdążył  pan  zebrać 

informacje na temat mojej skromnej osoby? 

- No cóż... 

Sherlock,  perski  kot,  zwinnie  zeskoczył  z  kaloryfera 

prosto  na  kolana  lorda  Percivala.  Kiedy  tylko  Kilvanock 

zaczął  go  głaskać,  Sherlock  zamruczał,  jakby  znał 

przybysza od lat. 

Arystokrata  docenił  przytulny  komfort  gabinetu 

Angusa Dodsona, który tworzyły: fotele z okresu regencji, 

mocno podniszczona kanapa, długi wiejski stół, stary mebel 

z  cytrynowego  drewna  na  akta  i  polakierowany  dębowy 

pień na komputer, faks i telefon. 

background image

-  Jak  pan  już  zapewne  wie,  panie  nadinspektorze, 

kryminologia  jest  moją ulubioną  rozrywką, z pewnością z 

racji pewnych wydarzeń, jakie zaszły w mojej rodzinie. Ale 

dziś dopada mnie współczesność. 

Dodson zadrżał. 

- Ale pan... Nie popełnił pan chyba zbrodni? 

- Proszę się uspokoić. Ktoś jednak to zrobił z nadzieją, 

że będzie to zbrodnia doskonała. 

- A pan zidentyfikował zabójcę? 

- Na razie znam jedynie nazwisko ofiary. Proszę, niech 

pan to przeczyta. 

Lord  Percival  podał  nadinspektorowi  list,  który  wy-

wołał burzę w jego pogodnym świecie. 

Angus Dodson przeczytał na głos: 

 

Szanowny Panie, 

W  Asuanie  zostal  właśnie  zamordowany  Pański  przy-

jaciel Howard Langton. 

Albo  zrobią  z  tej  zbrodni  wypadek,  albo  znajdą 

fałszywego winowajcę. 

Musi Pan wkroczyć do gry. 

 

-  Czy  ten  Langton  był  rzeczywiście  pańskim  przy-

jacielem? - zapytał Dodson.  

- To dzielny, ale biedny chłopak, któremu pomoglem w 

background image

ukończeniu  studiów,  ponieważ  jego  ojciec,  jeden  z  moich 

dzierżawców, 

przedwcześnie 

zmarł. 

Howard 

został 

wybitnym egiptologiem i wyjechał niedawno do Egiptu, by 

objąć 

stanowisko 

szefa 

prac 

wykopaliskowych 

prowadzonych przez Brytyjczyków. 

- Ten list to może być żart. 

-  Niestety,  tak  nie  jest.  Udało  mi  się  skontaktować  z 

władzami Asuanu. Potwierdzili śmierć Howarda Langtona, 

ale  uczynili  to  w  słowach  tak  niejasnych,  tak  rozmyślnie 

pokrętnych, że zaczynam wierzyć autorowi tego anonimu. 

-  Przykro  mi,  ale  nie  wiem,  co  mógłby  w  tej  sprawie 

uczynić Scotland Yard... Egipt ma swoją policję. 

-  Widzi  pan,  nadinspcktorze,  uważam.  że  muszę 

spełnić święty obowiazek względem Howarda i znaleźć jego 

zabójcę.  W  gruncie  rzeczy  moja  przeszłość  przygotowała 

mnie do tego zadania i mam zamiar niezwłocznie się z nim 

zmierzyć. 

- Bez urazy, milordzie, ale nie jest pan profesjonalistą! 

-  To  wspaniała  okazja,  żeby  nim  zostać.  Potrzebuję 

pomocy człowieka doświadczonego. Myślę o panu.  

Angus Dodson poderwał się gwałtownie: 

-  Nie  mam  prawa wkraczać  w  kompetencje egipskiej 

policji! 

- To prawda, ale może pan z nią współpracować... jak 

również ze mną. 

background image

-  Trzeba  by  nie  kończących  się  korowodów  admi-

nistracyjnych, żeby... 

- Ten drobny szczegół został właśnie załatwiony przez 

Foreign  Office,  które  zna  skuteczną  moc  łapówki.  Obaj 

jesteśmy więc oficjalnie oczekiwani. 

- Ależ ja... ja nie wiem absolutnie nic o tym miejscu! 

- Ja wiem o nim co nieco i zapewniam pana, że czeka 

nas niełatwe zadanie. Dlatego zwróciłem się do najbardziej 

gorliwego nadinspektora Scotland Yardu. 

- Moi zwierzchnicy się nie zgodzą na... 

-  Polecenie  wyjazdu  zostało  już  podpisane.  Pozostało 

panu jedynie spakowanie walizek. Wyjeżdżamy jutro rano. 

Dziękuję 

za 

spontaniczną 

reakcję 

na 

propozycję 

współpracy,  nadinspektorze.  Tego  się  właśnie  po  panu 

spodziewałem. 

background image

 

ROZDZIAŁ IV 

 

Zimą temperatura w Egipcie była wyższa niż latem w 

Anglii, a widok miasta zapierał dech. 

Ze  swego  pokoju  w  Starej  Katarakcie  lord  Percival 

ponownie  odkrywał  Asuan  i  przywoływał  w  pamięci 

czarujące  wspomnienia.  Przeżył  tu  wiele  szczęśliwych 

chwil, które  kształtują  życie mężczyzny  i nadają mu  sens. 

Urzekające  miasto  południowego  Egiptu  zostało  niestety 

oszpecone  nowoczesnymi  budynkami,  na  których  budowę 

nie zezwoliłby żaden faraon, ale i tak jego wyjątkowy urok 

nadal cieszył oczy. 

Ruiny na Elefantynie i grobowce na zachodnim brzegu 

przypominały  o  wielkości  antycznych  czasów.  Widok 

złotego  piasku  i  cudownie  zielonych  palm  koił  duszę,  a 

obraz  Nilu,  po  którym  powoli  przesuwały  się  feluki  z 

dużymi  białymi  żaglami,  przesłaniał  nowoczesność, 

zakotwiczając myśli w wieczności. 

Lord  Percival  chciał  poczuć  się  jak  zwykły  turysta, 

wolny  od  wszelkich  trosk,  błądzący  pełnym  zachwytu 

wzrokiem  po  cudach  wyspy  kwiatów  lub  kolumnach 

świątyni  na wyspie File,  poświęconej wielkiej czarodziejce 

Izydzie. 

Niestety,  te  spokojne  miejsca  skaziła  zbrodnia  i  lord 

background image

Percival  musiał  jak  najszybciej  znaleźć  zabójcę.  Ktoś 

zapukał do drzwi pokoju. 

- Proszę wejść, panie Dodson. 

Nadinspektor zajmował sąsiedni pokój. Egipskie wła-

dze  oddały  do  dyspozycji  Brytyjczyków  ten  wspaniały 

hotel, aby zamanifestować swoją dobrą wolę. 

-  Co  za  upał  -  skarżył  się  Dodson  -  i  co  za  pył! 

Należałoby  gruntownie  zamieść  ten  kraj.  Na  szczęście  nie 

musimy  się  tym  martwić.  Zabójca  Howarda  Langtona 

został zidentyfikowany i zatrzymany. Jesteśmy umówieni z 

nadkomisarzem Asuanu, aby zakończyć tę sprawę. 

 

Mężczyźni  wynajęli  jedną  z  ostatnich  bryczek  pozo-

stawionych  przez  Anglików,  aby  przejechać  z  fasonem 

wzdłuż  brzegu  Nilu.  Lord  Percival  poprosił  woźnicę, 

bezzębnego  i  uśmiechniętego  staruszka,  żeby  nie  używał 

bata i pozwolił koniowi biec własnym rytmem. 

Dodson zdziwił się: 

- Mówi pan po arabsku, milordzie? 

-  Bardzo słabo,  panie  nadkomisarzu.  Tyle,  ile  trzeba, 

żeby sobie poradzić w trudnych sytuacjach. 

Siedziba  komendy  głównej  w  Asuanie  różniła  się 

mocno 

od 

komisariatów 

Scotland 

Yardu, 

toteż 

nadkomisarz  zastanawiał  się,  czy  woźnica  nie  pomylił 

adresu.  Wyszedł  im  naprzeciw  szeroko  uśmiechnięty 

background image

pięćdziesięciolatek z wydatnym brzuszkiem. 

- Miło mi, że mogę panów gościć w Asuanie. Nazywam 

się  Omar  Abdel-Atif,  jestem  nadkomisarzem.  Zapraszam 

na szklaneczkę do mojej ulubionej kawiarni. 

Wewnątrz  podłoga  wysypana  trocinami,  drewniane 

stoły,  mężczyźni  palący  fajki  wodne,  czytający  gazety  lub 

grający w karty. Ani jednej kobiety. 

-  Dla  panów  z  pewnością  herbata?  -  zaproponował 

Egipcjanin.  -  Doprawdy  czuję  się  zaszczycony,  mogąc 

gościć  tak  znakomite  osobistości.  Uczynię  wszystko,  aby 

byli panowie zadowoleni z pobytu. 

- Tutejsza kawiarnia zrobi bardzo dobry interes, panie 

Abdel-Atif. 

Napój  był  bardzo  gorący  i  gorzki.  Dodson,  który 

wolałby starą dobrą szkocką whisky, pił podejrzliwie. 

- Co panowie sądzą o Asuanie? 

-  Czyż  Egipt  nie  jest  najpiękniejszym  krajem  na 

świecie? - odpowiedzią! pytaniem lord Percival. 

- Dziękuję, że pan to przyznał, milordzie... Na szczęście 

będą  panowie  mogli  skorzystać  z  kilku  dni  wakacji  i 

docenić uroki tej pory roku. 

- A więc przeprowadził pan błyskawiczne śledztwo? 

-  Och, to nie było trudne, poza tym miałem szczęście. 

Mają  panowie  ochotę  na  jakieś  ciasteczko?  Tutaj  są 

naprawdę wyborne. 

background image

Dodsonowi  wcale  nie  smakowały  “anielskie  włosy", 

którym  wszak  nie  brakowało  kremu.  Daleko  im  było 

jednak  do  placka  jabłkowego  podlanego  półkwartą  ciem-

nego piwa. Lord Percival uważał, że komisarz Ahdel-Atif to 

chytra  sztuka.  Mimo  iż  nie  dokonano  prezentacji, 

wydawało  się,  że  doskonale  zna  zarowno  jego,  jak  i 

Dodsona,  ponieważ  wcześniej  starannie  przejrzał  dossier 

obu Brytyjczyków. 

- Kto jest mordercą? - zapytał lord Percival. 

-  To  nie  ma  znaczenia  -  odparł  dość  sucho  Omar 

Abdel-Atif.  -  Sprawa  jest  zamknięta  i  tylko  to  się  liczy. 

Asuańska  policja  wykonała  dobrą  robotę  i  morderca 

waszego  rodaka  zostanie  osądzony  i  ukarany.  Jesteśmy 

bezwzględni dla zbrodniarzy. 

-  Proszę przyjąć nasze gratulacje, komisarzu. Jednak 

nadinspektor i ja chcielibyśmy nieco bliżej poznać sprawę. 

Zwykła zawodowa ciekawość, którą tak znakomity śledczy 

jak pan z pewnością zrozumie. 

Twarz Egipcjanina stężała. 

- Nie mają panowie do mnie zaufania? 

-  Ależ  oczywiście,  że  mamy  -  zapewnił  Szkot  -  ale 

otrzymaliśmy  dokładne  instrukcje.  Howard  Langton  był 

ważną osobistością, więc... 

- Tak... myślę, że panowie nie mają do mnie zaufania. 

Lord  Percival  spojrzał  na  Egipcjanina  z  uprzejmym 

background image

uśmiechem. 

-  Przypuśćmy,  że  jest  pan  na  naszym  miejscu,  ko-

misarzu:  czy  nie  domagałby  się  pan  tego  samego?  Nie 

chodzi  o  to,  że  Scotland  Yard  jest  lepszy  od  policji  w 

Asuanie.  To  wymagania  czysto  zawodowe  lub,  mówiąc 

prościej,  ludzkie.  Czy  zgodziłby  się  pan  podjąć  tak  długą 

podróż  na  zlecenie  pańskiego  rządu  i  zwierzchników,  i 

nawet nie zobaczyć mordercy? 

Egipski policjant poskrobal się w czoło. 

-  No  dobrze,  dobrze...  Z  tego  punktu  widzenia  nie są 

panowie  tak  zupełnie  bez  racji.  Ale  uprzedzam:  to 

niebezpieczne bydlę. 

- Wiemy, że zapewni nam pan bezpieczeństwo. 

-  Jak  wszyscy  mordercy  twierdzi,  że  jest  niewinny. 

Przede wszystkim nie dajcie się panowie ponieść emocjom. 

- To dla nas nic nowego, komisarzu. Żaden zabójca nie 

ułatwia nam zadania. 

- Muszę dodać, że chodzi o Nubijczyka - sprecyzował z 

rozdrażnieniem  Abdel-Atif.  -  Jest  członkiem  szczególnie 

mściwego i niebezpiecznego plemienia. Nie miałbym panom 

za złe, gdybyście nie chcieli się z nim zobaczyć. 

- Pańskie ostrzeżenia są bardzo cenne - przyznał lord 

Percival  -  i  weźmiemy  je  pod  uwagę.  Kiedy  zatem 

moglibyśmy spotkać się z zabójcą? 

Abdel-Atif  zajrzał  do notesu  niczym biznesmen  prze-

background image

ciążony spotkaniami. 

- Powiedzmy że... jutro, późnym rankiem. 

- Czy mógłbym pana prosić o ogromną przysługę?  

Abdel-Atif popatrzył podejrzliwie na lorda Percivala. 

Ten  obcokrajowiec  miał  w  sobie  coś  wschodniego:  fa-

scynował  i  zniewalał  poważnym  głosem  i  niewzruszonym 

spokojem. 

- Proszę mówić... 

-  Czy  nie  sądzi  pan,  że  dobrze  by  było  spotkać  się  z 

mordercą  w  miejscu  zbrodni?  Pod  wpływem  wstrząsu 

powie nam całą prawdę z najdrobniejszymi szczegółami. 

-  Znakomity  pomysł  -  potwierdził  Dodson.  -  Jestem 

przekonany, że o tym samym myślał nasz egipski kolega. 

- Oczywiście, panowie, oczywiście... 

- Do jutra, drogi komisarzu - powiedział lord Percival, 

rozpromieniony.  -  Wykorzystamy  tych  kilka  godzin 

wolności na zwiedzanie. 

 

Dodson,  mający  trudności  z  aklimatyzacją,  wolał 

schronić się w pokoju hotelowym, aby nadrobić brak snu. 

Lord  Percival,  w  nienagannym  białym  garniturze, 

zapuścił  się  w  uliczki  Asuanu.  Po  chwili  szła  za  nim 

gromada żądnych napiwków naganiaczy. Kiedy zauważyli, 

że cudzoziemiec  mówi  ich  językiem, system  informatorów 

zaczął funkcjonować normalnie i nikt już nie naprzykrzał 

background image

się  przechodniowi,  który  przeżywał  wspomnienia  z 

młodości. 

Zachodzące słońce, zanim zniknęło skąpane w ciemnej 

czerwieni  i  oranżu,  ozłociło  wzgórza  i  posrebrzyło  Nil, 

tymczasem biale żagle feluk przesuwały się w półmroku. 

Lord Percival nie cieszył się tym widokiem, ponieważ 

myślał o nieszczęsnym Howardzie Langtonie i zastanawiał, 

czy  uda  mu  się  zidentyfikować  mordercę  i  autora 

anonimowego listu. 

background image

 

ROZDZIAŁ V 

 

Po  niespokojnej  nocy  nadinspektor  Angus  Dodson 

wstał  z  łóżka  lewą  nogą  w  przekonaniu,  że  spóźnił  się  do 

swego biura w Scotland Yardzie. 

Promień  słońca  oświetlający  pokój  rozproszył  kosz-

mar.  Egipt...  prawda,  przecież  był  w  Egipcie.  I,  otwo-

rzywszy  okiennice,  ujrzał  słońce  wychylające  się  znad 

wzgórz otaczających Asuan. 

Zegarek  wskazywał  siódmą  dziesięć,  powietrze  było 

rześkie.  Angus  Dodson,  nie  całkiem  jeszcze  rozbudzony, 

zszedł  ciężkim  krokiem  w  kierunku  tarasu,  gdzie  podano 

śniadanie. 

Lord  Percival  już  tam  był,  ubrany  w  dziewiczo  biały 

garnitur. 

- Czy dobrze pan spał, drogi Dodsonie? 

- Tak sobie... 

-  Proszę  usiąść  i  podziwiać  spektakl.  Kazałem  przy-

gotować  dla  pana  śniadanie  tradycyjne,  które  będzie  pan 

mógł zjeść bez obaw. 

Ta uwaga wzruszyła nadinspektora, któremu zaczynał 

doskwierać głód. 

-  Pod  żadnym  pretekstem  nie  wolno  opuszczać 

wschodu  słońca  w  Egipcie  -  ciągnął  Szkot.  -  To  moment, 

background image

kiedy  słońce  ogłasza  zwycięstwo  nad  ciemnościami  i 

ukazuje  się  w  formie  nowego  słońca,  które  ożywi  całe 

stworzenie.  Starożytna  filozofia  egipska  nie  przestaje  nas 

zaskakiwać. 

Tosty, dżem pomarańczowy, plastry bekonu i smażone 

kiełbaski  bardzo  smakowały  Dodsonowi,  który  jadł  z  du-

żym apetytem. 

-  Dużo  o  panu  myślałem,  milordzie,  i  sądzę,  że  to 

śledztwo może być niebezpieczne. Proszę nie zapominać, że 

otrzymał  pan  anonim.  Niewykluczone,  że  jego  autor 

zamierza wciągnąć pana w pułapkę. 

Takiej 

hipotezy 

nie 

można 

wykluczać, 

nadinspektorze. 

-  Cieszę  się,  że  jest  pan  rozsądnym  człowiekiem. 

Byłoby lepiej, gdyby został pan w hotelu i pozwolił działać 

profesjonalistom.  Nie  znam  tego  kraju,  to  jasne,  ale 

morderstwo to morderstwo i miejscowy komisarz na pewno 

zgodzi się współpracować. 

- Czy nie jest pan tu, by mnie bronić, gdybym wpadł w 

pułapkę? 

-  Tu  chodzi  o  prawdziwe  morderstwo,  milordzie. 

Mógłby pan gorzko żałować, że pan w to wdepnął. 

Szkot  nie  odpowiedział  na  zaskakującą  myśl 

nadinspektora,  ponieważ  podszedł  do  nich  niewysoki 

Egipcjanin  o  smagłej  cerze,  w  grubych  rogowych 

background image

okularach i z ciężką czarną walizeczką. 

Lord Percival wstał. 

-  Cieszę  się,  że  znów  pana  widzę,  doktorze  Butros! 

Przedstawiam  panu  nadinspektora  Angusa  Dodsona  ze 

Scotland Yardu. 

Niewysoki,  poważny  mężczyzna  w  brązowym  garni-

turze uścisnął dłoń Anglika. 

Nagle  Dodson  zaniepokoił  się:  dlaczego  lord  Percival 

wezwał lekarza, skoro nie cierpiał na żadną chorobę? 

Doktor, widząc wzburzenie Anglika, wyjaśnił: 

-  Proszę  się  uspokoić,  nadinspektorze.  Jestem  leka-

rzem sądowym. 

-  Wydaje  się,  że  nasz  wielki  przyjaciel,  komisarz 

Ab-del-Atif, nie zlecił szczegółowej sekcji zwłok Langtona - 

wyjaśnił  lord  Percival.  -  Chcąc  jak  najszybciej  pozbyć  się 

tej  sprawy,  powierzył  ciało  nieszczęsnego  chłopaka  le-

karzowi  mającemu  dużo  mniejsze  doświadczenie  niż 

doktor  Butros,  którego  reputacja  jest  już  od  dawna 

ustalona. 

- Abdel-Atif będzie wściekły! 

- To możliwe, ale nie zaryzykuje i nie odprawi z kwit-

kiem  specjalisty  tej  klasy  co  doktor  Butros.  A  rzetelna 

sekcja zwłok denata może się okazać niezwykle przydatna. 

 

Pod  nieobecność  komisarza  Abdel-Atifa,  którego  za-

background image

trzymały ważne sprawy natury administracyjnej, rozmowa 

była  bardzo  zwięzła.  Jego  zastępca  nie  znał  doktora 

Butrosa i dopiero kilka telefonów do ministerstw w Kairze 

odblokowało sytuację. 

Wreszcie rozpoczął się taniec pieczątek, które wznosiły 

się  rytmicznie,  a  następnie  opadały  z  impetem  na  stosy 

mniej lub bardziej sprzecznych ze sobą dokumentów, które 

zalegną  na  podobnych  zwałach  makulatury.  Mimo 

komputerów  nic  nigdy  nie  zastąpi  sakramentalnego 

przyłożenia pieczęci. 

Dzięki  specjalnemu  pozwoleniu  doktor  Butros  mógł 

dokonać  oględzin  ciała  Howarda  Langtona  i,  jeśli  to 

konieczne, powtórzyć sekcję. 

Doktor  Butros,  lord  Percival  i  nadinspektor  Dodson 

spotkali się na tarasie Starej Katarakty. 

-  Klasyczny  przypadek  -  ocenił  doktor  Butros.  - 

Langton zmarł na skutek ciosu sztyletem w plecy, zadanego 

z wyjątkową siłą. 

- A więc raczej mężczyzna - rzucił Angus Dodson. 

- Kobieta przepełniona nienawiścią również byłaby do 

tego  zdolna,  nadinspektorze.  Złość  wyzwala  niewyob-

rażalną siłę,  nawet w  jednostkach  uważanych  z  delikatne. 

Co do reszty, wydaje się, że mój kolega z Asuanu wykonał 

dobrą robotę. W Egipcie jesteśmy przecież specjalistami od 

mumii... 

background image

Rozbawiony własnym dowcipem medyk sądowy, który 

był  koptem,  wypił  szkocką  whisky,  podaną  jemu  i 

Dodsonowi. Bardzo mu smakowała. 

- Oczywiście - ciągnął dalej - brakuje kilku szczegółów, 

zwłaszcza dokładnej godziny śmierci. 

-  Sądzi  pan,  że  mógłby  to  ustalić?  -  zapytał  lord 

Percival. 

-  Trzy  fiolki  z  próbkami  pojadą  dziś  do  najlepszego 

laboratorium  w  Kairze.  Jak  tylko  otrzymam  wyniki  ana-

lizy, dam panom znać. 

-  Dziękujemy  za  pańską  bezcenną  pomoc.  Bardzo 

lubiłem  Howarda  Langtona  i  chciałbym,  żeby  morderca 

został zidentyfikowany. 

- Oby Bóg pana wysłuchał, milordzie. Do zobaczenia.  

Patrząc  za  odchodzącym  medykiem,  Angus  Dodson 

zaczynał  pojmować,  dlaczego  tylu  Brytyjczyków  lubi 

spędzać  zimę  w  Asuanie  i  mieszkać  w  Starej  Katarakcie. 

Mimo upału i wszechobecności słońca, ogarniała go powoli 

radość życia, przenikająca podstępnie duszę i ciało. 

Spokój  Nilu,  majestat  emanujący  ze  skał  Elefantyny, 

uświęconej przez starożytnych Egipcjan, którzy wznieśli tu 

świątynie,  i  czysty  błękit  nieba  sprawiły,  że  nadinspektor 

prawie zapomniał  o swoim przytulnym  biurze w Scotland 

Yardzie. 

Przybycie  grupy  zdenerwowanych  policjantów,  stro-

background image

fowanych  przez  komisarza  Abdel-Atifa,  wyrwało  go  z 

rozmarzenia. 

Umundurowani  mężczyźni  otaczali  czarnoskórego  ol-

brzyma  zakutego  w  kajdanki,  który  spoglądał  na  nich  z 

pogardą. 

Abdel-Atif wybiegł naprzeciw lordowi Percivalowi.  

-  Oto  nasz  winowajca...  Jeszcze  raz  pana  ostrzegam; 

jest groźny i nieprzewidywalny. 

Nubijczyk  i  arystokrata  patrzyli  na  siebie  z  jednako-

wym  zaskoczeniem.  Lorda  uderzyła  szlachetność  Abu, 

Nubijczyka zaś spokojna siła cudzoziemca. 

-  Sądzę,  że  to  wystarczy  -  ocenił  egipski  komisarz.  - 

Zobaczył pan to, co chciał pan zobaczyć. 

Powinniśmy 

pójść 

na 

miejsce 

zbrodni 

zaproponował Angus Dodson. 

- To zbyteczne, on nic wam nie powie.  

Szkot podszedł do olbrzyma. 

- Jestem lord Percival, a to nadinspektor Dodson. Czy 

zgadza się pan odpowiadać na nasze pytania? 

Cisza, która zapanowała po tych słowach, zdawała się 

nie mieć końca. 

- Nazywam się Abu i powiem, co mam do powiedzenia. 

background image

 

ROZDZIAŁ VI 

 

-  A  więc  Jest  pan  gotów  nam  pomóc  -  zapytał  lord 

Percival. 

- Pokój waszej dostojności - powiedział Nubijczyk. 

-  Pokój  panu  i  miłosierdzie  Boga  i  Jego  błogosła-

wieństwo. 

Wzrok Nubijczyka wyrażał wdzięczność. 

- Wasza dostojność - powiedział spokojnie i dobitnie - 

jestem  pracownikiem  hotelu  Stara  Katarakta  od  ponad 

dziesięciu lat i nikogo nie zabiłem. 

Te  słowa  wywołały  wściekłość  komisarza  Omara 

Abdel-Atifa. 

-  Przestań  kłamać,  Abu!  Złapano  cię  na  gorącym 

uczynku. 

-  Niezupełnie.  To  ja  znalazłem  zwłoki  i  ja  zawia-

domiłem  policję,  i  to  mnie  oskarżono,  żeby  uniknąć 

poszukiwań  prawdziwego  mordercy.  Następnym  razem, 

kiedy natknę się trupa, oddalę się najszybciej, jak to będzie 

możliwe. 

-  Czy  mógłby  pan  nam  przedstawić  swoją  wersję 

wydarzeń? - zapytał lord Percival. 

-  Tracimy czas  -  ocenił  komisarz  Abdel-Atif.  -  Lepiej 

od razu odesłać tego drania do więzienia! 

background image

Nubijczyk wyciągnął skute ręce w stronę Egipcjanina: 

-  Omar,  bądź  przynajmniej  szczery;  zrobiłeś  mi  to, 

żeby jak najszybciej pozbyć się tej cuchnącej sprawy, która 

cię  przerasta  i  przez  którą  możesz  mieć spore  kłopoty.  W 

gruncie  rzeczy  jesteś  uczciwym  człowiekiem,  ale  boisz  się 

swoich  przełożonych.  Dobrze  wiesz,  że  jestem  niewinny. 

Pozwól działać temu cudzoziemcowi: on odkryje prawdę, a 

ty będziesz spał spokojnie. 

Omar  Abdel-Atif  zaniemówił.  Stał  z  półotwartymi 

ustami,  nie  będąc  w  stanie  wydusić  z  siebie  ani  słowa. 

Policjanci odwrócili wzrok. 

-  Wszyscy  jak  tu  jesteśmy,  staramy  się  dotrzeć  do 

prawdy  -  potwierdził  lord  Percival.  -  Jeśli  pan  skłamał, 

panie Abu, będziemy o tym wiedzieli. 

“Panie  Abu..."  Nigdy  nie  obdarzono  go  takim  okre-

śleniem.  Mimo  kajdanek  poczuł  się  prawie  wolny.  Przy-

gotowywał się na najgorsze, a miał szansę z tego wyjść. On, 

który nie był zbyt gadatliwy i nie lubił rozmawiać o innych, 

miał  opowiedzieć  temu  cudzoziemcowi  przybyłemu  z 

zimnego i mglistego kraju wszystko, co wie. 

- Chodźmy na taras - zaproponował lord Percival. 

Abu osłupiał. 

Nigdy nie wyobrażał sobie, że pewnego dnia usiądzie w 

jednym  z  tych  wygodnych  foteli,  w  których  większość 

turystów  popijała  zimne  napoje  i  prowadziła  błahe  roz-

background image

mowy. 

Komisarz Abdel-Atif, jak obity, poszedł za nimi. Egip-

cjanin,  Nubijczyk  i  obaj  Brytyjczycy  zajęli miejsca wokół 

okrągłego stołu pod zdumionym wzrokiem policjantów. 

Była  to  chwila  niezwykłego  spokoju.  Gra  świateł  na 

Nilu i skały na Elefantynie przywodziły na myśl zaginiony 

świat, w którym panowała harmonia. 

-  Wasza dostojność  -  zaczął Abu  -  zostałem wezwany 

do  hotelu,  aby  wypełnić  jasno  określone  zadanie:  miałem 

przygotować  renowację  apartamentu  Agaty  Christie.  Za 

niecały  miesiąc miał  być  znów  jak  nowy,  co  wydawało  mi 

się absolutną mrzonką. 

- A więc hotel był zamknięty dla turystów? 

-  Tak,  wasza  dostojność.  Ale  uprzywilejowani  goście 

mogli  pić  na  tarasie  aperitif  lub  herbatę.  Kiedy  późnym 

popołudniem  wszedłem  do  hotelu,  siedziało  tam  siedem 

osób. 

- Czy wie pan, kto to był? 

-  Kiedy  się  pracuje  w  luksusowych  hotelach,  lepiej 

mieć pamięć do twarzy. Rozpoznałem inspektora do spraw 

starożytności  Ahmeda  al-Fostata  i  czterech  egiptologów. 

Dwie  kobiety:  Niemkę,  panią  Strauss,  i  Francuzkę,  panią 

Abletout, oraz dwóch mężczyzn: Anglika, pana Faxmore'a, 

i  Francuza,  pana  Glotoniego.  Był  tam  jeszcze  jeden 

Europejczyk,  ubrany  na  czarno,  z  orlim  nosem,  którego 

background image

nigdy  przedtem  nie  widziałem,  i  Abd  el-Mosul,  głowa 

bogatego rodu z Południa. 

- Czy ten człowiek interesuje się egiptologią? 

- Powiedzmy, że... antykami w ogóle. 

- Czy miał pan okazję bywać u tych egiptologów? 

- Widywałem ich tylko z daleka, kiedy przychodzili do 

hotelu. Oni zaś nie utrzymują kontaktów ze służbą. 

- Wydaje się, że nie bardzo ich pan lubi, panie Abu. 

-  Oni  mają  swoje  życie,  a  ja  swoje.  Pracują  tu  kilka 

tygodni w roku, a ja  nie  jestem  przekonany,  że naprawdę 

kochają Egipt. 

Komisarz Abdel-Atif otrząsnął się z odrętwienia. 

-  Twoja  opinia  nikogo  nie  interesuje,  Abu!  Liczą  się 

tylko  fakty.  Jeśli  będziesz  pleść  trzy  po  trzy,  każę  cię 

wsadzić do izolatki! 

- To ja zadałem niezręczne pytanie - usprawiedliwił się 

lord Percival. - Pan Abu tu nie zawinił. 

Egipski  policjant,  któremu  słowa  arystokraty  wytrą-

ciły  broń  z  ręki,  zasępił  się.  Lord  Percival  zwrócił  się  do 

Nubijczyka: 

- Proszę mówić dalej. 

-  Wszedłem  na  trzecie  piętro  -  ciągnął  Abu  -  i 

pchnąłem  drzwi  apartamentu  Agaty  Christie,  tej  dziwnej 

osoby,  która  żyła  ze  śmierci  innych.  Nagle  poczułem,  że 

wydarzyła 

się 

jakaś 

tragedia. 

Atmosfera 

była 

background image

przytłaczająca. Dotknąłem amuletu, by nie ulec złemu oku, 

ale  zrobiłem  to zbyt  późno.  Znajdowałem  się  już  w  kręgu 

zła.  Przez  moment  sądziłem,  że  się  mylę,  ale  po  chwili  w 

gabinecie  zauważyłem zwłoki  mężczyzny  z  nożem  wbitym 

w plecy. 

- Czy czegoś pan dotykał? 

- Nie, wasza dostojność. 

- Czy zauważył pan jakiś niezwykły szczegół? 

-  Byłem  tak  wstrząśnięty,  że  nic  do  mnie  nie  do-

cierało...  Wyszedłem  stamtąd  tyłem  i  udałem  się  na 

posterunek,  żeby  zgłosić  o  moim  ponurym  odkryciu. 

Natychmiast,  nie  wysłuchawszy  mnie,  oskarżyli  mnie  o 

morderstwo i wtrącili do więzienia. 

Komisarz Abdel-Atif podniósł pięść. 

-  Wystarczy,  Abu!  Lepiej  zrobisz,  przyznając  się  do 

winy! 

Nubijczyk wytrzymał wzrok policjanta. 

-  Powiedziałem  prawdę  i  ty  o  tym  wiesz.  A  teraz 

szukajcie winnego. Jeśli go nie znajdziecie, dusza zmarłego 

nie zazna spokoju. Howard Langton to jeden z nielicznych 

egiptologów,  którzy  prosili  mnie,  bym  opowiadał  o  moim 

kraju,  o  jego  pięknie,  tradycjach...  Howard  Langton  był 

dobrym  człowiekiem,  nie  kradł  i  nie  zadzierał  nosa.  Z 

pewnością dlatego ktoś go załatwił. 

background image

 

ROZDZIAŁ VII 

 

Lord  Percival  spojrzał  komisarzowi  Abdel-Atifowi 

prosto w oczy. 

-  Mam  do  pana  trzy  prośby:  po  pierwsze,  chciałbym 

osobiście obejrzeć miejsca związane z tragedią, po drugie, 

chciałbym obejrzeć narzędzie zbrodni, i po trzecie, proszę, 

żeby 

Abu 

był 

przetrzymywany 

znośniejszych 

warunkach, ponieważ jest tylko podejrzanym. 

Nadinspektor  Dodson poczuł nagłą suchość w gardle. 

Policjanci  zwykle  nie  lubią,  aby  mówiono  do  nich  tym 

tonem. 

Szkot  i  Egipcjanin  przez  dłuższą  chwilę  mierzyli  się 

wzrokiem. W końcu komisarz Abdel-Atif spasował: 

- Oczywiście, oczywiście... Proszę bardzo, apartament 

Agaty Christie stoi przed panami otworem. 

- A dwie pozostałe prośby? 

-  Zgoda,  zgoda!  Póki  co,  odprowadzę  Abu  do  wię-

zienia. 

Patrząc ukosem  na arystokratę,  który go  paraliżował 

wzrokiem,  komisarz  obszedł  się  z  Nubijczykiem  przy-

zwoicie. 

Lord  Percival  nie  bez  wzruszenia  wchodził  po  mo-

numentalnych  schodach  prowadzących  na  piętro,  na  któ-

background image

rym  znajdował  się  apartament  Agaty  Christie.  Jako 

przyjaciółka  egiptologa  Stephena  Glanvillc'a,  zwiedzała 

kraj faraonów w roku 1931 wraz, ze swoim mężem Maxem 

Mallowanem.  Poznała  wówczas  Howarda  Cartera,  od-

krywcę  grobowca  Tutanchamona.  Egipt  tak  bardzo  za-

fascynował  królową  zbrodni,  że  napisała  sztukę  teatralną 

poświęconą  faraonowi  Echnatonowi  i  królowej  Neferetiti, 

nie zapominając o samym Tutanchamonie. 

Powieściopisarka  miała  monumentalny  rozmach,  po-

nieważ w swojej sztuce przewidziała dwadzieścia dwie role 

główne  oraz  całą  masę  drugoplanowych.  Ecknaton  nie 

został wystawiony, ustępując miejsca Herkulesowi Poirot. 

Lord Percival musiał jednak zapomnieć o magii Starej 

Katarakty  i  zająć  się  szukaniem  śladów  mordercy,  który 

znieważył, z pewnością niechcący, pamięć Agaty Christie. 

Apartament pisarki pozostał nietknięty. 

Salon,  łoże  z  baldachimem,  biurko,  biblioteczka,  toa-

letka  z  dzbankiem  i  nocnikiem,  schodki  po  których 

wchodzono  do  wygódki,  delikatne  ryciny  przedstawiające 

owce,  mgłę  i  angielską  wieś  oraz  wspaniałe  okna  wy-

chodzące na Nil i Elefantynę... 

Nadinspektor  Dodson  z  trudem  nadążał  za  lordem 

Percivalem.  Dogoniwszy  go,  uszanował  jego  milczenie  w 

tym apartamencie, który przypominał muzeum. 

Szkot  poruszał  się  niczym  kot,  miękko  i  lekko,  jak 

background image

gdyby  nie  chciał  pozostawić  najmniejszego  śladu  swojej 

obecności.  Dodson  patrzył,  jak  przystępuje  do  skrupu-

latnego i cierpliwego przeszukania. 

-  To  niezwykłe  -  powiedział, kiedy  skończyli.  -  Coraz 

bardziej przypomina pan zawodowca, milordzie. 

- Niestety, królestwo Agaty Christie pozostało nieme i 

nie dostarczyło mi żadnej wskazówki. 

 

Komisarz  Omar  Abdel-Atif  położył  na  biurku  nie-

zwykły  sztylet,  bardzo  charakterystyczny  z  powodu 

żelaznego ostrza i rękojeści z kryształu górskiego. 

-  No  cóż  -  powiedział  Abdel-Atif,  prezentując  sztylet 

lordowi Percivalowi i Dodsonowi. - Oto narzędzie zbrodni! 

Oryginalne, co?  Można  by sądzić, że to antyk... Proszę go 

wziąć do ręki, panowie. Zobaczcie, jaki jest solidny! 

Lord Percival ostrożnie obracał nim w ręku, jak gdyby 

trzymał coś bardzo kruchego. 

- Rzeczywiście, wydaje się, że to stara broń.  

Abdel-Atif zainteresował się: 

- Stara... jak bardzo? 

-  Jeśli  się  nie  mylę,  całkowicie  przypomina  sztylet  ze 

skarbca Tutanchamona. Egipcjanin podskoczył. 

- Mam nadzieję, że pan żartuje? 

-  Mam  bardzo  nikłą wiedzę w dziedzinie  egiptologii  - 

wyznał Szkot - ale nie sądzę, żebym się mylił. 

background image

-  Jeśli  pana  dobrze  rozumiem,  milordzie,  morderca 

miałby ukraść sztylet Tutanchamona z witryny kairskiego 

muzeum,  aby  zadać  nim  cios  w  plecy  nieszczęsnego 

egiptologa  Howarda  Langtona...  To  zupełnie  niepra-

wdopodobne!  Skarb  Tutanchamona  jest  strzeżony  dzień  i 

noc i żaden złodziej nie może się do niego zbliżyć! 

- Byłby pan jednak uprzejmy to sprawdzić? 

-  To  śmieszne!  Ale  ponieważ  pan  nalega...  Komisarz 

Abdel-Atif podniósł  słuchawkę. Co  najmniej  dziesięć razy 

ponowił  próbę,  zanim  uzyskał  połączenie  z  pracownikiem 

technicznym  biura  muzeum,  który  kazał  mu  czekać, 

następnie  połączył  go  z  innym  pracownikiem,  który 

powiedział, że jest niekompetentny i odłożył słuchawkę. 

Rozwścieczony  Abdel-Atif  ponownie  zadzwonił  do 

muzeum  i  wyładował  się  na  pierwszej  osobie,  która 

odebrała  telefon,  grożąc,  że  wyśle  ją  za  kratki.  Groźba 

okazała  się  skuteczna.  Niecałe  pół  godziny  później  ko-

misarzowi udało się połączyć z jednym z zastępców jednego 

z asystentów jednego z konserwatorów. 

Pominąwszy  wszelkie  formułki  grzecznościowe,  ko-

misarz  polecił  mu  natychmiast  sprawdzić,  czy  sztylet 

Tutanchamona znajduje się nadal w witrynie. 

Pracownik muzeum sprzeczał się przez kwadrans dla 

zasady,  tłumacząc,  że  nie  ma  pracowników  pod  ręką  i  że 

sam  nie  może  wyjść  z  pokoju  z  powodu  ogromnej 

background image

odpowiedzialności  spoczywającej  na  jego  barkach.  Kiedy 

Abdel-Atif  zdenerwował  się  nie  na  żarty,  muzealnik 

wreszcie ustąpił. 

Znowu  trzeba  było  czekać.  Brytyjczykom  podano 

kawę  i  karkadę  -  orzeźwiający  napój  z  hibiskusa.  Ziry-

towany  Abdel-Atif  przekładał  w  tę  i  z  powrotem  papiery 

upstrzone pieczęciami. 

-  Gdzie  mieszkał  Howard  Langton?  -  zapytał  lord 

Percival. 

- W niedużej willi, blisko centrum miasta. 

-  Czy  miał  pan  czas  przeprowadzić  tam  dokładne 

przeszukanie? 

- No cóż... 

-  Czy  mogę  pana  wyręczyć  w  tym  przykrym  obo-

wiązku, komisarzu? 

Omar  Abdel-Atif  zamyślił  się.  W  gruncie  rzeczy, 

dlaczego  nie?  Ta  rewizja  nie  dostarczy  prawdopodobnie 

żadnych  ważnych  dowodów,  a  on  miał  ochotę  uciąć  sobie 

drzemkę. 

-  Proszę  bardzo,  panowie...  Zaprowadzi  was  jeden  z 

moich ludzi. Później poproszę o raport. 

Wreszcie  telefon  zadzwonił.  Abdel-Atif  podniósł  słu-

chawkę: 

-  Tak, to ja...  Jest pan absolutnie  pewny?  Doskonale! 

Egipcjanin 

rozłączył 

się. 

szerokim 

uśmiechem 

background image

zakomunikował: 

- Pańska hipoteza jest nieprawdziwa, milordzie. Szty-

let Tutanchamona nadal znajduje się na swoim miejscu. 

background image

 

ROZDZIAŁ VIII 

 

Wiał łagodny wiatr, powietrze było wyjątkowo czyste. 

Lord  Percival,  w  jasnym  kapeluszu  z  szerokim  rondem, 

wszedł  do  niewielkiego  białego  domu,  w  którym  mieszkał 

Howard  Langton.  Zasapany  Angus  Dodson  z  trudnością 

nadążał  za  Szkotem.  Pył,  upał,  słońce,  silna  woń 

wschodniego miasta, stanowiąca mieszaninę perfum i nieco 

mniej  szlachetnych  aromatów  sprawiły,  że  nadinspektor 

tęsknił  za  wilgotnymi  chodnikami  Londynu  i  swoim 

wygodnym, 

nowoczesnym 

biurem. 

Jeśli 

komisarz 

Abdel-Atif  miał  rację,  i  mordercą  był  nubijski  olbrzym, 

oględziny nie potrwają długo. 

Nagie  ściany  pobielone  wapnem,  na  wykafelkowanej 

podłodze  dywan  o  drobnej  fakturze,  meble  z  białego 

drewna...  Wnętrze  willi  świadczyło  o  tym,  że  angielski 

egiptolog dopiero co wprowadził się do nowego mieszkania 

i nie miał jeszcze czasu, by je zagospodarować. 

W  salonie  piętrzyły  się  fachowe  książki:  słowniki 

hieroglifów,    wśród  nich  słynny  egipsko-niemiecki 

Worterbuch,  podręczniki  archeologii,  raporty  z  wykopa-

lisk, studia poświęcone bogom  i przeglądy specjalistyczne, 

jak “Joumal of Egyptian Archaeology" czy “Zeitschrift fur 

agyptische  Sprache".  Wreszcie  tysiące  fiszek  starannie 

background image

poukładanych w kartonowych pudełkach. 

Lord Percival obejrzał kilka z nich. 

-  Co  spodziewał  się  pan  znaleźć?  -  zapytał 

nadinspektor. 

-  Jest  już  jakiś  punkt  zaczepienia:  Howard  Langton 

był egiptologiem wykształconym. 

- A nie zawsze tak jest? 

-  W  tym  zawodzie,  podobnie  jak  w  wielu  innych, 

machlojki  i  koneksje  liczą  się  często  bardziej  niż  kom-

petencje.  W  tym  wypadku  nie  ma  wątpliwości:  Langton 

miał  żądane  kwalifikacje  i  solidne  doświadczenie,  tak  w 

dziedzinie hieroglifów, jak i w archeologii. 

Na  niewielkim  biurku  leżały  pióra,  notatniki  i  tekst 

hieroglificzny napisany ręką zmarłego 

Lord  Percival  dłuższą  chwilę  stał  pochylony  nad 

dokumentem. 

- Dziwne - powiedział. 

-  Pan...  Zna  pan  hieroglify?  -  spytał  zaskoczony 

Dodson. 

- Jestem tylko amatorem. Stary uczony z Eton nauczył 

mnie podstaw i zapoznał z najważniejszymi tekstami. Ten 

jest znany. To rozdział VI z Księgi umarłych. 

- O czym mówi? 

- Jeśli zmarły został powołany do pracy w zaświatach, 

uprawiania  pól  lub  nawadniania  brzegów,  odwoływał  się 

background image

do  magicznej  figurki,  zwanej  odpowiadaczem,  która 

ożywała w cudowny sposób, żeby za niego pracować. 

-  To  bardzo  znany  tekst,  a  jednak  coś  pana  w  nim 

zaskoczyło! 

-  Nie  sam  tekst,  ale  słowo  “Uwaga!"  napisane  i  pod-

kreślone przez Langtona. 

- Co to oznacza? 

- Być może to mało znaczące spostrzeżenie, a być może 

ważna wskazówka... Kontynuujmy nasze poszukiwania. 

W  sypialni  pod  lampką  nocną  lord  Percival  znalazł 

poczwórnie  złożoną  kartkę  z  notatką:  “powstrzymać  Abd 

el-Mosula". 

- Najwidoczniej ten Abd el-Mosul nie był przyjacielem 

Langtona  -  stwierdził  nadinspektor.  -  Ale  dlaczego  tak 

ukrył tę kartkę? 

-  Albo  dlatego,  że  zamierzał  szczegółowo  opisać  swój 

plan  działania,  albo  dlatego,  że  to  początek  wiadomości, 

którą  chciał  komuś  przesłać.  Z  całą  pewnością  nie  miał 

czasu, żeby pisać dalej. 

- Trzeba będzie zebrać jak najwięcej informacji O tym 

człowieku;  Abd  el-Mosul  staje  się  naszym  pierwszym 

podejrzanym. 

-  Czyżby  pan  zapomniał  o  Abu?  -  zapytał  Szkot  z 

lekkim uśmiechem. 

-  Nie,  oczywiście,  że  nie!  Ale  może  miał  wspólnika. 

background image

Lord  Percival  i  Angus  Dodson  uważnie  i  wytrwale 

kontynuowali  rewizję.  W  prymitywnej  łazience,  w  której 

woda leciała tylko przez kilka godzin, Szkot zatrzymał się 

przy  antycznym  glinianym  dzbanie  stojącym  między 

pędzlem a miseczką do rozrabiania piany do golenia. 

- Prawdziwy antyk? 

-  Współczesny  wyrób  bez  wartości  artystycznej,  ale 

dobrze wykonany - ocenił lord Percival, wdychając zapach 

wnętrza naczynia, i wlał odrobinę płynu do szklanki. 

- Chyba nie zamierza pan tego wypić... 

- Trzeba podejmować pewne ryzyko. 

- Nie wierzę w klątwę faraonów, milordzie, ale jednak 

byli oni znawcami trucizn i... 

Ostrzeżenie  nadinspektora  było  zbyteczne.  Szkot  wy-

pił łyk. 

-  Tak  myślałem:  przereklamowane.  Chce  pan  sko-

sztować, nadinspektorze? 

Oficer Scotland Yardu nie cofa się przed niczym; 

Dodson pociągnął łyk. 

- Ależ... Co to za obrzydliwe piwo! 

- Delikatnie pan to ujął. Zaledwie nadaje się do picia. 

Na podstawce dzbanka widniał głęboko wyryty napis: 

“Scottish Brewer". 

- To wstyd dla Szkocji - ocenił arystokrata. - Powinien 

pan  zatelefonować  do  Scotland  Yardu,  nadinspektorze. 

background image

Niech znajdą tę wytwórnię, jeśli w ogóle istnieje. 

Lord Percival ponownie zainteresował się materiałami 

naukowymi Howarda Langtona i długo je przeglądał. 

- Nie wiedziałem, że Howard był taki skryty. 

- Skąd ten wniosek? - zapytał Dodson. 

-  Ponieważ  nowy  dyrektor centrum  archeologicznego 

powinien pisemnie przedstawić szczegółowy projekt. Brak 

choćby  jednego  dokumentu  odnoszącego  się  do  tego 

projektu jest zaskakujący, by nie rzec nienormalny. 

Nadinspektor zmarszczył brwi. 

-  Istnieje  proste  wytłumaczenie:  morderca  ukradł  te 

dokumenty,  ponieważ  w  taki  czy  inny  sposób  zdradzały 

jego tożsamość. 

-  Tak  właśnie  myślę.  Sądzę  też,  że  je  zniszczył.  W 

takim razie Abu byłby niewinny. 

Jeśli  nawet  hipoteza  była  dobra,  sprawiła  przykrość 

Angusowi Dodsonowi. W jaką pułapkę się wpakował, i to z 

dala  od  Anglii?  Nawet  gdyby  uwierzył  wewnętrznemu 

głosowi,  który  mu  podpowiadał,  że  zmaga  się  z  groźnym 

przestępcą, nie poddałby się. 

-  Rozpocznijmy  przeszukiwanie  domu  -  zadecydował 

niezmordowany lord Percival. 

Z największą dokładnością obaj mężczyźni centymetr 

po  centymetrze  obejrzeli  ostatnie  mieszkanie  egiptologa 

Hovarda Langtona, jednak bez powodzenia. 

background image

 

ROZDZIAŁ IX 

 

Mina  komisarza  Abdel-Atifa  nie zapowiadała  nic  do-

brego. 

- Dwukrotnie czytałem pański raport, nadinspektorze, 

ale wyciągam z  niego zgoła inne wnioski  niż,  pan.  Nie  ma 

podstaw formalnych, aby uniewinnić Abu! 

-  Ani  też  żadnych  podstaw,  aby  go  oskarżyć  -  przy-

pomniał lord Percival. 

Egipcjanin zapalił papierosa i natychmiast wcisnął go 

w popielniczkę wypełnioną niedopałkami. 

-  Wszyscy  jesteśmy  uczciwymi  i  sumiennymi  zawo-

dowcami.  Czy  koniecznie  trzeba  szukać  tajemnic  tam, 

gdzie ich nie ma? Ahu jest Nubijczykiem, a Nubijczycy są 

uparci. Z pewnością w końcu się przyzna. 

-  Fakty  również  są  uparte  -  powiedział  Dodson 

poważnie.  -  Szanowny  kolego,  musimy  rozszerzyć  nasze 

śledztwo. 

Abdel-Atif westchnął głęboko: 

-  Tego  się  właśnie  obawiałem...  Mieliście  jasne  i 

ewidentne  fakty,  ale  szukacie  innych.  A  jeśli  panowie  się 

mylą, tak jak w przypadku narzędzia zbrodni? 

-  A  właśnie  -  przerwał  Szkot  łagodnie.  -  Chciałbym, 

żeby ekspert, w tym przypadku inspektor Ahmed al-Fostat, 

background image

rzucił na nie okiem. 

- A to z jakiego powodu? 

-  Czy  nie  powinniśmy  wiedzieć  coś  więcej  o  tym 

sztylecie? 

- Wiemy już najważniejsze: tą bronią zabito Langtona.  

Sumienie zawodowe Dodsona zbuntowało się: 

-  Czy wydał pan  polecenie,  by szukano ewentualnych 

odcisków palców? 

-  Oczywiście,  panie  nadinspektorze...  Ale  ta  broń 

przechodziła  z  rąk  do  rąk,  a  Abu  z  pewnością  wytarł 

rękojeść  w  ubranie.  W  tej  kwestii  nie  ma  się  czego 

spodziewać. 

Dodson powstrzymał gniew. 

-  Czy  zechce  pan  wezwać  inspektora  al-Fostata?  - 

zapytał z naciskiem lord Percival. 

Egipski  policjant  bardzo  chciałby  się  sprzeciwić  swe-

mu  rozmówcy,  ale  ten  cudzoziemiec  o  wyrafinowanej 

elegancji,  na  którego  czole  nie  perliła  się  najmniejsza 

kropla potu, nie przestawał go hipnotyzować. 

W dodatku podniósł słuchawkę. 

Inspektor  Ahmed  al-Fostat,  liczący  około  czterdzie-

stki,  był  niski,  nerwowy  i  irytujący.  Jego  twarz w  kolorze 

kakao stanowiła zadziwiający kompromis pomiędzy twarzą 

kairskiego  mieszczucha  i  obliczem  wieśniaka  z  Południa. 

Wydatny  nos,  oczy  małe  i  oskarżycielskie,  grube  wargi  i 

background image

łysina  nie  zjednywały  mu  sympatii.  Miał  nieskazitelnie 

białą koszulę i pomięte czarne spodnie, był przekonany, że 

ma  wielką  władzę  i  autorytet  i  zależało  mu,  żeby  i  inni 

natychmiast o tym wiedzieli. 

-  Dlaczego  mnie  pan  niepokoi,  komisarzu?  -  zapytał 

gniewnie, nie spojrzawszy nawet na cudzoziemców. 

- Chodzi o ekspertyzę. 

-  Proszę  wypełnić  formularz,  zaadresować  do  mnie  i 

czekać na odpowiedź. 

- Cieszę się, że pana widzę, panie al-Fostat - powiedział 

uprzejmie  Szkot.  -  Prawdę  mówiąc,  zależy  nam  na  jak 

najszybszym  uzyskaniu  pańskich  światłych  porad  w 

sprawie  dotyczącej  zarówno  Egiptu,  jak  i  Anglii.  Ależ 

zachowałem 

się 

niewybaczalnie! 

Zapomniałem 

się 

przedstawić.  Jestem  lord  Percival  Kilvanock,  a  to  mój 

kolega, nadinspektor Angus Dodson, ze Scotland Yardu. 

Ahmed  al-Fostat  spojrzał  porozumiewawczo  na  ko-

misarza  Abdel-Atifa,  który  wzruszył  ramionami,  aby  dać 

mu do zrozumienia, że tak jest i nic na to nie poradzi. 

-  Jesteśmy  tu  u  siebie  -  stwierdził  inspektor 

skrzekliwym głosem.  -  Już  od dawna  nie  jesteśmy  kolonią 

angielską.  Scotland  Yard  nie  może  więc  wydawać  mi 

żadnych poleceń. 

-  Potrzebowalibyśmy  rady  eksperta  -  powiedział  spo-

kojnie Szkot - ponieważ nie znamy się na archeologii. Pan 

background image

mógłby nam pomóc. 

- Dlaczego miałbym to zrobić? 

- Ponieważ chodzi o morderstwo.  

Inspektor wydął wargi. 

- A... kto jest ofiarą? 

-  Egiptolog  Howard  Langton.  Przez  usta  Ahmeda 

al-Fostata przemknął cień uśmiechu. 

-  No  proszę...  Nowy  szef  angielskiej  misji  archeo-

logicznej!  Nie  pomieszkał  sobie  długo  w  Egipcie,  bie-

daczek...  Smutny  los.  W  imieniu  jego  egipskich  kolegów 

oraz  Egipskiej  Służby  Starożytności  składam  panom  wy-

razy  współczucia.  Przypuszczam,  że  nasza  policja  ener-

gicznie poszukuje sprawcy. 

-  Być  może  już  go  znaleźliśmy  -  przerwał  komisarz 

Abdel-Atif. 

- Czy mógłbym wiedzieć, kto to jest? 

- Abu, Nubijczyk, który pracuje w Starej Katarakcie.  

W oczach archeologa błysnął gniew i pogarda. 

- To z pewnością on! 

- Czyżby miał pan dowód? - zapytał Angus Dodson. 

-  Nubijczycy  są  zdolni  do  wszystkiego.  Należy  ich 

unikać; zawsze byli złodziejami i mordercami. 

- Czy zna go pan osobiście? - zapytał Szkot. 

-  Oczywiście  że  nie.  Nie  zadaję  się  z  wykolejeńcami 

jego pokroju. 

background image

- Czy byłby pan łaskaw obejrzeć tę broń?  

Lord  Percival  wskazał  sztylet  leżący  na  biurku  ko-

misarza  Abdel-Atifa.  Ahmed  al-Fostat  niechętnie  obrzucił 

go wzrokiem, po czym zważył w ręku. 

- Co mam panom powiedzieć? 

- Z jakiej dynastii pochodzi ten sztylet.  

Archeolog wybuchnął śmiechem: 

- Pan rzeczywiście nie zna się na egiptologii, milordzie! 

To niezręczna podróbka, nieudolna imitacja sztyletu, który 

wchodzi  w  skład  skarbu  Tutanchamona.  Mógłby  go  pan 

kupić  za  dwa  funty  szterlingi,  gdyby  nie  był  narzędziem 

zbrodni. 

Turyści, 

zwłaszcza 

nieobyci, 

uwielbiają 

przedmioty tego rodzaju i dają się oszukiwać zawodowym 

fałszerzom, których wytwórnie pracują tu pełną parą. 

- Czy u podstawy ostrza nie ma czasem hieroglifów? 

-  Fałszerz  wyrył  byle  co...  Wyroby  tego  typu  często 

mają skazy. 

- Wygląda jak “I", “T" lub “N"... 

Ahmed al-Fostat spojrzał na Szkota nieufnie. 

- Umie pan czytać hieroglify? 

-  Trochę...  Wszędzie  sprzedają  pocztówki,  a  nawet 

zasady  odczytywania  alfabetu  hieroglificznego.  Myślałem, 

że rozpoznałem trzy litery. 

-  Są  tak  niestarannie  wyryte,  że  można  byłoby  od-

czytać wszystko! Jeśli pan chce, żebym wybawił pana z tego 

background image

kłopotu, komisarzu... 

-  Chodzi  o  bardzo  ważny  dowód  -  przerwał  zbul-

wersowany Dodson. - Musi pozostać w rękach policji. 

-  Czy  mógłbym  pana  prosić  o  przysługę  zupełnie 

prywatną? - zapytał lord Percival. 

Ahmed al-Fostat zacisnął mięsiste wargi. 

- A o co chodzi? 

-  Wiele  słyszałem  o  asuańskim  nilomierzu.  Czy  wy-

świadczyłby mi pan grzeczność i objaśnił, do czego służył? 

 

background image

ROZDZIAŁ X 

 

Ruiny  antycznej  świątyni  Chnum  drzemały  w  zimo-

wym  słońcu,  nawiedzane  przez  boga-barana,  pana  kata-

rakty i władcy wylewów. Tymczasem lord Percival i Ahmed 

al-Fostat  wynajęli  felukę,  aby  popłynąć  na  Elefantynę,  do 

niewielkiego pomostu przy muzeum. 

Skromne  asuańskie  muzeum,  w  niepowtarzalnym 

pół-kolonialnym,  pół-laotańskim  stylu,  było  w  rzeczy-

wistości willą angielskiego inżyniera Williama Wellicocksa. 

Zaprojektował  on  Pierwszą  Kataraktę,  w  imię  postępu, 

którego  zgubne  skutki  Szkot,  jako  jeden  z  nielicznych, 

potępiał. Zapora została otwarta w 1902 roku w obecności 

księcia  Connaught  i  Winstona  Churchilla.  Można 

pozazdrościć  Wellicocksowi,  który  z  wysokości  werandy, 

zajmowanej  obecnie  przez  sarkofagi,  cieszył  oczy 

wspaniałym  pejzażem,  w  którym  niepodzielnie  panował 

Nil. 

Kilka kroków od budynku otoczonego krzewami znaj-

dował  się  słynny  nilomierz  -  rodzaj  kamiennych  schodów 

wykutych w skale i schodzących do wody. 

-  Jest  pan  niezwykle  uprzejmy,  że  poświęcił  mi  pan 

odrobinę swego cennego czasu - powiedział lord Percival do 

pełnego  dystansu  Ahmeda  al-Fostata.  -  Dzięki  panu  będę 

background image

nieco mniejszym ignorantem. 

Inspektor przybrał poważną minę. 

- Grecki geograf Strabon objaśniał, że kreski wyryte w 

kamieniu  miały  pokazywać  wysokość  poziomu  wody 

podczas  wylewów.  W  ten  sposób  z  biegiem  lat  powstała 

prawdziwa kronika wylewów. 

- Czy można je przewidywać? 

- Inżynierowie faraonów podejmowali to ryzyko. 

-  W  życiu  ryzykuje  się  wielokrotnie,  panie  al-Fostat. 

Przychodząc w zeszłym tygodniu do Starej Katarakty, nie 

wiedział pan, że wokół krąży śmierć. Morderca znajdował 

się,  być  może,  w  niewielkim  kręgu  osób  siedzących  na 

tarasie. 

Ahmed al-Fostat  zatrzymał się  na  pierwszym  stopniu 

nilomierza. 

-  O  co  panu  właściwie  chodzi?  Dobrze  pan  wie,  że 

mordercą jest ten przeklęty Nubijczyk! 

- Pewne informacje mogą wskazywać, że tak nie jest. 

- Istotne? 

-  Tak  je  traktujemy.  Co  pan  sądził  o  Howardzie 

Langtonie? 

Egipcjanin  zszedł  schodek  niżej.  Do  Nilu  prowadziło 

dziewięćdziesiąt stopni. 

- Nic. Nigdy się z nim nie spotkałem. 

-  Z  racji  swojej  funkcji  musiał  się  z  panem  konta-

background image

ktować. 

Ahmed al-Fostat uśmiechnął się ironicznie. 

- Anglicy są w większości zarozumiali i powściągliwi... 

Szef  misji  archeologicznej  nie  przejmował  się  jakimś 

miejscowym inspektorem... Proszę zauważyć, że być może 

był w błędzie. 

- Co pan chce przez to powiedzieć? 

- Nic... Nic konkretnego.  

Mężczyźni powoli schodzili. 

-  W  dniu,  kiedy  popełniono  zbrodnię  -  przypomniał 

lord  Percival  -  przyszedł  pan  na  taras  Starej  Katarakty, 

żeby się spotkać z... przyjaciółmi, jak przypuszczam. 

- Tak, to miało być zwykłe towarzyskie spotkanie. 

-  Z  jednym  wyjątkiem.  Myślę  o  Abd  el-Mosulu.  Czy 

nie ma on reputacji cokolwiek... podejrzanej? 

-  Myśli pan, że wszystko  pan wie, milordzie! Istotnie, 

Abd  el-Mosul  tam  był,  ale  pańskie  przypuszczenia  są  już 

nieaktualne.  Mój  rodak  popełnił  w  przeszłości  kilka 

błędów,  ale  czasy  się  zmieniły.  Niech  pan  nie  wierzy  we 

wszystko,  co  mówią.  Legenda  o  Abd  el-Mosulu  to  tylko 

legenda. 

Szkot  wpatrywał  się  w  linie  wyciosane  w  skale  przez 

hydrologów faraona. Przypominały o szczęśliwych czasach, 

kiedy  wylew,  niczym  zakochany  młodzieniec  spieszący  na 

podbój  krain,  użyźniał  czarną  ziemię  Egiptu  i  żywił  jego 

background image

mieszkańców, pokrywając ją płodnymi madami. 

-  A  czy  pani  Albertine  Abletout  była  wobec  pana 

bardziej uprzejma niż brytyjscy archeolodzy?  

Ahmed al-Fostat zareagował gwałtownie: 

- Osoba ta ma wyraźne skłonności do robienia przed-

stawień. Jest nie tylko egiptologiem, ale i aktorką! Jedynym 

obiektem  jej  zainteresowań  jest  ona  sama.  Kiedy 

przyjeżdża do Egiptu, wie o tym cały kraj. Jest chora, kiedy 

się o niej nie mówi. 

- Przecież dokonała ważnych odkryć? 

-  Przede  wszystkim  udało  jej  się  przekonać  o  tym 

innych!  Słuchając  tej  damy,  odniesie  pan  wrażenie,  że 

osobiście  zbudowała  wszystkie  egipskie  świątynie!  Od-

znaczenia  i  honory  są  dla  niej  ważniejsze  niż  praca  w 

terenie. Moja rada, milordzie: im dalej od niej, tym lepiej 

dla pana. 

-  Był  jeszcze  jeden  francuski  egiptolog  w  Starej 

Katarakcie, prawda? 

-  Rzeczywiście, był tam ten dziwak Villabert Glotoni! 

Przeciętniak 

oddelegowany 

do 

obsługi 

śmietanki 

towarzyskiej,  co  mu  najbardziej  odpowiada.  Oprowadza 

wybitnych  gości  po  stanowiskach  archeologicznych  i,  ra-

cząc  ich  mało  precyzyjnymi  objaśnieniami,  bawi  się  w 

wytrawnego  archeologa.  Poza  tym  to  kpiarz,  który  bez 

namysłu rozgłasza najgorsze oszczerstwa. 

background image

Zamyślony Ahmed al-Fostat zszedł kilka stopni niżej. 

-  Zaniepokoił mnie pan, milordzie... A jeśli morderca 

rzeczywiście znajdował się w gronie osób, które piły aperitif 

w Starej Katarakcie? 

- Czy coś mogło wzbudzić pańskie podejrzenia? 

-  Domenica  Strauss,  niemiecka  egiptolog,  była  ko-

chanką  Langtona.  To  kobieta  z  głową,  zawzięta  i  gwał-

towna, zdolna do wszystkiego. 

-  A  zatem  sądzi  pan,  że  mogło  to  być  zabójstwo  w 

afekcie? - zasugerował Szkot. 

-  To  niewykluczone...  Ale  gdybym  miał  wskazać 

podejrzanego, byłby to raczej Steven Faxmore, To człowiek 

twardy, sprawny w działaniu i ambitny, który nieustannie 

kłócił  się  z  władzami  egipskimi,  tak  bardzo  je  lekceważy. 

Nie  tylko  wobec  nich  jest  agresywny...  Podobno  poważnie 

pokłócił się z Langtonem. Faxmore jest Szkotem... Może to 

dlatego. Wiem, że Anglicy i Szkoci się nienawidzą. 

- Wie pan coś więcej o tej kłótni? 

- Nic, zwykłe plotki. 

Wzburzony  Ahmed  al-Fostat  zszedł  szybko  aż  do 

rzeki.  Trzy  stopnie  przed  ostatnim  schodkiem  zatrzymał 

się. 

-  Proszę  spojrzeć,  milordzie...  Ale  proszę  nie  pod-

chodzić! 

Na ostatnim stopniu leżała duża żmija. 

background image

-  Do  góry,  tylko  powoli...  Jeśli  nie  będziemy  wy-

konywać gwałtownych ruchów, nie zaatakuje. 

Wydawało się, że Egipcjanin stracił pewność i, aby się 

nie pośliznąć, oparł się  o ścianę  nilomierza.  Lord Percival 

nie okazał najmniejszych oznak emocji. 

-  Według  zeznań  Abu  w  Starej  Katarakcie  był  ktoś 

jeszcze - mężczyzna w czerni, którego nazwiska nie znam. 

Ahmed  al-Fostat  odpowiedział  dopiero  na  szczycie 

nilomierza: 

-  To  doktor  Alan  Qerry...  Dobrze,  że  pan  o  nim 

wspomina!  On  także  znakomicie  nadaje  się  na  podej-

rzanego.  Sporo  czasu  minęło,  odkąd  mieszka  w  Egipcie, 

robi  to,  co  lubi,  i  nikomu  się  nie  tłumaczy.  Prowadzi 

laboratorium w Kairze, gdzie, między innymi, zajmuje się 

badaniem mumii. To nie mogło trwać wiecznie... Wiadomo, 

że  Howard  Langton  miał  zamiar  skontrolować  badania 

Qerry'ego  i  opracować  własny  “program  mumie". 

Szykował się poważny konflikt. 

Grupa turystów przypuściła szturm na muzeum. 

- Dziękuję za pouczającą wycieczkę - powiedział Szkot. 

-  A  tak  na  przyszłość,  milordzie,  proszę  mnie  nie 

nachodzić.  Nie  mam  nic wspólnego  z  tą  zbrodnią  i  jestem 

bardzo zajęty. 

background image

 

ROZDZIAŁ XI 

 

Lord  Percival  poprosił  przewoźnika,  żeby  się  nie 

spieszył  i pozwolił,  by feluka  płynęła swobodnie z prądem 

rzeki. Starszy, ale jeszcze sprawny i energiczny mężczyzna 

zręcznie sterował i, ryzykując skręcenie karku, udowodnił 

Szkotowi, że ciągle jeszcze potrafi wspiąć się na maszt. 

Widząc,  z  jaką  przyjemnością  cudzoziemiec  poddaje 

się falowaniu wody, właściciel feluki zataczał kręgi, igrając 

z wiatrem i prądami. 

Nie  ma  oczywiście  lepszego  klimatu  i  piękniejszego 

pejzażu  niż  w  Szkocji,  ale  arystokrata  uległ,  jak  niegdyś, 

magii Egiptu, w którym czas się zatrzymał. Kiedy Stwórca 

postanowił  celebrować  fantastyczne  gody  wody  i  pustyni, 

nie  omieszkał  rzucić  gdzieniegdzie  majestatycznych  skał, 

na  których  skrybowie  faraona  opisywali  podboje 

awanturników - odkrywców Dalekiego Południa. A oddech 

Amona,  ukryty  początek,  nadal  objawiał  się  w  wydęciu 

białego  żagla  feluki,  bezszelestnie  płynącej  pod  doskonale 

czystym niebem. 

Na  pomoście  niecierpliwie  czekał  na  arystokratę 

Angus Dodson. 

- Dowiedział się pan czegoś ważnego, milordzie? 

- To zależy. A co ze Scottish Brewer? 

background image

-  Nie  można  się  połączyć  ze  Scotland  Yardem:  kie-

runek zajęty. Będę jeszcze próbował. Potrzebuję; pańskiej 

niezwłocznej  pomocy:  Albertine  Abletout  grozi,  że  skąpie 

Egipt w ogniu i krwi, jeśli nie przyjmiemy jej zaproszenia 

na śniadanie w Starej Katarakcie. 

-  Nie  ma  potrzeby  wywoływać  kolejnego  konfliktu, 

nadinspektorze. 

Mimo  że  hotel  był  oficjalnie  zamknięty,  francuska 

egiptolog dopięła swego: otwarto wielką odświętną jadalnię 

i  przyniesiono  jej  ulubione  danie  składające  się  z  puree  z 

bobu,  szaszłyka  z  jagnięcia,  marchewki  i  groszku.  Mimo 

kuszących  nazw,  jak  “Omar  Chajjam",  “Kleopatra"  i 

“Egipski  Rubin",  lepiej  było  unikać  win,  których  wypicie 

groziło  błyskawiczną  ruiną  przewodu  pokarmowego. 

Zamówiono  więc  lekkie  i  ułatwiające  trawienie  lokalne 

piwo. 

Ubrana  w  ciemnofioletowy  kostium  Albertine  Able-

tout, kobieta około sześćdziesięcioletnia, średniego wzrostu 

i  nieco  korpulentna,  obdarzona  niewyczerpaną  energią, 

wydawała się bardzo rozgniewana: 

-  Nie  za  późno,  panowie?  Co  się  stało  ze  słynną 

brytyjską grzecznością? 

-  Kłania  się  pani  do  stóp  -  powiedział  Szkot  -  z 

przeprosinami śledczych tropiących zabójcę.  

Szare oczy Francuzki pociemniały. 

background image

- Co to za historia z tym morderstwem? Jeszcze jeden 

wymysł 

Brytyjczyków, 

żeby 

utrudnić 

Francuzom 

poszukiwania?  Pomyśleć,  że  nadal  zaprzeczacie,  iż  to 

Jean-Francois  Champollion  jako  pierwszy  odczytał 

hieroglify!  Wasi erudyci,  panowie, zostali zwyciężeni.  Oto 

cała prawda. 

- Z przyjemnością się z panią zgadzam. 

-  Tym  lepiej.  Pokonałam  większych  uparciuchów  niż 

wy!  Siadajcie  i  jedzcie,  panowie.  To,  co  zamówiłam,  jest 

wyborne:  tak  dla  mnie,  jak  i  dla  innych.  A  więc,  o  jaką 

zbrodnię chodzi? 

- Zamordowano pani kolegę, Howarda Langtona. 

- Tylko tego brakowało! Ten biedny chłopak nie był w 

stanie  dźwignąć  odpowiedzialności,  jaką  mu  powierzono. 

Jesteście panowie pewni, że nie chodzi o samobójstwo? 

- Jesteśmy pewni - odpowiedział Dodson, poirytowany 

tupetem  Francuzki.  -  Rzadko  popełnia  się  samobójstwo, 

zadając sobie cios nożem w plecy. 

-  To  przykre,  zwłaszcza dla niego...  Ale nie będziemy 

długo opłakiwać waszego Langtona. Był tylko przeciętnym, 

zapracowanym  praktykiem,  pozbawionym  cech,  dzięki 

którym naukowiec zyskuje sławę i uznanie. Chciałabym się 

panom z czegoś zwierzyć. 

Widząc  uważne  spojrzenia  obu  mężczyzn,  Alhertine 

Abletout z satysfakcją oceniła efekt swojej deklaracji. 

background image

- To dla nas wielki zaszczyt - powiedział lord Percival z 

przekonaniem.  -  Dziękujemy,  że  uważa  pani,  iż  jesteśmy 

tego godni. 

Francuska egiptolog wyciągnęła szyje: 

-  Mogę  panom  wyznać,  że  poleciłam  Howardowi 

Langtonowi  opuścić  Egipt  i  jak  najszybciej  wrócić  do 

londyńskiego biura. Było dla  mnie jasne, że ten biedaczek 

nigdy  nie  przyzwyczai  się  do  tego  kraju  i  dozna  tu  tylko 

rozczarowań. Gdyby mnie posłuchał, jeszcze by żył. 

Puree z bobu było wyśmienite, a tutejsze piwo, nawet 

jeśli  okazało  się  o  wiele  za  słodkie  dla  podniebienia 

Dodsona, to jednak działało orzeźwiająco. 

-  Przypuszczam,  że  pani  “rada"  nie  spodobała  się 

Langtonowi - wtrącił nadinspektor. 

-  Mniejsza  z  tym  -  zagrzmiała  Francuzka.  -  Zwykle 

mówię wszystko prosto z mostu, nie przejmując się reakcją 

moich rozmówców. Ten Langton winien mi był szacunek i 

przezornie nie odpowiedział. Znam się na ludziach! Ale do 

rzeczy... Zatrzymaliście winnego? 

- Egipska policja uważa, że to Abu... 

- Abu... Ten nubijski osiłek, który pracuje w hotelu? 

- Ten sam. 

Francuska egiptolog zamyśliła się. 

-  Proszę  mi  podać  szaszłyk,  ten  najbardziej  wypie-

czony...  Abu,  dziwaczny  kolos,  jakich  umiała  stworzyć 

background image

antyczna Nubia. Wszyscy byli żołnierzami w armii faraona 

i uchodzili za znakomitych wojowników. Myślałam czasem, 

żeby  zatrudnić  go  jako  robotnika  w  mojej  ekipie 

wykopaliskowej, ale tak się nie stało. 

- Czy odmówił? 

-  Nikt  nigdy  mi  nie  odmawia!  Nie,  sama  zrezygno-

wałam z powodu jego reputacji... Podobno jest gwałtowny, 

ma  długi  karciane,  nieznośny  charakter  i  nienawidzi 

rozkazów.  Ja  zaś  nie  znoszę,  żeby  dyskutowano  moje 

polecenia. 

- A więc byłby doskonałym przestępcą.  

Sugestia Dodsona nie wzbudziła entuzjazmu Albertine 

Abletout. 

-  Doskonałym?  To  nie  jest  takie  pewne...  Proszę  mi 

nalać  piwa.  Nubijczycy  są  rozważni,  nie  działają  pocho-

pnie.  Nie  mówię,  że  nie  zabił  Langtona,  ale  jeśli  to zrobił, 

musiał mieć poważny powód. Bardzo poważny. 

- A czy doszły panią słuchy o jakiejś kłótni między Abu 

a Langtonem? - zapytał lord Percival. 

-  Nie,  wiedziałabym  o  tym.  Abu  miał  natomiast 

problemy z osobą, którą warto wziąć pod włos.  

- Czy chodzi o Abd el-Mosula?  

Francuzka podskoczyła. 

- Skąd pan wie, milordzie? 

background image

 

ROZDZIAŁ XII 

 

-  Intuicja,  droga  pani.  Sława  Abd  el-Mosula  prze-

kroczyła 

granice 

jego 

prowincji. 

Francuzka 

wybuchnęła: 

- Wie pan więcej, niż pan mówi! 

- Niestety nie. Gdyby tak było, już bym zidentyfikował 

mordercę.  Czy  zna  pani  źródło  kłopotów,  o  których  pani 

wspomniała? 

- Nie... Nie utrzymuję kontaktów z takimi osobami jak 

Abd  el-Mosul  i  radzę  panu,  podobnie  jak  pańskiemu 

koledze,  byście  pozwolili  działać  lokalnej  policji.  Jeśli 

chodzi 

pewną 

nieco 

mętną 

sprawę 

pomiędzy 

Egipcjanami, w którą Langton niepotrzebnie się wmieszał, 

to  nie  muaie  tu  nic  do  roboty.  Proszę  nałożyć  mi 

marchewkę. 

- Sytuacja jest bardziej skomplikowana, niż się wydaje 

-  ocenił  lord  Percival.  -  Z  jednej  strony  Howard  Langton 

był uważany w Anglii za ważną osobistość; z drugiej strony 

zaś wina Abu jest wątpliwa. 

-  Powtarzam  panom:  pozwólcie  działać  miejscowej 

policji. Tutaj wasze metody nie będą skuteczne. 

Albertine Abletout miała wilczy apetyt. Dodson, który 

mógłby z nią rywalizować, nie miał zaufania do podanego 

background image

jedzenia i zadowalał się chlebem z masłem. 

- Czy zna pani projekty Howarda Lanytona? 

- Nie było żadnego, inspektorze. 

- Czy to nie dziwne? 

-  Bynajmniej!  On  budował  zamki  z  piasku,  jak  byle 

szczur  biblioteczny.  Później  zetknął  się  z  twardymi  rea-

liami  terenu  i  spuścił  z  tonu.  Musiał  wyrzucić  do  kosza 

swoje  niedorzeczności  i  stwierdzić,  że  nie  ma  szans  na 

poważne odkrycia. 

-  Czy  nasz  nieszczęsny  rodak  nie  miał  żadnego 

sojusznika? - wypytywał Dodson. 

Francuzka zaatakował drugi szaszłyk. 

-  O  tak,  miał  przyjaciółkę,  głuptas!  To  niejaka 

Domenica  Strauss,  niemiecka  egiptolog,  niewiarygodnie 

pretensjonalna. Usidliła go. 

- Czy ją również uważa pani za niekompetentną? 

-  Ta Strauss... Ani na krok nie rozstaje się ze swoimi 

słownikami  i  notatkami!  Gabinetowy  egiptolog,  jakich 

nienawidzę, i to najgorszego gatunku! 

-  Czy  mamy  rozumieć,  że  panna  Strauss  była  ko-

chanką Howarda Langtona? 

-  Oczywiście!  Ta  pozbawiona  uroku  harpia  była 

zazdrosna  jak  tygryska  i  nie  dopuszczała  do  swojego 

Anglika  żadnej  kobiety.  Ale  to  nie  wszystko:  jest 

nieprawdopodobnie  ambitna, marzy  jej  się rola  pierwszo-

background image

planowa.  Pewnie  uwierzyła,  że  Langton  ją  urządzi... 

Niestety, sytuacja rozwijała się nie tak, jak tego oczekiwała. 

Wasz rodak był zdezorientowany, ale mimo to nie stracił do 

reszty zmysłu krytycznego. 

- Czy zerwałby z panną Strauss? 

- Miał jej dosyć, to jasne. Żeby mieć spokój, musiał ją 

porzucić. Kto by zniósł taką pijawkę? Być może była mniej 

niebezpieczna  niż  ta  śmieszna  kreatura  Faxmore. 

Egiptolog...  Akurat!  Chciał  raczej  rozciągnąć  swoje  kró-

lestwo na cały kraj. Bardziej interesowały go pieniądze niż 

archeologia.  Projekt  komercyjny...  Oto  co  go  prze-

śladowało! Ale który? W każdym razie groził Langtonowi. 

- Z jakiego powodu? 

-  Nie  wiem,  milordzie.  Langton,  nawet  nie  wiedząc  o 

tym, z pewnością stanął na jego drodze. To konflikt między 

Anglikami. Ja się do tego nie mieszam! Niech się nawzajem 

wykańczają, to ich sprawa. 

Deser zaskoczył Dodsona: tarta z. jabłkami przykryta 

śmietaną, zamówiona przez Albertine Abletout. Ale z czego 

była 

śmietana? 

Ostrożny 

nadinspektor 

wolał 

się 

powstrzymać. 

-  Na  szczęście  -  ciągnęła  Francuzka,  pożerając 

łapczywie ciastko - mój zawód przynosi jednak satysfakcję, 

dzięki  niemu  mogę  poznawać  ludzi  wyrafinowanych,  jak 

wytworny  Villabert  Glotoni,  erudytu  bez wieku,  cudowny 

background image

chłopak, który jest chodzącą grzecznością. 

-  Ma  obowiązek  zajmowania  się  wybitnymi  gośćmi, 

prawda? 

- To zadanie pasuje do niego jak ulał! Jako znakomity 

archeolog,  może  oprowadzać  dostojnych  gości  po 

dowolnych  stanowiskach  i  odkrywać  przed  nimi  cuda 

Egiptu faraonów. Nikt lepiej od niego nic umiałby wypełnić 

tego  trudnego  zadania...  Wielcy  tego  świata  mają  zwykle 

niewiele  czasu  na  zwiedzanie  Sahary,  Luksoru  czy 

Karnaku 

potrzeba 

wielkiego 

talentu 

Villaberta 

Glotoniego,  aby  streścić  to  co  najważnicjsze  w  kilku 

zdaniach. On również odpowiada za kontakty z prasą, tymi 

wspaniałymi dziennikarzami, którzy z racji moich dokonań 

nieustannie zasypują  mnie pochwałami.  Pomaga im lepiej 

poznać naszą piękną dyscyplinę. 

Albertine  Abletout  wzięła  jeszcze  kawałek  ciasta, 

kelner przyniósł kawę po turecku. 

-  Miałem okazję rozmawiać z inspektorem Ahmedem 

al-Fostatem  -  wyznał  lord  Percival  -  i  pokazać  mu 

narzędzie 

zbrodni, 

ordynarną 

podróbkę 

sztyletu 

Tutanchamona. 

- Zapukał pan do właściwych drzwi! Ahmed al-Fostat 

jest  człowiekiem  oddanym  i  znakomitym  inspektorem  do 

spraw  starożytności,  bez  wątpienia  jednym  z  najlepszych. 

Zdobył  solidne  wykształcenie  i  dobrze  zna  tereny 

background image

wykopalisk. Jeśli powiedział panu, że sztylet jest fałszywy, 

to znaczy, że tak jest. 

Talerz orientalnych słodyczy nie skusił nadinspektora, 

który  niekiedy  usiłował  walczyć  z  otyłością.  Przy  takim 

upale  i  przymusowej  diecie  ryzykował,  że  wróci  do 

Londynu szczuplejszy. 

Lord Percival potarł skroń. 

-  W  waszym  spotkaniu  w  Starej  Katarakcie  uczest-

niczyła pewna zagadkowa osoba, doktor Alan Qerry. 

- Zagadkowa, dobre słowo! A jednak mnie bawi. Jakie 

myśli  mogą  mu  krążyć  po  głowie  wskutek  obcowania  z 

mumiami?  Qerry  mieszka  w  Egipcie  od  wielu  lat,  ale  z 

nikim  się  nie  zaprzyjaźnił,  a  swoje  prace  trzyma  w 

największej  tajemnicy.  Ciekawe,  co  robi  na  terenach 

wykopaliskowych? 

Jestem 

głęboko 

przekonana, 

że 

tajemniczy doktor Qerry jest człowiekiem niebezpiecznym. 

Kiedy  się  na  niego  patrzy,  natychmiast  przychodzi  do 

głowy myśl, że ma twarz mordercy! Ale, jak to mówią, nie 

dajmy  się  zwieść  pozorom.  Chociaż  w  jego  przypadku 

miałoby się na to ochotę! 

-  Jeśli  dobrze  panią  rozumiem,  doktor  Qerry  nie  ma 

zwyczaju  uczestniczyć  w  spotkaniach  towarzyskich  po-

dobnych do tego, które odbyło się w Starej Katarakcie. 

-  Istotnie...  W  gruncie  rzeczy  to  jego  sprawa!  Wi-

docznie  ten  jeden  raz  miał  ochotę  się  rozerwać,  wy-

background image

mknąwszy się na kilka godzin swoim mumiom! Zróbcie tak 

jak on, panowie: zapomnijcie o tragediach i korzystajcie z 

pięknej  pogody  w  tym  fantastycznym  kraju.  Jest  tu  tyle 

rzeczy do obejrzenia, że zdążycie je zaledwie musnąć. 

-  Czy  będziemy  mieli  jeszcze  przyjemność  spotkać 

panią? 

- Wątpię, milordzie; mam dużo pracy. 

background image

 

ROZDZIAŁ XIII 

 

Poniżej Starej Katarakty Brytyjczycy wynajęli felukę 

i,  po  ponad  piętnastu  minutach  targowania  się  o  cenę, 

popłynęli w kierunku nekropolii książąt Asuanu. Ci potężni 

dostojnicy,  żyjący  w  Egipcie  Faraonów,  polecili  wydrążyć 

swoje  groby  w  stromych  zboczach  wzgórza  zwieńczonego 

Kubbat  al-Hawą,  skąd  można  podziwiać  najpiękniejszą 

panoramę  miasta,  Elefantynę  i  głazy  tworzące  Pierwszą 

Kataraktę, niegdyś trudną do przebycia. 

Kiedy  Dodson,  ubrany  w  niemodny  garnitur  w  stylu 

kolonialnym,  zobaczył  kamienne  schody  wiodące  do 

grobowców, cofnął się. 

- Chyba nie będziemy się tędy wspinać! 

-  Stok  nie  jest  tak  niebezpieczny,  jak  się  wydaje  - 

uspokoił go lord Percival. - Wystarczy wchodzić powoli. 

Marynarka  i  białe  spodnie  arystokraty,  wykonane  z 

czystej  bawełny,  były  nieskazitelne.  Zważywszy  na 

okoliczności,  wybrał  klasyczną  yardelyowską  wodę  Fine 

Lavande, której zapach odstraszał owady. 

Dodson zaatakował podejście z godną szacunku ener-

gią,  dostosowując  się  do  tempa  Szkota  wzruszonego 

ponownym  widokiem  tych  magiccznych  miejsc,  gdzie 

mieszkali  obok  siebie  władcy  prowincji  i  odkrywcy 

background image

Dalekiego  Południa,  którzy  uwiecznili  swoje  dokonania  w 

tekstach  hieroglificznych,  upamiętniających  ich  odwagę  i 

zmysł przygody. 

Rampy używane do wciągania sarkofagów tworzyły w 

brunatnożółtym  piasku  falezy  szerokie  bruzdy,  pro-

wadzące  do  domu  wieczności,  gdzie  po  wsze  czasy 

odradzała  się  dusza  książąt  Elefantyny.  Kiedy  zdyszany 

Dodson  zobaczył  malowidło  zdobiące  dno  grobowca 

Sarenputa II, musiał przyznać, że włożony wysiłek był tego 

wart.  Książę,  szlachetny  i  wyniosły,  siedział  przy  obficie 

zastawionym stole ofiarnym, a każdy hieroglif, narysowany 

niezwykle  kunsztownie,  był  małym  arcydziełem.  Słoń, 

który  dał  nazwę  Elefantynie,  wyglądał  zabawnie.  Posągi 

zmarłego, wyobrażonego jako Ożywiony Ozyrys, zrobiły na 

nadinspektorze wielkie wrażenie. 

Lord Percival zaprowadził Dodsona do grobowca Sa-

renputa  I,  poprzedzonego  szerokim  dziedzińcem.  Na 

ścianie  widniały  postaci  kobiet  w  czarnych  perukach  i 

odsłaniających piersi długich białych sukniach na szelkach. 

Młoda  blondynka,  drobna,  a  zarazem  postawna,  po-

chylała  się  nad  jedną  z  tych  zachwycających  figurek  i 

precyzyjnie  ją  rysowała.  Miała  dużo  uroku  mimo  płó-

ciennych spodni i zielonej, dość zniszczonej koszuli. 

Szkot zakasłał. 

-  Najmocniej  przepraszam...  Przypuszczam,  że  pani 

background image

nazywa się Domenica Strauss. 

Zaskoczona egiptolog odwróciła się. 

- Ależ... Kim pan jest? 

-  Lord  Percival  Kilvanock.  A  to  jest  nadinspektor 

Dodson. 

- Ze... Scotland Yardu, tutaj, w Egipcie? 

-  Uczestniczymy  w  śledztwie  dotyczącym  zabójstwa 

naszego rodaka Howarda Langtona. 

- Ach... 

Na  sam  dźwięk  imienia  nieszczęsnego  Langtona  zie-

lone oczy Domeniki Strauss zamgliły się smutkiem. 

-  Chciałabym  wyjść  z  tego  grobowca.  Wspominanie 

Howarda w tym miejscu jest dla mnie nie do zniesienia. 

- Czy poinformowano panią o śmierci pana Langtona? 

-  Ja  i  pozostali  pytaliśmy  o  niego,  ponieważ  już  od 

dawna  go  nie  widzieliśmy...  Władze  odmówiły  nam 

odpowiedzi.  Miał  być  obecny  na  spotkaniu  w  Starej 

Katarakcie, ale  nie  przyszedł. A  przecież to było do  niego 

niepodobne... A teraz... 

Kobieta  wybuchnęta  płaczem,  zakryła  twarz,  później 

znów usiłowała robić dobrą minę. 

-  Jakie  badania  pani  tu  prowadzi?  -  zapytał  lord 

Percival. 

- Czyżbyście się panowie interesowali egiptologią? 

- Sądzę, że grobowce z XII dynastii, jak te tutaj, nie są 

background image

zbyt  liczne  i  że  ich  szczegółowe  badanie  potrwa  jeszcze 

długo. 

-  To  prawda...  Jeśli  chodzi  o  mnie,  to  rozpoczęłam 

inwentaryzowanie wszystkich postaci kobiecych z tej epoki. 

Domenica  Strauss,  lord  Percival  i  Dodson  wyszli  z 

grobowca. Oślepiło ich słońce. 

-  Cudowny  kraj  -  powiedziała,  -  Wszędzie  światło, 

obecne nawet na malowidłach i w tekstach, jeśli umie się je 

zobaczyć. Zima jest tu bardzo łagodna. Trudno sobie nawet 

wyobrazić, ze istnieje deszcz i śnieg. Szkoda, że Howard nic 

mógł długo delektować się tym szczęściem... 

Głos Domeniki załamał się. 

-  Wydaje  się,  że  tragiczne  odejście  pana  Langtona 

bardzo panią poruszyło - zauważył lord Percival.  

Kobieta usiadła na skalnym bloku, 

-  Howard  był  znakomitym  egiptologlem  i  uroczym 

mężczyzną...  Jego  śmierć  jest  ogromna  stratą  dla  archeo-

logii. Dlaczego... Dlaczego ktoś go zabił? Nie rozumiem... 

Domenica Strauss ze smutkiem patrzyła w niebo. 

-  Czyż  według  starożytnych  mitów  dusze  uczciwych 

ludzi  nie  żyją  stale  wśród  gwiazd?  Chwilami  chciałabym 

wierzyć,  że  Egipcjanie zwyciężyli śmierć i  przekazali nam 

swoją  wiedzę.  Ale  to  inny  świat  i  Howard  już  do  nas  nie 

powróci. 

Lord Percival uszanował bolesne rozważania kobiety. 

background image

W tym spokojnym miejscu, którego uroda oparła się dzia-

łaniu czasu, każda tragedia wydawała się niestosowna. 

- Gdzie pani poznała Howarda Langtona? 

- W Luksorze. Od razu odczuliśmy do siebie sympatię. 

Był pełen zapału, dumny i szczęśliwy, że zajmuje tak ważne 

stanowisko,  że  będzie  mógł  w  końcu  sprawdzić  w  terenie 

swoje  teorie  zrodzone  w  ciszy  bibliotek.  Dla  egiptologa  to 

marzenie jak z bajki! Poza tym Langton nosił to samo imię 

co Howard Carter, odkrywca grobowca Tutanchamona. 

-  Czy rozmawialiście  szczegółowo  o  jego  najbliższych 

projektach? 

Domenica Strauss zawahała się. 

- Zdradził mi to w zaufaniu, milordzie. 

-  Howard Langton został zamordowany. Najmniejsza 

wskazówka może być dla nas bardzo przydatna.  

Niemiecka egiptolog przygryzła wargi. 

-  Rozumiem,  milordzie,  rozumiem...  Wolałabym  za-

chować ten sekret dla siebie, jako ostatni dowód uczucia... 

Ale to byłby skrajny egoizm. Tak, Howard zwierzył mi się 

ze  swego  najbliższego  projektu:  chciał  odkryć  legendarny 

grób. 

background image

 

ROZDZIAŁ XIV 

 

Błękitne oczy arystokraty wpatrywały się w niemiecką 

egiptolog. 

- Czy mogłaby to pani uściślić? 

- Niestety nie, milordzie. 

-  Przypuszczam,  że  musiało  to  panią  szalenie  zacie-

kawić. 

-  Oczywiście  że  tak,  ale  Howard  poza  określeniem 

“legendarny grobowiec" nie chciał nic więcej powiedzieć. 

-  Według  policji  egipskiej  Howarda  miał  zabić  Abu, 

ten Nubijczyk zatrudniony w Starej Katarakcie.  

Blondynka wzruszyła ramionami. 

-  Kompletny  absurd!  Znam  tego  Nubijiczyka...  To 

najłagodniejszy  człowiek  i  bardzo  porządny    facet.  Nie 

mógłby popełnić morderstwa. 

-  Ktoś jednak zasztyletował Howarda Langtona, a on 

był  jedną  z  osób  obecnych  na  tarasie  Starej  Katarakty  w 

dniu morderstwa. 

Domenica Strauss zmarszczyła brwi. Delikatne zmar-

szczki niepokoju pojawiły się w kącikach warg. 

- Jedno z najbanalniejszych spotkań towarzyskich... 

- Czy przypomina pani sobie, kto w nim uczestniczył? 

-  Tak,  oczywiście...  Był  tam  ktoś,  kogo  bym  się  nie 

background image

spodziewała!  Abd  el-Mosul,  szef  starego  klanu  rabusiów, 

którego  członkowie  trudnili,  się  niegdyś  poszukiwaniem 

plądrowaniem starorożytnych skarbców. 

- Niegdyś... a obecnie? 

- Pan dobrze zn Egipt milordzie. 

- Nigdy nie jest wystarczająco dobrze, 

Kobieta uśmiechnęła się. 

-  Howard  bardzo  by  pana  cenił.  Powiedzmy...  że 

niektórzy  przypuszczają,  iż  Abd  el-Mosul  nie  całkiem 

zrezygnował  ze  swojej  karygodnej  działalności.  Chodzą 

nawet  słuchy,  że  ostatnio  podobno  znowu  jest  na  tropie 

skarbu. 

- Jakiego skarbu, panno Strauss? 

- Mówiono o jakimś przedmiocie ze złota, specjalności 

jego rodziny od wielu pokoleń. Ale ja w to nie wierzę. 

- Z jakiego powodu? - zapytał Szkot. 

-  To  byłoby  zbyt  piękne!  Prawie  wszystkie  groby 

królewskie  zostały  ogołocone.  Nadzieja  na  odkrycie 

przedmiotów  tak  niezwykłych  jak  te  z  grobowca 

Tutanchamona jest naprawdę niewielka. 

-  To  jednak  nie  jest  niemożliwe  -  powiedział  ary-

stokrata. 

-  Przyznaję,  że  Egipt  jest  krajem  cudów!  A  jednak 

pierwsza bym się zdziwiła... 

- Gdybym się ośmielił... 

background image

W oczach dziewczyny zajaśniał błysk rozbawienia. 

- Co chciałby pan wiedzieć, milordzie? 

-  Czy  mogłaby  pani  oprowadzić  nas  po  grobowcu 

mędrca Heka-iba, który, jeśli się nie mylę, był uważany za 

swego rodzaju świętego? 

-  Ma  pan  rację!  Żył  pod  koniec  okresu  Starego 

Państwa,  a  po  śmierci  wzniesiono  dla  jego  duszy  małą 

świątynię na Elefantynie. To co, idziemy? 

Grobowiec  Heka-iba  już  z  zewnątrz  przedstawiał  się 

dość  imponująco:  dziedziniec,  kolumny  i  ciemnożółta, 

zniszczona  słońcem  fasada.  Ściany  zdobiły  malowidła, 

niekiedy  w  stylu  naiwnym,  zwłaszcza  w  przedstawieniach 

twarzy.  Teksty  hieroglificzne  zasługiwały  jednak  na 

dokładne obejrzenie. 

-  Z  tego,  co  pani  mówi,  wynika,  że  Howard  Lungton 

miał  bardzo  stanowczy  charakter  -  kontynuował  lord 

Percival, oglądając postaci osób składających ofiary. 

-  Czy  mogę  stąd  wnosić,  że  wzbudzał,  być  może  nie-

świadomie, niechęć? 

Domenica Strauss położyła palec wskazujący na war-

gach i przez dłuższy czas zastanawiała się. 

-  Trzeba  przyznać,  że  Howard  nie  był  wielkim  dy-

plomatą...  A  wśród  osób  obecnych  w  Starej  Katarakcie 

wiele zaczęło już mieć go dość! 

- Na przykład Albertine Ahletout? 

background image

-  Podał pan dobry przykład, inspektorzea Ta pani od 

wielu lat zajmuje się starożytnościami okręgu asuańskiego i 

części  Nubii,  a  ściślej  mówiąc,  udaje  jej  się  przekonać 

innych,  że  to  właśnie  robi.  W  rzeczywistości  ta  porywcza 

Francuzka  ma  przede  wszystkim  zmysł  do  robienia  sobie 

reklamy  i nie znam  nikogo, kto  lepiej niż ona umiałby się 

tak przesadnie wychwalać. 

-  Jak  rozumiem,  podważa  pani  jej  kompetencje  za-

wodowe? 

- Są raczej przeciętne - oceniła Domenica Strauss - ale 

istnieją.  Mimo  to  daleko  jej  do  posiadania  warsztatu  i 

erudycji koniecznej, aby rzetelnie wypełniać swoją funkcję. 

- Jak sobie wobec tego radzi?- zapytał zaintrygowany 

Dodson. 

-  Nasza  droga  Albertine  zleca  pracę  swoim  uczniom, 

którzy,  mając  nadzieję  na  otrzymanie  posady,  muszą 

siedzieć cicho i zgadzają się na wykorzystywanie wyników 

swoich badań. 

- Czy Howard Langlon mógł to zauważyć? 

- Tak, inspektorze. Miał wiele zalet, miedzy innymi był 

bystry.  Howard  miał  zbyt  wysokie  pojecie  o  etyce 

naukowca, aby tolerować taką sytuację. 

- Jak na to zareagował? 

-  Howard  miał  zamiar  sporządzić  raport  o  rzeczy-

wistej  działalności  Albertine  Abletout  i  przedstawić  go 

background image

wpływowym  reprezentantom  środowiska  egiptologów. 

Krótko  mówiąc,  zaproponował  odesłanie  francuskiej 

egiptolog  na  emeryturę,  po  uprzednim  przyznaniu  jej 

wysokiego  odznaczenia  honorowego,  a  przede  wszystkim 

jak najszybszym zastąpieniu jej kimś innym. 

- Miał jakieś sugestie co do nazwisk? 

- Nic mi o tym nie wiadomo. 

- Czy pani Abletout wiedziała o tym? 

-  Oczywiście.  Howard  nie  należał  do  ludzi  podstę-

pnych.  Spotkał  się  z  nią  i  przedstawił  motywy  swojej 

decyzji. 

-  Idealna  zabójczym!  -  podsumował  Angus  Dodson.  - 

Gwałtowna  i  niepewna  swego.  Ta  Francuzka  postanowiła 

pozbyć się Anglika, który groził, że strąci ją z piedestału. 

Domenica Strauss przytaknęła: 

-  Na  pierwszy  rzut  oka  rozumowanie  nie  do  pod-

ważenia,  nadinspektorze...  Ale  droga  Albertine  musiałaby 

być jedyną podejrzaną. A moim zdaniem tak nie jest. 

background image

 

ROZDZIAŁ XV 

 

Domenica  Strauss  w  zamyśleniu  wyszła  z  grobowca. 

Za  nią  wyłonili  się  lord  Percival  i  oblepiony  słońcem 

Dodson. Przeszli kilka kroków wzdłuż grobowców i usiedli 

w miejscu, gdzie jeszcze był cień. 

- Howard miał dość burzliwą rozmowę z inspektorem 

Ahmedem  al-Fostatem  -  wyjaśniła  Niemka.  -  Właściwie 

była to prawdziwa kłótnia. 

- Stare animozje między Egipcjanami i Anglikami? 

-  Znacznie  gorzej,  milordzie!  Prawdę  mówiąc,  obaj 

mieli  całkowicie  odmienne  charaktery.  Ich  pierwsze  ofi-

cjalne  spotkanie  było  jednym  z  najgwałtowniejszych,  ale 

Howard  nie  poprzestał  na  tym.  Chcąc  zrozumieć  powody 

tak  okropnego  przyjęcia,  zażądał  raportu  dotyczącego 

rzeczywistej  działalności  al-Fostata.  Ponieważ  władze 

egipskie  wykręciły  się,  przeprowadził  własne,  bardzo 

wnikliwe  śledztwo.  Howard  wykazał  przy  tym  szczególną 

zawziętość.  Odkrył  więc,  że  ten  nadęty  i  arogancki 

inspektor  to  oszust.  W  dziedzinie  egiptologii  jest  abso-

lutnym ignorantem, ale jako administracyjny tyran nie ma 

sobie równych. 

-  Czy  pan  Langton  zamierzał  wystąpić  przeciwko 

niemu? 

background image

-  Naturalnie!  Howard  nienawidził  nieuczciwości  i 

kłamstwa.  Dlatego  odwiedził  wszystkie  stanowiska  ar-

cheologiczne  podległe  al-Fostatowi.  Wszystkie  były  za-

niedbane!  Mogą  sobie  panowie  łatwo  wyobrazić  jego 

złość...  Tak  naprawdę  al-Fostat  kupił  swoje  stanowisko  i 

był  gotów  na  wszystko,  aby  je  zatrzymać  ze  względu  na 

związane z  tym korzyści  materialne.  Ale  Howardowi  było 

mało. 

Postanowił 

sporządzić 

obciążający 

raport, 

udowodnić  niekompetencję  al-Fostata  i  wznowić  poszu-

kiwania przerwane z jego winy. 

- Czy Ahmed al-Fostat o tym wiedział? 

-  Domyślał się  -  oceniła  Domenica  Strauss.  -  Howard 

nie  umiał  ukryć  i  rozmawiał  o  swoich  zamiarach  Z 

wysokimi  urzędnikami  egipskimi,  którzy  z  pewnością  nie 

omieszkali ostrzec Ahmeda al-Fostata. 

Dodson zmartwił się. Inspektor do spraw starożytności 

też był idealnym podejrzanym. 

Na  starożytnym  murze,  tuż  obok  lorda  Percivala, 

usiadł dudek. Wspaniały ptak otrząsnął się i odleciał. 

- Dobry znak - powiedziała Niemka. - Podobno dudek 

obdarza ludzi, których lubi, przeczuciem. 

-  Czy  w  Starej  Katarakcie  nie  było  mężczyzny 

ubranego na czarno? - zapytał Angus Dodson. 

-  Tak,  to  dziwny,  niepokojący  człowiek...  Widziałam 

go tam po raz pierwszy i przeraził mnie. Z ponurą miną i w 

background image

ciemnym ubraniu wyglądał jak diabeł z piekła rodem. Ale 

wiem, że nie należy ufać pozorom. 

- Czy Howard Langton mówił pani o doktorze Qerry? 

- Tylko raz, i to niezbyt pochlebnie... Ponieważ Qerry 

od  trzydziestu  lat  prowadzi  pracownię  zajmującą  się 

badaniem  mumii,  Howard  oczekiwał  interesujących 

rezultatów.  Strasznie  się  zawiódł.  Wydaje  się,  że  Alan 

Qerry nie zajmował się ani egiptologią, ani mumiami, lecz 

miał inną pasję, i to o wiele bardziej podejrzaną... Doktor 

zaoponował  i  bronił  się,  twierdząc,  że  zebrał  ważne  dane, 

mimo iż jeszcze nic nie opublikował. 

-  Czy  Qerry  mógł  myśleć,  że  jego  stanowisko  jest 

zagrożone? 

-  Jeśli  mierzył  Howarda  swoją  własną  miarką,  to  na 

pewno! Ponieważ ten spec od mumii wydaje się zdolny do 

najgorszego... Ale może się mylę... Nie znam tego człowieka, 

a rzucam na niego ciężkie oskarżenia... Proszę nie brać tego 

pod uwagę. Śmierć Howarda tak mną wstrząsnęła, że tracę 

rozum. 

Płowowłosa  piękność  czule  pogłaskała stary    kamień, 

jakby dawał jej oparcie. 

-  Gdybym  miała  wskazać  mordercę  Howarda  -  ciąg-

nęła poważnie - wymieniłabym Stevena Faxmore'a.  

Dodson podskoczył. 

- Skąd ta pewność, panienko? 

background image

- Pewność to przesada... ale byłam świadkiem ponurej 

sceny,  kiedy  Howard  i  Steven  Faxmore  strasznie  się 

pokłócili. 

- O co poszło? 

-  Przyznaję,  że  nie  zrozumiałam  powodu  tej  kłótni... 

Wydawało  mi  się,  że  Howard  podejrzewał  Faxmore'a,  iż 

nie jest uczciwym naukowcem i że chce podjąć komercyjną 

eksploatację starożytności. 

- Jaką, panno Strauss? 

-  Tego  nie  wiem.  Howard  był  wyciekły,  ale  nie  miał 

jeszcze  pewności,  więc  nie  chciał  wnosić  oskarżenia  bez 

dowodów. 

- Mimo wszystko pokłócili się. 

-  Przez  Faxmore'a.  To  furiat,  kapany  w  gorącej 

wodzie,  który  na  najmniejszą  aluzję    zareagował  niepra-

wdopodobnym  wybuchem.  Howiard  chciał  jedynie  poroz-

mawiać  i  wyjaśnić  sytuacje,  a  wpadł  na  minę.  Faxmore  z 

całą pewnością miał sobie coś do zarzucenia. 

Lord  Percival  zrobił  kilka  kroków  w  zwycięskim 

słońcu, które pochłaniało ostatni skrawek cienia. 

-  A  pani  nie  ma  sobie  nic  do  zarzucenia,  panno 

Strauss? 

Jasnowłosa Niemka podniosła się, 

- Co... co pan chce przez, to powiedzieć?  

Szkot patrzył na Nil. 

background image

-  Proszę  mi  wybaczyć  niedyskrecję,  ale  z  pani  słów 

wynika,  że  była  pani  blisko  związana  z  Howardem 

Langtonem. 

Domenica  Strauss  zacisnęła  pięści  i  odważnie  popa-

trzyła mu w oczy. 

- Tak, byłam kochanką Howarda i kochałam go. 

Czy 

zamierzaliście 

się 

pobrać? 

zapytał 

nadinspektor zawsze czujny w sprawach moralności. 

-  Ani  Howard,  ani  ja  nie  zadawaliśmy  sobie  tego 

pytania... Po co troszczyć się o przyszłość? Liczyło się tylko 

uczucie. 

-  Dlaczego  zapomniała  pani  powiedzieć  nam  o  fran-

cuskim egiptologu Villabercie Glotonim, obecnym w Starej 

Katarakcie? 

-  Ponieważ...  Ponieważ  nie  mam  o  nim  nic  do 

powiedzenia. 

Lord Percival nie wydawał się zbytnio przekonany. 

- Glotoni usiłował pani szkodzić, prawda?  

Domenica Strauss spuściła wzrok. 

- Villabert Glotoni kazał mi wyjechać z Egiptu. Groził, 

że  w  przeciwnym  razie  ujawni  mój  związek  z  Howardem 

Langtonem i wywoła duży skandal, który zrujnuje karierę 

Howarda. Oczywiście miałam także oddać mu moje akta z 

wynikami  badań,  które  by  na  pewno  wykorzystał  do 

publikacji artykułów pod swoim nazwiskiem. 

background image

- Czy była pani zdecydowana wyjechać? 

- A czy chronienie Howarda nie było najważniejsze? 

background image

 

ROZDZIAŁ XVI 

 

W  palącym słońcu  Dodson  z  coraz  większym  trudem 

utrzymywał tempo narzucone przez niewzruszonego lorda 

Percivala,  któremu  południowy  skwar  najwyraźniej  nie 

przeszkadzał. W eleganckim białym kapeluszu z szerokim 

rondem,  chroniącym  go  przed  coraz  dokuczliwszym 

upałem, rozmyślał o zachowaniu Domeniki Strauss, która, 

nie mogąc powstrzymać łez ukryła się w grobowcu. 

-  Może  już  pora  wracać  do  hotelu?  -  zasugerował 

nadinspektor. 

-  Niestety,  mamy  jeszcze  jedno  spotkanie.  Proszę 

przyjąć moją radę i osłonić głowę. 

- Zgubiłem czapkę... 

-  Proszę  sobie  sprawić  jedną  z  tych  chust,  które 

sprzedają obnośni handlarze. O właśnie idzie jeden z nich... 

Wytarguję coś dla pana. 

Z  należycie  owiniętą  głową  nadinspektor  znalazł  w 

sobie  odrobinę  energii,  by  udać  się  w  stronę  osobliwej 

budowli  z  różowego  piaskowca,  w  której  mieściło  się 

mauzoleum  Aghi  Khana.  Wzniesione  na  wzór  meczetu, 

kryło  zwłoki  duchowego  przywódcy  ismaelitów  -  ruchu 

religijnego liczącego cztery miliony wyznawców. 

Aby  dojść  do  mauzoleum,  mężczyźni  minęli  willę 

background image

Begum, żony Aghi Khana. Nadal tam mieszkała, ciesząc się 

wyjątkową panoramą, której uroda urągała śmierci. 

- Z kim mamy się spotkać? 

-  Z  człowiekiem,  który  co  tydzień  przychodzi  me-

dytować  przed  białym,  marmurowym  sarkofagiem  Aghi 

Khana. 

- Czyżby pan znalazł autora anonimowego listu? 

- Kto wie, nadinspektorze. 

Budowla  wznosiła  się  na  wzgórzu  ponad  palmami  i 

kobiercem  kwiatów  otaczającym  willę  Begum.  Zbyt 

regularne  warstwy  kamienia  nadawały  mauzoleum  nieco 

surowy  wygląd.  Aby  dostać  się  do  wejścia,  należało 

pokonać półokrągłe schody. 

Lord Percival zwrócił się do Dodsona: 

-  Przez szacunek, proszę założyć na buty te płócienne 

ochraniacze. Podłoga mauzoleum musi pozostać czysta. 

Wnętrze  było  skromne  i  pozbawione  ozdób.  Pod 

kopułą  znajdowało  się  sanktuarium,  w  którym  poczesne 

miejsce  zajmował  marmurowy  grób  z  narożnikami  zdo-

bionymi wersetami Koranu. 

-  Czy  ten  Agha  Khan  nie  był  czasem  miliarderem?  - 

zapytał nadinspektor. 

-  W  dniu  swoich  pięćdziesiątych  urodzin  -  przypo-

mniał lord Percival  -  poprosił, by  go zważono. Na  drugiej 

szali  położono  równoważny  ciężar  w...  diamentach.  Jego 

background image

uczniowie mogli tylko pogratulować sobie jego hojności. 

Jedyny  odwiedzający  to  miejsce  gość  jak  co  dzień 

medytował,  by  uczcić  pamięć  zmarłego,  wpatrując  się  w 

czerwoną różę leżącą na grobie. 

Był  wysoki,  wyglądał  władczo.  Egiptolog  Steven 

Faxmore  miał  ponad  pięćdziesiąt  lat  i  kanciastą  twarz 

pooraną  głębokimi  zmarszczkami.  Nosił  czarne  spodnie  i 

nieco jaskrawą zieloną koszulę. Bokobrody zachodziły mu 

na policzki, a spiczasty podbródek wyglądał złowieszczo. 

-  Czy  możemy  przerwać  panu  medytację,  panie 

Faxmore? - zapytał lord Percival półgłosem. 

Mężczyzna odwrócił się, poruszony do żywego. 

- Skąd pan zna moje nazwisko? 

- W Asuanie jest pan sławny, a każdy właściciel feluki 

zna pańskie zwyczaje. 

- Kim panowie są? - zapytał Szkot ochrypłym głosem. 

- Lord Percival Kilvanock i nadinspektor Dodson. Za 

zgodą  egipskich  władz  prowadzimy  śledztwo  w  sprawie 

zabójstwa naszego rodaka Howarda Langtona. 

-  A  więc  został  zamordowany...  Krążyły  takie  plotki, 

ale nie można było ich sprawdzić, jak zwykle zresztą. Czy 

egipska policja do tego stopnia lekceważy tę sprawę, że aż 

przysłała nam arystokratę? 

-  Zatrzymała  podejrzanego  -  powiedział  Angus  Do-

dson. 

background image

- No proszę... I kto to jest? 

- Abu, pracownik Starej Katarakty. 

-  Ach,  ta  zabawna  kreatura!  Zaproponowałem  mu, 

żeby wstąpił do mojej ekipy wykopaliskowej, ale odmówił. 

Szkoda... Mając takie warunki, mógłby pracować za pięciu. 

Marzenie archeologa! Ale ten osioł wolał swoje zajęcie. 

- Uważa pan, że mógłby być winnym? 

- Nie mam pojęcia, panowie! Jeśli się nie mylę, to wasz 

problem, a nie mój. Wystarczą mi własne kłopoty. 

-  Nie  interesuje  pana,  kto  zabił?  -  zapytał  lord 

Percival. 

-  Myślicie,  że  praca  w  Egipcie  tu  bajka!  Kraj  jest 

cudowny, ale znajdźcie robotnika, który przychodzi na czas 

i  prawidłowo  wykonuje  polecenia...  Zaangażowanie  się  w 

program  wykopaliskowy  i  próba  doprowadzenia  go  do 

finału to prawie niewykonalne. Trzeba by nie mieć nerwów, 

a  ja  je  mam.  Tutaj  dewiza  wszystkich  brzmi:  “Odłóż  na 

jutro, co mógłbyś zrobić dziś, później na pojutrze, w końcu 

zdaj  się  na  wolę  Allaha".  Z  czasem  zostajesz  fatalistą  i 

zasypiasz  u  stóp  antycznej  kolumny  w  nadziei,  że  dobry 

duch  wyjdzie z ruin,  będzie  przekopywał piach za ciebie i 

złoży  skarby  u  twoich  stóp.  Zżera  cię rezygnacja  i  powoli 

poddajesz  się...  chyba  że  jesteś  Szkotem!  My  w  Szkocji 

nigdy  z  niczego  nie  zrezygnowaliśmy.  A  zwłaszcza  z 

wyzwolenia się spod jarzma Anglików. 

background image

-  Czy  mamy  rozumieć,  że  traktował  pan  Howarda 

Langtona jako potencjalnego wroga? 

-  Nie  potencjalnego,  milordzie,  ale  po  prostu  -  jako 

wroga!  Widzieć,  jak  przyjeżdża  tu  młody  angielski  ar-

cheolog i obejmuje stanowisko, które mnie się należało - to 

jak wypowiedzenie wojny! 

- A jak zamierzał pan zwalczać swojego wroga?  

Steven Faxmore oparł się o ścianę. 

-  Niestety,  miałem  przeciw  niemu  tylko  jedną  broń. 

Langton przyjechał w aureoli dyplomów i swojej wiedzy... I 

nikt nie mógł tego podważyć. To był naprawdę łebski gość i 

pierwszorzędny 

egiptolog 

bardzo 

rozległych 

kompetencjach.  Jego  nominacja  była  rozsądna.  Ale  mnie 

on przeszkadzał! W dodatku był narwany... 

- I miał liczne projekty. 

-  To jasne, jestem jednak ostatnią osobą, której by je 

zlecił!  Langton  szybko  zrozumiał,  że  obejmując  władzę, 

zepchnął  mnie  na  margines,  i  że  naprawdę  nie  miałem 

ochoty robić dobrej miny do złej gry. 

- Czy miał pan ochotę pozbyć się tak niebezpiecznego 

przeciwnika? - zapytał lord Percival. 

-  Jeśli  szukacie  specjalisty  od  śmierci,  zwróćcie  się 

raczej do doktora Qerry. 

background image

 

ROZDZIAŁ XVII 

 

-  Co  ma  pan  do  zarzucenia  Alanowi  Oerry,  panie 

Faxmore? 

Egiptolog  pogładził  palcem  wskazującym  czerwoną 

różę  świadczącą  o  jego  przywiązaniu  do  zmarłego  Aghi 

Khana. 

- Co się tyczy specjalisty od mumii, to tylko specjalista 

od mumii! Ale jeden z najniebezpieczniejszych... Już samo 

jego  zajęcie  jest  raczej  ekscentryczne,  a  w  jego  wydaniu 

staje się po prostu karygodne. Na szczęście dla Aghi Khana 

jego doczesne szczątki nie dostały się w ręce Qerry'ego. 

- Proszę mówić jaśniej - zażądał nadinspektor.  

Steven Faxmore wpatrywał się w sarkofag. 

-  Qerry  to  podejrzany  typ,  to  wszystko,  co  wiem.  Na 

waszym  miejscu  zainteresowałbym  się  jego  działalnością. 

Nikomu nie udało się ustalić, co właściwie robi... Być może 

jako  profesjonaliści  mielibyście  więcej  szczęścia.  Ja  się 

poddaję. Już na sam jego widok dopada mnie chandra. Co 

dopiero,  kiedy  z  nim  rozmawiam...  Ale  ponieważ 

popełniono  morderstwo,  nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  ten 

szatan był w nie w taki czy inny sposób zamieszany. 

- To poważne oskarżenie - zauważył nadinspektor. 

-  Co  najwyżej  domniemanie.  Gdyby  trzeba  było 

background image

podejrzewać  o  morderstwo  wszystkie  kanalie,  z  którymi 

ostatnio  miałem  do  czynienia,  należałoby  w  pierwszym 

rzędzie  postawić  tego  starego  łajdaka  Abd  el-Mosula. 

Mówią, że  z wiekiem stał się  nieszkodliwy, ale ja w  to  nie 

wierzę.  Jeśli  jest  na  tropie  prawdziwego  skarbu,  może  z 

zimną  krwią  usunąć  wszystkich,  którzy  stoją  na  jego 

drodze. 

- I... tak jest w tym przypadku? 

- Zobaczycie! A niby dlaczego był w Starej Katarakcie 

na tym przerwanym zebraniu egiptologów? 

Steven  Faxmore  zrobił  kilka  kroków  w  stronę  sar-

kofagu Aghi Khana. 

-  Czy  mam  rozumieć  -  podsunął  lord  Percival  -  że 

niektórzy egiptolodzy kontaktowali się z Abd el-Mosulem? 

Faxmore podniósł ręce do nieba. 

-  Dajcie  spokój,  nie  udawajcie  naiwnych!  Wielu 

poszukiwaczy zwracało się do miejscowych wywiadowców, 

aby  odszukać  grobowce,  których  położenie  znały  tylko 

rodziny  szabrowników.  Bez  nich  większość  badań 

zakończyłaby  się  klęską.  Wystarczy  sprawdzić,  czy  stary 

Abd  el-Mosul  jest  nadal  aktywny,  czy  też  rzeczywiście 

przeszedł na emeryturę. 

- A pańskim zdaniem? 

-  Trudno  powiedzieć.  Jest  sprytniejszy  niż  żmija 

piaskowa!  Zawsze  uśmiechnięty  i  uprzejmy,  a  równo-

background image

cześnie  zawsze  gotowy  zadać  cios  w  plecy...  Zupełnie  jak 

jego  rodak  Ahmed  al-Fostat...  Inspektor  do  spraw 

starożytności!  Co  za  bzdura!  Nie  jest  nawet  w  stanie 

odczytać  kolumny  hieroglifów.  Nie  ma  też  co  go  pytać  o 

różnicę  pomiędzy  stelą  z  okresu  Starego  Państwa  a 

rzeźbioną tablicą z okresu Ptolemeuszy... Kiedy Langton go 

poznał,  przeżył  szok!  Już  po  chwili  zorientował  się,  że 

al-Fostat  jest  niekompetentny. Krzyczał, aż ściany  drżały. 

Nie  muszę  mówić,  że  Egipcjanin  bardzo  źle  to  przyjął... 

Tym  bardziej,  iż  Langton  oznajmił,  że  przygotuje 

szczegółowy  raport,  by  zmusić  go  do  jak  najszybszej 

dymisji! 

- A więc był pan świadkiem tej sceny. 

-  I  czułem  się  mocno  zażenowany.  Kiedy  w  grę 

wchodziła  etyka  zawodowa,  Langton  był  bezwzględny.  Ja 

chciałem  po  prostu  przedstawić  mu  al-Fostata,  żeby 

nawiązali dobre stosunki. Tymczasem nic z tego nie wyszło. 

Nie  muszę  mówić,  że  najchętniej  skryłbym  się  w  mysią 

dziurę, aby uniknąć krzyków. 

- Czy Howard Langton i Ahmed al-Fostat spotkali się 

po tej kłótni? 

-  Nic  o  tym  nie  wiem.  Nie  wiem  też,  czy  Langton 

dowiedział się, że al-Fostat był zamieszany w brudną aferę. 

- Jakiego rodzaju? - zapytał Dodson. 

-  Al-Fostata  podejrzewano  o  kradzież  w  muzeum  w 

background image

Asuanie.  Chodziło  o  mały  amulet  przedstawiający  żabę, 

którego wartość handlowa była dość znaczna. Nigdy go nie 

odnaleziono.  AI-Fostat  nie  przyznał  się  i  nie  można  było 

dostarczyć  przeciwko  niemu  żadnych  dowodów.  Ale  taka 

historia nie powinna figurować w aktach inspektora Służby 

Starożytności... 

- Czy rozmawiał pan o tym z Howardem Langtonem? - 

zapytał lord Percival. 

- Starałem się nic dolewać oliwy do ognia, poza tym nie 

lubię  donosić.  W  każdym  razie  Langton  i  tak  by  się  w 

końcu  dowiedział,  a  to  tylko  pogorszyłoby  jego  zdanie  o 

inspektorze. 

- Czy jego stosunki z Albertine Abletout były lepsze?  

Gdyby  nie  powaga  miejsca,  Steven  Faxmore  wybu-

chnąłby śmiechem. 

-  Pan  żartuje,  milordzie!  Ta  zarozumiała  i  nieznośna 

Francuzka,  którą  w  środowisku  przezywają  Castafiorą 

egiptologii,  nienawidzi  angielskich  kolegów,  którzy  od-

płacają jej tym samym. Langton nie omieszkał dopiec jej do 

żywego,  pytając,  czy  skończy  w  terminie  swój  doktorat  o 

grobowcach Meri-re i Mehu. Szkoda, że nie widział pan jej 

reakcji... Prawdziwa furia! Langton potrzebował ogromnej 

stanowczości,  żeby  się  jej  przeciwstawić,  tym  bardziej,  że 

uderzył  celnie.  Przypomnienie  drogiej  Albertine,  że  jest 

niezupełnie  w  porządku  w  kwestiach  naukowych,  z 

background image

pewnością nie sprawiło jej przyjemności. Proszę zauważyć, 

że  miała  uczniów.  Weźmy  Villaberta  Glotoniego,  który 

jeszcze nie skończył swojej pracy o magicznych statuetkach 

uchebti...  Zresztą,  to  są  nasze  drobne  kłótnie  w  gronie 

specjalistów,  które  jednak  zwykle  nie  kończą  się 

morderstwem. 

- A jakie jest pańskie zdanie o Domenice Strauss? 

- Cholernie poważna... Skończyła swój doktorat. 

- Na jaki temat? 

-  Stożków  zmartwychwstania...  Nic  nadzwyczajnego, 

przyznaję,  ale  ta  śliczna  blondynka  jest  prawdziwym 

egiptologiem,  oddanym  badaniom.  Mam  wrażenie,  że 

straciła głowę dla Langtona. 

- Czy był wrażliwy na wdzięki panny Strauss? 

-  Anglik  tego  pokroju,  a  kto  to  może  wiedzieć!  To 

prawda,  że  stanowili  ładną  parę.  Ale  Straussówna  miała 

zbyt wiele wad, żeby się jej udało. 

- Co to za wady? - zapytał Dodson. 

- Zbyt uczciwa, zbyt pracowita i zbyt rygorystyczna... 

Na  dłuższą  metę  to  się  staje  nudne.  Nie  potrafi  ani 

intrygować,  ani  rozdawać  kuksańców,  które  pozwalają 

zrobić  błyskotliwą  karierę.  Domenica  Strauss  pozostanie 

zwykłą badaczką i nigdy nie dostanie ważnego stanowiska. 

Langton  mógłby  jej  zapewnić  piękną  przyszłość...  Los 

jednak zadecydował inaczej. 

background image

- Tym razem przybrał kształt zbrodniczej ręki. 

-  Co  to  zmienia?  Któregoś  dnia  i  tak  trzeba  umrzeć. 

Teraz  Langton  jest  wolny  od  wszystkich  materialnych 

trosk.  

Nadinspektor był zbulwersowany. 

- Jak pan może mówić w ten sposób, panie Faxmore? 

- Widać, że nie zna pan Wschodu. Tutaj życie, śmierć i 

upływ czasu nie mają żadnej wartości. Wszyscy skończymy 

w  tym  samym  niebycie.  Jeśli  panowie  mnie  już  nie 

potrzebują, chętnie wrócę do siebie. 

- Kiedy zamierza pan wrócić do Szkocji? - zapytał lord 

Percival. 

-  Jeszcze  nie  teraz...  Ale  kto  może  powiedzieć,  co 

będzie jutro? 

Steven  Faxmore  oddalił  się  wolnym  krokiem,  pozo-

stawiając czerwoną różę jej własnej samotności. 

background image

 

ROZDZIAŁ XVIII 

 

Barwny  asuański  bazar,  równoległy  do  drogi  biegną-

cej  wzdłuż  brzegu,  był  miejscem  chętnie  odwiedzanym 

przez  turystów,  którzy  wpadali  w  zachwyt  na  widok 

wyrobów  z  bawełny,  toreb  z  jaszczurczej  skóry,  koszy, 

muszel  z  Morza  Czerwonego,  hebanowych  maczug  przy-

pominających  o  wojowniczym  charakterze  starożytnych 

Nubijczyków,  i  różnorodnych  przypraw  korzennych,  w 

tym szafranu, pieprzu i kolendry. 

Villabert  Glotoni  lubił  mieszać  się  z  tłumem,  łyknąć 

orzeźwiającej  karkady  i  wałęsać  się,  nie  myśląc  o  pracy  i 

obowiązkach. 

Ostatnimi czasy francuski egiptolog mocno przytył, ale 

nie  zmieniło  to  jego  dziwacznego  wyglądu:  duża,  prawie 

kwadratowa  głowa  bez  szyi,  osadzona  była  na  szerokim 

tułowiu  podtrzymywanym  przez  krótkie  nogi.  Płaski, 

niemal  murzyński  nos,  gęste  brwi,  niesforny  kosmyk 

nieustannie opadający na czoło i wąsik, który od czasu do 

czasu golił. Villabert Glotoni nie był ideałem piękności, ale 

umiał  się  podobać  i  czarować.  Dzięki  temu  uchodził  za 

egiptologa,  dystansując  specjalistów  doświadczonych,  lecz 

nie obdarzonych umiejętnością współżycia z ludźmi. 

Dziś  Glotoni  był  jednym  z  filarów  egipskiej  archeo-

background image

logii. Nic nie mogło się odbywać bez jego wiedzy i zgody. 

To  poczucie  władzy  było  warte  więcej  niż  byle 

upojenie.  Postanowił  to  wykorzystać  aż  do  zaspokojenia 

pragnienia. 

- Co za pasjonujące miejsce, panie Glotoni, prawda? 

Francuski egiptolog obrócił się. 

Mężczyzna,  który  go  zagadnął,  mógł  być  tylko  An-

glikiem.  Zdradzały  go  nieskazitelnie  biały  garnitur  i 

odziedziczony 

po 

kilku 

pokoleniach 

kulturalnych 

przodków 

wygląd 

dżentelmena. 

Za 

to 

tęgawy 

niegustownie ubrany jegomość po jego lewicy przypominał 

raczej  amerykańskiego  turystę,  który  stracił  swoje  ko-

rzenie. 

-  Proszę  pozwolić,  że  przedstawię  nadinspektora 

Dodsona  ze  Scotland  Yardu.  Ja  jestem  lord  Percival 

Kilvanock. 

- Miło mi... panowie... panowie mnie znają? 

- Któż pana nie zna, panie Glotoni?  

Francuz pokraśniał z zadowolenia. 

- Panowie zwiedzają Asuan? 

-  Niestety,  mamy  bardzo  mało  wolnego  czasu,  po-

nieważ  prowadzimy  śledztwo  w  sprawie  śmierci  naszego 

nieszczęsnego rodaka, Howarda Langtona. 

-  Ach,  ten  biedak!  Co  za  nieszczęście,  co  za  straszne 

nieszczęście!  Przyjechał  do  Egiptu,  żeby  objąć  odpowie-

background image

dzialne stanowisko i został zamordowany! 

- Jest pan dobrze poinformowany, panie Glotoni. 

-  Ależ  skąd,  milordzie!  Rozmawiał  pan  z  naszą 

wspaniałą  Albertine  Abletout,  a  ona  wszędzie  rozpo-

wszechniła tę wiadomość. Ma już taki charakter i nikt tego 

nie  zmieni:  jak  wszystkie  kobiety,  niczego  nie  potrafi 

zachować dla siebie. Tak więc dowiedziałem się, że śmierć 

Howarda  Langtona  była  o  wiele  tragiczniejsza,  niż  sobie 

wyobrażałem. Pomyśleć, że umówiliśmy się wraz z kilkoma 

kolegami  na  małe  spotkanie  w  Starej  Katarakcie  i 

czekaliśmy na niego na próżno. 

-  Pierwsze  wyniki  śledztwa  wskazują,  że  zabójca 

znajdował się wśród osób obecnych na tarasie hotelu. 

-  Mój Boże,  to  okropne!  Czy panowie są tego pewni? 

Słyszałem, że policja już zatrzymała winnego. 

- To tylko podejrzany. 

- A... Czy można wiedzieć, kto to taki? 

- Abu, pracownik hotelu. 

- Ten nubijski olbrzym, ten wspaniały mężczyzna? Nie 

do  wiary!  Zauważcie  panowie,  że  jest  bardzo  silny  i 

porywczy.  Słyszałem,  że  wcześniej  z  powodu  jakiejś 

ponurej historii rodzinnej zabił kuzyna. Ale to oczywiście O 

niczym nie świadczy. 

Handlarz  podetknął  Glotoniemu  pod  nos  koszyczek 

nieudolnie 

zdobiony 

przez 

dwójkę 

ze 

swoich 

background image

osiemnaściorga dzieci. 

- Sto funtów egipskich, niedrogo...  

Znużony  Glotoni  pozbył  się  natręta  kilkoma  celnymi 

arabskimi słowami. 

- Egipt to bardzo spokojny kraj, panowie... Tragiczna 

śmierć Langtona wszystkich nas poruszyła. 

- To bolesna strata dla egiptologii. 

Villabert Glotoni skrzywił się i potarł górną wargę. 

- Tu się z panem nie zgodzę, milordzie. Sądzę, że warto 

by zmodyfikować  pańskie zdanie... Być może  Langton  był 

czarujący  i  dobrze  wychowany,  ale  był  kiepskim 

egiptologiem.  Według  mnie  znalazł  swój  dyplom  w 

skarpetce  z  prezentami.  Wystarczyło  zapuścić  sondę,  aby 

się przekonać, iż nie miał żadnych kompetencji i był tylko 

urzędnikiem wysłanym z Londynu, który miał postarać się 

zaprowadzić 

porządek 

na 

terenach 

brytyjskich 

wykopalisk.  Powiedziałem  “postarać",  ponieważ  jeszcze 

żadnemu  urzędasowi  nie  udało  się  wprowadzić  swoich 

metod w terenie. Langton połamałby sobie na tym zęby, tak 

jak inni. 

Francuz zatrzymał się nad piramidą szafranu. 

- Czy wiedzą panowie, że to najdroższa przyprawa na 

świecie? A tutaj jest tego pod dostatkiem! Doprawiam nią 

niemal każdą potrawę. Pozwolą panowie, że im podaruję. 

Targowanie się ze sprzedawcą trwało z dziesięć minut. 

background image

Villabert Glotoni, mający spore doświadczenie, postawił na 

swoim.  Dodson,  z 

dwoma  rożkami  wypełnionymi 

szafranem, czuł się nieco zakłopotany, ale nie dal po sobie 

poznać. 

-  Poza  tym  -  ciągnął  Francuz  -  biedny  Langton 

wydawał  mi  się  niepoprawnym  i  zupełnie  niedzisiejszym 

romantykiem.  Postrzegał  Egipt  jako  swego  rodzaju  raj 

utracony,  gdzie  ukryto  niezliczone  skarby.  Archeologia 

naukowa  już  dawno  odeszła  od  tego  rodzaju  mrzonek. 

Skorupa  naczynia  mówi  nam  więcej  niż  skarby 

Tutanchamona. 

-  Jeśli  dobrze  rozumiem  -  powiedział  lord  Percival  - 

nie lubił pan denata. 

-  Stosunki  między  Anglikami  i  Francuzami  są  dość 

skomplikowane,  zwłaszcza  w  naszej  dziedzinie...  Ale  pró-

bowałem to załagodzić. Gdyby ten biedny Langton żył dłu-

żej, z pewnością by mi się to udało. Zresztą, moim zdaniem, 

nie zagrzałby tu miejsca. O, widział pan to? 

background image

 

 

ROZDZIAŁ XIX 

 

Villabert  Glotoni  wpadł  w  zachwyt  nad  małym  wy-

pchanym krokodylem. 

-  To  już  dzisiaj  rzadkość!  Niektórzy  twierdzą,  że  to 

najskuteczniejszy  talizman  chroniący  przed  złym  okiem. 

Należy  jednak  uważać  na  podróbki  i  twardo  negocjować 

cenę, oko w oko. We trzech nie mamy najmniejszej szansy. 

Ponieważ  obaj  panowie  jesteście  bardzo  sympatyczni, 

pokażę wam coś wyjątkowego. 

Francuz  zanurkował  w  sklepiku  wypełnionym  od 

podłogi  aż  po  sam  sufit  miedzianymi  talerzami  i  podniósł 

jeden z nich. 

-  Zobaczcie  -  szepnął.  -  To  groty  zatrutych  strzał. 

Przynajmniej handlarz tak  twierdzi.  Osobiście  nigdy bym 

się  nie  odważył  ich  kupić;  podobno  zranienie  może  być 

śmiertelne. 

Glotoni  podał  sprzedawcy  jednofuntowy  banknot, 

prawie  nieczytelny  wskutek  ciągłego  przechodzenia  z  rąk 

do rąk, aby mu podziękować za ten pokaz. 

- Tak dobrze zna pan Egipt - powiedział lord Percival - 

z pewnością myślał pan o tej tragedii i zastanawiał się, kto 

mógłby być sprawcą. 

background image

Francuz nerwowo wytarł czoło chusteczką. 

-  Wręcz  przeciwnie, milordzie.  Starałam się odpędzić 

wszystkie  złe  myśli!  Nie  wolno  zatruwać  sobie  umysłu 

takimi okropnościami. 

- Mimo to chyba zgodzi się pan nam pomóc.  

Egiptolog sposępniał. 

-  Ależ  oczywiście...  W  miarę  moich  możliwości, 

rozumie się samo przez się. 

- Wspomniał pan panią Abletout... 

-  Cudowna  kobieta!  Wszyscy chylimy  czoło  przed  jej 

wiedzą  i  niewyczerpaną  energią.  Bez  jej  działalności 

egipska archeologia nie byłaby tym, czym jest. Udało jej się 

zmienić  obyczaje,  pokonać  konformizm  i  właściwie 

ukierunkować  swoje  ekipy  poszukiwawcze.  I  to  z  jakim 

zdumiewającym skutkiem! 

-  A  więc  nie  wyobraża  pan  jej  sobie  w  kostiumie 

zbrodniarki. 

-  Nie  mówi  pan  poważnie,  milordzie.  Pani  Abletout  , 

zaledwie  dostrzegała  Howarda  Langtona.  On,  począt-

kujący, świeżo mianowany, musiał dopiero pokazać, że jest 

coś  warty...  Tym  bardziej,  że  był  Anglikiem!  To  przecież 

Francuzi  stworzyli  egipską  archeologię  i  dokonali 

największych  odkryć.  Panowie  Anglicy  powinni  byli 

spuścić  głowy,  prawda?  O,  przepraszam,  zapomniałem, 

że... 

background image

- Proszę nas nie przepraszać - odparł Szkot. - Pańskie 

rozumowanie jest słuszne. 

- Gra pan fair, milordzie. 

- Jestem tylko obiektywny, nawet jeśli wielcy angielscy 

archeolodzy,  jak  Putrie  i  Howard  Cartcr,  odkrywca 

grobowca Tutanchamona,  dorzucili swój  kamyczek  do tej 

budowli. Wydaje mi się, że teraz coraz więcej egiptologów 

to Egipcjanie. 

- Rzeczywiście, to nieodwracalna tendencja. 

-  A jednak usłyszałem niejedną krytykę pod adresem 

inspektora Ahmeda al-Fostata. 

-  Złe  języki!  -  gwałtownie  zaprotestował  Glotoni.  - 

Ahmed  jest  uroczym  człowiekiem,  który  wykonuje  swój 

zawód  z  największą  sumiennością  zawodową.  Jest 

najlepszym  inspektorem  egipskim,  z  jakim  się  zetknąłem. 

Oczywiście, kilku zawistnych kolegów zazdrościło mu jego 

stanowiska,  ale  to  ludzkie,  prawda?  Po  kilku  niewielkich 

sprzeczkach,  nieuniknionych  między  ludźmi,  którzy  się 

słabo znają, w końcu doceniliby się wzajemnie i skutecznie 

współpracowali. 

- Jak przypuszczam, nie mógłby pan tyle powiedzieć o 

Abd el-Mosulu? 

- Dlaczego mi pan o nim wspomina? 

-  Ponieważ  był  w  Starej  Katarakcie  w  dniu  morder-

stwa. 

background image

-  To prawda... Ale Abd el-Mosul nie zasługuje na tak 

paskudną opinię, jaka do niego przylgnęła. To prawda, że 

jest  ofiarą  niechlubnej  przeszłości  rodzinnej,  ale  dziś  jest 

tylko  sympatycznym  staruszkiem,  któremu  sprawia 

przyjemność  rozpowszechnianie  mniej  lub  bardziej 

przerażających  historyjek.  Egipcjanie  są  niezrównanymi 

gawędziarzami  i  bez  umiaru  koloryzują.  Działalność  Abd 

el-Mosula  należy  do  zamkniętej  przeszłości,  którą  lubi 

upiększać. 

-  Czy  bardziej  niepokoi  pana  zachowanie  doktora 

Qerry? 

Villabert Glotoni ze zdziwienia szerzej otworzył oczy: 

-  Dlaczego  miałoby  mnie  niepokoić?  Allan  Oerry 

ubiera  się  dość  ponuro,  przyznaję,  ale  nie  można  oceniać 

ludzi  po  wyglądzie.  Qerry  jest  specjalistą  od  mumii, 

jednym  z  najlepszych.  Przeszkadza  mu  jego  trudny  cha-

rakter  i  niezwykła  skłonność  do  samotności.  Czy  to 

zbrodnia? O, proszę spójrzeć! Rzeźbiony ząb hipopotama. 

Pochodzi  z  daleka,  bo  w  Nilu  już  od  dawna  nie  ma 

hipopotamów.  Sprzedaż  tego  rodzaju  artykułów  jest  czę-

ściowo  zakazana,  ale  tu  wszystko  można  załatwić  przy 

odrobinie dyplomacji. 

-  Czy  hipopotam  nie  był  zwierzęciem  boga  Setha, 

niszczyciela? 

- W rzeczy samej, milordzie. Niszczyciela, takiego jak 

background image

Faxmore, Szkot, którego wszyscy się boją. 

- Z jakiego powodu? - zapytał Dodson. 

-  Ponieważ  uważa  się  za  ucieleśnienie  księcia  piekieł, 

dzierżącego  nóż  ścinający  głowy  śmiałkom,  którzy  mu  się 

przeciwstawiają. 

- Przypuszczam, że to głupie żarty. 

-  Wcale  nie!  Groził  wielu  osobom,  także  mnie, 

ogromnym  rzeźnickim  nożem  i  nie  wyglądał,  jakby  żar-

tował.  “Jestem  bogiem  mścicielem  i  pożeraczem  dusz", 

krzyczał. 

- W takim razie trzeba go zamknąć! 

-  Jesteśmy w Egipcie, nadinspektorze, a Faxmore'owi 

daleko do szaleństwa. Widzi starożytność na swój sposób i 

doskonale  sobie  radzi.  Przyjazd  Langtona  był  mu  nie  w 

smak, to jasne, ale od tego do oskarżenia... 

-  Wiem,  że  Langton  miał  przyjaciółkę,  Domenicę 

Strauss. 

-  Ach,  co  to  za  straszna  kobieta!  To  wszystko  przez 

nią! 

Francuski egiptolog poczerwieniał ze złości: 

-  Czy  mógłby  pan  mówić  jaśniej?  -  zapytał  lord 

Percival. 

-  Co  pan  chce,  żebym  panu  jeszcze  powiedział?  Ta 

Domenica  intrygowała  od  momentu  swego  przyjazdu  do 

Egiptu  i  Bóg  jeden  wie,  co  mogła  wymyślić,  żeby  złowić 

background image

Howarda Langtona w swoje sieci. Gdybyście poszukali od 

tej  strony,  nie  zawiedlibyście  się.  No,  ale  bardzo  mi 

przykro.  Pilne  spotkanie  zmusza  mnie  do  opuszczenia 

panów. Mam nadzieje, że nie mają mi panowie za złe? Być 

może się spotkamy. Byłaby to dla mnie przyjemność. 

Villabert  Glotoni  zgrabnie  i  szybko  wmieszał  się  w 

tłum. Po chwili zniknął. 

-  Na  dłuższą  metę  ten  typ  jest  trudny  do  zniesienia  - 

ocenił nadinspektor. - Zastanawiam się, czy gra, czy też jest 

szczery. 

-  Czy  mogę  pana  zaprosić  do  hotelu  na  zimne  piwo, 

mój drogi Dodsonie? 

- Mam wrażenie, że drepczemy w miejscu, milordzie. 

-  I  tak,  i  nie.  Opracowaliśmy  już  kilka  ścieżek. 

Niektóre z nich mogą nas doprowadzić do celu. 

- Egipska policja będzie nam prawdopodobnie rzucać 

kłody pod nogi. 

-  A  więc  będziemy  musieli  nauczyć  się  omijać  prze-

szkody. 

-  Proszę  mi  powiedzieć,  milordzie...  Czy  za  tym 

Glotonim nie ciągnie się jakiś nieznośny zapach? 

-  To  zapach  różanego  olejku,  typowy  dla  Egiptu. 

Można go łatwo kupić na bazarze. 

background image

 

ROZDZIAŁ XX 

 

Zachód słońca, kiedy wydmy stroiły się w złoto, a Nil w 

srebro,  był  zawsze  magiczny.  Wydawało  się,  że  nawet 

odgłosy miasta cichną wobec spokoju wieczoru, tej uroczej 

chwili, w której dzień i noc świętują fantastyczne gody. 

Upal  zelżał,  a  piwo  było  wyborne.  Angus  Dodson 

odzyskał siły, ale obawiał się, że nie wytrzyma już długo w 

tym klimacie, beznadziejnie pozbawionym deszczu i mgły. 

Nad  nadinspektorem  pochylił  się  kierownik  sali  w 

czerwonej liberii: 

- Pańska rozmowa. 

- Czy to Scotland Yard? 

-  Tak  mi  powiedziano.  Przed  chwilą  uzyskaliśmy 

połączenie. 

Dodson zerwał się z postanowieniem nierozłączania się 

do momentu, aż otrzyma upragnioną wiadomość. Bojowym 

krokiem poszedł w kierunku telefonu. 

Kierownik  sali  pochylił  się  również  nad  Szkotem.  Na 

miedzianej tacy leżała koperta. 

-  Wiadomość  dla  pana,  milordzie.  Arystokrata 

otworzył kopertę. Wiadomość była krótka: 

 

Jeśli chce pan poznać prawdę, proszę iść do pokoju 102. 

background image

 

Zawierała  błąd  ortograficzny:  słowo  “prawda"  napi-

sano  przez  “f;  oprócz  tego  słowa  “pan"  oraz  “iść"  były 

napisane wspak, od prawej ku lewej. 

Lord  Percival,  oceniwszy,  że  Dodson  nie  wróci  przed 

upływem  kwadransa,  postanowił  przedsięwziąć  wyprawę, 

do której namawiał go tajemniczy korespondent. 

O  tej  godzinie  remontowany  hotel  był  cichy  i  wy-

ludniony. 

Szkot  szedł  bezszelestnie  ciemnym  korytarzem  pro-

wadzącym do pokoju 102. 

Nagle odniósł wrażenie, że ktoś go śledzi. 

Nieopodal zaskrzypiał parkiet. 

Anglik wstrzymał oddech, przystanął, po chwili powoli 

cofnął się, chcąc zaskoczyć szpiega. 

Lord  Perciyal  nie  był  ani  emerytowanym  bokserem, 

ani  doświadczonym  wojownikiem,  ale  uprawiał  wiele 

sportów  i  nigdy  nie  unikał  walki.  W  Eton  nie  uległ  trzem 

londyńczykom,  którzy  wymieniali  niegrzeczne  uwagi  pod 

adresem Szkotów. Zostali na placu boju z kilkoma guzami i 

złamanym nosem. 

Podłoga  znowu  skrzypnęła,  ale  był  to  tylko  trzask 

drewna.  Nie  dostrzegłszy  śladów  obecności  człowieka, 

arystokrata poszedł dalej. 

Przekręcił gałkę w drzwiach pokoju 102, które nie były 

background image

zamknięte na klucz, i wśliznął się zręcznie jak kot. 

Odnowiony pokój był komfortowy. 

Na łóżku leżała duża koperta miejscowej produkcji. 

Lord  Percival  otworzył  ją.  W  środku  znajdował  się 

fajansowy  amulet  -  krokodyl  z  wykonanym  na  grzbiecie 

czerwonymi  wersalikami  napisem  “Howard  Langton". 

Przedmiot  absolutnie  współczesny,  pochodzący  z  pod-

rzędnej wytwórni podróbek. 

Szkot uśmiechnął się. 

Uczciwość  zawodowa  kazała  mu  obejrzeć  pokój.  Tak 

jak  przewidywał,  nie  znalazł  nic  więcej.  Wzbogacony  o 

cenną  wskazówkę,  wrócił  na  taras  i  czekał  na  Dodsona, 

rozkoszując się ciszą zapadającej nocy. 

Nadinspektor  pojawił  się  pól  godziny  później,  wy-

cierając czoło. 

-  Rozmawiałem  ze  Scotland  Yardem!  -  zaanonsował 

triumfalnie.  -  W  Londynie  wszystko  w  porządku:  wielki 

smog i  żaden,  nawet najmniejszy skandal nie dotyczył Jej 

Królewskiej  Mości.  Za  to  na  moim  biurku  piętrzą  się 

raporty  i  wszyscy  z  niecierpliwością  oczekują  mojego 

powrotu,  tym  bardziej,  że  sam  szef  otrzymał  telegram  od 

komisarza  Abdel-Atifa,  który  donosi,  że  sprawa  została 

rozwiązana,  a  winny  siedzi  w  areszcie.  Tłumaczyłem,  że 

mamy  odmienne  zdanie,  ale  nie  doszliśmy  jeszcze  do 

ostatecznych wniosków. 

background image

- A co ze Scottish Brewer? 

-  To  bardzo  znana  marka,  która,  według  kartoteki 

Yardu,  nie  ma  nawet  nielegalnych  destylatorni.  Ma  za  to 

kairskie  biuro,  w  którym  prowadzi  się  badania  nad 

możliwością  otwarcia  rynku  w  Egipcie.  Od  około  roku 

prowadzone są pertraktacje, ale strasznie się ciągną. 

- Interesujące - ocenił lord Percival. - Ma pan adres? 

- Adres i nazwisko egipskiego przedstawiciela. 

-  Znakomicie,  mój  drogi  Dodsonie.  Ja  również  nie 

traciłem czasu. 

- Co się działo? 

- Ktoś stara się nam pomóc, nadinspektorze. 

- Pomóc nam?... W jaki sposób? 

- Wskazując nam ścieżkę prowadzącą do mordercy. 

-  Ale...  kto  jest  tym  nieoczekiwanym  współpracow-

nikiem? 

-  Osoba  raczej  niezręczna,  która  pozostawia  zdecy-

dowanie zbyt dużo śladów. Same wskazówki zaś są bardzo 

wymowne. 

Arystokrata  pokazał  Dodsonowi  amulet  w  kształcie 

krokodyla. 

-  Przedmiot  tyle  zabawny,  co  okropny...  Ale  jest  tu 

nazwisko Howarda Langtona! 

- Co pan sądzi o kolorze atramentu? 

- Czerwony... Czy ma to jakieś szczególne znaczenie? 

background image

- W takiej sytuacji to rodzaj uroku. Ktoś, kto napisał 

czerwonym  kolorem  nazwisko  Langtona  na  tym  kroko-

dylu, źle mu życzył. 

-  Inaczej  mówiąc,  ta  okropna  zabawka  miałaby  na-

leżeć do mordercy? 

- Pańskie rozumowanie jest logiczne. 

- A... o kim pan myśli? 

- Kto nosi amulet w kształcie krokodyla, jeśli nie Abu, 

nubijski wielkolud zatrzymany przez egipską policję? Jeśli 

właściwie  interpretować  tę  wskazówkę,  oznacza  ona,  że 

Abu  rzucił  urok  na  Howarda  Langtona  i  chciał  pożreć 

swoją zdobycz jak krokodyl. 

- Abu byłby więc winny... 

- Przynajmniej ktoś chce, żebyśmy w to uwierzyli i jak 

najprędzej opuścili ten kraj. 

- A... co zamierza pan zrobić, milordzie? 

-  Jeszcze  przez  kilka  minut  rozmyślać  o  bogactwie 

dynastii  faraonów,  zjeść  skromną  kolację,  dobrze  się 

wyspać,  a  później  pójść  do  autora  tej  wiadomości,  który 

oskarża  Abu,  i  zapytać,  czy  jego  rewelacje  są  prawdziwe. 

Proszę się nacieszyć Starą Kataraktą, mój drogi Dodsonie; 

chwile snu na jawie to w życiu rzadkość. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXI 

 

Lord  Percival  i  Dodson  zaskoczyli  komisarza  Omara 

Abdel-Atifa, kiedy nadziewał świeżym pomidorem i cebulą 

gorący podpłomyk kupiony w sąsiedniej piekarni. 

- Drodzy przyjaciele! Ranne z was ptaszki. 

- Czy to nie znakomita pora na pracę? - zapytał Szkot. 

- Jest jeszcze trochę chłodno, ale mają panowie rację... 

Co przyniosły przesłuchania? 

-  W  pełnym  poszanowaniu  prawa,  krok  po  kroku, 

posuwamy się naprzód, komisarzu. 

-  Bardzo  się  z  tego  cieszę!  A  ja  mogę  panom 

powiedzieć,  że  mam  przeczucie:  Abu  już  wkrótce  się 

przyzna. 

- Interesujące... 

Omar Abdel-Atif uważnie spojrzał na rozmówcę. 

- Co pana tak dziwi, milordzie? 

-  Nieoczekiwana  wskazówka  potwierdzająca  pańską 

hipotezę. 

Szeroki uśmiech rozjaśnił twarz Egipcjanina. 

-  No  widzi  pan!  Byłem  pewien,  że  w  końcu  rozsądek 

zwycięży. 

-  Ściślej  mówiąc,  wszystko  wskazuje  na  to,  że  ktoś 

chce,  żeby  Abu  uchodził  za  winnego,  co  zwiększa  moje 

background image

przekonanie o jego niewinności. 

Uśmiech zgasł. 

- Zupełnie pana nie rozumiem, milordzie. 

-  Drogi  komisarzu,  jestem  panu  winien  kilka  wyjaś-

nień. Ktoś dostarczył mi wskazówkę, szytą raczej grubymi 

nićmi, chcąc mnie przekonać, że Abu usiłował rzucić urok 

na  Howarda  Langtona.  Inaczej  mówiąc,  że  próbował  go 

zabić. A ponieważ czarna magia okazała się nieskuteczna, 

Nubijczyk  przeszedł  do  czynu  i  ugodził  sztyletem 

człowieka, którego nienawidził. 

-  Oto  doskonała  rekonstrukcja faktów, milordzie! Co 

pan jej zarzuca? 

-  Chodzi  mi  o  kilka  niejasnych  szczegółów...  Autor 

listu wiedział,  że  mieszkam  w  Starej  Katarakcie.  Nie  znał 

biegle mojego języka, ponieważ zrobił błędy ortograficzne. 

Jest Egipcjaninem, ponieważ pewne słowa zapisał z prawa 

na  lewo,  a  nie  z  lewa  na  prawo.  I  wreszcie  zależy  mu  na 

tym, żeby śledztwo zostało zakończone jak najszybciej, aby 

uniknąć  kłopotów  administracyjnych  i  pozbyć  się  tej 

skomplikowanej  sprawy.  Musiał  mnie  więc  przekonać,  że 

winny jest Abu. 

Twarz komisarza Omara Abdel-Atifa przybrała dziw-

ny  odcień,  między  bladym  brązem  a  ciemnym  popieleni. 

Zduszonym głosem powiedział: 

- Rozumiem, że nie traktuje pan tego poważnie... 

background image

- Uważam ten liścik za swego rodzaju żart - powiedział 

lord  Percival  niczym  srogi  nauczyciel  do  ucznia,  którego 

podejrzewa o oszustwo. 

Omar Abdel-Atif przełknął ślinę. 

-  Pańska  postawa  wydaje  mi  się  przekonująca,  mi-

lordzie.  Może  lepiej  zapomnieć  o  tym  incydencie  i  nie 

odnotowywać go w żadnym dokumencie. 

- Takie jest właśnie moje zdanie.  

Egipski policjant odetchnął z ulgą. 

-  Zapomnijmy,  zapomnijmy  -  namawiał  gorliwie.  - 

Biurokracja to jedna z naszych wad, lepiej nie zwracać na 

to uwagi. 

Uświadomiwszy sobie  nagle  bardzo  nieprzyjemną  sy-

tuację, komisarz Abdel-Atif znowu się zdenerwował: 

-  Jeżeli  Abu  nie  jest  winny,  to  kogo  panowie  po-

dejrzewają? 

-  Za  wcześnie  na  formułowanie  rozsądnych  hipotez, 

ale  nadinspektor  Dodson  i  ja  nie  rezygnujemy  z  odkrycia 

prawdy. Chciałbym pana poprosić o drobną przysługę. 

- Do usług, milordzie. 

-  Czy  mógłby  mi  pan  zorganizować  nieoficjalne 

spotkanie z Abd el-Mosulem? Przypuszczam, że nie będzie 

chętny  do  rozmowy  ze  śledczymi,  ale  koniecznie  muszę  z 

nim pomówić. 

-  Gdyby  pan  mógł  zrezygnować  z  tego,  milordzie... 

background image

Abd el-Mosul jest starszym człowiekiem, mówią, że nie jest 

tak  groźny  jak  niegdyś,  ale,  moim  zdaniem,  trzeba 

zachować  ostrożność...  Jeśliby  to  spotkanie  nie  było 

naprawdę konieczne... 

- Naprawdę jest konieczne. 

-  No  cóż...  A  pan  nie  jest  człowiekiem,  który zmienia 

zdanie? 

- Rzadko, kiedy gra jest warta świeczki. 

- Dobrze, dobrze... Zrobię, co będę mógł. 

-  Tego  się  właśnie  spodziewałem,  komisarzu. 

Podwładny  komisarza  zapowiedział  wizytę  doktora 

Butrosa. 

Koptyjski  lekarz,  jak  zawsze  w  swoim  siermiężnym 

brązowym  garniturze,  z  ciężką  czarną  walizką,  przywitał 

się,  usiadł,  przetarł  grube  szkła  okularów  w  kościanych 

oprawkach i powiedział uroczyście: 

-  Panowie,  współczesna  nauka  jest  istotną  zdobyczą 

ludzkiego umysłu. Dzięki niej możemy skutecznie zwalczać 

przestępczość. 

Te  słowa  zachwyciły  nadinspektora  Dodsona.  W  jed-

nej  chwili  znalazł  się  w  Scotland  Yardzie,  wspomagany 

przez wszystkie najnowocześniejsze nowinki techniczne. 

-  Dzięki  specjalistom  z mojego  laboratorium  -  podjął 

doktor Butros - udało mi się ustalić niemal pewną godzinę 

morderstwa. 

background image

Lord  Percival  wyczuł,  że  jego  koptyjski  przyjaciel 

stopniuje  efekt  i  powstrzymał się  od  zadawania  pytań. Po 

około  pół  minuty  doktor  Butros  zgodził  się  podać 

najważniejszą wiadomość. 

- Możecie panowie przyjąć, że Howard Langton został 

zamordowany między szesnastą trzydzieści a siedemnastą. 

-  Czy pan jest całkowicie  pewien?  -  zapytał komisarz 

Abdel-Atif. 

-  Nie  ma  wątpliwości.  Ale  to  nie  wszystko:  ponieważ 

zaintrygował  mnie  kołnierz  koszuli  ofiary,  zleciłem  prze-

prowadzenie  bardzo  szczegółowej  analizy.  Mogę  więc  pa-

nom oznajmić, że kołnierz został nasączony perfumami. 

-  Może  Langton  lubił  się  perfumować  -  podsunął 

nadinspektor. 

-  Nieprawdopodobne,  żeby  aż  do  tego  stopnia  - 

sprzeciwił  się  doktor  Butros.  -  Przyzwoity  Brytyjczyk  tej 

klasy  nie  perfumowałby  się w  ten  sposób.  Jeśli  nie  jestem 

już panom potrzebny, wracam do Kairu. 

Lord  Percival,  chociaż  pogrążony  w  myślach,  nie 

omieszkał  podziękować  lekarzowi  sądowemu  za  współ-

pracę. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXII 

 

Komisarz  Omar  Abdel-Atif  skrzyżował  dłonie  na 

wydatnym brzuchu. 

-  Proszę  posłuchać,  milordzie.  Mimo  wszystko  nie 

mogę wyrazić zgody na pańskie prośby! 

-  Rozumiem,  komisarzu.  Ale  w  tym  przypadku  musi 

pan przyznać, że chodzi o postępowanie czysto techniczne. 

-  Właśnie  -  potwierdził  Dodson.  -  Z  raportu  lekarza 

sądowego  jasno  wynika,  że  Howard  Langton  został  za-

mordowany  na  godzinę  przed  spotkaniem egiptologów  na 

tarasie Starej Katarakty. Stąd wszyscy podejrzani, którzy 

przedstawią  solidne  alibi  na  czas  zbrodni,  będą 

uniewinnieni. 

-  Ja  jednak  nie  zamierzam  przesłuchiwać  tych  wszy-

stkich  osób!  Poza  tym  mogliby  kłamać...  A  jak  to 

sprawdzić?  Robi  się  to  jedynie  w  przypadkach  grożących 

zatargiem dyplomatycznym. 

- Sprawdźmy tylko jedno alibi - zaproponował Szkot. - 

Myślę o Abu. 

- Czy to konieczne? 

Dodson potakująco skinął głową. Komisarz Abdel-Atif 

westchnął: 

- Jak zamierzają panowie to zrobić? 

background image

- Proszę wezwać Abu - zasugerował lord Percival. 

- Ponieważ nie ma innego sposobu...  

Dwaj policjanci przyprowadzili nubijskiego olbrzyma. 

Na jego twarzy malowała się obojętność. 

-  Jak  się  pan  miewa,  panie  Abu?  -  zapytał  lord 

Percival. 

-  Dobrze na tyle, na ile to możliwe, wasza dostojność. 

Dzięki  panu  traktowali  mnie  dobrze.  Jedzenie  słabe, 

więzienie  potwornie  smutne,  ale  dają  mi  spokój.  A 

ponieważ  zawarłem  ugodę  z  mijającym  czasem,  wszystko 

idzie ku lepszemu. 

-  Nasze śledztwo  postępuje,  muszę panu zadać ważne 

pytanie. Czy zgadza się pan odpowiedzieć? 

- Tak, wasza dostojność. 

-  Gdzie  pan  był  w  dniu  morderstwa  Howarda 

Langtona  między  godziną  szesnastą 

trzydzieści  a 

siedemnastą? Nubijczyk przez dłuższy czas milczał. 

-  Normalnie  miałbym  pewne  trudności  z  precyzyjną 

odpowiedzią na takie pytanie. 

- No widzicie! - zawołał komisarz Abdel-Atif. - Nie ma 

żadnego alibi! 

-  Tamten  dzień  był  jednak  niepodobny  do  innych  - 

ciągnął Nubijczyk, nie pozwalając sobie przerwać. - Służbę 

miałem  dopiero  pod  wieczór.  Na  Wschodzie  nie 

przywiązujemy  wielkiego  znaczenia  do  czasu,  ale  jeśli  się 

background image

chce utrzymać posadę w Starej Katarakcie, lepiej nagiąć się 

do 

zachodnich 

zwyczajów. 

Zgodnie 

poleceniem 

przyszedłem  o  siedemnastej  trzydzieści  do  mojego 

zwierzchnika,  który  powierzył  mi  nowe  zadanie:  miałem 

dokładnie  obejrzeć  pokój  Agaty  Christie,  aby  go 

przygotować do remontu. 

- To cię bynajmniej nie uniewinnia - ocenił komisarz. 

- Co robiłeś wcześniej? 

-  Odpoczywałem  u  babci,  na  wiosce,  i  wyszedłem 

stamtąd o siedemnastej piętnaście. 

-  Jak  możesz  podawać  tak  dokładny  czas!  -  zapro-

testował Abdel-Atif. - Opowiadasz bzdury! 

-  Mówię  prawdę  -  potwierdził  spokojnie  Abu.  -  Syn 

mojej siostry dostał wtedy zegarek na urodziny i był bardzo 

dumny,  że  może  mi  podać  godzinę,  kiedy  wsiadałem  do 

feluki, aby przepłynąć Nil. 

- Przestań kłamać, Abu! Pogarszasz swoją sytuację! 

-  Proponuję,  żebyśmy  to  sprawdzili  -  powiedział 

nadinspektor. 

Omar  Abdel-Atif  zagłębił  się  w  fotelu,  nie  będąc  w 

stanie  się  przeciwstawić  funkcjonariuszowi  Scotland 

Yardu.  Jednak  jeśli  było  miejsce,  gdzie  nie  chciałby  się 

udać, to była właśnie wioska Abu. 

Część  Elefantyny  zajmowała  nubijska  wioska  drze-

miąca  w  cieniu  palm.  Domy,  których  fasady  pomalowane 

background image

były na żółto, żółtobrązowo, zielono lub niebiesko, dzieliły 

wąskie uliczki, w których królował dobroczynny cień. 

Abu, eskortowany przez dwóch umundurowanych po-

licjantów,  prowadził  obu  Brytyjczyków  i  komisarza  do 

rodzinnego  gniazda,  które  mieściło  się  w  kompleksie 

budynków.  Na  jednej  ze  ścian  widniał  niczym  komiks 

obraz  podróży  wielkiego  ojca  do  Mekki,  od  wyjazdu  Z 

Elefantyny, poprzez niezapomnianą podróż samolotem, aż 

po przybycie do świętego miejsca. 

-  Abu!  -  krzyknęła  starsza  kobieta  w  czerni,  ale  z 

odkrytą twarzą. - Co ci się stało? 

-  Nic  takiego,  babciu.  Prawda  w  końcu  zatriumfuje. 

Policja chciałaby porozmawiać z Mohamedem. 

-  Gra  w  piłkę  z  kolegami.  Wejdźcie  napić  się  zimnej 

wody. 

Dodsona 

zdumiało 

zachowanie 

komisarza 

Abdel-Atifa.  Chował  się  za  swoimi  ludźmi,  aby  nie 

zauważyła  go  starsza  pani,  która  pchnęła  pomalowane  na 

niebiesko  drzwi  i  wpuściła  gości  na  zacienione  podwórko. 

W rogu znajdowała się terakotowa “kapliczka", na której 

stal duży dzban zimnej wody. 

Usiedli  na  drewnianych  ławach,  a  babcia  uroczyście 

nalewała każdemu po trochę cennego płynu. 

Zobaczyła komisarza: 

- Omar! Co za głupstwo jeszcze popełnisz, aby wspiąć 

background image

się wyżej w tej twojej przeklętej hierarchii? Dobrze wiesz, 

że Abu to porządny chłopak, absolutnie uczciwy! 

Jak  większość  mężczyzn  w  Egipcie,  komisarz  Ab-

del-Atif najbardziej obawiał się starych kobiet, które same 

stanowiły prawo i nie uznawały żadnej innej władzy. 

- To nieco skomplikowana sprawa i policja musi... 

-  Przestań  pleść  bzdury!  Musisz  dać  się  komuś  we 

znaki z powodu twojego awansu i wybrałeś Abu, ponieważ 

nie było nikogo innego pod ręką, a ten biedny chłopak nie 

może się bronić. To źle, bardzo źle, i cała wieś się zbuntuje, 

jeśli go natychmiast nie uwolnisz! 

Kobieta  już  miała  wybuchnąć  gniewem,  na  szczęście 

dla komisarza do domu wbiegł młody Mohamed. 

Na ręce miał nowy zegarek. 

- Wygraliśmy trzynaście do zera - oświadczył dumnie. 

Komisarz  usiłował  znów  zapanować  nad  sytuacją  i 

zażądał od młodego sportowca zeznania na temat tego, co 

robił Abu w dniu zbrodni. 

Mohamed  potwierdził  słowa  olbrzyma,  podobnie  jak 

babcia i dziesiątka innych członków rodziny, którzy stali na 

zewnątrz  domu,  domagając  się,  żeby  komisarz  dokładnie 

zapisał ich zeznania. 

-  Drogi  kolego  -  zauważył  Dodson  -  czy  wniosek  nie 

nasuwa się sam przez się? 

Omar Abdel-Atif usiłował jeszcze wyjść z honorem: 

background image

- Nie wiem, co pan chce powiedzieć... 

-  Każdy  trybunał  uwolniłby  Abu.  Dłuższe  przetrzy-

mywanie go w areszcie może zaszkodzić pańskiej karierze. 

Egipcjanin musiał przyznać, że jego kolega ma rację. 

- Dobrze... Zajmę się formalnościami. Ale jeśli nie on, 

to  znaczy,  że  mordercą  jest  ktoś  inny!  I  kogo  ja 

zaaresztuję? 

background image

 

ROZDZIAŁ XXIII 

 

Słońce  wschodziło  nad  świątynią  w  File,  królestwem 

wielkiej  czarodziejki 

Izydy. 

File,  którą 

francuski 

powieściopisarz  Pierre  Loti  nazwał  “perłą  Egiptu",  zaj-

mowała całą powierzchnię niewielkiej wyspy długości około 

czterystu i szerokości stu  trzydziestu metrów.  Tu  nie było 

miejsca  dla  świeckich.  Kapłani  starożytnego  Egiptu  czcili 

tu  “odległą  boginię",  wściekłą  lwicę  powracającą  z 

Dalekiego Południa, która dzięki obrzędom zmieniała się w 

łagodną i miłą kotkę. Na File królowały muzyka i miłość, w 

tym  niepowtarzalnym  miejscu  bogini  Izyda  odkrywała 

wiernym tajemnicę zmartwychwstania. 

Mimo że Dodson czuł się nieswojo w niewielkiej barce 

motorowej,  którą  jechał  na  wyspę  w  towarzystwie  lorda 

Percivala,  zapomniał  o  swoich  obawach,  zafascynowany 

pejzażem. 

W jednej chwili współczesny świat zniknął. Były tylko 

wznoszące się ku niebu pylony świątyni Izydy, sanktuarium 

położone na wodzie, z dala od ludzkich niegodziwości. 

Nadinspektor, z głową owiniętą białą chustą, wbity w 

przyciasny  kolonialny  garnitur,  cierpiał  na  chorobę 

morską.  Lord  Percival,  w  swoim  dziewiczo  białym  gar-

niturze  i  w  kapeluszu  z  szerokim  rondem,  otoczony 

background image

wyrafinowanym  zapachem  lawendy,  w  skupieniu  kon-

templował File. 

Barka  dobiła  do  małego  pomostu.  Kapitan  pomógł 

Dodsonowi wstać i przejść wąską kładką na ląd. 

Lord Percival i Dodson pokonali współczesne schody, 

następnie arystokrata skierował się w lewo, aby pokazać 

Abd el-Mosul lekko się uśmiechnął. 

-  Jeden  z  moich  synów  chciał  go  zatrudnić  jako 

służącego w swoim domu w Luksorze. Abu za bardzo kocha 

Asuan,  aby  opuścić  to  miasto,  więc  odmówił.  Mój  syn 

potraktował  tę  odmowę  jako  zniewagę  i  podniósł  głos. 

Musiałem  interweniować,  żeby  go  uspokoić  i  wszystko 

wróciło do normy. Oto mój jedyny spór z Abu, który cieszy 

się  powszechnym  szacunkiem  i  wykonuje  dobrą  robotę  w 

Starej  Katarakcie.  Jest  zresztą  bardzo  ceniony  przez 

swoich zwierzchników i przez turystów. 

Fasada  pierwszego  pylonu  świątyni  Izydy  była  jed-

nocześnie elegancka i potężna. Wielkich rozmiarów bogini, 

przedstawiona  po  obu  stronach  bramy,  wydzielała 

magiczne  fluidy,  dzięki  którym  faraon  mógł  pokonać 

swoich  widzialnych  i  niewidzialnych  wrogów  i  został 

przyjęty do kręgu bóstw. 

- Co pan sądził o Howardzie Langtonie? - zapytał lord 

Perci val Abd el-Mosula. 

Egipcjanin przez dłuższą chwilę milczał. 

background image

- To był człowiek z zewnątrz. Całkowicie z zewnątrz. 

ROZDZIAŁ XXIV 

 

Abd el-Mosul, lord Percival i Angus Dodson przekro-

czyli  bramę  świątyni  Izydy  i  weszli  na  wielki  dziedziniec 

zamknięty  drugim  pylonem,  przesuniętym  względem 

pierwszego.  Po  lewej  stronie  dziedzińca  znajdowało  się 

inammisi,  niewielkie  sanktuarium,  w  którym  świętowano 

narodziny  Horusa,  syna  zmartwychwstałego  Ozyrysa. 

Dzięki  swojej  mocy  i  znajomości  leków  Izyda  miała 

ochraniać  dziecko  przed  złymi  uczynkami  Setha,  aby 

mogło  dorosnąć  i  w  przyszłości  zostać  faraonem.  W  ten 

sposób wielka bogini walczyła ze złem i ciemnymi mocami. 

Abd el-Mosul zatrzymał się. 

-  W  moim  długim  życiu  poznałem  wielu  Europej-

czyków  -  zwierzył  się  -  egiptologów,  biznesmenów, 

podróżników,  wielkie  indywidualności,  krótko  mówiąc, 

ludzi  różnego  pokroju...  Ale  ten  Howard  Langton  miał 

dziwną  cechę:  był  na  wskroś  uczciwy.  Nie  trochę  uczciwy 

czy  uczciwy  okazyjnie  lub  tylko  w  pewnych  oko-

licznościach,  lub  z  obowiązku;  nie:  był  z  gruntu  czło-

wiekiem  uczciwym,  a  w  konsekwencji  dziwakiem.  Dzięki 

temu miał szansę stać się obiektem muzealnym. 

-  Dlaczego  jest  pan  tak  kategoryczny?  -  zapytał  lord 

Percival. 

background image

-  Instynkt  starego  człowieka  można  porównać  do 

instynktu rybaka lub myśliwego - nigdy nie zawodzi. 

- Co pan jeszcze wie o Langtonie? - dopytywał się lord 

Percival. 

-  Już  nic więcej.  W  moim  wieku  człowiek szykuje  się 

na tamten świat i nie interesuje się już życiem innych. 

- Czy jego kolega Steven Faxmore pozostawał z nim w 

dobrych stosunkach? 

-  Trudne  pytanie.  Jak  mogę  oceniać  relacje  między 

dwoma  Brytyjczykami:  Anglikiem  i  Szkotem?  Według 

mojej  wiedzy  ta  odmienność  stworzyła  między  nimi 

przepaść szczególnie trudną do pokonania. 

- Przypuszczam, że poznał pan Faxmore'a? 

-  To  człowiek,  którego  wszędzie  pełno  i  który  wie  o 

Egipcie  mniej,  niż  mu  się  wydaje.  W  gruncie  rzeczy  nie 

interesuje  się  moim  krajem  i  goni  za  mrzonką,  która 

niewątpliwie nie ma wiele wspólnego z nauką. Faxmore to 

człowiek niebezpieczny, to jasne, nie wolno go lekceważyć, 

ale  połamie  sobie  zęby,  bo  ma  większą  ambicję  niż 

możliwości. 

- A jaka jest, pańskim zdaniem, ta ambicja? - zapytał 

Dodson. 

- Skąd miałbym wiedzieć? 

Abd el-Mosul przystanął przed wejściem do drugiego 

pylonu świątyni Izydy. 

background image

Nadinspektor zauważył jego pomieszanie. 

- Nie chce pan zwiedzić sali kolumnowej? 

-  Nie,  panie  Dodson.  Niech  sobie  mówią,  że  chodzi 

tylko  o  stanowisko  archeologiczne  i  że  bogini  Izyda  nie 

żyje; ja w to nie wierzę i lękam się jej magii. Jestem dobrym 

muzułmaninem  i  chcę  nim  pozostać.  Wejście  do  takiej 

świątyni  jak  ta  jest  ryzykowne,  a  ja  unikam  ryzyka. 

Chodźmy do pawilonu Trajana, to cudowne miejsce. 

Trójka mężczyzn opuściła świątynię bogini i udała się 

w  kierunku  eleganckiego  pawilonu  z  czternastoma 

kolumnami,  zbudowanego  za  panowania  cesarza  rzym-

skiego Trajana dla barki bogini. 

- Wydaje się, że niemiecka egiptolog Domenica Strauss 

była  bardzo  związana  z  Howardem  Langtonem  - 

powiedział lord Percival. - Też pan tak uważa? 

- Nie znam jej - odpowiedział Abd el-Mosul. 

- Za to musi pan dobrze znać Albertine Abletout. 

Stary Egipcjanin podniósł wzrok ku niebu. 

-  Jest  jedyna  w  swoim  rodzaju,  inspektorze,  a  to  już 

dużo! Tak naprawdę o wiele za dużo dla innych. Jeśli chce 

pan  zaznać  trochę  ciszy  i  spokoju,  lepiej  się  do  niej  nie 

zbliżać. 

-  Jej  rodak,  Villabert  Glotoni,  wydaje  się  sympaty-

czniejszy. 

- Wszystko zależy od tego, co pan rozumie przez słowo 

background image

“sympatyczny"... To osoba, której nie mam ochoty znać i z 

którą się nie widuję. 

Abd  el-Mosul  zaprowadził  Brytyjczyków  do  małej 

świątyni Hathor. To właśnie tam bogini była przyjmowana 

przez  muzyków  i  muzykantki,  którzy  łagodzili  jej  gniew 

grą na lirze i śpiewem. 

- Co pan sądzi o doktorze Alanie Qerry? - zapytał lord 

Percival. 

- Nic. Nie przyjeżdża do południowych prowincji. 

- Wyznam panu, że mnie on intryguje. 

- Czyżby podejrzewał go pan o... zbrodnię? 

-  Nie  mam  jeszcze żadnej  wyraźnej  wskazówki zmie-

rzającej w tym kierunku, ale jego rola w tej sprawie wciąż 

pozostaje zagadkowa. 

-  Jeśli  właściwie  postrzegam  pańską  determinację, 

milordzie, jestem przekonany, że uda się to panu rozwikłać. 

Z pewnością nie zniechęci się pan i nie pozostawi w cieniu 

tego, co powinno wyjść na światło dzienne. 

-  Czy  jest  pan  przyjacielem  inspektora  Ahmeda 

al-Fostata? 

Po raz pierwszy starzec okazał zirytowanie. 

-  Al-Fostat  uprawia  swój  zawód  tak,  jak go  rozumie. 

To jego sprawa, nie moja. 

- Czy mam rozumieć, że jego postępowanie wydaje się 

panu podejrzane? 

background image

-  Powinien  pan  zrozumieć,  że  nie  jesteśmy  w  tym 

samym obozie i nie wchodzimy sobie w drogę. 

-  Przyszła  mi  do  głowy  pewna  myśl,  bez  wątpienia 

niedorzeczna - powiedział Szkot poufnym tonem. - Czy nie 

jest pan na tropie czegoś w rodzaju skarbu? 

Twarz Abd el-Mosula stężała. 

-  Wiem,  że  przeszłość  to  przeszłość  -  ciągnął  lord 

Percival  -  i  że  nielegalne  poszukiwania  stają  się  coraz 

rzadsze,  niemal  nie  istnieją.  Ale  przypuśćmy,  że  otrzy-

małby  pan  wiadomość  o  istnieniu  obiektów  archeologi-

cznych dużej wartości w  miejscu trudno dostępnym. Jaka 

byłaby pańska reakcja? 

-  Sam  pan  sobie  odpowiedział:  to  już  przeszłość  i  w 

żaden sposób mnie nie dotyczy. Robi się gorąco, a ja jestem 

już  stary.  Proszę  spokojnie  kontynuować  zwiedzanie 

świątyni na File. Ja pójdę odpocząć. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXV 

 

Komisarz  Abdel-Atif  wydawał  się  skrajnie  wyczer-

pany. To była jego dwunasta kawa po turecku od rana. 

- Widzieliście się z Abd el-Mosulem? 

-  Na  File,  jak  było  ustalone  -  odpowiedział  lord 

Percival. 

Egipcjanin był wyraźnie zaniepokojony. 

- Czy spotkanie przebiegło pomyślnie? 

- Dobrze się zaczęło, gorzej skończyło. 

- Chce pan powiedzieć... źle skończyło? 

-  Abd  el-Mosulowi  nie  podobało  się  moje  ostatnie 

pytanie - wyznał arystokrata. 

- O co go pan zapytał? 

- Czy nie wpadł na trop ukrytego skarbu.  

Komisarz zaniemówił. 

-  Ależ...  Ależ...  To  jedyny  temat,  którego  należało 

unikać! 

- Wprost przeciwnie, przyjacielu! Jak panu potwierdzi 

nadinspektor,  Abd  el-Mosul  ograniczał  się  do  mało 

konkretnych  rozważań,  a  o  niektórych  podejrzanych  za-

chował  bezpieczne  milczenie.  Pozostało  mi  tylko  jedno: 

sprowokować go. 

- I udało się panu? 

background image

- Zobaczymy. 

- Abd el-Mosul zareaguje gwałtownie! 

-  A  moim  zdaniem  jego  pozycja  jest  słaba.  Odnoszę 

nawet wrażenie, że czuje się zagrożony naszymi pytaniami. 

Inaczej mówiąc, ma coś na sumieniu. 

Komisarz  opróżnił  filiżankę  kawy  i  bezwiednie  prze-

żuwał fusy. 

-  Nic  gorszego  nie  mogło  się  zdarzyć...  Abd  el-Mosul 

stoi na czele prawdziwej siatki i nie pozostanie bezczynny! 

Powinniście przestać się mu naprzykrzać. Tutaj jest górą. 

-  Proszę  wybaczyć  mój  upór,  ale  uważam,  że  mamy 

dobrą kartę. 

- Jaką? 

-  Abd  el-Mosul  zaniepokoił  się.  Myśli,  że  mamy 

informacje,  które  mogłyby  mu  zaszkodzić  i  będzie  musiał 

coś  zrobić,  żeby  się  ukryć.  W  jego  wieku  z  pewnością  nie 

chce mu się walczyć z policją. 

Egipcjanin odzyskał pewność siebie. 

- Co pan proponuje? 

-  W  miarę  możliwości  niech  pan  każe  śledzić  Abd 

el-Mosula i proszę mi powiedzieć, jeśli wyjedzie lub jeśli się 

będzie niecodziennie zachowywał. 

- To raczej ryzykowne... 

- Ma pan z pewnością kilku speców od śledzenia i kilku 

dobrze  rozstawionych  tajniaków.  Nie  ma  potrzeby 

background image

zmieniać stałych dyspozycji, komisarzu, niech tylko będą w 

pogotowiu. 

Komisarz w odpowiedzi niewyraźnie mruknął. 

-  Chcielibyśmy  przesłuchać  doktora  Qerry  -  dorzucił 

lord Percival. 

-  O właśnie! Wszędzie go szukam! Wyszedł z hotelu i 

nie  ma  go  w  Kairze.  A  ponieważ  nie  mam  mu  nic 

konkretnego do zarzucenia, nie mogę rozesłać za nim listów 

gończych po całym kraju. 

-  Jest  jednak  w  kręgu  podejrzanych!  -  zaprotestował 

Dodson. - Powinien pan zrobić wszystko, żeby go odnaleźć. 

- Dobrze, dobrze... Zajmę się tym. A propos, kazałem 

uwolnić Abu. Od tej strony sprawa jest zamknięta. 

W  Starej  Katarakcie  prace  postępowały  w  umiarko-

wanym  tempie  mimo  ponaglających  próśb  biur  podróży, 

które  chciały  jak  najszybciej  wypuścić  falę  turystów 

pragnących zamieszkać w tym prestiżowym hotelu. 

Brytyjczycy zostali potraktowani szczególnie ciepło i z 

prawdziwą  satysfakcją  zobaczyli  Abu,  który  podszedł  do 

nich z tacą. 

- Dyrekcja prosi panów o przyjęcie szklaneczki praw-

dziwej szkockiej whisky. 

Morale Dodsona poszło w górę. 

-  Wasza  dostojność  -  powiedział  wysoki  Nubijczyk, 

pochylając  się  w  stronę  lorda  Percivala.  -  Chcę  panu 

background image

podziękować  za  to,  że  się  pan  za  mną  wstawił.  Musi  pan 

wiedzieć, że jestem pańskim dozgonnym dłużnikiem. 

-  Czy  to  nie  największa  radość,  kiedy  się  patrzy,  jak 

prawda zwycięża? 

-  Poza  tym,  wasza  dostojność,  nie  dopuścił  pan  do 

gwałtownej śmierci. 

- O czym pan mówi? - zapytał zaintrygowany Dodson. 

-  Gdyby  nie  pańska  interwencja,  moja  babcia  naj-

prawdopodobniej zabiłaby komisarza Abdel-Atifa. 

- Czy może pan coś dla mnie zrobić, panie Abu? 

- Oby Bóg pozwolił mi panu pomóc, wasza dostojność. 

-  Szukamy  doktora  Alana  Qerry,  tego  dziwnego 

osobnika w czerni. Być może wrócił do Kairu, a być może 

jest jeszcze gdzieś tutaj. 

- Jeśli tak jest, będą panowie wkrótce wiedzieć.  

W  cieniu,  w  wygodnym  fotelu  ze  szklanką  whisky  w 

dłoni,  nadinspektor  rozkoszował  się  chwilą  rzadkiej 

przyjemności. 

Na  brzegu  Nilu  bawiły  się  dwa  psy.  Lord  Percival 

myślał o Abercrombiem. Przez telefon dowiedział się, że z 

powodu nieobecności pana pies padł ofiarą lekkiej depresji, 

którą  majordomus  leczył  podwójną  porcją  koziego  sera  i 

befsztyku oraz codzienną wizytą u lady  Ofelii. Jej słodycz 

łagodziła smutek czarnego psa. 

Czy  tu,  w  Asuanie,  można  sobie  wyobrazić  istnienie 

background image

zbrodni?  Słońce,  Nil,  palmy  i  pustynia  utworzyły  raj  na 

ziemi, gdzie najbardziej zagubiona dusza mogłaby znaleźć 

odpoczynek. 

Któż  nie  miałby  ochoty  zostawić  tu  swoich  bagaży, 

marzyć  o  tysiącu  istnień  i  zwierzać się  bogom  i  boginiom, 

które,  mimo  zasłon  islamu,  pozostawały  obecne  w  sercu 

skał i w prądzie rzeki? 

- Czy mogę panu przeszkodzić, wasza dostojność? 

- Bardzo proszę, panie Abu. 

- Doktor Qerry nie opuścił Asuanu. 

- Gdzie się ukrył? 

-  W  miejscu  raczej  niezwykłym,  wasza  dostojność. 

Myślał  z  pewnością,  że  nikt  go  nie  zauważy,  ale  oczy  są 

wszędzie,  nawet  na  bezludnej  pustyni.  Jeśli  pan  chce, 

zaprowadzę pana. 

Wieczorną ciszę przerwał świst. Abu chwycił Szkota i 

pociągnął  do  tyłu,  ale  lord  poczuł  pieczenie  w  prawym 

przedramieniu. 

Strzała,  która  go  drasnęła,  zakończyła  lot  na  przy-

brzeżnym kamieniu. 

- Wasza dostojność, jest pan ranny? 

-  Lekko...  Myślę,  że  uratował  mi  pan  życie,  Abu. 

Przynajmniej... 

Lord  Percival  zabrał  strzałę:  czy  jej  grot  nie  został 

umoczony w truciźnie? 

background image

 

ROZDZIAŁ XXVI 

 

Dodson chodził tam i z powrotem przed pokojem lorda 

Percivala.  Abu  stał  w  bezruchu  ze  skrzyżowanymi 

ramionami i oczami utkwionymi w jeden punkt. 

- Co tam robią ci lekarze! - złościł się nadinspektor. - 

Badają go już przeszło godzinę... I nadal żadnej diagnozy! 

W  głębi  duszy  Nubijczyk  zastanawiał  się,  czy  słynna 

brytyjska samokontrola nie była mitem. 

-  W  wypadku  zatrucia  -  ciągnął  Dodson  -  trzeba 

natychmiast  przewieźć  lorda  Percivala  do  szpitala  spe-

cjalistycznego.  Przecież  nie  możemy  mu  pozwolić  tak  po 

prostu umrzeć! 

Wreszcie drzwi do pokoju otworzyły się. 

Trzej  lekarze  wyszli  ze  skupionymi  twarzami  i,  roz-

mawiając, przepadli w korytarzu. 

Pojawił  się  lord  Percival.  Dodson  i  Abu  wstrzymali 

oddech. 

-  Diagnoza  jest  bezlitosna  -  powiedział.  -  Rękaw 

marynarki  rzeczywiście  został  rozdarty.  Co  zaś  się  tyczy 

reszty, mam tylko lekkie draśnięcie i ani śladu trucizny. 

- Trzeba jak najszybciej odnaleźć sprawcę - stwierdził 

Dodson. - Może ponowić atak. 

- Inszallah, i wszystko w swoim czasie, nadinspektorze. 

background image

Mamy pilniejsze sprawy. 

Nadinspektor  tęsknił  za  brzegami  Nilu.  Panował  tam 

nieznośny  upał,  ale  lekki  wiatr  przynosił  brytyjskiemu 

turyście wyraźną ulgę. 

Tu,  na  pustyni,  wydawało  się,  że  skały  i  piach 

wzmagają  jeszcze  żar  słońca.  Abu  odwiózł  gości  jeepem, 

który, mimo iż można by było  uważać go za antyk, zdołał 

pokonać  wszelkie  przeszkody  na  egipskich  drogach,  od 

wybojów po nieoczekiwane pochyłości. 

Opuścili  Asuan  od  strony  południowej  i  wjechali  w 

dziwny pejzaż, na który składały się różnej wielkości bloki 

skalne  i  połacie  pustyni,  najwyraźniej  niechętne  wszelkiej 

obecności człowieka. Mimo  to  technika  i przemysł wydały 

walkę  tym  pustkowiom.  Słupy  wysokiego  napięcia  powoli 

opanowywały  królestwo  demonów  pustyni,  które,  według 

tutejszych bajarzy, prędzej czy później wezmą za to odwet. 

Jeep zatrzymał się. 

Dodson wysiadł z trudnością. 

- Jesteśmy w kopalni granitu należącej do faraonów - 

powiedział  Abu.  -  To  właśnie  stąd  pochodziły  bloki 

używane przy wznoszeniu ich gigantycznych budowli. 

-  Czy  długo  będziemy  musieli  iść?  -  zaniepokoił  się 

nadintendent. 

-  Nie  -  odpowiedział  Nubijczyk.  -  Doktor  Qerry  od 

dwóch  dni  ukrywa  się  w  szopie,  którą  widać  o  jakieś  sto 

background image

metrów stąd. 

Trzej  mężczyźni  powoli  szli w  kierunku  baraku  skle-

conego z desek, którego drzwi byty zamknięte. 

-  Doktorze  Qerry  -  powiedział  spokojnie  Szkot  - 

chcemy z panem porozmawiać. 

Wewnątrz baraku  coś się poruszyło. Do  szpary  przy-

warło oko. 

-  Jestem  lord  Percival  Kilvanock,  a  to  nadinspektor 

Dodson. Czy może pan otworzyć drzwi?   

Zapytany ani drgnął. 

- Pozwoli pan, że ja się tym zajmę, wasza dostojność?  

Arystokrata skinął głową. 

Nubijski  siłacz  wyjął  z  zawiasów  drzwi  baraku  i  po-

łożył je na podłodze. 

Wewnątrz  siedział  skulony  niewysoki  mężczyzna 

ubrany  na  czarno,  zakrywający  twarz  rękami  w  rękawi-

czkach. 

- Wynoście się stąd, natychmiast! 

- Nie ma się pan czego obawiać, doktorze. 

- Co pan o tym wie? Ukrywam się, ponieważ grozi mi 

śmiertelne niebezpieczeństwo! 

- Wasza dostojność, czy życzy pan sobie, żebym wziął 

doktora i wsadził go do jeepa? 

-  Niech  ten  potwór  mnie  nie  dotyka!  -  ryknął  Alan 

Qerry. 

background image

- Jeśli chce pan uniknąć jego interwencji - zasugerował 

lord Percival - powinien pan wstać i pójść z nami, żebyśmy 

mogli spokojnie porozmawiać. 

-  Mówię  wam,  że  ktoś  chce  mnie  zabić!  Jeśli  stąd 

wyjdę,  zastrzeli  mnie  strzelec  wyborowy  lub  fanatyk 

uzbrojony w  nóż  ugodzi mnie w  plecy.  Nie mam sobie  nic 

do zarzucenia i nie chcę być kolejną ofiarą! 

- Jest nas trzech, doktorze, i obronimy pana. Chodźmy 

do nie skończonego obelisku. Są tam już turyści, będziemy 

bezpieczni. 

- Zostaję tutaj i nie chcę z wami rozmawiać. 

-  Szkoda,  doktorze  Qerry,  ponieważ  komisarz 

Ab-del-Atif  wszędzie  pana  szuka  i  ma  zamiar  oskarżyć 

pana o dokonanie zabójstwa. 

Alan Qerry zerwał się na równe nogi. 

- Mnie? A to głupiec! 

Specjalista  od  mumii  miał  orli  nos,  wystające  kości 

policzkowe  i  bardzo  wąskie  wargi,  a  na  policzkach 

kilkudniowy zarost. 

Qerry uderzył się w pierś. 

-  Jestem  niewinny,  absolutnie  niewinny,  ale  wiem 

wszystko! A ponieważ wiem wszystko, zabiją mnie! 

Głos Alana Qerry byt równie dziwny, jak jego zacho-

wanie. Wysoki, to znów niski, nieustannie wznosił się i opa-

dał. 

background image

-  Jesteśmy  tu,  aby  panu  pomóc  -  potwierdził  lord 

Percival. - Jeśli zgodzi się pan wyjaśnić swoje zachowanie i 

wskaże  mordercę  Howarda  Langtona,  wyjdzie  pan  z  tej 

historii bez szwanku. 

Alan  Qerry  patrzył  na  Szkota  spod  oka,  z  najwyższą 

nieufnością. 

- Może mi pan przysiąc? 

- Ma pan moje słowo, doktorze. 

- I nie wtrąci mnie pan do więzienia? 

- Nie ma o tym mowy. 

-  Czy  idąc  tutaj,  zauważyli  panowie  jakichś  podej-

rzanych osobników? 

- Nikogo. Nasz przyjaciel Abu doskonale zna okolicę i 

dzięki niemu zapewnimy panu ochronę. 

- Proszę podejść, milordzie. 

Doktor Qerry powiedział coś arystokracie na ucho. 

- Widziałem go w Starej Katarakcie... to Nubijczyk, a 

ja  nie  lubię  Nubijczyków.  To  kłamcy  i  gwałtownicy.  Boję 

się ich. Czy jest go pan pewien? 

-  Mamy  dowód,  że  Abu  nie  odegrał  żadnej  roli  w 

morderstwie Howarda Langtona. 

- Znaczący dowód? 

- Znaczący. 

Doktor Qerry zamyślił się. 

- Dobrze... Chciałbym panom wierzyć. Niech ten Abu 

background image

idzie  przed  nami.  Pan  i  pański  kolega  będziecie  szli  po 

bokach. 

Tak zrobili. 

Dodson  zobaczył  niezwykłe  miejsce:  w  skale  tkwił 

uwięziony  gigantyczny  obelisk,  który  po  postawieniu 

mierzyłby  czterdzieści sześć  metrów wysokości  i  ważył  by 

nie mniej niż tysiąc dwieście ton. Byłby więc najwyższym, 

jaki  kiedykolwiek  wznieśli  starożytni  Egipcjanie,  ale 

pozostał  w  kopalni,  ponieważ  z  powodu  trzęsienia  ziemi 

pękł.  Budowniczowie  porzucili  więc  gigantyczny  kamień, 

martwy jeszcze przed narodzinami. 

Czwórka  mężczyzn  niewielkimi  schodami  wspięła  się 

na  obelisk  i  szła  po  kolosalnym  granitowym  cielsku 

dożywającym  wieczności  pod  słońcem  Asuanu.  Wyraźnie 

zdenerwowany doktor Qerry nie przestawał się rozglądać. 

-  Dlaczego  jest  pan  taki  niespokojny?  -  zapytał  lord 

Percival. 

-  Ponieważ  wiem  wszystko  o  morderstwie  Howarda 

Langtona. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXVII 

 

- Mówi pan poważnie, doktorze Qerry? - spytał Angus 

Dodson. 

-  Jestem  naukowcem,  nadinspektorze,  i  nie  mam 

zwyczaju mówić byle czego. Jeśli mówię, że wiem wszystko, 

to  dlatego,  że  tak  jest.  Również  dlatego  moje  życie  jest  w 

poważnym niebezpieczeństwie. 

-  Powinniśmy  usiąść  -  zaproponował  lord  Percival. 

Dodson  i  Qerry  usiedli  na  brzegu  obelisku  z  nogami 

wiszącymi  w  powietrzu.  Abu,  ze  skrzyżowanymi  ramio-

nami,  stał,  śledząc  wzrokiem  okolicę.  Arystokrata  zwrócił 

się do medyka: 

-  Doktorze  Qerry,  przypuszczam, że znał  pan  dobrze 

Howarda Langtona. 

-  Myli  się  pan!  Zetknąłem  się  z  nim  tylko  raz,  na 

oficjalnym  przyjęciu  w  Kairze,  tuż  po  jego  przybyciu  do 

Egiptu.  W  każdym  razie  nie  było  powodu,  żebyśmy  się 

spotykali,  ponieważ  każdy  z  nas  pracował  w  swojej 

dziedzinie,  a  nasza  działalność  w  żaden  sposób  się  nie 

pokrywała. 

- Czy Langton był naukowcem wysokiej klasy? 

-  Został  mianowany  na  stanowisko  dyrektora,  to 

wszystko, co wiem. 

background image

- Kto panu powiedział, że został zamordowany?  

Na twarzy Alana Qerry malowało się zdziwienie. 

-  Ależ... to przecież jasne! Stanął na czele brytyjskich 

archeologów  w  Egipcie  i  zniknął!  A  więc  został 

zamordowany. 

- Z jakiego powodu, doktorze? 

- Ponieważ wszyscy go nienawidzili. 

- Czy określenie “wszyscy" obejmuje Abd el-Mosula? 

-  Nie...  On  nie  jest  egiptologiem,  lecz  potomkiem 

rabusiów.  Sam  pewnie  uczestniczył  w  kilku  niewielkich 

kradzieżach,  ale  już  dawno  tego  zaniechał  i  cieszy  się 

spokojną starością. “Wszyscy" oznacza egiptologów! 

- Również Stevena Faxmore'a? 

-  Faxmore  chciał  położyć  łapę  na  wszystkich  wyko-

paliskach!  Zamierzał  opanować  cały  Egipt,  a  tu  nagle 

przyjeżdża  Langton!  Nietrudno  wyciągnąć  wniosek. 

Przedtem  jego  śmiertelnym  wrogiem  była  Francuzka 

Abletout. Przez lata prowadzili cichą wojnę, nie cofając się 

przed  ciosami  poniżej  pasa.  Ponieważ  specjalnością 

Faxmore'a  jest  wiedzieć  wszystko  o  wszystkich,  wyko-

rzystuje  najmniejsze  potknięcia.  Ale  Francuzka  nie  ustą-

piła mu piędzi ziemi i aż do tej pory był to w pewnym sensie 

mecz remisowy. Każde z nich zajęło określoną pozycję i w 

końcu  zadowolili  się  obroną  swoich  terenów.  Przyjazd 

Langtona  całkowicie  odmienił  sytuację.  Korzystniejsze 

background image

było  zjednoczenie  niż  walka,  oraz  połączenie  sił, 

przynajmniej  na  jakiś  czas,  aby  wyeliminować  nie-

bezpiecznego przeciwnika. 

-  Pan mnie zadziwia, doktorze; pani Abletout wydaje 

się osobą miłą i uprzejmą. 

-  Ona  miła i  uprzejma?  Widać, że pan  jej  dobrze  nie 

zna.  To  najgorsza  zaraza.  Ile  karier  zdusiła,  ile  powołań 

złamała,  ile  cudzych  odkryć  wpisała  na  swój  rachunek! 

Najokrutniejsza  tygrysica  dobrze  by  zrobiła,  uciekając 

przed  nią.  Nieszczęsny  Langton  nie  miał  czasu,  by 

uświadomić sobie grożące mu niebezpieczeństwo. 

-  Langton miał przynajmniej sojuszniczkę, Domenikę 

Strauss. 

-  Nienawidzę  jej!  Dlaczego  interesuje  się  mumiami? 

Powinna  ograniczyć  się  tylko  do  swojej  specjalizacji, 

zamiast  mieszać  się  do  cudzych  spraw!  Ona  wcale  nie 

kochała Langtona, zajmowała ją jedynie własna kariera. 

A  kiedy  poproszono  ją  o  pomoc,  aby  ostatecznie 

pozbyć  się  intruza,  zrobiła  to  bez  najmniejszych 

skrupułów. 

-  Jeśli  dobrze  rozumiem  -  przerwał  Angus  Dodson  - 

stawia  pan  tezę  o  spisku  zawiązanym  przeciwko 

Howardowi Langtonowi. 

-  To  oczywiste,  nadinspektorze!  A wśród  spiskowców 

był  również  Villabert  Glotoni,  ten  Francuz,  na  pozór 

background image

lekkomyślny,  którego  niekompetencja  rzuca  się  w  oczy,  a 

który jest jednocześnie kolekcjonerem broni. 

- Jaką broń zbiera najchętniej? 

-  Afrykańskie  sztylety  i  zatrute  strzały.  Ale  nic 

panowie u niego nie znajdą. Zaraz po morderstwie sprzedał 

wszystko na bazarze. W wypadku rewizji będzie czysty jak 

śnieg. 

- Skąd pan wie o istnieniu tej kolekcji? 

-  Pokazał  mi  ją!  Tylko  dla  mnie  zarezerwował  ten 

przywilej,  wiedząc,  że  jestem  człowiekiem  dyskretnym  i 

małomównym.  Ale  zostało  popełnione  morderstwo...  więc 

nie mogę milczeć. 

- Mimo to - zauważył lord Percival - Glotoni nie miał 

powodu, by bać się Howarda Langtona. 

- Proszę w to nie wierzyć! Chodziły słuchy, że Langton 

miał zamiar zaprowadzić porządek na wszystkich terenach 

wykopaliskowych  i  usunąć  nierobów  i  parszywe  owce... 

Zasłona  dymna  otaczająca  Glotoniego  zostałaby  wkrótce 

rozwiana! Inni także mieli pójść do odstrzału, na przykład 

inspektor do spraw starożytności Ahmed al-Fostat. 

- Co pan mu zarzuca? 

-  W  ogóle  nie  zna  się  na  egiptologii  i  kupił  swoje 

stanowisko, aby móc prowadzić działalność przynoszącą o 

wiele  większe  korzyści  niż  nadzorowanie  terenów 

wykopaliskowych.  Mam  na  myśli  kradzież.  Raz  o  mały 

background image

włos  złapano  by  go  za  rękę,  ale  przekupił  sędziów  i  nie 

został  skazany.  Oczywiście  robi  to  nadal,  tyle  że  stara  się 

kraść  przedmioty  drobne,  za  to  dużej  wartości.  Ponieważ 

al-Fostat  jest  wystarczająco  zręczny,  aby  nie  zostawiać 

śladów, działa zupełnie bezkarnie. 

-  Wszystkie  te  osoby  zebrały  się  wówczas  w  Starej 

Katarakcie, aby zadecydować o usunięciu Howarda Lang-

tona? 

- To właśnie odkryłem, milordzie, i dlatego chcą mnie 

teraz usunąć, żebym milczał! 

- No to przegrali - ocenił Dodson - ponieważ miał pan 

czas, aby nas o tym poinformować. 

Zdawszy sobie nagle sprawę z tej nowej sytuacji, Alan 

Qerry podrapał się w ucho. 

- I... będziecie interweniować? 

-  Oczywiście.  Dlatego  jest  pan  teraz  poza  zasięgiem 

wrogów. 

- Ach tak... 

-  Dlaczego  był  pan  w  Starej  Katarakcie  w  dniu 

morderstwa, doktorze Qerry? 

-  Czysty  przypadek...  Lepiej  by  było,  gdybym  się 

znalazł gdzie indziej! 

-  Otóż  nie,  ponieważ  pańska  obecność  pozwoli  nam 

ująć sprawcę. 

-  Patrząc  na  to z tego punktu  widzenia...  Wracam  do 

background image

Kairu. Czekają na mnie moje mumie. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXVIII 

 

“Zwyciężczyni",  “matka  świata":  taki  był  Kair,  któ-

rego widok oszołomił Angusa Dodsona. To oczywiste, że w 

godzinach szczytu w londyńskim City panował ruch, ale w 

porównaniu  z  rwącym  potokiem  poruszającym  niemal 

bezustannie  sercem  stolicy  współczesnego  Egiptu  była  to 

tylko spokojna rzeka. 

Samodzielna  jazda  byłaby  szaleństwem.  Jedyne  roz-

wiązanie to zdanie się na taksówkarza, z nadzieją, że jego 

samochód  będzie  wyposażony  w  hamulce.  Ponieważ  do 

narodowych  sportów  należało  wpadanie  na  pieszych 

usiłujących  pokonać  potok  samochodów,  niektórzy  kie-

rowcy  upodobali  sobie  pedał  gazu.  Rollsy  i  mercedesy 

mieszały  się  z  ledwo  identyfikowalnymi  przedmiotami 

jeżdżącymi,  a  to  bogato  ozdobionymi  talizmanami  i 

amuletami, a to pozbawionymi jednych lub dwojga drzwi, a 

nawet dźwigni zmiany biegów. 

Autobusy 

były 

oczywiście 

niedostępne 

dla 

Europejczyka.  Po  pierwsze,  nie  umiałby  zgadnąć,  dokąd 

jadą, po drugie zaś, nie był dość zręczny, by doczepić się do 

ludzi oblepiających szczelnie wypełniony po brzegi pojazd i 

uczepionych wszystkiego, co tylko wystawało na zewnątrz. 

Kiedy  jakiś  kairski  autobus  wpadał  do  Nilu,  liczba 

background image

ofiar była znaczna. 

Nadinspektor zamknął oczy. 

Taksówka o włos minęła osła ciągnącego wózek siana, 

na którym siedziało dziesięcioro rozbawionych dzieciaków. 

Lord Percival zwrócił się do kierowcy: 

-  Powiedz  mi,  przyjacielu,  czy  jest  pan  pewien,  że 

dobrze pan jedzie? 

-  Jedziemy,  profesorze,  jedziemy.  Ale  nie  trzeba  się 

spieszyć. 

-  Jeśli  chce  pan  dostać  przyzwoity  napiwek,  lepiej 

niech  pan  zawróci,  pojedzie  wzdłuż  brzegu  w  kierunku 

Muzeum  Egipskiego,  a  następnie  skręci  w  ulicę 

Champolliona. Tam wskażę panu dalszą drogę. 

Kierowca  taksówki  nie  odważył  się  już  więcej  dys-

kutować.  Po  raz  pierwszy  trafił  na  turystę,  który  tak 

znakomicie orientował się w egipskiej stolicy. 

Kiedy  taksówka  zwolniła,  Dodson  otworzył  oczy  i 

zobaczył  barwny  korowód  zachwycających  dziewcząt 

ubranych po europejsku, zakwefionych kobiet, mężczyzn w 

dżellabach  lub  wyrafinowanych  strojach,  biegających 

podrostków, obnośnych sprzedawców, którzy proponowali 

herbatę i krokiety warzywne. 

Pęknięta rura kanalizacyjna spowodowała monstrual-

ny  korek.  Taksówkarz  ominął  go,  jadąc  po  chodniku, 

potem  pod  prąd  i  przejeżdżając  na  czerwonym  świetle, 

background image

które nigdy nie zmieniało się na zielone. 

Samochód zahamował, wbijając się kołami w chodnik. 

-  Proszę  bardzo,  profesorze.  Może  pan  być  ze  mnie 

zadowolony. 

Lord  Percival  hojnie  zapłacił  za  kurs  i  poprosił 

kierowcę,  żeby  na  nich  zaczekał.  Wydawało  się,  że  silnik 

samochodu pociągnie do wieczora. 

Przed wejściem do budynku Szkot podniósł głowę. 

- Na co pan patrzy? - zapytał nadinspektor. 

- Są w Kairze domy zwane nagłą śmiercią. Pierwotny 

projekt  przewidywał  trzy  lub  cztery  kondygnacje,  a  kon-

strukcja  liczy  ponad  dziesięć.  Byle trzęsienie ziemi, a  cały 

budynek wali się jak domek z kart. Ten jest wystarczająco 

stary, żeby trzymać się jeszcze jakiś czas. 

W progu stał starszy strażnik. 

- Pan prezes kogoś szuka? 

- Pana Mohameda Rashida. 

Strażnik  dyskretnie  wyciągnął  rękę  i  lord  Percival 

wsunął do niej banknot wartości jednego funta egipskiego. 

-  Drugie  piętro,  drzwi  na  prawo.  Proszę  nie  jechać 

windą, często się psuje. 

Zielona  farba  łuszczyła  się  ze  ścian.  Arystokrata 

zadzwonił  do  drzwi  z  wizytówką  “Mohamed  Rashid, 

dyrektor". 

Otworzył  młody  mężczyzna  w  białej  koszuli,  pod 

background image

krawatem. 

- Pokój wam. 

-  Pokój  panu  i  miłosierdzie  Allaha  i  jego  błogosła-

wieństwo - odpowiedział lord Percival. - Czy pan dyrektor 

przyjmuje? 

- Zobaczę. Proszę usiąść i poczekać.  

Rozpoczęła  się  próba  sił.  Oczekiwanie  mogło  trwać 

pięć minut, ale także pięć godzin. 

-  To  może  być  niepotrzebne  -  prorokował  pesymi-

stycznie  Dodson.  -  Zastanawiam  się,  czy  nie  zrobilibyśmy 

lepiej,  gdybyśmy  przycisnęli  tego  doktora  Qerry,  który 

wydaje się dość niezrównoważony umysłowo. 

-  Chyba  że  jest  znakomitym  aktorem.  Młody 

mężczyzna znów się pojawił. 

- Pan dyrektor pyta, czy ma pan wizytówkę. 

-  Oczywiście  -  odpowiedział  lord  Percival,  podając 

gęsto zapisany kartonik. 

Pół  minuty  później  drzwi  biura  stały  przed  nimi 

otworem.  Arystokrata  nie  zdradził  Dodsonowi,  że  wybrał 

wizytówkę,  którą  pokazywał  rzadko,  ponieważ  wypisane 

były  na  niej  imiona  jego  wszystkich  szlacheckich 

przodków. 

Mohamed  Rashid  był  człowiekiem  szczęśliwym,  pro-

miennym  i  łakomym.  Ważył  sto  dziesięć  kilogramów  i 

przepadał za wybornymi, niestety nieco tłustymi ciastkami. 

background image

-  Jestem  nadzwyczaj  szczęśliwy,  że  mogę  gościć  tak 

wybitne osobistości. 

- Cały zaszczyt po naszej stronie - powiedział Szkot. - 

Pańska sława wykracza poza granice pańskiego kraju. 

- Naprawdę?  

- Firma, która nas zatrudnia, uważa pana za jednego z 

najbardziej  błyskotliwych  egipskich  przemysłowców...  ale 

nie  pochwala  pańskiej  współpracy  ze  Scottish  Brewer,  z 

którym bezpośrednio konkurujemy. 

- Ach... To niezręczna sytuacja. 

-  Bardzo  niezręczna,  przyznaję,  ale  nie  tracimy  na-

dziei,  że  wejdziemy  na  rynek  egipski....  Należałoby  tylko 

unieważnić  stare  kontrakty  i  zobaczyć,  jak  moglibyśmy 

sporządzić nowy plan z pańskim udziałem. 

- Nie mam nic przeciwko temu - powiedział Egipcjanin 

-  ale  jestem  związany  z  doradcą  technicznym,  z  którym 

Scottish  Brewer  współpracuje  bliżej  niż  z  innymi.  A  nie 

będzie łatwo obejść jego zgodę... 

-  Możemy  próbować  go  przekonać,  bez  pańskiego 

udziału oczywiście. Jeśli się nam nie uda, będzie pan nadal 

pracować  z  naszym  konkurentem.  Jeśli  zaś  się  powiedzie, 

podniesiemy w sposób istotny pańskie wynagrodzenie. 

Oczy dyrektora rozbłysły. 

- To dobrze... bardzo dobrze. Mój doradca techniczny 

nazywa się Andrew Johnson i mieszka przy Sharia el-Din. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXIX 

 

Znalezienie  Sharia  el-Din  nie  było  łatwe.  Z  powodu 

ciągłego  i  gwałtownego  wzrostu  liczby  ludności  żaden 

kairczyk nie znał już wszystkich ulic w mieście. 

Na  szczęście  taksówkarz  znał  byłego  strażnika  bu-

dynku.  Dla  jego  kuzyna,  właściciela  kawiarni,  stolica  nie 

miała sekretów. 

Rozmawiali  długo  przy  wybornej  herbacie  miętowej, 

ale konkluzja była jasna i ostateczna: Sharia el-Din to nowa 

uliczka  na  przedmieściu,  gdzie  niedawno  pobudowano 

bloki. 

Mimo  dość  dokładnych  wskazówek  kierowca  wielo-

krotnie się gubił, zanim w  końcu trafił  na właściwą  grupę 

budynków. 

Żaden  blok  nie  był  skończony.  Wokół  betonowych 

fasad  wznosiły  się  drewniane  rusztowania  i  nikt  nie 

wiedział,  kiedy  robotnicy  znów  zabiorą się  do  pracy.  Aby 

uniknąć opłat za ukończenie budowy, inwestorom opłacało 

się raczej pozostawić niektóre budynki w obecnym stanie. 

- Jeśli trzeba pukać do drzwi każdego mieszkania, nie 

wyjdziemy stąd przed miesiącem! - stwierdził Dodson. 

- Potrzebujemy informatorów. 

Lord Percival podszedł do zamiatacza przesuwającego 

background image

dostojnym i bardzo powolnym ruchem kupkę śmieci, które 

wiatr nieustannie zwiewał w to samo miejsce. 

- Szukam Andrew Johnsona. Mieszka w jednym z tych 

domów. 

Zamiatacz uśmiechnął się. 

-  Pochodzę  z  Południa  i  znam  tylko  członków  mojej 

rodziny. Ale mogę ci polecić kolegę. 

Suty napiwek umożliwił Szkotowi spotkanie z rzeczo-

nym kolegą, wyraźnie stojącym wyżej w hierarchii, ponie-

waż za skromną opłatą pilnował samochodów z dzielnicy. 

-  Andrew  Johnson?  Tak,  mieszka  tutaj.  Na  parterze 

ostatniego bloku. Teraz go nie ma. 

- Czy często tu przychodzi? 

- Nie, nie często. I z nikim nie rozmawia. 

Mimo  kolejnego  napiwku  arystokracie  nie  udało  się 

dowiedzieć niczego więcej. 

Na  drzwiach  mieszkania  należącego  do  Andrewa 

Johnsona  wisiała  tabliczka  z  napisem:  “A.J.,  Ltd."  w  al-

fabecie łacińskim i arabskim. 

Stróż porządku śledził Brytyjczyków kątem oka. 

-  Johnson  to  nasz  przyjaciel  -  powiedział  Dodson.  - 

Prosił, żebyśmy poczekali w środku. 

- Czy macie klucze? 

- Oczywiście. 

Mimo  iż  z  solidnego  angielskiego  pnia,  nadinspektor 

background image

Angus  Dodson  od  wczesnej  młodości  używał  jednego  z 

najbardziej  legendarnych  wynalazków  ludzkiego  umysłu: 

prawdziwego szwajcarskiego noża. Tym narzędziem był w 

stanie naprawić każdą maszynę, otworzyć każdą butelkę i 

każde drzwi. 

Ostatni  napiwek rozwiał nieufność dozorcy.  Grunt  to 

nie wtrącać się do spraw obcokrajowców. 

Dodson znalazł włącznik. 

Duża  żarówka  oświetliła  garaż  przerobiony  na  pra-

cownię. Stoły stolarskie, metalowe kuwety, różnej wielkości 

naczynia, miedziane alembiki. 

Nadinspektor  uczynił  kilka  kroków,  aby  zbadać  to 

osobliwe królestwo. 

- Jeśli się nie mylę, to jest mały browar! Lord Percival 

otworzył jutowy worek i skosztował znajdującego się w nim 

produktu. 

- Ma pan rację, mój drogi Dodsonie. A oto i surowiec: 

jęczmień. 

Na  etażerce  zobaczyli  kolekcję  dzieł  egiptologicznych 

poświęconych 

skarbom 

odkrytym 

grobowcu 

Tutanchamona.  Szkot  przekartkował  je  i  znalazł  teczkę  z 

fotografiami. 

Przedstawiały  stare  ceglane  konstrukcje,  zawierające 

resztki  pieca  i  małe  pomieszczenia,  gdzie  przechowywano 

dzbany. 

background image

- O co tu chodzi? 

- Coś mi świta, nadinspektorze, ale trzeba to sprawdzić 

na miejscu. 

Inna  teczka  zawierała  rysunki  ze  scenami  przedsta-

wianymi  na  ścianach  egipskich  grobowców  i  liczne  teksty 

hieroglificzne. 

- Co tu jest napisane? 

-  Nie  jestem  w  stanie  odczytać  dokładnie,  ale  jedno 

słowo stale się przewija: henket, co znaczy piwo. 

-  Ale  po  co  by  urządzano  nielegalny  browar  na 

przedmieściu Kairu? 

W  szafie  znajdowały  się  liczne  mikroskopy,  niektóre 

bardzo  precyzyjne,  oraz  probówki  zawierające  barwne 

płyny. 

-  Ten  Andrew  Johnson  prowadzi  doświadczenia.  Ale 

czego tak naprawdę szuka? 

-  Mam  nadzieję,  że  będziemy  mieli  okazję  go  o  to 

zapytać. 

- Zamierza pan spędzić tutaj noc, milordzie? 

- Obawiam się, że tak. A jeśli Johnson nie wróci, trzeba 

będzie uzbroić się w cierpliwość.  Nikt nie pomoże  nam go 

odnaleźć,  a  jest  on  być  może  najważniejszym  ogniwem 

łańcucha, który doprowadzi nas do prawdy. 

Dodson  zmarkotniał.  Już  widział  siebie,  jak  spędza 

wiele dni i nocy w tym nieprzytulnym pomieszczeniu. 

background image

Mimo dokładnej rewizji nie znaleźli ani jednej butelki 

piwa. 

Dla  otuchy  Dodson  rozmyślał  o  swoim  nowoczesnym 

biurze,  gdzie  miał  do  dyspozycji  wszystkie  naukowe 

techniki  policyjne.  Dzięki  nim  morderca  Langtona  nie 

pozostawałby długo w ukryciu. 

Tuż  przed  północą  ktoś  włożył  klucz  do  zamka. 

Dodson  natychmiast  oprzytomniał.  Lord  Percival  skoczył 

do drzwi wejściowych, które powoli się otworzyły. 

Do warsztatu wszedł mężczyzna i zapalił światło. 

- Dobry wieczór, panie Johnson. 

Przerażony mężczyzna popatrzył na Szkota, następnie 

na  nadinspektora.  Kiedy  usiłował  uciec,  ten  ostatni 

schwycił go za rękaw i przyparł do ściany. 

Dodson przyglądał mu się surowo. 

-  Dlaczego  każe  pan  nazywać  się  Andrew  Johnson, 

doktorze Qerry? 

background image

 

ROZDZIAŁ XXX 

 

Doktor Alan Qerry tym razem ubrany był w niebieski 

kombinezon i brązową koszulę. 

- Ale... co panowie tutaj robią? 

-  Jesteśmy  na  tropie  mordercy  Howarda  Langtona  i 

jest możliwe, że właśnie dotarliśmy do winnego. 

Specjalista  od  mumii,  przyparty  do  muru  silnym 

ramieniem Dodsona, na próżno się wyrywał. 

-  Jesteście  w  błędzie...  Jestem  niewinny,  całkowicie 

niewinny! 

- W takim razie proszę się wytłumaczyć - zażądał lord 

Percival. 

- Co chcecie, żebym wam powiedział? 

-  Wynajmuje  pan  to  mieszkanie  pod  fałszywym  na-

zwiskiem  i  warzy  pan  tutaj  nielegalnie  piwo.  Przypusz-

czam,  że  Howard  Langton  odkrył  pańską  pokątną  dzia-

łalność  i  miał  zamiar  zamknąć  to  pseudonaukowe  labo-

ratorium. 

- Nie, absolutnie nie! Mylicie się! W tej sprawie jestem 

tylko  skromnym  pośrednikiem.  Przyszedłem  tu  dziś 

wieczór,  aby  się  upewnić,  że  wszystko  jest  w  porządku  i 

trochę  tu  ogarnąć...  Te  urządzenia,  fiolki,  całe  to 

eksperymentowanie... Nie mam z tym nic wspólnego! 

background image

Dodson poczerwieniał. 

- Niech pan przestanie mydlić nam oczy! 

- Na głowę Jej Królewskiej Wysokości, przysięgam, że 

mówię  prawdę.  Jestem  tylko  pośrednikiem  i  pracuję  dla 

kogoś,  kto  potrzebuje  tego  pomieszczenia  i  nie  chce  się 

ujawniać. 

- Kto to jest? 

-  Honor  i  uczciwość  nie  pozwalają  mi  podać  jego 

nazwiska.  Obiecałem,  że  nie  powiem,  niezależnie  od 

okoliczności. 

Jedynie  fakt  przynależności  do  Scotland  Yardu,  co 

wymagało  przestrzegania  pewnych  zasad,  nie  pozwolił 

Dodsonowi przejść do rozwiązań ekstremalnych. 

-  Dobrze  -  zgodził  się  lord  Percival.  -  Więcej  nie 

będziemy pana nachodzić. 

Nadinspektor  był  zaskoczony,  ale  Szkot  podtrzymał 

swoją decyzję. 

-  Widziałem  wystarczająco  dużo,  doktorze.  Proszę 

dobrze  posprzątać  lokal,  dobrze  mu  to  zrobi.  I  proszę 

pozdrowić ode mnie prawdziwego właściciela. 

W  taksówce  jadącej  w  stronę  Gizy  Angus  Dodson 

wybuchnął: 

- Ten Qerry co otworzy usta, to skłamie. 

- Mniej więcej, nadinspektorze. 

-  Był  w  naszych  rękach,  należało  zmusić  go,  żeby 

background image

powiedział wszystko, co wie! 

-  Musi  pan  odpocząć.  U  stóp  piramid  jest  wspaniały 

hotel  Mena  House,  gdzie  przeniesie  się  pan  we  śnie  do 

złotego  wieku  Starego  Państwa.  A  kiedy  o  świcie  otworzy 

pan  okno  swojego  pokoju,  sen  będzie  trwał  nadal:  ujrzy 

pan  wielką  piramidę  faraona  Cheopsa  -  to  niezrównane 

arcydzieło zniszczone przez czas. 

- A więc nie wierzy pan w winę doktora Qerry? 

-  Tyle  osób  kłamie  w  tej  sprawie...  która  z  nich 

posunęła się do morderstwa? Oto jedyne ważne pytanie. 

Przez  moment  Dodson  przestał  rozumieć  metodę, 

którą  posługiwał  się  Szkot.  W  tej  samej  chwili,  kiedy 

wydawało  się,  że  prawda  jest  na  wyciągnięcie  ręki,  lord 

Percival  oddalił  się  od  niej  i  obrał  inną  drogę  dla  czystej 

tylko przyjemności włóczęgi. 

-  Gdyby  się  to  zdarzyło  w  Anglii  -  powiedział 

nadinspektor  -  zaaresztowałbym  Qerry'ego i wziąłbym go 

w  krzyżowy  ogień  pytań.  Twierdził,  że  wie  wszystko  o 

morderstwie  Howarda  Langtona,  a  jego  zachowanie 

dowodzi, że jest w to w jakimś stopniu zamieszany. 

-  Proszę  sobie  przypomnieć,  nadinspektorze:  sztylet, 

którym zabito Langtona, notatkę sporządzoną ręką ofiary, 

kołnierzyk  koszuli  przesiąknięty  zapachem,  rozdział  VI  z 

Księgi  umarłych,  małą  amforę  przechowywaną  przez 

Langtona... Czy wszystkie te ślady nie układają się w jasny 

background image

obraz,  który  skrywa  jeszcze  główny  motyw,  ale  którego 

kontury zaczynają się już pojawiać? 

-  To  nie  jest  takie proste... Czy  czasem ktoś nie stara 

się zamydlić nam oczu? 

-  Dokładnie  tak,  mój  drogi  Dodsonie.  Przede  wszy-

stkim  nie  spieszmy  się.  Prawda  jest  być  może  na  wy-

ciągnięcie  ręki,  ale  jeśli  pomylimy  obiekt,  może  się 

wymknąć. 

W  świetle  pełni  księżyca  odcinał  się  ogromny,  do-

skonały trójkąt. Wielka piramida, ucieleśnienie wieczności, 

jaśniała w mroku. 

 

Dodson był zasapany. 

Mimo ran,  jakie zadali  jej arabscy zdobywcy,  pozba-

wiając  piaskowcowych  bloków  stanowiących  jej  ozdobę, 

gigantyczna piramida faraona Cheopsa nadal panowała na 

płaskowyżu  w  Gizie,  głosząc  zwycięstwo  Egiptu  faraonów 

nad śmiercią. 

Lord  Percival  uprzedzał  Dodsona,  ale  wrażenie  było 

niezapomniane:  otworzyć  okno  na  jeden  z  ocalałych 

siedmiu  cudów  świata  -  to  prawdziwa  przyjemność. 

Nadinspektor  przez  kilka  minut  stał  jak  skamieniały, 

niezdolny  oderwać  wzroku  od  ogromnej  piramidy, 

kamiennego ucieleśnienia promienia pierwotnego światła. 

Kiedy odnalazł arystokratę w jadalni Mena House, był 

background image

tym  jeszcze  mocno  poruszony.  Bekon,  jajecznica  i  zielony 

groszek z miętą sprowadziły go na ziemię. 

- Proponuję zwiedzanie dużej piramidy, nadinspekto-

rze, później umówimy się na małą wycieczkę do Średniego 

Egiptu. Zobaczy pan, krajobraz jest tam cudowny. 

Kiedy weszła do sali restauracyjnej, Dodson przerwał 

jedzenie. 

-  Ależ...  To  Domenica  Strauss!  Niemiecka  egiptolog 

zauważyła mężczyzn i podeszła do nich. 

Dobry  wieczór  panom.  Zwiedzają  panowie 

piramidy? 

- Tak - odparł lord Percival. - Jak nie poddać się magii 

tego miejsca? 

- Czyżby śledztwo się skończyło? 

- Robimy co w naszej mocy, ale droga prowadząca do 

prawdy jest czasem kręta. A pani, czy próbuje pani uwolnić 

się od okropnego dramatu, który pani przeżyła? 

-  Ponowne  ujrzenie  piramid  to  silne  antidotum  na 

cierpienie.  Nie  znam  skuteczniejszego.  Tutaj  wszystko 

wydaje  się  efemeryczne  i  ulotne.  Spędzając  dzień  na 

płaskowyżu  w  Gizie,  mam  wrażenie,  że  jestem  naprawdę 

wierna  pamięci  Howarda.  Proszę  mi  wybaczyć...  Tak 

bardzo potrzebuję ciszy. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXI 

 

- Nic tu nie ma, milordzie! - zawołał Angus Dodson na 

widok Tall al-Amarina w Środkowym Egipcie. 

- Prawie nic - poprawił arystokrata. 

Tu  było  Miasto  Słońca,  stolica  faraona  Echnatona  i 

jego królewskiej małżonki Neferetiti. 

Przeciętnego  turystę  rzeczywiście  spotykał  tu  silny 

zawód.  Spodziewał  się,  że  zobaczy  wspaniały  pałac 

mieniący  się  dekoracjami,  wielką  świątynię,  w  której 

Echnaton i Neferetiti składali ofiary Słońcu, z główną aleją, 

gdzie  królewska  para  jeździła  w  rydwanie  podziwiana 

przez lud. Wszystko  to jednak zniknęło. Pozostała jedynie 

rozległa,  trochę  nijaka  równina  ciągnąca  się  wzdłuż  Nilu, 

zamknięta  falezą,  w  której  wykuto  groby  dla  szlachetnie 

urodzonych dworzan Echnatona. Były puste, ponieważ po 

śmierci  faraona  wszyscy  egipscy  urzędnicy  powrócili  do 

Teb,  poprzedniej  stolicy  i  miasta  boga  Amona,  które 

Echnaton opuścił. 

Angus  Dodson  odniósł  jednak  korzyść  z  niezwykłej 

wycieczki, ponieważ  Szkot pokazał  mu widoczne  na  ziemi 

ślady 

nieistniejących 

budowli. 

Nadinspektor 

zrekonstruował  w  wyobraźni  królewską  wolierę  pełną 

egzotycznych ptaków, pokoje władcy połączone z pałacem 

background image

kładką  wiszącą  nad  główną  ulicą  miasta,  siedzibę 

ministerstwa 

spraw 

zagranicznych, 

bogate 

domy 

arystokracji  otoczone wspaniałymi  ogrodami  i upiększone 

basenem.  W  ten  sposób  za  sprawą  kilku  ceglanych 

murków, 

jeszcze 

widocznych 

planów 

scen 

przedstawionych  w  grobowcach  ożył  cały  nieistniejący 

świat. 

W oddali dostrzegli tuman pyłu. 

-  Jakiś  jeździec  zbliża  się  w  naszą  stronę  -  stwierdził 

nadintendent. 

Mężczyzna  spiął  konia  o  kilka  metrów  od  śledczych, 

którzy zmuszeni byli zamknąć oczy, aby nie dostały się do 

nich drobiny piasku. 

-  Nie  macie  prawa  przebywać  tutaj!  -  wrzasnął 

inspektor Ahmed al-Fostat. 

- Pokój z panem - powiedział arystokrata. 

-  Nie  czas  na  formułki  grzecznościowe,  milordzie. 

Znajdujecie  się  w  strefie  archeologicznej  zamkniętej  dla 

turystów, co podlega surowej karze. Tym razem puszczę to 

w niepamięć, ale macie się stąd natychmiast wynieść! 

-  Wydaje  mi  się,  że  sprawuje  pan  władzę  nad  dys-

tryktem asuańskim, panie al-Fostat, a my jesteśmy daleko. 

Inspektor  do  spraw  starożytności  uśmiechnął  się  zło-

śliwie. 

- Niech pan nie próbuje dyskutować, powołując się na 

background image

przepisy administracyjne, które znam lepiej od pana. Jeżeli 

będzie pan się upierać przy swoim, wypiszę wam mandat. 

-  Jesteśmy  upoważnieni  do  prowadzenia  śledztwa  - 

przypomniał Dodson. - Czy w związku z tym zechciałby mi 

pan powiedzieć, co pan robi w Tali al-Amarinie? 

- Proszę nie zmieniać tematu! Przekroczyliście granice 

prawa i poniesiecie konsekwencje tego czynu! 

Lord  Percival  pokazał  dokument  w  języku  arabskim 

ze swoją fotografią, ozdobiony tuzinem pieczęci. 

-  Czy  wystarczy  panu  zezwolenie  na  odwiedzenie 

wszystkich  stanowisk  archeologicznych  w  Egipcie,  wy-

stawione osobiście przez dyrektora Służby Starożytności? 

Egipcjanin zsiadł z konia i obejrzał dokument. 

- Czyżby pan znał dyrektora Służby? 

- To jeden z moich starych przyjaciół. 

-  Proszę  mi  wybaczyć.  Wykonywałem  tylko  swoje 

obowiązki.  Brak  czujności  z  naszej  strony  sprawia,  że 

nieświadomi  turyści  codziennie  niszczą  cenne  zabytki, 

których  nie  potrafią  zidentyfikować.  Oczywiście  byłbym 

zobowiązany,  gdyby  mógł  pan  puścić  w  niepamięć  ten 

incydent i nie wspominać o nim dyrektorowi. 

- Na razie, panie al-Fostat, zechce pan odpowiedzieć na 

moje pytanie: co pan tutaj robi? 

-  Wypełniam  rutynowe  zadanie...  Kolega  poprosił 

mnie,  żebym  go  zastąpił  przez  dwa-trzy  dni  i  zrobił 

background image

inspekcję  tego  stanowiska.  Sam  pojechał  z  wizytą  do 

rodziny mieszkającej w delcie Nilu. 

- Kiedy wraca pan do Asuanu? 

- Dziś wieczór. A... pan? 

- Zrobimy sobie małą wycieczkę 

- Czy śledztwo już się zakończyło? 

- Jeszcze trwa, panie al-Fostat, i nie tracimy nadziei, że 

dotrzemy do prawdy. 

- Tym lepiej, tym lepiej. Jeżeli po powrocie do Asuanu 

będą  panowie  mieli  ochotę  zwiedzić  mniej  znane 

stanowiska, proszę bez wahania się ze mną skontaktować. 

Ułatwię to panom. 

- Dziękujemy za pomoc. 

Egipcjanin wsiadł na konia i oddalił się galopem. 

-  Jeśli  chodzi  o  podstępność,  ten  typ  nie  ma  sobie 

równych -  ocenił Dodson.  -  Ale po jakiego  diabła  za  nami 

jechał? 

- Wkrótce się tego dowiemy. A poza tym nie jest sam. 

Lord  Percival  podał  nadinspektorowi  miniaturową 

lornetkę  wyregulowaną  przez  jednego  z  jego  przodków, 

oficera  marynarki;  dzięki  niej  można  było  dostrzec 

nieprzyjaciela  na  dowolnym  terenie  i  przy  dowolnej 

pogodzie. 

- Proszę spojrzeć w stronę grobów dostojników. 

-  Rzeczywiście,  widzę  mężczyznę,  który  zdaje  się  nas 

background image

śledzić... Ma kaszkiet... Ależ to Faxmore, Steven Faxmore! 

-  We  własnej  osobie.  Chodźmy,  nadinspektorze,  po-

każę panu coś interesującego. 

- Nie chce pan przepytać Faxmore'a? 

- To nie będzie konieczne. 

- Ale on także nas śledzi! 

- To dobry znak, nadinspektorze. 

- Nie jestem tego taki pewien... Może nas zaatakować. 

- Z panem czuję się bezpiecznie. 

Szkot  zaciągnął  Angusa  Dodsona  do  dzielnicy  rze-

mieślników,  gdzie  znaleziono  słynną  głowę  Neferetiti, 

przechowywaną w muzeum w Berlinie. Uważnie, zgodnie z 

planem, szedł wzdłuż domów rzeźbiarzy i tkaczy, i w końcu 

znalazł pozostałości budynku, którego szukał. 

- Co pan o tym sądzi, mój drogi Dodsonie? 

-  Ściany  z  surowej  cegły,  resztki  pieca,  małe  po-

mieszczenia, gdzie składowano dzbany... właśnie to miejsce 

sfotografował Oerry! 

- Nie ma wątpliwości. 

-  Skąd  takie  zainteresowanie  tym  antycznym  war-

sztatem? 

- Ponieważ to najstarszy znany browar - odpowiedział 

w zamyśleniu lord Percival. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXII 

 

Nie było wiatru, więc wydawało się, że słońce świeci tu 

ostrzej  niż  w  Asuanie.  Dodson  spływał  potem,  ale  lord 

Percival czuł się równie dobrze, jak gdyby przechadzał się 

po ścieżce w Szkocji. 

- Czy czuje się pan na siłach, by iść aż do grobowców, 

nadinspektorze? 

- Aby przesłuchać Faxmore'a? 

- Nie, ucieknie, kiedy tylko zobaczy, że idziemy w jego 

kierunku.  Chciałbym,  żeby  pan  poznał  jednego  z  moich 

starych przyjaciół. 

- Jeśli to konieczne... 

- Proszę popić wody z manierki. Jest letnia i z cytryną. 

Pójdziemy powoli i wszystko będzie dobrze. 

Nekropolia Tali al-Amarina, której groby wydrążone 

były  w  falezie  wznoszącej  się  nad  nieistniejącą  stolicą, 

wyglądała  patetycznie,  w  odróżnieniu  od  Gizy,  Sakkary, 

Teb i innych wielkich nekropolii Egiptu faraonów. Miejsce 

to, zaplanowane jako wieczny dom dygnitarzy Echnatona, 

miało jedynie charakter tymczasowy. Poza tym skała była 

miękka  i  płaskorzeźby,  bardzo  zniszczone,  były  w 

większości nieczytelne. 

Pokonawszy  zbocze,  na  tyle  strome,  że  zabrakło  im 

background image

tchu, Szkot wyprzedził Dodsona i jako pierwszy dotarł do 

grobowca 

słynnego 

Ejego, 

który 

służył 

najpierw 

Echnatonowi, 

później 

Tutanchamonowi, 

po 

przedwczesnej śmierci młodego króla sam został faraonem. 

“Tu przynajmniej jestem w cieniu", pomyślał Dodson. 

Lord  Percival  pozwolił  Dodsonowi  odzyskać  siły, 

następnie  pokazał  mu  słynny  Hymn  do  Atona  ułożony 

przez samego Echnatona i zamieszczony w jego grobowcu 

przez  wiernego  Ejego.  Tekst  wychwalał  słońce,  którego 

obecność dawała życie i radość wszystkim stworzeniom. W 

Tali al-Amarinie najważniejszym momentem była adoracja 

wschodzącego 

słońca, 

uważanego 

za 

stworzyciela 

wszystkich rzeczy. 

Na  progu  pojawił  się  wysoki  Egipcjanin  w  białej 

dżellabie,  w  turbanie  na  głowie  i  z  długą  laską  w  prawej 

ręce. 

- Pokój wam, przyjaciele. 

-  Pokój  tobie,  Mohamedzie,  i  twojej  rodzinie  -  od-

powiedział  Szkot.  -  Twój  starszy  syn  jest  już  pewnie 

dojrzałym mężczyzną. 

-  Został  inżynierem,  ożenił  się,  jest  szczęśliwy,  ale 

wyjechał  do  Kairu...  Dziś  młodzież  nie  umie  już  cenić 

uroków wsi. Czy twój dom nadal jest taki piękny? 

- Dbam o niego, jak na to zasługuje. 

- To obowiązek człowieka o wielkim sercu, przyjacielu. 

background image

Jestem szczęśliwy, że znowu cię widzę na tej ziemi. 

- Przyjechałem tu z powodu morderstwa popełnionego 

w Asuanie, i chciałem się z tobą przywitać. 

-  Nasza  młodość  uleciała,  ale  wiek  pozwala  nam 

patrzeć  na  nasze  życie  i  życie  innych  z  większym 

dystansem. Morderstwo w Asuanie... Cały kraj mówi tylko 

o tym. Wszyscy wiedzą, że już kazałeś uwolnić niewinnego 

człowieka. I  zaaresztujesz, ma  się  rozumieć,  prawdziwego 

mordercę. 

- Jeśli Bóg tak chce, Mohamedzie. 

-  Należysz  do  ludzi,  którzy  chętnie  pomagają  Bogu 

wypełniać jego zamysły. 

Mówiąc biegle po francusku i po angielsku, Mohamed 

używał 

niekiedy 

zaskakujących 

wyrażeń, 

ale 

nie 

umniejszało to szlachetności promieniującej od jego osoby. 

-  Czy  przypominasz  sobie,  przyjacielu,  nasz  długi 

spacer  w  krainie  duchów,  kiedy  zaprowadziłem  cię  aż  do 

grobu Echnatona? 

-  Szedłem  za  tobą  bez  najmniejszej  obawy,  mimo  że 

droga była trudna, a nawet niebezpieczna. 

- Ale grób został splądrowany... 

-  A  ty,  Mohamedzie,  ciągle  jesteś  przekonany,  że 

istnieje drugi grób. 

-  Jestem  tylko  fellachem,  nie  archeologiem.  Ale 

ostatnio  zrobił  się  tutaj  spory  ruch,  jak  gdyby  specjaliści 

background image

podzielali  moją  opinię.  Nawet  słynny  Abd  el-Mosul 

przyjechał rozejrzeć się po okolicy. 

- Czyżby rozpoczął nielegalne poszukiwania? 

-  Jest  dostatecznie  sprytny,  żeby  nie  wzbudzać  czuj-

ności władz i nigdy nie działa osobiście. Ale powtarzam ci, 

wiele się tu ostatnio dzieje... 

Z  racji  funkcji  burmistrza  Mohamed  nie  mówił 

wprost, a lord Percival nie mógł go wypytywać z obawy, że 

go urazi. Należało więc wdać się w długą rozmowę, w której 

padło wiele pytań o przyszłość licznych dzieci czcigodnego 

starca,  który  miał  tylko  dwie  żony.  Mohamedowi  niezbyt 

odpowiadały zmiany zachodzące we współczesnym świecie, 

a jeszcze mniej podobała mu się inwazja turystów. 

-  Jakiś  egiptolog  usiłuje  kupić  kilka  pięknych  przed-

miotów za niewielkie pieniądze - poinformował Egipcjanin. 

- W okolicy do niedawna nikt go nie znał. 

- Kiedy widziałeś go ostatni raz? 

- Dzisiaj rano. O tej porze powinien już być w pobliżu 

promu, którym popłynie na drugi brzeg. 

- Czy mógłbyś zatrzymać ten prom? 

-  Czego  się  nie  robi  dla  takiego  przyjaciela  jak  ty, 

Percivalu? 

Dodson nieprędko zapomni doświadczenie, jakim była 

przejażdżka  promem  zwanym  wieśniaczym.  Wciśnięty 

między motorynkę i owce, usiłował uśmiechać się do starej 

background image

zakwefionej  Egipcjanki,  która  przyglądała  mu  się  z 

zainteresowaniem. 

Duża tratwa płynęła trasą obliczoną na wyczucie. 

Lord  Percival  dostrzegł  egiptologa,  o  którym  opo-

wiadał mu Mohamed. 

Yillabert Glotoni, w białym kaszkiecie, oparty plecami 

o  metalowy  słup,  za  wszelką  cenę  usiłował  pozostać  nie 

zauważonym. 

- Pan Glotoni! Jak miło pana widzieć. 

Duża kwadratowa głowa Francuza poruszyła się. 

-  A,  lord  Percival!  Co  za  niespodzianka...  Zrobił  pan 

sobie małą wycieczkę? 

-  Chciałem  pokazać  nadinspektorowi  niezwykłe  po-

łożenie  Tali  al-Amariny,  rzadko  odwiedzanej  przez  tu-

rystów.  Miejsce  mało  widowiskowe,  ale  dotyka  się  tu 

prawdziwej archeologii. 

- Tak, tak, to prawda... 

- A pan, panie Glotoni, przechadzał po okolicy? 

-  Och  nie!  Przy  takim  ogromie  pracy  to  niemożliwe. 

Pojechałem  sprawdzić  pogłoskę  o  odkryciu  posążka  ibisa. 

Niestety  to  nieprawda,  jak  to  często  bywa.  Ale  to  żelazna 

reguła zawodu archeologa i trzeba się z tym pogodzić. Czy 

panowie skończyli już dochodzenie? 

-  Niezupełnie,  panie  Glotoni.  Ale  nadinspektor  i  ja 

mamy nadzieję, że to wkrótce nastąpi. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXIII 

 

Właściciel  kawiarni  pokropił  wodą  kafle,  przeciągnął 

wiekową,  pamiętającą  czasy  okupacji  brytyjskiej  szmatą, 

następnie posypał je grubą warstwą wiórów. 

Komisarz Abdel-Atif, siedząc przy swoim stoliku, palił 

fajkę wodną z grudką haszyszu. 

Na widok wchodzących Brytyjczyków skinął ręką. 

- Proszę usiąść! Co panowie piją? 

-  Kawa  po  turecku  dla  nadinspektora  i  napar  z 

kozieradki dla mnie. Po powrocie do Asuanu poszliśmy na 

komisariat i powiedzieli nam, że znajdziemy pana tutaj. 

-  To  ustronne  miejsce  rozmów...  W  komisariacie 

ściany  mają  uszy  -  a  jest  zbyt  wielu  podwładnych,  którzy 

czyhają  na  moje  miejsce.  Jak  się  przedstawiają  rezultaty 

waszych działań? 

-  Nienadzwyczajnie,  komisarzu,  mamy  jednak  kilka 

intrygujących  poszlak,  które  usiłujemy  połączyć  w  jedną 

całość. 

- Intrygujących? W jakim sensie? 

- Jest jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić. 

-  Panowie,  szczerze  mówiąc,  oczekiwałem  was  z 

niecierpliwością!  Mój  przełożony  bombarduje  mnie 

telefonami, pytając o tożsamość mordercy, a z kolei on sam 

background image

jest 

nieustannie 

wzywany 

przez 

ministra 

spraw 

wewnętrznych,  którego  dyskretnie  ponagla  ambasador 

Wielkiej  Brytanii.  Tak  więc,  jeśli  w  krótkim  czasie  nie 

doprowadzą  panowie  sprawy  do  końca,  pozostanie  nam 

Abu. 

-  Wykluczone  -  sprzeciwił  się  Dodson  -  ponieważ 

mamy dowody jego niewinności. 

-  Tym  gorzej,  nadinspektorze.  Jeśli  nie  zaniknę  tej 

sprawy, wylecę. 

- Proszę uważać na babkę Abu - doradził lord Percival. 

- To Nubijka... A pan lepiej ode mnie zna jej magiczną moc. 

Komisarz  Abdel-Atif  zasępił  się.  Takiego  ostrzeżenia 

nie wolno było lekceważyć. 

- Co zamierzają panowie teraz robić? 

- Czekać. 

- Jak to czekać! Przecież każda kolejna godzina gra na 

naszą niekorzyść! 

- Rzuciłem kilka ziaren tu i ówdzie i mam nadzieję, że 

doczekamy  się  plonów.  Trzeba  być  fatalistą,  komisarzu, 

czyż nasz los nie spoczywa w rękach Boga? 

Egipskie słońce było czerwone o świcie, lśniąco białe w 

południe  i  fioletowe  pod  wieczór.  Śledzenie  jego  toru  o 

każdej  porze  dnia  to,  według  starożytnych  Egipcjan, 

uczestniczenie  w  bezustannych  metamorfozach  istoty  bo-

skiej,  która,  ciągle  zmieniając  swoje  oblicze,  pozostawała 

background image

niezmienna. 

Lord  Percival  nie  bez  niepokoju  uczestniczył  w  tym 

bajecznym  widowisku,  stojąc  na  balkonie  sypialni.  Z 

długiej rozmowy telefonicznej z sekretarką dowiedział się, 

że  na  giełdzie  odnotowano  zwyżkę,  a  zwłaszcza  że 

Abercrombie  zaczął  poważnie  cierpieć  z  powodu  nie-

obecności swego pana. Jeszcze nie odmawiał swojej porcji 

koziego sera, ale wzrok mu przygasł i mimo pieszczot lady 

Ophelii stracił energię. 

Dorothea  Pettigrew  prosiła  lorda,  by  nie  przedłużał 

pobytu  w  Egipcie,  gdyż  stan  zdrowia  Abercrombiego 

pogarsza się. 

Nestor  Pwryctswll,  walijski  majordomus,  potwierdził 

te obawy, zapewniając jednocześnie, że w domu wszystko w 

porządku.  Nestor  nie  rozumiał,  dlaczego  ktoś  tak 

szlachetnie urodzony jak  jego pan  pojechał  do  odległego i 

dzikiego  kraju,  ale  wypełniał  swoje  zadania  ze  zwykłą 

starannością. 

Zadzwonił telefon. 

Szkot podniósł słuchawkę. 

- Lord Percival? - zapytał przytłumiony głos. 

- Przy telefonie. Kto mówi? 

- To nie ma znaczenia. Mam panu coś do powiedzenia. 

- Jestem gotów pana wysłuchać. 

- Nie przez telefon. 

background image

- Proszę mi wyznaczyć spotkanie. 

- Czy zna pan wyspę kwiatów? 

- Dość dobrze. 

- Proszę przyjść w południe pod najstarszą sykomorę. 

Niech  pan  będzie  sam,  a  przede  wszystkim  proszę  nie 

informować komisarza Abdel-Atifa. 

-  Na  świętego  Andrzeja,  milordzie!  -  zawołał  wzbu-

rzony  Dodson.  -  Chyba  nie  będzie  pan  ryzykował  wpad-

nięcia w pułapkę! 

- Proszę się uspokoić, nadinspektorze. Wyspa kwiatów 

to mały raj, z którego wypędzono przemoc. 

- Jestem przekonany, że pański rozmówca spróbuje się 

pana pozbyć. 

-  Zobaczymy.  Myślę,  że  zaczynamy  zbierać  owoce 

naszych działań. 

- Każmy przynajmniej policji otoczyć wyspę! 

-  Tylko  nie  to.  Myślę,  że  zidentyfikowałem  mego 

rozmówcę  -  dość  nieumiejętnie  zmienił  głos.  Natychmiast 

zorientuje  się  w  rozmiarach  nadzwyczajnych  środków 

ostrożności.  Jeśli  nie  wrócę  do  czternastej,  niech  pan 

podejmie stosowne kroki... 

Dodson  zrozumiał,  że  nie  należy  nalegać.  Ale  poczuł 

ukłucie w sercu, kiedy zobaczył Szkota oddalającego się w 

feluce w kierunku wyspy kwiatów. 

Hibiskusy,  poinsecje,  bugenwile,  klematisy,  drzewa 

background image

namorzynowe,  figowce,  sykomory,  drzewa  kapokowe, 

palmy i inne cuda tworzyły prawie nierealny pejzaż wyspy 

kwiatów  i  drzew,  na  zachód  od  północnego  krańca 

Elefantyny.  Raj  ten  nie  powstał  spontanicznie,  ale  zrodził 

się  z  botanicznej  pasji  brytyjskiego  oficera,  lorda 

Kitchenera,  pogromcy  pierwszego  islamskiego  fanatyka 

ery nowożytnej, Mahdiego, który miał nadzieję, że podbije 

Sudan i  Egipt. Żołnierz ten był w głębi serca miłośnikiem 

natury w jej najbardziej kuszących formach; dlatego lord 

Kitchener sprowadził na wyspę liczne rzadkie rośliny z Azji 

i  Afryki  i  zakomponował  rajski  ogród  pełen  ptaków  i 

wyrafinowanych  zapachów.  Tylko  Egipt  mógł  zmienić 

wojownika w twórcę ogrodu botanicznego. 

Zgodnie  z  otrzymanymi  instrukcjami  Szkot  podążał 

zadbaną aleją wprost do najstarszej sykomory na wyspie - 

ogromnego drzewa, dającego zbawczy cień. Lord Percival 

szedł powoli, poddając się nostalgicznym wspomnieniom. 

Realia  śledztwa  jednak  powróciły,  kiedy  dostrzegł 

mężczyznę, którego spodziewał się zobaczyć. Był to Ahmed 

al-Fostat, inspektor do spraw starożytności! 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXIV 

 

Egipcjanin  siedział  na  murku, w  sporej  odległości  od 

olbrzymiego  pnia.  Arystokrata  usiadł  po  jego  lewej  ręce, 

nie patrząc na niego. 

-  Z  pewnością  nie  spodziewał  się  pan  mnie  ujrzeć, 

milordzie. 

-  Pański  telefon  był  bardzo  tajemniczy,  panie 

al-Fostat. 

-  Musi  pan  zrozumieć,  że  mam  skrępowane  ręce.  Na 

moim stanowisku muszę być bardzo dyskretny. Gdyby nas 

tu przyłapano, moje życie byłoby w niebezpieczeństwie. 

- Czyżby posiadł pan tajemnicę zbyt ciężką na pańskie 

barki? 

-  Istotnie,  i  nie  mam  ochoty  nadstawiać  głowy  dla 

kogoś,  kto  usiłuje  mną  manipulować  i  kto  przy  pierwszej 

lepszej okazji mnie opuści... 

- Czy mógłby pan mówić jaśniej? 

- Pod warunkiem, że obieca mi pan pomoc. 

-  Wszystko  zależy  od  tego,  o  co  mnie  pan  poprosi, 

panie al-Fostat. 

Egipcjanin  wyrwał  kilka  ździebeł  trawy  i  zwinął  je, 

jakby próbował odczynić urok. 

-  Jestem  naprawdę  w  bardzo  trudnym  położeniu... 

background image

Moja  rola  polega  na  ochronie  egipskich  zabytków  przed 

rabusiami,  a  teraz  znalazłem  się  w  potrzasku  i  będę  miał 

nie  lada  kłopot,  żeby  się  z  niego  wydostać.  A  przecież 

budowałem  swoją  karierę  krok  po  kroku,  skrupulatnie,  i 

nawet nie przypuszczałem, że jakiś diabeł zastawi na mnie 

pułapkę na zakręcie drogi. 

- Inaczej mówiąc, ktoś pana szantażuje. 

-  Tak,  milordzie.  Ktoś,  kto  chce  wykorzystać  moją 

wiedzę  i  autorytet,  aby  prowadzić  nielegalną  działalność. 

Jeśli  nie  zareaguję,  zostanę  wbrew  sobie  wciągnięty  w  to 

całe zamieszanie, a jestem całkowicie niewinny. 

- Czy zgodzi się pan podać mi nazwisko tej osoby? 

- Muszę... I liczę trochę na pana jako na wybawcę. 

-  Dlaczego  nie  ma  pan  zaufania  do  komisarza 

Ab-del-Atifa? 

-  Ponieważ  to  tchórz,  który  myśli  jedynie  o  swojej 

karierze.  Nigdy  nie  odważy  się  pokrzyżować  planów  Abd 

el-Mosula. 

- Abd el-Mosul... A więc nie przestał szukać skarbów! 

-  Tak  naprawdę  ustatkował  się,  ale  nadarzyła  się 

znakomita okazja i jego stare odruchy wzięły górę. 

- Chodzi o skarb? 

- O niesplądrowany grób. 

- To wyjątkowa rzadkość - zdziwił się lord Percival. 

-  Sam  w  to  nie  wierzyłem...  Ściślej  mówiąc,  chodzi  o 

background image

nienaruszoną  część  grobowca  w  Dolinie  Orła  w  Tebach. 

Wszyscy  byli  przekonani,  że  tam  nie  ma  już  nic  do 

odkrycia,  ale  mylili  się.  Abd  el-Mosul  dowiedział  się 

oczywiście  o  moich  wcześniejszych  poszukiwaniach  i 

zabronił  mi  sporządzać  raport  dla  Służby  Starożytności 

pod groźbą represji w stosunku do mnie i członków mojej 

rodziny.  Ponieważ  skorumpował  policję,  czułem  się 

beznadziejnie sam, aż do  pańskiego przyjazdu... Najpierw 

uważałem,  że  będzie  pan  wrogiem,  co  wyjaśnia  moją 

postawę.  Później  zrozumiałem,  że  ponad  wszystko  stawia 

pan  uczciwość.  Teraz  liczę  tylko  na  pana,  bo  tylko  pan 

może przeszkodzić Abd el-Mosulowi w kolejnym rabunku. 

-  Jeśli  dobrze  rozumiem,  prosi  pan,  żebym  jak  naj-

szybciej obejrzał ten grób? 

- Decyzja należy do pana, milordzie. Ale tak naprawdę 

o  to  mi  właśnie  chodzi.  Może  nakryje  pan  wreszcie  Abd 

el-Mosula na gorącym uczynku, dzięki czemu mógłby pan 

posłać  go  do  więzienia  i  wyzwolić  Egipt  od  jednej  z  plag. 

Ale  jeśli  poinformuje  pan  komisarza  Abdel-Atifa  o 

pańskich zamiarach, on uprzedzi Abd el-Mosula i znajdzie 

pan jedynie ograbiony i zdewastowany grób. 

- Czy pójdzie pan ze mną? 

- To niestety niemożliwe. Jeżeli się pojawię, ludzie Abd 

el-Mosula  doniosą  mu  o  tym.  A  ja  mam  jedną  słabość  - 

zależy mi na życiu. 

background image

- A któż inny mógłby mnie powiadomić, jeśli nie pan? 

- Komisarz. Ponieważ jego stanowisko jest zagrożone i 

potrzebuje  na  gwałt  winnego,  mógłby  wskazać  panu  ten 

trop,  aby  nakryć  w  końcu  Abd  el-Mosula  na  gorącym 

uczynku. Wziąwszy pod uwagę, że to ważne miejsce, będzie 

tam  osobiście,  aby  kierować  akcją.  Nie  zdziwiłbym  się, 

gdyby  już  zaczął...  Musi  się  oczywiście  wystrzegać  patroli 

lokalnej policji, ale z pewnością przekupił kilka osób, które 

podały  mu  dokładne  godziny  obchodów.  W  ten  sposób 

nikogo  nie  będzie  można  posądzić  o  grabież,  ponieważ 

przepisy  będą  skrupulatnie  przestrzegane.  Jeśli  pan  chce, 

milordzie, ten ruch może należeć do pana. 

-  Czy  to  oznacza,  że  Abd  el-Mosul  jest  mordercą 

Howarda Langtona? 

-  Nie  mogę  tego  potwierdzić,  bo  nie  mam  dowodów 

jego  winy.  Ale  przypuśćmy,  że  Langton  miał  odważny 

pomysł  zaatakowania  Abd  el-Mosula,  aby  ujawnić,  że 

nadal  trudni  się  grabieżą...  W  takich  okolicznościach  ten 

ostatni mógłby zareagować gwałtownie. Ale, powtarzam, to 

tylko  hipoteza.  Oczywiście,  gdyby  Abd  el-Mosul  był  pod 

kluczem, z pewnością musiałby mówić i wyznać wszystkie 

swoje zbrodnie, nie tylko po to, by się tym chełpić. 

- To rzeczywiście możliwe. 

- A więc... Czy zgodzi się pan mi pomóc? 

- Jeśli chcę odkryć prawdę, nie mam wyboru. 

background image

- Wskażę panu położenie tego grobu. 

Cienkim  i  ostrym  patykiem  Ahmed  al-Fostat  naryso-

wał na piasku plan i pokazał lordowi Percivalowi najlepsze 

dojście do niesplądrowanego sanktuarium. 

- Proszę wziąć ze sobą mocną linę i latarkę - poradził 

Egipcjanin. - I niech pan będzie bardzo ostrożny. Skały są 

śliskie, a dostęp do grobu jest utrudniony. Gdyby miał pan 

pozwolenie,  warto  byłoby  mieć  przy  sobie  broń.  Ale  Abd 

el-Mosul  nigdy  się  do  tego  nie  posuwa.  I  będzie  tak 

wściekły, że został nakryty, że podda się bez walki. 

Inspektor do spraw starożytności wstał i rozejrzał się 

wokół. O tej godzinie wyspa kwiatów była pusta. 

- Proszę stąd odejść po upływie kwadransa - poradził 

Szkotowi. - Pozwolę sobie życzyć panu szczęścia. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXV 

 

Mimo znakomitej szkockiej whisky i cudownego cienia 

na tarasie Starej Katarakty, rozmowa była krótka. 

- To wykluczone, milordzie. 

-  Jako  nadinspektor  nie  powinien  pan  działać  w  te-

renie. Biorę to na siebie. 

-  Czyżby  uważał  mnie  pan  za  biurokratę?  -  zaprote-

stował  wyraźnie  wzburzony  Dodson.  -  Prawda  wymaga 

wszelkich  poświęceń!  A  ja  jestem  gwarantem  pańskiego 

bezpieczeństwa.  Jeśli  podejmie  pan  tę  wyprawę,  pójdę  z 

panem. 

-  Za  bardzo  cenię  sobie  wolność  jednostki,  by  panu 

zabronić. 

-  Ahmed  al-Fostat  nie  wzbudza  zaufania  -  stwierdził 

nadinspektor  -  Ale  dostarczy  nam,  być  może,  klucz  do 

rozwiązania  tej  zagadki.  Proszę  mi  powiedzieć  szczerze, 

milordzie... Czy umiejscowienie tego grobu wydaje się panu 

prawdopodobne? 

-  Oczywiście,  mój  drogi  Dodsonie.  Znam  dobrze  tę 

ścieżkę;  niegdyś  wielokrotnie  tamtędy  chodziłem.  Mam 

nadzieję, że nie ma pan zawrotów głowy? 

-  Nie  aż  takie,  żeby  się  rozchorować.  Ale...  skąd 

weźmiemy linę? 

background image

- Wziąłem ze sobą. 

- Jak mógł pan przewidzieć... 

-  Jest  kilka  przedmiotów,  których  nie  wolno  nigdy 

zapominać,  wyjeżdżając  ze  Szkocji.  Kiedyś  archeolodzy 

oprowadzili  mnie  po  niemal  wszystkich  grobach  Doliny 

Możnych  Notabli  w  Tebach  Zachodnich.  Gdzieniegdzie 

musieliśmy się wspinać. 

Dodson  zrozumiał,  że  to  nie  koniec  jego  udręki  i  że 

zdecydowanie  lepiej  było  nigdy  nie  opuszczać  nowo-

czesnego  biura  w  Scotland  Yardzie  oraz  londyńskiego 

bruku. 

 

Kto  po  raz  pierwszy  ujrzał  zachodni  brzeg  Teb, 

zdawał sobie sprawę,  że życia byłoby mało,  by  ogarnąć  te 

wszystkie  cuda.  Dolina  Królów,  Dolina  Królowych, 

grobowce  Możnych  Notabli,  istniejące  tu  od  milionów  lat 

świątynie Setiego I, Ramzesa II i Ramzesa III i tyle innych 

pamiątek  przyszłości,  z  których  wiele  pozostawało  nie 

znanych  szerszej  publiczności,  czyniły  z  tego  magicznego 

miejsca najbogatsze stanowisko archeologiczne na świecie. 

Tutaj,  przez  wieki,  starożytni  Egipcjanie,  zgodnie  z  ich 

własnymi słowami, “stworzyli niebo  na ziemi" i łączyli się 

duchowo z niewidzialnym. 

Taksówka,  która  wiozła  obu  Brytyjczyków  do  pod-

nóża falezy Ad-Dajr al-Bahri, nie miała ani hamulców, ani 

background image

reflektorów, ani kilku innych nieistotnych drobiazgów, ale 

została bogato ozdobiona ręką Fatimy. Mechanik nie byłby 

w stanie wyjaśnić, w  jaki sposób  ten samochód  jeździ,  ale 

kierowca  był  bardzo  grzeczny,  nawet  jeśli  miał  irytującą 

skłonność do przejeżdżania tuż obok rowerów i osłów. 

Słońce  jak  zwykle  silnie  operowało  na  tarasie  przed 

świątynią  Hatszepsut,  wzniesioną  przez  faworyta  i  archi-

tekta  królowej  ku  czci  boga  Amona,  posiadającego  ta-

jemnicę  stworzenia.  Niezwykła  budowla  wzniesiona  na 

tarasach  była  ściśle  połączona  z  falezą  i  przyciągała 

licznych  turystów.  W  czasach  królowej  Hatszepsut  ta 

wspaniała  świątynia  była  częściowo  ukryta  za  zasłoną 

zieleni i ogrodów, gdzie rosły drzewa żywiczne. 

Lord Percival wybrał okrężną ścieżkę. Była dłuższa od 

tej,  którą  wskazał  Ahmed  al-Fostat,  ale  ta  ostrożność 

pozwalała uniknąć ewentualnego niepożądanego spotkania. 

Grupka chłopców usiłowała iść za Brytyjczykami, ale 

kiedy zbocze stało się zbyt strome, odpuścili. Jedynie kilku 

poganiaczy  osłów  zapuściło  się  na  te  kamieniste  ścieżki, 

które biegły między szczytami i dominowały nad głównymi 

stanowiskami archeologicznymi. 

Szkot  szedł  umiarkowanym  tempem  doświadczonego 

wspinacza,  który  umie  oszczędzać  siły.  Dodson  miał  więc 

czas  na  podziwianie  niezwykłego  pejzażu,  zapominając  o 

upale i wysiłku. 

background image

Dolina  Orła  zasługiwała  na  swoją  nazwę.  Dzika, 

niemal  nieprzyjazna,  jeszcze  niedawno  była  królestwem 

drapieżników,  z  których  kilka  ciągle  jeszcze  nawiedza  te 

niedostępne miejsca. 

Lord Percival podniósł wzrok. 

-  Proszę  spojrzeć,  wejście  do  grobowca  jest  tam,  w 

górze. 

Dziewiętnaście metrów nad ziemią widać było otwór w 

skale. 

- Nie czuję się na siłach, żeby odbyć taką wspinaczkę - 

wyznał przygnębiony Dodson. 

- Nie będziemy się wspinać, lecz schodzić.  

Szkot  zaprowadził  nadinspektora  na  ścieżkę,  która 

wiodła na szczyt falezy. 

Lina wpięta w hak sięgnęła wejścia do grobowca. 

- Al-Fostat nie kłamał - stwierdził lord Percival.- Ktoś 

już tu był. 

Arystokrata wpiął w hak linę asekuracyjną. 

-  Proszę na mnie czekać, nadinspektorze. Jeśli będzie 

nam coś groziło, uprzedzę pana. 

Angus  Dodson  nie  miał  czasu,  żeby  zaprotestować. 

Lord Percival dość zręcznie rozpoczął zjazd. 

Udało  mu  się  łagodnie  wylądować  na  małej  półce 

skalnej, skąd schodziło się do świątyni. 

Zapalił latarkę i zniknął w wąskim przejściu. 

background image

Kilka metrów niżej poczuł ucisk w sercu. 

Lord Percival widywał już trupy, czasem naznaczone 

cierpieniem, ale po raz pierwszy ujrzał takie piekło. 

Pożar  poczernił  ściany  grobowca,  gdzie  wszystkie 

płaskorzeźby  zostały  okaleczone.  Na  podłodze  walały  się 

szczątki  mumii,  powyrywane  ramiona,  poucinane  nogi, 

rozbite  czaszki.  Wandale  nie  wykazali  najmniejszego 

szacunku  dla  osób,  które  wierzyły,  że  znajdą  tu  wieczny 

spoczynek. 

Wstrząśnięty  takim  barbarzyństwem  lord  Percival 

wszedł głębiej do ponurego grobowca. 

W  rogu  zobaczył  otwór  wznoszący  się  nad  dwoma 

belkami.  Powyżej  drugą  salę,  w  której  powinny  się 

znajdować naczynia i sarkofag. 

 

- Milordzie! - zawołał zaniepokojony Dodson. -  Gdzie 

pan jest? 

Potężny  huk przerwał  panującą w górach  ciszę.  Dra-

pieżne  ptaki  opuściły  kryjówki  i  przeleciały  nad  inspe-

ktorem. 

Z wejścia do grobowca wydostał się obłok dymu. 

- Niech się pan odezwie, milordzie. Proszę! 

Na arystokratę musiało runąć sklepienie grobowca. 

background image

ROZDZIAŁ XXXVI 

 

Angus Dodson ubezpieczył się jako tako liną i opuścił 

się w czeluść. Być może istniała jakaś szansa na uratowanie 

lorda Percivala. 

Już po chwili zobaczył postać wynurzającą się z pyłu, 

która wychodziła z grobowca. 

- Czy to pan, milordzie? 

-  Proszę  wracać,  mój  drogi  Dodsonie.  Zbiorę  siły  i 

przyjdę do pana. 

- Czy nie jest pan ranny? 

-  Wszystko  w  porządku...  Ale  zaczęło  mi  brakować 

powietrza. 

Szkot pewnie wszedł na szczyt falezy. 

- Co się stało? 

-  Nad  progiem  tej  części  grobu,  która  powinna  być 

nieograbiona, 

jest  współczesne  rusztowanie.  Byłem 

ostrożny,  ponieważ  ta  licha  konstrukcja  wskazywała,  że 

ktoś tu był. Kiedy dotknąłem wyższej belki, całość runęła. 

Zaledwie miałem czas, żeby uciec do wyjścia. 

- Al-Fostat świadomie wysłał pana na śmierć! 

- Możliwe... 

- Jeszcze pan w to wątpi? 

- Muszę sprawdzić jeszcze jedną rzecz. 

- Co takiego? 

background image

- Chciałbym wiedzieć, czy dno grobowca rzeczywiście 

nie zostało zbadane. 

- Jak chce się pan o tym przekonać? 

- Poczekam, aż opadnie pył, i wrócę do tego grobowca, 

w którym rabusie wyrządzili okropne spustoszenie. 

- Niech pan nawet o tym nie myśli! 

-  Przypuszcza  pan,  że  moglibyśmy  znaleźć  ciało  na 

dnie grobowca? 

- Myśli pan o... Abd el-Mosulu? 

-  Wkrótce  się  tego  dowiemy,  nadinspektorze.  Szkot 

spędził ponad  dwie  godziny w zdewastowanym grobowcu. 

Tym razem nic się nie wydarzyło. 

Kiedy  lord  Percival  pojawił  się  ponownie  na  powie-

rzchni,  Dodson  odetchnął  z  ulgą.  Jako  umysł  ścisły  nie 

wierzył  w  przekleństwo  faraonów,  ale  w  takich  okoli-

cznościach  należało  zachować  ostrożność  i  nikomu  nie 

dowierzać. 

- Co pan o tym sądzi, milordzie? 

- Ten grób został całkowicie zdewastowany już dawno. 

Złodzieje wyżyli się nawet na nieszczęsnych mumiach. Ale 

znalazłem to! 

Otworzył  prawą  dłoń  i  pokazał  Dodsonowi  niewielki 

przedmiot - amulet w kształcie żaby. 

- Czy to autentyczne? 

- Starożytne i autentyczne, nadinspektorze. 

background image

Tuzin  policjantów  ponaglanych  przez  podekscytowa-

nego  Ahmeda  al-Fostata  wspinał  się  na  szczyt,  gdzie 

Brytyjczycy chwilę odpoczywali przed zejściem do doliny. 

Kiedy inspektor do spraw starożytności zobaczył obu 

mężczyzn, głośno dziękował Allahowi i przez dobrą minutę 

śpiewał hymny na jego cześć. 

-  Tak  się  bałem,  tak  okropnie  się  bałem!  -  wyznał, 

ściskając  dłoń  magnata.  -  Zrozumiałem,  że  Abd  el-Mosul 

wciągnął  nas  w  pułapkę,  pana  i  mnie,  ale  sądziłem,  że 

przybędę za późno. Co się stało w grobowcu? 

-  Banalny  wypadek: zawaliły  się  belki stoczone  przez 

robaki.  Miałem  dużo  szczęścia,  że  uszedłem  stamtąd  z 

życiem. 

- Jak mógłbym błagać pana o przebaczenie, milordzie? 

Byłem naiwny, taki naiwny! 

-  No  cóż,  proszę  mi  wyjaśnić,  w  jaki  sposób  roz-

szyfrował pan podstęp Abd el-Mosula. 

-  To  czysty  przypadek...  Znaleźć  coś  tak  okropnego! 

To  potworne,  aż  trudno  mi  o  tym  mówić.  Myślę  o  mu-

miach... 

Wydawało się, że Ahmed al-Fostat za chwilę zemdleje. 

- Wracajmy do Asuanu - zaproponował lord Percival. - 

W drodze dojdzie pan do siebie. 

W Luksorze lekarz zrobił inspektorowi zastrzyk uspo-

kajający,  następnie  al-Fostata  i  obu  Brytyjczyków  od-

background image

wieziono służbowym samochodem do Asuanu. 

-  Czy  już  może  pan  udzielić  wyjaśnień,  panie  al-

-Fostat? 

-  Tak,  już  mi  lepiej...  dużo  lepiej.  Co  za  straszna 

historia!  Tak  przerażająca,  że  powinna  istnieć  tylko  w 

wyobraźni  pisarzy!  Nigdy  bym  nie  uwierzył,  że  może  się 

zdarzyć coś tak odrażającego. 

Ahmed  al-Fostat  mówił  urwanymi  zdaniami,  jakby 

miał trudności z dobraniem właściwych słów. 

- Na pustyni na zachód od Asuanu odkryto niedawno 

mały  grób.  Wewnątrz  było  około  dziesięciu  mumii  w 

lepszym  lub  gorszym  stanie.  Archeolog,  który  dokonał 

odkrycia,  przedstawił  raport,  który  wydał  mi  się  dość 

niejasny.  W  podobnych wypadkach lubię  sam  pojechać w 

teren,  żeby  sprawdzić  na  miejscu,  czy  nie  przeoczono 

czegoś istotnego. Zwykle przyjeżdżam na stanowisko około 

dziewiątej  rano  i  odjeżdżam  przed  południem.  Ale  tym 

razem  zepsuł  się  mój  jeep  -  na  szczęście  udało  mi  się  go 

naprawić  samemu.  Kiedy  doszedłem  do  grobowca, 

zostawiwszy  wóz  w  pewnej  odległości,  dochodziło  pół  do 

pierwszej. 

Miejsce 

wydawało 

się 

wyludnione, 

ale 

usłyszałem  głosy.  Natychmiast  wzmogłem  czujność.  Nie-

kiedy  złodzieje  próbują  splądrować  znalezisko,  zanim 

policja zapewni mu ochronę. Ukryłem się w cieniu wydmy, 

żeby  obserwować,  sam  nie  będąc  widzianym.  I  wie  pan, 

background image

kogo tam zobaczyłem? 

- Przypuszczam, że Abd el-Mosula. 

- Tak, ale nie był sam! Targował się z doktorem Qerry. 

Ten ostatni coś mu podawał. Abd el-Mosul twardo kłócił się 

o cenę. 

Dodson zbladł. 

- A to coś... To chyba nie była... 

- Tak, nadinspektorze! To był kawałek mumii! Qerry 

tłumaczył, że wybrał najlepszą, że ma jeszcze dwie lub trzy 

inne wartościowe. 

- Najlepszą... do czego? 

Ahmed al-Fostat spuścił głowę, głęboko zasmucony. 

-  Niektórzy  ciągle  jeszcze  wierzą,  że  sproszkowana 

mumia ma właściwości afrodyzjaku. Abd el-Mosul jest już 

stary, rozumie pan... 

-  To  odrażające!  -  krzyknął  Angus  Dodson,  którego 

sumienie zawodowe doznało gwałtownego wstrząsu. 

-  Byłem  tak  zbulwersowany  -  ciągnął  Egipcjanin  -  że 

potrzebowałem czasu, aby zrozumieć, że jeśli Abd el-Mosul 

oddawał  się  tej  obrzydliwej  transakcji  w  Asuanie,  to 

historia  z  niesplądrowanym  grobem  była  pułapką! 

Natychmiast  pobiegłem  do  Luksoru  i  zawiadomiłem 

policję. Na szczęście jest pan cały i zdrowy. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXVII 

 

Lord Percival kończył zawiązywać swój nieskazitelny 

biały krawat, kiedy ktoś zapukał do drzwi. 

- To ja, Omar Abdel-Atif, proszę otworzyć!  

Szkot  założył  białą  marynarkę  i  skropił  się  wodą 

toaletową,  następnie  bez  pośpiechu  otworzył.  Egipski 

komisarz był wyraźnie zdenerwowany. 

- Już nie mogę, milordzie, jestem na dnie. Ale co się z 

panem działo? 

- Byłem na wycieczce w Tebach. 

- Też coś... Śledztwo trwa, zewsząd naciski, a pan sobie 

urządza wycieczki! 

- Jakieś kłopoty, drogi kolego? 

-  Ktoś  o  mały  włos  nie  zastrzelił  Albertine  Abletout! 

Wyobraża  pan  sobie  ten  skandal...  Wezwała  już  catą 

lokalną  prasę,  a  jutro  zwróci  się  do  korespondentów 

zagranicznych dzienników. 

Omar Abdel-Atif opadł na fotel. 

-  Jestem  zgubiony...  ta  tragedia  będzie  miała  dwie 

ofiary: Howarda Langtona i mnie. 

- Niech pan nie będzie takim pesymistą. 

- Nie ma już najmniejszego światełka nadziei... Gdyby 

przynajmniej  pozwolił  mi  pan  zaaresztować  Abu...  To  by 

background image

uspokoiło umysły, zostałby uniewinniony w trakcie procesu 

i cała sprawa umarłaby w piaskach pustyni. 

- Moim zdaniem to nie jest dobre rozwiązanie. 

-  Więc  niech  pan  przynajmniej  spróbuje  uspokoić 

panią Abletout! 

- Zrobię co w mojej mocy. 

Ktoś znowu zapukał do drzwi. Otworzył, żeby wpuścić 

Angusa Dodsona. 

-  Znalazłem  ten  liścik  pod  poduszką  -  oznajmił 

nadinspektor. 

W  brązowej  kopercie  była  biała  kartka.  Zawierała 

kilka stów napisanych po angielsku na maszynie: 

 

Klucz znajduje się u Domeniki Strauss. Wiklinowy kosz 

pod oknem w, saloniku. 

 

-  Czy  mogę  przeczytać?  -  zapytał  komisarz.  Dodson 

pokazał  list  swemu  egipskiemu  koledze.  Szeroki  uśmiech 

rozjaśnił twarz Omara Abdel-Atifa. 

-  Być  może  jesteśmy  uratowani!  Autorem  tego  listu 

może  być  tylko  Faxmore.  Musiał  znaleźć  najważniejszą 

poszlakę  i  wskazuje  nam  ją,  ponieważ  Domenica  Strauss 

nie jest Angielką. Domenica Strauss, tak blisko związana z 

Langtonem!  Dramat  namiętności...  Doskonale!  Nikt  nie 

zaoponuje,  a  dziennikarze  będą  zachwyceni.  Chodźmy, 

background image

drodzy koledzy! 

Nadinspektor  przeklinał  szczupłość  środków  techni-

cznych,  które  miał  do  dyspozycji.  W  Londynie  taki 

dokument  zostałby  prześwietlony  ze  wszystkich  stron  w 

laboratorium  Scotland  Yardu  i  dostarczyłby  z  pewnością 

mnóstwo interesujących informacji. 

Tutaj,  mimo  wszechobecnego  słońca,  trzeba  było 

brnąć we mgle. 

-  Szybciej,  szybciej!  -  ponaglał  co  kilkanaście sekund 

komisarz Abdel-Atif kierowcę, który maltretował skrzynię 

zmiany biegów starego peugeota. 

-  Czy  ma  pan  nakaz  rewizji?  -  zapytał  Dodson 

Egipcjanina. 

-  W  nagłych  sytuacjach  prawo  zwalnia  z  tego  obo-

wiązku. A to jest właśnie taki przypadek. 

Pojazd zahamował gwałtownie przed budynkami nie-

mieckiej  misji  archeologicznej  i  komisarz  Abdel-Atif 

wyskoczył z niego energicznie. 

Strażnik usiłował dowiedzieć się, jaki jest powód tego 

najazdu,  ale  ostra  odpowiedź  egipskiego  policjanta 

spowodowała  jego  natychmiastowy  powrót  do  wartowni. 

Czasami lepiej nic nie widzieć i nic nie słyszeć. 

Drzwi  mieszkania  Domeniki  Strauss  były  zamknięte 

na  klucz.  Komisarz  Abdel-Atif  podniósł  kamień,  stłukł 

kwadratową szybkę, otworzył okno i wszedł do środka. 

background image

-  Chyba  nie  będziemy  iść  za  nim  -  powiedział 

skonsternowany Dodson. 

-  To  nie  będzie  konieczne  -  ocenił  lord  Percival. 

Komisarz pośpieszył prosto do wiklinowego kosza. To, co w 

nim znalazł, wprawiło go w niemałe zakłopotanie. Sądząc, 

że  zaszła  pomyłka,  zabrał  się  do  przeszukiwania  całego 

mieszkania. 

Przygnębiony wyszedł drzwiami, które były zamknięte 

na zwykłą zasuwę. 

-  Znalazłem  tylko  tę  niemiecką  książkę  -  powiedział, 

pokazując ją nadkomisarzowi. 

- Śmierć na Nilu - przetłumaczył Dodson. - Jeśli się nie 

mylę, to powieść Agaty Christie. 

Omar  Abdel-Atif  uderzył  się  w  czoło  zamkniętą  pię-

ścią. 

-  No  jasne...  To  jest  klucz,  oczywiście!  Howard 

Langton  został  zamordowany  w  apartamencie  Agaty 

Christie  w  Starej  Katarakcie,  a  ta  Domenica  Strauss  jest 

czytelniczką  powieściopisarki!  A  zatem...  Ktoś  był 

świadkiem  morderstwa  i  w  ten  sposób  wskazuje  nam 

sprawcę. 

Abdel-Atif popukał palcem wskazującym w książkę. 

- Być może ten sposób odkrycia mordercy nie przynosi 

nam  chwały,  panowie,  ale  liczy  się  skutek.  Teraz  musimy 

jak najszybciej odszukać pannę Strauss. Miejmy nadzieję, 

background image

że nie uciekła! 

 

Niemiecka  egiptolog  pracowała  w  bibliotece  centrum 

archeologicznego, kiedy strażnik zawiadomił ją, że policja 

splądrowała jej pokój. 

Początkowo  nie  dowierzając,  młoda  kobieta  odłożyła 

przegląd specjalistyczny, który czytała, wyszła z biblioteki, 

przeszła  przez  piaskowy  dziedziniec  i  zauważyła  dwóch 

Brytyjczyków w towarzystwie komisarza Abdel-Atifa. 

Podchodząc bliżej, szacowała szkody. 

-  Panowie  stłukli  szybkę  i  przeszukali  moje  miesz-

kanie! 

Komisarz stawił jej czoło. 

- To było konieczne, proszę pani. 

- Konieczne... Z jakiego powodu? 

- Niech pani nie pogarsza swojej sytuacji. Najlepszym 

rozwiązaniem  dla  pani byłoby przyznanie  się.  Sędziowie z 

pewnością nie będą dla pani zbyt surowi. 

- Mam się przyznać? Ale do czego? 

- Do zamordowania Howarda Langtona. 

- Ależ to kompletna bzdura, komisarzu! 

- Nie ma co zaprzeczać.. Mamy dowód pani winy. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXVIII 

 

Drobna,  jasnowłosa  niemiecka  egiptolog  zachowała 

zimną krew. 

- Co to za dowód, komisarzu?  

Dodson  przyszedł  z  pomocą  swemu  egipskiemu  ko-

ledze: 

- Czy jest pani skłonna się przyznać? 

-  Nie  wiem,  dlaczego  zmontowali  panowie  przeciwko 

mnie  tę  intrygę,  ale  nie  przestanę  twierdzić,  że  jestem 

niewinna. 

- Ten dowód... - kontynuował Dodson. 

-  Wymyśliliście  go!  -  zaprotestowała  Domenica 

Strauss. - Dlaczego nie chcecie mi go pokazać? 

Egipcjanin gotów był go ujawnić, ale wyperswadował 

mu to wzrok lorda Pecivala. 

-  Zechce  pani  nie  opuszczać miejsca zamieszkania aż 

do odwołania. 

- Panowie mnie aresztują? 

-  Oczywiście!  -  krzyknął  Abdel-Atif.  -  Ponieważ  jest 

pani cudzoziemką, nie chciałbym odsyłać pani do więzienia, 

ale  będzie  pani  pod  ścisłym  nadzorem.  Przede  wszystkim 

niech pani nie usiłuje uciekać! 

Niemka dumnie stawiła mu czoło. 

background image

-  Doskonale.  Kiedy  uznacie  swój  błąd,  będę  się 

domagała oficjalnych przeprosin. 

Omar Abdel-Atif nie przestawał się złościć. 

-  Dlaczego  nie  pokażemy  jej  dowodu?  Na  pewno  by 

pękła! 

-  Obawiam  się,  komisarzu,  że  pańska  strategia  przy-

niosłaby  mizerne  rezultaty.  Panna  Strauss  jest  bardzo 

opanowana, a ta sprawa ma wiele niejasnych aspektów. 

Głos komisarza zadrżał: 

-  Powinien  się  pan  postawić  w  moim  położeniu, 

milordzie:  nareszcie  mamy  prawdopodobnego  mordercę! 

Domenica  Strauss  była  kochanką  Howarda  Langtona,  on 

ją porzucił. A ona go z zemsty zabiła - klasyczna zbrodnia 

w  afekcie.  Jeśli  będzie  miała  dobrego  adwokata,  niewiele 

ryzykuje.  Pan  i  ja  zakończylibyśmy  ten  dramat  ku 

zadowoleniu władz egipskich i angielskich. 

-  To  moje  najgorętsze  życzenie,  komisarzu.  Ale  ów 

“dowód" może się okazać za słaby. 

- Rozumiem... Chce go pan użyć podczas procesu, aby 

nie dać szans Domenice Strauss? 

- Powiedzmy. 

-  Dobry  pomysł,  bardzo  dobry...  Wy,  Brytyjczycy, 

jesteście  mistrzami  strategii.  Kiedy  się  opanowało  świat  z 

małej, zasnutej mgłą wyspy, naprawdę wiadomo, jak się do 

tego zabrać! 

background image

Hołd  złożony  potędze  imperium  ucieszył  Angusa 

Dodsona. Nadinspektor zawsze uważał, że jedynie polityka 

królowej Wiktorii była godna uwagi. 

Komisarz  Abdel-Atif  zaczął  się  już  rozluźniać,  gdy 

nagły niepokój ścisnął mu gardło. 

-  Zapomniałem  o  pani  Abletout!  Jestem  pewien,  że 

okupuje moje biuro, żeby dostać policyjną ochronę. 

Komisarz nie mylił się. 

Francuska  egiptolog  przemierzała  wszerz  i  wzdłuż 

pokoje  asuańskiej  policji,  grożąc  wszystkim  funkcjona-

riuszom,  którzy  znaleźli  się  na  jej  drodze,  że  ześle  ich  na 

ciężkie  roboty,  jeśli  nie  potraktują  jej  przypadku  jako 

priorytetowego. 

Pod 

nieobecność 

komisarza 

jego 

podwładni  nie  wiedzieli,  co  powinni  zrobić.  Jeden  przez 

drugiego  zapewniali  Albertine  Abletout  o  swoim  naj-

głębszym  szacunku  i  przyrzekali  jej,  że  egipska  policja 

zmobilizuje wszystkie siły w jej sprawie. 

Kiedy  Francuzka  zobaczyła  Brytyjczyków,  natych-

miast  do  nich  podeszła.  Omar  Abdel-Atif  ukrył  się  za 

barczystym Angusem Dodsonem. 

-  To  prawdziwy  skandal,  panowie!  Ktoś  usiłuje  mnie 

zabić, a ja nie znajduję nikogo, kto zapewniłby mi ochronę i 

powstrzymał bandytę, który chciał mnie usunąć! 

-  Proszę  się  uspokoić  -  powiedział  lord  Percival 

poważnie. - Chcielibyśmy wiedzieć, co się właściwie stało. 

background image

-  Nareszcie  ktoś  mnie  słucha!  Jak  dorwę  komisarza 

Abdel-Atifa, powiem mu, co o tym wszystkim myślę!  

Egipski policjant na wszelki wypadek ulotnił się. 

- Kiedy to się stało? 

-  Tej  nocy.  Z  powodu  tysiąca  i  jednego  kłopotu 

związanych z moją pracą spałam płytko i usłyszałam hałas. 

Początkowo  sądziłam,  że  się  pomyliłam,  później  jednak 

znowu usłyszałam  hałas.  Wydawało  mi się, że to kroki  na 

parkiecie.  Zapaliłam  nocną  lampkę  i  w  półmroku 

zobaczyłam w drzwiach mężczyznę z wymierzoną we mnie 

strzelbą.  Nie  jestem  strachliwa,  ale  krzyknęłam  z 

przerażenia!  Moja  reakcja  zaskoczyła  napastnika,  przez 

moment  zawahał  się,  później  uciekł.  Złapałam  oddech, 

wyskoczyłam  z  łóżka,  narzuciłam  szlafrok  i  pobiegłam  za 

nim.  Ale zniknął. Zaalarmowałam  sąsiadów,  ale nie udało 

nam się złapać bandziora. 

- Czy może go pani opisać? 

Wydawało 

się, 

że 

Albertine 

Abletoutjest 

niezadowolona. 

-  Jestem  naukowcem  i  mam  zwyczaj  podawać  pre-

cyzyjny  opis  tego,  co  widzę...  Ale  w  tym  przypadku  sama 

jestem  zawiedziona!  W  kącie,  gdzie  stał  napastnik,  było 

dość  ciemno,  poza  tym  miał  na  głowie  coś  w  rodzaju 

turbanu. Wszystko, co mogę stwierdzić bez wahania, to to 

że był wysoki i atletycznie zbudowany. 

background image

- A strzelba? 

-  Niestety, zupełnie nie znam  się  na  broni palnej. Ale 

lufa nie wydawała się zbyt długa... 

- Prawdopodobnie spiłowana - rzucił Dodson. 

- Proszę się dobrze zastanowić - nalegał lord Percival. - 

Czy zauważyła pani jakiś szczegół, choćby najmniejszy? 

Albertine Abletout zamyśliła się. 

- Bardzo chciałabym wam pomóc... Ale nie sądzę. 

-  Czy  zgadza  się  pani,  żebyśmy  obejrzeli  miejsce 

zdarzenia? Będziemy się starali znaleźć jakiś ślad. 

-  Oczywiście...  Żądam  opieki  policji.  Ten  człowiek 

wróci, jestem tego pewna! 

- Myślę, że ma pani rację. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXIX 

 

Feluka wolno sunęła po Nilu. Słońce igrało z jej białym 

żaglem, dając miękkie refleksy, które łączyły się z błękitem 

nieba.  Przez  tysiąclecia  Egipcjanie  wykorzystywali  tę 

rzekę, odzwierciedlenie rzeki niebiańskiej, by podróżować 

między  miastami  i  przewozić  ogromne  bloki  skalne 

używane do budowy piramid i świątyń. 

Lord  Percival  delektował  się  tymi  chwilami,  kiedy 

życie toczyło się z niezrównanym spokojem. W tej krainie 

cudów  cud  odnawiał  się  nieprzerwanie.  Abu  zszedł  z 

masztu i zręcznie sterował, płynąc zgodnie z prądem rzeki. 

-  Doskonale  mnie  pan  zastąpił,  kiedy  rozwijałem 

żagiel, wasza dostojność. 

- W moim kraju miałem okazję żeglować.  

Lord  Percival  starał  się  unikać  trudów  wyjaśniania 

morskiej  przeszłości  swego  klanu,  którego  liczni  człon-

kowie okryli się sławą, pływając na angielskich statkach, a 

kilku zostało korsarzami. 

- Dokąd chciałby pan popłynąć? 

- Z wiatrem. 

- Moja dusza się smuci... 

- Z jakiego powodu? 

-  Ponieważ  mam  wrażenie,  że  pan  mnie  podejrzewa. 

background image

Pan wie, że nie zabiłem Howarda Langtona, ale zastanawia 

się pan, czy nie byłem świadkiem zdarzeń, które staram się 

ukryć. 

- Aby kogoś chronić, na przykład? 

-  Jest  pan  człowiekiem  prawym,  wasza  dostojność,  i 

zauważa pan fałsz. Niełatwo pana oszukać. 

-  Jak  wszystkim,  brak  mi  czasem  przenikliwości; 

najważniejsze  jednak,  że  nie  zawodzi  mnie  ona  w  naj-

trudniejszych sytuacjach. 

- Jest pan przekonany, że nie powiedziałem panu całej 

prawdy. 

- Mylę się, czy mam rację? 

-  Z  całym  należnym  panu  szacunkiem,  pan  się  myli. 

Gdyby któryś z moich nubijskich braci był zamieszany w to 

morderstwo,  prawdopodobnie  bym  się  zabił.  Ale  tak  nie 

jest,  a  ja  nie  mam  żadnego  powodu,  by  cokolwiek  przed 

panem 

ukrywać. 

Wszystko 

przebiegało 

tak, 

jak 

powiedziałem,  i  nie  mogę  nawet  wysunąć  jasnych  po-

dejrzeń. 

-  Dziękuję  za  współpracę,  panie  Abu.  Szkot  miał 

nadzieję,  choć  nie  do  końca  w  to  wierzył,  że  nubijski 

olbrzym  wyłuska  z  pamięci  jakiś  znaczący  szczegół.  Ten 

szlak  był  czysty,  nie  pozostawało  mu  więc  nic  więcej,  jak 

tylko  wypuścić  się  na  trudniejsze  drogi.  Ale  lord  Percival 

nie  poddawał  się  przygnębieniu  po  śmierci  Howarda 

background image

Langtona; jedynie zidentyfikowanie mordercy pozwoliłoby 

mu spocząć w pokoju. 

Piękna, zadbana feluka podpłynęła na wysokość feluki 

Abu. 

Na  jej  pokładzie  byli  dwaj  wioślarze  i  Abd  el-Mosul. 

Dumny  starzec  trzymał  się  olinowania.  Obie  łodzie 

wyrównały prędkość i płynęły burta w burtę. 

-  Chciałbym  przez  chwilę  z  panem  porozmawiać, 

milordzie. 

- Jestem do pańskiej dyspozycji. 

- Płyńmy na brzeg, w jakieś ustronne miejsce.  

Feluka  Abd  el-Mosula  ruszyła  pierwsza,  Abu  za  nią. 

Żeglarze sprawnie zacumowali łodzie pod osłoną skał. 

-  Czy  zrozumiał  pan  wszystkie  wiadomości,  które  do 

pana wysyłałem, milordzie? 

- Mam nadzieję. 

- W takim razie orientuje się pan znacznie lepiej w tej 

zagmatwanej sprawie. 

- Staram się. 

-  Egipt  to  stare  państwo,  ja  zaś  jestem  starym  czło-

wiekiem.  Czas  płynie  tutaj  wolniej  niż  gdzie  indziej,  a 

tradycja  jest  silna.  Pan  z  pewnością  nie  należy  do  ludzi, 

którzy lubią burzyć zastaną harmonię i siać niezgodę tam, 

gdzie  panuje  milcząca  zgoda.  Czy  niszczenie  nie  oznacza 

porażki? 

background image

- Czy nie chciał mi pan powierzyć kilku sekretów?  

Egipcjanin uśmiechnął się zagadkowo. 

-  Gdybym  popełnił  błąd  tego  rodzaju,  milordzie,  nie 

byłbym tym, kim jestem. Pomogłem panu, myślałem nawet, 

że ta pomoc będzie dla pana cenna. Ponieważ pan wie, kto 

zabił Howarda Langtona, czy nie byłoby dobrze zatrzymać 

go dyskretnie i zakończyć wreszcie tę smutną sprawę? 

-  Żeby  dojść  do  prawdy,  będę  jeszcze  potrzebował 

pańskiej pomocy, jutro wieczorem w Starej Katarakcie. 

Wydawało się, że Abd el-Mosul nie jest zadowolony z 

tego zaproszenia. 

- Miałem nadzieję, że będę mógł odpocząć w Delcie... 

-  To  nie  potrwa  długo  -  przyrzekł  lord  Percival  -  ale 

pańska obecność jest konieczna. 

Stary  Egipcjanin  zrobił  zwrot  i  jego  feluka  powoli 

odpłynęła. 

-  Panie  Glotoni!  -  zawołał  Angus  Dodson.  -  Właśnie 

pana szukałem. 

Francuski  egiptolog,  w  bladozielonej  bawełnianej  ko-

szuli  i  obcisłych  spodniach,  wkładał  do  taksówki  swoje 

walizki. 

- Cieszę się, że pana widzę, nadinspektorze, ale bardzo 

się spieszę. Samolot do Kairu nie będzie na mnie czekał. 

-  Bardzo  mi  przykro,  ale  trzeba  będzie  trochę  prze-

sunąć pański wyjazd. 

background image

- Co to ma znaczyć? 

-  W  związku  z  naszym  śledztwem  chcielibyśmy 

przeprowadzić  coś  w  rodzaju  rekonstrukcji  wydarzeń, 

jutro  wieczorem,  w  Starej  Katarakcie.  Mam  nadzieję,  że 

nie widzi pan przeszkód. Pańskie zeznanie mogłoby być dla 

nas bardzo cenne. 

- Sądzę, że pan się myli... Wszystko już powiedziałem i 

nie wiem, w czym jeszcze mógłbym pomóc. 

- Często w głębi duszy chowamy skarby, o których nie 

mamy pojęcia. 

- A gdybym odmówił? 

- Bylibyśmy zmuszeni prosić komisarza Abdel-Atifa o 

użycie siły. Ale po co się posuwać do środków ostatecznych, 

jeśli nie ma pan sobie nic do zarzucenia. 

Villabert  Glotoni  z  wściekłością  wyjął  walizki  z  ta-

ksówki. 

background image

 

ROZDZIAŁ XL 

 

-  Jak  tam  Domenica  Strauss?  -  spytał  lord  Percival 

komisarza Abdel-Atifa. 

-  Ta  zbrodniarka  ma  stalowe  nerwy!  Spędza  czas  na 

czytaniu  i  sporządzaniu  fiszek,  jakby  nigdy  nic!  Pracuje, 

czasem rozmawia z policjantami, którzy jej pilnują, i zdaje 

się  nie  przejmować  ciążącym  na  niej  oskarżeniem!  Aż 

trudno w to uwierzyć... To prawda, że po kobietach można 

się spodziewać wszystkiego! Gdybym wam opowiedział na 

przykład o babce Abu... 

Dzwonek telefonu przerwał wywody komisarza. 

- Tak, to ja... Kto?... Proszę go zatrzymać, oczywiście! 

Już jedziemy. 

Omar Abdel-Atif wyglądał jak drapieżnik. 

-  Steven  Faxmore  został  właśnie  zatrzymany  przez 

policyjny  patrol  między  Asuanem  i  Abu  Simbel.  Nie  ma 

pozwolenia  na  poruszanie  się  w  tym  rejonie,  a  jego 

wyjaśnienia są raczej mętne. 

Lord  Percival  był  zadowolony,  że  znów  ujrzał  pu-

stynię,  która  ciągnęła  się  od  Pierwszej  Katarakty  w  kie-

runku  antycznej  Nubii  i  współczesnego  Sudanu.  Po  obu 

stronach  drogi  nagromadzenia  kamieni  i  piachu  tworzyły 

piramidy,  niektóre  całkiem  wysokie.  Poza  tym  powietrze 

background image

było  tu  czyste  i  panowała  szczególna,  nie  znana  gdzie 

indziej cisza, miraże przejmowały dreszczem ziemię, która 

wyglądała jak zmącona fala i, niekiedy, ciągnęła karawana 

wielbłądów prowadzonych przez starego samca znającego 

każdą przeszkodę na drodze. 

Pięciu  policjantów  otaczało  mocno  zdenerwowanego 

Faxmore'a. 

-  Dobrze,  że  panów  widzę!  Po  raz  pierwszy  robią  mi 

takie kłopoty z powodu głupich spraw papierkowych! 

- Dokąd zamierzał pan jechać? - zapytał komisarz. 

- Chciałem zrobić mały wypad do Abu Simbel. 

-  Ta  świątynia  nie  wchodzi  w  zakres  pańskiego 

programu badań - zauważył lord Percival. 

-  No  to  co?  Nie  mam  już  prawa  zwiedzać  jej  jako 

turysta? 

-  Tak  czy  inaczej  -  podsumował  Omar  Abdel-Atif  - 

przekroczył pan prawo i wróci pan z nami do Asuanu. 

-  Dobrze  się  składa,  ponieważ  chcemy  zaprosić  pana 

na rodzaj przyjęcia w Starej Katarakcie - uściślił Szkot. 

Dwaj  policjanci  o  poważnym  wyglądzie  ze  srogimi 

wąsami  wepchnęli  doktora  Alana  Qerry  do  biura  komi-

sarza Abdel-Atifa. 

-  Protestuję  przeciwko  takiemu traktowaniu, ta mnie 

poniża!  -  krzyknął  Qerry  kogucim  głosem.  -  To  skandal, 

ja... 

background image

-  Dobra,  dobra,  doktorze!  Mógłby  pan  uniknąć  tych 

nieprzyjemności, gdyby nie usiłował pan opuścić Kairu na 

pokładzie  samolotu  lecącego  do  Rzymu,  nie  załatwiwszy 

spraw administracyjnych. 

- Zawracają mi głowę bzdurami! 

- Co zamierzał pan robić w Rzymie? 

- Moje życie prywatne to nie wasza sprawa. 

- Jak pan chce... Na razie Scotland Yard i ja będziemy 

pana potrzebowali tutaj, w Asuanie. 

-  Dlaczego  mam  skorzystać  z  tego...  zaproszenia?  - 

zapytał zdenerwowany Ahmed al-Fostat. 

-  Ponieważ  to  więcej  niż  zaproszenie  -  odpowiedział 

nadinspektor. 

-  Miałem  zamiar  wyjechać  na  wakacje  i  nie  zmienię 

planów! Zresztą nie muszę słuchać angielskiego policjanta. 

- Ma pan rację, ale spełniam tu tylko rolę wysłannika. 

-  A...  jeśli  nie  przyjdę  do  Starej  Katarakty,  to  co  się 

stanie? 

-  W  najlepszym  wypadku  zaaresztują  pana  pod  za-

rzutem ucieczki, w najgorszym pod zarzutem morderstwa. 

- Pan żartuje, nadinspektorze! 

-  Przed  rekonstrukcją  zbrodni  humor,  nawet  angiel-

ski, jest nie na miejscu. 

Wrząca  woda  w  czajniku  nie  syczałaby  wścieklej  niż 

Albertine Abletout na widok lorda Percivala. 

background image

-  Jeśli  dobrze  pana  rozumiem,  wzywa  mnie  pan  na 

konfrontację! 

- To zależy od punktu widzenia, droga pani. 

-  To  nadużycie  władzy.  Pożałuje  pan  tego,  zobaczy 

pan! 

- Niestety, będzie pani musiała opóźnić o kilka godzin 

swój powrót do Paryża. 

- Przez pana stracę koktajl i uroczystą dekorację! Czy 

zdaje pan sobie z tego sprawę? 

- Być może niedostatecznie, ale współczuję pani. 

- A jeśli wyjadę? 

-  Bez  pani nasze małe spotkanie  w Starej  Katarakcie 

nie miałoby żadnego smaku. 

Ten argument podziałał na Francuzkę kojąco. 

- Zgadzam się przyznać panu tę łaskę, milordzie, ale to 

będzie już ostatnia! 

- Czy Abd el-Mosul zmienił coś w swoich zwyczajach? 

- zapytał lord Pecival komisarza Abdel-Atifa. 

-  Moi wywiadowcy  niczego  mi nie  sygnalizowali. Jest 

zupełnie spokojny. 

- A zatem kolej na nas. 

-  Ale...  Mamy  winną!  Przy  okazji  rekonstrukcji  po-

ruszymy  wiele  drażliwych  kwestii  i  gdyby  pan  tak  nie 

nastawał... 

- Być może będziemy mieli kilka niespodzianek, drogi 

background image

przyjacielu. 

Za  niecałe  dwie  godziny  Szkot  spróbuje  zidentyfiko-

wać mordercę Howarda Langtona i rozplatać nici intrygi, z 

której angielski egiptolog nie umiał się wymknąć. 

Lord Percival będzie również rozmyślał nad brzegiem 

Nilu  o  zaostrzeniu  strategii,  kontemplując  jednocześnie 

jeden z tych zachodów słońca, które sprawiają, że człowiek 

rozumie, dlaczego warto żyć. 

background image

 

ROZDZIAŁ XLI 

 

Abd  el-Mosul,  ubrany  we  wspaniałą  jasnobłękitną 

dżellabę, stawił się w Starej Katarakcie o zachodzie słońca. 

W  ciągu  kilku  minut  nad  Egiptem  zapanowała  noc.  Na 

ulicach  i  uliczkach  jeszcze  dwie  lub  trzy  godziny 

rozprawiano  na  progach  domów,  przekazując  sobie  ze-

brane tu i ówdzie plotki, popijając kawę lub herbatę. 

Egipcjanina powitał Angus Dodson: 

- Jest pan ostatni... Proszę za mną. 

Abd el-Mosul myślał, że zostanie przyjęty na słynnym 

hotelowym  tarasie,  ale  nadinspektor  zaprowadził  go  na 

trzecie piętro, aż do apartamentu Agaty Christie. 

-  Proszę  wejść  -  polecił  z  napięciem  komisarz 

Abdel-Atif. - Pozostali uczestnicy rekonstrukcji już są. 

Na  lewo  od  drzwi siedział  Ahmed  al-Fostat  ze  skrzy-

żowanymi ramionami i nieprzeniknioną twarzą. Inspektor 

do spraw starożytności założył przyciasny szary garnitur i 

pomarańczowy krawat. 

Na  prawo  od  drzwi  -  Nubijczyk  Abu,  którego  lord 

Percival  poprosił  o  interwencję,  gdyby  zidentyfikowany 

morderca usiłował zbiec. 

Po stronie łoża z baldachimem - doktor Alan Qerry w 

swoim smętnym czarnym garniturze, usiłował pozostać nie 

background image

zauważony.  Obok  niego,  oparty  plecami  o  drewnianą 

ściankę oddzielającą sypialnię od salonu - Steven Faxmore 

w  swojej  dyżurnej  czerwonej  marynarce  i  ciemnych 

spodniach. 

Na  wygodnym  fotelu,  przed  oknem  salonu,  siedziała 

Albertine Abletout w fioletowym kostiumie, spoglądając na 

wyraźnie  zdenerwowanego  Villaberta  Glotoniego,  który 

przemierzał  pokój  w  tę  i  z  powrotem,  mnąc  bez  ustanku 

jedwabny biały krawat. 

Domenica  Strauss,  zachwycająca  w  jasnej  bluzce  i 

zielonych  spodniach  zharmonizowanych  z  kolorem  oczu, 

stała  w  progu gabinetu  Agaty  Christie,  skąd  wyszedł  lord 

Percival. 

-  Tu  właśnie  znaleziono  zwłoki  Howarda  Langtona 

zasztyletowanego ciosem w plecy -  powiedział. -  Tak było, 

panie Abu?    

Nubijczyk skinął twierdząco głową. 

Abd el-Mosul wszedł do salonu i usiadł na jasnożółtym 

krześle, między Ahmedem al-Fostatem i Domeniką Strauss. 

- Zależało mi na tym, aby was tutaj zebrać - powiedział 

lord  Percival  poważnie  -  ponieważ  z  wyjątkiem  Abu, 

którego  niewinność została  dowiedziona, wszyscy jesteście 

podejrzani. 

-  Nie  chcę  tego  dłużej  słuchać!  -  krzyknął  Villabert 

Glotoni. - Może pan sobie oskarżać kogo pan chce, ale nie 

background image

mnie...  To  znaczy  nie  nas,  którzy  jesteśmy  znanymi  i 

poważanymi uczonymi! 

- Proszę się uspokoić - polecił Szkot. - Czyż francuskie 

przysłowie nie głosi, że złość jest złym doradcą? 

Wzburzony  Glotoni  obrócił  się  plecami  do  lorda 

Percivala i patrzył przez okno. 

- Doszedłem do pierwszej konkluzji -ciągnął lord Per-

cival.  -  Howard  Langton  był  szlachetnym  człowiekiem  i 

kochał swój zawód. Nie miał mentalności karierowicza ani 

człowieka  egzaltowanego,  żądnego  sensacji.  Przyjechał  do 

Egiptu podniecony jedną myślą: wypełnić misję, która zo-

stała mu powierzona, niezależnie od trudności. 

Glotoni wzruszył ramionami. 

-  Zaczynając  w  ten  sposób,  może  się  pan  bardzo 

szybko pogubić! - zaprotestowała Albertine Abletout. 

-  Może  nie,  droga  pani.  Jeśli  staramy  się  zrozumieć 

motywy  zbrodni,  musimy  najpierw  odpowiedzieć  na 

podstawowe pytanie: dlaczego kilku egiptologów, oraz Abd 

el-Mosul, zebrało się na tarasie Starej Katarakty? Prawdę 

mówiąc, było to spotkanie wyjątkowe, jeśli weźmiemy pod 

uwagę fakt, że hotel był zamknięty z powodu remontu, oraz 

tożsamość  uczestników.  Tego  pytania  każdy  z  was 

starannie  unikał,  aby  uprawdopodobnić  tezę  o  zwykłym, 

przypadkowym  spotkaniu  towarzyskim.  To  właśnie  pani 

opinia, prawda, panno Strauss? Wydawało się, że Niemka 

background image

jest zdziwiona. 

- Tak, tak właśnie sądziłam... 

- A więc Howard Langton nie powiadomił pani. 

- Nie powiadomił o czym? 

-  Sądzę, że Howard Langton nie znosił ani kłamstwa, 

ani  niekompetencji.  Z  młodzieńczą  werwą  i  uskrzydlony 

świeżą  nominacją  zdecydował  się  “zrobić  porządek", 

używając  potocznego  określenia,  kiedy  zauważył,  że 

niektórzy  kpią z  jego  misji i  przynoszą szkodę egiptologii, 

chowając  się  za  tytułami  i  nabytymi  przywilejami.  Kiedy 

zakończył  śledztwo,  postanowił  wezwać  osoby,  które 

uważał za niegodne, i zmusić je do zmiany postępowania. 

-  Jeżeli  dobrze  pana  rozumiem  -  analizowała 

Do-menica Strauss - Howard chciał się zabawić w sędziego! 

- W pewien sposób. 

- Z pewnością ma pan rację, milordzie. To cały on. 

- To śmieszne - stwierdził Villabert Glotoni. 

-  Nie  -  zaprotestowała  Niemka.  -  Takie  postępowanie 

znakomicie odpowiadało charakterowi Howarda. 

-  Przypadek  nie  odegrał  więc  żadnej  roli  w  tym 

zebraniu  -  podsumował  Szkot.  -  Howard  Langton  wy-

znaczył  spotkanie  wszystkim  tym,  którym  chciał  udzielić 

upomnienia. 

-  Niech  pan  przestanie  opowiadać  te  bzdury!  -  ucięła 

Albertine  Abletout.  -  Czy  sądzi  pan,  że  podporządkowa-

background image

łabym się wymaganiom tego małego, pozbawionego polotu 

erudyty? 

-  W  tej  sytuacji  tak,  droga  pani,  ponieważ  Howard 

Langton  zajmował  ważne  stanowisko  i  mógłby  pani 

zaszkodzić.  Podobnie  jak  inni,  potraktowała  pani  jego 

pogróżki  poważnie,  a  ciekawość  zmusiła  panią  do  szcze-

gółowego zapoznania się z jego zamiarami. 

Gdyby  oczy  francuskiej  egiptolog  były  miotaczami 

ognia, arystokrata byłby już garstką popiołu. 

Chrapliwy  głos  Stevena  Faxmore'a  wypełnił  aparta-

ment Agaty Christie: 

-  Jeśli  chcemy  uciec  od  tej  wydumanej  hipotezy, 

wystarczy skupić się na faktach. Abu został uniewinniony, 

zgoda,  ale  nigdy  nie  wiadomo...  Poza  tym  słyszałem,  że 

egipska  policja  znalazła  nowego  winnego  i  ma  konkretne 

zarzuty. 

Omar  Abdel-Atif  popatrzył  na  lorda  Percivala,  rzu-

cając mu milczące wezwanie o pomoc. 

-  Tak  jest,  panie  Faxmore  -  przyznał  arystokrata.  - 

Panna  Strauss  jest  rzeczywiście  podejrzana  o  popełnienie 

morderstwa. 

background image

 

ROZDZIAŁ XLII 

 

Wszystkie  spojrzenia  powędrowały  na  niemiecką 

egiptolog. 

-  Miała  pani  czas  na  zastanowienie,  panno  Strauss. 

Czy zdecydowała się pani przyznać? 

-  Moje  sumienie  jest  absolutnie  spokojne,  lordzie 

Percival. 

-  Powiedz  prawdę,  dziecko  -  radziła  Albertine 

Abletout.  -  To  przyniesie  pani ukojenie, a  nam wszystkim 

zaoszczędzi czasu. 

- Nasza koleżanka ma rację - poparł ją Faxmore. 

- Na pewno istnieje jakieś wytłumaczenie pani czynu i 

wyrok będzie łagodny. 

-  Nie  nalegajcie,  drodzy  przyjaciele!  -  odparowała 

ironicznie Domenica Strauss. - Wasza troska mnie wzrusza, 

ale moja decyzja pozostaje niezmienna. 

-  Tylko  pogarsza  pani  swoją  sytuację  -  wyszeptał 

Glotoni. - Jakie te kobiety potrafią być czasami uparte!  

Lord Percival kontynuował: 

-  Nie  oskarżyła  pani  Abu  i  nic  nie  wskazuje  na 

jakikolwiek  związek  pani  z  Abdel  el-Mosulem.  Jest  pani 

natomiast  uważana  za  kobietę  z  głową,  zawziętą,  nie 

pozbawioną gwałtownych uczuć. Ahmed al-Fostat sądzi, że 

background image

jest pani osobą “zdolną do wszystkiego". 

-  Dlaczego  nie,  zwłaszcza  jeśli  chodzi  o  przeciw-

stawienie się złym językom. 

Inspektor  do  spraw  starożytności  patrzył  na  swoje 

stopy. 

-  Nikt  nie  podważa  pani  kompetencji  zawodowych  - 

ciągnął  Szkot.  -  Pani  Abletout  sądzi  nawet,  że  pani 

najlepszym towarzystwem są słowniki i fiszki. 

- Być może moja szanowna koleżanka uważa, że praca 

techniczna  jest  zbędna.  Ja  nie  podzielam  tej  opinii. 

Egiptologia  rozwija  się  tak  błyskawicznie,  że  nie  starcza 

dnia  i  nocy,  żeby  się  wszystkiego  dowiedzieć.  Odrobina 

lenistwa i zostajesz z tyłu. 

- Pfff! - wydała z siebie w odpowiedzi Francuzka. 

- Ach, o czymś zapomniałem: ktoś jeszcze przedstawiał 

panią  w  złym  świetle  -  to  Villabert  Glotoni.  On  również 

uważa,  że  jest  pani  zdolna  do  wszystkiego  i  że  aby 

zidentyfikować sprawcę, należy skierować śledztwo w pani 

stronę. 

Śliczna Niemka uśmiechnęła się. 

-  Czy  pan  Glotoni  jest  zdolny  kochać  kogoś  oprócz 

siebie? 

- Zabraniam pani! - krzyknął Francuz. 

- Pan pozwala sobie oskarżać mnie o morderstwo, a ja 

nie mogę nazwać pana narcyzem! 

background image

Domenica Strauss wyraźnie się zdenerwowała. Glotoni 

wycofał się. 

-  Przyznaje  pani,  że  była  kochanką  Howarda 

Langtona? 

-  Nie  stwarzałam  pozorów,  milordzie;  wszyscy 

wiedzieli,  że  byłam  jego  kochanką  i  że  się  kochamy. 

Związek  ten  nie  przeszkadzał  nam  stawiać  pracy  na 

pierwszym  miejscu  i  wywiązywać  się  terminowo  z 

obowiązków. 

-  Według  pani  Abletout  Howard  Langton  uważał,  że 

jest  pani  zbyt  zaborcza  i  zdecydował  się  zerwać  ten 

związek. Nie mogąc tego znieść, zabiła go pani z zemsty. 

-  Moja  droga  koleżanka  nie  wie, że  Howard  Langton 

był bardzo  niezależnym człowiekiem, a  ja  pod  tym  wzglę-

dem  w  niczym  mu  nie  ustępowałam.  Gdybyśmy  któregoś 

dnia zdecydowali się rozstać, nie byłaby to dla nas tragedia. 

- Jest jednak dowód - przypomniał nieśmiało komisarz 

Omar Abdel-Atif. 

-  Nie  zapomniałem  o  tym  -  zapewnił  go  Szkot.  -  Ale 

przedtem jeszcze jeden szczegół: zajmuje się pani mumiami 

doktora Qerry? 

-  Poprosiłam  go  tylko  o  informacje  -  wyjaśniła 

niemiecka egiptolog - ale on nigdy mi nie odpowiedział. Czy 

pokażecie  mi  w  końcu  ten  słynny  dowód,  który  czyni  ze 

mnie zbrodniarkę? 

background image

Lord  Percival  udał  się  do  gabinetu  Agaty  Christie  i 

wyszedł stamtąd z książką w ręku. 

-  Oto  on:  niemieckie  wydanie  Śmierci  na  Nilu  Agaty 

Christie. 

Domenica Strauss wydawała się zaskoczona. 

-  Ale  to  nie  jest  moja  książka!  Poza  tym  nie  czytuję 

kryminałów. To oczywiste, że ktoś mi go podrzucił! 

Komisarz  Abdel-Atif  spodziewał  się,  że  lord  Percival 

podąży tym tropem i zmusi podejrzaną do przyznania się. 

Ale reakcja Szkota była zupełnie inna. 

-  Dokładnie  do  takiego  wniosku  doszedłem,  panno 

Strauss. Jest on tym bardziej słuszny, że sztuczka z książką 

była  spóźniona  i  niezręczna.  Jest  jednak  jeden  punkt 

niejasny dotyczący pani. 

Niemka,  przez  moment  rozluźniona,  nagle  znów  za-

niepokoiła się: 

- Jaki? 

-  Kołnierz  koszuli  Howarda  Langtona  został  nasą-

czony  wonnościami.  Czy  pani  doktorat  nie  dotyczył 

stożków  wonności,  które  nosili  na  głowach  goście  za-

proszeni  na  przyjęcie  w  zaświatach,  jak  widać  to  na 

płaskorzeźbach licznych grobowców tebańskich? 

- Tak, ale... 

- Czy po zamordowaniu kochanka nie oddała mu pani 

ostatniej,  bardzo  egiptologicznej,  przysługi,  aby  mógł 

background image

spokojnie dotrzeć w zaświaty? 

-  Ależ  nie,  milordzie!  Byłby  to  całkowicie  szalony 

pomysł...  Przysięgam  panu,  że  nie  zabiłam  Howarda 

Langtona! 

Szkot odwrócił się od Niemki i podrapał w skroń. 

-  Możliwe,  że  mordercą  jest  mężczyzna  i  że  chce 

jeszcze zaatakować, ponieważ groził pani Abletout. Chyba 

że chodzi o spisek... 

Komisarz  Abdel-Atif  pomyślał,  że  lord  Percival  zu-

pełnie się pogubił. Już wyobrażał sobie gwałtowne protesty 

obecnych  po  wyjściu  z  tej  nieudanej  konfrontacji  i 

nieuchronną utratę swego stanowiska. 

Lord Percival zwrócił się do Villaberta Glotoniego. 

- Czy to nie pan był tym mężczyzną ze strzelbą? 

background image

 

ROZDZIAŁ XLIII 

 

Zaskoczony  pytaniem  Szkota,  Villabert  Glotoni 

pociągnął  swój  biały  jedwabny  krawat,  ryzykując,  że  się 

zadusi. 

-  Dlaczego...  dlaczego  ośmiela  się  pan  tak  uważać, 

milordzie? 

- Wydaje się, że nikt pana nie lubi. 

-  I  co  z  tego?  Nie  muszę  już  udowadniać  moich 

kompetencji,  są  dobrze  znane!  W  tym  kraju  i  w  mojej 

dziedzinie  jestem  niezbędny  i  z  tego  powodu  niektórzy 

czują do mnie nienawiść! 

- Jest pan jednak szydercą, na przykład w stosunku do 

Abu.  Wyrażał  się  pan  za  to  pochlebnie  o  inspektorze 

al-Fostacie,  o  którym  przecież  trudno  powiedzieć,  że  jest 

“uroczym człowiekiem". 

-  Kwestia  gustu,  milordzie.  Ocena  jest  subiektywna, 

moja taka sama dobra jak pańska. 

-  Zgodzi  się  pan  jednak,  że  przedstawienie  mi  Abd 

el-Mosula jako “sympatycznego staruszka" ma się nijak do 

rzeczywistości.  Pan  dobrze  zna  kraj  i  działalność  tego 

pana... Dlaczego pan kłamał? 

- Abd el-Mosul jest dziś osobą szanowaną i ja... 

- Jak pan nazwie to, co pan robił na stanowisku w Tali 

background image

al-Amarinie, jeśli nie był to dość osobliwy handel? Miał pan 

możliwość  zbliżyć  się  do  środowiska  drobnych  złodzie-

jaszków antyków i usiłował pan kupić kilka przedmiotów, 

które przeszłyby koła nosa muzeom, czy tak? 

-  To  oskarżenie  jest  zupełnie  bezpodstawne  i  wniosę 

skargę o zniesławienie! 

- Pan pochlebiał doktorowi Qerry - przypomniał lord 

Percival  -  ale  on  nie  omieszkał  wskazać  pana  jako 

mordercę Howarda Langtona. 

Villabert  Glotoni  najpierw  przez  chwilę  milczał  z 

oburzenia, później rzucił się na Alana Qerry. 

-  Coś  ty  się  ośmielił  mówić,  łajdaku?  Dopiero  silna 

pięść Abu uniemożliwiła Francuzowi uduszenie specjalisty 

od mumii, który z trudem odzyskał oddech. 

- Nic... nic nie mówiłem - wyjęczał doktor Qerry. 

-  Jeśli  jest  pan  winny,  to  pański  problem,  nie  mój! 

Statystyki  dowodzą,  że  znacznie  więcej  zbrodniarzy  jest 

wśród Francuzów niż wśród innych nacji.  

Villabert Glotoni odparł z pogardą: 

-  Gadanina  farbowanego  naukowca,  nic  więcej!  Nie 

zajdzie pan z tym daleko. 

- Mógłby pan jednak zostać skazany za próbę szantażu 

na osobie Domeniki Strauss - sprecyzował lord Percival. 

Tym razem Glotoni nie zaprotestował. 

- Jest pan łajdakiem - rzuciła Niemka, a jej spojrzenie 

background image

wyrażało najwyższą pogardę. 

-  Nie  ma  pani  nic  do  roboty  w  Egipcie!  -  wrzasnął 

Francuz.  -  Im  szybciej  pani  stąd  wyjedzie,  tym  lepiej.  W 

gruncie rzeczy próbowałem oddać pani przysługę. 

-  Pan  wyjedzie  pierwszy  -  rzuciła  proroczo  Niemka  - 

ponieważ pan kocha siebie, a nie Egipt. 

Szkot  zrobił  kilka  kroków  i  zatrzymał  się  przed 

Albertine Abletout. 

- Czy mogę pani wyznać, że podejrzewałem panią? 

-  Nie  wiedziałam,  że  człowiek  pańskiego  pokroju 

miewa takie chwile słabości! 

Lord Percival spojrzał do notatek. 

-  Ta  hipoteza  nie  była  tak  całkowicie  bezpodstawna. 

Czy  z  powodu  szczególnego  charakteru  nie  złamała  pani 

wielu karier? 

-  Moi  oszczercy  już  nie wiedzą, co  mają wymyślić  na 

mój temat! Mam to w nosie, ponieważ zwykle idę naprzód i 

odsuwam od siebie niezdolnych i bezużytecznych. 

-  Boją  się  pani  z  powodu  pani  wybuchowego  tem-

peramentu i teatralnych zachowań. Ktoś powiedział, że im 

dalej od pani, tym lepiej się czuje. 

Francuska  egiptolog  nie  wydawała  się  bynajmniej 

zażenowana. 

- Czy to podstawa pańskiego oskarżenia, milordzie? 

- Abd el-Mosul nie lubi pani, a pani twierdzi, że go nie 

background image

odwiedza. 

- A pan mi nie wierzy? 

- Tak, proszę pani. 

Francuzka wydawała się przez chwilę zbita z tropu. 

- No ale... Co mi pan zarzuca? 

- Według Domeniki Strauss, Howard Langton uważał, 

że  pani  działalność  w  terenie  nie  odpowiadała  pani 

reputacji, którą pani starannie sama podtrzymywała. 

- Kłamstwa godne pogardy! 

- Langton był człowiekiem drobiazgowym i zauważył, 

że wykopaliska, za które była pani odpowiedzialna, nie są 

prowadzone w sposób zadowalający. Miał również zamiar 

żądać,  w  sposób  jak  najbardziej  dyskretny,  pani 

przeniesienia.  Nie  chciał  pani  szkodzić  osobiście,  ale 

pragnął,  by  w  pani  sektorze  badania  były  prowadzone 

kompetentnie. 

- To niedorzeczne! 

- Dla pani zaś największa zniewaga. 

- Jak mogłabym czuć się dotknięta równie śmiesznymi 

wypowiedziami? Moja reputacja mówi sama za siebie! 

Lord Percival naciskał: 

-  Myślę,  że  doszło  do  prawdziwego  starcia  między 

Howardem  Langtonem  i  panią  i  że  pani  zażądała,  by 

opuścił  Egipt.  “Gdyby  mnie  posłuchał,  jeszcze  by  żył", 

powiedziała mi pani. I to wyznanie panią uniewinnia. 

background image

- Chciałam, żeby jak najszybciej wyjechał, to prawda, 

ponieważ  bałam  się  katastrofy.  Nie  myślałam  o  mor-

derstwie. 

-  Ja  zaś  -  wyznał  lord  Percival,  idąc  w  kierunku 

Stevena  Faxmore'a  -  nie  sądziłem,  że  jedynym  celem 

uczonych może być wykorzystywanie swojej wiedzy w celu 

zdobycia pieniędzy. 

background image

 

ROZDZIAŁ XLIV 

 

Steven  Faxmore,  o  kanciastej  twarzy  pooranej  głę-

bokimi  zmarszczkami,  z  gęstymi  bokobrodami  zakry-

wającymi policzki, szpiczastym podbródkiem, chrapliwym 

głosem, pociągnął poły swojej czerwonej marynarki, jakby 

chciał ochronić swoją godność. 

- Czy to pan był tym człowiekiem ze strzelbą? - zapytał 

lord Percival. 

- Nienawidzę broni palnej. 

- A co z bronią białą? 

- Podobnie. 

-  Jeśli  dobrze  rozumiem,  jest  pan  pacyfistą  i  czło-

wiekiem bezceremonialnym? 

- Dokładnie. 

-  Bezceremonialnym...  To  z  pewnością  wiele  znaczy, 

panie Faxmore. Zaszliśmy już tak daleko, czy nie powinien 

się pan teraz przyznać? 

-  Pańska metoda prowadzi  donikąd. Dobrze  pan  wie, 

że jestem niewinny, nie ma sensu mnie prowokować. 

-  Niewinny...  Jest  pan  tego  taki  pewien?  W  oczach 

arystokraty czaiła się ironia. 

- Niech mi pan udowodni, że nie. 

-  Według  doktora  Qerry  wie  pan  wszystko  o  wszy-

background image

stkich.  Dlaczego  nie  poda  mi  pan  nazwiska  mordercy 

Howarda Langtona? 

-  Ponieważ  go  nie  znam.  Qerry  przypisuje  mi  cechy, 

których nie posiadam. 

-  Jest  pan  Szkotem,  Langton  był  Anglikiem.  Jest  co 

najmniej jeden świadek pańskiej kłótni z ofiarą. 

- To jasne, Szkocja i Anglia nigdy nie zawrą pokoju, a 

jedynym  rozwiązaniem  jest  przyznanie  Szkocji  niepod-

ległości.  Ale  od  tego  do  zamordowania  kolegi  daleka 

droga... 

-  Pan  sam  jednak  przyznał,  że  Langton  był  niebez-

piecznym  rywalem  i  stanowił  zagrożenie  dla  pańskiego 

spokoju i stanowiska. 

Steven Faxmore uczynił wymijający gest. 

-  Takie  jest  życie...  Kiedy  młody  specjalista  osiąga 

zaszczytną  funkcję,  stara  się  wszystkich  zniszczyć,  żeby 

łatwiej narzucić swoją władzę. Tak jest zawsze i zawsze się 

to  odbywa  w  taki  sam  sposób.  Nie  ma  sensu  robić  z  tego 

ceregieli... Langton by się opamiętał i w końcu doszlibyśmy 

do porozumienia. 

-  Trudno  mi  uwierzyć,  że  nie  znał  pan  planów 

Howarda Langtona. 

-  Ale  to  prawda,  milordzie.  Nie  miał  zresztą  żadnego 

powodu,  by  mnie  wtajemniczać.  Nielogiczne  byłoby 

przypuszczać, że było inaczej. 

background image

- Logiczne jest stwierdzenie, że miał pan motyw, by się 

pozbyć  Langtona.  Oprócz  tego,  według  Villaberta 

Glotoniego, uważa się pan za pożeracza dusz i kata, który 

chętnie posługuje się nożem. 

Skrzeczący  śmiech  zatrząsł  wielkim  cielskiem  Fax-

more'a. 

-  Dzielny  Glotoni  przypomniał  bal  maskowy,  na 

którym  rzeczywiście  pojawiłem  się  w  takim  przebraniu... 

Proszę być spokojnym, nikogo nie zabiłem. 

- O czym pan marzy? 

Pytanie lorda Percivala zaskoczyło Faxmore'a. 

- O czym marzę? Dlaczego to pana interesuje? 

- Być może pozwoliłoby to wyjaśnić morderstwo. 

- Byłbym zaskoczony... 

- Niech pan nie będzie taki tajemniczy, panie Faxmore. 

Pani Abletout przesadzała, jak zwykle zresztą, utrzymując, 

że  chciał  pan  objąć  władzą  cały  Egipt,  ale  miała  rację, 

przypuszczając,  że  ma  pan  “plan  komercyjny",  co 

potwierdził 

Abd 

el-Mosul, 

zaznaczając, 

że 

pana 

prawdziwym celem nie jest rozwój nauki. 

-  Pogłoski są  często  nieprawdziwe,  milordzie, a ci,  na 

których się pan powołuje, nie lubią mnie. Mają więc interes 

w tym, żeby mi szkodzić. 

-  Nadinspektor  Dodson  i  ja  widzieliśmy  pana  w 

mauzoleum Aghi Khana. Nie wierzymy w to, żeby należał 

background image

pan do jego wyznawców  i że modli się pan  za spokój  jego 

duszy.  Ten  multimiliarder  jest  natomiast  wymarzonym 

ucieleśnieniem wszystkich  pańskich  planów.  Pamięta  pan, 

panie Faxmore... podczas urodzin Aghi Khana jego ciężar 

w diamentach na szali... Myśli pan, że umiejętność robienia 

interesów pozwoli je panu zagarnąć. 

-  Pan  się  myli,  milordzie!  Jestem  tylko  zwykłym 

egiptologiem. 

-  Jak  doktor  Qerry,  pański  przyjaciel  i  wspólnik? 

Specjalista od mumii zaprotestował: 

-  To  nie  tak!  Jestem  samotnikiem,  nie  mam  żadnego 

przyjaciela. 

Lord Percival odwrócił się do Alana Qerry. 

-  Steven  Faxmore,  aby  odwrócić  moje  podejrzenia, 

określił pana jako ponurego osobnika prowadzącego dzia-

łalność mętną, wręcz godną potępienia. Każdy zdawał sobie 

sprawę, że niczego pan nie odkrył, a pańskie wyniki badań 

nie  znajdują  potwierdzenia...  krótko  mówiąc,  zajmuje  się 

pan czymś innym, nie mającym związku z nauką. Langton 

dowiedział się, co to jest i stwierdził, że nie ma to związku z 

pańską oficjalną funkcją. 

- Moją specjalnością są mumie, i nic innego! 

-  Zapomina  pan  o  kłamstwie,  panie  Qerry:  czyż  nie 

zapewniał  nas  pan,  że  nigdy  nie  spotkał  się  z  Howardem 

Langtonem?  To  poważny  błąd...  Langton  z  pewnością 

background image

skontaktował  się  ze  wszystkimi,  co  do  których  miał 

podejrzenia, zanim wezwał ich do Starej Katarakty. Czując 

na szyi zaciskającą się pętlę, wymyślił pan tezę o spisku. Ale 

marzyło  się  panu  to  samo  co  pańskiemu  przyjacielowi 

Faxmore'owi:  obaj  chcieliście  się  wzbogacić.  Od  lat 

sprzedaje  pan  kawałki  mumii  Abd  el-Mosulowi,  który 

wierzy w ich właściwości pobudzające popęd płciowy, a ten 

drobny handel przynosił panu skromne korzyści. 

- Kto panu naopowiadał tych głupstw? 

-  Naoczny świadek, którego zeznanie wystarczy,  żeby 

odesłać pana do więzienia. Doktor Qerry poczerwieniał. 

- Nie mówi pan poważnie! 

-  Nawet  pański  klient  pana  oskarżył.  Ale  to  nie 

wszystko:  pan,  podobnie  jak  Faxmore,  nie  doceniliście 

determinacji  Howarda  Langtona  i  nie  sądziliście,  że  jest 

zdolny  odkryć  prawdę.  Miał  u  siebie  małą  amforę  za-

wierającą  poślednie  piwo,  ale  które  uchodziło  za 

oryginalne.  Wiązaliście  z  tym  wszystkie  wasze  nadzieje, 

doktorze Qerry i panie Faxmore. 

Qerry  i  Faxmore  spoglądali  na  siebie  zbici  z  tropu. 

Przerażony Qerry milcząco błagał Faxmore'a o pomoc. 

background image

 

ROZDZIAŁ XLV 

 

-  Zgoda  -  przyznał  Steven  Faxmore.  -  Ma  pan  rację. 

Jeśli  się  dobrze  zastanowić,  Oerry  i  ja  nie  popełniliśmy 

żadnego  przestępstwa.  Nie  zaprzeczam,  że  chcieliśmy 

zarobić, ale co w tym złego? 

-  W  oczach  Howarda  Langtona  to  było  karygodne  - 

zaoponował lord Percival. 

- Bo on był purystą! To ja dałem mu próbkę, którą pan 

u  niego znalazł, żeby zobaczył, że  produkt  nie  jest  jeszcze 

gotowy. 

- A jednak wezwał pana do Starej Katarakty. 

- By dać mi ostateczną odpowiedź. 

-  A  gdyby  zażądał,  żeby  opuścił  pan  stanowisko  i 

wrócił do Wielkiej Brytanii? 

Steven Faxmore wydawał się przygnębiony. 

-  Musiałbym  się  podporządkować,  Qerry  także.  Ani 

on, ani ja nie jesteśmy mordercami. 

 Lord Percival uśmiechnął się. 

- Dziękuję za anonimowy list, panie Faxmore. 

- Jak pan na to wpadł? 

-  Nie  lubi  pan  ani  tytułów,  ani  arystokratów,  więc 

mimo  że  pan  wiedział,  kim  jestem,  zaczął  pan  list  od 

zwykłego  “szanowny  panie".  Poza  tym  jedynie  pan,  jako 

background image

Szkot,  mógł  być  autorem  liściku  do  rodaka.  Dzięki  panu 

dowiedziałem  się,  że  mój  przyjaciel  Langton  został 

zamordowany. 

-  Spełniłem  tylko  swój  obowiązek  -  powiedział  Fax-

more  z  godnością.  -  Langton  mówił  mi  o  panu  w  samych 

superlatywach, więc wiedziałem, że mogę liczyć na pańską 

interwencję. 

Lord  Percival  zwrócił  się  w  stronę  Abd  el-Mosula, 

który  nie  zdjął  swej  skórzanej  czapeczki  zdobionej  złotą 

lamówką. 

-  Spotkał się pan z Howardem Langtonem i prosił go 

pan, aby się z panem pogodził. Ale on był nieprzejednany. 

- Niewybaczalny błąd młodości, milordzie. 

-  Niektórzy  mówili  o  panu  jako  o  spokojnym  sta-

ruszku,  który  porzucił  swoją  przestępczą  działalność.  To 

niestety nie jest prawda. 

-  Mówi  pan  o  handelku  częściami  mumii z  doktorem 

Oerry? Zwykła zabawa, milordzie. Zresztą nie kupowałem 

towaru  proponowanego  mi  przez  tego  doktorka... 

Potwierdzi to wielu świadków godnych zaufania. 

-  Mówiłem  o  poważnym  przestępstwie  -  sprecyzował 

Szkot. - Chodzi o ograbianie niesplądrowanych grobów. 

- Romantyczne marzenie... 

- Nie w pańskim przypadku. Howard Langton wezwał 

pana do Starej Katarakty, ponieważ wiedział, że wyruszył 

background image

pan  na  polowanie  i  podąża  interesującym  tropem.  Takie 

jest  znaczenie  odręcznej  notatki,  którą  znaleźliśmy  u 

ofiary: “Powstrzymać Abd el-Mosula". 

- Langton się mylił, inspektorze. 

-  Oddalił  się  pan  od  swoich  baz,  żeby  eksplorować 

pustynie  w  pobliżu  Tall  al-Amariny,  ponieważ  dowiedział 

się pan, że w tym rejonie odkryto legendarny grób. Pański 

instynkt 

kazał 

panu 

przedsięwziąć 

nadzwyczajne 

poszukiwania, czyż nie? 

- Marzenie, milordzie, tylko marzenie... 

-  Oczywiście  jest  pan  chodzącą  ostrożnością  i  nie 

pokazuje  się  pan  nigdy  w  pierwszym  szeregu.  Dlatego 

potrzebował  pan  dobrze  ustawionego  wspólnika,  najlepiej 

inspektora do  spraw starożytności.  Pana,  panie Ahmedzie 

al-Fostat. 

Wąskie oczy Egipcjanina rozszerzyły się. 

-  Robi  pan  błąd,  milordzie!  Jestem  uczciwym  czło-

wiekiem i pomogłem panu, proszę sobie przypomnieć! 

-  Pańskie  dossier  nie  jest  nadzwyczajne,  panie 

al-Fostat.  Do  swego  stanowiska  doszedł  pan  pokrętną 

ścieżką, a przede wszystkim oszukał mnie pan. 

- Ja? Nigdy bym się nie ośmielił! 

- Z jednej strony, starał się pan mnie przekonać, że nie 

jest  pan  wspólnikiem  Abd  el-Mosula:  z  drugiej  zaś, 

twierdził  pan,  że  nigdy  nie  zetknął  się  z  Howardem 

background image

Langtonem.  Według  Domeniki  Strauss,  Langton  odkrył 

pańską niekompetencję i układy i chciał oznajmić panu, że 

postanowił prosić pańskich przełożonych, aby usunęli pana 

z zajmowanego stanowiska. 

- Niech pan nie słucha tej kobiety, milordzie. 

-  Steven Faxmore  potwierdził słowa panny Strauss, a 

nawet  brał  udział  w  scenie,  podczas  której  Langton  pana 

zdemaskował. Ponieważ chciał zrujnować pańską karierę, 

nie miał pan innego wyjścia, jak tylko go usunąć. 

- Nigdy nie podjąłbym takiego ryzyka! 

- Na tym pańska rola się nie skończyła - ciągnął Szkot. 

-  W  Tali  al-Amarinie  pan  nas  śledził,  zgodnie  z 

instrukcjami  pańskiego  prawdziwego  szefa,  Abd  el-

-Mosula,  żeby  się  dowiedzieć,  czy  znaleźliśmy  grób,  na 

którym tak wam zależało.  Próbował pan  nawet odciągnąć 

nas od tego miejsca. 

-  Pan mnie prześladuje... Gdybym był Anglikiem, nie 

traktowałby mnie pan w ten sposób! 

-  W  grobie,  gdzie  wciągnął  mnie  pan  w  pułapkę, 

znalazłem dowód, że jest pan złodziejem. 

Ahmed al-Fostat zbladł, słysząc to oskarżenie. 

- To niemożliwe... 

Lord Percival wyjął z kieszeni niewielki przedmiot w 

kształcie żaby. 

- Oto amulet, który pan skradł w muzeum w Asuanie. 

background image

Zgubił pan go, przygotowując pułapkę. 

- To nieprawda! Sprzedałem amulet Abd el-Mosulowi 

i to on go zostawił w grobowcu, żeby mnie oskarżono! 

Podczas  gdy  al-Fostat  dał  się  ponieść  emocjom,  Abd 

el-Mosul zachowywał spokój. 

- Pański szef wiedział, że pan go zdradzał - dodał lord 

Percival  -  i  zaczął  się  wycofywać.  Egipski  wymiar 

sprawiedliwości  zajmie  się  wami  obydwoma,  ale  jest  coś 

poważniejszego: chodzi o narzędzie zbrodni. 

Ahmed  al-Fostat  cofnął  się,  jakby  usiłując  wtopić  w 

ścianę. 

- Nic nie wiem. 

-  Potwierdził  pan,  że  antyczny  sztylet,  którym  za-

mordowano  Howarda  Langtona,  jest  fałszywy.  Dlaczego, 

panie al-Fostat? 

- Już nie pamiętam. 

- Proszę sobie przypomnieć. 

Egipcjaninowi  puściły  nerwy.  Strasznie  się  zdener-

wował i zaczął na przemian kląć i pomstować. 

-  Wystarczy  -  przerwał  komisarz  Abd  el-Atif.  -  Albo 

się zamkniesz, albo zrobi to za ciebie Abu!  

Groźba podziałała. 

- Ten sztylet, jak najbardziej autentyczny, pochodził z 

grobu,  którego  pan  poszukiwał,  panie  al-Fostat  -  podjął 

lord Percival.  - To jasne, że starał się pan odciągnąć mnie 

background image

stamtąd,  ponieważ  pańskim  jedynym  celem  była  grabież. 

Morderstwo Langtona nie zostało przewidziane w pańskim 

planie, a wręcz go rozbiło. 

- A więc przypuszcza pan, że ani ja, ani Abd el-Mosul 

nie zabiliśmy Langtona? 

-  W  rzeczy  samej,  ponieważ  morderca  zapłacił  wam, 

żebyście  kłamali  w  sprawie  narzędzia  zbrodni.  Obiecał 

wam również zgrabną sumkę po umorzeniu sprawy. 

Po  tych  słowach  zapanowała  długa  cisza.  Angus 

Dodson wstrzymał nawet oddech. 

Lord Percival podszedł do okna i patrzył na Nil. - Co 

pani myśli o mojej teorii, pani Abletout? 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XLVI 

 

Francuska egiptolog zareagowała gwałtownie: 

- Dlaczego pan mnie o to pyta, milordzie? 

- Ponieważ stwierdziła pani, że można mieć całkowite 

zaufanie  do  ekspertyzy  Ahmeda  al-Fostata.  Miała  pani 

nadzieję,  że  niczego  nie  zauważę  i  potraktuję  ten  stary 

sztylet jak ordynarną podróbkę. Pani największym błędem 

jest lekceważenie innych i przekonanie o własnej wyższości. 

Moja  wiedza  egiptologiczna  jest  ograniczona,  wystarcza 

jednak, bym rozpoznał broń bardzo podobną do słynnego 

sztyletu  Tutanchamona,  z  istotną  różnicą:  inskrypcją 

hieroglificzną ITN u podstawy ostrza, czyli z imieniem boga 

Atona, którego wielbił Echnaton, heretycki faraon. 

-  Każdy  to  wie!  -  powiedziała  drwiąco  Albertine 

Ableout. 

- Skąd mogło pochodzić to małe dzieło sztuki? Z grobu 

z  tej  samej  epoki  lub  z  grobu  samego  Tutanchamona,  o 

którym wielu sądzi, że pozostał nie odkryty, lub też z grobu 

któregoś  z  jego  dostojników.  Czy  przedmiotem  pani 

doktoratu, zresztą nie dokończonego, nie były groby Mehu 

i Merire? 

Francuzka wczepiła się w podłokietniki. 

- Tak, ale... 

background image

-  Mehu  był  szefem  policji  Echnatona  w  jego  stolicy 

Tali  al-Amarinie,  a  Meri-re  to  wielki  kapłan  słonecznej 

tarczy,  Atona.  A  zatem  zgodnie  z  zeznaniami  Domeniki 

Strauss, Howard Langton był o krok od odkrycia słynnego 

grobowca,  właśnie  w  Tell  al-Amarinie,  jak  wskazywały 

poszukiwania Abd el-Mosula i Ahmeda al-Fostata. Jestem 

nawet  pewien,  że  go  odkrył,  ponieważ  pokazał  pani  ten 

sztylet,  który  stamtąd  pochodził.  Cóż  za  zniewaga!  Pani, 

specjalistka  w  tej  dziedzinie,  uprzedzona,  a  nawet 

przyćmiona  przez  młodego  i  błyskotliwego  egiptologa! 

Langton  nie  dość,  że  chciał  panią  zwolnić,  to  jeszcze 

pokonał  panią  na  jej  własnym  terenie...  A  to  już  było  za 

wiele.  Pani  “zabiła"  już  wielu  obiecujących  naukowców, 

łamiąc ich kariery, ale tym razem poszła pani o wiele dalej, 

niszcząc ludzkie życie. 

Komisarz Abdel-Atif osłupiał. Jak francuska egiptolog 

mogła się posunąć aż do morderstwa? 

Albertine  Abletout  mimo  rozdrażnienia  zdołała  za-

chować pozory spokoju. 

-  Jeśli  to,  co  pan  mówi,  jest  prawdą,  niech  pan  to 

udowodni, milordzie. 

-  Zgubiła  panią  Agata  Christie.  Howard  Langton 

wezwał  panią,  podobnie  jak  pozostałych,  do  Starej  Ka-

tarakty, ale  to  pani zaproponowała  mu spotkanie w apar-

tamencie pisarki z mocnym postanowieniem wyduszenia z 

background image

niego  całej  prawdy  na  temat  jego  poszukiwań  archeo-

logicznych.  Czy  zaplanowała  pani  morderstwo?  Prawdo-

podobnie  tak,  ale  Langton  dostarczył  pani  wymarzoną 

okazję, pokazując sztylet i dając pewność, że popełnia pani 

morderstwo  doskonałe,  które  przypisano  by  profe-

sjonalnemu  złodziejowi,  Abd  el-Mosulowi.  Dwa  szczegóły 

zdradzają  pani  uwielbienie  dla  Agaty  Christie:  podobnie 

jak  ona,  ubiera  się  pani  na  fioletowo,  a  pani  ulubionym 

deserem jest tarta jabłkowa ze śmietaną, nawet w Egipcie. 

Ale popełniła pani dwa błędy. Po pierwsze: podrzuciła pani 

Domenice  Strauss  powieść Agaty Christie  i wskazała nam 

pani  trop  w  postaci  wiadomości  pisanej  po  angielsku, 

obciążającej  pani  niemiecką  koleżankę.  Tylko  że  panna 

Strauss  nie  czyta  powieści  tego  typu,  a  pani  o  tym  nie 

wiedziała. Drugi błąd: wymyślenie mężczyzny uzbrojonego 

strzelbę,

który  miał  na  panią  napaść  w  nocy.  De  facto,  chodziło  o 

zjawę,  która  straszyła  Agatę  Christie,  grożąc  jej w  snach. 

W  gruncie  rzeczy  padła  pani,  jak  pani  literacki  model, 

ofiarą przekleństwa Echnatona. Agata Christie tak bardzo 

się  nim  interesowała,  że  poświęciła  mu  sztukę  teatralną, 

która zrobiła klapę; ten faraon pani również nie przyniósł 

szczęścia. 

-  Pan  się  myli...  Nie  zamordowałam  Howarda 

Langtona! 

background image

-  Rzeczywiście,  nie  pani  trzymała  sztylet.  Ponieważ 

zadbała pani o to, żeby był z panią Villabert Glotoni, który 

tak nienawidził Langtona, jak uwielbiał panią. To na pani 

rozkaz  Glotoni  śledził  nas  w  Tall-al-Amarinie,  żeby 

zobaczyć, czy znajdziemy ten grób. 

Lord Percival  utkwił wzrok w oczach wyraźnie  prze-

rażonego Villaberta Glotoniego. 

- Howard Langton wiedział, kim pan jest i trzymał się 

od  pana  z  daleka.  To  pan  jest  autorem  pracy  o  uchebti

magicznych  figurkach  pracujących  zamiast  zmarłego  w 

zaświatach,  o  czym  jest  mowa  w  rozdziale  szóstym  Księgi 

zmarłych.  Howard  Langton  dokładnie  przestudiował  ten 

tekst,  aby  wykazać  pańską  niekompetencję  i  dorzucił 

wykrzyknik: “Uwaga!". Niestety, nie był dość czujny... Ale 

czy  mógł  przypuszczać,  że  ugodzi  go  pan  w  plecy 

starożytnym sztyletem, który przed chwilą powierzył pani 

Abletout, aby stwierdziła jego autentyczność. 

Wielka  kwadratowa  głowa  Villaberta  Glotoniego  nie 

przestawała się kiwać. 

- Pan... pan nie ma prawa mnie oskarżać! 

-  Po  naszym  pierwszym  spotkaniu  -  ciągnął  lord 

Percival  -  wystraszył  się  pan,  więc  postanowił  pan  mnie 

poważnie  ostrzec,  posyłając  strzałę,  która  miała  mnie 

zranić  i  przekonać,  że  zostałem  otruty.  Doktor  Qerry 

zdradził mi, że zbiera pan afrykańskie sztylety i strzały, a 

background image

pan okazał tupet - lub głupotę - by pokazać mi to na targu 

w  Asuanie.  Z  wrodzoną  próżnością  sądził  pan,  że  się 

przestraszę i porzucę śledztwo. 

Glotoni był blady. 

Wzrok Percivala ciął jak brzytwa. 

-  Posłuszny  swojej  szefowej,  po  zamordowaniu 

Langtona,  pan,  miłośnik  wyrobów  egzotycznych,  które 

kupuje  pan  na  targu,  nasączył  pan  perfumami  kołnierz 

koszuli  pańskiej  ofiary,  aby  obciążyć  Domenikę  Strauss, 

specjalistkę od egipskich wonności. Brudna sztuczka, która 

pana  zdradziła,  ponieważ  znaleźliśmy  ślady  pańskich 

perfum różanych na kołnierzu koszuli. 

Nozdrza  Francuza  rozszerzyły  się  i  wymierzył  palec 

wskazujący w Albertine Abletout. 

- To ona wszystko zorganizowała, ona kazała mi zabić 

Langtona, ona... 

Egiptolog  w  fioletowym  kostiumie  spoliczkowała 

Glotoniego i z zaskakującą żwawością usiłowała uciec. 

Ale  odbiła  się  od  nubijskiego  giganta  Abu,  monu-

mentalnego jak starożytny egipski kolos. 

 

background image

EPILOG 

 

Lord  Percival  spędził  cudowny  dzień.  Domenica 

Strauss  pokazała  mu  wszystkie  asuańskie  grobowce  znaj-

dujące  się  na  zachodnim  brzegu,  tłumacząc  teksty 

hieroglifów, przypominających niezwykłe losy odkrywców 

Dalekiego  Południa,  których  duch  żył  w  tych  miejscach 

wiecznego spoczynku. Angus Dodson, zmęczony upałem, z 

coraz większym trudem nadążał za arystokratą. 

Kiedy  promienie  zachodzącego  słońca  zmusiły 

egiptolog  do  przerwania,  nadinspektor  przysiadł  na 

murku,  marząc  o  wilgotnym  bruku  brytyjskiej  stolicy  i  o 

kwarcie mocnego piwa w tradycyjnym pubie. 

-  Jak  pani  dziękować?  -  zapytał  Szkot.  -  Z  takim 

talentem ożywiła pani ten cudowny świat! 

-  A  pan,  milordzie,  rozwiązał  tyle  zagadek..  Czy  nie 

odkryłby pan grobu, który spowodował tyle nieszczęść? 

-  Dokona  tego  tylko  doświadczony  archeolog.  Poza 

tym  nie  trzeba  wszystkiego  odkrywać...  Czy  mumie  nie 

zasługują na to, żeby spoczywać w pokoju? 

- To niezbyt naukowe podejście! 

-  Pozwoli  pani,  że  będę  jej  życzył  długiego  pobytu  w 

Egipcie i przeżycia tu samych szczęśliwych chwil.  

Wzruszona Domenika Strauss uśmiechnęła się. 

background image

-  Egipt  to  tajemniczy  kraj,  milordzie,  ale  w  końcu 

dowiadujemy się wszystkiego. Dlatego dowiedziałam się, że 

ofiarował  pan  sporą  sumę  pieniędzy  Abu,  by  mógł 

wspomóc w trudnościach swoich nubijskich braci. On jest 

zbyt dumny, żeby panu podziękować. Za to ja... 

-  Po  co  bogactwo,  jeśli  nie  dawałoby  odrobiny 

szczęścia? 

-  Ponieważ  jutro  będzie  pan  już  w  Szkocji,  pozwolę 

panu cieszyć się ostatnim zachodem słońca nad Nilem. 

W  feluce,  która  wiozła  lorda  Percivala  i  Angusa 

Dodsona  do  Starej  Katarakty,  nadinspektor  odważył  się 

zadać dwa pytania, które paliły mu usta. 

-  Te  ślady  perfum  Glotoniego  na  kołnierzu  koszuli 

ofiary... Czy powiedział panu o tym medyk sądowy, czy też 

komisarz Abdel-Atif? 

-  Ani  jeden,  ani  drugi,  drogi  Dodsonie,  ale  czy  to  nie 

było 

oczywiste? 

Gdyby 

miał 

pan 

do 

dyspozycji 

laboratorium  Scotland  Yardu,  dostarczono  by  panu  ten 

dowód natychmiast. Miałem więc wrażenie, że korzystam z 

pańskiej gwarancji moralnej. 

Jak  obawiał  się  Angus  Dodson,  Szkot  nie  przejął  się 

ścisłą procedurą. 

W  Londynie  nadinspektor  wystąpiłby,  przynajmniej 

dla  formy,  z  gwałtownym  protestem,  ale  tutaj...  I  jeszcze 

jedno prześladujące go pytanie: 

background image

-  Proszę  mi  powiedzieć,  milordzie...  Jaki  jest  pański 

sekretny sposób na upał? Nawet kiedy wspinaliśmy się po 

stromych zboczach, na pańskim czole nie było ani kropelki 

potu! 

-  Tajemnica  tkwi  w  kapeluszu  -  wyznał  Szkot.  -  Za-

wdzięczam  ten  wynalazek  jednemu  z  moich  przodków, 

który badał Afrykę, a nie znosił upałów. 

Z  przodu  kapelusza  z  szerokim  rondem  był  zainsta-

lowany  miniaturowy,  bezszelestny  wiatraczek,  który  bez-

ustannie chłodził czoło szczęśliwego właściciela. 

Słońce  gasło  za  górą  na  zachodzie,  aby  przygotować 

swoje  zmartwychwstanie,  a  nad  Asuanem  zapadała  spo-

kojna noc. Bogini nieba już nie zwlekała z przemianą duszy 

Howarda Langtona w światło.