background image

JOSE CARLOS SOMOZA 

 

 

 

Szkatułka z kości słoniowej 

Tytuł oryginału: La caja de marfil 

 

(tłum. Bogumiła Wyrzykowska) 

(c) Jose Carlos Somoza, 2004 

 

 

2005 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mojemu ojcu i Marii Jose  

background image

 

 

 

 

 

 

 

Tu, czytelniku, zważ jeno dokładnie bo prawdę kryje zasłona tak lekka, iż ją twe oko 

przebić może snadnie. 

DANTE, Czyściec VIII, 22-24 (przeł. Alina Świderska) 

background image

Quiros  

 

Morze  miało  kolor  oczu  dziewczyny,  miasteczko  miękkie  kształty  jej  ciała.  Quiros 

widział  już  takie  miasteczka,  dziewczynę  znał  tylko  z  fotografii.  Nie  wiedział,  jak  długo 

będzie jej szukał, o ile w ogóle ją znajdzie, ale kiedy z szosy dojrzał rozpościerający się przed 

nim krajobraz, pomyślał, że dotarł do miejsca, z którego powinien rozpocząć poszukiwania. 

Tak  przynajmniej  przypuszczał,  ponieważ  jakiś  odmóżdżony  ćwok  zamazał 

aerozolowymi  swastykami  nazwę  miejscowości na  tablicy.  Na  domiar  złego,  przy  wjeździe, 

zawieszano  pomiędzy  latarniami  świetlne  girlandy,  pewnie  w  związku  z  jakimś  lokalnym 

świętem,  i  policjant  zmusił  Quirosa  do  skrętu  w  boczną  uliczkę.  Wiła  się  stromo  w  dół, 

pomiędzy  domami,  i  prowadziła  na  pokryte  wydmami  pustkowie.  Quiros  postanowił 

zaparkować przy płocie i dalej pójść piechotą. Na szczęście znalazł pensjonat od razu, zaraz 

za  rogiem  pierwszej  przecznicy.  Pomalowano  go  na  jasnoniebieski  kolor;  świeży  półmrok 

pachniał sardelami. 

-  Jakaś  kobieta  pytała  o  pana  -  poinformowała  go  recepcjonistka,  okrągła  jak  żółwi 

krótkowzroczna  jak  kret,  w  okularach  niczym  denka  od  butelek.  Mówiła  z  południowym 

akcentem,  który  spowijał  wypowiadane  słowa  gęstym  welonem.  -  Zatrzymała  się  u  nas. 

Kazała mi to panu przekazać. 

Quiros  rozłożył  kartkę.  Czytał  powoli,  ponieważ  prawie  nigdy  nie  czytał,  a  także 

dlatego,  że  drobne  pismo  zmuszało  do  mrużenia  oczu.  „Czy  możemy  spotkać  się  dzisiaj  o 

szóstej po południu na tarasie hotelowej restauracji? Z góry dziękuję”. Quiros również był jej 

wdzięczny: dzięki temu będzie mógł odbyć sjestę. 

Pokój  pachniał  tym,  czym  żaden  pokój  pachnieć  nie  powinien:  pokojem.  Był 

mikroskopijny i  nie wychodził ani na morze, ani  na góry ciągnące się na północy, tylko  na 

chałupy po przeciwnej stronie. Okno było zaklinowane, kiedy próbował je otworzyć, urwała 

się klamka, ale Quiros spał już w dużo gorszych miejscach. 

Odświeżył się w łazience i zajął bagażem, który składał się z kapelusza i plastikowej 

torby.  Kapelusz  był  biały,  pilśniowy,  z  niskim  denkiem  i  szerokim  rondem,  przyozdobiony 

czarną wstążką. Wydobył z torby kremową marynarkę pasującą do spodni.  Położył  ją obok 

kapelusza,  upewniając  się,  czy  w  wewnętrznej  kieszeni  znajduje  się  etui  z 

przeciwsłonecznymi  okularami  o  małych,  okrągłych  szkłach,  pozbawionych  oprawek. 

Wszystko to składało się na jego robocze ubranie. Używał go od lat: przynosiło mu szczęście. 

background image

Następnie  usiadł  na  łóżku,  zastanawiając  się,  co  jeszcze  mógłby  zrobić.  Dla 

zobrazowania swoich rozważań wyjął z torby szarą kopertę i ponownie przejrzał zdjęcia. 

Przedstawiały  dziewczynę  w  szkolnym  mundurku,  to  znów  w  koszulce  i  dżinsach, 

samą lub z koleżankami, w ogrodzie lub w pokoju, przy grillu albo nad urodzinowym tortem, 

en face albo  z profilu. Miękkie kształty, krągłości  nastolatki, pszeniczne włosy, owal  nigdy 

nieuśmiechniętej twarzy i oczy, które naprawdę miały kolor morza. 

- Moja córka nie żyje - oznajmił Julian Olmos. - Chcę ją odnaleźć. Nie pierwszy raz w 

swoim  życiu  umiera.  Kiedy  jej  matka  pożegnała  się  z  życiem,  dziesięć  lat  temu,  umarła, 

ponieważ przestała być dziewczynką, jaką znałem. I w zeszłym roku, kiedy opuściła dom po 

raz pierwszy. Wtedy pretekstem była chęć zmiany szkoły. Nie widziałem ku temu powodów: 

Valdelosa  jest  liberalną  placówką,  właściwie  laicką,  a  nauczyciele  byli  z  niej  bardzo 

zadowoleni.  Pokłóciliśmy  się  oczywiście.  A  raczej  ona  się  kłóciła,  ponieważ  ja,  jak  dobrze 

wiesz,  Quirosie,  nie  mam  zwyczaju  tego  robić.  Więc  złapała  plecak  i  zabrała  się.  Wynajęci 

przeze  mnie  ludzie  znaleźli  ją  dwa  tygodnie  później  w  małym  miasteczku  w  schronisku  w 

rejonie  Gerony.  Tego  lata  najwyraźniej  wybrała  któreś  na  południu.  Możesz  podać  mi 

szklankę wody, Pedro? 

Gabinet mieścił się na mansardzie i był rozległy jak samotność tyrana. Żaluzje zostały 

opuszczone i jedynie osoba siedząca przy biurku mogła się cieszyć darem zenitalnego światła. 

Osobą tą był don Julian Olmos Catón de Utica. Reszta tonęła w półmroku: sekretera, portrety 

papieża i króla, krzyże i flagi, olejny portret ojca Olmosa, chuderlawy sekretarz Pedro Correa, 

który właśnie pochylał nad szklanką fajansowy dzban, i Quiros. Ten ostatni z zaskoczeniem 

przyjął  fakt,  że  don  Julian  umówił  się  właśnie  tutaj,  ale  później  doszedł  do  wniosku,  że  w 

sierpniu właściwie każde miejsce w Madrycie gwarantowało dyskrecję. 

Opróżniwszy drugą szklankę, Olmos zamilkł, jakby jego głos ulotnił się gdzieś wraz z 

uczuciem pragnienia. Minęło kilka minut. Quirosowi to nie przeszkadzało, wydawało mu się 

nawet stosowne. Milczenie, podobnie jak ubranie, zdobi bogaczy, biedaków zaś prawie nigdy, 

i  trzeba przyznać, że don Julianowi, właścicielowi  śnieżnobiałych  włosów i  czterech medali 

za  zasługi  biznesowe  i  religijne,  błyszczących  w  klapie  marynarki,  z  milczeniem  było  do 

twarzy.  Wielkim  panom  potrzebne  są  długie  pauzy;  praca  dla  nich  sprawiała  Quirosowi 

przyjemność. 

-  Czasem  się  zastanawiam,  dlaczego  mnie  tak  bardzo  nienawidzi  -  powiedział  nagle 

Olmos.  -  Znajduję  po  temu  niejedną  przyczynę,  oczywiście.  Jeśli  w  życiu  nam  czegoś  nie 

brakuje, to właśnie powodów do nienawiści. Być może zaczęło się to wtedy, kiedy zabiłem jej 

kota. Uczyniłem to w obronie własnej, zaznaczam. Mój wspólnik, który żył otoczony kotami, 

background image

zaprosił  mnie  pewnego  dnia  na  kolację  i  zaraziłem  się  toksoplazmozą.  Wtedy  stałem  się 

czymś w rodzaju kociego Heroda. Na moim terenie ani jeden nie zachował głowy, w końcu 

przyszła kolej na Szafira. Nigdy mi tego nie wybaczyła. Choć wierz mi, charakterek miała od 

zawsze.  Nie  udała  mi  się  córka.  Dzieci  mogą  się  udać  lub  nie,  jak  interesy.  Przyznaję,  nie 

byłem dobrym ojcem, nie mogłem też oczywiście zastąpić jej matki, którą straciła, ale sądzę, 

że byłem wielkim ojcem. Nikt nie może być jednocześnie i wielkim, i dobrym. - Po krótkim 

namyśle Olmos dorzucił: - Być może ona też jest wielką córką. 

- Jeśli wolno mi coś powiedzieć, don Julianie... - Correa przerwał kolejną ciszę - pana 

córka ma pewne zalety. 

- Uśmiechnął się, jakby nie wiedział, co jeszcze dodać. 

Spojrzał na Quirosa. - Lubi pisać. 

-  Owszem.  Lubi  pisać  -  powtórzył  Olmos,  wypluwając  słowa.  -  Jest  prawdziwym 

diabłem. 

- Jest pisarką - powiedział Correa niemal unisono. 

- Jest demonem - stwierdził Olmos. - Tym razem zostawiła mi wiadomość: „Nigdy nie 

wrócę,  a  jeśli  będziesz  mnie  szukał,  odnajdziesz  martwą”.  Przypomina  to  paradoks  kota. 

Znasz się na fizyce kwantowej, Quirosie? Nie martw się, ja też się nie znam. To mój starszy 

syn, fizyk, rozmawia ze mną na takie tematy. Podobno nauka udowodniła, że jeśli zamkniesz 

kota w pudełku i strzelisz do niego, zdechnie dopiero wtedy, kiedy je otworzysz i spojrzysz na 

niego. Dopóki to nie nastąpi, nie będzie ani żywy, ani martwy, a raczej  będzie i taki, i taki 

jednocześnie.  Chodzi  tu,  naturalnie,  o  swego  rodzaju  metaforę,  mającą  wyjaśnić 

funkcjonowanie  jakichś  tam  cząsteczek.  W  prawdziwym  życiu  to  się  nie  zdarza.  Szafira 

uśpiłem w pudełku jednym śmiercionośnym zastrzykiem i zapewniam cię, że zawinął się w 

kilka sekund. Być może to przez to, że... Dlaczego ja właściwie o tym opowiadam? 

- W związku z wiadomością, jaką zostawiła - podsunął Correa skwapliwie. 

- Otóż to! „Jeśli będziesz mnie szukał, odnajdziesz martwą”. To jak ten paradoks kota, 

myślę sobie. Znajdę ją martwą tylko wtedy, jeśli zajrzę do pudełka. A znam ją wystarczająco 

dobrze, żeby wiedzieć, że nie przesadza. A ty byś zajrzał, Quirosie? Innymi słowy: wolałbyś 

ją uznać za zaginioną, lecz żywą, czy za odnalezioną, ale martwą? 

Quiros,  który  nie  spodziewał  się,  że  będzie  musiał  cokolwiek  mówić,  ani  w  tym 

momencie, ani w żadnym innym, zaczął się plątać. 

- Stawia mnie pan w kłopotliwej sytuacji, don Julianie - powiedział w końcu. 

- Daj spokój, powiedz. Nie obrażę się. 

- Jeśli mam być... Jeśli mogę być całkiem szczery... 

background image

- Zaginioną, lecz żywą  -  uciął Olmos, kwitując swoje  słowa głębokimi,  rytmicznymi 

ruchami głowy. - Wiedziałem, nie musisz mi tego mówić. W tym właśnie tkwi sedno sprawy, 

prawdziwy węzeł gordyjski. Nie jesteś ojcem, dlatego tak myślisz. Ale dla mnie „zaginiona” 

znaczy to samo co „martwa”. Mój dylemat polega nie na wyborze między życiem a śmiercią, 

tylko na tym, czy robić coś, czy nie, a ja nie znam ani jednego ojca godnego tego miana, który 

by  czegoś  nie  zrobił.  Tak  więc,  chcę  ją  odnaleźć.  Ma  dopiero  piętnaście  lat,  jest  nieletnią, 

pewną siebie smarkulą. Kiedy będzie starsza, może sobie odejść, jeśli zechce, ale dopóki to 

nie nastąpi, będzie mnie nienawidzić w domu, w milczeniu, jak wszyscy w naszej rodzinie: w 

domu  i  w  milczeniu.  Pojedziesz  jutro  do  tego  miasteczka  i  sprowadzisz ją  z  powrotem,  ale 

dyskretnie.  Nie  chcę  mieszać  w  to  policji  ani  sycić  dziennikarzy  wybrykami  tej  szelmy.  - 

Spojrzenie Olmosa miało twardość wyrzutów sumienia. - Pewnie się zastanawiasz, dlaczego 

wezwałem cię w tej sprawie. - Chwila ciszy. - Właśnie ciebie. 

- Dłuższa cisza. - Ciebie, Quirosie. 

Quiros  milczał.  Siedział  nadal  pochylony  do  przodu,  wsparłszy  łokcie  na  udach,  z 

kapeluszem  w  dłoniach,  oddychając  przez  otwarte  usta.  Lepiej,  żeby  niektóre  pytania 

zadawali ci, którzy potrafią na nie odpowiedzieć, myślał. 

-  Wiem,  że  nie  jesteś  człowiekiem,  który  mógłby  się  komukolwiek  skojarzyć  z  tego 

typu robotą - dodał Olmos - ale rzecz w tym, że pojawił się dodatkowy problem... 

Przed  obiadem  postanowił  się  trochę  przejść.  Zdecydował  się  na  robocze  ubranie. 

Wychodząc z pensjonatu, pomyślał, że lepiej poznać centrum, niż pójść w kierunku plaży. 

Trudno  powiedzieć,  żeby  Quiros  poruszał  się  z  dużą  zręcznością:  miał  swoje  lata,  a 

nogi niosące cielsko, do którego dźwigania zostały zmuszone, utykały lekko. Jakby tego było 

mało, ulice miasteczka najwyraźniej sprzysięgły się przeciw niemu i wszystkie pięły się pod 

górę w kierunku, w jakim się udawał. Zaczął się pocić po dwóch wzniesieniach, ale mimo to 

nie  zamierzał  zdjąć  ani  marynarki,  ani  kapelusza.  Chodziło  przecież  o  wizerunek,  a  Quiros 

bardzo  dbał  o  swój  wizerunek.  Marynarka  zdradzała  masywną  budowę  klatki  piersiowej,  a 

kapelusz wieńczy! kamienną twarz o mięsistych wargach, usianą drobnymi żyłkami na nosie i 

policzkach,  uwydatnioną  dodatkowo  przez  ciemne  okulary  i  wąsik,  jakby  wykreślony 

grafionem. A poniżej tego maszkaronu zwalista postać o ramionach, z których zwisały łapy 

jak  rycerskie  rękawice  i  stopach  uwięzionych  w  butach  o  kwadratowych  noskach.  Taki  był 

Quiros. Żył w tym ciele pięćdziesiąt osiem lat, dwadzieścia z nich z tą samą aparycją; zdążył 

się przyzwyczaić. Wiedział, że jego wygląd budzi pewien lęk, ale zarabiał na życie właśnie 

tym, że go wzbudzał. 

background image

Teraz  stwierdził  jednak,  że  w  nielicznych  stworzeniach,  jakie  spotkał  w  czasie 

przechadzki  -  dwoje  dzieci,  jakieś  staruszki,  szczekający  pies  -  jego  obecność  nie  budzi  już 

strachu,  a  co  najwyżej  ciekawość.  W  ostatnich  latach  przytrafiało  mu  się  to  wszędzie. 

Wiedział,  że  powodem  tego  stanu  rzeczy  jest  wiek,  który  ograniczał  w  znacznym  stopniu 

zdolność  przyprawiania  innych  o  drżenie.  Sfatygowany  strach  na  wróble  nie  odstrasza 

ptaków,  powiedział  mu  kiedyś  były  wspólnik.  Z  tego  też  powodu  dostawał  ostatnio  same 

bezsensowne zlecenia. W swoim życiu Quiros imał się niejednego zajęcia i walczył z różnego 

rodzaju ludźmi, dlaczego więc teraz robił sobie jakiekolwiek nadzieje? Teraz, kiedy przyszło 

mu się zmierzyć z nauczycielką i jej krnąbrną uczennicą. 

Nie  wiedział,  którędy  pójść.  Przez  jakiś  czas  podążał  posłusznie  w  kierunku 

wskazywanym  przez  tabliczki  z  napisem  „Stare  Miasto”,  ale  straciwszy  orientację  w 

labiryncie  krętych  uliczek,  pagórkowatych  stromizn,  brązowych  okiennic  i  domów 

przypominających małe, białe pudełka, zniechęcił się i zawrócił. Było jasne, że centrum tego 

miasteczka  pozostanie  dla  niego  tajemnicą.  W  hotelowej  restauracyjce  zamówił  na  obiad 

barweny, które podała mu młoda, ciemnowłosa kelnerka, wysoka jak trzcina, z bransoletką na 

kostce  w  postaci  połączonych  ze  sobą,  złoconych  kluczyków.  Bardziej  niż  bransoletka 

zainteresowała  Quirosa  jej  bluzka  (zwykła  koszulka  niezasłaniająca  nawet  pępka),  dzięki 

której,  po  raz  pierwszy,  od  kiedy  natknął  się  na  zabazgrany  drogowskaz,  mógł  odczytać 

nazwę miasteczka we wszystkich kolorach tęczy. 

„Roquedal”,  pojawiające  się  i  znikające  mu  sprzed  oczu,  nachylające  się,  unoszące 

nad nim, tak bliskie i tak niedostępne. 

W  ubiegłym  roku  rodzina  Fuentes  Waksamanow  zatrudniła  go,  żeby  odnalazł  psa. 

Quiros uznał zadanie za poniżające, ale przyjął je, ponieważ ostatnimi czasy nikt nie dzwonił 

do niego z dużymi zleceniami. 

Dom Fuentes Waksamanow zajmował całą przestrzeń między dwiema przecznicami w 

pobliżu parku Retiro; na tyłach był rozległy ogród. W drzwiach przyjęła Quirosa pokojówka. 

Miała smutną twarz, podkrążone oczy, a jej fartuszek przypominał żałobny strój. Zostawiła go 

pod  opieką  kamerdynera,  który  z  kolei  wprowadził  go  do  salonu,  gdzie  oczekiwał 

wymuskany  rzecznik  rodziny,  z  uśmiechem  w  samym  środku  koła  wyznaczonego  przez 

szpakowate włosy i brodę. Pierwszą rzeczą, jaką mu powiedział, było to, że nie musi szukać 

żadnego psa. 

Oświadczenie to nie zaskoczyło Quirosa. Od ponad dwóch dziesięcioleci pracował dla 

bogaczy  i  wiedział,  że  w  ich  świecie  zdarzają  się  sprzeczności  nie  do  opisania,  nieznane 

większości śmiertelników. Świat bogaczy jest światem odwróconych znaków, w którym białe 

background image

bywa czarne i w którym ktoś  może zostać wynajęty  do szukania  psa pod warunkiem,  że  go 

nigdy nie znajdzie. Trudno jest pracować dla bogaczy, nie każdy się do tego nadaje. 

Trzeba być wyzutym z wyobraźni i ciekawości, twardym, niejednokrotnie bardziej niż 

skała, i mieć stalowe serce. 

Quiros był odpowiednim człowiekiem; bogacze uwielbiali korzystać z jego usług. 

Sprawa  sprowadzała  się  do  uspokojenia  Aitany  Fuentes  Waksman,  najmłodszego 

członka  rodziny,  pod  którego  opieką  znajdowało  się  zwierzę  w  dniu  swojego  zaginięcia. 

Rodzice spodziewali się, że obecność Quirosa i kilka niezobowiązujących obietnic przywrócą 

jej radość. 

Pies, jak wyjaśnił rzecznik rodziny, nie liczył się w najmniejszym stopniu. Chodziło o 

kundla, dość głupiego, niezdolnego dosiąść suki ani przekazać genów czystym, zdolnym do 

przeżycia  szczeniakom.  Pokazał  mu  zdjęcia:  duży,  kudłaty  z  zadartym,  rozczochranym 

ogonem. 

Quirosowi spodobała się jego biała sierść. Pasowała do imienia: Sen. Sam Sen mógł 

przepaść na zawsze, byłoby nawet lepiej, gdyby tak się stało. Quiros nie powinien się starać 

go odnaleźć: już za samo przyjście i rozmowę z Aitaną dostanie niezłą sumkę. 

Wprowadzono  dziewczynkę,  która  weszła  w  towarzystwie  koleżanki  i  pokojówki. 

Miała  żywą  twarz  i  jeszcze  niezarysowane,  dziecinne  kształty.  Nie  wyglądała  na  aż  tak 

smutną, jak się spodziewał. Wdrapała się na sofę i przemówiła z niej jak z mównicy. „Chcę, 

żebyś odnalazł mojego psa”. Przyznała, że ponosi za wszystko odpowiedzialność, ponieważ 

puściła  go  wolno,  zabrawszy  tamtego  mglistego  popołudnia  na  spacer.  Kiedy  opowiadała  o 

swojej tragedii, błyszczały jej źrenice, ale światło nie wypłynęło łzami. Jej jasnowłosa i nieco 

przyciężka przyjaciółka (bez wątpienia to Aitana rządziła w tym duecie, pomyślał Quiros) i 

smutna pokojówka z podkrążonymi oczyma tworzyły chór potakujących gestów. 

Kiedy dziewczynka skończyła mówić, Quiros nie wiedział właściwie, co powiedzieć, 

choć po to przecież został wynajęty. Wykrztusił kilka niezręcznych zdań i wyszedł. 

Na ulicy było już ciemno, pojawiły się gwiazdy. Nagle zdarzyło się coś, co zdarzało 

mu się niezmiernie rzadko: zatrzymał się, żeby zadać sobie pytanie. 

To znaczy, próbował je sobie zadać. Chodziło bowiem o pytanie niekonkretne, mające 

związek  zarówno  z  gwiazdami,  jak  i  z  dziewczynką,  białym  psem,  a  nawet  ze  zbolałym 

wyglądem pokojówki. 

Przez moment walczył, żeby nadać mu jakąś formę. 

Jednak czas minął: Quiros wiązał to z wiekiem. Kiedy człowiek się starzeje, pragnie 

czasem zrozumieć życie. 

background image

Jemu musiało się przytrafić coś podobnego: zapragnął je zrozumieć. Zastanowiło go, 

że nigdy nie pragnął zrozumieć życia, a jedynie na nie zarobić, zatem i ta chwila przerodziła 

się w tchnienie, niedorzeczność, w coś, co może unosić się na powierzchni, wcale jej do tego 

nie potrzebując. 

Wiedział  już  jednak,  co  zrobi.  Następne  tygodnie  poświęcił  niezmordowanym 

działaniom.  Odwiedzał  schroniska,  pensjonaty  dla  psów,  towarzystwa  opieki,  prosektoria  i 

laboratoria,  w  których  jedne  czworonogi  poświęcano,  by  ratować  inne.  Przeprowadzał 

rozmowy z domniemanymi świadkami, przemierzał ulice i publiczne parki. 

Mglistymi  popołudniami  patrolował  okolice  domu  Fuentes  Waksamanow, 

przypuszczając, że pies, podobnie jak przestępca, może wrócić na miejsce zbrodni. Sporządził 

listę  właścicieli  białych  psów  w  Madrycie.  Dziesiątki  ogłoszeń  rozkleił,  przejrzał  znacznie 

więcej. W końcu, po czterech miesiącach bezowocnych poszukiwań, musiał przyznać, że jego 

wysiłki  najprawdopodobniej  nie  zostaną  uwieńczone  sukcesem.  Sen  znikł  na  zawsze.  Sen 

nigdy już nie powróci. Sen poszedł do psiego nieba. Mimo to odnosił niekiedy wrażenie, że 

śledztwo  właściwie  dopiero  się  zaczęło.  Co  jakiś  czas  dzwonił  do  rzecznika  Fuentes 

Waksamanow,  zapewniając,  że  nie  zrezygnował.  W  ostatnim  czasie  odkładano  słuchawkę. 

Nadal jednak szukał, nadal dzwonił. 

Potem pojawiły się sny. Śniło mu się, że śledzi białego psa. Widział go to stojącego 

nieruchomo w głębi jakiegoś zaułka, to na szczycie góry (przypominał śnieg, ale był to pies), 

a nawet nad brzegiem morza. Quiros ruszał ku temu miejscu, mówiąc sobie: „Tym razem cię 

dopadnę”. 

A pies, oślepiająco biały, świetlisty jak anioł, czekał do ostatniej chwili, jakby chciał 

mu  powiedzieć:  „Tym  razem  pozwolę ci  się złapać”. Ale kiedy  Quiros  rzucał  się na niego, 

zwierzę  znikało.  Przypominało  to  próbę  dotknięcia  tęczy.  Ta  sama  drwina  powtarzała  się 

następnej nocy, z dokładnością ruchu planety po orbicie. Nie rozumiał, dlaczego budzi się z 

tych snów, wstrząsany dreszczami. 

Ale wiedział, że świat snów był niczym innym jak światem bogaczy dla biednych. Nie 

przywiązywał zbytniej wagi do sprzeczności i tajemnic obu światów: ograniczał się do tego, 

że pracował dla jednego, a śnił o drugim. 

Tego  popołudnia,  w  czasie  sjesty,  Sen  błysnął  na  horyzoncie.  Quiros  podbiegł, 

wyciągnął  rękę,  pies  rozpłynął  się  jak  wzlatujące  stado  gołębi.  Obudził  się  w  nieznanym 

pokoju. Pocił się, było gorąco; ciągle jeszcze nie odblokował zaklinowanego okna. 

Na tarasie nie czekała na niego żadna kobieta. Usiadł przy jedynym wolnym stoliku, 

który miał parasol. 

background image

Taras  wychodził  na  róg,  przy  stromej  uliczce  prowadzącej  na  plażę.  Siedząc  przy 

stoliku,  Quiros  mógł  dostrzec  fale  na  morzu,  a  nawet  białą  żaglówkę,  która  zmagała  się  z 

wiatrem. Pod górę, prawie nadzy lub owinięci w ręczniki, wchodzili ci, którzy zrezygnowali 

już z plażowania. Szli powolnym krokiem, z bezmyślnym wyrazem twarzy. Niektórzy mieli 

skaleczenia,  jak  choćby  dziewczynka,  która  kuśtykała  z  rozkwaszonym  kolanem,  krzywiąc 

twarz,  jakby  ssała  cytrynę.  Przy  sąsiednich  stołach  siedzieli  na  tarasie  turyści.  Trio  rudych 

kobiet  i  mężczyzna  o  szpakowatej  brodzie  grali  w  karty,  choć  większą  uwagę  zwracali  na 

ulicznego gitarzystę z postawionymi na jeża włosami. Jakaś smukła dziewczyna o nordyckiej 

urodzie  stała  jak  zauroczona.  Grubasek  w  bermudach  robił  zdjęcia.  Kobieta  z  recepcji 

wystawiała  głowę  przez  drzwi  jadalni,  krzywiła  się,  po  czym  znikała  ponownie.  Stoliki 

obsługiwał  chłopak o słomianych włosach i  twarzy usianej pryszczami.  Quiros zatęsknił do 

ciemnowłosej kelnerki z przedpołudnia. 

Nagle  brodacz  podniósł  się  i  zaczął  podrygiwać,  co  wywołało  salwy  śmiechu  jego 

najmłodszej  rudej  towarzyszki.  Quiros  zastanawiał  się,  czy  to  jego  żona  i  córki,  ale  jak  na 

rodzinę śmiały się stanowczo za głośno. Z twarzy brodacz przypominał mu jednego z ludzi, 

których zabił: tamten człowiek miał na nazwisko Casella. 

Casella (któż by się tego spodziewał!) miał dwie córki, trzy kobiety, licząc żonę, ale 

nie były rude. Zajmował się eksportem, między innymi filmów snuff, choć jego prawdziwa 

zbrodnia  polegała  na  zaciągnięciu  długu  u  kogoś,  u  kogo  nie  powinien  go  zaciągać,  i 

przekazaniu  pieniędzy  komuś,  komu  tym  bardziej  nie  powinien  ich  dawać.  Na  koniec 

wszystkim był coś dłużny. Został „ekskomunikowany”. Quirosowi kazali zrobić to tak, żeby 

Casella  wiedział,  co  mu  robią.  Casella  zaszył  się  w  kryjówce  w  górach,  ale  codziennie 

wychodził  łowić  ryby.  Quiros  zaskoczył  go  przy  rzece  i  użył  stalowego  pręta.  Sugerowali 

trzydzieści uderzeń, dokładnie tyle, ile w pesetach wynosił (z kilkoma zerami) jego dług, ale 

po  dwóch  uderzeniach,  kiedy  Casella  skręcał  się  z  poprzetrącanymi  rękoma,  odstąpił  od 

zamiaru  dalszego  przedłużania  wyroku,  bardziej  ze  zmęczenia  niż  z  innego  powodu,  i 

wymierzył mu trzeci cios w głowę. Casella zjadł własną brodę. Klient nieźle się ubawił, kiedy 

Quiros mu to opowiadał: od ciosu broda zapadła się Caselli w usta. 

To były jednak inne czasy. Jego obecne zlecenia, o ile w ogóle je dostawał, dotyczyły 

spraw żałosnych, pewnie dlatego, że się zestarzał. Pół roku temu miał atak duszności i lekarz 

kazał  odstawić  mu  kawę,  alkohol  i  papierosy,  wszystko  naraz,  zalecając  jednocześnie 

ograniczenie seksu. Seksu, pomyślał  Quiros. Przypomniał sobie, jak Pilar zaczerwieniła się, 

kiedy powtórzył jej ostatnią radę lekarza. 

background image

Brodacz i jego rude towarzyszki zaczęli taniec, do którego zagrzewał gitarzysta. Scena 

nie  była  szczególnie  interesująca,  ale  Quiros  chętnie  przyjrzałby  się  dokładniej  nogom 

najmłodszej dziewczyny i jej wypiętemu tyłeczkowi, gdyby nie to, że w tym momencie, nie 

wiadomo dlaczego, kelner złożył parasole, przez co słońce, wściekłe letnie słońce, wtargnęło 

w zaułki, oślepiając go pomimo włożonych okularów. 

- Pan Quiros? - usłyszał w ciemnościach., Kobieta była spowita światłem. 

- Przepraszam za spóźnienie. Zaspałam. 

- Nic nie szkodzi. 

Była drobna. Nawet nie tyle niskiego wzrostu, co zredukowana do rozmiarów, które 

sugerowały, że jest to replika znajdującego się gdzieś indziej oryginału kobiety, wykonana w 

mniejszej skali. Jasnoblond włosy zostały starannie ułożone. Jej twarz nie była piękna, raczej 

dziwna, o szczupłych policzkach i wielkich, błękitnych oczach, uwydatnionych przez cienie 

bezsenności.  Nie  miała  na  sobie  plażowego  stroju,  tylko  dyskretny  kostium  w  perłowym 

kolorze.  Quiros  poczuł  się  niezręcznie.  Powiedziano  mu,  że  jest  nauczycielką,  więc 

spodziewał  się  starszej,  skostniałej  damy,  a  nie  młodej,  eleganckiej  kobiety  o  głosie 

spowiednika. 

-  Nawet  pan  nie  wie,  jak  bardzo  się  cieszę,  że  pan  przyjechał.  Jestem  trochę 

zdenerwowana. I przestraszona. Mimo to postaram się opowiedzieć wszystko po kolei. Jeśli 

będzie pan miał jakieś pytania, proszę mi przerwać.  - Bawiła się zamknięciem od torebki.  - 

Nazywam  się  Nieves  Aguilar,  jestem  nauczycielką  w  szkole  średniej  w  Valdelosie.  Uczę 

hiszpańskiego  i  historii  literatury.  Poznałam  Soledad  Olmos  dzięki  jednemu  z  napisanych 

przez  nią  opowiadań.  Już  wcześniej  mi  o  niej  wspominano:  wiedziałam,  że  jest  uczennicą 

niezwykle  inteligentną,  wyjątkowo  zdolną  i  bardzo  nieśmiałą.  Niemniej  wątpię,  czy 

nawiązałybyśmy  jakąkolwiek  znajomość,  gdyby  nie  to  opowiadanie.  Zwykle  zadaję 

uczennicom  wypracowania.  W  Valdelosie  przywiązujemy  wagę  do  praktycznego 

zastosowania  zdobywanej  wiedzy,  aczkolwiek  muszę  przyznać,  że  staram  się  również 

zapewnić  im  dobrą  zabawę.  Mam  świadomość,  że  nie  uważają  mojego  przedmiotu  za 

najważniejszy, próbuję się więc nie naprzykrzać. Nie znoszę tego... Jeśli będę to robić, proszę 

mi powiedzieć. Przygotowałam tę opowieść, żeby  nie pominąć żadnego  szczegółu,  ale jeśli 

pan uzna, że pana męczę, niech mi pan przerwie. Jak wspomniałam, poprosiłam uczennice, by 

coś napisały. Prawie wszystkie mówiły na ten sam temat: opisywały swoje życie, to, co im się 

przytrafiło...  Niewiele  osób  jest  w  stanie  cokolwiek  wymyślić.  Wtedy  wpadło  mi  w  ręce 

opowiadanie  Soledad.  Nosiło  tytuł  Światło  nocy.  To  było  pierwsze  jej  opowiadanie,  jakie 

background image

przeczytałam.  Streszczę  je,  jeśli  pan  pozwoli,  ponieważ  jest,  moim  zdaniem,  fascynujące... 

Och, dziękuję. Zaschło mi w gardle... Nie jest bardzo zimny, na szczęście. 

Przyniesiono zamówiony przez nią tonik. Kiedy podniosła szklankę, Quiros przyjrzał 

się  jej  dłoniom,  delikatnym,  białym,  pozbawionych  niemal  żył,  jakby  nosiła  jedwabne 

rękawiczki. Na jednym z palców błyszczał zaręczynowy pierścionek. 

-  Bohaterką  opowiadania  -  kontynuowała  kobieta,  pociągnąwszy  głęboki  łyk  -  jest 

dziewczynka, Adriana, która po śmierci matki nie może spać i nie zasypia już nigdy. Dzięki 

temu odkrywa, że noc nie jest pozbawiona światła, aczkolwiek różni  się ono od dziennego. 

Światło  nocy  jest  bardziej  białe,  gęste,  niemal  stałe.  Nikt  o  tym  nie  wie  oprócz  niej,  bo 

wszyscy  oczywiście  śpią.  Ona  może  tego  światła  dotknąć,  nawet  po  nim  chodzić,  jak  po 

zaśnieżonym zboczu. Wychodzi więc na spacer po świetle. Wtedy spada deszcz kotów. Otóż 

to, deszcz kotów, to niewiarygodne. Jeden z fragmentów jest wyjątkowo piękny, nauczyłam 

się  go  na  pamięć:  „Spadały  grzbietami  w  dół,  ale  obracały  się,  zanim  doleciały  do  ziemi,  i 

nigdy  nie  robiły  sobie  krzywdy.  Niektóre  lądowały  na  dachach  lub  zawisały  na  antenach 

telewizyjnych, inne lądowały na balkonach, a jeszcze inne na chodniku.  Ulice wypełniły się 

spadającymi z nieba kotami, które nie czyniły najmniejszego hałasu; tylko Adriana mogła je 

widzieć, ponieważ tylko ona widziała światło nocy”. Ładne, prawda? 

Quiros  nie  odpowiedział.  Siedział  bez  ruchu,  z  otwartymi  ustami,  we  wciśniętym  na 

oczy  kapeluszu  i  ciemnych  okularach.  Panowała  głęboka  cisza.  Gitarzysta  już  odszedł,  a 

razem  z  nim  odeszło  wiele  dźwięków.  Nawet  harmider  z  plaży  docierał  do  nich  nieco 

przytłumiony. 

- Moim zdaniem jest cudowne - powiedziała kobieta, zapewne rozczarowana brakiem 

odpowiedzi.  -  Nawiasem  mówiąc,  we  wszystkich  jej  historiach  pojawiają  się  koty.  Soledad 

bardzo  je  lubi.  Miała  kiedyś  kota,  ale  jej  zdechł.  -  Kobieta  stłumiła  dłonią  lekki  kaszel.  - 

Opowiadanie  kończy  się  na  dniu,  w  którym  ojciec  idzie  obudzić  Adrianę  i  stwierdza,  że 

dziewczynka leży z szeroko otwartymi, błyszczącymi oczyma. Nie mogłam uwierzyć, że tak 

młoda osoba jest zdolna napisać coś podobnego. Chciałam ją poznać, więc zatrzymałam ją po 

lekcji  w  klasie.  Robiła  wrażenie  nieśmiałej,  nie  patrzyła  prosto  w  oczy,  odpowiadała 

monosylabami... Potem jednak zrozumiałam, że nie była nieśmiała, tylko  nieufna. Nie miała 

przyjaciół,  przyzwyczaiła  się  radzić  sobie  w  życiu,  zwłaszcza  jeśli  chodzi  o  sprawy 

uczuciowe.  Niemniej  nawiązałyśmy  kontakt.  Tak  jest  z  wieloma  nastolatkami,  zapewniam 

pana: dużo czasu mija, zanim obdarzą kogoś zaufaniem, ale kiedy to uczynią, nie znajdzie pan 

bardziej  oddanego  i  szczerego  przyjaciela.  Kiedy  zakończył  się  rok  szkolny,  straciłyśmy 

siebie z oczu. Aż do chwili, kiedy dwa tygodnie temu znowu do mnie zadzwoniła. 

background image

Kobieta  zdjęła  żakiet,  odkrywając  kościste  ramiona,  na  których  gasnące  słońce 

zapalało błyski. Nagle jednak włożyła go ponownie, chociaż panującej temperatury w żaden 

sposób nie dałoby się nazwać niską. 

-  To  był  bardzo  dziwny  telefon.  Zadzwoniła  wieczorem,  na  komórkę.  Byłam  już  na 

urlopie,  w  apartamencie,  który  mamy  z  mężem  na  Ribera  de  la  Almadraba.  Odebrałam, 

myśląc,  że  to  mąż,  który  ze  względu  na  pracę  musiał  zostać  w  Madrycie.  Była  to  jednak 

Soledad.  Chciała  się  ze  mną  zobaczyć.  Mieszkała  w  schronisku  młodzieżowym  w  tym 

miasteczku i chciała spędzić ze mną kilka dni. Uderzył mnie w jej głosie ton, jakiego nigdy 

wcześniej nie słyszałam, jakby była... Nie wiem, zdenerwowana... Powiedziała, że pokłóciła 

się z ojcem i znowu uciekła z domu. Wiedziałam ojej ubiegłorocznej wyprawie do Gerony, 

choć  tym  razem  wyglądało  to  dużo  poważniej.  Zmartwiłam  się,  chciałam,  żeby  to 

przemyślała, ale zdałam sobie sprawę, że nie oczekuje moich rad. Przecież nie dzwoniła do 

mnie tylko w tym celu, tylko po to, żeby mnie zaprosić. 

Jej  głos  nie  przestawał  mnie  niepokoić.  Robiła  wrażenie  bardzo  przestraszonej... 

Spytałam,  czy  poza  tym  ma  jakieś  kłopoty.  Wybuchnęła  śmiechem.  Ale  śmiała  się  jakoś 

dziwnie, zapewniam pana... Tę część historii najtrudniej mi wyjaśnić... Jakby była przerażona, 

ale próbowała to tuszować. I to nie z powodu ojca... - Zniżyła głos i rozejrzała się wokół. - 

Powiem  panu,  jak  to  wtedy  odebrałam,  choć  ryzykuję,  że  mnie  pan  źle  oceni:  odniosłam 

wrażenie,  że  przytrafiło  się  jej  coś  tutaj,  w  tym  miasteczku.  Poprosiłam  o  czas  do 

zastanowienia i zadzwoniłam do męża. Jest dziennikarzem, nazywa się Pablo Barrera... 

Quiros  pokiwał  głową.  W opowiadanej  przez kobietę historii był  to  jedyny szczegół, 

który uważał za ważny. W końcu to właśnie ten fakt najbardziej martwił don Juliana. 

-  Miał  jeszcze  jakieś  sprawy  do  załatwienia  w  Madrycie,  zmiana  planów  była  dla 

niego bez znaczenia. Uznałam ten pomysł za dobry, przyjąwszy, że Soledad mnie potrzebuje. 

Umówiłyśmy  się  na  spotkanie  cztery  dni  później.  Nie  mam  prawa  jazdy,  więc  musiałam 

zaplanować podróż. Przyjechałam w wyznaczonym dniu, lecz w schronisku powiedziano mi, 

że  Soledad  wyjechała  dwa  dni  temu.  Nazajutrz  po  telefonie!  Zaniemówiłam.  Nie  miałam 

nagranej  żadnej  wiadomości.  Mój  mąż  również.  Nie  mogłam  do  niej  zadzwonić,  nie  ma 

komórki. Przez całą pierwszą noc, jak łatwo się domyślić, zastanawiałam się, jak mogła mi 

coś  takiego  zrobić.  Ale  następnego  dnia  powiedziałam  sobie:  „Nie,  nie  wyjechała.  Nie 

wyjechałaby bez uprzedzenia. Musiało się stać coś złego”. Zadzwoniłam do jej ojca, telefon 

odebrał sekretarz. Upierałam się, że chcę rozmawiać z panem Olmosem; w końcu podszedł do 

telefonu. Nie dopuścił mnie jednak do głosu: nieprzyjemnym tonem oznajmił, że wie już, iż 

córka uciekła z domu. 

background image

Poniosło  mnie, przyznaję. Oświadczyłam, że jeśli nie zgłosi jej zaginięcia, zrobię to 

sama.  I porozmawiam z mężem, żeby wiadomość ukazała się  w prasie.  Wtedy zmienił ton. 

„Lepiej  nie  mieszać  do  tego  policji  -  powiedział.  -  Proszę  pozostać  tam,  gdzie  pani  jest, 

przyślę  kogoś  do  zbadania  sprawy”.  Tak  właśnie  zrobiłam:  czekałam  na  pana.  -  Przerwała. 

Machnęła swoimi drobnymi dłońmi. - To wszystko. 

-  Nie  ma  pani  nic  przeciwko  temu,  żebyśmy  zamówili  kolację?  -  spytał  Quiros 

niespodziewanie. - Wcześnie jadłem obiad i... 

- Jak najbardziej. 

Quiros  zamówił  zupę  z  owoców  morza  i  rybę  miecz.  Za  wszystko  płacił  don  Julian, 

mógł więc sobie pozwolić na mały luksus. Kobieta poprosiła jedynie o drugi tonik. 

Kiedy kelner się oddalił, Quiros zsunął okulary i spojrzał sponad szkieł na kobietę. 

-  Doskonale,  proszę  pani...  Eee...  Jestem  wdzięczny...  że  mi  pani  to  wszystko 

opowiedziała. Będę jej szukał. Proszę zostawić tę sprawę mnie i wracać do domu... a raczej 

do apartamentu nad morzem... 

Kobieta potrząsnęła głową. 

-  Wolę  zostać.  W  Ribera  tylko  bym  się  zamartwiała.  Kiedy  jestem  tutaj,  mam 

wrażenie, że ona... Po prostu, że może wrócić w każdej chwili. 

- Nie musi pani... 

- Wiem, ale wolę zostać, dziękuję. 

Quiros spojrzał na kobietę. 

- Wspominała pani komuś o tym? 

- Tylko mężowi. Prosiłam go naturalnie o dyskrecję. 

Ale  uprzedzam,  że  jeśli  do  końca  tygodnia  nie  dostanę  żadnych  wiadomości  o 

Soledad,  zadzwonię  na  policję,  niezależnie  od  tego,  co  powie  pan  Olmos.  Bardzo  mnie  to 

martwi - dodała z wyrazem przygnębienia na twarzy. 

- Nie ma powodu. Dziś młodzi mówią jedno, a jutro... 

- Nieprawda - zaprzeczyła kobieta, jej głos stał się twardszy. - Znam swoje uczennice, 

zwłaszcza Soledad. Nigdy by mi czegoś takiego nie zrobiła. 

- Może zadzwoni do pani dzisiaj lub... 

- Minął  już prawie tydzień. Po co miałaby  prosić, żebym  przyjechała,  a zaraz potem 

wyjeżdżać? 

Quiros postanowił nie odpowiadać. Poza tym podano już zupę. 

- Co pan zamierza? 

- Jutro popytam w schronisku. 

background image

- Mogę pójść z panem? Byłam tam już, może się na coś przydam... 

- Nie, proszę pani. - Quiros odłamał kawałek chleba. 

- Dziękuję. 

- Zapewniam, że nie będę przeszkadzać. Prawdę mówiąc, chciałabym... 

-  Proszę  pani.  -  Quiros  nie  krzyczał,  podniósł  tylko  nieco  głos,  ale  to  wystarczyło, 

żeby kobieta skamieniała, a brodacz i jego rudowłose towarzyszki, którzy na powrót zatopili 

się w grze w karty, odwrócili głowy. - Powiedziałem: nie. - Natychmiast jednak pomyślał, że 

zachowując  się  opryskliwie,  nie  postępuje  prawidłowo.  Nie  powinien  tracić  cierpliwości, 

przynajmniej  na  początku.  Wpatrywał  się  w  dymiący  talerz,  szukając  słów,  które  mogłyby 

złagodzić jego wybuch. - Powtarzam, niech pani to zostawi w moich rękach. 

Podniósł wzrok znad talerza i znieruchomiał. 

Po lewym policzku kobiety toczyła się wolno łza. 

- Proszę mi wybaczyć, ale... od zbyt wielu dni... czekam w tym mieście na to, że ona... 

-  Próbowała  się  uśmiechnąć,  osuszając  twarz  papierową  serwetką.  -  Przepraszam.  Jestem 

bardzo  zdenerwowana.  Ma  pan  rację:  tylko  bym  przeszkadzała.  To  miło  z  pana  strony,  że 

mnie pan wysłuchał. Zostawię pana, żeby pan mógł spokojnie zjeść. - Podniosła się i weszła 

do pensjonatu. 

Quiros się nie poruszył. 

Rozległ się krótki grzmot. Potem zaległa absolutna cisza. 

Kiedy  kobieta  zeszła  na  śniadanie,  zastała  Quirosa  przy  tym  samym  stoliku  i  w  tej 

samej pozycji. Jedynie nowa koszula wskazywała na to, że musiał zajrzeć do swojego pokoju. 

Przed nim stała pusta filiżanka i wylizany do czysta talerz. 

-  Miałem  do  pani  dzwonić  -  powiedział  Quiros  bez  cienia  uśmiechu.  -  Proszę 

spokojnie zjeść śniadanie. Poczekam na panią w recepcji. 

- Poczeka pan...? 

- Pojedziemy do schroniska. 

- Przecież powiedział pan, że... 

- Czekam w recepcji - powtórzył Quiros. 

W  porannym  powietrzu  unosił  się  jakiś,  zalatujący  spalenizną,  mineralny  zapach. 

Piasek  miał  miedziany  kolor  odartego  z  izolacji  kabla.  Najwcześniej  wstający  wczasowicze 

usadowili  się  już  na  plaży:  jedno  ciało,  drugie;  na  brzuchu,  na  boku,  na  plecach;  pod 

parasolami, na ręcznikach. 

- Wyglądają jak martwi - skomentowała Nieves Aguilar. 

background image

Quiros  nie  potwierdził.  Widział  śmierć  niejednokrotnie  i  nie  tak  ona  wyglądała.  Nie 

potrafił jednak określić różnicy, między innymi dlatego, że nie zależało mu na tym, żeby ją 

nazwać. 

Tym  razem  kobieta  miała  na  sobie  ciemnoniebieski  kostium  z  wyhaftowanymi  na 

klapie żakietu owieczkami. 

Włosy zebrała gumką. Od czasu do czasu dobiegał Quirosa jej głos. 

- Słyszał pan eksplozję? Nigdzie nie ma światła. Właścicielka pensjonatu twierdzi, że 

to z powodu przeciążenia przy próbnym włączeniu żarówek... Mam na myśli te, które zwisają 

z latarni... W sobotę jest festyn. Mogły przepalić się wszystkie naraz! 

Szli wyłożoną płytkami promenadą. Po jednej stronie stłoczyły się błękitne domki, po 

drugiej  piasek  i  fale.  Na  horyzoncie  kołysała  się  żaglówka.  Przez  jedną,  osobliwą  chwilę 

Quiros  odniósł  wrażenie,  że  to  ta  sama  żaglówka,  którą  widział  poprzedniego  dnia,  w 

niewiarygodny  sposób  uwięziona  przez  morze.  Plażowicze  także  robili  wrażenie 

uwięzionych. Przez piasek. Nic się nie poruszało. 

Jedynie  jakiś  pies  biegał  po  brzegu.  Był  biały,  ale  nie  był  to  Sen,  nawet  go  nie 

przypominał. 

Quiros odsunął kopniakiem jakąś puszkę po napoju. 

Uderzyła o balustradę i wróciła potulnie, pobrzękując jak łańcuszek. Quiros kopnął ją 

w drugą stronę. Kobieta, idąc, patrzyła w górę. Quiros w dół. 

-  To  miasteczko  jest  żałosne...  Ma  urokliwe  miejsca,  jak  falochron  czy  tamta  wieża, 

bardzo stara, z arabskich czasów. Ale reszta zrobiona jest pod turystów... Proszę spojrzeć na 

domy, które się tu buduje. Czysta spekulacja! Przypomina zwierzę, z którego zdarliśmy skórę, 

żeby uszyć sobie futra. A te łodzie na piasku to tylko dekoracja. Najwyraźniej nie łowiono tu 

od  czasów  świętego  Piotra.  Cóż,  pragną  nadać  mu  splendor  wielkiego  miasta,  zachowując 

charakter  wioski.  Choćby  to,  co  się  stało  z  żarówkami:  mnóstwo  świateł,  ale  w  środku 

wszystko fałszywe. 

Doszli do skał, które kobieta nazwała „falochronem”. Wbijały się w morze jak kadłub 

przycumowanego  statku.  Mała  dłoń,  makieta  dłoni  właściwie,  zatrzepotała  przed  oczami 

Quirosa. 

- Schronisko znajduje się w tamtym domu. Trzeba podejść pod górę. 

Kiedy kobieta milkła, zapadała niemal całkowita cisza. Quiros mógłby przysiąc, że nie 

szumiało nawet morze. 

- Proszę wybaczyć ciekawość. Jest pan prywatnym detektywem? 

- Tak - westchnął Quiros. 

background image

-  Właściwie  chciałam  panu  podziękować.  Za  to,  że  pozwolił  mi  pan  sobie 

towarzyszyć. Mam nadzieję, że nie zrobił pan tego z powodu mojego wczorajszego popisu... 

Zachowałam się głupio, przykro mi. 

Quirosowi przeszło nagle przez myśl, że minie wieczność, zanim dotrą do schroniska. 

I to nie dlatego, że towarzystwo kobiety okazało się męczące; wręcz przeciwnie. 

Chodziło  raczej  o  jego  wagę  i  wiek,  o  jakieś  nieokreślone  bliżej  prawo  fizyczne 

spowalniające jego kroki. 

Schronisko nie mogło się poszczycić żadnym szyldem. Jego fasada była jedną wielką 

eksplozją aerozolowych rysunków. Młodzi ludzie płci obojga leżeli na trawniku lub siedzieli 

na schodach przed wejściem. 

Wewnątrz  było  gorąco,  mimo  że  tylne  drzwi  były  otwarte;  pachniało  spalenizną. 

Ściany  były  brudne,  ale  ozdobiono  je  portretami  sennie  wyglądających  postaci  i 

harmonijnymi zdjęciami młodych ludzi, prawdopodobnie byłych gości. 

-  Michigan!  -  Dziewczyna,  która  wyłoniła  się  z  bocznych  drzwi  lub  zza  kontuaru 

(Quiros  nie  zauważył,  kiedy  się  zjawiła)  miała  niski,  męski  głos.  Zwarta,  szara  kula 

przeciągnęła  się  miękko  w  kącie  i  otworzyła  radioaktywne  kamienie  oczu,  mrucząc 

jednocześnie. - Niedobry Michi, niedobry. 

- Szukam kogoś - powiedział Quiros i pokazał zdjęcie. 

Dziewczyna nie odpowiedziała. Nawet nie spojrzała. Wyszła zza kontuaru, podnosząc 

blat  i  przeszła  przez  hall.  Gdy  się  pochyliła,  jej  bardzo  długie,  kasztanowe  włosy  zasłoniły 

całą postać, ale kiedy się wyprostowała, dźwigała jeszcze więcej włosów w postaci szarego, 

miękkiego frędzla, który tuliła do twarzy. Kot otworzył trójkątny pyszczek i ziewnął. 

-  Michi,  Michi  -  zaszczebiotała  Nieves  Aguilar,  kierując  się  ku  nim.  -  Ależ  on  jest 

gruby! 

- Przytył. Wykastrowaliśmy go. Musieliśmy. - W każdym razie tak zrozumiał Quiros. 

Dziewczyna  odzywała  się  niechętnie.  Jej  koszulka  była  biała  jak  mydlana  piana.  A  stopy 

bose. Znikła za drzwiami i wróciła bez kota. - Nie ma światła - powiedziała. - Boi się. 

- Nic dziwnego. Biedactwo - stwierdziła kobieta. 

Quiros ponowił próbę. Pokazał zdjęcie. Czekał. 

-  To  Marisol  -  powiedziała  dziewczyna,  odsuwając  ciężką  zasłonę  włosów.  Quiros 

skorygował. - Soledad? Czy ja wiem? - zachichotała. - Ja nazywałam ją Marisol. 

- Kiedy wyjechała? 

-  Jakiś...  tydzień  temu.  Nie  wiem,  nie  zapisujemy.  Tak  to  funkcjonuje.  Przyjeżdżają, 

płacą za czas pobytu, ale niedokładnie. I wyjeżdżają tak jakoś mniej więcej. 

background image

Quiros  nie  potrafił  wypełnić  luk  tej  ezoterycznej  wypowiedzi.  Kobieta  jednak 

wydawała  się  rozumieć  ją  doskonale,  coraz  to  kiwała  bowiem  głową,  a  nawet  wtrącała 

komentarze: 

- Wyjaśnił mi już to wszystko twój kolega, kiedy byłam tu poprzednio. - Dziewczyna 

wydała  dźwięk  przypominający  solidne  charknięcie,  jakby  zaraz  miała  splunąć,  Quiros 

wydedukował jednak, że musiało to być jakieś imię, ponieważ kobieta dodała: - Tak, Igg. 

- A więc - spróbował podsumować Quiros - ludzie wyjeżdżają stąd bez uprzedzenia. A 

skąd wiecie, że wyjeżdżają? 

- Zawiadamiają. Zostawiają klucze. 

- A jak było z Soledad? Czy też Marisol? 

- Nie wiem. To nie ja. Mnie wtedy nie było. Był... - Ponownie próbowała splunąć. 

- Igg widział, jak wyjeżdżała - powiedziała kobieta. 

- A kto to jest ten...? - Quiros postarał się zacharczeć jak one. 

- Mój chłopak - wyjaśniła dziewczyna. - Założył to. 

- Właściciel? 

- Nie. Tu nie ma właścicieli. Jest wszystkich. 

Quiros  wyczuwał,  że dziewczyna nim gardzi.  A może  tylko  odwzajemniała pogardę, 

jaką on odczuwał w stosunku do niej. 

-  Tak  więc  twój  chłopak  widział,  jak  wyjeżdża.  Nie  powiedziała,  oczywiście,  dokąd 

się udaje... Mógłbym z nim porozmawiać? 

- Teraz nie. Śpi. Zawsze o tej porze. Nie może pan. 

- Tylko minutkę - nalegał Quiros. 

- Nie i już. 

Przez  chwilę  patrzyli  na  siebie.  Dziewczyna  ujęła  się  pod  boki,  stojąc  zapewne  na 

szeroko rozstawionych nogach, czego zza kontuaru nie mógł dojrzeć. Na jej twarzy, od oczu 

w  dół,  rozciągała  się  czerwonawa  maseczka,  najprawdopodobniej  skutek  alergii  na  słońce. 

Miała ostre rysy, trójkątną brodę i złamany nos, jakby nawykły do otrzymywania ciosów. 

-  Są  śliczne.  -  Głos  Nieves  Aguilar,  który  dobiegał  gdzieś  zza  pleców  Quirosa,  miał 

dar ujarzmiania ciszy. - Obrazy. 

- Mojego brata, Luisa. Ja nazywam się Belen Blasco. 

- Bardzo mi miło - powiedziała Nieves Aguilar. - Twój brat jest malarzem? 

- Był. Zginął. Na motorze, ftj’;.?.<;’:L > o 

- Przykro mi. 

- Dawno temu. 

background image

Za  plecami  dziewczyny  wisiała  krzywo  skrzyneczka  na  klucze.  Do  kluczy,  zamiast 

zawieszek, przymocowano pluszowe zwierzątka. 

Było to mikroskopijne pomieszczenie. Na poddaszu. 

Jedyne,  jakie  znajdowało  się  na  poddaszu.  Prawie  nikt  go  nie  brał,  powiedziała 

dziewczyna,  ponieważ  w  schronisku  większym  powodzeniem  cieszyły  się  pokoje 

wieloosobowe,  ale  Soledad  poprosiła  wyraźnie  o  jedynkę.  Od  jej  wyjazdu  nikt  tu  nie 

mieszkał,  więc  dziewczyna  zgodziła  się,  żeby  Quiros  go  obejrzał.  Quiros  ograniczył  się  do 

rzucenia okiem pod łóżko i pod materac, oraz do otwarcia drzwi maleńkiej szafy i szuflady 

nocnej szafki, na której stał brudny plastikowy kwiat. Niewiele znalazł poza kurzem. Tapeta 

poodrywana była od przypodłogowych listew. Na ścianach widniały wydrapane daty i imiona. 

Nic nie miało związku z dziewczyną. 

Przyjrzał  się  łóżku.  Było  małe,  z  wygniecionym  materacem,  który  wyglądał,  jakby 

krył w sobie zdeformowane ciało, krył jednak tylko zdeformowane druty. 

Przyszedł  mu  na  myśl  człowiek,  którego  zabił  w  podobnym  łóżku.  Nazywał  się 

Bronconte.  Facet  miał  zwyczaj  ubierać  się  w  damskie  łaszki,  bo,  jak  twierdził,  tylko  w  ten 

sposób mógł go posiąść duch matki. Ale to dziwactwo mu nie wystarczyło: pieprzył się też z 

inną  kobietą,  mniej  fantasmagoryczną,  stanowiącą  wyłączną  własność  jednego  z  wielkich 

panów Quirosa. Bronconte ukrywał się w jednym z obskurnych moteli na prowincji.  Quiros 

wszedł do pokoju, kiedy tamten spał. Zadanie nie było trudne: Bronconte chrapał, Quirosowi 

wystarczyło  uciszyć  jego  pochrapywania  majtkami  kobiety  swojego  klienta,  zgodnie  z 

życzeniem  tego  ostatniego.  Pamiętał  doskonale  wąskie  łóżko,  a  nawet  plastikowy  kwiat  na 

nocnym stoliku: łudząco przypominały wystrój tego pokoju. 

Kobieta  i  dziewczyna  sprawiały  wrażenie,  jakby  przyjaźniły  się  przez  całe  życie. 

Kiedy Quiros przeszukiwał pokój, nie przerywały rozmowy. Kobieta spytała: 

- Nie skończył pan jeszcze? Poczekam na dole. 

Quiros  poszedł  za  nią,  ale  zatrzymał  się  na  drugim  piętrze.  Powiedziano  mu,  że 

łazienka  jest  wspólna;  postanowił  ją  zobaczyć.  Ruszył  okaleczonym  napisami  i  rysunkami 

ciemnym korytarzem. Może nie do końca ciemnym: niektóre półotwarte drzwi cięły mrok jak 

laserowe promienie w filmach, jakich Quiros nie oglądał już od dawna. Przez szpary widział 

gołe  stopy,  nogi,  uda,  suszące  się  bikini.  Słyszał  chrapanie.  Tutaj  wstawano  późno,  były 

wakacje, oni byli młodzi; mogli spać, ile dusza zapragnie. 

Ten  świat  przypomina  świat  bogaczy,  pomyślał  Quiros:  należy  do  ich  dzieci,  ale 

istnieją w nim te same sprzeczności i tajemnice. Przyjeżdżają tu, żeby... Żeby co? Żeby spać 

na  powygniatanych  materacach  o  poskręcanych  drutach.  Żeby  oddychać  siarką.  Doznać 

background image

spustoszeń  spowodowanych  upałem  i  kontaktami  fizycznymi.  Dzieci  bogaczy  żyją  w  tym, 

finansowanym  przez  rodziców  podziemiu,  utylizując  ojcowskie  odpady  do  czasu,  aż  wiek 

pozwoli im samodzielnie latać i zamieszkać w klimatyzowanych, luksusowych mansardach. 

Drzwi do łazienki były zaklinowane, ale pokonał je jednym pchnięciem. Zastał w niej 

Chrystusa w koronie  cierniowej, palącego skręta. Kolejny plakat przedstawiał jakieś martwe 

stworzenie,  być  może  łasicę,  i  kogoś,  kto  szykował  się  do  zdarcia  z  niej  skóry.  „Do  czego 

mogą  nas  doprowadzić  atomy”,  głosił  napis  na  innym,  który  prezentował  zwykłe  rysunki: 

puszki  dwukolorowych  kiełbasek,  zmutowane  zwierzęta,  ludzi  z  zielonymi  antenkami  na 

głowach. Światła nie było, ale przez matowe szyby okna docierała naturalna poświata. Poza 

tym była to dość czysta łazienka, wyposażona w maleńki prysznic. 

Wrócił  na  schody.  Na  półpiętrze  wychylił  się  przez  okno  i  przyjrzał  konturom 

miasteczka, ciemnym górom, motocyklom zaparkowanym przy schronisku i grupie młodych 

ludzi  na  patio  na  tyłach  domu,  siedzących  naprzeciw  siebie  na  dwóch  niskich  murkach. 

Zsunął  ciemne  okulary,  zszedł  po  ostatnich  schodkach  i  wyszedł  drzwiami  od  podwórka. 

Młodzi nie poruszyli się. 

-  Szukam  tej  dziewczyny.  Zatrzymała  się  tutaj.  Czy  ktoś  ją  pamięta?  Znaliście  ją?  - 

Najpierw przesunął zdjęcie pod spojrzeniami grupy siedzącej po prawej stronie, potem tej z 

lewej. Młodzi ludzie byli bladzi i milczący. 

Palili. Quiros zauważył, że próbują zamaskować swój młody wiek za pomocą różnych 

akcesoriów: skórzanych naszyjników, łańcuchów, glanów i tatuaży. Podejrzewał, że znajduje 

się wśród nich półgłówek, który zamazał swastykami tablicę przy szosie, ale wolał pominąć 

ten szczegół. - Nikt jej nie zna? Nikt jej nie widział? 

- Była tutaj - powiedział jeden. 

- I wyjechała - dodał inny. 

- Ktoś z nią rozmawiał? - nalegał Quiros. 

Wydawało  się,  że  właścicielka  pomarańczowych  włosów  chce  coś  powiedzieć,  ale 

zamiast tego pokazała jedynie przebity ćwiekiem język. 

Fotografia została przesunięta przed dziewczyną o niespotykanej urodzie i zatrzymała 

przed chłopakiem o zmierzwionych, ciemnych włosach. Zajmował ostatnie miejsce po lewej 

stronie, na nim wyczerpywały się możliwości. 

Wyglądał  na  najmłodszego  z  całej  paczki.  Wziął  zdjęcie,  ale  nie  spojrzał  na  nie. 

Patrzył na Quirosa. Uśmiechnął się. 

- Ależ ty wyglądasz, chłopie! Jesteś gliną? 

- Jest żołnierzem, Borja - rzucił jakiś łysy. - Jak twój ojciec. 

background image

- Spadaj, Chester. 

-  Ta  dziewczyna  zaginęła  -  powiedział  Quiros,  zabierając  zdjęcie.  -  Poszukuje  jej 

rodzina.  -  Usłyszał,  jak  ktoś  pyta  o  nagrodę.  Mówił  dalej,  ignorując  śmiech.  -  Jeśli  ktoś  ją 

pamięta... I zechce mi o tym opowiedzieć... Mieszkam w pensjonacie przy plaży. Nazywam 

się Quiros. 

- Pożyczysz mi na chwilę kapelusz, Quiros? - spytał Borja. 

- Nie - odpowiedział. 

Chłopak stał, opierając się o murek łokciami, co wcale mu nie przeszkadzało sięgać 

ręką  do  uda  Najpiękniejszej  Dziewczyny  Świata.  Quirosowi  przyszła  do  głowy  myśl,  że 

specjalnie  kupił  o  dwa  numery  za  małą  kamizelkę,  żeby  widać  było  jego  bicepsy. 

Przypuszczał, że jest swego rodzaju liderem, a dziewczyna stanowi jego łup. 

- No, pożycz... 

- Nie. 

-  Cholera,  tylko  spójrzcie!  -  Obrócił  się,  kiwając.  Próbował  włożyć  kapelusz 

chłopakowi,  który wspomniał  o jego ojcu. - Wiesz co, chłopie? Nie powiedziałbyś nam,  co 

jadasz?  Wtedy  Chester  mógłby  jeść  to  samo,  żeby  urosła  mu  głowa.  -  Chłopak  jednym 

ruchem zrzucił nakrycie głowy. Quiros uśmiechnął się pobłażliwie. Nie lubił, kiedy dotykano 

jego  kapelusza,  ale  lubił,  kiedy  młodzi  się  śmiali.  Jeszcze  chwilę  temu  wydawali  mu  się 

martwi, teraz tryskali energią. Quiros bardziej lubił życie niż śmierć. Taki był Quiros. 

Chłopak  odzyskał  kapelusz  i  próbował  ukoronować  nim  swoją  dziewczynę,  która 

podniosła się na tę okazję. 

Broniła się. „Uspokój się, Borja. Odczep się, głupku”. 

W końcu został z kapeluszem w ręce. Przyglądał mu się jak czemuś odrażającemu i 

przyjemnemu jednocześnie, szkodliwemu i zarazem niegroźnemu. 

- Po co ci kapelusz? Już się ich nie nosi. 

Rzucił  nim  w  powietrze,  jak  monetą.  Quiros  zobaczył,  jak  kapelusz  spada  kilka 

metrów  dalej.  Kiedy  pochylał  się,  żeby  go  podnieść,  jakiś  inny  głos  dobiegł  go  od  strony 

drzwi: 

- Szukałam pana. Skończył pan? Idziemy? 

Kiedy się oddalali, chłopak odezwał się raz jeszcze. 

Tym razem było to coś, co dotyczyło kobiety, jakaś sugestia, że pewnie są parą, a on 

przygniata  ją  swoją  masą,  kiedy  idą  do  łóżka.  Quiros  zatrzymał  się,  wrócił  na  podwórko  i 

podszedł do chłopaka. 

- Nie zaczepiaj kobiet, Borja - poradził mu. 

background image

Potem dołączył do kobiety, która czekała w schronisku. 

- Po co pan to zrobił? - spytała z nutką niedowierzania. 

- Co? 

- Dlaczego go pan uderzył? Tego chłopca. W kamizelce. 

Quiros  nie  odpowiedział.  Zeszli  powoli  zboczem  w  kierunku  połyskującego  morza. 

Kobieta patrzyła na Quirosa. Kiedy szli wzdłuż plaży, wiatr smagał ją po policzkach, ale ona 

nadal odwracała twarz w jego stronę. 

- Uderzył go pan w brzuch! 

-  Dałem  mu  prztyczka.  -  Wskazującym  palcem  i  kciukiem  pstryknął  w  powietrzu.  - 

Takie prztyczki dostawałem w dzieciństwie za to, że nie powiedziałem „dzień dobry”. 

Kobieta poczerwieniała. Spokój Quirosa najwyraźniej ją rozdrażnił. 

- To tylko chłopiec. Żartował... Jest pan potworem! 

Za  sprawą  nieznanej  siły  żarówki  zwisające  z  latarni  zapłonęły  światłem.  W  górze 

zakwiliły mewy. Kobieta na nie spojrzała, Quiros nie. 

O  morzu  mówi  się  wiele  głupstw.  Mówi  się,  na  przykład,  że  udziela  schronienia 

karawelom  o  cienkich  wręgach  (z  nieczytelną  nazwą  na  burcie,  figurą  nimfy  o 

pomarańczowych  włosach  i  kajutami,  w  których  tkwią  pochylone  szkielety,  odmłodzone 

przez wieczność), posągom  bogiń,  białych dziewic bez ramion i  oczu, które czasem  zostają 

uratowane  od  zapomnienia,  a  także  złowrogim,  jednookim  potworom.  Mówi  się,  że  pod 

dachem  z  fal,  planktonu,  alg  i  ropy  naftowej,  w  głębinie,  w  którą  opaść  mogą  jedynie 

najcięższe z ciał i  gdzie oddychać potrafią tylko duchy ryb, tam, dokąd  światło dociera już 

postarzałe, jakby przedarło się tu przez ruchomy, modry świetlik, spoczywają sekrety, które 

mogłyby  zrewolucjonizować  ludzką  wiedzę.  Kto  wie...  Czy  ktokolwiek  zajrzał  do  tych 

otchłani lub otarł się o nie choćby w wyobraźni? 

Żadne oko nie ujrzy nigdy tych głębi, bardziej odległych niż gwiazdy, w których być 

może pląsają jedynie syreny o miedzianych włosach. 

W  syreny  Quiros  wierzył,  i  owszem.  Właśnie  przed  chwilą  widział  trzy  z  nich 

wychodzące z wody. Najstarsza rudowłosa syrena niosła maskę do nurkowania, średnia rurkę 

do  oddychania,  najmłodsza  -  niebieskie  płetwy.  Za  nimi  podążał  brodacz,  zadowolony, 

opalony,  jakby  tylko  on  potrzebował  tych  przedmiotów,  a  one  nurkowały  bez  niczego, 

przyobleczone jedynie w bąbelki, z czerwonymi włosami falującymi wśród ciemnego błękitu. 

Swoim  pojawieniem  się  na  tarasie  wywołali  sporo  zamieszania,  brodacz  wykrzyknął 

niezrozumiale: „sangria!”, gdy tymczasem najstarsza rudowłosa kobieta wysypywała na stolik 

background image

łup  złożony  z  muszli,  alg  i  mięczaków.  Zaraz  potem  przystąpili  do  gry  w  karty,  zastępując 

żetony muszlami i rzucając odżywki w języku przypominającym niemiecki. 

Quiros  obserwował  ich,  jedząc  krewetki.  Obierał  je  grupami,  po  trzy,  dwie 

przytrzymując  w  dłoni,  podczas  gdy  wyłuskiwał  trzecią.  Krewetki  czekały  w  rzędzie  na 

talerzu, zahaczone o siebie nawzajem  - gładkie  ciałka pod  mizernymi pancerzykami.  Quiros 

nie wykazywał się zbytnią zręcznością, może z braku wprawy, a może dlatego, że właśnie w 

tym momencie dzwonił do Pilar, ramieniem przyciskając do ucha telefon. 

Nikt nie odbierał. Postanowił zostawić wiadomość. 

- Wyobraź sobie, Pili... Siedzę na tarasie restauracji, w słońcu i patrząc na morze, jem 

najlepsze krewetki w życiu. Mam nadzieję, że w Madrycie nie jest zbyt gorąco... 

Zresztą,  w  twoim  domu  zawsze  jest  chłodno,  bo  zamykasz  żaluzje...  Gdzie  się 

podziewasz? Pewnie jedno z dzieci zabrało cię na weekend do siebie. Cieszę się. 

Wbił zęby w gładki, mięsisty półksiężyc. Rogaty i różowy. Nie znał się na łowieniu, 

ale o ile sobie przypominał, krewetki mogą również służyć jako przynęta. Kiedy zamordował 

Casellę na brzegu rzeki, zwrócił uwagę na koszyk pełen krewetek. 

-  Nie  wiem,  kiedy  wrócę.  Mam  jeszcze  kilka  spraw  do  załatwienia.  Zostawiam 

wiadomość, żebyś się nie martwiła. Zawsze się zamartwiasz. Czuję się bosko, naprawdę... 

Nareszcie znów ją zobaczył. Ciemnowłosą kelnerkę. 

Koszulkę z napisem „Roquedal” zmieniła na inną, pomarańczową, ale nadal miała na 

sobie króciutkie dżinsy i maleńkie kluczyki, które podzwaniały jej wokół kostki. 

Kręciła się tu i tam, obsługując taras zaniedbany przez pryszczatego wyrostka, który 

przyłączył  się  do  kręgu  gapiów  obserwujących  graczy.  Kibicowali  brodaczowi,  który 

najwyraźniej  wygrywał.  Starsza  rudowłosa  roześmiała  się  w  głos,  kiedy  pokazała  kolejną 

kartę. W jej brodzie lśnił piercing. 

Piskliwy  sygnał  uświadomił  Quirosowi,  że  skończyła  się  taśma.  Wyłączył  się  i 

zadzwonił ponownie. Zjadł kolejną krewetkę. 

-  Zapomniałem  ci  powiedzieć,  Pili...  Miałbym  ochotę  wyłuskać  cię  jak  te  krewetki. 

Pomiętosić tak, jak lubisz. A ja wiem, co lubisz... - Najmłodsza z rudowłosych kobiet wstała. 

Quiros patrzył, jak kupuje papierosy w automacie przy drzwiach pensjonatu. Kiedy nachyliła 

się,  żeby  wyjąć  paczkę,  majteczki  od  bikini  naciągnęły  się,  a  na  pośladkach  pokazała  się 

odciśnięta różowa siateczka wiklinowego krzesła. - Twoje pulchne ciało... Miałbym ochotę... 

- Nagle wyczerpały mu  się pomysły. Postanowił się rozłączyć. Ruda dziewczyna wróciła  na 

miejsce i sprawdzała swoje karty. Jej włosy przypominały szopę z czerwonej gliny, na którą 

background image

spadła rzęsista ulewa. Niezłą minę zrobi Pilar, kiedy odsłucha ostatnią wiadomość, pomyślał 

Quiros. 

Pilar była pięćdziesięcioletnią wdową, która mieszkała w sąsiedztwie. Od prawie roku 

byli  ze  sobą.  Quirosowi  podobały  się  jej  otwarte  jak  wrota  oczy  i  pełne  ciało,  już  nie 

umięśnione, ale jeszcze nie kościste, nadal miłe w dotyku, dające ustom wygodną pieszczotę. 

Lubił  zwłaszcza  sposób,  w  jaki  miękła  w  odpowiedzi  na  jego  pożądanie,  kiedy  jej  oczy 

przymykały się jak muszle, a policzki pąsowiały, jakby coś w niej pękało i rozlewało się w 

środku. 

Uwielbiała  świętych  i  msze,  ale  Quirosa  również.  A  to  już  mówi  samo  za  siebie, 

zważywszy, że Quiros, świadom, że nie grzeszy urodą ani nie śmierdzi groszem, uznał niemal 

za  cud,  że  jakaś  kobieta  zgodziła  się  dzielić  z  nim  życie.  Pilar  twierdziła,  że  to,  co  robią 

razem,  jest  złe  i  odpokutują  za  to  w  czyśćcu.  Taka  ewentualność  wcale  go  nie  martwiła: 

przywykł płacić za swoje grzechy, nie musiał od razu umierać. A Pilar nadal mu się podobała. 

Na miarę jego możliwości, a w tym wieku były one raczej skromne. To znaczy, nie szalał z 

namiętności, choć podejrzewał, że ona dawała się jej porwać. A może też nie. 

Miłość, jak powiedział mu kiedyś jeden z wielkich panów, w miarę upływu lat gości 

w  coraz  to  innych  pokojach:  zaczyna  od  sypialni,  przechodzi  do  jadalni  i  prawie  zawsze 

kończy  w  łazience.  Ich  miłość  zadomowiła  się  w  jadalni.  Pilar  przede  wszystkim  potrafiła 

wspaniale gotować. W szyciu też by jej nikt nie dorównał, może poza niektórymi staruszkami 

i  kilkoma mężczyznami. Przy niej Quiros odczuwał  coś, co przypominało lustrzane odbicie 

szczęścia. 

Resztą była Marta, ale o Marcie nie chciał myśleć. 

Niezłą minę zrobi, pomyślał. Lubił ją zawstydzać. 

Rozłożono parasole, pomarańczowe berety rysujące na ziemi błękitne kręgi; brodacz i 

rude  kobiety  nadal  przebijali  się  kartami  i  wybuchami  śmiechu.  Quiros  obrał  ostatnią 

krewetkę, i podczas gdy przeżuwał, zdecydował, że zje obiad w środku, na tarasie zaczynało 

bowiem powoli prażyć słońce. 

Kobieta zjawiła się, kiedy kończył ryż. Przebrała się: miała teraz różowy grzebień we 

włosach i zapinaną białą bluzkę bez rękawów. 

- Ładnie wygląda ta paella. 

- Całkiem niezła. Mogę pani zamówić... 

-  Dziękuję.  -  Kobieta  przybrała  surowy  wyraz  twarzy,  jakby  chciała  podkreślić,  że 

zamierza poruszyć dużo ważniejszy temat. Na jej szyi błyszczał mały, pozłacany krzyżyk.  - 

Przede  wszystkim,  chciałam  przeprosić  za  to,  że  obraziłam  pana  dziś  rano.  Nie  powinnam 

background image

tego robić, to było niegrzeczne. Proszę mnie jednak źle nie zrozumieć: nie zmieniłam zdania. 

Uważam,  że  to,  co  pan  zrobił,  było  barbarzyństwem,  a  przede  wszystkim  błędem.  Stosując 

przemoc  wobec  młodszych  ludzi,  dajemy  im  jedynie  kolejny  powód  do  takiego  samego 

zachowania. To było barbarzyństwo, okrucieństwo i głupota. 

- Chyba wolę, żeby się pani nie usprawiedliwiała - powiedział Quiros. 

Kobieta  nie  roześmiała  się,  ale  wykrzywiła  wargi  w  geście  dobrej  woli.  Quiros 

odnotował  błysk  jej  drobnych  zębów  i  białej  jak  rękawiczka  do  pierwszej  komunii  dłoni, 

która je natychmiast przysłoniła. 

- Ma pan rację, nie będę pana więcej  ganić. Chciałam tylko w jasny  sposób określić 

swoje  stanowisko.  Przed  chwilą,  kiedy  myślałam,  co  panu  powiedzieć,  postanowiłam  nie 

prawić panu żadnych diatryb. 

- Czego? 

-  Chodzi  o  to,  że  nie  chcę  pana  dłużej  krytykować  za  to,  co  się  stało  -  powtórzyła 

kobieta mentorskim tonem. 

- Wie pan, w czym rzecz? Mam z nimi stały kontakt. 

Z młodymi. To mój zawód. Uczę, co prawda, w żeńskiej szkole, ale czytałam dużo na 

temat psychologii, a w Valdelosie robiłam różne kursy przygotowania zawodowego i wydaje 

mi się, że znam problemy, z jakimi ogólnie boryka się młodzież... Świat, w jakim żyją, jest 

straszny, izoluje ich, a oni poszukują własnej tożsamości. Grupy fanatyków oferują im ją pod 

różnymi postaciami. Choćby ci łysi ze schroniska. Przyjmują taki styl, żeby uwierzyć, że są 

ważni.  Muszą  się  potwierdzić,  zwrócić  na  siebie  uwagę.  Stosują  przemoc,  ponieważ  chcą 

sobie  wszystko  szybko  zrekompensować.  Jednak  świat,  który  ich  wcześniej  odrzucił,  karze 

ich  za  tę  przemoc.  A  oni  odpowiadają,  jeszcze  gwałtowniej  szukając  samoakceptacji  i  tym 

większą stosując przemoc: błędne koło. Mój mąż twierdzi, że za bardzo się martwię czymś, 

czemu  nie  potrafię  zaradzić.  „Jesteś  tylko  nauczycielką  w  szkole  średniej,  nie  ministrem”, 

mówi.  I  dodaje,  że  dziewczęta,  z  którymi  prowadzę  lekcje,  nie  są  reprezentatywną  grupą 

młodzieży, ponieważ pochodzą z konserwatywnych, katolickich rodzin o określonym statusie 

społecznym. Ma rację, oczywiście. Bez względu jednak na to, jak ograniczony jest mój świat, 

chcę  coś  zrobić.  Dlatego  przypadki  takie  jak  Soledad  bardzo  mnie  interesują.  Przed  laty 

byłam  przekonana,  że  wystarczy  im  wpoić  wartości  religijne.  Teraz  nie  jestem  już  tego 

pewna. Nadal wierzę, że religia jest dla nich bardzo ważna, ale... nic już nie wiem. - Jej palec 

wskazujący i kciuk bawiły się krzyżykiem. Powtórzyła: 

- Nic już nie wiem. 

- Wystygnie pani paella - powiedział Quiros. 

background image

-  Ma  pan  rację.  -  Kobieta  zagłębiła  widelec  w  potrawie  i  podniosła  do  ust  odrobinę 

ryżu. Przełknęła i dopiero zaczęła mówić. - Jeśli chodzi o młodzież, wszyscy poruszamy się 

po omacku, ale ten temat mnie pasjonuje. To chyba widać. 

Głos  pulchnej  matrony  w  okularach,  bez  wątpienia  właścicielki  pensjonatu,  drażnił 

Quirosa.  Brodacz  wysłuchiwał  jej  wyjaśnień.  Towarzyszyła  im  smukła  dziewczyna  o 

nordyckiej  urodzie,  najwyraźniej  zauroczona.  Matrona  o  nazwisku  Ripio  („Nazywam  się 

Margarita Ripio. 

Mar-ga-ri-ta. Pensjonat należał kiedyś do Paki Cruz...”) 

wyciągnęła  rękę  w  kierunku  wielkiego,  drewnianego  steru  z  barometrem  w  środku. 

„To  należało  do  niej,  podarowali  jej  go  jacyś  goście.  A  to  -  pokazała  wiosło  -  dostała  od 

syna”. Na ścianach wisiało więcej podobnych gratów. 

Wszystko  wskazywało  na  to,  że  ani  brodacz,  ani  smukła  dziewczyna  o  nordyckiej 

urodzie  nie  mówią  po  hiszpańsku,  ale  matrona,  chcąc,  żeby  ją  zrozumieli,  podnosiła  coraz 

bardziej głos, jakby zwracała się do głuchych, a nie do obcokrajowców. Do grona słuchaczy 

dołączył  również  pryszczaty  chłopak.  Kobieta  przysłuchiwała  się  przez  chwilę,  po  czym 

odwróciła się w stronę Quirosa. 

- Znalazł pan coś w schronisku? 

- Nikt nic nie wie... Chyba nie nawiązała wielu przyjaźni. 

- Co pan teraz zamierza? 

- Dziś po południu spróbuję porozmawiać z tamtym... 

Tym, który widział, jak wyjeżdżała. 

- Iggiem - podpowiedziała kobieta. - Jest Duńczykiem, kimś w rodzaju hippisa. Zrobił 

na mnie dobre wrażenie. Przyjaźnił się z tym nieżyjącym malarzem. Mieszkali kiedyś razem 

w tamtym  domu.  Kiedy  Blasco zmarł,  Igg postanowił  zaadaptować budynek na schronisko. 

Część robót wykonał sam z przyjaciółmi. Belen opowiedziała mi całą historię. Twierdzi, że 

Igg jest zbyt tolerancyjny: przed nikim nie zamyka drzwi, nawet przed skinami. Zauważyłam 

jednak,  że  nie  podobają  jej  się  ci  chłopcy...  -  Widelec  ponownie  oderwał  się  od  warg,  a 

kobieta, zasłaniając się serwetką, odczekała, aż ciemne wnętrze jej drobnych ust rozpocznie 

formowanie kęsa, by przystosować go do maleńkiego gardła. - A co pan zrobi potem? 

- Będę jej szukał w pobliskich miasteczkach. 

Opuściła wzrok na talerz. 

- Nadal pan myśli, że nie wróci, prawda? 

- Ma pani ochotę na deser? - spytał Quiros. Kobieta zaprzeczyła. Quiros zamówił coś 

o intrygującej nazwie: „Lody morskie”. 

background image

- Tak więc, zdaniem pana  -  z uporem  ciągnęła kobieta, kiedy kelnerka się oddaliła  - 

nie ma nic dziwnego w tym, że Soledad do mnie dzwoniła? 

- Nie. 

Kelnerka wróciła niemal natychmiast i z sennym wyrazem twarzy postawiła na stole 

pucharek.  Lody morskie, pomyślał  Quiros. Nie był to  wyrób własny, tylko gotowy  produkt, 

błękitny krem z czekoladkami w kształcie ryb. 

Spróbował  odrobinę.  Smakowało  jak  ekskrementy.  Jak  ciasteczko  posmarowane 

gównem. 

Kobieta robiła wrażenie poirytowanej. 

- W związku z tym uważa pan, że nie należy zawiadamiać policji... 

- Chce pani trochę lodów? - zaproponował Quiros bez złych intencji. 

- Nie, dziękuję. I niech pan nie zmienia tematu, proszę. Nie sądzi pan, że powinniśmy 

coś zrobić? 

- Ja już robię, proszę pani. Szukam jej. 

- A nie uważa pan, że powinno nas zaniepokoić to, że się ze mną nie skontaktowała? - 

Quiros potrząsnął głową wyskrobując dno pucharka. - Dlaczego? 

- Mówiłem już pani: po prostu nie uważam. 

- A ja pana pytam, dlaczego pan tak nie uważa. 

Po co dawał się wciągnąć w ten pokrętny dialog? Jest nauczycielką, pomyślał, trzeba 

umieć z nią rozmawiać. 

Skończył lody i odsunął pucharek na bok. Kiedy podniósł wzrok, ujrzał pustą plażę, 

tropikalną wyspę, przepiękny ocean i nagą dziewczynę, porzuconą przez chłopaka. Telewizor, 

zamontowany na ścianie w głębi, emitował przyciągające wzrok reklamy. Gdy wycierał wąsy 

serwetką,  próbując  zatuszować  beknięcie  i  brak  odpowiedzi,  nie  mógł  się  powstrzymać,  by 

nie zerkać na nie ponad jasnowłosą głową kobiety. 

- Proszę pani, cenię sobie pani opinię... Te wszystkie teorie na temat młodzieży... Ale, 

cóż mam powiedzieć... Młodzi zawsze chcą zgarniać wszystkie lewy. Tak było i będzie, teraz 

bardziej niż kiedykolwiek... 

- Teraz ja nie rozumiem, przepraszam. 

- Rzecz w tym, że... - Zaczął się film. Jakaś nastolatka kładła się na łóżku bez pościeli, 

na gołym materacu. 

Quiros  lubił  filmy.  Miał  ochotę  go  obejrzeć,  ale  nie  mógł:  musiał  odpowiedzieć, 

kobieta czekała. Udał, że popada w głębokie zamyślenie. - Sądzę, że... Soledad umówiła się z 

panią, po czym wyjechała, a co z oczu, to i z serca... 

background image

- Nie uprzedziła mnie. 

- Nikogo nie uprzedziła. 

Na  twarzy  kobiety  odmalowała  się  złość.  Nagle  Quiros  zapragnął  odejść  od  stołu  i 

zamknąć  się  w  pokoju.  Był  to  nagły  impuls,  paroksyzm  woli.  Minął  równie  szybko,  jak 

nadszedł. 

-  Nie  będę  owijać  w  bawełnę,  panie  Quiros.  Wiem  doskonale,  co  pan  myśli  o 

młodzieży, i wcale mnie to nie dziwi. Sądzę natomiast, że pana zdziwi to, co powiem. 

- Powaga kobiety przeszła w uśmiech.  - Mnie udało się coś ustalić. Twierdzi pan, że 

Soledad nie miała w schronisku przyjaciół. Myli się pan. Przedstawiam panu jednego z nich. 

Wziął  książkę,  trzymaną  w  wyciągniętej  ręce.  Była  mocno  sfatygowana.  Tytuł  nie 

wzbudził  jego  zainteresowania.  Nie  wiedział,  co  z  nią  zrobić,  zwrócił  ją  więc  kobiecie. 

Dzierżyła ją triumfalnie. 

- Są dobrze zorganizowani, jeśli chce pan wiedzieć. Belen wszystko mi opowiedziała: 

pomagają gościom w różnych pracach, sprzątają, gotują, koszą trawniki... Są jak jedna wielka 

rodzina...  I  mają  nawet  małą  bibliotekę  z  książkami,  podarowanymi  im  przez  urząd  miasta. 

Kiedy o niej wspomniała, od razu chciałam ją zobaczyć. Wiedziałam, że Soledad musiała z 

niej korzystać. I nie pomyliłam się. Szukałam książek, które mogły ją zaciekawić. Znalazłam 

tę.  Belen  mi  ją  pożyczyła.  Opowiada  o  ludziach,  którzy  po  miasteczkach  spisują  legendy. 

Podkreślenia pochodzą od Soledad. - Wskazała jedną ze stron. 

-  Widzi  pan?  Znam  sposób,  w  jaki  zakreśla:  zawsze  ołówkiem,  z  krzyżykiem  na 

początku i końcu każdego zdania... 

- To tylko książka, proszę pani - powiedział Quiros. 

- Przeglądałam ją w schronisku - kontynuowała kobieta, nie zwracając na niego uwagi 

- i odkryłam to nazwisko: „Manuel Guerin, poeta, nowelista, zbieracz opowieści, urodzony w 

Roquedal...”.  Soledad  podkreśliła  jego  nazwisko  kilka  razy,  proszę  spojrzeć...  Szukałam 

książek Guerina w bibliotece, ale nie znalazłam żadnej... Pytałam Belen: twierdzi, że pisarz 

jest już stary i mieszka w miasteczku, ale nic więcej nie wie. 

- I jak pani przeczyta książkę, to odnajdzie dziewczynę? - spytał Quiros bez ironii. 

- Myślę, że ją zrozumiem, a to już pierwszy krok. 

- Przepraszam. - Pryszczaty chłopak patrzył na Quirosa. - Ktoś o pana pyta. 

Dziewczyna  pachniała  morzem  i  była  nim  spowita.  Morzem  z  jego  niezbadaną, 

nieprzeniknioną  głębią.  Na  szyi  i  w  uszach  miała  muszle  stożków  i  srebrzystych 

perłopławów.  Była  biała  jak  odkopana  figurka  z  alabastru,  przebywająca  pod  ziemią  przez 

kilka wieków. Woda spływała jej po skroniach i sklejała włosy, szyję oplatał  wąż. Dopiero 

background image

kiedy  się  poruszyła,  pod  tymi  skamieniałymi  kształtami  dostrzegł  żywe  ciało.  Jej 

szmaragdowe oczy otwierały się, jakby po raz pierwszy ujrzały świat. 

Przerwijmy lekturę. 

Mężczyzna całe przedpołudnie spędził na czytaniu. To, co czyta, budzi w nim wiele 

wątpliwości.  Wątpliwości,  które  chciałby  rozwiać.  Przede  wszystkim  jednak  pragnie 

kontynuować, dotrzeć do jądra, do samego epicentrum, do czarnej dziury, która kryje w sobie 

nieprzeniknione  cienie,  przedrzeć  się  do  tego  jedynego,  nieznanego  dna.  Ale  czyż  istnieje 

jakiekolwiek  dno?  Może  mamy  tu  do  czynienia  z  bezkresną  przepaścią?  Mężczyzna  chce 

zapuścić wzrok w jej głąb, odkryć ją. Mimo wszystko odpoczynek to skuteczna metoda, żeby 

łatwiej przyswajać wiadomości. 

Jakiś trzmiel, brzęczący puszek, mała, najeżona drobinka słońca, drży przy framudze 

okna. Mężczyzna nie zwraca na niego uwagi. Trzmiel waha się, buczy, tańczy w powietrzu, 

odlatuje. Na ekranie telewizora przesuwają się nieme obrazy. Salon jest esencją ciszy. 

Cisza  spoczęła  na  kanapie,  tuż  przy  mężczyźnie,  i  ma  twarz  anioła.  Słychać 

szczekanie (hau, hau), jednak nigdy jeszcze żaden pies nie zakłócił ciszy anioła. 

Anioł trzyma szkatułkę z kości słoniowej. 

Dobrze jest to sprawdzić. 

Nie chodzi o to, że mężczyzna ma wątpliwości, ale pewność daje uczucie spokoju. 

-  Dlaczego  nic  nie  powiedziałaś,  kiedy  zobaczyłaś  zdjęcie?  -  spytał  niegrzecznie 

Quiros. 

Dziewczyna  o  pomarańczowych  włosach  wzruszyła  ramionami.  Czyniła  to  przy 

każdym zdaniu, jakby je z siebie wypychała. 

-  Nie  pamiętałam  dokładnie.  -  Wycierała  się  nadal  ręcznikiem,  nie  okazując 

absolutnie, że boi się Quirosa. 

Przez  chwilę  Quiros  próbował  rozszyfrować  jej  wygląd,  tak  jak  się  rozszyfrowuje 

hieroglif.  Włosy  obcięte  prawie  do  gołej  skóry,  z  końcówkami  ufarbowanymi  na 

pomarańczowo.  Metal  dziurawiący  uszy,  z  których  zwisało  coś  poskręcanego,  co 

przypominało  małże.  Ćwieki  powbijane  w  skrzydełko  nosa,  język  i  brodę.  Naszyjnik  z 

muszli. Zielony wąż wytatuowany u nasady szyi. Mleczny odcień skóry, który wydawał się 

raczej brakiem koloru niż bielą. 

Czarne bikini. Była lekko przygarbiona i nieco zbyt pulchna. Z trudem utrzymywała 

równowagę w butach na platformie. Spływały z niej strugi  wody  (przed  przyjściem pewnie 

skakała  na  główkę  do  morza,  pachniała  solą),  na  ramiona  miała  narzucony  ręcznik,  a  na 

background image

stopach sięgające kostek skarpetki z piasku. Z przewiązanej na biodrach saszetki wystawały 

jakieś kable i paczka papierosów. Nie mogła mieć więcej niż piętnaście lat. 

-  Nieważne.  -  Nieves  Aguilar  spojrzała  na  Quirosa,  kładąc  dłoń  na  ramionach 

dziewczyny. - Liczy się to, że przyszłaś, Tino. Mówiłaś, że masz na imię Tina, prawda? 

- Tina Serrano. 

- Zjadłaś już obiad? Przejdziemy się? 

Wyszli  z  pensjonatu,  zeszli  na  plażę.  Dziewczyna  i  kobieta  szły  przodem.  Quiros 

wlókł  się  z  tyłu,  wszystko  wokół  niego  zaczęło  bowiem  nagle  wirować.  Tina  Serrano, 

pomyślał. Dziewczyna patrzyła wcześniej na niego jak na nadymający się tyłek. Bo kimże on 

był dla takiej panny, naszpikowanej żelastwem? A kim ona dla niego? Jakim to dziwacznym i 

pokrętnym była stworzeniem? Tina Serrano, pomyślał znów. 

Plaża  dusiła  się  od  gęstwiny  ciał,  ale  w  skromnym  cieniu,  rzucanym  przez  błękitne 

domki, utrzymywało się coś na kształt zaspanego powietrza. Nieves Aguilar wybrała właśnie 

tę stronę plaży. Wciąż obejmowała dziewczynę ramieniem. Quirosowi plątały się nogi, pocił 

się  w  marynarce  i  kapeluszu.  Poza  tym  zachciało  mu  się  sikać.  Zawsze  mu  się  chciało  po 

jedzeniu.  Od  nagromadzonego  w  pęcherzu  płynu  robiło  mu  się  gorąco,  powinien  go  jak 

najszybciej wydalić, prostata zaczynała dawać o sobie znać. Miał  również ochotę na sjestę. 

Ale nie był to dogodny moment na żadną z tych czynności. 

Ograniczył się więc do patrzenia na idącą dziewczynę. 

Pogrążył  się  w  kontemplacji,  jakby  była  jakąś  cudowną  zjawą,  która  pojawiła  się 

niespodziewanie w powietrzu lub wodzie. 

- Codziennie rano spotykałyśmy się tam, na końcu skał - powiedziała Tina. 

- Na falochronie? - spytała Nieves Aguilar. 

- Tak. Ja też tam chodziłam, nadal zresztą chodzę. 

- Żeby popatrzeć na morze? 

-  Tak.  To  znaczy,  ja  słucham  muzyki.  Ona  zawsze  przynosiła  papier  i  ołówek. 

Spytałam kiedyś, co studiuje. 

Powiedziała, że pisze opowiadania. - W tonie dziewczyny słychać było kpinę. 

- Zaprzyjaźniłyście się? 

-  W  życiu!  Była  dość...  mało  komunikatywna.  Nie  lubiłyśmy  się.  Miała  intensywnie 

zielone oczy. 

- Takie jak ty.  

- Aha. Nawet bardziej. 

- O czym jeszcze rozmawiałyście? 

background image

- Pytała,  czego słucham. Powiedziałam,  że D.R. i  że kręci  mnie także Tribu Rombo. 

Twierdziła,  że  poznała D.R.  osobiście,  w  czasie  jakiegoś  przyjęcia,  na  które  zaproszono  jej 

ojca... Zatkało mnie, naprawdę. Powiedziała, że D.R. ma oczy bardziej zielone niż jej i moje 

razem wzięte. Potem powiedziała... To znaczy, ja jej powiedziałam... Ach, tak! Powiedziałam, 

że ma ładny wisiorek, taki w kształcie gwiazdy... 

Kobieta zatrzymała się. 

- Szmaragdowy? Znam ten wisiorek. Podarowałam go jej na urodziny. 

- To pani jest tą nauczycielką, z którą się przyjaźniła? 

- Mów mi ty, proszę - zaproponowała kobieta. 

Dziewczyna wzruszyła ramionami. 

-  Miło  panią...  cię  wspominała.  Twierdziła,  że  jesteś  jej  przyjaciółką  i  że  nie  rzuciła 

szkoły  tylko  ze  względu  na  ciebie...  Przepraszam,  że  to  mówię,  ale  o  szkole  mówiła  same 

okropne rzeczy. 

- Mianowicie? - Dziewczyna uniosła w odpowiedzi ramiona. Nieves Aguilar nalegała: 

- Nieważne, powiedz. 

- Mówiła, że przydzielono jej tam opiekuna, czy kogoś takiego, i miała go dosyć... 

- Mnie też o tym wspominała. 

- Twierdziła, że prawie wszyscy nauczyciele i zakonnice to schizole. - Tina spojrzała 

na kobietę. - Przykro mi, tak to właśnie określiła. Rozumiałam ją. Nie wszyscy są tacy sami, 

oczywiście. Mam na myśli nauczycieli i zakonnice. 

Jakieś małżeństwo, całe  w piasku, pchało  w przeciwnym  kierunku dziecięcy wózek. 

Kobieta, dziewczyna i Quiros odsunęli się na bok. 

- Rozmawiałyście o czymś jeszcze? 

-  Wówczas  nie.  W  kolejne  dni  również.  Nie  zawsze  przychodziła  na  skały.  A 

ponieważ wszędzie dźwigała ze sobą stosy książek... 

- Zwróciłaś na nie uwagę? Co to były za książki? 

- Bo ja wiem? Brała je ze schroniska. Z biblioteki. Tak przynajmniej twierdziła. 

- Słyszałaś o Manuelu Guerinie? 

Dziewczyna  ponownie  uniosła  ramiona,  ale  zaraz  potem  wykonała  ruch  w 

przeciwnym  kierunku,  jakby  chciała  je  opuścić  poniżej  poziomu,  do  jakiego  normalnie 

opadały. 

- Chyba widziałam to nazwisko na jednej z książek... 

Na  chodniku,  przy  falochronie,  jakiś  chłopak  z  włosami  najeżonymi  jak  u  punka 

pastwił się nad gitarą. Udało mu się nawet skupić wokół siebie niewielką publiczność, która 

background image

na  dodatek  podążała  za  nim  w  kierunku  skał.  Dziewczyna,  wyglądająca  do  niedawna  na 

znudzoną, przeszła na drugą stronę ulicy i zaczęła tańczyć. 

- Pamiętasz coś więcej, Tino? - spytała kobieta, kiedy do niej dołączyła. 

-  Zadano  ci  pytanie  -  odezwał  się  Quiros.  Tina  wymruczała  jakąś  niezrozumiałą 

sylabę, wzruszyła ramionami i tańczyła dalej. Quiros stanął pomiędzy nią a muzyką. 

- To nie jest odpowiedź... 

-  Nic  więcej  nie  wiem,  jasne?  -  wykrzyknęła  dziewczyna,  nie  przestając  tańczyć  i 

wyciągnęła paczkę papierosów. Quiros pozbawił ją ich jednym szarpnięciem. - Co robisz, do 

cholery?! 

Quiros  skierował  się do  kosza na śmieci,  przepełnionego  opakowaniami po lodach, i 

wcisnął paczkę pomiędzy odpadki. Dziewczyna dogoniła go, wykrzykując obraźliwe słowa. 

- Tino... - powiedziała kobieta. - Pan Quiros... 

Quiros patrzył. Tina krzyczała załamującym się chwilami głosem. 

-  O  co  ci  chodzi,  ty  gówniany  alfonsie  w  kapeluszu?  Nie  boję  się  ciebie! Słyszysz?! 

Zapłacisz mi za te papierosy! Paczka była nowa! 

Quiros  nie  odrywał  wzroku  od  jej  zaczerwienionej  twarzy,  upstrzonej  ćwiekami, 

pękającej niemal pod ich naporem, i od jej oczu, lśniących jak kolejne gwoździe. 

- Gdyby rodzice cię teraz widzieli... - wyszeptał. 

-  No  i  co  by  mi  zrobili?!  Poza  tym  ja  nie  mam  rodziców!  Rozumiesz,  palancie?! 

Wykitowali...! 

- Bardzo nam przykro - powiedziała kobieta. - Kiedy to się stało? 

- Zaraz po moim  urodzeniu.  Wypadek.  -  Dziewczyna usiłowała pozbierać papierosy, 

które Quiros zdążył połamać. W końcu poddała się, przeklinając pod nosem. 

- U kogo mieszkasz, Tino? - zapytała kobieta, unosząc brwi. 

- U wujostwa. Mój wuj jest archeologiem. Wyciąga z morza posągi i statki. - Mówiąc 

to, dziewczyna zapatrzyła się w wodę. 

To,  co  Quiros  czuł,  nie  miało  nic  wspólnego  z  tym,  co  go  otaczało.  Przebywał  w 

innym  świecie  i  nie  był  to  świat  nagrzanego  piasku,  zapachu  kremu  do  opalania,  dzieci 

biegających w kamizelkach ratunkowych i śnieżnych, znieruchomiałych na błękitnym niebie 

chmur. Zdał sobie sprawę, że jest wściekły, chociaż nie bardzo wiedział na kogo. Z trudem 

wykrztusił słowa: 

- Czy oni wiedzą... że w czasie wakacji przyłączasz się... do tych skinów? 

Kobieta chciała  coś powiedzieć, ale dziewczyna  jej przerwała. Jej  gniew  był  równie 

bezgraniczny, ale w przeciwieństwie do Quirosa wylewała go, wyładowywała w słowach. 

background image

- Przyłączam się, do kogo mi się chce! A ty dostaniesz za swoje, za to, że uderzyłeś 

Borję! Jego przyjaciele cię... 

- Co mi zrobią? - spytał Quiros. 

- Tino - wtrąciła się kobieta. 

Płacz.  Przerwa.  Jakieś  maleńkie  pośladki  na  plaży  zaczerwieniły  się  pod  dorosłą 

dłonią.  Okazało  się,  że  przewinieniem  był  waniliowy  lód,  niewątpliwie  wypuszczony  przez 

dziecko, który opryskał zarówno je samo, jak i karcącą matkę. Wymierzywszy karę, kobieta 

szarpnęła malcem. Quiros miał ochotę przyłożyć jej porządnie. 

-  Tino,  proszę...  -  mówiła  Nieves  Aguilar.  -  Żadnych  pogróżek,  zgoda?  A  pan  niech 

się uspokoi... Oboje się uspokójcie. 

Quiros, który zawarł ze swoim pęcherzem faustowski pakt (daj mi czas, a potem będę 

twój), patrzył na morze. 

Morze  też  było  czerwone.  Spojrzał  na  chodnik.  Było  gorąco.  Kobieta  mówiła 

nerwowo.  Lekcje  psychologii  dla  grzecznych  dziewczynek.  Gitarzysta  oddalił  się  na 

odległość  wystarczającą  dla  jego  uszu,  ale  nie  na  tak  dużą  jednak,  jakby  sobie  życzył. 

Podobnie inni. 

- ... to ważne, zrozum, proszę. Ta dziewczyna zaginęła, nie wiemy, gdzie jest. Dlatego 

chcemy, żebyś nam powiedziała, co pamiętasz. 

- Po to przyszłam. 

-  Wiem,  i  jesteśmy  ci  bardzo  wdzięczni.  -  Kobieta  zerkała  na  Quirosa  błagalnie.  - 

Teraz,  kiedy  wszyscy  jesteśmy  spokojniejsi,  chciałabym  kontynuować.  Pamiętasz  coś 

jeszcze? 

-  Przestała  przychodzić  na  skały,  nie  widziałyśmy  się  więcej...  To  znaczy,  kiedyś 

wypadło na nas zmywanie naczyń, spytałam, gdzie się podziewa. Nigdy nie przychodziła na 

zabawy na plaży ani do pubu Syrena... Twierdziła, że nie lubi tych rzeczy: tańca, zabawy... 

Najpierw myślałam, że  ma coś przeciwko skinom.  Ludzie mają o nich  mylne wyobrażenie. 

Tłumaczyłam  jej,  że  prawdziwi  skini  to  nie  rasiści,  którzy  szukają  okazji,  żeby  dać  wycisk 

czarnuchom. Tamci to boneheads. Prawdziwi skini wywodzą się z angielskich imigrantów z 

Jamajki... 

Quiros  nabrał  powietrza  i  oddalił  się  od  nich.  Zaczął  rozglądać  się  po  okolicy.  Nie 

znał  żadnej  piosenki,  nie  mógł  nic  zanucić.  Słowa  zastąpił  więc  obrazami.  W  górze  ulicy 

widać  było  schronisko.  Przyjrzał  się  przechodzącym  w  jedną  i  drugą  stronę  ludziom: 

staruszkowi  z  nieruchomą  twarzą,  dziewczynie  w  czerwonym  kostiumie  i  Murzynowi  na 

chodniku. Murzyn przykucnął z boku. Quiros widział już w miasteczku Murzynów, Arabów 

background image

również. Ten miał na sobie tylko krótkie spodnie i sprzedawał figurki rozłożone na zielonym 

dywanie. Figurki tworzyły nieliczne, niezdyscyplinowane wojsko królów. Wywodziły się być 

może  z  jednego  z  tych  filmów,  jakich  Quiros  już  nie  oglądał.  Schylił  się,  żeby  im  się 

przyjrzeć. Nie przypominały królów, ale z pewnością przedstawiały wysoko urodzone osoby, 

jeśli  sądzić  po  pelerynach,  nakryciach  głowy,  szpadach  przy  boku  i  klejnotach.  Stały,  z 

całkowitą obojętnością plastiku, jakby kipiąca wokół wrzawa nie miała z nimi nic wspólnego. 

Murzyn  chciał  coś  powiedzieć,  ale  przeszkodziło  mu  kliknięcie.  Ktoś  robił  zdjęcia,  jakiś 

grubasek w kolorowych bermudach. Quirosowi wydawał się znajomy. Przypomniał sobie: to 

był ten sam facet, który poprzedniego dnia fotografował gitarzystę. 

Kobieta z dziewczyną podeszły bliżej. Quiros znowu je usłyszał. 

- ...  nie są rasistami.  Niektórzy są nawet  sharp, są  przeciwni  rasizmowi... Nie jestem 

skinem,  ale  gdybym  nim  została,  byłabym  sharp.  Borja  też  nie  zamierza  zostać  skinem,  ale 

lato chce spędzić z nimi. Mnie to nie kręci... 

- To dlaczego trzymasz z nimi? - zapytała kobieta. 

- Należę do ich paczki - oświadczyła Tina, jakby to była najbardziej oczywista rzecz 

na świecie. Potem wzruszyła ramionami. - Poza tym, on ma trochę racji. Plaże zamieniły się 

w...  -  Zniżyła  głos.  -  Są  pełne  nielegalnych  imigrantów..  Mówi  to  pewnie  ze  względu  na 

Murzyna, pomyślał Quiros, a może dlatego, że właśnie wychodziły ze schroniska wszystkie 

ogolone głowy, łącznie z Wielkim Borją (jedynym, który miał prawo zachować włosy) i jego 

Dziewczyną  Najpiękniejszą  na  Świecie.  Quiros,  nie  chcąc  odwzajemniać  im  wyzywającego 

spojrzenia, odwrócił się w stronę morza. 

Potem znowu na nich spojrzał.  Maszerowali gęsiego, na wschód, poza falochron, ze 

słońcem na plecach. Dziewczyna Borji miała na sobie rozpięte bolerko; poniżej kołysały się 

dwa grejpfruty, perfekcyjnie przecięte czarnymi stringami. 

- Powinnam już iść - powiedziała Tina. - Po południu mam zajęcia... 

Znam  ja  te  twoje  zajęcia,  pomyślał  Quiros,  widząc  jej  gotowość  do  podążenia  za 

grupą. 

- Jeszcze jedno - zatrzymała ją kobieta. - Kiedy po raz ostatni widziałaś Soledad? 

-  Nie  pamiętam.  Zaraz,  zaraz...  Kiedyś  przyszłam  rano  i  zobaczyłam,  jak  siedzi  na 

skale, na samym brzegu. Nie czytała ani nie pisała. 

- Co zatem robiła? 

- Nic. Patrzyła na morze. Przestraszyłam ją. Pomyślałam, że... Głupstwo... 

background image

-  Co  pomyślałaś?,  -  Pomyślałam,  że  się  boi,  czy  coś  takiego.  Była  jakaś  blada. 

Spytałam, co się stało. Powiedziała, że nic. Po dwóch czy trzech dniach dowiedziałam się, że 

wyjechała. To wszystko, co wiem. 

- Dziękuję, Tino  -  powiedziała kobieta. -  i  dziękuję, że  przyszłaś żeby z nami o tym 

porozmawiać. 

Ponowne wzruszenie ramion. Zielone oczy przesunęły się z Quirosa na kobietę. 

- Nie ma za co. Chciałam pomóc. Myśli pani, że stało jej się coś złego? 

-  Nie  sądzę.  -  W  tonie  kobiety  było  coś,  co  zadawało  kłam  jej  słowom. Dziewczyna 

oddaliła się w stronę skał. 

Quiros także się oddalił, tyle że w kierunku schroniska. 

- Dokąd pan idzie? - spytała kobieta, ale nie otrzymała odpowiedzi. 

Kiedy  wracał,  poczuł  kłucie  w  brzuchu.  Uznał,  że  może  to  być  zarówno  głód,  jak 

wątroba: w jego wieku pragnienia i choroby upodabniały się do siebie. 

Kobietę,  po  bezskutecznych  poszukiwaniach  w  hotelowej  restauracji,  odnalazł  na 

plaży. Jej ciało lśniło blaskiem zachodzącego słońca. 

-  Wybrałam  się  na  spacer  -  wyjaśniła.  -  O  tej  porze,  kiedy  prawie  nie  ma  już  ludzi, 

morze działa uspokajająco. - Miała na sobie tę samą bluzkę co w południe (dziwne, jak na nią, 

pomyślał  Quiros)  i  zdjęła  buty,  żeby  chodzić  boso  po  piasku.  Wskazała  na  słońce, 

przysłaniając oczy dłonią. 

-  To  ta  wieża,  o  której  panu  mówiłam,  arabska.  Kiedyś  wyznaczała  granice 

miasteczka,  ale  teraz  budują  nawet  po  tamtej  stronie.  Oczywiście  muszą  tamtą  część 

zaśmiecić  tak  samo  jak  tę.  -  Opuściła  wzrok  na  papierosy  i  papierowe  kubki,  na  wpół 

zagrzebane u jej stóp. W jej głosie zabrzmiał smutek. Kobiety o zmierzchu zaczynają mówić 

ze smutkiem, pomyślał Quiros. Pilar również się to zdarzało. I Marcie. - Gdzie pan był? 

Nie odpowiedział od razu. Robił różne rzeczy. Przede wszystkim musiał się przejść, 

żeby się uspokoić, co mu się prawie udało. Postanowił powiedzieć jej tyle, ile mógł. 

- Rozmawiałem w końcu z tym kolesiem ze schroniska - powiedział. 

Igg zrobił na nim odpychające wrażenie. Był kościsty, trochę starszy, niż Quiros się 

spodziewał,  same  oczy  i  włosy,  pierwsze  szkliste,  drugie  długie,  wszystko  w  identycznym, 

kasztanowym  kolorze.  Paczka  łakoci  dla  narkomanów,  zawyrokował  Quiros:  heroinowe 

kończyny, kokainowy nos, płuca ze skrętów, spojrzenie z extasy. Miał zwyczaj przywdziewać 

maskę  uniwersalnego  powitania  i  jednocześnie  podnosić  dłoń  z  rozsuniętymi  palcami, 

wewnętrzną  stroną,  jakby  chciał  kogoś  pozdrowić,  pożegnać  albo  coś  powstrzymać. 

Wprowadził Quirosa do maleńkiego pokoju z dwoma kanapami pokrytymi syntetyczną skórą, 

background image

zasłanymi ezoterycznymi pismami i szarością kota Michigana. Usiadł z podkulonymi nogami, 

jak  konik  polny  i  wyjaśnił  mu,  że  pochodzi  z  Danii,  ale  od  młodzieńczych  lat  mieszka  w 

Hiszpanii,  a  dziewięć  lat  temu  założył  to  schronisko.  „Nie  będę  z  tobą  współpracował  - 

uprzedził i podniósł dłoń - ale nie będę też przeszkadzał. Nie mam zwyczaju mieszać się do 

czegokolwiek:  pozwalam,  żeby  świat  się  kręcił  swoim  rytmem”  Quiros  wyraził  aprobatę. 

Wykorzystał przemówienie i smród pokoju - albo Igga - żeby puścić bezgłośnego bąka, efekt 

złego trawienia paelli spowodowanego z kolei brakiem sjesty. 

- Powiedział mi jedynie, że koło piątej nad ranem widział, jak szła w kierunku szosy 

prowadzącej na północ. 

Nie rozmawiał z nią. Kiedy wyszedłem od niego, ruszyłem tą samą drogą. Natknąłem 

się  na  warsztat  samochodowy...  Mają  czynne  od  rana.  Pomyślałem,  że  mogli  widzieć,  jak 

przechodziła. 

Mężczyzna  w  kombinezonie  poplamionym  olejem  w  trakcie  rozmowy  z  Quirosem 

przyznał,  że  przypomina  sobie  dziewczynę  ze  zdjęcia.  Tamtego  poranka  naprawiał 

ogrzewanie starego samochodu z podrasowanym silnikiem. Tak, tak: ogrzewanie, powtórzył. 

Pojazd  należał  do  Niemców,  którzy  wkrótce  mieli  wyjechać  na  północ  Europy:  brodacza  i 

trzech rudowłosych kobiet. Dla nich lato już się kończyło. Mężczyzna pamiętał, że kiedy w 

pewnej  chwili  uniósł  głowę  znad  silnika,  zobaczył  dziewczynę  mijającą  warsztat.  Szła 

poważna, milcząca, z plecakiem na ramionach. Dziewczyna spojrzała na niego i powiedziała 

„dzień dobry”. 

- Może pojechała autobusem... - podsunęła kobieta. 

- Nie ma autobusów o tej porze. 

- Musiała wybierać się gdzieś niedaleko. 

- Albo skorzystać z autostopu. 

-  To  nie  w  jej  stylu.  Chodziło  z  pewnością  o  miejsce,  do  którego  można  się  dostać 

piechotą. Pewnie zamierzała wrócić tego samego dnia, dlatego mnie nie uprzedziła... 

- W takim razie dlaczego opuściła schronisko? 

- Może po powrocie  -  powiedziała kobieta po krótkim  namyśle  -  chciała  zamieszkać 

razem ze mną, w pensjonacie. 

Quiros  machnął  ręką,  jakby  mówił:  to  tylko  przypuszczenia.  Potem  podniósł  płaski 

kamyczek,  który  wypatrzył  u  swoich  stóp.  Kamyczek  podskoczył  czterokrotnie  na 

spokojnych falach. W dobrych czasach dochodził do siedmiu razy, pomyślał. 

background image

- Musiało się jej stać coś złego. Nawet Tina odniosła wrażenie, że ona się czegoś bała. 

-  A  skoro  ta  marchewa  ze  składem  żelastwa  w  ciele  tak  twierdzi  -  Quiros  przeżuwał  myśl, 

szukając kolejnego kamienia - musimy jej wierzyć. 

-  Nawiasem  mówiąc,  był  pan  bardzo  agresywny  w  stosunku  do  tej  dziewczyny.  Nie 

chcę wracać do tematu, ale... 

- Brak dobrych manier wyprowadza mnie z równowagi. 

- Uważa pan, że najlepszą metodą wychowania jest przemoc? 

W odpowiedzi Quiros cisnął kolejny pocisk. Tym razem uzyskał tylko dwa podskoki. 

Postanowił dać spokój. 

- Cóż, w końcu to pana sprawa - kobieta również skapitulowała. - Ale jest jeszcze coś: 

Soledad  zabrała  książki  Manuela  Guerina  z  biblioteki  ze  schroniska,  dlatego  żadnej  nie 

znalazłam. Powinniśmy  się czegoś dowiedzieć o autorze. Jeśli ją tak bardzo interesował,  to 

może...  Co  pan  teraz  zamierza?  -  spytała  nagle,  jakby  nie  potrafiła  skonkretyzować  swoich 

myśli. 

-  Jutro  przespaceruję  się  wzdłuż  szosy,  może  coś  znajdę.  -  Stali  tuż  nad  wodą.  Jego 

buty  zagłębiały  się  w  piasek,  połyskujący  jak  kwarcowy  pył.  Jakieś  dzieci  grały  w  piłkę  z 

lekkością aniołów, którym obce jest wieczorne strudzenie. Okulary i kapelusz zabezpieczały 

go przed promieniami słońca, więc zaczął się im przyglądać. - Może pani ze mną pójść, jeśli 

pani  chce  -  dodał  po  chwili  i  uśmiechnął  się,  widząc,  jak  jeden  ze  sprytniejszych  graczy 

przetacza piłkę pomiędzy rozstawionymi nogami drugiego chłopca. Kobieta wybąkała jakieś 

podziękowanie. 

Quiros powiedział:  

-  Nie  ma  za  co.  Twierdzi  pani,  że  dziewczyna  szła  piechotą...  Sprawdzimy,  dokąd 

mogła dojść... 

- Jestem wdzięczna, że pozwala mi pan sobie towarzyszyć - sprecyzowała. 

Jakiś  przedmiot  potoczył  się  im  pod  nogi.  Zaraz  za  nim,  jakby  uwiązany  do  niego 

niewidzialną nitką, biegł chłopiec. Quiros zatrzymał piłkę, nie oddał mu jej jednak: kopnął ją 

w  górę,  a  potem  spróbował  odbić  kolanem.  Kiedy  na  koniec  chciał  uderzyć  z  główki, 

kapelusz niemal spadł mu z głowy, co wywołało wesołość graczy. W ciągu sekundy otoczyły 

go zagrzewające do walki krzyki, wybuchy śmiechu i zwinne ciała. Poddał się, kiedy zabrakło 

mu  tchu.  Machnął  chłopcom  na  pożegnanie  i  dzierżąc  w  jednej  ręce  kapelusz,  a  w  drugiej 

okulary, wrócił do kobiety. Z trudem łapał powietrze. 

- Nareszcie zobaczyłam, jak coś sprawia panu przyjemność - stwierdziła pogodnie. 

- Słucham? 

background image

- Nareszcie widziałam pana szczęśliwego. 

Quiros nie odpowiedział. 

Z  wszystkiego,  co  kobieta  powiedziała  do  tej  pory,  ze  wszystkich  uwłaczających, 

banalnych lub miłych słów, ten właśnie komentarz był jedynym, który naprawdę go dotknął. 

Ale kobieta nigdy się tego nie dowiedziała. 

background image

Kobieta  

 

Jako  dziecko  marzyła,  żeby  być  księżniczką  z  arabskiej  bajki,  albo  lepiej  odaliską, 

mieć  na  imię  Aziza,  Latifa,  Najwa,  Sulaima  lub  Yasmina,  przystrajać  się  wisiorkami  i 

szarfami,  ozdabiać  nadgarstki  i  kostki  bransoletkami  wysadzanymi  szafirami,  turmalinami, 

granatami, obłymi heliotropami, agatami, chryzoprazami, spowijać się siedmioma welonami 

przesyconymi wonią kadzideł z omańskich drzew i w podstępnym rytmie fletów kołysać się 

płynnymi,  odwiecznymi  ruchami:  falowanie  ramion,  dłonie  jak  skrzydła  ptaków,  wężowy 

ruch bioder. 

Ale  to  nie  było  poważne.  Tak  więc  kiedy  podrosła  (dwanaście  lat),  chciała  zostać 

zakonnicą. Poczuła powołanie. 

Nie mogła go zlekceważyć. 

- Istnieje słowo „zlekceważyć”, siostro? 

- Zajrzyj do słownika, Nieves. 

Powiedziała o tym ojcu, który jej nie zlekceważył. Był wspaniałym  człowiekiem, ze 

wszystkiego  mogła  mu  się  zwierzyć.  Inni  ojcowie  krzyczeli  lub  odmawiali  bez  żadnego 

konkretnego  powodu,  ale  jej  ojciec  zawsze  się  uśmiechał  i  zwracał  do  niej  z  czułością. 

„Uważasz, że to dobry pomysł, tatusiu?”, spytała, widząc, że daleki od tego, by ją karcić czy 

się na nią gniewać, podchodzi do tego pogodnie. Oczywiście, że dobry: wszystko, co może ją 

uszczęśliwić,  zawsze  uzna  za  dobre.  Niemniej  zanim  córka  podejmie  ostateczny  krok, 

powinna  się  dobrze  zastanowić,  czy  naprawdę  tego  chce.  Pan  puka  bowiem  do  wszystkich 

drzwi,  ale  każdy  powinien  mu  służyć  na  swój  sposób.  Nie  trzeba  zostać  zakonnicą  czy 

księdzem,  żeby  spodobać  się  Panu  Bogu.  On  sam,  na  przykład,  miał  pracownię  jubilerską, 

rodzinny  interes,  pełen  szafirów,  turmalinów,  granatów,  obłych  heliotropów,  agatów  i 

chryzoprazów.  Pracownia  jubilerska  Aguilar  to  również  jeden  ze  sposobów,  w  jaki  można 

służyć  Bogu.  Przemyśl  to,  Nieves,  chodzi  o  twoje  szczęście.  Nie  powinnaś  spieszyć  się  z 

decyzją, znam cię nie od dziś. 

Pewnie,  że  ją  znał.  Kilka  miesięcy  temu  rozstroiły  ją  zupełnie  pokazane  w  telewizji 

zdjęcia  z  trzęsienia  ziemi  w  Jemenie  Północnym.  Ofiary  liczono  w  tysiącach,  organizacje 

humanitarne odwoływały się do ludzkiego współczucia. 

„Dlaczego  im  nie  pomożemy?”.  Rzuciła  to  pytanie,  kiedy  przy  obiedzie  oglądali 

telewizję. „Wysłaliśmy już datek”, odparła matka. Ale ona nie to miała na myśli. „Dlaczego 

nie damy więcej? Jesteś jubilerem, tato. Możesz sprzedać część pracowni i wysłać pomoc. W 

background image

końcu to tylko klejnoty. Dlaczego tak nie robimy? Dlaczego nikt nic nie robi? Dlaczego żaden 

chrześcijanin  nic  nie  robi?”.  „Klejnoty  nie  są  własnością  ojca”,  zaczęła  mówić  matka,  ale 

ojciec przerwał jej i uśmiechnął się. „Zgadzam się, oddajmy im wszystko. Ja oddam klejnoty, 

mama swoje stroje, a ty dasz wszystkie książki z baj kami, łącznie z ulubionymi Baśniami z 

tysiąca i jednej nocy. I twoje wyjścia do kina, i wakacje...”. 

-  Chodziło  przecież  o  to,  żeby  oddać  wszystko.  Wyzbyć  się  wszystkiego.  Jednego 

welonu  po  drugim...  Naszyjników,  bransoletek,  wisiorków...  Pozostać  całkowicie  nagim, 

podczas  gdy  ramiona  falują,  dłonie  układają  się  jak  skrzydła  ptaków,  a  biodra  kołyszą 

wężowym ruchem. 

Ale  to  nie  było  poważne.  Więc  kiedy  podrosła  jeszcze  bardziej  (siedemnaście  lat), 

zaczęła chodzić z chłopakiem. Poznała Pabla na kursach przygotowawczych na uniwersytet. 

Oboje  pociągał  świat  nauk  humanistycznych:  ona  chciała  pisać  opowiadania,  on  powieści; 

ona  skończyła  na  studiach  pedagogicznych,  on  na  dziennikarstwie,  ale  nadal  byli  razem. 

Ambitny  chłopak,  powiedział  ojciec  owego  wieczoru,  kiedy  Pablo  poprosił  oficjalnie  o  jej 

rękę (z klejnotem zaaprobowanym przez pracownię jubilerską Aguilar). I bardzo inteligentny. 

Ma przed sobą dziennikarską przyszłość, przekonasz się. 

A  ja?  -  dopominała  się  pytającym  wzrokiem.  Nie  zostaniesz  w  tyle,  odpowiadały 

błyszczące oczy jej ojca. I błyszczały tak samo,  kiedy oznajmiła mu, że zaproponowano jej 

upragnione  stanowisko  w  Valdelosie.  Sonsoles,  dyrektorka,  złożyła  jej  gratulacje.  Siostra 

Natividad,  odpowiedzialna  za  rozwój  duchowy,  nadmieniła,  że  chociaż  Valdelosa  nie  jest 

szkołą religijną, stosowano w niej swoistą metodę wychowawczą. Nie zmuszano nikogo, by 

szedł  za głosem powołania, ale dbano, żeby żadna z dziewcząt  nie ważyła go sobie lekce... 

Nie lekceważyła, pomogła jej z uśmiechem. Siostra Natividad zmarszczyła brwi. 

- Można powiedzieć „lekceważyła”? 

- Tak, siostro. 

Nadal śniła o welonach, ale już nie o tańcu. Tylko o welonach. A raczej: o jednym, 

białym, świetlistym welonie. 

Widziała, jak faluje na czarnym tle, unosi się nieskazitelny, lekki w pustej przestrzeni. 

Nigdy nie mogła  go schwytać, choć próbowała  raz po raz. Wiązała te sny  ze zbliżającą się 

datą ślubu. Ślubu w białej sukni z welonem i klejnotami. 

Zachowała  w  pamięci  obrazy  z  tego  doniosłego  aktu  połączenia:  matka  w  brokacie, 

teściowa w cekinach. Miesiąc miodowy w Fezie i w Kairze. Czuła kadzidła ze starych drzew 

Omanu. Tancerek jednak nie było. Odkryła, że jest bardzo zazdrosna. 

background image

Później,  dużo  później,  matka  zapytała  o  coś,  co  ojciec  również  chciał  wiedzieć.  W 

rzeczywistości  naprawdę  wszyscy  chcieli  wiedzieć,  wszystkich  to  martwiło.  Matka  była 

rzecznikiem  rodziny,  jej  usta  przemawiały  zgodnym  chórem  głosów,  których  nie  mogła 

zlekceważyć. Doskonale pamiętała rozmowę: w kuchni, przy otwartych drzwiach lodówki, w 

dniu  sześćdziesiątych urodzin  ojca. Były tak  zdenerwowane, tak skupione na tym,  żeby ich 

nikt nie usłyszał, że żadna nie pamiętała o zamknięciu drzwi lodówki, i zanim się spostrzegły, 

zdrętwiały od zimnego powietrza. To nie tak, jak myślisz, mamo, powiedziała. Nie stosują z 

Pablem środków wymierzonych przeciw życiu. 

Byli u lekarza, czekali na stosowną okazję, żeby im to powiedzieć. Problem tkwił w 

niej.  Jej  komórki  nie  były  płodne.  Nie  mogła.  Nigdy  nie  będą  mogli.  Trzęsła  się  z  zimna. 

Matka  przytuliła  ją.  Uspokój  się,  Nieves,  uspokój,  malutka,  w  dzisiejszych  czasach  na 

wszystko znajdzie się jakiś sposób... Możecie przecież zaadoptować. 

Pablo nie chce, powiedziała. 

Pochyl z pokorą głowę, nakazało życie, klęknij i pochyl głowę. Nie zmusiło jej jednak 

do uległości, do poddania się, do rezygnacji z wyznaczonych celów. Mogła jeszcze podnieść 

oczy. Choćby tworzone w Valdelosie przez nauczycieli,  rodziców i  uczennice wolontariaty, 

które  podejmowały  społeczne  działania  mające  na  celu  walkę  z  narkomanią  oraz  pomoc 

starcom i dzieciom z problemami. 

Praca ta pochłaniała jej większość wolnego czasu, ale nie miało to dla niej znaczenia. 

Czasu miała aż nadto: Pablo, od kiedy pracował w tym swoim ważnym  piśmie, ciągle miał 

mnóstwo spraw do załatwienia. Czasem wracał do domu nad ranem, czasem nie było go przez 

cały weekend. Swoją samotność mogła więc zainwestować w coś pożytecznego. 

To właśnie wtedy poznała światło nocy, a koty spadały deszczem na dach. 

Pierwsze,  co  zrobiła  po  przeczytaniu  opowiadania,  to  umówiła  się  na  rozmowę  z 

profesorem  Cevałlosem,  opiekunem  dziewczynki.  W  Valdelosie  nauczyciele  o  najdłuższym 

stażu dzielili między siebie obowiązki wychowawców. Każdy uczeń miał własnego opiekuna, 

profesorowie  zaś  mogli  mieć  kilkoro  podopiecznych.  Kontrolowali  ich  postępy  w  nauce, 

obserwowali,  jak  gałąź  rośnie,  i  korygowali  jej  krzywizny.  Cevallos,  matematyk  z 

wykształcenia,  był  wyraźnie  zaniepokojony  -  żeby  nie  powiedzieć  oszołomiony  czy 

wstrząśnięty.  Chodzi  o  wyjątkową  uczennicę,  wyjaśnił,  najlepszą  w  klasie,  może  nawet  w 

całej szkole, jedyny w swoim rodzaju przypadek. Bardzo cicha, wręcz za bardzo, choć to nie 

było  jeszcze  takie  złe.  Zła  była  jej  fantazja,  jej  obsesja  na  punkcie  opowiadań.  Cevallos 

przeczytał  jedno  z  nich;  wywarło  na  nim  niesamowite  wrażenie.  Były  bardzo  dziwne. 

Próbował,  najpierw  na  zebraniach  omawiających  szkolny  regulamin,  potem  na  godzinach 

background image

wychowawczych,  a  na  koniec  na  konsultacjach,  przekonać  ją,  żeby  się  tym  nie  zajmowała. 

Dziewczyna nigdy nie mówiła nie, ale podejrzewał, że nie zwracała uwagi na jego zalecenia. 

Cevallos  był  uprzejmym,  łysym,  roztrzęsionym  człowiekiem.  Dobrym,  ale  nieco 

egzaltowanym. Może problem, który, jak mniemał, dojrzał w swojej uczennicy, był niczym 

innym jak ekspresją zdumiewającego, ukrytego talentu. Kobieta zapragnęła poznać ją bliżej. 

Kiedyś,  po  lekcji,  zawołała  ją  do  siebie.  Dziewczyna  podeszła,  krzywiąc  twarz  z 

powątpiewaniem. Była szczupła, miała ciemną karnację, oliwkową cerę i długie, pszeniczne 

włosy,  rozdzielone  równym  przedziałkiem  pośrodku  głowy.  Jej  owalna  twarz  ukazywała 

światu zielone, kocie oczy i niezmienny grymas dolnej wargi, jakby uważała, że nie warto się 

uśmiechać.  Nawet  skryta  za  nieskalanym  fartuszkiem,  zapowiadała  się  na  atrakcyjną 

dziewczynę. Nieves doskonale pamiętała książki, jakie Soledad dźwigała pod pachą: Piękna i 

bestia madame Leprince de Beaumont i młodzieżowe wydanie Dzwonnika z Notre Damę. 

Pogratulowała jej opowiadania i zapewniła, że ma talent. 

-  Czy  rodzice  są  świadomi,  że  tak  dobrze  piszesz?  -  zapytała.  Kiedy  dziewczyna 

odparła, że jej matka nie żyje, dodała pospiesznie: - Przykro mi, nie wiedziałam... 

- Wiedziała, oczywiście. Wiedziała o niej bardzo dużo. Ale wiedziała również (co za 

przebiegłość, choć prawdę mówiąc czytała o tym w podręcznikach do psychologii), że jeśli 

się  chce  zbudować  pozytywne  relacje  między  obcymi  osobami,  najlepiej  popełnić  gafę  na 

początku znajomości. 

A postanowiła zbudować pozytywne relacje. 

Od tamtej pory widywała ją częściej. Zawsze jednak w cieniu. W klasie dziewczyna 

siadała na końcu, w ostatniej ławce, dokąd światło z okien docierało już nieco przytłumione, a 

w  pobliskiej  kawiarni,  do  której  miały  potem  zwyczaj  chodzić,  zawsze  było  ciemno.  Poza 

tym,  czesała  się  tak,  że  włosy  zasłaniały  jej  część  twarzy.  Tak  ją  nawet  zapamiętała:  twarz 

poprzecinana czernią, skryta za wierzejami włosów, oświetlona jak księżyc w kwarcie, jakby 

w jednej ręce trzymała kandelabr. 

„Masz więcej opowiadań?”, spytała. Miała, oczywiście. 

Co  piątek  Soledad  Olmos  wręczała  jej  kolejną  historię,  starannie  przepisaną  na 

komputerze.  Kobieta  czytała  je  w  weekend,  a  w  poniedziałek  przynosiła  z  powrotem  i 

omawiała  z  dziewczyną.  W  ten  sposób  zdobyła  jej  zaufanie.  Przeczytała  wszystkie  jej 

opowiadania. A raczej prawie wszystkie. Kilka, wyznała jej dziewczyna któregoś mrocznego 

popołudnia, wrzuciła w domu do kominka i klęcząc, czekała, aż pochłoną je płomienie, a ich 

żar rozpalał jej policzki. Dlaczego to zrobiła? Nie podobały się jej? Nie, to nie to: czasem je 

niszczyła,  ponieważ  podobały  się  jej  za  bardzo.  Co  chciała  przekazać  tym  enigmatycznym 

background image

stwierdzeniem?  Nie  wyjaśniała.  Było  w  tej  dziewczynie  coś,  czego  nie  mogła  pojąć. 

Przypuszczała, że skrzynia jej tajemnic w końcu się kiedyś otworzy. 

A  w  czasie  nostalgicznych  godzin  wieczornych,  kiedy  zagania  się  stada,  dusze 

śpiewają Te lucis ante, a anioły zstępują, by otoczyć opieką stworzenia Boże, Nieves Aguilar 

siadała  w  kawiarni  i  pijąc  z  dziewczyną  gazowany  napój  (na  rachunek  pani  Nieves), 

rozmawiała o opowiadaniach, pisarzach, literaturze, a czasami, z rzadka, o życiu. 

Każda nowa przyjaźń jest jak kwiat, powiedział jej kiedyś ojciec, zamyka swoje płatki 

pod najmniejszym dotknięciem. Starała się być ostrożna. Nie szkodzi, że zatrzymywała się na 

powierzchni; w ten sposób czuła się nawet spokojniejsza. Obawiałaby się rozmów o sprawach 

bardziej  intymnych  od  opowiadań.  Niemniej  dotknięcia  się  zdarzały.  Przypomniała  sobie 

pewien poniedziałek, kiedy po przeczytaniu jednej z historii powiedziała jej: 

-  Nadal  uważam,  że  piszesz  bardzo  dobrze,  ale...  -  Było  jakieś  „ale”.  Niektóre  z 

opowiadań,  zresztą  znakomitych,  wydawały  się  jej  czasem  zbyt  ekspresyjne.  A  może 

bezczelne? Anarchistyczne? Śmiałe? Jakie słowo mogłoby je trafniej określić? Uważała, że w 

pewnym sensie Cevallos się nie mylił: należało kontrolować to trzęsienie ziemi, z epicentrum 

zlokalizowanym w otchłani mózgu dziewczyny. 

W przeciwnym razie geniusz mógł się obrócić w katastrofę. 

-  Nie  myśl,  że  ostatnie  mi  się  nie  podobało...  Dekorator  jest  wspaniałym 

opowiadaniem, podobnie jak wcześniejsze... 

- Dekoracja - poprawiła dziewczyna. 

-  Przepraszam,  jestem  beznadziejna,  jeśli  chodzi  o  tytuły...  Przyjęcie,  na  które  udaje 

się  bohater,  jest  zabawne  i  bardzo  dobrze  opisane...  Ale  jest  jednocześnie...  -  Na  próżno 

czekała, aż dziewczyna odwzajemni jej uśmiech. 

- Cóż, dość osobliwe, nie sądzisz? Skąd ci przychodzą do głowy takie pomysły? Nie 

uważasz, że są dziwaczne? Sądzę, że powinnaś zejść na ziemię. 

- Co masz na myśli? 

-  No  cóż...  -  W  rzeczywistości  jej  wahanie  nie  było  do  końca  szczere.  Z  góry 

wiedziała, co powie, ale chciała nadać rozmowie charakter improwizacji. - Bóg nie obdarza 

nas talentem po to, byśmy go bezsensownie trwonili, tylko po to, żeby pomóc innym odnaleźć 

szczęście.  Tak  właśnie  jest  z  literaturą.  Kiedy  czytam  dobrą  książkę,  mam  wrażenie,  że 

pomaga mi odnaleźć szczęście, właściwą drogę. To, co piszesz, jest bardzo dobre, ale nie ma 

w  tym  nic  więcej.  Nie  rozstrzyga  niczego,  nie  wskazuje  drogi,  nie  pomaga  być  lepszym 

człowiekiem.  A  jeśli  pisanie  nie  służy  temu,  żebyśmy  byli  lepsi,  czemu  w  takim  razie  ma 

służyć?  Lepiej  byłoby  dla  nas,  gdybyśmy  się  zajęli  bardziej  pożytecznymi,  sensownymi 

background image

sprawami,  jak  robienie  mebli  czy  uprawa  roślin.  Przydałyby  ci  się  jakieś  wytyczne,  jakieś... 

ukierunkowanie. - Nagle, kiedy spojrzała na dziewczynę, niemal zobaczyła, jak zamykają się, 

jeden po drugim, wszystkie płatki. - Nie zrozum mnie źle: opowiadanie mi się podobało... Ale 

poza  przyjemnością,  jakiej  mi  dostarczyło,  nie  doszukałam  się  w  nim  nic  innego.  Nie  chcę 

przez to powiedzieć, że przyjemność to coś złego, ale w twoich opowiadaniach powinno być 

coś  więcej...  -  Na  przykład?  -  wyobraziła  sobie  pytającą  chłodno  dziewczynę.  Postanowiła 

odpowiedzieć  na  niezadane  pytanie  kolejnym  pytaniem.  -  Wiesz,  co,  moim  zdaniem, 

powinnyśmy zrobić? Spotkać się z twoim opiekunem i porozmawiać o tym. 

- Mój opiekun to głupek. 

- Nie mów tak - skarciła ją. - Po pierwsze to niegrzeczne. Po drugie profesor Cevallos 

nie zasłużył sobie na to, żebyś go obrażała. To prawy człowiek i bardzo się o ciebie martwi... 

- Chce, żebym przestała pisać. 

- Ponieważ cię nie rozumie. Powinnyśmy się z nim spotkać. I z twoim ojcem. Ojciec 

też powinien wiedzieć, co piszesz, co jest w tobie, w środku... 

- Gówno go to obchodzi. 

- Soledad - ucięła. - Jeśli nadal będziesz używać takiego języka, przestanie mi na tobie 

zależeć. 

Czoło dziewczyny pochyliło się, cienie się zamknęły. 

Coś błysnęło, spadło na stół, rozprysło się. 

- Nie chcę, żebyś mnie zostawiła, Nieves... 

- Nie zostawię cię. Mówię tylko... 

-  Latem  zeszłego  roku  uciekłam  z  domu.  Nikt  o  tym  nie  wie,  tylko  mój  ojciec. 

Nikomu o tym nie mów, proszę. 

- Łzy płynęły nadal. 

Tak poznała jej tragedię, a raczej wydawało się jej, że ją poznała. W gruncie rzeczy 

była jedyną prawdziwą przyjaciółką, jaką miała dziewczyna. Soledad straciła matkę w wieku 

pięciu lat, nie nawiązała bliższych więzi ze szkolnymi koleżankami, jej wychowawca chciał 

jej odebrać pół życia, a ojciec, wypełniający sobą drugą połowę, dbał tylko o interesy i o to, 

żeby  zachować  twarz  przed  rodziną.  Don  Julian  Olmos  Catón  de  Utica  brzydził  się 

skandalami, nawet drobniejszymi. Choćby ta sprawa związana z jego chorobą, przywleczoną 

rzekomo  przez  koty,  które  kazał  wybić,  żeby  rodzina  nie  myślała,  że  mieszka  w  otoczeniu 

parszywych stworzeń. A od kiedy jej bracia wyjechali do pracy i na studia za granicę, było 

jeszcze gorzej. Mieszkając z ojcem, coraz bardziej się dusiła. Cóż więc dziwnego w tym, że 

zapragnęła uciec? 

background image

Powstrzymywało  ją  tylko  jedno.  Powiedziała  jej  o  tym  w  czasie  kolejnej  „poufnej” 

rozmowy. 

- Chcę wyjechać, ale zawsze wracam. To jak w tym śnie o gwieździe. Wspominałam 

ci o nim? 

- Nie jestem pewna. Opowiedz. 

- Śni  mi się, że gonię gwiazdę. Jest  mała, bardzo biała,  okolona aureolą. Oddala się, 

ale  wiem,  że  mogę  jej  dosięgnąć.  Biegnę,  sięgam  do  niej,  ale  kiedy  już  mam  jej  dotknąć, 

budzę się. I bardzo się boję. 

- Czego? - spytała, przypominając sobie swój sen o białym welonie niebudzący w niej 

lęku. - To piękny sen. 

Dziewczyna  sprawiała  wrażenie,  jakby  szukała  odpowiedzi,  ale  tylko  powtórzyła: 

„Boję  się”.  Ona  zaś,  w  obawie,  że  płatki  się  zamkną,  wolała  nie  wypytywać.  Ale 

przypomniała sobie te słowa później i podczas ich ostatniego, jak się okazało, spotkania, pod 

koniec roku,  w dzień urodzin  dziewczyny, dała jej  maleńką paczuszkę,  owiniętą w ozdobny 

papier. 

- Nie było białych - powiedziała. - Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko zielonej. 

-  Jest  śliczna.  -  Soledad  uniosła  do  góry  wisiorek  z  zieloną  jak  szmaragd  gwiazdą 

(bagatelka  dla  pracowni  jubilerskiej  Aguilar).  W  pierwszej  chwili  Nieves  wcale  nie  była 

pewna, czy prezent jej się spodobał. - Dlaczego to zrobiłaś? 

-  Nie  powinnaś  się  bać  śnić  o  pięknych  rzeczach.  -  Położyła  dłoń  na  chłodnej  ręce 

dziewczyny. - Na mnie możesz liczyć zawsze, pamiętaj. Pomogę ci. 

- Pomogę jej. Pomogę. 

Wyszła  z  wanny  i  owinąwszy  się  ręcznikiem,  patrzyła,  jak  jej  ciało  rodzi  się  w 

zaparowanym  lustrze.  Potem  skierowała  się  do  sypialni  i  odszukała  w  bagażu  ostatnią  już, 

czystą  piżamę.  Jeśli  zostanie  w  miasteczku,  będzie  musiała  oddać  garderobę  do  prania. 

Przesunęła suszarką po krótkich, jasnych włosach. Włożyła brudne rzeczy do jednej z toreb, 

wyszczotkowała  białe  zęby  równie  białą  szczoteczką  i  posprzątała  w  łazience.  Nie  przez 

próżność  była  dumna  ze  swego  zamiłowania  do  porządku;  posiadała  zdolność  samooceny, 

potrafiła przyznać się do swoich wad i zalet. 

Nacisnęła klawisz telefonu. Czekała. Rozłączyła się. 

Tej nocy będzie spała jak zabita. Była bardzo zmęczona. 

Choć  również  usatysfakcjonowana:  dobrze  wykorzystała  czas,  wykonując  kilka 

posunięć we właściwym kierunku. 

background image

Na przykład nazwisko podkreślone przez dziewczynę, Manuel Guerin. Postawiła sobie 

za cel odszukanie informacji na jego temat. Bez względu na opinię Quirosa ona... 

Siedziała na łóżku, zapatrzona w noc. Białawą noc, pożółkłą od latarni. Przypomniała 

sobie, że kiedy była mała, matka mówiła jej, że co noc schodzą na ziemię dwaj aniołowie z 

mieczami w dłoniach; jeden siada przy wezgłowiu, drugi u stóp łóżka. 

Zadzwoniła jeszcze raz. Rozłączyła się. 

Otworzyły się drzwi. Wchodzący anioł miał nieubłagany wzrok, którym zmusił ją do 

spokoju  i  uległości;  rozebrał  ją,  zawiesił  jej  na  szyi  cieniutki  naszyjnik,  przepasał  biodra 

pasem i nakazał jej być dobrą, umyć się, wypachnić i przygotować na to, co nadejdzie. A co 

nadejdzie? 

Tego nie wiedział nawet anioł. 

Wszystko  mogło  się  zdarzyć.  Może  nie  akurat  to,  ale  cokolwiek  innego.  Wszystkie 

noce napawają lękiem. 

Wybierając  numer,  myślała  o  panu  Quirosie.  Pan  Quiros  bardzo  ją  intrygował.  Nie 

znała prywatnego detektywa, który by go przypominał. To znaczy, prawdę mówiąc, nigdy nie 

znała żadnego prywatnego detektywa. Najwyższa pora, żeby jakiegoś poznać. 

Rozłączyła  się.  Spojrzała  na  mały,  cyfrowy  budzik  i  pomyślała,  że  jeszcze  jest  za 

wcześnie. Spróbuje później. 

- Problem w tym, proszę pani - powiedział Quiros tamtego wieczoru podczas kolacji - 

że jest pani optymistką. 

Spierali się o młodych, jak zawsze.  Quiros uważał, że nie należało wierzyć w to, co 

powiedziała  Tina  o  widocznym  strachu  Soledad.  Innymi  słowy:  zdaniem  pana  Quirosa 

osobom takim jak Tina, Igg czy Soledad w ogóle nie należało wierzyć. Ona nazwała go, nie 

bez  racji,  staroświeckim,  on  kontratakował,  wytykając  jej  optymizm.  Optymizm!  Co  mógł 

mieć na myśli? Na samo wspomnienie ciągle jeszcze chciało jej się śmiać. 

- Nie mówię tego, żeby  panią krytykować, zapewniam... Ja...  To kwestia warunków. 

Pani jest nauczycielką w prywatnej szkole, żyje pani w pięknych czasach... 

- W tych czasach nie ma nic pięknego. 

- Szkoda, że nie poznała pani moich... To był okres zimnego chowu, jak mawiał mój 

ojciec. W wieku, w którym zacząłem pracować, dzisiejsi chłopcy nie potrafią nawet pościelić 

łóżka... 

- A co pan potrafił? 

- Byłem pomocnikiem hydraulika. 

- Aha. 

background image

- Wiem, może się to wydawać... prymitywne... 

- Tego nie powiedziałam. 

-  Pomagałem  ojcu.  Był  hydraulikiem.  -  Quiros  walczył  z  białym  szparagiem. 

Bezskutecznie próbował nadziać go na widelec, a ją ogarniał śmiech, kiedy obserwowała, jak 

I  wymierza  ciosy  w  talerz.  -  Naturalnie,  na  początku...  moja  rola  ograniczała  się  do 

dewastowania rur. Ale przynajmniej próbowałem. Wiedziałem, do czego służą ręce... 

- W końcu zrezygnował z nabicia na widelec i wziął szparag w palce. Nic dziwnego, 

on wiedział, do czego służą ręce, pomyślała. - Teraz młodzi myślą tylko o sobie... 

- Jedno pytanie, panie Quiros. Tak z ciekawości. Ma pan dzieci? 

-  Nie,  proszę  pani.  Ale...  nie  muszę  ich  mieć,  żeby  to  zaobserwować...  Przeżyłem... 

wystarczająco dużo. Problem w tym, że pani... 

- Jestem optymistką, wiem. 

- Na dodatek młodą. Proszę tak na mnie nie patrzeć - dodał ustami zniekształconymi 

przez szparag, niewłaściwie interpretując jej minę. - Powiedziałem tylko, że jest pani młoda. 

-  W  pana  ustach  to  obraza  -  zażartowała,  ale  szorstka  powaga  Quirosa  świadczyła  o 

tym,  że  ironia  nie  mogła  zagościć  w  jego  głowie  na  dłużej.  Uśmiechnęła  się  pospiesznie, 

dając mu do zrozumienia, że nie mówi poważnie. 

- Może nie ma pan dzieci, ale mówi pan jak typowy ojciec. 

Od tej chwili otchłań ciszy. 

Jest późno. Chyba zaśnie. Chciała zapaść w szybki, pewny sen, hermetyczny jak kciuk 

w  ustach  dziecka.  Odsunęła  na  bok  pościel.  Wolała  nie  otwierać  okna  i  położyć  się  pod 

kołdrą, chociaż było  gorąco.  Zawsze tak spała, łatwo marzła, Poczyta trochę, zgasi  światło, 

pomodli się i zaśnie. 

Telefon aż podskoczył do góry. 

- Cześć - powiedział. - Wyświetliły mi się co najmniej cztery nieodebrane połączenia 

z twojego numeru. 

- Próbowałam się dodzwonić, do domu i na komórkę. 

- Przykro mi, spałem. - Usłyszała jego śmiech, wyraźny jak wystrzał. - Miałem ciężki 

dzień, kiedy więc wróciłem do domu, wyłączyłem wszystko, co wiąże mnie ze światem. My, 

roboty, też musimy czasem odpocząć. Jak ci idzie? 

Poinformowała  go,  że  jej  uczennica  nadal  nie  daje  znaku  życia.  Niemniej  (uwaga: 

bicie  werbli)  przyjechał  już  detektyw  z  Madrytu,  zawodowiec,  z  dużym  doświadczeniem, 

którego  obiecał  wysłać  Olmos.  Jutro  rano  będą  szukać  przy  szosie,  którą  przypuszczalnie 

background image

odjechała dziewczyna. Powiedziawszy to,  zamknęła usta, otworzyła oczy, zarzuciła nogi  na 

łóżko i odgarnęła włosy. 

-  Będę  zadowolony,  jeśli  wszystko  skończy  się  pomyślnie  -  powiedział  Pablo  - 

chociaż, z drugiej strony, byłoby nieźle, gdyby sprawy trochę się skomplikowały... 

-  Śmiech.  -  Sama  wiesz,  latem  ten  kraj  ogarnia  marazm:  zero  wiadomości 

politycznych,  niemal  żadnych  sportowych...  A  ona  jest  córką  Olmosa,  do  diaska.  Ale  nie 

traktuj mnie zbyt poważnie, Nieves. Jestem zestresowany. 

- Nie traktuję cię poważnie - odpowiedziała. Zmiana pozycji. Zgięła nogę w kolanie, 

wsunęła stopę pod drugą nogę. 

Kontynuowali rozmowę na zmianę: jedno ogniwo, drugie, ciąg liniowy prosty, sznur 

kółeczek, nawet niebłyskotliwy. 

W pewnym momencie dodała bez żadnego nacisku w głosie: 

-  Wiesz,  po  południu  dzwoniłam  do  redakcji,  powiedziano  mi,  że  wyszedłeś.  Potem 

cały czas miałeś wyłączoną komórkę. 

- Byłem u Joaquina. Przypominam, że baterie w tym cholernym telefonie wyczerpują 

się, podobnie jak moje. 

- Byłeś  u Joaquina Hinojosy do tej pory?  -  Przebiegła boso  przez pokój i wróciła do 

łóżka z kartką i długopisem. 

- Tak. On też jest słomianym wdowcem. Wypiłem dwa... nie: trzy piwa... Kontrolujesz 

mnie? 

-  Nie.  Ufam  ci.  -  Postarała  się,  żeby  jej  śmiech  nie  okazał  się  bezgłośny.  Położyła 

kartkę  na  stoliku  i  napisała:  „Spytać  Joaquina  Hinojosę”.  Zapisała  datę,  podkreśliła  imię.  - 

Korzystając z nieobecności żon, szalejecie jak pijane zające... 

- Opuszczeni mężowie mają prawo trochę powierzgaćTęsknisz za mną? 

- Nie. 

-  A  ja  tak.  Jesteś  niedobra.  I  jeszcze  sobie  kpisz.  Lepiej  zasłoń  słuchawkę,  bo  teraz 

opowiem ci jeden z najbardziej świńskich kawałów, jakie słyszałem w życiu. Kolejny dowcip 

Joaquina.  -  Zgoda,  przytaknęła.  Ostatnio  lubił  ją  obsypywać  obscenicznymi  historyjkami  i 

patrzeć,  jak  chwyta  je  otwartymi  ustami,  szczerzy  zęby  i  kwituje  rumieńcem  i  śmiechem 

jednocześnie.  -  Dziewczyna  wchodzi  do  sklepu  zoologicznego  i  chce  kupić  psa  o  imieniu 

Fucky.  Sprzedawca  mówi,  że  nie  mają  takiego  psa.  Wtedy  dziewczyna  wskazuje  na 

wielkiego, brązowego samca o krótkim ogonie... 

background image

Podkreśliła  kilkakrotnie  imię.  Zbudowała  mu  prawdziwy  piedestał  z  niebieskich, 

atramentowych kresek. Dowcip nie wydał jej się zabawny, ale i tak się roześmiałaKiedy się 

już żegnali, przyszła jej do głowy pewna myśl. 

- Mógłbyś mi wyświadczyć przysługę, Pablo? 

- Do usług szanownej pani. 

-  Ten  detektyw,  którego  wynajął  Olmos...  Nie  chodzi  o  to,  że  mu  nie  ufam...  Jak 

mówiłam, robi wrażenie profesjonalisty... 

Wiedziała, że nie musi się tłumaczyć. Pablo Barrera uwielbiał grzebać w szczegółach 

dotyczących innych ludzi, nawet jeśli te szczegóły były mało ważne i jeśli ci inni byli mało 

ważni. Usłyszała ponownie wybuch jego śmiechu. 

- Dowiem się o tym typku wszystkiego, co się da - odparł. - Kocham cię. 

- Ja też cię kocham. 

Kiedy się rozłączyła, zastanowiła się, dlaczego to zrobiła. 

Tego  rodzaju  działania  za  plecami  Quirosa  wydały  się  jej  niemal  zdradą.  I  po  co 

wciągnęła  w  to  Pabla?  Potem  doszła  do  wniosku,  że  nie  robi  nic  złego.  Chciała  tylko 

wiedzieć, po jakim terenie się porusza, jeśli chodzi o detektywa. 

A  kiedy  składała  i  chowała  w  bezpieczne  miejsce  kartkę,  jej  wina,  w  porównaniu  z 

hipotetyczną winą innych, wydała się jej znikoma. 

Nastawiła budzik na wczesną godzinę, zgasiła światło, pomodliła się, żeby oświeciły 

ją  gwiazdy  wiary,  nadziei  i  miłosierdzia,  położyła  się  do  łóżka,  otuliła  welonem  pościeli  i 

postanowiła  nie  otwierać  oczu,  nie  myśleć  o  dziwnym  pokoju,  w  którym  leżała,  ani  o 

ciemnościach, które otaczały ją, jakby unosiła się na powierzchni morza. 

- Przepiękny dzień - powiedziała Nieves Aguilar. 

Wyszli  w  porze  ciekawskich  spojrzeń.  Przyglądali  się  im  starcy  siedzący  przy 

drzwiach,  senni  kelnerzy,  kobiety  z  siatkami  najeżonymi  bagietkami,  mężczyźni  z 

wiklinowymi  koszami.  Quirosowi  chłopcy  w  krótkich  spodenkach  i  staruszki  przypominały 

dzieciństwo  w  rodzinnym  miasteczku;  sklepy,  plakaty  i  świąteczne  żarówki  kojarzyły  się 

Nieves Aguilar z nowoczesną stolicą. 

-  Przepiękny  dzień  -  powtórzyła.  Zatrzymała  się,  żeby  rozprowadzić  na  ramionach  i 

nogach warstwę ochronnego kremu, który przydał im blasku. - Powietrze pachnie kwiatami. 

Quiros nie czuł żadnego konkretnego zapachu. Szedł wolno, ale niestrudzenie, patrząc 

w dół. Widział swoje buty depczące po płytkach i suchych ekskrementach (przestrzegł przed 

nimi kobietę), swój własny cień z boku i cień kobiety, niemal mikroskopijny, jakby przywarty 

do niego. Słońce, wznoszące się nad dachami, widziało Quirosa. 

background image

Początkowo  zamierzali  pójść  przez  centrum  miasteczka.  Jednak  uliczki  całkiem  się 

pogmatwały.  Drogowskaz  z  napisem  „Stare  Miasto”,  umieszczony  na  wzniesieniu, 

wskazywał przecznicę za rogiem, kiedy w nią jednak skręcali, identyczny drogowskaz kazał 

im udać się za kolejny, budzący nadzieję róg. Quiros postanowił więc pójść naokoło, wzdłuż 

granic miasta. Doszli do warsztatu samochodowego, przeszli przez pasy i ruszyli dalej lewym 

poboczem.  Domy  ustąpiły  pojedynczym  fragmentom  murów,  te  z  kolei  polom,  ale 

miasteczko,  na  kształt  ciała,  leżącego  z  rozpostartymi  kończynami,  nie  znikło  zupełnie:  za 

nimi  pozostawał  tors  i  nogi,  przed  nimi  ciągnęły  się  ramiona  ornych  pól  i  palce  małych 

gospodarstw. Od czasu do czasu słońce rozpalało przednie szyby samochodów oślepiającymi 

błyskami. Quiros wyjął z etui swoje małe okulary i włożył je na nos. Nieves Aguilar podążała 

za nim jak cień. Nagle powiedziała: 

- Powinien pan pójść na policję. 

- Bez przesady, proszę pani.  -  Wąsiki Quirosa uniosły  się do  góry.  -  To tylko banda 

cwaniaczków... Poza tym, nie podchodzą do tego poważnie. 

-  Nie  podchodzą  poważnie?  Wysłali  panu  anonim  z  pogróżkami.  A  co  pan  nazywa 

poważnym podejściem? 

Quiros  pomyślał,  nie  po  raz  pierwszy  zresztą,  że  nie  powinien  był  jej  o  tym  mówić. 

Zdaniem pryszczatego chłopaka, kartka pojawiła się na kontuarze recepcji z samego rana. Na 

jej zewnętrznej stronie widniało nazwisko Quirosa. Kiedy ją rozłożył, rzuciła mu się w oczy 

ordynarna,  porażająca,  otoczona  swastykami  groźba.  Nie  zdziwiła  go,  był  na  nią 

przygotowany.  Sprawa  nie  niepokoiła  go  ani  trochę,  miała  w  sobie  nawet  coś  z  żartu.  Nie 

powinienem był jej jednak o tym mówić, pomyślał. 

- Powinien pan złożyć doniesienie. 

-  Wczoraj  uważała  pani,  że  z  młodymi  trzeba  rozmawiać,  dzisiaj  chce  ich  pani 

oskarżać... 

- To co innego - odparła. - Pogróżek nie wolno tolerować. Należy nauczyć ich... 

Bla, bla, bla... Psychologia, pomyślał Quiros. Słuchanie kobiety sprawiało mu jednak 

przyjemność. Mówiła bardzo ładnie. Nie patrzył na nią, ale z łatwością mógł sobie wyobrazić, 

jak wygląda. Jakby jej sposób mówienia był zwierciadłem, dzięki któremu mógł ją podglądać. 

Sprawiało  mu  przyjemność  jej  zaniepokojenie,  nawet  jeśli  sam  je  wywołał.  Kobieta 

(na przyszłość musi o tym pamiętać) wywodziła się z kruchego, współczesnego świata, gdzie 

groźby stają się czymś niewyobrażalnym, a wyzwiska są jak ciosy, które mogą coś zniszczyć. 

- Dobrze, proszę pani... Wracając, zajrzę na posterunek żandarmerii. Teraz proszę mi 

pozwolić pomyśleć. 

background image

Tak  naprawdę  wcale  nie  chciał  myśleć.  Nie  zamierzał  też  niczego  zgłaszać,  a  tym 

bardziej wdawać się w dyskusje. Chciał tylko iść. Sprawiało mu przyjemność posuwanie się 

brzegiem asfaltu, nierozgrzanego jeszcze przez słońce w zenicie. 

Wąskie  dróżki  przecinały  pomarszczoną,  ciemną,  jakby  spaloną  ziemię.  Szosa  pięła 

się,  zmieniając  stopień  nachylenia,  w  kierunku  głębokiego  cienia  rzucanego  przez  góry. 

Dostrzegł na niej jakiś punkt, przedmiot, ciało rozciągnięte na białych, płaskich kamieniach 

skrzyżowania. 

Był  to  kot,  wydawało  się,  jakby  się  wygrzewał,  ale  Quiros  pierwszy  zauważył  jego 

roztrzaskany łepek. 

- Biedactwo - wyszeptała kobieta. 

Na  poboczu,  po  drugiej  stronie,  nabity  na  słup,  tkwił  kolejny  drogowskaz.  Quiros 

przystanął. 

-  Ollero  leży  w  górach,  należy  skręcić  tutaj.  Do  Amargo  trzeba  iść  prosto...  To 

najbliższe osady. Musimy wybrać. 

Ocenili  sytuację.  Kobieta  uniosła  maleńką  dłoń,  posmarowaną  ochronnym  kremem, 

wskazując nią mur po prawej stronie. 

- A gdybyśmy poszli tędy? 

- Po co? 

- Nie wiem. Może ona tak zrobiła... 

Biały,  jakby  ulepiony  z  gipsu  mur  ciągnął  się  tuż  przed  skrętem  w  stronę  gór. 

Wznosiły się nad nim cyprysy - jakby spadły z nieba i wbiły się w ziemię jak sztylety. 

-  Możemy  rzucić  okiem,  jeśli  pani  chce...  -  Quiros  wlókł  się  ulegle  szosą.  Kobieta 

podążała  za  nim,  nie  przestając  mówić;  jej  głos  docierał  do  Quirosa  z  tej  samej  strony,  co 

słońce. 

-  Ciekawe,  dziś  w  nocy  śniło  mi  się,  że  jestem  na  cmentarzu.  Wszystko  zalane  było 

bardzo intensywnym światłem. Nie było grobów, tylko szczere pole przypominające pustynię. 

Przemierzałam ją, ale nie szłam. Leciałam. 

Quiros, omiatający wzrokiem przydrożny rów, kopnął jakieś pudełko po papierosach. 

- Nic tu nie ma. 

Wiedział,  że  to  nieprawda.  Byli  tam  zmarli.  Przywykł  do  nich,  potrafił  wyczuć  ich 

obecność.  Rzecz  w  tym,  że  zmarli  nie  hałasują.  Nie  mają  też  żadnego  powodu,  żeby  się 

skarżyć,  ponieważ  żywi  zbudowali  im  piękne,  ciche  domy  o  ukwieconych  dachach.  Quiros 

sądził  nawet,  że  muszą  być  dumni  z  tego,  że  tam  leżą  i  na  wzór  pracowitych  mrówek 

background image

dźwigają  na  barkach  kamienne  płyty  ze  swoim  imieniem.  Zazdrościł  im  ich  sekretnych, 

milczących istnień. Taki był Quiros. 

- Nic tu nie ma - powtórzył. 

Nieves Aguilar nie słyszała go. Przyklękała przed aniołem przy jednym z grobów, w 

pewnej odległości od niego, anioł zaś przyklękał przed nią. Słońce nadawało połowie jej ciała 

właściwą barwę, druga pogrążona była w cieniu. 

Jedną  dłoń  uniosła  ku  szyi,  jakby  czegoś  dotykała,  być  może  łańcuszka,  na  którym 

wisiał srebrny krzyżyk. 

W tym momencie nie wydawała się Quirosowi tak bardzo chuda - otoczona grobami, 

nabrała ciała. 

- Nie żyje - powiedziała i wzdrygnęła się bezbronna, jakby jakieś piórko połaskotało 

ją pod pachą. - Proszę spojrzeć. 

Quiros zbliżył się do niej. U jego stóp widniało nazwisko Manuela Guerina. 

- Niech pan zwróci uwagę na datę. Zmarł rok temu. 

Soledad nie poznała go, czytała tylko jego utwory. Muszę zdobyć te książki. 

Jakaś staruszka stojąca przed niszami upuściła coś czarnego, może mszał, i rozpoczęła 

powolny proces pochylania pleców. 

Podczas gdy kobieta stała pogrążona w myślach, Quiros zaczął liczyć grobowe nisze. 

Okazało się, że jest ich dokładnie tyle, ile osób, które zabił w całym swoim życiu. 

Nagle jego uwagę przykuło wyryte u stóp anioła requiem. 

Przypomniało  mu  Humberta  Aldobranda,  przyjaciela  brodatego  Caselli.  To  był 

kolejny zbieg okoliczności, ale jeśli sądzić po tych, jakie mu się przytrafiały, odkąd znalazł 

się w tym miasteczku, można by założyć, że zbieg okoliczności, jak każda loteria, zależy od 

liczby kupionych losów, a on, z racji swojego wieku, kupił ich już wiele. 

Aldobrando  był  przystojnym,  ryżawym  mężczyzną,  rozwodnikiem,  który  miał  małą 

córeczkę i bardzo młodą kochankę imieniem Luli, noszącą szkockie spódniczki i tak krótkie 

bluzki, że z tyłu widać jej było dołeczki nad pośladkami. Mówiło się, że Aldobrando zmusił 

ją, żeby była jego kurwą, porywając jej matkę. Niezależnie od tego, czy było to prawdą czy 

nie,  nie  ulegało  wątpliwości,  że  dziewczyna  zagrała  w  wielu  filmach,  stanowiących 

najbardziej  dochodowy  interes  Aldobranda  i  Caselli.  Aldobrando  był  „snupim”.  Quirosowi 

termin ten kojarzył się z postacią z kreskówek, ale wiedział, co oznacza w slangu półświatka, 

wśród  facetów,  którzy  montowali  filmy  snuff,  gdzie,  ku  rozkoszy  kamery,  torturowano 

młodych  ludzi  płci  obojga.  Casella  ograniczał  się  do  roli  handlowca.  Aldobrando  kręcił 

background image

materiał,  jego  wspólnik  sprzedawał,  Luli  grała  drugoplanowe  role,  a  głównego  bohatera  za 

każdym razem grał ktoś inny. 

Na  Humbercie  Aldobrandzie  Quiros  wykonał  wyrok  w  jego  własnym  domu, 

przyciskiem do papieru, który miał nienaganne kształty anioła. Na podstawce figurki wyryty 

był napis „RIP”, a Quiros roztrzaskał skazanemu czaszkę stroną zawierającą „P”. Zadał mu 

tylko jeden cios, zwarty, zdecydowany, tuż nad karkiem, po którym ów zwalił się na biurko i 

przypieczętował  własną  śmiercią  pisany  przez  siebie  poemat.  Znajdował  się  w  pełnej  fazie 

uniesienia twórczego, dlatego nie słyszał kroków Quirosa w gabinecie. 

Quirosowi  mówiono,  że  w  głębi  serca  Aldobrando  pragnął  być  poetą,  nie  katem 

młodych dziewcząt. To było jego prawdziwe powołanie. Twierdził, że chce dokonać czegoś, 

czego nikt nigdy nie dokonał: spisać to, co kryło się w nim, w środku, wydobyć z głębi swego 

jestestwa  natchnienie  i  przelać  je  na  papier.  Quiros,  widząc  rozpryśnięte  resztki  jego  szarej 

masy,  pomyślał,  że  pomógł  mu  spełnić  marzenie.  Następnie  odłożył  na  biurko  przycisk  do 

papieru  i  wyszedł.  Luli,  zamknięta  w  piwnicy,  nie  zorientowała  się  nawet,  co  się  stało. 

Dziecko było na szczęście z nianią w parku. 

Oderwał  wzrok  od  anioła.  Każdy  zbieg  okoliczności  przypominał  mu  Martę.  Ale  o 

Marcie nie chciał myśleć, zwłaszcza na cmentarzu. 

Strażnik,  który  otworzył  im  wcześniej  cmentarną  furtę,  podlewał  grządki  tworzące 

trzy różnokolorowe stopnie i co chwila rzucał okiem to na staruszkę, to na Quirosa i kobietę, 

w  tej  kolejności  lub  odwrotnie,  uważając,  by  przypadkiem  nie  przydzielić  jednym  kwiatom 

więcej  wody  niż  pozostałym.  Był  zezowaty.  Quiros  nie  lubił  zezowatych.  Ale  skoro  widzi 

podwójnie, może być dobrym świadkiem, pomyślał. 

Podszedł do niego i pokazał mu jedno ze zdjęć. Strażnik nie rozumiał go, a może nie 

chciał zrozumieć. Ograniczył się do przełożenia węża ogrodowego z ręki do ręki. 

Następnie  otworzył  usta  i  wydobył  z  siebie  serię  gardłowych  dźwięków.  Robił 

wrażenie,  jakby  się  dusił,  jego  oddech  zionął  zatęchłym  smrodem,  brakowało  mu  kilku 

zębów.  Wskazał  na  grządkę  czerwonych  róż.  Teraz  z  kolei  nie  zrozumiał  go  Quiros,  ale 

wiedział już, że poza jedną sprawą nie ma tu nic do rozumienia. 

-  Jesteś  głuchoniemy.  -  Westchnął.  Ani  głuchoniemi,  ani  zezowaci  nie  budzili 

sympatii  Quirosa.  -  Może  przynajmniej  potrafisz  czytać  z  ust...  -  Strażnik  uśmiechnął  się  i 

przytaknął;  ogrodowy  wąż  jedynie  przytaknął.  -  Widziałeś  tę  dziewczynę?  Tutaj?  Spójrz 

chociaż na zdjęcie, człowieku! - Trudno było odgadnąć, na co patrzył głuchoniemy, ponieważ 

był zezowaty. Niemniej chociaż się uśmiechał i potakiwał, Quiros był niemal pewny, że nie 

rozpoznał dziewczyny. 

background image

Nagle, co zdarza się wszystkim ludziom, którzy nie potrafią mówić, strażnika ogarnęła 

niepohamowana  potrzeba  nawiązania  kontaktu.  Pięć  minut  później  Quiros  znał  całe  jego 

życie:  pracował  na  cmentarzu  w  dni  robocze  przed  południem,  mieszkał  w  chałupie  o 

cynkowym  dachu  przy  szosie  do  Amargo,  nazywali  go  Teo,  ale  nie  było  to  zdrobnienie  od 

Teofila, tylko od Teologalesa, co udowodnił, okazując dowód osobisty. Quiros podziękował 

mu i oddalił się. 

- Idziemy? - zapytał. 

Na  zewnątrz  osaczyły  ich  obsceniczne  rysunki.  A  także  języki  sadzy  i  zapach 

zdechłego  zwierzęcia,  jakby  zamiast  wyjść,  weszli  do  jednego  z  grobów.  Teologales 

pomachał na pożegnanie. 

-  Jest  głuchoniemy  -  powiedział  Quiros.  -  Tak  czy  inaczej,  nie  sądzę,  żeby  widział 

Soledad. 

- Co teraz robimy? - spytała kobieta. 

- Rozdroże. Skręcamy do Ollero czy idziemy dalej do Amargo? 

Jakiś  biały  samochód  zjeżdżał  szosą  z  gór.  Quiros  zauważył,  jak  z  jednego  z  okien 

wyfruwa  motyl,  a  może  biała  kartka  papieru:  zafurkotała,  błysnęła,  znikła.  Samochód  był 

stary, ale podrasowano mu silnik i warczał jak motocykl. Minął skrzyżowanie i skierował się 

w  stronę  miasteczka.  Kiedy  ich  mijał,  Quiros  dojrzał  błyszczące  od  olejku  udo  i  usłyszał 

zgrzytnięcie  spowodowane  niezdarnie  przerzucanymi  biegami.  Do  tylnego  zderzaka 

przywiązany  był  jakiś  przedmiot,  pluszowa  maskotka,  chyba  pies.  Fruwał,  podskakiwał, 

uderzał  o  asfalt.  Młodsza  rudowłosa  dziewczyna  odwróciła  głowę  i  spojrzała  przez  szybę, 

może żeby ich pozdrowić lub też, co bardziej prawdopodobne, sprawdzić, czy maskotka nadal 

wisi, uczepiona za jedną z poszarpanych i brudnych kończyn. Brodacz prowadził, samochód 

jechał zygzakiem. Przez chwilę Quiros pomyślał, że się zatrzymają, ale po kolejnym zgrzycie 

ujrzał, jak znikają za następnym zboczem. 

- Zabawni ludzie - skonstatowała Nieves Aguilar. 

Quiros  już  miał  powiedzieć,  że  mieszkają  w  pensjonacie,  ale  się  powstrzymał.  Za  to 

przyszło mu do głowy, że decyzja co do wyboru drogi właśnie zapadła: skręcą w stronę gór. 

Słońce  nagrzewało  powietrze  jak  reflektory  w  studiu  filmowym.  I  to  ono  właśnie 

pomogło mu znaleźć to, czegoszukał. 

Była to niewielka karteczka, zdjęcie z polaroidu. Upadło odwrotnie, czarną stroną do 

góry. Musiało być właśnie tym, co wyrzucili przez okno; nie było jeszcze nawet pobrudzone. 

Quiros odwrócił je. 

- Pff - powiedział. 

background image

- Co pan miał nadzieję znaleźć? 

Wymalowaną  rudowłosą  dziewczynę  z  otwartymi  ustami,  pomyślał  zły.  Albo 

brodatego transwestytę. Ale powtórzył jedynie „pff. Rzucił zdjęcie w krzaki i ruszył dalej, w 

stronę  gór.  Pochowane  świerszcze  protestowały  przeciwko  spiekocie.  Quiros,  wachlując  się 

kapeluszem, słuchał kobiety. 

-  Wie  pan  co?  To  zdjęcie  przypomniało  mi  kolejne  opowiadanie  Soledad.  Nosi  ono 

tytuł  Jennifer  Budoski.  Opowiada  o  młodym  człowieku,  który,  wracając  z  pola  do  domu, 

znajduje na drodze kawałek papieru. Zaintrygowany, odwraca go. Okazuje się, że to zdjęcie. 

Zaniepokojony przedłużającym się powrotem syna, ojciec wyrusza na poszukiwania. Wkrótce 

potem  znajduje  chłopaka  nieprzytomnego.  Wzywają  lekarza,  który  go  bada  i  dochodzi  do 

wniosku,  że  zemdlał  z  przegrzania.  Ale  młodsza  siostra  widziała,  jak  ukradkiem  oglądał 

zdjęcie  trzymane  w  kieszeni.  Chłopak  nie  chce  go  pokazać,  twierdzi,  że  to  hollywoodzka 

gwiazda.  Na  pytanie  -  jaka,  odpowiada  „Jennifer  Budoski”.  Mieszkańcy  miasteczka 

przyznają,  że  może istnieć  aktorka  o  takim  nazwisku,  chociaż  nikt  o  niej  nigdy  nie  słyszał. 

Fragment, w którym chłopak wyznaje miłość, jest prześliczny. Nauczyłam się go na pamięć. 

„Nawet  gdyby  miał  nastąpić  koniec  świata  -  mówi  -  nie  przestanę  należeć  do  Jennifer 

Budoski. Cały jestem jej, ciałem i duszą. Na zawsze, na wieki. Porzucam swój świat, rodzinę, 

którą  kocham,  narzeczoną,  którą  darzę  miłością,  porzucam  swoją  wolność,  oddaję  się  jej 

bezgranicznie”. A jaka była Jennifer Budoski? Nigdy tego nie powiedział i nigdy nie pokazał 

zdjęcia. 

Szosa,  pusta  i  błyszcząca,  sprawiała  wrażenie  prywatnej  drogi.  Wciskała  się  w  górę 

jak  sznurek  opasujący  wypięty,  opalony  tyłeczek,  odznaczając  się  w  niektórych  miejscach 

jaśniejszym  paskiem,  który  wyglądał  jak  ślad  pozostawiony  przez  bieliznę.  Quirosowi 

przypominała  ciało  mężczyzny,  którego  kiedyś  torturował.  Nadal,  acz  niechętnie,  słuchał 

kobiety. 

-  Pewnego  wieczoru  usłyszano  szczekanie  psa.  Chłopak  oznajmił,  że  to  Jennifer 

Budoski wzywa go do siebie. Mówił jeszcze bardziej zaskakujące rzeczy: że Jennifer Budoski 

mieszka  na  polu  pełnym  figur,  zalanym  oślepiającym  światłem,  że  jej  oczy  przypominają 

białe perły, jakby były z kwarcu, że są tam psy i... Tego fragmentu opowiadania nie pamiętam 

zbyt  dobrze.  Soledad  pisała  czasem  w  bardzo  dziwny  sposób.  Psy,  o  ile  pamiętam,  nosiły 

klejnoty  na  szyjach,  sztuczne  szczęki  i  chodziły  na  dwóch  łapach,  chociaż  nie  wiem 

dlaczego...  Nie  pamiętam  tej  części.  Następnego  dnia  rodzina  odkryła,  że  chłopak  znikł. 

Pomyśleli, że pojechał do Hollywood spotkać się z Jennifer Budoski. 

background image

Musiał  też  zabrać  zdjęcie,  ponieważ  go  nie  znaleźli.  Zostawił  jednak  wiadomość: 

„Wyjeżdżam, żeby was uratować”. 

Na tym opowiadanie się kończy. 

Szli przez chwilę pod okiem słońca. 

- Co pan na to? - spytała kobieta. 

Quiros właśnie miał coś powiedzieć, kiedy kobieta krzyknęła. 

Potem, nie tego dnia, tylko kilka dni później, Quiros zastanawiał się, czy ten krzyk w 

jakiś  sposób  nie  był  początkiem  końca,  jakąś  zmianą,  pewnego  rodzaju  ostrzeżeniem, 

ponieważ aż do tej chwili sprawy toczyły się prosto i leniwie, jak szosa, po której  podążał. 

Zastanawiał się, czy krzyk był granicą pomiędzy tym, co się wydarzyło do owej chwili, a tym, 

co się zdarzy potem. Ale wszystkie te myśli pojawiły się znacznie później, kiedy prawdziwa 

historia zaczęła zmieniać się w siebie samą. 

Wówczas ograniczył się tylko do machnięcia ręką w powietrzu. 

- Odleciał? Poleciał sobie? - Kobieta podniosła głowę. 

Drżała. 

- To tylko trzmiel, proszę pani... 

- Przepraszam. - Nieves Aguilar uśmiechała się przez łzy. - Zawsze się ich bałam, nie 

wiem nawet dlaczego... Mąż śmieje się ze mnie... 

- Zle robi - skonstatował Quiros. - Już pani lepiej? 

- Tak, dziękuję. Odleciał, prawda? Co się stało? O co chodzi? 

Quiros pochylił się przy krzakach porastających przydrożny rów. Kiedy się podniósł, 

trzymał w ręku rozłożoną chustkę. 

Na chustce wisiorek w postaci gwiazdy, w szmaragdowym kolorze. 

 

Chciałabym  umrzeć,  pomyślała  wesoło  Tina,  idąc  w  kierunku  Niebytu.  Igiełki 

południowego słońca zszywały jej powieki złotymi drucikami, muzyka dziurawiła bębenki. 

Był  to  jeden  z  tych  szczęśliwych  dni,  kiedy  nie  zdarzyło  się  nic  naprawdę  złego. 

Obudziła się z bólem głowy, ponieważ przez całą noc śniło jej się, że tkwi zamknięta w szafie 

na  ubrania;  pamiętała  nawet  zapach  wiszącej  nad  nią  wilgotnej  kurtki  z  goreteksu.  W 

drzwiach  była  biała  szczelina,  przez  którą  mogła  się  wydostać,  ale  kiedy  wyciągała  w  jej 

kierunku rękę, szczelina znikała. Był to jeden z tych snów bez znaczenia; zdążyła się już do 

nich przyzwyczaić. Rzeczywistość okazała się lepsza: dziś rano przypadał jej dyżur sprzątania 

na  pierwszym  piętrze,  ale  Fernanda,  koleżanka  z  pokoju,  zaproponowała,  że  ją  zastąpi,  pod 

background image

warunkiem,  że  ona  zrobi  to  następnego  dnia,  w  sobotę,  w  dzień  festynu.  Umowa  stoi, 

powiedziała. W ten sposób będzie mogła wybrać się do Niebytu, gdzie będą już pozostali. 

Minęła molo i odnalazła drogę wśród skał. Był piękny, promienny dzień. W takie dni 

Tina  chciała  umrzeć.  Czuła  to  już  w  dzieciństwie;  to  była  przyjemność  tak  odwieczna,  jak 

wzajemna kąśliwość ojca i macochy, jedzenie czekolady czy powstrzymywanie się od pójścia 

do  ubikacji.  Tyle  J  że  trudniejsza  do  wyjaśnienia.  To  nie  pragnienie  bycia  martwą,  tylko 

umierania: rozpłynięcia się w nordyckiej, białej grzywie morza. Kto by cię tam zrozumiał... 

mówiła  zwykle  ciotka.  Nic  dziwnego,  że  jej  nie  rozumieli.  Ona  sama  czasem  się  nie 

rozumiała. 

Dostrzegła zarysy skał Niebytu i stanęła pewnie na nogach, gotowa do wspinaczki. W 

górze krzyczały mewy. 

Jeśli  nie  mewy  -  Tina  nie  miała  pieprzonego  pojęcia,  co  by  to  mogły  być  za  ptaki. 

Słońce sprawiało, że jej cień podążał nieustannie przed nią. Dlaczego nazywano Niebytem tę 

grupę skał? Nie wiedziała. Była to jedna z tych nazw, do których człowiek się przyzwyczaja, 

tak jak mówi „morze” czy „schronisko”. Może dlatego, że nikt tam nie chodził, poza Borją i 

jego paczką. Żaden kąpielowicz, gość ani przedstawiciel władz. 

Słuchawki zamilkły pod koniec jednego z utworów. 

W powstałym kraterze ciszy usłyszała: 

-  Jeśli  drgnie  ci  choć  jeden  włos,  obetnę  ci  jaja.  Słyszysz?  Nie  oddychaj.  Nie  trzęś 

się... Poruszyłeś się! Ruszasz się, palancie! 

Nieco bardziej śliska skała zmusiła ją do oparcia rąk. 

Dotarła  na  szczyt,  rozstawiając  nogi  jak  cyrkiel,  na  ile  pozwalała  jej  młodość  (na 

dużo) i zręczność (na mniej). Wiał wiatr i było dość zimno. Dobrze przynajmniej, że włożyła 

na  kostium  koszulkę  i  dżinsy.  Mogła  ich  już  dojrzeć,  byli  tam  wszyscy.  Paz,  śmiejąca  się 

najwięcej,  była  jedyną  osobą,  która  stała.  Obok  niej  Chester.  To  oni  pierwsi  zdali  sobie 

sprawę  z  jej  obecności.  Znieruchomiała  z  szeroko  otwartymi  oczyma,  z  piercingami, 

naszyjnikami, kółeczkami i  włosami gorejącymi w słońcu, jakby to ją zaskoczono, jakby to 

oni wtargnęli bez pukania w chwili, kiedy ona właśnie namydla sobie pod prysznicem piersi. 

- To Tina - powiedział Goyo. 

Jej imię było kluczem umożliwiającym wejście do Niebytu. Reszta odchyliła  głowy, 

jak  skrzydła  bramy.  Borja  nie  odwrócił  się.  Zrobił  to  chwilę  potem,  przelotnie,  i  nawet  nie 

spojrzał jej w oczy, chociaż wiedziała, że jej oczy były tego warte, a przynajmniej godne tego, 

żeby w nie spojrzał. Mimo wszystko panował między nimi pokój: on nie patrzył na nią, ona 

się do niego nie odzywała. Ona była tam dla niego, on był dla Paz. 

background image

- Cześć, Tina - powiedział Borja...:, iv * 

- Cześć. 

Miała  wrażenie,  że  mogła  powiedzieć  cokolwiek,  coś  absurdalnego,  jak  na  przykład 

„zszyte powieki” i nikt, a już na pewno nie Borja, nie spytałby, co ma na myśli. Jej obecność 

nie przeszkadzała im, ale ich też nie obchodziła. 

Chwilę później znowu byli pochłonięci swoimi sprawami. 

Losują, skonstatowała. Zobaczyła, jak Nuńo potrząsa małym woreczkiem z kulkami z 

liczydła i wsuwa dłoń aż po skórzaną opaskę na nadgarstku. Tina zagapiła się na tę opaskę. 

-  Poruszyłeś  się,  draniu  -  powtórzył  Chester.  Stał  w  niewielkim  oddaleniu  od  grupy, 

mocno pochylony, jakby wpatrywał się we własny pępek. - Kurna, gdzie ten krab ma jaja?! 

-  Ależ  z  ciebie  kutafon,  Chester  -  stwierdziła  okularnica  Elisa,  zwana  Belferką.  - 

Zostaw w spokoju tego pieprzonego kraba! 

- Mnie to kręci. - Paz podniosła długą jak u flaminga nogę i oparła stopę na Belferce. 

Paz Huertas, córka rybaka, pomyślała Tina, jedyna miejscowa. Paz Zachłanne Usta. Zdaniem 

Tiny nie była aż tak boska, jak wszyscy twierdzili: to prawda, że jej wysoka, kształtna postać 

miała  w  sobie  jakiś  magnetyzm,  przyciągający  nawet  dziewczyny,  ale  jej  twarz  była  zbyt 

pospolita.  Czy  nikt  nie  zdawał  sobie  z  tego  sprawy?  Cechy  boskości  nadawał  jej  fakt,  że 

należała  do  Borji.  Ci,  którzy  są  bliscy  doskonałości,  udoskonalą  się  całkowicie.  Miejcie,  a 

będzie wam dane. 

Nuńo  wyciągnął  czerwoną  kulkę.  Teraz,  umieściwszy  skręta  w  kąciku  ust,  po 

woreczek  sięgnął  Borja.  Chester  cisnął  w  powietrze  coś,  co  przypominało  monetę:  dużą, 

płaską,  czerwonawą.  Wylądowała  na  Belferce,  która  zapiszczała  i  rzuciła  się  do  ucieczki, 

okładając się po plecach, jakby rzucono w nią skorpionem. Był to jednak tylko krab. 

Borja  wyciągnął  czarną.  Tina  czuła  nieomal,  jak  wszyscy  mu  zazdroszczą.  Co 

zamierzają  tym  razem?  -  zastanawiała  się  z  pewnym  niepokojem.  W  ubiegłych  latach 

ograniczyli się do graffiti i „upominków”, wiedziała, że nigdy nie posunęli się dalej. Ale w te 

wakacje,  zwłaszcza  od  kiedy  przyłączyli  się  do  nich  nowi  przyjaciele  z  Sieg  Heil,  sprawy 

przyjęły inny obrót. Rozsyłali anonimy po całym miasteczku. Coś się święciło. 

-  Pamiętacie  tę  gorącą  Szwedkę  z  ubiegłego  roku?  -  spytał  Chester,  przejmując 

woreczek i skręta. 

- Tę, którą chciałeś przelecieć, draniu? - Goyo klepnął go po udzie. Tina pamiętała ją 

dobrze: na imię miała Anja, ale nazywali ją „Bania”. Była niezła, ale niska i dość masywna. 

Typowa sportsmenka czy dziewczyna nawykła do noszenia plecaka. 

background image

-  Twierdziła,  że  stosując  jedną  z  formuł  swojego  ojca,  nauczyciela  matmy,  potrafi 

przewidzieć, jaką kulę wylosuje. 

- Teraz wylosujesz czerwoną - powiedział Goyo z zamkniętymi oczyma. 

- Bo wierzysz w banialuki - dodała Paz. 

Najdziwniejsze  jest  to,  pomyślała  Tina,  że  pewnego  dnia  Bania  odeszła  bez 

uprzedzenia, równie nagle jak Soledad. 

Nieves Aguilar weszła do środka i od razu poczuła się lepiej. Nie dlatego, że budynek 

jej  się  podobał:  była  to  nowoczesna  konstrukcja  o  surowych  ścianach,  pozbawiona  uroku 

pomimo  niszy  w  turkusowym  kolorze,  w  której  kryła  się  figurka  Matki  Bożej  i  duży 

drewniany  krzyż  nad  ołtarzem.  Mimo  wszystko  wnętrze  zrobiło  na  niej  przytulne  wrażenie. 

Poczuła się tak, jakby znalazła się w kościele, do którego chodziła w dzieciństwie. Kościoły 

przechowują  bowiem  wspomnienia  w  zamkniętych  pudełkach:  te  same  palące  się  świece, 

identyczne kolory, ponadczasowe figury. 

Wybrała  ławkę  w  głębi  i  nakreśliła  znak  krzyża,  pozwalając  kolanom  opaść  na 

drewno. Jakiś  cień, w tajemniczej symetrii, podniósł się, zostawiając wolne miejsce z boku 

konfesjonału. Nikt go nie zajął. Zastanowiła się chwilę, po czym skierowała w jego stronę. 

Zanim  nawiązała  kontakt  z  uchem  w  ciemnościach,  wygładziła  kołnierzyk  bluzki, 

brzegi  spodni  w  kolorze  khaki  i  podciągnęła  skarpetki.  Następnie  upewniła  się,  czy  włosy 

nadal związane są gumką. Spociła się w czasie drogi, musiała doprowadzić się do porządku. 

Na domiar złego była bardzo zdenerwowana. Quiros zostawił ją, żeby udać się z wisiorkiem 

na  posterunek  żandarmerii.  Nie  czuła  się  na  siłach,  żeby  wrócić  do  pensjonatu,  więc 

postanowiła się przejść i trafiła na ten kościółek. Potrzebowała zwierzyć się komuś ze swoich 

obaw. 

Ugięła kolana, zbliżyła wargi do kraty. 

Nauczyła  się  porządkować  grzechy,  oddzielać  ziarno  od  plew,  ustalać  priorytety. 

Zmuszała się do wyznania tego, co uważała za niemożliwe do wyznania, ponieważ właśnie 

to, czego nie jest się w stanie wyznać, powinno się wyznawać najpierw. I należy to robić bez 

znieczulenia, wyrzucając z siebie dosłownie wszystko. Nieważne, kto jest za kratą, jaki głos 

jej wysłucha. Każdy, kto jej nie zlekceważy, będzie mógł ją rozgrzeszyć. 

Poprawiła się, na granicy ciemności, i otworzyła usta. 

- Ojcze... 

Pokajała  się  za  złe  myśli  o  swoim  mężu.  To  wyznała  najpierw.  Natychmiast  jednak 

powzięła podejrzenie, że robi to, bo chce, żeby przynajmniej ktoś wiedział, że mąż ją zdradza. 

- Sądzę, że jest w tym trochę zawiści - oświadczyła. 

background image

-  Zazdroszczę  mu,  że  odniósł  sukces.  Pracuje  na  stanowisku  redaktora  w  ważnej 

gazecie. A ja jestem nauczycielką. Osobą zawistną, zazdrosną i przeciętną. I nie jestem nawet 

dobrym pedagogiem. W zeszłym roku jedna z moich nastoletnich uczennic poprosiła mnie o 

pomoc. 

Mam  same  uczennice;  jedna  z  nich  myślała,  że  znalazła  we  mnie  przyjaciółkę... 

Poprosiła,  żebym  się  z  nią  spotkała  tutaj,  w  miasteczku.  Zgodziłam  się,  ale  nie  chcę  się 

chwalić, że podjęłam taką właśnie decyzję... 

Cienie za kratką poruszały się. Miała wrażenie, jakby została zamknięta w szafie na 

ubrania: nieznaczne ruchy wiszących, pociemniałych ubrań. 

-  W  rzeczywistości  nie  przyjechałam,  żeby  jej  pomóc.  Przyjechałam,  żeby  się  nie 

nudzić,  ponieważ  mój  mąż  został  w  Madrycie  i  nie  miałam  nic  do  roboty.  Przyjechałam  z 

egoistycznych pobudek, choć ona potrzebowała pomocy. Teraz zaginęła. Nikt nie wie, gdzie 

jest,  choć  istnieją  pewne  poszlaki...  Znaleziono  przedmioty,  które...  każą  przypuszczać,  że 

przytrafiło  jej  się  coś  złego...  Uważam,  że  ją  zawiodłam.  Proszę  o  rozgrzeszenie,  ponieważ 

uważam, że ją zawiodłam... 

Oczka tworzące kratkę przypominały przetak. Nie wszystkie były tego samego koloru: 

jedne były czarne, inne zaskakująco czerwone. 

Zakrystia  okazała  się  przestronna.  Mebli  było  niewiele,  miejsca  zaś  wystarczająco 

dużo, żeby można było w niej uklęknąć, poruszać się na czworakach czy też leżeć z szeroko 

rozłożonymi rękami i rozstawionymi nogami. Uwagę, poza portretem papieża, obrazem Matki 

Boskiej w ramie wysadzanej okrągłymi kamyczkami oraz krzyżem, przyciągała biblioteczka z 

książkami z dziedziny botaniki. Należały do tej samej serii, ale każda opisywała inny świat: 

świat  gwiazdnic  pospolitych,  goździków,  firletek,  nenufarów,  kaczeńców,  jaskrów,  maków, 

skalnic,  róż,  stokrotek,  malw,  prymulek,  niezapominajek,  krwawników,  orchidei,  babek 

lancetowatych, dzwonków, psianki, hiacyntów, geranium, wiązówki błotnej... Po szybie drzwi 

wychodzących na patio  ślizgało  się słońce. Wewnątrz nie było  gorąco, ale z wdzięcznością 

przyjmowało  się  obecność  wentylatora,  który  przydzielał  powietrze  obsesyjnym  ruchem 

głowy obserwatora meczu tenisowego. Kiedy przypadała kolej ojca Sebastiana Toro, falowały 

włosy na jego lewej skroni. Kiedy skupiał się na niej, wraz z orzeźwiającą bryzą docierał do 

niej zapach naftaliny. 

-  Powiem,  ponieważ  w  tym  przypadku  nie  obowiązuje  mnie  tajemnica  spowiedzi  i 

ponieważ  sądzę,  że  mogę  pomóc.  -  Lewa  dłoń  ojca  Sebastiana  Toro  gładziła  krzywiznę 

poręczy bujanego fotela. Palce były krótkie, owłosione. - Przyszła w południe, tak jak pani, ze 

dwa  tygodnie  temu.  Pamiętam  ją  bardzo  dobrze,  niezwykle  bystra  panienka.  Spytałem,  czy 

background image

chce się wyspowiadać, a ona odparła: „Nie, tylko z ojcem porozmawiać”. - Uniósł brwi, jakby 

prosił, żeby podzieliła jego zaskoczenie, ale również - jak rozumiała Nieves Aguilar - był to 

swego rodzaju znak. Niech ci tylko nie przyjdzie do głowy, mówił jej przez to, że pierwszy ją 

zagadnąłem.  Tym  gestem  ojciec  Sebastian  Toro  próbował  się  zabezpieczyć.  Podobnie  jak 

kilka minut wcześniej w konfesjonale, kiedy powiedział: „Proszę nie brać mi tego za złe, ale 

chyba poznałem tę dziewczynę”. - Chciała zadać mi kilka pytań na temat Manuela Guerina. 

Jego utwory bardzo jej się podobały. 

Trafiła  na  nie  w  schronisku  Duńczyka.  Przeczytała,  że  byłem  bliskim  przyjacielem 

pisarza, dlatego przyszła się ze mną zobaczyć. Była nieprawdopodobnie bystra, pamiętam ją. 

A  jaką  minę  zrobiła,  kiedy  powiedziałem:  „Przykro  mi,  pomyliłaś  się,  dziecko.  Nie  jestem 

tym księdzem, którego szukasz. Chodzi ci o don Francisca, niech spoczywa w pokoju. Zmarł 

dwa  lata  temu”.  Mimo  wszystko,  ponieważ  znałem  trochę  Manola  Guerina,  przystałem  na 

rozmowę. 

- O co pytała, ojcze? 

-  O  nic.  Poprosiła,  żebym  jej  opowiedział  o  Manolu.  To  ja  zadawałem  pytania. 

Powiedziała,  że  mieszka  w  Madrycie,  że  spędza  tu  wakacje  razem  z  koleżankami,  że 

najbardziej lubi czytać i bardzo ucieszyło ją odkrycie pisarza, o którym w szkole nie słyszała 

od  nikogo,  nawet  od  pani.  To  właśnie  wtedy  o  pani  wspomniała.  Dlatego,  słuchając  przed 

chwilą  pani  spowiedzi,  zrozumiałem,  że  może  być  pani  tą  nauczycielką,  o  której  mówiła. 

Twierdziła, że jest pani jej przyjaciółką. Musiałem ją długo wypytywać, zanim mi wszystko 

wyznała.  Robiła  wrażenie  nieśmiałej.  A  jednocześnie  bardzo  pewnej  siebie.  Pamiętam, 

pomyślałem, sam nie wiem dlaczego, że jej rodzice muszą być bogaci. 

- Opowiedział jej ojciec o Manuelu Guerinie? 

- Tak. 

- Co mianowicie? 

Ojciec Sebastian Toro popadł nagle w zadumę, jakby dostrzegł w pokoju coś niezbyt 

miłego, co znalazło się w zasięgu jego wzroku i czemu zaczął się uważnie przyglądać. 

-  Niewiele,  córko.  Powiedziałem  jej,  że  poznaliśmy  się  w  ostatnim  roku  jego  życia. 

Bardzo się już wtedy postarzał. Miał niewiele ponad sześćdziesiątkę, ale wyglądał na więcej. 

Nigdy nie był głęboko wierzący, ale przyjaźnił się z don Franciskiem; w pewnym sensie stał 

się  i  moim  przyjacielem.  Lubił  księży,  jak  „wszyscy  porządni  ateiści”,  mawiał. 

Zafascynowanie  literaturą  było  u  niego  rodzinne:  jego  cioteczny  dziadek,  Aleksander,  był 

poetą i, przyznajmy to, podobnie jak on amatorem alkoholu... 

background image

Ani  jego  wuj,  ani  on  sam  nigdy  nie  zostali  sławnymi  pisarzami,  ale  w  Roquedal 

bardzo się ich ceni. Guerin kochał swoje miasteczko. Nie jest tu za gorąco? Niczego pani nie 

brakuje? 

- Nie, ojcze. Dziękuję. 

- Powtarzam, jeśli ma pani ochotę na kawę, jakieś ciasteczka albo... 

- Nie, naprawdę. Zaraz idę na obiad. 

Ksiądz odwrócił wzrok w kierunku jasnej plamy na szybie drzwi. Był grubym, łysym 

mężczyzną o ciemnej karnacji. Brzuch uwypuklał mu sutannę. 

-  Manolo  Guerin  był  pustelnikiem.  Mieszkał  w  domu,  który  zbudował  własnymi 

rękoma,  wykorzystując  stary  magazyn  rybaków,  daleko  za  arabską  wieżą.  Teraz  chcą  go 

zburzyć.  Zawsze  był  niezłomny.  Zarabiał  na  życie  w  różnoraki  sposób,  między  innymi 

pracował  w  pensjonacie,  należącym  kiedyś  do  dońi  Paki,  a  teraz  do  pani  Ripio.  Miał 

niedorozwiniętą siostrę, którą kochał do szaleństwa. Znany był z romansów, ale o żadnym nie 

mówiło się tyle, ile o jego związku z Carmelą Cruz, siostrą Paki. Mówi się, że nie mogli bez 

siebie  żyć,  co  potwierdził  Guerin,  ponieważ  kiedy  Carmela  umarła  na  raka,  stoczył  się 

całkowicie. Już wcześniej nie stronił od kieliszka, ale od tamtej pory pił na umór, do świtu, aż 

padał  nieprzytomny  na  plaży.  Pod  koniec  życia  pracował  jako  przewodnik  turystyczny  dla 

urzędu miejskiego i publikował zbiorki opowiadań i legendy związane z miasteczkiem. Lubił 

autentyzm.  Jego  obsesją  była  prawdziwa  natura  rzeczy.  Uważał,  że  jego  miasteczko,  że 

wszystkie  miasteczka,  są  zafałszowane.  „Spójrzcie,  co  zrobili  z  Roquedal”,  mawiał. 

Rozpaczał,  że  najgłębsze  tradycje,  najbardziej  pierwotne  rytuały  zostały  sprowadzone  do 

hipokryzji,  sztuczności...  Nie  trzeba  szukać  zbyt  daleko:  jutro  mają  miejsce  obchody  Dnia 

Solidarności... Absurdalne święto. Kolejny wymysł urzędu, żeby chłopcy jak ci ze schroniska 

od  Duńczyka  mogli  sobie  pofolgować,  upić  się  i  wymiotować  na  plaży.  Dziś  wszystko  jest 

takie  samo.  Kampanie  uświadamiające  poparcie  dla  imigrantów,  obrona  przed...  Dobra  i 

szlachetna  w  tym  wszystkim  jest  jedynie  nazwa.  Wystarczy  się  przyjrzeć  okolicznym 

gminom: bydlaki od narkotyków sprzedają truciznę w dyskotekach, spekulanci, gorsi niż psy, 

usiłują przejąć tereny, młode byczki, z jednej i drugiej bandy, prą do konfrontacji... Takie są 

nasze  miasteczka...  -  Przerwał  mu  niespodziewany  jęk  dochodzący  z  rur,  kurków  czy  też 

prysznica. - O czym to ja mówiłem? 

- O Manuelu Guerinie. O swojej rozmowie z Soledad. 

- Jesteśmy martwymi rozmawiającymi o innych martwych. 

Po  tym  zdaniu  ksiądz  Sebastian  Toro  pogrążył  się  w  długim  milczeniu.  Nagle  szafa 

otworzyła się samoistnie, z ekshumacyjnym trzaskiem. Nic takiego, stare meble mają czasem 

background image

ochotę postraszyć. Jednak Nieves Aguilar, której nerwy napięte były do ostateczności, ledwo 

się powstrzymała, żeby nie podskoczyć. 

- Jest jeden rodzaj zła  - powiedział łagodnie ojciec Toro, głosem  tak słodkim, że nie 

była pewna, czy go dobrze zrozumiała. - Jest ich wiele, ale ten jeden jest gorszy, niż jesteśmy 

zdolni sobie wyobrazić. To zło zagnieździło się u nas, w miasteczku, pośród zawiłości spraw, 

pozornie niewielkie, prawie niewidoczne... 

- Co to takiego, ojcze? - spytała, niemal bez tchu. 

- Bóg jeden wie. A może diabeł. Nie wiem. Wiem tylko, że za każdym razem, kiedy je 

zauważam, kiedy je wyczuwam, dostaję gęsiej skórki, jakbym miał gorączkę... 

-  W  szafie  widać  było  szaty  liturgiczne.  Wentylator  tchnął  w  nie  życie.  Zwisając  z 

wieszaków  poruszały  się,  falowały.  Nagle  coś  opadło  z  sił,  zakończyło  się.  Nieves  Aguilar 

wpatrywała  się  w  nieruchomy  wentylator.  -  Światło  -  powiedział  ojciec  Toro.  -  Znowu 

wysiadło.  Ten  jutrzejszy  festyn  pożera  wszystko.  Naprawdę  jesteś  z  Madrytu,  córko?  Masz 

taką jasną karnację... Nordycką urodę. Tutaj przyjeżdża wielu Skandynawów... 

-  Pochodzę  z  Madrytu.  -  Brak  monotonnego  pocieszenia  ze  strony  wentylatora 

wprawił Nieves Aguilar w stan bliski desperacji. - Czy ojciec powiedział Soledad coś jeszcze, 

co... 

- Pożyczyłem jej książki. 

- Jakie książki? 

- Podejrzewam, że te z dorobku Manola, których jej brakowało. Przejrzała kartonowe 

pudło,  w  którym  Francisco  przechowywał  wszystkie  książki,  jakie  zostawił  mu  Guerin. 

Zrobiło  mi  się  żal  małej,  więc  pozwoliłem  jej  zabrać,  które  zechce,  pod  warunkiem,  że  je 

odda...  Nie  wiem,  dlaczego  pomyślałem,  że  jest  bogata.  Dlatego  chciałem  jej  coś  pożyczyć. 

Wszyscy bogacze są, moim zdaniem, biedakami. 

- Mogłabym rzucić okiem na to pudło, ojcze? 

- Jest puste. Zabrała prawie wszystkie. Te, które zostały, postawiłem na półkach. Nie 

lubię  literatury,  czytam  tylko  to,  co  dotyczy  przyrody,  zwłaszcza  kwiatów...  Przyroda 

interesuje  mnie  bardziej  niż  cokolwiek.  Człowiek,  jak  plastik,  jest  nowoczesnym 

wynalazkiem... Chwileczkę... 

-  Ojciec  Sebastian  Toro  podniósł  się,  wyszedł  z  pokoju,  po  czym  wrócił  z  jakąś 

książką, którą jej wręczył. - Znalazłem jedną. To wiersze. Jeśli chce ją pani wziąć, pozwoli 

pani, że zanotuję. Zawsze zapisuję daty, kiedy coś pożyczam. 

Nieves  Aguilar  podziękowała,  a  kiedy  wkładała  książkę  do  torebki,  przyszło  jej  do 

głowy, żeby zadać pytanie, które uważała za oczywiste. 

background image

-  Jak  najbardziej,  tę  także  zapisałem.  -  Ojciec  Toro  wyszedł  ponownie,  wrócił, 

przerzucając  kartki  zeszytu,  i  przeczytał  na  głos  datę.  Soledad  odwiedziła  go  na  cztery  dni 

przed telefonem do niej. 

- Jeśli pamięta ksiądz - wyszeptała z drżeniem - tytuły pożyczonych jej książek... 

-  To  były  chyba  opowiadania...  Jakaś  publikacja  finansowana  przez  urząd  miejski,  a 

może  taka  prywatna,  którą  każdy  może  zlecić...  Guerin  nie  wydał  zbyt  wiele.  Niemniej 

przejrzę to spokojnie. W poniedziałek, o ile mi się uda, zadzwonię do członka rady miejskiej, 

żeby  zdobyli  dla  pani  egzemplarze...  Mówi  pani,  że  jakiś  detektyw  bada  sprawę  jej 

zaginięcia? 

Nagle Nieves Aguilar wybuchła nieutulonym płaczem. 

Miała  wrażenie,  że  płakała  tak  długo,  z  głową  pochyloną  do  przodu  i  dłońmi 

zaciśniętymi na torebce. I nikt jej nie pocieszał. 

Sen pojawił się wysoko na wzgórzu, odległy, świetlisty. 

 

Quiros wspinał się w pośpiechu, podczas gdy pies przyglądał mu się z politowaniem 

niebieskimi  oczyma.  Był  to  dziwny  wzrok,  który  bez  wątpienia  mówił:  Nigdy  mnie  nie 

złapiesz.  Albo  jeszcze  dziwniejszy:  Lepiej  by  było  dla  ciebie,  gdybyś  mnie  nie  złapał. 

Obudził się, ściskając powłoczkę. Była sobota. Zegarek stanął,  ale sądząc po intensywności 

światła, nie było jeszcze ósmej. Okno nadal było zaklinowane. Umocował klamkę, szarpał się 

z  nią  przez  chwilę,  po  czym  zostawił  w  spokoju.  Był  przygnębiony,  pewnie  miał  niskie 

ciśnienie. 

Na tarasie chłopak, ziewając, ustawił trzy czy cztery stoły.  Quiros zjadł śniadanie w 

samotności,  napełniając  płuca  morskim  powietrzem.  Następnie  wyjął  telefon  i  wystukał 

numer. Poinformowano go, kiedy ma dzwonić, żeby otrzymać odpowiedź. 

-  Po  śmierci  matki  przez  jakiś  czas  dręczyły  ją  koszmary  -  powiedział  don  Julian.  - 

Budziły mnie jej krzyki, a kiedy wchodziłem do sypialni, leżała odwrócona twarzą do ściany, 

jakby ściana mogła ją chronić lepiej niż ja. Przytulałem ją, a jej serce uderzało o moją pierś: 

bum, bum, bum... Odnosiłem wrażenie, jakbym miał dwa serca. Zwierzała mi się wówczas, że 

wszystko budzi w niej strach: lampa w kształcie łabędzia, ubranie złożone na krześle, lalka... 

Wyobrażała sobie, że skrzypienie mebli jest wynikiem funkcjonowania jakiegoś mechanizmu 

bloczkowego.  Przytulałem  ją,  dopóki  nie  zasnęła,  a  przynajmniej  się  nie  uspokoiła.  Teraz 

wspominam  te  chwile.  Mój  syn,  fizyk,  mówi,  że  światło  niektórych  gwiazd  dociera  do  nas, 

kiedy one już nie istnieją. Wyobraź to sobie, Quiros: światło z przeszłości. Teraz to światło 

pada na mnie.  I zastanawiam  się, czy moje światło dotrze kiedyś do niej. Mój brat,  biskup, 

background image

twierdzi, że miłość Boża jest lustrzaną taflą, odbijającą się w podobnej tafli. Słuchasz mnie, 

Quiros? 

- Tak, proszę pana. 

-  Pamiętam  nawet  nazwisko  lekarki,  która  robiła  jej  testy  psychologiczne:  doktor 

Reuben,  z  Valdelosy.  Powiedziała,  że  jest  wyjątkowo  inteligentna,  ale  ma  zbyt  wybujałą 

fantazję.  Cevallos,  jej  wychowawca,  był  tego  samego  zdania.  Wykryto  u  niej  niedobór 

magnezu, podobnie jak u matki. To dziedziczne: jej matka miewała skurcze, sztywniała. Poza 

mną nikt o tym nie wiedział. Jej się to na szczęście nie zdarza. Niemniej zawsze była trudnym 

dzieckiem.  Mówię  ci  o  tym,  ponieważ  komuś  muszę  się  zwierzyć,  a  wiem,  że  tobie  mogę 

powiedzieć wszystko. 

- Tak, don Julianie. 

Zakłócenia  były  jak  dym:  chwilami  Quiros  nie  widział  wyraźnie  słów  don  Juliana, 

chwilami tracił je z oczu całkowicie. 

-  Z  drugiej  strony...  Czekam,  aż  zadzwoni  do  mnie  Correa.  Znaleźliśmy  chyba 

odpowiedniego człowieka, który zajmie się wszystkim. Jest inspektorem w wydziale do spraw 

osób zaginionych, to człowiek godny zaufania. W ministerstwie powiedziano mi, że pracuje 

w sposób dyskretny, a o to przecież chodzi. Masz jeszcze ten wisiorek, prawda? 

- Tak, proszę pana. 

- W takim razie oddasz mu go, wyłącznie jemu. Zawiadomię cię, kiedy przyjedzie do 

miasteczka.  -  Quiros  poczuł,  że  chłodno  mu  w  głowę.  Korzystając  z  przerwy,  włożył 

kapelusz. - Mów, Quiros. Nie ukrywaj przede mną niczego. Mów. 

Quiros  niczego  nie  ukrywał.  Wpatrywał  się  w  wystawę  sklepiku  dla  turystów 

mieszczącego  się  naprzeciw  pensjonatu,  przy  uliczce  prowadzącej  w  dół  nad  morze. 

Ramiączko od stanika jednego z kostiumów spadło z wieszaka, a jego ogarnęła nagła chęć, 

żeby rozbić szybę i umieścić je na właściwym miejscu. 

- Jeśli mam być całkiem szczery, don Julianie... 

-  Nie  ma  mowy  o  drodze  oficjalnej,  jeśli  to  chcesz  powiedzieć  -  zadrżał  głos  w 

słuchawce.  -  Nie  zamierzam  zostawiać  tej  sprawy  w  rękach  jakichś  małomiasteczkowych 

przygłupów  z  żandarmerii.  Nie  chcę  oglądać  twarzy  mojej  córki  porozwieszanej  wszędzie, 

gdzie się da, i tubylców zgłaszających się na ochotnika, żeby jej szukać. 

Nie  chcę,  żeby  gazety,  czasopisma  i  reality  show  bogaciły  się  kosztem  mojego 

dziecka. Nikt nie powinien się o tym dowiedzieć, zwłaszcza policja. Dlatego rozmawiałem z 

policją. - Quirosa nie zaskoczyła ta sprzeczność: była charakterystyczna dla świata bogatych. 

background image

-  Znam  nawet  producenta,  który  mógłby  nakręcić  o  tym  film...  -  Brzęczenie,  słowa 

wyparowane - ... została poniżona. 

- Źle pana słyszę, don Julianie. 

- A teraz? 

- Lepiej. 

- Muszę ci zadać jedno pytanie, Quiros. 

- Ja panu również. Proszę, pan pierwszy. 

-  Chcę  poznać  twoją  opinię  na  temat  tego,  co  się  stało.  Niczego  przede  mną  nie 

ukrywaj.  Jestem  twoim  pracodawcą,  ale  teraz  chcę,  żebyś  się  poczuł  jak  mój  przyjaciel. 

Otwórz swoje serce. 

Cisza. 

-  Cóż...  Przychodzi  mi  do  głowy  wiele  powodów,  dla  których  piętnastoletnia 

dziewczyna mogła zgubić wisiorek, don Julianie... 

- Ale? 

- Łańcuszek jest zerwany. 

- Aha. 

Cisza. 

- Jestem przygotowany na wszystko, Quirosie, nawet na to, że zadzwoni telefon i ktoś 

zażąda pieniędzy. Na wszystko, nawet na najgorsze. „Jeśli będziesz mnie szukał, odnajdziesz 

mnie martwą”. Pamiętaj o zostawionej przez nią wiadomości... Jednak nie, wycofuję się, nie 

na  wszystko:  nie  jestem  przygotowany  na  to,  by  komukolwiek  o  tym  mówić.  Teraz  twoje 

pytanie.  -  Quiros  chciał  tylko  wiedzieć,  czy  może  już  rzucić  tę  robotę.  Pragnął  wrócić  do 

Madrytu. Ale sprzeciw dotarł do niego szybciej niż słowa. 

-  Nawet  o  tym  nie  marz.  Jesteś  tam  potrzebny  bardziej  niż  kiedykolwiek.  Musisz 

zostać  przy  nauczycielce.  Nie  zatrudniłem  cię  tylko  po  to,  żebyś  szukał  mojej  córki, 

pamiętasz?  Masz  także  nie  dopuścić,  by  ta  kobieta  rozpowiadała  dookoła  to,  czego  nie 

powinna. Jeśli znikniesz, będzie się denerwować i zacznie działać na własną rękę. 

- To dyskretna osoba. Martwi mnie raczej jej mąż... 

-  Akurat  to  powinno  martwić  cię  najmniej.  Pilnuje  go  kilku  moich  ludzi.  Jeśli 

przyjdzie  mu  do  głowy  cokolwiek  opublikować,  zostanie  wyeliminowany.  Mój  ojciec 

twierdził,  że  nawet  anioł  miłosierdzia  bywa  bezlitosny  wobec  tych,  którzy  wywołują 

skandale. A jeśli chodzi o nią... Co jej powiedziałeś? 

- Że zgłosiłem zaginięcie w żandarmerii. 

- Zapewnij ją, że policja już nad tym pracuje, i poproś o dyskrecję. 

background image

- Ona jest dyskretna, don Julianie. Jest... 

- Postaraj się, żeby to się nie zmieniło. 

Kiedy się rozłączył, taras nadal był pusty. Wszedł do pensjonatu. Pryszczaty chłopak 

wręczył mu jakąś kartkę. Przed chwilą przekazali mu ją jacyś dwaj chłopcy, powiedział. Nie 

musiał  nawet  czytać:  nic  nadzwyczajnego.  Quiros  nie  przejął  się  groźbą;  zarabiał  na  życie, 

sprzedając  je  za  grosze.  Szczerze  mówiąc,  bardziej  interesowało  go  to,  żeby  kobieta  nie 

dowiedziała się o drugim anonimie. Taki był Quiros. Podarł kartkę na kawałki i wyszedł na 

ulicę. Było jeszcze za wcześnie, żeby zadzwonić do Pilar. I za wcześnie, żeby kobieta zeszła 

na  dół.  Nie  było  jednak  za  wcześnie  na  morze.  Choć  szare  i  brudne  jak  stary  dziad, 

pozostawało przecież tam gdzie zawsze. Postanowił przejść się chwilę jego brzegiem. 

Promenada  była  pusta.  Na  plaży  jacyś  ludzie  w  roboczych  kombinezonach  czyścili 

piasek  specjalnymi  odkurzaczami.  W  oddali  kołysał  się  statek.  Tym  razem  nie  była  to 

żaglówka, tylko prawdziwy statek; Quiros z łatwością mógł dojrzeć halsliny. Z latarni zwisały 

afisze zapowiadające, że dziś dzień festynu. Quiros wciąż odczuwał przygnębienie. Poranna 

szaruga  przywodziła  mu  na  myśl  wspomnienia  z  dzieciństwa.  A  przecież  był  to  szczęśliwy 

okres,  w  każdym  razie  nie  całkiem  nieszczęśliwy:  pomagał  ojcu  przy  kanalizacji  i 

rezerwuarach, grał w piłkę z chłopakami z dzielnicy, palił po kryjomu w pokoju; kuzynka z 

Asturii,  starsza  od  niego,  zaproponowała  mu  kiedyś,  że  może  jej  dotknąć,  jeśli  chce.  I, 

oczywiście, dotknął. 

Na  murze  wzdłuż  promenady,  wśród  płaskich  patyczków  od  lodów,  zobaczył 

plastikowy kubełek i łopatkę. 

Przystanął, przyglądając się tym przedmiotom, przypomniał sobie bowiem, że widział 

podobne  w  sypialni  dwojga  zamordowanych  przez  siebie  dzieci.  Byli  to  synowie  sędziego, 

jakiegoś  tam  Conrado  czy  Currado.  Sędzia  uniewinnił  kogoś,  kogo  nie  powinien  był 

uniewinniać,  i  skazał  kogoś,  kogo  tym  bardziej  nie  powinien  był  skazywać.  Quirosowi 

powiedziano,  że  nie  może  stosować  specjalnej  taryfy  ani  wobec  jego  żony,  ani  maluchów. 

Pewnej nocy wszedł do domu sędziego i upewnił się, że rodzice śpią. 

Potem zajrzał do pokoju chłopców. Byli mali, starszy nie mógł mieć więcej niż osiem 

lat  i  spał  przytulony  do  misia.  Drugi  do  plastikowego  pistoletu.  Leżeli  z  rozrzuconymi 

szeroko nogami. Starszy wzdłuż łóżka, młodszy w poprzek. 

Obok  łóżka  młodszego  stał  kubełek  z  łopatką.  Quiros  zapamiętał  to,  ponieważ 

zdziwiła go obecność takich przedmiotów w miejscu, które nie znajdowało się nad morzem, 

tylko  w  północno-wschodniej  części  Madrytu.  Dzieci  spały  głęboko.  Quiros  zamknął  cicho 

drzwi, wziął puszkę benzyny i rozlał ją po schodach przed domem. Czekał dwie ulice dalej, 

background image

żeby  upewnić  się,  że  nikt  nie  ujdzie  z  życiem.  Buchnęły  płomienie,  strażakom  udało  się  je 

stłumić dwie godziny później. Dym przetrwał nieco dłużej. 

Quiros  wziął  kubełek  i  łopatkę,  po  czym  rozejrzał  się  wokół,  nie  dostrzegł  jednak 

potencjalnego właściciela. Odstawił je z powrotem na murek i poszedł dalej. Wiatr szarpał go 

za marynarkę jak dobrotliwy pies. Plątały mu się trochę nogi i chociaż nie było gorąco, zaczął 

się pocić. Brakowało mu też tchu, co zmuszało go do oddychania otwartymi ustami, jakby w 

jego  piersiach  tkwił  kłąb  dymu.  Pozbierał  do  kupy  wszystkie  te  odczucia  i  doszedł  do 

wniosku,  że  oznaczają  śmierć.  Nie  umiera  się,  kiedy  się  umiera;  zaczyna  się  umierać  dużo 

wcześniej.  Pełna  śmierć  czatowała  na  Quirosa  wysoko,  dlatego  wspinając  się,  musiał 

przystawać, ponieważ nawet  śmierć kosztowała  go sporo wysiłku. Chętnie wspinałby  się w 

czyimś  towarzystwie,  ale  czyim?  Jego  uczucia  do  Pilar  były  zaledwie  letnie,  a  dawno  już 

zapomniał o innych kobietach. Jeśli zaś chodzi o Martę... 

Nie. O Marcie nie chciał myśleć. A już zwłaszcza nad morzem. 

Odwrócił się. Słońce nie mogło się zdecydować, czy wyjrzeć na pozbawione wdzięku 

niebo. 

Po powrocie stwierdził, że kobieta jeszcze nie zeszła. 

Czekał na nią, oglądając telewizję. Puszczano właśnie telenowelę, Pilar je lubiła. Tej 

akurat  nie  znał.  Poza  tym  dawno  już  musiała  się  zacząć.  Na  ekranie  widać  było 

ciemnowłosego,  młodego  jeszcze  mężczyznę  w  spodenkach  kąpielowych,  którego  jakaś 

dziewczyna  i  chłopak  ciągnęli  na  siłę  nad  basen  i  któremu  następnie  pokazywali  coś 

pływającego  w  wodzie  -  ciało  kobiety  -  śmiejąc  się  z  bólu,  jaki  wywołali  tym  widokiem. 

Podkład muzyczny stanowiły werble. 

- Powiedz, Carlosie Escorial - mówiła dziewczyna. 

- Podoba ci się twoja sekretarka? 

Potem  było  przyjęcie,  w  tym  samym  domu  pełnym  gości:  kieliszki  szampana, 

kelnerzy, dziewczyna o długich, słomianych włosach. W pewnej chwili przed kamerą pojawił 

się Carlos Escorial. Cały mokry, jakby jego również wrzucono do basenu. 

- Pragnę państwa poinformować - stwierdził drżąc - o ile państwo nas oglądają, że to 

wszystko dzieje się naprawdę... a ja, Carlos Escorial... jestem człowiekiem z krwi i kości, a 

nie  postacią  z  filmu,  i  chociaż  myślą  państwo,  że  słowa  te  napisane  zostały  specjalnie  dla 

mnie, prawda jest... 

W  tym  momencie  ciemnowłosa  kelnerka  zmieniła  kanał.  Quiros  był  jej  za  to 

wdzięczny.  Brodacz,  siedzący  przy  sąsiednim  stoliku,  tym  razem  bez  rudowłosych  kobiet, 

background image

zaprotestował.  Kelnerka  przeprosiła  i  włączyła  ponownie  telenowelę,  ale  ta  zdążyła  się  już 

skończyć. Zamiast niej nadawano przegląd sportowy. 

Kobieta  nie  pojawiła  się  przez  cały  ranek,  po  południu  również.  W  końcu,  kiedy 

zszedł  na  kolację,  zastał  ją  przy  jednym  ze  stolików  na  tarasie,  pijącą  jakiś  przezroczysty 

płyn. Ubrana była w cienki, czarny kostium z żakietem z krótkimi rękawami i białą bluzkę. 

Wyglądała  elegancko  i  ślicznie.  Kiedy  przechylała  szklankę,  cytryna  uderzała  lekko  o  jej 

wargi.  Quiros  był  zachwycony,  że  ją  widzi,  ale  jej  tego  nie  powiedział.  Nie  przejawił  też 

większej  radości  niż  poprzednio,  a  kiedy  usiadł  naprzeciw  niej,  nawet  się  nie  uśmiechnął. 

Kobieta natomiast wydawała się szczęśliwa, choć trochę zdenerwowana. Bawiła się obrączką, 

zsuwając  ją  ze  szczupłego  białego  palca,  i  co  chwila  rzucała  ukradkowe  spojrzenia  w 

kierunku leżącego na stole telefonu komórkowego. 

- Proszę tylko o dobre wiadomości - powiedziała. Jej oddech pachniał alkoholem. 

-  Żandarmeria  bada  sprawę.  Wie  pani,  będą...  To  znaczy,  przeszukują  miejsce,  w 

którym  znaleźliśmy  wisiorek.  Uważają,  że  mógł  się  jej  po  prostu  zerwać.  Czekają  na 

ekspertów i techników. 

- Ekspertów i techników? 

- Tak, z Madrytu. Sprawa jest w dobrych rękach, niech się pani nie martwi... Proszono 

nas, oczywiście, o dyskrecję. Pełną dyskrecję. Nie chcą... Nie chcą na razie tego upubliczniać, 

ponieważ mogą się mylić. Rozumie pani... 

- Rozumiem. 

- A pani mąż? Rozmawiała z nim pani? 

Nieves  Aguilar  ułożyła  usta  w  rozlewający  się  szeroko,  pełny,  nieco  przesadny 

uśmiech. 

- Czekam na jego telefon. 

- Niech pani zachowa rozwagę. On też. 

- Proszę się nie martwić. - Zniżyła głos. - Nie przykabluje. 

Czterech mężczyzn grających w domino wybuchnęło śmiechem, jakby w odpowiedzi 

na  jej  komentarz,  choć  w  rzeczywistości  nagrodzili  nim  dowcip  o  dziewczynie  siedzącej  na 

łóżku, którego Quirosowi nie udało się wysłuchać w całości. 

- A pani? Nie widziałem pani przez cały dzień... 

-  Załatwiałam  różne  sprawy.  -  Kobieta  bawiła  się  przez  chwilę  ciszą.  -  Opowiem  o 

tym panu pod jednym warunkiem: pójdzie pan ze mną na spacer. Chciałabym zobaczyć festyn 

i sztuczne ognie. Może zjedlibyśmy tam kolację... 

background image

Quirosowi nie spodobał się ten pomysł, ale wyraził zgodę. Na ulicy wszystko tonęło w 

mroku, poza kwiatami w doniczkach. W oddali wybuchały pióropusze dźwięków. 

Ruszył w ich kierunku jak ktoś posłuszny wezwaniu. Kobieta mówiła, dostosowując 

się do jego kroku. 

-  Miałam  wczoraj  bezsenną  noc,  ale  dzisiaj  spojrzałam  na  sprawy  inaczej.  Kiedy 

wstałam,  doznałam...  objawienia.  Niech  się  pan  ze  mnie  nie  śmieje.  -  Nie  śmieję  się, 

zamierzał  powiedzieć  Quiros,  ale  kobieta  nie  przerywała.  -  To  całkiem  rozsądna  teoria. 

Soledad przyjeżdża do miasteczka i czyta książki Guerina, na które natyka się w schronisku. 

Podobają się jej, postanawia je zatrzymać. Później zamierza zwrócić, ale na razie chce mieć w 

zasięgu  ręki.  To  jedyne  egzemplarze:  Guerin  wydawał  tylko  rzeczy,  które  sam  finansował. 

Pragnie poznać lepiej ich autora. Ale niestety pisarz już nie żyje. Dowiaduje się, że przyjaźnił 

się z księdzem. Ale niestety ksiądz również nie żyje. Teraz jest tu już inny ksiądz. Znał trochę 

Guerina,  jest  bardzo  miłym  człowiekiem,  a  nie  mogąc  jej  służyć  informacjami,  pożycza 

książki, których nie czytała. I wtedy, w jednej z ostatnich pozycji, Soledad natyka się na coś, 

co... jak by to powiedzieć, wprawia ją w osłupienie: nie wie, co robić. Może to tylko legenda, 

ale zaciekawia ją jak żadna inna. Istnieje miejsce, w które musi pójść, żeby wyjaśnić zagadkę 

-  książka  z  pewnością  je  wymienia.  Miejsce  położone  poza  miasteczkiem,  ale  gdzieś  w 

pobliżu,  wystarczająco  blisko,  by  mogła  się  tam  dostać  piechotą.  Planuje  wszystko  i 

postanawia o tym komuś opowiedzieć. Komu? Swojej nauczycielce i przyjaciółce. Do usług. 

„Powiem jej, myśli. A może lepiej nie? Jeszcze mi nie uwierzy. Musi przyjechać i zobaczyć”. 

Dzwoni do mnie i zaprasza, nie wspominając o niczym, może dlatego, że dla niej samej nie 

jest  to  do  końca  jasne.  Zdradza  ją  jednak  ton  głosu:  jest  zdenerwowana...  Następnego  dnia 

wyrusza  na  wycieczkę.  Zamierza  wrócić  przed  moim  przyjazdem.  Wyjeżdża  bardzo 

wcześnie.  -  Kobieta  zatrzymała  się  w  połowie  wymarłej  uliczki  i  odwróciła  w  kierunku 

Quirosa,  odrzucając  głowę  do  tyłu,  jakby  chciała  nabrać  powietrza.  Jej  alkoholowy, 

niewidzialny  oddech,  podkreślał  każde  wypowiedziane  słowo.  -  I  nie...  wra...  ca...  - 

Wypowiedziawszy te słowa, podjęła na nowo marsz. - Ale jestem optymistką: zapewne zajęło 

jej  to  więcej  czasu,  niż  przewidywała,  a  nie  mogła  stamtąd  do  mnie  zadzwonić.  I  pewnie 

zgubiła  wisiorek,  ale  jest  cała  i  zdrowa.  To  tylko  teoria  -  dodała  śpiewnym  tonem.  -  Moja 

teoria. 

Quiros  skręcił  za  róg  i  ruszył  stromą  ulicą,  zerkając  kątem  oka,  czy  kobieta  idzie  za 

nim, jakby chciał jej tym samym powiedzieć: „Tędy idzie się pod górę”. Torebka zsunęła się 

jej z ramienia, poprawiła ją zdecydowanym gestem. 

background image

-  Jestem  pewna,  że  w  jednej  z  tych  książek  znajdę  miejsce,  do  którego  chciała...  do 

którego...  do  którego  miała  zamiar  się  udać.  Nic  więcej  nie  wiem,  na  razie.  Książka,  którą 

pożyczył  mi  ksiądz,  to  zbiór  ładnych  wierszy,  nic  więcej.  Czytając  je,  pomyślałam  o 

odwiedzeniu domu Guerina. Kiedyś musiał być śliczny, z pomalowanymi na biało deskami i 

oknami  w  kształcie  bulajów,  położony  tak  blisko  morza,  że  sprawia  wrażenie,  iż 

wystarczyłoby  go  lekko  popchnąć,  żeby  popłynął  w  dal.  Jest  jednak  bardzo  zniszczony. 

Szkoda. I nie mogłam do niego wejść, założono kłódkę. Przyglądałam mu się i myślałam o 

życiu  tego człowieka, tego biednego pijaka poety... Wspominałam  panu, że przyjaźnił się z 

Paką Cruz, poprzednią właścicielką pensjonatu? Do diaska, ależ niesamowita atmosfera! 

Nagle,  sami  nie  wiedząc  kiedy,  jakby  znaleźli  się  w  zatłoczonym  tunelu.  Sklepienie 

tworzyły kolorowe żarówki, nawierzchnię - tysiące butów. Z góry dobiegał jazgot trąbek. 

- Festyn - powiedział Quiros. 

Z gromadkami dzieci, babciami, dziadkami i balonikami wszystkie rodziny sprawiały 

wrażenie wielodzietnych. Nie brakowało również turystów o jasnej karnacji, ciemnoskórych 

imigrantów i ludzi, którzy żebrali lub oferowali coś, zamiast żebrać. Oboje przedostali się z 

trudem na drugą stronę ulicy, Quiros torował jej drogę. Drzwi barów płonęły ogniem głosów. 

Nieves  Aguilar  zaproponowała  drinka.  Quiros  powiedział:  „Zgoda”.  Weszli  do  zamglonego 

papierosowym  dymem  lokalu,  ona  zamówiła  jerez.  Quiros  wydał  polecenie  co  do  gatunku, 

butelki oraz sposobu podania trunku; gruby wskazujący palec pokazywał wszystko po kolei. 

- Co pan na to? 

- Na co? 

- Na moją teorię. 

- Niezła. 

Kobieta pochyliła - Pan nie pije? 

- Nie - powiedział Quiros. 

- Niech pan nie robi z siebie abstynenta. Wiedzę w tym zakresie posiadł pan już jakiś 

czas temu. 

 

Niedługo po tym, jak opróżniła drugi kieliszek, Quiros zauważył, że kobieta śmieje się 

z  byle  czego  i  robi  cielęcą,  głupawą  minę,  kiedy  na  coś  patrzy.  Nagle  otworzyła  torebkę, 

wyjęła telefon i oddaliła się; wróciła prawie natychmiast. 

-  To  nic,  jestem  dziś  słomianą  wdową...  Przez  pół  dnia  próbuję  się  dodzwonić  do 

męża...  Czy  to  możliwe,  żeby  ten  nicpoń...  Nic  tylko  te  zebrania...  Zaległe  prace,  prace 

nieprzewidziane... 

background image

Drzwi do lokalu otworzyły się, uderzając go w pośladki. 

Quiros  zwrócił  uwagę  wchodzącemu  mężczyźnie,  ten  zaś  przeprosił  go  natychmiast. 

Nieves Aguilar rozśmieszył ten incydent. „Ależ zrobił minę, biedak! - powiedziała. 

-  Nieźle  go  pan  przestraszył,  nie  ma  co  mówić”.  Wybuchła  śmiechem.  Zamówiła 

kolejne wino. Nagle, jakby w odpowiedzi na czyjeś wołanie, odwróciła się do baru i oparła 

nos na szybie, za którą przycupnęły przekąski. 

- Muszę coś jeść, kiedy piję. To nie-zbęd-ny wymóg... 

Zdecydowała się na sałatkę wielowarzywną. Quiros nie chciał spróbować. „W takim 

razie  wszystko  dla  mnie”,  powiedziała.  Zjadła  w  pośpiechu,  pomiędzy  jednym  a  drugim 

łykiem wina i przerwami na papierową serwetkę. 

Wycierała chlebem talerz, kiedy rozległy się eksplozje. 

- Fajerwerki! 

Wychodząc,  niemal  strąciła  talerz.  Quiros  uregulował  rachunek,  dogonił  ją  na 

chodniku i wyprzedził. Ulica wrzała pod anemonowym niebem. 

- Tędy! - rzuciła Nieves Aguilar, ale szła posłusznie za Quirosem. 

Niemożliwością  było  się  jednak  przedrzeć.  Tłum  korkował  drogę.  Quiros  dostrzegł 

znak  „Stare  Miasto”  i  odniósł  wrażenie,  że  tym  razem  bez  wątpienia  zdoła  dotrzeć  do 

centrum. Musieli być blisko, ponieważ petardy z pewnością odpalono na placu, rozdzierający 

powietrze huk słychać było za rogiem. Gdyby nie ludzie, myślał Quiros, tym razem na pewno 

by  doszedł  -  Nie  był  jednak  zły,  przeciwnie:  cieszyła  go  ta  powszechna  radość.  Taki  był 

Quiros.  W  końcu  postanowił  skapitulować,  przede  wszystkim  ze  względu  na  kobietę, 

ponieważ stąd nie mogła wygodnie oglądać widowiska. Wyszukał wolne przejście, wskazał je 

kobiecie. Dotarli do pustej przestrzeni. Brak ścian i ludzi ofiarowywał im noc. 

Nieves Aguilar stała spokojnie, obejmując się ramionami, z rozanielonym uśmiechem 

wpatrując się w salamandrę, która rozpływała się po niebie. W przerwie między wybuchami 

spytała: 

- Pan nie ogląda? 

- Owszem - odpowiedział. I nadal patrzył na nią. 

Kiedy na niebie pozostały już tylko obłoki prochu wywołujące obstrukcję powietrza, 

Nieves Aguilar ruszyła dalej. 

Z jakiegoś powodu Quiros włożył zdjęty wcześniej kapelusz ruchem kogoś, kto składa 

pokłon przed świętym obrazem. 

background image

Okrążyli  pusty  plac,  pozostawiając  po  jednej  stronie  rozbłyskujące,  wesołe  miasto. 

Cisza przypominała łoskot, ciemność oślepiała. Zatrzymał ich jakiś płot, ale kobieta znalazła 

przejście. Za nim - nieskończoność. Grunt był piaszczysty. 

Zdjęła  buty  i  niepewnie  posuwała  się  naprzód.  Quiros  nie  widział  już  jej  postaci  w 

czarnym kostiumie, tylko włosy - złota, drżąca plama odcinała się jak dzwon na tle nocy. 

-  Zauważył  pan,  jaki  piękny  wieczór?  -  spytała  Nieves  Aguilar  i  uniosła  ramiona, 

jakby słowo „piękny” przelatywało obok, a ona próbowała je pochwycić. 

Nie  wiedzieć  czemu,  podążanie  za  niepewnymi  krokami  kobiety  napawało  Quirosa 

szczęściem,  choć  zaledwie  sobie  to  uświadamiał.  Przypomniał  sobie,  jak  krzyczała 

poprzedniego dnia. Było w tym coś, co bardzo mu się podobało, a także coś, co nie podobało 

mu się wcale, ale nie potrafił określić, co to było. Wiedział jedynie, że mógłby tak iść za nią 

przez wszystkie noce swojego życia. 

Zobaczył, jak kobieta zatrzymuje się tuż przed falami. 

Usłyszał, jak mówi głosem przyćmionym od alkoholu. 

-  Czytał  pan  Marca  Lombarda?  Nie,  na  pewno  go  pan  nie  czytał,  też  pomysł.  To 

teoretyk wychowania. Twierdzi, że szczęście zależy od tego, co nazywa  „przywiązaniem do 

krzesła”. Ja jestem przywiązana do swojego krzesła. To znaczy, nie tylko ja, pan również. - 

Roześmiała się. 

-  Wszyscy,  nawet  pan...  Jesteśmy  przywiązani  i  musimy  tak  żyć,  to  nieuniknione, 

obligatoryjne, właściwe naszej kondycji. Ale najważniejsze jest to, co dzieje się w tym czasie. 

Jeśli  szarpiemy  się,  próbując  się  uwolnić,  stajemy  się  coraz  bardziej  nieszczęśliwi. 

Rozwiązanie sprowadza się więc do tego, by... żyć na tyle, na ile pozwalają nam nasze więzy 

i nasze miejsce, znaleźć najlepszą pozycję, najwygodniejszą, pozostając w więzach do końca. 

Tego  właśnie  nie  potrafią  zrozumieć  dziewczęta  pokroju  Soledad.  Kiedy  się  jest  młodym, 

łatwo  wierzyć,  że  możemy  zerwać  więzy  i  uciec...  Wie  pan  jednak,  co  na  tym  zyskujemy? 

Wyrządzamy  sobie  tylko  większą  krzywdę.  Chociaż...  Nie,  Lombardo  chce  powiedzieć  co 

innego...  Zresztą, nie wiem, po co to mówię... Pewnie dlatego, że trochę wypiłam... O czym 

pan myśli? 

Quiros,  który  właśnie  sobie  przypomniał,  jak  przywiązał  pewnego  mężczyznę  do 

krzesła głową w dół i wsadził mu w tyłek kij od szczotki, zawahał się. 

-  Proszę  posłuchać  -  ciągnęła  Nieves  Aguilar,  chociaż  na  przekór  swoim  słowom 

właśnie wtedy zniżyła głos do szeptu. A może właśnie dlatego to powiedziała. - Ufam panu. 

Quiros  patrzył  na  nią.  Oczy  kobiety  błyszczały  pośród  nocy  jak  dwa  oszlifowane 

drogie kamienie. 

background image

- Mam do pana ogromne zaufanie - powtórzyła. - Większe niż do policji, większe niż 

do  kogokolwiek.  Napawa  mnie  pan...  spokojem...  poczuciem  bezpieczeństwa.  To  pan 

przywiązuje mnie do krzesła. - Uśmiechnęła się. 

- Chcę przez to powiedzieć, że jest pan dobrym człowiekiem. I wiem, że potrafi ją pan 

odnaleźć.  Znajdzie  pan  Soledad,  uratuje  ją...  Mam  takie  przeczucie.  -  Głos  jej  zwilgotniał, 

jakby przeniknęła go morska bryza. - Przeczucia nigdy mnie nie mylą... 

Przez  chwilę  Quiros  nie  odrywał  od  niej  wzroku.  Potem  pomyślał  sobie,  że  sprawy 

mogłyby  się  potoczyć  inaczej,  gdyby  mogli  tak  trwać,  odwzajemniając  sobie  wzrokiem 

zainteresowanie. A może wcale nie, nigdy się bowiem nie wie, jakie drogi obierze życie dla 

mających  nastąpić  wydarzeń.  Pewne  jest  jedynie  to,  że  (w  połowie  tego  nawiasu  spojrzeń) 

zdecydował się odwrócić wzrok i usłyszał, jak prosi go, żeby wracali. Wydało mu się wtedy, 

że świat zawirował. Wirował i wirował. I nigdy już, przenigdy, nie miał przestać, zawsze w 

tym samym kierunku. 

Weszli  do  miasteczka,  przemierzali  puste  ulice.  Proszę  pani,  pomyślał  Quiros.  W 

piersiach  czuł  ciężar,  duszę  przenikał  mu  chłód.  Proszę  pani,  myślał.  Chciałby  móc  jej  to 

powiedzieć,  niewiele  brakowało,  żeby  to  zrobił.  Proszę  pani,  nie  chciałbym,  żeby  pani 

pomyślała...  Otworzył  usta  formułując  słowa.  Proszę  pani,  nie  chciałbym,  żeby  pomyślała 

pani, że... 

Nagle jednak coś innego nabrało większego znaczenia. 

Odwrócił  głowę,  żeby  się  upewnić.  Stanął  pośrodku  stromej  uliczki.  Światło 

stłuczonej lampy mrugało do nich przekornie. 

-  Muszę  gdzieś  pójść  -  powiedział  pospiesznie.  -  Pani...  niech  idzie  dalej  prosto  tą 

ulicą... Dojdzie pani do pensjonatu, na pewno się pani nie zgubi... 

Skręcił  w  jakiś  zaułek  i  przyspieszył  kroku,  zdejmując  kapelusz  i  rzucając  go  w 

ciemność. Pozbył się także okularów, wsuwając je razem z etui do śmietnika, z którego łatwo 

mu  je  potem  będzie  wyciągnąć.  Obejrzał  się  za  siebie  i  dostrzegł  w  głębi  postać  bladej, 

nieruchomej, bez wątpienia zaskoczonej kobiety. Machnął jej ręką na pożegnanie, skręcił za 

róg i wtedy wszystko się dokonało. 

Miał nadzieję, że tylko on ich interesował. Miał też nadzieję, że kobieta go posłucha. 

Postanowił się nie bronić. 

Wymierzali  mu  silne  ciosy  i  kopniaki,  ale  niezbyt  fachowo,  brakowało  im 

doświadczenia;  te  w  żołądek  bolały  najbardziej.  Jeden  nie  robił  nic,  tylko  mówił.  Quiros 

dojrzał  go  przez  las  pięści:  był  to  chłopak  ze  zmierzwionymi  włosami,  wielki  Borja.  Nie 

background image

krzyczał:  mówił.  Jednak  to,  co  mówił,  bez  wątpienia  bardzo  ważne  dla  niego,  Quirosa  nie 

obchodziło wcale. 

Mężczyznę tak naprawdę interesuje, między innymi, obserwowanie asteroid  średniej 

wielkości,  komet,  gromad  kulistych  i  mgławic  za  pomocą  teleskopu  o  horyzontalno-

wertykalnej  konstrukcji;  badanie  ponad  stu  rodzin  chrząszczy  żyjących  na  Półwyspie 

Iberyjskim,  do  których  zaliczają  się  Silphidae,  czyli  padlinożerne,  i  Scarabaeidae,  czyli 

żywiące  się  ekskrementami  (inaczej  żuki  gównozjady);  klasyfikowanie  różnych  gatunków 

wilg,  takich  jak  wilga  brunatna  o  szarym  kołnierzu,  czarnych  plamkach  po  bokach  głowy  i 

ciemnym  podgardlu;  pewna  teoria  o  pochodzeniu  boksytów,  którą  przyjmuje  nie  bez 

zastrzeżeń;  nowa  metoda  rozwiązywania  równań  różniczkowych  drugiego  stopnia;  uprawa 

hydroponiczna  w  piankowych  kostkach;  cyfrowa  optymalizacja  filmów  za  pomocą 

mikrokamery  z  wymiennymi  soczewkami;  ostatnia  powieść  Carmen  del  Mar  Poveda; 

Mistrzostwo języka Cesara Saucedy; biografia Alice Tomlinson. Ignorancja tak wielka, że aż 

boli, myśli. 

Każdemu  z  wymienionych  obszarów  wiedzy  mężczyzna  poświęca  proporcjonalną 

ilość czasu. Nie spieszy się, wszystko ma pod kontrolą, jest uporządkowany, precyzyjny. Ma 

do dyspozycji całe dnie i noce, nie musi spać. 

Potrafi wytrzymać bez snu tydzień, w pełnej gotowości. 

Udowodniono  to  naukowo.  Istnieją  ludzie,  którzy  potrafią  egzystować  bez  snu, 

ponieważ jawę tworzą swoistego rodzaju kręgi  czy uskoki i można wypoczywać, nie tracąc 

świadomości, w stanie nieprzerwanego czyśćca. 

Świta.  Mężczyzna  czyta,  założywszy  nogi  na  stół.  Telewizor  jest  włączony,  wokół 

leżą sterty książek, a u jego nóg pies; w oddali pieje kogut. Poza tym cisza. Ma rozchylony 

szlafrok, jego wacek spoczywa między udami, na wpół miękki, na wpół twardy, W zależności 

od  tego,  ile  optymizmu  czy  pesymizmu  wykażemy.  Lampa  z  przekrzywionym  abażurem 

oświetla kontury jego twarzy. 

Czytał  przez  całą  noc.  Nowe  opowieści  są  jeszcze  ciekawsze  niż  poprzednie.  Czyni 

postępy,  myśli.  Trudno  uwierzyć,  ale  dostarczają  mu  po  prostu  ogromu  wrażeń  i  okazji  do 

rozwiązywania łamigłówek. Właśnie kończy kolejną historię. To niewiarygodne. 

Przerywa na chwilę. Nie po to, żeby odpocząć, tylko żeby przemyśleć pewne sprawy. 

Godziny  bliskie  świtu,  kiedy  świadomość  świata  pogrążona  jest  w  głębokim  śnie,  są 

odpowiednie  dla  zagadek.  Opowieści  drażnią  jego  rozsądek,  rozbudzone  na  nowo 

wątpliwości  rzucają  wyzwanie  rozumowi.  Mężczyzna  już  kilka  dni  temu  wyciągnął  ważny 

wniosek: nie trzeba postradać zmysłów, żeby zaspokajać pragnienia. Zrozumienie tego faktu 

background image

osłabiło jego czujność; postanowił pozostawić ślady, obwieścić światu swoje odkrycie. Żałuje 

jednak.  Na  przyswojenie  sobie  nowych  lektur  potrzebuje  czasu,  a  nie  będzie  go  miał,  jeśli 

ujawni prawdę zbyt wcześnie. Musi się wstrzymać. 

Pojawiają  się  też  inne  pytania  -  Czy  jesteśmy  odpowiedzialni  za  to,  że  pragniemy 

dobra lub zła? Albo za to, że urzeczywistniamy dobre lub złe pragnienia? 

Próbując  rozstrzygnąć  tak  palące  kwestie,  wstaje  i  przechadza  się  z  rękoma  w 

kieszeniach rozpiętego szlafroka. 

Zastanówmy  się,  mówi.  Zastosujmy  majeutyczną  metodę  Sokratesa.  Pierwszą, 

niekwestionowaną konkluzją jest to, że wszystko, czego pragniemy, tkwi w naszej fantazji. 

Po  drugie,  fantazja  istnieje,  podobnie  jak  pragnienie,  co  jest  drugą,  oczywistą 

konkluzją.  Ale  postawmy  sobie  pytanie:  czy  fantazja  jest  świadoma,  czy  podświadoma? 

Jesteśmy  w  stanie  decydować  o  naszych  fantazjach,  zaplanować  je  z  wyprzedzeniem, 

dokonać wyboru tematu naszych marzeń? Bierze w tym udział nasza wolna wola? 

Zdecydowanie nie. Nie wiemy, dlaczego wyobrażamy sobie to, co sobie wyobrażamy, 

nie możemy określić źródła ani granic naszej wyobraźni. Jest to działanie w dużym stopniu 

niezależne od naszej woli, jak sny. 

Kolejne  pytanie:  czy  fantazja  jest  rzeczywistością?  Spróbujmy  odpowiedzieć, 

korzystając  ze  znanych  nam  już  odpowiedzi.  Gdyby  tak  nie  było,  nie  mogłaby  istnieć.  A 

przecież  zdecydowaliśmy,  że  istnieje.  Dlatego  też,  drogą  niezbyt  prostego  rozumowania,  a 

może  nawet  na  tyle  zawiłego,  że  jedynie  otwarty  umysł  może  ogarnąć  je  w  całości, 

dochodzimy do wniosku, że fantazja należy do rzeczywistości. 

Podsumowując: fantazja i pragnienia istnieją, są nieuświadomione, ale rzeczywiste. Z 

tego wniosek: 1) Nie ponosimy odpowiedzialności za to, że mamy pragnienia, ponieważ nie 

zależą  one  od  naszej  woli  i  2)  Urzeczywistnianie  ich  to  oczywistość,  ponieważ  one  już  są 

realne. 

Dlatego  też  realizowanie  naszych  fantazji,  spełnianie  naszych  pragnień  to  truizm.  Z 

samego  faktu,  że  istnieją,  płynie  satysfakcja.  Pragnę,  więc  zdobywam.  Bez  poczucia  winy. 

Bez poczucia odpowiedzialności. 

Mężczyzna  dochodzi  oto  do  wniosku  wyjątkowej  wagi,  który  znosi  obowiązujące 

aktualnie, a także w przeszłości prawa, statuty, kodeksy, kary, religie i etyki. I stało się to tak 

po prostu, nagle, o piątej pięć w tę sierpniową niedzielę. 

Teraz wychodzi na chwilę. Idzie do łazienki, żeby się wysikać. Nawet ktoś taki jak on 

musi się od czasu do czasu oddać tej czynności. Następnie zastanawia się, czy nie zajrzeć do 

szopy, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Jest trochę niespokojny. Decyduje jednak, 

background image

że  właśnie  dlatego  przełoży  odwiedziny:  niepokój  sprawia  mu  przyjemność.  Do  pewnego 

stopnia, oczywiście. 

Po powrocie do salonu upewnia się, czy anioł na sofie nadal trzyma szkatułkę z kości 

słoniowej. 

Był taki moment, w którym pomyślała, że zachowała się odpowiednio, ale to dlatego, 

że zawiodła ją pamięć. 

Żeby  mieć  poczucie  winy,  trzeba  mieć  wspomnienia,  powiedziała  sobie  potem. 

Wspomnienia przybierały formę dźwiękowych obrazów. Widziała, jak wyciąga ręce i krzyczy 

głosem, który nie wydawał się należeć do niej: „Na Boga, proszę na siebie spojrzeć, ma pan 

krew na marynarce! Nie zamierza pan nic zrobić?!”.  I widziała  go, jak odwraca się do niej 

plecami,  zatacza  po  wyludnionej  ulicy  (wszyscy  na  tym  cholernym  festynie,  oczywiście)  i 

pyta z maniackim uporem: „Widziała pani, gdzie upadł?”. 

„Niech pan da spokój z tym  kapeluszem!”, błagała. Ta absurdalna scena  powtórzyła 

się raz i drugi. Nagle powiedział: „Jest tutaj”. A kiedy się podniósł, wyglądał, jakby trzymał 

kawałek tortu, od którego rosła Alicja. 

Nagle - w zupełnie niewiadomy sposób - wyłoniła się przed nią ściana. A dokładniej - 

cztery. Nie pamiętała, żeby wkroczyła w nie na własnych nogach. Być może ktoś ją wniósł na 

rękach, z taką samą łatwością, z jaką kiedyś matka nosiła ją przy piersi. Siedziała na miękkiej 

krawędzi, zasłaniając dłonią wzgórek łonowy i uśmiechała się do cyfrowego zegara. Całkiem 

goła, nawiasem mówiąc. 

Wszystko  ją  zawstydzało:  nagie  ciało  i  ubranie  na  podłodze.  Na  szczęście  była  już 

trzeźwa. Postanowiła wstać. 

Ale  wtedy  okazało  się,  że  wiszę  głową  w  dół,  wszystko  widzę  do  góry  nogami  i 

unoszę  się  nad  naczyniem,  okrągłym  jak  księżyc,  do  którego  zaczynam  się  wywnętrzać, 

toczyć ślinę, wydalać kwas, relacjonowała potem samej sobie. Przypomniała sobie wątłusza, 

którego jadła z Pablem i który tak bardzo jej zaszkodził. Ale nie to było najgorsze, ponieważ 

jej  żołądek  przeszył  nagle  ostry  ból,  a  ona,  udomowione  skądinąd  zwierzę,  ledwo  zdążyła 

usiąść  na  muszli  klozetowej.  Potem  zrobiło  jej  się  zimno,  skuliła  się  pod  pościelą,  a  pot 

otoczył ją kokonem. 

Umarła. 

Usłyszała pukanie. Światło raziło ją w oczy. 

- To ja, Quiros - powiedziały drzwi. 

- Muszę się podnieść - wyszeptała. 

background image

-  To  ja,  Quiros  -  powtórzyły  drzwi.  Wiem,  proszę  pana,  odpowiedziała  ciszą.  Oczy 

miała otwarte, ale rozróżniała jedynie słoje drewna na nocnym stoliku. Tkwiła zanurzona w 

tych słojach jak wygłodniały termit. - Halo...! 

- Tak, proszę mi dać... Duży, bardzo duży, nieważne... 

Postaram się wygrać, naprawdę. Postaram się wygrać. 

- Dobrze się pani czuje? 

- Nie najlepiej. 

Potem  zrozumiała,  że  takie  stwierdzenie  nic  nie  oznacza  i  że  powinna  dodać  coś 

więcej,  jeśli  chce,  żeby  zrozumiano  ją  właściwie.  Nędznie,  na  przykład.  Widziała  przecież, 

jak przeprowadzano casting do musicalu Nędznicy. Zaprowadził ją tam  Pablo, który miał o 

tym pisać. 

Drzwi oddychały. 

-  Coś  mi  wczoraj  zaszkodziło,  przepraszam  -  powiedziała,  kiedy  dotarło  do  niej,  że 

rzeczywistość to nie czarny fotel, z którego przygląda się próbom. 

Zamknęła  oczy  i  ponownie  zobaczyła  welon.  Tym  razem  najwyraźniej  coś  skrywał. 

Nie tańczył: wił się niespiesznie na podwyższeniu w klasie, wąskiej przestrzeni zbudowanej z 

desek  w  pomarańczowym  odcieniu.  Nagle  welon  opadł,  ukazując  postać  dziewczyny. 

Siedziała tyłem i wpatrywała się w podium. A raczej pisała. Postanowiła podejść, zajrzeć w 

jej notatki, ale dziewczyna podniosła się nieoczekiwanie, zeszła z katedry i uciekła. 

Poczekaj, zawołała. 

Biegła zapchanymi korytarzami razem z innymi ludźmi. Szybko, szybko! Wydostała 

się na zewnątrz, było ciemno. Dziewczyna znacznie ją wyprzedziła. Na sobie nie miała nic, 

poza wisiorkiem w kształcie gwiazdy. Ale nie jest to wcale obsceniczne, pomyślała, w końcu 

to jeszcze dziecko: ledwie zarysowane piersi, nieporośnięty włosami wzgórek łonowy, białe 

łono, niezdolne do zapłodnienia. Biegła za dziewczyną przez las. Na szczęście welon pomagał 

nie  tracić  jej  z  oczu.  W  lesie  stały  krzesła,  skórzane  kanapy,  sofy  i  łóżka.  Nieruchome, 

zapraszające  do  odpoczynku  pod  nocnym  niebem.  Były  też  kamery.  Aktorką  była  ona.  A 

może obie: Alicja, córka bezlitosnego biznesmena, i ona, której na imię dano Hedera. 

Dziewczynka biegła w pogoni za prowadzącą ją gwiazdą. 

Nigdy nie łączyły ich stosunki intymne, przysięga na Biblię. 

Welon i gwiazda zgasły. 

Usłyszała  jakieś  słowa,  zobaczyła  ogromną  dłoń,  która  położyła  na  jej  głowie 

plastikową torbę. Nie, nie na głowie, na nocnym stoliku. 

background image

-  Przyniosłem  to  z  apteki.  Nie  mogłem  przyjść  wcześniej...  Musiałem  znaleźć 

dyżurującą... Dziś niedziela... 

Wstyd to zupełnie inna sprawa, on nigdy nie chorował. 

Pomyślała  o  tych  częściach  ciała,  które  mogły  zostać  odkryte,  i  usiłowała  je 

przysłonić. Była strzępem człowieka, ale nadal pozostawała strzępem moralnym. 

-  Proszę  to  wypić.  W  aptece  powiedziano,  że  to  jedyny  sposób.  Byle  nie  woda.  I 

proszę nic nie jeść. 

- Jabłka - wyszeptała. - Ryż. 

- Nic. - Głos był nieugięty. - Przez cały dzień. 

Czuła pieczenie... zwieracza - tak się właśnie nazywał. 

Położyła  się  na  brzuchu.  Odkryła,  że  to  bardzo  niewygodna  pozycja.  Nie  mogła 

myśleć  o  jedzeniu.  Odrzucała  ją  sama  myśl  o  sałatce  wielowarzywnej.  Czy  umrze?  Miała 

mgliste  przeświadczenie,  że  niektóre  zatrucia  pokarmowe  bywają  bardzo  niebezpieczne. 

Chciała  pójść  do  łazienki,  ale  musiała  poczekać,  aż  on  wyjdzie.  Nie,  nie  mogła  czekać. 

Otworzyła oczy. Była sama. 

Kiedy wróciła z toalety, przypomniała sobie jak przez mgłę, że Quiros nie żyje. 

Przez chwilę, kiedy leżała już w łóżku, dręczyła ją nie tylko ta, ale i inne możliwości. 

Na przykład, że to  ona,  poprzez Quirosa, przyjęła na siebie tamte ciosy.  Nie zamiast,  tylko 

poprzez,  jakby  Quiros  był  bryłą  lodu,  która  zmroziła  ją  przy  pierwszym  kontakcie.  Albo  że 

ten pokój jest czyśćcem (nie zasługiwała przecież na piekło). On został skazany na pomaganie 

jej, ona zaś na tolerowanie jego znikania i powrotów. Albo że tylko on jest martwy i nawiedza 

ją, podobnie jak sny nawiedzają tych, co mają nieczyste sumienie. 

Zapadał zmierzch. Było jej gorąco. Błękit słońca wpadał przez okno (słońce chorych 

zawsze  jest  błękitne,  myślała  sobie).  Odkryła  się.  Zaraz  potem  usłyszała  stuknięcie  drzwi, 

więc  zasłoniła  się  znowu.  Quiros  wchodził  bokiem,  w  przekrzywionym  kapeluszu.  Z  jego 

olbrzymich rąk zwisało kilka toreb. 

- Pani Ripio dała mi zapasowe klucze... Żeby pani... 

Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko temu. 

-  Wręcz  przeciwnie  -  wyszeptała.  Jego  obecność  przerażała  ją.  Po  co  tu  przyszedł? 

Jakie są jego zamiary? Przykryła głowę prześcieradłem. 

- Jak się pani czuje? 

- Lepiej. 

-  Znalazłem  otwarty  sklep...  Przyniosłem  pani  coś  do  jedzenia.  Na  jutro.  Szynka, 

jabłka i jogurty. Zostawię pani dwa jogurty, resztę przechowa pani Ripio w lodówce... 

background image

Wychyliła  się  nieśmiało  spod  prześcieradła  i  zobaczyła  pochylonego  Quirosa,  który 

szperał w czymś zawzięcie. 

Jego marynarka była rozpruta pod pachą. 

- Czasopisma z ploteczkami... Nie wiem, czy pani... 

Tak czy inaczej, przyniosłem. Książki to już inny problem. Nie ma w miasteczku ani 

jednej  biblioteki,  a  w  niedzielę...  Sama  pani  rozumie.  Pani  Ripio  pożyczyła  mi  jedną. 

Zatytułowana: Opat... 

- Opat z San Zeno - przeczytała z łóżka. 

- Cóż, kładę ją tutaj. Pani zna się na tym lepiej. 

-  Dziękuję,  nie  trzeba  się  było  fatygować...  -  Była  zafascynowana  jego  potężnymi 

plecami. Quiros pachniał tanią wodą toaletową, ona (i pościel) - potem. 

-  Żadna  fatyga.  Za  jakiś  czas  przyjdzie  pokojówka  sprawdzić,  czy  nic  pani  nie 

potrzeba... A pani Ripio ugotuje rano kleik z ryżu. Ja przyjdę w południe... 

- Chwileczkę. 

Musiała go o to zapytać, choć nie wiedziała, jak to zrobić. 

Opanowało ją wrażenie całkowitej irracjonalności, jakby uczestniczyła w castingu do 

jakiejś roli. Scenariusz zmuszał ją do postawienia absurdalnego pytania: Czy pan nie żyje? A 

przecież  niektóre  szczegóły  pamiętała  wyraźnie,  choćby  pięści,  a  może  nawet  noże, 

zagłębiające się w ciele Quirosa. To prawda, że wszystko wydarzyło się bardzo szybko, a ona 

była pijana, ale nie miała najmniejszych wątpliwości, że to widziała. Teraz, na domiar złego, 

zdała sobie sprawę z kolejnego podejrzanego faktu: nie miał na sobie kremowej marynarki, 

którą zawsze nosił, tylko inną, niebieską, dużo bardziej sfatygowaną. 

- Proszę mi się pokazać - zażądała. 

Wstał. Odwrócił się do niej. 

- Proszę pani... 

- Niech pan zdejmie kapelusz i okulary. 

- Nic mi się nie stało... 

- Proszę je zdjąć. 

Przeszła  jej  przez  głowę  dziwna  myśl:  Skąpiec,  chce  zahować  cały  ból  tylko  dla 

siebie... 

-  Nic  mi  nie  zrobili  -  upierał  się  Quiros.  Zdjął  okulary.  Kapelusza  nie.  -  Parę 

siniaków...  To  prawie  dzieci...  Niech  pani  nie  płacze...  Niech  pani  nie  płacze,  do  licha!  - 

Machnął gwałtownie ręką, wyszedł. 

background image

Wrócił o zmroku. Była dużo spokojniejsza. Myślała, że przyzwyczaiła się już do blizn 

i  fioletowych  strupów,  cętkujących  twarz  Quirosa.  Myliła  się.  Znowu  rozpłakała  się 

ukradkiem. Pomyślała o symbolu, który w dzieciństwie zakonnice pokazywały jej w szkole: 

lubieżność, poskręcana, sparaliżowana, jąkająca się, kolorowa jak syrena w oczach tego, kto 

ulega pokusie. 

- Był pan na policji? 

-  Nie  musiałem  nawet  jechać  do  kliniki  na  założenie  szwów  -  powiedział  Quiros.  - 

Bardzo panią proszę... 

- Zadali panu ciosy nożem... 

- Ależ skąd. 

Kłamie,  pomyślała.  Niech  pan  zdejmie  marynarkę,  miała  ochotę  rozkazać.  Jest  pan 

martwy, powie. Niech pan spojrzy na te otwarte rany, na krew! Ale powiedziała tylko: 

- Powinnam była panu pomóc. 

- Na Boga! Co niby miała pani zrobić? Nie dałaby pani rady... 

- Byłam pijana... 

- Niech pani tak nie mówi... Zresztą, pomogła mi pani. Nawet jeśli się pani wydaje, że 

jest  inaczej...  Kiedy  się  pani  zjawiła,  ci  tchórze  od  razu  dali  nogę,  nie  pamięta  pani?  - 

Potrząsnęła  głową.  Nie  pamiętała  nic  oprócz  snów.  -  Niech  się  pani  dłużej  nie  zamartwia. 

Zresztą przynoszę dobrą wiadomość. Jutro, w poniedziałek, przyjeżdża specjalista... 

- Nie potrzebuję specjalisty. 

-  Ależ  nie.  Mam  na  myśli...  Wie  pani,  tę  sprawę  Soledad.  To  inspektor  policji, 

doświadczony profesjonalista... Zajmie się poszukiwaniami. Na pewno w niedługim czasie... 

Patrzyła na niego w milczeniu. 

Potem usłyszała morze i domyśliła się, że Quiros wyszedł. Pragnienie paliło ogniem, 

ale wypiła tylko kilka łyków glukozy. Płyn miał słodkawy smak gęstego syropu, do którego 

nie  mogła  się  przekonać.  Wstała  i  poszła  do  łazienki.  W  lustrze  przyjrzała  się  swoim 

wyostrzonym  przez  chudość  rysom,  oczom  jak  paciorki  zerwanych  korali  i  masce  potu. 

Poczuła się chora i samotna, jakby ktoś zrzucił ją do tej hotelowej nory z wielokilometrowej 

wysokości. Wróciła do łóżka, wzięła telefon. Proszę cię, nigdy o to nie błagałam, pomyślała. 

Nigdy  nie  potrzebowałam  tego  tak  bardzo,  jak  w  tej  chwili.  Na  wszystko,  co  kochasz 

najbardziej, nawet jeśli tym, co kochasz najbardziej, nie jestem ja. 

Dwa sygnały, trzy. Jego głos,  nagrany na automatycznej  sekretarce. Postanowiła nie 

zostawiać  żadnej  wiadomości.  Nie  chciała  kilkoma  płaczliwymi  słowami  dostarczać  mu 

dodatkowej rozrywki. 

background image

Prawda, przerażająca, oczyszczająca. 

Nieznajoma  w  czerwonym  szalu,  która  na  tamtej  wystawie  (Arnolda  Bocklina?) 

cofnęła dłoń  z jego ramienia, kiedy do nich podeszła;  głęboka cisza, z jaką się kilkakrotnie 

zetknęła,  odbierając  telefon;  nieprzewidziane  weekendowe  wyjazdy;  późne  zebrania,  które 

przeciągały się do świtu... Wszystko to było prawdą. 

Tak jest lepiej, powiedziała sobie. Teraz cię znam, nareszcie cię znam, już wiem, jaki 

jesteś. 

Zaraz  jednak  pożałowała  tych  myśli.  Może  coś  mu  się  stało.  Może  on  również  jest 

chory... 

Usnęła, płacząc. Przyśnił jej się jakiś nieznajomy mężczyzna. 

Mężczyzna jest bogiem. W pewnym sensie, oczywiście. 

Podobnie jak Bóg jest mężczyzną. To znaczy, jego wyobrażeniem i podobieństwem. 

Nie odwzorowaniem - podobieństwem. Ponieważ mężczyzna zna swoje ograniczenia i twardo 

stoi  nogami  na  ziemi.  Ktoś,  kto  próbuje  doszukać  się  u  niego  jednego  z  tych  dziwactw, 

przypisywanych  powszechnie  szaleńcom,  traci  czas.  Niemniej,  zgodnie  z  prawem 

przemienności,  skoro  mężczyzna  jest  wyobrażeniem  Boga,  Bóg  jest  wyobrażeniem 

mężczyzny.  Przejrzyste,  myśli.  W  takim  rozumowaniu  nie  można  się  doszukać  żadnych 

mankamentów. 

W przeciwieństwie do szosy, która ma ich wiele. 

Mężczyzna  idzie  prawym  poboczem.  Nie  przez  pomyłkę:  po  drugiej  stronie  jest 

wąwóz.  I  choć  nie  napawa  go  to  strachem,  lepiej  być  przezornym.  Kiedy  chodzi  górskimi 

drogami,  tak  jak  teraz,  posuwa  się  zazwyczaj  skrajem  biegnącym  wzdłuż  skalnej  ściany, 

nawet jeśli akurat jest to pobocze zakazane dla ruchu pieszych. Teraz jednak, o brzasku, nie 

ma samochodów. To zaleta wczesnych, porannych spacerów. Ich wadą jest panująca jeszcze 

ciemność, ale mężczyźnie to nie przeszkadza, pracuje przecież w ciemnościach. W nich czuje 

się bezpiecznie. 

Czuje się bezpiecznie - zażył odpowiednie lekarstwa. 

Bardzo  mu  potrzebne,  również  dlatego,  że  w  ubiegłym  tygodniu  popełnił  poważny 

błąd,  sądząc,  że  może  wyjawić  to,  czego  się  nauczył.  Teraz  żałuje,  choć  błąd  został  już 

naprawiony.  Sporą  część  nocy  spędził,  jeżdżąc  terenówką  w  tę  i  z  powrotem  po  szosie  na 

północ.  Najtrudniej  było  znaleźć  szopę  z  dachem  z  ocynkowanej  blachy,  najłatwiej  do  niej 

wtargnąć.  Teraz  czuje  zmęczenie,  chyba  po  raz  pierwszy  w  życiu  potrzebuje  snu,  ale 

satysfakcja jest tak wielka, że postanowił to uczcić przechadzką o świcie. 

background image

Zabrał psa na spacer, żeby sobie pomerdał trochę ogonem. Fuc, fuc, podpuszcza go. 

Wilgotny, brzydki pysk szoruje po trawie. Nie, tutaj nie wolno, przecież cię uczyłem, fuc, fuc. 

Jest ostatni poniedziałek sierpnia, przez ubiegły weekend pies zachowywał się dość nerwowo. 

Mężczyzna wiąże to ze zmianą pogody. Dni stają się coraz krótsze, powietrze skażone 

jest zimnem, może padać. Psy wyczuwają to szybciej niż meteorolodzy. A ilu z tych ostatnich 

potrafi gryźć gości i sikać z podniesioną nogą? 

No dobra, to tylko taki żart, jakby kto pytał. Głupi dowcip, jasne? Mężczyzna nie ma 

zwyczaju  ich  opowiadać,  ale  czasem  go  bawią.  Nigdy  nie  śmieje  się  z  nikogo  bez 

konkretnego  powodu,  a  kiedy  już  to  robi,  śmieje  się  inteligentnie.  Śmiech  trzeba  traktować 

poważnie. 

To przypomina mu jedną z przeczytanych kiedyś historii. Pewien ksiądz odwiedza w 

więzieniu faceta skazanego na śmierć za zamordowanie kilkorga dzieci. Kiedy przestępca już 

ma  się  spowiadać,  następuje  swego  rodzaju  cud:  jakieś  oślepiające  światło  umożliwia  mu 

ucieczkę. 

Ksiądz  podąża  za  nim.  Trafiają  na  tropikalną,  bajeczną  wyspę,  z  koronką  roślin, 

ozdobioną  niestrudzonym  lotem  ważek  i  kolibrów.  Spostrzegają  zwierciadło  jeziora  oraz 

marmurowy pałac z szerokimi schodami i satelitarną anteną, przypominającą „świętą hostię”. 

Wszystko  błyszczy jak  nowe, konstatuje ksiądz. Słychać dźwięki  salsy a kilka dziewcząt  w 

stringach tańczy na stopniach. Skazaniec najwyraźniej wie, gdzie się znajduje, ale ksiądz jest 

zdezonentowany. W środku, w otoczeniu  kotów, czeka na nich dziewczyna o pszenicznych 

włosach, śniadej cerze i zielonych oczach, która oświadcza, że na imię ma Suzej I dodaje, że 

jej największy wróg nazywa się tak samo tylko czyta się od końca. Ksiądz domyśla się, kim 

naprawdę jest dziewczyna, i myśli: Zawsze mi się wydawało że jest mężczyzną. Korzystając z 

tego, że stoi naprzeciw zła, pyta o jego istnienie. Ale Suzej chce tylko tańczyć Skazaniec już 

pląsa,  podobnie  jak  pozostali.  Ksiądz  uświadamia  sobie,  że  jego  pierwsze  wrażenie  było 

mylnepałac nie jest nowy, meble są już dość zniszczone Ten szczegół, właśnie ten szczegół, 

napełnia go przerażeniem Mimo wszystko przyłącza się do tańca. Koniec Co może znaczyć ta 

historia?  Mózg  mężczyzny  puchnie,  szukając  właściwej  interpretacji.  Kiedyś  się  tyle  nie 

zastanawiał,  nie  stawiał  sobie  tylu  pytań.  Teraz  tak  chyba  nawet  w  nadmiarze.  Winę  za  to 

ponoszą  opowieści  które  otworzyły  w  nim,  w  środku,  drzwi  do  zagadek  Mężczyzna  jest 

paliwem;  opowieści  ogniem.  A  najgorsze  że  są  mu  potrzebne  jak  narkotyki.  Próbuje  sobie 

przypomnieć, czy skończył ostatnią z nich, i przyspiesza kroku Pragnie znaleźć się w domu, 

żeby to sprawdzić Wstaje świt: góry są błękitne. Jasność nadchodzi z prawej strony, dlatego 

ta  strona  gór  wciąż  pozostaje  w  cieniu  Na  horyzoncie  morze  łaskawie  pozwala  się  obudzić 

background image

Mężczyznę zaczynają nachodzić wspomnienia, a to nieomylny znak, że opowieści rozstrajają 

go  wewnętrznie  Urodził  się  w  konkretnym  miejscu,  potem  przeprowadził  do  innego 

konkretnego  miejsca,  ponieważ  ojciec  rozwiódł  się  z  matką,  a  matka  otrzymywała  żałosne 

alimenty,  które  nie  starczały  na  ich  utrzymanie  i  mieszkanie  w  pierwszym  konkretnym 

miejscu.  A  także  dlatego,  że  zdecydowała  się  zamieszkać  znów  ze  swoimi  rodzicami.  Tak 

więc mężczyzna spędził dzieciństwo z matką i dziadkami ze strony matki. Matka nazywała go 

Cico,  Bóg  jeden  wie  dlaczego,  nie  tak  bowiem  brzmiało  jego  imię;  nie  było  to  nawet 

pieszczotliwe zdrobnienie. Niemniej faktem jest, że tak do niego mówiła. Był jedynakiem, a 

tym  samym  jedynaczką,  mężczyzna  bowiem  doskonale  wie,  że  jedynacy  są  androgeniczni  i 

każde z rodziców wykorzystuje ten aspekt ich płci, który im akurat pasuje lub na który mają 

ochotę,  bez  szkody  dla  tego  przeciwnego.  Cico  czy  Cica,  syn  czy  córka,  pomagał  matce 

gotować jajka na twardo, a dziadkowi zabijać karaluchy. 

To  już  niedaleko,  zbocze  staje  się  łagodniejsze,  może  nawet  dojrzeć  piaszczystą 

drogę...  Przez  chwilę  stracił  poczucie  czasu  i  przestrzeni,  tak  duża  jest  siła  wspomnień. 

Otwiera furtkę, wchodzi na ganek. Błysk w dłoniach, breloczek od kluczy - Myje się raz dwa, 

daje  jeść  psu,  sprawdza  dokładnie  każdy  pokój,  upewnia  się,  czy  wszystko  jest  na  swoim 

miejscu (szkatułka z kości słoniowej). Następnie nastawia ekspres do kawy, bierze dwa czyste 

wiadra z kuchni, napełnia jedno z nich wodą i ponownie wychodzi. 

- W szkole podstawowej zgwałcił mnie jeden chłopak, podczas przerwy. Był jasnym 

blondynem,  miał  bardzo długie włosy. Nie mogłam  nic zrobić, byłam młodsza i  słabsza od 

niego.  Poza  tym  jego  rodzina  miała  więcej  pieniędzy.  Rodzice  go  oskarżyli,  ale  policja  nie 

przeprowadziła śledztwa, a dyrektor szkoły nie zrobił nic... 

Miały  pozamiatać  parter,  ale  usiadły  w  saloniku,  żeby  obejrzeć  telenowelę.  W 

kulminacyjnym punkcie - kiedy Floriana dokonywała tego strasznego wyznania - usłyszały za 

plecami jakieś odgłosy. Za nimi stali dwaj żandarmi, w zielonych koszulach i czapkach. Mieli 

notes,  wymienili  ich  nazwiska,  postawili  przy  nich  krzyżyk.  „Spokojnie  -  powiedzieli  - 

chcemy wam tylko zadać kilka pytań”. 

Wzywano wszystkich mieszkańców schroniska w związku z wydarzeniami z sobotniej 

nocy. Dla wygody przesłuchania odbywały się w ratuszu, w siedzibie urzędu miejskiego. Był 

już  Mario,  Juanina,  Mónica  i  Esteban;  a  także  Igg  i  Belen,  jak  również  członkowie  paczki, 

którą kierował Borja. Poza nią jedną. 

Dziś  poniedziałek,  dzień  księżyca,  powiedziała  Fernanda,  a  to  przynosi  pecha.  Ale 

Fernanda  wierzyła  w  horoskopy,  duchy  i  telenowelę,  a  ona  nie.  Dla  niej  poniedziałki 

background image

oznaczały jedynie gorączkowy pośpiech, żeby zdążyć przed innymi pod prysznic i nacieszyć 

się plażą. 

- Nie wiem, co my tu, do diabła, robimy... - Fernanda owijała słowa gumą do żucia i 

wypluwała je w powietrze. 

- Mamy cierpieć za tych drani? Ty, to jeszcze rozumiem, w końcu z nimi przestajesz... 

Nie mówię, że podoba ci się to, co robią, ale się z nimi zadajesz... 

Tina  wyłączyła  discmana,  żeby  ją  słyszeć.  A  także  żeby  ją  widzieć;  czasem  do 

patrzenia  potrzebne  jej  były  również  uszy.  Fernanda  i  jej  czarne  loczki,  lśniące  teraz  jak 

smoła po niedawno wziętym prysznicu. Fernanda i jej figura z nadmiarem tłuszczu, podobnie 

jak u niej, tyle że lepiej rozłożonym. 

- - Mam powyżej dziurek od nosa tych faszystowskich kretynów... Uważają się za Bóg 

wie kogo, tylko dlatego, że ich starzy mają kasę. Chester twierdzi, że jego ojciec pochodzi z 

dynastii jakichś francuskich królów. Cóż, błękitna krew...! 

W  korytarzu,  w  którym  czekały,  ustawione  były  naprzeciw  siebie  dwie  kanapy.  Na 

jednej  siedziała  Fernanda,  na  drugiej  Juanina  i  ona.  Pozostała  ich  tylko  trójka,  właśnie 

przesłuchiwano Maria. Zaraz przyjdzie kolej na nią, ale nie denerwowała się już tak bardzo 

jak  na  początku.  Mónica  i  Esteban  wyszli  niemal  szczęśliwi.  Było  jak  na  egzaminie:  kilka 

pytań i do domu. Oczywiście ani Mónica, ani Esteban nie należeli do paczki. Ona tak. 

-  Nie  rozumiem  tylko  -  powiedziała  Fernanda  -  po  co  z  nimi  łazisz,  skoro  nie 

popierasz tego, co robią. Wybacz, ale nie rozumiem... 

Wzruszyła ramionami. 

Drzwi do pokoju przesłuchań były wciąż zamknięte. 

Nic  nie  powie,  co  do  tego  nie  miała  najmniejszych  wątpliwości.  Nawet  gdyby  ją 

torturowali albo zmusili do powrotu do domu, by wysłuchiwała tam zrzędzenia ciotki i wcale 

nie  mniej  marudnego  wuja  archeologa  -  który  przebywał  gdzieś  na  Adriatyku,  marząc  o 

wydobyciu statku pełnego złota - a może nawet Rażącego, nauczyciela ze szkoły, który nosił 

ten przydomek z powodu swojego ulubionego powiedzonka: „Rażący błąd - mawiał - rażący, 

panienko Serrano”. 

Nie  zdradzi  ich,  wolałaby  umrzeć.  Chociaż  przyznaje,  że  w  tym  roku  przesadzili. 

Chester,  Nuńo  i  Bravo  siedzieli  w  areszcie  za  zranienie  kilku  Afrykańczyków.  Belferka  i 

Goyo  uciekli.  Nikt  nie  wiedział,  gdzie  są  Borja  i  Paz,  ale,  według  wiarygodnych  pogłosek, 

przesłuchiwano ich w innym miejscu. Choćby byli nie wiem jak niepełnoletni, przyszłość nie 

rysowała się przed nimi w różowych barwach. 

background image

Musiała im udowodnić, że można jej ufać. Zwłaszcza udowodnić to j e m u. A to było 

coś, co wymagało działania, nie gadania. Każdy uczeń zna rytuał zaufania: polega on na tym, 

żeby  w  danej  chwili  robić  to,  co  się  robić  powinno.  Tylko  wtedy  zostaje  wydany  werdykt: 

Można ci ufać. Zaufania nie zdobywa się słowem. Nawet gdyby setki razy zapewniła ich, że 

nie zamierza mówić, nic to nie da; musi to zrobić. Musi nie mówić. Każda inna opcja będzie 

rażącym błędem. Wyjątkowo rażącym. 

Drzwi  Przeznaczenia  otwarły  się,  zatrzęsły  się  kazamaty  pałacu,  wyszedł  Mario, 

zezując,  już  wolny,  a  jego  wyraz  twarzy  przywodził  na  myśl  duszę,  która,  spowita 

światłością, unosi się prosto do nieba. 

-  Wszystko  w  porządku,  spoko  -  powiedział,  korzystając  z  tego,  że  z  dyżurującym 

strażnikiem  wchodził  właśnie  Juanina.  -  Nie  przesłuchuje  żandarmeria,  tylko  jakiś  facet  w 

cywilu, bardzo chudy... 

- Nie nawijaj - przerwała Fernanda. - Powiedz lepiej, o co cię pytali... 

- To dziwne, ponieważ... 

Ale dozorca więzienny w zielonej czapce już się zbliżał. Fernanda udała, że żegna się 

z Mariem, jakby już nigdy więcej miała go nie zobaczyć. Tina zrozumiała podstęp. 

- Mówi, że pytają o jakąś dziewczynę, która mieszkała w schronisku... - wyszeptała jej 

do ucha Fernanda, kiedy Mario się oddalił. - Tę, która podobno zaginęła... W głowie się nie 

mieści! Co my możemy mieć z tym wspólnego? 

Absolutnie nic, przyznała Tina. I ogarnął ją spokój. 

Udzielenie odpowiedzi na ten temat nie nastręczało trudności. Spodziewała się go, a 

poza tym nie miała w tym względzie żadnych zobowiązań, nie tak jak w tej drugiej sprawie. 

Co  się  stało  z  Soledad?  -  wyobraziła  sobie  przesłuchanie.  Skąd  mam  wiedzieć?  Nie 

zaprzyjaźniłyśmy się. Bardziej ją ciągnęło do pisania niż do zabawy. Była jak ufołudek. Nie 

mam pojęcia, dokąd mogła wyjechać, może wróciła na swoją planetę... 

Fernanda, korzystając z tego, że zostały same, wyciągnęła nogi na kanapie. Żuła gumę 

w taki sposób, jakby chciała pożreć kogoś, kogo nienawidziła. 

W  poniedziałek  rano  Quiros  kolejny  raz  poszedł  do  sklepu.  Sprzedawca  pytał  go 

wcześniej kilkakrotnie, co mu się stało w twarz, więc tym razem już tego nie zrobił. 

Quiros kupił jogurty, bagietkę, ćwierć szynki i paczkę herbaty z kwiatu pomarańczy w 

saszetkach. Zaopatrzył się też w gazety i jakieś powieści w odcinkach (spodoba jej się samo 

to,  że  ma  coś  do  czytania).  Przytaknął  krótko  sprzedawcy,  który  komentował  wydarzenia  z 

sobotniego  wieczoru  („Trzeba  by  pozamykać  te  wszystkie  faszystowskie  świnie”)  i 

obładowany torbami opuścił sklep. Zostawił je u kelnerki w pensjonacie i wyszedł ponownie: 

background image

czekało  go  spotkanie  w  ratuszu  z  przysłanym  przez  Olmosa  ekspertem,  powinien  się 

pospieszyć. 

Nie  mógł  się  jednak  spieszyć.  Zadyszka  uniemożliwiała  mu  szybszą  wspinaczkę  po 

stromiznach, których nie dało się uniknąć. A ponieważ przez całą noc nie zmrużył oka, bo jak 

tylko się kładł, zaczynało mu brakować powietrza, zasypiał teraz na stojąco. Zastanawiał się, 

czy  to  skutek  pobicia.  Mężczyzna,  który  nie  potrafi  przetrzymać  porządnego  łomotu,  do 

niczego  już  nie  jest  zdatny:  słyszał  kiedyś  te  słowa,  nie  pamiętał  co  prawda  od  kogo,  ale 

wierzył w nie niezbicie. Taki był Quiros. 

W dawnych dobrych czasach po czymś takim jak to w sobotę nawet by nie mrugnął. 

Mógł zostać poturbowany, ale tylko z zewnątrz, w środku trwał niewzruszenie. 

Żartował  sobie  nawet.  Miał  zwyczaj  przechwalać  się,  że  tego  rodzaju  zajścia 

pozwalają  odkurzyć  garnitur,  teraz  jednak  tylko  mu  go  poplamiły.  Ubolewał  bardziej  nad 

opłakanym stanem marynarki niż twarzy. A wszystko przez ten gwałtowny krwotok z nosa. 

Zawsze  woził  jedną  na  zmianę  (marynarkę,  oczywiście,  nie  twarz),  ale  to  już  nie  to  samo: 

była  stara,  za  ciasna  (Pilar  łatała  ją  już  kilkakrotnie),  a  jej  niebieski  kolor  gryzł  się  ze 

służbowym  uniformem.  Przynajmniej,  dzięki  jego  zapobiegliwości,  kapelusz  i  okulary 

pozostawały nietknięte. 

Przypomniał  sobie  inne  zdarzenie,  w  którego  trakcie  również  poplamił  marynarkę. 

Wtedy była to krew tego drugiego: Humberta Aldobrando, kandydata na poetę. 

Kiedy zmiażdżył mu kark przyciskiem do papieru w kształcie anioła, pobrudził sobie 

prawy rękaw. 

Aldobrando  i  Casella,  dwa  dobre  psy.  Casella  miał  żonę  i  dwie  córki,  był  brodaty  i 

gruby,  Quiros  zamordował  go  na  brzegu  rzeki.  Aldobrando  był  ślicznym  blondynkiem  o 

głosie  kastrata,  typowym  „snupim”,  rozwodnikiem  z  małą  córeczką.  Lubił  pisać  wiersze  i 

torturować  dziewczynki.  Wszyscy  „snupi”  są  tacy  sami:  chcą  być  oczytani,  wykształceni  i 

bardzo artystyczni.  Aldobrando torturował i  filmował,  Casella sprzedawał  filmy,  a jego brat 

bliźniak,  który  mieszkał  w  Niemczech,  służył  jako  kontakt  w  Europie.  Kiedy  oszukali 

wspólników,  ci  ostatni  najęli  Quirosa,  żeby  ich  zlikwidował.  Bliźniaka  nie  udało  mu  się 

dopaść, ale Casellę i Aldobranda owszem. Na swoje nieszczęście oszukali niewłaściwe osoby. 

Nigdy  by  nie  przypuszczał,  że  mózg  kogoś  takiego  jak  Aldobrando  może  zawierać 

jakąkolwiek  materię,  zwłaszcza  tak  obfitą,  a  przecież  upaprał  się  cały,  pozostawiając  ślady 

nawet  na  suficie,  jak  opuszczone  dziecko,  które  rozmazuje  własną  kupę  po  ścianach.  Na 

szczęście policyjne śledztwo poprowadził Gaos. Gdyby przyjechał ktoś inny, Quiros mógłby 

mieć nie lada kłopoty. Ale Gaos był jednym z policjantów, którzy pracowali dla tych samych 

background image

wielkich  panów.  Za  sprawą  Quirosa  krew  bryzgała  wokół,  a  Gaos  przyjeżdżał  i  sprzątał. 

Dzięki Bogu, Quiros nie miał bowiem zwyczaju przedsiębrać środków ostrożności. 

Zabijanie jest jak pieprzenie, powiedział kiedyś Hurtado, jego były wspólnik: jeśli nie 

chcesz do końca życia ponosić konsekwencji, stosuj  lateks.  Quiros miał tę świadomość, ale 

subtelności  nie  były  jego  mocną  stroną,  nie  tylko  dlatego,  że  był  nieokrzesany,  również 

dlatego, że zabijając, nie tyle zabijał, co zmiatał z powierzchni ziemi. 

Potrzebni  mu  więc  byli  tacy  policjanci.  Prawdę  mówiąc,  Gaos  udawał  mądralę  i 

pokpiwał sobie z niego, nazywając go dupkiem”. Twierdził, że różnica między nimi dwoma 

sprowadza  się  do  tego,  że  Quiros  jest  mrówką,  a  on  wężem  -  „Ty  drepczesz  i  drepczesz, 

idziesz i idziesz, zawsze w linii prostej, a ja pełzam zygzakiem”, mawiał. 

Teraz  Quiros  pełzał  zygzakiem.  Pobłądził  wśród  stromych  wertepów  miasteczka. 

Spytał jakiegoś staruszka, który wskazał do góry. „Ratusz? Jest tam, dokładnie tam”. Wspinał 

się dalej. 

Powłóczył nogami, ciągnąc za sobą ołowianą kulę. Otwierał  usta, żeby  skraść nieco 

więcej powietrza. Czuł kij wetknięty w odbytnicę (hemoroidy). Pocił się jak koń. Zatrzymał 

się  przy  fontannie,  żeby  odświeżyć  twarz.  Fontannę  zdobiła  dość  realistyczna  bujna  jabłoń, 

wykonana  z  kamienia.  Quiros  zapragnął  zjeść  jedno  z  jabłek.  Pomyślał  że  gdyby  udało  mu 

sieje zerwać, pogryzienie  go nie stanowiłoby już żadnego problemu.  Jednak nie spróbował. 

Wspinał się dalej. 

Żoną Aldobranda była Marta. 

Po  rozwodzie  przeprowadziła  się  do  małego  domku  nad  morzem,  wysoko,  nad 

urwiskiem. Tam właśnie odwiedził I ją Quiros na polecenie Aldobranda, ponieważ w owym 

czasie, lata przed tym, zanim go zlikwidował, pracował dla niego. 

Otworzyła mu drzwi osobiście. Była drobną, ładnie zbudowaną, jasnowłosą kobietą o 

niebieskich oczach. Miała na sobie coś w rodzaju wieczorowego spodniumu, odkrywającego 

plecy.  Wyglądała  na  lekko  zamroczoną.  Quiros  zdjął  kapelusz.  Oświadczył,  że  przysyła  go 

były  mąż  z  dość  szczególnym  zadaniem:  ma  zabrać  wszystko,  co  należy  do  niego.  Podział 

majątku, jednym słowem. Marta czekała na niego, wpuściła go. 

-  Proszę  -  powiedziała.  -  Właśnie  świętuję  fakt,  że  zostałam  sama,  a  świętowanie  w 

samotności nie jest zbyt przyjemne. 

Z salonu dochodziły dźwięki samby. Ma pan ochotę na jedną? Jedną co? Caipińnha. 

Piła  caipińnha.  Ale  w  pracy  nie  mógł  sobie  na  to  pozwolić.  Miał  ze  sobą  listę.  Zaczął  od 

parteru. Odkładał  wyszczególnione przedmioty,  w miarę jak je identyfikował: popielniczkę, 

dwa  portrety  dziewcząt  z  zamkniętymi  oczyma,  płyty,  książki.  Niech  pan  zabierze  też  to 

background image

gówno,  Marta  wskazała  na  oprawiony  w  ramy  rysunek  ciała  ludzkiego,  podzielonego,  jak 

jakaś sztuka mięsa, na ponumerowane pola. „Gdzie można uderzać bezpiecznie”, głosił tytuł. 

Pośladki nosiły numer jeden. 

Quiros  pominął  go  jednak,  ponieważ  rysunek  nie  figurował  na  liście.  Zwrócił 

natomiast uwagę na przycisk do papieru w formie anioła. Wiele lat później miał użyć go do 

zamordowania  Aldobranda,  ale  w  owej  chwili  ograniczył  się  do  odstawienia  go  na  bok. 

Aldobrando miał do niego szczególną słabość. Wszyscy „snupi” są tacy sami: ekscytują się 

śmiesznymi  przedmiotami.  Kiedy  dołączał  anioła  do  pozostałych  przedmiotów,  usłyszał  za 

plecami płacz. 

Nie. Nie powinien wspominać Marty. 

Marta była jedną z tych czystych rzeczy w życiu, które pamięć mogła jedynie zbrukać. 

Musiał usunąć ją ze swoich myśli. Wiedział, że będzie to trudne, bo oto natknął się właśnie na 

mur wskrzeszonych wspomnień. Powinien jednak spróbować. 

Ulica, na której się znalazł, była bardzo szeroka. Jakiś pies umknął za róg. Miał sierść 

białą  jak  prześcieradło,  ale  nie  był  to  Sen,  nie  mógł  nim  być.  W  głębi,  w  jednej  ze  ścian 

zobaczył  zamknięte  drzwi  i  wywieszkę  z  godzinami  urzędowania.  Dotarł.  Było  to  tylne 

wejście do ratusza, gdzie kazano mu się stawić. Miał wrażenie, że dobrnięcie do tych drzwi 

zajęło  mu  całą  wieczność.  Otworzył  je,  wszedł  do  ciemnego  korytarza,  z  jakiegoś  pokoju 

dobiegł go głos: 

- Do kurwy nędzy, toż to nikt inny jak ten dupek Quiros! 

- Wiedział, kto to jest, jeszcze zanim się odwrócił. 

Nieves  Aguilar  była  głodna.  Pochłonęła  już  prawie  całą  szynkę.  Właśnie  zjadała 

ostatni  plasterek;  żołądek  podziękował  jej  za  to  delikatnym  pomrukiem.  Głód  oznaczał,  że 

była w dobrej formie. Zdrowie idzie w parze z apetytem. Jesteśmy zdrowi, kiedy zaczynamy 

myśleć, że czegoś nam brakuje, pomyślała sobie. 

- Przypomniało się jej jedno z opowiadań Soledad. Pewna dziewczyna bierze udział w 

przyjęciu, wydanym przez jej ojca dla prominentów firmy, w której on sam jest zresztą nikim 

innym,  jak  kolejnym  prominentem.  Pomarańczowe  refleksy  wydobywają  z  mroku  dekolty, 

czarne garnitury, kelnerów w muszkach, bufet, orkiestrę grającą walce. Na pierwszy rzut oka 

przyjęcie, jakich wiele. 

Ale  niektóre  szczegóły  są  dość  dziwne.  Na  przykład  charakterystyczne  zestawienie 

przystawek.  Kółeczka  czerwonego  i  czarnego  kawioru  zostały  ułożone  jak  pionki  w 

warcabach,  kanapki  tworzą  nazwisko  prezesa  firmy  (pana  Astana),  a  krokieciki  z  łososia 

kreślą niezrozumiałe znaki. Wszystkie kobiety są chude, a mężczyźni grubi i spoceni. Matka 

background image

krąży  po  całym  domu,  rzucając  polecenia  kelnerom,  a  jej  wątła  postać  (ona  również  jest 

szczupła) odbija się w szerokich oknach wielokątnego salonu. 

Nagle  następuje  długo  oczekiwana  chwila:  zjawia  się  prezes,  mężczyzna  o 

niewątpliwym magnetyzmie, i wygłasza przemówienie lapidarnym stylem: „Nie ma wielkich 

ludzi bez wielkich okazji. Nie jesteśmy już opcją przeciwną, jesteśmy jednością”. Otrzymuje 

brawa.  W  tym  momencie  środek  ciężkości  przesuwa  się  na  matkę,  która  wspomina  inne 

przyjęcie,  dzień  swojego  ślubu  z  kimś,  kto  w  owym  czasie  był  zaledwie  oddanym 

pracownikiem  biurowym.  Przypominają  się  jej  oderwane  szczegóły:  słowa  kapłana,  plama 

tortu, rozpłatany  na pół  baran, którego nawet nie tknęła. Opowiadanie kończy się na opisie 

baranka. Nosi tytuł „Ślub pani Boj”. 

To  głód  przypomniał  jej  tamto  opowiadanie.  Pamiętała  też  czwartkowe  popołudnie, 

kiedy  omawiały  je  w  kawiarni.  Dziewczyna  była  przeziębiona,  ponieważ,  jak  wyjaśniła,  po 

umyciu włosów nie wysuszyła ich suszarką. Potem dodała: 

- Ale nie o tym chcę pisać. Czasem myślę, że nie chcę być pisarką. 

- Jesteś w podłym nastroju przez ten katar. 

- Mówię poważnie... Ja chcę tego, czego nie chce nikt. Chcę pisać o tym, co tkwi we 

mnie. 

- Wszyscy tego pragną. 

Po chwili namysłu dziewczyna uściśliła: 

- O tym, jaka jestem w środku. A w środku nie jestem taka, jak ci się wydaje. Nawet 

nie taka, jak się wydaje mnie samej. - Była głodna. Zamówiła dwa pączki. 

A ona pamiętała nawet wąsik z cukru, jaki utworzył się dziewczynie wokół ust, kiedy 

je pochłaniała. 

Nie zaskoczyły jej te słowa: przywykła do jej dojrzałych wypowiedzi. 

- Rozumiem cię - powiedziała. - Masz na myśli swój intymny świat. 

- Wiesz, ile razy pisałam tę historię o przyjęciu? - spytała w odpowiedzi Soledad, nie 

przerywając jedzenia. 

-  Więcej  niż  piętnaście.  Nie  wiem,  dlaczego  to  zrobiłam,  podobało  mi  się  od 

początku... Jednak miałam wrażenie, że za każdym kolejnym razem docieram nieco głębiej... 

Mam na myśli siebie samą. Potem podarłam wszystko i pozostałam przy pierwszej wersji. 

- Jesteś perfekcjonistką. 

- Nie - zaprotestowała. - Pozostałych nie dało się czytać! Pamiętam takie opowiadanie 

o dziewczynie, która przez całe życie nie ruszała się z łóżka, bez jedzenia i picia. Pisałam je 

chyba ze sto razy... Wtedy również podarłam wszystkie wersje, oprócz pierwszej... 

background image

Nieves Aguilar zamyśliła się. Dziewczyna najwyraźniej potrzebowała dobrej rady. 

- Wewnątrz nie różnimy się aż tak bardzo, jak twierdzisz, Soledad. Jesteśmy ludzkimi 

istotami,  nie  mamy  tylu  tajemnic.  W  twoim  wieku  może  się  wydawać  inaczej,  ale  później, 

kiedy  dorastasz,  odkrywasz,  że  życie  jest  dość...  Cóż,  dość  nudne.  -  Dziewczyna  nie 

uśmiechnęła się. - Kiedy oddychała, w jej zatkanym nosie słychać było świsty. 

-  Ukrywamy  oczywiście  różne  rzeczy,  kłamiemy,  oszukujemy...  Oszukujemy  często, 

owszem, bardzo często... Wiemy jednak, że to robimy. Gryzą nas wyrzuty sumienia. 

- Ale ja nie chcę pisać kłamstw! 

W owej chwili słuchała jej zaabsorbowana własnymi zmartwieniami i nie przywiązała 

zbytniej  wagi  do  tych  stwierdzeń.  Teraz  zastanawiała  się,  co  dziewczyna  chciała  przez  to 

powiedzieć.  „Chce  pisać  prawdę”.  Dlaczego  nigdy  nie  wypytała  jej  dokładniej?  Dlaczego, 

kiedy jej nie rozumiała, odwracała się tyłem i kazała brnąć dalej samotnie? 

Przerwało  jej  pukanie  do  drzwi.  Pomyślała  o  Quirosie,  ale  od  otwartych  drzwi 

popłynął znacznie słodszy głos. 

- Można? Przyniosłam herbatę, proszę pani. 

To  była  kelnerka.  Rozmawiała  z  nią  już  wcześniej.  Wyjątkowo  miła  dziewczyna. 

Mieszkała w stolicy, a latem pracowała w pensjonacie pani Ripio. Była zaradna i zręczna. 

Był  z  niej  większy  pożytek,  bowiem  Jacinto,  jedyny  syn  pani  Ripio,  chłopak  z 

pryszczami na twarzy, który pomagał jej w restauracji, robił wrażenie zbyt leniwego, głupiego 

lub  przebiegłego,  żeby  wypełniać  swoje  obowiązki,  więc  ona  musiała  robić  wszystko.  Na 

imię  miała  Safiva.  Nie  była  jednak  Arabką  ani  nikim  takim,  wyjaśniła  jej,  tylko  rodowitą 

mieszkanką Roquedal, podobnie jak jej matka, aczkolwiek jej ciemna skóra, rytmiczny chód i 

bransoletka na kostce Nieves Aguilar przywodziły na myśl odaliskę. 

- Pan Quiros prosił, żebym przyniosła pani na górę te gazetki... Co za uprzejmość ze 

strony pana Quirosa! Gdzie on teraz może być? Z ekspertami z Madrytu? Dziękuję, połóż je 

tutaj, Safivo. I przynieś mi obiad, najszybciej jak będziesz mogła. Umieram z głodu.  

- To znak, że czuje się pani  lepiej.  Opuścić żaluzje, żeby było  trochę ciemniej?  Tak, 

dziękuję. Błogosławiona niech będzie ciemność! 

 

- Cha, cha, cha! Ot i mamy Quirosa! Nieźle cię chłopcy przećwiczyli! Dzisiaj młodzi 

są  bardziej  niebezpieczni  niż  dorośli.  Świat  się  zmienia,  ukazują  się  różne  dziwne  znaki: 

mnożą  się  sekty  i  inne  takie...  Niedawno,  razem  z  Centeno,  złapaliśmy  kilku  gości,  którzy 

narkotyzowali się głodem. Dokładnie tak, jak mówię. Związek Anorektyków S.A. Mieszkali 

na opuszczonym złomowisku, wyglądali jak trupy. Masz, zjedz trochę. - Quiros zjadł szynkę. 

background image

-  Spróbuj  sera.  -  Quiros  zjadł  ser.  -  Centeno,  przynieś  drugą  butelkę!  Może  być  rioja.  To 

prawda, że już nie pijesz, Quiros? Nie uwierzę, póki nie zobaczę. Do tej pory pamiętam, jak 

pochlaliśmy  z  Hurtadem  i  jak  trzymaliśmy  się  latarni,  a  Hurtado  mówił:  „Quiros  mi 

przypierdolił, wezwij policję”. 

- A ty odpowiedziałeś: „To ja jestem policja”. 

Zaśmiali się. 

- Nie pracujesz już z Hurtadem? 

- Nie. 

- I nie pijesz ani nie palisz... Kto by cię nie znał, toby cię kupił... Dziękuję, Centeno. 

Rioja jest doskonała... Nie myśl, że tylko tobie coś dolega... Po winie robi mi się coś takiego 

we  łbie,  jakbym  suszył  włosy  suszarką:  czuję  gorący  podmuch,  słyszę  brzęczenie,  bruuum, 

bruuum... Nawet teraz... I nie tylko po winie. Nie wiem, co to może być, chyba wiek. Cóż, jak 

się pomyśli, jacy byliśmy kiedyś...  

Nie zmieniliśmy się aż tak bardzo, pomyślał Quiros. 

Gaos w dalszym ciągu wyglądał jak ogryziona kość albo łodyga na moczarach, chudy 

i zielonkawy. Skóra okrywająca jego czaszkę nadal się napinała, kiedy się śmiał, a ścięgna na 

szyi,  widoczne  aż  po  mostek  dzięki  rozpiętej  koszuli  i  luźno  związanemu  krawatowi, 

pęczniały w ten sam sposób. Może trochę bardziej wyłysiał. Ale palił jak zawsze: palce miał 

żółte, a z jego popielniczki, jak w jakimś triku fakira, unosiła się smużka dymu. 

-  Widzisz,  jak  nas  traktuje  burmistrz?  Oddał  nam  do  dyspozycji  posiadłość  pod 

miastem. Robi to, żeby pozbyć się kłopotu, to oczywiste. Nie jest zainteresowany tym, żeby 

ktoś brukał imię jego kochanego miasteczka, dlatego nie rozdmuchano tej sobotniej sprawy. 

„Mamy  neonazistów,  to  prawda,  nie  ma  na  to  rady.  Oby  tylko  nikt  się  nie  dowiedział”. 

Przemysł  turystyczny, chłopie. Nie chce stracić  dochodów.  Zbladł, kiedy się dowiedział, że 

przyjechaliśmy  przeprowadzić  śledztwo  w  sprawie  zaginięcia  dziewczyny,  która  wedle 

wszelkich  znaków  na  niebie  i  ziemi  została  porwana.  „Szukali  panowie  w  górach?”,  spytał. 

Można  by  sądzić,  że  tam  się  ukrywają  dziewczyny.  Już  widzę,  jak  skaczą  z  miejsca  na 

miejsce i śpią na gałęziach drzew, nagie, jak je pan Bóg stworzył, co, Centeno? 

Quiros czuł się źle, ale jadł. Gaos czuł się dobrze i jadł. 

Pokój  był  mały  i  ciemny,  poza  kręgiem  światła  pod  lampką,  która  oświetlała  mapę 

leżącą na biurku w otoczeniu serwetek, papierowych kubków i talerzy. Gaos uwielbiał jeść. 

Zawsze jadł. Quiros podejrzewał, że był chudy właśnie dlatego, że nie przestawał jeść, a takie 

ilości pokarmu spożywane na raz uniemożliwiały mu jego przetrawienie. „Tyjemy nie wtedy, 

background image

kiedy  jemy  -  miał  zwyczaj  mawiać  Gaos  -  tylko  w  przerwach  między  jednym  posiłkiem  a 

drugim”. 

-  Pieprzony  dupek  Quiros!  -  Gaos  klepnął  go  po  kolanie.  -  Nieźle  cię  urządzili... 

Wiedzieli, jak bić, prawda? 

- Nie za bardzo - powiedział Quiros. 

- I pozwoliłeś przefasonować sobie twarz, nie odpłacając im pięknym za nadobne. Jak 

mówiłem: kto cię nie zna... 

-  Od  dawna  się  tym  nie  zajmuję.  I  nie  zamierzam  do  tego  wracać  w  moim  wieku, 

zwłaszcza z takimi dzieciakami... - Quiros usiłował obrać plasterek chorizo. W końcu zjadł go 

ze  skórką.  -  Nigdy  bym  nie  pomyślał,  że  awansują  cię  na  inspektora,  Gaos  -  powiedział 

przeżuwając. 

- Sądziłem, że w policji zostają przyzwoici ludzie... 

-  To  przez  Nelę  -  powiedział  Gaos.  -  Kazała  mi  wybierać  między  rozwodem  a 

awansem.  Wybrałem  awans.  W  moim  wieku  nie  znajdę  lepszej  połowicy...  Ty  się  nie 

ożeniłeś, prawda? - Quiros zaprzeczył. Przez chwilę jedli w milczeniu. Przerwał je Gaos, nie 

przestając oblizywać palców. - Boże, jakie to wszystko dobre... Wiejskie jedzenie. Przydałoby 

się  jeszcze  kilka  dziwek,  nie,  Centeno?  A  skoro  już  o  nich  mowa...  Zwróciłeś  uwagę  na  tę 

czarnulkę? Tę przesłuchiwaną na końcu? Jak ona się nazywa...? Fernanda Guzman? 

- Pomar - powiedział Centeno. 

-  Niezła  lala!  Chociaż  dziewczyna  tego  Borjy,  Paz  jakaś  tam  („Huertas”,  powiedział 

Centeno),  to  dopiero  palce  lizać...  Po  prostu  boska!  Teraz  dziewczyny  albo  są 

anorektyczkami,  albo  grubaskami.  Trudno  dziś  o  kawał  porządnej  baby,  jak  to  bywało  za 

naszych czasów. Chyba wezwę pannę Paz na ponowne przesłuchanie... 

- Powiedzieli coś? - spytał Quiros. 

-  Nie  wiedzą,  nie  odpowiadają.  Podejrzewam,  że  twoja  przyjaciółka,  ta  grubaska  z 

piercingami, próbuje chronić grupę, bo niejaki Borja wpadł jej w oko. Jestem jednak pewien, 

że nie tknęli córki Olmosa. Poczekamy jeszcze, co nam powie Borja... Przesłuchali go już na 

komisariacie. Kiedy przywiozą go do mnie, będzie wściekły, ale zapewniam cię, że przykręcę 

mu śrubkę. Jest synem wojskowego, a ja nienawidzę tej kasty. Jeden sierżant nieźle dawał mi 

w kość, kiedy byłem rekrutem. Poza tym chętnie postraszę tego samca alfę - wiesz, jak to jest: 

łysi go szanują, wyrwał najładniejszą laskę...  Idę o zakład o ten talerz serów, że nie ma nic 

wspólnego ze sprawą córki Olmosa, ale pośmieję się trochę jego kosztem... 

- Możesz mu coś powiedzieć, kiedy go będziesz przesłuchiwał? - zapytał Quiros. 

 

background image

Dziewczyna  była  tak  miła,  że  nie  zapaliła  światła.  Pokój,  z  półprzymkniętymi 

żaluzjami, tonął w mroku. 

- Można? Ojej, obudziłam panią? 

- Nie, nie spałam. Wejdź, Safivo. 

- Jakiś chłopak przyniósł to dla pani. Mówi, że to od księdza. 

Nieves Aguilar uniosła się na łóżku i spojrzała na reklamówkę. Zawierała kartonowe 

pudełko. Jego ciężar nadawał torbie kształt piramidy lub gruszki, którą dziewczyna trzymała 

za czubek. Po obu stronach stożka wystawały jej gołe nogi. 

- Dziękuję - powiedziała Nieves Aguilar cicho, prawie do siebie. 

- Zostawię ją tutaj. Podniosę trochę żaluzje, dobrze? Słońce już nie świeci. 

Kiedy dziewczyna wyszła, Nieves wyjęła z kartonu jedną z książek, otworzyła ją na 

chybił trafił i przeczytała: „Należę do tych, którzy piszą inspirowani Miłością, dlatego też...”. 

Na innej zaś stronie: „Myślę, że wszyscy pisarze kłamią”. 

Te ostatnie słowa bardzo ją zaintrygowały. 

-  A  tak  przy  okazji,  jedno  pytanie.  Można  wiedzieć,  czemu  jego  świątobliwość 

wynajął cię do szukania swojego klejnotu? Czyżby nie chciał go odzyskać? Cha, cha, cha... 

To żart, nie obrażaj się. 

- Wynajął mnie, żebym uspokoił nauczycielkę - powiedział Quiros. 

Gaos  roześmiał  się  ponownie.  Nie  brzmiało  to  jak:  cha,  cha,  cha.  Quiros  nie  znał 

nikogo,  kto  śmiałby  się  w  ten  sposób.  Śmiech  Gaosa  kierował  się  w  głąb,  jakby  człowiek 

chory  na  rozedmę  płuc  dostał  ataku  kaszlu.  Albo  jakby  jakiś  pies  wyszczekiwał  w  agonii 

ostatnią wolę. 

- Przy tobie kobiety zawsze się denerwowały! W końcu wyszedł z ciebie dupek! I co, 

uspokoiła się? 

- Tak. To dobra kobieta. 

-  A  skoro  już  mowa  o  dupkach...  nieźle  dałeś  dupy  z  tym  wisiorkiem,  wiesz? 

Przelecieliśmy go proszkiem, prawda, Centeno? Z braku laku przelatujemy wisiorki... Nie ma 

ani  jednego  odcisku,  nawet  dziewczyny!  Raz  w  życiu  powinieneś  zostawić  ślady,  a  robisz 

wszystko, żeby je zatrzeć...! 

Centeno, siedzący przed laptopem  głaz w garniturze i krawacie, głaz, który nie pocił 

się ani nie odzywał, tym razem po raz pierwszy zawtórował Gaosowi śmiechem. 

- Przecież... podniosłem go przez chustkę, bardzo ostrożnie... - bronił się Quiros. Gaos 

skręcał  się ze  śmiechu. Centeno poczerwieniał.  - Nie zatarłem ich, Gaos, do diabła... Skoro 

nie ma śladów, to... po prostu ich nie ma! 

background image

-  Po  co  te  nerwy,  stary,  to  tylko  żart.  -  Gaos  wycierał  oczy.  -  Tak  czy  inaczej, 

poczekamy, co powiedzą w laboratorium, ale wisiorek jest sterylny jak twój mózg. 

- To źle - powiedział Quiros. 

-  Bardzo  źle  -  zgodził  się  Gaos.  Podniósł  się  i  oparł  łokciami  na  mapie,  przełykając 

oliwkę. Wypluł pestkę na jedną dłoń,  drugą unosząc do skroni.  -  Bruum, bruuum,  suszarka 

znowu się włączyła. Nikt jej nie słyszy? Przecież wiem, że nie. To wino. - Wskazał na jakiś 

punkt na mapie. - Jutro sprowadzimy psy i helikoptery. Musimy kogoś zamknąć, wtedy jego 

świątobliwość będzie usatysfakcjonowany, prawda, Centeno? Dziewczyna może się odnaleźć 

później.  Szast-prast,  jeden  w  ciupie  i  po  zupie.  A  propos,  od  dawna  podejrzewamy,  że  w 

okolicy pracuje „snupi”, wiedziałeś o tym? 

Quiros wpatrywał się w niego nieruchomo. 

- Jesteś pewien? 

- Szefostwo tak twierdzi; pewnie wiedzą, co mówią. 

Zresztą  wszystko  wskazuje  na  to,  że  mają  rację.  Jest  dość  dobry,  jeśli  oceniać  po 

klienteli, i dość szalony, jeśli oceniać po materiale, jaki oglądaliśmy... 

Quiros  poczuł  coś  jakby  strach.  Nie  myślał  o  dziewczynie,  tylko  o  kobiecie: 

przypomniał  sobie,  jak  zapewniał,  że  odnajdą  uczennicę,  że  wszystko  będzie  dobrze.  Jeśli 

jednak  to,  co  sugerował  Gaos,  jest  prawdą,  nie  ma  najmniejszej  szansy,  żeby  sprawy 

potoczyły się pomyślnie. 

- Czy don Juan wie? 

- Po co przekazywać mu  takie wiadomości?  -  Gaos  wypluł kolejną pestkę.  -  Chcesz, 

żeby  zabił  posłańca?  A  to  jeszcze  nie  wszystko.  Twoja  kochana  Tina,  ta  grubaska  od 

piercingów, twierdzi, że w zeszłym roku również zaginęła turystka, Szwedka, która, podobnie 

jak Soledad, zatrzymała się w schronisku. Nazywała się Bania. 

- Anja, żadna bania - poprawił Centeno. 

- Przeprowadzimy „prospekcję wsteczną”, strona sto siedemdziesiąt sześć podręcznika 

inspektorów brygady. 

Zaczniemy  od  Bani  i  będziemy  posuwać  się  do  tyłu;  przekonamy  się,  dokąd  nas  to 

zaprowadzi.  Tylko  dyskretnie,  pamiętaj:  „snupi”  plus  zaginione  nastolatki  równa  się  czyste 

gówno. Na sto procent. 

Quiros z trudem przełknął przeżuwany kęs. 

- Myślałem, że nikt już nie zajmuje się filmami, od kiedy... 

- Od kiedy zlikwidowałeś Casellę i Aldobranda? Ależ z ciebie dupek! Filmy snuff to 

jeden  z  najbardziej  kwitnących  biznesów,  obudź  się  wreszcie!  Siedzi  w  tym  wiele  grubych 

background image

ryb:  polityków,  policjantów,  reżyserów  filmowych,  fotografów,  agentów  artystycznych, 

producentów  telewizyjnych...  Albo  sami  są  „snupi”,  albo  kupują  robione  przez  nich  filmy, 

dlatego  wszyscy  wolą  milczeć.  Wiesz,  jaki  ostatnio  stosują  system  porozumiewania?  Ani 

bezpieczne  linie,  ani  wyszukane  komputery...  Wtrącają  zdania  w  telenowelach.  Nie  mają  z 

tym  problemu,  wiem,  co  mówię,  pracuje  dla  nich  wielu  scenarzystów,  a  ponieważ  to 

telenowele,  mogą  w  nie  wkleić  dowolną  wypowiedź  aktora  i  nikogo  to  nie  dziwi.  Włączają 

telewizor i oglądają. 

Jakaś  postać  przekazuje  szyfrem  dowolną  wiadomość:  o  nowym  „snupim”, 

oferującym filmy wysokiej jakości, albo o innym, którego właśnie aresztowano. Może to być 

także  informacja  skierowana  do  jednego  ze  „snupich”,  któremu  policja  depcze  po  piętach... 

Zdania są dziwne, rozumieją je tylko oni... 

Carlos Escorial, przypomniał sobie nagle Quiros. 

Telefon  brutalnie  rozdarł  ciszę  w  chwili,  kiedy  zabierała  się  za  czytanie  pierwszej 

książki. 

- Cześć - zaśpiewał głos. - Dzwoniłem do ciebie rano, ale miałaś wyłączony telefon. 

Stało się coś dziwnego: godzinami wyobrażała sobie tę rozmowę, każdą minutę, każde 

słowo, każdą monosylabę. 

Rzeczywistość okazała się jednak inna. 

Usłyszała  siebie  samą,  jak  odpowiada  głupio,  z  książką  otwartą  ciągle  na  kolanach: 

„Chciałam trochę pospać”. W jej ustach, jak bańka, pęczniały słowa przeprosin. Przeprosin! 

-  Patrzcie,  patrzcie!  -  powiedział  Pablo.  -  Mąż  dusi  się  w  skwarnym  Madrycie,  a 

paniusia  pozwala  sobie  na  luksus  wylegiwania  się  w  łóżku  do  dwunastej  w  południe.  I  na 

plaży... 

- Owszem. 

- Coś ci jest? 

Nareszcie  zauważył.  Na  którym  etapie  drogi,  zastanawiała  się.  Po  ilu  uderzeniach 

serca? Czy to możliwe, żeby takie szczegóły były miarą miłości? A najgorsze, że zdała sobie 

sprawę, iż mimo wszystko to pełne hipokryzji pytanie sprawiło jej przyjemność. 

- To nie był najbardziej udany weekend, Pablo - powiedziała w końcu. - Opowiedziała 

mu o gorączce, wyczerpaniu i telefonach. 

Wiedziała,  że  czyniąc  to,  oddawała  mu  coś  bardzo  cennego  -  swoją  dumę  -  ale  nie 

miała już ochoty go karać. 

Kiedy  skończyła,  czekała  na  jego  reakcję.  Z  zaskoczeniem  stwierdziła,  że  to  on  się 

obraził. 

background image

-  A  więc  dzwoniłaś  kilkakrotnie...?  Można  wiedzieć,  dlaczego  nie  zostawiłaś  żadnej 

wiadomości? Natychmiast bym oddzwonił. Chcesz mnie kontrolować na odległość, Nieves? 

Chcesz,  żebym  spełniał  twoje  życzenia,  choć  nawet  mi  o  nich  nie  mówisz?  Czy  ja  jestem 

jasnowidzem,  żeby  wiedzieć,  kiedy  jesteś  chora  i  kiedy  chcesz  ze  mną  rozmawiać?  -  Nie 

odzywała się. Tylko słuchała. Mówił dalej, zmieniwszy ton. 

- Wyłączyłem telefon na cały weekend, żeby nie zawracali mi głowy z redakcji, wiesz, 

jacy oni są. Tegoroczny dolce stil nuovo polega na tym, że dzwonią o każdej porze i wciskają 

zlecenia. W sierpniu  zostało zaledwie kilku frajerowi musimy pracować  za wszystkich. Nie 

odbierałem, oczywiście. Również w domu. Mówiąc szczerze, pojechałem na wieś. 

Powtórzyła: 

- Na wieś... 

-  Owszem,  chciałem  pomyśleć.  Odprężyć  się  i  pomyśleć.  W  sobotę  poszedłem  na 

spacer, w niedzielę także. To nie to samo co plaża, wiem, ale pomaga. - Dostrzegła podtekst. 

Zagryzła zęby, żeby się  powstrzymać od komentarzy.  - Ptaszki,  strumyk, drzewa, pachnące 

zioła...  -  Nagły  śmiech,  jak  smagnięcie.  -  Jednak  w  niedzielę  musiałem  pędem  wracać  do 

domu.  Wiesz,  dlaczego?  Przytrafiło  mi  się  dokładnie  to  samo  co  tobie:  coś  mi  musiało 

zaszkodzić... Zawsze przytrafia nam się to samo. Jak widzisz, obydwoje spędziliśmy weekend 

w łóżku. 

- Owszem. - Różnica polega na tym, że ja byłam w nim sama, pomyślała. 

- Nieves, czy godzi się pani na remis? 

Wściekłość odebrała jej głos. 

Rozumiała  naturalnie,  że  miał  rację.  Jego  logika  była  miażdżąca:  skoro  nie  było 

komunikacji, nie było winy. 

Powinna  była  zostawić  mu  wiadomość.  Nie  proszę  cię  jednak  o  twoją  miażdżącą 

logikę, pomyślała. Na nic mi twoja... miażdżąca logika. 

-  ...  brakowało,  kiedy  spacerowałem  -  mówił  -  i  prawie  cię  widziałem,  przysięgam, 

niemal mogłem cię zobaczyć. Byłaś przy mnie, na wsi, i mówiłaś mi... czy też nakazywałaś... 

Ma talent krasomówczy, myślała. Lubię jego opowieści. 

On opowiadał, a ona słuchała jego historii. Nie jesteśmy już opcją przeciwną, jesteśmy 

jednością. Jednym ciałem, jednym rozpłatanym na wpół baranem. 

Odłożyła książki Guerina na bok i wstała. W łazience zagasiła tlący się jeszcze żar łez. 

- ... ponieważ naprawdę cię kocham. 

- Ja ciebie również - powiedziała do lustra. 

background image

Kiedy zadał jej pytanie, postanowiła nie mówić nic o dziewczynie. Quiros prosił ją o 

dyskrecję. Tak właśnie zrobi. Nie dlatego, że nie wierzyła Pablowi, ale dlatego, że zatajenia 

przed nim pewnych spraw wymagała swego rodzaju sprawiedliwość. 

Przypomniał  jej  się  Quiros.  Chciałabym  go  zobaczyć,  powiedziała  do  siebie. 

Przydałaby  się  jej  jego  uspokajająca,  stanowcza  obecność.  Logika  Quirosa  nie  była 

miażdżąca, nie przedstawiał toku rozumowania, nawet niezbyt ładnie się wysławiał (prawdę 

mówiąc, w ogóle niewiele mówił). Tęskniła jednak za jego szczerością, rozwagą, a nawet za 

jego  nieokrzesaną  szarmanckością...  Potrzebowała  tego  wszystkiego  bardziej  niż 

kiedykolwiek. 

-  Mam  dla  ciebie  informacje,  o  które  prosiłaś  -  powiedział  Pablo.  -  Na  temat  tego 

domniemanego detektywa... 

Poczuła  niewytłumaczalną  chęć,  żeby  go  powstrzymać,  ale  zanim  się  nad  tym 

zastanowiła, usłyszała, jak mówi. 

Posłuchaj  mnie,  pedale!  Myślisz,  że  to,  co  czytasz,  to  nie  rzeczywistość,  że  to  się 

wcale nie dzieje? I tylko dlatego, że tak sądzisz, tak ma być? Jak śmiesz przypisywać sobie 

takie  przywileje?  Niby  dlaczego  masz  być  ważniejszy  niż  ja,  kretynie?  Do  ciebie  mówię! 

Żaden  czytelnik  z  ciebie!  Po  prostu  zwykły  bękart!  Ograniczony,  gówniany  osioł,  głupiec, 

głupiec, więcej niż głupiec! 

Mężczyzna  przestaje  krzyczeć  do  lustra,  między  innymi  dlatego,  że  jest  całe  oplute. 

Ale nie poprzestaje na tym: szarpie kartki, przeżuwa strzępy, rzuca się z kopniakami na psa, 

wywraca stół; ogarnia go diabelska furia. 

Opowieści! - krzyczy. Przeklęte opowieści! 

Uspokaja  się,  siada,  smaruje  grzankę  margaryną.  Zawsze  je  na  śniadanie  grzanki  i 

płatki  z  mlekiem:  to  bardzo  zdrowe.  Psu  zostawia  resztki.  Powiem  wam  prawdę,  myśli: 

trafiliśmy do tej samej opowieści, ty, ja, wy, wszyscy. Nie możemy z niej wyjść, ponieważ ta 

opowieść  obejmuje  wszystko.  Mogę  to  udowodnić.  Doszliśmy  do  wniosku,  że 

urzeczywistnianie  pragnień  jest  nieuświadomionym  truizmem.  A  zatem  rzeczywistość  jest 

pragnieniem,  a  pragnienie  rzeczywistością.  Wymieniajcie  te  terminy  dowolnie,  wedle 

życzenia. Jeśli nadal sądzisz, I że to nie jest rzeczywistość, pragnę, żebyś zniknął. 

Niech zostaną tylko ci, którzy uważają, że to rzeczywistość. Koniec, kropka. 

Pies także zostaje, pragnę dodać. 

Świat jest niewysłowioną tajemnicą. Nic nie wiemy, niczego nie możemy pojąć. Przed 

oczami mamy zamgloną szybę i nie dostrzegamy tego, co jest za nią. Dzieje się tak, ponieważ 

nasze myśli są ludzkie, a istotom ludzkim nikt nie gwarantuje żadnych odpowiedzi. Niemniej 

background image

jedno jesteśmy zdolni pojąć: oszukujemy się, wierząc w znajomość życia. Jesteśmy obcymi, 

którzy budzą się wśród obcych, w obcym miejscu, a po pewnym okresie zamętu i poszukiwań 

powracają do przerwanego snu. Tym jest egzystencja. 

A teraz gra słów. Wymaż ze słowa EXISTENCIA słowo ESENCIA. Co zostaje? XIT, 

co brzmi podobnie jak angielskie „gówno”. IT, w tymże języku, oznacza „to”, więc także się 

go pozbędziemy. Co pozostaje? X, niewiadoma. 

Czasem mężczyzna ma ochotę...! Szlocha rozpaczliwie. 

Chce ci zrobić ogromną krzywdę, dużo większą, niż robił do tej pory. Chce obedrzeć 

cię ze skóry. Mężczyzna wstaje, kopie w krzesła, kopie psa, ściąga z wieszaka Posrebrzaną, 

idzie po amunicję, wraca bez niej, zapina szlafrok, uspokaja się. 

Słyszy hałas: warkot silnika w powietrzu. Helikoptery. 

Pies podnosi głowę. Dalekie szczekanie. Odsuwa firankę i patrzy: nic. 

Mężczyzna  nie  jest  bogiem,  nie  jest  nawet  jego  podobieństwem,  teraz  to  wie.  Jest 

raczej  owym  małym  grubasem,  który  mieszkał  z  matką  i  dziadkami,  i  tęsknił  za  ojcem. 

Ojcem, który miał się nigdy nie zjawić z jednej prostej przyczyny: ponieważ to był on sam. 

Mężczyzna  wie,  że  kiedy  rodzi  się  chłopiec  bez  ojca,  sam  chłopiec  staje  się  ojcem,  korona 

przechodzi  na  jego  głowę.  Bocianie  pisklę  również  jest  bocianem,  dziedziczy  się  penisa  i 

ojcostwo.  Więc  mężczyzna,  będąc  i  ojcem,  i  dzieckiem  jednocześnie,  był  mężem  i  synem 

swojej  matki.  Nie  był  jednak  bogiem  w  swoim  domu  ani  w  państwowej  szkole,  do  której 

uczęszczał,  a  gdzie  wszystkie  dziewczyny  patrzyły  na  niego  tak,  jak  tylko  dziewczyny 

potrafią patrzeć na grubasa. Choć po prawdzie trudno jest być bogiem w państwowej szkole, 

umożliwia to jedynie prywatyzacja. 

Wszechświat jest również prywatną firmą, przynajmniej dla wierzących. Wszechświat 

jest  własnością  jednej  jedynej  istoty,  inni  muszą  płacić,  żeby  się  nim  nacieszyć.  Tak  czy 

inaczej, prawda jest jedna: mężczyzna nie był bogiem, był małym grubasem. 

Trzeba mówić prawdę, nawet jeśli boli. 

Nie  zachował  się  również  jak  bóg,  kiedy  po  śmierci  dziadków  matka  zaczęła 

przyjmować w domu mężczyzn. 

Byli wysocy jak wieże i krzywiąc twarz w przewrotny sposób, pochylali się, żeby mu 

się  przyjrzeć.  I  choć  było  ich  wielu,  przychodzili  pojedynczo.  Matka  prowadziła  ich  do 

sypialni, a on zostawał na zewnątrz. Idź do swojego pokoju, Cico. Stosował się do polecenia, 

płacząc. 

Dobrze, że przynajmniej miał już wtedy swoją szkatułkę z kości słoniowej. 

background image

I  kino.  Kino  wzruszało  go  od  małego.  Uwielbiał  Psa  andaluzyjskiego,  chciał  zostać 

reżyserem,  mieć  swoją  gwiazdę  w  Alei  Gwiazd,  stać  się  kamieniem  milowym  w  historii 

celuloidu... Nie osiągnął żadnego z tych celów. 

Pozostawia  brudne  talerze  w  kuchni  (nie  nauczył  jeszcze  psa  zmywać),  wchodzi  do 

łazienki,  gdzie  nadal  unosi  się  mgiełka  po  niedawnym  prysznicu,  napełnia  jedno  wiadro 

wodą, drugie czyste bierze ze sobą. Nie może niczego brakować, myśli.  Wychodzi  tylnymi 

drzwiami i kieruje się do szopy. 

Wtorkowy  poranek  jest  jasny,  bardzo  czysty,  ale  mężczyzna  zna  już  najbliższą 

prognozę:  za  dwa,  trzy  dni  ośrodek  niżowy,  burzowe  pożegnanie  lata,  monstrualne  chmury 

otaczające olbrzymie oko, niebiańską tarczę strzelniczą, odpływ boskiego WC. Ostatnie dni 

sierpnia:  pora  spakować  walizki,  zamknąć  interes  i  ulotnić  się  stąd  do  przyszłego  roku, 

naprawdę  mężczyzna  mieszka  bowiem  w  stolicy,  nie  w  tej  odrażającej  zagrodzie,  do  której 

zjeżdża  tylko  na  lato.  Tym  razem  się  opóźnił,  za  co  obwinia  różne  okoliczności:  drobne 

naprawy dachu szopy, nieprzewidziane zakupy, może nawet... 

Ależ tak, opowieści, które poruszyły liczne warstwy błota, szlamu, pozostawiając po 

sobie nieunikniony osad niepokoju! 

Jak  to  możliwe,  że  skoro  nie  jesteśmy  niczym  innym  niż  słowem  pisanym,  nasza 

historia jest rzeczywista? - zastanawia się, podczas gdy jego postać, jak pochodnia  w ogniu, 

czernieje, wypala się, traci formę, zamienia się w popiół, w ciemność... 

Tego poranka Quiros wyszedł wcześnie. Na wyludnionych ulicach wzbierało wściekłe 

ujadanie.  Podążył  za  nim  na  szczyt  wzniesienia,  gdzie  stała  furgonetka.  Dwaj  policjanci  w 

odblaskowych  kamizelkach  pili  kawę  oparci  o  karoserię.  Zajrzał  przez  tylne  okienko  i 

zobaczył psy. 

- Podobają się panu? - spytał jeden z policjantów, bardzo młody, niemal dziecko. - Są 

najlepsze. Czysta rasa. Szkolone od szczeniaków. Mają taki węch, że potrafią wyczuć zapach 

skarpetki  w  czasie  i  przestrzeni.  I  są  bardzo  przebiegłe.  Zdolne  kontaktować  się  z  ludzką 

istotą  prostym  językiem  symboli.  Posłuszne,  wierne,  niezmordowane...  Ulepszona  wersja 

owczarka alzackiego. 

Ujadające psy wspinały  się na tylne łapy, przednie opierając o kratę. Okno nie było 

duże,  więc  Quiros  mógł  dostrzec  tylko  najbliższe  z  nich.  Te,  które  były  za  nimi,  skakały, 

ukazując jedynie kawałek pyska, a w głębi rozróżniał już tylko ciemne kształty. Był jednak 

niemal pewny, że żaden z nich nie był biały. 

- Naprawdę nie pracuję w policji - powiedział młody. 

background image

Zdjął czapkę, a wtedy Quiros zdał sobie sprawę, że nie był również mężczyzną, tylko 

krótkowłosą  dziewczyną  o  twarzy  usianej  pryszczami  i  ze  śladami  zmęczenia.  Na 

identyfikatorze  przypiętym  do  kamizelki  przeczytał:  „M.C.  Carnicero”.  -  Jestem  na 

praktykach. To moje pierwsze prawdziwe ćwiczenie w terenie. 

- Bardzo dobrze - skonstatował Quiros, żeby cokolwiek powiedzieć. 

Drugi  policjant  wszedł  do  baru.  Dziewczyna  podeszła  do  psów,  wydając  odgłos 

przypominający szczękanie zębów. 

Ujadanie przycichło. Wtedy M.C. Carnicero oznajmiła: 

-  Czekamy,  aż  pierwsza  grupa  wróci  z  gór.  Suki  pierwiastki  zawsze  idą  przodem. 

Musimy zaczekać. Gdybyśmy połączyli je z samcami, mogłoby nieźle zaiskrzyć. 

- Jasne - powiedział Quiros, choć uważał, że psy i tak zachowują się nerwowo. 

- Są podenerwowane, bo rano coś znalazły  -  wyglądało na to, że M.C. Carnicero ma 

zdolności telepatyczne, podobnie jak jej psy. 

- Co mianowicie? 

-  Nie  mam  pojęcia.  Właściwie  nie  wiem  nawet,  czego  szukamy.  Do  moich  zadań 

należy jedynie opieka nad nimi, karmienie ich i przewożenie. Ale to musi być coś ważnego. 

Zauważył pan helikoptery i furgonetki, które zjechały do miasteczka? 

Quiros właśnie miał odpowiedzieć, kiedy spostrzegł przechodzących obok brodacza i 

rude dziewczyny. Pożegnał się z M.C. Carnicero (sprawiała wrażenie niezadowolonej, że nie 

będzie miała z kim rozmawiać o swoich psach) i poszedł za nimi. 

Szli  szybko,  wiedzieli,  dokąd  się  kierują.  Quiros  musiał  zachować  odpowiednie 

tempo, żeby ich nie zgubić. Nagle zaczęli biec,  Quiros również. Niemal zderzył się z kimś, 

kto  biegł  w przeciwnym kierunku, z jakąś kobietą, która dmuchnięciem odsunęła końcówki 

włosów,  po  czym  spojrzała  na  niego  z  nienawiścią  i  pobiegła  dalej.  Kiedy  dotarł  do 

promenady,  ujrzał  rude  dziewczyny  na  piasku.  Szły  w  stronę  falochronu.  Niosły  sprzęt  do 

nurkowania. Brodacz podążał za nimi z miną wyrażającą satysfakcję. 

Helikoptery pruły powietrze. Morzu to najwyraźniej nie przeszkadzało: było spokojne 

pod leniwymi falami i delikatną jak papierowa suknia pianą. 

- Piję za wolność. - Marta wzniosła kieliszek. - To ja zażądałam separacji. I nie żałuję. 

Nie  miał  właściwie  ochoty  na  nic,  nie  jadał  podczas  pracy,  ale  nie  chciał  jej  urazić, 

więc przełknął kilka kęsów. 

Postanowił skorzystać z zaproszenia i teraz nie mógł się już wycofać. 

Godzinę  temu,  kiedy  zabierał  przycisk  do  papieru  w  kształcie  anioła,  usłyszał,  jak 

płacze (zrozumiał, że była trochę wstawiona - caipińnhas). Wyjaśniła mu, że chociaż cieszy 

background image

się z zerwania z Aldobrandem, nie potrafi pozbyć się uczucia samotności. Może zostanie z nią 

na  kolacji?  Przyglądał  się,  jak  smaży  kotlety,  kładzie  obrus,  zapala  świece  i  nalewa  wino. 

Była prawie dwunasta w nocy. Dawno już powinien wykonać zlecenie, a nadal tkwił w domu 

na urwisku, razem z tą kobietą, słuchając morza i tego, co mówi. 

-  Zakochałam  się  w  Humbercie,  ponieważ  podobały  mi  się  jego  wiersze.  Byłam 

młoda,  niewinna  i  trochę  głupia.  Virum  non  conosco.  -  Robiła  wrażenie,  jakby  mówiła  do 

kieliszka, a kieliszek (pomyślał Quiros) na pewno rozumiał więcej niż on. - On był bogaty i 

przystojny. I był poetą. Może nie uwierzysz, ale to właśnie pociągało mnie najbardziej. Fakt, 

że był poetą, zmieniał go w moich oczach w księcia z bajki. Poza tym bił od niego entuzjazm. 

Mówił, że chce pisać o tym, co naprawdę tkwi w nim, w środku. 

W środku jestem inny. I miał rację. Nigdy nie pozwalał mi jechać do tamtego domu na 

wsi. Pewnego dnia, kiedy go nie było, ogarnęła mnie ciekawość. Znalazłam piwnicę. 

Zobaczyłam kamery, soczewki, scenę, poplamioną podłogę... Potem odkryłam kasety 

wideo.  Po  wyjściu  zadzwoniłam  do  adwokata  i  zażądałam  rozwodu.  -  Piła  i  płakała 

równocześnie, a Quiros miał wrażenie, że łzy spadają jej do kieliszka, by powrócić do oczu tą 

samą  drogą,  bez  żadnej  widocznej  przerwy.  -  Skurwysyn.  Były  tam  nie  tylko  nastolatki, 

czasem nawet kilkuletnie dzieci... To właśnie tkwiło w nim, w środku. - Spojrzała na Quirosa. 

-  Dlaczego  pan  dla  niego  pracuje?  Dlaczego  pracuje  pan  dla  takich  ludzi?  Wygląda  pan  na 

dobrego człowieka. Z pana wzroku emanuje dobroduszny autorytet. Dlaczego pracuje pan dla 

takich degeneratów jak Aldobrando? 

Quiros, zaskoczony tym, że musi się odezwać, zaczął się plątać. 

- Jeśli mam być szczery... 

- Płacą panu za to, wiem - przerwała - ale czy nigdy nie zrobił pan niczego za darmo, 

panie Quiros? Przepraszam za tę impertynencję, chyba zaszkodził mi alkohol. Ma pan ochotę 

na deser?  -  Quiros nie miał. Marta spojrzała na niego z uśmiechem.  -  Zamknął już pan listę 

przedmiotów należących do tego drania, mojego byłego męża? Brakuje czegoś? 

- Jednej rzeczy - powiedział Quiros - ale to może zaczekać. 

Starał  się nie wspominać, próbował  zablokować jakieś drzwi, ale w głowie nie miał 

żadnych drzwi. A może wszystkie otworzyły się naraz i przeszłość, jak wiatr, przeszywała go 

na wskroś. 

Najmłodsza z rudych kobiet, stojąca na skraju falochronu, ściągnęła ubranie; nie tylko 

bluzkę  i  szorty:  była  naga,  można  było  dojrzeć  zarys  jej  pośladków.  Wyciągała  w  górę 

ramiona,  podczas  gdy  brodacz  pokazywał  ją  kijkiem,  być  może  snorkelem.  Dwie  pozostałe 

przygotowywały coś, co mogło być kombinezonem do nurkowania. 

background image

Pomyślał:  trzeba  poczekać,  aż  będzie  sam.  Odwrócił  się  i  skierował  w  stronę 

pensjonatu.  Słychać  było  syreny,  śmigła  helikopterów,  policyjne  samochody  z  migającymi 

światłami. Po drodze odezwał się telefon. 

Ciemnowłosa  kelnerka  była  w  recepcji.  Quiros  skorzystał  z  okazji,  żeby  dać  jej 

jeszcze trochę pieniędzy. Dziewczyna wzbraniała się przed ich przyjęciem. „Jestem ci winien 

za opiekę, jaką ją otaczasz”, nalegał. Spytał, jak ona się czuje. 

-  Bardzo  dobrze.  Cały  ranek  spędziła  na  czytaniu  nowych  książek.  Wejdzie  pan  na 

górę? Będzie jej miło. 

-  Mam  dziwne  wrażenie,  jakbym  ukrywał  coś  strasznego.  Czasem  ogarnia  mnie 

ochota,  żeby  o  tym  pisać,  ale  nie  mogę  sobie  na  to  pozwolić.  Nikt  nie  może.  Gdyby  ktoś 

opisał,  kim  naprawdę  jest  i  co  naprawdę  ukrywa,  stworzyłby  historię  nienadającą  się  do 

druku. A jak wniknąć w siebie, jak obnażyć duszę, żeby pisać całkowicie szczerze? Nie warto 

marnować  papieru,  jeśli  nie  zamierza  się  zstąpić  w  głąb  tej  mrocznej  otchłani.  Myślę,  że 

wszyscy pisarze kłamią. Są tacy, którzy opisują swoje trudne doświadczenia, i tacy, którzy je 

zmyślają,  tacy,  którzy  próbują  opowiadać  wszystko  tak,  Jak  się  wydarzyło”,  i  tacy,  którzy 

optują za wyobraźnią, ale czy jest ktoś, kto opisuje to, co nosi w sercu? Byłoby to straszne, 

naprawdę.  Tylko  Bóg  wie,  co  zalęgło  się  w  moim.  Niemniej  czasem  pragnę,  nawet  jeśli 

tysiąckrotnie miałbym tego żałować, zagłębić pióro we własnej piersi, zamoczyć je w tym, co 

tam napotkam... 

Litery skapywały jej z oczu. Przestała czytać: zamyśliła się. 

Spoglądając  z  niewyraźnego  zdjęcia  na  skrzydełku  okładki  Granatu  Prozerpiny, 

Manuel  Guerin  wydawał  się  czytać  w  niej  jak  w  książce.  Sądząc  po  fotografii,  musiał  być 

brzydki, o przerzedzonych, siwych włosach, nosie jak bakłażan i oczach ukrytych pod gęstym 

okapem brwi. Jako pisarz nie był bardziej atrakcyjny. Chociaż buty mu nie brakowało. Krótki 

okres pobytu w Paryżu, pewna przewaga umysłowa nad krajanami i siła napędowa, jaką była 

jego miłość do Carmeli Cruz (wszystkie książki dedykowane były właśnie jej), sprawiły, że 

marzył o literackiej nieśmiertelności; to było widać. Nie osiągnął jej jednak. Był przeciętny. 

Dziewczynie mogły się podobać opowiadania o złej konstrukcji i absurdalnym zakończeniu, 

ale  była  nastolatką.  Ona  zaś  posiadała  wiedzę  i  odpowiedni  wiek,  dlatego  oceniała  je  jako 

fantazje starego marzyciela i żal za przeszłością, która nie powróci. 

I co gorsza, przeczytała wszystkie książki Guerina, które przysłał jej ojciec Toro (były 

w bardzo złym stanie, niektóre miały powyrywane strony, inne miały niewyraźny druk), lecz 

nie  znalazła  ani  jednej  wskazówki  na  temat  miejsca,  do  którego  owego  ranka  dziewczyna 

mogła się udać. 

background image

„Nie  wiem,  czy  to  wszystkie,  jakie  znajdowały  się  w  kartonie  -  skreślił  drżącym 

pismem ojciec Toro w dołączonym liście - może czegoś brakuje, ale tylko tyle udało mi się 

zdobyć.  Niech  Bóg  cię  błogosławi,  córko,  nie  omieszkaj  Mu  codziennie  rano  dziękować, 

ponieważ to On sprawia, że wschodzi słońce, rosną rośliny, a życie trwa”. 

Brakuje jednej,  pomyślała. Tej  najważniejszej,  która wstrząsnęła Soledad. Tej,  która 

sprawiła, że wyjechała o świcie, zaraz po tym, jak do mnie zadzwoniła. 

Podrapała się w głowę, powinna ją umyć, nie robiła tego od czasu choroby, a jej włosy 

były  dość  niewdzięczne  i  natychmiast  uwidaczniały  najmniejsze  przejawy  niedbalstwa. 

Związała je w niewielki koczek. W przeciwieństwie do nich pokój wyglądał dobrze: panował 

w nim porządek. Safiva zmieniła pościel, pachniało czystością i było jasno. Jaki dziś dzień? 

Chyba wtorek. Jak tylko będzie mogła, ubierze się, wykąpie i złoży kolejną wizytę ojcu Toro. 

Musi zdobyć książkę, która... 

Zapukano do drzwi. 

- Wejdź, Safivo - powiedziała. 

Wszedł Quiros. 

W  pierwszej  chwili  znieruchomiała,  ale  szybko  znalazła  schronienie  pod  pościelą. 

Quiros  wyglądał  jak  szafa  na  walcowatych  nogach,  subtelny  autobus,  stojący  na  środku  jej 

ślicznej sypialni. 

- Chciałem zobaczyć, jak się pani dziś czuje. 

- Dobrze - odpowiedziała chłodno. - Co to były za syreny? 

- Pożar - wyjaśnił Quiros po krótkiej chwili. 

- To straszne! Są jacyś ranni? 

- Nie. 

- Słyszałam też... jakieś szczekanie. Ujadanie, niemal wycie... 

- To policyjne psy. Sprowadzili je dziś rano. 

- Dostałam od tego gęsiej skórki. Myślałam, że ktoś je morduje. Nie było słychać nic 

innego, tylko to. 

- Sprowadzili  też helikoptery... Stoją na lądowisku...  Pracują w pośpiechu, ponieważ 

zapowiedziano deszcze... 

- Znaleźli coś? 

-  Jeszcze  za  wcześnie,  ale  na  pewno...  -  Quiros  wpatrywał  się  w  swój,  zdjęty  przed 

chwilą,  kapelusz.  -  Cokolwiek  się  stanie...  nic  więcej  nie  może  pani  zrobić...  Proszę  to 

przemyśleć... Dużo pani pomogła. Ona na pewno to docenia... 

Nieves Aguilar patrzyła na niego, mrugając, wsparta na ciepłych poduszkach. 

background image

- Nie za dobrze rozumiem. 

-  Wszystko  jedno  -  powiedział  Quiros  cicho.  -  Dostanie  pani  koktajl  z  owoców... 

Przyjdę później. 

- Proszę poczekać. 

Przerwanie tej bezbrzeżnej ciszy wydało jej się nagle bardzo ważne. Przyszło jej to do 

głowy  zaledwie  sekundę  wcześniej  i  postanowiła  zrobić  coś  nieoczekiwanego:  odsunęła 

książki, potem pościel, usiadła z odkrytymi nogami, z nogawkami od spodni podciągniętymi 

do kolan. 

- Proszę usiąść - poprosiła. Quiros rozejrzał się za krzesłem. - Nie. - Wskazała na białą 

przestrzeń obok siebie. - Tutaj, na łóżku. 

Zanim  się  poruszył,  minęła  cała  wieczność.  Kiedy  wykonał  polecenie,  jego  ciężar 

sprawił, że pochyliła się do przodu. Zapadła cisza. Nagle powiedział: 

- Już prawie znikły.  -  Zdjął  ciemne okulary.  -  Widzi  pani? Nawet  nie boli... Zresztą, 

nie  ma  potrzeby  składać  skargi...  Aresztowano  ich  pod  zarzutem  napaści  na  jakichś 

imigrantów... 

Zastanawiała się, do jakiego stopnia myli się co do jej intencji. 

- Cieszę się - powiedziała - ale pragnę zapytać o coś innego i chciałabym, żeby mi pan 

odpowiedział  zupełnie  szczerze.  -  Sposób,  w  jaki  Quiros  trzymał  okulary,  sprawiał,  że  jej 

figura  odbijała  się  w  ich  małych  szkłach:  blada  postać  z  zebranymi  włosami,  jasnowłosy 

chłopczyk  siedzący  na  łóżku  obok  ogromnego,  sapiącego  mężczyzny.  -  Zawrzyjmy  układ: 

będę z panem szczera, a potem pan odpłaci mi tym samym. Zgoda? - Zobaczyła, jak pochyla 

głowę. Kontynuowała, z powodzeniem łagodząc swój, i tak zawsze powściągliwy, ton głosu. - 

Postanowiłam  dowiedzieć  się  czegoś  o  panu.  Poprosiłam  o  to  męża.  Zachowałam  się 

obłudnie, wiem. Nie mam usprawiedliwienia, nie zamierzam się też usprawiedliwiać. Chodzi 

o  to,  żeby  pan  wiedział.  Byłam  ciekawa  pańskich  referencji.  Ponieważ  pan...  Cóż, 

zaintrygował mnie pan. Innymi słowy... Byłam zdezorientowana. 

Helikoptery przecięły ciszę. Nieves Aguilar i Quiros nie usłyszeli ich. 

- Oto moja spowiedź - dodała. - Teraz chciałabym usłyszeć pańską. - Przerwała. - Kim 

pan jest? 

Quiros  nie  odezwał  się,  mimo  że  czas,  jaki  upłynął,  zanim  odezwała  się  ponownie, 

wskazywał najwyraźniej, że na jego odpowiedź przeznaczyła całą wieczność. 

-  Nie  jest  pan  detektywem,  nie  figuruje  pan  w  żadnym  oficjalnym  rejestrze,  nie  ma 

żadnej kartoteki dotyczącej pana przeszłości, żadnych papierów ani dokumentów... Mój mąż 

jednak  znalazł  kogoś,  kto  przyznał,  że  z  panem  pracował.  Nazywa  się  Hurtado.  Twierdził, 

background image

że... - słowa zawisły na jej wargach. Spróbowała ponownie. - Twierdził, że wykonuje pan... 

„specjalne” zlecenia dla tych, którzy panu płacą. Że nie szuka pan żadnych osób, nie pomaga 

policji.  Nie  chciał  więcej  powiedzieć.  Żądał  pieniędzy,  mąż  mu  ich  nie  dał  i  tak  to  się 

skończyło. - Przerwała, zamknęła oczy, nabrała powietrza. - Chcę, żeby mi pan odpowiedział. 

To  dla  mnie  bardzo  ważne.  Obdarzyłam  pana  wielkim  zaufaniem  i  nadal  chcę  to  robić... 

Nieważne, co pan powie, pod warunkiem że będzie to prawda... Kim pan jest? - Otworzyła 

oczy i popatrzyła na niego. 

I nagle odniosła wrażenie, że stało się coś przerażającego: jakby ta poturbowana twarz 

o  oczach  jak  szparki,  które  patrzyły  na  nią  bez  jednego  mrugnięcia,  twarz  dobrodusznego 

pana Quirosa, spłynęła bezszelestnie, ukazując zupełnie inne rysy. Poczuła niekontrolowany 

strach. 

-  Kim  pan  jest?  -  spytała  ponownie,  ale  już  bezsilnie,  nie  pragnąc  wcale  otrzymać 

odpowiedzi. 

Quiros nabrał powietrza. I powiedział: 

- Znaleziono jej plecak. 

- Słucham? 

-  Ukryty  pod  drzewem,  przy  szosie  do  Amargo...  Nie  w  górach...  Przy  szosie... 

Dzwonili do mnie przed chwilą... Stąd to szczekanie... i helikoptery. 

- Dlaczego mi pan nie powiedział? - Wnętrzności Nieves Aguilar zmroził lód. 

-  Nie  chciałem  pani  martwić...  Jest  niemal  pewne,  że...  że  ktoś  ją  przetrzymuje... 

Została porwana... 

Uniosła  dłoń  do  ust.  Quiros  wstał,  włożył  kapelusz  i  wyszedł,  nie  czyniąc 

najmniejszego hałasu. 

Tutaj,  pod  cyklopowym  okiem  słońca,  złożysz  świętą  przysięgę.  On  będzie  twoją 

miłością i będziesz mu wierna po grób. Będziesz go nazywać miłością, bo czyż zasługuje na 

inne miano? Będziesz żyć dla niego i przez niego, będziesz czynić dobro, a może nawet zło, 

jeśli tego zażąda. 

Podporządkujesz swoje życie jego wizerunkowi i wspomnieniom. Możliwość ujrzenia 

go w przyszłym roku będzie dla ciebie pocieszeniem. Amen. 

Minuta ciszy upłynęła jej właśnie na tym, na podziwianiu go. Stojąc na błyszczącym 

piasku, po jego lewej stronie, widziała go jak przez szklaną ścianę. Z rozkoszą wpatrywała się 

w  jego  gołe  plecy  o  zaczerwienionych  ramionach.  Czuła  smutek,  ponieważ  nie  potrafiła 

kochać go bardziej. 

Zostało zapisane, wypalone ogniem, słowami, którymi o tym myślisz. 

background image

Bogowie istnieją i łatwo można ich spotkać, myślała Tina. Jej wuj, archeolog, szukał 

ich pod postacią pogrążonych w morzu posągów, ale bogowie żyli na ziemi. Byli ciałami jak 

to,  któremu  się  właśnie  przyglądała, i  pożytecznymi  nawet  umysłami.  Lub też wspaniałymi 

ciałami, a umysłami - jak Bóg da. Potem można było dodać imiona: Borja i Luz. Nieważne, i 

tak mieli być adorowani. 

-  Koniec...  -  powiedział  Igg  i  cisza  się  rozpadła.  Michigan  zamiauczał  w  ramionach 

Belen,  jakby  chciał  poinformować  o  tym  swoich  krewniaków;  odezwały  się  pojedyncze 

wybuchy  śmiechu.  Tina  nie  zaśmiała  się,  ale  przyglądała  się  kotu  ze  swojego  ludzkiego 

piedestału,  zastanawiając  się  przez  chwilę,  co  też  zwierzę  może  sobie  myśleć.  W  jej 

spojrzeniu było  coś więcej niż ciekawość: była w nim również pewnego rodzaju triumfalna 

nienawiść. 

Dziennikarze  podsunęli  wygłodzone  dyktafony.  Pracują  dla  lokalnych  ośrodków 

informacyjnych, wyjaśnił Mario. Otoczyli Igga, unosząc wysoko ręce pełne szumów. 

-  Gestem  tym  pragniemy  jednoznacznie  wyrazić  nasze  stanowisko...  -  Igg  szarpał 

brodę, przez którą sączyła się jego obco brzmiąca hiszpańszczyzna.  - Młodzież z Roquedal 

jest  przeciwko  przemocy,  wszelkiego  rodzaju  przemocy...  -  Uniósł  dłoń.  -  Nie  tylko 

przeciwko  temu,  do  czego  doszło  w  miasteczku  w  sobotę,  ale  także  przeciwko  temu 

wszystkiemu, co się dzieje... w innych miejscach i w innym czasie... Zamilkliśmy w proteście, 

ponieważ cisza jest najlepszą formą wyrażenia sprzeciwu. 

Tina  podzielała  tę  opinię,  ale  była  wdzięczna,  że  rytuał  dobiegł  końca.  Słyszała,  że 

Borja wyjeżdża dziś rano autobusem kursowym, i chciała się z nim pożegnać. Nie widzieli się 

od przesłuchań, między innymi dlatego, że Borja aż do ogłoszonej przez Igga minuty ciszy na 

plaży  nie  dawał  znaku  życia.  Pojawił  się  dopiero  teraz,  żeby  wziąć  w  niej  udział,  bardzo 

dostojnie, razem z Paz. Nie była tym zresztą zaskoczona: sama również chciała manifestować 

przeciwko  przemocy.  A  zaciągnięcie  kogoś  do  pokoju,  żeby  go  przesłuchiwać,  było 

przemocą. Mogła przeciw temu protestować. 

Samo przesłuchanie poszło jej zresztą dobrze. Co prawda Mario dość oględnie opisał 

chudość tamtego osobnika, który wyglądał  jak siedzący na krześle, odchylony do tyłu trup. 

„Nazywam się Gaos - powiedział - i chcę ci zadać kilka pytań”. Spodziewała się ich: chciał 

wiedzieć, co robiła grupa i kto wykonywał zadania. Znał doskonale zwyczaje i reguły, widział 

nawet, że losowali gałki z liczydła, żeby wiedzieć, kto będzie działać, kto namaluje graffiti, a 

kto doręczy anonimy, kto będzie demolował, a kto bił. 

Przede wszystkim próbował się dowiedzieć, czy mogli wyrządzić krzywdę Soledad. I 

chociaż  był  przebiegły,  przejrzała  jego  intencje  i  broniła  zaciekle  Borji.  Oświadczyła,  że 

background image

nigdy nie widziała go w towarzystwie skinów, że chłopak cały sobotni wieczór spędził razem 

z  nią  w  La  Sirena.  Jej  nieustępliwe  spojrzenie  zapewniło  go  o  tym  sto  razy.  Chudzielec 

wyglądał  na  usatysfakcjonowanego,  a  ona  wyszła  dumna,  w  przeświadczeniu,  że  milczenie 

jest tym, co potrafi robić najlepiej, że w życiu niczego już lepiej nie zrobi. Dlatego zgadzała 

się z Iggiem: cisza jest najlepszą formą załatwiania spraw. 

Już miała podejść do Borji, kiedy usłyszała: 

- Zaczekajcie. - To była Belen. Nadal trzymała na rękach Michigana. - Niech nikt nie 

odchodzi. Pożegnalne zdjęcie. 

Taki był zwyczaj w schronisku. Potem oprawiali je i wieszali na ścianie w hallu, jak 

pamiątkowe zdjęcie studentów z jednego roku. Ponownie zbili się w grupkę na piasku, tym 

razem nieco bardziej zwartą. Znowu przypadło jej miejsce obok Fernandy i Moniki. (To nic, 

twój ukochany jest blisko, przejdziecie do potomności). 

„Do  następnych  wakacji!”,  krzyknął  ktoś.  „Niech  żyją  narzeczeni!”,  zażartował 

grubasek  w bermudach,  fotograf, któremu  Igg zlecał  zwykle tego rodzaju prace, i  skierował 

na nich obiektyw. „Powiedzcie cheese wszyscy razem”. 

Brakuje  jeszcze  czegoś?  -  pomyślała  prawie  ze  złością,  kiedy  skończyły  się  zdjęcia. 

Jakiś wywiad do gazety? 

Przesłuchanie? Ktoś powinien udowodnić swoją niewinność? Plaża kłuła w oczy jak 

źdźbło trawy. Grupa znów się rozeszła, a ona pobiegła za Borją. 

- Podobno dziś wyjeżdżasz, chciałam się pożegnać... 

Wiele  lat  później,  kiedy  była  już  starsza,  zaczęła  wspominać  tę  chwilę  jako  coś 

ostatecznego, metę, wyrok. 

Nie  odpowiedział.  A  raczej  uczynił  to  wzrokiem:  spojrzał  na  nią  jak  na  insekta 

próbującego skoczyć z trawy na jego but. Następnie poszedł w kierunku schroniska, oplatając 

ramieniem wiotką kibić Paz. 

- Borja... 

Patrzyła, jak znikał na schodach. Co mu jest? Przez chwilę stała nieruchomo. Zawsze 

nieruchomiała  i  milkła,  taki  był  jej  sposób  reagowania  na  wydarzenia.  Wtedy  jednak 

postanowiła  działać:  weszła  do  schroniska,  dotarła  na  pierwsze  piętro,  zatrzymała  się  przed 

jego pokojem. Dzielą was tylko te drzwi, pomyślała. 

Otworzyli, jak tylko zapukała. „Chciałam się pożegnać z Borją”, powiedziała. Skośne 

oczy Paz obserwowały ją ze swojej doskonałej wysokości; królowało w nich coś więcej niż 

pogarda,  królował  w  nich  gniew  bogów.  Następnie  Paz  odsunęła  się  i  zapięła  do  końca 

dżinsy. „Czekam na dole, Borja”, oświadczyła. 

background image

Świat walił się jej na głowę. 

- Borja... 

Odwrócony  tyłem,  pakował  do  torby  swoje  rzeczy.  Jego  obojętność  była  gorsza  niż 

wszystko inne. Znienawidź mnie przynajmniej, myślała. 

Nagle odwrócił się i spełnił jej życzenie. 

- Jak się teraz czujesz? To znaczy, po tym, jak mnie zdradziłaś. - Nie dał jej czasu na 

odpowiedź:  obsypał  ją  stekiem  wyzwisk.  Ją,  jej  rodziców  i  wszystkich  tych,  którzy 

kiedykolwiek,  w  wyobraźni  lub  pragnieniach,  przyczynili  się  w  jakikolwiek  sposób  do  jej 

poczęcia lub istnienia. - Powiedziałaś, że brałem udział w losowaniu, że poszedłem tamtego 

wieczoru  z  Nuńem  i  pozostałymi!  Powiedziałaś  to  temu  łysemu  policjantowi!  -  „Nie”, 

zaprzeczyła.  -  Wiesz,  czym  mi  groził?  Wiesz?!  -  wykrzykiwał.  Jego  nienawiść  porażała.  - 

Wpisze  mnie  na  listę  wichrzycieli  i  wyśle  ją  mojemu  ojcu!  Mojemu  ojcu!  -  Niemal  płakał, 

tłumiony szloch rwał mu oddech. - Stara kurwa! Gówniana klucha! 

Po  tym  gwałtownym  wybuchu  uspokoił  się  niespodziewanie.  Ona  również 

wykazywała  względny  spokój,  na  tyle,  na  ile  pozwalały  na  to  okoliczności.  Czuła  chłód, 

przerażające zimno, ale to było normalne. 

- Nic nie powiedziałam - zaprzeczyła. - Nic im nie mówiłam. 

-  Wynoś  się.  Na  zawsze.  Nie  chcę  cię  nigdy  więcej  widzieć.  Nie  należysz  już  do 

naszej paczki. 

- Nic nie powiedziałam. 

- Wynoś się. 

- Nic im nie powiedziałam. 

Zdała  sobie  sprawę,  że  to  nie  ona  schodzi  po  schodach,  tylko  jej  stopy,  a  raczej  jej 

buty na platformie, nienależące do niej. W hallu Igg i Belen rozmawiali z fotografem. 

Belen odwróciła głowę i spojrzała na nią przez ramię. 

Musiała się odsunąć, żeby Mario i Esteban mogli przejść z transparentem przez drzwi. 

Transparent głosił: PRZEMOCY MÓWIMY NIE. Kiedy wyszła, spojrzał na morze, ciągnące 

się  jak  łany  zboża  uczesanego  przez  wiatr.  Włączyła  uszom  muzykę  i  drogą  wzdłuż 

falochronu poszła w kierunku tego błękitnego pola, pragnąc jedynie rozciągnąć się na kłosach 

i pozwolić im się ukołysać. 

W środę Nieves Aguilar postanowiła zmartwychwstać. 

Wzięła prysznic, umyła włosy, włożyła bluzkę bez rękawów i cienkie, białe spodnie. 

Wychodząc z pokoju, poczuła zawrót głowy, ale nie trwał długo. W recepcji zastała Jacinta, 

syna pani Ripio. Jego głupawy wyraz twarzy nie zmienił się prawie na jej widok. Ją zaś dużo 

background image

bardziej  ucieszył  dotyk  słońca  i  powiew  wiatru.  Przystanęła  jedynie  na  chwilę,  żeby 

rozsmarować warstwę kremu ochronnego i włożyć ciemne okulary. Gdzieś z góry dobiegło ją 

odległe szczekanie psów i  dzwony.  Zdążyła na  mszę, pomodliła się w intencji dziewczyny, 

przyjęła ciało Chrystusa, nie czując żadnego smaku, a po mszy odczekała chwilę i weszła do 

zakrystii.  Ojca  Sebastiana  Toro  znalazła  na  patio,  gdzie  w  koszuli  z  krótkim  rękawem 

podlewał kwiaty w doniczkach. 

-  Musi  być  jeszcze  jedna  -  powiedziała.  -  Nie  dostałam  wszystkich,  ojcze.  Soledad 

musiała  przeczytać  jakąś  książkę,  która  wywarła  na  niej  takie  wrażenie,  że  postanowiła 

wyjechać. Książka była w kartonie, ale nie ma jej wśród tych, które mi ojciec przysłał. 

- Dlaczego musi to być akurat książka? - spytał ojciec Toro, nie przerywając swojego 

zajęcia. 

- Ponieważ ważniejsze dla niej były książki niż ludzie. 

Teraz koniecznie trzeba odnaleźć tę książkę. Wczoraj powiedziano mi... - Przerwała. 

Przyglądała  się  kwiatom,  ociekającym  wodą.  -  Powiedziano  mi, że  znaleziono  jej  plecak  w 

trawie... 

- Plecak - powtórzył ksiądz. - W trawie... 

- W środku były wszystkie jej rzeczy, ale żadnej książki, żadnego zeszytu... - Pytała o 

ten  szczegół  Quirosa,  a  jemu  wystarczył  jeden  telefon,  żeby  to  sprawdzić.  -  Bez  zeszytów 

nigdzie się nie ruszała... Proszę mi pomóc, ojcze. Pogubiłam się... Nie wiem, co robić... Nigdy 

nie  przeżyłam  nic  podobnego...  Myślę  o  niej,  nie  mogę  się  skupić  na  niczym  innym, 

pamiętam jej głos, kiedy do mnie zadzwoniła... Mam wrażenie, że to wszystko moja wina... - 

Czuła  wzbierający  szloch.  Tylko  się  nie  rozpłacz,  nakazała  sobie  samej  przed  wejściem  do 

zakrystii, ale nie mogła temu zapobiec. 

Niemniej  coś  ją  powstrzymało.  Na  czubku  jednego  z  kwiatów  wił  się  najeżony, 

kosmaty  kształt.  Strach,  jak  mikroskop,  przybliżył  jej  przerażające  szczegóły:  śluzowate, 

kaprawe oczy, trąbkę rozpruwającą miękkość płatków, przenikliwy chrzęst. Zdusiła w sobie 

jęk. Ojciec Toro machnął dłonią. Owad odleciał z cichym brzęczeniem. 

- Spójrz - powiedział. 

Nie  chciała  patrzeć,  chciała  uciekać.  Wiedziała  jednak,  że  jeśli  zrezygnuje,  jeśli 

zmarnuje tę ostatnią możliwość przyjścia dziewczynie z pomocą i da się opanować strachowi, 

wszystko, co do tej pory zrobiła w tym miasteczku, nawet decyzja, żeby tu przyjechać, nie na 

wiele się zda. 

Straci Soledad na zawsze. 

background image

Podeszła, starając się, żeby ojciec Toro nie zauważył ogarniającego ją, paraliżującego 

obrzydzenia. W powietrzu unosiły się delikatne szepty, jak trzepotanie jedwabiu. 

- Spójrz - powtórzył ksiądz. Nachyliła się ponad jego ramieniem. W ziemi, w jednej z 

doniczek,  odkryła  coś  niewiarygodnego:  biały  korpus  wielkości  połowy  jej  małego  palca,  z 

odrostkami  przypominającymi  niewielkie  kończyny.  Wyglądał  jak  maleńki  człowiek, 

rozebrany, ołowiany żołnierzyk, porzucony przez jakieś dziecko. 

Skręcał się pod łodygami, jakby ktoś tchnął w niego życie. - Saxagenia Lia. Niekiedy 

to  prawdziwa epidemia:  przenosi się z jednej  rośliny na drugą.  Istnieje też bliźniacza larwa, 

Rachelia,  znacznie  bardziej  pasywna.  Lia  i  Rachelia.  Starożytni  wierzyli,  że  wywołują 

prorocze sny.  

Pszczoły  przenoszą  je  z  jednego  miejsca  na  drugie,  a  one  wpełzają  w  kwiaty  i 

pozostając w nich, rosną i rozmnażają się. - Ojciec Toro wyprostował się. Już dawno opróżnił 

konewkę,  ale  nadal  pochylał  ją,  jakby  chciał  wykorzystać  wszystko,  do  ostatniej  kropli.  - 

Dziwny  jest  ten  świat.  Lubię  naturę,  ale  sam  muszę  przyznać,  że  nawet  raj  ma  swoje 

tajemnice, skrywane sekrety. Jak już mówiłem: w tym miasteczku dzieje się coś złego... Na 

pozór nic takiego, ale w rzeczywistości to prawdziwa epidemia... 

Nieves Aguilar zdała sobie sprawę, że wypowiadający te słowa ksiądz przygląda się 

jej nieruchomo przez ramię. 

W jakimś sensie bezruchem przypominał gekona połyskującego srebrzyście na ścianie 

patio. 

- Powiem ci coś o Manolu Guerinie. Kiedyś odwiedziłem go w domu, który zbudował 

nad morzem. Był już bardzo chory. Rozmawialiśmy o wszystkim, o czym rozmawiają dwaj 

samotni  mężczyźni,  zapewniam  cię.  Zdjąłem  koloratkę  i  oświadczyłem:  „Dziś  nie  jestem 

księdzem, Manolo. Pogadajmy”. Zasiedziałem się do późna. 

W  oczach  miał  śmierć.  Przeżywał  alkoholowe  piekło:  im  więcej  pił,  tym  gorzej  się 

czuł,  co  sprawiało,  że  pił  jeszcze  więcej.  Powiedział,  że  błądzi  po  labiryncie,  który  sam 

buduje,  poruszając  się  po  nim.  Jeśli  nie  będzie  posuwał  się  naprzód,  nigdy  nie  dotrze  do 

wyjścia, ponieważ nie będzie ono istnieć; jeśli się wycofa, natknie się na labirynt, który sam 

zbudował. Ale wyjścia nie było, ponieważ jedyną rzeczą, jaką robił, posuwając się do przodu, 

było  budowanie  coraz  dłuższego  labiryntu.  „Jeśli  tak  na  to  spojrzeć  -  powiedziałem  - 

najlepsze,  co  możemy  uczynić,  to  pozostać  w  bezruchu  i  mieć  ufność  w  Bogu,  Manolo”. 

Odpowiedział: „Tak właśnie postępują rośliny, które ci się tak bardzo podobają: pozostają w 

bezruchu.  Ale  ludzie  szukają  wyjścia”.  -  Zajrzał  do  konewki  i  odwrócił  ją  dnem  do  góry, 

background image

jakby liczył na to, że zostało w niej jeszcze trochę góry, jakby liczył na to, że zostało w niej 

jeszcze trochę wody. Potem spojrzał na Nieves Aguilar. - Postaram się... 

- Nagle, jakby zapomniał, co chce powiedzieć. Wyszeptał: 

- Ba, ba, ba... - Pewnie nuci jakąś piosenkę, pomyślała Nieves Aguilar. - Postaram się 

sprawdzić... 

Kiwnęła głową w milczeniu, ale wiedziała, że ojciec Toro nigdy niczego nie sprawdzi. 

Quiros miał swoją metodę osiągania celu: nie przestawał o nim myśleć, dopóki go nie 

osiągnął. Taki był Quiros. 

Nie  planował  niczego  z  wyprzedzeniem,  nie  zastanawiał  się  nad  konsekwencjami. 

Czekał na okazję. Po prostu. 

Okazja nadarzyła się w środę. 

Zszedł  wcześnie.  Kiedy  jadł  śniadanie  na  tarasie,  zobaczył  przechodzące  obok  trio 

rudych  dziewcząt.  Nie  spojrzały  na  niego:  szły  w  kierunku  plaży,  obładowane  ręcznikami, 

torbami i białym parasolem z czubkiem czerwonym jak nos klowna. Czekał. Brodacz się nie 

pojawiał. Czy to możliwe? - zastanawiał się. 

Nie skończył śniadania, wszedł do pensjonatu, poprosił o klucz i ruszył po schodach, 

jakby kierował się do swojego pokoju, ale zamiast tego dostał się na kolejne piętro. 

Znał  numer,  dowiedział  się  od  kelnerki.  Za  drzwiami  słychać  było  stukanie  młotka. 

Przekręcił klamkę. Pokój był otwarty. 

To było możliwe. 

- Wer? - spytał brodacz. Stał przed biurkiem w spodenkach kąpielowych, z młotkiem 

w prawym ręku i drewnianym pudełkiem w lewej. 

Quiros pomyślał, że ma dużo czasu, a odgłos stukania młotka mógł się okazać bardzo 

pomocny. Zamknął drzwi, złapał brodacza za twarz i trzasnął jego głową o ścianę. 

Brodacz usiłował wybełkotać coś w jakimś niezrozumiałym języku. 

- Mów, jak Pan Bóg przykazał, Casella - powiedział Quiros. 

Musiał potrząsać nim przez chwilę, zanim brodacz zareagował. 

- Kim jesteś? 

- Nazywam się Quiros. 

Ponownie cisnął nim o ścianę i tym razem zobaczył, jak oczy zachodzą mu bielmem. 

Podtrzymał  go  pod  owłosione  pachy,  pachnące  francuskimi,  męskimi  perfumami  z 

lekką  damską  nutką,  i  zaciągnął  go  na  krzesło.  Rozejrzał  się  za  czymś,  co  miałoby  formę 

sznura albo przynajmniej go przypominało. Dostrzegł tasiemkę przy spodenkach kąpielowych 

Caselli. 

background image

Kiedy związał mu nadgarstki, rozejrzał się po pokoju: był większy od jego pokoju i od 

pokoju kobiety, wszędzie leżały porozrzucane ubrania, małżeńskie łoże było rozgrzebane, po 

podłodze  walały  się  ręczniki.  Na  ręcznikach  jakieś  rzemienie.  To  tu  śpią  jego  kobiety?  - 

zastanawiał się. 

Na podłodze, jak suki? Miał ochotę go zabić, ale odłożył to na później. Zamknął okno. 

Zobaczył butelkę importowanej whisky, wypił łyk. Alkohol pomagał mu sprawniej myśleć i 

łatwiej się wypowiadać. 

Brodacz się ocknął. 

-  Osobiście  nigdy  cię  nie  poznałem.  -  Jego  akcent  miał  naleciałości,  ale  zdradzał 

rodowitą hiszpańszczyznę. 

- Myślałem, że nie żyjesz. Nikt już o tobie nie mówi. 

-  Jestem  bardziej  żywy  niż  ty,  Casella  -  powiedział  Quiros,  poprawiając  okulary  i 

kapelusz. 

- W jaki sposób się... dowiedziałeś...? 

-  Zlikwidowany  przeze  mnie  Casella  miał  brata  bliźniaka  w  Niemczech.  Moim 

klientom nigdy nie udało się go złapać. Jesteś podobny do brata. Nie powinieneś zapuszczać 

takiej samej brody. 

- Przyjechałem ponurkować! - zaprotestował brodacz. 

- Razem z żoną i córkami szukamy mięczaków w okolicach falochronu... Płaci nam za 

nie pewien kolekcjoner. 

- I przechowujesz je w robionych przez siebie pudełkach o podwójnym dnie. - Quiros 

odwrócił jedno z nich do góry nogami. Dwie warstwy sklejki spadły na podłogę. 

- Daj spokój, wiem wszystko. Widziałem, jak się wściekłeś, kiedy zmienili kanał i nie 

mogłeś oglądać telenoweli... Chodziło o informację, prawda? Przyjechałeś zawrzeć układ ze 

„snupim”.  Chcę  wiedzieć,  kto  to  jest.  I  uprzedzam,  nie  mam  do  dyspozycji  całego 

przedpołudnia. Co pomyślą twoje rudowłose panny, kiedy zrobię z tobą to samo, co zrobiłem 

z twoim bratem... 

Casella  przyglądał  mu  się  z  ogromnym  zaniepokojeniem.  Następnie  pochylił  głowę, 

jakby płakał. 

- Wiesz, na czym polega problem,  Quiros? Trzydzieści  lat temu erotyzm  był  częścią 

historii... Tacy reżyserzy jak Pasolini, Borowczyk, Buńuel czy Berlanga... Ale teraz? 

Społeczeństwo stało się purytańskie, choćby tylko z nazwy, a seks został zepchnięty 

do  zupełnie  przeciętnych  produkcji,  przy  których  widzowi  nie  stanie,  choćby  nawet  użyto 

dźwigu.  Żyjemy  w  epoce  bezprecedensowej  recesji  erotycznej.  Na  pokaz  produkujemy, 

background image

kupujemy i oglądamy filmy aseksualne, pozbawione niepokojących treści, ale w środku aż w 

nas kipi... 

Quiros  nie  słuchał.  Gdzie  ukrył  filmy?  Zastanawiał  się.  Otworzył  szuflady  komody, 

podniósł materac, zajrzał pod łóżko. 

- Wracamy do lat pięćdziesiątych  -  perorował  Casella  -  do:  „A ten masz? Zamienisz 

się?”. Zapodziała się gdzieś szczerość, uczciwość i godność... Gdybyś zobaczył, co się teraz 

robi,  co  się  udaje  zrobić  tak,  żeby  ludzie  nie  wiedzieli!  -  Jego  szeroka,  opuchnięta  twarz 

poruszała  się  jak  słonecznik  w  rytm  kroków  Quirosa.  -  Mogę  ci  zaproponować  jeden,  na 

którym dziewczyna oblewa benzyną domokrążcę, podpala, a potem... 

- Casella - przerwał Quiros, łapiąc go za gardło. Ścisnął. - Powiedz, kim jest „snupi”. 

Liczę do trzech, a jeśli nie powiesz... - Nagle zdał sobie sprawę, że Casella w tym stanie nie 

bardzo  może  mówić.  Cofnął  rękę  z  jego  gardła  i  wsunął  mu  ją  pod  spodenki  kąpielowe. 

Złapał u nasady jąder i pociągnął. - Jeśli mi nie powiesz... 

- Nie wiem, kim on jest, do cholery! Nigdy go nie widziałem! Porywa je i filmuje, ja 

dostaję instrukcje przez telewizję i czekam, aż zadzwoni na komórkę. Kiedy odbieram, muszę 

powiedzieć: „Szkatułka z kości słoniowej”. 

- A co to takiego? 

- Bo ja wiem? - Casella poczerwieniał, mówił piskliwym głosem. - To hasło, którego 

żąda, nie wiem, co oznacza... Jeśli tego nie powiem, odkłada... 

- A potem? 

- Potem jadę w góry, żeby odebrać filmy i zdjęcia. Mamy trzy różne miejsca: jaskinię, 

studnię  i  sosnę...  Ostatnim  razem  wypadło  na  sosnę;  kiedy  zadzwoni  ponownie,  będzie  to 

jaskinia. Błagam! 

Musieli zjeżdżać z gór, kiedy ich wtedy widziałem, pomyślał Quiros. 

-  Ten  „snupi”  to  wielki  gość  -  pocił  się  Casella.  -  Chyba  najlepszy.  Niełatwo  ci  go 

będzie wyeliminować. Wszyscy go chronią, nawet policja... Materiał jest niewiarygodny. To 

zupełny świr, mówię ci. Od tych filmów włos się jeży na głowie, nawet mnie samemu... 

- Kiedy spodziewasz się telefonu? 

- Niedługo. Czekam na dostawę. Podobno ma nowy materiał. 

Nowy materiał, pomyślał Quiros. Córka Olmosa. 

- Gdzie są filmy i zdjęcia, które kupiłeś? 

-  W  szafie  -  zajęczał  Casella.  Quiros  puścił  jego  jaja  i  poszedł  we  wskazanym 

kierunku. Kiedy otworzył drzwi, ujrzał pluszowego psa, brudnego i podartego, ze sznurkiem 

obwiązanym  wokół  szyi.  Usłyszał  hałas.  Oswobodzony  Casella  zamierzał  się  na  niego 

background image

młotkiem  jak  siekierą.  -  Uwolniłem  się,  ty  ćwoku!  Nie  potrafisz  nawet  porządnie  związać, 

bydlaku! 

Quiros  pozwolił  mu  się  zbliżyć,  ponownie  złapał  go  za  szczękę,  zmusił  do 

wypuszczenia  młotka  i  trzasnął  jego  głową  o  ścianę.  Casella  uśmiechał  się  w  ekstazie,  jak 

fanatyk przed obliczem prawdy lub święty w raju. 

- Drań - wymamrotał. 

-  Gdzie  jest  ta  jaskinia?  -  spytał  Quiros.  Casella  odpowiedział.  Quiros  poprosił  o 

komórkę. Casella mu ją oddał. 

Potem  Quiros  postanowił  go  zabić.  Zaczął  go  dusić,  ale  o  dziwo,  mimo  że  ściskał 

coraz  mocniej,  Casella  nie  wydawał  ostatniego  tchnienia:  nadal  skręcał  się  w  konwulsjach, 

krztusił  śliną,  bełkotał.  Wtedy  rzucił  nim  o  podłogę  I  rozejrzał  się  za  jakimś  przedmiotem. 

Spostrzegł młotek. 

Pierwszy  cios  zmiażdżył  całkowicie  czoło  Caselli  z  prawej  strony,  drugi  rozbił  na 

miazgę oczodół wraz z okiem. Po trzecim trzonek został mu w dłoni. Z brwi Caselli sterczał 

metalowy  klin.  Przeklinając  pod  nosem,  złapał  obuch  młotka  palcami  i  pociągnął.  Jednak 

krew  sprawiała,  że  się  wyślizgiwał.  W  końcu  udało  mu  się  go  wyciągnąć,  choć  pobrudził 

sobie rękawy niebieskiej marynarki. Nie miał już więcej marynarek. 

Lecz Casella wciąż żył. Życiem niewiele różniącym się od życia larw, ale jednak żył. 

Uporczywie  otwierał  i  zamykał  usta,  jak  dziecko  dopominające  się  piersi.  Quiros  wziął 

butelkę  whisky  i  rozbił  mu  ją  na  łbie.  Rzucił  w  niego  palącą  się  zapałkę.  Zdusił  ogień 

ręcznikami. 

Zwęglona głowa Caselli przestała się poruszać. Maleńkie odłamki szkła koronowały ją 

jak mitra afrykańskiego imperatora. 

Quiros przerwał na chwilę. W piersiach czuł przytłaczający ciężar. Ależ jestem stary, 

pomyślał. Wszedł do łazienki, umył się, wyjął z marynarki telefon. 

- Przyjdź posprzątać - powiedział, kiedy Gaos odebrał. 

 

Migoczą gwiazdy, księżyc lśni. Gwiazdy migoczą, księżyc się mieni. Trzepocze moje 

serce,  napiję  się  lipy.  Miniają  gwialule  i  migoli  ksielula.  Och,  kwiatuszki  z  niebiańskiego 

ogrodu, och rajskie świerszczyki, tracę przez was zmysły w tę letnią noc... 

Mężczyzna chciałby umieć pisać tak jak autorka opowieści, które zmieniły jego życie. 

Jednak - przyznajmy - nie umie. Jest to jedna z niewielu rzeczy, jakich nie umie, nawet jeśli 

założymy,  że  jest  to  niewiedza  zasadnicza,  mówi,  leżąc  na  plecach  na  ziemi  w  sadzie  i 

kontemplując  winnice  konstelacji:  Wóz,  Gryf,  Siedem  Świeczników,  Dwudziestu  Czterech 

background image

Starców,  Nierządnica  z  Babilonu.  Gwiazdy  wśród  spokojnej  nocy  kipią  czymś  więcej  niż 

światłem,  kipią  doskonałością.  Nic  dziwnego,  że  właśnie  na  nieboskłonie  ludzie  ulokowali 

swoją  wieczną  szczęśliwość.  To  naturalne,  mówi  mu.  Nigdy  by  nie  potrafił  -  trzeba  to 

przyznać  -  rozmieścić  w  ten  sposób  gwiazd.  Nie  mówiąc  już  o  stworzeniu  planet  i  życia. 

Mężczyzna nie ma pojęcia o astronomii, geologii, botanice, zoologii, matematyce, fotografii, 

elektronice  czy  fizyce.  Wykazuje  niezdarność  w  domowych  pracach,  jest  ignorantem  w 

zakresie najbardziej podstawowych zasad majsterkowania. Nie umie gotować, zmywać, słać 

łóżka, utrzymywać domu w czystości ani nawet w jakim takim porządku. Zaledwie potrafi się 

umyć i zjeść. Jest typowym produktem swoich czasów, mówi mu: wulgarnym, przeciętnym, 

uzależnionym od innych ignorantem. 

Gdyby chociaż potrafił się dobrze masturbować. Ale nawet to mu nie wychodzi, mówi 

mu. Robisz to ty, mówi. 

Leżąc  na  ziemi,  z  rozchylonym  szlafrokiem,  pozwala  psu  lizać  swojego  wacka,  fuc, 

fuc, tak, jak cię uczyłem. 

A ja co potrafię robić? Nic. Tylko jedną rzecz. Tylko tę jedyną, przeklętą rzecz. 

Pora ją zrobić, mówi mu. I spogląda w stronę pozbawionej okien szopy. 

Poderwała się przestraszona i zamachała rękoma, jakby chciała odgonić coś od siebie. 

Nie  pamiętała,  co  jej  się  śniło:  chyba  Quiros,  a  także  jakaś  gruba  kobieta  o  okrągłej,  białej 

twarzy i czerwonych ustach, przypominająca księżyc namalowany przez dziecko, i pszczoła o 

wilgotnym żądle. I słychać było wiatr, i było jej zimno. Reszta tonęła w mroku. To tylko sen, 

powiedziała sobie. 

Pokój tonął w mroku, poza linią światła pod drzwiami. 

Wentylator  umieszczony  pod  oknem  (Safiya  przyniosła  go,  żeby  złagodzić 

popołudniowy  skwar)  rzucał  cień  krzyża  na  nieposłane  łóżko.  Na  tarczy  budzika  mogła 

odczytać:  trzecia  pięćdziesiąt  pięć.  Postanowiła  wstać  i  pójść  do  łazienki  po  wodę.  Potem 

spróbuje jeszcze nadrobić stracony sen. 

W tym momencie smuga światła poruszyła się. 

- Kto tam? - spytała z drżeniem. 

Drzwi  uchyliły  się  trochę.  Odrobinę,  wystarczająco  jednak,  żeby  poszerzyć  strach 

Nieves  Aguilar.  Powtórzyła  pytanie,  gdy  tymczasem  trójkątna,  sina  ciemność,  sączyła  się 

przez powstały otwór (ktoś zgasił światło na korytarzu). Zajrzały jakieś oczy. 

- To ja, proszę pani. Śpię na dole i usłyszałam jęki. Weszłam na górę, żeby sprawdzić, 

czy wszystko w porządku. 

Ulga, jaką odczuła, odebrała jej na chwilę głos. 

background image

- Śniły mi się koszmary, dziękuję. 

-  Nie  ma  za  co.  -  Głowa  Safii,  okolona  obfitymi,  czarnymi  jak  węgiel  loczkami, 

zaglądała do środka. Oświetlał je brzeżek księżyca. - Potrzebuje pani czegoś? 

Nagle Nieves Aguilar poczuła się samotna. 

- Wejdź. Nie stój tak. 

Oczy  zawahały  się,  drzwi  otworzyły  się  na  ościeżNieves  Aguilar  zrozumiała  powód 

jej niezdecydowania i wiedziała już, że powinna kazać jej odejść. Nie ulegało wątpliwości, że 

Safiya  sypia  nago,  w  czymś,  co  przypomina  delikatny  jak  welon  peniuar.  Wydało  jej  się 

czymś  niestosownym  patrzeć na nią, więc odwróciła twarz. Nagle odniosła wrażenie, jakby 

jakiś  zimny  gad  owinął  się  jej  wokół  ramion,  i  poczuła  kwiatowy  zapach  nieznanych  jej 

perfum. 

- Dziękuję - powiedziała, choć kontakt z tą ręką przyprawił ją o dreszcz. 

- Co się z panią dzieje? - Dziewczyna usiadła na łóżku, obejmując ją, jakby ją chciała 

pocieszyć.  Musiała  też  mylnie  ocenić  jej  reakcję,  ponieważ  przysuwała  się  coraz  bliżej. 

Nieves  Aguilar  czuła  na  uchu  jej  oddech,  jak  dotyk  dziecięcej  dłoni.  Pod  cienką  koszulką 

dostrzegła  kątem  oka  błysk  ozdoby  na  brzuchu,  może  łańcuszek  (co  za  absurd!),  a  może 

brylant w pępku albo odblask księżyca. 

- Pani drży. Zimno pani? Nocą robi się już chłodno, nadchodzi jesień, wieje porywisty 

wiatr...  -  Safiya  przerwała,  zanim  dodała  coś,  co  -  przypuszczała  Nieves  Aguilar  -  miało 

Nieves  trochę  rozerwać.  -  Kiedy  byłam  dzieckiem,  myślałam,  że  wiatr  jest  kobietą... 

Zwłaszcza  zimny  wiatr...  Wyobrażałam  go  sobie  jako  kobietę  w  bieli,  która  mówiąc, 

wydmuchuje  ustami  lodowate  powietrze...  W  stolicy  mieszkamy  na  wysokim  piętrze,  wieje 

silny wiatr, ale czasem odkrywam się, żeby go lepiej poczuć... Pani nie lubi zimna... 

- Nie - przyznała Nieves Aguilar, czując się niefortunnie pod ciężarem jej ramienia. - 

Jestem strasznym zmarzluchem. 

- Biedulka... Przynieść pani koc? 

- To był tylko zły sen - wyszeptała. I pomyślała: Nadal śnię. 

Koncentrowała  się  na  ciężarze  ramienia  Safii,  spoczywającym  na  jej  plecach.  Nie 

chciała  powiedzieć  tej  biednej  dziewczynie,  żeby  się  odsunęła  (nie  powiedziałaby  jej  tego 

nigdy),  ale  czuła  się  niezręcznie.  Zrobiła  coś  innego:  wyciągnęła  rękę  i  zacisnęła  ją  na 

poręczy przy wezgłowiu łóżka, jakby chciała zrównoważyć jeden dotyk drugim. 

Metal był lodowaty. 

Kiedy się poruszyła, opalone, młodzieńcze udo Safii, otarło się o jej piżamę. 

background image

-  Koszmary  rodzą  się  ze  zmartwień...  Ja  też  je  czasem  miewam...  Śni  mi  się 

właścicielka.  Niekiedy  pojawia  się  w  nich  Jacinto...  -  Nieves  Aguilar  wiedziała,  że  ma  na 

myśli  panią  Ripio  i  jej  syna.  To  nieoczekiwane  wyznanie  sprawiło,  że  odwróciła  się  i 

spojrzała  na  dziewczynę.  Odniosła  wrażenie,  że  jej  oczy  (teraz  tuż  obok)  błyszczą  jak 

gwiazdy. Zobaczyła, jak na jej twarz wypływa uśmiech. 

- Proszę mi powiedzieć, co panią martwi... Cokolwiek to jest. Lubię panią. Była pani 

dla mnie bardzo miła. Chcę pomóc. 

Słowa dziewczyny były tak blisko, że nabierały niemal realnych kształtów. Jest bardzo 

młoda, pomyślała Nieves Aguilar; mogłaby być moją uczennicą. W jakiś sposób jednak owo 

zbliżenie się ich oddechów zacierało wszelkie różnice. Wydawało się jej po prostu, że siedzi 

przy kimś, kto chce jej wysłuchać, kto jej nie zlekceważy. Spojrzenie dziewczyny może i było 

naiwne, ale ona potrzebowała tej naiwności. 

Reszta była łatwiejsza: nie przyszło jej z trudem ani otwarcie ust, ani uporządkowanie 

słów  w  ciemnościach;  wystarczyło  tylko  przymknąć  oczy.  „Chodzi  o  książki  Guerina  - 

powiedziała  -  miejscowego  pisarza.  Jestem  pewna,  że  nie  przeczytałam  jeszcze  tej 

najważniejszej, a muszę to zrobić. To nie obsesja, tylko jedyny sposób, w jaki mogę komuś 

pomóc, pewnej dziewczynie w twoim wieku...”. 

Kiedy  skończyła  mówić,  uniosła  głowę.  Piersi  Safii  przylgnęły  do  jej  piersi  i  czuła 

niemal, jak serca ich obu biją we wspólnym rytmie. Spojrzały na siebie, jakby czekały, aż coś 

się wydarzy. Krzyż wentylatora przekreślał ich cienie na ścianie. Dziewczyna powiedziała: 

- Znam jedną książkę Manuela Guerina. Może to ta, której pani szuka. 

Nieves  Aguilar  patrzyła  bez  ruchu,  jak  dziewczyna  podnosi  się  i  kieruje  w  stronę 

drzwi, a następnie daje znak, żeby w ciszy udała się za nią. W takim stanie? Nawet się nie 

ubierając? - pomyślała. Ale Safiya już wychodziła, nie dała jej czasu. Zresztą, to Safiya nie 

miała praktycznie nic na sobie, ją osłaniała piżama. 

Wyszły z pokoju, Safiya przodem, i ruszyły korytarzem w powolnym tempie procesji. 

Przy schodach Safiya odwróciła się. 

- Przede wszystkim nie możemy obudzić mojej pani. 

Od  kiedy  zjawiła  się  policja  w  związku  ze  śmiercią  tego  Niemca,  jest  bardzo 

podenerwowana...  -  Nieves  Aguilar  kiwnęła  głową.  Dowiedziała  się  o  tym  po  powrocie  z 

kościoła: niewielki pożar w pokoju, ktoś wezwał policję. 

Wyjaśnili,  że  mężczyzna  zginął  we  śnie,  w  łóżku,  w  którym  palił  papierosa.  Na 

szczęście ogień się nie rozprzestrzenił. 

background image

Zeszły po schodach.  Dochodziły ich jedynie niepewne pochrapywania i  trzeszczenie 

mebli,  a  może  ciał  walczących  ze  snem.  A  także  delikatne  pobrzękiwanie  łańcuszka  z 

maleńkimi kluczykami, który - jak Nieves Aguilar zdołała się teraz zorientować - dziewczyna 

nosiła na lewej kostce. 

Hol tonął w ciemnościach. Safiya otworzyła podwójne drzwi do jadalni i stąpając na 

czubkach palców, wśliznęła się do środka tanecznym krokiem. Nieves Aguilar poszła w ślad 

za nią, ale kiedy drzwi się zamknęły, zatrzymała się. Pomyślała, że równie dobrze mogłaby 

oślepnąć. 

Drzwi  wychodzące  na  taras  były  również  zamknięte,  co  pogłębiało  panujące 

ciemności.  Zakładała,  że  dziewczyna  nie  chce  zapalać  światła,  w  obawie,  że  pani  Ripio 

mogłaby ją przyłapać. 

- Proszę dalej - usłyszała. 

Wyciągnęła  dłoń,  ale  Safii  już  nie  było.  Zrobiła  kilka  kroków  i  w  końcu  dostrzegła 

koszulkę  dziewczyny,  rysującą  się  niewyraźną  plamą  w  powietrzu.  Prowadzona  tym 

swoistym  welonem,  mogła  odnaleźć  drogę  pomiędzy  stołami  i  krzesłami,  które  stały 

nieruchomo,  gotowe  udzielić  gościny,  a  jednocześnie  stanowiły  pewne  zagrożenie.  Musiała 

pomagać sobie dłońmi, które wymacywały brzegi i krawędzie. Róg jednego ze stołów łatwo 

mógł się wbić w ciało (zdarzało się jej to czasem, nawet we własnym domu, kiedy wstawała 

w  nocy).  Ubrana  jedynie  w  cienką  piżamę,  czuła  się  bezbronna  wobec  czyhających 

niebezpieczeństw. Pomyślała, że kelnerka musi być przyzwyczajona do obecnego ustawienia 

mebli, choć wystawiała się na jeszcze większe ryzyko. 

Welon odbijał się w lustrach sali, co zamiast jej pomagać, myliło ją tylko dodatkowo. 

Na szczęście pomieszczenie nie było duże i szybko dotarły do miejsca, do którego zmierzała 

dziewczyna. 

-  Ster  -  usłyszała  jej  szept.  Wiedziała,  co  ma  na  myśli:  podeszła  do  ściany, 

przypominając sobie ów dzień, kiedy pani Ripio pokazywała gościom ozdoby. Teraz mogła 

już zobaczyć Safiyę: przeciągała ręką po przedmiotach, wymieniając każdy z nich po kolei. - 

Podarowano je poprzedniej właścicielce pensjonatu... Wiosła z barki... Głowę byka... Lustro... 

Kandelabr,  portrety  świętego  Pawła  i  świętego  Jakuba...  -  Nieves  Aguilar  czuła,  że 

dziewczyna drży. Może z powodu chłodu, gdyż w jadalni było jeszcze zimniej. - Pani Ripio 

chętnie je przechowuje, choć nie są to jej osobiste pamiątki... Mówi, że to nie ma znaczenia... 

Lubi  mieć  coś,  co  należy  do  innych.  A  tutaj...  -  Kiedy  wyciągnęła  dłoń  w  kierunku  małej 

przeszklonej szafy, zderzyła się z Nieves Aguilar. Kobieta odsunęła się. 

background image

Dziewczyna  otworzyła  witrynę,  wsunęła  ręce  do  środka  i  wyjęła  jakiś  czarny 

przedmiot. - Tutaj trzyma kilka pamiątek, które pan Guerin podarował mojej babce. 

- Twojej babce... - powtórzyła kobieta. 

- Carmeli Cruz. 

Jej oczy przyzwyczajały się stopniowo do ciemności, mogła więc zobaczyć, jak Safiya 

kładzie  przedmiot  na  stole  i  odstawia  krzesła,  żeby  obie  mogły  do  niego  podejść.  Było  to 

prostokątne pudełko w czarnym kolorze. 

Od kontaktu z zimną podłogą drętwiały jej nogi. Poruszyła palcami. 

- To smutna, ale piękna historia - powiedziała Safiya. 

- Czasem proszę matkę, żeby mi ją opowiedziała. Wiem, że lubi o tym mówić. Guerin 

i  moja  babcia  poznali  się  w  młodzieńczych  latach.  I  pokochali  się.  Ale  on  wyjechał  z 

miasteczka,  podobnie  jak  jego  wuj  i  kuzyn,  Cesar,  ponieważ  uważał,  że  musi  poznać  świat. 

Zamieszkał we Francji... Wrócił po wielu latach, ale... niektóre rzeczy zostają gdzieś tam, w 

środku, na zawsze, prawda? Takie jak zemsta i pierwsza miłość. Mama mówi, że czasem te 

dwa uczucia tkwią w człowieku, choćby minęło wiele lat. Babcia zdążyła już wyjść za mąż i 

urodzić  moją  matkę.  Pracowała  w  pensjonacie  swojej  siostry,  Paki,  która  była  wdową. 

Postarzeli  się,  Guerin  również  oczywiście,  ale  kochali  się  nadal.  Guerin  zatrudnił  się  w 

pensjonacie,  żeby  móc  ją  widywać.  W  tamtych  czasach  nie  było  tak  jak  teraz.  Nikt  by  nie 

zrozumiał,  że  jakaś  kobieta  z  dziećmi  opuszcza  męża  dla  innego  mężczyzny.  Babcia 

naprawdę go kochała, ale Guerin znosił to gorzej... To znaczy, było mu trudniej. Widywali się 

codziennie. Chcieli  o sobie  zapomnieć i  jednocześnie... nigdy nie zapomnieć...  Kiedy matka 

mi o tym opowiadała, płakałam... 

Dziewczyna uniosła jedną nogę i oparła stopę na stole. 

Nieves  Aguilar  zdała  sobie  sprawę,  że  to  ta,  na  której  nosiła  łańcuszek.  Niemal 

dostrzegała kluczyki zwisające z ozdoby. 

Nagle,  bez  wyraźnego  powodu,  poczuła  strach.  Pomyślała,  że  może  Safiya  ją 

oszukuje, że ta historia wiecznej miłości jest nieprawdziwa, że opowiada ją tylko po to, żeby 

wyrządzić  jej  krzywdę.  Nie  wydarzyło  się  nic,  co  by  na  to  wskazywało,  ale  odczuwała 

zażenowanie,  że  znalazła  się  tu,  w  tych  niemal  absolutnych  ciemnościach,  razem  z 

nieznajomą dziewczyną, podobnie jak ona skąpo przyodzianą, w sytuacji, która (nie chciała 

nawet  o  tym  myśleć)  mogła  się  okazać  poniżająca,  gdyby  z  jakiegoś  powodu  zostały 

przyłapane przez panią Ripio lub jej syna. 

-  Potem  przyszła  choroba  -  ciągnęła  Safiya.  -  Rak.  Moja  babcia  zmarła  po  długich 

cierpieniach. Pan Guerin załamał  się i  zapił na śmierć.  - Rozległ  się trzask. Nieves Aguilar 

background image

domyśliła się, że dziewczyna, opowiadając, majstrowała przy czymś zawzięcie; stąd zmiana 

tonu jej głosu. 

Zaraz potem oślepiło ją magiczne światło. Safiya odpięła maleńki kluczyk i postawiła 

stopę  na  ziemi.  Jej  ciało,  oświetlone  delikatnym  blaskiem,  prezentowało  się  teraz  w  pełni, 

dokładnie, bez tajemnic. Nieves Aguilar przyprawiłoby o rumieniec wstydu, ale nie patrzyła 

na nie, patrzyła w kierunku światła. 

-  Żeby  tylko  moja  pani  się  nie  zorientowała...  -  Dziewczyna  wyraźnie  drżała.  -  Ma 

lekki sen i nie lubi, kiedy grzebię wjej rzeczach... Gdyby się dowiedziała... nie chcę nawet o 

tym myśleć... A muszę dla niej pracować. Moja rodzina wiele jej zawdzięcza. Pomogła nam, 

kupując ten, prawie całkiem zrujnowany, lokal... I w głębi serca kocha mnie. Ufa mi, wierzy, 

że przechowam jej własność, dlatego zrobiła mi ten łańcuszek. Panicznie boi się złodziei... 

- Co to jest? 

-  To,  co  pan  Guerin  pozostawił  w  spadku  pensjonatowi.  Pudełko  kupił  za  granicą... 

Wykonano  je  z  jakiegoś  ciemnego  drewna,  może  z  hebanu.  Otwarte  wieko,  w  pionowej 

pozycji,  ukazywało  na  wewnętrznej  stronie  wyhaftowaną  na  materiale  postać:  czarnego, 

inkrustowanego  kota,  z  kamyczkami  w  miejscu  oczu.  Światło,  w  postaci  drobniutkich, 

fluorescencyjnych  smużek,  wydobywało  się  z  wewnętrznych  ścianek  i  z  brzegów  wieczka, 

rzucając dziwny blask na haft. Był to najpiękniejszy przedmiot, jaki Nieves Aguilar widziała 

w  swoim  życiu.  Zastanowiła  się  przez  chwilę,  co  by  powiedział  jej  ojciec,  gdyby  mógł  go 

zobaczyć,  jaką  opinię  wydałby  na  temat  jego  wartości  ekspert  złotnik.  Pudełko  zawierało 

jakieś fotografie i papiery. A także drugie, płaskie, czarne pudełko. Safiya wzięła je do ręki. 

-  Pani  Ripio  mówi,  że  don  Francisco,  poprzedni  ksiądz,  który  przyjaźnił  się  z 

Guerinem,  ma  drugi  taki  egzemplarz...  To  książka,  którą  Guerin  napisał  po  śmierci  mojej 

babci. Nigdy nie chciał jej wydać... 

- Dlaczego? 

- Nie wiem - odpowiedziała Safiya i wręczyła jej książkę. - Nie czytałam jej. Ale pani 

Rupio czytała i twierdzi, że lepiej, żeby nikt więcej tego nie robił.  

W  czwartek  rano  ciemne,  niemal  gradowe  chmury,  unoszące  się  nad  górami  z 

wyraźnym zamiarem przemieszczenia się nad miasteczko, kazały Quirosowi przypuszczać, że 

burza  jest  blisko.  Niewiele  razy  widział  równie  posępne,  skłębione  i  czarne  chmury, 

kontrastujące  w  niesamowity  sposób  z  otaczającym  je  letnim,  nadal  świetlistym,  niemal 

złotym niebem. 

Idąc  w  kierunku  ratusza,  wyjął  komórkę  Caselli  i  sprawdził  wiadomości.  Nie  było 

żadnych. Przez cały dzień telefon nie zadzwonił ani razu,  Quiros był tego pewny, ponieważ 

background image

go nie wyłączał. Jego telefon także nie dawał oznak życia: to podwójne milczenie wcale mu 

się nie podobało. 

Jeszcze  mniej  podobał  mu  się  widok  mundurów  kręcących  się  po  okolicy.  Ciemne 

furgonetki  tłoczyły  się  przy  tylnych,  otwartych  drzwiach  ratusza,  przez  które  bezustannie 

wchodzili i wychodzili gwardziści, policjanci z komendy głównej i rejonowej, a nawet jacyś 

wojskowi. 

Wszyscy  robili  wrażenie  podenerwowanych  i  pogodnych  jednocześnie,  a  mimo  to 

niezbyt skorych do rozmowy, jakby dzielili jakąś skrywaną radość  - przygotowywali komuś 

przyjęcie  niespodziankę,  o  którym  Quiros  nie  powinien  się  dowiedzieć.  Ten  powszechny 

niepokój  sprawił  jednak,  że  udało  mu  się  wejść,  zanim  zażądano  od  niego  jakichkolwiek 

wyjaśnień. Gaosa znalazł w jednym z pokoi: siedział szczelnie opatulony serwetką. Na stole, 

rozciągnięty na posrebrzanym półmisku, leżał kurczak. 

- Jak to się mówi? - spytał Gaos retorycznie. - „Skonfiskowaliśmy”, prawda, Centeno? 

Skonfiskowaliśmy dwa tuziny  filmów i  ponad trzy setki zdjęć z polaroidu.  Bliźniak Caselli 

miał całkiem niezły materiał! Poplamiłeś marynarkę... 

Quiros przyjrzał się rękawom swojej niebieskiej marynarki. 

- Nie mam innej - powiedział. - A rude dziewczyny? - spytał zmieniając temat. 

-  Hmmm,  je  też  mieliśmy  ochotę  skonfiskować,  prawda,  Centeno?  Ale  musieliśmy 

odesłać je furgonetką do Madrytu pod zarzutem dokonania czegoś, co w podręcznikach prawa 

nazywa  się  jakoś  inaczej,  ale  co  ja  określam  mianem  „współudziału  kretyna”.  Casella 

wyciskał  z  nich  siódme  poty,  a  pieniądze,  które  im  płacił,  nie  były  tego  warte...  Tak  czy 

inaczej, dziękuję, że nas uprzedziłeś... 

- Zanurz udko w sosie i powiedz, jak ci smakuje... 

Przy  drugim  stole  technik  Arcedo,  niedawno  przybyły  z  Madrytu,  klasyfikował 

pudełka z płytami DVD i grupy zdjęć, przekładając je dłońmi w lateksowych rękawiczkach. 

Fotografie  traktował,  jakby  były  przebitkami  w  decydującej  rozgrywce  w  krytego  pokera: 

oglądał je i kładł jedną po drugiej, do góry nogami, na trzy różne kupki. 

Arcedo  miał  wydatne  policzki  i  spłaszczoną  jak  ciało  turbota  łysinę.  W  kącie,  w 

koszuli z krótkim rękawem, stał Centeno, wpatrując się w ekran laptopa. 

- Co znaleźliście? - spytał Quiros, podkradając udko kurczaka i maczając je w sosie. 

- Tę Skandynawkę, „Banię” - „Anję, nie Banię”, poprawił Centeno. - I jeszcze jedną, z 

ubiegłego  roku,  śliczną  Ukrainkę.  -  „Katię  Kałasznikow”,  podpowiedział  Centeno.  -  Obie 

podróżowały  same,  zatrzymały  się  w  schronisku  i  znikły,  jakby  je  ziemia  pochłonęła.  Ale 

okazuje się, że tą ziemią był nasz „snupi”. Powiedz mu, Jaime. 

background image

-  Chłopak  ma  wyobraźnię  -  stwierdził  Arcedo.  Jak  wielu  brzydkich  facetów  Arcedo 

był nader podejrzliwy: kiedy usłyszał śmiech Gaosa, rzucił w jego stronę nieufne spojrzenie. - 

Chętnie spróbuję kurczaka, jeśli pozwolisz. 

- Powiedz mu w końcu! 

- Niech obejrzy zdjęcia. Mówią same za siebie. 

Quiros nawet nie spojrzał. Zamiast tego rozejrzał się za serwetką, gdyż sos ściekał mu 

po brodzie. 

-  To  nie  wszystko  -  powiedział  Gaos.  -  Nasza  „wsteczna  prospekcja”  przyniosła 

skutek. Powiedz mu, Centeno. 

- Jeszcze pięć dziewcząt, w wieku od piętnastu do dwudziestu lat, w ostatnim okresie 

znikło w tej okolicy. 

-  Prawdziwy  rarytas,  nie?  -  uśmiechnął  się  Gaos,  wycierając  palce.  -  Mam  na  myśli 

kurczaka. 

- Niezły - powiedział Quiros. 

Jak wielu podejrzliwych mężczyzn Arcedo był również skłonny do ironii. Powiedział: 

-  Tamtemu  i  tak  nie  dorówna.  -  Wskazał  w  nieokreślonym  kierunku.  Quiros  nie 

zrozumiał ani jego gestu, ani żartu, który Gaos i Centeno nagrodzili wybuchem śmiechu. 

Nagle Gaos spoważniał. 

-  Koledzy,  możecie  mnie  potępić,  jeśli  chcecie,  ale  zapewniam  was,  że  kiedy 

zobaczyłem  zdjęcia  Ukrainki,  zwłaszcza  tej  Ukrainki,  przywiązanej  do  łóżka  czarnymi 

sznurami, z rozłożonymi nogami... 

Coś  mu  przerwało.  Drzwi,  przez  które  wcześniej  wszedł  Quiros,  otworzyły  się 

gwałtownie  i  dwóch  policjantów  wdało  się  w  pośpieszną  rozmowę  z  Gaosem,  który 

zakończył ją kilkoma monosylabami. Kiedy odeszli, Quiros spytał: 

- Dlaczego jest tylu policjantów? - Formułując pytanie, skierował się w stronę pokoju 

przesłuchań, ale Centeno zagrodził mu drogę. 

-  Zdradzimy  mu  główne  danie,  Centeno?  -  Gaos  uśmiechnął  się  szeroko.  - 

Aresztowaliśmy go dziś rano. „Snupiego”. Powinienem powiedzieć „domniemanego”, ale ty 

mnie zrozumiesz. Poważnie, nie rób takiej miny. Opowiedz mu, Centeno. 

-  Psy  wytropiły  jej  ubranie  o  świcie.  Zwinięte  w  węzełek.  Było  w  wiadrze  na 

podwórku jego domu. 

- Ubranie, które miała na sobie córka Olmosa. Sprawdziliśmy to - powiedział Gaos. - 

Było  wszystko,  nawet  majteczki  i  cieniutki  paseczek,  bardzo  delikatny.  Do  tej  pory  się 

zastanawiam,  do  czego  jej  służył...  W  domu  szanownego  pana  Teobalda.  -  „Teologalesa”, 

background image

powiedział  Centeno.  -  Nie  wiemy  jeszcze,  gdzie  ukrył  ciało.  Centeno  przemaglował  go  już 

porządnie,  chyba  za  bardzo,  nawet  jeśli  założymy,  że  naprawdę  jest  głuchoniemy...  Ale 

zacznie śpiewać, zapewniam cię. 

Quiros  zajrzał  przez  drzwi.  Głuchoniemy  z  cmentarza  siedział  na  krześle,  rozebrany 

od  pasa  w  górę.  Nadal  był  zezowaty.  Krwawił.  Oddychając,  chrobotał  jak  czubek  noża  po 

papierze  ściernym.  Usta  miał  pełne  świeżych,  czerwonych  róż.  Przypominał  przechylony, 

gliniany wazon. 

- Rany zadał sobie sam  - powiedział Gaos. - Lubi się sam okaleczać, jak narzeczona 

Bukowskiego w tym  starym  filmie pod tytułem... Zapomniałem... - „Co było a nie jest, nie 

pisze się w rejestr”, zażartował Arcedo. 

Gaos  nie  skomentował  jego  głupiego  dowcipu.  -  Jeśli  zaś  chodzi  o  róże,  sąsiedzi 

zdradzili nam, że za każdym razem, kiedy je wącha, dostaje ataku astmy. Dlatego daliśmy mu 

kilka do spróbowania. Po co brudzić sobie ręce, skoro można wykorzystać czyjąś ułomność. 

- To cmentarny stróż i naprawdę jest głuchoniemy - powiedział Quiros. - Jeśli liczysz 

na to, że zacznie mówić, jesteś głupszy ode mnie. 

Gaos zachichotał pod nosem. 

-  Ale  z  ciebie  dupek...  Przecież  ci  mówię:  znaleźliśmy  ubranie  dziewczyny  w  jego 

domu. Zresztą, nie tylko to. Powiedz mu, Jaime. 

- Również kilka filmów - powiedział Arcedo. 

- Ktoś  mu  je podrzucił, żeby was zmylić  - powiedział Quiros.  - Casełla twierdził, że 

„snupiego” kryje wiele osób. 

-  Quiros.  -  Gaos  spojrzał  na  niego  ze  spokojem.  -  Jesteś  kawałkiem  suchego  gówna. 

Wiesz o tym? Suchego i starego. 

Quiros zaczął się wkurzać. Gaos zawsze tak na niego działał. I chociaż wiedział, że o 

to  mu  właśnie  chodziło,  nie  mógł  opanować  poirytowania.  Przypomniał  sobie,  że  w  jego 

wydziale przezywali Gaosa „Chaosem”. 

- Może jeszcze żyje... A ty tracisz czas na głuchoniemego. 

- Żyje? - Gaos rozejrzał się wokół, jakby nie znał znaczenia tego słowa. - Żyje! 

Wyrzuciwszy  resztki  kurczaka  do  kubła,  Arcedo  rozerwał  kolejne  opakowanie 

lateksowych rękawiczek. Uśmiechnął się przy tym, lecz zabrzmiało to jak rozdarcie. 

-  Eh,  Quiros,  Quiros...  -  jęknął  Gaos.  -  Mówimy  o  „snupim”.  Porwał  córkę  Olmosa 

ponad  dwa  tygodnie  temu.  Znaleźliśmy  jej  plecak  i  ubranie...  Myślisz,  że  grają  z  nami  w 

oszukańca? 

- Powinieneś zobaczyć filmy - powiedział Arceda. - Lepiej, żeby nie żyła. 

background image

- Tales ofordinary madness - powiedział Centeno. - To ten film o Bukowskim. 

-  Rzeczywiście  -  powiedział  Gaos,  wgryzając  się  w  pierś  kurczaka.  -  Dziękuję, 

Centeno. 

- Gaos. - Quiros stanął na wprost niego. - Dałeś się wpuścić w maliny. To nie on. 

-  Mamy  dowody.  Jesteśmy  policjantami,  nie  zapominaj  o  tym.  Nie  zagłębiamy  się. 

Przeczesujemy  powierzchnię,  a  kiedy  coś  znajdujemy,  przyjmujemy  to  za  fakt,  chyba  że 

dokonamy  kolejnego odkrycia, które wpłynie na zmianę naszej  decyzji.  Nie drążymy dalej. 

Nie  obchodzi  nas  to,  co  kryje  się  w  głębi,  o  ile  cokolwiek  się  kryje.  Jesteśmy 

funkcjonariuszami  i  zadowala  nas  samo  funkcjonowanie.  A  skoro  już  mowa  o 

funkcjonowaniu: czy ktoś mógłby to wyłączyć? 

Dzwonił  telefon.  Ale  nie  telefon  Caselli,  jak  na  początku  pomyślał  Quiros,  sięgając 

dłonią do marynarki. Odebrał Centeno, który oddał słuchawkę Quirosowi. 

-  Do  mnie?  -  Centeno  kiwnął  twierdząco.  Przez  chwilę,  nie  wiedzieć  czemu, 

Quirosowi przyszła do głowy absurdalna myśl, że może to być Pilar. 

- Quiros? - Płaczliwy głos. - To ty, Quiros? 

- Tak, don Julianie. 

W słuchawce zaległa typowa dla Olmosa, miękka jak dywan cisza. Quiros widział go 

niemal,  jak  siedzi  w  gabinecie,  pod  lampą,  która  rzuca  światło  tylko  na  niego,  na  jego 

śnieżnobiałe włosy i cztery ordery błyszczące w klapie marynarki. Cisza została przerwana, 

ale osobą, która teraz mówiła, był sekretarz Pedro Correa. 

- Pan Olmos prosi, żebym to ja ci o tym powiedział, bowiem wobec tego, co się stało, 

nie  znajduje  w  sobie  dość  sił.  Przystępuję  do  odczytania  słów  pana  Olmosa.  -  Correa 

poprzedził  je  długim  wstępem:  chrząkał,  mlaskał  językiem,  wykonywał  głębokie  wdechy. 

Modulacja  jego  głosu  niewiele  jednak  na  tym  zyskała.  Głos  wydobywał  się  wciąż  jak  z 

maszyny. - „Jeśli będziesz mnie szukał, odnajdziesz martwą. Pamiętasz, Quiros? Wygląda na 

to,  że  wszystko  się  spełniło.  Otwarto  już  pudełko,  znaleziono  jej  ubranie  i  aresztowano 

podejrzanego. Nigdy, przenigdy byś nie uwierzył, gdybym opisał ci ogrom mojego bólu - jak 

głęboko sięga i jak jest rozległy. - Słuchając, Quiros opuścił wzrok i patrzył, jak Gaos wstaje i 

siada ponownie z plikiem zdjęć z polaroidu w obleczonej rękawiczką ręce. 

Zaczął  je  przerzucać.  Quiros  spodziewał  się  zobaczyć  jakieś  sceny  typowe  dla 

„snupich”,  ale  z  zaskoczeniem  stwierdził,  że  były  to  tylko  fotografie  blondynki,  siedzącej 

przy  oknie  na  jaskrawożółtej  sofie.  Dziewczyna  ubrana  była  na  czarno.  Jego  uwagę 

przyciągnęła  przede  wszystkim  sofa,  ze  względu  na  swój  kolor.  -  Zajrzeli  już  do  pudełka, 

background image

Quirosie.  Zajrzeli  i  zobaczyli  to,  co  było  do  zobaczenia.  Jak  już  mówiłem,  byłem  na  to 

przygotowany. 

Uspokaja mnie świadomość, że wszystko się skończyło bez dodatkowych komplikacji. 

Możesz  zostawić  już  tę  robotę,  tak  jak  chciałeś.  Wyślę  ci  czek.  Liczę  tylko,  że  szybko  ją 

znajdą. Chcę opłakiwać ją w pamięci”. Na tym kończą się słowa pana Olmosa. 

- Doskonale - powiedział Quiros. 

- Zrozumiał pan? Mam powtórzyć jakiś fragment? 

Na  zdjęciach  nagle  wszystko  się  zmieniło:  czerwona  sceneria,  leżące  ciała,  nic 

niewidzące  oczy.  Fotografie  rozdawał  Gaos.  Arcedo  i  Centeno  brali  je  kolejno.  Wyglądali, 

jakby grali w karty. Quiros zaprzeczył i wyłączył telefon. 

- Koniec - westchnął. Gaos podniósł wzrok znad zdjęć i spojrzał na niego pytająco. - 

Robota wykonana. Mogę to już zostawić. 

- Odprawili cię? Ciesz się więc emeryturą, dupku, i zostaw w spokoju tych, co muszą 

nadal zapieprzać. 

Wyszedł  w  milczeniu,  nie  patrząc  na  trzech  mężczyzn,  rozkładających  zdjęcia  na 

stole. Skierował się w dół zbocza, w stronę pensjonatu, wzdychając co chwila. Miał wrażenie, 

że zanim dotarł do tego miejsca, zrobił solidny kawał drogi. Zatrzymał się i przez chwilę stał 

bez ruchu. 

Zobaczył  bar  i  postanowił  się  czegoś  napić.  Właśnie  miał  zamówić  kieliszek  wina, 

kiedy zadzwonił telefon. Nie jego telefon, telefon Caselli. Zapomniał go oddać Gaosowi. 

Zapomniał też, co ma powiedzieć. Wyjąkał niezdarnie: 

- Szka... Szkatułka z kości słoniowej. 

Nikt nie odpowiedział, ale nie przerwał połączenia. Kurwa mać, pomyślał Quiros, nie 

powiedziałem  tego  dobrze,  wywąchał  coś.  Wyszedł  z  baru  z  telefonem  w  ręku.  Usłyszał 

ciężki oddech, a potem piskliwy głos: 

- Kim jesteś? 

Quiros  nie  odpowiedział.  Przeszły  dwie  staruszki,  które  przyjrzały  mu  się  z  uwagą. 

Rozmówca rozłączył się. Quiros podjął marsz, tocząc wewnętrzną walkę. Co zyskam, mówiąc 

o  tym  Gaosowi?  -  myślał.  Powinienem  pójść  do  tej  jaskini.  W  końcu  facet  czuje  się  teraz 

bezpiecznie,  gdyż  jego  kumplom  udało  się  zrzucić  wszystko  na  tego  nieszczęśnika...  Może 

nawet na tyle bezpiecznie, że zaryzykuje i przyniesie materiał? Mógłbyś przynajmniej złapać 

tego drania. A może i... Kto wie? Nie zajrzałeś do pudełka. Nie zajrzałeś jeszcze do pudełka. 

background image

Tak  myślała  jedna  połowa  Quirosa.  Druga  kiwała  głową:  zrobiłeś  swoje,  mówiła. 

Wróć do Pilar i zapomnij o sprawie. Postanowił posłuchać tej drugiej połowy, jego zdaniem 

dużo bardziej rozsądnej. 

Syna  pani  Ripio,  dyżurującego  w  recepcji,  poprosił  o  klucz  i  kazał  przygotować 

rachunek.  Miał  zamiar  wyjechać  po  obiedzie.  Chłopak  spojrzał  na  niego  z  nieprzytomnym 

wyrazem  twarzy  i  wycelował  palcem  w  kierunku  tarasu.  Quiros  zobaczył  siedzącą  przy 

stoliku kobietę. 

Ucieszył się, ale kiedy podszedł, zauważył jej zdenerwowanie. 

- Czekałam na pana  -  powiedziała.  - Chcę, żeby  po południu towarzyszył mi pan do 

pewnej jaskini w górach. To tam udała się Soledad, zanim zaginęła. - Quiros spojrzał na nią 

uważnie. - Jeśli to konieczne, zapłacę. 

Zobaczył  Martę  siedzącą  naprzeciwko,  za  dzielącym  ich  stołem,  niemal  w  tej  samej 

pozycji co kobieta. Nigdy nie robi pan nic za darmo? 

Owszem. Mogę zajrzeć do szkatułki. 

Obdarowała  go  krystalicznym  śmiechem,  kiedy  stwierdził,  że  jeśli  chodzi  o  urodę, 

wdała się w matkę. 

Nadszedł  ten  moment  wieczoru,  w  którym  biesiadnicy  pokazują,  że  kolacja  była 

zwykłą  wymówką.  Ona  opowiedziała  mu  całe  swoje  życie.  On,  początkowo  oporny,  zaczął 

opowiadać  swoje.  Zbliżała  się  niebezpieczna  cisza:  cisza,  jaka  zapada,  kiedy  dwie  osoby 

czują się sobie bliskie bez konieczności patrzenia na siebie czy rozmawiania ze sobą i kiedy 

trzeba podjąć decyzje. Na razie nic jej jednak nie zapowiadało: ona nastawiła muzykę, jakiś 

bard powtarzał ciągle tę samą zwrotkę (Ven, esposa, del Libano), a w przerwach słychać było 

już  tylko  morze.  Jego  szum  wznosił  się  nad  urwiskiem  i  wdzierał  przez  posrebrzone  okno 

tarasu. 

- Myślałem o wstąpieniu do wojska, albo do policji, ale zabrakło mi chęci do nauki. 

- A w końcu? - spytała rozbawiona Marta. 

- Zacząłem robić to samo co ojciec - powiedział Quiros. 

- Psuł pan instalacje? 

Gdy  roześmiała  się  ponownie,  zawtórował  jej.  I  ten  ich  wspólny  śmiech  sprawił,  że 

poczuł się nagle tak, jakby wzięli się za ręce i przez chwilę szli razem we dwoje. 

Powiedziała:  „Przypuszczam,  że  nie  ma  pan  rodziny  na  utrzymaniu,  w  przeciwnym 

razie pańska żona nic tylko by narzekała”. „Mieszkam sam”, odpowiedział. I znowu odzyskali 

powagę. Quirosowi czas leciał szybko. Nie chciał patrzeć na zegarek, ale wiedział, że północ 

minęła już dawno. Nigdy by się tego nie spodziewał. Co on tu robił, na kolacji z tą elegancką, 

background image

wykształconą  kobietą  na  lekkim  rauszu?  Poczucie  obowiązku  nakładało  mu  chwilami  na 

twarz maskę. 

- Nie zabrał pan chyba jeszcze wszystkich rzeczy mojego męża? - powiedziała cicho, 

kiedy koniec płyty odebrał im alibi mogące usprawiedliwić ciszę. 

- Nie - odpowiedział Quiros - ale poczekam. 

Uśmiechnęli się do siebie. Potem podniosła się, żeby zdjąć płytę. Jej kroki szeleściły 

jak kwiaty rzucane na podłogę. 

- Może pan to zrobić teraz, jeśli pan chce. Może pan zabrać wszystko, nawet dom. Nie 

chcę nic od tego potwora. 

-  Poczekam  -  powtórzył  Quiros.  Patrzył  na  jej  ciemny  kostium,  a  raczej  plecy 

maźnięte pędzlem jasnych włosów. Nagle odwróciła się, a jego przeraziła widniejąca na jej 

twarzy śmiertelna powaga. 

- Nie chcę spędzić tej nocy w samotności. 

Wydawało mu się potem, że wtedy przyszła mu do głowy myśl, iż w końcu Marta nie 

jest  już  żoną  Aldobranda,  więc  nie  popełnia  żadnego  błędu,  przystając  na  jej  propozycję. 

Właściwie mógł, w ramach napiwku, zakończyć to zlecenie chwilą przyjemności.  Mylił  się 

jednak.  A  może  oszukiwał  sam  siebie,  żeby  pokryć  patyną  obojętności  to,  co  się  stało. 

Wówczas bowiem wcale o tym nie myślał. 

Właściwie  nie  myślał  o  niczym.  Patrzył  na  stojącą  w  głębi  Martę,  podniósł  się, 

podszedł do niej i pocałował ją. 

A  najbardziej  niewiarygodne  było  to  -  o  czym  też  pomyślał  później  -  że  ona 

najwyraźniej  na  to  czekała,  nie  poruszyła  się,  kiedy  się  zbliżał,  rozchyliła  nawet  usta, 

przyjmując pocałunek. Gdyby zastanowił się choć przez chwilę nad konsekwencjami, nigdy 

by  tego  nie  zrobił.  Ale  wtedy  nie  był  w  stanie  myśleć,  a  tym  bardziej  wyobrażać  sobie 

czegokolwiek. 

Na przykład tego, że dziewczynka śpi z matką w tym samym pokoju. 

-  Nie  będzie  przeszkadzać,  zapewniam  cię  -  powiedziała  Marta.  -  Ma  głęboki  sen, 

nakarmiłam ją tuż przed twoim przyjściem. Nie chcę jej przenosić do innego pokoju, może się 

obudzić. - Quiros zobaczył, jak pochyla się nad łóżeczkiem i przygląda dziecku, trzepocząc 

rzęsami. - To jedyna dobra rzecz, jaką mi ten drań zostawił. 

Nie  przeszkadzała,  tak  jak  zapewniła  matka.  Tylko  raz  w  ciągu  całej  nocy  Marta 

wysunęła  się  z  pościeli,  żeby  uwolnić  ją  od  przelotnego,  złego  snu.  Była  dzieckiem 

czyściutkim i spokojnym jak sumienie anioła. Quiros uznał, że w gruncie rzeczy dziewczynka 

background image

miała szczęście: aż do owej chwili mogła cieszyć się delikatnymi piersiami, jędrnym ciałem, 

wargami i pieszczotami Marty. 

- Rozumiesz, prawda? - Przeprosiła za obecność córki. 

- Tak. 

Zrozumiał  tej  nocy  wiele  spraw.  Najważniejszą  z  nich  było  chyba  to,  że  miłości 

można doświadczyć przez jedną chwilę, a potem wszystko się zmienia. Miłość jest jak szczyt 

wznoszący  się  pośrodku  prostej  drogi;  odosobniony,  samotny,  świetlisty.  Życiowa  meta  nie 

musi znajdować się na końcu, można napotkać ją w połowie trasy. 

Potem wyścig toczy się dalej, tyle że w przeciwnym kierunku. 

Od  tego  momentu  jego  wspomnienia  rozsypują  się  na  kawałki:  widział  chyba,  jak 

Marta uśmiecha się do niego, kręcąc się po sypialni, żeby zebrać to, co będzie jej potrzebne 

pod  prysznicem.  Pamięta  również  moment,  w  którym  wróciła  otulona  długim,  białym 

ręcznikiem, spływającym jej aż do stóp z taką samą wilgotną nonszalancją, z jaką czyniły to 

jej jasne, świeżo umyte  włosy.  Nie potrafi przypomnieć sobie jednak,  co wówczas mówiła. 

Pamięta za to dokładnie zaskoczenie, jakie odbiło się na jej twarzy, kiedy zobaczyła, że stoi 

już  całkowicie  ubrany,  z  kapeluszem  na  głowie  oraz  paczką  pieluch  i  higienicznych 

chusteczek w ręku. 

-  Co  robisz?  -  Nagły  horror  zrozumienia,  odzierający  jej  twarz  z  kolorytu.  -  Nie  - 

jęknęła, a może nawet nie zdołała wypowiedzieć tego słowa i tylko oddech wypłynął z niej z 

taką samą przerażającą prostotą, z jaką wypływa spojrzenie. - Tylko nie ona. 

-  Ojciec  ją  chce  -  powiedział  Quiros,  chowając  wszystko  do  płóciennej  torby,  którą 

znalazł przy łóżeczku. 

Za  oknem  sypał  kwietny  śnieg.  To  kolejne  wspomnienie  Quirosa:  światło  igrało  na 

wiosennych  puszkach,  przygnanych  z  pobliskiego  lasu.  „Nie  może  jej  pan  zabrać  - 

powiedziała  cicho.  -  Dostałam...”.  I  nagle  utknęła  na  słowach,  które  nie  zdążyły  się 

ukształtować:  prawo  do  opieki.  W  sekundę  później  sama  wybuchnęła  śmiechem,  w 

odpowiedzi  na  echo  tego  bezsensownego  stwierdzenia.  Pewnie,  że  mógł!  Prawo  nigdy  nie 

stanowiło dla Aldobranda żadnej przeszkody. „Na miłość boską - wyszeptała sparaliżowana. 

- Na miłość boską”. 

- Jest jej ojcem - powiedział Quiros. 

- Jest potworem. Nie możesz... Nie oddasz mu jej. 

Pamiętał również furię, z jaką zacisnęła pięści, w niczym nieprzypominającą słodyczy, 

jaką  obdarzyła  go  w  nocy.  Popychała  go,  biła  po  piersiach,  krzyczała:  „Nie  zabierzesz  jej! 

Będziesz  musiał  mnie  zabić!”.  W  tym  momencie  osiągnęła  wyższe  stadium  zrozumienia, 

background image

które  I  zmusiło  ją  do  zatrzymania  się,  jakby  na  jej  uderzenia  Quiros  odpowiedział  ciosem 

noża. Quiros jednak tylko na nią patrzył. 

- Jasne - powiedziała. - Wszystko jasne - powtórzyła. 

Musiała  zobaczyć  w  jego  wzroku  coś,  czego  nie  dostrzegła  nawet  w  owych 

intensywnych  chwilach,  gdy  ich  oczy  ocierały  się  o  siebie  pośród  nocy.  Quiros  pamięta,  że 

już miał ją zapytać: Co widzisz w moim spojrzeniu? 

Chciał zadać to pytanie, żeby poznać lepiej samego siebie. Możliwe, że dostrzegła w 

nim pewność, zdecydowanie strażnika, który stojąc na warcie, pod łukiem wieży, wpuszcza 

do niej jedynie wybrańców, poddanych dokładnej i bezwzględnej rewizji, obojętnego wobec 

faktu, kto zostaje odrzucony lub zaakceptowany. Możliwe też, że domyśliła się jego lojalności 

wobec  wielkich  panów,  jego  ślepego  posłuszeństwa.  Cokolwiek  to  było,  poczuła  się 

bezbronna. Od tej chwili już niczego nie żądała, błagała tylko. 

To zlecenie, niewątpliwie, nie miało należeć do łatwych. 

- Nie słucha mnie pan. 

- Proszę? 

- Pytałam, czy pana zdaniem zacznie padać, zanim dotrzemy na miejsce. 

- Zależy, jak to daleko... Chociaż te chmury nie wyglądają najlepiej. 

Kłamał.  A  raczej  nie  mówił  całej  prawdy.  Był  pewny,  że  zanim  się  ściemni, 

przemokną do suchej nitki. Nie chciał jednak, żeby kobieta myślała, że żałuje, iż przystał na 

jej  prośbę.  To  akurat  było  stuprocentową  prawdą.  Pożałował  natychmiast,  jak  tylko 

zaakceptował jej propozycję, ale nie miał wyjścia, ponieważ zagroziła, że pójdzie sama. 

A znał ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że to uczyni. 

Kobieta  była  spięta.  Quiros  obserwował  ukradkiem,  jak  ściska  torebkę  swoimi 

drobnymi  dłońmi,  które  nie  mogły  już  być  bardziej  białe.  A  wszystko  z  powodu  książki, 

ofiarowanej  przez kelnerkę w nocy.  Zdaniem Quirosa ta obsesja pozbawiona była podstaw, 

książka bowiem, jak sama twierdziła, nie zawierała nic szczególnego. 

-  W  pudełku  był  skoroszyt  -  wyjaśniła.  -  Wyrwano  z  niego  wszystkie  strony,  poza 

jedną jedyną. Safiya, która o niczym nie wiedziała, podejrzewała, że zniszczyła je pani Ripio, 

ale  nie  miała  odwagi  jej  o  to  zapytać,  żeby  pracodawczyni  nie  domyśliła  się,  że  mi  ją 

pokazała. Biedna dziewczyna żyje w ciągłym strachu. Wygląda to, jakby właścicielka kupiła 

ją  razem  z  pensjonatem.  Miałam  dosyć  i  dzisiaj  rano  rozmawiałam  z  panią  Ripio.  Nie 

wspomniałam  o  Soledad,  proszę  się  nie  martwić.  -  Machnęła  uspokajająco  ręką  w  stronę 

Quirosa.  -  Powiedziałam,  że  uczę  literatury  hiszpańskiej,  że  piszę  pracę  na  temat  Guerina  i 

potrzebuję  danych.  Naciskałam,  dopóki  mi  się  nie  zwierzyła.  Kiedy  odziedziczyła  pamiątki 

background image

po poprzedniej właścicielce, sądziła, że zdoła je uporządkować. Znalazła te kartki, zaczęła je 

czytać i, jak sama twierdzi, poczuła się tak zażenowana, że wrzuciła je do ognia. Wyobraża 

pan  to  sobie?  Co  za  barbarzyństwo!  Zapewnia,  że  była  to  czysta  pornografia.  Sam  Guerin 

zniszczył  wszystkie  kopie,  jakie  posiadał,  poza  tą,  którą  podarował  don  Franciscowi.  Na 

jedynej kartce, jaka pozostała, znalazłam odręczną notatkę Guerina. Przepisałam ją. 

Przeczytała  mu  jej  treść,  ale  ta  Quirosa  wcale  nie  zainteresowała;  nawet  jej  nie 

zrozumiał.  Zaciekawiła  go  jedynie  wzmianka  o  jaskini  w  górach.  Musiało  to  być  to  samo 

miejsce, o którym mówił Casella. 

Uznał, że najlepsze, co może zrobić, to dotrzymać jej towarzystwa. 

I  oto  był  tam  i,  piłując  silnik,  podjeżdżał  z  trudem  pod  górę  krętą  asfaltową  drogą, 

która  zwężała  się  coraz  bardziej.  A  szczytem  absurdu  było  to,  że  wcale  nie  był  smutny: 

odczuwał nawet pewnego rodzaju podekscytowanie w oczekiwaniu na tajemniczą radość, jak 

dziecko, któremu obiecano, że po raz pierwszy zobaczy morze. Taki był Quiros. 

- O czym pan myślał? 

- O niczym. O szosie. 

- Tam jest jakaś tablica - powiedziała. - To musi być ta droga. 

Tablica wskazywała liczbę kilometrów, jakie dzieliły ich od Ollero. Droga zaczynała 

się  przy  poboczu  i  ginęła  w  górach.  Quiros  wjechał  w  nią.  Zaczęli  podskakiwać.  Po  obu 

stronach  rosły  drzewa.  Ich  gładkie  pnie  były  prawie  tak  proste  jak  rura,  przy  której  tańczą 

panienki  w  „rozbieranych”  klubach,  jak  ten,  do  którego  Quiros  trafił  kiedyś,  żeby  zabić 

jednego faceta. Dotarli do rozwidlenia. Odchodziła od niego kolejna odnoga, prowadząca do 

jakiegoś  gospodarstwa,  ale  nie  zboczyli  z  trasy.  Zauważyli  ścieżkę,  Quiros  zatrzymał 

samochód. Dalej będą musieli iść pieszo. 

Powietrze  zdawało  się  naładowane  czujnością.  Nie  podobało  mu  się  to  wrażenie. 

Siekące  podmuchy  wiatru  zagrażały  jego  kapeluszowi  i  szarpały  jasnymi,  związanymi  w 

kucyk, włosami kobiety. Drzewa uginały się pod brukiem chmur. Było parno, jak zawsze w 

chwilach poprzedzających istotne dla ludzkich istot wydarzenia. 

Quiros  wyprzedził  idącą  przodem  kobietę.  Lepiej  być  przezornym,  pomyślał. 

Najprawdopodobniej „snupi” nie da znaku życia, ale mimo to, zwłaszcza że jest z nią, musi 

wykazać dużą ostrożność. 

Przez  chwilę  posuwali  się  w  milczeniu.  Drzewa  maszerowały  rzędem,  kolumny 

mrówek  wydawały  się  nieruchome:  Quiros  starał  się  ich  nie  zdeptać.  Przytrzymywał  jedną 

dłonią  rondo  kapelusza  i  patrzył  w  dół.  Kobieta  patrzyła  do  góry.  Od  czasu  do  czasu 

przystawał,  jakby  na  nią  czekał,  co  nie  było  konieczne,  ponieważ  szła  dużo  szybciej  i  była 

background image

dużo  zwinniejsza,  ale  Quiros  uważał,  że  tak  właśnie  powinien  postępować.  Dotarli  do 

płaskowyżu  otoczonego  drzewami.  Droga  prowadziła  dalej.  Dobiegła  ich  słaba  zapowiedź 

burzy. 

Nagle kobieta krzyknęła. 

Kiedy się odwracał, przypomniał sobie podobną scenę, na innej drodze, kilka dni temu 

i odniósł wrażenie, że te dwa krzyki coś ze sobą łączy, jakiś dziwny, mroczny trakt. Była to 

jednak ulotna myśl, trwała krócej niż czas potrzebny jego dłoni na wykonanie ruchu. 

- Proszę się uspokoić, już odleciał... 

- Przykro mi. Był ogromny. Usiadł na moim ramieniu. 

- Już odleciał. - Quiros drżał lekko, jakby udzielił mu się jej strach. 

- Jestem głupia. Do licha! Ależ ja jestem głupia! 

- Strach to nic głupiego - powiedział Quiros. - Ani to. - dodał. Było tak, jakby chmury 

zbudowane zostały z kamieni, które zaraz runą na dół. - Musimy się pospieszyć, burza wisi w 

powietrzu... Lepiej pani? W takim razie chodźmy, to musi być już niedaleko... 

Podczas  gdy  kobieta  odzyskiwała  spokój,  Quiros  spojrzał  w  kierunku  drzew  i 

zobaczył  dom.  Było  to  zwyczajne  gospodarstwo,  z  drewnianym  płotem,  rozpadającym  się 

gankiem  i  wiatą  na  samochód,  pokrytą  słomianym  dachem.  Jedno  okno  było  zasłonięte, 

drugie nie. Gdzieś szczekał pies. 

Wtedy jeszcze ów dom nie przykuł jego uwagi. 

W  głębi  szosa,  którą  niedawno  opuścili,  kontynuowała  swój  bieg,  jedna  z  bocznych 

ścieżek prowadziła do niej. 

Quiros wybrał inną, wąską i stromą, zaopatrzoną w kamienne stopnie, które zachęcały 

do wspinaczki, nie czyniły jej jednak łatwiejszą. Przystanął kilkakrotnie, żeby złapać oddech. 

Wiatr  rozpanoszył  się  na  dobre.  Miało  to  też  swoje  dobre  strony:  spływający  po  czole  pot 

szybko wysychał. Wspiąwszy się na kolejne wzniesienie, kobieta powiedziała: 

- Proszę poczekać. - Wskazywała na horyzont, w stronę morza, ale jej palec kierował 

się ku mniej rozległemu miejscu. 

Quiros  wychylił  się,  żeby  na  nie  spojrzeć:  dzwonnica,  białe  domy,  wieża  wznosząca 

się  nad  wybrzeżem  i  falochron  po  przeciwnej  stronie.  Za  sprawą  przypadku  albo  jakiejś 

nadprzyrodzonej, nieznanej siły popołudnie zrobiło w chmurach wyłom (krótkie zawieszenie 

broni, sądząc po zbliżających się grzmotach) i słońce runęło ukośnie na centrum miasta. Oto i 

„Stare Miasto”, pomyślał Quiros. 

Nareszcie. 

- Piękne, prawda? 

background image

- Bardzo - odpowiedział Quiros patrząc na kobietę. 

Jedno spojrzenie potrafi zmienić wszystko, i to zupełnie znienacka. 

Stało  się  to  być  może  wtedy,  kiedy  Marta  podniosła  zaczerwienioną  twarz,  a  on 

zobaczył  jej  łzy.  Ona  musiała  spostrzec  zmianę,  w  pewnym  stopniu  odzyskała  nawet 

równowagę. „Uspokójmy się”, powiedziała. Jakby zapraszała go, żeby usiadł i omówił z nią 

jakąś ważną kwestię. 

Quiros  patrzył  jednak  na  nią  bez  wyrazu.  Ręcznik  poluźnił  się  od  jej  gwałtownych 

gestów, nie chciała go jednak puścić. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Być może na koniec to 

zrobi. Ociągając się, podejdzie do niego zupełnie bezbronna. Zrobi coś strasznego lub coś bez 

znaczenia. 

Na  razie  przyciskała  go  do  piersi,  jakby  to  była  ostatnia  rzecz,  jaka  jej  została,  i 

unosiła  wyzywająco  twarz.  Stali  naprzeciw  siebie,  dzieliło ich  tylko  łóżeczko.  W  miarę  jak 

wstawał świt, spośród batystów coraz częściej dobywało się kwilenie. Tkwili nieruchomo, nie 

spuszczając z siebie wzroku. Poruszał się tylko jej głos. 

- Właśnie przyszło mi coś do głowy... Zabierz ją do domu mojego brata, zaadoptuje ją, 

będzie się nią opiekował... Temu kanalii, jej ojcu, możesz powiedzieć po prostu, że zamiast 

mu ją oddać, wolałam ją zabić. Wypełnisz swoje zadanie, a Aldobrando nigdy się nie dowie... 

- Nie mogę tego... - zaczął. 

- Możesz! Jest w tobie coś dobrego. Nieważne, co zrobiłeś ani dla kogo pracujesz... To 

tylko powłoka... Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy byliśmy razem dziś w nocy... Człowiek, 

którego nosisz w sobie, jest dobry... Zrób to, o co proszę, błagam. Zrób to dla tego człowieka, 

który jest w tobie. Jeśli tego nie zrobisz, nigdy sobie nie wybaczysz. - Quiros postąpił krok w 

jej  kierunku.  Cofnęła  się,  odwróciła  do  niego  plecami  (naga  z  tyłu,  ciągle  przytrzymywała 

ręcznik), poszukała czegoś w jednej z szuflad. Wizytówka. Wyciągnęła ją w jego kierunku. - 

To adres brata... Weź, proszę. Zrozumie. Zna moją sytuację... 

Wie,  że  biorąc  ślub  z  Aldobrandem,  podpisałam  na  siebie  wyrok...  Przyjmie  moją 

córkę, on i jego żona są sami... 

Proszę... 

Quiros nie spuszczał z niej oka. Wizytówka drżała. 

Nagle popełniła swój jedyny błąd. Nie miał do niej o to pretensji: któż byłby w stanie 

trwać  twardo,  niewzruszenie  jak  skała,  wobec  takiej  kolosalnej  groźby?  Dlatego  też  kiedy 

krzyknęła: „Zapłacę ci!”, nie znienawidził jej. 

A jednak, mimo wszystko, był to błąd. Ponieważ, niezależnie od tego, co myślała na 

jego temat, robił wiele rzeczy za darmo. Właściwie wszystko. Bo czyż ktoś mógł kupić jego 

background image

poddaństwo, jego poniżenie? Nic i nikt nie był zdolny przekupić strażnika, i ona powinna o 

tym wiedzieć. 

Wciąż  wyciągała  ku  niemu  wizytówkę.  Quiros  ujął  ją  lewą  ręką,  prawą  unosząc  do 

gardła kobiety. „Nie mogę tego zrobić”, powiedział. 

Kiedy  ścisnął,  ręcznik  wysunął  się  jej  z  rąk  i  opadł  do  stóp.  Quiros  przywykł  do 

bardziej  upartych  istnień,  życie  Marty  zgasło  w  jednej  chwili.  Umarła,  patrząc  na  niego 

niemal  ze  zdziwieniem.  Nie  odwrócił  wzroku.  Następnie  dźwignął  ciało,  wyszedł  z  domu  i 

skierował się ku urwisku. Aldobrando wydał mu ścisłe instrukcje: miał wrzucić ją do morza, 

morza,  o  którym  opowiada  się  tyle  głupstw,  ale  nikt  jeszcze  nigdy,  przenigdy  nie  widział, 

żeby powrócił stamtąd jakikolwiek topielec. 

Patrzył, jak fale przyjmują Martę. Spojrzał na wizytówkę, którą nadal trzymał w dłoni: 

„Ernesto Serrano”, przeczytał. Upuścił ją do morza. 

W  drodze  powrotnej,  kiedy  wiózł  dziewczynkę  do  domu  Aldobranda,  przypomniał 

sobie odpowiedź Marty, kiedy zapytał ją, jak się nazywa dziecko. 

- Nie chciałam, żeby nosiła nazwisko tego kryminalisty. Nazywa się Tina Serrano. 

Zastanawiała się, kto rzucił na nią tę potworną  kalumnię, kto  tak haniebnie okłamał 

policję. Fernanda? Nie. 

Niewiele wiedziała o paczce. Mario i Mónica nie wchodzili w rachubę z tego samego 

powodu. Może Belferka albo śliczna Paz, wszechwładna Paz, która w ten sposób odpłacała jej 

za spojrzenia, jakimi obdarzała Borję, każdy ma bowiem swój własny sposób, by zemścić się 

na kimś, kto daje powód do zazdrości. 

Zagadka  dręczyła  ją  przez  cały  wczorajszy  dzień.  Tego  popołudnia,  mając  za  sobą 

długą,  spokojną  noc,  postanowiła  zmienić  kierunek  swoich  kroków.  Zamiast  pójść  do 

Niebytu, który teraz był już naprawdę niczym, udała się w stronę arabskiej wieży. Zbliżając 

się do kamiennej ściany wzniesionej na piasku, pierwszy raz poczuła się panią sytuacji. 

To nie była łatwa droga. Najpierw wszystko wyleciało w powietrze, a w ruinach siebie 

samej z trudem zdołała odnaleźć resztki, żeby móc iść dalej. Ponieważ życie to ciągły trud, i 

nie miało znaczenia, że była „młoda”, jak mawiali wuj z ciotką. Życie jest jak żołnierz, który 

stoi  na  straży  w  budce,  albo  wachmistrz  lustrujący  morze  na  okręcie:  kiedy  traci  się  siły, 

ponosi  się  klęskę.  A  zmęczenie  ogarnęło  ją  do  tego  stopnia,  że  kiedy  zdecydowała  się 

wyjechać  pierwszym  piątkowym  autobusem,  czuła,  jakby  całe  podpierające  ją  rusztowanie 

runęło  gwałtownie  w  jednej  chwili.  Chciała,  w  odróżnieniu  od  innych  szczęśliwych  chwil, 

być martwa. Nie umierać, umrzeć. 

background image

Ale to było w środę. Teraz, w to czwartkowe popołudnie, głównie dzięki przechadzce 

do wieży, widziała wszystko w innych barwach. 

Stanęła w cieniu i zapatrzyła się w morze. Daleko, na horyzoncie, nie można go było 

odróżnić  od  nieba,  i  jedno,  i  drugie  szare,  wzburzone.  Tina  długo  wpatrywała  się  w  ten 

nieokreślony punkt. 

Analizowała  swoje  życie,  zwłaszcza  mroczne  dzieciństwo:  przedwczesną  śmierć 

matki,  której  nigdy  nie  poznała,  pierwsze  lata  z  ojcem,  po  którym  pozostały  jej  jedynie 

klaustrofobiczne  koszmary,  oraz  jego  równie  nieoczekiwany  koniec...  Miała  niejasne,  ale 

coraz  bardziej  niezłomne  przekonanie,  że  za  wyjaśnieniami  dotyczącymi  tych  wypadków  i 

zbrodniczych  czynów,  które  przedstawiali  jej  wuj  z  ciotką,  kryją  się  rodzinne  tajemnice, 

jakich  nie  udało  jej  się  jeszcze  zgłębić.  Nie  zależało  jej  na  tym  jednak:  martwa  przeszłość 

pomagała jej czuć się żywą. 

Potem  pomyślała  o  Soledad.  Robiła  to  nie  po  raz  pierwszy,  ale  tym  razem  było 

inaczej.  Widziała  ją,  siedzącą  na  skałach  falochronu,  w  towarzystwie  wszystkiego,  co  ją 

otaczało,  i  siebie  samej.  I  pozazdrościła  jej.  Nie  dlatego,  że  chciała  być  taka  jak  ona,  ale 

dlatego, że wiedziała, że gdyby dziewczyna znalazła się na jej miejscu, na pewno by jej nie 

zazdrościła.  Zazdrościła  jej  braku  zazdrości.  Co  przeszkadzało  jej  ją  naśladować?  - 

zastanawiała się. 

Dobiegał  ją  narastający  krzyk  mew,  popołudnie  gasło  powoli,  gęstniał  huk 

uderzających fal. Dziś jest pierwszy dzień mojego życia, pomyślała, siedząc tuż przy wieży, 

wychylając się ku morzu jak przez okno. Jutro rano pojedzie do Madrytu. Wuj wróci jesienią, 

teraz pływa gdzieś po Morzu Śródziemnym, poszukując kolejnego zatopionego galeonu. Dziś 

jest pierwszy dzień mojego życia, pomyślała znowu, patrząc w głąb siebie, skąd uśmiechała 

się  do  niej  twarz  wuja,  ekshumującego  okręt  w  tęczowych  barwach,  z  galionem  w  postaci 

androgenicznej  figury  przyozdobionej  winoroślą,  oraz  takielunkiem  przypominającym 

choinkowe girlandy z łakoci. 

Jesteśmy inni. Pewnie liczni, nieskończenie liczni. Jednak przede wszystkim jesteśmy 

tym  jednym,  odmiennym  od  reszty,  niezrozumiałym  dla  naszego  powierzchownego  Ja”. 

Jedynym prawdziwym „ja”, które osiągamy tylko wtedy, kiedy zdarza nam się coś strasznego, 

kiedy życie pogrąża nas tak, że sięgamy dna. Jak ja, po twojej śmierci. 

Nie  spodziewam  się,  że  strony  te  zostaną  uznane  za  wielką  literaturę,  wiem,  że  nie 

jestem dobrym pisarzem, a to,  co piszę na nich dalej, nie jest nawet fikcją, tylko tym, czym 

naprawdę  jestem.  Oto  one.  Spisałem  je  w  jaskini  w  górach,  dokąd  zwykliśmy  chodzić, 

Carmelo, by wspominać nasze dzieciństwo. 

background image

Wzniosłem się tam, gdzie ty. Z tą tylko różnicą, że ja nadal żyję. Kocham Cię. 

Nieves Aguilar przypominała sobie ten spisany odręcznie fragment, kiedy próbowała 

przeniknąć panujące ciemności. 

- Soledad przeczytała te strony i od razu zrozumiała, że jest to dokładnie to, co sama 

chciała napisać... Wyobrażam sobie, jak bardzo musiała się denerwować... Jak bardzo musiała 

się bać, kiedy zobaczyła, że jej pragnienie realizuje się w kimś innym, w kimś, kto przeżył 

koszmar... Zadzwoniła do mnie, ale nic nie powiedziała. 

Bo cóż mogłaby mi powiedzieć? Tylko tyle, żebym przyjechała się z nią spotkać. Z 

pewnością zamierzała pokazać mi książkę. Ale najpierw chciała zobaczyć jaskinię, która go 

zainspirowała. Pragnęła podążać jego śladem. 

Może... Teraz myślę, że gdzieś w głębi serca być może pragnęła, żeby przytrafiło się 

jej  coś  podobnego...  Coś  strasznego...  I  tym  sposobem  zdołałaby,  podobnie  jak  Guerin, 

napisać prawdę... Wyjechała i nie wróciła... Ale była tu... 

- Tu nic nie ma - powiedział Quiros. 

Wiedział, że to nieprawda. Było ciemno, ale nie przesadnie. Na szczęście miał ze sobą 

kieszonkową latarkę. 

Szykowny strój  kobiety  ożył  w jej świetle:  komplet w kolorze khaki,  zielony pasek, 

czerwona torebka, białe skarpetki. 

W gruncie rzeczy była to nad wyraz cywilizowana jaskinia. Nawet nie zasługiwała na 

swoją  nazwę:  była  raczej  grotą  o  wysokim  sklepieniu.  Na  ścianach  widniały  aerozolowe, 

obraźliwe  słowa  i  romantyczne  daty,  wyryte  czubkiem  noża;  przy  wejściu  walały  się  puste 

butelki  po  piwie.  Jedynym  jej  atrybutem  był  widok  na  bezkresne  morze.  Jednak  deszcz 

pozbawił  ich  możliwości  rozkoszowania  się  tą  spokojną  przyjemnością.  Spadł  gwałtownie, 

gęstą  ulewą,  jeszcze  kiedy  się  pięli  ścieżką  do  góry,  i  zmusił  ich  do  pokonania  ostatniego 

kawałka  drogi  biegiem.  Kapelusz  Quirosa  zdeformował  się  od  wilgoci.  Kobieta  zdjęła  z 

włosów gumkę i roztrzepywała je, usiłując osuszyć. 

- Nic tu nie ma - powtórzył. 

- Tego jeszcze nie wiemy... Nie wiemy! 

Quiros wiedział. Cieszył się, że wziął przynajmniej latarkę. 

-  Proszę  spojrzeć  -  powiedziała.  Skierowała  się  w  głąb,  schylając  się  mimo 

wystarczająco wysokiego sklepienia. 

Quiros, który wcześniej wszedł do środka, żeby upewnić się, że kobieta nie natknie się 

na nic dziwnego, oglądał już tę część, ale podszedł i spojrzał. 

background image

Jaskinia  kończyła  się,  tworząc  rodzaj  komnaty.  Nieves  Aguilar  wskazywała  ręką  w 

kierunku sklepienia, latarka Quirosa omiotła je, wydobywając mineralne refleksy. 

W  załomach  ściany  wykrzywiały  się  pod  zupełnie  nienaturalnym  kątem.  Deszcz 

docierał do środka, jakby wydobywał się z wnętrza rezonansowego pudła. 

- Widział pan? - pytała kobieta - Widział pan? 

- Tak - odpowiedział Quiros. 

Ich  spojrzenia  skrzyżowały  się.  Kobieta  wydawała  się  oszołomiona,  jakby  nagle 

zrozumiała,  że  nie  ma  tu  nic  do  oglądania.  Quiros  podejrzewał,  że  to  skutek  wyczerpania. 

Latarka wydobywała z jej niebieskich oczu błyski wściekłości. 

-  Na  co  pan  patrzy?!  -  Dyszała.  -  Próbuję  ją  odnaleźć!  Chcę  zrobić  wszystko,  co 

możliwe!  Po  to  przyjechałam  do  tego  miasteczka!  Chcę  jej  pomóc!  A  pan  jak  zwykle: 

spokojny  i  bezczynny!  Zawsze  taki  spokojny  i...  milczący!  -  Jej  krzykowi  nie  towarzyszyło 

echo. Był zdławiony, jakby tonął w przelewającym się na zewnątrz morzu. Jej płaczu prawie 

nie było słychać. - I ukrywa pan przede mną fakty, oszukuje mnie! 

- Proszę się uspokoić... 

-  Nie  wiem,  na  co  pan  patrzy!  Nie  wiem,  czego  pan  chce  ani  co  ma  dla  pana 

znaczenie! I proszę przestać na mnie świecić! 

Nagle wytrąciła mu latarkę. 

Ten  płacz  w  ciemnościach  sprawił,  że  Quiros  poczuł  się  bezbronny.  Kobieta  była 

małym, trzęsącym się, niekontrolowanym cieniem. Quiros chwycił ją za ramię i poszukał jej 

ust. Jęknęła, ale pytanie zostało osaczone. 

Stali  objęci.  Czuł  słaby,  drżący  napór  ciała  kobiety.  Nie  płakała  już,  oddychała 

głęboko, wtulona w niego. Światło kręciło się na ziemi jak oszalałe. 

Nieves ponownie uniosła usta. Nie chciała myśleć, chciała tylko czuć. Nie chciała też 

pamiętać:  trzeba  mieć  wspomnienia,  żeby  mieć  poczucie  winy.  Chciała  nie  pamiętać,  żeby 

czuć. Zrozumiała, że swoimi wargami przekazuje mu siłę i moc. On był jedynie ogromny, ona 

była silna. Nagle ogarnęła ją tak przemożna litość dla niego, że wiedziała już, iż w tym, co 

robi,  nie  ma  nic  złego.  Natychmiast  (przeświadczenie  to  wypłynęło  z  samej  głębi  jej 

jestestwa)  zrozumiała,  że  to,  co  robi,  jest  jedynym  odpowiedzialnym  czynem,  jedynym 

właściwym i odpowiedzialnym czynem, jakiego mogła dokonać. 

Stali bez ruchu, przytuleni, wsłuchując się w rzeczywistość deszczu. 

- Ona tu była... - wyszeptała Nieves Aguilar. 

- Może nie dotarła - powiedział Quiros. 

background image

Myślał  o  czymś.  Coś  sobie  przypominał.  Drobny  szczegół,  który  w  tym  momencie 

zaatakował jego pamięć całą siłą swojego obrazu. 

- Dokąd pan idzie? 

Quiros wyszedł z jaskini. Pod strugami deszczu odwrócił się do kobiety. 

- Proszę pójść za mną - powiedział. - Szybko. 

- Nie jest bogiem, to oczywiste. Nie jest też nawet człowiekiem. 

Padający deszcz nie tylko może go przemoczyć; sprawia również, że zaczyna kichać. 

Leje  z  siłą  pękniętej  cysterny.  Leje,  jakby  mężczyzna  pływał  w  muszli  klozetowej,  a  teraz 

nadszedł  smutny  moment,  kiedy  trzeba  zniknąć  w  rurze  kanalizacyjnej.  Mężczyzna  chroni 

Posrebrzaną pod nieprzemakalnym płaszczem - dotyk metalu na udzie, zwłaszcza na wacku, 

kontakt metalu z ciałem, jeszcze zanim wymienią się ciepłem, sprawia mu rozkosz. 

Nic przyjemniejszego od zimnej lufy, myśli (a pies, śliniąc się, przytakuje), poza lufą 

gorącą. 

Martwi go jednak, że jest tak słaby, tak nieświadomy. 

Jeśli bowiem rzeczywiście jestem wątły, myśli, wszystko, co mnie otacza, również jest 

wątłe: drzewa, deszcz i pies, którego przywiązuję teraz sznurem do pnia, nakazując mu, żeby 

siedział cicho, fuc, żadnego hałasu, fuc, i czytelnik, który to czyta. 

Należy mówić prawdę, nawet jeśli miałaby zaboleć. 

Z miejsca, w którym stoi, poprzez ścianę deszczu, dostrzega ścieżkę i ściany swojego 

domu. Życie zmieniło się w starą taśmę wideo. Kichając, mężczyzna myśli: nie, bogiem nie. 

Wręcz przeciwnie. Ani człowiekiem. Już prędzej robakiem. 

Wciąż  ma  jednak  szkatułkę  z  kości  słoniowej.  Szkatułka  pomaga  mu  od  dziecka: 

przyciskał  ją  do  siebie  z  całych  sił,  kiedy  matka  obcowała  z  mężczyznami;  przyciskał  ją  w 

szkole, kiedy śmiech skazywał go na samotność; przyciskał, kiedy patrzył na konającą matkę 

w  tym  smutnym  domu  starców  o  białych  schodach,  ściskał  ją,  kiedy  w  końcu  powiedziano 

mu, że może pracować w studiu filmowym (jego marzenie) i kiedy sprzedał swoje pierwsze 

zdjęcia. 

Szkatułka  z  kości  słoniowej  to  wszystko,  co  mu  zostało,  jedyne,  co  mu  pomaga  i 

chroni, najbardziej intymna sfera jego najskrytszej prywatności, to, co naprawdę tkwi w nim, 

w środku. Nawet anioł, który ją trzyma, nie przydaje się do niczego. Reszta to opowieści. Ale 

opowieści go upokorzyły, ponieważ mówią prawdę i zmieniły go w to, czym jest, w to, czym 

był od samego początku, czym był zawsze. 

Robak czeka dalej obok psa. 

background image

-  Właśnie  mi  się  przypomniało,  że  w  tym  domu  mieszka  świadek,  którego  policja 

przesłuchiwała  -  powiedział  Quiros.  -  Zadam  mu  kilka  pytań...  może  się  czegoś  dowiem. 

Lepiej, żeby pani ze mną nie szła: może pomyśleć, że nie jestem policjantem, i nie otworzy 

drzwi. Prowadzi pani? 

- Mam prawo jazdy, ale od dawna nie jeździłam. 

- Z trudem przekrzykiwała deszcz, osłaniając się marynarką Quirosa. 

- Tego się nie zapomina. Proszę wziąć kluczyki i wrócić do miasteczka. 

- Mogę poczekać na pana w samochodzie! 

- Nie wiem,  ile  czasu  mi to  zajmie. Niech pani  jedzie  do pensjonatu.  Jeśli nie złapię 

okazji, wrócę piechotą. 

Ten deszcz nie potrwa długo. 

- Ale... 

- Niech pani choć raz zrobi, co mówię! - zażądał Quiros. 

Nieves  Aguilar  uśmiechnęła  się,  wyciągnęła  do  niego  rękę.  Quiros  zamknął  ją  w 

swojej  dłoni,  jakby  zgarnął  garść  śniegu.  Potem  patrzył,  jak  oddala  się  w  stronę  zakrętu  i 

skacząc,  usiłuje  ominąć  kałuże.  Z  marynarką  uniesioną  nad  głową  przypominała  zakonnicę 

uciekającą przed klasztornym życiem. Kiedy znikła mu  z oczu, otworzył drewnianą furtkę i 

wszedł na teren posesji. 

Musiał  oszukać  ją  raz  jeszcze,  ale  nie  chciał  jej  ciągnąć  w  paszczę  lwa.  A  to  była 

paszcza lwa. Nie miał wątpliwości. 

Nim  poszedł  dalej,  sprawdził:  sofa  w  groteskowym,  żółtym  kolorze  obok  okna 

pozbawionego zasłon.  Zwrócił na  nią uwagę, kiedy zatrzymał się, żeby pomóc kobiecie, ale 

dopiero w jaskini skojarzył ją ze zdjęciami z polaroidu, które oglądał Gaos. 

Nagle  dom  wydał  mu  się  bardzo  duży,  pełen  cieni,  zarysów  postaci  i  szkła. 

Pozbawiona proporcji budowla. 

Jego kapelusz był całkiem przemoczony (z ronda spływała woda), koszula z krótkimi 

rękawami również. Odbije się to  na nim w dwójnasób, ponieważ wilgoć  przyprawiała  go o 

reumatyzm i nasilała duszności, ale w owym momencie nie to martwiło go najbardziej. 

Musiał ją odnaleźć. 

W  innych  okolicznościach  nigdy  by  tego  nie  zrobił.  Jego  zlecenie  dobiegło  końca: 

pozostawało jedynie wyjechać i zainkasować należność. Ale teraz było inaczej. Winny był to 

kobiecie. A także Marcie i małej Tinie. Był pewny, że jest już za późno, ale nawet jeśli tak 

było, chciał spróbować. 

background image

Szedł  w  stronę  ganku,  nie  wiedząc  konkretnie,  co  zamierza  zrobić.  Pod  trzcinowym 

dachem,  pełnym  dziur,  stała  zaparkowana  terenówka  i  samochód  osobowy.  Musi  być  w 

środku,  pomyślał.  Postanowił  poszukać  tylnych  drzwi.  Wszedł  na  ganek  i  szedł,  kryjąc  się 

pod okapem. 

Nie bał się. Wręcz przeciwnie: czuł, że nie ma rzeczy, której nie byłby zdolny zrobić. 

Jak  przez  sen  przypominał  sobie  chwile  spędzone  w  jaskini  z  kobietą.  Zrozumiał  nawet 

przyczynę  tych  wszystkich  nieprawdopodobnych  zbiegów  okoliczności:  miał  odnaleźć 

dorastającą córkę Marty. W ten sposób dostał szansę na przynajmniej częściowe rozliczenie 

długu, jaki zaciągnął u jej matki. Nie był pewny, czy postąpił słusznie, prosząc Gaosa, żeby 

obarczył  całą  winą  Tinę,  i  jednocześnie  przestrzegł  chłopaka,  żeby  nie  ważył  się  jej  tknąć. 

Chyba tak. Zresztą nie wpadł mu do głowy żaden lepszy sposób, który umożliwiłby przyjście 

jej z pomocą i nie zdemaskował go jednocześnie. Liczył na to, że wykluczą ją z paczki, a Tina 

będzie w stanie dostrzec dobre strony swojej nowej sytuacji. 

Teraz  musiał  odnaleźć  dziewczynę.  Był  to  winny  Nieves,  ufała  mu.  I  winny  był  to 

Marcie. Dla niego samego nic już nie miało znaczenia. Największy strach przeżył w jaskini, 

kiedy  kobieta  rozpłakała  się  w  ciemnościach.  Była  to  jednocześnie  chwila  największego 

szczęścia. Taki był Quiros. 

Dotarł na tyły domu. Starał się posuwać bezszelestnie, choć i tak deszcz głuszył każdy 

hałas. Zobaczył warzywniak zamieniony w mokradła, chore drzewka cytrynowe, zardzewiałą 

huśtawkę, teleskop przykryty plastikiem i osłonięty daszkiem, i drewnianą szopę bez okien w 

odcieniu  pomarańczowym.  Drzwi  szopy  zaopatrzone  były  w  ciężką,  błyszczącą  kłódkę. 

Posuwał  się  dalej  gankiem,  aż  znalazł  drugie  drzwi.  Otworzył  je.  Odór  zepsutego  jedzenia, 

zmieszany  z  zapachem  kawy,  kazał  mu  się  na  chwilę  zatrzymać.  W  polu  widzenia  nikogo 

jednak  nie  było.  Wszedł,  zamknął  drzwi.  Deszcz  pozostał  na  zewnątrz,  ciągnąc  swoją 

nieprzerwaną opowieść. 

Znalazł  się  w  kuchni.  W  zlewozmywaku  wznosiła  się  piramida  brudnych  naczyń. 

Agregat lodówki warczał jak silnik samochodu pokonującego wzniesienie. Korytarz w głębi 

prowadził  do  salonu,  miejsca,  gdzie  pewnie  stała  żółta  sofa.  Wszędzie  widać  było  sterty 

książek,  w  kuchni  i  w  korytarzu,  ułożonych  w  wysokie  stosy  lub  leżących  na  podłodze  jak 

warstwa kurzu, który je pokrywał. Wszyscy „snupi” byli wykształceni i uwielbiali czytać. 

I wszyscy, bez wyjątku, byli szaleni. 

Dotarł do rozwidlenia, ujrzał rząd drzwi. Dom był jednopiętrowy, drzwi musiały więc 

prowadzić „na pokoje”, jak mawiali lokaje służący u wielkich panów, dla których pracował 

Quiros.  Otworzył  jedne  z  nich  i  zajrzał.  Ciemność.  Poszukał  kontaktu.  Goła  żarówka 

background image

rozbłysła  światłem.  Wystrój:  cztery  reflektory  ze  studia  fotograficznego,  telewizor  z  wideo, 

taśmy, prycza na podłodze, czarny ekran służący za tło, stół z akcesoriami używanymi przez 

„snupich”.  Żadnych  okien.  Zbliżył  się  do  stołu  i  wziął  jeden  z  batów,  dmuchnął,  wzbijając 

kurz  w  powietrze.  Pozostała  część  sprzętu  również  sprawiała  wrażenie  nieużywanego.  To 

jednak  nic  nie  znaczyło,  „snupi”  lubili  improwizować,  ale  był  na  tyle  optymistą,  że  ten 

szczegół przywrócił mu nadzieję. 

Sięgnął  po  pilota  od  telewizora,  wykasował  dźwięk,  włączył.  Spodziewał  się 

wszystkiego  poza  filmem  dokumentalnym  o  zwierzętach.  Orzeł  pikujący  w  dół.  Lis 

przyczajony  pod  drzewem.  Siedem  rogatych  bestii,  być  może  młodych  nosorożców.  Jakiś 

pająk  z  okiem  na  brzuchu,  pełzający  po  filigranowej  pajęczynie.  Pod  nim  dziewczyna, 

patrząca  z  pełną  obrzydzenia  miną,  ale  nie  był  to  nikt,  kogo  Quiros  znał.  W  rogu  logo 

National Geographic. Wyłączył telewizor i wyjął kasetę. Było ich więcej, ułożonych w stos 

na kratce pod spodem, ale nie miał ochoty ich oglądać. Nosiły następujące tytuły: Mgławica 

Gwiazdozbioru Węża, Asteroidy Obłoku Oorta, Skarabeusze z półwyspu. 

Wszyscy „snupi”, z samej definicji, są maniakami. 

Gdzie może ją trzymać? Najprawdopodobniej w szopie. 

Ale zanim tam wejdzie, musi się upewnić, czy nikogo nie ma w domu. A jeśli nawet 

ktoś w nim jest, niedługo przestanie być. 

Właśnie  szykował  się  do  opuszczenia  pokoju  „zabawek”,  kiedy  usłyszał  jakiś  hałas. 

Uchylił drzwi na kilka milimetrów. Na pozór nic się nie zmieniło. Zgasił światło, wyszedł i 

wrócił na korytarz. Spojrzał w stronę kuchni. 

Nie  zauważył  żadnej  zmiany.  A  jednak  był  pewny,  że  coś  jest  nie  tak.  Zajrzał  do 

salonu. 

Nieves  Aguilar  stała  pośrodku,  patrząc  na  niego.  Nadal  miała  na  ramionach  jego 

marynarkę,  ociekające  wodą  włosy  przylgnęły  jej  do  głowy.  Quiros  wpatrywał  się  w  tę 

nieoczekiwaną zjawę. Ona wpatrywała się w niego. 

-  Nie  ruszaj  się  -  powiedziała  Nieves  Aguilar  nieswoim  głosem,  nie  poruszając 

wargami. 

Ale to nie ona mówiła. Mówił mężczyzna, który stał za nią. 

Po  pierwsze,  nie  podobał  jej  się  ten  stół  na  środku.  Wyrzuciłaby  go  przez  okno, 

wściekłaby  się  na  Pabla,  gdyby  przyniósł  do  domu  coś  takiego,  taką  tandetną  podróbkę 

szlachetnego drewna. Na domiar złego cały pokryty był kurzem. Niemniej kiedy usiadła na 

żółtej sofie (co za brak gustu, Boże mój!), wykonując polecenie Nieprzemakalnego Płaszcza, 

zrobiła wszystko, żeby znaleźć się w pobliżu stołu. Raz i drugi przesunęła po nim wzrokiem, 

background image

niemal pieszczotliwie. Był jej pomostem z codziennością, normalnością, która nie miała nic 

wspólnego  z  tym,  co  przeżywała.  Na  tym  stole  jej  świadomość  mogła  się  rozciągnąć  i 

odpocząć. 

Reszta rzeczywistości rozsypała się na kawałki. 

Czarny  nieprzemakalny  płaszcz  z  kapturem,  spod  którego  wystawała  srebrzysta 

dwururka  (puste,  ciemne  tunele),  wyskoczył  z  lasu,  zanim  zdążyła  wejść  do  samochodu,  i 

nakazał jej, żeby wróciła tą samą drogą do domu. 

Tak też zrobiła. A kiedy weszła, natknęła się na Quirosa. 

I tyle. 

Poza tym czuła się, jakby pochwyciła ją ręka giganta, ale nie na tyle mocno, żeby nie 

mogła  się  modlić  do  Boga  Ojca  Wszechmogącego,  stwórcy  otchłani  i  szczytów.  Tak  też 

zrobiła.  Była  to  tandetna  imitacja  modlitwy,  ale  nic  innego  nie  przychodziło  jej  do  głowy: 

modliła się, żeby Bóg pozwolił jej mówić, nie, żeby jej wysłuchał. 

-  Widziałem  was  przedtem  -  mówił  Nieprzemakalny  Płaszcz.  -  Siedziałem  na  tym 

krześle. - Wskazywał dwururką na krzesło, równie tandetne jak stół, o wyblakłej tapicerce i 

powyginanych nogach. - Czekałem na ciebie, Quiros, od chwili kiedy odebrałeś mój telefon. 

Zna  nas,  pomyślała,  przerywając  modlitwę.  A  może  tylko  Quirosa.  Co  znaczyło,  że 

może nie zna jej, bo ona właściwie nie znała Quirosa. Nieprzemakalny Płaszcz miał żałosny, 

niemal bezdźwięczny głos, jakby zużyty od ciągłego pisku i ochrypły wskutek przeziębienia. 

Czego  innego  można  się  jednak  spodziewać  po  takiej  karłowatej  postaci,  skrytej  jak  pod 

namiotem pod czarnym, spływającym wodą plastikiem. 

- Mam o was informacje - powiedział Nieprzemakalny Płaszcz. 

- A ja o tobie - odparował Quiros, który nie poruszył się od chwili, kiedy ujrzała go po 

wejściu do domu. 

Nagle  Nieprzemakalny  Płaszcz  zdjął  kaptur.  Wyjrzała  spod  niego  (niespodzianka) 

okrągła, pyzata twarz o czerwonych wargach. 

- Fotograf - powiedział Quiros. - Grubas w bermudach. 

-  Gwoli  wyjaśnienia:  nazywam  się  Juan  Guante,  Jan  Rękawiczka.  Moje  nazwisko 

czytane  od  końca,  brzmi  tak  samo:  Naug  Nauj.  Zbywa  „et”,  ale  to  spójnik,  który  może,  a 

nawet  powinien,  być  usunięty  bez  żadnej  szkody  dla  całości.  Tak  czy  inaczej,  rękawiczka 

wywrócona zostaje na drugą stronę. 

Teraz,  kiedy  mogła  widzieć  jego  rysy,  a  raczej  kiedy  mogła  nadać  rysy  słowom 

Nieprzemakalnego Płaszcza, dostrzegała całą resztę: był niskim, grubym mężczyzną (choć to 

nie  jego  wina),  pod  płaszczem  nie  skrywał  zbyt  wiele,  a  to,  co  ściskał  w  ręku,  nie  było 

background image

dwiema  posrebrzanymi  rurkami.  Jak  mogło  przyjść  jej  do  głowy  coś  równie  głupiego? 

Właśnie  jej!  Taka  jest  rzeczywistość,  powiedziała  do  siebie,  i  słowa  te  przyprawiły  ją  o 

zawrót głowy. 

Pomiędzy grzmoty wplatały się odległe protesty. Ujadanie. 

- To mój pies - powiedział pan Guante. - Wabi się Fuc. 

-  Pozwolił,  by  imię  zawisło  na  chwilę  w  powietrzu,  aby  Quiros  i  ona  przyswoili  je 

sobie, każde na swój sposób. 

- Uwiązałem go w deszczu przy drzewie, nic dziwnego, że się denerwuje... 

Wtedy  to  się  stało,  chociaż  nie  do  końca  rozumiała,  dlaczego  właśnie  teraz.  W 

prehistorycznych czasach, kiedy była nastolatką, zdarzało się jej to na karuzelach w wesołym 

miasteczku.  Ale  tu,  w  tym  domu,  kiedy  siedziała  na  sofie?  Może  z  powodu  zimna:  była 

przemoknięta,  olbrzymia  marynarka  Quirosa  ciążyła  jej  na  ramionach  jak  nasączona  gąbka. 

Zdała  sobie  sprawę,  że  Quiros  i  Nieprzemakalny  Płaszcz  odwracają  się  jednocześnie  w  jej 

kierunku i patrzą na nią w ten sam sposób, w jaki rodzice mieli zwyczaj mierzyć ją wzrokiem, 

kiedy  przeziębienie  nie  pozwalało  jej  pójść  do  szkoły  i  skazywało  na  łóżko,  skąd  mogła 

napawać  się  do  woli  deszczowymi,  szarymi  dniami.  Może  zauważyli,  że  pochyliła  się  na 

sofie,  ale  musiała  to  zrobić,  żeby  krew  napłynęła  jej  z  powrotem  do  głowy.  Głowa 

pozbawiona krwi jest niebezpieczna. 

- Źle się pani czuje? - spytał uprzejmie pan Guante. 

- Wypuść ją. - Quiros zbliżył się o kilka kroków. 

- Nie ma mowy... 

- Nikomu nic nie powie, zapewniam. 

Powiedzieć?  O  czym?  -  zastanawiała  się.  O  tym,  co  się  zdarzyło  w  jaskini? 

Oczywiście, że nie powie, zwłaszcza jeśli on nie będzie chciał. Zrobi wszystko,  co jej każe 

Quiros. 

Ten aspekt jej życia nie budził już w niej wątpliwości. 

- Źle się czuje! - złościł się Quiros. - Nie widzisz?! ¦ 

- Nie, naprawdę - zapewniła z uśmiechem. 

-  Nie  czuje  się  źle  -  podchwycił  pan  Guante.  -  Zresztą,  przyszliście  tu  oboje,  oboje 

więc zostaniecie - dodał, a jego słowa zostały przypieczętowane dwoma szczęknięciami. 

Naprawdę  nie  czuła  się  źle:  po  prostu  odpłynęła.  Wsłuchiwała  się  w  deszcz, 

dobiegający  z  niezgłębionej  nieskończoności,  która  bardziej  niż  odległość  przypominała 

obojętność. Chcecie wiedzieć, jak wygląda rzeczywistość? - miała zamiar zapytać uczennice z 

Valdelosy, jak tylko znajdzie ku temu okazję. A wpatrzone w nią dziewczęta, ubrane w czyste 

background image

mundurki, będą słuchały, siedząc w swoich ławkach. Posłuchajcie. Tak to wygląda, kiedy się 

w  końcu  zdarzy:  ten  dom,  te  okna,  o  które  tłucze  deszcz,  ta  żółta  sofa,  ten  łysy,  gruby 

człowiek  w  górskich  butach,  pachnący  wilgotnym,  nieprzemakalnym  płaszczem...  Czyż,  w 

pewnym sensie, nie jest przywilejem oglądać rzeczywistość z fotela w pierwszym rzędzie? 

Udało jej się ich przekonać. Przestali zwracać na nią uwagę. Rozmawiali ze sobą. O 

czym?  Oparła  łokcie  na  kolanach,  ujmując  głowę  w  dłonie,  jak  wtedy,  kiedy  się  uczyła. 

Spróbowała się skoncentrować. 

- Zrobiłeś dziewczynie krzywdę? - spytał Quiros. To pytanie zrozumiała. Zatrwożyła 

się. 

-  Nie  tknąłem  jej  jeszcze,  ale  już  pora...  Zbyt  dużo  czasu  straciłem.  Ponad  dwa 

tygodnie.  Zjawiła się  w  poniedziałek o świcie. Siedziałem  na krześle, kiedy ją zobaczyłem. 

Nie śpię nigdy. Zwróciłem na nią uwagę już wcześniej. Robię zdjęcia w schronisku Igga, w 

ten sposób dokonuję wyboru. Po raz pierwszy jednak materiał przyszedł do mnie. Mahomet, 

góra... no wiesz. W pewnym sensie, oczywiście. Inne potrzebowały pretekstu, sesja zdjęciowa 

czy  coś  takiego.  W  tym  wypadku  wystarczyło  tylko  wyjść,  zrobić  kilka  kroków  i 

przyprowadzić ją tutaj. 

- Jej wisiorek znaleziono wiele kilometrów stąd - powiedział Quiros. 

- Podrzuciłem go - powiedział pan Guante. - Chciałem, żeby mnie aresztowano. 

-  Dobry  pomysł,  debilu  -  stwierdził  Quiros  -  zapomniałeś  jednak  zostawić  odciski 

palców. 

-  Chciałem,  żeby  się  troszkę  potrudzili  -  skonkretyzował  pan  Guante,  wcale  się  nie 

obrażając. - Potem żałowałem. 

- Więc podrzuciłeś plecak przy szosie, a ubranie w domu głuchoniemego. 

-  Takie  dostałem  instrukcje.  Kiedy  ją  tu  sprowadziłem,  nie  wiedziałem,  że  to  córka 

Juliana  Olmosa.  Popełniłem  błąd.  Chronią  mnie  jednak,  czasem  nawet  za  bardzo.  Nie  chcą 

mnie  stracić,  ponieważ  nie  mają  następcy.  Powiedzieli  mi,  jak  mam  zatuszować  sprawę, 

żebym  mógł  się  zająć  swoimi  sprawami.  Tymi  co  zawsze.  Zgodziłem  się,  ale  z  innych 

powodów. Oni chcieli filmów, ja chciałem opowieści. 

- Jakich opowieści? - spytała. 

Ponownie  na  nią  spojrzeli,  a  to,  co  zobaczyła  w  ich  oczach,  wcale  jej  się  nie 

spodobało: jakby nie rozumieli, dlaczego wtrąca się w męskie sprawy. To dodało jej sił. 

Wszystko  w  tym  domu  wydawało  się  jej  niezrozumiałe,  od  stołu  na  środku  pokoju 

począwszy, a na tej rzeczy (tak, tak na strzelbie) trzymanej przez pana Guante skończywszy. 

background image

Wszystko, poza męską dominacją. To był znany jej teren, miała doświadczenie z Pablem, nie 

przerażał jej. 

- Tych pisanych przez nią, prawda? - drążyła, wpatrując się uważnie w pana Guante. 

-  Znalazłem  zeszyty,  kiedy  przeszukiwałem  plecak  -  powiedział  człowieczek.  -  Były 

tam  również  książki  Guerina,  ale  mnie  zainteresowały  zeszyty...  Jest  pani  jej  nauczycielką, 

prawda? Wspominała o pani... - Zachichotał bezgłośnie. 

- Dawała pani, co chciała... Ocenzurowane wersje. - Przerwał. Drżały mu wargi. - Pani 

jej nie zna! Nie wie pani, do czego jest zdolna! Nie wie tego pani, nie może wiedzieć! 

- Domyślam się. 

-  Nie  domyśla  się  pani!  -  Pan  Guante  robił  wrażenie,  jakby  rozmawiał  z  nią  w 

odosobnionym  miejscu,  zakazanym  dla  Quirosa  i  reszty  świata:  hermetycznym  wnętrzu,  do 

którego  tylko  ona  miała  dostęp.  -  Nigdy  by  się  pani  nie  domyśliła...  Kiedy  przeczytałem 

opowiadania, poczułem się zafascynowany. Rozmawiałem z nią. Obiecałem, że nie zrobię jej 

krzywdy,  dopóki  będzie  dla  mnie  pisała.  Na  początku  okazywała  strach,  podobnie  jak 

pozostałe  dziewczęta,  ale  kiedy  to  powiedziałem,  zmieniła  się.  Jakby  pragnęła  przeżyć  coś 

takiego... A wtedy poczułem coś, jakby... Strachem bym tego nie nazwał, ale na pewno była 

to pewna obawa. Poczułem brzemię odpowiedzialności. Wysuwając taką propozycję, brałem 

na siebie odpowiedzialność za jej eksplozję. I nie myliłem się: zaczęła pisać nowe rzeczy. Nie 

były  to  jednak  fantazje,  jak  ta  o  księdzu  i  diable,  czy  ta  o  stałym  świetle  czy  deszczu 

spadających kotów, tylko prawdziwe historie. Najpierw wspomnienia. 

Przede wszystkim o ojcu i o niej samej. Opisywała jego milczenie, pieszczoty, myśli, 

jakie przychodziły jej do głowy, kiedy ojciec na nią patrzył. I swoją obecną sytuację, a więc 

również i mnie, to, co otaczało ją i co otacza mnie... 

Było  to  jak  wymioty.  Wyrzucała  z  siebie  wszystko...  całą  prawdę...  -  „Prawdę”, 

powtórzyła kobieta. - Wiem, jaką przyjemność i cierpienie przynosi jej pisanie... Ale ona nie 

wie, co się dzieje ze mną, kiedy to czytam! Czytanie prawdy to koszmar!... Można od tego 

oszaleć! Dlatego chciałem, żeby mnie aresztowano! Nie ma nic gorszego na tym świecie ani 

na żadnym  innym!  - Nagle zmienił ton.  Podniósł  strzelbę.  - Quiros! Nie próbuj  się zbliżać, 

tylko dlatego, że zachowuję się jak wariat. Jeśli zrobisz kolejny krok, zastrzelę nauczycielkę. 

-  Proszę  nie  zwracać  na  niego  uwagi.  -  Quiros,  który  rzeczywiście  się  poruszył, 

spojrzał na nią. - Słyszała pani. 

Sam to powiedział. Jest stuknięty. 

background image

-  Ma  rację,  proszę  nie  zwracać  na  mnie  uwagi,  jestem  stuknięty  -  zgodził  się 

mężczyzna. - A to jest historia szaleńca. Moja historia. - Przeszedł przez salon, nie przestając 

mierzyć do Quirosa, zatrzymał się przed telewizorem, włączył go. - To zaś jest moja praca. 

Ekran  zawirował,  po  czym  się  zapalił.  Pojawił  się  skrót:  DVX  a  może  DXV.  Zaraz 

jednak  ustąpił  miejsca  obrazom.  Pokój  był  mały,  bez  okien.  Wyglądał  jak  wnętrze 

drewnianego pudełka o pomarańczowych ścianach. 

Dziewczyna  siedziała  otulona  w  koc,  przy  biurku,  plecami  do  kamery.  Wisząca 

żarówka rzucała na nią światło. 

Na biurku leżały jakieś papiery. Dziewczyna pochylała się nad nimi. 

- Widzi pani? - spytał pan Guante. - Pisze. Zawsze to robi o tej porze. Nic jej nie jest, 

może to pani stwierdzić. Opiekuję się nią dobrze: zanoszę jej jedzenie, pozwalam się umyć... 

A ona pisze. Jutro wszystko się skończy. Tak zdecydowałem, nie mogę dłużej czekać. Chodzi 

o moją pracę. Zarabiam nią na życie, chociaż jej nienawidzę. Każdy przez to przechodzi. Ja 

lubię  czytać.  To  znaczy,  lubiłem.  Przestałem,  odkąd  czytam  to,  co  ona  pisze...  Mam  też 

zainteresowania  naukowe...  -  Przerwał,  otworzył  usta.  Quiros  właśnie  miał  coś  powiedzieć, 

kiedy  pan  Guante  najwyraźniej  odzyskał  mowę.  -  Jest  wielki,  o  horyzontalno-wertykalnej 

konstrukcji,  chciałbym  go  pani  pokazać...  -  Zachichotał.  -  Przepraszam.  Miałem  na  myśli 

swój teleskop. 

- Nic jej nie jest - powiedział Quiros do Nieves Aguilar, jakby chciał jej dodać otuchy. 

- Nie może jej pan wypuścić? - zaszlochała. 

Pan Guante spojrzał na nią ze śmiertelną powagą. 

-  Jest  bardziej  niebezpieczna  ode  mnie  -  warknął.  -  Wyświadczam  światu  przysługę, 

proszę mi wierzyć. Muszę ją zniszczyć, podobnie jak niszczę wszystko, co pisze... Ta historia, 

twoja i moja, musi zostać zniszczona... Czytać i niszczyć. Jestem jej więźniem. Wszyscy nimi 

jesteśmy.  Ona  nas  uwięziła.  -  Pan  Guante,  pan  Naug  Nauj,  przeszedł  dwa  kroki,  a  dwa 

towarzyszące  im  grzmoty  sprawiły,  że  wydawało  się,  jakby  chodził  w  stalowych  butach. 

Spojrzał na nią swoimi małymi oczkami, ustawionymi jak strzelcy wyborowi w głębi tuneli. - 

Słyszała pani o fizyku nazwiskiem Feynman, który twierdzi, że na rzeczywistość składa się 

wiele różnych historii? Czy rzeczy i ludzie nie stają się na koniec tym samym? Opowieściami, 

które  są  nam  przekazywane,  które  sobie  wyobrażamy,  które  pamiętamy...  „Teoria 

cząstkowych opowieści” - wiele ukrytych historii, wszystkie razem, jeśli dobrze poszukać, to 

się  je  znajdzie,  jeśli  je  przeczytać  z  uwagą,  to  sieje  odkryje,  wszystkie  tutaj,  wszystkie 

razem... Proszę przeczytać i spróbować je znaleźć. To taki quiz. 

background image

Wypowiadając  ostatnie  zdanie,  mężczyzna  odwrócił  wzrok  i  zapatrzył  się  w  coś,  co 

leżało  na  sofie,  obok  niej.  Była  to  poduszka  z  wyhaftowanym  aniołem.  Na  poduszce  leżał 

jakiś  przedmiot,  podłużne  pudełko  w  kremowym  kolorze.  Nie  odrywając  od  niego  wzroku, 

pan Guante powiedział: 

-  Niczego  nie  próbuj,  Quiros,  mam  oczy  z  tyłu  głowy.  To  udowodnione  naukowo, 

nazywają  to  czwartym  okiem.  Niektóre  pająki  posiadają  jedno  na  brzuchu,  a  moje  tkwi  w 

karku. Mogłem mieć ich dużo więcej, ale to recesywny gen autosomalny, więc urodziłem się 

heterozygotyczny...  Niemniej,  widzę  wszystko,  z  tyłu,  po  bokach,  w  dole  i  w  górze.  Jeśli 

zrobisz jeszcze jeden krok, zastrzelę nauczycielkę. 

- Proszę go nie słuchać - powiedział Quiros - jest... 

- Już to mówiłeś, jestem stuknięty. 

- Jakie to ładne... - powiedziała Nieves Aguilar, wyciągając rękę w kierunku pudełka. 

Zrobiła to, żeby uspokoić mężczyznę, ale jego reakcja była zaskakująca. 

- Proszę jej nie dotykać! - wyszczekał pan Naug Nauj. 

Natychmiast  jednak  dodał,  odzyskując  nad  sobą  kontrolę:  -  To  szkatułka  z  kości 

słoniowej.  -  Te  ostatnie  słowa  wypowiedział  cichym  głosem,  w  związku  z  czym  odniosła 

wrażenie,  że  mężczyzna  wszelkimi  środkami  próbuje  odwrócić  jej  uwagę  od  przedmiotu, 

który  był  niewątpliwie  ważniejszy  od  wszystkiego.  W  przeciwnym  bowiem  razie,  czyż 

umieściłby go tutaj, na poduszce, na sofie? 

A przecież nie robił wrażenia cennego. W końcu dobrze wiedziała, co to jest:  wiele 

razy widziała takie w pracy. 

- To piórnik - powiedziała. - Szkolny piórnik z plastiku. 

Wargi człowieczka drżały. Jego oczy nadal utkwione były w pudełku. 

-  Gdzie  ją  trzymasz?  -  spytał  nagle  Quiros.  Wyłączył  telewizor.  Przemoknięty 

kapelusz nadawał mu żałosny wygląd. - W szopie, prawda? 

- Nie zbliżaj się... 

- Na drzwiach wisi kłódka. Klucze masz w kieszeni. Słyszę, jak dzwonią... 

- Możesz się zamknąć i pozwolić mi... 

- A pozostałe dziewczyny? Gdzie są ich ciała? 

- Proszę o głos...? 

- W sadzie, pod cytrynowymi drzewami? 

-  Na  litość  bo...  -  Pan  Guante  uniósł  strzelbę.  Nieves  Aguilar  krzyknęła,  ale  pan 

Guante  wystrzelił  jedynie  głosem.  -  Zamknij  się  natychmiast  prostaku,  ty  dupku  żołędny, 

czworonogi bydlaku, chamie, głupku, stuprocentowy idioto... Usiłuję rozmawiać z...! 

background image

W czasie tego dziwnego, fascynującego dialogu Quiros patrzył na nią. Jego spojrzenie 

było  sekretnym  przesłaniem.  Jak  u  graczy  z  tej  samej  drużyny,  którzy  gestami  przekazują 

sobie zakodowane informacje: niech pani zwróci uwagę, mówił nimi Quiros, szopa, klucze... 

Krzyk  odebrał  panu  Guante  głos.  Chrząknął,  ale  bez  rezultatu.  Wyglądało  na  to,  że 

osiągnął szczyty irytacji. 

-  Czy  wie  pani...  że  ten  bydlak,  który  stoi  przed  panią,  ten  groteskowy  fantom  w 

kapeluszu,  który  pasuje  jak  ulał  do  jego  pospolitego  nazwiska,  jest  mordercą?  Płatnym 

zabójcą! Dużo gorszym ode mnie, bo ja jestem niezależny, freelance... A to bydlę pracuje dla 

innych! 

-  Chciała  przekazać  Quirosowi  wzrokiem,  żeby  się  nie  przejmował,  że  nic,  co 

ktokolwiek mógłby powiedzieć przeciw niemu, nie może mu w jej oczach zaszkodzić, bo ona 

wierzyła tylko jemu, była sama na świecie i zależała tylko od niego. Ale Quiros nie patrzył na 

nią  i  nie  mogła  tego  zrobić.  Quiros  patrzył  na  pana  Guante.  -  Nie  wiedziała  pani?  Nie 

powiedział pani również, że Olmos wynajął go, żeby panią zlikwidował? 

- To nieprawda - powiedział Quiros. 

-  Takie  miał  instrukcje,  przysięgam.  Gdyby  zgłosiła  pani  zaginięcie  dziewczyny,  ta 

bestia... Ciach! - Mężczyzna zgilotynował się jednym gestem. - Wielcy ludzie strzegą swoich 

wielkich nazwisk, niby-ludzie dbają o swoje niby-nazwiska. 

- Kłamiesz! - krzyknął Quiros, podnosząc głos po raz pierwszy, odkąd go znała. 

To  właśnie  wtedy  zdała  sobie  sprawę,  że  ogląda  spektakl  teatralny,  farsę, 

zaimprowizowane przedstawienie z jakiejś odświętnej okazji, a teraz miała nastąpić przerwa, 

kurtyna  opadała,  aktorzy  mogli  odejść.  Quiros  bowiem,  nieoczekiwanie,  ruszył  prosto  w 

kierunku  pana  Guante,  który  cofnął  się  i  wycelował  w  niego.  Rozległ  się  ogłuszający  huk, 

jakby ktoś ją pchnął i zmusił do powrotu do rzeczywistości. 

Krzyknęła  i  zasłoniła  się  rękoma,  a  kiedy  spojrzała  ponownie,  stwierdziła,  że  to 

kolejny  trik  w  tej  samej  sztuce:  błękitna,  mokra  koszula  Quirosa  poczerwieniała,  gęstą 

czerwienią, która rozlewała się we wszystkich kierunkach. 

A jednak Quiros szedł dalej, co potwierdzało, że był to trik. 

Może  trochę  wolniej,  trochę  bardziej  niezgrabnie,  ale  z  tym  samym  uporem  co 

zawsze,  prosto  przed  siebie.  Pan  Guante  również  był  pod  wrażeniem  jego  gry:  opuścił 

strzelbę,  otworzył  usta.  Quiros  podszedł  do  niego,  odebrał  mu  broń,  uniósł  ją  do  góry, 

trzymając za kolbę, i opuścił: raz, dwa razy. 

Zmiana  sceny:  pan  Guante  leży  przy  niej  na  sofie,  w  nieprzemakalnym  płaszczu 

odsłaniającym białawy tors, z rozłożonymi nogami i posiekaną na strzępy twarzą, jakby się 

background image

przeglądał w rozbitym lustrze. W tym momencie  Quiros, ciągle utrzymujący się na nogach, 

upuszcza strzelbę i osuwa się na podłogę. Nie gwałtownie: klęka, opiera głowę (i kapelusz) na 

stole,  wyciąga  nogi.  Miała  wrażenie,  jakby  szukał  miejsca,  gdzie  można  się  wygodnie 

położyć. 

Nie  powinnam  go  dotykać,  pomyślała,  powstrzymując  pierwszy  impuls.  Mogę  mu 

zrobić  krzywdę,  nie  powinnam  go  dotykać.  Najważniejsze  to  wezwać  lekarza.  Ale  Quiros 

patrzył na nią i poruszał głową. Nachyliła się do jego warg. 

-  Dziewczyna...  Chce  pan,  żebym  poszła  po  dziewczynę...  -  Quiros  potwierdził.  - 

Klucz... Szopa... 

Łzy przysłoniły jej oczy przepaską, dławiły jak knebel. 

Zaskoczyło  ją,  że  nie  czuła  wilgoci  na  policzkach.  Ale  czuła  ją  w  gardle  i  pod 

powiekami.  Po  raz  pierwszy  płakała  w  ten  sposób.  Wydawało  się  jej,  że  płacze  naprawdę. 

Nadszedł moment, by robić i mówić prawdę. 

Pochyliła się nad Quirosem i pocałowała go w czoło. 

Poczuła siłę, dużo większą niż w jaskini, poczuła się inna. 

Zobaczyła, że Quiros porusza ustami. 

- Dobrze - powiedziała. 

Odwróciła się do pana Guante, który nadal wystawiał na pokaz swój tors i brzuch, i 

uśmiechał  się,  jakby  ujrzał  coś,  o  czym  marzył  przez  całe  życie.  Był  martwy,  tak  jej  się 

przynajmniej  wydawało,  a  w  obu  rękach  ściskał  szkatułkę,  po  którą  udało  mu  się  jakimś 

cudem sięgnąć. 

Uspokój się, powiedziała sobie, jest martwy, uspokój się. 

Przeszukaj jego kieszenie. 

Znalazła różne klucze, zabrała wszystkie. Kilka z nich spadło pod nogi pana Guante, 

pozbierała je więc ponownie. Uspokój się, najważniejsza jest dziewczyna. 

Coś drapało w wejściowe drzwi, hałas doprowadzał ją do szału. Podbiegła, otworzyła i 

ujrzała  ociekającego  wodą  psa,  ze  sznurem  obwiązanym  wokół  szyi.  I  chociaż  był  bardzo 

brudny, mogła się domyślić koloru jego sierści: był biały. 

Zwierzę ominęło ją i wbiegło do domu, szczekając. 

Quiros  otworzył  oczy  pośród  morza  bólu  i  zobaczył  psa,  tym  razem  bardzo  blisko. 

Wyciągnął  do  niego  rękę,  myśląc,  że  ucieknie,  ale  tak  się  nie  stało,  stało  się  natomiast  coś 

dużo lepszego: kiedy położył na nim dłoń, zniknął nie on, tylko ból. 

background image

Pies  odwzajemniał  mu  spojrzenie,  wpatrując  się  w  niego  ze  spokojem,  a  Quiros 

głaskał go, patrząc na niego w ten sam sposób. Pies miał na szyi sznur. Biedne zwierzę. Kto 

mu go zawiązał? Zresztą to nie miało znaczenia. 

Sznur  i  tak  był  zerwany,  a  on  nareszcie  wykonał  swoją  pracę.  Pomógł  Marcie, 

odnalazł  dziewczynę,  a  teraz  mógł  też  powiedzieć  małej  Aitanie,  że  Sen był  przy  nim.  Sen 

pozostanie już przy nim na zawsze. 

Mimo  to  jego  radość  nie  była  pełna.  Kiedy  przytrafiało  mu  się  tyle  dobrych  rzeczy 

naraz,  zawsze  się  bał,  że  zepsuje  jedną  z  nich,  a  może  kilka  jednocześnie,  i  jego 

niezadowolenie  będzie  jeszcze  większe.  Dlatego  też,  choć  czuł  się  szczęśliwy,  starał  się 

stłumić to uczucie. 

Taki był Quiros. 

 

Dziewczyna kończy pisać. Słyszy hałas przy drzwiach szopy, a następnie przy skoblu 

na klapie. Już jest, myśli. 

Znowu tu jest. Pospiesznie stawia ostatnie słowa i przypieczętowuje kropką dokładnie 

w  chwili,  kiedy  drzwi  się  otwierają  i  słychać  kroki  na  schodach.  Zresztą  to  bez  różnicy, 

właśnie skończyła nową opowieść, ostatnią, więc czeka, uśmiechając się, z ołówkiem w ręku, 

przygotowana na rozpoczęcie kolejnej.